background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Od tłumacza angielskiego (William Fotheringham)

Wielu z ludzi obserwujących jak Tour de France zmierza ku katastrofie w lipcu 1998 roku

czuło,   że   przyszłe   pokolenia   będą   dzielić   kolarstwo   na   dwie   epoki:   przed   i   po   aferze
dopingowej   Festiny.   Pierwszym   aktem   skandalu   był   ranek,   kiedy   to   francuski   celnik
wyciągnął   dłoń,   aby   machnięciem   ręki   zatrzymać   na   poboczu   samochód   Willy   Voeta,
wypchany   erytropoetynę,   hormonem   wzrostu,   testosteronem,   amfetaminą   i   „mieszanką
belgijską”. Jeden gest ręki zapoczątkował sagę.

Od tego momentu kolarstwo poddane jest nadzorowi prawnemu jakiego nie doświadczył

żaden inny sport. Kolejne śledztwa, procesy, wyroki i wykluczenia świadczą o tym, że na
rezultaty uzyskiwane przez  całe pokolenie zawodników – pokolenie EPO – trzeba będzie
spojrzeć pod innym kątem.  Jest  to  niestety  nieuniknione,  ale fani i  media będą  z dużym
sceptycyzmem  podchodzić   do   rezultatów   uzyskanych  przez   ich   następców.   Publiczność,
dotychczas biorąca wszystko za dobrą monetę, poznała prawdę o tym co działo się w latach
dziewięćdziesiątych i nie ma ochoty być dalej oszukiwana.

Wymiar   sprawiedliwości   we   Francji,   Belgii,   Holandii,   Szwajcarii   i   we   Włoszech

prowadzi działania na szeroką skalę. Śledztwa we Francji, sięgające aż do środowisk kolarzy
amatorów,   objęły   praktycznie   każdą   ekipę   zawodową,   a   w   tym   roku   dosięgły   ekipy
podwójnego zwycięzcy Tour de France Lance’a Armstronga – United States Postal Service.
W momencie pisania tych słów zarzuty przeciw tej ekipie są słabo udokumentowane, a grupa
stanowczo im zaprzecza.

W  następstwie  długiego  śledztwa   zapoczątkowanego  jego  aresztowaniem,  Willy  Voet

stanął przed sądem w październiku 2000 roku, w towarzystwie Bruno Roussela, menedżera
grupy Festina, Joela Chabirona, specjalisty od PR i Richarda Virenque’a. Lekarz ekipy Erik
Rijckaert był nieobecny z powodu choroby; zmarł zresztą na raka płuc pod koniec stycznia
2001   roku.   Przed   sądem   Richard   Virenque   przyznał   się   do   stosowania   EPO,   chociaż
wcześniej, przez cały czas trwania śledztwa relacjonował inny przebieg wypadków. Wyznanie
to doprowadziło do wzruszającego pojednania na sali sądowej z jego dawnym masażystą.

Przyznanie się do winy uchroniło Virenque’a od postępowania karnego, ściągnęło jednak

na   niego   kilkumiesięczną   dyskwalifikację.   Voet,   Roussel   i   Chabiron   otrzymali   wyroki
więzienia w zawieszeniu oraz grzywny za sprowadzanie i podawanie środków dopingujących.
Proces   potwierdził   szeroki   zasięg   dopingu   w   kolarstwie.   Jak   powiedział   przewodniczący
składu   sędziowskiego,  Daniel   Delegove, wyroki były celowo   łagodne,  jako   że   przypadek
Festiny nie był odosobniony.

We Włoszech śledztwa nabrały rozmachu od momentu głośnego medialnie zatrzymania

Marco Pantaniego w czerwcu 1999 roku. U Pantaniego, zwycięzcy farsowego Tour de France
1998 roku, stwierdzono poziom hematokrytu znacznie przekraczający normy UCI (co mogło
świadczyć o stosowaniu EPO). Pantani, mający już zwycięstwo w kieszeni, został wyrzucony
z Giro d’Italia na 24 godziny przed jego zakończeniem.

W sprawie bez precedensu Pantani został  uznany za winnego „oszustwa sportowego”

polegającego   na   stosowaniu   EPO.   W   latach   dziewięćdziesiątych   dochodzenia   policyjne
wykazały stosowanie środków dopingujących przez wielu czołowych włoskich kolarzy. Kilku
znanych   trenerów   okazało   się   być   zamieszanymi   w   doping,   między   innymi   niegdyś
legendarny Michele Ferrari i Francesco Conconi, którego badania nad testem wykrywającym
EPO zostały opłacone przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski.

Prawie   trzy   lata   po   skandalu   Festiny   nadal   nie   ma   przekonujących   dowodów   na

oczyszczenie   sportu   kolarskiego.   Personel   techniczny,   między   innymi   masażyści   muszą
obecnie posiadać licencje i być odpowiednio wyszkoleni. Kolarze przechodzą skrupulatne
okresowe badania mające wykryć oznaki pogorszenia stanu zdrowia mogące być następstwem

1

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

stosowania dopingu. Podczas Igrzysk Olimpijskich w Sydney wprowadzono test wykrywający
EPO i wiele wskazuje na to, że będzie on szerzej stosowany.

A jednak...Trzech kolarzy nie dopuszczono do startu Touru 2000 z powodu pozytywnego

wyniku   kontroli   antydopingowej.   Powszechnie   uznany   za   „czystego”   kolarz   Christophe
Bassons został zaszczuty przez swoich kolegów i musiał wycofać się z Touru 1999 roku z
nerwami w strzępach. Pod koniec 2000 roku niektórzy z wielkich sponsorów Touru: Fiat,
Coca Cola, Credit Lyonais zaczynali się zastanawiać nad kontynuowaniem swego wsparcia
finansowego.

Od momentu publikowania we Francji „Przerwanego łańcucha” w maju 1999 roku wiele

rzeczy  uległo   zmianie.   Nadal   jednak   warto   mieć   przed   oczami   obraz   świata   kolarskiego
zarysowany od wewnątrz przez Voeta, aby zrozumieć co prowadzi sportowców do stosowania
środków dopingujących, jakimi kłamstwami usprawiedliwiają przed samymi sobą stosowanie
niedozwolonych środków i do jakich wynaturzeń w sporcie prowadzi ich przyjmowanie.

Aresztowanie   masażysty na  spokojnej   bocznej   drodze   w   pobliży  granicy  francusko   –

belgijskiej   wstrząsnęło   sportem   do   głębi.   Kolarstwo   nigdy   już   nie   będzie   takie   samo.
„Przerwany łańcuch”   jest   częścią   procesu  zmian,   który,  miejmy nadzieję,   doprowadzi   do
oczyszczenia sportu. Któż jednak wie czy ponownie da się połączyć ze sobą ogniwa tego
łańcucha?

W.F.
Londyn
Styczeń 2001

Przedmowa

Nie była to łatwa decyzja. Napisanie książki mówiącej prawdę o zakłamaniu kolarstwa,

uczciwe podsumowanie trzydziestu lat milczenia, dogrzebanie się prawdy za fasadą, w której
podtrzymywaniu uczestniczyłem tak długo: proszę mi uwierzyć, że żadna z tych rzeczy nie
przyszła   mi   łatwo.   Spodziewam   się   teraz   usłyszeć   sarkastyczne   epitety:   człowiek,   który
zniszczył marzenia innych, napluł do cudzej kaszy, oczernił popularną dyscyplinę sportu. To
prawda: można i tak widzieć sprawę, jeśli człowiek udaje, że nic się nie stało dopóki koła są
w ruchu. Ale za jaką cenę?

Książka, którą masz w ręku nie została napisana dla zemsty czy z powodu osobistych

zadrażnień. Nie powtarzam plotek usłyszanych tu czy ówdzie, ale opisuję wydarzenia, które
naprawdę miały miejsce. Obracam się w świecie zawodowego kolarstwa od 1972 roku; jak to
mówią jestem swoim człowiekiem, a w ośmiu na dziesięć przypadków bez pudła wskażę, kto
zażywa środki dopingujące, a kto nie. Są pewne oznaki, których człowiek z zewnątrz nie
zauważy.

Nie   spodziewam   się,   że   ta   książka   przysporzy  mi   wielu   przyjaciół.   Stawiam   sprawę

uczciwie,   co   dla   niektórych   może   być   kłopotliwe,   a   nawet   szokujące.   Pewni   ludzie   w
ostatnich miesiącach wspierali mnie wiernie, inni, woląc zachować milczenie nie kłopocząc
się zbytnio, po prostu umyli ręce. Byli też tacy, którzy nie potrafili zrobić uczciwego rachunku
sumienia. Bali się czy ich interesy były zagrożone? W obu przypadkach jest mi ich żal.

Nie było łatwo ujawnić praktyki nieprzyjemne dla wszystkich. A kolarstwo ma wiele do

ukrycia. Nie było też mi łatwo obnażyć się przed wszystkimi i wystawić na widok publiczny
to, co napawa mnie wstydem. Publiczność ma prawo znać prawdę, gdyż nadużyto jej zaufania
i entuzjazmu. Często zastanawiałem się dlaczego to ja zostałem wybrany do wypełnienia tej
misji. Czy mam prawo robić coś, czego nikt wcześniej nie zrobił? Kim jestem, aby ujawniać
przykre tajemnice rodzinne ukryte za uśmiechami na rodzinnych fotografiach? Czy mogę brać

2

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

odpowiedzialność za złamanie reguły milczenia? Czy napisałbym tę książkę, gdybym 8. lipca
1998   roku   nie   został   zatrzymany  przez   celników?   Długo  nad   tym  myślałem  i   długo   się
wahałem   zanim   zdecydowałem   się   zasiąść   do   pisania.   Pojąłem,   że   bez   szesnastu   dni   w
więzieniu nigdy bym niczego nie zrozumiał. Przyzwyczajenie, rutyna i wygoda mają swoją
moc. Zrobiłem co musiałem zrobić, nawet jeśli obalono przy tym parę mitów, nawet jeśli jest
to bolesne.

Ludzie, którzy tak jak ja kochają kolarstwo nad życie, nie znajdują już dla siebie miejsca

w  tym niekończącym  się  wyścigu zbrojeń,  w którym wszyscy posługują się  tajną  bronią.
Czuję, że kolarstwo przekroczyło jakąś granicę, zostawiło za sobą dawne reguły gry i nie ma
ochoty na zawrócenie z tej drogi. Najwyższy czas abyśmy zrozumieli swoje błędy, odnaleźli
zło w naszym postępowaniu i, jeśli to możliwe, starali się je wyeliminować. Czuję potrzebę
wyznania wszystkiego moim najbliższym, aby udowodnić, że nie jestem aż takim przestępcą
jakim   niektórzy   mnie   przedstawiają.   Chcę   żeby   moje   dzieci   potrafiły   stawić   czoła
nieuniknionym inwektywom. Bo w końcu ktoś musiał to zrobić.

Bez złych zamiarów, bez pruderii, bez ustępstw.  Nie chcę jedynie prześliznąć się  po

powierzchni tego zatrutego środowiska jak Erwan Mentheour, który spędził w zawodowym
peletonie tylko cztery lata i jego świadectwo jest fragmentaryczne. Chcę zanurzyć się głęboko
i zgłębić wszystkie etapy stosowania dopingu w kolarstwie. Kiedy zostałem wyrzucony bez
powodu   z   zespołu,   w   którym   spełniała   się   moja   miłość   do   sportu,   kiedy   zakazano   mi
wykonywać mój zawód na trzy lata (czyli na zawsze dla osoby w moim wieku), stałem się
idealnym  kozłem   ofiarnym,  członem   rakiety,  który   się   poświęca   aby  uniknąć   katastrofy,
pariasem, czarną owcą w rodzinie. Dla nich było to bardzo łatwe. Świat jest pełen ludzi takich
jak Willy Voet Różnica polega na tym, że ja zdecydowałem się wyjść przed szereg.

Mam pięćdziesiąt cztery lata. Straciłem pracę, mój stan zdrowia nie jest najlepszy, nie

mogę zasnąć bez leków uspokajających, a moje noce już  od dawna nie są spokojne. Ale
pomimo  tego wszystkiego nadal miewam marzenia.  Czasem   śni  mi  się mój   syn Mathieu
rozmawiający o kolarstwie z błyskiem w oczach takim jak dawniej. Już od roku oczekuję na
rozprawę, ale, paradoksalnie, stałem się wolnym człowiekiem. A na pewno jestem bardziej
wolny niż ci, którzy ścigając się dźwigają jarzmo, które bardzo trudno unieść.

Stąd ta książka.

Veynes
Kwiecień 1999 

1. Szampan, kroplówki i lodówka mojej żony

Urodziłem się Belgiem, ale kiedy pracowałem dla Festiny naprawdę uwielbiałem,

przygotowania do Mistrzostw Francji. Miałem wtedy jedną z rzadkich okazji, aby zabrać ze
sobą żonę Sylvie i dwójkę moich dzieci i ugościć ich na koszt sponsora. Jestem w trasie przez
ponad dwieście dni w roku, więc wiele dla mnie znaczy ten jeden weekend pod koniec
czerwca czy na początku lipca spędzony wspólnie z rodziną.

Był 4 czerwca 1998 roku, dzień przed mistrzostwami. Około siódmej rano opuściliśmy

nasze mieszkanie w Veynes, w Alpach. Miałem w planach spotkanie z dalszą rodziną, a
najbliższych zapakowałem do naszego Renault 21. Sylvie siedziała za kierownicą. W grudniu
1997 odebrano mi na sześć miesięcy prawo jazdy, po tym jak zostałem po raz czwarty
zatrzymany przez policję za jazdę z nadmierną prędkością. Musiałem być wszędzie wożony,
ale i tak cieszyła mnie jazda do Clermont Ferrand w towarzystwie Mathieu i Charlotte, jako że
były to moje urodziny. Kończyłem pięćdziesiąt trzy lata i cieszyłem się z tego, że prawie nie
zauważam upływającego czasu.

3

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Przybyliśmy do Hotelu Inter o wpół do dwunastej. Czekając na powrót kolarzy z treningu

wdałem się w pogawędkę z mechanikami: Cyrille Perrinem i Patrickiem Jean. „Zaraz wracają,
chcieli pojeździć tylko przez kilka godzin”.

I rzeczywiście, wkrótce pojawiła się pierwsza grupka: Pascal Hervé, Christophe Moreau,

Laurent Brochard, Didier Rous i Richard Virenque, zawodnicy francuscy, którzy mieli
wystartować w najbliższym Tour de France.

„Gdzie pozostali?”
„Jadą za nami, zaraz tu będą.”
Przez większość czasu ekipa była podzielona na dwie grupy. Jedną stanowili przyszli

uczestnicy Toru: silni ludzie, którym nie przeszkadzał żaden rodzaj pogody. Drugą stanowili
Christophe Bassons, Patrice Halgand, młody Laurent Lefevre, Sebastian Médan i Thierry
Laurent, kolarze, którzy nie mieli nic wspólnego z dopingiem i dzięki temu uniknęli później
losu swoich starszych kolegów. Te dwie grupy nawet jadły kolację oddzielnie. Zdążyłem się
już do tego przyzwyczaić, ale nadal zaskakiwało to moją żonę. Szepnęła do mnie „Dobrze, że
nadal trzymają się razem”.

Przedstawiłem Sylvie i dzieci tym zawodnikom, którzy dołączyli do ekipy w tym sezonie,

wyładowałem bagaże z samochodu rozstawiłem mój stół do masażu. Po obiedzie zająłem się
Virenque’m, Brochardem i Rousem, później trochę poleniuchowaliśmy i zeszliśmy na
kolację.

Tego wieczora ekipa zebrała się przy czterech stolikach w hotelowej restauracji: przy

jednym usiedli uczestnicy Touru z żonami, przy drugim pozostali kolarze ze swoimi
towarzyszkami, przy trzecim masażyści i mechanicy, przy czwartym kierownictwo – Bruno
Roussel, dyrektor sportowy, jego zastępca Michel Gros i rzecznik prasowy Joël Chabiron,
również z żonami. Zazwyczaj siadaliśmy tak przez cały sezon, oczywiście zależało to od
warunków lokalu.

Zamówiłem szampana. Następnego dnia mieliśmy wprawdzie ważny wyścig, ale urodziny

trzeba uczcić. Wypiliśmy trzy butelki do deseru. Kelner przyniósł ciasto – tort szwarcwaldzki
zamówiony przez Bruno Roussela. Przy stolikach kolarze wznieśli kieliszki i wypili za moje
zdrowie. Pascal Hervé i Richard Virenque nawet podeszli żeby mnie uściskać i życzyć
wszystkiego najlepszego.

Po kolacji poszedłem przygotować bidony na jutrzejszy wyścig, towarzyszył mi drugi

masażysta – Laureat Gros, syn Michela. Zazwyczaj napełnialiśmy je wodą z sokiem lub
napojem energetyzującym. Później przygotowywaliśmy jedzenie, które miało być podawane
zawodnikom w czasie wyścigu. W końcu, około dziesiątej wieczorem, udałem się do swojego
pokoju. Zazwyczaj robię to w pokojach zawodników, ale było to niemożliwe w obecności ich
żon.

„To”? Domięśniowy zastrzyk z kortyzonu dla Hervé, Virenque’a, Brocharda, Rousa i

Moreau, dziesięć miligramów Kenacortu w każdy pośladek. Kortyzon jest niewykrywalny w
moczu. Przy analizie krwi lekarz zauważy nieprawidłowości, ale nie będzie mógł stwierdzić,
czy steryd jest pochodzenia egzogennego, jako że jest on produkowany przez nadnercza.
Dlatego kolarze, którzy się szprycują, przysięgają, że nie biorą żadnych środków
dopingujących. Naprawdę w to wierzą! Wystarczy, że substancji nie wykryje kontrola
antydopingowa. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Działanie sterydów jest przewrotne: są one naturalnymi środkami przeciwbólowymi

produkowanymi przez nadnercza, ale kiedy podaje się je w iniekcjach, organizm przestaje je
wytwarzać. Dlatego sportowcy, którzy ich nadużywają często kończą z cukrzycą, niedoborami
substancji mineralnych, zwłaszcza wapnia i osłabionym układem odpornościowym. Jeśli
doznają złamania, kość może zrastać się przez bardzo długi czas. Długotrwałe stosowanie
kortyzonu jest w tym kontekście szaleństwem, ale akurat tym zupełnie się nie przejmowałem.
Nie martwiłem się też kontrolą antydopingową na mecie wyścigu w Charade. Zastanawiałem
się tylko nad dobraniem właściwej dawki sterydu. Do rozpoczęcia Touru pozostało niewiele

4

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

czasu, dawki musiały być minimalne, aby system odpornościowy zawodnika nie załamał się
podczas tak intensywnego i długotrwałego wysiłku. Efekt zastrzyku – zniesienie bólu
mięśniowego jest odczuwalny natychmiast, trwa przez sześć godzin osiągając maksimum, po
czym gwałtownie spada.

Kiedy załatwiłem sprawę zastrzyków, zmierzyłem każdemu z zawodników hematokryt  -

jest to przybliżony wskaźnik ilości czerwonych krwinek transportujących tlen do mięśni. Dla
uprawiającego sport wytrzymałościowy, taki jak kolarstwo, im wyższy hematokryt, tym lepiej,
byle w bezpiecznych granicach. Brochard miał 47, Rous 49,7, Virenque 50,2, Pascal Hervé aż
51,3, a Christophe Moreau niezmiennie 48. Zdrowy mężczyzna w wieku dwudziestu kilku lat
ma hematokryt rzędu 41 – 44%, ale właśnie takich wysokich wartości się spodziewaliśmy.

Za tydzień miał wystartować Tour de France, najważniejszy cel przygotowań w każdym

sezonie. Ważne było, aby jak najbardziej zbliżyć się do poziomu hematokrytu 50, który
Międzynarodowa Unia Kolarska uznała za bezpieczny dla zdrowia. Pozostawało tylko
utrzymać ten poziom przez cały czas trwania wyścigu. Niestety, jeżeli w dniu startu kolarz
miał hematokryt 45, niemożliwe było późniejsze jego podniesienie, gdyż zawodnik
poddawany był zbyt dużemu wysiłkowi. Niezależnie od Toru mistrzostwa kraju są ważnym
wyścigiem, na wygranie którego wielu zawodników miało ochotę, wliczając również
Virenque’a. Trasa wyścigu była bardzo trudna, miał to być dla niego pierwszy ważny
sprawdzian w tym sezonie.

Na wypadek gdyby przedstawiciele UCI przybyli z rana, aby sprawdzić hematokryt

kolarzy, przygotowałem wszystko, żeby znieśli testy bez szwanku. Zdążyliśmy się już do tego
przyzwyczaić. Zaniosłem do pokojów kolarzy butelki soli fizjologicznej. Przezornie
poowijałem je w ręczniki i pochowałem pod łóżkami. W razie potrzeby po prostu zdejmowało
się obrazek ze ściany i zawieszało kroplówkę na haczyku. Jeśli w pokoju nie było obrazków,
wyginałem szprychę rowerową w kształcie litery S i zawieszałem kroplówkę gdziekolwiek, na
przykład na karniszu.

Reszta była dziecinnie prosta: wbić igłę w butelkę, podłączyć kroplówkę i odkręcić

kranik. Na początku płyn nie może ściekać zbyt szybko – najwyżej sześćdziesiąt kropli na
minutę – żeby uniknąć przeciążenia układu krwionośnego. Później było już bezpiecznie,
można całkowicie odkręcić zawór. Cały zabieg trwa dwadzieścia minut, roztwór soli
fizjologicznej rozcieńcza krew i obniża hematokryt o trzy procent, a tyle wystarczy.

Cały zestaw do kroplówki można zmontować w dwie minuty, a to oznacza, że udawało

się zdążyć nawet gdy lekarze z UCI czekali aż kolarze wyjdą ze swoich pokoi. O kontroli
wiedział jako pierwszy Bruno Roussel, on powiadamiał kolarzy, którzy szli wtedy do mojego
pokoju lub do Erika Rijckeaerta, lekarza ekipy i zabawa się zaczynała…

Kiedy po raz pierwszy przeprowadzono kontrole hematokrytu: podczas wyścigu Paryż –

Nicea w marcu 1997 roku, byliśmy już na nie przygotowani od kilku miesięcy gdyż UCI
ogłosiła decyzję o kontrolach w zimie tego roku. Początkowo jedynie ja miałem wirówkę do
oznaczania hematokrytu zasilaną bateriami – Rijckaert kupił ją w Niemczech. Kosztowała
ponad 3000 franków, a kolarze wręcz ustawiali się w kolejce do mojego pokoju, aby z niej
skorzystać. Ale już po Tour de France w 1997 roku kontrole stały się codzienną praktyką i w
1998 roku dwie trzecie zawodników miały własne wirówki. Kupowali je drogą wysyłkową,
podając dane żon lub córek. Zawsze należy być ostrożnym.

Takie małe pudełko: 20 na 8 cm, jest czymś niezastąpionym. Krew pobieraliśmy wprost z

tętnicy

1

, bo takie pomiary były bardziej precyzyjne niż z krwi pobranej z palca. Napełnialiśmy

dwie krótkie kapilary, nie grubsze niż wkład długopisowy; do pomiaru wystarczało kilka
kropel krwi. Kapilary umieszczaliśmy w wirówce, która obraca się z prędkością 10 000

1

 Chyba żyły, ale tak jest w tekście

5

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

obrotów na minutę przez jakieś dwie minuty, po czym automatycznie się zatrzymuje. Podobne
do białka jaja osocze oddzielało się od krwinek, wystarczyło teraz tylko odczytać hematokryt
na skali. Dla większej precyzji używałem szkła powiększającego. I po robocie.

Richard Virenque przegrał wtedy mistrzostwa Francji, a przegrał, bo jechał jak idiota.

Trasa była jakby stworzona dla niego, był w znakomitej dyspozycji i wydawało nam się, że
nawet Laurent Jalabert u szczytu formy nie zdołałby go pobić. Trasa była selektywna:
jedenaście okrążeń z kilkoma stromymi podjazdami  stopniowo wyeliminowałoby słabszych
zawodników. Wystarczyło żeby Richard trzymał się w czołowej dwudziestce, ścigał groźnie
wyglądające ucieczki i zaatakował na jakieś dwa okrążenia przed metą, kiedy na prowadzeniu
byli już tylko najsilniejsi kolarze. 

Richard przyjechał na start własnym samochodem. Jak wszyscy dookoła usiłowałem wbić

mu pewne rzeczy do głowy: „Richard, znam cię. Nie próbuj nic na siłę, niech inni forsują
tempo, jesteś nie do pobicia”. Znając impulsywny i niecierpliwy charakter Richarda
wiedziałem, że pewne rzeczy trzeba mu powtarzać wielokrotnie, aby zapadły w pamięć.
Szkoda wysiłku! Po przejechaniu mniej więcej płowy dystansu utworzyła się ucieczka z
Hervé i Brochardem. Richard powinien w tym momencie odpuścić i pozwolić innym gonić
uciekinierów. Ale oczywiście to on ruszył w pogoń. Kiedy grupy się połączyły zaatakował
Laurent Jalabert wraz z Lukiem Leblankiem i kilkoma innymi zawodnikami. Richard sam
sobie ukręcił sznur. Nie mieliśmy z przodu żadnego kolarza z Festiny. W wozie technicznym
wybuchła panika. Bruno Roussel się wściekł i kazał drużynie podkręcić tempo, stopniowo
Virenque, Hervé i kilku innych znaleźli się z przodu, ale stracili wiele sił. Nic już nie można
było zrobić. Żegnaj, złoty medalu!

Łatwo sobie można wyobrazić jaka atmosfera panowała w ekipie, kiedy dotarliśmy do

hotelu. Musieliśmy jednak przełknąć porażkę i pomyśleć już o Tourze. Zanim kolarze
rozjechali się do domów dałem każdemu po specjalnym bidonie: na dnie były dwie kapsułki
EPO po 2000 jednostek i dwa pojemniczki proszku do sporządzenia mieszaniny, wszystko
przysypane kostkami lodu aż po gwint. Tego niedzielnego wieczoru wyjechałem wraz z
rodziną: Sylvie prowadziła nasz samochód, a ja zasiadłem za kierownicą wozu ekipy. Wiem,
wiem, odebrano mi prawo jazdy…

W poniedziałek rano zadzwonił Dr Rijckaert. Chciał, żebym następnego dnia zawiózł go

do domu w Gandawie skąd miał zabrać dziesięć skrzynek płynu do kroplówek. We Francji
płyn taki sprzedaje się w szklanych opakowaniach, które są niewygodne i trudno je bez śladu
zniszczyć. Lepiej używać plastikowych. Wyruszyłem we wtorek o ósmej rano.

Na tylnym siedzeniu wiozłem dwie turystyczne lodówki: czerwoną i niebieską. Było w

nich 234 dawek EPO, 80 ampułek ludzkiego hormonu wzrostu, 160 kapsułek męskiego
hormonu testosteronu i 60 tabletek produktu zbliżonego do aspiryny, poprawiającego
płynność krwi o nazwie Asaflow. Cały ten majdan przechowywałem przez ostatni miesiąc w
domu, w lodówce, w pojemniku na warzywa, co powodowało niezadowolenie mojej żony, nie
dlatego że nie miała gdzie przechowywać marchewki, ale dlatego, że nie wierzyła, że towar
ten jest nieszkodliwy.

Kilka tygodni wcześniej, 1 czerwca umówiłem się na parkingu przed lokalem Buffalo

Grill w pobliżu lotniska Merignac w Bordeaux, około siódmej. Posługując się telefonem
komórkowym jeszcze podczas jazdy uzgodniłem miejsce spotkania. Żeby zachować
anonimowość wynająłem niebieskiego Peugeota 306 – wóz Festiny rzucałby się w oczy z
odległości kilku kilometrów! Prowadziła Carine, moja córka z pierwszego małżeństwa.
Przyjechałem odebrać magiczne eliksiry, chociaż Carine nie miała o niczym pojęcia.
Odbywałem taką podróż dwa razy do roku: w lutym i w czerwcu.

Czekaliśmy na Joëla Chabirona, rzecznika prasowego grupy, który wracał z Portugalii

samochodem wyładowanym aż po dach. Jako że się spóźniał, poszliśmy z Carine coś zjeść. W

6

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

końcu nadjechał, wioząc w samochodzie dwoje nieznanych mi osób. Pogoda była okropna. W
strugach deszczu zaparkowaliśmy obok siebie. Chabiron wiózł towar upchany na dnie
bagażnika, w dużej sportowej torbie, przykryty ubraniami. Wyciągnęliśmy wszystko i
włożyliśmy do lodówek turystycznych. Szybki uścisk dłoni i odjechaliśmy każdy w swoją
stronę.

W lipcu, w drodze do Gandawy zatrzymałem się w Meyzieu, gdzie mieści się siedziba

grupy. Upewniłem się, że niczego nie brakuje w ciężarówce ekipy, która miała wyruszyć do
Irlandii na start Touru w przyszłą sobotę. Zostawiłem walizkę, zabierając ze sobą środki
farmakologiczne, aktówkę i plecak z rzeczami potrzebnymi na jeden dzień. Samochodem
grupy pojechałem do Evry, na przedmieścia Paryża, gdzie czekał na mnie oficjalny samochód
Touru dostarczony przez organizatorów. Pojechałem do domu Rijckeaerta w Zomergem,
dotarłem tam wczesnym wieczorem

Erik chciał poczęstować mnie obiadem, ale już byłem umówiony ze starym znajomym w

Brukseli. Odjechałem więc, z kroplówkami i środkami dopingującymi w bagażniku.
Następnego ranka miałem wsiąść na prom w Calais, a następnie dotrzeć do Dublina przez
Anglię. Proste jak drut.

2. Czy ma pan coś do oclenia?

Tamtej   środy  wstałem   o   wpół   do   szóstej.   Szybko  się   umyłem   i   już   po   półgodzinie

siedziałem za kierownicą. Nie zdążyłem się nawet ogolić. Jako że niewiele spałem tej nocy,
strzeliłem sobie na pobudzenie zastrzyk z „mieszanki belgijskiej”. Produkuje się ją w małych
buteleczkach zawierających 10, 15 czasem 20 mililitrów przejrzystego płynu. Wtedy jeszcze
nie miałem pojęcia co zawiera mieszanina, wiedziałem tylko, że amfetaminę i o to mi w tym
momencie chodziło. Dopiero dwa miesiące później uświadomił mnie   pewien dziennikarz
telewizyjny.  „Mieszanka   belgijska”   to,   w   kolejności   alfabetycznej:   amfetamina,   heroina,
kofeina, kokaina, środki przeciwbólowe i czasami kortykosterydy: prawdziwy cudowny eliksir
potrafiący utrzymać człowieka na nogach przez całą noc.

Z Brukseli do Calais jedzie się niecałe trzy godziny, miałem więc dużo czasu do odejścia

promu. Miałem dwie możliwości: jechać przez Valenciennes i zakręcić w kierunku Calais lub
cofnąć się na Gandawę i Kortrijk, a potem ruszyć autostradą E117 w stronę Lille. Do dziś nie
wiem, dlaczego wybrałem akurat tą trasę. Zbliżając się do granicy – też nie wiem dlaczego to
zrobiłem   –   zdecydowałem  się   odbić   w   prawo.   Dzień   wcześniej   Rijckaert   prosił   mnie   o
spokojną jazdę i może dlatego postanowiłem zjechać z autostrady w ostatniej chwili. Później
się   dowiedziałem,   że   droga,   którą   wybrałem   jest   często   używana   przez   drobnych
przemytników narkotykowych.

Było  mniej   więcej   za   piętnaście   siódma.   Jechałem   sobie   beztrosko   wąską   francuską

drogą, kiedy zauważyłem człowieka stojącego na poboczu jakieś sto metrów przede mną.
Kiedy podjechałem bliżej, rozpoznałem w nim celnika. Serce zaczęło mi walić jak młot. Było
zbyt późno żeby zawrócić. Celnik nakazał mi się zatrzymać. Nie wiedziałem, co robić. Po raz
pierwszy w mojej trzydziestoletniej karierze kierowcy byłem zatrzymany na granicy – zawsze
jakoś   mi   się   udawało.   Kiedy   zjechałem   na   pobocze,   zauważyłem,   że   w   krzakach   stoi
zaparkowana   biała   furgonetka.   Wypadki   potoczyły   się   błyskawicznie:   z   vana   wysiadło
czterech celników, powoli otoczyli mój samochód.

Prawdę mówiąc nie miałem stracha z powodu tego, co przewoziłem na tylnym siedzeniu,

ale   raczej   z   powodu   belgijskiej   mieszanki.   I   nie   tylko   tej   małej   ilości,   którą   sobie
wstrzyknąłem,   ale   drugiej   ampułki,   przeznaczonej   dla   Laurenta   Dufaux.   Trzy   miesiące
wcześniej,   na   mecie   klasyka   Walońska   Strzała   spotkałem   dawnego   znajomego,   byłego

7

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

zawodnika, który miał wejściówkę za kulisy wyścigu. Czekając na kolarzy – a ci mieli przed
sobą   jeszcze   godzinę  jazdy –   rozmawialiśmy  o  pogodzie   i   tym  podobnych  sprawach.   W
pewnym momencie mój znajomy zaproponował wymianę dwóch fiolek belgijskiej mieszanki
za kompletny strój rowerowy Festiny. Dobiliśmy targu na uboczu, przed pomieszczeniem
służącym   kolarzom   za   szatnię.   Musiałem   dyskretnie   wyciągnąć   jakiś   strój   z   bagażu
zawodników, a później, w hotelu uzupełniłem niedobory z zapasów w ciężarówce ekipy.

Jedna   z   dwóch   porcji   była   przeznaczona   dla   mnie.   Jeśli   przejeżdżasz   rocznie   ponad

130 000 km, nie możesz pozwolić sobie na zmęczenie. Kolarze się szprycują – ale muszą to
robić także ci, którzy się nimi zajmują. Wolę zażyć 10 mg amfetaminy niż rozwalić samochód
na jakimś drzewie. Co do Dufaux, to kupiłem od niego pieska, Yorkshire teriera na prezent
gwiazdkowy  dla  mojej córki Charlotte.  Szczeniak  był  wart 4000 franków, ale  zapłaciłem
jedynie 3000. Dufaux powiedział, że jeśli zdobędę dla niego fiolkę belgijskiej mieszanki, to
będziemy   kwita.   Mój   znajomy   z   Walońskiej   Strzały   napatoczył   się   we   właściwym
momencie…Fiolki   zawierają   zazwyczaj  15  ml;   w   zależności  od   tego   ile   chce   się  wziąć,
wystarcza to na około 15 iniekcji. Jedno opakowanie starcza na cały sezon. Miałem przy sobie
prawdziwy skarb.

