background image

CHŁOPI – STRESZCZENIE 
 

CHŁOPI, TOM 1 - JESIEŃ 

I 

Początkiem  powieści  Reymonta  jest  scena  spotkania  księdza  ze  starą Agatą.  Spotkanie  jest 
przypadkowe – podczas codziennej przechadzki proboszcz mija Agatę niosącą podróżny tobołek. 

Kobieta,  zapytana  o  cel  wędrówki,  odpowiada,  że  wyrusza  w  świat  po  prośbie.  Decyzję  swoja 
tłumaczy tym, iż nie przystoi jej mieszkać u krewniaków także zimą, kiedy nie ma dla niej żadnej 

roboty w gospodarstwie, a pod dach zagarnąć trzeba także i zwierzynę. Zakłopotany ksiądz daje 
jej skromną jałmużnę i idzie dalej. Obserwuje szare pola, mija różnych ludzi i z każdym zamienia 

parę życzliwych słów na temat pracy, pogody czy gospodarstwa.  

Ludzie kopiący kartofle w jednej z mijanych przez proboszcza grup, chwalą między sobą księdza. 
Rozmawiają  o  starej  Agacie  i  obgadują  Kłębów,  czyli  jej  krewnych,  którzy,  jak  się  okazuje  w 

przytoczonej  rozmowie,  wygnali  ją  na  zimę.  W  rozmowie  poruszony  jest  także  temat  Jagny: 
kobiety wyśmiewają się z jej wyniosłości i nieróbstwa. Pada sugestia, że mąż gospodyni, Hanki, 

romansuje z Jagną. Dowiadujemy się również, że teść Hanki, Maciej Boryna, wciąż nie przepisuje 
na syna swojej ziemi. Jest on jednym z bogatszych gospodarzy w całych Lipcach, opisany jako 

jeszcze krzepki, zdolny do pracy i – na co zwracają uwagę kobiety – do żeniaczki.  

Na pole przybiega Józka, córka Boryny, z informacją, że zachorowała jedna z krów. Kobiety od 
razu biegną na teren gospodarstwa. Jednocześnie zachodzi słońce i wszyscy kończą pracę w polu. 

  

II. 

Mimo interwencji Hanki i innych ludzi krowa zdycha. Widać, że dla wszystkich jest to duża strata. 

Jedynym, choć marnym pocieszeniem, jest ilość pożywienia, które jałówka może dostarczyć.  

Pojawia się  wracający z miasta gospodarz, Maciej Boryna. Zgodnie z przewidywaniami rodziny 
denerwuje się na Hankę i na Józkę, obwiniając także je o śmierć krowy. Przekonany jest bowiem, 

że  gdyby  nie  jego  nieobecność  na  gospodarstwie,  nic  by  się  zwierzęciu  nie  stało.  W  sposób 
widoczny  Boryna  budzi  respekt  wśród  domowników,  boi  się  go  synowa,  czyli  Hanka,  młody 

pastuch Witek, oraz córka.  

Z dialogów oraz opisów odczuć bohaterów, daje się odczytać także niechęć syna do ojca. Kiedy 

Boryna  śpi,  rozzłoszczony  Antek  wypowiada  pod  nosem  słowa:  „śpia  se  kiej  dziedzic,  a  ty 
parobku  rób”.  Niechęć  ta  jest  odwzajemniona,  myśląc  o  swoich  dzieciach,  Boryna  mówi  do 

siebie: „wszystkie to kiej te wilki za owcą”. Przekonany jest, że jedyne o czym myślą, to spadek i 
gospodarstwo.  

Antek z charakteru i zachowania jest podobny do swojego ojca, toteż również przed nim Hanka 

odczuwa lęk, nie śmie o nic go prosić. 

Do późnego wieczora wszyscy krzątają się przy gospodarstwie. Nie ma czasu na lenistwo, ani na 
odpoczynek,  cały  czas  w  obejściu  i  w  domu  czeka  na  każdego  jakiś  obowiązek.  Nawet  Józka, 

która w zasadzie jest jeszcze małą dziewczynką, nieustannie wykonuje jakąś domową czynność.   

background image

Jeszcze tego wieczoru Boryna jedzie do wójta. Okazuje się, że gospodarz ma przed sobą sprawę 
sądową – oskarżony jest o ojcostwo dziecka, które urodziła służąca u niego jakiś czas dziewczyna, 

Jewka.  

W domu wójta, poza omawianiem czekającej Borynę rozprawy, namawiają go także do ożenku. 

Wśród propozycji pada imię Jagny. W drodze powrotnej Boryna idzie koło domu Jagny, zagląda 
przez okno i zachwyca się jej urodą.   

III. 

Następnego dnia stary, kulawy parobek Kuba i młody pastuch Witek, robią porządek w obejściu. 

Dokładnie  opisane  jest  przy  tym  gospodarstwo  Boryny.  Stary  Kuba,  dokładny,  pracowity  i 
sumienny, odnosi się z surową troską i ze zrozumieniem, w stosunku do młodego sieroty, jakim 

jest Witek. Czule przemawia również do zwierząt, nie tylko karmi je i poi, ale również czule do 
nich przemawia, gładzi. Również jego pomocnik i podopieczny troszczy się o zmarznięte wróble, 

czy o zwierzęta z gospodarstwa. 

Niespodziewanie Witek dostaje brutalną karę cielesną od gospodarza za to, że nie dość dokładnie 

pilnował  krowy  –  „Boryna  łoił  go  rzetelnie,  wybijał  mu  na  skórze  swoją  stratę  tak  zajadle,  że 
Witek miał już gębę posiniaczoną, z nosa puściła mu krew, krzyczał w niebogłosy”.   

Boryna,  po  wymierzeniu  pastuchowi  własnej,  domowej  sprawiedliwości,  jedzie  do  sądu,  w 

sprawie Jewki. Miejsce gmachu sądowego opisane jest dość szczególnie – „narodu się nawaliło, że 
ani  palca  wetknąć,  i  parli  się  coraz  krzepciej  na  kraty,  aż  trzeszczały”.  Przeprowadzanych  jest 

wiele spraw jednocześnie. Panuje chaos, ludzie kłócą się między sobą, obrażają nawzajem, sądowy 
woźny  zaś  nieustannie  zmuszony  jest  uciszać  petentów.  Większość  pozwów  dotyczy  spraw 

gospodarskich, zabitej zwierzyny, zagarniętych mórg ziemi itd.  

Sprawa  Boryny,  który  –  jak  się  okazuje  –  nie  jest  winny,  nie  kończy  się  wyrokiem.  Historia  z 
poszkodowaną Jewką, którą w swoim czasie przygarnął, ukazuje go jako człowieka, który mimo 

swojej zawziętości potrafi być litościwy.  

W sądzie pojawia się też Dominikowa, matka Jagny. Po rozprawie wracają razem. Dominikowa 

podejrzewa  kowala,  czyli  zięcia  Boryny,  o  winę  wobec  Jewki  i  sprowaokawanie  jej  do  próby 
obarczenia  Boryny.  Motywacją  kowala  jest  według  niej  czystą  złośliwość.  Dowiadujemy  się,  że 

Maciej jeszcze gorzej żyje z zięciem niż z synem. Ostrożnie temat schodzi na Jagnę, Boryna znów 
zaczyna myśleć o ożenku.  

IV. 

W niedzielę  wszyscy we wsi idą do kościoła. Msza jest kluczową ceremonią, bardzo uroczystą i 

przez wszystkich mieszkańców poważnie traktowaną. Ksiądz wzniosłym kazaniem doprowadza 
wiernych do łez i wyrzutów sumienia. Parobek Boryny, Kuba, który od księdza dostał złotówkę 

za upolowane ptaszki, rzuca ją ze wzruszeniem na tacę.  

Widoczna  jest  tu  również  pewna  hierarchia  –  niektórzy  mieszkańcy  wsi  mają  w  kościele  swoje 

ławki, innym (na przykład Kubie) nie wypada nawet podejść do przodu.  

Pobożność   chłopów,  mimo  że  widoczna  tylko  w  niedzielę  podczas  mszy,  jest  jednak 
nieudawana. Powszechny jest respekt przed osobą księdza i świętym miejscem.  

background image

Kiedy po mszy z kościoła wychodzi Jagna, wszyscy mieszkańcy nie spuszczają z niej wzroku. Dla 
mężczyzn zachwycająca jest jej uroda, kobiety zaś przyglądały się dziewczynie z zazdrością.   

Przy  niedzielnym  obiedzie  Antek  znowu  spiera  się  z  Boryną,  wypominając  mu  brak  spadku  w 
postaci zapisanej dla niego ziemi, a także skąpstwo. Potem przechadza się z Hanką i z zazdrością 

oglądają pole należące wciąż do ojca. Trudno dogadać im się także między sobą, i jedno i drugie 
nosi w sobie poczucie krzywdy i przekonanie o swojej samotności.  

Syn Boryny nie szanuje żony, traktuje ją z obojętnością i surowością. Ona z kolei wyraźnie kocha 

Antka,  oczekuje  od  niego  dobrego  słowa,  zaś  za  każdym  razem,  gdy  słyszy  jego  docinki  i 
półsłówka,  jest  jej  przykro.  Nie  rozumie  również  Macieja,  wie  bowiem,  że  gdyby  zapisał  im 

ziemię, ona do starości troszczyłaby się o niego i dogadzała mu.   

W tym czasie wieczorne życie wsi toczy się w karczmie. Żyd Jankiel próbuje namówić Kubę, żeby 
okradał Borynę, obiecuje mu także alkohol i pieniądze za upolowaną zwierzynę. Ten jednak jest 

oburzony  i  nie  godzi  się  na  okradanie  swojego  gospodarza.  Właściciel  karczmy  z  kolei 
przedstawiony jest jako człowiek chytry: dolewa parobkowi tak, że w końcu ten winien jest mu 

całego rubla.  

Reszta towarzystwa także pije, niektórzy tańczą, wielu z nich kłóci się i dogryza sobie nawzajem.   

V. 

Opisana jest tu „pogłębiająca się” jesień, w której coraz krótszy dzień „wstawał coraz leniwiej, 

stężały  od  chłodu  i  cały  w  szronach,  i  w  bolesnej  cichości  ziemi  zamierającej”.  Nadeszła  pora 
wiatru, który „warzył resztki zieleni i rwał ostatnie liście topolom pochylonym nad drogami, że 

spływały cicho niby łzy”.   

We wsi przygotowywano się do jarmarku. Razem z nim nadchodził czas płacenia podatków. Ci, 

których  nie  stać  było  na  uiszczenie  obowiązkowych  opłat,  traktowali  jarmark  jako  okazję  do 
sprzedania części inwentarza lub innych dóbr. Jedni chcieli sprzedawać krowy, inni z kolei młócili 

zborze lub tuczyli świnie albo gęsi. Okazuje się, że także podczas jarmarku najmowano służbę do 
pracy na gospodarstwach. Podczas roboty Boryna rozmawia z Kubą, namawia na pozostanie na 

służbie.  Kuba  stawia  pewne  warunki,  na  które  Maciej  niechętnie  się  zgadza.  Poucza  Kubę 
podczas  rozmowy,  że  Jezus  stworzył  niektórych  na  gospodarzy,  innych  na  parobków.  Pada 

znamienna kwestia: „Takie już na świecie urządzenie jest i nie twoja głowa zmieni”.   

Kiedy  rozpoczął  się jarmark,  już o  świcie  wyruszali  ze  wsi  dosłownie  wszyscy:  gospodarze, 
parobkowie, kobiety, młode dziewczyny, biedota itd. – „Kto jeno żył, to z całej okolicy walił na 

jarmark”.  Na  jarmarku,  poza  kupnem  i  sprzedażą  gospodarskich  dóbr,  odbywało  się  życie 
towarzyskie, dokonywano również zmiany służby i najmowano najróżniejszą pomoc. Przy okazji 

handlowano drobiazgami, ozdobami, czy odzieżą. Dla każdego jarmark był wielkim wydarzeniem 
i  rozrywką  naraz,  podziwiano  kolorowe  towary,  a  ci,  którzy  nie  mogli  sobie  na  nie  pozwolić 

cieszyli się już samym oglądaniem.   

Cały dzień, podczas drogi i na miejscu, Boryna obserwował uważnie Jagnę. Przy okazji odwiedził 
urzędowego pisarza po to, by złożyć skargę na dwór: chciał bowiem uzyskać odszkodowanie za 

to, że jego krowa zachorowała na skutek zjedzonej na dworskim polu kończyny. 

Po  wyjściu  od  pisarza  Boryna  spotkał Jagnę.  Pożartowali  chwilę,  po  czym  Maciej  dał jej  w 

prezencie chustę, którą kupił przedtem swojej córce, oraz drogą wstążkę z przykazaniem, aby nie 

background image

godziła  się  zbyt  pochopnie  na  różne  propozycje  zamążpójścia.  Jagienka  zdziwiona  była 
zachowaniem Boryny, jednak nie sprawiało jej ono przykrości.  

Jeszcze  na  jarmarku  zdążył Boryna  pokłócić się z  kowalem,  czyli  swoim  zięciem.  Konflikt 
dotyczył  ziemi,  której  Maciej  nie  zapisał  również  swojej  córce,  żonie  kowala.  W  rozmowie  tej 

pierwszy raz wspomniał także na głos o możliwych planach ożenku. Mimo pozornej zgody, która 
nastąpiła  pod  koniec,  jeden  drugiemu  nie  uwierzył  w  dane  sobie  nawzajem  obietnice:  „jeden 

drugiemu nie wierzył ani tyla, co za paznokciem – znali się dobrze, jak te łyse konie i przezierali 
na wskroś, kieby przez szyby”   

VI. 

Po jarmarku rozpoczęła się pora deszczowa, całe Lipce zrobiły się ciemne i wyciszone. Głównym 

zajęciem stały się „kapuśniaki”, czyli wycinanie i zwożenie kapusty. Mieszkańcy pomagali sobie 
nawzajem  w  robocie,  jednego  dnia  wycinano  warzywo  w  jednym,  drugiego  dnia  w  drugim 

gospodarstwie.  

Wielu  ludzi  żartowało  już  z  planów  zamążpójścia  Boryny.  Najbardziej  docinała  szczególnie 

złośliwa  Jagustynka.  Na  sugestię  Hanki,  że  dopiero  na  wiosnę  Boryna  pochował  żonę, 
odpowiada: „Kużden chłop to jak ten wieprzyk, żeby nie wiem jak był nachlany, to do nowego 

koryta ryj wradzi”.  

Kiedy  z  wycinania  kapusty  Jagna  wracała  do  domu,  spotkała  Antka.  Mężczyzna  pomógł  jej 
wyciągnąć  wóz  z  zabłoconej  ziemi,  a  następnie  postanowił  ją  odprowadzić.  Z  ich  zachowania 

oraz z dialogu między dwojgiem domyśleć się można, że od dawna trwa miedzy nimi flirt. Syn 
Boryny  zwierza  się,  że  to  dla  niej  namówił  Kłębów  na  zorganizowanie  zabawy.  Dziewczynie 

także  uczuciowo  nie  był  obojętny  mąż  Hanki,  bo  „tchu  złapać  nie  mogła,  ni  przyciszyć  serca 
namiętnie bijącego”. 

Po powrocie do domu Jagna zastała u siebie Jambrożego. Tym razem kościelny pojawił się jako 

swat.  Krytykował  młodych,  którzy  wesela  chcą  po  to,  by  tylko  balować  za  pieniądze  z  posagu 
żony, zdradzając po chwili, że przychodzi na polecenie Boryny. Dominikowa, po wyrażeniu wielu 

wątpliwości,  wyraziła  w  końcu  zgodę  na  zaręczyny,  przekonując  sama  siebie  tym,  że  córka  jej 
będzie przez pierwszego gospodarza Lipiec szanowana. 

Postawa Jagny z kolei była dość obojętna („mnie ta wszystko jedno, każecie, to pójdę”). Jedyną 
wyartykułowaną refleksją przyszłej narzeczonej było to, że majątki i ziemia są jej obojętne, oraz 

że u matki było jej dobrze z tego powodu, że robiła co chciała. Borynę lubiła, mając jednak na 
uwadze to, że chustkę i wstążkę, którą kupił jej na jarmarku, dostałaby także i od innych, gdyby 

tylko mieli tyle pieniędzy co gospodarz.  

Tymczasem,  niezależnie  od  wizyty  Jambrożego  i  bez  wiedzy  o  zaręczynach,  do  Jagny  przyszła 
Józka prosić ja o pomoc w wycinaniu kapusty u Borynów.   

VII. 

W  dniu,  w  którym  miała  iść  do  Borynów  pomagając  przy  wycinaniu  kapusty,  odwiedził  Jagnę 
Mateusz. Był to parobek, który po półrocznej wędrówce wrócił do Lipiec. Przed wyruszeniem w 

świat romansował z Jagną. W serdecznym przywitaniu przeszkodziła im Dominikowa. Wyrzuciła 
gościa, robiąc przy tym córce liczne wyrzuty.  

background image

Podczas swoich tłumaczeń, Jagna zaczyna jawić się jako osoba bezwolna, łatwo ulegająca licznym 
emocjom, szczególnie emocjom związanym z mężczyznami: „zawsze z nią się tak dzieje, że niech 

kto a ostro spojrzy na nią (…) to się w niej wszystko trzęsie, moc ją odchodzi”.  

Podczas wycinania kapusty u Borynów, zebrała się w ich kuchni spora grupa kobiet. Pracowały, 

docinając  sobie  nawzajem  lub  żartując.  Rozmowa  zeszła  między  innymi  na  starego  Rocha, 
tajemniczą  postać,  która  co  kilka  lat  pojawiała  się  w  Lipcach.  O  człowieku  tym  mówiono,  że 

podróżował po całym świecie, odwiedzając także Ziemię Świętą.  

Rozmowę  przerwało wejście Boryny. Gospodarz skonstatował z radością, że Jagna ubrana jest w 
chustkę  od  niego,  zaraz  też  zaczął  częstować  gości  wódką  i  posiłkami.  Pojawił  się  także 

tajemniczy  Roch.  Ze  wszystkich  ludzi  towarzyszących  Borynom  przy  pracy,  najbardziej 
zainteresowana  gościem  była  Jagna.  Zastanawiała  się  jak  to  jest  podróżować,  jak  wygląda 

nieznany jej świat. Ona jedyna też wzruszyła się grą skrzypiec, za które zabrał się jeden z gości 
Borynów  –  „zły  same  kapały  z  tej  onej  tęskliwości  dziwnej,  co  jej  była  wstała  w  sercu  nie 

wiadomo za czym”.  

Muzykę   zagłuszył skowyt  psa  – okazało  się, że Łapa,  pies  Borynów  przycięty  ma  ogon.  Wtedy 
to, chcąc pouczyć chłopów, że pies również jest żywym stworzeniem i cierpi jak człowiek, stary 

Roch zaczął opowiadać historię.  

Historia była o tym, jak to Pan Jezus „szedł na odpust”. Opowiadał stary Roch, że podczas drogi 

„Zły”  –  prawdopodobnie  Szatan  –  chciał  zmylić  trasę  Jezusowi,  posyłając  przeciw  niemu  raz 
kurzawę, raz gęsty las, a na końcu dzikie zwierzęta. Kiedy znakiem krzyża przepędzone zostały 

zwierzęta, został tylko pies, jeszcze nie oswojony przez ludzi. Szczekał na Jezusa, próbował go 
ugryźć i nie dał się odgonić tak długo, aż zarządził Jezus, że odtąd będzie pies człowiekowi służył 

i nie da sobie bez niego rady. Opowieść Rocha kończy się historią, jak to Jezus obronił psa na 
odpuście, kiedy próbowali go zabić inni ludzie, ten zaś chodził już zawsze za nim, próbując także 

odgonić od krzyża Pana faryzeuszy. To pies również najdłużej czekał pod krzyżem, aż w końcu, 
umierając, powiedział mu Jezus „pójdź, Burek, ze mną”. 

Poza  złośliwą   Jagustynką wszyscy  potraktowali  historię z  powagą.   Kiedy  rozchodzili  się  do 

swoich domów, Jagnę potajemnie odprowadził Antek.        

VIII. 

Nazajutrz  po  wycinaniu  kapusty  rozeszła  się wiadomość  o  zaręczynach  Boryny  z 

Jagną. Informacja od razu wzbudziła zazdrość wśród kobiet. Denerwowały się, że zarozumiałość 
Jagny jeszcze się spotęguje, kiedy stanie się pierwszą gospodynią w Lipcach. „Jagna! (…) To się 

lachała z tym i owym… a teraz gospodynią pierwszą będzie! Jest to na świecie sprawiedliwość?”, 
„Będzie się ona dopiero nadymała! I tak kiej ten paw chodzi a głowy zadziera”. Przewidywano 

też, że kowal, albo Antek z Hanką nie darują tego Jagnie, która w sposób naturalny zostanie ich 
konkurentką do ziemi. Nowina nieznana była tylko dzieciom Boryny.  

Jedyną   osobą,  która  uważała,  że  Maciej  powziął  dobre  postanowienie  co  do  przyszłości,  była 

Jagustynka.  Okazało  się,  że  zapisała  ona  swoim  dzieciom  całą  ziemię  i  szybko  została  z  niej 
wygnana.   

Do  Dominikowej  na  swaty  Boryna  wysłał Jambrożego  i  wójta.  Opisana  jest  scena,  w  której 

targują się oni o przyszłą pannę młodą. Wszystko odbywa się jak w przedstawieniu: matka Jagny 
udaje, że nie wie o co i o kogo chodzi, obiecywana jest ziemia, inwentarz itd. Wedle powziętego 

background image

wcześniej  planu  oficjalne  zaręczyny  zostały  przyjęte  i  wszyscy  poszli  do  karczmy,  gdzie  czekał 
Boryna.  

Jagna przyjmowała radość narzeczonego spokojnie, a nawet z obojętnością. Ten z kolei był dla 
niej  wylewny,  obiecywał  jej  spokój,  wygodę  i  dostatek.  Inaczej  rozmawiała  z  Boryną 

Dominikowa,  wykorzystując  nastrój  przyszłego  zięcia  i  twardo  targując  się  z  nim  o  najlepszą 
ziemię. Uzyskała tym samym korzystną obietnicę zapisu. 

W karczmie poruszano także temat sprzedaży chłopskiego lasu przez dziedziców mieszkających 

we dworze. 

  

  

IX. 

Jesień  tymczasem chyliła się ku końcowi i powoli nadchodziły mrozy. Wieś obległa informacja, 
że dwór sprzedał jednak las na wyrąb i wszystkich ogarnął markotny, zimowy nastrój. Niewesoło 

było także u Borynów, gdzie dzieci Macieja wiedziały już o jego zaręczynach z Jagną. Wiedziano 
również o zapisanych jej sześciu morgach najlepszej ziemi. Józka i Hanka popłakiwały, Antek zaś 

„ani jadł, ni spał, nie mógł się zająć czymkolwiek, był ogłuszony jeszcze nieprzytomny zgoła i nie 
wiedzący, co się z nim dzieje”.   

Kuba tymczasem dostał strzelbę od Jankiela, aby polować dla niego na zwierzynę. Obiecał także 

Witkowi, że następnym razem ten pójdzie z nim do boru postrzelać. Przy okazji dowiaduje się 
czytelnik o samotności Witka, o tym, że nie ma on nikogo, a nawet nie pamięta imion rodziców.  

Kuba zabiera go do kościoła, aby dał na wypominki za zmarłych. Ze wstydu, że nie pamięta ani 

jednego z członków swojej rodziny, Witek wymienia pierwsze imiona, jakie przychodzą mu do 
głowy.      

Nadeszły Zaduszki. Wszyscy odwiedzają groby zmarłych, słychać szepty modlitw i panuje nastrój 
grozy i tajemniczości. „Cicho było, tą dziwnie posępną cichością Zaduszek; tłumy szły drogą w 

surowym  milczeniu,  ino  tupot  nóg  się  rozlegał  głucho,  ino  te  drzewa  przydrożne  chwiały  się 
niespokojnie (…), ino te grania i śpiewy proszalne dziadów łkały w powietrzu”. 

Opisany jest także stara część cmentarza, o którą nikt z mieszkańców wsi już nie dbał. Właśnie w 

starej,  zaniedbanej  części  Kuba  odprawił  rytuał  Dziadów,  rozrzucając  chleb  po  mogiłach  dla 
pokutujących  dusz.  Wypowiadał  za  każdym  razem  życzenie  o  treści  „pożyw  się,  duszo 

krześcijańska,  co  cię  wypominam  w  wieczornym  czasie”.  Przy  okazji  opowiedział  również 
Witkowi, jak kiedyś służył we dworze, przy koniach i na polowaniach, dopóki dworu nie spalili, 

razem z służącą w nim matką Kuby.     

Reszta  ludzi,  szczególnie  kobiet,  odprawiała  rytuał Dziadów  potajemnie,  także  rzucając  resztki 
zadusznej wieczerzy na nagrobki.  

X. 

Antek wybrał  się do księdza po poradę, w związku z planowanym ożenkiem Macieja. Pierwszą 
reakcją proboszcza był gniew: przypominał Antkowi, że Boryna jest jego ojcem i należy mu się 

szacunek, a ponadto inni ludzie mają o wiele gorzej i grzechem jest narzekanie na niesprawiedliwy 
los. Syn gospodarza odpowiada, że „juści, ino tej pokorności mam już po grdykę, że więcej nie 

background image

ścierpię! Choćby i zbój, choćby i ukrzywdziciel, ale że ojciec rodzony, to już wolno wszystko, a 
dzieciom nie wolno dochodzić swojej krzywdy!” 

Przy okazji dowiedział się także ksiądz, że wszyscy we wsi chcą walczyć z dworem o sprzedany 
las.   

Gorzki  humor  Antka  spowodowany  był nie  tylko  ziemią,  którą odpisał   Boryna  Jagnie,  ale 

również zazdrością i słabością, jaką do Jagny, czyli do przyszłej macochy, odczuwał. Chcąc pobyć 
między  ludźmi,  aby  poprawić  choć  trochę  nastrój,  Antek  udał  się  do  szwagra,  kowala.  Tam 

jednak spotkały go drobne złośliwości i docinki na temat Jagny. Pokłócił się także ze szwagrem 
(o majątek Boryny), oraz z goszczącym u niego wójtem. Wójta oskarżał o to, że jest przez Borynę 

przekupiony,  oraz  że  dostał  wynagrodzenie  od  dworu  za  to,  by  trzymać  stronę  dziedzica  w 
sprawie sprzedaży lasu. W złości, pokłócony i ze szwagrem i z wójtem wrócił do domu.   

Następnego  dnia  kowal  przyszedł do  Antka  tak,  jakby  żadna  konflikt  między  nimi  nie  zaszedł. 

Zaczął namawiać Antka, aby przy świadkach obiecał im Boryna ziemię, oraz by spłacili Józkę i 
drugiego  brata,  Grzela,  który  służył  w  wojsku.  Jednocześnie  namawiał  go,  aby  nie  załatwiał 

interesów kłótnią i aby udawał, że zadowolony jest z ożenku ojca. Antek jednak wyrzucił kowala 
z  gospodarstwa  wyzywając  go  od  złodziei.  Zorientował  się  bowiem,  że  kowal  chce  dla  siebie 

także  gruntów  po  zmarłej  matce  Antka.  Kowal  tymczasem  postanowił  się  dogadać  z  Boryną 
przeciw Antkowi.   

Hankę   odwiedził stary  Bylica,  jej  ojciec.  Podczas  rozmowy  okazało  się,   że  siostra  Hanki  źle 
traktuje ojca, który nie dojada, nie ma ciepłego miejsca do spania i często wyganiany jest z domu.  

  

Tego  samego  dnia,  pod  wieczór,  kowalowa,  Antek  i  Hanka  spotkali  się  z  Boryną  na 
gospodarstwie. Wybuchła między nimi gwałtowna kłótnia o ziemię. Antek z żoną wypominali, ile 

pracy  wkładają  w  gospodarstwo,  które  nie  należy  do  nich,  kowalowa  zaś  prosiła,  aby  odpisał 
Jagnie to, co już jej prawnie zapisał. Mężczyźni wygrażali sobie, kobiety płakały.  

Boryna  starał   się  początkowo  nie  dopuścić  do  bójki.  Apogeum  kłótni  nastąpiło  wtedy,  gdy 

Hanka zaczęła obrażać Jagnę. Boryna chciał uderzyć synową, jednak osłonił ją Antek dorzucając 
swoje trzy grosze do wyzwisk kierowanych w stronę Jagny. Wtedy to mężczyźni zaczęli się bić.  

Boryna ucierpiał  mniej niż Antek, jednak spokoju nie dawała mu opinia, którą  właśnie zasłyszał 
o przyszłej żonie. Z żalu nakazał synowi, aby opuścił jego dom. Hanka i Antek wyprowadzili się 

po cichu, bez kłótni i protestów. Razem z nimi poszedł pies Łapa. Od decyzji Boryny nikomu z 
domowników nie ulżyło.  

XI. 

Niedługo po kłótni Antka z Boryną nadszedł dzień wesela. Dominikowa od rana pouczała córkę 

jak obchodzić się z przyszłym mężem tak, aby uzyskać coś dla siebie i nie doznać krzywdy.  

Przygotowania do zabawy trwały od rana. Dziewczyny przyozdabiały wieś wstążkami i stroikami, 

a dom panny młodej jedliną i świerkiem. Z wnętrza domu wyniesiono sprzęty, a pokoje ozdobiła 
Jagna kolorowymi wycinkami.  

Panna  młoda  nie  odczuwała  jednak  radości  z  powodu  ślubu.  Odczuwała  tęsknotę  za  czymś, 

czego nie umiała nazwać („kolebałam się w niej dusza jak woda i raz wraz biła, jakby o kamień 

background image

jaki”). Dodatkowo nastrój jej psuła myśl o Antku. Kiedy bowiem matka z rana pouczała ją na 
temat małżeństwa, powiedziała także, jak to Antek obrażał Jagnę podczas kłótni z Boryną.  

