background image

„Chłopi” - streszczenie szczegółowe: 

Część 1 – Jesień 

Była już jesień, ludzie na polach kopali ziemniaki. Ksiądz rozglądał się dookoła, idąc polną 

drogą. Po chwili spotkał starą Agatę, o której rozmawiali pracujący w polu. Mieszkała dotąd  

u  krewnych  Kłąbów,  lecz  nie  ma  już  u  nich  pracy,  ponieważ  nadchodzi  zima.  By  nie  być 

ciężarem, sama odeszła. Ucałowawszy księdza w rękę i wziąwszy darowaną złotówkę, poszła 

przed  siebie,  trzymając  w  ręku  kijaszek.  Skierowała  się  w  kierunku  lasów,  do  ludzi  po 

proszonym. 

 

Kapłan co jakiś czas krzyczał na pasącego jego konie Walka, który podziwiał uroki jesieni. 

Spostrzegł  na  drodze  pod  lasem  dziewczynę  ciągnącą  na  postronku  krowę.  Za  nią  podążał 

Żyd Moszka – szmaciarz, który pchał taczki, a na pytanie księdza: Co słychać? odrzekł, że 

kartofle,  kapusta  i  żyto  obrodziły,  po  czym  pocałował  kapłana  w  rękę  i  poszedł  dalej.  

 

Ksiądz  nakazał  Walkowi  ponowne  przegonienie  koni,  a  sam  poszedł  w  kierunku  kapliczki. 

Co  chwila  podbiegali  do  niego  wiejscy  chłopcy  i,  tak  jak  Agata  i  Żyd,  całowali  po  rękach,        

a  on  ich  gładził  po  głowach.  Przystanąwszy  przy  kopaczach  zbierających  kartofle,  zapytał        

o  właściciela  pola.  Usłyszał,  iż  należało  ono  do  Boryny.  Hanka  Borynowa  również  go 

ucałowała,  a  kapłan  zapytał  o  zdrowie  jej  dziecka,  które  niedawno  ochrzcił,  po  czym 

pobłogosławił 

oboje. 

Poszedł 

dalej, 

dłoń 

zbierając 

dojrzałe 

ziarno.  

 

Dotarł  do  cmentarza  ogrodzonego  kamiennym  murem.  Przez  mogiły  podążał  w  kierunku 

kaplicy,  stojącej  wśród  pożółkłych  brzóz  i  czerwonych  klonów.  Tymczasem  na  polu  Hanka 

zbierała  z  ludźmi  kartofle,  co  chwilę  popędzając  ich  do  szybszej  pracy,  ponieważ 

nieuchronnie  zbliżał  się  wieczór.  Słychać  było  uderzanie  motyk  o  ziemię,  czasem  ktoś 

stęknął, prostując grzbiet. Wśród kopaczy przeważały stare kobiety i komornicy. W płachtach 

leżały  dzieci,  cichutko  popłakując.  Kobiety  rozmawiały  o  Agacie,  o  której  Jagustynka 

mówiła, iż poszła na żebry, a przedtem zrobiła porządki u krewniaków, pracując u nich przez 

lato. Wypędzili ją na samą zimę. Jagustynka twierdziła, że Agata wróci  na wiosnę (naznosi 

cukru,  herbaty,  trochę  grosza,  który  wyżebrze),  zapewne  rodzina  ją  wówczas  przyjmie, 

background image

ponieważ jesienią to już la niej miejsca nie ma w sieni ani we chliwie. Scierwy, psie krewniaki 

i zapowietrzone. 

 

Na polu pracowali również synowie Paczesiowej, uważani za starych kawalerów. Mówiono, 

że matka nie chce ich puścić z domu, ponieważ straciłaby pracowników. Kobiety rozprawiały 

jeszcze o Jagnie Paczesiównie, która nie kwapiła się do pracy, spędzając dnie na przeglądaniu 

się  w  lustrze  i  zaplataniu  warkoczy.  Dziewczyna  patrzy  ino,  kogo  by  puścić  pod  pierzynę, 

któren  aby  mocny!  Mówiły,  że  jest  bardzo  ładna  (wypasiona  kiej  jałowica,  biała  na  gębie,      

a  ślepie  to  ma  rychtyk  jak  te  lnowe  kwiatki...  a  mocna,  że  i  niejeden  chłop  jej  nie  uradzi)             

i  cieszy  się  dużym  powodzeniem:  a  to  jak  za  suką,  tak  chłopaki  za  nią  ganiają  –  prawiły 

oburzone. 

 

Rozmowę  przerwało  pojawienie  się  Józki,  która  przybiegła  na  pole  po  Hankę  Borynową 

krzycząc, by wracała do domu, bo jednej krowie coś się złego stało (upadła na oborę i leży). 

Słysząc to,  Hanka wyjęła dziecko z płachty, owinęła je zapaską i  podążyła w  stronę domu.  

Ludzie  stwierdzili,  że  szkoda  Borynowej  krowy.  Przyczynę  zdarzenia  upatrywali  w  braku 

kobiecej  ręki  w  gospodarstwie najbogatszego mieszkańca wsi:  Boryna jeszcze krzepki,  może 

się  ożenić,  a  głupi  by  był,  żeby  dzieciom  zapisywał.  Mimo  że  pochował  już  dwie  żony, 

powinien  się  ożenić  (miał  dopiero  około  sześćdziesiątki:  każda  młódka  pójdzie  za  niego, 

niechby tylko rzekł). Podkreślali, iż Hanka przebywa tam jedynie ze względu na swego męża 

(syna Boryny), bowiem gospodyni z niej żadna. 

Kopacze pozbierali motyki i koszyki z pola. Zapadała noc Nadszedł czas powrotu do domu.  

 

II 

Zagroda  Boryny  z  trzech  stron  otoczona  była  budynkami  gospodarskimi,  z  czwartej 

znajdował  się  sad  odgradzający  wszystko  od  drogi.  Gdy  Hanka  z  Józką                        

przybiegł    z  pola,    nad  krową  stało  już  kilka  kobiet  radzących  nad    sposobami  pomocy 

zwierzęciu.  Synowa  starego  Boryny  wysłała  Józkę  po  Jambrożego,  który  znał                          

się  na  chorobach.  Bała  się  powrotu    teścia:    jak  ociec  nadjadą,  będzie  to      pomstowanie, 

będzie.  -  A  przeciech  my  niczego  niewinowate!  –  narzekała  płaczliwie. 

 

Jambroży,  po  dokładnym  obejrzeniu  krowy,  powiedział,  że  zwierzę  zdycha.  Chwilę  potem 

background image

wszyscy  zebrani  usłyszeli  wóz,  którym  wracał  Boryna  z  synem  Antkiem.  Naprzeciw  nim 

wybiegła płacząca Józka, opowiadając z daleka przebieg tragedii. Starszy z mężczyzn był zły 

na Witka (młodego parobka), którego oskarżył o nieupilnowanie krowy, na co usłyszał, że to 

borowy przegnał zwierzę z gajów, gdzie parobek ją wypasał. Gdy później uciekali, krowa się 

pokładała i stękała. Maciej ocenił wartość sztuki bydła na trzysta złotych, które właśnie tracił. 

Krzyczał,  że  pod  jego  nieobecność  w  domu  zawsze  są  jakieś  straty:  Trzysta  złotych  jak               

w błoto! Do miski to ścierwów aż gęsto, a przypilnować nie ma kto. Taka krowa, taka krowa! 

A to człowiek ruszyć się z domu nie może, bo zaraz szkoda i upadek.... Groził podaniem dworu 

do  sądu.  Kiedy  Hanka  wyszeptała,  że  była  przy  kopaniu,  teść  nie  wziął  tego  pod  uwagę. 

Nakazał  przynieść  kosę,  po  czym  samodzielnie  zarżnął  zwierzę,  aby  się  już  nie  męczyło.  

 

Potem  wszedł  do  swej  chałupy,  krzycząc  do  synowej,  by  dała  mu  coś  zjeść.  Po  chwili 

wszyscy  mieszkańcy  izby  jedli  na  dworze  jajecznicę  z  chlebem.  Mężczyzna  ciągle  pytał         

o Witka, który gdzieś się schował ze strachu i po licznych rozporządzeniach poszedł do izby 

na drzemkę. Gdy Hanka z Józką wykonywały domowe prace, pojawił się Witek pytając, czy 

gospodarz  jest  bardzo  zły,  na  co  Józia  powiedziała,  że  tatulo  go  spierze.  Chłopiec  zaczął 

płakać,  co  spowodowało,  że  obiecała  wstawić  się  za  nim.  W  podziękowaniu  wyjął  zza 

pazuchy  drewnianego,  własnoręcznie  wykonanego  nakręcanego  boćka  i  podarował 

dziewczynie.  

 

Boryna  wybrał  się  w  odwiedziny  do  wójta.  Droga  upłynęła  mu  na  rozmyślaniach,  ile  ma 

jeszcze pracy: zwózka drewna, kapusta w polu, siew nieskończony, a jeszcze na domiar złego 

musi  jechać  do  sądu.  Szedł  wolno,  bolały  go  kości,  nie  miał  się  z  kim  podzielić  swymi 

troskami.  Czuł  w  powietrzu  zapach  gotowanych  ziemniaków  i  żuru  ze  skwarkami,  który 

wydostawał się z wiejskich chałup. Myślał o swej żonie, kobiecie gospodarnej, która zmarła 

na  wiosnę:  Przyszedł  z  roboty,  spracowany  -  to  i  jeść  tłusto  dała,  i  często  gęsto  kiełbasy 

podtykała  kryjomo  przed  dzieciskami...  A  jak  się  wszystko  darzyło!...  i  cielaki,  i  gąski,               

i  prosiaki...  że  co  jarmarek  było  z  czem  jeździć  do  miasta,  i  grosz  był  zawsze  gotowy,  na 

zakład  z  samego  przychówku...  A  już  co  kapusty  z  grochem,  to  już  jensza  zgoła  tak  nie 

potrafi....  Wtedy  dobrze  im  się  wiodło…  A  teraz  Antek  robił  wszystko  po  swojemu,  Hanka 

nie sprawdzała się jako gospodyni, a Józka była jeszcze dzieckiem. Wspominał, jak podczas 

ostatnich żniw zdechł im wieprzek, wrony udusiły gąski, a teraz padła krowa. Same straty…  

 

Tak  rozmyślając,  doszedł  do  domu  wójta,  któremu  oznajmił,  że  jedzie  jutro  do  sądu                     

background image

w sprawie Jewki (oskarżyła go o ojcostwo swego dziecka). Narzekał, że nic mu się nie udaje, 

na co wójt z małżonką poradzili, by najbogatszy gospodarz we wsi znowu się ożenił: A we wsi 

tyle jest dziewuch, że jak się idzie między chałupami, to bucha kiej z pieca. Jako kandydatkę 

wymienili Jagnę – córkę Dominikowej, lecz Boryna nic nie powiedział, a po chwili milczenia 

zaczął się żegnać usprawiedliwiając, że jest już późno, a nazajutrz musi stawić się w sądzie na 

dziewiątą rano. 

Powrotna  droga  upłynęła  mu  na  rozmyślaniach  nad  słowami,  które  usłyszał  od  wójtostwa. 

Planując kolejny ożenek, Jagnę brał już wcześniej pod uwagę, ponieważ była mocną i ładną 

dziewką. Sam nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego poszedł pod dom Jagny. 

Dzięki świecącej się tam lampce zobaczył ją przez otwarte okno. Siedziała w samej  koszuli    

i podskubywała gęsi. Popatrzywszy chwilę z ukrycia, udał się w stronę swego domu myśląc: 

Piękna kobieta. Przypomniał sobie, że Dominikowa miała piętnaście morgów ziemi, po czym 

szybko policzył, że na każde z jej dzieci (dwóch synów i córka) przypadało po pięć morgów. 

Rachował,  jakie  korzyści  przyniósłby  mu  ożenek.  Jej  pole  graniczyło  z  jego  polem.                    

Po  ślubie  połączyłby  wszystko  (miałby  aż  trzydzieści  pięć  morgów  ziemi  –  przewyższałby         

go  jedynie  młynarz),  a  Jagna  w  wianie  wniosłaby  spłatę  za  opuszczaną  chałupę                            

i  pozostawiony  braciom  inwentarz.  Posiałby  na  Jagninych  morgach  pszenicę,  dokupiłby 

konie,  a  krowę  żona  wniosłaby  w  posagu.  Gdy  zasypiał,  snuł  rozmyślania  o  Jagnie.             

Zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  co  mówili  o  niej  mieszkańcy  wsi,  dlatego  zastanawiał  się,              

jak  zareagowałyby  dzieci  na  wieść  o  ponownym  ożenku  starego  ojca.  W  końcu               

stwierdził,  że  nie  musi  przejmować  się  ich  reakcją,  ponieważ  wszystko  należało  do  niego. 

Jeżeli 

nie  zgodzą 

się  z 

jego 

decyzją, 

będą 

musieli 

opuścić 

chałupę.  

 

III 

Kuba,  starszy  parobek  Boryny,  wstał  skoro  świt.  Sypiał  w  stajni  razem  z  Witkiem. 

Wyjrzawszy  na  dwór,  dostrzegł  szron  i  poczuł  przejmujący  chłód.  Kuśtykając                     

(kiedyś  postrzelono  go  w  kolano)  podszedł  do  studni,  umył  się,  przygładził  włosy.                

Potem 

klęknął 

na 

progu 

stajni 

odmówił 

pacierz. 

 

U  Borynów  w  chałupie  jeszcze  spali.  Kuba  wyprowadził  wóz  ze  stodoły,  napoił  konie, 

podsypał  im  słomy.  Cały  czas  do  nich  mówił.  Potem  nakarmił  psa  Łapę  i  poszedł  obudzić 

młodego pastucha Witka. Przebudzony chłopak wstał, wyciągnął z jaskółczych gniazd małe 

ptaszki,  usiadł  pod  chałupą  i  wypuścił  je  z  rąk.  Zza  budynku  znienacka  wyszedł  Boryna  – 

background image

chwycił Witka za kark i bił go rzemiennym pasem krzycząc, że to przez niego stracił krowę:   

-  Takiś  to  pastuch,  co?  Tak  to  pilnujesz,  co?  Najlepsza  krowa  się  zmarnowała,  co?...  Ty 

znajdku, ty pokrako warsiaska! Ty! - I bił zapamiętale, gdzie popadło, aż rzemień świszczał,  

a chłopak wił się kiej piskorz  i  wrzeszczał:  - Nie bijta! Loboga! Zabije mię! Gospodarzu!...          

O  Jezu  ratujta....  Gospodarz  w  gniewie  wypomniał,  że  wziął  go  jako  znajdę  nie  po  to,  by 

zabijał  mu  bydło.  Witek  krzyczał  i  płakał,  a  gdy  przestały  padać  na  niego  mocne  razy  – 

uciekł. 

 

Po powrocie do izby Boryna ubierał się w milczeniu, zdenerwowany brakiem poszanowania 

ze  strony  domowników:  -  Widzi  mi  się,  co  bez  kijaszka  z  nimi  obyć  się  nie  obędzie,  bez 

twardego!  Dawno  się  im  to  należało,  zaraz  po  śmierci  nieboszczki,  kiej  kłyźnić  się  zaczęły          

o  gronta,  ale  się  jeszcze  wagował,  żeby  zgorszenia  we  wsi  nie  czy  nić.  Gospodarz  był 

przeciech nie leda jaki, na trzydziestu morgach, i z rodu nie bele chto - Boryna, wiadomo. Ale 

dobrością z nimi się nie skończy, nie!.... Przyszedł mu na myśl kowal (zięć), który podjudzał 

całą  wieś  przeciw  teściowi  za  to,  że  nie  odpisał  mu  sześciu  morgów  ziemi  i  morgi  lasu. 

 

Józka  wróciła  z  obory  i  zrobiła  śniadanie.  Otrzymała  również  polecenie,  by  zajęła                 

się  sprzedażą  mięsa  z  krowy,  ponieważ  ludzie  już  wiedzą  o  śmierci  bydlęcia                                 

i      będą    przychodzić.  Miała  zawołać  Jamrożego,  który  zasoli  i  przyprawi  resztę  mięsa,                            

po 

czym 

zanieść 

kawałek 

Magdzie 

(żona 

kowala).  

 

Na koniec  Boryna obiecał córce, iż przywiezie jej z miasta bułeczkę: - Hale, córuchno, hale! 

Pilnuj tutaj, a już ci bułeczkę przywiezę abo i co. Wsiadł na wóz i ruszył, a: We wsi poczynał 

się już zwykły ruch: poranek był jasny i chłodny, a że zaś przymrozek orzeźwił powietrze, to           

i  raźniej  się  poruszali,  i  zgiełkliwiej;  wychodzili  gromadnie  na  pola,  którzy  do  kopania  szli         

z  motyczkami  a  koszykami  na  ręku,  dojadając  śniadań;  którzy  z  pługiem  ciągnęli  na 

ścierniska; którzy. na wozach brony wieźli a worki pełne ziarna siewnego; którzy znów zasię 

wykręcali ku lasom z grabiami na ramionach, ściółkę grabić - że ino dudniło po obu stronach 

stawu i krzyk się wzmagał, bo drogi były zatłoczone bydłem ciągnącym na paszę, szczekaniem 

psów, pokrzykami, co wybuchały raz w raz z niskiej, ciężkiej kurzawy, jaka się była wznosiła  

z orosiałych dróg.  

Do Tymowa dojechał po ósmej. Zaraz obstąpili jego wóz Żydzi myśląc, że przywiózł coś na 

sprzedaż,  szybko  ich  jednak  odpędził.  Na  środku  placu  stało  już  kilka  wozów                               

background image

z  wyprzęgniętymi  końmi.  Boryna  zatrzymał  konia  i  poszedł  pod  budynek  sądu.  Gmach  był 

jeszcze zamknięty, lecz nie przeszkadzało to zebranemu tłumowi, który cierpliwie czekał na 

otwarcie.  W  tłumie  dostrzegł  Jewkę  z  dzieckiem  na  ręku  oraz  Dominikową  (matkę  Jagny). 

Gdy sądy się rozpoczęły, zaczęły się pojedyncze sprawy: o nieporządek na podwórzu, pobicie 

chłopaka  za  wypasanie  koni  kończyną.  I  tak  szła  sprawa  za  sprawą,  kieby  skiba  za  skibą, 

równo i dość spokojnie, czasem tylko podnosiły się skargi abo chlipanie, abo i przekleństwo 

(…).  Po  przerwie  swój  czas  otrzymała  sprawa  Boryny.  Jewka  posądzała  go  o  ojcostwo 

twierdząc,  że  była  kiedyś  w  jego  domu  służącą.  Wszystkie  zarzuty  mieli  potwierdzić  jej 

świadkowie.  Boryna  wszystkiemu  zaprzeczył  i  sprawa  nie  została  rozwiązana.  

 

Po opuszczeniu budynku gospodarz w towarzystwie Dominikowej i Szymka (jej syn) udał się 

do  karczmy  na  posiłek.  Dominikowa  wyznała,  że  oskarżycielkę  Boryny  do  wszystkiego 

podjudzili kowal (zięć Boryny) i młynarz, u którego obecnie służyła. To oni namawiali się na 

lipieckiego  gospodarza:  -  Tyla,  żeby  was  pokłyźnić  a  podać  na  pośmiewisko  i  umartwienie. 

Drugi człowiek jest taki, że z jenszego la samej uciechy pasy by darł. Kobieta poszła jeszcze 

pomodlić  się  do  klasztoru,  a  Boryna  kupił  córce  bułeczki.  Cała  trójka  wspólnie  wracała  do 

Lipiec.  Jazda  upływała  im  na  niezobowiązujących  rozmowach,  aż  w  końcu  Dominikowa 

powiedziała,  że  z  niego  jest  jeszcze  majętny  i  silny  chłop,  który  powinien  się  ożenić. 

Prorokowała, że kandydatek na pewno nie zabraknie, każda dziewucha  zgodzi się zostać jego 

żoną:  -  Zróbcie  ino  zapis,  a  i  co  najpierwsze  się  wama  nie  sprzeciwią....  

 

IV 

 Była  niedziela  -  cichy,  opajęczony  i  przesłoneczniony  dzień  wrześniowy.  Na  ściernisku  za 

stodołą  pasł  się  cały  inwentarz  Boryny  pod  okiem  Kuby  i  Witka,  uczącego  się  pacierza.  

Pilny  uczeń  zobaczył,  że  ludzie  idą  już  na  mszę  niedzielną  do  kościoła.  Dzwony  biły,  gdy 

Kuba nakazał Witkowi spędzić bydło do obór i iść do kaplicy, a sam wziął parę kuropatw za 

koszulę (upolował je w założonych sidłach) i udał się do księdza, któremu nieśmiało wręczył 

ptaki. Został zaproszony na plebanię, gdzie kapłan wręczył mu w podziękowaniu złotówkę. 

Kuba  był  mu  za  to  bardzo  wdzięczny  (kilka  razy  już  zanosił  kapłanowi  ptactwo,  zające, 

grzybki,  lecz  nigdy  dotąd  nie  dostał  zapłaty).  Ze  szczęścia  aż  się  popłakał. 

 

Potem poszedł na mszę, po niej uczestniczył w procesji. Kroczył tuż przy księdzu, nad którym 

najznamienitsi  mieszkańcy  wsi  (Boryna,  kowal,  wójt  i  Tomek  Kłąb)  nieśli  czerwony 

background image

 

W  niedzielę  u  Borynów  obiad  był  syty,  przyrządzany  przez  Józię:  (…)  bo  mięso  było,  była            

i  kapusta  z  grochem,  był  i  rosół  z  ziemniakami,  a  na  amen  postawili  niezgorszą  miseczkę 

kaszy jęczmiennej, uprażonej ze słoniną”. Po posiłku każdy wrócił do swych zajęć, oddając 

się najpierw krótkiej chwili odpoczynku. Kuba położył się pod brogiem (stóg siana), a Hanka 

z dziećmi i Antkiem poszli między pola na spacer, rozmawiając po drodze o swej przyszłości. 

Stwierdzili,  iż gdyby mieli trzy krowy i  jednego konia, poszliby wówczas na gospodarstwo 

Hanki,  która  w  wianie  dostała  trzy  morgi  (niestety,  była  to  nędzna  ziemia).  

 

Młody Boryna rzekł, iż po matce należy mu się od ojca osiem morgów pola. Marzył o chwili, 

gdy  spłaci  rodzinę  (kowala,  Grzelę  –  brata  przebywającego  akurat  w  wojsku  oraz  Józkę)             

i  pozostaje  na  ojcowiźnie.  Małżonkowie  ubolewali,  że  mimo  ciężkiej  pracy  nie  mają  nic 

swojego.  Żalili  się  do  siebie  na  starego  Borynę,  który  posyłał  Grzeli  do  wojska  pieniądze,             

a  ubrania  po  matce  przechowywał  w  skrzyni,  nie  chcąc  dać  nic  nikomu.  

 

Po tej  rozmowie Antek udał  się samotnie do wsi, nie pozwalając żonie pójść na pogaduszki 

do  sąsiadek,  więc  wróciła  na  podwórko.  Zastanawiała  się  nad  powodami  częstych  zmian 

nastroju  męża,  który  raz  był  na  nią  zły,  a  innym  razem  niezwykle  sympatyczny.  Chciała 

usiąść przy Kubie, lecz on wstał i udał się karczmy. Zamówił u Jankiela wódkę. Złotówkę od 

księdza szybko wydał na kolejne trunki, by w końcu zamawiać na kredyt. W trakcie rozmowy 

baldachim.  Z  wrażenia,  że  idzie  tak  blisko  księdza,  wchodził  ludziom  pod  nogi,  czym 

sprowadzał na siebie przezwiska niedojda, kulas, jednak udawał, że te słowa nie jego dotyczą. 

Po  nabożeństwie,  jak  każdej  niedzieli,  ludzie  poszli  na  cmentarz  przy  kościele.  

 

Dominikowa szła z Jagusią, a czas upływał im na rozmowie z licznymi krewnymi (w Lipcach 

prawie  wszyscy  byli  spokrewnieni,  a  rozmowa  po  mszy  była  zwyczajem).  Kobiety                      

z  zazdrością  spoglądały  na  Jagnę:  (…)  abych  nasycić  oczy  tym  jej  wełniakiem  pasiastym                

i  sutym,  co  jak  tęczą  mazurską  mienił  się  na  niej,  to  na  jej  czarne  trzewiki  wysokie, 

zasznurowane  aż  po  białą  pończochę  czerwonymi  sznurowadłami,  to  na  gorset  z  zielonego 

aksamitu, tak wyszyty złotem, że aż się w oczach mieniło, to na sznury bursztynów i korali, co 

otaczały jej, białą, pełną szyję - pęk różnobarwnych wstążek zwieszał się od nich na plecach              

i gdy szła, wił się za nią niby tęcza. Kuba też był zauroczony Jagusią, lecz musiał wracać do 

domu na obiad i do dalszej pracy. 

background image

z  Jankielem,  proponującym  parobkowi  nieuczciwe  postępowanie  względem  pracodawcy, 

okazało  się, iż Kuba jest bardzo lojalny. Mężczyźni  w końcu pokłócili się i  parobek zasnął            

kącie.  

 

Do  karczmy  przychodzili  kolejni  mieszkańcy  wsi.  Zapalili  światło  i  w  dźwiękach  muzyki 

oddali się tańcom, pogawędkom, piciu. Było tak jak w każdą niedzielę. Wśród gości wyliczyć 

można  Franka  młynarczyka,  rozrabiakę  i  hulakę,  którego  ksiądz  bezskutecznie  z  ambony 

namawiał do ożenku z ciężarną Magdą – służącą organistów (Franek wymawiał się tym, iż na 

jesieni  miał  iść  do  wojska,  dlatego  też  żona  nie  była  mu  do  niczego  potrzebna).  

 

Podpita  Jagustyna  namawiała  ludzi  do  zabawy,  a  potem  poszła  do  alkierza,  gdzie  zastała 

kowala,  Antka  i  kilku  młodszych  gospodarzy.  Zaczęła  wtrącać  się  do  rozmowy,  w  wyniku 

czego  kowal  wyrzucił  ją  do  dużej  izby.  Zapadała  już  późna  noc  Ludzie  pomału  opuszczali 

karczmę. Niedziela dobiegła końca.  

 

Nadchodziła  jesień.  Pod  wieczór  często  podały  zimne  deszcze.  Bociek  z  przetrąconym 

skrzydłem, który nie odleciał do ciepłych krajów, chodził po łąkach. Pojawiał się czasem na 

podwórzu  Borynów,  gdzie  Witek  rzucał  mu  jedzenie.  Coraz  więcej  „dziadów”  żebrzących 

chodziło po wsi od domu do domu. Niektórzy opowiadali, że przychodzą ze świętych miejsc 

–  z  Częstochowy  i  Kalwarii,  chwaląc  się  tym,  co  widzieli  i  co  przeżyli.  We  wsi                         

nie 

słychać 

już 

było 

przyśpiewów, 

ludzie 

siedzieli 

izbach.  

 

Mieszkańcy  Lipiec  wybierali  się  za  parę  dni  na  coroczny  jarmark  na  świętą  Kordulę,           

bojąc się o stan dróg (wskutek deszczów mogły  rozmięknąć). Na długo  przed tym  świętem 

planowali, co by tu sprzedać z inwentarza, z ziarna czy przychówku, by w zamian kupić na 

straganach  przyodziewek  i  sprzęty  gospodarskie.  Gorące  przygotowania  również  były 

udziałem  Borynów.  Maciej  z  Kubą  kończyli  młócenie  pszenicy,  Hanka  z  Józką            

podkarmiały  maciorę  i  gąski  (by  drożej  je  sprzedać),  a  Antek  z  Witkiem  jeździli                   

do  boru  po  susz    na  ogień    i  ściółkę  do  obory  i  na  ogacenie  ścian  chałupy.  

 

Następnego  dnia  wraz  ze  świtem  ludzie  podążali  do  Tymowa  na  oczekiwany  jarmark. 

Topolową  drogą  poruszał  się  wolno  sznur  wozów.  Nie  wszyscy  jednak  mieli  możliwość 

background image

jazdy, ponieważ na wozach umieszczono inwentarz na sprzedaż. Gospodarze i komornicy szli 

piechotą.  Co  biedniejsi  ciągnęli  za  sobą  uwiązane  na  sznurkach  świnie,  barany,  krowy. 

Również  parobcy  podążali  na  jarmark,  który  był  także  miejscem  załatwienia  nowej  pracy, 

znalezienia  ciekawej  oferty.  Lipce  nagle  opustoszały,  zdawało  się,  iż  nikt  ich  nie 

zamieszkuje…  Maciej  Boryna  pozostawił  w  domu  Kubę  płaczącego  z  powodu 

uniemożliwienia  mu  podróżny  na  jarmark,  Witka  i  Jagustynkę,  która  otrzymała  polecenia 

przygotowania posiłku i wydojenia krów. 

Gospodarz  szedł  piechotą,  mając  nadzieję,  iż  uda  mu  się  dosiąść  do  któregoś  z  sąsiadów 

(rodzina  pojechała  wcześniej  wozem).  Nie  pomylił  się  –  do  swej  bryczki  zaprosił  go 

organista.  Była  tam  już  organiścina  wraz  z  synem  Jasiem,  który  specjalnie  przyjechał  ze 

szkoły na święto. W przyszłości miał zostać księdzem. W trakcie jazdy minęli Dominikową, 

Jagnę  i  Szymka,  którzy  również  jechali  wozem  (wraz  z  inwentarzem).  Po  wzajemnym 

pozdrowieniu  młody  organista  zdawał  się  być  niezwykle  zachwycony  urodą  Jagusi.               

Kiedy  dojechali  do  miasteczka,  Maciej  podziękował  za  podwiezienie,  po  czym                    

poszedł  szukać  swej  rodziny.  Przeciskał  się  przez  tłum,  zatłoczone  ulice,  mijał  place,            

zaułki,  pełne  wozów  i  przeróżnych  towarów.  Na  poklasztornym  rynku  stały  kramy 

obwieszone  paciorkami,  lusterkami,  wstążkami.  Dalej  sprzedawano  święte  obrazy.  

 

Kupił  Józce  chustkę  na  głowę  (obiecał  ją  córce  już  na  wiosnę),  potem  przepychał  się  do 

targowiska  za  klasztorem,  mijając  po  drodze  wysokie  drewniane  kozły,  na  których  wisiały 

szeregi  butów.  Widział  rymarzy,  kołodziejów,  garbarzy,  krawców.  Mijał  stoły  zapchane 

kiełbasami, boczkami, szynkami. Piekarze prosto z wozów sprzedawali placki, chleb i bułki. 

Ustawiono też kramy z książkami i zabawkami. Pośrodku rynku, dookoła drzew rozłożyli się 

ze  swymi  towarami  bednarze,  blacharze  i  garncarze,  za  nimi  stali  stolarze  z  pięknie 

wykonanymi  meblami.  Wszyscy  zachwalali  towary  wystawione  na  sprzedaż.  Na  wozach 

kobiety sprzedawały cebulę, jajka, masło. Można było nawet kupić gorącą kiełbasę i herbatę. 

Dobrą atmosferę psuł widok ślepych, kulawych, niemych „dziadów” żebrzących pod murami 

katedry.  

 

Boryna  w  końcu  odnalazł  Józkę  i  Hankę,  którym  nie  udało  się  jeszcze  sprzedać  maciory  – 

ludzie  ciągle  targowali  cenę.  W  tłumie  dostrzegł  Jagnę  stojącą  wśród  wozów,  lecz  gdy                

w  końcu  udało  mu  się  dotrzeć  w  to  miejsce  –  już  jej  nie  było.  Odnalazł  za  to  Antka 

siedzącego  na  workach  pszenicy,  o  którą  targowali  się  kupcy.  Gdy  syn  poprosił                    

background image

Macieja    o  złotówkę  (chciał  się  napić  i  coś  zjeść),  zaczął  mu  wypominać,  że                         

patrzy 

jedynie 

na 

jego 

pieniądze, 

lecz 

końcu 

zgodził 

się.  

 

W Tymowie Boryna udał się do alkierza zajmowanego przez pisarza z prośbą o sporządzenie 

skargi sądowej na dziedzica. Oskarżał go o to, iż borowy pobił Witka i przepędził jego krowę, 

wskutek czego zdechła. Maciej nie zamierzał darować dziedzicowi swej krzywdy. Domagał 

się pokrycia wszelkich poniesionych strat. Potem spotkał Jagnę mierzącą na jednym ze stoisk 

czapkę,  którą  chciała  kupić  bratu.  Zaczął  szeptać  czułe,  niewinne  słówka,  patrząc  jej 

namiętnie  w  oczy.  Gdy  odeszła  od  kramu,  torował  jej  przejście  w  tłumie.  Przy  jednym  ze 

stoisk Jagna zachwyciła  się chustkami i  wstążkami, co spowodowało,  że Boryna  gotów był 

zapłacić za wszystko, co tylko dziewczyna wybierze.  

 

Nie przyjąwszy propozycji, córka Dominikowej poszła dalej. Nie przeszkodziło to skąpemu 

zazwyczaj Maciejowi w zakupie prezentu i dogonieniu panny. Stanęli przy kramie z koralami 

i  paciorkami,  które  Jagusia  zaczęła  mierzyć.  Wówczas  usłyszała  od  adoratora,  że  po 

nieboszczce  żonie  ma  on  w  skrzyni  aż  osiem  par  korali.  Gdy  usiedli,  Maciej  patrzył 

zachwycony  na  jej  urodę,  zdrowie  i  młodość.  Spytał,  czy  wybrała  już  któregoś  z  licznych 

adoratorów,  na  co  odparła,  że  nikogo  jeszcze  nie  przyjęła.  Wtedy  ofiarował  jej  chustkę                    

i  wstążkę,  co  spowodowało  rumieniec  zaskoczenia  i  szczęścia  na  twarzy  dziewczyny.  