Trzy miesiące później stałem na poboczu francuskiej drogi z dwiema fiolkami belgijskiej

mieszanki w plecaku na tylnym siedzeniu. Nawet nie pamiętałem o EPO. Złapałem ampułki i
wepchnąłem jedną z nich do prawej kieszeni spodni. Drugą ciągle miałem w dłoni, kiedy
celnik zastukał w okno i spytał czy mam coś do oclenia. Dobre pytanie! „Nie, właściwie to
nie,  tylko  witaminy dla  kolarzy”.  Celnik  nawet nie  pytał o  moje  dokumenty, tylko kazał
otworzyć bagażnik. Miałem nadzieję, że uda mi się niepostrzeżenie wsunąć fiolki do którejś z
lodówek,   ale   funkcjonariusze   nie   spuszczali   mnie   z   oka.   Podnosząc   klapę   bagażnika
wyrzuciłem fiolkę w krzaki. Druga ciągle spoczywała w mojej kieszeni.

Aby wykazać się dobrą wolą chwyciłem jedną ze skrzynek z kroplówkami, ale któryś z

celników dał mi znak, że to niepotrzebne. Myślałem, że wszystko się dobrze skończy, że nie
ma się, co denerwować, ale kiedy byłem zajęty przy bagażniku, celnicy zainteresowali się
turystycznymi   lodówkami   na   tylnym   siedzeniu.   Otworzyli   je,   wyciągnęli   plastikowe
pojemniki okryte zamarzniętymi butelkami z wodą i spytali co jest w środku. „Hm, nie wiem”
odpowiedziałem „pewnie jakieś odżywki dla kolarzy”. 

„Cóż, skoro pan nie wie, to pozwoli pan z nami”.

Dowiedziałem   się   później,   że   miejscowość,   w   której   mnie   zatrzymano   nazywa   się

Dronckaert, co po flamandzku znaczy „pijak”. A tego dnia nawet kieliszka wina nie wypiłem.
Jeden   z   celników   usiadł   koło   mnie   i   nakazał   jechać   za   furgonetką   do   biura   celnego,
oddalonego o około kilometr. Byłem bardzo spięty, ale mój towarzysz podróży starał się mnie
uspokoić. Mówił o Tourze, który miał się lada dzień rozpocząć, o formie Virenque’a…ale ja
go w ogóle nie słuchałem. „Koniec. Nie żyjesz” mówiłem do siebie „Kaput, finito, napisy
końcowe”.   Myślałem   o   fiolce   mieszanki,   którą   miałem   w   kieszeni   i   o   lodówkach,   które
znajdowały się w furgonetce. Nie miałem już szans na ich odzyskanie. Dałem się złapać z
narkotykami na granicy, jak idiota. Katastrofa. A nie miałem pojęcia, co jeszcze mnie czeka., 

Ciężka brama prowadząca do budynku z czerwonej cegły otworzyła się automatycznie.

Furgonetka   stanęła   przed   wejściem,   a   jeden   z   celników   dał   mi   znak   żebym  wjechał   na
dziedziniec. Kiedy zobaczyłem bramę zatrzaskującą się za mną, zacząłem mieć problemy z
oddychaniem.   Kiedy   się   zatrzymaliśmy,   zamierzałem   chwycić   plecak,   ale   celnik   mnie
powstrzymał.

„Proszę niczego nie dotykać!”
Wszedłem  za   nim  do  budynku, podczas   gdy pozostali   funkcjonariusze  zajmowali   się

samochodem.   Przeszukali   wszystko:   obejrzeli   tapicerkę   na   drzwiach,   schowki,   tablicę

8

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

rozdzielczą,   nie   przeoczyli   niczego.   Widziałem   to   wszystko   przez   okno.   Po   chwili
zaprowadzono mnie do biura.

Jeden   z   trzech   celników   zaczął   opróżniać   moje   turystyczne   lodówki.   Byłem   tak

spragniony, że spytałem czy mogę wziąć jedną z butelek z wodą i za jednym zamachem
wypiłem połowę zawartości. Funkcjonariusze układali kapsułki na  stole w  równe szeregi.
Spojrzałem na zegarek: czas mijał. Miałem być na promie odpływającym z Calais o dziesiątej.
Belgijska mieszanka spoczywała w mojej kieszeni.

„Przepraszam, czy to długo potrwa? Muszę zdążyć na prom”.
„Niech pan zapomni o promie”.

Celnicy nadal sporządzali inwentarz znalezisk. Kiedy jeden z nich znalazł kapsułkę EPO i

proszek do sporządzania mieszanki, starałem się wytłumaczyć, że te dwie rzeczy to właściwie
jedna, ale nikogo to nie interesowało. Dalej zliczał opakowania proszku. Czerwone kapsułki
EPO leżały na stole ułożone w rządek, a obok leżał drugi rząd, fiolek hormonu wzrostu z
niebieskimi   wieczkami.   Wszystkie   małe   fiolki   były   sklejone   dużą   etykietą   z   jakimś
hiszpańskim   czy  portugalskim   napisem.   Na   drugim   końcu   stołu   leżały  brązowe   kapsułki
testosteronu, które między sobą nazywaliśmy „jajkami wielkanocnymi”. Wszyscy w grupie
wiedzieli   o   czym   była   mowa,   kiedy   ktoś   oferował   kolarzowi   „jajka   wielkanocne”.
Przyjmowany   doustnie   testosteron   jest   niewykrywalny  w   organizmie,   choć   jeśli   się   go
wstrzyknie domięśniowo, wynik testu może być pozytywny. 

Celnicy   pytali   mnie   o   każdą   odnalezioną   rzecz,   a   ja   niezmiennie   dawałem   jedną

odpowiedź: „Nie wiem co to jest”. W końcu, zniecierpliwiony moją niewiedzą jeden z nich
stwierdził,   że   w   takim   razie   oddadzą   wszystko   do   analizy   w   laboratorium   w   Lille.
Opróżniwszy mój plecak i aktówkę celnicy zaprowadzili mnie do większego pomieszczenia,
gdzie siedział starszy, nieco mniej spięty funkcjonariusz. Dowiedziałem się, że pozostało mu
zaledwie kilka dni do emerytury. Dał mi gazetę, podyskutowaliśmy o Mistrzostwach Świata w
piłce nożnej, które właśnie wchodziły w fazę decydującą, a nawet poczęstował mnie filiżanką
kawy. Do tej pory miałem do czynienia ze skrupulatnymi i bezlitosnymi urzędnikami, którzy,
bez wątpienia uważali mnie za przemytnika narkotyków. Ten sprawił, że poczułem się nieco
swobodniej, traktował mnie bardziej po ludzku. 

„Gdybym   tylko   wiedział,   wybrałbym  inną   trasę.   O   tej   porze   już   powinienem   być  w

Calais”.

„Gdybyśmy nie zatrzymali pana teraz, to zrobilibyśmy to w Calais”
Chciałem się dowiedzieć czegoś więcej, ale urzędnik trzymał język za zębami. Czułem,

że   jest   zakłopotany,  jakby  powiedział   i  tak  zbyt  wiele.   Zmienił   temat,   mówił   o   tym  i   o
tamtym.  Był  miłym  człowiekiem,   może  nawet   zbyt   miłym.  Potrzebowałem   spokoju   żeby
zebrać myśli. Zacząłem czytać książkę, bardziej po to, żeby odizolować się od otoczenia, niż
że miałem ochotę na czytanie. Miałem wrażenie, że wszystko toczy się w zwolnionym tempie.

W drzwiach stanął celnik, którego do tej pory nie widziałem.
„Proszę pana, sprawa jest poważna. Będziemy musieli pana zrewidować”.
Byłem  wstrząśnięty.  Zawartość   mojej   kieszeni   pogrąży  mnie   na   amen.   Kiedy  jednak

celnik zniknął na parę chwil, a starszy z mężczyzn zajął się ekspresem do kawy, udało mi się
wsunąć fiolkę za gumkę majtek.

Nigdy dotychczas nie byłem w takiej sytuacji i ciągle miałem nadzieję, że jakoś uda mi

się wyplątać. Kiedy powrócił celnik, nakazano mi się rozebrać. Był początek lipca, więc nie
miałem zbyt wiele na sobie. Zacząłem od białej koszulki polo z naszywką Festiny, celnik
obejrzał ją skrupulatnie.
q„Buty”

Zdjąłem buty, urzędnik obejrzał je dokładnie, usiłował nawet oderwać obcasy.
„Spodnie”

9

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Chwycił spodnie za nogawki, potrząsnął nimi, a następnie wywrócił kieszenie na lewą

stronę.

„Skarpetki”
Podałem mu je wyciągniętą ręką.
„Teraz majtki”
Miałem nadzieję, że uda mi się tego uniknąć. Czekałem chwilę.
„Proszę zdjąć majtki”
Chciałem trochę zyskać na czasie, podrapałem się w nos, kark, pociągnąłem nosem, ale w

końcu powoli ściągnąłem majtki,  starając się utrzymać fiolkę między ściśniętymi nogami.
Podałem mu majtki.

„Proszę rozstawić nogi”
Koniec  balu.  Bang! Fiolka upadła   na podłogę.  Byłem  ugotowany. Mój   prom  właśnie

odpływał z Calais.

Miałem nadzieję, że to już koniec. Ale celnik z pomocą kolegi usadził mnie na krześle i

przykuł moją lewą rękę do metalowego pierścienia w ścianie. Wszedł lekarz ubrany w koszule
i dżinsy. Nałożył rękawiczki i włożył mi palec w odbyt.

„Pojedzie pan do szpitala na prześwietlenie”
Jakby mnie ktoś walnął obuchem w głowę. W jednej chwili przestałem być masażystą, a

stałem   się   dilerem.   Ale   przecież   nie   byłem   dilerem!   Czym   sobie   zasłużyłem   na   takie
traktowanie?

Ubrałem   się   i   zawieziono   mnie   do   szpitala.   Po   drodze   minęliśmy  mój   wybebeszony

samochód, który starannie obfotografowywało. Wyglądało na to, że przeszedł to samo, co ja..
Po   prześwietleniu,  które  oczywiście  niczego nie  wykazało,  zabrano   mnie  z   powrotem na
posterunek celny.  O  moim losie miały  zadecydować wyniki analiz.  Czekałem  godzinami,
zakuty w kajdanki, podczas gdy obok celnicy rozmawiali o uprawie ogródka i o tym, co
pokazywano   w   telewizji.   Zajmowali   się   codziennymi   sprawami,   podczas   gdy   ja
przechodziłem piekło.

Po południu do pokoju wszedł wielki facet w cywilnym ubraniu. Był wyraźnie wrogo

nastawiony, zaczął się na mnie wyżywać.

„To już szczyt wszystkiego. Odpowiecie za to. To koniec Festiny!”
Ewidentnie chciał mnie zastraszyć, złamać, a ja nie miałem już siły walczyć. Im mniej mu

mówiłem, tym bardziej był wściekły. Naprawdę wytrącił mnie z równowagi, a był pierwszą
osobą,   która   spisywała   moje   zeznania.   Powiedziałem   mu,   że   nie   rozumiem,   dlaczego
interesuje się skąd pochodzi  towar.  Jak dla  mnie liczyło  się że wyciągnę co tam  mam z
lodówki, zapakuję w samochód i ruszę w drogę. Problemy zaczęły się dopiero na granicy.
Wyraźnie   nikt   nie   wierzył   w   moje   słowa,   zostałem   już   uznany   na   przemytnika.   Młody
człowiek wyraźnie nie wierzył w moje słowa, a od czasu do czasu uderzał pięścią w stół.
Myślałam, że w końcu walnie i mnie. Tak naprawdę to mocno nadrabiał miną i to zastraszanie
było tylko pozą, ale wtedy naprawdę mnie przestraszył. Przez   cały ten czas  był jedynym
urzędnikiem,   który  był  dla   mnie   nieprzyjemny.  Cała  reszta   po   prostu  wykonywała  swoją
robotę.

Przesłuchanie zakończyło się około piątej, zaprowadzono mnie z powrotem do starszego

mężczyzny. Znowu dał mi filiżankę kawy, zaofiarował kanapkę. Nie jadłem od poprzedniego
wieczora,   ale   właściwie   nie   byłem  głodny.  Spytałem   czy  mogę   zadzwonić   do   żony,  ale
odmówił, nie pozostawiając co do tego wątpliwości.

„Zadzwonię z komórki, jest w moim samochodzie”
„Jaja sobie pan robi?”
Cały  czas   skuty,  cały  czas   pod   nadzorem   siedziałem   na   krześle   czekając   na   wyniki.

Nadeszły około ósmej: EPO, hormon wzrostu, testosteron.

10

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

„Naprawdę? Cóż, mogłem się tego spodziewać. Ja nic o tym nie wiedziałem. Ale skoro

pan tak mówi, to wierzę”

Z sąsiedniego pokoju zadzwoniono  na policję. Człowiek  wyglądający na najwyższego

ranga podszedł do mnie. „O dziesiątej zabiorą pana do centrali w Lille”.

Dwóch celników, którzy aresztowali mnie tego ranka ciągle było na posterunku. Musieli

zostać po godzinach i to z mojego powodu. Zabrali mnie do sąsiedniego budynku, gdzie mieli
pomieszczenie   socjalne.   Akurat   trwał   mecz   Francja  –   Chorwacja,   ćwierćfinał  Mistrzostw
Świata i za żadne skarby nie chcieli go przegapić. Zidane i pozostali gracze reprezentacji
Francji pomogli nieco rozluźnić atmosferę. Trzej celnicy zaczęli wypytywać mnie o różne
kolarskie   sprawy.   Czy   wszyscy   kolarze   się   szprycują?   A   piłkarze?   Zadawali   mi   takie
zwyczajne pytania, a w tym czasie Thuram strzelił dwie bramki. W czasie meczu nawet jeden
z celników zaproponował mi coś do jedzenia. 

„Może frytek?”
Nie miałem nic przeciwko temu.
„Majonezu?”
Zjadłbym te frytki i z sosem chili, taki byłem głodny.
„Szynki? Kiełbaskę?”

Powracałem do życia. Byłem bez kajdanek, pachniało kawą, frytkami, poczułem się nawet
jakby trochę w domu. Poprosiłem o kiełbaskę. Szkoda, że musieliśmy jechać kwadrans przed
dziesiątą. Ostatni rzut oka w telewizor i dwaj celnicy przewieźli mnie do centrali: głównej
siedziby policji w Lille, SRPJ.

Zgodnie z  zasadami  założono  mi  kajdanki prowadząc do  budynku policji.  Na  chwilę

pozostawiono mnie samego na ławce, w długim korytarzu, przykutego do ściany. Po drugiej
stronie znajdował się rząd cel. Mało atrakcyjna perspektywa. Przed kratami umieszczono taflę
przezroczystego plastiku mającego ukrywać niezbyt przyjemny widok, ale odgłosy swobodnie
przez nią przenikały: było słychać krzyki, wrzaski, przekleństwa. Nagle na końcu korytarza
zobaczyłem wściekle miotającego się człowieka, wleczonego przez dwóch policjantów. Tak
się wyrywał, że funkcjonariusz musiał przewrócić go na ziemię. Aresztant zaczął wierzgać
nogami, a to tylko rozwścieczyło eskortę. Nie wiadomo skąd pojawił się trzeci policjant i
wspólnie   obezwładnili   więźnia.   Skończyło   się   jak   się   miało   skończyć:   nieszczęśnik
wylądował w celi.

Zaprowadzono mnie do  biura na  pierwszym piętrze gdzie  urzędowała oficer dyżurna.

Tam formalność za formalnością. Musiałem potwierdzić moje dane: imię, nazwisko, wiek,
wzrost,   adres   zamieszkania,   stan   zdrowia,   nazwisko   matki.   Zastanawiałem   się,   co   moja
matka, nieżyjąca od 25 lat, ma z tym wspólnego.. 

„Jutro o ósmej rano przyjdą po pana dwaj oficerowie z departamentu sprawiedliwości.

Póki co, noc spędzi pan w celi”.

Zszedłem na dół. Kazano mi oddać pasek, sznurowadła, a nawet okulary. Zaprowadzono

mnie do celi, w której siedziało już trzech niechlujnie ubranych mężczyzn i kobieta. Smród
był   niewyobrażalny:   rzygowiny,   przetrawiony   alkohol,   mocz,   gówno,   wszystko   razem
wymieszane. Miałem przed sobą noc w tej dziurze i musiałem starać się powstrzymać łzy!
Zwinąłem się w kłębek na końcu pryczy z plecami przyklejonymi do ściany. Zmusiłem się do
zamknięcia oczu. Od czasu do czasu słyszałem jak moi współlokatorzy zawodzą, proszą o
wypuszczenie do toalety, a później sikają w kącie. Zamknąłem oczy, ale tej nocy, najgorszej
w moim życiu, nie dane mi było zasnąć.

3. Cela 237, na końcu w lewo

11

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Ulżyło mi, kiedy żandarmi pojawili się następnego ranka o pół godziny wcześniej niż

zapowiadali. Było ich dwóch, jeden w okularach i z cienkim wąsikiem, drugi, łagodnie rzecz
ujmując, dobrze zbudowany: Jean-Marie i Robert. Czekali w korytarzu, kiedy odbierałem
swój   plecak   z   depozytu.   Zgodnie   z   regulaminem   powinni   mnie   skuć   prowadząc   do
samochodu, szarego Peugeota 405 czekającego na dziedzińcu.

„Bez przesady, chyba pan nie ucieknie?”
Dla bezpieczeństwa jedynie upewnili się czy tylne drzwi były dobrze zamknięte. Jak tylko

opuściliśmy „centralę” Robert wyciągnął paczkę papierosów.

„Zapali pan?”
W   tamtym   okresie   wypalałem   około   dziesięciu   papierosów   dziennie,   a   nie   miałem

papierosa   w   ustach   od   wtorku   wieczorem.   Chętnie   skorzystałem   z   propozycji.   Fajka
smakowała wolnością.

Były godziny szczytu, Robert stracił cierpliwość.
„Jean-Marie, wyciągnij koguta” Jean-Marie chwilę pogrzebał pod siedzeniem, otworzył

okno i postawił na dachu migające na niebiesko światło. Wszyscy ustępowali nam z drogi aż
dojechaliśmy   do   niepozornej,   podobnej   do   drzwi   garażowych   bramy,   którą   Jean-Marie
otworzył przy pomocy pilota. Wjechaliśmy na duży parking.

„Weź torbę i chodź z nami”.
Przy  drzwiach   windy  spotkaliśmy  „szefa”,   który  wydawał  się   wiedzieć,   kim   jestem.

Weszliśmy do wspólnego biura Roberta i Jeana-Marie.

„Najpierw napijemy się kawy” powiedział Jean-Marie „Poczęstujesz się, Willy?”
  „A   ja   wyskoczę   do  boulangerie”   oznajmił   Robert   „Willy,   chcesz   jakieś   ciastko,

croissanta albo bułkę z czekoladą?” 

Kawa, ciastka – myślałem, że śnię. Po śniadaniu policjanci zasiedli przed komputerem.

Przed   sobą   mieli   moje   zeznania,   plecak,   walizeczkę   i   lodówki,   które   ciągle   nie   były
zapieczętowane. Zaczęli zadawać mi pytania czytając równocześnie to, co zostało wcześniej
zaprotokołowane, celem sprawdzenia czy zeznania się zgadzają. Atmosfera była naprawdę
przyjacielska, dopóki Jean-Marie dość brutalnie nie przerwał miłej pogawędki.

„Bierzesz nas za durniów?”
Nic nie odpowiedziałem.
„Upiera się pan przy tych zeznaniach?” Znikła gdzieś cała bezpośredniość.
„Ehe, tak”.
Zmienili nieco metodę przesłuchania: zadawali te same pytania, na które odpowiadałem

już wcześniej, zmieniając nieco ich formę, coraz bardziej agresywnym tonem. Czułem, że
powoli tracę rezon. Aby uniknąć zupełnego pogrążenia spytałem czy mogę zadzwonić do
Sylvie.

„Dopóki nie zacznie pan współpracować, nie możemy pozwolić na żadne kontakty. Skąd

będziemy wiedzieli, że nie posługuje się pan jakimś szyfrem?”

Jean-Marie wyszedł. Robert odczekał chwilę, po czym kontynuował.
„Słuchaj Willy, może byś tak zaczął mówić prawdę? Spiszemy twoje zeznania, bez obaw.

Ale odpowiedzialność spadnie tylko na ciebie. Kogo się obawiasz? Możesz powiedzieć, nie
będę notował”.

Znowu powrócił przyjacielski ton.
„Kilka tygodni temu mieliśmy obóz treningowy w Corrèze, w pobliżu Brive, chcieliśmy

przejechać  trasę  drużynowej czasówki   Touru.  Dostaliśmy  wtedy zaproszenie   na  obiad  do
wielkiego zamku. Wiecie kto nas zaprosił? Bernadette Chirac. Virenque i Brochard tez tam
byli, tacy to ważni goście. I tego się boję, są ważniejsi  ludzie niż  jakiś tam Willy Voet.
Rozumiecie?”

„Moment, moment. Wie pan, kto siedział na tym krześle co pan kilka miesięcy temu?.

Bernard Tapie. A zrobiliśmy z niego marmoladę. Pańscy Virenque i Brochard nie znaczą dla
nas nic. Lepiej niech pan to przemyśli. Jeśli chce pan następne pięć lat spędzić za kratkami, to

12

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

proszę bardzo. My tylko spiszemy pana zeznania i koniec. Ale proszę pomyśleć o żonie i
dzieciach. Bo ludzie, których stara się pan ochraniać, nie pomyślą o nich, kiedy pan pójdzie
siedzieć, zapewniam pana”.

Jean-Marie   wrócił   i   wspólnie   ustaliliśmy,  że   mogę  zadzwonić   do   Sylvie.  Jean-Marie

wykręcił numer.

„Dobry wieczór pani. Dzwonię z SRPJ w Lille. Pani mąż jest u nas. Nie może udzielić

informacji na temat swojego zatrzymania ze względów bezpieczeństwa i dla dobra śledztwa.
Może pani z nim porozmawiać, ale nie wolno pani zadawać żadnych pytań. Jemu wolno tylko
zapewnić panią, że czuje się dobrze. Ale żadnych pytań, dobrze?”

Oczywiście pierwsze zdanie wypowiedziane przez moją żonę brzmiało ”O co, do cholery

chodzi?”

„Nic, nic, nie martw się. Nie zadawaj żadnych pytań. Czuję się dobrze. Jak dzieci, co u

ciebie?”

Sylvie zadała następne pytanie, oczywiste w tych okolicznościach, które wydało jej się

całkiem niewinne ”Czy Bruno Roussel wie gdzie jesteś?”

I to był przełom, na który czekali policjanci. Sylvie chciała się tylko dowiedzieć czy mój

pracodawca wie o tym, co się ze mną dzieje, ale oni wywnioskowali, że mówi o handlu
narkotykami.

„Proszę   pani,   zabroniliśmy   zadawania   pytań.   Przepraszam,   ale   musimy   natychmiast

przerwać tą rozmowę”.

Zbliżała się pora obiadowa. Umieszczono mnie w sąsiednim pomieszczeniu i wręczono

kanapkę. Robert zamykając drzwi szepnął „Przemyśl sprawę, Willy. Jesteśmy z powrotem
koło drugiej. Przemyśl dobrze wszystko”.

Kiedy wrócili wszystko zaczęło się od nowa.
„Dobrze,   o   co   chodziło   z   tym  pytaniem?   Dlaczego   pana   żonę   interesuje   czy  Bruno

Roussel wie, co się z panem dzieje?”

Nie było  sensu  ukrywać prawdy. Kawałek po  kawałku  wycisnęliby ze  mną wszystko

Pomyślałem  o   Sylvie,  Charlotte   i   Mathieu   i   wyznałem  im,   co   wiedziałem.   Zacząłem   od
objaśniania roli  Bruno Roussela  i Erika Rijckaerta,  ale nadal starałem się chronić  innych
członków ekipy, chociażby Joëla Chabirona.

Więc jak wszedłem w posiadanie narkotyków?
„Przywożono   je   z   Hiszpanii   ciężarówką   ekipy.   Lekarze  po   prostu   proszą   nas   o   ich

przywiezienie. To oni wypełniają zamówienia, a przynajmniej tak mi się wydaje. Naprawdę
nie wiem o tym zbyt wiele…”

Mówiłem cokolwiek mi przyszło do głowy, a im mocniej mnie nacisnęli, tym bardziej się

blokowałem. Było to żałosne. Za każdym razem, kiedy zadawali nowe pytanie byłem jak w
pułapce. Po spisaniu mojego poprawionego, jeszcze niekompletnego zeznania, postanowili
zrobić sobie przerwę. ”Dobrze, wrócimy na noc do centrali. Jutro skończymy, a potem stanie
pan przed sędzią śledczym”.

Nie, proszę, tylko nie „centrala”. Sama myśl o powrocie w to miejsce wywoływała u mnie

mdłości. Poprosiłem ich o kolejną przysługę: gdziekolwiek, byle nie tam, proszę. Trochę się
wahali, ale w końcu zadzwonili na mały komisariat na peryferiach miasta. Cóż za odmiana.
Komisariat był czysty – niemalże luksus w porównaniu z poprzednią nocą. Trzy cele i tylko
jeden aresztant – ja. Dyżurny żandarm dał mi dwa koce dla ochrony przed zimnem. Pozwolił
mi nawet zachować okulary. W celi była tylko prosta drewniana prycza, ale w końcu mogłem
spokojnie zasnąć.

Piątek, 10 lipca, wpół do ósmej rano. Ci sami aktorzy, ten sam scenariusz. Jean-Marie,

Robert, migający niebieski kogut, siedziba policji. Po kolejnym przesłuchaniu pobrano ode

13

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

mnie odciski palców. Dziwne odczucie. Zrobiono mi również zdjęcia, co było nawet bardziej
upokarzające.  Najpierw  en   face,   z   tabliczką   w   rękach,   potem   z   profilu.   Stałem   się   więc
kryminalistą –  nawet teraz  chce  mi się  płakać kiedy  to wspominam. Mniej  więcej wtedy
zostałem   poinformowany,   że   ze   względu   na   konieczność   dokończenia   przesłuchania
przedłużono mi areszt tymczasowy.

Około dziewiątej wyruszyliśmy do Pałacu Sprawiedliwości. Peugeot stanął obok „mysiej

dziury” – tylnego, podziemnego wejścia do budynku. Musiałem poczekać zamknięty w dużej
celi z około dwudziestoma innymi aresztantami. Wolno nam było palić, więc skorzystałem z
tego   przywileju.   Wcześniej   Robert   skinął   na   mnie   „Proszę,   masz”   i   wręczył  mi   paczkę
papierosów.

Dookoła mnie wszyscy opowiadali jakie to wiele niesprawiedliwość ich spotkało. Jeden

facet stłukł swoją dziewczynę, bo znalazł ją w łóżku z sąsiadem z piętra, inny ukradł dostawę
pralek,   jeszcze   inny   rąbnął   ciężarówkę   kartofli   żeby   je   sprzedać   w   Belgii.   A   ja?   Ja
przewoziłem inny rodzaj towaru. Po tych wyznaniach opuściłem moich towarzyszy niedoli,
aby   stawić   się,   w   towarzystwie   moich   dwóch   aniołów   stróżów,   w   biurze   sędziego   na
dziesiątym piętrze.

„Mamy parę rzeczy do zrobienia. Musimy cię tu zostawić. Miłego dnia”.
Jedną z drobnych rzeczy do zrobienia było przeszukanie mojego domu następnego ranka,

zgodnie   z   protokołem.   Zanim   odeszli,   Robert   i   Jean-Marie   przedstawili   mi   adwokata
Ludovica Barona. Zanim stanąłem przed obliczem sędziego rozmawialiśmy przez parę minut.

„Przejrzałem twoje zeznania. Spróbuję cię stąd wydostać”.
Ale najpierw musiał się na to zgodzić sędzia.

Wchodząc   do   biura   sędziego   byłem   zaskoczony.   Spodziewałem   się   dużego,

imponującego pomieszczenia, a tymczasem znalazłem się malutkim kwadratowym pokoiku z
dwoma   biurkami:   jednym   dla   sędziego   i   drugim   dla   stenografa.   Obok   sędziego   Keila,
starszego mężczyzny o poważnym, ale uczciwym wyglądzie, siedziała młoda szatynka, jego
asystentka. W czasie przesłuchania nie okazywała mi najmniejszej litości.

„To paskudna sprawa. Ludzie tacy jak pan, żyjący z oszustw, powinni być zamykani”.
Sędzia przerwał. „Będzie pan tymczasowo aresztowany. Dla pana bezpieczeństwa, ale

przede wszystkim ze względu na kaliber sprawy. Niewątpliwie zainteresują się tym media. Na
razie nie chcę żeby pan się kontaktował z kimkolwiek z zewnątrz. Zostanie pan umieszczony
w oddzielnym bloku w Loos, oddalonym od innych, tam gdzie przetrzymujemy młodocianych
przestępców. Tak będzie najlepiej dla pana”.

Byłem   zaskoczony   i   rozczarowany.   Po   krótkiej   rozmowie   z   adwokatem   zostałem

zaprowadzony do podziemi gdzie umieszczono mnie w jednej celi z więźniami zatrzymanymi
za   poważne   przestępstwa.   W   dużym   pomieszczeniu,   prawdziwej   wieży   Babel,
przetrzymywano  mnie   bez   jedzenia   i   picia   do   ósmej.   Musieliśmy   poczekać   aż   pozostali
zatrzymani staną przed swoim sędziami zanim wyjechaliśmy do Loos. W policyjnej suce było
nas   czternastu,   zamkniętych   w   oddzielnych   przedziałach,   siedmiu   po   każdej   stronie
samochodu.   Byliśmy   skuci   łańcuchem   po   trzech   –   czterech,   końce   łańcucha   trzymali
strażnicy.

W   więzieniu  samochód   przejechał   przez   trzy  drewniane   bramy,  które  otwierały  się   i

zamykały automatycznie. Z naszej czternastki tylko dwóch było tu nowych: Włoch Silvano i
ja. Było za późno, żebym  dostał oddzielną celę. Po wypełnieniu wszystkich formularzy i
zdaniu rzeczy osobistych musiałem spędzić pierwszą noc w więzieniu z Silvanem. Był to
trzeźwiejący   narkoman   około   trzydziestki,   który   z   dużym   upodobaniem   opowiedział   mi
historię swojego życia. Mówił o tym jak jego brat zmarł z powodu przedawkowania, jak sam
utrzymywał się z napadów na starszych ludzi   „ale nigdy nikogo nie pobiłem”, o swoich
obawach, planach życiowych. Nie mógł się powstrzymać. Nie wiesz przez co przechodzą inni

14

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

dopóki   siedzisz   w   bańce   mydlanej.   Pozwolono   nam   palić,   ale   nie   mieliśmy   żadnych
papierosów, więc Silvano poczęstował mnie jednym ze swoich skrętów. Kiedy lizał bibułkę
poczułem obrzydzenie. Był w końcu narkomanem…Ale tak bardzo chciało mi się palić. 

Klucze   brzęknęły   o   kraty.   Pobudka   o   wpół   do   siódmej   była   brutalna.   Na   początku

zaprowadzono mnie do lekarza więziennego, który najpierw wypełnił formularze, a dopiero
potem   pobieżnie   mnie   zbadał,   głównie   obejrzał   zgięcia   łokciowe   by   sprawdzić   czy   nie
wstrzykuję sobie narkotyków. Bardzo bolała mnie głowa. Od dwóch dni miałem okropną
migrenę, nie mogłem już tego wytrzymać. Lekarz zmierzył mi ciśnienie.

„Nic dziwnego, że pana boli głowa. Ma pan nadciśnienie”.
Dał mi tabletki, które przyjmuję do tej pory.
Z   lecznicy  zostałem   zaprowadzony  do   psychologa,   kobiety  około   czterdziestki,   która

pytała mnie dlaczego trafiłem do więzienia i jakie mam plany na przyszłość. Jakbym niby
miał pojęcie, co mnie miało czekać…

Wiadomość   o   moim   zatrzymaniu   szybko   rozniosła   się   po   całym   więzieniu   dzięki

wiadomościom telewizyjnym oglądanym w każdej celi. Za każdym razem gdy spotykałem
jakiegoś   strażnika   czy   nawet   więźnia   pchającego   wózek   z   jedzeniem   albo   sprzątającego
prysznice,  słyszałem  jak   szepczą   moje   nazwisko   i   mówią,   że   widzieli   mnie   w   telewizji.
Trzeba jednak przyznać, że byłem łatwy do wyśledzenia, jako że mój numer więzienny był
przypięty do firmowej koszulki Festiny.

W   magazynku   pobrałem   dwa   prześcieradła   i   dwa   koce,   dwie   pary   majtek,   dwie

podkoszulki, sztućce i nakrycie. Tak, zabierają ci sznurowadła i pasek, ale dają nóż, widelec,
łyżkę i dwie jednorazowe maszynki do golenia. Mężczyzna, który mi to wszystko wydawał
również mnie rozpoznał.

„Pan jest Willy Voet, nie? No, teraz to się dopiero zacznie! Będzie afera. Sam jestem

kolarzem, kocham ten sport”.

Strażnik zaprowadził mnie na drugie piętro, do skrzydła D. Otworzył drzwi. Nigdy nie

zapomnę numeru: 237, przedostatnie drzwi po lewej stronie. Cela, powierzchni około ośmiu
metrów   kwadratowych  gołego   betonu   była   pełna   kurzu.   Po   prawej   stronie   umieszczono
toaletę, pękniętą i nie całkiem jak z czterogwiazdkowego hotelu. Obok była umywalka – a w
kranie  wyłącznie zimna  woda. Na  końcu  pomieszczenia znajdowała się   szafa  z  czterema
półkami,   ale   bez   drzwi,   a   po   drugiej   stronie   żelazne   łóżko   z   wygniecionym  materacem,
przykręcone do ściany. I, cud nad cudy, nad tym wszystkim, na wysięgniku, lśniący nowością
kolorowy telewizor. Poczułem się prawie jak u mamy!

Na przeciwległym końcu celi znajdowało się kwadratowe okratowane okno, przez które

można było zobaczyć jedynie niebo. Żeby dostrzec nieco więcej musiałem się wspiąć na rurę
centralnego ogrzewania, która biegła przez celę. Mogłem zobaczyć dziedziniec, gdzie dwa
razy dziennie:  rano  i   wieczorem   więźniowie   mogli   uprawiać   sport.   Z  prawej   strony,   zza
budynków,  mogłem usłyszeć buczenie  barek  na kanale. W  dzieciństwie  mieszkałem  przy
kanale i znajomy dźwięk motorów barek niezwykle mnie rozczulał. W więzieniu zwracasz
uwagę na każdy drobiazg i bardzo łatwo popadasz w sentymentalizm.

Byłem   więc   tam,   gdzie   byłem   i   musiałem   się   z   tym   pogodzić.   Miałem   rozpocząć

dwutygodniowy  pobyt   w   sanatorium.   Najgorszy   ze   wszystkiego,   gorszy   od   spotkania   z
młodym celnikiem ubranym po cywilnemu, gorszy niż koszmar nocy w centrali był lodowaty
strach przenikający do szpiku kości, który nagle mnie opanował. Niemożliwe do ogarnięcie
uczucie   strachu   przed   pustką,   zjadające   człowieka   od   wewnątrz.   Nie   życzyłbym   tego
największemu wrogowi

Rozpłakałem się jak nigdy w życiu.

.

