background image
background image

 

Enahma 

 

 

Szczęśliwe dni w piekle 

 
 
 
 
 

tłum. Mirriel

background image

 

autor: Enahma 
tytuł oryginału: Happy Days in Hell 
tłumaczenie: Mirriel 
pierwsza korekta: Toroj 
projekt okładki: Mirriel 
 
trylogii tom 1

background image

SPIS TREŚCI: 

1. GRA BYDLAKÓW ....................................................................................................................................... 4

 

2. PRZEBUDZENIE W PIEKLE .................................................................................................................... 11

 

3. SENS ŻYCIA............................................................................................................................................... 20

 

4. SKRUSZONY.............................................................................................................................................. 28

 

5. GODNOŚĆ AŻ DO KOŃCA ...................................................................................................................... 37

 

6. ZWIĄZKI .................................................................................................................................................... 46

 

7. SAMOTNOŚĆ ............................................................................................................................................. 56

 

8. MARZENIA ................................................................................................................................................ 65

 

9. POSZUKIWANIA ....................................................................................................................................... 74

 

10. BLACKOWIE, SNAPE’OWIE, POTTEROWIE I INNI .......................................................................... 83

 

11. TWARZĄ W TWARZ Z… ....................................................................................................................... 94

 

12. ZAGADKA ROZWIĄZANA .................................................................................................................. 103

 

13. UCIEKAJ!................................................................................................................................................ 112

 

14. DOCHODZENIE ..................................................................................................................................... 123

 

15. POWIEDZ ŻEGNAJ I… WITAJ ............................................................................................................ 133

 

16. ODNAJDĘ DROGĘ DO DOMU ............................................................................................................ 142

 

 

NAWET STRACH MNIE OPUŚCIŁ ........................................................................................................... 153

 

background image

1. GRA BYDLAKÓW 

Kiedy  Snape  aportował  się  w  pobliżu  kręgu  Voldemorta,  był  naprawdę  zaskoczony.  Pomimo  tego,  że 

musiał  przejść  przez  antyaportacyjne  ziemie  Hogwartu,  był  jednym  z  pierwszych  Śmierciożerców 
przybyłych dzisiejszego popołudnia. 

Zastał tylko Avery’ego i Rome’a, młodego człowieka z Francji, nowego zwolennika „Mrocznych Sztuk” 

– jak to on nazywał. Snape uśmiechnął się drwiąco. Pomyślał, że te wszystkie masakry i rzezie można było 
nazwać  czymkolwiek,  ale  nie  „sztuką”.  On  tak  nie  myślał,  nawet  na  samym  początku.  Chociaż  tak 
naprawdę, to nie wiedział czy był jakiś początek. Od wczesnego dzieciństwa czarna magia była obecna w 
jego życiu. Wciągnęła go jak prawie każdego członek jego rodziny, prócz Quietusa, który… Nie. Nie chciał 
o tym myśleć. 

Lepiej  byłoby  wiedzieć,  dlaczego  znowu  został  wezwany.  To  musiało  być  coś  ważnego  i  z  całą 

pewnością  nie  związanego  z  eliksirami.  Wczoraj  wieczorem  dostał  listę  mikstur  do  przygotowania  na 
następny  tydzień.  Jeśli  Czarny  Pan  chciałby  pilnie  kolejnego  eliksiru,  wysłałby  po  prostu  sowę.  Nie,  to 
musiało być coś mroczniejszego i bardziej przerażającego, niż eliksiry do zabijania i torturowania. 

Nagle uświadomił sobie, że inni Śmierciożercy pojawili się w pobliskim lesie, w pobliżu Koszmarnego 

Dworu, gdzie tym razem miało się odbyć spotkanie. 

Śmierciożerca  nigdy  nie  wiedział,  gdzie  się  pojawi  na  żądanie  Czarnego  Pana.  Kiedy  czuł  wezwanie  i 

aportował  się,  zawsze  znajdował  się  w  kręgu,  nie  znając  wcześniej  lokacji.  To  było  zabezpieczenie 
Voldemorta  przed  potencjalnymi  szpiegami,  którzy  nie  mogliby  powiadomić  ministra  czy  innych  osób, 
takich  jak  Dumbledore  lub  aurorów  o  miejscu  spotkania.  Tym  razem  był  to  Koszmarny  Dwór  –  jedno  z 
ukrytych  miejsc  mrocznych  czarodziejów.  Snape  nie  wiedział  gdzie  dokładnie  znajduje  się  to  miejsce, 
chociaż  był  tu  wielokrotnie.  To  musiało  być  gdzieś  w  północnej  Anglii  albo  Szkocji.  Wraz  z 
Dumbledore’em  desperacko  szukali  tego  miejsca  przez  ostatnie  czternaście  lat,  lecz  niestety,  nie  udało  im 
się, chociaż byłoby to bardzo ważne odkrycie. Koszmarny Dwór stanowił główne więzienie Voldemorta i 
wszyscy jego wrogowie, którym nie dane było umrzeć od razu, byli sprowadzani tutaj na tortury. 

Snape był  przekonany, że po tym  jak mały Potter pokonał  Czarnego  Lorda czternaście lat  temu, wielu 

ludzi  pozostało  w  Koszmarnym  Dworze  i  umarło  bez  nadziei,  chociaż  nie  było  już  nikogo,  aby  ich 
torturować i zabić. Zostali tam, ponieważ nikt nie był w stanie znaleźć tego miejsca. Miejsca strachu, bólu, 
płaczu, drżenia i śmierci. Miejsca najstraszniejszych tortur, jakie tylko istniały na świecie. 

Nienawidził tego miejsca. Nienawidził go z całego serca, bardziej niż jakiegokolwiek innego miejsca na 

ziemi. Czuł do niego większą odrazę niż do lochów ministerstwa, miejsca  „jasnych” tortur, większą niż… 
Stop, rzekł w duchu do siebie. Wystarczy. 

Oznaczało to, że spotkanie będzie jedną z sesji torturowania i Snape miał wielką nadzieję, ze uda mu się 

wyślizgnąć  stamtąd  zanim  wszystko  się  zacznie.  Nienawidził  tego.  Nie  chciał  brać  w  tym  udziału  i  (na 
szczęście)  zazwyczaj  nie  musiał.  Był  prywatnym  Mistrzem  Eliksirów  Czarnego  Pana,  a  to  zazwyczaj 
wystarczało, aby się stamtąd wydostać. Mimo wszystko czasami był zmuszony uczestniczyć w  „grze”. Na 
przykład, gdy Voldemort zdecydował się wypróbować jego lojalność albo kiedy jego ofiarami były jakieś 
ważne osoby. Jego lojalność była już jednak testowana (nie pozwolił sobie na przypomnienie sobie tamtego 
testu), więc dzisiaj będzie musiał spotkać się z jakimś ważnym wrogiem ciemnej strony. Kto mógł być taki 
ważny? Będzie musiał ostrzec Dumbledore’a od razu jak tylko wróci do Hogwartu. 

W ciągu dziesięciu minut cały krąg był zapełniony – prawie czterdziestu ludzi. Każdy czekał na miejscu, 

aż Czarny Pan zaprosi ich do wnętrza budynku. 

Bardzo  dziwne.  Dlaczego  wezwano  wszystkich?  Czy  Voldemort  schwytał  Dumbledore’a?  pomyślał 

Snape. Nie, niemożliwe. Kiedy opuszczał Hogwart, Dumbledore nadal tam był. Ale w takim razie kto? Ten 
idiota,  Knot?  A  może  jakiś  ważny  auror?  Może  Moody?  O,  to  byłoby  zabawne.  Wtedy  byłby  w  stanie 
torturować  tego  człowieka.  Po  tym  wszystkim,  co  tamten  mu  zrobił.  Po  przesłuchaniach  w  budynkach 
ministerstwa. Sesjach „jasnych tortur” Moody’ego. 

background image

Wmuszanie  Veritaserum,  zaklęcia  Tormenta  (jasna  wersja  Cruciatus,  wybaczalna,  tak,  ale  wcale  nie 

lepsza od jej niewybaczalnej bliźniaczki, Cruciatus) rzucane na niego, ponieważ nie był człowiekiem tylko 
Śmierciożercą.  Dni  i  noce  bez  snu,  aby  go  złamać,  a  następnie  sześć  miesięcy  w  Azkabanie.  Sześć! 
Wydawało się to całym  życiem. Po tym nie był  w stanie czuć czegokolwiek. Czegokolwiek. Może już na 
zawsze.  i  to  Moody  mu  to  zrobił.  Paranoiczny,  stary  bydlak.  Snape  wzdrygnął  się.  Jeżeli  to  Moody  był 
więźniem, to nie pokaże litości. Nie. Nigdy. 

Kiedy zobaczył go zeszłego września, jak wchodził do Wielkiej Sali, omal nie stracił przytomności. Nie 

mógł  uwierzyć,  że  Albus  był  dla  niego  taki  bezduszny  i  pozwolił  przebywać  aurorowi  w  tym  samym 
budynku! 

Wzdrygnął się ponownie. Nie. Wtedy to był  Barty a nie ten stary bydlak. Owszem, bydlak  – tylko nie 

stary. Młoda i ciemna wersja bydlaka. 

A teraz Snape czekał na Największego Bydlaka obecnych czasów, aby ten przedstawił swojego nowego 

jeńca sługom – bydlakom. 

Tak, on też był bydlakiem. Każdy na tej ziemi był bydlakiem, oprócz Dumbledore’a. 
Niech się rozpocznie Gra Bydlaków. 
*** 
W tym momencie Voldemort wyszedł z dworu i podszedł do swoich ludzi. 
– Chodźcie, dołączcie do mnie w głównej sali – krzyknął. – Nasz gość już czeka na was wszystkich! 
Nie wyrażające żadnych emocji maski migotały w świetle pochodni, kiedy Śmierciożercy wkroczyli do 

sali. Na środku ogromnego pomieszczenia stało dziecko. Nieduży dzieciak, chudy, z potarganymi ciemnymi 
włosami, w okularach. 

Snape zatrzymał się w wejściu. 
Nie.  Nie  dziecko.  Nienawidził  torturowania  dzieci.  W  klasach  to  co  innego.  Słowami,  sarkazmem, 

zabieraniem punktów, czemu nie? Ale… ale fizycznie? Albo za pomocą zaklęć? Na samą myśl zrobiło mu 
się niedobrze. 

Zdał  sobie  sprawę,  że  wszyscy  pozostali  utworzyli  krąg  wokół  chłopca.  Tylko  jego  brakowało. 

Westchnął głęboko i dołączył do kręgu. Kiedy stał na swoim miejscu, chłopiec podniósł głowę. 

Nie. To nie może być prawda! 
To był Harry Potter. 
*** 
Cholera! Jak? Dlaczego? 
Cholera! Cholera! Cholera! Co ten chłopak tutaj robi? Powinien być w domu z rodziną, oglądać telewizję 

albo grać w jakąś idiotyczną grę czy coś podobnego… Snape gapił się na tego małego głupka, nie mogąc 
uwierzyć własnym oczom, a myśli wirowały w jego głowie. 

To  niemożliwe.  Po  prostu  niemożliwe.  Ja  śnię.  Zaraz  obudzę  się  z  krzykiem  w  moich  lochach  i  wypiję 

szklankę wódki, aby się uspokoić… Taką miał nadzieję, powtarzając sobie to w kółko. Szklanka wódki? Nie. 
To by nie wystarczyło. Potrzebowałby całej butelki po obudzeniu! 

Ale ten koszmarny sen nie chciał się skończyć. 
Miał  wrażenie, że chłopiec  go rozpoznał,  kiedy ich oczy się spotkały. Ale po  chwili chłopak odwrócił 

głowę w stronę Voldemorta. 

Snape  był  zaskoczony.  Nie  widział  strachu  w  tych  zielonych  oczach.  Nie  widział  przerażenia.  Widział 

tylko ból. i rezygnację. 

Był  zszokowany. Nie rozumiał,  co się wokół działo.  Chłopak został schwytany przez Voldemorta albo 

jego Śmierciożerców, to było jasne. Ale jak? i dlaczego Albus o tym nie wiedział? 

Co miał zrobić w tej sytuacji? Jak miał pomóc chłopakowi uciec? Dookoła Koszmarnego Dworu również 

działało zaklęcie antyaportacyjne. Nie mógł tak po prostu złapać chłopca i zniknąć. To było niemożliwe. Ale 
musiał wymyślić coś, aby uratować tego głupiego dzieciaka z owej beznadziejnej sytuacji. 

background image

Westchnął. Cokolwiek zrobi, jego rola jako szpiega dobiegnie końca. Ta myśl nagle sprawiła mu wielką 

ulgę. Od razu poczuł się wolny. Ale co miał zrobić ze swoją nową wolnością w tej przeklętej sytuacji? Nie 
było dla nich żadnej nadziei. 

Mógłby zostawić chłopaka, aby go torturowali i zabili. Jeśli da się wplątać w to zamieszanie, zginą obaj 

nadaremno. Ale gdyby nie zrobił niczego, mógłby zachować rolę szpiega, nadal pracując dla jasnej strony i 
Dumbledore’a. 

Z drugiej strony nie mógł  uwierzyć, że istniałaby jeszcze jakaś  nadzieja dla jasnej  strony,  gdyby  Potter 

zginął. Nie. Potter musi żyć. Lily… jego przysięga dla niej… i Quietus w tym wszystkim. 

Więc  to  znaczyło,  że  musi  pomóc  temu  małemu  sukinsynowi.  Tak,  Potter  był  sukinsynem,  ponieważ 

wplątał  go  w  tę  cholerną  sytuację.  Utrzymywanie  pozorów  bycia  lojalnym  Śmierciożercą  było  już  i  tak 
wystarczająco trudne, a teraz… 

Powinien być ostrożny. Potter musi żyć. A on musi znaleźć właściwy sposób, aby zabrać go poza strefę 

antyaportacyjną i uratować również siebie. Chłopak nie wiedział jak się aportować. Potrzebował go. 

Oczy Snape’a dyskretnie biegały po sali: drzwi, okna. Znał budynek całkiem dobrze, miał tu mały pokój 

do wytwarzania eliksirów. Jego laboratorium nie mieściło się w lochach, ale na drugim piętrze – zabawne. 
On i drugie piętro! Lecz tutaj lochy były więzieniem. 

Więzienie.  Najbardziej  znienawidzone  więzienie  na  świecie.  Albo  przynajmniej  jedno  z  najbardziej 

znienawidzonych. Cele tortur i komnaty nieskończonego bólu.  Znał je. i widział jak wyglądali więźniowie 
po kilku tygodniach spędzonych tutaj. Życie tu było jak niekończący się Cruciatus. i jeżeli Voldemortowi 
zachciało  się  torturować  kogoś  przez  miesiąc,  to  tak  czynił.  Uwielbiał  łamać  ludzi  przed  śmiercią.  Nie 
obchodziło go ile to czasu zajmie. Czarny Pan miał nieograniczoną ilość czasu. 

Jak miał uratować Pottera z tego przeklętego budynku? 
Nagle dotarło  do niego,  że Voldemort przemawia. i zauważył,  że nogi  chłopaka były związane,  by nie 

mógł biegać, jak to zrobił na cmentarzu miesiąc temu, kiedy uciekł Czarnemu Panu po jego „odrodzeniu”. 
Teraz Potter stał tam pokornie jak ciele, najwidoczniej godząc się z losem. Snape zauważył, że jego oczy 
znowu spoglądały na niego. Ból. Tam był tylko ból w tych zielonych oczach, nic więcej. Ból. Cierpienie w 
czarnych oczach… Cierpienie w zielonych oczach… Tylko cierpienie. 

Takie same oczy.  Jak? Jak para  zielonych oczu może być identyczna z  parą  czarnych? A jednak… one 

były identyczne. 

Był przerażony. Chłopak czuł tylko ból. 
Wspomnienie… Ktoś stojący w kręgu, patrząc na niego bez strachu, lecz z wielkim bólem wywołanym 

nie przez tortury, ale ogromnym zawodem… Snape miał ochotę krzyczeć, przypominając sobie tamtą osobę. 
Chłopiec stojący w tym samym miejscu, w środku kręgu nie pokazując strachu i słabości. Tylko ból… To 
było tak dawno… ale wspomnienie nadal takie wyraźne… te czarne oczy… Nie mógł ich zapomnieć. Nigdy 
więcej
, powiedział sobie. Nigdy więcej. 

Ale Największy Bydlak nadal mówił. 
–  Macie  trzy  rundy  tortur.  Po  tym  go  zabiję.  Osobiście.  Więc  musicie  być  ostrożni,  aby  go  nie  zabić 

przede mną! – rzekł, uśmiechając się z satysfakcją. 

Trzy rundy. To są przynajmniej dwie godziny, jak ich znam, pomyślał Snape. 
Zobaczył, jak Voldemort zasiada na swoim podobnym do tronu czarnym krześle. 
– Niech zacznie się przedstawienie! – krzyknął do swoich Śmierciożerców. 
I przedstawienie się zaczęło. 
*** 
Snape  desperacko  szukał  jakiejś  możliwości,  aby  ocalić  chłopaka,  ale  minuty  mijały,  a  on  nie  miał 

żadnego pomysłu. Ani jednego. Chłopak umrze, a on razem z nim. Pokusa znowu przyszła. Musiał pozwolić 
zabić chłopca. Nie miał wyboru: chłopak zginie sam, albo zginą obaj. A to drugie nie miało sensu. Albus i 
Zakon potrzebowali go. 

background image

Ale  z  drugiej  strony  potrzebowali  też  tego  chłopaka.  A  on  sam  złożył  przysięgę  tej  przeklętej 

dziewczynie

Co za bagno! Co za przeklęta sytuacja! Gorsza niż koszmary, z którymi zmagał się prawie każdej nocy 

przed ostatnie dwadzieścia lat. Nie przypuszczał, że mogło być gorzej. Nigdy. Aż do teraz! 

Z trudem opanowywał drżenie, oglądając pokaz. Wiele okrzyków po łacinie: Seco! Frango! Contundo! 

Flagello!  Diffringo!  Uro!  z  towarzyszącymi  dodatkami,  mówiącymi,  którą  część  ciała  oprawcy  chcieli 
zranić. 

Potter krzyczał i wił się, trząsł i wrzeszczał. Przerywał na krótko, gdy Śmierciożercy dawali mu chwilę 

wytchnienia. Jego głos pełen bólu zdawał się wypełniać cały budynek. A to była dopiero pierwsza runda… 
A będzie jeszcze druga runda mąk. Na samą myśl Snape’owi robiło się niedobrze. 

Zbliżała  się  jego  kolej,  by  torturować  tego  półgłówka,  którego  nienawidził  od  lat.  Durnia,  którego 

upokarzał,  wyszydzał  i  ośmieszał  przed  jego  kolegami.  Głupka,  którego  starał  się  wyrzucić  ze  szkoły  na 
wszystkie możliwe sposoby. 

Chłopaka,  którego  chronił  bez  zastanowienia.  Chłopaka,  który  przetrwał  kolejne  lata  w  tej  przeklętej 

szkole, ponieważ on przysiągł go bronić. Może nie była to opieka dana z własnej woli, ale była to najlepsza 
opieka, jaką mógł zaoferować. 

Snape miał wrażenie, że skamieniał. Był niezdolny do podniesienia różdżki, do powiedzenia słowa, do 

otwarcia ust. Niezdolny do ruchu. Do oddychania. 

Chłopiec  leżał  na  ziemi,  krwawiąc.  Cierpiąc.  Ale  nie  płakał.  Nie  błagał  o  litość.  Wyglądał  na 

wyczerpanego, ale nie został złamany. Nagle Snape poczuł szacunek dla chłopca. Był pewien, że Potter się 
złamie. Miał  tylko  czternaście  czy piętnaście lat. Po chłopcach w jego  wieku można się było  spodziewać 
załamania, poddania, czyż nie? Ale Potter nie dał się złamać. Przynajmniej na razie. i jego wzrok… Mistrz 
Eliksirów wzdrygnął się. To spojrzenie było zbyt znajome. Widział już takie wiele lat temu. Łzy wypełniły 
mu oczy. 

Co miał teraz zrobić? Rozpaczliwie potrzebował czasu. Jeśli rzeczywiście szukał wyjścia, musiał rzucić 

zaklęcie na Pottera. Teraz. Natychmiast. 

Snape odwrócił głowę i wyszeptał „Tormenta” wskazując różdżką na chłopca. 
– Dobry pomysł z użyciem zaklęcia Jasnej Strony – zaśmiał się Voldemort. – Pokażmy panu Potterowi, 

jak wygląda sesja „jasnych tortur”! 

Snape czuł odrazę do samego siebie. Jego uczucia zabijały go. 
Krzyki  chłopca  wypełniły  pomieszczenie.  Znowu  i  znowu.  Snape  chciał  umrzeć,  dokładnie  tu  i  teraz. 

Nie, nie był w stanie zrobić tego drugi raz. Nie. Niemożliwe. 

Wiedział dokładnie, jaki rodzaj bólu wypełnił ciało chłopca. 
Kiedy opuścił różdżkę, krzyki ustały. Odwrócił głowę ponownie w stronę chłopca i ich oczy spotkały się. 

A ten przeklęty bałwan kiwnął głową. Serce Snape’a zatrzymało się na moment. Był pewien, że chłopak go 
rozpoznał. Zrobiło mu się słabo. Poczuł zawroty głowy i nudności. Nie chciał, aby chłopiec zginął z myślą, 
że on go zdradził. 

Cóż…  Naprawdę  nienawidził  tego  małego  dupka.  Wcześniej.  Ale  podczas  tortur  i  krzyków  jego 

nienawiść zniknęła. Nie był w stanie go nienawidzić, już nie. 

Chciał głośno krzyczeć, podczas gdy tortury trwały dalej. 
Druga runda… Chłosta, kopanie, bicie pięściami. Po dziesięciu pierwszych Śmierciożercach chłopak już 

nie  był  podobny  do  siebie.  Siniaki,  rany,  krew,  połamane  kości  –  tylko  zielony  wzrok  uczepiony  jego 
czarnych  oczu  po  każdym  razie.  Dlaczego  Potter  robił  dokładnie  to  samo,  co  tamten  czarnooki  chłopiec? 
Dlaczego? 

Dlaczego? Dlaczego chłopak ciągle szukał go wzrokiem? Nie błagał o łaskę, o litość, o opiekę, a ciągle 

szukał oczu Snape’a. Dokładnie jak… Nie

background image

Snape desperacko chciał, aby ta cała Gra Bydlaków już się skończyła. Chciał iść do domu, zamknąć się 

w swoim pokoju i upić się prawie do nieprzytomności, a potem wypić z dziesięć litrów eliksiru Bezsennego 
Snu i spać, spać i spać. i nigdy się nie obudzić. Nigdy. 

Chciał uciec. Ale… ale… 
Co  powiedziałby  Dumbledore’owi?  Czy  byłby  w  stanie  wejść  do  gabinetu  dyrektora  i  powiedzieć 

prawdę?  „Potter umarł i ja byłem  jednym z tych, który  go torturowali a następnie zabili,  tak mi przykro” 
usprawiedliwiałby się. Czy powiedziałby Albusowi „Ja użyłem tylko wybaczalnych jasnych zaklęć, takich 
jak Tormenta”? 

Jak mógłby dalej żyć? Jak mógłby uczyć inne dzieci? Był straszny w stosunku do nich – nikczemny drań, 

prawdziwy  sukinsyn,  ale  przynajmniej  do  zniesienia.  Po  śmierci  Pottera  byłby  tysiąc  razy  gorszy.  Jak 
mógłby uczyć Weasleya i Granger? Jak mógłby spojrzeć im po tym w oczy? 

Co  by  zrobiła  z  nim  złamana  przysięga?  Czy  byłby  w  stanie  jeszcze  kiedyś  spać?  Jeść?  Oddychać? 

Myśleć? 

Nigdy nie zdołał uciec od przeszłości. Prawie dwadzieścia lat nie wystarczyło, aby odpokutować to, co 

zrobił  wcześniej.  A  jeżeli  teraz  pozwoliłby  Potterowi  zginąć,  nie  byłby  w  stanie  żyć  dłużej.  Tego  był 
pewien. 

I  znowu  nadeszła  jego  kolej.  Dzieciak,  ten  nieznośny  mały,  przeklęty  bachor  już  szukał  jego  wzroku, 

choć Snape nie był pewien czy Potter jest w stanie jeszcze cokolwiek widzieć. 

Schylił głowę i wyjął małą butelkę z kieszeni. Na szczęście nie spodziewano się po nim, że użyje pięści, 

kija  lub  bata,  noża,  brzytwy,  sztyletu…  jakiegokolwiek  narzędzia  tortur.  Spodziewano  się  po  nim  raczej 
pokazu  jakiegoś  ciekawego  eliksiru,  a  jego  działanie  powinno  być  widowiskowe,  ponieważ  był  to  pokaz 
specjalnie dla przyjemności Czarnego Pana. Gra Bydlaków – Voldemort chciał widzieć ból. 

Przez  krótką  chwilę  Snape  pomyślał,  że  raczej  sam  wypije  eliksir  niż  da  go  Potterowi.  To  był  nowy 

specyfik, powodujący ogromny ból.  Zawsze miał przy sobie eliksiry do tortur, na takie okazje jak ta. Nie 
chciał, aby chłopiec cierpiał. 

Ale potrzebował więcej czasu. Bardziej niż czegokolwiek innego. Więc musiał to zrobić. 
Stanął przy chłopaku, uklęknął i otworzył jego usta lewą ręką. Prawą wlał mu zawartość butelki do ust, 

zmusił go do przełknięcia i cofnął się na swoje miejsce w kręgu. 

Przez  chwilę  panowała  głęboka  cisza.  Następnie  oczy  chłopca  rozszerzyły  się  od  potwornego  bólu  i 

zaczął krzyczeć tak głośno, że wszyscy byli zmuszeni zatkać sobie uszy. 

Eliksir Zabawa Kośćmi. W tym momencie Snape nienawidził siebie mocniej niż kiedykolwiek w życiu. 

Nie było to łatwe, biorąc pod uwagę, jak bardzo siebie nienawidził wcześniej. 

Zabawa  Kośćmi  doskonale  pasowała  do  Gry  Bydlaków.  Eliksir  miażdżył  wszystkie  kości  ofiary  na 

maleńkie  kawałki,  powodując  nieznośny  ból  przy  najmniejszym  ruchu,  oddechu,  a  potem  boleśnie 
przywracał  je  do  poprzedniego  stanu  za  pomocą  specjalnego  szybkiego  Szkielewzro.  Nie  powodowało  to 
żadnej nieodwracalnej szkody, ale było równie bolesne jak zaklęcie Cruciatus. Snape o tym wiedział. Sam 
próbował. 

Chłopak już nigdy mu po tym nie zaufa. Ale i tak nie będzie już czasu na wybaczanie i zapominanie, ani 

na  przeprosiny.  Potter  umrze.  A  on,  Severus  Nobilus  Snape,  umrze  razem  z  nim.  To  będzie  bardzo 
niezwykłe i spektakularne przedstawienie! W którym on będzie grał rolę złego faceta, a Potter dobrego. Ale 
to nie miało znaczenia. Żadnego. 

Krzyki ustały, ale oczy chłopca pozostały zamknięte. Tylko ruch klatki piersiowej wskazywał, że jeszcze 

żyje. 

– Wspaniale, profesorze, jestem zdumiony! – oczy Voldemorta lśniły z satysfakcją. – Nie mogę uwierzyć, 

że  twoja  wyobraźnia  tak  się  rozwinęła  podczas  tylu  lat,  spędzonych  z  tym  kochającym  mugoli  starym 
głupcem. 

Przez  krótką  chwilę  Snape  był  pewien,  że  skieruje  swoją  różdżkę  na  tego  sukinsyna  i  zabije  go 

natychmiast. Ale zanim zdążył sięgnąć ręką do pasa, pokaz potoczył się dalej. 

background image

Zaczęła się trzecia runda, a Snape nadal nie wiedział, jak uratować katowane dziecko. 
A  musiał  jeszcze  wymyślić  kolejne  zaklęcie  torturujące.  Czarny  Pan  ukarałby  go  rzucając  na  niego 

Cruciatus,  jeżeli  użyłby  tego  samego  zaklęcia.  Nie  lubił  się  nudzić.  Ale  czego  mógłby  użyć?  Nie  chciał 
krzywdzić chłopca jeszcze bardziej. Ale musiał coś powiedzieć. Może Zaklęcie Noży? Bolało bardzo, ale 
efekt nie trwał długo. Dziesięć sekund, nie więcej. W najgorszym wypadku dwadzieścia. 

Znowu jego kolej. 
– Culter – powiedział, ponownie odwracając wzrok od chłopca i różdżka zadrżała w jego ręku. 
Krzyk  był  wyższy  i  mocniejszy  niż  poprzednio.  Trwał  przez  prawie  minutę.  Jak?  Dlaczego?  Co  się 

dzieje,  do  cholery?  Chciał  zatrzymać  zaklęcie,  ale  nie  mógł.  Zdał  sobie  sprawę,  że  Zaklęcie  Noży  w 
połączeniu  z  zaklęciem  łamiącym  kości,  jakie  przed  chwilą  rzucił  Nott,  wywoływało  poważne  skutki 
trwające  godziny.  Godziny!  NIE!  Nie  mógł  już  znieść  tego  cholernego  pokazu!  Chciał  zginąć  w  hańbie. 
Dokładnie tu. W tym momencie. i znowu, i znowu. Czuł, że umiera z każdą milisekundą niekończącego się 
wrzasku. 

–  Snape!  Jesteś  naprawdę…  wspaniały  dzisiaj  –  dosłyszał  słowa  Voldemorta  poprzez  wciąż  głośny 

krzyk. – Bardziej niż kiedykolwiek. 

Skinął głową, patrząc się na małe, wijące się ciało. Nagle głos chłopca ucichł. Potter przestał się ruszać. 
– O nie – szepnął Snape, kiedy kolejny Śmierciożerca uniósł różdżkę. 
– Stop! – krzyknął Voldemort. – Ja chcę go zabić – dodał, wstając i krocząc do przodu. 
Snape był wstrząśnięty. Wiedział, że teraz Voldemort zamorduje chłopca. 
Czarny Lord stanął obok ciała i kopnięciem odwrócił je na plecy. 
– Enervate – wskazał różdżką na chłopca. 
Ten nawet nie drgnął. Snape stał jak skamieniały. Co on zrobił? 
– Wiem, że jesteś przytomny, Potter – rzekł zimny, bezlitosny głos. – i chcę z tobą trochę pogawędzić, 

zanim cię zabiję. 

Chłopiec otworzył oczy. Snape natychmiast poczuł ulgę. Żył! 
– Ale ja nie mam zamiaru ciebie słuchać, Tom. Nie obchodzi mnie, co chcesz mi powiedzieć. Ani trochę. 

Zabij mnie i zakończmy to przedstawienie. 

Snape  z  trudem  mógł  dosłyszeć  słowa  chłopca.  Potter  był  całkowicie  ochrypnięty  po  dwóch  godzinach 

krzyków. Głos zdołali zniszczyć, ale chłopca – nie! 

– Jak sobie życzysz. – Voldemort uśmiechnął się złowrogo i podniósł różdżkę. Ale Snape był szybszy. 
–  Drętwota!  –  wrzasnął,  wskazując  różdżką  na  Czarnego  Pana  i  zbliżając  się  do  chłopca,  by  jak 

najszybciej mu pomóc. 

Ale zaklęcie zostało zablokowane tarczą Czarnego Pana. Tarczą? Snape zamarł. Tarczą? O nie… 
W następnym momencie leżał na podłodze, obezwładniony przez swych byłych towarzyszy. 
–  Profesor  Snape!  Co  za  spodziewana  niespodzianka!  –  Największy  Bydlak  uśmiechnął  się  okrutnie  z 

nieludzkim  błyskiem  w  oczach.  –  Nareszcie,  znalazłem  przeciek  –  ty  jak  podejrzewam,  też.  Nieprawdaż, 
Lucjuszu? 

Jeden ze Śmierciożerców przytaknął i Voldemort kontynuował. 
– Tak myślałem, że to ty, wierny sługa tego szlamowego pieska Dumbledore’a, głupi zwolennik jasnej 

strony  po  kilku  sesjach  tortur  z  aurorami  i  sześciu  miesiącach  w  Azkabanie.  Nie  rozumiem  cię.  –  Czarny 
Pan podniósł wzrok. – Zawsze byłeś taki silny. i mimo wszystko mnie zdradziłeś. Jestem zdumiony. Ale… 
Dzisiaj przez krótką chwilę wierzyłem, że się pomyliłem. Te zaklęcia… i eliksir! Podobało ci się, Potter? – 
Skierował spojrzenie w stronę chłopca. 

Wydawało się, że Potter nie usłyszał tych słów. Kiedy Mistrz Eliksirów spojrzał na chłopca, jego oczy 

znów  spoczęły  na  mężczyźnie.  Snape  poczuł  nagłą  potrzebę  powiedzenia  czegoś  chłopcu  przed  śmiercią. 
Sięgnął ręką do twarzy i zdjął maskę. Patrzyli się na siebie przez dłuższą chwilę bez słowa. Snape słyszał 
słowa Voldemorta, ale nie mógł ich zrozumieć. 

Widział tylko chłopca, jego oczy, wypełnione bólem. 

background image

Chłopak umrze. Tego był pewien. A on zginie razem z nim. Chłopiec Którego Nienawidził Przez Długie 

Lata.  A  teraz  nie  mógł  zrozumieć  swoich  wcześniejszych  uczuć.  Dlaczego  go  nienawidził?  Jak  mógł 
nienawidzić tego chłopca? Jak mógł być takim upartym, cholernym idiotą, aby nienawidzić go przez jakiś 
stary, głupi dowcip zrobiony przez jego ojca i jego kumpli? Jego już nieżyjącego ojca, który uratował mu 
życie. Cóż, to nie był czyn całkowicie altruistyczny, pomijając inne rzeczy, ale jednak James Potter uratował 
mu przed laty życie. i Lily… Nienawidził syna Lily przez cztery lata. Dlaczego? Nie potrafił odpowiedzieć 
na własne pytanie. 

Patrzył  na  chłopca,  zmasakrowanego,  umierającego  chłopca  i  było  mu  wstyd.  Rzucone  przez  niego 

zaklęcia. Eliksir Zabawa Kośćmi… A nie wyglądało na to, aby Potter miał mu to za złe. Wydawało się, że 
zaakceptował go tak, jak zaakceptował swój los, swoją śmierć. 

Snape nie mógł się powstrzymać, wyciągnął rękę i delikatnie dotknął twarzy chłopca. 
– Tak mi przykro. Przepraszam. Za wszystko – powiedział. 
Harry zamknął na chwilę oczy. 
– Dziękuję – wymamrotał. 
Cienkie liny wystrzeliły z różdżki Voldemorta i w mgnieniu oka Snape był związany. 
– Snape, twój czas się skończył. Myślę, że twoja kolej, panie Potter  – rzekł Czarny Pan i wymamrotał 

kolejną komendę: – Erecto

Po chwili Harry stał – nieco chwiejnie – twarzą w twarz z Voldemortem. 
*** 
Snape widział chłopca stojącego przed swoim wrogiem spokojnie, bez strachu. Voldemort był wściekły, 

kiedy zauważył, że młody człowiek stoi przed nim bez przerażenia, nie upokorzony i nie błaga o litość. Nie 
okazuje słabości! 

Tak,  chłopiec  nie  został  złamany.  Był  torturowany,  znęcano  się  nad  nim  fizycznie,  ale  ocalił  duszę, 

ponieważ zaakceptował fakt, że zginie. 

Snape  znowu  poczuł  wstyd.  Ten  chłopak  był  bardzo  odważny.  Tak  odważny  jak  jego  ojciec.  Tak 

odważny jak tamten czarnooki chłopiec, gdy był w tym samym miejscu. Tak odważny jak on sam nigdy nie 
był w jego wieku. 

– Myślę, że czas mnie zabić, nieprawdaż Tom? – zapytał nagle bardzo poważnym lecz spokojnym tonem. 

– Możesz wreszcie dokończyć to, co nie udało ci się czternaście lat temu. Teraz nie ma żadnej słabej kobiety 
mugolaka, aby cię powstrzymać. 

W  sali  zapadła  cisza.  Gniew  Czarnego  Pana  był  prawie  namacalny  w  powietrzu.  Ale  chłopak  nie 

przestraszył się. 

Nagle Voldemort uspokoił się. Złowrogi uśmiech wypełzł na jego twarz. 
– Bardzo odważnie, panie Potter. Naprawdę, prawdziwy Gryfon z ciebie. Ale teraz jeszcze cię nie zabiję. 

Nie, mam inny pomysł na twoją śmierć… dłuższy sposób. Mam czas. Poczekam, aż będziesz mnie błagać, 
abym cię zabił, i to bez tych twoich głupich uwag. Albo… Może masz inne wyjście, niż śmierć. Dam ci czas 
i szansę, abyś o tym pomyślał. I, naturalnie, pomogę ci na swój sposób podjąć właściwą decyzję. 

–  Nigdy  nie  sprzedam  swojej  duszy,  Tom  –  odpowiedział  Harry  stanowczo.  Ale  Voldemort  pozostał 

obojętny. 

– Zobaczymy, panie Potter – odwrócił się i spojrzał na Snape’a. – i co ja mam z tobą zrobić, mój drogi 

profesorze?  Jeżeli  dobrze  pamiętam,  to  nie  jesteś  taki  odważny  jak  ten  młody  człowiek  obok  ciebie, 
nieprawdaż? Cóż więc powiesz na przyłączenie się do niego na chwilę? Dwa, trzy tygodnie. Może więcej? 
To zależy od… wiesz czego. Może mógłbyś przekonać pana Pottera do poddania się. 

Oczy Snape’a rozszerzyły się. 
– Lochy… 
– Dokładnie profesorze. I… – Voldemort przeniósł wzrok na swoich zwolenników. – Myślę, że możemy 

zaczynać, ale bądźcie ostrożni! Nie zabijcie ich. Jeszcze nie… – Uśmiechnął się i wyszedł z pomieszczenia. 

background image

Krąg  Śmierciożerców  zawęził  się  nieznacznie.  Chłopiec  upadł  obok  Snape’a,  gdyż  zaklęcie  przestało 

działać. Nie mógł  go pochwycić, bo był  związany.  Leżeli tam całkiem  bezradni.  A Snape wiedział,  że to 
dopiero początek. 

Kiedy jego więzy opadły, sprawdził Pottera. Chłopak był znowu nieprzytomny. A więc teraz była jego 

kolej.  Runda  prawdopodobnie  dłuższa  i  cięższa  niż  ta,  przez  którą  przeszedł  chłopiec.  On  był  przecież 
zdrajcą. 

Niestety,  aż  trzy  i  pół  godziny  trwało,  zanim  stracił  przytomność.  Jego  ex-towarzysze  byli  naprawdę 

ostrożni. 

*** 
– Vernon, chłopak jeszcze nie wrócił! – powiedziała Petunia nerwowo do męża. 
Oglądali telewizję po kolacji. 
– Mmm… – wymamrotał Vernon, utkwiwszy oczy w ekranie. 
– Vernon! – powtórzyła Petunia. 
–  No  i?  Co  ja  mam  niby  zrobić?  Wróci  w  środku  nocy,  jestem  pewien.  Wstyd  mu  –  odpowiedział 

spokojnie Vernon. – Albo jego stuknięci znajomi znowu go zabrali. Na szczęście. Och, spójrz na tego psa! – 
wskazał na telewizor. – Wygląda dokładnie jak ten pies Marge! 

Petunia  wzdrygnęła  się.  Nienawidziła  zwierząt,  a  najbardziej  starego,  brzydkiego  psa  Marge.  Była 

naprawdę zdenerwowana. 

– Vernon, za każdym razem jak go zabierali, informowali nas… jakoś. Ale dzisiaj… jest północ i… 
– I…? – Vernon był zły. Nie interesowało go głupie zniknięcie chłopaka. – Jeżeli chciał uciec, to uciekł. 

A ja chcę obejrzeć film. 

–  Ale  my  jesteśmy  jego  opiekunami,  Vernon.  Jeśli  coś  się  mu  stanie  to  ukarzą  nas!  –  wykrzyczała 

ostatnie słowo. 

Vernon wzdrygnął się i westchnął. 
–  Dobrze.  Ale  ja  nie  mam  zamiaru  szukać  go  po  całym  mieście.  Ty  możesz,  jeśli  chcesz,  ja  nie 

zamierzam! 

– Myślę, że powinniśmy zawiadomić policję – szepnęła Petunia. 
– Och! Świetny pomysł! – uśmiechnął się. – Mam nadzieję, że jak go znajdą to zatrzymają na kilka dni, 

jak myślisz? 

– Nie wiem – odpowiedziała niezdecydowanie. 
– Co się stało? – zapytał nagle Vernon, słysząc dziwny ton Petunii. 
–  Nie  wiem  –  rzekła  ponownie,  a  po  chwili  dodała.  –  Mam  bardzo  dziwne  przeczucie.  Bardzo  złe 

przeczucie, wiesz… Miałam takie bardzo dawno temu… 

Vernon przyjrzał się żonie. Ręce jej drżały, twarz miała bladą. 
– Co… Dobrze się czujesz? – zapytał ostrożnie. 
– Nie. Coś się stało. Coś takiego jak wtedy, gdy pierwszy raz poszłam z tobą do kina… 
Głos Vernona zadrżał, kiedy udało się mu przemówić. 
– Czy ty… czy ty myślisz, że…? 
Petunia kiwnęła głową. 
Długa cisza zaległa z pokoju. Patrzyli na siebie przerażeni. Wreszcie Vernon wstał. 
– Dzwonię na policję. Teraz. 

2. PRZEBUDZENIE W PIEKLE 

Harry  spróbował  się  poruszyć,  ale  od  razu  tego  pożałował.  Poczuł  nagły,  trudny  do  zniesienia  ból  w 

całym  ciele  i  przez  chwilę  miał  wrażenie,  że  boli  go  więcej  części  ciała,  niż  w  ogóle  ich  posiadał.  Przez 
moment nie mógł tego zrozumieć. Gdzie był? Dlaczego cierpiał? Co się stało? 

background image

Powoli  wspomnienia  zeszłego  popołudnia  budziły  się  w  jego  umyśle.  Powracały  obrazy  tego,  co  się 

działo – „pokazu tortur”, jak to nazwał Voldemort. A więc to była prawda, od samego początku do końca. 
Uwięziono go i stanie w obliczu jeszcze większego bólu i grozy, tego był pewien. 

Sama myśl przeraziła go. Tortury? Znowu? Te wczorajsze naprawdę wystarczyły. Był przekonany, że nie 

będzie w stanie znieść ich więcej. Zrobiłby wszystko, czego tylko by chcieli, aby tylko pozwolili mu umrzeć 
w spokoju. Tak, umrzeć. Nie mógł uciec tym razem, już nie. Jego ciało było wycieńczone po mękach, a jego 
dusza straciła nadzieję. 

Voldemort jeszcze o tym nie wie, ale już wygrał, pomyślał Harry. 
To  wszystko  jego  własna  wina,  stwierdził  po  chwili.  Gdyby  nie  uciekł  od  Dursleyów,  nie  zostałby 

złapany  przez  Śmierciożerców,  którzy  obserwowali  jego  dom.  Wiedział,  że  Voldemort  znał  miejsce  jego 
pobytu.  Powiedział  mu  to  wtedy  na  cmentarzu  w  Little  Hangleton.  Nie  mógł  schwytać  Harry’ego,  dopóki 
ten był pod ochroną swojej rodziny, ale gdy chłopiec uciekł z domu, znalazł się za daleko od krewnych. i w 
taki sposób się tu znalazł. 

Cóż, po kłótni miał dobry powód, aby uciec od nich na kilka godzin. Musiał odpocząć od nich i ochłonąć 

jeżeli nie chciał, aby stało się z nimi to samo, co z ciotką Marge dwa lata temu. Dudley to wszystko zaczął. 
Nie powinien nazywać Lily Evans dziwolągiem i dziwką. Nie powinien twierdzić, że jedyną przyczyną, dla 
której ojciec Harry’ego ją poślubił, była ciąża. Co za wstyd! Harry nie mógł się już pohamować i uderzył 
go. 

Wywiązała się wielka bójka. Od początku jego kuzyn miał sporą przewagę ze względu na swoją wagę i 

wzrost. A potem wuj Vernon nadszedł z pomocą synowi i to rozwiązało sytuację. Dudley wygrał. Wuj miał 
właśnie ukarać Harry’ego za bójkę, ale ten po pierwszym policzku wybiegł z domu jak szalony. 

Nie miał uciekać daleko. Niebawem został okrążony przez trzech Śmierciożerców. Niestety, jego różdżka 

została w sypialni na piętrze. Nie był w stanie nic zrobić. Tylko stał tam, nagle jasno rozumiejąc straszne 
konsekwencje swojego czynu, a potem mężczyźni zabrali go do rezydencji, zwanej Koszmarnym Dworem. 

Po torturach dogłębnie zrozumiał tę nazwę. 
Poprzednie  popołudnie  było  ciągłym  koszmarem.  Kiedy  czekał  na  jego  rozpoczęcie,  był  doskonale 

świadomy tego co się stanie. Cholera! Zrozumiał wszystko. Ale kiedy Śmierciożercy i Voldemort weszli do 
sali, stwierdził, że zupełnie się nie boi. Już nie. Dlaczego? To było zdumiewające. 

Może  to  było  z  powodu  koszmarów  pełnych  strachu  i  łez,  śmierci  Cedrika,  reinkarnacji  Voldemorta, 

pojedynku  z  nim,  pojawienia  się  jego  rodziców,  bezrękiego  Glizdogona…  i  to  wszystko  z  jego  powodu. 
Gdyby nie istniał… Voldemort by nie powrócił, Cedrik by żył, Glizdogon zostałby złapany przez Lupina i 
Syriusza… Syriusz byłby wolny, a Lupin nadal by uczył w Hogwarcie. Jego matka nadal by żyła, zapewne 
jego ojciec też. Oboje mieliby wiele dzieci, trójkę albo i więcej, uczących się w Hogwarcie, należących do 
Gryffindoru. 

Harry uśmiechnął się do tej myśli. To było nawet zabawne. Jego „teoretyczni” bracia i siostry… 
Ale oni nie istnieli, jego rodzice nie żyli, a on też tutaj zginie, w Koszmarnym Dworze, sam. 
Jego  umysł  opierał  się  temu.  Chciał  żyć!  Chciał  spotykać  przyjaciół,  jeść  posiłki  w  Wielkiej  Sali,  pić 

kremowe piwo pod Trzema Miotłami w Hogsmeade… Grać w quidditcha i obejrzeć następne Rozgrywki 
Pucharu  Świata,  może  zostać  profesjonalnym  szukającym  narodowej  reprezentacji.  Wszystko,  tylko  nie 
umrzeć! 

Tęsknił  nawet  za  szlabanami  z  Filchem,  albo  za  lekcjami  eliksirów  ze  Snape’em…  Tęsknił  do 

zwyczajnych upokorzeń bez bólu, krwi i potu. 

Ale  nadal  żył  i  nagle  postanowił  nie  poddawać  się.  Jeżeli  udałoby  mu  się  wytrzymać,  może  jego 

marzenia  spełniłyby  się…  Musiał  mieć  nadzieję  i  wierzyć,  że  istnieje  jakiś  sposób  wydostania  się  z  tego 
przeklętego miejsca. Musiał być silny i pokonać swoją słabość. 

Z tą myślą otworzył oczy  i spróbował  się rozejrzeć po miejscu, w którym  się znajdował,  ale nie mógł 

poruszyć głową. Kark go bolał i przez chwilę bał się, czy nic się nie stało z jego kręgosłupem… Ale to nie 
miało  znaczenia.  i  tak  tu  zginie,  a  jeżeli  miał  złamany  kręgosłup,  to  jego  śmierć  będzie  krótka  i  niemal 

background image

bezbolesna. Jednak całe jego ciało było obolałe, więc jednak kręgosłup musiał być cały. Przynajmniej w tej 
chwili… 

Jeszcze nie był gotowy na śmierć. 
Wrócił myślą do wczorajszych wydarzeń. Śmierciożercy i Voldemort… Pamiętał moment, kiedy weszli. 

Jeden z nich złamał szyk. 

Od pierwszej chwili był całkiem pewien, że ujrzy profesora Snape’a pomiędzy Śmierciożercami, choć nie 

wiedział  dlaczego.  To  było  coś  zupełnie  naturalnego,  ponieważ  podejrzewał,  że  Snape  szpiegował  dla 
Dumbledore’a.  Czekając,  zastanawiał  się  czy  Voldemort  przyjął  usprawiedliwienia  profesora  i  jeżeli 
odpowiedź  brzmiała  „tak”,  to  w  jaki  sposób  nauczyciel  zdołał  przekonać  Czarnego  Pana  o  swojej 
„niewinności”. Czarny Pan nie był głupi. i niełatwo wybaczał. 

Kiedy Harry zobaczył wchodzącą grupę i jedną osobę zatrzymującą się w drzwiach, był prawie pewien 

kim  ona  jest.  Kiedy  dołączył  do  kręgu  i  Harry  zobaczył  jego  groźne,  drapieżne  ruchy,  był  już  całkiem 
pewien, że to stary,  wredny Mistrz Eliksirów. Swych tłustych włosów nie przykrył żadnym kapturem  ani 
kapeluszem, więc bez trudu można go było rozpoznać po oleistych kłakach. 

Harry  zauważył,  że  profesor  nie  wiedział  czy  go  rozpoznał.  Był  trochę  zdziwiony  zachowaniem 

profesora.  Cóż,  nigdy  nie  podejrzewał,  że  Snape  chciał  jego  śmierci  (jedynie  wydalenia  ze  szkoły  –  lecz 
Snape nie wiedział nic o jego rodzinie, więc nie mógł wiedzieć, że wyrzucenie i zabicie Harry’ego to prawie 
to samo), ale wyraźna troska i strach widoczne w zachowaniu tego człowieka zaszokowały go. 

Zrozumiał jeszcze jedną rzecz: na koniec tortur będzie jeszcze jedna ofiara – profesor. Harry nie chciał 

tego.  Jasne,  nienawidził  Snape’a,  ale  nienawidził  go  żywego.  Nie  zamierzał  dodawać  jeszcze  jednego 
imienia do listy ofiar i to tuż po Cedriku. Starał się błagać profesora wzrokiem, aby ten pozwolił mu umrzeć, 
żeby się w to nie mieszał. i był prawie zadowolony, kiedy uderzyło w niego pierwsze zaklęcie profesora. 
Możliwe, że nawet skinął głową, aby zapewnić profesora, że dobrze robi. 

Albo…  prawie  dobrze.  W  rzeczywistości  był  zawiedziony.  Podczas  „jasnego”  zaklęcia  Tormenta 

zastanawiał się czy profesor rzeczywiście go tak bardzo nienawidzi. Tak bardzo, gdyż zaklęcie użyte przez 
Snape’a  nie  było  wcale  lepsze  niż  Cruciatus.  W  rzeczywistości  było  gorsze,  ponieważ  wiedział,  że 
zwolennicy jasnej strony używali tego zaklęcia. Dlaczego? Mogli zabić swoich wrogów albo wsadzić ich do 
więzienia. Więc, po co potrzebowali zaklęć torturujących? 

A eliksir, który mu dał… Był gorszy niż Cruciatus. 
Pamiętał, że nie mógł przestać krzyczeć po tym przez długie minuty. Czuł jak jego kości były miażdżone 

i  po  kilku  nieznośnych  minutach  wróciły  do  swojego  poprzedniego  stanu  –  ale  drugi  etap  był  tak  samo 
bolesny jak pierwszy. 

I na koniec ostatnie zaklęcie. 
W tym momencie był przekonany, że Snape zdradził Dumbledore’a. To uczucie było bardziej bolesne niż 

zaklęcia  torturujące.  A  Dumbledore  ufał  temu  człowiekowi!  Gdybyż  w  jakiś  sposób  mógł  przekazać 
dyrektorowi, że profesor nie jest godny zaufania. 

A potem… Snape upadł  obok niego.  Znowu  go  uratował.  Profesor szczerze prosił o wybaczenie, wina 

była wypisana na jego twarzy. 

Nie był wtedy pewien czy dobrze rozumie, ale przyjął przeprosiny przed śmiercią… 
To  wspomnienie  wstrząsnęło  nim.  Nagle  przypomniał  sobie,  co  powiedział  Voldemort.  „Poczekam,  aż 

będziesz mnie błagał o śmierć.” Sens tego zdania powoli do niego docierał. 

Wreszcie zrozumiał. 
Umrze. W bólu. 
Harry stracił przytomność. 
*** 
Kiedy  znów  się  ocknął,  był  spragniony.  Powinien  się  ruszyć,  jeżeli  chciał  się  napić  albo  przynajmniej 

sprawdzić, czy było tu coś do picia czy nie. 

Powiedział sobie: nie podda się! Nigdy! 

background image

Zacisnął  zęby,  zamknął  oczy  i  zbierając  wszystkie  siły,  jakie  jeszcze  miał,  zdołał  usiąść.  Hm.  Poczuł 

lekkie zawroty głowy, ale nie były one aż tak poważne jak za pierwszym razem, kiedy się obudził. Może 
skutki zaklęć zaczynały słabnąć. 

Siedział więc tylko na podłodze przez długie minuty. 
Po  chwili,  kiedy  nudności  minęły,  spróbował  otworzyć  oczy.  Poczuł  wielką  ulgę.  Widział.  Niezbyt 

wyraźnie,  ponieważ  stracił  okulary,  ale  to  mu  wystarczyło.  Pochodnie  walczyły  z  ciemnością  w  celi, 
pozostawiając większą część pomieszczenia w półmroku. Dostrzegł, że nie było tutaj żadnych okien, mógł 
zobaczyć tylko wielkie, brązowe drzwi. Obok nich stało coś jakby wielki słój – może woda? 

Ponownie starał się zebrać siły i wstać. Udało mu się na chwilę, ale zaraz usiadł z powrotem. Nie da rady. 

Musiał się poczołgać do drzwi. Kolana go bolały coraz bardziej, kiedy zbliżał się do naczynia, ale w końcu 
mu się udało! 

To było coś w rodzaju zwycięstwa nad Voldemortem. Złapał słój i podniósł go do ust. Woda była stara i 

stęchła, ale to była woda – to wystarczyło. Odstawiał naczynie na miejsce, kiedy nagle usłyszał cichy jęk z 
ciemniejszej części celi. 

Skamieniał. Nie był sam? Kim mógł być ten drugi? 
Spróbował  dojrzeć  tamtego  człowieka,  ale  nie  mógł.  Zawsze  miał  problemy  ze  wzrokiem,  a  bez 

odpowiedniego  światła  zadanie  było  jeszcze  trudniejsze.  Westchnął.  Musiał  zbadać  celę  i  jej  mieszkańca. 
Podczołgał  się  bliżej  do  cicho  jęczącego  mężczyzny  (płeć  poznał  po  głosie)  i  skoncentrował  się  na  jego 
twarzy.  To  było  bezcelowe.  Po  prostu  nie  był  w  stanie  zobaczyć  twarzy  mężczyzny  w  takim  mroku. 
Westchnął ponownie i lekko dotknął jego twarzy. 

Tamten  nagle  jęknął  głośniej,  więc  odsunął  swoją  rękę  przestraszony.  A  kiedy  uniósł  dłoń  do  oczu, 

zobaczył na niej krew. 

Usiadł obok mężczyzny, zastanawiając się. Co powinien teraz zrobić? Najwyraźniej ten człowiek był w 

gorszym  stanie  niż  on  sam,  więc  powinien  mu  pomóc.  Ale  jak?  Nie  znał  żadnych  leczniczych  zaklęć.  A 
nawet gdyby jakieś umiał, to i tak było to bez znaczenia, skoro nie miał różdżki. 

Różdżka! Może ten drugi ma różdżkę! Mała była szansa, ale chciał się upewnić, może… Może była jakaś 

nadzieja w tej pozbawionej nadziei i światła celi… Ale kiedy ponownie dotknął tego człowieka, poczuł, że 
jego szata była mokra  – nie mokra od wody, ale mokra od czego innego, czegoś obrzydliwego, lepkiego. 
Krew. i  więcej  krwi. Krew wszędzie. Był  przerażony. Nie zastanowił się nawet  przez chwilę, że jego stan 
nie  był  wcale  dużo  lepszy  niż  tego  mężczyzny.  Postanowił  poczołgać  się  po  słój,  by  przynajmniej  wodą 
zmyć  mu  krew  z  twarzy,  może  dać  mu  się  napić.  Chwycił  go  i  uważając  by  go  nie  potłuc,  powrócił  na 
swoich zbolałych kolanach. 

Na szczęście bądź nieszczęście naczynie było  ogromne i pełen wody, chłopak po minucie czołgania je 

znienawidził.  Postawił  je  ostrożnie  w  pewnym  oddaleniu  od  nieprzytomnego  mężczyzny.  Postanowił 
oderwać kawałek swojego ubrania i wyczyścić z krwi jego twarz. Po raz pierwszy od obudzenie przyjrzał 
się  sobie  i  omal  nie  zemdlał.  Cudownie.  Jego  stan  nie  był  wcale  dużo  lepszy  stanu  od  tego  człowieka. 
Dotknął swojej własnej twarzy i zrozumiał, że też była cała w pocie, krwi i brudzie. 

O nie, pomyślał. Szybko jednak spróbował przezwyciężyć szok. Przełknął ślinę, poczekał aż tętno mu się 

trochę  uspokoi.  Potem  oderwał  mały  kawałek  swojej  podkoszulki,  który  wydawał  się  najmniej 
zakrwawiony, brudny i zmoczył go. 

Delikatnymi dotknięciami zaczął myć twarz mężczyzny. Trochę to trwało, a w międzyczasie jego oczy 

zaczęły się przyzwyczajać do półmroku, jaki tu panował. Mężczyzna miał bladą skórę i długie czarne włosy. 

Nie, to nie możliwe. Nie. 
Człowiek, którego chłopak tak starannie mył, to Snape. 
Harry nie chciał, żeby to była prawda. Nie dlatego, że nienawidził Mistrza Eliksirów. W rzeczywistości 

nie mógł go już dłużej nienawidzić po wydarzeniach wczorajszego wieczora. Po prostu nie chciał, aby on 
znalazł się na liście jego ofiar, tuż za Cedrikiem. z drugiej strony, gdyby go tu nie było, to by znaczyło, że 

background image

już nie żyje.  Co za ulga!  pomyślał z ironią. Snape był  tutaj,  oddychał,  ale w końcu zginie, tak jak i on – 
Harry, więc lista i tak się wydłuży. 

Nie wspominając o tym, że musi umrzeć z kimś, kto go nienawidzi. Voldemort był bardziej okrutny niż 

przypuszczał, Harry był tego pewny. On i Snape w jednej celi! 

Skulił się od nagłego bólu żołądka. To był raptowny ból, jak ugryzienie psa. Albo bardziej jak dźgnięcie 

nożem.  Kiedy  ból  się  wzmógł,  Harry  znowu  poczuł  mdłości.  Tym  razem  nie  był  w  stanie  ich  zwalczyć. 
Odsunął się tak daleko jak tylko mógł. Nie chciał zwymiotować na Mistrza Eliksirów. Mężczyzna zabiłby 
go pewnie za to. 

Woda, którą wypił wcześniej opuściła jego żołądek zmieszana z jakimś kwasem. Harry był przekonany, 

że nic więcej już nie zostało w środku, ale nie mógł przestać wymiotować. 

Czuł się okropnie. Bolała go każda część ciała. Klęczał we własnych wymiocinach. Był zamknięty w celi 

z tym wrednym typem i z całą pewnością zginie w ciągu kilku tygodni. 

Nadzieja opuściła go. Czuł tylko rozpacz i ciemność, i ból, i znowu ból. 
Nie było nikogo, kto mógłby mu pomóc. 
Wyciągnął rękę, oparł ją na podłodze dla równowagi i zaczął płakać. 
*** 
Delikatne dotknięcia… 
Woda, chłodna woda na jego piekącej twarzy… 
Jak dobrze… 
Kto to był? 
Quietus? 
Na pewno. Quietus, kochany Quietus… Nikt inny by mu nie pomógł. 
Potem zszokowane sapnięcie? 
Dlaczego? 
Ktoś się odsunął od niego i rozległy się odgłosy wymiotowania, a potem długo trwające nudności. Potem 

cisza. 

Cisza, która po chwili zrobiła się nieznośna. I… Płacz. Ktoś płakał. 
To nie był Quietus. 
Snape starał się oprzytomnieć. Co tu się działo? i gdzie on był? 
Kiedy poruszył ramieniem, ból zaatakował, jakby miał odsłonięte nerwy. Ależ to bolało! Zasyczał. 
Płacz ucichł. Znowu ciche szuranie, jakby ktoś podpełzał. 
– Czy wszystko w porządku, profesorze? – zapytał cichy, zmartwiony głos. 
Kto to był? Na pewno uczeń za szkoły. Ale w takim razie gdzie oni byli? W lochach? Ale… to nie miało 

sensu. Jeżeli był w swoich lochach, to dlaczego uczeń wymiotował obok niego? Dlaczego nie poszedł do 
łazienki? Albo… 

– Gdzie my jesteśmy? – zapytał w odpowiedzi. – Kim jesteś? 
– Jestem Harry Potter, proszę pana, jesteśmy w lochach, w Koszmarnym Dworze. 
Szybka odpowiedź wstrząsnęła Snape’em. 
– Nie – jęknął. Nagle sobie przypomniał. – O, nie. 
Był w piekle, skazany na śmierć, a Harry Potter był towarzyszem jego niedoli. To nie mogła być prawda. 
Snape spróbował wstać. Zajęło to kilka minut, ale w końcu mu się udało. Rozejrzał się po celi, próbując 

nie upaść ponownie na plecy i nie zwymiotować. Chciało mu się pić. 

–  Chce  się  panu  pić?  –  zapytał  chłopak  grzecznie,  jakby  czytał  w  jego  myślach.  Snape  przytaknął. 

Chłopak ostrożnie uniósł słój i pomógł swojemu nauczycielowi się napić. Po kilku łykach Snape dał znak 
ręką. Nie chciał pić za dużo. 

– Musimy oszczędzać wodę – wyjaśnił. – Nie dadzą nam jej codziennie. Jeżeli dobrze pamiętam, jedno 

naczynie musi wystarczyć na trzy dni. 

– Trzy dni?! Ale…! – zawołał chłopak głośno. 

background image

– Cisza, Potter – warknął Snape. – Tak, na trzy dni. Rozboli mnie głowa, jak będziesz tak wrzeszczał mi 

nad uchem. 

– P–przepraszam – wyjąkał Harry. 
Siedzieli przez kilka minut w ciszy. W końcu Harry zapytał: 
– Proszę pana, czy wie pan coś o tym miejscu? Gdzie my jesteśmy? Zginiemy? 
Chłopak  zobaczył,  jak  na  twarz  profesora  wypływa  szyderczy  uśmieszek.  Snape  odparł  poirytowanym 

głosem: 

– Wydaje mi się, że wiesz gdzie jesteśmy, czyż nie Potter? Sam powiedziałeś, że jesteśmy uwięzieni w 

Koszmarnym Dworze. i odpowiedź na ostatnie pytanie: tak, zginiemy. 

Harry  wzdrygnął  się.  No  cóż,  znał  odpowiedź, wiedział  to  już  wczoraj,  kiedy  go  złapali  i  wszystko  to 

była jego wina. Ucieczka od Dursleyów pociągnie za sobą kolejną śmierć. Śmierć Snape’a. 

Chciał porozmawiać z Mistrzem Eliksirów. Musiał go przeprosić. 
– Proszę pana… – zaczął, ale Snape znowu na niego burknął. 
– Zamknij się, Potter. 
To  zabolało.  Te  trzy  słowa  spowodowały  więcej  bólu  niż  wczorajsze  tortury.  Ale  mógł  to  zrozumieć. 

Snape  też  wiedział,  że  to  wszystko  wina  Harry’ego.  Jeżeli  chciał  umrzeć  w  ciszy,  bez  głupich  pytań  i 
przeprosin, to należało mu dać taką możliwość. 

Harry poczuł zawroty głowy. Musiał znaleźć miejsce do spania, coś wygodniejszego niż podłoga. Cóż, 

nie widział łóżka ani niczego co by je przypominało. Nie było tu żadnych mebli. Co było robić? Postanowił 
zostać  w  kącie.  Może  i  kąt  nie  był  wcale  wygodniejszy  czy  cieplejszy,  ale  dawał  przynajmniej  pewne 
poczucie bezpieczeństwa. Zwrócił się w stronę najbliższego rogu. W następnej  chwili zatrzymał  go nagły 
ból w krzyżu. i coś jeszcze: żebra. Pomacał klatkę piersiową. Ból powiększył się. Miał połamane żebra… 

– Nie masz połamanych żeber, Potter – usłyszał zimny głos profesora.  – Myślę, że tylko pęknięte. Nie 

chcą, żebyś za szybko umarł albo stracił przytomność. Chcą, żebyś czuł jak najwięcej bólu. Postarają się nie 
zranić cię za bardzo. 

Głos Snape’a był pełny goryczy. Harry rozgniewał się. 
– Rozumiem. Ale nie pytałem pana. Proszę zostawić mnie w spokoju. 
W celi zapadła nieprzyjemna cisza. Po wypowiedzeniu ostatniego słowa Harry żałował, że się odezwał, 

ale było już za późno. Westchnął i dotarł do najbliższego kąta. Przewrócił się na podłogę i wszystko stało się 
czarne. 

Snape  był  zły  na  siebie.  Mieli  umrzeć  przez  chłopaka.  Nie  tylko  przez  chłopaka,  upomniał  się.  Miał 

wybór i zdecydował się pomóc Potterowi. Nie miał więc prawa obwiniać chłopaka. Musiał mu pomóc jak 
tylko potrafił. To miała być długa droga, a oni mieli ją przebyć razem. 

To  musiało  być  straszne  dla  chłopca,  aby  umrzeć  w  takim  miejscu,  sam  na  sam  z  najbardziej 

znienawidzoną osobą w jego życiu. Snape westchnął. Chciał jakoś ulżyć Potterowi, a to nie miało być łatwe. 
Nie czuł już do niego nienawiści, ale nadal go nie lubił. Irytujący, mały głupek, nic więcej. Ale skazany na 
śmierć… W dodatku jego uczeń, a przysięgał dyrektorowi chronić powierzone jego opiece dzieci. 

Przynajmniej nie musiał wracać do Hogwartu i powiadamiać Albusa o wszystkim. i nie musiał spędzić 

bezsennej  nocy  przypominając  sobie  w  kółko  tortury,  czując  się  winnym,  nie  musiał  spojrzeć  w  oczy 
przyjaciołom głupka na lekcjach, ani uczestniczyć w niekończących się radach pedagogicznych dotyczących 
śmierci  Pottera,  znosić  pełnego  podejrzeń  i  nieufności  wzroku  pozostałych  nauczycieli.  i  zawiedzenia  w 
oczach Albusa. W końcu dostanie to, na co zasłużył. Nic mniej, nic więcej. 

On  –  arogancki,  wstrętny  drań  zapłaci  za  wszystko,  co  zrobił.  Tym  razem  zapłaci.  Całkowicie.  Za 

wszystko. i może na końcu umrze bez poczucia winy i po śmierci będzie mógł spać bez koszmarów. Jego 
tortury  będą  jak  oczyszczający  rytuał,  pokuta  za  wszystkie  złe  czyny.  Może  będzie  w  stanie  odzyskać 
spokój, który stracił wiele lat temu… 

Choć  z  drugiej  strony  nie  był  pewien,  czy  kiedykolwiek  zaznał  spokoju.  Może  przez  krótkie  chwile, 

kiedy był z Quietusem… czasami z Albusem, jedyną osobą na świecie, która go nie nienawidziła. 

background image

Ale teraz może znów mógłby go zaznać. 
Ból oczyszcza. Pragnął oczyszczenia. Pragnął zasłużonej kary za wszystko, co zrobił. i był pewien, że ją 

otrzyma. Czarny Pan już o to zadba. 

Pogrążony w swoich myślach, siedział tak długi czas. Poczuł spokój i ulgę, i gdzieś w głębi serca czuł się 

szczęśliwy. 

Szczęśliwe dni w piekle. Jego szczęśliwe dni w piekle dopiero się zaczynały. 
Po dwóch godzinach usłyszał cichy jęk z rogu Pottera. Poczuł litość. Tak, chłopak na pewno cierpiał. A 

on nie mógł mu pomóc. Nie, bez różdżki i swoich eliksirów nie mógł nic zrobić. 

Sprawdził  kieszenie,  choć  był  pewien,  że  zabrali  mu  wszystko.  Rzeczywiście.  Jego  kieszenie  były 

porozrywane  i  puste.  Żadnych  małych  buteleczek  z  leczniczymi  eliksirami,  żadnej  różdżki,  żadnego 
jedzenia. 

Och, jedzenie. Trudno będzie się przyzwyczaić do niejedzenia. Sama koncepcja wydawała się dziwaczna. 

Nie zje już nic więcej w swoim życiu. Nigdy. Jakie to dziwne! Przypomniały mu się posiłki w Wielkiej Sali. 
Bożonarodzeniowe  uczty,  pyszne  zupy,  sok  dyniowy…  Uśmiechnął  się.  Gdyby  uczniowie  wiedzieli  jak 
bardzo lubił sok dyniowy! Cóż, może z odrobiną whisky… czasami po kolacji, w swoim pokoju w lochu. 

Wydawało się to takie odległe… On, siedzący wygodnie przed kominkiem, ze szklanką drinku z sokiem 

z dyni w ręku, patrzący w ogień, z dobrą książką na kolanach… ciekawą książką o eliksirach albo ziołach… 
albo magicznych zwierzętach. To było jak niebo. 

Niebo z koszmarami. 
A  przecież  nigdy  nie  był  tam  szczęśliwy.  Musiał  zostać  złapany  przez  Największego  Bydlaka,  aby 

znaleźć utracone szczęście… razem z Harrym Potterem, synem swojego zaprzysiężonego wroga… 

Prawda…  Potter.  Miał  coś  do  zrobienia.  Przysiągł  sobie,  że  nie  skrzywdzi  chłopca  –  fizycznie, 

emocjonalnie  ani  psychicznie,  już  nigdy  więcej.  Postara  się  mu  pomóc.  Potter  był  przecież  głównym 
powodem jego szczęścia, czyż nie? 

– Potter, nie śpisz? – zapytał cicho. 
– Nie – odpowiedział niechętny głos z kąta. 
Snape  uśmiechnął  się  z  przekąsem.  Nie  miał  ochoty  rozmawiać  z  chłopakiem,  ale  to  było  konieczne. 

Musieli  jakoś  dojść  do  porozumienia.  Wystarczy  im  ból  spowodowany  torturami,  nie  muszą  ranić  się 
jeszcze bardziej swoim zachowaniem. 

–  Czujesz  się  lepiej?  –  westchnął.  Cóż,  dziwnie  się  czuł  w  tej  roli.  Wstrętny  drań  pytający  Pottera  o 

zdrowie! 

–  Nie  –  odparł  chłopak  jednym  słowem.  Znaczyło  to:  „Nie  chcę  z  tobą  rozmawiać.  Zostaw  mnie  w 

spokoju!” 

Snape  mógł  zrozumieć  niechęć  chłopca.  Po  czterech  latach  wspólnie  spędzonych  w  Hogwarcie  miał 

wystarczający powód, aby go nienawidzić. Po wczorajszym… 

Nagle  Snape  poczuł  się  winny  z  powodu  swojego  wcześniejszego  zachowania.  Wspomnienie 

wczorajszego  popołudnia  powróciło.  Dlaczego  nienawidził  tego  chłopaka?  z  powodu  głupich  dowcipów, 
robionych przez jego ojca? Jego martwego ojca.  Martwego.  i chłopak nie był  tu  w niczym  winny. Był  też 
synem Lily. Lily – ona też nie żyła. Oboje: James i Lily. 

Nagle coś sobie uświadomił: chłopak był sierotą. Ta myśl wydawała się osobliwa. Oczywiście wiedział o 

tym… ale teraz to również zrozumiał. To było bardzo nieprzyjemne uczucie. 

Ile  razy  prześladował  chłopaka,  wypominając  mu,  że  jego  ojciec,  jego  martwy  ojciec,  był  aroganckim 

dupkiem?  To  musiało  być  naprawdę  przyjemne  dla  niego,  rzeczywiście.  Musiał  przyznać:  sam  był 
aroganckim dupkiem przez długie lata. i teraz należało coś z tym zrobić. 

Ale co miał mu powiedzieć? i jak? (I po co? – zapytał cichy głosik w jego głowie, ale go zignorował.) 
Po tym wszystkim, co zrobił, musiał znaleźć sposób by pomóc Potterowi. 
Po  czterech  latach  psychicznego  znęcania  się  i  po  zaklęciu  Tormenta,  po  eliksirze  Zabawa  Kośćmi  i 

Zaklęciu Noży. Był to mu winien. 

background image

Ale jak miał zacząć? 
Zauważył, że jego własne myśli były mu obce. Nigdy tak naprawdę o nikogo nie dbał. Oprócz Quietusa, 

ale to było co innego. Naprawdę był sukinsynem. Może te myśli były częścią jego oczyszczenia… Musiał 
coś  z  tym  zrobić,  został  zmuszony.  Zmuszony  przez  pierwszą  przysięgę  złożoną  Dumbledore’owi  na 
Quietusa  oraz  przez  drugą  złożoną  Lily  na  to  samo  imię.  Wszyscy  brali  od  niego  przysięgi  na  to  imię… 
Wiedzieli… 

Harry leżał na podłodze i rozmyślał. Czemu ten drań chciał z nim rozmawiać? A z drugiej strony: on sam 

musiał z nim porozmawiać. Przeprosić. A łatwiej było rozmawiać, jeżeli profesor też wykazywał ochotę do 
rozmowy. Odchrząknął. 

– Mmm… profesorze? – zaczął ostrożnie. 
– Tak? – zapytał mężczyzna zadziwiająco spokojnym i cichym głosem. Co się stało…? 
– Ja… Ja chciałem… – Nie mógł dokończyć. Wypowiedzenie słów wydawało się takie proste, ale na głos 

wszystko było… inne. Nic nie znaczące? 

–  Kontynuuj,  Potter  –  powiedział  ten  sam  głos.  Nie  był  chłodny.  Nie  był  też  neutralny.  On  był… 

cieplejszy? Niesamowite. 

Harry westchnął. 
–  Chciałem  przeprosić  –  powiedział  nagle.  Zauważył  zdziwienie  mężczyzny.  Snape  spojrzał  w  jego 

stronę i zmrużył brwi. 

– Co? – Snape nie wierzył własnym uszom. Co tu się działo? To on chciał przeprosić! 
– Chciałem pana przeprosić – rzekł chłopak ponownie. 
– Dlaczego? – burknął zmieszany Snape. 
– To wszystko to moja wina… To, że pan jest w takiej sytuacji. – To było bardzo trudne do powiedzenia. 

Strasznie trudne. Zwłaszcza Snape’owi. 

Cisza. 
– Mmm, y… cóż… – Snape nie wiedział, co powiedzieć. W końcu zrozumiał, o co chodziło chłopcu, ale 

jak  miał  mu  wyjaśnić,  że  ta  sytuacja  wcale  go  nie  irytowała?  –  To  chyba  nie  ma  znaczenia,  Potter  – 
dokończył. 

Harry wstrzymał oddech. Czy Snape zwariował? Czy to był efekt tortur? Albo… Co tutaj się dzieje? 
Dwaj zmieszani ludzie patrzyli na siebie w mrokach celi. 
– Ale pan zginie przeze mnie – dodał spokojnie Harry. 
– No cóż… Ja tak nie uważam – w końcu udało mu się powiedzieć. – To była również moja decyzja, o ile 

dobrze pamiętam. 

Ponownie  długa  cisza.  Nie  była  jednak  niemiła.  To  była  dziwna  cisza,  nieznana,  ale  niezupełnie 

nieprzyjemna. 

Wreszcie Snape westchnął. 
– Ja też chciałem przeprosić. 
Teraz to chłopak wstrzymał oddech. 
– Co? 
–  Zaklęcia,  których  wczoraj  użyłem…  -  Zauważył,  że  chłopak  drgnął,  jakby  z  bólu.  –  Ja…  Ja  nie 

chciałem cię skrzywdzić aż tak bardzo. Ja… Ja tylko… Próbowałem grać na zwłokę  – dodał cicho Snape, 
ale Harry mu przerwał. 

–  W  porządku,  profesorze  –  rzekł  nagle.  –  Nie  chcę  o  tym  znowu  mówić.  –  Wzdrygnął  się.  – 

Wystarczyło, że wczoraj musiałem je znosić. i starczy, że jutro też pewnie będę musiał je znieść. 

Snape  zamrugał.  Skąd  ten  chłopak  mógł  to  wiedzieć?  I…  jak  on  mógł  być  taki…  taki…  poważny? 

Inteligentny? 

Stop, stop. Jeszcze wczoraj go nienawidził. Przestał go nienawidzić po wczorajszym. Ale nie musiał go 

dzisiaj wielbić! Na pewno nie! 

background image

A  z  drugiej  strony…  Musiał  stwierdzić,  że  był  w  błędzie  przez  te  wszystkie  lata.  Nie  rozumiał  tego 

chłopaka. Albo po prostu nigdy nie usiłował go zrozumieć. Na przekór przysiędze złożonej Lily. Bronił go, 
ale nigdy nie chciał poznać osoby, która przysiągł bronić. Dobra robota! 

Po kilku minutach Harry odezwał się. 
– Dlaczego jest pan taki… uprzejmy dla mnie? 
Snape wzruszył ramionami. 
–  Potter,  po  pierwsze  nie  jestem  uprzejmy.  Nigdy.  Nigdy  nie  byłem  i  nigdy  nie  będę.  Zrozumiano?  – 

zapytał  dziwnym  tonem.  Harry  przytaknął  zdziwiony,  nie  widział  czy  się  zaśmiać  czy  nie.  –  Po  drugie: 
zginiemy tutaj. Albo inaczej: zginiemy tutaj razem. Myślę, że chcę umrzeć w spokoju. W spokoju ze sobą i, 
jeżeli to możliwe, to w spokoju z tobą. Zrozumiano? 

– Całkowicie – Harry lekko się uśmiechnął. 
To zapowiadało się interesująco. 
Ale jak im się to miało udać? 
*** 
Dumbledore siedział w swoim fotelu i próbował odpowiedzieć na listy, które otrzymał dzień wcześniej. 

Część z nich dotyczyła następnego roku szkolnego, szczególnych wymagań rodziców względem ich dzieci, 
pytania  o  różne  przedmioty  (głównie  dotyczące  tożsamości  nowego  nauczyciela  obrony)  i  protesty 
przeciwko słowom, jakie wypowiedział podczas uczty pożegnalnej o powrocie Voldemorta. Dostał też wiele 
pytań od byłych uczniów dotyczących przyszłości. Co powinni robić? Jak powinni zareagować? Co powinni 
powiedzieć  swoim  dzieciom?  Jak  mieli  je  bronić  w  takich  czasach?  Czy  opłacało  się  opuścić  kraj  i 
zamieszkać w innych, prawdopodobnie bezpieczniejszych, częściach świata? 

Wiele, wiele takich pytań. 
Był również list od Knota, który Dumbledore zdecydował się przeczytać jako ostatni. Podejrzewał, że to 

było  coś  dotyczącego  Pottera,  Voldemorta  i  może  Snape’a.  Być  może  prośba  w  wyrzucenie  Mistrza 
Eliksirów, ze względu na jego przeszłość, albo coś w tym rodzaju. Na pewno, Knot był głupcem. 

Z westchnięciem sięgnął po list. 
W  pierwszym  momencie  poczuł  ulgę.  Zidiociały  minister  nie  chciał  nic  od  jego  Mistrza  Eliksirów.  Z 

drugiej  strony  wiadomość  była  dość  niepokojąca.  Knot  chciał,  aby  Potter  został  „przesłuchany”  przez 
Ministerstwo w sprawie śmierci Cedrika. Dumbledore’owi nie podobał się ten pomysł. Pamiętał opowieść 
Severusa  o  przesłuchaniach  w  ministerstwie.  Pamiętał  rany  i  siniaki  na  plecach  Mistrza  Eliksirów.  Rany 
zadane przez aurorów. Merkury nigdy nie przejmował się wyrzutami sumienia, gdy chodziło o Voldemorta i 
jego sługi. Nic dziwnego, że Minerwa… przerwał myśl. Miał inne sprawy na głowie. 

Nagle  poczuł  wyrzuty  sumienia  z  powodu  pomysłu  przyjęcia  Moody’ego  do  szkoły  jako  nauczyciela 

obrony.  Severus  był  wtedy  bardzo  urażony.  Na  pewno  czuł  się  zdradzony.  To  była  jego,  Dumbledore’a, 
wina.  Gdyby  nie  zaprosił  aurora  jako  nauczyciela  OPCM  w  zeszłym  roku,  Voldemort  nie  stałby  się  tak 
silny.  Oczywiście,  był  pewien,  że  Voldemort  wróciłby  również  bez  krwi  Harry’ego,  ale  ochrona 
zaoferowana przez krew chłopaka uczyniła go silniejszym niż przedtem. 

Mistrz Eliksirów powiedział to samo po powrocie od Śmierciożerców. 
A teraz Ministerstwo chciało „przesłuchać” Harry’ego. Co oni tak naprawdę chcieli zrobić z chłopcem? 

Ogłosić, że jest psychicznie chory? Zamknąć w Azkabanie? Albo… Dlaczego? 

Był tak pogrążony w myślach, że zupełnie zaskoczyła go duża, brązowa sowa, która upuściła list na jego 

biurko. 

Zwykła, zrolowana kartka z czerwoną pieczęcią. Pilne. 
Szybko  otworzył  list.  Był  od  Artura  Weasleya,  natychmiast  rozpoznał  pismo.  Może  dawał  jakieś 

wyjaśnienie na temat planów Knota względem Harry’ego. 

Nie. Ten list nie był na temat planów ministra. Był jednak o Harrym. 

background image

Albusie, 
rodzina Harry’ego zgłosiła wczoraj wieczorem, że chłopiec zniknął bez śladu. Powiedzieli, że 

po kłótni rodzinnej uciekł z domu i odtąd go nie widzieli. To było wczoraj po południu, koło 
16:30. 

Czy wiesz coś o jego obecnym miejscu pobytu? Naprawdę mam nadzieję, ze go zabrałeś. Jeżeli 

to nie ty, to jestem pewien, że Sam Wiesz Kto go złapał. Harry jest wystarczająco mądry, aby dać 
nam znak, jeśli jest nadal wolny. Co powinniśmy zrobić? 

Z poważaniem, 
Artur.  

Dumbledore spojrzał na zegarek. Była 14:46. Panika na chwilę nim zawładnęła. 
Znał tylko jeden sposób by dowiedzieć się, czy rzeczywiście Voldemort złapał chłopca. Severus. 
Zaaferowany  Dumbledore  zszedł  do  lochów.  Kiedy  zatrzymał  się  przed  drzwiami  do  pokoju  Mistrza 

Eliksirów, przekonał się, że profesora tam nie ma. 

Snape’a nie było również w całym budynku. 
Miał  złe  przeczucie.  Harry  Potter  zniknął.  Severus  Snape  również  zniknął.  To  mogło  oznaczać  tylko 

jedno. To, czego Artur Weasley się obawiał: Voldemort. 

3. SENS ŻYCIA 

Po pierwszym, prawie spokojnym dniu, mieli długą i ciężką noc. 
Leżąc na podłodze celi, Severus Snape rozmyślał nad nocnymi torturami. Cóż, miał rację, kiedy myślał o 

bólu jako o narzędziu do oczyszczenia i, na Merlina, miał dużo na sumieniu. Cholera!  Naprawdę dokonał 
straszliwych  i  niewybaczalnych  zbrodni,  więc  w  zupełności  zasługiwał  na  to,  co  otrzymał.  Każdy  cios, 
kopniak i klątwa. Wszystko, od pierwszej chwili do ostatniej. 

Ale Potter… 
Przypadek  Pottera  był  zupełnie  inny.  Jego  „grzechy”  –  grzechy?  śmieszne!  –  były  niczym  więcej  jak 

drobnymi  afrontami,  niewielkimi  wybrykami  i  łamaniem  niektórych  szkolnych  reguł.  A  mimo  to  był 
torturowany z większym okrucieństwem niż on – zdrajca. 

Podczas tortur czuł jak jego gniew wzrasta i wzrasta, w miarę jak słyszał wrzaski przez ścianę (nie byli w 

tej  samej  celi  tortur).  Nie  mógł  po  prostu  rozmyślać  i  cierpieć  w  ciszy.  Chłopak  był  głośniejszy  niż 
ktokolwiek,  kogo  kiedykolwiek  słyszał.  To  duży  błąd.  Jeżeli  pokazywało  się,  jak  łatwo  ulegało  się 
cierpieniu, torturowanie coraz bardziej podniecało oprawców. Głupi chłopak…! Dlaczego ściągał na siebie 
uwagę? 

Ale  w  końcu,  kiedy  został  zmuszony  do  przyniesienia  chłopca  z  powrotem  do  ich  celi,  zaczął 

podejrzewać, że coś jest nie tak. W momencie, w którym wszedł do  tamtej komnaty zrozumiał wszystko. 
Jego tortury zdawały się być wspaniałą zabawą, dobrą rozrywką w porównaniu z cierpieniami chłopca. 

Próbował  trzymać  Pottera  najostrożniej  jak  potrafił,  ale  to  nie  było  łatwe  zadanie.  Dzieciak  nie  miał 

chyba  żadnej  części  ciała  nietkniętej.  Kiedy  go  podniósł,  zielone  oczy  otworzyły  się  na  chwilę,  a  potem 
ciało chłopca zwiotczało w jego ramionach. 

Snape’a zadziwiła ulga widoczna w oczach chłopca. Potterowi ulżyło, kiedy go zobaczył? Intrygujące. 
Po  bardzo  długiej  drodze  do  lochów  chciał  położyć  Pottera  na  podłodze,  ale  chłopak  niespodziewanie 

chwycił za jego ubranie (ubranie… znowu śmieszne: resztki ubrania) i trzymał mocno. 

– Proszę, nie – jęknął cicho. 
Zdziwiony  mężczyzna  nie  wiedział  co  zrobić  z  dzieckiem.  Na  szczęście  chłopak  od  razu  stracił 

przytomność i Severus mógł położyć go na podłodze i usiąść obok niego. Nie mógł potem zasnąć. z bólu? 
Oczywiście,  że  nie.  Przywykł  do  niego.  Nie,  z  powodu  zachowania  Pottera.  A  może  raczej  z  powodu 
własnej reakcji na nią? 

background image

Ich  wspólne  przeznaczenie  mogło  wywołać  takie  rzeczy  jak  miłość,  troska,  przywiązanie…  Cierpienie 

miało  na  niego  wpływ,  pomimo  jego  naturalnego  grubiaństwa  i  chłodu.  Tak,  naprawdę  był  grubiańskim, 
zimnym bydlakiem. To co okazywał w szkole względem uczniów i kolegów nie było udawane. Jego decyzja 
o  opuszczeniu  Czarnego  Pana  nie  była  konsekwencją  jego  dobrego  serca,  nie,  zupełnie  nie!  Miał  inny 
motyw, silniejszy niż jakiekolwiek porywy serca czy wyrzuty sumienia. 

Albus wiedział o tym i  to było  powodem,  że wierzył  mu  bardziej niż komukolwiek innemu. Gdyby to 

było  zwykłe  przejście  na  drugą  stronę,  dyrektor  nigdy  nie  przyjąłby  jego  propozycji  szpiegowania 
Voldemorta. Nie. To nie było nawrócenie. To była decyzja. Beznamiętna decyzja o zmianie stron. 

Beznamiętna? 
Nakazał sobie przestać. To była niebezpieczna myśl. 
Niemniej szczęśliwie się złożyło, że nie będzie musiał mierzyć się z konsekwencjami tej przypadkowej 

odmiany uczuć w stosunku do młodego Pottera. To byłoby naprawdę ciekawe: on i Potter ramię w ramię… 
Och,  nie.  Na  szczęście  umrą  tutaj  wraz  ze  swoimi  zmienionymi  uczuciami,  które  pozostaną  ukryte  dla 
wszystkich. 

Zmienione uczucia? Wzdrygnął się nagle. Jego uczucia względem małego głupka zmieniły się? 
Zamknij  się,  Sever,  odezwał  się  w  jego  głowie  głosik,  przypominał  mu  Quietusa.  To  już  się  stało.  Nie 

pamiętasz? Pierwszego wieczoru… niewytłumaczalne zachowanie chłopaka i przebudzenie po tym. Tak. Ty 
naprawdę zmieniłeś swoje uczucia względem niego. i pamiętaj, co mu powiedziałeś.
 

Oczywiście, to nie był głos Quietusa. To tylko resztki jego sumienia. 
Snape  westchnął.  Będzie  musiał  przywyknąć  do  zmienionego  świata.  Już  nie  był  oprawcą  lecz  ofiarą, 

znienawidzony  syn  jego  zaprzysiężonego  wroga  stał  się  kimś…  cennym?  Śmieszne!  Lepiej  powiedzieć 
„ważnym”. Ale z drugiej strony… Nie. Lepiej się nad tym nie zastanawiać. Medytacje zbytnio zajęły mu 
myśli o tych wszystkich emocjach, wywołanych dwoma dniami tortur. 

Odwrócił głowę w stronę chłopca. 
Potter ocknął się już, wzrok utkwił w ciemnym suficie. 
– Boję się, że mi się nie uda – powiedział spokojnie, kiedy zauważył, że profesor się poruszył. 
– Co, Potter? – zapytał słabo Snape. 
– To wszystko. Tortury. Złamię się. Będę błagał Voldemorta, aby mnie zabił. On miał rację. – Jego głos 

pozostał neutralny, wyprany z emocji. 

Snape poczuł nieprzyjemny ucisk  w okolicy żołądka. Nie. Chłopak nie powinien mówić takich rzeczy. 

Otworzył usta, aby go uciszyć, ale nagle zmienił zamiar. 

– Chce ci się pić? 
Chłopiec spojrzał na niego z zaciekawieniem. Snape poczuł ulgę. Potter miał jeszcze uczucia, chociażby 

ciekawość. To nie był koniec. Jeszcze nie. 

Ale po krótkiej chwili wzrok chłopca znowu powrócił na sufit. 
– Nie. 
– Musisz pić – powiedział Snape najmilszym tonem, na jaki mógł się zdobyć. 
– Po co… – To nawet nie było prawdziwe pytanie. To były tylko… słowa. Puste słowa. Mimo to Snape 

odpowiedział. 

– Straciłeś zbyt dużo krwi. 
– Zauważyłem. 
– Zaklęcia lecznicze, które rzucili na ciebie, nie zadziałają, jeśli będziesz odwodniony. 
– Oni chcą tylko przedłużyć moje cierpienie tymi zaklęciami. 
– Mimo wszystko powinieneś wypić kilka łyków. 
– Nie. 
Tym razem Mistrz Eliksirów już się rozgniewał. 
– Potter! – warknął. 

background image

– Tak. – Monotonny głos, pozbawiony życia. Snape przełknął ślinę. Gniew przerodził się w niepewność. 

Źle to wyglądało. Bardzo źle. 

Wstał, poszedł do drzwi, wziął słój i przyklęknął obok chłopca. 
– Powinieneś się napić – powiedział łagodnie, wsuwając jedną rękę pod jego ramiona. Pomógł Potterowi 

usiąść,  a  drugą  ręką  uniósł  dzban  do  jego  ust.  Cholera,  naczynie  było  zbyt  ciężkie,  ręce  mu  się  trzęsły. 
Chłopak znowu popatrzył na niego. 

– Przepraszam pana. Nie chcę pić, nie jestem spragniony. 
– Musisz – powiedział kategorycznie. – i się napijesz. 
Dzban zadrżał w jego ręku. Efekt tortur. 
– Nie. 
– Tak. 
Jak w przedszkolu, pomyślał Snape. 
Wreszcie ten durny Potter otworzył usta i przyjął kilka łyków. Nauczyciel westchnął. To nie było proste 

zadanie.  Bardziej  skomplikowane  niż  ten  cały  cholerny  Turniej  Trójmagiczny  czy  uwarzenie 
Wielosokowego. Odstawił dzbanek na podłogę i powoli położył chłopaka z powrotem. Chwycił naczynie i 
sam się trochę napił, następnie powrócił myślą do chłopaka. 

– Co oni ci zrobili? – zapytał w końcu neutralnym głosem. 
– To nie ma znaczenia. – Znowu ta cholerna monotonia. 
– Potter. To ma znaczenie. 
– Nie. Voldemort miał rację. Jestem słaby. 
– Nie, Potter. z całą pewnością nie jesteś. Nie kłam. 
– Nie kłamię. Długo nie wytrzymam. 
– To była dopiero druga runda. Nie możesz tak szybko się poddać! 
– Dlaczego nie? – Chłopak wzdrygnął się. – Nie uważam, że istnieje jakiś przepis czy prawo, który tego 

zabrania. 

– Chcesz zadowolić Czarnego Pana? 
– Jest mi wszystko jedno. 
Te słowa wstrząsnęły Snape’em. To nie mogła być prawda. A z drugiej strony… czemu nie? Potter był 

tylko  piętnastoletnim  chłopcem.  To  nie  powinno  być  dla  niego  zaskoczeniem.  To  było  po  prostu… 
rozczarowujące. 

–  Dlaczego  uważasz,  że  to  nie  ma  znaczenia?  –  zapytał  zmęczonym  głosem.  Nagle  poczuł  się  stary  i 

wyczerpany. Czemu zmuszał się do wspierania chłopaka? i czy mu się to uda? 

– Umrę. 
– Nie myśl, że jeśli się poddasz to nie umrzesz. 
– Wiem. Ale nie będę musiał cierpieć tygodniami. To będzie krótkie. Zielone światło i koniec. 
– Potter… 
– Zielona błyskawica – ciągnął chłopak, nie zważając na Snape’a. – Taka jak ta, która zabiła moją matkę 

i mojego ojca. Jak ta, która zabiła Cedrika. Umrę jak pająk Barty’ego Croucha… – Ton jego głosu nie był 
sarkastyczny. Nie był gorzki. Był pusty jak głęboka, ciemna dziura. 

Działo się coś bardzo złego. Snape był zaniepokojony. 
– Potter. Nie mów takich rzeczy. 
– Dlaczego nie? Ja już nie chcę żyć. 
– z powodu tortur…? – spróbował ostrożnie. 
Wyraz twarzy chłopca zmienił się nieznacznie. 
– Nie – odrzekł po kilku sekundach. – Nie tortur. Nie tylko tortur. 
– Czy mógłbyś mi więc powiedzieć… 
– Czemu nie? – odpowiedział Potter natychmiast. – Myślę, że ma pan prawo wiedzieć, no nie? 

background image

–  Potter,  ja  nie  jestem  twoją  ofiarą.  Zapomnij  o  tym.  To  była  moja  decyzja,  nic  mi  nie  jesteś  winien. 

Zrozumiano? – zapytał gniewnie. Ten cholerny Potter zaczynał go denerwować coraz bardziej. 

– Jasne… - chłopak wzruszył ramionami. 
Znajome  uczucie  głębokiej  dziury  stłumiło  jego  gniew.  Zamiast  tego  pojawiły  się  dziwne,  mieszane 

emocje. Odrobina zmartwienia zmieszana z innymi emocjami, których nie był do końca pewien. 

Ale  strapienie  stawało  się  coraz  wyraźniejsze.  Usiadł,  chociaż  wiązało  się  to  z  zawrotami  głowy  i 

nudnościami, ale za wszelką cenę chciał zobaczyć oczy chłopca. 

– Potter, w czym problem? – zapytał poważnie. 
– Wszystko nie ma znaczenia – powiedział chłopak tak cicho, że ledwo go było słychać. 
– Wszystko? Co masz na myśli mówiąc wszystko? 
– Życie. Moje życie. 
– Wiesz, że to nieprawda. 
– Wiem? – Chłopak nagle zaczął się gorzko śmiać. – Nie, profesorze. Ja wiem, że to prawda. 
Snape nic nie powiedział, tylko patrzył na chłopca z zaintrygowaniem. Harry westchnął. 
– Nie wiem, czy potrafię wyjaśnić, co czuję. Może nie. Ale i tak spróbuję. Dobrze? 
Snape przytaknął. 
– Myślę, że życie ma sens, kiedy ma się miejsce, do którego można powrócić. 
– Miejsce? – dopytał się Mistrz Eliksirów. 
– Nie fizyczne miejsce – westchnął Harry. – Raczej coś jak… rodzina. Dom. 
Snape uniósł brwi. 
– Ale… ty to masz, prawda? 
Po raz pierwszy tego dnia silne emocje odbiły się na twarzy chłopca. 
– Och, rzeczywiście – powiedział kwaśno. – Jeżeli ma pan na myśli dom jako miejsce zamieszkania. W 

tym znaczeniu mam dom. 

–  Och…  –  profesora  zamurowało.  Co  mógł  odpowiedzieć?  Nic  nie  wiedział  o  jego  życiu  rodzinnym 

chłopaka i nie był pewien, czy teraz jest dobry czas na pytanie o to. 