 

Zakochany  Boryna  nie  zauważył  jej  jaśniejących  oczu,  gdy  na  pożegnanie  wspomniał                  

o Antku. Jagna udała się na poszukiwanie matki. Przy klasztornym murze dostrzegła żebrzącą 

Agatę  siedzącą  na  słomie.  Staruszka  zapytała  Jagnę  o  Lipce  i  rodzinę  Kłąbów,  czym 

wywołała zdziwienie rozmówczyni  (przecież Kłębowie wygnali Agatę, a  ta o nich pytała!). 

Tymczasem  Boryna  po  rozstaniu  z  Jagną  spotkał  swego  zięcia  kowala  domagającego  się 

ponownie przepisania większej liczby morgów na rzecz żony. Czekał na to cztery lata. Mimo 

że  straszył  sądem,  Maciej  po  raz  kolejny  odmówił.  Jeszcze  nie  umiera  i  nie  musi  nic 

przepisywać.  Kowal  zdał  sobie  sprawę,  że  złością  nic  nie  wskóra,  więc  zmienił  taktykę. 

Zaczął prosić, by teść postawił mu wódkę, na co ten przystał. Przy alkoholu zięć ponownie 

zapytał o przepisanie i spłaty. Mężczyźni rozeszli się. Boryna powrócił do Antka. 

Jarmark  dobiegał  końca.  Zaczął  padać  deszcz.  W  tak  uciążliwej  aurze  ludzie  zwijali  kramy              

i  odjeżdżali  do  domów.  Miasteczko  pustoszało  i  milkło.  Jedynie  bezdomnym  żebrakom. 

nigdzie się nie spieszyło. Borynowie wracali do Lipiec pustym wozem, ponieważ udało im się 

background image

sprzedać  cały  inwentarz.  Kupili  wiele  rzeczy  niezbędnych  do  prowadzenia  gospodarstwa. 

Zapadał zimny wieczór. Antek popędzał konie. Gdy dojeżdżali do lasu: Ciemno było, że choć 

oko wykol; deszcz padał coraz grubszy i gdzieniegdzie po drodze rozlegały się turkoty wozów 

i  ochrypłe  śpiewy  pijaków,  albo  i  ktosik  człapał  się  wolno  po  błocie.  A środkiem  topolowej 

drogi,  co  ino  szumiała  głucho  i  pojękiwała  jakby  z  zimna.  Minęli  na  drodze  pijanego 

Jambrożego, który śpiewał najgłośniej jak tylko mógł. Plucha szła taka i ciemność, że koniom 

ogonów nie rozeznał, a i światła wsi widziały się ledwie jako to wilczych ślepiów migotanie. 

 

VI 

 

Cały  czas  padały  deszcze.  Nadchodziła  jesienna  szaruga.  Dni  stawały  się  coraz  krótsze. 

Skłębione  chmury,  pociemniałe  pola,  wszędzie  błoto.  Z  drzew  opadały  ostatnie  liście. 

Przerażająca  cichość  ogarnęła  ziemię.  Umilkły  pola,  przycichły  wsie,  ogłuchły  bory.  Wsie 

poczerniały  i  jakby  silniej  przywarły  do  ziemi,  do  płotów,  do  tych  sadów  nagich, 

poskręcanych  i  jęczących  z  cicha.  Nadszedł  czas  zbierania  i  zwożenia  kapusty  z  pól.  Przed 

chałupami przygotowywano beczki do jej kiszenia. Wyciętą kapustę wrzucano na stojące na 

polu  wozy,  na  które  przenoszono  ją  na  specjalnych  płachtach.  Pracowała  cała  wieś.  

 

Pole Dominikowej sąsiadowało z polem Borynów. Józka z Hanką, Kubą i Jagustynkę również 

zbierali kapustę. Wóz Paczesiów był  już pełen  kapusty, więc jego właściciele pożegnali się         

z sąsiadami i ruszyli do domu. Konia prowadził Szymek, a Jagna, zmęczona i przemoczona 

do suchej nitki, cieszyła się z końca pracy. Zapadał mrok. Pod ogromnym ciężarem ich wóz 

utknął  w  błocie.  Z  mgły  wyłonił  się  na  szczęście  Antek,  który  pomógł  przepchać  wóz               

i odprowadził do młyna. Szedł obok Jagny za wozem i ta chwila samotności spowodowała, ze 

zaprosił  dziewczynę  do  Kłąbów  na  niedzielne  tańce,  na  które  załatwił  skrzypka.  Panna 

obiecała, że zjawi się, jeżeli tylko otrzyma pozwolenie matki. Gdy odszedł, Jagna nadal miała 

przed  oczami  pożądliwy  wzrok  przystojnego  mężczyzny.  Zalewała  ją  fala  gorąca.  Była 

pewna, że drugiego takiego Antka nie ma na świecie. Ilekroć go widziała, nie wiedziała, co 

się działo z jej ciałem.  

 

Po  powrocie  do  chałupy  i  po  kolacji  Jagna  z  matką  zasiadły  do  kądzieli,  a  synowie 

Dominikowej zajęli się sprzątaniem (matka tak ich wychowała, że zajmowali się wszystkimi 

domowymi obowiązkami). Jambroży (uczestnik wieczerzy) oznajmił, że ktoś chce starać się  

background image

o rękę Jagusi i pragnął przysłać swata z wódką, lecz ponieważ jest bardzo strachliwy, boi się 

odmowy  matki  dziewczyny.  W  końcu  starzec  uchylił  rąbka  tajemnicy,  zdradzając,  że  tym 

kimś jest bogaty gospodarz, wdowiec. Dominikowa oznajmiła, że nie odda córki do „cudzej 

chałupy”  i  „cudzych  dzieci”,  podkreślając,  że  zaopatrzyła  Jagnę  we  własne  morgi.  

 

Domyśliła  się,  że  chodziło  o  starego  Borynę.  Choć  Jambroży  zapewniał,  że  dziewczyna 

miałaby  dobre  i  dostatnie  życie,  dopiero  wzmianka  o  zapisie  ziemi  poskutkowała  – 

Dominikowa  oczyma  wyobraźni  widziała  już  swoje  pole  powiększone  o  sąsiednie 

gospodarstwo Boryny. Zapytana o zdanie córka odpowiedziała, że wypełni jej wolę. Kobieta 

zezwoliła Jambrożemu na przekazanie wieści Borynie, który mógł przysłać swata. Po wyjściu 

gościa Jagna zapatrzyła się w okno i zamyśliła nad swym losem, nad wygodnym życiem pod 

opieką  matki.  Dotąd  robiła,  co  chciała,  nienarażona  na  przykre  słowa  czy  uwagi,  z  dala  od 

morgów i majątków. Choć mogła być żoną każdego kawalera ze wsi, zamierzała posłuchać 

rady matki. 

W  chwilę  potem  przyszła  Józka  z  zaproszeniem  na  jutrzejszy  dzień,  na  wspólne  obieranie 

kapusty  w  domu  Borynów.  Miało  się  tam  zebrać  dużo  wiejskich  dziewczyn  i  chłopaków. 

Jagna się chętnie zgodziła. Dominikowa zaczęła śpiewać pieśni, w czym wtórowały jej dzieci.  

 

VII 

 

Nazajutrz  aura  nie  sprzyjała  zabawom  i  rozmowom.  Z  powodu  padającego  deszczu  ludzie 

siedzieli  w  swych  chałupach.  Jagna  nie  mogła  doczekać  się  wieczoru,  kiedy  miała  iść  do 

Borynów. Nikt nie przeszkadzał jej w planowaniu rozmaitych wariantów spotkania, ponieważ 

Dominikowa 

została 

wezwana 

do 

rodzącej 

kobiety, 

bracia 

pracowali.  

 

Do Jagny przyszedł parobek Mateusz – przystojny, silny trzydziestoletni kawaler. Wzbudził 

zmieszanie w zachwyconej wizytą Jagusi, która zapytała, gdzie przebywał przez ostatnie pół 

roku.  Odpowiedziawszy,  że  pracował  u  ludzi  „w  świecie”,  zaczął  gwałtownie  całować 

zaskoczoną dziewczynę. Zawstydziło go dopiero wejście do izby Jędrzycha (brata Jagusi). Po 

jakimś  czasie  wróciła  również  Dominikowa,  która  zakomunikowała,  by  nie  przychodził 

więcej  do  jej  córki  i  dał  jej  spokój,  po  czym  wygnała  go  ze  swej  chałupy.  Zaczęła  też 

krzyczeć na Jagnę, wypominając ostro jej wcześniejsze „latanie” z Mateuszem „po sadach”. 

Ostrzegła  jednocześnie,  że  ludzie  ponownie  mogą  zacząć  o  niej  plotkować.  Wskutek  tego 

background image

zajścia 

dziewczyna 

wybuchła 

płaczem, 

co 

spowodowało, 

że 

matka, 

by                                          

ją 

uspokoić, 

pozwoliła 

córce 

zostać 

Borynów 

aż 

do 

północy.  

 

Pięknie wystrojona, szybko udała się do sąsiedniego gospodarstwa, w którym zastała już dużo 

pracujących osób. Pojawił się tam dobrze znany w Lipcach wędrowiec Roch, który zabawiał 

towarzystwo barwnymi opowieściami. Szczególną uwagę wzbudziła legenda o Jezusie i jego 

psu, który bardziej kochał Pana i troszczył się o Niego niż wyznawcy. Gdy w nocy Jagusia 

wracała  samotnie  do  domu,  pojawił  się  przed  nią  ukryty  w  krzakach…  Antek.  Objął  ją 

mocno, a gdy nie poczuł żadnego oporu, razem skryli się w bujnych zaroślach.  

 

VIII 

 

Nazajutrz  Lipce  obiegła  wieść  o  Borynowych  zmówinach  z  Jagną.  Rozpowiedziała  to  żona 

wójta. Jedynie dzieci Macieja nic nie wiedziały o planach ojca. Stary Boryna od rana chodził 

zły i zdenerwowany. Skrzyczał Witka, że nie podrzucił słomy krowom, jak zwykle pokłócił 

się z Antkiem. Jagustynka wyznała gospodarzowi, że popiera jego pomysł ożenku. Radziła, 

by  nie  przejmował  się  dziećmi,  bo  one  i  tak  odpłacą  mu  złym,  tak  samo  jak  jej.  Nie  chcąc 

dłużej wysłuchiwać tych żalów, gospodarz udał się do wójta. Wraz z nim i ze swym kumem - 

sołtysem  Szymonem  poszli  do  karczmy,  gdzie  wypili  po  kieliszku.  Maciej  dał  im  butelkę 

gorzałki  i  nakazał  pójść  do  Dominikowej  mówiąc,  iż  poczeka  na  ich  powrót.  

 

Mężczyźni, po dotarciu do chałupy Paczesiów, weszli do czystej i ciepłej izby. Stara kobieta 

przywitała ich  grzecznie, udając zdziwienie. Dowiedziała się, w czyim imieniu przychodzą. 

Stwierdziła, że jej córka ma dopiero dziewiętnaście lat, a  Boryna jest już stary i  ma dzieci. 

Zapewniała,  iż  nie  odda  córki  do  cudzej  chałupy  na  poniewierkę.  Dopiero  gdy  wójt 

poczęstował  ją  alkoholem,  stronom  udało  się  ustalić  szczegóły  małżeństwa.  Dominikowa         

z  synami  i  Jagną  poszli  w  towarzystwie  wójta  i  sołtysa  na  zmówiny  do  karczmy,  w  której 

czekał Boryna. Nie mógł się nadziwić pięknu narzeczonej. Jankiel zaczął wystawiać jedzenie 

i napoje, grała muzyka. Za wszystko oczywiście płacił Boryna, który szeptał Jagnie do ucha 

czułe  słówka,  obiecując,  że  nie  zabraknie  jej  ptasiego  mleka.  Jagna  była  smutna.  Siedziała          

w milczeniu, słuchając słów trzy razy starszego od niej narzeczonego. Dominikowa ponownie 

rozpoczęła  targi  z  przyszłym  zięciem.  Po  długich  namowach  Boryna  zgodził  się  na  jej 

warunki. 

background image

Ustalono, że w sobotę para da na zapowiedzi, a Maciej pojedzie do miasta i zrobi zapis na 

Jagusię. Ta podziękowała mu, wypełniając wolę matki. W karczmie było coraz więcej ludzi: 

wszyscy jedli, pili, a płacił…Maciej Boryna. Był tak oczarowany swoją narzeczoną, że mimo 

wrodzonej  oszczędności  teraz  nie  liczył  się  z  groszem.  Dominikowa,  pożegnawszy  się                

z  przyszłym  zięciem,  zabrała  córkę  i  pijanych  synów  odmawiających  powrotu,  lecz 

obawiających  się  gniewu  matki.  Gdy  opuścili  pomieszczenie,  do  karczmy  wszedł  młynarz             

z  nowiną,  że  dziedzic  sprzedał  porębę  na  Wilczych  Dołach.  Wówczas  Maciej                             

chłopami 

odgrażali 

się 

dworowi. 

Przyrzekli, 

iż 

nie 

oddadzą 

lasu.  

 

IX 

 

Upłynęło  parę  dni  od  zmówin  Jagny  i  Macieja.  Deszcze  w  końcu  ustały  i  przyszedł  Dzień 

Zaduszny. W Lipcach od rana bezustannie biły kościelne dzwony. Ich dźwięk unosił się nad 

polami,  lasami  i  przyległymi  wioskami.  Do  wsi  przylatywało  ptactwo  -  znak  nadchodzącej 

srogiej  zimy.  Obsiadało  przykościelne  lipy,  cmentarne  drzewa.  Starsi  ludzie  zapewniali,            

iż 

nigdy 

nie 

widzieli 

tej 

porze 

roku 

aż 

tyle 

ptactwa.  

 

W  ostatnią  niedzielę  mieszkańcy  Lipiec  usłyszeli  w  kościele  pierwsze  zapowiedzi  o  ślubie. 

Narzeczeństwo w sobotę pojechało do urzędującego w mieście rejenta, gdzie Boryna zapisał 

ukochanej  obiecane  sześć  morgów  pola.  Teraz  całe  dnie  przesiadywał  u  Jagusi.  Zawsze 

ubrany  w  odświętnie,  nie  przejmował  się  gospodarstwem;  do  domu  przychodził  jedynie  na 

noc,  często  pod  wpływem  alkoholu.  W  domu  u  Borynów  panowała  cisza.  Józka  całe                  

dnie  snuła  się  po  izbie,  Antek  przestał  jeść  i  spać,  zatykał  usta,  by  nie  krzyczeć.                

Serce  mu  pękało,    a  dusza  bolała.  Drzwi  od  obór  i  chlewów  stały  otworem,                      

inwentarz  chodził  po  sadzie,  lecz  starego  Borynę  to  zupełnie  nie  obchodziło.  

 

Po  śniadaniu  Kuba  i  Witek  udali  się  do  kościoła.  Chłopak  szedł  boso  (nie  miał  butów)                  

i głośno dzielił się swymi planami z rozmówcą. Gdy dorośnie, zamierza jechać do Warszawy, 

nająć się jako parobek do pracy przy koniach i kupić sobie buty. Zbliżywszy się do kościoła, 

po obu stronach drogi zobaczyli głośno modlących się żebraków. Weszli w końcu do zakrystii 

i z trudem dostali się do otoczonego grupką ludzi organisty, który przyjmował pieniądze na 

„wypominki” za dusze zmarłych, brał za to po sześć groszy, a imię nieboszczyka zapisywał  

w specjalnym  zeszycie.  Gdy  Kuba podał  imiona bliskich i  zapłacił, czekał  na Witka:  Witek 

background image

ostał nieco w tyle, że go to po bosych nogach srodze deptali, ale się pchał, jak mógł, choć ta i 

niejeden burknął, że to się to pod łokcie ciśnie a starszym zastąpia, pieniądze w garści ściskał 

- dopiero kiej go dopchnęli do stołu, wprost organisty, zapomniał języka w gębie... (…)A on 

co?...  Wie  to,  kto  jego  mać?  Kto  ojciec?...  Wie?...  Ma  to  dać  za  kogo?...  Jezu  mój! 

Jezusiczku... to ino gębę szeroko otworzył i te oczy modre i stojał nieruchawy jako ten głupi i 

serce mu się skurczyło z bolenia, że ledwie zipał, ledwie mógł złapać tego dechu... i tak mu się 

ckno zrobiło  w dołku, jakby już  miał  ostatnią  parę puścić...  (…)i  tak się  trząsł  w sobie, tak 

dygotał każdą kosteczką, że ani zębów zewrzeć nie mógł, ani ustoić prosto; przysiadł w kącie 

na  podłodze,  od  oczów  ludzkich,  i  płakał  rzewnymi,  sierocymi  łzami..:  -  Matulu!  Matulu!  - 

skamlało  w nim  cosik i  oździerało  mu duszę do  dna. A pomiarkować nie mógł ni  rozeznać, 

czemu  to  wszyscy  ojców  mają,  matki  mają,  a  on  jeden  sierota,  on  jeden  tylko,  on  jeden....             

W  końcu  podał  pierwsze  imiona,  które  przyszły  mu  do  głowy,  zapłacił  zarobionymi  od 

Boryny  pieniędzmi  i  odszedł.  Wraz  z  Kubą  udał  się  za  kościół,  gdzie  ksiądz  wyczytywał 

imiona zmarłych dusz, za które wszyscy zebrani się modlili.  

 

Po  południu  w  Dzień  Zaduszny  co  roku  w  cmentarnej  kaplicy  odprawiano  nieszpory. 

Borynowie również się tam udali. Na cmentarzu przy wejściu stały beczki. Jedna należała do 

księdza,  druga  do  organisty,  trzecia  do  Jambrożego,  a  reszta  do  żebraków.  Każdy                    

z przychodzących musiał coś do każdej wrzucić, na przykład chleb, kiełbasę, słoninę, masło, 

grzyby,  a  nawet  motki  przędzy  (co  najlepsze,  dostawało  się  księdzu,  co  najgorsze  – 

żebrakom).  Ludzie,  szepcząc  i  płacząc,  chodzili  wśród  mogił.  Opuszczali  cmentarz, 

popędzani  nadchodzącą  nocą.  Żebracze  śpiewy  umilkły,  a  wycie  psów  rozbrzmiewało             

w  całych  Lipcach.  Drogi  opustoszały,  karczmę  zamknięto.  Mieszkańcy  wsi  oddawali  się 

zadumie w zaciszu swych domów.  

 

U Antka w izbie siedzieli Roch, Jambroży, Jagustynka, Kłąb, Kuba z Witkiem  – zabrakło 

jedynie  Boryny,  spędzającego  czas  w  chacie  Jagusi.  Wszyscy  zajmowali  ławy  przed 

kominem,  a  każdy  z  nich  na  swój  sposób  myślał  o  mijającym  Dniu  Zadusznym.  

 

X 

 

Antek poszedł do księdza po radę w sprawie decyzji ojca, który zapisał ziemię Jagnie. Nie był 

jednak zadowolony z wizyty - usłyszał, że ma słuchać ojca, bo sprzeciw to grzech śmiertelny. 

background image

Doszli do karczmy. Ksiądz zapytał, czemu siedzi tam tak dużo „pijasów” (pijanych chłopów), 

na  co  usłyszał,  że  zebrali  się  w  sprawie  planowanej  sprzedaży  lasów  przez  dziedzica.            

Boryna  zarzekał  się,  że  jeśli  trzeba  będzie,  pójdzie  po  sprawiedliwość  do  sądu,                              

nawet 

weźmie 

siekierę 

sam 

obroni 

bór 

przed 

wycinką.  

 

Pozostawiwszy  księdza,  Antek  zaszedł  do  kowala,  któremu  poskarżył  się  na  radę 

duchownego.  Odgrażał  się,  że  jeżeli  trzeba  będzie,  pójdzie  do  sądu  po  sprawiedliwość. 

Usłyszał, by nie straszył, bo w przeciwnym razie ojciec wygoni go z chałupy. Do mężczyzn 

dołączył wójt, on również bronił starego Boryny. Antek w szale gniewu wykrzyczał, że wójt 

przepija  gromadzkie  pieniądze,  a  z  dziedzicem  na  pewno  zawarł  jakiś  układ  w  sprawie 

sprzedaży lasu. Młody Boryna zamierzył się nawet na zaskoczonego urzędnika, lecz w jego 

obronie stanął kowal. Wściekły Antek opuścił towarzystwo myśląc, że wszyscy są przeciwko 

niemu.  Następnego  dnia  rano  odwiedził  kowala  z  przeprosinami  za  wczorajszy  wieczór                  

i  dowiedział  się,  że  po  południu  starego  Borynę  odwiedzi  kowalowa.  Może  uda  się  jej                   

w  dobrej  atmosferze  rozmówić  z  Maciejem  w  sprawie  zapisu  poczynionego  Jagnie. 

 

Antek po powrocie od szwagra, którego nie lubił (nazywał go judaszem i skąpcem), zajrzał do 

izby  Boryny,  w  której  zastał  około  dwadzieścioro  wiejskich  dzieci  uczonych  przez  Rocha.           

W swej części domu spotkał ojca Hanki. Stary, schorowany Bylica po obfitym posiłku zaczął 

użalać  się  na  swą  drugą  córkę  Weronkę,  z  którą  mieszkał  (nie  dawała  ojcu  jeść,  zabrała 

pierzynę, nie chciała dawać drzewa na opał, stale wysyłała go na żebry). Hanka była skłócona 

z siostrą za to, że po śmierci zagarnęła wszystkie matczyne pamiątki, nie wywiązując się przy 

tym  z  opieki  nad  ojcem.  Gdy  zaczęła  oskarżać  Weronkę,  w  obronie  córki  stanął  Bylica, 

usprawiedliwiając złe postępowanie kłopotami z wieloma dziećmi i problemami finansowymi 

(jej mąż zarabiał czterdzieści groszy dziennie u organisty przy młóceniu).  

 

 

Po  południu  przyszła  kowalowa  wraz  z  dziećmi,  gotowa  czekać  na  powrót  ojca  nawet  do 

wieczora. W tym czasie z wiejskimi nowinami przybiegła Jagustyna, informując, iż Maciej na 

wesele  zaprosił  organistów,  księdza,  młynarza  –  zapowiadało  się  najbogatsze  wesele                   

Lipcach.  

 

Po powrocie stary Boryna usłyszał od swoich starszych dzieci - Antka i Magdy „radę” - by 

background image

XI 

 

Nadszedł  dzień  ślubu  Jagny.  Przygotowania  do  wesela  wymagały  jeszcze  sporo  pracy. 

Wcześniej  wybielono  wapnem  cały  dom  (na  zewnątrz  i  w  środku),  ustrojono  gałęziami 

świerczyny  jego  zewnętrzne  ściany,  opłotki  udekorowano  jedliną  –  pachniało  jak  w  lesie. 

Jagna  w  tak  szczególnym  dniu  była  smutna.  Myślała  o  Antku,  nie  mogąc  uwierzyć,  że 

podczas bójki z ojcem powiedział o niej tak niesprawiedliwe słowa, które donieśli jej ludzie.  

 

Pomału  zaczęli  się  schodzić  pierwsi  goście,  zaproszeni  nawet  z  okolicznych  wiosek. 

Przychodziły  kumy,  krewniaczki  i  dawnym  obyczajem  znosiły  kury,  chleby,  placki,  mąkę,            

a nawet i srebrnego rubla. Wszystko to w podzięce za zaproszenie, by wynagrodzić gospodyni 

poniesione 

straty. 

Kobiety 

„przepijały”  z  gospodynią  po  kieliszku  gorzałki. 

 

Muzykanci wyszli w tym czasie z chałupy wójta na drogę. Instrumenty przystroili wstążkami, 

prowadząc  sześciu  drużbów  Boryny.  Potem  wrócili  po  pana  młodego,  który  pojawił  się 

wygolony,  weselnie  przystrojony  i  dał  się  poprowadzić  do  domu  narzeczonej.  Wszyscy 

śpiewali, a wieś się przyglądała i  podziwiała. Dominikowa z synami witała gości  na progu. 

Sień  i  podwórko  były  pełne  ludzi.  Młynarzowa  z  organiściną  wyprowadziły  Jagnę  z  izby,           

zmienił zapis ziemi, ponieważ w przeciwnym razie spotkają się w sądzie. Zaczęła się kłótnia. 

Hanka i Antek szkalowali wybrankę Macieja. Syn wyznał: - I ja przywtórzę, że lakudra jest, 

włók, ja! A spał z nią,  kto  chciał, ja!...  - wołał nieprzytomnie i  gadał,  co mu ślina na język 

przyniosła.  To  spowodowało,  iż  gospodarz,  w  którym  krew  wrzała  złością  i  gniewem  – 

uderzył  go  w  twarz,  rozpoczynając  tym  samym  bójkę.  Kobiety  krzyczały,  a  walczących 

rozdzielili  dopiero  zaalarmowani  sąsiedzi.  Zakrwawionego  Antka  zanieśli  do  jego  izby. 

Borynie  nie  stało  się  nic  –  wygonił  sąsiadów,  zamknął  drzwi,  usiadł  przed  kominem                        

i  analizował  słowa,  które  wykrzykiwał  jego  syn  o  Jagusi.  Po  chwili  wyszedł  z  domu. 

 

Następnego ranka Boryna nakazał Antkowi odejść z domu. Syn z synową spakowali skromny 

dobytek i opuścili gospodarstwo. Przenieśli się do Bylicy, z którym zamieszkali w małej izbie 

na końcu wsi, aż za karczmą. Pies Łapa również poszedł za nimi, powodując wybuch płaczu 

przywiązanej do niego Józki (ojciec uspokajał ją, że pies wkrótce wróci, ponieważ u Antków 

nie  będzie  miał  co  jeść).  Izbę  po  synu  Boryna  kazał  córce  posprzątać  i  dać  Rochowi.  Cała 

wieś szybko dowiedziała się o bójce i wypędzeniu Antka. Plotkom nie było końca. 

background image

w  chwilę  później  obstąpiły  ją  druhny.  Ubrana  w  białe  aksamity  panna  młoda  wyglądała 

pięknie, czym wzbudzała zachwyt gości. Boryna chwycił ją za rękę i wspólnie uklękli przed 

błogosławiąca  ich  matką  dziewczyny.  Jaguś  padła  do  jej  nóg  z  płaczem,  żegnając  się  ze 

wszystkimi.  

 

Goście  wyszli  przed  domu  i  ustawili  się  w  szeregu,  prowadzonym  przez  muzykantów:           

A  potem  Jagnę  wiedli  drużbowie  -  szła  bujno,  uśmiechnięta  przez  łzy,  co  jej  jeszcze  u  rzęs 

wisiały, weselna  niby ten kierz kwietny i  kiej  słońce  ciągnąca wszystkich oczy; włosy miała 

zaplecione nad czołem, w nich koronę wysoką, ze złotych szychów, z pawich oczek i gałązek 

rozmarynu, a od niej na plecy spływały długie wstążki we wszystkich kolorach i leciały za nią, 

i  furkotały  kieby  ta  tęcza;  spódnica  biała  rzęsisto  zebrana  w  pasie,  gorset  z  błękitnego  jak 

niebo  aksamitu  wyszyty  srebrem,  koszula  o  bufiastych  rękawach,  a  pod  szyją  bujne  krezy 

obdziergane modrą nicią, a na szyi całe sznury korali i bursztynów aż do pół piersi opadały. 

Za nią  druhny prowadziły Macieja. Jako ten dąb rozrosły w boru po śmigłej  sośnie, tak on 

następował  po  Jagusi,  w  biedrach  się  ino  kołysał,  a  po  bokach  drogi  rozglądał,  bo  mu  się 

zdało, że Antka w ciżbie uwidział. A za nimi dopiero szła Dominikowa ze swatami, kowalowie, 

Józia, młynarzowie, organiścina i co przedniejsi. Na ostatek zaś całą drogą waliła wieś cała. 

Ślub odbył się szybko, ponieważ ksiądz spieszył się do chorego. Po ceremonii organista grał 

na organach, żegnając weselny orszak, podziwiany przez całą wieś.  

 

 

Po  powrocie  Dominikowa  zapraszała  gości  do  stołu.  Na  najważniejszym  miejscu  usiedli 

państwo młodzi, a obok goście pierwsi po uważaniu (po majątku, starszeństwie, aż do druhen 

i dzieci). Drużbowie Boryny wraz z muzykantami zabawiali gości. Organista głośno odmówił 

modlitwę, po której goście jedli, pili i gawędzili, a kucharki donosiły jedzenie, pilnując, by na 

stole  niczego  nie  zabrakło.  Maciej  bezskutecznie  podtykał  żonie  jedzenie,  obiecując,  że 

będzie  jej  z  nim  dobrze,  ponieważ  wynajmie  dziewczynę  do  pomocy,  by  się  nie 

przepracowywała.  Wśród  tematów  dyskusji  najważniejszym  była  sprzedaż  lasu.  

 

Gdy  zjedzono  pierwsze  dania  i  wypito  trochę  alkoholu,  z  izby  uprzątnięto  stoły,  by  zrobić 

miejsce  na  tańce  i  zabawy.  Wszyscy  bawili  się  wesoło  -  i  młodsi,  i  starsi.  Po  zakończeniu 

obrządków oczepinowych kobiety w czepiec zbierały pieniądze od gości dla młodych. Jagusia 

„przepijała”  z  zebranymi  po  kieliszku,  lecz  w  oczach  miała  łzy.  Boryna  wpatrzony  był          

w młodą żonę jak w obraz. Zabawie nie było końca: I tańcowali! ...Owe krakowiaki, drygliwe, 

background image

baraszkujące,  ucinaną,  brzękliwą  nutą  i  skokliwymi  przyśpiewkami  sadzone,  jako  te  pasy 

nabijane,  a  pełne  śmiechów  i  swawoli;  pełne  weselnej  gędźby  i  bujnej,  mocnej,  zuchowatej 

młodości i wraz pełne figlów uciesznych, przegonów i waru krwi młodej kochania pragnącej. 

Hej!  (...).  Tak  oto  chłopski  naród  bawił  się  na  najbogatszym  weselu.  O  świcie  jeszcze 

tańczono,  pito.  Kto  się  zmęczył  –  odpoczywał,  a  potem  ponownie  wracał  do  zabawy. 

 

XII 

Nad ranem Jagustynka wygnała z wesela Witka, by poszedł zobaczyć, co dzieje się z chorym 

Kubą. Na dworze panował mocny przymrozek, a w Borynowej chałupie Roch czytał nabożne 

książki.  Po  wejściu  do  obory  Witek  został  powitały  przez  psa  Łapę,  który  wrócił  od  Antka            

i  Hanki.  Chłopak  nakarmił  go  weselną  kiełbasą,  po  czym  przyniósł  choremu  Kubie  wiadro 

wody i zasnął. Stary parobek przeczuwał, że umiera. Majaczył w gorączce tak, że przebudził 

śpiącego. Prosił, by przyprowadzić z przyjęcia Jagustynkę lub Jambrożego znających się na 

chorobach.  

 

Oboje byli pijani i nie chcieli odwiedzić chorego. Pod wieczór przyszedł do Kuby Jambroży. 

Chcąc zobaczyć chorą nogę, odwinął zakrwawione szmaty, odsłaniając spuchniętą i zropiałą 

łydkę. Parobek przyznał, że parę dni temu był na polu, gdzie strzelił do niego borowy za to, że 

wcześniej zabił zająca. Od tej pory Kuba leżał w stajni. Jambroży opatrzył nogę i obiecał, że 

pójdzie  do  wójta  po  wóz,  którym  pojadą  do  szpitala,  lecz  chory  nie  zgodził  się.  Nie 

przekonało  go  zapewnienie  Jambrożego,  że  gdyby  uciąć  nogę  w  kolanie,  wyzdrowienie 

byłoby  pewne.  Weselnik  wrócił  na  przyjęcie,  zostawiając  wyjącego  z  bólu,                

majaczącego  i  mdlejącego  parobka,  który  nie  czuł  już  zdrętwiałej  nogi.  

 

U  Dominikowej  nadal  trwało  wesele.  Szykowano  się  do  przenosin  młodej  panny  do 

mieszkania męża. Najpierw goście przeprowadzili krowę, potem przenieśli skrzynię, pierzynę 

i  inne  rzeczy  otrzymane  w  wianie.  Muzykanci  szli  przodem,  prowadząc  Jagusię  z  matką, 

braćmi i weselnikami. Boryna czekał na nich na ganku swej chałupy wraz z kowalami i Józką. 

Dominikowa  wniosła  przodem  w  węzełku  skibkę  chleba,  soli  szczyptę,  węgiel,  wosk                  

z gromnicy i pęk kłosów poświęconych na Zielną, a gdy i Jaguś próg przestąpiła, kumy ciskały 

za nią nitki wyprute i paździerze, by zły nie miał przystępu i wiodło się jej wszystko. Młodzi 

przyjmowali  życzenia  szczęścia  i  pomyślności.  Ponownie  rozpoczęto  weselną  ucztę. 

Dominikowa  z  naganą  obserwowała  Szymka  tańczącego  z  Nastką  Gołębianką.  Do 

background image

towarzystwa dołączyli wójt i Jambroży, zaczęto pić i jeść. Jagna podtykała gościom potrawy, 

a Boryna chodził za nią krok w krok, co chwila całując młodą żonę.  

 

 

Witek wywołał z przyjęcia Jambrożego, na którego czekał Roch. Poszli do stajni. Zobaczyli 

leżącego  we  krwi  parobka  i  brudną  siekierę  Kuba  leżał  przewieszony  przez  próg  z  odciętą 

nogą.  Otworzywszy  oczy,  powiedział,  że  dziobnął  dwa  razy  i  teraz  nic  go  nie  boli.            

Roch  postanowił  jechać  po  księdza,  więc  poprosił  towarzysza,  by  doglądał                

umierającego 

(Jambroży 

jednak 

powrócił 

zaraz 

na 

wesele).  

 

W  czasie,  gdy  postanowiono,  że  następnego  wieczoru  w  karczmie  odbędą  się  poprawiny, 

Kuba 

żegnał 

się 

ze 

światem, 

składając 

duszę 

Panu 

Jezusowi.  

