background image

Tom VIII 

 

OSTRZE ZWYCIĘSTWA I 

 

 

PODBÓJ 

 

GREG KEYES 

 

 

Przekład Aleksandra Jagiełowicz 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Dla Charlie Sheffer i wszystkich moich przyjaciół w Salle Auriol Seattle 

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

PROLOG 

Dorsk 82 przycupnął za kamiennymi stopniami nabrzeża w samą porę, aby uchylić się 

przed promieniem laserowym, wystrzelonym po drugiej stronie wody. 

-  Szybko  na  pokład  -  rzucił  swoim  podopiecznym.  -  Znów  nas  znaleźli.  Łagodnie 

powiedziane.  Od  drugiej  strony  wału  przeciwpływowego  zbliżał  się  tłum  mniej  więcej 

pięćdziesięciu  Aqualishów.  Wpadali  na  siebie  i  wydawali  chrapliwe  okrzyki.  Większość 

była uzbrojona tylko w pałki, noże czy kamienie, ale kilku niosło włócznie energetyczne, 

a co najmniej jeden miał miotacz, o czym dobitnie świadczyła dymiąca dziura w nabrzeżu. 

-  Niech pan wraca, mistrzu Dorsk - błagał robot protokolarny 3D-4 za jego plecami. 

Dorsk skinął bezwłosą głową pokrytą zielono-żółtym wzorem. 

-  Zaraz. Muszę ich zatrzymać na kładce, żeby wszyscy zdążyli wejść na pokład. 

-  Nie zatrzyma ich pan w pojedynkę, sir. 

-  Chyba  dam  radę.  Poza  tym  muszę  spróbować  z  nimi  porozmawiać.  To  nie  ma 

sensu. 

-  Oni poszaleli - odparł robot. - Niszczą roboty w całym mieście! 

-  Nie są szaleni - sprostował Dorsk. - Tylko przerażeni. Yuuzhanie Vong są na Ando, 

wkrótce mogą podbić planetę. 

-  Ale dlaczego niszczą roboty, mistrzu Dorsk? 

-  Ponieważ Yuuzhanie nienawidzą maszyn - wyjaśnił khommicki klon. -Uważają je 

za bluźnierstwo. 

-  Jak to możliwe? Dlaczego? 

-  Nie wiem  -  odparł Dorsk.  - Ale to fakt.  Idź, proszę, i pomóż innym wchodzić na 

pokład. Mój pilot jest już przy sterach, dostał instrukcje lotu, więc jeśli nawet coś mi się 

przytrafi, wam nic się nie stanie. 

Robot jednak ciągle się wahał. 

-  Dlaczego pan nam pomaga, sir? 

-  Ponieważ jestem Jedi i mogę to zrobić. Nie zasługujecie na zniszczenie. 

-  Pan też nie, sir. 

-  Dziękuję. Nie zamierzam dać się zabić. 

background image

Robot  wreszcie  dołączył  do  swoich  brzęczących  i  warczących  towarzyszy  na 

pokładzie oczekującego statku. 

Tłumek  dotarł  już  do  starożytnej  kamiennej  kładki  łączącej  miasto-atol  Imthitiill  z 

opuszczoną platformą rybacką, na której przykucnął Dorsk. Wyglądało na to, że wszyscy 

są na piechotę, więc trzeba tylko powstrzymać ich przed przejściem przez kładkę. 

Szczupłe  ciało  Dorska  sprężyło  się.  Jednym  susem  przebył  drogę  spoza  osłony 

schodków na kładkę. Z mieczem u boku Jedi obserwował zbliżający się tłum. 

Jestem Jedi, pomyślał. Jedi nie zna strachu. 

I rzeczywiście, ku własnemu zdumieniu, nie czuł lęku. Przez cały okres szkolenia u 

mistrza Skywalkera dręczyły go ataki paniki. Dorsk był osiemdziesiątym drugim klonem 

Khommity  noszącego  to  imię.  Wyrósł  w  świecie,  którego  mieszkańcy  byli  zadowoleni  z 

własnej  wersji  doskonałości;  nie  mógł  więc  być  przygotowany  na  strach, 

niebezpieczeństwo,  nawet  na  nieoczekiwane  wydarzenia.  Czasem  wydawało  mu  się,  że 

nigdy  nie  zdoła  wykazać  takiej  odwagi,  jak  inni  uczniowie  Jedi,  czy  choćby  dorównać 

swemu sławnemu poprzednikowi Dorskowi 81. 

Teraz  jednak,  kiedy  spoglądał  na  zbliżający  się  tłum,  czuł  tylko  łagodny  smutek,  że 

tamci upadli tak nisko. Z pewnością bardzo boją się Yuuzhan Vong. 

Niszczenie robotów zaczęło się od sporadycznych incydentów, ale w ciągu kilku dni 

epidemia destrukcji ogarnęła cała planetę. Rząd Ando - w obecnym stanie rzeczy - ani nie 

pochwalał,  ani  nie  ganił  tej  brutalności;  prawdopodobnie  tak  długo,  jak  śmierć  i  rany 

omijały  nieroboty.  Bez  pomocy  policji  Dorsk  82  był  dla  robotów  jedyną  szansą  i  nie 

zamierzał ich zawieść. Zbyt wielu już zawiódł. 

Włączył  miecz  świetlny.  Przez  chwilę  wszystko,  co  go  otaczało,  docierało  do  jego 

mózgu  jednocześnie.  Zachodzące  słońce  zalewało  pomarańczowym  blaskiem  ocean  i 

rozpalało wysokie chmury na horyzoncie, zmieniając je w płomieniste zamczyska. Wyżej 

niebo  ciemniało,  przybierając  nocne  barwy  żyłkowanego  złotem  nefrytu  i  akwamaryny. 

Światła cylindrycznych białych wież Imthitill zapalały się jedne po drugich, tak samo jak 

światła  platform  rybackich  unoszących  się  na  głębinach.  Ciemny  ocean  zaroił  się 

samotnymi konstelacjami. 

background image

Jego własna planeta nie znała takich niezwykłych spektakli. Pogoda na Khomm była 

równie  przewidywalna  i  spokojna  jak  jej  ludzie.  Bardzo  możliwe,  że  on,  Dorsk  82,  był 

jedynym  przedstawicielem  swego  gatunku,  który  potrafił  docenić  to  niebo  lub 

podmalowane ołowiem fale oceanu. 

Szarpały  nim  powiewy  słonego  powietrza.  Uniósł  podbródek.  Po  tych  wszystkich 

latach poczuł nagle, że wreszcie robi to, o czym zawsze marzył. 

Jeden  z  Aąualishów  wysunął  się  na  czoło  tłumu.  Był  niższy  od  innych,  a  swoje  kły 

wyrzeźbił zgodnie z lokalną modą. Miał na sobie znoszony kombinezon ładowacza. 

-  Odejdź, Jedi - rozkazał. - Te roboty to nie twój interes. 

-  Te roboty są pod moją ochroną - spokojnie wyjaśnił Dorsk. 

-  Nie należą do ciebie, nie masz prawa ich chronić - odkrzyknął Aqualish. - Jeśli ich 

właściciele nie wyrażają sprzeciwu, ty nie masz nic do powiedzenia. 

-  Nie mogę się z tym zgodzić - odparł Dorsk. - Ty także spróbuj pomyśleć rozsądnie. 

Zniszczenie robotów nie obłaskawi Yuuzhan Vong. 

Nic ich nie obłaskawi. 

-  To nie twoja sprawa - warknął samozwańczy rzecznik grupy. - 

I  nie  twoja  planeta,  Jedi.  Należy  do  nas.  Nie  słyszałeś?  Yuuzhanie  Vong  właśnie 

opanowali Duro. 

-  Nie słyszałem - powiedział Dorsk. - To i tak nie ma znaczenia. Wracajcie w pokoju 

do swoich domów. Nie chcę skrzywdzić nikogo z was. 

Zabieram  roboty  ze  sobą.  Nie  zobaczycie  ich  nigdy  więcej  na  Ando.  Przyrzekam 

wam. 

Tym  razem  dostrzegł  unoszący  się  miotacz  w  dłoni  Aqualisha  ukrytego  głęboko  w 

tłumie. Dorsk przechwycił go Mocą i ściągnął do siebie. Broń zatoczyła łuk w powietrzu i 

wylądowała w jego lewej dłoni. 

-  Proszę - powtórzył. 

Przez dłuższą chwilę obie strony stały w bezruchu. Dorsk wyczuwał ich wahanie, ale 

Aqualishowie  byli  rasą  upartą  i  porywczą.  Łatwiej  byłoby  zatrzymać  wybuchającą  nową 

niż uspokoić gromadę Aąualishów. 

background image

Nagle  usłyszał  pomruk  i  zobaczył,  że  zbliża  się  śmigacz  ochrony.  Odstąpił  w  tył  i 

pozwolił,  aby  pojazd  zatrzymał  się  pomiędzy  nim  a  gromadą.  Nie  przestał  być  czujny 

nawet  wówczas,  gdy  ośmiu  Aąualishów  w  jaskrawożółtych  zbrojach  ustawiło  się  w 

tyralierę i zaczęło napierać na tłum. Oficer wystąpił z szeregu. 

-  Co tu się dzieje? - zapytał. Dorsk wykonał lekki ruch głową. 

-  Ci ludzie zamierzają zniszczyć grupę robotów. Ja je chronię. 

-  Rozumiem - skinął głową oficer. - To twój statek? 

-  Tak. 

-  Czy są inni Jedi na pokładzie? 

-  Nie. 

 

-  Doskonale. - Oficer przemówił do małego komunikatora za cicho, by Dorsk mógł 

usłyszeć jego słowa, ale klon nagle wyczuł, co się zaraz stanie. 

-  Nie!  -  krzyknął.  Okręcił  się  na  pięcie  i  rzucił  w  kierunku  statku,  ale  zanim  tam 

dobiegł, kilka promieni świetlnych, zbyt jasnych dla jego oczu, uderzyło w powłokę. W 

niebo  wystrzeliła  kolumna  białego  płomienia,  unosząc  ze  sobą  jony,  które  niedawno 

stanowiły część jego statku, jego pilota Hhena i trzydzieści osiem robotów. 

Dorsk stał bez ruchu, wpatrując się w to bezsensowne dzieło zniszczenia i bezgłośnie 

poruszając ustami. Wtedy spadł na niego cios pałki ogłuszającej. 

Upadł,  zwracając  nic  nie  rozumiejący  wzrok  na  swoich  prześladowców.  Oficer,  z 

którym przed chwilą rozmawiał, stał nad nim, trzymając pałkę. 

-  Leż, Jedi, a będziesz żył. 

-  Co? Dlaczego? 

-  Pewnie  nie  słyszałeś.  Yuuzhanie  Vong  zaproponowali  pokój.  Zatrzymają  się  w 

swoim  podboju  na  Daro,  zostawiając  Ando  w  spokoju,  jeśli  tylko  przekażemy  im  Jedi. 

Wezmą nawet twojego trupa, ale pewnie woleliby mieć cię żywego. 

Dorsk  82  wezwał  na  pomoc  Moc,  rozmywając  w  niej  ból  i  paraliż  od uderzenia,  po 

czym wstał. 

-  Rzuć miecz świetlny, Jedi - polecił oficer. 

background image

Dorsk  wyprostował  się  i  spojrzał  w  paszcze  miotaczy.  Rzucił  pistolet,  który  odebrał 

komuś w tłumie i przyczepił miecz świetlny do pasa. 

-  Nie będę z wami walczył - oznajmił. 

-  Dobrze. Wobec tego nie powinieneś mieć nic przeciwko temu, aby oddać broń. 

-  Yuuzhanie  Vong  nie  dotrzymają  słowa.  Chcą  tylko,  abyście  za  nich  zlikwidowali 

ich  najgorszych  wrogów.  Jeśli  sprzątniecie  im  z  drogi  Jedi,  przyjdą  po  was.  Zdradzając 

mnie, zdradzicie również siebie. 

-  Spróbujemy szczęścia - zdecydował oficer. 

-  Odchodzę stąd - rzekł Dorsk z wymownym gestem. - Nie zatrzymasz mnie. 

-  Nie - odparł oficer. - Nie zatrzymam cię. 

-  Ani nikt inny. 

Dorsk 82 ruszył przed siebie. Jeden z żołnierzy, bardziej zdeterminowany od innych, 

drżącą dłonią uniósł miotacz. 

-  Nie rób tego - poprosił Dorsk i wyciągnął rękę. 

Promień osmalił mu dłoń. Dorsk cofnął się, ale w zamieszaniu pozostali otrząsnęli się 

z sugestii, którą umieścił w ich umysłach. Następny strzał przeszył mu udo. Dorsk upadł 

na kolana. 

-  Stój - polecił oficer. - Koniec z umysłowymi gierkami. Dorsk mozolnie dźwignął się 

na nogi. Zrobił krok naprzód. Jestem Jedi. Jedi nie zna lęku. 

Zmierzch rozjarzył się ogniem miotaczy. „Pomoc". 

Automatyczny sygnał był słaby, ale wyraźny. 

-  Mam ich - rzekł Uldir - Mówiłem ci przecież, nie? 

Dacholder,  jego  drugi  pilot,  poklepał  go  po  ramieniu.  - Oczywiście,  chłopcze.  Jesteś 

najlepszym ratownikiem w całej jednostce. 

-  Mam  dobre  przeczucia,  to  wszystko  -  odrzekł  Uldir.  -  Sprawdź,  czy  możesz 

nawiązać łączność. 

-  Jasna  sprawa.  -  Dacholder  włączył  układ  komunikacyjny.  -  „Duma  Theli"  do 

uszkodzonego statku. Uszkodzony statek, czy mnie słyszycie? 

Odpowiedzią był szum zakłóceń, ale był to szum modulowany. 

background image

-  Próbują odpowiedzieć - mruknął Uldir. - Ich układ łączności musi być uszkodzony. 

Może kiedy się zbliżymy. . . Hej, to chyba oni! 

Sensory  dalekiego  zasięgu  ukazywały  martwo  wiszący  w  przestrzeni  statek,  mniej 

więcej  wielkości  średniego  transportera.  Prawdopodobnie  było  to  „Zwycięskie  Rozdani", 

luksusowa  jednostka,  która  wykonała  skok  z  sektora  koreliańskiego  i  zniknęła  gdzieś  po 

drodze.  Skok  „  Rozdania"  przeniósł  go  niebezpiecznie  blisko  Obroa-skai,  która  należała 

teraz do przestrzeni Yuuzhan Vong. Yuuzhanie nie wkraczali otwarcie na żadną planetę 

od czasu upadku Duro, ale od czasu do czasu ustawiali na granicy swojej przestrzeni parę 

do-vin  basali  w  charakterze  interdyktorów.  Wyrywały  one  z  nadprzestrzeni  zbyt 

odważne  lub  nieostrożne  statki,  które  zapędzały  się  w  pobliże  ich  niezbyt  wyraźnych 

granic.  Większości  nigdy  nie  odnajdywano,  ale  „  Zwycięskie  Rozdanie"  zdołał  wysłać 

pełną zakłóceń transmisję, która pozwoliła zlokalizować statek w okolicy perlemiańskiego 

szlaku  handlowego,  w  pobliżu  sektora  środkowego.  Wciąż  był  to  spory  kawałek 

przestrzeni, ale poszukiwania i misje ratunkowe były specjalnością Uldira od sześciu lat. 

W dojrzałym wieku lat dwudziestu dwóch był jednym z najlepszych pilotów w eskadrze. 

-  W sam cel - zauważył Dacholder. - Gratulacje. Znowu. 

-  Dzięki, doktorku. 

Dacholder  był  nieco  starszy  od  Uldira.  Przedwcześnie  posiwiał,  a  w  dodatku  włosy 

zaczęły  cofać  mu  się  nad  czołem  w  takim  tempie,  że,  jak  żartował  Uldir,  prawie  było 

widać,  jak  biorą  nogi  za  pas.  Dacholder  nie  był  wybitnym  pilotem,  ale  wystarczająco 

kompetentnym, a przy tym Uldir po prostu go lubił. 

-  Słuchaj  no,  Uldir  -  zaczął  Dacholder  -  Nigdy  cię  o  to  nie  pytałem,  ale.  .  .  kiedy 

pojawili  się  Vongowie,  dlaczego  nie  zażądałeś  przeniesienia  do  jednostki  wojskowej? 

Latasz tak, że natychmiast znalazłbyś się wśród asów. 

-  Za gorąco tam dla mnie - odparł Uldir. 

-  Pieprzysz.  Akcje  ratunkowe  są  dwa  razy  bardziej  niebezpieczne  przy  jednej 

dziesiątej  mocy  ognia.  Słyszałem,  że  w  czasie  upadku  Duro  porwałeś  trzech  zbłąkanych 

pilotów sprzed nosa czterem skoczkom koralowym, i to bez żadnej pomocy. 

-  Miałem kupę szczęścia - skromnie odparł Uldir. 

background image

-  Jesteś pewien, że to nie coś innego? 

-  Co masz na myśli? 

 

-  No cóż, słyszałem, że uczęszczałeś do akademii Jedi Skywalkera. Uldir skwitował to 

śmiechem. 

-  „Uczęszczanie"  nie  jest  właściwym  określeniem.  Pobyłem  tam  trochę,  narobiłem 

zamieszania na skalę kosmiczną w rekordowo krótkim czasie i nie wykazywałem żadnego 

talentu do sztuczek Jedi. Ale może i masz rację. Wyobrażałem sobie chyba, że jeśli stanę 

się  Jedi,  będę  przynajmniej  w  stanie  ich  naśladować.  Poszukiwania  i  akcje  ratunkowe 

wydawały  mi  się  najlepszym  sposobem,  a  poza  tym  w  czasie  wojny  jesteśmy  tak  samo 

potrzebni jak ci wszyscy piloci. 

-  I nie musisz zabijać. Uldir wzruszył ramionami. 

-  Mniej  więcej  o  to  chodzi.  Odkąd  to  tyle  o  mnie  myślisz,  doktorku?  -Przełączył 

powiększenie na wizji. - Popatrz no - mruknął, kiedy zniszczony statek pojawił się w polu 

ekranu. - Nie wygląda tak źle. Może nawet nie ma ofiar. 

-  Możemy tylko mieć nadzieję - zgodził się Dacholder. 

-  Widzisz tam coś jeszcze? 

-  Nic a nic - odparł Dacholder. 

-  To  dobrze.  Jesteśmy  na  skraju  przestrzeni  Yuuzhan  Vong,  ale  nie  zanadto  blisko. 

Nie mam ochoty nadziać się na ich interdyktory. 

-  Zauważyłem, że wyciągnąłeś prawie dwadzieścia procent z tłumików inercyjnych. 

Dobra robota. 

-  Widzisz, czego można dokonać, jeśli żyjesz tylko i wyłącznie dla służby? - mruknął 

Uldir.  Lekko  skorygował  trajektorię.  -  Wydaje  się,  że  kuleją,  ale  systemy  podtrzymania 

życia chyba nie ucierpiały. 

-  Aha. . . 

Uldir spojrzał z ukosa na drugiego pilota. Wydawał się nieco nerwowy, co było dość 

niecodzienne. Nie znaczyło to, że miał najmocniejsze nerwy w jednostce, ale nigdy nie był 

background image

tchórzem.  Może  chodziło  o  to,  że  zapuścili  się  tak  daleko  bez  wsparcia.  Wojna 

spowodowała, że wszyscy nieco zbyt intensywnie wykorzystywali swoje zasoby. 

-  Uldir. . . - odezwał się nagle Dacholder. 

-  Tak? 

-  Myślisz, że uda nam się ich pokonać? Mówię o Vongach. 

-  Głupie pytanie - stwierdził Uldir. - Oczywiście, że tak. Zaskoczyli nas po prostu, to 

wszystko.  Zobaczysz.  Jak  tylko  wojsko  się  pozbiera  do  kupy  i  wprowadzi  do  gry  Jedi, 

Yuuzhanie Vong będą wiać aż miło. 

Dacholder milczał przez chwilę, obserwując rosnący statek. 

-  Chyba  nie  zdołamy  ich  pokonać  -  szepnął.  -  W  ogóle  nie  powinniśmy  byli 

zaczynać z nimi wojny. 

-  Co chcesz przez to powiedzieć? 

-  Widzisz, że nakopali nam do tyłków od samego początku. Jeśli zechcą jeszcze raz 

uderzyć, zdobędą Coruscant w okamgnieniu. 

-  Defetystyczna gadka. 

-  Raczej realistyczna. 

-  No to co? - rzucił zadziornie Uldir. - Uważasz, że powinniśmy się poddać? 

-  Nie musimy chyba tego robić. Przecież tych Vongów nie ma aż tak wielu. Mają już 

tyle planet, ile potrzebują. Sami tak twierdzą. Nie wykonali żadnego ruchu od czasu Duro 

i pewnie nie. . . 

Uwagę  Uldira  przyciągnęła  nagle  konsola,  dlatego  nie  usłyszał,  co  jeszcze  mówił 

Dacholder. 

-  Zapamiętaj, co chciałeś powiedzieć - rzucił - i wywołaj ich. 

-  Dlaczego? 

-  Bo udaje trupa, oto dlaczego. Właśnie włączył wszystkie systemy i będzie próbował 

ściągnąć nas promieniem. - Błyskawicznie rozpoczął manewr uniku. 

-  No to niech nas ściągną, Uldir - odrzekł Dacholder. - Nie każ mi tego używać. 

Ku wielkiemu zdumieniu Uldira „to" okazało się miotaczem, który drugi pilot trzymał 

wycelowany w jego głowę. 

background image

-  Doktorku, co ty robisz? 

-  Przykro  mi,  chłopcze,  bo  cię  lubię,  naprawdę.  Robię  to  z  taką  przyjemnością, 

jakbym się napił kwasu, ale muszę. 

-  Co musisz? 

-  Mistrz wojenny Yuuzhan Vong wyraził się całkiem jasno. Żąda wszystkich Jedi. 

-  Doktorku, ty wariacie, przecież ja nie jestem Jedi. 

-  Jest lista, Uldirze, a ty się na niej znajdujesz. 

-  Lista?  Jaka  lista?  Na  pewno  nie  zrobiona  przez  Yuuzhan  Vong,  bo  oni  nie  mogą 

wiedzieć, kto uczęszczał do akademii, a kto nie. 

 

-  To racja. Niektórzy z nas zajmują wysokie stanowiska. Uldir zmrużył oczy. 

-  Nas? Jesteś w Brygadzie Pokoju, Doktorku? 

-  Tak. 

-  Ze wszystkich. . . - Uldir zamilkł. - I ten statek. Teraz zabierzesz mnie do Yuuzhan 

Vong, mam rację? 

-  To nie był mój  pomysł, chłopcze. Wypełniam tylko rozkazy. A teraz  zwolnij, jak 

dobre dziecko, i niech nas ściągną. 

-  Nie jestem Jedi - powtórzył Uldir. 

-  Nie? A ja zawsze uważałem, że twoje przeczucia są odrobinę zbyt trafne. Wydajesz 

się widzieć rzeczy, zanim się zdarzą. 

-  Oczywiście. Tak samo jak to tutaj, prawda? 

-  To i tak nie ma znaczenia. Ważne jest tylko to, że oni myślą, iż jesteś Jedi. I jestem 

pewien, że wiesz parę rzeczy, którymi mogliby się zainteresować. 

-  Nie  rób  tego,  Doktorku.  Błagam  cię.  Wiesz,  co  Yuuzhanie  Vong  robią  swoim 

ofiarom. Jak w ogóle możesz myśleć o tym, żeby robić z nimi interesy? Na wielki kosmos, 

przecież oni zniszczyli Ithor! 

-  Z tego, co słyszałem, odpowiedzialny jest za to Jedi, niejaki Corran Horn. 

-  Karma dla banth! Dacholder westchnął. 

-  Daję ci czas. Liczę do trzech, Uldir. 

background image

-  Nie rób tego, Doktorku. . . 

-  Raz. . . 

-  Nie pójdę z nimi! 

-  Dwa. . . 

-  Proszę! 

-  Trz. . . 

Dacholder nigdy nie dokończył. Zanim doszedł do końca słowa, znalazł się w próżni 

o dwadzieścia metrów od statku i wciąż przyspieszał. Uldir na powrót uszczelnił kokpit. 

W  uszach  mu  dzwoniło,  a  twarz  piekła  od  krótkiego  kontaktu  z  nicością.  Spojrzał  na 

brakującą koję przyspieszeniową. 

-  Przykro  mi,  Doktorku  -  rzekł.  -  Nie  pozostawiłeś  mi  wielkiego  wyboru.  Cóż,  to 

chyba dobrze, że ci nie powiedziałem o wszystkich moich modyfikacjach. 

Otworzył  przepustnicę,  szybko  zwiększając  odległość  od  jachtu.  Zanim  pokonali 

bezwładność i zaczęli przyspieszać, Uldir wykonał skok w nadprzestrzeń i zniknął. 

Nie wiedział, dokąd leci. Jeśli przeżyje skok w nadprzestrzeń, czy będzie bezpieczny? 

A  jeśli  on  nie  jest  bezpieczny,  to  co  z  prawdziwymi  Jedi?  Co  z  jego  przyjaciółmi  z 

Akademii? 

Przed  tym  nie  mógł  uciec.  Mistrz  Skywalker  musi  się  dowiedzieć,  co  się  dzieje.  O 

sobie pomyśli później... 

Swilja  Fenn  usiłowała  utrzymać  się  na  nogach.  Taka  podstawowa  czynność:  stanie. 

Właściwie  nigdy  się  o  tym  nie  myśli.  Ale  długa  ucieczka  na  Cujicor,  utrata  dużej  ilości 

krwi i ciasne, brudne więzienie na statku Brygady Pokoju sprawiły, że nawet utrzymanie 

się na nogach stawało się walką. Zaczerpnęła sił z Mocy i bezradnie potrząsnęła lekku. 

Ci  dranie  z  Brygady  Pokoju  wyrzucili  ją,  związaną  i  półprzytomną,  na  jakimś 

bezimiennym księżycu, a sami wzięli nogi za pas. Wkrótce potem pojawili się Yuuzhanie 

Vong.  Przecięli  jej  więzy  i  zastąpili  żywą,  galaretowatą  substancją,  jednocześnie 

wykrzykując coś do niej w języku, który zdawał się składać wyłącznie z przekleństw. 

background image

Potem  długo  wędrowali  po  różnych  ciemnych  miejscach,  aż  wreszcie  -ledwie 

trzymając  się  na  nogach  -  znalazła  się  tu,  w  ogromnym  pomieszczeniu,  które  wydawało 

się wycięte w bryle surowego mięsa. Śmierdziało też podobnie. 

Swilja zmrużyła oczy. Ktoś wyłaniał się z ciemności zalegającej odległe kąty sali. 

-  Czego ode mnie chcecie, gnojarze lyleków? - warknęła, na moment zapominając o 

przeszkoleniu Jedi. 

Swój  błąd  przypłaciła  ciosem  w  twarz,  dość  mocnym,  aby  zbić  ją  z  nóg.  Kiedy  się 

pozbierała, ON stał nad nią. 

Yuuzhanie Vong lubili blizny. Podobały im się pocięte twarze i tatuaże, poobcinane 

palce  u  rąk  i  nóg.  Im  wyżej  się  znajdowali  w  łańcuchu  pokarmowym,  tym  mniej  ich 

zostawało. A przynajmniej z tych części ciała, z którymi zaczynali, bo nie gardzili również 

implantami. 

Yuuzhanin  Vong,  który  stał  nad  nią,  musiał  plasować  się  w  łańcuchu pokarmowym 

naprawdę wysoko, bo wyglądał tak, jakby wpadł do zbiornika z wibroostrzami. Większą 

część jego ciała pokrywały łuski o barwie zaschniętej krwi, z ramion spływało mu coś w 

rodzaju płaszcza. To coś łagodnie pulsowało. 

I podobnie jak w przypadku innych Yuuzhan, był nieobecny. Gdyby był Twi'lekiem, 

człowiekiem lub Rodianinem, mogłaby zatrzymać jego serce przy użyciu Mocy lub skręcić 

mu  kark  o  sufit.  Ciemna  czy  jasna  strona,  nieważne,  skorzystałaby  z  niej  i  ostatecznie 

uwolniła od niego galaktykę. 

Spróbowała  więc  pierwszego  lepszego  sposobu  ataku,  jaki  przyszedł  jej  na  myśl  - 

rzuciła się na niego, usiłując wydrapać mu oczy. Znajdował się tylko 

0  metr od niej, z pewnością zdoła zabrać ze sobą tę larwę. 

Niestety,  pierwszy  lepszy  sposób  nie  był  jednocześnie  najlepszy.  Ten  sam  strażnik, 

który ją przed chwilą uderzył, teraz skoczył szybko jak błyskawica 

1  chwycił  pełną  garścią  za  lekku,  przygważdżając  do  miejsca  i  zwracając  twarzą  do 

potwora. 

-  Znam cię - syknęła, plując zębami i krwią. - Ty jesteś tym, który zażądał naszych 

głów. Tsavong Lah. 

background image

-  Jestem mistrz wojenny Tsavong Lah - potwierdził potwór. Splunęła na niego. Ślina 

splamiła mu dłoń, ale nie zareagował, odmawiając jej nawet tej niewielkiej satysfakcji. 

-  Gratuluję  ci,  okazałaś  się  warta  honorowej  ofiary  -  rzekł  Tsavong  Lah.  -  Jesteś 

bardziej godna podziwu niż te tchórzliwe męty, które cię 

tu  dostarczyły.  Oni  po  prostu  sczezną,  kiedy  nadejdzie  czas.  Nie  będziemy  drwić  z 

bogów, składając ich w ofierze. 

Nagle odsłonił wnętrze ust: nie był to widok, jaki Swilja miała ochotę oglądać. Mógł 

to być zarówno uśmiech, jak i drwiący grymas. 

  

-  Jeśli wiesz, kim jestem - rzekł Tsavong Lah - wiesz także, czego chcę. Wiesz, kogo 

chcę. 

-  Nie  mam  pojęcia,  czego  chcesz.  Cokolwiek  to  jest,  jak  cię  znam,  pewnie 

przyprawiłoby o mdłości nawet Hutta. 

Tsavong Lah oblizał wargę i lekko przekrzywił głowę, świdrując ją oczami. 

-  Pomóż mi znaleźć Jacena Solo - rzekł. - Z twoją pomocą zdołam go odnaleźć. 

-  Nażryj się poodoo. Lah parsknął śmiechem. 

-  Nie do mnie należy zmiana twoich przekonań - rzekł. - Mam od tego specjalistów. 

A  jeśli  im  także  nie  uda  się  perswazja,  będą  inni,  wielu,  wielu  innych.  Pewnego  dnia 

wszyscy poznacie prawdę. . . lub śmierć. 

Od  tej  chwili  zdawało  się,  że  zapomniał  o  jej  istnieniu.  Z  jego  oczu  zniknął  wyraz 

świadczący,  że  w  ogóle  ją  widzi  czy  że  widział  kiedykolwiek.  Odwrócił  się  i  powoli 

odszedł na bok. 

-  Mylisz się - wrzasnęła, gdy wywlekali ją z pokoju. - Moc jest silniejsza od was! Jedi 

to twoja zguba, Tsavongu Lahu! 

Ale mistrz wojenny nie odwrócił głowy. Nawet nie zwolnił kroku. 

Godzinę  później  sama  Swili  ja  zwątpiła  w  swoje  odważne  słowa.  Nawet  ich  już  nie 

pamiętała. Nie istniało dla niej nic oprócz bólu, a i on wkrótce przestał istnieć. . . 

  

background image

PRAKSEUM 

  

ROZDZIAŁ 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lukę  Skywalker  stał  wyprostowany  przed  grupą  Jedi.  Jego  twarz  wydawała  się 

twardsza  i  bardziej  nieruchoma  niż  maska  z  durastali.  Sztywność  ramion,  precyzja 

każdego  gestu,  ton  głosu  i  nacisk  kładziony  na  każde  wymawiane  słowo  świadczyły  o 

pełnej kontroli i wierze we własne siły. 

Tylko Anakin Solo wiedział, że to pozory. Wściekłość i lęk wypełniały salę setkami 

atmosfer  ciśnienia.  Coś w  mistrzu  Skywalkerze  załamało  się  pod  wpływem  tego ciężaru. 

Wydawało  się,  że  to  umiera  nadzieja.  Anakin  czuł,  że  to  najgorsza  rzecz,  jakiej 

kiedykolwiek  doświadczył,  a  przecież  w  ciągu  swojego  szesnastoletniego  życia 

doświadczył już niejednej przykrości. 

Wrażenie nie trwało długo. Nic nie uległo zniszczeniu, zostało tylko stłam-szone, ale 

od razu odzyskało formę. Mistrz Skywalker znów był tak silny i pełen wiary w Moc, jak 

na to wyglądał. Anakin uznał, że nikt inny tego nie zauważył. 

On  jednak  widział  wszystko.  To  tak,  jakby  zadrżała  opoka.  Było  to  wrażenie,  jakie 

Anakin nieprędko zapomni: jeszcze jedna rzecz, która wydawała się wieczna i nagle uległa 

background image

zniszczeniu, kolejny śmigacz umykający mu spod stóp, który zostawił go rozpłaszczonego 

na ziemi, niewiedzącego, co się właściwie stało. Czy on się nigdy nie nauczy? 

Zmusił się, aby skupić spojrzenie lodowatoniebieskich oczu na mistrzu Skywalkerze, 

na  jego  zna  jomej,  pobrużdżonej  wiekiem  i  bliznami  twarzy.  Za  jego  plecami,  za 

ogromnym oknem z transparistali przepływały nieskończone światła i życie Coruscant. Na 

tle  cyklopowych  budynków  i  wędrujących  smug  światła  mistrz  wydawał  się  kruchy  i 

roztargniony. 

Anakin odsunął od siebie cierpienie, starając się skupić na słowach wuja. 

-  Kyp - mówił mistrz Skywalker - rozumiem, co czujesz. 

Kyp  Durron  był  uczciwszy  od  mistrza  Skywalkera,  przynajmniej  w  niektórych 

sprawach. Gniew, który nosił w sercu, odzwierciedlał się również na twarzy. Gdyby Jedi 

byli planetą, mistrz Skywalker stałby na jednym biegunie, emanując spokojem, a Kyp na 

drugim, zaciskając pięści w furii. 

Planeta rozpadała się mniej więcej w okolicach równika. 

Kyp  postąpił  krok  naprzód  i  przeciągnął  dłonią  po  ciemnych,  przetykanych 

srebrnymi nitkami włosach. 

-  Mistrzu  Skywalkerze  -  rzekł.  -  Nie  sądzę,  abyś  wiedział,  jak  się  czuję.  Gdyby  tak 

było, wyczułbym to poprzez Moc. Wszyscy byśmy to wyczuli. Ty jednak ukrywasz przed 

nami swoje uczucia. 

-  Nigdy nie powiedziałem, że czuję to samo co ty  - łagodnie odparł Lukę - tylko że 

rozumiem. 

-  Aha  -  skinął  głową  Kyp.  Wycelował  palec  w  Skywalkera,  jakby  dopiero  teraz 

przechodził do sedna sprawy. - Chcesz powiedzieć, że rozumiesz mnie intelektualnie, ale 

nie  sercem!  Jedi,  których  szkoliłeś  i  inspirowałeś,  są  prześladowani  i  zabijani  w  całej 

galaktyce, a ty to „rozumiesz" tak, jak się rozumie równanie? I krew się w tobie nie gotuje, 

żeby przejść do czynów? 

-  Oczywiście, że chciałbym coś z tym zrobić - odparł Lukę. - Poto właśnie zebrałem 

was tutaj. Ale gniew nie jest odpowiedzią. Atak także nie jest odpowiedzią, a już na pewno 

nie zemsta. Jesteśmy Jedi. 

background image

Bronimy i wspieramy. 

-  Kogo  bronimy?  Kogo  wspieramy?  Bronimy  tych  istot,  które  uwolniłeś  od 

okrucieństwa  Palpatine'a?  Wspieramy  Nową  Republikę  i  jej  dobrych ludzi?  Ochraniamy 

tych,  za  których  wszyscy  przelewaliśmy  krew  raz  za  razem,  w  imieniu  lepszej  sprawy  i 

większego dobra? Te same tchórzliwe istoty, które teraz nas obrażają, zdradzają i składają 

w ofierze swoim nowym yuuzhańskim władcom? Nikt już nie chce naszej pomocy. Chcą, 

żebyśmy  umarli  i  poszli  w  zapomnienie.  Powiedziałbym,  że  najwyższy  czas,  abyśmy 

zaczęli bronić sami siebie. Jedi za Jedi! 

Rozległy się oklaski - nieogłuszające, ale też i niezdawkowe. Anakin musiał przyznać, 

że Kyp ma trochę racji. Komu teraz mogą zaufać Jedi? Wydawało się, że tylko innym Jedi. 

-  Więc co, według ciebie, powinniśmy zrobić, Kyp? - łagodnie zapytał Luke. 

-  Powiedziałem:  bronić  się.  Zwalczać  zło,  jakąkolwiek  przyjmie  postać.  Nie 

czekajmy,  aż  wojna  przyjdzie  do nas,  aż  zaskoczy  nas  w  domach,  we  śnie,  wśród  dzieci. 

Wyruszymy, znajdziemy wroga. Atak na zło jest obroną. 

-  Innymi słowy, chcesz, abyśmy wszyscy naśladowali ciebie i twój tuzin. 

-  Chciałbym,  abyśmy  wszyscy  naśladowali  ciebie,  mistrzu.  .  .  w  czasach,  kiedy 

walczyłeś z Imperium. 

Lukę westchnął. 

-  Byłem wtedy młody - zauważył. - Wielu rzeczy jeszcze nie rozumiałem. Agresja to 

droga na ciemną stronę. 

Kyp potarł szczękę i uśmiechnął się lekko. 

-  Któż wie o tym lepiej, mistrzu, niż ten, kto już był po ciemnej stronie? 

-  Właśnie - odparł Lukę. - Upadłem, choć wiedziałem, co robię. 

Podobnie  jak  ty,  Kyp.  Obaj,  każdy  na  swój  sposób,  uważaliśmy,  że  jesteśmy  dość 

mądrzy i zręczni, aby przejść po promieniu lasera i się nie sparzyć. Oba j się myliliśmy. 

-  A jednak wróciliśmy. 

-  Tylko dzięki pomocy i miłości. 

-  Zgadzam  się.  Ale  byli  i  inni.  Kam  Solusar  na  przykład,  że  nie  wspomnę  o  twoim 

własnym ojcu. . . 

background image

-  Co chcesz powiedzieć, Kyp? Że z ciemnej strony łatwo wrócić i to usprawiedliwia 

ryzyko? 

Kyp wzruszył ramionami. 

-  Chcę  tylko  powiedzieć,  że  linia  pomiędzy  mrokiem  a  światłem  nie  jest  tak  ostra, 

jak ją usiłujesz przedstawić, nie znajduje się też dokładnie tam, gdzie chciałbyś ją widzieć. 

- Kyp złożył dłonie pod brodą i potrząsnął nimi w zadumie.  - Mistrzu Skywalkerze, jeśli 

ktoś atakuje mnie mieczem świetlnym, czy mogę się przed nim bronić własnym ostrzem, 

żeby mi nie obciął głowy? Czy to nie zbyt wielka agresja? 

-  Oczywiście, że możesz. 

-  A jeśli już się obronię, czy mogę ruszyć do ataku? Czy mogę oddać cios? Jeśli nie, to 

po  co  uczy  się  Jedi  techniki  walki?  Dlaczego  nie  wpaja  się  nam  wyłącznie  umiejętności 

obrony  i  wycofywania  się  do  chwili,  gdy  wróg  zapędzi  nas  w  ślepą  uliczkę,  a  my 

zmęczymy się na tyle, że wreszcie damy się zabić? Mistrzu Skywalkerze, czasami jedyną 

obroną jest atak. Wiesz to równie dobrze jak ja. 

-  To prawda, Kyp. Wiem. 

-  A  jednak  cofasz  się  przed  walką,  mistrzu  Skywalkerze.  Bloku  jesz,  osłaniasz  i  nie 

oddajesz  ciosu.  Tymczasem  ostrza  wymierzone  w  nas  mnożą  się.  A  ty  zacząłeś 

przegrywać,  mistrzu  Skywalkerze.  Kolejna  stracona  okazja!  Tam  leży  Daeshara'cor, 

martwa.  Jeszcze  jeden  błąd  w  obronie  i  Corran  Horn,  oskarżony  o  zniszczenie  Ithory, 

zostaje zesłany na banicję. Kolejny zaniedbany atak i Wurth Skidder idzie tam, gdzie już 

jest Daeshara'cor. A potem już klęska za klęską, bo atakują cię miliony ostrzy. Ginie Dorsk 

82,  Seyyerin  Ito-klo,  Swilja  Fenn,  a  kto  policzy  tych,  o  których  jeszcze  nie  wiemy  albo 

którzy umrą jutro? Kiedy wreszcie zaatakujesz, mistrzu Skywalkerze? 

-  To idiotyczne! - rozległ się kobiecy głos tuż za Anakinem. To jego siostra, Jaina, z 

twarzą rozpłomienioną wewnętrznym żarem. - Może tam, gdzie latasz ze swoją eskadrą i 

strugasz bohatera, nie docierają do ciebie wszystkie wiadomości, Kyp. Może czujesz się już 

taki ważny, że uważasz, iż ten, kto nie jest z tobą, jest przeciwko tobie? W czasie, kiedy ty 

urządzałeś  strzelanki,  mistrz  Skywalker  pracował  ciężko,  choć  nie  tak  spektakularnie,  i 

pilnował, żeby wszystko się nie rozleciało! 

background image

-  Tak, i widzę, co z tego wynikło - odparł Kyp. - Na przykład Duro. 

Ilu  Jedi  tam  było?  Pięciu,  sześciu?  A  jednak  nikt  z  was,  włącznie  z  mistrzem 

Skywalkerem  -  nie  wyczuł  odoru  zdrady,  dopóki  nie  było  za  późno.  Dlaczego  Moc  was 

wtedy  nie  poprowadziła?  -  zawiesił głos i  walnął  pięścią  w  otwartą  dłoń,  aby  podkreślić 

wagę  swoich  słów.  -  Ponieważ  zachowywaliście  sięjak  niańki,  a  nie  jak  wojownicy  Jedi! 

Słyszałem, że jeden z was odmówił nawet użycia Mocy.  - Spojrzał znacząco na bliźniaka 

Jainy, który z kamienną twarzą siedział w pierwszym rzędzie. 

-  Nie mieszaj w to Jacena - warknęła Jaina. 

-  Przynajmniej twój brat był uczciwy i odmówił użycia siły - odparł Kyp. - Nie miał 

racji, ale był uczciwy. . . a w końcu i tak jej użył, kiedy było trzeba. Reszta grupy nie ma 

usprawiedliwienia  dla  swojego  niezdecydowania.  Jeśli  ratowanie  galaktyki  przed 

Yuuzhanami  Vong  nie  jest  wystarczającym  powodem  do  pokazania  całej  naszej  potęgi, 

niech nim będzie instynkt samozachowawczy! 

-  Jedi za Jedi - krzyknął Octa Ramis, przejęty żalem po utracie Daesha-ry'cor. 

-  Staram  się  uchronić  zarówno  nas,  jak  i  całą  galaktykę  -  odparł  Lukę.  -Jeśli 

zwyciężymy  Yuuzhan  Vong  za  cenę  wykorzystania  potęgi ciemnej  strony,  nie  będzie  to 

żadne zwycięstwo. 

Kyp wzniósł oczy w górę i skrzyżował ramiona na piersi. 

-  Wiedziałem, że popełniłem błąd, przychodząc tutaj - oświadczył. 

-  W  każdej  sekundzie;  którą  tracę  na  rozmowę  z  tobą,  mógłbym  wystrzelić  jedną 

torpedę w Yuuzhan. 

-  Jeśli o tym wiedziałeś, po co przyszedłeś? 

-  Ponieważ wydawało mi się, że nawet ty musisz już widzieć, co się święci, mistrzu 

Skywalkerze.  Po  miesiącach  bezczynnego  patrzenia  jak  kurczą  się  nasze  szeregi, 

wysłuchiwania  kłamstw  o  Jedi  krążących  od  Rubieży  aż  po  Jądro,  wydawało  mi  się,  że 

wreszcie  uznałeś,  iż  nad  szedł  czas  działania.  Przyszedłem,  mistrzu  Skywalkerze,  aby 

usłyszeć,  jak  mówisz,  że  dość  już  tego.  .  .  Aby  zobaczyć,  jak  ich  prowadzisz, 

zjednoczonych, do walki o słuszną sprawę. A zamiast tego słyszę ciągle te same brednie, 

których mam już dość! 

background image

-  Przeciwnie, Kyp. Zwołałem to spotkanie, aby podjąć decyzje, jak przeciwstawić się 

kryzysowi. 

-  To nie jest kryzys - prychnął Kyp. - To masakra. A ja i tak już wiem, co mam robić. 

Cały czas to robię. 

-  Ludzie się boją, Kyp. Żyją w koszmarze, tak samo jak my. Marzą tylko o tym, aby 

się obudzić. 

-  Tak.  I  w  nadziei,  że  się  obudzą,  karmią  potwory  z  koszmaru  wszystkim,  czego  te 

zażądają.  Roboty.  Miasta.  Planety.  Uchodźcy. Te  raz  Jedi.  Odmawiając  przeciwstawienia 

się zdradzie, mistrzu Skywalkerze, znaleźliśmy się niebezpiecznie blisko jej popierania. 

-  Bzdury!  -  krzyknął  Jacen,  wreszcie  porzucając  milczenie.  -  Mistrz  Skywalker  nie 

okazał uległości. Żaden z nas się nie ugiął. Ale brutalna 

agresja, jaką ty popierasz, jest. . . 

-  Skuteczna? - ironicznie podsunął Kyp. 

-  Naprawdę? - zaczepnie odparł Jacen. - Czego wam się udało dokonać, tobie i twojej 

eskadrze?  Rozwalić  parę  statków  dostawczych  Yuuzhan?  Podczas  gdy  my  ratowaliśmy 

dziesiątki tysięcy. . . 

-  Ratowaliście? Po co? Żeby musieli uciekać z planety na planetę, aby w końcu nie 

mieć dokąd pójść? Jacenie Solo, wyrzekłeś się Mocy, a teraz chcesz pouczać mnie, co jest, a 

co nie jest skuteczne? 

-  Szczególnie mało skuteczna jest wasza kłótnia - przerwał Lukę. 

-  Potrzebujemy spokoju. Musimy pomyśleć rozsądnie. 

-  Nie jestem pewien, czy właśnie tego rzeczywiście potrzebujemy - odparował Kyp. - 

Patrz,  do  czego  nas  doprowadziła  twoja  rozsądna  polityka.  Jesteśmy  teraz  sami,  nie 

widzicie? Wszyscy zwrócili się przeciwko nam. 

-  Przesadzasz. 

Anakin  przeniósł  wzrok  na  nową  uczestniczkę  dyskusji,  Cilghal.  Rybia  głowa 

Kalamarianki kołysała się lekko, gdy wyłupiastymi oczami wodziła po zebranych. 

-  Wciąż  mamy  wielu  sprzymierzeńców  -  oznajmiła  Cilghal.  -  Za  równo  w  senacie, 

jak i wśród ludów Nowej Republiki. 

background image

-  Jeśli przez sprzymierzeńców rozumiesz ludzi, którym nie starcza ikry, żeby nas po 

prostu  zadenuncjować,  to  masz  rację  -  zgodził  się  z  nią  Kyp.  -  Ale  poczekaj  chwilę,  aż 

jeszcze więcej Jedi zostanie zabitych lub wziętych w niewolę. Zostańcie tutaj, medytujcie i 

czekajcie na wroga. 

Ja nie zamierzam! Wiem, gdzie i o co toczy się walka. Okręcił się na pięcie i ruszył w 

kierunku wyjścia. 

-  Niedobrze! - szepnęła Jaina do Anakina. - Jeśli Kyp wyjdzie, zbyt wielu pójdzie za 

nim. 

-  No to co? - spytał Anakin. - Taka jesteś pewna, że on nie ma racji? 

-  Oczywiście, że. . . - urwała, zastanowiła się i zaczęła jeszcze raz: 

-  Jeśli Jedi się podzielą, nikomu to nie pomoże. Musimy pomóc wujkowi Luke'owi. 

Chodźcie. 

Jaina wyszła z pokoju w ślad za Kypem. Po chwili Anakin wymknął się za nimi. Za 

ich plecami dyskusja rozgorzała od nowa, choć w znacznie spokojniejszej formie. 

Kyp usłyszał ich kroki i obejrzał się. 

-  Anakin, Jaina? Czego chcecie? 

-  Przemówić ci do rozumu - wyjaśniła dziewczyna. 

-  Mój  rozum  ma  się  dobrze  i  bez  tego  -  odparł  Kyp.  -  Wy  dwoje  powinniście  być 

mądrzejsi.  Kiedy  któreś  z  was  migało  się  od  walki?  O  ile  wiem,  nie  macie  w  zwyczaju 

siedzieć, kiedy walczą inni. 

-  Nigdy tak nie było - zaperzyła się Jaina. - Ani z Anakinem, ani z wujkiem Lukiem, 

ani. . . 

-  Daj sobie spokój, Jaino. Bardzo szanuję mistrza Skywalkera, ale on nie ma racji. Nie 

widzę Yuuzhan Vong poprzez Moc ani trochę lepiej niż on, ale nie potrzebuję tego, żeby 

wiedzieć, że są źli. I że trzeba ich powstrzymać. 

-  Nie mógłbyś po prostu wysłuchać wujka Luke'a do końca? 

-  Już to zrobiłem. Nie powiedział ani nie zamierzał powiedzieć niczego, co by mnie 

interesowało.  -  Kyp  potrząsnął  głową.  -  Wasz  wuj  bardzo  się  zmienił.  Coś  się  dzieje  z 

mistrzami Jedi, w miarę jak zdobywają coraz większą Moc. Coś, co nie przydarzy się mnie. 

background image

Tak mocno przejmują się jasną i ciemną stroną, że tracą zdolność do działania. Pozwalają 

sobą manipulować. Taki ObiWan Kenobi wolał dać się zabić, zjednoczyć się z Mocą niż 

działać samemu. Pozwolił, aby Lukę przejął całe ryzyko moralne. 

-  Wujek Lukę twierdzi co innego. 

-  Wasz wujek siedzi w tym po uszy. A teraz sam stał się Kenobim. 

-  Co właściwie chcesz powiedzieć? - syknęła Jaina. - Że wujek Lukę jest tchórzem?. 

Kyp wzruszył ramionami i uśmiechnął się krzywo. 

-  Jeśli  chodzi  o  własne  życie,  to  nie.  Ale  kiedy  to  zaczyna  dotyczyć  Mocy.  .  .  - 

machnął dłonią. - Zapytaj swojego brata Jacena. . . on też ma 

zamiar się wcześnie zestarzeć, przynajmniej pod tym względem. Cała galaktyka wali 

się wokół niego, a on roztrząsa zagadnienia teoretycznej filozofii. 

-  Ale użył Mocy, jak zresztą sam zauważyłeś - odparła Jaina. 

-  Aby  uratować  życie  matce,  jeśli  dobrze  pamiętam,  a  i  tak  się  nie  przemęczył.  Ile 

czasu spędziła w zbiorniku bacty? 

-  Ale ją uratował, mnie zresztą też. 

-  Oczywiście.  Ale  czy  przywołałby  Moc,  gdyby  przyszło  mu  ratować  paru  Durów, 

których  nawet  nie  zna?  Biorąc  pod  uwagę,  że  miał  dość  możliwości,  aby  użyć  jej 

wcześniej,  odpowiedź  z  całą  pewnością  brzmi:  nie.  A  zatem  to  nie  żadne  uniwersalne 

dążenie do ochrony życia sprawiło, że sam złamał nałożone sobie ograniczenie. Mam rację 

czy nie? 

-  Masz - wymamrotał Anakin. 

-  Anakinie! - krzyknęła Jaina. 

-  To prawda - odparł Anakin.  - Cieszę się, że to zrobił, cieszę się, że zranił mistrza 

wojennego, który sprowadził zgubę na wszystkich Jedi, ale Kyp ma rację, Gdyby nie było 

tam ciebie i mamy. . . 

-  Jacen bardzo dużo przeżył - szepnęła Jaina. 

-  A wszyscy inni nie? - odparował Anakin. 

background image

-  Muszę  już  iść  -  oznajmił  Kyp.  -  Jeśli  któreś  z  was  zechce  ze  mną  polecieć,  dajcie 

znać. Mam tylko nadzieję, że mistrz Skywalker pójdzie wreszcie po rozum do głowy, ale 

już nie mogę na to czekać. Niech Moc będzie z wami. 

Popatrzyli za nim. 

-  Chciałabym nie myśleć, że on chociaż w połowie ma rację - szepnęła Jaina. - Czuję 

się tak, jakbym zdradziła wujka Luke'a. 

Anakin przytaknął. 

-  Wiem,  co  masz  na  myśli.  Ale  Kyp  ma  rację  przynajmniej  w  jednej  sprawie. 

Cokolwiek teraz zrobimy, musimy przede wszystkim pilnować własnego nosa. 

-  Jedi za Jedi? - zadrwiła Jaina. - Wujek Lukę wie o tym. Nie jestem pewna, dokąd 

wysłał mamę, tatę, Threepia i Artoo, ale to ma coś wspólnego z przygotowaniem pomocy 

Jedi w ucieczce, zanim zostaną oddani w ręce Yuuzhan. 

Anakin potrząsnął głową. 

-  Doskonale,  ale  właśnie to  Kyp  miał  na  myśli, mówiąc  o  poprzestaniu na  obronie. 

Nigdy nie wygramy wojny w ten sposób. Musimy zacząć działać. Potrzebujemy wywiadu. 

Musimy wiedzieć, którzy z Jedi są zagrożeni, zanim jeszcze po nas przyjdą. 

-  A skąd się tego dowiemy? 

-  Pomyśl  logicznie.  Każda  planeta  opanowana  przez  Yuuzhan  jest  potencjalnie 

niebezpieczna.  Planety  w  pobliżu  okupowanej  przestrzeni  są  następne  w  kolejce,  bo 

desperacko próbują ocalić własną skórę. 

-  Mistrz  wojenny  powiedział,  że  oszczędzi  resztę  galaktyki  tylko  wówczas,  jeśli 

przekażą  im  nas  wszystkich.  To  w  pewnym  sensie  powoduje  co  raz  większą  desperację, 

przynajmniej  wśród  istot  na  tyle  głupich,  żeby  mu  wierzyć.  A  my  wiedzieliśmy  już  na 

Duro, ile są warte obietnice Yuuzhan. 

Spróbuj  z  nimi  nie  współpracować,  a  wdepczą  cię  w  ziemię.  Jeśli  z  nimi 

współpracujesz,  też  cię  wdepczą,  a  w  dodatku  uśmieją  się  z  twojej  głupoty.  Anakin 

wzruszył ramionami. 

-  Widocznie  mnóstwo  ludzi  woli  wierzyć  obietnicom  Yuuzhan  niż  ryzykować. 

Chodzi o to, że. . . 

background image

-  Chodzi o to, co wy dwoje tutaj robicie, zamiast uczestniczyć w zebraniu? - zapytał 

Jacen z końca korytarza. 

-  Próbowaliśmy namówić Kypa, żeby został - wyjaśnił Anakin starszemu bratu. 

-  Łatwiej byłoby namówić siringanę, żeby weszła do pudełka. 

-  Też  prawda  -  zgodziła  się  Jaina  -  ale  musieliśmy  spróbować.  Teraz  chyba  jednak 

musimy wracać. 

-  Nie  zawracaj  sobie  głowy.  Wkrótce  po  wyjściu  Kypa  wujek  Lukę  kazał  nam  się 

rozejść. Za dużo złości i zamieszania. 

-  Nie najlepiej nam idzie - westchnęła Jaina. 

-  Nie. Zbyt wielu z nich myśli, że Kyp ma rację. 

-  A co ty o tym sądzisz? - zapytał Anakin. 

-  On  się  myli  -  odparł  Jacen  bez  wahania.  -  Brutalna  agresja  w  odpowiedzi  na 

brutalną agresję nie może stanowić rozwiązania. 

-  Nie? Gdybyś sam nie skorzystał z tego rozwiązania, ty, mama i Jaina bylibyście już 

martwi. A wszechświat raczej nie stałby się od tego lepszy. 

-  Anakinie, nie jestem wcale dumny. . . - zaczął Jacen. 

-  Nie  zaczynajcie  znowu  -  przerwała  mu  Jaina.  -  Anakin i  ja  mówiliśmy  o  całkiem 

konkretnych sprawach, kiedy do nas dołączyłeś. Nie rozdrabniajmy się najałowe dyskusje 

jak  tamci.  Jesteśmy  młodzi,  prawda?  Jeśli  my  nie  potrafimy  dyskutować,  nie  gubiąc 

właściwego kierunku, czego oczekiwać od innych? 

Jacen jeszcze przez chwilę nie spuszczał z oka Anakina, jakby czekając, kto pierwszy 

odwróci wzrok. W końcu zrobił to sam. 

-  O czym rozmawialiście? - zapytał cicho. Jaina odetchnęła z ulgą. 

 

-  Musimy  zdecydować,  jakie  są  najgorętsze  punkty  i  gdzie  Jedi  są  teraz  w 

największym niebezpieczeństwie. 

Jacen skrzywił się, jakby skosztował hutyjskiej przystawki. 

background image

-  To  otwarta  kwestia,  zwłaszcza  przy  Brygadzie  Pokoju.  Oni  nie  dbają  o  interesy 

pojedynczego  systemu.  Będą  na  nas  polować  od  Rubieży  po  Jądro,  jeśli  uznają,  że  to 

ułagodzi Yuuzhan. 

-  Brygada Pokoju nie może być wszędzie naraz. Nie mogą pędzić za każdą usłyszaną 

plotką na temat Jedi. 

-  Brygada Pokoju ma mnóstwo sprzymierzeńców i doskonały wywiad -sprzeciwił się 

Jacen. - Sądząc z tego, czego już dokonali, muszą mieć więcej niż kilku szpiegów, nawet w 

senacie.  Nie  potrzebują  uganiać  się  za  plotkami.  Z  tego,  co  wiem,  nie  dokonali  nawet 

połowy tego, czym się chwalą. To zwykli handlarze żywym towarem, którzy przekazują 

Jedi Yuuzhanom Vong. 

-  Wciąż mam dziwne przeczucia w związku z tą panią senator z Kuat, Viqi Shesh  - 

mruknęła Jaina. 

-  Chciałem tylko powiedzieć, że trudno przewidzieć, który Jedi może być następny 

na  ich  liście.  Gdyby  jednak  udało im  się  załatwić  transakcję  hurtową, ciekawe,  czy  by  z 

niej skorzystali? 

Jaina wytrzeszczyła oczy. 

-  Uważasz,  że  mogliby  napaść  na  nas  teraz,  kiedy  jesteśmy  tu  wszyscy?  Anakin 

pokręcił przecząco głową. 

-  Jeszcze  nie  jest  tak  źle.  Kto  chciałby  stawić  czoło  najpotężniejszym  Jedi  w  całej 

galaktyce zebranym razem? To byłoby szaleństwo. 

Dlatego skubią nas pojedynczo, ale. . . 

-  Prakseum! - przerwał Jacen. 

-  Właśnie - potwierdził Anakin. - Akademia Jedi! 

-  Ale to przecież dzieci! - szepnęła Jaina. 

-  Myślisz, że to robi Yuzzhanom jakąkolwiek różnicę? Albo Brygadzie Pokoju, jeśli 

już o tym mowa? - zapytał Jacen. - Poza tym Anakin ma tylko szesnaście lat, a zabił więcej 

Yuuzhan w bezpośredniej walce niż każde z nas. Yuuzhanie o tym wiedzą. 

  

background image

-  A co z iluzją, jaką Jedi otoczyli Yavin Cztery? Do tej pory utrzymywała obcych z 

daleka. 

-  Już  nie,  odkąd  prawie  wszyscy  rycerze  Jedi  odeszli  -  westchnął  Anakin.  -  Są  na 

Coruscant,  przyjechali  na  nasze  spotkanie  albo  udali  się  na  pomoc  tym,  którzy  zaginęli. 

Według  ostatniej  informacji,  pozostali  tylko  uczniowie,  Kam  i  Tionne,  może  jeszcze 

Streen i mistrz Ikrit. To może nie wystarczyć. Gdzie się podział wujek Lukę? Powinniśmy 

z nim porozmawiać i to zaraz. Może już jest za późno. 

-  To dobry pomysł, Anakinie - ucieszył się Jacen. 

-  Dzięki. 

Anakin  nie  wspomniał  rodzeństwu,  że  dziś  w  nocy  zbudził  się  z  bijącym  sercem, 

ogarnięty przedziwnym lękiem. Nie mógł sobie przypomnieć koszmaru, który wyrwał go 

ze  snu,  ale  pod  powiekami  pozostał  mu  jeden  obraz:  jasne  włosy  i  zielone  oczy  jego 

najlepszej przyjaciółki Tahiri. 

A Tahiri została w akademii. 

  

ROZDZIAŁ 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

W  swoim  biurze  Lukę  Skywalker  zapadł  w  fotel,  przesunął  dłonią  po  czole  i  wbił 

wzrok  w  noc,  a  raczej  w  to,  co  było  nocąna  Coruscant:  tysiące  odcieni  świetlnej  łuny, 

mżące  szlaki  pojazdów  i  transporterów  powietrznych,  jaskrawe  wiązania  przęseł 

strzelające w niewidzialne gwiazdy. Ile to już tysięcy lat minęło od czasu, gdy ktoś oglądał 

gwiazdę na nocnym niebie tego miasta? 

Na Tatooine dla chłopca, który chciał czegoś więcej od życia niż harówka na farmie 

wilgoci,  gwiazdy  były  zimną,  migoczącą  obietnicą.  Tęsknota  do  nich  stanowiła  jądro 

wszystkiego,  czym  stał  się  Lukę.  Tu,  w  sercu  galaktyki,  o  której  ocalenie  walczył  tak 

długo, nie mógł ich nawet dostrzec. 

Coś poruszyło się w Mocy, jakby zbliżał się pocałunek. Otworzył się na niego. 

-  Wchodź, Maro - powiedział, wstając. 

-  Zostań tam - odpowiedziała. - Idę do ciebie. 

Usiadła w fotelu obok i wzięła go za rękę. Przyłapał się na tym, że się cofa przed jej 

dotykiem. 

-  Hej, Skywalker - zawołała. - Nie przyszłam tu, żeby cię zabić. 

-  Cóż za pocieszająca nowina. 

-  Taak?  -  Jej  głos  nabrał  ostrzejszych  tonów.  -  Nie  sądź,  że  mi  to  nie  chodziło  po 

głowie. Na przykład wtedy, kiedy nie umiałam utrzymać w sobie śniadania albo kiedy w 

ciągu  dwudziestu  minut  przeżywałam  wszystkie  nastroje,  jakie  zdarzyło  mi  się  mieć  w 

życiu,  plus  kilka  takich,  o  których  nawet  nie  wiedziałam,  że  istnieją,  a  wszystko  to  z 

prędkością światła. Kiedy moje nogi puchną do rozmiarów racic gamorreańskiego dzika, a 

ja  cała  wyglądam,  jakbym  zamieniała  się  w  Hutta,  to  wszelkie  rozumne  istoty  powinny 

dobrze oglądać się za siebie. 

-  Hej, zaczekaj chwilę. Nie przypominam sobie, żebyśmy to razem wymyślili. Byłem 

tak samo zaskoczony jak ty. A poza tym wszystko, z ciążą włącznie, zaczęło się od kiedy 

zamierzałaś mnie zabić. Tak trzymaj, a w okamgnieniu wyprzedzimy Hana i Leię. 

Mara zachichotała. 

background image

-  Kochanie  -  oznajmiła  podejrzanie  słodkim  tonem.  -  Uwielbiam  cię,  jesteś  moim 

życiem  i  światłem  moich  oczu.  Jeśli  zrobisz  mi  to  jeszcze  raz,  zdematerializuję  cię  tam, 

gdzie stoisz. 

Czule uścisnęła jego dłoń. 

-  Wracając  do  naszej  poprzedniej  rozmowy,  jak  mógłbym  ci  się  przypodobać, 

skarbie? - zapytał Lukę. 

-  Powiedz mi, o co chodzi. 

Wzruszył ramionami i odwrócił się do okna. 

-  Jedi, oczywiście. Rozpadamy się. Najpierw galaktyka zwraca się przeciwko nam, a 

teraz zwracamy się sami przeciw sobie. 

-  Szkoda, że nie za jęłam się Kypem wiele lat temu - zauważyła. 

-  Nawet o tym nie wspominaj. To nie jest wina Kypa. . . już raczej moja. Pamiętasz, 

kiedyś sama mi to wyjaśniałaś. 

-  Pamiętam,  że  sprostowałam  kilka  twoich  poglądów.  Co  nie  znaczy,  że  Kyp  ma 

rację. 

-  Na  pewno  nie  ma  racji.  Ale  jeśli  dzieci  schodzą  na  złą  drogę,  czy  nie  mówi  to 

czegoś o ich rodzicach? 

-  Świetna  pora  na  to,  żeby  mnie  uprzedzić,  jaki  z  ciebie  będzie  marny  o  jciec.  A 

może sądzisz, że to ja nie będę dobrą matką? 

Żartowała, ale Lukę nagle wyczuł falę strachu, przygnębienia i wściekłości, jaka z niej 

emanowała. 

-  Maro? - szepnął. - To była tylko metafora. 

-  Wiem, to nic. Mów dalej. 

-  To nie jest nic. 

-  Ależ  jest.  Hormony.  Huśtawka  nastrojów.  To  strasznie  kłopotliwe,  kiedy  rządzi 

tobą  chemia  i  nie  jest  to  twój  problem,  panie  Skywalker.  Mów,  co  chciałeś  powiedzieć. 

Bez metafor na temat rodzicielstwa. 

background image

-  Nie ma sprawy. Chciałem tylko zauważyć, że moje nauki widocznie okazały się nie 

dość  trwałe,  ciekawe  i  skuteczne,  jeśli  inni  idą  do  Kypa  po  odpowiedź  na  swoje 

wątpliwości. 

-  Zostaliśmy  zdradzeni,  wyrzynają  nas  -  powiedziała  Mara.  -  Kyp  daje  im  na  to 

odpowiedź. Ty nie. 

-  Zaraz, zaraz. Ty też zgadzasz się z Kypem? 

-  Zgadzam się, że nie możemy po prostu siedzieć i czekać. Wiem, że ty także tego nie 

chcesz,  ale  chyba  nie  wyrażasz  się  dość  jasno. Kyp  dał  twoim  Jedi  wizję  równie  czystą i 

prostą,  co  złudną.  My  daliśmy  im  tylko  mętny  bełkot  zapewnień  i  zakazów.  Musimy 

zacząć im tłumaczyć, co robić, a nie czego nie robić. 

-  My? 

-  Oczywiście, że my, Skywalkerze. Ty i ja. Tam gdzie ty, tam i ja. 

Jej  obecność  w  Mocy  znów  ucałowała  go  lekko.  Zadrżał,  choć  trwało  to  chwilę.  To 

cudowne ciepło w zetknięciu z twardym, zimnym gniazdem zwątpienia i bólu przynosiło 

ulgę.  Jak  mógł  zwątpić  i  pozwolić,  żeby  ktoś  inny  ujrzał  to,  co  może  oznaczać  koniec 

wszystkiego? 

Duchowe dotknięcie Mary zelżało, jakby się wycofując. Odprężył się, a ono wróciło, 

dyskretniejsze, ale silniejsze. Poddał mu się i otworzył na nią, aż połączyli się w jasnym 

promieniu.  Wziął  ją  w  ramiona  i  pozwolił,  aby  pieszczotą  dłoni  i  wewnętrznego  blasku 

rozwiała przynajmniej część jego wątpliwości. 

-  Kocham cię, Maro - szepnął po dłuższej chwili. 

-  Ja też cię kocham - odparła. 

-  Trudno jest patrzeć, jak wszystko się rozpada. 

-  Nic się nie rozpada, Lukę. Musisz w to wierzyć. 

-  Muszę być silny dla nich. Muszę być przykładem. Ale dziś. . . 

-  Tak, widziałam. Miałeś chwilę słabości. Ale chyba tylko ja ją zauważyłam. 

-  Nie, Anakin też zauważył. Bardzo go to zdenerwowało. 

background image

-  Martwisz się Anakinem? - zapytała, wychwytując właściwe znaczenie jego słów. - 

On  cię  uwielbia.  Jeśli  chciał  kiedyś  kogoś  naśladować,  to  tylko  ciebie.  Nie  przejdzie  na 

stronę Kypa. 

-  Nie martwię się tym. Bardziej jest podobny do Kypa, niż mu się zdaje, ale sam tego 

nie dostrzega. Zbyt wiele przeszedł, Maro. Jest za młody, żeby przyjąć wszystko to, z czym 

musiał  się  uporać.  Wciąż  nosi  w  sobie  poczucie  winy  za  śmierć  Chewbacki,  a  w  głębi 

duszy  jest  pewien,  że  i  Han  także  wciąż  jeszcze  go  o  to  obwinia.  Widział,  jak  umiera 

Daeshara'cor. Obwinia się o zniszczenie floty hapańskiej na Fondorze. Nosi w sobie cały 

ten ból, aż wreszcie przyjdzie taki dzień, że niedoświadczony chłopiec nie potrafi sobie z 

nim poradzić. Od żalu i poczucia winy bardzo blisko do gniewu i nienawiści. A on wciąż 

jest  zapalczywy  i  w  dodatku  myśli,  że  jest  nieśmiertelny,  pomimo  tych  wszystkich 

śmierci, jakie oglądał. 

-  I  to  właśnie  tak  go  dzisiaj  zdenerwowało  -  domyśliła  się  Mara.  -  Myśli,  że  ty  też 

jesteś nieśmiertelny. 

-  On w to naprawdę wierzył. Ale teraz, kiedy stracił Chewiego, wie, że może stracić 

każde  z  nas.  To  nie  ułatwia  sprawy.  Traci  wiarę  we  wszystko,  w  co  wierzył  przez  całe 

swoje życie. 

-  Wiesz,  moje  dzieciństwo  może  i  nie  było  całkiem  normalne  -  odparła  -ale  czy  w 

pewnym momencie nie przytrafia się to wszystkim dzieciom? 

-  Pewnie  tak,  ale  większość  dzieci  nie  jest  adeptami  Jedi.  Większość  dzieci  nie  jest 

tak  silna  Mocą  jak  Anakin  ani  nie  ma  takiej  skłonności  do  jej  używania.  Czy  wiesz,  że 

kiedy był chłopcem, zabił olbrzymiego węża, zatrzymując jego serce przy użyciu Mocy? 

Mara zamrugała oczami. 

-  Nie. . . 

-  Tak. Bronił siebie i swoich przyjaciół. Pewnie w tamtej chwili wydawało mu się, że 

nie może zrobić nic innego. 

-  Anakin to praktyczny młody człowiek. 

-  W  tym  cały  problem  -  westchnął  Lukę.  -  Wyrastał  pośród  Jedi.  Używanie  Mocy 

jest dla niego jak oddychanie. Nie widzi w tym niczego 

background image

szczególnie  mistycznego.  To  po  prostu  narzędzie,  którego  może  używać  do  różnych 

celów. 

-  Z drugiej strony Jacen... 

-  Jacen jest starszy, ale wyrósł w tych samych warunkach co Anakin. To dwie różne 

reakcje na identyczną sytuację. Łączy ich tylko jedno: każdy z nich uważa, że to ja nic nie 

rozumiem. A co gorsza, moim zdaniem, przynajmniej jeden z nich ma rację. Widziałem. . . 

- urwał nagle. 

-  Co? - ponagliła go. 

-  Nie wiem. Widziałem przyszłość. Wiele jest wersji przyszłości, ta jednak pokazuje, 

że  ktokolwiek  skończy  z  Yuuzhanami  Vong,  nie  będę  to  ani  ja,  ani  Kyp,  ani  żaden  ze 

starszych Jedi. . . tylko ktoś całkiem nowy. 

-  Anakin? 

-  Nie  wiem.  Boję  się  nawet  o  tym  mówić.  Każde  słowo  natychmiast  się  rozchodzi, 

wywołuje  zawirowania  w  Mocy  każdej  osoby,  która  je  słyszy,  zmienia  wszystko.  .  . 

Zaczynam rozumieć, co czuli Yoda i Ben. 

Trudno  próbować  prowadzić,  mieć nadzieję,  że  się  nie  mylisz,  że  widzisz  jasno  całą 

mądrość i że nie oszukujesz sam siebie. Roześmiała się cicho i cmoknęła go w policzek. 

-  Za dużo się martwisz. 

-  Czasem mi się zdaje, że o wiele za mało. 

-  Naprawdę?  -  szepnęła  miękko,  ujęła  jego  dłoń  i  położyła  na  swoim  brzuchu.  - 

Chcesz się pomartwić? Posłuchaj. 

Znów  objęła  go,  otuliła  Mocą:  zespolili  się  i  pochylili  nad  trzecią  żywą  istotą  w 

pokoju, tą, która rosła pod sercem Mary. Ostrożnie, z wahaniem Lukę sięgnął Mocą, aby 

dotknąć swego syna. 

Małe  serduszko  biło  prostym,  cudownym  rytmem,  a  wokół  niego  unosiła  się  jak 

melodia  świadomość  tyleż  obca,  co  znajoma,  wrażenia  podobne  do  smaku,  zapachu  i 

wzroku,  a  jednak  całkiem  od  nich  odmienne,  wszechświat  bez  światła,  ale  za  to  pełen 

bezpieczeństwa i ciepła. 

background image

-  Zdumiewające - wyszeptał. - To cudowne, że możesz mu tyle dać. Że możesz być 

dla niego tym wszystkim. 

-  To uczy pokory - odparła. - Ale jednocześnie budzi lęk. A jeśli popełnię błąd? Jeśli 

moja choroba powróci? A co gorsza. . . - urwała, a on czekał, wiedząc, że i tak mu powie. - 

W jakimś sensie to bardzo łatwe. 

Aby chronić go teraz, muszę tylko chronić samą siebie, a to robię przez całe życie. Na 

razie moje życie jest jego życiem. Ale po urodzeniu wcale nie będzie tak samo i to właśnie 

martwi mnie najbardziej. 

Lukę otoczył ją ramieniem i przytulił. 

-  Poradzisz sobie - zapewnił. - Obiecuję ci to. 

-  Nie możesz mi tego obiecać. . . tak jak nie można utrzymać młodych Jedi w łonie, 

aby zapewnić im bezpieczeństwo. To jest to samo. To ten sam strach, Lukę. 

-  Oczywiście - odparł. - Oczywiście, że tak. 

Usiedli i wspólnie obserwowali Coruscant, nie odzywając się, dopóki nie usłyszeli, że 

ktoś stanął przed drzwiami. 

-  Uderz w stół. . . - mruknął Lukę. - To dzieciaki Solo. 

-  Mogę ich odesłać. 

-  Nie.  Muszą  ze  mną  porozmawiać.  Wchodźcie  -  powiedział  głośniej.  Wstał  i 

rozjaśnił lampę. Anakin, Jacen i Jaina weszli do pokoju. 

-  Przepraszam, że wyszliśmy ze spotkania - odezwała się dziewczyna. 

-  Wiem, co robiliście, i dziękuję, żeście spróbowali. Kyp. . . Kyp przez jakiś czas musi 

iść własną drogą. Ale nie po to przyszliście, prawda? 

-  Nie - odparł Jacen. - Obawiamy się o akademię Jedi. 

-  Właśnie - wtrącił Anakin. - Przyszło mi do głowy, że gdybym był Brygadą Pokoju i 

chciał dopaść całą gromadą Jedi naraz... 

 

-  Udałbyś  się  na  Yavin  Cztery.  Dobrze  myślisz.  Chłopiec  był  wyraźnie 

rozczarowany. 

-  Sam też na to wpadłeś. Lukę skinął głową. 

background image

-  Nie martw się. Dopiero kilka dni temu zdobyliśmy dość raportów, żeby wyciągnąć 

z  nich  jakiś  wniosek  i  zdać  sobie  sprawę,  na  ile  poważnie  należy  brać  groźby  mistrza 

wojennego. Do tej pory próbowałem gasić lokalne ogniska zapalne i usiłowałem uzyskać 

poparcie  rządu,  aby  zatrzymać  pochód  Yuuzhan  albo  przynajmniej  go  spowolnić,  i  nie 

zauważyłem, że nie ma już dość dorosłych Jedi, by utrzymać iluzję, którą przesyłamy. 

-  Co więc zrobimy? - zapytał Jacen. 

-  Poprosiłem  Nową  Republikę,  aby  przysłała  statek  do  ewakuacji  szkoły,  ale  wcale 

im się nie spieszy. To może potrwać całe tygodnie. 

-  Nie możemy czekać tak długo! - zdenerwowała się Jaina. 

-  Nie  możemy  -  zgodził  się  Lukę.  -  Próbowałem  znaleźć  Boostera  Terrika.  Wydaje 

mi się, że teraz najlepiej byłoby nie tylko ewakuować akademię, ale pozostawić dzieciaki 

na  pokładzie  „Kiepskiego  Interes".  Jeśli  tylko  przeniesiemy  je  na  inną  planetę,  nie 

rozwiążemy problemu. 

-  Zostaną z Boosterem? - wtrącił Anakin 

-  Niestety, nie mogę go zlokalizować. Wciąż nad tym pracuję. 

-  Talon Karrde - miękko podsunęła Mara. 

-  Świetny pomysł - odparł Lukę. - Wiesz, gdzie go znaleźć? 

-  A co ty o tym myślisz? - zmarszczyła nos. 

-  A jeśli Brygada Pokoju jest już na Yavinie Cztery albo w pobliżu? -zapytał Anakin. 

-  Nic  więcej  nie  możemy  w  tej  chwili  zrobić  -  wyjaśnił  Lukę.  -  Poza  tym 

niebezpieczeństwo wciąż jeszcze jest hipotetyczne. Brygada 

Pokoju do tej pory nie wie o istnieniu Yavina Cztery. A nawet jeśli się dowiedzą, są 

tam Kam, Tionne i mistrz Ikrit. Nie są całkiem bezbronni. 

-  Nie  jest  to  najlepiej  strzeżony  sekret  w  galaktyce  -  mruknął  Jacen.  -A  co  zdziała 

Kam przeciwko statkowi wojennemu, jeżeli zabraknie iluzji? Jedźmy tam. 

-  Nie ma mowy - odparł Lukę. - Potrzebuję was wszystkich tutaj, a biorąc pod uwagę 

nagrody, jakie wyznaczyli za nasze głowy. . . zwłaszcza za twoją, Jacenie, niebezpiecznie 

jest jechać samotnie. Twoi rodzice ,nigdy by mi nie wybaczyli, gdybym wysłał cię tam pod 

ich nieobecność. 

background image

-  No to ich przekonaj - wtrąciła Jaina. . . 

-  Nie mogę. Nie mam teraz z nimi łączności i tak może pozostać przez jakiś czas. 

-  Może  przynajmniej  sprawdzimy,  co  się  dzieje  w  prakseum?  -  upierała  się  Jaina.  - 

Możemy przyczaić się na skraju systemu, dopóki Karrde się nie pokaże, i mieć wszystko 

na oku, a w razie gdyby coś zaczęło się dziać, wrócić tu szybko i zdać raport. 

Lukę potrząsnął głową. 

-  Wiem, że was swędzą pięty, zwłaszcza ciebie, Jaino, ale twoje oczy jeszcze całkiem 

nie wyzdrowiały. . . 

-  Może nie według standardów Eskadry Łobuzów - zaprotestowała Jaina. - Ale widzę 

dość dobrze, żeby latać. 

-  Nawet gdybyś całkowicie odzyskała wzrok - ciągnął Lukę - nie wydaje mi się, aby 

wysyłanie jednego z was, a nawet całej trójki na Yavin 

Cztery było na jlepszym możliwym rozwiązaniem. Tu także jest dużo do roboty. Czy 

nie to właśnie tłumaczyliście Kypowi, co? Jacen, Jaina? 

-  Tak, wujku Lukę - przyznał Jacen. - Tak było. 

 

-  Anakin? Nie odzywasz się jakoś. Chłopiec wzruszył ramionami. 

-  Nie ma wiele do gadania, prawda? 

Lukę wyczuł w tej odpowiedzi coś niedobrego, ale to wrażenie szybko minęło. 

-  Cieszę  się,  że  zdajecie  sobie  sprawę  z  sytuacji.  Zgadzamy  się,  że  akademia  jest 

naszym  najczulszym  punktem.  Pomóżcie  mi  znaleźć  pozostałe.  I  niech  wam  się  nie 

wydaje,  że  o  wszystkim  pomyślałem,  bo,  jak  widać,  wcale  tak  nie  jest.  I  pamiętajcie, 

zbieramy się znowu jutro rano. 

Wszyscy  troje  skinęli  głowami  i  opuścili  pokój.  Ledwie  wyszli,  Mara  klasnęła 

językiem. 

-  Oni mogą mieć rację. 

-  Mogą  -  westchnął  Lukę.  -  Czuję  jednak,  że  ktokolwiek  wybierze  się  na  Yavin 

Cztery, musi wziąć ze sobą silny oddział, bo może nie wrócić. Nauczyłem się już wierzyć 

swoim przeczuciom. 

background image

-  Powinieneś był im to powiedzieć - zganiła go. Uśmiechnął się z przekąsem. 

-  Wtedy polecieliby na pewno. Mara ujęła go za rękę. 

-  Dla  znużonych  nie  ma  odpoczynku.  Pójdę  złapać  Karrde'a.  -  Lekko  dotknęła 

brzucha. - Tymczasem, Skywalker, znajdź mi coś do jedzenia. Coś 

  

 

dużego i żeby się jeszcze ruszało. 

Anakin sprawdził wskaźniki systemów. 

-  Jak wyglądamy, Fiver? - zapytał półgłosem, studiując wyświetlacz kabiny. 

SYSTEMY W GRANICACH ZAKRESÓW OPTYMALNYCH, zapewniła go jednostka 

R7. 

-  Dobrze.  Czekaj,  aż  dostanę  pozwolenie.  Na  razie  oblicz  pierwszy  skok  w  serii  na 

Yavin Cztery. 

