background image

  

MROCZNY PRZYPŁYW II 

 

INWAZJA 

 

MICHAEL STACKPOLE 

Przekład 

KATARZYNA LASZKIEWICZ 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

background image

Do fanów Gwiezdnych Wojen:   

  

Wasza wiedza i poświęcenie sprawiają, że pisanie tych   

książek to prawdziwe wyzwanie.   

Wasze  umiłowanie  wszechświata  sprawia,  że  ich  pisanie  jest  tak  bardzo  satysfakcjonujące. 

Do następnego razu…   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 1 

  

   

Shedao Shai stał w swojej kajucie, głęboko w trzewiach żywo-statku „Dziedzictwo Udręki”. 

Wysoki  i  smukły,  o  długich  członkach  zakończonych  haczykowatymi  wyrostkami  na 

nadgarstkach,  łokciach,  kolanach  i  piętach,  wojownik  Yuuzhan  Vong  stanął  wyprostowany  jak 

struna.  Rozłożył  ramiona  dłońmi  na  zewnątrz.  Cienka,  umięśniona  pępowina  łączyła  statek  z 

kapturem  percepcyjnym,  który  wojownik  miał  na  sobie.  Delikatny  przewód  wił  się  po 

koralowych ścianach kabiny, wszczepiony w tkankę nerwową statku.   

Shedao Shai wiedział i  widział to, co wiedział i widział jego statek, zawieszony na orbicie 

nad  Dubrillionem.  Otaczała  go  tylko  pustka  przestrzeni,  a  pod  stopami  powoli  wirowała 

błękitno-zielona kula planety. Pas asteroid wyginał się ku niemu ruchomym łukiem, a w oddali 

bury Destrillion unosił się w mrocznej pustce jak nieśmiały kochanek.   

Tak  właśnie  muszą  czuć  się  bogowie,  pomyślał  Shedao  Shai,  pozwalając,  by  krótkie  jak 

jedno  uderzenie  serca  wahanie,  wywołane  bluźnierczą  myślą  przebiegło  dreszczem  jego  ciało. 

Odsunął  strach,  wiedząc  że  Yun-Yammka,  bóg  zwany  również  Oprawcą  pozwoliłby  mu  na  tę 

chwilę  dumy  w  nagrodę  za  odebranie  niewiernym  tak  wielu  światów.  Kapłani  zapowiedzieli 

ludowi  Yuuzhan  Vong,  że  ich  nowy  dom  będzie  właśnie  tutaj,  na  obszarach  zwanych  przez 

niewiernych  Nową  Republiką  a  na  Shedao  Shai  ciążyła  przerażająca  odpowiedzialność  za 

poprowadzenie ataku, który proroctwo kapłanów zamieni w rzeczywistość.   

Używając  zmysłów  statku  jak  swoich  własnych,  Shedao  pozwolił,  by  ograniczenia  i  troski 

jego  ciała  rozpłynęły  się  we  wszechogarniającym  intelekcie,  kontemplującym  widok 

rozciągający się wokół. Lud Yuuzhan Vong podróżował z daleka na ogromnych światostatkach, 

szukając nowego domu. Zwiadowcy zlokalizowali tę galaktykę przeszło pięćdziesiąt lat temu, a 

raport tych, którzy przeżyli, nadał realne kształty proroctwu Najwyższego Władcy - oto w końcu 

ich  nowy  dom  był  w  zasięgu  ręki.  Od  kiedy  wysłani  do  niej  agenci  przeniknęli  w  szeregi 

zamieszkujących  ją  ras  i  dane  wywiadowcze  popłynęły  szerokim  strumieniem  na  światostatki, 

dorosło całe nowe pokolenie, wychowane i wyszkolone w jednym celu - by oczyścić galaktykę z 

niewiernych.   

Shedao  Shai  uśmiechnął  się,  spoglądając  w  dół  na  Dubrillion.  Zgodnie  z  wyświechtanymi 

teoriami  militarnymi  nawet  najdoskonalszy  plan  może  zawieść,  gdy  zabraknie  jedności  w 

background image

szeregach  -tak  jak  stało  się  tutaj.  Nom  Anor,  agent  i  prowokator  Yuuzhan  Vong,  uknuł  wraz  z 

braćmi  ze  swojej  kasty  zwiadowców  spisek,  uzurpując  dla  siebie  rolę  wojowników. 

Przedwczesny  atak  został  odparty  przez  Nową  Republikę,  choć  nie  bez  strat  ze  strony 

niewiernych. Pierwotne cele ataku Shedao Shai musiały zatem ulec zmianie, tak aby umożliwić 

dopełnienie podboju i tym samym zmyć plamę na honorze Yuuzhan Vong.   

Dowódca  Yuuzhan  Vong  zacisnął  w  pięść  prawą  dłoń,  uśmiechając  się  szerzej.  Gdybym 

mógł zacisnąć palce na twym gardle, Nomie Anorze, pomyślał, moja rozkosz nie miałaby granic. 

Wojownik  nie  zaprzątał  sobie  głowy  zastanawianiem  się,  jak  kapłani  i  pozostali  zwiadowcy 

tłumaczyli  sobie  postępek  Noma  Anora  -  wystarczyło  mu  osobiste  przekonanie,  że  bogowie  z 

pewnością go ukarzą.   

Kiedy  powrócisz  do  Changing,  Nomie  Anorze,  myślał  dalej,  twoja  niegodziwość  zostanie 

odpowiednio wynagrodzona.   

Shedao  Shai  sięgnął  myślami  do  wspomnień  zgromadzonych  w  „Dziedzictwie  Udręki”. 

Dobył  zapis  jednego  z  niewolników,  który  wcześniej  pełnił  służbę  jako  żołnierz  podczas 

pacyfikacji  Dubrillionu.  Niska,  krępa,  gadopodobna  rasa  humanoidów  zwanych  Chazrachami 

dobrze  służyła  wojownikom  Yuuzhan  Vong  w  czasie  ich  wojen.  Niektórzy  z  Chazrachów 

uczestniczyli  nawet  w  kilku  bitwach  na  tyle  ważnych,  by  dostąpić  zaszczytu  włączenia  do 

najniższej kasty wojowników. Shedao Shai przywdział wspomnienie jak maskera ooglith, czując 

się nieco dziwnie w ciele dużo niższej istoty. Przyzwyczajenie się do niewygody przebywania w 

tak drobnym ciele zajęło mu chwilę, potem jednak przezwyciężył to uczucie i zaczął przeżywać 

misję Chazracha na planecie, nad którą teraz krążył.   

Misja nie była specjalnie ambitna. Chazrach i jego oddział dostał zadanie zniszczenia jednej 

z  kolonii  niewiernych,  gnieżdżących  się  w  gruzach  stolicy  Dubrillionu.  Każdy  z  Chazrachów 

miał przy sobie kufi - duży, obosieczny nóż - i hodowlę amfistafów, znacznie krótszych niż te, 

których  używali  wojownicy  Yuuzhan  Vong.  Były  one  nie  tylko  mniejsze,  przez  co  lepiej 

przystosowane do wzrostu Chazrachów, ale i nie tak elastyczne, ponieważ niewolnicy wydawali 

się  genetycznie  niezdolni  do  przyswojenia  sobie  umiejętności  niezbędnych,  by  móc  w  pełni 

wykorzystać  możliwości  amfistafów.  Shedao  Shai  uniósł  ramiona,  nadal  nie  czując  się 

swobodnie  w  przybranym  ciele,  ale  zatopił  się  umysłem  we  wspomnieniu.  Oczami  Chazracha 

widział,  jak  żołnierze  zagłębiają  się  w  wąskim,  ciemnym  przejściu.  Jego  nozdrza  zaatakował 

kwaśny odór, który przyprawił Chazracha o szybsze bicie serca. Dwóch jego ziomków zaczęło 

background image

się  przepychać  do  przodu,  gdy  przesmyk  się  rozszerzył.  Chazrach  dotknął  swojego  amfistafa  i 

uniósł go do góry, pozwalając, by wyminął go kolejny z niewolników. Czerwony promień energii 

rozświetlił  ciemność,  na  jedną  krótką  chwilę  rozpraszając  cienie  i  eksplodując  w  szeregach 

Chazrachów. Jeden z niewolników chwycił się za twarz, osmaloną i całą w pęcherzach, a potem z 

krzykiem okręcił się dookoła. Chazrach, przez którego Shedao obserwował scenę, minął rannego 

towarzysza i zaczął się rozglądać, gdy dźwięk metalu uderzającego o kamień i skrzesana w ten 

sposób iskra zaalarmowały go o nowym niebezpieczeństwie.   

Na  występie  muru  nad  ujściem  korytarza  ukrył  się  jeden  z  niewiernych.  Cisnął  ciężką 

metalową  sztabą,  która  odbijając  się  o  sufit  pomieszczenia,  skrzesała  snop  iskier.  Sztaba  ze 

świstem  leciała  w  stronę  głowy  Chazracha,  ale  ten  odbił  ją  swoim  amfistafem  i  zamachnął  się 

jego ostrym ogonem. Amfistaf wbił kolczasty ogon w mięsień łydki mężczyzny, z której trysnęła 

słona krew, gdy Chazrach szarpnięciem uwolnił amfistafa. Niewierny zaczął spadać, koziołkując 

w powietrzu. Wylądował ciężko na plecach. Kości pękły z trzaskiem, a ranny stracił władzę w 

dolnej  części  ciała.  Krew  nadal  tryskała,  pulsując,  z  rany  na  nodze.  Mężczyzna  spróbował 

zatamować  krew  i  w  tym  momencie  ujrzał  nad  sobą  Chazracha.  Strach  rozszerzył  mu  oczy, 

białka  niemal  wyszły  na  wierzch.  Zaczął  coś  mówić  płaczliwym,  proszącym  tonem,  ale  jedno 

szybkie plaśnięcie amfistafa płaskim końcem po szyi uciszyło go na zawsze.   

Wszędzie  dookoła  Chazracha  wrzała  walka.  Wystrzały  z  Masterów  rozświetlały  odległe 

zakamarki  kolonii.  Niewolnicy  padali  na  ziemię,  wijąc  się  i  próbując  zatamować  rękami  krew 

tryskającą z ran. Oblani krwią niewierni, krzycząc w ostatnich momentach życia, przewracali się 

jeden  za  drugim.  Niewolnicy  mijali  ciała  rannych  i  umierających  -  zarówno  niewiernych,  jak  i 

swoich  towarzyszy,  szukając  kolejnych  wrogów.  Pułapka  zamieniła  się  w  pogrom,  a  niewierni 

próbowali uciekać, co jednak skutecznie uniemożliwiali im wciąż napływający Chazrachowie.   

Wtem Shedao Shai poczuł ukłucie bólu. Szło od pleców tuż nad prawym biodrem, sięgając w 

głąb  jamy  brzusznej.  Poczuł,  jak  Chazrach  próbuje  pokonać  ból,  skręcając  się  w  lewo.  Dzięki 

temu  broń  wbita  w  jego  ciało  wysunęła  się  z  rany.  Ból  zmniejszył  się  nieco,  ale  to  nie 

wystarczyło,  by  powstrzymać  narastającą  panikę  Chazracha,  który  zrozumiał,  że  jest  poważnie 

ranny.   

Odwracając się, uniósł amfistafa, ale niewiele brakowało, a nie udałoby mu się trafić wroga. 

Przeciwnik był samicą, w dodatku bardzo młodą. Cios, który dorosłemu rozorałby gardło, trafił ją 

w  twarz,  na  linii  oczu.  Broń  roztrzaskała  kości  i  przebiła  czaszkę.  Niewierna  szarpnęła  się 

background image

gwałtownie,  opryskując  krwią  ferrobetonowe  ruiny  kolonii.  Padła  na  ziemię  jak  porzucony 

płaszcz, nie przestając jednak ściskać w dłoniach wibroostrza, którym  zraniła Chazracha.  Broń 

syczała nienawistną namiastką życia.   

Shedao Shai wygiął plecy i zerwał z głowy kaptur percepcyjny. Nie chodziło mu o reakcję 

Chazracha na zranienie, o jego szok i omdlenie. Shedao Shai sam nieraz przechodził przez coś 

takiego. Tym, co obudziło w nim obrzydzenie, było tchórzostwo Chazracha.   

Nie pozwolę, by zbrukały mnie doznania tchórza, pomyślał.   

Dowódca  Yuuzhan  Vong  rozłożył  ramiona  i  oddychał  głęboko,  zamknięty  w  swojej 

komnacie, ukrytej w samym sercu „Dziedzictwa Udręki”. Wiedział, że inni uznaliby jego reakcję 

na przeżycia ostatnich chwil Chazracha za przesadną. Deign Lian, jego adiutant, na pewno tak by 

pomyślał,  ale  historia  domeny  Lian  była  znacznie  bardziej  chwalebna  niż  domeny  Shai…  w 

każdym razie do niedawna.   

Sukcesy  sprawiły,  że  stali  się  słabi  i  nieuważni.  Liana  przydzielono  do  mnie,  żebym 

zaszczepił mu pasję prawdziwego wojownika, pomyślał Shedao.   

Shedao  Shai  wiedział,  że  wielu  zbagatelizowałoby  ostatnie  odczucia  umierającego 

Chazracha,  ale  członkowie  domeny  Shai  nie  zwykli  byli  pozwalać,  by  ich  czystość  została 

splamiona. Ból, jaki poczuł niewolnik, gdy trafiło go wibroostrze - bluźniercza broń, która nawet 

niewinną wciągnęła w wojnę - spotkał się z odrzuceniem. Chazrachowi dano szansę zbawienia, 

ale niewolnik jej nie wykorzystał.   

Bólu nie wolno było odrzucać - należało przyjąć go z miłością. Zgodnie z filozofią Shedao 

Shai  ból  to  jedyna  niezmienna  wartość  w  życiu.  Narodziny  były  bólem,  śmierć  była  bólem, 

wszelka zmiana była bólem. Wyparcie się bólu oznaczało zaprzeczenie najprawdziwszej natury 

wszechświata.  Słabość  odgradzała  ludzi  od  bólu.  Zamiast  próbować  pokonać  ból,  należało 

przyjąć  go  w  siebie,  by  stać  się  istotą  transcendentną  i  przeobrażoną  na  podobieństwo  samych 

bogów.   

Shedao Shai podszedł do łukowato wysklepionej ściany komnaty i pogłaskał osadzoną w niej 

opalizującą  perłowym  blaskiem  kulę.  Jak  obmyty  falą  czarny  piasek  plaży  kolor  spłynął  ze 

ściany,  pozostawiając  ją  przezroczystą.  Za  ścianą,  ułożone  na  kształt  piramidy,  spoczywały 

szczątki  najsławniejszych  członków  domeny  Shai.  Mieściła  się  tu  zaledwie  niewielka  część 

relikwii.  Tak  cennego  zbioru  w  żadnym  wypadku  nie  powierzono  by  jednej  osobie,  a  już  na 

pewno nie umieszczono by go na pokładzie statku takiego jak „Dziedzictwo Udręki”. Starszyzna 

background image

domeny  staranie  wybrała  umieszczone  tu  szczątki,  by  inspirowały  najmłodszą  latorośl  tego 

szlachetnego rodu.   

Shedao Shai przeciągnął dłonią po szybie oddzielającej  go od złożonych po drugiej stronie 

kości,  zatrzymując  ją  w  pustym  miejscu  lewego  dolnego  rogu.  Zamierzał  złożyć  tam  szczątki 

Mongei Shai, swojego dziada, dzielnego wojownika. Mongei poległ podczas misji zwiadowczej 

na planecie, którą niewierni znali jako Bimmiel. Przybył na nią jako członek grupy zwiadowców 

w trakcie przygotowań do inwazji. Wykazał się bezgraniczną odwagą, bo pozostał na planecie, 

by  móc  przesyłać  wiadomości  do  tych  członków  swojej  grupy,  którzy  odlecieli  na  spotkanie 

oczekującej ich floty. Samobójcza śmierć, wynikająca z żarliwego oddania sprawie, przysporzyła 

chwały domenie Shai i w znacznym stopniu - w decydującym stopniu - zaważyła na decyzji, by 

dowództwo inwazji powierzyć właśnie Shedao Shai.   

Shedao zlecił dwóm swoim pobratymcom, by odzyskali szczątki jego przodka, ale ich misja 

zakończyła  się  porażką.  Neira  i  Dra-nae  Shai  zostali  zgładzeni  przez  jeedai  -  najbardziej 

zdumiewających  spośród  niewiernych,  o  których  wiadomości  nadesłał  Nom  Anor.  „Ci  jeedai 

twierdzą,  jakoby  posiedli  i  potrafili  wykorzystywać  więź  z  siłami  życia,  ale  swoim  symbolem 

uczynili  miecz  świetlny  -  broń,  która  z  równą  łatwością  może  zniszczyć  życie  jak  i  jego 

obmierzłe mechaniczne namiastki. Stawiają się poza i ponad siłami życia, wykorzystując mistykę 

tak  zwanej  Mocy,  by  ukryć  fakt,  że  tak  naprawdę  tkwią  w  okowach  mechanistycznego 

bluźnierstwa”.   

Dowódca  Yuuzhan  Vong  wzdrygnął  się,  odwrócił  i  przeszedł  na  drugą  stronę  komnaty. 

Przycisnął czerwoną sztabę wtopioną w ścianę, która zaczęła zmieniać kształt, wybrzuszając się 

w taki sposób, że tworzący ją koral yorick spłynął w dół, tworząc poziomą platformę. Ze ściany 

wysunęło się sześć wypustek w kształcie potrójnych uchwytów. Odwracając się twarzą w stronę 

relikwii przodków, Shedao Shai rozkrzyżował ramiona.   

Z  dwóch  najwyższych  wypustek  wystrzeliły  skórzaste  macki,  które  okręciły  się  wokół 

nadgarstków wojownika, przyciskając je do ściany. Cztery pozostałe wyrostki w podobny sposób 

uwięziły  jego  kostki  i  uda.  Poczuł,  że  ciągną  go  w  górę  za  nadgarstki,  pokonując  opór 

unieruchomionych  przedramion.  Ból  eksplodował  wzdłuż  ramion  wojownika  aż  po  koniuszki 

palców. Pęta krępujące jego kostki uniosły wysoko nogi Shedao Shai, zmuszając go, by wykręcił 

głowę, jeśli chciał oglądać skąpane w złotej poświacie szczątki szlachetnych przodków.   

Emanujące z góry światło zamieniło oczodoły czaszki spoczywającej na szczycie piramidy w 

background image

czarne  jamy.  Shedao  Shai  spojrzał  w  stronę  lekko  krzywego  czerepu  umieszczonego  z  lewej 

strony stosu, śledząc wzrokiem wklęsłe krawędzie kości. Choć nigdy nie było mu dane widzieć 

ich właścicielki żywej, bo nawet nie pamiętał, ile pokoleń temu zakończyła życie, był pewien, że 

za życia jej chłodny wzrok musiał być równie bezlitosny, jak teraz zimne cienie oczodołów.   

Unieruchomiony  w  Uścisku  Męki  Shedao  Shai  zaczął  napierać  na  krępujące  go  pęta. 

Stworzenie  skurczyło  swoje  członki,  wykręcając  ramię  wojownika  i  wyginając  w  łuk  jego 

kręgosłup. Ból narastał powoli, więc Shedao Shai naparł mocniej, próbując uwolnić ręce. Istota 

zwana Uściskiem Męki szarpnęła nim, wykręcając barki Shedao w jedną stronę, a miednicę - w 

drugą.  Spoglądając  przez  lewe  ramię,  widział  swoją  lewą  piętę.  Powinienem  zobaczyć  więcej, 

pomyślał.   

Walczył  z  Uściskiem  coraz  energiczniej,  aż  czerwone  ukłucia  bólu  ustąpiły  miejsca 

rozdzierającym  ciało  srebrzystym  wstęgom  cierpienia,  pulsującym  w  górę  i  w  dół  członków. 

Shedao  badał  swój  ból,  smakował  go,  delektował  się  nim,  analizował  i  próbował  opisać, 

rozkoszując  siew  duchu  tym,  że  jest  coraz  silniejszy,  coraz  bardziej  morderczy;  silniejszy,  niż 

myślał,  że  kiedykolwiek  zdoła  wytrzymać.  Choć  wiedział,  że  to  ćwiczenie  przerasta  jego  siły, 

zmusił się, by jeszcze mocniej wyprężyć ciało, zmagając się z Uściskiem w ostatnim akcie oporu.   

Uścisk  Męki  szarpnął  nim  jeszcze  raz,  ciągnąc  za  nadgarstki,  aż  znalazły  się  na  karku 

wojownika.  Rozcapierzając  palce,  Shedao  chwycił  się  za  włosy  i  ciągnął  za  nie  tak  długo,  aż 

wykręcił  głowę  do  tyłu,  by  móc  widzieć  kości  przodków.  Cierpienie  przenikało  go  na  wskroś, 

rozpalając każdy nerw ciała. Nie był w stanie przeanalizować wszystkich swoich doznań. Zalały 

go zbyt nagle, zbyt liczne, aż zatopił się cały w bólu, aż stopił się z nim… .. .aż ból stał się istotą 

jego jaźni.   

Osiągnąwszy  cel,  pozwolił  sobie  na  uśmiech,  odsłaniając  ostre  zęby.  Niewierni  robili 

wszystko, by oszczędzić sobie takiego bólu.   

Odwracają  się  od  rzeczywistości,  pomyślał  Shedao.  To  dlatego  są  ohydą,  z  której  należy 

oczyścić galaktykę.   

To,  że  niewierni  zamieszkiwali  ją  wcześniej,  nie  miało  dla  niego  żadnego  znaczenia. 

Jedynym, co się liczyło, było to, że bogowie ofiarowali tę galaktykę Yuuzhanom, powierzając im 

zarazem misję zgładzenia niedowiarków.   

Niemal  konając  w  objęciach  niewyobrażalnego  bólu,  Shedao  Shai  skoncentrował  się  na 

świętej misji, zleconej jego ludowi przez bogów.   

background image

Przychodzimy  ofiarować  im  Prawdę,  myślał.  Oczyszczeni  ogniem  cierpienia  szczęśliwcy 

dostąpią  zbawienia,  zanim  umrą.  Pozostali…  Przerwał  rozmyślania,  gdy  płomień  bólu 

przewiercił mu kręgosłup, by eksplodować pod czaszką… Pozostali zostaną martwi jak maszyny, 

którymi się otaczają a bogowie uradują się, że nasze przeznaczenie się spełniło.   

 

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 2 

  

   

Syczący szczęk miecza świetlnego uderzającego gwałtownie o drugie ostrze spowodował, że 

Luke  Skywalker  wstrzymał  oddech.  Patrzył,  jak  cios  wymierzony  Marze  Jadę  zmusił  ją  do 

cofnięcia się o kilka niepewnych kroków. Luke czuł Moc płynącą wokół niej i przez nią. Ostre, 

pospieszne linie wydawały się ją atakować, zakłócać jej krok. Wyciągnął rękę, by przekształcić 

ostre linie Mocy w łagodne łuki.   

Zanim  zdążył  wykonać  swój  zamiar,  Mara  wykorzystała  impet  ataku.  Przetoczyła  się  na 

prawym  biodrze  i  wstała,  wymierzając  zamaszysty  cios  błękitną  klingą  miecza.  Jej  rude  włosy 

mieniły się refleksami światła, falując to po jednej stronie głowy, to po drugiej. Błyski pojawiły 

się  też  w  zielonych  oczach,  współgrając  ze  złowrogim  uśmiechem,  który  nie  zdradzał 

najmniejszych  śladów  słabości  wywołanej  toczącą  ją  chorobą.  Jej  przeciwnik  przeskoczył  nad 

klingą, choć nie tak wysoko ani tak zgrabnie, jak zrobiłby to inny Jedi. Corran Horn wylądował 

na  ziemi  i  przerzucił  srebrny  miecz  do  lewej  dłoni,  kierując  ostrze  ku  ziemi,  gdzie  sypnęło 

iskrami, napotykając klingę Mary powracającą w kontrataku. Corran okręcił się na lewej pięcie i 

wyprowadził cios w bok, w stronę głowy Mary. Jego przeciwniczka uchyliła się i zrobiła salto, 

by pewnie wylądować na nogach.   

Uniosła miecz w gardzie wysoko obok prawego ucha. Corran czekał na jej cios z mieczem 

trzymanym oburącz od brzucha w dół, w kierunku prawej stopy. Poświata mieczy zamieniała w 

lśniącą  mgiełkę  pot  okrywający  twarz  i  nagie  ramiona  Mary  i  ściekający  strużkami  po  klatce 

piersiowej Corrana.   

Mara zaatakowała, a Corran odparował cios. Wymieniali pchnięcia, na przemian atakując się 

i cofając w obronie. Luke zachwycał się złożonością rysunku linii Mocy przepływających wokół 

nich.  Widywał  już  w  przeszłości  bardziej  spektakularne  przejawy  Mocy  -na  długo  przedtem, 

zanim zaczął rozumieć jej bardziej subtelne oddziaływania - i efektowniejsze popisy fechtunku, 

ale w walce, którą teraz obserwował, chodziło o coś innego. Mara i Corran, przyjaciele od wielu 

lat,  próbowali  przyprzeć  się  nawzajem  do  muru,  wykorzystując  całą  swoją  przebiegłość, 

umiejętności  i  siłę.  Przechodzili  od  obrony  do  ataku  przez  niezliczone  etapy  pośrednie.  Nie 

chodziło o to, by trafić przeciwnika, ale by zmusić go do uniknięcia trafienia.   

Ich  walka  była  tym  bardziej  godna  podziwu,  że  żadne  z  nich  nie  czuło  się  dobrze.  Mara 

background image

zmagała się z nieznaną chorobą, która nadwątliła jej siły, opierając się wszelkim próbom Luke’a, 

by jakoś jej pomóc. Luke wiedział, że mogło być gorzej - z setek ludzi, u których stwierdzono tę 

chorobę, tylko ona przeżyła.   

Moc pomogła jej utrzymać się przy życiu, pomyślał Luke, a teraz, w walce, płynie poprzez 

nią.   

Corran  dopiero  niedawno  wyszedł  ze  zbiornika  bacta,  w  którym  leczył  prawie  śmiertelne 

rany, jakie odniósł w walce z Yuuzhan Vong na Bimmiel. Rany udało się wprawdzie zaleczyć, 

podobnie jak usunąć skutki działania biotoksyny, ale rekonwalescencja nie była łatwa, a jeszcze 

trudniej  przychodziło  Corranowi  odzyskanie  pełnej  sprawności  bojowej.  Luke  uśmiechnął  się, 

widząc,  jak  pierś  Corrana  unosi  się  w  ciężkim  oddechu.  Żaden  z  nas  nie  jest  już  taki  młody, 

pomyślał.   

Mara  cięła  mieczem,  zmuszając  Corrana,  by  się  cofnął.  Jego  prawa  kostka  odmówiła 

posłuszeństwa, posyłając ciało właściciela na maty sali treningowej.  Corran zrobił przewrót  do 

tyłu i wylądował na kolanie, zwrócony lewym bokiem w stronę Mary. Miecz trzymał skierowany 

w  stronę  brzucha,  ale  ruchem  nadgarstka  natychmiast  zmienił  jego  pozycję,  kciukiem 

przestawiając  jeden  z  elementów  rękojeści.  Miecz  zasyczał,  a  ostrze  wydłużyło  się 

ponaddwukrotnie,  nabierając  głębokiej  ametystowej  barwy.  Mara  parsknęła  urywanym 

śmiechem, nacierając swoim mieczem na długi fioletowy snop skoncentrowanej energii. Chociaż 

broń Corrana dawała mu przewagę zasięgu, prosty atak pozwalał odepchnąć ją szeroko na bok, 

narażając go na bezpośrednie pchnięcie z doskoku w pozbawione ochrony ciało. Taktyka zmiany 

długości ostrza nieraz pozwalała Corranowi zaskoczyć przeciwnika, ale Mara znała tę sztuczkę i 

na pewno dawno wymyśliła, jak ją zneutralizować.   

Zaatakowała  na  odlew,  by  swoim  błękitnym  mieczem  odrzucić  klingę  Corrana  na  bok,  ale 

miecz nie zaskrzypiał znajomym dźwiękiem przy zetknięciu z ostrzem przeciwnika, nie skrzesał 

iskier.  Siła  zamachu  obróciła  Marę  dookoła,  a  koniec  błękitnego  miecza  wyciął  w  powietrzu 

leżącą  ósemkę  -  symbol  nieskończoności.  Mara  cofnęła  się  o  dwa  kroki,  wyłączyła  miecz  i 

ukłoniła się Corranowi, zanim ciężko opadła na kolana, z pasemkami włosów przylepionymi do 

spoconej twarzy. Luke uniósł brew.   

- Od jak dawna czekałeś, żeby wypróbować tę taktykę? - zapytał Corrana.   

Horn  wyłączył  miecz  i  przestawił  element  sterujący  długością  z  powrotem  na  normalną 

pozycję. Z przyklęku opadł na pośladki, a potem wyprostował nogi na podłodze.   

background image

-  To  dzięki  Vongom  wpadłem  na  ten  pomysł.  Nie  jesteśmy  w  stanie  wyczuć  ich  za 

pośrednictwem Mocy, a jeśli ich nie widzimy, to nie wiemy, gdzie się znajdują. Przez to trudno 

się przed nimi bronić. Mara prychnęła. - Zgaszenie ostrza w środku bitwy to głupota!   

- Wiem, ale równie dobrze mogłem po prostu zmienić długość, kiedy chciałaś je odrzucić na 

bok.  Brak  oporu  jest  bardzo  skutecznym  środkiem  przeciwko  nacierające  mu  przeciwnikowi, 

jeżeli  wiesz,  że  będzie  nacierał.  Domyśliłem  się,  że  zaatakujesz  z  rozmachem.  Wydłużyłem 

ostrze,  pozwalając  ci  wyeliminować  z  gry  moją  broń,  i  zgasiłem  je,  kiedy  ruszyłaś  do  ataku. 

Kolejny ruch palca i byłoby po tobie.   

Luke  poczuł  dreszcz  wzdłuż  kręgosłupa.  Przypomniał  sobie,  jak  jego  nauczyciel  Obi-wan 

Kenobi uniósł miecz w salucie i zgasił ostrze, ginąc pod ciosem Dartha Vadera.   

Ta  sama  taktyka  zadziałała  również  wtedy,  pomyślał.  Najwyższe  poświęcenie  przed 

największym ze zwycięstw.   

Mistrz Jedi uśmiechnął się, rozłożył ręce i wyszedł na środek maty treningowej. Ponad sobą i 

dookoła,  za  przezroczystą  kopułą  transpastali,  widział  uporządkowane  szeregi  śmigaczy  i 

poduszkowych ciężarówek sunących po niebie Coruscant. Na zewnątrz wszystko wyglądało tak 

zwyczajnie i naturalnie, ale tu, pod kopułą wieńczącą ośrodek Jedi na Coruscant, sprawy wrzały i 

kłębiły się jak burzowe chmury na horyzoncie.   

- Obydwoje poradziliście sobie bardzo dobrze, biorąc pod uwagę okoliczności. Mara zmusiła 

się, by wstać.   

- Stać nas na więcej. Musimy być lepsi. Wstawaj, Corran!   

Corran potrząsnął głową, otrząsając kropelki potu z jasnobrązowych włosów i brody.   

- Mam jeszcze dość siły na co najmniej jedną rundę. Luke zmarszczył czoło.   

- Mowy nie ma. W tej chwili naprawdę oboje macie dość.   

Z  tyłu  za  nimi  przez  łukowato  sklepione  drzwi  dumnym  krokiem  wszedł  rycerz  Jedi  w 

czarnym falującym płaszczu. Szczupły, o ostrych rysach, miał wzrok, który wydawał się zdolny 

wzniecać ogień. Wydął górną wargę w sposób, który nadawał jego twarzy wyraz pychy, by nie 

powiedzieć pogardy, ale uśmiechnął się przy tym ostrożnie. I zimno, pomyślał Luke.   

-  Dobry  wieczór,  mistrzu  Skywalker.  -  Sposób,  w  jaki  przybysz  wypowiadał  słowo 

„mistrzu”, odzierał je z wszelkiego szacunku, który miało wyrażać, pozostawiając pusty tytuł.   

- Witam cię, Kypie Durronie - odpowiedział Luke spokojnie, choć nie spodobał mu się ton, 

jakim odezwał się Kyp. - Nie spodziewałem się ciebie tak szybko. Kyp zatrzymał się za dwójką 

background image

spoconych Jedi.   

-  Przekonałem  innych,  żeby  się  pospieszyli.  -  Ręką  w  rękawicy  wskazał  na  wejście.  - 

Jesteśmy gotowi, by zwołać naradę wojenną choćby zaraz. Luke uniósł lekko podbródek.   

- To nie jest narada wojenna. Jedi nie idą na wojnę. Naszym zadaniem jest chronić i bronić, a 

nie atakować.   

-  Z  całym  szacunkiem,  mistrzu  Skywalker,  nie  ma  sensu  bawić  się  w  słowne  gierki.  -  Kyp 

złączył dłonie za plecami. - Yuuzhan Vong są tutaj i mają zamiar podbić przynajmniej część, jeśli 

nie całą naszą galaktykę. Jako obrońcom nie szło nam do tej pory najlepiej, natomiast możemy 

się pochwalić sukcesami w ataku. Atakując na Bimmiel,  Ganner Rhysode i  Corran zwyciężyli. 

My zaś, broniąc się na Dantooine, ponieśliśmy klęskę.   

Corran westchnął.   

- Bimmiel wpadł jednak w końcu w łapy Vongów, Kyp, jak zapewne pamiętasz. A Ganner i 

ja zrobiliśmy to, co zrobiliśmy, tylko po to, by chronić ludzi wziętych do niewoli. To wszystko.   

Kyp zmarszczył brwi, patrząc na Corrana ze zniecierpliwioną miną.   

-  Znowu  gierki  słowne.  Zaatakowaliście  Yuuzhan  Vong  i  rozgromiliście  ich.  Tylko  dzięki 

temu udało wam się uwolnić waszych jeńców. Tak czy owak, nie jestem tu sam. Reszta czeka w 

audytorium na dole. Co mam im powiedzieć, mistrzu? Luke na chwilę przymknął oczy, a potem 

skinął głową.   

-  Powiedz  im,  że  doceniam  tak  szybkie  przybycie.  Chcę,  żeby  odpoczęli.  Niech  poświęcą 

dzisiejszy wieczór na kontemplację Mocy. Ich opinie zostaną przyjęte z szacunkiem i starannie 

rozważone. Spotkamy się z nimi jutro.   

- Jutro? Rozumiem i jestem posłuszny, mistrzu. - Kyp skłonił się szybko i płytko, obrócił na 

pięcie  i  wyszedł  z  sali  precyzyjnie  odmierzonymi  krokami.  Luke  zauważył,  że  obserwując 

odchodzącego  mężczyznę,  Corran  gładzi  kciukiem  czarny  przycisk  aktywacji  na  rękojeści 

swojego  miecza.  Mara  nie  poświęciła  Kypowi  ani  jednego  spojrzenia,  ale  fale  wściekłości 

emanowały z niej równie silnie, jak wybuchy promieniowania od pulsara. - Wiem, że Kyp was 

irytuje. Corran odwrócił się, słysząc głos Luke’a.   

-  Irytuje?  Albo  jestem  mistrzem  w  kamuflowaniu  uczuć,  albo  starasz  się  być  zbyt… 

delikatny. Gdybym miał choć krztynę uzdolnień telekinetycznych, udusiłbym  go jego własnym 

płaszczem.   

- Corran! - Mara zmarszczyła czoło, spoglądając na niego z oburzeniem. - Przepraszam, mam 

background image

chyba słaby charakter…   

- Chyba rzeczywiście, skoro chciałeś to zrobić w tak jawny sposób. - Mara zmrużyła zielone 

oczy.  -  Powinieneś  być  bardziej  subtelny.  Znajdź  jakąś  częściowo  zablokowaną  tętnicę  w  jego 

mózgu, a potem tylko lekko ją ściśnij. Bum! - i po nim. No i po kłopocie. Corran uśmiechnął się. 

- Dopiero teraz żałuję, że jestem słaby z telekinezy.   

-Natychmiast przestańcie! - Luke pokręcił głową. - Takie żarty tylko pogłębiają problem, jaki 

mamy z Kypem i jego frakcją. Oni wszyscy dorastali już po upadku Imperium. Zawsze marzyli o 

tym,  by  jako  Jedi  móc  zniszczyć  największe  zło,  jakie  znamy.  To,  co  zrobiłem,  żeby  pokonać 

Imperium…  co  musiałem  zrobić,  żeby  je  pokonać…  to  ich  zdaniem  najlepszy  sposób  na 

rozprawienie się z wszelkim złem. Chcą wymierzać sprawiedliwość ciosami miecza. A ponieważ 

Yuuzhanie  są  niewyczuwalni  poprzez  Moc,  Kypowi  i  jego  poplecznikom  wydaje  się,  że  to 

rzeczywiście jedyny sposób, by ich pokonać. Corran strzepnął kropelki potu z brody.   

-  Przypuszczam,  że  zabicie  przeze  mnie  dwóch  Yuuzhan  na  Bimmiel  nie  pomogło  rozwiać 

tego złudzenia?   

-Nie miałeś wyjścia, Corran, i sam otarłeś się o śmierć na Bimmiel. - Luke westchnął ciężko. 

- Ale nawet ta lekcja nie na wiele się zdała w przypadku Kypa i jego frakcji. Zostałeś ranny, więc 

uznali cię za słabeusza.  Nie zdają sobie sprawy  z tego, jak dobrymi wojownikami są Yuuzhan 

Vong.  Poplecznicy  Kypa  uważają  się  za  lepszych  od  ciebie,  więc  skoro  ty  zdołałeś  pokonać 

Yuuzhan, są przekonani, że im także się to uda, i to bez trudu. Mara przytaknęła.   

-  W dodatku Anakin  zabił następnych Yuuzhan na Dantooine. Przez to  jeszcze bardziej nie 

doceniają  Yuuzhan.  Lekcja,  jaką  otrzymaliśmy  na  Dantooine,  była  naprawdę  straszliwa. 

Przekonaliśmy się, że Yuuzhanie bardziej dbają o to, by wykonać zadanie, jakie otrzymali, niż o 

własne życie. Ci spośród Jedi, którzy wykorzystują strach i grozę, by zaszachować przeciwnika, 

powinni strzec się wroga, który nie boi się śmierci. Luke przycisnął palce do skroni.   

- To właśnie najbardziej mnie niepokoi: strach, ból, zazdrość i pogarda. To domena ciemnej 

strony.   

-  Tak,  mistrzu,  ale  musimy  patrzeć  realistycznie.  -  Corran  przypiął  miecz  do  pasa.  - 

Yuuzhanie budzą grozę i są bezlitośni. Nie możemy ich wyczuć poprzez Moc. To odbiera nam 

wiele  umiejętności,  na  których  większość  Jedi  nauczyła  się  polegać.  Utrata  przewagi  bojowej 

musi wywoływać strach.   

- Nieprawda, Corran, nie masz racji. - Luke zwinął prawą dłoń w pięść i uderzył się w piersi. 

background image

- Istota Jedi to coś, co jest w nas. To nie władza, jaką dzierżymy, ani broń, którą się posługujemy. 

Nie  przestaję  być  rycerzem  Jedi,  gdy  isalamir  pozbawia  mnie  dostępu  do  Mocy.  Tamci  zaś 

pozwalają  by  strach  oddzielił  ich  od  tej  podstawowej  prawdy.  Jesteśmy  sługami  Mocy, 

niezależnie od tego, czy nasi wrogowie są jej częścią, czy nie.   

Corran zmarszczył czoło, zastanawiając się nad słowami Luke^. Po chwili pokiwał głową.   

-  Rozumiem,  co  masz  na  myśli,  ale  nie  jestem  pewien,  czy  i  oni  to  zrozumieją.  Spójrzmy 

prawdzie w oczy: normalną reakcją na strach jest zaatakowanie tego, co go wywołuje.   

-  Albo  -  dodała  Mara  złowieszczym  głosem  -  płaszczenie  się  przed  tym  w  nadziei  na 

uratowanie skóry.   

- Nie podoba mi się to, Maro - syknął Luke. Na Belkadanie widział istoty zniewolone przez 

Yuuzhan Vong, zastanawiał się jednak, czy tylko godziły się na swoją rolę, czy też wychodziły 

jej naprzeciw.   

Strach  może  skłonić  ludzi  do  najbardziej  irracjonalnych  zachowań,  pomyślał.  Perspektywa 

walki przeciwko obywatelom Nowej Republiki, atakującym w szeregach Yuuzhan Vong… cóż, 

wolał o tym nie myśleć.   

-  Mimo  wszystko  Corran  ma  trochę  racji.  Nazwanie  przez  Kypa  naszego  zebrania  naradą 

wojenną świadczy o tym, że niektórzy Jedi chcą zaatakować Yuuzhan. - Luke potarł dłonią czoło. 

-  Ale  nasze  zadania  jako  Jedi  są  proste.  Mamy  lecieć  na  planety  ogarnięte  walką  i  ewakuować 

bezbronnych. Mamy koordynować wysiłki obronne. Dan tooine to nie najlepszy przykład tego, 

co może wyniknąć z takich działań, ale jednak pomogliśmy uciec ludziom, którym bez nas by się 

to nie udało. Mara spojrzała na niego ostro.   

- A co z misjami zwiadowczymi? To właśnie robiłeś na Belkadanie. Twój pobyt tam okazał 

się bardzo przydatny, pozwolił nam zebrać wiele cennych informacji. Zresztą Corran i Ganner też 

przywieźli  z  Bimmiel  informacje,  w  tym  przykłady  yuuzhańskich  biotechnologii  i 

zmumifikowane  ciało  Yuuzhanina.  Im  więcej  danych  o  Yuuzhanach  zdołamy  zgromadzić,  tym 

lepiej  będziemy  przygotowani,  by  odeprzeć  ich  ataki.  -  Zgoda,  ale  mając  niecałą  setkę  Jedi  i 

tysiące planet jako potencjalne cele, jak mamy rozłożyć nasze siły? Corran pokiwał głową.   

- Cóż, politycznie nic tu nie wygramy. Jeśli na planecie, którą Yuuzhanie obiorą za kolejny 

cel,  nie  będzie  żadnego  Jedi,  winić  za  to  będą  nas.  Jeśli  będzie  tam  za  mało  Jedi,  by  pokonać 

Yuuzhan… a wiemy, że na pewno tak będzie… znów przegramy. Nie zamierzam sugerować, że 

w  tej  sytuacji  mamy  nic  nie  robić,  ale  musimy  mieć  świadomość  tego,  że  nigdy  nie  zdołamy 

background image

zadowolić tych, którym mamy pomóc. Mara ma rację w jednym: jedyne miejsca, co do których 

możemy być pewni, że znajdziemy tam Yuuzhan, to planety, które już podbili. Mogę przejrzeć 

dane  na  temat  tych  planet  i  zastanowić  się,  czy  jest  jakiś  sposób,  żeby  wysłać  tam  naszą 

ekspedycję. Ale to nie będzie łatwe.   

-  Nic  nie  będzie  łatwe,  Corran.  -  Mistrz  Jedi  wyciągnął  rękę  i  ujął  dłoń  Mary.  -  Po  prostu 

musimy zapewnić, że Jedi zrobią wszystko, co w ich mocy, by wypełnić swoją misję. Mniej mnie 

martwi  ewentualna krytyka z zewnątrz niż to, że nasza porażka może rozbić Jedi  od środka. W 

takim wypadku Yuuzhan Vong nie napotkają nikogo, kto byłby w stanie im się przeciwstawić.   

 

 

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 3 

  

   

Jacen  Solo  czuł  się  bardzo  dziwnie,  wróciwszy  do  miejsca,  w  którym  spędzał  zawsze  tyle 

czasu podczas pobytu na Coruscant. Mógłby powiedzieć, że dorastał w tym mieszkaniu, ale nie 

byłaby  to  cała  prawda.  Zjeździł  całą  galaktykę,  podróżując  z  rodzicami  po  światach  Nowej 

Republiki, a potem przez długi czas przebywał w Akademii Jedi.   

Apartament nie różnił się specjalnie od tego, jakim go zapamiętał. Jego pokój był na końcu 

korytarza; pokoje rodziców - na piętrze. C-3PO nadal kręcił się po domu, rozpaczliwie miotając 

się od jednego nieszczęścia do drugiego. Przystanął tylko na chwilę, by powiedzieć, jak bardzo 

się cieszy, że widzi Jacena z powrotem. Paplanina złotego robota protokolarnego, choć chwilami 

denerwująca, stanowiła jeden z nieodłącznych elementów tego miejsca, co - nie wiedzieć czemu - 

tylko pogłębiło niepokój Jacena.   

Nurtowało  go pytanie, co stało się z tym mieszkaniem, że czuje w nim taki niepokój. Jego 

młodszy  brat  Anakin  stał  przy  ogromnym  oknie  z  transpastali,  przyglądając  się  śmigaczom 

kreślącym  precyzyjne  wzory  na  niebie  Coruscant.  Jacen  z  trudem  wyczuwał  swojego  brata 

poprzez Moc, jakby rozdzielał ich co najmniej cały kontynent. Odbierał zaledwie strzępy wrażeń, 

a to, co do niego docierało, było mroczne i jakby zabarwione lękiem.   

W  przeciwieństwie  do  młodszego  brata  Jaina,  bliźniacza  siostra  Jacena  roztaczała  wokół 

siebie silną aurę pozytywnych emocji. Uśmiechnął się na widok jej radosnych ciemnych oczu i 

włosów  splecionych  w  gruby  warkocz.  Jej  radość  z  tego,  że  przyjęto  ją  do  Eskadry  Łobuzów, 

była  zaraźliwa;  Jacen  uśmiechnął  się  jeszcze  szerzej.  Jako  bliźniaki  zawsze  byli  sobie  bardzo 

bliscy i łączyła ich silna więź, ale nie spodziewał się, że Jaina aż tak rozkwitnie w swojej nowej 

roli.   

Oby wszystkie niespodzianki były tak przyjemne, pomyślał.   

Wszedł do przestronnego salonu i uścisnął siostrę.   

- Stęskniłem się za tobą. Wygląda na to, że Łobuzy nie dają ci odpocząć.   

Jaina przytuliła się mocno do brata i ucałowała go w policzek.   

-  To  prawda.  Przyjmujemy  nowych  pilotów,  a  ja  pomagam  ich  ocenić.  Sprawdzam  ich 

reakcje,  gdy  pokazujemy  im,  do  czego  zdolni  są  w  walce  Yuuzhanie.  Na  podstawie  wyników 

odsiewamy tych, którzy się nie nadają. Jacen uśmiechnął się.  - Zmysły Jedi na pewno się przy 

background image

tym przydają.   

-  Jasne,  ale  nie  tylko.  O  każdym  kandydacie  piszemy  raport  na  podstawie  symulacji  i 

rozmów,  a  każdy  z  oceniających  robi  to  niezależnie.  Pomagają  nam  Wedge  Antilles  i  Tycho 

Celchu…  i  wyobraź  sobie,  że  nie  używając  Mocy,  kwalifikują  te  same  osoby  co  ja  jako  nie 

nadające się do służby. Widocznie lata doświadczenia są dla nich tym samym, czym dla nas jest 

Moc. Anakin roześmiał się lekko.   

- Nie sądzę, żeby lata doświadczeń pomogły im unieść ciężki głaz. Jaina zmarszczyła brwi i 

spojrzała karcąco na młodszego brata. - Przecież wiesz, co mam na myśli. Jacen ominął siostrę i 

usiadł na beżowej kanapie.   

-  Doświadczenie  to  coś,  co  przydaje  się  każdemu,  także  rycerzom  Jedi.  Uczysz  się,  by  nie 

powtarzać tych samych błędów. Anakin pokiwał głową i odwrócił się znów do okna.   

-  Dobrze,  że  pewnych  błędów  nie  da  się  powtórzyć.  Siostra  westchnęła  i  skierowała  się  w 

jego stronę. - Anakin, to nie była twoja wina…   

Anakin  podniósł  rękę,  zatrzymując  ją  w  pół  kroku.  Nie  pomagał  sobie  Mocą,  ale  Jacen 

wyczuł, że zrobiłby to, gdyby siostra nie stanęła sama.   

- Wszyscy mi to powtarzają…iw głębi serca wiem, że to prawda. Ale chociaż nikt mnie za to 

nie wini, poczuwam się do odpowiedzialności za to, co się stało. To prawda, że go nie zabiłem, 

ale  może  mogłem  coś  zrobić,  by  go  uratować?  Jaina  pokręciła  głową.  -  Nigdy  się  tego  nie 

dowiemy.   

Anakin odwrócił się, ale nie udało mu się ukryć udręki na twarzy.   

- Jeśli masz rację, Jaino, to jestem zgubiony. Muszę wierzyć, że można było coś zrobić, żeby 

następnym razem… Jacen pochylił się do przodu.   

- Następny raz już był. Uratowałeś wtedy Marę, Anakinie.   