 

Część 2 – Zima 

 

I 

 

Nadchodziła  zima(...).  Hanka  próbowała  rozpalić  ogień  w  kominie,  lecz  mokre  drzewo 

uniemożliwiało  jej  szybkie  zakończenie  pracy.  W  izbie  panowały  przejmujące  zimno                   

i  wilgoć. Po drugiej stronie sieni, z izby zajmowanej  przez Hankę z rodziną każdego  ranka 

dochodziły  kłótnie  i  krzyki.  Od  trzech  tygodni,  odkąd  małżeństwo  zamieszkało  u  Bylicy, 

Antek  nawet  nie  rozmawiał  z  Hanką,  przesiadując  całymi  dniami  w  karczmie.  Nie  martwił 

się, że nie mają pieniędzy i jedzenia (prócz gotowanych ziemniaków z solą), nie chciał nawet 

chodzić  po  opał  do  lasu.  Bardzo  się  zmienił.  Cały  czas  nękały  go  myśli  o  Jagusi,  niczym 

opętanie, z którym nie mógł sobie poradzić. Choć wcześniej nie brał pod uwagę opuszczenia 

Lipiec,  teraz  pomysł  wydał  mu  się  sensowny,  dlatego  oznajmił  żonie,  że  idzie  w  świat

Stanąwszy  na  drodze,  rozglądał  się  po  polach,  a  w  chwilę  potem  usłyszał  dzwoneczki  sań             

i  zobaczył  pasażerów  tego  pojazdu…  Borynę  z  Jagną!  Za  nimi  jechały  kolejne  sanie. 

Ujrzawszy ukochaną, stanął jak skamieniały, po czym poszedł do karczmy z pytaniem, dokąd 

jechał ojciec. Usłyszał od Jankiela, że Maciej podążał do sądu, ponieważ prawuje się o stratę 

krowy. 

 

W karczmie siedzieli nabywcy poręby lasu na Wilczych Dołach. Ich widok jeszcze bardziej 

background image

rozwścieczył  mężczyznę.  Zaczął  zamawiać  kolejne  kwaterki  gorzałki.  Dopiero  gdy  był  już 

kompletnie  pijany,  a  Żyd  żądał  zapłaty  za  alkohol,  wybiegł  z  karczmy  i  krzyczał,                       

że 

zabije 

każdego, 

kto 

stanie 

mu 

na 

drodze 

(nawet 

Jankiela).  

 

II 

 

Hanka  siedziała  w  izbie,  a  dzieci  bawiły  się  na  łóżku  pod  pierzyną.  Rozglądała  się  po 

biednym pomieszczeniu, wspominając wybielone ściany, podłogę z desek, ciepłą i czystą izbę 

u Borynów. Była zła, ponieważ pokłóciła się przed chwilą z siostrą, a powoli, z dnia na dzień, 

wszystkie  obowiązki  należące  do  Antka  spadały  na  jej  wątłe  barki.  Z  żalem  przypominała 

sobie  słowa  szwagra  o  tym,  że  Jagustynka  wszystkie  domowe  obowiązki  wykonywała  za 

Jagnę, która wylegiwała się w łóżku do południa, popijając  herbatę, gdy tymczasem Maciej 

stale 

się 

do 

niej 

przymilał 

kupował, 

co 

tylko 

chciała.  

 

Żona  Antka  wzięła  pieniądze  za  sprzedaną  Żydom  krowę  i  poszła  do  karczmy  oddać  dług 

Jankielowi, od którego brali podstawowe artykuły spożywcze na kredyt. Chodziła też po wsi  

z nadzieją, że znajdzie u kogoś pracę dla męża. Zawitała do organistów, u których rozpłakała 

się,  pierwszy  raz  mówiąc  o  panującej  w  domu  biedzie,  o  utracie  sił  i  chęci  do  życia. 

Organistowie  wysłuchali  zapłakanej  Borynowej,  a  gospodyni  dała  jej  pracę  (uprzędzenie 

wełny),  za  którą  obiecała  mąkę  i  kaszę.  Worki  z  wełną  mieli  przynieść  Hance  parobcy.  

 

Po  wyjściu  na  drogę  Antkowa  nie  wiedziała,  gdzie  iść  w  poszukiwaniu  zajęcia  dla  męża. 

Zobaczywszy Nastkę, idącą do młyna z kolacją dla pracującego tam Mateusza, dowiedziała 

się o dobrze płatnej „robocie”. Z nowymi siłami poszła prosić młynarza o jakieś zajęcie dla 

Antka.  Młody  Boryna  został  przyjęty  do  pracy  przy  obróbce  drewna,  lecz  przedtem  Hanka 

usłyszała, że cała wieś plotkowała o jej mężu – uganiającym się za Jagną i migającym się od 

obowiązków.  Podziękowała  i  opuściwszy  młyn,  cały  czas  myślała  o  usłyszanych  słowach. 

Gdy  wróciła  do  domu,  zastała  tam  już  trzy  worki  wełny  przyniesione  przez  parobków.                

W  jednym  z  nich  znalazła  bochen  chleba,  kawał  słoniny  i  pół  garnka  kaszy.  Zrobiła  sytą 

kolację, a po położeniu dzieci spać przędła wełnę prawie do świtu. Ciągle myślała o Antku           

i Jagnie, wskutek czego ogarnął ją żal. Nadal tak bardzo przecież kochała męża, a on ją tak 

boleśnie  odtrącał.  Przez  cały  następny  dzień  była  spokojniejsza.  Jej  mąż  wrócił  dopiero 

wieczorem, zmęczony i zmarnowany.  

background image

 

W  nocy  Antek  obiecał  żonie,  że  nie  pójdzie  w  świat,  na  co  usłyszał  o  propozycji  pracy                  

u młynarza w tartaku (Hanka nie przyznała się, że to ona prosiła w imieniu męża o posadę – 

za  bardzo  się  go  bała).  Nie  zapewnił,  że  zacznie  pracę,  miał  się  zastanowić.  Kobieta  

przytuliła 

się 

do 

niego, 

lecz 

on 

mógł 

myśleć 

jedynie 

Jagnie.  

 

III 

 

Nazajutrz Antek podjął pracę u młynarza, który nakazał mu posłuszeństwo wobec Mateusza, 

jego prawej ręki w tartaku. W porze obiadowej, gdy wszyscy poszli jeść do młynicy, Antek 

pozostał  na  mrozie,  nie  chcąc  słyszeć  śmiechu  i  być  ofiarą  poniżania  wywołanego  nagłą 

biedą. 

Zjadł 

suchy 

chleb, 

który 

popił 

wodą 

rzeki. 

 

Zmęczony i przemarznięty skończył pracę o zmroku. Zaraz potem dotarł do domu, nie mając 

już sił na nic, tylko na sen. Ostatnio odzwyczaił się od ciężkiej roboty. Położywszy się pod 

pierzynę, od razu zasnął. Żona chodziła boso po izbie, by nie zbudzić go stukającymi trepami. 

I tak mijały Antkowi i Hance kolejne dni: I czy mróz choćby i największą skrzytwą prażył, czy 

zawierucha  dęła  i  biła  wichurą  i  śniegiem,  że  oczów  nie  było  można  ozewrzeć,  czy  odwilż 

przychodziła,  że  trzeba  było  stać  dnie  całe  w  rozmiękłym  śniegu,  a  przykry,  wilgotny  ziąb             

w kości właził, czy śniegi sypały, że topora własnego mało co widział - trzeba było zrywać się 

do dnia, bieżyć i dnie długie pracować, aż gnaty trzeszczały i każda żyła z osobna pruła się             

z  utrudzenia,  a  śpieszyć  się  do  tego,  bo  cztery  piły  tak  zeżerały  drzewo,  że  ledwie  mogli 

nastarczyć i Mateusz poganiał. 

 

Boryna nie znosił Mateusza rozpowiadającego swoich o miłostkach z Jagną. Obserwował go 

-  sprawnego  i  silnego,  w  imieniu  młynarza  doglądającego  pracy  (w  zamian  za  dodatkowe 

pieniądze).  Ludzie  czekali  chwili,  kiedy  między  nimi  dojdzie  do  bójki.  Z  dnia  na  dzień              

w  rywalach  rosła  nienawiść,  w  dodatku  obaj  mieli  się  za  najsilniejszych  chłopów  we  wsi.            

W  gruncie  rzeczy  Mateusz  nie  był  złym  człowiekiem,  miał  jednak  świadomość                   

swej  siły    i  oddziaływania  na  kobiety.  W  przeciwieństwie  do  Antka,  który  krył    się                         

uczucie 

do 

Jagny, 

rozpowiadał 

tym 

wszem 

wobec.  

 

W  porze  obiadowej  kobiety  pojawiły  się  z  dwojakami.  Choć  wszyscy  poszli  do  młynicy, 

background image

Antek  z  Hanką  weszli  do  izby  młynarczyka  (znajomego  Boryny),  ponieważ  mężczyzna 

stronił  od  ludzi.  Zastali  tam  paru  chłopów  z  przyległych  wiosek  czekających  na  zmielenie 

zboża. Antek zjadł przyniesiony posiłek: kapustę z grochem i kluski ziemniaczane z mlekiem. 

W tym  czasie żona czule wpatrywała się w niego. Mimo iż  zmizerniał od pracy na mrozie,  

dla 

niej 

cały 

czas 

był 

tak 

samo 

przystojny. 

Rozmawiali 

domu.  

 

Po  wyjściu  żony  Antek  przysłuchiwał  się  słowom,  które  padały  z  ust  chłopów.  Mówili,  że 

dwa  tygodnie  temu  powrócił  z  dalekich  krajów  brat  dziedzica.  Nie  chcąc  mieszkać  we 

dworze, przeniósł się do borowego do lasu, gdzie sam sobie gotuje, gra na skrzypkach, a co 

najdziwniejsze – wypytuje mieszkańców Lipiec o niejakiego Kubę, który wyniósł go rannego 

z  pola  bitwy  na  swych  plecach.  Słysząc  to  Boryna  powiedział,  że  u  nich  pracował          

niegdyś 

Kuba, 

były 

parobek 

dziedzica, 

lecz 

teraz 

nie 

żyje.  

 

Do pogorszenia stosunków miedzy Mateuszem  i  Antkiem przyczynił się młynarz, który dał 

temu drugiemu podwyżkę za dobrą pracę. Borynie jednak było wszystko jedno. Nie ucieszył 

go nawet gest młynarza. Całe dnie spędzał w pracy, do domu wracając jedynie na wieczorny 

sen.  Zrobił  się  jeszcze  bardziej  milczący.  Pieniądze  oddawał  Hance.  W  niedzielę  odmawiał 

pójścia na mszę, bojąc się przypadkowego spotkania z Jagną. Nie obchodziły go sprawy wsi, 

smutki czy radości sąsiadów, żył poza nimi, jakby obcy. Niedawno, gdy przypadkowo spotkał 

kowala, który tłumaczył się z uczestnictwa w weselu, groźnie kazał mu zejść z drogi, czym 

wprawił szwagra w osłupienie.  

 

Pewnego dnia Mateusz opowiadał chłopom o Jagusi, za którą rzekomo uganiał się po polach. 

Śmiał się ze wszystkich mężczyzn Borynów, którzy skamleli pod jej drzwiami (tak podobno 

mówiła  do  niego  Jagna).  Antek  przypadkowo  to  usłyszał.  Otworzył  drzwi,  skoczył  na 

Mateusza  i  chwyciwszy  go  za  gardło  i  za  pas,  wyniósł  na  dwór,  przerzucił  przez  płot 

graniczący z potokiem i wrzucił do wody. W jednej chwili zgromadziła się duża liczba ludzi, 

którzy wyciągnęli zakrwawionego Mateusza. Chcieli posyłać po księdza. Tymczasem Antek 

usiadł spokojnie przed kominem i grzał sobie ręce. Gdy ludzie wrócili z dworu, zagroził: Kto 

ino będzie mnie szargał i nastawał na mnie, każdemu tak zrobię albo jeszcze lepiej!. Wszyscy 

milczeli,  patrząc  jedynie  z  podziwem  na  Antka,  który  pierwszy  dał  radę  Mateuszowi.  

 

Następnego dnia Boryna nie poszedł do pracy myśląc, że jest już zwolniony. Zmienił zdanie 

dopiero,  gdy  po  śniadaniu  przyszedł  po  niego  młynarz  mówiąc,  by  wracał  i  zajął  miejsce 

background image

Mateusza,  dopóki  ten  nie  wyzdrowieje.  Wpierw  jednak  wynegocjował  taką  stawkę,  jaką 

otrzymywał  poprzednik.  Hanka  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  wydarzeń  poprzedniego  dnia.  

 

IV 

 

Po  paru  dniach  mgieł  i  wilgoci  znowu  przyszedł  mróz  i  śnieg  przywalił  pola.  W  każdej 

chałupie robiono porządki: posypywano sienie i podłogi świeżym igliwiem, pieczono chleby  

i  świąteczne  strucle.  Zbliżały  się  Gody  Pańskiego  Dzieciątka  –  święto  cudu                                    

i  zmiłowania  Jezusowego  nad  światem.  Trwały  przygotowania  do  świąt.  Boryna  wraz              

z Pietrkiem (parobkiem przyjętym na miejsce Kuby) wybrał się do miasta po zakupy. W izbie 

Jagna przy pomocy matki zagniatała ciasto.  Kobiety piekły chleby, a Józka ozdobiła ściany 

kolorowymi  wycinankami.  Roch  poszedł  z  Jambrożym  do  kościoła  przystrajać  ołtarz,  a  do 

Borynów  zawitali  kolędnicy:  Jaś  (syn  organistów)  z  młodszym  bratem  przynieśli  opłatek. 

Gospodyni  położyła  go  na  talerzyku  przed  pasyjką,  dając  za  nią  Jasiowi  garnek  siemienia 

lnianego  i  sześć  jajek.  Mimo  że  rozmawiała  z  Jasiem  wesoło  i  życzliwie,  ten  cały  czas  się 

czerwienił. Opowiedziała mu o śmierci Kuby, co spowodowało, że młodzieniec się rozpłakał, 

zmartwiony o duszę zmarłego (skonał  przed przybyciem  księdza). Syn organisty opowiadał         

o  wizycie  u  Antka,  u  którego  panowała  ogromna  i  wyniszczająca  bieda.  

 

Po tej rozmowie Jaś opuścił towarzystwo, a gdy został sam, wciąż przed oczami miał piękną 

Jagnę. Choć słyszał już o jej wpływie na okolicznych mężczyzn, nie zdawał sobie sprawy, że 

będzie  kolejną  ofiarą.  Tymczasem  Jagna  również  rozmyślała,  zaskoczona  urodą  dziecka 

organistów.  Wspominała  również  Antka,  przywołanego  przez  Jasia.  Przez  trzy  miesiące 

widziała  go  jedynie  raz,  a  nadal  była  pod  jego  urokiem,  nadal  nosiła  go  w  sercu.  Coraz 

bardziej denerwowały ją zaloty męża, o względy którego nie zabiegała  zupełnie, była tylko 

bardziej rozdrażniona. Po wyjściu młodego organisty posprzątała izbę i oporządziła krowy, co 

nie zdarzało się jej zbyt często, by potem długo płakać, co stało się powodem domysłów o jej 

błogosławionym  stanie.  Dominikowa  po  cichu  przeliczała  grunty,  które  Jagna  miała  zyskać 

dla  dziecka,  a  Boryna  się  cieszył…Jagna  po  chwili  wyprowadziła  wszystkich  z  błędu.  

 

W dzień Wigilii, podczas suto  przygotowanej  wieczerzy, wyczekiwano pierwszej  gwiazdki. 

W  każdej  chałupie  od  wschodu  stawiano  snop  zboża  i  pod  obrus  wkładano  siano.  Także             

w Borynowej  izbie pielęgnowano  tradycję. Gospodarz podzielił opłatek miedzy wszystkich.  

Z powodu całodniowego postu byli bardzo głodni:  Najpierw był buraczany kwas, gotowany 

background image

na  grzybach  z  ziemniakami  całymi,  a  potem  przyszły  śledzie  w  mące  obtaczane  i  smażone              

w oleju konopnym, później zaś  pszenne kluski z  nnakiem, a potem szła kapusta z grzybami, 

olejem również omaszczona, a na ostatek podała  Jagusia przysmak prawdziwy, bo racuszki            

z gryczanej  mąki  z miodem zatarte i  w makowym oleju uprużone, a przegryzali to  wszystko 

prostym chlebem, bo placka ni strucli, że z mlekiem i masłem były, nie godziło się jeść dnia 

tego.  Do  wieczerzy  dołączyła  Jagustynka,  bezskutecznie  czekająca  pod  chałupą  dzieci                

z nadzieją, że zaproszą ją na poczęstunek. Po posiłku Jagna częstowała kawą z cukrem, Roch 

czytał nabożną książkę.  

 

 

Dominikowa  zaprowadziła  wszystkich  do  obory,  do  krów.  Jagna  za  radą  matki  obdzieliła 

inwentarz  opłatkiem,  po  czym  wrócili  do  izby.  W  niedługich  czasie  do  Borynów  przyszli 

kowalowie  z  dziećmi,  z  którymi  wybierali  się  na  pasterkę.  Zięć  poinformował,  że  wójt   

wzywa  Dominikową  do  rodzącej  żony,  wskutek  czego  towarzystwo  się  zmniejszyło.         

Gdy  domownicy usłyszeli sygnaturkę kościelną wzywającą na pasterkę,       ubrali             się 

wyszli, 

domu 

zostawiając 

jedynie 

Jagustynkę.  

 

Ludzie ze wszystkich stron zmierzali do kościoła, który wypełnił się po brzegi. Antek wśród 

zebranych ujrzał  ojca z rodziną i Jagnę;  ku której  udało  mu  się przepchać. Ona również go 

ujrzała:  Siedziała  sztywno  jak  i  drugie  kobiety,  w  książkę  patrzała,  ale  ani  jednej  litery  nie 

rozeznała,  ni  kart  nawet,  nic,  bo  te  jego  oczy  smutne,  oczy  żałosne,  oczy  parzące  blaskami 

stały  przed  nią,  jaśniały  jak  gwiazdy,  świat  cały  przysłoniły,  że  zatraciła  się  całkiem, 

przepadła  zgoła  -  a  on  wciąż  klęczał,  słyszała  jego  krótki  i  gorący  oddech  i  czuła  tę  moc 

słodką,  tę  moc  straszną,  jaka  biła  od  niego,  szła  jej  prosto  do  serca,  krępowała  niby 

powrozami  i  przejmowała  strachem  a  słodkością,  dreszczem,  od  którego  rozum  odchodził, 

miłowania krzykiem tak potężnym, że trzęsła się w niej każda kosteczka, a serce tłukło się jako 

ten ptak, gdy mu dla swawoli skrzydła przybiją do ściany!.... Antek szeptał, by któregoś dnia 

wyszła  na  spotkanie  pod  bróg  (stóg  siana).  Od  żaru  jego  słów  prawie  zemdlała.  Potem 

radosny stał na mrozie. Nabierał w ręce śnieg, który połykał łapczywie, by w końcu pobiec   

w pole… 

 

Borynowie  wrócili  z  pasterki  dopiero  nad  ranem.  Jagna  do  południa  leżała  w  łóżku,  nie 

background image

mogąc zasnąć, ponieważ cały czas myślała o Antku. Gdy w końcu wstała, poszła do matki, 

której 

jednak 

nie 

spotkała 

(była 

rodzącej 

wójtowej).  

 

Dom  Borynów  odwiedziła  Nastka,  którą  Jagustynka  zapytała  o  zdrowie  Mateusza.  Dopiero 

teraz  domownicy  dowiedzieli  się  o  bójce  Antka  z  bratem  dziewczyny.  Jagna  po  cichu 

zapytała o powód walki, a poznawszy go – przekonała się, iż Antek miłuje ją tak samo, jak 

ona  jego.  W  głowie  huczały  jej  słowa  kochanka,  by  wyszła  wieczorem  pod  bróg.                

Dopiero  teraz  dostrzegła  starość  męża,  poczuła  rodzące  się  do  niego  obrzydzenie.             

Samotnie  poszła  na  wieczorne  nieszpory,  licząc  na  spotkanie  Antka,  lecz                                      

kościele 

zobaczyła 

jedynie 

wychudzoną 

Hankę.  

 

Do Macieja jako do pierwszego gospodarza we wsi przyszedł Kłąb z sąsiadami z propozycją, 

by  przystąpił  do  ich  grupy.  Chłopi  dowiedzieli  się,  że  sprzedany  przez  dziedzica  las  lada 

dzień wytną rębacze. Krzyczeli, że nie mogą na to pozwolić. Boryna zaproponował napisanie 

skargi  na  dziedzica  do  komisarza,  lecz  chłopi  nie  chcieli  tak  długo  czekać  na  odpowiedź. 

Choć zaprosili Macieja na jutrzejszą naradę, odmówił tłumacząc, iż musi jechać do Woli, do 

krewniaków kłócących się miedzy sobą o gospodarkę (tak naprawdę podróż była wymówką, 

ponieważ  nie  chciał  wszczynać  kolejnej  walki  z  dworem,  cały  czas  mając  nadzieję  na 

odszkodowanie  w  sprawie  krowy).  Nazajutrz  Boryna  ubrał  się  odświętnie  i  skierował  wóz              

w  stronę  Woli  (musiał  tam  jechać,  by  chłopi  nie  domyślili  się  niczego),  co  niewymownie 

ucieszyło  Jagnę  (nieświadomą  podstępu).  Zamierzała  wyjść  na  spotkanie:  Rwała  się  już  jej 

dusza  do  wylotu,  śmiały  się  oczy,  wyciągały  ręce,  prężyła  pierś  i  ognie  błyskawicami 

upalnymi chodziły po niej i słodką męka oblewały... Ale z nagła, niespodziewanie chwycił ją 

dziwny  lęk  i  ścisnął  za  serce,  że  zmilkła,  przycichła  w  sobie  (…).  Zmieniła  zdanie.  Szybko 

poprosiła męża, by zabrał ją ze sobą - i w kilka minut później już jechali razem.  

 

VI 

 

Witek  poinformował  Borynę  o  przyjeździe  dziedzica,  który  udał  się  do  młynarza.  Maciej 

wiedział,  że  odbywała  się  tam  narada  w  sprawie  lasów  z  udziałem  wójta,  sołtysa,  kowala               

i  młynarza,  na  którą  nikt  go  nie  zawołał,  mimo  że  był  pierwszym  gospodarzem  we  wsi. 

Założywszy 

kożuch 

czapkę, 

wyszedł 

domu.  

 

background image

Do Jagny i  Witka przyszedł  jakiś nieznajomy  człowiek pytając,  czy to  dom  Borynów i  czy 

może  się  ogrzać.  Uzyskawszy  przyzwolenie,  usiadł,  stając  się  obiektem  bacznej  obserwacji 

młodej gospodyni. Gość był stary i przygarbiony, ubrany w pański ubiór. Siedział zamyślony. 

W chwilę później przyszły również sąsiadki, chcąc nasycić swoje plotkarskie oczy widokiem 

obcego.  

 

Wraz z nadejściem wieczoru sąsiadki zrezygnowały z przyglądania się i  poszły, a wówczas 

nieznajomy  zapytał  Jagnę,  czy  służył  u  nich  Jakub  Socha,  którego  szukał  od  powrotu  po 

wszystkich  wsiach.  Wtedy  okazało  się,  że  obcy  to  brat  dziedzica,  którym  Kuba  bardzo  się 

niegdyś  opiekował.  Tak  oto  wyjaśnił  się  powód  dziwnej  wizyty.  Gość  dowiedział  się,  że 

niestety, Kuba umarł jesienią. Witek opowiedział mu o dobrym sercu Sochy i naukach, jakie 

dzięki  niemu  poznał,  obiecując  pokazanie  grobu  zmarłego.  Przy  pożegnaniu  brat  dziedzica 

zapowiedział  kolejne  odwiedziny  i  prosił  Jagnę,  by  przekazała  mężowi  jego  dane  –  Jacek        

z Woli. 

 

Wieczorem w końcu doszło do potajemnego spotkania zakochanych. Jagna usłyszała słowa o 

tęsknocie,  miłości,  pożądaniu.  Zaczęli  się  z  Antkiem  przytulać  i  całować  namiętnie  pod 

znajomym  brogiem.  Czułą  schadzkę  przerwało  wołanie  Boryny.  Antek  uciekł  w  stronę 

ogrodu,  a  jego  ukochana  pobiegła  w  kierunku  podwórka,  nieświadomie  gubiąc  po  drodze 

zapaskę (chustkę) w przejściu. Rozgorączkowaną twarz potarła śniegiem, nazbierała drzewa             

i  weszła  do  izby.  W  chwilę  potem  usłyszała  wyrzuty  męża,  który  szukał  jej  w  oborze. 

Skłamała,  że  poszła  po  drzewo  do  szopy,  lecz  Maciej  jej  nie  uwierzył,  podejrzewając 

ponowne  schadzki  z  Mateuszem.  Po  przyjściu  Nastki  gospodarz  zaczął  pytać  o  niego,  lecz 

podejrzenia 

rozwiał 

fakt, 

że 

brat 

dziewczyny 

leżał 

bardzo 

chory.  

 

Widząc  nieufność  męża  i  chcąc  zmienić  temat,  Jagna  zaczęła  opowiadać  o  wizycie  Jacka         

z Woli. Podczas kolacji dołączył do nich Roch z pytaniem, czy prawdą jest, że dziedzic nie 

zatrudni  lipieckich  chłopów  przy  rąbaniu  lasu.  Zdziwiony  Boryna  odparł,  że  nie  jest 

wtajemniczony w te plany, ponieważ chłopi nie zawołali go na naradę, za co do tej pory czuł 

do nich ogromny żal. Zapowiedział, że póki dziedzic nie porozumie się z ludźmi, nie pozwolą 

mu wyciąć ani jednego drzewa. Po kolacji gospodarz poszedł sprawdzić obejście. Wrócił po 

chwili z ośnieżoną zapaską Jagny w ręku. Rzucił chustkę pod nogi żony, mówiąc, że znalazł 

ją  przy  przełazie  (wąskim  przejściu  między  sadem  a  szopą  nakrytym  dachem  z  rosnących 

background image

gałęzi drzew, wówczas pokrytych śniegiem). Przerażona Jagna szybko znalazła wymówkę- to 

pies wynosi wszystko z domu. Boryna nic nie odpowiedział. Nie uwierzył w te tłumaczenia. 

 

VII 

 

Po adwencie i Godach ludzie zbierali się w karczmie, gdzie planowano tańce. Dowiedzieli się 

tam o propozycji dziedzica, który dawał pieniężne zadatki gotowym pracować przy wyrębie 

lasu,  najczęściej  mieszkańcom  okolicznych  wsi.  Powszechnie  odczuwano  to  jako 

niesprawiedliwość,  ponieważ  lipczanom  nie  starczało  na  jedzenie.  Zima  była  sroga,               

w  chałupach  panowała  bieda,  a  wszyscy  odliczali  dni  do  wiosny,  łudząc  się  wizjami 

nieokreślonego zarobku. Postępowanie dziedzica sprawiło, że czuli się oszukani. Wybrali się 

po radę do Kłąba i księdza, lecz niestety, nie otrzymali tam pomocy.  

 

W karczmie zebrała się prawie cala wieś, grzejąc się przy cieple kominka. W jednym kącie 

siedzieli  muzykanci,  a  pod  ścianami  przy  stołach  popijający  gorzałkę.  Pojawił  się  nawet 

Mateusz,  wprawdzie  jeszcze  nie  całkiem  zdrowy  po  pobiciu,  lecz  już  zdolny  do 

samodzielnego poruszania się. Zdziwił Antka przeprosinami za złe słowa o Jagnie przyznając, 

że  kłamał  i  obiecując  nieprzeszkadzanie  w  szczęściu  zakochanym.  Zaczęli  wspólnie  pić           

i  gawędzić,  jakby  żadna  awantura  nie  miała  miejsca.  Antek  żalił  się,  że  nie  może  spać  ani 

jeść,  ponieważ  stale  myśli  o  ukochanej,  dla  której  zrobiłby  wszystko.  Temat  miłości           

skończył  się,  gdy  dosiedli  się  inni  mężczyźni.  Zaczęto  się  zastanawiać,  czy  nie                  

zawrzeć  z  dziedzicem  ugody,  jednak  przeciwni  temu  byli  gospodarze,  bowiem                

zwykli 

chłopi 

(bezrolni) 

nie 

mieliby 

możliwości 

zarobku 

przy 

wyrębie.  

 

W karczmie przebywał także brat dziedzica – Jacek. Prawdą okazały się wszelkie krążące na 

temat  jego  dobrego  serca  historie:  pomagał  mieszkańcom  wiosek,  dziewczęta  uczył 

przyśpiewek i  pieśni. W pewnym  momencie  grono gości  powiększyli Boryna, Jagna, Józka          

i  Nastka.  Maciej  przywitał  się  z  nielicznymi  gospodarzami  -  bogatsi  chłopi  bawili  się  na 

chrzcinach  dziecka  wójta.  Mimo  że  Macieja  proszono  na  ojca  chrzestnego,                   

urażony  postępowaniem  gospodarzy  w  sprawie  niedawnej  narady  –  odmówił.  

 

Kiedy  Antek  ujrzał  Jagnę,:  (…)zaś  już  nie  spuszczał  oczów  z  Jagusi,  stała  właśnie  przy 

szynkwasie, chłopaki się do niej sypnęli zapraszać do tańca, odmawiała pogadując wesoło, a 

ukradkiem przebierając oczami wskróś ludzi - taka urodna widziała się dzisiaj, że choć naród 

background image

już był napity, a spoglądali na nią z podziwem. Ponad wszystkie piękniejsza (…) żadna ani się 

równała  z  Jagną,  żadna.  Przenosiła  wszystkie  urodą,  strojem,  postawą  i  tymi  modrymi, 

jarzącymi ślepiami, jako róża przenosi one nasturcje a malwy, a georginie, a maki, że zgoła 

podlejsze  się  przy  niej  widzą,  tak  ci  ona  przenosiła  wszystkie  i  nad  wszystkie  panowała. 

Przystroiła się też dzisiaj kiej na jakie wesele; wełniak wdziała gorącożółty w zielone a białe 

pasy, stanik zaś z modrego aksamitu, dziergany złotą nitką i głęboko, do pół piersi wycięty, a 

na  koszuli  cieniuśkiej,  która  bieluchną  fryzką  burzyła  się  suto  koło  szyi  i  przy  dłoniach, 

zawiesiła  rzędy  korali,  bursztynów  i  onych  pereł,  na  włosach  miała  chusteczkę  jedwabną, 

modrawą, w różowy rzucik farbowaną, a końce od niej puściła na plecy

Jankiel  zaprowadził  starego  Borynę  do  alkierza,  gdzie  przebywał  już  kowal,  który  opuścił 

chrzciny najwcześniej. Tymczasem Antek podszedł do Jagny, objął ją wpół i porwał to tańca. 

Podczas  pląsów  nie  zwracali  uwagi  na  bacznie  obserwujących  ich  i  szepczących  ludzi:  Ale 

Antkowi już było wszystko jedno dzisiaj, skoro jeno poczuł ją przy sobie, skoro przycisnął do 

się,  że  aż  się  prężyła  i  przywierała  te  lube  modre  oczy,  to  się  już  był  całkiem  zapamiętał! 

Radość w nim grała i takie wesele, jak kieby się ten zwiesnowy dzień w nim zrobił. Zapomniał 

o ludziach i świecie całym, krew w nim zawrzała i  moc wstała taka harda, nieustępliwa, aż 

mu piersi  rozpierało! A Jaguś też była  całkiem jakby utopiona w lubości i  w zapamiętaniu! 

Unosił ją jak ten smok, nie opierała się temu, bo jakże, mogłaby to, kiej kręcił nią, ponosił, 

przyciskał,  że  chwilami  mroczało  w  niej  i  traciła  z  pamięci  świat  wszystek,  a  grało  w  niej 

takim  weselem,  młodością,  uciechą,  że  już  nic  nie  widziała,  ino  te  jego                               

brwie 

czarne, 

te 

oczy 

przepaściste, 

te 

wargi 

czerwone, 

ciągnące!”

 

Tańczyli  już  z  godzinę,  a  zostali  sami  na  parkiecie.  Inni  nie  mogli  dotrzymać  szybkiego 

tempa,  za  to  otoczyli  ich  kołem.  Antek  cały  czas  rzucał  pieniądze  muzykantom,  by                 

w chwilach przerwy fundować wszystkim gorzałkę. Gdy po jakimś czasie pojawił się Boryna, 

zaalarmowany przez obecne kobiety, zbliżył się do tańczącej pary i głośno powiedział żonie: 

Do  domu!  –  (…)  gdy  nadlecieli,  i  chciał  ją  chycić  za  rękę,  ale  w  ten  mig  Antek  zakręcił          

w miejscu i poniósł dalej, że próżno chciała się wyrwać. Podskoczył wtedy Boryna, rozwalił 

koło,  wyrwał  ją  z  Antkowych  ramion,  nie  popuścił  i  nie  spojrzawszy  nawet  na  syna  wiódł           

z  karczmy.  Antek  wybiegł.  Dogoniwszy  ojca  z  macochą  przy  stawie,  usłyszał,  by  nie 

zaczepiał  ludzi  i  odszedł  (Jagna  w  tym  czasie  uciekła  do  domu).  Nieprzytomny  ze  złości, 

pijany doleciał do ojca z krzykiem, by puścił do niego Jagnę, i z pięściami, gotów do bicia. 

Gdy Boryna ponownie poradził, by odszedł, bo w przeciwnym razie „zakatrupi go jak psa”, 

background image

Antek otrzeźwiał, słysząc słowa ojca i widząc jego oczy. Zszedł z drogi. Maciej poszedł do 

domu.  

 

Młody zalotnik dopiero w karczmie zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Ktoś posłał po Hankę. 