Przedsięwzięcie  wymagało  sporej  dozy  sprytu,  włącznie  ze  sfałszowaniem  kodu, 

który pozwoliłby im odlecieć bez kontroli. Nie mógł przecież wzbudzić podejrzeń wujka 

Luke'a lub kogokolwiek innego, kto chciałby go powstrzymać. 

Bo tym razem wujek Lukę nie miał racji. Anakin czuł to całym sobą. Uczniowie Jedi 

byli  w  poważnym  niebezpieczeństwie.  Talon  Karrde  nie  zdąży  dolecieć  na  czas.  Może 

nawet już teraz jest za późno. 

Dziwne, że wujek Lukę wciąż się upierał, by uważać Anakina za dziecko. Anakin już 

zabijał  Yuuzhan.  Widział,  jak  umierają  jego  przyjaciele i  powodował  śmierć innych.  Był 

odpowiedzialny za zniszczenie niezliczonych statków i istot, które stanowiły ich załogi, a 

to tylko wierzchołek góry lodowej. 

Tę ślepotę przejawiali wszyscy dorośli obecni w życiu chłopca. Nie rozumieli, kim był 

naprawdę, widzieli tylko to, co było na zewnątrz. Nawet matka i wujek Lukę, którzy mieli 

Moc. 

Tylko ciocia Mara chyba go rozumiała. . . ona też nigdy naprawdę nie była dzieckiem. 

Ale  i  ją  zaślepił  związek  z  wujkiem  Lukiem.  Teraz  musiała  liczyć  się  także  z  jego 

uczuciami. 

background image

Na  pewno  oboje  będą  wściekli.  Mógłby  wyjaśnić  wujkowi  Luke'owi,  co  wyczuł 

poprzez  Moc,  ale  to  najwyżej  uwrażliwiłoby  mistrza  na  jego  możliwości  i  nic  poza  tym. 

Nawet gdyby udało mu się przekonać wujka, żeby wysłał kogoś już teraz, to z pewnością 

byłby  to  ktoś  inny,  starszy.  Tymczasem  Anakin  wiedział,  że  to  musi  być  on  i  że  musi 

polecieć sam. Jeśli tego nie zrobi, jego najlepszą przyjaciółkę czeka los znacznie gorszy niż 

śmierć. 

W tej chwili była to jedyna pewna rzecz w jego życiu. 

-  Pozwolenie na start - odezwał się kontroler portu. 

-  Ruszamy,  Fiver  -  mruknął  Anakin.  -  Musimy  sobie  znaleźć  miejsce  we 

wszechświecie. 

ROZDZIAŁ 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdy  gwiazdy  znów  przybrały  normalny  wygląd,  Anakin  wprowadził  X--

skrzydłowiec  XJ  w  leniwy  spadek  i  odciął  zasilanie  wszystkich  urządzeń  z  wyjątkiem 

czujników i najpotrzebniejszych układów podtrzymania życia. Zazwyczaj nie bawiłby się 

w  takie  ceregiele;  w  końcu  trzeba  się  dobrze  naszu-kać,  żeby  wykryć  minimalne 

zafalowania  energetyczne  X-skrzydłowca  wchodzącego  do  systemu.  Korkociąg,  a  potem 

beczka,  w  jakie  wprowadził  statek,  nie  były  przypadkowe;  miały  na  celu  dostarczenie 

background image

przyrządom pełnego dostępu do otaczającej go przestrzeni w możliwie najkrótszym czasie. 

Podczas  gdy  czujniki  wykonywały  swoją  robotę,  Anakin  włączył  ten,  któremu  ufał 

najbardziej - Moc. 

Planeta Yavin wypełniała większą część iluminatora. Rozległe, pomarańczowe oceany 

gazu wrzały w ulotnych meandrach. To znajome oblicze planety towarzyszyło większości 

dni  i  nocy  jego  dzieciństwa.  Prakseum  -  akademia  wujka  Luke'a  -  znajdowała  się  na 

Yavinie Cztery, księżycu gazowego giganta. Pamiętał, jak obserwował na nocnym niebie 

ogromny  krąg  planety,  zastanawiając  się,  co  też  może  się  tam  kryć  i  wysuwając  w  jego 

kierunku kręte czułki 

Mocy. 

Znalazł  chmury  metanu  i  amoniaku  głębsze  niż  oceany,  wodór  tak  sprężony,  że 

zamienił się w metal, życie zredukowane do grubości kartki papieru, lecz wciąż kwitnące, 

cyklony cięższe od ołowiu, ale szybsze od wiatrów omiatających jakąkolwiek zamieszkałą 

przez  ludzi  planetę.  I  kryształy  -  lśniące  klejnoty  Corusca  wyrastające  w  tych 

tytanicznych wichrach, wirujące w odwiecznym tańcu, przechwytujące odrobiny światła, 

które  udało  im  się  znaleźć  w  cieńszych,  górnych  warstwach  atmosfery  i  zamykające  je 

zazdrośnie w swo-ich molekułach. 

Nie widział ich materialnie, tylko nocami wyczuwał poprzez Moc; często zaglądając 

do biblioteki, stopniowo nauczył się je rozumieć. 

W wyobraźni widział znacznie więcej. Fragmenty pierwszej Gwiazdy Śmierci, która 

znalazła  swój  koniec  na  tym  właśnie  niebie,  rozpryśnięta  na  pojedyncze  molekuły 

potwornymi  siłami  ciśnienia  i  grawitacji.  Relikty  Sithów  i  gatunków  jeszcze  starszych, 

jeszcze  odleglejszych  w  czasie.  Kiedy  planeta  takajak  Yavin  pochłonie  tajemnicę, 

niechętnie ją oddaje. Biorąc pod uwagę sekrety, które już ujawniły się w systemie Yavin, 

oraz Pogromcę Słońc, którego Kyp Durron zdołał wyrwać z wnętrzności pomarańczowego 

giganta -może to i lepiej. 

Niedaleko  Yavina  błyszczał  jasny,  żółtawy  punkt  -  Yavin  Osiem,  jeden  z  trzech 

księżyców  w  systemie,  obdarzonych  życiem.  Anakin  miał  tam  przyjaciółkę,  mieszkankę 

tego  świata,  która  przez  krótki  czas  szkoliła  się  w  akademii,  po  czym  wróciła  do  domu. 

background image

Wyczuwał  ją,  ale  bardzo  słabo.  Yavin  Cztery  znajdował  się  także  w  pobliżu,  a  tam  byli 

jego  pozostali  przyjaciele.  Właściwie  cały  system  był  Anakinowi  znany  i  przyjazny  jak 

własny pokój, jak miejsce, do którego wchodzisz i od razu stwierdzasz, czy wszystko jest 

jak należy. A tu coś było rzeczywiście nie tak. 

Poprzez Moc czuł kandydatów na Jedi, bo wszyscy nią władali. Czuł Kama Solusara i 

jego żonę Tionnę, sędziwego Ikrita - już nie uczniów, lecz prawdziwych Jedi. Widział ich 

jak  przez  mgłę,  co  świadczyło  o  tym,  że  próbowali  choć  częściowo  utrzymać  iluzję 

ukrywającą Yavin Cztery przed przypadkowym odkryciem. 

No  i  była  tam  istota,  której  obecność  błyszczała  jaskrawym  światłem,  jaśniejszym 

jeszcze poprzez przyjaźń i bliskość. Tahiri. 

Ona  też  go  wyczuwała,  a  choć  nie  był  w  stanie  odebrać  słów,  które  próbowała  mu 

przekazać,  odbierał  coś  w  rodzaju  rytmu  -  jakby  ktoś  mówił  szybko,  bez  tchu,  w 

podnieceniu, nie tracąc czasu na zaczerpnięcie oddechu. 

Anakin uniósł kącik ust w lekkim uśmieszku. Tak, to z pewnością była Tahiri. 

Natomiast to, co mu się nie podobało, wyczuwał i bliżej, i słabiej. Nie chodziło tu o 

Yuuzhan Vong, ponieważ ich nie można było wyczuć poprzez Moc, ale o kogoś, kogo nie 

powinno  tu  być.  Kogoś  nieco  speszonego,  kto  jednak  z  każdą  chwilą  nabierał  pewności 

siebie. 

-  Trzymaj się, Fiver - rzekł do swojego astromecha. - Przygotuj się na ucieczkę albo 

niespodziewaną walkę. Może to Talon Karrde i jego załoga, którzy przybyli przed czasem. 

. . ale chyba wolałbym zagrać w sabaka przeciwko Lando Carlissianowi niż na to liczyć. 

POTWIERDZAM,  zamigotał  wyświetlacz.  Weszli  w  zasięg  czujników  i  komputer 

odtworzył sylwetkę z powiększonego obrazu. 

-  Nie jest aż tak źle - mruknął chłopiec. - Jeden lekki transporter kore-liański. Może 

to faktycznie ktoś z paczki Karrde'a. 

A może nie? A może po drugiej stronie giganta gazowego lub Yavina Cztery czai się 

setka  yuuzhańskich  statków,  niewidzialna  dla  jego  zmysłów  Jedi  i  ukryta  przed 

czujnikami? 

background image

Tak  czy  owak,  bezczynne  kręcenie  się  w  pobliżu  na  pewno  nie  poprawi  sytuacji. 

Włączył silniki, skorygował spadek i uaktywnił napęd jonowy. 

Włączył komunikator i wywołał obcego. 

-  Transporter, odbiór. 

Przez kilka chwil tamten milczał, wreszcie głośnik zaskrzeczał: 

-  Kto to? 

-  Nazywam się Anakin Solo. Co robicie w systemie Yavinan? 

-  Jesteśmy poszukiwaczami klejnotów Corusca. 

-  Tak? A gdzie wasz trawler? 

Kolejna pauza, potem słowa dźwięczące odległym gniewem. 

-  Teraz już widzimy księżyc. Wiemy, że był tu przez cały czas. Wasze czary, Jedi, na 

nic się nie zdały. 

TRANSPORTER  AKTYWUJE  UZBROJENIE,  zauważył  Fiver.  Anakin  westchnął. 

Fiver  był  astromechem  nowszej  generacji  niż  R2-D2,  ale  czasem  tęsknił  za  osobowością 

robota wujka. Może powinien coś z tym zrobić. 

Dwa  strzały  laserowe  jeden  po  drugim  uderzyły  w  jego  tarcze,  ale  to  wystarczyło. 

Torpedy  protonowe,  nadlatujące  z  tyłu,  doganiały  go,  kiedy  wszedł  w  atmosferę. 

Zanurkował, a statek wpadł w lekką wibrację. Dziób i skrzydła zaczęły się nagrzewać w 

górnych  warstwach  atmosfery.  Jeśli  nie  zdoła  opanować  kąta  opadania,  jego  szczątki 

rozsypią się na przestrzeni kilku kilometrów dżungli w dole. 

W chwili gdy pierwsza torpeda znalazła się prawie u celu, wyłączył silniki i poderwał 

w  górę  dziób  statku.  Atmosfera,  wciąż  rzadka,  zdołała  jednak  porządnie  odbić  X-

skrzydłowca  XJ  w  przeciwną  stronę.  Serwomechanizmy  zawyły,  coś  gdzieś  puściło  ze 

złowróżbnym  piknięciem.  Korzystając  z  rozpędu  nadanego  mu  przez  atmosferę,  Anakin 

skierował się jeszcze bardziej w górę. 

Czuł, jak krew odpływa mu z głowy do nóg w miarę wzrastania przeciążenia. Znów 

włączył silniki. 

Torpedy  za  jego  ogonem  nie  miały  się  aż  tak  dobrze.  Próbowały  wykonać  zwrot  w 

ślad za nim. Dwie nie dały rady i teraz leciały dalej w kierunku księżyca. Dwie pozostałe 

background image

w  niekontrolowany  sposób  odbiły  się  od  atmosfery  w  różnych  kierunkach  i  nie  miały 

szans odnaleźć Anakina, zanim skończy im się paliwo. 

-  W  każdym  razie  próbowaliście  -  ponuro  mruknął  Anakin.  Wprowadził  statek  w 

ostrą  świecę  i  wyszedł  ze  studni  grawitacyjnej,  wypuszczając  rytmiczne  salwy  laserów. 

Kolejny strzał z mocniejszego działa przeciwnika trafił w jego osłony, aż światła w kabinie 

przygasły,  po  czym  znów  rozbłysły  pełną  mocą,  gdy  Fiver  odpowiednio  nakierował 

zasilanie. Anakin rzucił się w kierunku transportera. Tarcze nieprzyjaciela zamigotały i w 

tym momencie Anakin obrócił w żużel ich główny generator. Zawinął pętlę od dziobu do 

ogona przeciwnika, dziurawiąc systematycznie wieżyczki laserów, przedziały torpedowe i 

silniki. Wreszcie znów włączył komunikator. 

-  No co, gotowi do rozmów? - zapytał. 

-  Dlaczego  by  nie?  -  odparł  głos  po  drugiej  stronie.  -  Wciąż  jeszcze  możesz  się 

poddać, jeśli chcesz. 

-  To... - zaczął, ale Fiver wpadł mu w słowo. 

WYKRYTO SKOK Z NADPRZESTRZENI.  12 STATKÓW, ODLEGŁOŚĆ 100 000 

KILOMETRÓW - zameldował. 

-  Niech to Sith. . . - wymamrotał Anakin, włączając czujniki na pełny 

zasięg. 

Od  razu  stwierdził,  że  nie  są  to  statki  Yuuzhan,  tylko  jakaś  dzika  zbieranina 

Eskrzydłowców,  transporterów  i  korwet.  Wywoływali  go.  Otworzył  kanał 

komunikacyjny. 

-  Niezidentyfikowany  statek,  tu  Brygada  Pokoju  -  zatrzeszczał  głośnik.  -Zatrzymaj 

się i poddaj, a nic ci się nie stanie. 

Byli zbyt daleko, żeby go trafić, ale ten stan nie potrwa długo. Anakin zwinął płaty S, 

otworzył przepustnice i ruszył w kierunku odległej granicy nocy i dnia na Yavinie Cztery. 

Anakin  wyskoczył  z  kokpitu  X-skrzydłowca  w  mroczną  ciszę.  W  oddali  dostrzegał 

zorzę świateł obok bramy, przez którą wleciał do dawnego kompleksu świątyń Massassich. 

Budowle  długo  służyły  jako  centralny  hangar  floty  rebelianckiej,  teraz  zaś  świeciły 

background image

pustkami,  ponieważ  większość  statków  lądujących  w  akademii  wolała  pozostawać  na 

zewnątrz. 

Lotnicze  buty  cicho  szurały  po  starożytnym  kamieniu.  Dźwięk  narastał,  aż  zdawało 

się,  że  słychać  stłumione  bicie  ogromnych  skrzydeł.  Pachniało  kamieniem,  smarami  i  - 

znacznie słabiej - piżmowym aromatem otaczającej dżungli. 

Ktoś obserwował Anakina w ciemności. 

-  Kto tu? - zapytał jakiś głos, przeciągając słowa, w dzielącym ich mroku. 

-  Kam, to ja. Anakin. 

Zapłonęło  blade  światełko,  a  w  chwilę  potem  cały  szereg  świetlnych  paneli.  Kam 

Solusar  stał  w  odległości  mniej  więcej  dziesięciu  metrów  od  niego,  przypinając  do  pasa 

miecz świetlny. 

-  Wydawało mi się, że właśnie ciebie wyczuwam - stwierdził Kam. 

-  Ale od kilku standardowych dni po orbicie krąży jakiś nieznany statek. Próbujemy 

ich zmylić. 

 

-  Brygada Pokoju - wyjaśnił Anakin. - Ten jeden statek ma teraz towarzystwo mniej 

więcej dwunastu innych. I już nie dadzą się zmylić. 

Podszedł bliżej Karna i nagle stary nauczyciel chwycił go w ramiona. 

-  Dobrze, że cię widzę, Anakinie. A ty? Jesteś sam? Anakin skinął głową. 

-  Talon Karrde jest w drodze ze swoją flotyllą. Zabierze was i uczniów. Wujek Lukę 

chyba nie przypuszczał, że Brygada Pokoju pokaże się tak szybko. 

Kam zmrużył oczy. 

-  Ale ty wiedziałeś, prawda? Przyleciałeś tu bez pozwolenia. 

-  Właściwie to przyleciałem wbrew rozkazom - poprawił go Anakin. -Teraz to i tak 

nie ma znaczenia. Musimy wywieźć uczniów w bezpieczne miejsce. 

-  Oczywiście - zgodził się Kam. - Kiedy możemy się spodziewać lądowania Brygady 

Pokoju? 

-  Za godzinę. Na pewno nie później. 

-  A Karrde? 

background image

-  To może potrwać kilka dni. Kam skrzywił się. 

-  Nie wytrzymamy tak długo. 

-  Może jednak. Wszyscy jesteśmy Jedi. Kam prychnął drwiąco. 

-  Musisz  zdać  sobie  sprawę  ze  swoich  ograniczeń.  Boja  znam  swoje.  Sami  pewnie 

sobie poradzimy, ale stracimy dzieciaki. Muszę myśleć przede 

wszystkim o nich. 

Zbliżali  się  do  turbowindy.  Drzwi  otwarły  się  z  sykiem  i  wypuściły  zło-to-

pomarańczową postać. Postać rozpłaszczyła się na piersi Anakina, który nagle stwierdził, 

że  zaskakująco  silne  ramiona  oplatają  go  serdecznym  uściskiem,  a  przed  nosem  błyszczy 

mu para jaskrawozielonych oczu. 

Poczuł, że robi mu się gorąco. 

-  Sie masz, Tahiri - bąknął. Odsunęła się od niego. 

 

-  A  jak  ty  się  masz,  wielki  gwiezdny  wojowniku,  za  wielki  i  za  ważny,  żeby 

skontaktować się z najlepszym przyjacielem! 

-  Ja. . . 

-  Byłem  zajęty.  Jasne.  Znam  to  doskonale.  .  .  no,  może  nie  wszystko,  bo  wieści 

docierają do nas ostatnio ze sporym opóźnieniem, ale słyszałam i o Duro, i o Centerpoint, 

i. . . 

Urwała nagle, może dlatego, że zobaczyła coś w jego oczach, a może wyczuła poprzez 

Moc. Stacja Centerpoint była dość delikatnym tematem. 

-  No,  w  każdym  razie  -  ciągnęła  -  nie  masz  pojęcia,  jak  tu  było  nudno  bez  ciebie. 

Wszyscy praktykanci odeszli, zostały tylko te dzieciaki. . . - odsunęła się od niego i wtedy 

dopiero miał okazję przyjrzeć się jej dokładnie. 

Błysk w jego oczach sprawił, że urwała w pół słowa. 

-  Co? - zapytała niepewnie. - Co się tak gapisz? 

-  Ja. . . - Twarz mu płonęła jak od lasera. - Wyglądasz. . . inaczej. 

-  Może starzej? Mam czternaście lat. Od zeszłego tygodnia. 

-  Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. 

background image

-  Trzeba było o nich pomyśleć w porę, ale i tak dzięki. Głupol. Anakin poczuł nagle, 

że nie jest w stanie popatrzyć jej w oczy. Spuścił 

wzrok. 

-  Wciąż. . . yyy. . . chodzisz na bosaka, jak widzę. 

-  A czego się spodziewałeś? Nienawidzę butów. Noszę je tylko wtedy, kiedy muszę. 

Sithowie  wymyślili  buty,  żeby  torturować  i  gnieść  nasze  delikatne  paluszki,  jestem  tego 

pewna. A co, myślałeś, że skoro urosłam o centymetr lub dwa, to zacznę się znęcać nad 

własnymi stopami? 

Podejrzliwie spojrzała na Kama. 

-  Co on tutaj robi naprawdę? Wiem, że nie przyleciał, żeby się zemną zobaczyć. 

Anakin aż się skrzywił, tyle żalu było w tych słowach. 

-  Anakin przyleciał, żeby nas ostrzec. Szykują się kłopoty  - odparł Kam.  - Szczerze 

mówiąc, będziecie musieli pogadać sobie kiedy indziej. 

-  Naprawdę? Kłopoty? 

-  Tak - potwierdził Anakin. Tahiri położyła palec na wargach. 

-  Dlaczego od razu tego nie mówisz? Co się dzieje? 

 

-  Muszę  porozmawiać  z  Tionną  i  Ikritem  -  powiedział  Kam,  znów  ruszając  w 

kierunku turbowindy. 

-  I to zaraz - dodał Anakin, depcząc mu po piętach. 

-  Ale co się dzieje? - krzyknęła Tahiri w stronę ich szybko oddalających się pleców. 

-  Wyjaśnię ci po drodze! - odkrzyknął Anakin przez ramię. 

-  Jasne! - Wskoczyła do windy w chwili, gdy drzwi już się zamykały. 

-  Mistrz wojenny Yuuzhan Vong wyznaczył ceną na nasze głowy  - rzekł Anakin. - 

Na głowy wszystkich Jedi. Oznajmił, że jeśli to, co zostało z Nowej Republiki, przekaże im 

pozostałych Jedi. . . a zwłaszcza Jacena. . . nie będzie zabierał kolejnych planet. 

-  O rany, ale łgarstwo - mruknęła Tahiri. 

-  To nie ma znaczenia. Ludzie mu wierzą. Właśnie tacy ludzie zbliżają się teraz na 

kilkunastu statkach. 

background image

-  Chcą nas przekazać Yuuzhanom Vong? Niech tylko spróbują! 

-  Możesz być pewna, że spróbują. 

Drzwi  otwarły  się  i  wyszli  na  drugi  poziom.  Kam  ruszył  głównym  korytarzem, 

mijając kolejne korytarze, które Anakin pamiętał doskonale, choć teraz wydawały mu się 

znacznie  węższe  niż  wtedy,  gdy  widział  je  ostatnio.  Świątynia  Massassich,  mieszcząca 

akademię, wydawała mu się kiedyś niewyobrażalnie wielka. Teraz była już tylko duża. 

Dotarli  do  centralnej  sali;  na  powitanie  zwróciło  się  w  ich  stronę  dwadzieścia  kilka 

twarzy. Ludzie, Twi'lekowie, Bothanie, Wookie - byli tu przedstawiciele ponad tuzina ras. 

Wszyscy  bardzo  młodzi,  z  wyjątkiem  Tionny,  żony  Karna,  urodziwej,  srebrzystowłosej 

kobiety o perłowych oczach. Uniosła brwi w zdumieniu i uśmiechnęła się radośnie. 

-  Anakin! - zawołała. 

-  Tionno - łagodnie, ale stanowczo przerwał jej Kam. - Musimy porozmawiać. 

-  Hej  Anakin!  -  Sannah,  trzynastoletnia  dziewczynka  o  ciemnych  włosach  i 

złocistych  oczach  zamachała  do  niego  ręką.  Machał  też  młodszy  Valin  Horn,  choć  nie 

krzyczał. 

-  Jest  zajęty!  -  odpowiedziała  im  Tahiri.  Kiedy  jednak  Anakin  odszedł  z  Kamem  i 

Tionną, żeby porozmawiać, poszła za nimi. 

-  Tahiri. . . - zaczął Kam. 

-  O nie - przerwała mu. - Nie pozwolę się wyeliminować. 

-  Nie miałem takiego zamiaru - łagodnie odparł Kam. - Chciałem cię poprosić, abyś 

znalazła mistrza Ikrita i spotkała się z nami w sali konferencyjnej. 

-  Ach tak? Nie ma sprawy. 

Zakręciła się w miejscu i odfrunęła boso korytarzem. 

Tahiri  wróciła  z  Ikritem  kilka  chwil  później.  Stary  mistrz  Jedi  wbiegł  do  sali  na 

czworakach, ciągnąc po ziemi długie uszy. Zazwyczaj bystre oczy wydały się Anakinowi 

dziwnie przygaszone i chłopca objęła nagła fala lęku. 

-  Mistrz Ikrit! 

-  Witaj, młody Anakinie. Miło, że cię widzę - przywitał go Ikrit. - Choć wieści, które 

przynosisz, są niepokojące. 

background image

Jeszcze raz zdał szczegółową relację Ikritowi i Tionnie. 

-  Zabiorą  nasze  dzieci!  -  mruknęła  Tionna.  Zabrzmiało  to  bardziej  ponuro,  niż 

chciała. 

-  Brygada  Pokoju?  Bez  najmniejszej  wątpliwości.  Tionno,  w  tej  chwili  tutejsza 

atmosfera nie jest zdrowa dla Jedi. 

-  Rozumiem  -  odparła,  zaciskając  pięści.  -  Nie.  Nie  rozumiem.  Czy  ta  galaktyka 

oszalała? 

-  Tak - cicho powiedział Kam. - Stare szaleństwo. Wojna. 

-  Nie macie tu żadnych statków, prawda? 

-  Nie. Streen z Peckhumem zabrali statek dostawczy. 

-  Dokąd? 

-  Na Korelię. Chyba niedługo wrócą, choć w tych warunkach nic nie wiadomo. 

-  Musimy więc wszystkich ukryć tutaj - mruknął Anakin. - Tylko gdzie? 

-  W dole rzeki! Pod Pałacem Woolamandera - podsunęła Tahiri. - W jaskini mistrza 

Ikrita. 

Anakin uniósł brwi. 

-  To  niezły  pomysł.  Naprawdę  trudno  będzie  kogoś  tam  znaleźć,  zwłaszcza  jeśli 

Brygada Pokoju nie zacznie szukać od razu. 

-  Co  przez  to  rozumiesz?  -  zapytał  Kam  z  nagle  obudzoną  czujnością.  -Dlaczego 

mieliby nie szukać od razu? 

-  Zostanę tutaj - wyjaśnił Anakin. - Odniosą wrażenie, że wciąż jesteśmy w świątyni 

i  stawiamy  opór.  Stracą  czas,  usiłując  nas  ostrzeliwać,  a  ty  i  Tionna  przez  ten  czas 

zabierzecie dzieci w bezpieczne miejsce. 

-  Pozostaje tylko jeden drobny szczegół - wtrąciła Tahiri. - Co z tobą? Kto się zajmie 

twoim bezpieczeństwem? 

-  Schowam się w X-skrzydłowcu. Prześliznę się pomiędzy nimi, a potem pobawimy 

się  w  chowanego,  aż  się  pojawi  Talon  Karrde.  A  kiedy  już  załatwi  Brygadę  Pokoju, 

zaprowadzę go do was. 

-  Wszystko sobie przemyślałeś - wtrąciła Tionna. 

background image

-  Od początku do końca - przyznał Anakin. - To najlepszy sposób. 

-  On ma rację - wtrącił Kam. 

-  Kam. . . - zaczęła Tionna. 

-  On ma rację - powtórzył Kam. - Ale to nie on zostanie tuta j, tylko ja. 

-  Jestem  lepszym  pilotem  -  bezczelnie  przerwał  mu  Anakin.  -  Tylko  ja  będę  umiał 

wykręcić ten numer. 

-  Anakin ma rację - wychrypiał Ikrit. - To część jego przeznaczenia. Mojego też. 

-  Mistrzu Ikricie. . . 

-  Zaraz powiesz, że nie jestem wojownikiem. Może to i prawda,  bardzo dawno nie 

walczyłem  mieczem  świetlnym,  a  i  wtedy  niespecjalnie  to  lubiłem.  Dziś  jednak  to  nie 

miecze świetlne, nie broń będzie miała znaczenie. Nie wszystkie aspekty Mocy wiążą się z 

agresją. 

Anakin  ściągnął  wargi  w  zamyśleniu,  ale  nie  potrafił  sprzeciwić  się  staremu 

mistrzowi. 

Kam przygryzł wargę. 

-  Doskonale - rzekł w końcu. - Nie podoba mi się to, ale nie mamy czasu na dyskusję. 

Tahiri, chodź. Pomożesz mnie i Tionnie przeprowadzić dzieci na łodzie. 

-  Dobrze - odparła Tahiri - ale ja zostaję z Anakinem. 

-  Mowy nie ma - sprzeciwił się Anakin. 

-  Tak! - odparowała. - Utknęłam w tej kupie błota, kiedy ty walczysz z Yuuzhanami! 

Mam już dość! Chciałabym wreszcie coś zrobić! 

-  Jesteś na to za młoda - wtrąciła Tionna. 

-  Anakin jest tylko o dwa lata starszy ode mnie! Pod Sernpidalem miał piętnaście lat! 

-  To  prawda  -  zgodził  się  Anakin.  -  I  wprowadziłem  Chewbaccę  w  śmiertelną 

pułapkę. Tahiri, proszę, idź z Kamem. 

W jej oczach zobaczył zaskoczenie i ból. 

-  Nie  chcesz,  żebym  z  tobą  została?  Po  tym  wszystkim,  co.  .  .  wciąż  uważasz,  że 

jestem dzieckiem, tak jak one! 

Nie, pomyślał Anakin. Po prostu nie chcę oglądać twojej śmierci. 

background image

  

-  Chodź, Tahiri - łagodnie poprosiła Tionna. - Nie ma chwili do stracenia. 

-  Doskonale.  Nie  ma  sprawy,  doskonale  -  syknęła  i  wybiegła  z  pokoju,  nie 

zaszczycając Anakina nawet spojrzeniem. 

Kam położył dłoń na ramieniu chłopca. 

-  Ciężko jej tu było bez ciebie. Anakin skinął głową. 

-  Chyba lepiej wezmę się do roboty - burknął niechętnie. 

-  Uważaj,  Anakinie.  Nie  musisz  zatrzymywać  ich  zbyt  długo.  Jeśli  trzeba  będzie 

uciekać, uciekaj. Potrzebujemy cię żywego. 

-  Nie zamierzam umrzeć - zapewnił go chłopak. 

-  Wielu  ludzi  nie  zamierza,  a  i  tak  im  się  to  przytrafia.  Ufaj  Mocy  i  słuchaj  Ikrita. 

Niech Moc będzie z tobą. 

  

ROZDZIAŁ 

-  Spali  cię,  Anakinie  -  ozna  jmił  zna  jomy,  miły  dla  ucha  szept  Ikrita.  Anakin 

podniósł wzrok znad rozebranego interkomu. Razem ze starym 

Jedi  znajdowali  się  w  pomieszczeniu,  które  służyło  jako  centrum  dowodzenia  w 

czasach,  kiedy  Wielka  Świątynia  była  jeszcze  bazą  rebeliantów.  Większość  urządzeń 

wojskowych  została  już  zdemontowana,  ale  część  pozostała  -  różne  systemy 

komunikacyjne,  w  tym  interkom  przekazujący  informację  do  wszystkich  zakątków 

świątyni i jej sąsiedztwa. 

-  Co, mistrzu? 

 

-  Twój gniew. Ukrywa sie w tobie jak w naczyniu, ale pewnego dnia samo naczynie 

stopi się w żarze. A wtedy spłoniesz ty i inni razem z to bą. Wielu innych, bardzo wielu. 

Anakin wsunął zmodyfikowany chip z danymi na miejsce i wyprostował 

się. 

background image

-  To  Yuuzhanie  Vong  obudzili  we  mnie  ten  gniew,  mistrzu.  Niszczą  wszystko,  co 

znam, wszystko, co kocham. 

-  Nie. Ty sam budzisz go w sobie. Ludzie umierają, a ty czujesz gniew, bo nie możesz 

ich uratować. 

-  Mówisz o Chewbaccę? 

-  O innych też. Ich śmierć wyryła się w twojej duszy. 

-  Tak. Chewbacca umarł z mojego powodu. Wielu ludzi zginęło z mojego powodu. 

-  Śmierć przychodzi, kiedy chce - odparł Ikrit. - Nie możesz długo utrzymać wody w 

dłoniach.  Przecieka  przez  palce,  by  dostać  się  tam,  gdzie  powinna,  do  ziemi  i  nieba.  Do 

jonów, w przestrzeń, gdzie rodzą się gwiazdy. 

Anakin desperacko zacisnął wargi. 

-  To poezja, mistrzu Ikrit, ale nie odpowiedź. Moim dziadkiem był Darth Vader, a on 

zabił  miliardy  ludzi.  Ale  to  było  po  dziesięcioleciach  ciemnej  strony.  Ja  mam  tylko 

szesnaście lat i patrz, co narobiłem. Darth Vader byłby ze mnie dumny. 

Ikrit wbił w niego promienne błękitne oczy. 

-  Możesz być dumny, że pamiętasz o tych wszystkich śmierciach, że żałujesz. Ale nie 

ty zabiłeś tych ludzi. Nie ty chciałeś, aby umarli i nie zrealizowałeś tego pragnienia. 

-  Nie  -  zgodził  się  z  nim  Anakin.  -  Ale  na  Centerpoint  chciałem,  aby  wszyscy 

Yuuzhanie Vong zginęli. Chciałem zabić każdego z nich po kolei. Gdyby mój  brat mnie 

nie powstrzymał, zrobiłbym to. Często... często myślę, że powinienem był to uczynić. 

-  To nie twój brat cię powstrzymał. 

-  Nie było cię tam, mistrzu Ikricie. Zrobiłbym to. 

-  Byłem tam, Anakinie. W każdy z możliwych sposobów. Anakinie, musisz uwolnić 

swój gniew. Kroki podjęte pod wpływem gniewu wydeptały głęboką ścieżkę w kierunku 

ciemnej strony. Łatwo nią iść, trudno jej uniknąć. 

Anakin  odwrócił  się  do  pulpitu  zdalnego  sterowania  generatora  mocy  i  zaczął 

pstrykać przełącznikami. 

-  To by się mogło udać - mruknął. - Szkoda, że nie mam czasu, żeby się wybrać do 

generatora. 

background image

-  Anakinie.  .  .  -  w  głosie  mistrza  zabrzmiała  nagląca  nuta.  Anakin  nie  podniósł 

głowy. 

-  Wiesz, mistrzu Ikricie - rzekł - kiedyś co noc śniło mi się, że przechodzę na ciemną 

stronę, że staję się tym, czym był mój dziadek. 

Teraz  wydaje  mi  się  to  bardzo  głupie.  Moc  nie  czyni  osoby  dobrą  lub  złą.  To 

narzędzie, takie jak miecz świetlny. Nie martw się o mnie. 

-  Posłuchaj  no,  młody  Solo  -  odparł  Ikrit.  -  Nigdy  nie  powiedziałem,  że  Moc 

doprowadzi cię do złego. Ostrzegałem cię tylko, że mogą to zrobić twoje uczucia. 

-  Uczucia też są narzędziami, jeśli nie pozwolisz im przejąć kontroli -rzekł chłopak. 

Ikrit zaśmiał się cichym, melodyjnym śmieszkiem. 

-  A  w  jaki  sposób  poznasz,  czy  uczucie  już  cię  kontroluje,  czy  jeszcze  nie?  Kiedy 

gniew prowadzi twoją rękę, a kiedy poczucie winy ją powstrzymuje? 

Anakin westchnął. 

-  Z  całym  należnym  ci  szacunkiem,  mistrzu  Ikricie,  nie  mamy  teraz  czasu  na  te 

dyskusje. Brygada Pokoju może tu być w każdej chwili. 

-  Wręcz przeciwnie, to doskonała pora - zaoponował Ikrit. - Może jedyna. 

-  Co masz na myśli? 

Ikrit powoli zamrugał i westchnął przeciągle. 

-  Przeżyłem  już  wiele  stuleci,  Anakinie.  Przybyłem  na  Yavin  Cztery,  aby  uwolnić 

duchy  uwięzionych  dzieci  Massassich,  a  przynajmniej  tak  mi  się  wydawało.  Teraz 

uważam, że istniał inny powód, jeszcze ważniejszy. 

-  Tak sądzisz, mistrzu? Co to może być takiego? 

-  Nie  zdołałem  wypełnić  zadania,  które  mnie  tu  przywiodło.  Po  prostu  było  poza 

zasięgiem każdego dorosłego Jedi. Tylko ty i Tahiri mogliście je wykonać. 

-  Z twoją światłą radą i pomocą. Bez ciebie nigdy nie zdołalibyśmy ich uwolnić. 

Ikrit zjeżył futro. 

-  Zrobilibyście to, ze mną czy beze mnie - mruknął. - Dlatego twierdzę, że zostałem 

tu sprowadzony z innego powodu. . . że przespałem wieki dla innej przyczyny. 

-  Jakiej przyczyny? 

background image

-  By oglądać coś nowego, coś, co rodzi się w tobie i Tahiri. I aby na tyle, na ile mogę 

pomóc przy tych narodzinach. 

Zimny  dreszcz  przebiegł  Anakinowi  po  plecach.  Nie  wiedział  dlaczego,  ale  słowa 

Ikrita poruszyły w nim uśpioną i bardzo głęboko ukrytą strunę. Ikrit podszedł do okna. 

-  Są tutaj - zawiadomił. 

Anakin rzucił się w ślad za nim. Jak okiem sięgnąć, statki Brygady Pokoju lądowały 

wokół kompleksu. 

-  Nie jestem jeszcze gotów! - poskarżył się chłopiec. 

-  Ależ jesteś - sprzeciwił się Ikrit. 

-  Nie  tak,  jakbym  tego  sobie  życzył.  Miło  byłoby  mieć  jeszcze  z  dziesięć  minut. 

Mógłbym przełączyć automatyczne zabezpieczenia generatora mocy w stan gotowości. 

-  Powiedz mi raczej, co już zrobiłeś. 

-  No  cóż,  podniosłem  pole  energetyczne,  choć  niezbyt  mocne  i  tylko  nad  samym 

kompleksem. Parę stuknięć i będzie po nim. - Anakin włączył inter-kom. Wokół rozległy 

się  przyciszone  kroki  i  szepty.  -  Będzie  się  wydawało,  że  jest  nas  tutaj  kilkoro.  A  tu  - 

podszedł do urządzenia, które jeszcze niedawno było lokalnym pulpitem sterowniczym  - 

wykorzystuję starą matrycę czujników, aby stworzyć iluzję ruchu w świątyni. 

-  Bieganina - przytaknął Ikrit. - Jakbyśmy usiłowali się ukryć. 

-  Właśnie. Oczywiście, jeśli podejdą blisko, niczego nie zobaczą, ale przyrządy będą 

im mówić, że wszędzie nas pełno. 

-  Zobaczą też - mruknął Ikrit. - Chodź. 

Wielka Świątynia była gigantyczną schodkową piramidą o trzech stopniach. Centrum 

dowodzenia znajdowało się na środkowej platformie. Starożytna konstrukcja wyposażona 

była  w  pięć  otworów  wyjściowych,  wiodących  na  płaską,  wybrukowaną  powierzchnię 

stanowiącą dach dolnej kondygnacji. Anakin i Ikrit podeszli do otworu wychodzącego na 

lądowisko i wyjrzeli ostrożnie. 

Poza mglistą zasłoną pola energii Anakin naliczył pięć statków. Z dwóch wysypywały 

się już uzbrojone oddziały Brygady Pokoju. 

background image

-  Mam nadzieję, że się na to nabiorą i że uwierzą - mruknął Anakin.  -Gdyby teraz 

zaczęli szukać Karna, Tionny i dzieciaków, mogą ich bez trudu znaleźć. 

-  Uwierzą,  uwierzą  -  zapewnił  go  Ikrit.  -  Będą  pewni,  że  dzieci  są  tutaj,  ponieważ 

tego  pragną,  a  przy  tym  są  słabi.  Nie  martw  się,  Anakinie.  Jak  powiedziałem,  może  nie 

jestem wojownikiem, ale nie narzekam na brak Mocy. 

-  Przepraszam,  mistrzu  Ikricie  -  szepnął  chłopiec.  -  Nie  powinienem  był  w  ciebie 

wątpić. 

-  Więc  mi  zaufaj.  Codziennie  wnikaj  w  swoje  uczucia,  pilnuj  się,  bądź  czujny. 

Najgorsze potwory nie czają się na zewnątrz. 

Mistrz przymknął oczy, cicho nucąc pod nosem. Anakin poczuł drgnienie Mocy, gdy 

wola  Ikrita  spłynęła  na  nadchodzące  istoty,  aby  przeważyć  szalę  ich  łatwowierności  we 

właściwym kierunku. 

Anakin podniósł zdalny komunikator i przełączył się na głośniki zewnętrzne. 

-  Znaleźliście  się  na  terytorium  akademii  Jedi  -  oznajmił.  -  Proszę  natychmiast  je 

opuścić. 

Na  dźwięk  wzmocnionego  głosu  kilku  członków  Brygady  dało  nura  w  krzaki.  W 

chwilę później zagrzmiał głośnik na jednym ze statków. 

-  Wy  tam,  w  świątyni  -  odezwał  się  głos.  -  Tu  porucznik  Kot  Murno  z  Brygady 

Pokoju. Zostaliśmy upoważnieni do przejęcia kontroli nad tą instytucją. 

-  W czyim imieniu? 

-  Sojuszu Dwunastki. 

-  Nigdy  o  czymś  takim  nie  słyszałem  -  powiedział  Anakin.  -  Kimkolwiek  są,  ten 

system nie leży w ich jurysdykcji. 

-  Teraz już tak - zapewnił Murno. - To my jesteśmy ich władzą. Poddajcie się, a nic 

wam się nie stanie. 

-  Doprawdy? Uważacie, że nic się nie stanie dzieciom, które chcecie porwać, kiedy 

już je dostarczycie Yuuzhanom Vong? 

Zanim Murno odpowiedział, przez chwilę trwała niezręczna cisza. 

background image

-  Taka  jest  cena  pokoju  -  powiedział  w  końcu.  -  Przykro  mi,  ale  tak  jest.  W 

porównaniu z tym, co Yuuzhanie Vong mogą zrobić z każdym zamieszkałym światem w 

tej  galaktyce,  garstka  Jedi  to niewielka cena.  To  wy  sprowadziliście na  nas  tę  katastrofę, 

więc musicie teraz za to zapłacić. 

-  Oskarżacie Jedi o inwazję Yuuzhan Vong? - z niedowierzaniem zawołał Anakin. 

-  Jasne, Jedi prowokowali tę wojnę od początku, wierząc, że użyją jej jako odskoczni 

dla  swojej  potęgi.  Od  dawna  chcieliście  objąć  panowanie  nad  galaktyką.  Tym  razem 

jednak wasza taktyka obróciła się przeciwko wam. 

-  To  największa  kupa  bzdur,  jaką  zdarzyło  mi  się  usłyszeć  od  jednej  osoby  w  tak 

krótkim czasie - odparował Anakin. - Jesteście zdrajcami i tchórzami. Chcecie nas dostać? 

Chodźcie, weźcie sobie. 

Wystrzelił  z  miotacza  przez  wąski  otwór  i  cofnął  się,  gdy  strzał  wroga  osmalił 

starożytny kamień. Tarcze cząsteczkowe, takie jak ta, którą rozwinął nad kompleksem, nie 

mogły  powstrzymać  promieni  energii.  Gęste  powietrze  dżungli  wypełniło  się  sykiem  i 

wyciem miotaczy, gdy ogień objął pozostałe części kompleksu. 

-  Do kogo tam strzelają? - zdziwił się Anakin. 

-  Do upiorów z mgły i do własnego szaleństwa - wyjaśnił Ikrit. 

-  Nie widzą, że nikt im nie odpowiada ogniem? 

-  Jeszcze nie. Wierzą, że widzą promienie z broni energetycznej. 

-  Jak długo możesz to utrzymać? 

-  Jeszcze trochę. Dłużej, jeśli od czasu do czasu jakiś wystrzał okaże się prawdziwy. 

-  Jasne.  -  Anakin  wychylił  się  zza  framugi.  Celował  ostrożnie,  korzystając  z  Mocy. 

Strzałem  wytrącił  broń  z  ręki  zakapturzonego  mężczyzny.  Przez  następne  dwadzieścia 

minut  powtarzał  manewr,  uważnie  celując  i  starannie  dobierając  ofiary.  Każda  mijająca 

sekunda zdejmowała mu z barków część ciężaru; Tahiri i jej podopieczni oddalali się coraz 

bardziej od zagrożenia. 

-  Znaleźli generator - mruknął Ikrit. - Wkrótce będzie po twojej tarczy. 

-  Nie  szkodzi  -  machnął  ręką  chłopiec.  -  Prawie  skończyliśmy.  Nawet  jeśli  ją 

wyłączą,  będą  wchodzić  bardzo  ostrożnie.  Mamy  mnóstwo  czasu,  żeby  dotrzeć  do 

background image

hangaru  i  wyprowadzić  mój  X-skrzydłowiec.  A  potem  już  tylko  trzeba  rozwalić  tę  ich 

żałosną blokadę. 

Zauważył,  że  trzy  z  pięciu  statków  wylądowały  przodem  do  zamkniętych  drzwi 

hangaru.  Nic  zaskakującego,  ale  napastnicy  nie  wiedzieli,  że  jedno  z  dział  jonowych 

strzegących  hangaru  wciąż  działa,  a  do  tego  ma  samodzielne  źródło  zasilania,  które 

powinno wystarczyć na jeden, a może nawet dwa strzały. 

Anakin wychylił się, żeby oddać pożegnalny strzał. 

Strumień energii laserowej przeciął powietrze nad jego ramieniem i powalił kolejnego 

członka Brygady Pokoju. Anakin poderwał się i zadarł głowę. 

-  Ten strzał oddano z góry! - zawołał. 

-  Tak - zgodził się Ikrit. - Nie zauważyłeś? Nie wiedziałeś, że ona tu wróci? 

 

-  Kogo miałem zauważyć? - Nagle go oświeciło. Na górze była Tahiri. Tahiri i jeszcze 

dwoje ludzi. Sami Jedi. 

-  Huttyjskie nasienie... - zaklął. - Tylko tego mi brakowało! Obejrzał się na mistrza 

Ikrita. 

-  Nie zmieścimy się wszyscy w X-skrzydłowcu. Spotkamy się w głębokiej grocie. Coś 

wymyślę po drodze. 

Rzucił  się  biegiem  w  dół  korytarza  z  miotaczem  w  jednej,  a  mieczem  świetlnym  w 

drugiej ręce. 

Znalazł  ich  w  refektarzu  -  Tahiri,  Valina  Horna  i  Sannah.  Zabarykadowali 

zewnętrzne drzwi stołami i byli uzbrojeni w dwa miotacze na troje - lepiej nie wiedzieć, 

skąd je wzięli. Kiedy Anakin wszedł, Tahiri zamachała do niego pistoletem. 

-  Co tu robicie? - ryknął chłopiec. 

-  Pomagamy ci - uśmiechnęła się promiennie Tahiri. 

-  Jakim cudem. . . 

-  Kam  myślał,  że  jesteśmy  na  łodzi  Tionny,  Tionna  sądziła,  że  jesteśmy  z  Kamem. 

Przy odrobinie sprytu to bardzo prosta sztuczka. 

-  Ale Valin? Valin ma tylko jedenaście lat! 

background image

-  Dwanaście - poważnie poprawił Valin. - Mogę pomóc. 

-  To wariactwo! 

-  I  kto  to  mówi,  Anakinie?  -  warknęła  Tahiri.  -  To  ty  opuściłeś  Coru-scant  bez 

zezwolenia,  może  nie?  Teraz  masz  robić  wszystko,  podczas  gdy  my  będziemy  tylko 

uciekać? Nic z tego, drogi przyjacielu! 

-  Taak?  No  popatrz,  a  ja  planowałem  uciec  w  X-skrzydłowcu.  Teraz  jest  nas  po 

prostu za dużo. I co na to nasza bystra Tahiri? Cóż nam mądrego zaproponujesz? 

 

-  O. . .  - Zielone oczy dziewczyny zrobiły się zupełnie okrągłe.  -Nie pomyślałam o 

tym. 

-  No właśnie, tak mi się też zdawało. 

Podłoga zadrżała nagle jak pudło lutni hapańskiej. 

-  Co to? - zapytała Sannah. Valin wyjrzał przez okno. 

-  Tarcza opadła - wyjaśnił. - Teraz strzelają w drzwi. Paru weszło już na schody. 

-  Czas  minął  -  oznajmił  Anakin.  -  Będziemy  musieli  myśleć  po  drodze. 

Powiedziałem Ikritowi, że spotkam się z nim w grocie. 

-  A jak ugrzęźniemy pod ziemią? 

-  Nie miałem dość czasu, żeby wszystko zaplanować, Tahiri. 

-  Chcesz powiedzieć, że twó j plan uwzględnia nie tylko ukrywanie się w grocie? 

Anakin odetchnął głęboko. 

-  A  jak  myślisz?  Weźmiemy  jeden  ze  statków  Brygady  Pokoju.  Tahiri  uśmiechnęła 

się radośnie. 

-  No widzisz. Nie było aż tak ciężko, prawda? 

Dotarli do turbowindy w tej samej chwili, gdy na końcu korytarza, od strony wejścia, 

pojawiła się grupka ludzi z Brygady Pokoju. 

-  Hej! Stać! - krzyknął jeden z nich. 

Dwa strzały z miotacza trafiły w zamykające się drzwi. Anakin odetchnął, gdy winda 

ruszyła, ale zaraz znów ze świstem wciągnął powietrze. 

-  Zatrzyma się - jęknął. - Na drugim poziomie. 

background image

-  Obejdź to. 

-  Nie mogę - warknął i z cichym sykiem uaktywnił miecz świetlny. 

-  Drzwi pozostaną otwarte przez kilka sekund. Jeśli tam będą. . . 

Drzwi  otwarły  się  wprost  na  lufy  sześciu  miotaczy.  Anakin  przestał  myśleć. 

Przycisnął  już  przycisk  „W  dół"  i  teraz  skoczył  pomiędzy  wrogów,  blokując  mieczem 

pierwsze dwa strzały z miotaczy i odbijając je tam, skąd przyszły. Przeciął jeden miotacz 

na pół i okręcił się na pięcie. Zaniepokojeni 

  

 

napastnicy  zaczęli  cofać  się  z  krzykiem,  chcieli  zwiększyć  dystans  na  tyle,  aby 

bezpiecznie  użyć  broni  palnej.  Dwóch  skoczyło  na  Anakina  z  pałkami  ogłuszającymi. 

Podskoczył, zawirował i rozbroił jednego z nich cięciem, które pozbawiło go przy okazji 

kilku palców. Drugi cios przeciął pałkę na pół. 

Anakin  poczuł,  że  zbliża  się  kolejny  atak,  ale  nie  zdołał  zareagować  na  niego 

odpowiednio  szybko.  Wylądował  na  obu  nogach  i  w  tym  momencie  zobaczył  przed 

nosem  drugi  miecz  świetlny  o  mżąco  błękitnym  ostrzu.  Zza  niego,  radośnie  szczerząc 

zęby, wyglądała Tahiri. Właśnie przecięła na pół włócznię energetyczną, na którą omal się 

nie nadział. 

Nie  pozwolił,  aby  zdziwienie  odebrało  mu  refleks.  Turbowinda  z  Valinem  i  Sannah 

dawno zjechała w dół. 

Znajdźcie  mistrza  Ikrita,  przekazał  myślą  młodym  kandydatom  w  nadziei,  że  jeśli 

nawet nie wychwycą słów, to przynajmniej zrozumieją sens. 

Wyprostował  się  i  znów  stanął  przed  napastnikami,  którzy  ostrożnie  prze-

grupowywali się o jakieś dwa metry od niego. 

-  Nie macie szans - poinformował ich. - Próbowałem nie wyrządzić wam krzywdy, 

ale moje dobre chęci skończą się wraz z następnym strzałem. 

-  Nie  jesteście  w  stanie  pokonać  nas  wszystkich  -  odezwała  się  kobieta  stojąca  z 

przodu. Miała surową, śniadą twarz i ciemne włosy. 

-  Ależ jesteśmy - zapewnił ją Anakin. 

background image

-  Wszystkich? - zadrwiła. Zza jej pleców rozległy się odgłosy, które mogły oznaczać 

tylko jedno: nadejście posiłków. 

Anakin  uderzył  w  nią  z  całej  siły  falą  telekinezy,  która  zgarnęła  przy  okazji 

wszystkich  jej  kompanów.  Okręcił  się  wokół  własnej  osi  i  trzema  szybkimi  cięciami 

otworzył solidną wyrwę w szybie windy. 

-  Na dół - polecił Tahiri. - Mówiłaś, że jesteś gotowa na wszystko? No to skacz. 

Tahiri  kiwnęła  głową  i  bez  chwili  wahania  skoczyła  do  szybu.  Anakin  rzucił  się  w 

ślad za nią, ścigany promieniami z miotaczy. Razem spadli w ciemność. 

ROZDZIAŁ 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Anakin sięgnął do Tahiri poprzez Moc i przez krótką chwilę czuł tylko ścianę, twardą 

jak mury świątyni. A potem odwzajemniła jego gest i zwarli się ze sobą, jakby nigdy nie 

byli oddzielnymi istotami, tak intensywnie, że prawie go to przeraziło. 

Spadali  niby  w  akrobatycznym  tańcu.  Anakin spowalniał  spadek  Tahiri  przy  użyciu 

Mocy,  a  ona  powstrzymywała  jego  i  razem  wirowali  wokół  jednego  środka  ciężkości, 

który  znajdował  się  gdzieś  pomiędzy  nimi,  jak  para  dzieci  trzymających  się  za  ręce  i 

kręcących  w  kółko.  Jeśli  jedno  z  nich  zwolni  uchwyt,  drugie  zostanie  wyrzucone  jak  z 

procy, bez możliwości kontroli. 

Stara gra, którą wymyślili dawno temu. 

background image

Anakin  zauważył,  że  coś  spada  razem  z  nimi  -  wiązka  granatów  rozrywających. 

Nucąc pod nosem, odesłał je z powrotem w górę szybu, a potem przez wyciętą przez siebie 

dziurę. 

Para młodych Jedi opadła jak piórko na dach windy. 

-  A niech to! - zawołała Tahiri. - Dawno już tego nie robiliśmy. Było fantastycznie. A 

to, co zrobiłeś z granatami. . . to już prawdziwa sztuka! 

-  Ja. . . 

Wagonik windy nagle ruszył w górę. 

Anakin desperacko ciął przewody zasilania i obudowy nadprzewodników w ścianie. 

Winda zamarła. Tymczasem Tahiri wycięła dziurę w dachu i od- 

skoczyła  w  tył  na  wypadek,  gdyby  ktoś  zaczął  strzelać.  Nikt  jednak  nie  otworzył 

ognia. 

-  Nie czuję w windzie nikogo - zawiadomiła. 

-  Wysłałem  ją  na  trzeci  poziom  hangaru  pod  świątynią.  Sądzę,  że  Valin  i  Sannah 

wysiedli,  a  potem  ktoś  wezwał  ją  wyżej,  pewnie  na  parter.  Sądząc  z  długości  spadku, 

jesteśmy gdzieś pomiędzy. . . 

Eksplozja sześć metrów nad jego głową wywaliła drzwi do szybu i nie pozwoliła mu 

dokończyć zdania. 

-  Parter jest tuż przed nami - zawołał Anakin. - Chodź! 

Wskoczył  do  wagonika.  Przeciął  mieczem  ścianę  windy  i  to,  co  było  za  nią, 

otwierając  wejście  do  podziemnego  hangaru,  którego  nie  używano  od  czasu  ataku  na 

pierwszą Gwiazdę Śmierci. 

-  Będziesz ich blokować - polecił Tahiri. 

Dziewczyna  rzuciła  się,  aby  odbijać  deszcz  strzałów,  który  zasypał  ich  z  góry. 

Tymczasem Anakin przeciął bezpieczniki magnetyczne trzymające turbowindę w miejscu. 

Wyłączył miecz i nakazał Tahiri zrobić to samo. 

-  Ale. . . 

-  Szybko! 

background image

Posłuchała, rozpłaszczając się na ścianie windy. Przez otwór nad głowami spadła na 

nich kaskada ognia z miotaczy. Kolejny granat z brzękiem upadł na podłogę windy. 

-  Oddaj  im  go  -  zaproponował  chłopak.  Granat  z  wizgiem  wrócił  tam,  skąd 

przyleciał. 

-  Dlaczego ty tego nie zrobiłeś? - zapytała. 

-  Bo trzymam windę. 

Granat  eksplodował  wysoko  nad  ich  głowami.  Anakin  oddał  windę  we  władanie 

grawitacji. Spadła jak kamień. 

-  Pamiętaj,  żeby  podskoczyć,  zanim  uderzymy  o  dno  -  mruknął,  gdy  winda 

przelatywała przez kolejne poziomy hangarów i jaskiń Massassich pod świątynią. 

-  Ktoś nie uważał na wykładach z fizyki - stwierdziła Tahiri. 

-  Nic  a  nic.  Uważaj  na  dach!  -  Podskoczyli  jednocześnie,  odpychając  się  Mocą  od 

podłogi i przelecieli przez postrzępiony otwór. Pod ich stopami wagonik z przerażającym 

trzaskiem uderzył w dno szybu. 

Sojusz  Rebeliantów  przerobił  kilometry  kwadratowe  jaskiń  Massassich  na  hangary, 

ale  pod  nimi  znajdowały  się  komory  i  pieczary  stosunkowo  nietknięte.  Turbowinda 

jeździła  tak  daleko,  jak  sięgały  pomieszczenia  wykorzystywane  przez  Rebeliantów. 

Poniżej były już tylko schody, kręte korytarze i tajne przejścia. 

-  Najpierw  będą  szukać  na  górze  -  wyjaśnił  chłopak.  -  Myślą,  że  przeszliśmy  do 

hangaru, tam gdzie wyciąłem dziurę w ścianie. Zanim wpadną na to, żeby szukać tutaj. . . 

aha, właśnie, zaczekaj. 

Włączył komunikator na przegubie ręki. 

-  Fiver! 

PRZYJĘTO - przetoczyła się po malutkim wyświetlaczu odpowiedź robota. 

-  Musisz  wylecieć  X-skrzydłowcem  z  hangaru.  Unikaj  pościgu  i  czekaj  na  dalsze 

instrukcje. Rozumiesz? 

PRZYJĘTO. 

-  Trzymaj się, Fiver - szepnął. 

Po długim zejściu Anakin zatrzymał się przed pustą ścianą. 

background image

-  Pamiętasz? 

-  Co,  Dagobah  zalało  błotem  po  szyję?  -  Tahiri  przycisnęła  płytkę  w  ścianie, 

otwierając przejście. Przeszli na drugą stronę i zamknęli drzwi. 

Anakin  pomacał  kamienie  i  wyjął  jedną  z  dwóch  lamp  żarowych,  które  zwykle  tu 

czekały. 

-  Mistrz Ikrit już tu był - mruknął. - Z Valinem i Sannah. 

-  Tak, czuję ich. 

-  To było. . . eee. . . świetne, tam na górze - przyznał Anakin. - Skąd miałaś miecz? 

-  Anakinie Solo, czyżbyś uważał, że nie potrafię zbudować miecza świetlnego? 

-  Tego nie powiedziałem, nie myślałem tylko. . . 

-  Masz  świętą  rację,  nie  myślałeś  i  dalej  nie  myślisz.  Zajmij  się  tym  lepiej,  zanim 

powiesz coś jeszcze. A teraz poszukajmy mistrza Ikrita. 

Przenikliwy odór zgniłych jaj poprowadziłby ich nieomylnie, nawet gdyby zawiodła 

ich pamięć. Ikrit, Valin i Sannah siedzieli na krawędzi podziemnego gorącego źródła, tuż 

poza zasięgiem promienia światła, który padał z wysokości ponad stu metrów, gdzie jakaś 

dawna siła, naturalna czy sztuczna, przebiła się przez miękki kamień. 

-  Nigdy  jeszcze  nie  widziałam  jej  przy  świetle  dziennym  -  szepnęła  Tahiri.  Kiedy 

byli młodsi, przychodzili tu z Kamem Solusarem i Tionną, aby 

unosić się w ciepłej wodzie, otwierać na Moc, zanurzać się w gwiazdach na zewnątrz 

i  we  własnej  osobowości  wewnątrz.  To  miejsce  znali  wszyscy  uczniowie,  ale  nikomu  o 

nim nie mówili. 

-  Dobrze, że przyszliście - westchnął Ikrit. 

-  Wiedziałeś, że przyjdziemy - odparł chłopak. 

-  Jasne. Ale i tak się cieszę. 

-  Co  teraz  robimy?  -  zapytał  Valin.  Próbował  udawać  odważnego,  ale  Anakin  czuł 

jego strach. 

-  Teraz? Wy zaczekacie tutaj, to dość bezpieczne miejsce. Ja zamierzam wspiąć się na 

górę. . . - Tahiri dźgnęła go łokciem w bok.  - To znaczy. . . razem z Tahiri, póki jeszcze 

background image

mamy światło. Potem ukryjemy się, zaczekamy do zmroku i ukra. . . eee, zarekwirujemy 

jeden ze statków, na tyle duży, żeby pomieścił nas wszystkich 

-  I na tyle mały, żeby mógł tu wylądować - dodała Tahiri. 

-  Właśnie. Chyba widziałem tam lekki transporter, który powinien załatwić sprawę 

-  Pamiętasz drogę na górę? - upewniła się Tahiri. 

-  Robiliście to już kiedyś? - zapytał Ikrit. - Wychodziliście stąd na powierzchnię? 

-  Uhm. . . tak - wykrztusił Anakin. - Raz. . . kiedy nam się nudziło. 

-  Myślałem, że zawsze miałem was na oku - westchną Ikrit. - Chyba się starzeję. 

Mistrz  Jedi  rzeczywiście  wyglądał  starzej,  niż  kiedykolwiek  pamiętał  go  Anakin. 

Mówił także jak ktoś wiekowy. 

-  Mistrzu Ikricie, nie jesteś chory? 

-  Chory? Nie. Tylko smutny. 

-  Smutny? Dlaczego? Ikrit nastroszył futro. 

-  Nie  zwracajcie  uwagi  na  mój  smutek.  To  nic.  Idźcie,  zwyciężajcie  jak  zwykle. 

Pamiętajcie.  .  .  -  urwał,  a  po  chwili  dodał  głosem,  który  sprawił,  że  Anakin  poczuł  się 

znowu  jedenastoletnim  dzieciakiem:  -  Pamiętaj,  we  dwójkę  jesteście  lepsi  niż  suma 

waszych składowych. 

Moglibyście...  -  urwał  znowu.  -  Nie.  Dość  tego.  Za  dużo  powiedziałem.  Razem,  to 

najważniejsze. A teraz już was nie ma. 

Dotarli na szczyt 9 zmroku i ukryli się w niewielkiej jaskini pod krawędzią czeluści. 

Była  ciasna,  ale  nie  do  wykrycia,  jeśli  nie  zawisło  się  tuż  przed  jej  wejściem.  Siedzieli 

ramię przy ramieniu, oddychając głęboko i rozmasowując zdrętwiałe mięśnie. 

-  Myślałeś, że zawalę sprawę - odezwała się nagle Tahiri. 

-  Kto tak powiedział? 

-  Nie było czasu o tym porozmawiać aż do tej pory. 

-  Owszem,  ale  mów  ciszej.  Rozmowa  nie  jest  akurat  najmądrzejszym  sposobem 

spędzania czasu. 

-  Wyczujemy ich poprzez Moc na długo przedtem, zanim nas usłyszą. 

-  Chyba że są z nimi Yuuzhanie. Ich nie wyczujesz poprzez Moc. 

background image

-  To rzeczywiście prawda? 

-  Aha. 

-  No więc? 

-  Co „no wię"? 

Tahiri lekko trąciła go w ramię. 

-  No więc myślałeś, że zawalę sprawę. Że wpakuję nas w tarapaty. 

-  Tego nie powiedziałem. 

-  Nie, pewnie, że nie. Nie chciałeś zdenerwować małej Tahiri. 

-  Tahiri, teraz rzeczywiście zachowujesz się jak dziecko. 

-  Nie.  Nieprawda.  Zachowuję  się  jak  ktoś,  o  czyim  istnieniu  kompletnie  zapomniał 

nawet jego najbliższy przyjaciel. 

-  To idiotyczne. 

-  Naprawdę?  Czy  kiedy  opuszczałeś  akademię  z  Marą,  pofatygowałeś  się  chociaż, 

żeby się pożegnać? A czy od tego czasu przesłałeś mi bodaj krótką wiadomość, czy choćby 

sięgnąłeś ku mnie poprzez Moc? 

A  przed  chwilą,  kiedy  razem  tańczyliśmy,  spadając,  wcale  ci  się  to  niepo-dobało! 

Prawie musiałam łapać sama siebie! 

-  To ty się opierałaś - zaoponował. - Spadaliśmy jak kamienie, a ty mi się opierałaś. 

-  To byłeś ty, wielki, głupi gundarku! 

-  Nieprawda, to ty. . . - Nagle cała scena rozegrała się znów w jego pamięci. Może to 

rzeczywiście  on  się  opierał.  Kiedy  pracował  z  Tahiri,  czasem  trudno  było  mu  rozróżnić, 

kto co czuje. 

-  No widzisz? - podsumowała lodowatym tonem. 

Anakin milczał przez chwilę. Cudownym zrządzeniem losu Tahiri też. 

-  Tęskniłem za tobą - odezwał się w końcu. - Nikt nie zna mnie tak jak. . . - urwał. 

-  Zgadza się - odparła. - Nikt nie zna cię tak jak ja, a ty chciałbyś, żeby było inaczej. 

Wolałbyś  zdławić  wszystko  w  sobie,  tam,  gdzie  nikt  nie  będzie  w  stanie  cię  dotknąć. 

Chewbacca. . . nie chciałeś o nim rozmawiać nawet wtedy, kiedy tu byłeś ostatnio. Teraz 

twierdzisz, że już powszystkim. A ta sprawa z Centerpoint. . . 

background image

-  Masz rację - odparł. - Nie chcę o tym rozmawiać. Nie teraz. 

Ramiona  Tahiri  zadrżały  lekko  i  Anakin  zdał  sobie  sprawę  z  tego,  że  dziewczyna 

płacze. 

-  Daj spokój, Tahiri - szepnął. 

-  Czym  my  jesteśmy,  Anakinie?  Rok  temu  byłeś  moim  najlepszym  przyjacielem  na 

świecie. 

-  Wciąż jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi - zapewnił ją. 

-  To  znaczy,  że  resztę  swoich  innych  przyjaciół  musisz  traktować  naprawdę 

wrednie. 

-  Chyba  tak  -  przyznał.  Odruchowo  ujął  ją  za  ręką.  Przez  kilka  sekund  nie 

reagowała.  Palce  dziewczyny  spoczywały  w  jego  dłoni  zimne  i  nieruchome  i  nagle 

przyszło  mu  do  głowy,  że  chyba  popełnił  jakiś  błąd.  Ale  w  końcu  odwzajemniła  jego 

uścisk  i  gorąco  ogarnęło  go  falą.  Skłoniła  głowę  na  jego  ramię,  wciąż  płacząc  i  znów 

otoczyło  ich  milczenie.  Tym  razem  jednak  było  łatwiej.  Nie  czuli  szczęścia  ani  nawet 

zadowolenia, ale było łatwiej. 

Po chwili jej oddech stał się bardziej miarowy i Anakin zorientował się, że usnęła. W 

słabym  pomarańczowym  świetle  gazowego  giganta  nad  ich  głowami  odkrywał  jej  rysy, 

znajome,  a  jednak  inne.  Wydawało  się,  że  w  tej  znanej  od  lat  dziewczęcej  twarzy 

powstawało coś nowego - jak wyłaniające się z ziemi góry, wypychane przez wewnętrzny 

żar planety. Coś, czego nie można powstrzymać, nawet gdyby się chciało. 

Widząc  to,  pragnął  jednocześnie  pozostać  przy  niej  i  uciec  jak  najdalej;  z  pewnym 

zdumieniem zorientował się, że to uczucie trwa już od jakiegoś czasu. 

Od  dziecka  byli  najlepszymi  przyjaciółmi.  Tyle  tylko,  że  oboje  przestali  już  być 

dziećmi. 

Ramię mu zdrętwiało, ale nie miał odwagi się poruszyć, żeby jej nie zbudzić. 

Anakin obudził Tahiri godzinę po zachodzie pomarańczowej planety. Słońce jeszcze 

nie wstało. 

-  Już czas - szepnął. 

background image

-  To  dobrze  -  wymamrotała.  -  Zaczyna  się  robić  ciasno.  Przesunęła  się  w  bok  i 

przykucnęła. 

-  Nadal wszystko w porządku? 

-  Nic nie słyszałem ani nie czułem. Jesteś gotowa? 

-  Jak rakieta, herosie. 

Ostrożnie  wspięli  się  na  brzeg  rozpadliny  i  zanurzyli  w  dżunglę.  Ostry  zapach 

zgniecionych  niebieskich  liści  krzewów  dowodził,  że  obszar  ten  został  dokładnie 

przeszukany.  Teraz  jednak  panowała  cisza.  Bez  przeszkód  dotarli  do  miejsca  lądowania 

statków. 

-  Ten mi pasuje - szepnął Anakin, wskazując na lekki transporter stojący w pewnym 

oddaleniu od reszty. - Chyba nie będę miał problemu z jego uruchomieniem, no i zmieści 

się w otworze. 

-  Ty jesteś kapitanem, kapitanie. 

Anakin przyjrzał się statkowi jeszcze raz i ostrożnie ruszył w jego kierunku. Strażnik 

stojący o kilkaset metrów dalej spojrzał w ich stronę, ale wystarczyła tylko lekka sugestia, 

aby Anakin i Tahiri zmienili się dla niego w grę cieni i świateł. 

Przed statkiem także natknęli się na strażnika siedzącego na otwartej rampie. Na ich 

widok natychmiast zerwał się na nogi. 

-  Jesteś potrzebny po drugiej stronie świątyni - poinformował go Anakin, robiąc przy 

tym lekki ruch dłonią. 

Osobnik zastanawiał się przez chwilę, drapiąc się po podbródku. 

-  Chyba jestem potrzebny gdzie indziej - zgodził się. - No to idę. 

-  Do zobaczenia - szepnął Anakin, gdy strażnik zaczął się szybko oddalać. 

-  Co  do.  .  .  -  usłyszeli  i  zza  rogu  wychynęła  twarz  młodego  człowieka.  Wyglądał, 

jakby dopiero się obudził. Kiedy zobaczył Anakina i Tahiri, wytrzeszczył oczy i sięgnął po 

miotacz,  ale  znieruchomiał,  gdy  usłyszał  syk  włączanego  miecza  świetlnego;  jarzący  się 

czubek purpurowej klingi znajdował się dokładnie na wysokości jego oka. 

-  Spoko jnie - zaproponował Anakin. 

background image

-  Hej  -  wykrztusił  obcy.  -  Ja  zawsze  jestem  spokojny.  Spytaj,  kogo  chcesz.  Czy 

mógłbyś. . . eee, zabrać to trochę dalej od mojej twarzy? 

-  Masz tu gdzieś kajdanki? 

-  Może. 

Anakin wzruszył ramionami. 

-  Mogę obciąć ci łapy i efekt będzie mniej więcej ten sam. 

-  Tam, w szafce - mężczyzna szybko wskazał kierunek. 

-  Weź je, Tahiri. Jak się nazywasz? 

-  Remis. Remis Vehn. 

-  Jesteś pilotem tego statku? 

-  Jasne. 

-  Sąjakieś  niespodzianki,  o  których  powinienem  wiedzieć,  zanim  polecę?  Vehn 

skrzywił się, gdy Tahiri wykręciła mu ramiona do tyłu i założyła 

kajdanki. 

-  Nic sobie na razie nie przypominam - mruknął. 

  

 

-  Doskonale. I tak zostaniesz na pokładzie. Gdyby ci się coś przypomniało, to się nie 

krępuj. 

Anakin  wyłączył  miecz  i  podszedł  do  tablicy  kontrolnej.  Uważnie  przyjrzał  się 

przyrządom.  Nie  różniły  się  zbytnio  od  przyrządów  na  pokładzie  „  Sokoła  Milleniu", 

statku jego ojca. 

Vehn odchrząknął. 

-  Właśnie  sobie  przypomniałem.  Zanim  uruchomisz  podnośnik  repulso-rowy, 

musisz podać kod dostępu. 

-  Doprawdy? A jeśli tego nie zrobię? 

-  To nastąpi zwarcie w sieci. 

 

background image

-  Miło,  że  sobie  przypomniałeś  -  sucho  zauważył  chłopiec.  -  Kod,  proszą.  Vehn 

recytował kod, a Anakin wstukiwał go do pamięci. Po chwili młody 

Jedi odwrócił się w kierunku strażnika. 

-  Pozwól, że coś ci wyjaśnię - przemówił łagodnie. - Jestem Anakin Solo, a to moja 

przyjaciółka  Tahiri  Veila.  Jesteśmy  rycerzami  Jedi,  należymy  do  tych  ludzi,  których 

zamierzaliście wydać Yuuzhanom Vong. 

Jeśli  skłamiesz  albo  spróbujesz  coś  przed  nami  zataić,  dowiemy  się  o  tym  od  razu. 

Jedynym  niepewnym  czynnikiem  jest  zakres,  w  jakim  będzie  my  musieli  cię  uszkodzić, 

żeby osiągnąć cel. 

Vehn prychnął wzgardliwie. 

-  Mieli  rację.  Wy,  Jedi,  i  wasze  szczytne  ideały  to  tylko  mydlenie  oczu.  Anakin 

obrzucił go miażdżącym spojrzeniem. 

-  Następnym razem, kiedy będę próbował przejąć dzieci przeznaczone na ofiary dla 

Yuuzhan,  najpierw  pogadam  sobie  z  tobą  na  temat  „szczytnych  ideałó".  Do  tego  czasu 

jednak  albo  przynajmniej  do  chwili,  kiedy  będziesz  miał  do  powiedzenia  coś 

pożytecznego, radzę ci trzymać gębę zamkniętą na kłódkę. 

Odwrócił się w kierunku pulpitu. 

-  Trzymaj się, Tahiri. Może trochę trząść, zanim nabiorę wprawy. 

I uważaj na Vehna. Jeśli poczujesz, że coś jest nie tak, wyciągnij to z niego. 

-  Tak, sir. . . kapitanie Solo. 

Anakin  uruchomił  podnośniki  repulsorowe  i  statek  zaczął  się  wznosić.  Zanim 

zatrzasnął rampę, usłyszał jeszcze dochodzące z zewnątrz krzyki. 

-  Wywołaj mistrza Ikrita - polecił Tahiri. - Użyj Mocy, żeby wiedział, że już lecimy. 

I że musimy się spieszyć, dodał w duchu. 

ROZDZIAŁ 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

Talon  Karrde  splótł  dłonie  pod  kamizelką  i  bladoniebieskimi  oczami  obserwował 

scenę na ekranie mostku „Szalonego Karrde"'. 

-  Doskonale,  Shado  -  odezwał  się  pod  adresem  pięknej  kobiety  siedzącej  po  jego 

prawicy. - Coś mi się zdaje, że nasza funkcja niańki stała się nagle... bardziej interesująca 

niż się spodziewaliśmy. 

-  Też mi się tak zdaje - odparła Shada D'ukal. - Czujniki pokazują co najmniej siedem 

statków na orbicie wokół Yavina Cztery i kolejne sześć na powierzchni. 

-  I żaden nie należy do Yuuzhan, jak sądzę. 

-  Nie. Zbieranina, ale mogę się założyć, że to Brygada Pokoju. 

-  Hazard  to  głupia  zabawa  -  zauważył  Karrde.  -  Muszę  mieć  pewność.  I  chcę 

wiedzieć,  co  oni  tam  robią  -  postukał  palcami  w  podłokietnik.  -  Wiem,  że  powinniśmy 

byli znaleźć jakiś sposób, żeby wylecieć wcześniej. Skywalker miał rację. 

Westchnął i pochylił się do przodu, studiując czujniki dalekiego zasięgu. 

-  Coś się tam dzieje na powierzchni, jakaś strzelanina, mam rację, H'sishi? 

-  Na to wygląda - miauknęła Togorianka. 

-  Solusar? - zadumał się Karrde. - Może. Za ile możemy tam być? 

-  Jest ich znacznie więcej - zauważyła Shada. - Powinniśmy wezwać resztę statków, 

zanim podejmiemy jakiekolwiek kroki. 

-  Na pewno trzeba ich wezwać, ale nie możemy na nich czekać. 

Ktoś tam w dole walczy o życie, prawdopodobnie któryś z ludzi, których obiecałem 

Skywalkerowi  bronić.  Co  więcej,  statki  wciąż  jeszcze  pozostają  na  powierzchni,  z  czego 

należy  wnioskować,  że  nie  dostali  tego,  po  co  przyjechali,  a  więc  dzieci  Jedi.  Jeśli 

background image

będziemy czekać, aż je wezmą na pokład i wylecą w przestrzeń, znacznie trudniej będzie 

je uratować. 

-  Wiem  o  tym  -  zgodziła  się  Shada.  -  Ale  wszystko  stanie  się  jeszcze  bardziej 

skomplikowane, jeśli wysadzą nas w powietrze. 

Karrde roześmiał się. 

-  Shado, kiedy wreszcie nauczysz się ufać moim instynktom? Czy kiedyś pozwoliłem 

cię zabić? 

-  Chyba nigdy. Tak mi się zdaje. 

Karrde wskazał na Yavin Cztery w chwili, gdy ciemny dysk czarną plamą odcinał się 

na większym, pomarańczowym kręgu gwiazdy. 

-  No więc chcę się tam znaleźć, i to już. Dankin, utrzymuj pełną powłokę, ale daj mi 

znać, kiedy nas zobaczą. 

-  Oczywiście, sir. 

Moment ten nastąpił w godzinę później, kiedy prawie siedzieli na ogonie najbliższego 

z orbitujących statków. 

-  Chcą nawiązać łączność, sir - odezwał się Dankin. - I aktywizują układy obronne. 

-  Daj mi ich. 

W chwilę później na ekranie holograficznym komunikatora pojawił się mężczyzna o 

prymitywnych rysach i rzadkich, siwiejących włosach. 

-  Transporter. Podaj swoje dane - wyrąbał twardo. 

-  Nazywam się Talon Karrde, sir. Może pan o mnie słyszał. Oczy tamtego zwęziły się 

czujnie. 

-  Słyszałem o panu, kapitanie Karrde. Trochę to nieuprzejmie skradać się tak od tyłu. 

I niebezpiecznie. 

-  Równie  nieuprzejmie  jest  usłyszeć  nazwisko  rozmówcy  i  nie  przedstawić  się  - 

odparował Karrde. 

Twarz siwego skrzywiła się w irytacji. 

-  Proszę nie przeciągać struny, kapitanie Karrde. Może mnie pan nazywać kapitanem 

Imsatadem. Czego pan chce? 

background image

Karrde zaszczycił Imsatada bladym uśmieszkiem. 

-  Miałem właśnie zapytać pana o to samo 

-  Obawiam się, że nie bardzo rozumiem - odparł Imsatad. 

-  Wydaje się, że macie jakieś kłopoty. Oferuję pomoc. 

-  Nie potrzebujemy pomocy, zapewniam pana. A szczerze mówiąc, kapitanie Karrde, 

nie wierzę panu. Pamiętam pana jako szmuglera, pirata i zdrajcę Imperium. 

-  No  to  może  pamięta  pan  też,  co  się  stało  z  tymi,  którzy  nie  traktowali  mnie  z 

należnym szacunkiem - lodowatym tonem oznajmił Karrde. 

-  Ja też będę szczery, zwłaszcza w sytuacji, kiedy nie mogę liczyć na cywilizowaną 

rozmowę. . . Jestem tutaj bez wątpienia w tym samym celu co pan. . . Aby zgarnąć nagrodę 

za tych młodych Jedi na dole. 

-  Nie wiem, o czym pan mówi. 

Karrde pochylił się w kierunku ekranu, a oczy zabłysły mu niebezpiecznie. 

-  Kłamie pan, kapitanie, i to niezbyt umiejętnie. Nie widzę powodu, żeby bawić się 

w szarady. 

-  Mam nadzieję, że pan zauważył, iż jest was znacznie mniej. 

-  A  ja  mam  nadzieję,  że  pan  zauważył,  iż  udało  mi  się  złożyć  wam  wizytę, 

powiedzmy, w bardzo dyskretny sposób. Czy naprawdę myśli pan, że mamy tu tylko jeden 

statek? 

Imsatad  zmierzył  go  ponurym  spojrzeniem  i  przeciął  łączność  wizyjną.  Karrde 

cierpliwie czekał. Po kilku minutach obraz powrócił. 

-  To nie wasz interes - odezwał się Imsatad. 

-  Zysk zawsze jest moim interesem. 

-  Tu nie będzie zysku, a nawet gdyby, to już się pan spóźnił. 

-  O, nie sądzę. Dlaczego wasze statki wciąż są na powierzchni? 

Dlaczego moje czujniki wykazują szeroko zakrojone poszukiwania? 

Zdaje  się,  że  zdobycz  wymyka  się  panu  z  rąk,  kapitanie.  -  Karrde  uśmiechnął  się  i 

rozparł w fotelu. - Proszę rozważyć moją ofertę pomocy. Nie żądam wiele w zamian, ale 

jeśli pan wzgardzi moją uprzejmością, mogę się okazać nieprzyjemny. 

background image

-  To brzmi jak groźba. Karrde rozłożył ręce. 

-  Proszę to rozumieć, jak pan chce. Będziemy rozmawiać dalej czy nie? 

-  Mówi pan, że niewiele żąda w zamian. Co to ma znaczyć? 

-  Kilka ciepłych słów do uszu Yuuzhan Vong. Rodzaj. . . wprowadzenia. Widzi pan, 

kapitanie, już przed kilku laty wycofałem się z mojej ukochanej profesji. Teraz jednak są 

ciekawe czasy, właśnie takie, jakie lubią ludzie mojego pokroju, jeśli wie pan, co mam na 

myśli. Chciałbym przerwać swoją emeryturę. 

-  Mów dalej. 

Karrde w zadumie pogładził wąsa. 

  

 

-  Yuuzhanie Vong obiecali zawieszenie broni, jeśli dostarczy im się Je-di. Chciałem 

wynegocjować przelot przez przestrzeń Yuuzhan Vong, kiedy zostaną ustalone jej granice. 

-  A dlaczego mieliby pozwolić szmuglerowi korzystać ze swojej przestrzeni? 

-  Mogą potrzebować tego i owego. A ja mogę im to dostarczyć. 

A jeśli nie, na pewno im nie zaszkodzę. Wszyskie moje działania będą skierowane na 

niedobitki  Nowej  Republiki.  Niedobitki  te  są  jednak  często  rozdzielone  systemami 

zajętymi przez Yuuzhan Vong. Szczerze mówiąc, koszty objazdu byłyby zbyt wysokie. 