- Jasne, tylko po to, żebyście, ty i Luke, mogli uratować nas oboje. Nie myśl, że nie jestem ci 

wdzięczny… naprawdę jestem. -Anakin uniósł jeden kącik ust w krzywym uśmiechu. - Ale dałeś 

mi tylko pół odpowiedzi. Muszę znaleźć drugą połowę. Jacen kiwnął głową. Zauważył, że brat 

ani razu nie wypowiedział imienia Chewbacca. Śmierć Wookiego zraniła ich wszystkich mocno i 

głęboko. Od zawsze był częścią ich życia, ale dopiero kiedy go zabrakło, zobaczyli, jak głęboko i 

nierozerwalnie był z nimi związany. Jego śmierć była jak otwarta rana, która - przynajmniej w 

przypadku Jacena - nawet nie zaczęła się zabliźniać.   

Zamilkli wszyscy troje, pogrążając się we własnych myślach. Anakin nadal wyglądał przez 

background image

okno  niewidzącym  wzrokiem.  Jaina  skrzyżowała  ramiona  i  rozciągnęła  się  na  kanapie  obok 

Jacena. Zmarszczyła brwi, a Jacen niemal mógł czytać w jej myślach: wspominała Chewbaccę. 

On  sam  pamiętał  przede  wszystkim  miękkość  sierści  Wookiego,  łagodną  siłę  jego  ramion, 

poczucie humoru i niewyczerpaną cierpliwość do ludzkich dzieci obdarzonych Mocą. - Hej, co tu 

tak cicho…?   

Jacen podniósł wzrok i zobaczył mężczyznę schodzącego po schodach, ale dopiero po chwili 

rozpoznał w nim ojca. Przede wszystkim po głosie, choć wydał mu się mniej entuzjastyczny niż 

zwykle, nawet jakby niepewny. Po zbyt luźnym ubraniu widać było, że ojciec schudł; skórę miał 

bladą  i  ziemistą,  znikła  gdzieś  mocna  opalenizna  od  zbyt  wielu  oglądanych  słońc.  Han  Solo 

odgarnął  z  czoła  włosy,  wpadające  mu  do  oczu.  Były  dłuższe,  niż  Jacen  pamiętał.  Długie 

kosmyki kryły siwiznę, nie do końca jednak, zwłaszcza na skroniach.   

Najbardziej  niecodzienne  było  jednak  to,  jak  ojciec  urwał  pytanie.  Jacen  słyszał  je 

wypowiadane  setki  razy,  zwykle  wtedy,  gdy  sprawy  nie  szły  gładko  i  trzeba  było  rozładować 

napięcie. W takich sytuacjach ojciec uśmiechał się, rozkładał ręce i pytał: „Hej, co tu tak cicho, 

ktoś umarł?”.   

Musi  być  naprawdę  źle,  tato,  jeśli  nie  możesz  tego  wypowiedzieć…  -  pomyślał  Jacen. 

Podniósł się z kanapy.   

-  Cieszę  się,  że  cię  widzę,  tato.  Gdy  tylko  dostałem  wiadomość  od  Threepio,  przyjechałem 

najszybciej, jak mogłem.   

- Wiem, synu. - Han pokiwał głową i zaczął schodzić po schodach. - Hej, Złotousty, dlaczego 

nie dałeś im nic do picia? - Cóż, panie Solo, zwyczaj nakazuje, żeby nie…   

-  Zwyczaj  nakazuje?  To  moje  dzieci!  -  Han  uśmiechnął  się.  -Czego  się  napijecie?  Jaina 

pokręciła głową.   

- Dziękuję, nic mi nie potrzeba.   

- Jacen, ty na pewno masz na coś ochotę. - Han odwrócił się do robota protokolarnego. - Ja 

poproszę…   

- Nie, tato, nie mam ochoty na nic. Han zmarszczył brwi.   

- Nie będę przecież pił sam…   

Nie odwracając się od okna, Anakin machnął ręką w geście odmowy.   

Solo senior wzruszył ramionami niezgrabnie, jakby jego stawy wymagały smarowania.   

- W takim razie ja też poczekam. Jaina spojrzała na ojca. - Wiadomość wyglądała na pilną. O 

background image

co chodzi?   

Han wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze. Usiadł na krześle i gestem nakazał to 

samo Jacenowi. Spojrzał na Anakina i także jemu wskazał miejsce, ale odwrócony plecami syn 

nie mógł tego widzieć.   

Han odczekał chwilę, aż Anakin się odwróci, bez skutku jednak. Pochylił się więc do przodu 

i oparł łokcie na kolanach.   

-  Nie  bardzo  wiem,  jak  wam  to  powiedzieć.  Nie  jest  mi  łatwo…  -  popatrzył  na  zaciśnięte 

dłonie, potarł  jedną o drugą.  - Teraz kiedy Chewie nie żyje…  -  głos  mu  się załamał; z trudem 

przełknął ślinę.   

- Wiemy, tato. - Jaina uśmiechnęła się dzielnie do ojca. - My też go kochaliśmy. Han przetarł 

twarz dłonią.   

-  Teraz  kiedy  on  nie  żyje,  zacząłem  się  zastanawiać,  kogo  jeszcze  mogę  stracić.  I  to  mnie 

przeraziło bardziej niż cokolwiek do tej pory. Boję się. Ja, Han Solo, po prostu się boję! Anakin 

uniósł głowę.   

- Nikomu nie jest łatwo przyznać się do czegoś takiego.   

Ojciec  krótko  kiwnął  głową.  W  tym  geście  był  gniew  i  smutek,  który  przeszył  Jacena  do 

głębi.   

Wstał, podszedł do ojca i niezgrabnie położył mu rękę na ramieniu.   

- Rozumiemy to, tato. Naprawdę. Ale ojciec już się pozbierał.   

- Nie ma tu nic do rozumienia - odparł szorstko. Jacen westchnął.   

Może uda nam się zwyciężyć Yuuzhan, pomyślał, ale czy nasza rodzina przetrwa tę bitwę?   

 

 

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 4 

  

   

Leia  Organa  Solo  powoli  wstała  z  krzesła  w  niewielkiej  sali  odpraw.  Oparła  dłonie  o 

krawędź stołu i pochyliła się do przodu. Głowa opadła jej na chwilę, poddając się bólowi barków, 

ale  podniosła  ją  szybko  i  wyprostowała  się.  Wiedziała,  że  pozostałe  osoby  zgromadzone  w 

pokoju są nie mniej zmęczone niż ona, ale ze względu na rozwój wypadków nikt nie mógł sobie 

pozwolić na odpoczynek.   

Ponad talerzem holoprojektora wbudowanego w sam środek czarnego stołu zawisł wizerunek 

Nowej  Republiki,  a  właściwie  tej  jej  części,  gdzie  przechodziła  w  Odległe  Rubieże.  Planety 

Nowej Republiki i przestrzeń między nimi jarzyły się ciepłym, złotym światłem. U góry po lewej 

stronie widniały sektory należące do Spadkobierców Imperium, zacienione na szaro, z planetami 

jak  czarne  perły.  Ostry  klin  zaznaczonych  brązem  planet  wbijał  się  w  terytorium  Nowej 

Republiki niby wibroostrze, ocierając się krawędzią o granice Imperium.   

- Nadal napływają dane. Brak wiadomości z Belkadanu, Bimmiel, Dantooine i Sernpidala nie 

powinien  nas  dziwić,  skoro  Yuuzhanie  zajęli  te  światy,  które  zresztą  nigdy  nie  były  gęsto 

zaludnione. Z Dubrillionu nadal otrzymujemy raporty, ale coraz mniej i coraz rzadziej. Wygląda 

na to, że Dubrillion ma służyć Yuuzhanom za bazę wypadową, przynajmniej na razie. Z Garqi 

nie dociera do nas wiele, ale wszelkie poszlaki wydają się wskazywać na to, że Yuuzhan Vong 

wylądowali,  objęli  kontrolę  nad  planetą  i  rozpoczęli  przygotowania…  niestety,  nie  wiemy  do 

czego.   

Admirał Traest Kre’fey, młody Bothanin o fioletowych, złoto cętkowanych oczach, pogładził 

śnieżnobiałą czuprynę.   

- Uciekinierzy poruszają się po Agamarze stosunkowo szybko. Zbieramy relacje świadków, 

ale  pani  własna  opowieść  o  wydarzeniach  na  Dantooine  nie  odbiega  od  tego,  co  od  nich 

słyszymy.  Yuuzhanie  wydają  się  wykorzystywać  oddziały  innych  ras  do  oczyszczania  planet  i 

cięższych  operacji.  Pojawiły  się  informacje  o  niewolnikach,  a  także  pogłoski  o  kolaboracji 

naszych obywateli z Yuuzhanami, ale mogą się okazać zwykłą plotką.   

Borsk Fey’lya, przewodniczący Nowej Republiki, skrzywił się i warknął:   

- Należy się spodziewać, że co bardziej tchórzliwi przyłączą się do tych sił, które akurat mają 

przewagę. Mieliśmy tego liczne przykłady za czasów Imperium.   

background image

  

Leia pokręciła głową. 

  

  

- Yuuzhanie są znacznie gorsi, niż Imperium było kiedykolwiek.   

-  Tylko  z  twojej  perspektywy,  Leio.  Imperium  rozprawiało  się  z  rasami  nieludzi  równie 

beznamiętnie, jak według twojej relacji Yuuzhanie rozprawiają się z ludźmi. Teraz wiesz, jak się 

wtedy czuliśmy.   

Leia prychnęła, ale po chwili uśmiechnęła się szeroko do Bothanina. - Imperium zniszczyło 

moją planetę, Borsk.   

- Ach, tak? Który to już raz o tym słyszymy…   

Borsk Fey’lya nie dokończył  kąśliwej  uwagi,  bo Elegos A’Kla z rasy Caamasi położył  mu 

rękę  na  ramieniu.  Leia  dostrzegła,  jak  mięśnie  Elegosa  skurczyły  się,  a  Fey’lya  wzdrygnął  się 

gwałtownie. Caamasjanin odezwał się spokojnym głosem:   

-  Wiemy  wszyscy,  że  zmęczenie  nadweręża  nasze  nerwy,  ale  powinniśmy  pamiętać  o 

obowiązkach,  które  sprowadziły  nas  tu  razem.  -  Skłonił  głowę  w  kierunku  drugiego 

przedstawiciela rasy ludzkiej znajdującego się w sali odpraw. - Zauważyłem, że generał Antilles 

ma pełen notes informacji.   

Wedge Antilles rozejrzał się dookoła i zamrugał szybko zielonymi oczami.   

-  Przyjrzałem  się  pewnym  sprawom  w  podobny  sposób,  w  jaki  oceniałem  posunięcia  i 

uzbrojenie  Imperium,  i  sformułowałem  kilka  podstawowych  pytań,  na  które  musimy  sobie 

odpowiedzieć.   

Borsk Fey’lya potarł ramię uwolnione z uścisku Elegosa. - Na przykład?   

-  No  więc,  po  pierwsze,  Sernpidal.  Ściągnęli  księżyc  na  planetę,  doprowadzając  do 

koszmarnego kataklizmu. Wiemy, że nie udało nam się ewakuować z powierzchni całej ludności. 

Gdyby  pan  zapytał  fizyka  planetarnego,  odpowiedziałby,  że  tamtejsza  cywilizacja  została 

unicestwiona, i nawet jeśli przetrwały tam jakiekolwiek żywe stworzenia, pozostaje im grzebanie 

w odpadkach. Fey’lya prychnął.   

- Imperium unicestwiło Alderaan, jak raczy nam przypominać Leia nie tylko przy tej okazji. 

Sernpidal miał być dla nas nauczką. Wedge potrząsnął przecząco głową.   

-  To  nie  miałoby  sensu.  Pamiętajcie,  że  wykorzystali  żywą  istotę,  żeby  ściągnąć  księżyc  z 

background image

orbity. Środki, jakie poszły na wyhodowanie bestii  tych rozmiarów i  o takiej sile, musiały być 

niewiarygodne. Elegos uniósł palec porośnięty płowym futrem.   

- Skąd ta pewność, generale?   

-  Mamy  raporty  na  temat  ich  statków  i  broni.  Chociaż  ich  napęd  i  obrona  opierają  się  na 

żywych stworzeniach, które są zdolne w taki czy inny sposób manipulować grawitacją, żadne z 

nich  nie  miało  nawet  ułamka  Mocy  potrzebnej  do  zepchnięcia  księżyca  z  orbity.  Gdyby 

wyhodowanie  takiego  organizmu  było  łatwe,  statki  i  uzbrojenie,  które  widzieliśmy,  byłyby 

znacznie potężniejsze. Wedge złączył dłonie czubkami palców.   

-  Wiemy,  że  ten  stwór  na  Serpidalu  został  zabity,  zanim  księżyc  rozbił  się  o  powierzchnię 

planety.  Nie  uciekł,  zanim  doszło  do  kolizji;  a  skoro  zmiana  orbity  nieuchronnie  musiała 

prowadzić  do  zderzenia,  można  z  dużą  dozą  pewności  przyjąć,  że  Yuuzhanie  nie  zamierzali 

ewakuować tego organizmu. Uznali, że rezultat wart jest kosztów, jakie musieli ponieść, by go 

wyhodować. To każe mi sądzić, że mają inne plany co do Sernpidala. Traest zmarszczył czoło.   

-  Rozumiem  ten  tok  myślenia,  Wedge,  ale  twój  wniosek  opiera  się  na  założeniu,  że 

inwestycja  powinna  przynieść  zysk.  A  jeśli  oni  nie  rozumują  w  ten  sposób?  Jeśli  uważali  na 

przykład, że… czy ja wiem?… ten organizm jest nieczysty z powodu tego, co uczynił? Może nie 

ewakuowali  go,  bo  w  ten  sposób  i  oni  zostaliby  zbrukani?  -  To  możliwe.  -  Wedge  wzruszył 

ramionami. - Jeśli tak, jeśli ich wzorce myślowe są aż tak odmienne od wszystkiego, co znamy, 

to przewidywanie i kontrowanie ich posunięć będzie niemożliwe. Leia potarła kark.   

- Przyznaję, że poszerzenie naszej  wiedzy o Yuuzhan Vong jest sprawą niezmiernie ważną. 

Urządzenia,  jakie  mój  brat  widział  na  Belkadanie,  wydają  się  sugerować,  że  rzeczywiście 

Yuuzhanie  potrzebują  zasobów  planet,  które  zajęli,  by  uzupełnić  czy  zastąpić  te  siły,  które 

zniszczyliśmy.  Dlatego  też  zastanawia  mnie,  co  zamierzają  zrobić  ze  szczątkami  Sempidala. 

Czytałam prawie wszystkie raporty, z którymi zapoznał się Wedge, i uważam, że większość ras, 

z  wyjątkiem  Givinów,  uznałaby  światy  opanowane  przez  Yuuzhan  za  niemożliwe  do 

zamieszkania. Gdyby się okazało, że Yuuzhanie mogą na nich żyć, dowiedzielibyśmy się o nich 

ważnej rzeczy.   

Borsk Fey’lya odchylił się w swoim krześle, a odbłyski trójwymiarowej mapy ozdobiły jego 

sierść złotymi plamami.   

-  Doceniam  wagę  poszerzania  wiedzy  o  przeciwniku,  ale  moją  troską,  jako  przywódcy 

Nowej Republiki, jest powstrzymanie tej plagi. Zakładam, admirale, że rozlokował pan nasze siły 

background image

w  odpowiedni  sposób,  tak  aby  mogły  zatrzymać  tych  Yuuzhan?  Traest  i  Wedge  wymienili 

zakłopotane spojrzenia, po czym odezwał się młodszy Bothanin:   

-  Zrobiłem  wszystko,  co  było  możliwe,  oczywiście  zrobiłem  to.  Zaczęliśmy  od  Agamar  i 

rozsyłamy  patrole  wzdłuż  szlaków  przelotowych,  by  zbierały  uciekinierów.  Tworzymy  z  nich 

większe grupy, które sprowadzamy na Agamar, pakujemy na statki i wysyłamy w głąb galaktyki, 

do Światów Środka. Na razie nie spotkaliśmy się z następnymi aktami agresji ze strony Yuuzhan 

Vong, ale nasze patrole  są dobrze uzbrojone i powinny dać sobie radę w ewentualnym  starciu. 

Zmieniamy  też  trasy,  skład  i  terminy  patroli,  tak  by  utrudnić  Yuuzhanom  przygotowanie 

ewentualnej  pułapki.  Borsk  przymknął  fioletowe  oczy.  -  Powiedział  pan:  „Wszystko,  co  było 

możliwe”.   

-Zgadza  się.  Mówimy  w  tej  chwili  o  ogromnym  obszarze.  Komputer  może  nam  narysować 

przyjemną,  optymistyczną  mapę,  żebyśmy  ją  sobie  mogli  spokojnie  studiować,  ale  to 

odwzorowanie  niewiele  mówi  o  rzeczywistej  przestrzeni.  -  Traest  wcisnął  kilka  guzików  na 

swoim notesie komputerowym i holograficzna mapa zmieniła się nie do poznania.   

Planety pozostały na swoim miejscu i nie zmieniły koloru, ale wokół nich, zamiast barwnej 

poświaty, zaczęły się formować jakby wąsy łączące je ze sobą. Niektóre były długie i splątane, 

inne biegły prosto. Leia patrzyła, jak migocą i znikają, w miejsce jednych pojawiają się nowe, a 

inne wydłużają się lub skracają. Najbardziej zdziwiło ją, jak ściśle planety powiązane są między 

sobą  i  jak  łatwo  granice,  zaznaczone  na  poprzedniej  mapie,  tracą  jakikolwiek  sens.  Traest 

wskazał na nową mapę.   

- To są szlaki, które łączą poszczególne światy. Stale się zmieniają, bo ruch planet po orbicie 

wpływa  na  czas  przelotu  od  gwiazdy  do  gwiazdy.  Gdyby  ktoś  chciał  wskoczyć  w  przestrzeń 

międzygalaktyczną  i  wyskoczyć  z  powrotem,  mógłby  uderzyć  niemal  na  każdą  planetę  z 

dowolnego  miejsca  -  tyle  tylko  że  mogłoby  to  potrwać  jakiś  czas,  co  z  wojskowego  punktu 

widzenia nie byłoby rozwiązaniem praktycznym. A zatem rozstawienie naszych sił zbrojnych w 

taki sposób,  by zastąpiły drogę nadlatującym wojskom Yuuzhan Vong, jest  niemożliwe. Borsk 

nachmurzył się.   

-  Sugeruje  pan,  że  nie  jesteśmy  w  stanie  zrobić  nic,  aby  ich  powstrzymać?  Wedge 

gwałtownie zaprzeczył.   

- Ależ nie, panie przewodniczący, w żadnym wypadku. W tej chwili organizujemy systemy 

obrony  na  planetach,  które  naszym  zdaniem  zaatakują.  Naszym  celem  jest  spowolnienie  ich 

background image

ataków  na  tyle,  abyśmy  zdołali  sprowadzić  przeważające  siły  zdolne  do  przeprowadzenia 

kontrataku.  Wszyscy  wiemy,  że  wojska  atakujące  planetę  są  najbardziej  odsłonięte  w  czasie 

schodzenia na jej powierzchnię. Jeśli zdołamy zaangażować ich w walce na orbicie i spowolnić 

lądowanie, będziemy mieć znacznie więcej czasu na sprowadzenie dostatecznej siły ognia, by ich 

pokonać.  W  ten  właśnie  sposób  chcemy  ich  zatrzymać.  -  Czyli  zastawiacie  na  nich  pułapki  z 

przynętą.   

-  Zastawiamy  pułapki…  owszem,  ale  bez  przynęty.  Nie  wiemy,  czego  chcą,  więc  nie 

potrafimy odgadnąć, co mogłoby ich znęcić. -Wedge westchnął. - W tym momencie wracamy do 

poprzedniego  problemu,  a  mianowicie  braku  dostatecznej  wiedzy  na  temat  wroga.  Wiemy  tyle, 

że stosują niewolnictwo; wiemy, że nienawidzą maszyn; wiemy, że cała ich broń jest organiczna; 

i wiemy, że ból ma dla nich inne znaczenie niż dla nas. Niestety, nie umiemy ocenić wagi tych 

wiadomości.   

-  Nie  denerwuj  się,  Wedge.  -  Leia  poklepała  go  po  ręce.  -  Rozumiem  twoją  frustrację,  ale 

możemy  przecież  przygotować  jednostki  wywiadowcze  i  rozesłać  je,  by  dowiedziały  się  jak 

najwięcej. Jestem pewna, że Luke użyczy nam kilku Jedi do takich potajemnych wypadów, jak 

było na Belkadanie i Bimmiel.   

- Nie, nie… żadnych Jedi. - Borsk Fey’lya potrząsnął głową. - Nie życzę sobie, żeby się w to 

angażowali.  Leia spojrzała na niego.  - Co takiego? Borsk  Fey’lya przybrał  beznamiętny wyraz 

twarzy.   

- Nie myśl, że nie znam wartości rycerzy Jedi, Leio. Doskonale pamiętam, jak ty i twój brat 

rozwiązaliście  kryzys,  który  zniszczyłby  Bothawui,  ale…  ludzie  stracili  szacunek  dla  Jedi. 

Przeglądając  raporty  o  bitwie  na  Dantooine,  mogę  wyczytać  między  wierszami,  że  gdyby  nie 

Jedi, cały kontyngent uciekinierów zostałby zgładzony, ale nie jest to jedyna rzecz, jaką można z 

tych relacji wywnioskować. Czytane nieżyczliwym okiem dowodzą, że Jedi okazali się bezradni i 

nie  zdołali  zapobiec  rzezi  setek  ludzi.  Co  więcej,  Yuuzhanie  są  w  stanie  pokonać  Jedi.  Nawet 

najpotężniejszy z rycerzy, twój brat, został zmuszony do opuszczenia Belkadanu i pozostawienia 

tam  nieznanej  nam  nawet  liczby  niewolników.  Według  jednego  ze  studentów  uratowanych  z 

Bimmiel tamtejsi Jedi wypuścili genetycznie zmodyfikowane organizmy, które mogły na zawsze 

zakłócić  cykl  życia  na  tej  planecie,  doprowadzając  do  jej  całkowitego  wyjałowienia.  Dodaj  do 

tego  pogłoski,  jakoby  umiejętności  Jedi  w  zakresie  posługiwania  się  Mocą  na  nic  się  nie 

przydawały  w  walce  przeciwko  Yuuzhanom,  a  zrozumiesz,  dlaczego  ludzie  nie  ufają  już 

background image

rycerzom  Jedi.  Jeśli  więc  wykorzystamy  Jedi  jako  awangardę  w  operacjach  przeciwko 

Yuuzhanom,  wyjdziemy  na  głupców,  a  pokładane  w  nas  zaufanie  zachwieje  się.  Wywołamy 

panikę.   

Ból w skroniach Lei pulsował coraz mocniej. Słyszała różne relacje studentów i ocalałych z 

Dantooine,  a  nawet  raporty  kilku  Jedi  z  ich  potyczek  z  Yuuzhanami.  Wolałaby,  aby  do  czasu, 

kiedy lepiej się zorientują w sytuacji, dane te zostały całkowicie utajnione, ale utrzymanie ludzi 

w niewiedzy było bardzo trudne. Nie da się uniknąć przecieków, a ewentualne oficjalne dementi 

tylko nadszarpnęłoby zaufanie do władz i spowodowało panikę. Z drugiej strony opinia publiczna 

ma to do siebie, że może wygłaszać własne opinie, także na temat rycerzy Jedi. Politycy tacy jak 

Fey’lya  muszą  zaś  uwzględniać  w  swoich  działaniach  wolę  ogółu.  Nachyliła  się  do  przodu  i 

podparła głowę dłońmi.   

- Odrzucając pomoc Jedi, pozbawiamy się bezcennych sojuszników. Ci spośród nich, których 

moglibyśmy wysłać za linie wroga, swego czasu wiele podróżowali i nauczyli się rozwiązywać 

sytuacje  kryzysowe  w  sposób  dyskretny  i  elastyczny.  Byliby  idealnymi  agentami  w  miejscach 

takich jak Garqi czy Dubrillion. Najważniejsze jednak, że nie wiem, czy zdołamy powstrzymać 

Luke^ od wysyłania Jedi na pomoc potrzebującym. Chyba zdajesz sobie z tego sprawę.   

- O, tak, Leio, jak najbardziej. - Fey’lya rozciągnął usta w złowieszczym uśmiechu. - Chodzi 

mi tylko o to, że nie możemy sprawiać wrażenia, iż popieramy ich działania. Będą musieli radzić 

sobie bez naszego wsparcia. Wedge uniósł brew.   

-  Czy  mam  przez  to  rozumieć,  że  jeśli  dostanę  wezwanie  od  Jedi  spoza  linii  wroga,  mam 

siedzieć i nic nie robić?   

-  Jeżeli  w  grę  nie  będą  wchodzić  zadania  o  podstawowym  znaczeniu  strategicznym  lub 

operacyjnym…  rzeczywiście,  nie  widzę  sposobu,  by  mógł  pan  coś  zrobić  w  takiej  sytuacji, 

generale. Traest spojrzał na Wedge’a.   

-  To  oznacza,  że  musimy  przygotować  własne  operacje  wywiadowcze,  używając  swoich 

ludzi.   

- Nie mamy wyboru. Leia zamknęła oczy i westchnęła.   

- Jeśli nie możemy wykorzystać Jedi, moja misja do Bastionu także nie wchodzi w grę, jak 

sądzę? Fey’lya uśmiechnął się jeszcze szerzej.   

-  Ależ  nie,  nic  podobnego!  Jeśli  masz  ochotę  spotkać  się  z  Pellaeonem  i  namówić  go,  by 

przeznaczył  jak  najwięcej  ludzi  i  uzbrojenia  na  walkę  z  Yuuzhan  Vong,  to  mogę  ci  tylko 

background image

przyklasnąć.  Szczerze  życzę  powodzenia  w  tej  misji  i  sądzę,  że  nie  powinnaś  jej  odkładać  na 

później.   

Leia  spojrzała  porozumiewawczo  na  Elegosa.  Jednocześnie  pokiwali  głowami. 

Zastanawiając  się  nad  możliwością  zaapelowania  o  pomoc  do  Spadkobierców  Imperium, 

omówili najrozmaitsze scenariusze wydarzeń, a wszystkie były politycznie korzystne dla Borska 

Fey’lya. Gdyby Lei udało się zdobyć pomoc Imperium dla Nowej Republiki, można by ją łatwo 

napiętnować  jako  kolaborantkę,  współpracującą  z  wrogiem,  podczas  gdy  Borsk  wyszedłby  na 

dziedzica  tradycji  Rebelii.  Jeśli  Imperium  odmówi,  pogorszy  tylko  swoją  reputację,  a  razem  z 

nim  Leia,  której  można  będzie  zarzucić  naiwność  i  brak  realizmu.  Wszelkie  scenariusze 

pośrednie  sprowadzały  się  do  tego  samego  -  Leia  wyjdzie  na  zdrajczynię,  spiskującą  z 

nieprzyjacielem Nowej Republiki.   

- Bardzo się cieszę, że popierasz ten pomysł, Borsk. W ciągu dwóch dni wyruszę do Bastionu 

z senatorem A’Kla.   

-  Z  senatorem  A’Kla?  -  Fey’lya  pokręcił  głową.  -  Obawiam  się,  Leio,  że  senator  musi 

pozostać tu, na Coruscant. Ma do załatwienia sprawy nie cierpiące zwłoki. Nie pojedzie z tobą. 

-Jeśli sądzisz, że…   

Elegos uniósł trójpalczastą dłoń, by przerwać wypowiedź Lei.   

-  On  ma  rację,  Leio,  nie  pojadę  z  tobą.  Ale  nie  zostanę  też  na  Coruscant,  Borsk.  Leia 

zamrugała. - Nie? W takim razie dokąd się wybierasz?   

Caamasi westchnął i odchylił się w fotelu, przenosząc wzrok na ciemny sufit.   

- Wysłuchałem z uwagą wszystkiego, co tu zostało powiedziane: waszych dyskusji, waszych 

sporów.  Myślę,  że  obraliście  właściwą  drogę,  by  zaradzić  temu  problemowi.  Omówiliśmy 

wszelkie  aspekty  sprawy  z  wyjątkiem  jednego:  czego  naprawdę  chcą  Yuuzhanie.  Zamierzam 

udać się na Dubrillion i zapytać ich o to.   

-  Nie,  to  niemożliwe!  -  Leia  pokręciła  głową.  -  Byliśmy  już  wcześniej  na  Dubrillionie  i 

próbowaliśmy porozumieć się z Yuuzhanami. Nie chcieli z nami rozmawiać. Traest zgodził się z 

Leią.   

-  Nie  mamy  żadnych  dowodów  na  to,  że  rozumieją  koncepcję  nietykalności  posłów. 

Natomiast  nie  ma  wątpliwości,  że  nie  traktują  dobrze  jeńców…  mamy  na  to  liczne  przykłady. 

Naraża  się  pan  na  śmiertelne  niebezpieczeństwo.  -  Podobnie  jak  pan  i  pańscy  żołnierze.  -  To 

nasza praca, senatorze.   

background image

-  A  czy  moja  jest  inna?  -  Caamasjanin  nachylił  się  do  przodu,  gestykulując  szczupłymi 

rękami ze spokojną elegancją. - Jako senator jestem odpowiedzialny za miliony ludzi. Nie chcę 

widzieć, jak umierają. Muszę uczynić wszystko, co w mojej mocy, by uniknąć wojny. Wiecie, że 

Caamasjanie to pacyfiści, ale widzieliście również, jak walczyłem u waszego boku na Dantooine, 

a nie była to pierwsza moja walka. Nie chcę więcej walczyć, muszę więc udać się na Dubrillion.   

Leia patrzyła na senatora, czując ściskanie w gardle. Przeszedł ją dreszcz  - choćby chciała, 

nie mogła przypisać go wyczerpaniu. Wiedziała, że Moc pozwala na chwilę zajrzeć w przyszłość. 

Z każdą chwilą rósł w niej niepokój tak silny, że zaczęła się obawiać, czy nie oznacza to, że misja 

Elegosa  jest  skazana  na  niepowodzenie.  -  Elegosie,  weź  w  takim  razie  chociaż  kilku  Noghrich, 

żeby mogli cię chronić.   

-  To  wspaniałomyślna  propozycja,  przyjaciółko,  ale  Noghri  bardziej  przydadzą  się  gdzie 

indziej. - Elegos przekrzywił głowę i uśmiechnął się do niej. - Ktoś musi podjąć się tej misji. Jeśli 

mi się uda, wszyscy będziemy uratowani. Borsk prychnął.   

- Naprawdę jest pan tak naiwny, by sądzić, że ta misja może się udać?   

Elegos patrzył przez chwilę na Bothanina; wreszcie przymknął oczy.   

-  Szanse  są  niewielkie,  może  żadne,  ale  czy  ktokolwiek  z  was  powie  mi,  że  nie  warto 

podejmować ryzyka, by przerwać tę wojnę? Leia wzdrygnęła się. - A jeśli ci się nie uda?   

- Wtedy, moja droga, mój los będzie znaczył niewiele w porównaniu z tym, co was czeka.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 5 

  

   

Luke wszedł do audytorium i od razu zauważył, że popełnił taktyczny błąd, pozostawiając w 

rękach  Kypa  organizację  spotkania.  Dwa  stoły  otoczone  krzesłami  zestawiono  na  scenie  pod 

kątem  prostym  w  taki  sposób,  że  tworzyły  klin  otwarty  w  stronę  amfiteatralnej  widowni,  na 

której  zasiedli  rycerze  Jedi.  Lewą  stronę  podium  zajęli  Kyp  Durron,  Ganner  Rhysode,  Wurth 

Skidder i Twi’lekianka Daeshara’cor. Jej obecność po stronie tamtych zdziwiła Luke’a, bo do tej 

pory  uważała  retorykę  Kypa  za  przesadzoną.  Przy  drugim  stole  stały  tylko  trzy  krzesła.  Obok 

dwóch z nich stali Corran Horn i Kam Solusar, pogrążeni w rozmowie. Luke spodziewał się, że 

trzecie miejsce zajmie Mara, ale wyczuł ją gdzie indziej. Spojrzał w górę na najwyższe ławki i 

zobaczył, że chowa się w podcieniach audytorium.   

Uśmiechnął się. Cała Mara, pomyślał. Obserwuje z oddalenia, kto jest po mojej stronie, a kto 

nie.   

Mistrz  Jedi  swobodnie  wszedł  po  schodach  na  scenę.  Zatrzymał  się  i  skinieniem  głowy 

powitał Kypa. Młodszy mistrz gestem zaprosił go na mównicę, ale Luke nie skorzystał. Odwrócił 

się w stronę widowni i ukłonił sześćdziesięciu rycerzom, zajmującym tam miejsca.   

-  Witam  was  wszystkich.  Niewiele  czasu  upłynęło  od  naszego  ostatniego  spotkania,  a  już 

nowe wypadki sprowadziły nas tu z powrotem.   

Za plecami Luke’a Kyp podszedł do mównicy i zaczął ustawiać mikrofon, który wyemitował 

wzmocniony przez głośniki pisk. - Mistrzu, i dźwięk, i światło są lepsze tu, z tyłu.   

Luke zaśmiał się, skinął głową i usiadł na krawędzi sceny, opierając stopy na schodach.   

-  Pewnie  masz  rację,  ale  ci,  którzy  poznali  Moc,  powinni  bardziej  polegać  na  wrażeniach 

odbieranych za jej pośrednictwem niż na własnych oczach czy uszach. Wyczuł falę zaskoczenia 

emanującą od Kypa, która jednak szybko opadła. Z tyłu sali Mara kiwnęła Luke’owi głową. Kam 

i  Corran  wyszli  zza  stołu,  podeszli  do  krawędzi  sceny  i  zeskoczyli  w  dół,  by  nie  górować  nad 

swoim  mistrzem.  To  zmusiło  Kypa  i  jego  popleczników,  by  poszli  w  ich  ślady,  z  wyjątkiem 

Daeshara’cor, która usiadła na samej scenie, okręcając się niby szalem swymi lekku.   

-  Dziękuję,  że  do  mnie  dołączyliście.  Doceniam  pracę,  jaką  włożyliście  w  przygotowanie 

tego spotkania, nie chciałem jednak nadawać mu zbyt formalnego charakteru, żeby jak najmniej 

przypominało  naradę  wojenną.  To  ma  być  narada  istot  myślących,  które  zdecydują  o  kierunku 

background image

przyszłych działań.   

- Mistrzu, jesteś pierwszym pomiędzy równymi. - Kyp skłonił głowę przed Lukiem. - Niech 

nas prowadzi twoja mądrość.   

Oj, Kyp, pomyślał Luke, ale byś się zdziwił, gdybym wziął cię za słowo i narzucił innym, co 

mają robić. Odebrał poczucie triumfu, emanujące z Corrana, który nie mógł się doczekać, kiedy 

Luke wmanewruje Kypa w jego własną pułapkę. Pokręcił jednak głową przecząco.   

- Nie tylko mnie Moc obdarza przenikliwością sądów.   

Wurth Skidder uśmiechnął się nerwowo.   

-  Twierdzisz,  mistrzu,  że  nie  jest  to  narada  wojenna,  a  przecież  znajdujemy  się  w  stanie 

wojny z bezwzględnym najeźdźcą światów Nowej Republiki. Czy nie po to właśnie, by reagować 

na takie zagrożenia, został powołany zakon rycerzy Jedi? - Tak, to właśnie jest naszym zadaniem. 

Musimy jednak zastanowić się, jak je zrealizować. - Luke złączył dłonie i zamilkł na chwilę.  - 

Rycerze  Jedi  mają  chronić  i  bronić  ludności  naszej  galaktyki.  Rozróżnienie  pomiędzy  rolą 

obrońców i wojowników ma podstawowe znaczenie dla uniknięcia pokusy ciemnej strony.   

Ganner  Rhysode  -  wysoki  szatyn  o  chłodnym  spojrzeniu  niebieskich  oczu  -  wyszedł  przed 

Skiddera.   

-  A  może  całe  zamieszanie  wynika  z  tego,  że  czasem  w  celach  obronnych  podejmuje  się 

agresywne  środki?  Na  przykład  uderzenie  we  wroga,  zanim  on  zdąży  zaatakować  nas,  jest  po 

prostu aktywną obroną. Corran zakrył dłonią usta, zanim się odezwał.   

-  Ganner,  wciągasz  nas  w  słowne  gierki.  Sformułowania,  jakich  użyłeś  w  swojej 

wypowiedzi,  nie  uwzględniają  skali  operacji,  o  jakiej  tu  mówimy.  W  sytuacji  taktycznej,  gdy 

pozbawienie  wroga  możliwości  odpowiedzi  na  atak  zapewniłoby  bezpieczeństwo  innym, 

faktycznie miałbyś rację - atak byłby formą obrony. Z drugiej jednak strony najazd na planetę, by 

wyrżnąć  Yuuzhan,  zanim  rozpierzchną  się  po  galaktyce  i  uderzą  w  kolejne  cele,  miałby 

zdecydowanie charakter ofensywny.   

- Corran, twoje argumenty tylko potwierdzają mój punkt widzenia: jakimi kryteriami mamy 

się kierować, decydując, co jest obroną, a co atakiem,  i  kiedy jedno zamienia się w drugie? Ja 

patrzę na zamiary, ty na skalę operacji. Wszystkie  zmienne należy odpowiednio wyważyć, aby 

mądrze określić tę różnicę.   

-  Bardzo  słuszna  uwaga,  Ganner.  -  Luke  uśmiechnął  się  do  niego  i  spojrzał  na  pozostałych 

Jedi zgromadzonych w sali. Tak ludzie, jak i inne rasy, kobiety i mężczyźni, wszyscy emanowali 

background image

życzliwym  zainteresowaniem,  podbarwionym  odrobiną  lęku.  Mistrz  Jedi  pokiwał  głową  w 

zamyśleniu i poczuł, że jego obawy się rozwiewają. Podniósł wzrok.   

-  Wyważenie  tych  racji  będzie  możliwe,  gdy  pojawi  się  cel  ataku.  Yuuzhan  Vong  zajęli 

pewną liczbę planet i wiele żyjących na nich istot jest w niebezpieczeństwie, ale zagrożenie to 

pozostaje  nie  ukierunkowane.  Zanim  nie  pojawi  się  konkretna  groźbą  nie  jesteśmy  w  stanie 

aktywnie się przed nią bronić. Przykład podany przez Corrana pokazuje, że w konkretnej sytuacji 

określenie, prawdziwego zagrożenia jest dużo łatwiejsze niż przy większej skali.   

Zielonkawe warkocze główne Twi’lekianki drgnęły.   

- A więc twierdzisz, że zanim nie pojawi się konkretne zagrożenie, nic nie możemy zrobić? 

Luke uniósł ręce.   

-  Ależ  skąd,  nie  powiedziałem  nic  takiego!  Mamy  mnóstwo  roboty.  Musimy  być  na 

pierwszej linii, tak by móc zareagować, gdy tylko wykryjemy cel ataku wroga. Musimy pomagać 

uciekinierom, uspokajać ich, podnosić na duchu, zachęcać, by nie tracili odwagi. Kyp zmarszczył 

czoło.   

-  Ależ  mistrzu,  jeśli  nie  zamierzamy  bezpośrednio  walczyć  z  Yuuzhanami,  jak  możemy 

zachęcać  innych  do  odwagi?  Czy  nie  uznają  nas  za  słabeuszy,  którzy  boją  się  wroga  równie 

mocno, jak sami uchodźcy?   

- Twoje pytania, Kyp, świadczą o niewłaściwym zrozumieniu roli Jedi. - Luke westchnął. To 

moja  wina,  bo  sam  wypłynąłem  w  czasie  Rebelii  jako  wojownik,  który  zniszczył  Gwiazdę 

Śmierci, Dartha Vadera i samego Imperatora, a moje późniejsze dokonania podtrzymały ten mit. 

Mając  do  wyboru  łowcę  nagród  albo  Jedi,  ludzie  wolą  zwrócić  się  do  nas,  bo  po  pierwsze, 

pracujemy za darmo, a po drugie, troszczymy się, aby lekarstwo nie było gorsze od choroby.   

- Mistrzu, nie ty jeden przyczyniłeś się do takiego rozumienia roli Jedi.   

- Nie, Kyp, ale to ja powinienem był dostrzec zło takiego podejścia i podjąć środki zaradcze. 

I  znowu  to  ja  ponoszę  winę  za  tę  porażkę.  A  właśnie  teraz,  bardziej  niż  kiedykolwiek, 

powinniśmy  zadbać  o  to,  by  ludzie  właściwie  nas  postrzegali.  Musimy  budzić  w  ludziach 

nadzieję.   

Daeshara’cor zeskoczyła ze sceny, lądując zgrabnie na ugiętych nogach.  Wyprostowała się 

powoli i skłoniła przed Lukiem.   

- Z całym szacunkiem, mistrzu, sądzę, że nie masz racji. Mistrz Jedi odparł spokojnie:   

- Czy mogłabyś to wyjaśnić, Daeshara’cor? Czarnooka kobieta zaczęła mówić na tyle cicho, 

background image

by zmusić do uwagi wszystkich obecnych.   

-  Mistrzu,  tyle  wiadomości  przepadło  w  mrocznych  czasach  Imperium,  że  tak  naprawdę 

niewiele wiemy o Jedi; jednak to, co wiemy, przeczy twoim słowom. Zostałeś wyszkolony przez 

Obi-wana Kenobi i mistrza Yodę na wojownika. Trzykrotnie walczyłeś z Darthem Vaderem, za 

każdym  razem  uchodząc  cało  lub  zwyciężając.  Mówiąc  teraz,  że  Jedi  nie  są  wojownikami, 

zaprzeczasz własnym sukcesom i wolności miliardów istot, którą wywalczyłeś.   

Spojrzała na srebrnowłosą kobietę siedzącą w trzecim rzędzie.   

- Tiona niezmordowanie zbiera wszelkie informacje o Jedi i co znajduje? Ballady i opowieści 

sławiące  wielkie  zwycięstwa.  Nie  możemy  wypierać  się  wojskowego  aspektu  naszej  tradycji, 

mistrzu, i myślę, że właśnie do niego musimy się odwołać, by pokonać Yuuzhan Vong.   

Kam Solusar, z krótko przyciętymi siwymi włosami, skrzyżował ramiona na piersi.   

- W tym, co mówisz, Daeshara’cor, jest poważny błąd logiczny. Sama powiedziałaś, że wiele 

danych przepadło, ale budujesz całą teorię w oparciu o te strzępy informacji, które przetrwały do 

naszych  czasów.  A  mogło  być  przecież  tak,  że  na  każde  wielkie  zwycięstwo  rycerzy  Jedi 

przypadały tysiące małych sukcesów. Takich jak ten, który być może odniesiemy w przypadku 

Yuuzhan.  Najważniejsza  jednak  jest  poruszona  przez  mistrza  Skywalkera  kwestia 

ukierunkowania naszych działań. Chyba nikt z tu obecnych nie ma co do tego wątpliwości. Kyp o 

mało  nie  stracił  życia,  walcząc  z  Yuuzhanami.  Miko  Reglia  zginął  w  podobnej  potyczce.  A 

dlaczego? Bo podjęli walkę z Yuuzhanami, nie wiedząc, kim są ani jacy są ich przeciwnicy. Kyp 

prychnął.   

- Ale Corran wiedział to, czego ja się o nich dowiedziałem i co sam odkrył podczas swojej 

misji zwiadowczej, a był znacznie bliższy śmierci niż ja. Corran przytaknął.   

-  To  prawda.  Na  Bimmiel  zagrożenie  było  zupełnie  oczywiste,  a  mimo  to  z  najwyższym 

trudem  uszedłem  z  życiem.  Kiedy  będziemy  wiedzieć  dość,  by  przygotować  mądre  operacje, 

nasze  szanse  sukcesu  wzrosną.  Znacznie  bardziej  niż  w  przypadku  bezładnych  prób 

zaatakowania i pokonania Yuuzhan. Luke wyciągnął rękę.   

- Chyba musimy trochę ochłonąć. Niezależnie od tego, co uważamy za działania ofensywne i 

defensywne,  wszyscy  zgadzamy  się,  że  mądrzej  będzie  zająć  się  Yuuzhanami,  gdy  pojawi  się 

konkretne  zagrożenie,  prawda?  Jak  powiedział  Corran,  kiedy  wykrystalizuje  się  cel  ataku, 

możemy rozplanować i wykorzystać nasze siły w taki sposób, by jak najlepiej sprostać sytuacji. 

Zgadza się?   

background image

Większość Jedi potakująco pokiwała głowami - nie wyłączając Kypa. Luke poczuł się trochę 

lepiej.  Może  nie  zgadzać  się  z  naszym  podejściem,  pomyślał,  ale  zgodził  się,  że  jego  punkt 

widzenia wymaga narzucenia pewnych ograniczeń, a to już jest zwycięstwo.   

Jedyną osobą, która zdecydowanie wstrzymała się do głosu, była Daeshara’cor, ale Luke nie 

zmartwił się tym. Wiedział, że do tej pory zawsze postępowała rozsądnie. Mistrz Jedi uśmiechnął 

się.   

-  Mam  jednak  i  złe  wiadomości.  Naszym  działaniom  narzucono  pewne  ograniczenia. 

Dowiedziałem  się  wczoraj  od  mojej  siostry,  że  Nowa  Republika  nie  usankcjonuje  ani  nie 

zapewni  wsparcia  żadnym  działaniom  Jedi  na  terenach  objętych  inwazją.  -  Co  takiego?  - 

zdumienie  Kypa  eksplodowało  jak  supernowa.  -  To  czyste  szaleństwo!  Jesteśmy  ich  najlepszą 

bronią, a oni nie chcą z nami współpracować? Octa Ramis, krępa dziewczyna z planety o bardzo 

silnej grawitacji, potrząsnęła głową.   

-  Ich  postawa  nie  ma  żadnego  sensu.  Z  drugiej  strony  jednak,  jeśli  takie  jest  stanowisko 

władz, zawsze możemy zacząć działania na własną rękę. Ganner skrzywił się   

-Trzeba sprawić, żeby zmienili zdanie. Muszą przejrzeć na oczy.   

Luke bagatelizuj ąco machnął ręką.   

- Właściwie to jestem nawet zadowolony z ich decyzji.   

- Jak to, mistrzu? Luke westchnął.   

-  Octa  ma  sporo  racji.  Nie  ma  poparcia,  nie  ma  pomocy…  ale  także  nie  ma  problemu 

odpowiedzialności  przed  politykami.  Będziemy  mogli  kierować  się  własnym  rozsądkiem  przy 

rozwiązywaniu problemów. Ganner pogładził się po brodzie.   

- Ale w ten sposób będziemy zdani tylko na własne siły.   

-  Więc  po  prostu  musimy  sobie  poradzić  bez  nich,  prawda?  Liczę  na  waszą  kreatywność. 

Daeshara’cor potrząsnęła głową.   

- Jak mogą odwracać się od nas w taki sposób? Po tym wszystkim, co dla nich zrobiliśmy?   

-  Może  to  i  lepiej.  -  Luke  rozłożył  ręce.  -  Jest  nas  nie  więcej  niż  setka.  Stu  rycerzy  Jedi. 

Gdyby Nowa Republika polegała wyłącznie na nas, rzuciliby nas do walki, oczekując, że sami 

wszystko  załatwimy.  Robili  tak  już  wcześniej,  i  to  częściej,  niż  chciałbym  pamiętać.  Opuścił 

ręce.   

-  Spójrzmy  prawdzie  w  oczy.  Nasze  ostatnie  dokonania  nie  budzą  respektu.  Weźmy  na 

przykład  kryzys  na  Rhommamool,  a  nawet  utratę  Dantooine.  Jak  zauważyła  Leia,  politycy  nie 

background image

mogą  poprzeć  Jedi.  To  jednak  nie  oznacza,  że  będziemy  tam  zupełnie  sami.  Armia  nie  może 

wprawdzie pomagać nam  otwarcie, ale mocno z nami sympatyzuje. Kyp parsknął.  - Też coś… 

wojownik, który popiera konkurencję!   

Luke pokręcił głową.   

- Dowództwo wie, jak wygląda sytuacja w terenie. Wiedząc, że my zajmiemy się sprawami 

cywilów, będą mogli wykorzystać własnych ludzi do tego, w czym są najlepsi. Skidder jęknął.   

- Więc mamy niańczyć uchodźców, podczas gdy ktoś inny będzie walczyć?   

-  Będziemy  ich  chronić  i  prowadzić.  Jeśli  pojawi  się  realne  zagrożenie,  podejmiemy 

odpowiednie kroki.   

Kyp  Durron  przeczesał  palcami  ciemne  włosy.  -  I  to  wszystko?  Żadnych  innych  działań? 

Żadnych  misji  na  tereny  zajęte  przez  Yuuzhan  Vong?  Luke  niepewnie  wzruszył  ramionami.  - 

Jedna misja. Corran leci na Garqi. - Tak myślałem, że wybierzesz właśnie jego.   

-  To  nie  ja  go  wybrałem,  Kyp.  -  Luke  uśmiechnął  się.  -  Oszczędzono  mi  tej  decyzji.  - 

Słucham?   

Zaskoczenie Kypa rozbawiło Corrana - wyczuł je poprzez Moc.   

- Kiedyś latałem w Eskadrze Łobuzów. Zrezygnowałem pięć lat temu i od tego czasu jestem 

w rezerwie, więc po prostu przywrócili mnie do czynnej służby. Luke przytaknął.   