15

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

4. Wytrzymam!

Nie   pamiętam   jak   długo   tam   po   prostu   leżałem.   Strażnik   przyniósł   mi   jakiś   środek

czyszczący, przy pomocy którego wysprzątałem celę (nigdy nie powiem „moją celę”), po
czym przespałem cały weekend. Nie przeszkadzało mi nawet ciągłe hałasowanie więźniów,
ich wrzaski i przekleństwa kiedy usiłowali wykrzyczeć swoją frustrację.

Sobota   11   lipca   była  pięknym  dniem.   Przyciskając  twarz   do   krat   mogłem   zobaczyć

więźniów odpoczywających na dziedzińcu. Niektórzy grali w piłkę, inni po prostu gawędzili.
Z boku kilku siedziało z twarzami ukrytymi w dłoniach. Pomyślałem o swojej żonie. Nie
mogłaby znaleźć lepszych podstaw do rozwodu. Pomyślałem o dzieciach. Jak one to przyjmą?
A   ich   koledzy   szkolni,   jak   sąsiedzi,   jak   moja   dalsza   rodzina?   Myślałem   szczególnie   o
teściach, bo moi rodzice już nie żyli, a jedyny brat zmarł, kiedy miałem dziesięć lat.

Długa kąpiel – to pozwoliłoby mi oderwać się od tego wszystkiego. Od czterech dni nie

myłem się ani nie goliłem. Nie zmieniałem też ubrania: byłem przez to obrzydliwy i czułem
się obrzydliwie. Jaką radość przynosiła zimna woda w kranie…Ogolić się przy pomocy mydła
– co za rozkosz. Włączyłem telewizor, nic innego nie miałem do roboty. Mogłem rozmyślać
albo płakać, spać i śnić koszmary albo oglądać telewizję. Tego dnia miał miejsce prolog:
czasówka otwierająca Tour de France, początek festiwalu. Na podium w Dublinie, podczas
prezentacji ekip zobaczyłem nawet kolarzy Festiny ustawionych jeden obok drugiego. Nie
wyglądali  na   zbytnio  zadowolonych,  jakby  przeczuwali,   że   za   chwilę   bumerang  powróci
uderzając prosto w twarz.

Kiedy usłyszałem hałas wózka na korytarzu, domyśliłem się, że nadszedł czas posiłku.

Była za kwadrans dwunasta. Serwowane przez jednego z więźniów menu było spartańskie:
duża   łyżka   fasoli   w   sosie   pomidorowym,   dwie   kiełbaski,   jogurt,   jakiś   owoc   świeży  lub
gotowany. Jako że byłem nowicjuszem więzień podał mi dwie bagietki, „To na dwa dni”
trochę cukru i cztery porcje masła na jutrzejsze śniadanie. Trzydzieści sekund kontaktu ze
światem zewnętrznym.

Pierwszym gościem, jaki mnie odwiedził był kapelan. Raczej nie byłem praktykujący.

Jeśli chcesz pójść na mszę, to spóźnisz się na Paryż - Roubaix lub Wyścig Dookoła Flandrii
lub jakiś inny wielki wyścig rozgrywany w niedzielę. Ale przybycie księdza przyniosło mi
trochę ukojenia. Był uprzejmy i bezpośredni. Siedział ze mną w celi przez prawie godzinę.
„Proszę się za bardzo nie martwić. Bóg czuwa nad panem”. Udało mu się podnieść mnie na
duchu. W innych okolicznościach uznałbym to za śmieszne, ale czasami człowiekowi ziemia
usuwa się spod nóg.  Słowa księdza znaczyły dla mnie więcej, niż  kiedykolwiek bym się
spodziewał. W ten sposób stałem się nieco bardziej „wierzący”.

Następnym gościem była zastępczyni kierownika więzienia, odwiedzała ona wszystkich

nowoprzybyłych więźniów. Poradziła mi skontaktować się z pracownikiem socjalnym, ale
najpierw wypytała o moją sytuację osobistą i obiecała skontaktować się z moją żoną. Słowa
dotrzymała.

O   siódmej   wieczór   podano   kolację:   resztki   fasolki   i,   dla   odmiany,   szynka.  Do   tego

gotowana ryba. Pozostało mi tylko oddać się moim dwóm ulubionym zajęciom: skakaniu z
kanału na kanał i spaniu.

Nie chciałem opuszczać celi, nawet po to, żeby iść na spacer. Przekonałem się, że „być na

zewnątrz”   nie   oznacza   wyjścia   na   dziedziniec.   Kiedy   się   budziłem,   niemal   odruchowo
włączałem   telewizor.   Mówili   tylko   o   mnie,   na   każdym   kanale:   francuskim,   belgijskim,
holenderskim. Czułem się jak uczeń czarnoksiężnika. Moja drużyna miała duże szanse na
zwycięstwo   w   wyścigu,   a   teraz   wszystko   zmierzało   ku   tragedii,   a   ja   byłem   głównym
winowajcą.   Przed   tak   ważną   imprezą   nawet   drobne   perturbacje   mogą   podkopać   morale
zawodnika.   Widziałem   też   jak   Jean-Claude   Killy,  Jean-Marie   Leblanc  i   Bernard  Hinault

16

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

wygłaszają nadęte przemówienia do milionów telewidzów. Ale za kogo oni brali publiczność?
Kogo próbowali przekonać, że byli absolutnie zszokowani, że doping jest zjawiskiem z innej
planety? Jakby nie wiedzieli, że doping w sporcie wyczynowym jest tym, czym pompony dla
cheerliderki: jedno z drugim przeważnie idzie w parze. Nie wspominając już  o morałach
prawionych przez dziennikarza telewizyjnego, którego ja, i nie tylko ja, widziałem kiedyś w
klubie nocnym rozwalonego na kanapie, pijanego w trupa i zaciągającego się jointem.

Byłem   przybity  tym,   co   słyszałem   i   widziałem,   a   otuchy  nie   dodały  mi   bynajmniej

pierwsze   słowa   Bruno   Roussela.   „Cała   sprawa   musi   być  dogłębnie   zbadana.   Chciałbym
porozmawiać z policją tak szybko jak to możliwe i życzyłbym sobie, żeby moich kolarzy
pozostawić w spokoju”. Czyżby miał mnie tak po prostu zostawić – człowiek, który kiedyś
zapowiedział, że cokolwiek się stanie, nie opuści mojej żony i dzieci? Pamiętałem doskonale
o tych zapowiedziach, ale coraz mniej w nie wierzyłem.

Kiedy   wybuchła   ta   cała   afera,   prezydent   UCI,   Holender   Hein   Verbruggen   był   na

wakacjach w Chinach, gdzie odbywały się mistrzostwa świata juniorów, i w Indiach…

Miałem nieodpartą potrzebę porozmawiania z kimś, zrzucenia z siebie tego wszystkiego.

Serge stał się wybawieniem. Był jednym z moich trzech strażników i właśnie z nim najlepiej
się dogadywałem. Kiedy miał zmianę, dwa czy trzy razy przychodził ze mną porozmawiać.
Oglądaliśmy telewizję (podstawowa życia w więzieniu) i rozmawialiśmy o kolarstwie. Zanim
szedł do domu zachodził do mojej celi, aby się pożegnać.

Na szczęście wieczorem 12 lipca mogliśmy się skoncentrować na spokojnym oglądaniu

telewizji. Od połowy popołudnia przestałem być głównym tematem audycji telewizyjnych.
Ludzi nie interesowało nic poza finałami Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Mam wprawdzie
belgijski paszport, ale po piętnastu latach mieszkania w e Francji, małżeństwie z Francuzką i
posłaniu   dzieci   do   francuskich   szkół,   czuję   się   bardziej   Francuzem   niż   Belgiem.   Przez
półtorej   godziny  drżałem   z   niepokoju,   przeżywałem  radość   i   zapomniałem   o   wszystkim.
Dziewięćdziesiąt minut szczęścia. Promyk słońca na burzowym niebie.

Pod koniec meczu kamera zatrzymała się na zapłakanej twarzy Trezegueta i ja uroniłem

wtedy kilka łez. Znam to intensywne uczucie, gdy mięśnie się rozluźniają a ciało się odpręża.
Kiedy   całe   więzienie   wybuchło   radosnym   entuzjazmem,   a   więźniowie   zaczęli   uderzać
metalowymi talerzami w rury centralnego ogrzewania oczami wyobraźni zobaczyłem jak Luc
Leblanc wygrywa mistrzostwa świata w  Agrigento na Sycylii  w 1994 roku i  jak  Laurent
Brochard zwycięża w San Sebastian trzy lata później. Nie mogłem oderwać oczu, w których
lśniły jeszcze łzy od ekstatycznych tłumów wiwatujących na Polach Elizejskich. Zobaczyłem
też kolarzy Festiny tańczących z radości w pokoju hotelowym i śpiewających „We are the
champions”. To było dla mnie zbyt wiele. O mało nie zasłabłem. Na szczęście radość ze
zwycięstwa Francuzów przesłoniła wszystko inne.

W   poniedziałek   w   wiadomościach   telewizyjnych   mówiono   tylko   o   francuskich

piłkarzach.   Zaledwie   wspomniano   o   Tomie   Steelsie   –   zwycięzcy   etapu   w   Dublinie,   o
wywrotce Chrisa Boardmana na plamie oleju, o Janie Svoradzie finiszującemu po wygraną w
Cork. Innymi słowy zapomniano o mnie i byłem z tego bardzo zadowolony. Ale gazety tak
łatwo nie dawały spokoju. Dyrektor więzienia bez przerwy odbierał telefony od dziennikarzy.
Prasa chciała się upewnić, czy nadal przebywam na utrzymaniu państwa.

Co do mnie zaczynałem się przyzwyczajać do rutyny zycia w więzieniu: mieszaniny nudy,

drobnych niedogodnie i oczywiście telewizji.

5. Dzieci tabletek

17

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Rozumiem   teraz   Neila   Armstronga.   Wiem   dlaczego   pierwszą   rzeczą   jaką   zrobił   po

powrocie z Księżyca oraz wycałowaniu żony i dzieci było wzięcie prysznica – upajającego,
gorącego, niekończącego się prysznica. Zrozumiałem go 14. lipca. Tego dnia, jak co wtorek w
Loos, punktualnie o dziewiątej rano przypadał czas kąpieli. Powiadomiono mnie o tym w
poniedziałek wieczorem i przez całą noc nie myślałem o niczym innym. Właśnie mijał tydzień
od kiedy ostatni raz umyłem się w ciepłej wodzie, a miałem w zwyczaju brać prysznic dwa
razy dziennie. Wodą i mydłem zmyłem z siebie cały nagromadzony brud – ten na zewnątrz i
ten   wewnątrz.   Zwykły  prysznic   stał   się   sakramentem   oczyszczenia.   Kiedy   ciepła   woda
pieściła moje ciało, powróciłem myślą do czasów o wiele lat poprzedzających ten nieszczęsny
lipiec. Wróciłem tam, gdzie się wszystko zaczęło.

Znowu byłem w czasach dzieciństwa, w domu babci, dobry kilometr od domu rodzinnego

w Hofstade, w pobliżu Malines, gdzie co tydzień przychodziłem z bratem wziąć prysznic. W
domu rodziców była jedynie toaleta, więc co sobota chodziliśmy do babci, aby się porządnie
wyszorować przed niedzielą.

Ojciec   pracował   jako   maszynista  dla   belgijskich   kolei,   SNCB.   Matka   zajmowała   się

domem i dorabiała jako tapicer, za kilka franków tygodniowo. W tamtych czasach w domu
rozmawiało   się   głównie   o   futbolu.   Ojciec   był   prawoskrzydłowym   w   półprofesjonalnej
drużynie Malines FC. Grał nieźle na tej pozycji. Premie za zwycięstwa jakie otrzymywał
pozwoliły w 1951 roku na kupno małego domku. Po zakończeniu kariery piłkarskiej ojciec
przesiadł   się   na   rower,   jako   weteran.   Ja   rozpocząłem   treningi   w   klubie   Dijlespurters   w
Malines jako piętnastolatek. Nosiliśmy białe koszulki z barwami narodowymi Belgii: czarną,
żółtą i czerwoną na plecach. Sponsorem ekipy był browar Pilsor Lamot. 

Nie byłem złym zawodnikiem. Podczas mojego najlepszego sezonu wygrałem dziewięć

wyścigów, w sumie około dwudziestu. Ścigałem się z najlepszymi w owym czasie juniorami
belgijskimi: Eddym Merckxem, Hermanem Van Springelem, Walterem Godefrootem. Jeden
raz nawet wygrałem z Van Springelem, w wyścigu Kappelen opden Bos. Nie utrzymywaliśmy
jednak   kontaktów   towarzyskich,  gdyż  już   wtedy  byli  traktowani   jak   przyszli   mistrzowie.
Merckx wygrywał około trzydziestu wyścigów rocznie, był już „tym” Merckxem.

O dopingu farmakologicznym mówiło się tylko w półsłówkach. Pierwszy raz wziąłem coś

w 1962 roku, była to amfetamina. Miałem wtedy już osiemnaście lat i właśnie przeszedłem do
seniorów W tamtym czasie jeszcze nieźle dawałem sobie radę. Była niedziela, ścigaliśmy się
w Evere w pobliżu Brukseli, niedaleko domu mojego wujostwa. Razem ze mną jechał Gérard,
mój dobry kolega z klubu. Postanowiliśmy dla rozgrzewki przed startem przejechać jakieś
dwadzieścia kilometrów. Za nami jechał na małym skuterku mój ojciec.

W drodze Gérard szepnął, że zdobył jakieś białe pigułki. Nie powiedział skąd je ma, ale

nalegał:   ”Jesteś   w   dobrej   formie,   cała   rodzina   przyjechała   cię   zobaczyć,   spróbuj!”.   Nie
miałem wielkiej ochoty, ale dałem się przekonać. Dawkowanie było proste: jedna pigułka na
pół godziny przed startem, druga mniej więcej w połowie trasy.

Podszedłem   do  stolika  organizatorów,  aby się   zarejestrować   już   po  tym jak  wziąłem

pierwszą tabletkę. Czułem, że włosy na moich przedramionach sterczą jak u jeżozwierza i nie
mogłem opanować drżenia  całego  ciała.  Cudowny  eliksir  już  zaczynał  działać.  Musiałem
głęboko oddychać. Gdy dano sygnał do startu wyskoczyłem jak z procy. I nie byłem jedyny!
Jechałem tak szybko, że aż sam się przestraszyłem. Nie czułem głodu, ale dla odmiany przez
cały wyścig, liczący 120 km, odczuwałem ogromne pragnienie. Zacząłem myśleć, że jestem
gwiazdą! Napędzany amfetaminą mogłem dotrzymać koła najsilniejszym zawodnikom, takim
jak Willy In’T Ven, Julien Stevens, Georges Pintens, Willy Vekemans. Wszyscy byli starsi i
ocierali   się   o   profesjonalizm,   niektórzy  z   nich   mieli   zostać   w   przyszłości   przybocznymi
Merckxa. Same wielkie nazwiska! A wśród nich ja, nowicjusz i to ja dyktowałem warunki. To
ja inicjowałem ucieczki, ale grupa szybko mnie doganiała. Pewnie widzieli w moich oczach
coś, co nie pozwalało im mnie odpuścić.

18

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Przez piętnaście kilometrów dawałem z siebie wszystko. Było nas sześciu w ucieczce, a ja

czułem się tak mocny, że nie odczuwałem głodu. Nic nie zjadłem. Nie odważyłem się też
zażyć drugiej tabletki: bałem się, że jak to zrobię, to eksploduję. Całe to podniecenie zeszło ze
mnie na jakieś dwa okrążenia przed metą. A wtedy jakby nagle ktoś mnie znokautował, nic
nie widziałem i nic nie słyszałem. Gdyby jakiś człowiek wyszedł wtedy na szosę, wjechałbym
prosto w niego. Odpadłem od grupy prowadzącej, ale jakoś udało mi się ukończyć wyścig na
szóstym miejscu. W szatni Gérard podając mi mydło zaczął mi robić wyrzuty: „Dlaczego nic
nie zjadłeś na trasie? I dlaczego nie wziąłeś drugiej tabletki?” Oczywiście ta pierwsza próba
nie   uczyniła   ze   mnie   mistrza,   ale   poczułem   się   silny   jak   nigdy  i   spodobało   mi   się   to.
Wiedziałem, że przy następnej okazji znowu wezmę amfetaminę. To już nie była ciekawość,
tylko pożądanie.

Startowałem w gronie amatorów do dwudziestego trzeciego roku życia. W tym czasie

ojciec   z   dnia   na   dzień   robił   się   coraz   bardziej   natarczywy.  Podobała   mu   się   atmosfera
wyścigów, eleganckie  samochody, możliwość  otarcia się  o  gwiazdy. Chciał  żebym ja też
został  gwiazdą. A ja ciągle zażywałem amfetaminę, nie podczas każdego startu, ale dość
często, raz na pięć wyścigów, kiedy wiedziałem, że mam szansę na dobre miejsce. 

Na   początku   mojego   drugiego   roku   w   gronie   seniorów   zacząłem   uczęszczać   do

masażysty, byłego zawodowca, który  wprowadził  mnie  w   arkana innej,  znacznie  bardziej
ryzykownej   formy   dopingu.   Nie   chodziło   o   pigułki   brane   tuż   przed   startem,   ale   o
systematyczne przyjmowanie doustnego testosteronu. Kuracja trwała tydzień przed ważnym
startem, wystarczało to na dwa miesiące. To już nie było spontaniczne, ale przygotowane z
premedytacją. Wahałem się, ale mój ojciec zorientował się do czego to może  prowadzić.
Ojciec zawsze miał więcej silnej woli niż ja.

Rzuciłem  szkołę w wieku lat osiemnastu i natychmiast poszedłem  do  pracy na  stacji

benzynowej w Malines, gdzie przepracowałem dwa lata. Potem, oczywiście, nie można było
uniknąć piętnastomiesięcznej służby wojskowej w Siegen w Niemczech, byłem tam kierowcą
oficerów.   Kiedy  wróciłem   do   domu   ojciec   wysłał   mnie   na   obóz   treningowy  do   Włoch,
organizowany   przez   byłego   zawodowca,   Desire   De   Sloove,   właściciela   dużego   sklepu
rowerowego  w   Malines:   dwa   tygodnie  w   Desenzano,   w   pobliżu   jeziora   Garda,   za   6000
franków. Pojechałem tam z przyjacielem, Johnnym Van Campem. Znaleźliśmy się w małym
hotelu razem z kilkoma profesjonalistami z zespołu Solo Superior – drużyny Van Looya.

Mieszkaliśmy po czterech w pokojach: ja, Johnny i dwóch innych. Podczas treningów,

kiedy   robiliśmy   nawet   i   po   150   km,   nasza   dwójka   czuła   się   całkowicie   wyczerpana,
wracaliśmy do hotelu w strasznym stanie. Inni byli świeżutcy jak szczypiorek. Powód był
prosty: jechali na amfetaminie. Pewnego ranka zaskoczyłem jednego z nich jak w łazience
wstrzykiwał sobie coś w ramię i wtedy wszystko zrozumiałem. W czasie dwu tygodni obozu
schudłem osiem kilo. Po powrocie, startując w kilku wyścigach w Belgii czułem się zupełnie
wypluty już od samego początku.

Żebym mógł dalej pozwolić sobie na treningi, ojciec załatwił mi posadę dostarczyciela

prasy.  Codziennie   o   piątej   rano   ładowałem   dwieście   gazet   do   przedniego   kosza   mojego
roweru.   Mój   prosty   rowerek   sam   ważył   ze   dwadzieścia   pięć   kilko,   a   do   tego   jeszcze
pięćdziesiąt  kilo   papieru…Objazd   zajmował   mi  cały  ranek.   Ale   po  południu,   po   długiej,
porządnej sjeście, mogłem pójść na trening, bez tych cholernych gazet.

Po dwóch latach zrezygnowałem z posady, a równocześnie zakończyła się moja kariera

amatora.   Po   prostu   nie   dawałem   już   rady.  Ojciec   nie   odzywał   się   do   mnie   przez   sześć
miesięcy.  Podjąłem  pracę kierowcy  autobusu:   pokonywałem  trasę Malines  –  Vilvoorde  –
Bruksela cztery razy dziennie. Definitywnie przestałem interesować się kolarstwem. A mój
ojciec przestał się interesować mną.

19

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Myślę, że każdego z nas wcześniej czy później dopadnie to, co jest mu przeznaczone…

Któregoś   dnia,   kiedy   wysadzałem   ludzi   na   przystanku,   zauważyłem   wśród   nich   dwóch
mężczyzn i nacisnąłem na klakson. Myśleli, że trąbię na nich. Byli to Ward Janssens i Jef De
Schoenemaker   –   zawodowi   kolarze,   gwiazdy   lokalnego   klubu.   Jef   był   synem   naszego
rzeźnika. Z oboma przez wiele lat ścigałem się w klubie.

„Co, nie tęsknisz za rowerem? Może przyjdziesz z nami na Grand Prix de Fourmies w tą

niedzielę?”

Czemu nie? Nie miałem nic lepszego do roboty w ten weekend. Umówiłem się na rano z

Wardem   Janssensem   w   jego   domu.   Było  to   w   1972   roku,   jakieś   sześć   lat   po   tym,   jak
odpuściłem sobie karierę kolarską.

W   czasie   wypraw   z   Janssensem   poznałem   człowieka   nazwiskiem   Jean   de   Gribaldy

zwanego „Le Vicomte”. Był on wtedy kierownikiem grupy Warda, Magniflex, prowadził ją
wraz z Guillaume Driessensem. Czas mijał, a ja coraz bardziej wciągałem się w życie klubu.
Czasem   Ward   prosił   mnie   o   wymasowanie  mu   nóg   i   szybko   odkrył,   że   mam   do   tego
smykałkę.

Jesienią 1976 roku zapisałem się na osiemnastomiesięczny kurs masażysty do BLOSO,

znanego   instytutu   sportowego   w   Gandawie.   Program   szkolenia   obejmował   anatomię,
pierwszą pomoc i oczywiście praktyczne zajęcia z masażu. Nie stałem się jednak od razu
takim czarodziejem jak chociażby Gus Naessens, Maurice Depauw, Guillaume Michiels czy
Jaff D’Hondt, mający wówczas pozycję półbogów w środowisku masażystów. Potrafili oni
sprawić, że kolarze niemal fruwali. Wyznacznikiem sławy i sukcesu było już samo trafienie w
ich ręce. Ja zgłębiałem arkana sztuki przez osiem lat i dopiero po tym czasie zostałem uznany
za   dobrego   masażystę.   Aby   nabrać   renomy   trzeba   zajmować   się   znanym   zawodnikiem,
prawdziwym  mistrzem.   Zanim  jednak   to   osiągnąłem,   pracowałem   dorywczo,  na   zlecenie
różnych grup. W jednym tygodniu wynajmowała mnie grupa Frimatic, którą wtedy prowadził
de Gribaldy, w następnym Safir, Reno czy C&A. Płacono mi gotówką, dyskretnie, 70 franków
za dzień pracy: żadne pieniądze.

 Na prawdziwy kontrakt, z zespołem Flandria-Ca-va-seul musiałem czekać do 1979 roku.

Był   to   kontrakt   dziesięciomiesięczny,   który   trwał   tylko   do   końca   sezonu.   W   latach
siedemdziesiątych jedynym środkiem dopingującym mogącym być wykrytym w organizmie
była amfetamina – testy wprowadzono po śmierci Toma Simpsona na stoku Mont Ventoux w
czasie Touru 1967. Nie zmienia to faktu, że sterydy anaboliczne i kortykosterydy były w
powszechnym użyciu. I nie tylko wśród zawodników zespołu Flandria.

Oczywiście   na   początku   zawodnicy   nie   ufali   mi   za   grosz.   Starali   się   dyskretnie

dowiedzieć czegoś o nowym masażyście. Zdobycie ich zaufania wymagało dwóch lat pracy, a
pomogło mi w tym podglądanie innego masażysty. Widziałem jak w swoim pokoju wyciągał
cały sprzęt z wielkiej walizki, po czym układał wszystko na stole jak na wystawie sklepowej.
Skarb piratów!

Właściwie  to on wyuczył mnie fachu pokazując wszystko co ważne, ale równie dużo

rzeczy przede  mną ukrył. Przez   jakiś  czas byłem zaledwie  tolerowany: przyjęcie  do tego
hermetycznego świata nie było automatyczne. Kiedy jakiś zawodnik przychodził do pokoju
tego masażysty prosząc o tabletkę nasenna, ten przekręcał klucz w zamku. Tajemnica musiała
być zachowana, nawet jak nic nie było do ukrycia – aż do granic śmieszności. Pewnego dnia
inny z masażystów podpadł okrutnie. Chcąc utrzymać klimat tajemnicy pozamieniał naklejki
na  wszystkich swoich pojemnikach,   nawet  na  swoich  mazidłach  do   masażu.  Problem   się
pojawił,  kiedy  musiał nasmarować irchową wkładkę  w  spodenkach Waltera Planckaerta  i
pomylił słoiki. Zamiast kremu nawilżającego, który zmniejszyłby tarcie krocza o materiał,
użył mieszanki rozgrzewającej służącej do masażu nóg. Walter pewnie pamięta to do dziś
dnia…

Moje szkolenie opierało się głównie na zdobywaniu doświadczeń. Trzeba było mieć oczy

i uszy otwarte, wyciągać wnioski z podsłuchanych fragmentów rozmów, gestów, półsłówek i

20

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

cierpliwie składać to wszystko w całość. Ważne były rozmowy z zawodnikami, bo oni wiedzą
wszystko. Nawet  dzisiaj,  kiedy zawodnik  zostanie   złapany na  dopingu, klnie  się  na grób
swojej   matki,   że   podawano   mu   środki   farmaceutyczne   bez   jego   wiedzy  –   to   oczywiście
nieprawda. Zawodnicy  zawsze dokładnie zdają sobie sprawę z tego, co dostają. Zapewne
wiedzą nawet lepiej niż ja kiedykolwiek: znają swoje organizmy, wiedzą jak one reagują,
wiedzą   kiedy   przyjąć,   jaką   dawkę   i   czego.   Kiedy   startujesz   jako   zawodowiec,   musisz
profesjonalnie   podchodzić   do   wszystkiego.   Złapani,   zawsze   jednak   mówią   z   szerokim
uśmiechem na twarzy: „Nigdy niczego nie brałem, to wszystko mi dawali!”. Tak naprawdę, to
jedynie   skład   mieszanki   belgijskiej   jest   tajemnicą,   nawet   dla   kolarzy,   bo   każdy,   kto   ją
przygotowuje robi to na swój sposób. Co nie zmienia faktu, że zawsze jest to straszne gówno.
Daje kopa, ale to amfetamina dla ubogich. W latach osiemdziesiątych jej odpowiednikiem
były Tonedron i Pervitin, legendarne „Tonton” i „Tintin”, ale w porównaniu z „Belgiem”, to
substancje czyściutkie.

Krótko mówiąc, kiedy trybiki są dobrze naoliwione, jedynym zadaniem masażysty jest

odmierzanie wyliczonych wcześniej dawek i przygotowywanie stosownych mieszanek. Długo
jednak   trwa   zanim   relacja   masażysta   –   zawodnik   odpowiednio   się   wyklaruje,   więc   nic
dziwnego,   że   najlepsi   masażyści   współpracują   z   najlepszymi   kolarzami.   W   1979   roku
opiekowałem się trzema czy czterema zawodnikami, w tym Joaquimem Agostinho, wówczas
trzecim   zawodnikiem   Tour   de   France.   Początkowo   zajmowałem   się   tylko   masażem,   ale
stopniowo rozszerzałem zakres opieki. Mój pierwszy zastrzyk dożylny dałem Janssensowi,
był to środek przyspieszający regenerację po wysiłku. „Lepiej się przyłóż” powiedział. Byłem
blady ze zdenerwowania.

„No dawaj, szybciej! Zobacz mam tu żyłę jak autostrada!”
Trząsłem się jak liść na wietrze. Wziął mnie za rękę i sam poprowadził strzykawkę. Igła

weszła jak w masło.

Od   tego   momentu   przeszedłem   przez   całe   spektrum   farmakologii.   Amfetamina

wstrzykiwana w ramię lub brzuch, kortykosterydy, sterydy anaboliczne, nawet testosteron w
pośladek. Codzienne praktyki, nic nadzwyczajnego. Nikt nie uważał tego za oszustwo czy coś
niebezpiecznego.   Jedynie   amfetamina   była,  przynajmniej   w   teorii,   zakazana,   bo   dała   się
wykryć w moczu. Jednak aż do początku lat osiemdziesiątych nikt się nie przejmował jakimiś
kontrolami antydopingowymi…

Przed ważnymi wyścigami do standardowych mieszanek dorzucaliśmy ampułkę Decca-

Dorabulin

2

 25 lub 50. Jest to męski hormon anaboliczny. Kolarze, którzy go zażywali, znali

dawkowanie na pamięć i sami przypominali o ampułce 25 mg przed startem Touru czy w
połowie wyścigu, przed ważnymi górskimi etapami. Dobra strona: efekt zastrzyku odczuwa
się przez miesiąc. Zła strona: równie długo można środek wykryć w moczu.

Przed   wyścigiem   jednodniowym   wielu   zawodników   decydowało   się   na   ampułkę

Synacthenu   o   przedłużonym   działaniu,   związek   ten   stymuluje   nadnercza   do   produkcji
kortyzonu.   Okres   wiosennych   klasyków  trwa   sześć   tygodni:   od   połowy  marca   do   końca
kwietnia, więc przeważnie dawkuje się go zwiększając stopniowo dawkę co trzy dni.

Pomimo   kontroli   kolarze   często   brali   i   amfetaminę.   Kontrole   organizowano   podczas

wielkich wyścigów: Tour de France, Vuelta, Giro, po ważnych wyścigach jednodniowych i
etapowych. Wszystkie pozostałe  wyścigi nazywano w żargonie „Grand Prix  Koksiarzy” –
każdy brał, co chciał i w jakich chciał dawkach.

Co więcej, wszystko to wcale nie miało się zakończyć tylko z powodu wielkiego skandalu

podczas Tour de France. Wręcz przeciwnie…

2

1 Zdaje się, że Deca-Durabolin, czyli nandrolon depot, ale tak dwa razy stoi w tekście. 

21

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

6. Rura w tyłku

Nikt mnie o tym nie uprzedził. Nawet Serge, który zdaje się akurat miał dzień wolny.

Było  to   dla   mnie   całkowitym  zaskoczeniem,   nawet   szokiem.   W   piątek,   17.   lipca,   czyli
siódmego dnia mojego pobytu w więzieniu, strażnik otworzył drzwi celi.

„Do pokoju wizyt!”
„Pokój   wizyt”?   Mieszkałem   we  Francji  od   piętnastu   lat,   ale   niekiedy  potrzebowałem

trochę czasu żeby zrozumieć  dane wyrażenie czy sytuację. Pokój wizyt…Idąc korytarzem
zorientowałem się, że ktoś przyszedł mnie odwiedzić, ale doszedłem do wniosku, że to mój
adwokat, Ludovic Baron. Zgodnie z przepisami przed wejściem do pokoju wizyt musiałem
poddać się rewizji, potem trzeba było minąć kilkoro drzwi i kilku strażników, aby w końcu
dojść do długiego korytarza z ponumerowanymi szklanymi okienkami.

„Kabina 16”
Po wejściu zobaczyłem moją żonę, siedzącą po drugiej stronie szyby i uśmiechającą się

od ucha do ucha. Sylvie! Boże, jakże uradował mnie jej widok.

Siedzieliśmy tam, patrząc sobie w oczy i płakaliśmy. Między nami był stół, a pod nim

tafla przezroczystego plastiku, ale przynajmniej mogliśmy się dotknąć. Rozmowa się jednak
nie kleiła. Tak długo wyobrażałem sobie moment naszego spotkania, a kiedy już do niego
doszło, z wrażenia zabrakło mi słów.

W końcu jednak odzyskałem głos i zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim: o Charlotte i

Mathieu   –   naszych   dzieciach,   którymi   wówczas   zajmował   się   Eric   Caritoux,   kolarz
mieszkający po sąsiedzku; o policji z Lille, która przeszukała nasz dom; o prawniku, który
podjął się mojej obrony – Jean-Louis Bessie (polecono go mojej żonie, gdyż przed kilku laty
wygrał  bardzo   trudną   sprawę,   jego   wybór   był   sprawą   bardzo   istotną   biorąc   pod   uwagę
rozmiary sprawy); o domu, rozmowach telefonicznych, o wszystkim tym, co wiązało się z
niedawnymi, katastrofalnymi wydarzeniami w naszym życiu.

Jako że była to jej pierwsza wizyta, pozwolono Sylvie na przedłużenie odwiedzin  do

półtorej   godziny.   Żona   poinformowała   mnie,   że   Bruno   Roussel   telefonował   z   Irlandii   i
zapewniał, że ekipa Festiny zajmie się wszystkim, łącznie z opieką nad moją rodziną, gdyby
mój pobyt w więzieniu się przedłużał. Musiałem jednak oświadczyć władzom, że towar przy
mnie znaleziony był przeznaczony do mojego osobistego użytku. To żądanie nieszczególnie ją
zaniepokoiło,   ale   ona   znała   sprawę   tylko   z   relacji   telewizyjnych.   Nie   podobało   jej   się
natomiast to, że Bruno Roussel nakazał spalić moje notatniki. Zaniepokojona schowała je w
bezpiecznym miejscu.

Kiedy usłyszeliśmy kroki strażnika w korytarzu ze dwanaście razy powiedzieliśmy sobie

do widzenia i tyle samo razy uścisnęliśmy sobie dłonie dla dodania otuchy. Kiedy wróciłem
do   celi,   przypomniał   mi   się   inny   skandal   i   pomyślałem,   że   to   może   dopiero   początek
trzęsienia ziemi.

Skandal ten, olbrzymi jak na owe czasy, dał paru osobom czas do namysłu. Wiadomo

było, że kiedyś do niego dojdzie. 16 lipca 1978 roku, na szczycie l’Alp d’Huez Belg Michel
Pollentier, jeżdżący w barwach drużyny Flandria wygrał etap Tour de France przed Hennie
Kuiperem i Bernardem Hinault. Odebrał tym samym koszulkę lidera Josephowi Bruyère.

Dumny  jak   paw   i   niczym  niespeszony  Pollentier   pomaszerował   do   wozu,   w   którym

odbywała się kontrola antydopingowa. Postępował jak zwykle w takich sytuacjach, ale ten
jeden raz przeszedł do historii. Pollentier miał pod pachą umieszczoną gumową gruszkę z
rurką   wyprowadzoną  pod   długim   rękawem   koszulki   aż   do   nadgarstka,   gdzie   rurka   była
zatkana  koreczkiem.   Wszystko,  o  co się  musiał   zatroszczyć  to  odrobina  cudzego moczu,

22

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

reszta była prosta. Ktoś jednak podłożył Pollentierowi świnię, o czym media nie informowały,
bo same nie miały o tym pojęcia. Rurka była zablokowana. Kolarz zaczął się denerwować,
pocić,   aż   wzbudził   podejrzenia   lekarza   asystującego   przy   badaniu   swoją   zdecydowaną
odmową ściągnięcia koszulki. Tour zamienił się w farsę.