Imsatad skinął głową i przez twarz przebiegł mu grymas odrazy. 

-  Rozumiem. Wie pan, że nie mogę niczego obiecać? 

 

-  Proszę tylko, aby wspomniał pan o mojej pomocy w tej sprawie. Tyle może mi pan 

zapewnić. 

-  Mogę - zgodził się Imsatad. . . - A pan. . . co właściwie może mi pan zaoferować? 

-  Lepsze czujniki od waszych, to raz. Szczegółową znajomość Yavina Cztery, której 

wy,  jak  sądzę,  nie  posiadacie.  Załogę,  która  znakomicie  potrafi  znajdować  różne  rzeczy. 

Pewne szczególne środki obrony przed 

Jedi. . . i sposób, żeby ich znaleźć. 

Imsatad zesztywniał i zniżył głos niemal do szeptu. 

background image

-  Byłem z Thrawnem w Waylandzie. Ty wciąż. . . 

-  Ach, widzę, że wie pan, o co chodzi. 

-  Wiem, że go zdradziłeś. Karrde wzniósł oczy. 

-  Co  za  nuda.  Doskonale,  kapitanie.  Jeśli  nie  życzy  pan  sobie  moich  usług,  są  inni, 

którzy na to pójdą. 

-  Zaczekaj!  -  Imsatad  zagryzł  dolną  wargę.  -  Muszę  to  skonsultować  z  moimi 

oficerami. 

-  Zaczekam chwilę - oznajmił Karrde, unosząc palec w górę.  - Ale proszę mnie nie 

znudzić. 

Przerwał połączenie. 

ROZDZIAŁ 

-  Ty  hutyjska  łajzo!  -  wrzasnął  Remis  Vehn,  gdy  transporter  przeorał  ścianę 

rozpadliny. - Uważaj na mój statek! 

-  Stery ma ją za duży luz - poskarżył się Anakin. 

-  Nie, to ty gnasz jak Twi'lek na haju - warknął Vehn. 

-  Spokó j - syknęła Tahiri. - Albo zaszyję ci dziób. 

Vehn wrzasnął znowu przy następnym otarciu o kamień. Luzu było znacznie mniej, 

niż z początku sądził Anakin. 

Pomimo to w chwilę później osiedli na parującej wodzie podwodnego jeziora. Anakin 

opuścił rampę i wkrótce mistrz Ikrit oraz dwoje młodych Jedi znaleźli się na pokładzie. 

-  Przypiąć  się!  -  polecił  Anakin.  Uruchomił  silniki  i  wkrótce  znów  wznosili  się  ku 

górze. 

Nagle cały statek zadygotał i odgłos rozdzieranej stali ogłuszył pasażerów. 

-  Rampa,  ty  bezmózgowcu!  -  rozdarł  się  Vehn.  -  Nie  podniosłeś  rampy!  Anakin 

poniewczasie przycisnął odpowiedni guzik, ale w nagrodę usłyszał 

tylko przeraźliwy zgrzyt. 

-  Pięknie - wymamrotał. 

-  Anakinie - szepnęła Tahiri - Chyba mamy problem. 

background image

-  Poradzimy  sobie  nawet  z  opuszczoną  rampą.  Potem  się  zastanowimy,  co  z  tym 

zrobić. 

-  Nie  o  to  mi  chodziło  -  pokazała  palcem  na  kokpit.  Coś  wielkiego  i  ciemnego 

przesłaniało światło poranka. 

-  Sithowe nasienie! Nasunęli na otwór jeden z większych frachtowców. 

-  Leć dalej - mruknął mistrz Ikrit. 

-  Ale. . . 

 

-  Leć dalej. - Drobniutki mistrz przycupnął na podłodze z zamkniętymi oczami. Jego 

głos brzmiał jak spokojny pomruk, ale Anakin poczuł potężne drżenie w Mocy. 

-  Powinieneś się przypiąć, mistrzu. 

-  Nie ma czasu. Anakin skinął głową. 

-  Jak sobie życzysz, mistrzu Ikricie. - Otworzył przepustnicę. 

Z brzękiem, iskrzeniem i dygotem ruszyli pełną parą wprost w brzuch wroga. 

-  On  go  odpycha  w  górę  -  jęknęła  z  podziwem  Tahiri.  -  Mistrz  Ikrit  wypycha 

frachtowiec do góry. . . 

I rzeczywiście, kiedy wynurzyli się z otworu, frachtowiec nie spoczywał już na jego 

brzegach, lecz wisiał jakieś osiemdziesiąt metrów nad ziemią. Silniki manewrowe grzały 

się, pchając go w dół, ale bez rezultatu. Anakin rozejrzał się błyskawicznie. Inne statki i 

ich  załogi  otoczyły  otwór  ze  wszystkich  stron  z  wyjątkiem  jednej,  więc  rzucił  się  w 

kierunku wylotu, wprost pod brutalny, zmasowany atak. 

-  Mój statek -  zawył Vehn, gdy pokład przechylił się pod dziwnym kątem. Anakin 

bez zmrużenia oka wyrwał do przodu i przebił się przez burzę niemal w tej samej chwili, 

gdy dwa pozostałe statki znalazły się na pozycji zamykającej pułapkę. 

-  Pomóżcie mistrzowi Ikritowi - polecił kandydatom Jedi. - Popchnijcie frachtowiec 

jeszcze wyżej. 

-  Mistrz Ikrit odszedł, Anakinie - odezwał się Valin. - Wyskoczył na zewnątrz. . . 

-  Co takiego? 

-  Tam jest! - wrzasnęła Tahiri, pokazując palcem w dół. 

background image

Ikrit był tam istotnie. Kierował się w stronę statków tworzących blokadę, korwety i 

lekkiego frachtowca. W miarę jak się zbliżał, statki rozstępowały się niczym rozepchnięte 

ogromnymi dłońmi. 

-  Nie wierzę - jęknął Anakin. Ale i tak wystrzelił przed siebie, kierując się wprost w 

szczelinę utworzoną przez mistrza Jedi. Promienie laserów i strzały z miotaczy ze świstem 

i  sykiem  cięły  powietrze  wokół  nich,  ale  każdy  strzał,  który  mógłby  trafić  Ikrita  lub 

statek, zostawał odchylony, chybiając ledwie 

0  centymetry. Malutki Jedi wciąż spokojnie szedł przed siebie. 

Byli już niemal wolni i przelatywali tuż nad Ikritem. 

-  Nie wytrzyma tak długo - zmartwił się Anakin. - Tahiri, użyj Mocy. Przechwyć go, 

kiedy będziemy przelatywać. 

-  Nie ma sprawy - odpowiedziała. Jej pewność brzmiała jednak cokolwiek fałszywie. 

Anakin wyczuwał w jej głosie drżenie. 

Właśnie wtedy pierwszy strzał wyminął blokadę i trafił mistrza Ikrita. Anakin poczuł 

to poprzez Moc jak ukłucie jasności. Nie ból, nie lęk, nie wyrzuty, tylko. . . zrozumienie. 

Jeszcze  dwa  strzały,  jeden  po  drugim,  i  ich  statek  znów  zatrząsł  się  pod  naporem 

ognia. Z rozpaczliwym szlochem Anakin poderwał statek przez wyrwę 

1  obrócił go. Tahiri z nieartykułowanym warknięciem skoczyła przez otwarty właz, 

wymachując jarzącym się mieczem i popędziła w kierunku leżącego mistrza. 

-  Nieee! - zawył Anakin. Przesunął działa dziobowe, jedyne, nad którymi miał pełną 

kontrolę,  biorąc  na  cel  statki  odgradzające  go  od  Tahiri  i  mistrza.  Otworzył  ogień  - 

odpowiedziały  mu  tym  samym.  Widział  przez  ułamek  sekundy  Tahiri  z  bezwładnym 

ciałem  mistrza  w  ramionach,  jak  kierowała  się  w  jego  stronę.  Jego  wzrok  -  cóż  za 

absurdalna sytuacja - przyciągnęły jej nagie stopy, bielejące na tle ciemnej ziemi. 

Transporter  zawrócił  w  miejscu  pod  blokadą  i  nagle  wszystkie  światła  na  pokładzie 

zgasły.  Anakin  zaklął  i  gorączkowo  próbował  przywrócić  zasilanie.  W  chwilę  potem 

wszystkie systemy zamruczały, budząc się do życia. Tarcze zniknęły. 

-  Valin, Sannah, wszystko jedno, które z was! - krzyknął. - Na wieżyczkę lasera! I to 

już! 

background image

Zrobił  jedyną  rzecz,  jaką  mógł.  Za  kilka  sekund  zostaną  usmażeni.  Jeśli  istniała 

jakakolwiek szansa, żeby wziąć Tahiri z powrotem na pokład, musiał działać planowo. 

Obrócił się  znowu  statek  i  włączył  silniki  odrzutowe,  przeskakując  nad  pozostałymi 

jednostkami  i  ostrzeliwując  je  po  drodze.  Był  całkowicie  pochłonięty  lotem;  rozciągał 

zmysły  w  Mocy  do  granic  możliwości,  umykając  przed  promieniami  laserów,  zanim 

jeszcze zostały wystrzelone, wyczuwając najsłabsze punkty, w których mógłby ulokować 

własne serie strzałów, wirując i tańcząc nad głowami nieprzyjaciół. 

Statki pognały w ślad za nim. Walczył, żeby nabrać wysokości, przez cały czas zdając 

sobie sprawę, że Tahiri jest coraz dalej i dalej od niego, Wciąż ją czuł. Wciąż żyła. 

Mistrz  Ikrit  nie  miał  tyle  szczęścia.  Anakin  czuł,  jak  życie  uchodzi  ze  starego  Jedi, 

czuł, że przepływa obok niego jak łagodny wiatr. 

Jestem  z  ciebie  dumny,  Anakinie  -  zdawał  się  mówić  mistrz.  -  Pamiętaj.  .  .  razem 

jesteście silniejsi niż suma waszych części. Kocham was. Żegnajcie. 

Zaciskając zęby, Anakin zdławił łzy. Będziesz płakał później, pomyślał. Teraz musisz 

widzieć, co robisz. . . 

Jeden  z  silników  krztusił  się.  Nie  mógł  temu  zaradzić,  nie  tu,  nie  teraz.  Z 

przekleństwem,  które  dziwnie  przypominało  szloch,  przewrócił  statek  na  bok  i  ślizgiem 

przeleciał  pomiędzy  dwoma  statkami,  które  zderzyły  się  ze  sobą  w  moment  później. 

Anakin wystrzelił w kierunku górnych warstw atmosfery. 

Obecność Tahiri znikała, pozostawała w tyle. 

Jak Chewie. Tak samo jak Chewie. 

Szarpnięciem wykonał zwrot w tył, skierował się na najbliższy statek, korwetę, i dał 

pełną moc. 

-  Co do. . . - jęknął Vehn. - Zabijesz nas! 

Anakin wystrzelił. Tamten statek wciąż leciał. Spokojnie, równo. . . 

Anakin  poderwał  dziób  leciutko  jak  piórko,  odbijając  się  od  pancerza  tamtego  jak 

mocno rzucony kamień od powierzchni wód jeziora. Szarpnęło nimi gwałtownie, rozległ 

się przeraźliwy wizg dartego metalu. 

background image

Zderzenie  rzuciło  korwetą  o  ziemię,  niedaleko,  ale  wystarczyło,  aby  dziobem  wbiła 

się w Wielką Świątynię. Silniki rozkwitły orchideą płomieni. 

Ułamek sekundy potem turbolasery z wieżyczki przemówiły - to Sannah dobrała się 

do broni. Anakin wprowadził statek w pionową świecę, walcząc o każdy metr odległości, 

choć z każdym przebytym metrem serce rozdzierało mu się coraz boleśniej. 

-  Ja wrócę, Tahiri - szepnął. - Przysięgam ci, wrócę. 

-  Mistrz Ikrit - szepnęła. 

-  Wiem - odparł Kam, gładząc jej srebrzyste włosy. - Wiedział od samego początku. 

Stali  tak  przez  kilka  drogocennych  sekund,  wzajemnie  czerpiąc  z  siebie  siłę  i 

pociechę. Wreszcie to Tionna odsunęła się pierwsza. 

-  Dzieci nas potrzebują - powiedziała. - Teraz jesteśmy dla nich wszystkim. 

-  Nie - odparł Kam. - Anakin wciąż tam jest. 

Kam  Solusar  jęknął  i  oparł  się  o  wilgotną  kamienną  ścianę  jaskini.  Stojąca  obok 

Tionna stłumiła krzyk przerażenia. Niektóre z dzieci, te bardziej 

  

wrażliwe, zaczęły płakać. Pewnie nie wiedziały nawet, dlaczego właściwie płaczą. 

Kam długo macał w ciemności, aż trafił na Tionnę i chwycił ją w ramiona. Czuł słone 

łzy na jej policzkach, wyczuwał rozdarcie w jej duszy. 

Tionna  odczuwała  wszystko  tak  silnie,  tak  głęboko.  Nie  obawiała  się  bólu,  jaki 

mogłaby  jej  sprawić  taka  wrażliwość.  Była  to  jedna  z  tych  cech,  które  kochał  w  niej 

najbardziej. Podczas, gdy on odgradzał się od wszechświata pancerzem, ona przyjmowała 

go w siebie i oddawała - lepszy i doskonalszy. Jej rana zagoi się z czasem, zrodzi się z niej 

pieśń. Inni sądzili, że jest słaba, ponieważ jej Moc nie była zbyt wielka. 

Kam wiedział co innego. W ostatecznym rozrachunku to ona była silniejsza od niego. 

  

ROZDZIAŁ 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Talon  Karrde  był  zakładnikiem,  ale  nie  powinien  o  tym  wiedzieć.  Imsatad 

prawdopodobnie uważał się za dość sprytnego, by wmanewrować Karrde'a w dołączenie 

do  poszukiwań  na  powierzchni  księżyca.  Uważał  też,  że  jest  wystarczająco  cwany, 

zapewniając, że ma pięć razy więcej ludzi niż Karrde. 

A Karrde pozwolił mu zachować te słodkie złudzenia. 

-  Tam  już  szukaliśmy  -  odezwał  się  piskliwym  głosikiem  Maber  Yeff,  przywódca 

uczestników grupy reprezentujących Brygadę Pokoju. 

Machnął ręką w stronę gęsto porośniętych winoroślą ruin. 

-  Na pewno szukaliście - odparł Karrde. - Ale nie z vornskrami. 

Yeff  odwrócił  bladą  twarz  o  ostrych  rysach  w  kierunku  długonogich  stworzeń 

podskakujących na czele grupy. 

-  Skąd wiesz, że nie czują tylko wompów albo innych stworzeń? 

-  Gdyby  umiały  to  robić,  byłyby  bezcenne  -  odparł  Karrde.  -  Ponieważ  jednak 

szczury  womp  nie  występują  na  Yavinie  Cztery,  musiały  by  mieć  nosy  na  nadświetlną, 

żeby je wyczuć aż na Tatooine. 

-  Wiesz, co chciałem powiedzieć. 

-  Vornskry  wyczuwają  Moc,  a  zwłaszcza  istoty,  które  jej  używają.  Najlepiej  nadają 

się do polowań na Jedi. 

-  Tak? A skąd mogę je wziąć? Bardzo by się przydały w naszej profesji. 

background image

-  Niestety,  mam  jedyne  oswojone  egzemplarze,  jakie  żyją.  Zapewniam  cię,  nie 

chciałbyś spotkać dzikiego vornskra na wolności. 

-  Cóż, mamy jeszcze do odłowienia całą masę Jedi, co przy możliwościach, jakie mają 

dzięki Mocy. . . a jeśli te istoty robią to, co mówisz. . . 

-  Patrz  tylko  -  rzucił  Karrde.  Bestie  nadstawiły  uszu  i  zaczęły  dyszeć,  rwąc  się  do 

biegu. Jak strzały pomknęły przez zrujnowaną bramę. 

-  Przecież tam już szukaliśmy - powtórzył Yeff. 

-  Jak sądzisz, ilu Jedi może się tam ukrywać? Według moich informacji, co najmniej 

dwoje dorosłych i około trzydzieściorga dzieci. Uważasz, że ich zobaczysz, jeśli nie zechcą 

być zauważeni? Że będziesz pamiętał, że ich widziałeś? 

-  Czy oni naprawdę mogą to zrobić? 

-  Mogą, mogą. 

-  Tak mówił kapitan Imsatad. Powiedział też, że ty potrafisz sobie z nimi poradzić. 

Karrde uśmiechnął się blado. 

-  Istotnie.  Jest  takie  stworzenie,  pochodzące  z  tej  samej  planety  covorn-skry. 

Wytwarza bąbel odpychający Moc. 

-  Aha, twoja ślicznotka niesie chyba właśnie coś takiego w tej zakrytej klatce. 

Kątem  oka  Karrde  zauważył,  że  brwi  Shady  zmarszczyły  się  niebezpiecznie,  ale  nie 

wypadła z roli. 

-  Właśnie. Moja słodka Sleena jest równie delikatna jak one. Rozumie ich potrzeby. 

-  Rozumiem - Yeff obdarzył „Sleenę" obleśnym uśmieszkiem. - Mogę je zobaczyć? 

-  Słońce im szkodzi i łatwo je zdenerwować. Jeśli chcesz, pokażę ci je po polowaniu. 

Tymczasem proponuję, żeby twoi ludzie przygotowali broń. Dzieci nie powinny stawiać 

specjalnego oporu, ale dorośli są niewiarygodnie odważni. . . nawet bez mocy Jedi. 

Ruszyli za vornskrami w ruiny, przez rozsypujące się galerie, przepełnione korzenną 

wonią błękitnolistnego bluszczu i robaczywym, słodkawym zapachem gnijącego drewna. 

Z początku światło było słabe, ale wystarczające; przenikało szczeliny w ścianach i dachu, 

rozpraszane przez mgłę, liście i włochaty, mszysty porost. Jednak gdy posuwali się dalej, 

background image

robiło  się  coraz  ciemniej.  Wreszcie  dotarli  do  pomieszczenia,  z  którego  schody  wiodły 

stromo w dół, w głąb skalistych fundamentów. 

Karrde wyciągnął miotacz i dał znak Shadzie, którą miał z prawej strony. Większość z 

pozostałych także zdążyła już wyciągnąć broń. 

-  Idziemy za tobą - zaproponował Karrde. 

-  Zwierzaki są twoje - odparł Yeff. - Ty pójdziesz pierwszy. 

-  Jak chcesz. 

Tunel  powiódł  ich  w  dół,  poprzez  wieki  wykute  w  kamieniu,  zaklęte  w  rysunkach 

obcych  istot  i  dziwnych  napisach.  Wreszcie  znaleźli  się  w  obszernej  jaskini.  Vornskry 

stanęły i warcząc groźnie, wpatrywały się w mrok. 

-  Siad  -  polecił  Karrde,  czując,  jak  unoszą  mu  się  krótkie  włoski  na  karku.  Czy 

zobaczył jakiś ruch, cień twarzy, czy może mu się wydawało? Od odpowiedzi zależało jego 

własne życie. 

Spojrzał jeszcze raz na vornskry, na sposób, w jaki poruszają uszami. Wyglądały tak, 

jakby ktoś przeszedł właśnie obok nich. Bardzo blisko. 

-  Gdzie one są? Nic nie widzę. - Yeff zatoczył krąg lampą. 

-  Nic dziwnego - odparł Karrde. - Ja też nic nie widzę. Podniósł miotacz i ogłuszył 

przedstawiciela Brygady Pokoju. 

Zanim  otworzyli  ogień,  udało  mu  się  jeszcze  jednego  przygwoździć  do  ściany,  a 

potem  już  sam  dał  nura  między skały.  Członkowie  grupy,  Halm  i  Ferson,  którzy czekali 

tylko  na  jego  sygnał,  zrobili  to  samo.  Shada  z  kolei  wirowała  wśród  wrogów  w  takim 

tempie,  że  trudno  było  umiejscowić  jej  sylwetkę.  Szkoda,  że  Yeff  został  ogłuszony 

wcześniej, inaczej nauczyłby się podziwiać „ślicznotkę" z całkiem innej strony. 

Skoro  wziął  ze  sobą  tylko  trzech  członków  załogi,  musiał  nie  zdawać  sobie  sprawy, 

jak dobra jest Shada. Skąd zresztą miałby wiedzieć? Teraz jednak było już za późno. 

Powietrze pulsowało energią, jaskinia zadygotała równomiernymi detonacjami. 

Jeśli Korrd dobrze policzył, teraz było już tylko czworo przeciwko piętnastu. 

background image

Usłyszał krzyk Halma i z żalem skorygował rachunek: troje na piętnastu. Wyjął drugi 

miotacz  i  wyskoczył  w  górę,  strzelając  jednocześnie  z  obu.  Rzucił  się  w  poszukiwaniu 

lepszej osłony. 

-  Chodźcie tu, chodźcie! - zawołał. - Wiem, że tam jesteście! Pozdrowienia ze ślubu 

Luke'a i Mary! 

Zbłąkany promień przysmażył mu ramię. Karrde potknął się na nierównym podłożu. 

Chyba robię się na to za stary, pomyślał i przetoczył się na plecy. Bez osłony wytrzyma 

najwyżej  kilka  sekund;  może  wystarczy,  żeby  zabić  jeszcze  ze  dwóch.  Shada  pewnie  da 

radę  zabić  wszystkich  pozostałych,  ale  galaktyce  ubędzie  jeden  Talon  Karrde,  co  byłoby 

okropną tragedią. 

Z  ponurą  miną  podniósł  miotacze  i  zaczął  strzelać  nisko  nad  ziemią.  Mrok 

rozświetliły kolejne promienie. 

Nagle nad jego głową rozgorzała smuga energii, rysując w powietrzu skomplikowane 

hieroglify. Promienie, które miały zakończyć świetlaną karierę Ta-lona Karrde'a, odleciały 

w odwrotnym kierunku. 

Karrde zamrugał, usiłując rozpoznać stojącego nad nim mężczyznę. 

-  Miło, że cię widzę, Solusar. Coś cię chyba zatrzymało. 

Znów otworzył ogień do przeciwników, jednocześnie dźwigając się na nogi. Solusar 

był teraz jego osłoną; odbijał skierowane ku nim strzały z przerażającą precyzją Jedi. 

Po drugiej stronie pieczary ożył nagle jaskrawy promień drugiego miecza. To pewnie 

Tionna. 

Teraz  Karrde  naliczył  po  swojej  stronie  pięciu  ludzi,  a  wrogów  szacował  na  mniej 

więcej dziesięciu. 

Dopiero kiedy z grupy Brygady Pokoju pozostało tylko trzech, zdecydowali się uciec 

z powrotem w korytarz. 

-  Nie możemy ich wypuścić - sprzeciwił się Karrde. 

-  Daleko nie zajdą - odparła mroczna postać obok niego i znikła. Gdzieś za plecami, 

w głębi jaskini, Karrde usłyszał głosy dzieci. 

background image

Kam  Solusar  wrócił  po  chwili.  W  półmroku  ledwie  rozświetlonym  blaskiem  lampy 

Karrde z trudem rozróżniał jego bladą, poważną twarz i wysokie czoło. Solusar podszedł 

bliżej i popatrzył przeciągle na Karrde'a. 

-  Masz szczęście, że cię nie posiekałem - warknął. - Sprowadziłeś ich tutaj, gdzie są 

dzieci.  Użyłeś  swoich  vornskrów  przeciwko  nam.  A  co  by  się  stało,  gdyby  zaatakowały 

dzieci? 

Karrde przekrzywił głowę. 

-  Moje  zwierzątka  są  bardzo  dobrze  wytresowane.  Atakują  wyłącz  nie  na  mó  j 

rozkaz. Słuchaj, Solusar, jakoś przecież musiałem cię znaleźć. Nie mogłem tego zrobić bez 

towarzystwa tych matołków, a kiedy cię znalazłem, musiałem się ich pozbyć. Sądzili, że 

mam przy sobie isalamiry i że wasza moc Jedi będzie zablokowana. 

-  Ale ich nie przywiozłeś. 

-  To tylko pusta klatka. 

-  I zwróciłeś się przeciwko nim, nie wiedząc, czy tu jesteśmy, czy nie? 

-  Znam  moje  zwierzaki.  Byłem  pewien,  że  tu  jesteście,  a  nie  chciałem  was 

obezwładnić, przynosząc je rzeczywiście. 

-  To duże ryzyko. 

-  Obiecałem Luke'owi Skywalkerowi, że zabiorę jego uczniów z Yavina Cztery. Jeśli 

dotrzymanie słowa wiąże się z ryzykiem, widocznie tak ma być. 

Solusar niecierpliwie skinął głową. 

-  Jasne. Ale skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę? Znam cię, owszem, i wiem, że 

zwykle  znajdowałeś  się  po  właściwej  stronie,  ale  ostatnio  wielu  ludzi  przyłączyło  się  do 

Brygady Pokoju. A ty już nieraz zmieniałeś barwy... 

-  Ty też. Nigdy nie chciałeś przyodziać się w stare piórka? 

Oczy Solusara zwęziły się lekko, ale po chwili pokiwał głową na znak potwierdzenia: 

-  Ufam ci - oznajmił. - Co teraz? 

-  Teraz zabierajmy się stąd, zanim przyślą posiłki. 

background image

Niestety, kapitan Imsatad nie doceniał Karrde'a w znacznie mniejszym stopniu, niż by 

się to mogło wydawać. Zaledwie wychynęli na powierzchnię, okazało się, że las aż roi się 

od ludzi Brygady Pokoju. 

-  Doskonale  -  wymamrotał Kam Solusar, uskakując przed promieniem lasera, który 

wydrążył  w  skale  obok  jego  głowy  dziurę  wielkości  pięści.  -Przedtem  przynajmniej 

byliśmy ukryci. 

Karrde wygładził przód kurtki i niedbale spojrzał na chronometr. 

-  Solusar, to przykre. Nie wierzysz we mnie? 

-  Wiara to ślepa, niekwestionowana pewność. A co ty myślisz? 

-  Myślę, że na twoim miejscu. . . Tionno, dzieci, zasłońcie sobie uszy. Ty też, Solusar 

- polecił głośno Karrde. 

-  Co. . . - zaczął Solusar, kiedy nagle wokół nich rozległ się huk, który brzmiał, jakby 

dłonie wielkości Gwiazdy Śmierci biły gorące brawa. 

Karrde  wyszczerzył  zęby  w  dzikiej  satysfakcji  i  patrzył,  jak  ogień  turbo-laserów 

zmienia dżunglę w płonące piekło. Dobrze jest mieć załogę, której można ufać. Wyszedł z 

ukrycia  i  starannie  celując,  sprzątnął  kilku  członków  Brygady  Pokoju,  którzy  jeszcze 

zwracali  na  nich  uwagę,  następnie  pobiegł  w  kierunku  lądującego  „Szalonego  Karrde"'. 

Zaledwie platforma ładownicza stuknęła o ziemię, Tionna i Kam Solusar zapędzili dzieci 

na pokład. Karr-de i jego ludzie osłaniali ich ogniem. Po kilku chwilach wszyscy znaleźli 

się w środku. 

Karrde  wszedł  na  pokład  ostatni.  Zaledwie  jego  stopy  dotknęły  podłogi, 

zmodyfikowany koreliański transporter okręcił się wokół własnej osi i wystartował świecą 

w  niebo.  Przez  zamykający  się  właz  widać  było,  że  statki  nieprzyjaciela  depczą  im  po 

piętach.  Ale  Karrde  wiedział,  że  będzie  trudno.  Prawie  nie  wierzył  własnym  oczom,  że 

dali radę. 

Oczywiście, nigdy nie powiedziałby tego na głos. 

Nucąc pod nosem, ruszył szybkim, ale spokojnym krokiem w kierunku mostka. 

Zanim tam dotarł, niebo miało już ciemnosiny kolor i z każdą chwilą robiło się coraz 

ciemniejsze. 

background image

-  Cóż, szanowni państwo - rzekł, zajmując swoje miejsce. - Jak wygląda sytuacja? 

H'sishi rzuciła mu spłoszone spojrzenie sponad stanowiska czujników. 

-  Trochę uszkodziliśmy naszych kolesiów na orbicie, ale wciąż wszyscy są w stanie 

latać. A teraz mamy jeszcze statki na powierzchni, którymi trzeba się zająć. 

-  No to się zajmijcie. 

-  Tak jest, sir. 

Statek zadygotał, wewnętrzne systemy kompensacyjne zawyły. 

-  Hej, Opur - krzyknął Karrde do jednego ze swoich ochroniarzy. 

-  Upewnij  się,  że  dzieci  można  gdzieś  bezpiecznie  umieścić.  Nie  chciałbym,  żeby 

tym małym Jedi spadł bodaj włos z głowy! 

-  Tak jest, sir - odparł Opur i wybiegł. 

-  A  teraz...  -  Karrde  przez  chwilę  studiował  ekrany.  -  Chyba  zapędzili  nas  w  kąt, 

mam rację? 

-  Chyba że skoczymy w nadprzestrzeń. . . 

-  Z  tym  wielkim  Yavinem  na  karku?  -  zadumał  się  Karrde.  -  Nie,  dziękuję,  nie 

dzisiaj.  Chyba  raczej  wyłamiemy  parę  prętów  klatki.  -  Postukał  palcem  w  konsolę.  -  O, 

tutaj. 

-  To ich najciężej uzbrojony statek - zauważyła Shada. 

-  Kiedy  rzuca  się  na  ciebie  stado  vornskrów,  zawsze  kop  w  szczękę  największego, 

najbardziej złośliwego. Na pewno zwrócisz na siebie ich uwagę. 

-  Wydaje mi się, że już to zrobiliśmy. 

-  Człowiek nigdy nie ma za wiele dobrego wina, pięknych kobiet i uwagi bliźnich - 

odparł Karrde. - No już, ale nie zamykaj przepustnic. 

-  Nie zdołamy odstrzelić im tarcz, dopóki się do nich nie zbliżymy 

-  mruknęła Shada. 

-  Nie, na pewno nie. Ale z pewnością zobaczymy, kto pierwszy zamruga. - Zamyślił 

się na chwilę. - Przekaż mi stery. 

-  Zdaje się, że mówiłeś coś na temat hazardu. Podobno to głupi zwyczaj  -przycięła 

mu Shada, gdy fregata zaczęła szybko powiększać się na ekranach. 

background image

-  Faktycznie, powiedziałem coś takiego - odparł Karrde. - Ale to nie jest hazard. Na 

mój znak wypuścić torpedy protonowe. Nie strzelać, po prostu je 

  

wypuścić. 

-  Jak pan sobie życzy, sir - odparł lekko zdziwiony artylerzysta. 

-  Próbują złapać nas w promień ściągający - zauważyła Shada. 

-  Tak, proszę bardzo. 

-  Co? 

-  Opuśćcie tarcze. 

Tym  razem  systemy  tłumienia  nie  zdołały  skompensować  całej  energii;  pokład 

zadygotał,  jakby  miał  się  zapaść  pod  ich  stopami.  Promień  ściągający  pochwycił  ich  i 

zatrzymał w miejscu. 

-  Torpedy. Teraz - polecił Karnie. 

-  Torpedy poszły - zameldowała Shada. - Promień ściągający je przechwycił. 

-  Dobrze. A teraz podnieście tarcze. 

-  Sir, oni zaczęli strzelać do torped. 

-  Czy zwolnili promień ściągający? 

-  Tak. 

-  No to zdetonujcie torpedy. Ekrany zbielały, kiedy włączał napęd. 

  

ROZDZIAŁ 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

Anakin zmagał się z grawitacją, ścinając czubki drzew. Skargi Vehna zlały się w jeden 

monotony  jęk.  Valin,  przypięty  pasami  w  fotelu  drugiego  pilota,  wyglądał  na  bardzo 

chorego.  Sannah  wciąż  strzelała  z  turbolasera.  Anakin  czuł  w  niej  frustrację  i  gniew. 

Tahiri była również jej przyjaciółką. 

Wciąż  jest  jej  przyjaciółką.  Tahiri  żyje.  Anakin  czuł  to  z  taką  pewnością,  jak  czuł 

własną skórę. 

Transporter  wyciął  w  lesie  dymiącą  ścieżkę,  którą  Anakin  wreszcie  od  biedy  mógł 

uznać  za  przecinkę.  Opadł,  eksploatując  tłumiki  inercyjnie  znacznie  powyżej  ich 

parametrów granicznych. Przedzierał się przez ścianę pnączy i drobniejszych porostów  - 

gęstą, ale na szczęście niezbyt twardą. Gdyby natrafił na naprawdę duże drzewo... 

Wolał o tym nie myśleć. W zamian zrzucił torpedę i zmienił kierunek. Przesuwał się 

teraz w stronę rzadszego lasu na samych repulsorach, schodząc poniżej czubków drzew i 

kryjąc się w ich baldachimie. 

Torpeda  eksplodowała,  zmieniając  ze  sto  metrów  kwadratowych  lasu  w  bogaty  w 

węgiel, pomarańczowy pióropusz. 

-  No chodźcie, wy sępy - syknął przez zęby Anakin. 

-  Mam ich - cicho rzuciła Sannah. 

-  Jeszcze nie - odparł. - Czekaj. 

Coś majaczyło w gęstym dymie - wahadłowiec klasy Sentinel. 

-  Sądzą, że się rozbiliśmy - domyślił się Valin. 

-  Właśnie - odparł Anakin, włączając silniki. 

Zmodyfikowany  wahadłowiec  próbował  zrobić  zwrot,  kiedy  wynurzyli  się  spoza 

zasłony drzew, ale już było za późno. Anakin odpalił ostatnią torpedę protonową; statek 

Brygady Pokoju zmienił się w kulę ognia i pogrążył w już płonącej dżungli. 

-  Anakin! - wrzasnęła ostrzegawczo Sannah. 

background image

Chłopiec  instynktownie  poderwał  statek  w  niebo,  ale  i  tak  kadłub  zatrząsł  się  pod 

serią potężnych uderzeń. 

-  Tu jesteście - mruknął. - Jak z wami skończę, będzie po wszystkim. 

Z trzech statków, które ścigały go prawie przez pół księżyca, pozostał tylko jeden - E-

skrzydłowiec.  Niestety,  zarekwirowany  przez  Anakina  transporter  był  już  poważnie 

uszkodzony  i  wkrótce  pójdzie  na  dół  z  własnej  woli,  natomiast  szybki  mały  myśliwiec 

wciąż jeszcze spisywał się bez zarzutu. 

-  Musisz trafić go tylko raz, Sannah - rzekł Anakin. - No, najwyżej dwa. 

-  Nie mogę go dorwać - poskarżyła się. 

Mały  stateczek  śmignął  obok  nich;  w  powietrzu  nagle  ostro  zapachniało  ozonem  i 

stopionym metalem. Transporter zadygotał. 

-  Daj, ja strzelę! - poprosił Vehn. 

-  Co? 

-  Słuchaj,  nie  zamierzam  umierać.  To  mój  statek,  moje  działka  i  wiem, że  strzelam 

lepiej  niż  ten  dzieciak.  Ona  chyba  nigdy  wcześniej  nie  miała  do  czynienia  z  działem, 

przynajmniej tyle widać. . . - Vehn pobladł, kiedy 

Anakin znowu wprowadził niezgrabny statek w ostrą beczkę. 

-  Myślisz, że ci zaufam? 

 

-  Użyj  tej  swojej  cholernej  mocy  Jedi.  Nie  widzisz,  że  mówię  poważnie?  Ku 

zaskoczeniu chłopca rzeczywiście wyglądało na to, że gość nie kłamie. 

-  Zastrzelisz własnych kumpli? 

-  To nie są moi kumple. I znów ani śladu fałszu. Anakin podjął decyzję. 

-  Valin, rozkuj go i zaprowadź do działka. Vehn, obiecuję, że jeśli to jakaś sztuczka, 

pożałujesz tego, cokolwiek się stanie. 

-  Bardziej niż teraz? Nie sądzę. 

Anakin  jeszcze  raź  zniżył  lot,  próbując  zyskać  kilka  sekund.  Miał  już  tylko  jeden 

silnik i wystarczyłby pojedynczy strzał, żeby zakończyć całą sprawę. 

background image

-  Już  go  mam  -  zameldował  Vehn  z  wieżyczki.  -  Podejdź  w  górę,  tylko  o  to  cię 

proszę. 

-  Ależ proszę bardzo - odparł Anakin. Jeszcze raz poderwał statek. 

E-skrzydłowiec zobaczył w tym swoją szansę, strzelił i rozdarł to, co zostało z silnika, 

na płonące strzępki. Silnik zakrztusił się i zgasł, a transporter na krótką chwilę zawisł sto 

metrów  nad  czubkami  drzew.  Korzystając  z  tego  momentu  zawieszenia,  Vehn  przeszył 

niebo czerwonymi igłami. Wbiły się w Eskrzydłowiec, który wirując odleciał w dal. Teraz 

także  transporter  zaczął  spadać  i  Anakin  uderzeniem  pięści  włączył  repulsory.  Ogłuszył 

ich wizg rozdzieranego metalu. 

Anakin  ocknął  się  ze  smakiem  krwi  na  języku.  Nie  wiedział,  czy  był  nieprzytomny 

przez kilka sekund, czy przez kilka godzin, a spojrzenie na układy kontrolne nic mu nie 

pomogło. Przez transparistal kokpitu widział tylko zmiażdżoną roślinność. 

-  Sannah! Valin! 

-  Nic im nie jest - odezwał się zza jego pleców Remis Vehn. - Trochę potłuczeni, ale 

ogólnie nadają się do użytku. 

Anakin obrócił się na fotelu i stwierdził, że ma przed nosem lufę miotacza. Zamrugał i 

spojrzał w zimne, szare oczy młodego człowieka. 

-  Może to odłożysz, co? - zaproponował, lekko naciskając Mocą. 

-  No cóż. . . - zawahał się Vehn. 

-  Odłóż - polecił bardziej stanowczo Anakin. 

-  Jasne - odparł Vehn. - Już się robi. 

-  Świetnie. - Anakin odpiął uprząż pilota, wziął miotacz i zatknął sobie za pas. 

-  Niech to! - zaklął Vehn. - Wy, Jedi, rzeczywiście jesteście czarownikami. 

-  Dziób na kłódkę - ostrzegł go Anakin, zwracając się w stronę Sannah. Dziewczynka 

była nieprzytomna, ale oddychała równo. Valin nie stracił 

przytomności,  ale  rozdarta  powłoka  statku  wygięła  się  tak,  że  zablokowała  uprząż 

Sannah.  Anakin  uwolnił  ją  kilkoma  cięciami  miecza  świetlnego.  Dziewczynka  Melodie 

jęknęła cicho. 

background image

-  Vehn, wynieś Sannah na zewnątrz -  polecił Anakin.  - Ten statek może zgotować 

nam jeszcze niejedną niespodziankę. 

-  Mój statek - jęknął Vehn. - Nie do wiary, coś ty zrobił z moim statkiem. 

-  To  nie  ja,  tylko  twoi  kumple  -  odparł  Anakin.  -  Ci  sami,  którzy  właśnie 

zamordowali mistrza Jedi i wzięli do niewoli moją najlepszą przyjaciółkę. Nie spodziewaj 

się, że będę opłakiwał twoją stratę. 

-  Po pierwsze - odparł Vehn - to nie są moi kumple. Wszedłem w ten interes tylko i 

wyłącznie  dla  forsy,  bo  sądziłem,  że  będziemy  polować  na  dorosłych  Jedi,  a  nie  na 

dzieciaki.  Po drugie.  .  .  nie  spodziewam  się,  że  się  rozkleisz,  ale  wyjaśnij  mi,  proszę,  jak 

zamierzasz wydostać się z tej dzikiej dżungli bez mojego statku? 

Anakin nie odpowiedział Vehnowi, zajęty badaniem Valina. 

-  Nic ci nie jest? - zapytał. - Możesz chodzić? 

-  W porządku - odparł Valin. 

-  To  dobrze.  Chcę,  żebyście  wyszli  na  zewnątrz  i  schronili  się  między  drzewami. 

Uważajcie,  dżungla  nie  jest  najbezpieczniejszym  miejscem  na  świecie,  chociaż  ten  hałas 

pewnie odstraszył wszystkie co większe bestie. 

Pochylił się nad Sannah. Była posiniaczona, ale nie wyczuł żadnych poważniejszych 

obrażeń. 

-  Zabierz dziewczynę do dżungli - powtórzył Vehnowi. - Pójdę tuż za tobą. 

Po drodze chwycił jeszcze w locie kajdanki obezwładniające. 

-  To  nie  w  porządku  -  poskarżył  się  Remis  Vehn.  -  Właśnie  opowiedziałeś,  jaka 

niebezpieczna jest ta dżungla, a teraz nie tylko nie dajesz mi żadnej broni, ale jeszcze mnie 

skułeś. A co się stanie, jeśli obok będzie przechodziło coś głodnego? 

-  Musiałby to być jakiś padlinożerca, żeby nie pogardził takim śmieciem! 

 

-  odparł Anakin. 

-  Bardzo zabawne! Przecież wam pomogłem. 

-  Naprawdę uważasz, że mam ci za to podziękować? - warknął Anakin. 

-  Ratowałeś własną skórę, nic więcej. A teraz spokój. 

background image

-  Nic jej nie będzie? - zapytał Valin, patrząc na Sannah. 

-  Chyba nie. - Anakin dotknął czoła dziewczynki Melodii i leciutko musnął ją Mocą, 

wzmacniając ją tam, gdzie była słaba, i delikatnie wyprowadzając ją z omdlenia. 

Westchnęła lekko, otworzyła oczy, zamrugała i nagle drgnęła gwałtownie. 

-  Tahiri! - jęknęła. 

-  Szszsz  -  uciszył  ją  Anakin.  -  Mieliśmy  kraksę.  Trochę  jesteś  poobijana.  Jak  się 

czujesz? 

-  Jakbym  została  otruta  jadem  purelli  i  wisiała  przez  pół  dnia  w  jej  sieci.  Valinowi 

nic się nie stało? 

-  Jestem tutaj - odezwał się chłopiec. 

-  Wszyscy są w porządku - zapewnił Anakin. Złote oczy dziewczynki napełniły się 

łzami. 

-  Nieprawda. Mistrz Ikrit i Tahiri... 

-  Mistrz Ikrit poświęcił się dla nas - odezwał się Anakin, przełykając wielką gulę w 

gardle. - Nie chciałby, żebyśmy go opłakiwali. Zjednoczył się z Mocą. Ale Tahiri. . . 

-  Ona nie żyje, prawda? - zapytał Valin. 

-  Żyje - potrząsnął głową Anakin. - Słyszę ją w Mocy. 

Wzywa  mnie,  dodał  w duchu.  Czuł  jej strach,  strach  pełen  wściekłości.  Nie  odnosił 

wrażenia, że grozi jej bezpośrednie niebezpieczeństwo. 

Anakin  odwrócił  się  do  Vehna,  który  siedział  kilka  metrów  dalej,  przykuty  do 

młodego drzewa Massassich. 

-  Co z nią zrobią, Vehn? Dokąd mieliście zabrać porwane dzieci? 

-  Powiedziałem ci: nie wiedziałem, że naszym celem mają być dzieci 

-  naburmuszył się Vehn. - I nie wiedziałem, dokąd mamy je zabrać. 

-  Przecież mieliście ich przekazać Yuuzhanom Vong. Vehn uważnie studiował liście 

ponad ich głowami. 

-  Gdzie? Gdzie miało nastąpić przekazanie więźniów? 

-  Nie wiem. 

-  Kłamiesz. 

background image

-  Słuchaj. . . 

 

-  Mogę sprawić, że sam mi powiesz - ostrzegł go Anakin. - Nie spodoba ci się to. 

Przyszło mu do głowy, że jego brat Jacen nie pochwaliłby tego rodzaju groźby. Wujek 

Lukę też nie. W tej chwili jednak Anakin się tym nie przejmował. 

Vehn poruszył się niespokojnie, ale milczał. Anakin zerwał się na nogi i ruszył w jego 

kierunku. 

-  Zaczekaj chwilę, Jedi! Nie spal mi mózgu! Nie wiem wiele, ale mogę ci powiedzieć, 

co podsłuchałem. Coś, czego nie wolno mi było usłyszeć. 

Anakin zrobił jeszcze jeden krok i przykucnął. Jego lodowato niebieskie oczy znalazły 

się naprzeciwko ciemnoszarych oczu Vehna. 

-  No? - zachęcił go. 

-  Nie  powinienem  w  ogóle  o  tym  wiedzieć,  ale.  .  .  ale  Yuuzhanie  Vong  planowali 

przylecieć na tę nędzną kupę błota. Brygada Pokoju postanowiła dotrzeć tu przed nimi i 

wyłapać was wszystkich, zanim przyjadą. 

-  Po to, żeby im zaoszczędzić roboty? 

-  Właśnie.  Coś  w  rodzaju  prezentu.  Ci  goście  z  Brygady  Pokoju  są  śmiertelnie 

poważni.  Naprawdę  myślą,  że  wszyscy  w  galaktyce  będą  zgubieni,  jeśli  Vongowie  nie 

dostaną tego, czego chcą, i to z nawiązką. 

-  Dlaczego mówisz „ci goście z Brygady Pokoj", jakbyś do nich nie należał? 

-  Wynajęli mnie jako pilota. To wszystko. 

Anakin zmarszczył brwi, ale puścił to mimo uszu. 

-  Co zrobią ci z Brygady Poko ju, skoro spartaczyli robotę? 

-  Skąd  wiesz,  że  spartaczyli?  Chyba  domyślili  się,  że  gdzieś  ukryłeś  dzieciaki.  Mają 

dobrych tropicieli i sprzęt do poszukiwań. 

-  Nikogo nie znajdą - zapewnił Anakin. - Co wtedy zrobią? Yuuzhanie Vong mogą 

uznać,  że  Brygada  przybyła  tutaj  po  to,  aby  ukryć  dzieciaki.  W  najgorszym  wypadku 

wściekną  się,  że  pozwoliliście  ponad  trzydzieściorgu  Jedi  prześliznąć  się  pomiędzy 

palcami, a złapaliście tylko jednego. 

background image

Vohn zadumał się. 

-  Mogą  uciec.  Mogą  też  próbować  blefu,  wykorzystując  tego  jednego  więźnia.  Nie 

znam ich wystarczająco dobrze, żeby coś powiedzieć. 

-  Anakinie  -  odezwała  się  cicho  Sannah.  -  Ty  i  Tahiri  uratowaliście  mój  lud.  Nie 

mogę pozwolić, żeby coś jej się stało. Po prostu nie mogę. 

-  Dlaczego nie pomyślałaś o tym wcześniej?  - warknął Anakin.  - Cała trójka mogła 

odejść z Kamem i Tionną. Uważaliście, że to jakaś zabawa. Szkoda, że się myliliście. 

-  Anakinie! - Sannah wytrzeszczyła oczy, ale po chwili spuściła głowę. 

-  Masz rację - szepnęła. - To nasza wina. Moja wina. Mogłam powiedzieć Kamowi, a 

wtedy nic podobnego by się nie zdarzyło. Mistrz Ikrit wciąż by 

żył. 

Łzy strumieniem popłynęły jej po twarzy. Przez krótki moment Anakin cieszył się, że 

dziewczynka płacze, że wreszcie do niej dotarło, jak głupio postąpiła. Bardzo chciał się z 

nią zgodzić. 

Zgrzytnął zębami, wstał i odszedł w kierunku skraju dżungli. 

Nie zaszedł daleko, oparł się tylko o pień wielkiego drzewa i dyszał ciężko, usiłując się 

opanować.  Dopiero  po  chwili,  kiedy  poczuł,  że  zdoła  to  zrobić,  powrócił  na  polankę  i 

podszedł do Sannah, która wciąż jeszcze płakała. Valin też w milczeniu ocierał łzy. 

-  Nie miałem racji - odezwał się - Żadne z was nie jest niczemu winne. Winić można 

tylko Yuuzhan Vong, a nie was. Poczucie winy w tej chwili nas nie uratuje. Na planecie 

jest  mnóstwo  innych  statków.  O  ile  wiem,  już  nas  namierzyli,  więc  musimy  się 

przygotować. Jeśli tak nie jest, musimy się zastanowić, jak uruchomić statek. 

Remis Vehn roześmiał się z goryczą. 

-  Mamy tu części z trzech statków - spokojnie dodał chłopiec. - Powinniśmy z tego 

coś  sklecić.  Poza  tym  pomoc  jest  w  drodze,  więc  może  należałoby  tylko  czekać  i 

wytrzymać jeszcze przez jakiś czas. Valin, czynię cię odpowiedzialnym za sprawdzenie i 

zinwentaryzowanie wszystkich racji żywnościo- 

  

background image

wych  i  leków.  Vehn,  ty  mu  powiesz,  gdzie  ma  tego  szukać  na  statku.  .  .  i  nic  nie 

ukryjesz. Sannah, tobie daję miotacz. Będziesz pilnowała obozu, a ja pójdę się rozejrzeć po 

miejscach  katastrof.  Jeśli  usłyszysz  cokolwiek.  .  .  mam  na  myśli  naprawdę  wszystko,  co 

nietypowe. . . oboje chowacie się i pozostajecie w ukryciu, jasne? 

-  Tak - odparła Sannah. Velin poważnie kiwnął głową. 

-  Dobrze. I nie wierzcie we wszystko, co mówi Vehn. Nie dotykajcie jego więzów, 

nawet do niego nie podchodźcie. Niedługo wrócę. 

  

ROZDZIAŁ 

10 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Karnie nie stracił przytomności, ale czas dziwnie zwolnił. Uprząż pilota usiłowała go 

przeciąć  na  pół,  a  statek  wirował  jak  szalony,  zasilanie  włączało  się  i  wyłączało,  aż 

wreszcie pozostało włączone, gdy do akcji weszły minimalne systemy podtrzymania życia. 

Kompensator inercyjny obudził się, grawitacja się uspokoiła, ale ekran wciąż pozostawał 

nieodgadnionym kłębowiskiem sygnałów. 

-  Raport! - krzyknął Karrde. Co się dzieje? H'sishi niechętnie podniosła wzrok. 

-  Minimalne uszkodzenie fregaty - zameldowała. - Oberwaliśmy i trochę kulejemy. 

background image

-  Ale  kulejemy  przynajmniej  we  właściwym  kierunku  -  podsumował  Kar-rde.  - 

Kierunek: zewnętrzne systemy. 

-  Rdzeń  hipernapędu  jest  chyba  najbardziej  uszkodzony  -  zauważył  Dan-kin.  -  Nie 

sądzę, żeby udało nam się skoczyć. 

-  No  nie,  stąd  na  pewno  nie  skoczymy.  .  .  nie  z  tej  dziury,  którą  wykopał  sobie 

Yavin. 

-  Wciąż  jeszcze  damy  radę  umknąć  dużym  statkom,  przynajmniej  przez  jakiś  czas. 

Fregata w końcu i tak nas złapie, ale mamy przewagę, której nie zlikwiduje wcześniej niż 

za godzinę. Za to E-skrzydłowce mogą nam narobić kłopotów. 

-  Życzę im szczęścia - burknął Karrde. 

-  Wiesz, mamy teraz kilka słabych punktów na pancerzu - delikatnie przypomniała 

Shada. 

-  Dlatego właśnie im zwiejemy, Shado, kochanie - odparł Karrde. 

-  A nasze tarcze... 

-  Wytrzymają, ile trzeba. 

-  Ile  trzeba  na  co?  -  zapytała  Shada.  -  Bez  hipernapędu.  .  .  H'sishi  wydała  basowy 

pomruk. 

-  Co się dzieje, H'sishi? 

-  Mogę  ci  dać  coś  lepszego  niż  działający  hipernapęd,  kapitanie  -  powiedziała 

Togorianka. 

-  A cóż to takiego? 

Obdarzyła go bardzo zębatym uśmiechem, tak szerokim, że prawie podzielił jej głowę 

na dwie połówki. 

-  Reszta naszej floty, sir. 

-  Pytałaś,  na  co  czekam,  Shado?  Nigdy  nie  wątp  w  to,  że  bogowie  mnie  lubią.  Jak 

daleko? 

-  Ummm, urrr. . . - H'sishi spoważniała nagle. - Co najmniej dwie godziny, sir. 

-  No, cóż - wesoło odparł Karrde. - Przyjmuję propozycje, jak rozciągnąć te. . . ileż 

to. . . teraz już osiem minut. . . w dwie godziny, których potrzebujemy. . . 

background image

Pancerz zagrzechotał złowróżbnie. 

-  Mamy na karku E-skrzydłowce, sir - zameldował Dankin. 

-  Cóż,  nie  dajmy  im  czekać.  Pokażcie,  co  ten  biedny  stary  transporter  ma  do 

zaofiarowania. Shado, mostek jest twój. 

-  Chyba nie chcesz uciec w środku bitwy? 

-  To nie potrwa długo. Dajcie mi znać, kiedy dogoni nas największy statek. Na razie 

muszę pogadać z Solusarem. 

Cztery godziny później na ekranie Karrde'a pojawił się wyraźnie zmęczony Imsatad. 

-  Jesteś idiotą, Karrde - oznajmił. 

-  A pan kim jest w takim razie, kapitanie? - odparował Karrde. - Tak czy owak, nasze 

pozycje  uległy  teraz  odwróceniu.  Mam  znacznie  więcej  siły  rażenia  niż  pańska  mała 

flotylla. 

-  A jednak, jak już kiedyś pan to zauważył, wciąż jeszcze tu jesteście, to znaczy, że 

nie wykonaliście swojego zadania - rzekł Imsatad. - Czego chcecie? 

-  Zgodnie z moimi obliczeniami brakuje jeszcze czwórki młodych Jedi. Pewnie pan 

nic nie wie na ten temat, co? 

-  Rzeczywiście nic nie wiem. 

Karrde wstał i splótł dłonie za plecami. 

-  Czasami potrafię być bardzo poważnym człowiekiem, kapitanie Imsatad. Właśnie 

nadeszła taka chwila. Dałem słowo, że bezpiecznie dostarczę uczniów i dwóch nauczycieli 

Jedi i że nie pozwolę im wpaść w łapy mętów pańskiego pokroju. Zamierzam właśnie to 

zrobić. 

-  Narażacie  na  niebezpieczeństwo  naszą  misję  -  rzekł  z  wyrzutem  Imsa-tad.  - 

Yuuzhanie Vong nie zatrzymają się, dopóki nie dostaną wszystkich Jedi. Jeśli zrobimy za 

nich robotę, może wykażą dobrą wolę. . . 

Karrde przerwał mu z kąśliwym uśmieszkiem. 

-  Yuzhanie  Vong  podbili  pół  galaktyki  w  ofensywie,  której  w  żaden  sposób  nie 

sprowokowaliśmy. Czy to nas zobowiązuje do okazywania im dobrej woli? 

background image

-  Słuchaj,  Karrde.  Byłem  na  Dantooine  z  grupą  wojskową.  Widziałem,  co  oni 

potrafią.  Nie  możemy  ich  zatrzymać.  Nie  możemy.  To  elementarny  instynkt 

samozachowawczy. Poza tym to nieprawda, że ich nie sprowokowaliśmy. Przecież to Jedi 

rozpoczęli wojnę i to Jedi ich nieustannie prowokują. 

Karrde westchnął i wrócił na swój fotel. Postukał palcami po poręczach. 

-  Nie wiem, czy naprawdę wierzy pan w tę kupę bzdur i wcale mnie to nie obchodzi. 

Ale to dobrze, że wspomniał pan o instynkcie samozachowawczym, ponieważ właśnie stoi 

pan przed koniecznością wyboru. 

Imsatad dumnie uniósł podbródek. 

-  Gdybyś  sądził,  że  mamy  waszych  zaginionych  Jedi,  nie  niszczył  byś  naszych 

statków. 

Karrde machnął ręką. Kam Solusar wszedł w pole widzenia monitora. 

-  Pozwoli pan, że przedstawię Kama Solusara, jednego z nauczycieli w akademii Jedi, 

której  dzieje  tak  brutalnie  przerwaliście.  Jest  Jedi,  a  oni  wyczuwają  się  wzajemnie. 

Wiedział pan o tym? 

Oczy Imsatada przeskakiwały z jednego na drugiego. 

-  Słyszałem o czymś takim. 

-  Żadnego  z  dzieci  nie  ma  na  pańskim  statku,  kapitanie  -  rzekł  Solusar  głosem, 

którym można by łamać kości. - Nic nam nie przeszkodzi, żeby pana unicestwić. 

Imsatad zamrugał nerwowo. 

-  To, co robię, robię dla dobra całej galaktyki - wykrztusił. 

-  Tak, już to słyszałem w pańskim wykonaniu - odparł Karrde. - 

Osobiście  uważam,  że  najlepiej  przysłuży  się  pan  galaktyce  w  formie  chmury 

organicznego pyłu. Imsatad potarł czoło. 

-  Czego chcesz? - zapytał wreszcie znużonym głosem. 

-  Chcę, żeby wszystkie statki wylądowały. Chcę przeszukać je jeden po drugim. 

Imsatad wzruszył ramionami. 

-  Nie  mam  dzieci,  których  szukacie.  Możesz  przeszukać  moje  statki.  Daj  mi  osiem 

godzin, żebym zdążył je posadzić. 

background image

-  Masz pięć. - Karrde dał znak, żeby przerwać połączenie. 

-  On coś ukrywa - zauważył Solusar. - Nie mogę wyczuć, co. 

-  Nie dociera do niego, że jest pokonany? 

-  Nie i to jest właśnie najdziwniejsze. Czuje się pobity, ale ukrywa coś w związku z 

Anakinem i resztą. 

-  Naprawdę myślisz, że oni wciąż żyją? 

-  Anakin  żyje,  jestem  tego  pewien.  Tahiri  też.  A  jeśli  oni  żyją,  to  żyje  również 

Sannah i Valin. W końcu Brygada Pokoju nie przybyła tu po to, żeby ich zabić, ale wziąć 

do niewoli. 

Karrde przytaknął w zadumie. 

-  Sprowadzę  tu  „Układ  Idiot".  To  korweta,  a  jej  kapitan  jest  jednym  z  moich 

najlepszych ludzi. Chciałbym dowieźć te dzieci całe i zdrowe na Coruscant. 

-  Doskonały pomysł, chociaż na Coruscant też niedługo będą bezpieczne. . . 

-  Na szczęście Lukę Skywalker ma na tę okazję jeszcze inny plan. 

-  Ja zostanę, dopóki nie znajdziemy reszty - oświadczył Solusar. 

-  Właśnie tak mi się wydawało. A Tinna? 

-  Dzieci potrzebują jednego z nas. 

 

-  Doskonale. Zajmę się więc transferem. Solusar skinął głową i wyciągnął dłoń. 

-  Jeszcze ci nie podziękowałem. Cieszę się, że cię nie zabiłem. Karrde uśmiechnął się 

smutno i ujął wyciągniętą dłoń 

-  Doskonały dar na doskonałą okazję. O tobie mówię, Solusar. 

-  Sithowe nasienie - warknęła Shada z drugiej strony mostka. 

-  Co się tam dzieje? 

-  Karrde, jeśli chcesz zabrać te dzieciaki z systemu, proponuję, żebyś się pospieszył. 

  

 

-  A  co,  jeszcze  więcej  Brygad  Pokoju?  -  Spojrzał  na  czujniki  dalekiego  zasięgu. 

Pojawiały się na nich świetliste punkty. . . coraz więcej i więcej. -H'sishi, co my tu mamy? 

background image

Pani taktyk spojrzała na niego ponuro. 

-  Yuuzhanie Vong, sir. Całe mnóstwo. Co najmniej dwa analogi krążowników i całe 

mnóstwo mniejszych statków. 

Karrde  zacisnął  palce  na  oparciu  fotela,  aż  zbielały  mu  kostki.  Klął  w  duchu,  ale 

usiłował zachować spokojną twarz. 

-  Ile czasu? 

-  Nie więcej niż godzina, sir. 

-  Wystarczy,  żeby  „Układ  Idioty"  znalazł  się  daleko.  „Przekręt"  ma  lecieć  z  nim 

razem. 

-  A co z nami? - zapytała Shada. 

-  Nie możemy walnąć w nich bykiem - zastrzegł się Karrde. 

-  Anakin  i  reszta  są  jeszcze  na  dole  -  warknął  Solusar.  -  Jeśli  myślisz,  żeby  ich 

zostawić. . . 

Karrde przerwał mu machnięciem ręki. 

-  O niczym takim nie myślę. Jeśli opuścimy ten system, zamkną go tak dokładnie, że 

wedrze  się  tu  tylko  flota  Nowej  Republiki.  Musimy  jednak  zmienić  taktykę.  I  potrzeba 

nam posiłków. Shado, przeniesiesz się na „Układ Idiot". Zabieraj, co się da. 

-  Chyba oszalałeś, jeśli uważasz, że cię tu zostawię. 

-  Nic  nam  nie  będzie.  To  wielki  system,  a  my  nie  jesteśmy  bezbronni.  Jeśli 

Yuuzhanie  Vong  planują  okupację  Yavina  Cztery,  możemy  im  bardzo  utrudnić  życie. 

Powinnaś  już  wiedzieć,  Shado,  że  jeśli  jestem  dobry  w  czymkolwiek,  to  właśnie  w 

ratowaniu własnego tyłka. Teraz pędź. Nie mamy czasu się o to kłócić. 

-  Wrócę - obiecała. 

-  Oczywiście, że wrócisz. A ja tu na ciebie zaczekam. A teraz ruszaj. 

ROZDZIAŁ 

11 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

Anakin obserwował odległe punkty jednostek rojących się wokół miejsca katastrofy. 

Byli tam od czterech godzin, ale w ciągu kilku ostatnich minut zaczęli się wynosić - jeden 

po  drugim.  Poczuł  skurcz  w  brzuchu.  Gdyby  miał  jeden  z  tych  skrzydlaków,  mógłby 

wrócić do świątyni i zabrać Tahiri. 

I  co  dalej?  Zostawić  Valina  i  Sannah  z  Vehnem  pod  niebem  pełnym  tej  szarańczy? 

Próbować wlec ich za sobą w kolejną bitwę powietrzną, a potem na akcję ratunkową? 

Nie. Nie mógł poświęcić ich wszystkich dla jednego życia. . . 

Poczuł  drżenie  przebiegające  pień  drzewa  i  dłoń  sama  powędrowała  mu  do  miecza 

świetlnego. Ale wyczuł, że to Valin wspina się w górę. 

Chłopiec dotarł do niego i usadowił się w rozwidleniu gałęzi. Patrzył na dwa ostatnie 

skrzydlaki, które zdawały się właśnie odlatywać. 

-  Powinieneś zostać w jaskini - odezwał się Anakin. 

-  Może i tak - zgodził się Valin. - Ale nie zostałem. Wskazał na odlatujący stateczek. 

-  Myślałem, że będą szukać dłużej - mruknął. Anakin potrząsnął głową. 

-  Dwa dni to i tak długo. Sądziłem, że zmęczą się wcześniej. 

W końcu szukają większej zdobyczy: reszty studentów. Mają mało czasu, pamiętasz? 

Kiedy pojawią się Yuuzhanie, będą musieli udowodnić, że im się udało, albo już po nich. 

Brygada  Pokoju  raczej  wolałaby  niepokazywać  Vongom,  jak  zniszczyła  ich  macierzystą 

ziemię - pokazał w dół. - Wracaj lepiej do jaskini. Mogą jeszcze raz wszystko przeszukać. 

-  Anakinie, dlaczego Yuuzhanie Vong tak bardzo chcą nas dostać? Anakin odetchnął 

głęboko. 

background image

 

-  Nie jestem pewien. Chyba dlatego, że nas nienawidzą. To, że nie istnieją w Mocy, 

odcina  oba  kierunki  porozumienia.  Nie  możemy  ich  wyczuć  ani  wywierać  na  nich 

bezpośredniego  wpływu,  ale  możemy  robić  rzeczy,  których  oni  nie  rozumieją.  I  to  my 

właśnie  najbardziej  im  zaszkodziliśmy.  Sądzę,  że  ostatnią  kroplą  goryczy  stało  się 

poniżenie ich mistrza wojennego przez Jacena. 

-  Ale tamci z Vehnem nie byli Yuuzhanami. 

-  Ale  oni  są  jeszcze  gorsi.  Uważają,  że  jeśli  nas  wydadzą,  zdołają  powstrzymać 

podboje Yuuzhan, którzy zadowolą się tym, co już zdobyli. 

-  A zadowolą się? 

Anakin prychnął pogardliwie. 

-  Senator  Elegos  A'Kla  oddał  się  w  ich  ręce.  Miał  nadzieję,  że  uda  mu  się  ich 

zrozumieć, zadzierzgnąć nić porozumienia, zdobyć wzajemne zaufanie. . . jednym słowem 

rozpocząć proces poszukiwania pokojowego rozwiązania. 

-  Zabili go - cicho odezwał się Valin. - Słyszałem o tym. 

-  I przesłali nam jego wypolerowane kości. 

-  A potem mój tato zabił tego Yuuzhanina, który zabił Elegosa. Anakin zawahał się. 

Nie pomyślał jakoś, do czego może doprowadzić taki 

przykład. 

-  Tak - odparł krótko. 

-  A teraz wszyscy nienawidzą mojego taty, a nie Yuuzhan Vong. Anakin potrząsnął 

głową. 

-  Nie. To nie tak. To tylko. . . tylko polityka, Valinie. 

-  A co to oznacza? 

-  Nie wiem, nienawidzę polityki. Zapytaj mojego brata, kiedy go znów spotkasz, albo 

moją mamę. 

-  Ale. . . 

-  To  znaczy  -  przerwał  mu  Anakin  -  że  twój  ojciec,  Corran  Horn,  jest  dobrym 

człowiekiem  i  każdy,  kto  ma  choć  trochę  oleju  w  głowie,  może  to  potwierdzić.  Cały 

background image

problem  z  ludźmi  polega  na  tym,  że  wielu  z  nich  nie  ma  rozumu,  a  wielu  innych  to 

kłamcy. 

-  To znaczy, że będą mówili źle o moim ojcu, nawet jeśli tak nie uważają. 

-  Właśnie tak, mały. 

-  Nie jestem mały. 

Anakin  spojrzał  w  zdeterminowaną  dziecinną  twarz  i  nagle  zobaczył  to  samo,  co 

Kam,  Tionna,  wujek  Lukę,  ciocia  Mara  -  wszyscy  dorośli  w  jego  życiu  -  pewnie  już  od 

dawna dostrzegali w jego własnej twarzy. 

-  Może i nie - zgodził się z chłopcem. - Ale właśnie to przed chwilą próbowałem ci 

wyjaśnić. Yuuzhanie Vong nie wykazują najmniejszej tendencji do dotrzymywania słowa. 

Chyba  nawet  nie  uważają,  że  kłamstwo  jest  czymś  złym.  AElegos.  .  .  no  cóż,  to  była 

naprawdę  szlachetna  próba  i  bardzo  go  za  to  szanuję.  Ale  jedyną  rzeczą,  jakiej  od  nas  i 

naszych światów potrzebują Yuuzhanie, są niewolnicy. Oni nienawidzą naszych maszyn, 

uważają je za bluźnierstwo i nie spoczną, dopóki nie zniszczą wszystkich. Jedyny sposób, 

aby  uniknąć  walki,  to  poddać  się  i  pozwolić  im  robić  wszystko,  co  chcą.  To  jedyne 

warunki pokoju, jakie oni są w stanie zrozumieć i zaakceptować. Brygada Pokoju uważa, 

że  mogą  zrobić  coś  pośredniego.  Elegos  był  dzielny  i  szlachetny.  .  .  i  bardzo  się  mylił. 

Kosztowało  go  to  życie.  Cóż,  należało  do  niego  i  mógł  je  poświęcić.  Brygada  Pokoju  to 

głupcy i tchórze, więc chcą poświęcić nasze życie. A nasze życie należy do nas i nic im do 

niego. 

Valin skinął głową i uśmiechnął się lekko. 

-  Mówisz więcej niż zwykle. Tahiri zawsze twierdziła, że kiedyś to z ciebie wylezie. 

Anakin zdumiał się, kiedy pojął, że Valin ma rację. Po raz pierwszy w życiu próbował 

moralizować. Nigdy przedtem tego nie robił, może z wyjątkiem dyskusji z rodzeństwem 

lub Tahiri. Ba, nie umiał i nie lubił tego robić i unikał takiej postawy jak ognia. Jego ojciec 

czasem  żartował,  że  łatwiej  byłoby  pociągnąć  śmigaczem  gwiazdę  neutronową,  niż 

wydrzeć z Anakina dwa słowa naraz. . . 

Ale nagle ludzie zaczęli żądać od niego coraz więcej i więcej. Wieść o jego niektórych 

wyczynach rozniosła się szeroko i domyślał się, że otaczało go coś w rodzaju sławy. Do tej 

background image

pory  wszystko  było  dobrze,  a  choć  nigdy  by  się  do  tego  nie  przyznał,  nawet  mu  się  to 

podobało. Wydawało mu się, że może stać się kimś takim jak wujek Lukę, kiedy był młody 

i walczył z Imperium - jak bohater, choć naprawdę wcale nim nie był. 

Poczuł ucisk w sercu i nagle zorientował się, dokąd go zawiodły te myśli. 

-  Dlaczego  ty,  Tahiri  i  Sannah  przybyliście  mi  na  pomoc,  Valinie?  Dlaczego  nie 

zostaliście z Kamem i Tionną? 

Valin spojrzał na niego niewinnymi oczami. 

-  Bo chcemy być tacy jak ty, Anakinie. Wszyscy. A ty. . . ty nigdy byś nie uciekł z 

pola walki. 

Anakin  zacisnął  zęby,  w  oczach  poczuł  pieczenie.  To  załatwiało  sprawę.  Skłamał, 

kiedy powiedział Sannah, że za ten chaos odpowiedzialni byli Yuuzhanie Vong i Brygady 

Pokoju. Podobnie jak śmierć Chewiego, jak Cen-terpoint, to był jego własny chaos. Chaos 

Anakina Solo. 

Tym razem jednak musi go uporządkować. Jeszcze nie wie jak, ale musi. 

-  Nie  widać,  żeby  dużo  zabrali  -  zauważyła  Sannah,  kiedy  przeglądali  wrak 

transportera Vehna. Od katastrofy minęły cztery dni i cztery noce, ale dopiero dobę temu 

ujrzeli ostatniego odlatującego skrzydlaka. 

-  A co mieliby zabrać? - zapytał Valin. - Nie zostało nic takiego, co by im się mogło 

przydać. 

-  Nie  -  zgodził  się  Anakin.  -  Zostało  mnóstwo  różnych  dobrych  rzeczy,  ale 

naprawianie ich zajęłoby zbyt wiele czasu. 

-  Ale  ty  masz  czas,  prawda?  -  ironicznie  rzucił  Vehn  z  miejsca,  gdzie  siedział  ze 

skrępowanymi dłońmi splecionymi na kolanach. 

-  Naprawię go - zapewnił Anakin. - Hipernapęd jest w porządku. 

-  To  świetnie.  Polecimy  stąd  prościuteńko  w  nadprzestrzeń.  Przynajmniej  nikt  nie 

będzie musiał się martwić grzebaniem naszych szczątków. A na pewno już nie będziemy 

się musieli martwić Vongami. 

-  Jeśli Anakin mówi, że to naprawi, to znaczy, że tak będzie - warknął Valin. 

background image

-  Zamknij  się,  śmierdzący  mały  Hutcie  -  burknął  Vehn.  -  Może  jestem  waszym 

więźniem, ale to nie znaczy, że muszę przez cały dzień słuchać waszego pyskowania. Ja... 

hej! Au! 

Vehn nagle zaczął się wściekle drapać po nodze, po czym padł na ziemię, wijąc się jak 

opętany. Anakin wyprostował się. 

-  Odejdźcie od niego. To jakaś sztuczka. 

-  Sztuczka? - wrzasnął Vahn. - Żrą mnie żywcem! Dopiero wtedy Anakin zauważył, 

że Valin się śmieje. 

-  Valinie, to twoja sprawka? 

-  Zasłużył sobie. 

-  Przestań. Natychmiast. W tej chwili. 

-  Ja tylko. . . 

-  Już! 

-  Tak, sir - szepnął Valin. I nie brzmiało to sarkastycznie. 

Anakin  ukląkł  obok  Vehna.  Od  ramion  i  twarzy  pilota  odpełzała  właśnie  chmara 

wielosegmentowych  robaków  mniej  więcej  centymetrowej  długości,  pozostawiając  po 

sobie czerwonawe smużki. Vehn nerwowo otrząsał je z siebie, ale kiedy Anakin próbował 

mu pomóc, odskoczył z gniewnym okrzykiem. 

Dopiero  kiedy  pozbył  się  wszystkich  robaków,  Vehn  zwrócił  się  w  stronę  Valina. 

Dyszał ciężko. 

-  To twoja sprawka, nie? Jakiś cholerny hokus-pokus Jedi! - Nie zgrabnie podniósł się 

na nogi. - Mam nadzieję, że Vongowie naprawdę was dorwą. Wszystkich, co do jednego. 

-  Taak? - syknął Valin. - No. . . 

-  Valin!  -  wpadł  mu  w  słowo  Anakin  nieco  zbyt  ostro  -  Zamknij  się  i  słuchaj. 

Potrafisz zrobić coś lepszego. Wiem, że potrafisz, bo mieliśmy tych samych nauczycieli. - 

Odwrócił się w stronę Sannah. - Ty też się śmiałaś. Uważasz, że to zabawne, używać Mocy 

do torturowania bez bronnego więźnia tylko dlatego, że cię przezywał? 

Sannah poczerwieniała. 

-  Nie - szepnęła. 

background image

-  Valin? 

-  Nie - odparł cicho chłopiec. - Wydaje mi się, że nie. 

-  Są  chwile,  kiedy  trzeba  użyć  Mocy  w  samoobronie,  Valinie,  są  też  chwile,  kiedy 

obrona oznacza atak. A gdyby nawet przyszło mi wycisnąć mózg Vehna, żeby dowiedzieć 

się czegoś, co pomoże nam uratować Tahiri, pewnie bym to zrobił. Ale tortura dla samej 

tortury. . . nigdy. 

Valin  skinął  głową  i  usiadł.  Ku  zdumieniu  Anakina  nie  wyglądał  na  obrażonego, 

raczej na zamyślonego. Nagle stał się szalenie podobny do swojego o jca, Corrana Horna. 

Było  to  tak  wyraźne,  tak  oczywiste,  że  Anakin  zaczął  się  zastanawiać,  czy  to 

przyszłościowa wizja dorosłego Valina, czy po prostu uderzające podobieństwo. 

Odchrząknął. 

-  Zajmijmy  się  pracą,  co  wy  na  to?  Silniki  nie  są  w  tak  złym  stanie,  jak  by  się 

wydawało. Sądzę, że używając części odzyskanych z innych jednostek, zmusimy statek do 

kuśtykania,  a  tylko  tyle  mi  potrzeba:  drogi  na  orbitę.  W  ostateczności  przynajmniej 

uruchomię komunikator. 

Anakin  nie  pozbył  się  wprawdzie  wątpliwości,  ale  dzieciaki  przynajmniej  dostaną 

jakieś  zajęcie,  zanim  on  wymyśli  sposób,  żeby  przebyć  pół  księżyca  w  poszukiwaniu 

Tahiri.  Jeśli  się  czymś  zajmą,  nie  będą  się  aż  tak  martwić.  Poza  tym  Talon  Karrde 

powinien zjawić się lada chwila. 

A Tahiri wciąż była tutaj. Prawie na pewno znajdowała się na Yavinie Cztery, a nie 

na orbicie. 

To  było  pocieszające,  ale  Anakin  i  tak  o  mało  nie  oszalał.  Poszedłby  chociaż  na 

piechotę, choć rozum mu podpowiadał, że potrzebowałby kilku 

  

 

miesięcy, aby przebyć dziką puszczę, która dzieli go od Wielkiej Świątyni. Może po 

prostu potrzebował zajęcia, tak samo jak Valin i Sannah. 

Z westchnieniem poszedł sprawdzić, jak wyglądają sprzęgła ogniw zasilania. 

background image

Coś zapiszczało tuż przy nim. Już chwytał za świetlny miecz, kiedy zorientował się, 

że dźwięk pochodzi z komunikatora na nadgarstku. Ktoś go wzywał. 

 

Przez chwilę gapił się na komunikator. Może to jaka sztuczka Brygady Pokoju, próba 

namierzenia Anakina? A może to Talon Karrde próbuje ich znaleźć? 

Niechętnie przyjął wezwanie. Po wyświetlaczu zaczęły się przewijać słowa: POGOŃ 

ZMYLONA. X-SKRZYDŁOWIEC MOCNO USZKODZONY. CZEKAM NA 

DALSZE INSTRUKCJE. 

-  Fiver! 

POTWIERDZAM 

-  Fiver,  użyj  tego  sygnału  i  przylatuj  prosto  tutaj!  Gdzie  jesteś?  20  GODZIN 

STANDARDOWYCH. 

-  Co? Dlaczego? 

TYLKO NAPĘD REPULSOROWY. STATEK POWAŻNIE USZKODZONY. 

-  Ale tobie nic się nie stało? 

SPRAWNY. 

-  Dobrze.  Świetnie  ci  idzie,  Fiver.  Przylatuj  najszybciej,  jak  możesz.  Potrzebujemy 

cię. 

POTWIERDZAM, ANAKINIE. 

-  Anakinie?  -  Chłopiec  roześmiał  się,  pomimo  wszystkich  kłopotów.  Robot 

astromechaniczny  dawno  nie  przechodził  kasowania  pamięci  i  zaczynał  już  mieć  swoje 

dziwactwa. Samotny lot X-skrzydłowcem XJ nie był zadaniem, które znajdowałoby się w 

zakresie  czynności  tej  jednostki.  Anakin  ledwie  mógł  uwierzyć,  że  robocikowi  udało  się 

tego  dokonać  w  pojedynkę.  Sądził,  że  poświęca  swój  statek  i  Fivera,  przeprowadzając 

dywersję.  Teraz,  kiedy  już  wiedział,  że  wszystko  potoczyło  się  zupełnie  inaczej,  czuł 

wyraźną ulgę. Miał do dyspozycji nie tylko więcej części, ale i robota astromechanicznego 

do pomocy. 

Sprawy nie wyglądały jeszcze całkiem dobrze, ale Anakin czuł, że może już spokojniej 

patrzeć w przyszłość. 

background image

ROZDZIAŁ 

12 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ciemność  otuliła  Anakina  jak  płaszcz  i  szeptała  mu  do  ucha  jak  matka.  Obiecywała 

mu  twarz  z  durastali  i  serce  z  ferrobetonu.  Dawała  supernowe  pełne  mocy  i  niezłomną 

wolę, aby ich używać. 

Bywał już niegdyś w tym miejscu, i to dość często. Był to jego najdawniejszy sen, śnił 

go po raz pierwszy chyba tego dnia, kiedy klon imperatora Pal-patine'a dotknął go w łonie 

matki.  Odkąd  dowiedział  się  o  swoim  imienniku,  dziadku  Vaderze,  sny  stały  się 

wyraźniejsze, bardziej szczegółowe. Widział przyszłość, w której był już dorosły, o oczach 

szarych  jak  stalowa  powłoka  statku.  Widział  sam  siebie  w  masce  Dartha  Vadera, 

odrodzonego Rycerza Ciemności. 

W  jaskini  na  Dagobah  zawarł  ze  swoimi  snami  pewnego  rodzaju  pokój.  Była  to  ta 

sama jaskinia, w której jego wuj Lukę spojrzał w twarz własnej ciemnej stronie i poniósł 

klęskę.  Ale  pokój  to  nie  znaczy  milczenie,  a  tu,  na  księżycu  skażonym  ciemną  stroną 

równie głęboko jak sami Sithowie, sny były szczególnie niepokojące. 

Tym razem jednak coś się przerwało. Puściła tama, która do tej  pory  więziła czarne 

wody. Zalały go teraz, takie zimne i dziwne, że pulsowanie w jego piersi ustało na chwilę, 

jakby serce otoczyła żelazna pięść. 

background image

Słyszał miękki śmiech, znany, a jednocześnie obcy. Głos i ton wydawały się dziwne, 

ale rytm był mu znany równie dobrze jak głos własnego ojca. 

Śmiech kobiecy, gardłowy i sardoniczny. Poczuł, że włoski na karku unoszą mu się ze 

strachu. 

Obejrzał się i wtedy ją zobaczył. 

Miała złociste włosy, błyszczące jak samorodek w zachodzącym słońcu Coruscant lub 

nagły  rozbłysk  piekielnego  ognia.  Jedno  z  jej  oczu  miało  barwę  nefrytu,  drugie  - 

obsydianu. Usta otaczały setki nacięć, od czubka czoła do podbródka  biegła biała blizna. 

Ciało  -  bardzo  dojrzałe,  bardzo  kobiece  i  bardzo  ludzkie  -  ciasno  okrywała  skorupa 

chitynowej  substancji,  składająca  się  z  pancerzy  i  przegubów  podobnych  do  owadziej 

skorupy. Z ramion i łokci wystawały guzy i spiczaste rogi. 

Uśmiechnęła  się  do  niego  pociętymi  wargami  i  wyciągnęła  w  jego  kierunku  coś,  co 

przypominało  pałkę,  ale  w  jej  dłoni  zwinęło  się  nagle  i  wyprężyło  jak  tłusta  larwa.  Z 

jednego końca wytrysnęło nagle światło, przemieniając się w jasnobłękitne ostrze. Energia 

ciemnej  strony  otoczyła  Anakina,  wzywając  go.  Nagle  poczuł  do  niej  nieodparty  pociąg: 

zatęsknił każdą komórką ciała w sposób, jakiego jeszcze nigdy dotąd nie zaznał. 

Znów  usłyszał  jej  śmiech.  Nagle  zrozumiał,  że  ona  nie  patrzy  na  niego,  wcale  nie, 

tylko na kogoś innego, poza jego polem widzenia, kogoś, kogo on sam nie mógł dostrzec. 

-  Ostatni przedstawiciel gatunku - odezwała się. Jej głos brzmiał jak szept, głównie z 

powodu zniekształconych warg. - Ostatni przedstawiciel mojego gatunku. 

Podniosła ostrze, a wtedy Anakin ją rozpoznał. 