–  Cóż,  nie  mam  miejsca,  do  którego  mógłbym  wrócić.  Nigdy  nie  miałem.  –  Te  słowa  potwierdzały 

przypuszczenia profesora. 

– A twoi przyjaciele? – Spróbował z innej strony. 
Harry westchnął i nagle wyglądał na zmartwionego. Snape poczuł wielką ulgę. To był jakiś postęp! 
– Cóż… oni zawsze byli przy mnie… Albo przynajmniej się starali, ale… – przerwał, wyraz zmartwienia 

nie zniknął jednak z jego twarzy. 

– Ale? – zapytał Snape po chwili. 
– To są dzieci, profesorze. – Harry spojrzał spokojnie na znieruchomiałego Snape’a. 
Zrozumiał, co chłopak chciał przekazać i to nim wstrząsnęło. Nie czuł się na siłach by prowadzić dalej tę 

rozmowę. Stracił argumenty. Piętnastoletni chłopak… pokonał  go. Pokonał  go z łatwością, by nie rzec: z 
wdziękiem. Bez żadnego wysiłku. Nie był przyzwyczajony do czegoś takiego. 

Nagle Harry zaczął się śmiać, wyrywając Snape’a z zamyślenia. 
– Co się stało, Potter? – spytał zdezorientowany mężczyzna. 
– Ja… ja tylko… zobaczyłem pana minę… 
Snape uśmiechnął się. Mógł sobie wyobrazić ten wyraz twarzy. 
– Potter, w życiu jest więcej rzeczy niż tylko dom i rodzina. – Nagle powrócił do przerwanej rozmowy. 
– Naprawdę, proszę pana? 
Snape  z  ulgą  zauważył,  że  chłopak  był  w  lepszym  stanie.  Ale  słyszał  niedowierzanie  i  pustkę  w  jego 

głosie. 

– Poważnie, Potter. Wierz mi. Ja po prostu wiem. – Zamilkł. Nie rozumiał sam siebie. Czemu dołączał 

osobiste wzmianki do tej cholernej rozmowy? 

background image

– A czym są te inne rzeczy? – usłyszał zaciekawiony głos Harry’ego. Ciekawość? Dobry znak. Spojrzał 

na leżącego obok chłopca. 

–  Wnętrze.  Istotne  wartości.  Rzeczy,  które  czynią  z  ciebie  takiego  człowieka,  jakim  jesteś.  Tak  jak 

powiedziałeś Voldemortowi, nie sprzedasz swojej duszy. 

– Ma pan na myśli moją duszę? 
Snape przytaknął. 
– Tak. Mam na myśli wszystko, co jest w tobie: twoje uczucia, wiedzę, mądrość, wartości, decyzje, to 

kim jesteś. To ważniejsze niż takie rzeczy jak dom czy kochający ludzie. 

Zapadła długa cisza. Mężczyzna dostrzegał niepewność chłopaka i sam zaczął powątpiewać w słuszność 

swojej  tezy. Czy to  prawda, że wewnętrzne wartości  mogły dać powód  do życia? Myślał o swoim  życiu, 
pozbawionym  domu  i  kochających  ludzi…  Jasne,  były  w  nim  ważne  wydarzenia,  ale  od  śmierci  Quietusa 
wszystko straciło kolor, znaczenie i cel wyblakły. 

– Cóż… – zaczął Harry, brzmiał tak niepewnie, jak Snape się czuł. – z jednej strony, rozumiem co ma 

pan na myśli. z drugiej nie zgadzam się z tym. 

– Tak? – spytał ciekawie. Czyżby chłopak mógł dodać jakiś argument do nagłej wewnętrznej rozterki? 
Harry głęboko westchnął. 
– To wydaje się sensowne, żyć dla wewnętrznych wartości. Żeby to ciągnąć ze względu na nie. Ale… – 

Podrapał się w zamyśleniu po szyi. – Czasem potrzeba również jakiejś zewnętrznego wsparcia, dodatkowej 
siły by iść dalej. 

To była prawda. Snape pomyślał o swoich rozmowach z Albusem i Minerwą. 
– Myślę, że ty otrzymujesz to zewnętrzne wsparcie – odpowiedział Snape cicho. 
– Och, rzeczywiście? – W głosie chłopaka dała się wyczuć nutka sarkazmu. 
– Oczywiście. Są ludzie, którzy cię kochają. Nie ma ich tu teraz, ale i tak cię kochają. I… – Jak miał mu 

to wyjaśnić? 

– I? 
– Inny rodzaj sensu życia jest w bólu. 
Chłopak nie roześmiał się, chociaż Snape oczekiwał po nim czegoś takiego. Wydawało się, że myśli nad 

sensem ostatniego zdania. Czy nastolatek mógł zrozumieć takie trudne oświadczenie? Gdy je wygłosił, był 
pewny że nie. Ale… wyglądało na to, że je łapał. 

– Uhm… profesorze  –  rzekł  Harry w końcu.  – Nie jestem  pewien, czy  dobrze pana zrozumiałem.  Czy 

mogę spróbować wyjaśnić jak to rozumiem? 

– Dobrze – powiedział Snape. Chłopak był bardziej inteligentny, niż mógł kiedykolwiek podejrzewać. W 

rzeczywistości właściwie nigdy nie posądzał go o jakąkolwiek inteligencję. – Więc? 

–  Ból  jest  oznaką  mojej…  ważności.  –  Harry  starał  się  wyrazić,  co  miał  na  myśli,  ale  słowa  nie 

przychodziły  mu  łatwo.  Nagle  coś  przyszło  mu  do  głowy.  –  Ból  jest  znakiem  nienawiści.  Być 
nienawidzonym to lepsze, niż być ignorowanym. 

– Wspaniale, Potter. Pięćdziesiąt punktów dla Gryffindoru. 
Harry uśmiechnął się lekko, ale pokręcił głową. 
– Czy nie uważa pan, że pięćdziesiąt punktów to za dużo za taką niedostateczną odpowiedź? 
– Nie, nie uważam. Ale to nie była pełna odpowiedź, masz rację. – Snape uśmiechnął się w odpowiedzi. 
– Tak podejrzewałem – przytaknął Harry poważnie. – Więc proszę, niech pan uzupełni. 
– To jest jedna z najważniejszych rzeczy w twoim życiu, Potter. Więc słuchaj uważnie, co mówię. 
– Dobrze. 
–  Kierunek  bólu  wskazuje  ci,  kim  jesteś.  Jeżeli  to  ty  sprawiasz  ból  komuś,  jesteś  słaby.  Jeżeli  znosisz 

tortury, jesteś silny. Albo lepiej powiedzieć słabszy i silniejszy, bo to zależy od relacji dwóch, albo więcej, 
ludzi. 

– Ból pokazuje, że jestem silniejszy od Voldemorta, nawet jeśli na to nie wygląda? – zapytał chłopak z 

roziskrzonymi oczami. 

background image

– Zdecydowanie, Potter. Ale… – chciał coś dodać, ale chłopak mu przeszkodził. 
– Jestem więc silniejszy również od pana – Harry uśmiechnął się szeroko. 
– Co… Potter… – zaczął groźnie, ale Harry natychmiast mu przerwał. 
– Dręczył mnie pan przez cztery lata. Ja pana nigdy. Pan sprawiał mi ból. Ja to wytrzymywałem. Więc 

jestem silniejszy w naszej relacji. 

To  nie  mogła  być  prawda.  Po  raz  drugi  dzisiejszego  dnia  chłopak  go  pokonał.  Bez  różdżki.  Jego 

argumenty były tak doskonałe i ślicznie skonstruowane, że Snape nie mógł powstrzymać śmiechu. 

To było takie dziwne. Siedzieli w piekle, po całonocnych torturach, Harry Potter i Severus Snape – Złoty 

Chłopiec  Który  Przeżył  i  wstrętny  bydlak  Śmierciożerca  Który  Został  Szpiegiem,  i  śmiali  się  z  tego 
bezczelnego, ale jednak prawdziwego podsumowania. 

To było dziwne, ale dobre. Prawie jak szczęście. 
– Profesorze, czy mogę panu zadać… osobiste pytanie? – zapytał Harry po chwili. 
– Zobaczymy. Zadaj pytanie, a ja zdecyduję, czy zechcę na nie odpowiedzieć – odparł Snape. 
Harry poczuł się nieswojo. Podniósł wzrok na profesora. 
– Jeżeli znał pan taki rodzaj… prawdy o znaczeniu bólu, to dlaczego został pan Śmierciożercą? 
Snape spochmurniał. Przez Harry moment czuł obawę, że profesor rozgniewa się, albo że powróci jego 

znajomy uśmieszek i sarkastyczny ton, lecz Snape zaczął mówić. 

–  Kiedy  byłem  młody,  szukałem  mocy.  I,  jak  wielu  innych,  myślałem,  że  siła  to  możliwość 

kontrolowania  i  rządzenia  innymi  ludźmi.  Od  dzieciństwa  czarna  magia  była  dla  mnie  naturalną  drogą. 
Myślę, że również była to prostsza droga. Chociaż wtedy nie myślałem o czarnej magii jako o łatwiejszym 
sposobie na życie, ale… 

– Jeżeli by pan tak myślał, to pewnie wybrałby pan inaczej – dokończył Harry i Snape był mu wdzięczny 

za to. W rzeczywistości myślał o czymś innym, i nie był pewien, czy zechce się podzielić tym z Potterem. 

– Tak – westchnął. – Pozory zwykle mylą. Ale są oczywiście wyjątki. Sporo czasu zajmuje zrozumienie, 

że nie wszystko jest takie, jakim się wydaje. Że jest wręcz odwrotnie, to w rzadkich przypadkach wygląd nie 
ukrywa nic pod spodem. 

– Voldemort jest wyjątkiem? – zapytał Harry. – Jest dokładnie tym, na co wygląda. 
–  Hm…  tak.  Teraz  tak.  Ale  na  początku  to  nie  było  takie  jasne.  Był  bardzo  przystojny,  wyglądał  na 

idealistę,  który  chce  rozwinąć  inną  stronę  magii.  Sztukę,  jak  to  on  nazywał,  ciemną  stronę.  Miał  wielu 
zwolenników, nie tylko ze Slytherinu, ale i ze wszystkich domów… 

– Ze wszystkich domów? z Gryffindoru też? – Chłopak patrzał na niego z niedowierzaniem. 
– Tak, z Gryffindoru też – odparł trochę chłodno. – Jeżeli dobrze pamiętam, znasz jednego z nich. 
Harry zbladł. 
– Tak – mruknął cicho. – Peter Pettigrew. 
– A nie jest on jedyny. 
Harry siedział bez słowa przez długie minuty. Potem westchnął. 
– Może nie powinien mi pan tego mi mówić. Przynajmniej jeszcze nie teraz – wyszeptał. 
– Dlaczego? – zapytał szczerze Snape. Nie rozumiał, o co chłopakowi chodziło. 
– Znowu sens życia – wyjaśnił Harry. 
–  Potter  –  rzekł  Snape  łagodnie.  Zaskoczony  Harry  uniósł  głowę.  Czekał  na  reprymendę,  a  nie  na 

zrozumienie. – Jeżeli chcesz poznać prawdę o sobie, to musisz zmierzyć się z całą prawdą, taką, jaka jest. – 
Położył rękę na ramieniu chłopca, patrząc mu w oczy. – Świat nie jest czarno-biały. W większości jest szary 
i  pomieszany,  tak  jak  ludzie,  którzy  go  zamieszkują.  Więc  najważniejszą  rzeczą,  na  jakiej  musisz  się 
skoncentrować jesteś ty sam. Nie na swoich pragnieniach, ale własnej osobowości i sumieniu. Musisz żyć 
tak, aby być w spokoju z samym sobą. Jasne? 

Harry przytaknął. Snape zabrał rękę z jego ramienia. 
– A więc, jak się czujesz? 
Chłopak zwrócił utkwiony w suficie wzrok na profesora. 

background image

– Eee… Co ma pan na myśli? – zapytał zmieszany. 
– Co? – zapytał Snape, nie rozumiejąc. 
– Co ma pan na myśli? Fizycznie czy psychicznie? 
– Och… jedno i drugie. 
–  Psychicznie  doskonale.  –  Uśmiechnął  się  do  Snape’a.  –  Dzięki  panu.  Jeżeli  chodzi  o  kondycję 

fizyczną… myślę, że też jest lepiej. 

Mężczyznę zdziwiło to podziękowanie. Nie przywykł do tego, by mu dziękowano. 
– Ale myśl, że niedługo po nas przyjdą, w niczym mi nie pomaga. 
Snape drgnął z obrzydzeniem. 
– Sądzę, że nie powinieneś o tym myśleć. Kiedy nadejdzie, będziesz musiał się z tym zmierzyć. Ale do 

tego czasu nie przejmuj się. 

– Obiecuję, że się postaram. 
– Dobrze. 
Siedzieli przez chwilę w zupełnej ciszy. 
– Uhm… profesorze? 
– Tak, Potter? – Czego ten chłopak znowu chciał? pomyślał z rozdrażnieniem mężczyzna. Nigdy nie był 

zbyt rozmowny, a ta konwersacja go wyczerpała. 

–  Ciężko  jest  nie  myśleć  o…  przyszłości,  kiedy  siedzimy  tutaj  w  kompletnej  ciszy.  Czy  moglibyśmy 

znów o czymś porozmawiać? 

– O czym chcesz rozmawiać, Potter? – zapytał Snape, na pół rozdrażniony i zaciekawiony. 
–  Jeżeli  nie  chce  pan  rozmawiać  o  sprawach  osobistych  czy  filozoficznych,  to  może  dałby  mi  pan 

korepetycje z eliksirów? – zaproponował Harry. 

– C–co, Potter? – Snape patrzył na niego, kompletnie zaskoczony. 
– E–l–i–k–s–i–r–y, proszę pana – uśmiechnął się szeroko. 
Snape opanował się po chwili (w końcu był dobrym szpiegiem!), ale nie wiedział, co powiedzieć. 
– Słuchaj, Potter. Czemu chcesz uczyć się o eliksirach tutaj? Myślę, że to trochę… bez sensu. 
–  Bez  sensu?  – zapytał  Harry  z  rozbawieniem.  –  Jeżeli  dobrze  pamiętam,  niedawno  mieliśmy  całkiem 

ciekawą rozmowę na ten temat, czyż nie? 

Snape nie mógł powstrzymać uśmiechu. Co za chłopak…! 
– Potter. Proszę. Nie używaj moich słów przeciwko mnie. To już trzeci raz… 
– Widzi pan, profesorze. Musi się pan zmierzyć z całą prawdą, nawet, jeżeli jest ona powiedziana przez 

pana! 

– Potter! Czwarty raz…! – Snape podniósł głos, ale brzmiało w nim rozbawienie. 
– Nigdy pana nie prosiłem o korepetycje z matematyki – powiedział chłopak z udawaną powagą. 
Wybuchli śmiechem. Potrzebowali trochę czasu, aby się uspokoić. 
– Nigdy bym w to wcześniej nie uwierzył – powiedział Harry, wziąwszy głęboki oddech. 
– To tylko prosty psychologiczny fakt, nic więcej – odpowiedział Snape. 
– Co? Śmiech? Czy to, że jakoś razem dogadujemy? 
– Jedno i drugie. 
– Och… A ja myślałem, że to pana decyzja. 
– Co? – Teraz to Snape zmarszczył brwi i spróbował zrozumieć tok myślenia chłopca. 
– Wczoraj powiedział pan, że chce umrzeć w spokoju. Myślałem, że chce pan podjąć wysiłek. A teraz 

pan mówi, że to wszystko to tylko konsekwencje zwykłych psychologicznych faktów. 

–  Po  pierwsze:  już  piąty  raz  rzucasz  we  mnie  moimi  słowami!  Po  drugie:  życzenie,  aby  umrzeć  w 

spokoju też jest psychologicznym faktem. 

–  A  gdzie  jest  pana  miejsce  w  tych  wszystkich  psychologicznych  układach?  –  zapytał  chłopiec  z 

figlarnym błyskiem w oku. 

– Zabiję cię, Potter. Nie pozwolę tego zrobić Największemu Bydlakowi. Ja chcę to zrobić. Teraz! 

background image

Patrzyli na siebie rozbawieni – Snape z udawaną złością i Harry prychający cichym śmiechem. Po chwili 

chłopak zadał pytanie: 

– Największym Bydlakiem nazywa pan Voldemorta? – Popatrzył na profesora zaciekawiony. 
– A kogóż by innego? – zapytał Snape w odpowiedzi. 
– Dlaczego Największym Bydlakiem? Czemu nie Bydlakiem Wielkim? 
– To proste. On nie jest naprawdę wielki ani wspaniały. Wielki jest tylko w zachowywaniu się jak bydlak 

– wyjaśnił jak nauczyciel. 

– Naprawdę, mój drogi profesorze? – zasyczał nagle głos od drzwi. 
Voldemort stał w drzwiach, jego gniewne czerwone oczy wydawały się płonąć jak pochodnie. 
–  Myślę,  że  wasz  czas  wolny  się  skończył.  Teraz  nasza  kolej,  by  się  trochę  zabawić!  –  powiedział 

groźnie. – To będzie bardzo zajmujące. 

Snape odwrócił głowę do Harry’ego. 
– Nie zapomnij, co ci mówiłem o wartości – wyszeptał cicho. 
Harry skinął głową, z oczami pełnymi troski. 
– Pan też! 
*** 
– Powtarzam po raz ostatni: nie wiem gdzie jest Harry Potter! – Dumbledore kipiał ze złości patrząc na 

siedzącego przed nim ministra. 

–  Ukrył  go  pan,  czyż  nie?  Chociaż  nie  mogę  tego  zrozumieć.  Musimy  go  przesłuchać  w  związku  ze 

śmiercią Cedrika Diggory’ego i mamy tylko młodego Harry’ego Pottera jako świadka tego nieszczęśliwego 
zdarzenia.  Nie  możemy  przyjąć  tych  śmiesznych  historyjek  o  powrocie  Voldemorta,  dopóki  nie  pokażesz 
nam  jakichś  dowodów.  A  co  do  zachowania  profesora  Snape’a…  Powinienem  był  wiedzieć  po  ucieczce 
Blacka, gdy wpadł w szał… Myślę, że rada nadzorcza będzie musiała się przyjrzeć jego aktom. Dyrektorze 
Dumbledore, nawet jeśli nie chce pan pomóc ministerstwu, sami znajdziemy Pottera. 

– i co planuje pan z nim zrobić? – zapytał Dumbledore surowo. – Przesłuchać go? Oskarżyć o zabicie 

Diggory’ego? A może coś jeszcze gorszego? Może okaże się, że Harry Potter, piętnastoletni chłopiec, jest 
nowym Czarnym Panem? 

– Dyrektorze… – Knot zbladł nieco i spróbował odpowiedzieć, ale Dumbledore zatrzymał go wściekłym 

spojrzeniem. 

–  Panie  Ministrze,  jeżeli  chce  pan  zrobić  taką  głupotę,  oskarża  pan  również  mnie!  i  jeżeli  ja  byłbym 

panem,  to  nie  walczyłbym  z  innymi  zwolennikami  jasnej  strony,  kiedy  Voldemort,  tak,  Voldemort,  a  nie 
Sam  Wiesz  Kto,  powstaje  i  znowu  zbiera  siły!  Może  pan  nie  wierzy,  ale  on  wrócił,  wrócił  i  się 
przygotowuje. A jeśli nie będziemy gotowi, nasze straty będą dużo większe niż ostatnim razem! Zrozumiał 
pan, ministrze? 

– Ta… Tak… – głos ministra był słaby i bezsilny. 
Dumbledore skinął głową. 
– Cóż, ministrze. Muszę już iść. Proszę pomyśleć o tym, co powiedziałem. Do widzenia! – rzekł i opuścił 

pokój. 

Podczas  podróży  powrotnej  do  Hogwartu  zastanawiał  się  nad  dziwnym  zachowaniem  ministra. 

Najwyraźniej znowu chcieli rozwiązać problem najszybciej jak się da. Jeżeli uznają, że Harry jest nowym 
Czarnym Panem, będą mieli gotową odpowiedź na tajemniczą ucieczkę Blacka, śmierć Diggory’ego i nawet 
częściowo będą mieli rację… To było niebezpieczne. Połowiczne prawdy są okrutniejszą bronią przeciwko 
prawdzie niż czyste kłamstwa. 

Półprawdy  łatwo  zwodziły  ludzi.  Druga  klasa  Harry’ego  była  tego  dobrym  przykładem.  Wystarczyła 

znajomość  języka  węży  –  i  każdy  uwierzył,  że  biedny  chłopak  jest  prawowitym  dziedzicem  Salazara 
Slytherina.  A  istniało  całkiem  sporo  faktów,  które  Ministerstwo  Magii  mogło  przeinaczyć.  Język  węży,  ta 
tajemnicza  moc,  którą  pokonał  Czarnego  Pana,  gdy  był  rocznym  dzieckiem.  Jego  różdżka  to  bliźniacza 
siostra różdżki Voldemorta. Kontakty z Syriuszem Blackiem. Ucieczka Blacka. i w końcu śmierć Cedrika. 

background image

Po raz pierwszy Dumbledore zaczął wspominać z nostalgią czasy, gdy ministrem magii był Merkury. Był 

ograniczony  i  czasami  nawet  okrutny,  ale  przynajmniej  nigdy  nie  był  takim  manipulującym  robakiem  jak 
Knot. i przede wszystkim Merkury nigdy z nim nie walczył. Nie byli przyjaciółmi, broń Merlinie! Ale gdy 
zaczęła się wojna byli sojusznikami, a nie przeciwnikami. 

A co do planu Knota, te wszystkie fakty  były zbyt niebezpieczne dla Harry’ego. Nie  wspominając już 

nawet o łatwym do przewidzenia zachowaniu innych uczniów względem chłopca, gdy już się zacznie nowy 
rok szkolny. Potrzebował jakiegoś planu, by ułatwić mu sytuację. 

Miał jeden pomysł, który mógł rozwiązać ten problem. Przynajmniej tymczasowo. 
Sekret Lily. 
Ale najpierw musiał znaleźć chłopca. Najlepiej z Severusem. 

4. SKRUSZONY 

Stali  w  sali  tortur,  twarzą  do  ściany,  przez  dwadzieścia  dwie  godziny.  Harry  czuł  się  niezmiernie 

zmęczony  i  coraz  silniejsza  potrzeba  powodowała,  że  robiło  mu  się  niedobrze.  Czasami  udawało  mu  się 
spojrzeć  na  Mistrza  Eliksirów  stojącego  obok  niego,  aby…  sprawdzić  go?  Tak,  a  po  części  po  to,  by 
studiować jego zachowanie. Stało się to  czymś  w rodzaju rozrywki od samego początku  rundy, ponieważ 
tym  razem  byli  torturowani  wspólnie.  Voldemort  był  obecny  podczas  „ciekawszych”  części  tortur, 
obserwował je z uwagą, jak również im przewodził swoimi przemądrzałymi uwagami. Pomiędzy godzinami 
bólu więźniowie byli zmuszeni stać w ciszy twarzą do ściany. 

Harry  widział  spojrzenia  profesora  kierujące  się  ostrożnie  na  niego  i  raz,  kiedy  zostali  sami  na  kilka 

minut, Snape zapytał go z troską malującą się na bledszej niż zazwyczaj twarzy: 

– Potter, czy wszystko w porządku? 
– Ech… prawie. Muszę iść to toalety. 
Snape kiwnął głową. 
– Wyobrażam sobie. Ale nie możesz w ogóle o tym myśleć. Chcą cię upokorzyć tak bardzo jak tylko się 

da. Nie pozwolą ci tam iść. 

Harry westchnął. Jego przypuszczenia okazały się prawdziwe. 
– To co mam zrobić? 
–  Czy  pozwalasz  sobie  na  sny  na  jawie,  Potter?  –  zapytał  z  zakłopotaniem  nauczyciel.  –  Jeżeli  nie, 

zacznij  od  zaraz.  Myśl  o  czymś  zabawnym  i  nie  zwracaj  uwagi  na  swoje  potrzeby.  Zrozumiałeś? Musisz 
zachować swoją godność, jeżeli chcesz przetrwać. 

Przetrwać… Jakby to w ogóle było możliwe. 
Na początku Harry nie miał pomysłu na marzenie, które mogłoby być silniejsze niż jego potrzeby i ból. 

Patrząc na Snape’a najpierw starał się skopiować jego zachowanie. Był taki mocny, że chłopak potajemnie 
mu zazdrościł. Czy kiedykolwiek będzie tak silny jak on? Ścisnął mocniej uda. Zaczął się pocić, podczas tej 
pasywnej tortury. Nikt ich nie ranił, a jednak… Bo było gorsze niż bicie czy klątwy. Koniecznie musiał się 
nad czymś skupić, zanim… Zanim coś się stanie. 

Westchnął  i  przyjrzał  się  dokładnie  nauczycielowi,  starając  się  odgadnąć,  jakie  są  jego  marzenia.  Na 

pewno marzył o jakichś okropnych eliksirach i odejmowaniu punktów Gryfonom za jakieś wyimaginowane 
przewinienia…  To  była  dość  ciekawa  zabawa,  lepsza  niż  same  marzenia.  Nie  wiedział  zbyt  wiele  o 
profesorze, ale wypełnił te dziury swoimi wyobrażeniami o rozrywkach i życiu Snape’a. 

To  było  bardzo  zabawne.  Ulubionym  wymysłem  był  obrazek  Snape’a  na  miotle  w  roli  Pałkarza  (na 

przykład),  jego  długie,  tłuste  włosy  powiewające  na  wietrze,  wywijał  groźnie  trzymają  w  dłoni  pałką… 
Albo  następne  ulubione:  Snape  zbierający  kwiaty.  Oczywiście  do  eliksirów,  ale  sama  wizja  Snape’a  z 
dużym  bukietem  różnokolorowych  kwiatów  była  bezcenna.  Prawie  się  zaśmiał  z  tego  obrazu  i  z  trudem 
zdołał  się  opanować.  Snape  i  zbieranie  kwiatków  był  prawie  tak  samo  komiczny  jak  Snape  i  mycie 
włosów…  Gdyby  tylko  udało  mu  się  jakoś  wydostać  z  tego  piekła,  podzieliłby  się  owymi  pomysłami  z 
Ronem. 

background image

Czasami  było  mu  trochę  wstyd  swoich  myśli  i  żałował  ich,  gdy  wrócili  oprawcy  i  torturowany  był 

profesor.  Pierwszy  raz,  kiedy  zobaczył  Snape’a  w  oczywistym  cierpieniu  zrozumiał,  że  jego  uczucia 
względem podłego, starego belfra zmieniły się zupełnie. Zmartwienie i niepokój, że go straci był gorszy niż 
dziesięć  Cruciatus.  Nie  chciał,  żeby  zginął.  Nie,  nigdy!  Ale  Harry  starał  się  ukrywać  swoje  uczucia.  Nie 
chciał,  żeby  ich  dręczyciele  męczyli  profesora  bardziej,  tylko  po  to,  by  uderzyć  w  niego.  Doskonale 
wiedział, że głównym  celem Voldemorta było złamanie jego, a nie ukaranie Snape’a. Największy Bydlak 
planował  wykorzystać  tę  na  razie  słabą  więź,  jaka  powstała  między  współwięźniami,  by  wzmóc  ich 
cierpienia. 

Tak,  chłopiec  był  pewien,  że  taki  był  cel  Voldemorta,  gdy  umieścił  ich  w  jednej  celi.  Szantaż.  Skoro 

profesor wiedział to wszystko o tych psychologicznych faktach, to Voldemort mógł również to wiedzieć. A 
jeśli  tak,  to  na  pewno  pomyślał,  że  to  ułatwi  ich  złamanie.  To  musiał  być  jakiś  wymyślny  ale  często 
używany sposób torturowania, na pewno nie byli pierwsi. 

Harry  był  niemal  zadowolony,  kiedy  przyszła  jego  kolej.  Nie  chciał  oglądać  cierpiącego  Snape’a, 

wijącego się bezgłośnie. To było gorsze niż jego głośne tortury. To ciche cierpienie… Snape był naprawdę 
silny,  a  Harry  również  chciał  mieć  taką  siłę.  Zatem  również  starał  się  powstrzymać  krzyki,  kiedy  tylko 
potrafił.  W  pewien  sposób  chciał  też  ułatwić  sytuację  swojemu  nauczycielowi.  Może  jeśli  uda  mu  się 
powstrzymać krzyk, Snape nie będzie uważał, że tak go to boli. 

Podczas  piątej  czy  szóstej  rundy  udało  mu  się  cierpieć  bez  słowa.  To  było  całkiem  satysfakcjonujące 

uczucie  i  nagle zrozumiał  słowa Snape’a o  godności  i znaczenie długiej przemowy o bólu  nabierało  coraz 
więcej  głębi. Jego życie już nie było bezcelowe. Podczas cichego bólu czuł jak jego siła wzrasta razem z 
wiedzą. 

Kiedy  ostatnie  zaklęcie  przeminęło  i  leżał  na  podłodze,  oddychając  z  trudem,  usłyszał  znienawidzony 

głos mówiący do profesora: 

– Widzę, Snape, że nie marnowałeś czasu i wyjaśniłeś pewne istotne sprawy panu Potterowi dotyczące 

wygrywania z bólem, czyż nie? A może po prostu cię naśladuje? Jesteście takimi dobrymi przyjaciółmi? i 
zastanawiam się tylko, czy mówiłeś również o swoim nauczycielu? Oraz o swoim doświadczeniu po drugiej 
stronie  różdżki?  Twoich  profesjonalnych  metodach  torturowania?  Rzucania  klątw?  Zabijania?  Czy  już 
zapoznałeś chłopca z tym wszystkim, czy tylko grałeś przed nim dobrego faceta? 

Serce Harry’ego na moment zamarło. O co tu chodziło? 
Voldemort stanął obok Harry’ego i odwrócił go nogą na plecy. 
–  Może  mógłbyś  wypróbować  pewne  naprawdę  zadziwiające  eliksiry  wynalezione  przez  twojego 

nauczyciela,  aby  uczynić  tortury  nieco  bardziej  interesującymi.  Co,  panie  Potter?  Zgoda,  panie  Snape?  – 
odwrócił się nagle do Mistrza Eliksirów. 

Harry widział oczy Snape’a rozszerzone z lęku. 
– Zostaw chłopaka w spokoju – powiedział ochrypłym głosem, ale Voldemort tylko wzruszył ramionami. 
– Dlaczego miałbym go zostawić? – zapytał, udając ciekawość. 
Snape jęknął. Nic nie było w stanie przekonać Czarnego Pana, do zostawienia swojej ofiary. Zrozumiał, 

że  głównym  celem  Voldemorta  było  zerwać  wzajemne  zaufanie  pomiędzy  nim  i  Harrym,  a  przez  to  ich 
osłabić,  zasiać  nasiona  wzajemnej  nieufności  między  nimi.  Był  pewien,  że  jeżeli  Voldemort  będzie  dalej 
ciągnąć temat jego przeszłości, chłopak już nigdy mu nie zaufa. i jeżeli da mu te eliksiry… 

Przez zdającą się nie mieć końca chwilę czuł narastający ból w piersi, panikę. Nie chciał stracić zaufania 

chłopca. Jeżeli je straci, jego szczęśliwe dni w piekle dobiegną końca. 

Harry zauważył zmiany na twarzy Snape’a i nagle się odezwał. 
– Jestem gotowy na poznanie całej prawdy. – Miał nadzieję, że Snape zrozumie, co miał na myśli. 
– Zobaczmy. – Czarny Lord odwrócił się do niego z paskudnym uśmieszkiem. 
Czas stał się ciągłym pasmem cierpienia i po chwili Harry nie odbierał już nic dookoła siebie. Świat był 

mglistą  plamą,  w  której  poruszały  się  zarysy  jakichś  postaci,  a  on  tylko  leżał  na  podłodze,  walcząc  z 
różnymi  rodzajami  bólu,  czasami  nie  mogąc  powstrzymać  krzyku  czy  jęku.  Czuł  się  śmiertelnie 

background image

wyczerpany,  chciał  umrzeć  lub  zasnąć,  lub  stracić  przytomność,  ale  Voldemort  dbał  o  to,  aby  go  ocucić 
szybkim Enervate za każdym razem. 

W krótkich przerwach między działaniem kolejnych eliksirów mógł dostrzec głębokie cierpienie Snape’a, 

zmuszonego patrzeć na cały proces. i chociaż wiedział, że to profesor był odpowiedzialny za cały ten ból, 
nie był w stanie być na niego zły. Właściwie nie wiedział dlaczego. 

Po kolejnych dwóch godzinach Voldemort nie był już w stanie przywrócić mu świadomości. Harry był 

półprzytomny.  Czuł  czyjeś  ramię,  które  otoczyło  go  troskliwie  i  delikatnie,  jakby  był  małym  dzieckiem. 
Chwiejne kroki. Mężczyzna zdołał go donieść prawie na sam dół schodów, potem upuścił i chłopak stoczył 
się aż pod drzwi celi, ale o dziwo to już nie bolało. Nieważne. W końcu stracił przytomność. 

Kiedy obudził się w znajomej celi, leżał na podłodze obok drzwi. Snape był nieprzytomny, więc  Harry 

postanowił  zrobić  poranną  toaletę  –  tyle,  na  ile  się  dało.  W  słoju  niespodziewanie  znalazł  świeżą,  zimną 
wodę.  Wytarł  twarz  kawałkiem  mokrej  szaty,  usuwając  resztki  eliksirów  z  warg  i  policzków.  W  duchu 
przeprosił sam siebie za marnowanie wody, ale wypłukał również usta. Nie chciał połykać gorzkiej śliny, w 
której nadal czuł mieszankę tych wszystkich eliksirów, które zmuszony był wypić dzień wcześniej. W końcu 
się napił. To było lepsze niż cokolwiek w jego życiu. Potem powrócił do swojego kącika, usiadł opierając 
się o ścianę i zamknął oczy. 

Był oszołomiony, miał zawroty głowy. Bolał go brzuch. Mięśnie miał obolałe, niektóre części ciała nadal 

pulsowały  boleśnie.  Każdy  oddech  sprawiał  ból,  wraz  z  każdym  uniesieniem  klatki  piersiowej  pęknięte 
żebra eksplodowały bólem. Kaszel, który atakował co jakiś czas, jeszcze bardziej wzmagał cierpienie. Łzy 
wywołane cichą agonią spływały mu po policzkach. 

A  to  był  dopiero  początek.  Jak  miał  wytrzymać  ten  nieustanny  ból  przez  kolejne  dni?  Mógł  go  jakoś 

zmniejszyć? A może musiał się nauczyć z nim żyć do momentu, aż Voldemort wreszcie postanowi z nim 
skończyć? Nie wiedział. Przyszłość nie rysowała się zbyt obiecująco. 

W dodatku był głodny i zziębnięty. Po tych wszystkich kwasowatych miksturach żołądek dopominał się 

prawdziwego  jedzenia.  Rozmyślał  o  swoich  ulubionych  potrawach,  co  tylko  zwiększało  uczucie  pustkę  w 
brzuchu, więc postarał się myśleć o czym innym. Ciepłe ubranie. To kolejny dobry temat, ale też zupełnie 
beznadziejny, jak jedzenie. Westchnął z rozpaczą. Nagle usłyszał dźwięk od strony Snape’a. Harry otworzył 
oczy  i  spojrzał  na  oddalonego  niedużo  mężczyznę.  Profesor  rzucał  się  na  podłodze,  zapewne  dręczony 
sennym koszmarem i mamrotał coś pod nosem. 

– Quietus, musisz… Nie… Nie możesz… Czemu nie rozumiesz? Czekaj… Nie mogę. Ojcze, ojcze, zabij 

mnie! Zabij! Zabij mnie! Nie jego, nie Quietusa, proszę, nie jego! Quietus, nie!  Nieee!!! – Ostatnie słowo 
zawył głośno i rozpaczliwie. 

Harry  wzdrygnął  się.  Podczołgał  się  do  Snape’a  i  patrzył  zszokowany.  Łzy  spływały  po  twarzy 

mężczyzny, profesor cały się trząsł od tłumionego szlochu. Harry bardzo chciał coś zrobić, cokolwiek co by 
go  pocieszyło,  ale  nie  wiedział  co…  Dotknął  ostrożnie  jego  twarzy  i  delikatnie  wytarł  łzy,  pogłaskał 
policzek szepcząc cicho jakieś miłe słowa. 

Mężczyzna uspokoił się z wolna i Harry zobaczył słaby uśmiech, wypływający na jego twarz. 
–  Quietus?  –  zapytał  ciepło,  nadal  z  zamkniętymi  oczami.  Zupełnie  nie  pasuje  ten  ton  głosu  do  tego 

nieczułego drania, pomyślał chłopiec. 

– Nie, profesorze – odpowiedział spokojnie i powoli cofnął rękę. – To tylko ja, Harry. Harry Potter. 
Snape westchnął i jego uśmiech znikł. Zacisnął szczęki. Po chwili otworzył oczy. 
– Dzień dobry, panie Potter – powiedział chłodno. W rzeczywistości był zawstydzony, bo czuł ślady łez 

w oczach i na policzkach. Płakał i Potter to widział. To było więcej niż krępujące. 

– Dzień dobry – odpowiedział chłopak uprzejmie, ale w jego głosie dało się wyczuć lekki zawód. 
Przez  krótką  chwilę  Snape  czuł,  jak  ogarnia  go  gniew.  Ale  wspomnienie  tamtego  delikatnego  dotyku 

przegoniło złość. Czy chłopak rzeczywiście go dotknął? Jego? Tego ohydnego, brzydkiego typa? Szczerze 
mówiąc,  to  było  prawie  niewyobrażalne.  Dotąd  tylko  kilku  ludzi  okazało  mu  dobroć  czy  dotknęło  go  z 
własnej woli. A teraz ten chłopak… Dlaczego? 

background image

Spróbował usiąść. Gdy mu się nie udało, wsparł się na łokciach. 
– Potter, dlaczego, jeśli wolno spytać, mnie dotykałeś? – warknął nerwowo. 
– Miał pan zły sen i płakał pan – wyjaśnił chłopiec. – I… ja chciałem jakoś… jakoś… 
– Jakoś co? 
Harry zadrżał, słysząc groźny ton. 
– Jakoś pana pocieszyć – wyszeptał. – Pocieszyć, nic więcej. Przepraszam. – Ostatnie słowo wyszeptał, 

ale głęboki smutek był mimo wszystko bardzo wyraźny w głosie. 

Skierował się do swego kąta, ale głos Snape’a zatrzymał go. 
– Zaczekaj, Potter. 
Odwrócił się ponownie i popatrzył na profesora. Przez długą chwilę panowała doskonała cisza. 
– Dziękuję – wymamrotał wreszcie Snape i odwrócił się od znieruchomiałego chłopaka. 
Znowu zapadła długa, nieprzyjemna cisza. Żaden z nich nie wiedział jak zacząć rozmowę, ani co dalej 

robić. Harry z  wyraźnym  trudem  powrócił do swojego kąta i usiadł przyciskając kolana do piersi.  Klatka 
piersiowa strasznie go bolała w takiej pozycji, ale było mu zbyt zimno. Mocno objął nogi rękami i zamknął 
oczy. Taka pozycja wydawała się najlepsza na chłód, który przenikał go aż do kości. 

Lochy  były  zawsze  zimne,  te  nie  stanowiły  wyjątku.  A  resztki  ubrania  nie  chroniły  jego  zmarzniętego 

ciała. Po chwili zaczął się trząść. 

Nie  zauważył,  że  Mistrz  Eliksirów  patrzy  na  niego.  W  końcu  mężczyzna  westchnął  i  odkaszlnął, 

zwracając na siebie uwagę chłopaka. 

– Potter, czy będziesz miał coś przeciw, jeśli usiądę obok ciebie? – zapytał cicho. 
Harry tylko potrząsnął  głową przecząco.  Było mu wszystko  jedno. Snape wstał  powoli,  sycząc z  bólu. 

Schylił się ostrożnie i podniósł z podłogi swoją pelerynę, którą zostawił tam dwa dni temu. Była sztywna od 
zakrzepłej  krwi  i  wyjątkowo  brudna,  ale  była  to  jedyna  rzecz,  której  mogli  użyć  jako  koca.  Usiadł  obok 
dygocącego chłopaka i owinął ich obu peleryną. Starał się nie dotykać Pottera, ale peleryna nie była dość 
duża, by mógł się odsunąć, a poza tym chłopak potrzebował czegoś cieplejszego niż sam płaszcz. Pozwolił 
więc, aby dotykali się bokami w stworzonym kokonie. 

– Potter, wydaje mi się, że musimy porozmawiać – powiedział cicho, gdy już ułożył szatę. 
Harry skinął głową, starając się nie myśleć o krępującej sytuacji. 
– O czym chce pan rozmawiać? – zapytał patrząc na swoje kolana. 
– Czy pamiętasz pytanie, które mi wczoraj zadałeś? 
– To było  wczoraj?  – spytał  Harry z niedowierzaniem.  – Myślałem,  że to  było  dwa lub  trzy dni  temu. 

Albo nawet lata wcześniej… 

– Czas nas oszukuje, Potter – Snape uśmiechnął się lekko. – Ale powtórzę pytanie. Czy pamiętasz…? 
–  Które  pytanie?  –  przerwał  mu  Harry.  Ziewnął.  –  Mieliśmy  całkiem  długą  rozmowę  z  wieloma 

pytaniami. 

–  Twoje  pytanie,  na  które  chciałbym  teraz  odpowiedzieć,  dotyczyło  spraw  związanych  ze  mną  jako 

Śmierciożercą – wytłumaczył zmęczony Snape. 

– Och… – wzdrygnął się Harry. – A… Dlaczego chce pan o tym mówić? 
Snape przesunął ręką po włosach. No właśnie. Dlaczego? Szybko jednak pozbył się tej myśli. 
– Myślę, że będzie lepiej dla ciebie, jeśli to ja ci o tym opowiem, zamiast Voldemorta, nie uważasz? 
– Oczywiście. Ale nie musi mi pan o tym mówić, jeżeli pan nie chce. Wiem, co chce zrobić Voldemort… 

i nie będę pana obwiniać, cokolwiek on o panu powie i cokolwiek mi zrobi. Nie obchodzi mnie to. i tak mu 
nie uwierzę. 

Snape  opuścił  głowę,  niezdolny  do  powiedzenia  czegokolwiek.  Było  zbyt  wiele  podobieństw  między 

Potterem  a  Quietusem  i  te  podobieństwa  dręczyły  go.  Bezinteresowność,  dobre  serce,  troskliwość, 
opiekuńczość… i on nienawidził tego chłopca przez cztery długie lata… i z pewnością dalej nienawidziłby 
go  do  zakończenia  szkoły,  gdyby  nie  ten  „wypadek”.  Nieokreślone  uczucie  nagłe  pojawiło  się  w  jego 
wnętrzu i zanim ulotniło się, zabolało go serce. 

background image

To  wszystko  było  takie  dziwne…  Był  wstrętnym  draniem  i  nie  powinien  się  tak  zachowywać!  Nie 

powinien mieć serca! Nie mówiąc już o bólu serca! Ale nic nie mógł zrobić. i nawet nie chciał. 

– Słuchaj – zaczął powoli, nie wiedząc dokładnie, co powiedzieć dalej. – Doceniam twoje zaufanie, ale… 

Ja faktycznie nie zasługuję na nie. Voldemort to wie. 

– Profesorze – przerwał  mu znowu stanowczym  głosem Harry.  – Nie sądzę, żeby było to odpowiednie 

miejsce na rozmowę o zasługach. To nie ma sensu. Nie obchodzi mnie, co mówi Voldemort i ufam panu, 
bo… bo jest pan razem  ze mną w tym piekle i  zdecydował  się pan na taką sytuację tylko  ze względu na 
mnie. Nie mam powodu, by panu nie ufać – wymamrotał ostatnie słowa niepewnie. On sam nie wiedział, 
czemu właściwie wierzył Snape’owi. Ale jego słowa miały sens. 

Snape  patrzył  zaciekawiony  na  chłopca.  Ile  on  miał  lat?  Sześćdziesiąt?  Sto?  Niemożliwe,  żeby  tylko 

piętnaście. Potrząsnął głową. 

– Przestań, Potter, proszę. – W końcu zdołał otworzyć usta. – Zdecydowałem się opowiedzieć ci o tym 

wszystkim i chcę to zrobić. i zrobię to dlatego, ponieważ ja też ci ufam. Zrozumiałeś? 

Harry spojrzał na Snape’a. 
– Dziękują panu – powiedział i lekko się zarumienił. 
Wzajemne wyznanie uciszyło oboje. Chłopak spontanicznie przysunął się bliżej ciepła bijącego od ciała 

mężczyzny. Przestał się aż tak drżeć i odczuł sporą ulgę. 

Snape oparł się o ścianę, ale nie odsunął się. Jego oczy zamgliły się. 
–  Miałem  osiemnaście  lat,  kiedy  przyłączyłem  się  do  Voldemorta,  tuż  po  ukończeniu  Hogwartu. 

Zrobiłem to z własnej woli, nikt mnie nie zmuszał, ani nie namawiał. Nawet moi rodzice, mimo że sami byli 
zwolennikami  Voldemorta  od  samego  początku  i  bardzo  się  ucieszyli  z  mojej  decyzji.  Nie  mam  zatem 
żadnej  wymówki.  Jestem  całkowicie  odpowiedzialny  za  swoją  decyzję.  –  Mężczyzna  przerwał  na  chwilę, 
następnie wziął głęboki wdech i kontynuował. – Zrobiłem swój pierwszy krok na tej drodze, kiedy miałem 
jedenaście  lat.  Tiara  Przydziału  zapytała  mnie,  czy  chcę  być  Krukonem  tak  jak  wielu  innych  członków 
mojej  rodziny,  ale  ja  się  uparłem  na  Slytherin  i  tam  trafiłem.  Moi  rodzice  byli  zadowoleni,  kiedy  ich 
poinformowałem o mojej rozmowie z Tiarą i byłem z tego dumny. To była pierwsza przegrana bitwa. 

–  Proszę  pana,  czy  to  jest  naprawdę  aż  takie  ważne,  do  którego  domu  się  należy?  –  zapytał  Harry  po 

chwili ciszy. 

Mistrz Eliksirów zerknął na niego z zaskoczeniem. 
–  Dobre  pytanie.  Wiele  razy  się  o  to  sprzeczałem  o  to  z  Alb…  y…  dyrektorem  Dumbledore’em  i  on 

zawsze twierdził, że to nie ma aż takiego znaczenia, jak mi się wydaje. 

– Nasza obecna sytuacja chyba jest na to dowodem, prawda? – uśmiechnął się Harry. 
– Dlaczego? – Snape zmieszał się. 
– Ja jestem Gryfonem, pan – Ślizgonem, a to samo jest nam pisane. 
– Potter, powody, które nas tu przywiodły są zupełnie różne! – wykrzyknął Snape niecierpliwie. 
– Cóż… Ja nie mam  żadnego powodu by tu  być, to  był zwykły przypadek, że mnie złapali, nigdy nie 

zrobiłem nic świadomie, by tu się znaleźć. Ale pan, profesorze, pan postanowił podzielić mój los. Zachował 
się pan jak Gryfon, nieprawdaż? 

– Potter – w głosie Snape’a dało się słyszeć rozbawienie, zabarwione jednak odrobiną smutku  – ja nie 

jestem Gryfonem. Jestem Ślizgonem. Jestem tu z powodu przysięgi, a nie dzielnego serca. Nie wyobrażaj 
sobie, że jestem lepszy niż w rzeczywistości. 

– Nie uważam, aby wypadek z wilkołakiem i pomoc mojego ojca były prawdziwym powodem pańskiej 

opieki nade mną. Myślę, że wtedy mój ojciec bardziej starał się uratować Syriusza i Remusa niż pana. Nie 
ma pan więc długu wobec mnie. A mimo to uratował mi pan życie i jest pan teraz ze mną. 

Snape pokręcił głową. 
– Przestań. Przeskakujesz z jednego błędnego wniosku do drugiego. Po pierwsze twój ojciec uratował mi 

życie.  Tak,  ratował  swoich  przyjaciół,  ale  to  nie  ma  znaczenia.  Taki  dług  jest  długiem  niezależnie  od 

background image

powodów  ratującego.  Po  drugie  musisz  wiedzieć,  że  nie  chroniłem  cię  ze  względu  na  twojego  ojca. 
Odpracowałem ten dług dawno temu. Miałem inny powód. Jak już ci wspomniałem, złożyłem przysięgę. 

– Komu? 
– Twojej matce. 
Chłopak  uniósł  głowę  i  spojrzał  na  profesora.  Byli  teraz  na  tyle  blisko  siebie,  że  chłopak  widział 

wyraźnie twarz mężczyzny. 

– Znał pan moją mamę? – zapytał z niedowierzaniem. 
– Niezupełnie. Znałem ją ze szkoły, ale nigdy z nią nie rozmawiałem. Wiesz, w moich oczach była tylko 

szlamą… czarownicą mugolakiem… A ja… 

– Rozumiem. 
Harry  czuł  wielkie  rozgoryczenie.  Szlama!  Snape  powiedział  szlamą!  Potrząsał  głową  wiele  razy,  aby 

pozbyć się tego uczucia zranienia, ale nie mógł. To tak bardzo bolało! 

– Potter – Snape lekko dotknął jego ramienia. – Mówiłem ci, że nie jestem dobrym facetem. Nigdy nie 

byłem.  Ale  kiedy  teraz  powiedziałem  „szlama”,  zamierzałem  wyrazić  jak  wtedy  to  czułem.  Nie  teraz. 
Szczerze. 

Harry nie mógł wykrztusić ani słowa, tylko skinął głową. Zacisnął zęby i starał się zatrzymać łzy, cisnące 

się mu do oczu. 

– Potter, nie zamierzałem cię urazić, przepraszam – usłyszał przepraszający głos Snape’a. 
Chłopak  potrzebował  chwili,  żeby  odzyskać  nad  sobą  panowanie.  W  końcu,  gdy  już  mógł  normalnie 

myśleć, uniósł głowę. 

– Proszę, niech pan mówi dalej. 
Snape przytaknął, patrząc na Harry’ego ze zmartwieniem. 
– A więc twoja matka zmusiła mnie do złożenia tej przysięgi. 
– Kiedy? 
–  Kiedy  przyszedłem  do  ich  domu,  aby  poinformować  ich  o  planach  Voldemorta.  W  sierpniu,  jeżeli 

dobrze pamiętam. Później zdecydowali się na użycie zaklęcia Fideliusa. 

– i jak ona pana zmusiła? Trochę trudno w to uwierzyć. Jest pan silny, a jako… Śmierciożerca musi być 

pan świetny w pojedynkach. 

– Ehm… – Snape uśmiechnął się krzywo. – Masz rację. Ale ja niczego nie podejrzewałem. Zastałem ją 

samą w domu. Ostrzegłem ją i kiedy odwróciłem się, aby wyjść, poczułem jej różdżkę na karku. 

– Ona zaatakowała pana? – wykrzyknął Harry. 
– Cóż… tak. i zmusiła mnie, abym przysiągł bronić cię, w razie gdyby zginęli. 
– Ale… Dlaczego chciała przysięgi akurat od pana, a nie kogoś innego? – zapytał Harry ze zdumieniem. 
–  Nie  wiem.  Może  z  powodu  mojej  roli  szpiega…  Wierzyła,  że  mógłbym  obronić  się  lepiej  niż 

ktokolwiek inny. Nie mogła wiedzieć, że Voldemort zniknie zaraz po jej śmierci… 

Harry skinął głową w zamyśleniu. 
– Tak… Pewnie tak. Tylko to jest takie… dziwne. 
–  Dla  mnie  też.  Ale  dopóki  nie  trafiłeś  do  Hogwartu,  nie  miałem  okazji  wypełnić  przysięgi.  Albus 

powiedział mi, że jesteś bezpieczny ze swoimi krewnymi. Ale potem… 

– Czy to jest trwała przysięga? – Harry znowu mu przerwał. 
– Co masz na myśli? – zapytał Snape. 
– Czy musi mnie pan bronić do swojej lub mojej śmierci? 
Snape przytaknął niechętnie. 
– Och, to jest takie… zabawne – wymamrotał Harry. – Pan był moim zaprzysiężonym obrońcą przez te 

wszystkie lata… 

Snape poruszył się niespokojnie. 
– Hm… tak. 
Chłopak zdawał się nie zauważać dyskomfortu profesora. 

background image

– To z pewnością nie było łatwe – dodał Harry. – Pan… nie lubił mnie, a był zmuszony mnie bronić… 
– To faktycznie nie było proste – zapewnił profesor z lekkim uśmieszkiem. 
–  Nigdy  bym  nie  zgadł  –  powiedział  Harry,  myśląc  o  lekcjach  eliksirów.  z  pewnością  po  obrońcy 

spodziewałby się bardziej przyjaznego, albo raczej opiekuńczego zachowania… 

– Nigdy nie rozumiałem twojej matki – kontynuował Snape. – Znała mnie wystarczająco dobrze, żeby mi 

nie ufać, jak wszyscy inni. Zawsze byłem aroganckim, okrutnym draniem, ze szlacheckiej rodziny czystej 
krwi,  Ślizgonem,  zwolennikiem  Voldemorta,  mordercą,  który  zasłużył  aby  gnić  w  Azkabanie  do  końca 
swoich  dni,  amen.  i  ona zmusiła  mnie  bym  bronił  ciebie,  syna  czarownicy  –  mugolaka  i  Jamesa  Pottera  – 
Gryfona,  wiernego  zwolennika  Albusa  Dumbledore’a,  aurora  Zakonu  Feniksa,  wybawiciela!  Nie 
wspominając  o  tym,  że  twój  ojciec  i  ja  zawsze  nienawidziliśmy  się,  od  pierwszego  spotkania!  To  było 
powodem mojego gniewu przez czternaście lat. 

– Och – przerwał Harry z krzywym uśmiechem. – Więc to było powodem! 
Profesor opuścił głowę. 
–  Tak.  Ale  teraz  bym  powiedział,  że  to  było  powodem.  Albus  zawsze  nalegał  abym  poznał  cię  lepiej. 

Żebym poznał osobę, którą miałem bronić przez całe życie. Ale ja nie chciałem. Było mi wstyd z powodu 
tego niechcianego zadania i tej całej nieznośnej sytuacji! A nic nie mogłem  na to  poradzić! Śmierć twojej 
matki uczyniła przysięgę absolutną i nieodwracalną. 

– Nikt nie może tego cofnąć? Nawet ja? – zapytał nagle Harry. 
– Zrobiłbyś to? – zapytał zaskoczony Snape. – Dlaczego…? 
– Żeby pozwolić panu żyć własnym życiem – powiedział chłopak po prostu. 
– Nie możesz tego cofnąć, dopóki nie skończysz dwudziestu pięciu lat lub się nie ożenisz. 
–  Czy  ma  pan  na  myśli,  że  powinienem  się  pośpieszyć  i  znaleźć  sobie narzeczoną?  –  Oczy  Harry’ego 

błysnęły. 

–  Nie  –  uśmiechnął  się  profesor.  –  Nie  namawiam,  żebyś  się  ożenił.  i  tak  nie  sądzę,  żebyś  znalazł 

odpowiednią kandydatkę tutaj, w Koszmarnym Dworze. – Uśmiechnęli się lekko do siebie. – I… Szczerze 
mówiąc, już nie chcę, aby ktokolwiek, zwłaszcza ty, zwolnił mnie z przysięgi. 

– Ma pan na myśli, że…? – Harry zastygł, jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. 
–  Mam  na  myśli,  że  Albus  miał  rację.  Powinienem  cię  bliżej  poznać.  To  byłoby  lepsze  dla  nas  obu. 

Zwłaszcza dla mnie. 

Harry zaczerwienił się. 
– Dlaczego pan to mówi? 
–  Ponieważ  jesteś  dobrym  dzieciakiem,  Harry.  i  chciałbym  cię  chronić  w  tej  sytuacji,  ale  nie  mogę. 

Przepraszam. 

Siedzieli pogrążeni w myślach. Harry zdecydował się zapytać o swoich rodziców. 
–  Proszę  pana…?  –  powiedział  ostrożnie.  Nie  chciał  przeszkadzać  profesorowi,  ale  jemu  chyba  to  nie 

wadziło. 

– Tak? 
– Czy może mi pan opowiedzieć o moich… o moich rodzicach? 
– Słuchaj, Potter, nie znałem ich zbyt dobrze. Jak już mówiłem, nigdy tak naprawdę nie rozmawiałem z 

twoją matką, poza tym jednym wyjątkiem, jeśli można nazwać to rozmową… Ona była Krukonką, sprytną i 
utalentowaną dziewczyną, dwa lata młodszą ode mnie i od twojego ojca. Nie pamiętam dokładnie od kiedy 
byli razem, prawdopodobnie od ostatniej klasy twego ojca. – Po chwili dodał: – Jeszcze nie chodzili ze sobą, 
gdy byliśmy w piątej. Tego akurat jestem pewien. 

– Dlaczego? 
Snape uśmiechnął się. 
– W ciągu tamtego roku zdarzył się ów słynny wypadek z wilkołakiem, Potter. Wcześniej bez przerwy ze 

sobą walczyliśmy. Zauważyłbym, gdyby któryś z nich miał dziewczynę, ale żaden z nich nie miał. Potem 
przestałem ich obserwować. 

background image

– Bał się pan? – zapytał Harry z niedowierzaniem. – Nigdy nie podejrzewałbym… 
– Nie, nie bałem się ich. Miałem inne powody. 
– Mogę zapytać…? 
–  Czemu  nie?  Chodziłem  wtedy  z  Anną  Marią  Black.  W  rzeczywistości  to  był  główny  powód  tego 

żarciku  Syriusza  Blacka.  Chciał  uratować  swoją  kochaną  siostrę  przed  wstrętnym  Ślizgonem.  Najpierw 
próbował  przekonać  Annę,  że  jestem  mrocznym  czarodziejem,  sługą  Voldemorta  i  tak  dalej.  –  Snape 
odwrócił twarz w stronę Harry’ego. – Wtedy nie byłem. Jeszcze nie. Po tym incydencie Anna odbyła wielką 
kłótnię ze swoim bratem w Wieży Gryfonów. i zostaliśmy razem. 

– Chodził pan z Gryfonką? – Snape zobaczył zdziwienie w oczach Harry’ego. 
–  Anna  była  Krukonką,  tak  jak  twoja  matka.  W  mojej  rodzinie  dużo  było  Krukonów.  To  był  związek 

zaakceptowany przez rodziców moich i Anny. 

– Zgodzili się? Jak? 
Snape zachichotał. 
– Tradycja, Potter. 
– Nie rozumiem – powiedział Harry z lekką urazą. 
– Cóż, spróbuję wyjaśnić. Jest wiele rodzin w świecie czarodziejów i, jak zapewne wiesz, większość z 

nich jest mieszanych, co oznacza, że jedno z małżonków jest mugolakiem. Jest kilka par, w których oboje są 
mugolakami. i są rodziny czystej krwi. 

– Wiem o tym, Ron mi opowiadał. 
– Czy twój przyjaciel mówił ci o statusach wśród rodzin czystej krwi? 
– Statusach? Co ma pan na myśli? 
– Są dwa rodzaje rodzin czystej krwi: szlacheckie i pospolite. 
Harry skinął głową. 
–  Rozumiem.  Pana  rodzina  jest  szlachecka  i  rodzice  Anny,  jako  członkowie  pospolitej  rodziny,  byli 

szczęśliwi, że ich córce się tak udało, tak? 

– Prawie trafiłeś, Potter. Rodzice Anny byli szczęśliwi, ale mieli inny powód do zadowolenia. Rodzina 

Blacków, podobnie jak Snape’ów, była jedną z najstarszych szlacheckich rodzin w Anglii. i chociaż teraz 
jest to  już akceptowane, że potomkowie szlacheckich rodów zawierają  małżeństwa z pospolitymi rodami, 
choć  raczej  nie  z  mugolakami,  większa  część  tych  wysoko  notowanych  rodów  preferuje  jednak  związki 
szlachecko–szlacheckie. 

– Mugole też mają podobną tradycję – mruknął zmieszany Harry. – Nigdy nie myślałem… – Po krótkiej 

przerwie  zapytał:  –  Wiem,  że  moja  matka  była  mugolakiem,  ale  rodzina  mojego  ojca?  To  była  pospolita 
rodzina, prawda? 

Snape wyczuł gorycz w głosie chłopaka. 
– Tak, ale jakie to ma znaczenie? Żadne, Harry. Wierz mi – westchnął i kontynuował. – Nieważne jak nie 

cierpiałem twojego ojca, muszę przyznać, że był mądry i dzielny, tak jak twoja matka. Byli silni i wierni, 
oboje. Tak jak ty. 

–  Czemu  nigdy  nie  słyszałem  o  siostrze  Syriusza?  –  szybko  zapytał  Harry,  nie  chcąc  się  znowu 

zaczerwienić. 

Twarz Snape’a spochmurniała. 
– Zmarła, zanim się urodziłeś. 
– Tak mi przykro – wyjąkał nerwowo Harry. 
– W porządku, Potter  – westchnął  Snape.  –  Ale  jeżeli zdecydujemy się rozmawiać dalej o przeszłości, 

napotkamy więcej śmierci niż możesz sobie wyobrazić. To były najmroczniejsze lata naszego wieku. 

– Dlaczego mam wrażenie, że nadchodzące lata będą jeszcze gorsze? – Harry zadrżał. 
– Jeżeli dożyjemy, aby je zobaczyć. 

background image

– Nawet jeżeli ich nie zobaczymy, mogą być gorsze. – Harry ziewnął. – Przepraszam pana, ale myślę, że 

się  trochę  prześpię  przed  wieczornym  przedstawieniem  –  wymamrotał,  starając  się  owinąć  się  ciaśniej, 
chroniąc przed ostrym chłodem celi. 

Kiedy zasnął, Snape otulił swoją peleryną drżącego chłopca i starał się nie myśleć o przyszłości. 
*** 
– Arturze! – Molly Weasley prawie krzyczała. – Dlaczego mi nie powiedziałeś? 
–  C-co…?  Co,  kochanie?  –  zapytał  sennie  jej  mąż.  Był  wczesny  poranek  i  Artur  Weasley  obudził  się 

dopiero pięć minut temu. Starał się stłumić ziewnięcie, siadając obok swojej żony przy stole. – Molly, gdzie 
jest dżem? – zapytał, starając się zjeść jakieś śniadanie. 

– Dlaczego mi nie powiedziałeś? Jestem pewna, że wiedziałeś! – zawołała Molly i Artur starał się uchylić 

od odpowiedzi. 

– A co chcesz usłyszeć, kochanie? – zapytał grzecznie, nie przerywając poszukiwań dżemu na stole. Tost 

zaczynał mu stygnąć. 

– Harry zaginął! i ty mi nic nie powiedziałeś. 
– Skąd o tym wiesz? – pan Weasley ocknął się natychmiast, zapominając kompletnie o dżemie. 
–  Prorok  Codzienny.  –  Molly  wskazała  na  gazetę.  Na  pierwszej  stronie,  tuż  pod  nagłówkiem, 

zamieszczono wielkie magiczne zdjęcie ludzi chodzących bezradnie po Privet Drive 4. Molly widziała wuja 
i ciotkę Harry’ego na zdjęciu, nie wyglądali na zadowolonych nagłym zainteresowaniem. Wuj był wyraźnie 
zirytowany, a zdenerwowana ciotka popatrywała niepewnie na sąsiadów. Nigdzie nie było widać Dudleya. 
Prawdopodobnie był w swoim pokoju. – Czy wiedziałeś o tym, Arturze? 

Jej mąż lekko się zaczerwienił. 
– No… Molly… No wiesz… 
– Więc jednak o tym wiedziałeś. i nic mi nie powiedziałeś. Dlaczego, jeśli wolno zapytać? 
Pan Weasley patrzył na żonę bezradnie. 
– Nie chciałem cię martwić. Mieliśmy nadzieję, że Harry się znajdzie… 
– Chyba nie mówisz poważnie! W takich czasach! – Nagle bardzo zbladła. – Arturze… Sam Wiesz Kto 

go schwytał, prawda? 

– Nie wiemy, Molly. Nie mamy żadnych wieści o chłopcu. Knot uważa, że to Dumbledore go ukrył, ale 

on twierdzi, że nie wie gdzie jest chłopiec i ja mu wierzę. Dumbledore nie boi się ministra i powiedziałby, 
gdyby wiedział coś o Harrym. 

– Więc to jednak on. Jak? 
– U Dursleyów była jakaś kłótnia rodzinna i chłopak w końcu wybiegł z domu. Od tego czasu nikt go nie 

widział. 

– Kiedy to było? 
– Trzy dni temu. – Pan Weasley opuścił głowę pod ostrym spojrzeniem swojej żony. 
– No i co powiemy dzieciom? – westchnęła w końcu rudowłosa kobieta. 
– Może moglibyśmy to utrzymać w tajemnicy… – odpowiedział Artur niepewnie. 
– Arturze. Oni umieją czytać i mają mnóstwo przyjaciół. My musimy im powiedzieć albo dowiedzą się w 

inny sposób. 

– Masz rację, Molly, jak zawsze – przytaknął pan Weasley. 
– Mamo, co się stało? – zapytał nagle senny głos ze schodów. 
Fred stał na szczycie schodów, przecierając oczy. 
Rodzice wymienili znaczące spojrzenia i pan Weasley ustąpił. 
– Twoja matka opowie wam wszystko, przy śniadaniu. – Nie zwracając uwagi na spojrzenie swojej żony, 

pocałował ją w czoło. – Muszę już iść. Do zobaczenia po południu, kochanie. 

–  Wieczorem,  masz  na  myśli  –  mruknęła  zdenerwowana  pani  Weasley.  –  Czy  może  śpieszy  ci  się  do 

domu? 

– To nie moja wina, Molly – usprawiedliwił się pan Weasley. 

background image

Oboje westchnęli. 
– Wiem. Idź już – powiedziała w końcu. 
Po wyjściu męża z domu, pani Weasley poczuła rękę na swoim ramieniu. 
– Co się stało, mamo? – zapytał łagodnie Fred. 
– Fred… Harry zaginął, trzy dni temu. 
Fred zastygł. Jego ręka zadrżała. 
– Nie. To niemożliwe… Mamo, powiedz mi, że to nieprawda… Co zrobi Ron, jeżeli…? 
– Co niby zrobię? – zapytał nowy głos. 
To  był  Ron.  Pani  Weasley  i  Fred  stali  w  milczeniu.  Nie  ośmielili  się  nic  powiedzieć.  Ron  zrobił  się 

podejrzliwy. 

– Hej, co się dzieje? – uniósł brwi pytająco. – Co się stało? Mamo? 
– Kochanie, chodź tutaj – odpowiedziała pani Weasley i mocno przytuliła zakłopotanego syna. – Harry 

zaginął.  Trzy  dni  temu  –  wyszeptała  mu  do  ucha.  Potrzebowała  wszystkich  sił,  aby  podtrzymać  nagle 
zwiotczałe ciało syna. 

–  Usiądź,  kochanie  –  powiedziała  cicho  i  z  pomocą  Freda  posadziła  go  na  krześle.  Obaj  chłopcy  byli 

bardzo bladzi, ale Ron był w gorszym stanie. 

– On… On nie umarł, prawda? – zapytał Ron drżąc. 
– Nie wiemy, kochanie. 
– To był Sam Wiesz Kto. – To nie było pytanie. 
– Tego też nie wiemy, Ron. Chociaż ja jestem tego prawie pewna. 
Mocniej objęła swojego syna i delikatnie go kołysała. 
– Nie wiemy, przepraszam. 
–  Nie  chcę,  żeby  on  zginął,  mamo!  –  krzyknął  bezradnie.  –  On  nie  umrze,  mamo,  powiedz,  że on  nie 

umrze! – powtarzał w kółko i cichy płacz wstrząsnął jego ciałem. 

–  Nie  umrze,  Ron.  z  pewnością  nie.  –  Pani  Weasley  delikatnie  pogłaskała  syna  po  głowie.  –  Wróci, 

zobaczysz. 

Sama nie potrafiąc już powstrzymać łez, schowała twarz we włosach syna. 
– On wróci. 

5. GODNOŚĆ AŻ DO KOŃCA 

Snape czuł, że jeszcze nigdy nie był torturowany z takim okrucieństwem, choć tym razem tylko stał obok 

Voldemorta i patrzał na trwające godzinami tortury Harry’ego, które ten w większości znosił w milczeniu. 
Stwierdził, że fizyczne męki były gorsze do oglądania, chociaż wiedział, że klątwy były bardziej bolesne i 
okrutne. Ale sam widok kogoś dotykającego Harry’ego i raniącego go swoimi dłońmi był nie do zniesienia. 
Nigdy wcześniej tak się nie czuł: serce mu waliło, dłonie się pociły, dusiły do nudności, czuł straszny ból. 
Dziwne, nikt go nawet nie dotknął, a mimo to cierpiał, dręczył go absolutnie fizyczny ból. 

Zmusili go do oglądania  „pracującego” skalpelem Avery’ego i coraz większej kałuży krwi rozlewającą 

się pod drżącym ciałem nagiego chłopca. Czasami Harry otwierał oczy szukając jego wzroku i wydawało 
się, że jest w nich ulga, kiedy go widział. 

W jakiś sposób każde cięcie bolało Snape’a bardziej niż klątwy, razy czy Cruciatus, jakimi sam oberwał 

w czasie swojej tortury. Czuł, że serce mu pęka. 

– Aaaaaaaa! – zajęczał Harry, kiedy Avery ostrożnie otworzył następną ranę palcami. Snape skulił się. 
–  No,  no,  Severusie.  Chcesz  powiedzieć,  że  nie  podoba  ci  się  moje  małe  przedstawienie?  Dlaczego? 

Pamiętam czasy, gdy oglądanie sprawiało ci przyjemność! Zaplanowałem je specjalnie dla ciebie! 

Snape  desperacko  utkwił  wzrok  w  twarzy  chłopca.  Nie  chciał  rozmawiać  o  tym  z  Voldemortem.  Nie 

chciał  pamiętać  grzechów  przeszłości,  obecna  sytuacja  była  wystarczająco  bolesna.  W  ogóle  nie  chciał 
rozmawiać ani z Voldemortem, ani z nikim innym. 

background image

–  Czemu  mam  wrażenie,  że  już  kiedyś  widziałem  bardzo  podobną  scenę?  Ty,  patrzący  bojaźliwie  na 

chłopca…  na  chłopaka  odważniejszego  niż  ty  kiedykolwiek  byłeś…  Ty  też  masz  wrażenie  déja  vu, 
Severusie? 

Słowa  Voldemorta  dotarły  do  jego  umysłu  potwierdzając  jego  własne,  nieśmiałe  przemyślenia. 

Mężczyzna usilnie się starał, żeby nie było widać jego desperacji. Ten cholerny bydlak miał rację. Snape był 
tchórzem.  A  Harry  naprawdę  zachowywał  się  jak  Quietus.  Ale  spostrzegł  to  dawno  temu,  na  samym 
początku tego wszystkiego… 

Harry zachowywał się podczas tortur i rozmów w celi jak Quietus – jedyna osoba, którą Snape naprawdę 

doceniał i kochał całym sercem. Quietus, mały przebiegły Quietus, ciepły i opiekuńczy Quietus, który stanął 
przed  Czarnym  Lordem  na  chwiejnych  nogach,  cały  we  krwi  i  bez  strachu  powiedział  „Nigdy  nie  będę 
twój” i miał rację. 

Quietus  umarł  dokładnie  tutaj,  w  Koszmarnym  Dworze,  w  głównej  sali,  po  sześciu  rundach,  a  on, 

Severus, nie był w stanie mu pomóc. 

Tego dnia Snape postanowił umrzeć. 
Jego  nienawiść  względem  Moody’ego,  tego  cholernego  aurora,  była  również  tego  konsekwencją.  W 

samotnej ciemności Azkabanu, gdzie przetrzymywano go przez sześć miesięcy, wciąż na nowo przeżywał 
najgorsze chwile życia: Quietus umierający, jęczący i dygocący od ogromnego bólu, jaki mu zadawano i w 
końcu martwe ciało jego brata na środku sali… To był niekończący się film w jego głowie. Mógł go oglądać 
od pierwszego momentu aż do pogrzebu na cmentarzu w Hogsmeade. Całość wypaliła mu się w pamięci. 
Nigdy nie będzie w stanie zapomnieć tych obrazów. 

Voldemort  widział  to  tylko  raz.  Ale  dla  niego  to  było  zbyt  znajome.  Chłopiec  stojący  na  środku 

pomieszczenia  z  pełną  godnością,  z  podniesioną  głową,  z  otwartymi  oczami.  Czarne  oczy  –  zielone  oczy. 
Oczy Quietusa – oczy Harry’ego. 

Snape  nie  czuł  łez  płynących  mu  po  twarzy,  gdy  tak  stał  prosto,  z  oczami  szeroko  otworzonymi  z 

przerażenia.  Był  jak  w  transie,  twarz  Harry’ego  zamieniła  się  nagle  w  oblicze  Quietusa  i  z  powrotem, 
widział  pełen  bólu  wzrok,  pełen  bólu,  ale  i  życia,  akceptacji  i  wybaczenia.  Ból  bez  załamania,  siła  bez 
agresji, śmierć bez strachu… 

–  Cieszy  mnie  bardzo,  mój  drogi  profesorze,  że  nareszcie  ci  się  podoba  –  usłyszał  głos  Największego 

Bydlaka, mówiący mu do ucha i nagle zauważył łzy. Nie wytarł ich jednak. To było bezcelowe: Voldemort 
już  rozpoznał  jego  słabość,  jego  uczucia  względem  chłopca.  Prawdopodobnie  zdradził  Harry’ego  swoim 
zachowaniem,  ale  nic  na  to  nie  mógł  poradzić.  Starał  się  w  jakichś  sposób  przekazać  swoją  siłę  chłopcu 
poprzez wzrok, wzmocnić go mentalnie, desperacko chciał znaleźć się na miejscu Harry’ego i zabrać jego 
ból, oddać życie za chłopca… Uratować go… 

I  nie  mógł.  Wyraźnie  słyszał  słowa  Lily:  „Przysięgnij!  Przysięgnij  na  imię  Quietusa,  potworze!” 

Przysiągł,  i  teraz  nie  był  w  stanie  pomóc…  „Powiedz:  będę  bronił  go  ze  względu  na  własne  życie”  –  i 
przysiągł na Quietusa, ponieważ Lily Evans wiedziała, że tej jedynej przysięgi nigdy nie złamie… 

Przysięga wydawała się teraz taka odległa… i nie miała już znaczenia. To już nie było ważne. Cierpiał z 

powodu  Harry’ego.  Tylko  Harry’ego.  Nikogo  innego.  Tu  nie  chodziło  już  o  przysięgę,  o  jego  martwego 
brata. Tylko o młodego, bezradnego chłopca, stojącego we własnej krwi, umierającego na jego oczach. 

Desperacko chciał uratować Harry’ego dla siebie. Nie dla Lily czy Quietusa. Oni nie żyli. Chłopak żył. 

Nadal. 

Kiedy  Harry  wreszcie  upadł,  Snape  natychmiast  opuścił  swoje  miejsce  i  przyklęknął  obok  niego. 

Krzyczał  w  głębi duszy, patrząc na  chłopca. Chciał podnieść  go z podłogi,  ale nie mógł  znaleźć żadnego 
niezranionego miejsca na jego ciele, aby za nie chwycić, dotknąć bez powodowania dodatkowego bólu. 

Ale Voldemort kazał im wrócić do celi, więc Snape od razu podniósł chłopca delikatnie, oparł jego głowę 

na ramieniu, owinął go w swoje ubranie i wyniósł. 

background image

Usiadł  w  ich  znajomym  rogu,  nadal  trzymając  dziecko  w  ramionach,  jego  łzy  zmieszały  się  z  krwią 

Harry’ego. Przykrył ich swoją peleryną i starał się modlić do jakiegokolwiek boga o pomoc. Głaskał włosy 
chłopca i powtarzał monotonnie setki razy: 

– Wszystko będzie dobrze, Harry, wszystko będzie dobrze… 
Ale  sam  nie  mógł  już  wierzyć  własnym  słowom.  Nawet,  jeśli  uda  mu  się  w  jakiś  sposób  przetrwać  te 

wszystkie tortury, chłopak będzie musiał żyć z tym wszystkim. Ze wspomnieniami i z bólem, ponieważ ból 
już zawsze będzie z nim. Ran zadanych przez Voldemorta nie dało się do końca wyleczyć. Nic nie będzie 
takie samo. Nigdy już! jakby zakrakał kruk Poego. Jeżeli przeżyją, będzie musiał znaleźć sposób, aby pomóc 
Harry’emu przez to przebrnąć. Jeżeli to w ogóle było możliwe. 

Nie, to nie było możliwe. 
On był pod działaniem Cruciatus tylko kilka razy, ale w wynikających z nich koszmarach to było gorsze 

niż  w  rzeczywistości,  nie  fizycznie,  ale  psychicznie  i  emocjonalnie  –  uczucie  całkowitej  bezsilności, 
upokorzenia,  i  przerażenia  było  jeszcze  wyraźniejsze  w  snach.  W  tych  koszmarach  zawsze  wiedział,  co 
będzie dalej i że to jest nieuniknione. Koszmary odzwierciedlały wypalone w jego pamięci sceny. Podczas 
ostatnich czternastu lat starał się nauczyć jak od nich uciec, jak obudzić się. Bez rezultatów, zawsze musiał 
je przeżyć do końca. 

Koszmary… A to był koszmar na jawie, Koszmarny Dwór. Przeklęty Największy Bydlak! i nie było stąd 

ucieczki. Przebudzenia. 

Po chwili uspokoił się nieco, łzy obeschły na jego twarzy. Chłopiec już tak nie krwawił, ale nadal drżał z 

powodu utraty zbyt dużej ilości krwi. Snape opuścił głowę i opatulił ich całkowicie, aby zatrzymać ciepło. 

Był  wyczerpany  i  śmiertelnie  zmęczony,  ale  nie  mógł  spać.  Gdy  zamykał  oczy  widział  Harry’ego 

cierpiącego  w  ciszy  albo  patrzącego  na  niego  bez  nadziei,  czasami  obrazy  te  mieszały  się  ze  scenami 
cierpienia Quietusa… Objął mocniej chłopca, jakby mógł go obronić przed podobnymi zdarzeniami, które 
mogły nadejść w następnych dniach… 

Jego koszmary zaczęły się bez snu. Cholera! 
Poczuł małe poruszenie na kolanach. 
– Harry? – zapytał cicho. 
– Boli. – Dziecko zadrżało. – Wszystko mnie pali… Całe ciało… skóra… 
– Ciii. – Kołysał chłopca ostrożnie. – Staraj się odpocząć. 
– Profesorze… – zaczął Harry słabo. – Myślę, że umrę… Przykro mi… 
–  Wszystko  będzie  w  porządku,  Harry.  Tylko  odpocznij.  –  Snape  był  przerażony  słowami  chłopca. 

Powtórzył również dla siebie. – Nie, Harry. Nie umrzesz. Wszystko będzie dobrze. Uwierz mi. 

– Przepraszam… – usłyszał ciche mamrotanie. – Zostawię pana samego, przepraszam za to… 
– Nie, Harry  – zaczął,  ale nie mógł  dokończyć.  Dusił się, nie miał  powietrza w płucach, by  rzec choć 

słowo,  tylko  przytulił  chłopca  mocniej,  jakby  to  mogło  obronić  go  przed…  Nie.  Harry  nie  mógł  umrzeć. 
Musiał żyć. Przetrwać. 

Kiedy  ciało  chłopca  zwiotczało  na  jego  kolanach,  był  w  szoku,  niezdolny  do  myślenia  przed  długą 

chwilę. Nie! krzyknął bezgłośnie. 

Zabrało  mu  trochę  czasu  zrozumienie,  że  chłopak  był  tylko  nieprzytomny,  nie  nieżywy.  Dręczyły  go 

rozmaite emocje, czuł się chory i miał zawroty głowy. Ale nie ośmielił się ruszyć, zdjąć chłopca ze swoich 
kolan,  otworzyć  ramion.  Jego  nowo  odkryte  uczucia  ogrzały  mu  serce.  Pragnienie  chronienia,  dbania  o 
Harry’ego było nieprawdopodobnie silne. 

Na początku ich niewoli przysiągł sobie, że nie skrzywdzi już chłopca. Teraz czuł, że to za mało. Siedząc 

w  rogu,  z  chłopakiem  na  kolanach,  złożył  nową  przysięgę,  mocniejszą:  będzie  dbał  o  Harry’ego  aż  do 
śmierci, swojej lub jego. Pomoże mu w każdy możliwy sposób. Będzie zawsze przy nim. Do końca ich dni. 
Amen. 

Cichy,  sarkastyczny  głosik  zaśmiał  się  w  jego  głowie.  Jakiś  ty  sentymentalny,  Severusie.  Może  się 

starzejesz? Albo myślisz, że łatwo będzie dotrzymać tej obietnicy? Chłopak i tak umrze za kilka godzin, nie? 

background image

Musiał  zwalczyć  odruch  powrotu  do  typowego  dla  niego  sarkazmu  i  obojętności.  Nie!  uciszył  własne  złe 
myśli.  Jaki  sens  miała  obojętność  w  obliczu  śmierci?  Chłopak  zasługiwał  na  coś  więcej  niż  tylko  jego 
obojętność, okrucieństwo, sarkazm i nienawiść. Wycierpiał już przez to w poprzednich latach. Teraz musiał 
zaoferować Harry’emu odrobinę pocieszenia, opieki… Miłości? 

Och,  ostatnie  słowo  brzmiało  śmiesznie.  On  i  miłość!  Nie  potrafił  kochać.  Nawet  Quietusa  nie  umiał 

kochać. Gdyby potrafił… Może jego brat nadal by żył. 

Gdyby  wiedział  jak  kochać,  nie  byłoby  go  tutaj.  Nie  zostałby  Śmierciożercą.  Wybrałby  Ravenclaw  za 

radą  Tiary  Przydziału.  Od  samego  początku  pracowałby  dla  ministerstwa  albo  Albusa  …  Może  nawet 
miałby rodzinę… dzieci… 

Ta myśl go zszokowała. Czy naprawdę tak dużo stracił? Czy naprawdę chciał zostać tym, kim teraz był? 

Samotnikiem, nienawidzącym i znienawidzonym draniem, zwolennikiem potwora, profesjonalnym oprawcą, 
mordercą niewinnych? 

To prawda, że nigdy nie chciał wieść przeciętnego życia, żyć tak jak wielu innych, ale… Czy to nie była 

przesada? To również było typowe w pewien perwersyjny sposób… 

Nie. Nigdy nie zostanie wystarczająco ukarany za to, co zrobił. Nawet w tym piekle. Nigdy nie zostanie 

mu wybaczone. 

Własne myśli go torturowały. Czy taki był cel Voldemorta, kiedy kazał umieścić ich w jednej celi? Czy 

ten  bydlak  wiedział,  co  się  stanie?  Że  da  się  złamać  Severusa  Snape’a  poprzez  jego  własne  uczucia, 
nienawiść do samego siebie, poczucie winy? 

Podniósł głowę, gdy usłyszał złowieszcze skrzypienie drzwi. Do środka wszedł Avery. 
–  Czego  chcesz?  –  warknął  Snape  pełnym  nienawiści  głosem.  –  On  już  prawie  nie  żyje.  Jeżeli  chcesz 

kontynuować, to ostrzegam, że on i tak już tego nie poczuje. 

Avery  wzruszył  ramionami  ze  złośliwym  uśmiechem  na  twarzy.  W  takich  chwilach  Mistrz  Eliksirów 

podejrzewał,  że  nie  jest  on  zupełnie  normalny.  Ale  o  dziwo  to  szaleństwo  ogarniało  go  tylko  wtedy,  gdy 
było potrzebne. 

–  Jestem  tutaj  by  przedłużyć  jego  cierpienia,  Severusie.  –  Pokazał  dwie  małe  buteleczki.  –  Znasz  je, 

prawda? – zapytał z udawaną ciekawością. 

Oczywiście, że Snape je znał. Eliksir Przeciwkrwotoczny i Wzmacniająca Fuzja. Osobiście je uwarzył, 

tak  jak  wszystkie  mikstury  używane  w  służbie  Voldemorta.  Ale  nie  wiedział,  co  byłoby  lepsze  dla 
Harry’ego: dostać lecznicze eliksiry czy umrzeć. 

Ale  rozpaczliwie  pragnął,  aby  Harry  żył.  Chciał  o  niego  dbać  i  pocieszać  go,  po  prostu  być  przy  nim. 

Chciał, aby chłopak mu wybaczył, przynajmniej Harry – on nadal żył, w przeciwieństwie do wielu innych, 
którym był winien więcej niż tylko przeprosiny… 

– Daj mi je – odpowiedział w końcu czekającemu Śmierciożercy. 
– Nie. Sam je mu podam. Nie ufam ci, Severusie. 
Weszło dwóch innych Śmierciożerców. 
– Połóż chłopaka na podłodze. 
Nie chciał posłuchać, ale gdy tylko otworzył usta, aby zaprotestować, Avery warknął: 
– Jeżeli nie będziesz posłuszny, rzucę Cruciatus na was obu. 
Snape wzdrygnął się na tę myśl i ostrożnie położył chłopca na podłodze. 
– Odsuń się! 
Kiedy uniósł nogę, by się odsunąć, usłyszał nagły szept Crucio i w następnej chwili zwijał się z bólu na 

podłodze.  To  było  bardzo  długie  Cruciatus,  trwało  tak  długo,  aż  Avery  zmusił  chłopca  do  przełknięcia 
zawartości fiolek. Po ich wyjściu nie był w stanie poruszyć się przez długie minuty. Głowa mu pękała, oczy 
piekły, miał skurcze mięśni. Wreszcie przemógł ból i podczołgał się do Harry’ego. 

Czuł zapach eliksirów i potwierdziły się jego przypuszczenia, jeden z nich był eliksirem wzmacniającym, 

a drugi bardziej specjalistyczną miksturą na wypadek znacznej utraty krwi. Nagle ucieszyło go, że zawsze 

background image

był  taki  dokładny.  Nigdy  by  nie  znaleźli  tych  eliksirów  w  nieładzie,  ale  w  jego  gabinecie  wszystko  było 
opisane i ułożone w porządku. 

Obok  chłopca  znalazł  też  pozostałości  jego  ubrania,  widocznie  Avery  przyniósł  je,  lecz  były  to  tylko 

śmieszne,  krwawe  szmaty,  nic  więcej.  Podnosząc  coś,  co  kiedyś  było  częścią  ubrania,  przypomniał  sobie 
nieznośnie  powolne  ruchy  Śmierciożercy,  gdy  ten  rozbierał  chłopca  za  pomocą  skalpela,  kilkukrotnie 
celowo raniąc go podczas wstępu. Żołądek wzburzył się na samo wspomnienie. Westchnął i usiadł, kładąc 
Harry’ego z powrotem na swoje kolana. 

Po chwili zasnął. 
*** 
Harry  obudził  się  nagle.  Poczuł  dziwny  ruch  wokół  klatki  piersiowej,  zupełnie  jakby  ktoś  go  mocniej 

objął, czyjaś ręka chwyciła go za ramię. 

– Czekaj… Quietus… Czekaj! – usłyszał. 
Gdy Harry otworzył oczy, zobaczył nad sobą twarz Snape’a. Mężczyzna krzywił się, najwyraźniej mając 

jakiś  okropny  sen.  Po  chwili  zrozumiał,  że  widzi  wyraźnie  twarz  profesora  dlatego,  że  leży  na  kolanach 
nauczyciela, przytulony  do jego piersi i  otoczony  ramionami Mistrza Eliksirów. Przytulony? Właściwie to 
bardziej jakby trzymany, jakby mężczyzna chciał go bronić, zatrzymać go. 

To była naprawdę dziwna sytuacja. i bardzo krępująca. 
Ale  równocześnie  to  było  takie  krzepiące,  takie…  inne  od  brutalności  poprzedniego  dnia.  Całkowite 

przeciwieństwo. To było coś dobrego. Nigdy wcześniej nie czuł czegoś takiego. Jakby był małym dzieckiem 
tulonym przez rodzica. 

Skóra  nadal  go  piekła,  przy  najmniejszym  ruchu  czuł  każdą  ranę  zadaną  mu  dzień  wcześniej,  każda 

pulsowała  dotkliwie.  Nagle  poczuł  ostry  ból  i  drgnął.  To  poruszenie  wzmogło  ból  i  przez  chwilę  Harry 
chwytał powietrze i ściskał w ręku ubranie profesora, zaciskając powieki. 

– Nie śpisz? – usłyszał ciche pytanie. Harry tylko skinął, walcząc z cierpieniem. – Lepiej się czujesz? – 

zabrzmiał niespokojny głos Snape’a. 

Kiedy mógł już oddychać, odpowiedział: 
– Trochę, proszę pana. Ale… – Nie wiedział, co powiedzieć. – To bardzo boli. Rany… 
Poczuł jak Snape zadrżał. 
– Tak, mogę sobie wyobrazić, Harry. Musiałem to wszystko oglądać. Staraj się nie ruszać. To pomoże. 

Dali ci lecznicze eliksiry. Poczujesz się lepiej. 

Harry zamknął oczy, zastanawiając się. Po chwili otworzył usta. 
– Ja… – zaczął nagle, ale nie dokończył zdania. 
– Tak? 
– Myślałem, że umrę. Ja chciałem umrzeć. Próbowałem z tym walczyć, ale… byłem słaby. 
–  Nie  –  odparł  natychmiast  Snape.  –  Nie  byłeś  słaby.  Byłeś  silny.  Niezmiernie  silny.  Silniejszy  niż 

ktokolwiek, kogo widziałem. 

– Ale… Nie mogłem patrzeć na ból, jak na znak mojej siły. Albo przypomnienie. Ja… Ja tylko chciałem, 

żeby się skończył. Gdyby pana tam nie było, na pewno bym przegrał. 

– Harry, przetrwałeś. Wytrzymałeś ból z godnością. Byłeś odważny i silny. 
– Ale ja chciałem umrzeć. 
– To nie jest oznaką twojej słabości. To naturalna reakcja na tortury. 
– Powiedział pan, że nie mogę się poddać. Że nie mogę zaprzedać swojej duszy. 
–  Potter  –  westchnął  Snape  trochę  zirytowany.  –  Naturalne  pragnienie,  by  ból  się  skończył,  nie  jest 

równoznaczne  z  zaprzedaniem  swej  duszy.  Zdradzasz  siebie,  kiedy  zgadzasz  się  zrobić  cokolwiek 
przeciwko własnej woli, tylko po to, aby tortury się skończyły. Ale… trudno wytłumaczyć różnicę. 

– Widzę – uśmiechnął się Harry słabo. Potem dodał: – Ale myślę, że rozumiem, co ma pan na myśli. 
Harry  zdał  sobie  sprawę,  że  nadal  ma  zamknięte  oczy,  więc  otworzył  je  ostrożnie  i  przypatrywał  się 

twarzy mężczyzny, widocznej w słabym świetle pochodni. Poczuł, że ma zupełnie sucho w ustach. 

background image

– Proszę pana, chce mi się pić – wyszeptał. 
– Przyniosę ci wody – zaoferował mężczyzna, ale chłopak pokręcił głową. 
– Nie, dobrze mi zrobi, jeśli się trochę ruszę. i tak muszę skorzystać z ubikacji. 
– Cóż… – Zobaczył zakłopotanie Snape’a. – Jesteś nagi, Harry. Powinieneś się ubrać, ale zdaje się, że 

twoje ubrania… nie nadają się już do noszenia. 

Chłopak zamknął oczy i oparł głowę na ramieniu nauczyciela. Wspomnienie o nagości nie skrępowało 

go. Ale przywołało obraz Avery’ego ze skalpelem w ręku, uczucie bezradności i paniki, jakie czuł na ten 
widok, bo nie wiedział, czego się spodziewać. Pierwsze zadane rany, pierwsze dotknięcia skalpela, pierwsze 
cięcia. Zaczął się trząść. 

Nauczyciel  objął  go  mocniej  i  zaczął  kołysać.  Powoli,  w  tył  i  przód,  tył  i  przód.  Niczym  rodzic 

uspokajający małe dziecko. Chłopiec w końcu zaczął się uspokajać. Profesor jednak nie puścił go od razu. 
Trzymał go jeszcze kilka minut. Harry miał wrażenie, że to sen. i nie chciał się obudzić. 

Pragnienie jednak nie odpuściło. Kiedy spróbował przełknąć gorzką ślinę, zaczął się krztusić. 
– Może mnie pan puścić. Muszę się napić – westchnął cicho Harry. Profesor przytaknął i wypuścił go. 

Mimo zawrotów głowy i słabości, chłopak zdołał wstać i doczłapać do swoich rzeczy. 

– Proszę pana, myślę, że  „nie nadają się” to  słabe określenie  – powiedział i uśmiechnął  się podnosząc 

coś, co kiedyś było jego koszulką. Prawdopodobnie dekady temu. Teraz to coś było brudne, zakrwawione i 
pocięte na paski ostrzem Avery’ego. Nie nadawało się już do włożenia. Harry westchnął i mimo wszystko 
spróbował się ubrać. Nie chciał patrzeć na swoje ciało, wiedząc że rany po cięciach odpowiadają dokładnie 
wzorowi pasków z ubrania. Kiedy się ubrał, „ubranie” zaczęło podrażniać obrażenia. Wreszcie spojrzał na 
siebie i zamurowało go – wyglądał dużo gorzej, niż się spodziewał. 

– Harry… 
Odwrócił się do Snape’a. Mężczyzna był teraz dla niego taki miły. Sposób w jaki go trzymał, kołysał… 

Chłopiec  poczuł  przypływ  serdeczności  dla  potwora  z  lochów.  Nawet  teraz  Mistrz  Eliksirów  się  o  niego 
martwił i podawał mu część swojej odzieży. 

– Co…? – zapytał zmieszany chłopiec. 
–  Mój  sweter…  czy  coś  w  tym  rodzaju…  –  uśmiechnął  się.  Uśmiech  dziwnie  wyglądał  na  twarzy 

profesora, jakoś tak niezdarnie. – Przynajmniej był tym kilka dni temu. 

– Ale… pan też go potrzebuje. 
– Weź go, Harry. Ty go bardziej potrzebujesz. 
Patrzyli na siebie długą chwilę. 
– Nie mogę – powiedział w końcu Harry. – To należy do pana. Ale i tak dziękuję. 
– Jesteś obłąkany, Potter. Weź to albo ubiorę cię siłą – skrzywił się z udawanym gniewem. 
Harry przewrócił oczami, ale przyjął ubranie. Szybkim ruchem je nałożył. Było ciepłe i nadal miękkie, 

ale za duże, tak jak te po Dudleyu. Pomimo bólu Harry roześmiał się, kiedy znowu na siebie spojrzał. 

– Wyglądam śmiesznie – stwierdził. Cóż, to była prawda. Sweter sięgał mu prawie do kolan, rękawy były 

niemal dwa razy dłuższe niż jego ramiona, więc musiał je podwinąć. Spod spodu wzdłuż jego nóg zwisały 
długie paski spodni. Wyglądał  gorzej niż Ron na zeszłorocznym balu, w niedopasowanej szacie. Parsknął 
śmiechem. – i nie mam butów. 

– Ja też nie – kiwnął głową Snape. – Nie pamiętam bym je miał odkąd tu trafiliśmy. 
Chłopak kiwnął głową i w końcu podszedł się napić. Słój był tylko do połowy pełny, więc wypił jedynie 

kilka łyków. 

– Pij dalej! – rozkazał mężczyzna. 
– Muszę oszczędzać wodę – zaprotestował Harry. 
– Nie teraz. Potrzebujesz jej, żeby się wyleczyć. 
Chłopiec nie kłócił się, napił się jeszcze. Po kilku chwilach wrócił do rogu, w którym siedział Snape. Nie 

był pewien, co powinien zrobić, więc usiadł obok swojego nauczyciela. 

background image

– Chodź bliżej, Harry, bo zmarzniesz – powiedział Snape niewiarygodnie miłym głosem, ale chłopiec nie 

ośmielił się ruszyć. Usłyszał westchnienie profesora, który przysunął się do niego i otulił obu peleryną tak 
jak dzień wcześniej. – Nie mamy odpowiednich ubrań. Jeżeli nie chcemy zmarznąć i jeszcze się przeziębić, 
musimy jakoś zatrzymać ciepło. Rozumiesz? 

Harry tylko skinął głową, ale poczuł się o wiele lepiej, gdy otoczyło go ramię Snape’a. To znowu było… 

tak jakby on był dzieckiem, a nauczyciel rodzicem. Zamknął oczy i zbliżył się do zaoferowanego mu ciepła. 

Snape zdziwił się nieco, gdy chłopiec przytulił się do niego. 
– Wszystko w porządku? – zapytał ostrożnie. 
– Raczej nigdy już nie będzie wszystko w porządku – odpowiedział i ziewnął. Potem dodał: – Znaczy, 

nawet jeśli jakoś to przeżyję, to chyba nigdy nie będę mógł… pozbyć się tego wszystkiego. Za dużo tego. 
Ale  teraz  jest  dobrze.  Pan  jest  taki…  dobry  dla  mnie.  i  to  jest  takie  dziwne,  ale  dobre…  Coś  jak 
przynależność… – wymamrotał zakłopotany. 