Pollentiera   zdyskwalifikowano,   wyrzucono   z   wyścigu   i   zawieszono   w   prawach

zawodnika na dwa miesiące. Co gorsza, popadł w niesławę jako pierwszy zawodnik złapany
na gorącym uczynku.

Historię  Pollentiera  opowiedział  mi   Fred De Bruyne,  ówczesny  dyrektor   sportowy

ekipy Flandria, kiedy pewnego dnia rozmawialiśmy o różnych, bardzo licznych, sposobach
unikania kontroli antydopingowej. Wtedy też mnie ostrzegł: „Nie bądź zbyt pewny siebie, bo
kiedy wszystko się wyda, upadek będzie bardzo bolesny”.

O ile mi wiadomo, od tego czasu nikt już nie ryzykował korzystania z tej metody, ale

pomysłowość ludzka jest nieograniczona. Kombinatorzy nigdy się nie poddają i to chyba jest
źródłem   postępu.   Przykłady   ludzkiej   pomysłowości   są   niezliczone,   jednym   z   nich   jest
chociażby zabaweczka, o której powiedział mi pewien masażysta z ekipy Ijsboerke.

Bierze się gumową rurkę, giętką, ale o dość sztywnych ściankach. Jeden koniec zatyka się

koreczkiem, na drugi zakłada prezerwatywę, mniej więcej do jednej trzeciej długości rurki.
Na koniec,  już  dla pełnego kamuflażu, do tej części rurki, która wystaje z prezerwatywy
przykleja się trochę sierści, włosia lub innych kłaków.

Kiedy po wyścigu, a przed kontrolą antydopingową, zawodnik idzie się przebrać do wozu

technicznego, dokonuje się drugi akt operacji. Prezerwatywę z rurką w środku wkłada się
delikwentowi   w   odbyt,  następnie  przy pomocy dużej   strzykawki  wpuszcza   się  do  środka
czysty mocz, zakorkowuje rurkę i przykleja się ją do skóry w linii krocza, aż do jąder. Włosie
jest potrzebne dla kamuflażu, gdyby lekarz obecny przy kontroli okazał się zbyt dociekliwy.
Prezerwatywa wypełniona moczem jest doskonale ukryta w odbycie, co ma też tą zaletę, że
mocz nabiera temperatury ciała. Gdyby lekarz otrzymał pojemniczek zimnego moczu, byłoby
to   zdecydowanie   podejrzane.   Ten   system   nie   wymagał   poprawek   –   nikt   niczego   nie
podejrzewał, więc przez trzy lata stosowaliśmy go bez większych problemów.

Po raz pierwszy wypróbowałem go na mało znanym zawodniku z drużyny Marc Zeep

Central. Poszło  jak w zegarku. Urządzenie było niezawodne, łatwe w obsłudze i wkrótce
stosowaliśmy   je   przy   każdej   okazji.   Jeden   z   największych   specjalistów   od   wyścigów
klasycznych   wypróbował   je   ze   znakomitym   skutkiem   po   wygranym  Wyścigu   Dookoła
Flandrii.   Nie   jest   to   jednak   sposób   dla   ludzi   o   słabych   nerwach.   Nie   można   być   zbyt
lękliwym, jeśli   ma  się   zamiar  stanąć  przed  lekarzem   przeprowadzającym  kontrolę  z   tego
rodzaju ustrojstwem w tyłku

3

! Kolarze są wojownikami na rowerach, a kiedy z nich zsiądą są

znakomitymi aktorami. Od czasu wpadki Pollentiera zawodnicy stający do badania muszą się
całkowicie rozebrać. Kiedy już nic nie można było ukryć pod pachą czy w kieszeni, trzeba
było wymyślić nową kryjówkę...

Pomimo tego, że wtajemniczyłem zaledwie garstkę zawodników, głównie Belgów, wieść

o nowym wynalazku rozeszła się lotem błyskawicy. Wiem jednak, że system został spalony
kilka lat później. Jak to zwykle bywa zawodnik czy też masażysta uradowany uniknięciem
wpadki w czasie kontroli wygadał się w zaufaniu temu czy innemu koledze, aż w końcu znany
niemiecki kolarz wpadł podczas jednego z wyścigów na ojczystej ziemi. Oczywiście wszystko
zachowano w tajemnicy.

3

 W niektórych wydaniach książki ten rozdział zilustrowany jest stosownymi fotografiami

23

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Były inne sposoby, aby obejść kontrolę, i to o wiele łatwiejsze. Jeżeli lekarz wyznaczony

do kontroli był w dobrym humorze, czasami pozwalał zawodnikowi pozostać w spodenkach,
kiedy   ten   oddawał   mocz   przy   otwartych   drzwiach   ubikacji.   Jeżeli   kolarzowi   udało   się
wcześniej wsunąć fiolkę z czystym moczem do nogawki, było po sprawie. Wystarczyło tylko
żebym   odwrócił   uwagę   lekarza   w   stosownym   momencie.   Wymyślono  też   wiele   innych,
podobnych sztuczek.

Jeżeli zawodnik był zmuszony do zupełnego obnażenia, zaczynało się robić nerwowo, ale

i na to mieliśmy swoje sposoby. W czasie gdy mój „klient” zaczynał narzekać, że nie może
oddać moczu, bo jest odwodniony i robił dużo zamieszania pijąc wodę, ja dyskretnie brałem z
podłogi jego spodenki i wyciągałem z nich ukrytą fiolkę z moczem. Czasem trwało to parę
chwil, ale zawsze udawało mi się znaleźć odpowiednie miejsce na schowanie fiolki: w rogu
wozu, za zasłoną czy za rezerwuarem w toalecie. Lekarz w końcu tracił cierpliwość, odwracał
się czy wychodził, a wtedy zawodnik szybko ukrywał naczyńko w dłoni.  Zawsze lekarze
dawali pierwsi za wygraną. Mogą być skrupulatni, ale w końcu nie są celnikami pracującymi
na granicy.

Innym dobrym wynalazkiem był bandaż na ramieniu, który mógł służyć do ukrycia fiolki

– bardzo wygodne na wyścigu wieloetapowym. Oznajmialiśmy prasie, że taki to a taki kolarz
odniósł obrażenia podczas kraksy, ale jest zdeterminowany jechać dalej i dzielnie stanie na
starcie następnego dnia. Nikt nie pytał po co mu opatrunek, bo wszystko wyglądało bardzo
naturalnie.   Kiedy   bandażowaliśmy   ramię,   zostawialiśmy   trochę   miejsca   na   metalowy
pojemniczek,   a   w   odpowiednim   momencie   zastępowaliśmy   go   prezerwatywą  wypełnioną
świeżym moczem.

Chęć oszustwa  skłania niektórych z kolarzy do uciekania się do niezwykle bolesnych

metod. W pewnych ekipach lekarz (posiadający być może specjalizację z urologii) pobierał
mocz z pęcherzy zawodników, zanim ci zażyli niedozwolone środki, tak na wszelki wypadek.
W razie potrzeby wstrzykiwano ten mocz z powrotem do pęcherza wprowadzając strzykawkę
na jakieś dwa centymetry do cewki moczowej

4

. Kolarz musiał tylko zacisnąć zęby, a potem

spokojnie mógł udać się na badanie.

Na początku lat osiemdziesiątych wymyśliłem nowy sposób obejścia kontroli, stosowany

jednak tylko w sytuacjach podbramkowych. Potrzebna była fiolka oklejona dwustronną taśmą
klejącą,   taką,   jaką   się   stosuje   do   mocowania   dywanów.   Żeby   uniknąć   przyklejania   się
paprochów odrywało się pasek zabezpieczający dopiero w ostatniej chwili. W wozie gdzie
przeprowadzano kontrolę antydopingową, kiedy zawodnik przechodził obok mnie, dyskretnie
przyklejałem fiolkę do jego pośladka tak, aby lekarz kontrolujący nic nie zauważył. Zawodnik
szedł do toalety i podmieniał mocz. Wystarczyło tylko trochę wyobraźni.

Niestety czasami plany brały w łeb z powodu nieprzewidzianych okoliczności. Niektórzy

kolarze bardzo się pocili pod koniec wyścigu. Któregoś dnia fiolka ześliznęła się i spadła na
podłogę. Na szczęście akurat w tym momencie lekarz się odwrócił. Natychmiast krzyknąłem
„Cholera!”,   przykryłem  dowód   rzeczowy  koszulką   kolarza   i   moim   plecakiem,   udając,  ze
przed chwilą niechcący zrzuciłem je na podłogę. I tym razem się udało.

Czasami dochodzi do sytuacji jak z filmu komediowego. Najlepsza z nich przytrafiła się

nie   zawodnikowi,   ale   jego   żonie,   podczas   kontroli   antydopingowej   po   etapie   do   l’Alpe
d’Huez w czasie Touru w 1979 roku. Dla zawodnika było to nieco wstydliwe. Nie był dobry
w jeździe  po górach, postanowił więc zażyć rano trochę amfetaminy. Nie chodziło mu o
pokonanie najlepszych wspinaczy, a jedynie o utrzymanie się w normie czasu. Ostrzegałem
go: „Uważaj, wiesz przecież, że to Tour de France, a nie jakiś wioskowy wyścig. Mogą cię

4

 Ooops!

24

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

wylosować   do   kontroli   antydopingowej”.   Odpowiedział   beztrosko:   „To   tak   samo
prawdopodobne jak to, że gołąb mi narobi na głowę jak będę wychodził z hotelu”.

Kiedy jednak spojrzał na listę wylosowanych zawodników, wywieszoną na pół godziny

przed końcem etapu, okazało się, że tym razem gołąb nie chybił celu...

Trzeba było wdrożyć plan ratunkowy. W tak podbramkowej sytuacji mogliśmy zrobić

tylko jedną rzecz: wsunąć mu w spodenki fiolkę z czystym moczem, a potem niech się już
sam martwi. Trafił się jednak jakiś wyjątkowo skrupulatny lekarz, który ani na chwilę nie
spuszczał zawodników z oka. Widok kolarza, byłego mistrza, który miał za chwilę głupio
wpaść na przyjmowaniu zbyt dużej ilości magicznego napoju, nie był budujący. Biedak nic
nie mógł zrobić. Byłem tak samo zdenerwowany jak on....

Z wrażenia spociłem się tak bardzo, że aż musiałem wyjść z wozu. Na zewnątrz wpadłem

na żonę zawodnika, która akurat przyjechała z wizytą.

„Długo on tam będzie siedział?”
Wyjaśniłem,   że   sytuacja   robi   się   dramatyczna.   Ku   mojemu   wielkiemu   zaskoczeniu,

kobieta wydawała się niewzruszona.

„No i dobra, będzie miał nauczkę!”
Starałem   się   gorączkowo   wymyślić   jakieś   wyjście   z   sytuacji,   kiedy   nagle   moja

towarzyszka zasłabła i osunęła się na ziemię.

„Lekarza, lekarza! Kobieta zemdlała!”
Policjant pilnujący terenu zaczął  walić pięściami w drzwi wozu. Przejęty ratowaniem

potrzebujących lekarz pośpieszył na ratunek chorej, która odzyskała przytomność po dwu czy
trzech klepnięciach w policzek. Jej mąż miał aż nadto czasu, aby zrobić to, co było trzeba.

„Nic się nie stało. To chyba przez ten upał”.
Uratowany kolarz nie przechwalał się zbytnio, kiedy już dotarliśmy do hotelu.
Aby zrozumieć co dzieje się za zamkniętymi drzwiami wozu kontroli antydopingowej

wystarczy posłuchać o czym rozmawiają kolarze mijający się w drzwiach. Jak uczniowie
wchodzący i wychodzący z egzaminu dzielą się uwagami na temat egzaminatorów, tak oni
przekazują sobie informacje, wymieniają pojedyncze słowa lub czynią drobne gesty. Mówią:
„OK, doktor jest w porządku” albo „Uważaj, strasznie pilnuje” albo „Każe się rozbierać do
naga”. Dlatego najlepiej nie iść na pierwszy ogień, aby mieć czas na opracowanie planu gry.

Najlepszym sposobem, aby kontrola przebiegała bezproblemowo było mieć odpowiednią

renomę. Komisja czasami przymykała oko na szachrajstwa sławnego kolarza. To trochę tak
jak z bankiem, który chętnie pożycza pieniądze bogatemu klientowi i jeszcze przy tej okazji
wręcza mu kwiaty. Efekt sławy sięga nawet do brzegu muszli klozetowej w wozie kontroli
antydopingowej. Lekarze też są pod wrażeniem paru minut spędzonych z mistrzem: jest czas
na uścisk dłoni, autograf, uśmiech, parę miłych słów. Gwiazdę można złapać na gorącym
uczynku i tak wszystko jej ujdzie na sucho.

Czas tego rodzaju sztuczek dobiegł końca w połowie lat osiemdziesiątych. Coraz częściej

zwycięzca prosto z podium maszerował na kontrolę antydopingową. Nie zezwalano nawet na
„przebranie   się”   w   wozie   ekipy.   Testy   bardzo   uproszczono,   przez   co   stały   się   bardziej
miarodajne,  szybsze   i   pozostawiały  znacznie   mniej  pola   do   manewru.  Coraz   rzadziej  też
używano   amfetaminy,   z   wyjątkiem   otwierających   sezon   wyścigów,   gdyż   kontrole
rozpoczynały się od Paryż – Nicea i Mediolan – San Remo. W czasie treningów nikt się nie
przejmował   takimi   głupstwami.   Powszechnie   stosowano   sztuczkę   polegającą   na   tym,   że
podzieloną   na   pół   strzykawkę   zawierającą   małe   ilości   amfetaminy   wszywało   się   lub
przyklejało do wewnętrznej strony koszulki na wysokości żołądka. W razie potrzeby po prostu
wbijało się igłę w powłoki brzuszne.

Nadal królowały niewykrywalne środki. Kortyzonu nie można wykryć w moczu po dziś

dzień. Testosteron wypłukuje się z organizmu czwartego dnia po zażyciu, a niektóre środki

25

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

anaboliczne – po tygodniu....Koksiarze mogą nadal z czystym sumieniem oświadczać: nic nie
wykryto, nic nie brałem. I nadal są o tym przekonani. To tak, jakby ktoś powiedział, że jazda z
prędkością 180 km/h tam gdzie nie ma zainstalowanych kamer jest równoznaczna z jazdą z
dozwoloną prędkością.

7. Chcesz batonika z oczkami?

Sędzia obiecał, że nie zostanę za kratkami dłużej niż przez tydzień. Był 20. lipca, a ja już

od dziesięciu dni gniłem w mojej celi.

5

.Dwa dni wcześniej całą ekipę Festiny relegowano z

Touru, a ja nadal nie mogłem się z tym pogodzić. Raz po raz oglądałem w TV płaczącego
Virenque’a opuszczającego kawiarnię Chez Guillou w Corrèze po swojej ostatniej konferencji
prasowej. Widok ten wciąż na nowo łamał mi serce, czułem się jak złodziej, który dostrzegł
ile złego mojego życiu wyrządził. Z mojego powodu w pył rozpadły się nadzieje najlepszej
ekipy kolarskiej świata. Na myśl o wyjściu z więzienia dostawałem gęsiej skórki. Oczami
wyobraźni widziałem wściekły tłum, linczujący mnie za wyjawianie branżowych tajemnic.
Nieświadomie nacisnąłem czerwony guzik, czym rozpętałem wojnę.

Kiedy  po   raz   kolejny   analizowałem   w   myślach   całą   tą   sytuację,   przyszedł   po   mnie

strażnik.

„Idziemy. Dwóch policjantów czeka na pana”.
Znowu wszystko miało się zacząć od nowa. Co tym razem? Po wszystkich rewizjach,

przesłuchaniach i groźbach sam już nie wiedziałem na czym stoję.

Policjanci przedstawili się, po czym wyjaśnili cel swojej wizyty. Na początku nakazali

przedłożyć   jakieś   świadectwo,   że   pracowałem   dla   ekipy   Festina   jak   utrzymywałem.
Oczywiście nie miałem przy sobie żadnego dowodu tożsamości, więc zostałem zaprowadzony
z powrotem do biura, gdzie wręczono mi moje rzeczy osobiste Odzyskałem aktówkę i plecak,
które   bez   wątpienia   zostały   już   dokładnie   przeszukane.   Nie   miało   to   jednak   znaczenia:
policjanci przetrząsnęli moje rzeczy na nowo: bieliznę, faks zapraszający mnie do wioski
startowej, moje karty kredytowe. A na końcu znaleźli to, czego tak metodycznie poszukiwali:
mój terminarz na bieżący sezon. Zwyczajny skoroszyt, na który do tej pory nikt nie zwracał
uwagi, nagle stał się dowodem oskarżenia. Policjanci odnosili się do mnie w bardzo miły
sposób, ucięliśmy sobie nawet przyjacielską pogawędkę, bez jakichś podtekstów czy spięć.
Jeden był nawet na tyle miły, że wyjaśnił, iż „przewożenie substancji niebezpiecznych dla
zdrowia” może mnie bardzo drogo kosztować. 

„Dlaczego nie poprosi pan o widzenie z sędzią zanim on pana wezwie w piątek? Im

wcześniej pan wszystko wyzna tym lepiej. Jeśli pan chce my się o to zatroszczymy”.

Nie   mogłem   się   nie   zgodzić,   tym   bardziej,   że   przy   pierwszym   spotkaniu   z   sędzią

kluczyłem jak mogłem. Starałem się mu wmówić, że towar został wwieziony w ciężarówce
ekipy,  ale   najwidoczniej   mi   nie   uwierzył,  gdyż   przy  następnym  przesłuchaniu,   23.   lipca
wyraźnie   spytał   o   nazwisko   osoby,   która   przywiozła   towar   do   Francji.   I   tu   mnie   miał!
Zacząłem się jąkać, po czym zaproponowałem, żeby zadał to pytanie następnego dnia, w
czasie „konfrontacji” czyli wspólnego przesłuchania mnie, Roussela i Rijckaerta. ‘Wolałbym,
żeby Bruno Roussel odpowiedział na to pytanie. Jeżeli on nie odpowie, ja to zrobię”. Sędzia
wyraził zgodę.

Na szczęście Roussel wybawił mnie z kłopotu. W końcu był jednym z nielicznych, być

może jedynym w ekipie na kierowniczym stanowisku, który wziął na siebie odpowiedzialność
za   własne czyny i  zrozumiał,  że  kłamstwo  prowadzi   donikąd.  Nie  można  zbyt  długo się
okłamywać.

5

 Ha, powiedział jednak „moja cela”!

26

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

W pierwszych latach mojej pełnoetatowej pracy dla belgijskich ekip Flandria, Marc Zeep

Centrale   i   Daf   -   Trucs,   czyli   w   latach   1979   –   1981,   zrozumiałem,   że   dla   większości
zawodników   oszustwo   staje   się  sposobem  na  życie.   Wszystko   zależało   tylko od  sytuacji.
Pamiętam   zwłaszcza   Wyścig   Dookoła   Niemiec   wiosną   1979   roku,   kiedy   to   impreza   ta
powróciła do kalendarza międzynarodowego po kilku latach przerwy.

Przed   metą   w   Dortmundzie,   gdzie   wszyscy   spodziewali   się   końcowego   zwycięstwa

Niemca   Dietricha   Thurau,   był  tylko  jeden   naprawdę   ciężki   etap,   z   sześciokilometrowym
podjazdem   zaraz   po   starcie.   Jeden   z   kolarzy   zespołu   Flandria,   Albert   Van   Vlierberghe,
zawodnik   przyzwoity,   ale   niezbyt   lubiący   wspinaczkę,   postanowił   sobie   to   wzniesienie
odpuścić.

„Weź mnie do samochodu. Ja ich znam: odskoczą mi na podjeździe, a potem będę musiał

cały dzień gonić jak głupi”.

Dopiero zaczynałem pracę i nie śmiałem odmówić kolarzowi. Bałem się i o niego, i o

siebie.

„Nie   przejmuj   się,   Willy.   Jak   ktoś   mnie   zobaczy   w   samochodzie,   powiemy   że   się

wycofałem, proste!”.

I tak, na kwadrans przed startem, wyruszyliśmy samochodem: on z kurtką masażysty na

ramionach   i   ja,   spocony   jak   mysz.   Dotarliśmy   do   szczytu   wzniesienia,   gdzie   droga   się
wypłaszczała i tam zaparkowałem samochód za jakąś szopą. Musiałem przygotować bidony
dla   kolarzy,   więc   zostawiłem   go   tam,   ukrytego   za   stodołą   i   czekającego   na   odpowiedni
moment aby wmieszać się w tłum jak gdyby nigdy nic. Wszystko przebiegło tak, jak to sobie
zaplanował: zaraz po starcie peleton podzielił się na kilka grupek, co bardzo ułatwiło mu
zadanie. Jak tylko przejechały pierwsze samochody, głównie z dziennikarzami, wśliznął się
pomiędzy dziesięcioosobową ucieczkę, a grupę pościgową. Dogonił z łatwością ucieczkę i, co
najlepsze, dał radę ukończyć etap na szóstym miejscu.

Mógłbym podać wiele podobnych przykładów. Brutalna siła przegrywa często z odrobiną

pomyślunku.  A   dobry  pomysł  jest   żyłą  złota,   co   kiedyś  widziałem   na   Wyścigu  Dookoła
Flandrii, mniej więcej w tym samym czasie. „Ronde” jest czymś wyjątkowym, zwłaszcza dla
Flamanda takiego jak ja - 250 km po pagórkowatym terenie, brukowane drogi, wyścig dla
twardych mężczyzn. Wyścig odbywa się na tak ograniczonym terenie, że widzowie nawet bez
samochodu są w stanie kilka razy zobaczyć przejeżdżających tych samych kolarzy. 

Na  spokojnej  drodze  prowadzącej  w   kierunku  mety  napotkałem   znanego  mi   dobrego

kolarza spoza mojej ekipy. Sądząc po prędkości, z jaką jechał, właśnie wycofał się wyścigu.
Spytałem czy nie chce żeby go podwieźć na metę, ale podziękował machnięciem dłoni. 

„Nie, nie, jakoś się doturlam. Trochę za długi ten wyścig jak na moje nogi”.
Zostawiłem go jadącego w spacerowym tempie i podążałem swoją drogą. Jakąś godzinę

przed przyjazdem na metę pierwszych kolarzy stałem sobie na linii finiszu i rozmawiałem z
zaprzyjaźnionym masażystą. Nagle głośnik wypluł nazwisko tego właśnie kolarza, którego
spotkałem kilka godzin wcześniej.

Pomyślałem, że to jakieś nieporozumienie. Zapewne kolarz wmieszał się w grupę, kiedy

ta  go dublowała   i   jakoś  się   zahaczył.  Tak  mogło  być,  ale  ja   ciągle miałem  wątpliwości.
Zawodnik ten miał brata, również kolarza. Myślałem, że ktoś pomylił jednego z drugim.

W zwyczajowym zamieszaniu na mecie zapomniałem o cały zdarzeniu, aż dotarłem do

wozu kontroli antydopingowej. Czyje nazwisko było na liście, jako tego, który zajął drugie
miejsce? „Mój” kombinator, który zrobił tego dnia 80 km mniej niż konkurencja! Czego oczy
nie widzą, tego sercu nie żal, jak zwykle! 

Wpadliśmy   na   siebie   kilka   tygodni   później.   Kiedy   ironicznie   gratulowałem   mu

wspaniałego występu początkowo udawał, że nie rozumie. Po chwili jednak, kiedy w moim
spojrzeniu   zauważył   rozbawienie   i   niedowierzanie,   zorientował   się,   że   znam   prawdę   i
zakończył rozmowę prostym stwierdzeniem: „Siedź cicho, dobra?”.

27

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Te  sztuczki   to małe miki   w  porównaniu z   tym, czego  może  dokonać  zgrany tandem

zawodnika i lekarza. Wiele można by powiedzieć o pewnym wyścigu Liege – Bastogne –
Liege z końca lat siedemdziesiątych. Klasyk ten jest prawdziwym pomnikiem kolarstwa, to
najstarszy i  jeden  z  najtrudniejszych wyścigów jednodniowych, a zwycięstwo  w  nim  jest
bardzo prestiżowe,  gdyż wygrać go może  jedynie bardzo wszechstronny kolarz u szczytu
formy.

Kolarz,   o   którym   chcę   opowiedzieć,   przygotowywał   się   do   startu   bardzo   starannie,

wykorzystując „wszystkie dostępne technologie”. Nie obawiał się kontroli, gdyż wyznaczony
do nich był jego własny lekarz! Lekarz, który nadzorował przygotowania garstki najlepszych
kolarzy, a równocześnie pracował w komisji antydopingowej Federacji. Innymi słowy – drugi
Rijckaert, gdyż Eric również pracował dla władz flamandzkich. Lekarze tacy byli wyznaczani
przez   Ministerstwo   Sportu   do   przeprowadzania   kontroli   nie   tylko   podczas   wyścigów
kolarskich,   lecz   także   meczy   piłkarskich   i   turniejów   bokserskich.   Tacy   specjaliści   byli
wszędzie:   we   Włoszech,   we   Francji,   i   zawsze   byli   otoczeni   gromadkami   kolarzy   w
charakterze pacjentów. Pod tym względem nic się nie zmieniło do dziś dnia.

Warto   wspomnieć,   że   większość   takich   lekarzy  „przygotowujących”  zawodników   do

startów dba o swoich podopiecznych i nie pozwala sobie na lekceważący stosunek do sprawy.
Doktor   taki   jak   Rijckaert   zawsze   stara   się   zaspokoić   rosnące   żądania   swoich   klientów.
Pamiętam też, że kiedyś odmówił podpisania licencji pewnemu belgijskiemu kolarzowi, u
którego   podczas   rutynowych   badań   okresowych   wykrył   nieprawidłowości   pracy   serca.
Chłopak odszedł do innej grupy. Dziewięć miesięcy później zmarł na atak serca podczas jazdy
na rowerze. 

W   latach   osiemdziesiątych   warto   było   spróbować   wszystkiego.   Celem   wzmocnienia

grupy, dla której pracowałem przyjęto nowego, doświadczonego zawodnika. Przybył z długą
lista sukcesów na koncie oraz wypchaną walizeczką. Był do mnie przyjaźnie usposobiony,
więc nie ukrywał nic ze swoich przygotowań medycznych. Opowiedział mi o nielegalnych
substancjach, które przyjmował, o tym, jakie dawki są bezpieczne i jak regenerować organizm
po   ich   zażyciu.   Wiele   się   od   niego   nauczyłem,  bo   nie   wystarczy  tylko  wiedzieć,   czego
używać,   trzeba   również   robić   zastrzyki   w   odpowiednim   momencie   i   znać   optymalne
proporcje,   jeżeli   przygotowuje   się   mieszankę.   Starsi   masażyści   nie   powiedzieli   mi
wszystkiego,  ale   nie   miałem   o   to   do   nich   żalu.   Ja   zachowywałem   się   tak   samo   wobec
młodszych kolegów po fachu. Zdobywając doświadczenie sami musieli się o niektóre rzeczy
dowiadywać, tak samo jak i ja.

Kilka dni po zakończeniu Tour de France zawodnik, o którym mówię, oświadczył, że ma

zamiar wygrać ważny wyścig rozgrywany za kilka tygodni. Na dziesięć dni przed startem
rozpoczął kurację Synacthenem Retard, kortyzonem o przedłużonym działaniu

6

, wstrzykując

ampułkę   co  dwa   dni.   W   dniu   wyścigu,   na   pół   godziny  przed   startem   przyjął  zastrzyk  z
Synacthenu   o   natychmiastowym  działaniu   –   substancji   do   dziś   powszechnie   stosowanej
podczas   jednodniowych   wyścigów,   gdyż   jest   niewykrywalna.   Wiedział   dokładnie   czego
potrzebował i w którym momencie, nigdy też nie popełnił najmniejszego błędu.

Nie   zawsze  jednak  wszystko  układało  się   jak  po  maśle.  Zapamiętałem  jeden  Wyścig

Dookoła Lombardii w latach osiemdziesiątych. Rano w dniu startu zawodnik, który osiem
godzin później wygrał ten wyścig, przyjął domięśniowy zastrzyk z Synacthenu o działaniu
natychmiastowym, licząc na stopniowe uwalnianie się leku i długotrwałe jego działanie. W
pierwszej strefie bufetu znajdował się jakieś dwie minuty za ucieczką, która uformowała się
tuż po starcie. Nie wystartował dobrze, ale już w drugiej strefie bufetu, po dwóch trzecich
dystansu, dogonił ucieczkę. Następnie odzyskał siłę w nogach i wygrał po samotnej akcji. W

6

 Synacthen to analog hormonu kortykotropowego, a nie kortyzon

28

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

pierwszej   fazie   wyścigu   zimno   i   zbyt   duża   dawka   kortyzonu   dały   efekt   przeciwny   do
zamierzonego – spowolniły zawodnika. Kolarz jednak się nie zniechęcił i wykrzesał z siebie
siły,   które   pozwoliły   mu   na   skuteczny   finisz.   Był   na   tyle   dobry,   że   wygrałby   i   bez
wspomagania. Tak jak pieniądze nie dają szczęścia, ale bardzo ułatwiają do niego drogę, tak
doping nie stworzy mistrza, ale dobremu zawodnikowi nie zaszkodzi.

Innym  przykładem   sytuacji,  kiedy  zawodnik   pomylił   się   w   wyliczeniach   był  tak

zwany „sukces” Berta Oosterboscha, znakomitego holenderskiego czasowca, podczas Grand
Prix des Nations w 1982 roku. Trasa wyścigu składała się z dwóch okrążeń po 45 km wokół
Cannes.  Na   pierwszym   punkcie  pomiaru   czasu,   po  osiemnastu   kilometrach,  Oosterbosch,
który specjalizował się raczej w krótkich czasówkach był dopiero osiemnasty, półtorej minuty
za prowadzącym. W połowie dystansu holenderski rudzielec był jedenasty, po 75 km czwarty,
niecałe trzy minuty za późniejszym triumfatorem Bernardem Hinault, a na metę wjechał z
trzecim czasem, tracąc niecałe dwie i pół minuty do „Borsuka”. Końcowy odcinek przejechał
jak błyskawica, a prasa później wychwalała jego przemyślną taktykę i umiejętne rozłożenie
sił, zwłaszcza na długim podjeździe pod Vallauris.

Prawda   wyglądała  jednak   zupełnie   inaczej.   Synacthen  o   natychmiastowym  działaniu,

który Oosterbosch przyjął na krótko przed startem spowolnił go w pierwszym odcinku trasy,
ale zawodnik nie panikował nawet kiedy musiał użyć jednocześnie obu nóg aby przesunąć
pedał. Zamiast się poddać, odczekał cierpliwie, aż organizm zacznie funkcjonować tak jak
powinien. Synacthen zadziałał godzinę później, choć dla Oosterboscha było już o godzinę za
późno na końcowe zwycięstwo.

Sporządzając   długą   listę   sposobów,   do   których   się   uciekaliśmy   aby   zakamuflować

stosowanie środków dopingujących nie można pominąć „batonika z oczkami”. Nawet jeśli
nadal można się ścigać na amfetaminie – a Grand Prix Koksiarzy odbywa się po dziś dzień –
nie   jest   dobrym  pomysłem  przyjmować  ją   na   oczach   wszystkich.  Bawiliśmy  się   więc  w
upychanie w owocowych batonach pięciomiligramowych tabletek Pervitinu czy Captagonu.
Układaliśmy dwie tabletki jak oczka, czasem dodając nos, jeśli zawodnik potrzebował trzech
tabletek. Niektórzy kolarze potrzebowali nawet i 100 mg amfetaminy na jeden wyścig, w
takim   wypadku   układaliśmy   na   batoniku   nie   buźkę,   ale   cały   szkielet!   Rano   w   hotelu
chodziłem od pokoju do pokoju i pytałem kto potrzebuje oczu, kto noska, a kto buźki na
swoim batoniku i wszyscy doskonale wiedzieli o co chodzi. Doping, w tej czy innej formie,
zawsze był integralną częścią kultury kolarstwa na światowym poziomie.

Był  jednak przynajmniej jeden przypadek, kiedy cały arsenał środków dopingujących:

Synacthen o przedłużonym i natychmiastowym działaniu,  200  mg, 500  mg, błyskawiczne
dopalacze i powoli uwalniające się substancje, okazał się całkowicie bezużyteczny. Było to
podczas mistrzostw świata w Goodwood, w Anglii, w 1982 roku, gdzie znalazłem się jako
masażysta ekipy belgijskiej. Wieczorem w dniu poprzedzającym wyścig, Freddy Maertens,
jedna z największych gwiazd naszej ekipy, zjechał do hotelu taksówką. Kiedy przez kilka
minut nie dawał znaku życia, zaczęliśmy się nie na żarty niepokoić, ale wtedy zobaczyliśmy
go idącego ku nam przez salę restauracyjną – pijanego w sztok. Następnego dnia miał bronić
tytułu mistrza świata, ale nie powstrzymało go to od zalania się w trupa. W takim stanie nie
nadawał się do niczego i my nie mogliśmy już nic zrobić. Myśleliśmy nawet o podaniu mu
jakiegoś   środka   pobudzającego,   ale   w   tym   momencie   spał   już   snem   sprawiedliwego.
Następnego dnia przejechał trzy okrążenia i po cichu wycofał się z wyścigu

3

.

3

 Nawiasem mówiąc, pod koniec kariery u Maertensa była już wyraźnie widoczna „buźka

sterydowa”

29

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Związek   między   masażystą   a   zawodnikiem   nie   zawsze   polega   na   wspólnej   pracy

koncepcyjnej  nad  optymalnym  przygotowaniem  do  Wielkiego   Dnia,   co   obrazuje   historia,
która wydarzyła się przed jednym z Wyścigów Dookoła Lombardii w latach osiemdziesiątych.

Wieczorem w dniu poprzedzającym wyścig pojechaliśmy na prezentację ekip w dwóch

samochodach. Nasz dyrektor sportowy miał uczestniczyć w zebraniu kierowników ekip, więc
zostawiliśmy mu jeden z wozów, a sami, aby powrócić do hotelu upchaliśmy się w kombi.
Kolarz,  o   którym  chcę   opowiedzieć,   zasiadł   za  kierownicą,   a  mnie  przypadło miejsce  w
bagażniku, pomiędzy torbami zawodników.

Kierowca nigdy nie przepuścił okazji, aby się popisać kosztem innych. Chcąc zabawić

kolegów   zaczął   miotać   się   po   szosie   od   krawężnika   do   krawężnika   oraz   gwałtownie
hamować. Rzucało mną na wszystkie strony, ale im głośniej się skarżyłem, tym on bardziej
błaznował. W końcu boleśnie wyrżnąłem głową w sufit.

W hotelu wyjaśniłem, co o tym myślę w krótkich słowach. „Naprawdę mnie wkurzyłeś.

To, że jesteś gwiazdą nie oznacza, że możesz robić, co ci się podoba!”