-  Tahiri!  -  wrzasnął.  Zawahała  się,  jakby  nagle  usłyszała  jakiś  odległy  dźwięk,  ale 

zaraz skoczyła do przodu, zataczając łuk jarzącym się ostrzem. W oczach miała rozkosz i 

rozpacz, radość i szaleństwo, że Anakinowi na ten widok zabrakło tchu w piersi. 

Obudził  się,  ale  dalej  się  dusił.  Usta  zatykała  mu  czyjaś  silna  dłoń.  Próbował  się 

wykręcić, ale trzymano go pewnie i mocno. Próbował podwinąć nogi pod siebie, ale też 

mu się nie udało. 

Spokojnie,  nie  bój  się,  pomyślał.  Pozbieraj  się,  Anakinie.  Miałeś  zdaje  się  stać  na 

warcie. W jaskini nawet nie usłyszą, jeśli zginiesz. 

background image

Użył Mocy, aby wyrwać się z uchwytu i odrzucić napastnika daleko w bok. W jednej 

chwili zerwał się na nogi z mieczem świetlnym w dłoni. W świetle klingi ujrzał brodatą 

twarz starego człowieka i miotacz. 

-  Jedi, zaczekaj! Jestem. . . przyjacielem. 

-  Tak? To dlaczego mnie zaatakowałeś? 

-  Nie  wiedziałem.  .  .  nie.  .  .  -  Przybysz  mówił głosem  tak  słabym,  jakby  rzadko  go 

używał. - Nazywam się Qorl. Byłem przyjacielem Jedi. 

Nie wiedziałem, kim jesteście. 

-  Qorl?  Mój  brat  i  siostra  znali  jakiegoś  Qorla.  Sterroryzował  ich  miotaczem,  żeby 

mu naprawili statek 

-  Jacen. Jaina - powiedział starzec. - Qorl uratował ich również od Akademii Cieni. 

-  Byłeś  pilotem  myśliwca  TIE,  który  tu  się  zabłąkał,  kiedy  zniszczono  Gwiazdę 

Śmierci. Uciekłeś. . . 

 

-  I  wróciłem.  Odszedłem,  czując  się  wrogiem  twojej  siostry  i  brata.  Wróciłem  jako 

ich przyjaciel. Naprawdę jesteś ich bratem? - Zmrużył 

oczy. - Nie widzę już tak dobrze. 

-  Co tu robisz? 

-  Widziałem  latające  statki  i  walkę.  Myślałem,  że  jeden  spadł  tu  w  pobliżu, 

przyszedłem zobaczyć - wzruszył ramionami. - Minęło siedem dni i oto jestem. 

-  I  oto  jesteś.  -  Anakin  usiłował  sobie  przypomnieć,  co  wie  na  temat  tego  siwego 

starca. Jacen i Jaina znaleźli jego zniszczony myśliwiec TIE i postanowili go naprawić, nie 

wiedząc, że pilot wciąż jest w pobliżu, że kryje się przed ludźmi, bo nie wie, że wojna się 

skończyła.  Qorl  zmusił  ich  do  dokończenia  naprawy  i  pozostawił  na  pewną  śmierć,  ale 

później  pomógł  im  uciec  z  Akademii  Cieni.  Anakin  pamiętał,  że  Qorl  ostatecznie 

wylądował  na  Yavi-nie  Cztery,  ale  nie  znał  szczegółów.  Niewiedział,  że  Jacen  i  Jaina 

uznali go za przyjaciela, a wujek Lukę bez oporów pozostawił starego człowieka samemu 

sobie. 

Qorl wskazał na miecz świetlny. 

background image

-  Mógłbyś to wyłączyć? Proszę cię. 

-  Och, oczywiście. 

-  Z kim walczyliście? 

-  Z Brygadą Pokoju. 

-  Z kim? 

-  Eee. . . kiedy ostatnio miałeś jakieś wieści z zewnątrz, Qorl? 

-  Nie wiem. Stary Peckhum zrzucał mi tu czasem jakieś zapasy, ostatnio pewnie ze 

dwa albo trzy lata temu. Powiedziałem mu, żeby nie wracał. 

-  Ach, tak. No cóż, to wymaga paru wyjaśnień. Wielu wyjaśnień. 

-  Możesz mi powiedzieć, co to za nowe statki widziałem? Były. . . dziwne. Anakin 

poczuł ukłucie w piersi. 

-  Jakie statki? 

-  Wyglądały jak jakieś narośle. Ohydne. 

-  Och, nie - szepnął Anakin. - Dobrze, opowiem ci wszystko najszybciej, jak się da, a 

potem. . . - Przypomniał sobie swoją wizję, tę odmienioną Tahiri, mroczną Jedi z bliznami 

i implantami Yuuzhan Vong. - A potem muszę coś załatwić. . . nieważne, jakim kosztem. 

-  Muszę z tobą pogadać, Vehn. - Anakin przysiadł naprzeciwko pilota. 

-  No to mów. Hej, a co to za starszy gość? 

-  Coś w rodzaju pustelnika. Oddaję mu ciebie pod opiekę. 

 

-  Co masz na myśli? - podejrzliwie zapytał Vehn. Anakin głęboko zaczerpnął tchu i 

wypalił prosto z mostu: 

-  W porządku, Vehn. Wiesz, o co mi chodzi? Potrzebuję twojej pomocy. 

-  Od jakiegoś czasu próbuję ci to zaproponować. 

-  I masz rację. 

-  No.  .  .  cóż,  szkoda.  Potraktowałeś  mnie  jak  hutyjską  kupę  gówna.  Dlaczego  nie 

miałbym odpłacić ci pięknym za nadobne? 

-  Yuuzhanie Vong przylecieli. 

background image

Ta  informacja  przeraziła  Vehna.  Nie  pokazał  strachu  na  nieruchomej  twarzy,  ale 

Anakin go wyczuwał. 

-  Qorl widział ich statki. 

-  Znajdą nas - bezbarwnym głosem przemówił Vehn. 

-  A  niby  dlaczego?  Wcale  nas  nie  szukają.  Jeśli  Brygada  Pokoju  nie  opowie  im  o 

katastrofie...  ale  nie  sądzę,  żeby  to  zrobili.  W  ten  sposób  ujawniliby  tylko  swoją 

niekompetencję,  prawda?  Yuuzhanie  mogą  trafić  na  nas  wyłącznie  przy  okazji 

przypadkowego patrolu, ale prawdopodobieństwo. . . 

-  Zależy,  ile  statków  wysłali  na  patrol  -  przerwał  Vehn.  -  Nie  wiesz  jednego,  więc 

nie wiesz i drugiego. 

-  To prawda. Chodzi o to. . . że zamierzam wrócić po moją przyjaciółkę do świątyni. 

Idę  już  teraz  i  chcę,  żebyście  razem  z  Qorlem  bezpiecznie  zabrali  Sannah  i  Valina  z 

księżyca. 

-  Co? Nie zwariowałeś przypadkiem? 

-  Potrafisz chyba sam skończyć naprawę statku, nie? 

Vehn w dalszym ciągu przyglądał się Anakinowi, jakby chłopak oszalał. 

-  Nie. Napęd podświetlny. . . 

-  Już prawie zreperowany. Pokażę ci. . . 

-  Niemożliwe. 

-  Bzdura.  Wciąż  potrzebujesz  części,  ale  Qorl  pokaże  ci,  gdzie  możesz  je  zdobyć.  I 

masz Fivera. Zaprogramowałem go wszystkimi danymi, jakich możesz potrzebować. 

-  A dlaczego w ogóle miałbym to zrobić? Wciąż nie bardzo rozumiem... 

-  Ponieważ to także twoja ostatnia szansa. Sądzisz, że Yuuzhanie Vong uznają cię za 

sojusznika, kiedy was tu znajdą? Wątpię. Bardzo 

wątpię.  Mówisz,  że  byłeś  w  Brygadzie  Pokoju  tylko  dla  forsy,  że  tak  naprawdę  nie 

podzielasz  ich  poglądów.  .  .  no  cóż,  powiedzmy,  że  uwierzę  ci  na  słowo.  Zabierz  te 

dzieciaki w bezpieczne miejsce, a ja ci zagwarantuję zysk. 

-  Skąd  wiesz,  że  nie  polecę  prosto  do  Yuzhan  Vong  i  nie  przekażę  im  Valina  i 

Sannah? 

background image

-  Z  kilku  powodów.  Po  pierwsze,  Qorl  wypali  w  tobie  całkiem  sporą  dziurę,  jeśli 

spróbujesz  to  zrobić.  Nie  ufam  mu  do  końca.  Był  ostatnim  żołnierzem  Imperium  w 

czynnej  służbie  jeszcze  przez  dwadzieścia  lat  po  śmierci  Imperatora.  Ale  z  tego  samego 

powodu  nigdy  nie  przekaże  ludzi  Yuuzha-nom  Vong.  .  .  i  tobie  też  nie  pozwoli  tego 

zrobić. Może przy pierwszej okazji wystartuje w kierunku Szczątków Imperium, ale o ile 

się orientuję, to i tak nieporównanie lepiej, niż zostać tutaj. Po drugie, uważam, że zrobisz 

wszystko,  co  w  twojej mocy,  aby  wyjść  z  tego  w  jednym  kawałku.  W  końcu  jesteś  dość 

cwany, żeby nie liczyć na uprzejmość Yuuzhan Vong. A trzeci powód. . . - pochylił się ku 

niemu - Trzeci powód jest taki, że jeśli Valinowi lub Sannah włos spadnie z głowy, módl 

się,  żeby  mnie  zabito.  Bo  jeśli  nie.  .  .  to  cokolwiek  się  stanie,  dopadnę  cię.  To  ci  mogę 

przysiąc. 

-  Spokojnie, Jedi. Zrobię to. Wszystko jest lepsze niż siedzenie w dżungli i czekanie 

na  śmierć  od  ukąszenia  jaszczurki.  Ale  wolałbym,  żebyś  mi  nie  groził.  Mam  tego 

serdecznie dość. 

-  Powiedziałem to, co chciałem. Nie będę powtarzał. - Anakin podniósł głos. - Qorl, 

możesz tu przyjść? 

Stary  pilot  przyczłapał  do  nich  i  bardzo  dokładnie  zmierzył  Vehna  wzrokiem. 

Przykląkł, aż zatrzeszczały mu stawy i potrząsnął palcem przed nosem Vehna. 

-  Znam cię - wymamrotał. 

-  Chyba oszalałeś - odparł Vehn. - Nigdy w życiu cię nie widziałem. 

-  Jasne.  Nawet  gdybyś  spotkał  kogoś  takiego  jak  stary  Qorl,  pewnie  byś  go  nie 

poznał.  Nie  masz  bazy  danych.  Z  drugiej  strony,  stary  Qorl  znał  setki  takich  jak  ty.  Nie 

sprawisz Qorlowi żadnych kłopotów. 

Zrobisz to, co ci każe. 

-  Zrobię,  zrobię  -  obiecał  Vehn.  -  Tylko.  .  .  trzymaj  się  ode  mnie  z  daleka,  zgoda? 

Albo przynajmniej się wykąp, bo śmierdzi od ciebie,jak Wookiemu spod pachy. 

  

Qorl zarechotał, oparł dłonie na udach i wyprostował się na całą wysokość. 

Spojrzał uważnie na Anakina. 

background image

-  Jesteś pewien tego, co robisz? 

-  Po prostu muszę - odrzekł chłopak. - Moc każe mi to zrobić. 

-  Moc.  Hmm.  .  .  Czy  Moc  przeniesie  cię  przez  pół  księżyca  w  czasie  szybszym  niż 

rok?  Bo  tyle  czasu  zajmie  ci  spacer  do  świątyni,  jeśli  po  drodze  nie  napoczną  cię  żuki-

piranie  albo  nie  padniesz  od  gorączki  bagiennej.  Mógłbyś  poczekać  chociaż  do  czasu,  aż 

naprawimy statek. 

-  Nie  muszę  iść  piechotą  -  wyjaśnił  Anakin.  -  System  napędu  repulso-rowego  w 

Eskrzydłowcu był nieuszkodzony. Skleciłem coś, co przy pewnej dozie dobrej woli może 

ujść za śmigacz. 

-  Zdążyłeś? 

-  O, już parę dni temu. Ale dopóki się nie zjawiłeś, nie mogłem się zdecydować, żeby 

odejść. Nie mogłem zabrać Valina i Sannah, a nie zostawiłbym ich przecież samych. - Ale 

teraz  otrzymałem  dwa  znaki,  dodał  w  duchu.  Qor-la  i  mój  sen.  Czuł,  że  dobrze  robi. 

Gdyby nie poszedł, czułby się okropnie. Czułby się tak, jak. . . pod powiekami przemknęła 

mu  twarz  Chewbacki,  taka  jaką  widział  go  po  raz  ostatni,  a  potem  samotna  postać 

okrążonej przez wrogów Tahiri. 

Tahiri  dorosła,  w  zbroi  Yuuzhan  Vong  i  władająca  ciemną  stroną  Mocy.  Musiał 

podjąć to ryzyko. 

-  Teraz pójdę wyjaśnić to dzieciom - rzekł. - Odejdę rankiem. 

  

ROZDZIAŁ 

13 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

Komandor Tsaak Vootuh skierował spojrzenie opalizujących oczu na dygoczącą istotę 

ludzką.  Z  trudem  oparł  się  podszeptom  tej  części  swojego  umysłu,  która  miała  ogromną 

chęć położyć kres jej cierpieniom. 

A była to przeważająca część. 

-  Tyjesteślmsatad? - zapytał. 

-  Tak, sir. 

-  Wyprostuj się - warknął Vootun. - Yuuzhańskie niemowlę skomlące w kołysce ma 

więcej dumy i godności niż twoje zawodzenia. 

Mówiąc, rozkoszował się cichym sykiem powietrza uchodzącego przez romboidalne 

nacięcia w jego policzkach. Założył dłonie za plecami, aby płaszcz, wpijający się w skórę 

ramion, odsłonił w całej okazałości tatuaże i nabrzmiałe blizny po ogniu, które ozdabiały 

mu  tors.  W  milczeniu podziękował  Yun-Yuuzhan  za  to,  że nie  narodził  się jako  jeden  z 

tych gładkich, pozbawionych honoru niewiernych. 

-  Tak, sir - powtórzył Imsatad nieco pewniejszym głosem. 

-  Wyjaśniłeś moim podkomendnym, że jesteś naszym sprzymierzeńcem? Jednym z. . 

.  -  zmarszczył  czoło,  aby  przypomnieć  sobie  nazwę  grupy  w  ba-sicu  -  .  .  .  z  Brygady 

Pokoju? 

Tizowyrm w jego uchu przetłumaczył ostatnie słowo jako „dobrowolne poddaństwo, 

należne zdobywcy od poddaneg". 

-  Tak, sir. 

-  Zastanawiam się, jak to udowodnisz - mruknął Tsaak Vootuh. - 

Z  naszej  informacji  wynika,  że  ten  księżyc  był  domem  wielu  młodych  Je-dai.  A 

jednak nie znajduję tu ani jednego z nich. To niezwykłe i podejrzewam, że należy za to 

winić właśnie ciebie. 

background image

-  Nie - zaprotestował Imsatad. - Przybylismyw dobrej wierze, aby spełnić warunek 

pokoju, jaki zaproponował wasz mistrz wojenny Tsavong Lah. 

 

-  I ponieśliście sromotną klęskę. Gdzie są Jeedai? Imsatad zawahał się. 

-  Mamy jednego. Pozostali są z Karrde'em. 

-  Komendantem tej flotylli, która uciekła na nasz widok? 

-  To on. Wrobił nas w. . . 

-  Nie interesują mnie szczegóły waszej porażki. Dwa ze statków Karrde'a wykonały 

skok  w  nadprzestrzeń.  Podejrzewam,  że  pozwoliliście,  aby  statki  wiozące  zdobycz 

prześliznęły się wam między palcami. 

-  Z całym szacunkiem, komandorze, gdyby nie ja i moi ludzie, nie miałby pan nawet 

tej jednej Jedi. Karrde zabrałby wszystkich przed waszym przybyciem. 

-  Może  tak,  a  może  nie.  Ale  powiedz.  .  .  po  co  on  został  w  systemie?  Imsatad 

zmarszczył brwi. 

-  Został? 

-  Tak. Wycofał się do samych granic systemu, ale został. Nie martwi mnie to; będę 

mógł  zapewnić  moim  ludziom  trochę  walki,  a  myślałem,  że  będą  musieli  siedzieć 

bezczynnie.  Nie  sądzę  jednak,  żeby  podjął  takie  ryzyko  dla  jednej  niedojrzałej  Jeedai.  - 

Pochylił się do przodu i zniżył do szeptu. -Czego jeszcze zapomniałeś mi powiedzieć? 

Człowiek odchrząknął. 

-  Są. . . mam wrażenie, że na księżycu jest jeszcze kilku Jedi. I chyba jednym z nich 

jest Anakin Solo. 

-  Solo? 

-  Brat Jacena Solo, którego tak bardzo pożąda Tsavong Lah. 

-  Ciekawe. . . jeśli to prawda. 

-  Chciałbym  zaproponować  moje  statki  i  ich  załogi  do  pomocy  w  poszukiwaniach 

jego oraz wszystkich innych ludzi, którzy mogli pozostać na Yavinie Cztery. 

Tsaak Vootuh zmierzył istotę jadowitym spojrzeniem. 

background image

-  Pomogliście nam już dość. A co do waszych statków. . . te odrażające bluźnierstwa 

zostaną zniszczone. 

  

-  Ale jak. . . jak wrócimy do domu? 

Tsaak Vootuh pozwolił sobie na ponury uśmieszek. 

-  No właśnie, jak, Imsatadzie? - zapytał drwiąco. - No, jak? 

-  Hej, zaczekaj no chwilę. . . - zaczął Imsatad, ale Tsaak Vootuh przerwał mu w pół 

słowa jednym spojrzeniem. 

-  Chcę zobaczyć schwytanego Jeedai - oznajmił. - Zabierzesz mnie tam. Teraz. 

-  Nie zrobię tego, dopóki. . . 

Tsaak Vbotuj  skinął głową w pewien szczególny sposób i Imsatad stwierdził nagle z 

wielkim  zdumieniem,  że  widzi  łeb  amphistafFa  wystający  z  jego  własnego  brzucha. 

Podniósł  na  Tsaaka  Vootuha  pytający  wzrok,  zakrztusił  się  krwią,  która  popłynęła  mu  z 

ust  i  umarł.  Vo  Lian,  porucznik  Tsaaka  Vootuha,  wyciągnął  amphistaffa,  którego  wbił 

człowiekowi w plecy. 

Tsaak Vootuh gestem przywołał człowieka, który stał za Imsatadem. 

-  Ty. Zabierzesz mnie do schwytanego Jeedai. 

-  Oczywiście  -  wymamrotała  istota.  -  Czego  tylko  sobie  życzysz.  Tsaak  Vootuh 

skinął głową i wstał. Przed wyjściem z pokoju obejrzał się 

jeszcze na Vo Liana. 

-  Obserwuj  lądowiska  i  zabezpiecz  przestrzeń  wokół  księżyca.  Pod  koniec 

następnego  cyklu  chcę  mieć  tutaj  damutek.  Nie  pozwolę,  aby  mistrzowie  przemian 

skarżyli się na bezczynność. 

Vo Lian skrzyżował ramiona i uderzył się pięściami w barki. 

-  Belek tiu - rzekł. - Tak się stanie, komandorze. 

  

  

 

 

background image

ZHAŃBIENI I MISTRZOWIE PRZEMIAN 

  

ROZDZIAŁ 

14 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Borsk Fey 'lya, przywódca Nowej Republiki, zaprezentował Luke'owi przepraszającą 

minę, równie fałszywą, co doskonale wyćwiczoną. 

-  Przykro mi - oznajmił bez zmrużenia fioletowego oka. - Nie mogę ci pomóc w tej 

sprawie, mistrzu Skywalkerze. 

Lukę zdusił w sobie potrzebę krzyku i zmusił się do opanowania, o które tak często 

prosił swoich studentów. 

-  Błagam,  rozważ  to  dokładnie,  przywódco  Fey'lya.  Tu  chodzi  o  życie.  -Wciąż 

jeszcze czuł rozpacz po śmierci Ikrita. 

Bothanin skinął głową. 

-  Boleśnie sobie to uświadamiam, mistrzu Skywalkerze. O ile jednak ciebie obchodzi 

życie  czwórki.  .  .  powtarzam,  czwórki  Jedi,  o  tyle  ja  muszę  liczyć  istnienia,  które 

pochłonęłaby  nasza  próba  odbicia  systemu  Yavin...  systemu  bez  znaczenia  taktycznego 

czy strategicznego. Muszę również pamiętać i o tym, że takie działanie skutecznie położy 

background image

kres kruchemu rozejmowi z Yuuzhanami Vong i będzie nas kosztować kolejne istnienia w 

rozpętanej na nowo wojnie. 

-  Oni już złamali rozejm - przypomniał Lukę, wciąż starając się mówić spokojnie.  - 

Obiecali,  że  nie  zagarną  więcej  naszych  światów,  jeżeli  zostaną  im  przekazani  wszyscy 

Jedi.  Zdaje  się,  że  cała  galaktyka  z  wielką  radością  spełniłaby  ich  żądanie.  A  jednak 

zaanektowali Yavin Cztery. 

-  Oczywiście ani ja, ani senat nie usankcjonujemy tej domniemanej czystki Jedi. 

-  Domniemanej? - Lukę tym jednym słowem wyraził całe niedowierzanie, jakie czuł 

wobec aluzji Fey'lyi. 

-  A  jeśli  chodzi  o  Yavin  Cztery  -  spokojnie  kontynuował  przywódca  -  nie  jest  on 

jednym  z  „naszych"  światów...  jeśli  mówiąc  „nasz"  ma  pan  na  myśli  Nową  Republikę. 

Yavin  Cztery  to  twoje  ukochane  dziecko,  mistrzu  Skywal-kerze.  Wy,  Jedi,  daliście  nam 

jasno  do  zrozumienia,  że  nie  wiążą  was  prawa  i  decyzje  senatu.  Toczycie 

nieusankcjonowane  walki  i  prowokujecie  niepotrzebne  konflikty.  A  teraz,  po  okazaniu 

nam takiego lekceważenia, domagacie się jeszcze naszej pomocy? Czy ty sam nie widzisz, 

ile w tym hipokryzji? 

-  Przywódco,  pomijając  na  razie  drobny  fakt,  że  mylisz  działania  garstki  Jedi  z 

naszym całym zakonem, mówimy o dzieciach. Nic nie zrobiły, więc nie zasługują na to, 

aby cierpieć za błędy innych. 

-  Ale ty za te same błędy każesz mi narażać na śmierć całe miliony,może miliardy. 

Za wasze błędy. Zastanów się, czego od nas żądasz. 

-  To  najbardziej.  .  .  -  wybuchła  Jaina  Solo.  Lukę  był  zaskoczony,  że  tak  długo 

wytrwała w milczeniu. 

-  Spoko jnie, Jaino - poprosił. 

-  Ale on obraca. . . 

-  Dziecko,  odziedziczyłaś  po  matce  cały  jej  temperament  i  ani  trochę  rozsądku  - 

powiedział Fey'lya. - Słuchaj swego mistrza. 

-  Nie ma powodu, aby obrażać moją siostrzenicę - rzekł Lukę. - Jej brat jest jednym z 

czwórki zaginionych. 

background image

-  Czy mowa o Anakinie Solo, który zdobył fałszywe zezwolenie na wylot i po cichu 

opuścił Coruscant? 

-  Anakin jest nieco. . . zbyt gorliwy. 

-  Nie działał z twojego polecenia? 

-  Nie,  Fey'lyo,  ale  uważał,  że  uczniowie  Prakseum  znajdują  się  w 

niebezpieczeństwie. Jak się okazuje, miał rację. 

-  To  tylko  jeszcze  jeden  przykład  tego,  o  czym  mówię.  Młody  Solo  uciekł  wbrew 

rozkazom, łamiąc po drodze kilka praw i przepisów, i nikt go nie powstrzymał. Według 

mojej opinii, to właśnie kwintesencja tego, czym stali się ostatnio Jedi. 

-  Przyszedłem do ciebie, przewodniczący Fey'lyo. 

-  Właśnie.  Teraz,  kiedy  sprawa  cię  przerosła  i  sam  nie  jesteś  w  stanie  sobie  z  nią 

poradzić. Nie mówiąc już o tym, że nie przyszedłeś od razu. 

Udałeś  się  najpierw  do  generała  Antillesa,  a  może  i  do  wielu  innych,  i  oni  dopiero 

skierowali cię tutaj. 

-  Próbowałem się zorientować, jakie kroki są możliwe - odparł Lukę. - Nie stawiałem 

żadnych żądań. 

-  Cóż  za  dyplomacja.  A  gdzie  w  tym  wszystkim  tkwi  twoja  siostra?  Ona  i  jej 

małżonek też jakby rozpłynęli się w powietrzu. 

-  To nie ma żadnego związku. 

 

-  O,  czyżby?  A  może  zaangażowali  się  w  kolejną  nielegalną  i  tajną  akcję?  Może 

stanowią  część  tego  pseudorządu,  który  po  cichu  stworzyłeś,  jakby  wybrani  urzędnicy 

Nowej Republiki nie mieli dość kompetencji do wykonywania swoich zadań? 

-  Przewodniczący Fey' lyo, działamy zgodnie z naszym mandatem Jedi. Ochraniamy. 

Służymy. Przykro mi, jeśli te cele nie są zgodne z waszymi. 

-  Arogancja - warknął Fey'lya. - Czysta arogancja. I jeszcze zastanawiacie się, czemu 

was nie cierpią. 

background image

Lukę wyczuł, że sprawa przybiera niepokojący obrót, i wiedział, że to po części jego 

wina.  Pewnie  nie  bez  wpływu  była  tu  wściekłość,  która  aż  emanowała  z  Jainy,  ale  i  on 

sam znajdował się niebezpiecznie blisko utraty opanowania. Złożył dłonie. 

-  Przewodniczący  Fey'lyo,  jeśli  nie  chcesz  rozważać  działań  militarnych,  spróbuj 

przynajmniej rozwiązania dyplomatycznego. 

Bothanin odchylił się w fotelu. 

-  Negocjacje toczą się już od dłuższego czasu. 

-  Kto przedstawił wam tę sprawę? 

-  Yuuzhanie Vong, oczywiście. Sytuacja na Yavinie spowodowała sporo napięć. 

-  Wiedziałeś o tym? 

-  Yuuzhanie  Vong  zapewniają  nas,  że  okupacja  systemu  jest  tylko  tymczasowa. 

Przybyli tam w poszukiwaniu surowców, a nie niewolników. Nie wiedzą nic o Prakseum 

młodych Jedi. 

Lukę obrzucił szefa państwa miażdżącym spojrzeniem. 

-  Pytam  raz  jeszcze  -  powiedział  beznamiętnie.  -  Wiedziałeś,  że  Yuuzha-nie  Vong 

wybierają się na Yavin i nie uznałeś za stosowne poinformować mnie o tym? 

-  Nie  bądź  śmieszny  -  parsknął  Fey'lya.  -  Uważasz,  że  mogłem  to  ukryć  przed 

szpiegami Jedi? Nie. Yuuzhanie Vong weszli do systemów sposób pokojowy. Trafili tam na 

jakąś potyczkę między szmuglerami, którzy do tej pory nie ustają w próbach udaremnienia 

Yuuzhanom  pobierania  wód  głębinowych  w  rejonie  Stroiketcy.  Przekonanie  ich,  że  ta 

banda  nie  ma  nic  wspólnego  z  Nową  Republiką  wymagało  nie  lada  wysiłków 

dyplomatycznych.  -  Spojrzał  z  ukosa  na  Luke'a.  -  O  tych  piratach  też  nic  pewnie  nie 

wiesz, 

mistrzu 

Skywalkerze? 

Nie 

jest 

to 

przypadkiem 

kolejny 

przejaw 

nieusankcjonowanej działalności Jedi? 

Lukę zmrużył oczy. 

-  Sprzedałeś moich uczniów. Nie zapomnę ci tego. Nigdy. 

-  Rozumiem.  Zamiast  odpowiadać  na  moje  pytania,  grozisz  mi.  -  FeyTya  machnął 

dłonią.  -  Zmarnowałeś  już  dość  mojego  czasu,  Skywalker.  Pozwól  tylko,  że  udzielę  ci 

background image

oficjalnego  ostrzeżenia.  Otóż  zapamiętaj,  że  system  Yavin  leży  poza  zasięgiem  twoim  i 

twoich wyznawców. 

Jeśli siły, które się tam znajdują, mają z tobą jakikolwiek związek, lepiej je  odwołaj. 

Nie  możesz  tam  jechać  sam  ani  wysłać  Jedi  w  swoim  imieniu.  Jeśli  zrobisz  w  tamtym 

kierunku  choć  krok,  zaaresztuję  cię.  Chyba  nie  muszę  ci  tłumaczyć,  że  jesteś  pod  ścisłą 

obserwacją. Czy to jasne? 

-  O  tak,  całkowicie  jasne  -  odparł  Lukę.  -  Nagle  wiele  rzeczy  mi  się  wyjaśniło  z 

doprawdy zastanawiającą szybkością. 

Poczuł, że umysł Fey'lyi zamyka się i otacza ochronną barierą. Audiencja skończona. 

Odwrócił się, aby odejść. . . ale zatrzymał się, kiedy zobaczył, że Jaina nie drgnęła. Stała 

jak wryta, a po twarzy płynęły jej łzy wściekłości. 

-  Przewodniczący Fey'lyo - odezwała się zadziwiająco spokojnie. 

-  Jesteś  nędzną  imitacją  istoty  rozumnej.  Mam  nadzieję,  że  pewnego  dnia  sam 

poczujesz smród zgnilizny w swoim sercu i udławisz się w jego oparach. 

Fey'lya wytrzymał jej spojrzenie. 

-  Jesteś bardzo młoda - mruknął. - Kiedy dokonasz choć cząstki tego, co ja zrobiłem 

dla tej galaktyki, wróć tutaj i wtedy porozmawiamy. 

-  Z jego punktu widzenia to ma nawet pewien sens - powiedział później Jacen, kiedy 

Lukę  i  Jaina  wrócili  do  apartamentów  mistrza.  Lukę  właśnie  skończył  streszczać  swoją 

rozmowę z szefem państwa Shadzie D'ukal, Tionnie, Marze i Jacenowi. 

-  Nie  wierzę,  że  to  powiedziałeś  -  warknęła  Jaina.  -  Mówimy  o  Anakinie.  O 

akademii! 

-  Nie musisz mi przypominać, kim jest mój brat - odparł Jacen. - Ale tak to wygląda 

dla innych, nie sądzisz? W tym przypadku rzeczywiście nie potrafimy być bezstronni. 

-  Niech szlag trafi bezstronność! - prychnęła Jaina. - Fey'lya nie jest bezstronny. 

-  Nie, nie jest. Ale martwi się czym innym niż my. 

-  Jasne. Bardziej się martwi losem Yuuzhan niż własnych obywateli. 

background image

-  To  nieprawda  -  łagodnie  wpadł  jej  w  słowo  Lukę.  -  Uczciwie  mówiąc,  nigdy  nie 

wierzyłem,  że  wyśle  statki  do  systemu  Yavin.  Musiałem  jednak  zapytać  i  dzięki  temu 

dowiedzieliśmy się paru rzeczy. 

-  Aha. Na przykład tego, że to właśnie Fey'lya wysłał tam Yuuzhan. 

-  Wątpię - sprzeciwił się Lukę. - Uważam, że sprawy rzeczywiście tak wyglądały, jak 

twierdzi.  Kiedy  Yuuzhanie  przybyli,  natknęli  się  na  Karrde'a  walczącego  z  Brygadą 

Pokoju,  a  kiedy  rozpoczęli  okupację,  Karrde  zwrócił  się  przeciwko  nim.  Wtedy 

skontaktowali się z Nową Republiką. Cóż, Fey'lya ma rację w jednym: powinienem był to 

przewidzieć  już  dawno  temu.  System  Yavin  był  zagrożony  od  wielu  miesięcy.  Tylko 

skoncentrowany wysiłek Jedi pozwolił nam sądzić, że jesteśmy tam bezpieczni. 

-  Wspaniale,  Lukę  -  rzuciła  Mara.  -  Teraz  zwal  całą  winę  na  siebie.  Lukę  podniósł 

brwi, zdumiony jej szorstkim, gniewnym tonem. 

-  Nie próbuję nikomu przypisywać winy, Maro. 

-  No to oszczędź nam przeprosin za Fey'lyę i senat. Co zrobimy? 

-  To samo, co Anakin - odparła Jaina. - Talon Karrde jest tam teraz i walczy o swoje 

pozycje w oczekiwaniu na pomoc, która nigdy nie nadejdzie. I pozostanie tam tak długo, 

aż odłowią wszystkie jego statki jeden po drugim. Mam rację, Shado? 

-  Tak. 

Lukę wbił w nią wzrok. 

-  Rozumiem  twoją  troskę,  Jaino,  ale  co  jeden  X-skrzydłowiec  pomoże  Karrde'owi 

albo Anakinowi? 

-  Więcej niż siedzenie tutaj. Możemy skontaktować się z mamą i tatą, niech przylecą 

z „ Sokołem Milleniu". 

-  Po pierwsze, Han i Leia wciąż pozostają poza zasięgiem. A poza tym słyszałaś, co 

powiedział Fey'lya. 

-  Och proszę, pozwól im spróbować, niech nas aresztują - burknęła Mara. 

-  Myślisz,  że  mnie  choć  trochę  obchodzi,  co  powiedział  ten  parszywy  Bothanin?  - 

wtrąciła Jaina. - Lukę, nie możemy nic nie robić. 

Lukę położył dłoń na ramieniu Mary. 

background image

-  Słuchajcie mnie wszyscy. Nie obawiam się aresztowania i myślę, że wszyscy o tym 

wiemy.  Ale  nadeszły  trudne  czasy  dla  Jedi.  Jeśli  w  ogóle  pozostali  nam  jacyś  wysoko 

postawieni  przyjaciele,  nie  możemy  sobie  pozwolić  na  to,  żeby  ich  narażać.  Już  i  tak 

uważa się nas za bandę drani. 

Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby przypisano nam rolę wroga publicznego. 

-  Jeśli  są  na  tyle  głupi,  żeby  tak  myśleć,  to  proszę  uprzejmie  -  warknęła  Jaina.  -  Są 

kompletnie beznadziejni i ty o tym wiesz. 

-  Racja  -  sarkastycznie  wtrącił  Jacen.  -  Właśnie  tego  potrzeba  nam  najbardziej: 

wojny  domowej  w  granicach  Nowej  Republiki.  Jakby  nie  wystarczyła  nam  wojna  z 

Yuuzhanami  Vong.  Poza  tym  wujek  Lukę  ma  rację:  nie  sądzę,  aby  nasz  udział  w  walce 

mógł przesądzić o jej wyniku. 

Nie po tym, jak Shada opisała nam całą sytuację. 

-  No więc co teraz? - zapytała Shada. - Karrde nie poradzi sobie sam. 

-  A gdybyśmy do równania dorzucili gwiezdny niszczyciel? - zapytał Lukę. 

Shada spojrzała na niego w zadumie i lekko skinęła głową. 

-  Jeśli Yuuzhanie Vong nie przyślą żadnych posiłków. . . może to coś da. 

-  Terrik - odezwała się Mara 

-  Terrik - potwierdził Lukę 

-  O ile się nie mylę, powiedziałeś, że nie możesz go znaleźć - odezwał się Jacen. 

-  Nie,  ale  mam  pewien  pomysł,  gdzie  go  szukać.  Potrzebuję  tylko  kogoś,  kto  tam 

pojedzie. 

Jaina wytrzeszczyła oczy. Jacen skinął głową. 

-  Tak - powiedział. 

-  Hej,  zaczekaj  no  chwilę  -  wtrąciła  Jaina.  -  Chcesz  nas  przepędzić  przez  pół 

galaktyki w poszukiwaniu gwiezdnego niszczyciela, którego możemy w ogóle nie znaleźć? 

-  Jaino - przerwał jej Jacen. - Czyżbyś sądziła, że Anakin nie żyje? Zawahała się na 

ułamek sekundy. 

-  Nie. Wiem, że żyje. 

background image

-  Właśnie. Ja też nie sądzę, żeby zginął. Nie wierzę nawet, że go złapali. Anakin zna 

Yavin  Cztery  równie  dobrze  jak  my,  może  nawet  lepiej.  Yuuzha-nie  Vong  nie  znają  go 

wcale.  Jeśli  nie  złapali  go  tam,  gdzie  wylądowali,  to  potrzeba  im  będzie  cudu,  żeby  go 

odnaleźć. 

-  No, chyba że rzucił się na ich statki, wymachując mieczem świetlnym. Może tego 

właśnie należałoby się po nim spodziewać - odparła Jaina. 

-  Jest  uparty  -  zgodził  się  Jacen  -  ale  nie  głupi.  Pewnie  już  wie,  że  pomoc  jest  w 

drodze.  Prawdopodobnie  wie  też,  że  Karrde  tam  jest.  Cały  problem  polega  na  tym,  że 

jeden nie może się skontaktować z drugim, ponieważ Yuuzhanie Vong stoją im na drodze. 

Wujek Lukę ma rację... kilka X-skrzy-dłowców, a nawet „ Sokół" nie zmienią w znacznym 

stopniu tego równania. „Błędna Wyprawa" owszem. 

Nozdrza Jainy drgnęły. 

-  Wujku  Lukę,  chyba  nie  próbujesz  po  prostu  usunąć  nas  z  drogi?  Lukę  potrząsnął 

głową. 

 

-  A jakim cudem weszłaś na ten kurs? Nie, Jacen doskonale opisał sytuację. Pozwól, 

że  wspomnę  jeszcze  o  tym,  iż  Valin  jest  wnukiem  Boostera  Terrika.  Booster  będzie  aż 

nadto skory do współpracy. 

-  No i Terrik nie jest bezpośrednio związany z Jedi. 

-  O czym wy mówicie? - przerwała Mara. - Corran Horn jest ojcem Valina i według 

moich ostatnich informacji był właśnie z Boosterem. 

-  Corran po Ithorze oddalił się od nas częściowo  - odparł Lukę.  - Fey'lya może coś 

podejrzewać, ale nie zdoła nic udowodnić. Aha, to mi przypomina. . . Shada  doleciała aż 

tutaj, nie ujawniając, że ma na pokładzie większość kandydatów Jedi. Gdyby się pojawili 

tutaj, na Coruscant, 

Fey'lya  zwęszy,  że  to  my  stoimy  za  obecnością  Karrde'a  w  tamtym  systemie.  Może 

będę mógł kontrolować tę sytuację, a może nie. Ale i tak kandydaci nie są tu bezpieczni. 

Kiedy polecisz szukać Terrika, chcę, żebyś zabrała ich ze sobą. 

-  Co, do X-skrzydłowca? 

background image

-  Mamy statki Shady. . . - zaczął Jacen. 

-  O, nie - zaprotestowała Shada. - To nie są moje statki, należą do Karr-de'a, a on ich 

potrzebuje. Wracam do systemu Yavin, i to biegiem, cokolwiek tutaj uradzicie. 

-  Weźmiemy  „  Cień  Jadę"  -  zdecydowała  Mara.  -  Mogę  wygospodarować  trochę 

przestrzeni.  I  tak  będzie  ciasno  przy  tych  wszystkich  dzieciakach,  ale  to  chyba  załatwi 

sprawę. 

-  Ty  i  ja  nie  możemy  opuścić  Coruscant  -  bez  ogródek  wyjaśnił  Lukę.  Oczy  Mary 

zabłysły. 

-  Skywalker, jeśli to ma związek z moim „poważnym stane", to możesz sobie. . . 

-  Nie, Maro. Nie możemy wzbudzać podejrzeń. Fey'lya nas obserwuje. I tak trudno 

będzie wyprawić stąd Jacena i Jainę bez zasłonięcia komuś oczu, ale to da się zrobić. 

Mara  wydawała  się  przez  chwilę  przyglądać  problemowi.  Nienawidzę  tych  gierek!, 

dała znać mężowi bez słów. Ja też nie - odparł. 

Przez  kilka  chwil  panowała  cisza:  Lukę  zrozumiał,  że  wszyscy  obecni  gapią  się 

wyłącznie na nich. Żadne nie otworzyło nawet ust, ale w Mocy widać było wyraźnie, że 

opadły im szczęki. 

  

 

No,  nie  wszyscy  tutaj  są  zaskoczeni,  dotarło  nagle  do  Luke'a.  Milczenie  przerwała 

niezawodna Jaina. 

-  Maro? Czy ty. . . 

-  Bystre dziecko - odparła. Zmrużyła leciutko oczy. - Jacenie? 

Jacen wydawał się liczyć pojedyncze atomy w podłodze. Twarz miał we wszystkich 

odcieniach czerwieni. 

-  Podsłuchiwałeś! - oskarżyła go Mara. 

-  Ja.  .  .  eee.  .  .  nie  miałem  zamiaru  -  wymamrotał.  -  Ale  kiedy  znowu  zacząłem 

używać Mocy na Duro. . . 

Rozejrzał się wokół bezradnie, szukając pomocy. 

-  I tak mieliśmy wam niedługo powiedzieć - oznajmił Lukę. 

background image

 

-  To cudownie! - wykrzyknęła Jaina. - Maro, gratuluję ci. Zmarszczyła brwi. 

-  Dobrze myślę? Chodzi mi o to, że nie sądziłam. . . 

-  Czego? - zapytała Mara, spoglądając na dziewczynę znacząco. - Czego nie sądziłaś? 

-  Och,  nie.  .  .  nic  -  odparła  Jaina,  a  jej  twarz  upodobniła  się  odcieniem  do  twarzy 

brata. 

-  To po prostu niespodzianka - wybawił ją Jacen. - Byłaś tak długo chora. 

Mara skinęła głową. 

-  Taak. Wszechświat nieraz sprawia niespodzianki. A nieraz. . . choć bardzo rzadko. . 

. mile zaskakuje. 

-  Mile? Cudownie! - wymamrotała Jaina. - Gratulacje. Dla was obojga. 

-  Dzięki - odparł Lukę. 

-  „Kuzynka Jain". Bardzo mi się to podoba. 

-  Mnie  też  -  odparła  Mara.  Usta  drgały  jej  od  wstrzymywanego  uśmiechu.  -  Ale  to 

nie rozwiązuje najbardziej palących problemów. A zatem, „kuzynko Jain", może weźmiesz 

„Cień Jadę" już teraz i poszukasz Boostera? 

Jaina wytrzeszczyła oczy. 

-  Dajesz mi swój statek? 

-  Pożyczam ci go. W dobrej sprawie. Tylko mi go nie rozwal, zgoda? 

-  Zgoda - odparła Jaina. - Ale jeśli nie znajdziemy Boostera w ciągu standardowego 

tygodnia. . . 

-  Znajdziemy - wtrącił Jacen. 

-  Tak  czy  tak  -  ostrzegła  Jaina  -  nie  utrzymacie  mnie  z  daleka  od  Yavina  Cztery. 

Nawet gdybym miała tam polecieć na saniach repulsoro- 

wych! 

ROZDZIAŁ 

15 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

Anakin  pędził  nad  krainą,  która  wyglądała  jak  wzdęte,  wirujące,  targane  burzami  i 

cyklonami  morze  szmaragdowozielonych  chmur.  Iluzja  była  tym  doskonalsza,  że  słońce 

właśnie zachodziło, rozlewając się nad horyzontem niczym eksplozja jądrowa oglądana w 

zwolnionym  tempie  i  od  tyłu,  jakby  grzyb  energii  wracał  do  bomby,  która  była  jego 

źródłem.  Prawdziwe  chmury  były  pomarańczowo  złocistą  koronką,  a  gigant  gazowy 

powoli  ześlizgiwał  się  za  horyzont.  Zapadała  prawdziwa  noc  -  rzadkie  zjawisko,  które 

zdarzyło się dzisiaj po raz pierwszy od trzech standardowych nocy, kiedy Anakin opuścił 

miejsce katastrofy. 

Ale zielone chmury były iluzją, i to śmiercionośną. Udawały je czubki drzew; gdyby 

w  pędzie  zahaczył  o  któryś  z  nich,  z  pewnością  nie  doświadczyłby  lekkiej  wilgoci  i 

nieznacznej  turbulencji,  jak  to  bywa  w  chmurach,  lecz  rozbiłby  naprędce  sklecony 

śmigasz, a przy okazji pewnie i kilka własnych kości. 

Dlatego przymknął oczy i korzystał z Mocy, badając życie pod stopami i obserwując, 

czy nie wystrzela zbyt wysoko. 

Cudownie było znowu móc lecieć - tak cudownie, że Anakin chwilami zapominał, co 

robi  i  dokąd  zmierza.  Wciąż  sięgał  do  przepustnicy,  żeby  otworzyć  ją  naprawdę,  żeby 

poczuć, jak wiatr na twarzy zmienia się w płynny, gryzący w policzki pęd. 

Ale przepustnica już była otwarta; „śmigasz" po prostu nie był w stanie lecieć szybciej. 

Anakin  kombinował,  jak  mógł,  ale  trudno  wymagać,  aby  dobre  chęci  i  prowizoryczna 

konstrukcja  przekształciły  poobijany  silnik  repulso-rowy  z  A-skrzydłowca  przyspawany 

do  niezgrabnego,  żebrowanego  podwozia  w  szlachetny  pojazd  gnający  z  wiatrem  w 

background image

zawody. Siedzenie pilota z X-skrzy-dłowca sterczało na czymś przypominającym klatkę, a 

pulpit składał się raptem z czterech przycisków: włącz/wyłącz, sterowanie przepustnicą i 

ciągiem  przydrutowane  do  repulsora  i  wajcha,  która  pozwalała  na  machanie  szerokim, 

aluminiowym statecznikiem z tyłu. Nie był to najbardziej zwrotny pojazd, jakim latał w 

życiu,  a  jego  maksymalna  prędkość  nie  przekraczała  smętnych  dziewięćdziesięciu 

kilometrów  na  godzinę.  Ale  i  tak  dowiezie  go  na  miejsce  szybciej,  niż  gdyby  miał  iść 

pieszo lub czekać na naprawę transportera. 

Sięgnął  jeszcze  głębiej  w  Moc,  próbując  dotknąć  Tahiri.  Znajdowała  się  w  jakimś 

ciemnym miejscu; czuł jej ból albo wspomnienie bólu. Nie wiedział, gdzie jej szukać. 

Anakinie. . . - dotarło do niego. 

Zaskoczyła go. Jego imię zabrzmiało z czystością dzwonków H'kig, bez najmniejszych 

zakłóceń. 

-  Idę, Tahiri - szepnął. 

Anakinie. . . to jedno słowo obudziło emocje. Strach, smutek, nadzieja. Sięgnął ku niej 

bez  słów,  niczym  czułym  uściskiem.  W  odpowiedzi  nadeszło  gorące,  pełne  desperacji 

dotknięcie. 

Znajdę cię obiecał. Trzymaj się tylko. 

Nie! - nadleciało z daleka. Nie wiedział, czy stara się go ostrzec, czy reaguje na ostrze 

bólu, które wdarło się nagle pomiędzy nich, oderwało jąod niego. Znów został sam pośród 

umykających czubków drzew. 

Od razu zaczął jej szukać, ale tym razem nie znalazł niczego, nawet cienia obecności. 

-  Nic ci nie będzie, Tahiri - wymamrotał. - Wiem, że nie. 

Wyczuł  jednak  kogoś  innego.  Wydawało  mu  się,  jakby  zobaczył  nagle  bladą 

gwiazdkę, gwiazdkę na całym niebie. 

-  Jaina - szepnął. - Cześć, Jaina. Nie wiedział, czy i ona go wyczuła. 

Mijały  dni,  zamglone  i  monotonne.  Puszcze  przechodziły  w  rozległe  sawanny  i 

przestrzenie bagien i oceanów, migoczących w świetle Yavina jak kuta miedź, a w słońcu 

jak  płynne  złoto.  Obserwował  wędrujące  stada  olbrzymów,  dla  których  nie  miał  nawet 

nazwy; dostrzegał je w mroku tylko jako cienie. Leciał dniem i nocą; zamykał oczy tylko 

background image

na krótkie drzemki, czerpiąc siły z Mocy. Ostatnią rację żywnościową zjadł po dziesięciu 

dniach, ale nawet w dwa dni później jeszcze nie był głodny. Czuł się lekki, wibrujący, jak 

płomień błyskawicy, który przybrał ludzką postać. 

Potrzebował tylko wody i zatrzymywał się, aby przedestylować jej trochę, kiedy ciało 

domagało się więcej płynów. Przez większość czasu jednak leciał zatopiony w otaczającej 

go przyrodzie. Szukał Tahiri, próbował zrozumieć, co się z nią dzieje, przekazać jej choć 

cień nadziei. 

Yavin przesłonił słońce i przetoczył się za horyzont. Anakin znalazł się w kompletnej 

ciemności.  Pozwolił,  aby  zmęczenie  go  opanowało;  zaczął  nawet  myśleć  o  krótkiej 

drzemce, kiedy usłyszał dziwny dźwięk. Z początku miał wrażenie, że go sobie wyobraził, 

bo w Mocy nie wyczuwał nic; ale dźwięk narastał, stawał się coraz wyraźniejszy i chłopiec 

wreszcie otworzył oczy, żeby sprawdzić, co się dzieje. 

Obok niego, mniej więcej w odległości pięćdziesięciu metrów, leciał i ciemny kształt. 

Nie widać go było poprzez Moc. 

-  Och,  Sithowe  nasienie  -  wymamrotał  pod  nosem.  Zamarł  w  kompletnym 

bezruchu,  obserwując  to  dziwo.  Leciało  idealnie  równo  z  nim,  i  nie  mógł  to  być 

przypadek.  Nie  było  tak  duże  jak  skoczek  koralowy,  ale  i  niewiele  mniejsze.  Może  to 

odpowiednik  śmigacza?  Coś  lepiej  przystosowanego  do  lotów  w  atmosferze  niż  statki, 

które widywał do tej pory? 

Nie  widział  dobrze  jego  sylwetki,  odbierał  tylko  namacalne  wrażenie  wielkości.  Tu 

zresztą także mógł się mylić. 

Czyżby sądzili, że jeszcze ich nie zauważył, a może próbowali tylko zorientować się, 

kim jest? 

Odpowiedź  poznał  kilka  chwil  później,  kiedy  pojazd  zmienił  nieco  kurs  i  ich 

trajektorie zaczęły się zbliżać. 

-  Nie wygląda to dobrze - mruknął chłopak. 

Przesunął  w  dół  regulator  wysokości  i  opadł  w  małą  przecinkę  w  czubkach  drzew. 

Jakaś  gałąź  zaczepiła  o  pojazd  i  obróciła  go  podwoziem  do  góry.  Bez  żyroskopu,  który 

mógłby skorygować pozycję lotu, chłopak stwierdził, że na łeb, na szyję leci w kierunku 

background image

ziemi.  Obrócił  pojazd  do  właściwej  pozycji  brutalnym,  pozbawionym  subtelności 

szarpnięciem czystej siły. Była to ta forma korzystania z Mocy, o którą zawsze oskarżał go 

brat Jacen. 

-  Moc nie jest palnikiem, którym można spawać pancerz - powiedziałby 

zaraz. 

Cóż, bez tej makrospawarki Anakin byłby teraz workiem połamanych kości na leśnej 

ściółce. Moc podobno jest wszędzie, no nie? 

Wyrównał  lot  pod  gęstym  baldachimem  gałęzi.  Znalazł  się  teraz  w  jeszcze  głębszej 

ciemności, bo nie dochodziło tu nawet światło gwiazd. Zmniejszył nieco prędkość  - jego 

ster  był  zbyt  toporny,  żeby  mógł  sobie  pozwolić  na  wyścigowy  lot  pomiędzy  pniami 

drzew  z  pełną  prędkością.  Pozwolił,  żeby  Moc  kierowała  jego  dłońmi  na  drążku  steru  i 

wykorzystywał wzrok, aby szukać w mroku oznak obecności swojego prześladowcy. 

Ale  wykrył  go  dopiero  słuchem.  Zaniepokoił  się.  Coś  z  trzaskiem  ścinało  czubki 

drzew  za  jego  plecami.  Anakin  poczuł,  że  włosy  stają  mu  na  głowie.  Z  czym  ma  do 

czynienia? Z żywym statkiem? Ze zwierzęciem? 

Opadł,  skręcił  ostro  i  wśliznął  się  pomiędzy  dwa  drzewa,  ścinając  z  jednego  korę. 

Przez chwilę sądził, że mu się udało, ale zaraz usłyszał, że tajemnicza istota skręca w ślad 

za nim. 

Jak  toto  widzi?,  zastanawiał  się.  Podczerwień?  A  może,  jeśli  wierzyć,  że  Yuuzhanie 

Vong  wykorzystują  wyłącznie  żywą  technologię,  po  prostu  go  wywęszyło.  W  każdym 

razie siedziało mu na ogonie i nie zamierzało odpaść. I było szybsze, choć mniej sterowne 

z powodu większych rozmiarów. 

Wydawało mu się, że nieźle sobie radzi, dopóki coś nie świsnęło mu koło ucha - nie 

gałąź ani nic, co mógłby wyczuć w Mocy. Desperacko wykorzystywał wszystkie możliwe 

sposoby;  wirował  i  przetaczał  się,  podchodził  do  pni  tak  blisko,  jak  tylko  mógł  się 

odważyć, przemykając nawet przez najwęższe przesmyki. 

Mroczne  przedmioty  ocierały  się  o  niego,  świszcząc  w  listowiu,  a  potem  coś  nagle 

złapało śmigacz tak mocno, że zawisł nieruchomo w powietrzu. 

background image

Anakin nie zatrzymał się jednak. Pełnym pędem, który wycisnął ze swojego pojazdu, 

wystrzelił  w  dżunglę  niczym  rakieta.  Zwinął  się,  okręcił,  spowalniając  lot  przy  użyciu 

Mocy, aż wreszcie wylądował na konarze grubszym od siebie. 

Obejrzał się i stwierdził, że patrzy na dziurę w nocy. 

Cienka  macka  wyprysnęła  z  ciała  dziwnej  istoty  i  okręciła  się  wokół  jego  talii, 

ściskając aż do bólu. Z chrapliwym krzykiem chłopak wydobył miecz świetlny i ciął w tej 

samej chwili, gdy włókno przymierzało się do zacieśnienia uchwytu. O dziwo, nie ustąpiło 

za pierwszym cięciem. Dopiero drugi cios załatwił sprawę. 

Anakin jednak, strącony z gałęzi, znów leciał w dół. Zamknął oczy, skorygował kurs 

tak, aby trafić na następną gałąź i wykorzystał ją jak trampolinę, by skoczyć ku kolejnemu 

niewidzialnemu  przystankowi.  Inne  włókno  zdołało  przechwycić  go  w  locie.  Zdołał  się 

wykręcić i przeciąć je, lecz prawie natychmiast złapał się na następne. To także przeciął; 

zauważył  przy  tym,  że  odcięte  kawałki  nie  spadają,  ale  dalej  go  krępują.  Jeśli  tak  dalej 

pójdzie. . . 

Dość  szybko  zorientował  się,  co  musi  zrobić.  Następnym  razem,  kiedy  uderzył 

stopami  o  gałąź,  rzucił  się  w  górę  i  na  zewnątrz,  czując  kolejne  włókna  przecinające 

powietrze wokół niego i pod nim. Skierował się w stronę dziury w Mocy. 

Problem  w  tym,  że  nie  potrafił  wyczuć  miejsca,  gdzie  miał  wylądować.  Opadł  na 

pancerz,  ale  powierzchnia  była  zbyt  nierówna.  Pośliznął  się,  potknął  o  rufę  i  spadł.  Po 

drodze  złapał  się  jakiegoś  występu  i  przez  krótką  chwilę  czuł  się  zdezorientowany:  jego 

ucho  wewnętrzne  mówiło  mu,  że  „dół"  znajduje  się  w  dwóch  przeciwnych  kierunkach, 

tak jakby stał na linii dzielącej dwa przeciwne kierunki grawitacji. 

W nagłym olśnieniu zrozumiał, co to znaczy. Czymkolwiek był ten obiekt, podobnie 

jak  wszystkie  statki  Yuuzhan  Vong, napędzał go  dovin  basal,  istota  zdolna  do  tworzenia 

anomalii grawitacyjnych. A on zwisał w pobliżu jednego z podnośników. 

Statek  drgnął  i  okręcił  się  wokół  własnej  osi.  Anakin  stracił  uchwyt,  ale  teraz  już 

wyczuwał  źródło  grawitacji.  Yuuzhanie  Vong  i  ich  statki  mogą  nie  istnieć  w  Mocy,  ale 

grawitacja to całkiem co innego. 

background image

Spada jąc, rzucił w górę swój miecz świetlny, kierując nim przy użyciu Mocy. Broń 

uderzyła w samo serce anomalii grawitacyjnej i na baldachim pod nim posypał się deszcz 

iskier. Lecąc przez pierwszą warstwę liści Anakin zobaczył, jak jego miecz eksploduje w 

purpurowym rozbłysku. 

Skoncentrował  się  na  broni,  ale  obił  się  o  gałąź  i  spadał  teraz  jak  szmaciana  lalka. 

Próbował  skoncentrować  się  i  przedrzeć  przez  zasłonę  bólu,  aż  wreszcie  natrafił  na 

podłoże i odepchnął je od siebie. Odpychał tak z całej 

siły. . . 

. . . aż odpowiedziało mu tym samym. Całe powietrze uciekło mu z płuc. Zwinął się 

konwulsyjnie, łapiąc ustami oddech, który nie przychodził. . . 

Anakina  obudziło  poranne  słońce.  Był  cały  w  sińcach,  ale  wciąż  żywy.  W  bladym 

świetle wypełzł ostrożnie z ukrycia pod korzeniami drzewa i rozejrzał się wokoło. 

Statek  Yuuzhan  Vong  znajdował  się  o  jakieś  osiemdziesiąt  metrów  od  niego. 

Przypominał płaską, skrzydlatą morską istotę, choć wydawało się, że został wyhodowany 

z  tej  samej  substancji,  co  skoczki  koralowe.  Pojazd  spoczywał  się  na  drzewie.  Kokpit 

wyglądał jak przezroczysty pęcherz wystający z górnej części. Pilot w środku wydawał się 

całkiem nieżywy. 

Anakin stwierdził, że miał rację  co do dovin basala. Wyglądał tak samo jak większe 

egzemplarze,  które  widywał  wcześniej,  ale  na  samym  środku  ziało  wielkie  cięcie.  Miecz 

świetlny leżał opodal. Podniósł go i spróbował włączyć. 

  

Niestety, potwierdziły się jego najgorsze obawy - klinga nie działała. 

- Wspaniale - mruknął półgłosem. - Żadnej broni. Wspaniale. 

Odszukał szczątki swojego śmigacza, wciąż przyczepionego do kabla wijącego się od 

yuuzhańskiego pojazdu. Nie trzeba było długich oględzin, żeby stwierdzić, że tym razem 

niczego nie zdoła uratować. 

Od tej chwili będzie musiał iść piechotą. 

  

ROZDZIAŁ 

background image

16 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nen Yim patrzyła, jak statki damuteki sadowią się pośród obcych drzew i trudno jej 

było  ukryć  zachwyt.  Nie  mogła  oczekiwać  pochwał  za  okazanie  emocji,  zwłaszcza  tak 

dziecinnych.  Mistrz  przemian  powinien  być  czujny,  mistrz  przemian  powinien  mieć 

analityczny  umysł.  Mistrz  przemian  nie  powinien  gapić  się  z  zachwytem  i  radością, 

wywijając czułkami kołpaka na głowie 

Nen  Yim  nie  zrobiła  nic  podobnego,  o  nie.  Ale  na  bogów,  czuła  się  tak,  jakby  to 

właśnie robiła! Cóż  to za planeta! Chociaż była tylko księżycem, to  jednak światem, i to 

światem nieznanym! Nieznane zapachy, nieoczekiwane drgnienia powietrza, niezwykłość 

grawitacji,  jakby  nie  całkiem  właściwej  -wszystko  to  przyprawiało  ją  o  zawrót  głowy. 

Prawdziwe  podniecenie  tkwiło  jednak  głębiej.  Podobnie  jak  grubopienny  damutek,  była 

nasieniem, które wreszcie trafiło we właściwą glebę. 

Gleba... Pochyliła się i naskrobała pełną garść tłustej, czarnej ziemi. Pachniała inaczej 

niż  wszystko,  co  dotąd  znała  -  może  trochę  podobnie  do  kanałów  przy  stawach 

hodowlanych mernipów lub do wyziewów maw luurów na wielkich światostatkach. Maw 

luury pobierały ścieki poprzez gęstą sieć naczyń włosowatych i przerabiały je na odżywki, 

metale  i  powietrze.  Jako  dziecko  często  stawała  w  miejscu,  gdzie  maw  luur  wydychał 

swoje wyziewy i jak dotąd był to jedyny wiatr, jaki znała. 

background image

- Po raz pierwszy na prawdziwym świecie, adeptko? 

Nen  Yim  obejrzała  się,  sądząc,  że  zobaczy  jednego  ze  znajomych  adeptów,  ale 

błyskawicznie  ułożyła  w  ukłon  macki  kołpaka,  kiedy  stwierdziła,  że przemówiła  do  niej 

nie żadna byle jaka kreatura, lecz jej nowa pani, Mezhan Kwaad. 

Mistrzyni  pozwoliła  jej  skończyć  ukłon,  po  czym  skinęła  dłonią,  wzywając  ją  ku 

sobie. 

-  Możesz podnieść na mnie oczy, adeptko. 

-  Tak, pani Mezhan. 

Mezhan Kwaad  była samicą w ostatnim okresie młodości. Gdyby nie była mistrzem 

przemian,  mogłaby  jeszcze  urodzić  dziecko,  ale  oczywiście  takiej  formy  nadawania 

kształtu  zabroniono  mistrzom  jej  kasty.  Była  szczupła,  ale  pomimo  wysokiego  statusu 

wciąż  przypominała  kształtem  dojrzałą  samicę.  Szeroką  twarz  o  wysokich  kościach 

policzkowych  ozdabiały  na  czole  rytualne  blizny  jej  domeny;  prawa  ręka  kończyła  się 

ośmiopalczastą  dłonią  mistrzyni.  Inne  zmiany,  zgodne  z  estetyką  wyznawaną  przez 

mistrzów  przemian,  były  bardziej  dyskretne.  Znamiona  jej  poświęceń  nie  były 

zewnętrzne,  jak  to  często  miało  miejsce  w  innych  kastach.  Mistrzyni  nosiła  ciasno 

otulającego ciało oozhitha, którego delikatne ssawki falowały subtelnymi pasmami barw, 

kiedy stworzenie wyszukiwało i chwytało obce mikroorganizmy w atmosferze, czerpiąc z 

nich pokarm. 

-  Odpowiedz na moje pytanie - zażądała mistrzyni. 

-  Tak,  pani.  Nigdy  przedtem  nie  znałam  innych  światów  poza  naszymi 

światostatkami. 

-  I jakie odnosisz wrażenia? 

-  Nasze  światostatki  budowane  były  przez  wieki,  może  przez  tysiąclecia.  Yun-

Yuuzhan tworzyli planety i księżyce przez miliony lat. 

Zasoby we wnętrzu księżyca są uwalniane powoli dzięki procesom tektonicznym. . . 

albo życie przystosowuje się do ich braku. - Spojrzała w dół, na ziemię pod jej stopami. - 

Ale to takie dziwne uczucie, wiedzieć, na jakich niewyobrażalnych stoję bogactwach. A to 

życie! Tak różne od naszego, takie odmienne, nie stworzone po to, aby nam służyć! 

background image

Mistrzyni przemian zmrużyła oczy. 

-  Jest stworzone po to, aby nam służyć - sprostowała cicho. - Wolą bogów jest, aby 

życie nam służyło. Uczono cię tego. 

-  Oczywiście,  pani  -  zawstydziła  się  Nen  Yim.  -  Chciałam  tylko  powiedzieć,  że 

jeszcze go nie ukształtowaliśmy. Zrobimy to. 

-  Tak, zrobimy - zgodziła się Nezhan Kkwaad. - Pamiętaj, że to „my" zrobimy. Czy 

wiesz, dlaczego jesteś adeptką, Nen Yim? Czy wiesz, dlaczego tu jesteś, zamiast poprawiać 

mutację parametanowych powtarzalnych form życia w rozkładającym się maw luurze? 

-  Nie, pani. 

-  Ponieważ  widziałam  twoją  pracę  w  klauzurze  endokrynologii  naświato-statku 

„Baanu Ko". 

Nen Yim splotła czułki w pokornej postawie. 

-  Robiłam tylko to, co do mnie należało - powiedziała. 

-  Robiłaś  to  po  prostu  dobrze.  Wielu  poprzestałoby  na  uformowaniu  tii,  ale  ty 

poszłaś  dalej.  Zastosowałaś  protokół  Vul  Ag,  choć  do  tej  pory  nikt  go  nie  używał  w 

klauzurach endokrynologii. 

-  Sądziłam,  że  dzięki  temu  zewnętrzne  błony  osmotyczne  będą  parować  w  sposób 

bardziej efektywny. . . 

-  Tak.  Tradycja  i  przyzwoitość  to  dwie  cechy  niezbędne  w  naszej  pracy,  a  jednak 

zbytnie ich przestrzeganie może prowadzić do zacofania. 

Potrzebuję adeptów, którzy mają szerokie horyzonty, którzy potrafią wykorzystywać 

świętą, niezmienną wiedzę w nowy sposób. Rozumiesz? 

-  Tak  sądzę,  pani  -  ostrożnie  odpowiedziała  Nen  Yim.  Poczuła  w  gardle  grudę 

strachu. Czy jej pani wiedziała? 

Nie, nie mogła wiedzieć. Gdyby choć przypuszczała, że Nen Yim otarła się o herezję, 

nigdy by jej nie awansowała. Chyba, że i ona sama. . . Nie. Nie mistrzyni. To niemożliwe. 

-  Nie  sądź  -  powiedziała  mistrzyni.  -  Wiedz,  a  zajdziesz  daleko.  Widzisz?  Jak 

powiedziałaś, po wielu pokoleniach mamy całą galaktykę 

background image

życia  na  wyciągnięcie  ręki.  Najwyższy  czas,  aby  pokazać,  po  co  nas  stworzyli  Yun-

Yuuzhan. 

Nen  Yim  skinęła  głową,  znów  obserwując  damuteki,  które  już  wykluwały  się  z 

ochronnych  osłonek  i  zaczynały  się  rozprzestrzeniać  i  rozrastać  w  skomplikowanym 

procesie przemian. 

-  Chodź, adeptko - odezwała się mistrzyni. - Już czas, żebyś do stała swoją dłoń. 

-  Tak szybko? - zdziwiła się Nen Yim. 

-  Nasza  praca  rozpoczyna  się  jutro.  Mamy  jednego  Jeedai,  wiesz  przecież.  Tylko 

jednego.  Ale  niedługo  będziemy  mieć  ich  więcej.  Najwyższy  Władca  Shimrra  bardzo 

uważnie obserwuje to, co tu tworzymy. 

Nie możemy go rozczarować. 

Nen  Yim  wyszła  z  ceremonialnej  kąpieli  i  weszła  na  pociemniałego  oozhi-tha. 

Dotknięcie sprawiło, że istota owinęła się wokół niej. Nen Yijm czuła, jak zapuszcza rzęski 

w pory jej skóry. Nie był to pełny oozhith, tylko krótki strój, który pozostawiał bez osłony 

całe ramiona i większą część nóg. Przygładziła krótkie czarne włosy i wyciągnęła prawą 

dłoń:  czuła  się  tak,  jakby  widziała  ją  po  raz  pierwszy,  a  nie  ostatni.  Pozwoliła,  żeby 

pomocnik zaprowadził ją do mrocznej groty Yun-Ne'She, gdzie czekała mistrzyni. 

Cuchnęło tam naftą i słoną wodą. Grota - ciasna, wilgotna i lekko reagująca na dotyk 

-  była  odległą  krewną  yammoska;  to,  co  czuła  istota  w  komorze,  wracało  do  niej 

wzmocnione i zwielokrotnione. 

W tej chwili żarliwość i niepewność sprawiły, że serce Nen Yim zaczęło łomotać jak 

szalone,  kiedy  uklękła  u  wylotu  groty,  otworu  nie  większego  od  pięści,  otoczonego 

potężną wypukłością mięśnia. Bez wahania umieściła dłoń w otworze. 

Przez chwilę nic się nie działo. A potem zęby - było ich osiem - wysunęły się i wbiły 

w jej przegub. 

Poczuła, że jej czoło pokrywa kroplisty pot. Poddała się bólowi, a zęby powoli niczym 

lodowiec wbijały się w ciało i docierały do kości. Mięsień otworu zaciskał się od czasu do 

czasu, aby odessać krew. Grota zwracała jej ból, ale spotęgowany. Oddech adeptki stał się 

background image

szybki, mywany. Straciła poczucie czasu; każdy nerw w jej ciele wydawał się obnażony, 

jakby rzęski ubrania stały się rozżarzonymi igłami. 

Na  koniec  zęby  spotkały  się  wewnątrz  jej  nadgarstka.  Usłyszała,  jak  lekko  trzasnęły 

jedne o drugie. Próbowała zaczerpnąć tchu, aby przygotować się na to, co zaraz nastąpi. 

Wszystko stało się bardzo szybko. Wylot paszczy obrócił się nagle o dziewięćdziesiąt 

stopni. Dłoń oderwała się z wilgotnym mlaśnięciem od wykręconego ramienia. Nen Yim 

podniosła w górę kikut nadgarstka i spoglądała na niego z tępym zdumieniem. Zaledwie 

zauważyła, jak pomocnik wziął ją za ramiona i poprowadził w kierunku ciemnego bajorka 

pośrodku groty. 

- Poradzę sobie - szepnęła. Uklękła przy bajorku. Kręciło jej się w głowie. W wodzie 

przesuwały się mroczne kształty pięcionożnych istot, które ochoczo podpłynęły zwabione 

zapachem jej krwi. Włożyła do wody broczący kikut. 

Była pewna, że jej ciało nie może już odczuwać większego bólu niż teraz. Myliła się. 

Nie  poczuła  go  w  ręce,  lecz  w  całym  ciele,  które  pod  jego  wpływem  wygięło  się  w 

konwulsyjny łuk i tak pozostało. Nie widziała istoty, która przyczepiła się do jej przegubu. 

Chyba w ogóle nie chciała jej widzieć. W głowie eksplodował jej potężny błysk światła i 

przez krótką chwilę nie wiedziała, co się dzieje. 

Ocknęła  się,  a  w  oczach  zakręciły  jej  się  łzy  wstydu.  Zobaczyła  jak  przez  mgłę,  że 

mistrzyni pochyla się nad nią. 

  

-  Nikt  nie  wytrzymał  tego  po  raz  pierwszy  bez  krótkiej  utraty  przytomności  - 

zapewniła.  -  Tym  razem  nie  musisz  się  wstydzić.  Jeśli  kiedykolwiek  dostaniesz  rękę 

mistrzyni, będziesz gotowa. 

Ręka. Nen Yim podniosła ją do oczu. 

Jeszcze  nie  tkwiła  pewnie  na  miejscu  -  gęsta,  zielona  wydzielina  znaczyła  granicę 

pomiędzy nią a resztą nadgarstka. Miała cztery wąskie palce i kciuk, wystające z cienkiej, 

elastycznej  skorupy.  Tysiące  maleńkich  wyrostków  czuciowych  pokrywały  palce  i 

wnętrze  dłoni.  Dwa  palce  najdalsze  od  kciuka  kończyły  się  niewielkimi  szczypcami. 

Najbliższy kciuka palec miał cienki, wąski, wysuwany pazur. 

background image

Próbowała poruszyć palcami, ale nic się nie stało. 

-  Minie  kilka  dni,  zanim  zakończenia  nerwów  się  połączą,  a  potem  jeszcze  trochę 

czasu, zanim twój mózg przyzwyczai się do bardziej precyzyjnych dyspozycji - pocieszyła 

ją  mistrzyni.  -  Raduj  się,  Nen  Yim,  teraz  naprawdę  jesteś  adeptką.  Pomożesz  mi  przy 

kształtowaniu  Jeedai  i  przyniesiesz  chwałę  naszej  kaście,  naszej  domenie  i  wszystkim 

Yuuzhanom Vong. 

  

ROZDZIAŁ 

17 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Anakin  wcisnął  się  głębiej  w  szczelinę  pomiędzy  korzeniami  drzewa  grubera 

bagiennego. Przez pokręcone porosty obserwował słabo widoczne niebo. Najpierw myślał, 

że się przesłyszał, że dochodzący z góry hałas był tylko złudzeniem, ale w końcu zobaczył 

cień przesuwający się nad śmierdzącym bajorem w kształcie litery U. Cień o wiele za duży 

jak na przedstawiciela tutejszych ptaków. 

Dłoń chłopca powędrowała do bezużytecznego miecza świetlnego i opadła. 

Od  trzech  dni  starał  się  unikać  yuuzhańskich  analogów  ścigaczy.  Znajomość 

odgłosów  dżungli  bardzo  mu  pomogła.  Odległe  pokrzykiwania  wełno-mander  lub  pisk 

gromady  mniejszych  jastrzębiolotów  stały  się  jego  największymi  sprzymierzeńcami; 

background image

ostrzegały  przed  zbliżającymi  się  skrzydlakami  na  wiele  kilometrów  naprzód.  W  miarę 

jednak,  jak  zbliżał  się  do  akademii,  grupy  poszukiwawcze  pojawiały  się  z  coraz  większą 

regularnością. Nie przypuszczał, aby były to przypadkowe loty, Mogły stanowić fragment 

rozszerzającej  się  sieci  poszukiwań,  której  centrum  stanowił  skrzydlak  strącony  przez 

niego mieczem świetlnym. 

Cóż, przynajmniej teraz ma nauczkę, żeby nie ciąć mieczem dovin basali. Stwierdził, 

że  jego  broń  przeszła  przez  tę  część,  którą  stworzenie  zakrzywiało  grawitację  albo  tuż 

obok  niej.  Kryształ  miecza  wygiął  się  lekko,  a  potem  stopił  w  energii,  którą  sam 

generował.  Była  to  jednocześnie  dobra  i  zła  nowina:  kryształy  ogniskujące  można  było 

znaleźć  na  Yavinie  Cztery,  w  dawnych  świątyniach  Massassich,  i  wykorzystać  je  do 

budowy  miecza  świetlnego.  Niestety,  akurat  nie  miał  pod  ręką  ani  jednej  świątyni 

Massassich. 

Westchnął  i  mocniej  ścisnął  w  dłoni  prymitywną  laskę,  którą  udało  mu  się  wyciąć 

przy  użyciu  scyzoryka.  Wątpił,  aby  choć  w  niewielkim  stopniu  nadawała  się  do  obrony 

przed Yuuzhaninem w pełnej zbroi, ale i tak lepsze to niż nic. Niedawno natknął się na 

skupiska  wybuchowych  purchawek;  była  to  lokalna  roślina,  która  po  dokładnym 

wysuszeniu eksplodowała z całkiem przyzwoitym hukiem. W tej chwili jednak ich także 

nie miał pod ręką. Zgromadził je na suchym gruncie, zanim się tutaj ukrył. 

Siedział więc, czekając, aż cienie powrócą, i próbował nie myśleć o tym, co go czeka, 

kiedy  wreszcie  dotrze  do  Tahiri  i  jej  porywaczy.  Ilu  było  Yuuzhan?  Dlaczego  wciąż  tu 

jeszcze tkwili? 

Cóż, to dobre pytania, ale stracą sens, jeżeli Anakin Solo zginie lub zostanie pojmany 

po drodze. 

Wkrótce jednak pozna wszystkie odpowiedzi. Zgodnie z obliczeniami, znajdował się 

już zaledwie około dwudziestu kilometrów od akademii. 

Tak  był  pochłonięty  obserwacją  nieba,  że  nie  zauważył  podchodzących  coraz  bliżej 

zmarszczek na wodzie. Kiedy je dostrzegł, było już niemal za późno. 

Zwłaszcza,  że  z  początku  skojarzył  je  z  wielkim  rybokrabem,  nieszkodliwym 

skorupiakiem,  którego  pobratymcy  dostarczali  mu  pożywienia  od  czasu,  kiedy  spadł  na 

background image

ziemię. W miarę jak stworzenie się zbliżało, coraz częściej widział połyskujący pod wodą 

chitynowy pancerz. 

Rybokrab  jednak  nie  powinien  mieć  więcej  niż  metr  długości,  tymczasem  Anakin 

stwierdził, że ta istota liczy sobie co najmniej trzy metry. 

Szybko wbił do wody naostrzony koniec laski; prawie natychmiast wyrwało mu kij z 

rąk bardzo silne szarpnięcie. W tej samej chwili nad powierzchnię wody wynurzył się łeb 

stworzenia  -  koszmarny  kształt  pokryty  mackami  i  zakrzywionymi  wąsami,  które 

kierowały się ku niemu. Przez chwilę dał się opanować lękowi i zaskoczeniu, ale wreszcie 

pochwycił  stwora  Mocą  i  pchnął.  Potwór  wystrzelił  w górę,  ukazując w  całej  okazałości 

płaskie, szerokie, segmentowe ciało i tysiące łap. 

Plasnął  o  wodę,  zakręcił  się  i  znów  ruszył  na  niego.  Anakin  na  wszelki  wypadek 

wygramolił się na brzeg. 

Ktoś za jego plecami krzyknął nagle w języku, którego nie zrozumiał. Obejrzał się i 

zobaczył  yuuzhański  statek  z  rozsuwającym  się  kadłubem.  W  otworze  stał  yuuzhański 

wojownik. 

Wojownik zawahał się i cofnął z powrotem do pojazdu, który natychmiast wzniósł się 

w powietrze. Anakin zaklął cicho i ruszył pędem przed siebie. Zatrzymał się tylko po to, 

żeby chwycić plecak. 

Skrzydlak leciał za nim, ale w przyzwoitej odległości. Adrenalina buzowała we krwi 

chłopca, ale umysł miał zaskakująco spokojny. Przedzierał się przez zarosła, rozglądając się 

za  jaskinią,  ruinami,  czymkolwiek,  co  pozwoliłoby  mu  ukryć  się  przed  prześladowcą. 

Zmęczenie  spływało  po  nim  jak  martwe  komórki  w  pojemniku  z  płynem  bacta,  a  Moc 

przepływała  przez  niego  jak  rzeka,  dzika,  wzburzona,  niemal  przerażająca  w  swojej 

czystej, radosnej potędze. 

Nigdy  do  tej  pory  nie  zdarzyło  mu  się  znaleźć  w  takim  stanie  -  zespolenia  całą 

świadomością ze wszystkim, co go otaczało. Yavin Cztery był tak pełen życia. A w żywej, 

pulsującej  Mocy  skrzydlaki  odbijały  się  jako  bańki  nicości.  Jedi  nauczyli  się  wyczuwać 

Yuuzhan  Vong,  nie  wyczuwając  ich  Mocą,  ale  przedtem  była  to  zawsze  kwestia 

background image

koncentracji.  Po  prostu  kiedy  Jedi  patrzył  na  osobę,  którą  podejrzewał  o  to,  że  jest 

Yuuzhaninem, i niczego nie wyczuwał, potwierdzało to jego podejrzenia. 

Tym razem jednak było inaczej. Czuł się tak, jakby nagle zauważył odstępy pomiędzy 

słowami. Tego delikatnego stanu pewnie nigdy by nie osiągnął, gdyby się starał. Bał się, że 

ten moment uleci, jeśli się na tym zbyt mocno skupi. 

A więc starał się zanadto nie skupiać. Pewnie dlatego cały czas wiedział, że pierwszy 

Yuuzhanin,  na  którego  trafił  na  piechotę,  wciąż  jeszcze  tam  jest.  Wo  jownik  wyskoczył 

zza  drzewa,  trzymając  długiego,  podobnego  do  węża  amphistaffa.  Brakowało  mu  dwóch 

palców,  a  ucho  zwisało  w  strzępach.  Miał  na  sobie  zwyczajną  zbroję  z  kraba  vonduun  i 

zadowoloną z siebie minę. 

Anakin  odłamał  ciężki  konar,  przegniły  i  zjedzony  przez  robaki,  i  zrzucił  go  na 

wojownika z siłą większą niż siła ciężkości. Yuuzhanin był szybki i może nawet udałoby 

mu  się  odskoczyć,  ale  nie  zdążył  i  około  pół  tony  drewna  przygwoździło  go  do  ziemi. 

Anakin nie wiedział, czy wojownik żyje, czy zginął, czy jest ranny, czy tylko ogłuszony. 

Nie  obeszło  go  to  specjalnie,  ale  zmienił  kierunek,  oddalając  się  od  bąbli  nicości 

pełzających  na  obrzeżach  jego  rozszerzonego  postrzegania  i  zacieśniających  pętlę  wokół 

niego. 

Następny  Yuuzhanin  Vong  zaskoczył  go,  wysuwając  amphistaffa  w  poprzek  ścieżki 

tak,  aby  uderzył  Anakina  poniżej  kolan.  Chłopiec  poczuł  palącą  linię  bólu  przecinającą 

łydki,  ale  wykorzystał  moc  lasu  i  uniósł  się  w  górę,  opadając  o  trzy  metry  dalej. 

Tymczasem  Yuuzhanin  zaatakował.  Tym  razem  skrócił  amphistaffa,  który  był  gotów  do 

kolejnego ataku. Anakin okręcił się i wycofał przed atakiem, ale wróg podniósł swoją broń 

i  wycelował  ze  świstem.  Amphistaff  jak  by  zmiękł  i  wygiął  się nad  ramieniem  Anakina, 

celując zatrutymi kłami w okolice kręgosłupa. 