-  Pułkownik  Horn  zabierze  na  Garqi  oddział  sześciu  komandosów  i  dwóch  cywilnych 

obserwatorów.  Ma  za  zadanie  zbierać  informacje  o  Yuuzhanach,  nawiązać  kontakty  z 

ewentualnych ruchem oporu i w miarę możliwości zorganizować ewakuację ludności cywilnej z 

planety. Ganner oparł pięści na biodrach.   

- Pół tuzina komandosów przeciwko planecie pełnej Yuuzhan?   

-  Ci  komandosi  to  Noghri,  Ganner.  -  Corran  wzruszył  ramionami.  -  Poza  tym  chciałbym, 

żebyś  to  ty  był  jednym  z  cywilnych  obserwatorów.  Pomyślałem  sobie,  że  jesteś  wart  tyle,  co 

drugi tuzin Noghrich, mam rację? Ganner rozpogodził się.   

- Noghri? A zatem ta misja ma sens. Corran rozejrzał się po zgromadzonych.   

-  Jacen,  rozmawiałem  z  mistrzem  Skywalkerem,  który  zgodził  się,  żebyś  był  drugim 

obserwatorem. Co ty na to?   

Luke odebrał mieszane uczucia, jakie propozycja wzbudziła w Jacenie. Górę wzięło jednak 

poczucie obowiązku, pokonując początkową niechęć. Chłopak wstał.   

- Eee… to dla mnie zaszczyt. Jeśli uważasz, że powinienem jechać, mistrzu, to pojadę.   

background image

- Świetnie, Jacen. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. - Luke klasnął w dłonie. - Jestem w 

trakcie  przygotowywania  zadań  dla  pozostałych.  Powinny  być  gotowe  do  końca  tygodnia. 

Czekamy tylko na harmonogram lotów. Wiem, że to, o co was poproszę, może nie być tym, czym 

waszym  zdaniem  powinniście  się  zająć.  Wielu  z  was  może  pomyśleć,  że  marnuję  wasze 

umiejętności.  Rozumiem  to,  ale  te  zadania  trzeba  wykonać.  Daeshara’cor  aż  się  zatrzęsła  ze 

złości.   

- W takim razie całe to spotkanie to lipa, tak? Luke zmarszczył brwi. - Nic podobnego.   

-  Skoro  już  zacząłeś  przygotowywać  dla  nas  zadania,  to  znaczy  że  sam  podjąłeś  wszystkie 

decyzje. Wiedziałeś z góry, co nam każesz zrobić bez względu na to, co od nas usłyszysz.   

-  To  nie  tak,  Daeshara’cor.  Rozkazy  łatwo  zmienić.  Gdybym  usłyszał  przekonujące 

argumenty,  że  moja  koncepcja  działania  jest  niesłuszna,  zmieniłbym  wasze  zadania.  -  Luke 

wyciągnął  do niej rękę.  - Ty sama spróbowałaś,  ale nie miałaś dość argumentów, poparcia, by 

mnie przekonać.   

-  Kontrargumenty  Kama  też  nie  miały  żadnego  potwierdzenia  w  faktach.  Kam  stwierdził 

tylko, że całkowity brak dowodów popierających mój punkt widzenia dowodzi, że nie mam racji. 

- Zacisnęła dłonie w pięści. - To nieprawda, a ty jesteś w błędzie. Jeśli będziemy działać według 

twojego planu, wkrótce Yuuzhan Vong dotrą aż tu, na Coruscant. Jestem tego pewna. Czuję to.   

- Być może masz rację, Daeshara’cor. Ale mam nadzieję, że nie. - Twarz Luke’a stwardniała. 

- Bo jeśli będziemy działać według twojego planu… jeśli zostaniemy wojownikami i zaczniemy 

atakować,  obecność  Yuuzhan  Vong  na  Coruscant  będzie  najmniejszym  z  naszych  problemów. 

Twi’lekianka zmrużyła oczy. - Nigdy im się to nie uda.   

- Może i nie, ale czeka nas coś znacznie gorszego. - Głos Luke’a przeszedł w ochrypły szept. 

-  Zamiast  nich  będziemy  mieć  setkę  Darthów  Vaderów,  a  to  powinno  was  napełnić  większym 

strachem niż cokolwiek, z czym przyszło nam się dotąd zmierzyć.   

 

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 6 

  

   

Jacen  Solo  siedział  samotnie  w  kajucie  medytacyjnej  na  pokładzie  „Zadziornego”. 

Umieszczona  na  rufie  bothańskiego  krążownika  łukowato  sklepiona  kabina  z  transpastali 

pozwalała bez przeszkód obserwować tunel świetlny nadprzestrzeni. Jacen widywał te światła od 

najmłodszych  lat,  więc  nie  stanowiły  dla  niego  atrakcji;  mimo  to  trudno  mu  było  się 

skoncentrować i uporządkować myśli.   

Miniony  tydzień  był  pełen  wydarzeń,  ale  to  nie  pakowanie  i  pożegnania,  nie  odprawy  i 

szkolenia przytłoczyły Jacena. Wszystko to dla niego chleb powszedni - chociaż musiał przyznać 

sam  przed  sobą,  że  poważne  niebezpieczeństwo,  które  ich  czekało,  bardzo  zmieniło  charakter 

pożegnań, kładąc się cieniem na to, co powiedział matce, ojcu, a nawet młodszemu bratu.   

- Tak myślałam, że tu cię znajdę. Jacen odwrócił się i uśmiechnął do Jainy. - Przyłączysz się 

do mnie?   

-  Jasne.  -  Na  tle  drzwi  kabiny  widać  było  zaledwie  zarys  jej  postaci.  Kiedy  je  zamknęła, 

podpłynęła do przodu jak duch i usiadła obok niego.   

- Na czarne kości Imperatora! Jacen, naprawdę przyda ci się trochę medytacji! Chyba nigdy 

dotąd nie czułam, żebyś był tak poruszony!   

- No i nigdy tak kiepsko nie panowałem nad emocjami, które wysyłam, zgadza się?   

Jaina roześmiała się. Jacen z przyjemnością słuchał tego znajomego dźwięku.   

- Jesteśmy bliźniakami, Jacen. Umieliśmy odczytywać swoje uczucia, zanim nauczyliśmy się 

chodzić.  Ale  dziś  chyba  rzeczywiście  trochę  „przeciekasz”.  Co  się  stało?  -  Sam  nie  wiem.  To 

znaczy… myślę, że w końcu dotarła do mnie skala problemu. - Spojrzał na siostrę. - Mama i tata 

porwali się na całe Imperium. To była wielka i ważna sprawa. Wygląda na to, że Yuuzhan Vong 

będą naszym Imperium, a na pierwszy rzut oka wydają się jeszcze groźniejszym przeciwnikiem 

niż to, z czym musieli się zmierzyć nasi rodzice. Jaina przytaknęła.   

- Dawniej Moc zawsze przechylała szale na naszą korzyść. W tym przypadku nie mamy tej 

przewagi.  Musimy  polegać  na  sobie  i  dać  z  siebie  wszystko.  Mamy  na  szczęście  wspaniałe 

przykłady, jak to się robi.   

- Pułkownik Darklighter?   

- Tak. On, reszta Łobuzów, generał Antilles, pułkownik Celchu. Żaden z nich nie dysponuje 

background image

Mocą, a przecież są prawdziwymi asami. Wiesz, bardzo trudno jest mi wyobrazić sobie życie bez 

Mocy,  a  przecież  oni  doskonale  sobie  bez  niej  radzą.  Dokonują  wspaniałych  rzeczy,  chociaż 

mogą polegać tylko na sobie. Jacen roześmiał się.   

- Brak dostępu do Mocy musi być jak daltonizm, a przecież na nich nie ma to najmniejszego 

wpływu. - Rozłożył ręce i zacisnął pięści.  - I chyba to właśnie mnie męczy, Jaino. Wszyscy ci 

ludzie  gotowi  są  zaryzykować  własne  życie,  polegają  na  decyzjach  swoich  dowódców,  na 

tradycjach, na własnym poczuciu dobra i zła, na swoim harcie ducha. Jest ich cała armia i lecą 

bronić ludzi na planetach, których słońc nawet nie widać z ich rodzinnych światów. Jako Jedi to 

właśnie robimy, ale… Jaina spojrzała na swoje paznokcie.   

-  Rzeczywiście,  widziane  w  takiej  skali  to  chyba  może  przytłaczać.  -  A  jak  inaczej  na  to 

patrzeć? Zerknęła na brata.   

-  Przyglądać  się  sytuacji,  podejmować  się  spraw,  które  można  załatwić,  i  ufać,  że  inni 

również poradzą sobie z tym,  co do nich należy. Ja jestem  tylko  jednym z pilotów szwadronu. 

Odpowiadam  za  mojego  skrzydłowego.  Służę  pod  pułkownikiem  Darklighterem  i  wykonuję 

rozkazy  najlepiej,  jak  umiem.  Gdybym  próbowała  myśleć  o  czymś  więcej,  nie  mogłabym  się 

skupić i nikt nie miałby ze mnie pożytku.   

-Ależ  Jaina,  przecież  jesteś  członkiem  Eskadry  Łobuzów!  Cała  ta  tradycja…  jak  możesz  o 

niej nie myśleć?   

-  Nie  mam  na  to  czasu,  Jacen.  Koncentruję  się  na  tym,  co  mam  zrobić  tu  i  teraz,  nie 

zawracając sobie głowy tym, co było wczoraj ani co może się zdarzyć jutro. - Odwróciła się do 

niego  twarzą,  na  której  światła  zza  iluminatorów  falowały  rozmytymi  smugami.  -  Trochę  się 

dziwię, że dopadło cię to tak nagle. A właściwie, że wcześniej o tym nie pomyślałeś. Zmarszczył 

czoło. - Co masz na myśli?   

-  Zawsze  patrzyłeś  dalej,  Jacen.  Zawsze  zastanawiałeś  się,  czy  to,  co  masz,  jest  tym,  co 

trzeba. Nie chodziło ci o to, czy szklanka jest do połowy pusta, czy do połowy pełna, tylko czy 

jest to właściwa szklanka, a w niej to, co powinno być. - Wzruszyła ramionami. - Jesteś mądry, 

więc  zawsze  umiałeś  widzieć  szersze  tło  spraw  i  mimo  to  normalnie  funkcjonować.  Tak 

naprawdę to mniejszych, konkretnych problemów nawet nie zauważasz. - To nieprawda.   

-  Oczywiście,  że  prawda.  Pomyśl  o  tym,  co  było  na  Belkadanie.  Rzuciłeś  się,  by  uwolnić 

niewolników, nie myśląc ani przez chwilę o własnym bezpieczeństwie. Dlaczego? Bo zobaczyłeś 

tam szerszy problem niezależnie od tego, czy miałeś wgląd w przyszłość poprzez Moc, czy nie. I 

background image

nawet  wtedy,  gdy  sytuacja  zaczęła  wyglądać  źle,  nie  myślałeś  o  własnych  ranach,  tylko 

zastanawiałeś się, dlaczego zawiodła cię twoja wizja.   

Pokręcił głową. - Zupełnie źle to interpretujesz.   

-  Jacen,  jestem  twoją  siostrą!  Znam  cię.  -  Usiadła,  obejmując  się  ramionami.  -  Nawet  w 

samych  Jedi  dopatrujesz  się  czegoś  więcej.  Na  początku  postępowałeś  tak,  jakby  „Jedi” 

oznaczało „bohater”. To nie tak. Ci ludzie są tu nie po to, by odgrywać bohaterów, ale po to, by 

robić, co do nich należy. Jacen wstał i podszedł do okna.   

- Wiem o tym i szanuję to.   

- Ale to ci nie wystarcza! Nie jesteś pewien, czy to, czego się dowiedziałeś o rycerzach Jedi, 

jest  tym,  czego  powinieneś  się  był  naprawdę  dowiedzieć.  Szukasz  sposobu,  by  zostać  Jedi 

absolutnym.   

-  A  czy  ty  nigdy  nie  kwestionowałaś  tego,  czego  nas  uczono?  Nie  starałaś  się  osiągnąć 

więcej? - Więcej niż co, Jacen? Jej pytanie zbiło go z tropu. - Eee, no… sam nie wiem.   

-  A  więc  dążysz  do  czegoś,  co  być  może  nie  istnieje.  -  Jaina  podciągnęła  nogi  i  wstała.  - 

Słuchaj,  ja  staram  się  robić  wszystko  po  kolei.  Teraz  jestem  pilotem  obdarzonym 

umiejętnościami rycerza Jedi. Chcę być tak dobrym pilotem, jak tylko mogę. Kiedy to osiągnę… 

jeśli  w  ogóle  osiągnę,  wtedy  mogę  zacząć  myśleć  o  czymś  więcej.  -  Jest  tylko  jeden  problem, 

Jaino. Ja nie mam w tej chwili żadnego zajęcia, więc może dlatego szukam czegoś więcej.   

-  Nieprawda,  Jacenie.  -  Wyciągnęła  rękę  i  od  niechcenia  pogłaskała  go  po  karku.  -  Masz 

zajęcie. Jesteś rycerzem Jedi i masz przydzielone zadanie.   

-  Wiem.  Jestem  gotów.  Przeszedłem  szkolenie.  Przestudiowałem  wszystko,  co  wiadomo  o 

Garqi. Mam przed sobą cel.   

-  Zupełnie  tak  samo  jak  wtedy,  gdy  byłeś  młodszy.  Jesteś  przygotowany  do  zadania,  ale 

jeszcze go nie wykonałeś. Tymczasem  myślisz już o następnej  wielkiej  rzeczy, podczas gdy ta 

mała  tuż  przed  tobą  może  cię  przerosnąć.  Yuuzhan  Vong  to  niejedna  z  naszych  dziecinnych 

przygód. To śmiertelnie poważna sprawa i jeśli będziesz patrzył dalej, możesz tam w ogóle nie 

dotrzeć.   

Jacen odwrócił się i spojrzał na siostrę. Determinacja, jaką zobaczył w jej twarzy i usłyszał w 

głosie, przekonała go, jak głęboko wierzy w słuszność swojego podejścia. Co oznacza, pomyślał, 

że wiele jeszcze muszę przemyśleć.   

- Więc uważasz, że doświadczenia z Garqi pomogą mi lepiej zrozumieć, kim są Jedi?   

background image

-  Pomogą  ci  lepiej  zrozumieć,  kim  jesteś  ty  sam.  Będziesz  miał  u  boku  dwóch  bardzo 

różnych Jedi: Corrana i Gannera. Możesz się wiele od nich nauczyć… co robić, a czego nie robić. 

Zwolnij trochę. Daj sobie szansę, by się czegoś nauczyć.   

- Zawsze to jakiś punkt wyjścia - westchnął. - Teraz mi pewnie powiesz, że wiedziałaś o tym 

wszystkim  wcześniej,  bo  dziewczynki  dojrzewają  szybciej  niż  chłopcy.  -  Kobiety,  Jacenie… 

kobiety  dojrzewają  szybciej  niż  chłopcy.  -Próbowała  utrzymać  poważną  minę,  ale  szybko  się 

poddała.  Przyciągnęła  do  siebie  brata  i  przytuliła  go  mocno.  -  Słuchaj,  zabawa  się  skończyła. 

Albo damy z siebie wszystko, albo zginiemy. A z nami mnóstwo innych ludzi.   

- Wiem. Masz rację. - Przyciskał ją tak mocno, jakby mieli się już nigdy nie zobaczyć. - Lataj 

szybko i strzelaj celnie, Jaina. Nie pozwól, by cię dostali.   

-  A  ty  pamiętaj,  że  fioletowy  rajski  ogród  na  Garqi  kryje  wiele  paskudnych  stworzeń.  - 

Odsunęła się z uśmiechem. - Uważaj na siebie, Jacenie. Niech Moc będzie z tobą.   

- Dzięki, Jaina. Tak będzie. - Otoczył ją ramieniem. - Chodź, mamy jeszcze czas, żeby napić 

się kawy, zanim ruszymy w swoją stronę. Ja będę wielkim Jedi, a ty wielkim pilotem, ale na razie 

bądźmy po prostu jeszcze przez chwilę bratem i siostrą.   

  

Siedzieli w kambuzie, gdy nagle Jaina zesztywniała, patrząc gdzieś poza Jacena. Podążając 

za jej wzrokiem, odwrócił się i uśmiech zamarł na jego ustach.   

-  Szukałeś  mnie?  Wydawało  mi  się,  że  mój  komunikator  jest  włączony.  Corran  Horn 

uśmiechnął się swobodnie.   

- Nic się nie stało, Jacenie. Miło panią zobaczyć, porucznik Solo.   

- Dziękuję, panie pułkowniku. - Jaina odsunęła krzesło od niewielkiego stolika, przy którym 

siedzieli z bratem. - Może przysiadzie się pan do nas?   

Corran potarł ręką gładko od niedawna wygoloną brodę.   

-  Dziękuję,  chciałem  tylko  ryknąć  kawy.  Najprawdopodobniej  to  ostatnia,  jaką  będę  miał 

okazję wypić przed lądowaniem na Garqi. Hodują tam mnóstwo krzaków kawy, ale nigdy się nie 

nauczyli porządnie jej parzyć. Przynajmniej tak było dwadzieścia lat temu…   

Jacen spojrzał na swój do połowy opróżniony kubek.   

- Jeśli ta kawa jest dobra według standardów obowiązujących na Garqi…   

-  Za  późno,  Jacen,  klamka  zapadła.  Już  się  nie  wycofasz  z  misji.  -  Corran  poklepał  go  po 

ramieniu i spojrzał na Jainę. - Słyszałem, że spodobało ci się w Eskadrze Łobuzów. - Tak, proszę 

background image

pana. Bardzo mi się podoba.   

-  To  inny  rodzaj  odpowiedzialności,  niż  gdy  jesteś  rycerzem  Jedi.  Generał  Darklighter 

zasugerował, że po powrocie z Garqi powinniśmy rozegrać jedną rundkę na symulatorze, żebym 

zobaczył, jaka jesteś dobra. Jaina zarumieniła się.   

-  Tylko  bym  pana  rozczarowała,  panie  pułkowniku.  Generał  Antilles  i  pułkownik  Celchu 

regularnie roznoszą mnie na strzępy na ćwiczeniach. Corran wzruszył ramionami.   

-  Mnie  też,  choć  to  już  tyle  lat.  Może  powinniśmy  zagrać  we  dwójkę  przeciwko  nim. 

Dalibyśmy im nauczkę!   

-  Z  przyjemnością  proszę  pana.  Jacen  spojrzał  na  Corrana.  -  Wolisz  być  w  armii  czy  w 

zakonie?   

-  To  miłe,  że  mundur  ciągle  na  mnie  pasuje,  no  i  podoba  mi  się  dodatkowa  gwiazdka.  - 

Corran  roześmiał  się.  -  Ale  mimo  innego  munduru  nie  przestaję  być  Jedi.  Jestem  w  nim  w 

równym  stopniu,  jak  ty  czy  Jaina.  To  skuteczna  wymówka,  bym  mógł  zrobić  to,  co  jest  do 

zrobienia.  Wolałbym,  żeby  było  inaczej,  ale  jeśli  musimy  się  bawić  w  przebieranki,  żeby 

uratować parę istnień ludzkich, to się pobawię. - Odstawił pusty kubek. - Tyle tylko że misję na 

Garqi trudno będzie nazwać zabawą.   

-  Wiem.  Przestudiowałem  dane  o  ukształtowaniu  powierzchni  i  otoczeniu,  zasobach 

naturalnych,  sieci  łączności,  szlakach  i  węzłach  komunikacyjnych,  generatorach  energii, 

metodach jej dystrybucji. -Jacen zmarszczył czoło, odliczając na palcach. - Przećwiczyłem też na 

symulatorach  użycie  sprzętu,  który  będziemy  mieć  ze  sobą,  a  mój  skaner  do  próbek  znam  od 

podszewki.   

-To dobrze. Spodziewałem się, że się przyłożysz do pracy. Jest jeszcze jedna bardzo ważna 

rzecz, o której będziesz musiał pamiętać… coś, czego twoja siostra nauczyła się już w Eskadrze 

Łobuzów: będziesz musiał wypełniać rozkazy. Wiem, że wasza inicjatywa na Helska 4 uratowała 

Danni Quee. Wiem też, że próba uratowania niewolników na Belkadanie poszła ci  gorzej. Tym 

razem  będziesz  częścią  zespołu.  Będziemy  polegać  na  sobie  nawzajem,  więc  zapomnij  o 

samotnych  krucjatach  podejmowanych  tylko  dlatego,  że  wydaje  ci  się,  że  wiesz,  co  się  ma 

wydarzyć. Nie zamierzam torpedować twoich pomysłów tylko po to, żeby powiedzieć „nie”. Jeśli 

twoja propozycja będzie sensowna, rozważę ją. Zrozumiano?   

Jacen przytaknął. Doceniał słowa Corrana i nie umknął mu ojcowski ton mężczyzny.  - Tak 

jest. Rozumiem.   

background image

-  To  dobrze.  Jest  jeszcze  coś,  co  chyba  powinieneś  wiedzieć:  wybrałem  cię  do  tej  misji 

dlatego, że miałeś już do czynienia z Yuuzhanami i ze względu na odwagę, jaką się wykazałeś w 

walce  z  nimi.  Moje  doświadczenia  z  tymi  stworzeniami  nie  były  przyjemne  i  gdybym  mógł 

wybierać, nie byłoby mnie tutaj. Podziwiam cię, że jesteś gotów ponownie stawić im czoło. Jacen 

popatrzył w dół. - Dziękuję.   

- Jeśli przeprowadzimy tę misję, jak należy, Yuuzhanie nawet się nie zorientują, że byliśmy 

na planecie. Nie spodziewam się, żebyś musiał wykazywać się tym rodzajem szaleńczej odwagi, 

z  którego  słynie  twoja  rodzina.  -  Corran  uśmiechnął  się  ciepło.  -  Z  drugiej  strony  pewna  doza 

koreliańskiej  pogardy  dla  rachunku  prawdopodobieństwa  w  połączeniu  z  umiejętnościami 

Noghrich pozwala mi wierzyć, że uda nam się wyjść z tego cało. Jaina uniosła brew. - A Ganner?   

- On pochodzi z Teyr i  nie ma pojęcia o rachunku prawdopodobieństwa.  - Corran sięgnął z 

powrotem  po  kubek.  -  Ale  jest  dobry  w  walce,  zwłaszcza  jeśli  pomyśli,  zanim  zacznie  działać. 

Jest też bardzo przystojny, jak zapewne zauważyłaś. Jaina znów się zarumieniła.   

- Trudno tego nie zauważyć.   

- Zwłaszcza że uwielbia się stroić. - Corran mrugnął porozumiewawczo do Jacena.  - Ale to 

tak między nami. Pozamerytoryczne parametry akcji. - Jasne.   

- No to lecę. Zostało ci jeszcze trochę czasu na rozmowę z siostrą, a potem sprawdź sprzęt. 

Mamy  jeszcze  dzień  lub  dwa,  zanim  dotrzemy  do  celu,  ale  nigdy  nie  zaszkodzi  być 

przygotowanym  wcześniej.  -  W  porządku,  Corran.  Jaina  kiwnęła  głową.  -  Miło  było  pana 

spotkać, panie pułkowniku.   

- Mnie również, pani porucznik. Nie daj się Łobuzom, dobrze? - Tak jest, panie pułkowniku.   

Jacen poczekał, aż Corran wyjdzie z kabiny, zanim pytająco uniósł brew. - Strasznie jesteście 

oficjalni.   

- W armii nie jest w zwyczaju spoufalać się z przełożonymi -uśmiechnęła się Jaina. - Gramy 

teraz według różnych zasad, Jacen.   

- Ten sam cel, inna droga. - Jacen westchnął. - Niezły punkt wyjścia do zastanawiania się, co 

dalej, ale nie zrobię tego. Wszystko w swoim czasie. Najpierw misja, a dopiero potem będę się 

martwić o przyszłość.   

-  I  to  właśnie,  braciszku  -  wzniosła  toast,  stukając  kubkiem  o  kubek  Jacena  -jest  strategia 

zwycięstwa.   

 

background image

 

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 7 

  

   

Leia Organa Solo siedziała w milczeniu w przedziale pasażerskim promu klasy Marketta o 

nazwie „Księżyc Chandrila”. Jej dwaj ochroniarze, Noghri Olmakh i Basbakhan, tkwili tuż za nią 

w wąskiej kabinie statku. W przeciwieństwie do kobiety, siedzącej rząd przed Leią, emanował z 

nich spokój. Danni Quee natomiast wysyłała fale strachu w podobny sposób, jak ogień emituje 

ciepło.   

Leia zmusiła się, by wziąć głęboki oddech, a potem powoli wypuścić powietrze, by wraz z 

nim opuściło ją napięcie. A przynajmniej jego część, pomyślała. Podróż z Coruscant do Bastionu 

podjęto  przy  zachowaniu  najściślejszych  środków  ostrożności.  Statek  trzymał  się  z  dala  od 

uczęszczanych  szlaków,  wytyczony  kurs  wił  się  i  zawracał,  a  kiedy  w  końcu  „Protektor”  - 

gwiezdny niszczyciel klasy Victory - dotarł do systemu Bastion, zatrzymał się na jego obrzeżach 

z opuszczonymi tarczami i nienaładowanymi działami.   

Reakcja Bastionu była szybka. Przysłali „Nieustępliwego” - imperialny gwiezdny niszczyciel 

- by zapytał załogę „Protektora” o zamiary Nowej Republiki. Leia poleciła odpowiedzieć, że jest 

w  posiadaniu  informacji,  które  musi  zakomunikować  admirałowi  Giladowi  Pellaeonowi. 

Imperialny niszczyciel przerwał łączność na dwie godziny, a następnie jego oficer łącznościowy 

poinformował  Leię,  że  ona  sama,  jej  osobisty  personel  i  dwóch  pilotów  na  pokładzie  jednego 

wahadłowca mogą udać się w głąb systemu.   

Admirał Arii Nunb, dowodzący „Protektorem”, przekonywał Leię, że zgoda na takie warunki 

oznacza oddanie się w ręce wroga. Przyznała mu rację. Wielu ludzi w systemach Spadkobierców 

Imperium  nadal  żyło  marzeniami  o  minionej  chwale.  Od  czasu  śmierci  Imperatora  zdążyło 

dorosnąć nowe pokolenie, które nauczyło  się za  rozmaite braki  i  niedogodności  winić Rebelię. 

Leia,  jako  jej  przywódczyni,  a  zarazem  szef  państwa  podczas  większości  bitew  z  siłami 

Imperium, skupiała na sobie wiele gorzkich uczuć.   

Siły  Imperium  próbowały  nawet  zakłócić  ślub  Luke’a  i  Mary,  pomyślała.  Byłabym  głupia, 

gdybym przyjęła, że jestem tu bezpieczna.   

Jednak  aby  pokonać  znacznie  większe  zagrożenie  ze  strony  Yuuzhan  Vong,  należało 

poinformować o nim przywódców Imperium i przekonać ich, że jego los i los No wej Republiki 

są  ze  sobą  ściśle  związane.  Po  raz  kolejny  poprosiła  Danni,  by  świadczyła  o  okrucieństwach 

background image

Yuuzhan Vong. Miała nadzieję, że dadzą się przekonać równie szybko, jak mieszkańcy Agamar.   

Wyciągnęła rękę pomiędzy siedzeniami i poklepała Danni po ramieniu. - Nie martw się, nie 

będzie tak źle.   

- Dzięki. - Młoda kobieta przykryła dłoń Lei własną. - Za każdym razem, kiedy zaczynam się 

nad sobą użalać, przypominam sobie, dokąd leci senator A’Kla. W porównaniu z jego zadaniem 

nasza misja to łatwizna.   

-  Niestety,  masz  rację.  -  Leia  zagłębiła  się  w  fotelu.  Przypomniała  sobie  pożegnanie  z 

Elegosem  przed  jego  samotnym  odlotem.  Zaskoczyło  ją  że  nie  wyczuła  u  niego  ani  odrobiny 

strachu, wyłącznie świadomość ryzyka, jakiego się podejmował. Powiedziała mu to, wywołując 

uśmiech na twarzy złotowłosego Caamasjanina.   

- Prawda wygląda tak, że się nie boję. - Zamrugał wielkimi oczami. - Wiem, że ta misja może 

się  dla  mnie  zakończyć  śmiercią  ale  w  obliczu  wojny,  która  tylu  zabije,  nie  jest  to  największy 

problem. Poza tym muszę ci wyznać, że jestem niezmiernie ciekaw Yuuzhan. Zakładam, że oni 

są  równie  ciekawi  nas,  co  oznaczałoby,  że  dysponujemy  wspólną  walutą.  To  umożliwiłoby 

negocjacje, a może nawet przyczyniło się do sukcesu.   

Leia uścisnęła go, przedłużając moment, gdy otaczały ją silne ramiona Elegosa. - Nie musisz 

tam lecieć, Elegosie. Są inne sposoby. Odsunął ją od siebie na odległość ramion.   

-  Czyżby,  Leio?  Yuuzhanie  nienawidzą  maszyn,  więc  wysłanie  jakiegokolwiek  robota  czy 

innego  mechanicznego  posłańca  by  przekazać  im  nasze  najlepsze  życzenia,  byłoby  dla  nich 

zniewagą. Jak pokazują doświadczenia Anakina na Dantooine, Yuuzhanie cenią śmiałość… stąd 

pomysł  mojej  misji.  Jeśli  powrócę,  może  uda  się  zapobiec  przelewowi  krwi.  -  A  jeśli  nie 

wrócisz?   

- Wtedy wasza wiedza o Yuuzhanach znacznie się wzbogaci. -Uśmiechnął się do niej ciepło i 

zwyczajnie. - Jestem świadom niebezpieczeństwa, na jakie się narażam, ale nie mógłbym żyć w 

spokoju, gdybym nie podjął tej próby. Nie zwykłem cofać się przed odpowiedzialnością, zupełnie 

jak ty. Tyle tylko że ty wybierasz mądrzejsze sposoby, by to zamanifestować.   

Wtedy  się  z  nim  zgadzała,  ale  w  miarę  jak  sylwetka  „Chimery”  w  przednim  iluminatorze 

promu  rosła,  a  stacja  odprawy  celnej  Bastionu  zbliżała  się  coraz  bardziej,  ogarnęły  ją 

wątpliwości.  Ostatni  raz  widziała  „Chimerę”,  kiedy  Imperium  i  Nowa  Republika  podpisywały 

pokój. Uświadomiła sobie, że niewiele wie o aktualnej sytuacji w Imperium, co oznaczało, że nie 

ma  pojęcia,  czy  udzielenie  im  pomocy  przez  admirała  Pellaeona  nie  okaże  się  dla  niego  zbyt 

background image

trudne do przeforsowania.   

Przejrzała  wprawdzie  po  drodze  materiały  na  ten  temat,  ale  mimo  wszystko  nie  czuła  się 

dostatecznie  zorientowana  w  sytuacji  politycznej  regionu.  Choć  wielu  imperialnych  władców 

obecnych  światów  Nowej  Republiki  schroniło  się  w  systemach  Spadkobierców  Imperium, 

zabierając  ze  sobą  niemałe  fortuny,  rozwój  ekonomiczny  tych  terenów  postępował  powoli. 

Zaledwie kilka miejsc mogłoby się równać z Co ruscant,  jeśli chodzi  o  poziom życia, a były i 

takie, których mieszkańcy po prostu cierpieli biedę. Zalew tańszych towarów z Nowej Republiki 

doprowadził  do  upadku  niektóre  gałęzie  imperialnej  gospodarki;  donoszono  też  o  przypadkach 

zamieszek na tle ograniczeń importowych.   

Stosunki  dyplomatyczne  pomiędzy  obydwoma  mocarstwami  układały  się  natomiast  jak 

najlepiej.  Leia  przypisywała  to  w  znacznej  mierze  wysiłkom  Talona  Karrde.  Po  podpisaniu 

układu  pokojowego  Karrde  zaproponował  i  pomógł  w  utworzeniu  agencji  pośredniczącej  w 

wymianie  informacji  wywiadowczych  pomiędzy  Nową  Republiką  a  Imperium.  Pozwoliło  to 

złagodzić objawy paranoi u twardogłowych po obu stronach barykady, choć pewne resentymenty 

oczywiście  pozostały.  Według  informacji,  które  otrzymała  Leia,  Karrdowi  nie  udostępniono 

żadnych  -  lub  prawie  żadnych  -informacji  o  Yuuzhan  Vong.  Tak  więc  przywódcy  Imperium, 

choć zapewne zorientowali się, że coś się dzieje, nie znali żadnych szczegółów.   

Jeśli  to  podsyciło  paranoiczne  obawy  co  poniektórych,  pomyślała  Leia,  to  ta  misja  się 

skończy, zanim jeszcze na dobre się rozpoczęła. W kabinie rozległ się głos pilota.   

-  Mamy  pozwolenie  na  lądowanie  w  głównym  doku  cumowniczym  placówki  celnej. 

Będziemy tam za mniej więcej trzy minuty.   

Danni odwróciła się w fotelu, uklękła na siedzeniu i wyjrzała znad oparcia w stronę Lei.   

- Czy naprawdę spotkamy samego admirała Pellaeona?   

-  Być  może.  Jeśli  tak,  byłby  to  dobry  znak.  -  Leia  westchnęła.  -Dyplomacja  to  gra,  Danni. 

Kiedy  poleciałyśmy  na  Agamar  i  poprosiłyśmy  o  audiencję  u  Rady  Agamaru,  fakt,  że  kiedyś 

byłam przewodniczącą Nowej Republiki w zasadzie przesądził o tym, że w ogóle dopuszczono 

mnie do nich i pozwolono powiedzieć, co miałam do zakomunikowania. Agamarczycy poczytali 

sobie za zaszczyt, że to ja zwracam się do Rady. Zmrużyła oczy.   

-  Bardzo  możliwe,  że  Pellaeon  ma  przeciw  sobie  frakcje  sprzeciwiające  się  kontaktom  z 

Nową Republiką, a jeśli są one dostatecznie silne, spotkanie ze mną mogłoby dla niego oznaczać 

samobójstwo polityczne. W takim przypadku rozmowy poprowadziłby raczej ktoś niższy rangą. 

background image

Jeśli  będzie  to  ktoś  z  samego  dołu  drabiny,  nic  nie  wskóramy.  Jeśli  zaś  wyślą  kogoś 

ważniejszego,  na  przykład  zastępcę  sekretarza  stanu,  co  w  świetle  protokołu  dyplomatycznego 

odpowiada  mniej  więcej  mojej  pozycji…  mamy  szansę  przepchnąć  sprawę  i  coś  wywalczyć. 

Danni uśmiechnęła się.   

- Wydaje mi się, że astrofizyka jest łatwiejsza niż dyplomacja czy polityka.   

-  Czy  ja  wiem?  W  polityce  też  mamy  czarne  dziury,  pulsary,  ciała,  które  emitują  więcej 

ciepła  niż  światła.  -  Leia  uśmiechnęła  się  do  Danni.  -  Odkąd  pamiętam,  polityka  zawsze  była 

częścią mojego życia. Dobrze, że nieźle sobie w tym radziłam. Ale muszę przyznać, że emerytura 

też mi się podoba, i nie mogę się doczekać, kiedy znowu wycofam się z polityki.   

Łagodny  pomruk  silników  promu,  gdy  statek  wpłynął  do  doku  cumowniczego,  a  po  nim 

lekki  wstrząs  oznajmiły  im,  że  dobili  do  stacji  celnej.  Klapa  luku  uniosła  się  z  sykiem  -  co 

doskonale zamaskowało i tak bardzo ciche kroki Basbakhana, który zszedł po trapie pierwszy, by 

powstrzymać ewentualną napaść. Olmakh stanął przy drzwiach, potwierdzając kiwnięciem głowy 

w stronę Lei, że droga wolna.   

Leia  minęła  szaroskórych  ochroniarzy.  Noghri,  przy  swoim  niskim  wzroście,  wyglądaliby 

prawie jak dzieci, gdyby nie groźne rysy twarzy. Z doświadczenia wiedziała, jak silni i skuteczni 

potrafią być, gdy zajdzie taka potrzeba, pokonując wroga gołymi rękami albo śmiercionośnymi 

nożami, które zwykle nosili  przy sobie. Noghri  byli  szybcy i  całkowicie  skoncentrowani  na jej 

bezpieczeństwie.   

Na  Dantooine  Yuuzhanie  zabili  Bolphura,  pomyślała  Leia,  i  dlatego  teraz  muszę  mieć  aż 

dwóch  strażników.  Wzdłuż  kręgosłupa  przeszedł  jej  dreszcz.  Dwadzieścia  lat  temu  nie  mogła 

sobie  wyobrazić  bardziej  morderczych  istot  niż  Noghri,  a  jednak  yuuzhański  wojownik  zabił 

Bolphura gołymi rękami.   

Leia  zaczęła  schodzić  po  trapie,  z  zadowoleniem  patrząc  na  dwa  szwadrony  szturmowców 

ustawionych  karnie  wzdłuż  białych  linii  znaczących  przejście  na  deskach  pokładu.  Oficjalny, 

ceremonialny charakter powitania dobrze wróżył ich misji. Na wprost, na końcu przejścia, stały 

trzy  osoby  w  wojskowych  mundurach;  jedna  z  nich  nie  miała  jednak  żadnych  szlifów.  Leia 

przepuściła  Basbakhana,  który  ruszył  pierwszy  pomiędzy  rzędami  szturmowców,  stanęła  i 

zaczekała, aż imperialni wysłannicy podejdą do niej.   

Pierwsza zrobiła to wysoka kobieta w mundurze bez dystynkcji.   

-  Witam,  pani  konsul.  Jestem  Miat  Temm.  To  pułkownik  Harrak  i  major  Pressin.  Leia 

background image

wymieniła uścisk dłoni z każdym z nich i gestem przywołała Danni do swojego boku. - To jest 

Danni Quee, mój doradca.   

Imperialni  powitali  Danni  skinieniem  głowy.  Miat  wskazała  na  turbowindę.  -  Proszę  tędy. 

Pan admirał czeka.   

Podczas  milczącej  jazdy  windą  Leia  spróbowała  delikatnie  wysondować  Mocą  umysły 

swoich  przewodników.  Ze  strony  dwóch  wojskowych  wyczuła  niepewność  maskowaną 

arogancją  i  sporą  dozę  zmieszania,  wywołanego  przez  jej  osobę  i  to,  że  poproszono  ich,  by  ją 

powitali. Od Miat nie wyczuła nic.   

Blokuje mnie! -pomyślała, tłumiąc uśmiech. Była ciekawa, czy którykolwiek z przeciwników 

Pellaeona  zdawał  sobie  sprawę,  że  Temm  jest  wrażliwa  na  Moc.  Drzwi  windy  otworzyły  się  i 

Miat  wprowadziła  ich  do  obszernego  pokoju  konferencyjnego,  którego  jedna  ściana,  cała 

wykonana  z  transpastali,  pozwalała  podziwiać  „Chimerę”.  Leia  wzięła  to  za  dobry  znak.  Za 

imperialnym  niszczycielem  dostrzegła  sylwetkę  własnego  statku,  a  poniżej  tarczę  planetarną 

Bastionu, spokojną i piękną. Admirał Pellaeon, w białym mundurze wielkiego admirała, stał na 

przeciwległym końcu białego stołu. Sam, bez strażników i bez broni. Kiedy weszli, uśmiechnął 

się i wskazał Lei miejsce po swojej prawej stronie.   

- Cieszę się, że znowu panią widzę, pani konsul. Proszę, niech pani siądzie i powie, co panią 

do nas sprowadza. - Swoim ludziom gestem nakazał usiąść po drugiej stronie stołu. - Jeśli mają 

państwo ochotę na coś do picia, to się da załatwić. Ma pan komunikator, majorze Pressin?   

- Tak jest, panie admirale. Leia uśmiechnęła się.   

-  Na  razie  dziękuję.  -  powiedziała.  Uścisnęła  dłoń  Pellaeona  i  odwzajemniła  uśmiech,  po 

czym przedstawiła Danni jako swoją doradczynię.   

Pellaeon skłonił przed Danni śnieżnobiałą czuprynę. - Proszę, niech panie siądą.   

Leia  zwróciła  uwagę  na  sposób,  w  jaki  Pellaeon  ustawił  swoje  krzesło  -  przodem  do  niej, 

plecami  do  swoich  adiutantów.  Miat  nie  przejęła  się  tym,  ale  oficerowie  byli  najwyraźniej 

poruszeni.   

Pellaeon  widać  chce,  żeby  byli  zmieszani  i  niepewni  siebie,  pomyślała  Leia.  Ciekawe 

dlaczego.   

Pochyliła się w stronę Pellaeona, korzystając z jego otwartości.   

-  Przybyłam  tu,  żeby  naprawić  kłopoty,  jakie  wystąpiły  w  wymianie  informacji  pomiędzy 

naszymi  państwami.  Stało  się  coś  bardzo  ważnego;  coś,  co  może  określić  przyszłość  zarówno 

background image

Nowej Republiki, jak i Spadkobierców Imperium. Pellaeon powoli pokiwał głową. - Ma pani na 

myśli utratę Dubrillionu.   

Lei udało się ukryć zaskoczenie, ale Danni wybuchnęła:  - Skąd pan wie? Admirał zmrużył 

ciemne oczy.   

-  Dubrillion,  podobnie  jak  inne  planety  Nowej  Republiki  w  pasie  graniczącym  z  naszym 

terytorium, jest przedmiotem naszego zainteresowania. Jestem pewien, pani konsul, że nie zdziwi 

się pani, iż mieliśmy tam swoich agentów. Chociaż wiadomości, które nam przysyłali, nie były 

zbyt wyczerpujące, wiedzieliśmy, że coś się tam święci. Kiedy transmisje ustały, zrozumieliśmy, 

że problem jest poważny. Uniósł podbródek.   

-  Powiem  pani  również, że słyszałem o Danni  Quee. Mieliśmy  agenta także na Belkadanie, 

wśród  uczestników  projektu  ExGal.  Każda  placówka  badawcza  jest  dla  nas  obiektem  wartym 

zainteresowania. Nie mieliśmy żadnych wiadomości od naszego agenta od momentu, gdy naszym 

zdaniem stacja uległa zniszczeniu. Danni zamrugała.   

- Kto to był?   

Pellaeon pokręcił głową.   

-  W  tej  chwili  to  już  chyba  bez  znaczenia,  prawda?  Pozwólmy  martwym  spoczywać  w 

pokoju.   

-  W takim  razie ma pan  pewne informacje o tym, co się stało.  Mam tu  datakartę, na której 

znajdzie  pan  szczegóły  techniczne,  ale  w  skrócie  sprawy  wyglądają  następująco:  obca  rasa 

humanoidów  spoza  naszej  galaktyki  zaatakowała  i  zniszczyła  kilka  planet  na  Odległych 

Rubieżach.  Wykazują  się  absolutną  technofobią,  są  bezlitośni  w  walce,  biorą  niewolników  i 

bezwzględnie  ich  traktują.  Nazywają  się  Yuuzhan  Vong.  Jak  dotąd,  nie zdołaliśmy  nawiązać  z 

nimi  żadnych  kontaktów  dyplomatycznych.  Przez  pewien  czas  więzili  Danni,  więc  spośród 

naszych ludzi to ona miała z nimi najbardziej bezpośredni kontakt.   

Admirał  odchylił  się  do  tyłu,  złączył  palce  obu  dłoni  i  podparł  nimi  podbródek.  -  A  więc 

przybyła pani, by prosić nas o pomoc w odparciu Yuuzhan Vong. Leia przytaknęła.   

- Na pewno lepiej niż ktokolwiek inny zdaje pan sobie sprawę, jak trudno jest poradzić sobie 

z  wrogiem,  który  może  zaatakować  nie  wiadomo  skąd.  Pozwoli  pan,  że  będę  szczera: 

wewnętrzne niesnaski w Nowej Republice nie osiągnęły punktu wrzenia, ale nasze siły wojskowe 

są  rozproszone  po  całej  galaktyce,  pilnując,  by  do  tego  nie  doszło.  Jednocześnie  rozlegają  się 

coraz częstsze głosy, że dzięki traktatom pokojowym z sąsiadami moglibyśmy sobie pozwolić na 

background image

demobilizację, a budżet obronny przeznaczyć na inne cele. Inwazja Yuuzhan Vong, jeżeli będzie 

postępować, może odwrócić te tendencje i  scementować Nową Republikę, ale wtedy będzie za 

późno. Musimy powstrzymać ich już teraz. Mamy wojska, które doskonale posłużą za kowadło, 

ale potrzebujemy młota.   

Posępny uśmiech pojawił się w kącikach ust Pellaeona.   

- Wydawać by się mogło, że Jedi będą waszym młotem.   

-  Z  tej  datakarty  dowie  się  pan,  że  Yuuzhanie  są  odporni  na  Moc.  Rycerze  Jedi  robią,  co 

mogą, by zaradzić tej sytuacji, ale są zbyt nieliczni, by poradzić sobie z problemem o takiej skali.   

Pellaeon spojrzał przez ramię na dwóch wojskowych.   

- Pani prośba nie jest dla nas niespodzianką, pani konsul. Ci panowie wielokrotnie powtarzali 

mi  przy  różnych  okazjach,  że  jakakolwiek  współpraca  wojskowa  z  Nową  Republiką  musi 

oznaczać pułapkę. Że odciągniecie nasze statki z dala od domu i rozbijecie je, żeby wrócić tu i 

zakończyć  podbój  całego  dawnego  Imperium.  Ten  konkretny  scenariusz  nie  przyszedł  im  do 

głowy, ale ich obawy niełatwo będzie rozwiać. Na pewno uważają, że zagrożenie nie jest realne. 

Leia uśmiechnęła się zimno do dwóch wojskowych.   

- Wasz wywiad na pewno już wie, że moja córka… moja szesnastoletnia córka… wstąpiła do 

Eskadry Łobuzów. Zrobiła to na Dubrillionie. Wasze źródła z pewnością doniosły wam również, 

że Eskadra wymieniła właśnie  ponad połowę swojej kadry. Gdybym  nie  sądziła, że Yuuzhanie 

stanowią wielkie zagrożenie, sądzicie, że pozwoliłabym mojemu dziecku wstąpić do wojska?   

Pułkownik Harrak przejechał palcem po kołnierzyku munduru. - Pani dzieci są Jedi.   

- Powiedziałam już, że nie daje im to żadnej przewagi nad Yuuzhanami.   

Pellaeon uniósł palec, przerywając odpowiedź pułkownika.   

-  Dobrze,  pani  konsul.  Przejrzę  materiały,  które  pani  dostarczyła.  Nie  jestem  nieżyczliwie 

nastawiony  do  pani  prośby  i  podobnie  jak  wiele  innych  osób  w  Imperium  poczuwam  się  do 

odpowiedzialności za ludzi Nowej Republiki. Oni nas odrzucili, ale my ich nie. Jeśli będziemy w 

stanie, pomożemy wam. Leia kiwnęła głową.   

- Nie mogłabym prosić o więcej.   

-  Mogłaby  pani  jak  najbardziej.  -  pokiwał  głową.  -  Miejmy  jednak  nadzieję,  że  tyle 

wystarczy.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 8 

  

   

Luke  Skywalker  sięgnął  po  Moc,  by  odzyskać  siły.  Energia  zalała  go  falami;  poczuł 

mrowienie  w  całym  ciele.  Rozkoszował  się  z  uśmiechem  zalewającym  go  ciepłem.  Nieczęsto 

wykorzystywał Moc w ten sposób ostatnimi czasy; wolał bardziej bierne korzystanie z jej darów, 

ale wyczerpanie robiło swoje. Nie miał czasu na sen, więc potrzebował zastrzyku energii.   

Spojrzał  w  dół  na  notes  komputerowy,  stojący  przed  nim  na  biurku.  Opracowanie 

przydziałów  dla  każdego  z  Jedi  okazało  się  zadaniem  trudniejszym,  niż  przypuszczał.  Okazało 

się,  że  rycerze  wysyłani  w  pojedynkę  zastanawiali  się,  dlaczego  mają  iść  sami,  natomiast  ci, 

którym  przydzielił  zadania  w  parach  lub  kilkuosobowych  grupach,  uważali,  że  wątpi  w  ich 

umiejętności, albo też kręcili nosem, że będą musieli niańczyć innych rycerzy. Pojawiały się też 

protesty  dotyczące  charakteru  misji  albo  rodzaju  środków,  jakie  należało  podjąć  w  celu  ich 

realizacji  -  filozoficzny  konflikt  pomiędzy  Jedi  wyolbrzymiał  nawet  najmniejsze  różnice  zdań. 

Luke pomasował kark swoją mechaniczną dłonią.   

-  Wiesz,  Artoo,  myślałem,  że  ratowanie  galaktyki  to  trudna  praca.  Teraz  widzę,  że  jeszcze 

gorzej jest być urzędnikiem.   

Mały  robot  obrócił  głowę,  popiskując  w  odpowiedzi.  Podłączony  do  komputera,  R2-D2 

pomagał Luke’owi koordynować odloty poszczególnych rycerzy. W miarę jak napływały dane z 

ich statków, robot uaktualniał dane, dzięki czemu Luke wiedział, czyjego ludzie udają się właśnie 

tam,  gdzie  mieli  się  znaleźć.  W  drzwiach  biura  pojawiła  się  Mara.  -  Luke,  wygląda  na  to,  że 

mamy problem.   

