background image

Mirosław Kobyłecki, Barwy miłości i zdrady, Escape Magazine  

www.escapemag.pl

Mirosław Kobyłecki 

Barwy miłości i zdrady

background image

Mirosław Kobyłecki, Barwy miłości i zdrady, Escape Magazine  

www.escapemag.pl

Darmowa e-gazeta kulturalna

Apeir

o

n Magazine

www.apeironmag.pl

 

www.escapemag.pl

background image

Mirosław Kobyłecki, Barwy miłości i zdrady, Escape Magazine  

www.escapemag.pl

BARWY MIŁOŚCI I ZDRADY
Mirosław Kobyłecki

Skład i łamanie:

Patrycja Kierzkowska

Wydanie pierwsze

Toruń 2005

ISBN: 83-60320-60-8

Wszelkie prawa zastrzeżone!

Autor   oraz   Wydawnictwo   dołożyli   wszelkich   starań,   by   informacje   zawarte   w   tej 

publikacjach   były   kompletne,   rzetelne   i   prawdziwe.   Autor   oraz   Wydawnictwo   Escape 
Magazine   nie   żadnej   ponoszą   odpowiedzialności   za   ewentualne   szkody   wynikające   z 

wykorzystania   informacji   zawartych   w   publikacji   lub   użytkowania   tej   publikacji 
elektronicznej. 

Wszystkie  znaki   występujące   w   publikacji   są  zastrzeżonymi   znakami   formowymi  bądź 
towarowymi ich właścicieli.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu tej publikacji w 
jakiejkolwiek   postaci   jest   zabronione.   Kopiowanie,   kserowanie,   fotografowanie, 

nagrywanie, wypożyczanie, powielanie w jakiekolwiek formie powoduje naruszenie praw 
autorskich. Drukowanie publikacji dla własnych potrzeb przysługuje tylko osobie, która 

nabyła to dzieło. 

Darmowy FRAGMENT 

www.escapemag.pl

ZOBACZ, jakie mamy ebooki

Wydawnictwo Publikacji Elektronicznych Escape Magazine
ul. Spokojna 14

28-300 Jędrzejów

e-mail: 

biuro@escapemag.pl

www: 

http://www.escapemag.pl

tel: 607-138-190

background image

Mirosław Kobyłecki, Barwy miłości i zdrady, Escape Magazine  

www.escapemag.pl

Rozdział I 

PRZYBYSZ I JEGO GOŚCIE

Krótkie zimowe popołudnie powoli ale zdecydowanie przemieniało się w zmierzch. Przez 
okno hotelowe pokoju 107 niewiele już można było zobaczyć. Lustrację wejścia do hotelu 
utrudniały   też   rosnące   pod   oknem   dwie   rozłożyste   jodły   kalifornijskie   oraz   mocno 
rozgałęziony świerk. W dodatku iglaki te obsypane były śniegiem, który obficie padał całą 
ostatnią noc. 

Przybysz,   mimo   że   dopiero   od   kwadransa   zajmował   pokój   107   na   II   piętrze 
warszawskiego   hotelu,   już   piąty   raz   podszedł   do   okna,   wypatrując   kogoś   bardzo 
ważnego. Ucieszył się, gdy przed wejściem do hotelu zapaliły się dwie latarnie i duży 
neon reklamowy. Nasypy śniegu na gałęziach drzew były jednak nieubłagane i wyraźnie 
przeszkadzały przybyszowi w obserwowaniu wejścia do hotelu. Postanowił więc potrząsać 
śnieg z gałęzi iglaków przy pomocy szczotki na długim kiju. 

Gdy przybysz kończył zmagania ze śniegiem, zadzwonił telefon. 

- Halo, czy pan Marek Konieczny?! 
- Tak, jestem przy aparacie, słucham. 
Przybysz, Marek Konieczny, nie poznał głosu. Ba, nie rozróżnił nawet, czy był to głos 
męski, czy damski! 
- Czy już się pan ulokował, panie Marku? - krzyczał obojnacki głos w słuchawce. 
- "Panie Marku?" - pomyślał przybysz. 
- Naprawdę nie wiem, z kim mam przyjemność - odpowiedział nadal zdezorientowany 
lokator pokoju 107. 
- Jesteśmy w samochodzie na Placu Konstytucji, zaraz pana odwiedzimy i wszystko się 
wyjaśni - zakończył rozmowę obojnak. 