Cały dzień  do domu przychodzili na moment różni goście, niosąc w podarunku chleb, mięso, 
kury lub pieniądze. Szybko jednak wracali do siebie i dopiero pod wieczór, kiedy na drogę wyszła 

orkiestra, powychodzili z domów i przyłączali się do grających. Orkiestra doprowadziła gości do 
domu Dominikowej i zawróciła do pana młodego. Wójt i Szymon, jeden z braci Jagny, zgodnie z 

tradycją wyciągnęli Borynę z domu i powiedli do przyszłej małżonki.  

U  Dominikowej  odbyło  się błogosławieństwo  i  po  nim  dopiero  para  młoda  w  asyście  gości, 
orkiestry i drużbów udała się do  kościoła. Po szybkim ślubie wrócili do domu pannny młodej, 

gdzie przywitała ich znowu Dominikowa chlebem i solą.  

Pierwszy taniec był zgodnie ze zwyczajem tańcem dla młodej – Jagna bawiła się wtedy z każdym 
z  weselników,  a  na  sam  koniec  z  młodym.  Boryna  opisany  jest  jako  wyśmienity  tancerz  –  „a 

okręcał w miejscu, a zawracał, a hołubce bił, aż wióry leciały z podłogi”. Po tańcu rozpoczął się 
posiłek, a wraz z nim picie, rozmowy, żarty. Poruszano gorące tematy, takie jak sprzedaż lasu lub 

nakaz wybudowania nowej szkoły, którą sfinansować miała wieś, i na którą nikt poza wójtem nie 
chciał się zgodzić.  

Żartowano także z Jagny i Boryny. Po cichu szeptano o krzywdzie Antka i Hanki, o braku radości 
na twarzy Jagny, a wreszcie o romansach panny młodej z Mateuszem czy Antkiem i o braciach 

Jagny,  Szymonie  i  Jędrzeju,  którym  od  lat  matka  nie  pozwala  się  żenić,  i  którzy  zawsze 
wykonywali wszystkie czynności domowe tak, by siostra ich robiła w domu jak najmniej. 

Po posiłku rozpoczęły się zabawy, a potem oczepiny. Polegały one na udawanej wojnie między 

panienkami, które broniły Jagny przed starszymi. Kiedy obrona nie udała się, z upozorowanym 
smutkiem założono Jagnie czepek na znak, że od tej chwili ma obowiązki żony. Na zmianę goście 

bawili się lub odprawiali weselne obrzędy. Trwało to do świtu, aż większość weselników posnęła 
od alkoholu i tańców.   

XIII 

Witek wrócił do domu z wesela o świecie i od razu zasnął. Dlatego też nie słyszał nawoływań 
Kuby,  który  od  kilku  dni  z  niewiadomych  przyczyn  był  chory.  Dopiero  zbudzony  przez  psa 

zaniósł mu wodę i opowiedział trochę o weselu. Kuba jednak czuł się już bardzo źle, wszystko 
bolało  go  i  gorączkował.  Cierpiał  i  wołał  o  pomoc.  Witek  pobiegł  więc  po  pomoc  na  wesele, 

gdzie  jednak  większość  była  już  pijana  lub  spała.  Nikt  za  bardzo  nie  chciał  go  słuchać,  a 
Jagustynka wyrzuciła go nawet z domu Dominikowej.  

Dopiero późnym rankiem Jagustynka zajrzała do Kuby, orientując się szybko, że parobek umiera. 

Chciała  posłać  po  księdza,  jednak  Kuba  nie  zgadzał  się,  aby  proboszcz,  którego  podziwiał  z 
nabożeństwem, przychodził do niego do obory. Został więc sam, z psem Łapą i końmi. Głaskał 

podchodzące  do  niego  zwierzęta,  nie  mogąc  się  ruszać.  Z  daleko  dochodziły  go  głosy 
weselników,  które  rozpoznawał.  W  malignie  zastanawiać  się  zaczynał  nad  codziennymi 

kłopotami wsi i jej mieszkańców.  

Kiedy pod wieczór przyszedł do Kuby Jambroży okazało się, że parobek ma postrzeloną łydkę, o 
której nikomu nie powiedział. Sprawcą  rany okazał się borowy, który przyłapał go na polowaniu 

na zające. Na uratowanie nogi było już za późno. Jambroży zasugerował obcięcie nogi w szpitalu, 
zakładając parobkowi tymczasowy opatrunek.  

background image

Kuba,  gdy  został   sam,  zaczął  rozpaczać. Z  słów  Jamborżego  wywnioskował,  że  ucięcie  nogi 
uratowałoby  mu  życie,  jednak  bał  się,  że  jako  bezużyteczny  kaleka  zostanie  przez  Borynę 

wygnany.  „Juści,  parobek  bez  kulasa…  ni  do  pługa,  ni  do  żadnej  roboty.  Cóż  ja  bym  począł? 
Bydło mi ino pasać albo na żebry iść… we świat, pod kościół, gdzie… abo jak ten stary trep na 

śmiecie…”.    

W tym samym czasie Jagna uroczyście przeprowadzała się do męża. Muzyka wciąż grała, Boryna 

szykował  poczęstunek.  Dominikowa  namawiała  Jagnę,  by  odpoczywała  i  korzystała  z  wesela 
zamiast  podejmować  od  razu  gości.  Reszta  panien,  razem  ze  swoimi  matkami,  zazdrościła 

Jagience nowego domu, przy okazji złośliwie obgadując ja i przesadnie troskliwą Dominikową.  

Pojawił   się też Jankiel,  którego  niektórzy,  jako  Żyda,  nie  chcieli  przyjąć.  Boryna  jednak 
wyniósł mu wódkę. 

Zabawa  rozgorzała  na  nowo,  tym  razem  jednak  Jagna  zachowywała  się jak  gospodyni. 

Jednocześnie poczuła się radośnie i swobodnie w nowym domu.  

Roch  zawołał   Jambrożego  do  Kuby.  Ten  nie  był zachwycony,  że  przerywają   mu  posiłek  –

 zawołał: „niech zdycha, a nie przeszkadza ludziom jeść”. Poszedł jednak za Rochem do stajni, 
gdzie okazało się, że parobek uciął sobie nogę siekierą nad kolanem. Myślał bowiem, że w ten 

sposób wyzdrowieje, unikając jednocześnie szpitala. 

Roch  troskliwie  opatrywał Kubę i  modlił się.  Pojechał tez  po  księdza  przykazując,  aby  nie 
zostawiano parobka samego. Jambroży jednak wrócił do domu Boryny napić się wódki. Do Kuby 

przyszła Józka, przyniosła mu trochę weselnego jedzenia, opowiadała mu o zabawie, o tym jak 
matka  Jagny  odgania  syna  od  dziewczyny.  Parobek  jednak  niewiele  już  rozumiał  ze  słów 

dziewczyny.   

Księga  kończy  się opisem,  jak  to  ulatuje  do  nieba  dusza  Kuby,  a  w  tle  słychać  wesołą  zabawę 
weselników.  

Tom II. Zima 

 

„Nadchodziła  zima(...)”  Hanka  próbowała  rozpalić  ogień  w  kominie,  lecz  mokre  drzewo 
uniemożliwiało jej szybkie zakończenie pracy. W izbie panowały przejmujące zimno i wilgoć. Po 
drugiej stronie sieni, z izby zajmowanej przez Hankę z rodziną każdego ranka dochodziły kłótnie 
i krzyki. Od trzech tygodni, odkąd małżeństwo zamieszkało u Bylicy, Antek nawet nie rozmawiał 
z Hanką, przesiadując całymi dniami w karczmie. Nie martwił się, że nie mają pieniędzy i jedzenia 
(prócz  gotowanych  ziemniaków  z  solą),  nie  chciał  nawet  chodzić  po  opał  do  lasu.  Bardzo  się 
zmienił. Cały czas nękały go myśli o Jagusi, niczym opętanie, z którym nie mógł sobie poradzić. 
Choć  wcześniej  nie  brał pod  uwagę  opuszczenia Lipiec,  teraz  pomysł  wydał  mu  się  sensowny, 
dlatego  oznajmił  żonie,  że  „idzie  w  świat”.  Stanąwszy  na  drodze,  rozglądał  się  po  polach,  a  w 
chwilę potem usłyszał dzwoneczki sań i zobaczył pasażerów tego pojazdu… Borynę z Jagną! Za 
nimi  jechały  kolejne  sanie.  Ujrzawszy  ukochaną,  stanął  jak  skamieniały,  po  czym  poszedł  do 
karczmy  z  pytaniem,  dokąd  jechał  ojciec.  Usłyszał  od  Jankiela,  że  Maciej  podążał  do  sądu, 
ponieważ  prawuje  się  o  stratę  krowy.  W  karczmie  siedzieli  nabywcy  poręby  lasu  na  Wilczych 
Dołach. Ich widok jeszcze bardziej rozwścieczył mężczyznę. Zaczął zamawiać kolejne kwaterki 

background image

gorzałki.  Dopiero  gdy  był  już  kompletnie  pijany,  a  Żyd  żądał  zapłaty  za  alkohol,  wybiegł  z 
karczmy i krzyczał, że zabije każdego, kto stanie mu na drodze (nawet Jankiela).  

 

 

 

II 

Żona Antka znajduje sobie i mężowi posadę. Młynarz zatrudnia go w tartaku. Hanka siedziała w 
izbie,  a  dzieci  bawiły  się  na  łóżku  pod  pierzyną.  Rozglądała  się  po  biednym  pomieszczeniu, 
wspominając  wybielone  ściany,  podłogę  z  desek,  ciepłą  i  czystą  izbę  u  Borynów.  Była  zła, 
ponieważ  pokłóciła  się  przed  chwilą  z  siostrą,  a  powoli,  z  dnia  na  dzień,  wszystkie  obowiązki 
należące do Antka spadały na jej wątłe barki. Z żalem przypominała sobie słowa szwagra o tym, 
że Jagustynka wszystkie domowe obowiązki wykonywała za Jagnę, która wylegiwała się w łóżku 
do południa, popijając herbatę, gdy tymczasem Maciej stale się do niej przymilał i kupował, co 
tylko chciała.  

Żona  Antka  wzięła  pieniądze  za  sprzedaną  Żydom  krowę  i  poszła  do  karczmy  oddać  dług 
Jankielowi,  od  którego  brali  podstawowe artykuły spożywcze  na  kredyt.  Chodziła  też  po  wsi  z 
nadzieją, że znajdzie u kogoś pracę dla męża. Zawitała do organistów, u których rozpłakała się, 
pierwszy  raz  mówiąc  o  panującej  w  domu  biedzie,  o  utracie  sił  i  chęci  do  życia.  Organistowie 
wysłuchali  zapłakanej  Borynowej,  a  gospodyni  dała  jej  pracę  (uprzędzenie  wełny),  za  którą 
obiecała mąkę i kaszę. Worki z wełną mieli przynieść Hance parobcy.  

Po  wyjściu  na  drogę  Antkowa  nie  wiedziała,  gdzie  iść  w  poszukiwaniu  zajęcia  dla  męża. 
Zobaczywszy Nastkę, idącą do młyna z kolacją dla pracującego tam Mateusza, dowiedziała się o 
dobrze  płatnej  „robocie”.  Z  nowymi  siłami  poszła  prosić  młynarza  o  jakieś  zajęcie  dla  Antka. 
Młody Boryna został przyjęty do pracy przy obróbce drewna, lecz przedtem Hanka usłyszała, że 
cała  wieś  plotkowała  o  jej  mężu  –  uganiającym  się  za  Jagną  i  migającym  się  od  obowiązków. 
Podziękowała  i  opuściwszy  młyn,  cały  czas  myślała  o  usłyszanych  słowach.  Gdy  wróciła  do 
domu, zastała tam już trzy worki wełny przyniesione przez parobków. W jednym z nich znalazła 
bochen chleba, kawał słoniny i pół garnka kaszy. Zrobił sytą kolację, a po położeniu dzieci spać 
przędła  wełnę  prawie  do  świtu.  Ciągle  myślała  o Antku  i  Jagnie,  wskutek czego  ogarnął  ją  żal. 
Nadal tak bardzo przecież kochała męża, a on ją tak boleśnie  odtrącał. Przez cały następny dzień 
była spokojniejsza. Jej mąż wrócił dopiero wieczorem, zmęczony i zmarnowany.   

W  nocy  Antek  obiecał  żonie,  że  nie  „pójdzie  w  świat”,  na  co  usłyszał  o  propozycji  pracy  u 
młynarza w tartaku (Hanka nie przyznała się, że to ona prosiła w imieniu męża o posadę  – za 
bardzo się go bała). Nie zapewnił, że zacznie pracę, miał się zastanowić. Kobieta przytuliła się do 
niego, lecz on mógł myśleć jedynie o Jagnie.  

III 

Antek  pracuje całymi  dniami,  unikając  kontaktu  z otoczeniem, a  w  końcu wdaje  się  w  bójkę z 
Mateuszem (rozpowiadającym o swym przeszłym związku z Jagną) i pokonuje go. 

background image

Nazajutrz  Antek  podjął  pracę  u  młynarza,  który  nakazał  mu  posłuszeństwo  wobec  Mateusza, 
jego  prawej  ręki  w  tartaku.  W  porze  obiadowej,  gdy  wszyscy  poszli  jeść  do  młynicy,  Antek 
pozostał na mrozie, nie chcąc słyszeć śmiechu i być ofiarą poniżania wywołanego nagłą biedą. 
Zjadł suchy chleb, który popił wodą z rzeki. 

Zmęczony i przemarznięty skończył pracę o zmroku. Zaraz potem dotarł do domu, nie mając już 
sił na nic, tylko na sen. Ostatnio odzwyczaił się od ciężkiej roboty. Położywszy się pod pierzynę, 
od razu zasnął. Żona chodziła boso po izbie, by nie zbudzić go stukającymi trepami. I tak mijały 
Antkowi i Hance kolejne dni: „I czy mróz choćby i największą skrzytwą prażył, czy zawierucha 
dęła i biła wichurą i śniegiem, że oczów nie było można ozewrzeć, czy odwilż przychodziła, że 
trzeba  było  stać  dnie  całe  w  rozmiękłym  śniegu,  a  przykry,  wilgotny  ziąb  w  kości  właził,  czy 
śniegi sypały, że topora własnego mało co widział - trzeba było zrywać się do dnia, bieżyć i dnie 
długie pracować, aż gnaty trzeszczały i każda żyła z osobna pruła się z utrudzenia, a śpieszyć się 
do  tego,  bo  cztery  piły  tak  zeżerały  drzewo,  że  ledwie  mogli  nastarczyć  i  Mateusz  poganiał”. 
Boryna  nie  znosił  Mateusza  rozpowiadającego  swoich  o  miłostkach  z  Jagną.  Obserwował  go  - 
sprawnego  i  silnego,  w  imieniu  młynarza  doglądającego  pracy  (w  zamian  za  dodatkowe 
pieniądze). Ludzie czekali chwili, kiedy między nimi dojdzie do bójki. Z dnia na dzień w rywalach 
rosła nienawiść, w dodatku obaj mieli się za najsilniejszych chłopów we wsi. W gruncie rzeczy 
Mateusz nie był złym człowiekiem, miał jednak świadomość swej siły i oddziaływania na kobiety. 
W  przeciwieństwie  do  Antka,  który  krył  się  z  uczuciem  do  Jagny,  rozpowiadał  o  tym  wszem i 
wobec.  

W porze obiadowej kobiety pojawiły się z dwojakami. Choć wszyscy poszli do młynicy, Antek z 
Hanką  weszli  do  izby  młynarczyka  (znajomego  Boryny),  ponieważ  mężczyzna  stronił  od  ludzi. 
Zastali  tam  paru  chłopów  z  przyległych  wiosek  czekających  na  zmielenie  zboża.  Antek  zjadł 
przyniesiony  posiłek:  kapustę  z  grochem  i  kluski  ziemniaczane  z  mlekiem.  W  tym  czasie  żona 
czule wpatrywała się w niego. Mimo iż „zmizerniał” od pracy na mrozie, dla niej cały czas był tak 
samo przystojny. Rozmawiali o domu.  

 

Po wyjściu żony Antek przysłuchiwał się słowom, które padały z ust chłopów. Mówili, że dwa 
tygodnie  temu  powrócił  z  dalekich  krajów  brat  dziedzica.  Nie  chcąc  mieszkać  we  dworze, 
przeniósł się do borowego do lasu, gdzie sam sobie gotuje, gra na skrzypkach, a co najdziwniejsze 
–  wypytuje  mieszkańców  Lipiec  o  niejakiego  Kubę,  który  wyniósł  go  rannego  z  pola  bitwy  na 
swych  plecach.  Słysząc  to  Boryna  powiedział,  że u  nich  pracował  niegdyś  Kuba,  były  parobek 
dziedzica, lecz teraz nie żyje.  

Do pogorszenia stosunków miedzy Mateuszem i Antkiem przyczynił się młynarz, który dał temu 
drugiemu podwyżkę za dobrą pracę. Borynie jednak było wszystko jedno. Nie ucieszył go nawet 
gest młynarza. Całe dnie spędzał w pracy, do domu wracając jedynie na wieczorny sen. Zrobił się 
jeszcze  bardziej  milczący.  Pieniądze  oddawał  Hance.  W  niedzielę  odmawiał  pójścia  na  mszę, 
bojąc się przypadkowego spotkania z Jagną. Nie obchodziły go sprawy wsi, smutki czy radości 
sąsiadów,  żył  poza  nimi,  jakby  obcy.  Niedawno,  gdy  przypadkowo  spotkał  kowala,  który 
tłumaczył  się z uczestnictwa w weselu, groźnie kazał mu zejść z drogi, czym wprawił szwagra w 
osłupienie.   

background image

Pewnego  dnia  Mateusz  opowiadał  chłopom  o  Jagusi,  za  którą  rzekomo  uganiał  się  po  polach. 
Śmiał  się  ze  wszystkich  mężczyzn  Borynów,  którzy  skamleli  pod  jej  drzwiami  (tak  podobno 
mówiła do niego Jagna). Antek przypadkowo to usłyszał. Otworzył drzwi, skoczył na Mateusza i 
chwyciwszy go za gardło i za pas, wyniósł na dwór, przerzucił przez płot graniczący z potokiem i 
wrzucił  do  wody.  W  jednej  chwili  zgromadziła  się  duża  liczba  ludzi,  którzy  wyciągnęli 
zakrwawionego Mateusza. Chcieli posyłać po księdza. Tymczasem Antek usiadł spokojnie przed 
kominem i grzał sobie ręce. Gdy ludzie wrócili z dworu, zagroził: „Kto ino będzie mnie szargał i 
nastawał na mnie, każdemu tak zrobię albo jeszcze lepiej!”. Wszyscy milczeli, patrząc jedynie z 
podziwem na Antka, który pierwszy dał radę Mateuszowi.  

Następnego  dnia  Boryna  nie  poszedł  do  pracy  myśląc,  że  jest  już  zwolniony.  Zmienił  zdanie 
dopiero,  gdy  po  śniadaniu  przyszedł  po  niego  młynarz  mówiąc,  by  wracał  i  zajął  miejsce 
Mateusza,  dopóki  ten  nie  wyzdrowieje.  Wpierw  jednak  wynegocjował  taką  stawkę,  jaką 
otrzymywał poprzednik. Hanka nie zdawała sobie sprawy z wydarzeń poprzedniego dnia.  

IV 

We wsi trwają przygotowania do świąt Bożego Narodzenia, podczas których Jagna zakochuje się 
w  Jasiu  –  synu  organistów.  Po  wigilijnej  kolacji  wszyscy  idą  razem  na  pasterkę;  po  niej  Antek 
potajemnie umawia się z macochą na spotkanie.  

Po paru dniach mgieł i wilgoci znowu przyszedł mróz i śnieg przywalił pola. W każdej chałupie 
robiono porządki: posypywano sienie i podłogi świeżym igliwiem, pieczono chleby i świąteczne 
strucle.  Zbliżały  się  Gody  Pańskiego  Dzieciątka  –  święto  cudu  i  zmiłowania  Jezusowego  nad 
światem.  Trwały  przygotowania  do  świąt.  Boryna  wraz  z  Pietrkiem  (parobkiem  przyjętym  na 
miejsce  Kuby)  wybrał  się  do  miasta  po  zakupy.  W  izbie  Jagna  przy  pomocy  matki  zagniatała 
ciasto. Kobiety piekły chleby, a Józka ozdobiła ściany kolorowymi wycinankami. Roch poszedł z 
Jambrożym do kościoła przystrajać ołtarz, a do Borynów zawitali kolędnicy: Jaś (syn organistów) 
z młodszym bratem przynieśli opłatek. Gospodyni położyła go na talerzyku przed pasyjką, dając 
za  nią  Jasiowi  garnek  siemienia  lnianego  i  sześć  jajek.  Mimo  że  rozmawiała  z  Jasiem  wesoło  i 
życzliwie,  ten  cały  czas  się  czerwienił.  Opowiedziała  mu  o  śmierci  Kuby,  co  spowodowało,  że 
młodzieniec się rozpłakał, zmartwiony o duszę zmarłego (skonał przed przybyciem księdza). Syn 
organisty opowiadał o wizycie u Antka, u którego panowała ogromna i wyniszczająca bieda.  

Po  tej  rozmowie  Jaś  opuścił  towarzystwo,  a  gdy  został  sam,  wciąż  przed  oczami  miał  piękną 
Jagnę.  Choć  słyszał  już  o  jej  wpływie  na  okolicznych  mężczyzn,  nie  zdawał  sobie  sprawy,  że 
będzie  kolejną  ofiarą.  Tymczasem  Jagna  również  rozmyślała,  zaskoczona  urodą  dziecka 
organistów. Wspominała również Antka, przywołanego przez Jasia. Przez trzy miesiące widziała 
go  jedynie  raz,  a  nadal  była  pod  jego  urokiem,  nadal  nosiła  go  w  sercu.  Coraz  bardziej 
denerwowały  ją  zaloty  męża,  o  względy  którego  nie  zabiegała  zupełnie,  była  tylko  bardziej 
rozdrażniona.  Po  wyjściu  młodego  organisty  posprzątała  izbę  i  oporządziła  krowy,  co  nie 
zdarzało  się  jej  zbyt  często,  by  potem  długo  płakać,  co  stało  się  powodem  domysłów  o  jej 
błogosławionym  stanie. Dominikowa  po  cichu  przeliczała grunty,  które  Jagna  miała  zyskać  dla 
dziecka, a Boryna się cieszył…Jagna po chwili wyprowadziła wszystkich z błędu.  

W  dzień  Wigilii,  podczas  suto  przygotowanej  wieczerzy,  wyczekiwano  pierwszej  gwiazdki.  W 
każdej  chałupie  od  wschodu  stawiano  snop  zboża  i  pod  obrus  wkładano  siano.  Także  w 

background image

Borynowej  izbie  pielęgnowano  tradycję.  Gospodarz  podzielił  opłatek  miedzy  wszystkich.  Z 
powodu  całodniowego  postu  byli  bardzo  głodni:  „Najpierw  był  buraczany  kwas,  gotowany  na 
grzybach z ziemniakami całymi, a potem przyszły śledzie w mące obtaczane i smażone w oleju 
konopnym,  później  zaś  pszenne  kluski  z  nnakiem,  a  potem  szła  kapusta  z  grzybami,  olejem 
również omaszczona, a na ostatek podała Jagusia przysmak prawdziwy, bo racuszki z gryczanej 
mąki  z  miodem  zatarte  i  w  makowym  oleju  uprużone,  a  przegryzali  to  wszystko  prostym 
chlebem, bo placka ni strucli, że z mlekiem i masłem były, nie godziło się jeść dnia tego”. Do 
wieczerzy  dołączyła  Jagustynka,  bezskutecznie  czekająca  pod  chałupą  dzieci  z  nadzieją,  że 
zaproszą ją na poczęstunek. Po posiłku Jagna częstowała kawą z cukrem, Roch czytał nabożną 
książkę.   

Dominikowa  zaprowadziła  wszystkich  do  obory,  do  krów.  Jagna  za  radą  matki  obdzieliła 
inwentarz  opłatkiem,  po  czym  wrócili  do  izby.  W  niedługich  czasie  do  Borynów  przyszli 
kowalowie  z  dziećmi,  z  którymi  wybierali  się  na  pasterkę.  Zięć  poinformował,  że  wójt  wzywa 
Dominikową  do  rodzącej  żony,  wskutek  czego  towarzystwo  się  zmniejszyło.  Gdy  domownicy 
usłyszeli  sygnaturkę  kościelną  wzywającą  na  pasterkę,  ubrali  się  i  wyszli,  w  domu  zostawiając 
jedynie Jagustynkę.  

Ludzie  ze  wszystkich  stron  zmierzali  do  kościoła,  który  wypełnił  się  po  brzegi.  Antek  wśród 
zebranych  ujrzał  ojca  z  rodziną  i  Jagnę;  ku  której  udało  mu  się  przepchać.  Ona  również  go 
ujrzała:  „Siedziała  sztywno  jak  i  drugie  kobiety,  w  książkę  patrzała,  ale  ani  jednej  litery  nie 
rozeznała, ni kart nawet, nic, bo te jego oczy smutne, oczy żałosne, oczy parzące blaskami stały 
przed nią, jaśniały jak gwiazdy, świat cały przysłoniły, że zatraciła się całkiem, przepadła zgoła - a 
on wciąż klęczał, słyszała jego krótki i gorący oddech i czuła tę moc słodką, tę moc straszną, jaka 
biła  od  niego,  szła  jej  prosto  do  serca,  krępowała  niby  powrozami  i  przejmowała  strachem  a 
słodkością,  dreszczem,  od  którego  rozum  odchodził,  miłowania  krzykiem  tak  potężnym,  że 
trzęsła się w niej każda kosteczka, a serce tłukło się jako ten ptak, gdy mu dla swawoli skrzydła 
przybiją  do  ściany!...”.  Antek  szeptał,  by  któregoś  dnia  wyszła  na  spotkanie  pod  „bróg”  (stóg 
siana). Od żaru jego słów prawie zemdlała. Potem radosny stał na mrozie. Nabierał w ręce śnieg, 
który połykał łapczywie, by w końcu pobiec w pole… 

Lipeccy chłopi przychodzą do Boryny radzić się w sprawie lasu. Maciej odmawia uczestnictwa w 
kolejnej naradzie, wykręcając się jutrzejszym wyjazdem do rodziny w ważnej sprawie (obawia się 
dziedzica, ponieważ liczy na odszkodowania za krowę). 

Borynowie wrócili z pasterki dopiero nad ranem. Jagna do południa leżała w łóżku, nie mogąc 
zasnąć, ponieważ cały czas myślała o Antku. Gdy w końcu wstała, poszła do matki, której jednak 
nie spotkała (była u rodzącej wójtowej).  

Dom Borynów odwiedziła Nastka, którą Jagustynka zapytała o zdrowie Mateusza. Dopiero teraz 
domownicy dowiedzieli się o bójce Antka z bratem dziewczyny. Jagna po cichu zapytała o powód 
walki,  a  poznawszy  go  –  przekonała  się,  iż  Antek  miłuje  ją  tak  samo,  jak  ona  jego.  W  głowie 
huczały  jej  słowa  kochanka,  by  wyszła  wieczorem  pod  bróg.  Dopiero  teraz  dostrzegła  starość 
męża, poczuła rodzące się do niego obrzydzenie. Samotnie poszła na wieczorne nieszpory, licząc 
na spotkanie Antka, lecz w kościele zobaczyła jedynie wychudzoną Hankę.  

background image

Do Macieja jako do pierwszego gospodarza we wsi przyszedł Kłąb z sąsiadami z propozycją, by 
przystąpił do ich grupy. Chłopi dowiedzieli się, że sprzedany przez dziedzica las lada dzień wytną 
rębacze.  Krzyczeli,  że  nie  mogą  na  to  pozwolić.  Boryna  zaproponował  napisanie  skargi  na 
dziedzica  do  komisarza,  lecz  chłopi  nie  chcieli  tak  długo  czekać  na  odpowiedź.  Choć zaprosili 
Macieja  na  jutrzejszą  naradę,  odmówił  tłumacząc,  iż  musi  jechać  do  Woli,  do  krewniaków 
kłócących  się  miedzy  sobą  o  gospodarkę  (tak  naprawdę  podróż  była  wymówką,  ponieważ  nie 
chciał wszczynać kolejnej walki z dworem, cały czas mając nadzieję na odszkodowanie w sprawie 
krowy). Nazajutrz Boryna ubrał się odświętnie i skierował wóz w stronę Woli (musiał tam jechać, 
by chłopi nie domyślili się niczego), co niewymownie ucieszyło Jagnę (nieświadomą podstępu). 
Zamierzała  wyjść  na  spotkanie:  „Rwała  się  już  jej  dusza  do  wylotu,  śmiały  się  oczy,  wyciągały 
ręce, prężyła pierś i ognie błyskawicami upalnymi chodziły po niej i słodką męka oblewały... Ale z 
nagła,  niespodziewanie  chwycił  ją  dziwny  lęk  i  ścisnął  za  serce,  że  zmilkła,  przycichła  w  sobie 
(…)”.   

Zmieniła zdanie. Szybko poprosiła męża, by zabrał ją ze sobą - i w kilka minut później już jechali 
razem.   

VI 

Borynom składa wizytę nieznajomy (pan Jacek, poszukujący informacji o zmarłym Kubie). Maciej 
nie jest pewien wierności małżonki (najpierw podejrzewa Mateusza), a gdy znajduje zapaskę Jagny 
i rzuca jej pod nogi – w jego głowie pojawiają się pierwsze przypuszczenia co do romansu żony z 
Antkiem. 

 

Witek poinformował Borynę o przyjeździe dziedzica, który udał się do młynarza. Maciej wiedział, 
że  odbywała  się  tam  narada  w  sprawie  lasów  z  udziałem  wójta,  sołtysa,  kowala  i  młynarza,  na 
którą nikt go nie zawołał, mimo że był pierwszym gospodarzem we wsi. Założywszy kożuch i 
czapkę, wyszedł z domu.  