Wrzeszczeliśmy na siebie przez dłuższy czas. Wieczorem, kiedy masowałem mu nogi nie

odezwałem się ani słowem. Kiedy nadszedł czas aby zatroszczyć się o inne jego potrzeby,
konkretnie o zastrzyk z kortyzonu, bez zbędnej uprzejmości przygotowałem fiolkę i rzuciłem
ją na stolik nocny.

„To twoje gówno. Dobranoc!”
Sam musiał zrobić sobie zastrzyk, co jednak nie sprawiło mu większych trudności.

Następnego ranka stosunki między nami nadal były napięte, po prostu się ignorowaliśmy.

Kilka godzin później przekraczał linię mety z ramionami wzniesionymi w górę. Byłem

wtedy w strefie technicznej na mecie, a on zauważył mnie, kiedy zwolnił. Padliśmy sobie w
objęcia i płakaliśmy jak dzieci.

Rozmaitość środków dopingujących stosowanych w kolarstwie jest tak duża, że dla

każdego   znajdzie   się   cos   dobrego.   Kolarstwo   jest   sportem   wytrzymałościowym,   ale
zawodnicy czasem zażywają też środki pobudzające. Niektóre z nich są zalegalizowane przez
federacje sportowe, chociaż ich stosowanie jest niekorzystne dla zdrowia. Tak jest z kofeiną
wstrzykiwana domięśniowo podczas etapów górskich czy czasówek, a przede wszystkim z
lekiem Trinitrin. Zawiera on wysokie dawki kofeiny, która natychmiast pobudza pracę serca

7

.

Dobrze wiedzą o tym sprinterzy: na pięć czy sześć kilometrów przed finiszem łykają tabletkę i
na rezultaty nie trzeba długo czekać. Podobnie dzieje się podczas prologów, które wymagają
krótkotrwałego, bardzo intensywnego wysiłku. Z tego, co mi wiadomo, zawodnicy zaprzestali
stosowania   kofeiny   w   początkach   lat   dziewięćdziesiątych,   gdyż   jej   regularne   zażywanie
mogło mieć zgubne skutki, nawet jeśli władze jego nie zabroniły.

Zaryzykowałbym twierdzenie, że sześćdziesiąt procent kolarzy przyjmuje jakieś środki

dopingujące. Nie zawsze ci sami zawodnicy i nie zawsze te same środki. Wśród kolarzy
panuje ciągła rotacja: są na przykład ci, którzy powracają po kontuzji, ci, którzy główne cele
wyznaczyli na  druga połowę  sezonu   i  na  razie  spokojnie   się  przygotowują,  są  ci,   którzy
kończą sezon i są w okresie roztrenowania i ci, którzy pragną wygrać jeden konkretny wyścig.
Niektórzy są w stanie znieść większe obciążenia treningowe i ukończyć trzy wielkie toury w
jednym sezonie bez załamania formy, taka jest po prostu ich konstrukcja fizjologiczna.

Powszechnie stosowanym środkiem były czopki, do których wstrzykiwało się kofeinę

lub amfetaminę. Zamawialiśmy w aptece obojętne czopki po 200 lub 300 mg. Byli nawet
zawodnicy,   którzy   prosili   o   czopki   500-miligramowe,   których   przepisy   zakazywały.
Farmaceuci nie  są  głupi,  doskonale   wiedzieli,   do  czego   potrzebujemy  tych czopków,   ale
przymykali  na   to   oko.   Zawijaliśmy  czopki   w   folię   aluminiową   żeby  się   nie   roztopiły   i
umieszczaliśmy w termosach, które miałem przy sobie. W strefie bufetu, gdzie wydawaliśmy

7

4 Trinitrin to nitrogliceryna, a nie kofeina

30

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

kolarzom torby z prowiantem, przyklejałem je taśmą klejącą do bidonów, które umieszczałem
wśród   żywności.   Takie   bidony  nazywano  ratunkowymi.   Jakieś   osiemdziesiąt   kilometrów
przed   metą,   kiedy   kolarz   chciał   się   przygotować   do   końcowego,   kluczowego   odcinka
wyścigu, wystarczyło tylko zjechać na pobocze...

Na początku każdego sezonu zamawiałem w belgijskiej aptece 2000 małych fiolek z

przezroczystego  plastiku,   do   użytku  przed   wyścigiem.  Umieszczałem   w   nich   kolejno:   na
spodzie ciemnobrązową tabletkę Anemine (kofeina, starałem się nie przekraczać dawki 400
mg), żółtą tabletkę Hexacine lub biały Coltramyl, aby zwalczyć skurcze i w końcu zielony
Thiocticide,   by   ograniczyć  wytwarzanie   toksyn.   Tabletki   były  przykryte  watą,   na   której
układałem kolejne trzy tabletki: czerwony Persentin o działaniu pobudzającym, białą Berevine
B1, również ograniczającą wpływ toksyn na mięśnie i przezroczystą żółtą kapsułkę witaminy
E, redukującą zmęczenie. 

Kolarze   zażywali   te   tabletki   według   potrzeb,   żaden   z   tych   leków   nie   był  zresztą

nielegalny. Wszystko zależało od przebiegu zawodów, od kondycji kolarza i jego pozycji w
wyścigu. Musiałem zamawiać tak wiele fiolek, gdyż kolarze po zażyciu tabletek po prostu je
wyrzucali. Jak  sobie pomyślę ile  ich  musi   leżeć do dzisiaj   w  rowach  przydrożnych  całej
Europy...

Przed rokiem społeczeństwo dowiedziało się, że system, którzy pieczołowicie stworzył

Bruno   Roussel,   miał   przynajmniej   częściowo   uchronić   kolarzy   przed   przyjmowaniem
środków dopingujących na własną rękę, bez znajomości ich działania. Jednak dziesięć lat
wcześniej zawodnicy sami wykazywali inicjatywę tak samo jak dzisiaj i było to tak samo
niebezpieczne.   Kolarze  byli zdani  na  własną  ciekawość i   chciwość  ludzi,   bynajmniej nie
dbających o ich bezpieczeństwo. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają.

8. Mieszanka szaleńca

Odwiedzał mnie każdego popołudnia z wyjątkiem weekendów. Czwartek 21. lipca nie był

wyjątkiem  od   reguły.  Spotkaliśmy  się   przy  etoile,  miejscu  spotkań   na  parterze,  po   czym
zamknęliśmy się w biurze, przeznaczonym do tych celów. Mój adwokat, Ludovic Baron był
porządnym człowiekiem. Szybko przeszedłem z nim na ty, gdyż tak mam w zwyczaju. W
Belgii jest się na ty z wszystkimi poza księdzem, lekarzem i bankierem. A ja jestem pod tym
względem typowym Belgiem.

Od   razu   mnie   poinformował,   że   „konfrontacja”   między   Bruno   Rousselem,   Erikiem

Rijckaertem i mną odbędzie się 24 lipca o wpół do dziesiątej - mieliśmy stanąć twarzą w
twarz i porównać nasze zeznania. Z niecierpliwością czekałem na to spotkanie. Wiedziałem,
że początkowo obaj zaprzeczali temu, co zeznałem, chciałem więc aby w obecności sędziego
ustalić co jest prawdą. Zarówno Roussel, jak i Rijckaert zostali objęci formalnym śledztwem,
a postawione im zarzuty były nawet poważniejsze niż moje. Obawiałem się jednak, że sędzia
da   raczej   wiarę   słowom   człowieka   na   kierowniczym   stanowisku   i   związanego   przysięgą
Hipokratesa niż faceta od „przynieś – wynieś – pozamiataj”. Zanosiło się na to, że będzie ich
słowo przeciwko mojemu, kiedy już staniemy oko w oko. Była to sytuacja, w której człowiek
musi podjąć odpowiedzialność za swoje czyny, a jedynym sędzią jest jego własne sumienie.

Nadal   byli  tacy,   którzy  opłakiwali   Jeana   de   Gribaldy,  zwanego   Le   Vicomte.   Był   on

człowiekiem o niezłomnym charakterze, z którego zdaniem trzeba się było liczyć. W świecie
kolarskim było wielu mistrzów, prawdziwych osobowości, a De Gribaldy zawsze zajmował
centralne miejsce na rodzinnej fotografii. Dwa lata, 1982 i 1983, które spędziłem u jego boku,
naznaczyły mnie na zawsze.

31

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

De Gribaldy był niezależnym duchem, człowiekiem bardzo wrażliwym, a równocześnie

utrzymującym duży dystans wobec kolarzy. Zawsze zwracał się do nich bardzo formalnie,
nigdy na ty. Jako jeden z pierwszych zwrócił uwagę na odpowiednie odżywianie sportowców
i nie tolerował żadnych odstępstw od ścisłej diety. W tamtych czasach kolarze nie mieli tak
jak dziś postury wieszaka na płaszcze, ale raczej przejawiali tendencję do lekkiej nadwagi. Na
początku sezonu zażywali amfetaminę nie tylko po to, żeby przetrwać wyścig, ale również aby
szybko zbić wagę. 

Le Vicomte znał tylko jeden sposób na obniżenie wagi: jeść mniej. Spalając tak wiele

kalorii  w   czasie  wyścigu, kolarze   są  permanentnie głodni,  ale  „Stary”  bezkompromisowo
nadzorował swoją trzódkę. Pamiętam pierwszy obóz treningowy jego ekipy Sem-France-Loire
w   Mandelieu   na   Lazurowym  Wybrzeżu   w   lutym   1983   roku.   Ukrywał   przed   kolarzami
wszystko:  pieczywo,  masło,   wino.   Musieli   jeść   suchy  chleb.   Byli  tak   głodni,   że   zamiast
relaksować się w swoich pokojach, ustawiali się w kolejce do kolacji już o wpół do ósmej. Le
Vicomte uciekał się nawet do dodawania bromu do potraw kolarzy, aby tylko jedli mniej.
Dodawał też do sałatek i makaronu wyciągu z drożdży – doskonałego sosu skądinąd. Tę
praktykę sam wprowadzałem później w moich drużynach. Wyciąg z drożdży, nie brom.

Ekipa,   którą   zajmował   się   de   Gribaldy  była   najwyższych  lotów:   Sean   Kelly,  Steven

Rooks, Jean-Marie Grezet, René Bittinger...Ostatni dwaj byli pod opieką Pierre’a Ducrota,
masażysty i kręgarza, którego poznałem w 1979 roku i który później zajmował się Gillesem
Delionem w ekipie Helvetia. Ducrot postępował za De Gribaldim krok w krok, razem z nim
przeszedł  do ekipy Sem-France-Loire. Nasze podejście do fachu było, delikatnie mówiąc,
zupełnie odmienne, pokłóciliśmy się nie raz i nie dwa razy. Ducrot był głosem wołającym na
puszczy: nie wierzył w medycynę, nie mówiąc już o chemii, a dawał pierwszeństwo diecie i
homeopatii. A Jean De Gribaldy miał do niego pełne zaufanie.

Le Vicomte angażował się nawet do przygotowywania bidonów dla kolarzy. W każdej

ekipie zajmowali się tym masażyści, ale nigdy nic nie wiadomo...De Gribaldy zamykał się w
swoim   pokoju   i   nikogo   nie   wpuszczał   do   środka.   Później   się   dowiedziałem,   że   nie   ufał
nikomu i bardzo się bal żeby nikt nie dodał czegoś podejrzanego do bidonów.

Opinię   dobrego   masażysty  zyskałem   pracując   właśnie   dla   ekipy  Sem-France-Loire,  a

konkretnie współpracując z Seanem Kellym. Był on znakomitym specjalistą od wyścigów
jednodniowych, których  w  swojej  karierze wygrał dziesięć:  dwukrotnie Paryż –  Roubaix,
dwukrotnie Mediolan – San Remo, dwukrotnie Liège – Bastogne – Liège, trzykrotnie Wyścig
Dookoła   Lombardii,   podobnie   jak   Blois   -   Chaville

8

,   nie   wspominając   o   Gandawa   –

Wevelgem, Grand Prix des Nations, hiszpańskiej Vuelcie czy etapach na każdym wielkim
wyścigu. Przejawiał niezwykłą odporność na ból, a jego kariera trwała niemal dwadzieścia lat.
Tacy kolarze rodzą się niezwykle rzadko. Zanim człowiek stanie się mistrzem, już musi być
ulepiony ze szczególnej gliny.

Poznaliśmy  się pod  koniec  lat siedemdziesiątych.  Mieszkał  wówczas  w  Vilvoorde  na

przedmieściach   Brukseli,   jakieś   siedem   kilometrów   od   mojego   domu,   dzięki   czemu
utrzymywaliśmy  dość   bliski   kontakt.   Pomimo   tego,   że   jeździł   dla   innej   drużyny,  często
przyjeżdżał do mnie na masaż, płacąc mi dzienną stawkę. Poznałem go i od strony fizycznej, i
emocjonalnej,   gdyż   nie   można   zapominać,   że   każdy   zawodnik   musi   być   traktowany
indywidualnie.   Każdy   człowiek   jest   unikatowy,   nie   wolno   więc   stosować   sztywnych,
standardowych metod przygotowań.

Historia, która wydarzyła się całkiem niedawno, dobrze ilustruje ten fakt. Wiosną 1998

roku Laurent Dufaux wygrał w cuglach Wyścig Dookoła Romandii. Był w życiowej formie, a
zawdzięczał to zastrzykom z kortyzonu. Fakt ten nie umknął uwagi jego kolegi z zespołu i
rodaka Szwajcara Alexa Zülle, który świeżo dołączył do nas na jesieni. Na tydzień przed

8

 I nijak nie wychodzi dziesięć!

32

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

rozpoczęciem Giro D’Italia, Zülle, który miał być liderem Festiny na ten wyścig i jednym z
faworytów, zgłosił się do mnie z prośbą o taką samą „kurację”.

„Nie   potrzebujesz   żadnego   wspomagania.   Masz   klasę,   a   to   więcej   niż   potrzeba,

przynajmniej na prolog”.

Alex i tak był bardzo silnym zawodnikiem, prawdopodobnie dlatego, że stosował hormon

wzrostu   jako   przygotowanie   przed   kortykosterydami.   Kiedy   się   chce   stuningować   wóz
Formuły 1, trzeba zająć się równocześnie oponami, silnikiem i aerodynamiką. Każdy element
musi   być  perfekcyjny.  Tak   samo   jest   z   kolarzem.   Po   każdym  etapie   można   ocenić  stan
zawodnika porównując wyniki badań pracownianych i odczyty monitora pracy serca, który
zawodnik ma założony podczas jazdy. Można w ten sposób przewidzieć załamanie i zwyżkę
formy.

Hiszpański   masażysta,   który   zajmował   się   Züllem,   nie   przejmował   się   takimi

drobiazgami. Myślał, że może stosować te same metody, które sprawdziły się w przypadku
innych zawodników. Wstrzykiwał mu więc wysokie dawki kortykosterydów, które zaburzyły
delikatną równowagę hormonalną, ustaloną wcześniej na podstawie precyzyjnych wyliczeń.
Kiedy hormony

9

  powoli budowały masę mięśniową, kortykosterydy powodowały jej zanik.

Skutek był katastrofalny: przez pierwszych dziesięć dni Zülle był najsilniejszym zawodnikiem
w całej stawce, po czym osłabł i zupełnie przestał się liczyć.

Rozwód   z   moją   pierwszą   żoną   na   początku   sezonu   1984   roku   był   tak   przykrym

przeżyciem,   że   zaraz   po   zakończeniu   Vuelty   w   początkach   maja,   zdecydowałem  się   na
zmianę klimatu celem uporządkowania życia osobistego i oczyszczenia umysłu. Powróciłem
do peletonu w początkach czerwca, pracując dorywczo dla małej francuskiej ekipy.

W   grupie   mieliśmy   doświadczonego   zawodnika,   który   czuł   duży   sentyment   do

jednodniowego   wyścigu   Bordeaux   –   Paryż.   Klasyk   ten,   obecnie   już   nieistniejący,   był
symbolem pewnej epoki. Startowano o jedenastej wieczorem z Bordeaux. Kolarze jechali w
jednej grupie, ciepło  poubierani do Poitiers,  gdzie  docierali o  świcie. Tam  mieli  godzinę
przerwy   na   zmianę   ubrania,   masaż   i   niewielki   posiłek,   po   czym   wyruszali   za   małymi
motorowerami zwanymi Derny w drogę do Paryża. Dopiero w drugiej części wyścig zaczynał
się na dobre, chociaż w całości był fascynującym, ale i budzącym lęk widowiskiem.

Zawodnik,   o   którym   mówię,   podczas   tamtego   wyścigu   był   bardzo   zdeterminowany.

Zaledwie opuściliśmy Poitiers, podjechał do wozu technicznego, wyraźnie podenerwowany.

„Kurwa mać, dawaj mi zaraz zastrzyk!”
Nie był to dobry pomysł. Zawsze istniało ryzyko, że ktoś z sąsiedniego samochodu nas

przyuważy, a byłaby to bardzo kłopotliwa sytuacja. Naprawdę nie był to odpowiedni moment
na ściąganie gatek, odkażanie skóry wacikiem umoczonym w spirytusie, wbijanie igły przez
okno,   rozcieranie   pośladka,   żeby   lek   dobrze   się   rozprowadził   i   wciąganie   spodenek   z
powrotem. 

„Guzik mnie to obchodzi. Ładuj tą cholerną strzykawkę. Pośpiesz się!”
Zrobiłem  mu  zastrzyk przez  spodenki.  Na  mecie w   Paryżu rzucił  mi  się  w objęcia  i

westchnął „Boże, Willy, jak ja się fajnie czuję! Dobrze, że zatrzymałeś mnie na mecie, bo już
pewnie byłbym w Lille”.

Bordeaux – Paryż był tak nieludzkim wyścigiem, że nie sposób było go przetrwać bez

sztucznego   wspomagania.   Znałem   pewnego   belgijskiego   sportowca,   który  zasadniczo   nie
przyjmował żadnych środków dopingujących, prosił jedynie o specjalną mieszankę na ten
właśnie wyścig: zastrzyk w pośladek z Kenacortu wystarczał mu na pierwsze sześć godzin, a
do Paryża dojeżdżał już na doustnym hydrokortyzonie. Wracał do domu z lekkim sercem i

9

 Wzrostu?

33

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

czystym sumieniem. Kontrola antydopingowa nigdy nic nie wykazała. Bordeaux – Paryż był
również   dla   masażystów   wymagającym   wyścigiem.   Dwa   dni   bez   odpoczynku,
przygotowywanie   bidonów,   wydawanie   żywności   kolarzom,   pilnowanie   ich   z   wozu
technicznego podążającego za peletonem: żeby to wytrzymać, niektórzy z nas sami musieli
cos zarzucić, głównie Captagon.

Wyścig   Paryż   –   Roubaix   jest   ostatnim   z   takich   szaleństw   kolarstwa.   Nawet   dzisiaj

niektórzy kierownicy ekip stosują stare, sprawdzone metody.  Byli kolarze dobrze wiedzą,
czego potrzebują, aby wytrzymać na stanowisku za kierownicą. Są oczywiście wyjątki. Ktoś
taki jak na przykład Bruno Roussel nigdy by niczego nie zażył, ale on nie był nigdy kolarzem i
biorąc udział w „Piekle Północy” wolał oddać kierownicę komuś innemu, a samemu stanąć
gdzieś na poboczu, żeby w stosownym momencie podać zawodnikowi bidon czy koło na
zmianę. 

Kiedy Captagon wyszedł z mody, ludzie przestawili się na mieszankę belgijską. Ostatnio

wiele   się   o  niej   mówi,   ale   warto   wiedzieć,   że   jest   w   obiegu  już   od   około   piętnastu  lat.
Początkowo nazywano ją „mieszanką szaleńca”, gdyż następnego dnia po zażyciu wyglądało
się   jak   po   pobycie  w   zakładzie   zamkniętym.   Właściwie   nikt   nie   wiedział,   co   dokładnie
zawiera;   byliśmy   jedynie   pewni,   że   amfetaminę.   To   dowodzi   jak   bardzo   mieliśmy   w
pogardzie własne zdrowie, zarówno kolarze jak i ekipa techniczna. Byli nawet tacy, którzy ją
wstrzykiwali   dożylnie   –   wystarczyłoby   zbadać   dyrektorów   sportowych   jadących
samochodami po kostce brukowej między Paryżem a Roubaix – u większości z nich testy
dałyby wynik pozytywny. 

Jakiś czas później poznałem dyrektora sportowego, Francuza, który posuwał się nawet do

własnoręcznego robienia zastrzyków z mieszanki swoim podopiecznym. Dowiadywał się od
lekarzy lub masażystów jakie działanie mają leki, kiedy je podawać i w jakich dawkach. W
tamtych czasach jego ekipy nie było nawet stać na własnego lekarza. Poza tym jak chcesz,
żeby coś było dobrze zrobione, musisz sam tego dopilnować. 

Środki dopingujące nie tylko pomagają zawodnikom zwyciężać, ale czasami chronią ich

od całkowitego załamania formy. Celem Seana Kelly’ego na Tour 1983 roku było zdobycie
zielonej koszulki punktowej, a celem jednego z jego kolegów z drużyny - dojechanie do mety
w Paryżu,  dla zaspokojenia własnych ambicji i  aby pomóc Kelly’emu. Nie miał wyboru:
amfetamina   i   kortykosterydy   pomogły   mu   utrzymać   się   na   siodełku.   Wiele   modlitw
odmówiliśmy,   aby   omijały   go   kontrole   antydopingowe.   Mieliśmy   zawsze   w   pogotowiu
dwustronną taśmę klejącą, ale na szczęście nie musieliśmy jej użyć. Dojechał do Paryża, a i
Sean Kelly dowiózł swoją zieloną koszulkę do Pól Elizejskich.

Raz podczas Touru otarliśmy się o katastrofę, kiedy zawodnik w żółtej koszulce lidera był

w   wielkich   kłopotach.   Żeby   utrzymać   pozycję   potrzebował   pomocy   z   zewnątrz,
zdecydowaliśmy  się   więc   na   iniekcję   Synacthenu  o   przedłużonym  działaniu.   Sam   kolarz
powiedział   „W  czasie  Touru nie   stosuję  niczego  zabronionego”.  Oznaczało   to  substancje
niewykrywalne, podobnie jak dla nas wszystkich.

Następnego dnia zawodnik nie był w stanie dotrzymać koła i odpadał na najmniejszym

wzniesieniu, a tych było akurat sporo, jako że wyścig wjechał w Pireneje. Stracił tego dnia
żółtą koszulkę. Dzięki temu błędowi zyskałem przydomek „bloker”, a tego rodzaju opinia
bardzo   długo   ciągnie   się   za   człowiekiem.   Nawet   po   latach   potrafił   się   znaleźć   ktoś,   kto
wywlekał to wydarzenie i wyśmiewał się ze mnie. Tamten Tour nie miał wyraźnego faworyta,
więc nasz zawodnik miał realne szanse na zwycięstwo w całym wyścigu.

Paradoksalnie, ta straszliwa klęska, unicestwienie naszych nadziei, było również pewnego

rodzaju zwycięstwem tych, którzy zwalczali doping. Było to jednak pyrrusowe zwycięstwo.
Dla kolarza była to walka o wszystko albo nic. I pozostaliśmy z niczym. 

34

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Często  brałem  udział  w   cyklu  kryteriów ulicznych  trwającym  przez   trzy  tygodnie  po

zakończeniu Tour de France. Zazwyczaj podróżowałem wtedy jednym samochodem z dwoma
belgijskimi kolarzami. Wszystko się mogło zdarzyć w czasie takiego objazdu! Nie uznawano
żadnych reguł ani ograniczeń. Najbardziej wybuchowe koktajle świata!

Zawodnicy często grupowali się po siedmiu – ośmiu, czasami po mniej. Wszystko robili

razem, podobnie jak wspólnie ustalali wyniki wyścigów na kilka dni wcześniej. Zazwyczaj
rzecz się miała następująco: po kolacji każdy zainteresowany dorzucał cos do wspólnej puli:
ampułkę Pervitinu, ampułkę Tonedronu, trochę MD. Wszystko było staranne mieszane, po
czym   wydzielane   w   równych   porcjach   i   wstrzykiwane   podskórnie.   Zazwyczaj   trochę
zostawiali dla mnie, żebym nie zasnął za kierownicą następnego dnia. Pamiętam jak kiedyś w
Normandii, podczas kryterium w Saint Martin de Landelles późnym rankiem zebraliśmy się w
czyimś domu. Wyścig, jeżeli można to tak nazwać, miał się odbyć po południu. Wokół stołu
siedzieli:  mistrz Francji, dwóch zwycięzców Tour de France, dwóch triumfatorów Vuelty,
dwóch mistrzów świata  i  zwycięzca  wyścigu Châteauroux  –  Limoges, który wszakże  ma
nieco niższą rangę.

Jeden z kolarzy zachorował na dziesięć dni przed wyścigiem Paryż – Bruksela, który

idealnie pasował do jego możliwości, ale którego ani razu nie udało mu się wygrać. Miał
zapalenie oskrzeli i przez tydzień leczył je efedryną, która świetnie oczyszcza oskrzela, ale ma
tą wadę, że daje pozytywny wynik testów antydopingowych. Przestał przyjmować lek na trzy
dni przed startem, gdyż nie chciał ryzykować, chociaż w owych czasach kontrole nie były tak
drobiazgowe jak obecnie.

Po zakończeniu wyścigu musiał poddać się badaniom. Nie było się czego obawiać. W

szortach   ukryliśmy  fiolkę   z   moczem,   który   uprzejmie   zaofiarował   mechanik   i   zawodnik
przeszedł kontrolę bezproblemowo.

Kilka   dni   później   kolarz   otrzymał   list   od   międzynarodowych   władz   kolarskich

informujący go, że jego wynik po wyścigu Paryż – Bruksela jest pozytywny. Co wykryto?
Stimul, który jest pochodną amfetaminy. Zawodnik był zdruzgotany. Przeprowadziłem małe
dochodzenie i szybko wykryłem winnego. Żeby nie zasnąć za kierownicą mechanik zażył
trochę amfetaminy, a później o tym zapomniał. Kolarz został zdyskwalifikowany, a od tego
czasu mechanik zawsze dobrze się zastanowił, zanim zaofiarował się z pomocą.

Jeżeli doping był regułą, zdarzały się rzadkie wyjątki od tej reguły. Mogę opowiedzieć

historię  zupełnie  wyjątkową, wyjątkową  dlatego, że   dotyczy Wyścigu Dookoła  Hiszpanii,
który trwa aż trzy tygodnie i jest bardzo wymagający.

Zawodnik, o którym chcę opowiedzieć wystartował w wyścigu mając na koncie zaledwie

jeden rok w zawodowym peletonie i raczej ograniczone ambicje. Drużyna nie miała lidera,
jechało w niej tylko kilku chłopaków, których jedyną ambicją było pokazać się na którymś z
etapów. Ale na kilka dni przed zakończeniem wyścigu, nasz kolarz założył żółtą koszulkę

10

.

Był to tak niespodziewany wyczyn, że aż niewiarygodny, prawdziwa zniewaga dla drużyn
hiszpańskich,   które   za   wszelka   cenę   usiłowały  odebrać   mu   przodownictwo.   Pomimo   to,
zawodnik   dzielnie   się   trzymał.   Widząc,   że   zwycięstwo   im   się   wymyka,  niektóre   ekipy
usiłowały wywierać wpływ na lidera przy pomocy różnych sposobów – brzydkich sztuczek,
ofert   finansowych,   gróźb   –   ale   zawodnik,   któremu   już   wtedy  stale   towarzyszyło  dwóch
ochroniarzy, pozostał nieugięty. 

Może to się wydawać nieprawdopodobne, ale kolarz ten nie zażył niczego nielegalnego

podczas owej Vuelty. Nic, poza substancjami ułatwiającymi regenerację po wysiłku. Na mecie

10

 Na Vuelcie to chyba złotą.

35

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

był   zupełnie   wycieńczony,   ale   udało   mu   się   dowieźć   zwycięstwo   do   Madrytu.   Cóż   za
osiągnięcie!

Ale jedynie dzieci są czyste, niewinne i prostoduszne. Z czasem życie wymusza na nich

kompromisy. To mniej więcej stało się z rzeczonym kolarzem. Trudno pozostać aniołem w
takim   środowisku.   Po   głośnym  sukcesie   czasami,   jak   Odyseusz,   ulegał   śpiewowi   syren.
Kiedyś będąc liderem ekipy hiszpańskiej na Tour de France, przyjmował Kenacort 40. Nigdy
jednak   nie   nadużywał   substancji   dopingujących.   Przyjmował   pomoc   z   zewnątrz   jedynie
wtedy, kiedy był w szczytowej formie i jedynie wtedy, gdy zależało mu na konkretnym celu.

9. Zdaje się, że okłamywaliśmy Richarda…

W piątek, 24. lipca śniadanie z trudem przechodziło mi przez gardło. Dowiedziałem się,

że Bruno Roussel zeznał w obecności sędziego, iż w grupie istniał w pełni zorganizowany
system   zaopatrywania   zawodników   w   środki   dopingujące,   nie   byłem   więc   jedynym
człowiekiem   dźwigającym   brzemię   odpowiedzialności.   Thibault   de   Montbrial,   paryski
adwokat Roussela od początku postępowania obrał sprytną linię obrony. Przystał na prośbę
swojego klienta, aby trzymać się z daleka od mediów i udzielać informacji tylko podczas
konferencji prasowych. W czwartek sędzia zgodził się na 45-minutową rozmowę ze mną, w
czasie której zorientowałem się, że daje wiarę moim słowom. Wcześniej  spotkałem się z
moim nowym obrońcą, mecenasem Bessis, który zapoznał się z aktami sprawy i zaapelował o
zwolnienie   mnie   z   więzienia.   Niepokoiłem   się  jedynie  o  to  jak   zareagują  dwaj  pozostali
mężczyźni w sali przesłuchań: Rijckaert i Roussel – pozostaniemy przyjaciółmi czy staniemy
się wrogami?

O wpół do dziesiątej skuto mi ręce i zaprowadzono do furgonetki, gdzie dołączyłem do

czterech   innych   więźniów.   Pojechaliśmy   do   Pałacu   Sprawiedliwości,   na   teren   którego
dostaliśmy   się   przez   „mysią   dziurę”   z   tyłu   budynku.   Kątem   oka   spostrzegłem   tłumy
dziennikarzy koczujące przy głównym wejściu do budynku. Długim korytarzem przeszliśmy
do  poczekalni,  gdzie  siedziało   już   około   dwudziestu  osób.  Wtedy  zobaczyłem  go po  raz
pierwszy od  dnia   zatrzymania. Siedział   na ławce,  zatroskany  i  nieobecny  duchem.  Kiedy
podniósł   wzrok   i   dostrzegł   moja   osobę,   odczytałem  w   jego   oczach   zaskoczenie.   Ledwie
zdążył skinąć głową, kiedy dwaj policjanci dali mi znak, abym szedł dalej. Nie widziałem
Brunona od dwóch tygodni.

Moja   podróż   osiągnęła   swój   cel   na   dziesiątym   piętrze,   w   małym   pomieszczeniu

naprzeciwko biura sędziego Keila. Bruno i Erik weszli na salę jeden za drugim, również skuci
kajdankami. Po latach wspólnej pracy siedzieliśmy obok siebie w krępującym milczeniu. W
końcu dotarło do mnie, że przez te wszystkie lata przyzwyczailiśmy się do igrania z ogniem.

Przez cały czas pracy dla ekipy RMO, od 1989 do 1992 roku, ignorowałem powszechnie

obowiązujące przepisy, przynajmniej jeśli chodzi o niektórych kolarzy. W tamtych czasach
stosowaliśmy jeszcze bardzo prymitywne metody. Kolarze po amatorsku majstrowali przy
swoich organizmach, pomimo tego, że wraz z rekordem Mosera w jeździe godzinnej z 1984
roku   rozpoczęła   się   nowa   era   w   kolarstwie.   Moser   przejechał   51,   151   km,   poprawiając
znacznie wszystkie poprzednie rekordy i po raz pierwszy przekraczając granicę 50 km. Przed
swym wyczynem  zrezygnował ze   startów   w  wyścigach na rzecz  przygotowań pod  okiem
Profesora Conconiego, a na dzień przed ustanowieniem swojego rekordu przejechał w ciągu
godziny 50, 808 km. Mając w pamięci, że Merckx, najwybitniejszy kolarz wszechczasów po
ustanowieniu swojego rekordu w 1972 roku (49,431 km) nie był w stanie usiąść przez cztery
dni, łatwo zrozumieć jak zaskoczeni byli wszyscy wyczynem Mosera

11

. Wyglądało na to, że

11

  Moser   bił   rekord   na   specjalnie   przygotowanym  rowerze   (pełne   koła,   specjalna   rama).   Pod   koniec   lat

dziewięćdziesiątych  UCI   unieważniła   wszystkie  rekordy   w  jeździe   godzinnej   ustanawiane   po   1972   roku   i
postanowiła uznawać tylko rekordy ustanawiane na klasycznych rowerach. Obecnym rekordzistą jest bodajże
Boardman, który w 2000 roku przejechał 49,882 m (ale się nie upieram, bo cytuję z pamięci)

36

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

włoscy   zawodowcy   wyprzedzają   nas   o   lata   świetlne   i   musimy   się   bardzo   starać,   aby
dotrzymać im kroku.

Wszyscy masażyści zastanawiali się jak Moser zdołał zatrzymać w polu całą konkurencję,

ale nie potrafili znaleźć sensownej odpowiedzi. Mogliśmy tylko postępować tak jak do tej
pory i podawać środki dopingujące tym kolarzom, którzy o nie prosili. Lekarz ekipy RMO,
Bernard   Aguilanu   był   zdecydowanym   przeciwnikiem   jakiegokolwiek   sztucznego
wspomagania i propagował czyste kolarstwo oparte na zdrowej diecie, wykluczone były więc
jakiegokolwiek zorganizowane programy dopingowe. 

Nie powstrzymało to jednak kolarzy od wypróbowywania różnych środków na własną

rękę. Po zakończeniu etapu Touru 1992 w Valkenburgu w Holandii (wygranego przez Gillesa
Deliona,   który  był   naprawdę  „czystym”  kolarzem)   natknąłem   się   na   Pascala  Lino,   lidera
naszej   ekipy  w   hotelu   w   Maastricht,   zagłębionego  w   rozmowie   z   Raymondem  „swoim”
masażystą. Raymond opiekował się nim w czasie zimowych sześciodniówek, był ze starej
szkoły masażystów: trochę czarodziej, trochę szarlatan. Pascal Lino założył żółtą koszulkę po
etapie do Bordeaux i miał ją utrzymać aż do Sestriere we Włoszech, w sumie jeszcze przez
dziesięć  dni.  Kiedy mnie  zauważył, robił  wrażenie  zakłopotanego. Sądząc  po plastikowej
torbie,   którą   nieudolnie   usiłował   schować   za   nogami,   jego   zwyczajowy   program
przygotowawczy oparty na kortyzonie, już mu nie wystarczał.

Po kolacji, kiedy robiłem zwyczajową wieczorną rundkę po pokojach kolarzy, zastałem

zawartość reklamówki rozłożoną na łóżku Lino.

„Co to, do cholery, jest?”
„Słuchaj, nie gniewaj się, ale on mi czasem da coś ekstra, nic, czego nie powinienem

zażywać”.