Marek   znowu   podszedł   do   okna.   Tym   razem   wejście   do   hotelu   było   nieźle   widoczne. 
Jednak nikogo znajomego nie zobaczył. Usiadł na łóżku. Zaczął zgadywać, kto to mógł 
dzwonić? Nie przypominał sobie nikogo, kto miałby taki damsko-męski głos. 

Marek Konieczny miał dopiero 39 lat. Był mężczyzną wysokim, miał 182 cm wzrostu, 

background image

Mirosław Kobyłecki, Barwy miłości i zdrady, Escape Magazine  

www.escapemag.pl

wysportowanym. Płeć piękna łakomie patrzyła na jego przystojną figurę, ciemne włosy, 
lekko   pociągłą   twarz   i   wydatny,   prosty   nos.   Toteż,   jako   prezes   firmy   konsultingowej, 
zajmującej   się   badaniem   bilansów,   przygotowaniem   firm   do   prywatyzacji   oraz 
doradztwem inwestycyjnym, łatwo nawiązywał kontakty z paniami kierującymi - na ogół - 
finansami firm. Dzięki tym jego walorom kierowana przez niego łódzka firma "Audytor" 
nie narzekała na brak zleceń. 

Formalnie Marek Konieczny był stanu wolnego. Mieszkał jednak w konkubinacie z niejaką 
Barbarą Kwiatkowską, którą wszystkim przedstawiał jako żonę. 

Barbara nigdzie nie pracowała, jedynie udzielała w domu lekcji angielskiego. Ukończyła 
anglistykę i wiele razy gościła u rodziny w Dover na południu Anglii; łącznie spędziła tam 
około trzech lat. 

Siedząc na hotelowym łóżku, Marek myślał też o Barbarze. Powiedział jej, że wyjeżdża na 
trzy dni w delegację, do warszawskiej filii "Audytora". Prawda była jednak nieco inna: 
przyjechał   do   Warszawy,   aby   dwie   noce   i   trzy   dni   spędzić   z   Grażyną   Chudzik, 
kierowniczką tej filii. 

Barbara bywała zazdrosną o powodzenie Marka wśród pań. Jednak - jak dotychczas - 
Marek nie dawał jej podstaw do narzekań z tego powodu. To raczej on mógł mieć powody 
do   zazdrości.   Na   lekcje   angielskiego   przychodzili   przecież   rozmaici   "przystojniacy",   a 
Barbara była kobietą ponętną. Była przystojną blondynką o prostych i długich nogach. 
Niewysoki wzrost dodawał jej cech kobiecości. Raził ją jedynie własny nos. Zawsze, gdy 
patrzyła w lustro, widziała swój nos jakiś niezgrabny, duży, niepotrzebnie zgarbiony... Ale 
tak naprawdę nos jej nie był duży, był tylko minimalnie przygarbiony - na tyle, by raczej 
dodawać uroku niż szpecić. 

Grażyna Chudzik, z którą Marek był umówiony na godzinę 19.00, była kobietą równie 
piękną,   jak   Barbara.   Była   szatynką   o   niebieskich   jak   chabry   oczach,   nieco   wyższego 
wzrostu niż Barbara. Lekko śniada cera i zdrowe, białe zęby dodawały jej pewnej egzotyki 
i jakiejś tajemniczości, jakby zapraszając mężczyzn do lepszego poznania tej klasycznej 
piękności. 

Marek znał Grażynę już od trzech lat, jednak nigdy dotąd nie mieli okazji być sam na sam 
tak długo, jak zaplanowali teraz. Ale już od pierwszego dnia znajomości byli przekonani, 
że wcześniej, czy później to nastąpi.

background image

Mirosław Kobyłecki, Barwy miłości i zdrady, Escape Magazine  

www.escapemag.pl

Marek Konieczny, gdy tak rozmyślał siedząc na hotelowym łóżku, nie mógł pozbyć się 
myśli   o   mających   wkrótce   nastąpić   odwiedzinach,   zapowiedzianych   przez   telefon. 
Intrygowała go myśl o tej wizycie. - "Kto to może być o takim damsko-męskim głosie?" - 
myślał. Położył się na łóżku i szybko zasnął. 