Do Jagny i Witka przyszedł jakiś nieznajomy człowiek pytając, czy to dom Borynów i czy może 
się  ogrzać.  Uzyskawszy  przyzwolenie,  usiadł,  stając  się  obiektem  bacznej  obserwacji  młodej 
gospodyni. Gość był stary i przygarbiony, ubrany w pański ubiór. Siedział zamyślony. W chwilę 
później przyszły również sąsiadki, chcąc nasycić swoje plotkarskie oczy widokiem obcego.  

Wraz  z  nadejściem  wieczoru  sąsiadki  zrezygnowały  z  przyglądania  się  i  poszły,  a  wówczas 
nieznajomy  zapytał  Jagnę,  czy  służył  u  nich  Jakub  Socha,  którego  szukał  od  powrotu  po 
wszystkich wsiach. Wtedy okazało się, że obcy to brat dziedzica, którym Kuba bardzo się niegdyś 
opiekował. Tak oto wyjaśnił się powód dziwnej wizyty. Gość dowiedział się, że niestety, Kuba 
umarł  jesienią.  Witek  opowiedział  mu  o  dobrym  sercu  Sochy  i  naukach,  jakie  dzięki  niemu 
poznał,  obiecując  pokazanie  grobu  zmarłego.  Przy  pożegnaniu  brat  dziedzica  zapowiedział 
kolejne odwiedziny i prosił Jagnę, by przekazała mężowi jego dane – Jacek z Woli. Wieczorem w 
końcu  doszło  do  potajemnego  spotkania  zakochanych.  Jagna  usłyszała  słowa  o  tęsknocie, 
miłości, pożądaniu. Zaczęli się z Antkiem przytulać i całować namiętnie pod znajomym brogiem. 
Czułą  schadzkę  przerwało  wołanie  Boryny.  Antek  uciekł  w  stronę  ogrodu,  a  jego  ukochana 
pobiegła w kierunku podwórka, nieświadomie gubiąc po drodze zapaskę (chustkę) w przejściu. 

background image

Rozgorączkowaną twarz potarła śniegiem, nazbierała drzewa i weszła do izby. W chwilę potem 
usłyszała wyrzuty męża, który szukał jej w oborze. Skłamała, że poszła po drzewo do szopy, lecz 
Maciej  jej  nie  uwierzył,  podejrzewając  ponowne  schadzki  z  Mateuszem.  Po  przyjściu  Nastki 
gospodarz zaczął pytać o niego, lecz podejrzenia rozwiał fakt, że brat dziewczyny leżał bardzo 
chory.  

Widząc nieufność męża i chcąc zmienić temat, Jagna zaczęła opowiadać o wizycie Jacka z Woli. 
Podczas  kolacji  dołączył  do  nich  Roch  z  pytaniem,  czy  prawdą  jest,  że  dziedzic  nie  zatrudni 
lipieckich chłopów przy rąbaniu lasu. Zdziwiony Boryna odparł, że nie jest wtajemniczony w te 
plany, ponieważ chłopi nie zawołali go na naradę, za co do tej pory czuł do nich ogromny żal. 
Zapowiedział, że póki dziedzic nie porozumie się z ludźmi, nie pozwolą mu wyciąć ani jednego 
drzewa. Po kolacji gospodarz poszedł sprawdzić obejście. Wrócił po chwili z ośnieżoną zapaską 
Jagny  w  ręku.  Rzucił  chustkę  pod  nogi  żony,  mówiąc,  że  znalazł  ją  przy  przełazie  (wąskim 
przejściu między sadem a szopą nakrytym dachem z rosnących gałęzi drzew, wówczas pokrytych 
śniegiem). Przerażona Jagna szybko znalazła wymówkę- to pies wynosi wszystko z domu. Boryna 
nic nie odpowiedział. Nie uwierzył w te tłumaczenia… 

VII 

Na wieczorze tanecznym w karczmie Antek porywa do tańca Jagnę, czym rozpoczyna awanturę z 
ojcem.  Po  groźbach  Maciej,  nie  umiejąc  poradzić  sobie  z  narastającym  gniewem,  mówi  żonie 
przykre słowa.  

Po adwencie i Godach ludzie zbierali się w karczmie, gdzie planowano tańce. Dowiedzieli się tam 
o  propozycji  dziedzica,  który  dawał  pieniężne  zadatki  gotowym  pracować  przy  wyrębie  lasu, 
najczęściej  mieszkańcom  okolicznych  wsi.  Powszechnie  odczuwano  to  jako  niesprawiedliwość, 
ponieważ lipczanom nie starczało na jedzenie. Zima była sroga, w chałupach panowała bieda, a 
wszyscy  odliczali  dni  do  wiosny,  łudząc  się  wizjami  nieokreślonego  zarobku.  Postępowanie 
dziedzica sprawiło, że czuli się oszukani. Wybrali się po radę do Kłąba i księdza, lecz niestety, nie 
otrzymali tam pomocy.  

W karczmie zebrała się prawie cala wieś, grzejąc się przy cieple kominka. W jednym kącie siedzieli 
muzykanci,  a  pod  ścianami  przy  stołach  popijający  gorzałkę.  Pojawił  się  nawet  Mateusz, 
wprawdzie jeszcze nie całkiem zdrowy po pobiciu, lecz już zdolny do samodzielnego poruszania 
się.  Zdziwił  Antka  przeprosinami  za  złe  słowa  o  Jagnie  przyznając,  że  kłamał  i  obiecując 
nieprzeszkadzanie  w  szczęściu  zakochanym.  Zaczęli  wspólnie  pić  i  gawędzić,  jakby  żadna 
awantura  nie  miała  miejsca.  Antek  żalił  się,  że  nie  może  spać  ani  jeść,  ponieważ  stale  myśli  o 
ukochanej,  dla  której  zrobiłby  wszystko.  Temat  miłości  skończył  się,  gdy  dosiedli  się  inni 
mężczyźni. Zaczęto się zastanawiać, czy nie zawrzeć z dziedzicem ugody, jednak przeciwni temu 
byli gospodarze, bowiem zwykli chłopi (bezrolni) nie mieliby możliwości zarobku przy wyrębie.  

W karczmie przebywał także brat dziedzica – Jacek. Prawdą okazały się wszelkie krążące na temat 
jego  dobrego  serca  historie:  pomagał  mieszkańcom  wiosek,  dziewczęta  uczył  przyśpiewek  i 
pieśni.  W  pewnym  momencie  grono  gości  powiększyli  Boryna,  Jagna,  Józka  i  Nastka.  Maciej 
przywitał się z nielicznymi gospodarzami - bogatsi chłopi bawili się na chrzcinach dziecka wójta. 
Mimo że Macieja proszono na ojca chrzestnego, urażony postępowaniem gospodarzy w sprawie 
niedawnej narady – odmówił.  

background image

 

Kiedy  Antek  ujrzał  Jagnę,:  „(…)zaś  już  nie  spuszczał  oczów  z  Jagusi,  stała  właśnie  przy 
szynkwasie,  chłopaki  się  do  niej  sypnęli  zapraszać  do  tańca,  odmawiała  pogadując  wesoło,  a 
ukradkiem przebierając oczami wskróś ludzi - taka urodna widziała się dzisiaj, że choć naród już 
był  napity,  a  spoglądali  na  nią  z  podziwem.  Ponad  wszystkie  piękniejsza  (…)  żadna  ani  się 
równała z Jagną, żadna. Przenosiła wszystkie urodą, strojem, postawą i tymi modrymi, jarzącymi 
ślepiami,  jako  róża  przenosi  one  nasturcje  a  malwy,  a  georginie,  a  maki,  że  zgoła  podlejsze  się 
przy  niej  widzą,  tak  ci  ona  przenosiła  wszystkie  i  nad  wszystkie  panowała.  Przystroiła  się  też 
dzisiaj  kiej  na  jakie  wesele;  wełniak  wdziała  gorącożółty  w  zielone  a  białe  pasy,  stanik  zaś  z 
modrego aksamitu, dziergany złotą nitką i głęboko, do pół piersi wycięty, a na koszuli cieniuśkiej, 
która  bieluchną  fryzką  burzyła  się  suto  koło  szyi  i  przy  dłoniach,  zawiesiła  rzędy  korali, 
bursztynów  i  onych  pereł,  na  włosach  miała  chusteczkę  jedwabną,  modrawą,  w  różowy  rzucik 
farbowaną,  a  końce  od  niej  puściła  na  plecy”.  Jankiel  zaprowadził  starego  Borynę  do  alkierza, 
gdzie przebywał już kowal, który opuścił chrzciny najwcześniej. Tymczasem Antek podszedł do 
Jagny,  objął  ją  wpół  i  porwał  to  tańca.  Podczas  pląsów  nie  zwracali  uwagi  na  bacznie 
obserwujących ich i szepczących ludzi: „Ale Antkowi już było wszystko jedno dzisiaj, skoro jeno 
poczuł ją przy sobie, skoro przycisnął do się, że aż się prężyła i przywierała te lube modre oczy, 
to się już był całkiem zapamiętał! Radość w nim grała i takie wesele, jak kieby się ten zwiesnowy 
dzień w nim zrobił. Zapomniał o ludziach i świecie całym, krew w nim zawrzała i moc wstała 
taka  harda,  nieustępliwa,  aż  mu  piersi  rozpierało!  A  Jaguś  też  była  całkiem  jakby  utopiona  w 
lubości i w zapamiętaniu! Unosił ją jak ten smok, nie opierała się temu, bo jakże, mogłaby to, kiej 
kręcił nią, ponosił, przyciskał, że chwilami mroczało w niej i traciła z pamięci świat wszystek, a 
grało w niej takim weselem, młodością, uciechą, że już nic nie widziała, ino te jego brwie czarne, 
te oczy przepaściste, a te wargi czerwone, ciągnące!”. 

Tańczyli już z godzinę, a zostali sami na parkiecie. Inni nie mogli dotrzymać szybkiego tempa, za 
to  otoczyli  ich  kołem.  Antek  cały  czas  rzucał  pieniądze  muzykantom,  by  w  chwilach  przerwy 
fundować  wszystkim  gorzałkę.  Gdy  po  jakimś  czasie  pojawił  się  Boryna,  zaalarmowany  przez 
obecne kobiety, zbliżył się do tańczącej pary i głośno powiedział żonie: „- Do domu! – (…) gdy 
nadlecieli, i chciał ją chycić za rękę, ale w ten mig Antek zakręcił w miejscu i poniósł dalej, że 
próżno  chciała  się  wyrwać.  Podskoczył  wtedy  Boryna,  rozwalił  koło,  wyrwał  ją  z  Antkowych 
ramion,  nie  popuścił  i  nie  spojrzawszy  nawet  na  syna  wiódł  z  karczmy”.  Antek  wybiegł. 
Dogoniwszy ojca z macochą przy stawie, usłyszał, by nie zaczepiał ludzi i odszedł (Jagna w tym 
czasie uciekła do domu). Nieprzytomny ze złości, pijany doleciał do ojca z krzykiem, by puścił do 
niego  Jagnę,  i  z  pięściami,  gotów  do  bicia.  Gdy  Boryna  ponownie  poradził,  by  odszedł,  bo  w 
przeciwnym razie „zakatrupi go jak psa”, Antek otrzeźwiał, słysząc słowa ojca i widząc jego oczy. 
Zszedł z drogi. Maciej poszedł do domu.  

Młody zalotnik dopiero w karczmie zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Ktoś posłał po Hankę. 
Ludzie rozchodzili się do domów, a Jankiel zamykał lokal. Żona prosiła, by Antek wrócił z nią do 
domu,  na  co  usłyszała:  „-  Idź  sama,  nie  pójdę  z  tobą!  Mówię  ci,  odejdź!  -  krzyknął  groźnie,  a 
potem nagle, nie wiada laczego, nachylił się do niej i w samą twarz powiedział:  - Żeby mnie w 
kajdany skuli, w lochu zamknęli, wolniejszym bym był niźli przy tobie, słyszysz,  wolniejszym!”. 
Wyszła z płaczem.  

background image

 Po  chwili  także  i  on  opuścił  karczmę.  Chodził  bez  celu  dookoła  stawu,  a  ze  względu  na 
dokuczliwe zimno w końcu całkowicie wytrzeźwiał. W głowie huczały mu słowa ojca, którego się 
bał,  a  serce  ściskała  mu  rozpaczliwa  miłość  do  Jagny.  Mijając  kościół,  zobaczył  jakąś  postać 
leżącą krzyżem na śniegu pod figurką i płaczącą z prośbą o miłosierdzie Boże. Podszedł, myśląc, 
iż  to  jakiś  wędrowiec.  Była  to  Hanka,  wyglądająca  i  zachowująca  się  dziwnie.  Podniósł  ją  ze 
śniegu i chwyciwszy jej ciężarne ciało pod boki, powiedział, że pójdą razem do domu. Kobieta 
nie opierała się. Całą drogę szli w milczeniu przerywanym jedynie płaczem Hanki.  

VIII 

Po  potańcówce  w  domu  Borynów  panuje  zła  atmosfera.  Zawstydzony  Maciej  usprawiedliwia 
przez ludźmi postępowanie żony, która nadal spotyka się z pasierbem.  

W  domu  u  Borynów  po  zajściu  w  karczmie  było  cicho  i  smutno.  Schorowany  Maciej  leżał  w 
łóżku, wszystko ściskając w sobie. Nie powiedział żonie ani jednego złego słowa. Nie skarżył się 
nawet  Dominikowej,  która  codziennie  smarowała  mu  bolące  boki  gorącym  olejem,  tłumacząc 
córkę  przez  Boryną.  Całą  winą  obarczyła  jego,  ponieważ  poszedł  pić  do  alkierza,  zostawiając 
młodą  i  potrzebującą  zabawy  Jagnę  wśród  tańczących  par.  Mówiła:  „-  Nic  to  innego,  tylko 
wątroba się wama zapiekła albo macica opadła! - rzekła Dominikowa, smarując mu boki gorącym 
olejem” Jagna od kilku dni była blada, odmawiała jedzenia, cierpiała na bezsenność. Nie mogła 
nawet  pracować,  cały  czas  czuła  na  sobie  wzrok  leżącego  męża.  Nie  miała  też  z  kim 
porozmawiać,  ponieważ  matki  często  nie  było  w  domu.  Parę  razy  po  kryjomu,  choć  z  wielki 
strachem sprawdzała, czy pod brogiem nie czekał Antek, zawsze bezskutecznie. Po paru dniach 
Maciej  wstał  z  łóżka  i  chodził  z  sąsiedzkimi  wizytami,  pierwszy  zaczynając  rozmowę  o 
potańcówce w karczmie. Wszystko obracał w żart, chcąc zapewnić sąsiadów, że nic się nie stało. 
Nikt  jednak  nie  wierzył  jego  słowom,  ponieważ  wiedziano,  iż  był  najpoważniejszym 
gospodarzem we wsi, człowiekiem dumnym, czasem nieprzyjemnym. Plotkowano, że tłumaczy 
całe  zajście  w  obawie,  że  wezmą  go  „na  języki”.  Jedynie  sołtys  Szymon  powiedział,  co  myśli 
naprawdę: „- Baj baju, chłop śliwy rwie, a ino ich dwie! Ludzkie gadanie jest jak ten ogień, nie 
przygasicie  pazurami,  sam  się  musi  wypalić!  A  to  wam  jeno  przypomnę,  com  był  rzekł  przed 
ślubem: jak stary bierze młodą, złego nie odegna i święconą wodą!”, czym ogromnie rozzłościł 
Borynę 

Odtąd wiele się zmieniło…Maciej znowu wszystkiego pilnował i wszystko trzymał w garści jak 
dawniej.  Nie  opuszczał  obejścia  na  krok,  przebywał  w  izbie  nawet  wieczorami,  stale  pilnując 
Jagusi,  której  świąteczne  ubrania  zamknął  w  skrzyni,  a  klucz  nosił  przy  sobie.  Domowe 
obowiązki zlecił Józce, odbierając tym samym żonie rolę gospodyni. Ponieważ Jagna stale żaliła 
się  matce  na  takie  traktowanie,  Dominikowa  próbowała  ponownie  rozmawiać  z  zięciem,  ale 
usłyszała, że jej córka była panią do tej pory, robiła, co chciała, ale nie uszanowała przywilejów, 
dlatego  nadszedł  czas  na  zmiany.  Boryna  kategorycznie  oznajmił  również,  że  nie  życzy  sobie 
powrotu  do  tego  tematu.  Choć  niejednokrotnie  słyszał  w  nocy  płacz  żony,  wiedział,  że  tylko 
cierpliwością i wytrwałością wywoła jakieś zmiany.  

Pewnego  wieczoru  Jagustynka  poradziła  Jagnie,  by  nie  dopuszczała  do  siebie  męża,  co  było 
według niej doskonałym sposobem na wychowanie każdego mężczyzny. Po długich namysłach 
wieczorem  dziewczyna  w  obecności  kowala,  Nastki,  Rocha  powiedziała  do  męża,  by  dał  jej 
klucze do skrzyni, ponieważ chce przewietrzyć ubrania. Zawstydzony Boryna spełnił jej prośbę, a 

background image

gdy  potem  wyciągnął  rękę,  by  oddała  klucze,  usłyszał  harde  słowa  Jagny,  że  w  skrzyni  są  jej 
ubrania  i  sama  będzie  ich  pilnować.  Od  tego  wieczoru  u  Borynów  rozpoczęła  się  prawdziwa 
wojna.  Kłótniom,  które  słyszała  cała  wieś,  nie  było  końca.  Małżonkowie  prześcigali  się  we 
wzajemnych złośliwościach. Jagna wieczorami przenosiła się do izby po drugiej stronie sieni, a w 
niedzielę, odświętnie ubrana, podążała samotnie do kościoła. Dumny i bogaty, lecz jednocześnie i 
zmęczony gospodarz coraz częściej, by uchronić się przed nowymi plotkami,  ustępował żonie.   

Podczas kolędy ksiądz powiedział Borynie, że zna przebieg zajścia w karczmie. Kazał wybaczyć 
niewinnej  Jagnie,  oskarżając  o  wszystko  Antka.  Zobaczywszy  oswojonego  boćka,  którym 
opiekował  się  Witek,  zachwycił  się  nim.  Boryna  obiecał,  że  Witek  zaniesie  ptaka  na  plebanię. 
Mimo całodziennego płaczu wieczorem chłopak oddał boćka.  

Ulegając namowom księdza, Maciej próbował zmienić postępowanie względem żony, lecz spokój 
i radość nie zawitały już do ich domu. Jagna znienawidziła męża, coraz częściej wychodząc pod 
bróg  do  Antka.  W  schadzkach  pomagali  jej  Witek  i  Jagustynka.  Chłopak  wywoływał  Jagnę  z 
domu, mszcząc się w ten sposób na Borynie za oddanie boćka. Przywiązał się do Jagny, która nie 
krzyczała na niego i podsuwała lepsze jedzenie. Rola Jagustynki, nielubiącej bogaczy za ciężkie i 
nędzne życie, polegała zaś na tym, że kryła dziewczynę mówiąc, iż jest u matki lub w obejściu. 
Gdy tylko Antek wracał z pracy, stara kobieta przekazywała mu wieści od ukochanej, przynosząc 
z kolei dziewczynie plotki na jej temat, krążące po wsi. Nie była jednak uczciwa - pewnego dnia 
powiedziała Maciejowi, że Antek chodzi po wsi grożąc, że spali ojca. Odtąd Boryna ze strachu 
obchodził budynki gospodarcze nawet w nocy, stale pilnując obejścia. Stał się bardzo milczący i 
zamknięty. Tak mijały zimowe dniPewnego dnia wójt przyniósł Borynie wezwanie na rozprawę 
sądową  wyznaczoną  na  następny  dzień.  Namawiał  go  przy  tym,  nie  pierwszy  raz  zresztą,  by 
przyłączył  się  do  niego,  młynarza  i  kowala.  Oni  już  podpisali  umowę  ze  dworem,  dotyczącą 
pozwolenia  na  zwożenie  drzewa  do  tartaku  (potem  przerabiali  je  na  deski  i  sprzedawali  w 
mieście), na czym Maciej mógłby zarobić nawet sto rubli. Usłyszawszy to, Boryna wypomniał, że 
ludzie mają do nich żal za podpisanie z dziedzicem ugody uniemożliwiającej prostym chłopom 
zarobek. Wójtowi, obruszonemu i zniesmaczonemu oskarżeniami, udało się w końcu namówić 
Borynę  do  spółki.  Umówili  się  na  spotkanie  następnego  dnia  (po  powrocie  Boryny  z  sądu)  u 
młynarza, by ustalić szczegóły umowy. Po wyjściu wójta Maciej udał się na podwórze, poszukując 
Jagny, którą zobaczył powracającą od strony przełazu. Na pytanie, gdzie była, odburknęła jakieś 
słowo, po czym poszła do chałupy. Później, gdy rodzina szykowała się do spania, Boryna zgodził 
się,  by  żona  z  Józką  poszły  nazajutrz  do  Kłąbów  z  kądzielą,  choć  wcześniej  im  zabraniał.  Był 
zdecydowanie w dużo lepszym humorze.  

IX 

Hanka,  mimo  zamieci  i  zaawansowanej  ciąży,  udaje  się  ze  swym  ojcem  do  lasu  po  drewno  na 
opał. W drodze powrotnej spotyka powracającego z sądu Macieja. Godzą się. We wsi wybucha 
pożar.  

Chociaż od rana panowała zamieć, Hanka wybrała się z ojcem i wiejskimi komornicami po susz 
do  lasu.  W  chałupie  było  przeraźliwie  zimno,  nie  było  czym  rozpalić  ognia  –  to  zmusiło  do 
wędrówki największych biedaków ze wsi. Mimo że Hanka była w ciąży, nie żaliła się nikomu na 
swój los, znosząc głód i zimno. Tymczasem jej mąż siedział w ciepłej karczmie, gdzie przepijał 

background image

pieniądze.  Słów,  które  niegdyś  tam  od  niego  usłyszała,  nie  wybaczyła  nigdy.  Ostatnie  miesiące 
pozostawiły ślad na jej ciele – schudła, zapadła się.  

 

Doszli do lasu: „Bór był stary, ogromny, wyniosły; sosna stała przy sośnie nieprzeliczoną ciżbą, 
gęstwą  nieprzebraną,  a  tak  śmigłą,  prostą  i  mocarną,  że  widziały  się  kiej  te  wielgachne  słupy  z 
opleśniałej  miedzi,  majaczące  w  mroku  szarozielonych  sklepień  nieprzejrzanymi  rzędami  - 
posępne,  lodowe  brzaski  biły  z  dołu  od  śniegów,  zaś  w  górze,  przez  strzępiaste  konary,  niby 
wskroś zdziurawionych strzech, świtało niebo białawe i mętne. Wichura przewalała się górą, że 
czasami cichość się czyniła jakby w kościele, kiedy to z nagła organy zmilkną i śpiewy ustaną, a 
jeno  szemrzą  wzdychy  ostatnie,  tupoty,  pogasłe  brzmienia  pacierzów  i  te  przytajone,  konające 
nuty - bór  stawał wtedy nieruchomy, oniemiały, jakby wsłuchany w grzmotliwą wrzawę, w ten 
dziki  krzyk  pól  tratowanych,  co  rwał  się  gdziesik    ze  świata  i  niósł  wysoko,  daleko,  że  tylko 
jękliwym świegotem drgał po lesie”.  

Hanka  nazbierała  w  płachtę  tyle  drewna,  ile  mogła  udźwignąć  na  plecach.  Tymczasem  ojciec 
przewiązał sznurkiem pęk suszu i wlókł go za sobą. Wracali do wioski, pozostawiwszy zbierające 
chrust kobiety w lesie. Droga nie była łatwa – zapadali się w śnieg po kolana, wiatr dmuchał tak, 
iż nie wiedzieli, w którą stronę iść. Dotarli w końcu do drogi, robiąc postój pod świętym krzyżem 
Chrystusowym, by po chwili ruszyć znowu: „(…)ciężar ją przygniatał, sęki wpijały się w plecy i 
chociaż przez zapaskę i kaftan, a wgniatały się w żywe mięso, ramiona ją strasznie bolały, a zaś 
ten  węzeł  płachty,  zakręcony  w  kij,  wrzynał  się  w  gardziel  i  dusił,  szła  coraz  wolniej  i  ciężej”. 
Hanka  prosiła  Boga,  by  dodał  jej  sił  i  bezpiecznie  zaprowadził  do  domu.  Płakała  i  traciła 
nadzieję,  coraz  głębiej  zapadając  w  zaspy,  przewracając  się  i  podnosząc  z  wielkim  ciężarem  na 
plecach.  Już  nie  miała  sił  wygrzebywać  się  ze  śniegu,  gdy  nagle  usłyszała  dzwoneczki  u  sań, 
którymi jechał Boryna w towarzystwie Witka i Jambrożego (wracali z sądu). Gdy mijali kobietę, 
Maciej zatrzymał się i zaproponował synowej podwiezienie, ponieważ w błogosławionym stanie 
nie  powinna  się  przemęczać.  Poinformował,  że  Bylicę,  który  siedział  pod  drzewem  i  płakał  z 
wyczerpania, drugimi saniami zabrał Bartek. Boryna z litością patrzył na skuloną synową, dziwiąc 
się jej spokojowi i zmianie, która w niej zaszła od momentu ostatniego spotkania. Gdy przyznał 
się do spostrzeżeń, Hanka odpowiedziała, że zawdzięcza wszystko biedzie. Po przywiezieniu do 
chałupy  Boryna  szepnął  synowej,  by  go  odwiedziła,  za  co  ucałowała  teścia  w  rękę.  Za  chwilę 
pojawił  się  również  Bylica  na  drugich  saniach.  Hanka  natychmiast  rozpaliła  ogień,  nakarmiła 
dzieci, a ojciec zachwalał postępowanie Boryny, prosząc, by córka pogodziła się z Maciejem. Gdy 
Bylica  zasnął,  wyglądała  nadejścia  męża.  Postanowiła,  że  choćby  Antek  zabronił  jej  pójść  do 
Boryny  –  nie  posłucha.  Usłyszany  wrzask  sprawił,  że  wybiegła  przez  izbę  i  zobaczyła  ogień 
pośrodku wsi. Z naprzeciwka biegł zakrwawiony Antek, bez czapki, z osmoloną twarzą i dzikim 
spojrzeniem w oczach. Wciągnął ją do izby, mimo że chciała sprawdzić, czy to nie jest ogień z 
pola jego ojca… 

Na wieczorze kądzieli u Kłębów Roch opowiada o jastrzębiu, koniu i innych zwierzętach. Potem 
następuje kolejna schadzka kochanków.  

background image

Tego  samego  dnia,  kiedy  Boryna  pojechał  saniami  do  sądu,  Jagna  z  Józką  i  Nastką  poszły 
wieczorem  do  Kłąbów  na  „pszęślicową  wieczornicę”,  w  której  uczestniczyło  wiele  osób. 
Panowała radosna atmosfera, słychać było furkoczące wrzeciona. Po przyjściu Mateusza i Rocha 
(teraz  mieszkał  i  uczył  u Kłąbów)  wszyscy  czekali na  wizytę  przebranych  dzieci  ze  wsi  (był  to 
kolejny tradycyjny zwyczaj).  

Roch, wysłuchawszy próśb dziewcząt, opowiadał zebranym historie o królach, wojnach, górach, 
leniwym  koniu.  Ta  ostatnia  szczególnie  przypadła  wszystkim  do  gustu,  ponieważ  traktowała  o 
odkupieniu winy i przebaczeniu. W trakcie tych opowieści pojawił się Antek, lecz Jagna udawała, 
że  go  nie  widzi.  Potem  zebrani  zaczęli  śpiewać  religijne  pieśni,  którym  na  fleciku  wtórował 
Mateusz.  Było  już  bardzo  późno.  Gdy  nikt  nie  patrzył,  kochankowie  wymknęli  się 
niepostrzeżenie. Antek w sieni chwycił Jagnę za rękę i poprowadził daleko za stodoły.  

XI 

W  czasie  upojnych  chwil  w  brogu  zakochani  zostają  wyśledzeni  i  podsłuchani  przez  Borynę, 
który zastawia i podpala wyjście ze stogu siana, czekając na zewnątrz z widłami. Jagnie i Antkowi 
udaje się uciec.  