Snape poruszył się nerwowo i nie był w stanie nic odpowiedzieć. 
– Kim jest Quietus? – zapytał delikatnie Harry po chwili. 
–  Skąd  wiesz…?  –  Głos  Snape’a  zabrzmiał  ostro,  ale  od  razu  tego  pożałował.  Reakcja  chłopca  była 

natychmiastowa. 

– Przepraszam – Harry opuścił głowę i odsunął się. 
– Nie musisz przepraszać, Harry. – Snape zatrzymał go i mocniej przytulił. – Byłem po prostu trochę… 

zaskoczony, że o nim wiesz. 

– Pańskie koszmary… – Harry wziął głęboki oddech. – i wczoraj, kiedy się pan obudził, nazwał mnie pan 

tym imieniem. Pomylił mnie pan z nim? 

Snape  od  razu  przypomniał  sobie  troskliwość…  dobroć  chłopca,  który  go  dotknął  –  najwredniejszego 

profesora w całej szkole, człowieka, który traktował go paskudnie przez te wszystkie lata… Mordercę. Czy 
to  właśnie  ta  dobroć  spowodowała  odmianę  uczuć  z  tolerancji  w  troskę  o  chłopca?  Wyglądało  na  to,  że 
każda dobra rzecz w jego życiu była związana w jakiś sposób z Quietusem. 

– Quietus był moim bratem – powiedział cicho. – i czasami mi go przypominasz – dodał po chwili. 
– Czy on… umarł? – zapytał Harry najciszej jak potrafił. Snape tylko kiwnął głową. – Jak…? 
–  Voldemort  go  zabił.  –  Harry  dostrzegł  jak  zęby  profesora  zaciskają  się.  Mężczyzna  zamknął  oczy  i 

wziął  kilka  głębokich  wdechów,  aby  się  uspokoić.  –  Zabił  go  właśnie  tutaj,  w  Koszmarnym  Dworze,  w 
głównej sali po sześciu rundach tortur, ponieważ odmówił dołączenia do niego, a mój ojciec postanowił go 
zmusić. W końcu Voldemort w furii go zabił. 

Ponownie  obrazy  pojawiły  się  przed  jego  oczami,  jak  w  Azkabanie.  Quietus  umierający…  pogrzeb… 

Bezwiednie  przytulił  mocniej  Harry’ego…  Quietusa…  Przez  chwilę  naprawdę  wierzył,  że  siedzi  obok 
swojego brata. Kiedy dotarło do niego, że to Harry’ego trzymał, spróbował go wypuścić z zażenowaniem, 
ale nagle poczuł parę rąk obejmujących go, pocieszających. Ten przejaw troskliwości uciszył zażenowanie. 
Siedzieli tak, przytulając się, w ciszy przez długie minuty. 

– Jesteś tak dzielny jak on… – powiedział cicho. – To, jak przetrzymujesz tortury, ból, to jak patrzysz 

śmierci w twarz z godnością… Jesteś taki jak on. 

Harry  nie  mógł  nic  powiedzieć.  Wyglądało  na  to,  że  każdy  temat  zakończy  się  śmiercią  kogoś 

związanego  z  Mistrzem  Eliksirów…  Najpierw  ukochana,  a  teraz  brat…  Tak  jak  ostrzegał.  Jeżeli 
zdecydujemy  się  rozmawiać  dalej  o  przeszłości,  napotkamy  więcej  śmierci,  niż  możesz  sobie  wyobrazić

Może to było powodem zimnego i sarkastycznego zachowania profesora… to, ile stracił w życiu… 

– Profesorze? – zapytał nagle. 
– Hm–mm? – odezwał się Snape w odpowiedzi. 
– Dlaczego godność jest taka ważna? Jeżeli i tak muszę umrzeć, to czy nie jest to obojętne, jak umrę? 
– Cóż… hm… Możliwe z czysto materialistycznego punktu widzenia – odparł zakłopotany Snape. 
– Ma pan na myśli słowa Dumbledore’a? 
– Jakie słowa? – zapytał ciekawie profesor. 

background image

–  Dla  dobrze  zorganizowanego  umysłu,  śmierć  to  tylko  kolejna  wielka  przygoda.  Powiedział  mi  to  po 

mojej historii z Quirrellem. 

– Nie. Nie chcę rozmawiać o jakiejś formie życia po życiu. Nie wiem, co o tym sądzić. To coś innego… 

– westchnął. – Myślę, że nauczyłem się tego od Quietusa. Wszyscy umrzemy prędzej czy później. Nigdy nie 
możemy być pewni kiedy. Więc musimy żyć tak, aby nigdy nie żałować… 

– Pan żałował? – Harry nie był pewien czy to było mądre pytanie, pewnie nie, ale już padło. Przygotował 

się na ostrą ripostę, ale Snape tylko drgnął. 

– Tak, wiele razy. Żałuję wielu rzeczy. Ale to inna historia. Nie żałuję utraty godności, ponieważ nigdy 

nie byłem zmuszony do jej utraty. Żałuję innych rzeczy. 

– Och… Ale jeżeli ja jestem całkowicie pewny, że umrę, to dlaczego nie mogę się poddać? 
–  Harry,  słuchaj  –  westchnął  głęboko  Snape.  –  To  trudno  wyjaśnić.  Ja  tylko  dam  ci  przykład,  ale  nie 

będzie to dokładna odpowiedź na twoje pytanie. Obawiam się, że pełna odpowiedź nie istnieje. Dobrze? 

– Dobrze – zgodził się potulnie chłopak. 
– Powiedziałem, że Voldemort zabił mojego brata. – Harry przytaknął. – Musiałem uczestniczyć w jego 

torturach  od  samego  początku.  Tak  jak  w  twoim  wypadku…  –  Harry  znów  poczuł,  jak  profesor  drży.  – 
Byłem  jednym  z  jego  oprawców,  chociaż  kochałem  go  bardziej  niż  kogokolwiek  innego  w  moim  życiu. 
Albo lepiej powiedzieć, że był jedyną osoba, na której naprawdę mi zależało i którą kochałem. A mimo to 
sprawiłem mu ból. On wytrzymał to z godnością i wtedy zrozumiałem, jaką pomyłką było moje życie. Jego 
śmierć  powiedziała  mi  coś  o  życiu,  czego  wcześniej  nie  wiedziałem.  Światło.  Znaczenie.  Istota 
człowieczeństwa. 

– Myślę, że rozumiem – odpowiedział Harry prawie niesłyszalnie. 
–  Jak  cię  znam,  jestem  pewny,  że  zrozumiałeś.  –  Snape  uśmiechnął  się  lekko.  –  Ale  pozwól  mi 

dokończyć tę historię. 

Harry ponownie skinął głową. 
– Po czwartej czy piątej rundzie nie mogłem już dłużej krzywdzić Quietusa. Stałem tylko, niezdolny do 

ruchu. Mój ojciec  rzucił na mnie Cruciatus.  Zabili  mego brata.  Zabrałem jego  ciało i aportowałem  się do 
Hogwarcie.  Poszedłem  do  gabinetu  Dumbledore’a  i  złożyłem  mu  przysięgę  na  imię  Quietusa,  że  będę 
walczył z Voldemortem tak długo, aż zostanie pokonany. 

– Czy Dumbledore znał pana brata? Skąd? – zapytał ciekawie Harry. 
–  Chodził  do  Hogwartu.  Był  prefektem,  a  w  siódmej  klasie  prefektem  naczelnym.  Wszyscy  go  znali  i 

kochali. 

– Rozumiem… – Harry zmieszał się. 
Snape nie chciał kontynuować rozmowy o Quietusie, więc zdecydował się zmienić temat. 
– Jeżeli chcesz jeszcze jakichś przykładów, dotyczących twojego pytania o sens umierania z godnością, 

możesz pomyśleć o swoich rodzicach – rzekł miękko. – Nie wiedzieli, że ich sprzeciw cię ocali. Umarli tak 
jak żyli. 

Harry zatrząsł się i Snape spytał z niepokojem: 
– Czy dobrze się czujesz, Harry? 
– Tak, tylko to takie… takie dziwne… – wymamrotał zagubiony w myślach chłopiec. 
– Co? 
–  z  tych  przykładów  można  wywnioskować,  że  śmierć  tego  rodzaju  daje…  życie…  Godność  przynosi 

życie… tak jakby… 

Oczy  Snape’a  rozszerzyły  się,  kiedy  tak  patrzył  na  chłopca.  Harry  nie  tylko  był  inteligentny,  jak  to 

wywnioskował z poprzednich rozmów. Był mądry jak stary człowiek z dużym doświadczeniem. Cóż, może 
chłopak nie był stary, ale miał doświadczenie. 

Siedzieli w półmroku bez słowa. Harry niebawem zasnął na nowo i Snape znowu ostrożnie położył jego 

drżące ciało na swoich kolanach. Nie wiedział dokładnie, dlaczego to robi. Po prostu to zrobił. To wydawało 
się właściwe. To było coś, czego jeszcze nigdy nie odczuwał, ale zdecydował, że mu się podoba. Profesor 

background image

oparł głowę o ścianę i patrzył długo na pochodnię zamglonym wzrokiem. Zastanawiał się znowu nad swoją 
przeszłością,  straconymi  możliwościami,  nieistniejąca  przyszłością.  Miłość,  troskliwość,  rodzina…  słowa, 
rzeczy, które nigdy się nie spełnią. Ale Harry nadal żył i czuł coś w tym rodzaju. 

Tak. To były szczęśliwe dni przed wrotami do piekła. Ale to nie było piekło. Nie, dopóki nadal  mogli 

dzielić człowieczeństwo, godność, troskę, nadzieję, marzenia… 

Dziwne myśli jak na wrednego Mistrza Eliksirów, pomyślał sarkastycznie. Ale nie takie dziwne dla kogoś 

skazanego na śmierć. Byli żywymi trupami zdążającymi wolnymi krokami na miejsce swojej egzekucji i ich 
uczucia były podobne do uczuć innych ludzi o takim samym przeznaczeniu. 

To nawet znaczyło, że ich uczucia były pewnie wynikiem ich obecnego stanu fizycznego i psychicznego. 

Ale  czy  to  miało  jakieś  znaczenie?  Szczęście  czy  smutek  były  tylko  konsekwencjami  różnych 
wewnętrznych i zewnętrznych wydarzeń… 

Zatopiony w swoich myślach Snape w końcu też zasnął. 
*** 
Przed Norą zatrzymał się samochód, drzwi domu otwarły się gwałtownie i do środka wbiegła Hermiona. 
–  Ron!  –  krzyknęła,  widząc  twarz  przyjaciela.  Pobiegła  do  rudowłosego  chłopaka  i  rzuciła  mu  się  na 

szyję. – Ron… – powtórzyła ciszej i zaczęła płakać w jego uścisku. 

Ron  był  trochę  onieśmielony  tym  zachowaniem,  ale  nie  chciał  urazić  pogrążonej  w  żalu  dziewczyny, 

odpychając ją. Westchnął i wypowiedział kilka uspokajających słów do jej ucha. 

Kilka  chwil  później  pani  Weasley  uwolniła  swojego  syna  z  ramion  dziewczyny,  sama  ją  uścisnęła  i 

wyciągnęła rękę w stronę drzwi, zapraszając rodzinę Hermiony do środka. 

Siedzieli  w  kuchni,  ale  nikt  nie  był  na  tyle  odważny  by  przerwać  ciszę.  Wreszcie  ojciec  Hermiony 

otworzył usta. 

– Usłyszeliśmy bardzo niepokojące wieści od Hermiony, zaraz po zakończeniu roku szkolnego – zaczął z 

westchnięciem.  –  A  wczoraj  dostała  tę  swoją  gazetę,  w  której  napisano,  że  jej  przyjaciel,  Harry,  zaginął. 
Powiedziała, że z pewnością został porwany. Chciała tutaj przyjechać i porozmawiać z wami. I… – przez 
chwilę wyglądał na zakłopotanego – Joan i ja chcielibyśmy usłyszeć o tym coś więcej. Więcej, ponieważ to 
mi wygląda na początek wojny. 

– To jest początek wojny – zapewniła pani Weasley stanowczo. – Albo będzie za moment. 
Ojciec Hermiony kiwnął głową. 
– Tak podejrzewałem. 
Po dłuższej chwili Hermiona zwróciła się do Rona. 
– Czy wiesz coś więcej o Harrym? Twój tata? Dumbledore? Ktokolwiek? 
Ron pokręcił desperacko głową. 
– Nic. Ale możemy poczekać na tatę, pewnie będzie miał jakieś wiadomości, kiedy wróci. 
– Ojciec Rona pracuje w Ministerstwie Magii – wyjaśniła swojej matce Hermiona. – A co z Sam Wiesz 

Kim? Knot nadal udaje, że nie powrócił? 

– Knot jest idiotą – wymamrotał Ron, a pani Weasley nie poprawiła go, ku zdziwieniu Hermiony. – Knot 

nie potwierdził ogłoszenia Dumbledore’a, ale i tak większa część świata czarodziejów wie o nim. 

– Tak, uczta pożegnalna… – wyszeptała Hermiona. 
– Ministerstwo nie chciało nic robić, tylko zreorganizowało i powiększyło kursy treningowe dla aurorów. 

Percy zdecydował się zostać aurorem, ponieważ jego nowy szef nie tolerował jego żarliwej chęci do pracy. 

–  Och.  –  Hermiona  uśmiechnęła  się  nieznacznie.  –  To  znaczy,  że  całkiem  normalny  człowiek  jest 

następcą Croucha. 

–  Nie,  on  nie  jest  normalny.  On  po  prostu  nie  mógł  znieść  Percy’ego.  Te  dwie  rzeczy  nie  są 

równoznaczne – odpowiedział Ron i pani Weasley westchnęła głęboko. 

– Ron. Prosiłam cię, żebyś uważał, co mówisz. 
– Ale mamo, tata powiedział to samo tobie i ty się z nim zgodziłaś! – zawołał zdziwiony. 
Pomimo ogólnego smutku rodzice Hermiony uśmiechnęli się, a pani Weasley się zaczerwieniła. 

background image

– Ronald! – Nie powiedziała nic więcej, ale jej syn zamknął usta i pochylił się do przodu. 
– Sytuacja w świecie czarodziejów jeszcze nie jest najgorsza – zwróciła się pani Weasley do mugolskich 

gości.  –  Sami  Wiecie  Kto  prawdopodobnie  zbierze  siły  i  odbuduje  swoje  oddziały  zanim  zacznie  coś 
poważniejszego.  Wygląda  więc  na  to,  że  mamy  czas,  jeśli  coś  zrobimy.  Ale  ministerstwo  nie  wierzy  w 
historię  Harry’ego.  –  Przerwała  i  spojrzała  na  gości,  zastanawiając  się  czy  wiedzieli  o  Turnieju 
Trójmagicznym. 

– Hermiona opowiedziała nam prawie wszystko – przytaknęła pani Granger, czekając na zakończenie. 
–  Czas  działa  na  naszą  niekorzyść.  Nie  możemy  teraz  nic  zrobić,  ponieważ  ministerstwo  wszystkiemu 

zaprzecza. 

– Na temat tego… Sami Wiecie Kogo – zaczął ojciec Hermiony. – Czy będzie to miało wpływ również 

na mugolski świat? 

Pani Weasley opuściła głowę. 
– Boję się, że będzie miało poważny wpływ. Ale nie tylko na mugolski świat. Czarodzieje mugolaki będą 

w największym i ciągłym niebezpieczeństwie w niedalekiej przyszłości. Tacy jak państwa córka… 

Nieprzyjemna cisza zaległa w kuchni. 
–  Ale  Hogwart  jest  bezpiecznym  miejscem,  mamo  –  powiedział  Ron.  –  Hermiony  nikt  tam  nie 

skrzywdzi! Ona jest w większym niebezpieczeństwie w domu. 

– Tak, to prawda – potwierdziła pani Weasley i podniosła wzrok na rodziców Hermiony. – Ale tego lata 

nie powinno się jeszcze nic wydarzyć… Miejmy nadzieję. 

– Jak możemy tak mówić? – krzyknęła nagle Hermiona. – Harry został porwany! Sami Wiecie Kto już 

wykonał pierwszy ruch! 

– Hermiona, Harry został porwany, bo uciekł z domu. Sami Wiecie Kto nie jest jeszcze wystarczająco 

potężny,  żeby  przełamać  ochronne  zaklęcia  wokół  jego  domu.  i  nie  zapominaj,  że  Harry  był  zawsze  jego 
pierwszym celem, nie wiem, dlaczego.  – Ron położył rękę na ramieniu  Hermiony.  – i ja mam nadzieję, ja 
wierzę, że Harry wróci. 

Hermiona potrząsnęła głową. 
– Słuchaj, Ron. Jeśli on porwał Harry’ego, to już go zabił. Na pewno. 
– Mylisz się. Gdyby go zabił, to już byśmy o tym wiedzieli. Wykorzystałby jego śmierć do zastraszenia 

wszystkich czarodziejów… 

– Ale to jest kompletnie bez sensu! – zawołała znowu dziewczyna. – Jeżeli to Sami Wiecie Kto porwał 

Harry’ego, to nie czekałby tak długo. 

–  Albo…  –  Wszyscy  zwrócili  głowy  w  stronę  pani  Weasley,  która  zaczęła  mówić  bardzo  cicho.  –  On 

chce go złamać. Pokazać całemu światu, że Harry wcale nie jest takim bohaterem, za jakiego go uważamy. 

– Złamać go? – zapytał ojciec Hermiony. – Co pani przez to rozumie? Chyba nie przemoc fizyczną…? 
–  Nie  tylko  znęcanie  się  fizyczne,  panie  Granger.  –  W  głosie  pani  Weasley  dało  się  wyczuć  głęboki 

smutek. – Jeżeli mam rację – ja i Artur zgadzamy się ze sobą – Harry na pewno się załamie. Sami Wiecie 
Kto ma czas na osiągnięcie celu. 

– To nieprawdopodobne, pani Weasley. Żyjemy w dwudziestym wieku, na litość Boską! 
–  To  właśnie  w  tym  wieku  były  największe  masakry  niewinnej  ludności,  zarówno  w  świecie 

czarodziejów,  jak  i  mugoli,  jeżeli  dobrze  pamiętam  –  odpowiedziała  surowo  i  państwo  Granger  opuścili 
głowy. 

– Ehm… prawda… – wyszeptał pan Granger. – Ale… Co możemy zrobić? 
Pani Weasley ukryła twarz w dłoniach. 
– Nic – wyszeptała. – Możemy tylko się modlić, aby wrócił żywy. 

6. ZWIĄZKI 

Ciepło… 
Czyjś cichy oddech… 

background image

Miękkie uderzenia serca… 
Kochające objęcia… 
Całkowite przebudzenie zajęło Harry’emu trochę czasu. Nie otworzył oczu, ale wiedział, że znowu leży 

na kolanach Snape’a. z tą jedną różnicą, że tym razem taka bliskość nie wydawała mu się onieśmielająca i 
dziwna. Stała się naturalna. Chociaż Snape – tego Harry był pewien – myślał o ich zachowaniu tylko jak o 
konsekwencji zwykłych psychologicznych faktów. 

Chłopiec stwierdził, że polubił te psychologiczne fakty. Nie obchodziły go przyczyny obecnej sytuacji, 

początek nie miał znaczenia. Jedyne, co naprawdę miało znaczenie, to właśnie to uczucie, coś jakby więź 
rodzinna, łącząca go z profesorem… 

Profesor… 
Nigdy  wcześniej by o tym  nie pomyślał.  Gdyby  ktoś powiedziałby mu  dwa tygodnie temu, że zacznie 

lubić  Snape’a  (w  dwa  tygodnie!)  wysłałby  go  od  razu  do  Św.  Mungo.  Wspominając  lekcje  eliksirów… 
Nieprawdopodobne.  Ten  Snape  był  zupełnie  inną  osobą.  Tylko  zewnętrzne  podobieństwa  były  widoczne 
pomiędzy nimi… nim. Co spowodowało tak nagłą zmianę? 

Harry  otworzył  oczy  i  przez  chwilę  przyglądał  się  spokojnej  twarzy  Mistrza  Eliksirów.  Szukał  na  niej 

jakichś znaków, które pomogłyby mu zrozumieć tę nagłą przemianę, zrozumieć cały proces, który przeszli. 

Głowa śpiącego mężczyzny oparta była o ścianę, na jego ustach błąkał się delikatny, spokojny uśmiech. 

Nie  męczyły  go  koszmary.  z  uśmiechem  na  twarzy  wydawał  się  młodszy  i  sympatyczniejszy  niż  zwykle. 
Zupełnie jak twarz Syriusza, kiedy po wydarzeniach we Wrzeszczącej Chacie zaoferował Harry’emu, by z 
nim zamieszkał. 

Tylko  uśmiech…  Czy  to  rzeczywiście  stanowiło  tak  wielką  różnicę?  Harry  wiedział,  że  już  nigdy  nie 

będzie widział Snape’a tak jak kiedyś. Co za szkoda, że prawdopodobnie nie będzie miał okazji sprawdzić 
na  przyszłych  lekcjach  eliksirów,  czy  ma  rację,  chociaż  to  by  było…  bezcenne.  On  i  Snape  w  doskonałej 
harmonii… Żadnej utraty punktów, żadnych szlabanów i wrzasków, upokorzeń… A może jednak byłyby, 
ale nie w stosunku do Harry’ego. i spojrzenia innych… Malfoya albo Rona… Ron wyszedłby z siebie. 

Snape westchnął i otwierając oczy napotkał wzrok Harry’ego. 
– Dzień dobry, Harry – ziewnął i przeciągnął się, tyle ile mógł z chłopcem na kolanach. 
– Dzień dobry panu. Mógłbym wstać… 
– Nie musisz – Snape ziewnął ponownie. – Jest mi wygodnie… 
–  Chce  mi  się  pić  –  uśmiechnął  się  Harry  do  swego  profesora.  –  i  muszę…  –  Kiwnął  głową  w  stronę 

przeciwległego rogu, gdzie była latryna. 

– Rozumiem. – Snape odwzajemnił uśmiech i wypuścił Harry’ego. 
Kiedy  chłopak  wstał,  poczuł  jak  jego  odrętwiałe  nogi  się  chwieją.  Zakręciło  mu  się  w  głowie  i  nagle 

zrobiło mu się niedobrze. Walczył, żeby dojść do ubikacji i poczuł prawdziwą ulgę, kiedy tam dotarł i udało 
mu  się  nie  zwymiotować.  Potem  skierował  się  do  słoja  z  wodą,  by  się  napić.  Woda  była  dobra,  świeża  i 
zimna. Wypił jej sporo. Przynajmniej coś wypełniło jego żołądek… 

– Profesorze? – zapytał cicho. 
– Tak? 
– Czy jeszcze kiedyś w życiu coś zjemy? 
– Nie wygląda na to… 
Harry zaśmiał się i zauważył zaintrygowany wzrok profesora. 
– Czy to takie śmieszne? – Snape uniósł brwi. 
– Nie jestem  głodny, ale sama idea niejedzenia już niczego… To jest wręcz komiczne  – odpowiedział 

Harry, uśmiechając się. Podszedł do kąta i usiadł. – Ale te lecznicze eliksiry były dobre. Już nie czuję się tak 
źle… Chociaż nadal pali mnie skóra, kiedy się ruszam… 

Harry czekał, aż Snape odbędzie swoją własną rundę dookoła celi i kiedy wreszcie usiadł, Harry przytulił 

się do niego. Spostrzegł zdziwienie Snape’a, ale profesor po chwili objął go ramieniem. 

– Dlaczego jeszcze nie zaczęli z nami swojego codziennego programu? – Podniósł wzrok na Snape’a. 

background image

Profesor wzruszył ramionami. 
–  Nie  wiem.  Ale  nie  chce  o  tym  myśleć.  Lepiej  jest  po  prostu  siedzieć  tutaj  z  tobą  niż  widzieć  jak 

cierpisz… – głos mu się załamał. 

– Wiem. Mnie też jest ciężko patrzeć jak pan cierpi. Czy myśli pan, że to dlatego Voldemort umieścił nas 

tutaj razem? 

Snape przytaknął. 
– To całkiem oczywiste, Harry – zaczął i dodał. – Jakikolwiek związek utworzyłby się pomiędzy nami, 

byłby dobrym narzędziem w jego rękach do zadawania nam większego bólu. Prawdopodobnie w następnej 
rundzie to ty będziesz musiał patrzeć na moje tortury. 

– Nie chcę widzieć, jak pan cierpi. 
– Lepsze to, niż gdy ja widzę, jak ty cierpisz. 
– Nie. 
– Tak. 
– Nie. 
– Harry! To nie jest zabawne! – wykrzyknął zdenerwowany Snape. 
Harry drgnął i opuścił głowę. 
– Tak, profesorze, wiem. Ale sam pan stwierdził, że nie chce pan o tym myśleć. Ja też nie chcę. i łatwiej 

to zmieść, zamieniając to w żart. 

–  Rozumiem  ciebie,  Harry…  naprawdę,  ale…  Słuchaj…  –  wydukał  profesor  i  Harry  był  zaskoczony. 

Jeszcze  nigdy  nie  słyszał  Snape’a  zacinającego  się,  nigdy  też  nie  brakło  mu  słów.  Mężczyzna  zawsze 
dokładnie  wiedział,  co  powiedzieć,  co  zrobić.  –  To  całkiem  pewne,  że  w  następnej  rundzie  ty  będziesz 
obserwatorem, a ja będę torturowany. To nie zależy od twojej woli czy życzenia. 

– Wiem… – głos Harry’ego był ledwie słyszalny. Schował głowę w ubraniu mężczyzny. – Na samą myśl 

robi mi się niedobrze – wymamrotał. 

Snape lekko pogłaskał chłopca po głowie i westchnął. 
– Muszę ci coś powiedzieć, Harry. To zbyt ważne, by się z tym wstrzymać – jego głos stał się śmiertelnie 

poważny.  –  Cokolwiek  się  stanie,  cokolwiek  Voldemort  ci  powie,  cokolwiek  zobaczysz,  cokolwiek  mi 
zrobią, nie wolno ci otwierać ust. Spróbują złamać nas poprzez cierpienie drugiego, ale ty musisz pozostać 
silny i zdecydowany. Spróbują wszystkiego, by cię złamać. Może nawet mnie zabiją. Ale, Harry, nie wolno 
ci błagać. Nie wolno ci się upokarzać dla mnie. 

– Ale… 
– Nie, Harry. To nie moje życzenie, czy prośba o przysługę. To rozkaz. Umrzemy, a przynajmniej ja tu 

umrę,  tak  czy  owak.  Nie  chcę  umrzeć  ze  świadomością,  że  złamałeś  się  i  zdradziłeś  samego  siebie. 
Zrozumiano? – zapytał, ale nie czekając na odpowiedź Harry’ego kontynuował. – Nie będzie dla nas litości. 
Błagając i upokarzając się możesz tylko powiększyć nasze cierpienie, dając im kolejną metodę tortur. i jest 
jeszcze jedna rzecz. 

Harry westchnął. Miał wiele domysłów co tej „jeszcze jednej rzeczy”. 
– Tak? 
– Jeżeli się złamiesz, twoje cierpienie stanie się głębsze i bardziej nieznośne niż jest teraz, ponieważ będę 

tobą gardził. Czy to jest jasne? 

–  Całkowicie,  proszę  pana.  –  Harry  uśmiechnął  się  lekko.  –  Wcześniej  pan  powiedział,  że  pan  zabije 

mnie osobiście. Teraz planuje pan mną tylko pogardzać – to już pewien postęp… 

– Harry. Mówię poważnie – zirytował się Snape. 
Harry mruknął coś w ubranie Snape’a. 
– Co? – zapytał profesor. 
– To takie nudne, być poważnym przez cały czas… 
– Czy dobrze zrozumiałem? – zapytał nagle lodowaty głos od strony drzwi. – Nudzicie się tutaj? 

background image

Harry miał wrażenie, że krew mu zamarzła. Panika płynęła poprzez jego żyły, kiedy Voldemort powoli 

podchodził  do  nich.  Przytulił  się  do  Snape’a,  jak  gdyby  mógł  w  ten  sposób  zniknąć.  Chciał  uciec  przed 
nieuniknionym  i  otoczył  rękami  pierś  Snape’a,  szukając  ochrony.  Profesor  wzmocnił  uścisk  wokół 
Harry’ego i wymruczał kilka słów otuchy do ucha chłopca. 

– Nie panikuj, Harry. Bądź silny i nie bój się. Wszystko będzie w porządku. 
Harry  nie  był  w  stanie  odpowiedzieć.  W  rzeczywistości  nawet  nie  mógł  się  poruszyć,  słuchać,  ani 

rozumieć. Przerażenie sparaliżowało go zupełnie, jego oczy rozszerzyły się ze strachu. 

– Nie chcę zostać sam – mamrotał rozpaczliwie. – Nie chcę pana stracić… 
– Zamknij się Potter. Musisz być silny! – wysyczał Snape i wstał. – Więc w końcu zdecydowaliście się na 

kontynuację? – Spojrzał gniewnie na Czarnego Pana. 

Czterech Śmierciożerców wkroczyło do celi za groźną postacią. 
– Jak myślisz, dlaczego tu jestem? – Usta nieludzkiej postaci wykrzywiły się w paskudnym uśmiechu. 
*** 
Harry  musiał  sobie  wciąż  przypominać  o  słowach  Snape’a.  Wiedział,  że  mężczyzna  miał  rację,  ale  to 

było  zbyt  trudne,  stać  i  patrzeć  na  powolną  agonię  profesora,  widzieć  jak  życie  wypływa  z  jego 
torturowanego ciała. 

Podczas pierwszych godzin pomagała mu wytrwać jego panika. Nadal nie był w stanie otworzyć ust, ani 

się poruszyć. Dwóch Śmierciożerców zaciągnęło go do komnaty tortur i postawiło obok Voldemorta, który 
znajdował uciechę w dręczeniu chłopaka sadystycznymi uwagami. 

– Czy podoba ci się przedstawienie, panie Potter? Znienawidzony Mistrz Eliksirów umierający… Myślę, 

że  możesz  być  mi  wdzięczny…  Po  tylu  latach  nienawiści…  Nienawidził  również  twoich  rodziców… 
Zasługuje na taki los… Jest tylko zwykłym zdrajcą, zdrajcą obu stron… Gdyby tylko miał okazję, zabiłby 
też  twojego  ojca…  Czy  opowiedział  ci  o  swojej  wspaniałej  przeszłości  w  mojej  służbie?  O  swoich 
eliksirach, ofiarach, zdradach…? Myślisz, że się zmienił? Raz zdrajca, zawsze zdrajca… Przed tobą udaje 
dobrego faceta, jak widzę… 

To  była  długa  przemowa,  ale  Harry  rozumiał  z  tego  tylko  pojedyncze  słowa  i  krótkie  zdania.  Nie 

odpowiadał. Za każdym razem, gdy coś usłyszał, mrugał i zaciskał ręce w pięści w bezsilnej złości. 

Panika  i  złość.  Dwa  przeciwstawne  uczucia  mieszały  się  w  nim.  Niekończące  się  godziny  upływały  w 

paraliżującej  ciszy.  Nie  słyszał  krzyków  ani  jęków  Snape’a  –  możliwe,  że  ten  w  ogóle  nie  krzyczał,  że 
cierpiał  w  kompletnym  milczeniu,  tak  jak  podczas  wcześniejszych  tortur.  Harry  nie  wiedział.  Nie  był  w 
stanie myśleć, chwilami nawet oddychać. Wielkie fale poczucia winy zalewały go. Oskarżał się, to wszystko 
była jego wina, jego nieodpowiedzialnego zachowania. Snape miał zawsze rację w szkole, on rzeczywiście 
był nieznośnym głupkiem… To była jego wina… Tak jak śmierć Cedrika była jego winą… 

Poczucie winy dusiło, zabijało go powoli… 
W pewnej chwili chłopiec sądził, że Snape stracił przytomność, ale nie, Voldemort ocucił go na nowo, 

tak jak poprzednio robił to z Harrym. 

–  Jeżeli  mnie  poprosisz,  to  zakończę  jego  cierpienie  –  przymilne  słowa  dotarły  do  jego  uszu.  Harry 

potrząsnął głową. 

– Czyżbyś naprawdę chciał, żeby on zginął? Czy nienawidzisz go tak bardzo?  – Kuszące i oskarżające 

słowa  tylko  wzmogły  poczucie  winy  chłopaka.  Zacisnął  zęby  i  walczył,  aby  zatrzymać  gniewne  słowa  i 
poczucie winy. Nie odpowiedział, tylko wpatrywał się desperacko w Snape’a i miał nadzieję, że profesor nie 
słyszał słów Voldemorta. 

– Twoja decyzja go zabije – powiedział Największy Bydlak, uśmiechając się. 
– Nie – wyszeptał Harry cicho. – Nie… 
Musisz być silny, Harry, usłyszał echo słów profesora. Cokolwiek ci powie… 
– To będzie twoja wina – wyszeptał zimny, złowrogi głos. 
– Kłamca! – wrzasnął nagle Harry. – Nie wierzę ci! 
– Jedyna rzecz, jaką musisz zrobić, to poprosić mnie, bym skończył. Żebym okazał litość. 

background image

Tortury  przerwano na  chwilę. Harry czuł  się rozdarty. Co powinien zrobić? Co powinien zrobić, czuć, 

myśleć, powiedzieć? Jak miał wytrzymać taka sytuację? Dlaczego? 

Dlaczego?!  zawył  głos  w  jego  wnętrzu.  Był  tylko  dzieckiem.  Tylko  dzieckiem.  i  potrzebował  Snape’a, 

aby przetrwać w tym piekle. Jeżeli nie będzie błagać o litość, profesor umrze. A on zostanie sam. 

Nie będzie dla nas litości. Błagając i upokarzając się możesz tylko powiększyć nasze cierpienie, dając im 

kolejną metodę tortur. Ponownie usłyszał głos Snape’a. 

Potrzebuję pana, odpowiedział w duchu, z rozpaczą. 
Ukrył twarz w dłoniach. 
– Widzę, Potter, że nareszcie wraca ci rozsądek – wysyczał bezlitosny, groźny głos. 
Bezlitosny… Nie będzie dla nas litości. Nie będzie dla nas litości. Żadnej litości! 
Harry westchnął i opuścił ramiona. 
– Nigdy ci nie uwierzę – powiedział najspokojniej, jak mógł. 
– Niech będzie, panie Potter. – Voldemort odwrócił się do swoich Śmierciożerców. – Kontynuujcie! 
Harry nigdy nie przypuszczał, że może istnieć aż tyle różnych rodzajów tortur, i że są tacy ludzie, którzy 

mogą z nich korzystać bez litości i poczucia winy. 

Ledwo  uwierzył,  że  Voldemort  w  końcu  pozwolił  im  odejść.  Snape  oczywiście  był  nieprzytomny  i 

zadaniem  Harry’ego  było  dowleczenie  profesora  do  celi.  Bezwładne  ciało  było  dla  niego  za  ciężkie,  nie 
mógł  go podnieść, musiał  więc je ciągnąć.  Harry  chwycił Snape’a pod ramionami i zacisnął ręce na jego 
piersi.  Żałował,  że  dodatkowo  rani  w ten sposób profesora, ale nic na to nie mógł  poradzić. Czuł  jak łzy 
spływają mu po twarzy, ale nic go to nie obchodziło. 

Śmierciożercy obserwowali jego wysiłki i śmiali się złośliwie, widząc jak zatacza się pod ciężarem.  A 

potem  schody…  Harry  nie  mógł  przestać  płakać,  kiedy  przesuwał  ciało  profesora  powoli,  ostrożnie  ze 
stopnia na stopień, desperacko starając się nie zrobić większej krzywdy i tak już poranionemu mężczyźnie. 

Nie wiedział jak udało mu się znowu dotrzeć do celi. Zdawało się, że minęła cała wieczność. Kiedy drzwi 

zamknęły się za nimi, położył Snape’a najdelikatniej jak mógł na podłodze i przykrył  go peleryną. Potem 
wziął słój, zmył krew z twarzy mężczyzny, usiadł obok jego głowy i położył ją na swoich kolanach. 

Przez długie, bezsenne godziny patrzył na tę kiedyś nieprzyjemną, a teraz tak miłą i drogą twarz, i błagał 

jakiegokolwiek boga, który by go słuchał, aby profesor się obudził. 

*** 
Kiedy  Snape  zaczął  odzyskiwać  przytomność,  poczuł  ciepłe  ciało  pod  głową.  Od  czasu  do  czasu 

delikatna  ręka  głaskała  go  po  włosach  lub  policzku.  Jego  pierwszą  myślą  było  znowu,  że  to  Quietus,  ale 
nagle przypomniał sobie swoją obecną sytuację i już wiedział. To był Harry. 

Uśmiechnął się ciepło, mimo że mięśnie twarzy zaprotestowały. 
– Nie śpi pan? – usłyszał zaniepokojony głos. 
– Nie, Harry – odpowiedział, ale nie otworzył oczu. 
Czuł  jak  jego  serce  ogrzewa  troskliwość  chłopca.  To  stało  się  takie…  naturalne  dla  niego,  aby  dbać  o 

chłopaka, pocieszać go, i trochę się obawiał, jak Harry się zachowa. Ale teraz, kiedy widział, że chłopiec 
odwzajemnia to wszystko, poczuł ulgę. 

– Mam nadzieję, że oglądanie mnie nie było takie straszne… – powiedział słabo. 
– Nie, to nie było straszne… – chłopak przerwał, a Snape poczuł jak serce mu się kraje. – Umierałem z 

każdym ciosem, jaki pan otrzymał. – Harry’emu załamał się głos. 

Burza  mieszanych  uczuć  przepłynęła  przez  jego  ciało.  Nadal  z  zamkniętymi  oczami  podniósł  rękę  do 

twarzy Harry’ego i pogłaskał ją delikatnie. 

– Dziękuję, Harry. 
– Za co? 
– Za przetrwanie tego, za bycie tam… 
Jakże dziwne było wymówienie tych słów. Czuł, że zachowuje się coraz bardziej nie po swojemu. Czy to 

była oznaka słabości? Troski? Wszystko stawało się takie mgliste i odwrócone do góry nogami… 

background image

– Nie zasługuję na podziękowania. Zawiodłem. – Głos Harry’ego był smutny. 
– Nie, nie zawiodłeś – zaczął Snape, ale chłopak mu przerwał. 
– Ależ tak. Słyszałem jego słowa i nie mogłem nie odpowiedzieć… i był moment, kiedy ja… 
– Kiedy co…? – zapytał po chwili łagodnie profesor. 
–  Kiedy  mu  uwierzyłem.  –  Głos  Harry’ego  brzmiał,  jakby  chłopiec  był  na  ostatecznej  granicy 

wytrzymałości.  Snape,  walcząc  z  mdłościami  i  bólem,  usiadł,  przysunął  się  do  Harry’ego  i  mocno  objął 
płaczące dziecko. 

Harry schował twarz w fałdach jego ubrania i łkał rozpaczliwie. 
–  Tak  mi  przykro,  zdradziłem  pana  i  siebie…  –  Jego  słowa  były  ledwo  zrozumiałe.  Snape  nic  nie 

odpowiedział. Czekał, aż chłopak uspokoi się, głaszcząc go po głowie i plecach delikatnymi ruchami. 

Kiedy  usłyszał,  że  płacz  ustał,  sięgnął  palcem  pod  brodę  Harry’ego  i  uniósł  jego  głowę  tak,  by  mógł 

spojrzeć mu w oczy. 

–  Harry  –  powiedział  spokojnym,  ale  poważnym  głosem.  –  Nie  zawiodłeś.  Nie  zdradziłeś  siebie,  ani 

mnie. Byłeś zagubiony, ale zwyciężyłeś i powstrzymałeś się. 

– Nie chciałem, żeby pan więcej cierpiał. Nie chciałem pana stracić. Nie chciałem, żeby pan zginął… – 

Harry wymamrotał cicho, opuściwszy głowę. 

–  Wiem.  i  wiem,  że  to  zbyt  wielki  ciężar  dla  dziecka,  ale  musisz  pogodzić  się  z  faktem,  że 

prawdopodobnie  zostaniesz  tutaj  sam.  Masz  większą  wartość  dla  Voldemorta  niż  ja  i  jeżeli  stwierdzi,  że 
może ciebie złamać poprzez moją śmierć, nie będzie się wahał. Musisz być silny i pozwolić mi umrzeć, gdy 
nadejdzie mój czas. 

– Ale ja bym nie mógł… – Chude ciało obok Snape’a zadrżało. – Ja już straciłem wszystko… Nie chcę tu 

zostać  sam…  –  Harry  nagle  podniósł  wzrok.  –  To  takie  przerażające  myśleć  o  byciu  sam  na  sam  z 
Voldemortem przez dłuższy czas… Byłem z nim sam, po tym jak zabił Cedrika na cmentarzu i nie miałem 
żadnej  nadziei,  wiedziałem,  że  umrę,  ale…  przynajmniej  wiedziałem,  że  to  długo  nie  potrwa…  Ale  sam 
pomysł bycia z nim w tym miejscu całymi dniami, tygodniami… 

Snape  doskonale  rozumiał  uczucia  i  wzburzenie  Harry’ego.  Dla  niego  wystarczająco  trudne  było 

przebywanie w pobliżu Czarnego Pana jako jeden z jego sojuszników. Próbował sobie wyobrazić, jakby to 
było zostać w tym piekle bez Harry’ego i zadrżał. Zacieśnił swój uścisk tak bardzo jak mógł, nie sprawiając 
bólu chłopcu. 

–  Będę  tutaj  z  tobą  tak  długo,  jak  będę  mógł,  Harry.  Pomogę  ci.  Ale  musisz  być  silny  na  wypadek, 

gdybyś został sam. Będziesz silny, ja to wiem. Jestem tego pewien. Jesteś odważny i dobry. Twoja dobroć 
zwycięży z ciemnością i złem, które cię otaczają. Wierz mi, Harry. Wytrzymasz do końca. 

Żaden z nich nie poruszył się. Potem chłopiec pomógł położyć się swojemu nauczycielowi i przytulił się 

do niego. Snape westchnął, uśmiechnął się i owinął obu swoją peleryną. Bliskość i ciepło były takie dobre, 
takie relaksujące, że znowu poczuł szczęście wypełniające jego serce. 

– Wiesz, Harry, w każdym związku musisz zaakceptować fakt, że nie będzie on trwał wiecznie. i musisz 

nauczyć się pozwolić odejść drugiej osobie. Nie tylko w wypadku jej śmierci. Musisz dać szansę jemu bądź 
jej  zadecydowania  o  zostaniu  czy  odejściu.  Zawsze.  Jeżeli  będziesz  chciał  go  na  siłę  zatrzymasz,  to  go 
stracisz. Jeżeli pozostawisz mu decyzję, zostanie. 

– W takim wypadku lepiej zostać samemu od początku, prawda? 
– Nie. Być samym to właściwie wcale nie żyć prawdziwym życiem. 
– Ale nie trzeba się martwić o tę drugą osobę. 
– Troska nie jest wygórowaną ceną za odrobinę szczęścia. 
– Czy nie można być szczęśliwym, będąc samemu? – zapytał Harry z niedowierzaniem. 
–  Nie.  Nie  naprawdę.  To  jest  raczej…  nudne.  Nie  można  podzielić  się  myślami,  uczuciami, 

doświadczeniami i wszystko staje się obojętne już po chwili – powiedział Snape z zamglonym wzrokiem. 

– Pan jest samotny, prawda? – zapytał nagle Harry. 
Snape milczał przez kilka minut. 

background image

– Cóż, nie do końca. Mieszkam sam, ale nie jestem sam… 
– Czy ma pan przyjaciół? – Natychmiast Harry poczuł, że tego pytania nie powinien zadawać. Ale Snape 

nie wydawał się zły, czy zirytowany. 

– Albus jest moim dobrym przyjacielem… i mam kolegów, z którymi jestem w dobrych stosunkach. 
Harry, zyskawszy pewność siebie, zdecydował się zaryzykować ponownie i zadać następne pytanie. 
– A w szkole… Czy miał pan przyjaciół, kiedy był pan dzieckiem? 
Snape uśmiechnął się. 
– Naturalnie. Czemu myślisz, że nie miałem? – rzekł, lecz jego czoło zachmurzyło się. – Ale wielu z nich 

umarło po zniknięciu Voldemorta. 

– Oni byli…? – Harry nie dokończył pytania, ale Snape zrozumiał. 
– Tak. Część z nich nadal jest w Azkabanie. Przez czternaście lat… 
– Czy żałuje ich pan? 
Snape westchnął. 
– To jest zbyt skomplikowane pytanie, by odpowiedzieć na nie jednym zdaniem… Albo w ciągu jednego 

dnia. Tak i nie. Żałuję ich. Żałuję naszej straconej przyjaźni. Ale też nie żałuję ich z powodu ich czynów… 
Chociaż  ja  robiłem  to  samo…  Powinienem  być  tam  z  nimi…  –  wymamrotał  ostatnie  zdanie  zupełnie 
nieobecnym głosem. 

Poczuł, że ramię Harry’ego otoczyło go. 
– Nie… – powiedział chłopak z powagą. – Nie. Nie powinien być pan tam z nimi. Odwrócił się pan od 

tego i ryzykował pan życie, szpiegując dla Dumbledore’a. Jest pan lepszy niż oni. 

Snape wybuchnął krótkim, gorzkim śmiechem. 
– Naprawdę uważasz, że jestem lepszy od nich, Potter? – Harry tylko przytaknął, nie puszczając Snape’a. 

– W takim razie jesteś w błędzie. Przykro mi. Wbrew mojemu obecnemu zachowaniu wobec ciebie jestem 
strasznym potworem. Naprawdę. Odczułeś to w ciągu ostatnich czterech lat. 

–  To  było  co  innego.  Pan  tylko  mnie  szykanował.  To  nie  jest  ważne,  profesorze.  Już  nie  –  wyszeptał 

Harry mocno trzymając mężczyznę. 

–  Zmieniłem  strony  tylko  z  powodu  śmierci  brata.  Moja  decyzja  nie  wynikała  z  moich  przekonań.  To 

była zwyczajna zmiana stron. 

– Zmienił pan stronę, bo pan kogoś kochał i to ta miłość uczyniła pana lepszym od nich. To czyni pana 

lepszym od nich. Pan był w stanie kochać. To była ta różnica… 

– Oni również kochają swoje rodziny… 
– Tak jak pana ojciec? 
– On był wyjątkiem… 
– Jest pan pewien? – Snape znowu chciał odpowiedzieć, ale Harry kontynuował. – i czy jest pan pewien, 

że zmieniliby strony, gdyby Voldemort zabił kogoś z ich rodziny? Nie, profesorze. Pan to zrobił. Oni nie. To 
jest różnica. 

– Harry, ty nie rozumiesz takich rzeczy… 
– …ponieważ jestem za młody. Za młody na co? – zapytał Harry gniewnie. – To nie jest argument! 
– Cóż, muszę się wycofać. – Snape uśmiechnął się lekko, widząc gniew chłopca. – Nie ośmielę się z tobą 

dyskutować. Pokonasz mnie. 

– Pan sobie ze mnie kpi, profesorze. – chłopak potrząsnął głową z irytacją. 
– Nie, nie kpię. Jestem cholernie poważny, Potter – uśmiechnął się Snape. 
– Nie, nie jest pan! – odparł z oburzeniem. 
– Cóż, jeśli mi nie wierzysz… 
Obaj wybuchli śmiechem. Potem Snape zaczął mówić. 
– Harry, chciałem cię przeprosić. 
– Nie musi pan. 

background image

– Muszę! – powiedział głośno. – Za, jak to nazwałeś, szykanowanie przez cztery lata. Za złe traktowanie. 

Za upokarzanie i wyśmiewanie. Za brak zrozumienia. 

– To nie ma znaczenia. 
– Ma. Jestem dorosły. Powinienem być bardziej spostrzegawczy… 
Harry długo nie odpowiadał. 
– Proszę pana? – westchnął w końcu. 
– Mm–hm? 
– Czy pan naprawdę mnie nienawidził? 
Snape  zaczerwienił  się  i  opuścił  głowę.  Przez  chwilę  był  wściekły.  Dlaczego  upokarzał  się  na  oczach 

tego chłopaka? 

– Muszę przyznać… Tak. – Bardzo trudno było się do tego przyznać. Nie zamierzał zranić Harry’ego, 

choć  bał  się,  że  tak  właśnie  się  stanie.  Jego  własna  duma  również  została  zraniona.  Ale  zdecydował  się 
kontynuować.  –  Albo  lepiej  powiedzieć,  że  nienawidziłem  osoby,  którą  wierzyłem,  że  jesteś.  –  Przytulił 
chłopca i pogłaskał go po włosach. – Przykro mi. 

Harry nie odpowiedział. Nie chciał myśleć o poprzednich latach, o obecnej sytuacji. Chciał o coś zapytać, 

ale się nie ośmielił. Bał się możliwej odpowiedzi, nie chciał się zawieść. Ale Snape, jak zawsze, wydawał 
się czytać w jego myślach, ponieważ mówił dalej: 

– Nie bój się, Harry. Już cię nie nienawidzę. Ja… Cieszę się, że tu jestem. Nie z powodu tortur… czy 

strachu. Jestem szczęśliwy, że cię poznałem. Że jestem z tobą. Przykro mi, że musiało stać się coś takiego, 
abym zmienił swoje nastawienie do ciebie… Może jest już za późno, ale… Bardzo cię lubię, Harry. 

Chłopiec  nie  ośmielił  się  podnieść  wzroku.  Był  całkowicie  rozbity,  a  jednocześnie  niemożliwie 

szczęśliwy. 

– Ja… – Głos mu się załamał, gdy próbował odpowiedzieć. – Ja jestem również szczęśliwy, że jestem tu 

z  panem…  i  przykro  mi,  że  to  moja  wina…  ale…  może…  Już  tego  nie  żałuję…  Myślę,  że  znalazłem 
miejsce, do którego mogę wracać. 

Snape uśmiechnął się pamiętając ich pierwszą – a może drugą? – rozmowę. 
– Rodzinę? – zapytał ciepło. 
Harry zaczerwienił się. 
– Coś w tym rodzaju… 
Po chwili chłopak dodał: 
– Czy nie uważa pan, że to tylko zwyczajny psychologiczny fakt i nic więcej? 
Profesor wzruszył ramionami. 
– Już to mnie nie obchodzi. 
*** 
– Alastorze! Miło cię widzieć, stary przyjacielu! 
– Albusie. – Auror skinął uprzejmie głową. – Słyszałem wieści o młodym Harrym Potterze. 
Dumbledore westchnął głęboko. 
– To był Voldemort. Jestem tego zupełnie pewien. 
– Co za kretyn z tego Knota! – mruknął Moody. – On nadal ci nie wierzy. Rozmawiałem z nim kilka dni 

temu i potwierdziłem twoje podejrzenia o „zmartwychwstaniu” Voldemorta, ale on… – Machnął ręką. – Nie 
powiedział mi tego, ale uważa mnie za głupca, jak zawsze. Ha! Miałem rację, kiedy starałem się bronić w 
każdy możliwy sposób… 

Dumbledore wskazał przyjacielowi krzesło. 
– Herbaty, Alastorze? – uśmiechnął się. – Własnoręcznie zaparzonej? 
– Albusie, wiesz, że piję tylko… 
– Wiem, wiem… 
– Wierz mi, ja mam rację, co do ciągłej czujności. Szczególnie w takich czasach jak te… 
Dumbledore zachichotał. 

background image

– Ciągła czujność… 
– Albus! Czy ty się ze mnie śmiejesz?! 
– Przepraszam, Alastorze. – Dumbledore opanował się, chociaż wesołe iskierki nadal pozostały w jego 

oczach. 

– Więc? Co planujesz zrobić? – zapytał Moody, kręcąc głową odmownie na widok cytrynowych dropsów 

dyrektora. – Domyślasz się, gdzie może przebywać młody Harry? 

Dumbledore westchnął i iskierki natychmiast zniknęły z jego oczu. 
– Alastorze, myślę, że wiem gdzie jest Harry. Jedyny problem w tym, że nie wiem dokładnie, gdzie to 

miejsce się znajduje. 

Moody nie odpowiedział, tylko uniósł ciekawie brew. 
– Według mnie on – lub lepiej powiedzieć oni – są w Koszmarnym Dworze. 
– Oni? Koszmarny Dwór? O czym ty mówisz? 
– Nie widziałem Severusa od sześciu czy siedmiu dni. Zniknął dokładnie w tym samym czasie, co Harry. 

To nie może być przypadek. 

– Nie. z całą pewnością nie. – Twarz Moody’ego pociemniała. 
– Martwię się. Severus zazwyczaj doskonale sobie radził i potrafi się obronić. Jeżeli nie wrócił, to musiał 

mieć dobry powód. Boję się, że został schwytany. 

Dumbledore uniósł wzrok. Oczy Moody’ego – zarówno zwykłe, jak i to magiczne – były skierowane na 

niego, ale nie widział w nich współczucia. Tylko odrazę. 

– Myślę, Albusie, że wyobraźnia cię ponosi – powiedział auror. – Prawdopodobnie miał inny powód, by 

zostać z Voldemortem… 

– Co sugerujesz…? – Twarz Dumbledore’a zachmurzyła się. – Severus nie… 
–  Albusie!  Jesteś  zbyt  naiwny!  Jestem  pewien,  że  ten  Śmierciożerca,  którego  uważasz  za  przyjaciela, 

zobaczył  schwytanego  młodego  Harry’ego  i  nie  miał  już  powodu  by  wrócić.  Osiągnęli  swój  cel.  Wróg 
numer jeden Voldemorta jest w ich rękach. Po co Snape miałby wrócić? 

–  Nie  wiesz,  o  czym  mówisz  –  zaczął  powoli  Dumbledore.  –  Decyzja  Severusa,  by  przejść  na  naszą 

stronę,  była  poważna  i  szczera.  Pomógł  nam  wiele  razy  podczas  ostatniej  wojny.  Przekazywał  cenne 
informacje o miejscach, osobach i planach. Mówił również o Koszmarnym Dworze, więzieniu Voldemorta. 

– Czy pokazał ci jego dokładne położenie? 
– Powiedziałem ci, że nie znam go… 
– Widzisz sam, Albusie. On go nie znał. Czy to nie dziwne? 
– Szukaliśmy go razem… 
– Ale go nie znaleźliście, prawda? 
– To nie jest winą Severusa. Starał się wiele razy. 
– Albusie! On z całą pewnością cię zdradził! – wykrzyknął niecierpliwie auror. 
–  Nie  znasz  go,  Alastorze  –  wysyczał  gniewnie  Albus.  –  Powiedziałem  ci  to  samo,  co  powiedziałem 

wtedy na procesie, on jest po naszej stronie

– Może był. i znowu zmienił strony. Ten, co raz zmienił strony, może to znowu zrobić. 
– Nie masz prawa tak o nim mówić po tym wszystkim, co mu zrobiłeś – głos Dumbledore’a był cichy, 

ale stanowczy. 

–  Co  ja  mu  niby  zrobiłem?  –  Moody  wzruszył  ramionami.  –  Ja  tylko  go  przesłuchiwałem.  To  było 

konieczne. Złapaliśmy go i przesłuchiwaliśmy, tak jak innych w takich przypadkach! 

– No cóż, Alastorze. Twoje metody przesłuchiwania nie są ani  trochę bardziej ludzkie niż zachowanie 

Śmierciożerców względem ich ofiar! 

– Albusie! Jak śmiesz…! 
– Alastorze! Ja wiem o czym mówię! 
– Czy ten cholerny Śmierciożerca nagadał ci tych kłamstw? 
– Tak, Alastorze, i ja mu wierzę

background image

– Wolisz wierzyć temu zdrajcy niż swojemu staremu przyjacielowi? 
Atmosfera w pokoju zrobiła się  gorąca, obaj wstali i patrzyli na siebie ponad biurkiem  Dumbledore’a. 

Ale dyrektor westchnął i ponownie usiadł. 

– Kiedy nareszcie wydostał się z Azkabanu gdzie go wysłałeś, przyszedł do mojego biura i wszystko mi 

opowiedział.  Nie  mogłem  uwierzyć.  Nie  chciałem  mu  wierzyć.  To,  co  opowiedział  o  tobie  i  Franku… 
Nawrzeszczałem  na  niego  i  nazwałem  go  kłamcą.  –  Wzrok  Dumbledore’a  stał  się  nieobecny,  kiedy 
wspominał przeszłe zdarzenie. Jego głos stał się cichy i miękki. – Znam Severusa. Ma temperament i jest 
bardzo  sarkastyczną  i  zimną  osobą.  Wtedy  nic  nie  odpowiedział.  Tylko  wzruszył  ramionami  i  wyszedł. 
Byłem pewien, że wyolbrzymia historię o tobie. Ale… Coś się stało podczas zeszłego roku i zjawił się w 
moim gabinecie, usiadł w tym samym krześle, na którym teraz ty siedzisz. Dał mi małą butelkę i poprosił 
mnie, bym go przesłuchał. Po nocnym spotkaniu z Crouchem, który go oskarżył… 

Twarz Alastora zbladła. 
– Ten przeklęty Crouch… 
– To nie była wina Croucha. Myślę, że ty zachowałbyś się tak samo, gdybyś był na miejscu Croucha. 
– Ten eliksir to było… 
–  Tak.  To  było  Veritaserum.  Zrobił  je  Soren  McRee,  nie  Severus.  Wysłałem  Sorenowi  resztki  serum, 

zaraz po tym jak go przesłuchałem, aby sprawdził eliksir. Nie chciałem wierzyć… Dostałem odpowiedź od 
Sorena  po  trzech  dniach…  Eliksir  był  doskonały…  Severus  powiedział  mi  prawdę…  powiedział  mi…  o 
tamtych zdarzeniach, czternaście lat temu… – głos Dumbledore’a przycichł. 

– Czy zapytałeś go również o jego lojalność? – zapytał oschle Moody. 
–  Tak.  Chciał,  by  o  to  spytać.  Pragnął,  by  mu  uwierzono.  Nalegał  wciąż  i  wciąż,  ponieważ  ja  nie 

chciałem… odkryć jego sekretów, lęków i bólu. 

– Jego grzechów – dodał Moody, ale Dumbledore tego nie słyszał. 
Dumbledore  pamiętał  determinację  wypisaną  na  twarzy  Mistrza  Eliksirów.  Albusie,  musisz  znać  całą 

prawdę. Poświadczyłeś za mnie czternaście lat temu i chcę abyś wiedział o wszystkim. Wszystkim. O mnie, o 
Śmierciożercach, i tak, o Moodym i Franku też…
 

On tego nie chciał. Starał się zignorować życzenie młodszego mężczyzny. A potem Severus… Severus 

go błagał. Severus – błagający… Zszokowało to dyrektora. Mistrz Eliksirów na kolanach… Severus pokazał 
mu  Mroczny  Znak.  Był  pewien,  że  Voldemort  powróci.  Chciał,  aby  Dumbledore  zupełnie  mu  zaufał. 
Albusie… Musisz… Ty musisz wiedzieć… 

To  była  długa  noc.  Po  wyjściu  Severusa  siedział  tylko  w  swoim  krześle  wpatrując  się  w  płomienie  i 

czekał na odpowiedź… 

Kiedy ją dostał, poszedł do lochów. i przeprosił. 
Twarz  Severusa  była  bledsza  niż  zazwyczaj,  kiedy  wyznał  mu,  że  wysłał  eliksir  do  sprawdzenia  do 

McRee. Widział jego rozczarowanie. 

Powinienem był wiedzieć… mruknął Mistrz Eliksirów. 
Dumbledore  nigdy  jeszcze  nie  czuł  się  tak  paskudnie.  To  było  zupełnie  tak,  jakby  zdradził  młodszego 

mężczyznę,  który  szpiegował  dla  niego  przez  dwa  lata,  był  jego  pracownikiem  przez  czternaście, 
niechętnym  opiekunem  Harry’ego  przez  cztery…  Ale  tak  trudno  było  uwierzyć,  że  jego  przyjaciele  – 
Alastor i potem Frank – popełnili takie czyny, tylko dlatego, że nie uważali swoich więźniów za ludzi… 

Dumbledore słyszał, jak Moody wychodził z pokoju, ale nie był w stanie otrząsnąć się ze swoich myśli. 
Severus…  Dlaczego  wcześniej  nie  doceniał  jego  wartości?  Dlaczego  wcześniej  nie  zaproponował  mu 

swojej przyjaźni? Prawda, byli w dobrych stosunkach, ale może to było za mało dla Severusa… 

Młodszy czarodziej żył w tym samym co on budynku przez ponad dekadę, był lojalny wobec niego, robił 

wszystko, o co go poprosił i nigdy nie chciał niczego w zamian. Żadnej przyjaźni, zaufania czy zrozumienia. 
z pewnością powodem było jego poczucie winy. Severus zapewne myślał o swojej samotności jako o jakimś 
rodzaju pokuty za wcześniejsze czyny. 

background image

Stracił  tak  dużo…  Severus  także…  Ostatnie  pół  roku  było  bezcenne.  Stali  się  przyjaciółmi.  A  teraz… 

Możliwe, że teraz go utraci. i Harry’ego. 

Severus i Harry… Czy jeszcze żyli? 
Severus i Harry… Czy byli razem w piekle Voldemorta? 
Severus i Harry… Czy kiedykolwiek się dowiedzą…? 

7. SAMOTNOŚĆ 

I znowu. 
Harry był torturowany, a on był zmuszony na to patrzeć. 
Z każdym dniem to stawało się coraz trudniejsze. 
Snape wierzył, że nie przeżyje nocy. 
Pierwsza  runda  była  jego:  parę  Cruciatus,  porządna  liczba  fizycznych  obrażeń,  którym  towarzyszyły 

krótkie komentarze Voldemorta, sączone do ucha Harry’ego, ale twarz chłopca pozostała beznamiętna, więc 
Największy  Bydlak  postanowił  zmienić  obiekt  okrucieństwa  i  teraz  Snape  znowu  stał  się  bezsilnym 
obserwatorem. 

Stare rany na ciele Harry’ego, które jeszcze nie zdążyły się zaleczyć, szczególnie cięcia zadane skalpelem 

Avery’ego, zostały ponownie otwarte, ale on stał w milczeniu. 

Snape  wspomniał  ich  wzrastającą  panikę  dzisiejszego  poranka.  (A  może  było  to  popołudnie?  Nie 

wiedział.  W  lochach  Koszmarnego  Dworu  zawsze  panował  mrok  i  mężczyzna  stracił  poczucie  czasu,  a 
długie okresy bez przytomności nie pomagały mu go odzyskać.) Gdy przyszli po nich Śmierciożercy, obaj 
zamarli  ze  strachu.  Pamiętał  dziecinną  twarz  Harry’ego,  bledszą  niż  zwykle,  zaciśnięte  pięści,  duszący 
strach wstrząsający chudym i osłabionym ciałem… W sercu rosło mu desperackie pragnienie bronienia go, 
ale nie był w stanie odmienić biegu wydarzeń. 

Ten związek prawdopodobnie ich zabije. Voldemort wiedział o tym, kiedy zdecydował się umieścić ich 

razem w jednej celi… i wciąż te tortury i tortury. 

Zimno  komnaty  tortur…  Odór  krwi…  Tłumione  zawodzenie…  Sadystyczne  śmiechy…  Drżenie  nóg  i 

trzęsące się ręce, zaciśnięte pięści i zęby, słabość i głód… Wszystko wydawało się takie odległe i zamazane, 
wszystko prócz tych uczuć i silnej decyzji, aby w tym piekle pozostać człowiekiem. Nie da temu bydlakowi 
jeszcze jednego sposobu torturowania ich. Fizyczne męki w zupełności wystarczały. 

Gdy Voldemort wyszedł, Śmierciożercy zdecydowali się pobić również Snape’a. 
Wspólne tortury nie były tak ciężkie jak bezsilne obserwowanie. Były nawet jakby lepsze, jak gdyby jego 

ból mógł zmniejszyć cierpienie chłopca. 

Teraz wszystko bolało. 
Po  długich  męczarniach  nareszcie  powróciła  ich  chwilowa  wolność.  Śmierciożercy  zawlekli 

półprzytomne ofiary do ich celi – do jamy śmierci i miłości, i troski… Czekało ich kilka godzin wolnych od 
Voldemorta, trochę możliwości, aby pocieszyć się nawzajem, by dać i wziąć siłę na przyszłość. 

Byli  tak  wyczerpani,  że  nie  byli  już  w  stanie  siedzieć.  Snape,  goniąc  resztkami  sił,  położył  chłopca  w 

rogu, chwycił pelerynę i legł obok niego. Przykrył ich obu brudnym ubraniem, przytulił chłopaka i tak jak 
on  stracił  przytomność.  Nadchodził  koniec.  Jego  ostatnią  myślą  było,  że  chciałby  umrzeć  później.  W  ten 
sposób mógłby bronić chłopca do końca. 

*** 
Snape nie wiedział, gdzie się znajduje. Czuł się słaby i chory, zupełnie niezdolny do czegokolwiek. Nie 

czuł własnych kończyn i nie był w stanie otworzyć oczu. Jednocześnie miał dziwne uczucie, jakby latał lub 
pływał po niebie niczym chmury czy ptaki. Był lekki jak liść na wietrze, wolny od więzi i ciężarów, wolny 
jak dziecko, beztroski i wolny od odpowiedzialności, bólu, strachu, przeszłości i przyszłości… 

W krótkich momentach przytomności miał świadomość tego, że obecny stan był skutkiem głodu, tortur i 

utraty krwi, ale nic go to nie obchodziło. Odpłynął od tych niepokojących myśli. Chciał latać, być wolnym – 
i  umrzeć.  To  było  blisko.  Tak  blisko,  że  mógł  tego  dotknąć.  Światło…  Jasne  światło  przed  nim,  jakby 

background image

płynął,  jakby  był  w  niebie.  Uśmiechnął  się.  Niebo…  z  piekła…  Czy  on  mógł  dostać  się  do  nieba?  Czy 
wolno  mu  będzie  tam  zostać?  Przed  bramą,  nie  w  samym  niebie.  Wiedział,  że  nigdy  nie  dostanie  się  do 
środka. 

Niebo nie było dla takich morderców jak on, kimkolwiek stał się potem… Niebo było dla ludzi, którzy na 

to zasługiwali, takich jak, na przykład, Quietus. 

Quietus…  Jeżeli  on  był  w  niebie,  to  nigdy  się  z  nim  nie  spotka.  Nigdy.  Nigdy  nie  zostanie  tam 

wpuszczony. 

Poczuł jak serce mu pęka. Smutek go dopadł, mężczyzna stawał się coraz cięższy i cięższy, nie był już w 

stanie więcej pływać. Ziemia wzywała go, rzeczywistość kazała mu być tutaj: w piekle zamiast w niebie, do 
którego miał nigdy nie trafić. 

Morderca,  morderca!  –  krzyczał  chór  z  ziemi,  na  którą  spadał.  Głosy  ofiar,  które  zabił,  torturował  lub 

skrzywdził. Wzywały go, by był tam gdzie oni – w jamie bólu, strachu i samotności… Samotny w ciemnym 
lochu przez ponad dekadę. Sam, bez nikogo, kto by mu uwierzył, zawsze podejrzewany i wzgardzony… Ale 
on na to zasługiwał. 

Cholera, jak on na to zasługiwał! 
Wiedział o tym. Ale to bolało. Tęsknił, błagał, żebrał, czekał na kogoś… kogokolwiek… kto przyszedłby 

tam  do  niego.  Kogokolwiek,  kto  pomyślałby  o  nim  jak  o  człowieku…  Kto  martwiłby  się  o  niego.  Komu 
zależało by na nim choć trochę… 

Nagle  zobaczył  zmartwioną  twarz  Albusa…  Potem  usłyszał  głos  dyrektora,  mówiący  Wysłałem  to  do 

McRee. Albus mu nie wierzył. 

Nikt mu nie wierzył. 
Raz zdrajca – zawsze zdrajca. 
Zdrajca obu stron, jak powiedział Voldemort. 
Zdradził wszystkich, których kochał. 
Zdradził Annę. 
Zdradził Quietusa. 
Morderca…  zdrajca…  Tak,  był  nim.  Ciemność  otaczała  go,  wchłaniała.  Niebiańskie  światło  zniknęło. 

Był niezwykle ciężki. Spadał na ziemię i jeszcze niżej, aż na same dno beznadziei i samotności. 

I on na to zasługiwał. Zasługiwał na to wszystko! 
Był  skazany na wieczną samotność. Wszystko  stało się takie zimne, zimniejsze niż lód, zimniejsze niż 

próżnia: to był chłód śmierci… Śmierci zagubienia, potępienia… Wieczna samotność… 

Chciał  zwinąć  się  do  pozycji  płodowej,  jak  często  robił  w  domu,  w  swoim  łóżku,  by  pocieszyć  się 

ciepłem swojego własnego ciała, ale teraz nie mógł. 

Nie mógł. Ktoś był obok niego, przeszkadzając mu się zwinąć. 
Ktoś, kto drżał, jęczał i szeptał prawie niezrozumiałe słowa. Mimo to słyszał je. 
–  Zostaw  go…  proszę,  zostaw  go…  odejdź,  proszę,  proszę.  –  Cichy  płacz  czasami  przerywał 

mamrotanie. – Już i tak zabiłeś wszystkich wokół mnie… Proszę, proszę, pozwól mu odejść… 

Czy  ten  słaby  głos  błagał  jego?  Severusa  Nobilusa  Snape’a?  Czy  to  była  jedna  z  jego  ofiar?  Może  ten 

dzieciak Tomasa Galvany’ego? Głos brzmiał podobnie. 

– Nie rób mu już krzywdy, zostaw go już, proszę… Weź mnie zamiast niego… mnie… znowu… weź… 

– Szept stał się niezrozumiałym mamrotaniem. 

Snape  starał  się  otworzyć  oczy,  oczyścić  umysł.  Ktoś  był  z  nim  w  tym  piekle,  do  którego  spadł.  Ktoś 

zrozpaczony i zatroskany, ale nie o siebie… i zdecydowanie nie był to dzieciak Galvany’ego. Co w takim 
razie robił tutaj ten chłopiec? 

Tak  cholernie  trudno  było  odzyskać  przytomność.  Potrzebowałby  jakichś  eliksirów  wzmacniających… 

Przypomniał  sobie  jednak,  że  zostały  mu  zabrane  wiele  dni  temu…  Gdy  został  umieszczony  w  tej  celi  z 
Harrym. Harry… 

Harry?! 

background image

Nagle wszystko stało się jasne. Osoba obok niego to Harry błagający o… o kogo? O co? Nadal walcząc 

ze  słabością,  podparł  się  na  łokciu  i  otworzył  oczy.  Tak  jak  się  spodziewał,  jego  wzrok  był  rozmyty,  ale 
nadal słyszał błagania chłopca. 

–  Nie,  nie  Cedrik…  Zabij  mnie  w  zamian…  –  Przerwa.  Płacz.  i  znowu  słowa.  –  On  nie  jest 

niepotrzebny… To ja jestem niepotrzebny… niepotrzebny… – Znowu niezrozumiały bełkot. 

Snape  potrząsnął  głową.  Co  tu  się  działo?  Do  kogo  mówił  Harry?  O  co  w  tym  wszystkim  chodziło? 

Cedrik?  Ale  on  zginął.  Dwa  czy  trzy  miesiące  temu…  i  co  znaczyło  to  „niepotrzebny”?  Kto  był 
niepotrzebny? i dlaczego? 

Kiedy  jego  wzrok  wyostrzył  się  trochę,  zauważył  coś  błyszczącego  na  twarzy  chłopca.  Lśniącego  jak 

srebro i złoto, jak maska, cała twarz błyszczała… Snape delikatnie dotknął błyszczącej maski. Mokra. Była 
mokra. Płynne złoto? Patrzył na swoje palce. i wreszcie zrozumiał. 

Łzy błyszczały w świetle pochodni. Łzy spływały po twarzy Harry’ego. Chłopiec płakał przez sen… 
Sen… pomyślał gorzko Snape. Lepiej powiedzieć koszmar. Zabójstwo i ból, i błaganie… To mógł być 

tylko koszmar z Voldemortem w roli głównej. 

Snape delikatnie dotknął ramienia chłopca i zawołał go po imieniu. 
– Harry… Harry, słyszysz mnie? Obudź się! 
Przez  długie  minuty  nie  było  odpowiedzi,  chociaż  Snape  ponawiał  próby.  Mężczyzna  delikatnie 

potrząsnął ciałem,  ale nie dało to żadnych rezultatów. z każdą chwilą Mistrz Eliksirów był coraz bardziej 
zdesperowany. 

–  Słyszysz  mnie  Harry?  Obudź  się!  –  Starał  się  to  powiedzieć  głośno,  ale  jego  głos  był  słaby  i 

zachrypnięty. 

– Nie on, proszę… – Nowy potok łez spod zamkniętych powiek Harry’ego.  – Nie, nienienie, proszę. – 

Ręce Harry’ego zacisnęły się w pięści. – Zostaw go w spokoju! Zabij mnie w zamian! Ja zasługuję… nie 
on… – Szloch wstrząsnął całym ciałem Harry’ego, ucinając potok słów. 

Snape potrząsnął nim, przerażony. 
–  Harry!  –  zwołał  najgłośniej  jak  potrafił.  –  Obudź  się,  słuchaj  mnie,  Harry!  –  Mocno  potrząsnął 

ramieniem chłopca. 

Chłopak nagle się ocknął. 
– Gdzie…? Kto…? – mrugał, nie widząc niczego. 
– Jesteś ze mną. z Severusem – powiedział najspokojniej jak mógł, choć groza chwili jeszcze nie opadła. 
– Severus? – zapytał słaby głos.– Kim jest Severus? 
Snape w duchu pacnął się w czoło. Naturalnie, chłopak nigdy wcześniej nie nazwał go Severusem. 
– z profesorem Snape’em – wyjaśnił, uspokajając się w końcu. 
– Profesor? – wykrzyknął od razu Harry i spróbował usiąść. – Pan żyje
–  Oczywiście,  że  tak.  Nie  słyszysz  mnie?  –  odpowiedział  Snape.  Przez  chwilę  był  zirytowany,  ale 

wyraźna ulga zmyła jego gniew. 

Najwyraźniej nie tylko jemu ulżyło. Ogromna ulga odmalowała się także na dziecinnej twarzy. 
– Jest pan tutaj – powiedział po prostu chłopiec. Uśmiechnął się i zamknął oczy. 
– Tak. Co się stało? – Snape naprawdę był ciekawy. 
Harry zaczerwienił się lekko. 
– Ja… ja…– starał się zacząć, ale mu się nie udało. – Nic takiego. Naprawdę. 
– Płakałeś przez sen – rzekł Snape. 
– Pan też kilka dni temu – Harry wzruszył ramionami, lekko zażenowany. 
Snape westchnął. 
– Miałem koszmar. O… O śmierci Quietusa i… Próbowałem… – To było zbyt trudne do powiedzenia. 

Ale jeżeli chciał, aby chłopak mu ufał, musiał dokończyć. – Próbowałem go uratować, ale zawiodłem. Tak 
samo jak piętnaście lat temu… 

Ostatnia uwaga była cichym szeptem. Harry otworzył oczy i ich spojrzenia się spotkały. 

background image

– Przepraszam. Znowu pana zraniłem – rzekł poważnym głosem chłopiec. 
– Znowu? – zapytał Snape z niedowierzaniem. 
– Spowodowałem wszystkie pana tutejsze cierpienia. To moja wina. Wszystko to jest moja wina. 
Snape widział w oczach chłopaka głębokie przekonanie o prawdziwości tego stwierdzenia. Nagle poczuł 

się bardzo stary i zmęczony. Czuł się starzej niż na trzydzieści sześć lat, czterdzieści. Naprawdę… Starzej 
niż na osiemdziesiąt. Czuł się jak na lekcji eliksirów, kiedy bez powodzenia próbował wyjaśnić najprostszą 
rzecz  Longbottomowi  albo  jednemu  z  Puchonów.  Dlaczego,  do  cholery,  Harry  nie  chciał  zrozumieć  tego 
prostego faktu, że to nie była jego wina? Ani trochę. Ale wiedział, że nie będzie w stanie wytłumaczyć tego 
chłopcu. Był tego pewien i z tego powodu stał się bardzo zirytowany. 

– Przestań, Potter – warknął ostrym głosem. – To nie jest twoja wina. A. Nawet. Gdyby. To. Była. Twoja. 

Wina.  To.  Nie.  Miałoby.  To.  Znaczenia.  Po.  Sześciu.  Wspólnie.  Spędzonych.  Dniach.  W.  Tym.  Piekle. 
Rozumiesz wreszcie? Rozumiesz?! 

Ostatnie  zdanie  było  bardziej  rozpaczliwym  krzykiem,  niż  gniewnym  wrzaskiem,  jak  planował.  Harry 

drgnął. Nie ośmielił się nic odpowiedzieć, tylko przytaknął. 

– Nie wierzę ci. – Snape potrząsnął głową z irytacją. – Obwiniasz się za tę sytuację. Ale nie masz racji

To nie była twoja decyzja i ja ciebie nie obwiniam. Wolę być tutaj razem z tobą niż gdziekolwiek indziej. 

Jego niechętne wyznanie zszokowało ich obu. Harry zamrugał ze zdziwienia i zaczął mówić: 
–  Śniłem,  że  Voldemort  pana  zabił.  Tuż  przede  mną.  i  nie  mogłem  pana  ocalić.  Umarł  pan  jak  moi 

rodzice, Cedrik… Jak wszyscy wokoło mnie… 

Snape przełknął ślinę. Znowu Cedrik. Stał się podejrzliwy. 
– Nie możesz wybaczyć sobie jego śmierci – stwierdził, nie zapytał. 
– Zginął przeze mnie. Ja byłem celem Voldemorta, nie on. On był tylko… pomyłką. Pomyłką, którą ja 

popełniłem. Ale jednak pomyłką… i kiedy Voldemort rozkazał Glizdogonowi go zabić, powiedział „zabij 
niepotrzebnego”. Tak jakby był  niczym…  Nie osobą, człowiekiem…  tylko pomyłką…  – Harry zaczął  się 
trząść. – Nic nie mogłem zrobić. – Harry odwrócił się od Snape’a i ukrył twarz w dłoniach. – Czułem się tak 
samo w moim śnie teraz. On pana zabił. Ja byłem bezradny. Ale to bolało bardziej niż śmierć Cedrika… To 
tak bardzo bolało … – wymamrotał. 

To był nagły, nieuświadomiony impuls – Snape objął rozdygotanego chłopca. Chwycił go za ramiona i 

odwrócił do siebie. 

–  Dziękuję,  Harry.  –  Nie  wiedział  dokładnie,  za  co  dziękował.  Za  uczucie,  którego  oznaką  były  łzy? 

Może za odważne i szczere słowa? To i tak nie miało znaczenia. Przyciągnął Harry’ego do siebie, objął go 
ramionami i przytulił. – Jestem tutaj, nie martw się. 

Harry schował twarz w ubraniu Snape’a – albo raczej w jego resztkach – i westchnął. Ze strachu? z ulgi? 

Nie wiedział. 

– Nie chcę umrzeć, profesorze, ale bardziej… Nie chcę zostać znowu sam… być znowu sam… 
Te słowa były tak podobne do wcześniejszych myśli Snape’a, że uderzyły w czułą strunę w jego sercu. 
Ale dlaczego? Dlaczego chłopiec tak się czuł? 
Harry  nie  zasługiwał  na  samotność.  Ale  dlaczego  odczuwał  to  w  taki  sposób?  Nie  miał  też  żadnych 

grzechów, które oddzielałyby go od innych, jak było w przypadku Snape’a. Więc dlaczego był sam? 

Dwa „dlaczego”. Pierwsze skierowane do losu, drugie do okoliczności. 
– Czemu mówisz „znowu sam”, Harry? – zapytał ostrożnie. – Kiedy czułeś się samotny? 
–  Prawie  zawsze  –  wyszeptał  chłopak,  głowę  nadal  wtulał  w  pierś  Snape’a  ukrywając  twarz.  –  z 

wyjątkiem ostatnich dni – dodał po chwili. 

Znowu to przeklęte uczucie: chłopak czuł to samo co on… Jak? 
– Ale masz swoich przyjaciół… rodzinę. z pewnością nie byłeś samotny. 
– Powiedziałem panu, że moi przyjaciele to dzieci. A moja rodzina to tylko trójka ludzi, którzy gardzą 

mną  i  ze  wszystkich  sił  starają  się  ignorować  moje  istnienie.  Chociaż  to  ignorowanie  jest  dość  nowe. 
Wcześniej mnie nienawidzili. To jakoś było lepsze. Przynajmniej czułem, że istnieję. Ale potem… Zupełnie 

background image

mnie unikali.  Nie odzywali się do mnie… Nie patrzyli na mnie… A Syriusz nie mógł  być tam ze mną z 
oczywistych powodów, o których pan wie. Właściwie to nawet go nie znam zbyt dobrze. Kilka listów, trzy 
czy cztery krótkie spotkania, nic więcej… Wszystko było takie… puste. 

Ale Snape nie dosłyszał drugiej części przemowy. 
– Twoi krewni gardzili tobą? Ignorowali cię? Czemu nie powiedziałeś o tym dyrektorowi? 
– Co miałem mu powiedzieć? O moich odczuciach? Czy co? Że mieszkałem w komórce pod schodami 

przez dziesięć lat? Że nie miałem nic swojego, dopóki nie kupiłem sobie szkolnych ubrań i rzeczy? Że nigdy 
nie  dostałem  nowego  ubrania,  tylko  musiałem  nosić  stare  po  kuzynie?  Że  własna  rodzina  się  nade  mną 
znęcała? Że musiałem przejść na dietę Dudleya i głodowałem? Że jestem dziwolągiem, więc zamknęli mnie 
na całe moje pierwsze wakacje? Że mogłem uzyskać trochę wolności grożąc im moim ojcem chrzestnym – 
mordercą?  Czy  też  o  tym,  że  nigdy  niczego  poza  kłamstwami  nie  powiedzieli  mi  o  moich  rodzicach? 
Powiedzieli, że zginęli w wypadku samochodowym, mój ojciec był bezrobotny nicponiem, że moja matka 
była  dziwką…  Było  mi  tak  wstyd.  A  z  drugiej  strony  nigdy  mnie  naprawdę  nie  zbili,  nie  znęcali  się 
fizycznie.  Czułbym  się  śmiesznie,  narzekając  na  te  wszystkie  głupstwa  Dumbledore’owi…  –  Ból  całego 
jego życia eksplodował z niego. Gorycz, smutek i rezygnacja. 

Snape  aż  za  dobrze  rozumiał  chłopca.  Miał  rację.  Dziecko,  dopóki  naprawdę  nie  zostanie  zbite,  nie 

zostaje zabrane od swojej rodziny. Odrobina poniewierania nie miała znaczenia. i wiele dzieci miało rodzinę 
taką  jak  Harry  –  nawet  on  był  takim  przypadkiem.  Jego  rodzina  była  całkiem  jak  chłodnia.  Zimna  i 
pozbawiona emocji. 

Quietus był jedyną ciepłą osobą w zimie jego dzieciństwa. 
Snape  wzdrygnął  się,  próbując  wyobrazić  sobie  swoje  dzieciństwo  bez  Quietusa.  To  byłoby  straszne. 

A… A jego rodzice nigdy nie zamykali go w komórce. i zawsze miał wszystko, co potrzebował. Jedzenie, 
ubranie,  zabawki…  Tylko  miłości  brakowało.  Ale  przynajmniej  byli  z  niego  dumni!  i  z  Quietusa  też, 
chociaż… Nie. Jego dzieciństwo było bez porównania lepsze niż Harry’ego. 

W międzyczasie Harry skarżył się dalej. 
–  Nie  miałem  żadnych  przyjaciół,  dopóki  nie  spotkałem  Rona  w  ekspresie  do  Hogwartu.  A  później 

Hermiony. Nikt nie chciał się ze mną przyjaźnić. Nikt nie chciał mieć przyjaciela dziwoląga, narazić się na 
pobicie  przez  Dudleya.  Byłem  zupełnie  sam  do  jedenastych  urodzin.  Nie  miałem  przyjaciół,  krewnych, 
żadnej żywej duszy, która chciałaby ze mną porozmawiać, zapytać się co u mnie. Przynajmniej ten idiota 
Dudley od czasu do czasu się nade mną znęcał, więc czułem, że istnieję. 

Snape zaniemówił. Słowa Harry’ego kompletnie nim wstrząsnęły. 
On wiedział, co to znaczy być samemu. 
Nie miałem przyjaciół, krewnych, żadnej żywej duszy, która chciałaby ze mną porozmawiać, zapytać się 

co u mnie. 

Rozpoznał  własne  uczucia  w  tym  zdaniu.  Złość,  rozdrażnienie,  ostatecznie  rezygnacja,  kiedy  w  końcu 

poddajesz się i akceptujesz swój los. 

– Nie jesteś sam  Harry,  już nie.  Jestem z tobą. i zostanę z tobą tak długo, jak będę mógł.  Obiecuję.  – 

Snape  nie  wiedział,  dlaczego  powiedział  te  słowa.  Ale  nie  żałował  ich.  Były  słuszne,  nawet  jeżeli  cichy, 
sarkastyczny  głosik  w  jego  głowie  nie  zapomniał  przypomnieć  mu  o  jego  własnej  sytuacji.  Severusie, 
Severusie… To ty nie chcesz zostać sam, prawda? Sam byłeś przerażony swoimi własnymi koszmarami, czyż 
nie?
 

Nie. Harry nie zasługiwał na samotność. On był jego ostatnia szansa by mu pomóc, dać mu towarzystwo, 

może…  Może  nawet  rodzinę?  Nie  mieli  wiele  czasu.  Dni…  Może  tyko  godziny…  O  tak,  Voldemort 
wykorzysta ich związek, ale nie mógł odmówić tego Harry’emu. Miłość również zawsze wnosiła w życie 
więcej cierpienia. 

Starał się to wytłumaczyć Harry’emu. 
– Nie zasługuję na pana troskę – odpowiedział chłopak słabo. 

background image

– Potter, czy pamiętasz jak kilka dni temu ktoś powiedział „to nie jest miejsce na rozmowę o zasługach”? 

Powiedziałeś mi to, kiedy stwierdziłem, że nie zasługuję by żyć. – Snape pogłaskał go po plecach. – Mogę 
tylko powtórzyć twoje słowa. I… 

– Ale… – Harry starał się przeszkodzić Snape’owi, lecz tym razem mu się to nie udało. 
– Zamknij się, Potter. Teraz ja mówię. – Jego głos był zirytowany i Harry postanowił powstrzymać się od 

komentarzy. – Więc. Jeżeli mimo to chcesz mówić o zasługiwaniu, to coś ci powiem: nie zasługujesz na nic 
takiego.  Nie  zasługujesz  na  bycie  torturowanym  i  pozostawionym  samemu.  Nie  zrobiłeś  niczego  by 
żałować, okazywać skruchę. Cedrik zginął. To prawda. Ale to nie była twoja wina. To byłaby twoja wina 
gdybyś  wiedział,  co  się  stanie.  Ale  nie  wiedziałeś.  Nie  chciałeś  również,  by  twoi  rodzice  zginęli.  Nie 
zamierzałeś nikogo skrzywdzić. Kluczowym  słowem  jest zamiar. Możesz się obwiniać, jeżeli zamierzałeś 
kogoś skrzywdzić. Zrozumiałeś? 

Harry nie ośmielił się przerwać przemowy Snape’a, tylko lekko przytaknął. 
– Być samotnym to największa kara, jaką można otrzymać. i teraz słuchaj: ja na nią zasługuję. Ja. Nie ty. 

Ja  popełniłem  wiele  grzechów.  Zrobiłem  straszliwe  rzeczy,  gdy  byłem  młody  i  nie  zrobiłem  ich  jedynie 
przez  przypadek.  Zamierzałem  skrzywdzić,  zranić,  spowodować  ból.  i  żałuję  tego  tylko  dlatego,  że  zginął 
Quietus. To bardzo samolubny powód żalu, nie sądzisz? Zasługuję na to, by być samemu w tym piekle. Ale 
ty też tu jesteś, więc jeżeli postanowię dopełnić mojej pokuty umierając samotnie, to tylko powiększę liczbę 
moich  grzechów,  bo  w  ten  sposób  skrzywdzę  i  ciebie.  –  Snape  poczekał,  aż  chłopak  podniesie  głowę  i 
spojrzy na niego. – A jeżeli ty zdecydujesz ukarać siebie samotnością, zranisz mnie – dodał cicho. 

– Nigdy  wcześniej o tym  nie myślałem  –  głos  Harry’ego był  spokojniejszy i  wyraźny, było  słychać  w 

nim szczerość. 

– Już dwukrotnie ci mówiłem, że jestem tutaj z tobą szczęśliwy, prawda? 
– Tak. Mówił pan. 
–  Czy  możemy  nareszcie  skończyć  ten  temat?  –  Mała  nutka  zniecierpliwienia  zakradła  się  do  głosu 

Snape’a. 

– Możemy. – Harry wypuścił głośno powietrze. 
Zaległa  cisza.  Leżeli  na  plecach  w  całkowitym  milczeniu,  po  prostu  ciesząc  się  wzajemnym 

towarzystwem. Harry położył głowę na ramieniu profesora, ramię Snape’a obejmowało go. Tym razem nie 
myślał o niezręczności takiej sytuacji, już jej nie czuł. 

– Czy wie pan coś o mojej rodzinie? – zapytał nagle Harry. – Dursleyowie nic mi o nich nie powiedzieli. 
– O twoich rodzicach? 
– Nie, nie tylko. Nie mam żadnych żyjących krewnych, poza ciotką Petunią, siostrą mojej matki, u której 

mieszkam. Czy wie pan, co się stało z moimi innymi krewnymi? 

Snape zamknął oczy. 
–  Tak,  wiem  co  się  stało  z  twoimi  dziadkami.  Zastanawiam  się,  dlaczego  Albus  ci  nie  powiedział.  – 

Harry nie rzekł ani słowa i po chwili profesor kontynuował. – Jak zapewne wiesz, rodzice twojego ojca byli 
czarodziejami. Twoja babcia miała mały sklep na ulicy Pokątnej, robiła i sprzedawała kufry… Tak, tak… 
Mój szkolny kufer był także zrobiony przez twoją babcię. Wymyśliła nowy model kufra o nazwie Muszla. 
Tych  kufrów  można  używać  w  wielu  okazjach,  bo  można  do  nich  zmieścić  więcej  niż  w  normalnych. 
Dzisiaj można kupić udoskonalone modele jej pomysłu, może pamiętasz kufer Moody’ego… 

– Kufer z siedmioma zamkami! – wykrzyknął Harry. 
– Tak. Zawierał również mały pokój, pamiętasz? 
Harry przytaknął. 
– To był model „Muszla–P”. P jak pokój. 
– Czy ma pan taki kufer? 
– Ja mam Muszla–N9. To znaczy, że moja Muszla ma dziewięć zamków, ale za żadnym z nich nie kryje 

się pokój. To jest normalny kufer typu Muszla. 

background image

–  Jeżeli  chce  się  pojechać  na  wakacje,  nie  trzeba  nosić  niezliczonej  ilości  bagaży  ze  sobą.  Można 

wszystko schować do jednego kufra. Jeżeli się stąd wydostanę, kupię sobie taki.  – Harry uśmiechnął się z 
rozmarzeniem. 

– Dam ci mój. Jest zrobiony przez twoją babcię. 
Harry potrząsnął głową. 
– Nie, profesorze, dziękuję. On należy do pana. Nie chcę go panu zabierać. – Harry podniósł rękę, kiedy 

Snape otworzył usta. – Nie, proszę pana. Chciałbym kufer z pokojem. To jest ciekawsze. i miałbym swoje 
własne miejsce, kiedy ostatecznie znudzą mi się Dursleyowie. 

– z pewnością nie, Potter. Póki będę żył nie będziesz mieszkał w kufrze, przysięgam. – Snape zirytował 

się. 

– Cóż – uśmiechnął się Harry. – Więc co dalej z moją rodziną? 
Profesor skinął głową. 
–  Twój  dziadek,  Harold  Potter,  był  aurorem  i  dobrym  przyjacielem  Dumbledore’a.  Razem  walczyli 

przeciwko poprzedniemu Czarnemu Panu, Grindelwaldowi i, jeżeli dobrze pamiętam, Potter uratował życie 
dyrektorowi  w  ostatecznej  bitwie.  To  mogło  być  powodem  tego,  że  Dumbledore  robił  wyjątki  względem 
twojego ojca w szkole… – Twarz Snape’a była pełna emocji. Głownie gniewu. – Nawet Dumbledore miał 
pewne uprzedzenia w stosunku do uczniów. Idealizował Gryfonów i dzieci aurorów. Gardził Ślizgonami i 
tak  zwanymi  mrocznymi  rodzinami,  jak  moja,  i  ich  dziećmi.  –  Wzrok  profesora  zamglił  się.  –  Cóż,  w 
większości  miał  rację.  W  moim  wypadku,  na  przykład.  W  wypadku  Lucjusza.  Ale…  Ale  na  początku 
gardził  również  Quietusem,  tylko  dlatego,  że  miał  takich  rodziców.  A  Quietus  nigdy  nie  stał  się 
mrocznym… – Ocknął się z zamyślenia i kontynuował silniejszym głosem. – Jestem pewien, że Quietus był 
głównym powodem, dla jakiego Dumbledore wyzbył się swoich uprzedzeń. 

Po długiej przerwie Harry otworzył usta. 
–  Ale…  Dumbledore  pokonał  Grindelwalda  w  tysiąc  dziewięćset  czterdziestym  piątym,  a  mój  ojciec 

urodził się chyba pod koniec lat pięćdziesiątych… 

– Cóż… Twoja babcia była znacznie młodsza od twojego dziadka. – Snape uśmiechnął się. – Poznał ją w 

Hogwarcie, gdy uczył obrony. Jeżeli dobrze pamiętam, twoja babcia była jedną z jego uczennic. 

– Pana też uczył? 
–  Nie.  –  Snape  potrząsnął  głową.  –  Voldemort  pojawił  się  w  sześćdziesiątym  ósmym  i  twój  dziadek 

porzucił  szkołę,  by  walczyć  przeciw  niemu  i  szkolić  aurorów  dla  ministerstwa.  Zacząłem  szkołę  w 
następnym roku, sześćdziesiątym dziewiątym. Podejrzewam, że twój dziadek przeklął swoje stanowisko, tak 
żeby mógł na nie wrócić po wojnie. – Uśmiechnął się złośliwie. 

– Od dwudziestu pięciu lat są problemy z tą posadą? – spytał szczerze zaskoczony Harry. 
– Dokładnie. W ciągu siedmiu lat miałem sześciu różnych nauczycieli. 
– Och. Ja będę miał prawdopodobnie siedmiu – uśmiechnął się chłopak. – Ale proszę mówić dalej. Moi 

dziadkowie mieli chyba jakieś rodziny? 

– Nie wiem nic więcej o twojej babci, ale słyszałem, że cała rodzina Harolda Pottera została wybita przez 

Grindelwalda, z zemsty za jego pracę aurora. 

– Znowu śmierć… 
– Tak… A twoi dziadkowie zostali zabici przez Voldemorta jako zemsta za działania Jamesa Pottera jako 

aurora… Rok przed ślubem twoich rodziców. 

Harry przełknął ślinę i nic nie powiedział. Wydawało się cudem, że ktokolwiek przeżył. 
–  To  wygląda  jak  samobójstwo  świata  czarodziejów…  –  zaczął  cicho.  –  My  zabijamy  mrocznych 

czarodziejów, a oni nas zabijają… 

– Jak wszędzie na świecie… Nawet mugole zabijają się nawzajem. 
– Wygląda na to, że to ludzka cecha… Dlaczego? – W jego głosie słychać było rozpacz. 
– Nikt nie wie, Harry – odpowiedział Snape cicho. – Gdybyśmy wiedzieli, może moglibyśmy coś na to 

poradzić. 

background image

Po dłuższej ciszy Harry zadał kolejne pytanie. 
– A rodzice mojej matki? Czy wie pan coś o nich? 
Wyraz twarzy profesora momentalnie stał się odległy. 
– Nie znałem ich. – Jego głos był zachrypnięty i chłodny. – Ale… byłem tam, kiedy zginęli… 
*** 
–  Zabiję  tego  bydlaka,  Remus!  Przysięgam  ci.  –  Oczy  Syriusza  płonęły  gniewem.  –  Co  by  nie  mówił 

Albus, jestem pewien, że on po prostu nie ośmielił się wrócić, bo w końcu udało mu się zabić Harry’ego. 

Twarz  Remusa  była  naznaczona  zmęczeniem  i  cierpieniem  poprzedniego  dnia.  Nie  miał  już  swojego 

eliksiru, a Snape nie przysłał im nowej dostawy, więc jego przemiana była bardziej bolesna niż przywykł… 
W rzeczywistości głównie stąd Syriusz dowiedział się o zniknięciu Snape’a. Niedostarczona przesyłka. 

Pochylił się do przodu obserwując wybuch przyjaciela przeciwko Mistrzowi Eliksirów i stawał się coraz 

bardziej zły. To było takie proste: od razu posądzać Snape o to, że był odpowiedzialny za nagłe zniknięcie 
Harry’ego – i może jego śmierć… 

– Wreszcie udało mu się wykonać jego główny cel jako Śmierciożercy… – Syriusz kipiał ze złości. – Jak 

Dumbledore  mógł  ufać  mu  choćby  przez  chwilę?  Ufać  Śmierciożercy…  Obrzydliwemu,  wrednemu 
Ślizgonowi… Mówiłem mu… Ale Dumbledore był taki pewien… No i patrz! 