Brr,   brr,   brr!   Brr;   brr,   brr!   Dzwonek   przy   drzwiach   dzwonił   już   od   kwadransa.   Marek 
obudził   się,   przetarł   oczy,   ziewając   i   drapiąc   się   po   głowie,   jeszcze   na   dobre   nie 
uświadomiwszy   sobie,   ani   gdzie   się   znajduje,   ani   co   go   obudziło.   Było   już   zupełnie 
ciemno. Zapalił lampkę nocną stojącą na szafce przy łóżku. Oświetlony pokój wydał się 
Markowi całkiem przytulny, mimo że był obszerny i dość pusty. W pokoju tym, oprócz 
wspomnianej szafki, były tylko: stolik przy oknie, szafa na ubrania z dużymi szufladami u 
dołu, fotel obity sztuczną skórą, dwa krzesła, łóżko, kosz na śmieci i aparat telefoniczny. 
Na ścianach wisiały reprodukcje jakichś, bliżej nieznanych Markowi, bohomazów. 

Dzwonek w drzwiach znowu zadzwonił i Marek energicznym krokiem podszedł do drzwi 
wychodzących  z  przedpokoju  na korytarz.   Otworzył  je  i   ujrzał   trzech  mężczyzn   około 
czterdziestki. 

- Każe pan na siebie długo czekać! - odezwał się gość z obojnackim głosem. 
- Bo też z nikim się nie umawiałem o tej godzinie - mówiąc to Marek spojrzał na zegarek 
- była 18.10. 
-   Powiem   krótko!   Niech   pan   otwiera   te   drzwi,   nie   będziemy   tu   tak   sterczeli   w 
nieskończoność!   -   tonem   rozkazującym   i   nieprzyjemnym   odezwał   się   facet   z   twarzą 
chudą i wyciągniętą jak u szczura. 
Zaraz wszyscy weszli do pokoju. Marek zamknął drzwi na korytarz i wszedł za gośćmi. 
Zmierzył świdrującym wzrokiem każdego z osobna i doszedł do wniosku, że muszą to być 
zwyczajne gnidy, z którymi nie ma się co cackać. 

- Słucham panów! - Marek rzekł głosem tyle stanowczym, co prowokującym. 
-   Spoko,   spoko!   Niech   pan   sobie   usiądzie   i   raczy   nas   spokojnie   wysłuchać!   -   rzekł 
grubasek o okrągłej i tak tłuściutkiej twarzy, że błyszczała jak księżyc w pogodną noc. 

- Panowie! Cóż to, napad?! 
-   Niech   pan   nie   przesadza   i   skończy   z   tymi   fanaberiami!   -   szczurek   był   jak   zwykle 
ordynarny. Oświadczam, panowie,  że nie mam  czasu!  Umówiłem się  tu z damą... Na 
godzinę 19.00 - dokończył obojnak. 
- Cóż to, panowie, śledzicie mnie?! - warknął Marek, po czym zaraz dodał: Coraz bardziej 
mnie przekonujecie, że dalsza rozmowa jest zbyteczna. 

background image

Mirosław Kobyłecki, Barwy miłości i zdrady, Escape Magazine  

www.escapemag.pl

- Kierowniczka filii pańskiej firmy nie odwiedzi pana przed 20.00. Mamy więc sporo czasu 
i możemy go dobrze wykorzystać na interesy - powiedział obojnak. 
- Ale ja nie mam żadnych wspólnych interesów z panami! - wykrzyknął Marek, po czym 
energicznym   krokiem   podszedł   do   drzwi   i   stanowczym   tonem   powiedział:   -   Panowie, 
rozmowa skończona, proszę opuścić lokal! 
-   Jak   nam   pan   poświęci   jeszcze   kwadrans,   to   i   o   interesach   porozmawiamy   i   swoje 
sprawy pan załatwi - powiedział grubasek swoim chrząkliwym głosem. 