Dobiegli  do  zasp,  leżących  daleko  od  wsi.  Upadli  zmęczeni  i  sczęśliwi,  aż  zaparło  im  dech  w 
piersiach. Przytuleni: „Byli spowici jeszcze w czarodziejską tęczę cudów i marzeń, że płynęli jakby 
z korowodem tych dziwów, wywołanych przed chwilą, przez baśniowe kraje szli, na wskróś tych 
scen  nadludzkich,  wszystkich  stawań,  wszystkich  cudów,  przez  najgłębsze  kręgi  zdumień  i 
oczarowań.  Jawy  kołysały  się  w  cieniach,  po  niebie  błądziły,  wyrastały  z  każdym  spojrzeniem 
oczu, przez serca płynęły, aż chwilami przytajali oddechy, zamierali z trwogi i przywarci do siebie, 
oniemieli, zalękli, wpatrywali się w bezdenną, skłębioną głąb marzenia, aż rozkwitały im dusze w 
kwiat  zdumień,  w  prześwięty  kwiat  wiary  i  modlitewnych  uniesień,  że  padali  na  samo  dno 
podziwu  i  niepamięci”.  Momentami  powracali  do  przytomności,  a  Jagna  mówiła  wtedy,  ze 
pójdzie za ukochanym na koniec świata, ponieważ opętał ją miłością. Antek mówił to samo… 
Ogarnął ich szał namiętności. Noc była mroźna i ciemna, ale nie dla nich. „I porwani miłosną 
wichurą,  oślepli  na  wszystko,  oszaleli,  wyzbyci  z  pamięci  stopieni  z,  sobą  jako  dwie  żagwie 
płonące, nieśli się w tę noc nieprzejrzaną, w pustkę i głuchą samotność, by oddawać się sobie na 
śmierć,  do  dna  dusz,  pożeranych  wieczystym  głodem  trwania...  Nie  mogli  już  mówić,  tylko 
nieprzytomne krzyki rwały się im gdziesik aż z samych trzewiów, tylko szepty zduszone, porwane 
a strzeliste jak wytryski ognia, słowa błędne i opite szałem, spojrzenia żrące do szpiku, spojrzenia 
struchlałe  obłąkaniem,  spojrzenia  huraganów  walących  na  siebie,  aż  przejął  ich  taki  straszny 
dygot żądzy że zwarli się z dzikim skowytem i padli... nieprzytomni zgoła. . . Świat się wszystek 
zakołował  i  runął  wraz  z  nimi  w  ogniste  przepaście...”.  Gdy  śnieg,  na  którym  leżeli,  zmiękł, 
Antek: „Ogarnął ją sobą i rozgrzewał takimi całunkami, aż oboje wnet zabaczyli o całym świecie, 
objęli się krzepko w pas i poszli jakąś dróżką, która się im sama nawinęła pod nogi; szli kołysząc 
się ciężko ruchem drzew, pokrytych nadmiarem kwiatów i kolebiących się cicho w pszczelnym 
brzęku...”.  Wracali  przytuleni  i  nieprzytomni  za  szczęścia.  Za  Borynową  stodołą  przycupnęli, 
Antek  tulił  ukochaną  płaczącą  ze  szczęścia.  Schowali  się  jednak  do  brogu  (weszli  w  stóg  siana 
przez otwór tuż nad ziemią), słysząc jakieś głosy. „Cień jakiś oderwał się od ścian i przygarbiony 
posuwał się po śniegach, był coraz bliżej, wyrastał, zatrzymywał się co mghienie i znowu szedł... 
skręcił za bróg od pola, przyczołgał się prawie pod otwór i nasłuchiwał długo... Potem przesunął 

background image

się do przełazu i zniknął pod drzewami... Nie wyszło i Zdrowaś, kiej się znowu pokazał wlekąc za 
sobą wielgachną wiązkę słomy, przystanął na mgnienie, posłuchał i skoczył do brogu, przytkał 
wiązką  dziurę...trzasnęła  zapałka  i  ogień  w  mig  rozbłysnął  po  słomie,  zatrzepał  się,  tysiącem 
jęzorów błysnął i po chwili buchnął krwawą płachtą, ogarniając całą ścianę brogu... Boryna zaś 
przygięty, straszny kiej trup, czatował z widłami w ręku”. W jednej chwili poczuli, że pali się bróg 
-  dym  wdzierał  się  do  środka  stogu.  Antek  w  ciemności  nie  mógł  znaleźć  wyjścia,  bo  było 
zastawione.  Udało  mu  się  je  otworzyć,  do  czego  użył  całej  swej  siły.  Gdy  wydostał  się  na 
zewnątrz, natknął się na czekającego ojca trzymającego w ręku widły. Maciej chciał go uderzyć, 
lecz nie trafił dokładnie, a syn uciekł. Wtedy Boryna rzucił się do brogu, lecz żony już tam także 
nie było – uciekła. Oszalały zaczął krzyczeć: „-Gore! Gore!”, czym szybko sprowadził ludzi na 
ratunek.  

XII 

Ludzie  oglądają  spalone  zgliszcza,  szepcząc  imię  podpalacza  (Antka).  Boryna  wygania  Jagnę  z 
domu,  a  Hanka  dowiaduje  się  o  schadzce  męża  w  spalonym  brogu.  Gdy  powraca  od  teścia  z 
zapasami jedzenia, pierwszy raz przeciwstawia się Antkowi.  

Takiego wydarzenia jak minionej nocy w Lipcach jeszcze nie było. Bróg był doszczętnie spalony, 
a ogień jeszcze nie zgasł, cały czas się tlił. Ktoś z pogorzeliska wyjął kawałek szmaty, w której 
ludzie rozpoznali zapaskę Jagusi. Plotkowali, że sprawcą pożaru był Antek, stale odgrażający się 
po  wsi,  że  spali  ojca.  O  wszystko  obwiniali  parę  kochanków.  Boryna  nie  brał  udziału  w 
oględzinach  resztek  brogu.  Już  rozniosła  się  wieś  o  tym,  że  pobił  żonę  i  wygnał  do  matki. 
Przyjechał  pisarz  ze  strażnikiem  i  zajęli  się  badaniem  przyczyny  pożaru.  Do  siebie  zaprosił  ich 
Maciej, a  zdziwieni ludzie pytali, czemu nie aresztowano Antka.   

Nadszedł marcowy dzień ostatków. W karczmie grali muzykanci, gospodynie smażyły pączki… 
W jednym z domów jednak nie pielęgnowano zwyczaju. Od nocy pożaru, gdy Hanka dowiedziała 
się od Weronki o wszystkich jego szczegółach, przestała się odzywać. Nie spała, przestała jeść, 
straciła chęć do życia. Nie wiedziała, co się działo wokół, popadła w apatię. Opiekę nad dziećmi 
przejęła jej siostra, ponieważ Antek całymi dniami była nieobecny.  

Kobieta: „Dopiero trzeciego dnia jakoś przebudziła się; przecknęła jakby ze snu strasznego, ale 
tak zmieniona, że kieby zgoła inna podniesła się z tej martwicy, twarz miała szarą, popielną zgoła, 
porytą zmarszczkami, postarzałą o lata, a tak przystygłą, że jakoby ją kto z drzewa wyrzezał, jeno 
oczy gorzały bystro a sucho i usta zacinały się mocno, opadła przy tym do cna z ciała, że szmaty 
wisiały na niej kiej na kołku. Powstała znowu do życia, ale i na wnątrzu przemieniona, bo choć 
dawną  duszę  miała  jakby  zetloną  na  proch,  to  w  sercu  poczuła  jakąś  dziwną,  nie  odczuwaną 
dawniej  moc,  nieustępliwą  siłę  życia  i  walki,  hardą  pewność,  że  przemoże  i  weźmie  górę  nad 
wszystkim”.  Podziękowała  za  pomoc  Weronce,  którą  zdziwiła  nagłą  zmianą  zachowania. 
Przestała narzekać na męża, na los, co było jej dotychczasowym zwyczajem.  

W środę popielcową Hanka poszła z obiecanymi odwiedzinami do teścia, któremu padła do nóg. 
Bardzo  długo  rozmawiali,  a  na  koniec  wizyty  Boryna  kazał  Józce  przyszykować  synowej  i 
wnukom  jedzenie  (trzeba  było  zawieźć  je  na  sankach,  tak  hojny  się  okazał).  Dał  też  trochę 
pieniędzy  i  poprosił,  by  przychodziła  częściej.  Po  powrocie  Hanka  zastała  w  domu  ponurego 
męża, który zagroził, że jeśli nie odda ojcu otrzymanych rzeczy, wyrzuci wszystko za drzwi. W 

background image

momencie,  gdy  doskoczył  z  zamiarem  uderzenia,  wstąpiła  w  nią  taka  siła,  że  chwyciła  za 
maglownicę,  gotowa  się  bronić.  Usłyszała:  „-  Tanio  cię  kupił,  glonkiem  chleba  jak  tego  psa  - 
mruknął  ponuro”,  na  co  odparła  hardo:  „-  Jeszcześ  taniej  nas  i  siebie  przedał,  bo  za  Jagniną 
kieckę! - wykrzyknęła bez namysłu, że zwinął się jakby nożem pehnięty, ale Hanka jakby się naraz 
wściekła,  zalały  ją  wspomnienia  krzywd,  że  buchnęła  nagłym,  wezbranym  potokiem 
wypominków  i  żalów  wiecznie  tajonych,  nie  darowała  mu  już  nic,  nie  przepomniała  ani  jednej 
przewiny, ani jednego zła, a jeno biła w niego zapamiętałością kieby tymi cepami, żebych mogła - 
zabiłaby  na  śmierć  w  tej  minucie!...”.  Te  słowa  spowodowały,  że  Antek  przestraszył  się 
odmienionej żony; nie widział jej jeszcze w takim stanie. Od czasu pożaru pił nieustannie, tracąc 
pracę.  Miał  za  kompanów  najgorszych  awanturników  ze  wsi.  Wspólnie  wszczynali  awantury, 
dlatego ludzie skarżyli się księdzu i wójtowi. Aby zapłacić rachunki w karczmie, Antek sprzedał 
nawet  ostatnią  jałówkę. Nie  przestał  jednak  schadzek  z  Jagną.  Odbywały się  teraz w  stodole u 
Dominikowej. Pewnego dnia, gdy dowiedział się, że ukochana wróciła do męża, był zdruzgotany. 
Nie został o tym uprzedzony, mimo że poprzedniego wieczoru spotkali się tak jak zawsze. Choć 
chodził stale nieopodal podwórza ojca, nie widział Jagny już od paru dni. Mając jeszcze nadzieję 
na spotkanie na nieszporach, poszedł nawet do kościoła, lecz i tam jej nie ujrzał. Usłyszał za to 
kazanie  traktujące  o  wyrodnych  synach,  podpalających  rodziców.  Ksiądz  patrzył  wprost  na 
niego…  Nakazał  wiernym,  by  przepędzali  „zbója”,  ponieważ  w  przeciwnym  razie  popełnią 
grzech.  

Po  opuszczeniu  kościoła  zrozumiał  swój  grzech  i  winę.  Wszędzie,  dokąd  wchodził,  ludzie 
wychodzili lub odwracali od niego głowę, a Gołębowa – matka Mateusza – otwarcie wypędziła 
Antka  z  chałupy  i  wyklęła  go.  Wszyscy  potępili  Antka.  Rozumiał  powody,  lecz  nie  potrafił 
pohamować rosnącej złości na ojca, któremu poprzysiągł zemstę. 

XIII 

Choć  Boryna  przyjmuje żonę  z  powrotem  do  domu,  traktuje  ją  oschle  (jak dziewkę  do  pracy). 
Kochankowie zrywają romans, a chłopi ruszają na bitwę w obronie lasu przed wyrębem. W czasie 
ostrej  walki  miedzy  lipczanami  a  ludźmi  dziedzica  Antek  staje  w  obronie  pobitego  przez 
borowego ojca i zabija pracownika dziedzica.  

W Lipcach panowała bieda. Ludziom skończyły się zapasy jedzenia, a Jankiel również nie chciał 
dawać więcej na kredyt – sam był coraz biedniejszy…Dziedzic dotrzymał słowa i do pracy przy 
wyrębie lasu nie zatrudnił żadnego chłopa z wioski. Wraz z odwilżą pojawiły się choroby. Ospa 
zabrała dwoje dzieci wójta, żniwa zbierały także tyfus i gorączka. 

Odkąd  Boryna  z  powrotem  przyjął  Jagnę,  zmienił  się  nie  do  poznania.  Przestał  ją  pilnować, 
mimo że wiedział o kolejnych schadzkach z Antkiem (którego nadal kochała). Nie awanturował 
się,  nie  wypominał  niczego,  za  to  traktował  ją  jak  prostą  dziewkę  do  pracy.  Mimo  ciągłych 
umizgów żony i propozycji zgody po przyłapaniu na zdradzie coś w nim pękło. Jagna, nie czując 
ciężaru popełnionego grzechu, zmęczona sytuacją w domu, nieraz chciała wrócić do matki, lecz 
ta nakazała jej żyć przy mężu grożąc, że nigdy córki nie przyjmie. Plotkowano, że Boryna zmienił 
zapis sporządzony przed ślubem, lecz były to jedynie domysły. Codziennie odwiedzała go Hanka, 
którą bardzo polubił. Pozwalał, by wnuki, które tak naprawdę pokochał dopiero teraz, zostawały 
na noc.  

background image

Jagna nadal kochała Antka, lecz uczucie umierało. Po pamiętnej nocy pożaru spotykała się z nim 
już nie z miłości, lecz przymusu, żalu i rozpaczy. Czuła się zawiedzona, myślała, że jest inny, a 
okazał się jedynie zawziętym i grzesznym człowiekiem (sama nie czuła się winna współudziału w 
nieprzyzwoitym postępowaniu). W dniu, w którym doszło do kłótni między kochankami, spotkali 
się za stodołą. Antek całował ukochaną i przytulał, a gdy powiedziała, że musi wracać, poczuł 
niepokój. Domyślił się, że już nie chciała z nim być, odtrącając tak, jak wszyscy. Wyrzucił z siebie: 
„- A to ci jeszcze powiem, bo swoją głupią głową nie miarkujesz, że jeślim na takie psy zeszedł, 
to i bez ciebie, bez to, żem cię miłował, rozumiesz, bez to! Za cóż to mnie ksiądz wypomniał i 
wygnał z kościoła kiej zbója, za ciebie!  Za cóż to wieś cała mnie odstąpiła kiej parszywego, za 
ciebie! Wycierzpiałem wszyćko, przeniosłem, nawet i na to nie pomstowałem, że ci stary mojego 
rodzonego grontu zapisał tylachna... A tobie się już mierzi że mną, wywijasz się kiej ten piskorz, 
cyganisz, uciekasz, bojasz się mnie i patrzysz na mnie jak wszystkie, kiej na tego mordownika i 
najgorszego! Innego ci już potrza, innego! rada byś, bych parobki za tobą ganiały kiej te psy na 
zwiesnę, ty!... - krzyczał zapamiętale i te wszystkie krzywdy, złoście, jakimi się karmił od dawna, 
jakimi jeno żył, zwalał na jej głowę, ją winił o wszystko, ją przeklinał za to, co przecierpiał, aż w 
końcu brakło mu już głosu i taka go złość porwała, że rzucił się do niej z pięściami, ale opamiętał 
się w ostatniej chwili, pchnął ją tylko na ścianę i spiesznie poszedł”. Choć biegła, rzucając się mu 
na szyję – nie chciał już z nią rozmawiać. Jagna czuła, że spotkała ją krzywda i niesprawiedliwość. 
Wieczorem wieś obiegła wiadomość o rozpoczęciu wyrębu chłopskiego lasu. Ludzie zebrali się w 
karczmie, pomstując na dziedzica, który wyciął im już pół boru. Antek z Mateuszem poszli do 
Kłąba, u którego trwała akurat narada gospodarzy. Aż do następnego dnia nikt jednak nie znał 
wyników  spotkania.  Nazajutrz  Antek  bił  w  dzwony  na  dzwonnicy,  czym  wywołał  ogólny 
popłoch. Mateusz z Kobusem wzywali wszystkich, by wspólnie szli bronić lasu. Drogi wypełniły 
się  ludźmi  niosącymi  kosy,  cepy,  siekiery.  Wszyscy  kierowali  się  do  karczmy,  gdzie  czekali 
gospodarze.  Kowal  z  młynarzem,  którzy  mieli  w  tym  własny  interes,  odradzali  mieszkańcom 
Lipiec  obronę  lasu  i  uczestnictwo  w  proteście.  Podobnie  twierdzili  Roch  z  księdzem.  Gdy  w 
końcu  przemówił  Boryna  (niegdysiejszy  sołtys),  ludzie  usłyszeli:  „-  Narodzie  chrześcijański, 
Polaki sprawiedliwe, gospodarze a komorniki! Krzywda się nam wszystkim stała, krzywda równa, 
jakiej ni ścierpieć, ni podarować! Dwór las nasz tnie, dwór nikomu z naszych roboty nie dawał, 
dwór  cięgiem  na  nas  nastaje  i  do  zaguby  wiedzie!...  Bo  i  nie  spamiętać  mi  tych  krzywd,  tych 
fantowań, tych szkód, a utrapień, jakie cały naród ponosi! Podawalim do sądu - co mu kto zrobi! 
Jeździlim ze skargą - na darmo. Ale miarka się przebrała, tnie nasz bór! Pozwolim to, na to, co?”. 
Mężczyźni, kobiety i starsze dzieci ustawili się w rzędy i ruszyli za prowadzącym pochód.  

Na  Wilczych  Dołach  tego  dnia  pracowało  około  czterdziestu  chłopów  z  okolicznych  wiosek. 
Rębacze zobaczyli na dróżce sanie z jadącym Maciejem, a za nim ogromny tłum. Po chwili stał 
już przed nimi rosły Boryna prosząc, by odeszli z nie swojego lasu. Pracownicy, zebrawszy sprzęt, 
odgrażając się odeszli. Boryna zadecydował, że w kilku pójdą na rozmowę do dziedzica. Mieli mu 
powiedzieć, by z wycinką poczekał aż do wyroku sądu (nie wiadomo było, jaka część boru należy 
do  chłopów).  Nagle  od  strony  dworu  wyłonili  się  powiadomieni  przez  parobka  o  zajściu  jego 
mieszkańcy. Za nimi powracali rębacze. Gdy dworscy dojeżdżali konno do reprezentacji Lipiec, 
rządca  zaczął  bić  kobiety  batem  po  głowach.  Ludzie  już  chcieli  uciekać,  lecz  nie  Boryna  –  on 
pierwszy ruszył do walki, a za nim  towarzysze, ramię przy ramieniu. Zaczęła się zawzięta bitwa.  

background image

 Macieja wypatrzył borowy, który po chwili doskoczył do niego, po drodze powalając Mateusza i 
innych.  Siłowali  się  niczym  dwa  niedźwiedzie.  Świadkiem  tego  był  ukryty  za  drzewem  Antek, 
który wyciągnął fuzję… celując w ojca! Nie mógł jednak strzelić. Nagle usłyszał krzyk Macieja z 
prośbą o ratunek. To borowy uderzył go z całej siły w głowę. Antek rzucił natychmiast fuzję i 
podbiegł do ojca, który: „(…) jeno charczał, krew zalewała mu twarz, głowę miał prawie na pół 
rozłupaną, żyw był jeszcze, ale już oczy zachodziły mu mgłą i kopał nogami”. Syn przytulił ranną 
głowę  ojca  do  piersi  i  zaczął  krzyczeć  wniebogłosy,  czym  sprowadził  zaniepokojonych  ludzi. 
Borynę położono na gałęziach. Tymczasem Antek sprawiał wrażenie chorego umysłowo: „Naraz 
ucichł, przypomniał sobie z nagła wszystko i rzucił się do borowego z krzykiem przerażającym i 
z  takim  szaleństwem  w  oczach,  że  borowy  się  zląkł  i  zaczął  uciekać,  ale  czując,  że  go  tamten 
dogania,  odwrócił  się  raptem  i  strzelił  mu  prawie  prosto  w  piersi,  nie  trafił  go  jedak  jakimś 
cudem,  tyle  jeno,  że  twarz  osmalił,  a  Antek  zwalił  się  na  niego  jak  piorun.  Próżno  się  bronił, 
próżno wymykał, próżno przywiedziony rozpaczą i strachem śmiertelnym o zmiłowanie prosił - 
Antek  porwał  go  w  pazury  kiej  ten  wilk  wściekły,  zdusił  za  gardziel;  aż  grdyka  zachrzęściała, 
uniósł  do  góry  i  tłukł  nim  o  drzewa  potąd,  póki  ostatniej  pary  nie  puścił.  A  potem  jakby  się 
zapamiętał, że już nie wiedział, co robił; rzucił się w bitkę, a tam, kędy się zjawił, serca truchlały, 
ludzie  uciekali  ze  strachem,  bo  straszny  był,  umazany  ojcową  krwią  i  swoją,  bez  czapki,  z 
pozlepianym włosem, siny kiej trup, okropny jakiś a tak nadludzko mocny, że prawie sam jeden 
zmordował  i  pobił  tę  resztę  dających  opór,  aż  musieli  go  w  końcu  uspokajać  i  odrywać,  boby 
zabijał na śmierć...”.  

Bójka się skończyła. Kobiety opatrywały rannych, nieprzytomnego Borynę ułożono na saniach. 
Antek szedł obok i przytrzymywał głowę ojcu, tak,  że gdy ten otworzył oczy, patrzył na syna: 
„(…)  jakby  sobie  nie  wierząc,  aż  głęboka,  cicha  radość  rozświeciła  mu  twarz,  poruszył  ustami 
parę razy i z największym wysiłkiem szepnął: - Tyżeś to, synu?... Tyżeś?... I omdlał znowu”. 

Tom III Wiosna  

Do Lipiec z „żebrów” wraca Agata, która dowiaduje się od napotkanej na drodze Jagustynki o 
wydarzeniach związanych z bitwą o las. 

Po  ciężkiej  i  długiej  zimie,  po  poważnej  chorobie,  do  Lipiec  z  żebrów  wróciła  Agata  (krewna 
Kłąbów)  -  starowinka  w  łachmanach,  z  kijem  w  ręku,  z  tobołami  na  plecach,  obwieszona 
różańcami.  Pozdrawiała  pracujące  na  polach  kobiety,  a  przeliczywszy  wyżebrane  pieniądze, 
poszła dalej. Od paru lat zbierała na własny pogrzeb. Marzyła, by umrzeć w izbie, na łóżku. Na tę 
chwilę  czekały  u  Kłąbów  przygotowane  nowe  poduszki,  prześcieradła  i  okrycie  –  pierzyna. 
Wyprawkę „na śmierć” zbierała od wielu lat, żywiąc nadzieję, że w ostatecznej godzinie ktoś z 
mieszkańców  wsi  przyjmie  ją  z  tym  wszystkim  do  chałupy.  Teraz  patrzyła  na  rozległy  sad 
okalający gospodarstwo Borynów- największego z tutejszych mieszkańców. 

Zdziwił  ją  fakt,  że  przez  całą  drogę  nie  ujrzała  żadnego  mężczyzny.  Dopiero  Jagustynka 
powiedziała jej, że wszyscy siedzą w „kryminale”, dodając po chwili, że w wyniku tego Kłąbowa z 
pewnością  przyjmie  dodatkową  parę  rąk  do  pracy.  I  nie  myliła  się  –  Agata  mogła  zostać. 
Dowiedziała  się  od  krewnej  o  bitwie  o  las,  o  zabiciu  borowego  przez  Antka  i  nieprzytomnym 

background image

Macieju, do którego Roch przyprowadzał doktorów. Z uczestników potyczki we wsi z mężczyzn 
zostali już tylko wójt i kowal.  

Wieczorem Agata rozwinęła tobołki, obdarowując krewnych podarkami. W pewnym momencie 
Kłąbowa, jak gdyby nic się nie stało powiedziała, że pierzynkę ze skrzyni oddała swemu choremu 
dziecku. Staruszka, nic nie odpowiedziawszy, otworzyła stary kufer, do którego tak pieczołowicie 
składała wyprawę. Zabrakło w nim pierzyny.   

Rozpłakała się cichutko, żaląc Bogu na swoje krzywdy.   

II 

Rocho  przynosi  Hance  wiadomości  od  przebywającego  w  areszcie  Antka,  który  nakazał  żonie 
ubicie  wieprzka  na  święta.  Podczas  krótkiego  odzyskania  świadomości  Maciej  prosi  synową  o 
odszukanie ukrytych pieniędzy, które miały zostać przeznaczone na ratowanie syna. 

Nadeszła  Palmowa  Niedziela.  Hanka,  dla  której  zbliżał  się  termin  porodu  trzeciego  dziecka, 
sprawdzała  obejście,  zaglądała  do  inwentarza.  Wspominała  słowa  ojca,  usłyszane  po  powrocie 
uczestników  bitwy  o  las.  Bylica  radził,  by  jak  najprędzej  przeszła  do  gospodarstwa  teścia 
(przewidywał  jego  śmierć),  bo  w  przeciwnym  razie  wprowadzi  się  tam  kowal,  i  nikt  go  już  nie 
wyrzuci.  Kobieta  wzięła  więc  dzieci,  parę  rzeczy  i  zamieszkała  w  Borynowej  izbie,  w  której 
niegdyś  mieszkała  z  mężem.  Przypominała  sobie  również,  jak  w  trzy  dni  po  bójce  po  Antka 
przyszli strażnicy i skutego zabrali do więzienia. Od tamtej pory musiała nieustannie walczyć o 
siebie  i  dzieci.  Pilnowała,  by  nikt  nie  rozkradł  gospodarstwa  teścia.  Nie  bała  się  gróźb  kowala, 
Dominikowej, a nawet wójta.  

Po  powrocie  do  izby  i  nakarmieniu  dzieci  poszła  do  izby,  w  której  nieruchomo,  z  głową 
obwiązaną szmatami, z otwartymi błędnymi oczami leżał Maciej. Opiekowała się nim od samego 
początku. Teraz napoiła świeżą wodą (podawaną po łyżeczce), poprawiła pościel.  

Codziennie  musiała  odpierać  ataki  małżeństwa  kowalów,  dopominających  się  ziemi,  a  nie 
pomagających  w  niczym.  Kowal,  gdy  tylko  Hanka  nie  widziała,  wykradał  z  chałupy,  co  tylko 
mógł. Czekał jedynie na chwilowe ocknięcie rannego, by, obnosząc swoją zatroskaną twarz, nie 
zostać pominiętym wraz z żoną przy podziale majątku.  

Pytał nawet Jagnę o miejsce schowania pieniędzy przez Macieja, obiecując sprawiedliwy podział. 
Lecz  Jagnę  nie  obchodziły  żadne  sumy  ani  chory  mąż.  Patrzyła  na  kowala  i  jego  żonę  z 
obrzydzeniem i odrazą. Oddała Hance obowiązki gospodyni. Chciała jedynie wrócić do domu, 
lecz  słuchając  matki,  czekała  do  czasu  podziału  majątku.  Wspominała  dzień,  w  którym  chłopi 
przynieśli rannego Borynę i towarzyszącego mu Antka, który przez trzy dni nie odstępował ojca 
na krok. Pamiętała rozpacz Hanki, gdy zabierano jej męża. Bolało ją, że Antek nie spojrzą nawet 
w jej kierunku, a kiedyś przecież tak ją kochał…Plotki, które rozpuszczali ludzie, były prawdą – 
za piękną żoną Macieja „uganiał się” teraz wójt. Jednak nie mógł zastąpić Antka, nie był godzien 
nawet porównywania z niedawnym kochankiem.  

 

background image

Po śniadaniu przyrządzonym przez Hankę Jagna ubrała się pięknie i poszła z palmą do kościoła. 
Podobnie  zrobili  Józka  z  Witkiem.  Do  żony  Antka  w  tym  czasie  przyszedł  Roch,  zwolniony 
akurat z więzienia, przynosząc wieści o mężu: kazał zabić wieprzka i opiekować się gospodarką, 
chwalił  dzielność  i  pracowitość  Hanki.  Po  wyjściu  posłańca  w  kobietę  wstąpiły  nowe  siły, 
mobilizowało ja wspomnienie pochwał. Kolejnym gościem była kowalowa. Usiadła przy ojcu, a 
w pewnej chwili krzyknęła na bratową. Gdy ta wbiegła do izby, zobaczyła, że Boryna siedzi na 
łóżku,  rozglądając  się  wokół.  Zaraz  zjawił  się  też  kowal.  Maciej  dziwnym  głosem  po  imieniu 
zawołał  Hankę,  która  podparła  mu  głowę.  Nagle  zaczął  się  tak  wyrywać,  że  ledwie  go  można 
było  utrzymać,  potem  wyprężony  padł  na  łóżko.  Wtedy  córka  wcisnęła  mu  do  ręki  zapaloną 
gromnicę,  myśląc,  że  umiera.  On  jednak  otworzył  oczy,  wypuścił  świecę  i  nakazał  synowej 
wygnać  „tych  ludzi”  (kowalów).  Magda  wyszła  natychmiast,  a  jej  mąż  dopiero  po  groźnym 
spojrzeniu teścia, który ręką wskazał mu drzwi.  

Po  wyjściu  kowal  zakradł  się  pod  okno,  by  podsłuchiwać.  Boryna  kazał  Hance  zbliżyć  się,  co 
wykonała płacząc. Wyjawił jej z wielkim wysiłkiem, iż w komorze, w zbożu, schował pieniądze. 
Nakazał, by je wzięła, nim inni się dowiedzą. Jeśliby nadeszła taka potrzeba, miała też sprzedać 
pół  gospodarki  i  bronić  Antka.  Potem  posiniał  i  opadł  na  posłanie,  bełkocząc  niezrozumiałe 
słowa. Hanka krzyknęła. Wbiegli kowalowie, lecz Maciej nie odzyskał już przytomności. Wszyscy 
siedzieli  przy  chorym  do  wieczora.  Kowal  nie  dowiedział  się  szczegółów  rozmowy,  z  której 
usłyszał jedynie wzmianki o zbożu. Wieczorem synowa Boryny nie znalazła okazji, by poszukać 
pieniędzy.  

III 

Jambroży zabija wieprzka i robi kiełbasy, a Jagna i Dominikowa przy ćwiartowaniu mięsa kradną 
połowę półtuszy. W tym czasie kowal szuka potajemnie pieniędzy Boryny. Między Hanką a Jagną 
dochodzi do kłótni.  

 Rano Hanka, zanim wybrała się do Jankiela, nakazała Józce nagrzać wody, ponieważ Jambroży 
miał  zarżnąć  wieprzka.  Wstąpiła  po  drodze  do  Weronki  i  obiecała  również  zrobić  paczkę 
Stachowi.  Powiedziała,  by  siostra  przyszła  do  niej  wieczorem,  to  da  jej  kawałek  mięsa.  Na 
obietnicę odwdzięczenie się przez Weronkę odparła, że wie, co znaczy bieda. Zajrzała również do 
ojca, który leżał w jej dawnej izbie. Jemu również kazała przyjść, obiecując syty posiłek w zamian 
za opiekę nad dziećmi. Kupiwszy u Jankiela parę kwaterek gorzałki, wróciła do domu. Zastała ta 
Jambrożego  gotowego  do  zabicia  zwierzęcia.  Ponieważ  u  Hanki  nie  było  miejsca,  zwierzę  po 
uboju  i  umyciu  pod  nieobecność  Jagny  zaniesiono  do  izby  Boryny  i  powieszono  u  sufitu,  by 
ułatwić porcjowanie i krojenie.  