Remus  starał  się  uspokoić.  Mógł  zrozumieć  punkt  widzenia  swojego  przyjaciela,  ale…  Wierzył 

Dumbledore’owi.  Oczywiście,  nawet  Dumbledore  popełniał  błędy  i  wierzył  niewłaściwym  ludziom,  ale 
Snape  był…  innym  przypadkiem.  Pracował  dla  Dumbledore’a  przez  więcej  niż  dziesięć  lat.  i  chociaż 
zawsze  twierdził,  że  nienawidzi  Harry’ego,  to  ryzykował  własnym  życiem,  aby  go  ratować,  gdy  było 
trzeba… Lupin westchnął. Naprawdę nie wiedział, co myśleć o Snapie, ale nie był przekonany o jego winie. 

– Obrzydliwy padalec… Śmierciożerca… Kto wie, może był jednym z zabójców Anny… 
–  Wystarczy,  Syriuszu!  –  wykrzyknął  nagle  Lupin.  –  Zamknij  gębę,  albo  zaraz  rzucę  na  ciebie  jakąś 

klątwę! – Uniósł swoją różdżkę. 

– Remus? – spytał Black, zaskoczony. – Co jest…? 
– Cokolwiek stało się z Harrym, z całą pewnością nie jest to winą Snape’a. Harry uciekł z domu i to nie 

Snape  go  gonił.  Słudzy  Voldemorta  z  pewnością  obserwowali  dom  i  porwali  go,  gdy  tylko  opuścił 
bezpieczne  ściany.  Od  tego  momentu  los  Harry’ego  był  przesądzony.  Snape  nie  mógł  nic  na  to  poradzić. 
Sam  jest  zbyt  słaby,  nawet  jeśli  jest  po  naszej  stronie.  A  jeżeli  nie  jest,  to  dlaczego  nie  wrócił?  Mógłby 
powiedzieć Dumbledore’owi, że Harry został złapany i on nie był w stanie nic zrobić, a Voldemort go zabił 
lub coś w tym rodzaju… Ale on nie wrócił i myślę, że zginął razem z Harrym. Możliwe, że nawet znowu 
próbował ocalić mu życie… 

– Jak możesz być tak głupi, Remus! Jestem pewien, że Snape nareszcie go zabił. Nie ośmielił się wrócić i 

być przesłuchanym pod Veritaserum, bo jego mały sekret by się wydał… 

– Dumbledore powiedział, że przesłuchiwał Snape’a kilka miesięcy temu… 
– Na jego własną prośbę i za pomocą serum zaoferowanym mu przez Snape’a… To trochę podejrzane, 

nie sądzisz? Moody nie wierzy pod tym względem Dumbledore’owi, a ja wierzę Moody’emu. On również 
przesłuchiwał  Snape’a  przed  jego  procesem  w  ministerstwie  i  powiedział,  że  Snape  przyznał  się  do 
wszystkiego pod wpływem Veritaserum: do morderstw, tortur… Do wszystkiego, Remusie. 

Lupin skrzyżował ręce na piersi. 
–  i  ty  mówisz,  że  ja  jestem  głupcem.  A  co  z  tobą?  –  Jego  oczy  błyszczały  od  gniewu  i  frustracji.  – 

Pamiętam pewną długą rozmowę kilka miesięcy temu… Ty opowiadałeś mi swoje wspomnienia z więzienia 
ministerstwa…  Kochająca  opieka  Aurorów…  Dwa  miesiące  tam  spędzone…  Bicie,  tortury,  wmuszane 
Veritaserum  aż  przyznałeś  się  do  wszystkiego,  co  tylko  chcieli  usłyszeć!  Ty  to  mi  mówiłeś!  Ty!  Czy  już 
pamiętasz? Ty przyznałeś się, że zdradziłeś Jamesa i Lily, aby tylko pozwolili ci umrzeć w spokoju. 

Black opuścił głowę z wyraźnym cierpieniem. 
– Tak… pamiętam… 
Chciał, aby Lupin skończył. Ale ten bezlitośnie kontynuował: 

background image

– A teraz wierzysz Moody’emu, który przesłuchiwał Snape’a… Prawdopodobnie w taki sam sposób jak 

ciebie… Wyobraź sobie. 

– Niczego nie rozumiesz! – wykrzyknął nagle Black. – Dumbledore ocalił go od Azkabanu, a mnie nigdy 

nawet nie próbował! 

– Może dlatego, że on nigdy nie przyznał się do rzeczy, których nie zrobił! Nie powiedział czegoś byleby 

tylko go zostawili… 

– Okłamał ich! 
– A czy mogę zapytać  skąd to  wiesz? Cokolwiek Snape by nie zrobił, ty  nigdy mu  nie zaufasz. Jeżeli 

uratuje Harry’ego od Voldemorta, ty i tak z pewnością znajdziesz jakiś powód, by go nienawidzić. 

– Zabił moją siostrę. 
– Bzdura. 
– To jego wina, że Voldemort zabił moją rodzinę. 
– To była twoja wina, jeśli chcesz koniecznie użyć tego niewłaściwego słowa! To była zemsta, o czym ty 

doskonale wiesz! Zemsta na tobie! Za twoją pracę! Twoje czyny! 

Obaj mężczyźni stali twarzą w twarz, płonąc gniewem. 
– Więc wolisz stać po stronie tego obrzydliwego Śmierciożercy, niż po mojej! – warknął Black. 
– Nie jestem po niczyjej stronie. Staram się tylko być obiektywny. 
– To morderca. 
– On nigdy nie starał się ciebie zabić. Ty natomiast… 
– Chodzi ci o to…? 
– Tak, chodzi mi o to! 
– Wynoś się stąd! – wrzasnął Black i uniósł pięść do twarzy przyjaciela. 
– To jest mój dom, Syriuszu. Ty możesz go opuścić, jeśli chcesz. Ale proszę cię, abyś został. – Ostatnie 

zdanie  Lupin  dodał  już spokojniej. Kiedy  Black najwyraźniej nie zrozumiał  prośby, powtórzył:  – Możesz 
tutaj zostać, Syriuszu. Tylko na mnie nie wrzeszcz. Proszę. 

Black powoli opuścił ręce. Nagle poczuł się winny. 
– Ja… Przepraszam, Remus. Straciłem panowanie… – wyjąkał cicho. 
– Zauważyłem. – Lupin uśmiechnął się lekko. 
Usiedli  na  kanapie.  Black  oparł  łokcie  na  kolanach  i  ukrył  twarz  w  dłoniach.  Przez  przynajmniej 

dwadzieścia minut panowała cisza. Lupin patrzył niewidzącym wzrokiem przez okno, Black tylko siedział 
bez ruchu. 

W końcu przerwał ciszę. 
– Tak trudno przyznać się do swojej słabości… i wiedzieć, że ktoś, kogo nienawidzisz, był silniejszy od 

ciebie… 

Lupin  nic  nie  powiedział.  Tylko  siedział  i  słuchał  swojego  przyjaciela.  Słowa  płynęły  powoli,  Black 

najwyraźniej zmuszał się do mówienia, do wyznania winy… Ale czas szukania kozła ofiarnego już minął. 

–  To  moja  wina.  Poddałem  się…  Ale  byłem  tam  taki  samotny…  Już  nie  miałem  po  co  żyć.  To  po 

prostu… Nic nie miało znaczenia. Czy ty to rozumiesz? – zapytał. Ból prawie go dusił. 

Lupin skinął głową. 
– Myślę, że tak. 
– Wszystko zdawało się nie mieć sensu. Moja rodzina zginęła. James umarł. Ciebie odepchnąłem swoimi 

podejrzeniami. Peter nas zdradził. I… Judith zostawiła mnie… Wierzyła, że to ja byłem zdrajcą i po kilku 
miesiącach wyszła za Butlera, tego Krukona… Kiedy o tym usłyszałem, nie miałem już siły… 

Ramiona zadrżały mu od cichego płaczu. 
–  Chciałem  tylko  umrzeć.  Myślałem,  że  otrzymam  pocałunek  dementora,  jeżeli  przyznam  się  do 

wszystkiego, o co zostałem oskarżony. 

– Wiesz, że Snape był w takiej samej sytuacji? Stracił rodziców, ukochaną, nawet brata… 

background image

–  Tak,  Quietus…  –  zastanowił  się  Black.  –  Jedyna  osoba,  którą  kochał.  Kochał  Quietusa  bardziej  niż 

Annę… 

– A ty i James… – zaczął Lupin, ale Black mu przerwał. 
– Wiem, proszę, nie kończ. To wydawało się takim dobrym dowcipem… 
– Nienawidziłeś Severusa i chciałeś się zemścić na nim poprzez jego brata… To nie było uczciwe… 
– Wiem, wiem… Ale to był pomysł Jamesa. 
– Powiedział mi o tym.  Obaj  powinniście zostać wyrzuceni  ze szkoły, prawie zabiliście młodszego od 

ciebie chłopca. To, że mogliście dalej się uczyć, zawdzięczacie tylko prośbie Quietusa. 

– I Haroldowi Potterowi, nie zapomnij… 
–  Cóż…  Dałeś  Severusowi  dobry  powód  do  nienawiści.  Prawie  zabiłeś  jego  brata.  A  potem  jego  –  za 

pomocą mnie. Nie masz prawa go nienawidzić, czy być do niego uprzedzonym. Musisz spróbować dać mu 
szansę. 

– To takie trudne… 
– Obaj wszystko straciliście. i chociaż on nie był w Azkabanie, to… 
– Był. – Black westchnął ciężko. – Przynajmniej przez cztery miesiące, nie pamiętam dokładnie. 
– Skąd wiesz? – Lupin zbladł. 
– Był w celi naprzeciwko mojej. 
Lupin był w szoku. Przez dłuższą chwilę nie był w stanie otworzyć ust. W końcu potrząsnął głową. 
– Nigdy o tym nie mówiłeś – wydusił w końcu. 
– Nigdy nie pytałeś – odparł bez wyrazu Syriusz. 
–  Już  nie  wiem,  co  powinienem  o  tobie  myśleć…  –  wyszeptał  Lupin  smutnym  głosem.  Wyjrzał  przez 

okno na czerwone chmury otaczające powoli zachodzące słońce. – Naprawdę nie wiem… 

8. MARZENIA 

–  Był  pan  tam?  –  zapytał  Harry  drżącym  głosem.  Prawdę  mówiąc  nie  chciał  słyszeć,  ani  zrozumieć 

odpowiedzi.  Nie  chciał  być  zły  na  Snape’a,  obwiniać  go.  Nie  chciał  wiedzieć,  że  był  on  jednym  z  ludzi 
odpowiedzialnych za jego okropne dzieciństwo. Jednym z morderców jego dziadków. 

– Tak, byłem tam, ale spóźniłem się. Spóźniłem się… 
–  Spóźnił  się  pan?  Na  co?  –  Pragnienie  dowiedzenia  się  czegoś  o  swojej  rodzinie  było  silniejsze,  niż 

strach przed odpowiedzią mężczyzny. 

– Odbyło się spotkanie Śmierciożerców tutaj, w Koszmarnym Dworze, i Voldemort rozkazał mi zrobić 

jakieś  eliksiry.  –  Snape  westchnął,  potarł  kark  z  wyraźnym  zdenerwowanie.  –  Tak,  nie  musisz  pytać,  z 
pewnością  były  to  eliksiry  do  tortur  lub  trucizny  –  nie  pamiętam  już.  Wysłano  mnie  do  mojego 
laboratorium.  Po  rozpoczęciu  pracy,  miałem  jednak  trochę  wolnego  czasu  i  chciałem  porozmawiać  z 
Lucjuszem. 

– Z ojcem Dracona, tak? 
– Tak. – Snape próbował uporządkować myśli. – W tym czasie pracowałem już dla Dumbledore’a. 
– Więc to było już po śmierci Quietusa. 
– Miesiąc czy dwa później, nie znam dokładnej daty. Zbyt dużo się wtedy działo, by pamiętać szczegóły. 
Profesor zamyślił się. Po pewnym czasie, Harry zadał więc kolejne pytanie. 
– Nie bał się pan? 
– Pytasz czy bałem się Voldemorta? – Kiedy Harry przytaknął, Snape odpowiedział: – Nie. Już się nie 

bałem.  Moje  życie  stało  się  bezcelowe.  Anna  zostawiła  mnie,  gdy  zobaczyła  Mroczny  Znak  na  moim 
przedramieniu. Quietus zginął z ręki moich rodziców. Chciałem tylko pomścić jego śmierć najlepiej jak się 
da i umrzeć. Nic więcej. 

– To musiało być straszne… – w głosie Harry’ego brzmiało współczucie. 
– Było… – zaczął Snape, lecz Harry mu przerwał. 

background image

– Czułem się tak samo kilka dni temu… Wszystko wydawało się bezsensowne. A zwłaszcza przetrwanie. 

I nie czułem już strachu. 

Snape pamiętał to dziwne obojętne zachowanie chłopca, i swoją własną panikę, kiedy to zobaczył. Czy 

był tak przerażony właśnie dlatego, że kiedyś czuł to samo? 

Nie potrafił odpowiedzieć na swoje własne pytanie, więc zdecydował się kontynuować opowieść. 
–  Tak  więc,  szukałem  Lucjusza  i  przez  przypadek  podsłuchałem  rozmowę  między  Voldemortem  i 

trojgiem  nowych  Śmierciożerców.  Dostali  zadanie,  test  lojalności.  Mieli  wybić  całą  rodzinę  Evansów. 
Przestraszyłem się. Nie miałem czasu, by powiadomić Dumbledore’a. Właśnie mieli ruszać. Pobiegłem do 
swojego laboratorium i pogasiłem wszystkie ognie pod kotłami. Byłoby zbyt podejrzane, gdybym zostawił 
buzujące kotły. Wiesz, nie mogłem wrócić bez wezwania. Sprzątnięcie wszystkiego zabrało mi trochę czasu, 
potem  wyszedłem.  Kiedy  dotarłem  do  domu  Evansów,  tamta  trójka  zabiła  już  twoich  dziadków.  Twoja 
matka  walczyła  na  pierwszym  piętrze,  ale  oni  byli  silniejsi.  Przegrywała  bitwę  i  została  poważnie  ranna. 
Wtedy… – Twarz Snape’a spochmurniała, Harry nie widział jeszcze u niego takiej ponurej miny. – Zabiłem 
ich. Całą trójkę. 

Profesor zadrżał i zamknął oczy. Harry widział żyłę pulsującą na jego skroni. 
– Profesorze – powiedział cicho i położył mu dłoń na ramieniu. – Nie powinien pan obwiniać się za to… 
– Zabiłem ich. Trójkę dzieciaków… głupich, oszukanych dzieciaków… 
– Nie mógł pan zrobić nic innego… 
– Mogłem. Mogłem ich ogłuszyć. 
– Ale to byli mordercy. 
– Tak jak ja. 
– Starał się pan ocalić ciężko ranną dziewczynę. Nie miał pan czasu na zastanowienie. Możliwe, że nie 

ocenił pan sytuacji właściwie i zareagował pan zbyt agresywnie. Ale pana zamiarem była obrona kogoś, nie 
zabójstwo. I sam pan powiedział, profesorze, że kluczowym słowem jest zamiar. 

– Jesteś zbyt niebezpieczny, panie Potter – westchnął zrzędliwie Snape. – Zawsze zwracasz moje słowa 

przeciwko mnie. 

– To pokazuje, że pana słowa są mądre i prawdziwe. Z drugiej strony to pokazuje, że nie ufa pan sobie. 

Muszę panu wciąż przypominać pana mądrości. 

–  Harry,  słuchaj.  To  nie  takie  proste  wybaczyć  sobie…  -  warknął  zirytowany  mężczyzna.  Harry 

przewrócił oczami. 

– Wiem. Starałem się panu to samo powiedzieć, ale pan zaczął tę przemowę o zamiarach.. 
– Potter, jesteś… – Snape podniósł brwi w udawanej frustracji. 
–  Impertynenckim  głupkiem.  Nową  Znakomitością  Hogwartu.  Niezmiernie  aroganckim  zdobywcą 

pucharu  Quidditcha.  Albo  małym  paskudnym  chłopakiem,  który  uważa,  że  jest  ponad  zasadami…  – 
dokończył Harry. 

– To są znowu moje słowa… 
– Och, myślałem, że pan nie pamięta… 
– Doskonale je pamiętam, Potter! Ale… 
– Rozumiem… 
–  Zamknij  się!  Chciałem  powiedzieć:  Doskonale  je  pamiętam,  ale  one  są  dowodem  mojej  własnej 

omylności. 

– Omylności? Nie. Z całą pewnością nie. One są dowodem pana krystalicznie jasnego osądu i mądrości. 
Patrzyli  na  siebie  przez  długie  minuty  w  całkowitej  ciszy.  Potem  razem  nagle  wybuchli  śmiechem,  a 

Snape potargał włosy Harry’ego. 

–  Harry  –  po  raz  pierwszy  na  twarzy  profesora  zagościł  szczery,  radosny  uśmiech  –  cieszę  się,  że  cię 

poznałem. 

Harry uśmiechnął się złośliwie. 

background image

–  Witam  w  prawdziwym  świecie  –  powiedział  i  nagle  zadrżał.  Potem  zaniósł  się  suchym,  bolesnym 

kaszlem. Snape zaniepokoił się. 

– Harry…? 
– To nic takie… – Nie zdołał dokończyć. Silniejszy atak kaszlu mu przerwał. Był bardzo nagły, ale trwał 

tylko przez kilka sekund. – Myślę, że się trochę przeziębiłem. 

– Jak się czujesz? – spytał zmartwiony Snape. 
–  Ach…  Świetne  pytanie.  Oczywiście,  czuję  się  wyśmienicie.  Chociaż  zjadłbym  coś  ciepłego,  albo 

przynajmniej  kilka  kęsów  czegoś  zimnego…  Wypiłbym  kubek  gorącej  czekolady  i  położyłbym  się  w 
prawdziwym łóżku i przespał kilka dni… Innymi słowy czuję się dobrze. Prawie. 

Oczy Snape’a błysnęły podejrzliwie. 
– Potter, to nie czas na żarty… 
– Powiedziałem, że prawie, profesorze. – Harry westchnął głęboko. – Czy możemy kontynuować naszą 

pogawędkę? 

Rozbawiony Snape potrząsnął głową. 
– O czym chcesz usłyszeć? 
– Mówił pan, że ocalił moją mamę. 
– Tak. – Nie chciał mówić o tamtych zdarzeniach. Ale Harry miał prawo wiedzieć. Tym razem walczył z 

pojawiającym się obrazem trzech zabitych Śmierciożer… głupich dzieciaków. Oni byli tacy młodzi… mieli 
nie  więcej  niż  osiemnaście  lat…  –  Tak,  uratowałem  twoją  matkę.  Zabrałem  ją  z  domu  i  dałem  jej  jakieś 
lecznicze eliksiry. Nie zabrałem jej do Hogwartu, bo wiedziałem, że byłoby to bardzo podejrzane i miałem 
przeczucie, że ktoś z nauczycieli szpieguje dla Voldemorta. Nie chciałem rezygnować z mojej roli szpiega. – 
Tamten wieczór był pełen niezwykłych zdarzeń… Słowa Lily Evans… Snape przez chwilę się zastanawiał, 
jak opowiedzieć Harry’emu tę historię. Wreszcie zdecydował się streścić ją najbardziej jak tylko można. – 
Kiedy twoja matka odzyskała przytomność, pomyliła mnie z Quietusem. Nazwała mnie tym imieniem… To 
zabolało tak bardzo, że prawie ją uderzyłem. Potem jej siostra przyjechała ze swoim chłopakiem,  może z 
kina? Nie wiem… Zostawiłem twoją matkę z nimi i aportowałem się z powrotem do Hogwartu. 

– Czy pana brat był do pana podobny? – zapytał ciekawie Harry. 
Snape przytaknął. 
– Dosyć. Kiedy byliśmy dziećmi, wyglądaliśmy jak bliźnięta, chociaż ja byłem starszy od niego. On był 

dwa lata młodszy. W miarę jak rośliśmy różnice były coraz bardziej widoczne. Kiedy w końcu przyszedł do 
Hogwartu,  podobieństwo  nie  było  już  takie  wielkie.  Miał  krótkie  włosy  i  był  przeraźliwie  chudy.  I…  – 
Uśmiechnął się przypominając sobie twarz brata. – Był taki… spokojny. Zrównoważony. Cichy i miły. Te 
cechy było widać na jego twarzy. 

– A pan zawsze był szyderczy i niezadowolony… – Iskierki zalśniły w oczach Harry’ego. 
– Em… Uhm… Masz rację, oczywiście – Snape wyglądał na zakłopotanego. – Myślałem, że to było… 

męskie zachowanie… Nienawidziłem być dziecinny… więc… 

– Więc to nie takie dziwne, że mama pomyliła pana z nim. I może nie wiedziała, że zmienił pan strony… 
–  Nie  wiedziała  również,  że  byłem  Śmierciożercą…  Nikt  nie  wiedział.  Z  wyjątkiem  Anny,  ale  jestem 

pewien, że nikomu nie powiedziała. 

–  Myślę,  że  ma  pan  rację…  Nie  powiedziała  nawet  swojemu  bratu.  Nie  wiedział  o  tym,  dopóki  nie 

pokazał pan swojego znaku Knotowi w skrzydle szpitalnym po Turnieju Trójmagicznym… 

– On… on nie wiedział? – Twarz Snape’a zbielała. – Nie powiedziała mu… A ja… A ja nigdy jej nie 

wierzyłem…  –  Znowu  wydawał  się  zagubiony  w  swoich  myślach,  póki  z  zadumy  nie  wyrwał  go  odgłos 
kaszlu. Harry znowu trząsł się i kasłał. 

– Zimno ci? – zapytał Snape, zatroskany. 
–  Trochę…  –  Harry  przytulił  się  do  Snape’a.  Drżał  lekko.  Profesor  wyczuł  ciepło  bijące  od  chłopca. 

Przyłożył dłoń do jego czoła. 

– Ty… Ty ma gorączkę, Harry. 

background image

– Och… – Chłopak się lekko uśmiechnął. – Więc to dlatego czuję się tak słabo… 
– Jak dokładnie się czujesz? – Nauczyciel przyjrzał się uważniej jego oczom. 
–  Trochę  kręci  mi  się  w  głowie  i  jestem  słaby.  Skóra  mnie  piecze,  ale  piekła  od  kiedy….  od  dnia  z 

Averym, więc to może co innego. 

Znowu kaszlnął. Snape przełknął ślinę. Nie wyglądało to dobrze. Ale nie mógł nic zrobić. 
– Nie wiem, co robić – wyszeptał. 
– To niech pan dalej opowiada – odpowiedział Harry. – Czy Dumbledore ufał panu od dnia, w którym 

wrócił pan na jasną stronę? 

– Ja nie wróciłem,  Harry. Ja tylko przeszedłem.  I odpowiadając na twoje pytanie… nie. Myślę,  że  nie 

ufał mi, póki… – Czy mógł opowiedzieć to dziecku? To znowu było takie trudne do wyznania. – Aż do tego 
stycznia czy lutego… Nie pamiętam dokładnie. Było pewne niewielkie starcie z Moodym i on oskarżył mnie 
o to, że nadal jestem Śmierciożercą… 

Harry widział czystą nienawiść na twarzy profesora. 
– Nie lubi pan Moody’ego – rzekł po prostu. 
–  To  jest  mało  powiedziane,  panie  Potter.  –  Snape  skrzywił  się  jak  szaleniec.  –  Nienawidzę  go. 

Nienawidzę go prawie tak samo jak Największego Bydlaka. 

–  Ale…  dlaczego?  –  Harry  starał  się  mówić  spokojnie,  ale  był  bardzo  zdenerwowany.  Najwidoczniej 

zastanawianie się nad wiarygodnością Snape’a nie było dobrym pomysłem… 

–  Moody  przesłuchiwał  mnie  w  ministerstwie.  Razem  z  Frankiem  Longbottomem.  –  Harry  nie  miał 

odwagi  nawet  drgnąć.  –  Ich  przesłuchania  były  takie  jak  Voldemorta,  albo  nawet  gorsze.  Ledwo 
przeżyłem… 

– Więc to dlatego wiedział o pana przeszłości jako Śmierciożercy! 
Snape rzucił na niego złowrogie spojrzenie. 
– Skąd o tym wiesz? – zapytał groźnie. 
– Ja… pamięta pan tę noc, kiedy usłyszał pan hałas i zorientował się, że ktoś przeszukiwał pana gabinet? 

I spotkał pan Moody’ego na schodach? 

Snape gwałtownie skrzyżował ręce na piersi. 
– Więc ty tam byłeś, tak jak podejrzewałem. 
Harry zaczerwienił się. 
– No… byłem. – Przestraszył się nieco, lecz Snape uśmiechnął się po chwili. 
–  Wiedziałem.  I  właśnie  po  tym  spotkaniu  poszedłem  do  Dumbledore’a  i  poprosiłem  go,  by  mnie 

przesłuchał pod działaniem Veritaserum. Ja… Ja chciałem, aby poznał prawdę o swoim starym przyjacielu. 
Wiesz, kiedy dowiedziałem się, że Moody będzie nowym nauczycielem obrony, prosiłem Albusa, by go nie 
zapraszał. 

– Nie wiedział o pańskich torturach w ministerstwie? 
– Wiedział. Ale mi nie wierzył. Powiedziałem mu wszystko, gdy zostałem uwolniony z Azkabanu. 
– Był pan w Azkabanie?? – wykrzyknął zszokowany Harry. 
– Przez ponad sześć miesięcy – powiedział Snape cicho. – Ale mówiłem o Moodym i Dumbledorze. Jak 

już  mówiłem,  dyrektor  nie  wierzył  mi.  W  końcu  zmusiłem  go,  by  dał  mi  ten  cholerny  eliksir  i  przepytał 
dokładnie. O wszystko. O moją lojalność. Moje grzechy. I tortury Moody’ego też. W końcu to zrobił. Ale 
nadal mi nie ufał. Wysłał pozostałości eliksiru innemu Mistrzowi Eliksirów do sprawdzenia. Dopiero wtedy 
uwierzył  w  moją  historię  o  Moodym.  Och,  przy  okazji…  Tamtej  nocy  to  nie  Moody  wiedział  o  mojej 
przeszłości, tylko Crouch. Chociaż sądzę, że wiedział o tym od Moody’ego. Nigdy się nie spotkaliśmy na 
żadnym  wezwaniu.  Nie  wiedziałem,  że  był  Śmierciożercą.  Jak  Pettigrew.  Tożsamości  wielu  swoich  sług 
Voldemort ukrywał przed nami. 

– Nie sądzę – zmęczony Harry wzruszył ramionami. 
– Co…? – Snape’a zamurowało. Ten komentarz nie pasował do ich rozmowy. 
– Nie sądzę, aby Dumbledore nie wierzył panu aż do ostatniego roku. 

background image

– Ale to prawda. 
– Nie, z całą pewnością się pan myli – oświadczył poważnie Harry. – Może nie chciał uwierzyć w pana 

historię o swoim przyjacielu. Tak, to musiało być bardzo trudne uwierzyć, że jego przyjaciel był bydlakiem. 
I  –  ciągnął  dalej, nie dając Snape’owi  szansy na  przerwanie  –  był  pan  głową Slytherinu przez długie lata. 
Pozwolił  pracować  panu  z  dziećmi.  Wierzył  panu.  Ufał  panu.  Po  prostu  nie  chciał  się  zawieść  na  swoim 
przyjacielu. 

Snape westchnął i objął Harry’ego. 
– Jesteś taki… 
Przerwał mu ostry kaszel chłopca. 
– … taki śpiący – ziewnął cicho Harry, kiedy atak minął. – Myślę, że się zdrzemnę… 
Zwinął się w kłębek przy profesorze. 
– Bardzo proszę, Harry. 
Nie zauważył, kiedy sam również zasnął. 
*** 
Głośny  kaszel  obudził  Snape’a.  Jego  pierwszą  myślą  było,  że  to  Śmierciożercy  przyszli  zabrać  ich  do 

komnaty  tortur,  ale  potem  zorientował  się,  że  to  Harry  kaszle  obok,  w  niespokojnym  śnie.  To  był  suchy, 
ostry kaszel, który wstrząsał całym ciałem chłopca. Snape dotknął ręką czoła Harry’ego i przestraszył się. 
Harry był rozpalony i najwyraźniej bardzo go bolało. 

Pomimo własnej słabości usiadł, serce zaczęło mu walić, kiedy spojrzał na chłopca z rozpaczą. Nie był 

przygotowany  na  taką  sytuację,  chociaż  właściwie  nie  powinna  być  niespodzianką.  Nie  jedli  od  ponad 
tygodnia, torturowano ich, stracili  dużo krwi, byli  zamknięci  w wilgotnej i  zimnej  celi bez odpowiednich 
ubrań.  To  i  tak  był  cud,  że  chłopak  nie  rozchorował  się  wcześniej.  Ale  teraz…  Co  mógł  zrobić?  Bez 
eliksirów, różdżki… Był zupełnie bezradny. 

Nagle wpadł na pomysł. Wziął kilka pasków z byłej podkoszulki Harry’ego, zmoczył je i owinął dookoła 

nadgarstków, łokci Harry’ego, a ostatni położył na czole chłopca. Chłopak był nieprzytomny, w ogóle nie 
zareagował. Mężczyzna musiał powstrzymać chęć przytulenia Harry’ego… Nie. Dzieciak nie potrzebował 
więcej ciepła, musiał zwalczyć swoje własne. Od czasu do czasu Snape zmieniał ciepłe szmatki na zimne, 
ale gorączka nie chciała spaść. 

Po  paru  godzinach  bezowocnych  prób  zdjął  swój  podkoszulek,  zmoczył  go  i  owinął  dookoła  drżącego 

ciała dziecka. Od razu nastąpiła reakcja: Harry krzyknął i usiadł, nadal półprzytomny. 

Snape powtarzał  tę procedurę znowu i  znowu, aż w końcu przekonał  się, że temperatura nieco spadła. 

Gorączka nie odeszła, ale Mistrz Eliksirów stwierdził, że jest znośna. Sen chłopca stał się spokojniejszy  i 
wolny  od  koszmarów.  Ale  to,  że  Harry  nie  zaczął  się  pocić,  martwił  Snape’a  poważnie.  Gorączka  miała 
znowu wzrosnąć, był tego pewny. 

Miał rację. 
Po  godzinie  musiał  powtórzyć  cały  proces  od  początku.  I  znowu.  I  znowu.  W  przerwach  uważnie 

przyglądał się twarzy chłopca. To było takie dziwne. 

Nie,  nie  twarz….  Ale  sposób,  w  jaki  on  ją  postrzegał.  Oczywiście,  były  na  niej  pewne  ślady  męki 

poprzednich dni, ale nie na nich się skupił. Patrzył na tę kiedyś znienawidzoną twarz, twarz Jamesa Pottera, 
twarz Złotego Chłopca i teraz… to była po prostu twarz Harry’ego. Nie słynnego Harry’ego Pottera, syna 
jego wroga, już nie! Był tylko Harry – chłopiec, któremu zależało, chłopiec, który przetrwał, który znaczył 
teraz  dla  niego  więcej  niż  ktokolwiek  inny.  Tak,  ktokolwiek.  Nawet  Quietus.  I  to  było  takie  niezwykłe. 
Wręcz dziwaczne! 

Od czasu do czasu robiło mu się przykro z powodu ostatnich czterech lat. Gdyby wiedział… Gdyby się 

postarał… Gdyby dał Harry’emu szansę… jedną małą szansę… nic więcej. Kilka ludzkich słów… ludzkich 
uczuć…  Albus  ostrzegał  go  tyle  razy.  Powiedział,  że  będzie  żałował  swego  zachowania  względem 
Harry’ego. Cóż, dyrektor z pewnością nie miał na myśli tak poważnej sytuacji jak ta… Ale… 

background image

Twarz bez dziecięcych okularów, za to z doświadczeniem wielu rodzajów bólu, wyglądała jednocześnie 

młodo i staro. Czasami zielone oczy otwierały się nagle i patrzyły niewidząco na sufit, potem zamykały się, 
odcinając znów rozgorączkowany umysł od otoczenia… 

Snape znowu zmienił  mokry okład na piersi  Harry’ego. Gorączka znowu gwałtownie rosła. To już był 

szósty raz. Przerwy pomiędzy spokojnymi okresami stawały się coraz krótsze. Ostatni nie był dłuższy niż 
piętnaście minut. To było straszne. 

Więc utraci Harry’ego. Był przerażony. Chociaż przynajmniej spełni się jego życzenie: umrze później. I 

będzie mógł być przy nim aż do śmierci, tak jak chciał chłopak. 

Nie  przerywał  zmiany  mokrych  szmat.  Powtarzał  ruchy  automatycznie,  starając  się  nie  myśleć  o 

zbliżającym się końcu. 

Dlaczego  wszystko  działo  się  tak  szybko?  Kilka  godzin  temu  wydawało  się,  że  Harry  tylko  lekko  się 

przeziębił.  W  ciągu  dziesięciu  (a  może  dłużej,  Snape  nie  mógł  tego  stwierdzić  dokładnie)  zbliżył  się  do 
śmierci… A on znowu był bezradny… 

Kiedy Harry stawał się coraz cichszy, postanowił mówić do niego. Tak jakby mógł zawrócić go z jego 

dalekiej drogi… Ułożył głowę Harry’ego na swoich kolana i zaczął mówić. 

Mówił o wszystkim. O swoim dzieciństwie, jego więzi z Quietusem, ich zabawach. O swojej pierwszej 

klasie  w  Hogwarcie,  o  przegranych  z  powodu  Jamesa  Pottera  meczach  quidditcha,  rywalizacji  z 
Huncwotami… Potem o poważnych sprawach: swoim pierwszym doświadczeniu z mroczną magią, swoich 
nauczycielach obrony i lekcjach pojedynków, eliksirach z Gryfonami, pierwszym spotkaniu z Anną Black, o 
reakcji jej brata. Dniu, w którym się dowiedział o śmierci Anny… Ale nie zamierzał mówić o śmierci, kiedy 
była tak blisko, więc zmienił temat. 

Mówił  o  wymarzonej  przyszłości.  O  przyszłości,  jaką  miałby  z  Harrym,  gdyby  udało  im  się  stąd 

wydostać… To było marzenie na głos, pełne jego nadziei, wiary… Czasami wydawało się tak odległe jak 
niebo… To była przyszłość, która miała nigdy nie nadejść, marzenia na przekór wszystkim oczekiwaniom i 
doświadczeniom… 

–  …mieszkam  w  moim  rodzinnym  domu.  Nie  możesz  sobie  tego  wyobrazić:  jest  naprawdę  ogromny, 

dwupiętrowy, z dwudziestoma pokojami… Tak naprawdę nie lubię tam mieszkać, jest po prostu za duży na 
jedną  osobę…  Tak,  mieszkam  tam  sam.  Cała  moja  rodzina  umarła,  moi  rodzice  byli  podejrzani  o  bycie 
Śmierciożercami  i  ministerstwo  właśnie  zamierzało  ich  aresztować  po  tym  jak  pokonałeś  Voldemorta 
czternaście lat temu, ale postanowili nie dać się schwytać i popełnili samobójstwo. Byłem w szoku, kiedy 
się  o  tym  dowiedziałem:  ten  cholerny  Frank  Longbottom  powiedział  mi  to  trzy  miesiące  później,  kiedy 
byłem w Azkabanie, aby zwiększyć moje męczarnie… Nie kochałem ich, ale bolało mnie to, że nie mogłem 
im zapewnić odpowiedniego pochówku… Jestem pewien, że to  rozumiesz. Wielu innych członków mojej 
rodziny  zostało  zabitych  przez  aurorów,  nawet  ci  niewinni,  którzy  nie  chcieli  mieszać  się  do  tej  wojny. 
Zostali  oskarżeni  o  wspieranie  Voldemorta…  Mam  tylko  dalekiego  kuzyna,  Andrusa  z  Australii  i  ciotkę, 
która  odeszła  z  rodziny  Snape’ów.  Andrus  żyje  tak  jak  ja,  całkiem  sam.  Jego  żona  zostawiła  go,  zabrała 
dzieci i zmieniła im nazwiska. Tak więc zostało tylko dwóch żyjących Snape’ów w czarodziejskim świecie: 
Andrus i ja. 

– Gdy więc wprowadzimy się do mojego domu, będziesz miał nie tylko pokój, ale nawet całe piętro, jeśli 

zechcesz.  Ale  możemy  tobie  zrobić  również  mały  apartament,  jeśli  chcesz.  Z  pokojem,  łazienką  i 
laboratorium.  Nie,  nie  myślę  o  laboratorium  eliksirów,  uspokój  się…  tylko  zwykły  pokój  do  pracy,  do 
pisania esejów na lekcje eliksirów… albo ćwiczeń transfiguracji… Pokój do pracy z regałami i książkami… 
No  dobrze,  będziesz  mógł  mieć  te  idiotyczne  książki  o  grze  w  quidditcha  ze  sobą,  skoro  tak  nalegasz… 
Będziesz miał  pełno  ubrań i  szat  i  tyle  głupich  gier, ile tylko  będziesz chciał. Mogę nawet  z tobą grać w 
quidditcha,  chociaż  jestem  pewien,  że  bez  problemu  mnie  pokonasz…  Och,  ale  ja  się  zemszczę 
korepetycjami  z  eliksirów…  –  Uśmiechnął  się,  wyobrażając  sobie  zdenerwowaną  twarz  Harry’ego.  – 
Będziesz  musiał  spędzić  tyle  samo  czasu  ze  mną,  robiąc  najtrudniejsze  eliksiry  jakie  znajdę  w 
„Najsilniejszych Eliksirach”, ile na polu do quidditcha, zapewniam cię… 

background image

Nagle usłyszał słaby głos ze swoich kolan. Opuścił zamyślone oczy i zaskoczony zauważył uśmiech na 

twarzy chłopca. 

– Harry! Ocknąłeś się! – wykrzyknął. 
Harry tylko mrugnął w odpowiedzi. 
– Nie do końca… – wyszeptał, oblizał usta i zamknął oczy. – Czy mogę prosić, żeby pan mówił dalej…? 

– jego głos osłabł. 

Snape skinął głową, chociaż chłopak nie widział tego. 
–  Oczywiście.  –  Jego  serce  było  lekkie,  poczuł,  że  znowu  wraca  mu  nadzieja.  –  Będę  cię  uczył,  aż 

będziesz najlepszy z eliksirów… i może z obrony też… Chociaż nie wiem, kto będzie kolejną ofiarą Albusa 
na tę posadę… Może powinniśmy przełamać klątwę na to cholerne stanowisko i znowu dać tę pracę temu 
twojemu  cholernemu  wilkołakowi…  –  Chłopak  znowu  się  uśmiechnął.  Snape  położył  rękę  na  czole 
Harry’ego, ale nadal było gorące. Profesor westchnął głęboko. – Czy wiesz, że Albus chciał, aby twój ojciec 
uczył tego idiotycznego przedmiotu? Ja oczywiście sprzeciwiłem się temu, jako jeden z nauczycieli, i muszę 
ci się przyznać, że to było całkowicie nieuczciwe. Sam dostałem swoją posadę tylko dzięki wstawiennictwu 
Quietusa… Naprawdę… Przekonał Albusa, że będę najwłaściwszą osobą do tej głupiej pracy, jakoś mu się 
to  udało.  Wyobraź  sobie!  Wiedział,  że  byłem  Śmierciożercą  i  Dumbledore  też  był  tego  świadomy…  Po 
prostu nie mogę zrozumieć Albusa… ani Quietusa… Dlaczego to zrobili? – Zastanawiał się przez chwilę. – 
Więc  protestowałem,  że  twój  ojciec  nie  ma  wystarczających  kwalifikacji.  Ale…  gdyby  przyjął  tę  posadę 
może,  byłby  w  stanie  ją  utrzymać…  Jestem  pewien,  że  klątwa  twojego  dziadka  pozwoliłaby  jego  synowi 
uczyć…  Ale  James  umarł  i  myślę,  że  ty  jesteś  jedyną  osobą,  która  może  przyjąć  tę  przeklętą  pracę  bez 
negatywnych następstw. 

Zobaczył, że Harry znowu stracił przytomność. Westchnął i wyciągnął rękę, by znowu zmoczyć okład, 

kiedy usłyszał otwieranie drzwi. 

Nie! To nie mogła być prawda! 
Czemu Voldemort nie mógł pozwolić umrzeć im w spokoju? 
Och, co za głupie pytanie. 
Snape poczuł parę rąk łapiących go mocno za ramiona, jęknął z bólu. Po chwili stał obok drzwi, opierając 

się o framugę. Nogi pod nim się trzęsły. Cholera. Był za słaby by cokolwiek zrobić, chociaż zostawiono go 
tam  samego.  Widział  trzech  Śmierciożerców  zastanawiających  się  nad  Harrym,  co  robić.  Wreszcie  jeden 
podniósł  bezwładne  ciało  chłopca,  pozostali  dwaj  chwycili  Snape’a  i  zaprowadzili  go  znowu  do  komnaty 
tortur. 

Tortury…  Śmierciożerca  niosący  chłopca  poszedł  w  inną  stronę,  zostawiając  Mistrza  Eliksirów  ze 

swoimi dwoma kamratami. Ale tym razem tortury ograniczyły się do zwykłego bicia i kopania… Nie starali 
się nawet, by doprowadzić go do omdlenia. Był zupełnie przytomny, gdy wrócił do celi. 

Sam. 
Harry’ego tam nie było. Harry nie wrócił też po godzinie. 
Dwóch godzinach. 
Trzech… 
Snape liczył sekundy, minuty, godziny… 
Nie. To nie mogła być prawda. 
Harry powinien żyć! 
Albo on… cóż. Może lepiej dla niego było umrzeć. 
Ale…  Jeżeli  Harry  umarł,  Voldemort  by  mu  o  tym  powiedział…  Dla  samej  tortury…  zwiększenia 

cierpienia… Więc Harry nadal żył… 

O nie… To miała być kolejna runda tortur. Separacja. 
Cholera. 
Przeklęty Największy Bydlak. 
Snape nagle poczuł się stary i zmęczony. Udręczony. I bez nadziei. 

background image

Nie, nie miał już nadziei. Zabrali Harry’ego. Oznaczało to, że będzie niecierpliwie czekać na najbliższe 

tortury, ponieważ zobaczy tam Harry’ego… Co za obrzydliwa gra… Gra ich uczuciami… Trudniejsza do 
zniesienia niż fizyczne cierpienia. Jak długo to jeszcze potrwa? Kiedy wreszcie będą mogli umrzeć? 

Jego myśli skupiły się na Harrym. Czy czuł się lepiej? Czy dali mu lecznicze eliksiry? Było ich wiele w 

jego magazynie, podpisanych i ułożonych w kolejności. Najlepsze były na drugiej półce pod oknem… Ale 
to nie miało znaczenia. Jak zniósł fakt, że zostali rozdzieleni? 

*** 
Harry czuł się o wiele lepiej. Wolny od bólu i gorączki, nawet nie kaszlał. Był tylko śmiertelnie głodny. 

W rzeczywistości obudził go jego żołądek. 

Otworzył oczy. Był w celi, ale z pewnością nie tej, którą dzielił ze Snape’em. Była mniejsza i znajdowała 

się w niej tylko jedna pochodnia. 

Natychmiast zrozumiał. Zostali rozdzieleni. 
Zamknął ponownie oczy. Nie. Nie chciał pogodzić się z nowym porządkiem. To miejsce było piekłem aż 

do  teraz…  Dlaczego?  Jak  mogło  być  jeszcze  gorzej?  Czy  naprawdę  na  to  zasługiwali?  Czy  były  jakieś 
grzechy na tej ziemi, za które zasługiwało się na taką karę? 

Czuł  łzy  na  twarzy.  Chciał  Snape’a  z  powrotem.  Pragnął  jego  krzepiącej  obecności.  Jego  krótkich  i 

czasami ciętych uwag. Tej postaci, która była dla niego jak rodzina… 

Jak rodzina… Albo lepiej rzec: jak ojciec. Tak. Chociaż Harry nie do końca wiedział, jak ojciec powinien 

zachowywać się w stosunku do swojego syna, albo co syn miałby czuć do swojego ojca, ale był pewien, że 
czuł coś w tym rodzaju. A Snape zdecydowanie zachowywał się jak ojciec. 

To byłoby wspaniałe… Snape nie miał rodziny. On też właściwie nie miał żadnej rodziny, Dursleyowie 

się nie liczyli, nigdy się nie starali. Więc czemu nie? Byłoby tak dobrze mieć Snape’a za ojca… 

Czy  oddajesz  się  marzeniom,  Potter?  Prawie  usłyszał  głęboki  głos  Mistrza  Eliksirów.  Tak.  Zawsze 

oddawał  się  marzeniom,  całe  życie.  Jeżeli  chciał  przetrwać,  pozostać  przy  zdrowych  zmysłach,  musiał  to 
robić. I wiele z tych marzeń związanych było z rodziną i rodzicami… albo z ofertą Syriusza. Syriusz w tych 
marzeniach  był  dla  niego  nie  tylko  ojcem  chrzestnym.  Był  raczej  jak  prawdziwy  ojciec  i  wielokrotnie 
wyobrażał sobie, jak Syriusz pyta, czy może go adoptować… 

Teraz głównym obiektem jego marzeń był Snape… I kiedy Harry zaczął sobie wyobrażać ich wspólne 

życie,  zorientował  się,  co  Snape  zrobił  kilka  godzin  temu,  kiedy  mówił  do  niego  o  przyszłości.  On  też 
marzył. I znalazł miejsce dla Harry’ego w swoich marzeniach. 

Harry nagle poczuł się wolny od smutku i bólu. Snape wmarzył go do swojego życia! Czy to naprawdę 

znaczyło, że…? Harry ledwo mógł w to uwierzyć. 

Nie.  Snape  z  pewnością  nie  chciał  dzielić  swojego  życia  z  nim.  W  żaden  sposób.  Jasne,  był  dla  niego 

bardzo  dobry,  nawet  miły,  ale  tylko  dlatego,  że  byli  tutaj,  razem  w  tym  piekle,  umierali.  Jeżeli  byłaby 
możliwość ucieczki,  nie zabrałby  go do siebie do domu…  Opiekun Domu Slytherina  zabierający Złotego 
Chłopca Gryffindoru do siebie – co za idiotyczny pomysł. Zostaliby w dobrych stosunkach, to było więcej 
niż pewne, ale Snape nigdy by nie chciał Harry’ego jako części swojego życia. 

Ale  powiedział,  że  nie  pozwoliłby  zamieszkać  Harry’emu  w  kufrze.  Nawet  powiedział,  że  dałby  mu 

pokój albo nawet całe piętro w jego domu, jeżeli udałoby im się uciec z niewoli… 

Czy to rzeczywiście znaczyło, że…? 
Musiał zapytać o to Snape’a. Musiał wiedzieć. Nie miało znaczenia, że mieli tu umrzeć, że nigdy się nie 

wydostaną  z  Koszmarnego  Dworu  i  nie  sprawdzą  tego  w  praktyce.  Nie.  To  nie  było  pytanie  o  przyszłe 
możliwości. To było pytanie o akceptację lub odrzucenie. 

Nic innego się nie liczyło. 
*** 
– Musimy coś zrobić. 
Głos Dumbledore’a brzmiał poważniej niż kiedykolwiek. Ludzie siedzący dookoła stołu przytaknęli. 
– Czy nie jest za późno, Albusie? – zapytał cicho czyjś zmęczony glos. – To już ponad osiem dni… 

background image

–  Nie,  Mundungusie,  jestem  pewien,  że  nie  jest  jeszcze  za  późno  –  odpowiedział  dyrektor.  –  Wręcz 

przeciwnie,  myślę,  że  mamy  jeszcze  czas.  Nie  nieograniczony  czas,  ale  być  może  wystarczająco  dużo,  by 
działać.  Jest  jeszcze  nadzieja.  Nie  znaleziono  ciała  Harry’ego,  a  to  oznacza,  że  Voldemort  trzyma  go  i 
torturuje, by go złamać, zanim go zabije. 

–  Więc  mówisz,  że  mamy  czas,  dopóki  Harry  wytrzyma  –  powiedział  Mundugus  Fletcher  gorzko.  – 

Myślę, że to nie jest wystarczająco dużo czasu by go znaleźć. Może zginąć w każdym momencie. 

– Ale musimy przynajmniej spróbować go odnaleźć, dać mu szansę – głos Blacka był pełen emocji. 
– Zgadzam się z Syriuszem – dodał Lupin. 
– Ja też. – Figg zgodziła się z Lupinem. – Chociaż nasze poszukiwania wydają się odrobinę… 
– …beznadziejne – dokończył Fletcher i podniósł rękę na znak, aby nikt mu nie przerywał. – Myślę, że 

nie mamy od czego zacząć poszukiwań. Nie możemy po prostu węszyć po całej Brytanii i pytać wszystkich: 
„Przepraszam, nie widziałeś gdzieś w pobliżu Harry’ego Pottera, takiego chłopaka z blizną na czole?” albo 
„Przepraszam, czy może mi pan powiedzieć gdzie jest ten przeklęty Koszmarny Dwór?” 

–  Nie,  Mundungus.  Z  pewnością  nie  będziemy  zadawać  twoich  pytań.  Będziemy  szukać  na  wiele 

sposobów jednocześnie. Arturze… – Skinął w kierunku zmęczonego pana Weasleya, który uniósł wzrok. 

– Tak, Albusie? 
– Chcę cię prosić, abyś zrobił pewne hmm… poszukiwania w ministerstwie, jeśli możesz… 
– O czym dokładnie myślisz, Albusie? – zapytał pan Weasley ostrożnie. – Wiesz, że większość ważnych 

akt jest utajniona… 

– Potrzebujemy raportów z przesłuchań i rozpraw Śmierciożerców. Jestem całkiem pewny, że będzie w 

nich wzmianka o Koszmarnym Dworze. Powinieneś zebrać jak najwięcej się da i przysłać je do mnie. 

– Albusie… To, o co prosisz jest… – Pan Weasley potrząsnął z desperacją głową. – Nie chcę użyć słowa 

niemożliwe, ale to, czego ode mnie oczekujesz, jest prawie niemożliwe. Większość raportów jest tajna i nie 
wolno  mi  ich  oglądać.  Co  do  nieutajnionych  raportów…  Te  znajdują  się  w  innym  departamencie 
ministerstwa i byłoby bardzo podejrzane, gdybym poszedł tam je czytać… A nawet gdybym w jakiś sposób 
przeczytał te dokumenty… ich ilość… 

– Tak, wiem, Arturze. Ale musimy spróbować wszystkiego. 
–  Tak,  wiem  –  westchnął  pan  Weasley,  wyglądając  na  bardziej  zmęczonego  niż  kiedykolwiek.  –  Ja 

tylko… Zastanawiam się, czy mogę poprosić Percy’ego o pomoc. Wiesz, on pracuje w ministerstwie. Jest 
cierpliwszy i dokładniejszy ode mnie. Jego pomoc byłaby bezcenna. 

– Myślę, że to dobry pomysł, Arturze. On zrobiłby wszystko, by odnaleźć Harry’ego. 
– A pozostali? Co mamy robić? – zapytał Fletcher niecierpliwie. 
–  Cierpliwości,  Mundungusie,  proszę.  –  Wzrok  dyrektora  był  poważny  i  autorytatywny.  –  Remusie, 

Syriuszu…  –  Odwrócił  się  do  dwóch  przyjaciół.  –  Chciałbym,  abyście  wybrali  się  na  małą  wyprawę  do 
Szkocji. – Rozwinął kawałek papieru. Była to mapa Wielkiej Brytanii. – Ten rejon… i ten, i jeżeli zdążycie, 
to  ten też.  – Wskazał  pewne obszary mapy.  – Remusie, myślę, że możesz wykorzystać swoje kontakty… 
Musicie być dokładni. To są obszary, których nie mogliśmy dokładnie sprawdzić w ciągu ostatnich lat. 

– My? Co masz na myśli, Albusie? – zapytał Fletcher. 
– On i ten typ… Snape – odrzekł Black z obrzydzeniem. 
– Syriuszu! – Dumbledore nagle zirytował się. – Nie masz prawa o nim tak mówić! 
Black skinął niechętnie głową, ale nie odpowiedział. 
– Snape? – w głosie Fletchera słychać było niedowierzanie. – Och nie, Albusie… 
–  Przestań.  To  nie  jest  czas  na  dyskusje  o  osobach,  którymi  gardzisz  –  przerwał  Dumbledore  bardzo 

stanowczo. Potem zwrócił się do Blacka. – Więc? Zgadzacie się iść? 

– Oczywiście, Albusie – odpowiedział szybko Lupin. – Zaczniemy od razu po spotkaniu. 
–  Dobrze.  –  Odwrócił  się  z  powrotem  do  Fletchera.  –  Dla  ciebie  mam  raczej  trudne  zadanie, 

Mundungusie. 

background image

– Bardzo dobrze, dawaj! – Oczy Fletchera błysnęły żartobliwie. – Spodziewam się, że jest wystarczająco 

trudne, żeby było warte zachodu! 

– Będziesz współpracował z Arabellą. – Fletcher skinął głową. Pracowali już kilkakrotnie razem podczas 

ostatniej  wojny,  byli  dobrymi  przyjaciółmi.  –  Spróbujecie  złapać  Śmierciożercę  i  podążycie  za  nim  na 
spotkanie. Jeśli się poszczęści – do Koszmarnego Dworu. 

–  Cooo?  Albus,  czy  ty  jesteś  zdrów  na  umyśle?  –  Młodszy  czarodziej  patrzył  na  niego  w  całkowitym 

niedowierzaniu. – Wolałbym pójść do Ministerstwa, poodkurzać i poczytać nudne papiery! 

– Boisz się? – zapytał Dumbledore niewinnie. 
–  Albusie!  Jak  śmiesz…?  –  Nie  dokończył.  –  Nie!  Oczywiście,  że  nie!  Ale…  Jak  znajdziemy 

Śmierciożercę?  Jak  mamy  podążać  za  nim,  będąc  niezauważonymi,  może  przez  kilka  dni?  Jak  mamy  się 
aportować  z  nim?  Wprost  przed  Voldemorta!  Jak  mamy  to  przeżyć?  A  potem  wrócić,  by  opowiedzieć 
tobie…? 

– Tak, wiem, że to jest bardzo ryzykowne zadanie i właśnie dlatego chcę abyście to wy zrobili, zamiast 

Remusa  i  Syriusza.  Jesteście  starsi  niż  oni,  macie  więcej  doświadczenia,  jesteście  dobrze  wyszkolonymi 
aurorami  –  nie  jak  aurorzy  z  ministerstwa  –  i  oboje  jesteście  wspaniałymi  strategami.  Będziecie 
potrzebować  tych  cech  podczas  poszukiwań.  Nie  spodziewam  się,  że  będziecie  ryzykować  życie,  czy  też 
próbować zabić Voldemorta. Wszystko, czego chcę, to znalezienia tego przeklętego Dworu. 

– Ale… Jeżeli uda nam się w jakiś sposób go znaleźć – zapytał cicho Lupin – to kto wyciągnie stamtąd 

Harry’ego? 

– Ja, oczywiście. Kto inny? Wydostanę stamtąd obu. 

9. POSZUKIWANIA 

Samotny, straszliwie samotny przez całe godziny… Może dni? Nie wiedział. Było mu zimno, zwinął się 

najciaśniej jak tylko mógł, ale nadal drżał z zimna. 

Zimno… na zewnątrz i wewnątrz. Zimno wszędzie. 
Zbyt trudno było znosić samotność, ciemność i lodowatą aurę pomieszczenia. Tęsknił za towarzystwem 

Snape’a,  ich  rozmowami,  bliskością  jaką  dzielili.  Potrzebował  wszystkich  tych  psychologicznych  faktów, 
których teraz brakowało. Stwierdził, że polubił psychologię. Jeżeli to składało się na szczęście? 

Zaskrzypiały otwierane drzwi. 
Śmierciożercy.  Ich  widok  stał  się  zwyczajny  ostatnimi  czasy.  Weszli  do  pomieszczenia,  ich  peleryny 

falowały  za  nimi,  maski  błyszczały  w  półmroku.  Harry  mimowolnie  skrzywił  się,  kiedy  złapali  go  za 
ramiona i podnieśli z podłogi. 

Znowu bicie. 
Albo coś gorszego. Avery był między nimi. Harry’emu natychmiast zaschło w ustach. Chciał przełknąć 

ślinę, ale język przykleił mu się do podniebienia i czuł jak wysycha mu także w gardle. 

Był na wpół sparaliżowany strachem, kiedy dotarli do komnaty tortur. 
Nikogo tam nie było. Snape’a także. Harry coraz bardziej się denerwował. Co się z nim stało? Nie umarł, 

prawda? 

Panika całkowicie nim zawładnęła. Każdy zmysł, każda myśl, każde uczucie… Czuł, że nie zniesie tego 

dłużej. Chciał krzyczeć z powodu wewnętrznego bólu. 

Avery wyjął swój skalpel. Harry zamarł. 
Umrze tutaj. Umrze tutaj w samotności. Nie będzie nikogo, aby go pocieszyć, wesprzeć, troszczyć się o 

niego. Snape z całą pewnością umarł. Samotnie. Wiedział, że nie wytrzyma. Nie, nie będzie upokarzał się 
prośbami i błaganiem, nigdy. Po prostu nie będzie w stanie trwać w ciszy, ponieważ bardzo chciał krzyczeć, 
wyć na torturach. 

Wrzasnął, kiedy skalpel dotknął jego skóry. 

background image

To bolało. Bardziej niż Cruciatus. Desperacja i bezsilność wzmogły cierpienie. Poprzednie, nadal bolące 

rany  zostały  ponownie  otwarte.  Skalpel  wydawał  się  nieprawdopodobnie  gorący,  jakby  płomienie  paliły 
plecy, boki, pierś, szyję, nogi… wszystko, wszędzie, powoli i dokładnie. 

Avery zdjął maskę, tak jak ostatnio. Harry zobaczył ślady dobrze kontrolowanego szaleństwa i sadyzmu 

w  jego  oczach  –  to  było  śmiertelnie  przerażające.  Ostatnim  razem  jednakże  był  przy  nim  Snape  –  jego 
wzrok  pozwalał  chłopcu  zrównoważyć  sadyzm  oprawcy  z  troską  nauczyciela.  Stanowił  więź  z 
rzeczywistością, nie pozwalał odpłynąć ku szaleństwu. Ale teraz Harry był sam, beznadziejnie sam, może na 
zawsze. 

Nikt nie wiedział, że tu był. Nikt nie mógł go uratować. 
Cięcia i płomienie. 
Palce rozszerzające cięcia. 
Budzące mdłości wrażenie. To było jak gwałt. Harry był pewien, że to było nawet gorsze niż gwałt. Te 

palce zagłębiały się w jego ciało i… 

Krzyczał i krzyczał. 
Nie przetrwa tego. Nie bólu. Mdłości. Pogwałcenia. 
Nie, nie znowu. Nigdy więcej. 
Nie  był  już  w  stanie  stać.  Nogi  uginały  się  pod  nim.  Ktoś  uderzył  go  w  plecy.  Upadł  na  kolana  w 

ogromnym bólu. Oparł dłonie o podłogę. 

Coś mokrego i lepkiego… jego krew. Krew, widział wszędzie krew. Klęczał we własnej krwi. Ale teraz 

wiedział, że nie pozwolą mu tak umrzeć. Znowu go uleczą i znowu będzie przeżywał to okropne uczucie. 
Uczucie porzucenia, bycia na ich łasce. 

– No, no, panie Potter. To wspaniale znowu usłyszeć twój głos. Prawie zapomniałem jak krzyczysz. To 

zachwycający dźwięk, zapewniam cię. I obiecuję, że dam ci więcej możliwości do krzyku. Do zadowolenia 
mnie. 

Harry nie był w stanie odpowiedzieć. Z największą odwagą, na jaką mógł się zdobyć, podniósł wzrok na 

Voldemorta. Spojrzał mu prosto w oczy. 

W  oczach  Voldemorta  był  chłód  i  nienawiść.  Przez  chwilę  Harry  sądził,  że  już  wcześniej  widział  taki 

wzrok. Chłód i nienawiść… Ale… W tym wypadku były kontrolowane i używane jako narzędzia. To nie 
były prawdziwe uczucia. Voldemort też nie był rzeczywisty. Tylko żyjący trup. 

Harry drgnął. 
Zło  Voldemorta  było  czymś  nieludzkim,  groźnym  i  wyliczonym  by  osiągnąć  cel:  całkowitą  moc  i 

kontrolę nad wszystkim. 

Nie. Nie nad wszystkim. Voldemort nigdy nie będzie miał nad nim władzy. 
Nigdy. 
*** 
Snape nie ośmielił się podnieść głowy. Beznadziejnie chciał zatkać czymś uszy. Każdy krzyk Harry’ego 

był  dla niego śmiertelną torturą. To musiał  być  Avery ze swoim skalpelem. Harry był  sam  na sam  z tym 
psychopatą. On zamorduje chłopaka. 

Desperacko chciał się tam znaleźć. Wiedział, że Harry’emu jego widok przyniósłby ulgę, chociaż sam nie 

rozumiał dlaczego. 

Harry… 
Chłopak z pewnością myślał, że on umarł. Zostali rozdzieleni. Możliwe, że raz na zawsze. Nigdy już nie 

zobaczy  miłej  twarzy  Harry’ego.  Nigdy  już  nie  obieca  mu  żadnych  głupstw,  nigdy  już  nie  opowie  mu  o 
rodzicach i swoich szkolnych latach. Nigdy już nie usłyszy przemądrzałych uwag Harry’ego. 

Szczęśliwe dni się skończyły. Ciemność zasnuła wszystko. 
Kiedy  łamiące  serce  krzyki  chłopaka  ustały,  Snape  zaczął  podsumowywać  tak  zwane  „psychologiczne 

fakty”  minionych  dni.  Gdy  Harry  był  z  nim,  po raz  pierwszy  w  życiu  nie  był  samotny.  I  pierwszy  raz  w 
życiu zrozumiał, co to znaczy dzielić z kimś życie. Przynależeć. 

background image

Nawet  w  towarzystwie  Quietusa  był  samotnikiem,  nawet  ze  swoimi  kolegami,  nawet  z  Albusem… 

Czegoś zawsze mu brakowało i mógł tylko zgadywać, co to było. 

Kiedyś  nigdy  nie  odczuwał  braku  towarzystwa…  Cóż,  może  nie  nigdy,  ale  rzadko,  kiedy  ścigały  go 

wspomnienia i koszmary i musiał się z nimi zmagać samotnie… Ale teraz wariował z powodu samotności, 
bycia bez Harry’ego. 

Mógł sobie wyobrazić obecny stan chłopca po prawie pięciu godzinach tortur. Rany, krew, omdlenie… 

Osłabiony i w złym stanie od leżenia samotnie na zimnej podłodze w odległej celi… 

Gdyby Harry był tutaj… Oczywiście, nie byłby w stanie go uleczyć, ale byłaby możliwość podzielenia 

bólu, wzajemne towarzystwo przynosiło ulgę. 

Snape zaśmiał się gorzko. On, były Śmierciożerca, jeden z najbardziej utalentowanych czarodziejów był 

taki słaby i bezsilny. 

Zakrywając twarz rękami, zastanawiał się znowu nad tym, jak bardzo zmienił się w ciągu ostatnich dni. 

On,  niechętny,  ale  jednak  zaprzysiężony  obrońca  Harry’ego  Pottera,  znalazł  się  teraz  w  roli  bardzo 
przestraszonego i zmartwionego rodzica. Przełknął ślinę. Dziwne. I takie… naturalne. 

Mimo  wszystko,  musiał  przyznać  przed  samym  sobą:  ta  zmiana  nie  była  tylko  przypadkową 

konsekwencją ich wspólnego losu. Tak, los miał w tym swój udział, nie można było zaprzeczyć, ale cechy i 
zalety  Harry’ego  również  spełniły  swoje  zadanie  w  tym  procesie.  Najpierw  Harry  przyjął  przeprosiny  bez 
zbędnych  uwag.  Szczerze  wybaczył  wszystko,  co  Snape  mu  zrobił.  Potem  okazał  prawdziwą  troskę  w 
stosunku do niego od samego początku, kiedy zobaczył w jak mizernym stanie był jego profesor. I nigdy nie 
żądał wyjaśnień względem uczuć Snape’a, po prostu zaakceptował je i odwzajemnił. Nigdy nie protestował 
przeciwko niczemu. 

Jak  ten  chłopak  mógł  stać  się  taki  wrażliwy?  Był  taki  młody…  Dorastał  praktycznie  na  emocjonalnej 

pustyni – pogardzany, znienawidzony, odrzucony, ignorowany… Powinien być całkowitym bydlakiem albo 
obłąkanym typem, który wiecznie narzeka na swoje marne życie, biada o straconych szansach… Powinien 
być  nieuleczalnie  skrzywiony  i  całkowicie  niezdolny  do  dawania  czy  przyjmowania  pozytywnych  uczuć. 
Ale  chłopak  taki  nie  był.  Mógłby  być,  ale  mimo  wszystko  nie  był.  W  przeciwieństwie  do  Największego 
Bydlaka,  którego  śmiertelna  i  całkowita  nienawiść  do  świata  miała  zapewne  źródło  w  dzieciństwie 
podobnym do dzieciństwa Harry’ego. 

Voldemort odrzucił świat i gardził nim, a jedynym celem jego życia była zemsta i nienawiść. 
Harry pogodził się z losem i troszczył się o otoczenie, a jedyną rzeczą, za jaką tęsknił, była wzajemność. 

Desperacko pragnął akceptacji. 

Harry zaakceptował nie tylko ich sytuację, ale nawet jego, wrednego Mistrza Eliksirów. I on, który był 

zupełnym samotnikiem, mógł tylko zaakceptować go wzajemnie. 

Stałoby się tak samo (Snape był o tym przekonany), gdyby wcześniej dał Harry’emu szansę… Szansę, 

której nigdy nie dał. I teraz było po prostu za późno, aby żałować. 

Snape westchnął głęboko i przysiągł po raz trzeci w życiu, w owej celi śmierci i beznadziei: gdyby udało 

im się w jakiś sposób uciec, dałby Harry’emu wszystko, na co zasłużył, a czego mu odmawiano do tej pory. 
Zapewniłby mu opiekę. Komfort. Dom. 

Rodzinę. 
*** 
Mijające dni… 
Tortury… 
Krzyki… 
Wszystko to było jak niekończący się proces, który do niczego nie prowadził. 
I sam. Zawsze sam. 
Sam – słysząc krzyki Harry’ego; sam – znoszący systematyczne, codzienne tortury. 
Nie mogło być gorzej. A jednak było. 

background image

Nadszedł dzień, kiedy wyciągnęli go z celi i zaprowadzili do sali na parterze. Czyli Voldemort znudził 

się  męczeniem  tylko  chłopaka.  Był  tak  słaby  z  głodu  i  bezsenności,  że  nie  mógł  poruszać  nogami,  więc 
Śmierciożercy musieli go przytrzymywać. Cała sytuacja była tak upokarzająca, że Snape chciał umrzeć ze 
wstydu. 

I w tej komnacie otrzymał swoje pierwsze od dawna, za to prawie nie do zniesienia, bicie. Tylko bicie, 

żadnych klątw czy eliksirów. Zajęło  godziny. Dziesięciu Śmierciożerców biło go na zmianę, kiedy ostatni 
kończył,  pierwszy  zaczynał  od  początku.  Ubranie  zostało  z  niego  zerwane,  jedynym  okryciem  były  jego 
krew, siniaki i rany. 

W  pewnej  chwili  uświadomił  sobie,  że  jęczy.  Potem  krzyczał.  Potem  wrzeszczał.  Ale  w  końcu  mógł 

tylko rzęzić ochryple, wijąc się w swojej krwi i wymiocinach. 

Wszystko  go  bolało.  Nie  mógł  normalnie  oddychać.  Kiedy  myślał,  że  nie  wynajdą  już  żadnej  nowej 

metody sprawiania bólu, wszedł Malfoy. Z młotkiem. 

Snape  skamieniał  ze  strachu,  kiedy  dwóch  bydlaków  obezwładniło  go  i  zmusiło  do  uklęknięcia  obok 

stołu. Nie mógł nawet zaprotestować. Tylko patrzył bezmyślnie, jak trzeci przytwierdza zaklęciem jego ręce 
do stołu. Wiedział dokładnie, co nadejdzie. Kto nadejdzie. 

Nie  mógł  wcześniej  w  to  uwierzyć.  Ten  mężczyzna  był  kiedyś  jego  przyjacielem.  Najlepszym 

przyjacielem. A teraz… 

Nigdy rozmyślnie go nie skrzywdził, nawet po zmianie stron. Opiekował się jego synem, tak długo jak 

Draco był w szkole… Pomimo wszystkiego, co się stało, pozostali przyjaciółmi… A przynajmniej on w to 
wierzył. 

Dowód jego omylności stał przed nim. Snape skrzywił się i odwrócił wzrok. Miał więc również osobiście 

doświadczyć tego rodzaju bólu. Nie można powiedzieć, że za tym tęsknił. 

Pierwsze uderzenie było niespodziewane. Oczy uciekły mu w głąb czaszki i poczuł metaliczny smak w 

ustach. Krew. Ugryzł się w język. To było gorzej niż się spodziewał. Dobrze, że się nie zmoczył. Chociaż 
jeszcze  przed  chwilą  był  pewien,  że  nie  pozostały  w  nim  żadne  siły,  by  krzyknąć  –  wrzasnął.  I  mocno 
zacisnął powieki, skupiając się na oddychaniu. Nie chciał widzieć swoich dłoni. Już nigdy. 

Kiedy jego pierwszy palec został zmiażdżony, Lucjusz zrobił małą przerwę. 
–  Co  powiesz  o  takim  rodzaju  bólu?  –  zapytał  Największy  Bydlak  z  udawaną  ciekawością.  –  Już 

myślałem, że nigdy nie usłyszę ponownie twojego głosu… Ale Lucjusz ma prawdziwy dar przekonywania, 
żebyś  wreszcie  otworzył  swoją  wielką  upartą  gębę,  profesorze.  Przynajmniej  młody  Potter  usłyszy,  że 
żyjesz. 

Och,  ostatnie  zdanie  przyniosło  natychmiastową  ulgę  umęczonemu  Mistrzowi  Eliksirów.  Harry  dowie 

się, że on żyje!  Ale po  chwili nie był  już taki pewny, czy to  dobrze. Może to  zmniejszy ból  chłopaka. A 
może  go  zwiększy?  Ta  myśl  go  przestraszyła.  Harry  usłyszał  jak  krzyczał,  a  chłopak  wiedział,  że  mógł 
znieść najróżniejsze tortury w milczeniu. Co pomyśli o jego krzykach? Chłopak był taki współczujący… 

Kiedy Lucjusz skończył pracę nad jego lewą ręką, Snape zemdlał. Zamiast swojego ukochanego zaklęcia 

Enervate, Czarny Pan zdecydował się użyć jednego z eliksirów. Eliksiru Czuwania.  Och, będzie cholernie 
źle
, pomyślała na wpół przytomnie. Nie wspominając, że innym eliksirem, który Voldemort w niego wlał, 
był  Dolorem  Facio.  Snape  przez  chwilę  zastanawiał  się,  dlaczego  Voldemort  wcześniej  tego  nie  użył. 
Kombinacją  Dolorem  Facio  i  Cruciatus  można  było  doprowadzić  każdego  do  szaleństwa…  jak 
Longbottomów,  ich  torturowano  w  taki  sam  sposób.  Pierwotnie  eliksir  ten  miał  usunąć  dziury  między 
neuronami,  które  robiły  za  zabezpieczenie  przed  szaleństwem  z  powodu  fizycznego  bólu,  powodując 
omdlenia lub zmniejszając odczucia. 

To był jego własny wynalazek. Wymyślił go, kiedy pracował dla Instytutu Badań Leczniczych Eliksirów. 

Co za ironia! 

Mistrz Eliksirów wiedział, co się teraz stanie. Po chwili nie był w stanie wydobyć z siebie nawet cichego, 

słabego dźwięku. Magiczne więzy poluźniły się i upadł na podłogę. Przytomny. Przeklęty Eliksir Czuwania! 

W następnym momencie poczuł ostrożną, delikatną rękę na ramieniu. 

background image

– Pro… profesorze! – zawołał ktoś nad nim i gorące łzy upadły na jego nagą skórę. To był Harry. 
Słyszał jak Śmierciożercy kazali chłopcu zabrać go z powrotem do celi. Pomimo słabości udało mu się 

wstać i iść na własnych nogach. To nie było łatwe. Ale jakoś im się udało. 

Wielkie brązowe drzwi zatrzasnęły się za nimi. Nimi! Znowu byli razem. 
Resztką sił doszedł do znajomego rogu i usiadł, opierając się o mur. Harry podążył za nim na drżących 

nogach i podniósł sponiewieraną pelerynę z podłogi. Ukląkł obok profesora i zdejmując z siebie jego sweter, 
ostrożnie ubierał nagiego mężczyznę. Snape nie miał nawet sił by zaprotestować. Był przytomny z powodu 
działania eliksiru, ale nie był w rzeczywistości całkowicie świadomy. Nie chciał, aby chłopak to robił, ale 
był bezsilny. 

Harry powoli włożył mu sweter przez głowę. Następnie podniósł jego rękę, by przełożyć ją przez rękaw i 

zobaczył  palce.  Snape  spostrzegł,  że  przez  chwilę  był  bliski  omdlenia.  Ale  Harry,  odzyskując  siłę  woli, 
przełożył okaleczoną kończynę przez rękaw najdelikatniej jak mógł. Potem drugą. W końcu mężczyzna był 
ubrany. 

Sweter  był  zakrwawiony.  I  niewiarygodnie  brudny.  Ale  również  ciepły,  ciepło  żyjącego  ciała…  ciała 

Harry’ego. A może było to ciepło troskliwości chłopca? 

Snape nie wiedział, kiedy Harry zaczął płakać. Kiedy zobaczył jego ręce? Jego ciało? To, że wciąż jest 

przytomny? 

Harry  podciągnął  kolana  profesora  do  piersi  („zatrzymanie  ciepła…”  mamrotał,  chlipiąc)  i  owinął 

ostrożnie ich obu peleryną. Płakał, kiedy przytulił się do Snape’a i objął go ramionami. 

Szlochał  przed  długi,  długi  czas.  Snape  chciał  pogłaskać  go  po  głowie,  ale  bał  się  bólu  rąk,  więc  nie 

poruszył się. 

– W porządku, Harry – wymamrotał po chwili. – Możesz skończyć. Nie musisz płakać. 
–  Nie  muszę?  –  odpowiedział  chłopak  słabo.  –  Dlaczego  nie  muszę?  Mam  bardzo  dobry  powód  by 

płakać, profesorze. 

Nie było na to odpowiedzi. Harry miał rację. 
– Mamy też pewne powody, by się cieszyć – westchnął profesor. – Znowu możemy być razem. 
– Czy cieszy się pan, że jest ze mną? – głos chłopca był pełen nadziei. 
– Potter, na litość boską, czy nie mówiłem ci tego wcześniej? Tak, cieszę się, że jestem z tobą. Wydaje 

mi  się,  że  piekielnie  długo  byliśmy  rozdzieleni.  –  Snape  słyszał  nutkę  złości  w  swoim  głosie,  ale  był  tak 
słaby i zachrypnięty, że to wszystko brzmiało jak cichy szept. Ramiona chłopca objęły go mocniej i gniew 
stopniał.  –  Jeżeli  dobrze  pamiętam,  powiedziałem  coś  o  moim  domu  i  tobie  w  nim  razem  ze  mną.  Nie 
zmieniłem zdania. Czy to wystarczy, by cię uspokoić? 

Harry zaczerwienił się. 
– Wie pan… Gdy zostaliśmy rozdzieleni, chciałem pana zapytać czy mówił pan poważnie, czy nie… 
–  Jak  zapewne  zauważyłeś,  panie  Potter,  zawsze  jestem  poważny.  –  Starał  się  to  powiedzieć  bardzo 

surowo, ale nie udało mu się. Harry uśmiechnął się półgębkiem. 

– Tak myślałem w szkole. Ale odkąd jesteśmy tutaj razem, zauważyłem inne pana cechy, profesorze. 
– Jakie…? 
– Hm… cóż… – Harry nie wiedział jak odpowiedzieć. – Czasami pan żartuje… 
–  Czasami.  Tak.  Ale  nie  żartuję,  kiedy  mówię  o  ważnych  rzeczach.  A  twoje  pragnienie  prawdziwego 

domu i rodziny jest czymś takim. 

– Ma pan na myśli, że…? 
– Dokładnie – przytaknął profesor. – Chociaż boję się, że nigdy nie będę miał okazji tego udowodnić. 
–  To  nie  ma  znaczenia  –  głos  Harry’ego  był  ledwo  słyszalny.  –  To,  że  pan…  mnie  zaakceptował, 

wystarczy. – Po kilku minutach dodał: – Nie, nie „wystarczy”. To jest wszystkim. 

*** 
Percy był zdenerwowany. Nie chciał tego robić, nienawidził takiego szpiegowania. Bał się, że koledzy go 

przyłapią, jak przeszukuje tajne dokumenty. I był zły, bo przez dwa dni niczego nie znalazł. 

background image

Może  szukał  w  niewłaściwym  miejscu.  Chciał  dowiedzieć  się  czegoś  o  tym  cholernym  Koszmarnym 

Dworze, ale w normalnych dokumentach ta nazwa w ogóle nie była wspomniana. Musiał jakoś inaczej się 
do  tego  zabrać.  Jego  ojciec  powiedział,  że  ten  Dwór  był  ważnym  miejscem  spotkania  zwolenników  Sam 
Wiesz Kogo. Więc powinien przejrzeć dokumenty Śmierciożerców. Ale te były tajne. W większość nawet 
ściśle tajne. 

Innym, bardziej legalnym wyjściem, były akta aurorów. Druga strona tej samej monety. Jawna strona tej 

samej gry. 

Jego  pomysł  był  błyskotliwy.  Kiedy  wyciągnął  dużą  ilość  dokumentów  AU  (aurorów)  i  użył  zaklęcia 

Revelo  (Revelo  Koszmarny  Dwór!  –  to  była  specjalna  wersja  tego  zaklęcia,  sam  je  wymyślił  i  był  z  tego 
bardzo  dumny),  zobaczył  jak  papiery  zaczęły  wirować  i  nagle  jeden  z  dokumentów  upadł  na  biurko. 
Otaczała go jasno zielona poświata. 

SNAPE, Quietus Salazar – było napisane na górze. 
Percy  otworzył  szeroko  oczy  ze  zdziwienia.  Snape  aurorem?  Czy  to  jakiś  żart?  A  może  to  ta 

zmodyfikowana  wersja  Revelo  nie  była  jednak  dobra?  Wzruszył  ramionami.  Cokolwiek  było  przyczyną, 
przeczyta dokument i jeżeli się pomylił, znajdzie inny sposób na poszukiwanie. 

SNAPE, Quietus Salazar – ponownie przeczytał i nagle zrozumiał. To nie było imię paskudnego Mistrza 

Eliksirów. On chyba nosił imię Severus, jeżeli dobrze pamiętał. To na pewno był Severus, niezaprzeczalnie. 
Ale kim był więc ten drugi Snape? 

Ogarnęła go ciekawość. Otworzył teczkę. To był ogólny, bardzo nudny dokument, ale Percy przywykł do 

czytania takich, więc mógł wybrać ważniejsze fragmenty. Zaczął czytać i wziął kawałek kartki i pióro, aby 
w razie konieczności zrobić notatki. 

ID: 03960881010 
Data/Miejsce urodzenia: 02.04.1960, Snape  
Data/Miejsce śmierci: 02.12.1979, Koszmarny Dwór (nieznane)

  

Więc  umarł…  A  był  taki  młody…  pomyślał  Percy.  W  miejscu,  którego  szukał.  Ale  dokument  mówił 

„nieznane”. Cholera! Ale ciekawość zmusiła go do dalszego czytania. 

Ojciec: SNAPE, Severus Salazar 
ID ojca: 0392856457 
Data/Miejsce urodzenia ojca: 05.11.1928, Snape  
Data/Miejsce śmierci ojca: 04.11.1981, Snape  
Matka: NOBLESTONE, Quirqe Athena 
ID matki: 0493112539 
Data/Miejsce urodzenia matki: 02.02.1931, Hogsmead 
Data/Miejsce śmierci matki: 04.11.1981, Snape  

Ta sama data i miejsce jak ojca. Ciekawe. To na pewno nie przypadek. 

Inni członkowie rodziny: 
Brat: SNAPE, Severus Nobilus 
ID brata: 03958912111 
Data/Miejsce urodzenia brata: 05.03.1958, Snape  
Data/Miejsce śmierci brata: ((żyje))  

Więc to brat tego wstrętnego typa! I… Snape był młodszy niż jego rodzice? Percy doznał szoku. Zawsze 

myślał o Mistrzu Eliksirów, jako o wstrętnym starym typie. A on miał dopiero trzydzieści siedem lat! 

Stan cywilny: kawaler 
SUM: W, 100% (cert. nr 14/1976) 
OWTM: W, 100% (cert. nr 14/1978) 
AU: W, 99,3% (cert. nr 2AU/1979)  

To było niemożliwe. On dostał tylko 94% za swoje SUMy i 94,1% za swoje OWTMy. Jak ktokolwiek 

mógł zdobyć tak dużo? Percy był zazdrosny. Ale potem pomyślał, że ten chłopak nie żył. Natomiast on żył. 
To była ogromna różnica. 

Szczegóły: 
1971 – Hogwart, HSMC 
1976 – SUM maksymalne wyniki 
1978 – OWTM maksymalne wyniki 

background image

01.09.1978 – Ministerialne Oficjalne Szkolenie Aurorów (AuS2245/IN/322/1978) 
01.02.1979 – Mianowany Aurorem (1. klasy) (Mian12/IN/310/1979) 
21.03.1979 – Złożył wymówienie i opuścił Ministerstwo (Wym24/IN/311/1979) 
01.04.1979 – Podejrzany o działalność ZF (patrz ZF112/IN/44/1979)

  

ZF? Co to mogło być? zastanawiał się Percy. Zapisał informację. Będzie musiał potem zrobić dodatkowe 

poszukiwania na ten temat. 

02.12.1979 – Zmarł (Z–13342/3/1979) 
Uwagi: 
1. Zarekomendowany na szkolenie AU przez Harolda Winstona Pottera (ID: 
039203345129, AU 011)  

Niespodzianka za niespodzianką. Potter rekomendujący Snape’a na szkolenie AU? Co to wszystko miało 

niby znaczyć? Percy poczuł się jak głupiec… To uczucie było dość niezwykłe… 

2. Prawdopodobnie zabity przez Voldemorta w Koszmarnym Dworze (miejsce 
nieznane), stwierdzone na podstawie zeznań SNAPE’A, Severusa Nobilusa, ID: 
03958912111, pod działaniem Veritaserum (wywar STOLL’A, Nicholasa, ID 
0393902354 ME cert. nr ME10H/14/1971) (patrz: Test/SNAPESN/134/SM/12/1981; 
SM/76/1982; SM/97/1982)  

Percy  przełknął  ślinę.  Był  tu  wspomniany  Koszmarny  Dwór.  I  inne  rzeczy.  Jego  profesor  był 

Śmierciożercą. Tutaj  był dowód: dokumenty ze  znakiem SM.  I ten wredny typ był  tam, kiedy zabili  jego 
brata,  pewnie  był  jednym  z  morderców.  Zaschło  mu  w  ustach  i  zrobił  się  bardzo  nerwowy.  Jego  pióro 
poruszało  się  szybko,  gdy  zapisywał  szczegóły.  Snape  (naprawdę  nienawidził  tego  profesora)  był  bez 
wątpienia  cholernym  Śmierciożercą.  Jak  Dumbledore  mógł  pozwolić  mu  uczyć?  Musiał  porozmawiać  ze 
swoimi braćmi – całą trójką i z Ginny! Musiał ich ostrzec! Ale to później. Teraz musiał pracować. 

3. Podejrzany o bycie aurorem ZF (patrz: ZF/SNAPEQS/IN)  

Och, znowu coś o tym ZF. 

4. Rodzina podejrzana o działalność SM – wiarygodność kwestionowana. (patrz: 
SM/SNAPESS/IN, SM/SNAPESN/IN, SM/SNAPEQA/IN)  

Jeszcze  większy  szok.  Naprawdę  zadziwiająca  rodzina.  Trzech  Śmierciożerców  i  auror.  Auror,  który 

opuścił Ministerstwo dla tego podejrzanego ZF. Percy nie był głupi. To ZF to musiało być coś związanego z 
Voldemortem,  coś  zakazanego  i  prawdopodobnie  niebezpiecznego  –  to  było  jasne  ze  sposobu,  w  jaki 
dokument o tym wspominał. 

Załączone dokumenty: 
certyfikaty SUM, OWTM, AU  
fragment zeznania SNAPE’A, SN (Test/SNAPESN/134/SM/01/1982) 
zapis z okoliczności śmierci Quietusa Snape’a.  

Och! pomyślał Percy. Wreszcie coś interesującego… 

(…) 
Snape: Mój ojciec chciał, aby został zwolennikiem Voldemorta. 
Przesłuchujący: Co on myślał o tej możliwości? 
S: Odmówił kilkakrotnie. Wreszcie mój ojciec zdecydował się zmusić go za 
pomocą fizycznego cierpienia i zabrał go wprost do Voldemorta. 
P: Kiedy? 
S: Drugiego grudnia 1979 roku. 
P: Gdzie? 
S: W Koszmarnym Dworze. 
P: Gdzie jest ten Dwór?

  

Dobre pytanie. Jeżeli miał szczęście to znalazł odpowiedź. 

S: Nie znam dokładnego miejsca. Podejrzewam, że jest to gdzieś w północnej 
Anglii lub w Szkocji.  

Nie miał szczęścia. 

P: Rozumiem… Co się tam stało? 
S: Był torturowany fizycznie i za pomocą zaklęć przez pięć godzin. Nie poddał 
się. Wtedy wreszcie Voldemort zapytał go, czy dołączy się do niego. Odmówił. 
Voldemort rzucił na niego Avadę Kedavrę i umarł. 
P: Czy ty również znęcałeś się nad nim? 
S: Na początku tak. Miałem nadzieję, że znajdę jakiś sposób, by go uratować. 
Potrzebowałem czasu. Po piątej rundzie zrozumiałem, że jestem bezsilny. Potem 

background image

odmówiłem znęcania się nad nim. Mój ojciec rzucił na mnie Cruciatus kilka 
razy, ale Voldemort zabronił mu mnie zabijać… 
(…) 

Och, jakie wzruszające… Ten wredny typ chciał kogoś ratować!  Niewiarygodne! Ale… Zeznanie było 

pod wpływem Veritaserum, to znaczy… Cóż… W końcu był jego bratem… Percy wzruszył ramionami. 

Poszukiwania nic nie dały. Może jutro… 
Percy  westchnął  i  zaczął  układać  papiery  z  powrotem  na  miejsce,  kiedy  zauważył  coś  dokładnie  pod 

dokumentami „SNAPE, Quietus Salazar”. 

Na tym pisało „SNAPE, Severus Nobilus”. 
Jeżeli wcześniej był wstrząśnięty, to teraz go zamurowało. Według poprzednich akt był Śmierciożercą. A 

teraz widział jego dokumenty pomiędzy aurorami! Co tu się działo? 

Nagle zapomniał o Koszmarnym Dworze. 
Potem zauważył zielone światło dookoła dokumentu. Zaklęcie! Och, może teraz się dowie! 
Otworzył zachłannie dokumenty. 

ID: 03958912111 
Data/Miejsce urodzenia: 05.03.1958, Snape  
Data/Miejsce śmierci: – 
Ojciec: SNAPE, Severus Salazar 
ID ojca: 0392856457 
Data/Miejsce urodzenia ojca: 05.11.1928, Snape  
Data/Miejsce śmierci ojca: 04.11.1981, Snape  
Matka: NOBLESTONE, Quirqe Athena 
ID matki: 0493112539 
Data/Miejsce urodzenia matki: 02.02.1931, Hogsmeade 
Data/Miejsce śmierci matki: 04.11.1981, Snape  
Inni członkowie rodziny: 
Brat: SNAPE, Quietus Salazar 
ID brata: 03960881010 
Data/Miejsce urodzenia brata: 02.04.1960, Snape  
Data/Miejsce śmierci brata: 02.12.1979, Koszmarny Dwór (nieznane) 
Stan cywilny: kawaler 

Więc żadna nie chciała wyjść za mąż za tego wrednego typa, Percy uśmiechnął się złośliwie. 

SUM: W, 95,2% (cert. nr 22/1974) 
OWTM: W, 94,6% (cert. nr 21/1976) 
ME: W, 100% (cert. nr 1ME/1/1978)

  

Co za irytująca rodzina. Profesor nie był najwyraźniej tak mądry jak jego brat, ale jego wyniki nadal były 

wyższe niż Percy’ego. Poczuł nienawiść. 

Szczegóły: 
1969 – Hogwart, HSMC 
1974 – SUM wysokie wyniki 
1975 – Zaawansowane Studia Eliksirów w HSMC u Agilusa O’Peck (ID: 
03913567344)  

O’Peck! Jego tata i mama znali wiele historii o starym profesorze. Nie był opiekunem Slytherinu, nie był 

nawet Ślizgonem. Był Gryfonem… I przyjął tego obrzydliwego Ślizgona jako swojego ucznia? Cóż, życie 
rzadko bywa logiczne. 

1976 – OWTM świetne wyniki 
01.09.1976 – rozpoczęcie pracy dla Instytutu Badań Leczniczych Eliksirów 

Śmierciożerca i poszukiwanie lekarstw? Jednocześnie? Świetna robota! 

1977–1981 – podejrzany o aktywność SM (patrz: SM28103/IN/03/1977 i załączone 
dokumenty)  

Cóż. Wyglądało na to, że jednak był SM a nie AU 

01.14.1978 – mianowany Mistrzem Eliksirów (1. klasy) 
01.09.1978 – mianowany Profesorem Eliksirów w HSMC 
02.12.1981 – schwytany przez aurora AU2301 w HSMC, oficjalnie przesłuchiwany 
przez AU781, AU910 i AU1103 (zapisy nr SMZ14/1981, SMZ22/1981, SMZ98/1981, 
SMZ119/1981, SMZ255/1981, SMZ376/1981, SMZ388/1981, SMZ401/1981, SMZ455/1981, 

background image

SMZ475/1981, SMZ544/1981, SMZ591/1981, SMZ3/1982, SMZ9/1982, SMZ13/1982, 
SMZ16/1982, SMZ22/1982, SMZ43/1982, SMZ65/1982, SMZ76/1982, SMZ88/1982, 
SMZ97/1982, SMZ113/1982, SMZ127/1982, SMZ156/1982, SNZ178/1982, SMZ201/1982)  

Tyle  raportów?  Czy  to  znaczyło,  że  Snape  był  przesłuchiwany  tyle  razy?  Z  pewnością  wszystkiemu 

zaprzeczył. Ale… Dali mu Veritaserum, prawda? Więc… Czemu musieli tyle razy go przesłuchiwać? Percy 
w końcu wzruszył ramionami i czytał dalej. 

29.01.1982 – potwierdzona działalność SM, przeniesiony do Azkabanu (wyrok nr 
AZ/IN/39/SM/1982)  

To musiał być przypadek, że ten dokument się tu znalazł, pomiędzy papierami AU. Ale to był szczęśliwy 

wypadek, zdecydował Percy. Więc Snape był w Azkabanie. Właściwe miejsce dla takich jak on. 

01.07.1982 – proces wznowiony przez DUMBLEDORE’A, Albusa (ID: 03834119801) 
04.08.1982 – wypuszczony z Azkabanu (dok. nr AZ/OUT/1/1982)

  

Co?! Dumbledore?! Percy nie wiedział już, co o tym wszystkim myśleć. 

Od 01.09.1982 Profesor Eliksirów w HSMC 
Od 1985 członek Międzynarodowego Stowarzyszenia Mistrzów Eliksirów (nr 
2808/1985) 
1995 – podejrzany o aktywność SM (patrz: SM21/IN/03/1995)  

STOP!  Percy  chciał  wstać  i  pobiec  prosto  do  domu  do  ojca  z  tymi  wiadomościami.  Dumbledore  się 

pomylił.  Bronił  niezasługującego  na  to  typa  i  taka  była  odpowiedź  na  jego  zaufanie!  Jeżeli  Snape  był 
Śmierciożercą  czternaście  lat  temu  i  teraz  też  był,  to  znaczy,  że  w  szkole  przez  cały  ten  czas  był 
Śmierciożerca!  Zamarł.  Musiał  coś  zrobić.  Porozmawiać  z  tatą.  Z  ministrem.  Z  Dumbledore’em.  Ze 
wszystkimi. Wydrukować w Proroku prawdę: ten cholerny typ był Śmierciożercą! 

Potem  z  trudem  się  uspokoił.  Nie.  Knot  nie  wierzył,  że  Voldemort  powrócił.  Ale…  Ten  dopisek  był 

pewnego rodzaju dowodem, prawda? 

Co powinien zrobić? 
Percy postanowił. Zostanie aurorem. To będzie najlepszy sposób, by bronić swojej rodziny. 

Komentarze: 
1. O działalności jako Mistrza Eliksirów patrz UME/SNAPESN/IN 
2. O działalności jako SM patrz SM/SNAPESN/IN 
Załączone dokumenty: 
certyfikaty SUM, OWTM, ME 
przyznanie się do działalności SM (Test/SNAPESN/11/SM/01/1982)  

Tutaj był dowód! Ale… Teraz Percy zupełnie się zagubił. Nie mógł zrozumieć. Snape był Śmierciożercą 

czy nie? Jeżeli był, to dlaczego uwolniono go z Azkabanu? 

(…) 
Przesłuchujący: Czy jesteś Śmierciożercą? 
Snape: Tak. 
P: Jak długo służyłeś Sam Wiesz Komu? 
S: Przez trzy lata. 
P: Czy popełniłeś przestępstwa w jego służbie? 
S: Tak. 
P: Morderstwa? 
S: Tak.

  

Na pewno był pod działaniem Veritaserum, stwierdził Percy. 

P: Dokładna ilość morderstw? 
S: Jedenaście. 
P: Ich imiona? 
S: Joseph Galvany, jego żona i dwoje dzieci, Patricia Wrights, Cathrin 
Lighthouse, Andrew Waite, jego żona i ich dziecko i troje młodych ludzi, nie 
znałem ich imion.

  

Galvany’owie  zostali  zabici  przez  tego  wstrętnego,  cholernego,  pieprzonego,  złego…  To  było 

niewiarygodne.  Percy  pokręcił  głową.  Nagle  poczuł  się  słabo.  To  nie  mogła  być  prawda.  A  z  drugiej 
strony… musiała być. Jego mama nigdy w to nie uwierzy. Nigdy. Powinien jakoś zabrać ten dokument do 
domu. Ale wiedział, że to jest niemożliwe. Nie uda mu się wynieść tak ważnego dokument koło strażnika. 
Znowu potrząsnął głową. 

background image

P: Czy zabiłeś ich dla przyjemności? 
S: Nie. Dziewięcioro z nich zabiłem na rozkaz Voldemorta. Troje nieznanych 
zabiłem w obronie Lily Evans. 
P: Czy byłeś pod działaniem zaklęcia Imperius podczas zabójstw? 
S: Nie. 
P: Więc zabiłeś ich z własnej woli. 
S: Z rozkazu Voldemorta. 
P: Ale posłuchałeś go. 
S: Tak. 
P: Jak wiele razy użyłeś Niewybaczalnych? 
S: 11 razy Avada Kedavra i 79 razy Cruciatus.  

BYDLAK! Z pewnością użył również Cruciatus na Galvanych… 

P: Imperius? 
S: Nigdy go nie użyłem.  

Hm. To ciekawe. Dlaczego nie? 

P: Czy uważasz się za niewinnego? 
S: Nie. Jestem winny wszystkich czynów wymienionych wcześniej. 

 

To wyznanie było spowodowane serum czy poczuciem winy? Z pewnością przez serum… 

P: Powiedziałeś, że działałeś z rozkazu. 
S: Tak. Ale to był mój wybór, by dołączyć do Voldemorta. Zrobiłem, co mi 
kazał. Jestem winny.  

Nie,  nie  serum.  To  nie  było  pytanie.  To  było  niewiarygodne,  ale  ten  pieprzony  typ  naprawdę  czuł  się 

winny swoich czynów. Mmm… 

P: Severusie Nobilusie Snapie, zostałeś uznany winnym 11 morderstw, 79 tortur 
i 90 użyć Niewybaczalnych. Twoją karą będzie dożywocie w Azkabanie. 
(…) 

Przez długie minuty Percy siedział na krześle i patrzył niewidzącym wzrokiem w okno. Nie wiedział, co 

począć z tym wszystkim, co znalazł dzisiaj… Jak powiedzieć swojej matce i ojcu… Jak zareagować… 

Wszystko było takie zamazane i niepewne. 
Po raz pierwszy w swoim życiu Percy stracił pewność siebie i czuł się całkowicie bezradny. 