Może nie, ale wcale mnie to nie ubawiło. Niektóre z ampułek były oznaczone niebieską

kropką, niektóre czerwoną „w zależności od wysiłku, jakiego się spodziewasz”. Raymond
rzeczywiście potrafił wmówić ludziom, co tylko chciał.

Z   drugiej   jednak   strony,   dołączenie   do   ekipy  Charly   Motteta   dwa   lata   wcześniej,   z

pewnością   pomogło   oczyścić  zespół.   Mottet   był  liderem   ekipy,  miał   na  swoich   kolegów
wpływ   większy   niż   spodziewany   i   był   absolutnie   przeciwny   wszelkim   środkom
dopingującym. Pewne wydarzenie jasno pokazuje jak nieprzejednany był w tej kwestii. Jeden
z   kolarzy   zaprosił   nas   na   swoje   wesele.   Pięknie   udekorowana   sala,   duże   okrągłe   stoły
artystycznie   nakryte,   wykwalifikowani   kelnerzy,   wyrafinowane   menu,   wszystko   na
najwyższym poziomie. Charly siedział przy tym samym stole, co ja i pewien kolarz, który już
przestał się ścigać. Ten, po wypiciu kilku kieliszków wina, zaczął zdradzać pewne sztuczki z
czasów swojej kariery. Mówił jak to garściami przyjmował amfetaminę, jak to jego pośladki
były tak pokłute, że przypominały ser szwajcarski, jak to szprycował się tak jakby zaraz miał
wyruszyć  na  front w Wietnamie…Biedny Charly, początkowo  był  wyraźnie zmieszany,  a
później zmył się po angielsku w połowie przyjęcia.

Kiedy przeszedł do RMO z ekipy Système – U niewiele o nim mogliśmy powiedzieć.

Wiedzieliśmy, że ma możliwości, aby wygrać Tour de France, ale nie wiedzieliśmy, w jaki
sposób możemy mu w tym dopomóc. Dopiero w czasie wyścigów, wspólnych posiłków i
życia   na   trasie   dowiedzieliśmy   się   jaki   jest   naprawdę.   Był   „czystym”   zawodnikiem.
Uzupełnienie   żelaza   i   zastrzyk   z   antyutleniacza   (Iposotal)   –   to   wszystko,   na   co   sobie
pozwalał.

Z ręką na sercu można   powiedzieć, że  Charly Mottet  padł ofiarą dopingu – dopingu

innych   kolarzy.   Gdyby   brał,   nawet   od   czasu   do   czasu,   coś   przyspieszającego   odnowę
biologiczną po wyścigu, lista jego zwycięstw (i tak imponująca) byłaby o wiele dłuższa. Kto
wie, może nawet wygrałby Tour? Był zawodnikiem, który nie wytrzymywał trudów ostatniego
tygodnia wyścigu.

37

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Przy   rzadkich   okazjach,   kiedy   zażywał   Medrol   (środek   przeciwzapalny   zawierający

kortykosterydy) na zapalenie zatok, jechał jak na dopalaczu. Przyjmował ten środek jedynie
sporadycznie, w celach medycznych, podczas gdy inni brali go regularnie, dla poprawienia
wyników. Trzeba powiedzieć, że Mottet na własną prośbę zrezygnował z kariery, na jaką
zasługiwał.

Mniej więcej w tym czasie poznałem kolarza, z którym, przez osiem lat wspólnej pracy,

wszedłem   w   najbliższą   zażyłość.   Nasza   więź   była   silniejsza   niż   tylko   zwykła   przyjaźń,
przypominała bardziej stosunki ojciec – syn. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek więź ta
zostanie   zerwana   czy  nawet   zmieniona,   gdyż  uformowały   ją   podobieństwo   charakterów,
sukces i brak nacisków z zewnątrz. Szliśmy ręka w rękę, krok w krok. Kolarz miał na imię
Richard i nie był to ten sam Virenque, który zażywał sławy w barwach Festiny, a tym bardziej
ten Virenque, którego świat dzisiaj zna. Życie czasem wykonuje niespodziewane zwroty.

Richard zwrócił uwagę Marca Braillona, kierownika agencji zatrudnienia RMO w 1990

roku, w Japonii, podczas amatorskich mistrzostw świata w Utsunomiya. Braillon próbował
zareklamować swoją firmę za pośrednictwem sportu już w 1986 roku, ale nie bardzo się na
tym znał. Duch walki Richarda mógł być jeszcze nieukierunkowany, ale zrobił na Braillonie
tak wielkie wrażenie, że Bernard Vallet, ówczesny dyrektor sportowy RMO został zmuszony
do podpisania kontraktu z Virenquem. Vallet nie był do końca przekonany, ale nie bardzo
miał wybór.

Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Richardem, w lutym 1990 roku, przed wyścigiem

Tour du Haut Var, w jego rodzinnych stronach. Zatrzymaliśmy się w hotelu w Draguignan.
Richard   przyjechał  czarnym  Volkswagenem   Golfem   z   dwoma   ogromnymi  głośnikami   na
tylnej półce. Wyglądało to jak dyskoteka na kółkach. Z wozu wysiadł Richard z tymi swoimi
kręconymi   włosami   i   krokiem   Johna   Wayne’a.   Nie   wiem   dlaczego,   ale   z   miejsca   go
polubiłem. Był sympatycznym chłopakiem, odrobinę nieśmiałym; czasem lubił się popisywać,
to  trzeba   przyznać,  czasem  też   trudno   mu   było  podporządkować  się  dyscyplinie,  jako  że
niezmiernie lubił korzystać z uroków życia. Taki był. Zawsze w ruchu. Zawsze coś mówił,
miał przymus ciągłego poprawiania czegoś: butów czy roweru, do tego stopnia, że koledzy
musieli mu zwracać uwagę. Bez skrępowania zadawał pytania, uznawane przez wszystkich za
bezsensowne. Dlaczego mam używać trybu 52, a nie 53? Dlaczego ten krem do masażu?
Dlaczego   akurat   ten   program   treningowy?   Zawsze   wysłuchał   każdego   –   mechanika,
masażysty, dyrektora sportowego, przez co był jeszcze bardziej lubiany. Miał ogromny pęd do
nauki, chciał się dowiedzieć wszystkiego, co ważne, aby dobrze wykonywać swój zawód,
pragnął cały czas korygować swoje błędy, postępować naprzód. Reagował jak dziecko, które
uczy się chodzić. Nasze relacje rozwijały się stopniowo i wkrótce sam zabiegałem o to, żeby z
nim pracować. Z czasem staliśmy się nierozłączni podczas każdego wyścigu, w którym brał
udział. 

Rok po roku Richard Virenque robił ogromne postępy na każdej płaszczyźnie. Szkoda

jedynie, że jego zmysł taktyczny nie rozwijał się w takim tempie.

Z szacunku dla  dzielącej  nas różnicy dwudziestu czterech lat, zachowywał się  wobec

mnie  jak  syn wobec  ojca  i  miał  względem  mnie  wiele   uznania,   chociaż  czasami   się  nie
zgadzaliśmy.   Nawet   kiedy   Virenquemania   ogarnęła   Francje   i   wszyscy   widzieli   w   nim
gwiazdę, wobec mnie zachowywał się jak dawniej i nadal wysłuchiwał moich uwag. Czasami
podczas kryteriów po zakończeniu Touru, sława uderzała mu do głowy i wtedy jechał jak
idiota.   Warto   zaznaczyć,  że   poznałem   różne   oblicza   Virenque’a.  W   1996   roku,   podczas
jednodniowego   wyścigu  Grand   Prix   d’Isbergues  na   północy  Francji,   nakrzyczał  na   mnie
niemiłosiernie, bo na trasie nie podałem mu bidonu z wodą. Nie wiedział, że było zabronione
podawanie   czegokolwiek   kolarzom   na   ostatnim   okrążeniu.   Kiedy   zakończył   już   swój
publiczny atak szału, omówiliśmy całą sprawę pod prysznicem. ”Jesteś profesjonalistą od
pięciu lat i nadal nie dotarło do ciebie, że nie wolno niczego dawać kolarzom na ostatnim

38

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

okrążeniu? Następnym razem jak nie będziesz uważał, to dostaniesz tą butelką w twarz!”
Zrozumiał,   dlaczego   byłem   tak   wzburzony.   Cokolwiek   się   działo,   Richard   nie   był
niesprawiedliwy.

Szanowaliśmy się nawzajem, pomimo tego, że Richard nie znał mojej przeszłości i nie

wiedział jak znanymi kolarzami się zajmowałem. Nie był to jego jedyny słaby punkt. Kiedyś
podczas   jednego   z   wyścigów  pewien   kolarz   wyzywał  go   od   najgorszych,  za   to,   że   nie
przestawał atakować. Po wyścigu Richard przyszedł do mojego pokoju i zaczął opowiadać o
„małym, ciemnym faceciku z Carrery, z numerem 32”, którego gęba mu się nie podobała.
Mówił   o   Claudio   Chiapuccim,   wówczas   numerze   jeden   na   liście   UCI.   Na   szczęście   „El
Diablo”   nie   żywił  urazy,  znając   temperament   Richarda,   bardzo   zresztą   podobny  do   jego
własnego.

Kiedy leżał na stole do masażu Virenque stawał się z powrotem zwykłym Richardem.

Zwierzał   mi   się   z   wielu   rzeczy,  swoich   zmartwień,   planów   na   przyszłość,   ambicji.   Jego
oszałamiające  marzenia powoli  się  spełniały, dostał  wszystko,  o czym marzył. Wspaniała
willa   w   pobliżu   Carqueiranne,  czarny  Porsche   –   pierwszy  z   wielu.   Czasami   on   sam   był
najbardziej   zaskoczony   tym,   czego   dokonał.   „Willy,   czasem   pytam   sam   siebie,   czy   to
wszystko jest naprawdę moje”. Był spontaniczny, wrażliwy. Z czasem pokochałem Richarda
za to, jaki był. I dlatego jego zachowanie po moim aresztowaniu sprawiło mi tyle bólu.

Jak   mógł   zapomnieć   swój   pierwszy   kontakt   z   dopingiem   w   1993   roku,   podczas

pierwszego   roku   w   Festinie?   Braliśmy   udział   w   Criterium   International,   trójetapowym
wyścigu trwającym dwa dni (płaski etap w sobotę, górski w niedzielę rano i czasówka w
niedzielę  po  południu).  W  sobotę Richard  był czwarty,  a jego jazda dobrze   rokowała  na
niedzielne zmagania. „Dziś wieczór chcę coś dostać” zażądał beztrosko, kiedy masowałem
mu  nogi. ”Ostrożnie,  Richard  –   nigdy niczego  nie   brałeś.  Nie  wiemy  jak   twój   organizm
zareaguje”   odpowiedziałem.   Musieliśmy   zacząć   ostrożnie,   więc   po   przemyśleniu
zdecydowaliśmy, że wstrzykniemy pół ampułki Synacthenu o natychmiastowym działaniu w
niedzielę rano, na godzinę przed startem. Tylko po to, żeby zobaczyć, co się będzie działo. I
zobaczyliśmy. Richard ukończył etap poza limitem czasu. Wyrzuciliśmy Synacthen z jego
apteczki.

Mój ojciec miał swoje powiedzenie: „Nie zrobisz owcy ze świni obcinając jej ogon”.

Pamiętam co powiedział w 1991 roku Marc Madiot, wielki kolarz z Mayenne jeżdżący dla
RMO, świeżo po wygraniu swojego drugiego Paryż – Roubaix. Richard Virenque był wtedy
młodzikiem, który ledwo co przestał się ścigać jako amator – wtykał swój nos wszędzie, taka
była jego ciekawość i chęć dołączenia do grona starych wyjadaczy. Na wiosennym obozie
treningowym w Gruissan w obecności profesjonalistów Lino i Caritoux, Madiot powiedział:
„Ty, chłopcze, skończysz jako chaudière

12

” – w kolarskim slangu osobnik nie radzący sobie

bez środków dopingujących.

W czasie mojej pracy dla RMO, nikt nie odważył się mówić głośno o dopingu. Widywało

się jednak rzeczy, które dawały do myślenia. Podczas jednego z wyścigów Paryż – Nicea trafił
się pewien niewysoki kolarz, który chciał wypróbować zastrzyk z kortyzonu. Do tej pory
niczego nie brał, był jednym z tych „czystych”. Zajmował wysoką pozycję w klasyfikacji
generalnej, więc poprosił o zastrzyk z Kenacortu żeby być w optymalnej formie na finałową
czasówkę pod Col d’Eze. Tego niedzielnego wieczoru ukończył wyścig w pierwszej piątce, a
o ile mi wiadomo, był to pierwszy i ostatni raz, kiedy uległ pokusie.

Jak już jesteśmy przy Paryż – Nicea: na dwa dni przed zakończeniem którejś edycji inny

kolarz   ukończył   etap   kompletnie   wyczerpany  i   próbował   znaleźć   najlepszy   sposób   aby
postawić   się   na   nogi.   Tego   dnia   wspólnie   z   jego   masażystą   postanowiliśmy   podać   mu
domięśniowy zastrzyk z Syncortilu – sterydu, który, jak nam się wydawało, miał łagodniejsze

12

 Dosłownie: kocioł, grzejący

39

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

działanie niż pozostałe. Można powiedzieć, że chcieliśmy tylko pomóc mu utrzymać się na
siodełku. Następnego dnia rezultat przekroczył nasze najśmielsze oczekiwania: zawodnik w
imponującym stylu wygrał etap z metą na wzniesieniu.  Nie posiadaliśmy się z radości, a
naszego zadowolenia nie przyćmiła nawet perspektywa kontroli antydopingowej. 

W peletonie zaczęły krążyć jednak plotki: podobno można było wykryć kortykosterydy w

czasie   rutynowej   analizy   moczu.   Była   to   kompletna   bzdura,   ale   masażysta,   który
najwidoczniej   się   przejął,   odszukał   mnie   w   ciężarówce   ekipy,   kiedy   przygotowywałem
prowiant dla zawodników na następny etap. 

„Wiesz, Willy, zrobiłem dziś jednemu z moich chłopaków zastrzyk z Sylcontrilu, a on

właśnie wrócił z kontroli antydopingowej”.

Wyśmiałem go „Nie martw się, nie ma problemu, niczego nie wykryją”.
Nie   uwierzył   do   końca   i   pomimo,   że   go   uspokajałem,   poszedł   uprzedzić   Jacquesa

Michauda

13

, menedżera grupy. Ten przekazał nowiny Bernardowi Aguilanu, lekarzowi ekipy,

który z kolei poinformował Marca Braillona. Braillon od jakiegoś czasu miał wątpliwości, co
do metod stosowanych przez tego właśnie masażystę. Zadziałał tu głuchy telefon i kierownik
dowiedział się, że jego zawodnik był nakoksowany aż z niego parowało, co było dalekie od
prawdy.   Masażysta   wyleciał   z   roboty.   Kolarz   przeszedł   kontrolę   bez   najmniejszego
uszczerbku i szczęśliwy ruszył swoją droga.

Jako że pracowałem wyłącznie dla ekip zawodowych, nie zdawałem sobie sprawy z tego,

co dzieje się szczebel czy dwa niżej. Kilka wydarzeń mogło jednak pobudzić do myślenia. W
początkach   lat   dziewięćdziesiątych,   podczas   Wyścigu   Dookoła   Departamentu   Vaucluse,
otwartego dla zawodowców i amatorów, zaprzyjaźniłem się z młodym kolarzem, który miał
ambicję   wyrobić   sobie   markę   podczas   tego   wyścigu.   Przyznał,   że   zażył   trochę   Decca
Durabolinu,   sterydu   anabolicznego,   którego   ślady   pozostają   w   organizmie   przez   kilka
miesięcy, a który wstrzyknął sobie trzy dni przed startem. Miał pecha i jego nazwisko zostało
wylosowane do kontroli antydopingowej, na którą poszedł jak na ścięcie. Co się wydarzyło?
Nic!  Nikt   nawet   słowem  nie  wspomniał   o   jego  próbce!  Trudno  przypuszczać,  żeby  ktoś
pomagał mu oszukać lekarzy, co pokazuje jak mało wiarygodne są kontrole. 

W   każdym   razie   śledząc   losy  zawodników   można   dojść   do   wniosku,   że   w   tamtych

czasach nie opłacało się być uczciwym. Zwłaszcza kiedy zbliżał się Tour de France. Każda z
około   dwudziestu   wybranych  drużyn,   po   dziewięciu   zawodników   w   każdej,   dopiero   w
czerwcu ustalała dwie trzecie składu na Wielką Pętlę. Kolarze walczyli o zakwalifikowanie do
ekipy jak o ostatnie miejsce w łodzi ratunkowej, gdyż zdawali sobie sprawę, że wszyscy są
mniej   więcej   w   takiej   samej   formie.   Zawodnicy   liczący   na   uśmiech   losu   podczas
czerwcowych  wyścigów  koksowali   się   na   maksa,   aby   tylko   zwrócić   uwagę   dyrektorów
sportowych. Podczas Midi Libre, Route du Sud, Wyścigu Dookoła Luksemburga, Dookoła
Katalonii   czy   Dookoła   Szwajcarii,   a   nawet   podczas   narodowych  mistrzostw,  chaudières
dawali z siebie wszystko. 

Ale negatywne strony tego procederu były równie spektakularne, gdyż czasem efektem

brania dopingu jest przedwczesne wyczerpanie sił. Goście, którzy walczyli jak straceńcy o
kilka ostatnich miejsc w ekipie, słabli dramatycznie w czasie pierwszego tygodnia Touru.
Nazwano  to efektem bumerangu. W  jednym  wypadku powracający  bumerang o mało  nie
spowodował   tragicznego   wypadku.   Jeden   z   francuskich   kolarzy,   znany   ze   swojej
agresywności na rowerze i łagodnego usposobienia poza nim, rzadko rezygnował z okazji do
podładowania   akumulatorów.   Amfetamina   czyniła   go   po   prostu   dziesięć   razy   bardziej
agresywnym. Pewnego dnia, podczas wyścigu wieloetapowego, zabrał się w ucieczkę razem z
dwunastką   innych   kolarzy.   Grupa   zyskała   bezpieczną   przewagę,   ale   nasz   bohater   coraz
głośniej pokrzykiwał na towarzyszy żeby jechali szybciej i szybciej. Żeby zrobić większe

13

 W dwóch innych miejscach Jacques Michaux, więc tu chyba pomyłka

40

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

wrażenie,   zaczął   co   jakiś   czas   raptownie   naciskać   na   hamulce.   Z   wozu   technicznego
podążającego   za   ucieczką   zobaczyłem   widok   straszny:   kolarza   w   ucieczce   chcącego
przymusić innych do energicznej jazdy, a równocześnie zagrażającego bezpieczeństwu swoich
towarzyszy. Musiał być naprawdę nieźle nagrzany...

Czy coś kombinujesz, czy dajesz sobie spokój, najważniejsze jest aby nie wpaść w czasie

kontroli.   Los   jaki   spotkał   pewnego   dobrego   francuskiego   kolarza   podczas   jednego   z
wiosennych klasyków, świadczy o trudnościach w przewidywaniu rezultatów badań. Zawsze
poczuwałem się do odpowiedzialności za ten incydent. Cztery dni wcześniej, w czwartek,
rozmawialiśmy przez telefon. Jego poziom motywacji był bardzo niski, głównie z powodu
niekorzystnej   prognozy   pogody   na   następny   dzień:   rutynowa   przejażdżka   treningowa
zapowiadała   się   mało   przyjemnie.   W   żartobliwym   tonie   zaproponowałem   mu   działkę
amfetaminy, żeby siedem godzin na rowerze upłynęło mu szybciej.

Skorzystał z propozycji i rzeczywiście trening okazał się przyjemny, ale za to niedzielny

wyścig  nie   poszedł   dokładnie   tak   jak   się   spodziewał.   Co   gorsza   został   wylosowany  do
kontroli   antydopingowej.   Teoretycznie   nie   było   żadnego   ryzyka,   jako   że   amfetamina
wypłukuje się z organizmu po jakichś trzech dniach, ale test wyszedł pozytywnie i zawodnika
ukarano. Prawdopodobnie gdyby przed badaniem opróżnił pęcherz, a potem wypił parę litrów
wody żeby rozcieńczyć mocz i dopiero taki oddał do analizy, wynik byłby negatywny. 

Moja   kariera   w   RMO   zakończyła  się   wraz   z   jednym  z   największych   oszustw,   jakie

widział  świat  kolarski.  Był to  przekręt   na skalę  międzynarodową.  Pod  koniec   1992 roku
Braillon zaczął poszukiwania nowego sponsora dla ekipy, którą prowadził od siedmiu lat.
Myślał, że znalazł idealnego kandydata, bankowca gotowego przejąć całe finansowanie grupy,
w osobie arabskiego księcia imieniem Icham. Przynajmniej ten tak się przedstawiał.

Braillon   zatrudnił   nieco   wcześniej   psychologa,  którego   z   całkowitą   powagą   nazywał

swoim „futurologiem”. Nasz los miał być w dobrych rękach. „Futurolog” utrzymywał, że ma
już   opracowaną   „przepustkę   do   trzeciego   milenium”   i   ściśle   współpracował   z   agencją
zatrudnienia   RMO.   Braillon   poprosił,   aby  człowiek,   którego   uważał   za   guru,  zastosował
swoje metody pracy w ekipie kolarskiej. Na początek Monsieur Guru nakazał zmienić nam
barwy ekipy na rowerach i koszulkach z dotychczasowych: biało – zielono – niebieskich na
czerwono – czarne. Najwyraźniej po to, aby przestraszyć konkurentów! Ale to my powoli
zaczynaliśmy się  bać. Monsieur Guru  zadecydował również, że zgrupowanie szkoleniowe
powinniśmy  odbyć  w   Ardèche.   Bez   pryszniców,  bez   kibli   i   w   prymitywnych   warunkach
życiowych.   Tym   razem   posunął   się   za   daleko.   Pod   przewodnictwem   Motteta   kolarze
zrezygnowali z obozu, w czasie którego kazano im spać na leśnej ściółce. 

Pod kierownictwem księcia Ichama pokonaliśmy dystans od prycz na obozie przetrwania

do  oaz  na Saharze,  włącznie  z  mirażami.   Początkowo   pojawienie  się  znikąd   egzotycznej
osobistości,  sprowokowało   kilka  obleśnych  komentarzy.  Z sobie  tylko  znanych powodów
książę najwyraźniej miał nieodpartą chęć zostać sponsorem zawodowej drużyny kolarskiej. 

Wielki przekręt w RMO miał miejsce w Luksemburgu, tuż przed startem Tour de France.

Reputacja księcia jako osoby nieskąpiącej grosza potwierdziła się, kiedy na pół godziny przed
kolacją,   cała   drużyna   zgromadziła   się   w   prywatnym  apartamencie   hotelu,   w   którym   się
zatrzymaliśmy. Książe Icham przyleciał własnym helikopterem ubrany w strój ceremonialny,
z turbanem na głowie, w towarzystwie ochroniarza. Przy jego boku kroczył wniebowzięty
Marc   Braillon.   Tylko   pomyślcie:   prawdziwy   książę   krwi.   Punktualnie   o   dziewiątej
spotkaliśmy  się   na   koktajlu   u   księcia.   Marc  Braillon   i   jego   menadżer,   Jacques   Michaux

41

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

przedstawili   każdego   z   nas   potencjalnemu   zbawcy   grupy,   który   mówił   znakomitą
francuszczyzną i wręczył każdemu po drogim piórze. Weszliśmy w fazę zalotów.

Rozpoczęło się od krótkiej mowy pełnej obietnic. Książę jest zdecydowany wykupić całą

grupę. Znalazło się kilku ciekawskich, którzy chcieli wiedzieć, jaką nazwę w takim wypadku
będzie nosić nasza ekipa. 

„Prowadzę tyle firm, mam tyle możliwości, że jeszcze nie podjąłem ostatecznej decyzji”.
Książe Icham wraz ze swoją świtą pojawił się później w l’Alpe d’Huez. Jak poprzednio

wizyta była pełna kurtuazji i dała nam powody do optymizmu. Aby uczcić zakończenie Touru
książę zorganizował wielkie przyjęcie na barce płynącej po Sekwanie, z szampanem i tańcami
do białego rana. Byliśmy całkowicie zdani na jego łaskę, pomimo że podjęcie „ostatecznej”
decyzji mocno przeciągało się w czasie. 

Punkt kulminacyjny tej całej historii miał miejsce miesiąc po zakończeniu Touru. Krótko

przed rozpoczęciem Tour de Limousin, cała drużyna RMO, łącznie z ekipą techniczną, w
sumie około czterdziestu osób, została zaproszona wraz z rodzinami do zamku w pobliżu
Charleroi w Belgii. Jacques Michaux wyjaśnił, że książe ma zamiar ogłosić oficjalne przejęcie
grupy i z tej okazji wyda ogromne przyjęcie...

Wybornie się bawiliśmy na przyjęciu. Przyjęto nas w imponującym stylu: ochroniarz w

smokingu,   z   pistoletem   za   pazuchą   sprawdzał   karty  wstępu   przy  bramie   wjazdowej.   Na
parkingu przed zamkiem stało kilkanaście Mercedesów. Sam zamek aż kłuł w oczy swoim
przepychem. Koktajle, kawior i foie gras były serwowane pod wielkim namiotem, a służba w
liberiach roznosiła ciepłe dania. Na złotej zastawie! Obiad trwał siedem godzin.

Ubrany  w   dżelabę   i   tureckie   obuwie,   książę   Icham   chodził   od   stolika   do   stolika   i

wymieniał uprzejmości ze wszystkimi. Moja żona Sylvie siedziała obok żony Bruno Roussela
i w czasie rozmowy odkryły, że obie urodziły się w roku 1962. Książe Icham usłyszał to i
wkrótce  sommelier  przyniósł   wino   tego   właśnie   rocznika.   Popołudnie   zamknęły  występy
bułgarskiego zespołu ludowego, podczas gdy książę Icham i Marc Braillon delektowali się
cygarami w pierwszym rzędzie czerwonych, aksamitnych foteli.

Ale   interesu   nadal   nie   sfinalizowano.   Na   początku   wieczoru   książę   przemawiał   do

oszołomionej widowni, ale ograniczył się do nowego zestawu obietnic. Kilku kolarzy, pod
wodzą   Motteta,   żądało   pewnych  gwarancji   na   przyszłość,   więc   książę,   w   najmniejszym
stopniu nieskonfundowany, dał im słowo, że wypłaci należności. Wszystko to było bajeczne,
ale pozostawiło, cóż, pewien niesmak...

Kilka tygodni później dowiedzieliśmy się z gazet, że sławny książę był aferzystą na skalę

światową. Głośno się o tym nie mówiło, ale Marc Braillon za namową księcia udzielił mu
wysokiej pożyczki; miała ona umożliwić wydanie z banku szwajcarskiego 5 milionów funtów
niezbędnych do finansowania grupy. Nie można jednak winić Braillona, że dał się wrobić –
wszyscy daliśmy się nabrać, jako że książę był międzynarodowym oszustem par excellence.
Książe rozpłynął się w powietrzu, a wraz z nim nasze złudzenia.

10. X, Z, P i coś specjalnego na czasówkę

24. lipca ja i mój prawnik Ludovic Baron weszliśmy jako pierwsi do biura sędziego.

Stenotypistka była już gotowa do pracy. Sam nie wiem dlaczego poczułem się pewny siebie.
Dzień wcześniej sędzia obiecał zwolnić mnie z więzienia po „konfrontacji”.

Dopiero   wtedy  dowiedziałem   się,   na   co   stać   mojego   nowego   adwokata,   Jean-Louis

Bessisa. Wprowadził  wiele  dynamizmu do  „konfrontacji”,  sprawnie  zadawał odpowiednie
pytania oraz uświadomił zgromadzonym, że prawdziwych winowajców nie ma na sali.

42

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Siedzieliśmy przed sędzią w jednym rzędzie, od lewej: Baron, ja, Bessis, Thibault de

Montbrial – adwokat Bruno Roussela, sam Roussel, Demarq – obrońca Dr. Rijckaerta i na
końcu Rijckaert. Przy obu końcach ławy stali funkcjonariusze służby więziennej. Po lewej
stronie   sędziego   siedzieli:   prokurator,   tłumacz   języka   flamandzkiego,   drugi   adwokat
Rijckaerta   i   asystent   Bessisa.   Dekoracje   już   ustawiono   na   scenie,   oczekiwano   tylko   na
podniesienie kurtyny. 

Była to najlepsza, być może jedyna, okazja, aby ujawnić wszystko co wiemy, nie tylko to,

co dotyczyło skandalu Festiny. Jedynie dwoma szczegółami różniliśmy się od innych ekip: ja
popełniłem błąd i dałem się zatrzymać na granicy, a Roussel publicznie  przyjął na siebie
odpowiedzialność   za   stosowanie   dopingu.   Poza   tym   byliśmy  tacy   sami   jak   inni.   Ekipy
kolarskie nie składały się już ze sportowców, ale z profesjonalistów, gotowych na wszystko,
aby tylko lepiej wykonywać swój zawód.

Atmosfera w biurze sędziego była niezwykle napięta. Jako że przez  te wszystkie lata

Rijckaert, Roussel i ja spędzaliśmy więcej czasu ze sobą niż z naszymi rodzinami, staliśmy się
bardzo bliscy, ale teraz sytuacja miała się diametralnie zmienić. Nie jest łatwo bronić swoich
interesów a równocześnie nie pogrążyć innych. Sędzia rozpoczął od odczytania każdemu z
nas wszystkich zeznań i zadawania pytań, na które mieliśmy odpowiadać: tak, nie; czasami
rozwinąć temat, jeśli było to koniecznie. Całkowicie się zgodziłem z zeznaniem Roussela. Co
więcej, podczas tej „konfrontacji” również on potwierdził w całej rozciągłości moje zeznania.
Bruno rozpoznał znaczenie faktów, przyjął na siebie odpowiedzialność i potwierdził, że ja
byłem jedynie pionkiem w tej grze.

Natomiast  zeznanie Rijckaerta miało nas  potężnie wytrącić z równowagi. Tego  ranka

Rijckaert stwierdził, że jego jedynym zadaniem była ocena stanu zdrowia kolarzy; nigdy nie
podawał   im   żadnych   środków   dopingujących  –   to   ja   zajmowałem   się   ich   dystrybucją  i
aplikowaniem;   innymi   słowy:   biedak   nie   wiedział   co   się   dzieje   w   ekipie.   Roussel   i   ja
zeznaliśmy,  że   to   nieprawda,   ale   on   uparcie   obstawał   przy  swoim.   Stwierdził   nawet,   że
zajmował się kolarzami nieodpłatnie. Nie miałbym nic przeciwko „nieodpłatnej” pracy za
6 000 franków dziennie. Przez około sto dni w roku nazbiera się przyjemna sumka. Sędzia
sam wykonał obliczenia. „Nieźle jak na kogoś, kto pracuje jako wolontariusz” – podsumował.
Festina   opłacała   doktorowi   nawet   wakacje,   co   przypomniał   sędziemu   Bruno   Roussel.   W
połowie   tego   całego   zamieszania,   Rijckaert   zaczął   do   mnie   mówić   po   flamandzku.
Przerwałem od razu, gdyż nie chciałem, aby ktoś posądził nas o wymianę jakichś poufnych
informacji. Tkwiłem w gównie po uszy i nie chciałem dodatkowo się pogrążać.

Kiedy   było   po   wszystkim,   sędzia   poprosił   abym   pozostał   w   sali,   wraz   z   moimi

prawnikami.   Byłem   przygotowany  na   wszystko.   „Panie   Voet,   od   godziny   czwartej   tego
popołudnia jest pan wolny, ale pozostanie pan do dyspozycji sądu”. Nie mogłem uwierzyć
własnym   uszom.   Poczułem   się   jakbym   właśnie   wygrał   na   loterii.   Podpisując   nakaz
zwolnienia,   który   miał   zostać   natychmiast   przefaksowany   do   więzienia   w   Loos,
wymamrotałem coś w podziękowaniu. Już nie obchodziło mnie, że wracam do celi policyjną
furgonetką,   nie   obchodziły  mnie   przepisy  sądowe,   ważne,   że   na   rękach   nie   miałem   już
kajdanek.   Byłem   wolny.   Wolny   ciałem   i   duchem.   Bruno   Roussel   uwolnił   mnie   od
odpowiedzialności. Co więcej, szepnął mi do ucha „Przepraszam, Willy, ale nic więcej nie
mogę zrobić”. Wybaczyłem mu całkowicie. Kiedy człowieka dotknie katastrofa, pierwszym
odruchem   jest   zadbanie   o   własną   skórę.   Nigdy  nie   zapomnę   Rousselowi   jego   poczucia
odpowiedzialności   i   wrażliwości   jako   pracodawcy.   Kiedy   dziecko   jakiegoś   pracownika
przystępowało do pierwszej komunii albo ktoś z rodziny chorował, automatycznie dawał kilka
dni wolnego, aby podwładny mógł spędzić parę dni z bliskimi. Ponadto szanował mnie za te
trzydzieści lat spędzone w kolarstwie, sam mając staż o dwie trzecie krótszy. Bruno Roussel
też dobrze pamiętał lata spędzone ze mną, była to również jego przeszłość.

43

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Zimą 1992 – 93 na próżno poszukiwałem pracy w jakiejś ekipie; prosiłem o protekcję

Jean-Luca   Vandenbroucke’a  –   kierownika   belgijskiej   grupy  Lotto   i   Bernarda  Quilfena   –
prawą rękę Cyrille’a Guimarda w grupie Motorola. W końcu, dzięki wstawiennictwu Pascala
Lino, załapałem się do Festiny, ale na podjęcie pracy musiałem czekać ponad miesiąc. Tuż
przed Bożym Narodzeniem kierownictwo fabryki zegarków zebrało wszystkich zawodników i
ekipę   techniczną,   w   sumie   około   pięćdziesięciu   osób,   w   dużym   hotelu   w   Andorze.   Na
korytarzu przestępowaliśmy z nogi na nogę, czekając na spotkanie z Miguelem Rodriguezem,
szefem   firmy   i   Miguelem   Moreno,   menedżerem   grupy,   nie   przymierzając   jak   dziwki
oczekujące klienta. Priorytetem było podpisanie kontraktów z kolarzami, więc trzymano nas
na tym  korytarzu do czwartej nad ranem.  Ci, którzy nie zdążyli podpisać angażu, zostali
zaproszeni na kolejne spotkanie kilka tygodni później, tuż  po Nowym Roku. Po aferze z
księciem Ichamem podchodziliśmy sceptycznie do wszelakich propozycji, ale tym razem nie
było żadnych mercedesów ani wystawnych przyjęć, aby nas oczarować. Wszystko zostało
dopięte na ostatni guzik w czasie drugiej wizyty w Andorze.