Według  zwyczaju  „przepijania”  uboju  zeszli  się  sąsiedzi,  częstowani  przez  nową  gospodynię 
gorzałką  i  „zakąską”.  Gdy  wróciła  Jagna,  zaraz  pobiegła  po  kowala.  Jambroży  nadal  porcjował 
mięso, a Jagustynka kładła je w cebrzyki, gdy nagle zjawił się wściekły mąż Magdy z krzykiem, 
skąd  Hanka  ma  prawo  do  rządzenia.  Odparła,  że  od  męża.  Kowal  chciał  zabrać  pół  świniaka 
twierdząc, że Antka i tak wyślą w kajdanach na Sybir… W Hance coś zawrzało, chwyciła nóż i 
zobaczyła  strach  w  oczach  oskarżyciela.  Przeprosił,  pytając  szeptem,  o  jakich  beczkach  i 
pieniądzach w zbożu mówił ojciec. W ten sposób zdradził się, że podsłuchiwał. Oczywiście, nie 
uzyskał odpowiedzi.  

background image

Do  towarzystwa,  z  pomocą  przy  rozbieraniu  mięsa,  dołączyły  Jagna  z  matką,  które  zaczęły  po 
kryjomu  chować  mięso  w  komorze  (Hanka,  Józka  i  Pietrek  na  szczęście  szybko  przenosili 
świeżynę  do  izby  Hanki).  O  zmierzchu  rozpoczęło  się  robienie  kiełbas,  szynek,  salcesonów,  a 
Hanki nie odstępowała myśl o sposobie odebrania zawłaszczonego przez Jagnę mięsa. Pojawił się 
mający  pilnować  dzieci  Bylica.  Niefortunnie  powiedział,  że  Hanka  powinna  poczęstować 
wszystkich  zebranych  i  sąsiadów  mięsnymi  produktami,  ponieważ  taki  był  zwyczaj.  Tak  też 
zrobiła,  choć  żal  jej  było  kiełbas  i  smacznych  wędlin.  Nakazała  odświętnie  ubranej  Józce:  „Te 
dłuższe nieś stryjnie najpierw, zbójem na mnie patrzy, pyskuje, ale nie ma rady; to ci z miseczkom 
wójtom,  łajdus  on,  ale  z  Maciejem  żyli  w  przyjacielstwie  i  może  być  w  czym  pomocny;  cała 
kiszka,  kiełbasa  i  kawał  boczku  dla  Magdy,  la  kowali,  niech  nie  szczekają,  że  sami  zjadamy 
ojcowego świniaka, juści, całkiem im tym pyska nie zatka, ale przyczepkę będą miały mniejszą... 
Pryczkowej  tę  tu  kiełbasę,  harda,  wynośliwa,  pyskata,  ale  z  przyjacielstwem  szła  pierwsza... 
Kłębowej ten ostatni...”. Dziewczyna co jakiś czas przychodziła po następne porcje, przynosząc 
kolejne podziękowania od obdarowanych. 

Hanka chciała zamknąć wrota stodoły, gdy mignął jej cień. Od Witka dowiedziała się, że był to 
kowal, dlatego zaniepokojona pobiegła do izby Boryny, pytając o męża Magdy. Okazało się, że 
poszedł  do  komory  w  poszukiwaniu  jakiegoś  dawno  pożyczonego  klucza,  a  tak  naprawdę 
przeszukiwał  beczki  ze  zbożem.  Gdy  tam  dobiegła,  zaczęła  wyzywać  go  od  złodziei  i  zbójów, 
czym go bardzo zawstydziła. Opuścił pomieszczenie. Potem z krzykiem zaczęła grozić Jagnie, że 
jeżeli coś zginie z domu, poda ją do sądu, po czym skoczyła do córki Paczesiowej. Pobiłyby się, 
gdyby nie Roch, który je rozdzielił. Przerażona Jagna rzuciła się z płaczem na łóżko, a tymczasem 
Hanka  wyjaśniła  powód  kłótni  Rochowi.  Mężczyzna  stwierdził,  że  nie  powinna  krzywdzić 
dziewczyny, którą osądzi Bóg.  

IV 

Rocho organizuje pomoc w opuszczonych przez mężczyzn gospodarstwach lipeckich. Chałupa 
Bylicy  zostaje  zniszczona  przez  wichurę.  U  Borynów  trwają  przygotowania  do  świąt 
wielkanocnych. Hanka odnajduje i ukrywa za koszulą pieniądze teścia. 

Roch  poszedł  do  swego  nowego  domu  –  do  sołtysów.  Pomagał  całej  wsi  opuszczonej  przez 
mężczyzn:  rąbał  drewno,  przynosił  wodę  ze  stawu,  łagodził  kłótnie  i  zwady.  Nie  mógł  jednak 
pomóc wszystkim: w Lipcach było ponad pięćdziesiąt chałup, inwentarz, leżące odłogiem pola, 
których nikt nie orał i nie siał. Kobiety same nie dawały sobie rady. 

Pewnej  nocy  przeszła  silna  wichura,  która  pozrywała  dachy  z  niektórych  domów.  O  tym,  że 
Weronce zawaliła  się  w  nocy  chałupa,  Hanka  dowiedziała  się  rano  od  sąsiadki.  Po  dotarciu  na 
miejsce zastała jedynie pokrzywione ściany bez dachu i kawałek sieni. Przytuliła siostrę i jej dzieci. 
Pojawił się ksiądz, któremu kobiety opowiedziały, co  się zdarzyło w nocy.   

Inwentarz ocalał, bo był w sieni, a Weronka, bo schroniła się w ziemniaczanym dole. Kapłan dał 
jej  trzy  ruble  i  zaoferował  zabranie  krowy  do  swej  obory.  Sąsiadka,  mająca  wolną  izbę, 
zaproponowała,  że  weźmie  Weronkę  i  jej  potomstwo  do  siebie.  Nie  chciała  zapłaty,  jedynie 
sporadyczną pomoc w gospodarstwie.  

 

background image

Ludzie zaczęli przenosić spod rumowiska rzeczy kobiety do stojącej niedaleko chałupy Sikorów. 
Pomagał  nawet  parobek Pietrek  i  Roch,  sprowadzeni  przez  Hankę,  która  obiecała  dać  siostrze 
święty  obraz  oraz  trochę  garnków.  Chciała  też  zabrać  do  siebie  ojca,  ale  wolał  zostać  w  sieni 
zapewniając, że będzie chodził do Borynów na posiłki. Gdy Hanka, wracając do domu, zajrzała 
jeszcze  do  siostry,  spotkała  tam  już  sąsiadki  z  prezentami;  każda  przyniosła,  co  tylko  mogła: 
groch, kaszę, mąkę.  

Kiedy  Hanka  wróciła  do  domu,  przyszła  do  niej  Tereska  z  pytaniem,  czy  kupi  nowy  wełniak, 
ponieważ potrzebowała pieniędzy. Gdy odmówiła, a kobieta wyszła, Jagustynka powiedziała, iż 
Tereska  potrzebowała  pieniędzy  nie  dla  męża  do  wojska,  lecz  dla  Mateusza,  z  którym  miała 
romans i którego odwiedzała z paczkami w więzieniu. Pod koniec dnia synowa Boryny odkryła, 
że ktoś ukradł jej mięso przeznaczone dla męża. Wszystko wskazywało na Jagnę, ponieważ Józka 
widziała, jak wynosiła coś pod zapaską. Wtedy gospodyni nakazała przenieść mięso Paczesiowej 
do swej komory. Po kolejnej kłótni Jagna wykrzyczała Hance, że ze względu na Antka miała takie 
samo  prawo  do  świniaka  jak  i  ona.  W  Wielki  Piątek  u  Borynów  Hanka  z  Pietrkiem  skończyli 
bielenie  domu,  zaś  Jagna  z  Józką  zgodnie  malowały  pisanki,  które  żona  Antka  odłożyła  do 
poświęcenia.  W  sobotę  Józka  wysypała  obejście  żółtym  piaskiem.  Naprzeciw  łóżka  Macieja 
ustawiono  duży  stół  przykryty  białym  obrusem.  Sąsiadki  w  miseczkach  i  donicach  przynosiły 
swoje  święconki;  ustawiano  je  potem  na  ławie  obok  stołu.  Było  tak  na  prośbę  księdza,  który 
chciał, by w bogatszych chałupach zebrało się po kilka rodzin i zostawiło święconki. Dzięki temu 
miał  mniej  domów  do  odwiedzenia.  Najpierw  objeżdżał  okoliczne  wioski,  by  na  koniec 
odwiedzić Lipce.  

Kobiety zostawiły więc pokarmy i poszły do kościoła na uroczystość poświęcenia ognia i wody: 
„Józka przyniosła wody całą flaszkę i ogień, którym zaraz Hanka rozpaliła drwa przygotowane i 
pierwsza też wody święconej popiła dając kolejnie wszystkim - od chorób gardzieli pono strzegła 
- a potem skropiła nią inwentarz i drzewiny rodne w sadzie, że to się przyczyniało do urodzajów i 
dawało bydlątkom letkie lągi. A później widząc, że ni Jagna, ni kowalowa nie pomyślały o starym, 
umyła  go  w  ciepłej  wodzie,  przyczesała  jego  skołtunione  włosy  i  przewlekła  mu  koszulę  i 
pościele. Boryna dozwalał z sobą robić wszystko, nie poruszywszy się ani razu, leżał jak zawżdy 
wpatrzony przed siebie i martwy jak zawżdy...”. Hanka przebrała się w świąteczny strój, umyła 
dzieci, a po przyjściu sąsiadek czekała z nimi na księdza. Wyszła po niego aż na drogę. Kapłan 
poświęcił pokarmy i jajka, a Witkowi dał pieniądze za boćka, którego chwalił za odganianie kur, i 
opuścił dom Boryny. 

Wieczorem  tłumy  wiernych  zmierzały  do  kościoła.  W  tym  czasie  Hanka,  zostawszy  w  domu, 
kazała Bylicy stać na straży w obejściu, tymczasem sama udała się do komory Boryny. Wyszła po 
pół godzinie, chowając trzęsącymi rękoma coś za stanik i udała się na rezurekcję.  

Po porannej mszy i wspólnym świątecznym śniadaniu Hanka wyjeżdża na widzenie z mężem do 
aresztu. Józka odkrywa podkopy prowadzące do komory. Na Podlesiu pali się folwark.  

 

background image

W kościele Hanka przepchnęła się do ławek, czując między piersiami ukryty węzełek znaleziony 
w zbożu.  Nabożeństwo skończyło się przed północą, a ona wyszła z kościoła ostatnia.   

Nazajutrz w chałupie Borynów: „Wedle zwyczaju nie rozpalono ognia w kominie, kontentując się 
zimnym święconym. Właśnie je była Hanka przynosiła z ojcowej izby, rozdzielając po talerzach, 
że każdemu po równo wypadło po kawale kiełbasy, szynki, sera, chleba, jajek i placka słodkiego”. 
Odświętnie  ubrani,  zasiedli  do  śniadania,  po  którym  Hanka,  naszykowawszy  dużo  jedzenia  dla 
męża, pojechała z Pietrkiem wozem na widzenie. Razem z nimi zabrała się Jagustynka, ponieważ 
chciała załatwić swoje sprawy.  

Po ich wyjściu Józka zaniosła śniadanie ojcu, który jadł z apetytem, patrząc martwym wzrokiem. 
Potem, do momentu pojawienia się kowalowej, posiedział przy nim trochę Roch. Jagna, która nie 
chciała  jechać z  matką  w  odwiedziny  do  brata,  ubrała  się  w  odświętne  stroje  po  zmarłej  żonie 
Boryny i spacerowała po wsi. W tym czasie Roch rozmawiał o panu Jacku z Bylicą, który znał go 
z czasów, gdy jako młodzieniec biegał za dziewczynami.  

Zbliżał  się  wieczór,  a  Hanki  wciąż  nie  było.  Przyjechała  dopiero  około  północy,  smutna  i 
zmęczona,  przekazując  czekającemu  Rochowi  pozdrowienia  od  Antka.  Położyła  się  spać:  „Ale 
Hanka, choć się zarno do dzieci przyłożyła, usnąć nie mogła mimo utrudzenia. Jakże!... toć Antek 
ją przyjął kiej tego psa uprzykrzonego... Święcone ze smakiem jadł, te kilkanaście złotych wziął, 
nie pytając, skąd miała, i nawet się nie użalił nad jej umęczeniem daleką drogą!... Opowiadała mu, 
co i jak się robi w gospodarce - nie pochwalił, a naprzeciw niejednemu ze złością przyganiał... O 
całą  wieś  rozpytywał,  a  o  dzieciach  ni  wspomniał...  Szła  ku  niemu  z  tym  sercem  wiernym  i 
kochającym, utęskniona wielce łask jego; żoną mu przeciech ślubną była i matką jego dzieci, to jej 
nawet nie przyhołubił, nie pocałował, nie zatroskał się o jej zdrowie... Kiej obcy się widział i kiej 
na  obcą  sobie  spoglądał,  nie  bardzo  słuchając  jej  rozpowiadań,  że  już  w  końcu  i  mówić  nie 
mogła,  żal  ją  dusił,  łzy  zalewały,  to  jeszcze  krzyknął,  by  mu  z  bekami  nie  przyjeżdżała!  Jezus 
kochany, dziw, że trupem nie padła... To za tę ciężką służbę kole jego dobra, za pracę nad siły, za 
te  cierpienia  wszyćkie  -  nic  w  zapłacie:  ni  jednego  słowa  łaski,  ni  jednego  słowa  pociechy!”. 
Nazajutrz  był  lany  poniedziałek,  więc  chłopcy  biegali  po  wsi,  oblewając  piszczące  dziewczyny. 
Jagustynka martwiła się o źle wyglądającą Hankę, nawet starała się zająć ją rozmową. Mówiła o 
kłopotach dziedzica, któremu urzędowo zabroniono sprzedaży lasu, przez co kupcy wytoczyli mu 
mnóstwo  procesów.  W  końcu  położyła  do  łóżka  młodą  Borynową,  która  niemal  zemdlała,  a 
Witkowi kazała szukać psów, ponieważ od rana nie było ich słychać. Józka za chałupą odnalazła 
zwierzę  z  rozwaloną  głową,  obok  wykopanej  wielkiej  dziury  w  ziemi,  prowadzącej  do  komory 
Boryny. Zaczęła krzyczeć, podejrzewając, iż sprawcą wszystkiego był jakiś okoliczny złodziej. Po 
oględzinach  pomieszczenia  ustalono  straty:  wysypane  zboże  z  beczek,  poprzewracane  worki  i 
sprzęty. Usłyszawszy głosy, Hanka wiedziała, że był to efekt działań kowala (na szczęście dobrze 
ukryła pieniądze). Zaraz zbiegli się zaalarmowani ludzi, pojawił się wójt z sołtysem, a gdy Roch 
podszedł do żony Antka, usłyszał, iż złodziej się spóźnił.  

W tym czasie znudzona Jagna spacerowała topolową drogą, gdzie po jakimś czasie spotkała Jasia, 
syna organistów. Podczas rozmowy stanęła tak blisko, że przestraszony odskoczył i poszedł do 
domu. Ona dalej cieszyła się wiosenną pogodą. Kiedy przechodziła obok karczmy, złapał ją wójt, 
po czym zaprowadził bocznymi drzwiami do alkierza mówiąc, że napiją się gorzałki.  

 

background image

Wieczorem,  gdy  cała  rodzina  i  przyjaciele  Borynów  siedzieli  na  ganku,  słuchając  opowieści 
Rocha, usłyszeli dochodzący z drogi głos. Ktoś krzyczał, że Podlesie się pali. Choć folwark stał 
na wzgórzu za lasem, parę wiorst od Lipiec, widać było, jak płonęły dworskie budynki, stodoły i 
obory z inwentarzem. Zbiegli się mieszkańcy wsi: pijany wójt, ksiądz, sołtys, który miał pomysł, 
jak  ratować  dobytek  dziedzica,  lecz  nikt  z  lipczaków  nie  podniósł  się  z  miejsca  ani  nie  zrobił 
kroku w kierunku płomieni. Jedynie wójt z sołtysem i kowalem pojechali gasić ogień. Czynili to 
gołymi rękami, ponieważ ludzie nie pozwolili im zabrać z chałup wiader czy bosaków.  

VI 

Na  świat  przychodzi  trzeci  syn  Antka  i  Hanki,  któremu  nadano  imię  Roch.  Trwa  śledztwo  w 
sprawie  pożaru  folwarku  i  podkopu  u  Borynów  prowadzone  przez  pisarza  i  strażników.  Jagna 
zaczyna spotykać się w karczmie z wójtem, od którego otrzymuje liczne prezenty.  

Nas ranem zmęczona niedawnym porodem Hanka leżała w pościeli, czekając na powrót ludzi z 
kościoła, w którym chrzczono jej syna. Ojciec umilał jej czas opowieściami. 

Powiedział,  że  mieszka  teraz  u  niego  pan  Jacek  (w  wyremontowanej  nieco  sieni),  który  zrobił 
sobie tam porządne legowisko.  

„Wracali już z kościoła od chrztu. Przodem Józka niesła dziecko w poduszce, chustą przykrytej, 
pod  stróżą  Dominikowej,  a  za  nimi  walili  wójt  z  Płoszkową,  w  kumy  proszeni,  z  tyłu  zaś 
kusztykał Jambroży nie mogąc nadążyć. Ale nim próg przestąpili, Dominikowa odebrała dziecko 
i  przeżegnawszy  się  jęła  z  nim,  wedle  starego  obyczaju,  obchodzić  cały  dom,  na  węgłach  jeno 
przystając i przy każdym z osobna mówiąc: - Na wschodzie - tu wieje... - Na północy - tu ziębi... - 
Na zachodzie - tu ciemno...- Na południu - tu grzeje... - A wszędy strzeż się złego, duszo ludzka, 
i  jeno  w  Bogu  miej  nadzieję”.  Gdy  weszli  do  izby,  Dominikowa  rozebrała  dziecko  i  oddała 
Hance, mówiąc: „- Prawego chrześcijanina, któremu Rocho na imię przy chrzcie świętym dano, 
przynosim wam, matko. Niech się zdrowo chowa na pociechę!”.  

Jagustynka zaprosiła gości do suto zastawionego stołu, który sama przygotowała.  

Tego dnia wszystkie żale zostały zapomniane, nawet między kobietami. Hanka zaprosiła Jagnę na 
poczęstunek, by „przepiła” za zdrowie dziecka. Uczestnikiem chrzcin był wójt, jednak wkrótce 
wywołał  go  sołtys  mówiąc,  że  przyjechał  pisarz  ze  strażnikami  i  czekają  na  niego.  Ogłosili,  że 
będą przesłuchiwać ludzi w sprawie pożaru na Podlesiu i podkopu u Borynów. W sprawie pożaru 
dworu  nikt  nie  chciał  mówić.  Zeznań  nie  złożyła  żadna  z  kobiet,  a  pisarz  musiał  chodzić  z 
sołtysem i rozpytywać ludzi…Gdy przyszli do Boryny, już na progu kancelista skrzyczał Bylicę, 
że nie pilnuje chałupy i pozwala grasować złodziejom, na co zdenerwowany staruszek, trzęsąc się, 
odpowiedział: „- A tyś co za osoba? Gromadzie służysz, gromada ci płaci, to rób, coć masz przez 
wójta nakazane, a wara ci od gospodarzy! Widzisz go, łachmytek jeden, pisarek jakiś! Odpasł się 
na naszym chlebie i będzie tu ludźmi pomiatał... i na ciebie się znajdzie większy urząd i kara...”. 
Długo potem nie mógł opanować zdenerwowania.  

Dni  mijały,  jedne  słoneczne,  inne  deszczowe.  Nadeszła  pora  sadzenia  ziemniaków  i  robót  w 
polu. „A cóż z tego, kiej pola nie zaorane, nie obsiane, nie obrobione leżały, niby paroby zdrowe i 
krzepkie, przeciągające się jeno na słońcu, a całe tygodnie trawiąc na niczym, zasie na tłustych, 
rodnych ziemiach miasto zbóż ognichy się pleniły, osty strzelały w górę, lebiody trzęsły się po 

background image

dołkach,  rudziały  szczawie,  perze  kłuły  się  gęsto  po  podorówkach  jesiennych,  a  na  rżyskach 
wynosiły się smukłe dziewanny i łopiany kiej te kumy podufałe zasiadały szeroko, że co ino tliło 
się w przytajeniu i strachem dotela żyło, kiełkowało teraz weselnie, szło chyżym rostem, pchało 
się z bruzd na zagony i panoszyło się bujnie po rolach. Aż lęk jakiś przewiewał po tych polach 
opuszczonych”.  

Tylko u Borynów prace posuwały się naprzód: „Hanka, choć jeszcze z łóżka, rządziła wszystkim 
tak zmyślnie i kwardo, że nawet Jaguś musiała z drugimi stawać do roboty, i o wszelkiej rzeczy 
równą pamięć miała: o lewentarzu, o chorym, kaj orać i co gdzie siać, o dzieciach, gdyż Bylica już 
od chrzcin nie przychodził, zachorzał pono. Juści, że całe dni leżała w samotności, tyle jeno ludzi 
widując,  co  w  obiad  i  wieczorem,  albo  Dominikową,  zaglądającą  do  niej  raz  w  dzień;  żadna  z 
sąsiadek  nie  pokazywała  się,  nawet  Magda,  a  o  Rochu  to  jakby  słuch  za-  ginął:  jak  pojechał 
wtenczas z proboszczem, tak i nie powrócił. Strasznie mierziło się jej to leżenie, więc aby rychlej 
ozdrowieć  i  sił  nabrać,  nie  żałowała  sobie  tłustego  jadła  ni  jajków,  ni  mięsa,  nawet  przykazała 
zarznąć na rosół kokoszkę, nie nieśną  po prawdzie, ale zawdy wartałą ze dwa złote”.  

Do wsi przyjechali Cyganie. Koczowali w lesie, a po wsi chodzili od chałupy do chałupy, żebrząc. 
Hanka,  bojąc  się  kradzieży  ze  strony  przybyszów,  kazała  Józce  sprowadzić  Jagnę,  ponieważ 
chciała  zamknąć  na  noc  drzwi.  Niestety,  dziewczynie  nie  udało  się  odnaleźć  macochy.  Wtedy 
Pietrek pozamykał drzwi i obejście i poszli spać. Późno w nocy wróciła Jagna. Tak się dobijała do 
drzwi, że obudziła Hankę, która, otworzywszy drzwi, zobaczyła ją pijaną. Słyszała, jak po chwili 
runęła na łóżko w swej izbie. Rano okazało się, że we wsi było kilka włamań. Skradziono konia 
sąsiadki, sołtysowi wóz z podwórka. Mimo poszukiwań po złoczyńcach nie było śladu.  

Na  pocieszenie  Roch  oznajmił  dobrą  wiadomość,  że  w  czwartek  chłopi  z  okolicznych  wsi 
pomogą lipieckim kobietom w pracach polowych. Tak też się stało. Przyjechali odświętnie ubrani 
wozami  z  Woli,  Rzepek,  Dębicy,  Przyłęka.  Po  porannej  mszy  ksiądz  z  Rochem  rozporządzili 
przydział prac, biorąc pod uwagę, by bogatszy chłop trafił do majętniejszego gospodarstwa.  

Jedzenie i gorzałkę na poczęstunek ustawiono na wyniesionych na podwórza ogromnych ławach. 
Po posiłku i przebraniu mężczyźni ruszyli w pole: „Puste i zdrętwiałe pola ożyły, potrzęsły się 
głosy,  ze  wszystkich  podwórz  wytaczały  się  wozy,  wszystkimi  dróżkami  ciągnęły  pługi, 
wszystkimi miedzami ludzie ruszali, a wszędy, skroś sadów i przez pola rwały się pokrzyki, leciały 
radosne pozdrowienia, konie rżały, turkotały rozeschłe koła, psy ujadały zapamiętale ganiając za 
źrebakami, a bujna, mocna radość przepełniała serca i po ziemiach się niesła - i na poletkach pod 
ziemniaki, na jęczmiennych rolach, na rżyskach, na zachwaszczonych ugorach stawali i wesołym 
pogwarem,  szumnie  i  rozgłośnie  kiej  do  tańca”.  Pracowali  długo  i  bez  wytchnienia,  robiąc 
przerwę jedynie na posiłki, przynoszone przez lipieckie kobiety. Hanka, choć nie potrzebowała 
pomocy,  również  wzięła  na  nocleg  dwóch  chłopów  pracujących  u  Weronki  i  Gołębiowej. 
Poczęstowała ich dobrym posiłkiem. Następnego dnia do pracy przyłączył się również ksiądz (w 
podwiniętej  sutannie),  któremu  żaliły  się  komornice,  bowiem  nie  przydzielono  im  nikogo  do 
pomocy. Uspokoiły się dopiero po obietnicy pożyczenia koni, które miały zaprzęgnąć do pługów 
i  zaorać  swe  pola.  Wieczorem  Lipce  żegnały  okolicznych  chłopów,  dziękując  za  dwudniową 
pomoc i okazaną życzliwość.  

 

background image

VII  

Wójt ogłasza wiadomość o powrocie chłopów z więzienia. Między Hanką i Jagną dochodzi do 
coraz częstszych kłótni.  

W Lipcach rozeszła się wieść o rychłym powrocie aresztantów. Kobiety zebrały się pod chałupą 
wójta,  a  gdy  ten  wyszedł  z  papierem  w  ręku  i  potwierdził  to,  pokazując  urzędowe  pismo, 
ucieszyły  się  ogromnie.  Stała  wśród  nich  także  Hanka,  która  wiedziała,  że  jej  mąż  nie  wróci  z 
innymi  –  był  oskarżony  o  morderstwo.  Kiedy  wracała  z  Jagustynką  do  chałupy,  napotkany  po 
drodze  kowal  zaśmiał  się,  że  niektórych  „zbójów”  nigdy  nie  wypuszczą  z  kryminału.  Słowa  te 
bardzo ją zabolały.  

Po  powrocie,  choć  osłabiona,  rozplanowała  jednak  aktualną  pracę,  przydzielając  zebranym  w 
sieni komornicom sadzenie ziemniaków na polach Boryny. Potem usiadła na kamieniu płacząc, 
że zostało mnóstwo pracy, a ona – bezsilna i sama, dźwiga na plecach całe gospodarstwo. Gdy 
zapytała Jagnę, czemu nie idzie w pole, rozpoczęła się kolejna kłótnia. Hanka krzyczała: „Dobrze 
ludzie wiedzą, co wyrabiasz! W całej parafii wiedzą o twoich sprawkach. Nie raz cię już widzieli z 
wójtem w karczmie, nie dwa! A wtedy, com ci po północku drzwi otwierała, wracałaś z pijatyki, z 
łajdactwa,  pijana  byłaś  kiej  świnia...  Do  czasu  dzban  wodę  nosi,  do  czasu...  Nie  bój  się,  kto  w 
głośności  żyje,  o  tym  cicho  mówią!  Skończy  się  twoje  panowanie,  że  ni  wójt,  ni  kowal  cię  nie 
obronią, ty... ty!...”  

Jagna odparła, żeby trzymała się od niej daleko. Już prawie doszło do bójki, lecz Hanka opadła z 
sił i poszła do swej izby. Ostatnio nawet nie przychodził do niej ojciec, który podobno był chory, 
z kolei córka nie miała sił, by go  odwiedzać.  

W  Lipcach  trwały  przygotowania  do  powrotu  mężczyzn.  Jagna  nie  mogła  znieść  leżącego  cały 
czas męża, któremu życzyła śmierci, mówiąc: „Być już raz zdechł!” i wychodziła na ganek, by na 
niego nie patrzeć. Raz nawet (po kłótni z Hanką) wzięła motyczkę i poszła w pole. Pracowała z 
komornicami,  jednak  szybko  zostawiła  je  w  tyle  za  sobą,  ponieważ  miała więcej  siły.  Od  kilku 
miesięcy żyła myślą, że wśród powracających będzie też Antek. 

Po południu wszystkie pięknie ubrane kobiety udały się do kościoła na mszę, po której przeszły 
w procesji. Pietrek niósł święty krzyż, a silniejsze gospodynie chorągiew. Jambroży rozdał świece i 
wszyscy ruszyli przez wieś, drogą nad stawem. Na końcu wolno szła Agata. Za młynem zapalono 
światło.  Ksiądz  śpiewał  pieśni,  idąc  za  krzyżem.  Gdy  procesja  doszła  do  pierwszego  kopca, 
skropił  święconą  wodą  cztery  strony  świata,  po  czym  ruszyli  dalej  na  równinę.  Kapłan  święcił 
pola, ziemię i drzewa. Przy drugim kopcu, pod którym podobno spoczywały ciała poległych na 
wojnie, lipczanie pomodlili się za ich dusze i ruszyli w kierunku topolowej drogi. Gdy już mieli 
dochodzić do trzeciego kopca, ktoś krzyknął, że z lasu wychodzą jakieś chłopy.  