10. BLACKOWIE, SNAPE’OWIE, POTTEROWIE I INNI 

– Jak pan myśli, kiedy po nas znowu przyjdą? – zapytał słabo Harry. 
– Nie wiem. Czemu pytasz? – odparł Snape, lekko zirytowany. 
–  Myślę…  To  już  chyba  ponad  dwadzieścia  godzin,  odkąd  zostawili  nas  tu  w  spokoju.  To  takie… 

niezwykłe dla nich. 

– Rzeczywiście… Chociaż cieszę się, że chwilowo o nas zapomnieli. Nie czuję się… gotowy na nowe… 
– Ani ja… – odpowiedział Harry i ziewnął. – Wody? Chce się panu pić? 
Snape  tylko  kiwnął  głową.  Harry  wstał  i  podszedł  do  drzwi  po  słój,  a  profesor  zobaczył  Harry’ego… 

Ciało Harry’ego. Całe pokryte zakrzepłą krwią, nadal lekko sączące się rany, jakieś żałosne pozostałości po 
ubraniu przyklejone do ciała… 

– Wyglądasz okropnie – powiedział ze smutkiem. 
– Pan też – westchnął chłopak. Potem dodał: – Umrzemy tutaj. 
– Tak. Umrzemy tutaj – powtórzył Snape. Kiedy chłopak uniósł słój, aby dać mu się napić, odruchowo 

wyciągnął ręce po naczynie… Potem je opuścił i najszybciej jak mógł, schował pod peleryną. Nie chciał ich 
widzieć. I nie chciał, żeby Harry je widział. 

– Niepotrzebnie. – Chłopak potrząsnął głową. – Widziałem je wczoraj. Pamięta pan? Nie zwariuję przez 

to. 

– Ale ja nie chcę ich oglądać – odparł słabo mężczyzna. 
– Bolą? – spytał z troską Harry. 
–  Trochę…  Dzisiaj  jest  lepiej.  Tylko…  Pulsują  i  muszę  uważać,  aby  nie  próbować  nimi  ruszać.  – 

Nauczyciel spróbował się uśmiechnąć, żeby pocieszyć chłopaka. 

background image

Harry patrzył na Mistrza Eliksirów. Profesor wydawał się taki… ludzki. A może słaby? 
– Czy wszystko w porządku? 
– Nie, Harry. – Czarne oczy były odległe i puste. Harry pamiętał, że widywał już pustkę w tych oczach 

podczas  poprzednich  czterech  lat,  ale  to  było  co  innego…  Tamta  pustka  wskazywała  na  całkowity  brak 
emocji  i  zainteresowania,  ta  była  znakiem  rezygnacji  i  pogodzenia  się  z sytuacją,  oraz  bólu.  Duchowego, 
emocjonalnego bólu. 

Harry nie odezwał się. Tylko odstawił dzban na podłogę, po tym jak się napił, i delikatnie zmył krew z 

twarzy profesora. 

– Ma pan gorączkę – stwierdził rzeczowo. 
– Och, wygląda na to, że teraz jest moja kolej… – Zabrzmiało to bardzo gorzko. Chłopak drgnął. 
– Jest pan też wyczerpany. 
Żaden z nich nie odezwał się. Po chwili Harry dokończył mycie. 
– Dziękuję – powiedział miękko, opuszczając szmatkę. 
– Za co? – zmieszał się Snape. 
–  Za  danie  mi  rodziny.  –  Usiadł  obok  profesora.  –  Za  troskę.  Wie  pan,  wczoraj  był  najlepszy  dzień 

mojego życia. Kiedy powiedział pan, że mógłbym zamieszkać z panem. 

– Ty nie tylko mógłbyś. Ty właściwie żyjesz ze mną. 
– Nie, proszę pana. Ja właściwie z panem umieram – poprawił go z lekkim uśmieszkiem. 
– Och, faktycznie. 
– Wie pan, że Syriusz też zaoferował mi, bym z nim zamieszkał? 
– Zamieszkał? On sam nigdzie nie mieszka, o ile wiem. On ucieka, czyż nie? 
Harry uśmiechnął się delikatnie, doceniając próbę rozweselenia. 
– Cóż, to prawda. Ale był moment, kiedy wydawało się, że mógłbym z nim mieszkać. 
– Kiedy? – Pytanie było krótkie, ale Harry wyczuł w nim prawdziwą ciekawość. Nagle poczuł się lekko 

zakłopotany. 

– Eee… Po wydarzeniu we Wrzeszczącej Chacie, kiedy my… ogłuszyliśmy pana… – Ledwo odważył się 

spojrzeć na twarz profesora i niemal doznał szoku, gdy zauważył, że ten się uśmiecha. 

– Och… – powiedział zamyślony Snape. – To było dobrze rzucone przez waszą trójkę zaklęcie… 
– Nie wyglądał wtedy pan na zbyt szczęśliwego… – Harry zaryzykował krótki komentarz. 
Snape uśmiechnął się szerzej. 
– Cóż. Faktycznie nie byłem zbyt szczęśliwy. Możesz to sobie wyobrazić, Harry… Ja, jeden z najlepiej 

wyszkolonych czarodziejów w naszym świecie, zostałem ogłuszony przez trójkę dzieciaków… Nie mówiąc 
o tym, że stało się to na oczach człowieka, który czekał całe swoje życie na coś takiego… 

– Nie myśli pan, że to przesada, profesorze? 
Twarz Snape’a nagle spochmurniała. 
– Nie jestem pewny czy chcesz o tym usłyszeć Harry – odpowiedział zamyślony. 
– O czym? 
– Historii o mnie, Syriuszu i naszej wzajemnej nienawiści. 
Harry poruszył się niespokojnie. 
– Uhm… Jeżeli nie chce pan o tym mówić, nie będę zły… Może tylko trochę… rozczarowany. – Harry 

zamknął oczy i dodał. – Wie pan, najbardziej nienawidzę w swoim życiu tego, że wszyscy wiedzą więcej 
szczegółów o mnie i przeszłości moich rodziców niż ja. To jest naprawdę… denerwujące. 

– W porządku, Harry, chociaż ta historia nie ma nic wspólnego z twoim życiem, czy z życiem twoich 

rodziców. Albo zaledwie trochę… Gdzie mógłbym zacząć? 

Snape oparł się o ścianę i zamknął oczy. Harry wyczuł, że mężczyzna drży lekko i delikatnie dotknął jego 

czoła. Profesor westchnął i uśmiechnął się do niego. 

– Tak bardzo przypominasz mi mojego brata, Quietusa… No dobrze, zacznę. – Snape wciągnął głęboko 

powietrze. – Nasza wojna, czyli wojna pomiędzy mną i grupą twojego ojca zaczęła się podczas ostatniego 

background image

miesiąca naszej drugiej klasy, podczas meczu quidditcha pomiędzy Slytherinem i Gryffindorem. Nawet już 
nie  pamiętam,  który  dom  wygrał,  ale  wydarzył  się  wtedy  wypadek.  Zwykły  wypadek,  naprawdę.  Byłem 
pałkarzem mojej drużyny, a ten cholerny… A Black był ścigającym, jak twój ojciec. James Potter nie grał 
jeszcze wtedy, został wybrany do drużyny w następnym roku. Ale Black bardzo dobrze latał i McGonagall 
pozwoliła mu grać. 

– Zawsze myślałem, że mój ojciec był najlepszy… – zastanowił się Harry. – Wszyscy tak mówili. I że 

jestem taki dobry w quidditcha, bo odziedziczyłem to po nim. 

– Był naprawdę dobry, ale ty jesteś od niego lepszy. Dużo lepszy.  I uważam, że twoje umiejętności w 

lataniu nie są sprawą dziedziczenia, ale twojej… Powiem to tak: po prostu… twoją cechą. Jesteś dobry w 
quidditcha, ponieważ jesteś, kim jesteś, nie z powodu twoich rodziców czy rodziny… 

– Rozumiem. – Harry uśmiechnął się. Dobrze było usłyszeć, że nie był „niechlubnym” Harrym Potterem 

tylko z powodu rodziców. Miał zdolności, które należały tylko do niego i to one go tworzyły. 

–  No  więc  podczas  tego  meczu  uderzyłem  twojego  ojca  chrzestnego  tłuczkiem,  a  on  spadł  ze  swojej 

miotły  i  o  mało  nie  zginął.  To  był  tylko  cholerny  wypadek,  ale  on  od  tego  czasu  był  przekonany,  że 
chciałem  go  zabić.  Nie  wiem,  dlaczego  twój  ojciec  mu  uwierzył,  ale  to  zrobił,  więc  podczas  następnej  – 
trzeciej  klasy,  stałem  się  ich  ciągłym  celem.  Nie  mogłem  tego  zrozumieć,  ale  nie  przeszkadzało  mi  to 
szczególnie dopóki… – jego głos ucichł. 

– Dopóki…? 
Snape otworzył oczy i spojrzał na Harry’ego. 
– Dopóki nie wymyślił tego idiotycznego dowcipu, który o mało nie zabił Quietusa. 
– Ja… jak? – Harry’ego zatkało. – Nie chcieli go zranić, prawda? 
– Nie, teraz myślę, że nie. – Snape potrząsnął głową. – Ale wtedy byłem całkowicie pewny, że chcieli go 

skrzywdzić. To był głupi kawał związany ze składnikami do eliksirów. Powiedzieli Quietusowi, że wszyscy 
trzecioklasiści będą potrzebowali mandragory do następnego eliksiru i że na pewno będę szczęśliwy, jeżeli 
przyniesie  mi  jedną  ze  szklarni  numer  trzy…  która  była  oczywiście  zakazana  dla  wszystkich 
pierwszoklasistów, ale Quietus o tym nie wiedział. I nie wiedział też nic o tych cholernych mandragorach… 
–  Snape  nagle  bardzo  się  rozzłościł.  –  Ci  idioci  zapomnieli  mu  powiedzieć,  by  nie  wyjmował  rośliny  z 
doniczki, a Quietus nie chciał ukraść donicy, więc wyjął z niej… 

– Krzyk mandragory… – wyszeptał przerażony Harry. – Jak pana brat zdołał przeżyć…? 
– Rośliny były młode. Nie były już dziećmi, ale były młode… Więc ich płacz nie zabił go, ale sprawił, że 

Quietus musiał zostać w skrzydle szpitalnym przez prawie tydzień, dopóki nie został całkowicie wyleczony. 
Wkurzyłem  się.  O  Boże,  byłem  tak  wściekły,  że  chciałem  zabić  Blacka  i  Pottera…  Ale  dopóki  nie 
wyzdrowiał, siedziałem przy nim, więc byłem tam kiedy… – Snape zamknął znowu oczy. – Twój dziadek, 
który – jak wspomniałem – nie był już nauczycielem, i Dumbledore przyszli go odwiedzić i dowiedzieć się, 
co  się  stało.  Najpierw  mój  głupi  braciszek  nie  chciał  się  do  niczego  przyznać.  Twierdził,  że  był  tylko 
ciekawy i że to wszystko to jego wina. Wściekłem się, ale kiedy tylko otworzyłem usta, Dumbledore mnie 
wyprosił. Wtedy ja… – Snape poruszył się, nieco skrępowany. – Ja podsłuchiwałem… – Harry zamrugał, 
zaskoczony.  Po  prostu  nie  mógł  wyobrazić  sobie  Snape’a  podsłuchującego  pod  drzwiami  skrzydła 
szpitalnego. Z uchem przy dziurce od klucza… Uśmiechnął się, ale Snape był tak zajęty swoją opowieścią, 
że nie zauważył tego. – Dumbledore nie wierzył Quietusowi, a stary Potter stwierdził, że i tak zna prawdę, 
ponieważ jego syn przyznał się do winy. Dumbledore wraz ze starym Potterem zgodzili się, że obaj chłopcy 
muszą zostać wyrzuceni, ponieważ znali możliwe konsekwencje ich czynu. Quietus jednak nie zgodził się i 
protestował.  Wywiązała  się  zażarta  kłótnia  między  całą  trójką.  W  końcu  Quietus  wygrał.  Przekonał 
profesorów, że ci dwaj durnie nigdy nie zamierzali go skrzywdzić. To był kawał – niebezpieczny, ale tylko 
kawał.  Powiedział,  że  jeśli  będzie  potrzeba,  zaprzeczy  wszystkiemu,  kto  o  to  zapyta.  Dumbledore  był  tak 
zbulwersowany,  że  przez  kilka  minut  nie  mógł  nic  powiedzieć.  Trudno  było  mu  uwierzyć,  że  dziecko  o 
„mrocznym  pochodzeniu”  broniło  jego  ulubionych  Gryfonów.  Myślę,  że  wtedy  zmienił  swój  stosunek  do 
nas, tak zwanych mrocznych dzieci. Od tego czasu nawet ja mogłem wyczuć zmianę w jego podejściu do 

background image

Ślizgonów.  Był  milszy  i  bardziej  otwarty.  Oczywiście  ja  bardzo  długo  nie  uznawałem  tego  faktu,  dopóki 
Anna  nie  zmusiła  mnie  do  tego…  Ale  to  inna  historia.  Więc  w  końcu  Black  i  Potter  mogli  pozostać  w 
Hogwarcie. Nie chciałem w to uwierzyć. Byłem tak zły na Quietusa, że nie odzywałem się do niego przez 
kilka tygodni. A on wkradł się do mojego dormitorium pewnej nocy, obudził mnie i błagał mnie bym mu 
wybaczył.  –  Snape  wykrzywił  twarz  w  grymasie  bólu.  –  On  błagał  mnie  o  przebaczenie…  Byłem  takim 
cholernym idiotą w stosunku do niego… 

– Dlaczego musiał się wkraść do pana dormitorium? Nie był Ślizgonem? – zapytał Harry. 
– Nie. Był Krukonem. 
– Och… – Harry zdziwił się. – Nie wspominał pan o tym wcześniej. 
– Nie? – Snape był rozbawiony. Harry pokręcił głową w odpowiedzi. 
– Nie. Ale to… To znaczy, że on i moja mama byli w jednym domu, prawda? 
– Cóż, rzeczywiście… Nigdy wcześniej o tym nie myślałem… Ale skoro o tym wspomniałeś, tak, byli 

nawet w tej samej klasie… 

– Moja zmarła matka znała pańskiego zmarłego brata… Jakie to dziwne. 
Siedzieli oszołomieni. Harry zauważył, jak Snape drgnął, wspominając stare czasy. 
– Hmm… Jeżeli dobrze pamiętam, to chyba byli nawet przyjaciółmi… – powiedział Snape niepewnie. – 

Oboje  byli  prefektami  i  wiecznie  tkwili  w  bibliotece…  Typowe  zachowanie  dla  Krukonów,  nic 
niezwykłego…  Wiele  razy,  gdy  chciałem  porozmawiać  z  Quietusem  i  poszedłem  do  biblioteki, 
znajdowałem ich uczących się razem jak ty, pan Weasley i ta Granger… Właściwie jest wiele podobieństw 
między panną Granger a twoją matką… Ta ich chęć, by wszystko wiedzieć i ich irytujące zachowanie typu 
wiem–wszystko–lepiej–niż–ty. 

– Hermiona nie jest irytująca – odpowiedział ostro Harry, ale potem dodał ugodowo: – Cóż… czasami 

może trochę, ale… Ona jest dobrą przyjaciółką i naprawdę wie prawie wszystko, albo przynajmniej wie, w 
jakiej książce można to znaleźć. 

– To bardzo ważna umiejętność – zgodził się Snape. – Ale sposób, w jaki pokazuje wszystkim, że zna 

odpowiedź, pozostaje irytujący. 

Nastąpiła nagła zmiana w oświetleniu celi. Jedna w pochodni zamigotała gniewnie i jej płomień zaczął 

zanikać. Po mniej więcej dziesięciu sekundach zgasła. 

– Zestarzałem się – oświadczył Snape niespodziewanie. 
Oczy Harry’ego rozszerzyły się ze zdziwienia. 
– Co? 
– Najwyraźniej zestarzałem się. To ja robiłem eliksir, który używamy do pochodni, Świecący Eliksir. I 

powinien działać przez rok. Zrobiłem go dopiero miesiąc temu. Ale pochodnia najwyraźniej… wysiadła. 

– Rok? – Harry zdumiał się. – Czego pan używa do tego eliksiru, że jest w stanie wytrzymać rok? 
– No, no, panie Potter. Jeżeli dobrze rozumiem, to pyta mnie pan o swój ulubiony przedmiot… 
Harry zaczerwienił się i nic nie powiedział. 
–  Bardzo  dobrze,  powiem  ci.  Składnikami  są:  pióro  feniksa,  ząb  smoka,  sproszkowana  siarka, 

sproszkowany  węgiel  drzewny,  świeży  olej  słonecznikowy  i  pewne  drobne  zaklęcie  rzucone  podczas 
robienia eliksiru. 

–  Siarka  i  węgiel  drzewny  są  składnikami  podobnego  mugolskiego…  zaklęcia.  Nazywają  to  prochem 

strzelniczym, ale dodają również saletrę do mieszanki. 

Nagle Snape się ożywił. 
– I gdzie używają tego eliksiru? – zapytał. 
Harry prychnął. Eliksir? 
–  To  nie  jest  eliksir,  tylko  rodzaj  proszku.  Używają  go  na  wojnie.  Istnieją  mugolskie  narzędzia  do 

zabijania, a proch strzelniczy jest ich ważnym składnikiem. Jest tego wiele rodzajów. Bomby na przykład… 
Ta…  mieszanka  łatwo  wybucha,  potrzebuje  małej  iskry  i  wtedy…  To  przerażające.  Ma  potężną  siłę 
wybuchu. Można zniszczyć cały budynek za pomocą garści tego. 

background image

–  Och…  interesujące…  Myślę,  że  chyba  już  kiedyś  o  tym  gdzieś  słyszałem…  Czytałem,  że  to  zabiło 

setki osób. To stwierdzenie wydało mi się trochę… wyolbrzymione. 

– Wyolbrzymione? – Harry nie mógł uwierzyć w słowa Snape’a. – Profesorze, czy kiedykolwiek słyszał 

pan o mugolskich wojnach? 

Tym razem to Snape zaczerwienił się. To był ciekawy widok i Harry był przekonany, że tylko kilka osób 

na tym świecie widziało profesora naprawdę speszonego. 

– Cóż, z pewnością słyszałem o niektórych, chociaż… 
– Tylko podczas drugiej wojny światowej zginęło ponad czterdzieści milionów ludzi w ciągu sześciu lat! 

– wykrzyknął rozgniewany Harry. 

– Co? – Po wyrazie twarzy profesora było widać, że nie zamierza uwierzyć w to oświadczenie. 
– Słyszał pan. – Harry wzruszył ramionami. – I główną bronią obu stron był proch, chociaż nie w takiej 

prostej  postaci,  w  jakiej  go  panu  opisałem,  ale  z  całą  pewnością  był  podstawą…  –  Znowu  wzruszył 
ramionami i dodał. – Może pan kontynuować o Świecącym Eliksirze? 

– Gdzie się nauczyłeś o tej… mugolskiej broni? – zapytał w odpowiedzi Snape. 
–  W  szkole  podstawowej.  Uczyliśmy  się  chemii.  To  coś  jak  eliksiry,  tylko  w  mugolski  sposób…  Bez 

inkantacji i zaklęć oczywiście. 

– Rozumiem… 
Harry wstał i wyciągnął rękę by dosięgnąć pochodni. Kiedy wreszcie udało mu się ją chwycić, zdjął ją ze 

ściany i usiadł obok profesora. 

– Zobaczmy… – mruknął Mistrz Eliksirów. 
Po krótkich oględzinach, twarz Snape’a rozpogodziła się. 
– Och, rozumiem. Zobacz, tutaj jest dziura w drewnie. Ciecz musiała tędy wypłynąć z wierzchołka… 
Harry zauważył ulgę profesora i odrzucił pochodnię do innego kąta. 
– Dziwnie się czuję… – powiedział nagle Mistrz Eliksirów. 
Harry ponownie dotknął czoła profesora. 
– Myślę, że wzrosła panu gorączka. Czy dobrze się pan czuje? – zapytał z troską. 
Snape poczuł jak jego serce się ogrzewa słowami chłopca. Delikatnie przygarnął Harry’ego, starając się 

nie urazić swoich pulsujących rąk. 

–  Harry?  –  powiedział,  a  kiedy  chłopak  uniósł  wzrok,  uśmiechnął  się  do  niego.  –  Możesz  mi  mówić 

Severus. Czuję się całkiem dobrze, tak myślę. 

Harry poczuł się zakłopotany. 
– Uch, proszę pana… ale… 
–  Nie,  Harry.  Mówiłem  poważnie,  że  możesz ze  mną  zamieszkać  –  jeśli  ty  też  tego  chcesz.  Ale  jeżeli 

mamy  mieszkać  w  tym  samym  domu,  czy  kwaterze  –  musisz  wiedzieć,  że  większość  czasu  spędzam  w 
Hogwarcie  –  nie  możesz  mnie  ciągle  nazywać  „profesorem”  czy  „panem”.  To  byłoby  dość  krępujące.  W 
porządku? 

–  W  porządku,  proszę  pana.  –  Harry  westchnął  głęboko.  W  tym  momencie  uchwycił  wzrok  Snape’a  i 

natychmiast  się poprawił.  –  W porządku, Severusie  –  wymamrotał i  zaczerwienił  się. Profesor uśmiechnął 
się szeroko. 

– Przede wszystkim, Harry, jestem człowiekiem… 
Harry oblał się ceglastym rumieńcem. 
– Wiem, wiem, ale potrzebuję trochę czasu, by się do tego przyzwyczaić. 
– Do myśli, że jestem człowiekiem? – W oczach Snape’a pojawiły się dziwne iskierki. 
– Proszę się ze mną nie drażnić. – Zakłopotanie Harry’ego zabarwiło się odrobiną irytacji. – Miałem na 

myśli: przyzwyczaić się do nazywania ciebie po imieniu. 

– Och, rozumiem… – Snape oparł głowę o ścianę i ponownie zamknął oczy. 
– Pro… uhm… Czy na pewno czujesz się dobrze? – Harry był bardzo zaniepokojony. 
– Tak, Harry… 

background image

– Ale gorączka… Jeżeli będzie wyższa… 
– Nie jestem przeziębiony – przerwał mu Snape. – Mam połamane kości i one powodują zapalenie. A to 

powoduje gorączkę. To nie to samo, co ty miałeś kilka dni temu. Poczuję się lepiej. 

– Jesteś pewny? 
– Nie, ale mam nadzieję. 
Znowu siedzieli w ciszy. Harry zauważył, że profesor zasnął. Postanowił czuwać. Nie był senny. Chciał 

przemyśleć  na  nowo  tę  rozmowę  i  znowu  poczuć  niesamowitą  radość,  jaką  wypełniły  go  słowa  Snape’a. 
Został  zaakceptowany.  Ktoś  się  o  niego  troszczył.  Snape  pozwolił  mu  mówić  do  siebie  po  imieniu.  To 
znaczyło, że… 

To z pewnością znaczyło, że…? 
Co  za  ironia!  Musiał  zostać  schwytany  i  zawleczony  tutaj,  by  znaleźć  to  miejsce,  którego  szukał  całe 

życie… 

Przypomniał sobie kiedyś słyszane ciche mamrotanie Snape’a: „Szczęśliwe dni w piekle”. Czy myślał o 

tym  samym?  zastanawiał  się  Harry.  To  było  coś,  o  czym  pewnie  nigdy  się  nie  dowie.  Ale  to  nie  miało 
znaczenia.  Harry  wpatrywał  się  w  ciemność  przez  długie  godziny,  przepełniony  emocjami.  Miał  ochotę 
skakać, tańczyć, krzyczeć głośno, aby pokazać swoją radość wszystkim. Te uczucia zacieśniły się na jego 
piersi, ogarniały serce, tak, że ledwo mógł oddychać. 

*** 
– Jak długo spałem? – To było pierwsze pytanie Snape’a, kiedy się w końcu obudził. 
–  Kilka  godzin.  Nie  wiem  dokładnie.  Czas  tutaj  jest  czymś…  płynnym  i  niemającym  granic.  –  Harry 

wzruszył ramionami. – Chociaż to jest trochę niepokojące, że jeszcze nas nie wzięli na kolejną rundę… 

Snape przeciągnął się ostrożnie. 
– Mam wrażenie, że coś niedobrego z tego wyniknie w ciągu kilku godzin – ziewnął. 
Harry’emu wydało się, że powietrze wkoło zakrzepło. Kurczowo przełknął ślinę. 
– Czy to znaczy, że…? – Nie ośmielił się dokończyć pytania. Poczuł, że drży. 
– Ciii… – Snape natychmiast go objął. – Uspokój się, Harry. 
Choć nie wiedział, dlaczego chłopak miałby się uspokoić. Stawanie oko w oko ze śmiercią nigdy nie było 

czymś łatwym. 

– Nie boję się śmierci – wymamrotał Harry. – Boję się tortur. Nie chcę być już torturowany. Nie chcę, 

żeby Avery… I nie chcę już oglądać jak ciebie torturują.  – Głos mu się załamał. Snape czuł, że serce mu 
pęka. Znowu to znajome uczucie bezradności. – To po prostu zbyt trudne być takim twardym. Nie wiem czy 
to zniosę. – Głos chłopca był ledwo słyszalny. 

Snape siedział tylko w milczeniu. Bardzo chciał znaleźć jakieś pocieszające słowa, ale nie było żadnych. 

Ich sytuacja była kompletnie beznadziejna. Wziął głęboki oddech. 

– Nie dokończyłem opowieści o Syriuszu i o mnie – powiedział w końcu, starając się odwrócić uwagę 

Harry’ego. Harry był wdzięczny za rozpoczęcie rozmowy. – Więc… Gdzie skończyłem? 

– Quietus błagał cię, żebyś mu przebaczył, że obronił mojego ojca i Syriusza przed wyrzuceniem. 
– Och, rzeczywiście… – Zastanawiał się przez chwilę, zanim zaczął opowiadać dalej. – Po tym wypadku 

twój ojciec przeprosił Quietusa. Nie było mnie przy tym, ale mój brat mi o tym powiedział. Nie wiem, czy 
James zrobił to z polecenia swojego ojca, czy z własnej woli, ale w każdym razie przeprosił. Ale nigdy nie 
słyszałem o przeprosinach Blacka. Nigdy. 

– Może po prostu zapomniał…  – Harry niezręcznie starał  się usprawiedliwić zachowanie Syriusza, ale 

poznał po twarzy Snape’a, że nie było zadowalające wyjaśnienie. Nawet on sam nie był przekonany. 

– Zapomniał… Świetnie. Prawie zabił kogoś i po prostu… po prostu o tym zapomniał. Tak jak zapomniał 

przeprosić mnie po moim wypadku. On nie jest w takim razie zapominalski, tylko ma całkowitą amnezję – 
powiedział  gniewnie  Snape.  –  Udawał,  że  nic  się  nie  stało.  I  główny  powód,  dla  jakiego  go  nienawidzę: 
zawsze gardził Quietusem i obrzucał epitetami, na które może ja zasługiwałem, ale nie Quietus, ani trochę! 
Nie mogę mu tego zapomnieć. Nie zapomnę. I nie mogę tego zrozumieć. Dlaczego? 

background image

–  Może  nie  chciał  uznać  własnej  omylności.  Nie  chciał  uwierzyć,  że  był  okrutny.  –  Harry  potrząsnął 

głową, kapitulując. – Nie wiem. Ale proszę mi wierzyć, on nie jest zły. On jest po prostu… zbyt porywczy. 
Najpierw  działa,  a  potem  myśli,  więc  robi  wiele  rzeczy,  których  potem  żałuje.  Myślę,  że  jeśli  dasz  mu 
szansę  na  rozmowę  o  przeszłości  i  dasz  mu  czas,  wystarczająco  dużo  czasu,  by  zrozumiał  swoje  głupie  i 
porywcze zachowanie, to przeprosi. 

– Kochasz go… – To nie było pytanie. 
– Tak, kocham – potwierdził Harry. – Wiesz, on jest właśnie taki szybki do kochania i nienawidzenia. I 

on mnie kocha, bez żadnych dodatkowych zastrzeżeń. Zaoferował mi miejsce w rodzinie, nawet mnie nie 
znając. Cóż, może  jest trochę ograniczony i  stronniczy w stosunku do mnie z powodu moich rodziców… 
Ale nigdy nie cofnął swojej oferty i troski. 

– Rozumiem twój punkt widzenia. 
– Jak ja twój – zapewnił Harry. – Tylko chciałem wyjaśnić moje uczucia. Nie zrozumiem Syriusza, ale 

akceptuję go takim, jakim jest. Czasami przypomina mi Rona. Są tacy… podobni. 

Snape westchnął cicho. 
–  Myślę,  że  masz  rację  co  do  tego  ostatniego.  Może  to  jest  powodem  tego,  że  nie  toleruję  pana 

Weasleya… 

– A jest jakiś uczeń, którego tolerujesz? – zapytał Harry dość impertynencko. 
– Tak, oczywiście – przytaknął Snape uśmiechając się szeroko. – Na przykład ciebie… 
– I…? – Harry nagle zrobił się bardzo ciekawy. – Draco? 
– Jest synem Lucjusza. I również moim synem chrzestnym… – odpowiedział Snape cicho. 
–  Ale…  –  Harry  otworzył  usta  ze  zdumienia.  –  Lucjusz  był  tym,  który…  który  zrobił  to  z  twoimi 

rękami… 

Od razu Harry zobaczył smutek i desperację na twarzy Snape’a. 
– Wiem. Nigdy nie wierzyłem… – Harry chciał coś powiedzieć, ale nie mógł znaleźć odpowiednich słów 

by  zmienić  temat.  Ulżyło  mu,  gdy  profesor  wreszcie  dokończył.  –  Ale  myślę,  że  nie  zmienię  mojego 
stosunku do jego syna, jeżeli wrócę jakoś do Hogwartu… 

– Dlaczego? 
– To nie on mnie zranił. 
–  Także  Neville  nigdy  cię  nie  zranił.  –  Słowa  Harry’ego  były  zbyt  ostre,  wyczuł  to,  ale  już  je 

wypowiedział. Snape drgnął i odwrócił głowę w stronę Harry’ego. 

–  Może  masz  rację.  Ale  myślę  też,  że  moje  zachowanie  w  stosunku  do  młodego  pana  Longbottoma, 

nigdy  go  nie  doprowadzi  do  zostania  lojalnym  Śmierciożercą.  W  przypadku  Dracona  i  innych  dzieci 
Śmierciożerców  sytuacja  jest  dużo  bardziej  skomplikowana.  Staram  się  powstrzymać  ich  od  popełnienia 
tych samych błędów i czynów, które ja popełniłem, kiedy byłem w ich wieku. Staram się im pokazać, że jest 
inna  droga  by  osiągnąć  wielkość,  niż  tylko  czarna  magia  i  przemoc.  Staram  się  ich  utrzymać  po  jasnej 
stronie, chociaż czasami wygląda na to, że Dumbledore gra w tej grze przeciwko mnie… 

– Co…? 
–  Kiedy  byłeś  w  pierwszej  klasie  i  twój  dom  wygrał  puchar.  Sposób,  w  jaki  upokorzył  mój  dom,  był 

naprawdę odstręczający. Nie rozmawialiśmy potem przez całe lato. To było takie bezsensowne, upokarzać 
te dzieciaki. Nie sam fakt, ale sposób w taki to zrobił… 

– Masz rację – przytaknął Harry. – Chociaż wtedy o tym nie myślałem. 
– Nie musiałeś. Albus był dyrektorem, nie ty. Powinien wcześniej o tym pomyśleć. Zajęło mi wiele czasu 

uspokojenie ich po tym  i  myślę, że wielu  już nigdy mu  nie zaufa. Ale instynkt…  To są tylko  dzieci.  Nie 
mroczni i źli czarodzieje, tylko niemądre dzieciaki. 

Harry  nie  mógł  odpowiedzieć,  więc  siedział  całkowicie  odrętwiały,  kiedy  Snape  nagle  zaczął 

kontynuować swoją historię. 

– Twój dziadek i Quietus byli potem w dobrych stosunkach. 
Harry zamrugał ze zdziwienia. 

background image

– Tak? 
–  Myślę,  że  staruszek  wzruszył  się  bezinteresownością  i  innymi  dobrymi  cechami  Quietusa,  nie  wiem 

dokładnie. Mówiłem, że Quietus był naprawdę świetnym człowiekiem. Prawie wszyscy go kochali. 

– Z wyjątkiem Syriusza – wymamrotał Harry niewyraźnie. Snape nie zareagował. 
–  Potter  zaoferował  Quietusowi  szkolenie  z  obrony  i  ten  zaakceptował  jego  ofertę,  ponieważ,  jak  już 

mówiłem,  nigdy  nie  mieliśmy  normalnego  nauczyciela  tego  przedmiotu  podczas  naszej  nauki.  Pomimo 
różnicy  wieku  stali  się  pewnego  rodzaju…  przyjaciółmi,  jak  Quietus  mi  powiedział.  Byłem  na  niego 
naprawdę zły, ale nic nie mogłem poradzić. Nie chciałem powiedzieć tego naszym rodzicom. Z pewnością 
zabraliby  go  z  Hogwartu  i  zostałbym  sam  w  szkole…  Najlepsze,  co  mogłem  zrobić,  to  utrzymać  tę 
znajomość w tajemnicy przed rodzicami i błagałem Quietusa kilka razy, aby był bardziej ostrożny, ale on się 
tym nie przejmował. Gdy byłem w ostatnich trzech klasach, spędzał zimowe wakacje u Potterów, podczas 
gdy nasi rodzice myśleli, że jest ze swoim przyjacielem z Ravenclawu. Imię tego chłopca będzie ci znajome, 
jak podejrzewam. 

– Dlaczego? 
– Jedna z jego córek bliźniaczek jest w twojej klasie. 
– Patil? – Oczy Harry’ego rozszerzyły się w niedowierzaniu. 
– Dokładnie. Arcus Patil i Quietus byli nierozłączni w pewnym okresie. Ale Quietus zawsze był  jakby 

starszy od swoich znajomych, więc myślę, że lepiej się dogadywał ze starym Potterem niż z kimkolwiek z 
klasy.  Twój  ojciec  był  zszokowany  ich  przyjaźnią,  nie  podobała  mu  się.  I  myślę,  że  to  jego  frustracja  w 
połączeniu z nienawiścią Blacka zamieniła nasze kłótnie w wojnę. 

– Wojnę? W jakim znaczeniu? 
–  Dosłownym.  Oni  ogłosili  się  jasnymi  czarodziejami  i  nazwali  Slytherin  „Mrocznym  Domem”,  więc 

nasza  osobista  antypatia  zamieniła  się  w  świętą  wojnę  światła  przeciwko  ciemności.  Byliśmy  tak 
sfrustrowani  z  tego  powodu,  że  postanowiliśmy  stać  się  prawdziwymi  mrocznymi  czarodziejami,  by  ich 
pokonać. Przede wszystkim Blacka. Lucjusz dołączył do mnie, a potem trzeci chłopak, o nazwisku Rosier. 
Wszystko zaczęło się od rywalizacji między domami… A potem poznałem Annę. – Wzrok Snape’a stał się 
nagle nieobecny. – Nie chciałem potem kontynuować tej bezsensownej wojny. Bałem się, że stracę Annę z 
powodu tej idiotycznej rywalizacji. Często chodziłem za Blackiem i jego kumplami w nadziei, że nadarzy 
się okazja, by z nim porozmawiać o jego siostrze i o mnie. Kiedy wreszcie się udało, stracił panowanie nad 
sobą i my… pobiliśmy się. Złamałem mu rękę, a on mi nos. – Snape odruchowo dotknął nosa. – I po tym nie 
było już szans na pokój. Bez przerwy walczyliśmy, dopóki o mało nie zabił mnie za pomocą Lupina. Potem 
Anna zagroziła mu, że go zabije, jeżeli coś mi się stanie… Więc potem były dwa lata w miarę spokojne. Ale 
do  tego  czasu  znalazłem  się  już  pod  wpływem  mrocznej  magii  i  nie  chciałem  wracać.  Dołączyłem  do 
Voldemorta i Anna zostawiła mnie. Kilka lat później Voldemort wymordował całą rodzinę Blacka, włącznie 
z  Anną.  Tak  bardzo  siebie  nienawidziłem…  Mógłbym  ją  uratować,  gdybym  nie  stanął  po  złej  stronie. 
Mógłbym się z nią ożenić i byłaby bezpieczna ze mną… – Snape pokręcił głową. – Ale stanąłem po ciemnej 
stronie i Anna nie żyje. Black nienawidzi mnie, a ja jego. Quietus umarł, tak samo jak Harold Potter i James 
Potter, Lily Potter i Rosier… Czasami myślę, że tylko ja przeżyłem tę masakrę. Ja i moi wieczni wrogowie: 
Black, Lupin i Voldemort… 

Żaden z nich nie powiedział słowa. Potem Harry odchrząknął. 
– Prof… Severusie – zaczął. – Nie sądzę, by Lupin cię nienawidził… 
– Nie? – Snape uniósł brwi. – Po tym, co mu zrobiłem rok temu? Może chciał się ze mną dogadać, kiedy 

byliśmy razem w szkole, ale po ucieczce Blacka byłem tak wkurzony, że nie myślałem o konsekwencjach 
moich słów, ciągle mu dogryzałem… 

– Więc wygląda na to, że nie tylko Black zawczasu nie myśli o konsekwencjach. 
– Śmiesz porównywać mnie z tym…? – zapytał Snape groźnie. 

background image

–  Tak,  śmiem.  Macie  wiele  cech  wspólnych.  Obaj  jesteście  gwałtowni,  uparci  i  czasami  również 

ograniczeni, z drugiej strony macie dobre serca. Tylko po prostu trudno je dojrzeć. I obaj spędziliście sporo 
czasu w Azkabanie… 

Twarz Snape’a nabrała obrzydliwego, zielonkawego koloru. 
– Nigdy więcej o tym nie wspominaj, Potter. 
– Syriusz spędził tam dwanaście lat – oświadczył spokojnie Harry. – Możesz to sobie wyobrazić? 
–  Nie  chcę  sobie  tego  wyobrażać.  Nie.  –  Potrząsnął  głową  i  dodał:  –  To  była  najgorszy  okres  mojego 

życia.  I  muszę  ci  powiedzieć,  Harry…  Uważam,  że  nikt  nie zasługuje  na  coś  takiego.  Śmierć  jest  lepsza. 
Tortury są lepsze. Wszystko jest lepsze, wierz mi. Wszystko. 

– …a Syriusz był tam przez dwanaście lat – powtórzył cicho Harry. 
– Wiem, panie Potter! – Głos Snape’a nabrał nagle ostrych tonów. 
– I był niewinny. 
Snape zaśmiał się gorzko. 
– Niewinny… 
– Sam właśnie powiedziałeś, że nikt nie zasługuje by tam być. 
– Och, znowu ta głupia zabawa z rzucaniem mi moich słów w twarz! Kimże niby jesteś, by oceniać mnie, 

moje uczucia? Kto dał ci takie prawo? Jesteś tylko głupim, impertynenckim dzieciakiem, który myśli, że zna 
właściwą  odpowiedź  na  każde  pytanie,  i  myśli,  że  jest  najmądrzejszy,  który…!  –  Snape  patrzył  na 
Harry’ego, który nie śmiał odpowiedzieć. Złowieszcze spojrzenie mężczyzny utkwione w nim gnębiło go i 
czuł  jak  rośnie  w  nim  strach.  Stracił  przyjaźń  Snape’a  z  powodu  jakiejś  całkowicie  bezsensownej  kłótni, 
której nigdy nie mógł wygrać. Opuścił głowę, serce mu się ścisnęło. 

– Przepraszam – przerwał Snape’owi. – Przepraszam pana, nie chciałem pana urazić… 
Trudno było wypowiedzieć te słowa. Nie śmiał się poruszyć, kiedy czekał na dalszy ciąg. To było takie 

znajome:  Snape  patrzący  na  niego  szyderczo  i  krzyczący,  a  on  czekający  w  milczeniu  na  szlaban,  utratę 
punktów  albo  inne  nieprzyjemne  konsekwencje  swojego  idiotycznego  zachowania.  Tak,  idiotycznego. 
Zawsze był idiotą, kiedy ośmielał się kłócić ze zirytowanym Mistrzem Eliksirów. A teraz był on wyjątkowo 
wściekły. 

Pomiędzy nimi zaległa długa i nieprzyjemna cisza. Snape nie powiedział słowa i po dziesięciu minutach 

Harry postanowił zaryzykować nowy temat. 

– Proszę pana, ja… – zaczął, ale przerwał mu odgłos otwieranych drzwi. 
Stanął w nich Voldemort. 
– Nie – jęknął Harry cicho i zobaczył, że twarz Snape’a stała się całkowicie biała. 
–  Myślę,  że  to  odpowiedni  moment,  by  ustalić  ewentualną  datę  waszego  końca.  –  Największy  Bydlak 

uśmiechnął się. – Myślę, że jutro będzie idealne, prawda? 

*** 
–  …i  powiedzieli,  że  jest  tam  duży  dwór  nad  rzeką  –  dokończył  Lupin.  –  W  ciągu  ostatnich  dwóch 

miesięcy widzieli zamaskowane postacie w jego pobliżu. 

Syriusz poruszył się niecierpliwie. 
– Idźmy już! – powiedział i wstał. 
– Syriuszu, nie sądzę, żeby to był dobry pomysł… 
– Co? – burknął zirytowany Black. 
– By iść tam samemu. Próbować ich ratować… 
– Ich? Ja na pewno zostawię tego wrednego… 
–  Zamknij  się,  Syriuszu,  albo  to  ja  ciebie  tu  zostawię.  Uratujemy  obu  albo  żadnego.  Ale  najpierw 

pójdziemy do Dumbledore’a. 

–  Nie!  –  wykrzyknął  Syriusz.  –  Nie  –  dodał  już  spokojniej.  –  Najpierw  musimy  sprawdzić  czy  to 

właściwy dwór. Musimy trochę powęszyć, zanim zgłosimy to Dumbledore’owi. 

Lupin westchnął. 

background image

– W porządku, masz rację. Chodźmy. 
Z cichym pop Black zamienił się w swoją zwierzęcą formę. Lupin, oczywiście, pozostał człowiekiem. Do 

pełni zostały jeszcze trzy tygodnie, a on nie mógł przemieniać się na własne życzenie i raczej za tym nie 
tęsknił.  Transformacja  bez  eliksiru  nie  była  łatwa.  A  jeżeli  Snape  nie  wróci,  będzie  czekało  go  wiele 
bolesnych przemian. 

*** 
Podróż  do  dworu  była  długa  i  spokojna,  prawie  nudna.  Black  wysforował  się  do  przodu,  kiedy  tylko 

przekroczyli  rzekę,  pozostawiając  Lupina  z  tyłu.  Nie  przeszkadzało  mu  to:  jego  wilkołacze  zmysły 
doskonale  odczytywały  wszelkie  informacje  z  otoczenia,  a  Black,  jako  pies,  nie  powinien  wzbudzić 
podejrzeń mieszkańców dworu. 

Był  już  późny  wieczór,  ale  słońce  jeszcze  nie  skryło  się  za  horyzontem,  więc  nie  mieli  możliwości 

zorientowania się według oświetlonych okien, czy ktoś przebywał w rezydencji. Musieli poczekać do nocy. 
Przynajmniej mogli obejrzeć dokładnie dwór i jego otoczenie przed podjęciem jakiejkolwiek akcji. 

Budynek  otoczony  był  przez  wielkie  drzewa,  w  większości  sosny,  co  znaczyło,  że  nie  było  tam  zbyt 

wielu  potencjalnych kryjówek. Więc jeżeli byliby zmuszeni  uciekać, mogliby tylko  użyć pni  jako osłony. 
Niezbyt  dobrze.  Sam  dwór  był  potężnym,  dwupiętrowym  budynkiem,  zbudowanym  prawdopodobnie  z 
wulkanicznego bazaltu, gdyż był kompletnie czarny. To dało trochę nadziei Lupinowi, chociaż miał niejasne 
przeczucie, że to nie był ten dwór, którego szukali. 

Ale skąd mieli wiedzieć, czy to właściwe miejsce, czy nie? 
Odpowiedź była tak prosta, że aż wstrząsnęła Lupinem. Musieli się jakoś tam dostać i sprawdzić. Cholera 

jasna! Jeżeli on, Lupin, właśnie doszedł do tego wniosku, to Black pewno już był w środku. 

Lupin zadrżał. Nigdy. Nigdy już nie pójdzie na żadną misję z Syriuszem. Całkiem możliwe, że miał teraz 

trzy osoby do ratowania zamiast dwóch… 

– Remus! – usłyszał głos przyjaciela. Lupin odetchnął z ulgą. 
– Byłem pewien, że jesteś już w środku… – wyszeptał w odpowiedzi. 
– No i byłem – Black uśmiechnął się szeroko. 
Lupin zbladł. 
– Jesteś zupełnie obłąkany, ty głupi psie. – Spojrzał ze złością na przyjaciela. – W porządku, że poszedłeś 

przodem, ale ta niepotrzebna przechadzka do Śmierciożerców… 

– Hej, Remusie, nic się nie stało! Dlaczego jesteś na mnie zły? 
–  Kiedyś  zabijesz  mnie  swoim  dziecinnym  i  idiotycznym  zachowaniem,  Syriuszu!  –  wysyczał  Lupin 

gniewnie. 

– Och, zamknij się, Remus. Wszedłem tam, bo wyczułem, że jest tam tylko dwóch ludzi … 
– Czy myślisz, że…? – przerwał mu Lupin. 
– Nie, nie… Czułem zapach dwóch naszych starych znajomych: Crabble’a i Goyle’a, osobiście do naszej 

dyspozycji! 

– I podejrzewam, że są sami. 
– Nie. Wyczułem jeszcze coś. – Twarz Blacka zachmurzyła się, kiedy to powiedział. 
– Śmierć? – Głos Lupina załamał się. 
– Tak. Śmierć i krew. 
– O mój Boże… – wyszeptał Lupin. – Czy myślisz, że…? 
– Nie wiem. Nie mogłem rozpoznać osób… Zapach ciał był zbyt stary, dwa czy trzy dni, i tylko czułem 

krew. Nic więcej. – Podniósł wzrok. – Remus, powinniśmy wejść. Myślę, że są tutaj. Mamy teraz wspaniałą 
możliwość by ich uratować. Tu są tylko ci dwaj idioci… 

– Nie, Syriusz – zaprotestował Lupin. – Musimy zawiadomić Dumbledore’a. 
– Ty możesz sobie zawiadamiać Dumbledore’a, jeśli chcesz, ale ja wchodzę teraz. Cześć… 
Lupin złapał przyjaciela za ramię. 
– Hej, co ty robisz? Nie możesz iść sam! To zbyt niebezpieczne… 

background image

– Crabbe i Goyle nie są niebezpieczni. To dwie głupie świnie. Poradzę sobie z nimi, wierz mi. 
Lupin pokręcił głową. 
– Jesteś kompletnym idiotą. 
– To jak, idziesz czy zamierzasz wrócić do Dumbledore’a? 
Wilkołak myślał przez chwilę. 
–  Idę  –  wymamrotał  w  końcu  zdesperowanym  tonem.  –  Ale  jeżeli  wrócimy  bezpiecznie  do  domu 

przysięgam, że poćwiartuję cię na kawałki! 

*** 
Dwór był zbyt duży, by czuć się w nim bezpiecznie, chociaż teraz nawet Lupin mógł wyczuć, że tylko 

dwie  żywe  osoby  są  w  środku.  Jedyną  trudnością  było  je  odnaleźć,  ale  potem  wszystko  poszło  szybko  i 
sprawnie. 

Lupin ogłuszył obydwu, Black zabrał im magiczne klucze. 
Poszli do lochów. 
– Syriuszu, nie jestem pewien czy jestem na to gotowy… – wyszeptał Lupin niezwykle słabym głosem. 

Obraz martwego Harry’ego, jaki podsuwała mu wyobraźnia, był nie do zniesienia. 

Żałował  również  Snape’a.  Cóż,  nie  przepadał  za  nim.  Ten  facet  był  kompletnym  dupkiem:  złośliwy, 

kwaśny, sarkastyczny, w sumie absolutnie nieznośny. 

Ale  z  drugiej  strony  przyrządzał  co  miesiąc  ten  cholerny  eliksir  i  wysyłał  mu  (chociaż  to  mogło  być 

jedynie oznaką, że czuł się winny tego, że Lupin stracił pracę), uratował Harry’ego podczas jego pierwszej 
klasy, i starał się to zrobić podczas trzeciej – obronić przed nimi. A teraz prawdopodobnie umierał z synem 
swojego  zaprzysiężonego  wroga,  Jamesa  Pottera,  którego  głupi  wybryk  o  mały  włos  nie  uśmiercił  kiedyś 
jego brata… 

Nie. Życie Severusa nie było proste. 
Voldemort zabił jego brata. 
Albus mówił, że po tym zmienił strony. Albo przez to? To wydawało się bliższe prawdzie. Tłustowłosy, 

ironiczny  typek  naprawdę  kochał  swojego  brata.  Lupin  widywał  ich  siedzących  razem  na  terenie  szkoły, 
spierających  się  lub  po  prostu  rozmawiających  ze  sobą,  najwyraźniej  cieszących  się  wzajemnym 
towarzystwem. Tylko wtedy widział, żeby Severus się uśmiechał. 

Cichy głos wytrącił go z zamyślenia. Black otworzył magiczne drzwi do więzienia. 
– Zostań tu. – Black odwrócił głowę w stronę Lupina. – Kryj mnie. Ja się tam rozejrzę. 
Lupin tylko przytaknął i uniósł różdżkę, patrząc za znikającym przyjacielem. Rozejrzał się po pokoju, w 

którym  leżeli na podłodze dwaj  zwyrodnialcy. Przeznaczenie pomieszczenia było  dla niego jasne: była to 
sala  tortur.  Nie,  nie  było  żadnych  narzędzi  tortur,  ani  łańcuchów  przyczepionych  do  ścian.  Dla  zwykłego 
obserwatora było tylko zwykłym pokojem z kilkoma krzesłami i dużym stołem. 

Ale na podłodze… na ścianach… na stole… na krzesłach… Wszędzie były ślady przemocy. Krew, pot, 

ból  i  strach  –  Remus  często  nienawidził  bycia  wilkołakiem,  ale  teraz  tak  desperacko  chciałby  być 
kimkolwiek byle nie wilkołakiem, że prawie oszalał. Przeklęte nadwrażliwe zmysły! Cały czas dygotał i w 
końcu omal nie zwymiotował… 

– Remus, choć tutaj, proszę! 
Walcząc z mdłościami, zbiegł na dół za Blackiem. Znalazł się w długim i bardzo ciemnym korytarzu. 
– Gdzie jesteś, Syr…? 
– Tutaj – usłyszał nagle szept za plecami. 
W tej samej chwili jego różdżka już była wycelowana szyję Blacka. 
– Och, Syriuszu, ty cholerny idioto! O mało cię nie zabiłem. – Lupin pokręcił głową i opuścił różdżkę. W 

mroku dojrzał wyjątkowo bladą twarz przyjaciela. 

– Uch, Remus, jesteś naprawdę szybki. – Black przełknął ślinę. 
– Myślisz, że Dumbledore dał mi posadę nauczyciela obrony tylko dlatego, że jestem wilkołakiem? 
– E… nie. – Black speszył się. – Ale… tutaj jest coś, co musisz zobaczyć… Ja nie śmiem… 

background image

Zaprowadził Lupina do najbliższych drzwi. Kiedy Remus zajrzał do środka, miał wrażenie, że jego serce 

przestało bić. 

Na podłodze leżało dwoje ludzi, najwyraźniej martwych. 
– Przyszliśmy za późno, Remus. – Głos Blacka załamał się. 

11. TWARZĄ W TWARZ Z…  

– Nie, Syriuszu. Jesteś cholernym idiotą, półgłówkiem, osłem i głupkiem… – Oczy Lupina błyszczały ze 

złości. 

– Co…? – W głosie Blacka brzmiało zaskoczenie. – W czym problem, Remusie? 
Lupin był tak zirytowany, że potrzebował głębokiego wdechu, by odpowiedzieć. 
–  To  jest  dwoje  dorosłych,  mężczyzna  i  kobieta,  nie  widzisz?  A  może  potrzebujesz  okularów? 

Zaprowadzę  cię  do  okulisty,  przysięgam,  jak  tylko  się  stąd  wydostaniemy.  –  Chociaż  jego  głos  był  pełen 
gniewu, ukląkł powoli obok poranionych ciał i dotknął ich delikatnie. 

– Nie żyją – westchnął smutno. Kiedy wstawał usłyszał nagle stłumiony dźwięk z ciemnego kąta. 
– Lumos! – wyszeptał, kierując się do tego miejsca. Black wodził za nim różdżką. Ale w następnej chwili 

zatrzymał go przeraźliwy krzyk. 

–  Nieee!  –  I  potem:  –  Nie,  proszę,  nie,  nie  bijcie  mnie,  proszę,  nie  róbcie  mi  krzywdy,  mamo,  mamo 

pomóż mi! Proszę… 

W  kąciku  siedziała  mała  dziewczynka  z  ręką  wyciągniętą  nad  głową,  jakby  broniła  się  przed 

uderzeniami. 

– Ciii… – powiedział Lupin bardzo łagodnie i spokojnie. – Przyszedłem cię uratować, nie skrzywdzę cię, 

uspokój się, wszystko będzie dobrze. – Powtarzał te słowa tak długo, póki dziewczynka nie opuściła ręki i 
otworzyła oczu, które mocno zamknęła ze strachu. 

–  Kim  jesteś?  – zapytała  po  chwili  drżącym  głosem.  Widać  było,  że  mała  jest  w  szoku:  źrenice  miała 

rozszerzone, skórę niezdrowo bladą. Lupin od razu pomyślał o Harrym. Czy on też był w tak złym stanie jak 
ona? 

–  Jestem  Remus,  ale  nie  mam  czasu  by  opowiedzieć  teraz  więcej  –  odpowiedział  i  wziął  małą 

dziewczynkę  na  ręce.  Miała  sześć  lub  siedem  lat.  –  Musimy  się  stąd  wydostać  jak  najszybciej.  Syriuszu, 
musimy iść! – krzyknął na przyjaciela, który nadal stał w progu oszołomiony. 

– Ale… – Black otworzył usta by zaprotestować, ale Lupin był szybszy. 
–  Harry’ego  tu  nie  ma.  Ani  Severusa.  Ale  w  każdej  chwili  możemy  się  natknąć  na  dużą  grupę 

Śmierciożerców, a to byłaby katastrofa. 

– A inne cele… 
– Są puste.  Gdybyś użył nosa, zamiast  swego nieistniejącego mózgu, wiedziałbyś o tym. Tutaj  nikogo 

więcej nie ma. Tylko nas troje i te dwa potwory na górze. 

–  Mama  i  tata  też  tu  są…  –  wyszeptała  rozpaczliwie  dziewczynka,  kiedy  Lupin  opuszczał  celę.  – 

Dlaczego nie idą z nami? 

Serce Lupina zamarło i coś ścisnęło go za gardło. Jak miał wyjaśnić dziewczynce fakt, że jej rodzice nie 

żyli? Starał się znaleźć jakieś odpowiednie słowa, biegnąc po schodach w stronę wyjścia, ale żadnych nie 
znalazł. 

– Rozumiem – westchnęło nagle dziecko. – Nie żyją, prawda? 
Lupin  przytaknął.  Kiedy  opuścili  tę  okropną  komnatę  i  zbliżali  się  do  głównego  wejścia,  poczuł  na 

ramieniu rękę Syriusza. 

– Remus, poczekaj minutkę. Rozejrzę się zanim… 
– Dobrze. Zaczekam na ciebie tutaj – odrzekł Lupin i schował się w zacienionym kącie korytarza. Przez 

długi  czas  wytężał  zmysły  i  sprawdzał  otoczenie  szukając  czegokolwiek  podejrzanego.  Ulżyło  mu,  gdy 
niczego takiego nie znalazł. Postawił dziewczynkę na podłodze i ostrożnie spojrzał pod jej ubranie. To, co 

background image

zobaczył,  przeraziło  go.  Była  tylko  małą  sześciolatką,  dlaczego  tak  bardzo  ją  skrzywdzili?  Ale  na  głos 
zapytał: – Jak ci na imię, dziecino? – I szybko wyszeptał zaklęcie, by wyleczyć najgorsze rany. 

– Ania – wyszeptała dziewczynka w odpowiedzi. – Co teraz ze mną robisz? – dodała z ciekawością. 
– Leczę niektóre z twoich siniaków, Aniu. – Lupin spojrzał na nią. – Mamy dzisiaj jeszcze długą drogę 

do przebycia i nie chcę, byś zemdlała. Czy teraz lepiej? 

– Tak. – Dziecko przełknęło ślinę. – Ale… Jak to zrobiłeś? Tym… patykiem? 
– Och, jesteś mugolką! – stwierdził zaskoczony Lupin. 
– Co? Nie rozumiem… 
– Ja jestem czarodziejem, ale ty nie. Tych, którzy nie są czarodziejami nazywamy mugolami. 
–  Ci  wielcy  ludzie  też  byli  czarodziejami,  prawda?  –  zapytała  dziewczynka.  –  Oni  skrzywdzili  mnie  i 

mamę tymi… patykami, krzyczeli jakieś słowa i to bolało… 

Oczy  Ani  były  szeroko  otwarte  i  suche,  Lupin  nie  widział  w  nich  łez,  ani  emocji.  Szok,  pomyślał  ze 

smutkiem. 

– Tak, oni byli czarodziejami. Ale są dwa rodzaje czarodziejów: dobrzy i źli. Oni byli źli, a Syriusz i ja 

jesteśmy dobrzy… 

– Przyszliście nas uratować? Skąd wiedzieliście, że tutaj jesteśmy? 
Mądre dziecko. Lupin nie odpowiedział. Usłyszał kroki swojego przyjaciela i podniósł małą. 
– Przyczepię ciebie do mnie, Aniu – powiedział prostując się. – Obejmij mnie za szyję, dobrze? 
Dziewczynka  przytaknęła  i  położyła  głowę  na  ramieniu  Lupina.  Mężczyzna  przyczepił  jej  małe  ciało 

zaklęciem przywiązującym. 

– Jesteśmy gotowi – powiedział Blackowi. 
– Dobrze. Nikogo nie ma na zewnątrz. Chodźmy! 
Biegli najszybciej jak mogli do ciemnego lasu, wiedząc, że w każdej chwili mogą niespodzianie natknąć 

się na kogoś. Lupin chwytał łapczywie powietrze, gdy dotarli do pierwszych drzew. Wszedł głębiej w las i 
zatrzymał się. 

– Hej, Remus, tu nie jest bezpiecznie. Musimy iść dalej. 
– Ja… Wiem… Chwilę… 
Ciche  pop  wystraszyło  obu.  W  odległości  trzech  kroków  od  nich  aportował  się  Śmierciożerca.  Na 

szczęście był tak pogrążony w myślach, że nie zauważył trzech osób stojących tuż za nim. Kiedy skierował 
się do ciemnego dworu, dwójka przyjaciół, nie czekając już dłużej, pobiegła szaleńczo przez niebezpieczny 
obszar. 

Głęboko w lesie Black zatrzymał się. 
– Myślę, że możemy się stąd deportować. 
W następnej chwili zniknęli. 
*** 
– Dlaczego jutro? – To było pytanie, które natychmiast pojawiło się w głowie Harry’ego. W następnej 

chwili zrozumiał, że wypowiedział je na głos. 

–  Och,  panie  Potter,  co  za  głupie  pytanie…  No,  no,  nie  pamiętasz  o  swoich  urodzinach?  Jakie  to 

dziwne… Wydawało mi się, że urodziny są bardzo ważne w życiu dziecka… – zadrwił Voldemort. 

Harry  przełknął  ślinę.  Jego  urodziny?  To  znaczyło,  że  byli  w  niewoli  od  dwóch  tygodni.  Voldemort 

opuścił ich zaraz po swoim oświadczeniu  i  Harry zastanawiał  się chwilę nad swoimi  urodzinami. Zawsze 
czekał na ten dzień… Prezenty od przyjaciół, listy, ciastka, jakie w ciągu ostatnich czterech lat otrzymywał. 
Och,  to  były  piękne  wydarzenia…  I  teraz  miał…  Nie,  o  Boże,  miał…  To  nie  mogła  być  prawda.  To  po 
prostu nie mogła być prawda. Nie. Został jeden dzień… Tylko jeden dzień by żyć, by myśleć, by kochać, by 
istnieć.  Ta  myśl  przeraziła  go  i  nagle  poczuł,  jak  jego  umysł  przepełniają  potworne,  przerażające  wizje. 
Umrze. Umrze. Umrze. Nie. Tylko… nie. Dlaczego? Nie, nie chciał umierać, nie był gotowy, rozpaczliwie 
chciał żyć… I to nie tylko ten jeden dzień. Ale… Nie było już więcej czasu. Tylko jeden dzień. Nic więcej, 
nic więcej. 

background image

Kiedy Snape rozpoznał wzrastającą panikę chłopca, współczucie przezwyciężyło jego własny strach, za 

co  był  wdzięczny.  Musiał  pocieszyć  przerażonego  chłopaka.  Natychmiast  po  wyjściu  Największego 
Bydlaka,  walcząc  ze  straszliwym  bólem,  zacisnął  zęby  i  położył  rękę  na  ramieniu  Harry’ego.  Oddech 
chłopca był zbyt szybki, dygotał, jego oczy były puste i nieobecne. Atak paniki. To znaczyło, że nie można 
było sensu go przekonywać. Argumenty nie dotarłyby do spanikowanego umysłu. Tylko proste słowa i silne 
uczucia mogły mu pomóc wyjść z tego stanu. 

– Harry, przysuń się bliżej – głos profesora był słaby i ochrypły. Harry jednak nie zareagował. – Harry! – 

powiedział  głośniej,  ale  bez  rezultatów.  Snape  westchnął  z  irytacją.  Nie  zważając  na  okropny  ból  rąk 
przygarnął  chłopca  do  siebie  i  objął  jego  chude  ciało.  Oczy  Harry’ego  przypominały  ślepia  złapanego  w 
pułapkę zwierzęcia: rozszerzone źrenice, pusty wzrok, wszystkie mięśnie napięte i gotowe do ucieczki, do 
walki… Snape znał to uczucie: myśli kręcące się po nieskończonym kręgu, wciąż po tych samych słowach i 
uczuciach,  dławienie  w  gardle,  całkowita  niezdolność  do  normalnego  oddychania,  całkowity  brak 
samokontroli, desperacka chęć, by krzyczeć… 

Tak,  tylko  wyjątkowo  silny  fizyczny  lub  emocjonalny  bodziec  mógł  wytrącić  spanikowaną  osobę  z 

takiego stanu. Walcząc z własnymi łzami zacieśnił bardziej swój uścisk i zaczął nucić uspokajające słowa 
jak kołysankę. 

–  W  porządku  Harry,  uspokój  się,  jestem  tutaj,  dziecko…  –  wyszeptał  i  z  zaskoczeniem  zauważył,  że 

jeszcze nigdy dotąd nie użył słowa „dziecko” w takim znaczeniu. Przez chwilę nie był w stanie powiedzieć 
słowa,  ale  opanował  się,  bo  Harry  zaczął  się  wyrywać.  Chłopak  walczył  z  obejmującymi  go  ramionami, 
starał  się  uwolnić,  ale  Snape  był  silniejszy,  mimo  słabości  wywołanej  głodem  i  fizycznymi  obrażeniami. 
Chwycił go mocniej i przytulił do piersi. 

Minęły długie minuty, zanim chłopak zaczął słabnąć. Tempo jego oddechu zwolniło i w końcu jego ręce 

opadły bezsilnie. Tylko patrzył w mrok bez słowa. Potem odwrócił się do profesora, objął go, oparł głowę 
na jego ramieniu i zaczął cicho płakać. 

Snape westchnął. Najwyższy czas. Poranione ręce pulsowały tak boleśnie, że by nie był w stanie zmagać 

się dłużej z chłopcem. 

– Nie chcę umrzeć… – powiedział Harry i ścisnął Snape’a tak mocno, że ten ledwo mógł oddychać.  – 

Nie jutro… Chcę więcej czasu… 

Nie istniała dobra odpowiedź na te słowa. Po chwili Snape uprzytomnił sobie, że zaczął kołysać płaczące 

dziecko. Dobra odpowiedź… Czy mogło nią być: „Uspokój się i zaakceptuj swój los”? A może raczej: „Nie 
martw się, jestem z tobą”? Jak uważał chłopiec? 

– To za krótko… – wymamrotał zbolały Harry. – Piętnaście lat… 
„Miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt; a większość z nich to 

trud i marność: bo szybko mijają, my zaś odlatujemy.” Snape nie wiedział, gdzie usłyszał to zdanie, to było 
dawno  temu,  ale  czuł,  że  pasuje  idealnie  do  sytuacji.  Przez  chwilę  chciał  powiedzieć  chłopcu,  że  nawet 
trzydzieści siedem to było za mało, że nawet on uważał się za zbyt młodego by umrzeć, ale udało mu się to 
przemilczeć. Trzydzieści siedem to było dużo w porównaniu z piętnastoma, nie wspominając o tym, że ta 
uwaga  nie  pocieszyłaby  bezinteresownego  chłopca,  raczej  tylko  by  zwiększyła  jego  cierpienie.  Snape 
doskonale pamiętał poczucie winy i obrzydzenie do siebie, jakie Harry czuł. Nie chciał się z nim zmierzyć. 

A więc został im tylko jeden dzień, by przygotować się na  śmierć. Nie mieli możliwości ucieczki, byli 

zbyt słabi i wyczerpani, nie mieli żadnej różdżki i byli sami: dwóch przeciwko setkom. Co powinien zrobić 
w takich okolicznościach? Och, znowu to znajome pytanie… 

–  Hm…  Harry  –  odchrząknął  i  odczekał,  aż  Harry  spojrzy  na  niego.  –  Chciałem  cię  przeprosić  – 

westchnął. – Nie powinienem był na ciebie krzyczeć… 

Nie był to może najlepszy początek, ale tylko tyle zdołał powiedzieć. 
– Nie musi pan – odrzekł Harry cicho. 
– Severus – powiedział Snape. Wzrok Harry’ego wyrażał zakłopotanie, ale potem przytaknął. 

background image

– Nie musisz, Severusie. – Snape zauważył ból w oczach chłopca. – Nie powinienem cię denerwować… 

Powinienem wiedzieć, że ten temat cię rozdrażni. Miał pan prawo być na mnie zły. 

– Harry, Syriusz nie jest może moją ulubioną osobą, ale ty go kochasz i masz prawo go bronić. Z drugiej 

strony nikt, naprawdę nikt, nie zasługuje na gnicie w Azkabanie, nawet Black, cokolwiek zrobił. 

Harry puścił profesora i oparł się o ścianę. 
– Myślę, że umarłbym tam w ciągu jednego dnia – wzdrygnął się. 
– Słyszałem, że dementorzy mają na ciebie silny wpływ… – To było bardziej pytanie niż uwaga. 
– Tak. – Wzrok Harry’ego znowu rozmył się i Snape skarcił się w myślach za tę nieumyślnie zrobioną 

przykrość,  ale  Harry  dokończył:  –  Kiedy  podchodzą  bliżej,  słyszę,  moich  umierających  rodziców  i 
Voldemorta… 

– Nikt mi nie powiedział… 
–  Nie  chciałem,  aby  ktokolwiek  wiedział.  Dumbledore  oczywiście  wie,  powiedziałem  mu.  I 

powiedziałem profesorowi Lupinowi, a on zaproponował mi pomoc. 

–  Zaklęcie  Patronus  –  przytaknął  Snape.  –  Widziałem  twojego  Patronusa  na  meczu  Quidditcha,  gdy 

Draco…  –  nagle  zamilkł.  –  I  ja…  Ja…  –  Zabrzmiało  to  jak  głupi  bełkot,  więc  dokończył.  –  I  myślę,  że 
widziałem tego samego Patronusa nad brzegiem jeziora rok temu, kiedy dementor chciał złożyć pocałunek 
na tobie i Blacku… 

– To był mój Patronus… – przerwał mu Harry, uśmiechając się lekko. 
–  Ale…  jak?  Widziałem,  jak  leżysz  na  trawie  i  jeden  z  dementorów  próbuje  cię  pocałować.  –  Snape 

wzdrygnął się na to wspomnienie. Widok dementorów dookoła tej trójki: dwojga dzieci i Blacka… A on, 
zaprzysiężony protektor Harry’ego był bezradny… Tak, wtedy również był bezradny… 

– Widział to pan …? – zapytał Harry słabym głosem. – Ale wtedy… dlaczego nam pan nie pomógł? – 

Twarz chłopaka zachmurzyła się. – Aż tak bardzo mnie pan nienawidził? Czy tak bardzo nienawidził pan 
Syriusza? – Potrząsnął głową. – Nie wierzę w to… Nie, proszę, proszę powiedzieć, że to nieprawda! 

Mistrz Eliksirów opuścił głowę, na jego twarzy pojawił się bolesny wyraz. 
–  Nie.  Nienawidziłem  was  obu,  ale…  Przysiągłem  twojej  matce  i…  Był  inny  powód  –  westchnął  i 

spojrzał Harry’emu w oczy. – Harry, widzisz… Jeżeli spędzisz więcej niż jeden dzień w Azkabanie, nigdy 
nie będziesz w stanie wytworzyć Patronusa. Starałem się wtedy… Ale byłem kompletnie przerażony i… Nie 
miałem  żadnych  miłych  wspomnień,  by  wytworzyć  tego  cholernego  Patronusa.  Żadnych…  Zamarłem  i 
widziałem  Quietusa  stojącego  w  kręgu,  cierpiącego  i  potem  umierającego…  Nie  mogłem  też  podejść… 
Starałem się… 

– Och, ja… Przepraszam… Ja tylko… Nie wiedziałem… – wyjąkał Harry. – Więc to dlatego Syriusz nie 

mógł uciec, ani walczyć z nimi… 

– Tak – odpowiedział Snape. – Ale powiedziałeś, że to twój Patronus odpędził dementorów. 
Widząc zaintrygowany wzrok Snape’a, Harry opowiedział mu całą historię ze zmieniaczem czasu. 
–  Byłeś  wyjątkowo  wściekły  w  skrzydle  szpitalnym…  I  to  było  takie…  zabawne,  wiedzieć,  że  miałeś 

rację… I byłem naprawdę wstrząśnięty, że nie chciałeś, by nas wyrzucono. 

– Hm… ja… uhm… Starałem się, by was wtedy wyrzucono, tylko… Albus mnie uspokoił. – Snape był 

trochę zawstydzony. 

–  Jak  cię  uspokoił?  –  Harry  widział  po  zachowaniu  Snape’a,  że  to  musiało  być  coś  naprawdę 

nieprzyjemnego, ale jego ciekawość nie pozwoliła mu porzucić tematu. 

–  Cóż,  jeżeli  bardzo  nalegasz,  to  ci  powiem.  –  Tak,  Snape  naprawdę  się  zawstydził.  –  Powiedział,  że 

mogę  zrobić,  co  zechcę.  Wyrzucić  cię  ze  szkoły,  ale  w  tym  przypadku  musiałbym  się  przeprowadzić  na 
Privet Drive zamiast pani Figg, by cię chronić… 

–  …z  kotami?  –  Harry  nie  mógł  się  powstrzymać  i  zachichotał.  Prawie  zapomniał  o  oświadczeniu 

Voldemorta, kiedy tak wyobrażał sobie Snape’a w domu pani Figg pomiędzy kotami, robiącego herbatę i 
podającego ciasteczka, noszącego mugolskie ubranie, oczywiście… Nic dziwnego, że Snape nie wybrał tej 
opcji. 

background image

Profesor jednak zdecydował się zignorować uwagę Harry’ego. 
–  …albo  nie  wyrzucić  i  mógłbym  zostać  w  Hogwarcie.  Chociaż  podkreślił,  że  w  zasadzie  nie  mam 

wyboru. Nie chciał, żebym opuszczał szkołę… 

– Dlaczego? – Harry był naprawdę ciekawy. 
–  Ponieważ  uważał,  że  jestem  jedyną  odpowiednią  wśród  nauczycieli  osobą  by  być  Opiekunem 

Slytherinu. I muszę się z nim zgodzić. Nie jestem Śmierciożercą, czy sekretnym zwolennikiem Voldemorta, 
ale jestem prawdziwym Ślizgonem, więc rodzice mi wierzą… Nie, to nie do końca tak, spróbuję inaczej. – 
Zamknął  oczy  i  zastanowił  się.  –  Część  rodziców  ufa  mi  z  powodu  Dumbledore’a,  a  reszta  z  powodu 
Voldemorta. Rozumiesz? 

–  Chyba  tak.  Dzieci  Śmierciożerców  i  ich  rodzice  myślą,  że  jesteś  zwolennikiem  Voldemorta,  więc  ci 

ufają.  Pozostali  ufają  mądrości  Dumbledore’a  w  wyborze  dobrych  nauczycieli…  Chociaż  popełnił  kilka 
pomyłek…  Quirrell  czy  Lockhart…  Fałszywy  Moody…  I…  –  przerwał  na  moment.  –  Powiedziałeś,  że 
nadal byłeś lojalnym Śmierciożercą, gdy zacząłeś uczyć w szkole… 

Snape przytaknął. 
–  Masz  rację.  Albus  jest  tylko  człowiekiem,  jak  my  wszyscy.  I  chociaż  na  ogół  jest  mądrzejszy  i 

silniejszy niż my, popełnia pomyłki. Ale… W moim przypadku to nie była pomyłka. Wiedział dokładnie, 
kim byłem, gdy pozwolił mi uczyć w Hogwarcie. 

– Ale… czemu? 
– Często się nad tym zastanawiałem. Teraz myślę, że wiem. Ale to długa historia, Harry i nie wiem, od 

czego zacząć… – Snape’a wbił nieobecne spojrzenie w ciemny kąt celi. – To zaczęło się chyba od pomysłu 
Quietusa, który za wszelką cenę chciał mnie uwolnić od Voldemorta, zanim popełnię zbyt wiele grzechów, 
by było mi wybaczone. On… On nie wiedział, że w tym czasie już nie byłem niewinny… Ani trochę… – Po 
raz pierwszy podczas ich wspólnej niewoli Harry dostrzegł wyraźne emocje na twarzy mężczyzny i zadrżał 
od bólu, jaki poczuł we własnej piersi. Czasami on również żałował swoich uczynków, chciał cofnął czas i 
zmienić historię, usunąć wszystkie konsekwencje swoich czynów… Raz śniło mu się, że zabił Rona. To był 
w  zasadzie  wypadek,  ale  mimo  wszystko  go  zabił,  wypychając  przez  okno  dormitorium.  W  tym  śnie  był 
wściekły na Rona: śnił to, kiedy Ron opuścił go na początku Turnieju Trójmagicznego. Obudził się wtedy i 
przez  długą  chwilę  był  pewien,  że  sen  był  rzeczywistością.  Te  chwile  –  chwile  czystej  złości  i  silne 
pragnienie,  by  zmienić  czas…  Zadrżał.  A  teraz  Snape  siedział  tu  świadomy  swojej  przeszłości,  błędów, 
czynów, które z pewnością dręczyły go od lat, nawet w tej chwili, kilka godzin przed ich egzekucją. 

Najwyraźniej  Snape  zagubił  się  w  swoich  myślach,  bo  nic  nie  mówił,  tylko  patrzył  się  w  ciemność 

zamglonym wzrokiem. Harry odchrząknął i profesor ocknął się z zamyślenia. 

– Tak? 
–  Opowieść,  Severusie.  –  Nadal  dziwnie  było  nazywać  go  po  imieniu,  ale  się  przełamał.  –  Zacząłeś 

opowiadać mi historię o… 

– Och, pamiętam – uśmiechnął się Mistrz Eliksirów, ale nadal był pod wpływem poprzednich myśli.  – 

Quietus… Pomyślał, że jeśli będę pracował w Hogwarcie, to Voldemort użyje mnie jako szpiega i nie będę 
zmuszony brać udziału w typowych zajęciach Śmierciożerców… Więc  przekonał  Dumbledore’a, by mnie 
zatrudnił.  Quietus  powiedział  mu,  że  jeżeli  mnie  zatrudni  w  szkole,  to  Voldemort  wykorzysta  mnie  jako 
szpiega.  Albus  wiedział,  że  Voldemort  znajdzie  sposób,  by  mieć  lojalnego  sługę  w  ich  organizacji  i 
pomyślał, że jeżeli ja będę tą osobą, to przynajmniej będzie dokładnie wiedział, gdzie jest przeciek. W tym 
czasie  nie  wiedziałem,  oczywiście,  że  Dumbledore  wiedział,  iż  jestem  Śmierciożercą.  To  było  pierwszą 
rzeczą, jaką powiedział mu Quietus. 

– Nie mogę tego zrozumieć! – przerwał mu Harry. – Jak Dumbledore mógł ci zaufać i powierzyć opiekę 

nad dziećmi? 

Niespodziewanie Snape uśmiechnął się. 
– Och, to bardzo proste, panie Potter. Jak już powiedziałem, wiedział, że byłem szpiegiem. Szpieg musi 

być  wyjątkowo  ostrożny,  by  nie  dać  się  odkryć.  Nie  mogłem  nic  zrobić  dzieciom,  by  nie  poddawać  w 

background image

wątpliwość  swojej  lojalności.  Dumbledore  nawet  czuł,  że  staram  się  uzyskać  jego  zaufanie,  a  miałem 
utrudnione zadanie, jako były Ślizgon z pociągiem do czarnej magii. Więc był pewny, że nie zrobię nic, by 
się  zdradzić.  I  miał  rację.  Cieszyłem  się  tym  rokiem…  Cieszyłem  się  tak  bardzo,  jakbym  był  naprawdę 
wolny. To była mała wysepka spokoju na wojnie dopóki…  – Zacisnął pięści i krzyknął  głośno z powodu 
ostrego bólu. Musiał głęboko odetchnąć, zanim mógł dokończyć. – Dopóki nie zginął Quietus. 

– Wtedy stałeś się podwójnym agentem, prawda? – zapytał ostrożnie Harry. 
– Tak. I przekonałem Voldemorta, że Dumbledore mi ufa, więc uczestniczyłem w tak wielu akcjach, na 

ile  pozwalała  mi  moja  praca.  W  międzyczasie  przekazywałem  sfabrykowane  wiadomości  Dumbledore’a 
Voldemortowi, z których część była prawdziwa… 

– Ale dlaczego zdecydowałeś się uczestniczyć w tych akcjach? 
–  Po  pierwsze:  by  być  dobrym  szpiegiem  powinienem  spędzać  więcej  czasu  z  Voldemortem  i  stać  się 

jego  zaufanym  sługą.  Po  drugie:  nie  mogłem  powiedzieć  wszystkiego,  co  wiedziałem,  Dumbledore’owi, 
jeżeli  nie  chciałem,  by  mnie  odkryto.  W  zamian  szedłem  z  innymi  na  akcje  i  starałem  się  ocalić 
przynajmniej część ich ofiar. W tamtym czasie wymyśliłem wiele użytecznych eliksirów, takich jak Eliksir 
Żywej Śmierci i wiele rodzajów eliksirów znieczulających i przeciwbólowych. Zazwyczaj udawało mi się 
już potem nie zabijać, ale byłem zmuszony wielokrotnie użyć Cruciatus i nienawidziłem się za to. W tym 
czasie  stałem  się  jednym  z  najbardziej  zaufanych  sług  Voldemorta.  Uważano  mnie  za  bezwzględnego  i 
bezlitosnego, ale szalonego, ponieważ nie chciałem nikogo zabijać. Voldemort uważał, że było to z powodu 
śmierci Quietusa i był zły na mojego ojca. To był jego pomysł, bym patrzył na śmierć brata. Tak, Potter, to 
był pomysł mojego ojca, nie Voldemorta… Więc on mi wierzył… 

–  Więc  dlaczego…  nie  dlaczego…  Jak  Voldemort  zaufał  ci  ponownie,  kiedy  wróciłeś  do  niego  po 

piętnastu latach? Nie wiedział, że Dumbledore poręczył za ciebie, jako za szpiega jasnej strony? 

–  Harry,  jak  ci  powiedziałem,  byłem  podwójnym  agentem  i  obaj  o  tym  wiedzieli.  Obaj  –  Voldemort  i 

Dumbledore. Istotą rzeczy była tylko moja lojalność. Byłem szczery z Dumbledore’em i przekazywałem mu 
wszystkie informacje, zarówno prawdziwe i fałszywe. 

– Fałszywe…? 
– Tak, nie tylko Dumbledore tworzył fałszywe informacje, by wyprowadzić wroga w pole. Voldemort też 

to  robił.  Różnica  była  taka,  że  ja  nigdy  nie  mówiłem  Voldemortowi  prawdziwych,  tylko  te  fałszywe,  ale 
Albusowi  mówiłem  jedne  i  drugie,  i  pozwalałem  mu  działać  jak  uważał  za  stosowne.  I  jak  mówiłem, 
miałem inne sposoby by pomagać jasnej stronie. 

–  Rozumiem  –  przytaknął  Harry.  –  Ale…  To  musiało  być  bardzo,  bardzo  trudne.  Zawsze  musiałeś 

rozważać i decydować o wielu rzeczach równocześnie. Zawsze musiałeś być czujny, uważać na swoje słowa 
i czyny. 

– To nie było łatwe, ani trochę… 
– W takim razie jest jeszcze tylko jedna rzecz, której nie rozumiem. 
–  Tylko  jedna?  Potter,  wygląda  na  to,  że  jesteś  dużo  inteligentniejszy  niż  się  spodziewałem.  –  Snape 

uśmiechnął się ironicznie. 

Harry zaczerwienił się i wzruszył ramionami, ale dokończył. 
– Dlaczego Voldemort podejrzewał, że ty jesteś przeciekiem? 
– Mogą być dwa powody. Po pierwsze, podwójny agent nigdy nie jest do końca wiarygodny. Po drugie, 

może pamiętasz wydarzenia w twojej pierwszej klasie i moją w nich rolę. 

– Tak – przytaknął Harry. – Uratowałeś mi życie i groziłeś Quirrellowi, że… 
– Groziłem? Skąd o tym wiesz? 
– W Zakazanym Lesie… Ja… Szedłem za tobą, kiedy ty… 
– Niewiarygodne. – Snape potrząsnął głową z rozbawieniem. – Podejrzewałem, że robisz wiele rzeczy, 

których ci nie wolno, ale wygląda na to, że nie doceniłem twojego talentu do wtykania nosa w cudze sprawy 
i łamania szkolnych zasad. Więc byłeś również tam… Czy były jakieś inne… okazje, gdy ty… 

Harry przytaknął nieśmiale. 

background image

– Ehm… tak. To było w tym samym roku, kiedy szukałem książki w dziale ksiąg zakazanych… 
– W nocy podejrzewam… 
– Oczywiście. I księga wrzasnęła… – Harry parsknął śmiechem. – Przyszedłeś z Filchem, a ja uciekłem 

wam  i  wtedy  również  znalazłem  Zwierciadło  Ain  Eingarp.  Po  tym  spędziłem  kilka  nocy  siedząc  przed 
zwierciadłem, dopóki Dumbledore nie znalazł mnie i nie poprosił, żebym już nie marnował na to czasu… 

– Czy wyjaśnił ci jak działało zwierciadło? 
– Tak. To było bardzo przydatne, kiedy musiałem zmierzyć się z Quirrellem… 
– Nie musiałeś, Potter. Powinieneś był wezwać kogoś dorosłego, by… 
– Starałem się. Powiedzieliśmy McGonagall, że… ktoś chce ukraść kamień, ale ona bardzo się zirytowała 

i  wyrzuciła  nas  za  drzwi.  –  Harry  poruszył  się  niespokojnie.  –  Właściwie  myśleliśmy,  że  to  ty  chciałeś 
zdobyć  kamień…  Byłem  o  tym  przekonany  aż  do  chwili,  gdy  znalazłem  Quirrella  przed  zwierciadłem… 
Nieważne  –  oświadczył  wreszcie.  –  To  nie  było  aż  tak  przerażające,  jak  w  drugiej  klasie,  w  Komnacie 
Tajemnic. 

– Dlaczego? – zapytał Snape. 
– Bo w pierwszej klasie nie ryzykowałem niczyjego życia. Ale w komnacie była również Ginny… 
– Och, kolejny przypadek, kiedy działałeś bez pomocy dorosłych! 
– Nie, ja… ja poprosiłem dorosłego o pomoc! – wykrzyknął Harry. 
– Kogo? – Snape uniósł brew. 
– Eee… – Harry zaczerwienił się. – Poszliśmy do profesora Lockharta… 
– Zapytałem, panie Potter, czemu nie poszliście po pomoc do dorosłego? – zapytał Snape z udawanym 

gniewem. – Od kiedy ten idiota jest uważany za dorosłego? 

Harry uśmiechnął się szeroko. 
– Czy pamiętasz Klub Pojedynków? 
– Oczywiście – odpowiedział Snape. – Dlaczego pytasz? 
–  To  było  po  prostu…  piękne,  jak  go  rozbroiłeś!  To  było  super!  Nawet  Ron  uważał,  że  to  było 

zabawne… 

–  Ale  potem  starałem  się  przestraszyć  cię  tym  idiotycznym  Serpensortia…  –  Na  twarzy  Snape’a 

malowało się poczucie winy. – Byłem takim głupcem… 

– W porządku, pro… Severusie. Ginny by umarła, gdybym nie wiedział, że jestem wężousty… 
– Och, kolejne co by było, gdyby! – powiedział Snape z sarkazmem. – Nigdy nie wiesz, co by się stało. 

Nigdy. Może… 

– Nie, proszę pana. Są pewne rzeczy, które możemy wiedzieć… Szczególnie kiedy zostaliśmy wcześniej 

ostrzeżeni. To była moja wina, że Voldemort znowu odzyskał siłę i… 

– Harry! – krzyknął Snape gniewnie. – Jeżeli myślisz o wydarzeniach z Turnieju Trójmagicznego, to… – 

zaczął, ale Harry mu przerwał. 

– Nie. Mówię o wydarzeniach z Wrzeszczącej Chaty, po tym jak ciebie ogłuszyliśmy. Wtedy była szansa, 

by  zlikwidować  Petera  Pettigrew.  Syriusz  i  profesor  Lupin  chcieli  go  zabić  w  zemście  za  śmierć  moich 
rodziców, ale ja nalegałem by darować mu życie… Więc uciekł i to właśnie on pomógł Voldemortowi… 

Harry zamknął oczy, czując, że wszystkie siły go opuszczają. Gdyby mógł cofnąć czas… Snape położył 

rękę na jego ramieniu. 

– Harry – powiedział miękkim, spokojnym głosem. – Już rozmawialiśmy o tym i o ważności intencji… 
Harry opuścił głowę. 
– Ale jeżeli zostałeś ostrzeżony co się stanie, twoja odpowiedzialność jest dużo większa. Czyż nie? 
– Ty – ostrzeżony? To śmieszne Potter. – Snape zirytował się, ale Harry nie pozwolił sobie przeszkodzić. 
– Tak, zostałem ostrzeżony, chociaż nie wiedziałem, że to ostrzeżenie. Ale tam, we Wrzeszczącej Chacie, 

powinienem był zrozumieć. Ale nie, ja nie myślałem tylko działałem i ten cholerny dupek uciekł… 

– Kto cię ostrzegał? – Snape nie zamierzał porzucać tego tematu. 

background image

–  Profesor  Trelawney.  –  Harry  zaczerwienił  się  i  kiedy  zobaczył  twarz  profesora  szybko  dodał:  – 

Dumbledore zgodził się później ze mną, kiedy powiedziałem mu o jej przepowiedni. 

–  Kiedy  ona  to…  przepowiedziała?  –  zapytał  profesor  z  niesmakiem.  Miał  taki  sam  wyraz  twarzy  jak 

profesor McGonagall, kiedy wspominała o nauczycielce Wróżbiarstwa. 

– Na egzaminie, tego samego dnia. Kiedy poszedłem na egzamin, byliśmy sami w klasie. Nagle wpadła 

w trans i zaczęła mówić dziwnym głosem. Powiedziała, że sługa Czarnego Pana uwolni się i z jego pomocą 
Voldemort stanie się silniejszy i bardziej przerażający niż kiedykolwiek. – Harry wzdrygnął się. – To było 
naprawdę… straszne. 

– Dziwne… 
Harry zauważył, że profesor myślał znowu o przeszłości. Był tego pewien: w takich momentach wyraz 

twarzy Snape’a stawał się odległy i zamknięty – zawsze w ten sam sposób. 

– Więc opowiedziałem to Dumbledore’owi i on odparł, że to była jej druga prawdziwa przepowiednia i 

może powinien dać jej podwyżkę… 

Profesor natychmiast ocknął się z zamyślenia. 
– Druga? Czy powiedziałeś druga
– Co…? – Harry nie rozumiał, o co chodziło Snape’owi. 
– Co Dumbledore ci powiedział? 
–  Powiedział,  że  to  była  jej  druga  prawdziwa  przepowiednia.  –  Harry  podniósł  wzrok  na  Snape’a  i 

przyglądał się jego twarzy. Widział na niej przeróżne emocje: szok, zdziwienie, niedowierzanie i wreszcie 
gniew. Ale jaki gniew… 

Harry  wielokrotnie  widział  swojego  profesora  złego  –  w  rzeczywistości  zawsze  wyglądał,  jakby  był 

zirytowany – i uważał się za eksperta od uczuć tego kłótliwego człowieka, ale ten wybuch gniewu, był tak 
intensywny,  że  Harry  z  pewnością  czegoś  takiego  u  Snape’a  jeszcze  nie  widział.  Jego  twarz  stała  się  tak 
mroczna,  jak  u  Czarnego  Pana  (albo  Dumbledore’a,  kiedy  pokonał  Barty’ego  Croucha),  a  czarne  oczy 
zamieniły się w lodowate ostrza – jak skalpel Avery’ego – i Harry zadrżał na tę myśl. 

–  Więc  przez  ten  cały  czas  wiedział…  –  wysyczał  Snape  z  wściekłością.  –  Wiedział.  I  nigdy  mi  nie 

powiedział. Nigdy

*** 
– Raz… dwa… trzy… Teraz! – wyszeptał Fletcher i wykrzyknęli równocześnie: – Drętwota! 
Nott  przeleciał  przez  pokój  i  uderzył  w  regał  z  książkami  na  przeciwległej  ścianie,  a  potem  upadł  na 

podłogę. 

– Dobrze… – powiedziała Figg. – Mun, Zaklęcie Śledzące! Szybko! 
Fletcher  przytaknął  i  machnął  różdżką  wypowiadając  zaklęcie.  W  międzyczasie  Figg  podwinęła  lewy 

rękaw  Notta,  by  sprawdzić  ich  podejrzenia…  Przez  dwa  dni  śledzili  mężczyznę,  ale  zachowywał  się  bez 
zarzutów:  idealny  pracownik,  ojciec,  małżonek.  Grał  nawet  lepiej  niż  Malfoy.  Tak  dobrze,  że  Fletcher 
zaczął  wątpić  w  jego  lojalność.  Ale  jednak.  Informacje  Albusa  okazały  się  prawdziwe.  Na  lewym 
przedramieniu mężczyzny zobaczyła czaszkę i węża, kopię Mrocznego Znaku, symbol Voldemorta. 

– To odrażające… – Fletcher zmarszczył brwi. – Niedobrze mi. Mamy szczęście, Ari, że Albusowi nigdy 

nie  przyszło  do  głowy  nas  tatuować.  Nikt  by  dla  niego  nie  pracował…  –  wymamrotał  i  odwrócił  się  do 
nieprzytomnego  mężczyzny.  –  Serum,  Ari…  –  wyciągnął  rękę.  Figg  podała  mu  małą  butelkę.  Klarowny 
płyn zakołysał się, błyszcząc w świetle. – Kto go zrobił? 

– Snape… – Figg wypluła to nazwisko. 
– No nie… Czemu wcześniej tego nie sprawdziłaś? Nie ufam temu draniowi! – odparł gniewnie. 
– Albus dał mi to do ręki. Co miałam zrobić? Rzucić mu to w twarz? On ufa Snape’owi, wiesz o tym. 
– A ja nie… – Fletcher uśmiechnął się krzywo. – Teraz nie mamy innego wyjścia, musimy użyć tego. – 

Odkorkował buteleczkę szybkim ruchem i wlał jej zawartość do ust Notta. 

– Enervate – westchnęła Figg. 
Śmierciożerca otworzył oczy. Fletcher skinął na Figg. Jej zadaniem było przesłuchanie mężczyzny. 

background image

– Jak się nazywasz? – To było tradycyjnie pierwsze pytanie. 
– Angrius Nott. 
– Czy jesteś Śmierciożercą? – Figg chciała sprawdzić działanie eliksiru. 
– Tak. 
Najwyraźniej działał. 
– Czy wiesz gdzie jest Harry Potter? 
– Tak, wiem – odpowiedź była cicha, ale wyraźna. – Jest w Koszmarnym Dworze. 
– Gdzie jest ten dwór? 
– Nie znamy dokładnego położenia. Tylko Czarny Pan je zna. 
– Wygląda na to, że Albus miał rację… – wymamrotał Fletcher, a Figg przytaknęła. 
– Skoro nie znasz miejsca, to jak się tam dostajesz? 
– Mogę się tam dostać tylko wtedy, gdy Pan nas wezwie. Aportujemy się na jego rozkaz. 
– Niedobrze… – Twarz Fletchera spochmurniała. – Nie chcę się aportować tuż przed Vol… nim. 
Figg zignorowała go i kontynuowała. 
– Jak często was wzywa? 
– Zazwyczaj dwa razy w tygodniu. 
– Wszystkich w tym samym czasie? 
– Nie. 
Figg westchnęła. 
– Kiedy ostatnio zostałeś wezwany? 
– Dwa dni temu. 
– Co wtedy robiliście? 
– Torturowaliśmy zdrajcę. 
Ups. To była niespodziewana odpowiedź. 
– Kto jest zdrajcą? 
– Snape. – Obrzydzenie było wyczuwalne w głosie Notta. – On zdradził Pana. 
– Jak? 
– Chciał go zaatakować, by uratować Pottera. 
Fletcher zamrugał oszołomiony. Może eliksir był wadliwy…? 
–  Czy  Potter  nadal  żyje?  –  Figg  starała  się  skoncentrować  na  przesłuchaniu.  Przez  chwilę  stanęła  jej 

przed oczami twarz Harry’ego… Nie. Miała teraz inne rzeczy do zrobienia. 

– Tak, ale Pan już wyznaczył datę jego egzekucji. 
– Naprawdę..? – Nie. To było głupie pytanie. – Kiedy? – To było właściwe. 
– Jutro wieczorem. 
– Nie mamy już czasu, Ari – wyszeptał przerażony Fletcher. 
– Cisza, Mun – warknęła Figg i zwróciła się ponownie do Śmierciożercy. 
– Dlaczego wybrał tę datę? 
– Jutro są urodziny Pottera i chce wykonać zaklęcie związane z tym dniem, by posiąść siłę chłopaka. 
– Ari, to musi być Zaklęcie Pierworodnych… – wymamrotał Fletcher. Jego twarz nabrała nagle szarego 

koloru. – To jest jedno z najsilniejszych zaklęć zabijających, o Boże… 

– Cicho, Mun! – wrzasnęła Figg niecierpliwie i ciągnęła dalej. – Czy będziesz tam, Nott? 
–  Tak,  cały  wewnętrzny  krąg  tam  będzie.  To  będzie  wielka  uroczystość  na  cześć  naszego  pierwszego 

zwycięstwa w zbliżającej się wojnie! 

Figg opuściła swoją różdżkę i nieprzytomny Nott upadł z powrotem na podłogę. 
– Mun, musimy zabrać go do Albusa. Natychmiast. 

background image

12. ZAGADKA ROZWIĄZANA 

– Severus… Severusie, co się stało? – Harry zaryzykował pytanie, kiedy gniew Mistrza Eliksirów zelżał. 

– Czy coś się stało… złego? 

Nie  było  odpowiedzi.  Gniew  zastąpiło  głębokie  otępienie.  Snape  tylko  wpatrywał  się  w  ciemność, 

czasami kręcił głową, ale nie reagował na słowa Harry’ego, i chyba nawet zapomniał o jego obecności. 

Działo  się  coś  złego.  Coś  bardzo  złego.  Chłopak  zaczął  czuć  niepokój.  Złapał  profesora  za  ramię  i 

potrząsnął nim, bez skutku. 

– Profesorze! Severusie! – zawołał  głośno. Nic. Niepokój przerodził się w panikę. Harry wstał i  stanął 

twarzą  w  twarz  z  odrętwiałym  mężczyzną,  po  czym  przyklęknął.  Teraz  jego  oczy  patrzyły  wprost  na 
Harry’ego, ale widział w nich kompletną pustkę. To było takie przerażające… Usłyszał jak Snape mamrocze 
coś pod nosem, nie był jednak w stanie zrozumieć słów. 