Weszła do pokoju, zapraszając gestem Anakina, który szedł tuż za nią.   

- Anakin wpadł na to pierwszy. Niech sam ci wyjaśni, o co chodzi.   

Ciemnowłosy młodzieniec uśmiechnął się.   

-  Z  myślą  o  planowaniu  przyszłych  misji  opracowałem  program,  który  analizuje 

wykorzystanie danych z naszej biblioteki. Śledząc pliki, otwierane po rozdzieleniu przydziałów 

między  rycerzy,  możemy  się  dowiedzieć,  jakie  informacje  uważają  za  potrzebne,  by  wykonać 

zadania.  Moglibyśmy  w  przyszłości  od  razu  dołączać  te  pliki  do  zleceń,  oszczędzając  w  ten 

sposób  czas.  Dane  byłyby  wtedy  umieszczane  na  datakartach  zleceń.  Wystarczyłoby  je  tylko 

uaktualnić. Mistrz Jedi uśmiechnął się szeroko. - To doskonały pomysł.   

background image

-  Dziękuję  -  rozpromienił  się  Anakin.  -  Właśnie  przeczesałem  wnioski  o  informacje.  Nikt 

dotąd  nie  wiedział,  że  taki  program  istnieje  i  działa.  Kiedy  dostałem  analizę  wniosków  i 

sprawdziłem z rejestrem wejść do systemu, natrafiłem na pewien problem. Luke uniósł brew. -To 

znaczy…?   

-  Mój  program  wychwycił  o  piętnaście  wniosków  więcej,  niż  wynikałoby  z  oficjalnego 

rejestru  kontroli  dostępu.  -  Chłopak  wzruszył  ramionami.  -  Te  piętnaście  nie  zarejestrowanych 

wejść do systemu może okazać się problemem. Artoo, mógłbyś przesłać mój plik z raportem na 

ten temat do komputera wujka Luke’a?   

Robot  cicho  zagwizdał.  Luke  spojrzał  na  ekran  i  zobaczył  listę  piętnastu  plików  z 

dołączonym do każdego opisem treści.   

-  Laboratorium  Otchłani,  Gwiazda  Śmierci,  Pogromca  Słońc,  Miecz  Ciemności,  „Oko 

Palpatine’a”…  to  wszystko  dane  o  różnych  rodzajach  superbroni  i  miejscach,  gdzie  powstały. 

Mara przytaknęła.   

-  Te  pliki  zawierają  kompletną  specyfikację  techniczną  tych  urządzeń.  Mamy  tu  mnóstwo 

danych, ale nie wiemy, po co ktoś miałby do nich sięgać. Wnioski wyglądają nieciekawie. Luke 

usiadł przy biurku i spojrzał na listę plików.   

-  Chcecie  powiedzieć,  że  rejestr  dostępu  nie  wychwycił  tych  plików,  bo  ktokolwiek  je 

otwierał, wszedł później do systemu i wymazał informacje na ten temat? Zatarł swoje ślady, tak?   

-  Właśnie.  -  Anakin  potrząsnął  głową.  -  Próbowałem  drążyć  sprawę  dalej  i  sprawdzić,  co 

zostało w pamięci, ale odpowiednie sektory wyczyszczono dwukrotnie. Ktokolwiek to zrobił, jest 

w tym dobry. Luke westchnął i spojrzał na żonę. - Podejrzewasz kogoś? Wolno pokiwała głową.   

-  Sprawdziłam  nasze  akta.  Tylko  paru  Jedi  dysponuje  odpowiednimi  umiejętnościami.  Od 

razu wyeliminowałam Anakina, zaraz potem Tionnę. Resztą bym się nie przejmowała, ale myślę, 

że Octa Ramis może stanowić problem. Luke przypomniał sobie ciemnowłosą kobietę.   

- Była blisko z Miko Reglią, prawda?   

-  Tionna  mówiła  mi,  że  jeszcze  w  Akademii  mieli  ze  sobą  romans.  Wydaje  jej  się,  że  po 

zakończeniu  nauki  rozstali  się  i  każde  poszło  w  swoją  stronę,  ale  ich  dzienniki  pokładowe 

wskazują  na  kilka  miejsc,  gdzie  mogli  się  spotkać.  -  Mara  wzruszyła  ramionami.  -Nie 

przypominam sobie, żeby była szczególnie roztrzęsiona w czasie jego pogrzebu na Yavinie IV, 

ale sama byłam wtedy w nie najlepszej formie.   

- Ja też nie zwróciłem na to uwagi. A ty, Anakinie? Zauważyłeś coś?   

background image

- Nie pamiętam, żeby płakała ani nic w tym stylu, ale specjalnie na to nie uważałem. Przykro 

mi.   

-Nie  ma  sprawy.  Nie  miałeś  takiego  obowiązku.  -  Luke  pokiwał  głową.  -  Więc  wydaje  się 

wam,  że  przeglądała  te  dane,  żeby  zbudować  superbroń  przeciwko  Yuuzhanom?  Nie  widzę  w 

tym sensu. Mara pokręciła głową.   

-  Zbudowanie  nowej  Gwiazdy  Śmierci  zajęłoby  całe  lata.  Najszybciej  można  by 

skonstruować  Pogromcę  Słońc,  ale  stocznia,  w  której  powstał,  już  nie  istnieje.  Zresztą  nie 

potrafię  sobie  wyobrazić  nikogo,  choćby  nie  wiem  w  jak  głębokim  żalu  był  pogrążony,  kto 

chciałby zbudować coś takiego i wysadzić parę słońc tylko po to, by pozbyć się Yuuzhan. - No 

tak, to by była przesada.   

-  Ale  to  właśnie  zrobił  Kyp,  prawda?  -  Anakin  zmarszczył  czoło.  -  Żeby  pomścić  śmierć 

brata, zabitego przez Imperium, zniszczył całą Caridę.   

- Tylko po to, żeby się dowiedzieć, że jego brat jeszcze żył, a zginął dopiero, kiedy on sam 

unicestwił planetę. - Luke westchnął ciężko. - Cele nigdy nie uświęcają środków. Sprawdziłeś, co 

się dzieje z Octą?   

- Wsiadła na pokład swojego statku i jest już w drodze. Luke odchylił się na oparcie krzesła i 

potarł dłonią szczękę.   

-  Ciekawe.  Kto  jej  towarzyszy?  Mara  uśmiechnęła  się.  -  Odbyła  wiele  wspólnych  misji  z 

Daeshara’cor.   

-  Ale  Deshara’cor  odleciała  na  Bimmisaari  na  pokładzie  „Duragwiazdy”.  Artoo 

poinformował mnie, że „Duragwiazda” miała awarię hipernapędu, więc wróciła z nadprzestrzeni 

wcześniej, ale z Korelii mieli przysłać statki, które dowiozą pasażerów na miejsce.   

Robot potwierdził informacje Luke’a przeciągłym świergotem. Mara przytaknęła.  - Tyle że 

jeśli spojrzysz na standardowy raport pogotowia, dołączony do wniosku o pomoc, znajdziesz tam 

bardzo  ciekawy  punkt.  Na  liście  pasażerów  nie  figuruje  ani  jedna  Twi’lekianka.  -  Co  takiego? 

Anakin uśmiechnął się.   

-  Domyślam  się,  że  wsiadła  na  pokład,  wszczepiła  załodze  odpowiednie  wspomnienia  i 

opuściła  statek,  zanim  jeszcze  wystartował.  Lista  pasażerów  została  sporządzona  na  podstawie 

zgłoszeń osób, które zameldowały się w placówkach pogotowia. - A musisz pamiętać, Luke, że 

rycerza Jedi trudno byłoby przeoczyć podczas takiej operacji ratunkowej. Mistrz Jedi przymknął 

oczy.   

background image

- Coś mi tu nie gra. Octa szuka superbroni… to rozumiem. Yuuzhan Vong zabili Miko, więc 

mogę sobie wyobrazić, że szuka zemsty, nawet jeśli to oznacza przejście na ciemną stronę. Ale 

co kieruje Daeshara’cor? Czy i ją łączyło coś z Mikiem? Mara wzruszyła ramionami.   

- Nie wiem, ale myślę, że jej motywy są sprawą drugorzędną. Przede wszystkim musimy się 

dowiedzieć, dokąd poleciała.   

Anakin roześmiał się.   

- To nie powinno być trudne. Jest tylko kilka miejsc, gdzie dałoby się zbudować superbroń, 

prawda? Na przykład stocznie Kuat… Mistrz Jedi przytaknął.   

-  Nie  da  się  dziś  skonstruować  czegoś  takiego  w  tajemnicy,  zresztą  po  prostu  nie  miałaby 

odpowiednich materiałów. Jej chodzi o coś innego. Spojrzał na robota.   

- Artoo, ściągnij mi dane na temat doku cumowniczego, z którego odleciała „Duragwiazda”. 

Chcę  mieć  listę  wszystkich  statków  z  ich  portami  przeznaczenia,  które  odleciały  z  tego  doku 

cztery  godziny  przed  odlotem  „Duragwiazdy”  i  cztery  godziny  po  nim.  -  Może  ich  być  nawet 

kilkadziesiąt, Luke.   

- Wiem, Maro, ale musimy od czegoś zacząć. - Luke wziął ze stołu miecz i przypiął do pasa. 

- Nie potrzeba nam zbuntowanego Jedi, uganiającego się po galaktyce w poszukiwaniu pogromcy 

planet.   

  

Śmigaczem  szybko  dotarli  do  hangaru  numer  9372.  Jego  wnętrze,  podobne  do  ogromnej 

jaskini,  wrzało  aktywnością.  Podnośniki  unosiły  ładunki;  długie  sznury  pasażerów  wiły  się  po 

drodze do wyjścia; robotnicy, którzy akurat nie mieli nic do roboty, skupiali się w grupki, by pić, 

śmiać się i grać w sabaka. Mara i Anakin rozdzielili się i skierowali w stronę kas biletowych dla 

promów, przewożących pasażerów na statki czekające na orbicie. R2-D2 podłączył się do portu 

lokalnego terminala, by wczytać dane, o które prosił Luke.   

Luke otworzył się na Moc i zaczął krążyć pomiędzy ludźmi zapełniającymi pomieszczenie. 

Zalały  go  fale  najrozmaitszych  emocji.  Uśmiechnął  się,  wyczuwając  poróżnioną  parę,  która 

odmiennie rozumiała pojęcie punktualności. Mijał zaaferowanych ludzi, którzy zastanawiali się, 

czy  na  pewno  zapakowali  to  czy  tamto.  Pokiwał  głową  wyczuwając  kapitanów  sumujących 

zyski,  jakie  przyniesie  im  każda  skrzynia  ładowana  lub  wyładowywana  z  ich  frachtowców. 

Podniecenie pasażerów wybierających się w przestrzeń po raz pierwszy kazało mu uśmiechnąć 

się  szerzej,  a  namiętność  pary  rozpoczynającej  podróż  poślubną  wywołała  rumieniec  na  jego 

background image

twarzy.   

Wędrując  tak  bez  celu,  starał  się  odtworzyć  tok  myślenia  Daeshara’cor.  Interesowała  się 

superbroniąna  tyle,  by  grzebać  w  ściśle  tajnych  plikach  na  ten  temat.  Wiedziała,  że  na 

Bimmisaari  jest  oczekiwana  za  pięć  dni,  więc  do  tego  czasu  nikt  nie  podniesie  alarmu.  To 

zawężało wachlarz tras, które mogła wybrać.   

Luke od razu odrzucił możliwość, że udała się do Laboratorium Otchłani w pobliżu Kessel. 

„Duragwiazda”  miała  ją  przecież  zabrać  na  Bimmisaari,  skąd  tylko  krótki  skok  dzielił  ją  od 

Kessel. Poza tym pliki, do których się włamała, nie pozostawiały wątpliwości, że admirał Daala 

zniszczyła  laboratorium.  Choć  istniała  możliwość,  że  jakieś  jego  fragmenty  nadal  krążyły  w 

przestrzeni,  szansa,  że  ocalało  wśród  nich  cokolwiek,  co  nadawałoby  się  do  użytku,  była 

minimalna.   

Zanim  Luke  zdążył  się  zastanowić,  czego  tak  naprawdę  szukała  Daeshara’cor,  wyczuł 

dziwne zawirowanie Mocy. Początkowo zauważył czyjąś ciekawość, która zaraz przerodziła się 

w strach, zamaskowany  natychmiast zdyscyplinowaniem, co jednak nie bardzo się  udało. Luke 

spojrzał w prawo i zobaczył mężczyznę, który pospiesznie naciągał na głowę kaptur płaszcza i 

odwracał się w drugą stronę. Mistrz Jedi niedbale kiwnął ręką. - Zaczekaj, nie odchodź!   

Zakapturzony  człowiek  zatrzymał  się  w  pół  kroku,  jakby  nagle  skamieniał.  Chociaż 

próbował opierać się sugestii Luke’a, odwrócił się do połowy i podniósł głowę, przez co kaptur 

zsunął się do tyłu. - J-ja? - wymamrotał.   

Luke pokiwał głową i uśmiechnął się, podchodząc do obcego.   

- Myślę, że możesz mi pomóc. - Ja nic nie wiem!   

-  Być  może.  -  Luke  wzruszył  ramionami.  -  Ale  często  tu  bywasz,  zarabiając  na  życie 

rozpoznawaniem potrzeb innych i zaspokajaniem ich, prawda? - Ja… eee… ja nic nie zrobiłem. 

Podszedł do nich strażnik.   

- Chalco wam przeszkadza, mistrzu Skywalker? Zaraz się nim zajmę. Wpiszę go do raportu. 

Luke niedbale machnął ręką.   

- Dziękuję, ale to nie będzie konieczne. Nie stało się nic takiego.   

Strażnik zamrugał i poszedł swoją drogą, mijając Luke’a i zaskoczonego bywalca hangarów.   

- To, czym się tu zajmujesz, Chalco, ani trochę mnie w tej chwili nie obchodzi. Ale myślę, że 

mógłbyś nam pomóc.   

Krępy mężczyzna pogłaskał się po łysinie. –W jaki sposób?   

background image

-  Masz  zmysł  obserwacji.  Dwa  dni  temu  przyleciała  tu  Twi’lekianka,  która  jest  zarazem 

rycerzem Jedi. Miała odlecieć na pokładzie „Duragwiazdy”, ale nie weszła na pokład tego statku. 

Widziałeś ją, prawda? Mężczyzna pokiwał głową.   

- Myślałem, że dobrze będzie przyjrzeć się tej Jedi na wypadek, gdyby… eee… potrzebowała 

mojej pomocy. - To bardzo ładnie z twojej strony.   

- No chyba. Więc… eee… zauważyłem ją, jak przechodziła. Weszła na pokład statku, ale nie 

widziałem, żeby wychodziła. - Podrapał się po nieogolonym policzku. - A potem zobaczyłem, jak 

rozmawia z oficerem na frachtowcu. Machnęła mu ręką przed oczami tak jak pan tutaj i ten oficer 

nagle odwrócił się od niej, jakby jej tam w ogóle nie było. Potem już na nią nie patrzyłem, bo nie 

chciałem,  żeby  mnie  zauważyła  i  zrobiła  ze  mną  to  samo.  Wiecie,  słyszałem  różne  historie  o 

pomieszaniu zmysłów i tak dalej. Luke zmrużył oczy. - Jak nazywał się ten frachtowiec?   

- „Szczęśliwa Gwiazda II”. To taki kosmiczny tramwaj, zatrzymuje się w każdym mijanym 

systemie. Połowa przystanków nie figuruje w planie lotu. Chyba lecieli na Ord Mantell, ale nie 

dałbym za to głowy.   

- Świetnie, dziękuję. Chalco rozłożył ręce.   

- Hej, pomogłem wam! Zrobicie coś dla mnie w zamian? Luke skrzyżował ramiona na piersi.   

-  Co  takiego  miałbym  dla  ciebie  zrobić,  Chalco?  Mężczyzna  wzruszył  ramionami.  -  Czyja 

wiem? Mógłbyś na przykład sprawić, żeby strażnicy zapomnieli, czym się zajmuję. Rozumiesz, 

żeby nie zauważali, że tu jestem…   

-  Nawet  gdybym  to  zrobił,  nadal  pozostają  holokamery.  -  Luke  otaksował  Chalco 

spojrzeniem. Ocenił, że chociaż zaokrąglony nieco w pasie i niezbyt imponującego wzrostu, był 

potężnie zbudowanym mężczyzną.   

-  Proponuję  inny  układ.  Chyba  będę  potrzebował  pomocy  w  odnalezieniu  mojej  Jedi.  Jeśli 

polecisz z nami i uda się nam ją znaleźć, wstawię się za tobą u tutejszych władz. Chalco zawahał 

się. - Naprawdę byś to zrobił?   

- Porozmawiał z władzami? Oczywiście!   

- Co innego mam na myśli. Zaufałbyś mi, kiedy z tobą polecę? - Zmrużył swe ciemne oczy. - 

Wiesz,  kim  jestem…  chwytam  się  wszystkiego,  żeby  zarobić  na  życie.  -  Dziś  masz  szansę 

chwycić się czegoś pożytecznego.  - Luke energicznie pokiwał głową.  - Moja odpowiedź brzmi 

„tak”. Zaufam ci. Spotkajmy się tu za godzinę. Masz być spakowany i gotowy do drogi. Chalco 

pomyślał przez chwilę i odparł: - Będę tu.   

background image

Chalco  oddalił  się,  a  Mara  podeszła  do  męża.  Spojrzała  na  niego  i  zapytała:  -  Zbierasz 

zbłąkane owieczki? Mistrz Jedi spojrzał na nią spod oka.   

-  Matka  Daeshara’cor  była  tancerką,  która  jeździła  z  planety  na  planetę.  Jako  młoda 

dziewczyna Daeshara’cor spędzała mnóstwo czasu w dokach i hangarach portów kosmicznych. 

Umie  się  po  nich  poruszać,  a  my  będziemy  potrzebować  kogoś  do  pomocy,  żeby  ją  odszukać. 

Gdyby  Han był  w pełni  sił, poprosiłbym  jego. Ponieważ jednak nie jest,  musimy zaufać komu 

innemu. Mara pokiwała głową.   

- Rozumiem, Daeshara’cor będzie się martwić, że depczemy jej po piętach. Prawdopodobnie 

nie zwróci jednak uwagi na kogoś takiego jak Chalco. W tym biurze, w którym o nią pytałam, 

nikt nie pamiętał osoby odpowiadającej jej opisowi. - Nic dziwnego. Chalco zauważył ją, jak się 

tu  kręciła.  Możliwe,  że  zabrała  się  frachtowcem  odlatującym  na  Ord  Mantell,  ale  mogła  też 

wysiąść z niego gdzieś po drodze. - W takim razie może być wszędzie.   

- Nie sądzę. Jeśli dobrze pamiętam mapę nieba, na jej trasie znajduje się jedna planeta, która 

mogła ją zainteresować. - Luke uśmiechnął się do żony. - Musimy wracać na statek. Lecimy na 

Vortex.   

-  Vortex?  -  Mara  wzięła  Luke’a  za  rękę.  -  Tam  nic  nie  ma  z  wyjątkiem  Katedry  Wiatrów! 

Chyba Daeshara’cor nie zamierza oddawać się słuchaniu muzyki?   

- Nie. - Luke uśmiechnął się i pocałował żonę w policzek. -Zamierza porozmawiać   

z osobą, która pomaga ją tworzyć.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 9 

  

   

Shedao  Shai  okręcił  się  na  pięcie,  zanim  chrapliwy,  zduszony  okrzyk  odbił  się  echem  od 

ścian  domów  wzdłuż  ulicy.  Obszarpany  ludzki  niewolnik,  o  ciele  pokrytym  pyłem  i 

wystrzępionej,  potarganej  brodzie,  wyłamał  się  z  szeregu  i  rzucił  na  niego.  Oczy  niewolnika 

błyszczały zza koralowych narośli na policzkach. Zamierzył się durabetonowym odłamkiem, by 

cisnąć nim w dowódcę Yuuzhan Vong.   

Dwóch  młodszych  wojowników  zareagowało  z  opóźnieniem,  starając  się  złapać 

zamachowca, ale Shedao krótkim warknięciem osadził ich na miejscu. Chroniony zbroją z kraba 

vonduun, z owiniętym wokół prawego przedramienia tsaisi, atrybutem jego władzy i dystynkcji, 

yuuzhański dowódca nie musiał się obawiać ran. Popłynął do przodu na ugiętych kolanach, aby 

obniżyć  środek  ciężkości,  a  potem  wyprostował  nogi,  chwytając  niewolnika  za  gardło  prawą 

dłonią. Uniósł mężczyznę do góry bez wysiłku; drugą ręką wytrącił mu z dłoni kamień.   

Niewolnik  chwycił  Shedao  za  nadgarstek.  Patrzył  oczami  rozszerzonymi  ze  zdumienia  na 

tsaisi,  który  zasyczał  i  uniósł  głowę  gotów  zaatakować.  Buntownik  odsłonił  zęby  w  dzikim 

uśmiechu i nieugiętym wzrokiem spojrzał w twarz Shedao. Niezdolny wydobyć głosu, z dłonią 

wroga  zaciskającą  się  na  gardle,  skinął  głową  zdecydowanie,  jakby  żądając  od  yuuzhańskiego 

dowódcy, by go uśmiercił.   

Shedao wcisnął kciuk pod żuchwę mężczyzny tuż za uchem. Patrzył na przeciwnika, który 

doskonale  wiedział,  że  wystarczy,  by  Shedao  Shai  ścisnął  go  mocniej,  a  złamie  mu  kark, 

odrywając  czaszkę  od  kręgosłupa.  Na  wargi  niewolnika  wypłynęła  ślina  i  zaczęła  ściekać  po 

rękawicy Yuuzhanina. Uwięziony żelaznym chwytem znowu szarpnął głową, wyzywając Shedao 

Shai, by go uśmiercił.   

Yuuzhanin  pokręcił  głową  i  rzucił  buntownikiem  w  stronę  dwóch  wojowników,  którzy 

nadzorowali pracę grupy ludzkich niewolników.   

-  Zabierzcie  go do kapłanów  -  polecił.  -  Niech  go przygotują. Jeśli przeżyje, może nam  się 

przydać.   

Podwładni chwycili niewolnika pod ramiona i zaczęli go wlec w dół ulicy.   

Shedao Shai poczekał, aż oddalą się na kilka kroków, i dodał:   

-  A  kiedy  już  tam  będziecie,  poddajcie  się  surowej  dyscyplinie  kontemplacyjnej, 

background image

opracowanej przez kapłanów dla opieszałych wojowników.   

Żołnierze skłonili się raz jeszcze i ruszyli krokiem zdecydowanie szybszym niż poprzednio.   

Deign Lian, bezpośredni podwładny Shedao Shai, zajął miejsce o pół kroku za dowódcą, po 

jego lewej stronie. - Czy to mądre posunięcie, mój wodzu?   

- Znacznie mądrzejsze niż kwestionowanie mojego osądu tu, na środku ulicy. - Shedao Shai 

był zadowolony, że maska na twarzy ukryła przed Deignem złośliwy uśmiech, jaki wypłynął na 

jego  usta  na  widok  kurczącego  się  ze  strachu  adiutanta.  -  Wojownicy  powrócą  zawstydzeni, 

oświeceni  i  bardziej  oddani  swojej  służbie.  -  Nie  o  to  mi  chodziło,  wodzu,  ale…  dlaczego 

odesłałeś  z  nimi  tego  mężczyznę?  Inni  niewolnicy  mogą  uznać,  że  ocalając  go,  doceniłeś  jego 

odwagę. Czy nie będzie to zachętą do dalszych zamachów na twoją osobę?   

Shedao  Shai  kroczył  dalej  szeroką  ulicą  Dubrillionu.  Nie  odzywał  się,  świadom,  że  brak 

odpowiedzi  będzie  gorszą  karą  dla  jego  adiutanta  niż  jakiekolwiek  napomnienia.  Zniszczenia 

spowodowane  podczas  podboju  Dubrillionu  nie  były  wielkie.  Miejski  krajobraz  był  nadal 

rozpoznawalny,  a  ekipy  niewolników  zrobiły  duże  postępy  w  odgruzowywaniu  ulic.  Wkrótce 

wyszkoli się ich do pracy z grichami, które dokonają mniejszych napraw, a następnie sprowadzi 

się gragrichy, by zmieniły budowle zgodnie z upodobaniami Yuuzhan Vong.   

- Wydaje mi się, Deignie z domeny  Lian, że zamiast skupiać się na sprawach oczywistych, 

wybiegasz  zbytnio  myślą  w  obszary,  które  mogą  na  zawsze  pozostać  poza  sferą  naszych 

zainteresowań. Twoje pytanie opiera się na założeniu, że ten niewolnik przeżyje proces wpajania. 

Na  razie  nie  możemy  być  tego  pewni.  Tak,  wybrałem  go  ze  względu  na  jego  hart  ducha.  Nie 

obawiał  się  bólu.  Co  więcej,  chciał,  bym  go  zabił.  Miał  świadomość  własnej  znikomości.  Jest 

naczyniem, gotowym, by wypełnić je prawdą wszechświata. Jeśli zdoła opanować wiedzę, którą 

mu przekażemy, stanie się niezwykle użytecznym narzędziem.   

- Rozumiem to, wodzu Shedao z domeny Shai. - Deign skłonił się głęboko.   

Używając pełnego, oficjalnego tytułu Shedao w odpowiedzi na jego własną, równie oficjalną 

wypowiedź, Deign podkreślał swoją podporządkowaną pozycję. Shedao zdawał sobie sprawę, że 

zrobił to bardziej z musu niż z przekonania. Domena Lian dążyła do odzyskania dawnej chwały, 

a  Deign  był  na  najlepszej  drodze,  by  zrealizować  dążenia  swoich  krewnych.  Adiutant  był  jak 

amfistaf owinięty wokół jego piersi; Shedao wiedział, że poczuje jego ukąszenie w chwili, gdy 

najmniej będzie na to przygotowany. - Chyba nadal nie rozumiesz, że mimo wysiłków szpiegów 

takich jak Nom Anor nie poznaliśmy dobrze naszych przeciwników. Nowa Republika podchodzi 

background image

do rzemiosła wojennego w niezrozumiały dla nas sposób. - Mają tchórzliwe serca, wodzu.   

-  Wypowiadając  tak  kategoryczny  osąd,  Deignie  Lian,  zdajesz  się  nie  zauważać,  że  wiele 

jeszcze musimy się nauczyć. - Shedao zerknął w lewo i pochwycił nienawiść w oczach swojego 

adiutanta.  -  Wiedza  jest  zawsze  przydatna,  a  my  w  tej  dziedzinie  mamy  jeszcze  wiele  do 

zrobienia.  -  Shedao  Shai  zignorował  niedorzeczną  odpowiedź  Deigna  wychwalającą  jego 

mądrość.  Nowa  Republika  i  jej  reakcja  na  inwazję  wciąż  były  dla  niego  zagadką.  Nom  Anor 

dostarczył im zwięzłą analizę sytuacji politycznej w Nowej Republice, która wpłynęła na wybór 

takiego,  a  nie  innego  korytarza  inwazji.  Zaatakowali  Nową  Republikę  w  miejscu,  gdzie  była 

najsłabsza  -  wzdłuż  granicy  z  obszarem  Spadkobierców  Imperium.  Była  to  strategia  czysto 

militarna;  oddziały  są  zawsze  najsłabsze  na  styku  dwóch  ośrodków  dowodzenia.  Spadkobiercy 

Imperium  nie  zareagowali  na  atak,  dzięki  czemu  Shedao  mógł  odwołać  oddziały,  które  miały 

osłaniać inwazję przed imperialnym atakiem na flanki.   

Nowa  Republika  dotąd  nie  podjęła  kontrataku,  co  zaskoczyło  Shedao.  Wiedział  o  wojnie 

domowej, jaka miała miejsce w galaktyce, i podejrzewał, że część jej mieszkańców nie chciała 

angażować  się  w  nowy  konflikt.  Z  drugiej  strony  jednak  zachowanie  dzisiejszego  niewolnika 

świadczyło  o  tym,  że  ludzie  ci  byli  zdolni  postępować  jak  wojownicy.  Brak  jakichkolwiek 

działań mających na celu powstrzymanie inwazji wydawał się reakcją z gruntu nieracjonalną, co 

kazało mu domyślać się podstępu. Był jednak skłonny przyznać, że ze wszystkich zajętych przez 

Yuuzhan planet tylko Dubrillion miał pewne znaczenie. Pozostałe były rzadko zaludnione i słabo 

rozwinięte, więc ich utrata nie miała zapewne większego znaczenia dla galaktyki. Garqi, na którą 

Shedai  wysłał  Kraga  Vala,  by  nadzorował  jej  okupację  i  transformację,  była  poważnym 

producentem żywności, ale jej utratę łatwo było zrekompensować, bo wytwarzane tam produkty 

trafiały głównie na stoły elit, nie mas.   

W  dotychczasowych  potyczkach  siły  zbrojne  Nowej  Republiki  stały  zawsze  na  straconej 

pozycji.  Shedao  Shai  nie  uważał  za  porażkę  zniszczenia  yuuzhańskiej  bazy  na  Helska  4,  bo 

tamtejsza operacja leżała w gestii Praetorite Vong.   

Kiedy politycy zaczynają się bawić w wojowników, myślał Shedao, klęska jest nieunikniona. 

Znowu  zerknął  na  Deigna.  Podobnie  może  też  być  w  odwrotnej  sytuacji.  Shedao  Shai  uznał 

jednak,  że  wrogowie  zasługują  na  pewien  podziw.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  byli  słabi  i 

skorumpowani.  Uzależnienie  od  nienawistnych  maszyn  dowodziło  ich  moralnego  upadku,  ale 

łatwość,  z  jaką  posługiwali  się  swoimi  narzędziami,  zaimponowała  Yuuzhaninowi.  Po  kilku 

background image

wstępnych  potyczkach  militarnych  szybko  nauczyli  się  neutralizować  biotechnologiczne 

osiągnięcia Yuuzhan Vong, pozbawiając najeźdźców ich największej przewagi,  a ich gwiezdne 

myśliwce szybko stały się równym przeciwnikiem dla yuuzhańskich formacji myśliwskich.   

Bitwa  lądowa  na  Dantooine  również  pokazała,  jak  groźni  potrafią  być  żołnierze  Nowej 

Republiki.  Czytając  sprawozdanie  o  ofiarach  w  szeregach  dwóch  oddziałów  yuuzhańskich 

kadetów,  ścigających  dwójkę  uciekinierów,  Shedao  Shai  czuł  lodowaty  chłód  w  żołądku.  To 

prawda, że uciekinierami byli jeedai, więc należało się spodziewać pewnych ofiar, ale nie tego, 

że  ofiary  zdołają  wymknąć  się  pogoni.  Domena  Lian  straciła  w  tym  pościgu  czterech 

wojowników, co tylko częściowo osłodziło domenie Shai utratę dwóch wojowników, poległych z 

ręki jeedai na Bimmiel.   

Pełen niechętnego podziwu dla wroga Shedao Shai zastanawiał się, czy przypadkiem to, że 

Nowa Republika nie pali się do otwartego kontrataku, nie wynika z tego samego problemu, który 

trapił i jego - z tego, że tamci zbyt mało wiedzieli na temat najeźdźców, by zaplanować sensowną 

strategię.   

Jeśli potrzebują więcej danych wywiadowczych, myślał Shedao, możemy się spodziewać, że 

będą  próbowali  umieścić  agentów  na  podbitych  planetach.  Pojawili  się  wokół  Belkadanu  i 

najprawdopodobniej  wiedzą  już,  że  hodujemy  tam  skoczki  koralowe.  Nie  mam  pojęcia,  czego 

jeszcze mogli się tam dowiedzieć, ale należy przypuszczać, że dosyć dużo.   

Shedao  Shai  wszedł  na  stopnie  domu,  w  którym  mieściła  się  jego  kwatera.  Budynek 

jednocześnie  irytował  go  i  uspokajał.  Irytację  powodowała  sama  architektura,  w  której 

dominowały linie proste, ostre kąty i odsłonięte przewody i rury, które w jego mniemaniu zbyt 

wulgarnie podkreślały „przemysłowy” charakter konstrukcji. Trudno było dopatrzyć się elegancji 

w prostym kamiennym pudle, a jednolita szara farba, którą został pomalowany, nie przydawała 

mu uroku.   

Powodem,  dla  którego  wybrał  ten  konkretny  budynek  na  swoje  centrum  dowodzenia,  było 

jego przeznaczenie. Było to mianowicie Dubrilliańskie Muzeum Morskie, wypełnione akwariami 

z transpastali, kipiącymi życiem podmorskich organizmów z Dubrillionu i innych planet. Serce 

budynku  stanowiła  przeszklona  kolumna,  w  której  roiło  się  od  tęczowych  ryb,  w  tym  także 

ogromnych,  szmaragdowych  rekinów.  Shedao  Shai  minął  bez  pozdrowienia  strażników 

pełniących  wartę  przy  wejściu.  Wszedł  na  schody  po  prawej  stronie  holu,  a  następnie  odbił  w 

lewo,  ku  centralnej  sali  muzeum.  Kolumna,  w  której  leniwie  krążyły  różnobarwne  ryby, 

background image

zasłaniała  trzy  postacie  i  deformowała  ich  twarze.  W  dwóch  wysokich  sylwetkach  po  bokach 

rozpoznał swoich ludzi, zaintrygował go jednak złocisty kształt pomiędzy nimi.   

Okrążył  kolumnę  z  prawej  strony  i  zobaczył  pokrytą  złotą  sierścią  istotę  o  wydłużonych 

członkach,  siedzącą  na  podłodze  między  wojownikami.  Istota  siedziała  ze  skrzyżowanymi 

nogami, z rękami na kolanach i kręgosłupem przylegającym do durabetonowej ściany za plecami. 

Od  kącików  jej  oczu  aż  na  ramiona  rozchodziły  się  fioletowe  pasy.  Miała  na  sobie  prostą 

fioletową przepaskę biodrową związaną złotym sznurem.   

Kiedy  Shedao  Shai  pojawił  się  w  jego  polu  widzenia,  osobnik  wstał  płynnym  ruchem,  nie 

pomagając  sobie  rękami.  Strażnicy  zareagowali  na  ten  ruch  o  sekundę  za  późno,  najwyraźniej 

zaskoczeni jego aktywnością. Uśpił ich czujność, pomyślał Shedao Shai, co stawia pod znakiem 

zapytania brak oporu przy transportowaniu w to miejsce. Jego gibkość i siła, dzięki którym łatwo 

wyśliznął  się  z  uścisku  strażników,  kazały  uznać  go  za  potencjalnie  niebezpiecznego 

przeciwnika.   

Dwoma  długimi  krokami  yuuzhański  dowódca  pokonał  połowę  odległości  dzielącej  go  od 

istoty.   

-  Jestem  wódz  Shedao  z  domeny  Shai  -  przemówił  najpierw  we  własnej  mowie,  a  potem 

powtórzył to samo w urywanym, pełnym mlasków języku, którym posługiwano siew galaktyce.   

Istota  zamrugała  fioletowymi  oczami.  Odpowiedziała  powoli  i  wyraźnie,  co  ułatwiało 

Shedao Shai zrozumienie słów.   

-  Jestem  senator  Elegos  A’Kla  z  Nowej  Republiki.  -  Przerwał  i  skłonił  się  lekko.  - 

Przepraszam, że nie opanowałem waszego języka.   

Shedao spojrzał na strażników stojących po obu stronach Elegosa.   

- Możecie odejść.   

Deign  spojrzał  na  niego  pytająco.  -  Mój  panie?  Shedao  odezwał  się  w  języku  Nowej 

Republiki.   

-  Nie  mam  się  czego  obawiać  z  twojej  strony,  Elegosie,  prawda?  Caamasjanin  rozłożył 

trójpalczaste dłonie, pokazując, że są puste.   

- Moje misja nie zakłada przemocy. Yuuzhański dowódca pokiwał głową.   

Nie powiedział, że nie powinienem się go obawiać, pomyślał, tylko że nie muszę obawiać się 

z jego rąk przemocy. Ta różnica całkowicie umknęła Deignowi. - Widzisz, Deign?   

- Tak, mój wodzu. - Podwładny skłonił się. - Zostawię cię w takim razie.   

background image

-  Zaczekaj.  -  Shedao  Shai  podniósł  rękę  i  nacisnął  tę  część  kraba  vonduun,  która  tworzyła 

jego  hełm  i  maskę.  Krab  rozluźnił  tkanki  i  pozwolił  mu  wysunąć  się  spod  hełmu.  Shedao 

potrząsnął głową uwalniając gęste, czarne włosy, aż jego pot prysnął na zbroję Deigna.   

Wręczył  hełm  adiutantowi.  Chociaż  Deign  ukrywał  twarz  za  maską  nie  udało  mu  się 

zamaskować  wstrząsu,  jaki  musiało  w  nim  wywołać  to,  że  dowódca  obnaża  twarz  przed 

wrogiem.   

- Zabierz to do mojego pokoju medytacyjnego i wróć z napojami. Niezwłocznie.  - Tak jest, 

wodzu.  -  Niedowierzanie  i  wstręt  przebijały  w  głosie  Deigna,  ale  skłonił  się  nisko,  a  potem 

wycofał, aż wypełniony wodą cylinder zasłonił go przed wzrokiem Shedao.   

Yuuzhański  dowódca  spojrzał  znowu  na  Elegosa.  Przyglądał  mu  się  przez  chwilę,  powoli 

składając słowa w języku wroga.   

-  Powiedziano mi, że pojawiłeś  się w małym promie na obrzeżach systemu.  Użyłeś villipa, 

by  poprosić  o  dowiezienie  tutaj  na  jednym  z  naszych  statków.  Dlaczego?  Elegos  zamknął  i 

otworzył oczy.   

-  Istnieje  przekonanie,  że  maszyny  budzą  waszą  odrazę.  Nie  chciałem  was  obrazić.  - 

Doceniam twój szacunek dla spraw, które są dla nas ważne. -Shedao Shai podszedł do cylindra. 

Zdjął  lewą  rękawicę  i  przycisnął  dłoń  do  transpastali.  Ciepło  wody  powoli  przenikało  do  jego 

ciała. - Jakie są cele twojej misji?   

-  Przyczynić  się  do  zrozumienia.  Sprawdzić,  czy  kurs,  jakim  podążają  nasze  ludy,  jest 

jedynym możliwym, czy też uda się wspólnie wypracować inny. - Caamasjanin złączył dłonie. - 

Byłem na Dantooine. Nie chciałbym już nigdy oglądać czegoś podobnego.   

-  I  ja  przyjrzałem  się  pokłosiu  Dantooine.  Byłem  również  na  planecie,  którą  znacie  jako 

Bimmiel. - Wzrok Shedao Shai stwardniał. - Wiele dzieli nasze ludy. Wiele każe sądzić, że pokój 

między nami jest niemożliwy.   

-  Być  może  to  nasza  niewiedza,  nasza  nieznajomość  natury  i  zwyczajów  przeciwnika 

wciągają nas w czarną dziurę konfliktu. -Elegos uniósł podbródek, odsłaniając szczupłą szyję. - 

Chcę was poznać i przekazać wam wiedzę o nas.   

Shedao  uśmiechnął  się,  patrząc  na  wykrzywione  odbicie  własnej  twarzy  w  wypukłej  tafli 

transpastali. - Czy wiesz, o co prosisz? Co sugerujesz? - Najwyraźniej nie całkiem.   

Yuuzhanin wycelował palec w stronę Elegosa. Tsaisi zsunął się wzdłuż jego ramienia aż do 

dłoni, by zesztywnieć w ostrze długości przedramienia.   

background image

- Wiesz, że mógłbym cię zabić dla kaprysu. Zasłużyłbym na pochwałę za zgładzenie ciebie, 

bo  reprezentujesz  najwyższe  zło.  Niektórzy  z  nas  uważają,  że  dla  waszego  rodzaju  nie  ma 

odkupienia. Elegos skłonił głowę.   

-  Już  to  jest  cenną  nauką.  Tak,  wiedziałem,  że  przybywając  tu,  narażam  życie.  Nie 

powstrzymało mnie to jednak.   

-  Stawianie misji ponad  własnym  życiem to  coś,  co mogę zrozumieć. Nie tylko  zrozumieć, 

ale  i  uszanować.  -  Shedao  Shai  pogłaskał  zwiniętego  tsaisi  i  podrzucił  go  w  taki  sposób,  że 

stworzenie  owinęło  się  z  powrotem  wokół  jego  przedramienia,  w  specjalnym  zagłębieniu 

vonduuńskiej  zbroi.  -  Ale  wiem,  że  to,  czego  chcesz  mnie  nauczyć,  będzie  nieprzydatne  z 

militarnego punktu widzenia.   

-Nie jestem wojskowym i nie wtajemniczono mnie w operacje militarne. - Elegos przyglądał 

mu się uważnie. - To, czego nauczę się od ciebie, również będzie dla mnie nieprzydatne. - Czy 

wiedza może być nieprzydatna?   

-  Nie.  I  tu  mamy  kolejny  punkt,  co  do  którego  zgadzamy  się  obaj.  Shedao  Shai  powoli 

pokiwał głową.   

- Dobrze więc, wezmę cię pod swoją ochronę. Ja będę uczył ciebie; a ty będziesz uczył mnie, 

aż zrozumiemy siebie nawzajem.   

- I znajdziemy sposób, by zbliżyć do siebie nasze ludy?   

- Być może. Zdecydujesz, czy to możliwe, kiedy lepiej nas poznasz. Elegos złączył dłonie.   

- Jestem gotów zacząć naukę.   

- Dobrze. - Shedao Shai kiwnął głową. - Zaczniemy lekcję natychmiast. Chodź ze mną. Żeby 

nas zrozumieć, przede wszystkim musisz poznać jedno. Zaznajomię cię z Uściskiem Męki.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 10 

  

   

Corran Horn uniósł wzrok znad elektronicznego notesu.   

- Sprawdziłem wszystko z listą. Myślę, że jesteśmy gotowi do startu.   

Admirał  Kre’fey  pokiwał  głową  i  poprowadził  Corrana  przez  pokłady  „Zadziornego”. 

Najbliższy  hangar  opróżniono  z  myśliwców;  pozostał  w  nim  tylko  stary,  rozwalający  się 

frachtowiec.   

-Moi  inżynierowie  zapewnili  mnie,  że  „Stracona  Nadzieja”  jest  w  stanie  wystartować.  Nie 

potrafili jednak określić, jak długo potem wytrzyma w jednym kawałku. - Rozumiem, admirale. 

Od początku wiedzieliśmy, że ta misja to loteria. - Corran westchnął i schował notes do kieszeni 

na  udzie  kombinezonu  bojowego.  -  Jeśli  się  uda,  to  świetnie.  Jeśli  nie,  proszę  zapewnić 

wszystkich, że nauczą się czegoś z naszej porażki. - Oczywiście.   

Problem  umieszczenia  oddziału  zwiadowczego  na  planecie  zajętej  przez  wroga  zawsze 

zaprzątał  głowy  strategów  wojskowych.  Nie  od  dzisiaj  próbowano  wysyłać  na  powierzchnię 

statki pod osłoną rozpadających się wraków, które wchodziły w atmosferę jak meteory i skręcały 

gwałtownie tuż nad powierzchnią, gdy statek był zbyt nisko, by przeciwnik zdołał go namierzyć. 

Chociaż niezwykłe zjawisko, że statek nie roztrzaskał się o powierzchnię, mogło zwrócić uwagę 

wroga,  zanim  grupa  badawcza  docierała  na  miejsce  domniemanej  katastrofy,  oddział 

zwiadowczy  był  już  zwykle  daleko.  Z  Yuuzhanami  sprawy  nie  przedstawiały  się  jednak  tak 

prosto.  Nowa  Republika  nie  była  pewna,  jaki  jest  zakres  możliwości  ich  skanerów.  Fakt,  że 

Yuuzhanie  stosowali  narzędzia  biologiczne,  sugerował  liczne  ograniczenia,  ale  nie  dysponując 

dokładną  wiedzą  nie  sposób  było  mieć  pewność,  że  lądowanie  pozostanie  niezauważone.  Nie 

mając  możliwości  wślizgnięcia  się  do  systemu  ukradkiem,  Nowa  Republika  postanowiła 

zadziałać  dokładnie  odwrotnie.  Zamierzali  zrobić  wszystko,  by  nie  pozostawić  Yuuzhanom 

wątpliwości, że ktoś przedarł się przez ich linie obrony.   

Corran wszedł na pokład „Straconej Nadziei” i uniósł trap. Przeszedł na mostek i pomachał 

admirałowi  przez  iluminator.  Uważał,  żeby  niczego  nie  dotknąć.  Yuuzhanie  niewątpliwie 

przebadają  wrak,  więc  trzeba  było  podsunąć  im  ślady  organiczne  na  statku,  tak  żeby  wróg  był 

pewien, że załoga nie przeżyła lądowania na Garqi. Zsyntetyzo wano dość materii biologicznej, 

rozpylonej we wszystkich odpowiednich miejscach, by zapewnić Yuuzhanom dostateczną ilość 

background image

danych, umożliwiających im odtworzenie składu osobowego załogi „Straconej Nadziei”.   

Corran  przeszedł  na  tył  statku,  do  głównej  komory  ładowniczej  ,  i  wspiął  się  do  znacznie 

mniejszej  maszyny  -  niewielkiego  promu  z  rodzaju  tych,  które  można  zleźć  na  pokładach 

luksusowych liniowców. Sześciu Noghrich siedziało ściśniętych z tyłu, przypiętych pasami, jak 

należy.  Ganner  również  siedział  w  tylnej  części  promu,  wielki  i  nieszczęśliwy,  z  nogami 

opartymi o pudła z ekwipunkiem i z kolanami pod brodą. Corran minął Jacena i zajął miejsce na 

jednym  z  dwóch  przednich  siedzeń  sterowni.  Zapiął  pasy,  nałożył  hełm  i  pstryknął 

przełącznikiem kanału komunikacyjnego.   

- Zgłasza się „Stracona Nadzieja”. Jesteśmy gotowi do startu.   

- Zrozumiałem, „Nadziejo”. Dwie minuty do powrotu z nadprzestrzeni.   

Corran włączył procedury przedstartowe. Uruchomił oba silniki podświetlne, zauważając od 

razu, że prawy silnik działa tylko na trzech czwartych normalnej mocy. - Jacen, spróbuj podnieść 

sterburtę „Nadziei” o jakieś dziesięć procent. - Rozkaz!   

Corran  wcisnął  jeden  z  przycisków  na  konsoli.  Odczyty  „Straconej  Nadziei”  zniknęły  z 

monitorów zastąpione danymi z „Ostatniej Szansy”  - małego promu umieszczonego w ładowni 

frachtowca.  Corran  uruchomił  silniki  promu,  zadowolony,  że  oba  wskazują  stuprocentową 

sprawność.  Zwoje  repulsorów  działały,  jak  należy.  Wcisnął  przycisk  włączający  hermetyzację 

„Ostatniej Szansy”, przygotowując statek na spotkanie z przestrzenią kosmiczną. - Moc silników 

„Nadziei” wyrównana.   

- Dziękuję, Jacenie. Ładunki nastawione i gotowe do detonacji? - Tak, gotowe do odpalenia 

na twój rozkaz.   

-  Świetnie,  w  takim  razie  wszystko  gra.  -  Corran  zmusił  się  do  uśmiechu.  Plan  był  dość 

prosty. „Stracona Nadzieja” miała opuścić pokład „Zadziornego” i skierować się ku powierzchni 

planety. Wtedy miało dojść do katastrofalnej w skutkach awarii jednego z silników. Wchodząc w 

atmosferę  Garqi,  frachtowiec  miał  roztrzaskać  się  na  kawałki,  rozrzucając  wokół  szczątki  i 

uwalniając  „Ostatnią  Szansę”.  Zanim  Yuuzhanie  zdołaliby  zebrać  wszystkie  części  „Nadziei”  i 

domyślić się, że coś jest nie tak, grupa zwiadowcza bezpiecznie wróciłaby z powrotem.   

Jedynym Hurtem psującym przyjęcie był brak hipernapędu na „Ostatniej Szansie”. Bez tego 

jedynym  sposobem  opuszczenia  systemu  było  spotkanie  z  większym  statkiem,  na  przykład  z 

„Zadziornym”. Brak hipernapędu powodował też, że ewentualna ucieczka w sytuacji awaryjnej 

stała pod znakiem zapytania. Z drugiej strony Corran wiedział, że jeśli przyjdzie im opuszczać 

background image

Garqi  w  pośpiechu,  oznaczać  to  będzie  tak  poważne  kłopoty,  że  nie  wiadomo,  czy  w  ogóle 

zdołają uciec w nadprzestrzeń.   

Corran przełączył kanał komunikacyjny i zwrócił się do Gannera i Nogrich:   

-  Przygotujcie  się  na  zwariowaną  przejażdżkę.  Nie  mogę  nic  zagwarantować,  ale  przy 

odrobinie szczęścia może uda nam się wyjść z tego cało.   