Marek   nie   chciał   -   mimo   wszystko   -   stawiać   sprawy   na   ostrzu   noża   i   siłą   wyrzucać 
nieznajomych. Nie życzył sobie tego, bo zorientował się, że sporo o nim wiedzą, a z ich 
zachowania widać było, że mogą skrzywdzić nie tylko jego ale i Barbarę i Grażynę. Toteż 
skinieniem ręki zaprosił wszystkich, by usiedli. 
- Panie Marku - odezwał się obojnak - widzi pan... te wyceny prywatyzowanych firm są u 
pana   jakieś   strasznie   wysokie.   My   wiemy,   że   można,   zwłaszcza   tę   ostatnio 
prywatyzowaną firmę "Koral", wycenić nieco skromniej. I my będziemy zadowoleni i pan 
nie będzie żałował... 
-   Przecież   wiecie,   że   tak   nie   można!   -   Marek   z   miejsca   pobladł,   co   wszyscy   musieli 
zauważyć, bo obojnak rzekł: 
- Panie Marku, niech się pan rozluźni, my naprawdę jesteśmy pokojowo nastawieni, po co 
te nerwy... 
-   Zaraz,   zaraz   -   wtrącił   się   do   rozmowy   szczurek   -   niby   jak   nie   można?   Cena 
prywatyzowanej firmy zależy też od przyjętej metody wyceny. Dobrze mówię? 
-  Niezupełnie, choć jest  w  tym  sporo  racji -  wyjaśniał  Marek  - gdyż  cena wprawdzie 
zależy   od   metody   wyceny,   tyle   tylko,   że   niedopuszczalne   jest   zupełnie   swobodne 
dobieranie takiej metody. 

-   No,   dobrze   -   włączył   się   do   merytorycznej   dyskusji   obojnak   -   to   kto   w   końcu   ma 
dokonywać wyboru metody wyceny jeśli nie pańska firma? Chyba to ona wycenia a nie 
krasnoludki, cha, cha, cha - zaśmiał się obojnak tak siarczyście, że aż się zaślinił. 
- Proszę pana - Marek postanowił szerzej wyjaśnić podstawy wyceny firm - faktycznie, to 
my tego wyboru dokonujemy. Ale niech pan sobie wyobrazi dwie firmy: jedną o majątku 
wartości 1 mln zł, drugą z majątkiem wartości 10 tys. zł. Załóżmy jeszcze, że obie te 
firmy mają identyczne wyniki finansowe. Jaką metodę wyceny należałoby zastosować, 
żeby te dwie firmy wycenić? Dochodową, czy majątkową? I tu, proszę dobrze zwrócić 
uwagę,   musimy   postępować   logicznie.   Firmy   o   dużej   wartości   majątku,   a   które   nie 
przynoszą   odpowiednich   /do   dużego   majątku/   zysków,   należy   wyceniać   metodą 
majątkową. Bo przecież, jeśli nawet zostaną takie firmy /te o dużej wartości majątku/ 
wycenione   wysoko,   to   dlatego,   że   mają   duże   możliwości   generowania   zysku   a   tylko 

background image

Mirosław Kobyłecki, Barwy miłości i zdrady, Escape Magazine  

www.escapemag.pl

nieudolność w kierowaniu nimi powoduje, że jest inaczej. 
- Oj tam, zaraz nieudolne kierowanie. Jak interes nie idzie, to nie idzie! - bąknął obojnak 
swym nieco śmiesznym głosikiem.

- Panowie, czyżby sprawa wyceny "Korala" tak mocno was intrygowała?- dziwił się Marek. 
- A pana szanownego by nie intrygowała, gdyby tylko jednym ruchem długopisu można 
było   zmniejszyć   cenę   firmy,   którą   właśnie   zamierzamy   nabyć.   Tu   idzie   o   około   8 
miliardów starych złotych! - wyznał facet ze szczurzą twarzą. 

Marek, widząc, że zostało mu już niewiele czasu na przygotowanie się do ważnej wizyty, 
postanowił przyspieszyć bieg wydarzeń. 
- Czy panowie macie coś jeszcze do mnie? - zapytał otwierając drzwi. 
- My dopiero będziemy mieli, jeśli pan będzie nierozsądny i nie pójdzie nam na rękę - 
oświadczył nieprzyjaźnie grubasek. 
- No, niech pan nie bierze jego słów zbyt serio! - zareagował obojnak na niedwuznaczne 
sugestie grubaska i dodał, zwracając się do tego ostatniego: - Niech się pan liczy ze 
słowami! 