Harry położył rękę na ramieniu profesora i przybliżył się. 
– Profesorze, proszę, proszę, powiedz coś… Mogę jakoś pomóc? 
Po  kilku  długich  minutach  Severus  powoli  zaczął  wracać  do  siebie,  ale  strząsnął  rękę  Harry’ego  ze 

swojego ramienia i ukrył twarz w drżących dłoniach. Harry zauważył, że mężczyzna cały się trząsł. To było 
straszniejsze  niż  wcześniejsze  otępienie.  To  było  przerażające.  Nauczyciel  był  zwykle  taki  silny  i 
opanowany,  a  teraz  się  załamał.  Był  tak  rozbity  emocjonalnie,  jak  często  on  bywał  w  ciągu  ostatnich 
wspólnych  dni.  Chłopak  nie  wiedział,  co  zrobić.  Westchnął  i  usiadł,  czekając  aż  mężczyzna  uspokoi  się, 
albo  chociaż odezwie. Od czasu do czasu chciał ofuknąć profesora, powiedzieć, że nie ma czasu na takie 
przedstawienia… Chwila ich egzekucji zbliżała się coraz bardziej, wraz z upływem każdej minuty i godziny. 
Ale nie śmiał. Nie, nie bał się go już. Uczucie, które go powstrzymywało, to szacunek. 

Tak, oni umierali. Oni. Nie tylko on, Harry, samotnie. I jeżeli Snape potrzebował czasu, by to zrozumieć, 

przetrawić otrzymane informacje  –  chociaż Harry  nie mógł  zrozumieć, dlaczego były one dla niego takie 
ważne – to on da mu tę możliwość. 

Zabrało  to  sporo  czasu,  może  nawet  godzinę,  ale  Snape  wreszcie  opuścił  ręce  i  podniósł  wzrok  na 

Harry’ego. 

– Harry… – zaczął, ale nie dokończył. Potem znowu: – Harry. 
– Tak, proszę pana? – Harry natychmiast skupił się na profesorze. 
–  Nie  wiem,  jak  mam  ci  to  wszystko  wyjaśnić  i  czy  w  ogóle  powinienem  to  powiedzieć…  –  To  były 

dosyć dziwne słowa. 

– Proszę pana, jeżeli pan nie chce, to nie musi pan. – Harry nerwowo przełknął ślinę. 
–  Po  pierwsze  nie  pan.  Severus.  Severus,  ponieważ…  –  głos  mężczyzny  się  załamał.  –  Ja  muszę  ci 

powiedzieć. To po prostu… bardzo trudne. 

Harry  przestraszył  się.  Snape  chciał  przyznać  mu  się  do  wszystkich  swoich  złych  czynów  i  pomyłek 

przed  śmiercią?  Czy  coś  związanego  z  przepowiednią  Trelawney?  To  wyjaśniałoby  dziwne  zachowanie 
profesora… Ale Harry nie czuł się gotowy by wysłuchać długiej i zapewne przygnębiającej opowieści przed 
swoim  własnym  końcem.  Ale  jeśli  Snape  tego  potrzebował,  w  takim  razie  go  wysłucha.  Ten  człowiek 
zasługiwał na to. Tak, zasługiwał na to, niech więc taki będzie ostatni prezent Harry’ego dla mężczyzny. 

–  Powiedziałeś,  że  Dumbledore  napomknął,  że  wspomniana  przepowiednia  była  drugą  prawdziwą 

przepowiednią starej nietoperzycy, prawda? 

Och, czyli prawdopodobnie nie dotyczyło to starych grzechach. Harry odetchnął z ulgą. 
– Tak, tak powiedział – odpowiedział uprzejmie. 
– Więc… To znaczy, że istniała pierwsza prawdziwa przepowiednia. 
– Tak. – To było cholernie logiczne. Dlaczego więc Snape tak to podkreślał? 
– Ale nigdy mi nie powiedział o pierwszej. 
– Nie wiedział też pan o drugiej. 
– Rzeczywiście. – Snape zmarszczył brwi. – Nie powiedział mi o niej. Dlaczego? 

background image

– Może uważał, że to nie twój interes. – Uch, to zabrzmiało bardzo impertynencko, ale Snape nie zwrócił 

na to uwagi. 

– Albo może przeciwnie. To był za bardzo mój interes. 
– Co masz na myśli? – Harry spojrzał na niego pytająco. 
– Staram się tylko uporządkować znane szczegóły. 
– Severus, nie rozumiem cię… – przyznał chłopak cicho. 
–  Wygląda  na  to,  że  ja  też  nie  –  zadrwił  Mistrz  Eliksirów.  –  Ale  zabawmy  się.  Powiem  ci  wszystkie 

detale, jakie znam i… Zobaczymy, co potem wymyślisz. Dobrze? 

Harry  przytaknął.  Już  zrozumiał,  czego  chciał  Snape:  przetestować  swoją  teorię  na  nim.  Był 

zaciekawiony  i  gotowy,  by  mu  pomóc.  Chociaż  nie  rozumiał,  czemu  profesor  uważał,  że  uda  mu  się 
rozwiązać zagadkę. Nigdy nie był dobry w zagadkach logicznych. Hermiona to lubiła, nie on. 

– Bardzo dobrze. Zacznijmy: po pierwsze, Dumbledore zawsze zachęcał mnie, bym poznał cię lepiej. 
– Już to mówiłeś – przypomniał sobie Harry. 
–  Wszystko,  co  teraz  zamierzam  ci  powiedzieć,  było  już  wspominane  w  ciągu  ostatnich  dni.  Jedyną 

różnicą jest porządek. Porządek znanych faktów. 

– Rozumiem… – odparł zakłopotany chłopak. 
– Po drugie: Quietus i Harold Potter byli dobrymi przyjaciółmi. Podejrzewam, że potem on i twój ojciec 

także byli w dobrych stosunkach. 

– To brzmi logicznie. Czy masz jakiś dowód? – zapytał Harry. 
– Cóż… Mam coś w rodzaju dowodu… Czy pamiętasz jak wspominałem, że Quietus spędzał wakacje u 

Potterów? 

– Tak. Chociaż wspominałeś tylko o zimowych feriach. 
– Prawda. Kiedy skończyłem szkołę, przeprowadziłem się do Londynu, pracowałem dla Instytutu Badań 

Leczniczych Eliksirów i Quietus zapytał mnie, czy mógłby zamieszkać ze mną podczas wakacji. Nie byłem 
zdziwiony,  ponieważ  ja  również  nienawidziłem  mieszkać  w  domu,  z  rodzicami.  Pozwoliłem  mu  się 
przeprowadzić do mojego domu. Ale w rzeczywistości tam nie mieszkał. Był ze mną tylko około tygodnia, 
resztę wakacji zaś spędził u Potterów. 

Harry był zaskoczony. 
– A co zrobił, kiedy skończył szkołę? 
– Tamte wakacje znowu spędził u Potterów, ale od września przeprowadziłem się do szkoły – zacząłem 

uczyć we wrześniu  – i  dyrektor pozwolił mu zostać ze mną w mojej kwaterze. Nie mieliśmy jednak zbyt 
wielu okazji do spotkań czy rozmów: on pracował dla Ministerstwa. 

– Co robił? 
– Nie wiem, ale szkołę ukończył z maksymalnymi wynikami. Nigdy o tym nie mówił. Myślę, że była to 

jakaś  nudna  praca  z  nudnymi  dokumentami…  Nic  dziwnego,  że  porzucił  tę  posadę  po  kilku  miesiącach. 
Jeżeli dobrze pamiętam, to było już po pogrzebie starych Potterów w lutym… – westchnął. – To wszystko 
stało się tak dawno temu i tamte miesiące i lata były pełne wydarzeń… Ale jeśli chodzi o Quietusa, to nie 
wiem, co potem robił. Teraz myślę, że w tamtym czasie pracował dla Dumbledore’a – może dla Zakonu… 

– Co to? – przerwał mu Harry. 
–  Zakon?  –  spytał  Snape,  a  gdy  chłopak  przytaknął,  wyjaśnił.  –  To  organizacja  Dumbledore’a.  Pełna 

nazwa  to  Zakon  Feniksa.  Założył  ją,  by  pomóc  w  walce  z  Voldemortem.  Myślę,  że  Quietus  później  tam 
pracował, ale nie jestem pewien. Nigdy go nie pytałem, nie chciałem wydać jego sekretów, w razie gdyby 
Voldemort zdecydował się przepytać mnie pod działaniem Veritaserum… 

– Ale pracowałeś wtedy dla Voldemorta! Utajniłeś przed nim takie ważne informacje? 
–  Tak,  bo  brat  zawsze  był  dla  mnie  ważniejszy  niż  Voldemort.  I  bałem  się  sprowadzić  na  niego 

niebezpieczeństwo,  więc  nigdy  nie  pozwalałem  sobie  nawet  na  zastanawianie  się  nad  jego  pracą. 
Wiedziałem,  że  tak  długo  jak  nie  zdawałem  sobie  z  tego  sprawy,  nie  miałem  czego  wyznać,  nawet  pod 
wpływem Veritaserum. 

background image

– A potem, kiedy zostałeś szpiegiem… Co byś zrobił, gdyby Voldemort zdecydował się użyć serum? 
– Rzuciłbym na siebie Obliviate. 
Harry krzyknął z przerażenia. 
– Obliviate? To gorsze niż samobójstwo! 
– W pewnym sensie, tak. A teraz wiemy, że Voldemort potrafi się przez nie przedrzeć. 
– Tak… Czarownica pracująca dla ministerstwa,  Bertha… Voldemort odzyskał  jej wspomnienia  mimo 

Obliviate. Prawda? 

Snape przytaknął i Harry zadał kolejne pytanie. 
– Czy Obliviate jest nieodwracalne? 
–  Nie,  jeżeli  będziesz  miał  wystarczająco  dużo  czasu,  by  je  pokonać.  To  tylko  zajmuje  dużo  czasu. 

Tygodnie,  może  nawet  miesiące.  Ale  jeżeli  je  złamiesz  lub  próbujesz  przyspieszyć  proces,  spowodujesz 
nieodwracalne szkody. Taka osoba staje się obłąkana i to już jest nie wyleczalne. No i muszą być spełnione 
pewne  warunki,  by  leczenie  było  skuteczne,  ale  nie  pamiętam  ich  teraz.  Ale  to  nieważne,  bo  potem 
przekonałem  się,  że  Voldemort  nigdy  nie  używał  Veritaserum,  przynajmniej  nie  przy  mnie.  Był  zbyt 
paranoiczny, by go użyć. Wierzył, że istnieje jakieś sekretne anty–serum i że może zostać oszukany. Miał 
inne sposoby na sprawdzenie lojalności. 

– Chyba nie jestem ciekawy tych sposobów… – wymamrotał Harry, ale Snape wydawał się nie słyszeć 

jego cichej uwagi. 

–  Pamiętasz  jak  rozmawialiśmy  o  mojej  działalności  jako  podwójnego  agenta?  Powiedziałem  ci,  że 

starałem  się  nikogo  nie  zabijać  po  zmianie  stron.  –  Snape  spojrzał  na  przerażonego  Harry’ego.  –  Cóż, 
starałem się, ale czasami nie miałem wyjścia, jeśli chciałem, by mi ufał. To stało się po tym jak złożyłem 
przysięgę Dumbledore’owi. Zorientowałem się, że najlepszym sposobem, chociaż nie najbezpieczniejszym, 
by  przekonać  Voldemorta  było  przyznanie  mu  się,  że  pracowałem  również  dla  dyrektora,  że  byłem 
podwójnym  agentem.  Więc  powiedziałem  mu  nieco  zmienioną  wersję  mojego  porozumienia  z  Albusem  i 
miałem nadzieję, że moja szczerość przekona go. Myliłem się. – Wzdrygnął się. – Najpierw rzucał na mnie 
Cruciatus  kilka  razy  i  pytał  wciąż  od  nowa  o  moją  wierność.  Kiedy  powtarzałem,  że  jestem  lojalny 
względem niego, zabrał mnie do lochu, gdzie trzymał jeńców, wybrał młodą mugolkę i kazał mi ją zabić. 
Zrobiłem to. – Obrzydzenie do samego siebie było wyraźnie słyszalne w głosie Mistrza Eliksirów. – I w tym 
roku byłem jednym z morderców Karkaroffa z tego samego powodu – wymamrotał. 

– Ale w takim razie… Dlaczego nie pozwoliłeś mi zginąć? – zapytał Harry ostrożnie. 
Snape podniósł głowę zdziwiony. Tak trudno było wyznać te wszystkie rzeczy Harry’emu i bał  się, że 

chłopak go znowu znienawidzi… Ale nie. Myślał i rozważał fakty jak dorosły. 

– Złożyłem przysięgę, że będę cię bronić, nie pamiętasz? Poza tym… Podczas tortur zachowywałeś się 

identycznie jak Quietus… Hej, Harry, myślę, że oddalamy się od pierwotnego tematu! 

– Tak… Twoja zagadka, pro… Severusie – przypomniał sobie Harry. 
– Tak… – westchnął profesor. – Więc, podsumuję, co ci powiedziałem. Już wspomniałem o zachęcaniu 

Albusa  i  relacji  między  Quietusem  i  Potterami.  Kolejny  kawałek  układanki:  Quietus  nie  był  jedynym 
przyjacielem Pottera. Lily Evans też była jego przyjaciółką. 

– Rozumiem – powiedział Harry, chociaż tak naprawdę wcale nie rozumiał. 
–  Po  czwarte:  przysięga,  jaką  złożyłem  na  imię  Quietusa,  że  będę  cię  chronić.  Kawałek  ten  zawiera 

jednak dwa elementy: samą przysięgę i imię mojego brata. 

Harry przytaknął. Zamieszanie w jego głowie rosło. O co w tym wszystkim chodziło? 
–  Po  piąte:  daty.  Quietus  umarł  drugiego  grudnia  1979  roku.  Uratowałem  twoją  matkę  kilka  dni  czy 

tydzień  później,  nie  pamiętam  dokładnie.  James  Potter  i  ona  wzięli  ślub  w  lutym  osiemdziesiątego,  a  ty 
urodziłeś się w lipcu tego samego roku, co znaczy, że zostałeś poczęty w listopadzie poprzedniego roku. 

Małe  podejrzenie  rosło  w  Harrym.  Czy  Snape  chciał  powiedzieć,  że…?  Jego  szeroko  otwarte  oczy 

zachęcały profesora do kontynuowania. 

– Kolejnym punktem jest twoja matka i słowa, jakie powiedziała, kiedy ją uratowałem. 

background image

– Powiedziałeś, że pomyliła ciebie z Quietusem – wyszeptał Harry. 
–  Tak,  i  jej  zachowanie  było  naprawdę  dziwne…  –  Snape  starał  się  przypomnieć  sobie  tamte  słowa 

najdokładniej  jak  mógł.  –  Powiedziała,  że  myślała,  że  nie  żyję.  Oczywiście  miała  na  myśli  Quietusa,  nie 
mnie…  Potem  przytuliła  mnie  i  tak  mnie  zamurowało,  że  nie  mogłem  powiedzieć  słowa.  Potem 
powiedziała, że już miała poprosić o pomoc Jamesa Pottera, ale ulżyło jej, że nie musi… – głos Snape’a się 
załamał. – Wtedy na nią nakrzyczałem i powiedziałem, że może iść do Pottera, bo Quietus nie żyje. Słysząc 
moje  słowa  upadła  na  ziemię  i…  tylko  siedziała  tak,  dopóki  nie  przyjechała  jej  siostra.  Była  też  na 
pogrzebie… I wyglądało to… 

– Przestań, Severusie – głos Harry’ego zadrżał, w gardle całkiem mu zaschło. – Myślę, że rozumiem… 
– Został ostatni kawałek układanki, Harry – powiedział mężczyzna cicho. 
– Jestem pewien, że to ostateczny dowód. 
Harry  zamknął  oczy.  Zakręciło  mu  się  w  głowie,  jego  ciało  i  dusza  doznały  dziwnego,  nie  fizycznego 

bólu. Nagle wszystko wydało mu się takie nierealne: cela, pochodnie, cierpienie poprzednich dni, Snape i 
nawet  on…  Wydawało  się,  że  wszystko  jest  rozszarpywane  przez  ogromne  tornado,  które  starało  się 
rozerwać  go  na  kawałki,  jak  układankę  –  puzzle  życia,  jego  życia  –  ale  kto  będzie  chciał  pozbierać  jego 
kawałki i zbudować go od nowa? 

To było za wiele. Najpierw ogłoszenie Voldemorta, potem układanka Snape’a, której rozwiązanie było 

zupełnie  pewne  dla  Harry’ego,  chociaż  nie  poznał  jeszcze  ostatniego  elementu.  W  następnym  momencie 
klęczał,  trzęsąc  się  gwałtownie  i  wymiotował.  Teraz  mógł  dokładnie  zrozumieć  wcześniejsze  zachowanie 
Snape’a. 

Tak bardzo chciał krzyczeć,  płakać, ale jego oczy  pozostały suche, a jego twarz była jakby zrobiona z 

kamienia… 

–  Spokojnie,  Harry,  oddychaj  –  usłyszał  zmartwiony  głos.  –  Uspokój  się,  dziecko,  spokojnie,  jestem 

tutaj… 

Ostatnie słowa miały na niego magiczny wpływ: przypomniał sobie, że profesor siedzi tuż przed nim i 

upadł  wprost  w  jego  ramiona.  Nie  wiedział  jak,  ale  był  pewien,  że  Snape  –  nie,  nie  Snape,  Severus  – 
otworzył ramiona, chociaż jego oczy były zamknięte. Miał rację. Oparł głowę na ramieniu Severusa i starał 
się – bez rezultatów – przestać się trząść. 

Snape nie mógł nie zasyczeć z bólu, kiedy przytulił Harry’ego do piersi i delikatnie masował po plecach. 

Chłopak  był  zupełnie  bierny  i  oszołomiony,  najwyraźniej  nie  zdawał  sobie  sprawy  z  tego,  co  działo  się 
wokół niego. Trząsł się tylko od emocjonalnego bólu, jakby był pod działaniem Cruciatus. 

Tak,  taki  rodzaj  uczuciowego  sztormu  był  bardzo  podobny  do  torturujących  zaklęć,  jeżeli  chodzi  o 

rezultaty. Nawet Snape potrzebował sporo czasu by to pokonać. 

Dygotanie Harry’ego słabło powoli. Ale kiedy ustało, Harry nie ruszył się z objęć Snape’a. Przeciwnie, 

przycisnął się do jego piersi najmocniej jak mógł i wymamrotał w jego sweter: 

– Myślę, że możesz mi powiedzieć brakującą część, Severusie. 
– To pierwsza przepowiednia Trelawney – powiedział spokojnie. 
– Tak podejrzewałem. – Słowa były ledwie słyszalne. – Więc? Co powiedziała stara nietoperzyca? 
–  Nie  znam  dokładnych  słów,  nie  było  mnie  tam  –  zaczął  Snape.  –  Powiedziała  to  Quietusowi,  a  on 

powtórzył mi to tuż potem i wielokrotnie o tym myśleliśmy, ale nie mogliśmy odkryć znaczenia proroctwa. 
Powiedziała mu, że on zginie, ale przetrwa własną śmierć poprzez miłość… Albo coś w tym stylu… I że ta, 
którą kocha, pokona Czarnego Pana. Ale Voldemort znowu powróci i jego potomek będzie musiał zmierzyć 
się ze śmiercią by żyć. Czy coś takiego. 

– To daje do myślenia… – głos Harry’ego był słaby i odległy. 
– Tak, daje… 
Po długiej ciszy Harry otworzył oczy i spojrzał na Mistrza Eliksirów. 
–  Nie  wiem,  co  z  tym  zrobić  –  przyznał  się  chłopak  cicho.  –  A  w  tej  przepowiedni  jest  zbyt  wiele 

śmierci… 

background image

– Przepraszam – powiedział Snape. – Nie chciałem cię zranić. 
–  Nie.  –  Harry  potrząsnął  głową.  –  Nie  zraniłeś  mnie.  Właściwie  chciałem  podziękować  za  to,  że  mi 

powiedziałeś. 

– Wyobrażam sobie… – rzekł Snape z przekąsem. – To pewnie straszne, być moim krewnym… Po tym 

wszystkim, co ci dzisiaj powiedziałem. 

– Nie powiedziałeś dzisiaj. Przyznałeś się do różnych rzeczy już wiele dni temu. 
– Ale szczegóły… 
Harry wzruszył ramionami. 
– Te szczegóły nie były aż tak straszne,  jak myślisz. Albo inaczej: były straszne, bo jestem  pewny, że 

ciebie prześladowały, chociaż… Raczej trudno podjąć decyzję w sytuacji takiej jak ta. Nie ma żadnej dobrej 
decyzji.  Tylko  bolesne  i  przeklęte  decyzje,  cokolwiek  powiesz  zniszczysz  coś,  albo  kogoś.  Cieszę  się,  że 
nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Severusie… – Harry spojrzał w oczy Snape’owi. – Cieszę się, że jestem 
twoim krewnym. I dziękuję, że mi powiedziałeś. Wiesz, to jest najlepszy prezent urodzinowy, jaki dostałem 
w życiu. 

– Naprawdę? 
–  Jasne.  –  Harry  nie  mógł  powstrzymać  wariackiego  uśmiechu,  kiedy  zobaczył  wyraz  twarzy  Mistrza 

Eliksirów. Nikt by mu nie uwierzył, gdyby się stąd wydostali. Nikt by nie uwierzył, że ten sarkastyczny i 
wstrętny typ może być szczęśliwy i smutny, przerażony, zmartwiony, że może być nawet ogłuszony i mieć 
głupią minę. Cóż – nikt by mu nie uwierzył, że ten typ był najwyraźniej jego stryjkiem. 

Cokolwiek Snape sądził na temat uczuć Harry’ego, chłopiec czuł, że naprawdę miał najlepsze w życiu 

urodziny  i  dostał  najwspanialszy  prezent:  nareszcie  poznał  sekret  swojego  życia  i  znalazł  coś  za  czym 
desperacko tęsknił: rodzinę. 

I to rodzinę nie tylko w teoretycznym sensie tego słowa, ale w bardzo konkretnym sensie. Severus, który 

o  niego  dbał  w  tym  piekle,  bał  się  o  niego,  dzielił  z  nim  wszystkie  jego  cierpienia  i  tortury,  był  bratem 
człowieka, którego Harry nigdy nie znał, nawet więcej: nie wiedział nawet o jego istnieniu – Quietusa, jego 
ojca. 

Jakie  dziwne…  Usłyszał  to  imię  po  raz  pierwszy  dziesięć  dni  temu.  A  teraz…  Tak,  Harry  mógł 

całkowicie rozumieć złość Snape’a, kiedy wspomniał o drugiej prawdziwej przepowiedni Trelawney. Obaj 
zostali  zdradzeni  w  ten  sam  sposób,  chociaż  Harry  nie  był  pewien,  kto  ich  zdradził.  Dumbledore,  który 
najwyraźniej  wiedział  wszystko  i  nigdy  nie  wspomniał  o  tym  ani  Harry’emu,  ani  Severusowi?  Czy  Lily 
Evans,  jego  matka,  która  zdradziła  swój  sekret  dyrektorowi,  ale  nie  chciała,  aby  dowiedział  się  o  tym 
Severus, który ocalił jej życie i starał się również ocalić jej rodzinę? Po prostu zmusiła do złożenia przysięgi 
człowieka, dla którego jedyną cenną rzeczą w życiu był brat – i który z całą pewnością starałby się w każdy 
możliwy  sposób  pomóc  jego  synowi.  Harry  potrząsnął  głową.  Prawdopodobnie  żadne  z  nich  nie 
podejrzewało,  jak  wiele  smutku  i  bólu  tym  spowodowali.  Harry,  po  poznaniu  wrażliwej  strony 
sarkastycznego  i  gorzkiego  Mistrza  Eliksirów  był  zupełnie  przekonany,  że  ten  zapewniłby  mu  miłość,  za 
jaką zawsze tęsknił. I on, Severus, otrzymałby w zamian również miłość. Ich życie byłoby lepsze… 

Byłoby…  Tak,  nigdy  się  nie  dowiedzą,  co  by  się  stało.  W  rzeczywistości  to  była  bolesna  myśl.  Nagle 

poczuł  się  zdradzony,  okradziony  i  bardzo  zły  na  dyrektora.  Nie  miał  prawa  zatrzymywać  tej  wiedzy  dla 
siebie! Nie miał prawa! Jak mógł tak postąpić? Dlaczego on, Harry,  miał się dowiedzieć o najważniejszej 
rzeczy swojego życia kilka godzin przed śmiercią? Dlaczego?! 

Ostatnie zdanie powiedział na głos. Gniew dał mu siły i skoczył na równe nogi. 
–  Severusie,  a  co,  jeśli  wyciągnęliśmy  niewłaściwe  wnioski?  Dumbledore  nie  mógłby  być  chyba  tak 

okrutny…? – zapytał nagle. 

– Proste sprawdzenie krwi dałoby nam właściwą odpowiedź, Harry, ale wątpię, byśmy mogli wykonać 

ten test w naszym życiu… 

– Nie, Severusie. Postanowiłem, że nie poddam się tak łatwo. Będę walczył. 
– Jak? 

background image

– Jeszcze nie wiem. Ale jestem pewny, że nie chcę umierać. Chcę żyć. Dać szansę sobie, tobie, nam… – 

zawołał sfrustrowany. 

– Jesteśmy za słabi, Harry. I potrzebujemy co najmniej różdżki, by się stąd wydostać. 
–  Tak,  wiem,  ale…  Ja  tylko…  –  Usiadł  na  podłodze  obok  Snape’a.  –  Nie  możesz  czegoś  zrobić? 

Czegokolwiek? Jesteś dorosłym, wyszkolonym czarodziejem, powinieneś coś wymyślić! 

–  Jak  uważasz,  co  powinienem  teraz  zrobić?  –  Snape  rozgniewał  się.  –  Nie  mam  różdżki.  Nie  mam 

eliksirów. Nie mam pomysłów. Gdybyśmy mogli wydostać się z tej celi, moglibyśmy dostać się na drugie 
piętro i tam… Ale nie, Harry. My po prostu nie możemy się stąd wydostać! 

– Musimy spróbować
– Jak, panie Potter? – Snape warknął z irytacją. – Mam znokautować Śmierciożerców, gdy przyjdą zabrać 

nas  na egzekucję? Wyśmienity pomysł!  Ale przykro mi, nie mogę zacisnąć pięści,  nie mogę nawet  wstać, 
więc  nie  dam  rady  nawet  ich  skopać  na  śmierć…  A  ty?  Co  możesz  zrobić  przeciwko  dwóm  lub  więcej 
dorosłym nie mając różdżki? Ledwo trzymasz się na nogach, nie jadłeś od dwóch tygodni… 

– Tak, wiem, że masz rację, tylko… 
–  Tylko  co?  –  wykrzyknął  niecierpliwie  Snape.  –  Nie  mamy  szansy  –  dodał  po  chwili  już  ciszej.  – 

Przykro mi, Harry. 

Zbierając wszystkie siły, Snape wstał i przeszedł do przeciwległego końca celi, by skorzystać z latryny. 

Kiedy  wracał  do  ich  kąta,  zauważył  nagle  kawałek  drewna  leżący  w  cieniu.  Wyglądał  jak  różdżka. 
Różdżka? Mrugając ze zdziwienia Snape podszedł i pochylił się, aby podnieść przedmiot z podłogi. Kiedy 
już  miał  dotknąć  go  ręką,  zrezygnował.  Nie.  To  nie  była  różdżka,  oczywiście.  To  była  tylko  pochodnia, 
którą wyrzucili kilka dni temu. Co za szkoda… Przez krótką chwilę wierzył, że pozostała jakaś nadzieja… 
Ale najwyraźniej nie. 

Doskonale  rozumiał  pragnienie  Harry’ego,  by  się  stąd  wydostać.  Ta  rewelacja,  dodana  do  zdarzeń 

wcześniejszych dni, spowodowała, że był gotowy dzielić swoje życie z Harrym. A nawet jeśli się pomylili, 
to nie miało znaczenia. Kochał Harry’ego dla niego samego. Nie z powodu Quietusa. Zrozumiał to wiele dni 
temu. 

Kiedy usiadł obok chłopca, Harry zapytał: 
– Co zobaczyłeś na podłodze? 
– Tylko pochodnię… – zasmucił się Snape. – Przez chwilę myślałem, że zobaczyłem różdżkę… 
– Różdżka… – powtórzył Harry tęsknym głosem. – Severusie, czy wiesz coś o robieniu różdżek? 
Snape przytaknął. 
– Coś wiem. Zdecydowanie nie jestem ekspertem w ich robieniu i jestem pewien, że Olivander by mnie 

zabił, gdyby usłyszał moje wyjaśnienia… Ale powiem ci, co wiem. 

– W porządku. – Starał się skupić na słowach mężczyzny, by przestać myśleć o przerażającej przyszłości. 
–  Do  produkcji  różdżek  wymagane  są  cztery  elementy:  kawałek  drewna,  fragment  magicznego 

stworzenia,  specjalny  eliksir  i  odrobina  bezróżdżkowej  magii  twórcy  różdżki.  I,  oczywiście,  kilka  mniej 
ważnych narzędzi, by połączyć drewno z rdzeniem magicznym. 

– Jakiego rodzaju drzewa należy do tego użyć? 
– Jakiegokolwiek. Naturalnie jest kilka bardziej popularnych gatunków, ale… to nie ma znaczenia. Każda 

roślina ma zdolności magiczne, nawet te zwykłe, dobrze znane rośliny. Jak zapewne nie zauważyłeś. 

– Co? 
– Mówiłem o tym w klasie przynajmniej z dziesięć razy. Każda roślina ma magiczne właściwości. Nie 

wiem czy istnieje jakakolwiek roślina, której nigdy nie użyłem do jakiegoś eliksiru… 

Harry odchrząknął. 
– O różdżkach, Severusie… 
– Bezczelny dzieciak… – westchnął Snape, ale kontynuował. – Więc? Co więcej chcesz o nich wiedzieć? 
– Eee… Nie jestem pewny, czy każde zwierzę jest magicznym stworzeniem… 

background image

– Potter, jesteś beznadziejny. Mówiłem ci już wiele, nie do policzenia wiele razy: zwierzęta dzielą się na 

dwie  grupy,  jak  ludzie:  na  magiczne  i  niemagiczne  stworzenia.  Jeżeli  chcesz  zrobić  różdżkę  musisz  użyć 
magicznego stworzenia. Żadnego innego. 

– Rozumiem… – przytaknął Harry. – A jakiego eliksiru się używa? 
Snape uniósł brew. 
– Panie Potter, czy dobrze się czujesz? – zapytał z udawaną ciekawością. 
– Dlaczego? 
– Pytasz mnie o coś związanego z robieniem eliksirów. Czy jesteś pewny, że chcesz o tym usłyszeć? Nie 

chcę cię przemęczyć… 

– Oczywiście, proszę pana – przytaknął poważnie Harry, ignorując sarkastyczną uwagę. – Jeżeli dobrze 

pamiętam,  już  rozmawialiśmy  o  eliksirach,  prawda?  O  tym…  Płomiennym  Eliksirze,  czy  jak  on  tam  się 
nazywał… 

– Świecący Eliksir  – poprawił  natychmiast  Mistrz Eliksirów.  – Tak, pamiętam. Czy możesz wymienić 

składniki? 

– Hm… pomyślmy… Siarka i węgiel drzewny, oba sproszkowane… jakiś olej… słonecznikowy? Pióro 

feniksa i… i… Nie pamiętam, przykro mi. 

– Pomyśl o zwierzęciu związanym z ogniem. 
– Smok? Och, tak. Ząb smoka. 
– Bardzo dobrze. Nie mogę uwierzyć. Harry Potter i robienie eliksirów… Jestem w szoku. 
–  To  pewnie  cecha  rodzinna.  –  Harry  uśmiechnął  się  lekko.  Snape  zaśmiał  się  i  pokręcił  głową  z 

rozbawieniem. 

– Rodzinna, co? 
–  A  cóżby  innego?  –  Harry  szturchnął  z  udawaną  ciekawością  Severusa.  –  No,  mów  dalej!  Nie  chcę 

stracić ani słowa! 

Uśmiechnęli się lekko i Snape kontynuował. 
–  Eliksir  potrzebny  do  robienia  różdżki  jest  dość  podobny  do  Świecącego  Eliksiru.  Najważniejszymi 

składnikami  są  pióro  feniksa  i  sproszkowana  siarka…  Harry!  –  wykrzyknął  nagle  podekscytowany.  – 
Przynieś mi tę cholerną pochodnię! 

Harry jęknął, wstał i przeszedł przez celę do porzuconej pochodni. Uniósł kawałek drewna i przyjrzał się 

mu uważnie. Potem wzruszył ramionami i przyniósł zdenerwowanemu Mistrzowi Eliksirów. 

– Proszę. – Podał profesorowi z pytającym wyrazem twarzy. 
– Nie mogę jej uchwycić. – Snape potrząsnął głową. – Ale mam pomysł. Czy potrafisz posługiwać się 

bezróżdżkową magią, Harry? 

– Tak, w pewnym sensie… – Harry’emu przed oczami stanął obraz nadętej ciotki Marge. Zachichotał. 
– Bardzo dobrze. – Severus był wyjątkowo poważny. – Harry, myślę, że teraz mamy szansę sprawdzić 

nasze… pokrewieństwo. 

– Co? – Harry’emu aż szczęka opadła. Spojrzał na mężczyznę jak na wariata. 
– Ogłuchłeś? Powiedziałem, że możemy sprawdzić czy jesteśmy spokrewnieni czy nie. 
Chłopak skinął niepewnie głową. 
– No dobrze, ale… A co z tą pochodnią? I moimi zdolnościami do magii bezróżdżkowej? 
–  Słuchaj.  Zazwyczaj  nie  używamy  ludzkich  składników  w  różdżkach,  jako  magicznego  rdzenia, 

ponieważ to może uczynić różdżkę trochę… kapryśną. 

–  Możemy  użyć  ludzkich  składników?  –  Harry  patrzył  w  całkowitym  niedowierzaniu.  Nagle  coś 

zaskoczyło w nim. – Różdżka Fleur! – krzyknął podekscytowany. 

– Co? – Tym razem to Snape zapytał. 
– Ostatni rok… Turniej Trójmagiczny. Gdy chciałeś otruć mnie pewnym eliksirem, uratował mnie Colin. 

Zabrał  mnie  na  sprawdzenie  różdżek  przed  pierwszym  zadaniem.  Była  tam  również  Fleur  i  rdzeniem  jej 
różdżki był włos jej babci. 

background image

– To dlatego powiedziałem, że możemy sprawdzić nasze pokrewieństwo, Harry. Możesz użyć ludzkiego 

składnika w swojej różdżce, jeśli jesteś blisko spokrewniony z tym, do którego ten składnik należał. 

– Severusie, chcesz powiedzieć, ż jeżeli jesteśmy spokrewnieni to otrzymamy różdżkę…? – wymamrotał 

zaskoczony Harry. 

– Nie. W takim przypadku otrzymamy kawałek różdżkopodobnego drewna. 
– Nie rozumiem. 
– To nie będzie prawdziwa różdżka, Harry. Nie mógłbyś jej użyć do precyzyjnych rzeczy. Mógłbyś nią 

ogłuszyć kogoś lub wyłamać drzwi, może nawet razem ze ścianą, ale nie mógłbyś jej użyć… do lewitacji, na 
przykład. 

– Rozumiem… – Oczy Harry’ego zabłysły. – Spróbujmy. Weź mój włos i… 
– Harry, ty musisz to zrobić. Moje ręce nie nadają się do takich rzeczy… 
– Przepraszam. – Harry przełknął ślinę. – To znaczy, że również ja muszę jej użyć? 
– Tak. I ty musisz wziąć włos z mojej głowy. – Mężczyzna pochylił głowę i chłopak ostrożnie wyrwał 

mu  włos.  –  W  tej  przeklętej  pochodni  jest  dziura.  –  Snape  uśmiechnął  się  kpiąco.  –  Włóż  go  tam  i 
przytwierdź błotem z podłogi. O tak. 

– A teraz? – Harry wpatrywał się w Snape’a. 
–  Teraz  zaklęcie.  Nie  znam  dokładnie  słów.  To  długie  zaklęcie  po  łacinie.  Ale  najważniejszy  jest  nie 

język, tylko treść. Musisz sobie wyobrazić, że ten kawałek drewna, który trzymasz w ręku, jest prawdziwą 
różdżką i musisz go rozgrzać tak bardzo jak tylko potrafisz, swoją magią. Różdżka jest gotowa, gdy pojawi 
się na jej końcu mały płomień i sama zacznie się schładzać. Ale Harry… – Chłopak spojrzał Snape’owi w 
oczy. – To zadziała tylko wtedy, jeśli jesteśmy spokrewnieni. 

– I jeżeli jestem w stanie wykonać zaklęcie, którego nie znam. 
– Nie mamy nic do stracenia – powiedział cicho profesor. 
– Mamy wszystko do stracenia. 
Patrzyli na siebie przez długą chwilę, potem Mistrz Eliksirów kiwnął głową. 
– W porządku. Spróbuj. 
Harry  podniósł  pochodnię  i  spojrzał  na  nią.  Cała  sytuacja  byłaby  śmieszna,  gdyby  nie  była  to  kwestia 

życia  i  śmierci.  Westchnął,  zamknął  oczy  i  chwycił  pochodnię  mocniej.  Starał  się  myśleć  o  niej  jako  o 
różdżce, ale nie mógł. Walczył z własną niewiarą, słabością i zmęczeniem. Nie wiedział nawet, co myśleć, 
co robić. 

Co będzie, jeśli był rzeczywiście Harrym Potterem, a nie synem Quietusa Snape’a? 
Pochodnia zadrżała w jego ręku. 
Snape patrzył jak chłopak walczy ze sobą, ale nie mógł mu pomóc. Ich jedyna nadzieja była w jego ręku, 

ale  nie  mógł  winić  chłopca  za  jego  wątpliwości.  Sam  również  je  miał.  Wątpił  w  użyteczność  swojego 
pomysłu. W ich pokrewieństwo. W zdolności Harry’ego. To nie było łatwe. 

Wreszcie Harry otworzył oczy. 
–  Nie  mogę  tego  zrobić,  Severusie  –  oświadczył  ze  smutkiem.  Osłabł  i  ukląkł.  –  Jeśli  jestem  synem 

twojego brata, to dlaczego wyglądam jak James Potter? 

Snape skinął głową. Odpowiedź była dla niego oczywista, ale Harry nie wiedział nic o zaawansowanej 

magii, a to była wyjątkowo zaawansowana magia. 

– To jest magia podobna do magii twojej matki. Też rodzaj magii miłości. Podczas gdy twoja matka była 

w stanie ocalić twoje życie, miłość Jamesa Pottera do ciebie i jego poświęcenie sprawiło, że stałeś się jego 
prawdziwym synem. Prawdziwym synem, w niemal każdym znaczeniu tego słowa. Otrzymałeś wiele z jego 
zdolności, jego cech… 

– Moim patronusem jest Rogacz… To jego forma jako animaga. 
– Tak – przytaknął Snape. – To ma sens. Uratował ci życie i od tej chwili jego miłość chroni cię i pilnuje. 

A patronus jest pewnego rodzaju wyrażeniem ochrony. Harry – uśmiechnął się do chłopca uspokajająco – w 
pewnym sensie jesteś synem trójki silnych i kochających czarodziejów… 

background image

– Ale to znaczy, że teraz zamiast dwojga zmarłych rodziców, mam troje… – podsumował Harry i Snape 

skrzywił się, słysząc gorzki ton jego głosu. 

– Harry… – Starał się powiedzieć coś uspokajającego, ale przerwał. 
– Przepraszam. Ja tylko… 
Snape, walcząc z własnym bólem, położył znowu rękę na ramieniu Harry’ego. 
– Harry, czy pamiętasz rozmowę, jaką odbyliśmy po tym jak ty… wróciłeś z tamtej celi? – Nie czekając 

na  odpowiedź  kontynuował:  –  Czy  pamiętasz,  co  ci  powiedziałem?  Nie  ma  znaczenia,  co  było  w 
przeszłości, kim byli twoi rodzice. Jeżeli się stąd wydostaniemy, zapewniam cię, że zostanę z tobą… jako… 
rodzic, jeśli chcesz. 

Ostatnie słowa były wypowiedziane naprawdę cicho, ale Harry zrozumiał je doskonale. Podniósł wzrok 

na  Mistrza  Eliksirów,  uśmiechnął  się,  uniósł  pochodnię  w  ręku,  wyobrażając  sobie  chwile,  gdy  trzymał 
swoją własną różdżkę, pierwszy kontakt z różdżką w sklepie Olivandera, uczucie ciepła w jego ciele i iskry. 
Pragnął ze wszystkich sił, żeby kawałek drewna w jego ręku był różdżką, której mógłby użyć, by ocalić ich 
obu z celi śmierci… Potem pomyślał o swoich rodzicach… O ich życiu, poświęceniu dla niego, i ta miłość 
dała mu nowe, ciepłe uczucie, jak opieka Snape’a w ciągu poprzednich dni… 

Miłość, opieka i rodzina… 
Ciepło i jasność… 
Wszystko, za czym tęsknił… 
Patyk w jego  ręku stawał  się cieplejszy i  cieplejszy,  a kiedy  go podniósł, iskierki zatańczyły w mroku 

celi…  Temperatura  nadal  rosła.  Harry  czuł  jak  pali  go  ciało  i  to  bolało,  chociaż  ten  ból  był  praktycznie 
niczym, w porównaniu z bólem w komnatach tortur. 

Cieplej  i  gorąco,  coraz  goręcej…  Zaczęło  boleć  bardziej  i  ledwo  mógł  utrzymać  drewno  i  już  miał  je 

wypuścić, kiedy nagle uczucie palenia ustało. 

Harry  otworzył  oczy.  Nie  wiedział,  kiedy  je  zamknął,  może  gdy  ból  zaczynał  go  przerastać…  To  co 

zobaczył, ogrzało jego serce radością i nadzieją. 

Na  szczycie  patyka  tańczył  mały,  jasno  niebieski  płomyk.  Kiedy  poruszył  ręką,  posypały  się  z  niego 

iskierki. Harry zapatrzył się na niego z szeroko otwartymi oczami, z takim zachwytem, z jakim małe dzieci 
obserwują sztuczne ognie w Boże Narodzenie. Cóż, jego uczucie teraz było podobne do tego. 

– Wygląda na to, że działa. – Uśmiechnął się szeroko i mrugnął. – Stryjku Severusie. 
–  Nigdy  nie  sądziłem,  że  będę  mógł  powitać  w  rodzinie  bratanka,  Harry.  –  Snape  uśmiechnął  się  w 

odpowiedzi, wyrywając się z zamyślenia. – Ale musimy się śpieszyć – powiedział nagle i wstał, wspierając 
się o ścianę. – Mamy tylko jedno wyjście. Musimy się dostać do mojego laboratorium na drugim piętrze. 

–  Dlaczego?  –  Harry  nie  uwierzył  własnym  uszom.  Mieli  zupełnie  niepotrzebnie  nadkładać  drogi,  bo 

Snape uważał, że… 

–  Na  końcu  korytarza  są  schody,  które  prowadzą  bezpośrednio  tam.  W  moim  laboratorium  mam  kilka 

przydatnych eliksirów, po których poczujemy się lepiej i damy radę się wydostać. I tam mam rzecz, jedyną 
rzecz, której nie chcę tutaj zostawić. Różdżkę Quietusa. Gwarancję udanej ucieczki. 

*** 
–  Więc  Dumbledore  zdecydował  się  ruszyć  i  uratować  swoje  ulubione  pionki.  –  Uśmieszek  na  twarzy 

Voldemorta był przerażający. Nawet Lucjusz Malfoy zadrżał na jego widok. – Wyśmienite wyczucie czasu! 
Mam dla nich wspaniałą niespodziankę. Dla Dumbledore’a i całego jego Zakonu. 

Odwrócił głowę do wysokiego mężczyzny o brązowych włosach, który skinął mu głową. 
–  Więc…  pułapka  zastawiona.  –  Podniósł  rękę,  nagle  wydał  się  dużo  wyższy  i  bezwzględny  niż 

wcześniej. – Dzisiaj wieczorem będziemy mieć podwójny powód do świętowania. Harry Potter przestanie 
być  przeszkodą  pomiędzy  mną  a  czarodziejskim  społeczeństwem…  Co  do  Zakonu…  Też  już  nie  będzie 
sprawiał kłopotów. 

background image

13. UCIEKAJ!  

– No to co mam robić? – Harry spojrzał wyczekująco na Snape’a. 
–  Musisz  otworzyć  drzwi.  Kiedy  to  zrobisz,  spróbujemy  się  dostać  na  drugie  piętro,  najciszej  jak 

zdołamy. Mam tam trochę leczniczych i wzmacniających eliksirów i, jak już mówiłem, różdżkę Quietusa. Z 
tym  patykiem  –  wskazał  głową  na  pochodnię  trzymaną  przez  Harry’ego  –  nie  zdołamy  poprawnie  rzucić 
najprostszego  zaklęcia.  Najważniejsze  to  być  cicho…  Nie  chcę  biec,  dopóki  nie  będzie  to  naprawdę 
konieczne. 

Harry  przytaknął  i  podniósł  się  na  nogi,  ale  natychmiast  tego  pożałował.  Zakręciło  mu  się  w  głowie  i 

poczuł  się  słabo  –  możliwe,  że  bezróżdżkowa  magia  dodatkowo  go  wykończyła…  Nie  wiedział. 
Pomieszczenie wirowało. 

– Myślę, że… że będziemy mieć pewne problemy z dotarciem na drugie piętro. 
– Tak… – jęknął Snape, wstając ostrożnie. – To głównie dlatego nie chcę biegać. Po prostu sądzę, że nie 

jestem w stanie. Ale może będziemy musieli, jeśli wydamy jakiś dźwięk. Otwórz drzwi, ale… zaklęcie… 
Wymów  je  bardzo  cicho  i  delikatnie.  Jak  powiedziałem,  ten  patyk,  który  trzymasz  w  ręku,  nie  jest 
prawdziwą różdżką, jedynie czymś podobnym do niej. 

Chłopak przytaknął i podniósł pochodnię. 
– Już? – Spojrzał na mężczyznę, czekając na pozwolenie. 
– Już! – Skinął poważnie głową. 
– Alohomora – wyszeptał Harry najciszej i najdelikatniej jak mógł, wskazując patykiem na drzwi. Ledwo 

było słychać zaklęcie w ciszy panującej w lochu. 

W następnej chwili drzwi wyleciały ze ściany i z wyjątkowo głośnym hukiem uderzyły w przeciwległą 

ścianę korytarza. Siła wybuchu zgasiła pochodnię w celi. Harry otworzył usta, oniemiały. 

–  Starałem  się…  Ja  nie  chciałem…  –  mamrotał,  ale  Snape  nie  zwracał  uwagi  na  jego  słowa.  Mistrz 

Eliksirów pchnął go łokciem w stronę drzwi. 

–  Ruszaj  się!  Można  się  było  tego  spodziewać  –  mruknął.  –  Szybko  –  dodał  i  wyskoczył  na  ciemny 

korytarz. Na ich szczęście panował tam zupełny chaos: pył krążył w powietrzu, światło wszystkich pochodni 
było przyćmione. – W prawo – dodał szybko i zniknął Harry’emu z oczu. 

Snape  pomimo  osłabienia  i  zmęczenia  poruszał  się  szybko  i  Harry  nie  był  w  stanie  za  nim  nadążyć. 

Bolała  go  dosłownie  każda  część  ciała,  nie  mógł  oddychać  z  powodu  kurzu,  a  bez  okularów  czuł  się 
bezradny.  Kiedy  zobaczył,  że  Snape  zniknął  w  mroku,  wystraszył  się.  Skręcił  w  prawo,  tak  jak  mu 
powiedział mężczyzna, po czym  natychmiast  potknął się o kamień wydarty ze ściany i  upadł  na  podłogę. 
Poczuł piekący ból w lewym boku, kiedy ostry kawałek metalu otworzył tam starą ranę i głęboko wbił się w 
ciało. 

Harry wrzasnął z bólu. 
– Severus! – krzyknął, lecz nie usłyszał żadnej odpowiedzi. 
Był sam. 
*** 
– Kiedy wrócisz? – zapytała Lupina zmartwiona Ania. 
– Nie wiem, kochanie. Mówiłem ci, że idziemy uratować dwóch przyjaciół z więzienia złego czarodzieja, 

i to będzie bardzo trudne i długie zadanie. Ale jestem pewny, że będziemy z tobą jutro rano, dobrze? 

Mała dziewczynka skinęła głową. 
– Aniu… Jeżeli coś mi się stanie, zostaniesz z moim kolegą, tym co stoi za mną. Jest trochę głupkowaty, 

ale zajmie się tobą. 

– Co..? Remus, chyba nie mówisz powa… – zaczął Black. 
– Zamknij się – burknął Lupin i zwrócił się znowu do dziewczynki. – Widzisz, tak jak mówiłem, nie jest 

zbyt mądry, ale kocha cię i na pewno o ciebie zadba. W porządku? 

– Ale ty wrócisz. – Dziewczynka popatrzyła na niego błagalnym wzrokiem. Lupin przełknął ślinę. 
– Postaram się. Dobrze? Nie mogę ci powiedzieć kiedy, ale postaram się być tu jutro. W porządku? 

background image

– Nie. Jak nie jesteś pewny, że wrócisz, to nie idź! 
–  Aniu…  Muszę…  Pewien  chłopiec  tam  na  nas  czeka.  Umrze,  jeśli  go  nie  uratujemy.  Musisz  to 

zrozumieć, proszę… 

Dziewczynka nie odpowiedziała, tylko przytuliła się mocno do wilkołaka. 
– Proszę, wróć. – Moczyła mu ubranie łzami. – Proszę, Remi… 
Lupin  nie  powiedział,  tylko  pogłaskał  ją  po  włosach  spokojnymi,  kojącymi  ruchami.  Chciał  wrócić, 

naprawdę. Najlepiej z Harrym. 

– Nie zapomnijcie: naszym głównym atutem jest zaskoczenie… Ale musimy być gotowi na wszystko… 

Nie wiemy, co tam na nas czeka, więc… – Twarz Dumbledore’a pociemniała. – Proszę, bądźcie ostrożni. 
Bardzo  ostrożni.  Nie  chcę  was  stracić.  Żadnego  z  was.  –  Widział,  jak  na  twarzach  obecnych  odbijają  się 
różne emocje, kiedy rzekł te słowa. 

Dwadzieścia twarzy – dwudziestu sprzymierzeńców. Tylko tylu. Nie zamierzał ryzykować więcej osób w 

tak  niebezpiecznym  przedsięwzięciu.  Dwudziestu  –  i  starał  się  też  zostawić  silnych  sprzymierzeńców  za 
sobą, w razie gdyby… Gdyby nie wrócili. 

Odwrócił się do McGonagall. 
–  Minerwo,  znasz  swoje  zadanie.  –  Czuł,  że  jego  twarz  była  jak  wykuta  z  kamienia.  Iskierki  dobrego 

humoru zniknęły z jego oczu. McGonagall przytaknęła. 

– Tak, Albusie. Będę czekać na was tutaj na wszelki wypadek, a gdy Poppy… 
–  Nie,  Minerwo.  Nie  wrócimy  tutaj.  Tylko  ja,  jeżeli  przeżyję.  Musisz  poczekać  na  nas  w  dworze 

Snape’ów. Tam się spotkamy. Poppy też tam do ciebie dołączy. 

– To przez ministerstwo, Albusie? – zapytała cicho. 
Dyrektor przytaknął. 
– Będą podejrzewać Zakon, jak zawsze. Pierwszym miejscem, jakie przeszukają, będzie szkoła. A poza 

tym nie ufam tu wszystkim. Mamy przeciek. Bardzo pechowo się stało, że prawie wszyscy pracownicy byli 
w szkole, gdy zaczęliśmy się organizować… 

– A pozostali? Wiedzą gdzie się spotkać? – zapytała nagle McGonagall. 
–  Oczywiście,  pani  profesor,  wiemy…  –  Usłyszała  za  sobą  starczy  głos.  Natychmiast  odwróciła  się 

zaskoczona. – Alastorze, ty tutaj? – Oczy profesorki rozszerzyły się, kiedy zobaczyła starego aurora. 

Moody wyglądał na trochę zmieszanego. 
– No cóż… Tak. Poprosiłem mojego starego przy… – Podniósł wzrok na Dumbledore’a i natychmiast się 

poprawił.  –  Poprosiłem  Albusa,  by  pozwolił  mi  przyłączyć  się  do  tej  wyprawy.  Ale…  Wybacz  mi… 
Chciałbym porozmawiać z nim, ehm… na osobności. 

McGonagall nie poruszyła się, tylko skrzyżowała ręce na piersi, przymrużyła podejrzliwie oczy i zapytała 

ostro: 

– Porozmawiać z nim… Niby o czym? Chcesz go przekonać, by zostawił tam Severusa, w rękach tego 

potwora?  A  może  chcesz  się  upewnić,  że  potem  ty  go  dostaniesz?  Nie,  Alastorze.  Severus  jest…  – 
wysyczała groźnie profesor transmutacji, ale Dumbledore przerwał jej delikatnie dotykając jej ramienia. 

–  Minerwo,  proszę…  Pozwoliłem  mu  dołączyć  do  naszej…  wyprawy  i  teraz  chcę  porozmawiać  z 

Alastorem… Na osobności. – Westchnął lekko, patrząc na koleżankę. – Obiecuję ci, że nie będzie w stanie 
przekonać mnie, by zostawić tam Severusa, dobrze? 

McGonagall przytaknęła i posłała ostatnie, gniewne spojrzenie aurorowi. 
– W takim razie w porządku. – Odwróciła się i dołączyła do grupy stojącej w głównym wejściu. 
– Więc, Alastorze? – zwrócił się Albus chłodno do swojego byłego przyjaciela. 
Moody spojrzał mu prosto w oczy. 
– Albusie, chciałem przeprosić. Miałeś rację, kiedy… 
– Nie mi jesteś winien przeprosiny. Winien je jesteś Severusowi – powiedział Dumbledore, ale jego głos 

był już trochę cieplejszy. 

background image

– Wiem, Albusie. Chociaż mam wrażenie, że nie będę miał szansy powiedzieć mu tego osobiście. – Stary 

mężczyzna zruszył ramionami. – Ale przysięgam ci, jeżeli będę mógł, to go przeproszę. Ale… W każdym 
razie chcę cię prosić, byś przekazał mu moje przeprosiny. Myliłem się. – Oboje jego oczu, magiczne i to 
zwykłe, skierowane były na człowieka stojącego przed nim. – Myliłem się przez te wszystkie lata. Zrobiłem 
straszne  rzeczy.  Niektórych  z  nich  jednak  nigdy  nie  będę  żałował.  Ale  co  do  Snape’a…  Zawiodłem.  Nie 
mam żadnego usprawiedliwienia na to, co zrobiłem. Powiedz mu, Albusie. Powiedz mu, proszę. 

Dumbledore nic nie odrzekł, tylko skinął głową. Twarz starego aurora wypogodziła się trochę. 
– Dziękuję – powiedział i odszedł. 
Kilka  minut  później  Dumbledore  i  kilka  wybranych  osób  z  Zakonu  wyruszyło  w  stronę  punktu 

aportacyjnego, leżącego w głębi Zakazanego Lasu. Stojąca w szkolnej bramie McGonagall patrzyła za nimi, 
trzymając za rękę Anię. 

Kto mógł wiedzieć, co czekało tę małą grupę? Oni – Zakon – zawsze byli tacy samotni na tej wojnie. Jak 

piętnaście  lat  temu.  Chociaż  wtedy  ministerstwo  nie  ignorowało  Voldemorta,  ale  za  to  prowadziło  głupie 
akcje  przeciwko  niemu,  które  powodowały  więcej  szkody  niż  pożytku.  Tak  wielu  ludzi  straciło  życie  z 
powodu  głupoty  ministerstwa  i  Merkurego.  A  ta  brutalność,  z  jaką  traktowali  wszystkich  podejrzanych, 
zupełnie jak teraz… I wyglądało na to, że nic się nie zmieniło w ciągu tych piętnastu lat. Ministrem był kto 
inny, tym razem kompletny idiota, zupełnie inny niż okrutny i nienawistny Merkury. Wszyscy aurorzy byli 
szkoleni,  by  działać  jak  Moody,  czyli  jak  bezwzględne  potwory,  które  nie  zdają  sobie  sprawy  z 
konsekwencji swoich czynów… Nienawiść zawsze wywoływała nienawiść, ból wywoływał więcej bólu, a 
zemsta rodziła zemstę… Niekończące się bezsensowne koło przemocy. A oni tego nie widzieli, nigdy tego 
nie widzieli. Głupi kretyni. Severus miał rację. Ci kretyni znowu, jak tyle lat temu, działali przeciwko nim, 
Zakonowi  Feniksa,  zmuszając,  do  walki  nie  tylko  z  siłami  ciemnej  strony,  ale  również  głupotą  i 
ograniczeniem czarodziejskiego społeczeństwa. 

Patrzyła za oddalającą się grupą. 
A  jeśli  nie  zdołają  uratować  Harry’ego?  Co  zrobią  czarodzieje  bez  swojego  wyznaczonego,  chociaż 

nastoletniego, wybawiciela? Co poczną jego przyjaciele? Co będą czuli? Co ona będzie czuła? 

Co będzie, jeśli nie zdołają uratować Severusa? Gorzkiego i sarkastycznego, a jednocześnie pomocnego i 

oddanego kolegę? „Oślizgły drań”, jak mówili o nim uczniowie, a go po prostu zbyt dręczyło sumienie, by 
mógł zachowywać się normalnie. Ale czasami prowadzili wspaniałe rozmowy – i kłótnie. Tak, wielokrotnie 
się kłócili, zwłaszcza od chwili, gdy Harry rozpoczął naukę w Hogwarcie i został członkiem jej domu. Ale 
Severus  zawsze  bronił  chłopca  i  kiedyś  nawet  przyznał,  że  złożył  przysięgę  Lily  Potter,  że  będzie  go 
chronić… Tak, Severus dotrzymywał przysiąg. I zawsze był lojalny wobec Quietusa, który w końcu swoim 
poświęceniem  zawrócił  go  z  mrocznej  drogi.  Dumbledore  zrobił  z  niego  szpiega,  bardzo  pożytecznego, 
sprytnego szpiega, który nigdy nie chciał niczego w zamian. Tylko robił, co chciał Albus, a często nawet 
dużo więcej… 

Jej myśli zatrzymały się na chwilę przy Quietusie. Quietus był prawdopodobnie najmądrzejszym uczniem 

Hogwartu  tego  stulecia.  Bez  wątpienia  był  jednym  z  najbardziej  utalentowanych  i  wyszkolonych 
czarodziejów  –  i  człowiekiem  o  najlepszym  sercu.  Był  zupełnym  przeciwieństwem  Voldemorta  i 
Dumbledore  planował,  że  zostanie  jego  następcą…  Całkowicie  się  załamał,  kiedy  Severus  pojawił  się  z 
ciałem  swojego martwego brata w ramionach  tamtej nocy. Dyrektor rzadko się odzywał  w  ciągu tamtych 
dni, w rzeczywistości nigdy nie przebolał tej straty. Nigdy jednak nie winił Severusa. Mistrz Eliksirów sam 
to robił. 

Popatrzyła ostatni raz za małą gromadką, teraz znikającą w Zakazanym Lesie. 
A jeśli  nie wrócą? Czy  będzie w stanie prowadzić tę wojnę? Bez mądrości Dumbledore’a? Bez sprytu 

Fletchera?  Bez  upartości  i  wierności  Arabelli,  mocy  Dawna,  poczucia  humoru  Andrewa,  gorliwości 
Etherny’a…? Nie wspominając o Lupinie i Blacku, nie byli oni członkami Zakonu – jeszcze nie – ale stracić 
ich… Ostatnich Huncwotów… 

Dwudziestu lojalnych i silnych czarodziejów. Gdzie oni zmierzali? 

background image

*** 
– Harry, wstawaj! Szybko! – Chłopiec usłyszał ostry głos w ciemności. 
– Nie mogę – wyszeptał z rozpaczą. – Coś… w boku… Krwawię – jęknął płaczliwie. 
– Och, nie. Nie teraz! – wymamrotał Snape gniewnie, przez zaciśnięte zęby. Harry zląkł się, ale po chwili 

zrozumiał,  że  profesor  nie  był  zły  na  niego,  tylko  na  okoliczności.  –  Powinieneś  być  bardziej  ostrożny  – 
mruknął profesor, wsuwając obolałą rękę pod ramię Harry’ego. – Wstań, powoli. Poniosę cię. 

– Nie. – Harry potrząsnął głową, chociaż mężczyzna nie widział tego w ciemności.  – Tylko pomóż mi 

wstać, pójdę, ale… Nie zostawiaj mnie znowu, proszę… 

– …praszam – usłyszał ciche mamrotanie. – Myślałem, że za mną idziesz… 
Snape podniósł go. 
– Postaw mnie – Harry syknął ze złością. – Mogę iść. 
– Naprawdę? – To był sarkastyczny głos starego Mistrza Eliksirów. 
Na trzecim stopniu Snape musiał się jednak zgodzić z Harrym. Postawił go. 
– Złap mnie za ramię, Harry  – wyszeptał. Uparty Harry odrzucił propozycję i sam poszedł w górę. To 

była długa i bolesna droga na drugie piętro. Bok bolał go coraz bardziej i… 

– Stać! – zabrzmiał ostry głos za nimi. Harry odwrócił się najszybciej jak mógł i podniósł patyk w swoim 

ręku. 

– Drętwota! – krzyknął głośno. 
Mężczyznę odrzuciło z ogromną siłą. W następnym momencie korytarz za nimi zaczął się walić. 
– No nie, Potter, to było naprawdę głupie… Wystarczyłoby gdybyś wyszeptał te cholerne zaklęcie…  – 

wysyczał Snape i szturchnął łokciem zastygłego bez ruchu chłopca. – Szybciej, jeśli nie chcesz tu umrzeć. 

Harry ocknął się i podążył za Snape’em. 
– Złap mnie za ramię, głupi chłopaku – burknął gniewnie Mistrz Eliksirów. – Ja nie mogę ciebie chwycić 

– dodał gwałtownie. Harry nie ośmielił się kłócić i złapał go ostrożnie za ramię. Przez kilka minut pozwalał 
się ciągnąć. Korytarz zawalił się do reszty, wszystko było zamazane i ciemne od kurzu. Harry zakaszlał i 
starał się utrzymać oczy otwarte. 

– Severusie… – powiedział po chwili. – Nie mogę iść dalej. To… boli… w boku. 
– Musisz, Potter! – W głosie Snape’a było więcej desperacji i strapienia niż gniewu. – Harry, proszę… 
Harry  zacisnął  zęby  i  podniósł  nogę.  Następny  schodek…  I  jeszcze  jeden…  Ból,  gorący  ból.  Coś 

ciepłego i mokrego spływało mu po lewym boku i nodze. Nagie stopy bolały od chodzenia po nierównym 
gruncie. Siły go opuszczały… Umrze tu, był tego pewny. Wszystko stawało się ciemniejsze i ciemniejsze, 
zamglone, nic nie słyszał, i wreszcie nic już nie czuł… Nie czuł, że upada. Nie słyszał, jak Snape zasyczał z 
bólu, podnosząc go i trzymając w ramionach, delikatnie i troskliwie… 

Wszystko wokół niego stało się czarne. 
… 
Obudziło go uderzenie w policzek. 
– Harry, Harry, musisz się obudzić! Nie mamy już czasu! – rozległ się nagle nad nim ostry głos. 
– C-co? – Czuł się znacznie lepiej, ale nie śmiał otworzyć oczu. – Gdzie jestem? 
– W moim laboratorium. I po tym jak wypiłeś wszystkie moje zapasy, nie możesz być taki słaby i chory, 

by nie móc iść i nawet kawałek biec. Załóż jakieś ubranie. Szybko! 

Harry  otworzył  oczy.  Znajdował  się  w  małym  laboratorium  eliksirów,  leżał  na  blacie  dużego  biurka. 

Widział, jak Snape sięga do szafy. Wziął z niej jakieś ubrania. Wyglądał na bardzo spiętego. 

–  Załóż  to  –  rozkazał  i  Harry  zauważył,  że  profesor  już  był  ubrany.  Uśmiechnął  się  i,  walcząc  z 

nudnościami, włożył za duże ubrania, które Snape skrócił kilkoma szybkimi cięciami nożyc. 

– Czujesz się lepiej? – zapytał profesor. 
– Znacznie. – Chłopak uśmiechnął się i postanowił nie wspominać o nudnościach. 

background image

– Dzięki Bogu – mruknął Snape. – Przez chwilę myślałem, że umarłeś. Ten hak w twoim boku… Uch… 

– wzdrygnął się. – Poczujesz go, jak znikną efekty Eliksiru Znieczulającego, ale mam nadzieję, że dotrzemy 
do Hogwartu zanim… 

– Gdzie oni są? – zapytał Harry. 
– Oni? 
– Śmierciożercy. 
– Och, myślę, że przeszukują zawalony korytarz, w poszukiwaniu naszych ciał. – Krótki, suchy śmiech. – 

Ale to nie zajmie im wiele czasu, chyba. Musimy się pośpieszyć. Będą podejrzewać, że przyszedłem tutaj. 

Harry przytaknął. 
– Czy jest stąd inne wyjście? 
– Oczywiście. – Snape uniósł brwi, nieco zirytowany. – Jest ukryte przejście za obrazem. 
Skinął głową w stronę muru. Harry spojrzał na obraz, który nie był jednak malowidłem, lecz magicznym 

zdjęciem  kruka.  Nic  nadzwyczajnego:  zwykły,  czarny  kruk.  Ptak  zatrzepotał  skrzydłami  jakby  witając 
Harry’ego i skłonił głowę grzecznie. Harry ukłonił się w odpowiedzi, rozbawiony. 

Po chwili zauważył, że Snape stoi za nim. Harry odwrócił się z ciekawością w jego stronę. 
– Dlaczego powiesiłeś taki obraz na ścianie? 
– To nie jest zwykłe zdjęcie, Harry. – Wydawało się, że Snape już się tak nie śpieszy. – To jest Quietus w 

swojej formie animaga. 

Harry od razu odwrócił się do obrazu i zobaczył, jak kruk przytakuje głową słowom profesora. 
– Och nie… – jęknął boleśnie. – Czy on wie, że…? 
Kruk pokiwał powoli głową. 
– To była pierwsza rzecz, jaką mu powiedziałem, kiedy się tu dostałem – odpowiedział Snape spokojnie. 

– Ale, Harry, nie mamy czasu… 

– Nie chcę zostawiać tego obrazu… – oświadczył nagle Harry. 
– Czy znasz jakieś pomniejszające zaklęcia? 
– Oczywiście – odpowiedział chłopak. – Chociaż nie śmiem spróbować tego różdżką naszej roboty… 
–  Nie  potrzebujesz  już  jej,  Harry.  Tu  jest  różdżka  twojego  oj…  Quietusa.  Siedemnaście  cali,  wiśnia, 

pióro kruka. 

Harry poczuł się zakłopotany. 
– Dlaczego ty jej nie użyjesz? 
– Różdżka mnie nie lubi – odpowiedział po prostu. – I chyba należy się tobie. 
W  wyciągniętej  dłoni  Snape’a  czekała  na  Harry’ego  różdżka.  Chłopak  sięgnął  po  nią  z  ociąganiem  i 

najpierw tylko dotknął jej ostrożnie: wiedział, że w czarodziejskim świecie każda magiczna rzecz wpływała 
na osobę, która jej dotknęła. A to nie była tylko jakaś zwykła rzecz – to było dużo więcej. To była różdżka 
jego ojca. 

Znowu to  dziwne, odległe uczucie… Jego ojciec, który umarł  zanim on się nawet  urodził, który  nigdy 

nawet  nie  wiedział,  że  ma  syna…  Chociaż  Harry  nie  pamiętał  Jamesa  ani  swojej  matki,  był  już 
przyzwyczajony  do  myślenia  o  nich  jako  o  rodzicach…  I  to  podobieństwo  pomiędzy  nim  i  Jamesem 
Potterem. Ale Quietus Snape był zupełnym nieznajomym. W każdym sensie tego słowa. 

Dlaczego to wszystko mu się przytrafiało? Dlaczego? 
Nie mógł odpowiedzieć na swoje pytania i nagle był zupełnie pewny, że było za późno. Było za późno na 

to  wszystko.  Nigdy nie będzie w stanie myśleć  o Quietusie Snapie jako o swoim ojcu. Było  po prostu  za 
późno  na  to.  I  to  była  wina  jego  matki  i  Dumbledore’a.  Trzymali  to  w  sekrecie  przed  nim,  chociaż  ten 
człowiek nie zasłużył na zapomnienie… 

Kiedy palce chłopca wreszcie dotknęły delikatnego drewna, znajome uczucie przebiegło przez jego ciało. 

Zupełnie jak wtedy, gdy dotknął swojej różdżki po raz pierwszy. Nagle chwycił ją mocno. 

W pierwszej chwili nic się nie stało. Ale kiedy poruszył  ręką, otoczyły go tak silne myśli i emocje, że 

musiał zamknąć oczy. Zbladł. 

background image

Snape przestraszył się. 
– Harry? – zapytał ostrożnie. – Wszystko w porządku? 
Natychmiast głęboko zaczerpnął powietrza i otworzył oczy. 
– Severusie… – Twarz chłopaka wyrażała ból. – Severusie, chcę cię o coś prosić… o coś poważnego. 
– W czym problem? – Lęk Snape’a wzrósł. 
– Nie, ja tylko… Chciałem cię o coś prosić… – Harry przerwał na chwilę. – W razie gdybym ja… Gdyby 

coś mi się stało, proszę, obiecaj, że ty… Że nie zrobisz nic głupiego… Nie będziesz się obwiniał, obiecaj 
mi, proszę… 

–  Harry,  nic  się  nie  stanie.  –  Profesor  potrząsnął  głową.  –  Zaufaj  mi.  Wydostaniemy  się  stąd.  Zjemy 

pyszne śniadanie jutro w Hogwarcie, dobrze? 

– Obiecaj mi, proszę – błagał Harry. – Proszę – powtórzył. 
– W porządku, obiecuję, ale… Dlaczego mnie o to prosisz? 
– Nie wiem… Może to było po prostu ostatnie życzenie twojego brata przed śmiercią… 
– Możliwe. – Snape westchnął z wyraźną ulgą. – Chodźmy już… Będą tutaj lada chwila. 
– Moment.  – Harry zmniejszył  obraz szybkim machnięciem  różdżki i  schował  go do kieszeni.  – Teraz 

możemy iść. 

Zniknęli w ciemnym tunelu. 
*** 
Dwudziestu  ludzi  stojących  obok  siebie  w  dziwnym  kręgu  w  Zakazanym  Lesie,  to  musiałby  być 

szokujący widok dla każdego, kto  miałby okazje to  zobaczyć, pomyślał  sarkastycznie Fletcher.  W środku 
ich dziecinnie wyglądającego kółka stał na wpół przytomny Nott, różdżka Dumbledore’a wskazywała prosto 
na niego. 

– W chwili, gdy dotrzemy do celu, każdy chwyci swoją różdżkę – rozkazał dyrektor surowo. 
– Wiemy o tym, Albusie. Nie jesteśmy uczniami przygotowującymi się do OWTMów – burknął Fletcher 

gniewnie. – Nie musimy powtarzać podstaw… 

Black wymamrotał coś, co brzmiało jak „właśnie”, ale Lupin uciszył, co ostrym spojrzeniem. 
– Wiem, Mundungusie – westchnął ciężko Dumbledore. – Ufam wam wszystkim. Ja tylko chciałem… – 

Nie dokończył zdania. Fletcher poczuł znajome szarpnięcie świstoklika i las zniknął. Jedyna różnica, że tym 
razem to Nott był ślistoklikiem. 

Ciężko uderzyli o ziemię, kiedy wylądowali i ich pierwszym odruchem było wyciągnięcie różdżek. 
Otoczył  ich  śmiertelny  chłód.  Ziąb  jak  w  najcięższą  zimę.  To  był  chłód  nieistnienia,  pustki.  Zła  i 

bezwzględności. 

– Och nie, Remus – jęknął Black z rozpaczą. – Dementorzy… 
– I wilkołaki – dodał Lupin cicho. – Jesteśmy okrążeni ze wszystkich stron. 
– Wiedzieli o naszym przybyciu – oświadczył Fletcher ponuro. 
– Cisza – usłyszeli głos Dumbledore’a. – Różdżki w dłonie. Kiedy się zbliżą, biali utworzą patronusy, a 

żółci spróbują unieruchomić nadchodzące wilkołaki. Czerwoni będą czekać w pogotowiu, a Zieloni stworzą 
tarczę jak tylko patronusy ruszą. 

Lupin i Black popatrzyli na innych. 
– A niekolorowi? – zapytał nagle Black. 
Dało się słyszeć stłumione parskanie ze śmiechu. 
– Black, ty będziesz biały  – powiedział dyrektor i  ktoś zachichotał  nerwowo.  –  Lupin  zielony. Alastor 

żółty. 

Black  zamknął  oczy.  Niedobrze.  On  był  biały!  Przecież  nie  mógł  stworzyć  patronusa.  Już  był 

znieruchomiały i w szoku, znajome uczucie coraz bardziej na niego wpływało. 

Cienie bez twarzy pojawiły się przed nimi. Wydawało się, że płyną w zimnym powietrzu i pochłaniają 

wszystkie szczęśliwe myśli ludzi stojących w kręgu. 

– Teraz! – wykrzyknął Dumbledore głosem, o jaki Black nigdy nie podejrzewałby starego mężczyzny. 

background image

Syriusz podniósł różdżkę, by spróbować zaklęcia, chociaż wiedział, że to nie ma sensu, ale Lupin trącił 

go łokciem. 

– Zielony – szepnął mu do ucha po czym powiedział głośno, czysto i stanowczo: – Expecto Patronum! 
Pięć różnych kształtów pojawiło się w mroku i ruszyło w kierunku groźnych postaci. Powietrze ociepliło 

się trochę. Black machnął różdżką, wraz z innymi zielonymi budując dookoła ich magiczną tarczę. Szybko 
jednak się okazało, że wilkołaków to nie powstrzyma. Przynajmniej trzydzieści z nich wyskoczyło z lasu i 
biegło w ich kierunku. 

– Trzymajcie się razem. Nie ruszajcie się – usłyszeli głos dyrektora. 
Żółci wyeliminowali osiem z potworów, zanim dotarły do kręgu. Pozostałe jednak zdołały się przebić. 

Porządek  kręgu  został  zachwiany.  Wyjątkowo  duże  zwierzę  zaatakowało  dyrektora,  kolejne  skoczyło  na 
Fletchera,  który  próbował  walczyć  i  kierować  swoim  Patronusem  jednocześnie.  To  było  niemożliwe. 
Wilkołak  otworzył  paszczę,  jego  kły  zabłysły  w  półmroku.  Fletcher  zrezygnował  z  bezcelowych  starań  o 
utrzymanie patronusa i starał się uniknąć ugryzienia przez dziką bestię. Wygrywał już, gdy drugi dołączył 
się do pierwszego, a po chwili trzeci. 

Dumbledore również zmuszony był walczyć przeciwko nim, jak inni biali. Po chwili pozostał tylko jeden 

patronus walczący ze zbliżającymi się dementorami – należał do Lupina, którego z jakiegoś powodu omijali 
jego „współplemieńcy”. 

Wytrzymałość  Blacka  kurczyła  się,  w  miarę  jak  dementorzy  byli  coraz  bliżej.  Jego  wzrok  rozmył  się. 

Zobaczył  Annę  –  martwą  w  ich  zrujnowanym  pokoju,  swoich  rodziców  leżących  na  podłodze, 
torturowanych i martwych, tak jak ich córka… Potem zobaczył list Judith, w którym pisała, że wychodzi za 
mąż za innego… Upadł na kolana i jęknął. 

– Drętwota! – stanowczy głos ogłuszył przynajmniej pięć wilkołaków, ale było ich więcej. 
– Expecto Patronum! 
– Expelliarmus! 
– Seco! 
– Uro! 
Walka  stawała  się  coraz  bardziej  zacięta.  Po  chwili  zapomnieli,  po  co  tu  przybyli,  walczyli  o  własne 

życie. Zostali otoczeni i rozproszeni, walczyli jeden na jednego. 

– Nie ma już nadziei – pomyślał Black, kiedy poczuł jak ktoś ciągnie go za ramię. 
– Wstawaj, idioto – warknął gniewnie chłodny głos. Moody. 
– Zostaw mnie, sukinsynie. – Black wyswobodził się z uchwytu Aurora. 
– Uratowałem ci życie, kretynie. 
– Zamknij się, bydlaku. 
– Zamknijcie się obaj. – Trzeci, bardziej przyjacielski głos wtrącił się do rozmowy. – Chodźmy! Nikt za 

nami nie idzie. Inni walczą z mrocznymi bestiami. Musimy znaleźć Harry’ego i Severusa… 

Black spojrzał na przyjaciela. Moody pokiwał głową na znam zgody. Wstali i w pośpiechu odbiegli od 

swoich towarzyszy w kierunku wielkiego budynku. Na skraju lasu zatrzymali się. 

– To może być pułapka – wyszeptał Lupin. 
–  Cała  ta  sytuacja  jest  pułapką  –  burknął  gniewnie  Moody.  –  Ale  nie  mamy  innego  wyjścia… 

Poczekajcie tutaj. Ja podejdę bliżej. Jeżeli coś mi się stanie, nie idźcie za mną.  – Gniewnym  spojrzeniem 
uciszył dwójkę przyjaciół i odszedł. 

Zrobił tylko kilka kroków… Co najmniej dwadzieścia postaci pojawiło się w oknach budowli. 
– Crucio! 
–  Och,  nie!  –  Twarz  Lupina  przybrała  szarą  barwę  i  zrobiło  mu  się  niedobrze.  –  Dwudziestokrotny 

Cruciatus… Umrze za chwilę… Drętwota! – Wyskoczył spomiędzy drzew, broniąc starego aurora. 

– Finite Incantatem! – Black podążył za przyjacielem. 
Podczas tej chwilowej przerwy złapali nieprzytomnego mężczyznę i zaciągnęli go do lasu. 

background image

– Idioci! – Starzec najwyraźniej wcale nie był nieprzytomny. – Trzeba było mnie zostawić! Uciekajcie! 

Mogą tu być w każdej chwili! Zostawcie mnie! 

– Nie! – wykrzyknął gniewnie Lupin. 
– Tak! Macie coś do zrobienia. Uwolnijcie Pottera i Snape’a. Idźcie! Zostawcie mnie! 
Lupin chciał coś powiedzieć, ale w następnej chwili usłyszał odgłos zbliżających się kroków. 
– Idźcie! – burknął auror. – Już
Lupin podjął decyzję. Złapał swojego przyjaciela za ramię i zniknęli za drzewami. Zdążyli tuż przed tym, 

jak pojawili się Śmierciożercy. Ale wszystko słyszeli. 

– Avada Kedavra! – To był głos Moody’ego. Ale następny nie na leżał do niego. 
– Avada Kedavra! 
Wszystko ucichło. 
– Nie możemy ocalić Harry’ego  – westchnął  Black. – Nie zdołamy podejść do budynku. Zastanawiam 

się, czy inni jeszcze żyją. 

– Chodźmy, Siriuszu. Musimy jakoś spróbować. 
*** 
Ciemny  tunel  nie  był  zbyt  długi:  kończył  się  kilka  metrów  dalej.  Stamtąd  wybrali  inną  drogę:  ukryte, 

ciemne  przejścia,  osnute  półmrokiem  korytarze,  inne  tunele,  pokoje  i  kolejne  korytarze.  Po  chwili  Harry 
stracił  orientację,  po  prostu  podążał  za  Snape’em  zastanawiając  się  nad  swoim  życiem  i  nowo  odkrytymi 
wiadomościami. 

W  końcu  weszli  do  dużej  łazienki,  gdzie  Snape  odsłonił  właz  i  kazał  Harry’emu  wspiąć  się  do  niego. 

Kiedy obaj już byli w środku, Harry zaryzykował ciche pytanie: 

– Gdzie teraz idziemy? 
– Na dziedziniec. Tam jest sadzawka, ten tunel tam się kończy. 
– Nie potrafię pływać. – Harry przełknął ślinę, czując rosnące przerażenie. 
– Nie musisz. Tylko złap mnie za ramię, kiedy ci powiem i weź głęboki wdech zanim zanurkujesz. 
Harry zadrżał, kiedy wspinał się dalej. Nie czuł bólu, ale nie było również z nim dobrze. Snape wyjaśnił 

mu,  że  nie  byli  zdrowi  –  nie  było  czasu  na  leczenie.  Po  prostu  przedawkowali  przeciwbólowe  i 
wzmacniające eliksiry. To cud, że w ogóle mogli się poruszać. 

Harry  widział,  że  ręce  Snape’a  też  nie  działały  prawidłowo,  nadal  nie  mógł  utrzymać  niczego,  czy 

zacisnąć  dłoni  w  pięści.  Nie  miał  oczywiście  swojej  różdżki,  ale  włożył  sobie  za  pas  przemienioną 
pochodnię. Na wszelki wypadek, wyjaśnił, widząc zdziwiony wzrok Harry’ego. 

– A jeżeli czekają na nas na końcu tunelu? – zapytał nagle chłopiec. 
–  Nie  wiem.  W  takim  przypadku  nie  mamy  zbyt  wielkich  szans  na  przeżycie.  –  Snape  wzruszył 

ramionami. – Chociaż nie sądzę, żeby znali to wyjście. Tunel z mojego laboratorium zrobiłem po zmianie 
stron, by mieć możliwość ucieczki w razie… ujawnienia. Potem odkryłem tę drogę. Nazwałem ją wyjściem 
awaryjnym. 

– Rozumiem… 
Kiedy dotarli do końca tunelu, cisza się skończyła. Słyszeli różne dźwięki i hałasy, stłumione i odległe 

krzyki. 

– Co to? – zapytał nerwowo Harry. 
–  Nie  wiem  –  odpowiedział  Snape.  –  Może  przygotowania  do  uczty.  Muszą  być  teraz  bardzo 

podekscytowani: odkryli zdrajcę i złapali największego wroga ich pana… 

– Ale podejrzewam, że już wiedzą o naszej ucieczce… 
– Nie wiem… Nikt za nami nie idzie, co znaczy, że nie dotarli jeszcze do mojego gabinetu. Jeszcze nie. 

Albo stracili nasz ślad… To dziwne… Coś jest nie tak… 

– Albo coś ich odwraca ich uwagę… – wyszeptał Harry z nadzieją. 
– Czy myślisz, że Dumbledore nas odnalazł? – Ku zdziwieniu Harry’ego, głos Snape’a też wydawał się 

pełen nadziei. 

background image

– To możliwe, prawda? 
– Tak, ale… – Twarz Mistrza Eliksirów spochmurniała. – W takim razie podejrzewam, że tu już na nich 

czekano. 

– Co? 
– Jak powiedziałem, miałem przeczucie, że ktoś w sztabie Dumbledore’a wynosi informacje… 
– Czy to znaczy…? – Harry nie ośmielił się dokończyć zdania. 
Snape skinął głową. 
– Ale przynajmniej nie spodziewają się niczego po nas. I może mamy szansę uciec niepostrzeżenie. 
– Ale nie możemy ich zostawić! – Harry wytrzeszczył oczy na Snape’a. – Jeśli mają kłopoty… 
– …to ty nie jesteś odpowiednią osobą by ich ratować! Oni przybyli ciebie ratować. Jeśli możesz uciec z 

ich  pomocą,  musisz  to  zrobić.  Nie  obracaj  ich  poświęcenia  w  niwecz  przez  głupie  demonstracje,  Harry. 
Musimy się stąd wydostać. 

– Ale musimy ich jakoś zawiadomić, że my… 
– Nie. Musimy dotrzeć do Hogwartu, zanim minie działanie eliksirów i nie będziemy w stanie poruszyć z 

bólu. Zrozumiano? 

Harry nie był do końca przekonany, ale przytaknął. 
–  W  porządku.  Słuchaj.  Kiedy  wydostaniemy  się  z  sadzawki,  musimy  jak  najszybciej  dotrzeć  do  lasu. 

Tam  kończy  się  pole  antyaportacyjne.  Jak  tylko  przekroczymy  tę  granicę,  natychmiast  się  deportujemy. 
Żadnych głupich akcji, nie myśl o ratowaniu innych. Ty jesteś teraz najważniejszy. 

Harry zobaczył przed sobą wodę. 
– Jak długo potrwa zanim… wyjdziemy z sadzawki? – zapytał cienkim głosem. 
– To około  trzydziestu jardów. Jedna krótka minuta. Ale jak tylko  wydostaniemy się z wody, musimy 

biec. – Snape zatrzymał się na chwilę. – W porządku, Harry? – zapytał zmęczonym głosem. 

– W porządku, Severusie. – Podszedł do mężczyzny i objął go na chwilę. – Dziękuję. 
– Ehm… – Snape nie wiedział, co odpowiedzieć. – W takim razie… chwyć mnie za ramiona. Wciągnij 

głęboko powietrze, teraz! 

Zanurkowali pod wodę. 
*** 
– Remusie, oni tu są… – wyszeptał rozpaczliwie Black. – Czuję ich, o mój Boże… 
Zaczął gwałtownie dygotać. 
– Syriuszu… Syriuszu, uspokój się, jestem tu… 
– Anna… – Black upadł, jęcząc. 
– Syriusz, trzymaj się! – Lupin podniósł różdżkę. – Będę cię chronił. Expecto Patronum! – wykrzyknął, 

drugą ręką starając się podnieść przyjaciela z ziemi. – Syriuszu, nie możesz się poddawać! Nie teraz! 

– Tak – jęknął Black w odpowiedzi. – Ja tylko… 
– Musimy się deportować, Syriuszu, jeżeli… 
– Ale Harry… 
– Umrzemy i nie pomożemy mu, Syriusz… Nie możesz zrozumieć? 
– Zawiedliśmy go… – wyszeptał Black. 
– To nie nasza wina. To była pułapka. Ktoś nas zdradził. I z całą pewnością nie Snape. 
– Tak… Masz rację, tylko… 
– Crucio
Trzech  Śmierciożerców  pojawiło  się  przed  nimi  i  Lupin  przeklął  własną  nieostrożność,  kiedy  padł  na 

ziemię, skręcając się w ogromnym bólu. Jego patronus zniknął, a dementorzy zbliżyli się. 

– Nieee! – wrzasnął Black. 
Lupin jednak cierpiał w milczeniu. Więc taki był ich koniec. Nigdy tak tego nie sobie wyobrażał… Dwie 

potworne  postacie  podeszły  bliżej  do  dygocącego  mężczyzny  i  zdjęły  kaptury  pochylając  się,  by  złożyć 
pocałunek. 

background image

Wrzaski  Blacka  stały  się  nie  do  zniesienia,  ale  Lupin  był  jak  skamieniały  ze  strachu.  Nie.  Nie  taki 

koniec… Ból i pocałunek jednocześnie… 

– Drętwota! 
– Expecto Patronum! 
Dwa silne zaklęcia odpędziły napastników. 
– Było blisko, Ari. – Lupin odetchnął z ulgą, słysząc głos Fletchera. – Wstawajcie! – krzyknął Mundugus 

do dwóch mężczyzn, leżących na ziemi. – Bitwa się jeszcze nie skończyła. 

– Gdzie reszta…? Co się stało z innymi? 
– Etherny i Noah zginęli. Moody gdzieś zniknął… 
– On również zginął… – wyszeptał słabo Black. 
–  Rozumiem.  Inni  zaczęli  podchodzić  do  budynku.  Większość  dementorów  zniknęła,  nie  wiemy 

dlaczego. Wilkołaki również… Coś jest nie tak. – Głos Figg był poważny i chłodny. – Wstawajcie! Musimy 
dołączyć do reszty… 

Black i Lupin zerwali się na nogi. 
– W porządku… – zaczął Fletcher, ale nie skończył. Przerażający krzyk zabrzmiał w ciemności. 
– HARRY! NIEEEEEEEEEEEEEE! DRĘTWOTA! 
Potem zaległa cisza. 
*** 
Kiedy dotarli do brzegu, Snape wypchnął chłopca z wody i sam wspiął się za nim. Las wydawał się być 

tak daleko… 

– Musimy biec, Harry… 
– Ruszajmy! – Chłopak skinął głową w odpowiedzi. 
Zerwali  się  z  ziemi  i  zaczęli  biec  w  kierunku  drzew.  Harry’emu  zrobiło  się  słabo,  poczuł  jak  plecy 

zaczynają  go  boleć.  Nogi  również.  Potem  pierś.  I  ramiona.  W  końcu  bok  zabolał  wręcz  niewyobrażalnie 
mocno. Po dwóch godzinach wspinania i wysiłków eliksiry zaczęły tracić moc. 

Harry potknął się, zwolnił. Potem znowu. Zaczęło mu się kręcić w głowie i ból nasilił się… Dlaczego? 

Pewnie faktycznie byli w okropnym stanie i ich organizmy były wycieńczone… Harry nie był już w stanie 
dłużej  biec.  Kuśtykał  za  Snape’em.  Profesor  najwyraźniej  nie  czuł,  że  eliksiry  przestają  działać  i  biegł 
najszybciej jak potrafił… A Harry nie mógł go zawołać. Był za słaby. 

Upadł na kolana. Nie! Musi być silniejszy! 
Walcząc  z  bólem  i  słabością  wstał,i  pokuśtykał  za  Mistrzem  Eliksirów. Jednak  odległość  między  nimi 

była po prostu za duża. Nie dogoni go w tym życiu, w jakiś sposób Harry był o tym przeświadczony. 

A  potem…  Znajome  uczucie  zimna  zatrzymało  profesora  i  sparaliżowało  Harry’ego.  Przez  chwilę 

wszystko  stało  się  czarne  i  słyszał  głos  swojej  matki  jak  błaga  Nie  Harry,  proszę…  Ale  już  w  następnej 
chwili  wyciągnął  różdżkę  swojego  ojca  i  skoncentrował  się  na  trzęsącej  się  postaci  swojego  stryja,  który 
zaoferował  mu  więcej  niż  ktokolwiek,  który  dzielił  z  nim  ból  i  tortury,  całe  życie…  Chłopiec  podniósł 
różdżkę i powiedział spokojnie, ale stanowczo: 

– Expecto Patronum! 
Jego patronus – jeleń, drugi ojciec, obrońca – pojawił się przed Harrym, skłonił się mu i zrobił coś, czego 

Harry był pewien, że patronus nie powinien potrafić: nie tylko odpędził ich… unicestwił ich! Rozpłynęli się 
w powietrzu. I nie było ich już nigdzie. Nigdy więcej. 

Snape odwrócił się, dziwny wyraz na jego twarzy… Zaskoczenie i zdumienie… Ale nagle zmienił się w 

przerażenie: jego oczy rozszerzyły się w wyraźnym lęku. Otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden 
dźwięk. 

Czas jakby się zatrzymał, a może po prostu płynął bardzo powoli? Harry nie wiedział tego, ale wszystko 

wyczuł naraz: przerażenie Snape’a, jego znikającego patronusa i pojawiających się dookoła Śmierciożerców 
i jednego wskazującego różdżką dokładnie na niego. 

Harry rozpoznał go natychmiast. 

background image

Glizdogon.  Peter  Pettigrew.  Zdrajca.  Morderca  jego  rodziców.  Morderca  Berthy  Jorkins  i  Cedrika 

Diggory’ego. Żałosny, obrzydliwy sługa Czarnego Pana. 

Ten, który miał dług życia względem Harry’ego. 
Ale najwyraźniej się tym nie przejmował. 
– Avada Kedavra – powiedział po prostu. Znajome zielone światło wystrzeliło z jego różdżki i zbliżało 

się. 

Harry nie mógł się poruszyć. Wiedział, nie zostało mu już nic czasu. Był świadomy, że tylko on czuł jak 

czas zwolnił. Jego ciało było w innym świecie, w zwykłym świecie i nie mogło być wystarczająco szybkie, 
by uskoczyć. 

Tylko patrzył się na zielone światło. 
Więc taki był koniec. 
Jak koniec jego matki. 
Jak koniec jego ojca. 
Jak koniec Jamesa Pottera. 
Voldemort osiągnął swój cel. Lada chwila zginie. 
Nie bał się. Nie walczył. Pogodził się z tym: takie było jego przeznaczenie. 
Potomek Quietusa musiał zmierzyć się ze śmiercią, by żyć. 
Harry nie wiedział, co mogło znaczyć to zdanie. Ale teraz miał zmierzyć się ze śmiercią. 
Tylko serce go zabolało. Severus… Severus będzie całkowicie załamany i zrozpaczony. 
Ból nim wstrząsnął. Spojrzał po raz ostatni na Severusa. 
– Przepraszam – wyszeptał, a zielona błyskawica uderzyła w niego. 
Wszystko stało się czarne. Na zawsze. 
*** 
Snape  nie  mógł  uwierzyć  własnym  oczom.  Patronus  Harry’ego  pokonał  dementorów.  Harry’ego… 

Harry! 

Nagle zauważył, że znowu zostawił chłopca samego. Odwrócił się, przywołując na twarz pokrzepiający 

wyraz. 

A  tuż  za  Harrym…  Cały  wewnętrzny  krąg  stał  za  nim.  Voldemort  pośrodku,  a  obok  niego  Pettigrew, 

wskazujący na Harry’ego swoją różdżką. 

Zielona błyskawica. 
Zabijające zaklęcie. 
Nie. 
Harry umrze. 
Nie. 
Zielona błyskawica dosięgła Harry’ego. 
Nie! 
Chłopiec upadł na ziemię. 
Nie
Nie mógł się ruszyć. 
Harry był martwy. 
Harry był martwy
Harry był martwy. 
–  HARRY!  NIEEEEEEEEEEEEEE!  DRĘTWOTA!  –  wrzasnął  z  rozpaczą,  wskazując  ich  wspólnie 

zrobioną różdżką na krąg, kiedy biegł do dziecka. 

Śmierciożercy zniknęli mu z oczu. Widział tylko Harry’ego. 
Serce mu pękało. Wszystko go bolało. Bolało go samo istnienie. 
Zawiódł. 
To była jego wina. 

background image

Znowu zostawił chłopca. 
Kiedy dotarł do pozbawionego życia ciała, upadł na kolana. Przytulił ostrożnie Harry’ego, podniósł ciało 

z ziemi i wstał. Przez chwilę tylko tak stał, trzymając chłopca w ramionach. Harry był taki lekki, jak piórko. 
Ruszył powoli na chwiejnych nogach w stronę lasu. Nie dbał o Śmierciożerców. Może miał nawet nadzieję, 
że go również zabiją. Ale nikt nie próbował go zatrzymać, nikt nie rzucił na niego zaklęcia, kiedy tak szedł. 

To było zbyt znajome. Cała ta droga. Chłopak w jego ramionach. Martwy chłopiec. Syn Quietusa. 
Martwy jak Quietus. 
I on wynosił go z tego przeklętego miejsca, bezradny. 
Ciało stawało się coraz cięższe… jak każde martwe ciało. A może to on był taki słaby? 
Quietus był cięższy, pomyślał nagle. Ale był wtedy starszy, był dorosły. 
Dorosły? Byli tylko głupimi dzieciakami, obaj… Quietus nie miał nawet dwudziestu lat. 
Ale Harry był dużo młodszy. Był tylko dzieckiem. Dzieckiem! 
Przytulił go mocno do piersi. 
Nie mógł płakać. Wtedy też nie mógł płakać. Chciał – ale nie mógł. 
Każde uczucie zostało wydarte z jego serca. Pozostała tylko zimna, pusta przestrzeń. 
– Przepraszam, Quietus. Przepraszam, Harry. Przepraszam – powtarzał niezliczoną ilość razy, jak mantrę, 

dopóki  nie  dotarł  do  lasu.  Wtedy  wyjął  różdżkę  Quietusa  ze  słabego  uchwytu  Harry’ego  i  zacisnął  dłoń 
dookoła gładkiego drzewca. 

W następnej chwili byli w Zakazanym Lesie, w punkcie aportacyjnym. 
Snape nie był już w stanie zrobić ani jednego kroku. Upadł na ziemię, nadal przytulając ciało Harry’ego i 

zwinął się opiekuńczo wokół martwego chłopca, jakby mógł osłonić go swoim własnym ciałem… 

– Nie chcę się już nigdy obudzić… – zabrzmiały jego ostatnie słowa. 

14. DOCHODZENIE  

Obudziło go jasne światło. 
W  pomieszczeniu  było  wyjątkowo  jasno:  białe,  żółte,  pomarańczowe  i  złote  paski  wszędzie  dookoła. 

Zapach  świeżo  skoszonego  trawnika,  aromat  rozgrzanego  słońcem  powietrza…  I  dźwięki.  Śpiew  ptaków, 
szum liści, pluskanie wody w oddali i inne odgłosy natury. Przepełniła go radość życia: to był piękny letni 
dzień. 

Otaczała go świeżość: prześcieradło, poduszka, lekki koc, czysty i ciepły, przytulny, wzywając do snu, 

marzeń – wszystko to chroniło go przed przebudzeniem. Ale nie był już senny ani zmęczony, czuł się rześko 
i był trochę głodny. Nic dziwnego, nie jadł od… 

Od dwóch tygodni. 
O Boże, od dwóch tygodni. 
Koszmarny Dwór. 
Voldemort. 
Harry. 
Błyskawiczna podróż myślami wstecz. Do Harry’ego. 
Usiadł z przerażeniem malującym się na twarzy. Ciepło słońca pogłaskało go delikatnie po plecach. Koc 

zdawał się jarzyć niebiesko w tym jaskrawym blasku. Wpierw niemal nic nie mógł zobaczyć, mrużył oczy 
od światła. Obraz pokoju  wyłaniał  się powoli  przed jego oczami. W końcu go  rozpoznał.  Był  w  skrzydle 
szpitalnym, w Hogwarcie. Był bezpieczny. 