X-skrzydłowiec  Jainy  uwolnił  się  z  bąbla  magnetycznego,  utrzymującego  go  na  pozycji  w 

hangarze startowym „Zadziornego”. Obróciła myśliwiec dziobem w kierunku formacji Eskadry 

Łobuzów  unoszącej  się  nad  Garqi.  Anni  Capstan,  jej  skrzydłowa  oznaczona  jako  Łobuz 

Dwanaście, leciała tuż za nią, a Łobuz Alfa - myśliwiec zwiadowczy pilotowany przez generała 

Antillesa - dopełniał formację.   

W  głośnikach  rozległ  się  silny,  spokojny  głos  pułkownika  Gavina  Darklightera.  -  Klucz 

drugi, rozejrzyjcie się, co się święci. Jedynka na moim biegunie, Trójka pode mną. Zablokować 

skrzydła w pozycji atakującej.   

Major Avarth wykonał rozkaz Gavina, dodając zwięźle:   

- Za mną Trójka. Lacha, zacieśnij szyk.   

Jaina uśmiechnęła się w duchu. Ze względu na to, że jako rycerz Jedi nosiła u boku miecz 

świetlny  i  posługiwała  się  drążkiem,  pilotując  swój  myśliwiec,  przylgnęło  do  niej  przezwisko 

„Lacha”. Uznała to za dowód, że zaakceptowano ją jako członka eskadry, co nie było wcale takie 

oczywiste,  zważywszy,  że  była  o  wiele  młodsza  od  kolegów  i  nie  miała  nawet  ułamka  ich 

doświadczenia. Mimo tych braków nie traktowali jej protekcjonalnie, a nawet przechwalali się jej 

obecnością w formacji przed młodszymi rekrutami.   

-  Według  rozkazu,  Dziewiątka.  -  Pchnęła  drążek  na  lewo,  zajmując  swoje  miejsce  w 

formacji. Obejrzała się do tyłu na robota R2.   

- Sparky, daj mi znać, jeśli znowu wypadnę z szyku. Automat zaćwierkał potakująco.   

W kanale komunikacyjnym usłyszała tymczasem głos pułkownika Celchu.   

- Łobuzy, tu kontrola lotów. Dziesięć skoczków oderwało się od Garqi i leci w waszą stronę. 

Kurs przejęcia obliczony, właśnie go wam wysyłamy.   

Przez  główny  monitor  Jainy  zaczęły  przewijać  się  dane,  które  Sparky  wczytywał, 

pogwizdując.  Skoczki  koralowe  były  jednoosobowymi  statkami  myśliwskimi  o  przeznaczeniu 

podobnym  do  X-skrzydłowców.  Trudno  jednak  byłoby  znaleźć  mniej  podobną  konstrukcję.  W 

przeciwieństwie  do  X-skrzydłowców,  produkowanych  w  stoczni,  skoczki  były  hodowane  jako 

background image

symbiotyczny  układ  różnych  organizmów  składających  się  na  poszycie,  napęd,  systemy 

nawigacyjne  i  uzbrojenie  skalnego  statku.  Pilot  komunikował  się  z  myśliwcem  poprzez  rodzaj 

kaptura, który pozwalał mu odbierać dane rejestrowane przez systemy statku i wydawać rozkazy, 

odczytywane przez statek z jego fal mózgowych.   

Jaina  wzdrygnęła  się.  Jej  wuj  przymierzył  kiedyś  taki  kaptur  percepcyjny  i  doświadczył 

kontaktu  z  wrogim  myśliwcem.  Ona  nie  miała  takiej  okazji,  ale  nie  żałowała.  Doświadczenia 

Jainy  jako  Jedi  wyrobiły  w  niej  niechęć  do  wszelkich  prób  odczytywania  błądzących  jej  po 

głowie  myśli.  Nie  chciała  nawet  myśleć  o  poddaniu  się  takiemu  doświadczeniu,  zwłaszcza  z 

galaretowatą membraną na głowie.   

Spojrzała  na  monitory  dokładnie  w  momencie,  kiedy  „Stracona  Nadzieja”  wypływała  z 

hangaru spod brzucha bothańskiego krążownika uderzeniowego.   

- Dziewiątka, widzę dwa skoczki! Kierują się w stronę „Nadziei”.   

- Zrozumiałem, Lacha. Weź Dwunastkę i zajmij się nimi.   

Anni dwukrotnie pstryknęła wyłącznikiem kanału komunikacyjnego, potwierdzając przyjęcie 

rozkazu.  Jaina  przechyliła  statek  na  lewą  burtę  i  przyciągnęła  do  siebie  drążki,  wchodząc  w 

ciasną  pętlę.  Odwróciła  myśliwiec  na  plecy,  zanurkowała,  skręciła  na  ster-burtę  i  ruszyła  za 

pierwszym ze skoczków.   

-  Dwunastką  biorę  dowódcę!  -  Jaina  zatrzymała  palec  nad  przełącznikiem  uzbrojenia  i 

połączyła  lasery  w  sprzężoną  poczwórną  salwę.  Obróciła  drążkiem  dookoła,  nakierowując 

soczewki celownika na owalny zarys prowadzącego skoczka. Wcisnęła przycisk kontroli sekcji 

uzbrojenia,  aby  uruchomić  laserowy  ostrzał,  zasypujący  skoczka  szybkimi  seriami  małych 

czerwonych strzałek.   

Szkarłatne  strzały  dolatywały  na  odległość  około  dziesięciu  metrów  od  skoczka,  po  czym 

znikały. Dovin basale, które manipulowały polem grawitacyjnym, zapewniając skoczkom napęd, 

chroniły  go  jednocześnie,  wytwarzając  anomalie  grawitacyjne.  Te  niewielkie  bąble  wsysały 

światło jak miniaturowe czarne dziury.   

Jaina utrzymywała ciągły  ogień, przesuwając ostrzał  nieco do  góry i  do tyłu skoczka.  Aby 

dobrze osłaniać statek, dovin basal musiał przesuwać bąbel grawitacyjny, co wymagało od niego 

nie mniej energii niż absorbowanie strzałów. W końcu kilka pojedynczych strzałów przedarło się 

przez osłonę grawitacyjną, trafiając w czarne poszycie kadłuba. W tym samym momencie Jaina 

wcisnęła 

przycisk 

głównego 

spustu, 

posyłając 

skoczka 

poczwórną 

salwę 

background image

wysokoenergetycznych  promieni  lasera.  Bąbel  energetyczny  pochwycił  jeden  ze  strzałów,  ale 

trzy  pozostałe  zbombardowały  rufę  skoczka.  W  kilku  miejscach  koral  yorick  zabulgotał  i 

wyparował,  w  innych  tylko  się  stopił.  W  mroźnej  kosmicznej  próżni  stopiona  skała  zastygła 

momentalnie,  tworząc  lodowy  ogon  za  yuuzhańskim  myśliwcem.  Lawa  spaliła  dovin  basale  i 

zwęgliła  tkankę  nerwową,  która  umożliwiała  kontrolę  nad  myśliwcem.  Skoczek  ciasną  spiralą 

zaczął spadać ku powierzchni Garqi.   

Drugi ze skoczków okazał się trudniejszym celem. Robił uniki, nurkował, skakał w prawo i 

w  lewo.  Jego  dovin  basale  nie  musiały  pochłaniać  strzałów,  bo  żaden  w  niego  nie  trafił.  Pilot 

najwyraźniej rozumiał, że zręczność podczas walki w przestrzeni jest warta co najmniej tyle, a 

może i więcej niż mocne tarcze. Wykorzystując tylko swoje umiejętności pilotażu, pilot skoczka 

wymykał  się  X-skrzydłowcom  i  zbliżał  coraz  bardziej  do  celu.  -Lacha,  osłaniaj  mnie!  -  Jasne, 

Dwunastka!   

X-skrzydłowiec Anni Capstan skoczył do przodu i gwałtownie skręcił na bakburtę, wchodząc 

na  tor  ataku  od  strony  rufowej  części  prawej  burty  skoczka.  Anni  zasypała  skoczka  gradem 

laserowego ognia, posługując się sterami manewrowymi, by utrzymać cel w polu rażenia, aż w 

końcu  yuuzhański  pilot  musiał  wytworzyć  bąbel  grawitacyjny,  żeby  osłonić  się  przed  jej 

strzałami.  Anni  wystrzeliła  poczwórną  salwę,  ale  bąbel  pochłonął  wszystkie  cztery  strzały,  po 

czym skoczek wspiął się do góry, powyżej linii ostrzału Anni.   

  

Jaina  zobaczyła,  że  Anni  unosi  dziób  myśliwca  i  przez  chwilę  zastanawiała  się,  dlaczego 

dziewczyna nie strzela. Przyszło jej do głowy, że być może Anni musi zacze kać, aż jej lasery 

ponownie się naładują, bo przedtem z niewielkim pożytkiem zmarnowały wiele energii. Skoczek 

śmignął do przodu, szybko oddalając się od pościgu. Jaina pomyślała, że Anni nie zdoła go trafić, 

bo mógł teraz użyć dovin basali, które zapewniały mu osłonę, do zwiększenia siły ciągu.   

W  tym  momencie  z  obu  boków  wąskiego  dzioba  X-skrzydłowca  Anni  wystrzeliły  dwa 

pociski.   

Od kiedy zaczęto używać gwiezdnych myśliwców w walce w przestrzeni, toczyły się spory 

na  temat  skuteczności  stosowania  przez  nie  torped  protonowych  przeciwko  innym  statkom 

myśliwskim. Nikt nie wątpił, że eksplozja torpedy protonowej rozrywa myśliwiec w drobny pył. 

Ten  rodzaj  broni  przeznaczony  był  do  zwalczania  znacznie  większych  jednostek.  Użycie  go 

przeciw myśliwcowi przypominało porywanie się wibrotoporem na muchę - było grubą przesadą.   

background image

Z  drugiej  strony,  pomyślała  Jaina,  czy  można  mówić  o  przesadzie  w  przypadku  walki  na 

śmierć i życie?   

Jaina  nie  była  pewna,  czy  yuuzhański  pilot  zdawał  sobie  sprawę,  że  Anni  rozmyślnie 

pozwoliła mu nabrać dystansu, zanim wystrzeliła, czy też zginął przekonany, że po prostu miała 

szczęście.  Spróbował  utworzyć  nowy  bąbel,  ale  zajęło  mu  to  chwilę,  i  zdołał  tylko  o  włos 

zmienić  kurs  drugiej  torpedy.  Pierwsza  torpeda  natomiast  poleciała  prosto  jak  po  sznurku,  by 

trafić  w  sam  brzuch  skoczka.  Eksplodowała  w  rozbłysku  białego  światła,  które  rozlało  się  po 

statku jak błyskawica. Skoczek koralowy zaczął rozpadać się na oczach Jainy, podczas gdy druga 

torpeda przemknęła przez samo epicentrum eksplozji, by zdetonować o sto metrów dalej.   

-  Wspaniały  strzał,  Dwunastka!  -  Jaina  uśmiechnęła  się,  patrząc  do  góry  na  „Straconą 

Nadzieję”. Wyczuwała obecność brata na pokładzie. Jesteś już bezpieczny, Jacen, pomyślała.   

Właśnie  wtedy  potężna  eksplozja  rozerwała  bakburtę  frachtowca,  który  zaczął  bezwładnie 

opadać ku powierzchni Garqi.   

  

Wstrząs przy eksplozji nie był nawet  w połowie  tak mocny jak fala rozpaczy i bólu,  którą 

Jacen wyczuł  od Jainy.  Wiedząc, że to  musi nastąpić, próbował  osłonić  się przed nią, ale żal  i 

strata emanowały od niej poprzez Moc, ostre i szarpiące. Chciał ją pocieszyć, dać znać, że nic mu 

nie  jest,  ale  nie  wolno  mu  było  tego  zrobić.  Zamiast  tego  zamknął  się  w  sobie,  odcinając  od 

Mocy.  Nie  podobało  mu  się,  że  musi  oszukiwać  własną  siostrę  w  kwestii  sposobu,  w  jaki 

„Stracona  Nadzieja”  miała  przemycić  ich  na  Garqi,  ale  wiedział,  że  to  konieczne.  Nikt  się  nie 

orientował,  jakimi  umiejętnościami  w  zakresie  komunikacji  i  odczytywania  emocji  dysponują 

Yuuzhanie. To, że jesteśmy ślepi na ich obecność w Mocy, pomyślał, nie musi jeszcze oznaczać, 

że oni są równie ślepi na nas.   

Tylko wtedy, gdy załogi okrętu i myśliwców będą przekonane, że zginęli, istniała pewność, 

że ich uczucia będą miały posmak autentyczności.   

-  Jacen,  mam  na  ekranie  komunikat  o  wadliwym  połączeniu  sekcji  J-14.  Zapiekł  się  zacisk 

albo…   

- Chwileczkę, Corran. - Palce Jacena zatańczyły nad instrumentami kontrolnymi. - Wygląda 

na  to,  że  eksplozja  przesunęła  metalową  płytę.  Sekcja  J-14  jest  pęknięta  i  zacisk  puścił  za 

wcześnie. J-13 i J-15 nadal się trzymają, ale ciśnienie przekracza wartość graniczną.   

-  A  niech  to  Sith  pochłonie!  -  Corran  okręcił  się  w  fotelu  na  tyle,  by  spojrzeć  na  Jacena.  - 

background image

Przygotuj  do  odpalenia  ładunki  wtórne.  Odpal  je  na  moją  komendę  według  sekwencji  drugiej. 

Skup się. Nie czas na zamartwianie się o siostrę.   

- Tak jest. - Jacen wywołał na ekranie schemat sekwencji drugiej. Sześć z ośmiu ładunków 

świeciło na zielono, ale przy dwóch paliła się czerwona lampka. To te najbliżej J-14, zauważył 

Jacen.   

- Mamy problem, Corran. Ładunki najbliższe sekcji J-14 są uszkodzone. - Rozumiem.   

Jacen  spojrzał  nad  głową  pilota  na  holograficzny  obraz  wyświetlany  na  przednim 

iluminatorze „Ostatniej Szansy”. Obraz pochodził z holokamer umieszczonych na zewnętrznym 

poszyciu  „Nadziei”,  dzięki  czemu  pilot  mógł  zobaczyć,  jak  wygląda  sytuacja  na  spisanym  na 

straty frachtowcu, pędzącym ku powierzchni planety. Statek właśnie zaczął wejście w atmosferę. 

Fragmenty  kadłuba  zaczęły  się  rozgrzewać  od  tarcia,  sypiąc  snopami  iskier,  gdy  płatami 

odpadała z nich farba. Corran włączył komunikator.   

-  Ganner,  wyjrzyj  przez  iluminator  na  sterburcie.  Widzisz  dwa  ładunki,  tam  koło  podpory? 

Błyskają na czerwono. -Widzę.   

- Czy mógłbyś, używając Mocy, uruchomić detonatory?   

- Nigdy tego nie robiłem.   

- No cóż, przyszła pora na ten pierwszy raz. Jeśli nie dasz rady detonować obu, skoncentruj 

się na górnym. Na moją komendę… -Zrozumiałem.   

- Jacen, przygotuj się. Kiedy on odpali, przyjdzie twoja kolej. - Rozkaz!   

Frachtowiec zakołysał się, wchodząc w gęstsze warstwy atmosfery. Corran trzymał dłoń tuż 

nad  tablicą  instrumentów  pokładowych.  Przełączył  zasilanie  na  obwody  repulsorów,  co  tylko 

odrobinę  osłoniło  statek  przed  wstrząsami  targającymi  „Nadzieją”.  Prom  zakołysał  się,  a  na 

dwóch z przypór utrzymujących statek w ładowni pojawiły się rysy, ale uchwyty nie puściły.   

Frachtowiec  przechylił  się  na  lewo,  kiedy  przedziurawiony  z  tej  strony  kadłub  zaczął 

przepuszczać powietrze do wnętrza. Corran spróbował ograniczyć przechył i wprowadzić statek z 

powrotem na prosty tor. Wcisnął przycisk, który odciął napęd silników „Nadziei”. Uderzeniu w 

atmosferę towarzyszyło ostre szarpnięcie i gwałtowny skręt.   

- Uwaga, przygotujcie się! To nie będzie miękkie lądowanie!  - Corran włączył jeszcze parę 

przycisków. - Ganner, odpal ładunki! Teraz!   

Corran  poczuł  za  plecami  koncentrację  Mocy  wokół  ładunków  wybuchowych.  Pierwszy 

eksplodował bez problemu i zniknął z ekranu Jacena. Nie czekając ani chwili, młody Jedi wcisnął 

background image

na swoim pulpicie sterowniczym przycisk detonujący pozostałe ładunki w precyzyjnie obliczonej 

sekwencji,  która  rozerwała  rufę  kadłuba.  Corran  wcisnął  kolejny  przycisk  i  przypory  łączące 

„Ostatnią  Szansę”  z  „Nadzieją”  puściły.  Prom  oderwał  się  od  skorupy,  w  której  dotarł  do 

atmosfery. Corran nie próbował kierować jego torem czy choćby ustabilizować lotu; pozwolił, by 

wirował  jak  każdy  inny  odłamek.  Podczas  jednego  z  obrotów  statku  Jacen  dostrzegł  przez 

iluminatory, jak „Nadzieja” pikuje ku powierzchni Garqi.   

Wskazania  wysokościomierza  wbudowanego  w  konsolę  Jace-na  zmieniały  się  w 

oszałamiającym tempie. Sześć kilometrów dzielących ich od powierzchni planety, a zaraz potem 

cztery… trzy… dwa. Jacen pamiętał, że jeden kilometr stanowi margines bezpieczeństwa. Szukał 

u Corrana śladów napięcia, gdy ich mały statek pokonał i tę barierę.   

Ale nie znalazł, co wywołało uśmiech na jego twarzy. Bez trudu mógł wyobrazić sobie ojca 

w  fotelu  pilota,  jak  czeka,  by  wycisnąć  ze  statku  wszystko,  lekceważąc  marginesy 

bezpieczeństwa, które uważał za przesadne. Jacen nie sądził, by ta gotowość do podejmowania 

ryzyka  wynikała  z  tego,  że  był  Korelianinem,  przypisywał  ją  raczej  spuściźnie  Rebelii.  Piloci 

musieli wtedy dokonywać niezwykłych czynów, by wywalczyć wolność dla ludów galaktyki. W 

ich przypadku ostrożność musiała ustąpić przed skutecznością.   

Pięćset siedem metrów na czubkami drzew dżungli porastającej Garqi Corran dał pełną moc 

na obwody repulsorów. Statek minimalnie zwolnił, ale to nie wystarczyło, by powstrzymać ich 

upadek,  zanurkowali  więc  między  drzewa;  odzierali  je  z  kory,  łamiąc  gałęzie  i  zmuszając  do 

poderwania się stada kolorowych ptaków. „Ostatnia Szansa” rozdarła kopułę drzewnych koron i 

część poszycia, zanim repulsory napotkały dostateczny opór planetarnej masy, by statek odbił się 

jak piłka do góry.   

Corran  pozwolił,  by  stateczek  zawisł  w  powietrzu,  chłostany  fioletowymi  liśćmi  i 

powyginanymi  konarami,  które  zasłaniały  przednie  iluminatory.  W  zetknięciu  z  rozgrzanym 

poszyciem liście zaczęły zwijać się i skwierczeć. - Wszystko w porządku?   

-  U  mnie  tak.  -  Jacen  spojrzał  do  tyłu  na  pozostałych  członków  załogi,  którzy  po  kolei 

meldowali, że są cali i zdrowi. Z głośników komunikatora rozległ się trzask. - Dowództwo lotów 

„Zadziornego” wzywa wszystkie myśliwce. Zaczęliśmy odliczanie. Rozpoczynamy ewakuację.   

- Zgłasza się Łobuz Jedenaście. Mamy na dole frachtowiec.   

- Wiemy o tym, Jedenastka. Statek się rozbił. Nie widać śladów życia.   

Jacen poczuł dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Czujniki X-skrzydłowca Jainy były zbyt słabe, by z 

background image

takiej odległości odebrać sygnały życia, więc siostra musiała myśleć, że on nie żyje. Przez krótką 

chwilę chciał otworzyć się na Moc, żeby mogła go wyczuć, ale opanował się. Corran odwrócił 

się i kiwnął głową.   

-  Wiem,  że  ci  trudno,  Jacen,  ale  nie  martw  się.  Dowie  się  prawdy,  gdy  „Zadziorny”  stąd 

odleci. Jacen pokręcił głową.   

- Nigdy wcześniej nie zrobiłem jej czegoś takiego… ani nikomu innemu.   

- Byłoby wspaniale, gdybyś już nigdy więcej nie musiał tego robić, ale bywają takie sytuacje, 

gdy  odrobina  okrucieństwa  może  oszczędzić  wiele  bólu  w  przyszłości.  To  właśnie  jest 

nieprzyjemna część dorastania. - Corran uśmiechnął się do niego. - Rozumiem. - Jacen wcisnął 

przełącznik na swojej konsoli i ustawił go na odpowiednią częstotliwość.   

-  Znalazłem  promień  naprowadzający  na  częstotliwości  kontaktowej.  Kierunek  dwieście 

dziewiętnaście.   

Corran skierował statek w odpowiednią stronę i zwiększył moc silników. Ruszyli przez las, 

klucząc między drzewami. Gałęzie drapały o poszycie kadłuba, odstraszając kudłate antropoidy, 

które uskakiwały we wszystkie strony. Statek płynął przez las, połknięty przez fioletową dżunglę 

Garqi i -przynajmniej taką mieli nadzieję-ukryty przed oczami wojowników Yuuzhan Vong.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 11 

  

   

Kiedy  „Gwiezdny  Piruet”  wyskoczył  z  nadprzestrzeni  i  zaczął  schodzić  coraz  niżej  nad 

powierzchnię  planety  Vortex,  Luke  Skywalker  poczuł,  jak  aura  spokoju,  roztaczana  przez 

Vorsów, dociera do niego fala za falą. Przeszedł z saloniku mieszczącego się w środkowej części 

długiego,  wysmukłego  frachtowca  do  przedniej  części  z  kabiną  pilota.  Wszedł  do  kokpitu  i 

uśmiechnął  się.  Mara  siedziała  w  fotelu  nawigatora,  a  Artoo  przypiął  się  do  gniazda 

unieruchamiającego za jej  fotelem. Naprzeciw niego, za fotelem pilota, zajął miejsce podobny, 

ale biało-zielony robot.   

Mirax Terrik Horn, która długie czarne włosy zebrała w warkocz z tyłu głowy, odwróciła się 

i  zlustrowała  Luke’a  spokojnym  spojrzeniem  brązowych  oczu.  -  Udało  się.  Dzięki  temu,  że 

Gwizdek i Artoo obaj zajęli się nawigacją pobiliśmy chyba rekord trasy.   

Oba roboty zaświergotały radośnie. Mistrz Jedi uśmiechnął się.   

-  Pozwól,  że  jeszcze  raz  powtórzę,  jak  bardzo  się  cieszę,  że  zabrałaś  nas  w  tę  trasę.  Mirax 

wzruszyła ramionami.   

- Gwizdek regularnie przegląda dla mnie zlecenia kurierskie. Wszystko, co wiąże się z Jedi, 

ma u mnie priorytet. Zresztą… Corran wałęsa się nie wiadomo gdzie, dzieci siedzą w akademii, a 

mój ojciec zajmuje się swoimi sprawami, więc gdyby nie to zlecenie, siedziałabym w domu sama 

jak palec. Mara uśmiechnęła się. - Wszystko jest lepsze niż czekanie. - Czekanie jest takie nudne. 

Luke uniósł brew.   

-  Jakoś  nie  wyobrażam  sobie,  żeby  można  było  użyć  słowa  „nudne”,  kiedy  wy  dwie 

znajdziecie  się  gdzieś  razem.  Jeśli  dobrze  pamiętam,  to  nawet…  Mara  przerwała  mu  gestem 

uniesionej ręki.   

- Zostałyśmy oczyszczone z wszelkich zarzutów w tamtej sprawie.   

- A jeśli chodzi o nas, zamiast włóczyć się po galaktyce, mogłyśmy w tym czasie siedzieć w 

twojej  akademii.  Założę  się,  że  twoi  studenci  byliby  zachwyceni.  -  Mirax  pokiwała  głową.  - 

Zresztą skutki uboczne nigdy nie były takie straszne. Mistrz Jedi uśmiechnął się.   

- Myślę, że Vorsowie mają własne zdanie na temat tych skutków.   

-  To  prawda.  Mamy  zgodę  na  lądowanie  w  głównym  hangarze  Katedry.  Po  tym 

niefortunnym  wypadku  admirała  Ackbara  i  Lei  Vorsowie  ustanowili  dwukilometrową  strefę 

background image

zakazu lotów wokół Katedry, żeby znowu jej nie przeorał jakiś myśliwiec. - Mirax okręciła się w 

fotelu, by wyjrzeć przez iluminatory.   

-Wejście w atmosferę za piętnaście sekund. Przypnij się gdzieś, jeśli nie chcesz się poobijać.   

- Powiadomię pozostałych. - Luke odwrócił się i przeszedł korytarzem do salonu, w którym 

siedzieli  Anakin  i  Chalco.  Grali  w  planszową  hologrę,  ale  skończyło  się  to  sprzeczką  i 

wzajemnymi oskarżeniami o oszukiwanie. Anakin obraził się, kiedy Chalco wyjaśnił mu, że kody 

plansz,  na  których  zwykle  grywał,  były  łamane  tak  często,  że  jedynym  sposobem  na  wygraną 

było  złamanie  ich,  zanim  zrobi  to  przeciwnik.  -  Skoro  ty  wygrywałeś,  a  ja  nie  mogłem 

oszukiwać, domyśliłem się, że ty musiałeś to robić - stwierdził. Luke uśmiechnął się. - Zapnijcie 

pasy. Wchodzimy w atmosferę.   

Anakin  wykonał  polecenie, ale Chalco tylko  chwycił się mocniej  oparcia  fotela kościstymi 

dłońmi. Luke pokręcił głową podszedł do ławy i przypiął się pasami do siedziska.   

- Chalco, nie zawsze musisz robić wszystko tak, żeby było jak najtrudniej.   

Mężczyzna  wzruszył  ramionami  i  o  mało  nie  wyleciał  z  fotela,  gdy  statkiem  gwałtownie 

szarpnęło.   

- Wiem, że wy, Jedi, macie specjalną moc, ale to jeszcze nie wszystko. My, normalni, też co 

nieco potrafimy.  -  Wycelował  kciuk  w sam  środek swojej  piersi.  Przez statek przebiegł  kolejny 

wstrząs,  a  Chalco  prawie  wyskoczył  z  siedzenia.  Luke  sięgnął  po  Moc,  by  go  posadzić  z 

powrotem, ale zorientował się, że Anakin już to zrobił.   

I  to  jak  delikatnie,  pomyślał  Luke.  Chalco  pewnie  się  nawet  nie  zorientował,  że  ktoś  mu 

pomógł  usiąść.  -  Proszę  cię,  Chalco,  zapnij  pasy.  Pozrzędził  trochę,  ale  sięgnął  po  uprząż 

ochronną.   

- No dobra, trochę tu trzęsie, a skoro wy, Jedi, też się przypinacie, to i mnie nie powinno to 

zaszkodzić, prawda?   

Luke i Anakin wymienili uśmiechy. Mistrz Jedi pokręcił głową.   

-  Absolutnie  nie  zaszkodzi.  Kiedy  wylądujemy,  pójdę  z  Marą  poszukać  osoby,  z  którą 

powinniśmy porozmawiać. Tutejszy kosmoport nie jest zbyt duży, więc wy dwaj zostaniecie na 

pokładzie. Anakin skrzywił się. - Ale miałem nadzieję, że…   

- Sięgnij Mocą do swoich uczuć, Anakinie. Wyczuwasz tu Daeshara’cor?   

Chłopak zawahał się przez chwilę, a potem pokręcił głową. -Nie. - No właśnie.   

Chalco zmarszczył czoło.   

background image

- A co, wiedzieliście, że jej tu nie będzie?   

-  Tak,  chyba  gdyby  zdarzyło  się  coś  nieoczekiwanego.  Sądzę,  że  przyleciała  tu  po 

informacje. - Mistrz Jedi pochylił się do przodu, na ile pozwalały mu na to pasy bezpieczeństwa. 

- Dowiemy się tego, czego i ona się dowiedziała, a potem ruszamy dalej. Wtedy ty będziesz nam 

potrzebny, Chalco. - A ja? - zapytał Anakin.   

-  Twoja obecność też jest  niezbędna, Anakinie. Wiem to na pewno. Twarz jego siostrzeńca 

rozjaśniła się.   

- To co mam zrobić?   

-Nie jestem pewien. Moc czasami coś sugeruje, coś podpowiada, ale to nic pewnego. W tej 

chwili  wiem  tylko,  że  powinieneś  zostać  na  pokładzie  „Piruetu”.  -  Mam  nadzieję,  że  nie 

wymyśliłeś tego wytłumaczenia i że nie każesz mi zostać tylko dlatego, że jesteś moim wujem, 

co? Luke uniósł brew. - Anakin!   

Głośniki  komunikatora  w  salonie  zatrzeszczały,  a  po  chwili  usłyszeli  głos  Mirax:  - 

Podchodzimy  do  lądowania.  W  porcie  będzie  na  nas  czekał  śmigacz.  Za  minutę  będziemy  na 

ziemi. Luke uśmiechnął się.   

- A jeśli wszystko pójdzie dobrze, za godzinę już nas tu nie będzie.   

  

Vortex  był  światem  o  umiarkowanym  klimacie,  z  niemal  taką  samą  powierzchnią  mórz  i 

lądów,  składających  się  głównie  z  równin  porośniętych  niebieskawą  trawą,  smaganą  wiatrem, 

wiejącym  to  w  tę,  to  znów  w  przeciwną  stronę.  Zamieszkujący  planetę  Vorsowie  stanowili 

humanoidalny gatunek ssaków. Dzięki pustym kościom i skórzastym skrzydłom mogli szybować 

nad równiną, unoszeni prądami wznoszącymi, które się tam tworzyły. Mieli niezwykłe wyczucie 

harmonii, spajające ich ze sobą nawzajem i ze światem, który zamieszkiwali. Właśnie to dążenie 

do harmonii zainspirowało ich do wzniesienia Katedry Wiatrów.   

W  miarę  jak  śmigacz  zbliżał  się  do  katedry,  klucząc  między  dwiema  osadami  krytych 

strzechą  chat,  Luke  stwierdził,  że  ta  budowla  ma  w  sobie  coś  zdumiewającego.  Zrośnięta  ze 

światem, na którym powstała, jest w nim jednocześnie czymś obcym. Vorsowie musieli posiadać 

zaawansowaną  wiedzę  inżynieryjną-  inaczej  wysokie  kryształowe  iglice  katedry  nigdy  by  nie 

powstały - ale widać było, że wykorzystują je tylko na potrzeby specjalnych konstrukcji. Własne 

domy  budowali  z  naturalnych  materiałów,  jakie  dawała  ich  ziemia,  którą  w  końcu  mieli  sami 

zasilić; natomiast szklane wieże zaprojektowano z myślą, by przetrwały wieki i budziły podziw 

background image

dla umiejętności ich budowniczych.   

Wiatr  przedostawał  się  w  głąb  katedry.  Hulał  po  pustych  komorach,  krążył  w  szklanych 

rurach,  wprawiając  w  wibrację  cienkie  ściany,  które  wypełniały  powietrze  pulsującym 

dzwonieniem.  Przezroczyste  żaluzje  łączyły  się  z  przekładniami,  które  z  kolei  podłączono  do 

tłoków, podnoszących i opuszczających żaluzje i w ten sposób modulując ich dźwięki. Budynek 

wydawał  się  niemal  żywą  istotą,  skupiającą  w  sobie  tysiące  głosów.  A  podczas  Koncertu 

Wiatrów  -jak  wiedział  Luke  -  Yorsowie  używali  własnych  ciał,  by  podwyższyć  lub  obniżyć 

dźwięki, dobywające się z katedry w prawdziwie żywej symfonii.   

Mirax zwolniła i zatrzymała śmigacz, by wysadzić Marę i Luke^ mniej więcej pół kilometra 

od  katedry.  W  połowie  drogi  między  ich  śmigaczem  a  kryształową  budowlą  stała  wysoka, 

błękitnoskóra kobieta w sukni koloru wieczornego nieba, podkreślającej kolor jej skóry i perłowy 

połysk  delikatnych  jak  puch  włosów.  Luke  słyszał,  jak  ktoś,  mówiąc  o  niej,  użył  słowa 

„eteryczna”; tu, na schodach Katedry Wiatrów, żadne inne słowo nie wydawało mu się właściwe. 

Wiotka i krucha, wyglądała jak duch zrodzonym z muzyki, która ją opływała.   

Podszedł  bliżej  i  uśmiechnął  się,  nieco  rozczarowany,  gdy  nie  odwzajemniła  uśmiechu.  - 

Witam cię, Qwi Xux. Kiwnęła głową.   

-Witam,  mistrzu  Skywalker.  Dawno  sienie  widzieliśmy.  Przykro  mi,  że  fatygowałeś  się  aż 

tutaj. Nie mogę ci pomóc. Mara zmarszczyła czoło. - Jak możesz mówić coś takiego?   

Krucha Omwatianka uśmiechnęła się ze zrozumieniem.   

- Wiem o wielu rzeczach, Maro Jadę. Wiem, że kiedy razem z Wedge’em pomagałam usunąć 

szkody, jakie tu  wyrządzono, zrobiłam coś dobrego. Kiedy się rozstaliśmy, zrozumiałam, że to 

jedyne  miejsce,  gdzie  mogę  znaleźć  spokój.  Wróciłam  i  błagałam  Vorsów,  by  pomogli  mi 

kontynuować prace nad ich katedrą. Żyję nadzieją, że pieśni wiatru wyrażą płacz ofiar, których 

stałam  się  przyczyną.  Jeśli  to  się  stanie,  może  odnajdę  całkowity  spokój.  Luke  uroczyście 

pokiwał głową. - Mogę zrozumieć twoje pragnienie spokoju. Qwi westchnęła.   

-Niewielu jest takich. Tutaj mam szansę stworzyć coś pięknego i w ten sposób odpokutować 

potworności, do których się przyczyniłam. Luke i Mara wymienili posępne spojrzenia.   

- Przykro mi, jeśli moje przybycie przypomniało ci dawne cierpienia - powiedział Luke. - Z 

całego serca życzę ci, byś odnalazła spokój. Jeśli jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić… Przez 

jej twarz przemknął uśmiech.   

-  Chciałabym,  żeby  Kyp  Durron  tu  przyleciał.  Nie  wiem,  czy  jego  również  dręczą 

background image

wspomnienia ofiar, ale może usłyszałby tu śpiew poległych na Caridzie.   

- Przekażę mu twoją prośbę. - Luke spuścił wzrok. - Kypowi przydałoby się trochę spokoju. 

Mara odgarnęła z ramion złotorude włosy.   

- Jak sądzisz, po co tu przylecieliśmy?   

-  Szukacie  Jedi,  Twi’lekianki.  Była  tu.  -  Głos  Qwi  stwardniał.  -  Przyleciała,  by  mnie 

wypytywać o różne rodzaje superbroni. Wiedziała o nie ukończonej trzeciej Gwieździe Śmierci 

w  Laboratorium Otchłani.  Pytała, czy była jeszcze jedna… albo  jeszcze jeden Pogromca Słońc 

czy  jeszcze  inne  obrzydliwości,  o  których  nikt  oprócz  mnie  nie  wiedział.  Domyślała  się,  że 

Imperator rzadko kiedy kazał konstruować tylko jeden egzemplarz.   

Luke  przytaknął.  Nawet  pierwszy  superniszczyciel  gwiezdny  -„Egzekutor”  -  miał  swojego 

bliźniaka  wyprodukowanego  równolegle  z  tamtym.  Była  nim  późniejsza  „Lusankya”, 

podarowana  Ysannie  Isard  jako  osobista  zabawka,  podczas  gdy  pierwszy  egzemplarz  otrzymał 

Darth Vader.   

- Zawsze podejrzewałem, że jest więcej tych śmiercionośnych zabawek i że tylko czekają, by 

ktoś je odnalazł. Mara zmarszczyła brwi. - A więc był drugi Pogromca Słońc?   

-  Nic  mi  o  tym  nie  wiadomo  -  powiedziała  Qwi.  -  Tworzywo  na  jego  pancerz  było 

przełomowym  odkryciem.  Technika  kwantowych  kryształów  została  częściowo  wykorzystana 

tutaj, przy odbudowie katedry. Jeśli Imperator nie miał drugiego laboratorium, dublującego prace 

Laboratorium  Otchłani,  nie  mógł  wyprodukować  drugiego  egzemplarza.  Gdyby  zaś  takie 

laboratorium istniało, już dawno mielibyśmy okazję oglądać jego zabójcze żniwo. Laboratorium 

Otchłani  produkowało  widać  dość  broni,  by  Imperator  nie  musiał  zakładać  drugiego  takiego 

ośrodka. Luke uniósł głowę. - A zatem uważasz, że nie było więcej superbroni?   

Qwi zawahała się chwilę.   

- No cóż, było jeszcze Oko Palpatine’a. Niepowodzenie tego projektu skłoniło Imperatora do 

większego  wsparcia  Laboratorium  Otchłani.  Być  może  Oko  miało  swojego  bliźniaka. 

Daeshara’cor wydawała się o tym przekonana.   

- Czy pytała cię o plany urządzeń, których jeszcze nie wyprodukowano? - zapytał Luke.   

- Interesowała się może prototypami w małej skali czy czymkolwiek innym, czego można by 

użyć jako broni? - dorzuciła Mara.   

-  Pytała  o  to,  a  ja  powiedziałam  jej,  że  moje  wszystkie  wspomnienia  z  tamtego  okresu 

przepadły, wymazane przez Kypa Durrona. Mistrz Jedi zmrużył oczy.   

background image

-  Ale przecież dopiero  co mówiłaś,  że zastosowałaś technologię użytą do budowy pancerza 

Pogromcy Słońc przy odbudowie katedry. Daeshara’cor szybko przyłapałaby cię na kłamstwie. 

Kobieta roześmiała się lekko, ale bez wesołości.   

- Kyp wykradł mi wspomnienia, ale nie podstawy wiedzy, którą wykorzystywałam w mojej 

pracy.  Przeglądając  notatki  i  eksperymentując,  doszłam  do  tego  wszystkiego,  co  wcześniej 

wiedziałam. Znowu rozumiem, jak zrobiłam to czy tamto. Nie skłamałam, więc Daeshara’cor nie 

wyczuła  kłamstwa.  A  ja  już  nigdy  więcej  nie  zbuduję  urządzeń,  które  zabijają  i  okaleczają. 

Nigdy. Mara prychnęła.   

-Nigdy nie mów nigdy, Qwi. Stoimy w obliczu takiego zagrożenia, że Gwiazda Śmierci czy 

Pogromca Słońc mogą okazać się niezbędne.   

Błękitnoskóra kobieta pokręciła głową.   

- To bez znaczenia. Nie zmienię zdania, niezależnie od ceny, jaką przyjdzie mi za to zapłacić.   

Luke zobaczył, że jego żona zaciska dłonie w pięści.   

- Jak możesz tak mówić? Twoja praca mogłaby ocalić miliardy istot!   

- Jak? Zabijając miliard innych? - Qwi przycisnęła dłoń do piersi. - Wy jesteście bohaterami. 

Zabijaliście,  ale  podczas  bitew,  broniąc  się  przed  atakami  wrogów.  Ja  stworzyłam  broń,  która 

unicestwiała planety i mordowała miliardy w mgnieniu oka. Niewinnych zamieniała w parę. Wy 

mogliście to odczuć poprzez Moc, aleja odczułam to, studiując informacje o tych światach. Znam 

imiona tych ludzi, znam obrazy z tych światów i noszę je w sercu. Dlatego chcę przywrócić tym 

zgasłym  istotom  głos,  by  umożliwić  im  udział  w  tworzonym  tutaj  pięknie.  Spojrzała  na  nich 

ostro.   

- Wiem, że może się wam to wydawać szalone, ale ktoś to musi zrobić. Gdybym nie przyjęła 

na  siebie  odpowiedzialności  za  ich  śmierć  i  nie  postanowiła  za  nią  odpokutować,  mogłabym 

kiedyś  pomyśleć,  że  to,  co  zrobiłam,  nie  było  w  końcu  takie  złe.  Gdybym  przystała  na  to,  co 

proponujecie, tworzyłabym tylko ciszę. To gorsze niż śmierć. Mara zamrugała.   

-  Z filozoficznego  punktu  widzenia mogę zrozumieć pacyfizm,  ale przyjęcie takiej  postawy 

w obliczu zalewającego nas zła byłoby… - powoli zaciskała i otwierała pięści. Luke położył dłoń 

na ramieniu żony.   

- Qwi  chce postępować zgodnie z własnymi zasadami, broniąc ich nawet  za cenę życia. To 

lepiej, niż gdyby stała się narzędziem w rękach ludzi, którzy wykorzystaliby jej pracę, by czynić 

zło.   

background image

- Luke, ale to może być jedyny sposób, by powstrzymać Yuuzhan Vong!   

- A więc, moja droga, musimy zadać sobie pytanie, czy koniecznie trzeba ich powstrzymać, 

czy też może istnieje jakieś inne rozwiązanie. - Luke uśmiechnął się do żony pokrzepiająco. - Nie 

lubię,  gdy  kurczy  mi  się  wachlarz  możliwych  rozwiązań,  ale  jeszcze mniej  przypadłoby  mi  do 

gustu posiadanie broni, która niszczy całe planety i gwiazdy. Znasz dobrze Imperatora. Czy nie 

uważasz, że wolałby mieć dwa statki, nazywane jego oczami?   

Mara zastanowiła się chwilę. Łagodny wiatr dzwonił przenikliwie wśród krystalicznych wież 

katedry.   

- Jeśli istniało drugie Oko i użyto go w tym samym czasie, mógł wystąpić ten sam problem, 

który spowodował utratę pierwszego. Luke uśmiechnął się. - A ten problem to dwoje Jedi.   

-  W  tamtych  czasach  był  wiele  par  Jedi.  -  Mara  wzruszyła  ramionami.  -  Więc  możliwe,  że 

jest gdzieś drugie Oko. Qwi złożyła smukłe dłonie.   

-  Mam  nadzieję,  że  jeśli  drugie  Oko  istnieje,  znajdziecie  je,  zanim  ktoś  go  użyje. 

Przywrócenie głosu zmarłym to szlachetny cel, ale może nadejdzie dzień, kiedy nie będzie już to 

potrzebne.   

- Ja również bym sobie tego życzył, Qwi. - Luke westchnął i wzruszył ramionami. - Ale mam 

wrażenie, że ten dzień jest jeszcze daleki.   

 

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 12 

  

   

Anakin  patrzył,  jak  śmigacz  z  jego  wujem,  Marą  i  Mirax  na  pokładzie  oddala  się  coraz 

szybciej. Nie lubił zostawać sam, ale postanowił nie poddawać się niezadowoleniu. Tylko dzieci 

się obrażają, pomyślał. A ja nie jestem już dzieckiem. Miał właśnie wpaść na chwilę do kabiny 

pilota i rzucić okiem na przyrządy kontrolne „Gwiezdnego Piruetu”, kiedy odgłos kroków kazał 

mu się odwrócić.   

Na  krótką  chwilę  Chalco  zamarł  jak  zwierzę  złapane  w  światła  reflektorów.  Potem 

uśmiechnął  się  szeroko  i  wyprostował.  Spróbował  pewnością  siebie  pokryć  szok,  że  został 

odkryty.   

- Właśnie wychodziłem. Chcę się rozejrzeć po okolicy. - Mistrz Luke kazał nam zostać tutaj.   

- To twój mistrz, mały, nie mój. - Chalco dotknął przycisku kontrolki trapu. - Więc zostań w 

środku, tak jak ci kazał. Anakin skrzyżował ręce na piersi.   

- Nie powinieneś wychodzić na zewnątrz.   

- Myślisz, że zdołasz mnie powstrzymać?   

- Myślisz, że nie zdołam?   

Chalco zmrużył oczy, które prawie całkowicie skryły się pod fałdami grubej skóry.  - Jesteś 

pewien, że chcesz spróbować?   

-  Mistrz Yoda uczył  mojego mistrza, że próby są niepotrzebne. Albo coś robisz, albo  nie.  - 

Anakin stłumił w sobie pokusę użycia Mocy, by cisnąć Chalco o poszycie kadłuba. Mara nieraz 

upominała go, by nie używał Mocy do zadań, które jej nie wymagają. A skoro potrafił utrzymać 

Chalco w jego fotelu podczas wejścia w atmosferę, wiedział, że bez trudu zrobi to i teraz.   

Jeżeli wiem, że mogę to zrobić, nie muszę tego wcielać w czyn, pomyślał Anakin. Na pewno 

istnieje jakieś inne rozwiązanie. Wzruszył ramionami, a ręce opuścił luźno wzdłuż ciała.   

-  Jak  chcesz,  ale  jeśli  nie  będzie  cię  na  pokładzie  podczas  startu,  utkniesz  tu  na  dobre. 

Tutejszy  rozkład  lotów  jest  nieco  inny  niż  na  Coruscant.  Życie  też  jest  tu  trochę  trudniejsze. 

Vorsowie  nie  przepadają  za  cudzoziemcami,  więc  pewnie  zapędzą  cię  do  łopaty.  Ale  jeśli  nie 

masz nic przeciwko temu, nie będę cię zatrzymywał.   

Na twarzy Chalco pojawił się wyraz bezbrzeżnego zdumienia.   

- Naprawdę myślisz, że mógłbyś mnie powstrzymać?   

background image

-  Co  za  różnica?  Jeśli  marzy  ci  się  zbieranie,  międlenie,  przędzenie  i  tkanie  tutejszych 

włókien,  to  dlaczego  właściwie  miałbym  cię  powstrzymywać?  -  Przypomniał  sobie  swoją 

rozmowę z Marą na Dantooine. - Ludzie myślą, że Jedi są od tego, żeby ratować ich z tarapatów, 

w  które  wpadli  przez  własną  głupotę.  Gdyby  tak  było,  nie  mielibyśmy  jednej  wolnej  chwili.  - 

Uważasz, że jestem głupi?   

Anakin zignorował podwójny gwizdek obu robotów.   

- Gdybyś był głupi, mistrz Skywalker nie zabrałby cię z nami. Uważam po prostu, że jesteś 

taki jak większość ludzi: żyjesz dniem dzisiejszym i nie myślisz o jutrze. I to nie pozwala ci iść 

do przodu.   

- Tak myślisz, mały? - W tonie Chalco słychać było urażoną dumę. Oparł się rozluźniony o 

poszycie kadłuba. Anakin uznał, że Chalco nie czuł się naprawdę obrażony, ale chciał za takiego 

uchodzić. Młody Jedi wzruszył ramionami.   

- Znam cię wprawdzie od niedawna, ale myślę, że masz ten sam problem co Jedi. Martwisz 

się  o  swój  wizerunek,  o  to,  jak  cię  widzą  inni.  Wiele  zależy  od  twojej  reputacji.  To  podobne 

obciążenie jak w przypadku Jedi, prawda? Krępy mężczyzna potarł nieogoloną szczękę.   

-  Może  czasem,  czy  ja  wiem?  Pewnie,  niekiedy  bywa  ciężko.  Ludzie  cię  sprawdzają, 

naciskają. Wyrobisz sobie reputację i każdy chce to wykorzystać.   

-  Tak,  wiem,  jak  to  jest.  -  Anakin  obrócił  do  tyłu  fotel  nawigatora  i  usiadł.  -  Mój  ojciec 

musiał z tym walczyć przez całe życie, a z rycerzami Jedi jest podobnie. Każdy chce sprawdzić, 

ile naprawdę jesteśmy warci. Niektórzy się nas boją i trzymają się z daleka. Inni też się boją, ale 

wzywają nas mimo wszystko, żeby pokazać, że się nie boją. Strata czasu i tyle. Chalco pokiwał 

głową. - Twoim ojcem jest Han Solo, prawda? -Tak.   

-  Widziałem  go  ostatnio  parę  razy.  Wyglądało,  że  jest  zdruzgotany  śmiercią  swojego 

partnera.   

Anakin  znów  musiał  zwalczyć  odruchowe,  dobrze  już  znane  poczucie  winy  z  powodu 

śmierci Chewiego. - Tak, to dla niego wielki cios.   

-  Musieli  być  dobrymi  przyjaciółmi.  -  Chalco  pozwolił  sobie  na  półuśmiech.  -  Ja  tam  nie 

jestem specjalnym wielbicielem Wookich. I chyba nigdy nie byłem z nikim tak blisko.   

-  Wiele  razem  przeszli.  Chewbacca  był  nieodłączną  częścią  życia  mojego  ojca,  mojego 

zresztą  też.  Zawsze  był  obok,  a  teraz  go  nie  ma.  -  Anakin  poczuł,  że  ból  ściska  mu  gardło. 

Uświadomił sobie, jaki bezmiar pustki zostawił po sobie Chewie. Chciał coś powiedzieć, ale nie 

background image

był w stanie wydobyć z siebie słowa. Podniósł rękę i otarł pojedynczą łzę.   

- Przepraszam - powiedział zduszonym głosem.   

Chalco stracił nagle pewność siebie.   