Anakin  nawet  nie  spróbował  kontrataku  laską,  bo  stwór  owinąłby  się  wokół  jego 

broni,  i  tak  sięgając  celu,  ale  skoczył  do  przodu,  w  lewo  od  wojownika,  zmniejszając 

odległość tak szybko, że amphistaffboleśnie smagnął go przez ramię. Głowa jednak minęła 

cel i chłopak zdążył uciec, kierując szpic kija pod pachę Yuuzhanina. Pchnął Mocąw górę, 

co spowodowało, że wróg poszybował prawie poziomo na wysokości trzech metrów. 

background image

I  znów  Anakin  nie  czekał  na  skutki,  ale  popędził  przed  siebie,  w  biegu  otwierając 

plecak.  Rzucił  w  powietrze  wysuszone  purchawki,  które  zebrał  wcześniej.  Nie  pozwolił, 

aby upadły, lecz ostrożnie unosił je Mocą, rozmieszczając przed sobą i wokół siebie. Dwa 

grzyby eksplodowały, ponieważ chwyt Mocy był zbyt silny, ale po chwili Anakin znalazł 

się w strefie, gdzie nie było jednego Yuuzhanina. 

Nie  trwało  to  długo  i  zaraz  zaatakowało  go  dwóch  wojowników,  ale  tym  razem 

zaledwie zwolnił kroku. Każdego załatwił dwiema wybuchowymi purchawkami. Jeden z 

Yuuzhan zdołał zablokować lecącą kulę amphistaffem, ale wybuch zdezorientował go na 

tyle,  że  nie  zauważył  drugiej,  która  trafiła  go  w  głowę.  Jego  towarzysz  również  upadł  z 

chrapliwym okrzykiem wściekłości. 

Sieć zacieśniała się, ale wciąż jeszcze było z niej wyjście. Anakin wyczuwał lukę w ich 

schemacie  poszukiwań.  Rzucił  się  do  przodu,  jednocześnie  unosząc  w  górę  chmurę 

kamieni i patyków, które dołączyły do pozostałych grzybów. Wyglądało to, jakby dziwny, 

potężny wiatr wiał pośród drzew. 

Nagle coś uderzyło go w ramię z głuchym stuknięciem. Potknął się, a nogi odmówiły 

mu posłuszeństwa. Upadł na ściółkę, niepewny, co się właściwie stało. Las rozbrzmiewał 

hukiem spadających na ziemię wybuchowych purchawek. 

Próbował  usiąść,  ale  zobaczył  krew  plamiącą  martwe  liście  i  spływającą  wzdłuż 

rękawa kombinezonu. 

Z zarośli wyszedł Yuuzhanin Vong. W dłoni trzymał przedmiot, który przypominał 

karabin: rurę rozdętą z jednego końca w coś w rodzaju zasobnika lub magazynku. 

Anakin  stęknął  głucho  i  z  wysiłkiem  podniósł  się  na  nogi.  Lewa  strona  jego  ciała 

wydawała się dziwnie odrętwiała. Sięgnął ręką i stwierdził, że ma dziurę w ramieniu. W 

dziurze wyczuł coś twardego. Wyciągnął to dwoma palcami. Zobaczył grudę zmiażdżonej 

chityny. 

Nogi  nie  chciały  go  utrzymać,  a  Yuuzhanin  się  zbliżał,  celując  w  niego.  Wokół 

słychać było innych wrogów, którzy zmierzali w jego kierunku. Anakin, o dziwo, nie czuł 

ani gniewu, ani strachu. W ogóle czuł niewiele, z wyjątkiem Mocy. 

I znajomą obecność w pobliżu. Właściwie nie jedną obecność, tylko wiele. 

background image

-  To jest gra dla dwóch - szepnął. Odłożył kij i podniósł ręce. 

 

-  Niezła robota - odezwał się do Yuuzhanina. - Strzeliłeś mi robalem w plecy. Bardzo 

dzielnie. 

Kątem oka widział teraz trzech lub czterech wrogów. Nie przypuszczał, że wojownik 

mu odpowie, a jednak to zrobił. I to w ba-sicu. 

-  Jestem dowódcą polowym, nazywam się Sinan Mat. Składam hołd twojej odwadze, 

Jeedai. Muszę odmówić ci uścisku śmierci w bitwie, I za to przepraszam. 

Trochę bliżej, myślał Anakin. Jeśli nie zamierzają mnie zabić. . . 

-  Będziesz walczył ze mną, Sinanie Mat? Tylko ty i ja? 

-  Takie jest moje życzenie, ale nie mogę go spełnić. Muszę odstawić cię żywego do 

mistrzów przemiany. 

-  Przykro mi to słyszeć. Cóż, byłoby mi jeszcze bardziej przykro, gdybyś nie strzelił 

mi w plecy, ale. . . przebacz. 

Mat zmarszczył brwi i dotknął ucha. 

-  Tizowyrm  nie  zna  takiego  słowa  „przebacza".  Co...  -  Nagle  wytrzeszczył  oczy,  bo 

las zanucił pieśń śmierci. 

Piraniożuki spadły na niego jak gęsta chmura. Sinan Mat upuścił broń i darł pazurami 

twarz, którą szarpały setki okrutnych szczęk. Piraniożuki nie oszczędziły też pozostałych 

Yuuzhan  i  chóralny  krzyk  bólu  i  wściekłości  zawtórował  złowróżbnemu  brzęczeniu 

owadów. 

Anakin podniósł swój kij i pokuśtykał dalej. Zdawał sobie sprawę, że nogi nie poniosą 

go daleko. Potrzebował miejsca, gdzie mógłby się ukryć. 

Dziesięć  minut  później  ciężko  oparł  się  o  drzewo.  Gdzieś  w  oddali  żarłoczne 

piraniożuki  dokończyły  dzieła  i  Anakin  poczuł  wreszcie,  jak  jego  kontrola  nad  Mocą 

opada. Ramię znowu dało o sobie znać. Ból, niczym płynny ogień, spływał mu po żebrach, 

ściekał po piersi i skroniach. Każdy krok przynosił nową falę mdłości i oszołomienia. 

Próbował zrobić jeszcze krok i stwierdził, że nie jest w stanie. Z westchnieniem opadł 

na mech. Tylko chwila odpoczynku, a potem. . . 

background image

Jakiś cień przysłonił światło. Podniósł wzrok i zobaczył, że przygląda mu się dwóch 

yuuzhańskich wojowników, widocznie niedobitków grupy, którą właśnie unicestwił. 

Przywołał na pomoc całą pozostałą mu energię, by znów odnaleźć pira-niożuki, ale w 

tej  chwili  były  daleko  i  do  tego  syte.  Wola  Anakina  nie  była  już  tak  mocna,  by  łatwo 

zwabić je do strawy. 

Z  zarośli  za  plecami  wojowników  wynurzył  się  trzeci  Yuuzhanin.  Wyglądał  jakby 

inaczej  -  okaleczony,  podobnie  jak  wszyscy  Yuuzhanie,  których  widział  Anakin,  ale 

jeszcze bardziej groteskowo. W przeciwieństwie do tamtych nie miał broni. 

Przybysz warknął coś w swoim języku. Dwaj pozostali wlepili w niego wzrok. 

Anakin poczuł się, jakby śnił. Dwaj wojownicy obrzucali trzeciego ostrymi słowami. 

Anakin słyszał ten ton już wcześniej - kiedy Yuuzhanie mówili o maszynach lub innych 

rzeczach, uważanych przez nich za bluźnierstwo. Był to ton czystej pogardy. 

Przez  chwilę  wydawało  się,  że  tamten  ugnie  się  pod  ciężarem  słów,  ale  zaraz  się 

uśmiechnął,  szczerząc  złośliwie  spiczaste  jak  igły  zęby.  Potem  kantem  ręki  uderzył 

jednego z pozostałych  w szyję.  Drugi wojownik wydał chrapliwy ryk  oburzenia, opuścił 

amphistaffa  i  dźgnął  nim  tamtego.  Nieuzbrojony  wo  jownik  chwycił  za  koniec  broni, 

podskoczył wysoko w powietrze i obiema nogami kopnął właściciela amphistaffa w twarz. 

Pierwszy z powalonych zaczął odzyskiwać przytomność. Masował sobie szyję, kiedy 

nieuzbrojony wojownik chwycił go za włosy, wbił mu w oczodoły dwa sztywne palce i na 

tych  palcach  uniósł  go  do  góry.  Kiedy  opuścił,  wo  jownik  upadł  na  ściółkę,  drgając 

konwulsyjnie. 

Kopnięty  w  twarz  wojownik  nie  wstał  już.  Anakin  podejrzewał,  że  ma  złamany 

kręgosłup. Tylko nieuzbrojony Yuuzhanin wciąż pozostawał na nogach. Przykucnął obok 

Anakina i spojrzał na niego oczami przypominającymi mętne jeziorka czarnej wody. 

Wyglądał na. . . chorego. Yuuzhanie Vong demonstrowali swoją rangę pokrywając się 

bliznami i odcinając sobie członki, ale ten wyglądał tak, jakby mu się to nie udało. Włosy 

zwisały  mu  w  czarnych  strąkach,  twarz  i  szyję  pokrywały  strupy  i  otwarte  rany.  Były 

nabrzmiałe  i  wyglądały  na  zakażone.  Spiczaste  naroślą  na  jego  ramionach  i  łokciach 

wyglądały tak, jakby obumierały albo już były martwe. Śmierdział rozkładem. 

background image

Przez dłuższą chwilę obserwował Anakina, aż wreszcie wstał, podszedł do jednego z 

ciał i wetknął mu palce do ucha. Wyciągnął z niego coś, co wyglądało jak robak i wsadził 

go sobie do owrzodziałej dziury, która pewnie kiedyś była uchem. Zadygotał, a jego ciało 

przeszedł dreszcz, jakby od 

  

wielkiego  bólu.  Z  otworu  pociekła  cienka  strużka  krwi.  Odwrócił  się  w  stronę 

Anakina i powiedział: - Jestem Vua Rapuung, Jeedai. Pójdziesz ze mną, a ja ci pomogę. 

  

ROZDZIAŁ 

18 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Młoda  Jeedai  upadła,  jej  ciałem  wstrząsały  drgawki.  Wiwarium  wypełnił  zdławiony 

krzyk. 

-  Interesujące  -  mruknęła  Mezhan  Kwaad,  obserwując  reakcję.  -  Widzisz,  adeptko 

Yim, że. . . 

-  Nie wiem, co cię w tym interesuje, pani Mezhan Kwaad  - odezwał się głos za ich 

plecami. 

Nen  Yim  odwróciła  się  i  natychmiast  padła  na  kolana.  Do  wiwarium  wszedł  drugi 

mistrz,  tak  niewiarygodnie  stary,  że  oznaki  jego  domeny  zatarły  się  całkowicie.  Jego 

background image

kołpak  wyglądał  jak  mały  obłoczek,  obie  dłonie  były  dłońmi  mistrza.  Oczy  zastępowały 

mu żółte maa'itsy. Towarzyszył mu adept pomocnik. 

-  Mistrz  Yal  Phaath  -  odezwała  się  Mezhan  Kwaad.  -  Jak  dobrze,  że  cię  widzę,  o 

starodawny. 

-  Odpowiedz  mi,  Mezhan  Kwaad.  Co  cię  tak  interesuje  w  cierpieniu  tego 

stworzenia?  Jako  niewierna  nie  potrafi  przyjąć  bólu.  Nie  ma  w  tym  nic  zaskakującego, 

prawda? 

-  Uważam, że to interesujące, ponieważ induktor nerwokręg, który sprawia jej ból, 

został  zaprojektowany  tak,  aby  robić  to  selektywnie  -  wyjaśniła  Mezhan  Kwaad.  -  Po 

jednej matrycy nerwowej naraz. To, co właśnie widzieliśmy, jest odruchem nieznanym u 

Yuuzhan  Vong.  Może  my  w  tej  chwili  z  dużą  pewnością  stworzyć  mapę  systemu 

nerwowego ludzi, który nie ma odpowiednika w naszych ciałach. 

-  Do czego to miałoby służyć? - zapytał Yal Phaath. 

-  Nie  możemy  kształtować  i  przemieniać  tego,  czego  nie  znamy  -  odparła  Mezhan 

Kwaad. - Ten gatunek jest dla nas nowy. 

-  To naciągnie protokołu - mruknął stary mistrz. - Czy można odkryć coś, co jeszcze 

nie zostało skodyfikowane? 

-  Ależ, mistrzu. . . - zaoponowała Nen Yim, zginając się w pokłonie. - Z pewnością 

nowy gatunek... - urwała, kiedy mistrz skierował na nią spojrzenie maa'itsów. 

-  Czy wszyscy twoi adepci są tak bezczelni? - zapytał sucho. 

-  Mam nadzieję, że nie - sztywno odpowiedziała Mezhan Kwaad. 

Yal Phaath odwrócił się w stronę Nen Yim. Jego kołpak zafalował z lekka i przybrał 

błękitny kolor. 

-  Adeptko, jeśli wiedzy nie można znaleźć w archiwach i świętych wspomnieniach, 

co ma wobec tego zrobić mistrz przemian? 

Nen Yim zadygotała ze strachu. Co on może widzieć tymi dziwnymi oczami? Maa'itsy 

sondowały ukryte rejony widma i miniaturę domeny, ale czy mogły spojrzeć jeszcze dalej, 

na  grzechy  tkwiące  głęboko  w  jej  głowie?  Zwinęła  czułki  kołpaka,  co  miało  być  oznaką 

najwyższej pokory. 

background image

-  Prosimy Najwyższego Władcę, mistrzu, aby raczył zapytać o to bogów. 

-  Słusznie. Nie ma czegoś takiego jak nowy gatunek, adeptko. Całe życie pochodzi z 

ciała, krwi i kości Yun-Yuuzhan. Bóg zna je wszystkie. 

Nie  można  stworzyć  nowej  wiedzy,  to  herezja.  Jeśli  bogowie  nie  dają  nam  wiedzy, 

czynią  to  z  sobie  tylko  wiadomych  powodów,  a  wszelkie  poszukiwania  stanowią  próbę 

kradzieży. 

-  Tak, mistrzu Yal Plaath. 

-  Myślę,  że  to  nie  twoja  wina,  adeptko.  To  twoja  mistrzyni  używa  w  ten  sposób 

induktora nerwokręga. Ty jesteś tylko wrażliwa na jej wpływ. 

Mezhan Kwaad uśmiechnęła się łagodnie. 

-  Protokół Tsong przewiduje użycie induktora właśnie w ten sposób. 

-  Jestem tego świadom. Ale ty naginasz intencję tego protokołu. 

Może nie aż tak, żeby go złamać, ale kto wie, co bym tutaj zastał, gdybym przyszedł 

nieco później? 

-  Oskarżasz mnie o coś, mistrzu? - słodko zapytała Mezhan Kwaad. 

-  Jeśli nie, to mogłabym pomyśleć, że jesteś po prostu zazdrosny o to, że Pan Shimrra 

wybrał Domenę Kwaad, aby dokonała tej przemiany. 

-  Nie  oskarżam  cię  o  nic,  nie  jestem  też  zazdrosny.  W  ostatnich  latach  jednak 

wyłoniło się wiele niebezpiecznych herezji, najwięcej właśnie w Domenie Kwaad. 

-  Nigdy  nie  zostałam  oskarżona  o  herezję.  .  .  ani  żaden  z  moich  podwładnych  - 

odparła  Mezhan  Kwaad.  -  Jeśli  próbujesz  obrzucić  mnie  błotem  pomówień  w  żałosnej 

nadziei, że odzyskasz łaskę dla swojej domeny u pana Shimrry, to wkrótce się przekonasz, 

że potrafię być bardzo niebezpieczna. 

Stary mistrz przemian wyprostował się dumnie. 

-  Nie  uciekam  się  do  pomówień,  ale  czuwam,  Mezhan  Kwaad.  Bądź  pewna,  że 

czuwam. A teraz... 

Urwał  nagle  i  zachwiał  się  na  nogach.  Pomocnik  podtrzymał  go.  Nen  Yim  wciąż 

zastanawiała się, co się dzieje, kiedy nagle poczuła, że coś ściska jej ciało - zupełnie, jakby 

background image

znajdowała  się  w  wodzie,  na  dużej  głębokości.  Jej  płuca  podjęły  wysiłek  oddychania 

gęstym powietrzem, serce zaczęło bić jak szalone. 

W rozbłyskach czerni i błękitu przed oczami widziała, że Mezhan Kwaad i pomocnik 

Yala Plaatha również walczą o każdy oddech. 

Ból stał się nie do wytrzymania. Wkrótce oczy Nen Yim ulegną zmiażdżeniu, potem 

przestanie bić serce. Usiłując zachować spokój, powiodła wzrokiem po pomieszczeniu. 

Młoda  Jeedai  stała  pod  ścianą  wiwarium  z  dłońmi  przyciśniętymi  do  przezroczystej 

błony.  Jej  oczy  ciskały  błyskawice,  wargi  odsłaniały  zęby  w  grymasie  furii.  Nen  Yim 

zobaczyła w jej oczach śmierć i nagle zrozumiała. 

Chwiejnym krokiem podeszła do mistrzyni. Mezhan Kwaad już straciła przytomność. 

Olvillip,  który  kontrolował  induktor  nerwokręga,  wyśliznął  jej  się  z  rąk.  Nen  Yim 

podniosła go i pogłaskała zmienne tkanki - wszystkie naraz. 

Jeedai  wrzasnęła  i  zaczęła  walić  pięściami  w membranę.  Na  krótką  chwilę ciśnienie 

wzrosło, miażdżąc wszystko wokół z taką siłą, że Nen Yim nie mogła oddychać. A potem 

uleciało  równie  nagle,  jak  się  pojawiło,  a  płuca  adeptki  zaczęły  chłonąć  tak  bardzo 

potrzebne powietrze. 

Jeedai leżała w konwulsjach na podłodze komory. Nen Yim przyglądała się jej przez 

chwilę. Czuła, jak ogarnia ją narastające znużenie. 

Ośmiopalczasta dłoń spadła na ramię Nen Yim. 

-  Adeptko  -  z  wysiłkiem  odezwała  się  mistrzyni.  -  Oddaj  mi  olvillipa,  zanim 

eksponat umrze. 

Nen  Yim  machinalnie  skinęła  głową  i  podała  organizm  Mezhan  Kwaad.  Mistrzyni 

regulowała  go  przez  chwilę,  aż  wreszcie  Jeedai  przestała  się  wić  i  popadła  w  głębokie 

omdlenie. 

-  Postąpiłaś logicznie i prawidłowo - pochwaliła Mezhan Kwaad. 

-  Co się stało? Wytłumacz mi - niecierpliwie zażądał Yal Plaath. 

-  To wina Jeedai - wytłumaczyła Mezhan Kwaad. - Z pewnością słyszałeś 

 

0  ich mocy. 

background image

-  Nie obrażaj mnie. Oczywiście, wiem wszystko, co można wiedzieć na temat Jeedai. 

Mogą przesuwać obiekty, komunikować się jeden z drugim jak villipy, nawet wpływać na 

umysły  słabszych  istot.  Ale  nigdy  do  tej  pory  nie  uzyskano  dowodów  na  to,  że  mogą 

wpływać na 

Yuuzhan Vong. Wręcz przeciwnie. 

-  Proszę  mistrza  o  pozwolenie  zabrania  głosu  -  wtrąciła  Nen  Yim.  Yal  Plaath 

obrzucił ją niechętnym spojrzeniem. 

-  Mów. 

-  Jeedai  nie  mają  na  nas  wpływu.  Nie  bezpośrednio.  Ona  wpłynęła  na  molekuły 

atmosfery, ściskając je. 

-  Próbowała nas zmiażdżyć naszym własnym powietrzem? 

-  I udałoby jej się, gdyby nie moja adeptka - zauważyła Mezhan Kwaad. 

-  Zdumiewające.  A  ta  jej  moc.  .  .  czy  przypadkiem  nie  jest  generowana  przez 

implanty? 

-  Ona nie ma żadnych implantów, ani biologicznych, ani - zniżyła głos 

-  mechanicznych.  Z  naszych  wcześniejszych  badań  wynika,  że  Jeedai  wierzy  w 

manipulację za pomocąpewnego rodzaju energii tworzonej przez życie. 

-  Idiotyczne  -  prychnął  Yal  Phaath.  -  Gdyby  taka  moc  istniała,  dla  czego  bogowie 

mieliby jej odmówić Yuuzhanom Vong? 

Mezhan Kwaad uśmiechnęła się drapieżnie. 

-  Bogowie wcale jej nam nie odmówili, a tylko nie udostępniali przez pewien czas. A 

teraz obdarowali nas tą mocą. - Podeszła do membrany wiwarium i otworzyła ją jednym 

dotknięciem czwartego palca. 

Uklękła przy nieprzytomnej Jeedai i pogładziła ją po twarzy. 

-  Jest  młoda,  jej  ciało  i  umysł  wciąż  jeszcze  są  podatne  na  przemianę.  Wo  jownicy 

obiecali  nam,  że  niedługo  dostarczą  więcej  takich.  -  Wstała,  przez  chwilę  w  milczeniu 

przyglądała się istocie u swoich stóp, po czym wróciła 

1  zamknęła za sobą membranę. 

Stary mistrz wzruszył ramionami. 

background image

-  Dla chwały mistrzów przemian i Yuuzhan Vong, życzę ci szczęścia. -W jego głosie 

brzmiało powątpiewanie. 

-  Możesz obserwować to w każdej chwili, kiedy zechcesz. - Nen Yim wydawało się, 

że jej mistrzyni drażni się z Yalem Plaathem. 

Stary mistrz jednak odmówił jednym krótkim zafalowaniem rzęsek. 

-  Poza  wszystkim  innym,  przyszedłem  również  się  pożegnać.  Czeka  mnie  nowy 

projekt, przemiana, która na zawsze położy kres zagrożeniu ze strony Jedai. 

Mezhan Kwaad zesztywniała lekko. 

-  O? - zdziwiła się uprzejmie. 

-  W istocie. Niewierni, którzy nam służą, przyznali podczas przesłuchania, że zostali 

oszukani  przez  tych,  którzy  zaczepiają  nasze  statki  w  przestrzeni.  Z  tego,  co  mówili, 

wyłuskaliśmy istotną  informację  o  pewnym  gatunku  zwierzęcia,  które wyczuwa  Jeedai i 

poluje na nich. 

-  Czy niewierni wiedzą, gdzie można znaleźć to zwierzę? 

-  Nie  -  odparł  Yal  Plaath.  -  Przynajmniej  nie  ci  tutaj.  Ale  mamy  wtyczki  w  ich 

senacie.  Jedna  z  nich  zdołała  odkryć  i  przekazać  nam  wiadomość.  Okazuje  się,  że  te 

zwierzęta  żyją  na  świecie,  który  znajduje  się  już  w  posiadaniu  pana  Shimrry.  Jest  to 

planeta zwana przez niewiernych Myrkr. Mam nadzorować przemianę tych zwierząt. 

-  Ciekawa  historia.  .  .  jeśli  jest  prawdziwa  -  zgodziła  się  Mezhan  Kwaad.  -  Dla 

chwały Yuuzhan Vong życzę ci powodzenia. Życzę ci również szczęścia przy opuszczaniu 

systemu. Wydaje mi się, że niewierni dość skutecznie ograniczają ruch na zewnątrz. 

-  Nie  obawiam  się  niczego  -  odparł  stary  mistrz.  -  Jeśli  YunYuuzhan  chce  mojego 

życia, ma prawo mi je odebrać. Myślę jednak, że przewidział dla mnie jeszcze wiele zadań. 

-  Kapitanie, jeden ze statków Yuuzhan Vong zszedł z orbity - zawiadomiła H'sishi - 

Ma silną obstawę. 

Karrde przygładził wąsa. 

-  Przyślij  tu  Solusara.  Tymczasem  zmniejsz  dystans  i  niech  „Etherway"  i  „Układ 

Idioty" stworzą zaporę. Utrzymajmy je w cieniu giganta gazowego tak długo, jak to będzie 

możliwe. 

background image

-  Tak jest, sir - odpowiedział Dankin, pilot. 

-  I niech tu przyjdzie Solusar - powtórzył Karrde. - Potrzebuję go. 

-  Jestem, kapitanie Karrde. Rzeczywiście, Solusar stał za jego plecami. 

-  Doskonale.  Yuuzhanie  Vong  próbują  przepchnąć  statek  przez  naszą  obronę. 

Pewnie chcą opuścić system. Czy możemy im na to pozwolić? 

-  Innych nie przepuszczałeś - zauważył Solusar. 

-  To prawda, ale żaden nie leciał w takiej eskorcie. Jeśli zaangażujemy się w walkę, 

stracimy więcej statków, niż możemy sobie na to pozwolić. Gdybym uważał, że posiłki są 

w drodze, mógłbym zaryzykować. 

Wobec tego muszę wiedzieć: czy na tym statku są jacyś Jedi? 

Przez krótką chwilę Karrde widział w oczach stojącego przed nim Jedi coś, co mógłby 

uznać za strach. 

-  Nie mogę powiedzieć na pewno - oznajmił sztywno Solusar. 

-  Dlaczego nie? 

-  Nie  potrafię  wyczuć  Yuuzhan  Vong  poprzez  Moc.  Ich  statek  mógłby  równie 

dobrze być martwym asteroidem, przynajmniej jeśli chodzi o moje zmysły. 

-  W takiej sytuacji dzieci Jedi powinny się wyróżniać, i to bardzo wyraźnie. 

-  Powinny albo i nie. Gdyby to nie było ważne, powiedziałbym, że na tych statkach 

nie ma żadnego nie-Yuuzhanina. Ale. . . jeśli się mylę, może się okazać, że wypuściliśmy 

ich z rąk. . . i że walczymy tu na próżno. 

-  Jak możesz się mylić? Nie rozumiem. 

-  Yuuzhanie Vong nie tylko nie istnieją w Mocy, ale sprawiają, że w ogóle zaczynam 

wątpić w moje wyczucie Jedi. Przez nich cały ten obszar jest jakiś... mroczny. Nie potrafię 

tego wyjaśnić inaczej. 

Karrde spojrzał na ekran. Yuuzhanie Vong wypuścili pierwsze myśliwce. 

-  Nie mogę czekać tak długo, Solusar. Spróbuj ich po prostu wyczuć na księżycu. Jeśli 

wciąż tam są, nie może ich być na statku. 

-  Spróbuję - szepnął Jedi i przymknął oczy. 

background image

Karrde  przeniósł  wzrok  na  ekran,  obserwując,  jak  nieprzyjacielskie  myśliwce 

podlatują coraz bliżej. Do tej pory zawsze atakował z zaskoczenia i uciekał bez większego 

ryzyka  dla  swoich  ludzi.  Potrafił  doskonale  wykorzystać  kopalnie,  asteroidy  i  inne 

klasyczne metody wewnątrzsystemowej gueril- 

li. 

Ale  gdyby  zechciał  zatrzymać  ten  statek,  będzie  musiał  stanąć  twarzą  w  twarz  do 

prawdziwej walki, którą mógł wygrać - za cenę wielkiej bitwy. 

Może  właśnie  o  to  im  chodziło.  Jego  instynkt  podpowiadał  mu,  że  kryje  się  w  tym 

jakieś oszustwo, a nie to, o co gotów był walczyć. Solusar chyba też tak myślał. Ale skoro 

nie mogą być tego pewni. . . 

-  Pierwsza  fala  myśliwców  za  trzydzieści  sekund  -  martwym  głosem  oznajmiła 

H'sishi. 

-  Przygotować się, dzieci. 

Dobra załoga. Zginą, jeśli ich o to poprosi. 

-  Tahiri - szepnął Solusar. Jego twarz pokryły nagle krople potu. 

-  Co takiego? 

  

-  Tahiri. I Valin, Sannah, Anakin. Wszyscy są na dole. - Mówił cicho, a w jego głosie 

był strach. - Tahiri była torturowana. 

-  Więc są na dole. 

-  Tak. Jestem tego pewien. 

-  Dzięki  ci,  Jedi  Solusarze.  Dankin,  wycofujemy  się.  Niech  sobie  leci.  Zostaw 

minimalny ogień zaporowy i niech pozostałe statki biorą silniki za pas. Powalczymy sobie 

kiedy  indziej,  moi  drodzy.  .  .  kiedy  naprawdę  będzie  o  co.  -  Karrde  zaczerpnął  głęboko 

tchu i rozluźnił mięśnie ramion i karku. 

-  Mam nadzieję, że dzieciaki Solo znajdą tego łotra Terrika - dodał 

-  zanim będziemy musieli zacząć prawdziwą walkę. Po tej historii z całą pewnością 

zafunduję sobie własny gwiezdny niszczyciel. 

  

background image

ROZDZIAŁ 

19 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Anakin  wyprężył  się  i  z  trudem  powstrzymał  krzyk,  gdy  coś,  co  Yuuzhanin  Vong 

przyłożył mu do rany, zaczęło wysyłać fale bólu we wszystkie zakątki jego ciała. 

-  Nienawidzisz bólu - zauważył Vua Rapuung z wyraźną odrazą. Anakin nie mógł i 

nie chciał zaprzeczać. Zacisnął tylko zęby i czekał, aż 

tortura  się  skończy.  Wiedział,  że  Yuuzhanie  Vong  czczą  ból  własny  i  cudzy.  Był  to 

jeden z wielu paskudnych dogmatów ich niezdrowej religii. 

-  Co mnie uderzyło? - zapytał. 

-  Nang hul - warknął wojownik. - Chrząszcz-pocisk. 

-  Trucizna? 

-  Nie. 

Siedzieli w wilgotnej jaskini pod wodospadem. Podłoże było śliskie od pleśni i mchu. 

Yuuzhanin Vong prawdopodobnie ukrywał się w tej jaskini przez ostatni dzień lub dwa, 

ponieważ  leżało  tu  kilka  przedmiotów  wyraźnie  należących  do  niego  -  między  innymi 

taki sam okład, który przyłożył do ramienia Anakina. Oderwał go od jasnozielonej, mniej 

więcej  prostokątnej  płytki  o  grubości  kilku  centymetrów.  Płytka  składała  się  z  wielu 

cienkich  warstw,  niczym  posklejane  razem  kawałki  flimsi-plastu.  Rapuung  przycisnął 

background image

jeden  z  takich  arkusików  do  rany  Anakina.  Podobnie  jak  wszystko,  czego  używali 

Yuuzhanie  Vong,  plaster  był  żywy.  Anakin  czuł,  jak  się  wije  i  wkręca  w  jego  ranę. 

Przyszło  mu  do  głowy,  że  wojownik  zamierza  go  otruć  lub  zrobić  coś  jeszcze  gorszego. 

Gdyby  jednak  chciał  go  naprawdę  zabić,  mógł  to  zrobić  w  każdej  chwili.  W  końcu 

załatwił dwóch wojowników Yuuzhan Vong w rekordowo krótkim czasie, a Anakin nie 

miałby siły zabić nawet muchy. 

-  Ocaliłeś mi życie - niechętnie zauważył chłopiec. 

-  Życie się nie liczy - odparł Vua Rapuung. 

-  Tak?  No  to  po  co  zawracać  sobie  głowę?  Czarne  oczy  Vui  Rapuunga  zabłysły 

ponuro. 

-  Ty, Jeedai, usiłowałeś dotrzeć do kompleksu przemian. Dlaczego? 

-  Wasi ludzie uwięzili moją przyjaciółkę. Mam zamiar ją zabrać. 

-  Ach, samica Jeedai. Chcesz ocalić jej życie? Żałosne. Co za żałosny cel. 

 

-  Tak? Wiesz co, nie prosiłem cię o pomoc, sam mi ją zaoferowałeś. Wyjaśnij to albo 

mnie zabij. Nie mam czasu do stracenia. 

-  Zemsta - mruknął Vua Rapuung niskim głosem. Oczy zwęziły mu się w szparki. - 

Zemsta. Chcę udowodnić, że bogowie. . .  - Oczy zalśniły mu twardo. - Nie muszę ci nic 

wyjaśniać,  człowieku.  Nie  muszę  ci  nic  mówić,  nieświęty  potomku  maszyn  -  splunął 

ostatnim słowem, jakby było trucizną, którą nagle wyczuł w ustach. 

-  Powineneś  wiedzieć  tylko  jedno  -  ciągnął.  -  Będę  stał  u  twojego  boku  lub  za 

twoimi  plecami.  Twoi  wrogowie  są  moimi  wrogami.  Będziemy  razem  zabijać,  razem 

przyjmiemy ból, razem przyjmiemy śmierć, jeśli takie będzie życzenie Yun-Yuuzhan. 

-  Pomożesz mi ocalić Tahiri? - z powątpiewaniem mruknął Anakin. 

-  To głupi cel, ale odnalezienie jej doskonale posłuży mojej sprawie. Anakin pytająco 

zajrzał w czarne jak węgiel oczy, usiłując to zrozumieć. 

Ale nie dojrzał w tych oczach nic, zupełnie nic. Yuuzhanin Vong był jak hologram, 

nie  jak  żywa  istota.  Jak  coś  takiego  może  mieć  zrozumiałe  dla  człowieka  uczucia?  Bez 

Mocy nie ma nadziei na zrozumienie tak obcego stworzenia. 

background image

-  Nie  rozumiem  -  ppowiedział  chłopiec.  -  Co  ci  zrobił  twój  lud?  Dlaczego  ich  tak 

nienawidzisz? 

Vua Rapuung uderzył go z całej siły i poderwał się na nogi, dysząc ciężko. 

-  Nie drwij ze mnie! - wrzasnął. - Masz oczy! Widzisz! To nie bogowie mi to zrobili, 

tylko oni! 

Yuuzhanin Vong rzucił się znów w jego kierunku, ale Anakin podniósł Mocą ciężki 

kamień  i  posłał  go  w  jego  splot  słoneczny.  Zaskoczył  tym  Ra-puunga  kompletnie. 

Yuuzhanin uderzył o ścianę jaskini i opadł na ziemię, wyraźnie oszołomiony. 

Anakin podniósł kamień jeszcze raz i zawiesił go nad głową tamtego. 

Yuuzhanin podniósł wzrok na kamień i nagle zaczął rzęzić, jakby go złapał bagienny 

kaszel z Dagobah. 

Dopiero po dobrej chwili Anakin poznał, że Rapuung się śmieje. 

Kiedy się uspokoił, spojrzał na młodego Jedi z dziwnym wyrazem twarzy. 

-  Widziałem,  co  zrobiłeś  z  łowcami,  ale  skierować  to  przeciwko  mnie.  .  .  -Twarz 

stwardniała mu znowu. - Powiedz mi prawdą, jak wojownik wojownikowi, jeśli możesz. 

W naszej kaście chodzą plotki. Powiadają, że wasza moc Jeedai pochodzi od maszynowych 

implantów. 

Czy to prawda? Czy wy, ludzie, naprawdę jesteście aż tak chorzy? Anakin wytrzymał 

wyzywające spojrzenie. 

-  Nasza  moc  nie  pochodzi  od  maszyn.  Co  więcej,  wielu  z  waszych  musi  o  tym 

wiedzieć, ponieważ robili sekcję niektórych z nas. Wasze plotki to kłamstwo. 

-  Tak? Więc mistrz Jeedai nie ma mechanicznej ręki? 

-  Mistrz Skywalker? Tak, ale. . . - urwał nagle. - Skąd o tym wiesz? 

-  Słyszałem  wiele  historii  od  naszych  szpiegów  i  tych  od  was,  co  przeszli  na  naszą 

stronę. Więc to prawda! Przywódca Jeedai jest w części maszyną! 

 

-  Twarz  Rapuunga  pewnie  nie  mogłaby  wyrażać  większe  go  obrzydzenia  bez 

interwencji chirurgicznej. 

background image

-  Jedno  nie  ma  nic  wspólnego  z  drugim.  Mistrz  Lukę  Skywalker  stracił  dłoń  w 

wielkiej bitwie. Założyli mu protezę. Ale jego siła, podobnie jak moja, pochodzi od Mocy. 

-  Czy ty też masz implanty, tak jak twój mistrz? 

-  Nie. 

-  A czy otrzymasz je, kiedy ci przyznają wyższą rangę? 

 

-  Nie - roześmiał się Anakin. Vua Rapuung skinął głową. 

-  A więc będzie tak, jak powiedziałem. Będziemy razem walczyć. 

-  Nie, jeśli będziesz się wściekał się tak jak przed chwilą - odparł chłopak. 

-  Może jestem ranny, ale jak widziałeś, nie całkiem bezbronny. 

-  Zauważyłem - burknął Vua Rapuung. - Ale mnie nie prowokuj. Nie podoba mi się 

to. 

-  Mnie  też  nie  i  lepiej  o  tym  pamiętaj,  kolego.  W  porządku.  Mówisz,  że  będziemy 

razem walczyć, tylko nie wyjaśniłeś, dlaczego. Mógł byś przynajmniej powiedzieć mi, o co 

chodzi? 

-  Mistrzowie  przemian  zasadzili  pięć  damuteków  na  tym  księżycu.  Tam 

przetrzymywana jest twoja towarzyszka Jeedai. 

Anakin  odłożył  na  chwilę  dokładniejsze  wyjaśnienie  natury  i  celu  sadzenia 

damuteków. 

-  Dlaczego? Co oni jej zrobią? 

W oczach Rapuunga znów pojawiła się żądza mordu, ale tym razem opanował się bez 

trudu. 

-  Któż  zgłębi  umysł  mistrza  przemian?  -  zapytał  spokojnie.  -  Ale  bądź  pewien, 

przerabiają. 

-  Nie rozumiem. Kto to taki ten mistrz przemian? 

-  Twoja ignorancja jest... - Rapuung urwał, powoli zamknął oczy, otworzył, znowu 

zamknął i zaczął od początku: - Mistrzowie przemian to kasta najbliższa wielkiemu bogu, 

Yun-Yuuzhan,  który  utworzył  wszechświat  ze  swojego  ciała.  Tylko  oni  znają  najgłębsze 

sekrety życia i naginają je do naszych potrzeb. 

background image

-  Bioinżynierowie? Naukowcy? Rapuung przyglądał mu się przez chwilę. 

-  Tizowyrm,  który  tłumaczy  mi  te  słowa,  gada  coś  bez  sensu.  Podejrzewam,  że  są 

nieprzyzwoite. 

-  Nieważne.  Był  taki  Jedi,  nazywał  się  Miko  Reglia.  Twoi  ludzie  próbowali  złamać 

jego  wolę,  używając  yammoska.  Próbowali  potem  tych  samych  sztuczek  z  innym  Jedi, 

Wurthem Skidderem. Czy właśnie to chcą zrobić Ta-hiri? 

-  Nie obchodzi mnie, co zrobią z twoją Jeedai. Ale to, co opisujesz, jest. . . - Skrzywił 

się.  -  Znałem  kiedyś  mistrza  przemian,  który  mówił  o  wojownikach myślących,  że są  w 

stanie sami dokonać przemiany, tak jak to opisujesz. Ale łamanie to nie przemiana. To jej 

dziecięca parodia. 

Zrozum,  mistrzowie  przemian  tworzą  nasze  światostatki.  Tworzą  yammo-ski.  Nie 

będą próbowali złamać tej twojej Jeedai oni ją przerobią. 

Anakin poczuł w żyłach przenikliwe zimno i przypomniał sobie swoją wizję dorosłej 

Tahiri. 

Wiedział  już,  co  mogą  z  niej  zrobić.  I  na  pewno  im  się  uda,  jeśli  Anakin  poniesie 

klęskę. 

Propozycja  Rapuunga  mogła  się  okazać  okrutną  sztuczką,  fragmentem  wyjątkowo 

perfidnego  planu,  ale  Anakin  nie  miał  wyjścia.  Bez  Mocy  jako  przewodnika  nigdy  nie 

będzie pewien, czy Yuuzhanin mówi prawdę, czy nie. Teraz nie czas na wahania. Każdy 

kurs,  który  przybliży  go  do  Tahiri,  wart  jest  wykreślenia,  nawet  jeśli  będzie  trzeba 

powierzyć część obliczeń komuś, komu się nie ufa. 

  

 

-  W porządku - zdecydował. - Wracamy do wcześniejszej rozmowy. Mówiłeś coś o 

damutekach. 

-  To uświęcone miejsca, w których mistrzowie przemian żyją i pracują. 

-  Ilu jest tych mistrzów? 

-  Nie wiem na pewno. Około dwunastu, jeśli wliczymy w to kandydatów. 

-  To wszystko? To są wszyscy Vongowie na tym świecie? 

background image

Rapuung warknął coś, czego Anakin nie zrozumiał. Nie wydawał się nawet wściekły, 

raczej szczerze wstrząśnięty. 

-  Nigdy  nie  mów  o  nas  w  ten  sposób  -  powiedział  powoli.  -  Jak  możesz  być  takim 

ignorantem? A może chcesz mnie obrazić? 

-  Nie tym razem - odparł Anakin. 

-  Użycie  słowa  Vong  jest  obelgą.  Sugeruje,  że  osoba,  do  której  się  w  ten  sposób 

zwrócono, nie cieszy się łaską i pokrewieństwem bogów lub rodziny. 

-  Przepraszam. 

Rapuung nie odpowiedział, tylko zapatrzył się w las. 

-  Musimy ruszać - odezwał się w końcu. - Ukryłem nasz zapach przed tropicielami, 

ale znajdą nas szybko, jeśli będziemy pozostawać w bezruchu. 

-  Dobrze - rzekł Anakin. - Ale najpierw. . . ilu według ciebie jest Yuuzhan Vong na 

całym tym księżycu? Jak sądzisz? 

Vua Rapuung zadumał się na chwilę. 

-  Tysiąc. . . może. Więcej wojowników jest w przestrzeni. 

-  Będziemy torować sobie drogę pomiędzy nimi? 

-  Czy taki był twój plan? - zapytał Rapuung. - Czy liczba wojowników coś dla ciebie 

znaczy? 

Anakin potrząsnął głową. 

-  Tylko  w  kwestii  taktycznej.  Tahiri  jest  tutaj.  Znajdę  ją  i  wyciągnę,  nieważne,  ilu 

Yuuzhan Vong będę musiał podeptać. 

-  Doskonale. Możesz już chodzić? 

-  Mogę chodzić. Niedługo będę mógł biegać. Może będzie bolało,ale sobie poradzę. 

-  Życie to cierpienie - zapewnił go Vua Rapuung. - Idziemy. 

ROZDZIAŁ 

20 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

Vua Rapuung zazgrzytał zębami. 

-  Nie, ignorancie - warknął. - Nie tędy. 

Anakin  nie  patrzył  na  niego.  Wędrował  wzrokiem  pośród  rozszeptanych  drzew 

Massassich,  szukając  w  ich  falowaniu  cieni  poruszających  się  niezgodnie  z  kierunkiem 

wiatru. 

Dwa takie cienie zauważył na przecince na szczycie skarpy: jeden wężowym ruchem 

zsuwał się w dół i oddalał od Anakina po prawej, drugi stał nieruchomo na górze, po lewej 

stronie. Anakin ruszył stromą ścieżką w górę. 

-  Dlaczego?  -  zapytał  Rapuunga.  -  Wehikuł  poszukiwaczy  jest  tam  na  górze  - 

machnął ręką w kierunku równiny za skarpą po lewej. 

-  To nie jest wehikuł - wyjaśnił Rapuung. 

-  Wiesz, o czym mówię. 

-  Skąd wiesz, gdzie są, skoro nie wyczuwasz Yuuzhan Vong i życia, które zostało dla 

nas ukształtowane? 

 

-  Ponieważ wyczuwam wszystko inne w lesie - odparł Anakin. -Każdego szeptaczka 

i runyipa, każdego stintarila i wełnomandrę. A te, 

które wyczuwam, są niespokojne. Odbieram ich błyski. 

-  Tak to wygląda? Ile jest skrzydlaków? Pięć, tak? Anakin skoncentrował się. 

-  Chyba tak. 

background image

-  Rozdzielą  się  teraz  w  lav  peq.  Najpierw  nizina,  potem  łuki  zaciskające  się  ku 

najwyższemu punktowi. Jeśli nas tu znajdą, połączą się i wypuszczą sieciożuki. 

-  Co to są sieciożuki? 

-  Jeśli  nie  odizolujemy  się  na  wzniesieniu,  to  się  nie  dowiesz.  To  nie  jest  walka 

powietrzna,  Jeedai.  Jeżeli  nie  zamierzasz  ufortyfkować  tego  wzgórza,  by  stawić  czoło 

wszystkim wojownikom z całego księżyca, wzniesienie na nic ci się nie przyda. 

-  Chciałem się rozejrzeć. 

-  Dlaczego? 

-  Ponieważ  zgubiliśmy  się,  jasne?  Nie  orientujesz  się  w  położeniu  bazy  Vo... 

Yuuzhan Vong, bardziej niż mynock w zasadach gry w sabaka. 

-  Potrafię znaleźć damutek mistrzów przemian. Ale jeśli pójdziemy tam prostą drogą, 

zwabią nas w pułapkę. 

-  Znam ten księżyc - sprzeciwił się Anakin. - A ty nie. - Zatrzymał się i podejrzliwie 

spojrzał na wojownika. - A w ogóle to jak mnie znalazłeś? 

-  Udałem  się  za  grupami  poszukiwaczy,  niewierny.  Szedłeś  prosto,  prawda?  Jasne. 

Beze mnie zostałbyś już schwytany z dziesięć razy. 

-  Bez ciebie już dawno byłbym w bazie mistrzów przemian. 

-  Przecież  właśnie  to  powiedziałem  -  odparł  Rapuung.  Zamknął  oczy,  jakby 

nasłuchiwał. - Co ci teraz mówią zmysły, Jeedai? 

Anakin zmarszczył brwi w skupieniu. 

-  Chyba się rozdzielili - burknął niechętnie. 

-  Słyszę ich - szepnął Vua Rapuung. - Nie tak dobrze, jak kiedyś. . . Kiedyś moje uszy 

były...  -  uniósł  dłoń  i  lekko  dotknął  owrzodział  ej,  sączącej  się  blizny  z  boku  głowy. 

Warknął i opuścił rękę. 

-  Schodzimy - rozkazał. 

-  Ja idę do góry - odparł Anakin i ruszył ścieżką w górę. Nie oglądał się, ale po mniej 

więcej  trzydziestu  krokach  usłyszał  słowa,  które  zapewne  były  yuuzhańskim 

przekleństwem i odgłos kroków. 

-  Ja cię. . . - jęknął Anakin. Oczy zaszły mu łzami. 

background image

Stał na szczycie wzgórza, skąd mógł widzieć znajomy zakręt rzeki Unnh. Z powietrza 

widział to miejsce może z pięćdziesiąt razy i znał je równie dobrze jak każde inne. 

Teraz  jednak  się  tu  zmieniło.  Wielka  Świątynia  -  która  stała  tu  przez  niezliczone 

wieki, patrząc na przemijanie ludzi, którzy ją zbudowali, na Jedi, tych związanych z jasną 

stroną i tych mrocznych, na zniszczenie Gwiazdy Śmierci - teraz znikła bez śladu. 

Na  jej  miejscu  w  pobliżu  rzeki  stało  pięć  przestronnych  kompleksów  o  konstrukcji 

kształtem  przypominającej  wieloramienne  gwiazdy.  Grube  ściany  budowli,  o  wysokości 

około  dwóch  pięter,  kryły  liczne  pomieszczenia.  Wewnętrzne  dziedzińce  były  otwarte. 

Dwa  z  nich  wydawały  się  wypełnione  wodą,  jeden  jakąś  bladożółtą  cieczą.  Czwarty 

mieścił jakieś struktury - kopuły i wieloboki różnych kształtów, wszystkie w tym samym 

kolorze co reszta budowli. Piąty zapełniały skoczki koralowe i wielkie statki przestrzenne. 

Było ich bardzo dużo. 

Wydawało się, że od rzeki wykopano kanały łączące ze sobą kompleksy. 

-  Musimy zejść, zanim nas wywęszą - upierał się Vua Rapuung. 

-  Myślałem, że to paskudztwo, którym nas natarłeś, oszuka wąchacze, czy co to tam 

jest. 

-  Tylko pomiesza im szyki i da nam czas na ukrycie się. Tu nie ma się gdzie schować, 

więc nas zobaczą. Tego nie da się oszukać. 

Z Jedi się da... zazwyczaj, pomyślał Anakin, ale nie potrafiłby przekonać Yuuzhanina, 

tak samo jak nie mógłby zatańczyć na powierzchni czarnej dziury. 

-  Tam  się  można  ukryć  -  wskazał  do  góry.  Wzgórze  pokryte  było  przeważnie 

krzewami;  brakowało  tu  wysokiej  kopuły  drzew,  rozciągających  się  prawie  na  całej 

powierzchni księżyca, ale te krzewy i tak były większe od człowieka. 

-  Nie  przed  szperaczami  ciepła  -  zaoponował  Rapuung.  -  No  i  nie  przed 

sieciożukami. 

Anakin w zadumie kiwnął głową, ale wciąż jeszcze przypatrywał się bazie mistrzów 

przemian, zaledwie zwracając uwagę na to, co mówi stojący obok niego Yuuzhanin. 

-  A  to,  z  tyłu,  za  tymi  budynkai?  Te  małe  konstrukcje,  które  wyglądają  tak,  jakby 

ktoś je po prostu rzucił i pozwolił im rosnąć? Co to takiego? Wygląda jak wioska lepianek. 

background image

-  Nie  znam  takiego  słowa  „lepiank".  Tam  mieszkają  robotnicy,  niewolnicy  i 

zhańbieni. 

-  Kolonia robocza. . . czyli ci, co wykonują brudną robotę. 

-  Jeśli tizowyrm tłumaczy prawidłowo, to tak. 

-  Robotnicy i niewolnicy. . . wiem, kto to jest. A kim są zhańbieni? 

-  Zostali przeklęci przez bogów - wyjaśnił Rapuung. - Pracują jak niewolnicy. Nie są 

godni, aby o nich wspominać. 

-  Przeklęci? Wjaki sposób? 

-  Kiedy mówię, że nie są godni, aby o nich rozmawiać, czy używam niejasnych słów? 

-  No dobrze. . . - westchnął Anakin. - Niech będzie po twojemu. 

-  Po  mo  jemu  powinniśmy  opuścić  tę  skarpę  i  ruszyć  po  spirali  w  kierunku 

zachodzącego gazowego giganta. Szybko. 

-  To zły kierunek! Jesteśmy tylko o kilka kilometrów! 

-  Cały las pod nami pełen jest pułapek - odparł Rapuung. - Rzeka też. Dla nas istnieje 

tylko jedna droga do środka i ja ją znam. 

-  No to mi wytłumacz - rzekł Anakin. - Przekonaj. . . - urwał nagle. -Posłuchaj. 

Rapuung skinął głową. 

-  Słyszę  ich.  Rozwijają  lav  peq.  Byłem  szalony,  że  ci  zaufałem.  Myślisz  wszystkim, 

tylko nie mózgiem. - Zacisnął postrzępione, pełne 

szram wargi w wyrazie pogardy. 

-  Jeszcze nas nie złapali. Czy w ich schemacie poszukiwań jest jakiś słaby punkt? 

-  Nie. 

-  No to go stwórzmy. Te skrzydlaki, których używają. . . 

-  Tsik vai. 

-  No właśnie. Są takie same, jak te, które widzieliśmy wcześniej? 

-  Tak. 

-  To tylko pojazdy atmosferyczne, prawda? Rapuung spojrzał na niego uważnie. 

-  Skąd to wiesz? - zapytał podejrzliwie. 

background image

-  Wydaje  mi  się,  że  mają  na  bokach  coś  w  rodzaju  otworów  oddechowych.  .  . 

skrzela? 

-  Zgadza się 

-  No to idziemy. - Anakin ruszył w dół wzgórza. Rapuung poszedł za nim, choć raz 

bez sprzeciwu. 

Anakin czuł się dzisiaj znacznie lepiej. Techniki lecznicze i relaksacyjne Jedi prawie 

zlikwidowały  osłabienie,  a  sztuczna  skóra  Vui  Rapuunga  -lub  cokolwiek  to  było  - 

wydawała  się  spełniać  swoje  zadanie  na  zranionym  ramieniu.  Pędził  w  dół  długimi, 

płaskimi  skokami,  wspomaganymi  Mocą.  Ra-puung  ledwo  dotrzymywał  mu  kroku,  bez 

szmeru  klucząc  pomiędzy  gęstym  poszyciem. Anakinowi  na jego  widok  włosy jeżyły  się 

na karku. Trudno Vy-ło uwierzyć, że ktoś tak śmiercionośny z wyglądu w ogóle może być 

istotą inteligentną. 

Większość drzew znikła, prawdopodobnie spalona podczas jednej z wielu bitew, jakie 

rozegrały  się  na  zalesionym  księżycu  od  czasu,  gdy  Sojusz  Rebeliantów  po  raz  pierwszy 

umieścił  tu  swój  sztab  przed  atakiem  na  pierwszą  Gwiazdę  Śmierci.  Pozostały  tylko 

wysokie  po  pas  zarośla.  Dalej  znów  rozpoczynała  się  linia  drzew,  równa  jak  zielony 

naszyjnik.  Anakin  zdał  sobie  nagle  sprawę,  że  to  właśnie  drzewa  tak  bardzo  niepokoją 

Rapuunga.  Ogień  wędruje  w  górę,  więc  wszystko,  co  znalazło  się  tam  w  czasie  pożaru, 

prawdopodobnie zginęło. Jeśli te sieciożuki choć w części działają jak ogień. . . 

Z  niechęcią  musiał  przyznać,  że  Rapuung  ma  rację.  Anakin  myślał  jak  pilot,  dla 

którego wysokość stanowiła o wszystkim. Teraz nie był pilotem: był zwierzyną. 

Ale  zwierzyną  niebezpieczną:  śmiercionośnym,  nieoswojonym  rykritem  -

przypominał sobie, kiedy nadleciał pierwszy skrzydlak tsik vai. 

Anakin nie wahał się, wiedział, co chce zrobić. Sięgnął Mocą w promieniu dziesięciu 

metrów i podniósł wszystko, co nie było przymocowane - martwe liście, gałązki, kamyki. 

Uniósł je jak cyklon i cisnął prosto w szpary oddechowe na bokach skrzydlaka. 

-  Durniu! - krzyknął Rapuung. - I to był twój plan? 

Tsik vai zniżył lot, mackowate kable wystrzeliły w ich kierunku. Ana-kin uskoczył, 

podtrzymując  zaporę.  Skrzydlak,  bynajmniej  niezniechęcony,  leciał  tuż  nad  nimi, 

background image

opadając  coraz  niżej.  Jedna  macka  pochwyciła  Rapu-unga.  Wo  jownik  skoczył, 

przytrzymał  się  macki  obiema  rękami  i  zaczął  się  wspinać  z  ponurym  wyrazem 

determinacji  na  pokrytej  bliznami  twarzy.  Ana-kin  zrozumiał,  o  co  mu  chodzi,  ale 

pozbawiony  Mocy,  dającej  pewność  siebie  i  pozwalającej  zarówno  wyczuć  mackę,  jak  ją 

zobaczyć, nie trafił. 

Nagle  skrzydlak  wydał  z  siebie  dziwne  wycie,  a  jego  elastyczne  skrzydła  zaczęły 

dygotać  spazmatycznie.  Macka  trzymająca  Rapuunga  puściła;  Yuuzhanin  natychmiast 

skoczył na ziemię. Skrzydlak wisiał nad nim, trzęsąc się cały. 

-  Biegnij! - krzyknął Rapuung. - On zaraz oczyści płuca. Nie został stworzony przez 

niedorozwinięte dzieci, jak ci się pewnie wydawało! 

Anakin dogonił go bez trudu. 

-  Gdzie pozostałe skrzydlaki? 

-  Wiedzą,  gdzie  jesteśmy.  Teraz  rozsieją  sieciożuki  na  całej  nizinie,  tak  jak 

ostrzegałem. 

-  Mógłbyś mi powiedzieć, jak to działa? 

-  Sieciożuki  przeciągają  włókna  od  drzewa  do  drzewa,  od  krzaka  do  krzaka. 

Nadlatują  w  falach,  które  na  siebie  zachodzą.  Pierwsza  falatka  sieć,  druga  ją  wypełnia. 

Poruszają się bardzo szybko. 

-  Cholera,  to  niedobrze...  -  nagle  przyszła  mu  do  głowy  pewna  myśl.  -Kiedy 

skrzydlak cię złapał, zacząłeś się wspinać do góry. Sądziłeś, że uda ci się go ściągnąć? 

 

-  Nie. Zdecydowałem, że umrę raczej w chwale niż w poniżeniu. Nagimi dłońmi nie 

zdołałbym otworzyć kokpitów. 

-  Ale gdybyśmy mogli jakoś znaleźć się ponad siecią. . . 

-  Niektóre  żuki  będą  snuły  nici  w  górę  i  krzyżowały  je  nad  naszymi  głowami. 

Gdybyśmy potrafili latać, pewnie zdołalibyśmy uciec. 

Anakin stanął jak wryty. 

-  No to dlaczego biegniemy? W którąkolwiek stronę się udamy, tylko zbliżymy się 

do sieci! 

background image

-  Prawda.  A  jeśli  pobiegniemy  w  górę,  tylko  opóźnimy  konfrontację.  Czy  masz  to 

ostrze, które płonie, Jeedai? Może nim przetniemy włókna. 

-  Nie  mam!  -  Anakin  spojrzał  w  dół  zbocza.  Drzewa  znajdowały  się  może  o  sto 

metrów  dalej,  ale  chłopiec  stał  dość  wysoko,  aby  widzieć  falujące,  wyginane  lekkim 

wiatrem wierzchołki aż po horyzont. 

Z  wyjątkiem  jednego  pasma,  które  nie  poruszało  się  w  ogóle.  Powiódł  wzrokiem 

wzdłuż niego i stwierdził, że okrąża wzgórze. 

-  To chyba tam, prawda? - wymruczał. - Sieć trzyma drzewa nieruchomo. 

-  Tak. Włókna są bardzo mocne, a sieć bardzo gęsta. 

W  miarę  jak  patrzył,  kolejne  drzewa  zamierały  w  bezruchu,  pasmo  rozszerzało  się 

coraz szybciej. 

-  Czy sieciożuki nas pożrą? 

-  Przyczepią się do naszych ciał i osnują je włóknami, wykorzystując w tym procesie 

część naszych komórek. Nie jest to zabójcze. 

-  Zwłaszcza, że do tego nie dojdzie. - Anakin zatrzymał się, przykląkł i zdjął plecak. 

Pogrzebał w nim chwilę i znalazł to, czego szukał: pięć fosforyzujących flar. 

-  Czy to broń? Maszyny? 

-  Nic podobnego - odparł chłopiec. - Nie patrz prosto na nie. 

Zapalił pierwszą, po czym, używając Mocy, rzucił ją długim łukiem w dół zbocza. 

Potem cisnął drugą podobnie jak pierwszą, ale w innym kierunku. 

-  Nie rozumiem - odezwał się Rapuung. - Jak światło powstrzyma sie-ciożuki? 

-  Światło nie powstrzyma, ale ogień tak. Żuki nie zdołają się przyczepić do drzew i 

gałęzi, których nie ma. 

Zapalił  kolejną  flarę.  Kiedy  zrobił  wymach,  żeby  ją  rzucić,  Vua  Rapuung  grzbietem 

dłoni uderzył go w twarz. 

Chłopiec poczuł żelazisty zapach krwi; znalazł się na ziemi, zanim zdążył zareagować 

i  ochronić  się  przed  uderzeniem.  Rapuung  był  już  na  nim;  warczał  jak  dzika  bestia  i 

zakrzywionymi palcami sięgał mu do gardła. Anakin czuł jego kwaśny, chory zapach. 

background image

Przed oczami zaczęły mu tańczyć świetliste punkty. Zrobił jedyną rzecz, jaką był w 

stanie  zrobić:  Mocą  odnalazł  kamień  i  uderzył  oszalałego  wojownika  dokładnie  między 

oczy. Głowa Rapuunga odskoczyła w tył i dłonie odpadły od szyi chłopca. Anakin uderzył 

go  pięścią  w  podbródek  tak  mocno,  że  kostki  palców  odezwały  się  ostrym  bólem. 

Yuuzhanin  Vong  odpadł,  ale  zanim  Anakin  się  pozbierał,  tamten  już  był  na  nogach  w 

bojowej postawie. 

-  Sithowe nasienie! - warknął chłopak. - Co cię napadło? 

-  Spalanie!  -  warknął  Yuuzhanin  Vong.  -  Najgorszym  bluźnierstwem  jest  użycie 

ognia z maszyny! 

-  Co? 

-  To zakazane, ty cuchnący niewierny! Nie rozumiesz, co właśnie zrobiłeś? 

-  Jesteś  pomylony!  -  krzyknął  Anakin,  rozcierając  kostki,  które  wydawały  się  co 

najmniej  zmiażdżone  i  z  trudem  wciągając  powietrze  przez  obolałą  tchawicę.  -  Właśnie 

pytałeś, czy nie mogę użyć miecza świetlnego. Myślisz, że to nie jest maszyna? 

Na twarzy Rapuunga pojawił się wyraz zgrozy. 

-  T. . . taak. . . Przygotowywałem się na to. . . Ale ogień, ze wszystkich grzechów. . . 

-  Zaraz,  zaraz  -  zawołał  Anakin.  -  Pleciesz  zupełnie  bez  sensu.  Yuuzhanie  Vong 

używali wobec nas ogniodmuchów. . . 

-  Żywe istoty, które oddychają ogniem, to całkiem inna sprawa! - wrzasnął Rapuung. 

-  Jak  możesz  wyobrażać  sobie,  że  to  to  samo,  co  ty  zrobiłeś?  Równie  dobrze  mógłbyś 

powiedzieć,  że  dłoń  wojownika  Yuuzhan  Vong  i  metalowy  chwytak  jednego  z  tych 

waszych  mechanicznych  bluźnierstw  to  to  samo,  ponieważ  i  jedno,  i  drugie  może 

utrzymać amphistaffa. 

Anakin odetchnął głęboko. 

-  Słuchaj  -  zaczął.  -  Nie  usiłuję  nawet  udawać,  że  rozumiem  waszą  religię.  Zresztą 

nie chcę jej rozumieć. Ale sam wybrałeś walkę u boku niewiernego przeciwko własnemu 

ludowi, prawda? Bardzo chciałeś, żebym użył mojego 

  

background image

bluźnierczego miecza świetlnego. Teraz musisz sobie z tym poradzić. . . albo idź swoją 

drogą. Chyba że masz lepsze wyjście. 

-  Nie - przyznał Rapuung. - To tylko wstrząs. . . - opuścił głowę. -Naprawdę tego nie 

rozumiesz. Bogowie mnie nie nienawidzą. Wiem, że 

nie.  Mogę  to  udowodnić.  Ale  jeśli  tak  się  zhańbię,  będą  mieli  powód,  żeby  mnie 

znienawidzić! Ach, kimże się stałem? 

Wiatr zmienił kierunek i swąd spalonych błękitnolistnych krzewów, przypominający 

odór zwęglonego pieprzu, dostał się Anakinowi do płuc. Chłopiec zaczął kasłać. Ostatnia 

flara  odleciała  tylko  na  odległość  około  trzech  metrów  i  teraz  krzewy  po  całej  ich 

nawietrznej płonęły wesoło. Panowała susza, a w czasie suszy dżungla pali się naprawdę 

dobrze. 

-  Lepiej  pozbieraj  się  szybko,  Vuo  Rapuung,  albo  to  najgorsze  bluźnier-stwo  pożre 

cię żywcem. 

Yuuzhanin  Vong  stał  nieruchomo  przez  dłuższą  chwilę,  ale  kiedy  podniósł  głowę, 

jego oczy płonęły wściekłością. Anakin sprężył się, gotów do następnej bójki. 

-  To ona mnie do tego doprowadziła - rzucił wojownik. - Te grzechy spadną na nią. 

Niech bogowie sami rozsądzą. 

-  Czy to znaczy, że możemy już iść? - zapytał chłopiec, obserwując, jak ogień podąża 

w ich kierunku. U stóp wzgórza, gdzie wylądowały pozostałe flary, dym buchał gęstymi 

kłębami. 

-  Tak. Idziemy. Wciąż razem przyjmujemy cierpienie, Jeedai. 

  

ROZDZIAŁ 

21 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

Ogień przepędził ich wokół zbocza wzgórza i pod górę. Zmiana wiatru wydawała się 

trwała. Dym pełzł nisko przy ziemi. Dżungla płonęła naprawdę szybko. 

-  Moja  opinia  o  tobie  jako  o  strategu  znacznie  się  poprawiła  -  mruknął  Rapuung.  - 

Ogień prowadzi nas dokładnie na drugi koniec sieci. 

Mamy do wyboru: dać się spalić głównemu bluźnierstwu albo najpierw dać się złapać, 

a potem spalić. 

-  Wiatr trochę się zmienił. Mój plan polegał na tym, aby czekać, aż ogień się wypali, 

a  potem  przejść  po  popiołach.  Sieć  zapadnie  się  tam,  gdzie  ogień  wypali  drzewa,  a  my 

będziemy wolni. 

-  To  znaczy,  że  bogowie  wreszcie  przemówili  -  uznał  Rapuung.  Gwałtownie 

zakrztusił się dymem, który stał się już tak gęsty, że Ana- 

kinowi  zaczęły  latać  mroczki  przed  oczami.  Przypomniał  sobie,  że  większość  ludzi, 

którzy zginęli w pożarze, na ogół umierała znacznie wcześniej, niż do-sięgnął ich ogień. 

-  Trzymaj się blisko gruntu - szepnął. - Dym się podnosi. 

-  Blisko gruntu... Pełzać jak tso'asu? 

-  Tak, jeśli chcesz żyć. 

-  Nie boję się śmierci - wykrztusił Rapuung. - Ale moja zemsta się nie dokona, jeśli. . 

. - zaniósł się konwulsyjnym kaszlem, upadł, podniósł się na czworaki i upadł znowu. 

-  Wstawaj! - zbeształ go Anakin. Rapuung zadygotał, ale się nie poruszył. 

Poprzez dym widać już było żółte zęby ognia, wgryzające się w gąszcz. 

Wokół  nich  zrobiło  się  nagle  żółto  od  ognia.  Anakin  opadł  na  kolana  obok  Vui 

Rapuunga. Czuł, jak powietrze zmienia mu się w płucach w rozżarzone żelazo. W głowie 

dzwoniło mu jak na alarm. 

background image

Leżał  płasko,  próbując  odnaleźć  czystsze  powietrze,  ale  jeśli  nawet  tam  było,  to  nie 

mógł na nie natrafić. Jeśli ma znaleźć coś, co nadaje się do oddychania, musi tego szukać 

nad głową. Wyżej też będzie dym, ale warto spróbować. 

Sięgnął Mocą w górę i pociągnął; stworzył jakby rurę, która zasysała powietrze z góry 

wprost na niego i Yuuzhanina Vong. Natychmiast zaczęło mu się lżej oddychać. 

Ogniowi też się to spodobało. Ściółka eksplodowała jak bomba. Anakin przez chwilę 

czuł gorąco; wiedział, że taka temperatura w ciągu kilku sekund zwęgli jego ciało. Nigdy 

do tej pory nie próbował przemiany energii, ale Corran Horm to potrafił. Od tego zależało 

życie. Chłopiec otworzył się na Moc, skoncentrował wszystkie siły i usunął ciepło z całego 

obszaru wokół siebie i Rapuunga. 

Nie  wiedział,  jak  to  długo  trwało.  Znalazł  się  w  dziwnym,  podobnym  do  letargu 

stanie; każdym wdechem ściągał życie z nieba, z każdym wydechem przesączał ciepło w 

skorupę Yavina Cztery. Nagle zamrugał i stwierdził, że już po wszystkim; że ogień minął 

ich, poszedł dalej, a on sam klęczy w popiele. 

Vua  Rapuung  wciąż  leżał  nieruchomo.  Anakin  potrząsnął  nim.  Ciekawe,  gdzie  się 

szuka  oznak  życia  u  Yuuzhanina  Vong?  Czy  mają  serca  jak  ludzie,  czy  może  pompy 

liniowe albo coś jeszcze dziwniejszego? 

Mocno uderzył go w twarz. Wojownik otworzył oczy i zamrugał. 

-  Nic ci nie jest? - zapytał chłopiec. 

 

-  Modlę  się,  abyś  nie  był  jednym  z  bogów  -  odparł  zapytany.  -  Inaczej  śmierć 

okazałaby się przerażająca. 

-  Jasne, jak sobie życzysz - odparł Anakin. - Możesz chodzić? Musimy ruszać, zanim 

skrzydlaki wpadną na to, żeby nas tu szukać. 

-  Dym i ciepło zmyli je - wykrztusił Rapuung. Usiadł i rozejrzał się wokoło. - Ogień. 

. . przeszedł nad nami. 

-  Tak. 

-  A my żyjemy. 

-  Oczywiście - zapewnił go Anakin. 

background image

-  To twoja robota? Kolejna sztuczka Jeedai? 

-  Coś w tym stylu - przyznał chłopiec. 

-  Więc ocaliłeś mi życie. To odrażające. To prawdziwe nieszczęście. 

-  Nie  przesadzaj,  to  naprawdę  drobiazg.  -  Anakin  wyciągnął  rękę,  żeby  pomóc  mu 

wstać. Rapuung przyglądał się jego dłoni przez dłuższą chwilę z takim wyrazem twarzy, 

jakby to były nerfie bobki, ale ostatecznie ujął ją mocno. 

 

-  Wstawaj  -  nakazał  Anakin.  -  Teraz  po  prostu  musimy  iść  za  ogniem.  Pod  osłoną 

dymu prześliznęli się przez szczątki sieci sieciożuków. Same 

nici nie spłonęły, ale srebrzyste i błyszczące leżały na popiołach, otulały niczym całun 

kikuty  wypalonych  drzew.  Kiedy  Anakinowi  zaplątała  się  w  nie  stopa,  stwierdził,  że 

włókno lekko nadcięło podeszwę buta. Żadna nić nie była zerwana. On też nie próbował 

ich zrywać, tylko delikatnie rozplatał palcami. Potem już bardziej uważał, gdzie stąpa. 

Ogień wypalił drzewa daleko poza zasięgiem sieci. Anakin widział skrzy-dlaki, które 

węszyły dokoła granicy spalenizny. Jeden zawrócił, daleko po lewej stronie. 

Brnęli  w  prawo,  dopóki  nie  zeszli  z  drogi  ognia  w  żywy,  niepokryty  siecią  las.  Nie 

zwolnili  kroku  przez  kolejne  dwie  godziny.  Anakin  nagle  poczuł  się  bezpieczniej, 

otoczony przez żywy puls lasu. 

Ale ten puls był otwartą raną pełną bólu. 

Dopiero  wtedy  uderzyło  go,  co  zrobił.  Aby  się  ratować,  spalił  całe  kilometry 

kwadratowe lasu. Czuł umierające zwierzęta tylko skrajem świadomości, ale w tej chwili 

jego  własny  ból  był  niewyobrażalny.  Cierpienie  lasu  uderzyło  go  w  twarz  jak  otwarta 

dłoń.  Był  rojem  stintarili,  skupionych  na  szczycie  drzewa,  osaczonych  przez  wspinający 

się ogień. 

Ich  futro  zaczynało  już  trzaskać  w  płomieniach.  Był  wielkim,  nieszkodliwym 

runyipem,  zbyt  powolnym,  aby  uciec  przed  ogniem,  zaganiającym  małe  w  bezpieczne 

miejsce, choć sam nie wiedział, gdzie ono jest. Był zwęgloną skórą i poparzonymi płucami. 

Leżał martwy i umierał. 

background image

-  Miałeś rację - rzekł później do Rapuunga, kiedy przystanęli, aby spryskać się wodą, 

wyczyścić popiół z oczu, nozdrzy i ust. 

-  Z czym, niewierny? 

-  Z  tym,  co  zrobiłem  z  ogniem.  To  było  złe.  Oczy  Yuuzhanina  Vong  zwęziły  się 

lekko. 

-  Wyjaśnij. 

-  Zabiłem niewinne żywe istoty, żeby nas ratować. 

Rapuung zaśmiał się chrapliwie. 

-  To  nic.  Zabijanie  i  umieranie  to  nic,  taki  jest  świat,  część  bólu,  który  należy 

przyjąć.  To,  co  zrobiłeś,  było  złe,  bo  było  bluźnierstwem,  a  nie  dlatego,  że  zabiłeś.  Nie 

oszukuj  się.  Widzę  teraz,  jaki  jesteś  zdeterminowany,  by  ratować  swoją  towarzyszkę 

Jeedai. Gdybyś mógł ją dosięgnąć, wypełniając trupami dzielącą was przepaść, uczyniłbyś 

to. 

-  Nie! - wybuchnął chłopak. - Nieprawda! 

-  Jeśli tak słabo pożądasz celu, to nie jest żaden cel. Anakin westchnął. 

-  Znajdziemy ją. Ale nie lubię zabijać. 

-  Więc wojownicy zabiją ciebie. 

-  Wojownicy to co innego - zapewnił Anakin. - Będę się bronił z całą zajadłością. Las 

jednak w niczym mi nie zawinił, żeby mu zrobić coś takiego. 

-  Nie mówisz logicznie - rzekł Rapuung. - Zabijemy tego, kogo musimy zabić. 

-  A ja mówię, że nie. 

-  Rzeczywiście?  Sam  splamiłeś  się  największym  bluźnierstwem,  aby  osiągnąć  swój 

cel, a mnie każesz czepiać się dziecinnego strachu przez zabijaniem? Każde życie ma swój 

koniec, Jeedai. 

Anakin  dobrze  to  czuł. Czy  Yuuzhanie  Vong  naprawdę  uważają,  że  niebio-logiczne 

technologie są równie złe, jak w myśl nauk Jedi złe jest bezmyślne zabijanie? Wydawało 

mu  się,  że  rozumie  to  umysłem,  ale  jakoś  nigdy  zrozumienie  to  nie  sięgnęło  jego 

przekonań.  Dopiero  teraz,  kiedy  obaj  zgodzili  się,  że  stało  się  coś  strasznego  -  choć  z 

całkowicie odmiennych powodów -zobaczył w tym jakikolwiek sens. 

background image

Gdybyż tylko umiał wyczuć Rapuunga poprzez Moc. Gdyby potrafił powiedzieć, czy 

Yuuzhanin Vong jest po ciemnej, czy po jasnej stronie. . . 

Czy wobec braku Mocy takie pytanie w ogóle ma sens? Czy Jedi są naprawdę aż tak 

zależni od pochodzących z Mocy zmysłów, że bez niej stają się moralnymi kalekami? 

Rapuung  świdrował  wzrokiem  Anakina,  gdy  ten  szukał  swojej  odpowiedzi.  Teraz 

nagle spojrzał w inną stroną. 

-  Nie mówisz logicznie - powtórzył. - Ale. . . przyznaję, że uratowałeś mi życie. Moja 

zemsta dokona się dzięki tobie, jeśli się dokona. 

-  Ty uratowałeś mnie kilka razy - odparł Anakin. - Jeszcze nie jesteśmy kwita. 

-  Nie jesteśmy. . . co? Co to za słowo? 

-  Nieważne. Vuo Rapuungu, jakiej to zemsty tak bardzo pragniesz? 

Co ci uczyniono, że zwracasz się ku swemu własnemu ludowi? Spojrzenie Rapuunga 

stwardniało. 

-  Naprawdę nie wiesz? Naprawdę tego nie widzisz? Spójrz na mnie! 

-  Widzę,  że  twoje  blizny  ropieją.  Masz  implanty,  które  wydają  się  martwe  lub 

umierające. Ale nie mam najmniejszego pojęcia, co to oznacza. 

-  To ciebie nie dotyczy - odparł Rapuung. - Nie wyobrażaj sobie za wiele, niewierny. 

-  Dobrze. A więc opowiedz mi o tym swoim planie, o tym, który zaprowadzi mnie 

do Tahiri. 

-  Idź za mną, to sam zobaczysz - odparł Rapuung. 

Przycupnęli w kłębowisku korzeni na brzegu jednego z dopływów wielkiej rzeki. 

-  Jesteśmy  dalej  od  bazy  mistrzów  przemian  niż  byliśmy  wczoraj  -  poskarżył  się 

Anakin. 

-  Tak, ale we właściwym miejscu. 

-  Właściwym miejscu na co? 

-  Czekaj. Patrz. 

Anakin miał wielką ochotę powiedzieć mu coś niemiłego, ale przełknął te słowa. Czy 

o to właśnie chodziło tym ludziom, którzy skarżyli się, że ciężko wyciągnąć z niego dwa 

słowa  naraz?  Rapuung  skąpił  faktów,  zupełnie  jak  bothański  kurier.  Przez  sześć  dni 

background image

uciekali  i  walczyli  razem,  a  Anakin  wciąż  jeszcze  nic  o  nim  nie  wiedział,  z  wyjątkiem 

tego,  że  oszalał  na  jakimś  tam  punkcie.  Może  w  ogóle  zwariował.  Mówił  coś  o  jakiejś 

istocie  płci  żeńskiej,  no  i  wydawał  się  mieć  obsesję  na  temat  swojej  godności  wobec 

bogów. 

Ale może wszyscy Yuuzhanie Vong są tacy? Co nie znaczyło, że Anakin miał okazję 

sobie  z  nimi  kiedykolwiek  pogadać.  Może  Rapuung  jest  tak  normalny,  jak  można  być 

normalnym?  Może  utrzymywał  swoje  plany  i  motywy  w  sekrecie,  ponieważ  Yuuzhanie 

Vong właśnie tacy są? 

A  może  się  boi,  że  gdyby  Anakin  wiedział,  co  zamierza,  albo  zorientował  się,  jak 

dostać się do bazy mistrzów przemian, zabiłby go lub opuścił? 

Ukradkiem zerknął na okrutną, płaskonosą twarz i milcząco zaprzeczył sam sobie. Nie 

mógł sobie wyobrazić Vui Rapuunga, który boi się czegokolwiek. Może „ostrożny" będzie 

lepszym słowem. 

A więc czekał w milczeniu i czuł, jak łagodny prąd strumienia hipnotyzuje go powoli. 

Wysunął się ostrożnie ku otaczającemu go życiu, wyczuwając jeszcze cień bólu i śmierci, 

których był przyczyną. 

„ Przeprasza", powiedział w duchu lasowi. 

Jak blisko ciemnej strony się znalazł? Czy Rapuung miał rację? 

Sprzeczał  się  z  Jacenem,  że  Moc  nie  jest  ani  dobra,  ani  zła,  ale  podobnie  jak  każde 

narzędzie, może służyć do czynienia dobra lub zła. Czy zło może być tak zwyczajną rzeczą 

jak bezmyślność? Niewykluczone. Corran Horn powiedział mu kiedyś, że egoizm jest zły, 

a  altruizm  dobry.  Jeśli  to  prawda,  egoistyczne  spowodowanie  śmierci,  aby  uratować 

własną skórę, było złem, niezależnie od tego, że w tamtej chwili Anakin po prostu nie brał 

pod uwagę konsekwencji swoich czynów. A przecież nie walczył wyłącznie o swoje życie. 

Stawką było życie Tahiri. Może nawet więcej niż jej życie, ponieważ jeśli urzeczywistniła 

się Tahiri z jego wizji, mogło to oznaczać koniec dla wielu, bardzo wielu ludzi. 

Gdyby  miał  być  uczciwy,  musiałby  również  przyznać,  że  nigdy  dotąd  nie  myślał  o 

tych  dalszych  konsekwencjach.  Miał  problem  do  rozwiązania  i  rozwiązał  go  w  taki  sam 

sposób,  jak  rozwiązywałby  równanie  matematyczne  lub  kłopoty  z  motywatorem 

background image

hipernapędu w swoim X-skrzydłowcu. Nigdy nie zastanawiał się nad skutkami, jakie może 

mieć  użycie  takiej  metody.  Ostatnio  zachowanie  tego  rodzaju  stało  się  dla  niego  bardzo 

typowe. 

Mara  Jadę  już  wcześniej  wspominała  mu  o  tej  tendencji  u  młodych  ludzi  w  jego 

wieku. Było to wtedy, gdy razem obozowali na Dantooine. Z tego wynika, że niczego się 

nie nauczył od tamtej pory. Może czas wreszcie zacząć. 

A to skierowało jego myśli z powrotem na Vui Rapuunga. Facet sam przyznał, że aż 

dyszy  zemstą,  a  jeśli  zdołali  podczas  szkolenia  cokolwiek  wbić  Anakinowi  do  głowy,  to 

właśnie  tę  zasadę,  że  zemsta  należy  do  ciemnej  strony.  Jeśli  dalej  będzie  pracował  z 

Rapuungiem,  czy  i  on  stanie  się  częścią  tej  zemsty?  Dokonaniu  jakiej  tragedii  pomaga, 

współpracując z na pół obłąkanym Yuuzhaninem? 

Coś  poruszyło  las.  Tysiące  głosów  zmieniło  się  nagle,  gdy  stworzenia  poczuły  coś 

nieznanego, coś, czego nie było do tej pory w ograniczonym słowniku drapieżcy i ofiary, 

głodu i niebezpieczeństwa. 

Rzeką zbliżało się coś nowego. Coś, czego dotąd nie spotykano na Yavinie Cztery. 

-  Czekamy tu na kogoś? - zapytał Anakin. 

-  Tak. 

Anakin nie pytał, na kogo. Miał już dość zadawania pytań, na które nie otrzymywał 

odpowiedzi. Wyostrzył tylko wszystkie zmysły i czekał. 

Wkrótce na wodzie pojawił się dziwny kształt i szybko kierował się w górę rzeki. 

Z początku sądził, że to łódź, ale przypomniał sobie, że jeśli to łódź Yuuzhan, to na 

pewno  jest  to  coś  organicznego.  Kiedy  przyjrzał  jej  się  bliżej,  wyłowił  szczegóły,  które 

potwierdziły jego przypuszczenia. 

Najbardziej widoczną częścią była szeroka, płaska kopuła wystająca z wody i opasana 

płytami  lub  łuskami.  Cokolwiek  jąnapędzało,  znajdowało  się  pod  powierzchnią  wody  i 

cały  czas  się  poruszało. Od  czasu  do  czasu  przed  kopułą  wychylało  się  coś  jakby  czubek 

głowy. Jeśli to była rzeczywiście głowa, to bardzo wielka, prawie tak szeroka jak widoczna 

część skorupy i pokryta łuskami barwy ciemnooliwkowej. 

background image

Na szczycie tego pojazdu siedział mężczyzna, którego Anakin nie wyczuwał poprzez 

Moc, ale im bardziej się zbliżał, tym mniej wyglądał na Yuuzha-nina. Anakin nie od razu 

zorientował się, czemu zawdzięcza to wrażenie: miał takie samo ostro ścięte czoło i płaskie 

nozdrza jak wszystkie inne istoty tej rasy, które Anakin widywał. 