Kobiety  rozpoznały  mężów  i  przyspieszyły  kroku  (narażając  się  na  gniew  księdza,  ponieważ 
procesja nie dobiegła końca). Doszły do krzyża Borynów, na skraj ziem lipieckich i dworskiego 
boru, gdzie stali już cisi i zniszczeni pobytem w areszcie mężczyźni. Wszyscy klęknęli, a ksiądz 
pobłogosławił  ich  i  rozpoczął  wspólną  modlitwę. Dopiero  teraz zaczęły  się  powitania,  krzyki i 
płacz. Kapłan dał znak i procesja, już razem z mężczyznami, poszła w stronę ostatniego kopca, 
drogą wzdłuż lasu: „A że sporo narodu przybyło, to już zapchali całą drogę, szli także i borem 

background image

między  drzewami,  szli  i  nad  polami,  że  całe  Podlesie  zaroiło  się  ludźmi,  a  hukało  pieśnią 
niebosiężną (…)Tylko Hanka poczuła się jakby za całym światem. A toć tuż przed nią i za nią, i 
wszędy chłopy szły szumno, a kiele każdego kobiety i dzieci tulą się radośnie niby te krze wątłe, a 
toć gwarzą, cieszą się, w oczy sobie zaglądają, cisną się do siebie, a ona jedna przemówić nie ma 
do kogo! Cały naród wre ukropem radości niepowstrzymanej, a ona, choć idzie w pośrodku, tak 
się  czuje  opuszczona  i  nieszczęsna,  jako  to  drzewo  usychające  w  gąszczach,  na  którym  nawet 
wrona  gniazda  nie  uwije  ni  żaden  ptak  nie  przysiądzie.  Nawet  mało  kto  ją  przywitał  -  jakże! 
każdemu  było  pilno  do  swoich...  co  im  tam  ona?...  a  tylachna  ich  wróciło...  nawet  Kozieł,  że 
znowu  będzie  trzeba  pilnować  komory  i  chlewy  zamykać...  nawet  i  te  największe  buntowniki: 
Grzela, wójtów brat, i Mateusz... Antka jeno nie puścili... może go już nigdy nie zobaczy...”. Przy 
ostatnim  postoju  czekał  już  na  księdza  w  bryczce  jego  parobek  Walek.  Kapłan  odjechał  po 
szybkim  zakończeniu  procesji,  zostawiając  radosnych  ludzi.  Wszystkie  domy  wypełniły  się 
śmiechem  i  hałasem.  Tylko  u  Borynów  było  pusto.  Hanka  została  sama  z  dziećmi,  bowiem 
wszyscy poszli na wieś, by wspólnie się cieszyć.  

Jagna, która nigdy tego nie robiła, teraz wydoiła krowy, nakarmiła świnie, nie czując zmęczenia. 
Nie  zwróciła  też  uwagi,  gdy  Pietrek  –  czterdziestoletni  parobek,  zaczął  ją  całować  i  obalił  na 
słomę. Spragniona miłości i bliskości, otrząsnęła się jednak i podniosła, wyzywając kawalera od 
„świniarzy”, grożąc, że „poprzetrąca mu kulasy”, jeżeli to się powtórzy. Po kolacji, gdy szła do 
matki, natknęła się na rozmawiających i przytulonych Mateusza z Tereską, którzy udali, że jej nie 
widzą. Zrozpaczona, że do niej nikt nie wrócił, zrezygnowała z wizyty i biegiem wróciła do izby.  

VIII 

Tereska,  romansując  z  Mateuszem,  otrzymuje  od  przebywającego  w  wojsku  męża  list  o  jego 
powrocie. Dochodzi do awantury i bójki małżeństwa wójtów i Kozłów. 

Tereska  otrzymała  list  od  męża  służącego  od  dłuższego  czasu  w  wojsku.  Ponieważ  była 
analfabetką,  Nastka  Gołębiowa  doradziła,  by  wzięła  kilka  jajek  jako  zapłatę  i  poszła  do 
umiejącego czytać organisty. W liście Jasiek radośnie informował, że na żniwa wraca do Lipiec na 
stałe  i  nie  może  doczekać  się  powrotu.  Przykazał  również,  by  Tereska  powiadomiła  Borynę  o 
tym, iż wraz z nim wraca syn Macieja – Grzela.  

Informacje te spowodowały, że adresatka listu przepłakała w polu kilka godzin, po czym wróciła 
do  domu:  „Mieszkała za kościołem,  pobok  Mateusza,  w  chałupinie  o  jednej  izbie z  półsionką, 
gdyż  drugą  przy  działach  brat  oderznął  i  przeniósł  na  swój  grunt,  że  kiej  rozcięte  w  poprzek 
żebra sterczały przepiłowane ściany i dach, przypierające do okopconego komina”. Od jakiegoś 
czasu  Tereska  zdradzała  męża  z  Mateuszem,  obiektem  ogromnej  miłości.  Rychły  powrót 
małżonka wzbudzał w niej strach przed jego reakcją na plotki ludzi. Po jakimś czasie wybrała się 
do  Hanki,  by  powiadomić  o  powrocie  Grzeli,  lecz  nie  zastała  jej  w  domu,  otrzymała  za  to 
niedwuznaczną radę od Jagustynki:  „wygonić Mateusza spod pierzyny”.  

W tym czasie we wsi rozpętała się olbrzymia awantura, którą zapoczątkowała kłótnia Kozłów i 
wójtów.  Wójtowa  posądziła  sąsiadkę  o  kradzież  płótna,  na  co  usłyszała,  że pewnie  wójt  dał  je 
kochance (tak samo, jak gromadzkie pieniądze, które razem przepijali). Małżeństwa pobiły się, po 
czym  wójtowie  pojechali  do  miasta  w  celu  złożenia  skargi  na  sąsiadów,  a  ci  po  chwili,  bardzo 

background image

pobici, również podążyli tą samą drogą. Kozłowa miała powyrywane ze skórą włosy, a jej mąż 
rozbitą głowę.  

Mateusz  oglądał  ruiny  chałupy  Bylicy.  Ponieważ  znał  się  na  stawianiu  domów,  Stach  (mąż 
Weronki, a zięć Bylicy) poprosił go o radę. Usłyszał, że należy postawić nową izbę. Ponieważ nie 
miał  pieniędzy  na  drzewo,  mieszkający  u  nich  pan  Jacek  obiecał  pomoc  w  załatwieniu 
potrzebnych materiałów, jednak jego słowa nie zostały potratowane poważnie (ludzie mówili, że 
był  chory  „na  głowę”).  Wracający  do  domu  Mateusz  zaczął  rozmowę  z  Jagną  pracującą  w 
matczynym  ogrodzie.  Gdy  chciał  ją  przytulić,  usłyszał  od  dawnej  kochanki,  że  ma  pójść  do 
Tereski.  Cała  wieś  już  wiedziała  o  ich  romansie  i  paczkach,  zawożonych  przez  mężatkę  do 
więzienia.  

Słowa  Jagny  sprawiły,  że  niespieszący  się  do  małżeństwa  przystojny  mężczyzna  przypomniał 
sobie Tereskę: „Dosyć już miał tej płaksy, zbrzydły mu te ciągłe kwiki. Nie ślubował przeciek, 
bych się jej musiał trzymać jak ten ogon krowy! Ma przeciek chłopa! I ksiądz gotów go jeszcze 
wypomnieć  z  ambony!  Z  taką  to  i  człowiek  flaczeje.  Psiakrótka  z  tymi  babami!  -  srożył  się  w 
sobie. (…) Cicha przecież była jak zawsze, uległa i pracowita jak mrówka, nawet rada, że wziął 
nad  nią  górę  i  kwardo  panuje.  A  właśnie  on  i  bez  to  srożył  się  coraz  barzej.  Gniewały  go  jej 
kochające, lękliwe oczy, gniewał chód cichy, gniewała twarz pokorna, gniewało i to, że cięgiem 
plątała  się  kole  niego.  Miał  już  ochotę  krzyknąć,  by  mu  z  oczu  ustąpiła”,  Zabawiał  się  nią  jak 
rzeczą,  bez  uczucia.  Gdy  udał  się  po  obiedzie  do  Kłębów,  dowiedział  się  o  planowanym 
powrocie  Jaśka  -  męża  niedawnej  kochanki,  lecz  ta  informacja  nie  wywołała  w  nim  żadnej 
głębszej  reakcji.  Przebywając  u  Kłębów,  był  świadkiem  przyjścia  Agaty.  Kobieta  uzbierała 
podczas  zimowych  żebrów  trzydzieści  złotych  i  chciała  je  teraz  dać  Kłębowi,  by  przyjął  ją  do 
chałupy, gdy będzie umierać, lecz ten odmówił. Kiedy potem rozmawiał z żoną, wytłumaczył jej, 
że nie mogą przyjąć krewnej, ponieważ cała wieś zaczęłaby plotkować, że robią to dla pieniędzy.  

Po bójce wieś podzieliła się między zwolenników Kozłów i wójtów. Dominikowa popierała tych 
drugich.  Wójt  wywoływał  z  domu  jej  córkę,  która  nie  przejmowała  się  głosami  mieszkańców 
Lipiec i bez skrupułów spotykała się z kochankiem. Nie słuchała nawet matki, tracącej respekt 
również u synów. Obaj nie pozwalali już jej pomiatać sobą i być pośmiewiskiem całej wsi.  

U  Borynów  przy  chorym  czuwał  jedynie  Witek.  Kowal  opowiedział  Hance,  że  Antkowi  grozi 
dziesięć  lat  więzienia,  po  czym  zaproponował,  że  za  pięćset  rubli  pomoże  mu  w  ucieczce  do 
Ameryki. Doradzał jednocześnie, że Hanka mogłaby później dojechać do męża. Usłyszał, że nie 
posiada takiej sumy i że poradzi się adwokata.  

IX 

Roch  przynosi  Hance  wiadomość  o  możliwości  wypuszczenia  Antka  z  aresztu  po  wpłaceniu 
kaucji. Komornice odnajdują w lesie śpiących pijanych Jagnę i wójta. 

Roch wrócił do Lipiec z Częstochowy, gdzie był na odpuście. Teraz zatrzymał się u Borynów, a 
gdy zjadł posiłek przygotowany przez Hankę, poszedł przywitać się z gospodarzem, który leżał w 
sadzie  na  specjalnym  posłaniu,  przykryty  pierzyną.  Gdy  przyjaciel  zapytał,  czy  go  poznaje, 
wychudzony Maciej poruszył sinymi wargami i przytaknął. Po tym spotkaniu Roch uświadomił 
Hance, by przygotowała się na rychłą śmierć teścia.  

background image

 

Usłyszał od kobiety, iż Weronka będzie miała nowy dom, ponieważ pan Jacek dotrzymał słowa 
w sprawie obiecanego drzewa, w zamian ustalając, że będzie mieszkał w starej chałupie Bylicy do 
śmierci:  „Obiecał,  ale  przeciech  niejeden  obiecuje.  Obiecanka  cacanka,  a  głupiemu  radość  - 
powiedają. A pan Jacek dał Stachowi list i kazał mu z nim iść do dziedzica. Nawet Weronka się 
przeciwiła, by szedł, bo powiada, co będzie buty darł na darmo?... jeszcze się z niego wyśmieją, że 
zawierzył głupiemu... Ale Stacho się uparł i poszedł. I powiada, że może w pacierz po oddaniu 
listu dziedzic go kazał zawołać na pokoje, poczęstował gorzałką i rzekł: "Przyjeżdżaj z wozami, 
to  ci  borowy  wycechuje  dziesięć  sztuk  budulcu..."  Dał  mu  Kłąb  koni,  dał  sołtys,  dałam  i  ja 
Pietrka. Dziedzic już na nich czekał w porębie i zaraz sam wybrał co najśmiglejsze z tych, co to je 
zimą cięli la Żydów. No i zwożą, bo dobrze trzydzieści wozów będzie z gałęziami. Stacho galantą 
„chałupę”  se  wyszykuje!  Nie  potrza  mówić,  jak  panu  Jackowi  dziękował  i  przepraszał;  bo  po 
prawdzie  wszyscy  go  mieli  za  dziadaka  i  za  głupawego,  że  to  nie  wiada,  z  czego  żyje,  i  pod 
figurami, to we zbożach grywa na skrzypicy, a czasem tak bele co i nie do składu powie, jako ten 
niespełna    rozumu...  A  on  taki  pan,  że  mu  sam  dziedzic  posłuszny!...  Kto  by  to  przódzi  dał 
wiarę?...”.   

W  czasie  jednej  z licznych  rozmów  Roch  wyznał Hance,  że  istnieje  szansa,  by  jej  mąż  opuścił 
areszt.  Dowiedział  się  w  urzędzie  o  konieczności  wpłaty  pięciuset  rubli  w  zastaw  do  sądu  (to 
samo mówił kowal). Gdy to usłyszała, przyznała, że posiada tak ogromne pieniądze, ponieważ 
Boryna w chwili względnej świadomości kazał jej przeznaczyć znalezione pieniądze na ratowanie 
Antka. Roch przeliczył zawartość przyniesionego zawiniątka: „Były w nim papierowe pieniądze, 
były i srebrne, awet było parę złotych i sześć biczów korali”, było czterysta trzydzieści dwa ruble. 
Poradził, by kobieta sprzedała sztukę inwentarza, to wówczas uzbiera konieczną sumę, po czym 
nakazał dobrze ukryć pieniądze. Na koniec obiecał, że nikomu nie zdradzi tajemnicy, jak również 
zgodził się pomóc zbudować ołtarz na ganku na jutrzejsze Boże Ciało (we wsi zawsze robiono 
cztery  ołtarze  –  dwa  po  jednej,  dwa  po  drugiej  stronie  drogi:  u  Borynów,  młynarza,  wójta  i 
Płoszki). Roch wybrał się w odwiedziny do Bylicy i pana Jacka. Zbliżał się wieczór, gdy chłopak 
Kłębów pędził konno przez wieś krzycząc, że w lesie leżą zabici ludzie. Zaraz powiadomiono o 
tym księdza i sołtysa.  

O  zmierzchu  Kłąb,  sołtys  i  parobek  wrócili  z  leżących  na  wozie  pijanym  wójtem,  mówiąc 
zebranym, że w lesie nie znaleźli żadnego ciała, a wójta spotkali na drodze, lecz ludzie temu nie 
uwierzyli.  Dopiero  gdy  z  boru  wracały  komornice  z  drzewem  na  plecach  i  Kozłową  na  czele, 
mieszkańcy Lipiec od nich dowiedzieli się o przebiegu zdarzenia: ... widzim z dala, prawda, leżą 
jakieś ludzie kieby nieżywe... jeno im kulasy sterczą spod jałowców. Filipka me ciąga, by uciekać... 
Grzelowa  już  pacierz  trzepie  i  mnie  też  mróz  po  plecach  chodził,  alem  się  przeżegnała, 
podchodzę bliżej... patrzę... a to pan wójt leży przez kapoty, a pobok Jagusia Borynowa... i śpią se 
w najlepsze. Spili się w mieście, gorąc był, to se chcieli wypocząć w chłodzie i pojamorować. Jaże 
buchała  od  nich  gorzałka!  Nie  budzilim:  niech  świadki  przyjdą,  niech  cała  wieś  obaczy,  co  się 
wyprawia! Wstyd mówić, jak była rozdziana; jaże Filipka z litości przyokryła ją zapaską. Czysta 
sodoma. Stara jestem, a jeszcze o takim zgorszeniu nie słyszałam. Sołtys zaraz przyjechał i budził, 
Jagna w pola uciekła, zaś pana wójta ledwie na wóz wdygowali, spity był kiej świnia!”. 

background image

Tego dnia rano wójt wraz z Jagną i Dominikową udali się do miasta. Okazało się, że wrócili sami, 
bez matki, przez co mieli czas na zabawę i pijaństwo. Wieś zapałała oburzeniem, wykrzykiwano 
wyzwiska  i  obelgi.  Tylko  Pietrek,  parobek  Borynów,  stanął  w  obronie  Jagny,  lecz  zaraz  został 
zagłuszony przez innych mieszkańców Lipiec. Wszyscy żyli tym, co się stało w lesie. Gdy sąsiadki 
wyszły, Hanka przeszła do izby Boryny i rozebrała po cichu pijaną, śpiącą w ubraniu Jagnę, po 
czym  odeszła.  Do  późna  w  nocy  Płoszka  i  Kozły  biegali  po  wsi,  podburzając  innych  przeciw 
wójtowi, a ksiądz zabronił wystawiać święty obraz w mieszkaniu pijaka i rozpustnika.  

Nazajutrz  u  Borynów:  „(…)  przed  gankiem  stanęła  kieby  kapliczka,  wypleciona  z  brzozowych 
gałęzi a zieleni, wykryli ją całą wełniakami, że jaże grała w oczach od kolorów, zaś w pośrodku, 
na  podwyższeniu,  stanął  ołtarz,  przykryty  bieluśką  i  cieńką  płachtą  i  zastawiony  świecami  a 
kwiatami  w  doinkach,  które  Józka  oblepiła  w  strzyżki  ze  złotego  papieru.  Wielki  obraz  Matki 
Boskiej  wisiał  nad  ołtarzem,  a  pobok  zawiesili  mniejsze,  ile  się  jeno  zmieściło.  Zaś  la  większej 
przyozdoby nad samym ołtarzem przyczepili klatkę z kosem, którego Nastusia przyniesła: ptak 
się  wydzierał  po  swojemu,  że  mu  to  Witek  z  cicha  przygwizdywał.  A  całe  opłotki  od  drogi 
wysadzone  były  świerczyną  na  przemian  z  brzózkami,  żółtym  piaskiem  grubo  wysypane  i 
zarzucone  tatarakiem.  Józka  znosiła  całe  naręcze  modraków,  ostróżek;  wyczki  polnej  i 
przystrajała  ściany  kapliczki;  opięła  też  nimi  obrazy,  lichtarze  i  co  ino  było  można,  że  nawet 
ziemię przed ołtarzem potrząsnęła kwiatami; nie darowała i „chałupie”, gdyż całe ściany i okna 
ginęły    pod  zielenią,  zaś  w  snopki  dachu  nawtykała  tataraków”.  Na  mszę  i  procesję  przybyli 
mieszkańcy okolicznych wiosek.  

 

Po  południu  w  karczmie  zebrało  się  sporo  ludzi.  Czas  upływał  na  tańcach,  a  powszechne 
zdziwienie wzbudził protest synów Dominikowej, którzy pierwszy raz nie posłuchali matki i nie 
opuścili  zabawy,  gdy  przyszła  po  nich  z  kijem.  Chłopi  radzili  miedzy  sobą,  jak  przegonić 
Niemców,  chcących  osiedlić  się  na  Podlesiu  (w  tym  celu  dali  już  nawet  zadatek  dziedzicowi). 
Mieszkańcy  Lipiec  zapewniali,  że  gdyby  tylko  mieli  fundusze,  sami  kupiliby  ziemię,  a  potem 
podzielili ją między sobą: „(…) Lipce mają ziemi za mało, że narodu cięgiem przybywa, gdyż co 
starczyło za dziadków la trojga, musi się teraz rozdzielać la dziesięciorga”. W karczmie bawiono 
się i pito do późnej nocy. 

Roch z Hanką wyjeżdżają do miasta w sprawie wpłacenia kaucji, a we wsi dochodzi do kolejnej 
bójki – tym razem między Szymkiem a Dominikową. Powodem była wiadomość o ślubie syna z 
Nastusią. Lipczanie udają się do folwarku i próbują nakłonić Żydów do opuszczenia wsi. Ludzie 
na  wsi  szeptali  za  plecami  Jagny,  że  jest  kochanką  wójta,  jednak  ona  nie  czuła  żadnej  winy  i 
skruchy. Twierdziła, że została upojona alkoholem i wykorzystana, podczas gdy nikt nie stanął w 
jej obronie. Miała żal do ludzi; podkreślała, że inaczej traktowaliby ją, gdyby była panną. Nawet 
matka nie chciała już częstych wizyt córki. Prosiła o opamiętanie i radziła, by zostawała w domu 
przy chorym mężu. Jedynie Hanka broniła Jagny przed sąsiadkami, podkreślając winę wójta.  

 

background image

Pewnego  dnia  żona  Antka  dostała  z  kancelarii  list,  który  przeczytał  jaj  Roch.  Było  w  nim 
napisane,  by  wpłaciła  pięćset  rubli  do  sądu,  co  równało  się  w  tymczasowym  wypuszczeniem  z 
aresztu jej męża. Choć przyjaciel domu prosił, by nie zdradziła się z nowiną, opowiedziała o tym 
Józce,  a  prawdę  z  jej  szczęśliwej  twarzy  wyczytała  również  Jagna,  która  zaraz  poszła  do 
Dominikowej.  

Była tam świadkiem następującej sceny: Szymek prosił matkę, by dała mu pięć rubli, które chciał 
dać  na  opłacenie  zapowiedzi  z  Nastką,  na  co  usłyszał  kategoryczne,  że  nie  dostanie,  bowiem 
matka nie dopuści do małżeństwa z tą „wywłoką”. W czasie kłótni sam chciał wziąć pieniądze, co 
spowodowało, iż Dominikowa zaczęła bić syna pogrzebaczem po głowie i plecach. Gdy Jagna z 
Jędrzychem  chcieli  ich  rozdzielić,  zbiegli  się  sąsiedzi  i  zrobiło  się  jeszcze  głośniej.  Szymek 
próbował wyrwać matce pręt z ręki: „Aż trzasnął ją pięścią między oczy, chycił za boki i rzucił 
kiej  ocipką  na  izbę;  potoczyła  się  i  niby  kloc  całym  ciężarem  padła  na  rozpaloną  blachę, 
pomiędzy gary pełne wrzątku, komin się rozwalił i wszystko się zapadło...”. 

Dominikowa zaczęła krzyczeć, by „wynosił się” z jej domu i, nie patrząc na ból i tlące się ubranie, 
wyrzucała  przez  okno  jego  rzeczy  krzycząc,  że  nie  da  najmniejszego  kawałka  ziemi.  Życzyła 
synowi,  by  „zdychał”  z  głodu.  „Szymek  zaś,  ledwie  już  dychający,  zbity  i  okrwawiony,  jeno 
patrzał na matkę wytrzeszczonymi ślepiami, strach go ułapił za gardziel, trząsł się cały, słowa nie 
mogąc wykrztusić ni wiedząc, co się dzieje”.  

Pomoc wyrzucanemu chłopakowi ofiarował Mateusz, lecz została odrzucona. Szymek usiadł pod 
ścianą chałupy mówiąc, że nie odejdzie, bo tu jest ziemia po ojcu, która się mu należy. Sąsiadki z 
Jambrożym opatrzyły oparzone twarz i ręce Dominikowej. Miała spalone włosy i prawie straciła 
wzrok.  Wieś  interesowała  się  stanem  jej  zdrowia, do  chałupy wciąż  ktoś  przychodził,  przez co 
doszło do rozmowy między Mateuszem a Hanką, która ujawniła swą złość  na księdza za to, że 
na kazaniu potępił za cudzołóstwo Jagnę i Tereskę, a nie mężczyzn.   

Na  ganku  Borynowego  domu  zebrali  się  chłopi  na  naradę,  której  przewodniczył  Roch. 
Zastanawiali się nad możliwością niedopuszczenia do zakupu Podlesia przez niemieckich Żydów. 
W  końcu  całą  gromadą  udali  się  na  folwark,  gdzie  przedstawili  starozakonnym  swe  zdanie, 
żądając,  by  opuścili  należną  im  ziemię.  Tłumaczem  i  negocjatorem  został  Roch,  który  ogłosił 
decyzję Żydów, że nie zamierzają ustąpić. Wówczas włączył się Mateusz.  

„- Słuchajta, Miemcy! - ryknął wyciągając pięście. - Mówiliśmy do was po ludzku, poczciwie, a wy 
grozicie kreminałem i przekpiwacie się z nas! Dobra, ale teraz zagramy z wami inaczej! Nie chceta 
zgody,  to  wama  zapowiadamy  przed  Bogiem  i  ludźmi,  jak  pod  przysięgą,  że  na  Podlesiu  nie 
wysiedzicie! Przyszlim z pokojem, a wy chceta wojny! Dobra, kiej wojna, to wojna! Mata za sobą 
sądy, mata urzędy, mata pieniądze,  a my jeno te gołe pięście... Obaczymy, czyje będzie górą! A 
jeszcze to wam dołożę, byście zapamiętali... jako ogień ima się słomy, ale zeźre i murowańce, a 
chyta się i zboża choćby na pniu... bydło też pada na paśnikach... zaś żaden człowiek nie uciecze 
od  złej  przygody...  Spamiętajta,  co  rzekłem:  wojna  w  dzień  i  w  nocy,  i  na  każdym  miejscu...”. 
Wracając, do wsi, pewni swych racji chłopi już dzielili pola między sobą.  

 

 

background image

XI 

Maciej Boryna umiera na polu, po niespodziewanej poprawie stanu zdrowia.  

Zostawiwszy  Rocha  w  mieście,  Hanka  wróciła  do  domu.  Już  za  parę  dni  jej  mąż  miał  wrócić, 
wystarczyło  tylko,  by  przyjaciel  domu  wpłacił  pieniądze  do  guberni.  W  końcu  powiedziała  o 
wszystkim milczącemu Borynie (leżącemu, jak zawsze, w sadzie). 

Po kłótni z chłopami niemieccy Żydzi domagali się od dziedzica zwrotu pieniędzy za Podlesie. 
Krążyły  plotki,  że  podali  już  lipieckich  mężczyzn  do  sądu,  oskarżając  o  najście.  W  obronie 
gospodarzy stanęli między innymi ksiądz i młynarz, który bał się konkurencji mającego stanąć w 
pobliżu niemieckiego młyna.  

Pewnego dnia na pole przybiegł Witek, wołając do pracującej Hanki, że Maciej wstał z łóżka i coś 
krzyczy. Zastała teścia siedzącego i dopominającego się o buty. Był przytomny, pytał, czy robota 
w  polu  już  zrobiona,  jednak  zapadał  w  krótkie  chwile  odrętwienia.  Mieszkańcy  chaty  zawołali 
księdza, który zjawił się z ostatnim namaszczeniem.Potem przez parę dni przy umierającym mężu 
siedziała Jagna, pragnąc uchodzić za przykładną żonę. i zrobić dobre wrażenie na sąsiadach.  

Hanka powiedziała Maciejowi o dniu powrotu Antka, lecz on popatrzył na nią nieprzytomnie, z 
otępieniem,  zaś  w  nocy  wstał,  kierowany  tajemniczą  siłą  i  poszedł  w  pole,  wołany  dziwnym 
wewnętrznym głosem.  

„Boryna naraz przyklęknął na zagonie i jął w nastawioną koszulę nabierać ziemi, niby z tego wora 
zboże  naszykowane  do  siewu,  aż  zagarnąwszy  tyla,  iż  się  ledwie  podźwignął,  przeżegnał  się, 
spróbował rozmachu i począł obsiewać... Przychylił się pod ciężarem i z wolna, krok za krokiem 
szedł i tym błogosławiącym, półkolistym rzutem posiewał ziemię na zagonach (…)Potykał się o 
skiby, plątał we wyrwach, niekiedy się nawet przewracał, jeno że nic o tym nie wiedział i nic nie 
czuł  kromie  tej  potrzeby  głuchej  a  nieprzepartej,  bych  siać.  Szedł  aż  do  krańca  pól,  a  gdy  mu 
ziemi  zabrakło  pod  ręką,  nowej  nabierał  i  siał,  a  gdy  mu  drogę  zastąpiły  kamionki  a  krze 
kolczaste,  zawracał  (…)I  tak  przechodził  czas,  a  on  siał  niezmordowanie,  przystając  jeno 
niekiedy, bych odpocząć i kości rozciągnąć, i znowu się  brał do tej płonej pracy, do tego trudu 
na nic, do tych zbędnych zabiegów”.   

W pewnej chwili zachwiał się i upadł: „Zmartwiał naraz, wszystko przycichło i stanęło w miejscu, 
błyskawica  otworzyła  mu  oczy  z  pomroki  śmiertelnej,  niebo  się  rozwarło  przed  nim,  a  tam  w 
jasnościach  oślepiających  Bóg  Ociec,  siedzący  na  tronie  ze  snopów,  wyciąga  ku  niemu  ręce  i 
rzecze  dobrotliwie:  -  Pódziże,  duszko  człowiecza,  do  mnie.  Pódziże,  utrudzony  parobku... 
Zachwiał się Boryna, roztworzył ręce, jak w czas Podniesienia:  - Panie Boże zapłać! - odrzekł i 
runął  na  twarz  przed  tym  Majestatem  Przenajświętszym.  Padł  i  pomarł  w  onej  łaski  Pańskiej 
godzinie. Świt się nad nim uczynił, a Łapa wył długo i żałośnie...”. 

 
Tom I Lato 

 

 

background image

Odbywa się pogrzeb Macieja Boryny i przygotowana przez synową stypa. 

Obudziwszy  się,  Józka  na  prośbę  Hanki  sprawdziła,  dlaczego  pies  tak  głośno  wyje  na  dworze. 
Okazało się, że Maciej nie żyje. Córka głośnym płaczem i krzykiem sprowadziła wszystkich na 
pole. Ciało Boryny przeniesiono do izby i położono na łóżku, nie przestając cucenia i ratowania. 
W końcu wszyscy zrozumieli, że gospodarz nie żyje. Wiadomość szybko obiegła całe Lipce. Do 
domu zmarłego zaczęli schodzić się sąsiedzi, a Witek pobiegł po nocującą akurat u chorej matki 
Jagnę. Nie wierzyła, że została młodą wdową.  

Miarę na trumnę zdjął Mateusz, który zrobił sobie tymczasowy stolarski warsztat w sadzie (deski 
na ten cel już dawno leżały przygotowane). Jambroży wyprosił zebranych z izby, po czym wraz z 
Jagustynką i Agatą umył Macieja i przebierał w czystą koszulę. Gdy skończył, udał się na mszę, 
ponieważ  była  akurat  niedziela.  Podobnie  zrobili  Weronka  z  Bylicą,  zabierając  dzieci  Hanki. 
Żałobny  nastrój  popsuł  kowal,  domagając  się  pieniędzy  od  Hanki  i  grożąc,  że  w  przeciwnym 
razie rozpowie, iż zabiła teścia. Ta jednak, zapłakana, co jakiś czas wyglądała na drogę w nadziei, 
że zobaczy na niej Antka z Rochem. Siedziała przy zmarłym z Jagną, Witkiem i Agatą, w czasie 
modlitwy  myśląc:  „-  Trzydzieści  dwie  morgi,  a  paśniki,  a  las,  a  budynki,  a  lewentarze,  tylachne 
gospodarstwo! - westchnęła ogarniając z lubością szerokie pola i ten cały świat Boży. - Żeby tak 
pospłacać i ostać na wszystkim! Być, jak ociec byli! - Pycha ją rozparła z nagła, hardo spojrzała w 
samo słońce, prześmiechnęła się znacząco i z sercem pełnym słodkich nadziei jęła szeptać słowa 
różańca.  