-  Eee…  słuchaj,  mały,  może  nie  miałem  nigdy  tak  bliskiego  przyjaciela,  ale  wiesz…  mogę 

zrozumieć,  jak  się  czujesz.  Człowiek  przyzwyczaja  się  do  ludzi  dookoła.  Widzisz  ich  w 

kosmoporcie, masz ich w sąsiedniej celi i tak dalej. A potem pewnego dnia budzisz się, a tego 

gościa z celi obok już nie ma, wypuścili go i nawet nie wiesz, czy zobaczysz jeszcze kiedyś jego 

albo kredyty, które wygrałeś od niego w sabaka. To znaczy, eee… tego… nie za bardzo wiem, co 

powiedzieć, ale…   

Anakin kiwnął głową i poczuł falę ulgi płynącą ku niemu od Chalco.   

-  Dzięki,  rozumiem,  co  masz  na  myśli.  Kiedy  jest  się  z  kimś  blisko,  nagła  utrata  tej  osoby 

bardzo boli. Trudno się z tym pogodzić. A Chewie… był z nami od zawsze. Śmiał się, żartował, 

nigdy  nie  narzekał,  jak  po  nim  łaziłem  albo  mu  przeszkadzałem.  Był  jak  skała,  a  kiedy  go 

zabrakło…   

- Ale nie tylko on jest jak skała, chłopcze. - Chalco kiwnął głową w stronę Katedry Wiatrów. 

–Masz jeszcze wuja, matkę, ojca…   

-No tak, ale sam widziałeś mojego ojca. Ostatnio jest trochę… hmm… niezbyt kontaktowy. - 

Anakin westchnął. A mama ma tyle spraw na głowie. Zawsze mogę na niej polegać, ale rzadko 

jesteśmy razem. Wuj Luke… no tak, on mi bardzo pomaga, ale też ma wiele innych zajęć. Ale to 

nic. Tak właśnie wygląda dorosłe życie. Muszę się nauczyć jakoś sobie z tym radzić.   

- Nie spiesz się tak do dorosłego życia, mały - poradził Chalco i wzruszył ramionami. - Cóż, 

prędzej  czy  później  trzeba  dorosnąć,  bo  inaczej  będziesz  taki  jak  ja.  Może  to  i  nie  tak  źle 

dorosnąć szybko.   

- Myślę, że chodzi po prostu o to, żeby dorastać, nieważne jak szybko. - Anakin spojrzał na 

kontrolkę trapu - Nadal masz zamiar wyjść na zewnątrz?   

Chalco zastanawiał się przez chwilę, zanim powiedział:   

- Nie żebym się bał, że mnie zapędzą do łopaty.   

- Nawet mi to przez myśl nie przeszło.   

- No chyba. - Mężczyzna uśmiechnął się lekko. - Zresztą pomaganie jednemu rycerzowi Jedi 

w wytropieniu drugiego to też niełatwe zajęcie. Chyba trudniejsze niż cokolwiek, co do tej pory 

robiłem, więc czas się wziąć do roboty. To nie dziecinada!   

background image

  

Admirał  Gilad  Pellaeon  nie  znosił  zasiadać  w  wielkim  fotelu  na  podium  w  sali  Rady 

Moffów.  Tylko  czterech  moffów  przybyło  osobiście,  reszta  uczestniczyła  w  spotkaniu  za 

pośrednictwem  holo,  którego  kosztów,  zdaniem  admirała,  w  żadnym  stopniu  nie 

rekompensowała  wartość  wypowiedzi  moffów  na  tym  forum.  To,  co  miał  im  do  powiedzenia, 

można było równie dobrze wysłać jako komunikat, ale moffowie byli głęboko przekonani, że ich 

opinie i rady mają nieocenioną wartość.   

Moff  Crowal  z  planety  Valc  VII  buntowniczo  uniosła  podbródek,  nie  wstała  jednak  z 

holograficznego  fotela.  Valc  VII  był  tą  z  imperialnych  planet,  która  zahaczała  o  granice 

Nieznanych  Terytoriów,  dzięki  czemu  była  najmniej  narażona  na  niebezpieczeństwo  ze  strony 

Yuuzhan Vong. Odległość od źródła zagrożenia nie uspokoiła jed nak Crowal, która jak zwykle 

domagała się dla swojej peryferyjnej planety więcej, niż można by uzasadnić faktyczną potrzebą.   

-  Jeśli  zagrożenie  jest  prawdziwe,  admirale,  błagamy,  by  bronił  pan  naszych  światów.  Jeśli 

natomiast  jest  to  pułapka,  to  pragnęlibyśmy,  by  pańskie  statki  pozostały  jednak  w  przestrzeni 

imperialnej. Admirał złączył dłonie czubkami palców.   

- Mówiłem już, że to nie pułapka. Groźba wisząca nad Nową Republiką jest jak najbardziej 

realna. Ich prośba o pomoc jest szczera. Moff Flennic gniewnie zacisnął szczęki.   

-A  niech  sczezną!  Gdyby  nie  powalili  Imperium,  dzisiejsze  zagrożenie  byłoby  śmiechu 

warte.  Imperator  poradziłby  sobie  z  tym  jednym  kiwnięciem  palca,  Moff  Sarreti,  zwierzchnik 

Bastionu, który pochylił się nad stołem, by odpowiedzieć Flennicowi, wydawał się mieć więcej 

życiowej mądrości, niż wskazywałby na to jego wiek.   

-  Chyba  nie  do  końca  pojmuję  twoje  rozumowanie,  Flennic.  Nowa  Republika  pokonała 

Imperium,  a  teraz  stoi  w  obliczu  zagrożenia  ze  strony  Yuuzhan  Vong.  Logiczny  wydaje  się 

wniosek,  że  Yuuzhanie  stanowiliby  podobne  zagrożenie  dla  Imperium.  Flennic  prychnął  i 

skrzywił się.   

-  Skoro  tak,  dlaczego  mielibyśmy  wysłać  nasze  siły  na  pomoc  Nowej  Republice,  jeśli 

zgodnie z pańską oceną są znacznie słabsze niż republikańskie?   

Sarreti pokiwał głową. Przyznawał, że to logiczny wniosek.   

- Powinniśmy przyjść im z pomocą, bo to słuszna postawa.   

- Słuszna postawa? - warknęła Crowal. - Wykrwawiać się dla tych, którzy nas odarli z siły, 

godności  i  znaczenia?  Którzy  niszczą  naszą  gospodarkę?  Którzy  podstępnie  zalewają  nasze 

background image

światy propagandą, podważającą wartości,  jakimi kieruje się nasza kultura? Teraz widzę, że to 

naprawdę pułapka, w którą daliście się wciągnąć. Sarreti wstał powoli i ze zwodniczą swobodą, 

ale Pellaeon wiedział, że każdy ruch, każdy gest młodego człowieka jest starannie przemyślany. 

Młody moff złożył dłonie i dotknął ust czubkami palców. Wzrok miał nieobecny, jakby pogrążył 

się  w  rozmyślaniach.  Po  chwili  opuścił  ręce  wzdłuż  tułowia  i  zaczął  mówić  cichym,  miękkim, 

niemal uwodzicielskim głosem.   

-  Naprawdę  liczę  się  z  mądrością  starszych,  roztrząsając  sprawy  takiej  wagi  jak  ta.  Wasze 

doświadczenia  z  czasów  rozkwitu  Imperium  przed  śmiercią  Imperatora,  z  okresu  wojen 

admirałów aż do dziś,  kiedy to z trudem  utrzymujemy przy życiu  to  kruche Nowe  Imperium  - 

wszystko  to  ma  swoją  rangę.  W  porównaniu  z  waszymi  moje  doświadczenia  są  nieliczne,  bo 

byłem zaledwie dzieckiem w chwili śmierci  Imperatora. Dorastałem w czasach Rebelii, a moja 

rodzina uciekła z Coruscant po upadku Imperium. W końcu dotarliśmy tutaj, gdzie wstąpiłem do 

imperialnej armii. Pewnie dlatego, że oglądałem ten konflikt już po upadku Imperium, mam inne 

niż  wy  spojrzenie  na  pewne  sprawy.  Patrzę  na  nie  nie  przez  pryzmat  wściekłości,  bólu  czy 

porażki  ani  też  tęsknoty  za  utraconą  przeszłością.  Widzę,  czego  dokonała  Nowa  Republika,  i 

chociaż podobnie jak wy uważam, że nie wszystko zrobili dobrze, nie mogę pozostać ślepy na ich 

osiągnięcia.  Nie  zapominajmy,  że  sześć  lat  temu  mogli  nas  zetrzeć  w  proch,  gdyby  tylko 

zechcieli.  To  my,  Nowe  Imperium,  zdradą  i  podstępem  o  mało  nie  doprowadziliśmy  do  ich 

upadku, a oni wspaniałomyślnie postanowili nie karać wszystkich za błędy niektórych. Domagali 

się tylko pokoju i pozwolili nam godnie wycofać się z konfliktu, czego dowodem jest to, że nadal 

mamy  siły  zbrojne,  o  których  pomoc  teraz  proszą.  Dłonią  o  długich,  szczupłych  jak  on  sam 

palcach wskazał na Pellaeona.   

-  Prośba,  z  którą  zwrócili  się  do  admirała  Pellaeona,  to  nie  zagrożenie,  nie  pułapka.  To 

honorowa prośba, z którą przyszli do nas nie ze względu na to, jak my ich postrzegamy, ale ze 

względu  na  to,  jak  oni  nas  postrzegają.  A  postrzegają  nas  jak  równych  sobie;  proszą,  a  nie 

domagają się pomocy. Jeśli ktoś nie widzi potrzeby zareagowania na taką prośbę, to jest ślepy i 

głupi i zasługuje na to, by zostać pokonanym przez Republikę, Yuuzhan Vong czy kogokolwiek 

innego.   

Większość  zgromadzonych  wokół  stołu  zareagowała  na  wypowiedź  młodego  moffa  z 

uznaniem. Pellaeon uśmiechnął się do niego i skinął głową, po czym sam wstał. Oparł pięści na 

biodrach i popatrzył posępnie na zebranych.   

background image

-  Jakkolwiek  doceniam,  jak  zawsze,  wasze  uwagi  i  porady,  pragnę  przypomnieć,  że  to  ja 

dowodzę  Imperialną  Przestrzenią  Kosmiczną.  Wezwałem  was  na  to  spotkanie  nie  po  to,  by 

szukać  rady,  ale  by  udzielić  jej  wam,  a  także  by  przestrzec  przed  niebezpieczeństwem.  Kiedy 

zawiadomimy wszystkich, wyjawimy, co dzieje się w Nowej Republice, i wyjawimy, jaka będzie 

nasza  odpowiedź,  wielu  ludzi  zareaguje  tak  jak  wy.  Trudno  im  będzie  zrozumieć,  dlaczego 

pomagamy naszym  wrogom.  Mam nadzieję, że znajdziecie w sobie dość siły perswazji, by ich 

przekonać, że postępujemy słusznie. Dziękuję moffowi Sarreti za jego wypowiedź. Powinniście 

uznać jego racje. Holograficzna postać Flennica uniosła brew.   

- A zatem pośle pan tam nasze siły niezależnie od naszej opinii?   

- Dziwię się, że udaje pan zaskoczonego, moffie Flennic.  - Pellaeon rozciągnął w uśmiechu 

nastroszone  siwe  wąsy.  -  Miał  pan  okazję  wyrazić  swoją  opinię,  ale  chyba  zdaje  pan  sobie 

sprawę, że pańscy koledzy z tego gremium generalnie poprą moje posunięcie. Wiedzcie zatem, 

że zamierzam ogłosić mobilizację i powołać wszystkich  rezerwistów, wyznaczając część z nich 

do  aktywnej  służby.  Zamierzam  również  wezwać  wszystkie  nasze  tajne  służby  i  grupy 

dywersyjne,  zarówno  te  działające  na  obszarze  Imperium,  jak  i  poza  nim,  by  przyszły  nam  z 

pomocą. Choć niektórzy z was pewnie uważają, że te tajne oddziały powinny posłużyć nam do 

odebrania  Nowej  Republice  władzy  nad  galaktyką,  nie  możemy  zlekceważyć  zagrożenia  ze 

strony Yuuzhan Vong. Będziemy potrzebować każdego żołnierza, jakiego zdołamy wystawić, a 

nawet więcej. Pellaeon spojrzał na adiutanta siedzącego w końcu sali.   

- Zaraz prześlę wam kody, którymi mają się posłużyć powracające oddziały. Nie wolno wam 

w  żaden  sposób  zatrzymywać  ich  w  drodze.  W  zamian  za  waszą  współpracę  zgodzę  się  nie 

powoływać  do  służby  wojskowej  waszych  gwardzistów.  Możecie  również  swobodnie  użyć 

rezerwistów do zapewnienia ładu i porządku. Crowal potrząsnęła głową.   

- Myśli pan, że wystarczy nam dać żołnierzyków do zabawy?   

-  Jeśli  tak  pani  sądzi,  to  widać  jest  pani  zbyt  bezmyślna,  by  zajmować  się  czymkolwiek 

innym  niż  zabawą  w  żołnierzyki.  -  Oczy  admirała  pociemniały  z  gniewu.  -  Musicie  zrozumieć 

jedno:  jeśli  Yuuzhan  Vong  są  dość  silni,  by  pokonać  Nową  Republikę,  my  tym  bardziej  nie 

będziemy w stanie się im przeciwstawić. Proponuję, byście wykorzystali czas, jaki  zdobędę dla 

nas,  walcząc  u  boku  Nowej  Republiki,  na  poprawę  bezpieczeństwa  waszych  światów.  Jeśli 

poniosę porażkę, a wam przyjdzie bawić się swoimi żołnierzykami, mam nadzieję, że nie będzie 

mnie już wśród żywych, by oglądać rezultaty waszych poczynań. Koniec wiadomości.   

background image

Holograficzne  wizerunki  moffów  znikły.  Sarreti  podszedł  do  Pellaeona,  a  pozostali  trzej 

moffowie jeden za drugim opuścili pokój . Admirał zauważył, że młody moff zatrzymał się przed 

podium, dzięki czemu ich oczy pozostały na tym samym poziomie. Sarreti uśmiechnął się miło. - 

Potraktował ich pan zbyt łagodnie.   

-  Gdybym  zrobił  inaczej,  mogliby  odnieść  wrażenie,  że  ich  błazeństwa  mnie  cokolwiek 

obchodzą.   

-  Słuszna  uwaga.  -  Młody  moff  założył  ręce  za  plecy.  -  Siły  Bastionu  chętnie  dołączą  do 

pańskich  wojsk.  Ja  też  jestem  nadal  rezerwistą.  Jeśli  pan  mnie  potrzebuje,  moja  administracja 

poradzi sobie beze mnie.   

-  Bardzo  chciałbym  mieć  cię  przy  sobie,  Ephin,  ale  myślę,  że  lepiej  wykorzystam  twoje 

talenty, powierzając ci koordynację działań pozostałych moffów. - Bo ja nie wystąpię przeciwko 

panu? Pellaeon przytaknął.   

- Lepiej, żeby ci ludzie byli z nami niż przeciwko nam. Z drugiej zaś strony, jeśli spaskudzę 

sprawę do tego stopnia, że będziecie zmuszeni wystąpić przeciwko mnie, wolę, żebyś to ty stanął 

na czele niż Crowal czy Flennic.   

- Jestem przekonany, że nie dojdzie do takiej sytuacji.   

-  Mam  nadzieję  -  westchnął  Pellaeon.  -  Ale  jeśli  Yuuzhan  Vong  wyzwą  nas  i  polegną  w 

walce, może skończy się czas wojowników takich jak ja, a nastanie czas budowniczych takich jak 

ty. Miejmy nadzieję, że będzie wtedy co budować.   

 

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 13 

  

   

-  Porucznik  Jaina  Solo  melduje  się  na  rozkaz,  panie  pułkowniku.  -  Jaina  stanęła 

wyprostowana  jak  struna  w  drzwiach  do  kabiny  pułkownika  Darklightera  na  pokładzie 

„Zadziornego”.  Nie  miała  pojęcia,  dlaczego  wysłał  po  nią  Emtreya  -  wojskowego  robota 

protokolarnego jednostki - ale cieszyła się, że będzie miała okazję porozmawiać z pułkownikiem. 

Incydent  z  jej  bratem  sprzed  tygodnia  nadal  przyprawiał  ją  o  ściskanie  w  żołądku.  Kiedy 

pomyślała, że nie żyje…   

- Wejdź, Jaino, i usiądź. - Gavin Darklighter skinieniem głowy wskazał jej miejsce na pryczy 

pod ścianą. Sam siedział przy małym stoliku przytwierdzonym do ściany kabiny po przeciwnej 

stronie.  Stał  na  nim  notes  komputerowy,  kilka  datakart  i  mała  holokostka,  wyświetlająca 

zmieniające  się  co  chwila  zdjęcia  jego  rodziny.  To  wystarczyło,  by  pozbawić  kabinę  jej 

sterylnego charakteru mimo białych ścian i szarej podłogi.   

Kiedy usiadła, pułkownik obrócił się razem  z fotelem twarzą do niej. Choć jeszcze młody, 

skronie  miał  lekko  przyprószone  siwizną,  a  w  kącikach  oczu  pojawiły  się  drobne  zmarszczki. 

Objął dowództwo Eskadry Łobuzów już po podpisaniu pokoju z Imperium, ale osiemnaście lat 

służby  w  tej  w  eskadrze  zostawiło  swoje  ślady.  Dla  Jainy  był  chodzącą  legendą-jednym  z 

niewielu, którzy nie tylko przeżyli, ale świetnie się czuli w Eskadrze Łobuzów.   

-  Jaino,  powinienem  był  wcześniej  z  tobą  o  tym  porozmawiać.  To,  co  wydarzyło  się  na 

Garqi,  było  niefortunne,  ale  i  konieczne.  Bezpieczeństwo  operacyjne  wymagało,  by  nie 

wpuszczać do systemu nikogo w czasie,  gdy „Stracona  Nadzieja” miała  spłonąć w atmosferze. 

Jaina skinęła głową.   

- Powiedziano mi, że tylko admirał Kre’fey i technicy, którzy przygotowali statek, no i sama 

grupa zadaniowa, wiedzieli, co się ma wydarzyć. Wiem, że pan sam o niczym nie wiedział, więc 

nie mógł mnie pan uprzedzić.   

-  Słyszałem,  jak  wysoko  mnie  oceniłaś,  przypuszczając,  co  bym  zrobił,  gdybym  wiedział. 

Prawda jest jednak taka, że nic bym ci nie powiedział. - Spojrzał jej prosto w oczy, aż przeszedł 

ją dreszcz.  -Decyzja, by nie ujawniać tej informacji, została podjęta przez wyższych rangą ode 

mnie, a ja uszanowałbym względy bezpieczeństwa zabrania jące mi zdradzenia jej nawet tobie. I 

chociaż wiem, że nie dałabyś po sobie poznać, że cokolwiek wiesz, ocena tego, czy warto podjąć 

background image

takie ryzyko, również nie należała do mnie.   

  

Jaina  przytrzymała  się  krawędzi  koi,  by  zachować  wyprostowaną  postawę.  Czuła  się 

zdradzona, głównie dlatego że przypisywała pułkownikowi motywy, których, jak sam twierdził, 

nie posiadał. Ufała mu, a tymczasem on dowodził, że nie jest wart tego zaufania. I chociaż w jego 

głosie brzmiała szczerość, wyraźnie sugerował, że zachowałby milczenie niezależnie od tego, o 

kogo by chodziło.   

Czuła  się  zaskoczona,  że  jato  rozgniewało.  Nie  sądziła,  by  zasługiwała  na  specjalne 

traktowanie, ale ten gniew wskazywał, że jakąś cząstką siebie jednak się tego spodziewała. Była 

w końcu rycerzem Jedi, podobnie jak jej brat, a to powinno mieć jakieś znaczenie. Ktoś mieszał 

się w sprawy Jedi, a to nie było w porządku. A czy po tym wszystkim, co jej rodzina zrobiła dla 

Nowej Republiki, nie zasłużyła na to, by oszczędzono jej bólu? Czy Nowa Republika nie była jej 

winna choć tyle?   

Szybko  zreflektowała  się,  jak  niewłaściwy  jest  taki  sposób  myślenia.  Uraza,  jaką  poczuła, 

słysząc,  że  sprawy  Jedi  musiały  ustąpić  przed  kwestiami  większej  wagi,  była  bardzo  bliska 

aroganckiej postawy Kypa Durrona i jego popleczników.   

Jedi  dysponują  wprawdzie  umiejętnościami,  których  inni  nie  mają,  upomniała  samą  siebie, 

ale to nie oznacza, że są lepsi od innych. A dopóki latam w Eskadrze Łobuzów, jestem przede 

wszystkim pilotem, a dopiero później rycerzem Jedi.   

Teraz już nie uważała, że należy jej się cokolwiek od Nowej Republiki.   

Nowa  Republika  może  być  coś  winna  moim  rodzicom,  pomyślała,  ale  nie  mnie.  Jeśli 

Republika  zaciągnie  u  mnie  jakiś  dług,  to  tylko  przez  moje  własne  dokonania.  Na  razie,  w 

porównaniu z zasługami rodziców, niczym sobie nie zasłużyłam na specjalne traktowanie.   

  

Pułkownik Darklighter pochylił się do przodu i oparł łokcie na kolanach.   

-  Specjalnie  nie  rozmawiałem  o  tym  z  tobą  wcześniej.  To  prawda,  mogłem  oszczędzić  ci 

nieco  bólu,  pomyślałem  sobie  jednak,  że  mały  ból  teraz  będzie  dużo  lepszy  niż  wielki  ból  w 

przyszłości.  Kiedy  wstąpiłem  do  Eskadry,  byłem  w  twoim  wieku.  A  że  Biggs  Darklighter  był 

moim ciotecznym bratem, czułem ciężar reputacji związanej z moim nazwiskiem. Podobnie jak 

ty wierzyłem, że mogę dokonać wszystkiego. Miałem to szczęście, że Eskadra przyjęła mnie jak 

swego, pomogła mi i pozwoliła nie zawieść honoru rodziny. Na tobie ciąży znacznie większa, ale 

background image

i  trochę  inna  odpowiedzialność.  Urodzenie  dało  ci  pewne  przywileje,  podczas  gdy  ja  byłem 

prostym farmerem. Moi rodzice byli nikim; twoi ocalili galaktykę i nadal jej służą. W tej służbie 

dorobili  się  wrogów,  a  ty  jesteś  dość  mądra,  by  wiedzieć,  że  kiedy  twoja  matka  zrzekła  się 

władzy, ci wrogowie postanowili zaszargać jej wizerunek, a także wizerunek Jedi. Jaina pokiwała 

głową.   

-  Zdarzało  mi  się  spotkać  ludzi,  którzy  uważali  mnie  za  rozpuszczoną  smarkulę.  Ciężko 

pracowałam, by udowodnić im, że się mylą.   

- To oczywiste. Wszyscy w Eskadrze cieszymy się, że jesteś wśród nas. Ale na tym statku i 

na pozostałych statkach również są tacy, którzy oceniają cię inaczej niż ja - westchnął. - To, co 

się  stało,  przede  wszystkim  miało  pokazać,  że  nikogo  nie  faworyzujemy.  Nie  ma  wśród  nas 

nikogo, kto nie współczułby ci z powodu śmierci brata, i nikt nie chciałby być w twojej skórze, 

gdy  eksplodowała  „Stracona  Nadzieja”.  Wszyscy  wiedzą,  jak  musiałaś  cierpieć.  A  kiedy 

dowiedzieli się, że twoi przełożeni świadomie wprowadzili cię w błąd, jak zresztą wszystkich w 

Eskadrze  Łobuzów,  przekonali  się,  że  mają  z  nami  więcej  wspólnego,  niż  przypuszczali. 

Uświadomili  sobie,  jak  poważny  jest  problem  Yuuzhan  Vong,  skoro  w  jego  obliczu  Nowa 

Republika  nikogo  nie  traktuje  ulgowo:  ani  Eskadry  Łobuzów,  ani  Jedi,  ani  członków  rodziny 

Solo.   

Młoda pilotka zamknęła oczy i  potarła dłonią czoło.  Tak, teraz wszystko miało sens. Jaina 

odkryła,  iż  po  rodzicach  odziedziczyła  przekonanie,  że  jej  rolą,  rolą  całej  jej  rodziny,  jest 

ratowanie galaktyki. To prawda, dokonania rodziny były najważniejsze, ale potrzeba było setek 

tysięcy  rozumnych  istot,  które  tworzyły  Sojusz  Rebeliantów,  aby  nie  dopuścić  do 

zaprzepaszczenia skutków bitew wygranych przez kogoś innego. Wysadzenie Gwiazdy Śmierci 

niewątpliwie  wyeliminowało  zagrożenie  dla  galaktyki,  ale  samo  w  sobie  nie  spowodowało 

wyzwolenia ani jednej imperialnej planety. To zadanie wymagało wysiłków setek innych osób.   

A  teraz  chodzi  o  to,  pomyślała  Jaina,  by  pokazać,  że  ich  wysiłki  będą  znów  nieodzowne. 

Otworzyła oczy i spojrzała na dowódcę.   

-  Panie  pułkowniku,  ja…  eee…  no  cóż,  nauczył  mnie  pan  pokory.  A  nie  sądziłam,  że 

potrzebuję takiej lekcji. Gavin roześmiał się serdecznie.   

-  Chyba  nie  na  tyle,  jak  niektórzy  mogliby  sądzić.  Nie  jesteś  pierwszym  pilotem  w  tej 

jednostce, któremu utarto nosa. Pamiętaj, że każdy był traktowany tak samo. Eskadra Łobuzów 

niewątpliwie jest najlepszą jednostką Nowej Republiki, ale teraz nasi towarzysze będą wiedzieć, 

background image

że wszyscy jesteśmy sobie równi, jeśli chodzi o traktowanie. Uniósł w górę palec.   

- Jest jeszcze jedna nauczka, którą, mam nadzieję, wyniesiesz z tej lekcji. Za moich czasów 

w Eskadrze Łobuzów widziałem śmierć wielu przyjaciół. Straciłem wielu ludzi, którzy byli mi 

bliscy, niektórzy nawet bardzo. Admirał Kre’fey na przykładzie twojego brata i Corrana pokazał 

nam, że śmierć może zabrać każdego z nas. Przypomniał, że możemy się znaleźć w sytuacji, gdy 

będziemy musieli poświęcić coś wbrew sobie. To dobrze. Jeśli zaczniemy latać, myśląc, że nie 

może  się  nam  przytrafić  nic  złego,  to  będzie  głupie.  A  ludzie,  którzy  postępują  głupio,  często 

giną, zabierając przy tym ze sobą do grobu przyjaciół.   

-  Tak  jest,  proszę  pana.  Dziękuję,  panie  pułkowniku.  -  Jaina  sama  zauważyła,  że  w  czasie 

symulowanych lotów po Garqi latała ostrzej i była gotowa pójść na całość. Wiedziała, że w walce 

z Yuuzhan Vong będzie to bardzo potrzebne.   

- Doskonale, pani porucznik - zakończył pułkownik i wyprostował się. - Proszę iść do swoich 

kolegów i powiedzieć im, że mają dwie godziny, zanim się zameldują w rufowym hangarze.   

Zamknięty w kokpicie swojego X-skrzydłowca, spoczywającego jak w gniazdku w rufowym 

hangarze  „Zadziornego”,  Gavin  nie  widział,  jak  bothański  krążownik  wraca  do  normalnej 

przestrzeni.  W  tej  samej  chwili  gdy  czujniki  statku  obudziły  się  do  życia,  zalały  komputer 

pokładowy  Gavina  danymi  o  systemie  Sempidala.  Kontrola  lotów  dała  zgodę  na  start,  więc 

włączył  zasilanie  obwodów  repulsora  i  pchnął  drążek  przepustnicy.  X-skrzydłowiec  zaczął 

nabierać prędkości. Lecąc przez tunel startowy, przebił się przez bąbel osłony magnetycznej na 

jego końcu i długą pętlą pomknął w kierunku punktu zbornego.   

Gavin przesunął przełącznik blokujący skrzydła myśliwca w pozycji bojowej. Sprawdził stan 

tarcz, laserów i na samym końcu systemu celowniczego.   

-  „Zadziorny”,  zgłasza  się  dowódca  Łobuzów.  Brak  bezpośredniego  zagrożenia  na 

czujnikach zasięgu.   

- Zrozumiałem, dowódco. Rozpocząć lot wyznaczonym kursem.   

- Według rozkazu. - Gavin przełączył komunikator na częstotliwość taktyczną eskadry.   

- Klucz pierwszy do mnie. Klucz drugi, zacznijcie węszyć. Klucz trzeci leci dołem. Na razie 

wszystko w porządku, ale uważajcie.   

Gavin  jeszcze  raz  sprawdził  czujniki  zasięgu  i  zauważył  jakiś  ruch  na  obrzeżach  systemu. 

Dane  pochodziły  z  czujników  „Zadziornego”,  które  rozpoznały  w  odległym  obiekcie  skoczki 

koralowe. Nie mogły wykonać mikroskoku przez nadprzestrzeń, więc nie były w stanie dotrzeć 

background image

do „Zadziornego” wcześniej niż za cztery  godziny, a  wtedy po statku nie powinno już być ani 

śladu.   

Jeśli dotrą do „Zadziornego” wcześniej, pomyślał  Gavin,  rzeczywiście nie zostanie po nim 

śladu.   

Admirał  Kre’fey  zgodził  się  z  opinią,  że  rozbicie  księżyca  o  powierzchnię  Sempidala  nie 

mogło być tylko atakiem terrorystycznym. Skoro zaangażowano w to takie środki, a Sempidal nie 

stanowił  zagrożenia  dla  Yuuzhan,  musiał  więc  być  im  do  czegoś  potrzebny,  podobnie  jak 

Dubrillion. Wysłanie oddziału, by zorientował się w sytuacji, było sprawą najwyższej wagi.   

Standardowa  misja  zwiadowcza  polegałaby  na  pojawieniu  się  na  obrzeżach  systemu  i 

wysłaniu automatycznych sond albo po prostu na wykorzystaniu czujników dalekiego zasięgu do 

zebrania wszelkich możliwych informacji. Kre’fey założył więc, że Yuuzhanie umieszczą swoje 

siły  obronne  właśnie  na  obrzeżach  systemu,  by  uniemożliwić  taką  strategię.  Admirał  zlecił 

swoim  astronawigatorom  niezliczone  analizy  danych,  zebranych  podczas  ucieczki  z  systemu 

przez „Sokoła Millenium”. Wykorzystując te informacje, opracowano model pokazujący, w jaki 

sposób planeta rozpadnie się na części po upływie pewnego czasu. Pozwolił on określić zmiany 

profilu grawitacyjnego systemu w miarę rozpadu planety. Znaleźli punkt bardzo blisko rozbitej 

planety, w którym statek mógł się pojawić, wyskakując z nadprzestrzeni, i bezpiecznie powrócić. 

Skoki wewnątrzsystemowe były dla Yuuzhan praktycznie niewykonalne.   

No  więc  wyskoczyliśmy  i  lecimy,  pomyślał  Gavin.  Obrócił  statek  i  skierował  go  w  głąb 

labiryntu  utworzonego  przez  szczątki  Sempidala.  Chociaż  jego  satelita  roztrzaskał  planetę, 

daleko mu było do precyzji Gwiazdy Śmierci w przypadku Alderaanu. Gavin miał okazję lecieć 

przez cmentarzysko Alderaanu, ale odłamki Sempidala były znacznie większe niż pole asteroid, o 

jakie rozbiła się tamta planeta.   

Widział  ogromne  kawały  globu  z  fragmentami  dawnej  linii  brzegowej.  Przypuszczał,  że 

gdyby  podleciał  dostatecznie  blisko,  zobaczyłby  miny  miast.  Pomysł  ten  -  pomijając  fakt,  że 

daleko wykraczałby poza obowiązki jego misji - nie za bardzo przypadł mu do gustu.   

Mam  tylko  przedostać  się  przez  zasłonę  okruchów  i  zobaczyć,  czy  coś  się  tam  dzieje…  a 

jeśli tak, to co, pomyślał.   

Blokada  skoczków  koralowych  na  krawędziach  systemu  sugerowałaby,  że  Yuuzhanie  chcą 

coś ukryć przed niepowołanymi oczami. Dopóki Gavin przebijał się między fragmentami dawnej 

skorupy  planety, póki omijał głazy stopione i  następnie zastygłe w mroźnej  próżni  przestrzeni, 

background image

nie miał  pojęcia, co też  Yuuzhanie mogą tam  robić. Kiedy jednak przedostał się przez kurtynę 

szczątków i  wyprowadził swój myśliwiec prosto  w słońce Sempidala, nagle poczuł,  że zaschło 

mu w ustach.   

-  Na  czarne  kości  Imperatora!  -  usłyszał  w  głośnikach  przekleństwo.  Już  miał  ostro  złajać 

swoich ludzi za brak dyscypliny w eterze, kiedy uświadomił sobie, że to on sam wypowiedział te 

słowa. - Snoop, wszystko działa? -Tak jest, dowódco. Kapsuły rozmieszczone.   

- Dobrze, zbierz je wszystkie.   

Gavin nie był pewien, co właściwie ogląda, bo chociaż widział już kiedyś coś podobnego, nie 

działo się to w przestrzeni kosmicznej. Kiedy nurkował razem z żoną na jej rodzinnej planecie 

Chandrila,  zachwycał  się  podwodnymi  cudami  natury.  Pochodził  z  pustynnej  planety  i  nigdy 

przedtem nie przyszło mu do głowy, że pod powierzchnią morskich fal może ukrywać się życie. 

Pokochał nurkowanie, a zwłaszcza obserwowanie życia kipiącego wokół raf Srebrnego Morza.   

Przyczepione  do  słonecznej  strony  resztek  Sernpidala  wiły  się  stworzenia  przypominające 

ślimaki, tyle tylko że gigantycznych rozmiarów.   

Jeden  taki  pomieściłby  cały  klucz  X-skrzydłowców!  -  pomyślał.  Widział  wilgotne  ślady 

śluzu, jakie stworzenia pozostawiły, przegryzając się przez skałę. Za nimi uwijały się niezliczone 

mniejsze  istoty  podobnej  budowy.  Wyglądało,  jakby  podążały  wzdłuż  żył  minerałów, 

przetrawionych przez większe organizmy.   

Ślimaki  przyczepione  do  skał  nie  były  jedynymi,  jakie  zobaczył.  Inne  -  cała  chmura  - 

dryfowały  w  kierunku  punktu  oddalonego  od  wszystkich  większych  fragmentów  skał.  Gavin 

dostrzegł tam rodzaj kamiennej koronki, ułożonej w owalny kształt wielkości małego księżyca. 

Część ślimaków, i dużych, i mniejszych, poruszała się po jej powierzchni, nakładając na strukturę 

kolejne warstwy materiału  skalnego.  Inne ślimaki,  o skorupach zupełnie innych niż „pożeracze 

skał”,  wyglądały  jak  wbudowane  w  tę  koronkową  strukturę  wzdłuż  jej  osi  i  w  kilku  innych 

miejscach.  Łączyły  je  cienkie  włókna  połyskujące  w  świetle  słońca;  przywoływały  na  myśl 

schematy komórek nerwowych. One hodują statek, ogromny statek!  - uświadomił sobie Gavin. 

Spojrzał  na  czytnik  zasięgu  i  zauważył,  że  od  szkieletu  dzieli  go  jeszcze  dobre  czterdzieści 

kilometrów. Równie wielki, jak Gwiazda Śmierci!   

- Co robimy, dowódco?   

Gavin usłyszał pytanie majora Vartha i natychmiast zaczął wybierać cele ataku. Przestał, gdy 

uderzyła  go  absurdalność  takiego  postępowania.  Jedna  torpeda  protonowa  poradziła  sobie 

background image

wprawdzie z Gwiazdą Śmierci, ale ta konstrukcja nie miała szybu wentylacyjnego prowadzącego 

do głównego reaktora.   

To  coś  w  ogóle  nie  ma  reaktora,  uświadomił  sobie.  Jest  żywe…  albo  będzie.  Nawet 

bezpośrednie  uderzenie  wszystkich  torped  protonowych,  jakimi  dysponowała  Eskadra,  nie 

wystarczyłoby, żeby przerzedzić organizmy budujące statek, nie mówiąc już o ich zniszczeniu.   

-  Dziewiątka,  nic  nie  robimy.  Jesteśmy  tu  tylko  z  misją  zwiadowczą.  -  To  była  trudna 

decyzja, ale nie mógł powiedzieć nic innego. - Ktoś mądrzejszy ode mnie musi się zastanowić, co 

z tym zrobić. Miejmy nadzieję, że będzie umiał coś wymyślić.   

 

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 14 

  

   

Corran Horn przykląkł na jedno kolano w zaroślach niedaleko punktu, gdzie miał się spotkać 

z  miejscowym  łącznikiem.  Miał  na  sobie  wzmocniony  kombinezon  bojowy  i  dodatkowe 

ochraniacze  z  duraplastu  na  ramionach  i  nogach.  Podobnie  jak  kombinezon,  ochraniacze 

pokrywały  barwne  plamy  czerwieni,  szarości  i  fioletu,  w  odcieniach  identycznych  jak  kolory 

roślinności Garqi. Schowany za krzakami, stapiał się więc całkowicie z otoczeniem, niewidoczny 

dla nieuzbrojonego oka.   

Jego łącznik spóźniał się; chociaż Corran nie wyczuwał poprzez Moc nic niezwykłego, nie 

umniejszyło to w niczym jego obaw. Co prawda, nawet gdyby Yuuzhanie zbliżali się do niego, 

by zamknąć go w pułapce, i tak nie wyczułby ich Mocą. Dla pewności Jacen, Ganner i Noghri 

ustawili  się  w  pewnej  odległości  od  niego,  tworząc  ochronny  krąg.  Corran  był  przekonany,  że 

gdyby  cokolwiek  im  się  przytrafiło,  a  nie  mogliby  użyć  komunikatora,  by  poinformować  go  o 

sytuacji,  on  wyczułby  poprzez  Moc,  że  dzieje  się  z  nimi  coś  złego,  co  ostrzegłoby  go  o 

niebezpieczeństwie.  Ale  świadomość,  że  tracę  swoich  ludzi,  to  kiepskie  ostrzeżenie,  pomyślał. 

Jak  dotąd,  a  trwało  to  już  tydzień,  ich  misja  na  Garqi  przebiegała  bez  incydentów.  „Ostatnia 

Szansa”  oddaliła  się  od  miejsca  katastrofy,  a  Yuuzhanie  albo  nie  potrafili,  albo  nie  byli 

zainteresowani  tropieniem  śladów,  jakie  załoga  zostawiła  tam  po  sobie.  Sprowadzili  statek  na 

ziemię  w  kombinacie  rolniczym  odległym  o  jakieś  czterdzieści  kilometrów  od  Peskdty,  stolicy 

planety, i ukryli w kwaterach robotów żniwnych.   

Wchodząc do tych budynków, spodziewali się, że zostały spustoszone przez Yuuzhan, którzy 

zniszczyli  roboty,  wykorzystywane  do  wszelkich  prac  na  tutejszych  farmach.  Rzeczywiście, 

roboty  żniwne  rozmaitych  rozmiarów  i  kształtów  zostały  zredukowane  do  bezkształtnych 

placków  stopionej  durastali,  pokrywających  ferrobetonowe  podwórka  wokół  budynków. 

Tymczasem zbiory na polach dojrzewały i zbliżał się czas żniw, ale ich zebranie bez olbrzymich 

maszyn  było  niemożliwe.  Ułatwiło  im  to  sprawy,  rozwiązując  problem  wyżywienia  z  dala  od 

osiedli i miast.   

Corran  był  pełen  niechętnego  podziwu  dla  nieprzejednanej  postawy  Yuuzhan  względem 

maszyn.  Planeta  Garqi  nie  była  może  najważniejszym  ze  światów  galaktyki,  ale  produkowała 

znacznie więcej żywności, niż miejscowa populacja była w stanie spożytkować. Przy założeniu, 

background image

że  Yuuzhanie  odżywiali  się  podobnie  jak  inne  ludy  galaktyki,  Garqi  była  jednym  wielkim 

spichlerzem,  który  tylko  czekał  na  nowych  panów.  Gdybym  ja  tu  dowodził,  pomyślał  Corran, 

najpierw zebrałbym plony, a dopiero później kazał zniszczyć maszyny, bo zakazując ich użycia, 

nie dałbym rady w stanie zebrać z pól wszystkiego. Ale dowódca Yuuzhan najwyraźniej uważał, 

że lepiej pozwolić, by cała ta żywność zgniła, niż użyć znienawidzonych maszyn do jej zbioru. 

Trzeba przyznać, że gość jest prawdziwie pryncypialny.   

Pozostawała otwarta kwestia celu bytności Yuuzhan na Garqi. Posuwając się powoli w stronę 

stolicy, oddział Corrana nie napotkał żadnych ludzi. O odpowiednich godzinach czasu lokalnego 

nastawiali  komunikatory  na  częstotliwości  i  szyfry,  jakie  Nowa  Republika  wyznaczyła  na 

wypadek ataku ze strony Spadkobierców Imperium. Przez pierwszych kilka dni nie słyszeli nic, 

aż wreszcie, cztery dni temu, odebrali krótki, pełen trzasków sygnał, który po wprowadzeniu do 

notesu  komputerowego,  dekompresji  i  rozszyfrowaniu  okazał  się  długą  wiadomością  do  załogi 

statku rozbitego na południe od Peskdty. Wiadomość zawierała również listę miejsc i terminów 

spotkania; do kilku z nich ekspedycja mogła dotrzeć bardzo szybko.   

Ganner i Jacen twierdzili, że wiadomość jest pułapką, ale Corran nie zgodził się z nimi.   

-  Jeżeli  Yuuzhanie  nie  są  skłonni  użyć  maszyn  nawet  po  to,  by  zebrać  plony,  które  mają 

oczywistą  wartość,  tym  bardziej  nie  użyją  ich  do  zadania,  z  którego  korzyści  są  co  najmniej 

wątpliwe. Poza tym jak dotąd Yuuzhanie nie zasłynęli z przebiegłości. Obstawimy jedno z tych 

miejsc,  poobserwujemy  je,  zobaczymy,  co  się  stanie,  a  potem  wyjdziemy  na  spotkanie  w 

kolejnym miejscu.   

Noghri  nie  wyrazili  opinii,  więc  nikt  nie  wiedział,  czy  zamierzają  pakować  się  w  pułapkę. 

Corran  przypuszczał,  że  skoro  jeden  z  Noghrich  został  zabity  przez  yuuzhańskiego  wojownika 

(tego,  który  próbował  pozbawić  życia  Leię  Organę  Solo),  wszyscy  jego  pobratymcy  czują  się 

zobowiązani  honorem  do  pomszczenia  tej  śmierci.  Reputacja  Noghrich  jako  morderczych 

wojowników była powszechnie znana, więc Corran bardzo się cieszył, że ma ich przy sobie.   

Przynajmniej  wiem,  że  niezależnie  od  wszystkiego  będą  nad  sobą  panować,  pomyślał.  Nie 

miał  podobnej  pewności  co  do  Jacena  i  Gannera.  Wrogość  Gannera  w  stosunku  do  Yuuzhan 

Vong  miała  swój  początek  w  wydarzeniach,  których  był  świadkiem  na  Bimmiel.  Wprawdzie 

Corran  nie  sądził,  by  Ganner  był  na  tyle  głupi,  żeby  się  pchać  w  kłopoty,  ale  było 

prawdopodobne,  że  rycerz  zrobi  wszystko,  co  się  da,  żeby  zmierzyć  się  z  yuuzhańskimi 

wojownikami. A chęć walki z Yuuzhan Vong mogła wpędzić Gannera w poważne tarapaty.   

background image

Jacen był zupełnie innym przypadkiem. Na Belkadanie został pokonany i wzięty do niewoli 

przez  yuuzhańskiego  wojownika.  Chociaż  walczył  z  kilkoma  wojownikami  na  Dantooine  i 

pokonał  ich,  zabijając  przy  okazji  walczących  niewolników,  nie  dorobił  się  sławy  pogromcy 

Yuuzhan jak jego młodszy brat, który na Dantooine rozpłatał ponad tuzin wojowników. Corran 

nie  przypuszczał,  by  Jacen  chciał  urządzić  na  Garqi  krwawą  łaźnię  tylko  po  to,  by  dorównać 

bratu, ale to jeszcze nie oznaczało, że potrafił przewidzieć, jak zachowa się młody rycerz.   

Poprzez Moc wyczuł czyjąś determinację, zmieszaną z lękiem. Spojrzał na południe. Przez 

dżunglę przedzierał się samotny mężczyzna. Dzięki Mocy Corran zobaczył go bez trudu, chociaż 

sposób, w jaki ten człowiek poruszał się w lesie, uniemożliwiłby wyśledzenie go komu innemu. 

Widać było, że to tubylec, który świetnie wie, jak uniknąć wykrycia w lesie.   

Corran  sięgnął  po  Moc  i  wyświetlił  w  umyśle  mężczyzny  obraz  postaci  szybko  się 

przedzierającej  przez  zarośla  po  jego  lewej  stronie.  Przybysz  odwrócił  się  gwałtownie  i  uniósł 

rusznicę blasterową. Corran wyśliznął się ze swojej kryjówki i zaczął podchodzić coraz bliżej do 

mężczyzny, który przyciskał dłoń do prawego ucha. Corran domyślił się, że ma tam komunikator, 

przez który inny obserwator informuje  go o ruchach Jedi,  bo nagle obcy  obrócił się z rusznicą 

wycelowaną prosto w Corrana.   

Pojedyncze  ukłucie  strachu,  jakie  Corran  wyczuł  u  przybysza,  szybko  ustąpiło.  -  Zielony. 

Corran kiwnął głową. -Żółty.   

Człowiek, bardzo jeszcze młody, uśmiechnął się, wyprostował i opuścił broń. Uzgodnionym 

hasłem  był  jeden  z  kolorów  widzialnego  widma,  odzewem  -  następna  barwa  spektrum.  - 

Nazywam się Rade Dromath.   

Podchodząc  bliżej,  Corran  dostrzegł  w  twarzy  młodego  mężczyzny  coś  znajomego. 

Nazwisko też odezwało się echem w jego pamięci. - Dromath? Skądś znam to nazwisko.   

-  Mój  ojciec  walczył  w  szeregach  Nowej  Republiki.  Zginął  w  czasie  kampanii  Thrawna. 

Corran powoli zaczaj sobie przypominać. - A twoja matka pochodziła z Garqi. Chłopak, wysoki i 

jasnowłosy, przytaknął.   

-  Nazywała  się  Dynba  Tesc.  Uciekła  stąd  za  czasów  Imperium,  spotkała  mojego  ojca  i 

poślubiła go. Wróciła tu po jego śmierci. Corran poczuł dreszcz na plecach. 

- Spotkałem ją kiedyś. Tu, na Garqi. Co u niej słychać? Chłopak pokręcił głową.   

-  Nie  żyje.  Yuuzhanie  dopadli  ją  na  samym  początku.  Ale  te  historie,  które  opowiadała  o 

dawnych  czasach,  o  walce  przeciw  Imperium,  no  i  to,  że  jesteśmy  tak  blisko  Spadkobierców 

background image

Imperium,  to  wszystko  sprawiło,  że  poczyniła  pewne  przygotowania.  Nie,  żeby  miała  na  tym 

punkcie jakąś obsesję,  ale ukryła to  i  owo. Dzięki jej dalekowzroczności w ogóle żyjemy… to 

znaczy ruch oporu nadal działa.   

- Przykro mi, że twoja matka nie żyje. - Corran westchnął. Pamiętał Dynbę Tesc jako naiwną, 

ale pełną entuzjazmu młodą kobietę, która miała dość odwagi, by przeciwstawić się Imperium na 

planecie, gdzie tak naprawdę nie była potrzebna żadna rebelia. Niezłomne zasady Dynby, choć 

narobiły  jej  kłopotu,  umożliwiły  mu  ucieczkę  z  Garqi,  a  w  końcu  wstąpienie  do  Eskadry 

Łobuzów. - Była niezwykłą kobietą. Rade zmrużył niebieskie oczy i kiwnął głową.   

- Teraz i ja cię poznaję. Jesteś Horn… ten, który zabrał moją matkę z Garqi. - Sama się stąd 

zabrała. Ja dołączyłem przy okazji. Rade uśmiechnął się.   

- Wprawdzie to mój ojciec był jej bohaterem i miłością jej życia, ale ciebie też wspominała 

bardzo ciepło i cieszyła się z twoich sukcesów. Corran poczuł ukłucie żalu.   

Powinienem był się do niej odezwać, pomyślał. Powinienem był coś zrobić, kiedy umarł jej 

mąż. Potrząsnął głową.   

- Kiedy będziemy mieć więcej czasu, opowiesz mi o niej. Teraz chyba nie pora i nie miejsce 

na to. Zawołam moich ludzi, a ty wezwij swoich. Masz gdzieś w okolicy bezpieczną kryjówkę?   

- Jasne. Jakiś kilometr stąd na wschód. Yuuzhanie nawet się tam nie zbliżyli.   