- Proszę panów, strachy strachami, ale jeśli będziecie prosić w sposób, jaki zaprezentował 
przed chwilą  ten pan - Marek wskazał na grubaska - to  nasza współpraca na pewno 
skończy się bardzo szybko i bezowocnie... No, jeśli nie liczyć innych instytucji... - Marek 
miał na myśli organy ścigania. - A jeśli zaniechacie takich "chwytów" - kontynuował - to 
proszę przyjść do mnie do gabinetu, w "Audytorze" w Łodzi. Tymczasem muszę panów 
pożegnać   -   powiedział   Marek   tonem   stanowczym,   energicznie   otwierając   drzwi   na 
korytarz. Gdy wychodzili Marek podał wizytówkę obojnakowi. 
- Dziękuję! - powiedział obojnak i zaraz zapytał: - A kiedy wraca pan do Łodzi? 
- Dzisiaj jest wtorek, w piątek od samego rana będę już w swoim gabinecie w Łodzi - 
poinformował   Marek   wychodzących   i   dodał,   otwierając   szeroko   drzwi   na   korytarz:   - 
Żegnam panów! 
- Do widzenia! - odpowiedzieli chórem i wyszli. 

Marek   pośpiesznie   wziął   prysznic.   Gdy   się   wycierał   hotelowym   ręcznikiem,   zadzwonił 
telefon. Wyszedł z łazienki, wkładając po drodze spodenki, zarzucił ręcznik na ramię i 
podszedł do aparatu telefonicznego, który stał na szafce przy łóżku. 
- Słucham, Marek Konieczny! 
- To ja, Grażyna Chudzik. Jestem tu, w hotelu przy recepcji - powiedziała kierowniczka 
warszawskiej filii "Audytora". 

background image

Mirosław Kobyłecki, Barwy miłości i zdrady, Escape Magazine  

www.escapemag.pl

- A, cześć Grażynko! Zaraz tam będę, tylko włożę garnitur. 

Marek   szybciutko,   jak   tylko   mógł,   wkładał   specjalnie   na   to   spotkanie   przywieziony 
granatowy   garnitur.   Potem   błyskawicznie   uczesał   się   przed   lustrem,   które   wisiało   na 
ścianie   w   przedpokoju,   poprawił   krawat,   włożył   palto   i   wyszedł.   Schodził   na   dół   w 
podskokach, czuł, że jest tak lekki jak nigdy dotąd.

W dużym hallu spostrzegł, siedzącą na obitej sztuczną skórą kanapie, Grażynę. Podszedł 
do niej, pocałował w rękę i lekko przytulił. 

Grażyna była piękną 32-letnią kobietą. Spośród wielu adoratorów, tylko Marek Konieczny 
był tym szczęśliwcem, którego uważała za faceta wymarzonego, a jednocześnie jakby 
niedościgłego. 

Teraz,   gdy   czuła   jego   bliskość   i   patrzyła   na   niego,   jakby   pierwszy   raz   go   zobaczyła, 
zaczęła się zastanawiać, co też teraz Marek z nią zrobi: czy zaprosi do pokoju, czy może 
pójdą gdzieś na kolację, czy... Nie mogła się doczekać jakiejkolwiek propozycji swojego 
szefa. Tymczasem Marek spytał:

- No, to pani jest teraz gospodarzem, zna pani stolicę, co pani proponuje? 
Po chwili zakłopotania, sprytnie zaproponowała pytającym tonem: 
- Nie porozmawiamy o naszej filii? Przecież taki jest cel pańskiej podróży do stolicy.
- Pani Grażynko, znamy się już trzeci rok a właściwie wcale się nie poznaliśmy. Wielki 
czas, by lody puściły! 
- Dobrze, niech więc te lody puszczają! Tylko co będziemy dzisiaj robili? 
- Na pewno nie spędzimy tego wieczora tutaj w hallu! - zaśmiał się Marek. Proponuję, 
byśmy poszli do mojego pokoju porozmawiać o... filii. Zobaczy pani, jak mieszkam, a 
potem pójdziemy na miasto, do jakiegoś dobrego lokalu, który pani wskaże - mówiąc to 
Marek patrzył Grażynie prosto w oczy. 
-   Dobrze,   niech   tak   będzie,   aczkolwiek   o   filii   moglibyśmy   porozmawiać   w   lokalu   - 
powiedziała uśmiechając się zalotnie. 
- Skoro "dobrze", to klamka zapadła i idziemy do mojego pokoju - powiedział Marek, 
ujmując rękę Grażyny. 
W czasie tego marszu na II piętro nie zamienili ani słowa. Dopiero na II piętrze Marek - 
wskazując drzwi pokoju 107 - powiedział: 
- To tu, pani Grażynko! 
Oboje byli lekko podekscytowani . Emocje te utrudniały Markowi otwieranie drzwi a u 
jego partnerki powodowały jakieś dziwnie niespokojne ruchy. 