Poczuł  dławienie  w  gardle,  kiedy  ostrożnie  odwrócił  głowę  najpierw  w  prawo,  potem  w  lewo,  by 

sprawdzić  pozostałe  łóżka.  Mając  nadzieję,  że  zobaczy  znajomą,  chudą  postać  leżącą  na  posłaniu  obok 
niego, pod kocem, śpiącą… Ale był sam. Tylko on i jasne światło, nic więcej. 

Więc  to  prawda.  Harry  nie  musiał  tu  być,  już  nie.  To  było  gorsze  niż  najgorszy  koszmar.  Obrazy 

poprzedniej nocy powoli do niego wracały: walący się korytarz, jego laboratorium, wilgotny tunel, korytarze 
i pokoje, które przemierzyli (razem), sadzawka, las, dementorzy, patronus i wreszcie Harry, stojący przed 

background image

całym  wewnętrznym  kręgiem  Śmierciożerców,  czekający  na  nich  bez  lęku,  a  potem  umierający.  Zielone 
światło uderzające w niego. Chłopak opadający bezwładnie na ziemię. 

Snape  nie  pamiętał  jak  tutaj  dotarł,  co  stało  się  po  upadku  Harry’ego.  Mgliście  przypominał  sobie… 

Chyba leżał w punkcie aportacyjnym w Zakazanym Lesie, z Harrym w ramionach. Ale… Harry już wtedy 
nie żył. A on chciał umrzeć obok niego. Najwyraźniej nie umarł, przynajmniej na razie. 

Och, do diabła, to musiał być Albus…Czemu nie pozwolił mu tam umrzeć? Nie chciał znowu powrócić z 

martwym  chłopcem  w  ramionach,  jak  piętnaście  czy  więcej  lat  temu,  zaczynać  wszystko  od  nowa: 
odbudowywać znowu całe życie. Nie, już nie. Był na to po prostu za stary. 

Wstał  z  łóżka,  wsunął  stopy  w  stojące  obok  kapcie  i  przeciągnął  się.  Zauważył,  że  ma  na  sobie  tylko 

długą, białą koszulę nocną. Wykrzywił się z obrzydzeniem. On – w bieli… To było dość denerwujące. Po 
chwili jednak wzruszył tylko ramionami i odwrócił się do swojego celu,  którym był malutki pokoik obok 
gabinetu Poppy. Rzadko był używany, ostatni raz prawie pięć lat temu, tuż przed tym, jak Harry rozpoczął 
tu swoją naukę… No i oczywiście niedawno. 

Powoli otwierał drzwi, zatrwożony. Obawiał się tego, co zastanie w środku. Wreszcie przemógł się, wziął 

głęboki wdech i wszedł do pokoju. Kostnica. 

Nie  było  to  ciemne  miejsce,  było  tak  samo  jasne  i  pełne  słońca  jak  całe  skrzydło  szpitalne. 

Pomarańczowe, żółte i złote promienie świeciły wszędzie, nawet w tym miejscu śmierci. Jeden z nich padał 
dokładnie na dziecięce ciało leżące na katafalku. Chłopiec wyglądał tak spokojnie, jakby tylko spał. Snape 
ostrożnie  podszedł  bliżej.  Harry  uśmiechał  się  leciutko.  Snape  nie  zauważył  tego  dzień  wcześniej,  kiedy 
zabrał go ze sobą najdalej jak mógł od tamtego przeklętego miejsca… Uśmiechał się, zaakceptował swój los 
uśmiechając się, śmiejąc się… Z czego? Z oszukanego świata, który teraz stracił swojego zbawiciela, nigdy 
zresztą niepragnącego tego stanowiska? Z Voldemorta, który nie zdołał go złamać? Z niego, który zdradził 
go, zostawiając z tyłu…? 

Zrobił kolejny krok. 
Harry. Syn Quietusa. Ostatnia (i teraz stracona) nadzieja rodziny Snape’ów i, o ironio, również rodziny 

Potterów. Martwy syn jego martwego brata. 

Zawiódł. 
Zrobił ostatni krok i teraz stał obok mar. Harry nadal miał na sobie skrócone ubranie Snape’a, które ten 

byle jak pociął nożyczkami w pośpiechu. Czarne ubranie, pokryte błotem, kurzem i krwią w miejscach gdzie 
stare,  niezaleczone  rany  otworzyły  się  podczas  długiej  ucieczki.  Upadł  na  kolana  w  bólu.  Te  rany  Harry 
otrzymał, kiedy byli jeszcze razem. Razem… A chłopak był obok niego, czasami przytulał się do niego i 
rozmawiali o ważnych i nieważnych rzeczach, zdarzeniach, osobach… 

Byli razem i żyli. 
Cierpieli,  byli  torturowani,  byli  maltretowani  i  głodzeni,  ale  byli  razem.  Po  raz  pierwszy  w  swoim 

przeklętym życiu czuł, że jest przy nim ktoś, nie tylko fizycznie, a teraz… Teraz to się skończyło, jak sen. 
Serce go bolało i myśli wirowały w jego głowie. 

Odlatujemy… 
Ostrożnie sięgnął i ujął zimną dłoń. Zimną jak lód wokół jego duszy i serca. Pogładził ją i przycisnął do 

niej czoło, zaciskając powieki. 

Niecały dzień wcześniej ta sama dłoń dotykała go, te same ramiona przytulały go nieśmiało, te zamknięte 

teraz  oczy  były  jasne,  pełne  życia  i  nadziei…  Harry,  syn  Quietusa,  jego  bratanek,  któremu  obiecał  być 
rodzicem, być z nim zawsze. A potem po prostu zostawił go za sobą, by został bezlitośnie zabity. 

Dlaczego  on?  Czemu  to  nie  jego  zabili  –  Severusa  Snape’a,  podwójnego  agenta,  niegodnego  zaufania, 

wstrętnego typa? Czemu to nie on został z tyłu? 

Czy to była kara za jego grzechy? 
Czy czas, jaki spędził w celi śmierci, nie wystarczył? 
Czemu miał dalej cierpieć? Czemu jedna zła decyzja powodowała tyle bólu i cierpienia? 
Czemu nie był w stanie poświęcić się za chłopca? 

background image

Pytania, na które nigdy nie będzie odpowiedzi. 
Rozpaczliwe łkanie próbowało się wyrwać z jego duszy, ale nie potrafił płakać. Oczy były suche, a twarz 

nie  wyrażała  żadnych  emocji.  A  od  wewnątrz  emocje  go  zabijały.  Ścisnął  mocniej  lodowato  zimną  rękę. 
Gdyby tylko otrzymali kolejną szansę… Zrobiłby dla niego wszystko. Byłby dla niego ojcem, gdyby tylko 
Harry chciał. Dałby mu rodzinę, tak jak obiecał  – myślał o tym poważnie również wtedy, nie tylko teraz. 
Ale teraz tak bardzo chciał pokazać chłopcu, albo jakiemukolwiek słuchającemu  bogu, że on chciał…  Że 
naprawdę, szczerze, poważnie był gotów to zrobić. 

Zrobiłby wszystko dla chłopca. Oddałby swoje życie, gdyby to mogło wskrzesić Harry’ego… Zawiódł. 

Nie potrafił zrobić tego, co zrobili dla niego wszyscy rodzice: nie mógł umrzeć za chłopca. Więc to Harry 
umarł. Harry. Dusza Severusa wyła, błagała i pogrążała się w żalu. Jego twarz jednak pozostała bez emocji. 

Światło  utworzyło  aureolę  wokół  głowy  Harry’ego.  Kruczo  czarne  włosy  błyszczały,  sprawiając 

wrażenie, że są białe z czerwonymi tonami… Ale bladość twarzy zdradzała gorzką i bolesną prawdę… 

Pogłaskał delikatnie bladą twarz, nieposłuszne włosy. Odszedł. Odszedł na zawsze. 
Też chciałby pójść za chłopcem. Odejść, tak jak on. 
Nagle przypomniał sobie wcześniejsze słowa Harry’ego. Chciałbym cię o coś prosić, w razie gdyby coś 

mi się stało. Proszę, obiecaj, że nie zrobisz nic głupiego. Nie będzie się obwiniał… 

Harry wiedział. 
Cholera! Harry wiedział. Skąd? 
I dlaczego go nie ostrzegł? Mogliby tego uniknąć! 
Albo i  nie. Durne, głupie roztrząsanie co by było gdyby… Nie. Harry umarł.  Znowu był  sam,  ale tym 

razem dokładnie wiedział, co stracił. Kiedy wcześniej był sam, nie tęsknił za towarzystwem tak bardzo jak 
teraz. Teraz dokładnie wiedział, co to znaczy dzielić życie z kimś, kto się troszczył, kto kochał… 

– Severusie… 
Podniósł głowę od zimnej dłoni i odwrócił się w kierunku drzwi. 
– Albusie… – Nie był w stanie powiedzieć nic więcej. Zdał sobie sprawę z tego, że drży. 
Dyrektor podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu. 
–  Chodź,  Severusie.  Potrzebujesz  więcej  odpoczynku…  Za  tobą  ciężkie  przeżycia,  a  przed  tobą  wiele 

ciężkich jeszcze czeka. 

Snape westchnął. 
– Chcę zostać tutaj… 
– Nie możesz. Nie zadręczaj się… 
– To nie męczarnie, Albusie. – Pokręcił głową. – Ja tylko… Nie mogę go zostawić. Nie teraz. 
– Będziesz miał jeszcze okazję się z nim pożegnać, Severusie. Ale za kilka godzin przyjdzie minister, by 

wysłuchać twojego zeznania… 

– To nie będzie zwykłe przesłuchanie. Będą mnie przesłuchiwać tak bezwzględnie jak zawsze, Albusie. 
– Nie sądzę… 
– Zobaczysz. – Snape ponownie skierował wzrok na Harry’ego. – Nie chcę tego… Nie dzisiaj. 
– To musi być zrobione. 
– Wiem. 
– Chcą również zbadać Harry’ego – rzekł dyrektor cicho. 
Snape zadrżał, słysząc te słowa. Zbadać! Będą rzucać zaklęcia na martwe ciało, by się upewnić, czy to 

rzeczywiście Harry Potter. Rozbiorą go do naga, by zobaczyć wszystkie rany i sińce, których Harry nikomu 
nie zamierzał pokazywać, Snape był tego pewny. 

I zmuszą również jego, by się rozebrał i pokazał swoje rany jako dowód, który dopiszą do akt – bardzo 

potężnych akt, ponad 3500 stron, Dumbledore mu kiedyś powiedział – razem z wyznaniem i świadectwami, 
oczywiście  pod  wpływem  Veritaserum…  Och,  nie,  nie  znowu.  Wsadzą  go  znowu  do  Azkabanu,  bo  będą 
potrzebowali kozła ofiarnego, którego będą mogli oskarżyć o śmierć słynnego Harry’ego Pottera… 

background image

Azkaban,  gdzie  byłby  zmuszony  ponownie  przeżywać  śmierć  Harry’ego  i  Quietusa  raz  za  razem, 

nieskończenie wiele razy. Całymi latami, aż do swojej śmierci. Nie. Raczej wolałby wrócić do komnat tortur 
Czarnego Pana, by szukać zapomnienia i wybaczenia… 

– Albusie, proszę, nie pozwól im wtrącić mnie do Azkabanu – wyszeptał słabo. – Nawet na jeden dzień, 

proszę… 

– Uspokój się, Severusie. Nie pozwolę im zabrać ciebie z Hogwartu, obiecuję. 
Snape zamknął oczy. 
– Dziękuję, Albusie… 
Starszy mężczyzna pomógł mu powoli wstać i dojść do łóżka. 
–  Postaraj  się  przespać.  Musisz  dać  im  zeznanie  o  śmierci  Harry’ego  dzisiaj  wieczorem.  Chcę,  żebyś 

doszedł do siebie i był na to gotowy. 

Podał szklankę przyjacielowi. 
– Eliksir Bezsennego Snu na trzy godziny. Wypij. 
Snape skinął głową i wlał zawartość do gardła. Był już w łóżku i owinął się kocem, kiedy odpowiedział 

na słowa dyrektora: 

– Nigdy nie dojdę do siebie. 
Dumbledore spojrzał na leżącego mężczyznę z poczuciem winy. 
– Przepraszam, Severusie – wyszeptał, chociaż Mistrz Eliksirów nie był pewny, za co dokładnie dyrektor 

go przepraszał. 

*** 
Po trzech godzinach snu i lekkim posiłku Snape starał się ubrać. Mrużka, domowa skrzatka, przyniosła 

ubrania z jego szafy z lochów i poczuł się trochę lepiej zakładając swoje stare rzeczy, chociaż nie wiedział 
dlaczego. By zachować pozory? Cóż, to byłby najlepszy sposób: działać w sposób, do jakiego przywykł. 

Ubieranie  się  nie  było  łatwą  sprawą,  zrozumiał to  po  nałożeniu  spodni. Nigdy  nie  był  gruby,  ale  teraz 

czuł, że jego własne rzeczy były dla niego zbyt obszerne. Musiał poprosić skrzatkę o pasek, by spodnie mu 
nie  spadały.  Pod  swój  zwykły  czarny  płaszcz  założył  prostą,  czarną  koszulę,  by  uniknąć  długiego 
rozbierania się przed przedstawicielami Ministerstwa. Potem stwierdził, że nie jest w stanie zapiąć guzików 
i  przegrał  poważną  walkę  ze  sznurówkami,  ponieważ  jego  palce  w  obecnym  stanie  nie  nadawały  się  do 
żadnych  precyzyjnych  ruchów.  Musiał  zawołać  Mrużkę,  by  mu  pomogła.  Najpierw  chciał  spróbować 
zaklęcia  (różdżką  Quietusa,  która  nadal  nie  chciała  słuchać  jego  rozkazów),  ale  nie  pamiętał  żadnego 
zaklęcia, którym mógłby się zapiąć, więc w końcu się poddał i poczekał, aż zrobi to skrzatka. 

To było bardzo krępujące, prawie upokarzające. 
W końcu był  jednak  gotowy, by pójść do  gabinetu  Dumbledore’a,  gdzie  zapewne już czekali na niego 

aurorzy. Tak, aurorzy, przypuszczał, że będzie ich co najmniej pięciu. I będzie miał wyjątkowe szczęście, 
jeśli  uda  mu  się  uniknąć  pytań  o  uczucia  i  emocje…  To  była  najgorsza  część  każdego  przesłuchania: 
najpierw wypytywanie o uczucia, a później wyśmiewanie go. 

Och, jak on nienawidził za to Longbottoma! Jego ulubiona zabawa! 
Na szczęście ten przeklęty auror siedział u Świętym Mungo czekając cicho na swój kres. Nie zadawał już 

nikomu pytań i nie cieszył się z torturowania innych. 

Starał  się  poruszać  po  znajomych  korytarzach  w  taki  sposób,  w  jak  zawsze  to  robił,  ale  po  prostu  nie 

potrafił.  Jego  ruchy  nie  były  już  drapieżne  i  ciche.  Nogi  mu  się  trzęsły  i  czuł  zawroty  głowy,  więc  szedł 
powoli do gabinetu. Co jakiś czas musiał się zatrzymać i oprzeć o ścianę, by złapać oddech. 

Kiedy wreszcie dotarł do pilnującej gabinetu Dumbledore’a chimery, zrozumiał, że nie zna hasła. Och, 

nie. Naprawdę nie chciał stać tu niekończące się minuty, wymieniając wszystkie możliwe słodycze i ciastka, 
jakie znał. Ulżyło mu, gdy usłyszał za plecami głos McGonagall. 

– Mogę ci pomóc, Severusie? – zapytała cicho i Snape odsunął się od statuy. 
– Będę bardzo wdzięczny, Minerwo. – Ukłonił się profesorce, która uśmiechnęła się do niego smutno. 
– Harry Potter – wyszeptała Opiekunka Gryffindoru do chimery, która odsunęła się i przepuściła ich. 

background image

Snape opuścił głowę. Cóż, to było niespodziewane, ale i tak uznał to za miłe.  Zatrzymali się na chwilę 

przed spiralnymi schodami. 

– Dobrze się czujesz, Severusie? – zapytała zmartwiona kobieta. 
Snape otworzył usta, by dać jej standardową odpowiedź, ale kiedy podniósł oczy i zauważył ślady łez w 

oczach koleżanki, zmienił zdanie. 

– Nie, Minerwo. Nie czuję się dobrze. I nie czuję się gotowy na to… przesłuchanie. 
McGonagall położyła uspokajająco rękę na ramieniu Snape’a. 
–  Albus,  jako  były  auror,  członek  Wizengamotu  i  dyrektor  tej  szkoły,  zastrzegł  sobie  prawo  się  do 

przesłuchiwania ciebie i Ministerstwo wyraziło na to zgodę. Nie zapyta cię o nic, co mogłoby cię zranić. 

Natychmiastowa ulga zmyła zdenerwowanie Mistrza Eliksirów. 
– Dziękuję, Minerwo. – Uśmiechnął się nieśmiało i profesor skinęła głową w odpowiedzi. 
– Proszę, Severusie. 
Jego ulga rozpłynęła się, kiedy wszedł do gabinetu dyrektora. Zbyt wiele osób było w pokoju. Ten idiota, 

minister  Knot,  dwóch  aurorów  w  swoich  typowych  uniformach,  Arcus  Patil  –  oficjalny  urzędnik 
ministerstwa,  i  dwóch  nieznanych  ludzi,  którzy  wyszli,  kiedy  tylko  Snape  wszedł.  Więc  to  oni  mieli 
zidentyfikować martwego chłopca… Identyfikatorzy… 

–  Usiądź  proszę,  Severusie.  –  Dumbledore  wskazał  ręką  krzesło.  –  Ministrze?  –  Odwrócił  się  do 

nerwowego mężczyzny, który poruszył się niespokojnie na swoim krześle, kiedy zobaczył wysoką, ciemną 
postać wchodzącą do pokoju. 

–  Słuchaj,  Dumbledore…  Wolno  ci  go  przesłuchać,  ale  musisz  również  zadać  pytania,  które  ci 

napisałem…  –  Kiedy  dyrektor  przytaknął,  dokończył:  –  Ale  najpierw  chcę  zobaczyć  te…  fizyczne 
dowody… 

–  Dałem  ci  już  pisemne  zeznanie  Madam  Pomfrey  na  temat  obrażeń  Severusa  i  nie  uważam,  by  było 

konieczne sprawdzanie tego w taki sposób… 

– W porządku, Albusie – burknął nagle Mistrz Eliksirów. – Byłem na to przygotowany. 
Wstał  i  zanim  dyrektor  zdążył  otworzyć  usta,  odwrócił  się,  odłożył  płaszcz  na  oparcie  krzesła  i  zdjął 

koszulę  bez  rozpinania  jej.  Nie  podniósł  wzroku,  stał  tam  ze  wzrokiem  wbitym  w  podłogę  i  stare 
wspomnienia wdarły się brutalnie do jego umysłu. Stare wspomnienia podobnych zdarzeń. Prawie czekał na 
wybuch śmiechu. 

– Mam nadzieję, że to wystarczy. – Skrzywił się po chwili i widząc zdziwienie ministra dodał.  – Twoi 

aurorzy,  ministrze,  zwykle  nie  zadowalają  się  tak  krótkim  przedstawieniem.  –  Jego  głos  był  lodowaty  i 
ostry.  Spojrzał  w  stronę  aurorów,  którzy  starali  się  unikać  jego  wzroku,  zakłopotani.  Patil  jednak  wstał  i 
zbadał dokładnie rany. Snape miał ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu. 

–  Ręce,  proszę  –  powiedział  Patil  uprzejmie,  skończywszy  oględziny  jego  ciała.  Profesor  zmarszczył 

brwi. 

– Więc czytałeś zeznanie Poppy…  – rzekł,  ale pozwolił urzędnikowi  obejrzeć również dłonie.  Zwykle 

blade i eleganckie palce były teraz czerwone i spuchnięte. Patil pokiwał głową. 

–  Madam  Pomfrey  dobrze  sobie  z  nimi  poradziła,  Severusie.  Myślę,  że  będą  w  porządku  za  kilka 

tygodni… 

Snape był zaskoczony jego miłym głosem i utkwił pytające spojrzenie w spokojnym mężczyźnie przed 

sobą. 

Zaległa krótka cisza, dopóki minister nie powiedział: 
– Możesz się ubrać. 
Kiedy Snape usiadł z powrotem na krześle, Dumbledore wstał, obszedł swoje biurko i stanął twarzą w 

twarz ze Snape’em, trzymając w ręku z małą buteleczkę. 

– Mam nadzieję, że to nie jest moje, Albusie… – Snape uśmiechnął się szyderczo. – Nie chcę powtarzać 

całej tej procedury tylko dlatego, że będą mnie podejrzewać o oszustwo… 

background image

–  Nie,  Severusie  –  przerwał  mu  dyrektor.  –  Pan  Patil  to  przyniósł.  Eliksir  został  zrobiony  przez  pana 

McCanna, oficjalnego Mistrza Eliksirów Ministerstwa. Czy to ci odpowiada? 

–  Oczywiście  –  uśmiechnął  się  sarkastycznie.  –  Całkowicie.  Prawie  zapomniałem  jego  smaku…  Stary 

McCann i jego eliksiry. – Ponownie wykrzywił się ironicznie. 

– Severusie, proszę! – powiedział Dumbledore niecierpliwie. 
–  W  porządku  –  westchnął  Snape,  ale  był  bardzo  zdenerwowany.  Cała  ta  sytuacja  była  bardzo 

upokarzająca, ale oczywiście dyrektor nie czuł tego. Nigdy nie był w podobnej sytuacji i z pewnością nigdy 
nie musiał odpowiadać na pytania pod wpływem Veritaserum. Tym razem Snape był zupełnie niewinny, ale 
i  tak  był  zmuszony  przejść  przez  to,  jakby  był  winny  lub  podejrzany.  Och,  jak  on  tego  wszystkiego 
nienawidził! Ale posłusznie otworzył usta (przesłuchiwana osoba nie mogła dotknąć eliksiru) i natychmiast 
przypomniał  sobie  jak  w  klasie  odgrażał  się,  że  wleje  Harry’emu  Veritaserum  do  soku  dyniowego. 
Wzdrygnął się. Był takim cholernym draniem… A teraz było za późno na skruchę. 

Zamknął  oczy.  Nie  zamierzał  ich  otwierać  podczas  całego  tego  procesu.  W  ten  sposób  było  łatwiej 

wytrzymać. 

Chłodny  eliksir  spłynął  mu  do  gardła  i  nie  musiał  długo  czekać  na  znajomy  efekt:  jakby  silna  ręka 

schwytała jego umysł boleśnie, zmuszając do zmierzenia się z własnymi błędami i grzechami, a tym razem 
nie był w stanie uciec przed poczuciem winy. 

– Zwiąż go – usłyszał głos ministra. – Nie chcę by napadł na kogoś… 
Obrzydliwy  typ…  Jakby  nie  wiedział,  że  przesłuchiwana  osoba  atakowała  tylko  w  przypadku,  jeśli 

zmuszano ją do odpowiadania na naprawdę osobiste i delikatne tematy. 

Ile  razy  spałeś  z  dziewczyną?  Z  kim?  Czy  podobało  ci  się?  Jak  to  dokładnie  robiłeś?  Dlaczego?  Czy 

myłeś się przedtem? A potem? Czy panna Black krzyczała twoje imię kiedy… Nie! Nagle przypomniał sobie 
jak walczył z serum, jak za wszelką cenę starał się trzymać usta zamknięte, zacisnąć mocno zęby, ale to od 
samego początku była przegrana bitwa. Longbottom śmiał się z niego, kiedy próbował się uwolnić, uciec… 
Nie. Nie chciał nikogo atakować. Chciał tylko się schować i umrzeć ze wstydu… 

– Nie, ministrze. Nie sądzę, by było to konieczne. – Głos Dumbledore’a przerwał nagle te wspomnienia. 
– Zwiąż go. To nie prośba. To rozkaz. Moje osobiste bezpieczeństwo… 
– Zrób to, Albusie – usłyszał własny głos. – Daj mu jeszcze trochę uciechy z upokarzania innej osoby… 

Nie człowieka jednak, tylko Śmierciożercy… 

– Severusie! Nie jesteś aresztowany ani podejrzany, więc nie może kazać mi ciebie związać! – W głosie 

dyrektora zabrzmiał prawdziwy gniew. 

– Domagam się tego albo sprawię, że będzie przesłuchiwany w Ministerstwie. 
– Zrób to, Albusie i skończmy z tym – wysyczał Snape gniewnie. – Nie przeszkadza mi to. Chcę mieć to 

już za sobą. 

Nie otworzył oczu, ale odwrócił głowę w stronę Patila. 
– Arcusie, proszę, zrób to. Nie chcę siedzieć tutaj do jutra, – Znowu uśmiechnął się ironicznie, chociaż w 

jego głosie zabrakło zwykłej złośliwości. 

– W porządku Severusie. Lego! – usłyszał łagodny głos Patila. 
Snape poczuł jak jego ramiona i nogi zostały przytwierdzone do krzesła, starał się nie zadrżeć. Usłyszał, 

jak McGonagall z zaskoczeniem wciągnęła powietrze. Gdyby tylko wiedzieli… 

– Jak się nazywasz? 
Och, więc zaczęło się. 
– Severus Nobilus Snape. – Jego głos był chłodny i monotonny. 
– Czy jesteś Śmierciożercą? 
Nie, Albusie, to nie było dobre pytanie. Jego ciało wyprężyło się, aż zabolał go kręgosłup. Po prostu nie 

był w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Tak, teoretycznie był Śmierciożercą. Mroczny Znak był wypalony 
na  jego  ciele,  na  lewym  przedramieniu.  Ale  nie  był  lojalnym  sługą  Voldemorta,  więc  nie  był  już 
Śmierciożercą. 

background image

– Czy jesteś lojalnym Śmierciożercą? – Dumbledore zmienił pytanie, kiedy ujrzał bolesny wyraz twarzy 

Snape’a. 

– Nie. Opuściłem Voldemorta szesnaście lat temu i zacząłem szpiegować dla ciebie. – Jak tylko serum 

zawładnęło nim całkowicie, nie był w stanie wtrącić nutki sarkazmu do swojego głosu, chociaż próbował. 
Ku  swojej  satysfakcji  usłyszał  jak  Knot  zasyczał,  słysząc  imię  Voldemorta  wspomniane  bez  typowego 
strachu. Postanowił powtarzać to imię tak często, jak się da. 

– Co stało się dwa tygodnie temu? 
–  Siedemnastego  lipca  zostałem  wezwany  przez  Voldemorta.  –  Znów  użył  imienia,  by  podrażnić 

głupiego  kretyna.  –  Zostałem  zmuszony  do  uczestniczenia  w  torturowaniu  Harolda  Jamesa  Pottera,  który 
został  schwytany  przez  lojalne  sługi  Voldemorta  tego  samego  dnia.  –  Och,  to  było  dobre.  Słyszał 
zdenerwowany okrzyk Knota za każdym razem, gdy pojawiało się to imię. 

– Dlaczego nie wróciłeś po zakończeniu tortur do Hogwartu? 
–  Ponieważ  starałem  się  uratować  życie  Harry’ego  i  Voldemort  zdecydował  się  poddać  nas  dłuższym 

torturom w Koszmarnym Dworze. Voldemort umieścił nas razem i byliśmy torturowani na różne sposoby 
przez dwa tygodnie. Byliśmy w lochach dworu, uwięzieni, więc nie mogłem wrócić i złożyć raportu. – Dwa 
razy by zaszokować idiotę. 

– Czy Potter zginął podczas tych tortur? 
– Nie. Zginął, gdy próbowaliśmy uciec. Śmierciożerca, niejaki Peter Pettigrew, rzucił na niego zabijające 

zaklęcie. Nie mogłem go ocalić. Zginął na moich oczach. Wtedy go zabrałem i wróciłem do Hogwartu. 

– Czy skrzywdziłeś go podczas tych dwóch tygodni? 
–  Tak,  skrzywdziłem  go  pierwszego  dnia.  Potrzebowałem  czasu,  by  go  uratować  i  zdecydowałem  się 

wziąć udział w rzucaniu zaklęć. 

– Czy użyłeś zaklęć Niewybaczalnych? 
– Nie. 
– Czy później go skrzywdziłeś? 
– Nie. 
Dumbledore spojrzał na kartkę leżącą na jego biurku. 
– Czy Potter wykazywał jakiekolwiek oznaki niekompetencji? Zachowywał się podejrzanie? 
Chociaż Snape postanowił wcześniej trzymać oczy zamknięte, teraz nagle je otworzył. 
– Co? Podejrzanie? Nie, oczywiście, że nie. Cały czas był w doskonałym stanie psychicznym. – W jego 

głosie nie było oznak szoku, co było typowym skutkiem ubocznym serum. 

– Czy wspominał o śmierci Cedrika Diggory’ego? 
– Tak. Powiedział, że Cedrik Diggory został zabity przez tego samego Śmierciożercę, Petera Pettigrew, o 

którym już wcześniej wspominałem, na rozkaz Voldemorta. 

– Czy wykazywał jakieś oznaki zainteresowania czarną magią? 
– Nie, ani trochę. Wręcz przeciwnie. Oparł się kuszeniu Voldemorta, chociaż ten wielokrotnie starał się 

przekonać chłopca. 

Dumbledore skinął głową i odwrócił się do zirytowanego Knota. 
– Myślę, że to wystarczy, ministrze  – powiedział z naciskiem. – Nie zamierzam zadawać więcej pytań 

panu Snape’owi. Usłyszałeś jego zeznanie. Odpowiedział na wszystkie zadane pytania. 

– Ale… W historii było wiele dziur… 
–  Naturalnie,  w  historii  było  wiele  dziur,  ministrze.  Ale  myślę,  że  to,  co  usłyszeliśmy,  wystarczy.  Nie 

chcę  siedzieć  tutaj  do  jutra,  słuchając  wszystkich  szczegółów  ich  niewoli,  które  nie  są  potrzebne,  by 
wyjaśnić okoliczności śmierci Harolda Jamesa Pottera, a pan Snape jest całkowicie niewinny jego śmierci. 
Nie zgadzam się na zadawanie mu kolejnych pytań dotyczących jego lub Harry’ego Pottera, ich upokorzeń 
czy  innych  rzeczy  zbyt  osobistych,  by  odpowiadać  na  nie  pod  wpływem  serum.  Pan  Snape  nie  jest 
podejrzany, jest świadkiem i nie mamy prawa kontynuować przesłuchiwania. 

background image

– Dyrektor Dumbledore ma rację, proszę pana. – Patil wstał spokojnie. – Pan Snape nie popełnił żadnych 

przestępstw,  więc  nie  mamy  prawa  zadawać  mu  osobistych  pytań,  jeżeli  nie  może  odpowiadać  na  nie 
dobrowolnie. 

Knot się wściekł. 
– Bronisz Śmierciożercy? 
– Byłego Śmierciożercy, ministrze, który został uniewinniony przez Wizengamot piętnaście lat temu. 
Nagłe pukanie przerwało kłótnię. 
– Proszę wejść! – powiedział Dumbledore. Dwóch identyfikatorów weszło do pokoju. 
– Zrobiliśmy to, panie ministrze. 
– I co…? – zapytał niecierpliwie Knot. 
–  Potwierdziliśmy,  że  martwy  chłopiec  jest  z  całą  pewnością  synem  Lily  Evans  i  Jamesa  Pottera, 

urodzonym trzydziestego pierwszego lipca 1980, zmarłym trzydziestego pierwszego lipca 1995. Oto zgoda 
na  pogrzeb.  –  Urzędnik  podał  dokument  dyrektorowi.  –  Musicie  pochować  go  w  ciągu  dwóch  dni. 
Rzuciliśmy  na  niego  ochronne  zaklęcie,  więc  żadna  część  jego  ciała  nie  zostanie  zabrana  i  użyta  w 
nielegalnym  celu.  Jego grób zostanie zapieczętowany przez ministerstwo i  pilnowany przez następne dwa 
tygodnie, dopóki potencjalne właściwości magiczne nie znikną ze zwłok. 

Zimna,  nieczuła  przemowa  zabolała  Snape’a.  Zwłoki!  Mówili  o  Harrym!  Nie  o  jakiejś  rzeczy,  która 

mogła być użyta w nielegalnym celu! Szarpnął się, ale nadal był przykuty do krzesła. 

– Dobrze – przytaknął Dumbledore. – W takim razie myślę, że skończyliśmy. 
Wyprowadził całą grupę za drzwi i Snape został sam w gabinecie. Nadal przykuty do krzesła, niezdolny 

do żadnego ruchu. Cholera! Dumbledore się zestarzał… Ale wróci lada moment, na szczęście. Przynajmniej 
był sam, przedstawiciele ministerstwa wyszli. 

Znowu  zamknął  oczy  i  ponownie  zobaczył  twarz  Harry’ego,  jak  usiadł  obok  niego,  czekając  na  słowa 

pocieszenia  i  akceptacji…  Przynajmniej  nie  wyparł  się  tych  słów  przed  dzieckiem.  Przynajmniej  chłopak 
umarł ze świadomością, że Snape go zaakceptował i troszczył się o niego… 

Rozwścieczony głos przerwał jego rozmyślania. 
– I co? Jesteś teraz szczęśliwy, prawda? – Gorzki głos zaatakował go brutalnie. 
Snape otworzył oczy i natychmiast całe jego ciało napięło się. Przed nim stał Black, nienawiść i smutek 

mieszały  się  na  jego  twarzy.  Snape  chciał  wstać,  ale  magiczne  więzy  przykuły  go  mocno  do  krzesła. 
Cholera! Usta Blacka wygięły się w okrutnym uśmiechu. 

– Nie jestem szczęśliwy, Black. Ani trochę – odpowiedział Mistrz Eliksirów na pytanie przez zaciśnięte 

zęby. „Płynny Imperius”, jak ktoś kiedyś nazwał Veritaserum. Dokładnie tym było. Ministerstwo jednak, nic 
w tym  dziwnego, nie uważało  go za niewybaczalne. Jasna wersja  Imperius,  by mieć władzę nad każdym, 
który to wypije. 

– Może nie podoba ci się twoja obecna sytuacja i niepokoisz się, co, oślizgły Ślizgonie? Ty przywiązany, 

a ja wolny? 

Harry mylił się co do Blacka. Ten wstrętny kundel był okrutnym i brutalnym bydlakiem, niczym więcej. 

A on znowu musiał odpowiedzieć. 

– Tak, nienawidzę cię i nienawidzę tej sytuacji, Black, ale nie jestem zaniepokojony. – Zaczął się pocić 

od bezsensownej walki, próbując trzymać usta zamknięte. Na próżno. Serum było po prostu zbyt silne. 

– Naprawdę? – Bezlitosny uśmiech rozszerzył się na twarzy jego wroga. – Dlaczego? Twoje marzenie się 

spełniło. Harry umarł, nie ma już żadnego Pottera na świecie. Remus umiera, uzdrowiciele uważają, że nie 
przeżyje nocy! – Kiedy Black zaczął wrzeszczeć, Snape zauważył ślady bólu na znienawidzonej twarzy.  – 
Ministerstwo mnie ściga. Peter nas zdradził. A ty nie jesteś szczęśliwy! Dlaczego, Snape? Powiedz mi! Czy 
to za mało dla ciebie? Przykro mi, nie zabiję się na twoich oczach, by spełnić twoje marzenie! – Na koniec 
Black krzyczał resztką oddechu. 

Przed  odpowiedzią  Snape  pomyślał,  że  Black  zachowywał  się  jakby  on  też  wypił  serum.  Każdy  ból, 

strach był w nim widoczny jak na dłoni i Snape poczuł litość dla niego. 

background image

–  Nie  chciałem,  aby  Harry  umarł  –  odpowiedział  spokojnie,  nie  walcząc  już  z  płynącymi  słowami.  – 

Starałem się go uratować, ale zawiodłem. I przykro mi z powodu Lupina… 

Oczy Blacka rozszerzyły się w niedowierzaniu. Podszedł bliżej i złapał Snape’a agresywnie za ramię. 
–  Co  jest,  draniu?  –  Ton  jego  głosu  był  teraz  groźny.  –  To  twoja  nowa  zabawa,  grać  kochającego  i 

troskliwego Mistrza Eliksirów Hogwartu? 

–  Puść  moje  ramię,  Black.  Nie  żartuję.  Nie  zauważyłeś,  że  jestem  zmuszony  odpowiadać  przez  te 

przeklęte serum i zmuszasz mnie do wyznawania moich uczuć, głupi bydlaku? 

Zabrzmiało  to  całkiem  zabawnie.  Powiedzieć  „głupi  bydlaku”  całkowicie  neutralnym  głosem…  Black 

cofnął się. 

– Och, Boże… – wyszeptał. – Och, nie… Nie… Ale ze mnie cholerny idiota… 
Podniósł  różdżkę  i  wskazał  nią  na  Snape’a.  Ten  uniósł  brwi,  zaskoczony.  Czy  Black  chciał  go  zabić? 

Zrobiłby mu przysługę, ale… Nie. 

– Libero – powiedział Black i więzy zniknęły. Snape jednak nie poruszył się. 
– Więc? – zapytał Black po chwili. – Na co czekasz? No dalej, walnij mnie, idioto! – krzyknął na niego 

nerwowo. Snape pokręcił głową z rozbawieniem. Nie rozumiał, o co chodziło Blackowi. 

– Czemu miałbym cię uderzyć? – Owszem, miałby wiele powodów, ale był ciekawy interpretacji kundla. 
Tym razem to Black uśmiechnął się krzywo. 
–  Ponieważ  cię  zaatakowałem  i  wykorzystałem  twoją  sytuację,  Snape.  Z  pewnością  zauważyłeś…  – 

Odwrócił twarz. 

– Pytania? – głos Mistrza Eliksirów był nadal spokojny. 
– Nie planowałem tego… Nie brałem pod uwagę, że serum… Przepraszam. 
– Co…? – Snape z pewnością źle zrozumiał ostatnie słowo. Powinien umyć uszy. A może tortury… 
–  Wiem,  co  to  znaczy…  być  przesłuchiwanym.  Być  zmuszonym  opowiadać  o  rzeczach,  o  których  nie 

chcesz myśleć, albo które są zbyt osobiste, by… Więc przepraszam, Snape. Byłem głupim bydlakiem, tak 
jak powiedziałeś. 

Myślę, że jeśli dasz mu szansę… on przeprosi… zabrzmiało echo słów Harry’ego. Harry miał rację. Harry 

to powiedział i miał rację. Emocje znowu go zalały, opuścił głowę i schował twarz w dłoniach. Harry… 

– Co się stało, Snape? – Głos Blacka był teraz zmartwiony, ale głupi kundel nie zdawał sobie sprawy, że 

Snape nadal był pod działaniem serum. Jęknął, ale i tak odpowiedział. 

– Harry… Harry powiedział mi, że przeprosisz, jeśli dam ci szansę… Miał rację… Ale on nie żyje…  – 

wymamrotał przez dłonie. 

–  Ty…  Ty  z  nim  rozmawiałeś?  –  Czyste  niedowierzanie  brzmiało  w  głosie  Blacka.  Boże,  czy  on 

naprawdę zachowywał się jak taki wredny typ? 

– Oczywiście, idioto. Byliśmy w tej samej celi przez dwa tygodnie. 
– I jak…? Co…? 
Snape uśmiechnął się ironicznie. 
– Serum nie zadziała, dopóki nie zadasz dokładnego i poprawnie sformułowanego pytania… 
– Och nie… – Black zrozumiał, że znowu zadawał pytania Snape’owi. – Ja tylko… 
– Jesteś zupełnym idiotą, Black. 
Black westchnął, przytaknął i spojrzał na Snape’a. 
– Lubiłeś Harry’ego – oświadczył. To nie było pytanie, pomyślał Snape. Black był ostrożny. Więc mógł 

odpowiedzieć według własnej woli. Snape zastanawiał się przez chwilę. 

Cóż, co powinien odpowiedzieć? Tak, oczywiście, że lubił Harry’ego. Nawet więcej, pokochał go, kiedy 

byli razem, ale… To nie powinno obchodzić Blacka, prawda? Harry umarł i… 

Harry  umarł.  A  Black  również  kochał  chłopaka.  I  stracił  go,  tak  jak  Snape.  Był  w  żałobie  jak  on.  W 

sumie, miał prawo poznać odpowiedź. 

I mógł zapytać o to wprost, ale nie zrobił tego. Więc zasługiwał na to, by wiedzieć. Przynajmniej część. 

Oczywiście, nie zbyt osobistą część. 

background image

–  Tak,  lubiłem  go.  Pogodziliśmy  się,  kiedy  zobaczyłem  jak  cierpi  i  wytrzymuje  to.  Zmieniłem  o  nim 

zdanie. Zachowywał się bardzo dojrzale. Był bardzo silny, Black. Nigdy nie widziałem, by ktoś zachowywał 
się tak dzielnie jak on. I… I zginął w ostatnim momencie, kiedy wolność była już tak blisko…  – Opuścił 
głowę, kiedy powiedział ostatnie, ciche słowa. – Nie umiałem go ocalić, Black. To była moja wina… 

– Ee… Ja… Ja tak nie uważam, Snape – wymamrotał Black i zaczerwienił się. – Było was tylko dwóch 

przeciwko głównym siłom Voldemorta. 

– Ocalił mnie przed dementorami i dlatego nie miał już czasu, by walczyć ze Śmierciożercami… To stało 

się z mojego powodu… – Dlaczego powiedział to wszystko temu przeklętemu kundlowi? Dlaczego pokazał 
mu swoją słabość? 

– Remus też mnie ocalił przed dementorami tamtej nocy… Nie mogłem z nimi walczyć. To dlatego nie 

zauważył  zbliżających  się  wilkołaków,  a  teraz  umiera…  –  Przynajmniej  Black  nie  wykorzystał  jego 
słabości. Wręcz przeciwnie, pokazał nawet własną. Potem Black westchnął i dodał: – Myślę, że straciliśmy 
za dużo na tej wojnie, a ona dopiero się zaczęła. I… Jesteśmy po tej samej stronie, więc… Chyba już czas, 
by odłożyć na bok pewne rzeczy… 

Snape spojrzał na Blacka. 
– Czy myślisz o zawieszeniu broni? 
– Nie. – Black pokręcił głową. – Nie o zawieszeniu broni. Oferuję pokój. 
Przez chwilę panowała głęboka cisza i Black wyciągnął rękę. Snape spojrzał na wyciągniętą dłoń, potem 

na twarz Blacka. 

– Pokój? – zapytał poważnie. 
– Tak. Pokój – odpowiedział Black stanowczo. 
– W porządku. – Snape skinął głową i przyjął dłoń Blacka. – Syriuszu… – dodał. 
– Severusie… – odpowiedział Black. – Przepraszam za wszystko… Za Quietusa… 
Ręka  Snape’a  zadrżała,  kiedy  usłyszał  imię  swojego  brata,  padające  z  ust  Blacka.  Chciał  rzucić  jakąś 

ostrą ripostę, ale powstrzymał go odgłos otwieranych drzwi. 

Wszedł dyrektor z małą, brązowowłosą dziewczynką. Black zamarł, gdy ich zobaczył. 
– Albusie… To znaczy… Remus… – wyjąkał przerażony. – Nie umarł, prawda? 
– Nie, Syriuszu. Dziewczynka potrzebuje po prostu  kogoś, kto  się nią zajmie i  powiedziała, że Remus 

wyznaczył to zadanie tobie. 

Snape pozwolił sobie na odrobinę radości z widoku czystego szoku i zakłopotania Blacka. 
–  Ale…  Ale  ja  nie  wiem,  co  robić…  –  Black  poruszył  się  niepewnie.  Dumbledore  wypuścił  rękę 

dziewczynki. 

– Mamy inny problem, Syriuszu, bardziej poważny. Nie wiem, gdzie mógłbyś się zatrzymać, do czasu, aż 

Remus wyzdrowieje… 

– Wyzdrowieje niedługo? – Mętne oczy Blacka nagle ożywiły się. – Myślisz, że…? 
– Tak. Poppy powiedziała, że w ciągu kilku tygodni. Ale do tego czasu musimy znaleźć dla was obojga 

jakieś  miejsce…  Nadal  jesteś  poszukiwany,  Syriuszu,  ponieważ  minister  najwyraźniej  nie  uznaje  zeznań 
Severusa również w sprawie Harry’ego… 

Harry… Znowu Harry. Snape nagle zobaczył twarz chłopca, kiedy ten bronił Syriusza… A on wtedy na 

niego nawrzeszczał… Och, to on był idiotą, nie Black. Gdyby wiedział, że nie mieli czasu na takie głupie 
kłótnie… 

– Mogą zamieszkać w moim domu, Albusie. – Nie był pewny, dlaczego powiedział te słowa. Może dla 

Harry’ego?  Z  pewnością  byłoby  to  jego  życzeniem,  gdyby  żył…  –  Jest  wystarczająco  duży.  Będzie  tam 
dość miejsca dla wszystkich, bez konieczności ciągłego widywania się… – dodał, widząc zaskoczony wzrok 
dyrektora. 

– Ale wy dwaj… 
– To już skończone, Albusie – westchnął Black. Dumbledore spojrzał się pytająco na Mistrza Eliksirów, 

a ten przytaknął. 

background image

– Nie mogę uwierzyć… – powiedział, ale Snape uchwycił cień kpiny w jego głosie. 
–  Zaplanowałeś  to,  prawda?  –  zapytał  krzyżując  ręce  na  piersi.  Dyrektor  nie  odpowiedział,  ale  mały 

uśmieszek ukazał się na jego twarzy. – Powinienem był wiedzieć… A jak się ona nazywa? – zmienił nagle 
temat. 

–  Ee…  Ania  –  odpowiedział  Black  zamiast  dziewczynki.  Mała  stała  nieruchomo  i  patrzyła  na  nich 

nieśmiało. 

–  Z  pewnością  ma  też  jakieś  nazwisko,  prawda?  –  Spojrzał  ponuro  na  Blacka  i  zwrócił  się  do 

dziewczynki. – Jak się nazywasz? – zapytał belferskim tonem. 

–  Anna  Black,  proszę  pana  –  powiedziała  mała  dziewczynka  posłusznie  i  Mistrz  Eliksirów  poczuł,  że 

świat zawirował wokół niego. 

– Och, nie… – jęknął Black, wtórując jego własnym myślom. – To nie może być prawda. 

15. POWIEDZ ŻEGNAJ I… WITAJ 

 
Saudade, Saudade 
Saudade, Saudade 
Nic nie trwa wiecznie 
Ale niektóre rzeczy kończą się zbyt szybko 
Teraz te fascynujące pola 
To tylko nudne, puste pokoje 
Ale cóż za szczęście nam pokazały... 
Zamknij książkę, 
Nigdy juz się nie dowiemy 
Saudade, Saudade 
 
Chris Rea – Saudade 
 
Następny  dzień  był  dla  Snape’a  mglistym  ciągiem  zdarzeń.  Mężczyźni  i  kobiety  przybywali  z  całego 

świata, maski smutku jednakowo zasłaniały neutralność, ciekawość, strach a nawet radość i ulgę. Oficjalne 
wizyty w kostnicy… 

„Co teraz robić?” – to było najczęstszym pytaniem. 
„Widocznie  nie  był  taki  silny,  skoro  zwykła  klątwa  zdołała  go  zabić…  Może  nie  był  zbawcą  naszego 

świata…” – to kolejna popularna opinia. 

„Słyszałem, że Sam Wiesz Kto zamęczył go na śmierć…” – mówili dobrze poinformowani. 
„Był torturowany przez dwa tygodnie…” – dodawali ci, którzy mieli krewnych w Ministerstwie. 
„Mój  kuzyn  pracuje  w  Ministerstwie  i  słyszał,  że  Potter  chciał  zostać  nowym  Czarnym  Panem  i  to 

dlatego  Sam  Wiesz  Kto  postanowił  go  zabić…”  –  to  był  już  szczyt.  Snape  domyślił  się,  że  to  była  opinia 
samego Knota. Dodawano też, oczywiście, że to on – Severus Snape – zabił chłopca. Ale w tym wypadku 
pojawiało się pytanie: czy Mistrz Eliksirów zrobił słusznie zabijając go, czy też nie. 

Słyszał  wiele  zdań  podobnych  do  tych,  bez  końca.  Po  kilku  godzinach  Snape  się  poddał  i  wycofał  do 

lochów,  by  spędzić  w  samotności  resztę  dnia,  aż  do  nocy.  Ostatniej  nocy  z  Harrym  przed  pogrzebem… 
Serce mu pękało. Usiadł przed kominkiem i patrzył w ciemność całymi godzinami. Potem przyszedł Black z 
tą  małą,  zakłopotaną  dziewczynką,  więc  uciekł  ze  swoich  własnych  komnat.  Długo  wędrował  po 
Zakazanym  Lesie.  Tak  bardzo  chciał  porozmawiać  z  Dumbledore’em,  ale  dyrektor  był  zbyt  zajęty 
przygotowaniami do pogrzebu i nie miał dla niego czasu. 

Chciał  zażądać  od  niego  wyjaśnień  w  sprawie  sekretnego  pokrewieństwa  jego  i  Harry’ego.  Zapytać, 

dlaczego dyrektor trzymał to w tajemnicy przez piętnaście lat. Ale musiał poczekać. Po pogrzebie… Wtedy 
zapyta o wszystko. Zasługiwał na jakieś odpowiedzi. A nawet więcej. Zasługiwał na wszystkie odpowiedzi. 

background image

Tak, już nie był szpiegiem. Teraz wolno mu było poznać tajne wiadomości. To już nie zagrozi Zakonowi ani 
jasnej stronie. 

A jeśli nadal nie zasługiwał, by walczyć po jasnej stronie? Czy naprawdę był „jasny”? Przed ich wspólną 

niewolą  Snape  uważał  się  za  bydlaka  o  kamiennym  sercu,  który  zmienił  strony  jedynie  z  egoistycznego 
powodu,  nieprzekonany  o  słuszności  poglądów  Dumbledore’a  i  ideałów  jego  zwolenników.  Wcześniej 
zawsze uważał, że najważniejszą rzeczą w życiu jest moc, a po zmianie po prostu starał się znaleźć tę moc 
we  wszystkim,  oprócz  czarnej  magii…  I  nawet  mu  się  to  udawało.  Ale  dzięki  Harry’emu  zrozumiał  coś 
jeszcze. Po pierwsze jego związek z Quietusem. Fakt, że miłość do brata sprawiła, że był w stanie odejść od 
Największego  Bydlaka  raz  na  zawsze.  Kochał  kogoś  mocniej  niż  władzę.  I  powód,  dla  jakiego  zmienił 
strony, nie był taki samolubny: wybranie szpiegowania zamiast zwykłej próby zemsty na swoich rodzicach 
czy Voldemorcie było najtrudniejszą i najcięższą drogą. 

Ale… czy to znaczyło, że był jasny? Że zasługiwał, aby walczyć po jasnej stronie? 
Nie. 
Z pewnością nie. Zwykły uczynek nie wystarczy, by zmienić go w „jasnego”. Był mrocznym potomkiem 

mrocznej  rodziny,  winnym  niewyobrażalnych  zbrodni,  niezasługującym  na  czyjekolwiek  zaufanie,  tak  jak 
nie zasługiwał również na zaufanie Harry’ego – zdradził go, zostawiając za sobą… 

Nagły i dziwny dźwięk przerwał jego mroczne myśli. Ktoś był blisko niego… Wycie? Wilkołak? Snape 

przestraszył się, potem wyjął różdżkę i wskazał nią w kierunku odgłosu. Czekał. Nic się nie wydarzyło. Czy 
w ogóle ktokolwiek tam był? Westchnął i postanowił rozejrzeć się trochę, aby sprawdzić… 

Przed nim znajdowała się mała polana. I był na niej Hagrid. Hagrid ze swoim brzydkim psem, siedzący 

za drzewem, opierający się o pień i płaczący rozpaczliwie. Półolbrzym obejmował psa ramionami, schował 
twarz w jego karku i płakał, krzyczał i wył z bólu. 

Był  to  pierwszy  szczery  smutek,  jaki  Snape  zobaczył  od  dłuższego  czasu.  Stał  jak  skamieniały  na 

przeciwległym krańcu polany. Wyglądało na to, że Hagrid go nie zauważył. Snape wiedział, że jego kolega 
był dość sentymentalną osobą i nie wstydził się płakać przy tłumie ludzi. A teraz fakt, że schował się przed 
wszystkimi innymi, oznaczał, że to co widział Mistrz Eliksirów, nie było tylko zwykłym sentymentalizmem. 
To był ból tak głęboki, posępny i wszechogarniający jak jego własny… 

Kiedy tak stał, patrząc na półolbrzyma, poczuł nagle pewien rodzaj zazdrości. Zazdrościł Hagridowi tego, 

że  potrafił  płakać,  załamać  się,  dać  upust  swoim  uczuciom  w  taki  sposób.  Sam  bardzo  chciał  płakać, 
pozwolić swoim łzom płynąć po twarzy, dopóki nie będzie w stanie oddychać, myśleć, żyć znowu… Ale nie 
mógł, może nigdy nie zdoła. To musiała być jego kara. Nigdy nie znajdzie spokoju, którego szukał. Nigdy 
nie znajdzie odkupienia. 

Jego serce było jak kamień. Był mroczny. Należał do ciemności. 
Harry, może on mógł go przed tym ocalić. Ale teraz Harry zginął, a on został w ciemności, w każdym 

istniejącym znaczeniu tego przeklętego słowa. I to bolało. To bolało bardziej, niż wszystkie tamte zaklęcia, 
tortury,  bardziej  niż  dziesięć  tysięcy  Cruciatus  i  Tormenta  razem  wziętych.  To  było  jak  bezsilne 
przyglądanie się torturom Harry’ego… 

Tortury Harry’ego… Po nich podnosił ciało chłopca, zanosił je z powrotem do ich celi i Harry się budził. 

Zawsze  się  budził.  Był  wyjątkowo  silny  i  pełen  życia.  Czy  to  z  powodu  aury  miłości,  jaka  otaczała  go  z 
powodu poświęcenia jego rodziców? Nie wiedział, nie obchodziło go to. Liczyło się to, że Harry budził się 
za każdym razem… 

Nagle poczuł węszący mokry nos koło twarzy i usłyszał łagodny głos z góry: 
– W porządku, psorze? 
Chciał odwarknąć gniewnie coś nieprzyjemnego, kiedy zrozumiał, że klęczy na ziemi chowając twarz w 

dłoniach i dygocąc. Ten cholerny pies musiał przyprowadzić Hagrida do niego. 

–  Zostaw  mnie  samego,  Hagridzie  –  powiedział  wreszcie  najspokojniej  jak  potrafił.  Potem  dodał:  – 

Proszę. 

Hagrid postał jeszcze chwilę, potem odwrócił się i odszedł. 

background image

Snape opanował  się jakoś i  wstał.  Musiał  być silny, przynajmniej do jutrzejszego wieczora. Potem, po 

pogrzebie, będzie miał wystarczająco dużo czasu na smutek, na załamanie czy na cokolwiek innego. Jeszcze 
tylko jeden dzień do przetrzymania. Należało pokazać światu, że nadal jest tą osobą, co zwykle. Nic innego 
nie miało znaczenia. Wszyscy wiedzieli, że był z Potterem w piekle, dzięki „dyskrecji” Ministerstwa. Teraz 
wszyscy będą szukali na nim znaków, które zdradziłyby, co właściwie zaszło między nimi. I co ten Bydlak 
im zrobił. 

Godność aż do końca. Jeżeli był w stanie wytrzymać i pokazać swoją godność przed Voldemortem, nie 

zawiedzie przed głupimi węszącymi idiotami. Nie. 

Nie  zmieni  się  w  płaczące  dziecko,  szaleńca  czy  bohatera  o  złamanym  sercu.  Zostanie  tym  kim  był: 

Severusem  Nobilusem  (Nobilusem  na  miłość  boską!)  Snape’em,  Mistrzem  Eliksirów  pierwszej  klasy, 
profesorem  Hogwartu,  Opiekunem  Slytherinu  (tak,  oczywiście,  że  pozostanie  opiekunem!),  dumnym  i 
bezwzględnym jak zawsze, wstrętnym, wrednym typem, wiecznym samotnikiem. 

Wędrował po lesie przez długie godziny pogrążony w myślach. Jednak kiedy wreszcie wrócił do szkoły, 

zobaczył,  że  tłum  nie  zmniejszył  się.  Nawet  jeszcze  wzrósł.  W  sali  wejściowej  stała  liczna,  rudowłosa 
grupka. Zupełnie jakby na niego czekała. 

Weasleyowie. Przyjaciele Harry’ego. 
Nie rozmawiali o nich zbyt wiele podczas niewoli. Może dlatego, że to Snape zawsze opowiadał historie. 

Ale za każdym razem, gdy Harry ich wspominał, czuło się jak bardzo zależało mu na swoich przyjaciołach, 
szczególnie  na  Ronie  Weasleyu  i  pannie  Granger…  Kolejni  ludzie,  którym  powinien  coś  powiedzieć. 
Dlaczego? Nie czuł się gotowy na coś takiego. Nie, nie był gotowy, zupełnie nie! 

Właściwie to wręcz nie znosił młodego Weasleya. Za bardzo przypominał mu  Blacka. Nagłe wybuchy 

emocji  i  nieprzemyślane  decyzje,  ciągłe  użalanie  się  nad  sobą,  i  całkowity  brak  nadzwyczajnych 
(zwyczajnych również) zdolności… No dobrze, może po prostu zbyt ostro go oceniał, ale nic nie mógł na to 
poradzić. 

Gdy zauważyli wysoką postać profesora wchodzącą do sali, wszyscy zamilkli. 
Snape rozzłościł się, kiedy dziesięć par oczu skierowało się na niego. Nie powiedział słowa, tylko skinął 

głową  na  powitanie  w  ich  kierunku  i  skierował  się  do  lochów.  Ale  zanim  odwrócił  od  nich  wzrok,  nagle 
poczuł się nieswojo. Zauważył coś było w oczach Weasleyów… coś podobnego do wstrętu. Nigdy go nie 
lubili, żadne z dzieci i żadne z rodziców, ale ta nienawiść była zbyt nagła i wręcz przesadna. 

Wzdrygnął się w duchu i poszedł swoją drogą, ale ulżyło mu, kiedy wydostał się z holu. Zatrzymał się na 

chwilę  i  odetchnął  głęboko,  by  otrząsnąć  się  z  szoku.  Oparty  o  ścianę,  starał  się  pokonać  fizyczne  i 
psychiczne  zmęczenie.  Jego  ciało  nie  zostało  jeszcze  wyleczone.  Bolały  go  kości,  blizny  paliły,  palce 
pulsowały.  Czuł  się  zagubiony  i  tęsknił  za  czymś,  za  kimś…  Za  kimś,  komu  by  na  nim  zależało.  Za 
Albusem? Może. Ale Albus nie miał dla niego czasu. Jeszcze nie teraz. 

I właściwie to chciał Harry’ego. Tylko żeby tu był, nic więcej. 
Harry. 
Postanowił, że weźmie prysznic, zmieni ubranie i wróci do kostnicy. Miał nadzieję się, że nikt nie zechce 

odwiedzać martwego chłopca w nocy. 

*** 
– Czy jesteś pewny, że wolno nam…? – zapytała Hermiona drżącym głosem. 
– Nie obchodzi mnie, czy nam wolno czy nie. On był moim najlepszym przyjacielem. Chcę go zobaczyć 

ostatni  raz  i  nie  obchodzi  mnie,  co  dyrektor,  czy  moi  rodzice  powiedzą,  jak  się  dowiedzą.  Nie  obchodzi 
mnie to! Możesz to zrozumieć? – Ostatnie słowa zabrzmiały raczej histerycznie, ale Ron na to nie zważał. 
Drżał  odkąd  dowiedział  się  przerażających  wieści  o  Harrym,  kiedy  jego  ojciec  wrócił  z  pracy  w 
Ministerstwie kilka godzin temu… 

Po prostu nie mógł w to uwierzyć. 
Harry – martwy? 
Jak to mogła być prawda? 

background image

Harry nie mógł umrzeć, prawda? Przeżył wszystko. Przeżył spotkanie z Voldemortem w pierwszej klasie, 

Komnatę  Tajemnic,  dementorów,  wiele  wypadków  podczas  gry  w  quidditcha,  Turniej  Trójmagiczny, 
przeżył również jego zdradę – zadrżał na tę myśl – więc nie mógł umrzeć. Nie. Po prostu nie mógł! Zawsze 
udawało mu się przeżyć, Chłopiec Który Zawsze Przeżywał. 

Ron  był  absolutnie  zdecydowany  zobaczyć  Harry’ego  przed…  przed  pogrzebem.  Zanim  ziemia 

całkowicie go przykryje, zanim ostatecznie pożegna się ze światem. 

Jego rodzice nie zgodzili się, ale to go nie obchodziło. Chciał zobaczyć Harry’ego, by się upewnić. By 

być w stanie pogodzić się z tym faktem. 

Ale… Jak? Dlaczego? 
Ciągnął wstrząśniętą i protestującą Hermionę za sobą. 
Zatrzymali się przed drzwiami kostnicy, bojąc się widoku, jaki na nich czekał. 
–  Nie  mogę…  –  jęknęła  cicho  Hermiona.  –  Ron,  nie  chcę  go  zobaczyć  martwego.  Nie  chcę  w  to 

uwierzyć. Nie, proszę, nie. 

– Musimy, Hermiona… Jeżeli chcemy być pewni, musimy zobaczyć czy to prawda… 
– Nie będziemy już potem mieli nadziei, Ron… – zdołała powiedzieć. Jej gardło ścisnęło się tak bardzo, 

że ledwie mogła oddychać. 

– Chcę wiedzieć na pewno. Nie ufam Dumbledore’owi… ani Ministerstwu. Już nie  – rzekł Ron, kiedy 

pomyślał o rzeczach, o których powiedział im w sekrecie kilka dni temu Percy. Rodzice zachowywali się tak 
dziwnie… Nie wiedział, czy powinien podzielić się tą wyjątkową informacją z Hermioną. Wciągnął głęboko 
powietrze i powoli otworzył drzwi, starając się być zupełnie cicho. 

– Ron… – usłyszał błagalny głos przyjaciółki, ale nie zwracał na to uwagi. Wszedł do ciemnego pokoju. 

W półmroku paliły się tylko dwie pochodnie. W centrum pokoju stał katafalk i na nim… na nim leżał Harry. 

Zdecydowanie Harry. Nie mógł pomylić go z nikim innym. 
Widok  przyprawił  go  o  szok  tak  wielki,  musiał  wziąć  głęboki  wdech.  Harry,  który  nie  miał  rodziny  i 

ciepła w swoim życiu. Tylko jego i Hermionę… A oni byli tylko głupimi dzieciakami… 

Oddychaj, nakazał sobie. 
Harry, o którego był zawsze zazdrosny. 
Oddychaj! 
Harry, którego zdradził. 
Oddychaj! 
Harry, którego nigdy nie kochał tak bardzo, jak na to zasługiwał… 
Oddychaj. 
Harry, który był człowiekiem jak każdy, włącznie z nim. 
Oddychaj. 
Harry, o którym zawsze myślał, że jest ponad wszystkimi. 
A był tylko człowiekiem. Pełnym uczuć. Pełnym zamiarów. Marzeń. Bólu. Słabości. 
A teraz był martwy. 
Harry… Głęboki wdech. Znowu i znowu. Jego oddech stawał się coraz szybszy, aż pokój zaczął wokół 

niego wirować. 

Harry  umarł.  Pewien  etap  jego  życia  się  skończył.  Nagle  i  brutalnie.  I  wiedział,  że  już  nigdy  nic  nie 

będzie takie same. 

Harry umarł. Wojna się zaczęła. Dzieciństwo zostało im wydarte. Raz na zawsze. 
Upadł na podłogę, nieprzytomny. 
Kiedy Hermiona usłyszała z pokoju cichy odgłos upadku, zaczęła podejrzewać, że w środku stało się coś 

złego.  Zbierając  wszystkie  wewnętrzne  siły  weszła  do  środka.  Odważyła  się  tylko  na  jedno  spojrzenie  w 
kierunku leżącego ciała i podeszła do bezwładnego ciała Rona. 

– Ron, Ron – zawołała przestraszona, łapiąc go za ramię. – Obudź się, Ron, proszę… 

background image

Ale Ron nie zamierzał się budzić. Hermiona była zrozpaczona. Ron potrzebował pomocy, ale nie chciała 

zostawić go samego w tym miejscu. Nadal oddychał za szybko i przekonała się, że ma zbyt szybki puls. 

–  Ron.  –  Potrząsnęła  omdlałym  ciałem.  –  Obudź  się,  Ron.  –  Ostatnie  słowo  powiedziała  już  na  wpół 

spanikowana. 

Zaczęła się trząść. Była sama z dwojgiem przyjaciół, z których jeden leżał martwy, drugi nieprzytomny. 

Musiała nagle zachować się i myśleć jak dorosła, ale nie mogła. Nie, nie teraz. Nie w tych okolicznościach. 

Poczuła łzy na policzkach. 
– Ron, proszę… – wymamrotała i podniosła wzrok. – Harry, proszę, ktokolwiek… 
I zaczęła płakać rozpaczliwie. 
Harry już nie żył. Co będzie, jeśli Ron również umrze? 
Potrząsnęła Ronem na nowo, szlochając. 
– Ron, Harry, proszę. – Trzęsła się cała coraz bardziej. – Proszę, proszę… 
Nic już nie widziała przez łzy. Cały świat stał się jedną wielką plamą dookoła niej. Mrugające latarnie, 

spokojna twarz Harry’ego i bezwładne ciało Rona… Zaczęła głośno płakać i napięcie całego dnia uwolniło 
się  w  niej.  Znów  widziała  twarz  pana  Weasleya,  kiedy  powiedział  po  prostu:  „Harry  nie  żyje.”  Uparte 
protesty  Rona:  „To  nie  może  być  prawda!  Tato!  Powiedz,  że  nie…!”  Zaszokowane  twarze  jej  rodziców. 
Nerwowe  spojrzenia  Weasleyów  (podejrzewała,  że  trzymali  coś  w  sekrecie  i  nie  chcieli  się  tym  z  nią 
podzielić).  Podróż  do  Hogwartu,  krótka  rozmowa  z  dyrektorem…  Jakby  wszystko  to  działo  się  komuś 
innemu, a ona tylko obserwowała te zdarzenia z zewnątrz… Aż do teraz. 

Najchętniej  pobiegłaby  do  swojej  matki,  by  się  wypłakać,  ale  jej  rodzice  pojechali,  aby  sprowadzić 

Dursleyów na pogrzeb… I musiała się zająć nieprzytomnym Ronem… To było zbyt wiele. 

A Harry był naprawdę martwy. Nie było wątpliwości. 
Klęczała obok Rona ze spuszczoną głową, wstrząsana płaczem. 
Nagle poczuła lekkie dotknięcie na ramieniu. 
– Panno Granger? – zapytał znajomy głos. – Co się stało? 
–  Ron…  zemdlał…  –  Starała  się  przecisnąć  słowa  przez  gardło,  ale  to  było  strasznie  trudne.  Ledwo 

mogła oddychać. Była zachrypnięta. 

Właściciel  znajomego  głosu  podniósł  ciało  Rona  i  wyszedł  z  pokoju,  ale  Hermiona  nie  była  w  stanie 

wstać.  Klęczała  na  podłodze,  gapiąc  się  z  przerażeniem  w  przestrzeń.  Słyszała  tamten  głos  rozmawiający 
cicho ze szkolną pielęgniarką. Potem znowu delikatne dotknięcie ręką jej ramienia… 

– Panno Granger… Będzie lepiej, jak wstaniesz i pójdziesz do łóżka… Musisz być jutro silna. 
Zadrżała mocniej, słysząc te słowa. Jutro… Jutro nie będzie już odwrotu. Coś się skończy na zawsze i nic 

już nie będzie takie same. 

–  Mamo…  –  wymamrotała,  płacząc.  Chciała  swojej  matki  z  powrotem,  chciała  się  do  niej  przytulić  i 

wypłakać, tak jak zawsze to robiła, gdy była małym dzieckiem… Ale jej matka wyjechała, zostawiła ją w 
najtrudniejszym momencie jej życia. Kiedy to dotarło do Hermiony, rozpłakała się jeszcze mocniej i upadła 
na podłogę jak Ron. Z tą jedną różnicą, że ona była przytomna, straszliwie świadoma. Chociaż starała się 
zemdleć – tak byłoby łatwiej. 

Potem  ktoś  ją  podniósł,  tak  jak  wcześniej  Rona,  i  została  wyniesiona  z  tego  przerażającego  pokoju, 

którego  już  nigdy  nie  zamierzała  oglądać.  Przycisnęła  głowę  do  ramienia  niosącego  ją  mężczyzny  i 
mamrotała bezsensowne słowa. Położono ją na łóżku, ktoś przykrył ją kocem. Dalej płakała cicho. 

– Potrzebują Eliksiru Bezsennego Snu, Poppy – powiedział znajomy głos. 
– Chwileczkę, Severusie – westchnęła pielęgniarka. – Prawie skończyłam z młodym Weasleyem. 
– Jest w szoku? 
– Tak. Hiperwentylował się. Cóż, nie powinien był odwiedzać kostnicy w środku nocy… 
– Harry był jego najlepszym przyjacielem. Chciał się z nim zobaczyć, po raz ostatni w życiu, Poppy  – 

odparł Mistrz Eliksirów niezwykle łagodnym głosem i wytarł twarz Hermiony chusteczką. 

– Co za szczęście, że tam poszedłeś… 

background image

– Tak… – szepnął. 
– A panna Granger? Co z nią? – zapytała Madam Pomfrey. 
– Też chyba doznała szoku, chociaż jest przytomna. Czy czujesz się lepiej, panno Granger? 
Hermiona tylko kiwnęła głową, patrząc z niedowierzaniem na profesora. Dlaczego Snape zachowywał się 

zupełnie jak nie on? To było takie dziwne… Kiedy tylko znowu była w stanie mówić, odwróciła głowę w 
stronę profesora eliksirów. 

–  Proszę  pana,  dlaczego  przyszedł  pan  teraz  do  kostnicy?  –  Pytanie  było  bardzo  ciche,  ale  Snape 

doskonale je słyszał. Odwrócił się do dziewczyny i powiedział bardzo dziwnym i odległym głosem: 

– Z tego samego powodu co Ronald Weasley. Też chciałem się pożegnać z Harrym… 
Harry…  Snape  dwa  razy  użył  jego  imienia…  I  był  taki  smutny…  Czy  powodem  jego  niezwykłego 

zachowania  był  szok  z  powodu  śmierci  Harry’ego?  Dumbledore  powiedział,  że  byli  razem  przez  dwa 
tygodnie w jednej celi… Może surowy profesor miał jednak jakieś uczucia… 

Po chwili Snape podał jej szklankę eliksiru do wypicia. Hermiona wypiła go posłusznie i położyła się na 

łóżku. Zanim zasnęła, powiedziała cicho: 

– Dziękuję, profesorze… 
Snape uśmiechnął się smutno i pogłaskał dziewczynę po długich włosach. 
– Proszę. Dobranoc. 
*** 
Starania Ministerstwa, by utrzymać wszystko  w tajemnicy przed mugolami, spełzły na niczym.  Śmierć 

słynnego Harry’ego Pottera zaszokowała czarodziejskie społeczeństwo całego świata, nie tylko Anglii. I o 
ile  podczas  rozgrywek  o  Puchar  Świata  w  Quidditcha  było  wystarczająco  dużo  czasu,  by  właściwie 
zaplanować  przybycie  ludzi,  teraz  go  zabrakło.  Ludzie  zaczęli  przybywać  dzień  wcześniej  i  praktycznie 
dokonali inwazji na Hogsmeade oraz pobliskie mugolskie wioski i  miasteczka. W Hogwarcie wolno  było 
przebywać tylko studentom i ich rodzinom. 

Ogromnie różniło się to od pogrzebu jego brata, pomyślał Snape. Wtedy było obecnych tylko kilka osób: 

nauczyciele,  paru  znajomych  ze  szkoły,  kilkoro  innych  przyjaciół  i  załamana,  pogrążona  w  żałobie  Lily 
Evans oraz towarzyszący jej blady James Potter. I nikt więcej. 

Quietus  urodził  się  w  ciszy,  żył  w  ciszy  i  umarł  w  ciszy.  I  nie  był  tym  zawiedziony  czy  zgorzkniały: 

Quietus kochał ciszę. 

Tak  jak  Harry.  On  jednak  został  zmuszony  do  życia  w  centrum  uwagi  (teraz  Snape  zaczął  rozumieć 

decyzję  Dumbledore’a  o  pozostawieniu  go  u  Dursleyów),  oceniany  przez  pryzmat  swojej  blizny  i 
poświęcenia matki…  A  on nigdy  niczego nie  chciał, prócz ciszy i  miejsca, do którego mógłby powracać. 
Chciał tylko należeć, być akceptowanym, być kochanym. 

Za późno. 
Snape siedział w kostnicy obok Harry’ego. Zostało już tylko kilka minut… I będzie po wszystkim… 
– Severusie, proszę cię na chwilę – usłyszał nagle głos Dumbledore’a. 
Cholera! Nie teraz! 
– Czego chcesz, Albus? – Nie mógł powstrzymać się od sarkastycznego tonu. Wewnątrz był kompletnie 

przerażony tym, co miało nadejść. – Dlaczego nie możesz mnie zostawić samego…? 

– Jest tu rodzina Harry’ego. Chcą z tobą mówić… 
Snape wykrzywił się szyderczo. Rodzina? Dursleyowie? Śmieszne. Zerwał się na nogi i wymaszerował z 

kostnicy.  Dursleyowie.  Rodzina,  która  zmieniła  życie  Harry’ego  w  piekło,  bardziej  niż  on  na  lekcjach 
eliksirów. 

Ale w momencie, w którym jego wzrok napotkał Petunię Dursley, zatrzymał się zaskoczony. 
– Ty…? – zapytał niepewnie. 
– Ty! – wykrzyknęła kobieta w odpowiedzi. 
Vernon  nagle  bardzo  zbladł.  Dudley,  widząc  dziwne  zachowanie  ojca  oraz  wysoką,  ciemną  i  groźną 

postać, na próżno starał się schować na plecami ojca. 

background image

Snape skrzyżował ręce na piersi. 
– Tak, to ja – warknął chłodno. 
– Znacie się? – Dumbledore był zaskoczony. – Skąd? 
–  Ten…  człowiek  był  jednym  z  tych,  którzy  zaatakowali  mają  rodzinę.  –  Petunia  wskazała  głową  na 

groźną postać. 

– Nie ja atakowałem. Uratowałem życie twojej siostry – odpowiedział gniewnie Mistrz Eliksirów. 
–  Oczywiście.  –  Twarz  Petunii  zaczerwieniła  się.  –  Zostawiłeś  po  sobie  trzech  zabitych  ludzi  i  moją 

siostrę w szoku, z twojego powodu! Czemu była taka zdenerwowana, jeśli faktycznie ją uratowałeś? Może 
chciała umrzeć, co? 

Snape spojrzał na nią gniewnie. 
– Powody jej złego samopoczucia nie są twoją sprawą… 
– Ty jesteś głównym powodem, dla jakiego nienawidzę takich jak ty… Dziwolągów! – Kobieta wypluła 

ostatnie słowo gniewnie. – Tacy jak ty zabili moich rodziców. Byłeś jednym z nich. Morderca. 

– Zabiłem tych trzech w samoobronie… – zaczął Snape, ale Petunia znowu mu przerwała. 
– A więc zabiłeś ich! Nic dziwnego, że Lily nie chciała więcej widzieć takich jak ty… Co za szkoda, że 

ten… ten Potter przyszedł i znowu ją zabrał. Nic dziwnego, że w końcu zginęła! 

– Jak śmiesz… – warknął gniewnie Mistrz Eliksirów, ale Petunia ponownie mu przerwała. 
– Śmierć chłopaka też jest winą takich jak ty! Gdybyście zostawili go w spokoju, nadal by żył… 
– Tak! Nadal by żył, zamknięty w komórce pod schodami, pogardzany i odrzucony! 
–  Może  masz  rację,  ale  by  żył,  w  przeciwieństwie  do  mojej  głupiej  siostry  i  tego  jej  przemądrzałego 

męża! 

–  Istnienie  i  życie  nie  są  tym  samym  –  syknął  Snape,  jego  oczy  błyszczały  wściekle.  Tracił  nad  sobą 

panowanie. Chciał kontynuować, ale ręka Dumbledore’a zacisnęła się mocno na jego ramieniu. 

–  Severusie,  pani  Dursley,  proszę…  To  nie  jest  odpowiednie  miejsce  ani  czas,  by  rozmawiać  o  takich 

rzeczach  i  z  pewnością  nie  w  taki  sposób.  –  Zwrócił  się  do  swojego  kolegi.  –  Wszyscy  popełniliśmy 
pomyłki i zgrzeszyliśmy przeciwko Harry’emu. Żadne z nas nie ma prawa oceniać innych za jego czy jej 
czyny… 

Chociaż ton Dumbledore’a był łagodny, słowa uderzyły ostro w Mistrza Eliksirów. Przypomniały mu o 

jego winach, jego postępowaniu. Opuścił głowę i przełknął ślinę. 

– Przepraszam, Albusie. Nie powinienem był krzyczeć… 
Kiedy pani Dursley uspokoiła się, wzruszyła ramionami. 
– Przynieśliśmy jego… rzeczy – oświadczyła w końcu z nutką obrzydzenia w głosie. – Nie potrzebujemy 

ich. 

– Dziękuję. – Dyrektor skinął uprzejmie głową. – Co do majątku Harry’ego, zablokowałem jego konto w 

Banku Gringotta. 

Kiedy Dumbledore spojrzał na Snape’a, ten wzruszył ramionami. 
– Czego ode mnie chcesz, Albus? Nie potrzebuję jego pieniędzy… 
Ku jego zdziwieniu pan Dursley wymamrotał pod nosem podobną odpowiedź. 
– W porządku – oświadczył w końcu Dumbledore. – Pozostanie zablokowane, dopóki nie zdecydujemy, 

co dalej… 

*** 
Dusił się, kiedy wkładali małe i kruche ciało do trumny. Chciał krzyczeć, wyć z bólu, jęczeć, chciał go z 

powrotem… Ręce mu drżały, nogi się pod nim uginały, kiedy szedł za Harrym, towarzysząc mu w ostatniej 
drodze… Widział młodego Weasleya i pannę Granger, jak idą obok niego, ale nie przeszkadzało mu to. Nie 
zauważył nienawistnych spojrzeń Weasleya, ani wdzięcznego wzroku Hermiony. Stawiał tylko jedną nogę 
za drugą, czując obok milczącą, dodającą otuchy obecność Dumbledore’a. 

Zamglony wzrok. 
Ból. 

background image

Ból! Jakby rozpalony do białości kawałek żelaza przeszywał jego pierś. Wszystko bolało. Bolało bardziej 

niż jakikolwiek ból fizyczny, bardziej niż dziesięciokrotne Cruciatus, bardziej niż cokolwiek przedtem. 

Ale dalej szedł… Żywy trup… Nie był skazany na śmierć, ale tak właśnie się czuł. Jego życie nie było 

niczym innym niż długą agonią. Był skazany na życie. Jakie to… obrzydliwe. 

Potrząsnął głową, raz i drugi. 
Grób… Grób Potterów: ten sam, w którym pochowani byli starzy Potterowie, a potem James i Lily, która 

w  rzeczywistości  była  ukochaną  Quietusa…  A  teraz  Harry  Snape  będzie  pochowany  obok  nich…  Ale 
Potterowie na to zasługiwali. 

Cholera, jak oni na to zasługiwali! 
Ale… Quietus też na to zasługiwał… Aby jego syn był pochowany obok niego. 
Ale Snape nie był w stanie otworzyć ust, by zaprotestować. 
Nie. Harry uważał siebie za syna Pottera. Dowiedział się prawdy o Quietusie i Lily Evans dopiero kilka 

godzin przed śmiercią… Tak, grób Potterów był właściwym dla niego miejscem. 

Poczuł się winny i zdradzony jednocześnie. Czyja to była wina? 
A  potem  cała  ta  koszmarna  procedura…  Przemowa  Dumbledore’a,  potem  długa  i  nudna  mowa 

ministra… Potem opuszczenie trumny do dołu i pierwsza gruda ziemi na jej wieku… Musiał się oprzeć na 
dyrektorze,  aby  nie  upaść  na  oczach  całego  czarodziejskiego  świata.  Zrobił  to  jednak  najdyskretniej  jak 
mógł. Zauważył, że Black to widzi. 

Kundel  stał  po  przeciwległej  stronie  grobu  (użył  eliksiru  wielosokowego)  podtrzymywany  przez 

Fletchera. Nie wyglądał ani trochę lepiej niż on. 

Granger  trzęsła  się  z  ogromnego  bólu,  dzieciak  Weasleyów  jednak  wyglądał  jakby  był  skamieniały  i 

nadal pod wpływem potężnego szoku. Snape miał nadzieję, że nie zemdleje znowu. 

Podczas  całej  uroczystości  Snape  nie  słyszał  żadnego  głosu  ani  hałasu.  Był  całkowicie  ogłuszony.  Ale 

odgłosy  ziemi  sypanej  na  trumnę  były  zbyt  ostre  i  dotarły  do  jego  sparaliżowanego  umysłu,  powodując 
więcej bólu, niż to wydawało się możliwe… 

Kiedy ziemia przykryła już trumnę i goście zaczęli się rozchodzić, Snape opuścił dyrektora. 
Opuścił wszystkich. Silna i nagła potrzeba odwiedzenia opuszczonego grobu brata zajmowała każdą jego 

myśl. Więc poszedł tam. 

Grób  był  taki  samotny…  Taki  prawdziwie  porzucony…  Snape’owi  zrobiło  się  wstyd.  Prawie  go  nie 

odwiedzał, tylko raz w roku – drugiego grudnia. By pamiętać, by utwierdzić się w decyzji o walce z ciemną 
stroną… Potrzebował tego. Potrzebował takiego wsparcia w swoim samotnym życiu. To dawało mu siłę, by 
dalej trwać, chociaż nienawidził samego istnienia. 

Upadł na ziemię. Był wdzięczny, że nikt go nie widzi. 
Leżał  tak  przez  długi  czas,  ukrywając  twarz  w  rękach,  walcząc  o  płacz,  o  ulgę  płaczu,  ale  nie  umiał 

płakać… 

Dlaczego
–  Quietus,  Quietus,  wybacz  mi,  zawiodłem…  To  moja  wina,  że  twój  syn  umarł.  Powinienem  bardziej 

uważać. Powinienem poświęcić mu więcej uwagi. Powinienem bardziej kochać. Zawiodłem… 

Znowu, i znowu… 
Tym  razem  nie  czuł  ulgi  i  utwierdzenia.  Jakby  Quietus  postanowił  opuścić  go  ostatecznie  i  zupełnie. 

Może tylko czekał na swojego syna? Palce Snape’a wbiły się w ziemię,  drapał ją i kamienie w strasznym 
bólu. Jak to bolało

Quietus go opuścił. Został sam. Bardziej samotny niż kiedykolwiek wcześniej. Jak miał teraz dalej żyć? 

Jak miał nosić swoją zwyczajną maskę (czy to rzeczywiście była tylko  maska?) obojętności i nienawiści? 
Nie  potrafił  już  nienawidzić…  Nie  nienawidził  Voldemorta,  nie  nienawidził  Pettigrewa,  nie  nienawidził 
również Dumbledore’a, nie, już nie. 

– Severusie, czas wracać do szkoły… – usłyszał miękki głos Dumbledore’a wzywający go. – Już późno. 

Wszyscy już poszli. 

background image

Dyrektor pomógł mu wstać. 
– Nawet Quietus zostawił mnie, Albusie – wymamrotał zachrypniętym głosem. – Nawet on myśli, że nie 

zasługuję na odrobinę spokoju… 

– Ciii, Severusie, uspokój się… 
– Nie mogę, Albusie! – krzyknął z rozpaczą. – Po prostu nie mogę! Aż do dzisiaj, za każdym razem, gdy 

odwiedzałem  grób  Quietusa,  ja…  ja  otrzymywałem  pewien  rodzaj  pocieszenia  i  siły,  jakiej  szukałem…  I 
spokoju, małego i kruchego spokoju, mogłem go tu znaleźć, ale teraz… 

– Jesteś zbyt wyczerpany emocjonalnie, Severusie. Odnajdziesz swój spokój, uwierz mi… 
– Jak mogę ci wierzyć, Albusie? 
Zatrzymali się. Dyrektor rzucił w jego stronę zdziwione spojrzenie. 
– Dlaczego myślisz, że nie zasługuję już na twoje zaufanie? 
Snape  już  otworzył  usta,  by  wykrzyczeć  gniewnie  odpowiedź  starszemu  mężczyźnie,  ale  zauważył,  że 

każdy mógł ich usłyszeć, więc odwrócił się i wzruszył ramionami. 

– Powiem ci, jak tylko będziemy mogli porozmawiać bardziej prywatnie. 
Nieprzyjemna cisza zaległa między nimi. 
– Więc wiesz – westchnął Dumbledore po chwili. 
Snape tylko przytaknął. 
– Skąd? 
– Albusie… – rzekł drwiąco. – Mieliśmy dwa tygodnie na rozmowy. I my po prostu… odkryliśmy to. 
– Więc… dlatego tak ci na nim zależało. – Dyrektor nagle posmutniał. 
–  Nie,  Albusie.  –  Mistrz  Eliksirów  spojrzał  na  niego  ze  złością.  –  Strasznie  się  mylisz.  Gdyby  nawet 

Harry nie był tym, kim był, i tak by mi na nim zależało. On… on był po prostu dobrym dzieciakiem, Albus. 
Dzieciakiem o dobrym sercu, kochającym i troskliwym. Byłem taki szczęśliwy, kiedy powiedział, że cieszy 
się, że jest moim krewnym… – Potrząsnął głową. Czy to miało jeszcze jakieś znaczenie? 

Kiedy dotarli do wejścia, Dumbledore zatrzymał się i spojrzał na Snape’a. 
– Przepraszam, Severusie – powiedział cicho. 
–  To  nie  zmieni  przeszłości,  Albusie  –  odpowiedział  gorzko  i  odwrócił  się  w  kierunku  wejścia  do 

lochów, zostawiając starego mężczyznę za sobą. 

Kiedy dotarł do swojego – na szczęście wolnego od Blacka – pokoju, znowu stracił opanowanie. Upadł 

na kolana obok krzesła, oparł głowę na poręczy. 

To był koniec. 
Koniec tego wszystkiego. 
Co mógł teraz zrobić? 
Klęczał tak przez długie minuty, kiedy ciche pukanie przerwało ciszę. 
Nie odpowiedział. 
Drzwi za nim otworzyły się. 
Tylko dyrektor był tak zuchwały, by w taki sposób naruszyć w jego prywatność. 
– Zostaw mnie samego, Albusie. Proszę. 
– Nie jestem dyrektorem, Severusie – powiedział znajomy, zbyt znajomy, głos za jego plecami. 
Zadrżał. 
Świetnie! Nawet nie musiał zasypiać, by mieć koszmary! 
Potrząsnął tylko głową. 
– Nie. 
– Severusie… 
– Nie. 
– Proszę pana… 
Teraz głos zabrzmiał tuż obok niego. Uniósł powoli i ostrożnie głowę z poręczy fotela. 
Potem zamrugał. 

background image

I znowu zamrugał. 
Widmo nie chciało zniknąć. Obok niego stał…  Nie, to  nie mogła być prawda! Tam  stał Harry.  Żywy. 

Czy tylko wyglądał na żywego? 

–  Co  jest,  Potter?  Postanowiłeś  dołączyć  do  Jęczącej  Marty,  Krwawego  Barona  i  Irytka?  A  może 

zdecydowałeś się mnie nawiedzać? – zapytał sucho. 

–  Ja  żyję,  Severus.  Nie  umarłem.  –  Głos  chłopca  brzmiał  spokojnie,  ale  jego  oczy  były  pełne  łez.  – 

Błagałem dyrektora, by ci powiedział, ale on się uparł… 

–  To  nie  może  być  prawda…  Widziałem  twoje  ciało.  Leżałeś  w  kostnicy.  Włożono  cię  do  trumny  i 

pochowano, widziałem to, każdy moment. Widziałem to! – krzyknął Snape z rozpaczą. 

Potem… Chłopak podszedł bliżej i ukląkł obok Severusa. 
– Ja żyję… 
Snape wyciągnął rękę i dotknął twarzy klęczącej postaci. Powoli. Ostrożnie. Z nadzieją. 
Palcami wyczuł ciało. Ciepłe ciało. I wilgoć: łzy. 
Łzy płynęły po twarzy Harry’ego. 
– Ja żyję, profesorze. 
– Harry… 
Wtedy to się stało. Jakby runął mur wokół niego. Mur zbudowany z goryczy, smutku, desperacji i bólu. 

Nagle  poczuł  życie…  Znowu  życie.  Objął  mocno  chłopca,  przycisnął  go  do  piersi  i  po  raz  pierwszy  od 
piętnastu  lat  zapłakał.  Zapłakał  jak  tylko  mężczyźni  potrafią:  wstrząsał  nim  cichy  szloch,  łzy  zmoczyły 
głowę i ramię chłopaka, a on płakał przez niekończące się minuty… 

Harry przytulił go wzajemnie, uścisnął mocno, uspokajająco. 
– Ja żyję, Severusie. Ja żyję. 

16. ODNAJDĘ DROGĘ DO DOMU 

Snape potrzebował kilku długich minut, by się uspokoić. 
– Harry… 
– Usiądźmy na kanapie – westchnął w końcu Harry. – Będzie trochę wygodniej niż na podłodze… Nie 

czuję się jeszcze zbyt dobrze… 

– Ale jak udało ci się przeżyć…? Pettigrew rzucił na ciebie Zabijające Zaklęcie… 
– Dumbledore powiedział, że to dlatego, że zawdzięcza mi życie… Nie mógł mnie zabić. On, oczywiście, 

o tym nie wie. Dyrektor uważa, że naprawdę chciał mnie zabić, ale coś wewnątrz niego przeszkodziło mu w 
rzuceniu zaklęcia z pełną mocą i tylko straciłem przytomność. 

– Myślałem, że nie żyjesz. 
– Tak, wiem… Prosiłem dyrektora, żeby ci powiedział, że żyję, ale zawsze odmawiał i zostawiał mnie 

samego. Nie mogłem nawet za nim pójść, byłem taki słaby. A on miał wiele rzeczy do zrobienia. Za każdym 
razem gdy przychodził, zajmował się tylko moimi ranami i wychodził. Nie miałem jak z nim porozmawiać, 
więc  musimy  na  niego  zaczekać  –  powiedział  Harry.  –  Nie  znam  odpowiedzi  na  twoje  pytania,  a  on 
powiedział, że przyjdzie tutaj za godzinę. 

Snape przytaknął,  chwycił poręcz krzesła i  z pewnym  trudem  powstał.  Zakręciło mu  się  w  głowie, ale 

wyciągnął rękę, by pomóc wstać Harry’emu. Dokuśtykali do kanapy i Snape upadł na nią. Nagle poczuł się 
taki pusty w środku. 

– Nie mogę uwierzyć, że Albus mi to zrobił… – rzekł, patrząc niewidzącym wzrokiem w kominek. – Nie 

mogę w to uwierzyć… 

Harry usiadł obok niego. 
– Jestem pewien, że miał jakiś powód… I może nie uważał, że będzie to dla ciebie takie trudne, biorąc 

pod uwagę, że nigdy zbytnio mnie nie lubiłeś… 

– Pewnie masz rację… Ale z drugiej strony… – Snape nie był w stanie wysłowić się. 

background image

Harry popatrzył zmartwiony na jego twarz. To musiał być dla niego silny szok. Fakt, że Snape płakał, 

czynił sytuację nawet jeszcze poważniejszą. Cóż, widział go we łzach dwa razy w ciągu ostatnich tygodni: 
pierwszy  raz,  kiedy  prześladował  go  koszmar  o  śmierci  Quietusa,  drugi  kiedy  był  po  raz  pierwszy 
torturowany przez Avery’ego. Tak, Snape był wtedy we łzach. Ale tak naprawdę nie płakał. 

Snape – płaczący. 
Ostatnimi  czasy  wszystko  wywróciło  się  do  góry  nogami.  Dwa  miesiące  temu  naprawdę  nie  lubił 

zjadliwego  i  skwaszonego  Mistrza  Eliksirów.  A  teraz  –  czuł  jego  ból  jakby  był  jego  własnym.  A  Snape 
płakał, czego nie robił przez długie lata – Harry był tego pewny. 

– Przy okazji, jest tu dość zimno. – Harry zadrżał nagle. – Nienawidzę lochów… 
Snape ocknął się natychmiast. Wyciągnął różdżkę Quietusa zza paska, pierwszym machnięciem zapalił 

drewno  w  kominku,  drugim  przywołał  koc,  a  za  trzecim  pojawiła  się  na  stoliku,  stojącym  obok  kanapy, 
parująca herbata. Owinął Harry’ego kocem i podał mu do ręki kubek. 

– Przepraszam, byłem trochę… rozkojarzony – uśmiechnął się słabo. – Lepiej teraz? 
–  Zdecydowanie.  –  Harry  także  uśmiechnął  się  w  odpowiedzi.  –  I  nie  przepraszaj.  Tak  samo  bym  się 

zachowywał. 

– Ale ty jesteś dzieckiem, a ja jestem dorosły. – Mężczyzna przymknął oczy z zażenowaniem. – Nie chcę 

cię niepokoić swoimi przeżyciami. 

– Severusie… Ostatnie dni były po prostu za trudne dla ciebie. Nie masz się czego wstydzić. 
Snape przytaknął posłusznie i Harry zdumiał się zachowaniem zwykle surowego profesora. 
–  Ech…  Jak  się  czujesz?  Twoje  rany…  –  westchnął  wreszcie  Snape.  Teraz  to  Harry  poczuł  się 

zażenowany. 

– Niektóre nadal bolą… Przede wszystkim te głębokie na moich… nogach. – Harry przełknął ślinę. 
– Te cięcia dotarły do kości, Harry. Będą bolały jeszcze przez pewien czas… 
– Dyrektor powiedział to samo, kiedy je leczył. 
– A Fawkes…? 
– Nie ma go tam. Nie wiem gdzie jest, ale go nie widziałem. W każdym razie, moje rany były na wpół 

zaleczone, kiedy dotarliśmy tutaj i nie jestem pewny czy on leczy takie obrażenia. 

–  Rozumiem…  W  każdym  razie  myślę,  że  będziesz  miał  problemy  z  tymi  cięciami  zrobionymi 

skalpelem. 

– Co? – Harry wyglądał na przerażonego. – Co masz na myśli mówiąc problemy? 
– Eee… Mam nadzieję, że się mylę, ale w niektórych sytuacjach mogą powodować ból… poważny ból. 

Sytuacjach przypominających tamte okoliczności. 

Harry znowu zadrżał i zrobiło mu się niedobrze. Musiał się bardzo starać, by nie zwymiotować. 
Kiedy Snape zauważył, jak Harry zareagował na jego słowa, zbladł nieco i dodał: 
– Chociaż może się mylę. Nie mam żadnego doświadczenia w tych sprawach. 
– A jak twoje rany? – zapytał nagle Harry. 
– Zdecydowanie lepiej. Poppy miała trochę problemów z moimi palcami… 
Harry kiwnął głową. Przez chwilę byli cicho. 
–  Cieszę  się,  że  udało  nam  się  to  wszystko  przeżyć  –  powiedział  wreszcie  Harry.  –  Nigdy  w  to  nie 

wierzyłem. Byłem całkowicie pewien, że zginę… Ale teraz… Nie potrafię powiedzieć, co czuję… Zupełnie 
jakbym dostał drugą szansę by żyć, by zacząć wszystko od początku. 

– Ty nie potrzebowałeś drugiej szansy. Ja jednak tak. I również ją otrzymałem. 
– Och, znowu dobrze znana przemowa o zasługiwaniu? – Harry trącił łokciem Snape’a i uśmiechnął się. 

Snape również się uśmiechnął. 

– Dobrze, dobrze. Nie będę tego ciągnął. 
– Dzięki Bogu. Jestem śmiertelnie znudzony twoimi samooskażeniami. 
– Potter! 
– Snape! 

background image

– Co? 
– Nie jestem Potter, pamiętasz, stryjku? I, jeżeli dobrze pamiętam, Harry Potter został pochowany kilka 

godzin temu… 

Twarz Snape’a pociemniała, kiedy został wspomniany pogrzeb i horror poprzednich dni wrócił do niego. 

Nawet nie zauważył, że znowu zaczął się trząść. Ocknął się dopiero wtedy, gdy Harry się poruszył. Chłopak 
odstawił pusty kubek na stół, owinął kocem również jego, tak jak robili to w celi, i objął go ramionami. 