Corran szybko skontaktował się ze swoim oddziałem. Jacen i Ganner przyszli pierwsi, a za 

nimi trzej Noghri. Corran nie wspominał wcześniej, że ma ze sobą Noghrich, traktując ich jako 

tylną  straż.  Rade  sprowadził  czworo  ludzi:  dwie  kobiety,  mężczyznę  i  jedną  Thrandoshankę. 

Skierowali się na wschód, gdzie znaleźli na wpół zakopany, zarośnięty roślinnością stary bunkier, 

pamiętający  chyba  czasy  sprzed  nastania  Imperium.  Kiedy  znaleźli  się  w  środku,  Rade  zaczął 

wyjaśniać:   

-  Dawno  temu  w  tutejszej  kolonii  stosowano  rabunkową  gospodarkę  rolną.  Wycinało  się 

kawał dżungli, obsadzało roślinami aż do wyjałowienia gleby, a potem szło się dalej, pozwalając, 

by  las  zajął  odebrane  sobie  wcześniej  tereny.  Ten  bunkier  służył  kiedyś  agrorobotom,  które 

pracowały na tym terenie.   

Jacen  Solo  oparł  się  o  zardzewiały  dźwigar,  podtrzymujący  łukowate  ferrobetonowe 

sklepienie.   

-  Mieliśmy  okazję  zobaczyć,  co  Yuuzhanie  zrobili  ze  współczesnymi  robotami  żniwnymi. 

Ale nie zauważyliśmy, żeby zakładali tu hodowlę villipów albo czegoś podobnego, co widziałem 

background image

na Belkadanie. Ganner przytaknął.   

- To taka żyzna planeta! Spodziewałem się, że będą tu coś hodować.   

- Bo hodują. - Rade wzdrygnął się. - Pokażemy wam wszystko jutro. Hodują armię.   

  

Przed świtem wyruszyli w długą drogę na zachód, a potem na południe, ku obrzeżom stolicy. 

Kiedy w końcu tam dotarli, Rade zaprowadził ich na wzgórze położone na zachód od Miejskiego 

Ogrodu Ksenobotanicznego Peskdty, skąd mogli obserwować kompleks budynków stanowiących 

część Akademii Rolniczej Garqi. Kilka pudełkowatych budynków okalało prostokątny czerwony 

trawnik  pośrodku.  Z  dormitorium  wylewało  się  mrowie  wysokich  i  mocno  zbudowanych 

mężczyzn  i  kobiet.  Ustawili  się  w  szeregi,  twarzą  do  słońca,  posłusznie  wykonując  rozkazy 

niewysokich gadopodobnych istot, uwijających się między nimi. Jacen opuścił makrolornetkę.   

- Te małe gady przypominają żołnierzy, których rzucili przeciwko nam na Dantooine.   

Ganner pochylił się do przodu i wpatrywał się intensywnie w karne rzędy mężczyzn i kobiet.   

- Ci ludzie tam na dole mają narośle takie jak niewolnicy, których widzieliśmy na Bimmiel.   

- Także ci na Belkadanie, tylko te tutaj są bardziej regularne.   

Corran  przyjrzał  się  zgromadzonym  ludziom  i  zgodził  się  z  obiema  ocenami.  Koralowe 

narośle - bielsze i gładsze niż te, które widywał dotąd - wyrastały z ciał zebranych w dole ludzi. 

Łuki brwiowe i kości policzkowe były zgrubiałe, zapewne, żeby lepiej chronić oczy, a z czaszki 

wyłaniały się niewielkie, zagięte rogi. Twarde tarczki pokrywały także kostki palców, a z łokci, 

nadgarstków  i  kolan  sterczały  ostre  kolce.  Poszczególne  szeregi  różniły  się  wielkością  i 

umiejscowieniem  narośli  -  u  niektórych  płyty  kostnego  pancerza  wyrastały  także  na  piersi  i 

plecach,  goleniach  i  ramionach.  Ludzie  w  czwartym  szeregu  byli  całkowicie  pokryci  kostnymi 

zbrojami, przypominając imperialnych szturmowców. Rade westchnął.   

- Ci ostatni są najnowsi. Yuuzhanie są tu od miesiąca i zdążyli już wyprodukować dwa takie 

oddziały. Szkolą ich, a potem wypuszczają w dzielnicach Peskdty, gdzie zlikwidowano wszelkie 

życie.  Tam  te  małe  gady  i  kilku  yuuzhańskich  wojowników  polują  na  nich.  Nie  wszystkie 

maszyny  zostały  zniszczone,  więc  możemy  podłączyć  się  do  holokamer  inwigilacyjnych  i 

obserwować te walki. Widzieliśmy kilka ofiar Yuuzhan Vong, ale z każdą partią kadeci są coraz 

lepsi, dlatego sądzimy, że Yuuzhanie hodują tu armię. Ci tutaj to prototypy. Kiedy już opracują 

skuteczne  metody  hodowli,  pewnie  każdego  zdołają  przerobić  na  żołnierza.  Corran  potarł 

podbródek i opuścił makrolornetkę.   

background image

-  To  wyjaśnia,  dlaczego  pozostawili  na  polach  zbiory.  Przypuszczam,  że  pozostałych 

zapędzili do kombinatów rolniczych, żeby ręcznie zbierali plony, co w zupełności wystarczy, by 

wyżywić  nowych  władców  i  utrzymać  w  dobrej  formie.  Wyłapują  najlepszych  ludzi, 

transformują ich i udoskonalają.   

- Nie inaczej. Ja i moi ludzie kontaktujemy się z innymi grupami ruchu oporu. Moglibyśmy 

zorganizować atak i uwolnić jeńców, ale nie potrafimy odwrócić transformacji ani też, szczerze 

mówiąc, powstrzymać Yuuzhan od ponownego przejęcia kontroli nad uwolnionymi.   

Frustracja  i  zmęczenie  w  głosie  Rade’a  ścisnęły  Corrana  za  serce.  Spojrzał  na  dwóch 

pozostałych Jedi. - Co proponujecie? Jacen odruchowo podrapał się w policzek.   

- Wiem, że coś powinniśmy zrobić, ale nasza misja ma charakter zwiadowczy. Mamy tylko 

zorientować  się,  co  tu  robią.  Moglibyśmy  wprawdzie  zaatakować  ich  stację  doświadczalną  i 

wszystko zniszczyć, ale nawet nie wiemy, czy byłby to dla nich miażdżący cios, czy tylko drobna 

niedogodność.  Konsekwencje  mogłyby  być  jednak  straszliwe,  gdyby  na  przykład  Yuuzhanie 

postanowili ukarać za nasze czyny miejscową ludność.   

Ganner  przykucnął.  Mimo  poplamionego  polowego  kombinezonu  udało  mu  się  zachować 

dystyngowany wygląd.   

- Atak na stację doświadczalną to dobry pomysł. Zniszczymy ich pracę i może uda nam się 

wziąć  jeńców,  tak  żeby  nasi  ludzie  mogli  pracować  nad  odwróceniem  tego,  co  Yuuzhanie  im 

robią. W końcu mamy tu zbierać dane, a trudno o lepsze dane niż żywe próbki. Corran powoli 

pokiwał głową.   

-  Myślę,  że  obaj  rozumujecie  właściwie,  ale  zaatakowanie  stacji  doświadczalnej  nie  jest 

najlepszym  rozwiązaniem.  Jeśli  to  zrobimy,  czego  dowiedzą  się  Yuuzhanie?  Jacen  zmarszczył 

czoło. - Że tu jesteśmy… i że wiemy, co robią.   

-  Właśnie.  Na  Bimmiel  wykorzystaliśmy  inżynierię  genetyczną,  by  wyeliminować 

zagrożenie ze strony owadów. Musimy więc założyć, że wiedzą, iż umiemy nie tylko posługiwać 

się  maszynami,  ale  i  ingerować  w  maszynerię  życia.  -  Corran  wskazał  na  szeregi  kadetów.  - 

Myślę, że można z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, iż udane modyfikacje są ulepszane w 

następnym pokoleniu. To oznacza, że będą kontynuować eksperymenty, dopóki nie dowiedzą się, 

że potrafimy przeciwdziałać ich skutkom. Gdyby udało nam się uzyskać próbki bez ich wiedzy, 

można by spróbować opracować coś w rodzaju szczepionki przeciwko ich manipulacjom. Jeśli na 

przykład  te  implanty  stanowią  coś  w  rodzaju  brodawek,  to  przygotujemy  system 

background image

immunologiczny do ich zwalczania, aby narośle nie mogły się rozwinąć. Ganner podrapał się po 

karku.   

- Chodzi ci o to, żeby wkraść się tam i porwać dwóch czy trzech kadetów prosto z łóżek?   

-  Nie,  to  by  im  pozwoliło  zorientować  się,  że  tu  jesteśmy.  -Corran  uśmiechnął  się.  -  Kiedy 

następnym  razem  wyjdą z kadetami  na  ćwiczenia, my też tam będziemy. Złapiemy  dwóch  czy 

trzech kadetów, a bitewne zamieszanie ukryje naszą ucieczkę i to, że brakuje paru ciał.   

-  Chyba  zapominasz,  że  w  ten  sposób  znajdziemy  się  na  tym  samym  polu  walki,  co 

wojownicy Yuuzhan Vong i ich małe popychadła. - Jacen pokręcił głową. - To raczej zwiększa 

ryzyko, że odkryją naszą obecność, nie sądzisz?   

Ganner wyprostował się i położył rękę na ramieniu Jacena.   

-  On  to  wie,  Jacen,  ale  ryzyko  jest  wysokie  niezależnie  od  tego,  gdzie  się  znajdujemy.  My 

wiemy, gdzie oni będą, a oni nie zorientują się, gdzie my jesteśmy, dopóki nie będzie za późno. - 

A jeśli się zorientują, Ganner? Co wtedy?   

Rycerz uśmiechnął się zimno.   

- Wtedy przekonają się, że choćby nie wiem jak zabójcze były ich eksperymentalne wojska, 

są niczym wobec trójki rycerzy Jedi.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 15 

  

   

Shedao Shai obserwował złotoskórego Caamasjanina przez wysokie okno. Wysłannik Nowej 

Republiki, ubrany tylko w krótką przepaskę biodrową, uginał się pod ciężarem pogruchotanych 

brył  ferro-betonu,  które  przenosił  z jednej  strony podwórka na drugą. Praca była bezsensowna, 

ale  dawała  Elegosowi  możliwość,  by  nie  myśleć  o  niczym  innym  jak  tylko  o  bólu,  który 

rozdzierał  mu  plecy  i  ramiona,  przeszywał  uda  i  palił  stopy.  Zaczął  dzień  wyprostowany,  ale 

teraz, o zmierzchu, zginał się pod przytłaczającym go ciężarem i z trudem stawiał każdy krok.   

Dowódca Yuuzhan Vong odwrócił się od okna i kiwnął głową do swojego adiutanta.   

-  Tak,  Deign  Lian,  słyszałem,  co  powiedziałeś.  Siły  Nowej  Republiki  zdołały  spenetrować 

system  Sernpidala  i  zobaczyć  łono  naszego  statku.  Nie  martwi  mnie  to  jednak  tak  bardzo  jak 

ciebie.   

- Panie, błagam, żebyś zechciał ponownie rozważyć sprawę którą ci przedstawiłem.  - Deign 

Lian miał na sobie maskę, która nadawała mu bardziej zuchwały wygląd. On sam też nosił maskę 

o jeszcze groźniejszym wyrazie niż jego podwładny, ale krył pod nią twarz, która przyprawiłaby 

Deigna o dreszcz przerażenia. - Panie, statek, który zidentyfikowaliśmy w systemie Sernpidala, 

to  ten  sam,  który  znalazł  się  w  systemie  Garqi.  Na  Garqi  musieli  przerwać  misję  zwiadowczą, 

gdy ich zaatakowaliśmy, ale na Sernpidalu tak się nie stało.   

-  Bo  nie  zaatakowaliśmy.  -  Shedao  Shai  uniósł  uzbrojoną  w  pazur  lewą  dłoń  i  powoli 

zacisnął ją w pięść, wbijając szpon w ciało. Więzadła strzeliły rozkosznym bólem, przyprawiając 

adiutanta  o  dreszcz.  -  Czy  ustaliliśmy,  w  jaki  sposób  ich  statek  zdołał  wskoczyć  w  samo  serce 

systemu? Ich umiejętności nie są przecież nieograniczone. - Kształciarze przeanalizowali wzorce 

i ustalili przypuszczalne parametry ich lotu. Niedługo będziemy w stanie zidentyfikować trasę i 

bronić jej.   

Shedao otworzył dłoń i pociągnął kciukiem po zakrwawionych opuszkach palców. Rany na 

dłoni  już  się  zaczęły  zabliźniać,  więc  rozsmarował  krew  na  prawym  barku  i  w  poprzek  klatki 

piersiowej.   

-  Czy nie byłoby lepiej, gdyby nasi  kształciarze  zbadali, jak działają maszyny niewiernych, 

zamiast snuć domysły na podstawie informacji, które mogą być niekompletne?   

Deign rozszerzył oczy ze zdumienia aż poza granice oczodołów maski.   

background image

-  Ależ  panie,  zbrukaliby  się  w  ten  sposób.  Zostaliby  zhańbieni  i  splamieni.  Musieliby 

odpokutować za takie świętokradztwo.   

- Niech więc odpokutują- prychnął Shedao Shai i odwrócił się z powrotem do okna. - Jak to 

możliwe, że ci, którzy stworzyli, zmodyfikowali i udoskonalili Uścisk Męki, wzdragają się przed 

jego  zastosowaniem?  Jak  to  możliwe,  że  nie  chcą  robić  tego,  co  nas  oczyszcza?  Powinni  się 

cieszyć, że mają okazję pogrążyć się w brudzie niewiernych, bo przez stosowną pokutę bardziej 

zbliżą się do bogów, a dla nas zdobędą wiedzę, która przyspieszy nasze zwycięstwo.   

- Panie, jeśli tak rozkażesz, wypełnią twoje polecenia.   

- Sugerujesz, że nie powinienem im tego nakazać, Lian?   

- Panie… - głos Liana jakby zmiękł. - Wydaje mi się, że twoje spotkania z obcym zmieniły… 

perspektywę, z jakiej patrzysz na niewiernych.   

Shedao Shai spojrzał ponad ramieniem swego podwładnego.   

- Co dokładnie sugerujesz, Deignie Lian?   

- Panie, ludzie zaczynają plotkować o tym, że tyle czasu spędzasz z rym Caamasi. Mówią że 

pokazałeś mu Uścisk Męki i wprowadziłeś w arkana Piekącej Pieszczoty. Poświęcasz mu czas, 

obserwujesz  go,  rozmawiasz  z  nim,  uczysz  go  o  nas,  odkrywasz  przed  nim  nasze  sekrety.  - 

Rozumiem. I oni sądzą że to stanowi zagrożenie?   

- Gdyby uciekł, panie…   

- A czy to możliwe, Lian? Czy zdołałby opuścić to miejsce? - Nie, panie, nie pozwolimy na 

to.   

Shedao Shai  odwrócił się gwałtownie i  dwoma  krokami pokonał  przestrzeń dzielącą go od 

adiutanta.  Chwycił  go  za  ramiona  i  cisnął  o  ścianę,  roztrzaskując  konsolę.  -  My  na  to  nie 

pozwolimy? Ty na to nie pozwolisz? Wydaje ci się może, nie wiedzieć czemu, że ja bym na to 

pozwolił? Że na przykład miałbym go puścić wolno? Że pozwoliłbym się do tego przekonać? To 

właśnie sobie myślisz? - Pchnął Liana jeszcze raz na ścianę, a potem go puścił.   

Adiutant padł na kolana i przycisnął twarz do podłogi.   

-  Nie,  panie,  my  się  tylko  obawiamy…  to  znaczy  ja  się  obawiam…  o  twoją  jedność  z 

bogami. Skoro ty wpływasz na tego obcego, on może również mieć wpływ na ciebie. - Naprawdę 

tak sądzisz? - Obawiam się, panie… tylko się obawiam.   

-  Więc  musisz  przezwyciężyć  swoje  obawy.  -  Shedao  Shai  obrócił  się  na  pięcie,  odszedł 

kawałek i znów się obrócił, w momencie gdy Lian zaczął się podnosić. Shedao kopnął Liana w 

background image

podbródek.  Kopniak  obrócił  adiutanta  i  cisnął  nim  o  ścianę  po  raz  trzeci,  pozostawiając 

rozpłaszczonego  i  obsypanego  odpadającymi  płatami  farby  i  tynku.  Shedao  Shai  wycelował  w 

niego palec.   

- Nie ty jesteś moim panem, aleja twoim. To, co robię, by poznać naszych wrogów, to moja 

sprawa. Twoją rolą jest nie kwestionować moich poczynań. Twoją rolą jest nie dawać posłuchu 

plotkom  moich  podwładnych.  Twoją  rolą  jest  wyręczać  mnie  w  niewdzięcznych,  drobnych 

zadaniach,  abym  mógł  zająć  się  ważniejszymi  sprawami.  Jeśli  to  ci  nie  odpowiada,  mogę  ci 

znaleźć jakąś inną planetę do zarządzania. - Nie, panie, nie! - Deign podniósł ręce, nie wiadomo, 

czy po to by osłonić głowę przed kolejnym kopniakiem, czy żeby błagać o przebaczenie. - Nie 

zamierzałem cię obrazić, panie, tylko  zapoznać z szemraniem tych, którzy  mogą przeciw tobie 

spiskować.   

-  Jeśli  ktoś  przeciw  mnie  spiskuje,  Lian,  powinieneś  go  wyeliminować.  -  Shedao  Shai 

skrzyżował  ramiona  na  piersi.  -  A  teraz  idź  na  dół  i  przyślij  mi  Elegosa.  Będę  w  komnacie  z 

akwarium.   

-  Tak,  panie.  -  Deign  wstał  powoli,  podpierając  się  o  ścianę.  -W  tej  chwili,  panie.  Shedao 

Shai zaczekał, aż Deign postawi kilka niepewnych kroków w stronę drzwi. -Jeszcze jedno. - Tak, 

panie?   

- Zdejmiesz maskę, zanim zaczniesz z nim rozmawiać.   

-  Panie…?  -  przerażenie  w  głosie  adiutanta  dodawało  pikanterii  poleceniu  Shedao.  -  Nie 

możesz…   

-  Ja  nie  mogę?  -  Shedao  Shai  podszedł  do  trzęsącego  się  adiutanta.  -  Zdejmiesz  maskę, 

przyślesz  do  mnie  Elegosa,  a  sam  poddasz  się  Uściskowi  Męki.  Jeśli  nie  znajdę  cię  tam  o 

wschodzie słońca, własnoręcznie cię zabiję. - Tak, panie, jak sobie życzysz.   

  

Shedao Shai odłożył na bok maskę i obserwował jedną z drapieżnych ryb krążących powoli 

w wypełnionym wodą cylindrze. Często się jej przyglądał; lubił patrzeć, jak rzuca się na kawałki 

mięsa,  odrywając  krwawe  ochłapy.  Skrawki  mięsa  opadały  powoli  na  dół,  gdzie  stawały  się 

pożywieniem innych ryb. Kości zalegały dno zbiornika, gdzie ślimaki i inne drobne organizmy 

oczyszczały je z resztek mięsa.   

Nic  się  nie  marnuje,  pomyślał  Shedao.  Żniwo  bólu  przynosi  nagrodę  wszystkim  i  tak  być 

powinno.   

background image

Rozkazał kształciarzom nadzorującym działanie akwarium, by przestali karmić ryby ludźmi i 

ich szczątkami.  Chociaż uważał  spektakl  za zajmujący  -jak zawsze,  gdy obserwował  istoty  nie 

pojmujące  znaczenia  bólu  -  Shedao  wyczuł,  że  drapieżniki  tracą  przez  to  swoją  szlachetność. 

Podsuwanie  im  jeńców  było  obrazą  dla  tych  wspaniałych  myśliwych,  którzy  w  naturalnych 

warunkach pokonaliby znacznie silniejszą zdobycz. Nie należało z nich kpić, karmiąc je czymś, 

w czym nie rozpoznawały zwykłej zdobyczy.   

Shedao Shai uśmiechnął się najszerzej, jak umiał. Kształciarze i kapłani, zarządcy i robotnicy 

-  wszystkie  te  klasy  społeczeństwa  Yuuzhan  Vong  rozleniwiły  się  okropnie.  Tylko  wojownicy 

pozostali prawdziwymi myśliwymi. To wojownicy trzymali się najbliżej prawdy wszechświata. 

A  jednak,  choć  nie  chciał  tego  przyznać,  nie  wszyscy  byli  wierni  tej  koncepcji.  Deign  Lian 

wzdragał się przed jej przyjęciem i Shedao Shai podejrzewał, że nawet cała noc w Uścisku Męki 

nie wystarczy, by go oświecić.   

Elegos wszedł  do komnaty. Trzymał się prosto  i  poruszał  płynnie, nie poddając się bólowi 

członków.  Shedao  Shai  widział  jednak,  że  cierpi.  Dostrzegał  sztywność  ramion  i  niemal 

niedostrzegalne  powłóczenie  jedną  nogą  jakby  kość  biodrowa  tarła  o  panewkę  przy  każdym 

kroku.   

A przecież nie wypiera się bólu, lecz stara się go zaakceptować, pomyślał. Szybko się uczy.   

Shedao Shai odwrócił się od akwarium i powitał wchodzącego skinieniem głowy. - Ciężko 

dziś pracowałeś, nie osiągnąwszy niczego.   

Caamasjanin  uśmiechnął  się  z  trudem,  jakby  nawet  mięśnie  twarzy  miał  obolałe.  -  Wręcz 

przeciwnie.  Coraz  lepiej  rozumiem  wasze  przekonanie,  że  ból  jest  jedyną  stałą  w  życiu.  Mój 

racjonalny  umysł  odrzuca  taką  ideę;  mogę  ją  zaakceptować  tylko  wtedy,  gdy  wyrzeknę  się 

związku z rzeczywistością mojego ciała.   

- A więc uświadamiasz sobie, że to niemożliwe. Jak do tego doszedłeś? Caamasjanin jakby 

zapadł się w sobie.   

-Filozofowie spierają się, czy jesteśmy stworzeni tylko z cielesnej materii, czy też jest w nas 

pierwiastek  duchowy,  czyli  coś  więcej  niż  ciało  i  sposób,  w  jaki  funkcjonuje.  Nie  sposób 

udowodnić  żadnego  z  tych  twierdzeń,  więc  pozostaje  nam  przyjąć,  że  być  może  składamy  się 

tylko  z  kości,  mięsa  i  krwi.  Jeśli  tak,  to  rodzimy  się  i  umieramy  w  bólu,  a  czas  między 

narodzinami a śmiercią też wypełniony jest bólem. Zaprzeczanie temu oznaczałoby wiarę w coś, 

czego nie można udowodnić, a więc oszukiwanie samych siebie. Ty nie pozwalasz oszukiwać się 

background image

w ten sposób. Shedao Shai uroczyście pokiwał głową.   

- Rozumiesz to lepiej niż wielu moich ludzi. A jednak nie do końca akceptujesz tę prawdę.   

- Powiedziałeś mi, że wierzycie w bogów. Czy i oni nie są istotami bezcielesnymi? Czy ich 

istnienie nie sugerowałoby, że nasza egzystencja ma również wymiar duchowy?   

-  Nie  bardziej  niż  zdolność  tych  ryb  do  oddychania  pod  wodą  sugerowałaby,  że  i  ty  to 

potrafisz.  -  Shedao  Shai  wzruszył  ramionami.  -  Bogowie  to  bogowie.  Stanowią  pewien  aspekt 

bólu  i  wszechświata. Możemy zbliżyć się do nich, jeśli  jesteśmy wierni rzeczywistości. Elegos 

uniósł głowę.   

- Kiedy ból jest wszystkim, co czujesz? Przekraczasz wtedy granice cielesności? -Tak.   

- W takim razie wygląda na to, że muszę doświadczyć więcej bólu, bo jeszcze nie osiągnąłem 

tego etapu.   

-  Jesteś  zmęczony.  Wkrótce  pozwolę  ci  odpocząć.  -  Yuuzhanin  postukał  pazurami  o  szybę 

akwarium. - Deign Lian przyniósł mi wiadomości o tym, co dzieje się w naszych posiadłościach. 

Wygląda na to, że twoja ocena, iż Nowa Republika zaprzestanie misji zwiadowczych po klęsce 

na  Garqi,  nie  potwierdza  się.  Pojawili  się  tym  samym  statkiem  w  systemie  Sernpidala,  by 

dowiedzieć się, co tam robimy.   

- I dowiedzieli się?   

Shedao  Shai  powstrzymał  cisnący  mu  się  na  usta  uśmiech  uznania  dla  Elegosa.  Dobrze, 

grajmy w tę grę, pomyślał. Nie pytaj, co robimy w systemie Sernpidala, po prostu sprawdź, czy ta 

informacja wyszła na zewnątrz.   

- To możliwe - powiedział na głos. - Nasze siły były błędnie rozlokowane i nie powstrzymały 

ich.  Wdarli  się  do  systemu  i  zaraz  wycofali.  Istnieje  oczywiście  możliwość,  że  niewłaściwie 

zinterpretują zebrane dane. Caamasjanin przechylił głowę. - Ale ty w to nie wierzysz.   

- Nie. Dowódca, który wysłał statek tam, gdzie go wysłał, jest zbyt mądry, by popełnić taki 

błąd.  -  Yuuzhanin  uniósł  podbródek.  -To  był  ten  sam  statek,  który  pomagał  w  ewakuacji 

Dubrillionu i walczył z nami na Dantooine. Mówiłeś chyba, że dowódcą jest bothań-ski admirał.   

-  Prosiłeś  tylko,  żebym  potwierdził  informacje,  które  uzyskaliście  od  przesłuchiwanych 

więźniów.  -  Elegos  zacisnął  usta  w  wąską  kreskę.  -  Jestem  pewien,  że  jeśli  okrętem  nadal 

dowodzi admirał Kre’fey, znów pojawi się tam, gdzie nie będziecie się go spodziewać.   

- A więc chciałeś mnie wyprowadzić w pole swoją poprzednią opinią.   

Caamasjanin pokręcił głową.   

background image

-  Pojawienie  się  admirała  w  systemie  Sernpidala  zaskoczyło  mnie  podobnie  jak  ciebie. 

Przewiduję więc, że ten człowiek pozostanie nieprzewidywalny.   

-  Rozumiem.  -  Shedao  Shai  nagrodził  Elegosa  uśmiechem,  na  który  tamten  odpowiedział 

pełnym  powagi  ukłonem.  -  Nie  jesteś  dość  głupi,  by  wierzyć,  że  nie  dowiaduję  się  niczego  o 

tobie i twoich ludziach w czasie naszych potyczek słownych. Wiesz, że jest inaczej. Na przykład 

poruszając  temat  naszych  rozgrywek,  dowiedziałem  się,  co  cię  zaskoczyło.  Więc  jak  widzisz, 

Elegosie, potrafię cię zaskoczyć… a także twojego admirała Kre’feya.   

Shedao  przycisnął  dłoń  do  transpastalowęj  szyby,  za  którą  płynęła  duża  szara  ryba.  -  Ten 

admirał  jest  Bothaninem.  Mógłbyś  go  porównać  z  tym  generałem  rasy  Chiss,  o  którym 

wspominałeś?  Czy  i  on  studiuje  sztukę,  by  poznać  swoich  wrogów?  -  Nie  przyswoił  sobie 

zwyczajów Thrawna, ale mówi się o nim, że jest niezwykle zdolny. Yuuzhanin zmrużył oczy.   

- Ale jest  Bothaninem, należy więc do rasy, o której wszystko się wie i  wiele się mówi. Są 

obłudni, ci Bothanie. Niewielu im ufa, wielu ich nienawidzi. Wyrżnęli twój lud, prawda?   

- Tak, to prawda, i niektórym z nich nie należy ufać, ale osądzanie Kre’feya według innych 

Bothan to pomyłka, której nie powinieneś popełniać.   

-  Dobrze  rozegrane,  Elegosie!  -  Yuuzhanin  klasną!  w  ręce.  -Zmuszasz  mnie  teraz,  bym 

wierzył w to, co mówisz, albo założył, że mnie oszukujesz i wierzył w coś wręcz przeciwnego.   

-  Jeśli  jestem  tu  po  to,  by  uczyć  się  od  ciebie  o  was  i  żebyś  ty  uczył  się  ode  mnie  o  nas, 

wówczas oszukiwanie cię byłoby głupotą. - Caamasjanin skrzyżował ręce na piersi. - Uczciwie 

cię ostrzegam.   

-  Są  tacy,  na  przykład  Deigu,  którzy  sądzą,  że  twoje  słowa  mogą  mnie  wystraszyć  albo 

wpłynąć na mnie, bym działał niezgodnie z naszymi interesami. Uważają, że przebywanie z tobą 

mnie splamiło. - Być może to prawda.   

-  A  czy  moje  towarzystwo  splamiło  ciebie?-  Shedao  Shai  przyjrzał  mu  się  z  bliska.  -  Czy 

dowiedziałeś się dość o bólu, by dzielić się nim z innymi?   

- Zadawać komuś ból? Nie. - Elegos zmrużył fioletowe oczy. -Przemoc jest nie do przyjęcia 

dla mojego ludu. - A mimo to zadawałeś śmierć.   

-  Tylko  po  to,  by  oszczędzić  innym  tego  bólu.  -  Caamasjanin  pokręcił  głową.  Nigdy 

świadomie nie sprawiłbym komuś cierpienia. - Nawet gdyby ofiara sobie tego życzyła?   

-  Tak  jak  ty,  gdy  prosisz,  by  cię  zapiąć  w  Uścisku  Męki?  Nie.  Nie  zrobiłbym  tego.  -  A 

gdybym  zagroził,  że  co  minutę  będę  kogoś  zabijał,  dopóki  tego  nie  zrobisz?  Twarz  Elegosa 

background image

stwardniała.   

- Nie mogę pomóc nikomu, czyja śmierć zależy od tak okrutnej zachcianki. Jeśli nie zginie 

teraz,  może  zginąć  później,  jeśli  będziesz  miał  taki  kaprys.  Nigdy  nie  będzie  bezpieczny,  póki 

jest  w  twojej  władzy.  Pozwoliłbym,  żebyś  ich  zabił,  tylko  wiedząc,  że  zadając  szybką  śmierć, 

oszczędzasz im większych cierpień.   

Dowódca Yuuzhan Vong odwrócił się powoli, pozostawiając na transpastalowęj szybie ślady 

szponów.   

-  Wiele  się  ode  mnie  nauczyłeś,  Elegosie,  i  wiele  nauczyłeś  mnie.  Najważniejszą  lekcją, 

jakiej  mi  udzieliłeś,  jest  przekonanie  mnie,  że  twoi  ludzie;  choć  bluźniercy  i  heretycy,  mają 

odporność, która może się okazać kłopotliwa. - To cenna lekcja dla ciebie.   

-  Rzeczywiście,  i  warta  sprawdzenia.  -  Shedao  Shai  uśmiechnął  się  do  wykrzywionego 

wizerunku  własnej  twarzy  odbitej  w  zakrzywionej  tafli  transpastali.  -  Zobaczymy,  czy  jest 

prawdziwa, kiedy Nowa Republika ponownie wyśle przeciw nam swoje siły.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 16 

  

   

Anakin Skywalker był z siebie całkiem zadowolony. Kiedy Luke, Mara i Mirax powrócili na 

„Gwiezdny  Piruet”,  zaczęła  się  dyskusja  na  temat  możliwych  miejsc,  do  których  Daeshara’cor 

mogła się udać z Vorteksu. Wszyscy się zgodzili, że jest mało prawdopodobne, by odgadła, że jej 

podstęp został odkryty, więc najpewniej poleciała na kolejną planetę, na której mogłaby uzyskać 

informację o bliźniaczym statku Oka Palpatine’a.   

Logicznym następnym krokiem byłby Belsavis, bo wiadomo, że tam właśnie udało się Oko. 

Był jednak pewien problem. Po pierwsze, Belsavis był niemal niezamieszkaną planetą, więc na 

pewno podniesiono  by tam  alarm,  gdyby  pojawiło  się drugie Oko. Po drugie,  chociaż pierwszy 

okręt  faktycznie  trafił  na  Belsavis,  nic  nie  wskazywało  na  to,  by  drugi  wysłano  z  identyczną 

misją.   

Anakin  odszedł,  by  zająć  się  komputerem  „Piruetu”  i  podejść  do  problemu  poszukiwań  w 

sposób nieco bardziej uporządkowany. Ściągnął dane na temat statków odlatujących z Vorteksu 

oraz ich portów docelowych, a następnie przefiltrował te dane pod kątem przechowywania tam 

imperialnych archiwów. Jedna planeta natychmiast wskoczyła na samą górę listy - Garos IV.   

Garos IV był znany przede wszystkim ze swojego uniwersytetu mieszczącego się w stolicy 

planety  Arianie.  Garos  IV  przyłączył  się  do  Nowej  Republiki  dopiero  po  porażce  Thrawna. 

Podczas  gdy  Ysanna  Isard  zniszczyła  wiele  tajnych  plików  w  komputerach  na  Coruscant,  gdy 

planeta  przeszła  we  władanie  Rebelii,  nic  takiego  nie  nastąpiło  na  Garos  IV.  Naukowcy  nadal 

lądowali na planecie, by dotrzeć do poufnych imperialnych plików, pozwalających im pogłębić 

studia  nad  Imperium.  Anakin  uznał  za  wysoce  prawdopodobne,  że  Daeshara’cor  właśnie  tam 

będzie kontynuować poszukiwania superbroni, której można by użyć przeciwko Yuuzhanom.   

Luke  zgodził  się  z  jego  opinią,  więc  Mirax  wyliczyła  prosty,  krótki  skok  na  Garos  IV. 

Ominięcie  pobliskiej  Mgławicy  Nyarikan  wymagało  wprawdzie  trochę  zachodu,  ale  połączone 

siły  Gwizdka  i  Artoo  pozwoliły  rozpracować  problem  i  pokonać  trasę  w  rekordowym  tempie. 

Zwiększyło to szanse, że zdążą tam, zanim Daeshara’cor zdoła znowu im uciec. Anakin hołubił 

w sercu nadzieję, że u boku wuja wyruszy na garosjański uniwersytet, by pochwycić niesforną 

Jedi.   

Mina  mu  zrzedła,  kiedy  Luke  zakomunikował,  że  znów  ma  czekać  na  statku.  Kiedy  tamci 

background image

poszli,  nachmurzył  się,  a  ciężar  urazy  i  rozczarowania  zdawał  się  wciskać  go  głębiej  w  fotel 

pierwszego oficera. - To niesprawiedliwe zostawiać mnie tutaj. Chalco roześmiał się.   

- Mam nadzieje, że nie doskwiera ci towarzystwo, bo Gwizdek mógłby się poczuć urażony.   

Młody Jedi odchylił się w tył w swoim fotelu i spojrzał na Chalco, stojącego we włazie do 

kokpitu. - Po prostu chciałem coś robić, rozumiesz? - Rozumiem. No i robisz. - Tak. Czekam.   

- Czekasz tutaj, bo to my mamy największe szanse, że ją złapiemy. Anakin wyprostował się. 

- Nie wiem, jak sobie wyliczyłeś taki kurs. Chalco zaśmiał się znowu.   

-  Daj  spokój,  spryciarzu,  przecież  to  ty  wykoncypowałeś,  że  ona  tu  przyjedzie.  Powinieneś 

domyślić się i reszty.   

-  No  dobra,  przyleciała  szukać  informacji.  Poszła  na  uniwersytet,  a  potem  wróci  tutaj  i 

odleci. - Anakin spojrzał w sufit. - Nie widzę w tym nic odkrywczego. - W porządku, podpowiem 

ci. Po co ja tu jestem? - Żeby pomóc ją odnaleźć.   

- Dlaczego?   

- Widziałeś ją na Coruscant.   

- Tak samo jak każdy Jedi. Więc dlaczego właśnie ja?   

Anakin z wrażenia rozdziawił usta i po namyśle odpowiedział:   

-  Jesteś  tu  dlatego,  że  znasz  kosmoporty  równie  dobrze,  jak  Daeshara’cor.  A  ona  zna  je  od 

podszewki,  bo  spędziła  w  nich  mnóstwo  czasu.  Jedyne  formalne  nauki,  jakie  pobierała,  to 

szkolenie w Akademii Jedi, a skoro tak, to nie będzie się czuła pewnie  na jakimś zatłoczonym 

uniwersytecie. Chalco podrapał się w brodę.   

-Na  uniwersytecie  jest  zawsze  mnóstwo  ludzi,  na  których  musi  mieć  oko,  i  mnóstwo 

wspomnień, które powinna wymazać, jeśli nie chce, by ją zapamiętano. - Słusznie. A zatem nie 

pójdzie  tam  sama.  Znajdzie  jakiś  sposób,  żeby  ktoś  dostarczył  jej  dane  z  uniwersyteckich 

archiwów. Chalco uśmiechnął się z aprobatą.   

-  Właśnie.  Twój  wuj  kazał  nam  trzymać  się  kosmoportu,  ale  myślę,  że  niedaleko  stąd  jest 

parę miejsc, gdzie Daeshara’cor mogłaby znaleźć ten rodzaj ludzi, jakich potrzebuje do pomocy. 

Jeśli  trochę  rozszerzymy  obszar  naszych  poszukiwań,  myślę,  że  uda  nam  sieją  dopaść.  Młody 

Jedi zmrużył niebieskie oczy.   

- Mistrz Skywalker jest raczej dokładny, kiedy wydaje polecenia.   

-  A  czy  to  było  polecenie,  czy  tylko  sugestia?  Sam  pomyśl…  gdybyśmy  na  przykład 

zobaczyli ją tutaj, oczekiwałby chyba, że za nią pójdziemy, co?   

background image

- To prawda. - Anakin spojrzał na Gwizdka, który wydał niski jęk. - Nie odejdziemy daleko, 

Gwizdku, i cały czas będziemy się z tobą kontaktować przez komunikator. Chociaż… mógłbym 

równie dobrze użyć komunikatora, żeby spytać mistrza Skywalkera o pozwolenie.   

Chalco splótł palce, wygiął je i zaczął strzelać kostkami   

-  Mógłbyś  to  zrobić,  ale  jeśli  się  mylimy  i  poszła  ona  jednak  na  uniwersytet,  a  twój  wuj 

postanowi tu wrócić, to się z nią minie. Anakin spojrzał na Chalco spod oka.   

- Wiesz co? Właśnie ta pokrętna logika pakuje cię w kłopoty.   

- Doprowadziła mnie tu, gdzie dziś jestem, czyli do miejsca, gdzie mogę ci pomóc wystawić 

tę  twoją  koleżankę  po  fachu.  -Uśmiechnął  się  krzywym  uśmiechem,  który  Anakin  często 

widywał u ojca, przeważnie wtedy, kiedy Han planował coś ryzykownego. - No, mały, rusz tyłek. 

Czas na polowanie.   

„Nie bądź głupi, Anakin” - usłyszał w głowie ostrzegawczy głos, brzmiący bardziej jak głos 

Jacena niż jego własny. To skłoniło go ostatecznie do porzucenia rozsądnego kursu. Wprawdzie 

Jacen,  kierując  się  podobnym  impulsem,  zaatakował  wojownika  Yuuzhan  Vong,  ale  Anakin 

powiedział sobie, że jego misja nie jest nawet w połowie tak niebezpieczna.   

Idę po prostu poszukać kogoś, kogo musimy znaleźć, pomyślał.   

Odepchnął  złe  przeczucia,  czające  się  gdzieś  w  zakamarkach  jego  świadomości,  i  wstał.  - 

Chodźmy.   

  

Kosmoport w Arianie leżał na skraju tego pięknego miasta. Bitwa o wyzwolenie Garosa IV 

była  krótka,  więc  stolica  niewiele  ucierpiała.  Planeta  była  właściwie  samowystarczalna,  więc 

zawirowania rozwoju gospodarczego Nowej Republiki dotykały ją w niewielkim stopniu. Stały 

napływ  studentów  budował  reputację  uniwersytetu.  W  miarę  rozwoju  instytucji  naukowych 

rozkwitały także interesy nastawione na obsługę studentów i samego uniwersytetu. Skutkiem był 

boom  ekonomiczny,  który  pozwolił  bezboleśnie  odbudować  niewielkie  zniszczenia  wojenne  i 

wyniósł Garos IV na czoło listy planet, na których życie było najprzyjemniejsze.   

Mimo  złotego  wieku  w  gospodarce  tereny  wokół  kosmoportu  stanowiły  zwykłą  mieszankę 

dzielnic  przemysłowych  i  zapuszczonych  knajp,  kasyn,  tanich  hoteli  i  innych  przybytków 

rozrywki.  Jaskrawe  holoneony,  brud  i  wszechobecny  zapach  nie  zawsze  świeżych  potraw 

dochodzący  z  bocznych  uliczek  -  wszystko  to  nagle  zaatakowało  zmysły  Anakina.  Chociaż 

wiedział, że takie miejsca istnieją- i że jego ojciec ostatnimi czasy często topi w nich smutki -po 

background image

raz  pierwszy  przekonał  się  o  tym  na  własne  oczy.  Chalco  nie  próbował  go  odizolować  od  tej 

rzeczywistości,  tak  jak  zrobiłby  to  pewnie  Lando  Carlissian  albo  jego  ojciec.  Albo  Chewie, 

pomyślał  chłopiec.  Chalco  powiedział  mu,  że  nie  powinien  mieć  na  sobie  stroju  Jedi,  więc 

znaleźli  w  schowkach  „Piru  etu”  jakieś  cywilne  ubrania  i  wybrali  z  nich  coś  odpowiedniego. 

Anakin  sądził,  że  musiały  należeć  do  Corrana.  Były  tylko  trochę  za  duże,  co  okazało  się 

korzystne, bo musiał jakoś ukryć miecz świetlny. Pod połą kurtki ze skóry nerfa znalazł nawet 

mały haczyk, który pozwalał przypiąć broń pod pachą.   

Wystrojony,  jak  należy,  z  brązowymi  włosami  potarganymi  ręką  Chalco,  Anakin  szedł  za 

swoim  towarzyszem  ulicami  Ariany.  Zauważył  od  razu,  że  krok  Chalco  stał  się  bardziej 

zamaszysty. Mężczyzna maszerował napuszony, kiwał głową, uśmiechał się krzywo i pokazywał 

palcem  na  mijane  osoby.  Wyglądało,  jakby  świadomie  robił  z  siebie  pośmiewisko,  ale 

najwyraźniej  rozbrajał  tym  większość  przechodniów.  Anakin  odbierał  z  ich  strony  zdawkową 

pobłażliwość, a w stosunku do siebie - leniwe zaciekawienie.   

Uważał,  by  bardzo  oszczędnie  korzystać  z  Mocy.  Wiedział,  że  ma  jej  duży  zasób,  ale  nie 

władał  nią  jeszcze  dostatecznie  pewnie.  Przypuszczał,  że  Daeshara’cor  też  będzie  oszczędnie 

używać Mocy, nie chciał więc dawać jej szansy odkrycia go, zanim ją odnajdzie. Wypuszczenie 

się z Chalco na samotne łowy nie było może zbyt mądre, ale nieporównanie mniej szkodliwe niż 

odkrycie  ich  obecności  przez  Daeshara’cor.  Dopiero  wtedy  zaczęłaby  się  kryć  i  uciekać  na 

poważnie.   

Kiedy tak wędrowali, podziw Anakina dla Chalco rósł z minuty na minutę. Pierwszym ich 

przystankiem była agencja informacyjna, w której  przybysze z przestrzeni  mogli załadować do 

notesów  komputerowych  najświeższe  wiadomości  z  najrozmaitszych  planet.  Chalco  zrobił  tam 

dyskretnie rozeznanie i wyszedł na ulicę szeroko uśmiechnięty. - Co teraz?   

-  Mam  nowy  adres,  pod  który  możemy  się  udać.  Tam  trochę  porozmawiam,  dowiem  się  o 

następne miejsce i tak dalej, aż jąw końcu znajdziemy.   

Anakin odwrócił się bokiem, by przepuścić dwóch potężnych Ithorian, a następnie dołączył 

do Chalco. - Jak ty to robisz? -Co?   

-  To,  co  teraz.  Udaje  ci  się  posuwać  sprawy  do  przodu,  chociaż  właściwie  nic  nie  robisz. 

Zachowujesz  się,  jakbyś  znał  tych  ludzi,  chociaż  mógłbym  się  założyć,  że  żadnego  z  nich  nie 

widziałeś  wcześniej  na  oczy.  Właśnie  przed  chwilą  rozmawiałeś  z  jednym  facetem  i  on  ci  coś 

powiedział.   

background image

Szczecina na policzkach Chalco zalśniła, gdy się uśmiechał.   

- Nie znam tych ludzi, Anakinie, ale znam ten typ. Taki facet w agencji informacyjnej słyszy 

mnóstwo  pogłosek.  Ludzie  spodziewają  się  po  nim,  że  będzie  wiedział,  co  jest  grane.  On 

handluje informacjami. Zapytałem o tajne pliki Imperium na uniwersytecie, a on skierował mnie 

do pewnego gościa. - Ale nic mu nie zapłaciłeś.   

-  Oczywiście,  że  zapłaciłem.  -  Chalco  kiwnął  głową.  -  Powiedziałem  mu,  że  sprytny 

biznesmen mógłby zrobić duże pieniądze, wykupując hurtem pokoje w hotelach. -Co?   

Chalco wciągnął Anakina w boczną uliczkę i nachylił się trochę, by znaleźć się z nim twarzą 

w twarz. Z głębi uliczki przyglądał się im obszarpany Gotal, ale wystarczyło warknięcie Chalco, 

by umknął na koniec zaułka.   

- Powiedziałem mu szczerą prawdę, Anakinie. To przyjemna planeta. Wielu ludzi chciałoby 

tu  mieszkać.  Weźmy  na  przykład  uchodźców  z  tych  planet,  które  zajęli  Yuuzhanie.  Ci  ludzie 

trafią tutaj, będą musieli się gdzieś zatrzymać i ktoś za to zapłaci. Ten facet wykupi parę hoteli… 

a raczej  przekaże tę informację komuś, kto  to  zrobi,  a potem sprzeda komuś  innemu. W ciągu 

roku podwoi swój kapitał. Zapłaciłem mu informacją za informację. - Nigdy nie myślałem…   

- Bo nie musiałeś, mały, ale wiem, że twój ojciec kiedyś też to robił.  - Chalco wyprostował 

się  i  znów  potargał  czuprynę  Anakina.  -  Pewnie,  czasem  coś  podwędzę,  ale  przede  wszystkim 

jestem  kupcem  jak  twój  ojciec  albo  Talon  Karrde.  Tyle  tylko  że  swój  towar  wożę  w  głowie. 

Przyglądam  się  różnym  sprawom  pod  różnymi  kątami  i  czasem  coś  z  tego  wynika.  Anakin 

zmarszczył brwi. Wrócili na główną ulicę.   

- No dobrze, rozumiem. Ale czy nie widzisz, że to, co robisz, jest szkodliwe? - Szkodliwe? O 

czym ty mówisz?   

-  No  bo  pomyśl  tylko.  Powiedzmy,  że  ktoś  wykupi  te  pokoje  i  podniesie  ich  cenę, 

wykorzystując sytuację uchodźców. Chalco uśmiechnął się. - Rząd im pomoże. - Jasne. A skąd 

rząd bierze pieniądze?   

-  Od  podatników.  -  Chalco  mrugnął  do  niego  porozumiewawczo.  -  Wiem,  do  czego 

zmierzasz, mały, ale chyba nie myślisz, że ja płacę podatki?   

-Nie,  ale  ludzie,  których  okradasz,  płacą.  Jeśli  będą  mieć  mniej  pieniędzy,  nie  kupią  sobie 

rzeczy,  które  mógłbyś  im  ukraść.  Tak  czy  owak,  ty  też  za  to  płacisz  niezależnie  od  tego,  jaką 

huttańską sztuczką chcesz się wykręcić.   

Chalco otworzył usta ze zdumienia. Po chwili zamknął je gwałtownie.   

background image

- Chyba chcesz, żebym umarł z głodu.   

- Po prostu zastanawiam się nad konsekwencjami twoich czynów. - Anakin westchnął. - Jeśli 

udzielasz  informacji,  która  pozwoli  jednym  spekulantom  wzbogacić  się  kosztem  drugich, 

jedynymi  ludźmi,  którzy  na  tym  ucierpią,  będą  ci,  którzy  zaryzykowali  własne  pieniądze.  To 

chciwi na tym stracą, nie ludzie, których życie zostało zrujnowane.   

- Rozumiem. Więc czym mam się zająć? Wypuścić akcje? Handlować towarami? Może być. 

-  Chalco  uniósł  brew,  patrząc  na  Anakina.  -  Wiesz,  kiedy  nazwałem  cię  spryciarzem,  nie 

zamierzałem ci dokuczyć. - Tak, wiem. Chodźmy.   

Następnym  przystankiem  był  sklep  z  osobliwościami.  Anakin  czekał  na  ulicy,  a  Chalco 

wszedł  do  środka.  Jeszcze  zanim  wrócił,  Anakin  wyczuł  emanujące  z  niego  zadowolenie.  - 

Powiedział ci coś, prawda?   