Ludzie  rozchodzili  się  do  domów,  a  Jankiel  zamykał  lokal.  Żona  prosiła,  by  Antek  wrócił         

z nią do domu,  na co usłyszała:  - Idź sama, nie  pójdę z tobą! Mówię  ci,  odejdź!  - krzyknął 

groźnie, a potem nagle, nie wiada laczego, nachylił się do niej i w samą twarz powiedział: - 

Żeby mnie w kajdany skuli, w lochu zamknęli, wolniejszym bym był niźli przy tobie, słyszysz, 

wolniejszym!. Wyszła z płaczem. 

 

Po  chwili  także  i  on  opuścił  karczmę.  Chodził  bez  celu  dookoła  stawu,  a  ze  względu  na 

dokuczliwe  zimno  w  końcu  całkowicie  wytrzeźwiał.  W  głowie  huczały  mu  słowa  ojca, 

którego  się  bał,  a  serce  ściskała  mu  rozpaczliwa  miłość  do  Jagny.  Mijając  kościół,              

zobaczył  jakąś  postać  leżącą  krzyżem  na  śniegu  pod  figurką  i  płaczącą                                        

z  prośbą  o  miłosierdzie  Boże.  Podszedł,  myśląc,  iż  to  jakiś  wędrowiec.  Była  to                      

Hanka,  wyglądająca  i  zachowująca  się  dziwnie.  Podniósł  ją  ze  śniegu  i  chwyciwszy                  

jej  ciężarne  ciało  pod  boki,  powiedział,  że  pójdą  razem  do  domu.  Kobieta  nie                 

opierała  się.  Całą  drogę  szli  w  milczeniu  przerywanym  jedynie  płaczem  Hanki.  

 

VIII 

 

W  domu  u  Borynów  po  zajściu  w  karczmie  było  cicho  i  smutno.  Schorowany  Maciej  leżał        

w  łóżku,  wszystko  ściskając  w  sobie.  Nie  powiedział  żonie  ani  jednego  złego  słowa.  Nie 

skarżył się nawet Dominikowej, która codziennie smarowała mu bolące boki gorącym olejem, 

tłumacząc córkę przez Boryną. Całą winą obarczyła jego, ponieważ poszedł pić do alkierza, 

zostawiając  młodą  i  potrzebującą  zabawy  Jagnę  wśród  tańczących  par.  Mówiła:  -  Nic  to 

innego, tylko wątroba się wama zapiekła albo macica opadła! - rzekła Dominikowa, smarując 

mu boki gorącym olejem. 

Jagna od kilku dni była blada, odmawiała jedzenia, cierpiała na bezsenność. Nie mogła nawet 

pracować, cały czas czuła na sobie wzrok leżącego męża. Nie miała też z kim porozmawiać, 

ponieważ  matki  często  nie  było  w  domu.  Parę  razy  po  kryjomu,  choć  z  wielki  strachem 

sprawdzała, czy pod brogiem nie czekał Antek, zawsze bezskutecznie. Po paru dniach Maciej 

wstał z łóżka i chodził z sąsiedzkimi wizytami, pierwszy zaczynając rozmowę o potańcówce 

background image

w  karczmie.  Wszystko  obracał  w  żart,  chcąc  zapewnić  sąsiadów,  że  nic  się  nie  stało.  Nikt 

jednak nie wierzył jego słowom, ponieważ wiedziano, iż był najpoważniejszym gospodarzem 

we wsi, człowiekiem dumnym, czasem nieprzyjemnym. Plotkowano, że tłumaczy całe zajście 

w  obawie,  że  wezmą  go  na  języki.  Jedynie  sołtys  Szymon  powiedział,  co  myśli  naprawdę:      

-  Baj  baju,  chłop  śliwy  rwie,  a  ino  ich  dwie!  Ludzkie  gadanie  jest  jak  ten  ogień,  nie 

przygasicie pazurami, sam się musi wypalić! A to wam jeno przypomnę, com był rzekł przed 

ślubem: jak stary bierze młodą, złego nie odegna i święconą wodą!, czym ogromnie rozzłościł 

Borynę. 

 

Odtąd wiele się zmieniło. Maciej znowu wszystkiego pilnował  i  wszystko trzymał w  garści 

jak  dawniej.  Nie  opuszczał  obejścia  na  krok,  przebywał  w  izbie  nawet  wieczorami,  stale 

pilnując  Jagusi,  której  świąteczne  ubrania  zamknął  w  skrzyni,  a  klucz  nosił  przy  sobie. 

Domowe  obowiązki  zlecił  Józce,  odbierając  tym  samym  żonie  rolę  gospodyni.  Ponieważ 

Jagna  stale  żaliła  się  matce  na  takie  traktowanie,  Dominikowa  próbowała  ponownie 

rozmawiać z zięciem, ale usłyszała, że jej córka była panią do tej pory, robiła, co chciała, ale 

nie  uszanowała  przywilejów,  dlatego  nadszedł  czas  na  zmiany.  Boryna  kategorycznie 

oznajmił również, że nie życzy sobie powrotu do tego tematu. Choć niejednokrotnie słyszał  

w  nocy  płacz  żony,  wiedział,  że  tylko  cierpliwością  i  wytrwałością  wywoła  jakieś  zmiany.  

 

Pewnego wieczoru Jagustynka poradziła Jagnie, by nie dopuszczała do siebie męża, co było 

według  niej  doskonałym  sposobem  na  wychowanie  każdego  mężczyzny.  Po  długich 

namysłach wieczorem dziewczyna w obecności kowala, Nastki, Rocha powiedziała do męża, 

by  dał  jej  klucze  do  skrzyni,  ponieważ  chce  przewietrzyć  ubrania.  Zawstydzony  Boryna 

spełnił jej prośbę, a gdy potem wyciągnął rękę, by oddała klucze, usłyszał harde słowa Jagny, 

że  w  skrzyni  są  jej  ubrania  i  sama  będzie  ich  pilnować.  Od  tego  wieczoru  u  Borynów 

rozpoczęła  się  prawdziwa  wojna.  Kłótniom,  które  słyszała  cała  wieś,  nie  było  końca. 

Małżonkowie prześcigali się we wzajemnych złośliwościach. Jagna wieczorami przenosiła się 

do  izby  po  drugiej  stronie  sieni,  a  w  niedzielę,  odświętnie  ubrana,  podążała  samotnie  do 

kościoła.  Dumny  i  bogaty,  lecz  jednocześnie  i  zmęczony  gospodarz  coraz  częściej,  by 

uchronić się przed nowymi plotkami, ustępował żonie.  

 

 

Podczas  kolędy  ksiądz  powiedział  Borynie,  że  zna  przebieg  zajścia  w  karczmie.  Kazał 

background image

Pewnego  dnia  wójt  przyniósł  Borynie  wezwanie  na  rozprawę  sądową  wyznaczoną  na 

następny dzień. Namawiał go przy tym, nie pierwszy raz zresztą, by przyłączył się do niego, 

młynarza i kowala. Oni już podpisali umowę ze dworem, dotyczącą pozwolenia na zwożenie 

drzewa  do  tartaku  (potem  przerabiali  je  na  deski  i  sprzedawali  w  mieście),  na  czym  Maciej 

mógłby zarobić nawet sto rubli. Usłyszawszy to, Boryna wypomniał, że ludzie mają do nich 

żal za podpisanie z dziedzicem ugody uniemożliwiającej prostym chłopom zarobek. Wójtowi, 

obruszonemu i zniesmaczonemu oskarżeniami, udało się w końcu namówić Borynę do spółki. 

Umówili  się  na  spotkanie  następnego  dnia  (po  powrocie  Boryny  z  sądu)  u  młynarza,  by 

ustalić szczegóły umowy. Po wyjściu wójta Maciej udał się na podwórze, poszukując Jagny, 

którą  zobaczył  powracającą  od  strony  przełazu.  Na  pytanie,  gdzie  była,  odburknęła  jakieś 

słowo,  po  czym  poszła  do  chałupy.  Później,  gdy  rodzina  szykowała  się  do  spania,  Boryna 

zgodził  się,  by  żona  z  Józką  poszły  nazajutrz  do  Kłąbów  z  kądzielą,  choć  wcześniej  im 

zabraniał. 

Był 

zdecydowanie 

dużo 

lepszym 

humorze.  

 

IX 

 

Chociaż od rana panowała zamieć, Hanka wybrała się z ojcem i wiejskimi komornicami po 

wybaczyć niewinnej Jagnie, oskarżając o wszystko Antka. Zobaczywszy oswojonego boćka, 

którym opiekował się Witek, zachwycił się nim. Boryna obiecał, że Witek zaniesie ptaka na 

plebanię. 

Mimo 

całodziennego 

płaczu 

wieczorem 

chłopak 

oddał 

boćka.  

 

Ulegając  namowom  księdza,  Maciej  próbował  zmienić  postępowanie  względem  żony,  lecz 

spokój  i  radość  nie  zawitały  już  do  ich  domu.  Jagna  znienawidziła  męża,  coraz  częściej 

wychodząc  pod  bróg  do  Antka.  W  schadzkach  pomagali  jej  Witek  i  Jagustynka.  Chłopak 

wywoływał  Jagnę  z  domu,  mszcząc  się  w  ten  sposób  na  Borynie  za  oddanie  boćka. 

Przywiązał  się  do  Jagny,  która  nie  krzyczała  na  niego  i  podsuwała  lepsze  jedzenie.  Rola 

Jagustynki,  nielubiącej  bogaczy  za  ciężkie  i  nędzne  życie,  polegała  zaś  na  tym,  że  kryła 

dziewczynę  mówiąc,  iż  jest  u  matki  lub  w  obejściu.  Gdy  tylko  Antek  wracał  z  pracy,  stara 

kobieta przekazywała mu wieści od ukochanej, przynosząc z kolei dziewczynie plotki na jej 

temat,  krążące po wsi. Nie była jednak uczciwa  - pewnego dnia powiedziała Maciejowi, że 

Antek  chodzi  po  wsi  grożąc,  że  spali  ojca.  Odtąd  Boryna  ze  strachu  obchodził  budynki 

gospodarcze nawet w nocy, stale pilnując obejścia. Stał się bardzo milczący i zamknięty. Tak 

mijały zimowe dni. 

background image

susz do lasu. W chałupie było przeraźliwie zimno, nie było czym rozpalić ognia – to zmusiło 

do  wędrówki  największych  biedaków  ze  wsi.  Mimo  że  Hanka  była  w  ciąży,  nie  żaliła  się 

nikomu na swój los, znosząc głód i zimno. Tymczasem jej mąż siedział w ciepłej karczmie, 

gdzie przepijał pieniądze. Słów, które niegdyś tam od niego usłyszała, nie wybaczyła nigdy. 

Ostatnie  miesiące  pozostawiły  ślad  na  jej  ciele  –  schudła,  zapadła  się.  

 

Doszli  do  lasu:  Bór  był  stary,  ogromny,  wyniosły;  sosna  stała  przy  sośnie  nieprzeliczoną 

ciżbą, gęstwą nieprzebraną, a tak śmigłą, prostą i mocarną, że widziały się kiej te wielgachne 

słupy  z  opleśniałej  miedzi,  majaczące  w  mroku  szarozielonych  sklepień  nieprzejrzanymi 

rzędami  -  posępne,  lodowe  brzaski  biły  z  dołu  od  śniegów,  zaś  w  górze,  przez  strzępiaste 

konary,  niby  wskroś  zdziurawionych  strzech,  świtało  niebo  białawe  i  mętne.  Wichura 

przewalała się górą, że czasami cichość się czyniła jakby w kościele, kiedy to z nagła organy 

zmilkną  i  śpiewy  ustaną,  a  jeno  szemrzą  wzdychy  ostatnie,  tupoty,  pogasłe  brzmienia 

pacierzów  i  te  przytajone,  konające  nuty  -  bór  stawał  wtedy  nieruchomy,  oniemiały,  jakby 

wsłuchany w grzmotliwą wrzawę, w ten dziki krzyk pól tratowanych, co rwał się gdziesik ze 

świata i niósł wysoko, daleko, że tylko jękliwym świegotem drgał po lesie

 

Hanka nazbierała w płachtę tyle drewna, ile mogła udźwignąć na plecach. Tymczasem ojciec 

przewiązał  sznurkiem  pęk  suszu  i  wlókł  go  za  sobą.  Wracali  do  wioski,  pozostawiwszy 

zbierające chrust kobiety w lesie. Droga nie była łatwa – zapadali się w śnieg po kolana, wiatr 

dmuchał tak, iż nie wiedzieli, w którą stronę iść. Dotarli w końcu do drogi, robiąc postój pod 

świętym krzyżem Chrystusowym, by po chwili ruszyć znowu: (…)ciężar ją przygniatał, sęki 

wpijały się w plecy i chociaż przez zapaskę i kaftan, a wgniatały się w żywe mięso, ramiona ją 

strasznie bolały, a zaś ten węzeł płachty, zakręcony w kij, wrzynał się w gardziel i dusił, szła 

coraz  wolniej  i  ciężej.  Hanka  prosiła  Boga,  by  dodał  jej  sił  i  bezpiecznie  zaprowadził  do 

domu.  Płakała  i  traciła  nadzieję,  coraz  głębiej  zapadając  w  zaspy,  przewracając  się                   

i podnosząc z wielkim ciężarem na plecach. Już nie miała sił wygrzebywać się ze śniegu, gdy 

nagle usłyszała dzwoneczki u sań, którymi jechał Boryna w towarzystwie Witka i Jambrożego 

(wracali  z  sądu).  Gdy  mijali  kobietę,  Maciej  zatrzymał  się  i  zaproponował  synowej 

podwiezienie,  ponieważ  w  błogosławionym  stanie  nie  powinna  się  przemęczać. 

Poinformował, że Bylicę, który siedział pod drzewem i płakał z wyczerpania, drugimi saniami 

zabrał  Bartek.  Boryna  z  litością  patrzył  na  skuloną  synową,  dziwiąc  się  jej  spokojowi                    

i  zmianie,  która  w  niej  zaszła  od  momentu  ostatniego  spotkania.  Gdy  przyznał  się  do 

spostrzeżeń, Hanka odpowiedziała, że zawdzięcza wszystko biedzie. 

background image

Po przywiezieniu do chałupy Boryna szepnął synowej, by go odwiedziła, za co ucałowała 

teścia w rękę. Za chwilę pojawił się również Bylica na drugich saniach. Hanka natychmiast 

rozpaliła ogień, nakarmiła dzieci, a ojciec zachwalał postępowanie Boryny, prosząc, by córka 

pogodziła  się  z  Maciejem.  Gdy  Bylica  zasnął,  wyglądała  nadejścia  męża.  Postanowiła,  że 

choćby  Antek  zabronił  jej  pójść  do  Boryny  –  nie  posłucha.  Usłyszany  wrzask  sprawił,  że 

wybiegła  przez  izbę  i  zobaczyła  ogień  pośrodku  wsi.  Z  naprzeciwka  biegł  zakrwawiony 

Antek, bez czapki, z osmoloną twarzą i dzikim spojrzeniem w oczach. Wciągnął ją do izby, 

mimo  że  chciała  sprawdzić,  czy  to  nie  jest  ogień  z  pola  jego  ojca… 

 

X 

 

Tego  samego  dnia,  kiedy  Boryna  pojechał  saniami  do  sądu,  Jagna  z  Józką  i  Nastką  poszły 

wieczorem  do  Kłąbów  na  pszęślicową  wieczornicę,  w  której  uczestniczyło  wiele  osób. 

Panowała  radosna  atmosfera,  słychać  było  furkoczące  wrzeciona.  Po  przyjściu  Mateusza                 

Rocha 

(teraz 

mieszkał  i  uczył  u  Kłąbów)  wszyscy  czekali  na  wizytę                              

przebranych 

dzieci 

ze 

wsi 

(był 

to 

kolejny 

tradycyjny 

zwyczaj).  

 

Roch,  wysłuchawszy  próśb  dziewcząt,  opowiadał  zebranym  historie  o  królach,  wojnach, 

górach,  leniwym  koniu.  Ta  ostatnia  szczególnie  przypadła  wszystkim  do  gustu,  ponieważ 

traktowała  o  odkupieniu  winy  i  przebaczeniu.  W  trakcie  tych  opowieści  pojawił  się  Antek, 

lecz Jagna udawała, że go nie widzi. Potem zebrani zaczęli śpiewać religijne pieśni, którym 

na  fleciku  wtórował  Mateusz.  Było  już  bardzo  późno.  Gdy  nikt  nie  patrzył,  kochankowie 

wymknęli się niepostrzeżenie. Antek w sieni chwycił Jagnę za rękę i poprowadził daleko za 

stodoły.  

 

XI 

 

Dobiegli  do  zasp,  leżących  daleko  od  wsi.  Upadli  zmęczeni  i  sczęśliwi,  aż  zaparło  im  dech          

w piersiach. Przytuleni: Byli spowici jeszcze w czarodziejską tęczę cudów i marzeń, że płynęli 

jakby  z  korowodem  tych  dziwów,  wywołanych  przed  chwilą,  przez  baśniowe  kraje  szli,  na 

wskróś  tych  scen  nadludzkich,  wszystkich  stawań,  wszystkich  cudów,  przez  najgłębsze  kręgi 

zdumień i  oczarowań. Jawy kołysały się w cieniach, po niebie błądziły, wyrastały z każdym 

spojrzeniem  oczu,  przez  serca  płynęły,  aż  chwilami  przytajali  oddechy,  zamierali  z  trwogi           

background image

Wracali przytuleni i nieprzytomni za szczęścia. Za Borynową stodołą przycupnęli, Antek tulił 

ukochaną  płaczącą  ze  szczęścia.  Schowali  się  jednak  do  brogu  (weszli  w  stóg  siana  przez 

otwór tuż nad ziemią), słysząc jakieś  głosy.  Cień jakiś oderwał  się od ścian i  przygarbiony 

posuwał  się  po  śniegach,  był  coraz  bliżej,  wyrastał,  zatrzymywał  się  co  mghienie  i  znowu 

szedł... skręcił za bróg od pola, przyczołgał się prawie pod otwór i nasłuchiwał długo... Potem 

przesunął  się  do  przełazu  i  zniknął  pod  drzewami...  Nie  wyszło  i  Zdrowaś,  kiej  się  znowu 

pokazał wlekąc za sobą wielgachną wiązkę słomy, przystanął na mgnienie, posłuchał i skoczył 

do  brogu,  przytkał  wiązką  dziurę...trzasnęła  zapałka  i  ogień  w  mig  rozbłysnął  po  słomie, 

zatrzepał się, tysiącem jęzorów błysnął i po chwili buchnął krwawą płachtą, ogarniając całą 

ścianę brogu... Boryna zaś przygięty, straszny kiej trup, czatował z widłami w ręku. W jednej 

chwili poczuli, że pali się bróg  - dym wdzierał się do środka stogu. Antek w ciemności nie 

mógł  znaleźć  wyjścia,  bo  było  zastawione.  Udało  mu  się  je  otworzyć,  do  czego  użył  całej 

swej siły. Gdy wydostał się na zewnątrz, natknął się na czekającego ojca trzymającego w ręku 

widły.  Maciej  chciał  go  uderzyć,  lecz  nie  trafił  dokładnie,  a  syn  uciekł.                                  

Wtedy  Boryna  rzucił  się  do  brogu,  lecz  żony  już  tam  także  nie  było  –  uciekła.                   

i przywarci do siebie, oniemieli, zalękli, wpatrywali się w bezdenną, skłębioną głąb marzenia, 

aż rozkwitały im dusze w kwiat zdumień, w prześwięty kwiat wiary i modlitewnych uniesień, że 

padali na samo dno podziwu i  niepamięci. Momentami  powracali do przytomności,  a Jagna 

mówiła  wtedy,  ze  pójdzie  za  ukochanym  na  koniec  świata,  ponieważ  opętał  ją  miłością. 

Antek mówił to samo… Ogarnął ich szał namiętności. Noc była mroźna i ciemna, ale nie dla 

nich.  I  porwani  miłosną  wichurą,  oślepli  na  wszystko,  oszaleli,  wyzbyci  z  pamięci  stopieni           

z,  sobą  jako  dwie  żagwie  płonące,  nieśli  się  w  tę  noc  nieprzejrzaną,  w  pustkę  i  głuchą 

samotność,  by  oddawać  się  sobie  na  śmierć,  do  dna  dusz,  pożeranych  wieczystym  głodem 

trwania... Nie mogli już mówić, tylko nieprzytomne krzyki rwały się im gdziesik aż z samych 

trzewiów, tylko szepty zduszone, porwane a strzeliste jak wytryski ognia, słowa błędne i opite 

szałem, spojrzenia żrące do szpiku, spojrzenia struchlałe obłąkaniem, spojrzenia huraganów 

walących na siebie, aż przejął ich taki straszny dygot żądzy że zwarli się z dzikim skowytem            

i padli... nieprzytomni zgoła. . . Świat się wszystek zakołował i runął wraz z nimi w ogniste 

przepaście....  Gdy  śnieg,  na  którym  leżeli,  zmiękł,  Antek:  Ogarnął  ją  sobą  i  rozgrzewał 

takimi całunkami, aż oboje wnet zabaczyli o całym świecie, objęli się krzepko w pas i poszli 

jakąś  dróżką,  która  się  im  sama  nawinęła  pod  nogi;  szli  kołysząc  się  ciężko  ruchem  drzew, 

pokrytych  nadmiarem  kwiatów  i  kolebiących  się  cicho  w  pszczelnym  brzęku...

 

background image

Oszalały    zaczął  krzyczeć:  -Gore!  Gore!”,  czym  szybko  sprowadził  ludzi  na  ratunek.  

 

XII 

 

Takiego  wydarzenia  jak  minionej  nocy  w  Lipcach  jeszcze  nie  było.  Bróg  był  doszczętnie 

spalony,  a  ogień  jeszcze  nie  zgasł,  cały  czas  się  tlił.  Ktoś  z  pogorzeliska  wyjął  kawałek 

szmaty, w której ludzie rozpoznali zapaskę Jagusi. Plotkowali, że sprawcą pożaru był Antek, 

stale odgrażający się po wsi, że spali ojca. O wszystko obwiniali parę kochanków. Boryna nie 

brał udziału w oględzinach resztek brogu. Już rozniosła się wieś o tym, że pobił żonę i wygnał 

do matki. Przyjechał pisarz ze strażnikiem i zajęli się badaniem przyczyny pożaru. Do siebie 

zaprosił ich Maciej, a zdziwieni ludzie pytali, czemu nie aresztowano Antka.  

 

Nadszedł  marcowy  dzień  ostatków.  W  karczmie  grali  muzykanci,  gospodynie  smażyły 

pączki…  W  jednym  z  domów  jednak  nie  pielęgnowano  zwyczaju.  Od  nocy  pożaru,  gdy 

Hanka dowiedziała się od Weronki o wszystkich jego szczegółach, przestała się odzywać. Nie 

spała,  przestała  jeść,  straciła  chęć  do  życia.  Nie  wiedziała,  co  się  działo  wokół,  popadła               

w  apatię.  Opiekę  nad  dziećmi  przejęła  jej  siostra,  ponieważ  Antek  całymi  dniami  była 

nieobecny.  

 

Kobieta:  Dopiero  trzeciego  dnia  jakoś  przebudziła  się;  przecknęła  jakby  ze  snu  strasznego, 

ale  tak  zmieniona,  że  kieby  zgoła  inna  podniesła  się  z  tej  martwicy,  twarz  miała  szarą, 

popielną  zgoła,  porytą  zmarszczkami,  postarzałą  o  lata,  a  tak  przystygłą,  że  jakoby  ją  kto          

z drzewa wyrzezał, jeno oczy gorzały bystro a sucho i usta zacinały się mocno, opadła przy 

tym do cna z ciała, że szmaty wisiały na niej kiej na kołku. Powstała znowu do życia, ale i na 

wnątrzu  przemieniona,  bo  choć  dawną  duszę  miała  jakby  zetloną  na  proch,  to  w  sercu 

poczuła  jakąś  dziwną,  nie  odczuwaną  dawniej  moc,  nieustępliwą  siłę  życia  i  walki,  hardą 

pewność,  że  przemoże  i  weźmie  górę  nad  wszystkim.  Podziękowała  za  pomoc                     

Weronce,    którą  zdziwiła  nagłą  zmianą  zachowania.  Przestała  narzekać  na  męża,          na  los,                          

co 

było 

jej 

dotychczasowym 

zwyczajem.  

 

W środę popielcową Hanka poszła z obiecanymi odwiedzinami do teścia, któremu padła do 

nóg. Bardzo długo rozmawiali, a na koniec wizyty Boryna kazał Józce przyszykować synowej 

i wnukom jedzenie (trzeba było zawieźć je na sankach, tak hojny się okazał). Dał też trochę 

pieniędzy i poprosił, by przychodziła częściej. Po powrocie Hanka zastała w domu ponurego 

background image

męża, który zagroził, że jeśli nie odda ojcu otrzymanych rzeczy, wyrzuci wszystko za drzwi. 

W momencie, gdy doskoczył z zamiarem uderzenia, wstąpiła w nią taka siła, że chwyciła za 

maglownicę, gotowa się bronić. Usłyszała: - Tanio cię kupił, glonkiem chleba jak tego psa - 

mruknął  ponuro, na co  odparła hardo:„-  Jeszcześ taniej  nas i  siebie przedał,  bo za Jagniną 

kieckę! - wykrzyknęła bez namysłu, że zwinął się jakby nożem pehnięty, ale Hanka jakby się 

naraz  wściekła,  zalały  ją  wspomnienia  krzywd,  że  buchnęła  nagłym,  wezbranym  potokiem 

wypominków i żalów wiecznie tajonych, nie darowała mu już nic, nie przepomniała ani jednej 

przewiny,  ani  jednego  zła,  a  jeno  biła  w  niego  zapamiętałością  kieby  tymi  cepami,  żebych 

mogła - zabiłaby na śmierć w tej minucie!.... Te słowa spowodowały, że Antek przestraszył 

się odmienionej żony; nie widział jej jeszcze w takim stanie. 

Od  czasu  pożaru  pił  nieustannie,  tracąc  pracę.  Miał  za  kompanów  najgorszych 

awanturników  ze  wsi.  Wspólnie  wszczynali  awantury,  dlatego  ludzie  skarżyli  się  księdzu               

i  wójtowi.  Aby  zapłacić  rachunki  w  karczmie,  Antek  sprzedał  nawet  ostatnią  jałówkę.  Nie 

przestał  jednak  schadzek  z  Jagną.  Odbywały  się  teraz  w  stodole  u  Dominikowej.  Pewnego 

dnia,  gdy  dowiedział  się,  że  ukochana  wróciła  do  męża,  był  zdruzgotany.  Nie  został  o  tym 

uprzedzony, mimo że poprzedniego wieczoru spotkali się tak jak zawsze. Choć chodził stale 

nieopodal  podwórza  ojca,  nie  widział  Jagny  już  od  paru  dni.  Mając  jeszcze  nadzieję  na 

spotkanie na nieszporach, poszedł nawet do kościoła, lecz i tam jej nie ujrzał. Usłyszał za to 

kazanie  traktujące  o  wyrodnych  synach,  podpalających  rodziców.  Ksiądz  patrzył  wprost  na 

niego…  Nakazał  wiernym,  by  przepędzali  zbója,  ponieważ  w  przeciwnym  razie  popełnią 

grzech.  

 

Po  opuszczeniu  kościoła  zrozumiał  swój  grzech  i  winę.  Wszędzie,  dokąd  wchodził,  ludzie 

wychodzili  lub  odwracali  od  niego  głowę,  a  Gołębowa  –  matka  Mateusza  –  otwarcie 

wypędziła Antka z chałupy i wyklęła go. Wszyscy potępili Antka. Rozumiał powody, lecz nie 

potrafił  pohamować  rosnącej  złości  na  ojca,  któremu  poprzysiągł  zemstę. 

 

XIII 

 

W  Lipcach  panowała  bieda.  Ludziom  skończyły  się  zapasy  jedzenia,  a  Jankiel  również  nie 

chciał dawać więcej na kredyt – sam był coraz biedniejszy…Dziedzic dotrzymał słowa i do 

pracy przy wyrębie lasu nie zatrudnił żadnego chłopa z wioski. Wraz z odwilżą pojawiły się 

choroby.  Ospa  zabrała  dwoje  dzieci  wójta,  żniwa  zbierały  także  tyfus  i  gorączka. 

background image

Wieczorem wieś obiegła wiadomość o rozpoczęciu wyrębu chłopskiego lasu. Ludzie zebrali 

się w karczmie, pomstując na dziedzica, który  wyciął  im już pół  boru. Antek z Mateuszem 

 

Odkąd Boryna z powrotem przyjął Jagnę, zmienił się nie do poznania. Przestał ją pilnować, 

mimo  że  wiedział  o  kolejnych  schadzkach  z  Antkiem  (którego  nadal  kochała).  Nie 

awanturował  się,  nie  wypominał  niczego,  za  to  traktował  ją  jak  prostą  dziewkę  do  pracy. 

Mimo  ciągłych  umizgów  żony  i  propozycji  zgody  po  przyłapaniu  na  zdradzie  coś  w  nim 

pękło.  Jagna,  nie  czując  ciężaru  popełnionego  grzechu,  zmęczona  sytuacją  w  domu,  nieraz 

chciała  wrócić  do  matki,  lecz  ta  nakazała  jej  żyć  przy  mężu  grożąc,  że  nigdy  córki  nie 

przyjmie.  Plotkowano,  że  Boryna  zmienił  zapis  sporządzony  przed  ślubem,  lecz  były  to 

jedynie  domysły.  Codziennie  odwiedzała  go  Hanka,  którą  bardzo  polubił.  Pozwalał,  by 

wnuki, które tak naprawdę pokochał dopiero teraz, zostawały na noc.  

 

Jagna  nadal  kochała  Antka,  lecz  uczucie  umierało.  Po  pamiętnej  nocy  pożaru  spotykała  się              

z nim już nie z miłości, lecz przymusu, żalu i rozpaczy. Czuła się zawiedzona, myślała, że jest 

inny,  a  okazał  się  jedynie  zawziętym  i  grzesznym  człowiekiem  (sama  nie  czuła  się  winna 

współudziału w nieprzyzwoitym postępowaniu). W dniu, w którym doszło do kłótni między 

kochankami, spotkali się za stodołą. Antek całował ukochaną i przytulał, a gdy powiedziała, 

że musi wracać, poczuł niepokój. Domyślił się, że już nie chciała z nim być, odtrącając tak, 

jak  wszyscy.  Wyrzucił  z  siebie:  -  A  to  ci  jeszcze  powiem,  bo  swoją  głupią  głową  nie 

miarkujesz, że jeślim na takie psy zeszedł, to i bez ciebie, bez to, żem cię miłował, rozumiesz, 

bez to! Za cóż to mnie ksiądz wypomniał i wygnał z kościoła kiej zbója, za ciebie! Za cóż to 

wieś  cała  mnie  odstąpiła  kiej  parszywego,  za  ciebie!  Wycierzpiałem  wszyćko,  przeniosłem, 

nawet  i  na  to  nie  pomstowałem,  że  ci  stary  mojego  rodzonego  grontu  zapisał  tylachna...           

A tobie się już mierzi że mną, wywijasz się kiej ten piskorz, cyganisz, uciekasz, bojasz się mnie 

i patrzysz na mnie jak wszystkie, kiej na tego mordownika i najgorszego! Innego ci już potrza, 

innego!  rada  byś,  bych  parobki  za  tobą  ganiały  kiej  te  psy  na  zwiesnę,  ty!...  -  krzyczał 

zapamiętale  i  te  wszystkie  krzywdy,  złoście,  jakimi  się  karmił  od  dawna,  jakimi  jeno  żył, 

zwalał  na  jej  głowę,  ją  winił  o  wszystko,  ją  przeklinał  za  to,  co  przecierpiał,  aż  w  końcu 

brakło mu już głosu i taka go złość porwała, że rzucił się do niej z pięściami, ale opamiętał się 

w ostatniej chwili, pchnął ją tylko na ścianę i spiesznie poszedł. Choć biegła, rzucając się mu 

na  szyję  –  nie  chciał  już  z  nią  rozmawiać.  Jagna  czuła,  że  spotkała  ją  krzywda                                  

i niesprawiedliwość. 

background image

poszli  do  Kłąba,  u  którego  trwała  akurat  narada  gospodarzy.  Aż  do  następnego  dnia  nikt 

jednak  nie  znał  wyników  spotkania.  Nazajutrz  Antek  bił  w  dzwony  na  dzwonnicy,  czym 

wywołał ogólny popłoch. Mateusz z Kobusem wzywali wszystkich, by wspólnie szli bronić 

lasu.  Drogi  wypełniły  się  ludźmi  niosącymi  kosy,  cepy,  siekiery.  Wszyscy  kierowali  się  do 

karczmy, gdzie czekali gospodarze. Kowal z młynarzem, którzy mieli w tym własny interes, 

odradzali  mieszkańcom  Lipiec  obronę  lasu  i  uczestnictwo  w  proteście.  Podobnie  twierdzili 

Roch  z  księdzem.  Gdy  w  końcu  przemówił  Boryna  (niegdysiejszy  sołtys),  ludzie  usłyszeli:          

-  Narodzie  chrześcijański,  Polaki  sprawiedliwe,  gospodarze  a  komorniki!  Krzywda  się  nam 

wszystkim stała, krzywda równa, jakiej ni ścierpieć, ni podarować! Dwór las nasz tnie, dwór 

nikomu z naszych roboty nie dawał, dwór cięgiem na nas nastaje i do zaguby wiedzie!... Bo         

i  nie  spamiętać  mi  tych  krzywd,  tych  fantowań,  tych  szkód,  a  utrapień,  jakie  cały  naród 

ponosi! Podawalim do sądu - co mu kto zrobi! Jeździlim ze skargą - na darmo. Ale miarka się 

przebrała,  tnie  nasz  bór!  Pozwolim  to,  na  to,  co?.  Mężczyźni,  kobiety  i  starsze                      

dzieci 

ustawili 

się 

rzędy 

ruszyli 

za 

prowadzącym 

pochód.  