Ale  nie  miał  blizn.  Anakin nie  zauważył  również  ani jednego  tatuażu, choć  widział 

większą część ciała gościa, ubranego jedynie w coś w rodzaju przepaski biodrowej. 

Od  czasu  do  czasu  dotykał  powierzchni  skorupy  i  wtedy  stworzenie-łódź  lekko 

zmieniało kierunek. 

-  Pozostań w ukryciu - polecił Rapuung i wstał. 

-  Qe'u! - zawołał 

Zza  zasłony  korzeni  Anakin  zobaczył,  jak  tamten  ze  zdumieniem  odwraca  głowę. 

Wyrzucił  z  siebie  strumień  słów,  którego  chłopiec  nie  zrozumiał.  Vua  Rapuung 

odpowiedział w tym samym języku. Pływak ruszył w ich kierunku i Anakin schował się 

jeszcze głębiej. 

Dwaj Yuuzhanie Vong dalej rozmawiali. Łódź zbliżała się do brzegu. 

Anakin  zaczerpnął  kilka  głębokich,  uspokajających  oddechów.  Do  tej  pory  myślał  o 

ostrożności Vui Rapuunga - nadeszła pora, żeby pomyśleć o własnej. Kiedy Vua Rapuung 

przestanie  go  potrzebować?  Teraz?  Kiedy  dotrą  do  bazy  przemian?  Kiedy  dokona  już 

zemsty, której szuka? To może stać się w każdej chwili. Przypomniał sobie, co opowiadał 

Valinowi  o  Yuuzha-nach  Vong  i  ich  obietnicach.  Czy  miał  jakikolwiek  powód,  żeby 

wierzyć, że Rapuung dotrzyma swojej? 

Nagle  zauważył,  że  tamci  skończyli  rozmowę.  Właśnie  miał  spojrzeć,  co  się  dzieje, 

kiedy usłyszał głośny plusk. 

-  Możesz już wyjść z ukrycia, niewierny - odezwał się Vua Rapuung w basicu. 

Anakin ostrożnie wysunął się z ukrycia. Rapuung stał na pływaku. Sam. 

-  Gdzie on się podział? - zapytał chłopiec. 

Rapuung wskazał palcem na wodę po drugiej stronie pływaka. 

-  W rzece. 

-  Wrzuciłeś go? Nie utopi się? 

background image

-  Nie. Już jest martwy. 

-  Zabiłeś go? 

-  Zabił go skręcony kark. Właź na vangaaka i jedźmy już. Anakin stał przez chwilę 

nieruchomo, usiłując opanować gniew. 

-  Dlaczego go zabiłeś? 

-  Ponieważ pozostawienie go przy życiu było niedopuszczalnym ryzykiem. Anakin 

omal nie zwymiotował. W milczeniu wdrapał się na łódź, starając 

się nie patrzeć na pływającego pod nią trupa. 

Oto niewinna, nieuzbrojona istota rozumna zginęła, ponieważ Anakin uratował życie 

Rapuunga. Ile ich jeszcze będzie? 

Rapuung zaczął manipulować kilkoma guzowatymi wyrostkami na skorupie. Anakin 

przypuszczał, że to sploty nerwowe albo coś w tym rodzaju. 

-  Kim on był? - zapytał, kiedy pływak leniwie zawrócił w dół rzeki. 

-  Zhańbiony. Osoba bez znaczenia. 

 

-  Nikt nie jest bez znaczenia - zaprotestował Anakin, usiłując ukryć drżenie głosu. 

Rapuung roześmiał się. 

-  Bogowie przeklęli go przy narodzinach. Każdy jego oddech był pożyczony. 

-  Ale go znałeś. 

-  Tak. 

Płynęli nadal w dół rzeki w spokojnym, leniwym tempie. 

-  Skąd go znałeś? - dopytywał się Anakin. - Co on tu robił? 

-  Trałował strumień. To jego zwykła droga. Kiedyś była moja. 

-  Jesteś rybakiem? 

-  Między innymi. Dlaczego zadajesz tyle pytań? 

-  Po prostu próbuję zrozumieć, co się stało. 

Wo jownik burknął coś i przez pięć minut milczał. Potem, jakby niechętnie, zwrócił 

się w kierunku Anakina. 

background image

-  Aby  cię  odnaleźć,  musiałem  zniknąć.  Upozorowałem  swoją  śmierć  tam,  na  rzece. 

Zrobiłem  tak,  żeby  wyglądało,  że  pożarło  mnie  jakieś  wodne  zwierzę.  Wtedy  dali  moją 

trasę  Qe'u.  Wrócę  i  opowiem  wszyst  kim,  jak  przeżyłem,  zagubiłem  się  na  tym  obcym 

świecie i przypadkiem natrafiłem na vangaaka bez ilota. Nie będę wiedział, co się stało z 

Qe'u. 

Może zabił go Jeedai, może spotkał tę samą wodną bestię, co ja. 

  

-  Ach,  tak?  A  oni  przepuszczą  nas  przez  czujki  na  rzece.  Ale  dla  czego  mieliby 

uwierzyć w twoją historię? 

-  A  co  ich  to  obchodzi?  To  był  zhańbiony.  Jego  śmierć  nie  ma  znaczenia.  Nawet 

gdyby podejrzewali, że zabiłem go z jakiegoś powodu, nikt nie będzie kwestionował mojej 

opowieści. 

-  A jak wyjaśnisz mnie? Rapuung wyszczerzył brzydko zęby. 

-  Nie wyjaśnię. Nie zobaczą cię. 

  

ROZDZIAŁ 

22 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Nen Yim znalazła swoją mistrzynię zapatrzoną w wodę basenu przemiany - w serce, 

płuca i wątrobę damuteka. Woda falowała lekko, gdy ryby z tego księżyca szukały w niej 

swojego  miejsca.  Wydzielała  lekką  woń  chloru,  siarki  i  jeszcze  czegoś  oleistego.  I 

spalenizny. Prawie jak spalone włosy. 

Kołpak  mistrzyni  Mezhan  Kwaad  spleciony  był  w  formę  pełną  zadumy.  Nen  Yim 

stanęła z tyłu, czekając, aż zostanie zauważona. 

Kropla plusnęła w wodę basenu przemiany tuż pod stopami mistrzyni. Potem kolejna, 

i jeszcze jedna. 

Kiedy  Mezhan  Kwaad  odwróciła  się  wreszcie,  Nen  Yim  zobaczyła,  że  to  krew 

ściekająca z jej nozdrzy. 

-  Witaj,  adeptko  -  odezwała  się  mistrzyni.  -  Przyszłaś  tu  szukać  mnie  czy  basenu 

przemiany? 

-  Ciebie, pani. Ale jeśli wolałabyś porozmawiać kiedy indziej. . . 

-  Nie będzie lepszego czasu, dopóki mój cykl ofiarny nie dobiegnie końca i nie usuną 

mi guza Vaa. Wczoraj wszczepiono ci pierwszy taki guz, prawda? 

-  Tak, pani. Jeszcze go nie czuję. 

-  Noś go dumnie. To jedna z najstarszych tajemnic. - Przekrzywiła głowę, skupiając 

wzrok na twarzy Nen Yim. - Chciałabyś wiedzieć, jaką on odgrywa rolę, prawda? 

-  Jestem  zadowolona,  bo  wiem,  że  bogowie  pragną  tej  ofiary  od  naszej  kasty  - 

zapewniła posłusznie Nen Yim. 

-  Wchodząc tu jako adept, wchodzisz w tajemnicę.  - Mezhan Kwaad mówiła jakby 

we  śnie.  -  Podobnie  jak  wojownicy  przyjmują  zewnętrzne  cechy  Yun-Yammka,  my 

przybieramy  aspekty  wewnętrzne  Yun-Ne'Shel,  tej,  która  przemienia.  Guz  Vaa  jest  jej 

najstarszym darem dla nas. YunNe'Shel wyjęła fragment własnego mózgu, by go stworzyć. 

W  miarę  wzrastania  modeluje  nasze  komórki,  zmienia  nasze  myśli,  zbliża  nas  coraz 

bardziej  do  ducha  i  obecności  Yun-Ne'Shel.  -  Westchnęła.  -  Podróż  jest  bolesna.  I 

chwalebna.  I,  niestety,  musimy  z  niej  wracać,  wyrywać  jej  dar  z  naszych  ciał.  Ale  choć 

wracamy  podobne  do  takich,  jakimi  byłyśmy,  za  każdym  razem,  kiedy  stajemy  się 

naczyniami tego bólu i chwały, zmieniamy się na zawsze. Coś z niego pozostaje w nas. . . - 

background image

Wydawało  się,  że  mistrzyni  brakuje  słów.  -  Zobaczysz  sama  -  zakończyła  wreszcie.  -  A 

teraz. . . co chciałaś mi powiedzieć? 

Nen Yim rozejrzała się wokoło, żeby się upewnić, że nikt nie podsłuchuje. 

-  Tu jest całkiem bezpiecznie, adeptko - zapewniła ją Mezhan Kwaad. -Mów śmiało. 

-  Wydaje mi się, że ukończyłam mapę systemu nerwowego i struktury mózgu Jeedai. 

-  To  dobra  nowina.  Bardzo  ci  się  to  chwali.  W  jaki  sposób  będziesz  teraz 

postępować? 

-  Zależy  od  tego,  jaki  wynik  pragniemy  osiągnąć.  Jeśli  chcemy  jej  posłuszeństwa, 

powinniśmy zastosować implanty powściągające. 

-  Dlaczego więc robiłyśmy mapę jej systemu nerwowego? 

Nen Yim poczuła, że jej kołpak się denerwuje i spróbowała go uspokoić. 

-  Nie wiem, pani. To było twoje polecenie. 

Mezhan Kwaad przechyliła głowę i uśmiechnęła się blado. 

-  Nie próbuję cię oszukać, adeptko. Wybrałam akurat ciebie z bardzo szczególnych 

powodów.  Niektóre  już  ci  wyjawiłam,  o  innych  milczałam,  ale  podejrzewam,  że  jesteś 

dość inteligentna, żeby je odgadnąć. 

Wyobraź  sobie  przez  jedną  chwilę,  że  nie  ma  protokołów,  których  trzeba 

przestrzegać.  Gdybyś  nie  miała  wytycznych,  co  byś  zrobiła?  Czysto  hipotetycznie,  rzecz 

jasna. 

-  Hipotetycznie  -  szepnęła  Nen  Yim.  Poczuła  się  tak,  jakby  znalazła  się  na  skraju 

niszy trawiennej maw luura. Prawie czuła kwaśny odór jego soków. Gdyby odpowiedziała 

na  to  pytanie  zgodnie  z  prawdą,  mogłaby  zostać  oskarżona  o  herezję.  Jeśli  to,  o  co 

podejrzewała  swoją  mistrzynię,  okaże  się  pomyłką,  ta  rozmowa  mogła  być  jej  ostatnią 

rozmową  jako  mistrza  przemian  i  pewnie  jedną  z  ostatnich  w  jej  życiu.  Ale  nie  mogła 

poddać się lękowi. 

-  Zmodyfikowałabym  induktor  nerwokręga  tak,  aby  w  jej  systemie  nerwowym 

sprawował bardzo precyzyjną kontrolę. 

-  Dlaczego? 

background image

Tym razem Nen Yim się nie wahała. Było już za późno, niezależnie od tego, w którą 

stronę potoczy się rozmowa. 

-  Pomimo zapewnień protokołu, który stosowaliśmy, w tej chwili mamy wyłącznie 

teorie na temat tego, jak funkcjonuje system nerwowy Jeedai. Osiągnęliśmy tylko tyle, że 

na mapę nieznanego nanieśliśmy to, co znamy. Ale „znane" to normy Yuuzhan Vong, nie 

ludzkie,  a  wiemy  już,  że  w  niektórych  przypadkach  jej  struktury  nie  mają  analogii  z 

naszymi. 

-  Chcesz więc powiedzieć, że odwieczny protokół nie ma znaczenia? 

-  Nie, pani Mezhan Kwaad, chcę tylko powiedzieć, że to punkt początkowy. Zakłada 

on  pewne  reguły,  według  których  pracuje  mózg  Jeedai.  Proponuję,  aby  teraz  zacząć 

testować te założenia. 

-  Innymi słowy, kwestionujesz protokoły przekazane nam przez bogów. 

-  Tak, pani. 

-  I rozumiesz, że jest to herezja pierwszego stopnia? 

-  Tak. 

Oczy Mezhan Kwaad były jak ciemne jeziora - całkowicie nieod-gadnione. Nen Yim 

spokojnie wytrzymała jej wzrok. Trwało to bardzo długo. 

-  Szukałam  uczennicy  takiej  jak  ty  -  powiedziała  wreszcie  mistrzyni  przemian.  - 

Prosiłam bogów, żeby mi ciebie zesłali. Jeśli nie jesteś tym, kim się wydajesz, nigdy ci tego 

nie wybaczę. Jedno ci mogę obiecać: nie zyskasz nic na zdradzeniu mnie. 

Nen Yim drgnęła zaskoczona. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że mistrzyni może się 

jej bać. 

-  Jestem twoją uczennicą - szepnęła. - Nie zdradzę cię. Złożyłam moje życie i moją 

pozycję w twoje trzynaście palców. 

-  I dobrze uczyniłaś, adeptko - miękko odpowiedziała Mezhan Kwaad. - Postępuj tak 

dalej.  Nie  rozmawiaj  o  tym  z  nikim  innym,  oprócz  mnie.  Jeśli  nasze  rezultaty  zadowolą 

przywódców, zapewniam cię, że nie będą się uważnie przyglądać naszym metodom. Ale 

musimy  być  dyskretne.  Musimy  działać  ostrożnie.  Kiedy  ból  guza  Vaa  osiągnie  szczyt, 

podobno można ujrzeć kolory, jakich nikt nigdy nie oglądał, można mieć myśli dziwne i 

background image

potężne. . . cóż, sama zobaczysz. Chwilami prawie wstydzę się tego, że mi go zabierają, że 

cofam  się  przed  ostateczną  konfrontacją.  Pragnęłabym  dowiedzieć  się,  dokąd  mnie  to 

zaprowadzi  -  obdarzyła  Nen  Yim  jednym  z  rzadkich  u  niej  szczerych  uśmiechów.  - 

Pewnego  dnia  bogowie  zezwolą  na  to.  Do  tego  czasu  musimy  dużo  pracować  na  ich 

chwałę.  -  Położyła  osiem  smukłych  palców  na  ramieniu  Nen  Yim.  -  Chodź,  obejrzymy 

sobie tę młodą Jeedai. 

Jeedai obserwowała ich zielonymi oczami, które były jedynym ruchomym punktem 

w jej twarzy; zachowywała się jak bestia, porównująca jedno miękkie podgardle z drugim. 

-  Radziłabym ci nie atakować nas swoimi sztuczkami, Jeedai - odezwała się Mezhan 

Kwaad.  -  Poleciłam  induktorowi,  aby  stymulował  cię  do  ogromnego  bólu,  jeśli  będziesz 

próbowała nas dotknąć w ten sposób. Z czasem zaczniesz rozumieć cierpienie, ale na razie 

wydaje mi się, że go nie lubisz, a z pewnością rozprasza ono twoją koncentrację. Są jeszcze 

gorsze rzeczy, które możemy ci zrobić. 

Oczy Jeedai rozszerzyły się. 

-  Rozumiem,  co  mówisz  -  szepnęła. Nagle  urwała,  jeszcze  bardziej  zaskoczona.  -  Ja 

też nie mówię w basicu. To jest. . . 

-  Tak, mówisz teraz naszym językiem - odrzekła mistrzyni przemian. -Jeśli masz być 

jedną z nas, musisz mówić naszym świętym językiem. 

-  Być  jedną  z  was?  -  wykrzywiła  się  Jeedai.  -  Dzięki,  wolę  już  być  śluzem  w  tyłku 

Hutta. 

-  To dlatego, że wciąż postrzegasz siebie jako niewierną - spokojnie odparła Mezhan 

Kwaad.  -  Nie  rozumiesz  nas,  a  my  również  widzimy  mylący  obraz  ciebie  oraz  innych 

Jeedai.  Ale  postaramy  się  ciebie  zrozumieć,  a  ty  zrozumiesz  nas.  Staniesz  się  tkanką 

łączącą Yiiuzhan Vong i Jeedai, odżywczą dla obu ras. Umożliwisz zrozumieniu przepływ 

w obie strony. 

-  I tego właśnie chcecie ode mnie? 

-  Jesteś naszą drogą wiodącą ku pokojowi - zapewniła ją Mezhan Kwaad. 

-  Porywając mnie, nie zapewnicie sobie pokoju! - krzyknęła Jeedai. 

background image

-  Nie porwaliśmy cię - zaprzeczyła Mezhan Kwaad. - Uratowaliśmy cię z rąk innych 

niewiernych, pamiętasz? 

-  Przekręcacie wszystko - odparowała Jeedai. - Jedynym powodem, dla którego mnie 

porwali, było to, że zamierzali oddać mnie w wasze ręce. 

Kołpak mistrzyni ułożył się w wyraz lekkiego gniewu. 

-  Pamięć  jest  bardzo  elastycznym  pojęciem  -  wyjaśniła  Mezhan  Kwaad.  -  Polega 

głównie na chemii. Na przykład znasz teraz nasz język. A przecież nie uczyłaś się go. 

-  Wsadziłyście mi go do głowy! - warknęła Jeedai. 

  

-  Tak.  Całą  pamięć  słów,  gramatyki,  syntaktyki.  Wprowadziłyśmy  wszystko  do 

twojego wnętrza. 

-  A  więc  potraficie  implantować  wspomnienia.  Też  mi  coś.  My,  Jedi,  też  to 

potrafimy. 

-  Istotnie. Nie wątpię, że te zdolności Jeedai mogą bardzo pomieszać w głowie komuś 

tak  młodemu  jak  ty.  Ile  z  twoich  wspomnień  jest  prawdziwych?  Ile  zostało 

sfabrykowanych? Jak możesz je od siebie odróżnić? 

-  Co chcesz przez to powiedzieć? 

-  Teraz uważasz, że jesteś. . . jak to było? Taher'ai? 

-  Nazywam się Tahiri. 

-  Tak, Tahiri, młoda kandydatka Jeedai, wychowana przez obce jej plemię. . . 

-  Ludzi Piasków. 

-  Oczywiście.  Ale  wkrótce  sobie  przypomnisz.  Kiedy  już  usuniemy  wszystkie 

fałszywe  wspomnienia,  jakie  ci  wszczepiono  i  wszystkie  odrażające  modyfikacje,  jakich 

dokonano na twoim ciele, przypomnisz sobie, kim jesteś. 

-  O czym ty mówisz? - wykrzyknęła Jeedai. 

-  Jesteś Riina z Domeny Kwaad. Jesteś jedną z nas. Zawsze byłaś. 

-  Nie! Wiem, kim byli moi rodzice! 

-  Znasz  kłamstwa,  które  ci  wmawiano,  wspomnienia,  które  ci  wszczepiono.  Nie 

martw się, sprowadzimy cię z powrotem. 

background image

Mezhan Kwaad dała znak Nen Yim, która skłoniła się i podążyła za nią. Obie opuściły 

pokó j. 

Za ich plecami młoda Jeedai jęknęła boleśnie. Była to pierwsza oznaka rozpaczy, jaką 

u niej zaobserwowały. 

-  Nie czekaj do jutra  - poleciła Mezhan Kwaad.  - Dokonaj modyfikacji i rozpocznij 

próby. Musimy szybko wykazać się wynikami. 

ROZDZIAŁ 

23 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Anakin podróżował w brzuchu zwierzęcia. 

Dosłownie.  Śmierdziało  potwornie.  Yuuzhański  odpowiednik  organicznych  skrzeli, 

gnullith,  którego  nosił  Anakin,  w  najmniejszym  stopniu  nie  tłumił  pomieszanych  i 

ohydnych  woni  rybokrabów  rzecznych,  węgorzy,  gnijących  wodorostów,  lepkiej 

wydzieliny,  która  wyściełała  wnętrze  vangaaka  jak  galareta  -  oraz  samego  respiratora, 

który  ciągłym  i  powolnym  pulsowaniem  przypominał  mu,  że  to  żywe  stworzenie 

zapuściło wijące macki w jego gardło i nozdrza. 

Jedynym jasnym punktem tej sytuacji było to, że przez ostatnie dwa dni nic nie jadł. 

Wcześniej,  kiedy  trawler  wciąż  jeszcze  zgarniał  ryby,  było  znacznie  lepiej.  Potwór 

rozciągał  paszczę  w  lej  na  szerokość  dziesięciu  metrów,  a  woda  przepływała  przez 

background image

membrany  filtrujące  w  jego  tylnej  części,  co  dawało  podwodny  odpowiednik  lekkiej 

bryzy.  Teraz,  kiedy  brzuch  zwierza  był  pełny,  pysk  zamknął  się  prawie  całkowicie, 

pozostawiał tylko minimalny przepływ, pozwalający na przetrwanie zdobyczy, która wiła 

się wokół chłopca. 

Przypomniał  sobie  historię,  którą  słyszał  wiele  razy:  jak  jego  rodzice  się  poznali  na 

Gwieździe Śmierci. W kilka sekund po tym, jak zobaczyli się po raz pierwszy, uciekając 

przed szturmowcami, wylądowali w zsypie na śmieci. 

- Cóż za niewiarygodny zapach pani odkryła! - sarkastycznie zauważył 

0  jciec pod adresem swej przyszłej żony. Wtedy mu się chyba jeszcze nie podobała. 

Znalazłem lepszy smród niż ty, mamo, pomyślał Anakin. 

Myśl  o  Rapuungu  na  górze,  w  ciepłym  wietrzyku  Yavina  Cztery  i  z  pewnością 

zachwyconym niewygodą, jaką cierpi jego niewierny sojusznik, nieszczególnie poprawiła 

nastrój chłopca. Gdyby miał sprawny miecz świetlny, dawno temu wykroiłby sobie drogę 

wyjścia z vangaaka, nawet gdyby to miało oznaczać walkę z setką wojowników Yuuzhan 

Vong. Niektóre sytuacje sprawiają, że śmierć wydaje się cudowna. 

Natychmiast pożałował tej myśli. Niejedna istota w galaktyce z pewnością cierpi teraz 

tak, że jego przygoda może się wydawać piknikiem w ogrodach Ithory. 

Wtedy, kiedy na Ithorze jeszcze były ogrody. 

Tak czy owak, był bardziej niż gotów, żeby stamtąd wyjść. Zabijał czas, zapoznając się 

ze swoimi sąsiadami z brzucha zwierzęcia, łagodnie przekonując co zacieklejszych, że nie 

wypada go podskubywać. Próbował się odprężyć 

1  zapomnieć o własnym ciele, a zwłaszcza o nieprzyjemnych bodźcach zmysłowych, 

jakie  odbierało.  Odnalazł  Tahiri  -  cierpiała,  ale  żyła.  Wydawało  mu  się,  że  na  chwilę 

skontaktował się z Jainą, ale zaraz ją stracił. Czas wlókł się i zaczynał tracić znaczenie. 

Nagle poczuł wokół siebie dziwny ruch. Czyżby zasnął? Trudno powiedzieć. 

Ruch powtórzył się. Był to nagły skurcz. Wszystkie wodne stworzenia znalazły się na 

nim, ściśnięte jak w puszce. 

background image

Kolejny skurcz wyrzucił go do przodu; wystrzelił na zewnątrz w strumieniu cieczy i 

ryb,  prosto  do  świeżej  wody.  Coś  chwyciło  go  mocno  za  ramię  i  wyciągnęło  na 

powierzchnię. Stwierdził, że gapi się tępo w twarz Vui Ra-puunga. 

Wo jownik postawił go w pozycji pionowej i zdjął mu gnullitha. Anakin wykrztusił 

wodę  i  z  wdzięcznością  zaczerpnął  kilka  głębokich  haustów  powietrza.  Spojrzał  na  Vuę 

Rapuunga. 

-  Zostałem  wyrzygany  przez  rybę  -  oznajmił  wstrząśnięty.  Vua  Rapuung 

przekrzywił głowę. 

-  Naturalnie. Po co mi to mówisz? 

-  Nieważne.  Gdzie  jesteśmy?  -  Vangaak  wypluł  swoją  ofiarę  w  wąskim  końcu 

klinowatego bajorka. Szerszy koniec klina, oddalony mniej więcej o dwadzieścia metrów, 

otwierał  się  na  przestrzeń  wodną.  Anakin  i  Rapu-ung  stali  na  czymś  w  rodzaju  kei, 

otoczonej  sześciometrowymi,  nierównymi  ścianami  z  koralu.  Mniej  więcej  co  sześć 

metrów  tkwiły  w  ścianach  jajowate  kształty  wielkości  drzwi,  widoczne  głównie  dzięki 

ciemniejszemu  zabarwieniu.  Vangaak  dostał  się  tu  prawdopodobnie  przez  jakiś  kanał 

wychodzący  na  tę  część  klina.  W  oddali  widać  było  światło  dnia  i  drzewa  Massassi 

poruszane wiatrem. 

Nad głową Anakin miał niebo. 

-  Jasne - zorientował się wreszcie. - Jesteśmy w jednym z tych. . . jak je nazwałeś? 

-  Damuteki. 

-  Zgadza  się.  Mają  kształt  wieloramiennych  gwiazd.  Znajdujemy  się  na  końcu 

jednego z promieni, wypełnionego wodą. 

-  Każdy  damutek  ma  zbiornik  pamięci.  Niektóre  z  nich  zostały  przykryte,  aby 

wykorzystać to miejsce na coś innego. 

Anakin wskazał palcem kanał. 

-  Płynęliśmy tym kanałem, który rozpoczyna się nad rzeką, zgadza się? 

-  Znów powiedziałeś prawdę. 

-  Ale dlaczego woda w kanale płynie w kierunku rzeki? 

background image

-  Dlaczego pytasz o tak nieistotne sprawy? Zbiornik pamięci zasilany jest z dołu. Jego 

rurowe korzenie szukają wody i minerałów. Reszta spływa do rzeki. Dość tego gadania. 

 

-  Masz  rację  -  zgodził  się  Anakin.  -  Znajdźmy  Tahiri  i  wynośmy  się  stąd.  Rapuung 

zmierzył go wzrokiem. 

-  To  nie  takie  proste.  Najpierw  musimy  cię  przebrać.  Człowiek  nie  może  chodzić 

luzem, bez więzów. A potem musimy znaleźć tę twoją Jeedai. 

-  Potrafię ją zlokalizować. 

-  Tak  podejrzewałem,  z  tego,  co  słyszałem  o  Jeedai.  Możecie  się  wzajemnie 

wywęszyć na odległość, prawda? 

-  Coś w tym rodzaju. 

-  Będziesz  więc  moim  łowieckim  uspeąiem.  Ale  jeszcze  nie  teraz.  Nawet  kiedy  się 

dowiemy, gdzie jest. . . 

-  Musimy  wyznaczyć  kurs.  Rozumiem.  Ty  się  rozejrzysz  i  sporządzisz  plan  tego 

miejsca. A twoja zemsta? Co z nią? 

-  Kiedy  znajdziemy  tę  drugą  Jeedai,  ja  również  znajdę  swą  zemstę.  Chłód  głosie 

Rapuunga obudził czujność Anakina. 

-  Nie zamierzasz się chyba mścić na Tahiri?  - zapytał. - Jeśli tak, lepiej powiedz mi 

już teraz. 

Rapuung wyszczerzył zęby w złowieszczym uśmiechu. 

-  Gdybym chciał się mścić na twojej Jeedai, mógłbym po prostu pozwolić, aby wzięli 

się za nią formierze. Nie ma gorszej rzeczy niż znaleźć się w rękach Mezhany Kwaad. 

-  Mezhana Kwaad? 

-  Nie powtarzaj tego nazwiska - warknął Rapuung. 

-  Ale sam je przed chwilą wypowiedziałeś. 

 

-  Jeśli je jeszcze raz powtórzysz, zabiję. Anakin wyprostował się na cała wysokość. 

-  Zawsze możesz spróbować - rzekł łagodnie. 

background image

Mięśnie  Rapuunga  skurczyły  się,  napięły,  a  okaleczone  wargi  zadrżały.  Znów 

wydawał  się  raczej  jadowitym,  niebezpiecznym  zwierzęciem  niż  istotą  rozumną.  Nagle 

westchnął chrapliwie. 

-  Tutaj to ja wiem, co jest najlepsze. Musisz nauczyć się słuchać. 

Jak inaczej mógłbyś przedostać się do bazy? Od tej chwili grozi nam znacznie więcej 

niebezpieczeństw. Musisz pokornie przyjmować moje rozkazy. Im dłużej się sprzeczamy, 

tym większe prawdopodobieństwo, że zostaniemy pokonani tu i teraz. Mamy szczęście, że 

nikt jeszcze się nie pojawił. Przeszedłeś przez nozdrza bestii, ale beze mnie nie dożyjesz 

chwili, aby dotrzeć do jej bijącego serca. 

Prawdopodobnie  ma  rację,  uznał  Anakin.  Pycha  nie  leżała  w  charakterze  Jedi. 

Rapuung  nieustannie  mu  dokuczał,  a  on  wił  się  jak  lekku  Twi'leka.  Prawie  słyszał,  jak 

wujek Lukę do spółki z Jacenem prawią mu morały. 

-  Przepraszam - powiedział wreszcie. - Masz rację. Co teraz? Rapuung krótko skinął 

głową. 

-  Teraz zrobimy z ciebie niewolnika. 

Anakin uważał, że przeżył już niejedną przykrą przygodę, ale nic nie przygotowało go 

na  cierpienia,  jakich  przyczyną  były  koralowe  implanty,  nałożone  mu  przez  Vuę 

Rapuunga.  Wyglądały  dokładnie  tak  samo  jak  ohydne  guzowate  narośle,  które  aż  nadto 

często  widywał  na  niewolnikach  Yuuzhan.  Widział  i  czuł,  jak  za  sprawą  tych  narośli 

istoty  rozumne  tracą  zmysły,  rozpływają  się  i  wreszcie  znikają  w  Mocy,  stając  się 

bezmyślnymi sługami Yuuzhan Vong. 

-  Te nie są prawdziwe - wyjaśnił Vua Rapuung. - Masz jednak reagować na nie tak, 

jakby były. Musisz stosować się do pewnych poleceń. 

Skąd mam wiedzieć, że to nie jakaś sztuczka? - zaprotestował umysł Ana-kina. Skąd 

mam wiedzieć, że to nie jest dokładnie przemyślany plan, żeby mnie wprowadzić do bazy 

formierzy i skłonić do poddania się bez walki? 

Znów  poczuł  się  tak,  jakby  mu  wydłubano  oczy,  odcięto  język,  a  nerwy  palców 

pozbawiono  czucia.  Nie  miał  żadnego  sposobu,  żeby  się  zorientować,  co  myśli  Vua 

Rapuung. 

background image

Jakoś jednak nie wydawało mu się prawdopodobne, aby okaleczony wojownik mógł 

uknuć tak wymyślne draństwo. 

-  Czy to znaczy, że muszę się zachowywać jak bezmózgi głupek? 

-  Nie. Już nie używamy takich ograniczeń w stosunku do większości niewolników. 

Okazało  się,  że  w  ten  sposób  tracą  większość  swoich  zdolności.  Na  co  nam  niewolnik, 

który  umiera  lub  traci  zmysły?  Implant  zapewnia  tylko,  że  w  razie  potrzeby  można  cię 

poskromić.  Jeśli  zaczniecię  łaskotać,  udawaj  ból  lub  paraliż.  Jeśli  rzeczywiście  zacznie 

boleć, udawaj, że umierasz. 

-  Chyba kapuję. 

Anakin  pozwolił  więc,  aby  wojownik  Yuuzhan  Vong  wczepił  stworzenie  w  jego 

skórę, i starał sie nie krzywić, kiedy się ukorzeniało. Skoncentrował się, gotów zareagować 

na pierwszy - jakikolwiek - znak, że odbiera mu się wolną wolę. 

Kiedy jednak Rapuung  skończył, chłopiec czuł się wprawdzie tak, jakby zadano mu 

gwałt,  jakby  jego  własne  ciało  stało  się  czymś  odrażającym,  lecz  nie  stracił  kontroli  nad 

sobą. Na razie. 

-  Gdzie  mam  schować  miecz  świetlny?  -  zapytał.  Rapuung  jeszcze  w  dżungli  kazał 

mu zdjąć ubranie i sprzęt. Zepsuta broń była teraz jedynym przedmiotem, jaki zachował. 

-  I tak nie działa. 

-  Wiem. Gdzie go mogę ukryć? Rapuung zawahał się na moment. 

-  Tu  -  rzekł.  -  W  tym  odległym  zakątku  zbiornika  pamięci.  W  materiale 

organicznym na dnie pozostanie niezauważony. 

Anakin  niechętnie  usłuchał  rady  Rapuunga.  Przykro  było  patrzeć,  jak  miecz,  który 

zbudował  własnymi  rękami,  pogrąża  się  w  wodzie.  Jednak  teraz  mógł  mu  wyłącznie 

zaszkodzić. 

W chwilę później Anakin znalazł się nagle pośród setek Yuuzhan Vongów. Wszyscy 

oni wyszli z większego kompleksu tą samą drogą, którą przedostała się do wnętrza istota-

łódź  i  szli  teraz  chodnikiem  biegnącym  wzdłuż  kanału.  O  ile  mógł  się  zorientować, 

chodnik skręcał w kierunku rzeki. 

background image

Pomiędzy  rzeką  a  kompleksem  damuteków  znajdowało  się  skupisko  lepianek,  które 

zauważył wcześniej ze skarpy. W przeciwieństwie do uporządkowanych kompleksów, te 

domki  -  popstrzone  otworami  organiczne  kopuły  i  puste  kręgi  -  zdawały  się 

porozmieszczane całkiem przypadkowo. Większość z nich mogła pomieścić nie więcej niż 

jedną osobę i nie widać było wokół nich wielkiego ruchu. Yuuzhanie, którzy pojawiali się 

na zewnątrz, najczęściej przypominali obserwatora, którego zabił Rapuung. Albo nie mieli 

blizn w ogóle, albo bardzo niewiele. 

U  niektórych  blizny  były  źle  wykształcone  lub  ropiejące  jak  u  Vui  Rapu-unga.  Ci 

nosili podobne przepaski biodrowe jak Rapuung i Anakin. 

Oczywiście to także nie była tkanina, tylko coś żywego. Odsunięte na chwilę od ciała 

natychmiast przylegało do niego z powrotem. 

Anakin  miał  również  ukrytego  w  uchu  tizowyrma.  Dzięki  niemu  rozmowy 

otaczających go osób docierały do niego w krótkich falach i zaraz cichły. Prawie wszyscy 

zachowywali milczenie. Spokojnie zajmowali się swoimi sprawami, z rzadka wchodząc w 

kontakt wzrokowy. 

Jak  stwierdził,  nie  był  tu  także  jedynym  nie-Yuuzhaninem.  Zauważył  kilku  innych 

ludzi,  wszystkich  wyposażonych  w  ograniczające  implanty.  Łatwo  było  rozpoznać  ich 

uczucia:  oscylowały  od  całkowitej  beznadziei  do  przygnębienia.  Od  czasu  do  czasu  u 

któregoś z nich wyczuwał iskierkę niewygasłej jeszcze nadziei na ucieczkę. Podobnie jak 

Yuuzhanie Vong, żaden z ludzi nie poświęcił Anakinowi więcej niż przelotne spojrzenie. 

-  Hej, wy! - odezwał się nagle jakiś głos za ich plecami. Rapuung obrócił się w jego 

kierunku.  Anakin  zrobił  to  także,  ale  znacznie  wolniej,  usiłując  przybrać  taki  wyraz 

twarzy, jaki widział u tamtych ludzi. 

Yuuzhanin,  który  ich  zaczepił,  był  wojownikiem  -  pierwszym,  którego  Anakin  tu 

zobaczył. Z trudem zmusił się do bezruchu; do tej pory zbliżenie się do wojownika na taką 

odległość oznaczało walkę na śmierć i życie, a on miał takich spotkań aż nadto. 

Wo  jownik  drgnął,  kiedy  zobaczył  twarz  Vui  Rapuunga.  Przez  krótką  chwilę 

wydawało się, że uklęknie, ale zaraz jego oczy przybrały barwę obsydianu. 

-  To naprawdę ty. Powiedzieli mi w porcie, że wróciłeś. 

background image

-  Wróciłem - potwierdził Rapuung. 

-  Wielu uznało, że uciekłeś przed swoją hańbą. Wielu radowało się, że nie muszą na 

nią patrzeć. 

-  Bogowie wiedzą, że nie ciąży na mnie żadna hańba - odparł Rapuung. 

-  Twoje ciało powiada co innego - odparł wojownik. 

-  Być może - rzekł Rapuung. - Czy masz jakieś rozkazy? 

-  Nie. Jakie zadanie wyznaczył ci egzekutor? 

-  Muszę z nim teraz porozmawiać. 

-  Łowy  zaplanowano  jeszcze  na  cztery  dni.  Może  powinieneś  spędzić  ten  czas  na 

pokucie i ofiarach, błagając Yun-Shumo o wstawiennictwo. Może słowo zabrzmi w uchu 

twojego egzekutora. 

-  To wielka uprzejmość, Hul Rapuung. Ja jednak nie żądam łaski. 

-  Żadna  to  łaska,  kiedy  dostajesz  czas,  by  błagać,  choćby  od  bogów  -odparł  Hul 

Rapuung. - Idź już. 

Odwrócił się gwałtownie i ruszył w przeciwnym kierunku, ale obejrzał się jeszcze. 

-  Niewolnik. Dlaczego ci towarzyszy? 

-  Znalazłem go wałęsającego się bez celu. Zabieram go do mojego egzekutora, by mu 

wyznaczył pracę. 

-  Bez celu, powiadasz? Wiesz, że w dziczy czają się Jeedai ? 

 

-  Ten  był  tu,  zanim  odszedłem.  Zawsze  miał  skłonność  do  zapominania.  Hul 

Rapuung uniósł podbródek. 

-  Czyżby?  -  zniżył  głos  do  szeptu.  -  Istnieją  pogłoski.  .  .  właściwie  tylko  plotki,  że 

jeden z tych Jeedai nie jest naprawdę Jeedai, ale Yuuzhaninem Vong, który w jakiś sposób 

oszalał pod wpływem ich mocy. 

-  Nic nie wiem o tych plotkach. 

-  Pojawiły się dopiero niedawno - splunął. - Idź do swojego egzekutora. 

-  Pójdę - obiecał Vua Rapuung. 

background image

-  Vua Rapuung. Jesteś zhańbiony - szepnął Anakin, skoro tylko wojownik oddalił się 

poza zasięg głosu. Chłopiec nie podnosił głowy i starał się nie poruszać wargami. 

Rapuung  rozejrzał  się  szybko,  chwycił  go  za  ramię  i  pchnął  w  kierunku  wejścia  do 

najbliższej  budowli.  Wewnątrz  było  dość  przytulnie,  ale  wokół  unosił  się  kwaśny  odór, 

jakby niemytego Bothanina. 

-  Nie mówiłem ci, że masz się zamknąć? - warknął Rapuung. 

-  Powinieneś  był  mi  powiedzieć  -  uparł  się  chłopak.  -  Jeśli  chcesz,  żebym  milczał, 

zrób coś, żeby mnie nie zaskakiwać co chwila. 

Rapuung zacisnął pięści i zgrzytnął zębami. 

-  Muszę odgrywać rolę zhańbionego, ale nim nie jestem. 

-  A co to w ogóle znaczy: zhańbiony? Tylko mi nie wciskaj, że nie są godni, żeby o 

nich wspominać. 

-  Nie są. . .  - zaczął Rapuung, ale urwał. Przymknął oczy.  - Zhańbieni są przeklęci 

przez  bogów.  Ich  ciała  nie  wytwarzają  blizn.  Nie  goją  się  dobrze.  Ich  słabe  organizmy 

odrzucają  implanty  oznaczające  przynależność  i  rangę,  według  których  dzielimy  się  na 

kasty i stanowiska. Sąbezużyteczni. 

-  Twoje blizny. . . Twoje rany. . . Implanty wyszły ci z ciała razem z ropą. 

-  Byłem  wielkim  wojownikiem  -  powiedział  twardo  Rapuung.  -Dowódcą.  Nikt  nie 

wątpił w moje zdolności. I nagle, jednego dnia, moje 

własne ciało mnie zdradziło. - Zaczął maszerować w kółko, waląc dłońmi 

  

 

o koral i raniąc je  do krwi.  - To nie bogowie. Wiem, kto to uczynił. I ona mi za to 

zapłaci. 

-  Ta kobieta, której imienia nie pozwoliłeś mi wymawiać. . . 

-  Tak. 

-  I to ją właśnie chcesz zabić. 

-  Zabić? - Rapuung wytrzeszczył oczy i splunął. - Niewierny, dla czego uważasz, że 

śmierć, która przychodzi do wszystkich, jest karą samą w sobie? Moja zemsta sprawi, że ta 

background image

kobieta  wyzna,  co  zrobiła,  aby  już  nikt  nie  twierdził,  że  Vua  Rapuung  jest  zhańbiony! 

Yuuzhanie  Vong dowiedzą  się  o  jej  zbrodni!  Moją  zemstą  będzie  pewność,  że  kiedy  ona 

umrze,  jakkolwiek  to  się  stanie,  jej  śmierć  będzie  potępieniem.  Ale  zabić  ją?  Nie,  nie 

uczynię jej tego zaszczytu. 

-  Och  -  mruknął  Anakin.  Tylko  na  tyle  było  go  stać.  Pomimo  tajemniczych 

wypowiedzi Rapuunga zdawało mu się, że mniej więcej wie, co Yuuzha-nie Vong uważają 

za zemstę. I oto nagle wszystko, co dotąd dowiedział się o Rapuungu, okazało się pomyłką. 

-  Czy  mógłbyś  już  przestać  pastwić  się  nade  mną?  -  zapytał  Rapuung  dziwnie 

stłumionym głosem. 

-  Jeszcze tylko jedno pytanie. Chodzi o tego wojownika, którego spotkaliśmy. Część 

jego imienia jest taka sama jak twojego. 

-  Tak być powinno. To latorośl z mojego gniazda. 

-  Twój brat? 

Rapuung lekko skinął głową. 

-  Teraz pójdziemy do egzekutora. Proponuję, żebyś twierdził, że kiedyś pracowałeś 

przy oczyszczaniu pól pod uprawy. Ci niewolnicy żyją najdłużej. Spotkamy się, kiedy będę 

mógł  to  przeprowadzić  bez  budzenia  podejrzeń.  Graj  swoją  rolę.  Nie  popełnij  błędu. 

Wykorzystaj swoją moc, aby znaleźć się jak najbliżej miejsca, gdzie przebywa drugi Jeedai. 

Przyjdę do ciebie za jakieś siedem dni. Do tego czasu nie zamienimy ani słowa. Obserwuj 

innych niewolników. Mów tak jak oni albo wcale. A teraz chodź. 

Wyjrzał na zewnątrz i od razu wyszedł, holując Anakina za ramię. Wydawało się, że 

nikt niczego nie zauważył. A przynajmniej Anakin żywił taką nadzieję. Razem ruszyli w 

kierunku  największego  z  budynków,  niepostrzeżenie  mieszając  się  z  tłumem  innych 

niewolników i zhańbionych. 

ROZDZIAŁ 

24 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

Czoło Anakina przeszyła igła bólu tak nieoczekiwanego i silnego, że nogi sią pod nim 

ugięły. Opadł na czarną ziemią dżungli i chwycił się za głowę w poszukiwaniu rany. Miał 

wrażenie, że ktoś rozciął mu czoło od linii włosów po nasadę nosa. Krew piekła go w oczy 

i zalewała mu nozdrza. 

Kiedy  jednak  opuścił  dłonie,  stwierdził,  że  są  czyste.  Pocięte,  pokryte  pęcherzami  i 

otarciami od wielogodzinnego wyrywania twardych łodyg, ale niezakrwawione. 

Ostrożnie  dotknął  czoła  jeszcze  raz.  Ból  wciąż  pulsował,  ale  teraz  wyczuł  gładką, 

nienaruszoną skórę. 

-  Ty!  Niewolnik!  -  zaszemrał  w  jego  uchu  tizowyrm,  tłumacząc  po  swojemu 

ordynarny  wrzask  jednego  ze  strażników.  Koralowy  wyrostek  na  karku  potraktował  go 

lekkim  wstrząsem  i  Anakin  zorientował  się,  że  został  ukarany.  Zesztywniał  i  padł  na 

ziemię,  drgając  spazmatycznie.  Było  to  całkiem  łatwe,  jeśli  brać  pod  uwagę  ból,  który 

przeszywał mu czaszkę 

Kiedy  uznał,  że  odgrywał  już  swoją  rolę  dość  długo,  podniósł  się  znów  na  klęczki  i 

wrócił  do  pracy,  chwytając  otartymi  do  żywego  mięsa  dłońmi  rośliny  i  wyrywając  je  z 

ziemi. 

Yuuzhanie Vong nie korzystali z żadnych maszyn, nawet tak mało skomplikowanych 

jak dźwignia. Znali biotyczne metody oczyszczania pól, niewy-magające niewolników, ale 

widocznie postanowili najpierw zużyć tych ostat- 

nich. 

Chwycić chwast, obluzować, wyciągnąć. I tak bez przerwy. 

background image

Ból  pulsował  nadal  w  oczodołach,  ale  zelżał  odrobinę.  Chłopiec  zaczął  dostrzegać 

szczegóły w ogólnym chaosie. 

To nie jego czoło, nie jego krew, nie jego zmysły. To Tahiri skaleczono. Będzie miała 

bliznę jak Yuuzhanka Vong. 

Tego było już za wiele. Od chwili jej porwania od czasu do czasu odczuwał zadawany 

jej ból. Czasem przypominał swędzenie, kiedy indziej był jak płonący metanol wlewany w 

układ nerwowy. Tym razem był jednak bardziej rzeczywisty, bliższy. Prawie czuł oddech 

Tahiri, smakował jej łzy. Czuł się jak wtedy, gdy ją tulił w ostatnich spokojnych chwilach, 

kiedy byli razem. 

Teraz  jednak  ona  krwawiła,  a  on  wyrywał  chwasty.  Gdyby  chociaż  jego  miecz 

świetlny działał. . . 

Ale  właśnie  na  tym  polegał  problem.  A  może  jeden  z  wielu  problemów.  I  minie 

jeszcze wiele dni, zanim znów zobaczy Rapuunga. 

-  Niewolniku! - strażnik lekko smagnął go po plecach amphistaffem. Chłopiec musiał 

użyć wszystkich sił, żeby nie skoczyć mu do gardła, nie 

zabrać amphistaffa i nie zabić wszystkich Yuuzhan Vong w zasięgu wzroku. Co oni ci 

robią, Tahiri? 

Powstrzymał się. Stanął posłusznie z opuszczonymi rękami. 

-  Odejdź ze zhańbionym - polecił strażnik. 

Odwrócił  się  do  wskazanej  osoby,  młodej  samicy  bez  widocznych  blizn.  Wyglądała 

na  bardzo  wyniszczoną,  ale  jej  oczy  lśniły  blaskiem,  którego  brakowała  wielu  innym 

zhańbionym. 

-  Idź z nim na trzecie pole lambentów, w pobliżu ogrodzenia. Pokaż mu, jak zbierać. 

- polecił strażnik samicy. 

-  Będzie mi potrzeba więcej niż jednego mdlejącego niewolnika, żeby wykonać plan 

- odparła. 

-  Śmiesz sprzeczać się ze mną? - warknął wojownik. 

-  Nie - odparła. - Uważam, że to prefekt przydziela robotników. 

background image

-  Prefekt jest dziś zajęty. Może wolisz wykonać plan sama? Zachowała przez chwilę 

dumny wyraz twarzy, po czym niechętnie spuściła 

głowę. 

-  Nie. Dlaczego mi to robisz? 

-  Traktuję cię tak jak wszystkich innych. 

Zmrużyła lekko oczy, ale nie odpowiedziała. Skinęła na chłopca. 

-  Chodź, niewolniku. Przed nami długa droga. 

Ruszył w ślad za nią, próbując na nowo nawiązać kontakt z Tahiri. Wciąż żyła, tyle 

mógł  stwierdzić,  ale  była  bardziej  odległa  niż  gwiazdy.  Tak  jakby  się  broniła  przed 

nawiązaniem kontaktu. 

-  Jak masz na imię, niewolniku? - zapytała kobieta. Anakin zaskoczony omal się nie 

potknął. - No? 

-  Proszę  o  wybaczenie,  ale  odkąd  to  Yuzzhanin  Vong  raczy  kalać  swoje  uszy 

imieniem niewolnika? 

-  A  odkąd  to  niewolnik  ma  prawo  sądzić,  że  bezczelność  ujdzie  mu  bezkarnie?  - 

odparowała. 

-  Nazywam się Bail Lars - odrzekł. 

-  Co się z tobą dzieje, Bailu Larsie? Widziałam, że o mało nie zemdlałeś. Widział to 

też ten w brudzie kąpany Vasi. Dlatego kazał ci iść ze mną, żebym nie wykonała planu. 

-  Czy on ma coś do ciebie osobiście? 

-  Puul. Chodzi mu raczej o to, czego ze mną mieć nie może. 

-  Naprawdę? Wydawało mi się. . .  - zastanowił się nad tym, co chciał powiedzieć i 

nie dokończył zdania. 

Kobieta zrobiła to za niego. 

-  Co ci się wydawało? Że nie odmówiłabym wojownikowi? 

-  Nie, nie o to chodzi  - zaprzeczył Anakin.  - Chyba. . . chyba wydawało mi się, że 

oni. . . to znaczy reszta Yuuzhan Vong są. . . to znaczy, że nie uważają zhańbionych za. . . 

no wiesz, że nie są godni pożądania. 

background image

-  Nie jesteśmy godni, to prawda. . . dla normalnych ludzi. Nawet dla siebie. Ale Vasi 

nie jest normalny. Lubi chore rzeczy. Potrafi nakazać zhańbionemu robienie czegoś, czego 

prawdziwy członek kasty nigdy by nie zrobił, nie chciał zrobić i od nikogo ich nie żądał. 

-  Więc rozkazał ci, a ty tego nie zrobiłaś? 

-  Wie, że jeśli cokolwiek mi rozkaże, sprawię, że będzie musiał mnie zabić. Dlatego 

mi  nie  rozkazuje.  Chce,  żebym  do  niego  przyszła.  -  Zatrzymała  się  i  gniewnie  opuściła 

fałdy oczne. - A w ogóle to nie twoja sprawa. Nie zapominaj: jesteś dla mnie tym, czym ja 

jestem dla nich. 

Pewnego  dnia  Yun-Shuno  ofiaruje  mi  odkupienie,  a  moje  ciało  przyjmie  blizny  i 

implanty. Stanę się prawdziwym członkiem kasty, a ty na zawsze pozostaniesz niczym. 

-  Naprawdę w to wierzysz? - zapytał Anakin. - Nie. Widzę, że nie. 

Z  całej  siły  uderzyła  go  w  twarz.  Kiedy  nie  zareagował  na  ból,  w  zadumie  skinęła 

głową. 

-  Silniejszy  niż  myślałam  -  mruknęła.  -  Może  jednak  wykonam  plan.  Jeśli  mi 

pomożesz, wymyślę dla ciebie jakąś nagrodę. 

-  Zrobię  to  choćby  z  tego  powodu,  żeby  rozczarować  Vasi  -  zapewnił  Anakin.  - 

Chociaż mogę zmienić zdanie, jeśli dalej będziesz mnie biła. 

-  Mówisz paskudne rzeczy i masz nadzieję, że ci to ujdzie bezkarnie? 

-  Nie wiedziałem, że to coś paskudnego. 

-  Słyszałam,  że  wy,  niewolnicy,  jesteście  niewierni,  ale  nawet  niewierni  powinni 

znać bogów i ich prawdy. 

-  A  mnie  się  wydaje,  że  właśnie  to,  że  ich  nie  znam,  czyni  ze  mnie  niewiernego  - 

odparł Anakin. 

-  Może i tak. To ma jakiś sens, ale ja nigdy przedtem nie rozmwiałam z niewiernym, 

nie  w  ten  sposób  -  zawahała  się.  -  To  jest.  .  .  ciekawe.  Może  w  czasie  pracy  będziemy 

mogli  pogadać.  Opowiesz  mi  o  swojej  planecie.  Ale  bądź  ostrożny...  może  i  jestem 

zhańbiona, ale nie pozwoliłam, aby hańba mnie pokonała. 

-  Umowa stoi - odpowiedział. - Powiesz mi, jak masz na imię? 

background image

-  Mam  na  imię  Uunu.  -  Pokazała  palcem  przed  siebie,  na  niską  ścianę  z  koralu.  - 

Jesteśmy blisko pól lambentu. Są tam. 

-  Co to jest lambent? 

-  Za chwilę sam zobaczysz. A właściwie usłyszysz. 

-  Usłyszę? 

Wtedy rzeczywiście doszedł do jego uszu cichy, brzęczący szept, niczym chór głosów 

małych zwierzątek. 

Dźwięk  ten  jednak  nie  pochodził  z  Mocy.  Nie  miał  tego  znajomego  charakteru,  tej 

głębi. Brzmiało to raczej tak, jakby miał w głowie szumiący komunikator. 

Okrążyli mur. Poza nim było pole, zaorane w koncentryczne, koliste bruzdy. Na tych 

bruzdach,  mniej  więcej  w  metrowych  odstępach,  rosły  rośliny  wyglądające  jak  wiązki 

krótkich,  grubych,  zielonych  noży.  Z  centralnego  pąka  wyrastały  dwie,  trzy  lub  cztery 

grube łodygi, a na końcu każdej z nich znajdował się włochaty, czerwony jak krew kwiat. 

Kwiaty  miały  wielkość  mniej  więcej  pięści  i  to  właśnie  one  zdawały  się  wydawać  ten 

telepatyczny pomruk. 

-  Czym one są? 

-  Zacznij teraz pracować. Później ci wyjaśnię, co to jest, jeśli będzie zanosiło się na 

to, że wykonamy plan. 

-  Co mam robić? 

-  To samo co ja. Będę głaskać kwiaty. . . o, tak  - niemal czule odgarnęła czerwone, 

włochate płatki, odsłaniając żółtawą bulwę. - To je uspokaja. 

Kiedy  to  zrobię,  ty  je  będziesz  zrywał.  To  jest  trochę  trudniejsze.  Nie  ruszaj  się, 

proszę. - Wyjęła z kieszeni ubrania zakrzywiony i czarny przedmiot. 

-  Umieść to na kciuku. 

Spojrzał  na  to,  co  mu  podała.  Przypominało  ostrogę  o  długości  mniej  więcej  ośmiu 

centymetrów. Wydawała się bardzo ostra. Wsunął ją na palec i zaraz się skrzywił, czując, 

jak w ciało wgryzają mu się setki małych ząbków. 

-  To żyje - mruknął. 

background image

-  Oczywiście. Kto używałby martwego. . . - Ze złością zmrużyła oczy. -Mówiłam ci, 

żebyś nie gadał takich rzeczy, prawda? 

-  Nie powiedziałem nic złego - zaprotestował. 

-  Nie. Zasugerowałeś tylko, a mój umysł wykonał resztę brudnej roboty. Przestań. 

Anakin podniósł do oczu opatrzony ostrogą kciuk i obejrzał go z uwagą. 

-  Nie wyobrażaj sobie - warknęła. - To nie jest prawdziwy implant. Nawet ja mogę 

go nosić przez chwilę, dopóki nie rozwinie się reakcja. To nie na stałe. A gdyby ci przyszły 

do  głowy  jakieś  niestosow  ne  dla  niewolnika  myśli.  .  .  -Ujęła  jego  przegub  w 

zdumiewająco silny uścisk i uderzyła dłonią w ostry koniec ostrogi. 

Ostroga natychmiast zmiękła i sflaczała. 

-  Możesz skaleczyć nią innego niewolnika - powiedziała łagodnie. 

-  Słyszałam o takich rzeczach, robionych dla rozrywki strażników. Ale Yuuzhanina 

Vong takim narzędziem nie możesz zranić. 

-  Uwierzyłbym ci chyba na słowo. 

-  Doskonale. Szybko się uczysz. No to użyj ostrogi i rozetnij powłokę lambentu przy 

samym czubku. Do roboty. 

Ukląkł przy roślinie i przycisnął ostry koniec do żółtej bulwy. Powłoka pękła, brocząc 

mleczną substancją. 

-  Teraz tnij wzdłuż od góry do dołu. Będzie ciężko. 

Było.  Skórka  okazała  się  rzeczywiście  twarda.  Dopiero  kiedy  naciął  z  trzech  stron, 

zdołał  ją  oddzielić  od  jądra.  Przez  cały  czas,  kiedy  to  robił,  z  pełną  ostrością  słyszał 

telepatyczny  głos  rośliny,  cichutki  szczebiot,  nieco  inny  niż  głos  wydawany  przez  jej 

towarzyszy, prawdopodobnie dzięki „uspokojeniu" przez dłonie Uunu. 

Największa  niespodzianka  czekała  go  w  środku.  Anakin  wyciął  ostrożnie  jądro  i 

podniósł do góry. 

Wyglądało zupełnie jak jakiś nieznany klejnot. 

-  Co to jest? - zapytał. 

-  Później. Teraz ruszaj. Inaczej będziesz ciął wolniej, niż ja będę je uspokajać. Musisz 

dotrzymywać  mi  kroku.  Zazwyczaj  jeden  uspokajacz  pracuje  z  dwoma  lub  trzema 

background image

obieraczami.  Kiedy  złapiesz  rytm,  a  ja  będę  pewna,  że  cię  to  nie  wytrąca  z  równowagi, 

wtedy spróbujemy pogadać. Nie wcześniej. 

Nie  nastąpiło  to  tego  samego  dnia.  Kiedy  Anakin  złapał  wreszcie  rytm  pracy,  był 

daleko  w  tyle  za  Uunu.  Lambenty  rozpraszały  go.  Łaskotały  jego  umysł,  a  on  mógł  ich 

dotykać,  ale  nie  poprzez  Moc,  lecz  w  sensie  konwencjonalnym.  Powiedziano  mu,  że 

Wurth Skidder miał podobne doświadczenie z yuuzhańskim yammoskiem, stworzeniem, 

które koordynowało działania statków wojennych. Yammoski łączyły się telepatycznie ze 

statkami-córkami  i  załogami  swojej  floty  i  chroniły  je,  jakby  były  ich  własnym 

potomstwem,  kierując  losami  bitew  tak,  aby  zminimalizować  straty.  Skidder 

prawdopodobnie  osiągnął  pewien  stopień  połączenia  pomiędzy  Mocą  a  telepatią 

yammoska. . . przynajmniej tak twierdzili towarzysze, którzy przeżyli. 

Czy  lambenty  były  krewnymi  yammosków?  Uunu  coś  im  robiła,  zmieniały  się  do 

pewnego stopnia pod wpływem jej głaskania, jakby oddalały się od Anakina. Może wiązała 

je ze sobą w jakiś sposób? Czy Anakin także mógłby się z nimi połączyć? Może gdyby to 

zrobił,  dowiedziałby  się,  jaka  jest  ich  funkcja.  Czy  były  tym,  czym  się  wydawały  z 

wyglądu i dotyku? To chyba niemożliwe, ponieważ żyją, ale jednak! 

Nie zdawał sobie sprawy, jak wiele nadziei utracił, dopóki nie zaczął jej odzyskiwać. 

Spał  w  dormitorium  dla  niewolników,  niskim,  rozłożystym  budynku  z  czterema 

obszarami  do  spania  wyściełanymi  gąbczastym,  podobnym  do  mchu  porostem.  Budynek 

zamieszkiwało osiemnastu niewolników. Spali ściśnięci jak stintarile. Bardzo trudno  było 

ułożyć się tak, żeby nikogo nie dotykać. 

Ku  wielkiej  uldze  Anakina  nie  wszyscy  należeli  do  Brygady  Pokoju.  Chłopak 

dowiedział się przy okazji, że wprawdzie większość członków Brygady w systemie istotnie 

została  uwięziona,  ale  większość  z  nich  złożono  w  ofierze  bogom  Yuuzhan  Vong. 

Niewolnicy, którzy dzielili z nim kwaterę, pochodzili z różnych punktów drogi podboju i 

wydawali się reprezentować członków pewnej stałej grupy populacji niewolniczej, takich 

którzy wyeliminowali spośród siebie malkontentów i  podżegaczy. Żaden z nich nie miał 

takich implantów, jakie Anakin widział na Dantooine. 

background image

-  Tych używają głównie w przypadku niewolników wysyłanych w bój  -powiedział 

mu  Twi'lek  imieniem  Poy,  gdy  go  o  to  zapytał.  -  Sprawa  wygląda  tak:  jeśli  ci  założą 

implanty, one zniszczą cię, sprawią, że otępiejesz. 

Mistrzowie  przemian  nie  chcą  tępych  niewolników,  którzy  wciąż  zapominają 

poleceń. Wojownicy za to potrzebują ciał, które wchłoną płomień miotaczy, a tam rozum 

raczej  nie  jest  potrzebny.  -  Lekku  Poya  drgnęły  w  zadumie.  -Zacznij  jednak  się  stawiać 

albo udawać debila, a zaraz ci je nałożą i wyślą na front. 

Najbardziej  pocieszające  w  jego  towarzyszach  niewoli  było  to,  że  Anakin  wyczuwał 

ich w Mocy. Jednak nie znajdował w nich większych nadziei na pomoc, a za to ogromny 

potencjał  zdrady,  gdyby  którykolwiek  z  nich  zorientował  się,  kim  jest.  Wyjaśnił 

wszystkim,  że  został  schwytany  na  Duro,  a  bardziej  dociekliwym  zasugerował,  że  nie 

muszą znać szczegółów. 

Uunu zabrała go następnego dnia rano, kiedy jeszcze było ciemno. Budził sie w nocy 

co chwila, usiłując zlokalizować Tahiri w Mocy. Wciąż cofała się przed nim, była trudna 

do odnalezienia, ale przynajmniej wiedział, w którym damuteku ją więzili. 

Wciąż jeszcze był nieco zaspany, kiedy doganiał Zhańbioną. 

-  Masz - burknęła, podając mu coś w wyciągniętej dłoni. 

-  Co to takiego? 

-  Po prostu patrz, niewierny. 

W jej dłoni pojawiła się smużka fosforescencji, która szybko zmieniła się w całkiem 

mocne  światło.  W  miarę  jak  się  rozjaśniało,  Anakin  mógł  stwierdzić,  że  to  kryształ 

lambentu, podobny do tych, które zbierał wczoraj. 

Rozjarzył się tak, że trudno było na niego patrzeć, po czym przygasł. 

-  Kontrolujesz jego jasność umysłem - odgadł Anakin. Skinęła głową. 

 

-  Tak.  Wykorzystujemy  je  jako  przenośne  źródła  światła.  Można  je  również 

konfigurować z fotoczułymi organizmami, co pozwala sterować rozmaitymi organizmami 

nadrzędnymi,  zwłaszcza  z  tych  latających  w  kosmosie.  -Zamknęła  dłoń  na  klejnocie.  - 

Chodź. 

background image

-  Ale on ciągle żyje, prawda? - zapytał Anakin, kiedy ruszyli w kierunku pól. 

-  Tak, oczywiście. 

-  A czym się żywi? 

-  Lambent składa się głównie z krzemu i metali pobieranych z gleby. Kiedy majągaz, 

oddychają  nim,  ale  głównie  czerpią  pożywienie  z  bioelektrycznego  pola  istot  żyjących 

wokół nich. - Zatrzymała się nagle i spojrzała na niego. - Czemu masz taki dziwny wyraz 

twarzy? 

Anakin zdał sobie sprawę, że szczerzy zęby od ucha do ucha. 

-  Nic takiego - odparł. - To po prostu zdumiewające. Tak mi się zdaje. 

-  Jak wszystkie dary bogów - odparła Uunu. Anakinowi wydawało się, że słyszy w jej 

głosie podejrzliwość. 

Przez  sześć  godzin  pracowali  bez  przerwy,  ale  Anakin  już  doszedł  do  wprawy. 

Opowiedział Uunu, że należał do załogi statku frachtowca, opisał jej Coruscant i Korelię. 

Była  tym  bardzo  zgorszona,  ponieważ  trudno  było  mówić  o  tak  zaawansowanych 

technicznie miejscach, nie wpadając wielokrotnie w pułapkę bluźnierstwa. Zmienił temat 

i  opowiedział  jej  o  straconej  Ithorze  i  księżycu  Endora,  co  okazało  się  znacznie  mniej 

drastyczne. 

Po sześciu godzinach pracy zrobili sobie krótką przerwę na wodę i posiłek w postaci 

ciastowatej  papki,  którą  wysysali  z  czegoś,  o  czym  Anakin  wiedział,  że  jest  żywe,  ale  o 

czym wolał myśleć jako o miękkim, ciepłym bukłaku. 

-  Trudno sobie wyobrazić wszystkie te światy, każdy taki sam lub nawet większy od 

tego  -  odezwała  się  Uunu  pomiędzy  kolejnymi  łykami.  -  Wyrosłam  na  jednym  z 

biedniejszych  światostatków.  Było  mało  miejsca.  Mieszkaliśmy  bardzo  blisko  siebie.  Tu 

jest tyle przestrzeni. 

-  Jest  wiele  niezamieszkałych  światów  -  zgodził  się  Anakin.  -  Nowa  Republika 

chętnie zrobiłaby wam miejsce. 

Uunu  obrzuciła  go  pełnym  zadumy  spojrzeniem,  którego  używała  coraz  częściej 

podczas ich rozmowy. 

background image

-  Dlaczego Yuuzhanie Vong mieliby prosić o to, co bogowie przewidzieli dla nas w 

darze?  Dlaczego  mielibyśmy  tolerować  bluźnierstwo  w  galaktyce,  którą  Yun-Yuuzhan 

przeznaczył na kres naszej tułaczki? 

-  Skąd  wiesz,  że  bogowie  tak  postanowili,  Uunu?  -  zapytał  Anakin,  usiłując  nie 

podnosić głosu. 

Zacisnęła wargi. 

-  Twój jęzor kiedyś poderżnie ci gardło, Bailu Larsie. Domyślam się, że jesteś raczej 

ignorantem niż głupcem, ale inni nie będą tak wielkoduszni. 

-  Chcę tylko zrozumieć. Z tego, co sam wiem, Yuuzhanie Vong spędzili stulecia, jeśli 

nie  tysiąclecia  w  przestrzeni.  Dlaczego  teraz?  Dlaczego  nasza  galaktyka?  Jak  bogowie 

okazali wam swoją wolę? 

Lekka zmarszczka przecięła czoło Uunu, ale tym razem dziewczyna go nie zbeształa. 

-  Znaków było wiele - wyjaśniła. - Światostatki zaczęły umierać, pojawiły się liczne 

niepokoje. Kasta walczyła z kastą, domena z domeną. 

Był to czas próby, wielu sądziło, że bogowie nas opuścili. Wtedy pan Shimrra ujrzał 

wizję  nowego domu  i  galaktyki  przeżartej  herezją,  wizję  oczyszczenia.  Najpierw  kapłani 

stwierdzili,  że  to  prawdziwa  wizja.  Potem  uczynili  to  mistrzowie  przemian.  Potem 

wojownicy. Czas próby ustąpił miej- 

  

sca czasowi podboju. - Spojrzała na niego. - To wszystko. Właśnie tak musi być. Nie 

pytaj  o  to  już  nigdy,  bo  nie  ma  nic  więcej  do  powiedzenia.  Lud  tej  galaktyki  musi  albo 

zaakceptować wolę bogów, albo umrzeć. Anakin skinął głową. 

-  A zhańbieni? Nie wspominasz o nich. Jaka jest ich rola? Znów odwróciła wzrok. 

-  Mamy  nasze  własne  proroctwa.  W  nowej  galaktyce  Yum-Shuno  obiecała  nam 

odkupienie. 

-  W jakiej formie? 

Nie odpowiedziała, ale podniosła wzrok na horyzont. 

background image

-  Patrz,  jak  daleko  sięga  -  szepnęła.  -  Wciąż  dalej  i  dalej.  .  .  Anakin  myślał,  że 

rozmowa  dobiegła  końca,  ale  po  długiej  chwili  Uunu  pochwyciła  jego  spojrzenie  i  nie 

pozwoliła mu odwrócić wzroku. Jej 

głos opadł prawie poniżej jego progu słyszalności. 

-  Bailu Larsie - zagadnęła. - Czy ty jesteś Jeedai? 

  

ROZDZIAŁ 

25 

-  Co?  -  Anakin  zakrztusił  się  żółtawą  papką,  którą  i  bez  tego  trudno  było  mu 

przełknąć. 

-  Czy jesteś Jeedai ? - powtórzyła Uunu. - To proste pytanie. 

-  Dlaczego  je  zadałaś?  -  odparł  chłopiec.  -  Czy  gdybym  był  Jedi,  znalazłbym  się  w 

niewoli? 

-  Mistrzowie  przemian  mają  jedną  Jeedai.  Krążą  plotki,  że  jest  ich  więcej  na  tym 

księżycu. A ty. . . chyba nikt nie pamięta, żeby cię tu sprowadzono. A poza tym w jakimś 

sensie  nie  zachowujesz  się  jak  niewolnik.  Wydajesz  się  zbyt.  .  .  nieugięty.  -  Przyglądała 

mu się w zadumie. - 

Powiadają też, że Jeedai czasami z własnej woli pozwalają się wziąć do niewoli. 

-  No cóż, ja przynajmniej nie pozwoliłem się schwytać - odparł Anakin. Uznał, że to 

nie jest kłamstwo, ponieważ w jego przypadku w ogóle nie było mowy o schwytaniu. 

Teraz  też  nie  da  się  złapać.  Przebywał  tylko  z  Uunu,  a  ona  nie  była  wojownikiem. 

Przygotowywał  się,  utrzymując  równy  rytm  oddechu.  Nie  chciał  skrzywdzić  Uunu. 

Traktowała go znacznie lepiej, niż musiała. Niby niewiele, ale nie mógł nie wziąć tego pod 

uwagę. 

Nagle coś go zastanowiło w wyrazie jej oczu. 

-  Chciałaś, żebym był Jedi, prawda? Rozczarowałem cię. 

Uunu westchnęła i znów wbiła wzrok w horyzont. 

-  Gdybyś był Jeedai, już byś mnie zaatakował - szepnęła. 

-  Wierzyłaś w to i mimo to mnie spytałaś? Dlaczego podejmowałaś takie ryzyko? 

background image

-  Nie  ma  ryzyka.  Wojownicy  są  ukryci  w  pobliżu.  Opowiedziałam  im  o  moich 

obawach. - Jej twarz przybrała nagle wyraz smutku i przygnębienia. 

Włosy na karku Anakina stanęły dęba. Gdzie byli ci strażnicy? Nie widział nikogo. 

-  Czy wydanie Jedi pozwoliłoby ci opuścić status zhańbionej? 

-  Nie  bezpośrednio  -  odparła  z  lekkim  żalem.  -  Tylko  bogowie  mogą  zmienić  mój 

stan. Ale chciałabym spotkać takiego Jeedai. No i odkrycie Jeedai mogłoby dać Yun-Shuno 

pewien argument, żeby się za mną wstawić. 

-  Już o niej wspominałaś. Czy to twoja zwierzchniczka? 

-  To  bogini,  niewierny.  Bogini  zhańbionych.  Jedyna,  która  może  z  nas  zrobić 

prawdziwych Yuuzhan Vong. 

-  Ach, tak. 

-  Wracaj do pracy. 

I znów, tak jak przedtem, ona głaskaniem odsłaniała bulwy, on wycinał lambenty. 

-  Jak się zostaje zhańbionym? - zapytał Anakin. 

-  Kolejne niegrzeczne pytanie - odparła Uunu, ale jej lekki ton zadawał kłam słowom 

nagany. - Niektórzy z nas rodzą się tacy. Inni stają się nimi za złe uczynki i grzechy. 

-  Słyszałem, że niektórzy zhańbieni uważają, iż nie zasługują na swój status - rzucił 

Anakin możliwie najbardziej niedbałym tonem. 

Parsknęła szorstkim śmiechem. 

-  Zasługiwać? Co to znaczy: zasługiwać? Po prostu jesteśmy...  - spojrzała na niego i 

wydawało  się,  że  nagle  zrozumiała.  -  Ach  tak.  Mówisz  o  Vui  Rapuungu,  tym,  który  cię 

przyprowadził do prefekta oczyszczania pól. 

-  Może się tak nazywa, nie jestem pewien. Ale mamrotał różne dziwne rzeczy. Nie 

do mnie. . . chyba w ogóle nie bardzo się orientował, że tam jestem. 

-  Vua  Rapuung  jest  szalony  -  wyjaśniła  Uunu.  - Kiedyś  był  wielkim  wojownikiem. 

Teraz jest niczym. Nie może tego znieść, więc wymyśla kłamstwa. Może nawet sam w nie 

wierzy. 

-  Kłamstwa? 

background image

-  Twierdzi,  że  mistrzyni  przemian  złośliwie  zakaziła  go  czymś,  co  stworzyło 

znamiona hańby. 

-  Dlaczego? - zdziwił się. 

-  Bo go kochała - odparła. - A on nią wzgardził. 

-  Kochała?  -  Jakoś  nigdy  nie  przyszło  mu  do  głowy,  że  Yuuzhanie  Vong  mogą 

kochać. 

-  Tak. Ale ta historia jest nieprawdziwa. 

-  Dlaczego? 

-  Znowu  ta  ignorancja!  Ponieważ  bogowie,  którzy  rządzą  takimi  sprawami, 

kochankowie  Yun-Txiin  i  Yun-Q'aah,  nigdy  nie  spletliby  nicią  namiętności  mistrzyni 

przemian  i  wojownika. Yun-Yuuzhan  zawsze  potępia  bliźniaczych  bogów  za  ich  własne 

przewinienia.  Oni  nigdy  by  nie  zaryzykowali  jego  gniewu.  To  nie  jest  możliwe,  dlatego 

bredzenie Rapuunga to słowa obłąkańca. Został po prostu przeklęty, jak cała reszta z nas. 

Ostatnio stał się nawet jeszcze bardziej pomylony. Wydaje mi się, że intendenci wkrótce 

go zniszczą, jeśli już tego nie zrobili. 

-  Zniszczą? 

-  Zhańbieni muszą wykazać się użytecznością i pokorą. Wykonujemy prace, jakimi 

nie brukałby sobie rąk żaden członek kasty Yuuzhan Vong. Gdybyśmy tego nie robili, nie 

bylibyśmy warci karmienia. - Poderwała głowę. -Troszczysz się o Vuę Rapuunga? 

-  Troszczę się o wszystkie żywe istoty - zapewnił ją chłopiec. 

-  Znowu mówiszjak Jeedai - oznajmiła. 

Ciekawe,  skąd  ty  tyle  wiesz  na  temat  filozofii  Jedi?  -  zadumał  się  Anakin.  Skąd 

zhańbiona uzyskała taką informację? Co ją tak interesuje? 

-  Powiedz  mi  -  nalegała  Uunu.  -  Czy  Jeedai  przejąłby  się  losem  zhańbionego?  Tak 

samo jak przejąłby się losem osoby z wysokiej kasty? 

-  Tak. Znałem Jedi. Oni chronią każdą formę życia. 

-  Ale nie Yuuzhan Vong. Jeedai zabijają Yuuzhan Vong. 

-  Tylko wtedy, kiedy muszą - zapewnił Anakin. - Jedi nie lubią zabijać. 

-  Więc nie są wojownikami? 

background image

-  Nie całkiem, przynajmniej z tego, co wiem. Są obrońcami. 

-  Obrońcami. Czy bronią wszystkich? 

-  Wszystkich, których mogą. Zachichotała znowu, ale nieco nieszczerze. 

-  Zabawne  kłamstwo.  Daje  nadzieję  tym,  którzy  na  nianie  zasługują.  Destrukcyjne 

kłamstwo.  Niektórzy  zhańbieni  nawet.  .  .  -  urwała  znowu,  a  kiedy  się  odezwała,  w  jej 

głosie brzmiał gniew. - Jak to się dzieje, że ci to wszystko opowiadam, niewierny? Pracuj i 

nie gadaj tyle. Nie zadawaj mi więcej pytań. 

Tej  nocy  Anakin  wyśliznął  się  z  kwatery  niewolników.  Nie  było  to  trudne  zadanie. 

Dla  większości  niewolników  nie  było  ucieczki  z  obozu.  Ale  jeśli  chcieli  marnować 

drogocenne godziny snu, jakie im przydzielono, Yuuzhanie Vong nie mieli zamiaru im w 

tym przeszkadzać. 

Dotarcie  do  pola  było  trochę  trudniejsze,  ale  Anakin  nabrał  już  doświadczenia  w 

skradaniu  się.  W  ciągu  kilku  chwil  w  świetle  giganta  gazowego,  klęczał  już  na  polu 

lambentów. Rośliny szeptały cichutko jak nocna bryza w ciemnych wierzchołkach drzew. 

Poza obszarem obozu, po drugiej stronie rzeki, czuł dalekie życie dżungli. Gdzieś tam, na 

tle bólu i rozpaczy, wyczuwał słabnące dotknięcie Tahiri. 

Odnalazł  ostatni  z  zebranych  lambentów  i  ukląkł  przy  pierwszym,  który  zamierzali 

ściąć  następnego  dnia.  Przez  chwilę  przyglądał  się  blado  oświetlonej  łodydze.  Potem, 

ledwie ważąc się oddychać, sięgnął do nabrzmiałego paka i zaczął go gładzić dokładnie tak 

samo, jak widział to setki razy w wykonaniu Uumu. 

Płatki były miękkie jak jedwab, bez trudu zsuwały się z bulwy pod dotknięciem jego 

palców. Anakin poczuł lekkie dotknięcie, niczym elektryczny wstrząs, powoli posuwające 

się  wzdłuż  jego  ramienia.  Nie  było  to  ani  przyjemne,  ani  przykre;  raczej  przypominało 

pierwszy  posmak  potrawy,  tak  egzotycznej,  że  język  nie  miał  żadnego  porównania,  aby 

ocenić jej smak. 

W  miarę  jak  głaskał  pąk,  uczucie  pogłębiało  się,  aż  wreszcie  poczuł  nie  tylko  płatki 

kwiatu pod opuszkami palców, lecz również ich muśnięcia na skórze, Przez krótką chwilę 

był lambentem i czuł nie tylko jego przebudzenie, ale także własne. 

background image

Nie  przerywał  pieszczoty,  aż  cichy  szum  w  głowie  stał  się  głośniejszy,  wyrażniejszy 

niż  impulsy  przesyłane  przez  inne  kwiaty,  a  strąk  zrobił  się  całkiem  gładki.  Zamrugał  i 

rozejrzał  się  wokół  siebie,  szukając  oznak  ruchu.  Tu,  w  polu  był  praktycznie  ślepy  i 

głuchy. Nie był w stanie wykorzystać nawet rodzimego życia księżyca, aby kierować się 

jego reakcjami na nadchodzące niebezpieczeństwo. A jeśli nie mógł go widzieć i słyszeć, to 

znaczy, że go tu nie było. 

Ale  nie  zarejestrował  wzrokiem  żadnych  skradających  się  cieni,  a  uszami  słabych 

nawet  szelestów,  więc  wyciągnął  opatrzony  ostrogą  kciuk  i  przeciął  bulwę.  Obdzierał 

skórkę  tak  długo,  aż  poczuł  w  dłoni  klejnot.  Chwycił  go  mocno,  a  ten,  nawet  bez 

polecenia, zajaśniał łagodnym blaskiem. 

- Tak! - syknął chłopiec. 

Zażądał od klejnotu, żeby pociemniał i w geście triumfu mocno zacisnął na nim pięść. 

Teraz zawrócił przez pola i zabudowania. Nie były ciche pomimo nocnej pory. Minął 

kaplicę Yun-Shuno, słysząc jęki dochodzące z jej wnętrza. 

Szepty  unosiły  się  także  z  innych  wejść,  tu  i  tam  ktoś  w  ciemności  krążył 

niespokojnie. 

Anakin  szedł  dalej,  aż  trafił  na  skraj  gwiaździstego  kompleksu,  gdzie  opuścił  żywą 

łódź. Wsunął się do środka. 

Basen  lśnił  łagodną  fosforescencją,  która  nie  sięgała  głęboko  pod  powierzchnię. 

Anakin  sięgnął  Mocą,  desperacko  pragnąc,  aby  miecz  świetlny  wciąż  był  tam,  gdzie 

umieścił go wiele dni temu. 

Woda  była  mętna.  Czuł  ją  Mocą,  ale  jakby  przez  gęstą  chmurę.  Rybo--kraby  i  ich 

wodne  towarzystwo  też  były  wyczuwalne,  ale  jakby  rozproszone.  Wyczucie  gry  życia  i 

prądów  energii  w  sercu  damuteka  mistrzów  przemian  zajęło  mu  więcej  czasu  niż 

powinno. Wreszcie jednak miał go w swoim umyśle, lekko falujący, niczym miraż, ale był 

tam: prąd zniósł go aż do załomu na skraju kompleksu i oparł o barierę, która zamykała 

drogę ucieczki rybom. Wyraził swoją wolę; miecz świetlny drgnął, przesunął się, przeciął 

powierzchnię wody i znalazł się w jego dłoni. 

background image

-  Kto tu jest? - zapytał głos dochodzący z ciemności wokół basenu. Ana-kin szybko 

odstąpił w tył z sercem walącym niebezpiecznie szybko, i ostrożnie wycofał się pod osłonę 

ciemności w odległym kącie kompleksu. 

-  Wybacz, panie - wychrypiał, wdzięczny za tizowyrma w uchu. Usiłował możliwie 

najbardziej upodobnić brzmienie swego głosu do głosu 

Yuuzhanina Vong. - Jestem nikim, jestem Zhańbiony. 

Postać w ciemności poruszyła się i nagle zobaczył wyraźnie całą sylwetkę. Miała coś 

dziwnego na głowie. Wiło się jak gniazdo węży. Nigdy do tej pory nie widział u Yuuzhan 

Vong niczego podobnego. 

-  To kompleks mistrzów przemian - odezwał się głos kobiety.  - Nie masz tu nic do 

roboty, zhańbiony. 