- Ale od półwłóczka nie ustąpię; pół „chałupy” też moje i tych krów mlecznych nie popuszczę z 
garści - wyrzekła nieco żalnie”. 

Po mszy przyszli ludzie, by pomodlić się przy ciele: „Leżał w pośrodku izby, na szerokiej ławie, 
nakrytej płachtą i obstawionej płonącymi świecami, juści, co wymyty był, wyczesany i ogolony do 
czysta, jeno na policzku miał długą zadrę od Jambrożowej brzytwy, zalepioną papierem. Ubier 
też miał wdziany co najlepszy: białą kapotę, którą se był sprawił na ślub z Jagusią, portki pasiate i 
buty prawie całkiem nowe. W spracowanych, wyschłych rękach trzymał obrazik Częstochowskiej, 
pod ławą stała balia z wodą, bych przechładzać powietrze, zaś na glinianych pokrywach dymiły 
jałowcowe  jagody  zapełniając  izbę  kieby  tą  mgłą  modrawą,  w  której  wynosił  się  straszliwy 
majestat  śmierci”.  Gdy  się  rozeszli,  Hanka  z  kowalową  poszły  ustalić  z  księdzem  i  organistą 
formalności  w  sprawie  pogrzebu.  Wieczorem  ponownie  pojawili  się  sąsiedzi  Boryny,  a  że  izba 
była niewielka, siedzieli nawet na podwórzu, śpiewając religijne pieśni.  

Następnego  dnia  odbył  się  pogrzeb.  Trumnę  ustawiono  w  kościele  na  katafalku,  a  po  mszy 
Jambroży rozdał zebranym świece, po czym wszyscy ruszyli w kierunku cmentarza. Drewniana 
skrzynia  jechała  na  wozie  wyścielonym  słomą,  a  za  nią  szli  wszyscy  mieszkańcy  Lipiec,  nie 
wyłączając  dziedzica:  „I  już  tak  rozśpiewani,  a  pełni  jakowejś  dufności  weszli  na  smętarz.  Co 
najpierwsi gospodarze dźwignęli trumnę, a nawet sam dziedzic jął wspierać w pośrodku, i ponieśli 
ją żółtymi drożynami wskroś okwieconych mogił, traw i krzyżów, za kaplicę, kaj w gąszczach   

leszczyn i bzów czekał już grób świeżo wybrany”.  

  

background image

Po  pogrzebie  Hanka  zaprosiła  gości  na  stypę.  Wzdłuż  ścian  Borynowej  izby  stały  stoły  i  ławy 
zastawione jedzeniem i gorzałką. Zasiedli przy nich gospodarze, dziedzic i co ważniejsi obywatele, 
zaś  część  należącą  do  synowej  zmarłego  zajmowały  kobiety,  pijące  herbatę.  Dobre  słowo  o 
nieboszczyku powiedział dziedzic, wyrażając przy tym chęć ugody z chłopami, którzy przy nim 
nie chcieli mówić zbyt dużo. Uradzali się dopiero potem, w karczmie. Chcieli, by pan oddał im 
bór  i  ziemię  –  było  to  jedynym  warunkiem  porozumienia.  Gdy  wszyscy  opuścili  mieszkanie 
Borynów, Jagna kilkakrotnie przychodziła do Hanki, nie chcąc siedzieć samotnie w izbie, w której 
źle się czuła. 

II 

Nadchodzi  odpust  w  Lipcach  na  świętego  Piotra  i  Pawła.  Jagna  jest  coraz bardziej zauroczona 
Jasiem.  

W  Lipcach  nadszedł  dzień  odpustu  na  świętego  Piotra  i  Pawła.  Od  rana  handlarze  rozstawiali 
kramy z towarami wokół kościoła. Pojawiło się wielu ludzi, nawet z okolicznych wsi. Przyjechali 
dziedzice  z  przyległych  dworów  i  paru  księży  z  okolicznych  parafii.  Po  mszy  i  procesji  ludzie 
krążyli wokół przykościelnych kramów. Do Hanki podszedł dziedzic z pytaniem, czy wpłaciła już 
kaucję za męża, ponieważ mógł także poręczyć za niego słowem w urzędzie. Dziękując odparła, 
że już wkrótce przywiezie go Roch.  

Ten  dzień  obfitował  w  wiele  wydarzeń:  ksiądz  ogłosił  pierwsze  zapowiedzi  ślubu  Szymka  i 
Nastusi, niemieccy Żydzi wyprowadzali się z Podlesia, wydało się też, że w kasie wójta brakuje 
dużo gromadzkich pieniędzy, które próbował pożyczyć od ludzi, by pokryć braki. Również dla 
Hanki ten czas był znaczący, ponieważ zobaczyła pod kościołem żebrzącego ojca (uciekł w tłum, 
gdy chciała go zabrać ze sobą). Wieczorem w karczmie kowal powtórzył chłopom, że dziedzic 
zaoferował natychmiastowe przepisanie im ziemi: „Szło o zgodę z dziedzicem, któren obiecywał 
za morgę lasu dać chłopom po cztery na podleskich polach, a drugie tyle ziemi puścić na spłaty; 
chciał  nawet  borgować  drzewo  na  „chałupy”„  (…)U  rejenta  wszyćko  nam  odpisze.  Weźta  ino 
sobie dobrze do głowy!  Tylachna ziemi la narodu. A toć każdemu w Lipcach wykroi się nowa 
gospodarka.  Miarkujta  ino  sobie...”.  Mieszkańcy  Lipiec  nie  uwierzyli,  bojąc się,  czy komisarz  w 
urzędzie  zgodzi  się  na  takie  warunki  ugody…Kawałka  pola  zaczęli  dopominać  się  również 
komornicy. 

Z kolei Jagna udała się w tym czasie  pod okna organistów, by ukradkiem popatrzeć na Jasia, z 
którym widziała się za dnia (dał młodej wdowie obrazek z jej patronką). Choć chciała odejść, lecz 
zaczęło ją: „(…) cosik rozbierać, serce się tłukło kiej oszalałe, paliły ją oczy, paliły usta nabrane i 
same  ręce  wyciągały  się  ku  niemu,  a  chociaż  się  kurczyła  w  sobie,  roztrząsał  nią  taki  dziwny, 
niezmożony dygot, że wpierała się w płot bezwolnie i z taką mocą, jaże trzasnęła żerdka. Jasio 
wychylił głowę, popatrzył dokoła i znowu się zamodlił”. 

III 

Nadchodzi wiadomość o śmierci Grzeli – syna Boryny. Hanka wygania z domu Jagnę po tym, jak 
ta zapewnia ją o swym głębokim związku z Antkiem.  

W  kościele  odbyła  się  msza  za  duszę  Macieja  Boryny,  po  której  rodzina  poszła  z  księdzem  na 
cmentarz. Kapłan przykazał, by podział gospodarki odbył się sprawiedliwie, lecz kłótnie między 

background image

Hanką, kowalem a Dominikową zaczęły się już po powrocie do domu. Żona Antka nie pozwoliła 
nic zabrać, podkreślając, ze podziału powinien dokonać najstarszy z rodzeństwa, czyli Antek – po 
powrocie.  

W tym czasie pojawiła się wójtowa z urzędowym listem dla Hanki. Gdy zobaczyła w izbie Jagnę, 
zaczęła  się  kłótnia  o  wójta.  O  mało  nie  doszło  do  rękoczynów,  lecz  gospodyni  w  porę 
interweniowała, nie przejmując się słowami gościa o romansie Jagny i Antka.  

Po tej awanturze młoda wdowa chciała się nawet wyprowadzić do matki, krzycząc, że wszystko 
sprzysięgło  się  przeciw  niej,  narzekała  przy  tym  na  los  i  życie  u  Borynów,  na  co  usłyszała  od 
Hanki,  że  gdyby  żyła  poczciwie,  jej  kłopoty  nie  miałyby  miejsca.  Wypomniano  jej  również 
historię z Antkiem, na co urażona Jagna powiedziała hardo: „- To ja za nim latałam, ja! Cyganisz 
kiej  ten  pies!  Wszyscy  ano  wiedzą,  jak  się  przed  nim  oganiałam!  Dyć  kiej  piesek  skamlał  pode 
drzwiami, abym mu chocia trep swój pokazała! To on me niewolił! To on me otumanił i robił z 
głupią, co chciał! A tera powiem ci prawdę, jeno byś jej nie pożałowała. A to me miłował, że już 
nie  wypowiedzieć!  A  tyś  mu  obmierzła  kiej  ten  stary,  utytłany  łach,  że  miał  już  chudziak  po 
grdykę twojego kochania, jaże mu się odbijało kiej po starym sadle, że jeno pluł wspominając o 
tobie.  Nawet  gotów  był  sobie  zrobić  co  złego,  abych  cie  jeno  nie  widzieć  więcej  na  oczy. 
Chciałaś, to masz prawdę. A zapamiętaj, co ci jeszczek dołożę: jak zechcę, to żebyś mu całowała 
nogi,  kopnie  cię,  a  za  mną  poleci  w  cały  świat!  Wymiarkuj  to  sobie  i  ze  mną  się  nie  równaj, 
rozumiesz, co?”.  

Na te słowa Hance zabrakło tchu, zbladła, a gdy Jagna poszła do swej izby, rozpłakała się. W 
końcu, w przypływie odwagi, kazała kobiecie opuścić dom Borynów, grożąc wyrzuceniem przez 
parobka. Wdowa rzuciła wyjęty ze skrzyni zapis o przepisaniu gospodarstwa, po czym spakowała 
się  i  odeszła  do  matki,  która  złorzeczyła  Hance.  Po  tym  zajściu  Hanka  udała  się  do  młynarza, 
który  odczytał  jej  list  przyniesiony  przez  wójtową.  Usłyszała,  że  Grzela  się  utopił,  a  rzeczy  po 
nim  czekały  na  odbiór  u  naczelnika  w  powiecie.  To  spowodowało  kolejne  falę  płaczu  i  tak 
przygnębionej Hanki. 

Wieść o wygnaniu Jagny szybko obiegła całe Lipce. Nazajutrz do Borynowej izby przyszedł wójt, 
informując  o  skardze  złożonej  na  Hankę  przez  Dominikową  i  jej  córkę  w  sądzie.  Przyniósł 
również wiadomość o jutrzejszym powrocie Antka, po czym wyszedł oburzony pytaniem Hanki, 
czy broni pokrzywdzonej, czy „kochanicy”.  

IV 

Do Lipiec wraca Antek. Ogląda ojcowiznę i wita się z sąsiadami.  

Po awanturze z Jagną Hanka nie mogła zasnąć całą noc. Nad ranem zrobiła pranie, przykazała 
obowiązki Józce i Witkowi, a sama poszła z komornicami (pracowały u niej w odrobku za ziemię 
pod len i ziemniaki) w pole, okopywać kapustę. Słońce było już wysoko, gdy Józka przybiegła z 
wiadomością  o  powrocie  Antka.  W  drodze  do  domu  Hanka  pytała  szwagierkę  o  słowa,  które 
wypowiedział.  W  końcu  dojrzała  go  siedzącego  na  ganku  z  Rochem.Kiedy  ją  ujrzał,  wyszedł 
naprzeciw, co spowodowało, że pod kobietą ugięły się nogi, a gdy ją mocno przytulił, rozpłakała 
się.  Antek  wiedział  już  o  śmierci  ojca  i  brata  od  Rocha  oraz  o  jej  ciężkiej  pracy  pod  jego 

background image

nieobecność.  Hanka  podziękowała  przyjacielowi  rodziny  za  okazaną  pomoc,  całując  go  po 
rękach.  

Po chwili przyniosła z izby najmłodszego syna i pokazała Antkowi, który tulił trójkę dzieci i swą 
siostrę Jóżkę, a następnie rozdał prezenty (nawet Witek coś dostał). Po posiłku zmęczeni drogą 
mężczyźni  poszli  spać  do  stodoły.  Hanka,  płacząc  ze  szczęścia,  pobiegła  pokazać  sąsiadkom 
nową  chustkę  i  trzewiki  (prezenty).  Z  kolei  po  południu  Roch  poszedł  na  wieś,  a  Antek 
przyglądał się obejściu, chwaląc żonę, że tak dobrze dała sobie ze wszystkim radę. Spytał też o 
Jagnę,  a  gdy  usłyszał,  że  oddała  zapis  po  tym,  jak  została  wygnana,  powiedział,  że  to  nic  nie 
znaczy – musiałaby przepisać ziemię u rejenta. Potem wraz z najstarszym synem poszedł obejrzeć 
pola. Gdy wrócili, przyjrzał się dokładnie ojcowej izbie, którą zamierzał odmalować, by przenieść 
się  do  niej  z  rodziną.  Obiecał  żonie,  że  załatwi  dziewkę  do  pomocy,  ponieważ  Jagustynka  nie 
sprawdzała się w tej roli (chodziła do dzieci z nadzieją, że przyjmą ją z powrotem).  

Wieczorem  przyszli  w  odwiedziny  Mateusz  z  Grzelą  (brat  sołtysa)  i  innymi  miejscowymi 
chłopami. Kowal powiedział, że ludzie wycofali się z proponowanej przez dziedzica ugody, teraz 
zaś  proponowali  Antkowi,  by  poszedł  w  ich  imieniu  ułagodzić  zdenerwowanego  pana.  Gdy 
chłopi się rozeszli, Hanka poprosiła rozmyślającego męża, by poszedł spać i zakończył męczący 
dzień. 

V  

 Antek nadal spotyka się z Jagną, a dziedzic sprzedaje lipeckim chłopom ziemię na dogodnych dla 
nich  warunkach.  Hanka  sprzeciwia  się  pomysłowi  męża  o  ucieczce  do  Ameryki  przed  karą  za 
zabicie borowego. 

Hance  czas  od  rana  do  południa  upłynął  na  domowych  porządkach.  Gdy  zbliżał  się  wieczór, 
kazała Józce zanieść podwieczorek pracującym w polu Antkowi i komornicom. Mężczyzna orał 
bez  ustanku,  odpoczął  dopiero  po  pojawieniu  się  siostry.  Odwiedziła  go  również  Jagustynka, 
opowiadająca o swym nowym położeniu. Pomagała dzieciom, u których były olbrzymia bieda i 
głód.  Od  niej  Antek  dowiedział  się  również  o  Dominikowej,  w  domu  której  panowało  istne 
piekło:  kłótnia  z  Szymkiem,  nieustanny  lament  Jagusi.  Na  dźwięk  znajomego  imienia  serce 
dawnego kochanka zabiło mocniej… 

Wieczorem poszedł do kowala, który zaoferował mu pracę: wożenie drzewa na tartak. Antek z 
chęcią  przystał  na  propozycję,  ponieważ  potrzebował  pieniędzy.  Potem  udał  się  do  tartaku, 
którym  dowodził  Mateusz.  Od  niego  dowiedział  się,  że  dziedzic  mierzył  właśnie  swą  ziemię 
sprzedawaną  chłopom.  Nie  chcieli  dojść  do  porozumienia  wspólnie,  a  teraz  każdy  chodził  do 
właściciela folwarku sam, po kryjomu po zakup ziemi. Między drzewami Antek ujrzał Jagnę, za 
którą  natychmiast  pobiegł  i  wyznał  jej  tęsknotę  wszystkich  minionych  dni.  Gdy  zaproponował 
wieczorem spotkanie, odeszła. Po kolacji pokręcił się po obejściu, po czym poszedł do Mateusza. 
Zastał tu płaczącą Nastkę i odgrażającego się matce Szymka. W niedzielę miał być ich ślub, a oni 
nie mieli gdzie się podziać. Dziewczyna wymyśliła, że kupią od dziedzica na kredyt sześć morgów 
ziemi,  a  na  zadatek  przeznaczą  dziesięć  tysięcy  pochodzących  z  wiana.  Poręczenia  obiecali 
udzielić Antek z Mateuszem. 

background image

Idąc  na  spotkanie  z  Jagną,  Antek  natknął  się  na  księdza,  od  którego  usłyszał,  że  za  zabójstwo 
zapewne  wywiozą  go  na  Sybir  na  dziesięć  lat.  W  końcu  zobaczył  się  z  kochanką,  która  jednak 
odepchnęła go, gdy chciał ją objąć. Wypominała cały czas, że musiała wysłuchiwać obelg ludzi, 
została wygnana przez Hankę, a on tymczasem siedział spokojnie w areszcie. Antek wypomniał 
jaj wójta i innych kochanków, na co rzekła z wyrzutem: „-To po coś mi nie wzbronił? Byś me 
miłował, to byś me nie dał na wolę, nie ostawiłbyś me samej, a jeno strzegł przed złą przygodą, 
jak to, drugie robią! - skarżyła się boleśnie i tak pełna niezgłębionego żalu, że już nie poredził się 
bronić. Odpadły go wszystkie złoście, a serce się rozdygotało kochaniem”. Mężczyzna przytulił 
Jagnę, i poczuł, że ich dawna namiętność odżyła. Gdy zapytał, czy ucieknie z nim do Ameryki 
usłyszał, że nie, ponieważ w Lipcach było jej dobrze. Ucięła rozmowę zapewnieniem, ze więcej 
już do niego nie wyjdzie, ponieważ teraz jest „niczyja”. Antek nie zatrzymywał ukochanej, a po 
powrocie do chałupy poszedł spać do sadu. Długo myślał o  Jagnie, a w końcu postanowił, że 
musi z nią skończyć, ponieważ teraz był gospodarzem. 

Od następnego dnia stale woził drzewo z lasu na tartak. Właśnie w czasie pracy dowiedział się od 
Mateusza  o  kupnie  na  raty  dla  Nastusi  gruntu  od  dziedzica  i  przełożeniu  ślubu  do  czasu 
zbudowania domu. Coraz bardziej nęciła go myśli o ucieczce, którą dodatkowo popierał kowal, 
oferując nawet załatwienie pieniędzy na wyjazd (wtedy zagarnąłby całą gospodarkę). Tymczasem 
Hanka poznała myśli męża dotyczące wyjazdu. Wpadła w szał krzycząc, że nie pojedzie w świat 
„na poniewierkę” i groziła, że prędzej zabije dzieci, a sama wskoczy do studni. Upłynęło dużo 
czasu, nim Antkowi udało się ją uspokoić. Płacząc, mówiła:  

„- Odsiedzisz swoje i wrócisz! Nie bój się, dam se radę... nie uronię ci ni zagona, jeszcze me nie 
znasz... nie popuszczę z pazurów. Pan Jezus pomoże, to i taki dopust udźwignę - płakała cicho”. 
Mężczyzna w końcu stwierdził, że będzie to, co ma być.  

VI 

Z pomocą Mateusza i pana Jacka Szymek i Nastka budują chałupę na kupionym polu, po czym 
biorą ślub.  

 Szymek  spał  w  stodole  Mateusza.  Rano  zebrał  narzędzia  i  taczki,  z  którymi  udał  się  na  pole 
kupione od dziedzica. Leżało ono pod lasem, na  wprost wsi i było kawałkiem dzikiego ugoru, 
pełnego  kamieni.  Nawet  dziedzic  odradzał  im  zakup,  mówiąc,  by  wybrali  lepszy  kawałek,  lecz 
Szymek powiedział, że poradzi sobie. Kupili teren tanio, na raty, po sześćdziesiąt rubli za morgę. 

Szymek obszedł całe pole i znalazł miejsce na wybudowanie chałupy. Zaczął wybierać kamienie, 
równać ziemię. Tak samo jak on pracowali na nowo nabytych polach sąsiedzi. Wszyscy umilali 
czas rozmową. W południe Nastka przyniosła mu obiad, narzekając, że na ugorze i tak nic nie 
wyrośnie,  a  przecież  nie  mają  domu…  Usłyszała  obietnicę  rychłego  zamieszkania.  Na  budowę 
chałupy mieli otrzymać trochę drzewa od dziedzica, na resztę budulca musiała wystarczyć glina. 

Na pole koniem przyjechał Jędrzych, który wymknął się matce, by zaorać bratu teren. Nie mógł 
pomagać  długo; już  nazajutrz  pojawił  się  ze  śladami  pobicia  przez  Dominikową,  dlatego  przez 
następne dni Szymek pracował sam: „(…)i robił niestrudzenie kiej ten koń w kieracie, nie bacząc 
na utrudzenie ni na żar, dnie bowiem szły takie gorące, rozprażone a duszne, że ziemia pękała, 
wody  wysychały,  trawy  żółkły,  a  zboża  stały  ledwie  już  żywe  w  owej  piekielnej  pożodze,  pola 

background image

robiły się puste i głuche, gdyż nie sposób było wytrzymać przy robocie, prosto żywy ogień lał się 
z  nieba  i  słońce  wyżerało  ślepie.  Zbielałe,  mętne  niebo  wisiało  kieby  ta  ognista,  rozdrgana 
płachta, obtulająca wszystką ziemię taką spieką, że ni wiater się poruszył, ni zaruchały się drzewa, 
ni  ptak  zaśpiewał  lebo  głos  ludzki  się  kaj  zerwał,  a  co  dnia  jednako  ze  wschodu  na  zachód 
wędrowało  słońce  siejąc  nieubłaganie  ogień  i  posuchę”.  Od  poniedziałku  z  pomocą  przyszedł 
mu… pan Jacek (brat dziedzica!). 

Przez  kilkanaście  dni  jedli  razem  posiłki  z  dwojaków,  sypiali  na  polu  pod  jednym  kożuchem, 
dzięki czemu Szymek przekonał się, że nieprawdą były plotki o chorobie umysłowej pana Jacka, 
człowieka mądrego i doświadczonego przez życie. Po paru dniach do pomocy dołączyli również 
Mateusz i syn Kłębów. Gdy w końcu postawili chałupę, Szymek wybielił ściany, a pan Jacek na 
pożegnanie zażartował, że może kiedyś przyjdzie do niego „pomieszkać na komorne”. 

Nazajutrz  odbył  się  cichy  ślub,  o  którym  Dominikowa  nie  chciała  nawet  słyszeć.  Jagna,  w 
tajemnicy przed matką, wynosiła z domu różne tobołki do Nastusi. Po sakramencie paru gości 
przeniosło się do Mateusza. Na koniec wieczoru Szymek pożyczył konia od Kłęba, zapakował na 
niego  skrzynie,  naczynia,  pościel,  wszystkie  tobołki,  posadził  na  tym  swoją  Nastusię,  teściowej 
padł  do  nóg,  ucałował  szwagra  i  usiadł  na  miejscu  woźnicy,  kierując  się  w  kierunku  nowego 
domu. Dobrzy ludzie pomogli młodej parze w zagospodarowaniu: Kłębowa przyniosła kokoszkę 
z kurczakami, a Jasiek Przewrotny uwiązał im pod chałupą swego psa, po czym uciekł.  

VII 

Jagna ofiarowuje pomoc Szymkowi i Nastce (wynosi wszystko z domu od Dominikowej, a nawet 
daje  pieniądze  zarobione  na  sprzedaży  gęsi)  i  zrywa  romans  z  wójtem.  Chłopi  naradzają  się  u 
Antka przed głosowaniem w sprawie budowy szkoły w Lipcach. 

Hanka na prośbę chorej na ospę Józki dała Nastusi prosiaka, którego odprowadził Witek. Spełnił 
prośbę gospodyni, a potem wrócił na swoje miejsce przy łóżku obsypanej krostami dziewczyny. 
Odganiał od niej muchy, podawał do picia wodę. Tak mijały dnia Józinej choroby… 

Pewnego dnia nad wsią przeszła ulewa z burzą, a jeden piorun uderzył w nową stodołę wójta, 
paląc ją doszczętnie. Na szczęście nikt nie ucierpiał. Kozłowa objaśniła to wydarzenie jako karę 
dla małżeństwa, i tylko dzięki interwencji Antka nie doszło do kolejnej bójki. Wracając z gaszenia 
pożaru, Antek natknął się na Jagnę, lecz ta nawet na niego nie spojrzała.  

Jagustynka  nadal  smarowała  Józkę  maściami,  a  pewnego  dnia  po  kryjomu  odwiedziła  ją  nawet 
Jagna,  przynosząc  garść  cukierków  i  uciekając  na  odgłos  kroków  Hanki.  Potem  pobiegła  do 
Nastki, szczęśliwej z krowy - prezentu od pana Jacka. Rozwodziła się nad dobrym sercem Antka, 
który  bardzo  pomógł  (poręczył  za  nich  u  dziedzica),  oraz  Hanki  (dała  im prosiaka).  Jagna,  nie 
mogąc dłużej słuchać o małżeństwie, dała młodej żonie dziesięć rubli – zapłatę za sprzedane gęsi.   

W drodze powrotnej młoda wdowa spotkała Mateusza, z którym rozeszli się po chwili rozmowy. 
Nagle  kobieta  znieruchomiała,  ponieważ  czyjeś  ręce  chwyciły  ją  wpół.  Okazało  się  że  to  wójt 
szepczący  o  kupionych  koralach  i  zapewniający,  że  kochanka  mu  nie  ucieknie.  Jednak  Jagna 
wyrwała  się  krzycząc,  że  jeżeli  jeszcze  raz  odważy  się  ją  dotknąć  –  wydrapie  mu  oczy,  czym 
wprawiła mężczyznę w osłupienie. Nie mogąc znaleźć sobie miejsca w chałupie, zdenerwowana 
powiedziała  matce,  że  wybiera  się  do  organistów,  u  których  pomagała  ostatnio  często  w  pracy 

background image

(aby tylko posłuchać o Jasiu). Dzięki wieczornej wizycie dowiedziała się, że nazajutrz miał zjawić 
się  syn  gospodarzy,  co  spowodowało,  iż  ugięły  się  pod  nią  nogi.  W  czasie  dłużącej  się  nocy 
postanowiła sobie, że wyjdzie chłopakowi naprzeciw.  

Tymczasem u Borynów zebrało się około dwudziestu chłopów popierających Antka i Grzelę i 
naradzających  się  przez  jutrzejszym  zebraniem  w  miejskiej  kancelarii,  na  które  wszystkich 
lipieckich gospodarzy wzywał wójt w sprawie zgody na postawienie we wsi szkoły. Roch pouczał 
chłopów, co mają mówić, po czym rozeszli się do domów.  

VIII 

Nadchodzi dzień zebrania i głosowanie dotyczącego budowy placówki. Wójt wygania Antka. W 
końcu pomysł postawienia szkoły zostaje przegłosowany. 

Następnego  dnia  przed  kancelarią  chłopi  wraz  z  pisarzem  oczekiwali  przyjazdu  naczelnika. 
Pojedynczo byli wywoływani, a urzędnik przypominał o składce na sąd i zapłacie podatku (nie 
mieli  pieniędzy),  a  pisarz  radził:  „-  A  uchwalcie  na  szkołę,  bo  jak  się  będziecie  sprzeczali,  to 
naczelnik  może  się  rozgniewać  i  gotów  wam  jeszcze  popsuć  zgodę  z  dziedzicem  o  las  - 
przestrzegał lipeckich ludzi”). 

Grono  mieszkańców  Lipiec  powiększyli  chłopi  z  okolicznych  wsi,  zebrani  również  w  sprawie 
szkoły. Gdy w końcu pojawił się oczekiwany urzędnik, sołtysi  stanęli na czele swych wsi, wójt 
zasiadł za stołem, a pisarz zaczął czytać: „-...jako przykazano postawić szkołę w Lipcach, któraby 
była i dla Modlicy, Przyłęka, Rzepek i drugich pomniejszych wsi: Potem długo wywodził, jaki to 
z tego będzie profit, jakie to dobrodziejstwo oświata, jak to urzędy jeno myślą dzień i noc, bych 
tylko narodowi przyjść z pomocą, bych go wspierać, oświecać i bronić przed złem. Zaś w końcu 
wyliczał,  ile  potrza  na  plac  z  polem,  ile  na  sam  budynek  i  na  całe  utrzymanie  szkoły  wraz  z 
nauczycielem,  i  że  na  to  wszystko  trzeba  będzie  uchwalić  dodatkowy  podatek  po  dwadzieścia 
kopiejek z morgi”. Słysząc tę propozycję, chłopi nie zgodzili się na szkołę, ponieważ nie mieli na 
płacenie  większych  podatków.  Argumentowali  też,  że  w  szkole  uczono  by  w  języku  rosyjskim 
Rozzłościli tym naczelnika. Na próżno gospodarze okolicznych wsi prosili lipeckich o ugodę  – 
bezskutecznie. Jeśli nauka odbywałaby się po polski, natychmiast wyraziliby zgodę – tłumaczyli.  

W  końcu  głos  zabrał  Antek  mówiąc,  że  cesarz  wydał  ustawę,  w  której  było  napisane,  że  w 
szkołach  i  sądach  należy  posługiwać  się  językiem  polskim.  Wystąpienie  to  spowodowało,  że 
naczelnik  zapytał  Borynę  o  godność  i  odebrał  mu  prawo  głosu  po  usłyszeniu  nazwiska. 
Zawstydzony Antek  odszedł  krzycząc  do  chłopów,  by  nie  godzili  się  na  „ruską”  szkołę.  Teraz 
rozpoczęło się pojedyncze wzywanie gospodarzy, przy nazwiskach których pisarz stawiał krzyżyk 
lub  kreskę.  Wynik  przedstawiał  się  następująco:  200  głosów  za  szkołą,  80  przeciwko.  Lipeccy 
chłopi  zaczęli  krzyczeć,  że  zostali  oszukani,  domagali  się  ponownego  głosowania,  naczelnik 
jednak  ogłosił,  ze  w  Lipcach  powstanie  szkoła,  po  czym  odjechał  swym  powozem.  Przegrani 
ludzie zaczęli się rozchodzić.  