Boryną.  

 

Na Wilczych Dołach tego dnia pracowało około czterdziestu chłopów z okolicznych wiosek. 

Rębacze zobaczyli na dróżce sanie z jadącym Maciejem, a za nim ogromny tłum. Po chwili 

stał  już  przed  nimi  rosły  Boryna  prosząc,  by  odeszli  z  nie  swojego  lasu.  Pracownicy, 

zebrawszy sprzęt, odgrażając się odeszli. Boryna zadecydował, że w kilku pójdą na rozmowę 

do dziedzica. Mieli mu powiedzieć, by z wycinką poczekał aż do wyroku sądu (nie wiadomo 

było, jaka część boru należy do chłopów). Nagle od strony dworu wyłonili się powiadomieni 

przez parobka o zajściu jego mieszkańcy. Za nimi powracali rębacze. Gdy dworscy dojeżdżali 

konno do reprezentacji Lipiec, rządca zaczął bić kobiety batem po głowach. Ludzie już chcieli 

uciekać,  lecz  nie  Boryna  –  on  pierwszy  ruszył  do  walki,  a  za  nim  towarzysze,  ramię  przy 

ramieniu. Zaczęła się zawzięta bitwa. 

 

Macieja  wypatrzył  borowy,  który  po  chwili  doskoczył  do  niego,  po  drodze  powalając 

Mateusza  i  innych.  Siłowali  się  niczym  dwa  niedźwiedzie.  Świadkiem  tego  był  ukryty  za 

drzewem  Antek,  który  wyciągnął  fuzję…  celując  w  ojca!  Nie  mógł  jednak  strzelić.  Nagle 

usłyszał krzyk Macieja z prośbą o ratunek. To borowy uderzył go z całej siły w głowę. Antek 

rzucił  natychmiast  fuzję  i  podbiegł  do  ojca,  który:  (…)  jeno  charczał,  krew  zalewała  mu 

twarz, głowę miał prawie na pół rozłupaną, żyw był jeszcze, ale już oczy zachodziły mu mgłą i 

kopał nogami. Syn przytulił ranną głowę ojca do piersi i zaczął krzyczeć wniebogłosy, czym 

background image

sprowadził  zaniepokojonych  ludzi.  Borynę  położono  na  gałęziach.  Tymczasem  Antek 

sprawiał  wrażenie  chorego  umysłowo:  Naraz  ucichł,  przypomniał  sobie  z  nagła  wszystko           

i rzucił się do borowego z krzykiem przerażającym i z takim szaleństwem w oczach, że borowy 

się zląkł i zaczął uciekać, ale czując, że go tamten dogania, odwrócił się raptem i strzelił mu 

prawie prosto w piersi, nie trafił go jedak jakimś cudem, tyle jeno, że twarz osmalił, a Antek 

zwalił  się  na  niego  jak  piorun.  Próżno  się  bronił,  próżno  wymykał,  próżno  przywiedziony 

rozpaczą i strachem śmiertelnym o zmiłowanie prosił - Antek porwał go w pazury kiej ten wilk 

wściekły,  zdusił  za  gardziel;  aż  grdyka  zachrzęściała,  uniósł  do  góry  i  tłukł  nim  o  drzewa 

potąd,  póki  ostatniej  pary  nie  puścił.  A  potem  jakby  się  zapamiętał,  że  już  nie  wiedział,  co 

robił; rzucił się w bitkę, a tam, kędy się zjawił, serca truchlały, ludzie uciekali ze strachem, bo 

straszny był, umazany ojcową krwią i swoją, bez czapki, z pozlepianym włosem, siny kiej trup, 

okropny  jakiś  a  tak  nadludzko  mocny,  że  prawie  sam  jeden  zmordował  i  pobił  tę  resztę 

dających opór, aż musieli go w końcu uspokajać i odrywać, boby zabijał na śmierć.... 

Bójka  się  skończyła.  Kobiety  opatrywały  rannych,  nieprzytomnego  Borynę  ułożono  na 

saniach. Antek szedł obok i przytrzymywał głowę ojcu, tak, że gdy ten otworzył oczy, patrzył 

na  syna:  (…)  jakby  sobie  nie  wierząc,  aż  głęboka,  cicha  radość  rozświeciła  mu  twarz, 

poruszył 

ustami 

parę 

razy 

największym 

wysiłkiem 

szepnął:                                                    

Tyżeś 

to, 

synu?... 

Tyżeś?... 

omdlał 

znowu. 

 

 

Część 3 – Wiosna  

Po ciężkiej i długiej zimie, po poważnej chorobie, do Lipiec z żebrów wróciła Agata (krewna 

Kłąbów)  -  starowinka  w  łachmanach,  z  kijem  w  ręku,  z  tobołami  na  plecach,  obwieszona 

różańcami. Pozdrawiała pracujące na polach kobiety, a przeliczywszy wyżebrane pieniądze, 

poszła dalej. Od paru lat zbierała na własny pogrzeb. Marzyła, by umrzeć w izbie, na łóżku. 

Na  tę  chwilę  czekały  u  Kłąbów  przygotowane  nowe  poduszki,  prześcieradła  i  okrycie  – 

pierzyna.  Wyprawkę  „na  śmierć”  zbierała  od  wielu  lat,  żywiąc  nadzieję,  że  w  ostatecznej 

godzinie ktoś z mieszkańców wsi przyjmie ją z tym wszystkim do chałupy. Teraz patrzyła na 

rozległy  sad  okalający  gospodarstwo  Borynów-  największego  z  tutejszych  mieszkańców. 

 

background image

Zdziwił  ją  fakt,  że  przez  całą  drogę  nie  ujrzała  żadnego  mężczyzny.  Dopiero  Jagustynka 

powiedziała  jej,  że  wszyscy  siedzą  w  „kryminale”,  dodając  po  chwili,  że  w  wyniku  tego 

Kłąbowa z pewnością przyjmie dodatkową parę rąk do pracy. I nie myliła się – Agata mogła 

zostać.  Dowiedziała  się  od  krewnej  o  bitwie  o  las,  o  zabiciu  borowego  przez  Antka                        

i  nieprzytomnym  Macieju,  do  którego  Roch  przyprowadzał  doktorów.  Z  uczestników 

potyczki 

we 

wsi 

mężczyzn 

zostali 

już 

tylko 

wójt 

kowal.  

 

Wieczorem  Agata  rozwinęła  tobołki,  obdarowując  krewnych  podarkami.  W  pewnym 

momencie Kłąbowa, jak gdyby nic się nie stało powiedziała, że pierzynkę ze skrzyni oddała 

swemu  choremu  dziecku.  Staruszka,  nic  nie  odpowiedziawszy,  otworzyła  stary  kufer,  do 

którego  tak  pieczołowicie  składała  wyprawę.  Zabrakło  w  nim  pierzyny.  Rozpłakała  się 

cichutko, żaląc Bogu na swoje krzywdy.  

 

 

II 

Nadeszła Palmowa Niedziela. Hanka, dla której zbliżał się termin porodu trzeciego dziecka, 

sprawdzała  obejście,  zaglądała  do  inwentarza.  Wspominała  słowa  ojca,  usłyszane  po 

powrocie uczestników bitwy o las. Bylica radził, by jak najprędzej przeszła do gospodarstwa 

teścia (przewidywał jego śmierć), bo w przeciwnym razie wprowadzi się tam kowal, i nikt go 

już nie wyrzuci.  Kobieta wzięła więc dzieci,  parę rzeczy i  zamieszkała  w Borynowej  izbie,           

w której niegdyś mieszkała z mężem. Przypominała sobie również, jak w trzy dni po bójce po 

Antka przyszli strażnicy i skutego zabrali do więzienia. Od tamtej pory musiała nieustannie 

walczyć  o  siebie  i  dzieci.  Pilnowała,  by  nikt  nie  rozkradł  gospodarstwa  teścia.                       

Nie 

bała 

się 

gróźb 

kowala, 

Dominikowej, 

nawet 

wójta.  

 

Po  powrocie  do  izby  i  nakarmieniu  dzieci  poszła  do  izby,  w  której  nieruchomo,  z  głową 

obwiązaną  szmatami,  z  otwartymi  błędnymi  oczami  leżał  Maciej.  Opiekowała  się  nim  od 

samego  początku.  Teraz  napoiła  świeżą  wodą  (podawaną  po  łyżeczce),  poprawiła  pościel.  

Codziennie  musiała  odpierać  ataki  małżeństwa  kowalów,  dopominających  się  ziemi,  a  nie 

pomagających w niczym. Kowal, gdy tylko Hanka nie widziała, wykradał z chałupy, co tylko 

mógł.  Czekał  jedynie  na  chwilowe  ocknięcie  rannego,  by,  obnosząc  swoją  zatroskaną            

twarz, 

nie 

zostać 

pominiętym 

wraz 

żoną 

przy 

podziale 

majątku.  

 

background image

Pytał  nawet  Jagnę  o  miejsce  schowania  pieniędzy  przez  Macieja,  obiecując  sprawiedliwy 

podział. Lecz Jagnę nie obchodziły żadne sumy ani chory mąż. Patrzyła na kowala i jego żonę 

z  obrzydzeniem  i  odrazą.  Oddała  Hance  obowiązki  gospodyni.  Chciała  jedynie  wrócić  do 

domu, lecz słuchając matki, czekała do czasu podziału majątku. Wspominała dzień, w którym 

chłopi  przynieśli  rannego  Borynę  i  towarzyszącego  mu  Antka,  który  przez  trzy  dni  nie 

odstępował  ojca  na  krok.  Pamiętała  rozpacz  Hanki,  gdy  zabierano  jej  męża.  Bolało  ją,  że 

Antek nie spojrzał nawet w jej kierunku, a kiedyś przecież tak ją kochał… 

Plotki,  które  rozpuszczali  ludzie,  były  prawdą  –  za  piękną  żoną  Macieja  uganiał  się  teraz 

wójt.  Jednak  nie  mógł  zastąpić  Antka,  nie  był  godzien  nawet  porównywania  z  niedawnym 

kochankiem.  

 

Po  śniadaniu  przyrządzonym  przez  Hankę  Jagna  ubrała  się  pięknie  i  poszła  z  palmą  do 

kościoła.  Podobnie  zrobili  Józka  z  Witkiem.  Do  żony  Antka  w  tym  czasie  przyszedł  Roch, 

zwolniony akurat z więzienia, przynosząc wieści o mężu: kazał zabić wieprzka i opiekować 

się  gospodarką,  chwalił  dzielność  i  pracowitość  Hanki.  Po  wyjściu  posłańca  w  kobietę 

wstąpiły  nowe  siły,  mobilizowało  ja  wspomnienie  pochwał.  Kolejnym  gościem  była 

kowalowa.  Usiadła  przy  ojcu,  a  w  pewnej  chwili  krzyknęła  na  bratową.  Gdy  ta  wbiegła  do 

izby, zobaczyła, że Boryna siedzi na łóżku, rozglądając się wokół. Zaraz zjawił się też kowal. 

Maciej dziwnym głosem po imieniu zawołał Hankę, która podparła mu głowę. Nagle zaczął 

się tak wyrywać, że ledwie go można było utrzymać, potem wyprężony padł na łóżko. Wtedy 

córka wcisnęła mu do ręki zapaloną gromnicę, myśląc, że umiera. On jednak otworzył oczy, 

wypuścił świecę i nakazał synowej wygnać tych ludzi (kowalów). Magda wyszła natychmiast, 

a  jej  mąż  dopiero  po  groźnym  spojrzeniu  teścia,  który  ręką  wskazał  mu  drzwi.  

 

Po wyjściu kowal zakradł się pod okno, by podsłuchiwać. Boryna kazał Hance zbliżyć się, co 

wykonała  płacząc.  Wyjawił  jej  z  wielkim  wysiłkiem,  iż  w  komorze,  w  zbożu,  schował 

pieniądze. Nakazał, by je wzięła, nim inni się dowiedzą. Jeśliby nadeszła taka potrzeba, miała 

też  sprzedać  pół  gospodarki  i  bronić  Antka.  Potem  posiniał  i  opadł  na  posłanie,  bełkocząc 

niezrozumiałe  słowa.  Hanka  krzyknęła.  Wbiegli  kowalowie,  lecz  Maciej  nie  odzyskał  już 

przytomności.  Wszyscy  siedzieli  przy  chorym  do  wieczora.  Kowal  nie  dowiedział  się 

szczegółów  rozmowy,  z  której  usłyszał  jedynie  wzmianki  o  zbożu.  Wieczorem                      

synowa 

Boryny 

nie 

znalazła 

okazji, 

by 

poszukać 

pieniędzy.  

background image

 

III 

Rano  Hanka,  zanim  wybrała  się  do  Jankiela,  nakazała  Józce  nagrzać  wody,  ponieważ 

Jambroży miał zarżnąć wieprzka. Wstąpiła po drodze do Weronki i obiecała również zrobić 

paczkę  Stachowi.  Powiedziała,  by  siostra  przyszła  do  niej  wieczorem,  to  da  jej  kawałek 

mięsa.  Na  obietnicę  odwdzięczenie  się  przez  Weronkę  odparła,  że  wie,  co  znaczy  bieda. 

Zajrzała  również  do  ojca,  który  leżał  w  jej  dawnej  izbie.  Jemu  również  kazała  przyjść, 

obiecując syty posiłek w zamian za opiekę nad dziećmi. Kupiwszy u Jankiela parę kwaterek 

gorzałki, wróciła do domu. Zastała ta Jambrożego gotowego do zabicia zwierzęcia. Ponieważ 

u Hanki nie było miejsca, zwierzę po uboju i umyciu pod nieobecność Jagny zaniesiono do 

izby  Boryny  i  powieszono  u  sufitu,  by  ułatwić  porcjowanie  i  krojenie.  

 

Według zwyczaju „przepijania” uboju zeszli się sąsiedzi, częstowani przez nową gospodynię 

gorzałką  i  „zakąską”.  Gdy  wróciła  Jagna,  zaraz  pobiegła  po  kowala.  Jambroży  nadal 

porcjował  mięso,  a  Jagustynka  kładła  je  w  cebrzyki,  gdy  nagle  zjawił  się  wściekły  mąż 

Magdy z krzykiem, skąd Hanka ma prawo do rządzenia. Odparła, że od męża. Kowal chciał 

zabrać pół  świniaka twierdząc, że Antka i  tak wyślą w kajdanach na Sybir… W Hance coś 

zawrzało,  chwyciła  nóż  i  zobaczyła  strach  w  oczach  oskarżyciela.  Przeprosił,    pytając 

szeptem,  o  jakich  beczkach  i  pieniądzach  w  zbożu  mówił  ojciec.  W  ten  sposób                   

zdradził 

się, 

że 

podsłuchiwał. 

Oczywiście, 

nie 

uzyskał 

odpowiedzi.  

Do towarzystwa, z pomocą przy rozbieraniu mięsa, dołączyły Jagna z matką, które zaczęły po 

kryjomu  chować  mięso  w  komorze  (Hanka,  Józka  i  Pietrek  na  szczęście  szybko  przenosili 

świeżynę do izby Hanki). O zmierzchu rozpoczęło się robienie kiełbas, szynek, salcesonów,          

a Hanki nie odstępowała myśl o sposobie odebrania zawłaszczonego przez Jagnę mięsa. 

Pojawił  się  mający  pilnować  dzieci  Bylica.  Niefortunnie  powiedział,  że  Hanka  powinna 

poczęstować  wszystkich  zebranych  i  sąsiadów  mięsnymi  produktami,  ponieważ  taki  był 

zwyczaj. Tak też zrobiła, choć żal jej było kiełbas i smacznych wędlin. Nakazała odświętnie 

ubranej Józce: Te dłuższe nieś stryjnie najpierw, zbójem na mnie patrzy, pyskuje, ale nie ma 

rady; to ci z miseczkom wójtom, łajdus on, ale z Maciejem żyli w przyjacielstwie i może być          

w  czym  pomocny;  cała  kiszka,  kiełbasa  i  kawał  boczku  dla  Magdy,  la  kowali,  niech  nie 

szczekają,  że  sami  zjadamy  ojcowego  świniaka,  juści,  całkiem  im  tym  pyska  nie  zatka,  ale 

przyczepkę będą miały mniejszą... Pryczkowej tę tu kiełbasę, harda, wynośliwa, pyskata, ale         

z  przyjacielstwem  szła  pierwsza...  Kłębowej  ten  ostatni....  Dziewczyna  co  jakiś  czas 

background image

przychodziła  po  następne  porcje,  przynosząc  kolejne  podziękowania  od  obdarowanych. 

 

Hanka chciała zamknąć wrota stodoły, gdy mignął jej cień. Od Witka dowiedziała się, że był 

to  kowal,  dlatego  zaniepokojona  pobiegła  do  izby  Boryny,  pytając  o  męża  Magdy.  Okazało 

się,  że  poszedł  do  komory  w  poszukiwaniu  jakiegoś  dawno  pożyczonego  klucza,  a  tak 

naprawdę  przeszukiwał  beczki  ze  zbożem.  Gdy  tam  dobiegła,  zaczęła  wyzywać  go  od 

złodziei  i  zbójów,  czym  go  bardzo  zawstydziła.  Opuścił  pomieszczenie.  Potem  z  krzykiem 

zaczęła grozić Jagnie, że jeżeli coś zginie z domu, poda ją do sądu, po czym skoczyła do córki 

Paczesiowej. Pobiłyby się, gdyby nie Roch, który je rozdzielił. Przerażona Jagna rzuciła się         

z  płaczem  na  łóżko,  a  tymczasem  Hanka  wyjaśniła  powód  kłótni  Rochowi.  Mężczyzna 

stwierdził, 

że 

nie 

powinna 

krzywdzić 

dziewczyny, 

którą 

osądzi 

Bóg.  

 

IV 

Roch  poszedł  do swego  nowego domu  – do sołtysów. Pomagał  całej  wsi opuszczonej  przez 

mężczyzn: rąbał drewno, przynosił wodę ze stawu, łagodził kłótnie i zwady. Nie mógł jednak 

pomóc  wszystkim:  w  Lipcach  było  ponad  pięćdziesiąt  chałup,  inwentarz,  leżące  odłogiem 

pola,  których  nikt  nie  orał  i  nie  siał.  Kobiety  same  nie  dawały  sobie  rady. 

Pewnej nocy przeszła silna wichura, która pozrywała dachy z niektórych domów. O tym, że 

Weronce zawaliła się w nocy chałupa, Hanka dowiedziała się rano od sąsiadki. Po dotarciu na 

miejsce zastała jedynie pokrzywione ściany bez dachu i kawałek sieni. Przytuliła siostrę i jej 

dzieci. Pojawił się ksiądz, któremu kobiety opowiedziały, co się zdarzyło w nocy.  

 

Inwentarz ocalał, bo był w sieni, a Weronka, bo schroniła się w ziemniaczanym dole. Kapłan 

dał jej trzy ruble i zaoferował zabranie krowy do swej obory. Sąsiadka, mająca wolną izbę, 

zaproponowała,  że  weźmie  Weronkę  i  jej  potomstwo  do  siebie.  Nie  chciała                         

zapłaty 

jedynie 

sporadyczną 

pomoc 

gospodarstwie.  

 

Ludzie  zaczęli  przenosić  spod  rumowiska  rzeczy  kobiety  do  stojącej  niedaleko  chałupy 

Sikorów.  Pomagał  nawet  parobek  Pietrek  i  Roch,  sprowadzeni  przez  Hankę,  która  obiecała 

dać siostrze święty  obraz oraz trochę  garnków.  Chciała też zabrać do siebie ojca, ale wolał 

zostać w sieni zapewniając, że będzie chodził do Borynów na posiłki. Gdy Hanka, wracając 

do  domu,  zajrzała  jeszcze  do  siostry,  spotkała  tam  już  sąsiadki  z  prezentami;  każda 

przyniosła, 

co 

tylko 

mogła: 

groch, 

kaszę, 

mąkę.  

background image

 

Kiedy Hanka wróciła do domu, przyszła do niej Tereska z pytaniem, czy kupi nowy wełniak, 

ponieważ potrzebowała pieniędzy. Gdy odmówiła, a kobieta wyszła, Jagustynka powiedziała, 

iż Tereska potrzebowała pieniędzy nie dla męża do wojska, lecz dla Mateusza, z którym miała 

romans  i  którego  odwiedzała  z  paczkami  w  więzieniu.  Pod  koniec  dnia  synowa  Boryny 

odkryła,  że  ktoś  ukradł  jej  mięso  przeznaczone  dla  męża.  Wszystko  wskazywało  na  Jagnę, 

ponieważ Józka widziała, jak wynosiła coś pod zapaską. Wtedy gospodyni nakazała przenieść 

mięso  Paczesiowej  do  swej  komory.  Po  kolejnej  kłótni  Jagna  wykrzyczała  Hance,  że  ze 

względu na Antka miała takie samo prawo do świniaka jak i ona. 

W Wielki Piątek u Borynów Hanka z Pietrkiem skończyli bielenie domu, zaś Jagna z Józką 

zgodnie  malowały  pisanki,  które  żona  Antka  odłożyła  do  poświęcenia.  W  sobotę  Józka 

wysypała obejście żółtym piaskiem. Naprzeciw łóżka Macieja ustawiono duży stół przykryty 

białym obrusem. Sąsiadki w miseczkach i donicach przynosiły swoje święconki; ustawiano je 

potem  na  ławie  obok  stołu.  Było  tak  na  prośbę  księdza,  który  chciał,  by  w  bogatszych 

chałupach zebrało się po kilka rodzin i zostawiło święconki. Dzięki temu miał mniej domów 

do  odwiedzenia.  Najpierw  objeżdżał  okoliczne  wioski,  by  na  koniec  odwiedzić  Lipce.  

 

Kobiety  zostawiły  więc  pokarmy  i  poszły  do  kościoła  na  uroczystość  poświęcenia  ognia               

i  wody:  Józka  przyniosła  wody  całą  flaszkę  i  ogień,  którym  zaraz  Hanka  rozpaliła  drwa 

przygotowane  i  pierwsza  też  wody  święconej  popiła  dając  kolejnie  wszystkim  -  od  chorób 

gardzieli pono strzegła - a potem skropiła nią inwentarz i drzewiny rodne w sadzie, że to się 

przyczyniało do urodzajów i dawało bydlątkom letkie lągi. A później widząc, że ni Jagna, ni 

kowalowa nie pomyślały o starym, umyła go w ciepłej wodzie, przyczesała jego skołtunione 

włosy  i  przewlekła  mu  koszulę  i  pościele.  Boryna  dozwalał  z  sobą  robić  wszystko,  nie 

poruszywszy  się  ani  razu,  leżał  jak  zawżdy  wpatrzony  przed  siebie  i  martwy  jak  zawżdy.... 

Hanka przebrała się w świąteczny strój, umyła dzieci, a po przyjściu sąsiadek czekała z nimi 

na księdza. Wyszła po niego aż na drogę. Kapłan poświęcił pokarmy i jajka, a Witkowi dał 

pieniądze  za  boćka,  którego  chwalił  za  odganianie  kur,  i  opuścił  dom  Boryny. 

 

Wieczorem tłumy wiernych zmierzały do kościoła. W tym czasie Hanka, zostawszy w domu, 

kazała  Bylicy  stać  na  straży  w  obejściu,  tymczasem  sama  udała  się  do  komory  Boryny. 

Wyszła po pół godzinie, chowając trzęsącymi rękoma coś za stanik i udała się na rezurekcję.  

 

background image

V 

 

W  kościele  Hanka  przepchnęła  się  do  ławek,  czując  między  piersiami  ukryty  węzełek 

znaleziony  w  zbożu.  Nabożeństwo  skończyło  się  przed  północą,  a  ona  wyszła  z  kościoła 

ostatnia.  

Nazajutrz w chałupie Borynów: Wedle zwyczaju nie rozpalono ognia w kominie, kontentując 

się  zimnym  święconym.  Właśnie  je  była  Hanka  przynosiła  z  ojcowej  izby,  rozdzielając  po 

talerzach,  że  każdemu  po  równo  wypadło  po  kawale  kiełbasy,  szynki,  sera,  chleba,  jajek             

i  placka  słodkiego”  Odświętnie  ubrani,  zasiedli  do  śniadania,  po  którym  Hanka, 

naszykowawszy dużo jedzenia dla męża, pojechała z Pietrkiem wozem na widzenie. Razem             

z  nimi  zabrała  się  Jagustynka,  ponieważ  chciała  załatwić  swoje  sprawy.  

 

Po  ich  wyjściu  Józka  zaniosła  śniadanie  ojcu,  który  jadł  z  apetytem,  patrząc  martwym 

wzrokiem. Potem, do momentu pojawienia się kowalowej, posiedział przy nim trochę Roch. 

Jagna, która nie chciała jechać z matką w odwiedziny do brata, ubrała się w odświętne stroje 

po zmarłej żonie Boryny i spacerowała po wsi. W tym czasie Roch rozmawiał o panu Jacku             

z  Bylicą,  który  znał  go  z  czasów,  gdy  jako  młodzieniec  biegał  za  dziewczynami.  

 

Zbliżał  się  wieczór,  a  Hanki  wciąż  nie  było.  Przyjechała  dopiero  około  północy,  smutna                 

i  zmęczona,  przekazując  czekającemu  Rochowi  pozdrowienia  od  Antka.  Położyła  się 

spać:„Ale  Hanka,  choć  się  zarno  do  dzieci  przyłożyła,  usnąć  nie  mogła  mimo  utrudzenia. 

Jakże!...  toć  Antek  ją  przyjął  kiej  tego  psa  uprzykrzonego...  Święcone  ze  smakiem  jadł,  te 

kilkanaście złotych wziął, nie pytając, skąd miała, i nawet się nie użalił nad jej umęczeniem 

daleką drogą!... Opowiadała mu, co i jak się robi w gospodarce - nie pochwalił, a naprzeciw 

niejednemu ze złością przyganiał... O całą wieś rozpytywał, a o dzieciach ni wspomniał... Szła 

ku niemu z tym sercem wiernym i kochającym, utęskniona wielce łask jego; żoną mu przeciech 

ślubną była i matką jego dzieci, to jej nawet nie przyhołubił, nie pocałował, nie zatroskał się  

jej zdrowie... Kiej obcy się widział i kiej na obcą sobie spoglądał, nie bardzo słuchając jej 

rozpowiadań, że już w końcu i mówić nie mogła, żal ją dusił, łzy zalewały, to jeszcze krzyknął, 

by mu z bekami nie przyjeżdżała! Jezus kochany, dziw, że trupem nie padła... To za tę ciężką 

służbę  kole  jego  dobra,  za  pracę  nad  siły,  za  te  cierpienia  wszyćkie  -  nic  w  zapłacie:  ni 

jednego słowa łaski, ni jednego słowa pociechy! 

background image

Nazajutrz  był  lany  poniedziałek,  więc  chłopcy  biegali  po  wsi,  oblewając  piszczące 

dziewczyny.  Jagustynka  martwiła  się  o  źle  wyglądającą  Hankę,  nawet  starała  się  zająć  ją 

rozmową.  Mówiła  o  kłopotach  dziedzica,  któremu  urzędowo  zabroniono  sprzedaży  lasu, 

przez  co  kupcy  wytoczyli  mu  mnóstwo  procesów.  W  końcu  położyła  do  łóżka  młodą 

Borynową, która niemal zemdlała, a Witkowi kazała szukać psów, ponieważ od rana nie było 

ich słychać. Józka za chałupą odnalazła zwierzę z rozwaloną głową, obok wykopanej wielkiej 

dziury  w  ziemi,  prowadzącej  do  komory  Boryny.  Zaczęła  krzyczeć,  podejrzewając,  iż 

sprawcą  wszystkiego  był  jakiś  okoliczny  złodziej.  Po  oględzinach  pomieszczenia  ustalono 

straty: wysypane zboże z beczek, poprzewracane worki i sprzęty. Usłyszawszy głosy, Hanka 

wiedziała, że był to efekt działań kowala (na szczęście dobrze ukryła pieniądze). Zaraz zbiegli 

się  zaalarmowani  ludzi,  pojawił  się  wójt  z  sołtysem,  a  gdy  Roch  podszedł                                   

do 

żony 

Antka, 

usłyszał, 

iż 

złodziej 

się 

spóźnił.  

 

W tym czasie znudzona Jagna spacerowała topolową drogą, gdzie po jakimś czasie spotkała 

Jasia,  syna  organistów.  Podczas  rozmowy  stanęła  tak  blisko,  że  przestraszony  odskoczył         

i  poszedł  do  domu.  Ona  dalej  cieszyła  się  wiosenną  pogodą.  Kiedy  przechodziła  obok 

karczmy,  złapał  ją  wójt,  po  czym  zaprowadził  bocznymi  drzwiami  do  alkierza                 

mówiąc, 

że 

napiją 

się 

gorzałki.  

 

Wieczorem, gdy cała rodzina i przyjaciele Borynów siedzieli na ganku, słuchając opowieści 

Rocha, usłyszeli dochodzący z drogi głos. Ktoś krzyczał, że Podlesie się pali. Choć folwark 

stał na wzgórzu za lasem, parę wiorst od Lipiec, widać było, jak płonęły dworskie budynki, 

stodoły i obory z inwentarzem. Zbiegli się mieszkańcy wsi: pijany wójt, ksiądz, sołtys, który 

miał pomysł, jak ratować dobytek dziedzica, lecz nikt z lipczaków nie podniósł się z miejsca 

ani nie zrobił kroku w kierunku płomieni. Jedynie wójt z sołtysem i kowalem pojechali gasić 

ogień. Czynili to gołymi rękami, ponieważ ludzie nie pozwolili im zabrać z chałup wiader czy 

bosaków.  

 

VI 

Nas  ranem  zmęczona  niedawnym  porodem  Hanka  leżała  w  pościeli,  czekając  na  powrót 

ludzi  z  kościoła,  w  którym  chrzczono  jej  syna.  Ojciec  umilał  jej  czas  opowieściami. 

Powiedział,  że  mieszka  teraz  u  niego  pan  Jacek  (w  wyremontowanej  nieco  sieni),                  

który 

zrobił 

sobie 

tam 

porządne 

legowisko.  

background image

 

Wracali już z kościoła od chrztu. Przodem Józka niesła dziecko w poduszce, chustą przykrytej, 

pod  stróżą  Dominikowej,  a  za  nimi  walili  wójt  z  Płoszkową,  w  kumy  proszeni,  z  tyłu  zaś 

kusztykał  Jambroży  nie  mogąc  nadążyć.  Ale  nim  próg  przestąpili,  Dominikowa  odebrała 

dziecko  i  przeżegnawszy  się  jęła  z  nim,  wedle  starego  obyczaju,  obchodzić  cały  dom,  na 

węgłach jeno przystając i  przy  każdym z osobna mówiąc:  - Na wschodzie  - tu  wieje...  - Na 

północy - tu ziębi... - Na zachodzie - tu ciemno...- Na południu - tu grzeje... - A wszędy strzeż 

się  złego,  duszo  ludzka,  i  jeno  w  Bogu  miej  nadzieję.  Gdy  weszli  do  izby,  Dominikowa 

rozebrała dziecko i oddała Hance, mówiąc: - Prawego chrześcijanina, któremu Rocho na imię 

przy  chrzcie  świętym  dano,  przynosim  wam,  matko.  Niech  się  zdrowo  chowa  na  pociechę!.  

 

Jagustynka  zaprosiła  gości  do  suto  zastawionego  stołu,  który  sama  przygotowała.  

 

Tego  dnia  wszystkie  żale  zostały  zapomniane,  nawet  między  kobietami.  Hanka  zaprosiła 

Jagnę  na  poczęstunek,  by  „przepiła”  za  zdrowie  dziecka.  Uczestnikiem  chrzcin  był  wójt, 

jednak wkrótce wywołał go sołtys mówiąc, że przyjechał pisarz ze strażnikami i czekają na 

niego.  Ogłosili,  że  będą  przesłuchiwać  ludzi  w  sprawie  pożaru  na  Podlesiu  i  podkopu                    

u  Borynów.  W  sprawie  pożaru  dworu  nikt  nie  chciał  mówić.  Zeznań  nie  złożyła  żadna                     

z kobiet, a pisarz musiał chodzić z sołtysem i rozpytywać ludzi… 

Gdy  przyszli  do  Boryny,  już  na  progu  kancelista  skrzyczał  Bylicę,  że  nie  pilnuje  chałupy               

i  pozwala  grasować  złodziejom,  na  co  zdenerwowany  staruszek,  trzęsąc  się,  odpowiedział:          

-  A  tyś  co  za  osoba?  Gromadzie  służysz,  gromada  ci  płaci,  to  rób,  coć  masz  przez  wójta 

nakazane, a wara ci od gospodarzy! Widzisz go, łachmytek jeden, pisarek jakiś! Odpasł się na 

naszym  chlebie  i  będzie  tu  ludźmi  pomiatał...  i  na  ciebie  się  znajdzie  większy  urząd                       

kara...

Długo 

potem 

nie 

mógł 

opanować 

zdenerwowania.  

 

Dni  mijały,  jedne  słoneczne,  inne  deszczowe.  Nadeszła  pora  sadzenia  ziemniaków  i  robót             

w  polu.  A  cóż  z  tego,  kiej  pola  nie  zaorane,  nie  obsiane,  nie  obrobione  leżały,  niby  paroby 

zdrowe i krzepkie, przeciągające się jeno na słońcu, a całe tygodnie trawiąc na niczym, zasie 

na tłustych, rodnych ziemiach miasto zbóż ognichy się pleniły, osty strzelały w górę, lebiody 

trzęsły  się  po  dołkach,  rudziały  szczawie,  perze kłuły  się  gęsto  po  podorówkach  jesiennych,           

a  na  rżyskach  wynosiły  się  smukłe  dziewanny  i  łopiany  kiej  te  kumy  podufałe  zasiadały 

szeroko,  że  co  ino  tliło  się  w  przytajeniu  i  strachem  dotela  żyło,  kiełkowało  teraz  weselnie, 

background image

szło  chyżym  rostem,  pchało  się  z  bruzd  na  zagony  i  panoszyło  się  bujnie  po  rolach.                 