Ekipa Festiny była prawdziwie międzynarodowa. Składała się z trzech mniejszych grup:

pierwsza to pozostałości po RMO – Virenque, Lino, Michel Vermote, Roussel i ja; drugą
stanowili członkowie holenderskiego zespołu PDM – Steven Rooks, Jean-Paul Van Poppel,
Erik Van Lacker, Jans Koerts i Dr Rijckaert, który był zatrudniony w niepełnym wymiarze
godzin; ostatnia grupka była w większości hiszpańska, a skupiała się wokół Irlandczyka Seana
Kelly’ego. Ekipa przypominała skomplikowany gobelin i dlatego od początku coś nie grało.
Jak   mogli   mieć   coś   wspólnego   Rooks   pochodzący   z   Fryzji   i   Roberto   Torres,   dziecko
madryckiego przedmieścia? Holender Jan Gisbers, główny menadżer i jego asystenci: Miguel
Moreno, odpowiedzialny za wyścigi hiszpańskie i Roussel – za francuskie? Roussel został
zaangażowany jako ostatni, przede wszystkim z powodu nacisków francuskich kolarzy pod
przewodnictwem Virenque’a a w rzeczywistości był dopiero czwarty w hierarchii, za prawą
ręką Gisbersa - Pietem Van der Kruis.

Głównym celem sezonu dla francuskiej części ekipy były wyścigi etapowe na początku

lata, takie jak Dauphiné Libéré czy Midi Libre, które miały przygotować do Touru. Dlatego
rzadko kontaktowaliśmy się z Holendrami, którzy celowali w wiosenne klasyki. Dopiero na
początku czerwca, podczas Dauphiné, niektórzy z ekipy holenderskiej dołączali do nas, aby
lepiej się poznać przed Tourem. Byli między nimi Steven Rooks, Jean-Paul Van Poppel i Dr
Rijckaert.

Dołączyliśmy  do   Festiny  z   naszym   małym  zapasikiem   kortykosterydów,  ale   wkrótce

przekonaliśmy się, że to małe piwo, w porównaniu z tym, co odchodzi w nowej ekipie. Na
kilka   dni   przed   startem   wyścigu  Dr   Rijckaert   dał   mi   przedsmak   wszelkich   sztuczek,   do
których   uciekają   się   niektórzy   zawodnicy.   Potrzebował   kogoś   zaufanego,   aby   wszystko
przebiegało zgodnie z jego dyspozycjami. Byłem idealnym kandydatem. Słyszałem wcześniej
nieśmiałe   doniesienia   o   EPO,   teraz   przekonałem   się   jak   daleko   rzeczy  zaszły.  Niektórzy
kolarze stosowali erytropoetynę już w poprzednim sezonie. Dr Rijckaert objaśnił mi efekty jej
działania, zarówno dobre, jak i niepożądane. Najważniejsze jednak, że objaśnił mi jak EPO
podawać.   Faktem   jest,   że   nie   chciał   się   osobiście   angażować   w   dostarczanie   EPO,
pozostawiając kolarzom troskę o jej zdobycie. Nie wszyscy kolarze Festiny stosowali doping,
ale ci, którzy to robili doskonale potrafili zadbać o własne interesy.

Początkowo Rijckaert rozmawiał o EPO z Rousselem, ale ten był stanowczo przeciw.

Uważał, że kolarze powinni systematycznie przygotowywać się do ścigania, więc pojawienie
się EPO postawiło go w trudnej sytuacji z powodów etycznych. Był jednak zmuszony się
poddać. Pytanie brzmiało: czy chcemy startować w wyścigach po to, aby dojechać do mety,
czy chcemy coś osiągnąć, może nawet wygrać. Roussel nie mógł zbyt długo upierać się przy
swoim stanowisku, gdyż kolarze mieli swoje ambicje, a on sam bał się wyjść na głupka.
Zaraza zaczęła się szerzyć.

44

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Rzeczywistość nas dopadła i zabiła wszelkie szlachetne skrupuły, kiedy w początkach

lipca, Tour wystartował w Puy du Fou w Wandei. Zanim jeszcze stanęli na starcie, niektórzy
kolarze dowiedzieli się, że jeśli chcą, mogą spróbować EPO. Byłby to chrzest ogniowy. Było
kilku szczególnie podnieconych tą perspektywą, zwłaszcza, że mieli dostać EPO za darmo –
koszty pokrywała ekipa. Szczególnie jeden z kolarzy był zachwycony, jako że nieustannie
zmagał się z zapaleniem oskrzeli. Miał w związku z tym dostawać dawki EPO wyższe niż
inni,   a   równocześnie   wysokie   dawki   antybiotyków,   aby   zwalczyć   wirusową   infekcję
oskrzeli.

14

Zawodnicy nie mieli pojęcia ile EPO dostaną w rzeczywistości. Stawali się coraz bardziej

niecierpliwi, kiedy na czterdzieści osiem godzin przed początkiem Touru nie obserwowali
żadnych   efektów   dopingu,   a   musieli   się   przygotować   na   wstępne   testy   medyczne.   Aby
uspokoić nastroje Bruno Roussel zadzwonił do Hiszpanii, a odkładając słuchawkę zapewnił
nas „Jutro dostarczą nam towar samolotem”.

I rzeczywiście, w wyznaczonym dniu przybyła przesyłka z około stoma dawkami EPO. Dr

Rijckaert udzielał bardziej szczegółowych wyjaśnień. Tego dnia zainteresowani kolarze mieli
pobraną krew do analizy w laboratorium w Cholet. W zależności od wartości hematokrytu
indywidualnie   dawkowaliśmy   EPO.   Dopiero   cztery   lata   później   UCI   ustaliło   graniczną
wartość hematokrytu na 50 procent, ale Rijckaert nie chciał przekraczać wartości 54 procent,
aby zminimalizować ryzyko zatorów i podwyższonego ciśnienia krwi. Początkowo podawano
zawodnikom maksimum 2 000 jednostek na dobę. Według Rijckaerta była to rozsądna dawka.
W późniejszym okresie pozwalał na jeden zastrzyk co dwa dni i zaprzestał podawania EPO na
tydzień przed wyścigiem. Efekty EPO są oddalone w czasie, więc przedłużanie kuracji nie
miałoby sensu.

W   dniu   przerwy   w   Andorze,   po   południu,   kiedy   zespół   odpoczywał,   jak   zwykle

pracowałem z Richardem Virenque. Dzielił z nim pokój inny kolarz. Aby nieco ich pobudzić,
przygotowałem kroplówki z proteinami, które zawiesiłem na hakach w ścianie. Płyn był gęsty
i musiał ściekać bardzo wolno – 40 kropel na minutę – więc kroplówka trwała ponad godzinę.

W pewnym momencie do pokoju wpadł bez pukania nasz człowiek od PR, Joël Chabiron.

Zazwyczaj   nie   zrobiłoby   to   na   nas   żadnego   wrażenia,   ale   tym   razem   towarzyszył   mu
hiszpański dziennikarz. Pandemonium! Zdawaliśmy sobie sprawę, że chociaż kroplówki z
białkami   były  absolutne   zgodne   z   przepisami,   dziennikarz   będzie   myślał,   że   podajemy
kolarzom   środki   dopingujące.   Rzuciłem   się   do   drzwi,   wsunąłem   między   nie   stopę   i
krzyknąłem, że lekarz ekipy właśnie bada zawodników. Ale do Chabirona nic nie dotarło. W
ślepej panice Virenque pobiegł do łazienki,  ciągnąć za sobą kroplówkę. Nie wiedział,  że
butelka musi być w górze żeby płyn ściekał. Natychmiast krew napłynęła do rurki, co tylko
spotęgowało jego przerażenie. Na szczęście w tym czasie Joël Chabiron zorientował się jakie
faux pas popełnił. Kiedy zamknął drzwi, z powrotem powiesiłem kroplówkę na haku, a płyn
dalej powoli spływał do żyły Richarda. Jego współlokator wprost skręcał się ze śmiechu.

Festina   ukończyła   Tour   z   jednym   zwycięstwem   etapowym   (Lino   w   Perpignan)   i

piętnastym miejscem w klasyfikacji generalnej innego z naszych kolarzy, który równocześnie
okazał się najwyżej sklasyfikowanym Francuzem. Był to rezultat, który niczego jeszcze nie
dowodził.   Zaczęliśmy   stosować   EPO   zbyt   późno,   aby  liczyć   na   coś   więcej,   gdyż   kiedy
zawodnik ostro uczestniczy w rywalizacji, nie jest łatwo podnieść jego hematokryt. 

Kilka   miesięcy   później,   we   wrześniu   1993,   Pascal   Hervé   podpisał   swój   pierwszy

profesjonalny kontrakt z naszą ekipą. Wcześniej był mistrzem Francji amatorów, znanym z
odważnego stylu jazdy, więc w końcu dano mu szansę dołączenia do pierwszego szeregu. Nie
musiał czekać długo na propozycje: miał do wyboru małą grupę Chazal prowadzoną przez
Vincenta Lavenu i ambitną ekipę Festiny z Bruno Rousselem na czele…

14

 Cóż, pan Voet nie jest lekarzem…

45

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Kiedy już został przedstawiony całej ekipie, Pascal Hervé nie owijał w bawełnę, ściskając

mi dłoń.

„Słuchaj, mam dwadzieścia dziewięć lat, a to oznacza, że przede mną cztery czy pięć lat

zarabiania pieniędzy w gronie zawodowców. Powiedziałem to lekarzowi i powtarzam tobie:
nie mam nic przeciwko jakiemuś zastrzykowi od czasu do czasu. Wiem jak to działa, znam
cały system. Nie musisz mnie pytać o pozwolenie”.

W końcu stycznia 1994, cała ekipa zgromadziła się na wstępnym obozie treningowym w

Gruissan. Właśnie wtedy kierownictwo wraz z lekarzami opracowali coś, czego od dawna się
spodziewałem:   terminarz   podawania   środków   dopingujących  wraz   z   kosztorysem.   Bruno
Roussel powiedział: „Wiemy, co się dzieje w kolarstwie. Więc zamiast załamywać dłonie,
kiedy ktoś będzie miał pecha i coś mu się stanie, postanowiliśmy wprowadzić odpowiedni
nadzór medyczny”.

Środki, o których była mowa to EPO i, nowość, hormon wzrostu. Postanowiliśmy, że pod

koniec   każdego   sezonu   zestawimy   koszty   środków   dopingujących,   jakie   zużył   każdy   z
zawodników z jego wynikami sportowymi i premiami pieniężnymi (w zależności od liczby
wyścigów, w których startował). Na każdego kolarza przypadało około 150 000 franków.
Wszystkie nagrody i premie wpłacano do jednej puli, a następnie Joël Chabiron rozdzielał
pieniądze.

Zawodnik   intensywnie   grzejący   kosztował   nas   około   80   000   franków   rocznie.   Ale

chociażby   w   sezonie   1997,   który   okazał   się   dla   nas   wybitnie   udany,   zarobiliśmy   na
zwycięstwach 4 000 000 franków. Po odliczeniu 15 procent dla ekipy technicznej (około 600
000   franków),   pozostało   3   400   000   franków   do   podziału   dla   zawodników.   System   ten,
rozgłoszony przez prasę podczas Touru 1998, okazał się bardzo korzystny dla kolarzy.
 

Rok później lekko usprawniliśmy system. Stwierdziliśmy, że kolarze z drugiej linii nie

mogą sobie pozwolić na drogie środki – ampułka EPO kosztowała około 450 franków, fiolka
hormonu   wzrostu   około   55   franków  –   ale   uczciwie   pracują   dla   dobra   ekipy.  Na   prośbę
Virenque’a,   a   zwłaszcza   Hervé,   kolarze   zagłosowali   za   równym   podziałem   funduszy  na
doping (Bassons, Halgand i Lefevre, zawodnicy, którzy nie brali środków dopingujących nie
należeli wtedy jeszcze do grupy). Kolarze jeżdżący pierwszy rok w barwach ekipy byli obecni,
ale nie mieli prawa głosu, a ci, którzy się sprzeciwiali, musieli podporządkować się decyzji
większości.   Nowy  system   doprowadził   do   nadużyć,   gdyż  mniej   utalentowani   zawodnicy
zużywali   więcej   środków   niż   potrzebowali.   To   spowodowało   zwiększenie   wydatków
przypadających na jednego kolarza do 600 000 franków. W rezultacie w 1996 roku Virenque i
Hervé, wspierani przez Laurenta Dufaux zaproponowali powrót do systemu sprzed dwóch lat.
Laurent   Dufaux,   który   przeszedł   do   Festiny   z   grupy   hiszpańskiej,   nie   był   bynajmniej
zaskoczony naszym systemem, podobnie jak kolarze pochodzący z innych ekip. Nie mogli nas
nauczyć niczego, czego do tej pory nie wiedzieliśmy; jedyne co różniło od siebie ekipy, to
sposób   rozdziału   funduszy.   Co   więcej,   masażyści   różnych   grup   często   pomagali   sobie
nawzajem, kiedy pojawiały się problemy z dostawami. W innych ekipach mieliśmy kolegów,
od których można było odkupić ampułkę EPO czy hormonu wzrostu. Również na wyższym
poziomie   odbywał   się   handel   wymienny.   Często   uczestniczyłem   w   dyskusjach   lekarzy
różnych ekip, które miały nieodmiennie jeden temat: przygotowania do startów. W gruncie
rzeczy wszyscy mieli taką samą broń w zanadrzu.

Już w 1994 roku Virenque zainteresował się zastosowaniem EPO i hormonu wzrostu.

„Czy nam wystarczy? Czy rozmawiałeś o tym z lekarzem?” Zadawał bardzo wiele pytań,
szczególnie w okresie przygotowań do naszego głównego celu w sezonie – Tour de France.
Oczywiście w jego interesie było, aby ekipa była możliwie najsilniejsza, aby tym sprawniej
pomogła mu wygrać wyścig. Jakoś zawsze końcowe zwycięstwo się mu wymykało, ale w
końcu to Tour de France uczynił go sławnym. Virenque doskonale wiedział, co robi. Jego

46

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

niesławna odpowiedź na pytanie czy zażywał środki dopingujące: „podawano mi je bez mojej
wiedzy i bez mojego pozwolenia” jest bałamutnym kłamstwem.

Nasz system działał sprawnie do 1998 roku. To samo miejsce, ten sam czas... Musieliśmy

jedynie dwa razy do roku złożyć zamówienie. W lutym 1994 roku Dr Jimenez  przywiózł
pierwszą dostawę do Gruissan. Później Joël Chabiron przywoził EPO i hormon wzrostu z
Portugalii. Przejmowałem je we Francji i upychałem do pojemnika na warzywa w lodówce.
Mógłbym je przetrzymywać w chłodziarce w siedzibie ekipy w Meyzieu, ale czuliśmy, że
bezpieczniej będzie u mnie w domu. Zajmowałem się rozprowadzaniem leków wśród kolarzy,
w zależności od indywidualnych potrzeb i wymagań programów treningowych. 

Jako że wszyscy kolarze mi ufali, uzgodniono, że ja będę gromadził zapiski ile czego

każdy z zawodników przyjął w danym sezonie. Stąd moje słynne notatniki. Dzień po dniu
zapisywałem   starannie   w   terminarzu,   co   wziął   który  ze   sportowców.   Ani   na   chwilę   nie
rozstawałem się ze swymi notatkami. Na kartach dziennika zapisywałem nazwiska kolarzy
wraz z dawkami środków przez niego danego dnia przyjętych. Pod koniec sezonu robiłem
podsumowanie i zdawałem raport Bruno Rousselowi.

Aby zapobiec zdemaskowaniu – w końcu terminarz mógł zostać skradziony lub zgubiony

– używałem szyfru na oznaczenie różnych substancji: X podkreślone na czerwono oznaczało
EPO,   Z podkreślone na zielono  lub  niebiesko  – hormon   wzrostu.  Pod  koniec  1998  roku
dodałem jeszcze P. Używaliśmy tego szyfru także w rozmowach telefonicznych albo tam,
gdzie   moglibyśmy  być  podsłuchani,  gdyż  P   oznaczało   Clenbuterol,   tani   anabolik,  bardzo
trudny do zdobycia. Najwyraźniej jednak Joël Chabiron miał swoje zaufane źródła. Virenque,
Hervé, Magnien i Brochard, między innymi, stosowali Clenbuterol już w 1997 roku, kiedy
Dżamolidin Abdużaparow, trzykrotny triumfator klasyfikacji punktowej Tour de France został
przyłapany na jego stosowaniu i usunięty z Touru. Tak dla pamięci: Jean-Luc Vandenbroucke,
menadżer jego ekipy natychmiast wyrzucił masażystę Laurenta van Brussela, aby udowodnić
władzom, że jest bielszy nad śniegi. Pewnie zapomniał jak w 1976 roku, po zajęciu drugiego
miejsca   w   Mediolan   –   San   Remo,   tuż   za   Merckxem,   sam   został   zdyskwalifikowany  po
pozytywnym wyniku testu antydopingowego.

Zakazany we Francji, Clenbuterol jest jednym z najsilniejszych hormonów wpływających

na  przyrost  masy  mięśniowej.   Hodowcy bydła   dobrze   znają   jego  właściwości:   im   więcej
mięsa sprzedadzą, tym większe będą ich zyski. Clenbuterol powoduje spektakularny wręcz
rozrost   mięśni.   Aby   dokładnie   zbadać   jego   działanie   potrzebowaliśmy   królika
doświadczalnego, ale nie mógł nim być żaden z kolarzy. Ci są tak zachwyceni, kiedy dostają
coś nowego, że tracą wszelkie zahamowanie i po kilku tygodniach cały peleton wie, co się
święci. Odpowiedni kandydat znalazł się bardzo szybko: zgłosiłem się na ochotnika. Przed
wyścigiem Dauphiné Libéré przyjąłem dziesięć tabletek w ciągu siedmiu dni, a następnie
skrupulatnie oddawałem mocz do analizy od dnia piątego do ósmego od wzięcia ostatniej
tabletki.   Mocz   został   później   wysłany   do   laboratorium   w   Gandawie.   Okazało   się,   że
Clenbuterol całkowicie wypłukał się z organizmu ósmego dnia. Dla kolarza, który znacznie
szybciej pozbywa się różnych substancji z organizmu, ten okres jest jeszcze krótszy.

Efekty były niemal natychmiastowe. Trzy godziny po wzięciu pierwszej tabletki zacząłem

mieć gwałtowne dreszcze. Miałem wrażenie, że płuca mi się powiększają, że ktoś mi umieścił
nową baterię gdzieś w organizmie. Czułem się pewny siebie, pełen energii, silny jak tur – na
hormonach! Działanie leku utrzymywało się przez ponad miesiąc, działanie, które później
wykorzystywaliśmy z dobrym skutkiem podczas wyścigów. 

Z powodu Clenbuterolu kilku francuskich i szwajcarskich zawodników nie uczestniczyło

w   swoich   narodowych  mistrzostwach   1996   roku.   Byli   w   trakcie   kuracji   hormonalnej,   a
ostatnie,   czego   potrzebowaliśmy   to   pozytywny   wynik   kontroli   antydopingowej   podczas
mistrzostw. Jako oficjalną przyczynę absencji podaliśmy infekcję wirusową. Prasa donosiła,

47

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

że epidemia w ekipie na krótko przed startem Touru wzbudzała w nas spory niepokój. W
rzeczywistości cała grupa uczestniczyła w obozie treningowym w Pirenejach.

Jako   wymagający   sport   wytrzymałościowy,   kolarstwo   było   od   zawsze   poligonem

doświadczalnym   dla   substancji   dopingujących.   O   kreatynie   dowiedziałem   się   znacznie
wcześniej niż jesienią 1998 roku, kiedy to gazety zaczęły w alarmistycznym tonie rozpisywać
się o jej stosowaniu przez piłkarzy włoskich i angielskich rugbistów. Kreatynę stosowano w
kolarskim światku od roku 1995.

Kreatyna nie jest substancją zakazaną, tyle że buduje masę mięśniową dopiero zażywana

równocześnie   ze   sterydami   anabolicznymi,   takimi   jak   nandrolon.   Występuje   przede
wszystkim   w   czerwonym   mięsie.   Nie   ma   właściwości   stymulujących,   ale   poprawia
wytrzymałość.   Erik   Rijckaert   przywoził   ją   z   laboratorium   w   Gandawie,   gdzie   ją
produkowano. Biały proszek był bardzo kosztowny, co zrozumiałe, jako że jedna saszetka
była odpowiednikiem trzydziestu steków. Na dzień przed długą czasówką lub etapem górskim
niektórzy   kolarze   zjadali   nawet   do   trzydziestu   gramów,   popijając   wodą   lub
jogurtem...Wyobraźcie sobie ucztę ze stu osiemdziesięciu krwistych befsztyków! Przeszliśmy
długą drogę od lat sześćdziesiątych, kiedy kolarze pałaszowali wielki stek o szóstej rano w
dniu wyścigu, błogo nieświadomi faktu, że strawienie go pochłonie jedną trzecią dostarczonej
energii.

Z  biegiem  czasu   wielu   nowo   przybyłych  zawodników   wchodziło   w   system   z   równie

wielką ochotą jak ich poprzednicy. Luc Leblanc (1994) i Laurent Brochard (1995) pochodzili
z  podobnych środowisk.   Kiedy  dołączyli do   grupy, Dr  Rijckaert   oświadczył, że   najpierw
trzeba   ich   „odkenakortyzować”.   Miał   na   myśli   drastyczne   zmniejszenie   dawki
przyjmowanych przez nich kortykosterydów. „Jeśli będą używać sterydów w nadmiarze, to
nic z nich nie zostanie” mawiał. Kortyzon początkowo poprawia samopoczucie, ale wkrótce
doprowadza do zaników masy mięśniowej, przyspieszając znacznie jej katabolizm. Powoduje
to ogromne osłabienie ścięgien i torebek stawowych. 

Lata 1994 do 1998 w Festinie były szalone: obfitość sukcesów, stale rosnąca popularność

i imponujące wyniki, które krok po kroku doprowadziły nas do pozycji lidera drużynowej listy
rankingowej UCI. Szliśmy na całość, nie tylko zresztą  my. Nie licząc kilku  nowicjuszy i
pojedynczych  „czystych”   kolarzy  spychanych  na   margines,   w   peletonie   widziało   się   całe
spektrum środków dopingujących: każdy  coś brał, każda  ekipa była zamieszana. Czasami
jednak   ktoś   wyrywał  się   znacznie   przed   orkiestrę.   Pamiętacie   oszałamiające   zwycięstwo
Bjarne   Riisa   na   etapie   do   Hautacam  podczas   Touru   1996?   Duńczyk,  który  miał   odnieść
końcowe zwycięstwo,  po prostu  bawił   się   z  rywalami  zanim   rozgniótł   ich  na  miazgę.  A
poziomy hematokrytu jego rywali, przynajmniej tych z Festiny były radośnie podniesione do
około 54 procent. Jego sukces był denerwujący dla ludzi peletonu w równym stopniu jak
spektakularny dla nieświadomej niczego publiczności. Dwa lata później, w mojej więziennej
celi, nie mogłem powstrzymać nerwowego śmiechu, kiedy zobaczyłem Riisa w roli rzecznika
kolarzy, podczas gdy wyścig powoli obsuwał się w śmieszność. Jakiego rodzaju kolarstwa
bronił tak zajadle?

Podsumowując: wiedziałem doskonale co się dzieje i w innych ekipach. Byli masażyści,

którzy chełpili się swoimi „sukcesami”, byli przekonani o swoim geniuszu, uważali, że mogą
stworzyć albo zniszczyć mistrza. Byli tacy, którzy otrzymywali wysoki procent od premii
zdobywanych  przez   zawodników,   którymi  się   opiekowali.   Jednym   z   nich   był  hiszpański
masażysta, który wcześniej pracował z wieloma kolarzami klasy światowej i który zaoferował
swoje usługi Alexowi Zülle w Festinie. Hiszpan nawet nie spojrzał na zawodników w rodzaju
Bassonsa czy Medana. Miał swoje ambitne pomysły, był zaprzysięgłym zwolennikiem metod
Dra.   Michele   Ferrariego   –   włoskiego   trenera   Romingera,   który   obecnie   jest   obiektem
dochodzenia włoskiej policji w sprawie o dystrybucję środków dopingujących. Zawsze było:

48

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Ferrari   to,   Ferrari   tamto.   Skończyło   się   na   głośnych   pyskówkach   ze   mną   i   nawet   z
Rijckaertem,   który   pomimo   tego,   co   robiliśmy   w   grupie   chciał   zachować   umiar   we
wszystkim. 

Trzeba sobie uzmysłowić, że w tamtym czasie programy treningowe były dostosowywane

do dawek środków dopingujących, jakie otrzymywali zawodnicy, a nie odwrotnie. Jak tylko
się odwróciliśmy, znajdowali się kolarze Festiny, którzy na paluszkach dreptali do pokoju
Hiszpana. Chcieli jechać „szybciej, wyżej, mocniej”, słowami olimpijskiego motta. Wtedy
też,  na początku 1996 roku, Richard Virenque odwiedził  Dra Ferrariego w jego domu w
Ferrarze

15

.   Wystarczyła   jedna   konsultacja.   Richard   powrócił   wyraźnie   zakłopotany.

Dołączenie do grupy zawodników prowadzonych przez Ferrariego było bardzo kosztowne.
Ponadto kontakty z nim były jak wywieszenie flagi: natychmiast stawało się oczywiste, w
czym uczestniczysz. A Virenque za wszelką cenę chciał utrzymać w tajemnicy przed rodziną
swoje   metody   treningowe.   Moim   zdaniem   właśnie   dlatego   gwałtownie   zaprzeczał
przyjmowaniu   środków   dopingujących,   nawet   skonfrontowany   z   ważkimi   dowodami.
Podobnie   Dufaux   zawiadomił   mnie   na   początku   1998   roku,   że   on   oraz   inny   zawodnik
skonsultowali   się   ze   szwajcarskim   lekarzem   mającym   opinię   jednego   z   największych
koksiarzy. I w dodatku robili to od dwóch lat!

Ale, jak miałem zwyczaj powtarzać: „Mistrza nie czyni to, jakie substancje przyjmuje”.

Dołączenie   do   ekipy   Alexa   Zülle   nie   ucieszyło   Richarda   w   najmniejszym   stopniu.

Dowiedział   się   o   tym   w   przeddzień   Mistrzostw   Francji   w   1997   roku,   kiedy   nowina
przedostała się do prasy. Kilku z nas już tydzień wcześniej się o tym dowiedziało...

Pamiętam, że tego wieczoru po kolacji wpadł do mojego pokoju jak burza. „Boże, Willy,

wiesz co oni zrobili? Wzięli i podpisali kontrakt z Züllem!”. 

Rzeczywiście mogło to  wyglądać jak strzał w plecy. Co więcej, Zülle miał dostawać

większe pobory. Miało to sens, gdyż dwa razy wygrał on Vueltę, był mistrzem  świata w
jeździe na czas i zajmował drugą pozycję na liście rankingowej UCI, za Jalabertem. Miało to
sens, pod warunkiem, że nie nazywasz się Richard Virenque. Atmosfera stała się, delikatnie
rzecz   ujmując,   burzowa.   Stosunki   między   Richardem   a   Bruno   Rousselem,   który   został
zmuszony do podpisania kontraktu z Züllem przez Miguela Rodrigueza, nigdy już nie były
takie jak poprzednio. Prawdę mówiąc, Rodriguez bardzo realistycznie oceniał fakty. Pomimo
ducha  walki   i   kilku   miejsc   na  podium  Touru  (trzeci  w   1996,   drugi  w   1997),  Rodriguez
postrzegał Richarda jedynie jako czarnego konia, natomiast Zülle był mocnym faworytem do
założenia żółtego trykotu na Polach Elizejskich w przyszłości. Virenque był numerem jeden
jedynie w sercach publiczności, tłoczącej się przy trasie Touru. W rzeczywistości lista jego
zwycięstw (dwanaście  w   ciągu  ośmiu   lat,  nie   licząc   kryteriów),  niezupełnie   odpowiadała
wymaganiom stawianym liderowi z gwiazdorską pensją. Richard jednak był stworzony do
innych celów:  był impulsywny, miał  waleczny  charakter i wygląd miłego  chłopca. Kiedy
lipiec się zbliżał zamieniał się w idealnego kandydata na zięcia i ulubieńca nastolatek: w
oczach sponsorów było to równie ważne jak odnoszone zwycięstwa. Żadne drugie miejsce na
Tour de France nie wywołało tak wiele podniecenia jak wtedy, gdy Richard Virenque przegrał
z Janem Ullrichem w 1997 roku. Virenquemania osiągnęła swoje apogeum, a Richard czuł się
z tym wszystkim jak ryba w wodzie.

Punkt  zwrotny w jego relacjach  z fanami   przyszedł pod  koniec  Touru w 1994  roku.

Virenque   właśnie   wygrał  swoją   pierwszą   klasyfikację   górską   i   wpadł   na   cenny   pomysł
przekazania całej sumy nagrody na sieroty w Rwandzie. Był to gest, który zwrócił uwagę całej
Francji.   Otoczony   gromadą   fotoreporterów   przybyłych,  aby  dać   świadectwo   tak   wielkiej
hojności,   w   paryskim   hotelu,   Richard   przekazał   czek   na   25   000   funtów.   Prawdziwie
wzruszająca   scena.   Prasa   nigdy  się   jednak   nie   dowiedziała,   że   inicjatywa  nie   wyszła  od

15

 Nomen omen

49

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Virenque’a. Był to pomysł Miguela Rodrigueza, który chciał zwrócić na ekipę uwagę mediów.
Virenque robił jedynie to, co mu nakazano.

Przekazano w ten sposób całą sumę nagród zgromadzonych przez ekipę i nie wszyscy

przyjęli to ze zrozumieniem. Ekipa techniczna bynajmniej nie była entuzjastyczna, jako że
spodziewali się dostać 15 procent sumy. Kolarze otrzymywali wysokie pensje, więc mogli od
czasu do czasu pozwolić sobie na dobroczynność, ale nam płacono nieco gorzej. Widząc jak
nieszczęśliwi  jesteśmy  na widok pieniędzy sprzątniętych  nam  sprzed nosa,  Joël  Chabiron
położył koniec narzekaniom: „ Nie martwcie się. Szef płaci za wszystko”.

Trzy lata później Festina zdominowała Tour de France, mając w składzie Didiera Rousa,

Laurenta   Brocharda,   który   wygrał   etap   w   dniu   święta   narodowego   i   Virenque’a
zwyciężającego w Courchevel.

16

 Pod każde wzniesienie czy przełęcz nasi kolarze wjeżdżali w

zwartej grupie na czele peletonu. Ich dominacja, granicząca z arogancją w ostatnim tygodniu
omalże nie doprowadziła do załamania Niemca Jana Ullricha, mało doświadczonego lidera
wyścigu.  Ta   dominacja   nie   była  jedynie  wynikiem  poczucia   wspólnoty  w   grupie.   Cztery
miesiące wcześniej Międzynarodowa Unia Kolarska wprowadziła 50 procent jako graniczną
wartość   hematokrytu.   Kiedy   zaczynaliśmy   używać   EPO,   Rijckaert   nalegał   żebyśmy  nie
przekraczali wartości 54 procent, podczas gdy inne grupy tolerowały i 60 procent. Więc kiedy
nasi przeciwnicy przyzwyczajali się do niższych wartości parametrów czerwonokrwinkowych,
my nie zasypialiśmy gruszek w popiele. 

Niestety ekipa przegapiła etap w Wogezach, który mógł być momentem zwrotnym tego

Touru. Na starcie etapu z Colmar do Montbeliard Jan Ullrich miał w klasyfikacji generalnej
przewagę 6’22” nad Richardem. Niemiec rok wcześniej przegrał jedynie ze swoim kolegą z
grupy Bjarne Riisem, ale ciągle jeszcze jego jazda pozostawiała wiele do życzenia. Zdobycie
żółtej koszulki na górskim etapie do Arcalis w poprzednim tygodniu kosztowało go wiele sił i
to   było  widoczne   w   ostatnim  tygodniu  imprezy. Na  pozornie   niewinnym  podjeździe   pod
Hundsruck uformowała się groźna ucieczka: byli w niej Hervé, Rous i Virenque, ale również
Marco Pantani, Abraham Olano, Fernando Escartin i wszyscy najsilniejsi kolarze wyścigu.

Ullrich   tracił   do   nich   mniej   niż   minutę,   ale   robił   wrażenie   zmęczonego,   a   jedyny

zawodnik z ekipy, który mu został do pomocy, Udo Bölts jechał na ostatnich nogach. Ciągle
jeszcze zawodnicy mieli przed sobą wzniesienie Ballon d’Alsace i zaczynało wyglądać na to,
że mogą zajść zmiany w klasyfikacji generalnej.

Tylko   że   z   jakiegoś   powodu   inni   zawodnicy   w   ucieczce   nie   chcieli   z   nami

współpracować.   Wieczorem,   w   czasie   masażu,   Richard   powiedział   mi,   że   próbował   ich
przekupić, ale suma, którą proponował była tak mała, że nie chciało im się nawet kiwnąć
palcem. Zamiast poprosić swoich zawodników aby nadawali tempo ucieczce i w ten sposób
zyskali przewagę nad Ullrichem, Richard – do dziś nie wiem dlaczego – pozwolił im na
indywidualne ataki, aby któryś z nich odniósł etapowe zwycięstwo dla grupy. Zwycięstwo
Didiera Rousa, z Hervé finiszującym na drugiej pozycji było wspaniałym widokiem – dla
kogoś   z   zewnątrz.   Ci,   którzy   obserwowali   wyścig   od   wewnątrz   mogli   być   jedynie
sfrustrowani.

Wyścig zaczął się dla nas na poważnie od indywidualnej jazdy na czas w Saint-Etienne.

Trasa liczyła 55 kilometrów i była wystarczająco pagórkowata jak na upodobania Virenque’a.
Nie   sądziliśmy   wprawdzie,   że   jest   on   w   stanie   ją   wygrać,   ale   liczyliśmy   chociaż   na
zminimalizowanie strat. Taki był nasz cel, który miał uświęcić wszystkie środki. Dzień przed
czasówką Richard usłyszał od jednego z kolegów z grupy, że wybawienie może mu przynieść
„coś specjalnego na czasówkę”. A jeśli coś takiego istnieje, czy ma wbudowany stoper? A czy

16

 Istniały domniemania, że Virenque kupił to zwycięstwo etapowe od Ullricha.

50

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

jakaś   firma   farmaceutyczna   produkuje   „coś   specjalnego   na   etapy   górskie”   albo   „coś
specjalnego na premie górskie drugiej kategorii”?

Richard chciał wiedzieć wszystko. Usłużny kolega z drużyny - protegowany Ferrariego -

powiedział  mu, że najlepiej skontaktować się z  naszym starym znajomym –  hiszpańskim
masażystą. Podczas wieczornego masażu, Richard, nie bez wahania, postanowił mnie o tym
poinformować.   Usiłowałem   go   ostrzec.   Stosując   zwyczajowy   program:   EPO   i   hormon
wzrostu, optymalnie przygotowaliśmy go do startu. Prawdopodobnie nigdy w życiu nie był w
tak dobrej formie. Pozostawało tylko następnego dnia podać mu w odpowiednim momencie
zastrzyk   z   kofeiny   i   Solucamphre,’u   aby   rozszerzyć   drogi   oddechowe.   Ponadto   nie
wiedzieliśmy nic o tym czymś „specjalnym na czasówkę”, więc istniało ryzyko, że okaże się
to po prostu szkodliwe. Nie można próbować byle czego gdy stawka jest tak wysoka.