-  Błagam  cię  o  wybaczenie,  wielka  pani  -  szepnął  Anakin.  -  Chciałem  tylko.  .  . 

miałem  nadzieję,  że  wody  basenu  przemiany  zainspirują  mnie  do  bardziej  skutecznej 

modlitwy do Yun-Shuno. 

Milczenie przeciągało się. 

-  Wiesz,  że  powinnam  o  tobie  donieść.  Wolno  tu  przebywać  tylko  zhańbionym  z 

feromonem przejścia. Ja. . . - usłyszał nagle cichy jęk bólu. 

-  Czy coś się stało, wielka pani? 

-  Nie - odparła dziwnie napiętym głosem. - To tylko moje cierpienie. Przyszłam tu, 

aby je kontemplować. Odejdź, zhańbiony. Nie będę przez ciebie przerywać mojego transu. 

Odejdź, pozostaw mnie w pokoju i uważaj się za szczęśliwca. 

-  Dzięki ci, o wielka mistrzyni przemian. Twoja wola. 

Wycofał się ostrożnie. Pot ściekał mu strużkami po twarzy, całe ciało dygotało lekko, 

ale w duszy triumf jaśniał mu jak supernowa. Teraz miał wszystko co trzeba. 

Supernowa  przygasła  nieco,  kiedy  wrócił  do  miasteczka  zhańbionych.  Potrzebował 

czegoś więcej niż lambentu i miecza świetlnego. Potrzebował czasu i samotności, a nawet 

dość  pobłażliwa  Uunu  nie  będzie  skłonna  mu  tego  zapewnić.  Nie  mógł  jednak  dłużej 

czekać  na  Vuę  Rapuunga.  Uunu  zaczęła  go  podejrzewać.  Hul  Rapuung  pierwszego  dnia 

też zachowywał się podejrzliwie. 

background image

A Vua Rapuung mógł już nie żyć. 

Musi się gdzieś ukryć. Tylko gdzie? 

Tak  zamyślił  się  nad  tym  problemem,  że  wpadł  na  kogoś.  Yuuzhanin  Vong  zaklął 

głośno  i  silna  dłoń  chwyciła  go  za  włosy.  Przerażony  Anakin  upuścił  miecz  świetlny  i 

lambent, który nagle rozjarzył się jak gwiazda. 

W jego świetle ujrzał zwróconą ku sobie okaleczoną twarz. 

-  Vua Rapuung! - jęknął. 

-  Tak - warknął tamten. - Ucisz ten lambent. 

-  No to mnie puść. 

Yuuzhanin Vong posłuchał. Chłopiec ukląkł na jedno kolano, podnosząc upuszczone 

przedmioty. Cicho, polecił w myśli lambentowi, wyobrażając go sobie bez światła. 

Blask zbladł i znikł. 

-  Co z tym robisz? - warknął Rapuung. 

-  Nieważne. Cieszę się, że cię widzę. Słyszałem. . . 

-  Próbowali  mnie  zabić  -  skwitował  Rapuung.  -  Musimy  działać  teraz.  Dzisiaj  albo 

nigdy. 

-  Nie  możemy!  -  zaprotestował  Anakin.  -  Jest  jeszcze  jedna  rzecz,  którą  muszę 

zrobić. 

-  Niemożliwe. 

-  Posłuchaj,  powiedziałeś,  że  potrzebowałeś  mnie  przede  wszystkim  z  powodu 

mojego miecza świetlnego. Czy to prawda? 

-  Bardzo  by  nam  pomógł  -  niechętnie  wymruczał  Rapuung.  -  Bez  niego  nie  jestem 

pewien,  jak  ominiemy  wszystkie  portale  i  zabezpieczenia.  -Przekrzywił  głowę.  - 

Okłamałeś mnie? Masz tę broń? 

-  Nie działa, ale mogę ją naprawić. Przy użyciu lambentu mogę ją naprawić. 

-  Więc zrób to, tylko szybko. 

-  Nawet jeśli się pospieszę, może to zająć dzień lub dwa. 

  

 

background image

-  To całkiem niemożliwe. Nie możemy się ukrywać przez dwa dni, a jeśli wyjdziemy 

poza ogrodzenie, nigdy tu nie wrócimy. 

-  Potrzebuję dwóch dni - uparcie powtarzał Anakin. 

-  Jutro  się  zorientują,  że  żyję  -  odparł  Rapuung.  -  Chyba  że  użyjesz  czarów  Jeedai, 

aby uczynić nas niewidzialnymi. . . 

-  Nic  z  tego  -  powiedział  Anakin.  -  Ale.  .  .  słuchaj.  Tu  przedtem  była  świątynia 

zbudowana z kamienia. W jaki sposób została zniszczona? 

-  Co?  Damutek  wylądował  na  niej.  Jej  substancja  została  rozpuszczona  i 

wykorzystana do odżywiania koralu 

-  A czy wypełniono jaskinie pod nią? 

-  Jaskinie? 

-  Jaskinie  -  z  podnieceniem  powtórzył  Anakin.  -  Jeśli  tylko  spłaszczyli  świątynię 

jednym z damuteków, pod ziemią wciąż mogą być jaskinie. Mówiłeś chyba, że damuteki 

zapuszczają w ziemię korzenie czy coś w tym rodzaju. . . żeby wysączać wodę i minerały. 

Rapuung zaklął. 

-  Niech  tak  będzie  -  zdecydował.  -  Jeśli  rzeczywiście  pod  spodem  są  jaskinie i  jeśli 

bogowie są z nami. . . ale na pewno są. Jestem Vua Rapuung. 

Ostatnie  słowa  wypowiedział  jak  mantrę  i  Anakin  poczuł  kolejny  przypływ 

niepokoju. Pamiętał opinię Uunu na temat Rapuunga. Jeśli istotnie miał miejsce oficjalny 

zamach na jego życie, mógł z etapu elektromagnesu bez transformatora przejść do etapu 

żelaznego złomu. 

Ale jakie to miało znaczenie? Rapuung był jedynym sojusznikiem, jakim dysponował. 

Musi się zadowolić tym, co ma. 

Rapuung nie przestawał mówić; wydawało się, że rozmawia sam ze sobą. 

-  Pomyślą, że znowu uciekliśmy do dżungli. Ona będzie nas tam szukać, nigdy nie 

przyjdzie  jej  do  głowy  zajrzeć  pod  korzenie  własnej  twierdzy.  Nigdy  pod  własne  stopy. 

Ale będziemy potrzebować respiratorów gnallithów 

-  Możesz je zorganizować, prawda? - zapytał Anakin. 

background image

-  Mogę  je  zdobyć.  Ale  jest  ryzyko  -  ostrzegł  go  Rapuung.  -  Jeśli  zauważą,  jak 

wchodzimy  w  korzenie,  zostaniemy  tam  zamknięci i  zginiemy  bardzo  powolną i  bardzo 

haniebną śmiercią. 

-  Bardziej haniebną niż śmierć jako zhańbiony? - odparował Anakin. 

-  Szczerze mówiąc, nigdy nie sądziłem, że będziesz się martwił ryzykiem. Nie mógł 

widzieć twarzy Rapuunga, ale wyobrażał sobie ten grymas. 

-  Dobrze, że nigdy ci to nie przyszło do głowy - mruknął Rapuung. 

-  Bardzo dobrze. Tak jak powiedziałem, czekaj tutaj. 

  

I  zniknął,  pozostawiając  po  sobie  odór  zgnilizny  i  cień  gniewu.  Anakin  znów  został 

sam. 

  

ROZDZIAŁ 

26 

-  Adeptko Nen Yim? 

Nen Yim rozejrzała się po mrocznej grocie w poszukiwaniu miejsca, skąd dochodziło 

jej  imię  i  stwierdziła,  że  wypowiedział  je  młody  osobnik  ze  znakami  Domeny  Q'el  na 

czole.  Q'el  była  jedną  z  pomniejszych  domen  mistrzów  przemian.  Tamten  nie  miał  też 

dłoni mistrza przemian, co plasowało go poniżej jej rangi. 

-  Znasz  moje  imię,  kandydacie  -  odparła,  pozwalając  sobie  na  okazanie  irytacji.  -  I 

masz moją uwagę. 

Jej głowa pulsowała, a od czasu do czasu przenikał ją klin bólu. To guz Vaa rozrastał 

się  w  jej  czaszce.  Na  razie  jednak  opanowywała  coraz  większe  cierpienie.  Nie  będzie 

przeszkadzało jej ani w pracy, ani w tej rozmowie. 

Kołpak  mężczyzny  zwinął  się  na  znak  szacunku,  ale  jego  twarz  wciąż  zachowała 

wyraz denerwującej dumy. . . może nawet arogancji. 

-  Nazywam  się  Tsun  -  powiedział.  -  Zostałem  przysłany  przez  mistrzynię  Mezhan 

Kwaad, aby pomóc ci dziś w twojej chwalebnej pracy. 

Nen Yim sceptycznie splotła czułki. 

background image

-  Mistrzyni  nic  mi  nie  mówiła  o  asystentach  -  stwierdziła.  -  Miała  się  tu  ze  mną 

spotkać osobiście. 

I znów Tsun niebezpiecznie zbliżył się do granicy bezczelności, kiedy odpowiedział 

ze swobodą: 

-  Mezhan Kwaad wysłała mnie, adeptko, aby przekazać, że woli dziś medytować niż 

pracować. Jej guz Vaa zostanie usunięty w następ nym cyklu i mistrzyni pragnie poświęcić 

te ostatnie chwile, aby kontem plować swój ból. 

-  Rozumiem.  Przekazałeś  już  wiadomość,  ale  jak  mam  rozpoznać  w  tym  jej 

polecenie? 

W oczach Tsuna błysnął ognik przebiegłości. 

-  Muszę  powiedzieć  -  zamruczał  -  że  jestem  zaszczycony.  Bardzo  pragnąłem  cię 

poznać, adeptko Nen Yim. 

Wywarł  na  niej  dziwne  wrażenie.  Poczuła  lekkie  ciepło,  rozlewające  się  po  karku. 

Czy to kolejny efekt guza Vaa? Nakazała kołpakowi, żeby pozostał w bezruchu. 

-  Czyżby? - zdziwiła się. 

-  Tak. Byłem kiedyś towarzyszem twojego przyjaciela Yakuna. 

Tym razem musiała mocno zacisnąć czułki, żeby ukryć emocje. Znalazła się nagle w 

zbyt niebezpiecznym i bolesnym wirze. Bała się w nim zanurzyć. 

-  Yakun? - powtórzyła, jakby usiłując sobie przypomnieć to imię. 

-  Czy on był kandydatem z Domeny Kwaad w Baanu Kor? Tsun skinął głową. 

-  Tak.  Kiedyś  ci  mnie  przedstawił,  kiedy  razem  opiekowaliście  się  stawami 

hodowlanymi mernipów. 

-  To było przed jego herezją - zauważyła Nen Yim. 

-  Tak - potwierdził Tsun. - Zanim go zabrali. 

-  Wobec tego nie będziemy o nim rozmawiać - zarządziła Nen Yim. 

-  Jest  heretykiem  i  nie  należy  o  nim  wspominać.  Przebaczę  ci  twoje  słowa  na  jego 

temat. Ten jeden raz. 

Tsun ukląkł. 

background image

-  Znałem  go  dobrze,  adeptko  Nen  Yim,  na  krótko  przed  twoim  przeniesieniem. 

Mówił  o  tobie  często.  Pragnął  też  usłyszeć  jakąś  wiadomość  od  ciebie,  zwłaszcza  pod 

koniec. . . 

Jej język i kołpak były nieruchome jak martwy kamień, ale pamiętała. Pamiętała, jak 

dowiedziała  się  o  oskarżeniu  i  poświęceniu  Yakuna.  Pamiętała  zakazane  chwile  sam  na 

sam z nim i daremne modły do Yun-Txiin i Yun--Q'aah, aby go chronili. 

Choć tak bardzo próbowała nie myśleć o nim w ogóle. 

Być  może  Tsun  zrozumiał  jej  postawę,  a  może  to  kołpak  ją  zdradził,  bo  mimo 

gwałtownego nawrotu bólu zorientowała się, że on wie o wszystkim. 

-  Nie  chciałem  cię  zasmucać  -  rzekł.  -  Mistrzyni  Mezhan  Kwaad  poprosiła  mnie, 

żebym ci wspomniał o tym, że go znałem i że byliśmy towarzyszami. 

Ból znikł równie nagle, jak się pojawił. 

Mezhan  Kwaad  rzeczywiście  go  przysłała,  pomyślała  Nen  Yim,  a  rosnąca  panika 

zaczęła powoli ulatywać. To jest jej wiadomość dla mnie, że mogę mu zaufać. Yakun był 

heretykiem. Moja mistrzyni jest heretyczką. Tsun tak samo. 

-  Kandydacie  Tsun  -  oznajmiła  stanowczo.  -  Powiedziałam  już,  że  o  tej  osobie  nie 

należy rozmawiać. A teraz pozwól, że cię wprowadzę w naszą pracę. 

Oczy  Jeedai  straciły  wiele  ze  swojej  bystrości.  Nie  rzucała  już  nimi  błyskawic  jak 

drapieżne  zwierzę.  Teraz  przez  długie  godziny  wpatrywała  się  w  pustkę  z  lekkim 

zaskoczeniem na twarzy. 

-  Wydaje się oszołomiona - zauważył Tsun. 

Nen Yim nakazała wiwarium, aby odizolowało więźnia od dźwięków. 

-  Może nas słyszeć i zna język bogów. Nawet w tym stanie może pamiętać wszystko, 

co mówimy. Albo nic. 

-  Czy jest pod wpływem narkotyków? 

-  Niezupełnie. Zmieniamy jej wspomnienia. 

-  Ach - rzekł Tsun z mądrą miną. - Protokół Qah. 

-  Nie - poprawiła go Nen Yim. - Niezupełnie. Ten protokół okazał się nieskuteczny 

w stosunku do jej ludzkiego mózgu. 

background image

-  Jak to możliwe? 

-  To  zwykły  protokół  biotyczny,  w  którym  pęczki  neuronów  pamięci  są 

wprowadzane do mózgu Yuuzhanina Vong. Mózg Jeedai zbyt się różni od naszego. 

-  A jednak modyfikujesz jej pamięć. 

-  Bardzo powoli. Niedługo będziemy mogli robić to o wiele skuteczniej. 

-  Wymodliłaś nowy protokół? - ostrożnie zapytał Tsun. 

-  Nie  -  odpowiedziała.  -  Nasze  podejście  obejmowało  dwa  kierunki.  Wykonałyśmy 

mapę,  a  następnie  przeformułowałyśmy  jej  system  nerwowy.  Zidentyfikowałyśmy  sieci 

neuronowe  i  wykorzystujemy  teraz  induktor  nerwo-kręga,  aby  zniechęcić  ją  do 

korzystania z nich. 

-  Czy to znaczy, że dawne wspomnienia wywołują w niej teraz ból? 

-  Tak.  Czerpanie  z  pamięci  długiej  powoduje  ofiarę  z  bólu.  Im  więcej  połączonych 

wspomnień próbuje przywołać do świadomości, tym bardziej cierpi. 

-  Dlaczego  po  prostu  nie  oczyścicie  jej  ośrodków  pamięci  i  nie  zaczniecie  od 

początku? 

-  Ponieważ zachowuje w ten sposób pamięć o swoich mocach Jeedai. 

Przyjdzie taki dzień. . . już kiedy poddamy ją przemianie. . . że może zechcemy, aby je 

sobie przypomniała. Tsun przyjrzał się dziewczynie. 

-  Widzę, że naznaczyłaś ją blizną domeny Kwaad. 

-  Z czasem zrobimy więcej. Zmienimy jej twarz, zwłaszcza ten dziwaczny nos. Ale 

to tylko powierzchowne zmiany. Spójrz teraz. 

Nen  Yim  przykucnęła  w  pobliżu  membrany  wiwarium,  otwarła  ją  na  dźwięki  i 

przemówiła do Jeedai. 

-  Jak się nazywasz? - zapytała. 

Jeedai  nie  zareagowała.  Nen  Yim  z  lekkim  westchnieniem  uaktywniła  za  pomocą 

induktora nerwokręga niewielkie centrum bólu i nerw korowy. 

To, co kilka cykli temu wywołałoby u młodej Jeedai wrzask bólu, teraz skończyło się 

lekkim zmarszczeniem czoła i przymknięciem powiek. 

-  Tak, adeptko? - odezwała się Jeedai, jakby niechętnie budząc się ze snu. 

background image

-  Jak się nazywasz? - zapytała Nen Yim. 

-  Jak się nazywam? 

-  Tak. 

-  To...  -  zmarszczyła  brwi;  nagle  oczy  wyszły  jej  z  orbit  i  złapała  się  za  głowę.  - 

Nazywam się. . . 

Zacisnęła zęby i pobladła jak trup. A potem, jakby nagle sobie przypomniała, jej twarz 

rozjaśniła się. 

-  Nazywam się Riina Kwaad - oznajmiła. 

 

-  Bardzo  dobrze,  Riino  - pochwaliła  Nen  Yim.  - Nauczyłaś  się.  A  dziś nauczysz  się 

więcej. 

-  Rozumiem  teraz  -  zauważył  Tsun.  -  Ukierunkowujesz  jej  myśli.  Niepożądane 

wspomnienia przynoszą ból. Pożądane - nie. 

-  Nie  o  to  chodzi  -  odparła  Nen  Yim.  -  To  imię  pochodzi  z  jej  implanto-wanej 

pamięci. 

-  Ale przed chwilą powiedziałaś, że protokół Qah okazał się nieskuteczny. 

-  Owszem.  Ale  możemy  zbudować  protokół  Qah,  opierając  się  na  jej  własnych 

komórkach mózgowych. 

Twarz kandydata rozjaśniła się szczerą radością. 

-  A  więc  to  prawda  -  szepnął.  -  Tutaj  tworzysz  nasze  marzenie:  super-protokół. 

Metody znajdowania nowej wiedzy bez proszenia o nią bogów. 

Nen  Yim  stwierdziła,  że  jego  radość  jest  zaraźliwa,  ale  ściągnęła  czułki  w  łagodnej 

naganie. 

-  Tu, w ścianach tej komnaty, można spokojnie mówić o takich sprawach - ostrzegła. 

- Ale poza nimi uważaj. 

-  Tak,  oczywiście.  Wiem  tak  samo  jak  ty,  co  się  dzieje  z  heretykami.  Ale  co  mam 

robić? Rozkazuj, adeptko Nen Yim. Niech stanę się częścią tej pracy. 

Nen  Yim  zauważyła,  że  jest  bardzo  podobny  do  Yakuna.  Jak  mogła  nie  dostrzec  od 

razu tej pasji w jego oczach? Wydawało się, że to jej kochanek odrodził się z martwych. 

background image

Skup się na tym, co robisz, upomniała się w duchu. 

-  Zmodyfikowane  komórki  pamięci  są  słabe  -  wyjaśniła  Tsunowi.  -  Większość 

zostaje odrzucona w ciągu paru godzin i trzeba je implantować na nowo. Moim zadaniem 

jest  zrozumieć,  dlaczego.  Nie  jest  to  kwestia  biochemii,  przynajmniej  w  moim  pojęciu. 

Trudno  to  wyjaśnić,  może  łączy  się  to  z  jej  mocą  Jeedai.  Twoim  zadaniem,  kandydacie 

Tsun, będzie wyhodowanie dla niej nowych wspomnień. Jesteśmy w trakcie przenoszenia 

kompletnego  zestawu  fałszywych  wspomnień  opracowanych  zgodnie  z  protokołem  Qah 

do  równoważnika  komórki  ludzkiej.  Potem  będziemy  je  mogli  powielać,  ile  trzeba.  Jeśli 

znajdę  sposób,  aby  uwarunkować  ją  na  całkowite  zaakceptowanie  implantowanych 

wspomnień,  będziemy  mieli  pełny  zestaw  do  przeniesienia.  Tymczasem  zmodyfikujemy 

komórki, wypróbujemy je i zobaczymy, jak długo przetrwają. Możemy po drodze natknąć 

się  na  rozwiązanie  niejednego  problemu  biologicznego,  a  w  najgorszym  wypadku 

dowiemy się więcej o tym, jak pracuje jej pamięć. 

-  Słyszę  i  jestem  posłuszny  -  ochoczo  odezwał  się  Tsun.  -  Ale  skoro  nie  ma 

protokołu, według którego będę pracował. 

-  Pokażę ci to. Próby były bardzo starannie wykonane, wymagały wielu testów. 

-  Testy - szepnął Tsun. - Nigdy jeszcze nie słyszałem tego słowa wypowiedzianego w 

takim kontekście. 

-  Słuchasz mnie, kandydacie, czy będziesz komentował każde moje słowo? - zganiła 

go surowo, usiłując zachować powagę. 

-  Przebacz mi, adeptko - szepnął. - Zamieniam się w słuch. 

-  Dobrze.  Jak  mówiłam,  kandydacie,  opracowanie  tego  procesu  było  trudne,  ale 

wynikowy  protokół  jest  bardzo  prosty  i  równie  łatwo  z  nim  pracować  jak  z  każdym 

innym, przekazanym przez bogów. Jeśli tu podejdziesz, opiszę ci go. 

Zgiął  kolano  i  posłusznie  podążył  za  nią,  ale  tym  razem  już  jej  nie  przerywał,  poza 

niezbędnymi pytaniami. 

Riina  z  pewnym  zmieszaniem  obserwowała  dwoje  Yuuzhan  Vong  zajętych  swoimi 

sprawami. Kim byli? Dlaczego się tu znajdowała? 

background image

Nieciągłość. Ocknęła się, drżąc. Jej myśli krążyły jak oszalałe, nie łącząc się ze sobą. 

Przypomniała  sobie  kobietę,  która  pytała  ją  o  imię.  Odpowiedziała  „Riina"  i  wtedy  nie 

zabolało. Ale coś było nie w porządku. 

Były  rzeczy,  które  widziała  kątem  oka,  a  nigdy  nie  udało  jej  się  ich  ujrzeć,  patrząc 

wprost.  Podobnie  było  z  jej  prawdziwym  imieniem,  czającym  się  gdzieś  w  pobliżu,  tuż 

poza zasięgiem myśli. Kiedy tylko próbowała na nie spojrzeć wprost, wbijało w nią gorące, 

ostre ząbki bólu. 

To samo można było powiedzieć o bardzo wielu rzeczach. Twarz, która pojawiała się 

w  mrokach  umysłu,  głos,  który  słyszała  w  głowie,  wciąż  walczące  o  swoje  prawo 

wspomnienie  o  tym,  jak  się  tu  dostała.  .  .  wszystko  to  było  jak  ulotne  kręgi  na  wodzie, 

wszystko prowadziło do bólu. 

Ale nie mogła się poddać. Nie powinno jej tu być. 

A  może  przeciwnie?  Świat  wywrócił  się  na  lewą  stronę,  nadpłynęły  krótkie 

przebłyski  kolorów  i  dźwięków.  Nie  było  już  nieba,  tylko  ziemia,  która  zwinęła  się  i 

zamknęła  nad  jej  głową.  Piastunka  żłobka  z  twarzą  niemal  bez  nosa  i  ściętym  czołem. 

Ostry, słodkawy zapach dymiącego omipala podczas rytuału. Pikantny, nieco zgniły smak 

von'u, rzadkiego przysmaku, który podawał jej ojciec imienia. 

Nazwali ją Riina. Riina Kwaad. 

Czuła, że unosi się w strumieniu łagodnej wody, otaczana przez krzepiące, miłe głosy. 

Potarła  czoło  i  namacała  znak  domeny.  Nawet  żywy  ból  rany  był  przyjemny,  na  swój 

sposób właściwy. 

Tahiri! 

Znów  ten  głos.  Wspomnienia  rozprysnęły  się  jak  kryształ  i  wbiły  w  jej  mózg. 

Pojawiły się inne obrazy, inne imiona. Jedno imię. Anakin. 

Strumień zmienił się w rzekę, wzburzoną, wsysającą, ją w głąb, a Anakin był tam z 

nią. Uczepiła się tego obrazu, choć jej ciałem wstrząsały paroksy-zmy bólu. 

Tak było. To się naprawdę wydarzyło. Byliśmy mali, w akademii, poszliśmy razem za 

snem, który nas połączył. 

background image

Wrzasnęła,  zerwała  się  i  rzuciła  na  barierę,  która  oddzielała  ją  od  Yuuzhan  Vong. 

Sięgnęła  w  Moc,  żeby  ich  udusić,  ale  jakimś  cudem  nie  było  ich  tam.  Poza  ich 

zaskoczonymi twarzami nie było nic. Pustka. 

- Nazywam się Tahiri! - wrzasnęła do nich. - Jestem Jedi! Tahiri! 

A potem potężna fala oślepiającego bólu wgryzła się w każdy jej nerw jak stonogi o 

ognistych szczękach. Straciła przytomność. 

  

-  Nie. Wciąż się opiera. Stwierdziłyśmy, że w jakiś sposób odtwarza drogi do wiązek 

nerwowych,  których  nie  ruszyłyśmy.  Z  kolei  induktor  nerwokręga  postępuje  za  tymi 

nowymi drogami i stymuluje je również. 

Z  czasem  nie  będzie  miała  sposobu,  żeby  dotrzeć  do  tych  wspomnień  bez  bólu. 

Wtedy czas już nie będzie miał znaczenia. Nie będzie już niewierną i chętnie przyjmie to 

wyzwanie. 

-  Dziękuję za wyjaśnienie - odparł. 

Nen Yim przyjęła podziękowanie lekkim skrętem kołpaka i wróciła do pracy. 

-  Co mówiła? - zapytał Tsun. 

-  To był basie, język niewiernych - wyjaśniła Nen Yim. 

-  Czy powinna była uzyskać do niego dostęp? 

  

ROZDZIAŁ 

27 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

Korzeń damuteka był pustą rurą. W miejscu, gdzie Anakin i Vua Ra-puung do niego 

weszli, miał ponad metr średnicy. Ciasno, ale bez obawy o klaustrofobię. 

Zaledwie  jednak  zwierzę  wyczuło  ich  obecność,  kanał  skurczył  się,  obciskając 

kontury ich ciał z nieodpartą siłą. Anakin musiał wyciągnąć przed siebie rękę i pociągnąć 

się w dół samą siłą palców. 

Wydawało  mu  się,  że  zaraz  się  udusi.  Nie  mógł  się  cofnąć,  przynajmniej  nie  teraz, 

kiedy Vua Rapuung podążał za nim. Co gorsza, poruszał się pod łagodny, ale nieustępliwy 

prąd.  Kiedy  ciśnienie  wokół  stawało  się  zbyt  uciążliwe,  zwijał  ciało  w  pozycję 

embrionalną.  Ruch  ten  odbierał  mu  resztę  sił,  jakimi  jeszcze  dysponował.  Jednak  kiedy 

rozprostowywał ciało, ściany korzenia potrzebowały kilku sekund, aby znów się skurczyć 

i  zacisnąć  wokół  niego.  Miał  wrażenie,  że  porusza  się  w  górę  przewodu  pokarmowego, 

właśnie zajętego połykaniem. Porównanie to jednak nie było całkiem odpowiednie: gdyby 

znajdował  się  w  przewodzie  pokarmowym,  mógłby  przynajmniej  mieć  nadzieję,  że  u 

wylotu  śluzowatego  kanału  czeka  na  niego  powietrze.  Tu  przeciskał  się  w  kierunku 

ciemności, może nawet nicości. A jeśli korzeń kończy się w zamkniętej soczewce wodnej? 

Ile  czasu  minie,  zanim  respirator,  wciśnięty  w  jego  krtań,  odmówi  współpracy?  Pewnie 

dopiero kiedy zgłodnieje. 

Obiecywał  sobie,  że  jeśli  kiedykolwiek  uda  mu  się  opuścić  Yavin  Cztery,  odwiedzi 

rodzinny świat wuja, Tatooine, albo inne równie suche miejsce. Miał na razie serdecznie 

dość wody i innych płynów; pewnie wystarczy mu to na kilka dziesięcioleci. 

Walcząc z rodzącą się paniką, Anakin parł do przodu. Minuty łączyły się w godziny. 

Myślał o słońcu, o wietrze, o nieskończonej przestrzeni. 

Myślał też o Tahiri. Czy to źle, że próbuje odbudować miecz świetlny? Czy powinien 

był  ruszyć  na  jej  ratunek  bez  niego?  Wcześniejsze  silne  kontakty  poprzez  Moc  zmieniły 

się  w  pojedyncze  muśnięcia,  najczęściej  wtedy,  kiedy  Tahiri  cierpiała.  Anakin  nie  mógł 

pozbyć się wrażenia, że dziewczyna unika kontaktu, że go odpycha. 

background image

Pomimo to udało mu się posklejać w umyśle obraz jej więzienia  - niewielka komora 

oddzielona  od  większej  cienką,  ale  niezniszczalną  membraną.  Jej  strażniczki  były 

Yuuzhankami  Vong  w  dziwnych  czepcach,  takich  samych,  jaki  nosiła  kobieta,  którą 

spotkał  przy  basenie  przemiany.  W  pomieszczeniu  było  więcej  podobnych  celek,  ale 

pustych i ciemnych, prawdopodobnie czekających na kolejnych jeńców Jedi. 

Zdumiewało  go  dziwne  zachowanie  Tahiri.  Nie  tylko  nie  odpowiadała  na  jego 

dotknięcia, ale nieraz chyba go nawet nie rozpoznawała. 

Gdyby uważał, że może ją uratować bez miecza świetlnego... 

Ale  nie  mógł.  Nawet  Vua  Rapuung,  tak  pozbawiony  rozsądku,  że  graniczyło  to  z 

szaleństwem,  uważał,  że  powinien  go  mieć; inaczej  nigdy  nie  przepychaliby  się  przez  te 

kilometry ciasnych bebechów. 

Tahiri  poradzi  sobie  przez  następne  dwa  dni.  Musi.  A  żeby  ją  uratować,  Anakin 

gotów był wleźć dosłownie wszędzie. 

Dygocząc ze zmęczenia pomimo wsparcia Mocy, posuwał się dalej. 

Wreszcie wychynęli na otwartą przestrzeń, dość dużą, aby unosić się swobodnie i nie 

dotykać  niczego.  Anakin  w  milczeniu  radował  się  wolnością  -przeciągał  się,  zwijał, 

machał rękami i nogami. W tej chwili było to najcudowniejsze uczucie, jakie mógł sobie 

wyobrazić. Przez jakiś czas nie myślał o niczym, tylko się cieszył, ale już za chwilę czająca 

się  w  głębi  umysłu  ciemność  przypomniała  mu,  że  zaraz  będzie  musiał  wpełznąć  z 

powrotem  do  tej  spłodzonej  przez  Sithów  poczwary,  jeśli  się  okaże,  że  jaskinia  nie 

prowadzi donikąd. Wyjął kryształ lambentu i pobudził go do życia. 

Zobaczył  Rapuunga,  który  unosił  się  naprzeciw  niego  niczym  jakiś  potworny  gad 

wodny.  Za  jego  plecami  dostrzegł  rurę  wystającą  z  kamiennej  powierzchni  jaskini 

nieokreślonej wielkości, która ich otaczała. Anakin zorientował się w kierunku grawitacji 

i  zaczął  szukać  powierzchni,  wodząc  dłonią  po  skale.  Jednocześnie  sięgał  wokół  Mocą. 

Wyczuwał  powolne  bębnienie  wody  o  kamień;  poszukiwał  pustych  dźwięków, 

wskazujących, gdzie poza kamienną płytą czai się powietrze. 

Anakin był już zadowolony, kiedy opuścił rurę. Teraz jednak, kiedy podciągnął się na 

mokry kamień i zerwał z twarzy i ust gnullitha, poczuł się zdecydowanie lepiej. 

background image

-  Mam nadzieję, że było warto - burknął Rapuung. 

-  Będzie. 

-  Ulecz swoją broń, żebyśmy mogli wyjść z tej przeklętej dziury. 

-  Zaraz zacznę - obiecał chłopak. - Ale najpierw powiedz mi jedno, Vuo Rapuungu: 

czy  naprawdę  wierzysz  w  to,  że  oznaki  twojej  hańby  zostały  ci  wszczepione  ręką 

mistrzyni przemian? Że to była jej zemsta za to, że wzgardziłeś jej miłością? 

-  Z kim o tym rozmawiałeś? 

-  Inni zhańbieni mówili o tobie, bo widzieli nas razem. 

Rapuung skrzywił się, jakby skosztował czegoś wyjątkowo obrzydliwego, ake pokiwał 

głową twierdząco. 

-  Nasza  miłość  była  przeklęta.  Wiedzieliśmy  o  tym  oboje.  Przez  jakiś  czas  żadne  z 

nas o to nie dbało. Wierzyliśmy, że Yun-Txiin i YunQ'aah zlitowali się nad nami, stawili 

czoła  gniewowu  Yun-Yuuzhana  i  dali  nam  szczególną  dyspensę.  Takie  rzeczy  już 

przedtem  się  zdarzały,  nie  zależnie  od  tego,  co  ci  ignoranci  wygadywali  -  skrzywił  się 

lekko. - Z nami było inaczej. Myliliśmy 

się. 

-  I to ty zerwałeś. 

-  Tak.  Miłość  jest  szaleństwem.  Kiedy  rozum  zaczął  mi  wracać,  wiedziałem,  że  nie 

mogę pogwałcić woli bogów. Powiedziałem jej to. 

-  A jej się nie spodobało. Rapuung prychnął. 

-  Bluźniła.  Mówiła,  że  nie  ma  bogów,  że  wiara  w  nich  jest  przesądem,  że  możemy 

robić wszystko, co nam się podoba, jak długo jesteśmy silni. Pomimo takiej herezji nigdy 

nie powtórzyłbym jej słów nikomu. 

Nie wierzyła w to. Obawiała się, że doniosę na nią albo że pewnego dnia informacja o 

naszym zakazanym związku dojdzie do uszu naszych zwierzchników. A Mezhan Kwaad 

jest  ambitna.  Jest  złośliwa.  Sprawiła,  żebym  wyglądał  jak  zhańbiony,  bo  wiedziała,  że 

wtedy  nikt  nie  da  wiary  moim  słowom,  że  wszystko,  co  powiem,  będzie  uznane  za 

bredzenie szaleńca. 

background image

-  Dlaczego  cię  po  prostu  nie  zabiła?  -  zapytał  Anakin.  -  Jakaś  trucizna  albo 

śmiertelna choroba. . . 

-  Nie  była  mi  aż  tak  życzliwa  -  warknął  Rapuung.  -  Co  jeszcze  mówili  inni 

zhańbieni? Nazywali mnie szaleńcem, prawda? 

-  Właściwie tak. 

-  Nie jestem szalony. 

Anakin starannie zważył w myśli jego słowa. 

-  Nie obchodzi mnie, czy jesteś, czy nie - rzekł wreszcie. - Mało mnie też obchodzi 

twoja  zemsta.  .  .  nie  bardziej  niż  ciebie  Tahiri.  Ale  muszę  wiedzieć,  jak  daleko  jesteś  w 

stanie  się  posunąć.  Podobno  pogodziłeś  się  już  z  myślą,  że  będę  używał  mojego  miecza 

świetlnego. 

-  Tak powiedziałem. 

-  Naprawię go, zgodnie z moją obietnicą. Nie powiedziałem ci tylko, że użyję tego - 

podniósł w górę lambent. 

Yuuzhanin Vong wytrzeszczył oczy. 

-  Chcesz zamknąć w swojej maszynie żywą istotę? 

-  Miecz świetlny to nie całkiem maszyna. 

-  Nie jest żywy. 

-  W pewnym sensie jest - sprzeciwił się chłopiec. 

-  Tak  samo  gówno  jest  w  pewnym  sensie  jedzeniem,  szczególnie  na  poziomie 

molekularnym. Mów jaśniej. 

-  Żeby  mówić  jaśniej,  musiałbym  ci  opowiedzieć  o  Mocy,  a  ty  musiałbyś  mnie 

wysłuchać. 

-  Moc to coś, czym wy, Jeedai, zabijacie - stwierdził Rapuung. 

-  To coś znacznie więcej. 

-  Po co chcesz mi to wyjaśniać? 

-  Ponieważ, kiedy użyję mojego miecza świetlnego, nie chcę żadnych niespodzianek 

z  twojej  strony,  takich  na  przykład  jak  ta,  kiedy  rozpaliłem  ogień.  Chcę  to  załatwić  tu i 

teraz. 

background image

-  Doskonale. Tłumacz mi tę swoją herezję. 

-  Widziałeś, jak używam Mocy. Musisz przyznać, że istnieje. 

-  Widziałem różne rzeczy. Mogły to być sztuczki. Mów. 

-  Moc  jest  generowana  przez  życie.  Wiąże  ze  sobą  wszystko.  Jest  obecna  we 

wszystkim: w wodzie, kamieniu, drzewach w lesie. Jestem rycerzem Je-di. Urodziliśmy się 

ze zdolnością wyczuwania i ukierunko wywania Mocy. . . strzeżemy jej równowagi. 

-  Równowagi? 

Anakin zawahał się. Jak wyjaśnić pojęcie wzroku ślepcowi? 

-  Moc  jest  życiem  i  światłem,  ale  jest  również  ciemnością.  Obie  jej  strony  są 

niezbędne, ale muszą pozostawać w równowadze. W harmonii. 

-  Pomijając  już  idiotyzm  tej  całej  idei  -  wtrącił  Rapuung  -  mówisz,  że  wy,  rycerze 

Jeedai, utrzymujecie tę „równowag". Jak? Ratując waszych towarzyszy? Zabijając Yuuzhan 

Vong? Czy walka z moim ludem przynosi równowagę Mocy? Jakim sposobem, skoro sam 

przyznajesz,  że  my  w  niej  nie  istniejemy?  Możesz  poruszyć  kamień,  ale  nie  możesz 

poruszyć mnie. 

-  Czasem rzeczywiście tak jest - przyznał Anakin. 

-  Doskonale.  Jeśli  twoje  przesądy  wymagają,  abyś  utrzymywał  w  równowadze  tę 

tajemniczą  Moc,  dlaczego  obchodzą  cię  Yuuzhanie  Vong?  Czemu  się  nami  w  ogóle 

zajmujecie? 

-  Bo najechaliście naszą galaktykę, zabijacie naszych ludzi, kradniecie nasze światy. 

Uważacie, że nie powinniśmy się bronić? 

-  Uważam, że wojownicy powinni walczyć, przyjmować ból i śmierć, śpiewać pieśń 

rzezi  zakrwawionymi  ustami.  To  właśnie  robią  Yuuzhanie  Vong  i  nie  dla  jakieś  tam 

równowagi, lecz dla prawdy. To, co opowiadasz, nie ma sensu. Powiedz. . . czy Yuuzhanie 

Vong stanowią część tej „ciemnej stron", o której mówiłeś? 

Anakin szczerze spojrzał mu w oczy. 

-  Tak sądzę. 

-  I to ci podpowiada twoja magiczna Moc? 

-  Nie,ponieważ. . . 

background image

-  Ponieważ my w niej nie istniejemy. Nie jest częścią nas, a my nie jesteśmy częścią 

niej. Zapytam jeszcze raz: dlaczego uważacie, że stanowimy część ciemnej strony? 

-  Przez wasze czyny - odparł chłopiec. 

-  Czyny? Zabijamy w walce. Wy też zabijacie w walce. Zabijamy z ukrycia. Wy też 

zabijacie z ukrycia. Ty walczysz za swój lud. Ja walczę za swój. 

-  Ale to nasza galaktyka! 

-  Bogowie  nam  ją  ofiarowali.  Rozkazali,  abyśmy  przynieśli  wam  prawdę.  Ta  wasza 

Moc jest dla pomniejszych istot, które nie znąjąbogów. 

-  Nie akceptuję tego - sprzeciwił się Anakin. 

-  A mnie każesz zaakceptować coś, czego nie mogę zobaczyć ani powąchać? Coś, co 

istnieje tylko według twoich słów? Czy ty wierzysz w bogów? 

Anakin zawahał się, ale spróbował raz jeszcze: 

-  Widziałeś, jak używam Mocy. 

-  Widziałem, jak robisz różne zdumiewające rzeczy. Nie widziałem, żebyś zrobił coś, 

czego  my,  Yuuzhanie  Vong,  nie  bylibyśmy  w  stanie  dokonać.  Nasze  dovin  basale 

przemieszczają planety. Yammoski, a nawet takinędzny lambent, jak ten, który trzymasz 

w  dłoni,  mogąrozmawiać  z  innymi  umysłami.  Akceptuję  to,  co  mogę  zobaczyć:  że  masz 

moc, której ja nie posiadam. Nie muszę wierzyć w przesądy dotyczące źródła twojej mocy. 

-  No to nie wierz - zaperzył się Anakin. 

-  A co to wszystko ma wspólnego z budowaniem twojej odrażającej broni? 

-  Miecz  świetlny  jest  czymś  więcej  niż  zwykłą  bronią.  Każdy  Jedi  buduje  swój 

własny miecz. Jego elementy są wiązane Mocą i wolą Jedi, ale jakimś sposobem stanowią 

coś więcej niż tylko sumę części. Miecz staje się istotą żyjącą w Mocy. 

-  Jest wykonany z martwych części. Nie może być żywy. 

-  Wszystkie żywe istoty są stworzone z nieżywych części, jeśli zajrzysz dość głęboko 

w  ich  strukturę  -  zauważył  chłopiec.  -  Nic  nie  jest  naprawdę  martwe.  Tak  jak 

powiedziałem,  Moc  jest  we  wszystkim.  W  moim  mieczu  świetlnym  znajdzie  się  cząstka 

mnie, a we mnie będzie cząst ka tego lambentu. 

Vua Rapuung w zadumie pokiwał głową. 

background image

-  Dostrzegam  teraz  korzenie  twojej  brudnej  herezji.  Wykorzystujecie  bluź-niercze 

przedmioty, ponieważ w jakimś stopniu uważacie je za żywe? 

Anakin zerwał się na równe nogi. 

-  Wyjaśniłem  ci,  co  zamierzam  zrobić.  Sprzeciwisz  mi  się?  Załamiesz  się,  kiedy 

zacznę walczyć moim mieczem świetlnym z twoimi pobratymcami? 

Vua Rapuung zmierzył go gniewnym wzrokiem w mdłym blasku lamben-tu. Anakin 

słyszał, jak szczęka zębami. 

-  Bogowie doprowadzili mnie do ciebie - rzekł wreszcie. - Nie Yun-Shuno, wielooka 

matka  łajdaków,  ale  sam  Yun-Yuuzhan.  Miałem  wizję,  w  której  powiedział  mi,  że 

niewierny  Jeedai  z  ostrzem  zrobionym  ze  światła  poprowadzi  mnie  do  zemsty  i 

rehabilitacji.  Dlatego  przyszedłem  za  tobą  aż  tu,  choć  moje  instynkty  wzbraniały  się  ze 

wszystkich sił. 

Dlatego nie zabiłem cię, kiedy po raz pierwszy użyłeś bluźnierczego ognia. Wszystko, 

co  mówisz,  brzmi  dla  mnie  jak  kłamstwo.  Powody,  dla  których  według  ciebie  miałbym 

zaakceptować twoją broń, nie mają najmniejszego sensu. Ale Yun-Yuuzhan przemówił do 

mnie. 

-  Zgadzasz się więc z tym, co ci powiedziałem na temat Mocy? 

-  Oczywiście,  że  nie.  Jak  już  wcześniej  mówiłem,  mogę  uznać  to,  co  własnymi 

zmysłami  odczuwam  jako  prawdziwe,  nie  wierząc  w  twoje  gorączkowe  brednie.  Może 

bogowie akceptują twoją broń, ale twojej herezji na pewno nie. Buduj swoje ostrze. 

Po tych słowach Rapuung odszedł w ciemność. 

-  I ty twierdzisz, że to ja gadam bez sensu - westchnął Anakin. 

Rozczarowanie  doprowadziło  Anakina  prawie  do  łez,  ale  się  pozbierał.  Wyczuwał 

lambent, ale nie poprzez Moc, nie w taki sposób, w jaki odczuwał wszystkie inne  części 

swojej  broni.  Niby  były  na  miejscu,  dopasowane,  gotowe  do  działania,  ale  to,  co 

powiedział  Rapuungowi,  było  prawdą.  Jedynym  momentem,  w  którym  miecz  świetlny 

stawał  się  bronią  Jedi,  była  chwila,  kiedy  przechodziły  przez  niego  pierwsze  drgnienia 

prądu,  kiedy  każdy  element  stawał  się  częścią  innego  elementu  i  częścią  Jedi,  który  je 

połączył. 

background image

Tylko lambent się opierał. Nie stawiał, co prawda, namacalnego oporu, lecz raczej nie 

pasował do ogólnego schematu. 

Czas mijał nieubłaganie, każda chwila zbliżała Tahiri do jej okropnego losu. 

Skup się, myślał. Nie ma czasu na próby. 

W  tym  rozumowaniu  czaił  się  jednak  błąd.  Słowa  mistrza  Yody,  jego  cała  filozofia 

opierała się na założeniu, że Moc jest obecna wszędzie. 

Tylko że nie było jej w Yuuzhanach Vong. Nie było jej w ich biotechnologii. Można 

było  mieć  z  nimi  kontakt  jedynie  pośrednio,  poprzez  rzeczy,  które  są  wyczuwalne  w 

Mocy. 

Nagle, jak uderzenie w twarz, wybuchła mu w głowie okropna myśl. 

Mistrz Yoda się mylił. 

Jedi też się mylili, a Vua Rapuung miał rację. Jeśli Jedi nie obchodzi nic innego, jak 

tylko  utrzymywanie  równowagi  w  Mocy,  rzeczywiście  nie  mają  żadnego  powodu,  żeby 

walczyć  z  Yuuzhanami  Vong.  Och,  ostatecznie  Ana-kin  może  teraz  nawet  uratować 

Tahiri  -  powstrzymanie  jej  przed  przemianą  w  ciemnego  Jedi  świetnie  się  mieści  tej 

filozofii. Ale czy czyny Yuuzhan Vong - niezależnie od tego, czy wydają się dobre, czy złe 

- są warte przeciwdziałania, skoro nie mają żadnego odzwierciedlenia w Mocy? 

Naturalnie,  obcy  zabijają  ludzi,  co  zawsze  powoduje  zakłócenia  w  Mocy.  Ale  czy 

powoduje  również  brak  równowagi?  Yuuzhanie  Vong  nie  otaczają  się  mroczną  energią. 

Jeśli już ktokolwiek miałby być nią zagrożony, to raczej taki Jedi jak Kyp albo nawet on 

sam. Z tego punktu widzenia walka z Yuuzhanami Vong bardziej grozi konsekwencjami 

w postaci zachwiania równowagi w Mocy niż wszelkie działania samych Yuuzhan. 

Cóż, to wszystko wydaje się całkiem logiczne, prawie tak, jakby wyszło z ust Jacena, a 

nawet wujka Lukę' a. Ale... ta logika opiera się na założeniu, że Moc jest wszędzie. 

A  to  nieprawda.  Wszelkie  fakty  potwierdzające  tę  teorię  aż  kłują  w  oczy,  a  jednak 

żaden z Jedi nie ma dość samozaparcia, żeby stawić czoło nowej rzeczywistości. Zamiast 

tego zachowują się jak rozwydrzone dzieciaki: płaczą, że 

background image

Yuuzhanie  Vong  nie  grają  czysto,  że  nie  działają  zgodnie  z  ich  czarno-białymi 

zasadami. Dlatego Kyp strzela do nich i usiłuje zlikwidować problem, zabijając tego, kto 

go stworzył. Za to Jacen przycupnął w kącie niezdecydowany. Może nawet ma rację. 

Ale przecież to nie w porządku, aby Yuuzhanie Vong zabijali całe planety. Nie mają 

prawa  brać  ludzi  do  niewoli.  To  złe,  niewłaściwe  czyny  i  należy  z  nimi  walczyć.  Skoro 

Moc  sama  nie  nakreśliła  tu  linii  granicznej  i  nie  włączyła  potężnych  alarmów, 

ostrzegających  o  obecności  ciemnej  strony,  może  Ana-kin  nie  służy  Mocy.  A  raczej, 

ujmując  to  precyzyjniej,  służy  czemuś  jeszcze  bardziej  fundamentalnemu  niż  sama  Moc, 

czemuś, czego Moc jest jedynie manifestacją, emanacją... narzędziem wreszcie. Nie bogom 

Rapuunga  ani  żadnemu  innemu  bogu,  ale  jakiejś  fundamentalnej  prawdzie  wbudowanej 

we wszechświat na poziomie sub-atomowym. W jego galaktyce sługą tej prawdy jest Moc. 

Tam, skąd pochodzą Yuuzhanie Vong, gdziekolwiek to jest, rządzi coś innego. Ale światło 

pozostaje  tam  światłem,  ciemność  -  ciemnością.  Cokolwiek  zaś  przydarzyło  się 

Yuuzhanom  Vong,  przeszli  na  ciemną  stronę  już  bardzo  dawno  temu.  Gdyby  imperium 

Palpatine'a zwyciężyło i ruszyło do innej galaktyki z zamiarem jej podboju, do galaktyki, 

gdzie  Moc  nie  jest  znana,  jaki  dowód  mieliby  jej  mieszkańcy  na  istnienie  jasnej  strony? 

Czy  wiedzieliby,  że  Imperium  jest  aberracją  tego,  czym  być  powinno?  Nie.  Podobnie 

Anakin  nie  wie  -  nie  może  wiedzieć  -  jaką  manifestację  jasności  pozostawili  za  sobą 

Yuuzhanie Vong. Pewne jest tylko to, że pozostawili ją daleko w tyle. 

A  może  właśnie  tak  wygląda  skutek  ostatecznego  przejścia  wszystkich  ludzi  na 

ciemną stronę. Może po prostu Moc ich odrzuca - albo oni ją. 

To nie znaczy, że są źli, podobnie jak nie wszyscy poddani Imperium byli źli. Ale robi 

to  z  nich  godnych  przeciwników.  Bez  nienawiści,  bez  gniewu.  .  .  po  prostu  trzeba  ich 

powstrzymać i Anakin Solo nigdy o tym nie zapomni. 

Z nagłym przypływem pewności siebie sięgnął po części miecza świetlnego w Mocy i 

nacisnął głębiej. . . 

A więc musi pośrednio działać na Yuuzhan Vong poprzez ich przedmioty. Świetnie. 

Jednak pod tą pozorną osobnością musi kryć się jedność. 

background image

I  nagle,  w  jednym  przebłysku  olśnienia  już  wiedział.  Więzią,  która  łączy  miecz 

świetlny  z  lambentem,  jest  on  sam  -  Anakin  Solo.  To  w  nim  samym  muszą  nastąpić 

zmiany. 

Zasilanie  podskoczyło,  zatrzeszczało,  rozległ  się  znajomy  trzask  i  syk.  Gdzieś  w 

ciemności odezwało się burczenie Vui Rapuunga. 

Anakin  otworzył oczy i  oślepił go  purpurowy  płomień  miecza  świetlnego.  Chłopiec 

zdał sobie sprawę, że śmieje się od ucha do ucha. 

  

-  Znowujestem Jedi - szepnął. 

Cóż, może nawet całkiem nowym rodzajem Jedi. 

-  Dwa cykle już minęły - marudził trochę później Vua Rapuung. 

Jego  rysy  w  fioletowym  świetle  wyostrzyły  się  upiornie.  -  Twoja  bluż-niercza  broń 

działa,  jak  widzę.  Czy  to  już  koniec  tego  siedzenia?  Możemy  wreszcie  przyjąć  naszych 

wrogów? 

-  Ty ich będziesz przyjmował - odparł Anakin. - Ja ich będę tłukł. Twoi mistrzowie 

przemian chcą Jedi? No to go będą mieli! 

  

 

III 

PODBÓJ 

  

ROZDZIAŁ 

28 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

Mezhan Kwaad weszła do laboratorium i zwinęła kołpak na widok Nen Yim. 

-  Opisz swoje prace, adeptko - poleciła mistrzyni oschłym tonem. 

-  Pani,  podczas  twojej  nieobecności  poczyniliśmy  znaczne  postępy  -ostrożnie 

odparła  Nen  Yim.  -  Uważam,  że  przy  niewielkich  korektach  genetycznych  implanty 

pamięciowe utrwalą się ostatecznie. Jeedai opiera się im znacznie mniej niż wtedy, kiedy 

byłaś tu ostatnio. 

-  To  dobrze  -  powiedziała  Mezhan  Kwaad,  a  czułki  zadrżały  jej  z gniewu.  -  Cenne 

dni stracone bezpowrotnie - zwróciła się znowu do Nen Yim. - Ale przynajmniej ty tutaj 

byłaś, moja adeptko, i miałaś dość kompetencji, żeby kontynuować moją pracę. 

Nen  Yim  śledziła  Mezhan  Kwaad,  która  skierowała  się  w  stronę  wiwarium.  Jeedai 

wciąż  jeszcze  miała  ten  sam  błędny  wyraz  twarzy,  ale  od  czasu  do  czasu  Nen  Yim 

wydawało  się,  że  coś  się  dzieje  za  tymi  obcymi  zielonymi  oczami.  Coś  bardziej 

yuuzhańskiego niż ludzkiego. 

-  Możesz  powiedzieć  mi  swoje  imię?  -  zapytała  Mezhan  Kwaad  Jeedai.  Tym  razem 

wahanie było krótkie. 

-  Riina - odparła Jeedai. - Mam na imię Riina. 

-  Doskonale, Riino. Czy Nen Yim wyjaśniła ci, co z tobą zrobili? 

-  Częściowo. 

-  Powiedz mi, co pamiętasz. 

-  Niewierni porwali mnie jako dziecko na skraju swojej galaktyki. Przemienili mnie 

tak, abym wyglądała jak oni, i wszczepili mi fałszywe 

wspomnienia razem ze swoimi mocami Jeedai. 

-  Czy wydaje ci się to właściwe? 

 

background image

-  Nie zawsze. Nieraz wydaje mi się, że jestem. . . - jęknęła i zacisnęła pięści - . . . kimś 

innym. 

-  Uwarunkowanie  niewiernych  było  doskonałe.  Zanim  cię  ocaliliśmy,  próbowali 

wyczyścić ci umysł. Narobili wiele szkód. 

-  Czuję to - odparła Jeedai. 

-  Jest coś, czego muszę się dowiedzieć - odparła Mezhan Kwaad. 

-  Urodziłaś  się  z  pewnymi  zdolnościami.  Nauczono  cię  kłamstw  dotyczących  tych 

mocy, ale tym się już zajęliśmy. Boję się, Riino, że twoje urazy mogły spowodować zanik 

tych mocy. 

-  Nie jestem w stanie nawet o nich myśleć - poskarżyła się Jeedai. 

W kącikach jej oczu pojawiły się małe kropelki wody i spłynęły po policzkach. 

-  Pomogę  ci  w  tym  -  zapewniła  mistrzyni.  Gestem  sprawiła,  że  wiwarium  stało  się 

nieprzenikalne dla głosu i zwróciła się do Nen Yim. 

-  Ucisz induktor nerwokręga. Nen Yim drgnęła. 

-  Pani, to może nie być zbyt rozsądne. Wciąż jeszcze są chwile, kiedy pamięta swoją 

prawdziwą osobowość. Większość ze ścieżek neuralnych udało nam się zamknąć, ale jeśli 

usuniemy obietnicę bólu. . . 

-  Nowe  wspomnienia  są  już  na  miejscu,  prawda?  Wydaje  się,  że  działają  całkiem 

dobrze. Chyba zdoła je utrzymać. To nie potrwa długo. 

-  Ale ją zdezorientuje - zaoponowała Nen Yim. - Możemy wrócić do punktu wyjścia. 

-  Kto tu jest mistrzem, adeptko? - zirytowała się Mezhan Kwaad. -Czyżbyś naprawdę 

kwestionowała moje doświadczenie? 

Nen Yim szybko dygnęła. 

-  Jestem  godna  politowania,  pani.  Oczywiście,  zrobię  jak  każesz.  Pragnęłam  tylko 

dać wyraz mojej trosce. 

-  Pamiętam o niej. Teraz ucisz nerwokręga. 

Nen  Yim  spełniła  polecenie.  Mezhan  Kwaad  sprawiła,  że  błona  ponownie  zaczęła 

przepuszczać  dźwięki.  Wyjęła  z  kieszonki  oozhitha  niewielki  kamyk  i  położyła  go  na 

podłodze komory. 

background image

-  Kiedyś  potrafiłaś  podnieść  taki  kamyk  samą  siłą  woli  -  powiedziała  do  Jeedai.  - 

Chcę teraz zobaczyć, jak to robisz. 

-  Będę musiała przywołać fałszywe wspomnienia - jęknęła Jeedai. 

-  Bolesne wspomnienia. 

-  My chętnie przyjmujemy ból - odparła Mezhan Kwaad. - Twój opór przed nim to 

wpływ ludzkich słabości, które ci wszczepiono. Zrób,co mówię. 

-  Tak,  pani  -  zgodziła  się  Jeedai.  Utkwiła  wzrok  w  kamieniu  i  przymknęła  oczy. 

Skrzywiła się lekko, ale zaraz twarz jej się rozjaśniła, a kamień uniósł się nad podłogę, jak 

podniesiony niewidzialną ręką. 

Mezhan Kwaad roześmiała się triumfalnie. 

-  Nen  Yim  -  rozkazała  -  zrób  mapą  obszarów  mózgu  wykazujących  największą 

aktywność. 

-  Tak, pani. 

-  Riino, możesz już opuścić kamień. Kamień posłusznie opadł na podłogę. 

-  To nie bolało - zauważyła Jeedai. - Myślałam, że będzie boleć. 

-  Widzisz?  Twoja  rekonwalescencja  postępuje  bez  zarzutu.  Wkrótce  przypomnisz 

sobie wszystko z twojego yuuzhańskiego życia. 

-  Chciałabym. . . - Jeedai zawiesiła głos w rozmarzeniu. 

-  Co? 

-  Wydaje mi się, jakbym była dwiema połówkami dwojga różnych ludzi, sklejonymi 

ze sobą - poskarżyła się. - Chciałabym znów być cała. 

-  Będziesz - obiecała Mezhan Kwaad. - Zanim się spostrzeżesz, już będziesz cała. A 

teraz proszę, podnieś ten kamień jeszcze raz. 

-  Widocznie  te  zdolności  nie  są  zlokalizowane  w  jednym  ośrodku  mózgowym, 

podobnie  jak  nie  generuje  ich  żaden  organ  -  zastanawiała  się  nieco  później  Mezhan 

Kwaad,  kiedy  razem  oglądały  wyniki  doświadczeń.  -  Jej  moce  Jeedai  są  w  jakiś  sposób 

rozproszone  po  całym  układzie  nerwowym,  nie  skupione.  Polecenia  pochodzą  z  płata 

przedniego mózgu, gdzie również generowana jest większość jej spójnych myśli. 

Ale w tylnej części mózgu również wyraźnie widać znaczną aktywność. 

background image

-  Może  ta  kontrola  emanuje  ze  zmodyfikowanego  systemu  mięśniowego  -

zasugerowała Nen Yim. 

-  Nie  widzę  dowodów,  aby  ta  młoda  samica  została  zmodyfikowana  w  jakikolwiek 

sposób,  zresztą  niewierni  wykazują  tylko  najbardziej  podstawową  wiedzę  na  temat 

biologii. 

-  Myślałam o modyfikacji poprzez selekcję pokoleniową. 

-  Selektywne  rozmnażanie?  Interesujące.  Wiemy  od  naszych  źródeł  wśród 

niewiernych, że ta ich Moc w jednych rodzinach występuje silniej niż w innych, a Jeedai 

często łączą się w pary z innymi Jeedai. - Splotła czułki z lekką frustracją. - Potrzebujemy 

więcej  Jeedai,  większą  próbkę.  Niekompetencja  wojowników.  .  .  -  nagle  zadrżała  i 

podniosła do głowy ośmiopalczastą dłoń. - Już czas. Muszą mi usunąć guz Vaa. 

Jeszcze jedno niepożądane opóźnienie. 

Nen Yim obrzuciła mistrzynię zdumionym spojrzeniem. 

-  Myślałam, że dlatego właśnie byłaś nieobecna, iż usuwali ci guz Vaa. Oczy Mezhan 

Kwaad zwęziły się w szparki. 

-  Co? Dlaczego tak sądzisz? 

-  Nie było cię przez dwa cykle, pani. 

-  Zostałam wplątana w bezsensowne gierki polityczne mistrza Yala Pla-atha. Zwołał 

za  pośrednictwem  villipa  zebranie  mistrzów  na  temat  podziału  odpowiedzialności  na 

nowym  światostatku.  Zostałam  zmuszona  do  rytualnego  odosobnienia  i  to  w  najmniej 

odpowiedniej chwili. 

-  Ale asystent, którego przysłałaś, nie wspomniał o tym ani słowa. Powiedział tylko, 

że usuwają ci guz Vaa. 

Słowa te wywarły dziwny skutek. Czułki Mezhan Kwaad opadły bezwładnie, a ton jej 

głosu stał się zimniejszy od zmrożonego azotu. 

-  Jaki asystent? 

-  Tsun. 

-  Nie znam nikogo o takim imieniu 

-  Ale powiedział mi, że to ty go przysłałaś. . . 

background image

-  I że usuwają mi guz Vaa? 

-  Tak.  Ale  wiedział  o  mnie  różne  rzeczy.  I  o  tym,  co  tu  robimy.  Mezhan  Kwaad 

opadła na matę do siedzenia i potarła czoło. 

-  Nie  o  to  chodzi  -  westchnęła.  -  Domyślił  się,  że  grzebiemy  się  w  herezji,  a  ty  to 

potwierdziłaś. Zebranie było wybiegiem, aby mnie czymś zająć. Teraz Yal Plaath ma już 

swoje dowody. Dzięki tobie. 

-  Nie! 

-  Obawiam się, że jednak tak - zagrzmiał głos od strony drzwi. NenYim okręciła się 

na pięcie i zobaczyła w przejściu komandora Tsaaka Vootuha. Za jego plecami widać było 

grupę gwardzistów. 

Mezhan Kwaad wyprostowała się na całą wysokość. 

-  To damutek mistrzów przemian. Nie macie mojej zgody, aby tu wejść. 

-  Nie potrzebuję jej - odparł komandor. - Mam zezwolenie od mistrza 

  

Yala  Plaatha.  Obawiam  się  również,  że  muszę  was  obie  zaaresztować  i  przeszukać 

wasze pokoje w poszukiwaniu dowodów. 

-  Dowodów czego? Spróbuj nas oskarżyć! - warknęła Mezhan 

Kwaad. - Nie obrażaj nas aresztowaniem, jeśli nie postawiłeś nam żadnych zarzutów! 

-  Zarzut to herezja, oczywiście - odparł Tsaak Vootuh. - To oskarżenie łatwo będzie 

poprzeć dowodami. Jestem tego pewien. 

  

ROZDZIAŁ 

29 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

Droga  z  powrotem  w  górę  korzenia  była  znacznie  łatwiejsza  niż  w  dół,  bo  teraz 

poruszali  się  z  prądem.  Nie  była  jednak  ani  trochę  przyjemniejsza.  Wynurzyli  się  w 

basenie  przemian  pod  pomarańczowym  światłem  Yavin.  Po  drodze  na  górę  Anakin 

zauważył pewien interesujący szczegół. Teraz Vua Rapuung istniał dla niego. 

Nie  w  Mocy,  nie  z  taką  jasnością,  jaką  daje  Moc,  ale  był  tam;  był  jak  gniewny  cień 

rzucany przez lambent do umysłu Anakina. 

To  nie  wszystko.  Wokół  siebie  czuł  też  zamglony,  pełen  zakłóceń  szum  setek 

Yuuzhan  Vong.  Szum  zanikał  i  wracał,  niczym  pełna  zakłóceń  transmisja,  ale  bez 

wątpienia istniał. 

Nie  była  to  Moc,  ale  zawsze  coś,  dzięki  czemu  mógł  spojrzeć  na  wszystko  nowymi 

oczami.  Jego  wzrok  powędrował  ku  otaczającym  go  żywym  strukturom,  których 

wcześniej nie potrafił - a może nie chciał - zauważyć. 

Podążając za Rapuungiem, zanurzył się w mrok. 

-  Czy  ta  twoja  Jeedai  wciąż  jeszcze  jest  w  damuteku?  -  zapytał  Rapuung.  Anakin 

skoncentrował się. Tahiri była tam, ale z każdym dniem stawała 

się  bardziej.  .  .  niewyraźna,  trudna  do  zlokalizowania.  Teraz  prawie  wcale  niej  nie 

wyczuwał. 

-  Nie  zmieniła  miejsca  -  odparł.  -  Jest  tam  -  pokazał  palcem.  Rapuung  skrzywił  się 

lekko. 

-  To nie jest główne laboratorium kompleksu przemian. 

-  Ale tam ją właśnie wyczuwam. Rapuung potarł płaski nos. 

 

-  To  ma  sens.  Tam  jest  jej  osobista  komnata.  Jeśli  trzyma  w  tajemnicy  swoje  prace 

nad Jeedai, bo ma nadzieję, że ujdzie jej to płazem, na pewno robi to w swojej kwaterze. 

background image

-  Dlaczego miałaby się ukrywać? - zapytał Anakin. 

-  Nie  wiem.  Nie  znam  się  na  tym,  co  robią  mistrzowie  przemian,  a  ona  zawsze 

trzymała  swoje  sprawy  w  tajemnicy.  Zawsze  była  bardzo  nerwowa.  -Głos  zmiękł  mu 

lekko. - Zawsze robiła nie to, co trzeba. 

-  Na przykład miała z tobą romans. 

Nozdrza Rapuunga skurczyły się tak, że prawie zamknęły, ale skinął głową. 

-  Tak. Nie mów o tym więcej. Chodź, niewierny. 

-  Prowadź. Znam kierunek, ale nie drogę. 

Rapuung bez słowa poczłapał przodem. Ściana rozstąpiła się przed nim. 

Kompleks  przemian  był  ośmioramienną  gwiazdą  z  basenem  pośrodku.  Korytarz, 

którym podążyli, poprowadził ich jednym z ramion. Wewnątrz kompleks był rozjaśniony 

fosforyzującym  blaskiem,  od  czasu  do  czasu  oświetlonym  dodatkowo  pojedynczym 

lambentem,  który  rozpalał  się,  kiedy  Rapuung  się  zbliżał.  W  korytarzach,  na  przemian 

bardzo regularnych i zdumiewająco asymetrycznych, unosił się słaby zapach wodorostów 

i gadów. Basen nie był punktem centralnym - tę funkcję spełniał owalny plac w miejscu 

połączenia korytarzy, łączący promienie gwiazdy. 

Anakin  sprężył  się,  kiedy  spotkali  pierwszych  Yuuzhan.  Stali  w  niewielkiej  grupce, 

dyskutując  o  czymś,  czego  nie  mógł  do  końca  zrozumieć.  Kiedy  zobaczyli  Rapuunga  i 

Anakina, wytrzeszczyli oczy, ale nie odezwali się ani słowem. 

-  To łatwiejsze, niż myślałem - uznał Anakin, kiedy już ich minęli. 

-  Zabiłbym ich, gdybym uważał, że to pomoże, ale wysłali sygnał w tej samej chwili, 

kiedy nas zobaczyli. 

-  O czym ty mówisz? 

-  Zhańbiony i niewolnik w kompleksie przemian? Nieprawdopodobne. 

-  Ale przecież oni. . . 

-  Nie  krzyczeli?  Nie  uciekali?  Może  to  i  mistrzowie  przemian,  ale  są  Yuuzhanami 

Vong. Gdybyśmy rzucili się, żeby ich zabić, już byliby martwi. Oni to wiedzą. 

-  Więc na co teraz czekamy? 

background image

Rapuung  nie  musiał  odpowiadać.  Ściany,  podłogi  i  sufity  wokół  nich  nagle  zbliżyły 

się do siebie. 

-  Coś takiego - wykrztusił Anakin. Obejrzał się, ale za ich plecami też nie było lepiej. 

-  Mamy kilka sekund - rzekł Rapuung. - Nie oddychaj. 

Anakin  skinął  głową  i  włączył  miecz.  Jaskrawe  purpurowe  światło  rozjarzyło  mgłę 

wydzielaną przez ściany korytarza. Anakin podszedł do przegrody i ciął w nią z szerokim 

zamachem. 

Nie była to zbroja z kraba vonduun. Po pierwszym cięciu tkanka poddała się i w kilka 

chwil chłopiec zdołał wyciąć dziurę dość dużą, aby można było przez nią przejść. 

Za  nią  korytarz  ciągnął  się  przez  jakieś  cztery  metry  i  kończył  kolejnym 

zamknięciem. Tu mgła była już bardzo gęsta. 

Anakin przebił się i przez tę przeszkodę, ale płuca już go zaczęły boleć i przed oczami 

zatańczyły mu czarne plamki. Dlatego zamiast ciąć w kolejną nieuchronną barierę przed 

sobą, która już się zamykała, wbił miecz w ścianę po prawej. 

Wpadli do dużej komnaty, gdzie przywitały ich zdumione spojrzenia dwóch Yuuzhan 

Vong, pochylonych nad czymś, co wyglądało jak splątany kłąb czarnych pnączy grubości 

uda Anakina. Nie wiedział, czy to roślina, czy zwierzę, ale wcale go to nie obchodziło. 

-  A teraz którędy? - zapytał. 

Rapuung wycelował palec w kierunku dwóch mistrzów przemian. 

-  Jeden  z  was.  Zaprowadzicie  mnie  do  osobistych  laboratoriów  mistrzyni  Mezhan 

Kwaad. 

Niższy z dwójki zmarszczył brwi. 

-  Jesteś zhańbiony. 

Rapuund znalazł się przy nim w dwóch susach, uniósł go wysoko w górę i walnął nim 

o ścianę. Tamten opadł na podłogę, brocząc krwią z ust. 

-  Ty  -  rzekł  Rapuung  do  drugiego.  -  Zaprowadzisz  nas  do  Mezhan  Kwaad.  Drugi 

mistrz zerknął na swojego nieprzytomnego kompana. 

-  Chodźcie ze mną - rzekł. 

-  Czy oni mogą napełnić gazem również i tę komnatę? - zapytał Anakin. 

background image

-  Oczywiście.  Teraz  jednak,  kiedy  opuściliśmy  ten  korytarz,  w  którym  się  nas 

spodziewali,  będą  musieli  skonsultować  się  z mózgiem  damuteka,  żeby  nas  odnaleźć.  To 

zajmie trochę czasu. Potem przyjdą wojownicy. 

-  Zastanawiałem się właśnie, dlaczego nie ma tu żadnych strażników. 

-  To  dom  mistrzów  przemian.  Wojownicy  nie  mogą  tutaj  przebywać  bez 

zaproszenia,  a  i  to  tylko  w  nagłej  potrzebie.  Zazwyczaj  nie  ma  potrzeby  wystawiania 

straży.  Minęły  stulecia od  czasu,  kiedy  ktoś  napadł  na  damutek  mistrzów  przemian.  Kto 

chciałby to zrobić, jeśli nie niewierni? 

-  Zdaje się, że niejaki Vua Rapuung - odparował chłopiec. 

Mistrz  przemian  przeprowadził  ich  przez  szereg  ciasnych  zakrętów  do  długiego, 

prostego korytarza, który kończył się przeponą, tutaj służącą za drzwi. 

-  Po  drugiej  stronie  są  osobiste  pokoje  mistrzyni  -  oznajmił.  -  Ale  przejście  nie 

otworzy się przed żadnym z nas. 

-  Dlatego mam ze sobą Jeedai - odparł Rapuung, a Anakin kciukiem włączył ostrze i 

przeciął błonę, przy okazji omal nie przepoławiając stojącego za nią żołnierza. Yuuzhanin 

Vong spojrzał na niego zaskoczony i poderwał amphistaffa do pozycji bojowej. 

Rapuung  przebiegł  obok  Anakina,  zanurkował  pod  nie  całkiem  gotową  bronią 

strażnika i uderzył go w podbródek gnijącą naroślą na łokciu. Implant uwiązł w szczęce 

tamtego  i  oderwał  się,  ale  Rapuung  chyba  tego  nawet  nie  zauważył,  pochłonięty 

całkowicie widokiem sali pełnej wojowników, w której się nagle znalazł. 

Anakin  skoczył  za  nim  i  odbił  amphistaffa,  przecinając  sobie  mieczem  świetlnym 

drogę do Rapuunga. Napastnik Rapuunga w obliczu nowego niebezpieczeństwa pozwolił 

amphistaffowi zwisnąć swobodnie, po czym śmignął nim pod ramieniem, celując w gardło 

chłopca.  Anakin  sparował  szybkim,  okrężnym  ruchem,  owijając  miękkie  zwierzę  wokół 

ostrza miecza. Potem gwałtownie wyrzucił stopę do przodu. Yuuzhanin Vong zablokował 

kopniaka wolną ręką, ale część siły ciosu dotarła do celu. Anakin wyłączył ostrze, rzucił 

się na wojownika, wsadził mu rękojeść pod pachę i włączył na nowo. 

Wo jownik drgnął i upadł, wydychając chmurę pary. 

background image

Anakin wyczuł cios od tyłu. Bez namysłu przykucnął, wykonał klasyczną blokadę za 

plecami  i  poczuł  ostre  uderzenie  amphistaffa.  Upadł,  przetoczył  się  i  podciął  stopy 

niewidocznego przeciwnika, po czym odskoczył od kolejnego napastnika. 

Dopiero kiedy znalazł się znów na wolnej przestrzeni, szykując się na spotkanie obu 

naraz, zdał sobie sprawę, co się wydarzyło: wyczuł Yuuzhanina Vong za plecami. Nie tak 

wyraźnie, jak poprzez Moc, ale wystarczająco, żeby sobie uratować życie. 

Teraz  wrogowie  podchodzili  z  pewną  ostrożnością,  która  dała  mu  czas,  aby 

stwierdzić,  że  Vua  Rapuung  położył  jeszcze  jednego  przeciwnika  i  był  zajęty  walką  z 

kolejną trójką. Wyglądało na to, że na razie zasoby przeciwnika uległy wyczerpaniu, choć 

wkrótce  w  dużym  otworze  na  drugim  końcu  pomieszczenia  z  pewnością  pojawią  się 

kolejni wojownicy. Po jednym problemie naraz. 

Jeden z Yuuzhan ciął Anakina w lewą nogę, podczas gdy drugi zaatakował jego prawe 

ramię. Chłopiec uskoczył przed atakiem z dołu i ciął ostrzem na pół sztywny amphistaff 

drugiego  przeciwnika.  Miecz  przeszedł  przez  palce  Yuuzhanina,  odcinając  dwa  z  nich. 

Chłopiec skręcił miecz, celując w oko drugiego. Tamten szarpnął głową w tył i poderwał 

amphistaff,  żeby  odparować  cios,  Anakin  zrobił  unik  przed  paradą  i  dokończył  cios  w 

miejscu, gdzie u człowieka znajduje się splot słoneczny. Zbroja z kraba vonduun zadymiła, 

ale nie ustąpiła. Cios jednak był bardzo silny. Yuuzhanin stracił już równowagą unikając 

sztychu w oko i teraz po prostu runął jak długi. 

W ciągu tych dwóch czy trzech sekund drugi przeciwnik Anakina uniósł amphistaffa 

i skręcił go w taki sposób, aby ten owinął się wokół głowy chłopca i ostrza, które Anakin 

podniósł  do  ramienia  w  bocznej  zasłonie.  Tylko  dzięki  temu,  że  wyłączył  broń,  zdołał 

uniknąć  skaleczenia  własnym  mieczem,  ale  teraz  amphistaff  miał  wolną  drogę,  aby 

owinąć mu się wokół szyi jak garo-ta. Anakin odruchowo sięgnął do gardła i upuścił broń. 

Yuuzhanin odwrócił się z dzikim wrzaskiem, zamierzając widocznie przerzucić Anakina 

przez ramię i przy okazji skręcić mu kark. Anakin pozwolił się przerzucić, ale stanął z wo 

jownikiem twarzą w twarz, z nietkniętym kręgosłupem. 

Nie  zdążył  nawet  zaczerpnąć  powietrza,  kiedy  wojownik  niemal  pogardliwie 

poderwał go w powietrze, trzymając za końce amphistaffa. 

background image

Yuuzhanin  zauważył  miecz,  który  uniósł  się  za  jego  plecami,  dopiero,  kiedy 

purpurowe ostrze wyszło mu z szyi. Wtedy upuścił Anakina. 

Niestety, amphistaffnie zaprzestał duszenia chłopca, a tymczasem jego drugi wróg też 

stanął na nogi. Anakin zdołał chwycić miecz na czas, aby zablokować tuzin ciosów, które 

spadły na niego, zanim poczuł, że traci siły. Jego krew domagała się tlenu, nogi wydawały 

się wyciosane z drewna. 

Cofnął się, unikając ataku, i upadł jak szmaciana lalka. Podczas króciutkiej przerwy, 

kiedy  jego  wróg  sądził,  że  chłopiec  naprawdę  zemdlał,  z  upadku  przeszedł  w  przewrót, 

wyminął Yuuzhanina i ciął go po obu nogach pod kolanami. 

A potem zanurzył się w głęboki kosmos. 

-  Jak  długo  mnie  nie  było?  -  zapytał  Anakin  Vuę  Rapuunga.  Yuuzhanin  odrzucił 

amphistaf", do tej pory owinięty wokół szyi chłopca. 

-  Tylko kilka uderzeń serca. Anakin poderwał się na nogi. 

-  Jest ich tu więcej? 

-  Zdolnych do walki - nie. Nie w tym pomieszczeniu. Może w pobliżu kręcą jacyś, 

nie wiem. 

Anakin skrzywił się i rozmasował sobie szyję. 

-  Zdaje się, że miało tu nie być żołnierzy. Przynajmniej twoim zdaniem. 

-  Myliłem się. Widocznie przybyli tu z jakiegoś powodu. 

-  Może wiedzieli, że się zbliżamy. 

-  Może, ale nie sądzę. To osobista gwardia komandora. 

-  Cudownie. Może jednak lepiej się pospieszmy. 

-  Nasz przewodnik uciekł, ale już go nie potrzebujemy. Musimy być całkiem blisko. 

Anakin rozejrzał się po ciałach powalonych żołnierzy. 

-  Nie sądzę, żebyś tego potrzebował - rzekł z powątpiewaniem - ale może wziąłbyś 

jeden z tych amphistaffów? 

-  Ślubowałem przed obliczem bogów, że dopóki nie zostanę przywrócony do łask w 

oczach mego ludu, nie podniosę broni wojownika - oznajmił uroczyście Rapuung. 

background image

-  Ach, tak. To nawet ma sens. - Anakin zrobił kilka kroków i rozrostował ramiona, 

żeby upewnić się, że wszystko działa. 

-  Nie podoba mi się obecność tych wojowników - mruknął Rapuung. 

-  Ja też za nimi nie przepadam. 

-  Nie  o  to  mi  chodzi.  Jeśli  są  tu  bez  pozwolenia  mistrzów  przemian,  może  to 

oznaczać, że przybyli, żeby jednego z nich aresztować lub coś mu zabrać. 

-  A mogą to zrobić? 

Vua Rapuung wybuchnął chrapliwym śmiechem. 

-  Zbyt  mało  wiesz  o  naszych  zwyczajach,  niewierny,  a  jeszcze  mniej  o  Me-zhan 

Kwaad. 

-  Ale co... - zaczął Anakin i nagle go oświeciło: - Tahiri! 

-  Chodź - rzekł Rapuung. - Wciąż jeszcze mamy czas. 

-  To tutaj - oznajmił Anakin. - Tutaj ją trzymali. 

Rozejrzał się szybko po pokoju. Właściwie nie przypominało to laboratorium, raczej 

pomieszczenie  do  wiwisekcji.  Wszystkie  powierzchnie  pokryte  były  żywymi  organami 

wewnętrznymi - niektóre z nich pulsowały i popiskiwały. Zazwyczaj wnętrzności tego nie 

robią. Jedna czwarta pomieszczenia oddzielona była przezroczystą membraną. 

-  Ona tu była - wyjaśnił Anakin. 

-  Oczywiście. 

-  Dokąd mogli pójść? 

  

-  Nie widzę żadnego innego wyjścia - odparł Rapuung. 

-  No to. . . - zanim skończył, wyczuł coś za plecami. Kolejna sekcja ściany stała się 

nagle  przezroczysta  i  przepuszczalna.  Wylała  się  z  niej  rzeka  wo  jowników  Yuuzhan 

Vong. Za nimi Anakin spostrzegł żółtą plamę włosów Tahiri. 

-  Tahiri! - wrzasnął i rzucił się na gromadę nieprzyjaciół. 

  

ROZDZIAŁ 

30 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Vua  Rapuung  wył  przeraźliwie.  Anakin  walczył  w  ponurym,  zaciętym  milczeniu. 

Rozpęd  zaniósł  ich  w  sam  środek  wojowników,  którzy  -  w  przeciwieństwie  do 

poprzednich  -  nie  działali  w  rozproszeniu  i  byli  przygotowani  na  walkę.  Anakin  i  jego 

towarzysz zostali wkrótce wypchnięci z powrotem do pierwszego wiwarium przez sześciu 

żołnierzy,  którzy  otoczyli  ich  ciasnym  kręgiem.  Druga  szóstka  -  z  której  jeden  był 

znacznie  gęściej  pokryty  bliznami  niż  pozostali,  a  zatem  prawdopodobnie  przywódca  - 

poprowadziła Tahiri i dwie kobiety, które wyglądały na mistrzynie przemian, w kierunku 

korytarza, którym przyszli Anakin i Vua Rapuung. 

-  Nie!  -  wrzasnął  Anakin.  Próbował  przebić  się  przez  pierścień  żołnierzy 

blokujących  mu  drogę,  ale  jeden  z  nich  zdołał  oplatać  mu  amphistaff  dokoła  kostki  i 

wykorzystać  moment  skoku,  aby  rzucić  chłopcem  o  podłogę.  Ana-kin  zamortyzował 

upadek  Mocą,  ale  jego  przeciwnik  za  gradzał  mu  drogę  do  drzwi,  a  stopa  wciąż  była 

uwięziona. To znaczy do chwili, kiedy Vua Rapu-ung walnął Yuuzhanina w tył głowy, aż 

poleciały zęby. Rapuung stanął nad Anakinem i przez kilka sekund nikt ich nie atakował. 