Aż 

lęk 

jakiś 

przewiewał 

po 

tych 

polach 

opuszczonych.  

 

Tylko  u  Borynów  prace  posuwały  się  naprzód:  Hanka,  choć  jeszcze  z  łóżka,  rządziła 

wszystkim  tak  zmyślnie  i  kwardo,  że  nawet  Jaguś  musiała  z  drugimi  stawać  do  roboty,                  

i  o wszelkiej rzeczy równą pamięć miała: o lewentarzu, o chorym, kaj  orać i  co gdzie siać,             

o  dzieciach,  gdyż  Bylica  już  od  chrzcin  nie  przychodził,  zachorzał  pono.  Juści,  że  całe  dni 

leżała  w  samotności,  tyle  jeno  ludzi  widując,  co  w  obiad  i  wieczorem,  albo  Dominikową, 

zaglądającą  do  niej  raz  w  dzień;  żadna  z  sąsiadek  nie  pokazywała  się,  nawet  Magda,                    

a o Rochu to jakby słuch za- ginął: jak pojechał wtenczas z proboszczem, tak i nie powrócił. 

Strasznie  mierziło  się  jej  to  leżenie,  więc  aby  rychlej  ozdrowieć  i  sił  nabrać,  nie  żałowała 

sobie  tłustego  jadła  ni  jajków,  ni  mięsa,  nawet  przykazała  zarznąć  na  rosół  kokoszkę,  nie 

nieśną po prawdzie, ale zawdy wartałą ze dwa złote. 

 

Do  wsi  przyjechali  Cyganie.  Koczowali  w  lesie,  a  po  wsi  chodzili  od  chałupy  do  chałupy, 

żebrząc.  Hanka,  bojąc  się  kradzieży  ze  strony  przybyszów,  kazała  Józce  sprowadzić  Jagnę, 

ponieważ  chciała  zamknąć  na  noc  drzwi.  Niestety,  dziewczynie  nie  udało  się  odnaleźć 

macochy.  Wtedy  Pietrek  pozamykał  drzwi  i  obejście  i  poszli  spać.  Późno  w  nocy  wróciła 

Jagna.  Tak  się  dobijała  do  drzwi,  że  obudziła  Hankę,  która,  otworzywszy  drzwi,  zobaczyła         

ją  pijaną.  Słyszała,  jak  po  chwili  runęła  na  łóżko  w  swej  izbie.  Rano  okazało  się,  że              

we 

wsi 

było 

kilka 

włamań. 

Skradziono 

konia 

sąsiadki, 

sołtysowi 

wóz                                              

podwórka. 

Mimo 

poszukiwań 

po 

złoczyńcach 

nie 

było 

śladu.  

 

Na  pocieszenie  Roch  oznajmił  dobrą  wiadomość,  że  w  czwartek  chłopi  z  okolicznych  wsi 

pomogą  lipieckim  kobietom  w  pracach  polowych.  Tak  też  się  stało.  Przyjechali  odświętnie 

ubrani  wozami  z  Woli,  Rzepek,  Dębicy,  Przyłęka.  Po  porannej  mszy  ksiądz  z  Rochem 

rozporządzili  przydział  prac,  biorąc  pod  uwagę,  by  bogatszy  chłop  trafił  do  majętniejszego 

gospodarstwa.  

 

Jedzenie  i  gorzałkę  na  poczęstunek  ustawiono  na  wyniesionych  na  podwórza  ogromnych 

ławach.  Po  posiłku  i  przebraniu  mężczyźni  ruszyli  w  pole:  Puste  i  zdrętwiałe  pola  ożyły, 

potrzęsły się głosy, ze wszystkich podwórz wytaczały się wozy, wszystkimi dróżkami ciągnęły 

pługi,  wszystkimi  miedzami  ludzie  ruszali,  a  wszędy,  skroś  sadów  i  przez  pola  rwały  się 

background image

pokrzyki,  leciały  radosne  pozdrowienia,  konie  rżały,  turkotały  rozeschłe  koła,  psy  ujadały 

zapamiętale ganiając za źrebakami, a bujna, mocna radość przepełniała serca i po ziemiach 

się  niesła  -  i  na  poletkach  pod  ziemniaki,  na  jęczmiennych  rolach,  na  rżyskach,  na 

zachwaszczonych  ugorach  stawali  i  wesołym  pogwarem,  szumnie  i  rozgłośnie  kiej  do  tańca

Pracowali  długo  i  bez  wytchnienia,  robiąc  przerwę  jedynie  na  posiłki,  przynoszone  przez 

lipieckie kobiety. 

Hanka,  choć  nie  potrzebowała  pomocy,  również  wzięła  na  nocleg  dwóch  chłopów 

pracujących u Weronki i Gołębiowej. Poczęstowała ich dobrym posiłkiem. Następnego dnia 

do  pracy  przyłączył  się  również  ksiądz  (w  podwiniętej  sutannie),  któremu  żaliły  się 

komornice,  bowiem  nie  przydzielono  im  nikogo  do  pomocy.  Uspokoiły  się  dopiero  po 

obietnicy pożyczenia koni, które miały zaprzęgnąć do pługów i zaorać swe pola. Wieczorem 

Lipce żegnały okolicznych chłopów, dziękując za dwudniową pomoc i okazaną życzliwość.  

 

VII  

W  Lipcach  rozeszła  się  wieść  o  rychłym  powrocie  aresztantów.  Kobiety  zebrały  się  pod 

chałupą  wójta,  a  gdy  ten  wyszedł  z  papierem  w  ręku  i  potwierdził  to,  pokazując  urzędowe 

pismo, ucieszyły się ogromnie. Stała wśród nich także Hanka, która wiedziała, że jej mąż nie 

wróci  z  innymi  –  był  oskarżony  o  morderstwo.  Kiedy  wracała  z  Jagustynką  do  chałupy, 

napotkany 

po 

drodze 

kowal 

zaśmiał 

się, 

że 

niektórych 

„zbójów”                                        

nigdy 

nie 

 

wypuszczą 

kryminału. 

Słowa 

te 

bardzo 

ją 

zabolały.  

 

Po  powrocie,  choć  osłabiona,  rozplanowała  jednak  aktualną  pracę,  przydzielając  zebranym          

w  sieni  komornicom  sadzenie  ziemniaków  na  polach  Boryny.  Potem  usiadła  na  kamieniu 

płacząc,  że  zostało  mnóstwo  pracy,  a  ona  –  bezsilna  i  sama,  dźwiga  na  plecach  całe 

gospodarstwo.  Gdy  zapytała  Jagnę,  czemu  nie  idzie  w  pole,  rozpoczęła  się  kolejna  kłótnia. 

Hanka  krzyczała:  Dobrze  ludzie  wiedzą,  co  wyrabiasz!  W  całej  parafii  wiedzą  o  twoich 

sprawkach.  Nie  raz  cię  już  widzieli  z  wójtem  w  karczmie,  nie  dwa!  A  wtedy,  com  ci  po 

północku  drzwi  otwierała,  wracałaś  z  pijatyki,  z  łajdactwa,  pijana  byłaś  kiej  świnia...  Do 

czasu  dzban  wodę  nosi,  do  czasu...  Nie  bój  się,  kto  w  głośności  żyje,  o  tym  cicho  mówią! 

Skończy  się  twoje  panowanie,  że  ni  wójt,  ni  kowal  cię  nie  obronią,  ty...  ty!...  

 

Jagna  odparła,  żeby  trzymała  się  od  niej  daleko.  Już  prawie  doszło  do  bójki,  lecz  Hanka 

opadła  z  sił  i  poszła  do  swej  izby.  Ostatnio  nawet  nie  przychodził  do  niej  ojciec,  który 

background image

podobno był chory, z kolei córka nie miała sił, by go odwiedzać. 

 

W  Lipcach  trwały  przygotowania  do  powrotu  mężczyzn.  Jagna  nie  mogła  znieść  leżącego 

cały  czas  męża,  któremu  życzyła  śmierci,  mówiąc:  Być  już  raz  zdechł!    i  wychodziła  na 

ganek,  by  na  niego  nie  patrzeć.  Raz  nawet  (po  kłótni  z  Hanką)  wzięła  motyczkę  i  poszła        

w pole. Pracowała z komornicami, jednak szybko zostawiła je w tyle za sobą, ponieważ miała 

więcej  siły.  Od  kilku  miesięcy  żyła  myślą,  że  wśród  powracających  będzie  też  Antek. 

 

Po  południu  wszystkie  pięknie  ubrane  kobiety  udały  się  do  kościoła  na  mszę,  po  której 

przeszły w procesji. Pietrek niósł święty krzyż, a silniejsze gospodynie chorągiew. Jambroży 

rozdał świece i wszyscy ruszyli przez wieś, drogą nad stawem. Na końcu wolno szła Agata. 

Za młynem zapalono światło. Ksiądz śpiewał pieśni, idąc za krzyżem. Gdy procesja doszła do 

pierwszego  kopca,  skropił  święconą  wodą  cztery  strony  świata,  po  czym  ruszyli  dalej  na 

równinę.  Kapłan  święcił  pola,  ziemię  i  drzewa.  Przy  drugim  kopcu,  pod  którym  podobno 

spoczywały  ciała  poległych  na  wojnie,  lipczanie  pomodlili  się  za  ich  dusze  i  ruszyli                      

w  kierunku  topolowej  drogi.  Gdy  już  mieli  dochodzić  do  trzeciego  kopca,                               

ktoś 

krzyknął, 

że 

lasu 

wychodzą 

jakieś 

chłopy.  

 

Kobiety rozpoznały mężów i przyspieszyły kroku (narażając się na gniew księdza, ponieważ 

procesja  nie  dobiegła  końca).  Doszły  do  krzyża  Borynów,  na  skraj  ziem  lipieckich                       

i dworskiego boru, gdzie stali już cisi i zniszczeni pobytem w areszcie mężczyźni. Wszyscy 

klęknęli, a ksiądz pobłogosławił ich i rozpoczął wspólną modlitwę. Dopiero teraz zaczęły się 

powitania,  krzyki  i  płacz.  Kapłan  dał  znak  i  procesja,  już  razem  z  mężczyznami,  poszła           

w  stronę  ostatniego  kopca,  drogą  wzdłuż  lasu:  A  że  sporo  narodu  przybyło,  to  już  zapchali 

całą drogę, szli także i borem między drzewami, szli i nad polami, że całe Podlesie zaroiło się 

ludźmi,  a  hukało  pieśnią  niebosiężną  (…)Tylko  Hanka  poczuła  się  jakby  za  całym  światem.          

A toć tuż przed nią i za nią, i wszędy chłopy szły szumno, a kiele każdego kobiety i dzieci tulą 

się radośnie niby te krze wątłe, a toć gwarzą, cieszą się, w oczy sobie zaglądają, cisną się do 

siebie,  a  ona  jedna  przemówić  nie  ma  do  kogo!  Cały  naród  wre  ukropem  radości 

niepowstrzymanej, a ona, choć idzie w pośrodku, tak się czuje opuszczona i nieszczęsna, jako 

to drzewo usychające w gąszczach, na którym nawet wrona gniazda nie uwije ni żaden ptak 

nie przysiądzie. Nawet mało kto  ją  przywitał  - jakże! każdemu było  pilno do swoich... co im 

tam ona?... a tylachna ich wróciło... nawet Kozieł, że znowu będzie trzeba pilnować komory          

background image

Przy ostatnim postoju czekał już na księdza w bryczce jego parobek Walek. Kapłan odjechał 

po  szybkim  zakończeniu  procesji,  zostawiając  radosnych  ludzi.  Wszystkie  domy  wypełniły 

się  śmiechem  i  hałasem.  Tylko  u  Borynów  było  pusto.  Hanka  została  sama  z  dziećmi,       

bowiem 

wszyscy 

poszli 

na 

wieś, 

by 

wspólnie 

się 

cieszyć.  

 

Jagna,  która  nigdy  tego  nie  robiła,  teraz  wydoiła  krowy,  nakarmiła  świnie,  nie  czując 

zmęczenia. Nie zwróciła też uwagi, gdy Pietrek – czterdziestoletni parobek, zaczął ją całować 

i obalił na słomę. Spragniona miłości i bliskości, otrząsnęła się jednak i podniosła, wyzywając 

kawalera  od  „świniarzy”,  grożąc,  że  „poprzetrąca  mu  kulasy”,  jeżeli  to  się  powtórzy.  Po 

kolacji,  gdy  szła  do  matki,  natknęła  się  na  rozmawiających  i  przytulonych  Mateusza                

z  Tereską,  którzy  udali,  że  jej  nie  widzą.  Zrozpaczona,  że  do  niej  nikt                                       

nie 

wrócił, 

zrezygnowała 

wizyty 

biegiem 

wróciła 

do 

izby.  

 

VIII 

 

Tereska  otrzymała  list  od  męża  służącego  od  dłuższego  czasu  w  wojsku.  Ponieważ  była 

analfabetką,  Nastka  Gołębiowa  doradziła,  by  wzięła  kilka  jajek  jako  zapłatę  i  poszła  do 

umiejącego  czytać  organisty.  W  liście  Jasiek  radośnie  informował,  że  na  żniwa  wraca  do 

Lipiec na stałe i nie może doczekać się powrotu. Przykazał również, by Tereska powiadomiła 

Borynę 

tym, 

iż 

wraz 

nim 

wraca 

syn 

Macieja 

– 

Grzela.  

 

Informacje  te  spowodowały,  że  adresatka  listu  przepłakała  w  polu  kilka  godzin,  po  czym 

wróciła  do  domu:  Mieszkała  za  kościołem,  pobok  Mateusza,  w  chałupinie  o  jednej  izbie          

z półsionką, gdyż drugą przy działach brat oderznął i przeniósł na swój grunt, że kiej rozcięte 

w poprzek żebra sterczały przepiłowane ściany i dach, przypierające do okopconego komina

Od jakiegoś czasu Tereska zdradzała męża z Mateuszem, obiektem ogromnej miłości. Rychły 

powrót małżonka wzbudzał w niej strach przed jego reakcją na plotki ludzi. Po jakimś czasie 

wybrała  się  do  Hanki,  by  powiadomić  o  powrocie  Grzeli,  lecz  nie  zastała  jej  w  domu, 

otrzymała za to niedwuznaczną radę od Jagustynki: wygonić Mateusza spod pierzyny. 

 

 

i chlewy zamykać... nawet i te największe buntowniki: Grzela, wójtów brat, i Mateusz... Antka 

jeno nie puścili... może go już nigdy nie zobaczy...

background image

W tym czasie we wsi rozpętała się olbrzymia awantura, którą zapoczątkowała kłótnia Kozłów 

i wójtów. Wójtowa posądziła sąsiadkę o kradzież płótna, na co usłyszała, że pewnie wójt dał 

je kochance (tak samo, jak gromadzkie pieniądze, które razem przepijali). Małżeństwa pobiły 

się,  po  czym  wójtowie  pojechali  do  miasta  w  celu  złożenia  skargi  na  sąsiadów,                        

a  ci  po  chwili,  bardzo  pobici,  również  podążyli  tą  samą  drogą.  Kozłowa  miała           

powyrywane 

ze 

skórą 

włosy, 

jej 

mąż 

rozbitą 

głowę.  

 

Mateusz oglądał  ruiny  chałupy  Bylicy. Ponieważ znał  się na stawianiu  domów, Stach (mąż 

Weronki, a zięć Bylicy) poprosił go o radę. Usłyszał, że należy postawić nową izbę. Ponieważ 

nie  miał  pieniędzy  na  drzewo,  mieszkający  u  nich  pan  Jacek  obiecał  pomoc  w  załatwieniu 

potrzebnych materiałów, jednak jego słowa nie zostały potratowane poważnie (ludzie mówili, 

że był chory „na głowę”). Wracający do domu  Mateusz zaczął rozmowę z Jagną pracującą             

w matczynym ogrodzie. Gdy chciał ją przytulić, usłyszał od dawnej kochanki, że ma pójść do 

Tereski.  Cała wieś już wiedziała o ich romansie i  paczkach, zawożonych przez mężatkę do 

więzienia.  

 

Słowa Jagny sprawiły, że niespieszący się do małżeństwa przystojny mężczyzna przypomniał 

sobie Tereskę: Dosyć już miał tej płaksy, zbrzydły mu te ciągłe kwiki. Nie ślubował przeciek, 

bych  się  jej  musiał  trzymać  jak  ten  ogon  krowy!  Ma  przeciek  chłopa!  I  ksiądz  gotów  go 

jeszcze wypomnieć z ambony! Z taką to i człowiek flaczeje. Psiakrótka z tymi babami! - srożył 

się w sobie. (…) Cicha przecież była jak zawsze, uległa i pracowita jak mrówka, nawet rada, 

że wziął nad nią górę i kwardo panuje. A właśnie on i bez to srożył się coraz barzej. Gniewały 

go jej kochające, lękliwe oczy, gniewał chód cichy, gniewała twarz pokorna, gniewało i to, że 

cięgiem plątała się kole niego. Miał już ochotę krzyknąć, by mu z oczu ustąpiła. Zabawiał się 

nią jak rzeczą, bez uczucia. 

Gdy udał się po obiedzie do Kłębów, dowiedział się o  planowanym powrocie Jaśka - męża 

niedawnej  kochanki,  lecz  ta  informacja  nie  wywołała  w  nim  żadnej  głębszej  reakcji. 

Przebywając u Kłębów, był świadkiem przyjścia Agaty. Kobieta uzbierała podczas zimowych 

żebrów  trzydzieści  złotych  i  chciała  je  teraz  dać  Kłębowi,  by  przyjął  ją  do  chałupy,  gdy 

będzie  umierać,  lecz  ten  odmówił.  Kiedy  potem  rozmawiał  z  żoną,  wytłumaczył  jej,  że  nie 

mogą  przyjąć  krewnej,  ponieważ  cała  wieś  zaczęłaby  plotkować,  że  robią  to  dla  pieniędzy.  

 

Po bójce wieś podzieliła się między zwolenników Kozłów i wójtów. Dominikowa popierała 

background image

tych  drugich.  Wójt  wywoływał  z  domu  jej  córkę,  która  nie  przejmowała  się  głosami 

mieszkańców  Lipiec  i  bez  skrupułów  spotykała  się  z  kochankiem.  Nie  słuchała                       

nawet 

matki, 

tracącej 

respekt  również  u  synów.  Obaj  nie  pozwalali  już                                      

jej 

pomiatać 

sobą 

być 

pośmiewiskiem 

całej 

wsi.  

 

U Borynów przy chorym czuwał jedynie Witek. Kowal opowiedział Hance, że Antkowi grozi 

dziesięć  lat  więzienia,  po  czym  zaproponował,  że  za  pięćset  rubli  pomoże  mu  w  ucieczce           

do Ameryki. Doradzał jednocześnie, że Hanka mogłaby później dojechać do męża. Usłyszał, 

że 

nie 

posiada 

takiej 

sumy 

że 

poradzi 

się 

adwokata.  

 

IX 

Roch wrócił do Lipiec z Częstochowy, gdzie był na odpuście. Teraz zatrzymał się u Borynów, 

a gdy zjadł posiłek przygotowany przez Hankę, poszedł przywitać się z gospodarzem, który 

leżał  w  sadzie  na  specjalnym  posłaniu,  przykryty  pierzyną.  Gdy  przyjaciel  zapytał,  czy  go 

poznaje, wychudzony Maciej poruszył sinymi wargami i przytaknął. Po tym spotkaniu Roch 

uświadomił 

Hance, 

by 

przygotowała 

się 

na 

rychłą 

śmierć 

teścia.  

 

Usłyszał  od  kobiety,  iż  Weronka  będzie  miała  nowy  dom,  ponieważ  pan  Jacek  dotrzymał 

słowa w sprawie obiecanego drzewa, w zamian ustalając, że będzie mieszkał w starej chałupie 

Bylicy do śmierci: Obiecał, ale przeciech niejeden obiecuje. Obiecanka cacanka, a głupiemu 

radość - powiedają. A pan Jacek dał Stachowi list i kazał mu z nim iść do dziedzica. Nawet 

Weronka  się  przeciwiła,  by  szedł,  bo  powiada,  co  będzie  buty  darł  na  darmo?...  jeszcze  się         

z niego wyśmieją, że zawierzył głupiemu... Ale Stacho się uparł i poszedł. I powiada, że może 

w pacierz po oddaniu listu dziedzic go kazał zawołać na pokoje, poczęstował gorzałką i rzekł: 

"Przyjeżdżaj z wozami, to ci borowy wycechuje dziesięć sztuk budulcu..." Dał mu Kłąb koni, 

dał sołtys, dałam i ja Pietrka. Dziedzic już na nich czekał w porębie i zaraz sam wybrał co 

najśmiglejsze z tych, co to je zimą cięli la Żydów. No i zwożą, bo dobrze trzydzieści wozów 

będzie  z  gałęziami.  Stacho  galantą  „chałupę”  se  wyszykuje!  Nie  potrza  mówić,  jak  panu 

Jackowi  dziękował  i  przepraszał;  bo  po  prawdzie  wszyscy  go  mieli  za  dziadaka  i  za 

głupawego, że to nie wiada, z czego żyje, i pod figurami, to we zbożach grywa na skrzypicy,           

a czasem tak bele co i nie do składu powie, jako ten niespełna rozumu... A on taki pan, że mu 

sam dziedzic posłuszny!... Kto by to przódzi dał wiarę?....  

 

background image

 

W czasie jednej z licznych rozmów Roch wyznał Hance, że istnieje szansa, by jej mąż opuścił 

areszt. Dowiedział się w urzędzie o konieczności wpłaty pięciuset rubli w zastaw do sądu (to 

samo  mówił  kowal).  Gdy  to  usłyszała,  przyznała,  że  posiada  tak  ogromne  pieniądze, 

ponieważ  Boryna  w  chwili  względnej  świadomości  kazał  jej  przeznaczyć  znalezione 

pieniądze  na  ratowanie  Antka.  Roch  przeliczył  zawartość  przyniesionego  zawiniątka:  Były            

w nim papierowe pieniądze, były i srebrne, awet było parę złotych i sześć biczów korali, było 

czterysta trzydzieści dwa ruble. Poradził, by kobieta sprzedała sztukę inwentarza, to wówczas 

uzbiera  konieczną  sumę,  po  czym  nakazał  dobrze  ukryć  pieniądze.  Na  koniec  obiecał,  że 

nikomu nie zdradzi tajemnicy, jak również zgodził się pomóc zbudować ołtarz na ganku na 

jutrzejsze Boże Ciało (we wsi zawsze robiono cztery ołtarze – dwa po jednej, dwa po drugiej 

stronie drogi: u Borynów, młynarza, wójta i Płoszki). 

 

Roch  wybrał  się  w  odwiedziny  do  Bylicy  i  pana  Jacka.  Zbliżał  się  wieczór,                               

gdy      chłopak  Kłębów  pędził  konno  przez  wieś  krzycząc,  że  w  lesie  leżą      zabici  ludzie.                    

Zaraz 

powiadomiono 

tym 

księdza 

sołtysa.  

 

O  zmierzchu  Kłąb,  sołtys  i  parobek  wrócili  z  leżących  na  wozie  pijanym  wójtem,  mówiąc 

zebranym, że w lesie nie znaleźli żadnego ciała, a wójta spotkali na drodze, lecz ludzie temu 

nie  uwierzyli.  Dopiero  gdy  z  boru  wracały  komornice  z  drzewem  na  plecach  i  Kozłową  na 

czele,  mieszkańcy  Lipiec  od  nich  dowiedzieli  się  o  przebiegu  zdarzenia:  ...  widzim  z  dala, 

prawda, leżą jakieś ludzie kieby nieżywe... jeno im kulasy sterczą spod jałowców. Filipka me 

ciąga, by uciekać... Grzelowa już pacierz trzepie i mnie też mróz po plecach chodził, alem się 

przeżegnała,  podchodzę  bliżej...  patrzę...  a  to  pan  wójt  leży  przez  kapoty,  a  pobok  Jagusia 

Borynowa...  i  śpią  se  w  najlepsze.  Spili  się  w  mieście,  gorąc  był,  to  se  chcieli  wypocząć                  

w  chłodzie  i  pojamorować.  Jaże  buchała  od  nich  gorzałka!  Nie  budzilim:  niech  świadki 

przyjdą,  niech  cała  wieś  obaczy,  co  się  wyprawia!  Wstyd  mówić,  jak  była  rozdziana;  jaże 

Filipka  z  litości  przyokryła  ją  zapaską.  Czysta  sodoma.  Stara  jestem,  a  jeszcze  o  takim 

zgorszeniu  nie  słyszałam.  Sołtys  zaraz  przyjechał  i  budził,  Jagna  w  pola  uciekła,  zaś  pana 

wójta 

ledwie 

na 

wóz 

wdygowali, 

spity 

był 

kiej 

świnia!

 

Tego dnia rano wójt wraz z Jagną i Dominikową udali się do miasta. Okazało się, że wrócili 

sami,  bez  matki,  przez  co  mieli  czas  na  zabawę  i  pijaństwo.  Wieś  zapałała  oburzeniem, 

background image

wykrzykiwano wyzwiska i obelgi. Tylko Pietrek, parobek Borynów, stanął w obronie Jagny, 

lecz zaraz został zagłuszony przez innych mieszkańców Lipiec. Wszyscy żyli tym, co się stało 

w  lesie.  Gdy  sąsiadki  wyszły,  Hanka  przeszła  do  izby  Boryny  i  rozebrała  po  cichu  pijaną, 

śpiącą  w  ubraniu  Jagnę,  po  czym  odeszła.  Do  późna  w  nocy  Płoszka  i  Kozły                          

biegali  po  wsi,  podburzając  innych  przeciw  wójtowi,  a  ksiądz  zabronił                               

wystawiać 

święty 

obraz 

mieszkaniu 

pijaka 

rozpustnika.  

 

Nazajutrz u Borynów: (…) przed gankiem stanęła kieby kapliczka, wypleciona z brzozowych 

gałęzi  a  zieleni,  wykryli  ją  całą  wełniakami,  że  jaże  grała  w  oczach  od  kolorów,  zaś                      

w pośrodku, na podwyższeniu, stanął ołtarz, przykryty bieluśką i cieńką płachtą i zastawiony 

świecami a kwiatami w doinkach, które Józka oblepiła w strzyżki ze złotego papieru. Wielki 

obraz  Matki Boskiej wisiał  nad ołtarzem, a pobok zawiesili mniejsze, ile się jeno zmieściło. 

Zaś la większej przyozdoby nad samym ołtarzem przyczepili klatkę z kosem, którego Nastusia 

przyniesła:  ptak  się  wydzierał  po  swojemu,  że  mu  to  Witek  z  cicha  przygwizdywał.  A  całe 

opłotki od drogi wysadzone były świerczyną na przemian z brzózkami, żółtym piaskiem grubo 

wysypane  i  zarzucone  tatarakiem.  Józka  znosiła  całe  naręcze  modraków,  ostróżek;  wyczki 

polnej i przystrajała ściany kapliczki; opięła też nimi obrazy, lichtarze i co ino było można, że 

nawet  ziemię  przed  ołtarzem  potrząsnęła  kwiatami;  nie  darowała  i  „chałupie”,  gdyż  całe 

ściany  i  okna  ginęły  pod  zielenią,  zaś  w  snopki  dachu  nawtykała  tataraków.  Na  mszę                

i procesję przybyli mieszkańcy okolicznych wiosek. 

 

Po  południu  w  karczmie  zebrało  się  sporo  ludzi.  Czas  upływał  na  tańcach,  a  powszechne 

zdziwienie  wzbudził  protest  synów  Dominikowej,  którzy  pierwszy  raz  nie  posłuchali  matki           

i nie opuścili zabawy, gdy przyszła po nich z kijem. Chłopi radzili miedzy sobą, jak przegonić 

Niemców, chcących osiedlić się na Podlesiu (w tym celu dali już nawet zadatek dziedzicowi). 

Mieszkańcy Lipiec zapewniali, że gdyby tylko mieli fundusze, sami kupiliby ziemię, a potem 

podzielili ją między sobą: (…) Lipce mają ziemi za mało, że narodu cięgiem przybywa, gdyż 

co  starczyło  za  dziadków  la  trojga,  musi  się  teraz  rozdzielać  la  dziesięciorga.                        

karczmie 

bawiono 

się 

pito 

do 

późnej 

nocy. 

 

X 

Ludzie na wsi szeptali za plecami Jagny, że jest kochanką wójta, jednak ona nie czuła żadnej 

winy i skruchy. Twierdziła, że została upojona alkoholem i wykorzystana, podczas gdy nikt 

background image

nie  stanął  w  jej  obronie.  Miała  żal  do  ludzi;  podkreślała,  że  inaczej  traktowaliby  ją,                

gdyby  była  panną.  Nawet  matka  nie  chciała  już  częstych  wizyt  córki.                                    

Prosiła  o  opamiętanie      i  radziła,  by  zostawała  w  domu  przy  chorym  mężu.  Jedynie  Hanka 

broniła 

Jagny 

przed 

sąsiadkami, 

podkreślając 

winę 

wójta.  

 

Pewnego  dnia  żona  Antka  dostała  z  kancelarii  list,  który  przeczytał  jaj  Roch.  Było  w  nim 

napisane, by wpłaciła pięćset rubli do sądu, co równało się w tymczasowym wypuszczeniem   

z aresztu jej męża. Choć przyjaciel domu prosił, by nie zdradziła się z nowiną, opowiedziała  

o tym Józce, a prawdę z jej szczęśliwej twarzy wyczytała również Jagna, która zaraz poszła 

do 

Dominikowej.  

 

Była tam świadkiem następującej sceny: Szymek prosił matkę, by dała mu pięć rubli, które 

chciał  dać  na  opłacenie  zapowiedzi  z  Nastką,  na  co  usłyszał  kategoryczne,  że  nie  dostanie, 

bowiem  matka  nie  dopuści  do  małżeństwa z  tą  wywłoką.  W  czasie  kłótni  sam  chciał  wziąć 

pieniądze,  co  spowodowało,  iż  Dominikowa  zaczęła  bić  syna  pogrzebaczem  po  głowie                   

i  plecach.  Gdy  Jagna  z  Jędrzychem  chcieli  ich  rozdzielić,  zbiegli  się  sąsiedzi  i  zrobiło  się 

jeszcze głośniej. Szymek próbował wyrwać matce pręt z ręki:  Aż trzasnął ją pięścią między 

oczy, chycił za boki i rzucił kiej ocipką na izbę; potoczyła się i niby kloc całym ciężarem padła 

na  rozpaloną  blachę,  pomiędzy  gary  pełne  wrzątku,  komin  się  rozwalił  i  wszystko  się 

zapadło...

 

Dominikowa  zaczęła  krzyczeć,  by  wynosił  się  z  jej  domu  i,  nie  patrząc  na  ból  i  tlące  się 

ubranie, wyrzucała przez okno jego rzeczy krzycząc, że nie da najmniejszego kawałka ziemi. 

Życzyła synowi, by zdychał z głodu. Szymek zaś, ledwie już dychający, zbity i okrwawiony, 

jeno patrzał na matkę wytrzeszczonymi ślepiami, strach go ułapił za gardziel, trząsł się cały, 

słowa 

nie 

mogąc 

wykrztusić 

ni 

wiedząc, 

co 

się 

dzieje.  

 

Pomoc wyrzucanemu chłopakowi ofiarował Mateusz, lecz została odrzucona. Szymek usiadł 

pod ścianą chałupy mówiąc, że nie odejdzie, bo tu jest ziemia po ojcu, która się mu należy. 

Sąsiadki  z  Jambrożym  opatrzyły  oparzone  twarz  i  ręce  Dominikowej.  Miała  spalone  włosy          

i  prawie  straciła  wzrok.  Wieś  interesowała  się  stanem  jej  zdrowia,  do  chałupy  wciąż  ktoś 

przychodził,  przez  co  doszło  do  rozmowy  między  Mateuszem  a  Hanką,  która  ujawniła  swą 

złość na księdza za to, że na kazaniu potępił za cudzołóstwo Jagnę i Tereskę, a nie mężczyzn.  

background image

 

 

Na  ganku  Borynowego  domu  zebrali  się  chłopi  na  naradę,  której  przewodniczył  Roch. 

Zastanawiali  się  nad  możliwością  niedopuszczenia  do  zakupu  Podlesia  przez  niemieckich 

Żydów. W końcu całą gromadą udali się na folwark, gdzie przedstawili starozakonnym swe 

zdanie, żądając, by opuścili należną im ziemię. Tłumaczem i negocjatorem został Roch, który 

ogłosił  decyzję  Żydów,  że  nie  zamierzają  ustąpić.  Wówczas  włączył  się  Mateusz.  

 

- Słuchajta, Miemcy! - ryknął wyciągając pięście. - Mówiliśmy do was po ludzku, poczciwie,          

a wy grozicie kreminałem i przekpiwacie się z nas! Dobra, ale teraz zagramy z wami inaczej! 

Nie  chceta  zgody,  to  wama  zapowiadamy  przed  Bogiem  i  ludźmi,  jak  pod  przysięgą,  że  na 

Podlesiu  nie  wysiedzicie!  Przyszlim  z  pokojem,  a  wy  chceta  wojny!  Dobra,  kiej  wojna,  to 

wojna!  Mata  za  sobą  sądy,  mata  urzędy,  mata  pieniądze,  a  my  jeno  te  gołe  pięście... 

Obaczymy, czyje będzie górą! A jeszcze to wam dołożę, byście zapamiętali... jako ogień ima 

się  słomy,  ale  zeźre  i  murowańce,  a  chyta  się  i  zboża  choćby  na  pniu...  bydło  też  pada  na 

paśnikach... zaś żaden człowiek nie uciecze od złej przygody... Spamiętajta, co rzekłem: wojna 

w  dzień  i  w  nocy,  i  na  każdym  miejscu....  Wracając,  do  wsi,  pewni  swych  racji  chłopi  już 

dzielili pola między sobą. 