W owym czasie Hiszpan dysponował wolną chwilą, gdyż zawodnik z innej ekipy, którym

się opiekował, odniósł kontuzję i zrezygnował z jego usług. Pomimo moich obaw, Richard
przedyskutował sprawę z Bruno Rousselem, który w końcu dał się przekonać. „To konieczne
dla jego spokoju ducha” powiedział, chociaż nie brzmiał na do końca przekonanego. Stanęło
na   tym,   że   dostałem   za   zadanie   przyprowadzić   gościa   do   naszego   hotelu.   Hiszpański
masażysta, uprzedzony przez kolegę Virenque’a przygotował magiczny eliksir u siebie. Nie
chciał marnować czasu.

Stałem przy Hiszpanie, kiedy ten wygłaszał długą mowę reklamującą liczne zalety jego

cudownego środka. Ja widziałem tylko małą fiolkę bez naklejki z białawym płynem w środku.
Mogło to być cokolwiek.

Wziąłem fiolkę i zaniosłem ją do pokoju Richarda.
„Masz swój dopalacz”.
„Nie zachowuj się w ten sposób”.
„Słuchaj,   możesz  robić  co ci się żywnie podoba. Nie chcę  już  nic   o tym  słyszeć,  w

porządku?”

„Daj spokój, Willy. Przygotujesz to dla mnie na jutro, co?”
Nie stawiałem oporu. Bo wpadłem na pewien pomysł. Miałem zrobić zastrzyk z tego

czegoś na godzinę przed startem. Przedyskutowałem sprawę z Rijckaertem, który oczywiście
nie wiedział co się święci i był całkowicie zaskoczony. „Nie możesz tego zrobić” powiedział
„Nikt nie wie, co to, do cholery, jest”.

O   wyznaczonej   porze   zrobiłem   Richardowi   zastrzyk.   Tego   dnia   pojechał   czasówkę

najlepiej   w   życiu,   przegrał   jedynie   z   Ullrichem.   Niemiec   wystartował   trzy   minuty   po
Richardzie i doszedł go na trasie, po czym aż do mety toczyła się fascynująca rywalizacja.

„Boże, jak dobrze się czuję! To jakiś cudowny środek” gorączkował się Richard „Musimy

zdobyć tego więcej”. Oczywiście jego sukces miał coś wspólnego z cudownym eliksirem, ale
jest   coś, o  czym Richard nie  wie, chyba  że  czyta teraz  moje  słowa. Fiolka od  Hiszpana
powędrowała do śmieci, a Virenque dostał trochę zwykłej glukozy.

Niczym się nie da zastąpić wiary w siebie. Wystarczyło wiedzieć, że dla Virenque’a nie

ma skuteczniejszego środka dopingującego niż aplauz publiczności. Kilka zastrzyków „Allez
Richard!”,   sporo   uwielbienia   aby  podnieść   próg  bólu,   odrobina   podziwu   aby  uczynić  go
niepokonanym. Tego właśnie Richard potrzebował i to mu pozostało do dzisiaj.

Wydarzyło się jednak coś, w co trudno nam było uwierzyć. Późną wiosną 1998 roku,

kilka tygodni po zwycięstwie w Criterium International, Christophe Moreau wpadł na kontroli
antydopingowej. Co wykryto? Mestoleron, steryd anaboliczny. Było to zbyt oczywiste żeby
mogło   być   prawdziwe.   W   przeciwieństwie   do   chociażby   nandrolonu,   który   całkowicie
wypłukuje się z organizmu w ciągu tygodnia, mestoleron można wykryć w moczu przez co
najmniej sześć miesięcy, i wszyscy o tym wiedzą. Nie mogliśmy się zorientować o co chodzi
tym razem.

51

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Oczywiście poprosiłem Moreau, żeby dowiedział się czegoś więcej, bo wydawało mi się,

że to ja jakoś wyświadczyłem jemu i ekipie niedźwiedzią przysługę. Przysięgał, że niczego
nie  zażywał. Oprócz  jednego zastrzyku zrobionego  przez  masażystę innej   ekipy na dzień
przed   wyścigiem…Masażystę,  który   był   znany   z   tego   rodzaju   sztuczek.   Jak   łatwo   się
domyślić,   wszystkiemu   zaprzeczył.  Było  jego   zdanie   przeciw   zdaniu   Moreau.   Publicznie
Christophe oświadczył, że poczuł się zdradzony. Nie miałem do niego pretensji, był miłym
chłopakiem.   Najdziwniejsze  jest   jednak  to,   że  trzy miesiące  później   jak  gdyby nigdy  nic
dopuszczono go do startu w Tour de France, gdyż uwzględniono jego apelację – a podobno
władze kolarskie walczą z dopingiem wszelkimi środkami. W połowie lipca Moreau zeznał na
policji w Lille, że przyjmował EPO. Kary za te dwa przewinienia nałożyły się na siebie.

Potrzeba   zdobycia   najnowszych   środków   dopingujących   graniczyła   z   obsesją.

Początkowo szeptano, później plotkowano, nazwy nowych hormonów wypływały na światło
dzienne. Może to brzmieć jak szaleństwo, ale nieważne było co zawiera fiolka…niektórzy
kolarze niczego tak nie pragnęli jak stać się królikami doświadczalnymi nowych sposobów
dopingu. Już w 1996 roku w ekipie pojawiło się IGF-1. IGF czyli Insulinopodobny Czynnik
Wzrostu   jest   hormonem   wzrostu,  którego   działanie  jest   szybsze  i   bardziej  spektakularne.
Trudno mi powiedzieć coś więcej, bo nie jestem chemikiem, ale IGF-1 szybko stał się „tym
czymś”.

Wypróbowaliśmy nowość krótko przed mistrzostwami świata w 1996 roku w Lugano, na

trzech   królikach   doświadczalnych;   byli   nimi:   Laurent   Brochard,   Pascal   Hervé   i   Laurent
Dufaux. IGF-1 jest konfekcjonowane w postaci dwóch fiolek: jedna zawiera proszek, druga –
przezroczysty płyn. Ich mieszanka wystarcza na około dziesięć iniekcji: podskórnych w ramię
lub   brzuch   albo   domięśniowych   –   w   pośladek.   Jest   to   lek   bardzo   drogi   i   wymagający
szczególnych  warunków   przechowywania.  Musi   być  zamrożony,  więc   przechowywaliśmy
fiolki w lodówce w ciężarówce ekipy.

Fernando Jimenez, hiszpański lekarz ekipy jako pierwszy sprowadził IGF-1 i dlatego nie

uwzględniłem tego leku w swoich notatkach. Stosowaliśmy go głównie podczas włoskich i
hiszpańskich wyścigów, zwłaszcza podczas Giro d’Italia i Vuelty, a wtedy ani Rijckaert, ani ja
nie  towarzyszyliśmy kolarzom. Środek  podawano codziennie  przez  sześć  czy siedem  dni,
zazwyczaj w drugim tygodniu wyścigu, aby pobudzić regenerację organizmu.

Trzy  króliczki   różnie   zniosły  eksperyment.  Laurent  Brochard   czuł   się   spowolniały,  a

Laurent   Dufaux   nie   odczuwał   żadnej   różnicy.   Z   kolei   Pascal   Hervé   jechał   po   kuracji
znakomicie. Dlatego później jedynie sporadycznie używaliśmy IGF-1. Jego efekty nie były
przekonywające, ale przynajmniej częściowo działał. Richard Virenque wypróbował go wraz
z Dufaux podczas Tour de Romandie w 1997 roku, ale nie zauważył żadnej poprawy. Didier
Rous   eksperymentował  w   czasie   Wyścigu   Dookoła  Kraju   Basków  w  1998   roku,  ale   bez
sukcesów. W końcu odpuściliśmy sobie Insulinopodobny Czynnik Wzrostu. Być może dawał
kopa niektórym zawodnikom, ale zupełnie nie działał na innych. 

Zdarzały się przypadki, że doping poprawiał raczej morale zawodnika niż jego wydolność

fizyczną, jak się zdarzyło u pewnego kolarza przy okazji Gandawa – Wevelgem, pod koniec
lat dziewięćdziesiątych. Zawodnik ten jest perfekcjonista, ma dużą odporność na ból, jest
wymagający wobec  siebie   i   innych; prawdziwy  zawodowiec,  który  stara  się   jak  najmniej
pozostawiać   przypadkowi.   Bardzo   niechętnie   stosował   EPO,   przyjmując   znacznie   niższe
dawki niż inni kolarze. Wolał pracować głową. Doszedł do wniosku, że nie może uciec od
systemu dystrybucji środków dopingujących, jaki zorganizowaliśmy, ale korzystał z niego
głównie aby poprawić sobie samopoczucie. 

Skupił całą swoją uwagę na wyścigu Gandawa – Wevelgem, który jest jednym z niewielu

klasyków, poza Paryż – Tour, gdzie jest szansa na finisz z peletonu. Mając to na uwadze
zaakceptował, że będzie musiał brać EPO i Soludecadron, znany kortykosteryd, popularny

52

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

podczas wyścigów jednodniowych. W kronikach kolarstwa można przeczytać, że tego dnia
wygrał o włos po pełnym niespodzianek finale.

Nie   wszyscy   kolarzy   potrafili   utrzymać   taką   dyscyplinę.   Pamiętam   chociażby

powszechnie uwielbianego szwajcarskiego kolarza Bruno Boscardina. Nigdy nie zachowywał
się grubiańsko, nigdy nie powiedział niczego nieodpowiedniego. Klejnot. Rankiem w dniu
wyścigu Het Volk w 1997 roku, jak co dzień wziął tabletkę witaminy E, na zakończenie
przygotowań do wyścigu. Kłopot w tym, że witamina E wygląda tak samo jak przezroczysta
kapsułka Normisonu – silnego środka nasennego.

Biedny Bruno połknął niewłaściwą tabletkę na placu w Gandawie skąd startował wyścig.

Ruszył   pochrapując.   A   300   miligramów   kofeiny   połknięte   w   panice   nie   zrobiło   żadnej
różnicy. Ukończył wyścig, ale niemalże zasnął na rowerze.

11. Biała kokaina i brązowy formularz

Zanim 24. lipca powróciłem do Loos, wszyscy w więzieniu wiedzieli już co się stało. W

holu wejściowym podszedł do mnie strażnik: „Willy, przed wyjściem musisz wysprzątać celę.
Poskładaj pościel i pomyj talerze. Musisz zdać rzeczy do drugiej, ale wyjść będziesz mógł
dopiero o czwartej”.

Miałem trzy i pół godziny wolnego czasu. Ciągnęły się tak samo jak wszystkie przed

nimi. Serge cieszył się wraz ze mną. „Już prawie jesteś na wolności! Dasz nam znać co z
tobą?  To  byłby  pierwszy  raz,  żeby były  więzień  do nas napisał”.  Tydzień później  dostał
pocztówkę z Veynes.

Oczyściłem moje kilka metrów kwadratowych celi od sufitu do podłogi, tak jak to się robi

przed  wynajęciem mieszkania na lato.  Z niecierpliwości  przestępowałem  z nogi  na nogę.
Kwadrans przed trzecią zatrzasnęły się za mną drzwi celi. Ostatni raz rzuciłem okiem na
numer  237 i zszedłem  na parter, aby zdać moje rzeczy. „Może  pan  zatrzymać wszystkie
rzeczy   osobiste,   które   otrzymał   pan   w   więzieniu”.   Nie,   dziękuję!   Zatrzymajcie  je   sobie.
Wiedziałem, że zawsze już będą dla mnie śmierdzieć więzieniem, niezależnie od tego ile razy
będą wyprane i wyprasowane..

Moi dwaj prawnicy już na mnie czekali. Myślę, że doskonale sobie poradzili, chociaż

Ludo   –   jak   nazywałem  Ludovica  Barona   –   chyba  czuł   się   zdominowany  przez   bardziej
doświadczonego adwokata. Doceniałem jednak wsparcie, jakiego mi udzielał. Bessis zdążył
już zaapelować o przerwanie Tour de France i o objęcie dochodzeniem kolejnych osób. Chciał
ukazać  moją  winę we właściwych  perspektywach, w   związku   z czym publicznie   wyrażał
swoja opinię na temat dopingu w sporcie. O czwartej ponownie wciągnąłem w płuca świeże
powietrze. No, niezupełnie. Przed więzieniem koczowała horda dziennikarzy, mikrofony i
kamery sięgały aż po horyzont. Z trudem przebiliśmy się do Renaulta Twingo Ludovica i
ruszyliśmy do jego domu w Lille, gdzie, z kieliszkami szampana w rękach, oczekiwali nas
Sylvie i moi teściowie. Ludo dobrze wszystko zorganizował. Nie widziałem się z nim od
tamtej pory, podobnie jak z wieloma innymi ludźmi, którzy pozostali jedynie wspomnieniami,
kogoś, komu przyszło pozrywać wiele więzi.

To Richard Virenque zasugerował, że powinienem zostać włączony do ekipy Francji na

mistrzostwa świata w 1994 roku. Szepnął parę słów komu trzeba podczas Tour de France i
sprawa   została   załatwiona.   Federacja   francuska   nie   widziała   problemu,   tym   bardziej,   że
czterej kolarze Festiny: Leblanc, Virenque, Lino i Hervé zostali włączeni do ekipy narodowej.
Cieszyłem się, że obdarzyli mnie zaufaniem i że zostałem doceniony w kraju, który nie był
moją ojczyzną. Taki zaszczyt tylko raz spotkał mnie ze strony Belgów, za to pracowałem już
dorywczo dla ekipy irlandzkiej w Sallanches w 1980 i w Altenrhein w 1983.

53

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Tym   razem   byłem   jednym   z   pięciu   masażystów   akredytowanych   przy   francuskiej

drużynie, co miało się powtarzać przez kolejne cztery lata. Były to lata, które przyniosły dwa
wielkie sukcesy – tytuły mistrzowskie  dla Lino i Brocharda. Czasy te były pełne emocji,
pomimo   tego,   że   nie   miałem   licencji!   Dopiero   w   1997   roku,   Charly   Mottet,   za
wstawiennictwem   kierownika   francuskiej   ekipy,   Patricka   Cluzaud,   pomógł   mi   uzyskać
francuską licencję. Cluzaud nawet zwrócił na to uwagę Virenque’owi, który odpowiedział
„Jeśli Willy’ego nie będzie z nami, to nie ma sensu mnie wybierać do drużyny”.

W karierze każdego wielkiego kolarza jest jeden decydujący rok. Co do Luka Leblanka

nie ma wątpliwości: musi to być 1994. Przede wszystkim wygrał wtedy etap Tour de France
do Hautacam, w pobliżu Lourdes, przed Miguelem Indurainem (nawet jeśli „Big Mig” za
bardzo mu tego nie utrudniał). Poza tym zdobył tytuł mistrza świata w Agrigento na Sycylii,
po   czternastu   latach   powtarzając   wyczyn  Bernarda   Hinault.   Pamiętam   to   jakby   to   było
wczoraj. W drużynie z Lino, Hervé i Virenque panowała przyjazna atmosfera, a jedynym, o
czym myśleliśmy były barwy: czerwona, biała i niebieska.

Od finału Touru, który ukończył na czwartym miejscu, krążyły pogłoski, że „Lucho” chce

odejść z Festiny. Nowa ekipa Le Groupement złożyła mu atrakcyjną propozycję i Luc nie
bardzo   wiedział   co   ma   robić.   Nie   ośmielił   się   o   tym   powiedzieć   nikomu   w   ekipie,   ale
potajemnie   odbywał liczne  rozmowy telefoniczne  z   Patrickiem  Valcke,  który  miał  zostać
menedżerem ekipy Le Groupement i  Guy Molletem, PR  grupy.  Luc wahał się,  niepewny
swojej  przyszłości, aż   do wyścigu Tour  de Limousin w  połowie  sierpnia. Wieczorem   po
pierwszym etapie,  kiedy masowałem innego zawodnika,  wszedł  do mojego  pokoju. „Hej,
chłopaki,  wszystko  się  wyjaśniło, właśnie  rozmawiałem z   Brunem.  W   przyszłym  sezonie
jeżdżę   z   wami”.   Ale   później   dodał   tajemniczym   tonem   „Właściwie   to   jeszcze   muszę
porozmawiać z moim agentem, ale wszystko jest już dopracowane. Już podjąłem decyzję”.

Wrócił około jedenastej w nocy.
„Cześć Luc, jak poszło?”
„Hm, dobrze. Właściwie to podpiszę kontrakt z Le Groupement”.
Łatwo sobie wyobrazić atmosferę na śniadaniu następnego ranka. Luc okazał się zdrajcą,

nawet Bruno Roussel z trudem ukrywał rozczarowanie. Nie mógł zrozumieć przyczyn nagłej
wolty Leblanka. Kilka dni później, na Sycylii miało to znacznie utrudnić wszystkim życie.

 Kiedy dotarliśmy na Sycylię ciągle byliśmy w minorowych nastrojach. Roussel, który na

własny koszt zamieszkał w innym hotelu, zabronił mi zajmować się Lukiem, ponieważ zadał
on   nam   cios   w   plecy.   Mogłem   zrozumieć,   co   czuje   mój   szef,   ale   lubiłem   „Lucho”   i
pomyślałem, że lepiej go o tym uprzedzę. Wpadł w wściekłość i zagroził, że wywoła skandal
opowiadając   o   wszystkim   dziennikarzom.   Nie   chciałem   być   sprawcą   zamieszania,   więc
postanowiłem zająć się Leblankiem wbrew woli Roussela. Sprawa była śliska.

Trzeba tu powiedzieć, że członkowie francuskiej federacji wyróżniali się swoim brakiem

zaangażowania w sprawy zawodników. Każdy z masażystów musiał sam zadbać o cały sprzęt
potrzeby do opieki nad kolarzami: bidony, narzutki, żywność, wszystko…Cały ten majdan
musiał przejść przez ręce lekarza ekipy, Gérarda Porte, który chciał wiedzieć co szykujemy
dla kolarzy. Wszystko to było amatorszczyzną.

Rywalizacja   między   Leblankiem   a   Virenquem   narodziła   się   na   trasie,   a   została

rozdmuchana przez dziennikarzy. Podczas Touru 1994 Leblanc był lepszy niż Virenque, który
źle   znosił   nagłe   zainteresowanie   innym   kolarzem   grupy.   Stosunki   między   dwoma
zawodnikami miały się jeszcze pogorszyć, nawet biorąc pod uwagę rychłe opuszczenie ekipy
przez Leblanka. Przy obiedzie spoglądali na siebie prowokująco. Może nie było w tym nic
złowieszczego, ale przynajmniej wyglądało dwuznacznie. No i oczywiście w decydującym
momencie wyścigu znaleźli się obok siebie.

Przy ostatnim punkcie żywienia, na dwa okrążenia przed metą, kiedy po raz ostatni można

było wziąć butelkę z wodą, Richard wyglądał na pewnego siebie. Zanim chwycił butelkę,

54

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

którą mu podawałem, wykonał gest mający powiedzieć „Zwycięstwo jest moje!”. Wyglądał
na silniejszego nić Luc, chociaż obaj jechali znakomicie. Fizycznie i mentalnie Richard był w
szczytowej formie. Po dawce EPO, którą otrzymał w poprzedni czwartek, jego hematokryt
wynosił 52 procent. I tak jak trzej pozostali kolarze Festiny, otrzymał domięśniowy zastrzyk z
10 mg Diprostenu – kortykosterydu – na dzień przed wyścigiem i 20 mg rano przed startem.
Oczywiście wszystko bez wiedzy kogokolwiek z przedstawicieli Federacji.

Z   pewnością   był  silny,  ale,   jak   sam   mi   później   wyznał,  Luc  go  przechytrzył.  Kiedy

rozpoczynało się ostatnie okrążenie, Richard zwierzył się „Lucho”, że ma zamiar zaatakować
aby „dołożyć im z minutę”. Biedak: za minutę to Leblanc zaatakował. Był we francuskiej
drużynie, był jego kolegą z ekipy Festiny: Richard nie mógł atakować i pozostało mu tylko
dołączyć do pogoni. Pół godziny później, z brązowym medalem na szyi, zrozumiał, że o włos
stracił złoto, zaprzepaścił szansę na wielkie zwycięstwo. W wyścigu kolarskim, nieważne jak
bardzo to boli, musisz walczyć z konkurentami. A Richard nigdy nie był do tego zdolny.

Pomimo wszystko wieczorem odbyło się wielkie przyjęcie. Pomyślcie tylko: dwie trzecie

podium francuskie i Francuz mistrzem świata. Wszyscy zgromadzili się w pokoju hotelowym:
kolarze, ekipa techniczna, menedżer drużyny narodowej Bernard Thevenet i trener Patrick
Cluzaud. Całkiem wielu z nich zrobiło sobie zastrzyk z mieszanki belgijskiej, aby się ożywić i
móc balować do rana. Luc Leblanc stracił przy tym dziewictwo: nigdy wcześniej nie brał
amfetaminy.

Opuściłem zgromadzenie o czwartej nad ranem. Musiałem zabrać australijskiego kolarza

Stevena Hodge’a na lotnisko a potem jechać do domu. Jazda z Agrigento do Veynes trwa
około dwudziestu godzin, a ja miałem za sobą nieprzespaną noc. Nie chciałem zasnąć za
kierownicą:   robiłem   sobie   zastrzyki   z   amfetaminy  co   cztery  godziny.  Rzeczywiście:  mój
debiut na łonie francuskiej drużyny narodowej był niezapomnianym przeżyciem.

Następne  mistrzostwa  świata  w Kolumbii  również były pamiętne.  Szerokie uśmiechy,

ciepłe powitanie i kokaina.

Była to prawdziwa ekspedycja. Prawdę mówiąc, był to prawdziwy koszmar. Pomyślcie

tylko: pakowanie sprzętu, godziny w samolocie, różnica czasu. Virenque, Brochard i Hervé
byli   przedstawicielami   Festiny   w   drużynie   narodowej.   Nie   braliśmy   EPO,   gdyż   byłoby
bezużyteczne   -   mieliśmy   spędzić   trzy   tygodnie   przygotowań   na   dużych   wysokościach.
Zabraliśmy  natomiast   kortykosterydy,  aby  robić   zastrzyki   dzień   przed   startem   i   w   dniu
wyścigu, tak jak na Sycylii.

Richard   wyciągnął   wnioski   z   wyścigu   w   Agrigento   i   w   Kolumbii   był   bardzo

zdenerwowany. Niewiarygodnie pagórkowata trasa była jakby stworzona dla niego, ale nerwy
zjadały całą jego pewność siebie. Zdecydował  się  użyć  specjalnych  kół  karbonowych,  co
kosztowało drużynę rozwiązanie kontraktu z dostawcą kół, firmą Mavic. Richard pożyczył
koła od Holendra Danny Nelissena, który jadąc na nich zdobył dzień wcześniej mistrzostwo
świata amatorów. Nie była to decyzja, która przyniosła mu szczęście: zajął dopiero szóste
miejsce, a cały dzień spędził ścigając ucieczki.

Samolot   powrotny   mieliśmy   dopiero   o   czwartej   nad   ranem,   więc   zapragnęliśmy   się

odprężyć czekając na odlot. Po kolacji spora grupa zebrała się w domu jednej z ekip na „finale
grande” wyprawy. Kolumbijski kierowca przydzielony do ekipy przywiózł wielki blok czystej
kokainy   dla   jednego   z   jej   członków.   Czterysta   franków   i   był   nasz.   Trzeba   tylko   było
rozdrobnić blok  przy pomocy brzytwy,  co  tylko  dostarczyło więcej  uciechy i  wciągnąć z
lusterka   po   kresce   do   każdego   nozdrza.   Było  jak   w   powieści   kryminalnej.  Zażywaliśmy
kokainę przez zwinięty banknot dolarowy, a ci, którzy już wciągnęli po kresce bardzo szybko
odlatywali. Dwie godziny później euforia mijała. Zrezygnowani, resztki kokainy spuściliśmy
w toalecie.

55

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Aby dowiedzieć się, co się dzieje za kulisami, nie trzeba od razu wciągać do nosa białego

proszku. Czasami wystarczy z odpowiednią szybkością odtworzyć taśmę, jak na przykład po
mistrzostwach świata w San Sebastian w 1997 roku. Dziesięć dni po zwycięstwie Laurenta
Brochard, w moim domu zadzwonił telefon. Dzwonił Patrick Cluzaud, trener reprezentacji
narodowej. Nie było mnie wtedy w domu, więc Sylvie dała mu numer mojej komórki. Chwile
później, na autostradzie na południu Francji, odebrałem telefon od Charly Motteta, który był
wtedy menedżerem drużyny narodowej. 

„Cześć, Willy! Co się dzieje, do kurwy nędzy,? Coście stosowali na mistrzostwach? Ktoś

mi powiedział, że Brochard wpadł na kontroli”

Niemalże   wjechałem   w   barierki.   Zajmowałem   się   trzema   zawodnikami   Festiny:

Brochardem, Virenque i Hervé, ale oni nie brali niczego, co mogłoby dać wynik pozytywny.
Więc po pierwsze: co wykryto?

„Znaleźli Lidocainę w moczu”.
Znałem  ten środek przeciwzapalny

17

, ale nie  miałem go  w mojej apteczce masażysty.

Albo Brochard dostał go od kogoś innego, albo zaszła jakaś pomyłka, ale w tym momencie
nie   potrafiłem   tego   wyjaśnić   Charly’emu.   Aby   rozwikłać   sprawę,   pojechałem   prosto   do
magazynu ekipy w Meyzieu. W czasie jazdy próbowałem dojść do tego, co się właściwie
stało.   Miałem   pewną   myśl.   Zazwyczaj   Brochardem   zajmował   się   inny   masażysta.
Wiedziałem, że czasami daje on różne środki kolarzom do ręki, aby użyli podczas wyścigów,
w czasie których miał być nieobecny. Jeśli tak miało być, Brochard zabierał ze sobą małą
torbę. Masażysta był w San Sebastian na własną rękę, nie jako członek drużyny narodowej.
Często tak się działo podczas mistrzostw Francji czy świata, kiedy różni ludzie kręcili się w
pobliżu   hoteli.   Drużyna   może   ich   wskazać,   ale   nie   można   im   zabronić   kontaktu   z
zawodnikami.

W Meyzieu, przeglądając osobistego „małego chemika” masażysty natrafiłem na Inzitan,

hiszpański odpowiednik kortykosterydów w rodzaju francuskiego Soludecadronu. Wczytując
się w etykietkę pozbyłem się wątpliwości. Ten środek zawierał Lidocainę. A to właśnie przez
Lidocainę   wszystko   poszło   się   kochać.   Miałem   ochotę   walić   głową   w   ścianę.   Od   razu
zadzwoniłem do Bruno Roussela, wbrew woli Motteta, gdyż ci dwaj poróżnili się natychmiast
po mistrzostwach świata. Problem polegał na tym, że Mottet nie chciał widzieć w hotelu
ekipy   nikogo   poza   oficjalnymi   członkami   drużyny.  Bruno   nie   wierzył   własnym   uszom.
Rozłączyliśmy się, po czym oddzwonił z informacją, że mamy trzy dni na sprokurowanie
certyfikatu lekarskiego, uzasadniającego użycie Lidocainy, jako że UCI zezwalała na to w
pewnych przypadkach. Nie wiem z kim rozmawiał zanim oddzwonił.

Według   przepisów   zaświadczenie   lekarskie   powinno   być  przedłożone   przed   kontrolą

antydopingową,   ale   wydawało   się,   że   UCI   nie   przejmowało   się   tym   czy   papiery   będą
sporządzone   przed   czy   po   zawodach.   Najważniejsze   było   utrzymanie   pozorów.   I
utrzymaliśmy   pozory.   Laurent   od   dłuższego   czasu   zmagał   się   z   bólem   pleców,   miał
przepuklinę, której nie chciał zoperować, wolał stosować hydroterapię. Spadło to nam jak z
nieba. Zasugerowałem Brunowi, że powinniśmy to wpisać w antydatowanym zaświadczeniu
sporządzonym przez hiszpańskiego lekarza ekipy, Fernando Jimeneza.

Formularz sporządzony już po kontroli antydopingowej, ale z wcześniejszą datą został

bez problemu zaakceptowany przez władze międzynarodowe. Było to nieetyczne – ale już
dawno odpuściliśmy  sobie etykę –  i niezgodne z naszymi regułami. UCI ustami  swojego
przewodniczącego, głośno oznajmia, że walczy z dopingiem, ale przymyka oko na aferę, tym
bardziej wstydliwą, że UCI jest organizatorem mistrzostw świata. Moim zdaniem ówczesny
przewodniczący mógł zachować honor tylko w jeden sposób: podając się do dymisji.

17

16 Bynajmniej nie przeciwzapalny

56

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

Z drugiej strony, Brochard zasłużył na to, co osiągnął. Absolutnie nie powinno mu się

odbierać   tytułu   mistrzowskiego.   Kiedy   zawodnicy   na   starcie   są   tak   samo   „uzbrojeni”,
wygrywa najlepszy. Przed San Sebastian, trzej kolarze Festiny: Brochard, Virenque i Hervé
przeszli   to   samo   przygotowanie:   hematokryt   minimalnie   powyżej   49   procent   –   siedem
miesięcy po wprowadzeniu limitu 50 procent, kiedy już nie można było zbytnio szarżować –
trzy zastrzyki po dwie jednostki hormonu wzrostu na tydzień przed mistrzostwami świata;
zwyczajowe kortykoserydy, 10 mg Diprostenu w piątek i 20 mg na godzinę przed startem. Nie
ma się czym podniecać.

Ale nie można tego powiedzieć o wieczorze po zwycięstwie. Po suto zakrapianej kolacji

w hotelu w Hendaye, tuż za granicą, pojechaliśmy do klubu w Biarritz, gdzie świętowaliśmy
zdobycie mistrzostwa aż do ósmej rano. Trzeba być w formie, aby przeżyć taką noc. Dlatego
przed wyjściem większość z nas wstrzyknęła sobie po działce belgijskiej mieszanki. Kiedy się
bawiliśmy, Virenque i Hervé chodzili od stolika do stolika powtarzając, że nie będą mogli
wystartować   w   wyścigu   Mediolan   –   Turyn   za   dwa   dni,   gdyż   nie   przeszliby   kontroli
antydopingowej.   Co   do   „la   Broche”,   ten   zostawił   nas   w   klubie,   opuszczając   lokal   w
towarzystwie   jakiegoś   sympatycznego   gościa,   który   do   rana   opowiadał   mu   o   swoim
parszywym  życiu   w   pobliskim   barze.   Można   robić   kilka   spokojniejszych   rzeczy   zanim
człowiek  pojawi się w narodowej telewizji  jako bohater wiadomości południowych. Nasz
zdobywca tęczowej koszulki powrócił ledwo ciepły na godzinę przed odlotem jego samolotu
do Paryża.

Epilog

24 kwietnia 1999. Sezon kolarski wystartował kilka tygodni temu. Nowy sezon jest jak

kolejne   nadejście   wiosny.  Ja   jednak   czuję   się   jakbym  nadal   tkwił   w   środku   zimy.   Mój
adwokat   walczył   zawzięcie   o   wycofanie   mojego   zawieszenia;   sędzia   wysłuchał   jego
interpelacji i objął Virenque’a formalnym postępowaniem. Śledztwem objęto także Daniela
Baala,   przewodniczącego   Francuskiego   Związku   Kolarskiego   i   Rogera   Leageaya,   jego
wiceprzewodniczącego, chociaż te zarzuty później wycofano. Tymczasem mojemu obrońcy
skradziono samochód, a w dodatku Collard i jego klient założyli kuriozalną sprawę cywilną.
Domagają   się   100 000   franków   odszkodowania   za   „pomówienia”   jakoby   Virenque
przyjmował środki dopingujące. Kilka tygodni temu ponownie zdawałem egzamin na prawo
jazdy. Znowu wolno mi zasiąść za kierownicą. Pod każdym innym względem stoję jednak
nadal na czerwonym świetle.

Przez   okno   widzę   jak   Florent,   syn   naszych   sąsiadów   jeździ   traktorem.   Wczesnym

rankiem ocieliła im się krowa i ojciec Florena nie zdążył się jeszcze ogolić. W ciszy mojego
domu przypominam sobie Gillesa Deliona, kolarza znanego jako „czysty”, z którego walizek
pełnych homeopatycznych specyfików wszyscy się wyśmiewali. Wybacz mi, Gilles, że wtedy
i ja się śmiałem.

Jeśli nic się nie zmieni w wyścigu między sportowcami biorącymi środki dopingujące a

badaczami opracowującymi testy, koksiarze będą prowadzić o całą długość. Ciężarówki z
zamrażarkami,   magiczne   walizeczki   –   wszystkie  te   pomysły  są   już   spalone.   Zastąpiły  je
jednak   nowsze   sztuczki.   Nieoznakowane   samochody   zaparkowane   przy   hotelach
zawodników, mogące zajechać wszędzie wozy kempingowe należące do fanów, kryjące w
swoich   lodówkach   tajemnicze   kapsułki   upchane   między   jogurtem,   słoikami   z   dżemem   i
mozarellą. Krążą pogłoski, że wkrótce zostanie opracowany test na wykrywanie EPO. A to mi
osiągnięcie! EPO jest już środkiem przestarzałym, odesłanym do lamusa przez nowe sposoby
wspomagania oparte  na  hodowlach  tkankowych.  W  ostatnich  tygodniach  mojej  pracy  dla
Festiny Rijckaert mówił mi o swoich badaniach nad zastosowaniem w sporcie Interleukiny

57

background image

Willy Voet „Przerwany łańcuch

(IL-3),  leku   stosowanego   w   niektórych  rodzajach   raka.   Jest   to   pewnego   rodzaju   hormon
wzrostu, ukierunkowujący swoje działanie na komórki mięśniowe.

Być może nigdy nie będzie dowodów na to, że doping zabija. Ale nie będzie również

dowodów na to, że tak się nie dziej. Myślę o wszystkich kolarzach, których serca po prostu
nie wytrzymały: Hiszpan Vicente Lopez-Caril, zmarły w wieku 37 lat; Belg Marc de Meyer,
zmarły   w   wieku   32   lat;   Belg   Geert   de   Walle,   zmarły   w   wieku   24   lat;   Holender   Bert
Oosterbosch, zmarły w wieku 32 lat; Polak Joachim Halupczok, zmarły w wieku 27 lat; Paul
Haghedooren, były mistrz Belgii, zmarły w wieku 38 lat; Holenderka Connie Meijer, zmarła
w wieku 25 lat. Myślę o kolarzach, których dobrze znałem i myslę o tych, którzy zmarli, kiedy
wyjechali  na   trening,   bez   wielkiego   rozgłosu.   Serce   kolarstwa   przestało   bić   wraz   z   ich
sercami.   Ilu   jeszcze   ludzi   zapłaci   życiem   zanim   sport   kolarski   zrozumie,   co   jest   jego
przekleństwem i w końcu stanie się czysty?

58