background image

Mirosław Kobyłecki, Barwy miłości i zdrady, Escape Magazine  

www.escapemag.pl

Marek jednak bez większych problemów otworzył drzwi do pokoju 107. Zaraz też zapalił 
w nim światło i pomógł Grażynie zdjąć palto. Następnie - gdy tylko umyła ręce - usadził 
ją w obitym sztuczną skórą fotelu, a sam zabrał się do parzenia kawy. 

- Wydaje mi się, pani Grażynko, że możemy zwracać się do siebie per "ty" - krzyczał z 
łazienki. 
-   Świetnie!   I   mnie   to   odpowiada!   -   z   wypiekami   na   twarzy   ochoczo   zaaprobowała 
propozycję gospodarza pokoju 107. 
- Lubisz mocną, czy słabszą kawę? - spytał, trzymając w lewej ręce łyżeczkę od herbaty, 
w prawej - torebkę z kawą "Capucino". 
 - A jaka to kawa? 
  -   "Capucino",   ta,   którą   lubisz   -   odpowiedział   Marek,   gdy   już   wsypał   do   szklanki 
przeznaczonej dla partnerki dwie łyżeczki kawy. 
 - To wsyp dwie łyżeczki! - zdecydowała. 
 
Po   chwili   do   stolika   podszedł   Marek   z   dwiema   szklankami   kawy   na   hotelowej   tacy. 
Postawił tacę na stole, wyjął z szafki stojącej przy łóżku torebkę z cukrem i postawiwszy 
na tacy, powiedział: 
 - Proszę, częstuj się, czym chata bogata! Przez tych łotrów nic więcej nie mam do kawy. 
 Grażynę zastanowiło określenie "łotrów", bo Marek jakoś nic pary z ust nie wypuścił na 
ten temat. 
 - No właśnie, nie powiedziałeś mi, co to za gości miałeś przed moim przyjściem. 
  -   E,   nie   warci   zawracania   sobie   nimi   głowy.   Rzeczywiście,   było   takich   trzech 
cwaniaczków,   amatorów   dorobienia   się   na   skróty,   czy   coś   takiego...   byli   chyba 
podchmieleni. Trochę musiałem się z nimi pogimnastykować, by zechcieli iść tam, skąd 
przyszli.   Wiesz,   jacy   są   podchmieleni   mężczyźni   -   Marek   kłamał,   jak   z   nut.   Nie   miał 
jednak pewności, czy Grażyna nie jest obeznana ze sprawą "łodziaków". 
 - Och, jacy potrafią być natrętni! Ale dlaczego nazwałeś ich od razu "łotrami"? To może 
być dla nich krzywdzące. To, że sobie trzej panowie trochę wypili, to jeszcze nie zbrodnia 
- tłumaczyła. 
  -  "Łotrami"?   -   Marek   nadal   grał,  udając  zdziwionego.  -   A,   tak,   istotnie,   tak  właśnie 
powiedziałem! Ależ ty jesteś spostrzegawcza! Ale ta nazwa, Grażynko, nie ma tu żadnego 
znaczenia.   Czasem   lubię   tak   nazwać   kogoś,   kto   jako   nieznajomy   i   w   dodatku 
podchmielony, jest natrętnym intruzem i nie ma ochoty wyjść z pokoju wiedząc, że się 
pomylił. 
 

background image

Mirosław Kobyłecki, Barwy miłości i zdrady, Escape Magazine  

www.escapemag.pl

Grażyna dość dobrze znała Marka i jego maniery. Wiedziała, że tak, na wiatr, nigdy nie 
rzucał sów; nigdy nikogo nie nazwałby łotrem, gdyby nie było to uzasadnione. Węszyła, 
że Marek przed nią coś ukrywa. - "Dlaczego nie jest ze mną szczery?" 
 - O czym tak myślisz, Grażynko?- Marek był przekonany, że rozgryzała jeszcze "sprawę 
łotrów". 