Wojownicy czujnym wzrokiem mierzyli Zhańbionego i Anakina. 

-  Vua Rapuung - warknął wreszcie jeden z nich. - Co tu robisz z tym niewiernym? 

Powinieneś znajdować się w wiosce zhańbionych i od kupywać swoje winy. 

background image

-  Nie  mam  nic  do  odkupywania  -  oburzył  się  Rapuung.  -  Zostałem  skrzywdzony. 

Wszyscy dobrze o tym wiecie. 

-  Wiemy to, co twierdzisz. 

-  Ty,  Tuloku  Naapie,  walczyłeś  u  mego  boku  jeszcze  kilkadziesiąt  cykli  temu. 

Wierzysz, że bogowie mnie przeklęli? 

Wo jownik, do którego się zwrócił, rozdął nozdrza, ale nie odpowiedział. Ten, który 

przemówił wcześniej, teraz zniżył głos: 

-  Kimkolwiek byłeś, czy zostałeś przeklęty, czy nie, najwyraźniej oszalałeś. Walczysz 

z niewiernym u boku przeciwko własnemu gatunkowi. 

-  Szukam zemsty - wyjaśnił Rapuung. - Mezhan Kwaad... Dokąd ona się wybiera? 

-  Mistrzyni przemian została zabrana na proces. Oskarżonoją o herezję. 

-  Wyrzuciliście ją z systemu? 

-  Tego nie wiem. 

-  Nie  mogę  na  to  pozwolić,  dopóki  nie  wyzna,  że  wyrządziła  mi  krzywdę.  A  ci, 

którzy staną mi na drodze, odlecą z życia na krwawych skrzydłach. 

-  Zatrzymamy cię  - zapowiedział Tolok Naap.  - Ale będziemy z tobą walczyć jak z 

wojownikiem, którym niegdyś byłeś. - Rzucił Rapuungowi swój amphistaff. - Weź broń. 

Nie każ nam zabijać bezbronnego. 

-  Do  tej  pory  zwyciężałem  bez  broni  -  odparł  Rapuung.  -  Czy  byłoby  tak,  gdyby 

bogowie mnie nienawidzili? 

-  Twoim  amphistaffem  jest  ten  Jeedai  -  zadrwił  jeden  z  nich.  -  Odłóż  go,  a  my 

również odłożymy broń. A wtedy zobaczymy, jak cię bogowie kochają. 

Rapuung obejrzał się na Anakina z błyskiem w oku. 

-  Odstąp, Jeedai. 

-  Rapuung, nie mamy czasu na zabawy. Tahiri. . . 

-  Jest z obiektem mojej zemsty. Jeśli stracimy jedną, stracimy też drugą. Załatwię to 

szybko. 

Anakin  wytrzeszczył  oczy,  po  czym  krótko  skinął  głową.  Odsunął  się  na  bok  i 

wyłączył miecz. 

background image

W  osiem  sekund  później  Anakin  koso  spojrzał  na  Rapuunga,  przełażąc  przez  stos 

trupów. 

-  Po  co  to  ja  ci  byłem  potrzebny?  -  zapytał.  -  Bo  zapomniałem.  Pobiegli  wzdłuż 

korytarza, zerkając na prawo i lewo w poszukiwaniu pułapek i zasadzek. 

-  Kiedy  dopadniemy  Mezhan  Kwaad  -  rzekł  Vua  Rapuung  -  musisz  tak  długo 

trzymać śmierć z dala ode mnie, dopóki nie wymuszę od niej wyznania. Dlatego jesteś mi 

potrzebny. 

-  Tyle mogę zrobić. 

-  Przysięgnij. Przysięgnij na tę twoją Moc, którą tak czcisz. Utrzymuj śmierć z dala 

ode mnie, dopóki ona nie przemówi. . . ani krócej, ani dłużej. 

-  Przysięgam - powiedział Anakin. - Oczywiście, jeśli w ogóle dotrzemy tak daleko. 

Ile czasu mamy, zanim przybędą posiłki? 

-  Niewiele. 

-  Wobec tego zabieramy się za to nie tak, jak trzeba. Zaraz wpadniemy w pułapkę, 

jaką na nas zastawili. 

-  I przejdziemy po ich grzbietach. 

-  Żaden z nas nie jest zrobiony z neutronium - zauważył Anakin. 

-  Nie będę się już ukrywał. 

-  Nie miałem na myśli ukrywania się - wyjaśnił chłopiec. - Tylko niewielką zmianę 

taktyki. 

-  Wyjaśnij. 

W odpowiedzi Anakin podniósł miecz i wyciął dziurę w niskim suficie. 

-  Podsadzić się? - zapytał. 

Kilka  chwil  później  Anakin  i  Vua  Rapuung  z  dachu  gwieździstego  kompleksu 

obserwowali wojowników okrążających wyjścia i wejścia na parterze. Yavin ukrył się już 

do połowy za horyzontem i teraz było znacznie  ciemniej niż wtedy, gdy wynurzali się z 

basenu przemian. Anakin wiedział, że słońce wkrótce wstanie. 

-  Szybko znajdą naszą drogę ucieczki - zauważył Vua Rapuung. 

background image

-  Wiem. Nie potrzeba mi dużo czasu. - Znów sięgnął poprzez Moc, szukając Tahiri. 

Była tam, ale jej obecność wciąż wydawała się ulotna, trudna do zlokalizowania. 

Tahiri, usłysz mnie. Muszę cię odnaleźć. Odpowiedzią była niechęć. 

Tahiri, znasz mnie. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Proszę. 

Tym  razem  wyczuł  słabe  wahanie  i  coś  jakby  krok  w  jego  kierunku.  Przez  chwilę 

widział skoczki koralowe i większe statki yuuzhańskie, na które nie miał nazwy. 

-  Sithowe nasienie! - krzyknął. - Wsiadaj na statek! Rapuung warknął gardłowo. 

-  Nie, nie wsiadają - dodał - Tędy. 

Wyskoczyli  na  zewnątrz  kompleksu  pomiędzy  promieniami  rozgwiazdy,  z  dala  od 

wszelkich  wyjść  i  prześliznęli  się  obok  tego  najsłabiej  strzeżonego,  niezauważeni  przez 

straże. Kolejne sto metrów doprowadziło ich do kompleksu portowego. 

Podobnie  jak  jego  kuzyn,  ten  damutek  również  miał  formę  rozłożystej  gwiazdy  z 

wejściami  i  wyjściami  na  czubkach  promieni.  Tu  jednak  basen  przemian  był  przykryty 

dziwną substancją, co pozwalało na lądowanie yuuzhań-skich statków. Tahiri i otaczająca 

ją  grupa  wojowników  wkroczyli  już  na  rampę  -  czy  też  język,  czy  cokolwiek  to  było  - 

jednego  z  większych  statków.  Około  pięćdziesięciu  innych  Yuuzhan  kręciło  się  przy 

różnych  czynnościach  w  całym  kompleksie.  Większość  miała  wygląd  zhańbionych,  ale 

widać  było  również  kilku  intendentów.  Anakin  zdusił  krzyk i  ruszył  pędem,  z  Rapuun-

giem depczącym mu po piętach bezszelestnie niczym cień. 

Kiedy znaleźli się w odległości około dwudziestu metrów od statku, usłyszeli krzyk. 

Trzej  wojownicy  strzegący  rampy  opadli  na  kolana  i  zasypali  ich  gradem  chrząszczy-

pocisków. Czas zwolnił swój bieg dla Anakina; zapalił i podniósł miecz, aby je odbijać. 

Trzy owady uderzyły w świetliste ostrze i odbiły się od niego pod różnymi kątami już 

jako węgielki. Żaden z nich nie zranił Anakina, ale Rapuung jęknął cicho. 

Nie  zwolnił jednak. Wpadli  na  trójkę  strażników  niczym czoło  cyklonu  i  wskoczyli 

na rampę pod kolejną lawiną chrząszczy. 

Tym  razem  Anakin  nie  miał  tyle  szczęścia.  Jeden  owad  przebił  mu  udo,  chłopiec 

upadł  na  kolano,  blokując  dwa  następne,  które  rozpłatałyby  mu  pierś  w  bardzo 

background image

nieprzyjemnych  miejscach.  Rapuung  zawył,  okręcił  się  i  padł  na  rampę  z  wilgotnym 

plaśnięciem. 

Anakin usiłował wstać. 

-  Stój, Jeedai - odezwał się lodowaty głos. 

To  przemówił  komandor.  Stał  obok  Tahiri  z  amphistaffem  owiniętym  wokół  szyi. 

Trzech pozostałych wojowników zasłoniło go sobą. 

-  Tahiri! - zawołał Anakin. 

-  To nie moje imię - odparła Tahiri. - Jestem Riina Kwaad. 

-  Jesteś  Tahiri,  moja  najlepsza  przyjaciółka  -  sprzeciwił  się  Anakin.  -Cokolwiek  ci 

zrobili, wiem, że mnie pamiętasz. 

-  Możesz  być  częścią  tych  kłamstw  niewiernych,  które  jej  wszczepiono  -odparła 

starsza mistrzyni przemian. - Ale niczym więcej. 

-  Dość - warknął komandor. - To bez sensu. Jeedai, jeśli przybyłeś jej na pomoc, to 

poniosłeś klęskę. Jeśli nie przestaniesz walczyć, zabiję ją tam, gdzie stoi. 

-  Czy  to  ta  słynna  odwaga  Yuuzhan  Vong?  -  zapytał  Anakin.  -  Ukrywać  się  za 

zakładniczką? 

-  Nie  zrozumiałeś  mnie.  Wiem,  kim  jesteś.  Jesteś  Anakin  Solo,  brat  Ja-cena  Solo, 

którego  tak  bardzo  pragnie  dostać  mistrz  wojenny  Tsavong  Lah.  Chcę, żebyś  się  poddał. 

Chcę  mieć  cię  żywcem.  Jeśli  nie  spełnisz  mojego  życzenia.  .  .  jeśli  zrobisz  jeszcze  choć 

jeden  krok,  by  zaatakować,  ta  samica  umrze.  A  potem  cię  okaleczę,  jeśli  zdołam.  A 

ponieważ  ta  metoda  może  skończyć  się  dla  ciebie  przypadkową  śmiercią,  wolał  bym  tę 

pierwszą. 

-  Pójdę zamiast niej - oświadczył Anakin. - Z własnej woli. Aleją musicie wypuścić. 

-  Cóż za dziecinada - odparł komandor. - Nic podobnego nie zrobię. Tylko że twoja 

decyzja zaowocuje dla niej życiem lub śmiercią. Ona należy do nas. 

-  Jeedai  -  zaskrzeczał  Vua  Rapuung,  chwiejnie  stając  na  nogi.  -  Pamiętaj  o  swojej 

przysiędze. 

Anakin z przerażeniem zauważył, że Rapuung zaciska dłonią ziejącą ranę w brzuchu. 

background image

Co  może  zrobić?  Komandor  zabije  Tahiri.  Był  tego  pewien,  a  w  swojej  obecnej 

kondycji nie zdołałby niczemu zapobiec. Jeśli jednak się podda, zdradzi tym samym Vuę 

Rapuunga. 

Rapuung  jednak  i  tak  umierał.  Jeśli  nawet  odzyska  honor,  czy  pomoże  to 

komukolwiek? 

Anakin położył dłoń na ramieniu towarzysza. 

-  Pamiętam o mojej przysiędze - rzekł. - Która to? 

-  Ta z dłonią o ośmiu palcach. Anakin podniósł wzrok na komandora. 

-  W porządku. Jeszcze tylko jedna sprawa, jeśli chcesz mnie żywcem. Nie będzie cię 

to nic kosztowało. 

-  Wątpię. Mów. 

-  Wezwij mistrzynię przemian imieniem Mezhan Kwaad, aby powiedziała prawdę. 

-  O czym? 

-  Niech odpowie na pytania, które zada jej Vua Rapuung. 

-  Nie widzę tu żadnego Vui Rapuunga - sztywno odparł komandor. 

-  Tylko zhańbionego, który nie zna swojego miejsca. 

-  To nie ja jestem zhańbiony - odezwał się Rapuung. - Zrób, jak mówi niewierny, a 

poznasz prawdę. 

-  Nie  ma  sensu  słuchać  bredni  tego  szaleńca  -  wtrąciła  Mezhan  Kwaad.  -  Walczy 

przy boku niewiernego Jeedai. Czy trzeba czegoś więcej? 

Za ich plecami plac powoli wypełnia się wojownikami i gapiami. 

-  Boisz się prawdy, Mezhan Kwaad? - rozległ się okrzyk z dołu. - Jeśli jest szalony, to 

cokolwiek powiesz, nie powinno ci zaszkodzić. 

Anakin obejrzał się przez ramię i zobaczył tego samego wojownika, który zatrzymał 

ich  pierwszego  dnia  -  Hala  Rapuunga,  brata  Vui.  Odpowiedział  mu  ogólny  pomruk 

aprobaty. 

-  Ilu  z  was  walczyło  razem  z  nim?  -  ciągnął  Hal.  -  Czy  kiedykolwiek  ktoś 

kwestionował odwagę Vui Rapuunga? Czy ktokolwiek wątpił, że bogowie go kochają? 

background image

-  Mezhan Kwaad ma rację - sucho odparł komandor. - Sam siebie ogłosił szaleńcem 

poprzez  swoje  zachowanie.  -  Obejrzał się  na  mistrzynię.  -  Skoro  jednak  dopatrzyłem  się 

już jednej zdrady Mezhan 

Kwaad.  .  .  zdrady  herezji,  nie  widzę  powodu,  aby  wątpić,  że  jest  zdolna  do  innych 

niegodziwości. Mistrzyni Mezhan Kwaad, wyzywam cię, abyś odpowiedziała szczerze na 

pytania, które Zhańbiony, niegdyś znany członek Domeny Rapuung, zechce ci postawić. 

Twoja  prawdomówność  nie  zależy  wyłącznie  od  twojego  honoru,  lecz  od  słuchacza 

prawdy, którego przygotowałem na przesłuchanie w tej drugiej sprawie. 

-  Nie poddam się takiej niegodnej procedurze - oburzyła się Mezhan Kwaad. 

-  Nie  masz  prawa  odmówić,  w  przeciwnym  razie  twoja  domena  zapłaci  najwyższą 

cenę. Odpowiedz na jego pytania i niech to wszystko już się skończy. 

-  Zadaj swoje pytanie, zhańbiony. 

-  Mam  tylko  jedno  -  odparł  Vua  Rapuung.  -  Mezhan  Kwaad,  czy  umyślnie  odarłaś 

mnie  z  implantów,  zainfekowałaś  moje  blizny,  przydałaś  mojemu  wyglądowi  znamion 

hańby? Czy to ty mi to uczyniłaś, czyzrobili to bogowie? 

Mezhan  Kwaad  spojrzała  na  niego  z  nieprzeniknionym  wyrazem  twarzy  i  uniosła 

głowę jeszcze wyżej. 

-  Nie ma bogów  - odparła. - To ja uczyniłam z ciebie tę nędzną kreaturę, którą się 

stałeś. 

Tłum eksplodował szaleństwem. 

Mezhan  Kwaad  rozpostarła  swoje  osiem  palców,  jakby  pozdrawiając  tłum.  Szybciej 

niż oko zdołałoby to uchwycić, palce wydłużyły się jak włócznie. Zanim komandor zdążył 

bodaj  mrugnąć,  jeden  szpon  przeszył  mu  oko  i  wyszedł  z  drugiej  strony  czaszki. 

Wojownicy  padli  bezgłośnie,  zamordowani  w  ten  sam  sposób.  Anakin  rzucił  się  do 

przodu,  ale  jeden  skręt  nadgarstka  mistrzyni  wbił  w  jego  ramię  palec-włócznię.  Każdy 

mięsień ciała chłopca skurczył się pod wpływem bólu i miecz świetlny z łomotem spadł z 

rampy. 

background image

Vua  Rapuung  rzucił  się  ku  niemu  jak  błyskawica,  ale  padł  po  zainkasowa-niu 

identycznej  rany  w  udo.  Leżał  z  twarzą  obok  twarzy  Anakina,  mrugając,  z  dziwnym 

wyrazem zmieszania na twarzy. Usta miał mokre od krwi. 

-  Jeedai. . . - wyrzęził, ale słowa utonęły w napadzie torsji. 

Ból zelżał, ale chłopiec stwierdził, że ostatnią częścią ciała, jaką może ruszać, są gałki 

oczne.  Zobaczył,  jak  Mezhan  Kwaad  unosi  coś  w  drugiej  ręce.  Coś,  co  przypominało 

niewielki orzech. 

-  To  huun  -  krzyknęła  tak,  aby  tłum  ją  usłyszał.  -  Uwalnia  truciznę  działającą  na 

nerwy,  której  wystarczy,  aby  zabić  wszystkich  po  kolei,  jak  tu  stoicie.  Ja  jestem  na  nią 

odporna.  Wasza  śmierć  będzie  bezużyteczna,  nie  posłuży  Yuuzhanom  Vong.  To 

komandor  Vootuh  i  ci  pozostali  są  prawdziwymi  zdrajcami.  Ja  jestem  Mezhan  Kwaad, 

odpowiadam  wyłącznie  przed  Najwyższym  Władcą  Shimrrą.  Kiedy  i  on  usłyszy  o  tym 

incydencie, przywróci tu porządek. Tymczasem zabieram ten statek, aby lepiej się bronić. 

Nie chcę wyrządzić szkody moim yuuzhańskim towarzyszom. Zrobię to tylko wtedy, gdy 

będę musiała. 

Tłum prowadzony przez Hala Rapuunga szedł już w górę rampy. Teraz przystanął. 

Mezhan Kwaad zwróciła się do swojej asystentki. 

-  Nen Yim, wciągnij tę dwójkę na pokład - wskazała na Anakina i umierającego Vuę 

Rapuunga. 

Młoda  adeptka  zawahała  się,  po  czym  ruszyła  w  kierunku  Anakina.  Przystanęła, 

widząc, jak miecz świetlny chłopca unosi się zza jego pleców. 

Mezhan  Kwaad  też  to  zobaczyła.  Wysłała  do  ciała  Anakina  potężny  impuls  bólu, 

który rozproszył jego myśli w bezładne strzępki. 

Miecz świetlny jednak wciąż płynął w powietrzu. Mezhan Kwaad podwoiła natężenie 

bólu. 

Wtedy  Tahiri  chwyciła  miecz  w  locie  i  zapaliła  go  z  lekkim  trzaskiem.  Na  twarzy 

Mezhan Kwaad ukazał się najpierw wyraz zdumienia, a potem ostatecznego zrozumienia 

zrozumienia, że to wcale nie Anakin. . . 

A potem Tahiri obcięła jej głowę. 

background image

Znieruchomiała  na  chwilę,  objęła  wzrokiem  swoje  dzieło  i  uśmiechnęła  się.  Anakin 

ujrzał  znów  swoją  wizję  starszej,  dojrzalszej  Tahiri,  otoczonej  ciemną  Mocą.  Usłyszał  jej 

bezlitosny, lodowaty śmiech. 

-  Tahiri - wykrztusił. 

Dopiero  teraz  spojrzała  na  niego  i  z  wahaniem  zrobiła  w  jego  kierunku  najpierw 

jeden krok, potem drugi. Opuściła koniec ostrza tak, że prawie dotykał jego policzka. 

  

 

-  Mój  przyjaciel  -  odezwała  się,  zniżając  głos  niemal  do  szeptu.  -Mój  najlepszy 

przyjaciel. Zostawiłeś mnie. 

Jej  oczy  nie  pasowały  do  uśmiechu.  Miały  ten sam  kolor co  zawsze,  ale  kiedyś  były 

ciepłe, pełne radości. Teraz wyglądały jak zamrożony chlor. 

-  Próbowałem cię odnaleźć - odpowiedział. - Przez cały ten czas. . . 

 

-  Nie jesteś prawdziwy - szepnęła. - Nic nie jest prawdziwe. Jesteś kłamstwem. 

Wytrzymał jej spojrzenie i ujrzał w nim pustkę. Wyczuwał wewnętrzną burzę, jaka w 

niej szalała. 

-  To nie kłamstwo, Tahiri. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Kocham 

cię. 

Ostrze ścięło kosmyk włosów, ale Anakin nawet nie mrugnął. 

-  Kocham cię - powtórzył, czując, jak nasiona jego wizji zaczynają wypuszczać pędy i 

korzenie. . . 

Tahiri przymknęła powieki, a kiedy je otwarła, chłopiec zobaczył te same, dobrze mu 

znane zielone oczy. 

-  Anakin?  Ty  naprawdę.  .  .  -  rozejrzała  się  wokół  siebie,  jakby  poraz  pierwszy 

zauważyła tłum. - O, to nie wygląda najlepiej. 

Anakin pojął, co miała na myśli. Po śmierci Mezhan Kwaad wojownicy wmieszani w 

tłum  wysunęli  się  na  czoło.  Uzbrojeni  po  zęby,  obserwowali  przedziwny  spektakl  z 

odległości kilku metrów. 

background image

Niedługo przestaną zadowalać się samym patrzeniem. 

-  Musimy się stąd wynosić - mruknął Anakin. 

-  I  to  jest  twój  plan?  -  zapytała  Tahiri  głosem,  który  przynajmniej  częściowo 

przypominał jej dawny. 

-  Hej, robię co mogę. Zatrzymam tłum, a ty biegnij do statku. 

-  Nie,  Anakinie.  Nie  boję  się  śmierci.  Nie  po  tym,  co  ze  mną  zrobili.  Choć, 

zabierzemy ze sobą tylu, ilu damy radę. - Podniosła miecz. Jejoczy znów stały się zimne. 

-  Czy mogę dostać z powrotem swoją własność? - uprzejmie zapytał chłopiec. 

Spojrzała  tak,  jakby  zamierzała  odmówić,  ale  wzruszyła  ramionami  i  podała  mu 

miecz. 

-  Jasne. To twoja broń. Ja swoją zgubiłam. 

Anakin  wziął  miecz,  chwiejnie  stanął  na  nogi  i  zwrócił  się  twarzą  do  zebranych 

wojowników. 

ROZDZIAŁ 

31 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Hal Rapuung podniósł amphistaff do pozycji na baczność. 

-  Jeedai, udowodniłeś, że jesteś wielkim wojownikiem. Będzie to dla mnie zaszczyt 

móc cię zabić. 

background image

-  Nie - wychrypiał ktoś za plecami Anakina. 

Vua Rapuung dokonał rzeczy niemożliwej: wstał. Wziął amphistaff z dłoni jednego z 

martwych strażników. 

-  Dopóki żyję, nikt z was nie będzie walczył z Jeedai. 

-  Vuo  Arpuungu  -  odezwał  się  jego  brat.  -  Wszyscy  słyszeliśmy,  co  powiedziała 

Mezhan Kwaad. Już nie jesteś zhańbiony. 

-  Nigdy nie byłem zhańbiony. Ale teraz wiesz już, że masz przed sobą wo jownika. 

-  Vuo  Rapuungu,  nie  -  zaprotestował  Anakin.  -  Dla  ciebie  to  już  koniec.  Rapuung 

zwrócił się ku niemu. 

-  Wkrótce umrę - rzekł. - Mogę ci dać tylko niewielką szansę. Bierz ją. Teraz. 

Znowu zwrócił się w stronę tłumu. 

-  Salut dla Jeedai! - krzyknął. - Salut krwi! 

Z  tymi  słowy  skoczył  pomiędzy  wojowników,  wywijając  amphistaffem.  Pierwszym 

ciosem  obalił  brata,  który  upadł  na  ziemię,  ale  żył  jeszcze.  Innych  zaatakował  z  o  wiele 

bardziej zabójczą precyzją. 

-  Anakin? - odezwała się Tahiri. 

-  Do  statku!  -  krzyknął.  Jeśli  zdoła  ją  usunąć  w  bezpieczne  miejsce,  będzie  mógł 

wrócić po Rapuunga. 

Jednak  większe  zobowiązania  miał  wobec  Tahiri.  Jeśli  będzie  próbował  pomóc 

Rapuungowi, zginą wszyscy troje. 

-  Potrafisz tym latać? - zapytała. 

 

-  Będziemy  się  martwić,  kiedy  uda  nam  się  wciągnąć  rampę.  Skoczyli  do  środka  i 

zaczęli gorączkowo szukać tablicy kontrolnej. 

-  Czego szukamy? - zapytała Tahiri. 

-  Jakiegoś przycisku, gładkiego miejsca. . . ogniska nerwowego. Nie wiem. 

-  Nie widzę nic takiego! To bez sensu! - zdenerwowała się. 

background image

Anakin  przesuwał  dłońmi  po  gąbczastym  wnętrzu  statku.  Tahiri  miała  rację.  Jeśli 

nawet nie potrafią podnieść rampy, to jaką mają szansę na to, że w ogóle ruszą to głupie 

bydlę? 

Prawdopodobnie  zerową,  ale  trzeba  spróbować.  Nie  doszedł  tak  daleko  po  to,  żeby 

teraz dać się pokonać. 

Widział,  jak  Vua  Rapuung  umiera.  Otaczała  go  sterta  ciał,  stał  w  niej  po  kolana,  co 

zmuszało  go  do  walki  w  nieruchomej  pozycji.  Jeden  amphistaff  uderzył  go  w  szyję  i 

wyszedł  w  okolicy  krzyża,  ale  zanim  Vua  Rapuung  zginął,  zdołał  jeszcze  własnym 

amphistaffem rozbić czaszkę tego, który zadał mu ranę. Potem upadł. 

Wtedy  reszta  wojowników  ruszyła  na  niego,  waląc  amphistaffami.  Po  jego  ciele 

rzucili się w kierunku rampy. 

-  Sithowe  nasienie  -  warknął  Anakin,  rozpierając  się  w  wejściu  i  wymachując 

rozjarzonym  ostrzem.  Postanowił,  że  zginie  przynajmniej  tak  samo  chwalebnie  jak  Vua 

Rapuung. 

-  Och!  - krzyknęła nagle Tahiri.  - Tsi dau poonsi. Tizowyrm przetłumaczył to jako 

„Usta niechaj się zamkn". 

Wessana  nagle  rampa  umknęła  spod  stóp  szarżujących  wojowników  i  właz  się 

zatrzasnął. 

-  Po prostu chyba trzeba wiedzieć, jak z tym rozmawiać - mruknę ła Tahiri. Siliła się 

na  lekki  ton,  ale  było  to  jak  parodia  jej  dawnej  osobo  wości.  Ona  też  to  czuła.  Oczy 

wypełniły jej się łzami. - Oni wsadzali mi do głowy różne rzeczy, Anakinie. Nie wiem już, 

co jest prawdziwe, a co nie. 

Dotknął jej ramienia. 

-  Ja jestem prawdziwy. I wyciągnę nas z tego. Wierz mi. 

Nagle  przytuliła  się  i  objęła  go  ramionami,  zanim  jeszcze  zdołał  poprosić,  żeby  to 

zrobiła. Była ciepła, drobna i miła w dotyku. Wtedy właśnie zraniona noga odmówiła mu 

posłuszeństwa. 

Szybko  odcięli  część  ubrania  Tahiri,  żeby  zrobić  z  niego  opaskę  uciskową.  Żywa 

tkanina  zachowała  się  nawet  lepiej  niż  się  spodziewali,  bo  po  pierwszym  szoku, 

background image

spowodowanym odcięciem od reszty, skurczyła się, być może w agonii. Anakin marzył o 

takiej leczniczej łatce, jaką miał Rapuung. Może znajdą coś takiego na statku. 

Natrafili na układ sterowniczy w tej samej chwili, kiedy cały statek zako-łysał się od 

potężnego trafienia. 

-  Niech to, szybko się wzięli do rzeczy - syknął Anakin. - Zastanawiam się, dlaczego 

jeszcze nie otwarli włazu. 

-  Zahermetyzowałam go - wyjaśniła Tahiri. - Teraz nie posłucha nikogo z zewnątrz. 

-  Skąd wiesz? 

-  Po prostu wiem. To znaczy. . . jestem pewna, że mają kogoś takiego, kto zdoła to 

otworzyć, ale nie zdążą, zanim się oderwiemy. 

-  Przyjmując, że w ogóle się oderwiemy - zgodził się Anakin, obrzucając wzrokiem 

układy  sterowania  i  walcząc  z  przypływem  rezygnacji.  Rozpoznał  villipa  i  koję 

przyspieszeniową,  ale  to  wszystko.  Z  „konsoli"  wystawały  przeróżne  nie  całkiem 

geometryczne  kształty,  otoczone  rozmaitością  łatek  o  różnych  barwach  i  teksturze.  Nic 

mu  to  nie  mówiło.  Nie  widać  było  żadnych  napisów  ani  liczb,  żadnych  mierników, 

żadnych  odczytów.  Ściany  pomieszczenia  też  były  nieprzejrzyste.  Nie  widział  nawet,  co 

wyprawiają  na  zewnątrz  Yuuzhanie.  Należało  się  jednak  domyślać,  że  przywlekli  jakąś 

gigantyczną ka-tapultę albo armatę. 

Statek zatrząsł się znowu i kilka łatek zalśniło mdłym blaskiem, co prawdopodobnie 

oznaczało jakieś uszkodzenia. 

-  No dobrze - westchnął Anakin. - Może rzeczywiście nie wszyst kim umiem latać. 

Tahiri  wzięła  do  ręki  coś  w  rodzaju  miękkiej  torby  leżącej  na  koi.  Torba  była 

połączona cieniutkim wężem z konsolą. 

-  Włóż to na głowę - zaproponowała. 

-  Masz  rację!  -  zawołał  Anakin,  nagle  sobie  przypominając,  o  co  chodzi.  -  Wujek 

Lukę nosił kiedyś na głowie coś takiego. To rodzaj bezpośredniego interfejsu do mózgu. 

Z  powątpiewaniem  spojrzał  na  przedmiot,  po  czym  przymierzył  go.  Natychmiast 

usłyszał odległy głos, mruczący coś, czego nie był w stanie zrozumieć. 

-  Tizowyrm nie tłumaczy - mruknął. - Ten kaptur chyba go omija. 

background image

Spróbował wydać umysłem kilka poleceń, ale bez skutku. 

-  Może być kiepsko - mruknął. - To chyba tak jak z lambentem. Bez dostrojenia nasz 

mózg nie połączy się bezpośrednio z technologią Vongów. 

-  Yuuzhan Vong - machinalnie poprawiła Tahiri. 

-  Racja. Może to tylko bariera językowa. Może. . . Tahiri, przymierz to. 

-  Nie jestem pilotem. 

-  Wiem, ale spróbuj. 

Tahiri wzruszyła ramionami i włożyła worek na głowę. Stwór zadrżał i dopasował się 

do jej rozmiaru. 

-  Och! - szepnęła. - Czekaj! 

Ściany  stały  się  nagle  przezroczyste,  chociaż  właśnie  kolejne  uderzenie  wprawiło 

statek w niekontrolowany dygot. Teraz Anakin widział, co się dzieje: inny statek, również 

stojący  na  lądowisku,  strzelał  do  nich  z  broni plazmowej.  Yuuzhanie  rozstąpili  się,  żeby 

umożliwić  mu  bezpieczne  strzały.  Anakin  pomyślał,  że  pewnie  zamierzają  się  przebić 

przez powłokę. . . skórę?. . . nie uszkadzając przy tym samego statku. 

-  Dobrze - mruknęła Tahiri, muskając palcami kolejne wiązki nerwowe. - Zobaczmy, 

co. . . auuu! 

Statek wyskoczył w górę niczym jeszcze żywy węgorz z patelni. Anakin jęknął i zaraz 

wrzasnął z radości, waląc Tahiri po plecach. 

-  Jeszcze nam się uda! - krzyczał. - Spadamy stąd! 

-  Dokąd? 

-  Gdziekolwiek! Po prostu leć! 

-  Ty  jesteś  kapitanem  -  odparła.  Damutek  nagle  uciekł  w  dół  i  stał  się  niewyraźną 

plamą. 

-  Nie najgorzej - mruknął chłopak. - Teraz gdybyś tylko mogła jeszcze sprawdzić, jak 

działa uzbrojenie. . . 

Tahiri krzyknęła nagle i zaczęła szarpać worek, aż zdarła go z głowy. 

-  Co się dzieje? 

-  To coś w mojej głowie! Każe mi wracać! Jeszcze kilka sekund i już by mnie miało! 

background image

-  Niedobrze  -  mruknął  chłopiec,  obserwując  błyskawicznie  zbliża  jącą  się 

powierzchnię planety. Wydało mu się, że widział to ostatnio zbyt wiele razy. Pewnie to 

wina zbyt dużej grawitacji. 

Zanim znaleźli właz i wydostali się na zewnątrz, Anakin usłyszał pomruk zbliżającego 

się statku Yuuzhan Vong. 

-  Tahiri  -  zwrócił  się  do  dziewczyny.  -  Pędź.  Ja  z  tą  moją  nogą  będę  cię  tylko 

zatrzymywał. 

-  Nie - odparła spokojnie. 

-  Proszę. Tyle przeszedłem, żeby cię uratować. Nie możesz tego zmarnować. 

Tahiri pogładziła go lekko po policzku. - Nie zmarnuję - szepnęła. 

-  Wiesz, o czym mówię. 

-  Wiem,  że  zawsze  wszystko  robiliśmy  razem.  Wiem,  że  jeśli  to  koniec,  to  nie  ma 

nikogo  innego,  kogo  bardziej  chciałabym  mieć  u  mego  boku.  Wiem,  że  wciąż  jeszcze 

możemy sprawić, że pożałują, iż w ogóle z nami zadzierali. 

- Ujęła go za rękę. 

Anakin mocno ścisnął podaną dłoń. 

-  Dobrze - zgodził się. - Razem to razem. 

Statek  nie  potrzebował  dużo  czasu,  żeby  ich  znaleźć  -  nie  zdołali  zalecieć  dalej  niż 

kilometr  za  rzekę.  Nie  był  to  też  odpowiednik  śmigacza,  lecz  coś  znacznie  większego, 

rozmiarów korwety. 

Tahiri delikatnie, nieśmiało dotknęła Anakina poprzez Moc i wtedy po raz pierwszy 

chłopiec  zrozumiał,  co  jej  naprawdę  zrobiono:  ból  i  zamęt,  koszmarne  wrażenie 

nierealności. Wlał w nią strumień współczucia i siły. Więź wzmacniała się z każdą chwilą. 

Dziewczyna  ściskała  jego  palce  coraz  silniej,  aż  wreszcie  opuścił  przed  nią  -  przed 

obojgiem - ostatnie bariery i Moc przepłynęła przez niego jak huragan. 

Tahiri zaśmiała się. Nie był to śmiech dziecka. 

„ Razem jesteście silniejsi niż suma was obojga" - powiedział kiedyś Ikrit. Razem. 

Wyrwali  z  ziemi  tysiącletnie  drzewo  Massasich  i  wystrzelili  je  pionowo  w  górę. 

Zanim uderzyło w statek Yuuzhan Vong, miało już prędkość śmi-gacza. Wyrżnęło prosto 

background image

w dovin basala i rozszczepiło się, powodując obrót  statku. Kolejne drzewo wyskoczyło z 

ziemi,  jeszcze  jedno.  .  .  i  jeszcze  jedno.  Statek  zawisł  w  powietrzu,  strzela  jąc  do  drzew 

kłębami płynnej plazmy. Widać było, że załoga nie całkiem rozumie, co się dzieje. Jedno z 

drzew uderzyło w wyrzutnię plazmy i cała jedna strona statku eksplodowała płomieniem. 

Teoretycznie  Jedi  mogą  używać  Mocy  bez  wysiłku  i  bez  zmęczenia.  W  praktyce 

rzadko tak bywa. 

Anakin i Tahiri przekroczyli już granice swoich możliwości i teraz szybko opadali z 

sił. 

Statek  zakołysał  się,  płynny  ogień  ściekał  kroplami  ze  stopionej  broni,  ale  wciąż 

jeszcze  wisiał  nad  nimi,  a  tam,  skąd  przybył,  było  jeszcze  wiele  innych.  Anakin  mocno 

ścisnął dłoń Tahiri. 

-  Razem - szepnął. 

  

Powietrze  nad  nimi  zawyło  i  rozjarzyło  się  czerwonymi,  ostrymi  promieniami 

pulsującego światła, które cięły statek Yuuzhan Vong jak warzywo. W chwilę później kula 

ognia, zbyt jasna, by na nią patrzeć, ugodziła pojazd w to samo, otwarte już miejsce. Statek 

Yuuzhan  Vong  był  już  trupem,  lecącym  w  dół  jak  kamień.  Anakin  spojrzał  w  górę  z 

rozdziawionymi ustami. 

Z nieba spływał kolejny statek - wykonany z metalu i szkła, a nie z żywego koralu. 

Był to zdezelowany transporter Remisa Vehna, najpiękniejszy przedmiot, jaki Anakin 

oglądał w swoim życiu. 

Opadał na repulsorach z otwartym włazem. 

Qorl wystawił głowę na zewnątrz. 

- Na co czekacie? - zawołał. - Wskakujcie na pokład. 

  

ROZDZIAŁ 

32 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Talon Karrde wzrokiem drapieżnego gada śledził celownik skanera dalekiego zasięgu. 

Pomimo  to  doskonale  wiedział,  kiedy  Kam  Solusar  wszedł  do  kajuty  i  stanął 

bezszelestnie za jego plecami. 

-  Co jest? - zapytał Jedi. 

-  Czujniki dalekiego zasięgu twierdzą, że jakiś transporter właśnie opuścił atmosferę 

Yavina Cztery - wyjaśnił Karrde. 

-  Kilka chwil  temu  poczułem  niewiarygodny  skok  Mocy  -  zastanowił  się  Solusar.  - 

Jestem pewien, że to sprawka Anakina, a może i Tahiri. 

-  Wyczuwasz ich teraz? Czy są w tym transporterze? 

 

-  Myślę, że muszą tam być. Karrde potrząsnął głową. 

-  To  mało.  Skoro  już  zapuszczam  się  tak  głęboko  na  terytorium  Yuuzhan  Vong  z 

dużą szansą na to, że ani jeden statek z mojej floty nie powróci, to wolałbym wiedzieć na 

pewno. A może to tylko jeden lub dwóch maruderów z Brygady Pokoju, którzy ukrywali 

się po drugiej stronie Yavina? 

-  To Anakin - zapewnił go Solusar. Karrde rozluźnił mięśnie ramion. 

-  No cóż, to brzmi lepiej. Oczywiście pod warunkiem, że mówisz to pewnym tonem 

- odparł. - Doskonale. 

Obejrzał się na swoją załogę. 

-  Wygląda na to, że mamy to, na co czekaliśmy. Zmiana celu misji. 

background image

Do tej pory tylko staraliśmy się przeżyć i zbierać zbłąkanych nieprzyjaciół. Z tego, co 

się orientuję, Yuuzhanie wykorzystują nas jako tarczę strzelniczą i do odsiewania idiotów 

z ich materiału genetycznego. 

-  Zaczną  się  zachowywać  inaczej,  kiedyruszymy,  żeby  przejąć  tamten  statek. 

Prawdopodobnie zaczną w nas strzelać wszystkim, co mają pod ręką, a my znajdujemy się 

na  takiej  pozycji,  że  niewątpliwie  dostaniemy.  Możemy  zapomnieć  o  posiłkach  z  Nowej 

Republiki,  musimy  sobie  radzić  sami.  Jeśli  są  jakieś  wątpliwości  na  temat  naszych 

planowanych działań, chciałbym je usłyszeć teraz. 

Powiódł  wzrokiem  po  mostku  i  ekranach,  na  których  widniały  twarze  kapitanów 

pozostałych statków. Odpowiedziało mu milczenie. 

-  Kiedy nie byliśmy z tobą, kapitanie?  - zapytała Shada z „Układu Idiot". Jej uwaga 

została przyjęta chóralną owacją. Serce Karrde'a ścisnęło się 

z dumy. 

-  Wspaniale, dzieci - powiedział. - No to do roboty. 

Zaledwie Anakin wszedł na pokład, powitała go seria pisków i świergotów. 

-  Hej, Fiver, ja też się cieszę, że cię widzę - zawołał. 

-  Wracaj  do  roboty,  ty  mały  mechaniczny  leniuchu  -  warknął  Vehn  przez  ramię  z 

fotela  pilota.  -  A  ty,  rycerzu  w  gorącej  wodzie  kąpany,  do  działka.  Zobaczymy,  czy  uda 

nam się wstrząsnąć tym warzywniakiem. 

-  Lepiej się czuję przy sterach - odparł chłopiec, obserwując Yavin Cztery znika jący 

po sterburcie. 

-  Po tym, co z nim zrobiłeś ostatnio? - zapytał Vehn. - Nie, dzięki, serdeczne dzięki, 

ale dość demolki jak na ten jeden raz. 

-  To twó j statek - zgodził się Anakin. 

-  Masz cholerną rację. 

Anakin nad ramieniem pilota spojrzał na ekran. 

-  Niezłe fory - zauważył. 

-  Aha. Statki Yuuzhan potrzebują więcej czasu, żeby wyjść z atmosfery. Ale jak już 

raz wyjdą, to nas dogonią. 

background image

-  Jaki mamy plan? 

-  Gnać szybko, aż im zwiejemy. 

-  I to wszystko? 

-  Hej, tylko improwizuję. Skarżysz się, że ci uratowałem tyłek? 

-  Nie - odparł chłopiec. - Właściwie myślałem o tym, żeby ci podziękować, ale teraz 

już nie jestem taki pewny. 

-  Daj  spokój,  bo  się  zaraz  rozpłaczę.  Jeśli  masz  jakiś  plan,  daj  mi  znać.  Anakin 

rozejrzał się po rozgwieżdżonym niebie. Był słaby, bardzo słaby, 

ale wydawało mu się, że coś wyczuwa. 

-  Podaj mi czujniki dalekiego zasięgu - szepnął. 

 

-  Przykro  mi,  ale  nic  z  tego.  Pracowaliśmy  nad  tym,  kiedy  te  potworne  bliźniaki 

powiedziały mi, że czują, że potrzebujesz pomocy. Przerwaliśmy naprawę i daliśmy gazu. 

-  Sannah, Valin - zawołał ich Anakin i gestem nakazał, żeby podeszli. -Wyczuwacie 

tam coś? 

-  Jasne - odparł Valin po chwili. - Kam Solusar. . . jest gdzieś tam. 

-  Tak - dodała Sannah. - Ja go też czuję. 

-  Jestem za słaby, żeby mieć pewność, Tahiri też. Powiedzcie Vehnowi, gdzie. 

Valin  przez  chwilę  bacznie  obserwował  przestrzeń  na  ekranie,  wreszcie  wskazał 

punkt około dziewięćdziesięciu stopni na sterburtę. 

-  Tam. 

-  Tam? - zapytał Vehn. - I to ma być kierunek? 

-  Mamy hipernapęd? - wtrącił Anakin. 

-  Nie. 

-  To proponuję, żebyś ustawił kurs tak, jak pokazuje Valin. Inaczej przerobią nas w 

gwiezdny pył. 

-  Lepsze to, niż dać się znowu złapać - szepnęła Tahiri. 

-  No  dobrze  -  zgodził  się  Vehn.  -  Do  tej  pory  te  małe  potworki  miały  rację, 

przynajmniej dziś. 

background image

Anakin ruszył w stronę siedzenia drugiego pilota, ale Vehn położył na nim rękę. 

-  Tu siedzi Qorl - zaoponował. 

-  Ja  ustępuję  -  wtrącił  Qorl.  -  Każdy  Solo,  którego  znam,  jest  lepszym  pilotem  ode 

mnie. 

-  Nie bądź niemądry - odparł Anakin. - Nawet gdyby to była prawda, jesteś w lepszej 

kondycji do latania niż ja. Przepraszam, że się wpychałem. Wy dwaj tworzycie dobrą parę. 

Mężczyźni spojrzeli po sobie. 

-  Qorl dał mi pewien. . . pogląd na sprawy - wyjaśnił Vehn. 

-  Częściej  przy  użyciu  buta  niż  czegokolwiek  innego  -  odparł  stary,  ale  i  on  się 

uśmiechał. 

-  No cóż  - niezręcznie odezwał się Anakin.  - Dziękuję wam obu. Przylecieliście po 

mnie i Tahiri, chociaż mogliście po prostu uciec. 

-  Żartujesz chyba - przerwał mu Vehn. - Żeby te małe potworkizmieniły mi mózg w 

trociny? 

-  I tak jeszcze nie koniec wszystkiego. Już dwa razy byłem zestrzeliwany na Yavinie 

Cztery. Nie mam szczęścia, jeśli chodzi o wychodzenie z tego systemu. 

-  To prawda - odparł Anakin. - Ale i tak jesteśmy bliżej niż byliśmy. 

-  Skoro już o tym mowa, będziemy mieli randkę z Yuuzhanami za jakieś pół godziny 

- oznajmił Vehn. 

-  Tak szybko nas doganiają? 

-  Nie. Już tam są. 

-  Idę na wieżyczkę - oznajmił Anakin. 

-  Dobra. Pokaż im przynajmniej, że zamierzamy się bronić - mruknął Vehn. 

-  Transporter został zaatakowany przez Yuuzhan Vong, sir - zameldowała H'sishi. - 

Oberwali kilka razy, ale wciąż lecą prosto w naszą stronę. 

-  Jak długo? - zapytał Karrde. 

-  Jeśli  damy  prosty  kurs,  nie  więcej  niż  dwadzieścia  minut.  Ale  jeśli  to  zrobimy, 

staniemy się doskonałym celem dla tej blokady, która się tam tworzy. 

background image

-  Ale  jeśli  polecimy  okrężną  drogą,  nie  dotrzemy  do  nich  przedtym  pseu-

doniszczycielem. Dankin, kurs prosto na nich. „Układ Idiot", „Etherway" i „ Dymisja" będą 

nas eskortować. 

-  Sir, to nie są nasze najlepiej uzbrojone statki. 

-  Ale tylko one mogą nas dogonić, prawda? Spokojnie, stabilny kurs. 

-  Doskonale, sir. Będziemy w ich zasięgu za dziesięć minut. . . Jeżeli nie mają czegoś, 

o czym nie wiemy, choć ostatnio z Yuuzhanami to właściwie reguła. 

Anakin obserwował skoczka koralowego, przesuwającego się ku rufie. Nie zniszczył 

go  jeszcze.  Dwa  pierwsze  strzały  zostały  wessane  przez  anomalię  grawitacyjną 

wytwarzaną  przez  dovin  basala,  a  trzeci  tylko  ją  osłabił.  Mały  stateczek  nie  miał  jednak 

wystarczającej  prędkości,  żeby  pozostać  w  okolicy  transportera.  Na  razie  skoczki  były 

tylko utrapieniem, nawet niezbyt dużym. 

Bardziej  martwił  go  niszczyciel,  powoli  opuszczający  się  nad  nim  po  ster-burcie,  a 

jeszcze  bardziej  to,  że  niewiele  zza  niego  widział.  O  ile  się  orientował,  pomiędzy  nim  a 

Talonem Karrde 'em mogła czekać cała yuuzhańska flota. Jeszcze raz próbował dosięgnąć 

znajomej obecności Karna Solusara i tym razem przez krótką chwilę wydało mu się, że ją 

znalazł.  Ale  Kam  mógł  równie  dobrze  być  o  całe  lata  świetlne  w  tamtym  kierunku  -  a 

może to w ogóle tylko pobożne życzenia. Nie miał żadnej pewności. 

Miał  za  to  absolutną  pewność,  że  niszczyciel  już  wkrótce  dobierze  im  się  do  skóry. 

Mógł mieć tylko nadzieję, że Vehn ma w zanadrzu parę sztuczek. 

-  Bezpośrednie trafienie w „Układ Idioty" - zameldowała H'sishi. 

-  Shada, jesteś tam? - zapytał Karrde przez komunikator. 

-  Wciąż jestem, szefie. Połaskotali nas, ale i tak nadążamy. 

-  Jeszcze jeden taki strzał i jesteście jonami - zdenerwował się Karrde. -Odpadajcie. 

Już dość zrobiliście. 

-  Przepraszam,  szefie,  ale  nic  nie  słyszą.  Coś  się  dzieje  z  moim  komunikatorem. 

Trzymaj się, jesteśmy blisko. 

Moc  w  „  Szalonym  Karrdezie"  nagle  gwałtownie  spadła  i  zaraz  wróciła  do  normy. 

Powłoka  aż  zadygotała  od  odległej  wibracji  Dwa  statki  eskortujące  nie  były  w  stanie 

background image

ochronić  ich  przed  wszystkim.  „Dymisja"  zmieniła  się  w  kulę  ognia  już  w  pierwszej 

wymianie strzałów, prawdopodobnie z całą załogą na pokładzie. 

Z dobrą załogą. Później będzie ich opłakiwał, kiedy będzie miał na to czas. 

Zobaczył, jak „Układ Idioty" dostaje ostatni strzał wprost w silniki, statek rozjarzył się 

pióropuszami plazmy, na rufie zatańczyły ogniki wyładowań. 

-  Wynoś się stamtąd, Shada! - wrzasnął w komunikator. Brak odpowiedzi. 

-  „Układ  Idioty"  wciąż  leci  równo  z  tamtym  niszczycielem,  sir  -  zameldowała 

H'sishi. - Nie rozumiem tego. Jej silniki przepadły, a reaktor jest bliski stanu krytycznego. 

Karrde zamrugał. 

-  Shada! - warknął i rzucił się do Dankina. - Dwa stopnie na sterburtę i tak trzymaj. 

-  Co on robi, sir? 

-  Trzyma ich na promieniu ściągającym. Chyba przekierowali na niego moc. Całą. 

W chwilę potem „Układ Idioty" zniknął w kuli oślepiająco białego światła, zabierając 

przy okazji duży kawał yuuzhańskiego niszczyciela. 

-  Shada  -  jęknął  Karrde  i  nagle  poczuł  się  bardzo  zmęczony.  W  ciągu  swego  życia 

stracił więcej przyjaciół niż wrogów. Patrzył śmierci w twarz zbyt wiele razy, aby jeszcze 

zachować  złudzenia.  Pewnego  dnia  los  zwróci  się  przeciwko  niemu  i  on  także  zginie. 

Wydawało  mu  się  jednak,  że  z  wszystkich  ludzi,  których  znał,  Shada  przeżyje  go  na 

pewno. 

-  Jeden niszczyciel załatwiony - zgrzytnął zębami. - Jeden przed nami. 

-  Właśnie straciliśmy „ Etherwa", sir - szepnęła H'sishi. 

-  Zniszczony? 

-  Nie. Nie ma zasilania. 

-  Zostaliśmy tylko my. 

-  Tak. 

-  Przeciwko nim wszystkim. 

-  Chyba  że  chce  pan  czekać  na  cała  resztę,  sir.  Ja.  .  .  sir,  za  nami!  Karrde  zobaczył 

statek na ekranie i tylko rutyna sprawiła, że serce nie 

skoczyło mu do gardła. 

background image

Jednostka,  która  się  pojawiła  niemal  tuż  nad  nimi,  była  imperialnym  niszczycielem 

gwiezdnym. 

Czerwonym imperialnym niszczycielem gwiezdnym. 

-  Komunikat, sir - odezwał się Dankin. 

-  Przełącz. 

Na ekranie pojawiła się brodata ludzka twarz. 

-  No dobrze, Karrde - warknął brodacz. - Podejrzewam, że ciebie także będę musiał 

wyciągać  z  tego  bagna.  Mam  nadzieję,  że  znajdziesz  coś  przyzwoitego,  żeby  mi  to 

wynagrodzić. 

-  Booster Terrik! 

-  A któż by inny? 

-  Jestem pewien, że coś wygrzebię w magazynie. 

-  Na razie nieważne. Gdzie mój wnuk? 

-  Zdaje się, że na tym transporterze, który zaraz zostanie połknięty przez ten wielki 

statek yuuzhański. 

-  Tylko to chciałem wiedzieć. Zobaczymy się po drugiej stronie, Karrde. 

-  Po drugiej stronie czego? 

-  Mgławicy, którą zaraz wyprodukuję. Ekran pociemniał. 

-  No cóż, moi drodzy - odezwał się Karrde. - Mamy całkiem nową grę. Rozegrajmy ją 

dobrze. 

Anakin  utrzymywał  ciągły  ogień  z  turbolasera,  aż  kaskady  stopionego  koralu  yorik 

spływały  po  powłoce  statku  niszczyciela.  Wróg  ledwie  zdawał  się go  zauważać,  nawet  z 

całkiem bliskiego zasięgu, w jakim się znaleźli -kilkadziesiąt metrów od powierzchni. 

Musiał przyznać, że Vehn radzi sobie całkiem nieźle  - podlatuje blisko, aby uniknąć 

dużych  dział,  i  wywija  skomplikowany  spiralny  taniec  wokół  osi  statku,  uchylając  się 

przed  grawitacyjnymi  mackami  dovin  basala.  Gdyby  odlecieli  za  daleko,  mogliby  mieć 

mniej szczęścia. Jeden porządny strzał z dużego działa plazmowego i już po nich. 

-  Hej tam, nie spać - zatrzeszczał głos Vehna. - Wystrzeliwują skoczki koralowe. 

background image

Anakin  to  widział.  Yuuzhanie  Vong  nie  dokowali  myśliwców  w  śluzach,  ale 

transportowali  je  poprzyczepiane  do  całej  powłoki  statku.  Anakin  zdążył  już  przyszpilić 

kilka nieaktywnych, ale teraz zaczęły się odczepiać całe ich ro je. 

-  Musisz  je  trzymać  na  dystans,  Solo  -  warknął  Vehn  głosem  pełnym  desperacji.  - 

Jeśli spróbujemy im uciec, dopadną nas niszczyciele. 

-  Zrozumiano  -  odparł  Ąnakin.  Potem  nie  miał  już  czasu  mówić.  Całym  ciałem  i 

duszą skoncentrował się na dziko tańczących organicznych 

formacjach wroga. Nie wiedział nawet, skąd ma zacząć je liczyć. 

Nadlatywały,  a  on  je  zestrzeliwał.  Złapał  rytm  -  raz-dwa-trzy.  Pierwszy  strzał  w 

anomalię grawitacyjną, żeby ją wyczerpać, Drugi  - tuż poza horyzontem zdarzeń. Statek 

przesunie  się,  żeby  go  przechwycić,  a  wtedy  trzeci  strzał  zazwyczaj  trafi  w  cel.  Nieraz 

skoczek  zdołał  pochłonąć  wszystkie  trzy  strzały,  czasem  spójne  światło  zabłysło  na  tyle 

blisko  anomalii,  że  zostawało  przez  nią  ugięte.  Najczęściej  jednak,  przy  odpowiednim 

rytmie, był w stanie umieścić ten trzeci strzał tam, gdzie sobie tego życzył. 

Nie  mógł  jednak  powystrzelać  wszystkich.  Transporter  podskakiwał  i  jęczał 

rozpaczliwie,  gdy  stopiona  plazma  dokonywała  dzieła  zniszczenia.  Ana-kin  ignorował 

wstrząsy i walczył w ponurym milczeniu. 

Vehn  też  się  nie  odzywał,  jeśli  nie  liczyć  przekleństwa  od  czasu  do  czasu.  Wszyscy 

mieli już dość gadania. 

Jeden strzał wroga przedostał się przez zaporę ogniową Anakina i odbił się od kokpitu 

wieżyczki,  pozostawiając  na  transparistali  nadtopione  pasmo.  Anakin  wycelował  w 

śmiałka, ale tamtego już nie było. Odwrócił się z powrotem, by dopaść drugiego, którego 

dostrzegł kątem oka, i uderzył go pełną mocą. Skoczek zawirował, po czym wyprostował 

kurs. 

W jego kierunku. Anakin z absolutnym spokojem strzelał raz za razem i obserwował. 

Anomalia  połknęła  pierwszy  strzał,  drugi  odchylił  się  szerokim  łukiem.  Za  to  trzeci 

trafił  w  sam  środek.  Stateczek  z  błyskiem  zniknął  z  pola  widzenia,  ale  kokpit  został 

zasypany strumieniem ostrych odłamków, jakby wpadł w pole asteroid. 

Pojawiły się pierwsze pąjęczynki pęknięć. 

background image

Jeszcze jeden strzał, a będę oddychał próżnią, pomyślał Anakin. 

Ale  w  żadnym  wypadku  nie  mógł  opuścić  wieżyczki.  Upewnił  się,  czy  zatrzasnął 

blokadę odcinającą go od reszty statku. Nie musiał wszystkich zabierać ze sobą. 

Zestrzelił  jeszcze  dwa  skoczki,  kiedy  trzy  następne  w  formacji  klinowej  ruszyły 

wprost na niego. Wziął głęboki, uspokajający oddech i zaczął strzelać, ale wiedział, że nie 

da rady wszystkim. 

Rzeczywiście, wystrzelił jeszcze ze dwa razy, po czym uszkodzony laser przegrzał się 

i  przeszedł  na  chwilę  w  stan  odpoczynku.  Anakin  beznamiętnie  wodził  wzrokiem  za 

nadlatującymi skoczkami. Sięgnął w Moc w nadziei, że znajdzie jakieś odłamki i obrzuci 

nimi stateczki. 

Zaczął się zastanawiać, co to za uczucie, kiedy krew zaczyna wrzeć. 

Wyczuł ich w Mocy w tej samej chwili, kiedy skoczki rozbryznęły się w oślepiająco 

białej kuli światła, a dwa X-skrzydłowce wyskoczyły zza rozszerzającej się chmury gazów 

i odłamków koralu. Komunikator ożył. 

-  Pomóc ci, braciszku? 

-  Jaina! 

-  Ale nas wplątałeś w aferę, Anakinie - odpowiedział mu męski głos. 

-  Jacen! Gdzie. . . jak. . . ? 

-  Wyjaśnienia potem - przerwała Jaina. - Kto pilotuje tę balię? 

-  To ja - wtrącił Vehn. 

-  No  to  wynoś  się  stąd  i  to  szybko  -  poleciła.  -  My  dopilnujemy,  żeby  was  nie 

dopadły te szczeniaki. Corran Horn też tu jest. Prawie mi żal Yuuzhan. 

-  Ale jeśli odlecę. . . 

-  Uwierz mi, braciszku - wpadła mu w słowo. - Nie pożałujesz, jeśli odlecisz. 

Anakin  wydał  z  siebie  głębokie  westchnienie  ulgi,  kiedy  turbolaser  obudził  się  do 

życia. 

-  Mam tylne wyjście - oznajmił rodzeństwu. - Tylko oczyśćcie mi drogę. Vehn, rób 

lepiej to, co ci każą, 

-  Jak sobie życzysz - sarkastycznie odparł pilot. 

background image

A potem tylko otworzył usta i westchnął. Anakin nie wiedział dlaczego, dopóki nie 

znaleźli się po drugiej stronie „Błędnej Wypraw". Tymczasem statek Yuuzhan rozjarzył się 

ogniem niczym supernowa. 

Anakin  gapił  się  w  transparistalowe  okno  i  śmiał  tak  szeroko,  że  mógłby  połknąć 

półksiężyc w poprzek. 

Karrde'owi nie było do śmiechu, kiedy w standardowy dzień później statki Yuuzhan 

wreszcie  podwinęły  ogon  i  wykonały  skok  w  nadprzestrzeń.  Obserwował  dryfujące 

szczątki statków wroga i swoich, ponuro szacując własne straty. 

Tak, za stary już był na takie wariactwa. 

-  Kapitanie, wiadomość do ciebie. 

Przez chwilę miał ochotę ją zignorować, ale w tym momencie - tuż po walce - mogło 

to być coś naprawdę ważnego. 

-  Przełącz, H'sishi. 

W  chwilkę  później  na  ekranie  pojawiła  się  szczupła  twarz  mężczyzny  w  średnim 

wieku. 

-  Corran  Horn  -  powitał  go  Karrde.  -  Miło  cię  widzieć.  Byłeś  na  niszczycielu 

gwiezdnym teścia? 

-  Kiedy Jacen i Jaina nas znaleźli, rzeczywiście tak było. I. . .  - Twarz skurczyła mu 

się  na  chwilę,  po  czym  znów  przybrała  obojętny  wyraz.  -  Kar-rde,  chciałem  ci 

podziękować za uratowanie mojego syna i innych dzieci. Wiem, ile cię to kosztowało. 

Nic nie wiesz, pomyślał Karrde. 

-  Proszę  bardzo  -  odpowiedział  na  głos.  -  Kiedy coś  obiecuję,  robię  wszystko,  żeby 

dotrzymać obietnicy. 

-  W  tym  jesteśmy  do  siebie  podobni  -  podkreślił  Horn.  -  Zawsze  spłacam  mo  je 

długi. A teraz jestem twoim wielkim dłużnikiem. 

Karrde przyjął to wyznanie lekkim skinieniem głowy. 

-  Cieszę  się,  że  twój  syn  jest  zdrów  i  cały.  Czy  mogę  coś  jeszcze  dla  ciebie  zrobić? 

Przepraszam,  że  jestem  taki  lakoniczny,  ale  jakoś  nie  mam  w  tej  chwili  nastroju  do 

rozmowy. 

background image

-  Zaraz dam ci spokój. Oczywiście to nawet w części nie wyrównuje mojego długu, 

ale mam coś dla ciebie. 

-  Co? 

-  Właściwie  powinienem  powiedzieć:  kogoś.  -  Horn  odsunął  się,  a  na  jego  miejscu 

pojawiła się smutna twarz Shady D'ukal. 

-  Shada! 

-  Dajże spokój, Karrde - odpowiedziała. - Chyba nie sądziłeś, że będę na tyle głupia, 

aby  zostać  na  płonącym  statku?  Gdy  tylko  nas  złapali,  wszyscy  uciekliśmy  w  kapsułach 

ratunkowych.  Horn  nas  namierzył  swoim  X-skrzydłowcem,  robiąc  szeroką  spiralę  w 

kierunku gazowego giganta. - 

Zmrużyła oczy i uważniej spojrzała na ekran. - Hej, szefie, co z twoim okiem? 

-  Ten cholerny wentylator rozpyla kurz - odparł Karrde, mruga niem pozbywając się 

podejrzanej wilgoci. - A ty zbieraj swój szanowny tyłek i wracaj, 

  

żebyśmy mogli podyskutować, jak zamierzasz mi spłacić 

„Układ Idiot". 

Shada przewróciła oczami. - Do zobaczenia, szefie. 

Pomimo wszystkich strat Talon Karrde pozwolił sobie wreszcie na dyskretny, leciutki 

uśmieszek. Właściwie dlaczego nie? Przecież zwyciężyli. 

  

EPILOG 

-  Nie  wierzyłam,  że  znajdziemy  Boostera  -  wyznała  Jaina  z  pełnymi  ustami.  -  Już 

byłam gotowa porwać „Cień Jadę" i lecieć na Yavin. 

Kiedy Booster nie chce dać się znaleźć, potrafi zniknąć jak nikt. 

-  A co robił? - spytał Anakin. 

-  Przemycał broń dla hutyjskiego podziemia, jeśli chcesz wiedzieć 

-  odrzekła.  -  Właśnie  się  zastanawiałam,  dokąd  uda  się  Booster,  kiedy  zechce 

przyłożyć rękę do tej wojny i dalej ciągnąć z niej zyski bez moralnego kaca. 

-  Żartujesz. 

background image

-  Nie zaszkodziło, że Corran był z nim  - dodał Jacen. - Dzięki temu wyczuwaliśmy 

go w Mocy. 

-  Ale i tak. . . 

-  Jacen  jest  skromny  -  przerwała  mu  Jaina.  -  Spędził  mnóstwo  czasu  pogrążony  w 

głębokiej medytacji, usiłując znaleźć Corrana. To nie był przypadek. 

-  Naprawdę imponujące - przyznał Anakin. 

-  Dziękuję,  Anakinie  -  odrzekł  Jacen,  jakby  zaskoczony.  Zmarszczył  czoło,  co 

niesłychanie upodobniło go do ojca. - W porządku, mały? 

Anakin kiwnął głową. 

-  Tak, właściwie tak. Oczywiście noga jeszcze mnie boli, nawet z plastrem z bacty, 

ale poza tym chyba wszystko w porządku. Nawet lepiej niż w porządku. 

-  Co masz na myśli? - zapytał Jacen podejrzliwie. Anakin przez chwilę przeżuwał w 

zadumie. 

-  Do  tej  pory  nie  potrafiłem  patrzeć  na  Yuuzhan  Vong  inaczej,  jak  tylko  jak  na 

wrogów - wyjaśnił. 

-  Bo to są wrogowie - zapewniła go Jaina. 

-  Tak - przyznał Anakin. - Tak samo jak Imperium. Ale mama i ojciec, i wujek Lukę 

musieli  przynajmniej  wyobrazić  sobie  ludzi,  z  którymi  walczyli,  poza  Palpatine'em 

oczywiście, jako potencjalnych przyjaciół. 

W  końcu  właśnie  tak  wujek  Lukę  zniszczył  Imperatora,  prawda?  Potrafił  sobie 

wyobrazić Dartha Vadera jako ojca, jako przyjaciela. Yuuzhanie Vong. . . no cóż, szczerze 

mówiąc nigdy nie chciałem nawet myśleć o nich w ten sposób. 

-  Nie  ułatwiają  nam  tego,  to  fakt  -  mruknęła  Jaina.  -  Wiesz  przecież,  co  się  stało  z 

Elegosem, kiedy próbował ich zrozumieć. 

-  Chcesz powiedzieć że tobie udało się to, czego nie potrafił zrobić Elegos? - zdziwił 

się Jacen. 

-  Czy  ich  rozumiem?  Nie,  nie  całkiem.  Ale  i  tak  mam  o  nich  większe  pojęcie  niż 

przedtem. Mogę zacząć myśleć o nich jak o ludziach, a to duża różnica. 

Jacen skinął głową. 

background image

-  Oczywiście  masz  rację.  Czy  to  oznacza,  że  już  nie  zamierzasz  z  nimi  walczyć?  A 

może spróbujesz popracować nad zawarciem pokoju? 

Anakin zamrugał. 

-  Chyba  żartujesz!  Musimy  z  nimi  walczyć,  Jacenie.  W  każdym  razie  ja  muszę.  Po 

prostu teraz wiem już lepiej, jak się do tego zabrać. 

Mars powrócił na czoło Jacena. 

-  Jesteś pewien, ze wyciągnąłeś z tej całej historii właściwą naukę? 

-  zapytał ostrożnie. 

-  Nie obraź się, Jacenie, ale chyba dam sobie spokój z zastanawianiem się, jaką naukę 

mógłbym z tego wyciągnąć, gdybym był kimś innym. Szczerze mówiąc, gdybym był kim 

innym, nie sądzę, żebym przeżył tak długo, by się czegokolwiek nauczyć. 

-  Powiedz  Boosterowi,  że  musimy  ewakuować  statek  -  wtrąciła  Jaina.  -Anakin 

nadyma się w takim tempie, że zaraz rozerwie kadłub. 

-  Wierz  mi  albo  nie  -  powiedział  chłopiec  -  ale nie  powiedziałem  tego z  dumą.  Po 

prostu stwierdziłem fakt. 

-  Duma  jest  bardzo  zdradliwa  -  ostrzegł  Jacen.  -  Potrafi  się  dobrze  ukryć.  Mam 

nadzieję,  że  znajdziesz  czas  na  długą  rozmowę  z  wujkiem  Lukiem.  Chyba  że,  twoim 

zdaniem, również on niczego cię już nie może nauczyć. 

-  Mów za siebie, Jacenie - odciął się Anakin. 

-  I nie zapominaj, że w ostatecznym rozrachunku to my wyciągnę liśmy twój zadek 

z ognia - dorzuciła Jaina. 

Anakin pozwolił sobie na tajemniczy uśmieszek. 

-  Przecież  właśnie  to  chciałem  dać  do  zrozumienia,  nie  zauważyłaś?  Kiedy 

powiedziałem, że nikt inny nie przeżyłby tak długo, miałem właśnie na myśli to, że nikt 

inny w całej galaktyce nie ma takiego rodzeństwa jak wy dwoje. 

Wziął swoją tacę i wstał, hamując śmiech na widok ich rozdziawionych 

ust. 

-  A  teraz  przepraszam  was  -  dodał.  -  Muszę  się  z  kimś  zobaczyć.  Anakin  znalazł 

Tahiri w jej kajucie. Przez uchylone drzwi widział, że 

background image

dziewczyna leży na łóżku z bosymi stopami opartymi o ścianę, a wzrok ma wbity w 

okno z transparistali i odległą mgłę jądra galaktyki. Anakin poskrobał palcem we framugę. 

-  Cześć - rzucił. 

-  Cześć. Wejdź, jeśli chcesz. 

-  Jasne. - Przysiadł na krawędzi łóżka. 

-  Nie było cię na kolacji - zaczął. - Myślałem, że coś ci przyniosę. Umieścił pojemnik 

z posiłkiem na łóżku. 

-  To dzieło Corrana. Zdaje się, że ostatnio nic, tylko gotuje. 

-  Dzięki - odparła. Odwróciła głowę i po raz pierwszy spojrzała mu w oczy. 

-  Co się z nią stało? - zapytała. - Co się stało z bazą mistrzów przemian? 

-  Jesteś  pewna,  że  chcesz  o  tym  usłyszeć?  Za  każdym  razem,  kiedy  ktoś  próbuje 

poruszyć ten temat. . . 

-  Wtedy nie byłam gotowa o tym mówić. Teraz jestem. 

-  Dobrze.  No  cóż,  Booster  właściwie  ją  usmażył.  Karrde  i  jego  ludzie  ewakuowali 

niewolników.  Niedługo  gdzieś  ich  wysadzimy.  Oczywiście  Yuuzhanie  mogą  wrócić, 

ponieważ zostawiliśmy system właściwie bez obrony, ale na to nic nie możemy poradzić. 

-  Nie - zgodziła się. - Nie możemy. Zdaje się, że to koniec naszej akademii. 

-  Ależ skąd! Akademia nigdy nie była miejscem. To myśl, to idea. 

Po prostu teraz będziemy się uczyć w biegu. Booster pozwolił dzieciakom z akademii 

pozostać  na  „Błędnej  Wyprawi".  Będzie  skakał  tu  i  tam  po  galaktyce,  aż  wreszcie 

znajdziemy dla nich jakieś bezpieczne miejsce. 

-  Bezpieczne? - syknęła Tahiri. - Jak można w ogóle mówić o bezpieczeństwie? Jak 

cokowiek  w  ogóle  może  być.  .  .  -  słowa  uwięzły  jej  w  gardle.  Szybko  odwróciła  głowę, 

żeby spojrzeć w przestrzeń. 

-  Tahiri, wiem, co czujesz - szepnął Anakin. 

Przymknęła oczy. Spod zaciśniętych powiek wypłynęły dwie łzy. 

-  Jeśli ktokolwiek może coś wiedzieć na ten temat, to pewnie ty - odrzekła po chwili. 

-  To, co ci zrobili, było straszne, wiem. . . 

-  To, co oni mi zrobili? Anakinie, ja ucięłam głowę Mezhan Kwaad. 

background image

-  Musiałaś. 

-  Chciałam. Spodobało mi się to. 

-  Ona  cię  torturowała.  Próbowała  zniszczyć  wszystko,  czym  jesteś.  Nie  możesz  się 

obwiniać o chwilę gniewu. 

-  Myślę, że ona rzeczywiście zniszczyła wszystko to, czym byłam 

-  odparła Tahiri. - Kiedy ją zabiłam, to był także mój koniec. 

-  Nie - zapewnił ją Anakin. - To nieprawda. Chyba wiem, co mówię. Zgodzisz się ze 

mną? To, co najlepsze, wciąż jest w tobie, Tahiri. 

-  Wszystko to moja wina - upierała się. - Mistrz Ikrit umarł z mojego powodu, ludzie 

Karrde'a też zginęli przeze mnie. 

-  No  nie,  w  tym  ja  powinienem  być  lepszy  -  zaprotestował.  -  W  obwinianiu  się  o 

wszystko po kolei. Mogę cię nauczyć, jak się to robi. 

Właściwie, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, z pewnością znajdziemy jakiś sposób, 

żeby  zwalić  na  ciebie  winę  przede  wszystkim  za  to,  że  Yuuzhanie  w  ogóle  trafili  na  tę 

galaktykę.  -  Przekrzywił  głowę.  -  Nie.  ..jednak  wolę,  żebym  to  ja  był  temu  winien.  Na 

ciebie możemy zwalić 

Palpatine'a, jeśli chcesz. 

Tahiri zmarszczyła brwi. 

-  Odkąd to zrobiłeś się taki gadatliwy? - zapytała. 

-  Nie wiem. A odkąd ty zaczęłaś zacinać się na każdym słowie, jakby trzy czy cztery 

naraz miały rozerwać ci gardło? 

Kąciki jej ust zadrgały lekko i uniosły się w górę, choć jeszcze słabo przypominało to 

uśmiech. 

-  Możesz się zamknąć? Wolałam cię takim, jaki byłeś przedtem. 

-  Ja ciebie też. 

Przez chwilę w milczeniu obserwowali gwiazdy. 

-  Dokąd  teraz  pójdziemy?  -  zapytała,  kiedy  milczenie  stało  się  już  zbyt  męczące.  - 

Wrócimy, żeby walczyć z Yuuzhanami? 

-  W końcu pewnie tak. 

background image

-  Chcę iść z tobą. 

-  Dlatego powiedziałem „w końc". Zostanę tu przez jakiś czas. 

Dopóki  nie  wyzdrowiejesz.  Dopóki  ja  nie  wyzdrowieję.  A  potem,  jeśli  w  dalszym 

ciągu będziesz chciała pójść, pójdziemy. Razem. 

Nie odpowiedziała, ale po raz pierwszy od opuszczenia Yavina wyczuł w niej coś w 

rodzaju nadziei. 

-  Adeptko Nen Yim. Wystąp. 

Nen  Yim  złożyła  głęboki  ukłon  i  stanęła  przed  mistrzem  wojennym,  Tsa-vongiem 

Lahem. 

-  Po  pierwsze,  żądam  sprawozdania  ze  zniszczenia  kompleksu  mistrzów  przemian. 

Potem będę miał do ciebie inne pytania. 

-  Tak, mistrzu wojenny. Na twój rozkaz. . . 

-  Wydałem ten rozkaz. Mów. 

-  O bitwie w przestrzeni nie wiem nic, mistrzu wojenny. Wiele z naszych statków 

zginęło  na  ziemi  lub  podczas  walk  w  atmosferze.  A  potem  zaatakowano  damuteki  z 

powietrza. Zostały zniszczone tak, że nie dały się uleczyć. 

-  To akurat jest oczywiste. Mów dalej. 

-  Potem  bombardowania  ucichły  i  niewierni  zaczęli  lądować.  Z  początku  nie 

wiedzieliśmy, dlaczego. Dłuższe bombardowanie wybiłoby nas wszystkich bez ryzyka dla 

niewiernych. Tymczasem wielu z nich padło ofiarą wojowników. 

-  Nie  znasz  tych  niewiernych  tak  dobrze,  jak  ci  się  wydaje.  Ich  przywiązanie  do 

własnego gatunku prowadzi do bezsensownych czynów. 

-  Zgadzam  się,  mistrzu  wojenny.  To  jasne,  że  ich  celem  było  odzyskanie 

niewolników. 

-  A ty gdzie wtedy byłaś? 

-  Ukryłam się pomiędzy zhańbionymi, mistrzu wojenny. Myślałam, że prawdziwych 

członków kast będą brać do niewoli. 

-  To było tchórzostwo, mistrzyni. 

background image

-  Proszę  o  wyrozumiałość,  mistrzu  wojenny,  ale  miałam  inne  powody  niż  strach  o 

własne życie. 

-  Wyjaśnij je. Byle krótko. 

-  Moja pani, Mezhan Kwaad, została zamordowana przez Jeedai, którą poddawaliśmy 

przemianie. 

-  Nie dałyście sobie z tym rady. 

 

-  Przeciwnie, mistrzu wojenny. Jeszcze kilka cykli i byłaby nasza. Gdyby nie wtrącił 

się ten drugi Jeedai... 

-  Tak  -  warknął  mistrz  wojenny.  -  Ten  drugi.  Solo.  Jeszcze  jeden  Solo.  Odszedł 

gwałtownie, ale zatrzymał się i okręcił na pięcie. 

-  Mistrz  Yal  Plaath  nie  zgadza  się  z  tobą,  adeptko.  Twierdzi,  że  twoja  mistrzyni 

potajemnie  praktykowała  herezję,  a  wszelkie  wyniki,  jakie  otrzymałyście,  są  splamione 

bluźnierstwem. 

-  Mistrz Yal Plaath to szacowny mistrz przemian. Podobnie jakm Me-zhan Kwaad. 

Nigdy nie miała możliwości zareagować na te oskarżenia, a jak nie mogę przemawiać w jej 

imieniu.  Powiem  ci  jednak,  mistrzu  wojenny,  że  to,  czego  dowiedzieliśmy  się  na  temat 

Jeedai,  było  bardzo  cenne.  Ma  wielką  wartość  dla  Yuuzhan  Vong.  Zapisy  z  damuteka 

zostały zniszczone, moja mistrzyni nie żyje. Dlatego ukryłam się pomiędzy zhańbionymi, 

aby chronić tę informację. 

-  Zrobiłaś to bez powodu. Niewierni nie brali jeńców. 

-  Nie, mistrzu wojenny. Ale wtedy o tym nie wiedziałam. 

-  Zgadzam  się.  To  dziwny  gatunek.  Nie  trzymają  niewolników,  nie  składają  ofiar. 

Nie cenią jeńców. Nie wszczynają wojen, żeby ich zdobyć. Uważają ich za niepotrzebny 

ciężar lub monetę, za którą mogą odzyskać własnych nędznych pobratymców. Paskudna i 

bezbożna mieszanina gatunków. 

-  Jeśli mogłabym poprosić cię o opinię, mistrzu wojenny. . . dlaczego nas nie zabili, 

kiedy już dostali to, czego chcieli? Trupy nie są ciężarem. 

-  Są słabi. Nie posiedli zrozumienia życia i śmierci. 

background image

Machnął  dłonią  na  znak,  że  zakończył  temat,  po  czym  znów  zwrócił  spojrzenie  na 

Nen Yim. 

-  Ta sprawa została bardzo źle rozwiązana, zarówno przez mistrzów przemian, jak i 

przez  wojowników  -  orzekł  wreszcie.  -  Gdyby  Tsaak  Vootuh  nie  zginął,  zabiłbym  go 

osobiście. A ciebie oddałbym na ofiarę. 

-  Jeśli  śmierć  jest  moim  przeznaczeniem,  mistrzu  wo  jenny,  jeśli  to  właśnie 

przewidzieli dla mnie bogowie, przyjmę ją. Ale powtarzam: to, czego się dowiedziałyśmy 

o Jeedai, nie może zginąć wraz ze mną. Daj mi przynajmniej szansę zarejestrować to, co 

wiem, w ąahsie światostatku. 

Okrutne spojrzenie mistrza wojennego nie drgnęło nawet. 

-  Zostanie ci dana taka możliwość. Nie zniwecz tego, jak uczyniła to twoja mistrzyni. 

-  A jeśli schwytamy kolejnych Jeedai? Czy prace nad nimi zostaną wznowione? 

-  Wasza  domena  poniosła  porażkę.  Nie  dostaną  drugiej  szansy  pracy  z  Je-edai. 

Domena Plaath przejmie pracę nad tym problemem. 

Więc  nigdy  go  nie  rozwiążą,  pomyślała  Nen  Yim.  Nie  miała  oczywiście  odwagi 

powiedzieć tego mistrzowi wojennemu w twarz. 

-  A domena Kwaad? - zapytała. 

  

-  Światostatki są stare. Trzeba się nimi opiekować. 

Nen  Yim  poważnie  skinęła  głową,  ale  żołądek  skurczył  jej  się  boleśnie.  Znów  na 

światostatek,  do  zamkniętych  przestrzeni  i  gnijącego  maw  luur.  Znów  będzie  służyć 

mistrzom  tak  pogrążonym  w  dawnych  wierzeniach,  że  pozwoliliby  raczej  zginąć 

Yuuzhanom, niż dopuścić do zmian. 

Niech będzie i tak. Ale w głębi serca Nen Yim wciąż uważała, że to Me-zhan Kwaad 

jest jej mistrzynią. Postara się sama kontynuować prace, które tamta rozpoczęła. Były zbyt 

ważne. A jeśli będzie musiała za nie zginąć, cóż, mus to mus. Chwalebna herezja przetrwa. 

-  Poddaję się twojej woli, mistrzu wojenny - skłamała. 

background image

-  Jeszcze jedna sprawa, zanim odejdziesz - odezwał się Tsavong Lah. -Spędziłaś wiele 

czasu pomiędzy zhańbionymi, zanim przybyła odsiecz. Czy słyszałaś o nowej herezji, jaka 

podobno krzewi się między nimi, a dotyczy Jeedai? 

-  Słyszałam, mistrzu wojenny. 

-  Wyjaśnij mi ją. 

-  Zhańbieni  żywią  dla  nich  pewien  szczególny  podziw,  mistrzu  wojenny.  Wielu 

uważa,  że  Vua  Rapuung  został  podniesiony  ze  statusu  zhańbionego  przez  Jeedai  Solo. 

Wielu także sądzi, że ich własne odkupienie nie leży w modlitwie do Yun-Shuno, lecz w 

Jeedai. 

-  Czy możesz podać imię kogoś, kto wyznaje tę herezję? 

-  Kilku osób, mistrzu wojenny. 

-  Podaj więc. Niechaj ta herezja zginie w zarodku, tu, na tym księżycu, choćby każdy 

Zhańbiony po kolei miał zginąć w chwalebnej ofierze. 

Nen  Yim  skinęła  głową  twierdząco,  ale  w  duchu  powtarzała  sobie  jedno:  Represje 

zawsze były ulubioną pożywką dla herezji. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

PODZIĘKOWANIA 

 

Wielkie  dzięki  dla  Shelly  Shapiro,  Sue  Rostoni,  Jima  Luceno  i  Troa  Den-ning  za 

pomoc podczas tworzenia rękopisu; Mike'owi Stackpole'owi, za radę i zapewnienie, że to 

będzie  świetna  zabawa,  oraz  Krisowi  Boldisowi,  Enrique  Guerrero  i  Lisie  Collins  za 

skrupulatne sprawdzanie faktów i edycji.