IX 

Nieopodal lasu Antek dostrzega rozmawiających Jasia z Jagną, o czym niezwłocznie powiadamia 
organiścinę, sugerując randkę. Dominikowa ostrzega dziewczynę przez plotkami ludzi. 

background image

 

Wracając  z  narady  do  Lipiec,  Antek  odpędzał  się  od  obcych  psów  kijem.  Szedł  coraz  wolniej. 
Spotkał  startego  Żyda  szmaciarza  popychającego  przed  sobą  taczkę  napchaną  szmatami,  który 
poprosił go o pomoc. Teraz syn Macieja pchał wózek, a towarzysz opowiadał: „- Wiecie, jeszcze 
zimą naczelnik zrobił kontrakt z jednym majstrem na postawienie szkoły w Lipcach. Mój zięć im 
faktorował”. Antek, który wiedział, że w zimie nie było jeszcze ustawy o budowie szkoły, zdziwił 
się tymi słowami. Rozstali się, gdy doszli do lasu.   

Boryna, wychodząc z boru, zobaczył Jasia z Jagną, stojących obok bryczki, zapatrzonych w siebie 
i szepczących. Domyślił się, że jest świadkiem randki, ponieważ niedawna kochanka była pięknie 
ubrana.  Młodzieniec  zrywał  jagody  i  wkładał  kobiecie  do  ust.  Nie  chcąc  zostać  zauważonym, 
Antek  ominął  ich  po  kryjomu,  Przed  wsią  zobaczył  organiścinę  siedzącą  z  najmłodszym 
dzieckiem  i  doglądającą  pasących  się  gęsi,  od  której  po  przywitaniu  usłyszał,  że  wyczekuje 
powrotu syna ze szkoły. Wtedy poinformował, że widział jej Jasia  z Jagną, idących w kierunku 
młodego lasku.  

Rozzłoszczona  kobieta  nie  wierzyła  usłyszanym  słowom.  Usatysfakcjonowany  Boryna  odszedł. 
Wkrótce  Jaś  podjechał,  a  po  przywitaniu  i  opowiedzeniu  nowin  ze  szkoły  został  zapytany  o 
Jagnę.  Nie  skłamał,  mówiąc,  że  spotkał  ją  przy  lesie  i  chwilę  porozmawiał.  Organiścina  była 
ucieszona powrotem syna, który miał pomagać księdzu w kościele.  

Następnego dnia podczas nabożeństwa młodzieniec służył do mszy, co obserwowała klęcząca z 
boku  Jagusia  (ich  spojrzenia  parokrotnie  się  spotkały).  Po  południu  Jasio  poszedł  do  wsi 
odwiedzić znajomych: „Posiedział czas jakiś przy Mateuszu, któren Stachową „chałupę” wyciągał 
już do zrębu; postał nad stawem z Płoszkową bielącą płótno; odwiedził chorą Józkę; nasłuchał 
się wyrzekań wójtowej; przyjrzał się w kuźni, jak kowal stalił kosy i nacinał ostrza sierpów; zajrzał 
i  na  ogrody,  kaj  pracowało  najwięcej  dzieuch  i  kobiet,  a  wszędy  wielce  byli  mu  radzi,  witając 
przyjacielsko  i  patrząc  na  niego  z  niemałą  dumą:  boć  lipeckie  to  było  dziecko,  więc  jakby  w 
krewieństwie  ze  wszystkimi.  A  dopiero  na  samym  ostatku  wstąpił  do  Dominikowej;  stara 
siedziała przed domem i przędła wełnę, dziwił się temu, gdyż oczy miała przewiązane”. 

Został poczęstowany mlekiem, przyniesionym przez Jagusię, która obserwowała jako każdy krok, 
zwłaszcza gdy odchodził: „Niewypowiedzianie parło ją cosik za nim i tak strasznie ponosiło, że 
aby się nie dać pokusić, wpadła do sadu, chyciła się oburącz jakiegoś drzewa i przytulając się do 
niego stanęła bez tchu prawie i przytomności, nakryta, niby płaszczem, gałęziami, zwisłymi od 
jabłek;  stała  z  przywartymi  powiekami,  z  uśmiechem  zatajonym  w  kątach  warg,  pełna 
szczęśliwości,  a  zarazem  lęku,  i  pełna  jakowychś  łez  słodkich  i  lubego  dygotu,  jak  wtedy,  kiej 
patrzała na niego przez okno, w tamtą noc wiośnianą”. Jaś również był pod urokiem Jagny.  

Pewnego  dnia  organiścina  posłała  po  Jagnę,  by  przyszła  do  niej  poprasować,  a  ta  pojawiła  się 
wystrojona jak do kościoła. Dużo czasu spędzała też w świątyni, ponieważ tam bez skrępowania 
mogła obserwować ukochanego. Jagna nie wiedziała, że zainteresowany nią był również Mateusz. 
Gdy spostrzegła to Tereska, zaczęła wdowę po Borynie wyzywać do dziewcząt ze wsi i buntować 
przeciwko niej kobiety. Nieświadoma niczego Jagna była pochłonięta nową miłością, żyła niczym 
we śnie i nie miała poczucia czasu (nie wiedziała, czy jest dzień, czy noc). Dominikowa czuła, ze 
z córką działo się coś złego.  

background image

 

Któregoś razu Jagna niechcący natknęła się na Jasia siedzącego na kopcu i czytającego książkę. 
Okryła się rumieńcem, po czym zaczęli rozmawiać. Gdy młodzieniec musiał wracać do domu, 
postanowiła go odprowadzić. Przysiedli jeszcze pod drzewem, gdzie Jasio czytał jej książkę, gdy 
nagle stanęła przy nich Kozłowa informując, że chłopaka szuka matka. Pobiegł natychmiast do 
domu,  a  Jagna  poszła  w  swoją  stronę,  słysząc  za  sobą  słowa  Kozłowej  (że  jeszcze  ją  ktoś 
rozgrzeszy). 

X  

Do wsi przybywa żandarmeria poszukująca Rocha. Mężczyzna zostaje ukryty przez chłopów, a w 
końcu opuszcza Lipce.  

Po  powrocie  do  chałupy Jagna  usłyszała  od  matki,  że  do  wójta  przyjechali wojskowi.  Fakt  ten 
wzbudził ogólne poruszenie we wsi, ludzie snuli domysły, o co może chodzić.  

Do Antka, siedzącego na ganku, przybiegł przez pola Grzela, aby go ostrzec przed żandarmami, 
którzy  udawali  się  w  kierunku  jego  domu  w  poszukiwaniu  Rocha.  Na  szczęście  młody  Boryna 
zachował  spokój  i  kazał  Rochowi  natychmiast  schować  się  do  nowego  brogu,  postawionego 
przez Mateusza. Przed ucieczką Roch zdążył jeszcze rzucić leżącej na łóżku Józce jakieś papiery, 
prosząc, aby je ukryła pod sobą, po czym wybiegł na zewnątrz. Gdy wojskowi nadeszli, Hanka z 
dzieckiem  była  w  izbie,  a  Antek  siedział  na  ganku.  Widok  żandarmów  spowodował,  że  z 
przerażenia  serce  podskoczyło  mu  do  gardła.  Gdy  wójt  zapytał,  czy  Rocho  jest  w  domu, 
odpowiedział, że nie, pewnie  poszedł do kogoś we wsi.  

Wojskowi weszli do chałupy i zaczęli rewizję. Bali się jednak podejść do Józki, ponieważ Hanka 
uprzedziła ich, że dziewczyna jest chora na ospę. Po nieudanych poszukiwaniach w udali się do 
innych  domostw.  Kiedy  odeszli,  Antek  nakazał  Mateuszowi  i  Grzeli  odciągnąć  tłum  gapiów 
zebranych  pod  jego  chałupą.  Mężczyźni  nakłonili  zgromadzonych,  żeby  poszli  za  nimi  do  wsi 
szukać Rocha. Gdy nie było już świadków, Antek przyprowadził Rocha do izby Józki.  

Starzec  wiedział,  że  musi  opuścić  wieś.  Pozbierał  wszystkie  swoje  rzeczy,  zjadł  coś  naprędce  i 
pożegnał się z domownikami. Antek powiedział, że u Szymka na Podlesiu będą czekały na niego 
konie. Zapewnił, że spotkają się jeszcze przy figurze pod borem. Rocho udał się do Dominikowej 
po  resztę  swoich  rzeczy.  Pożegnał  się  ze  starszą  kobietą,  a  Jagna  nalegała,  by  móc  go 
odprowadzić. Po drodze niosła tobołek Rocha, a ten prosił ją, aby się opamiętała, by wreszcie 
zmieniała swoje życie. Wypominał jej wszystkich mężczyzn, z którymi coś ją łączyło. Zaczął od 
Antka, potem mówił o wójcie, a skończył na Jasiu. Bulwersowało go, że o tym ostatnim związku 
mówił nawet ksiądz. Na dźwięk imienia „Jaś” Jagna oburzyła się, twierdziła, iż nic złego z nim 
nie robi, jedynie romansuje. Jednocześnie mówiła, że za Jasiem poszłaby na koniec świata. Jednak 
Rocho już tego nie słyszał. 

Doszli  do  lasu,  gdzie  na  Rocha  czekali  Antek,  Grzela  i  Mateusz.  Wszyscy  usiedli  na  trawie  i 
wysłuchiwali ostatnich nauk Rocha: „Mówił tak ważkie i zgoła niespodziane rzeczy, że słuchali z 
zapartym  tchem,  z  trwogą  i  radością  zarazem,  przyjmując  każde  jego  słowo  z  dreszczem  wiary 
serdecznej, jako by tę komunię przenajświętszą... Niebo im bowiem otwierał, raje pokazywał, że 

background image

dusze im poklękały w zachwyceniu, oczy widziały cudności niewypowiedziane, a serca się pasły 
janielskim, przesłodkim śpiewaniem nadziei...”. 

XI 

Zaczynają się żniwa. Z wojska wraca mąż Tereski. Umiera Agata. Organiścina wygania Jagnę z 
domu.  

Nadeszły żniwa. Kłębowa poszła prosić młynarzową o pół kwaterki kaszy na kredyt, jednak jej 
nie dostała. Oburzona przekazała to Magdzie, która powiedziała, że jej mąż kupił od dziedzica 
dwadzieścia morgów ziemi na Podlesiu i tam postawi własny młyn. Z tą nowiną Kłębowa udała 
się do Hanki szykującej się do wymarszu na pielgrzymkę. W domu była także Jagustynka, która 
doniosła,  że  mąż  Tereski,  Jasiek,  wrócił  z  wojska.  Dodała,  że  teraz  siedzi  w  domu  i  czeka  na 
żonę. Kozłowa zdążyła już mu opowiedzieć o romansie Tereski z Mateuszem. Z kolei Antek z 
wiadomością o powrocie Jaśka udał się do Mateusza, którego spotkał u Szymka i Nastusi.  

Mateusz  ucieszył  się  na  wieść  o  powrocie  męża  Tereski,  której  miał  już  dość:  „-  Czasu  by  nie 
chwaciło,  żebym  miał  każdej  żałować!  Wpadła  mi  w  pazury,  to  i  wzionem,  każdy  by zrobił  to 
samo! Nie bój się, użyłem jak pies w studni, bo com się musiał nasłuchać beków i wyrzekań, to 
starczyłoby la dziesięciu. Uciekałem, to kieby cień szła za mną. Niechże i Jasiek się nią nacieszy. 
Nie kochanie mi w głowie, a jeno całkiem co drugiego”. Miał własne plany i chciał się ożenić, ale 
nie  wyjawił  Antkowi,  z  kim.  Potem  spytał  mimochodem,  czy  Antek  ma  zamiar  oddać  Jagnie 
ziemię, którą przepisał jej Boryna. Antek odparł, że wykupi od niej te morgi, domyślając się, że 
Mateusz chciał się ożenić właśnie z Jagną.  

Wracając do domu, Mateusz w myślach przeliczał morgi Dominikowej i Jagny. Gdyby udało mu 
się tym zarządzać, byłby gospodarzem pełną gębą. W chałupie dowiedział się od płaczącej matki, 
że Teresa kilkakrotnie pytała o niego. Zaraz zresztą przybiegła i ze łzami w oczach powiedziała, 
że Jasiek wrócił z wojska. Wróciwszy do domu, zastała swojego męża, który wprost zapytał, czy 
to prawda, że zdradzała go z Mateuszem. Gdy przytaknęła, Jasiek się rozpłakał, a ona wybiegła 
do kochanka.  

Mateusz wyprowadził ją przed chałupę. Kobieta tuliła się do niego, mówiąc: „- O mój jedyny, o 
mój wybrany z tysiąca, zabij me, a nie odpędzaj od siebie! Miłujesz to me, co? Miłujesz? Dyć me 
utul  ten  ostatni  razik,  dyć  me  weź,  ogarnij  sobą  i  niedaj  na  mękę,  nie  daj  płakania,  nie  daj 
zatracenia! Jedynego cię mam na wszyćkim świecie, jedynego... Ino me ostaw przy sobie, a służyła 
ci  będę  za  tego  psa  wiernego,  za  tę  ostatnią  dziewkę!”,  na  co  on  zaczął  się  wykręcać  od 
odpowiedzi. Chciał, aby dała mu święty spokój. Tereska krzyknęła: „- Cyganisz jak pies! Zawdyś 
me  ocyganiał!  Już  me  teraz  nie  zwiedziesz!  Strach  ci  Jaśkowego  kija,  to  się  wijesz  kiej  ta 
przydeptana glista! A ja mu zawierzyłam jak komu najlepszemu! Mój Boże, mój Boże! A Jasiek 
taki  poczciwy,  nawiózł  mi  podarunków,  nigdy  mi  nie  powiedział  marnego  słowa  i  ja  mu  tak 
odpłaciłam.  I  takiemu  przeniewiercy  zawierzyłam,  takiemu  zbójowi!  takiemu  psu!  Idź  se  za 
Jagusią!  -  zawrzeszczała  przyskakując  do  niego  z  pięściami  -  idź,  i  niech  was  pożeni  hycel, 
pasujeta do siebie, lakudra i złodziej”. 

Matka Mateusza przyglądała się temu, zalewając się łzami. Tereska upadła na ziemię, zanosząc się 
płaczem.  Wtedy  zza  drzew  wyszedł  Jasiek,  który  wszystko  słyszał.  Ujął  ją  za  rękę,  prosząc,  by 

background image

wróciła z nim do domu. Zapewniał, że nie zrobi jej krzywdy, a Mateuszowi powiedział: „- Pókim 
żyw,  to  ci  jej  krzywdy  nie  daruję,  tak  mi  dopomóż,  Panie  Boże!”.  Po  tych  słowach  Marteusz 
poszedł prosto do karczmy, gdzie pił całą noc. Tam wszyscy wiedzieli, co się wydarzyło. Tylko 
Jagustynka trzymała stronę Tereski. 

U organistów też zaczęły się żniwa. Z uwagi na ogromny upał organiścina nakazała synowi, by 
wrócił z pola do domu i aby sobie odpoczął. Jasiowi szybko znudziło się w chałupie i wyszedł na 
wieś.  Pod  domem  Kłąbów  usłyszał  straszliwe  jęki.  Gdy  wszedł  do  sieni,  zorientował  się,  że 
wydaje je konająca Agata. Z sieni, gdzie została ulokowana przez Kłąbów, przeniósł ją na łóżko 
w izbie. Zaraz po tym pobiegł na pole, by powiadomić o wszystkim rodzinę staruszki.  

Wieczorem Agatę ułożono w pościeli, a w dłoń włożono różaniec. Nazajutrz przyszedł ksiądz z 
ostatnim namaszczeniem, ale nie zabawił długo, ponieważ był z kimś umówiony. Kapłan nakazał 
Jasiowi siedzieć przy Agacie do końca. Do izby z czasem zaczęli schodzić się sąsiedzi, a wśród 
nich Jagusia. Zgromadzeni modlili się pod przewodnictwem Jaśka, który czytał Agacie brewiarz. 
Gdy tego wieczora zmarła, chłopak z płaczem pobiegł do domu, a Jagusia podążyła za nim, tuląc 
roztrzęsionego do swej piersi i próbując uspokoić. W takiej pozie zastała ich organiścina, która 
zagroziła  Jagnie,  że  jeżeli  się  natychmiast  nie  wyniesie,  poszczuje  ją  psami.  Dziewczyna 
próbowała się tłumaczyć, ale została zmuszona do opuszczenia domu organistów. Wybiegłszy z 
pokoju Jasia, skierowała się ku polom. 

XII 

Organiścina przerywa rozmowę Jagny i Jasia. Z Lipiec wyrusza do Częstochowy pielgrzymka, w 
której uczestniczą: Hanka, Tereska z mężem oraz Jaś.  

Jasio chciał biec za Jagną, ale matka mu nie pozwoliła. Opowiedziała synowi, co ludzie we wsi 
mówią o młodej wdowie, ale on nie uwierzył jej słowom. Długo płakał, nie mógł dojść do siebie, 
bił się z myślami. Chcąc przestać myśleć o Jagnie, udał się do zmarłej Agaty, aby pomodlić się 
nad  nią.  Następnego  dnia  także  modlił  się  przy  nieboszczce,  znad  której  Jagustynka  wciąż 
odganiała natrętne muchy.  

Kłębowie pojechali do miasta, by wydać pieniądze, które pozostawiła im Agata, a Mateusz zajął 
się robieniem trumny. W izbie, w której spoczywało ciało zmarłej, pojawiły się Jagna z matką, aby 
się pomodlić. Młoda wdowa popatrzyła na Jasia smutnymi oczami.  

Do Lipiec zaczęli tłumnie zjeżdżać okoliczni parafianie, aby rano wyruszyć stąd na pielgrzymkę 
do Częstochowy. Po pogrzebie Jasio postanowił porozmawiać z Jagną, chcąc wyjaśnić, czego na 
jej temat dowiedział się od matki. Udał się w kierunku domu Jagusi, jednak nie szedł drogą, ale 
obejściami, aby mieć pewność, że nikt go nie zobaczy. Zakradł się od strony sadu, gdzie właśnie 
spotkał pracującą przy ziemniakach Jagnę. Zawołał ją i poszli razem w kierunku pól. Na zadane 
wprost  pytanie,  czy  to,  co  powiedziała  na  jej  temat  matka,  było  prawdą,  usłyszał  odpowiedź 
przeczącą. Uspokoił się. Po chwili oboje płakali. Szli przed siebie, nie odzywając się, pochłonięci 
sobą,  zauroczeni.   

 

background image

Nagle dobiegł ich głos organiściny, która wołała syna. Kobieta podbiegła do nich, złapała syna za 
rękę  i  pociągnęła  go  za  sobą.  Wpatrzona  w  Jasia  Jagna  szła  za  nimi,  ale  organiścina  chwyciła 
kamień i cisnęła w nią, krzycząc: „- Poszła precz! A do budy, ty suko! - zakrzyczała wzgardliwie. 
Jagusia obejrzała się dokoła, całkiem nie miarkując, o kogo tamtej chodzi, ale gdy jej zniknęli z 
oczów, długo się plątała po drogach, a potem, gdy w „chałupie” poszli spać, siedziała pod ścianą 
do białego rana. Godziny szły za godzinami, piały kokoty, rżały konie przy wozach nad stawem, 
robił się świt, wieś zaczynała wstawać, brali wodę ze stawu, wypędzali bydło na pastwiska, kto już 
wychodził na robotę, gdzie już trajkotały kobiety, kajś dzieci popłakiwały matyjaśnie, a ona wciąż 
siedziała  na  jednym  miejscu  i  z  otwartymi  oczami  śniła  na  jawie  o  Jasiu  -  że  cosik  z  nim 
rozmawia, że patrzą na się tak z bliska, jaże ją ogarniały słodkie ognie, że idą kajś i śpiewają coś 
takiego, czego nie poredziła sobie przypomnieć - i tak cięgiem jedno w kółko”.  

Do  Dominikowej  przyszła  Hanka,  mówiąc,  że  idzie  na  pielgrzymkę  i  prosi  o  przebaczenie 
wszystkich  dawnych  grzechów.  Szła  do  Częstochowy,  by  podziękować  Bogu  za  wysłuchanie 
modlitw o odmianę losu. Powiedziała także, że Jasio organistów także wybiera się w drogę. Na 
porannej mszy ksiądz pobłogosławił i pożegnał pielgrzymów, których było około stu, a wśród 
nich  nawet  Tereska  z  mężem.  Za  tłumem  podążały  wozy  z  tobołami.  Cała  wieś  ich 
odprowadzała. Jagusia: „(…) szła z matką i z drugimi, była strasznie zmizerowana, trzęsła się w 
sobie z żałości, a łykając gorzkie, sieroce łzy patrzyła w Jasia kieby w to słońce, juści, co z dala, 
bo  organiścina  z  dziećmi  nie  opuszczała  go  ani  na  chwilę,  że  nie  było  sposobu  przemówić  do 
niego ni nawet stanąć mu w oczach”. 

Pod  figurą  na  Podlesiu  odprowadzający  pożegnali  się  z  pielgrzymami  i  zawrócili,  Jagna  zaś: 
„Czekała z upragnieniem nocy i cichości, ale i noc nie przyniesła jej folgi ni ukoju, tłukła się do 
samego  świtania  kole  „chałupy”„,  szła  na  drogi,  poleciała  nawet  na  Podlesie  pod  figurę,  kaj 
ostatni raz widziała Jasia, i zapiekłymi od męki oczami szukała na szerokiej, piaszczystej drodze 
jakby śladów jego kroków, choćby cienia po nim, choćby tej grudki ziemi tkniętej przez niego. 
Nie było, nie było la niej nic i nikaj, nie było już zmiłowania i poratunku. Zabrakło jej w końcu 
nawet łez, zabite smutkiem i rozpaczą, oczy świeciły kiej studnie niezgłębionej boleści. A tylko 
niekiej, przy pacierzu, zrywała się ze spiekłych warg żałosna skarga. - I za co to wszystko, mój 
Boże, za co?”.  

XIII 

Wójt zostaje aresztowany z powodu braku pieniędzy w gminnej kasie. Jagnę mieszkańcy wywożą 
z Lipiec na kupie świńskiego nawozu (przy sprzeciwie Mateusza i bierności Antka). 

Jagna  chodziła  jak  nieprzytomna.  Jędrzych  coraz  częściej  przesiadywał  u  Szymka,  przez  co 
gospodarka  Dominikowej  podupadała.  Zaniedbywany  był  inwentarz,  szybko  skończyło  się 
drewno na opał. Podobnie sprawy miały się w polu, gdzie len prosił się o wyrwanie, ale Jędrzych 
nie miał zamiaru pracować. Mówił matce, że jeśli ona wygnała Szymka, to on też może w każdej 
chwili odejść. Dominikowa, zaniepokojona stanem Jagusi, udała się do księdza po radę. Wróciła 
do domu wściekła, ponieważ dowiedziała się, jaka opinia krąży we wsi na temat jej córki, „- Zaraz 
w nocy zrobiły nad nim sąd, organista zerżnął mu skórę, ksiądz swoje, cybuchem dołożył i bych 
ustrzec  przed  tobą,  wyprawili  go  do  Częstochowy.  Słyszysz  to?  Pomiarkujże,  coś  narobiła!  - 
krzyknęła groźnie. - Jezus Maria! Biły go! Jasia biły! - zerwała się gotowa lecieć na jego obronę, 
ale jeno zakrzyczała przez zaciśnięte zęby (…)”. Dominikowa zaczęła bić kijem córkę, twierdząc, 

background image

że przynosi jej tylko wstyd na stare lata. Jagna broniła się mówiąc, że słyszała od ludzi, że będąc 
w jej wieku, matka zachowywała się podobnie. 

Dominikowa była zła, że Jagusia przepędziła Mateusza. Uważała, że przez to znajduje się wciąż 
na językach ludzi. Prosiła, by dziewczyna udała się do księdza do spowiedzi i po pokutę, na co 
Jagna odpowiedziała, że nie pójdzie, a pokutę już ma, ponieważ wciąż cierpi za swoją miłość.   

Następnego  dnia  była  niedziela.  Wieś  obiegła  wiadomość,  że  wójt  został  aresztowany  za  brak 
pieniędzy w kasie gminnej. Podobno brakowało sporej sumy. Krążyła wieść, że urzędnicy zabiorą 
mu gospodarkę, a resztę pieniędzy będą musieli zwrócić lipczanie. Informacja ta spowodowała, że 
ludzie się oburzyli, a we wsi podniósł się krzyk. Prym w tym wiodła Kozłowa.  

Gdy organiścina podrzuciła hasło, że wójt wydał pewnie pieniądze na Jagnę, tłum podchwycił te 
słowa.  Ludzie  skupili  swoje  oburzenie  na  Jagnie,  w  jej  stronę  została  skierowana  agresja. 
Dziewczyna stała się nagle przyczyną wszelkich nieszczęść i plag, jakie dotknęły Lipce w ostatnim 
czasie. Obwiniono ją nawet o śmierć Boryny. Uznano, że dopóki jest we wsi, będą się przydarzać 
wszystkim nieszczęścia. Tłumowi zrobiło się nawet żal płaczącej wójtowej.  

Pod  wodzą  organiściny  ludzie  poszli  do  księdza  po  radę.  Kapłan  nie  chciał  się  do  niczego 
mieszać.  

Wieczorem tego dnia odbyła się w karczmie narada ludności wiejskiej. Zjawił się na niej nawet 
Antek, bez którego nie mogła zapaść we wsi żadna decyzja. Wszyscy po kolei zabierali głos, nie 
pozostawiając na Jagnie suchej nitki. Zapytali Antka o zgodę na wypędzenie Jagny ze wsi, a on, 
dotychczas milczący, odparł: „- W gromadzie żyję, to i z gromadą trzymam! Chceta ją wypędzić, 
wypędźta;  a  chceta  se  ją  posadzić  na  ołtarzu,  posadźta!  Zarówno  mi  jedno!”.  Po  tych  słowach 
wyszedł z karczmy. Jedyną osobą, która broniła Jagusi, był Mateusz. 

Nazajutrz  Antek,  wiedząc,  co  się  wydarzy  we  wsi,  wziął  kosę  i  udał  się  w  pole.  Tłum, 
zgromadzony pod domem organistów, skierował  się ku chałupie Dominikowej. „Wdarli się do 
„chałupy”„  kiej  burza,  jaże  zadygotały  ściany,  Dominikowa  zastąpiła  drogę,  to  ją  stratowali, 
Jędrzych  skoczył  bronić  i  w  oczymgnienie  zrobili  z  nim  to  samo,  wreszcie  Mateusz  chciał  ich 
powstrzymać  przed  komorą  i  chociaż  prał  drągiem,  chociaż  bronił  całą  mocą,  ale  nie  wyszło i 
Zdrowaś,  już  leżał  kajś  pod  ścianą  z  rozbitym  łbem  i  nieprzytomny.  Jagusia  była  zaparta  w 
alkierzu, a kiej wyrwali drzwi, stała przytulona do ściany i nie broniła się, nie wydała nawet głosu, 
blada była kiej trup, a w oczach szeroko rozwartych gorzało ponure płomię grozy i śmierci. Sto 
rąk wyciągnęło się po nią, sto rąk głodnymi, chciwymi pazurami chyciło ją ze wszystkich stron, 
wyrwało niby kierz płytko wrośnięty w ziemię i powlekło w opłotki”.  

Związali Jagusię i wrzucili ją na wóz z gnojem, zaprzęgnięty w dwie krowy. Dziewczyna była przy 
tym ciągle bita i opluwana. Ktoś wpadł na pomysł, aby wywieźć ją pod kościół, tam rozebrać do 
naga i bić, ale Jambroży nie wpuścił ich na teren świątyni. Parobek Borynów, Pietrek, powoził, 
zaś „Jagusia w postronkach, na gnoju, zbita do krwi, w porwanym odzieniu, pohańbiona na wieki, 
skrzywdzona ponad człowiecze wyrozumienie i nieszczęsna ponad wszystko, leżała jakby już nie 
słysząc  ni  czując,  co  się  dzieje  dokoła,  tylko  żywe  łzy  nieustanną  strugą  ciekły  po  jej  twarzy 
posiniaczonej, a niekiedy wzniesła się pierś niby w tym krzyku skamieniałym”.  

 

background image

Wreszcie dojechali do kopców pod lasem i zrzucili tam Jagnę z wozu wraz z gnojem. Nie zdążyła 
się  nawet  poruszyć,  a  już  zgromadziły  się  wokół  niej  kobiety.  Zaspokajając  swoją  nienawiść, 
zaczęły  ją  dotkliwie  kopać.  Potem  wracały  do  wsi,  mijając  po  drodze  zapłakaną  Dominikową, 
która: „szła okrwawiona w potarganej odzieży, zaszlochana i z trudem macająca kijem drogę, a 
gdy pomiarkowała, kto ją wymija, wybuchnęła strasznym głosem: - A żeby was mór! A żeby was 
zaraza! A żeby was ogień i woda nie szczędziły! Każden jeno głowę wtulił w ramiona i uciekał 
zestrachany. A ona wielkimi krokami pobiegła na ratunek Jagusi”.   

Na  polach  ludzie  zbierali  plony  i  zwozili  do  stodół,  „Tylko  jedne  pola  Dominikowej  stojały 
opuszczone i jakby zapomniane; ziarno się już sypało z kłosów, zboża mdlały od suszy, a nikto 
się tam nawet nie pokazał, z lękliwym smutkiem odwracano od nich oczy, niejeden już wzdychał 
nad nimi, niejeden drapał się frasobliwie, oglądał trwożnie na drugich i potem jeszcze skwapniej 
przypinał się do roboty, nie pora była deliberować nad taką marnacją i upadkiem”. Ślepy żebrak, 
który  odwiedził  Nastusię,  przyniósł  dla  Jagusi  od  zakonnic  z  Przyrowa  święconą  wodę,  która 
miała pomóc dziewczynie powrócić do zdrowia. W domu Dominikowej panowały przygnębienie 
i rozpacz. Jagna postradała zmysły i co jakiś czas zrywała się do ucieczki z domu. Wciąż wołała 
Jasia. Jej matka przypominała raczej trupa niż kobietę. Szymek pomagał matce w gospodarstwie. 
Jedynie  Mateusz  i  Nastusia  płakali  nad  krzywdą  Jagny.  Reszta  mieszkańców  Lipiec  żyła  swoim 
życiem.