 - Nic, tak tylko się zamyśliłam, bo zastanawiałam się, czy zabrałam z sobą rozliczenie z 
działalności naszej filii za rok ubiegły - skłamała, bo rzeczywiście "sprawa łotrów" nie 
dawała jej spokoju. 
 - E, nie żartuj! Zapomnij o dokumentach i o filii, Grażynko! Póki mamy nie częstą okazję 
być razem, sami tylko, to wystarczy jak o filii opowiesz mi coś niecoś - to wszystko! Kto 
by tam teraz po dokumentach grzebał ! 

Marek przysunął swoje krzesło bliżej fotela, w którym siedziała Grażyna. 
Znowu oboje zamilkli. Grażyna nie była przygotowana na nieufność Marka, jakiej z jego 
strony nigdy wcześniej nie doświadczyła. Zawsze uważała go za najlepszego przyjaciela 
pod słońcem. Toteż czuła się teraz nieco urażona i było jej trochę głupio, że zgodziła się 
przyjść do jego pokoju, być z nim sam na sam, gdy nie są sobie aż tak bardzo bliscy. 
 
Marek chwilę zagryzał wargę; nie wiedział, czy wtajemniczyć Grażynę w to wszystko, w 
te męskie - w zasadzie - sprawy, czy nie. Nie był szczery i świetnie zdawał sobie z tego 
sprawę jak i  z tego, że  są w  życiu  jednak  sytuacje, kiedy człowiek, nawet najlepszy 
przyjaciel,   jest   zmuszony   przez   splot   okoliczności   do   nieszczerości   wobec   najdroższej 
sobie   osoby.   Lecz   ta   niby   nieszczerość   Marka   wynikała   z   dobrej   woli.   Nie   chciał 
wprowadzać Grażyny w sprawy, co do których sam nie wiedział, jak postąpić. Jednak 
postanowił skrócić dąsanie się Grażyny i - jakby nigdy nic - zapytał: 
 - Grażynko, czy ty byłaś kiedyś zamężna? 
 - Nie, nie byłam - odpowiedziała, a po chwili dodała: - I mogę ci powiedzieć, dlaczego? 
 - No, dlaczego? 
  - Gdy byłam na II roku ekonomii miałam chłopaka imieniem Jurek. Był przystojnym i 
sympatycznym   kolegą,   bardzo   dobrym   studentem.   Znałam   go   od   pierwszego   dnia 
studiów.   Mieliśmy   się   pobrać.   No,   wiesz,   planowaliśmy   przyszłość...   Przedstawiłam   go 
rodzicom... 
 
Jednak pewnego dnia, gdy nieco wcześniej, niż zwykle przyszłam do niego do akademika, 
zastałam go w łóżku z dziewczyną z mojej grupy! Z dziewczyną, której od dawna nie 
lubiłam,   która   na   każdym   kroku   starała   się   mi   dopiec,   zrobić   jakieś   wstręty...   Z 

background image

Mirosław Kobyłecki, Barwy miłości i zdrady, Escape Magazine  

www.escapemag.pl

dziewczyną, o której mu wielokrotnie opowiadałam, jakie z niej ziółko! Gdy ich wtedy 
zobaczyłam razem w łóżku, odwróciłam się i bez słowa wyszłam, a właściwie wybiegłam. 
Płakałam chyba na cały głos, bo ludzie się za mną oglądali. Myślałam tylko o jednym: 
jakby   tu   ze   sobą   skończyć?   Postanowiłam   kupić   w   aptece   proszki   od   bólu   głowy   - 
kontynuowała Grażyna - i zażyć cały flakonik. 

Weszłam do pierwszej napotkanej apteki i stanęłam w kolejce. Nagle zauważyłam, jak 
pewna pani, w wieku około sześćdziesiątki, która stała trzy osoby przede mną, upadła na 
posadzkę i dostała silnych drgawek. 
 
Bardzo   się   tym   przejęłam,   krzyczałam   "pomocy"!   Niewielu   ludzi   mi   pomagało.   Ktoś 
jednak zawiadomił pogotowie, bo zaraz nadjechała karetka. 
 