XI 

Zostawiwszy Rocha w mieście, Hanka wróciła do domu. Już za parę dni jej mąż miał wrócić, 

wystarczyło  tylko,  by  przyjaciel  domu  wpłacił  pieniądze  do  guberni.  W  końcu  powiedziała         

wszystkim 

milczącemu 

Borynie 

(leżącemu, 

jak 

zawsze, 

sadzie). 

 

Po  kłótni  z  chłopami  niemieccy  Żydzi  domagali  się  od  dziedzica  zwrotu  pieniędzy  za 

Podlesie.  Krążyły  plotki,  że  podali  już  lipieckich  mężczyzn  do  sądu,  oskarżając  o  najście.            

W  obronie  gospodarzy  stanęli  między  innymi  ksiądz  i  młynarz,  który  bał  się            

konkurencji 

mającego 

stanąć 

pobliżu 

niemieckiego 

młyna.  

 

Pewnego dnia na pole przybiegł Witek, wołając do pracującej Hanki, że Maciej wstał z łóżka 

i coś krzyczy. Zastała teścia siedzącego i dopominającego się o buty. Był przytomny, pytał, 

czy  robota  w  polu  już  zrobiona,  jednak  zapadał  w  krótkie  chwile  odrętwienia.  Mieszkańcy 

chaty 

zawołali 

księdza, 

który 

zjawił 

się 

ostatnim 

namaszczeniem.                                        

Potem  przez  parę  dni  przy  umierającym  mężu  siedziała  Jagna,  pragnąc  uchodzić                       

background image

za 

przykładną 

żonę 

zrobić 

dobre 

wrażenie 

na 

sąsiadach.  

 

Hanka  powiedziała  Maciejowi  o  dniu  powrotu  Antka,  lecz  on  popatrzył  na  nią  

nieprzytomnie,  z  otępieniem, 

zaś  w  nocy  wstał,  kierowany  tajemniczą  siłą                                

poszedł 

pole, 

wołany 

dziwnym 

wewnętrznym 

głosem.  

 

Boryna naraz przyklęknął na zagonie i jął w nastawioną koszulę nabierać ziemi, niby z tego 

wora zboże naszykowane do siewu, aż zagarnąwszy tyla, iż się ledwie podźwignął, przeżegnał 

się, spróbował rozmachu i począł obsiewać... Przychylił się pod ciężarem i z wolna, krok za 

krokiem  szedł  i  tym  błogosławiącym,  półkolistym  rzutem  posiewał  ziemię  na  zagonach 

(…)Potykał się o skiby, plątał we wyrwach, niekiedy się nawet przewracał, jeno że nic o tym 

nie wiedział i nic nie czuł kromie tej potrzeby głuchej a nieprzepartej, bych siać. Szedł aż do 

krańca pól, a gdy mu ziemi zabrakło pod ręką, nowej nabierał i siał, a gdy mu drogę zastąpiły 

kamionki  a  krze  kolczaste,  zawracał  (…)I  tak  przechodził  czas,  a  on  siał  niezmordowanie, 

przystając  jeno  niekiedy,  bych  odpocząć  i  kości  rozciągnąć,  i  znowu  się  brał  do  tej  płonej 

pracy, do tego trudu na nic, do tych zbędnych zabiegów.  

 

W  pewnej  chwili  zachwiał  się  i  upadł:  Zmartwiał  naraz,  wszystko  przycichło  i  stanęło  w 

miejscu, błyskawica otworzyła mu oczy z pomroki śmiertelnej, niebo się rozwarło przed nim, a 

tam w jasnościach oślepiających Bóg Ociec, siedzący na tronie ze snopów, wyciąga ku niemu 

ręce  i  rzecze  dobrotliwie:  -  Pódziże,  duszko  człowiecza,  do  mnie.  Pódziże,  utrudzony 

parobku...  Zachwiał  się  Boryna,  roztworzył  ręce,  jak  w  czas  Podniesienia:  -  Panie  Boże 

zapłać! - odrzekł i runął na twarz przed tym Majestatem Przenajświętszym. Padł i pomarł w 

onej  łaski  Pańskiej  godzinie.  Świt  się  nad  nim  uczynił,  a  Łapa  wył  długo  i  żałośnie.... 

 

Część 4 – Lato 

I 

 

Obudziwszy się, Józka na prośbę Hanki sprawdziła, dlaczego pies tak głośno wyje na dworze. 

Okazało się, że Maciej nie żyje. Córka głośnym płaczem i krzykiem sprowadziła wszystkich 

na  pole.  Ciało  Boryny  przeniesiono  do  izby  i  położono  na  łóżku,  nie  przestając  cucenia             

i ratowania. W końcu wszyscy zrozumieli, że gospodarz nie żyje. Wiadomość szybko obiegła 

całe  Lipce.  Do  domu  zmarłego  zaczęli  schodzić  się  sąsiedzi,  a  Witek  pobiegł  po  nocującą 

background image

akurat  u  chorej  matki  Jagnę.  Nie  wierzyła,  że  została  młodą  wdową.  

 

Miarę  na  trumnę  zdjął  Mateusz,  który  zrobił  sobie  tymczasowy  stolarski  warsztat  w  sadzie 

(deski  na  ten  cel  już  dawno  leżały  przygotowane).  Jambroży  wyprosił  zebranych  z  izby,               

po  czym  wraz  z  Jagustynką  i  Agatą  umył  Macieja  i  przebierał  w  czystą  koszulę.  Gdy 

skończył,  udał  się  na  mszę,  ponieważ  była  akurat  niedziela.  Podobnie  zrobili  Weronka                   

z Bylicą, zabierając dzieci Hanki. 

Żałobny  nastrój  popsuł  kowal,  domagając  się  pieniędzy  od  Hanki  i  grożąc,  że                        

w przeciwnym razie rozpowie, iż zabiła teścia. Ta jednak, zapłakana, co jakiś czas wyglądała 

na  drogę  w  nadziei,  że  zobaczy  na  niej  Antka  z  Rochem.  Siedziała  przy  zmarłym  z  Jagną, 

Witkiem  i  Agatą,  w  czasie  modlitwy  myśląc:  -  Trzydzieści  dwie  morgi,  a  paśniki,  a  las,           

a budynki, a lewentarze, tylachne gospodarstwo! - westchnęła ogarniając z lubością szerokie 

pola i ten cały świat Boży. - Żeby tak pospłacać i ostać na wszystkim! Być, jak ociec byli!  - 

Pycha  ją  rozparła  z  nagła,  hardo  spojrzała  w  samo  słońce,  prześmiechnęła  się  znacząco                

sercem 

pełnym 

słodkich 

nadziei 

jęła 

szeptać 

słowa 

różańca.  

-  Ale  od  półwłóczka  nie  ustąpię;  pół  „chałupy”  też  moje  i  tych  krów  mlecznych                            

nie 

popuszczę 

garści 

wyrzekła 

nieco 

żalnie. 

 

Po  mszy  przyszli  ludzie,  by  pomodlić  się  przy  ciele:  Leżał  w  pośrodku  izby,  na  szerokiej 

ławie,  nakrytej  płachtą  i  obstawionej  płonącymi  świecami,  juści,  co  wymyty  był,  wyczesany             

i  ogolony  do  czysta,  jeno  na  policzku  miał  długą  zadrę  od  Jambrożowej  brzytwy,  zalepioną 

papierem.  Ubier  też  miał  wdziany  co  najlepszy:  białą  kapotę,  którą  se  był  sprawił  na  ślub            

z  Jagusią,  portki  pasiate  i  buty  prawie  całkiem  nowe.  W  spracowanych,  wyschłych  rękach 

trzymał obrazik Częstochowskiej, pod ławą stała balia z wodą, bych przechładzać powietrze, 

zaś  na  glinianych  pokrywach  dymiły  jałowcowe  jagody  zapełniając  izbę  kieby  tą  mgłą 

modrawą,  w  której  wynosił  się  straszliwy  majestat  śmierci.  Gdy  się  rozeszli,  Hanka                    

z  kowalową  poszły  ustalić  z  księdzem  i  organistą  formalności  w  sprawie  pogrzebu. 

Wieczorem  ponownie  pojawili  się  sąsiedzi  Boryny,  a  że  izba  była  niewielka,                        

siedzieli 

nawet 

na 

podwórzu, 

śpiewając 

religijne 

pieśni.  

 

Następnego  dnia  odbył  się  pogrzeb.  Trumnę  ustawiono  w  kościele  na  katafalku,  a  po  mszy 

Jambroży  rozdał  zebranym  świece,  po  czym  wszyscy  ruszyli  w  kierunku  cmentarza. 

Drewniana skrzynia jechała na wozie wyścielonym słomą, a za nią szli wszyscy mieszkańcy 

background image

Wieczorem  w  karczmie  kowal  powtórzył  chłopom,  że  dziedzic  zaoferował  natychmiastowe 

przepisanie im ziemi: Szło o zgodę z dziedzicem, któren obiecywał za morgę lasu dać chłopom 

po cztery na podleskich polach, a drugie tyle ziemi puścić na spłaty; chciał nawet borgować 

drzewo na „chałupy”„ (…)U rejenta wszyćko nam odpisze. Weźta ino sobie dobrze do głowy! 

Tylachna ziemi la narodu. A toć każdemu w Lipcach wykroi się nowa gospodarka. Miarkujta 

ino sobie.... Mieszkańcy  Lipiec nie uwierzyli, bojąc się, czy komisarz w urzędzie zgodzi się 

Lipiec,  nie  wyłączając  dziedzica:  I  już  tak  rozśpiewani,  a  pełni  jakowejś  dufności  weszli  na 

smętarz.  Co  najpierwsi  gospodarze  dźwignęli  trumnę,  a  nawet  sam  dziedzic  jął  wspierać              

w  pośrodku,  i  ponieśli  ją  żółtymi  drożynami  wskroś  okwieconych  mogił,  traw  i  krzyżów,  za 

kaplicę, kaj w gąszczach leszczyn i bzów czekał już grób świeżo wybrany

 

Po pogrzebie Hanka zaprosiła gości na stypę. Wzdłuż ścian Borynowej izby stały stoły i ławy 

zastawione  jedzeniem  i  gorzałką.  Zasiedli  przy  nich  gospodarze,  dziedzic  i  co  ważniejsi 

obywatele, zaś część należącą do synowej zmarłego zajmowały kobiety, pijące herbatę. Dobre 

słowo  o  nieboszczyku  powiedział  dziedzic,  wyrażając  przy  tym  chęć  ugody  z  chłopami, 

którzy  przy  nim  nie  chcieli  mówić  zbyt  dużo.  Uradzali  się  dopiero  potem,  w  karczmie. 

Chcieli,  by  pan  oddał  im  bór  i  ziemię  –  było  to  jedynym  warunkiem  porozumienia.  Gdy 

wszyscy  opuścili  mieszkanie  Borynów,  Jagna  kilkakrotnie  przychodziła  do  Hanki,                   

nie 

chcąc 

siedzieć 

samotnie 

izbie, 

której 

źle 

się 

czuła. 

 

II 

W Lipcach nadszedł dzień odpustu na świętego Piotra i Pawła. Od rana handlarze rozstawiali 

kramy  z  towarami  wokół  kościoła.  Pojawiło  się  wielu  ludzi,  nawet  z  okolicznych  wsi. 

Przyjechali  dziedzice  z  przyległych  dworów  i  paru  księży  z  okolicznych  parafii.  Po  mszy                

i  procesji  ludzie  krążyli  wokół  przykościelnych  kramów.  Do  Hanki  podszedł  dziedzic                    

z pytaniem, czy wpłaciła już kaucję za męża, ponieważ mógł także poręczyć za niego słowem 

urzędzie. 

Dziękując 

odparła, 

że 

już 

wkrótce 

przywiezie 

go 

Roch.  

 

Ten  dzień  obfitował  w  wiele  wydarzeń:  ksiądz  ogłosił  pierwsze  zapowiedzi  ślubu  Szymka                  

i  Nastusi,  niemieccy  Żydzi  wyprowadzali  się  z  Podlesia,  wydało  się  też,  że  w  kasie  wójta 

brakuje  dużo  gromadzkich  pieniędzy,  które  próbował  pożyczyć  od  ludzi,  by  pokryć  braki. 

Również  dla  Hanki  ten  czas  był  znaczący,  ponieważ  zobaczyła  pod  kościołem  żebrzącego 

ojca (uciekł w tłum, gdy chciała go zabrać ze sobą). 

background image

na  takie  warunki  ugody…Kawałka  pola  zaczęli  dopominać  się  również  komornicy. 

 

Z kolei Jagna udała się w tym czasie pod okna organistów, by ukradkiem popatrzeć na Jasia,     

z  którym  widziała  się  za  dnia  (dał  młodej  wdowie  obrazek  z  jej  patronką).  Choć  chciała 

odejść, lecz zaczęło ją: (…) cosik rozbierać, serce się tłukło kiej oszalałe, paliły ją oczy, paliły 

usta nabrane i same ręce wyciągały się ku niemu, a chociaż się kurczyła w sobie, roztrząsał 

nią  taki  dziwny,  niezmożony  dygot,  że  wpierała  się  w  płot  bezwolnie  i  z  taką  mocą,  jaże 

trzasnęła  żerdka.  Jasio  wychylił  głowę,  popatrzył  dokoła  i  znowu  się  zamodlił

 

III 

 

W kościele odbyła się msza za duszę Macieja Boryny, po której rodzina poszła z księdzem na 

cmentarz.  Kapłan  przykazał,  by  podział  gospodarki  odbył  się  sprawiedliwie,  lecz  kłótnie 

między  Hanką,  kowalem  a  Dominikową  zaczęły  się  już  po  powrocie  do  domu.                         

Żona  Antka  nie  pozwoliła  nic  zabrać,  podkreślając,  ze  podziału  powinien                           

dokonać 

najstarszy 

rodzeństwa, 

czyli 

Antek 

– 

po 

powrocie.  

 

W tym czasie pojawiła się wójtowa z urzędowym listem dla Hanki. Gdy zobaczyła w izbie 

Jagnę, zaczęła się kłótnia o wójta. O mało nie doszło do rękoczynów, lecz gospodyni w porę 

interweniowała,  nie  przejmując  się  słowami  gościa  o  romansie  Jagny  i  Antka.  

 

Po  tej  awanturze  młoda  wdowa  chciała  się  nawet  wyprowadzić  do  matki,  krzycząc,  że 

wszystko  sprzysięgło  się  przeciw  niej,  narzekała  przy  tym  na  los  i  życie  u  Borynów,  na  co 

usłyszała od Hanki, że gdyby żyła poczciwie, jej kłopoty nie miałyby miejsca. Wypomniano 

jej  również  historię  z  Antkiem,  na  co  urażona  Jagna  powiedziała  hardo:  -  To  ja  za  nim 

latałam, ja! Cyganisz kiej  ten pies!  Wszyscy ano wiedzą, jak się przed nim oganiałam! Dyć 

kiej piesek skamlał pode drzwiami, abym mu chocia trep swój pokazała! To on me niewolił! 

To  on  me  otumanił  i  robił  z  głupią,  co  chciał!  A  tera  powiem  ci  prawdę,  jeno  byś  jej  nie 

pożałowała.  A  to  me  miłował,  że  już  nie  wypowiedzieć!  A  tyś  mu  obmierzła  kiej  ten  stary, 

utytłany łach, że miał już chudziak po grdykę twojego kochania, jaże mu się odbijało kiej po 

starym sadle, że jeno pluł wspominając o tobie. Nawet gotów był sobie zrobić co złego, abych 

cie jeno nie widzieć więcej na oczy. Chciałaś, to masz prawdę. A zapamiętaj, co ci jeszczek 

dołożę:  jak  zechcę,  to  żebyś  mu  całowała  nogi,  kopnie  cię,  a  za  mną  poleci  w  cały  świat! 

Wymiarkuj to sobie i ze mną się nie równaj, rozumiesz, co?  

background image

 

 

Na te słowa Hance zabrakło  tchu, zbladła, a gdy Jagna poszła do swej  izby, rozpłakała się.           

W końcu, w przypływie odwagi, kazała kobiecie opuścić dom Borynów, grożąc wyrzuceniem 

przez parobka. Wdowa rzuciła wyjęty ze skrzyni zapis o przepisaniu gospodarstwa, po czym 

spakowała  się  i  odeszła  do  matki,  która  złorzeczyła  Hance.  Po  tym  zajściu  Hanka  udała           

się  do  młynarza,  który  odczytał  jej  list  przyniesiony  przez  wójtową.  Usłyszała,  że             

Grzela  się  utopił,  a  rzeczy  po  nim  czekały  na  odbiór  u  naczelnika  w  powiecie.  To 

spowodowało 

kolejne 

falę 

płaczu 

tak 

przygnębionej 

Hanki. 

 

Wieść o wygnaniu Jagny szybko obiegła całe Lipce. Nazajutrz do Borynowej izby przyszedł 

wójt,  informując  o  skardze  złożonej  na  Hankę  przez  Dominikową  i  jej  córkę  w  sądzie. 

Przyniósł  również  wiadomość  o  jutrzejszym  powrocie  Antka,  po  czym  wyszedł  oburzony 

pytaniem Hanki, czy broni pokrzywdzonej, czy kochanicy

IV 

Po awanturze z Jagną Hanka nie mogła zasnąć całą noc. Nad ranem zrobiła pranie, przykazała 

obowiązki  Józce  i  Witkowi,  a  sama  poszła z  komornicami  (pracowały  u  niej  w  odrobku za 

ziemię pod len i ziemniaki) w pole, okopywać kapustę. Słońce było już wysoko, gdy Józka 

przybiegła  z  wiadomością  o  powrocie  Antka.  W  drodze  do  domu  Hanka  pytała  szwagierkę              

o  słowa,  które  wypowiedział.  W  końcu  dojrzała  go  siedzącego  na  ganku  z  Rochem.             

Kiedy  ją  ujrzał,  wyszedł  naprzeciw,  co  spowodowało,  że  pod  kobietą  ugięły  się  nogi,                  

a gdy ją mocno przytulił, rozpłakała się. Antek wiedział już o śmierci ojca i brata od Rocha 

oraz  o  jej  ciężkiej  pracy  pod  jego  nieobecność.  Hanka  podziękowała  przyjacielowi                   

rodziny 

za 

okazaną 

pomoc, 

całując 

go 

po 

rękach.  

 

Po chwili przyniosła z izby  najmłodszego syna i pokazała Antkowi, który tulił trójkę dzieci           

i  swą  siostrę  Józkę,  a  następnie  rozdał  prezenty  (nawet  Witek  coś  dostał).  Po  posiłku 

zmęczeni  drogą  mężczyźni  poszli  spać  do  stodoły.  Hanka,  płacząc  ze  szczęścia,  pobiegła 

pokazać sąsiadkom nową chustkę i trzewiki (prezenty). Z kolei po południu Roch poszedł na 

wieś, a Antek przyglądał się obejściu, chwaląc żonę, że tak dobrze dała sobie ze wszystkim 

radę.  Spytał  też  o  Jagnę,  a  gdy  usłyszał,  że  oddała  zapis  po  tym,  jak  została  wygnana, 

powiedział,  że  to  nic  nie  znaczy  –  musiałaby  przepisać  ziemię  u  rejenta.  Potem  wraz                 

background image

 

z  najstarszym  synem  poszedł  obejrzeć  pola.  Gdy  wrócili,  przyjrzał  się  dokładnie  ojcowej 

izbie,  którą  zamierzał  odmalować,  by  przenieść  się  do  niej  z  rodziną.  Obiecał  żonie,                   

że  załatwi  dziewkę  do  pomocy,  ponieważ  Jagustynka  nie  sprawdzała  się  w  tej  roli               

(chodziła 

do 

dzieci 

nadzieją, 

że 

przyjmą 

ją 

powrotem).  

 

Wieczorem  przyszli  w  odwiedziny  Mateusz  z  Grzelą  (brat  sołtysa)  i  innymi  miejscowymi 

chłopami.  Kowal  powiedział,  że  ludzie  wycofali  się  z  proponowanej  przez  dziedzica             

ugody,  teraz  zaś  proponowali  Antkowi,  by  poszedł  w  ich  imieniu  ułagodzić           

zdenerwowanego  pana.  Gdy  chłopi  się  rozeszli,  Hanka  poprosiła  rozmyślającego                   

męża, 

by 

poszedł 

spać 

zakończył 

męczący 

dzień. 

 

V 

 

Hance czas od rana do południa upłynął na domowych porządkach. Gdy zbliżał się wieczór, 

kazała Józce zanieść podwieczorek pracującym  w polu  Antkowi i  komornicom. Mężczyzna 

orał  bez  ustanku,  odpoczął  dopiero  po  pojawieniu  się  siostry.  Odwiedziła  go  również 

Jagustynka,  opowiadająca  o  swym  nowym  położeniu.  Pomagała  dzieciom,  u  których  były 

olbrzymia bieda i głód. Od niej Antek dowiedział się również o Dominikowej, w domu której 

panowało  istne  piekło:  kłótnia  z  Szymkiem,  nieustanny  lament  Jagusi.  Na                        

znajomego 

imienia 

serce 

dawnego 

kochanka 

zabiło 

mocniej… 

 

Wieczorem poszedł do kowala, który zaoferował mu pracę: wożenie drzewa na tartak. Antek 

z chęcią przystał na propozycję, ponieważ potrzebował pieniędzy. Potem udał się do tartaku, 

którym dowodził Mateusz. Od niego dowiedział się, że dziedzic mierzył właśnie swą ziemię 

sprzedawaną chłopom. Nie chcieli dojść do porozumienia wspólnie, a teraz każdy chodził do 

właściciela folwarku sam, po kryjomu po zakup ziemi. Między drzewami Antek ujrzał Jagnę, 

za  którą  natychmiast  pobiegł  i  wyznał  jej  tęsknotę  wszystkich  minionych  dni.  Gdy 

zaproponował  wieczorem  spotkanie,  odeszła.  Po  kolacji  pokręcił  się  po  obejściu,  po  czym 

poszedł  do  Mateusza.  Zastał  tu  płaczącą  Nastkę  i  odgrażającego  się  matce  Szymka.                     

W niedzielę miał być ich ślub, a oni nie mieli gdzie się podziać.  Dziewczyna wymyśliła, że 

kupią od dziedzica na kredyt sześć morgów ziemi, a na zadatek przeznaczą dziesięć tysięcy 

pochodzących z wiana. Poręczenia obiecali udzielić Antek z Mateuszem. 

background image

Idąc  na  spotkanie  z  Jagną,  Antek  natknął  się  na  księdza,  od  którego  usłyszał,  że  za 

zabójstwo zapewne wywiozą go na Sybir na dziesięć lat. W końcu zobaczył się z kochanką, 

która  jednak  odepchnęła  go,  gdy  chciał  ją  objąć.  Wypominała  cały  czas,  że  musiała 

wysłuchiwać obelg ludzi, została wygnana przez Hankę, a on tymczasem siedział spokojnie w 

areszcie. Antek wypomniał jaj wójta i innych kochanków, na co rzekła z wyrzutem:  -To po 

coś mi nie wzbronił?  Byś me miłował, to  byś me nie dał  na wolę, nie ostawiłbyś me samej,               

a  jeno  strzegł  przed  złą  przygodą,  jak  to,  drugie  robią!  -  skarżyła  się  boleśnie  i  tak  pełna 

niezgłębionego żalu, że już nie poredził się bronić. Odpadły go wszystkie złoście, a serce się 

rozdygotało  kochaniem.  Mężczyzna  przytulił  Jagnę,  i  poczuł,  że  ich  dawna  namiętność 

odżyła. Gdy zapytał, czy  ucieknie z nim do Ameryki  usłyszał,  że nie, ponieważ w  Lipcach 

było  jej  dobrze.  Ucięła  rozmowę  zapewnieniem,  ze  więcej  już  do  niego  nie  wyjdzie,           

ponieważ  teraz  jest  niczyja.  Antek  nie  zatrzymywał  ukochanej,  a  po  powrocie  do  chałupy 

poszedł  spać  do  sadu.  Długo  myślał  o  Jagnie,  a  w  końcu  postanowił,                                       

że 

musi 

nią 

skończyć, 

ponieważ 

teraz 

był 

gospodarzem. 

 

Od następnego dnia stale woził drzewo z lasu na tartak. Właśnie w czasie pracy dowiedział 

się od Mateusza o kupnie na raty dla Nastusi gruntu od dziedzica i przełożeniu ślubu do czasu 

zbudowania  domu.  Coraz  bardziej  nęciła  go  myśli  o  ucieczce,  którą  dodatkowo  popierał 

kowal, oferując nawet załatwienie pieniędzy na wyjazd (wtedy zagarnąłby całą gospodarkę). 

Tymczasem  Hanka poznała myśli męża dotyczące wyjazdu.  Wpadła w szał krzycząc, że nie 

pojedzie w świat na poniewierkę i groziła, że prędzej zabije dzieci, a sama wskoczy do studni. 

Upłynęło  dużo  czasu,  nim  Antkowi  udało  się  ją  uspokoić.  Płacząc,  mówiła:  

- Odsiedzisz swoje i wrócisz! Nie bój się, dam se radę... nie uronię ci ni  zagona, jeszcze me 

nie znasz... nie popuszczę z pazurów. Pan Jezus pomoże, to i taki dopust udźwignę - płakała 

cicho

Mężczyzna 

końcu 

stwierdził, 

że 

będzie 

to, 

co 

ma 

być.  

 

VI 

Szymek spał w stodole Mateusza. Rano zebrał narzędzia i taczki, z którymi udał się na pole 

kupione od dziedzica. Leżało ono pod lasem, na wprost wsi i było kawałkiem dzikiego ugoru, 

pełnego  kamieni.  Nawet  dziedzic  odradzał  im  zakup,  mówiąc,  by  wybrali  lepszy  kawałek, 

lecz Szymek powiedział, że poradzi sobie. Kupili teren tanio, na raty, po sześćdziesiąt rubli za 

morgę. 

 

background image

Przez kilkanaście dni jedli razem posiłki z dwojaków, sypiali na polu pod jednym kożuchem, 

dzięki  czemu  Szymek  przekonał  się,  że  nieprawdą  były  plotki  o  chorobie  umysłowej  pana 

Jacka,  człowieka  mądrego  i  doświadczonego  przez  życie.  Po  paru  dniach  do  pomocy 

dołączyli  również  Mateusz  i  syn  Kłębów.  Gdy  w  końcu  postawili  chałupę,                        

Szymek  wybielił  ściany,  a  pan  Jacek  na  pożegnanie  zażartował,  że  może                               

kiedyś 

przyjdzie 

do 

niego 

pomieszkać 

na 

komorne

 

Nazajutrz  odbył  się  cichy  ślub,  o  którym  Dominikowa  nie  chciała  nawet  słyszeć.                

Jagna, w tajemnicy przed matką, wynosiła z domu różne tobołki do Nastusi. Po sakramencie 

paru  gości  przeniosło  się  do  Mateusza.  Na  koniec  wieczoru  Szymek  pożyczył  konia  od       

Kłęba,  zapakował  na  niego  skrzynie,  naczynia,  pościel,  wszystkie  tobołki,  posadził  na  tym 

swoją  Nastusię,  teściowej  padł  do  nóg,  ucałował  szwagra  i  usiadł  na  miejscu  woźnicy, 

kierując  się  w  kierunku  nowego  domu.  Dobrzy  ludzie  pomogli  młodej  parze                                  

w  zagospodarowaniu:  Kłębowa  przyniosła  kokoszkę  z  kurczakami,  a  Jasiek  Przewrotny 

uwiązał 

im 

pod 

chałupą 

swego 

psa, 

po 

czym 

uciekł.  

Szymek  obszedł  całe  pole  i  znalazł  miejsce  na  wybudowanie  chałupy.  Zaczął  wybierać 

kamienie,  równać  ziemię.  Tak  samo  jak  on  pracowali  na  nowo  nabytych  polach  sąsiedzi. 

Wszyscy umilali czas rozmową. W południe Nastka przyniosła mu obiad, narzekając, że na 

ugorze  i  tak  nic  nie  wyrośnie,  a  przecież  nie  mają  domu…  Usłyszała  obietnicę  rychłego 

zamieszkania.  Na  budowę  chałupy  mieli  otrzymać  trochę  drzewa  od  dziedzica,                             

na 

resztę 

budulca 

musiała 

wystarczyć 

glina. 

 

Na  pole  koniem  przyjechał  Jędrzych,  który  wymknął  się  matce,  by  zaorać  bratu  teren.                 

Nie  mógł  pomagać  długo;  już  nazajutrz  pojawił  się  ze  śladami  pobicia  przez  Dominikową, 

dlatego  przez  następne  dni  Szymek  pracował  sam:  (…)i  robił  niestrudzenie  kiej  ten  koń                 

w  kieracie,  nie  bacząc  na  utrudzenie  ni  na  żar,  dnie  bowiem  szły  takie  gorące,  rozprażone              

a  duszne,  że  ziemia  pękała,  wody  wysychały,  trawy  żółkły,  a  zboża  stały  ledwie  już  żywe                

w owej piekielnej pożodze, pola robiły się puste i głuche, gdyż nie sposób było wytrzymać przy 

robocie,  prosto  żywy  ogień  lał  się  z  nieba  i  słońce  wyżerało  ślepie.  Zbielałe,  mętne  niebo 

wisiało  kieby  ta  ognista,  rozdrgana  płachta,  obtulająca  wszystką  ziemię  taką  spieką,  że  ni 

wiater się poruszył, ni zaruchały się drzewa, ni ptak zaśpiewał lebo głos ludzki się kaj zerwał, 

a  co  dnia  jednako  ze  wschodu  na  zachód  wędrowało  słońce  siejąc  nieubłaganie  ogień                    

i posuchę. Od poniedziałku z pomocą przyszedł mu… pan Jacek (brat dziedzica!). 

background image

 

VII 

Hanka  na  prośbę  chorej  na  ospę  Józki  dała  Nastusi  prosiaka,  którego  odprowadził  Witek. 

Spełnił  prośbę  gospodyni,  a  potem  wrócił  na  swoje  miejsce  przy  łóżku  obsypanej  krostami 

dziewczyny.  Odganiał  od  niej  muchy,  podawał  do  picia  wodę.  Tak  mijały  dnia  Józinej 

choroby. 

 

Pewnego dnia nad wsią przeszła ulewa z burzą, a jeden piorun uderzył w nową stodołę wójta, 

paląc ją doszczętnie. Na szczęście nikt nie ucierpiał. Kozłowa objaśniła to  wydarzenie jako 

karę dla małżeństwa, i tylko dzięki interwencji Antka nie doszło do kolejnej bójki. Wracając  

z  gaszenia  pożaru,  Antek  natknął  się  na  Jagnę,  lecz  ta  nawet  na  niego  nie  spojrzała.  

 

Jagustynka  nadal  smarowała  Józkę  maściami,  a  pewnego  dnia  po  kryjomu  odwiedziła  ją 

nawet  Jagna,  przynosząc  garść  cukierków  i  uciekając  na  odgłos  kroków  Hanki.  Potem 

pobiegła  do  Nastki,  szczęśliwej  z  krowy  -  prezentu  od  pana  Jacka.  Rozwodziła  się  nad 

dobrym sercem Antka, który bardzo pomógł (poręczył za nich u dziedzica), oraz Hanki (dała 

im prosiaka). Jagna, nie mogąc dłużej słuchać o małżeństwie, dała młodej żonie dziesięć rubli 

– zapłatę za sprzedane gęsi.  

 

W  drodze  powrotnej  młoda  wdowa  spotkała  Mateusza,  z  którym  rozeszli  się  po  chwili 

rozmowy. Nagle kobieta znieruchomiała, ponieważ czyjeś ręce chwyciły ją wpół. Okazało się 

że  to  wójt  szepczący  o  kupionych  koralach  i  zapewniający,  że  kochanka  mu  nie  ucieknie. 

Jednak Jagna wyrwała się krzycząc, że jeżeli jeszcze raz odważy się ją dotknąć  – wydrapie 

mu  oczy,  czym  wprawiła  mężczyznę  w  osłupienie.  Nie  mogąc  znaleźć  sobie  miejsca                   

w  chałupie,  zdenerwowana  powiedziała  matce,  że  wybiera  się  do  organistów,  u  których 

pomagała ostatnio często w pracy (aby tylko posłuchać o Jasiu). Dzięki wieczornej wizycie 

dowiedziała się, że nazajutrz miał zjawić się syn gospodarzy, co spowodowało, iż ugięły się 

pod  nią  nogi.  W  czasie  dłużącej  się  nocy  postanowiła  sobie,  że  wyjdzie  chłopakowi 

naprzeciw.  

 

Tymczasem u Borynów zebrało się około dwudziestu chłopów popierających Antka i Grzelę i 

naradzających  się  przez  jutrzejszym  zebraniem  w  miejskiej  kancelarii,  na  które  wszystkich 

lipieckich  gospodarzy  wzywał  wójt  w  sprawie  zgody  na  postawienie  we  wsi  szkoły.  Roch 

background image

pouczał  chłopów,  co  mają  mówić,  po  czym  rozeszli  się 

do  domów.  

 

VIII 

Następnego  dnia  przed  kancelarią  chłopi  wraz  z  pisarzem  oczekiwali  przyjazdu  naczelnika. 

Pojedynczo  byli  wywoływani,  a  urzędnik  przypominał  o  składce  na  sąd  i  zapłacie  podatku 

(nie  mieli  pieniędzy),  a  pisarz  radził:  -  A  uchwalcie  na  szkołę,  bo  jak  się                             

będziecie  sprzeczali,  to  naczelnik  może  się  rozgniewać  i  gotów  wam  jeszcze                          

popsuć 

zgodę 

dziedzicem 

las 

przestrzegał 

lipeckich 

ludzi.  