– Przeżyliśmy, Severusie. Skończyło się. Ja żyję. Ty żyjesz… – powtarzał to łagodnie, dopóki Snape nie 

uspokoił się i nie przestał drżeć. 

–  Myślę,  że  to  było  po  prostu…  zbyt  wiele.  –  Uśmiechnął  się  w  końcu  profesor.  Podniósł  wzrok  na 

Harry’ego.  –  Naprawdę  wierzyłem,  że  umarłeś,  Harry.  Nie  wyobrażasz  sobie,  jak  się  czułem…  Ja… 
Widziałem, jak umierasz. To było… przerażające. Też chciałem umrzeć… To była moja wina… 

– Nic nie było twoją winą, Severusie. Nic a nic. 
– Zostawiłem cię. 
– Ale ja przeżyłem. Z twoją pomocą. Sprowadziłeś mnie z powrotem do Hogwartu. 
– To było zbyt podobne do śmierci Quietusa… – wyszeptał Snape. 
– Ale ja żyję. 
– Ale mogłeś umrzeć. 
– Ale nie umarłem! – powiedział Harry ostro. – Proszę, Severusie. Przestań. Ocaliłeś mi życie. Bez ciebie 

zginąłbym już pierwszego wieczoru albo podczas tortur. Bez ciebie zrezygnowałbym z godności,  a nawet 
gdybym w jakiś sposób zdołał przeżyć tortury, nadal byłbym bezdomny… – Ostatnie słowa wypowiedział 
bardzo ciche. I było coś więcej za tymi słowami. Nadzieja? Lęk? 

Snape uwolnił rękę z uścisku Harry’ego i objął nią ramiona chłopca. 
– Nie żałuję tego, co ci obiecałem, Harry… – zaczął, ale nagłe pukanie przeszkodziło mu. – To pewnie 

dyrektor. Proszę wejść! – Wykrzywił się ironicznie w stronę drzwi. 

Gdyby wzrok mógł zabijać, dyrektor z pewnością zginąłby na miejscu, w drzwiach. Twarz Snape’a była 

bledsza  niż  zwykle  i  Harry  zastanawiał  się,  czy  kiedykolwiek  widział  go  tak  wściekłego,  zwłaszcza  na 
Dumbledore’a.  Ale  rozumiał  go.  Dwa  ostatnie  dni  były  torturą  również  dla  niego.  A  on  przynajmniej 
wiedział, że obaj przeżyli te przerażające wydarzenia. Brakowało mu towarzystwa Severusa. Musiał zostać 
sam w ciemnym pokoju dyrektora przez całą noc, prześladowany obrazami i wspomnieniami poprzednich 
dni.  Każdy  cień  i  dźwięk  wywoływał  lęk,  nie  potrafił  zasnąć.  Pokój  był  wygodny  i  chociaż  dyrektor  był 
naprawdę  dobry  w  leczeniu,  nie  miał  czasu  dla  Harry’ego  i  brakowało  mu  towarzystwa  dorosłego,  który 
pomógłby mu przejść przez ten etap… Gdyby jeszcze musiał się zmierzyć z faktem, że Severus nie żyje, z 
pewnością by oszalał. Harry zadrżał i wzmocnił na chwilę uścisk, zanim wypuścił mężczyznę. 

Dumbledore  unikał  przeszywającego  wzroku  Mistrza  Eliksirów.  Rozsiadł  się  wygodnie  na  fotelu 

naprzeciwko sofy. Potem podniósł wzrok na parę siedzącą przed nim, pod wspólnym kocem, widział rękę 
Snape’a nadal na ramieniu Harry’ego i uśmiechnął się. 

W  jakiś  sposób  Harry  uspokoił  się,  widząc  uśmiech  dyrektora.  Snape  wręcz  przeciwnie,  dostał  ataku 

furii. 

– Mam nadzieję, że ci się podobało! – warknął. Chciał skrzyżować ręce na piersiach, ale przeszkodziło 

mu  w  tym  ramię  Harry’ego,  więc  tylko  spojrzał  na  starszego  mężczyznę  swoim  najlepszym  wzrokiem 
Śmierciożercy. 

Dumbledore nie przestraszył się tym przedstawieniem. Jego uśmiech jednak zniknął. 
– Nie podobało mi się to, Severusie. Ani przez chwilę. Ale to było konieczne. Przepraszam. – Jego twarz 

była wyjątkowo poważna. 

– Nie mam na myśli jedynie ostatnich dni. – Głos Snape’a był ostry i zimny. – Co z poprzednimi latami? 

Poprzednimi piętnastoma latami? To był twój wielki dowcip, nie? 

Harry przez chwilę był pewny, że Dumbledore straci panowanie nad sobą, ale pozostał spokojny i nagle 

wydał się po prostu… smutny. 

background image

– Myślę, że jesteś nam winny wyjaśnienia – kontynuował Mistrz Eliksirów. – Nie co do faktów. Jakoś 

udało nam się je odgadnąć. Jestem raczej bardziej zainteresowany twoimi motywami. Dlaczego trzymałeś to 
w tajemnicy? 

Cała ta rozmowa była tak nieprzyjemna, że Harry wolałby być wszędzie, tylko nie tutaj. Oczywiście, też 

był  ciekawy.  Ale  ton  tej  rozmowy  był  taki  zimny…  Przypominał  mu  wcześniejsze  lekcje  Eliksirów  i 
pierwszy wspólny dzień w Koszmarnym Dworze. Nie podobało mu się to uczucie. 

–  To  nie  była  moja  decyzja  Severusie  –  westchnął  ciężko  dyrektor.  –  Pod  żadnym  względem.  Nie 

zgadzałem się z tym, ale moja sytuacja była w pewnym sensie bardzo podobna do twojej… 

– Co masz na myśli? – Chłód nie zniknął z głosu Snape’a. 
– Zostałem zmuszony przysięgą do utrzymania tego w sekrecie. 
Odrobina zrozumienia pojawiła się na twarzy Mistrza Eliksirów. 
– Lily? – zapytał ostrożnie. 
Dumbledore tylko pokiwał głową w odpowiedzi. 
– Naprawdę mi dzisiaj ulżyło, kiedy powiedziałeś, że już rozwiązaliście tę jej głupią zagadkę.  – Harry 

zdziwił  się,  widząc  wyraźny  gniew  na  twarzy  dyrektora.  –  Nie  wiedziałem  doprawdy,  jak  miałbym  wam 
powiedzieć, nie łamiąc swojej przysięgi… Na szczęście udało mi się. 

– Cóż, Albusie, czy możemy wysłuchać teraz całej historii? – Snape oparł się o sofę. Harry’emu ulżyło, 

że ciśnienie trochę opadło. 

– Oczywiście – przytaknął Dumbledore. – Jestem wam to winien, jak sam to powiedziałeś, Severusie… 

Zobaczmy…  Cała  historia  zaczęła  się  w  czasie,  gdy  twój  brat  był  w  piątek  klasie.  On  i  Lily  zawsze  byli 
przyjaciółmi, chociaż starali się utrzymać tę przyjaźń w tajemnicy. Quietus bał się reakcji twojej i twoich 
rodziców.  Nie  chciał  narazić  Lily  na  niebezpieczeństwo.  Ale  z  czasem  zaczęli  potrzebować  planu,  by 
spotykać się i być razem, nie zwracając przy tym na siebie uwagi. W tamtym czasie James był już jednym z 
najlepszych przyjaciół Quietusa i  chociaż Syriuszowi i  Peterowi nie podobało  się to,  pogodzili  się z  tym, 
ponieważ…  W  tamtym  czasie  byli  zajęci  innymi  rzeczami…  –  Dyrektor  uśmiechnął  się  lekko.  –  Black 
chodził  z  pewną  Krukonką,  Peter  walczył  o  zdanie  jak  największej  liczby  owutemów,  ponieważ  chciał 
pracować w ministerstwie. Ty też byłeś już w ostatniej klasie, Severusie. Myślę, że niczego nie zauważyłeś, 
bo też byłeś zajęty swoimi sprawami. 

Snape nie wyglądał na uszczęśliwionego, słysząc tę uwagę. 
– Tak, miałem właśnie dołączyć do Voldemorta – burknął ponuro. 
Dyrektor wyglądał na zaskoczonego. 
– Miałem na myśli Annę Black, Severusie – powiedział cicho. 
–  W  tamtym  czasie  nie  myślałem  o  niej  zbyt  dużo…  –  Wstręt  do  samego  siebie  był  wyraźnie 

wyczuwalny w głosie Snape’a. Harry trącił go łokciem. 

– Hej, Severusie… Nie zaczynaj na nowo… – mruknął do niego i dyrektor uśmiechnął się lekko, słysząc 

słowa chłopca. Harry przez chwilę czuł zażenowanie, ale potem też się uśmiechnął. – Proszę mówić dalej, 
panie dyrektorze. 

–  Więc…  James  i  Lily  udawali,  że  chodzą  ze  sobą,  żeby  Lily  mogła  spędzać  wakacje  i  niektóre 

weekendy  u  Potterów.  Zwłaszcza  wtedy,  kiedy  James  ukończył  już  szkołę,  więc  Quietus  i  Lily  mogli  się 
spotykać  bez  wzbudzania  podejrzeń…  –  W  głosie  dyrektora  pojawił  się  ton  zadumy.  –  To  musiało  być 
trudne dla Jamesa, ponieważ on też się w niej kochał.  Chociaż myślę, że nigdy jej tego nie powiedział  – 
dodał cicho. 

– Ale kiedy się pobrali, na pewno powiedział… – Harry spojrzał z nadzieją na starszego mężczyznę. Na 

myśl, że jego ojciec – tak, w pewnym sensie ojciec, jak Severus mu wyjaśnił to kilka dni temu – że James 
Potter żył z jego matką bez odwzajemnienia uczuć… Poczuł dławienie w gardle. 

– Nie wiem dokładnie, co działo się podczas ich małżeństwa, ale nie myślę, żeby byli… bliscy sobie w 

takim sensie, o jakim myślisz, Harry. James szanował twoją matkę i robił co tylko mógł, by pocieszyć ją po 
śmierci Quietusa. 

background image

– To musiało być dla niego bardzo trudne… – wyszeptał chłopak pod wpływem poprzedniej myśli. 
Snape tylko kiwnął głową. 
– Nigdy nie myślałem, że James był taki… szlachetny – przyznał cicho. 
– Jak jego ojciec i matka.  – Uśmiech Dumbledore’a zniknął.  – Byli po  prostu  zbyt  dobrzy…  Zupełnie 

bezinteresowni.  Zginęli  w  obronie  innych.  Wszyscy.  Ale  to  już  inna  historia.  Jak  wiecie,  kiedy  Quietus 
zginął, Lily wiedziała, że nosi dziecko twego brata. Uratowałeś ją w dwa dni po jego śmierci. 

–  To  były  tylko  dwa  dni?  Dla  mnie  wydawało  się  to  o  wiele  więcej…  –  wymamrotał  Snape.  –  Cóż, 

możliwe, że masz rację. Kiedy ją uratowałem, nie wiedziała jeszcze… Ja jej to powiedziałem… Ale była na 
pogrzebie. 

–  Tak.  Po  pogrzebie  spędzała  dużo  czasu  na  grobie  Quietusa.  Zastałem  ją  właśnie  przy  takiej  okazji  i 

porozmawiałem  z  nią.  To  było  zimą,  a  ona  była  na  wpół  zamarznięta,  ponieważ  przesiadywała  tam 
godzinami, odkąd zauważyła, że nigdy tam nie przychodzisz. Bardzo to jej odpowiadało, bo nie chciała cię 
spotkać.  Zaciągnąłem  ją  do  mojego  gabinetu  i  wtedy  powiedziała  mi,  że  będzie  miała  dziecko  z  twoim 
bratem. Była skrajnie zdesperowana. Nie byli małżeństwem, a jej ukochany umarł. Przerażała ją myśl, że ma 
urodzić  nieślubne  dziecko…  Myślę,  że  głównym  powodem,  dla  jakiego  postanowiła  urodzić  dziecko  – 
ciebie, Harry – było to, że bardzo kochała twojego ojca, a ty byłeś jedyną pozostałością po nim. 

Po raz pierwszy odkąd poznał prawdę, Harry poczuł nieznane ciepłe uczucie w piersi. To było takie… 

dobre i smutne zarazem. 

„Twojego  ojca”  powiedział  Dumbledore  tak  zwyczajnie  i  naturalnie,  że  wzbudziło  to  w  nim  uczucie 

przynależności do prawdziwej rodziny. 

„…Twojego ojca.” „Kochała twojego ojca.” Quietusa, nie Jamesa. Harry mocno zacisnął powieki. Miał 

uczucie, jakby pokój zaczął wirować wokół niego. 

„Twojego  ojca.”  Jego  martwego  ojca…  Czemu  to  wszystko  przytrafiło  się  akurat  jemu?  Pogodził  się 

jakoś  z  tym  faktem,  kiedy  dokonali  tego  odkrycia  –  Severus  i  on.  Ale  dla  niego  do  tej  pory  znaczyło  to 
głównie tyle, że on i Severus są krewnymi. Podobał mu się pomysł bycia spokrewnionym z Severusem. Ale 
jakoś  nie  mógł  pogodzić  się  z  faktem,  że  Quietus  jest  jego  ojcem.  To  wydawało  się  takie 
nieprawdopodobne. Takie odległe. Ale zwyczajne słowa Dumbledore’a uderzyły go prosto w serce. Więc to 
była prawda. Quietus. Człowiek, o którego istnieniu nawet nie wiedział. 

–  Zabroniła  ci  powiedzieć  mi  prawdę,  tak?  –  Snape  nagle  wydał  się  bardzo  zmęczony.  –  Myślała,  że 

nienawidziłem Quietusa, ponieważ nigdy nie odwiedzałem jego grobu… 

– Możliwe, że to było jednym z powodów. Nie wiem, nigdy o tym nie wspominała. 
– Więc co miała do mnie? – westchnął Mistrz Eliksirów. 
– Wiedziała, że byłeś Śmierciożercą. Quietus jej powiedział. Nie uwierzyła mi, kiedy powiedziałem, że 

zmieniłeś strony. Widziała, jak zabiłeś trójkę dzieciaków i  bała się ciebie. Powiedziała, że nie chce, abyś 
miał jakikolwiek wpływ na Harry’ego. Bała się, że przeciągnąłbyś go na ciemną stronę albo zmusiłbyś, by 
dołączył do Voldemorta. 

– Nigdy bym go nie zmusił, nawet gdybym nadal był Śmierciożercą! – Snape rozzłościł się. – Nigdy też 

nie zmuszałem do tego Quietusa. Nigdy! 

– Wiem, Severusie. Ona jednak była podejrzliwa. I myślę, że bała się również twojej rodziny… 
– Nic dziwnego… – mruknął ponuro profesor. – Ale ty, Albusie, po jej śmierci mogłeś mi powiedzieć… 
– Byłeś w Azkabanie, Severusie. Z drugiej strony nie mogłem złamać przysięgi. Nie chciałem również, 

by Harry wyrósł zbyt rozpieszczony… 

W tym momencie zauważyli, że z Harrym dzieje się coś niedobrego. Nie brał udziału w ich rozmowie. 

Siedział tylko na sofie z zamkniętymi oczami. Jego twarz była blada i spływały po niej łzy. 

– Co się stało, Harry? – zapytał zmartwiony Snape. 
Harry walczył o oddech, by odpowiedzieć. 
– To takie straszne… Nigdy go nie widziałem… Nigdy o nim nie wiedziałem. Nawet nie wyglądam jak 

on. A on jest moim ojcem, który zginął przed moim urodzeniem. – Potrząsnął głową. – A wy mówicie o nim 

background image

tak… tak naturalnie jak… jak… – Był naprawdę zły na siebie za okazywanie słabości, ale po prostu nie był 
w stanie dokończyć zdania. Łzy spływały mu po policzkach i zagryzał wargi, by nie krzyczeć głośno. 

Snape nagle wstał. 
– Chwileczkę – powiedział i wyszedł z pokoju. Na szczęście Dumbledore nie odzywał się, więc Harry 

zdołał trochę się uspokoić, zanim Snape powrócił z jakimś pudełkiem w ręku. Usiadł obok chłopca i położył 
mu je na kolanach. 

Harry spojrzał na niego pytająco. 
– Zdjęcia… – westchnął Severus. 
Było zupełnie cicho, kiedy Harry otworzył pudełko drżącą ręką. Znowu zdjęcia, tylko zdjęcia, nic więcej. 

Miał wiele fotografii… Ale nie miał żadnych żyjących rodziców. Tylko obrazy i wspomnienia. I teraz nowe 
wspomnienia, które miał dodać do innych… 

U kresu swego życia będzie miał cały album zdjęć mężczyzn i kobiet, których nigdy nie znał, pomyślał z 

ironią. 

Wtedy zobaczył  jego. Stał obok Severusa:  przystojny, wysoki chłopak, chociaż nie tak wysoki jak jego 

starszy brat. Rzeczywiście wyglądał jak Mistrz Eliksirów, za wyjątkiem wiecznego ironicznego uśmieszku. 
Stał, uśmiechając się nieśmiało, ale jego oczy świeciły zupełnie jak Dumbledore’a, tańczyły w nich iskierki 
i… Tak. Stwarzał wokół siebie aurę mocy, niezaprzeczalnej siły, podobnie jak dyrektor. Jedyna różnica w 
tym, że moc Dumbledore’a nie była aż tak widoczna. Objawiała się tylko w wyjątkowych sytuacjach, takich 
jak  dwa  miesiące  temu,  kiedy  ogłuszył  Barty’ego  Croucha.  Jego  ojciec  nie  był  ani  odrobinę  zły  czy 
podekscytowany. Wydawał się spokojny, zrównoważony i właściwie nieśmiały, a mimo to wytwarzał taką 
moc. 

Harry  zaczął  się  zastanawiać,  czy  tylko  on  to  zauważył.  Nie  odwracając  wzroku  od  fotografii,  zapytał 

łagodnie: 

– Czy zawsze wyglądał na tak potężnego? 
Usłyszał, jak Snape wstrzymuje oddech, a Dumbledore przełyka głośno ślinę. 
– Co masz na myśli? – spytał Snape, a Dumbledore jednocześnie oświadczył: 
– On nie tylko wyglądał na potężnego, Harry. On był potężny. On był… może nawet silniejszy ode mnie. 
Snape’owi  szczęka  opadła,  gdy  usłyszał  tę  cichą  uwagę,  ale  Harry  tego  nie  zauważył.  Wziął  kolejne 

zdjęcie.  Znowu  Severus  i  Quietus.  Śmiejący  się  razem  nad  brzegiem  jeziora,  w  tle  widać  było  Hogwart. 
Snape najwyraźniej nie zauważył, że ktoś robił zdjęcie… Na tym obrazku naprawdę wyglądali jak bliźniacy. 

I  kolejne:  Quietus  i  jakiś  nieznany  mężczyzna,  stojący  twarzą  w  twarz  z  różdżkami  w  dłoniach, 

tradycyjna postawa do pojedynku. Kiedy Harry na nich spojrzał, opuścili różdżki i uśmiechnęli się do niego. 

Mężczyzna nagle wydał się chłopcu znajomy. Jego rysy… 
–  Harold  Potter  –  usłyszał  Snape’a.  –  Nie  wiem,  gdzie  zostało  zrobione  to  zdjęcie.  Znalazłem  je  w 

rzeczach Quietusa po jego śmierci… Jak wiele innych. 

Po dłuższej chwili Dumbledore spojrzał na dwie postacie siedzące przed nim. 
– Myślę, że czas na lekką kolację – powiedział i pełnym wdzięku machnięciem różdżki zamówił posiłek, 

który pojawił się na stoliku obok herbaty. Dyrektor napełnił ponownie naczynia i wziął kubek do ręki. 

Harry nie był głodny, więc dalej rozmyślał nad zdjęciami, Snape jednak pochylił się do przodu i wziął 

talerz. Kiedy zauważył, że Harry nie sięga po nic, podał mu talerz. 

– Musisz coś zjeść, Harry. 
– Nie jestem głodny. – Harry wzruszył ramionami, oglądając kolejną fotografię. James i Harold Potter, 

Lily  Evans  i  Quietus  siedzieli  przy  obiedzie,  dookoła  dużego,  mahoniowego  stołu.  To  było  takie 
oczywiste…  Jego  matka  i  Quietus  obok  siebie,  James  przodem  do  nich,  uśmiechający  się  dziwnie.  Ze 
smutkiem? Harry westchnął. W międzyczasie usłyszał gderanie Snape’a: 

– Nie pytałem,  czy jesteś głodny, czy nie. Musisz zjeść. Przynajmniej trochę. Jeżeli chcesz całkowicie 

wyzdrowieć, potrzebujesz energii. Musisz jeść. Zrozumiano? 

background image

– No dobrze – odparł Harry, nadal patrząc na zdjęcie. Położył talerz na kolanach i zaczął skubać jedzenie 

biorąc kolejny obrazek. – Nienawidzę magicznych zdjęć… – wymamrotał po chwili. – Prawie wierzysz, że 
postacie  na  nich  żyją:  patrzą  na  ciebie,  machają,  jakby  nadal  mogły  czuć,  kochać…  Ale  nie  mogą.  Nie 
wiedzą, co czujesz, za czym tęsknisz. Są martwe. Tylko udają, że istnieją. Że żyją. A kiedy je odkładasz, 
znowu czujesz się samotny… 

Snape  zabrał  nagle  talerz  z  kolan  Harry’ego  i  uklęknął  przed  nim.  Ich  głowy  znalazły  się  na  jednym 

poziomie. Harry podniósł wzrok i ich spojrzenia się spotkały. 

– Harry… Jest po prostu za późno, by myśleć o takich rzeczach. Tak, oni nie żyją i ich zdjęcia nie są w 

stanie cię kochać. To tylko zdjęcia, pamiątki przeszłości. Ale nie jesteś sam. Oczywiście, że nie! Pamiętasz, 
co ci obiecałem? Pamiętasz? 

– Tak, Severusie. – Głos chłopca był prawie szeptem. – Powiedziałeś, że będziesz dla mnie rodziną… 
–  I  mówiłem  wtedy  cholernie  poważnie.  Nadal  jestem  poważny  –  dodał  powoli,  jakby  przemawiał  do 

małego dziecka. 

– Ale to było wtedy… W niewoli. Żaden z nas nie wierzył, że przeżyjemy… 
– Czy to ma jakieś znaczenie? Jak powiedziałem, myślałem o tym poważnie. Nawet teraz. Jedyną kwestią 

jest to, co ty zdecydujesz. 

Harry nie był w stanie odpowiedzieć. Siedział twarzą w twarz z Severusem, jego oczy rozszerzone były z 

niedowierzania. 

–  Dlaczego,  Harry?  –  Snape  potrząsnął  z  rozpaczą  głową.  –  Co  muszę  zrobić  by  cię  przekonać,  że 

naprawdę chcę, abyś był przy mnie, że oferuję to nie tylko dla twojego, ale również dla swojego dobra. To 
nie jest moja przysługa dla ciebie, to nie jest żaden ciężar, żaden obowiązek. Chcę tego. Nie możesz tego 
zrozumieć? 

– Ale nie musisz… Tylko dlatego, że jestem synem twojego brata… – wyszeptał słabo Harry. 
–  Nie!  –  wykrzyknął  nagle  profesor.  Wyglądał  teraz  na  bardzo  rozgniewanego.  –  Czy  ty  w  ogóle 

uważałeś?  A  może  faktycznie  jesteś  tak  głupi,  jak  wcześniej  myślałem?  Tu  nie  chodzi  o  Quietusa.  Jeżeli 
dobrze pamiętam, to proponowałem ci dom, zanim jeszcze dowiedzieliśmy się, że on jest twoim ojcem. 

– Tak, ale ja myślałem… 
– Źle myślałeś – westchnął Snape. – Doprawdy, łatwiej przekonać niechętną dziewczynę niż ciebie… – 

Uśmiechnął się, ale po chwili znowu spoważniał. – Więc? Jaka jest twoja odpowiedź? Czy chcesz ze mną 
zamieszkać? 

Harry nie był w stanie powiedzieć choćby słowa, skinął tylko głową. 
–  Nareszcie!  –  Severus  wstał  z  trudem  i  usiadł  obok  niego.  –  Czasami  jestem  pewny,  że  jesteś  trochę 

niedorozwinięty… – Szturchnął łokciem Harry’ego, który uśmiechnął się nieśmiało. 

– Może masz rację… 
– Panowie, jak widzę, nie będzie poważniejszych problemów z wprowadzeniem w życie mojego planu – 

powiedział nagle Dumbledore. Obaj spojrzeli na niego nerwowo. 

– Jakiego rodzaju planu, Albusie? – Snape był zdecydowanie podejrzliwy. 
– Planu mającego na celu ochronę Harry’ego. Jego częścią był również pogrzeb. 
Snape nie zareagował, tylko wpatrywał się w niego intensywnie. Potem rzekł powoli: 
– Myślę, że rozumiem, Albusie… 
– Ale ja nie rozumiem! – skomentował zirytowany Harry. – O co chodzi z tym moim pogrzebem? I jak 

udało się panu sprawić, że uwierzyli w to, że to mnie pochowali? 

Ale to nie dyrektor odpowiedział na to pytanie. 
– Voldemort teraz myśli, że nie żyjesz. Już cię nie szuka. Myślę, że to było twoim celem, Albusie? Nie 

powiedziałeś mi prawdy, bym mógł zagrać na pogrzebie doskonale swoją rolę przed wszystkimi, włączając 
w to sługi Bydlaka? 

background image

–  Tak,  Severusie  –  przytaknął  Dumbledore.  –  Myślę,  że  gdybyś  znał  prawdę,  nie  mógłbyś  zagrać  roli 

załamanego  i  pogrążonego  w  żalu  człowieka,  na  jakiego  musiałeś  wyglądać.  Jesteś  na  to  zbyt  dumny.  I 
twoja duma zagroziłaby bezpieczeństwu Harry’ego. 

– Dlaczego? – zapytał Harry. 
–  Widzieli  nas  razem,  Harry  –  wyjaśnił  w  zadumie  Snape.  –  Nigdy  by  nie  uwierzyli,  że  mógłbym 

pozostać zimnym bydlakiem na twoim pogrzebie. Po tym wszystkim, przez co razem przeszliśmy… I myślę, 
że  Albus  ma  rację.  Nie  mógłbym  upokorzyć  się  przed  tymi  idiotami,  okazując  słabość,  gdybym  znał 
prawdę… Ale to było takie trudne… 

–  A  ciało?  –  Harry  był  bardzo  zaciekawiony.  –  Powiedział  pan,  że  Ministerstwo  sprawdzało  moje… 

yhm… zwłoki, zanim dali pozwolenie na pogrzeb. 

–  Cóż,  Harry,  to  bardzo  interesujące  pytanie.  Po  pierwsze,  by  oszukać  Ministerstwo,  potrzebowałem 

zwłok Harry’ego Pottera, a nie twoich. 

– Co? – Harry zamrugał, zdezorientowany. 
– Kiedy Ministerstwo sprawdza zwłoki, rzucają kilka różnych Zaklęć Identyfikujących, które pokazują, 

kim  byli  rodzice  zmarłej  osoby.  W  twoim  przypadku  zaklęcia  wykazałyby,  że  ta  osoba  była  synem  Lily 
Evans  i  Quietusa  Snape’a.  A  ja  nie  chciałem,  by  Ministerstwo  dowiedziało  się  o  tym.  Albo  uważało,  że 
nadal  żyjesz.  Musiałem  więc  transmutować  w  ludzkie  ciało  dwa  włosy:  włos  twojej  matki  i  włos  Jamesa 
Pottera. To była dość trudna transfiguracja. Ale udało mi się! – uśmiechnął się psotnie. 

– Ale dlaczego chciał pan oszukać Ministerstwo? – zapytał Harry, nadal zmieszany. 
–  Chcieli  cię  dopaść  tak  samo  jak  Voldemort.  Na  początku  chcieli  na  ciebie  zrzucić  winę  za  śmierć 

Cedrika,  ale  później  Knot  i  jego  zespół  wymyślili,  że  pewno  chciałeś  zostać  kolejnym  Czarnym  Panem. 
Albo  przynajmniej  jesteś  sprzymierzeńcem  Voldemorta,  bo  pomogłeś  mu  odzyskać  siłę…  Nie  wiem 
dokładnie, ale mam pewne domysły, co do jego planów. – Uśmiech dyrektora zniknął. 

– Chcieli się ciebie pozbyć, prawda, Albusie? Znowu Lucjusz, jeśli się nie mylę. – Snape uśmiechnął się 

ironicznie. – Jak zawsze. 

– Nie rozumiem, o czym mówicie – powiedział Harry. 
– To co zwykle: pomyłki Albusa. Quirrell, połolbrzym Hagrid, wilkołak Lupin, Crouch Śmierciożerca, ja 

jako Śmierciożerca, ty jako następny Czarny Pan, my wszyscy jako zaufani ludzie Dumbledore’a… Niech 
no tylko dowie się o tym społeczeństwo czarodziejów, a stracą zaufanie do dyrektora i będą się domagali 
jego rezygnacji, najszybciej jak się da. Prawda? 

– Dokładnie. Knot jest pod wpływem Lucjusza Malfoya, który chce zostać dyrektorem Hogwartu. 
– Ale… to byłaby katastrofa! – wykrzyknął przerażony Harry. 
–  Tak,  byłaby  –  zgodził  się  Dumbledore.  –  A  z  drugiej  strony,  jeżeli  dowiedzieliby  się,  że  żyjesz, 

zabraliby cię na przesłuchiwanie w Ministerstwie, a po tym jak Severus… – Dumbledore nagle przerwał, ale 
Snape wzruszył ramionami. 

–  Już  mu  powiedziałem  o  sposobach,  jakimi  Ministerstwo  prowadzi  dochodzenia.  I  o  moim  zeznaniu 

przy tobie też. Więc możesz kontynuować. 

– Cóż… Powiem to tak: nie chciałem im cię oddać, by prowadzili dochodzenie w twojej sprawie. I gdyby 

kiedykolwiek dowiedzieli się, że żyjesz… 

Harry zbladł. 
– To znaczy… To znaczy, że nie mogę już być sobą…  – wmamrotał. – Voldemort chce mnie zabić, a 

Ministerstwo  torturować…  –  Zwiesił  głowę  i  schował  twarz  w  dłoniach.  –  Muszę  się  ukrywać  albo 
przebrać… – Potem dodał ciszej: – Po co w ogóle przeżyłem? Chciałbym tylko zwykłego życia bez strachu i 
zagrożenia, nie chcę się ukrywać, ani nic takiego… 

Snape położył rękę na ramieniu Harry’ego. 
–  Harry,  Harry,  uspokój  się.  Jestem  pewny,  że  dyrektor  coś  wymyślił.  Wysłuchaj  go,  a  potem  razem 

zdecydujemy do robić, dobrze? 

Harry westchnął i przytaknął, ale nie podniósł głowy. 

background image

– No więc, Albusie? – Snape zwrócił się do starszego mężczyzny. 
–  Poczyniłem  już  pewne  przygotowania,  Severusie.  Jeśli  przyjmiesz  Harry’ego  do  rodziny,  zaklęcie 

Jamesa przestanie działać i będzie wyglądał tak, jak wyglądałby bez tej adopcji. 

– Czy to znaczy, że będę wyglądał jak mój ojciec? – Harry przełknął ślinę. 
– Nie jak twój ojciec. Jak syn twojej matki i ojca. Ale z pewnością nie będziesz już wyglądał jak James. I 

będziesz mógł zapisać się do Hogwartu jako syn Severusa. 

– Co? – wrzasnął Mistrz Eliksirów. – Czemu nie może być po prostu synem Quietusa? 
– To by było zbyt podejrzane. Niektórzy wiedzą o związku Quietusa i Lily. Prawie każdy nauczyciel zna 

przepowiednię Trelawney. Dziwne, że dotychczas nikt nie doszedł prawdy o rodzicach Harry’ego. A teraz 
naprawdę nie chcę, by ktokolwiek zastanawiał się nad tymi faktami. Tylko my trzej znamy prawdę. Tylko 
my, nikt inny. I nie chcę, żeby ktokolwiek inny ją poznał. 

–  Ale…  ale…  Co  z  Ronem  i  Hermioną…?  –  Harry  zająknął  się.  –  To  moi  przyjaciele.  Muszą  się 

dowiedzieć! 

– Harry, wiem, że to zabrzmi okrutnie, ale nie możesz im powiedzieć. To byłoby zbyt niebezpieczne dla 

wszystkich. 

– Ale dyrektorze… 
– Harry. To już nie są żarty. W rzeczywistości to nigdy nie były żarty, ale teraz mamy już wojnę. Wojnę

Rozumiesz,  Harry?  Taka  wiedza  mogłaby  im  poważnie  zagrozić.  Mogliby  niechcący  wydać  sekret 
przyjaciołom, rodzinie. W trudnej sytuacji mogliby to wykorzystać przeciwko tobie albo Severusowi… Nie 
wspominając o tym, że na pewno rozmawialiby o tym między sobą… Już samo to, że jesteście przyjaciółmi, 
byłoby wielce podejrzane. Wiesz, Harry, nie jest wykluczone, że będą wypytywani o ciebie i twoją śmierć 
przez Ministerstwo albo Voldemorta. Tylko dlatego, że byli twoimi przyjaciółmi… 

– O mój Boże… Nie pomyślałem o tym… – wyszeptał Harry. – Ale to znaczy, że będę musiał zaczynać 

wszystko od nowa. 

– Możesz się znowu z nimi zaprzyjaźnić – powiedział Snape. 
– Tak, jako twój syn! Ron będzie bardzo szczęśliwy, mogąc się zaprzyjaźnić ze mną… – warknął Harry. 

– Ma zbyt wiele uprzedzeń. Stracę go… Dyrektorze, nie ma innej możliwości? 

– Moglibyśmy go jakoś zamaskować zaklęciem… – zaproponował niechętnie Snape. 
–  Aurorzy  na  samym  początku  rzucą  Revelo,  kiedy  przyjdą  prowadzić  dochodzenie  pomiędzy 

studentami. Poza tym, przebranie nie jest tak ważne jak utrzymanie w tajemnicy tego, że on żyje. I myślę, że 
najlepszym sposobem przebrania go, jest udawanie, że jest twoim synem. 

Harry podciągnął kolana do piersi. Objął nogi i oparł głowę na kolanach. Co miał teraz zrobić? Nie chciał 

stracić  przyjaciół,  ale  rozumiał  punkt  widzenia  dyrektora.  Jedno  nieopatrzne  słowo,  złe  zawołanie 
(„Harry!”),  najdrobniejsze  odwołanie  się  do  wspólnych  wspomnień  i  zostanie  odkryty,  a  potem 
zaprowadzony do lochów Ministerstwa, gdzie zostanie potraktowany jako następny Czarny Pan… Znowu 
tortury…  Nie. Może to  było  samolubne,  ale nie  chciał być znowu torturowany. Najlepiej  już nigdy.  I nie 
chciał również, aby jego przyjaciele byli torturowani. A on i Snape będą musieli być bardzo ostrożni, by nie 
narazić  na  niebezpieczeństwo  Dumbledore’a.  Cóż,  Snape  z  pewnością  mógł  sobie  dać  z  tym  radę.  Przez 
wiele  lat  był  szpiegiem,  nauczył  się  jak  to  robić.  Ale  co  z  nim?  Musiał  zmienić  swoje  zachowanie, 
zwyczaje… Nie mógł już grać w quidditcha, był zbyt dobry, by ryzykować. 

Musiał porozmawiać ze Snape’em o tych rzeczach. On mu pomoże. Snape. Harry nagle ożywił się. 
– Severusie, nie przeszkadzałoby ci to? – odwrócił się do Snape’a. 
– Co? Udawanie, że jestem twoim ojcem? – zapytał z uśmiechem. Kiedy Harry przytaknął, jego uśmiech 

przybladł. – Powtarzam ci po raz ostatni, byś uważał, co się do ciebie mówi, panie… ehm… Harry. Podoba 
mi się to. Jestem szczęśliwy z tego powodu, bo dzięki temu będę mógł spędzić z tobą więcej czasu. Więc… 
– Odwrócił się do dyrektora. – Myślę, że jesteśmy gotowi. 

– Harry? Co zdecydowałeś? Czy chcesz być członkiem rodziny Snape’ów? 
Harry wciągnął głęboko powietrze, zanim przytaknął. 

background image

– Tak, chcę – powiedział stanowczo. 
–  W  takim  razie,  Severusie,  połóż  rękę  na  jego  ramieniu  i  przyjmij  go  do  swojej  rodziny  własnymi 

słowami. To prosta magia, nie potrzebujesz różdżki czy zaklęcia by jej użyć, tylko twoje intencje się liczą. 

Snape skinął głową i położył rękę na ramieniu Harry’ego. 
–  Jestem  gotowy  przyjąć  go  z  powrotem  do  rodziny  Snape’ów.  Przyjmuję  go  jako  syna  Quietusa,  ale 

będę  się  nim  opiekował  jakby  był  moim  własnym  synem.  –  Uśmiechnął  się  do  chłopca.  –  Czy  tak  jest 
dobrze, Albusie? 

– Idealnie. Będzie również potrzebował nowego imienia. 
– Tak, wiem. Myślę, że… mógłby zostać nazwany po ojcu. Jeżeli mu to odpowiada. Co o tym myślisz, 

Harry? 

– Że… moje imię byłoby takie samo, jak twojego brata? 
–  Quietus  Snape  –  powiedział  Mistrz  Eliksirów  i  poczuł,  jak  coś  go  ścisnęło  za  gardło.  Jego  wzrok 

napotkał spojrzenie Harry’ego. – Myślę, że twoja matka by się ze mną zgodziła… 

Czas nagle jakby się zatrzymał. 
–  Quietus  Snape…  –  wyszeptał  Harry.  Znowu  poczuł  dystans  do  tej  tajemniczej  postaci.  Ale  teraz 

zdecydował się zmniejszyć jakoś to oddalenie. Nauczy się, co ma czuć do Quietusa Snape’a. 

– Będzie dobre – zgodził się. 
Dumbledore wstał. 
– Bardzo dobrze. Zrobiło się późno. Zostawię was, byście odpoczęli. Myślę, że pan Potter będzie panem 

Snape’em do jutra rana. Jeżeli może się z tym pogodzić. Pozostałe sprawy zostaną zorganizowane w ciągu 
nadchodzących tygodni. Myślę, że możecie spędzić trochę czasu w dworze Snape’ów, by przyzwyczaić się 
to nowej sytuacji. W następnym tygodniu odwiedzę was tam i przedyskutujemy najważniejsze rzeczy. Czy 
to wam odpowiada? 

– Tak, Albusie. I… dziękuję. 
– Proszę bardzo, przyjacielu. Dobranoc, Severusie, Quietusie. 
*** 
Harry leżał na brzuchu na sofie, ale nie był w stanie zasnąć. Po prostu bał się ciemności, a jego sny były 

pełne  wspomnień  z  poprzednich  dni.  Przede  wszystkim  obrazów  z  Koszmarnego  Dworu.  Czuł  się 
straszliwie samotny w tym ciemnym lochu. To było gorsze niż pokój Dumbledore’a. 

A  kiedy  pomyślał  o  przyszłości…  Czuł  się  jakby  spoglądał  w  bezdenną  otchłań:  był  oszołomiony  i 

przestraszony. 

Nie. Nie chciał swojego nowego życia. Chciał z powrotem stare, z Dursleyami, ale również ze swoimi 

przyjaciółmi… Lecz to było niemożliwe. Wiedział o tym doskonale. Nakrył głowę poduszką. Był sam. 

Nie wiedział jak długo płakał, kiedy poczuł na plecach dotknięcie. 
– Harry… Co się dzieje? – spytał Severusa z niepokojem. 
– Ja… Nie mogę spać – wymamrotał Harry poprzez poduszkę. 
Snape przykucnął obok niego na sobie, zastanawiając się. 
– Czy mogłeś spać poprzedniej nocy? 
Harry nie odpowiedział, tylko potrząsnął głową. 
– Tak podejrzewałem… – westchnął Snape, zmęczony. – Ja też nie mogłem. Miałeś koszmary? 
Harry przytaknął w milczeniu. 
– Powinienem był wiedzieć… 
Mistrz Eliksirów wstał i wyszedł z pokoju. Wrócił po chwili z buteleczką w dłoni. 
– Myślę, że będzie lepiej, jeśli spędzisz noc ze mną – powiedział wreszcie. – Chodź, Harry. 
Harry wymamrotał coś w poduszkę, nie ruszając się z miejsca. 
– Harry…? 
– Nie chcę ci przeszkadzać. 

background image

Snape  już  otworzył  usta,  by  rzucić  jakieś  ostre  słowa,  ale  udało  mu  się  je  przełknąć,  zanim  zostały 

wypowiedziane.  Zamiast  tego  podniósł  Harry’ego  wraz  z  jego  kocem  i  poduszką  i  zaniósł  do  swojej 
sypialni.  Na  szczęście  chłopak  był  bardzo  lekki  –  dwa  tygodnie  bez  jedzenia  pozostawiły  swoje  ślady  na 
nich obu. Kiedy położył chłopca na łóżku, wziął różdżkę Quietusa i machnął w stronę kominka by rozniecić 
ogień, po czym zapalił dwie pochodnie. 

– Nie będzie ciemno, dobrze? – Wziął buteleczkę i podał ją Harry’emu. – Wypij to. Eliksir Bezsennego 

Snu.  Nie  możesz  używać  go  regularnie,  bo  nie  daje  naturalnego  snu  i  wywołuje  uzależnienie.  Ale  tym 
razem… 

–  Nie  potrzebuję  go,  Severusie.  W  porządku.  Ja  tylko…  Czułem  się  samotny  i…  Było  po  prostu… 

ciemno. Chwilami czułem się, jakbym nadal był w Koszmarnym Dworze i to wszystko było tylko snem, a 
kiedy się obudzę oni przyjdą i zabiorą nas na tortury… – Harry zadrżał. 

– Cóż, minęły dopiero dwa dni, odkąd się stamtąd wydostaliśmy… Nic dziwnego, że jeszcze się z tego 

nie otrząsnąłeś. To zabierze trochę czasu. Mnie również. 

– I te wszystkie pozostałe sprawy. Wiesz, to jest takie… przerażające. Boję się przyszłości i jednocześnie 

jestem przerażony przeszłością. Chciałbym po prostu żyć jak inne dzieciaki. Ale nie. Zawsze jestem inny. I 
nienawidzę tego. 

Severus westchnął i przytulił płaczącego nastolatka. 
–  Harry…  Wszystko  będzie  dobrze.  Wierz  mi.  Byliśmy  obaj  w  o  wiele  gorszym  położeniu  niż  to  i 

przeżyliśmy. Teraz jesteśmy wolni i nikt nie chce nas skrzywdzić. Poradzimy sobie z tym, jestem pewny. 
Nigdy nie zapominaj: nie jesteś sam. Pomogę ci, obiecuję. Ale teraz uważam, że potrzebujesz odpoczynku. 
Nie spałeś przez dwie noce albo nawet więcej. Wypij eliksir i śpij dobrze. Będę tutaj. – Pomasował chłopca 
uspokajająco po plecach. – Będę tutaj. 

– Nie, nie potrzebuję eliksiru. – Harry potrząsnął głową, ziewnął i zwinął się u boku Severusa. – Już mi 

lepiej.  Kiedy mówisz do mnie… jak… ojciec…  – Uśmiechnął  się.  –  Wiesz, cieszę się z planu dyrektora. 
Podoba mi się pomysł, abyś był moim ojcem – wymamrotał, zamykając oczy. Nadal się uśmiechał. 

Mistrz Eliksirów uśmiechnął się jak szaleniec. Był naprawdę wdzięczny, że nikt tego nie widzi. Słowa 

Harry’ego  ogrzały  go  bardziej  niż  cokolwiek  kiedykolwiek  wcześniej.  Czuł  się  absolutnie  szczęśliwy, 
chociaż nie wiedział dlaczego… Może to te psychologiczne fakty, uśmiechnął się szeroko. To musi być to. 
Ale kogo to obchodzi? Może nie stracił możliwości posiadania rodziny, posiadania syna… Może zostało mu 
wreszcie wybaczone i rzeczywiście otrzymał drugą szansę, by żyć normalnym życiem. Tak normalnym jak 
to możliwe w takich czasach… 

– Podoba mi się pomysł, abyś był moim synem  – wyszeptał do ucha Harry’emu, który nagle otworzył 

oczy. 

– Dobranoc, Severusie. – Uśmiechnął się ponownie i zamknął oczy. 
– Dobranoc, Harry. 
– Quietus, nie zapomnij – wymamrotał cicho chłopak. 
– Dobrze. Dobranoc, Quietusie. 
Snape czuwał, dopóki Harry nie zasnął. 
To  nie  będzie  łatwe,  dla  żadnego  z  nich.  Nie  powiedział  tego  Harry’emu,  ale  sam  był  prześladowany 

podobnymi koszmarami, kiedy usłyszał płacz chłopca w sąsiednim pokoju. 

Krew… tortury… ból… Ale teraz byli od tego wolni. Nie pozwoli wspomnieniom zniszczyć ich życia. 

Będą wolni nie tylko fizycznie, ale też emocjonalnie, przysiągł sobie. 

A kiedyś… Będą walczyć z Voldemortem i pokonają go. 
Zacieśnił uścisk wokół śpiącego chłopca i zasnął. Następny dzień miał być ciężki dla nich obu. 

 

KONIEC TOMU PIERWSZEGO 

background image

NAWET STRACH MNIE OPUŚCIŁ 

 

Powinienem był wiedzieć… To było takie oczywiste, takie cholernie oczywiste… 
Ale… Kto spodziewałby się tego po własnej, przeklętej rodzinie? 
A teraz stoję tutaj związany, w centrum potężnej sali. Tron Voldemorta znajduje się przede mną i wiem, 

że nie zostało mi już wiele czasu. Zginę za kilka godzin, w sposób najbardziej bolesny z możliwych. 

Powinienem się bać, ale nie czuję strachu. Nie. Przepełniają mnie inne uczucia: rozczarowanie i… ból. 

Moi rodzice mnie zdradzili – swojego własnego syna. Skazali mnie na śmierć. A za kilka minut przybędzie 
również Sever i…  Co on zrobi? Mam nadzieję, że nie zrobi czegoś głupiego, by mnie ratować.  Mnie nie 
można już uratować. 

Tak dobrze byłoby porozmawiać z nim przed śmiercią. Zamienić choćby kilka słów. Poprosić go, by był 

przy  Lily.  Przy  Jamesie.  Przy  Albusie.  Błagać  go,  by  się  odwrócił,  porzucił  w  końcu  tego  obrzydliwego 
potwora, tortury, zdrady, by żył normalnym życiem, na jakie zasługuje. Tak, zasługuje na normalne życie. I 
nigdy go nie otrzyma. Nawet, jeśli dzisiaj pójdzie do Albusa… Za późno dla niego. 

Och nie. Czuję jak boli mnie serce. Nie, nie może być za późno! On ma tylko dwadzieścia jeden lat. Jest 

prawie dzieckiem, jak ja… 

Jesteśmy tacy młodzi… Zbyt młodzi by umrzeć, zbyt młodzi by było dla nas za późno. 
A jednak, jest za późno dla nas obu. 
Sever, Sever, nie zrobiłeś nic niewybaczalnego, prawda? Ale boję się odpowiedzi. Lękam się jej. 
I cóż, wiem… Wiem o wielu rzeczach, jakie zrobił. Nigdy tego nie podejrzewał, ale ja wiem. 
I  dlaczego  popełnił  to  wszystko?  Z  powodu  dwojga  obrzydliwych,  przerażających  ludzi  nazywających 

siebie jego – naszymi! – rodzicami. 

Są  tutaj.  Śmierciożercy.  Wewnętrzny  krąg.  Trzydziestu  mężczyzn,  dziesięć  kobiet.  A  moi  rodzice 

pomiędzy nimi. 

I on, Tom Marvolo Riddle osobiście, w centrum zainteresowania. 
Ulżyło mi. Severa tu nie ma. Nie został wezwany. Dzięki Bogu. 
Chociaż… Tak dobrze byłoby zobaczyć jego kochającą twarz przed śmiercią. Tak, kochającą. On mnie 

kocha, wiem to na pewno. Nie kocha zbyt wielu ludzi, ale kocha mnie. Może nadal kocha Annę… Lubi też 
Malfoya i Avery’ego, chociaż nigdy nie rozumiałem dlaczego. Podstępne typki. Wykorzystują go. Tak jak 
Tom. Tak jak nasi rodzice. Ale jest zbyt ślepy, by to dostrzec! 

– Cóż, młody Snapie… – Gdy Tom dotyka mojego podbródka, mam ochotę zwymiotować. Podnosi mi 

twarz  palcem.  Wszystkie  moje  zmysły  protestują  z  obrzydzenia.  Ale  nie  pozwalam  tego  dostrzec  tym 
bydlakom. Pokażę im, jak powinien zachowywać się człowiek. Podnoszę wzrok na Toma. Nie mrugam. Nie 
drżę.  – Twój ojciec zarekomendował  mi ciebie… Ale chce bym  cię trochę… poszturchał,  zanim do mnie 
dołączysz. 

Nie odpowiadam. To i tak bez sensu. Tylko patrzę wprost na niego. Otwarcie. 
– Nie odpowiadasz. – Tom wzdycha z udawanym smutkiem. – Chociaż nie „szturchałbym” cię, gdybyś 

przyłączył się do mnie z własnej woli. 

– Nie zrobię tego. – Prosta uwaga wypowiedziana beznamiętnym głosem. A jednak, jakiś cieniutki głosik 

krzyczy wewnątrz mnie głupie rzeczy o życiu i przetrwaniu… Co za życie miałbym, gdybym się przyłączył 
do tego potwora? Cicho, cieniutkie głosiki. Jestem gotowy. Jestem przygotowany. 

Czuję wzrok mego ojca, wbijający się w moje plecy. Czuję jego nienawiść i wstręt do mnie, obrzydzenie 

mojej  matki…  Okropne  uczucia.  Pamiętam  chwile,  kiedy  tęskniłem  na  ich  miłością  i  troską…  Ale  to  się 
skończyło. Teraz chcę tylko ich dumy z mojej siły. 

Szkoda, że nie mogę pożegnać się z osobami, na których mi najbardziej zależy. 
Cóż, mogę to teraz powiedzieć. Nigdy tego nie usłyszą, ale szepczę to cichutko. 

background image

–  Żegnaj,  Lily,  moja  ukochana.  Żegnaj,  Sever,  przykro  mi,  że  już  nie  mogę  być  przy  tobie.  Żegnaj, 

James,  postaraj  się  pogodzić  ze  śmiercią  twoich  ukochanych.  Żegnaj,  Albusie.  Przykro  mi,  że  cię 
zawiodłem. Nie byłem wystarczająco silny. 

Wzdrygam się lekko. Czuję łzy w oczach. Ale nie będę płakał. Nie okażę przed nimi słabości. 
Chcę  zobaczyć  Severa.  On  jest  moją  ostatnią  nadzieją…  Chciałbym  poczuć  miłość,  mierząc  się  ze 

śmiercią. A on jest jedynym, który może się tu dostać. Ale nie został wezwany. Dlaczego

Słyszę ciche poruszenie z tyłu. Widzę złośliwy uśmiech na twarzy Toma. 
Odwracam głowę. Moje oczy rozszerzają się w szoku. 
Sever przybył. 
*** 
Denerwuję się. Mój Pan mnie wzywa, a Dumbledore zatrzymuje mnie głupimi pytaniami o mojego brata. 

Skąd  miałbym  wiedzieć,  gdzie  jest  Quiet?  Jest  dorosły.  Chodzi  własnymi  ścieżkami,  o  których  ja  wolę 
nawet nie myśleć. Dopóki nie wiem, co robi, nikt nie może wyciągnąć ze mnie jego sekretów. Zwłaszcza 
mój Pan, który jest wyjątkowo zainteresowany Quietusem. 

To  wina  ojca.  Nie  może  przestać  opowiadać  o  swoim  młodszym  synu  Czarnemu  Panu,  chociaż  wie 

równie dobrze jak ja, że Quietus nigdy do niego nie dołączy. W przeciwieństwie do nas. 

Nie wiem, kto ma rację. Sam nie jestem pewny. Quietus przeciwnie, wydaje się mieć absolutną pewność. 

Chwilami myślę, że on ma rację i że zrobiłem najgłupszą rzecz w swoim życiu, decydując się przyłączyć do 
Czarnego Pana. Ale to są niebezpieczne myśli. Moje życie należy teraz do Pana. Nie mam teraz już wyjścia. 
Pozostanę jego, na zawsze. 

Nareszcie, Dumbledore zauważa, że się spieszę. Patrzy na mnie dziwnym wzrokiem i kładzie mi rękę na 

ramieniu. 

– Powodzenia, profesorze Snapie. 
Jestem  przerażony.  Czy  on  wie?  Kiedy  długimi  krokami  przechodzę  przez  Wielką  Salę,  nie  mogę 

przestać myśleć o ostatnich słowach dyrektora. W momencie, kiedy docieram już do punktu aportacyjnego 
w głębi Zakazanego Lasu, mam pewność. On wie. 

Co powinienem teraz zrobić? Kiedy aportuję się przed Koszmarnym Dworem – Boże, jak ja nienawidzę 

tego  miejsca!  –  staram  się  skoncentrować  nad  prawdopodobnym  zadaniem,  które  na  mnie  czeka.  Później 
zastanowię  się  nad  słowami  Dumbledore’a.  Nie  wiem  dlaczego,  ale  nie  chcę  powtórzyć  Panu  tych 
niepokojących wieści. 

Zakładam swoją maskę i poprawiam szaty. Mój Pan nie znosi niechlujstwa. Przemierzam kilka korytarzy, 

zanim  wkraczam  do  głównej  sali  dworu.  Czarny  Pan  zwykł  czekać  na  mnie  tutaj,  by  zlecić  mi  zrobienie 
eliksirów. 

Kiedy widzę Wewnętrzny Krąg stojący przed nim, jestem skonsternowany. Nie należę do tej grupy, co ja 

tutaj robię? Dlaczego powinienem tu być? Denerwuję się. 

Zbliżam się do nich niepewnymi krokami. Jestem pewny, że nie powinno mnie tu być. 
Teraz mój Pan uśmiecha się do mnie. I nagle zauważam stojąca przed nim postać. Sesja tortur? Czy to 

znaczy, że chce mnie w Wewnętrznym Kręgu? Och, to byłoby… 

Nie. 
Czuję  jak  wzrasta  we  mnie  panika.  Zamraża  mi  krew,  zatrzymuje  oddech,  gardło  się  zwęża,  źrenice 

rozszerzają się ze strachu. 

Chcę krzyczeć, wrzeszczeć, wyć. Nie
To Quietus. 
*** 
Czuję, że serce mi pęka, kiedy widzę wzrok Severa. W jego oczach jest straszliwe przerażenie, całkowita 

panika. Czemu chciałem, by tu był? Teraz widzę jak cierpi, kiedy ja umieram. Świetna robota. Nie będzie 
łatwiej umrzeć. Naprawdę. 

background image

Chciałbym mu coś powiedzieć, ale nie ośmielę się. Nie chcę, by zginął jak ja, tylko dlatego, że powiem 

mu jakieś głupie, kochające słowa. Kochające słowa – przed Tomem Riddle! Nie. Milczę i zaciskam mocno 
usta. Próbuję przesłać mu wiadomość wzrokiem, nasze spojrzenia spotykają się i próbuję go uspokoić. 

Jakie  to  dziwne.  Ja  –  były  auror  ministerstwa,  próbujący  pocieszyć  Śmierciożercę…  Nie.  On  nie  jest 

Śmierciożercą. To jest Severus, mój brat, którego kocham i mam nadzieję, że nadal ma szansę, by stać się 
kochanym  i  kochającym  człowiekiem,  jaki  ukrywa  się  pod  maską  lodowatego,  okropnego  Mistrza 
Eliksirów. Boże, czasami myślę, że nie jest tylko dobrym aktorem, że naprawdę jest tym wstrętnym typem, 
jakim jawi się każdemu… Ale są chwile, kiedy mam szansę zobaczyć go poprzez te wszystkie mury, jakie 
wzniósł wokół siebie. Nie mogę zrozumieć, czemu się ukrywa. Dlaczego to robi? 

Ale znam odpowiedź, tylko nie chcę w nią uwierzyć. Ma teraz dwadzieścia jeden lat, jest dorosły. Nie 

potrzebuje  szacunku  naszych  rodziców,  by  żyć!  Oczywiście,  że  nie!  A  jednak…  potrzebuje.  Zawsze  tak 
było. 

Widzę jak drżą mu ręce, jak nogi się pod nim uginają. Dobry Boże, Severusie, pozbieraj się! Stoisz przed 

najokrutniejszym potworem obecnego świata, który zabije cię w momencie, w którym zobaczy jakąkolwiek 
słabość! Ocknij się! 

Sever, kochany Sever, weź się w garść, proszę! Nie żałuj mnie, nie potrzebuję twojej litości, nie widzisz, 

że i tak umrę? Ratuj siebie, idioto! 

Zmuszam  się,  by  odwrócić  się  do  Voldemorta.  On  najwyraźniej  cieszy  się  przedstawieniem.  Krew 

krzepnie w moich żyłach. Nie. W porządku, że chce mnie zabić. Ale nie pozwolę, żeby skrzywdził Severa! 

– Co jest, Tom? Straciłeś siły? Boisz się mnie? Tchórz… – pluję mu tymi słowami w twarz. Widzę, jak 

jego twarz robi się czerwona. 

– Jak śmiesz… – syczy. 
Dzięki Bogu, skoncentrował się na mnie, zamiast na Severze. Muszę iść dalej, dać trochę czasu mojemu 

ogłupiałemu bratu, by odzyskał panowanie nad sobą. 

–  Jak  śmiem?  Nie  muszę  śmieć  zwracać  się  do  ciebie,  Tom.  Nie  jestem  twoim  niewolnikiem  jak  twoi 

„wierni  słudzy”…  –  Ruchem  głowy  wskazuję  na  Śmierciożerców,  którzy  teraz  trzęsą  się  z  wściekłości. 
Będę  musiał  zapłacić  za  swoje  słowa,  to  pewne.  Widzę  jak  palce  mojego  ojca  bieleją,  gdy  mocno  ściska 
różdżkę. Jest wściekły. 

Chciałbym spojrzeć w stronę Severa, ale nie chcę, aby Voldemort znowu się na nim skoncentrował. 
– To nie są moi niewolnicy, młody Snapie. – Uśmiecha się do mnie. O, nie. Wolę go, kiedy szydzi. Jego 

uśmiech  jest  najbrzydszą  rzeczą,  jaką  widziałem  na  tym  przeklętym  świecie.  –  To  moi  zwolennicy,  moi 
wierni  uczniowie.  I  jak  widzę,  ty  będziesz  musiał  dostać  lekcję,  nauczyć  się  respektu…  I  może  pewnego 
dnia będziesz mógł stać się jednym z nich, zająć miejsce w kręgu jak twoi rodzice. – Skinął głową w stronę 
tej dwójki, których kiedyś uważałem za krewnych. – Albo twój brat. 

Nie mogę nie spojrzeć znowu w jego stronę. Nie wygląda na bardziej opanowanego. Dlaczego zachowuje 

się jak pięciolatek?! Chcę na niego krzyknąć, ale nie mogę. 

Panikuje. 
Nigdy nie przypuszczałem, że tak bardzo mnie kocha. 
*** 
Nigdy nie wiedziałem, że tak bardzo go kocham. Myśli przelatują przez mój umysł szukając sposobu, by 

go ocalić, obronić, zabrać od Czarnego Pana i jego sług, takich jak ja… 

A teraz stara się mnie obronić. Doprowadza Pana do furii, by dać mi czas na opanowanie. Oczywiście, 

nie może wiedzieć, że nie mogę. Nie mogę przestać panikować. On umrze i to wystarcza, bym skamieniał ze 
strachu. Nie chcę go stracić. Jedyną osobę na tym świecie, która mnie kocha. I jedyną osobę, na której mi 
zależy. 

Chcę paść na kolana, stracić przytomność i nigdy się nie obudzić. Nie chcę żyć w świecie bez niego. Nie 

chcę moich kwater bez niego. 

background image

Blednę,  gdy  mój  Pan  wspomina  o  mnie  Quietowi.  Naprawdę  nie  jestem  dobrym  przykładem.  Z 

pewnością nie dla Quietusa. Teraz wiem, kto wybrał złą stronę. Jestem całkowicie przekonany. 

Ale za późno. 
Za późno. 
Jego oczy patrzą na mnie i błagają, bym zachowywał się jak dorosły, jakim powinienem być. Ale ja nie 

chcę być dorosły! Chcę z powrotem moje dzieciństwo, chcę cofnąć czas i zacząć wszystko inaczej. Chcę by 
Tiara Przydziału na mojej głowie wykrzyczała „Ravenclaw!” zamiast „Slytherin!” Chcę z powrotem swoją 
pracę w Instytucie, znowu prowadzić badania nad leczniczymi eliksirami. Chcę Anny, rodziny, dzieci… 

Nie.  Całkowicie  zawiodłem.  We  wszystkim.  A  najgorsze  jest  to,  że  nawet  jeśli  przeżyję  ten  wieczór, 

nigdy nie będę miał szansy na normalne życie. 

Ale  nie  będę  również  ciągnął  tego.  Pójdę  prosto  do  Ministerstwa  i  poddam  się.  Otrzymam  pocałunek 

dementora i już niczym nie będę musiał się przejmować. 

Quietus. 
Para czarnych oczu, pełnych bólu, ale i odwagi. Nie ma w nich strachu czy słabości. Stoi pośrodku kręgu, 

bez ruchu. Ale czuję, jak się oddala. Czuję, że przygotowuje na śmierć. 

Nie, Quietus, proszę… 
Pierwsze łzy spływają mi po policzkach. Nikt ich nie widzi: mam na sobie swoją maskę. Na szczęście? 

Być może, nie jestem pewien. 

Czuję jak mój ojciec łapie mnie za łokieć i zmusza mnie do zajęcia miejsca obok niego. Wiem, co będzie 

dalej:  nie tylko Wewnętrzny Krąg ma prawo torturować ofiary.  Zwykłemu  Śmierciożercy też dość często 
daje się taką możliwość. 

–  Sześć  rund  –  mówi  miękko  Lord.  –  Oczywiście,  to  się  skończy  w  chwili,  gdy  podejmiesz  właściwą 

decyzję. – Mruga do Quietusa i siada na tronie. 

Sześć! Niedobrze mi się robi. Nie chcę nawet jednej. Chcę do domu. Chcę umrzeć. 
Chcę  grać  w  szachy  z  Quietusem  przed  kominkiem,  jak  to  robimy  prawie  każdego  wieczoru.  Nie,  nie 

rozmawiamy,  tylko  gramy  w  szachy.  Wygrywam,  a  on  się  śmieje  i  wychodzi  z  pokoju.  Nic 
nadzwyczajnego. Ale… to mały kawałek życia. Życie. 

Chcę, by żył! 
Teraz  płaczę.  Jak  małe  dziecko,  jak  nigdy  wcześniej.  Moim  ciałem  wstrząsa  szloch,  którego  nie  mogę 

powstrzymać. Quiet, Quiet, Quiet… 

Przeklęta  maska!  Nie  mogę  wytrzeć  łez,  zaczynają  mnie  łaskotać.  Spływają  mi  po  twarzy,  szyi,  aż  na 

pierś – przód mojej szaty jest od nich mokry. Stoję obok mojego ojca. Zawsze chciałem, aby mnie kochał, 
doceniał… Teraz go tylko nienawidzę. 

To  jego  wina.  Jestem  o  tym  przekonany.  Nienawidzi  Quieta,  tak  jak  nienawidzi  mnie.  Nikt  inny  nie 

mógłby zrobić czegoś takiego własnej rodzinie! I… Quiet jest również moją rodziną! 

Łamię się, czuję to. A niech to, co za piękne przedstawienie! Śmierciożerca załamujący się! Tuż przed 

swoim mistrzem! 

Ale w międzyczasie zaczęły się tortury. I zbliża się moja kolej. 
Moja  kolej?!  Muszę  się  pozbierać.  Czarny  Pan  powiedział,  że  będzie  sześć  rund.  To  przynajmniej  pięć 

godzin. To znaczy, że mam czas, aby obmyślić jakiś ratunek. 

Zobaczymy… 
*** 
Idiota. Sever jest idiotą. Wreszcie się pozbierał, ale widzę, że myśli jak mnie uratować. Idiota. Nie można 

mnie uratować. Umrę tutaj. Idiota, idiota, idiota. Odkryje swoje emocje i Voldemort zabije nas obu. 

Wspaniale. 
Chcę,  by  przeżył.  Nie  wiem,  dlaczego.  Gdzieś  wewnątrz  czuję,  że  ma  jakieś  zadanie  do  wykonania, 

bardzo ważne zadanie, o którym nie mam pojęcia, ale ono jednak istnieje. Nie może umrzeć tutaj. Nie teraz. 
Nie tutaj. 

background image

Uderza we mnie pierwsze zaklęcie. 
Ból. 
Staram się nie krzyczeć. 
… 
Udaje mi się. 
Palący ból. Szukam wzroku Severa. Kiedy znajduję go, uspokajam się trochę. Jest tutaj. Nie jestem sam. 
Ból  rozdziera  moje  ciało  na  małe  kawałki.  Oczy  uciekają  mi  w  głąb  czaszki.  Zaczynam  się  pocić. 

Cudownie. 

Krew w ustach. Udało mi się ugryźć się w język. Krew na twarzy. Upadłem na twarz i złamałem sobie 

nos. 

To boli. 
I znowu udaje mi się znaleźć wzrokiem Severa. Cierpi, widzę to. Możliwe, że jego tortury są gorsze niż 

moje. Ja tylko cierpię fizycznie, kiedy on przeżywa silniejsze emocjonalne problemy i poczucie winy. 

Kochany  Sever…  Kochany  zdradzony  Sever…  Jak  wiele  razy  starałem  się  pomóc  ci,  ale  mi  na  to  nie 

pozwoliłeś…  A  teraz  umieram  i  nie  możemy  sobie  nawzajem  pomóc.  Mogę  mieć  tylko  nadzieję,  że 
przeżyjesz ten wieczór. 

Paskudne  zaklęcie  uderza  mnie  w  brzuch,  klękam  i  wymiotuję.  Brawo!  Od  tej  chwili  będę  się  wił  w 

swoich wymiocinach. Rewelacyjnie. Jak mam po tym wszystkim zachować godność? 

Nagle  przed  mymi  oczami  pojawia  się  czyjaś  twarz.  To  Harold.  Leży  na  podłodze  swojej  ulubionej 

pracowni  –  martwy.  I  wymiociny  wszędzie  dookoła  niego.  Prawdopodobnie  to  samo  zaklęcie.  Harold…  i 
Emma.  Rodzice  Jamesa.  Ale  byli  w  pewnym  sensie  również  moimi  rodzicami:  nie  biologicznymi,  tylko 
prawdziwymi. 

Naprawdę. Miałem rodziców, ponieważ miałem ich. Ale Sever zawsze był sam. Najwyraźniej ja mu nie 

wystarczałem. Potrzebowałby również prawdziwego ojca. By pozostać przy zdrowych zmysłach. 

Ale stracił tę możliwość. A może Harold zaadoptowałby  również jego… Nie. To śmieszne.  Zaczynam 

popadać w obłęd przez te zaklęcia. Sever i Potter… Nawet gdyby Harold zgodziłby się na to, Sever nigdy by 
tego nie zaakceptował. Nigdy. 

Przeklęta duma! 
I znowu ból. Przez kilka chwil nie jestem w stanie myśleć. 
Potem… Nic. Żadnego bólu. No dalej! Czyja jest teraz kolej? Zakończmy wreszcie tę okrutną zabawę! 
Podnoszę głowę. Moje oczy napotykają oczy Severa. To jego kolej. 
Sztywnieję. 
*** 
Nie mogę tego zrobić. Nie. 
Czuję jak łokieć mego ojca wbija mi się w żebra. 
Podnoszę różdżkę. 
Otwieram usta. 
Ale nie jestem w stanie mówić. 
*** 
No dalej, Sever! Zabiją cię! 
*** 
–  Severus!  –  mój  ojciec  syczy  lodowato.  Podnoszę  na  niego  wzrok.  Zimne,  lodowato  zimne  i  okrutne 

oczy. Bezlitosne oczy. – Zrób to. Już

Jestem jak skamieniały. 
*** 
Co za miły widok, zobaczyć własnego ojca jak zachęca twojego brata by cię skrzywdził! Naprawdę, moje 

serce raduje się, gdy to widzę. Prawdziwie rodzinna scenka… 

Ale ten stary drań ma rację, Sever. 

background image

– Przeklnij mnie. No już – jęczę do niego cicho. 
Drży mu ręka. 
*** 
Nie mogę w to uwierzyć. Quiet chce, abym ja skrzywdził jego! Ale ja nie mogę! 
Nie mogę
– Tchórz – szepcze i odwraca się. 
Serce mi się łamie. Quiet, Quiet, nie mów tak do mnie… 
– Rzuć klątwę, chłopcze, albo zabiję was obu! – Och, to głos mojej ukochanej matki. Co za wspaniała 

rodzina… 

*** 
Jego  zaklęcie  uderza  we  mnie.  Upadam  we  własne  wymiociny.  Bardzo  dobrze,  Sever.  Nareszcie 

zrozumiałeś. 

*** 
Nie mogę w to uwierzyć. Zraniłem go. 
Chcę umrzeć. 
Chcę uklęknąć obok niego i przytulić go. I umrzeć obok niego. Ale on tego nie chce. Dlaczego? 
*** 
Och,  robi  się  coraz  gorzej  i  gorzej.  Teraz  krwawię.  Dobrze  rzucona  klątwa,  naprawdę.  Krwawię 

wszędzie. Potem to się zatrzymuje. 

Potem nie mogę oddychać. 
Potem nie mogę przełknąć śliny. 
I tak w nieskończoność… 
Druga runda. 
Znowu kolej Severa. 
*** 
Jestem  teraz  spokojniejszy.  Rzucam  na  niego  zaklęcie,  które  nie  powoduje  zbyt  dużo  bólu.  Ale  nadal 

widzę jak cierpi z powodu mojego zaklęcia. 

I znowu. 
Czwarta runda. 
Moja kolej. 
Ale teraz jestem tak pewny, jak jeszcze nigdy niczego w swoim życiu. Nie rzucę już ani jednego zaklęcia 

więcej na Quietusa. Nawet jeżeli musiałbym umrzeć. To nawet nie byłoby to takie złe.  Podoba mi się ten 
pomysł. 

*** 
Widzę w jego oczach decyzję. 
Zawiodłem. 
Głupi, głupi Sever. 
Ale…  Trochę  mi  też  ulżyło.  Było  coś  na  tym  świecie,  co  mogło  odwrócić  go  od  Voldemorta  i  jego 

obrzydliwej bandy. I to ja byłem tym „czymś”. 

Nasze oczy się spotykają. 
Sięga  po  swoją  maskę.  Kiedy  rzuca  ją  na  posadzkę,  jestem  wystraszony.  Jego  twarz  jest  czerwona  i 

zalana łzami. Płakał od dłuższego czasu. 

– Nie mogę już dłużej – powiedział po prostu. 
Nasz ojciec celuje różdżką w jego szyję. 
– Rzuć zaklęcie! – krzyczy. 
Sever nie rusza się. Widzę determinację w jego postawie. Tak dobrze byłoby mu powiedzieć słowo… lub 

dwa.  Przed  naszym  końcem.  Ale  ojciec  zabije  go  teraz.  Zamykam  oczy.  Nie  chcę  widzieć,  jak  umiera. 
Przełykam ślinę i czekam na zabijające zaklęcie, które odbierze mi ostatnią nadzieję. 

background image

Nadzieja… Nagle widzę twarz Lily – jej pełną ufności twarz, kiedy poprosiłem ją, by została moją żoną. 

Widzę radość i nadzieję w jej oczach. Nadzieję, że zawsze będę do niej wracał, że zawsze będę ją kochał. 
Będzie załamana, kiedy  dowie się prawdy. Jej  świat  rozpadnie się na kawałki… Mam nadzieję, że James 
pomoże  jej  przetrwać.  To  będzie  dla  niej  bardzo  trudne.  Mam  nadzieję,  że  zgodzi  się,  byśmy  z  Severem 
zostali  pochowani  w  tym  samym  grobie.  Nie  w  rodzinnym  grobie  Snape’ów,  obok  moich  mrocznych 
przodków.  Nie.  Chcę  być  pochowany  w  Hogsmeade.  Kocham  to  miejsce.  Często  odwiedzałem  groby 
Harolda  i  Emmy  i  zawsze  znajdowałem  spokój,  kiedy  siedziałem  tam  przez  długie  godziny,  słuchając 
odgłosów natury i zastanawiając się nad swoim życiem, czekającymi mnie zadaniami. Nad Lily i Severem. 

Mój głupi brat nigdy się nie dowie, że na całym świecie tylko Lily kochałem bardziej niż jego. Mojego 

sarkastycznego, wrednego brata. 

Otwieram oczy, by zobaczyć go po raz ostatni w życiu, by dać mu to samo wsparcie, jakie on dawał mi 

od początku tortur. Nasze spojrzenia znowu się spotykają. 

–  Przepraszam,  Quiet  –  mówi  i  widzę  ból  w  jego  oczach.  Mój  Boże,  to  musiało  być  dla  niego  takie 

trudne.  Zawsze  chciał  mnie  bronić,  zawsze  dbał  o  mnie,  i  zawsze  nienawidził  z  całego  serca  Syriusza  i 
Jamesa tylko dlatego, że ich dowcip o mało mnie nie zabił… No cóż, ja też nie lubię Syriusza, chociaż Sever 
i on są ludźmi tego samego typu: inteligentni, porywczy, uparci, rzadko myślący o konsekwencjach swoich 
czynów.  Ale  Sever  mnie  kocha.  Natomiast  Syriusz  nienawidzi  mnie  z  taką  samą  siłą,  z  jaką  nienawidzi 
Severa. Dlaczego? Nigdy się nie dowiem. 

–  Nie  ma  potrzeby.  –  Mój  głos  jest  zachrypnięty  i  ledwo  słyszalny,  ale  widzę,  że  Sever  mnie  słyszy. 

Uśmiecha się lekko i ja się uśmiecham. Witaj w świecie żywych, mój kochany bracie. 

– Crucio! – Głos mojego ojca jest ostry jak nóż. 
Sever upada na podłogę jak ścięte drzewo: bez krzyku, płaczu czy błagania. Nigdy nie sądziłem, że ma w 

sobie  tyle  godności.  Tylko  po  jego  palcach  widać,  że  cierpi:  ściska  mocno  swoją  różdżkę…  Potem  krew 
zaczyna płynąć mu z ust. 

Jest teraz tak blisko mnie… Wyciągam rękę, by go dotknąć, ale kolejne zaklęcie uderza we mnie i przez 

dłuższą chwilę nie mogę się skoncentrować. Gdy znowu podnoszę głowę, Severa już tu nie ma. Ani moich 
rodziców. 

Będą go torturować. Nie mogę nie zadrżeć, gdy myślę o nim, o jego bólu  – jakbym sam był w lepszej 

sytuacji… Nie, oczywiście, że nie. Moje tortury trwają dalej. 

Nigdy już nie zobaczę mojego brata. Nigdy jeszcze nie byłem tak pewien niczego w swoim życiu. 
*** 
Nigdy nie zostało na mnie rzucone Cruciatus. Nigdy. Może to się wydaje dziwne, skoro miałem rodziców 

Śmierciożerców, ale nigdy wcześniej nas nie skrzywdzili. To był pierwszy raz. 

To potworne! Jak mogłem  używać tego przeciwko komukolwiek? Jak mogłem torturować tym  innych? 

Jak mogłem być takim wielkim bydlakiem? Jak mogłem wybrać taką drogę? 

Ból mnie teraz uczy. 
Quiet miał rację przez te wszystkie lata. 
Zawiodłem. Przegrałem całe swoje życie. 
Serce mi się łamie i czuję jak moja dusza obraca się w kamień. 
Straciłem swoje życie. Zawiodłem. 
Moje serce przestaje bić. 
Co ja zrobiłem? 
Emocjonalny ból nagle przezwycięża fizyczny i  okropny wrzask wydobywa się z mojej piersi. Wrzask 

przeklętych.  Jestem  przeklęty.  Skazany  na  przerażającą  śmierć,  będąc  całkowicie  świadomy  wszystkich 
grzechów
,  jaki  popełniłem.  Spadam  do  piekła,  na  jakie  zasługuję,  na  nieskończoną  samotność,  na  jaką 
zasługuję, poprzez intensywny ból podwójnego Cruciatus, na jaki zasługuję

Teraz chcę, aby moi rodzice torturowali mnie mocniej, dużo mocniej niż to robią, by pomogli mi zapłacić 

za wszystko, co zrobiłem… 

background image

Łzy płyną mi po policzkach, ale moje czyny nie mogą być zmyte nawet oceanem łez. Nie ma na świecie 

wystarczająco dużo skruchy, by to zmazać, nie ma żadnego zadośćuczynienia, by za to odpłacić, by cofnąć 
tortury, ból, który spowodowałem… Aby przywrócić do życia ludzi, których zabiłem. 

Nie chcę umrzeć. Nie. Chcę zostać ukarany i dopiero po tym chcę umrzeć. Dzięki Bogu, ojciec zajmuje 

się właściwą karą, chociaż wydaje się mi ona za mała. Zasługuję na więcej bólu, więcej tortur! Chcę być 
torturowany tak jak Quietus, chcę… 

Wrzeszczę i płaczę, nie obchodzi mnie, co myślą moi rodzice, co myślą inni Śmierciożercy. Nie obchodzi 

mnie czy uważają mnie za tchórzliwego czy słabego. Zasługuję na ich pogardę, na pogardę wszystkich… 

Cholera, efekty zaklęć zaczynają znikać, a ja tego nie chcę! 
Podnoszę głowę i patrzę w oczy mojego ojca. 
– Nie jesteś w stanie porządnie ukarać swojego syna? To było raczej słabe… 
Widzę gniew w jego oczach. Cóż, osiągnąłem swój cel. Znowu uderza mnie klątwą. Moje plecy wyginają 

się z bólu. Uderza we mnie mocniej i mocniej. Świat zaczyna zasłaniać mgła. Nic już nie widzę, nie słyszę, 
nie czuję… 

Nagły rozkaz odcina ból. 
–  Wystarczy,  Severusie.  –  To  mój  Pa…  Nie.  To  Voldemort.  –  Chodź.  Twój  młodszy  syn  poniesie 

właściwą  karę.  Co  do  niego…  –  Wskazuje  na  mnie  lekkim  ruchem  głowy.  –  Zostaw  go.  Błędem  było 
zmuszanie go, by brał w tym udział. Powinieneś był wiedzieć, że on… kocha swojego brata. 

Powiedział „kocha”, jakby mówił o jakiejś wyjątkowo obrzydliwej rzeczy. Prawie wypluwa to słowo. 
Jak mogłem szanować tego… bydlaka? 
I… Jak mogłem szanować moich rodziców? 
Quiet…  Umrzesz  za  chwilę.  Chciałbym  cię  ocalić,  chciałbym  być  tam  z  tobą  w  ostatnich  momentach 

twojego życia, ale po prostu nie mogę. Nie mogę się poruszyć. Cóż, zaklęcia musiały być… silne. Muszą 
być jakieś ich skutki, ale ich nie czuję. Moje serce, moje myśli znajdują się w głównej sali. Obok mojego 
brata. 

Widzę  jak  ta  trójka  opuszcza  pokój,  w  którym  teraz  leżę.  Widzę,  jak  wchodzą  do  sali.  Zabiją  mojego 

brata. 

Czas jakby zwolnił. Każdy ich krok wydaje się wiecznością. 
Chcę ich zatrzymać. 
Łzy znowu płyną po moich policzkach. 
STOP! Trzęsę się na podłodze. Zostawiają za sobą otwarte drzwi. Bydlaki. 
Nie widzę Quietusa. Nigdy go nie zobaczę. 
QUIETUS! 
NIE! Krzyczy moja dusza. 
I nie ma odpowiedzi na moją cichą modlitwę. 
*** 
Krzyki Severa torturują mnie teraz. Dlaczego on tak wrzeszczy? Widziałem jak udało mu się wytrzymać 

Cruciatus w milczeniu. Dlaczego teraz tak się upokarza? Dlaczego? 

Sever, proszę, przestań, przestań. To boli mnie bardziej niż zaklęcia i fizyczne męczarnie. Co ten stary 

bydlak, ten nasz tak zwany ojciec, ci robi? 

Jestem pewny, że mój ból jest niczym w porównaniu do twojego. 
Zamykam oczy. 
Umieramy. W bólu. 
Nagle rozumiem ból Severa. On również to zrozumiał. On też jest świadomy, że teraz patrzymy śmierci 

w  twarz.  I  nie  jest  na  to  gotowy.  Spowodował  zbyt  wiele  bólu  i  śmierci,  by  mógł  ze  spokojem  przyjąć 
własną. Nie może zaznać spokoju. Teraz spogląda w paszczę piekła. Drżę. Przełykam ślinę. 

Piekło… Potępienie… 
O mój Boże… 

background image

Sever… 
Sever… 
Chciałbym cię uratować. Chciałbym ująć trochę ciężaru spoczywającego teraz na tobie. Chciałbym, byś 

został pocieszony. Zaakceptowany. Uspokojony. Ale nie będziesz. 

Jestem bezsilny. I umieram. Wyliczyłem, że to jest szósta runda. 
Tylko pięciu Śmierciożerców do końca. 
Ból. 
Czterech. 
Ból. 
Trzech. 
Ból. 
Dwóch. 
Ból i wzrastająca panika. 
Jeden. 
Panika bez uczucia bólu. 
Teraz jestem przerażony. Spodziewam się, że Tom stanie nade mną i uderzy zabijającym zaklęciem. 
Wstaje ze swojego tronu i… wychodzi z sali. Wchodzi do komnaty, z której dobiegają wrzaski mojego 

brata. 

Teraz jestem zupełnie sparaliżowany. Chce najpierw zabić Severa. 
Zasycha mi w gardle. Krew zastyga. Serce mi staje. Czekam na słowa, które przetną linię życia Severa. 

Avada Kedavra. 

Nie słyszę ich. 
Tom wraca z moimi rodzicami. Czy to znaczy, że…? Nie. To nie może być prawda. Sever żyje, prawda? 

Żyje, żyje, żyje, powtarzam sobie nieskończenie wiele razy. 

Teraz Tom staje obok mnie. 
Odwracam oczy w jego stronę. 
– Zamierzam cię teraz zabić – mówi prawie przyjaźnie. 
– Wiem – odpowiadam spokojnie. Niewzruszony. Z taką godnością, jaką tylko mogę teraz pokazać. 
Podnosi różdżkę. 
Czas się zatrzymuje. 
–  NIEEEEE!  –  słyszę  desperacki  wrzask  Severa  z  drugiej  komnaty.  Czuję  ulgę.  On  żyje.  Kocham  cię, 

Sever.  Proszę,  zabierz  mnie  do  Hogwartu.  Proszę,  zaopiekuj  się  Lily.  Proszę,  odszukaj  swoje  życie  i 
szczęście. Proszę. Zrób to dla mnie. 

Zaciskam pięści, by nie drżały mi ręce. Patrzę Voldemortowi prosto w oczy. 
Kocham cię, Lily. 
Kocham cię, Sever. 
Kocham cię, życie. Nie chcę umierać. 
Staram się nie wymiotować. Nie mrugać. 
Akceptuję to, co nadchodzi. 
– Avada Kedavra. 
Pozwalam moim oczom się zamknąć. 
To już koniec. 
Kocham cię, Quiet, prawie słyszę słowa Severa. 
Sev… 
*** 
Słyszę  słowa  bydlaka.  „Zamierzam  cię  teraz  zabić.”  Quiet,  jaki  ty  jesteś  silny!  Jak  ty  spokojnie 

odpowiadasz… Zazdroszczę ci. Nigdy nie ośmieliłem się odpowiedzieć w taki sposób Pa… Bydlakowi. 

Twoje słowa bolą mnie. Jesteś gotowy na śmierć. 

background image

Ale ja nie jestem gotowy, by zaakceptować twoją śmierć! 
Czuję jak serce mi się łamie, gdy słyszę twoją odpowiedź. 
Nie umieraj, Quiet. Proszę. Proszę, zrób coś. Proszę, przyjmij jego ofertę, przyłącz się do niego i bądź 

wolny, by stąd uciec! 

Druga część mnie cię rozumie. Proszę, nie akceptuj jego oferty. Nie zostawaj jego niewolnikiem, jak ja. 

Nie bądź chodzącym trupem, jak ja. Nie. Po prostu nie. 

Naprawdę nie wiem, dlaczego teraz wrzeszczę, która moja połowa próbuje wyrazić się w ten sposób. 
– NIEEEEE! – Mój krzyk jest ostry i przecina powietrze. 
Nie odpowiada mi. Ale słyszę jego myśli. 
Kocham cię, Sever, myśli. 
– Avada Kedavra. 
Kocham cię, Quiet, myślę. Mam nadzieję, że to słyszysz. 
To już koniec. 
… 
Potrzebuję  kilku  godzin,  by  dotrzeć  do  głównej  sali,  na  wszystkich  czterech  kończynach.  Jestem 

przerażająco słaby. 

Quiet  leży tam, we własnej  krwi i  wymiocinach. Jego ciało jest nadal  naprężone. Klękam  koło  niego i 

przytulam go mocno do piersi. 

– Wybacz mi, Quiet. Zdradziłem cię. Pozwoliłem, by cię zabili. To moja wina. 
Nie odpowiada. 
Nie żyje. 
Mój brat nie żyje. 
Quiet nie żyje. 
Moje łzy obmywają jego twarz. Ukrywam twarz w jego włosach. Czuję zapach krwi i potu, cierpienia, 

bólu. Nie byłem w stanie go ocalić. 

Wzdycham wreszcie i biorę jego martwe ciało na ramiona. Idę chwiejnym krokiem w stronę wyjścia. Oto 

uprzejmość  Voldemorta  dla  jego  sługi  –  dla  mnie,  że  mogę  zabrać  brata,  mogę  mu  zapewnić  właściwy 
pogrzeb, na jaki zasługuje. To poważna przysługa. 

I nienawidzę za to bydlaka. 
Dlaczego  nie  pozwolił  mojemu  ojcu  mnie  zabić?  Nie  chcę  jego  łaski.  Chcę,  żeby  moje  życie  się 

skończyło. 

Wiem, co zrobić. 
Pójdę do dyrektora Dumbledore’a. Poproszę go, by pochował mnie obok mojego brata, kiedy otrzymam 

pocałunek  dementora.  Ulga  przepływa  przez  moje  ciało.  Niedługo  to  się  skończy.  Dumbledore  jest 
wystarczająco szlachetny, by spełnić moją prośbę. 

Przekraczam granicę pola antyaportacyjnego. 
Znikam i pojawiam się w Zakazanym Lesie. Quiet jest nadal w moich ramionach. Mogę go utrzymać, nie 

jest ciężki i jestem wystarczająco silny, by go nieść. 

Nadal płaczę jak małe dziecko. 
Zabieram Quietusa do gabinetu dyrektora. 
Podaję hasło chimerze. 
– Hipogryfy. 
Niezwykłe  stworzenia  są  manią  dyrektora.  Cieszę  się,  że  porzucił  wilkołaki  po  moim  proteście. 

Nienawidzę wilkołaków. Nie chcę pamiętać zwłaszcza jednego. 

Kładę  ciało  na  sofie  dyrektora.  Na  twarzy  Dumbledore’a  maluje  się  panika.  Nie  wiem,  dlaczego.  Na 

widok martwego Quietusa, czy mnie płaczącego? Dwa szokujące fakty naraz. 

– Czy on nie żyje, profesorze? – Jego głos jest ledwo słyszalny. 
Kiwam głową. 

background image

– Nie mogłem go ocalić. Ojciec oddał go Voldemortowi. Torturowali go. Na końcu Voldemort rzucił na 

niego  zabijające  zaklęcie.  –  Nie  mogę  mówić  dalej.  Upadam  na  podłogę,  obok  sofy,  na  której  leży  ciało 
mojego brata. – On nie żyje, dyrektorze, on nie żyje. 

Zdaję  sobie  sprawę,  że  użyłem  dwukrotnie  imienia  Voldemorta  bez  strachu,  bez  żadnych  oznak 

szacunku. 

Już się go nie boję. 
I z pewnością już go nie szanuję. 
–  Proszę,  dyrektorze,  niech  mnie  pan  odda  Ministerstwu.  Jestem  zwolennikiem  Voldemorta.  Byłem 

jednym  z  oprawców  Quietusa.  Jestem  mordercą.  Nie  zasługuję  by  żyć.  Proszę.  –  Oczywiście  nie 
wspominam o moim samolubnym motywie: nie chcę już żyć. 

Nie odpowiada. Ale czuję silne ramiona podnoszące mnie i obejmujące mocno. 
To coś jak przytulenie. 
Nigdy wcześniej nie byłem przytulany. Ale akceptuję to teraz, chociaż nie zasługuję na pocieszenie. 
Trwamy w zupełnym milczeniu. W pokoju słychać tylko moje łkanie. 
Kiedy wreszcie trochę się uspokajam, podnoszę oczy na dyrektora. Jestem na nowo wstrząśnięty. Jego 

twarz też jest mokra od łez. Jego oczy są puste i brakuje w nich zwykłych wesołych iskierek. Teraz tylko 
siedzimy twarzą w twarz. 

Po chwili przerywam milczenie. 
Podwijam rękaw i pokazuję mu przedramię. 
– Jestem Śmierciożercą, dyrektorze. Proszę, niech pan odda mnie Ministerstwu. I… proszę, niech mnie 

pan pochowa obok Quietusa, kiedy ja… ja… 

– Nie oddam  cię Ministerstwu, Severusie.  –  Jego głos brzmi przyjaźnie, kiedy używa mojego imienia. 

Jestem tym poruszony, chociaż jego słowa mnie ranią. 

–  Nie  chcę  już  żyć,  dyrektorze.  –  Pozostaję  uprzejmy.  Nie  ośmielam  się  nazwać  go  po  imieniu.  –  Nie 

zasługuję, by żyć – szepczę. 

On tylko wzdycha. Potem znowu siedzimy w ciszy. 
– Kochałeś go – mówi nagle i głaszcze Quietusa po włosach. 
Tylko kiwam głową w odpowiedzi. 
– Ja też go kochałem. – Jego wyznanie porusza mną. Potem dodaje: – Nie oddam im ciebie. Nadal masz 

po co żyć. 

–  Być  może  mam…  –  protestuję  –  ale  jestem  Śmierciożercą.  Mordowałem  i  torturowałem  ludzi.  Nie 

mogłem ocalić własnego brata. Nie zasługuję, by żyć. 

– Nie zasługujesz również na to, by umrzeć. 
Nie jestem pewien, co znaczą te słowa. Nie zasługuję na tak łatwą śmierć? Czy może zasługuję na życie, 

a nie na śmierć? Patrzę na niego pytająco. 

On, oczywiście, nie odpowiada. 
I znowu zapada cisza. 
Powoli odprężam się. Zamykam oczy i nie zauważam, kiedy zasypiam. 
Kiedy budzę się kilka godzin później, jestem sam w gabinecie. Dyrektora ani Quietusa już nie ma. Tylko 

ja, ze swoim boleśnie ocalonym życiem, zastanawiam się, co mam robić przez następne pięćdziesiąt lat. Czy 
może  nawet  dłużej.  Na  samą  myśl  robi  mi  się  niedobrze.  Pięćdziesiąt  lat  żalu  i  strasznych  wspomnień, 
samotności w mroku, w każdym istniejącym sensie tych słów. 

Nie  chcę  żyć.  Ale  Dumbledore  chce,  bym  żył.  Więc  muszę znaleźć  sposób,  by  umrzeć  za  jego  zgodą. 

Odpowiedź jest oczywista. 

Wyrwano  mi  połowę  duszy  i  połowę  serca.  Moje  życie  jest  rozerwane  na  dwoje.  Nie  jestem  już  całą, 

kompletną  osobą.  Nie  boję  się  już  śmierci.  I  jestem  wystarczająco  inteligentny,  by  to  zrobić.  Być  może 
przed  śmiercią  uda  mi  się  zapłacić  choć  trochę  za  te  wszystkie  makabryczne  rzeczy,  które  uczyniłem.  I 

background image

kiedy  nadejdzie  czas,  by  Avada  Kedavra  Voldemorta  uderzyło  we  mnie,  będę  gotów.  Albo  przynajmniej 
bardziej gotowy niż teraz. 

Gdy dyrektor wchodzi do pokoju, staję przy nim, schylam głowę i składam mu przysięgę. 
– Przysięgam teraz tobie, Albusie Dumbledorze, na imię mojego brata, że będę walczył z tobą przeciwko 

naszemu  wspólnemu  wrogowi,  Tomowi  Marvolo  Riddle,  aż  do  jego  klęski.  Nie  będę  szczędził  swojego 
życia, jeśli będzie taka potrzeba. Będę twoim szpiegiem, będę posłuszny twoim rozkazom i będę cię słuchał 
do końca swoich dni. 

Jego oczy rozszerzają się ze zdziwienia, ale nie może już nic przeciwko temu zrobić. Przysięga została 

złożona, czy ją akceptuje, czy nie. 

–  Severus,  ja  nie…  –  szepcze  słabo,  ale  kiedy  spogląda  mi  w  oczy,  przerywa.  –  Przyjmuję  twoją 

przysięgę, chociaż chciałem, żebyś wreszcie był wolny. 

– Nie mogę być wolny, już nigdy, dyrektorze. Moje grzechy mnie prześladują i będą prześladować aż do 

mojej śmierci. Chcę za nie zapłacić. Pomóc naprawić zło, jakie wyrządziłem, nawet jeśli jestem świadomy, 
że mi się to nie uda. 

Zrozumienie lśni w jego oczach. I obawa. Głęboka obawa. Nagle wydaje się bardzo stary i zmęczony. 
– Rozumiem, Severusie – wzdycha. – Ale to jest wojna. Nie jesteś odpowiedzialny za wszystkie czyny, 

które popełniłeś. Wypełniałeś rozkazy. 

– Ale to ja zdecydowałem, by dołączyć do Voldemorta. Muszę ponieść tego konsekwencje. 
Nie waham się. Wiem, że mam rację, chociaż mogę zrozumieć jego punkt widzenia. Działałem z rozkazu 

Voldemorta,  jak  żołnierz  posłuszny  dowódcy.  Ale  w  moim  przypadku  nie  zostałem  zmuszony,  by  zostać 
jego żołnierzem. 

Cóż, niektórzy by powiedzieli, że byłem młody i nie znałem możliwych konsekwencji swojej decyzji. I 

mogliby mieć rację. Ale jest wiele osób na tym świecie, które się do niego nie przyłączyły. Nawet więcej, 
zdecydowało się walczyć przeciwko niemu. Powinienem był zastanowić się lepiej, zanim podjąłem decyzję. 
Nie zrobiłem tego, więc jestem odpowiedzialny. 

Najwyraźniej dyrektor rozumie moje niewypowiedziane słowa. Tylko kiwa głową. 
–  Pogrzeb  Quietusa  odbędzie  się  za  cztery  dni.  Ministerstwo  chce  zbadać  jego  ciało,  zanim  wyda 

pozwolenie na pochowanie go. 

– Potrzebują aż czterech dni? – Jestem zbulwersowany. 
– Mają teraz zbyt wiele rzeczy do zrobienia. – Jego oczy są takie łagodne. 
Tak. Zbyt wiele rzeczy. To znowu oznacza Voldemorta. 
– Pójdę już, dyrektorze – mówię wreszcie. 
– Albus – mówi. Mrugam, zaskoczony. 
– Tak, dyrektorze? 
– Albus – powtarza. – Quietus mówił do mnie Albus – wyjaśnia. 
Nagłe wzruszenie ściska mi krtań. 
Nigdy nie zrozumiem Dumbledore’a. 
W moich pokojach jest ciemno. 
I zimno. 
Tu jest jak w prawdziwym piekle. Ponieważ w piekle nie jest ciepło, gorąco i jasno. Piekło jest lodowatą, 

ciemną dziurą, w której musisz spędzić życie. 

Drżę, ale nie rozpalam ognia. Nie zasługuję na ciepło. 
Nie zasługuję na światło. 
Może  źle  zrobiłem  oferując  pomoc  jasnej  stronie.  Nie  zasługuję  również  na  to,  by  dla  nich  pracować. 

Jestem zimny i mroczny. 

Boję  się  przyszłości.  Zimnej  i  mrocznej  przyszłości,  w  której  nie  zaznam  spokoju,  wybaczenia,  za 

którymi zawsze będę tęsknił. Spokój i wybaczenie. Oczami wyobraźni mogę zobaczyć teraz moją drogę – 
pełną bólu, samotności i ciemności. Wszystkiego, na co zasługuję. 

background image

A u kresu tej drogi stoi lodowaty, sarkastyczny, zły bydlak – sam, sam, zawsze sam. 
Strach. 
Nie mam przyszłości. 
Mam tylko przeszłość. 
Straszną przeszłość. 
Wszystko teraz zasnuwa mrok. 

 

KONIEC 

 


Document Outline