Wyszłam na dwór, patrzyłam, jak sanitariusze nieśli babcię na noszach, jak ją umieszczali 
w karetce. Zapomniałam o proszkach i poszłam w kierunku, w którym odjechała karetka. 
  - Grażynko, jak ty to wszystko świetnie pamiętasz! - powiedział Marek i spojrzał na 
zegarek - była 21.00. Toteż postanowił przyspieszyć picie kawy, bo przecież mieli jeszcze 
wyjść na kolację... - Teraz już jestem zapoznany z przyczyną, przez którą nie wyszłaś za 
mąż. 
  -   O,   to   jeszcze   nie   wszystko!   Szybciutko   ci   dokończę.   Otóż   postanowiłam,   że   po 
skończeniu   studiów   zostanę   zakonnicą.   Nie   dotrzymałam   jednak   postanowienia   -   nie 
byłam dziewicą. 
 
Marek objął Grażynę, lecz zdecydowanym ruchem odsunęła się i powiedziała: 
 - Powiem ci szczerze: nie zaufałeś mi, nie poskarżyłeś się, że ci trzej "łotrzykowie", to 
naprawdę łotry. Przecież byłam umówiona z tobą na 19.00. To oni mi zagrozili, bym nie 
przyszła do ciebie przed 20.00. Widzisz, a ty nawet nie zwróciłeś mi uwagi, że się aż 
godzinę spóźniłam. I cóż tu mówić o szczerości? 
  - Grażynko, jeszcze o tym myślisz! Przecież nie opowiadałem ci szczegółów tylko dla 
twojego dobra - tłumaczył się Marek. - Ja odjadę, a ty zostaniesz, po co ci jakieś kłopoty, 
które ciebie nie dotyczą? Sama widzisz, że oni znają dość dobrze nasze ścieżki. 
 - Tylko dlatego?! - Grażyna nadal nie była przekonana o szczerości Marka. 
 - Tak, tylko i wyłącznie! - powiedział, patrząc Grażynie prosto w oczy. 
 
Po   pewnym   czasie   Grażyna   wyglądała   na   uspokojoną.   Jednak   pewien   ślad   nieufności 
jeszcze w niej pozostał, co Marek z łatwością dostrzegł. 
 - Grażynko, w jeden wieczór nie opowiemy sobie całych życiorysów. Nic absolutnie przed 
tobą  nie   ukrywam.   A  jeśli  staram  się   nie   przywiązywać  zbyt  dużej   wagi  do   pewnych 

background image

Mirosław Kobyłecki, Barwy miłości i zdrady, Escape Magazine  

www.escapemag.pl

spraw, na które trzeba jeszcze poczekać, by można było wyciągnąć pierwsze wnioski, to 
tylko   dlatego,   że   nie   chciałbym,   abyś   miała   jakieś   z   tego   powody   nieprzyjemności. 
Przyrzekam ci, że gdy tylko coś więcej się dowiem, o co tu chodzi - będziesz pierwsza, z 
którą się tym wszystkim podzielę. Tym bardziej, że są w tej chwili o wiele ciekawsze 
sprawy, niż sprawa dziwnych gości. 
  -   Też   tak   myślę!   -   zupełnie   spokojnie   powiedziała   Grażyna   i   zaraz   dodała   jakby   ze 
strachem w głosie: - Marku, pocałuj mnie! 
 
Marek objął Grażynę tak mocno, jak tylko mógł. Jego pocałunek zdawał się nie mieć 
końca. Grażyna pozwoliła zdjąć sobie bluzeczkę, potem biustonosz. Wyszeptała: 
 - Mareczku, kochany mój! Całuj mnie, całuj! 
 Marek zaniósł Grażynę na łóżko. Sam się zaraz rozebrał do spodenek i szybciutko znalazł 
się pod kocem, jak najbliżej kochanej Grażyny. Zaczęła się trochę bronić, lecz po chwili 
całkowicie oddała się Markowi. 

KONIEC DARMOWEGO FRAGMENTU

Pełna wersja dostępna pod 

www.escapemag.pl

 

Darmowa e-gazeta kulturalna

Apeir

o

n Magazine

www.apeironmag.pl

 


Document Outline