 

Grono  mieszkańców  Lipiec  powiększyli  chłopi  z  okolicznych  wsi,  zebrani  również                    

w  sprawie  szkoły.  Gdy  w  końcu  pojawił  się  oczekiwany  urzędnik,  sołtysi  stanęli  na  czele 

swych wsi, wójt zasiadł za stołem, a pisarz zaczął czytać: -...jako przykazano postawić szkołę 

w Lipcach, któraby była i dla Modlicy, Przyłęka, Rzepek i drugich pomniejszych wsi: Potem 

długo  wywodził,  jaki  to  z  tego  będzie  profit,  jakie  to  dobrodziejstwo  oświata,  jak  to  urzędy 

jeno myślą dzień i noc, bych tylko narodowi przyjść z pomocą, bych go wspierać, oświecać               

i bronić przed złem. Zaś w końcu wyliczał, ile potrza na plac z polem, ile na sam budynek i na 

całe  utrzymanie  szkoły  wraz  z  nauczycielem,  i  że  na  to  wszystko  trzeba  będzie  uchwalić 

dodatkowy  podatek  po  dwadzieścia  kopiejek  z  morgi.  Słysząc  tę  propozycję,  chłopi  nie 

zgodzili się na szkołę, ponieważ nie mieli na płacenie większych podatków. Argumentowali 

też,  że  w  szkole  uczono  by  w  języku  rosyjskim  Rozzłościli  tym  naczelnika.  Na  próżno 

gospodarze  okolicznych  wsi  prosili  lipeckich  o  ugodę  –  bezskutecznie.  Jeśli  nauka 

odbywałaby 

się 

po 

polski, 

natychmiast 

wyraziliby 

zgodę 

– 

tłumaczyli.  

 

W  końcu  głos  zabrał  Antek  mówiąc,  że  cesarz  wydał  ustawę,  w  której  było  napisane,               

że  w  szkołach  i  sądach  należy  posługiwać  się  językiem  polskim.  Wystąpienie  to 

spowodowało,  że  naczelnik  zapytał  Borynę  o  godność  i  odebrał  mu  prawo  głosu  po 

usłyszeniu nazwiska. Zawstydzony Antek odszedł krzycząc do chłopów, by nie godzili się na 

„ruską”  szkołę.  Teraz  rozpoczęło  się  pojedyncze  wzywanie  gospodarzy,  przy  nazwiskach 

których pisarz stawiał krzyżyk lub kreskę. Wynik przedstawiał się następująco: 200 głosów za 

szkołą,  80  przeciwko.  Lipeccy  chłopi  zaczęli  krzyczeć,  że  zostali  oszukani,  domagali  się 

ponownego  głosowania,  naczelnik jednak ogłosił,  ze w  Lipcach powstanie szkoła, po  czym 

odjechał 

swym 

powozem. 

Przegrani 

ludzie 

zaczęli 

się 

rozchodzić.  

background image

 

IX 

Wracając z narady do Lipiec, Antek odpędzał się od obcych psów kijem. Szedł coraz wolniej. 

Spotkał startego Żyda szmaciarza popychającego przed sobą taczkę napchaną szmatami, który 

poprosił  go  o  pomoc.  Teraz  syn  Macieja  pchał  wózek,  a  towarzysz  opowiadał:  -  Wiecie, 

jeszcze  zimą  naczelnik  zrobił  kontrakt  z  jednym  majstrem  na  postawienie  szkoły  w  Lipcach. 

Mój  zięć  im  faktorował.  Antek,  który  wiedział,  że  w  zimie  nie  było  jeszcze  ustawy                   

o budowie szkoły, zdziwił się tymi słowami. Rozstali się, gdy doszli do lasu.  

 

Boryna,  wychodząc  z  boru,  zobaczył  Jasia  z  Jagną,  stojących  obok  bryczki,  zapatrzonych         

w siebie i szepczących. Domyślił się, że jest świadkiem randki, ponieważ niedawna kochanka 

była pięknie ubrana. Młodzieniec zrywał jagody i wkładał kobiecie do ust. Nie chcąc zostać 

zauważonym,  Antek  ominął  ich  po  kryjomu,  Przed  wsią  zobaczył  organiścinę  siedzącą                 

z najmłodszym dzieckiem i doglądającą pasących się gęsi, od której po przywitaniu usłyszał, 

że  wyczekuje  powrotu  syna  ze  szkoły.  Wtedy  poinformował,  że  widział  jej                         

Jasia 

Jagną, 

idących 

kierunku 

młodego 

lasku.  

 

Rozzłoszczona  kobieta  nie  wierzyła  usłyszanym  słowom.  Usatysfakcjonowany  Boryna 

odszedł.  Wkrótce  Jaś  podjechał,  a  po  przywitaniu  i  opowiedzeniu  nowin  ze  szkoły  został 

zapytany  o  Jagnę.  Nie  skłamał,  mówiąc,  że  spotkał  ją  przy  lesie  i  chwilę  porozmawiał. 

Organiścina  była  ucieszona  powrotem  syna,  który  miał  pomagać  księdzu  w  kościele.  

 

Następnego dnia podczas nabożeństwa młodzieniec służył do mszy, co obserwowała klęcząca 

z  boku  Jagusia  (ich  spojrzenia  parokrotnie  się  spotkały).  Po  południu  Jasio  poszedł  do  wsi 

odwiedzić  znajomych:  Posiedział  czas  jakiś  przy  Mateuszu,  któren  Stachową  „chałupę” 

wyciągał już do zrębu; postał nad stawem z Płoszkową bielącą płótno; odwiedził chorą Józkę; 

nasłuchał się wyrzekań wójtowej; przyjrzał się w kuźni, jak kowal stalił kosy i nacinał ostrza 

sierpów; zajrzał i na ogrody, kaj pracowało najwięcej dzieuch i kobiet, a wszędy wielce byli 

mu  radzi,  witając  przyjacielsko  i  patrząc  na  niego  z  niemałą  dumą:  boć  lipeckie  to  było 

dziecko,  więc  jakby  w  krewieństwie  ze  wszystkimi.  A  dopiero  na  samym  ostatku  wstąpił  do 

Dominikowej; stara siedziała przed domem i przędła wełnę, dziwił się temu, gdyż oczy miała 

przewiązane

background image

Został poczęstowany mlekiem, przyniesionym przez Jagusię, która obserwowała jako każdy 

krok,  zwłaszcza  gdy  odchodził:  Niewypowiedzianie  parło  ją  cosik  za  nim  i  tak  strasznie 

ponosiło, że aby się nie dać pokusić, wpadła do sadu, chyciła się oburącz jakiegoś drzewa i 

przytulając  się  do  niego  stanęła  bez  tchu  prawie  i  przytomności,  nakryta,  niby  płaszczem, 

gałęziami,  zwisłymi  od  jabłek;  stała  z  przywartymi  powiekami,  z  uśmiechem  zatajonym  w 

kątach  warg,  pełna  szczęśliwości,  a  zarazem  lęku,  i  pełna  jakowychś  łez  słodkich  i  lubego 

dygotu,  jak  wtedy,  kiej  patrzała  na  niego  przez  okno,  w  tamtą  noc  wiośnianą.                                 

Jaś 

również 

był 

pod 

urokiem 

Jagny.  

 

Pewnego dnia organiścina posłała po Jagnę, by przyszła do niej poprasować, a ta pojawiła się 

wystrojona  jak  do  kościoła.  Dużo  czasu  spędzała  też  w  świątyni,  ponieważ  tam  bez 

skrępowania mogła obserwować ukochanego. Jagna nie wiedziała, że zainteresowany nią był 

również  Mateusz.  Gdy  spostrzegła  to  Tereska,  zaczęła  wdowę  po  Borynie  wyzywać  do 

dziewcząt  ze  wsi  i  buntować  przeciwko  niej  kobiety.  Nieświadoma  niczego  Jagna  była 

pochłonięta  nową  miłością,  żyła  niczym  we  śnie  i  nie  miała  poczucia  czasu  (nie  wiedziała, 

czy  jest  dzień,  czy  noc).  Dominikowa  czuła,  ze  z  córką  działo  się  coś  złego.  

 

Któregoś  razu  Jagna  niechcący  natknęła  się  na  Jasia  siedzącego  na  kopcu  i  czytającego 

książkę.  Okryła  się  rumieńcem,  po  czym  zaczęli  rozmawiać.  Gdy  młodzieniec                      

musiał  wracać  do  domu,  postanowiła  go  odprowadzić.  Przysiedli  jeszcze  pod  drzewem,          

gdzie  Jasio  czytał  jej  książkę,  gdy  nagle  stanęła  przy  nich  Kozłowa  informując,  że           

chłopaka  szuka  matka.  Pobiegł  natychmiast  do  domu,  a  Jagna  poszła  w  swoją  stronę,        

słysząc 

za 

sobą 

słowa 

Kozłowej, 

że 

jeszcze 

ją 

ktoś 

rozgrzeszy. 

 

 

Po powrocie do chałupy Jagna usłyszała od matki, że do wójta przyjechali wojskowi. Fakt ten 

wzbudził  ogólne  poruszenie  we  wsi,  ludzie  snuli  domysły,  o  co  może  chodzić.  

 

Do  Antka,  siedzącego  na  ganku,  przybiegł  przez  pola  Grzela,  aby  go  ostrzec  przed 

żandarmami, którzy udawali się w kierunku jego domu w poszukiwaniu Rocha. Na szczęście 

młody Boryna zachował spokój i kazał Rochowi natychmiast schować się do nowego brogu, 

postawionego  przez  Mateusza.  Przed  ucieczką  Roch  zdążył  jeszcze  rzucić  leżącej  na  łóżku 

Józce  jakieś  papiery,  prosząc,  aby  je  ukryła  pod  sobą,  po  czym  wybiegł  na  zewnątrz.  Gdy 

background image

wojskowi  nadeszli,  Hanka  z  dzieckiem  była  w  izbie,  a  Antek  siedział  na  ganku.  Widok 

żandarmów spowodował, że z przerażenia serce podskoczyło mu do gardła. Gdy wójt zapytał, 

czy Rocho jest w domu, odpowiedział, że nie, pewnie poszedł do kogoś we wsi.  

 

Wojskowi  weszli  do  chałupy  i  zaczęli  rewizję.  Bali  się  jednak  podejść  do  Józki,  ponieważ 

Hanka  uprzedziła  ich,  że  dziewczyna  jest  chora  na  ospę.  Po  nieudanych  poszukiwaniach          

w udali się do innych domostw. Kiedy odeszli, Antek nakazał Mateuszowi i Grzeli odciągnąć 

tłum  gapiów  zebranych  pod  jego  chałupą.  Mężczyźni  nakłonili  zgromadzonych,                      

żeby  poszli  za  nimi  do  wsi  szukać  Rocha.  Gdy  nie  było  już  świadków,                                   

Antek 

przyprowadził 

Rocha 

do 

izby 

Józki.  

 

Starzec wiedział, że musi opuścić wieś. Pozbierał wszystkie swoje rzeczy, zjadł coś naprędce 

i pożegnał się z domownikami. Antek powiedział, że u Szymka na Podlesiu będą czekały na 

niego  konie.  Zapewnił,  że  spotkają  się  jeszcze  przy  figurze  pod  borem.  Rocho  udał  się  do 

Dominikowej po resztę swoich rzeczy. Pożegnał się ze starszą kobietą, a Jagna nalegała, by 

móc  go  odprowadzić.  Po  drodze  niosła  tobołek  Rocha,  a  ten  prosił  ją,                                   

aby się opamiętała, by wreszcie zmieniała swoje życie. Wypominał jej wszystkich mężczyzn, 

z  którymi  coś  ją  łączyło.  Zaczął  od  Antka,  potem  mówił  o  wójcie,  a  skończył  na  Jasiu. 

Bulwersowało go, że o tym ostatnim związku mówił nawet ksiądz. Na dźwięk imienia „Jaś” 

Jagna oburzyła się, twierdziła, iż nic złego z nim nie robi, jedynie romansuje. Jednocześnie 

mówiła,  że  za  Jasiem  poszłaby  na  koniec  świata.  Jednak  Rocho  już  tego  nie  słyszał. 

Doszli  do  lasu,  gdzie  na  Rocha  czekali  Antek,  Grzela  i  Mateusz. Wszyscy  usiedli  na  trawie            

i  wysłuchiwali  ostatnich  nauk  Rocha:  Mówił  tak  ważkie  i  zgoła  niespodziane  rzeczy,  że 

słuchali  z  zapartym  tchem,  z  trwogą  i  radością  zarazem,  przyjmując  każde  jego  słowo                   

z  dreszczem  wiary  serdecznej,  jako  by  tę  komunię  przenajświętszą...  Niebo  im  bowiem 

otwierał,  raje  pokazywał,  że  dusze  im  poklękały  w  zachwyceniu,  oczy  widziały  cudności 

niewypowiedziane,  a  serca  się  pasły  janielskim,  przesłodkim  śpiewaniem  nadziei...

 

XI 

Nadeszły żniwa. Kłębowa poszła prosić młynarzową o pół kwaterki kaszy na kredyt, jednak 

jej  nie  dostała.  Oburzona  przekazała  to  Magdzie,  która  powiedziała,  że  jej  mąż  kupił  od 

dziedzica  dwadzieścia  morgów  ziemi  na  Podlesiu  i  tam  postawi  własny  młyn.  Z  tą  nowiną 

Kłębowa udała się do Hanki szykującej się do wymarszu na pielgrzymkę. W domu była także 

background image

Jagustynka, która doniosła, że mąż Tereski, Jasiek, wrócił z wojska. Dodała, że teraz siedzi           

w  domu  i  czeka  na  żonę.  Kozłowa  zdążyła  już  mu  opowiedzieć  o  romansie                           

Tereski    z  Mateuszem.  Z  kolei  Antek  z  wiadomością  o  powrocie  Jaśka          udał  się  do 

Mateusza, 

którego 

spotkał 

Szymka 

Nastusi.  

 

Mateusz ucieszył się na wieść o powrocie męża Tereski, której miał już dość: - Czasu by nie 

chwaciło, żebym miał każdej żałować! Wpadła mi w pazury, to i wzionem, każdy by zrobił to 

samo! Nie bój się, użyłem jak pies w studni, bo com się musiał nasłuchać beków i wyrzekań, 

to  starczyłoby  la  dziesięciu.  Uciekałem,  to  kieby  cień  szła  za  mną.  Niechże  i  Jasiek  się  nią 

nacieszy. Nie kochanie mi w głowie, a jeno całkiem co drugiego. Miał własne plany i chciał 

się ożenić, ale nie wyjawił Antkowi, z kim. Potem spytał mimochodem, czy Antek ma zamiar 

oddać Jagnie ziemię, którą przepisał jej  Boryna.  Antek odparł, że wykupi od niej te morgi, 

domyślając 

się, 

że 

Mateusz 

chciał 

się 

ożenić 

właśnie 

Jagną.  

 

Wracając do domu, Mateusz w myślach przeliczał morgi Dominikowej i Jagny. Gdyby udało 

mu  się  tym  zarządzać,  byłby  gospodarzem  pełną  gębą.  W  chałupie  dowiedział  się  od 

płaczącej  matki,  że  Teresa  kilkakrotnie  pytała  o  niego.  Zaraz  zresztą  przybiegła  i  ze  łzami           

w oczach powiedziała, że Jasiek wrócił z wojska. Wróciwszy do domu, zastała swojego męża, 

który wprost zapytał, czy to prawda, że zdradzała go z Mateuszem. Gdy przytaknęła, Jasiek 

się rozpłakał, a ona wybiegła do kochanka.  

 

Mateusz wyprowadził ją przed chałupę. Kobieta tuliła się do niego, mówiąc: - O mój jedyny, 

o mój wybrany z tysiąca, zabij me, a nie odpędzaj od siebie! Miłujesz to me, co? Miłujesz? 

Dyć me utul ten ostatni razik, dyć me weź, ogarnij sobą i niedaj na mękę, nie daj płakania, nie 

daj zatracenia! Jedynego cię mam na wszyćkim świecie, jedynego... Ino me ostaw przy sobie, 

a służyła ci będę za tego psa wiernego, za tę ostatnią dziewkę!, na co on zaczął się wykręcać 

od odpowiedzi. Chciał, aby dała mu święty spokój. Tereska krzyknęła:  - Cyganisz jak pies! 

Zawdyś me ocyganiał! Już me teraz nie zwiedziesz! Strach ci Jaśkowego kija, to się wijesz kiej 

ta  przydeptana  glista!  A  ja  mu  zawierzyłam  jak  komu  najlepszemu!  Mój  Boże,  mój  Boże!           

A Jasiek taki poczciwy, nawiózł mi podarunków, nigdy mi nie powiedział marnego słowa i ja 

mu tak odpłaciłam. I takiemu przeniewiercy zawierzyłam, takiemu zbójowi! takiemu psu! Idź 

se  za  Jagusią!  -  zawrzeszczała  przyskakując  do  niego  z  pięściami  -  idź,  i  niech  was  pożeni 

hycel, 

pasujeta 

do 

siebie, 

lakudra 

złodziej

Matka  Mateusza  przyglądała  się  temu,  zalewając  się  łzami.  Tereska  upadła  na  ziemię, 

background image

zanosząc  się  płaczem.  Wtedy  zza  drzew  wyszedł  Jasiek,  który  wszystko  słyszał.                      

Ujął  ją  za  rękę,  prosząc,  by  wróciła  z  nim  do  domu.  Zapewniał,  że  nie  zrobi  jej  krzywdy,              

a Mateuszowi powiedział: - Pókim żyw, to ci jej krzywdy nie daruję, tak mi dopomóż, Panie 

Boże!. Po tych słowach Marteusz poszedł prosto do karczmy, gdzie pił całą noc. Tam wszyscy 

wiedzieli, co się wydarzyło. Tylko Jagustynka trzymała stronę Tereski. 

U organistów też zaczęły się żniwa. Z uwagi na ogromny upał organiścina nakazała synowi, 

by  wrócił  z  pola  do  domu  i  aby  sobie  odpoczął.  Jasiowi  szybko  znudziło  się  w  chałupie                

i  wyszedł  na  wieś.  Pod  domem  Kłąbów  usłyszał  straszliwe  jęki.  Gdy  wszedł  do  sieni, 

zorientował  się,  że  wydaje  je  konająca  Agata.  Z  sieni,  gdzie  została  ulokowana                        

przez  Kłąbów,  przeniósł  ją  na  łóżko  w  izbie.  Zaraz  po  tym  pobiegł  na  pole,                                  

by 

powiadomić 

wszystkim 

rodzinę 

staruszki.  

 

Wieczorem Agatę ułożono w pościeli, a w dłoń włożono różaniec. Nazajutrz przyszedł ksiądz 

z  ostatnim  namaszczeniem,  ale  nie  zabawił  długo,  ponieważ  był  z  kimś umówiony.  Kapłan 

nakazał  Jasiowi  siedzieć  przy  Agacie  do  końca.  Do  izby  z  czasem  zaczęli  schodzić  się 

sąsiedzi,  a  wśród  nich  Jagusia.  Zgromadzeni  modlili  się  pod  przewodnictwem  Jaśka,  który 

czytał  Agacie  brewiarz.  Gdy  tego  wieczora  zmarła,  chłopak  z  płaczem  pobiegł  do  domu,                

a Jagusia podążyła za nim, tuląc roztrzęsionego do swej piersi i próbując uspokoić. W takiej 

pozie zastała ich organiścina, która zagroziła Jagnie, że jeżeli się natychmiast  nie wyniesie, 

poszczuje  ją  psami.  Dziewczyna  próbowała  się  tłumaczyć,  ale  została  zmuszona  do 

opuszczenia  domu  organistów.  Wybiegłszy  z  pokoju  Jasia,  skierowała  się  ku  polom. 

 

XII 

Jasio chciał biec za Jagną, ale matka mu nie pozwoliła. Opowiedziała synowi, co ludzie we 

wsi mówią o młodej wdowie, ale on nie uwierzył jej słowom. Długo płakał, nie mógł dojść do 

siebie,  bił  się  z  myślami.  Chcąc  przestać  myśleć  o  Jagnie,  udał  się  do  zmarłej  Agaty,                 

aby  pomodlić  się  nad  nią.  Następnego  dnia  także  modlił  się  przy  nieboszczce,                           

znad 

której 

Jagustynka 

wciąż 

odganiała 

natrętne 

muchy.  

 

Kłębowie pojechali do  miasta, by  wydać pieniądze, które pozostawiła im Agata, a Mateusz 

zajął się robieniem trumny. W izbie, w której  spoczywało  ciało zmarłej, pojawiły się Jagna             

z  matką,  aby  się  pomodlić.  Młoda  wdowa  popatrzyła  na  Jasia  smutnymi  oczami.  

 

background image

Do  Lipiec  zaczęli  tłumnie  zjeżdżać  okoliczni  parafianie,  aby  rano  wyruszyć  stąd  na 

pielgrzymkę  do  Częstochowy.  Po  pogrzebie  Jasio  postanowił  porozmawiać  z  Jagną,  chcąc 

wyjaśnić,  czego  na  jej  temat  dowiedział  się  od  matki.  Udał  się  w  kierunku  domu  Jagusi, 

jednak nie szedł drogą, ale obejściami, aby mieć pewność, że nikt go nie zobaczy. Zakradł się 

od strony sadu, gdzie właśnie spotkał pracującą przy ziemniakach Jagnę. Zawołał ją i poszli 

razem w kierunku pól. Na zadane wprost pytanie, czy to, co powiedziała na jej temat matka, 

było prawdą, usłyszał odpowiedź przeczącą. Uspokoił się. Po chwili oboje płakali. Szli przed 

siebie, nie odzywając się, pochłonięci sobą, zauroczeni.  

 

Nagle  dobiegł  ich  głos  organiściny,  która  wołała  syna.  Kobieta  podbiegła  do  nich,  złapała 

syna za rękę i pociągnęła go za sobą. Wpatrzona w Jasia Jagna szła za nimi, ale organiścina 

chwyciła kamień i cisnęła w nią, krzycząc: - Poszła precz! A do budy, ty suko! - zakrzyczała 

wzgardliwie. Jagusia obejrzała się dokoła, całkiem nie miarkując, o kogo tamtej chodzi, ale 

gdy jej zniknęli z oczów, długo się plątała po drogach, a potem, gdy w „chałupie” poszli spać, 

siedziała  pod  ścianą  do  białego  rana.  Godziny  szły  za  godzinami,  piały  kokoty,  rżały  konie 

przy  wozach  nad  stawem,  robił  się  świt,  wieś  zaczynała  wstawać,  brali  wodę  ze  stawu, 

wypędzali bydło na pastwiska, kto już wychodził na robotę, gdzie już trajkotały kobiety, kajś 

dzieci popłakiwały matyjaśnie, a ona wciąż siedziała na jednym miejscu i z otwartymi oczami 

śniła  na  jawie  o  Jasiu  -  że  cosik  z  nim  rozmawia,  że  patrzą  na  się  tak  z  bliska,  jaże  ją 

ogarniały  słodkie  ognie,  że  idą  kajś  i  śpiewają  coś  takiego,  czego  nie                                   

poredziła 

sobie 

przypomnieć 

tak 

cięgiem 

jedno 

kółko.  

 

Do  Dominikowej  przyszła  Hanka,  mówiąc,  że  idzie  na  pielgrzymkę  i  prosi  o  przebaczenie 

wszystkich dawnych grzechów. Szła do Częstochowy, by podziękować Bogu za wysłuchanie 

modlitw o odmianę losu. Powiedziała także, że Jasio organistów także wybiera się w drogę. 

Na  porannej  mszy  ksiądz  pobłogosławił  i  pożegnał  pielgrzymów,  których  było  około  stu,              

a wśród nich nawet Tereska z mężem. Za tłumem podążały wozy z tobołami. Cała wieś ich 

odprowadzała. Jagusia: (…) szła z matką i z drugimi, była strasznie zmizerowana, trzęsła się 

w sobie z żałości, a łykając gorzkie, sieroce łzy patrzyła w Jasia kieby w to słońce, juści, co          

z  dala,  bo  organiścina  z  dziećmi  nie  opuszczała  go  ani  na  chwilę,  że  nie  było  sposobu 

przemówić do niego ni nawet stanąć mu w oczach

Pod figurą na Podlesiu odprowadzający pożegnali się z pielgrzymami i zawrócili, Jagna zaś: 

Czekała z upragnieniem nocy i cichości, ale i noc nie przyniesła jej folgi ni ukoju, tłukła się 

background image

do samego świtania kole „chałupy”„, szła na drogi, poleciała nawet na Podlesie pod figurę, 

kaj ostatni raz widziała Jasia, i zapiekłymi od męki oczami szukała na szerokiej, piaszczystej 

drodze jakby śladów jego kroków, choćby cienia po nim, choćby tej grudki ziemi tkniętej przez 

niego. Nie było, nie było la niej nic i nikaj, nie było już zmiłowania i poratunku. Zabrakło jej 

końcu 

nawet 

łez, 

zabite 

smutkiem 

rozpaczą, 

oczy 

świeciły 

kiej                                          

studnie  niezgłębionej  boleści.  A  tylko  niekiej,  przy  pacierzu,  zrywała  się  ze  spiekłych  warg 

żałosna 

skarga. 

za 

co 

to 

wszystko, 

mój 

Boże, 

za 

co?.  

 

XIII 

Jagna  chodziła  jak  nieprzytomna.  Jędrzych  coraz  częściej  przesiadywał  u  Szymka,  przez  co 

gospodarka  Dominikowej  podupadała.  Zaniedbywany  był  inwentarz,  szybko  skończyło  się 

drewno  na  opał.  Podobnie  sprawy  miały  się  w  polu,  gdzie  len  prosił  się  o  wyrwanie,  ale 

Jędrzych nie miał zamiaru pracować. Mówił matce, że jeśli ona wygnała Szymka, to on też 

może  w  każdej  chwili  odejść.  Dominikowa,  zaniepokojona  stanem  Jagusi,  udała  się  do 

księdza po radę. Wróciła do domu wściekła, ponieważ dowiedziała się, jaka opinia krąży we 

wsi na temat jej córki, - Zaraz w nocy zrobiły nad nim sąd, organista zerżnął mu skórę, ksiądz 

swoje,  cybuchem  dołożył  i  bych  ustrzec  przed  tobą,  wyprawili  go  do  Częstochowy.  Słyszysz 

to?  Pomiarkujże,  coś  narobiła!  -  krzyknęła  groźnie.  -  Jezus  Maria!  Biły  go!  Jasia  biły!  - 

zerwała  się  gotowa  lecieć  na  jego  obronę,  ale  jeno  zakrzyczała  przez  zaciśnięte  zęby  (…)

Dominikowa  zaczęła  bić  kijem  córkę,  twierdząc,  że  przynosi  jej  tylko  wstyd  na  stare  lata. 

Jagna broniła się mówiąc, że słyszała od ludzi, że będąc w jej wieku, matka zachowywała się 

podobnie. 

 

Dominikowa  była  zła,  że  Jagusia  przepędziła  Mateusza.  Uważała,  że  przez  to  znajduje  się 

wciąż  na  językach  ludzi.  Prosiła,  by  dziewczyna  udała  się  do  księdza  do  spowiedzi  i  po 

pokutę, na co Jagna odpowiedziała, że nie pójdzie, a pokutę już ma, ponieważ wciąż cierpi za 

swoją miłość.  

 

Następnego dnia była niedziela. Wieś obiegła wiadomość, że wójt został aresztowany za brak 

pieniędzy  w  kasie  gminnej.  Podobno  brakowało  sporej  sumy.  Krążyła  wieść,  że  urzędnicy 

zabiorą  mu  gospodarkę,  a  resztę  pieniędzy  będą  musieli  zwrócić  lipczanie.  Informacja  ta 

spowodowała,  że  ludzie  się  oburzyli,  a  we  wsi  podniósł  się  krzyk.  Prym  w  tym  wiodła 

Kozłowa.  

background image

 

Gdy organiścina podrzuciła hasło, że wójt wydał pewnie pieniądze na Jagnę, tłum podchwycił 

te słowa. Ludzie skupili swoje oburzenie na Jagnie, w jej stronę została skierowana agresja. 

Dziewczyna  stała  się  nagle  przyczyną  wszelkich  nieszczęść  i  plag,  jakie  dotknęły  Lipce              

w ostatnim czasie. Obwiniono ją nawet o śmierć Boryny. Uznano, że dopóki jest we wsi, będą 

się  przydarzać  wszystkim  nieszczęścia.  Tłumowi  zrobiło  się  nawet  żal  płaczącej  wójtowej.  

Pod  wodzą  organiściny  ludzie  poszli  do  księdza  po  radę.  Kapłan  nie  chciał  się  do  niczego 

mieszać.  

 

Wieczorem  tego  dnia  odbyła  się  w  karczmie  narada  ludności  wiejskiej.  Zjawił  się  na  niej 

nawet Antek, bez którego nie mogła zapaść we wsi żadna decyzja. Wszyscy po kolei zabierali 

głos, nie pozostawiając na Jagnie suchej nitki. Zapytali Antka o zgodę na wypędzenie Jagny 

ze  wsi,  a  on,  dotychczas  milczący,  odparł:  -  W  gromadzie  żyję,  to  i  z  gromadą  trzymam! 

Chceta  ją  wypędzić,  wypędźta;  a  chceta  se  ją  posadzić  na  ołtarzu,  posadźta!  Zarówno  mi 

jedno!  Po tych słowach wyszedł z karczmy. Jedyną osobą, która broniła Jagusi, był Mateusz. 

Nazajutrz  Antek,  wiedząc,  co  się  wydarzy  we  wsi,  wziął  kosę  i  udał  się  w  pole.  Tłum, 

zgromadzony pod domem organistów, skierował się ku chałupie Dominikowej. Wdarli się do 

„chałupy”„ kiej burza, jaże zadygotały ściany, Dominikowa zastąpiła drogę, to ją stratowali, 

Jędrzych skoczył bronić i w oczymgnienie zrobili z nim to samo, wreszcie Mateusz chciał ich 

powstrzymać przed komorą i chociaż prał drągiem, chociaż bronił całą mocą, ale nie wyszło  

i  Zdrowaś,  już  leżał  kajś  pod  ścianą  z  rozbitym  łbem  i  nieprzytomny.  Jagusia  była  zaparta         

w  alkierzu,  a  kiej  wyrwali  drzwi,  stała  przytulona  do  ściany  i  nie  broniła  się,  nie  wydała 

nawet  głosu,  blada  była  kiej  trup,  a  w  oczach  szeroko  rozwartych  gorzało  ponure  płomię 

grozy i śmierci. Sto rąk wyciągnęło się po nią, sto rąk głodnymi, chciwymi pazurami chyciło 

ją  ze  wszystkich  stron,  wyrwało  niby  kierz  płytko  wrośnięty  w  ziemię  i  powlekło  w  opłotki.  

 

Związali Jagusię i wrzucili ją na wóz z gnojem, zaprzęgnięty w dwie krowy. Dziewczyna była 

przy  tym  ciągle  bita  i  opluwana.  Ktoś  wpadł  na  pomysł,  aby  wywieźć  ją  pod  kościół,  tam 

rozebrać  do  naga  i  bić,  ale  Jambroży  nie  wpuścił  ich  na  teren  świątyni.  Parobek  Borynów, 

Pietrek, powoził, zaś Jagusia w postronkach, na gnoju, zbita do krwi, w porwanym odzieniu, 

pohańbiona  na  wieki,  skrzywdzona  ponad  człowiecze  wyrozumienie  i  nieszczęsna  ponad 

wszystko, leżała jakby już nie słysząc ni czując, co się dzieje dokoła, tylko żywe łzy nieustanną 

strugą  ciekły  po  jej  twarzy  posiniaczonej,  a  niekiedy  wzniesła  się  pierś  niby  w  tym  krzyku 

skamieniałym.  

background image

 

Wreszcie  dojechali  do  kopców  pod  lasem  i  zrzucili  tam  Jagnę  z  wozu  wraz  z  gnojem.  Nie 

zdążyła  się  nawet  poruszyć,  a  już  zgromadziły  się  wokół  niej  kobiety.  Zaspokajając  swoją 

nienawiść,  zaczęły  ją  dotkliwie  kopać.  Potem  wracały  do  wsi,  mijając  po  drodze  zapłakaną 

Dominikową, która: szła okrwawiona w potarganej odzieży, zaszlochana i z trudem macająca 

kijem drogę, a gdy pomiarkowała, kto ją wymija, wybuchnęła strasznym głosem: - A żeby was 

mór! A żeby was zaraza! A żeby was ogień i woda nie szczędziły! Każden jeno głowę wtulił        

w ramiona i uciekał zestrachany. A ona wielkimi krokami pobiegła na ratunek Jagusi 

Na polach ludzie zbierali plony i  zwozili  do stodół, Tylko jedne pola  Dominikowej  stojały 

opuszczone i jakby zapomniane; ziarno się już sypało z kłosów, zboża mdlały od suszy, a nikto 

się  tam  nawet  nie  pokazał,  z  lękliwym  smutkiem  odwracano  od  nich  oczy,  niejeden  już 

wzdychał  nad  nimi,  niejeden  drapał  się  frasobliwie,  oglądał  trwożnie  na  drugich  i  potem 

jeszcze  skwapniej  przypinał  się  do  roboty,  nie  pora  była  deliberować  nad  taką  marnacją           

i  upadkiem.  Ślepy  żebrak,  który  odwiedził  Nastusię,  przyniósł  dla  Jagusi  od  zakonnic                  

z Przyrowa święconą wodę, która miała pomóc dziewczynie powrócić do zdrowia. W domu 

Dominikowej  panowały  przygnębienie  i  rozpacz.  Jagna  postradała  zmysły  i  co  jakiś  czas 

zrywała się do ucieczki z domu. Wciąż wołała Jasia. Jej matka przypominała raczej trupa niż 

kobietę.  Szymek  pomagał  matce  w  gospodarstwie.  Jedynie  Mateusz  i  Nastusia  płakali  nad 

krzywdą 

Jagny. 

Reszta 

mieszkańców 

Lipiec 

żyła 

swoim 

życiem.