-  Owszem.  Powiedział  mi,  dokąd  odesłał  osobę,  która  pytała  o  to  samo.  -  Uśmiechnął  się 

półgębkiem, popędzając Anakina. -Wyjaśnił, że kiedy w samo południe zabrakło mu gotówki w 

kasie, obejrzał nagranie z holokamery, która rejestruje, co się dzieje w sklepie. Zauważył tam, że 

rozmawia  z  Twi’lekianką,  której  w  ogóle  nie  pamiętał.  Musiała  wymazać  mu  siebie  z  pamięci, 

ale wszystko zostało na holo… zupełnie tak, jak powiedział twój wuj. Rozmawiała z nim trzy, 

może cztery godziny temu. - To oznacza, że jesteśmy blisko.   

- Bardzo blisko. Faceta, do którego ją odesłał, i tak nie będzie przez co najmniej pół godziny.   

Anakin zaczekał, aż błękitny śmigacz skręci za róg, i dopiero wtedy zaczął przechodzić przez 

ulicę. - Czym mu się odwdzięczyłeś?   

- Powiedziałem mu, że jestem prywatnym detektywem i że jej szukam. Obiecałem zwrot jego 

pieniędzy  i  dodatkowo  nagrodę.  -Chalco  wzruszył  ramionami.  -  Jestem  pewien,  że  kiedy 

zorientował się, że ktoś okradł kasę, podwędził też coś dla siebie. Można więc uznać, że swoje 

dostał. - To ma sens. Chalco przytaknął.   

-  I  wiesz  co?  Poczułem  się  tak  jakoś…  eee…  zadowolony,  że  okantowałem  kanciarza. 

Dziwne, co?   

-  Nic podobnego. W tym  przypadku po prostu  sprawiedliwości  stało  się zadość, na tyle, na 

ile było to możliwe.   

Cóż, nikt na tym specjalnie nie ucierpi, chyba że jego szef zorientuje się tak jak ja, że facet 

ukradł więcej niż sama złodziejka. - Chalco skręcił w boczną uliczkę. - Chodź, to tu. Fioletowa 

Viska.   

background image

Anakin  zbladł,  widząc  wejście  do  spelunki.  Wyrzeźbiona  nad  drzwiami  viska  tworzyła 

wysoki łuk, podparty długimi na ponad dwa metry, zwieszonymi w dół skórzastymi skrzydłami; 

wielki  korpus  stworzenia  witał  gości  znad  futryny.  Z  tułowia  strzelało  w  górę  dwoje  ramion, 

jakby chciały złapać wchodzącą ofiarę. Z głowy stwora sterczała czterdziestocentymetrowa, ostra 

jak  igła  trąba.  Viska,  znana  powszechnie  jako  „wielki  krwiopijca  z  Rordak”,  odżywiała  się 

wyłącznie  krwią  i  Anakin  zaczął  się  zastanawiać,  jak  musi  wyglądać  w  środku  knajpa,  która 

wybrała  sobie  takiego  patrona.  Na  szczęście  we  wnętrzu,  pełnym  zapachów  ciepłego  piwa, 

gorącego  potu  i  wrzącego  chłodziwa,  żadna  viska  nie  zwieszała  się  z  ciemnych  krokwi. 

Prawdopodobnie tylko dlatego, uznał Anakin, że wszystko w pomieszczeniu było pokryte cienką 

warstwą tłustego brudu, który uniemożliwiłby przytrzymanie jakiejkolwiek zdobyczy. Wsunął się 

za przepierzenie, które wskazał mu Chalco, i gwałtownie wytarł ręce o spodnie, mając nadzieję, 

że w ten sposób choć trocheje oczyści.   

Przyglądał  się,  jak  jego  kompan  podchodzi  do  baru  i  zaczyna  rozmowę  z  baragwińskim 

barmanem.  Obcy  kiwnął  potężną  głową  i  wskazał  tylne  drzwi.  Chalco  odwrócił  się,  mrugnął 

porozumiewawczo do Anakina i uniósł rękę, każąc mu zostać na miejscu. Potem przeciął tłum, 

przeciskając się między gośćmi w kierunku tylnego wyjścia, i zniknął za drzwiami.   

Anakin  starał  się  patrzeć  spokojnie  na  mijających  go  obcych  wszelkich  możliwych  ras. 

Postanowił, że nie podda się uczuciu opuszczenia, które nie przestawało sączyć wątpliwości do 

jego umysłu.   

Powinienem coś zrobić, myślał, bo jeśli Daeshara’cor rzeczywiście jest tam z osobą, z którą 

Chalco miał się spotkać, to facet jest w kłopotach po uszy.   

Wyszedł zza przepierzenia i wyczuł jakiś ruch w pobliżu drzwi wejściowych. Odwrócił się w 

samą  porę,  by  zobaczyć  brzeg  płaszcza  falującego  w  rytm  kroków  osoby,  która  właśnie 

wychodziła ze spelunki.   

Zauważył  też  dwa  warkocze  główne  lekku.  To  Twi’lekianka,  w  dodatku  o  kolorze  skóry 

Daeshara’cor.   

Rzucił  się  w  stronę  wyjścia,  mijając  stadko  Jawów,  wypadł  za  drzwi  i  rozejrzał  się  na 

wszystkie strony. W ciemnym końcu ulicy, po lewej stronie, zobaczył uciekającą postać okrytą 

płaszczem.  Puścił  się  za  nią  biegiem,  czując  narastającą  satysfakcję.  Otworzył  się  na  Moc  i 

spróbował wyczuć uciekającą.   

Wyczuł, ale za sobą. Wpadając na ceglany mur, uświadomił sobie, że Daeshara’cor zwiodła 

background image

go. Po prostu wysłała do jego umysłu wizję uciekającej postaci.   

Taka stara sztuczka, a ja dałem się nabrać, pomyślał.   

Przed  oczami  eksplodowały  mu  gwiazdy.  Odbił  się  od  muru  i  upadł  na  ziemię.  Na  chwilę 

stracił przytomność, ale powoli świat z powrotem nabrał ostrości.   

Pochylona nad nim stała Daeshara’cor. Jej lekku wiły się nerwowo.   

-  Anakin  Solo…  Jeśli  ty  tu  jesteś,  to  niedaleko  musi  też  być  mistrz  Skywalker.  Nie  jest  to 

spotkanie,  którego  bym  sobie  życzyła,  przynajmniej  nie  tak  szybko.  Poruszyła  ręką  i  Anakin 

poczuł, jak jego ciało powoli unosi się do góry.   

- Ale nie wszystko stracone. A mając ciebie w ręku, mogę jeszcze wygrać.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 17 

  

   

Jacen  Solo  pamiętał,  jak  ktoś  kiedyś  mu  powiedział,  że  służba  wojskowa  to  godziny 

bezdennej nudy przerywane momentami panicznego przerażenia. Nie twierdził, że to nieprawda, 

ale do tej pory nie zdążył przekonać się o tym na własnej skórze. Nawet walcząc na Dantooine, 

nie miał okazji się nudzić, a jeśli chodzi o strach… no cóż… Nie miałem czasu się bać, pomyślał.   

Na  Garqi,  przyczajony  w  okolicach  Wlesc,  dokładnie  na  wschód  od  Miejskiego  Ogrodu 

Ksenobotanicznego, miał mnóstwo czasu, by powoli nasiąkać strachem. Razem z innymi siedział 

w  podziemnych  tunelach,  które  służyły  kiedyś  do  przeprowadzania  napraw  pod  ulicami.  W 

tunelach biegły również kable światłowodów, zapewniające dawniej normalną łączność między 

budynkami. Do rejestracji obrazów służyły liczne holokamery, jednak Yuuzhanie zniszczyli ich 

tyle, ile tylko mogli.   

Brak  obycia  z  techniką  obracał  się  na  ich  niekorzyść,  za  to  w  nieoceniony  sposób  pomógł 

bojownikom  ruchu  oporu.  Yuuzhanie  zniszczyli  większość  holokamer,  ale  nie  przyszło  im  do 

głowy, by powyrywać kable. Podłączając po prostu nową kamerę do przewodów, które następnie 

włączano  do  sieci,  albo  montując  do  linii  komunikator,  umożliwiający  zdalne  sterowanie 

kamerami,  a  także  stosując  wiele  innych  pomysłowych  metod,  Rade  Dromath  i  jego  ludzie 

zgromadzili w archiwum całe godziny nagrań yuuzhańskich ćwiczeń wojskowych.   

Corran  polecił  większość  z  nich  skopiować  i  umieścić  w  archiwach  „Ostatniej  Szansy”. 

Przestudiowawszy  najnowsze  zapisy,  opracował  plan  zebrania  próbek  materiału  hodowlanego 

Yuuzhan.  Yuuzhanie  dość  bezlitośnie  obchodzili  się  z  prototypami  swoich  żołnierzy,  więc 

wszyscy się zgodzili, że jeśli uda im się zdobyć tylko części ciał, zadowolą się częściami. Byłoby 

jednak  lepiej,  gdyby  udało  się  porwać  żywego  żołnierza  i  przemycić  poza  planetę,  żeby  go 

przebadać i w miarę możliwości odratować.   

Na  Belkadanie  Jacen  spotkał  istoty,  z  których  Yuuzhanie  uczynili  swoich  niewolników; 

wrażenia,  jakie  odbierał  od  nich  poprzez  Moc,  były  niepokojące.  Najbardziej  przypominało  to 

słuchanie  szumów  na  włączonym  kanale  komunikatora.  Nie  wyglądało  to  dobrze,  wręcz 

przeciwnie.  Jacen  był  pewien,  że  -  czymkolwiek  były  -  narośle,  które  Yuuzhanie  hodowali  na 

niewolnikach, zabijały swoich nosicieli.   

Kiedy  walczył  przeciwko  małym  gadopodobnym  niewolnikom  na  Dantooine,  również  nie 

background image

wyczuwał  ich  agonii.  Wyglądało  to  tak,  jakby  implanty  wytworzyły  z  nosicielami  rodzaj 

symbiotycznej więzi. Wiele wskazywało, że Yuuzhanie w pewien sposób kontrolują na odległość 

swoich  niewolników,  którzy  -  mimo  rzezi  -  zachowali  niezwykłą  dyscyplinę,  dopóki  Luke  nie 

zniszczył pojazdu, uważanego za siedzibę dowództwa Yuuzhan Vong.   

Tym, co niepokoiło Jacena, gdy czekał w ciemnościach na dnie tunelu serwisowego, był fakt, 

że wyczuwał  na powierzchni  zmodyfikowanych ludzi  w sposób przypominający raczej  te małe 

gady niż niewolników z Belkadanu. I jednych, i drugich trudno było wyczuć poprzez Moc. Jacen 

czuł się tak, jakby odbierał ich z ogromnej odległości, a przecież wiedział, że chodzą tuż nad jego 

głową.  U  ludzi  natomiast  wyczuwał  emocje,  chociaż  przytłumione  -  strach,  ale  również  silne 

poczucie  dumy  i  determinacji.  Poprawił  gogle  holowizyjne,  muskając  przy  tym  dłonią  w 

rękawicy  niewielką  bliznę  pod  prawym  okiem.  Kiedy  pochwycili  go  Yuuzhanie,  próbowali 

wszczepić coś w jego ciało. Nawet im się udało, ale w ciągu paru minut wuj usunął to świństwo z 

jego ciała, więc nie zdążyło się rozrosnąć. Gdyby miało więcej czasu… Jacen aż się wzdrygnął.   

Obraz  widziany  przez  gogle  pochodził  z  holokamery  ukrytej  w  oknie  na  drugim  piętrze. 

Wycelowano  ją  w  klapę  włazu,  pod  którym  siedział  schowany.  Kamera  była  nieruchoma,  ale 

przełączając  obraz  na  inne,  mógł  rozszerzyć  pole  widzenia  na  cały  plac,  pod  którym  się 

znajdował.  Wśród  płaszczyzn  ferrobetonu  były  rozrzucone  fontanny,  ławki  i  skrzynki  z 

kwiatami,  tworzące  prawdziwy  labirynt,  upstrzony  śladami  spalenizny  i  plamami  krwi  z  wielu 

poprzednich  bitew.  Z  tych  potyczek,  które  oglądali,  większość  kończyła  się  właśnie  tu,  w 

kompletnym  chaosie  i  zamieszaniu.  Ich  plan  zakładał,  że  w  odpowiednim  momencie  na  plac 

wkroczą  siły  ruchu  oporu,  wyeliminują  jak  największą  liczbę  yuuzhańskich  wojowników  i 

wycofają się szybko, uprowadzając jednego czy dwóch żołnierzy.   

Zaletą  tego  prostego  planu  było,  że  zawierał  niewiele  elementów,  które  mogły  pójść  źle. 

Najbardziej ryzykowne wydawało się wkroczenie na pole bitwy. Jacen uważał, że lepiej byłoby 

pojawić się tam już po bitwie, ale Corran upierał się, że natychmiast po ustaniu działań na plac 

wkroczą zespoły do oceny zniszczeń.   

Ale  nie  tylko  o  to  mu  chodziło,  pomyślał  Jacen.  Przyglądał  się  Corranowi  i  widział,  że 

tamten  cały  czas  balansuje  na  cienkiej  linie.  Widać  było,  że  ruch  oporu  chce  zaatakować 

Yuuzhan  i  zadać  im  jak  największe  straty.  Jacen  miał  wrażenie,  że  Rade’owi  chodzi  o  to,  by 

rycerz Jedi  usankcjonował  jego plany, nie tyle po to,  by mógł  się czuć oczyszczony z winy za 

ewentualne  ekscesy,  ile  żeby  wiedzieć,  że  ktoś,  kto  niejako  zawodowo  zajmuje  się 

background image

rozwiązywaniem problemów, przystał na jego plan. Ganner też palił się do walki z Yuuzhanami. 

Nigdy wprawdzie nie spytał otwarcie Jacena, jak się czuł, kiedy zabił wojownika Yuuzhan Vong, 

ale wiele razy namawiał do szczegółowego opisania jego walki z nimi.   

- Z nas wszystkich to ty jesteś ekspertem. Jak byś się do tego zabrał? - Ganner wydawał się 

szukać u niego potwierdzenia, że jest godnym przeciwnikiem dla Yuuzhan. Czego ja tu szukam? 

-  wzdrygnął  się  Jacen.  Pamiętał  frustrację  i  poniżenie,  jakie  czuł,  gdy  yuuzhański  wojownik 

pokonał  go  na  Belkadanie.  Potem,  na  Dantooine,  udało  mu  się  zabić  kilku  wojowników,  ale 

wiedział,  że  byli  młodzi  i  nie  mieli  wielkiego  doświadczenia.  Potem  Yuuzhanie  wysłali 

przeciwko nim swoich gadopodobnych niewolników i walka zmieniła się w masakrę - Jacen po 

prostu wyrżnął ich co do nogi. Jeśli kiedykolwiek miałem jakiekolwiek wątpliwości co do tego, 

że zabijanie jest złem, znikły na zawsze po tym doświadczeniu, pomyślał.   

A  jednak  tam,  na  Dantooine,  robił  to,  czym  legendarni  rycerze  Jedi  zajmowali  się  od 

niepamiętnych  czasów.  Wszystkie  pieśni,  wszystkie  opowieści  ukazywały  Jedi  jako  obrońców 

bezbronnych,  pogromców  tyranów,  strażników  porządku.  Na  Dantooine  Jacen  wystąpił  w  roli, 

jakiej każdy od niego oczekiwał, i wypadł dobrze. Chociaż byli w Nowej Republice tacy, którzy 

patrzyli na Jedi niechętnym okiem, nie znalazłby się wśród nich ani jeden uchodźca z Dantooine.   

Widzieli  w  nas  klasyczny  przykład  swoich  wyobrażeń  rycerzy  Jedi,  ale  czy  tego  właśnie 

chcę? - zapytywał sam siebie. Od dawna zmagał się z paradoksem roli zakonu Jedi. Jego wuj stał 

się  bronią,  którą  skierowano  na  Imperium.  Luke  Skywalker  wyzwolił  własnego  ojca  od  zła  i 

zniszczył źródło tego zła w galaktyce. Później stale mu się przeciwstawiał aż do ostatniej bitwy 

przeciw Imperium, a nawet dłużej. Jeśli o niego chodziło, Jedi mieli być wojownikami.   

Problem  polegał  na  tym,  że  szkolenie  Luke’a  Skywalkera  nie  było  kompletne.  W  swym 

zapale,  by  wykorzenić  wszystko,  co  wiązało  się  z  Jedi,  Imperator  był  tak  żarliwy,  że  nawet  te 

niewielkie  ilości  danych  na  temat  Jedi,  jakie  się  uchowały,  rzadko  kiedy  zawierały  dobre 

materiały szkoleniowe. Wiele z tych dokumentów, które pozostały, zawierało błędy, a Imperator 

celowo  ich  nie  niszczył.  Podążanie  tymi  ścieżkami  sprowadziłoby  adeptów  na  ciemną  stronę,  a 

nawet mogło sprowokować nastanie nowej ery Sithów.   

Gdzieś  w  głębi  serca  Jacen  wiedział,  że  rycerz  Jedi  to  ktoś  więcej  niż  tylko  wojownik. 

Widział to w swoim wuju, chociaż od Luke^ oczekiwano pomocy w tylu sprawach, że trudno mu 

było  skoncentrować  się  na  czymś  innym  niż  samo  rozwiązywanie  problemów.  A  obserwując 

Corrana, balansującego między usankcjonowaniem rzezi a planowaniem operacji wojskowej, w 

background image

której ofiary były nieuniknione, Jacen znowu zobaczył kogoś więcej niż tylko wojownika. Corran 

przypominał  im  raz  po  raz,  by  mieli  przed  oczami  cel  misji,  czyli  zbieranie  danych.  Jeśli 

Yuuzhanie  wejdą  im  w  drogę  i  trzeba  będzie  ich  zabić,  to  trudno;  ale  ich  zadanie  ma  polegać 

przede wszystkim na pomocy innym, a nie na zaspokojeniu własnej żądzy krwi.   

W Corranie, w Luke’u i w innych Jacen dostrzegał niekiedy filozofów i nauczycieli. Cenił 

ten aspekt ich działalności, bo otwierało to przed nim drogę inną niż droga wojownika, ale nie 

był zupełnie pewien, czy chce nią pójść.   

Ciągle  widzę  ścieżki,  którymi  nie  bardzo  pragnę  podążać,  myślał  Jacen.  W  niczym  to  nie 

zmienia mojej sytuacji, bo nadal tkwię w jednym miejscu. Wzruszył ramionami. Musi być inna 

droga.   

Trzask  w  komunikatorze  sprawił,  że  porzucił  te  dywagacje,  z  powrotem  czujny.  Przełączył 

kabel  na  gogle  i  zaczął  wchodzić  po  stopniach  drabiny  wtopionych  w  ferro  betonowy  tunel. 

Zatrzymał  się  mniej  więcej  metr  przed  klapą  włazu  i  czekał.  Wisząc  na  stopniach,  wymacał 

rękojeść miecza świetlnego.   

Przynajmniej w tej chwili bycie wojownikiem jest nie najgorszym rozwiązaniem, pomyślał.   

Przez  gogle  zobaczył,  że  od  południa  na  plac  wchodzi  mieszany  oddział  wojowników 

Yuuzhan Vong i  gadopodobnych żołnierzy. Reptoidy pospieszyły do przodu. Kucały za osłoną 

kwietników  i  ławek,  brodziły  w  fontannach.  Od  wielu  z  nich  emanowało  pełne  napięcia 

oczekiwanie, a kilku było rannych. Jeden potknął się w biegu i już nie wstał, podczas gdy cienka 

wstęga ciemnej krwi biegła dalej do przodu.   

Jakby  dla  kontrastu  yuuzhańscy  wojownicy  wkroczyli  na  plac  niczym  żołnierze  w  czasie 

parady.  Było  ich  tylko  trzech  na  każde  dwadzieścia  gadów,  ale  prezentowali  się  wspaniale. 

Srebrne  błyski  igrały  na  wypukłościach  czarnej  zbroi.  Każdy  z  nich  miał  na  ramieniu  małego 

villipa. Cały czas przemawiali do nich, na co inni wojownicy potakiwali skinieniem głowy albo 

zwracali się do własnego villipa, wydając następnie rozkazy gadopodobnym podwładnym.   

Nagle  mieszany  oddział  żołnierzy,  którzy  niegdyś  należeli  do  rasy  ludzkiej,  zaatakował, 

wylewając się z budynków otaczających plac. Wielu biegło normalnie, ale niektórzy, w bardziej 

masywnych  zbrojach,  poruszali  się  niezgrabnie,  podpierając  się  czasem  rękami.  Wydawali 

nieartykułowane  okrzyki  wojenne;  choć  uzbrojeni  w  blastery,  przeważnie  wymachiwali  nimi, 

jakby to były zwykłe pałki.   

Atak  ludzkich  żołnierzy,  choć  prymitywny,  początkowo  okazał  się  skuteczny.  Szeregi 

background image

Yuuzhan  załamały  się  i  cofnęły.  Ludzie  zaleliby  wojowników  samą  masą,  gdyby  jeden 

Yuuzhanin  nie  zakręcił  wysoko  swoim  amfistafem  i  nie  odciął  głowy  pierwszego  z 

nacierających.  Widząc,  jak  podrygujące  w  konwulsjach  ciało  pada  na  ziemię,  małe  gady 

przegrupowały  się  i  ruszyły  do  kontrataku.  Zepchnęli  ludzi  z  powrotem  za  linię  kwietników  i 

zaczęli wyrzynać własnymi amfistafami.   

Po prawej stronie atak ludzi załamał się, a gady ruszyły do przodu. Ich przeciwnicy pierzchli 

do tyłu, wciągając reptoidy głęboko we własne szeregi, składające się z wyhodowanych ostatnio 

żołnierzy.  Choć  wyglądali  okrutniej  niż  pozostałe  grupy,  wydawali  się  również  bardziej 

przebiegli. Kiedy najdzielniejsze gady wdarły się głęboko pomiędzy nich, otoczyli ich i odcięli 

od pozostałych, a potem natarli z dziką zaciętością.   

Jacen  przełączył  obraz  na  holokamerę,  teraz  nie  widział  już  dokładnie  skłębionych, 

konających  ciał.  Po  chwili  usłyszał  brzęczyk  komunikatora.  Odpiął  kabel  od  gogli,  odcinając 

obrazy, sięgnął po Moc, poderwał do góry klapę włazu i odrzucił ją daleko. Wygramolił się na 

powierzchnię i włączył miecz świetlny.   

Na  całym  placu  wokół  yuuzhańskich  wojowników  zamykała  się  pułapka  zastawiona  przez 

ruch oporu. Ogień snajperów rozlokowanych w budynkach rozbił kilka villipów, rozstawionych 

w  celu  rejestracji  ćwiczebnej  walki.  Czerwone  promienie  energii  przewiercały  się  przez  ciała 

zwierząt  komunikacyjnych,  rozrywając  je  jak  przejrzały  owoc.  Kilku  strzelców  wyborowych 

próbowało  zestrzelić  również  villipy  siedzące  na  ramionach  Yuuzhan,  ale  udało  im  się  trafić 

tylko samych wojowników, nie zabijając ich jednak.   

Ganner  wydostał  się  ze  swojej  studzienki,  posługując  się  wyłącznie  telekinezą.  Wyglądał 

imponująco,  gdy  opadał  na  ziemię  na  tyłach  yuuzhańskiej  formacji.  Pokrywa  włazu  -  ciężki 

metalowy dysk - wystrzeliła obok wokół niego, łamiąc kości najbliżej stojącego gada. Metalowy 

dysk  upadł  z  głośnym  brzękiem  na  ferrobeton  i  wirował  jeszcze  przez  chwilę  leniwie,  rysując 

pętlę za pętlą krawędzią umaczaną w krwi reptoida.   

Yuuzhanin stojący pośrodku oddziału odwrócił się i rzucił rozkaz, który zatrzymał gadzich 

żołnierzy  kierujących  się  w  stronę  Gannera.  Chwytając  amfistafa  w  obie  dłonie,  uniósł  go 

wysoko  w  powietrze.  Powiedział  coś;  Jacen  poznał  po  tonie  jego  głosu,  że  było  to  wyzwanie. 

Wojownik zaczął kręcić amfistafem nad głową, czekając na przeciwnika.   

Ganner  włączył  miecz  świetlny;  wysunęło  się  żółtawe  ostrze  mniej  więcej  metrowej 

długości.  Wolną  ręką  przywołał  wojownika  bliżej.  Twarz  Gannera  zmieniła  się  w  maskę 

background image

pogardy,  a  jego  ruchy  robiły  wrażenie  niedbałych  w  porównaniu  z  napiętym  krokiem 

yuuzhańskiego wojownika.   

Yuuzhanin  zaatakował,  uderzając  amfistafem  ze  straszliwą  siłą.  Ganner  zablokował  cios 

wysoko,  a  lewą  ręką  chwycił  maskę  okrywającą  twarz  wojownika.  Trzymając  za  jej  brzeg, 

zakręcił przeciwnikiem, śmiejąc się głośno. Niektórzy ludzcy żołnierze odpowiedzieli chóralnym 

wybuchem śmiechu.   

Noghri szli przez szeregi yuuzhańskich niewolników jak rancor przez tłum Jawów. Pięści i 

stopy  młóciły  z  zawrotną  szybkością,  łamały  kości  i  powalały  przeciwników  na  ziemię.  Jacen 

widywał kiedyś walczących Noghrich, a nawet sam zmierzył się z kilkoma z nich, ale nigdy nie 

widział,  by  atakowali  tak  jak  dziś.  Teraz  byli  wyłącznie  zabójcami,  a  swoboda  i  oszczędność 

ruchów podkreślały ich morderczą siłę.   

Trójka  gadów  zaatakowała  Jacena.  Odparował  cios  amfistafa  i  wbił  zielone  ostrze  w  pierś 

pierwszego gada. Dwa wystrzały z blastera oddane przez jednego ze snajperów przebiły drugiego 

z  atakujących,  Jacen  strząsnął  z  klingi  gada,  który  potoczył  się  i  przewrócił  trzeciego.  Kiedy 

yuuzhański  niewolnik  upadł  pod  nogi  Jacena,  chłopak  uderzył  go  czarną  rękojeścią  miecza  w 

głowę i pozbawił przytomności.   

Yuuzhański wojownik walczący z Gannerem doszedł do siebie i włożył z powrotem maskę. 

Zakręcił młynka amfistafem,  wymierzając nagłe  ciosy z góry i  z dołu.  Ganner jedne blokował, 

przed  innymi  się  uchylał,  gdy  nagle  jedno  z  cięć  zaznaczyło  się  krwawą  linią  na  jego  lewym 

udzie. Ganner syknął, a jego przeciwnik zawył i zaatakował z jeszcze większą gwałtownością.   

Ganner odskoczył w tył, utykając na zranioną nogę, i upadł. Uniósł miecz, broniąc się słabo 

przed  wojownikiem,  który  nacierał  amfistafem  trzymanym  oburącz.  Taki  cios  na  pewno 

rozpłatałby Gannerowi czaszkę.   

Strzały  z  Mastera  z  sykiem  przeszyły  powietrze,  ale  żaden  nie  trafił  yuuzhańskiego 

wojownika.  Jacen  spojrzał  na  pokrywę  włazu,  gromadząc  Moc,  by  podtoczyć  ją  i  osłonić 

Gannera,  ale  nie  było  na  to  czasu.  Miał  nadzieję,  że  może  kolejny  strzał  trafi  w  końcu  w 

wojownika albo Corran zdoła wysłać do jego mózgu jakiś obraz, który uratuje Gannera, ale nic 

takiego nie nastąpiło. Ganner ocalił się sam.   

Yuuzhański  wojownik,  atakując  wściekle,  wdepnął  w  otwór  studzienki,  z  której  przedtem 

wyskoczył Ganner. Prawa noga wpadła do otworu aż po udo i uwięzła w nim, a Jacen przez pół 

placu  usłyszał  trzask  pękającej  kości.  Tułów  wojownika  uderzył  o  ziemię.  Jego  hełm  i  maska 

background image

osłaniająca twarz odbiły się od podłoża i poleciały w różne strony, a wtedy wymierzone na odlew 

cięcie Gannera ścięło mu czaszkę powyżej linii oczu.   

Jeden z pozostałych wojowników krzyknął głośno, zakłócając ciszę, która zapadła na chwilę 

po  śmierci  jego  towarzysza.  W  mgnieniu  oka  przemieszane  grupy  walczących  ze  sobą  ludzi  i 

gadów rozdzieliły się. Pozbawieni broni wyrywali amfistafy z rąk poległych.   

Yuuzhański wojownik wykrzyczał kolejną komendę.   

Ludzcy niewolnicy odwrócili się, warcząc, i pobiegli w stronę członków ruchu oporu. W ich 

oczach płonęła nienawiść, która wyparła wszelkie ślady człowieczeństwa.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 18 

  

   

Luke  wstał  z  krzesła  w  gabinecie  dyrektorki  biblioteki  Uniwersytetu  Garos  i  wyszedł  z 

pokoju, zanim odpowiedział na sygnał z komunikatora. Mara i Mirax zostały w gabinecie razem 

z  dyrektorką,  pedantyczną  urzędniczką,  która  szczegółowo  im  objaśniła  każdą  procedurę,  jaką 

musiała zastosować, spełniając ich prośbę. Tempo pracy było wyjątkowo powolne.   

Gdyby  tylko  pozwoliła  mi  podłączyć  Artoo  do  ich  systemu,  załatwilibyśmy  sprawę  w  pół 

minuty, westchnął w duchu Luke. - Tu Skywalker. O co chodzi, Anakinie? - Witam cię, mistrzu 

Skywalker.   

-  Daeshara’cor?  -  Luke  poczuł,  że  przechodzą  go  ciarki.  Skorzystał  z  Mocy,  by  wyczuć  ją 

albo  Anakina.  Odnalazł  oboje,  ale  ich  sygnały  dochodziły  słabo  i  z  daleka,  jakby  świadomie 

starali się ograniczyć swoją obecność w Mocy. - To częstotliwość komunikatora Anakina.   

-  Nic  mu  nie  jest.  Jest  trochę  obolały,  ale  poza  tym  cały  i  zdrowy.  -  Głos  rozmył  się  w 

szumach  zakłóceń;  nie  było  już  słychać  śladów  napięcia.  Jeśli  w  ogóle  je  odczuwa,  pomyślał 

Luke. Uświadomił sobie, że zmniejszyła moc sygnału, żeby trudniej było ją namierzyć.   

Jeżeli będzie postępować tak, jak ją nauczono, zaraz przerwie rozmowę, a potem zrobi swój 

ruch, pomyślał.   

-  Daeshara’cor,  musimy  porozmawiać.  To,  co  robisz,  nie  pomoże  rozwiązać  żadnego 

problemu.   

- Mistrzu, gdybym sądziła, że będziesz umiał mnie zrozumieć, porozmawiałabym z tobą. Ale 

wiem, że nie potrafisz, choć nie jest to twoja wina. - Zawahała się przez chwilę, a potem mówiła 

dalej:  -Wiem,  że  zablokujesz  dostęp  do  informacji,  których  potrzebuję,  więc  proponuję  ci 

wymianę. Twój siostrzeniec za moje dane. Pomyśl o tym. Bez odbioru.   

- A niech to! - Luke nie zdawał sobie sprawy, że zawołał to na głos, dopóki Mara i Mirax nie 

weszły zaalarmowane do przedpokoju. Luke odebrał emanujący z nich niepokój, zanim jeszcze 

zobaczył ich twarze.   

- Daeshara’cor jakimś cudem znalazła i pojmała Anakina.   

Zielone oczy Mary zamieniły się w wąskie malachitowe szparki.   

- Jak to możliwe? Jesteś pewien, że go ma? Może tylko zdobyła jego komunikator?   

-  Nie  wyczuwam  go  zbyt  dobrze  przez  Moc.  Ani  jej.  Musi  się  ukrywać,  a  Anakin  trzyma 

background image

Moc blisko siebie, tak jak robiliście to na Dantooine. A jeśli Daeshara’cor ma jego komunikator, 

oznacza to, że on sam jest poza statkiem, czyli najprawdopodobniej obok niej.   

Mirax  podłączyła  komunikator  do  gniazdka  swojego  notesu  komputerowego  i  zmarszczyła 

brwi, odczytując wiadomość, która pojawiła się na ekranie.   

- Gwizdek mówi, że Chalco namówił Anakina, żeby sprawdzili miejscowe źródła informacji. 

Twierdzi,  że  to  standardowa  technika  śledcza,  chociaż  ze  względu  na  swoją  przeszłość  w 

KorSeku Gwizdek nie  ma wielkiego poważania dla detektywów amatorów. Wyszli z „Piruetu” 

mniej więcej godzinę temu i od tego czasu się nie odezwali. Luke zamknął oczy i potarł czoło. 

Poczuł, że Mara głaszcze go po plecach. - Dziękuję - powiedział.   

- I co teraz zrobimy? Mistrz Jedi otworzył oczy i westchnął.   

- Daeshara’cor chce wymienić Anakina na pliki danych o Oku Palpatine’a i wszelkich innych 

superbroniach, jak sądzę. Niewiele zrozumiałem z tego, co nam mówiła dyrektorka biblioteki, ale 

jeśli to prawda, nie ma tu żadnych takich plików. A więc nie ma danych, nie ma wymiany.   

-  To  jeden  problem  -  nachmurzyła  się  Mara.  -  Drugi  jest  taki,  że  Daeshara’cor  nie  może 

wypuścić  Anakina.  Wie,  że  wtedy  nie  damy  jej  uciec  i  kontynuować  poszukiwań.  Musi  go 

zatrzymać. Może jeszcze sama na to nie wpadła, ale w końcu wpadnie i nie spodoba jej się to. 

Wie, że musimy wystąpić przeciwko niej.   

-  Ale  nie  mając  informacji  na  wymianę,  nie  zdołamy  się  choćby  do  niej  zbliżyć.  Mirax 

uniosła rękę.   

- Słuchajcie, handel i negocjacje to moja działka. Możemy przygotować fałszywą datakartę i 

napchać ją raportami i  danymi, które tylko  najtęższe głowy potrafią zrozumieć. Rozrzucimy po 

plikach parę kluczowych słów, które łatwo wyszuka, więc na pierwszy rzut oka wszystko będzie 

wyglądać prawdziwie. Nie potrzebujemy nic więcej, by ją zwabić. Uważacie, że byłaby zdolna 

postawić Anakina w sytuacji zagrażającej jego życiu? Mara przytaknęła, ale Luke nie zgodził się 

z nią. - Nie wyczuwam u niej takiego zamiaru. - Luke, ona właśnie szuka superbroni.   

-  Wiem,  ale  chyba  nie  do  końca  zastanowiła  się  nad  skutkami  jej  użycia.  Wszyscy  znamy 

historię  Alderaanu.  Wiemy,  co  się  przytrafiło  Caridzie.  Pamiętamy  wirusa  z  Krytos.  Mimo 

wszystko bardzo trudno jest objąć umysłem sytuację, gdy giną miliardy ludzi naraz. Można czuć 

się okropnie i rozpaczać nad śmiercią jednej osoby. Ale czy potrafisz pomnożyć to uczucie przez 

miliard, kiedy ginie cała planeta?   

- Zwłaszcza planeta pełna wrogów? - Mara wzruszyła ramionami.   

background image

- Pamiętaj, że Daeshara’cor nie zbłądziła dotąd na ciemną stronę. Zawsze była z gruntu dobra 

- westchnął. - Gdybyśmy wiedzieli, co ją sprowokowało do takiego działania, może moglibyśmy 

jej pomóc.   

-  To  wielka  niewiadoma.  -  Mara  wolno  pokiwała  głową.  -  Moim  zdaniem  plan  Mirax  jest 

sensowny. Do roboty!   

Luke uśmiechnął się i wrócił do gabinetu dyrektorki.   

- Proszę mi wybaczyć, ale pojawiła się niezwykle pilna sprawa. Będę potrzebował pomocy z 

pani strony. Urzędniczka uśmiechnęła się. - Zrobię, co w mojej mocy. 

-  Świetnie,  dziękuję.  W  takim  razie  proszę  się  odsunąć  od  komputera.  -  Luke  spojrzał  na 

Artoo.  -  Ściągnij  wszystko,  co  znajdziesz  na  temat  historii  budowy  Oka,  a  potem  najbardziej 

skomplikowane dane techniczne, jakie znajdziesz… mniej więcej tyle, ile się zmieści na jednej 

datakarcie. Potrzebujemy przynęty, i to takiej, której nie będzie się można oprzeć.   

Anakin  uniósł  niepewnie  głowę.  Zaczęło  do  niego  powoli  docierać,  jak  poważnie 

Daeshara’cor traktuje swoją misję; zagroziła, że go zabije, jeśli tylko wyczuje, że sięga po Moc. 

Teraz  siedziała  przed  nim  z  dwoma  mieczami  na  kolanach  i  komunikatorem  w  wolnej  ręce. 

Wyłączyła komunikator i spojrzała na niego.   

- Słyszałeś. Oddam cię w zamian za dane. Nie stanie ci się nic złego.   

Klęcząc  w  kącie  zapuszczonego,  pustego  pokoju,  z  rękami  przywiązanymi  za  plecami  do 

kostek nóg, Anakin westchnął.   

- Chcesz powiedzieć, że nic gorszego niż do tej pory. - Nic na to nie poradzę. Nie mogę cię 

rozwiązać.   

-  Nie  o  to  mi  chodziło,  Daeshara’cor.  -  Wzruszył  ramionami,  chociaż  nie  bardzo  mu  to 

wyszło.  -  Zawsze  cię  podziwiałem…  twoją  pracowitość  i  zaangażowanie.  Dlaczego  to  robisz? 

Westchnęła. - I tak nie zrozumiesz.   

-Nie? A dlaczego? Bo nie jestem Twi’lekianinem? Bo dorastałem na Coruscant, a później w 

Akademii? - Zmarszczył brwi i przyjrzał się jej uważnie.   

Zanim  zdołała  odpowiedzieć,  drzwi  otworzyły  się  z  hukiem.  Wpadł  przez  nie  Chalco  z 

rusznicą blasterową w ręku i dziwnym szarym szalem zamotanym wokół szyi. Ten szal wyglądał, 

jakby  ktoś  oderwał  pas  futra  Talza  i  zrobił  z  niego  etolę,  a  następnie  ciągnął  ją  za  ścigaczem 

podczas długiego maratonu.   

-  Nie  ruszaj  się,  kobieto!  -  warknął  Chalco  basem.  -  Nie  martw  się,  mały,  jesteś  już 

background image

bezpieczny.   

-Tak  sądzisz?  -  Twi’lekianka  podniosła  i  włączyła  miecz  świetlny.  Klinga  rzuciła  krwawe 

błyski na twarz Chalco. - Wyjdź stąd natychmiast, a nic ci się nie stanie. - To nie mnie ma się coś 

stać, siostro. - Palec na cynglu drgnął, a z lufy rusznicy wystrzelił błękitny promień ogłuszający 

w  kierunku  Daeshara’cor.  Kobieta  podniosła  miecz  i  z  łatwością  odbiła  strzał,  kierując  go  z 

powrotem w stronę Chalco. Niebieskie wyładowanie trafiło go prosto w kolano i zaraz rozlało się 

po  całym  ciele,  wprawiając  mięśnie  w  niekontrolowane  drgawki,  które  szybko  starły  wyraz 

zaskoczenia z twarzy. Po chwili Chalco runął na podłogę.   

Używając  Mocy,  Daeshara’cor  wciągnęła  go  do  wnętrza  pokoju  i  zamknęła  za  nim  drzwi. 

Celnym kopniakiem pozbawiła go miotacza i ułożyła ogłuszonego obok Anakina.   

Mężczyzna  leżał  bez  ruchu  przez  kilka  sekund;  wreszcie  zamrugał  i  szepnął  z 

niedowierzaniem: - Nic nie łapią! - Czego nie łapiesz, Chalco?   

-  Jak  to  możliwe,  że  ona…  -  Przeszedł  go  dreszcz.  -  Mówili,  że  to,  co  mam  na  sobie, 

pozbawia Jedi siły. Daeshara’cor spojrzała na niego, marszcząc brwi. - O czym rozmawiacie? - O 

skórze isalamira. Anakin uniósł brew, patrząc na przyjaciela.   

- Skóra isalamira? To ten obszarpany szalik? - Mhm. Drogi jak nie wiem co.   

- Eee, Chalco, to działa tylko wtedy, gdy isalamir jest żywy. Twi’lekianka prychnęła.   

-  A  ten  łach  ma  tyle  wspólnego  z  życiem,  że  jakaś  żywa  istota  zrobiła  go  na  warsztacie 

tkackim. Chalco jęknął.   

- Mówiłeś Skywalkerowi? - Wyłączyła miecz. - Nie, chciałeś przecież dopaść mnie sam. To 

dobrze,  nadal  mam  trochę  czasu.  Anakin  spojrzał  na  nią.  -  Miałaś  mi  powiedzieć,  dlaczego  to 

robisz.   

-Nie,  miałam  ci  powiedzieć,  dlaczego  nie  potrafisz  tego  zrozumieć.  -  Wzrok  Twi’lekianki 

stwardniał.  -  Pochodzisz  z  uprzywilejowanej  rodziny,  Anakinie.  Ty  i  twoje  rodzeństwo 

zostaliście obwołani bohaterami, zanim jeszcze przyszliście na świat. Dla miliardów ludzi jesteś 

obiektem  fascynacji. Wiele od ciebie oczekiwano i  nadal  się oczekuje, a ja muszę przyznać, że 

dobrze  sobie  radzisz  z  tą  odpowiedzialnością.  Jednocześnie  stawia  cię  to  w  sytuacji,  w  której 

trudno  ci  będzie  zrozumieć  innych.  -  Jednego  nie  mogę  zrozumieć:  dlaczego  szukasz  broni 

zdolnej  zgładzić  miliardy  istot.  Co  zdarzyło  się  w  twoim  życiu  tak  złego,  że  podsunęło  ci  taki 

pomysł? - Więc nie potrafisz sobie wyobrazić, że ktoś chce zgładzić miliony istot? -Nie.   

- Nawet w obronie własnej rodziny? By ratować twoją matkę? Ojca? - Spojrzała mu w oczy. 

background image

- Nie poświęciłbyś życia miliarda Yuuzhan Vong, by odzyskać Chewbaccę?   

Anakin poczuł, jak coś ściska go w gardle. Z trudem udało mu się zachować spokojny wyraz 

twarzy.  Musiał  zamrugać  kilka  razy,  by  powstrzymać  łzy,  ale  i  tak  poczuł,  jak  spływają  po 

policzku.  Pociągnął  nosem  i  spróbował  wytrzeć  go  w  rękaw,  ale  nie  zdołał.  Usta  zaczęły  mu 

drżeć, gdy przypomniał sobie Chewbaccę, takiego, jakim go widział ostatni raz - nieustraszonego 

i nieposkromionego. A potem koniec, pomyślał. Pociągnął nosem jeszcze raz, podniósł głowę i 

odchrząknął.   

- Ani miliard, ani dziesięć miliardów zabitych go nie zwróci. A zabicie miliarda Yuuzhan nie 

dorówna  heroizmowi  jego  śmierci.  Chewie  tyle  przeszedł…  Był  niewolnikiem,  którego  mój 

ojciec uratował… - Więc on by zrozumiał. Anakin zmarszczył czoło.   

-Nierozu…   

- Nie i nigdy nie zdołasz. - Przerwała, odwróciła się i zaczęła manipulować komunikatorem. - 

Muszę porozmawiać z twoim wujem. Chalco podniósł się powoli i oparł o ścianę.   

-  Mógłbym  spróbować  cię  rozwiązać,  mały,  ale…  eee…  moje  palce  nie  są  jeszcze  całkiem 

sprawne. A głowa… strasznie mnie boli.   

- Mnie też. - Anakin odsunął się od ściany i spróbował usiąść prosto. Kolana mu zdrętwiały, 

a w gardle czuł drapanie. Uwaga Daeshara’cor o Chewiem dotknęła go boleśnie.   

Zauważył  żyłkę  pulsującą  na  skroni  Chalco  w  tym  samym  rytmie  co  ból  w  jego  własnej 

głowie, jak młotek walący o czaszkę. Anakin westchnął.   

Na  krótką  chwilę  uniósł  głowę,  ale  zaraz  ją  zwiesił,  żeby  nie  ściągać  na  siebie  uwagi 

Daeshara’cor. Ostrożnie, powoli, z trudem koncentrując się na swoim zadaniu, odizolował ból i 

niewygodę, sięgając po Moc.   

Daeshara’cor  momentalnie  odwróciła  się  w  jego  stronę.  Zrobiła  krok  do  przodu,  ale  w  tej 

samej  chwili  dostała  w  czoło  rusznicą  blasterową.  Twi’lekianka  zamrugała,  osuwając  się  na 

ziemię.   

Anakin  z  powrotem  opadł  na  pięty  i  poprzez  Moc  spróbował  nawiązać  kontakt  z  wujem. 

Udało mu się, i to szybko, bo Luke był znacznie bliżej, niż Anakin się spodziewał.   

Otworzył oczy i zobaczył niezwykle zadowolonego z siebie Chalco, który szczerzył zęby w 

szerokim uśmiechu. - Co cię tak bawi?   

- Masz szczęście, że tu wpadłem. Gdyby nie ja, uciekłaby ci jak nic! - Myślisz, że potyczka z 

tobą ją zmęczyła?   

background image

- Nie, nie wydaje mi się. - A ogłuszenie jej blasterem to też twoja robota?   

-  Nie.  -  Chalco  potrząsnął  głową.  -  Ale  gdybym  go  tu  nie  przyniósł,  nie  miałbyś  czym  jej 

ogłuszyć!   

Anakin westchnął i korzystając z Mocy, przesunął rusznicę w stronę Chalco.   

-  Dobra,  wpakuj  w  nią  jeden  strzał  ogłuszający,  żeby  się  za  szybko  nie  ocknęła,  a  potem 

zobacz,  czy  twoje  palce  odzyskały  sprawność  na  tyle,  żebyś  mnie  mógł  rozwiązać.  -  Daj  mi 

minutę.   

- Dałbym ci, gdybym ją miał, ale wuj zaraz tu będzie. - Anakin uśmiechnął się do starszego 

mężczyzny. - Nie sądzę, żeby był zachwycony, że się tu znaleźliśmy. W tej sytuacji chyba lepiej, 

żeby mnie nie zobaczył związanego jak kurczaka.   

- Łapię. Spryciarz z ciebie. - Chalco rozwiązał „isalamirowy” szalik i rzucił go w kąt pokoju. 

- To będzie nasz sekret, tak?   

- Jasne, Chalco… tylko nasz. I tak mamy na głowie dość kłopotów. - Anakin uśmiechnął się. 

- Mistrz Skywalker nie musi wiedzieć wszystkiego.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 19 

  

   

Nie  będę  mordował  ludzi,  których  mam  bronić!  -  pomyślał  Ja-cen  i  sięgnął  po  Moc,  by 

odepchnąć  od  siebie  tłum  atakujących  ciężkozbrojnych  ludzkich  niewolników.  Dwóch 

pierwszych potknęło się i poleciało do tyłu, powalając kolejne szeregi. Jacen chwycił jednego i 

pchnął, celując w kolana i uda innych niewolników. Podrywali się w górę, by zaraz ciężko opaść 

na ziemię.   

Na  prawo  od  niego  Corran  wkroczył  do  walki  ze  srebrnym  mieczem  świetlnym.  Szybkimi 

ciosami  rozciął  dwóch  gadopodobnych  niewolników.  Ominął  ich  dymiące  ciała  i  stanął 

naprzeciw  yuuzhańskiego  wojownika.  Srebrzyste  ostrze  miecza  skrzesało  iskry  na  chronionych 

pancerzami vonduuńskich krabów goleniach przeciwnika, ale nie uszkodziło jego ciała.   

Wojownik  cofnął  się  o  pół  kroku  i  ciął  z  góry  amfistafem  w  lewy  bok  Corrana.  Rycerz 

zawirował i odrzucił amfistafa daleko na bok trzymanym w prawym ręku ostrzem. W ten sposób 

na krótką chwilę znalazł się plecami do wojownika. Obrócił się teraz na prawej  pięcie i  uniósł 

lewa do góry w wykopie, wbijając piętę w maskę okrywającą twarz Yuuzhanina.   

Wojownik  zatoczył  się  do  tyłu  i  zaplątał  nogami  w  kwietnik.  Stracił  równowagę  i  upadł 

prosto  w  pułapkę  gałęzi  ozdobnego  drzewa  owocowego  o  wrzecionowatym  pniu.  Corran 

podskoczył  bliżej  i  wymierzył  dwa  ciosy.  Pierwszy  pozostawił  głęboką  rysę  na  pancerzu 

okrywającym brzuch wojownika, drugi rozpłatał go od biodra do biodra. Trzeci z wojowników 

wysyczał  rozkaz,  po  którym  oddziały  gadów  zaczęły  się  cofać.  Zanim  jednak  zdołał 

zorganizować  obronę  albo  odwrót,  namierzyli  go  snajperzy  ruchu  oporu.  Czerwone  promienie 

nadleciały  ze  wszystkich  stron.  Zachwiał  się  i  uniósł  rękę  w  geście  obrony.  Zbroja  z  krabów 

vonduun  mogła  zapewne  osłonić  go  przed  jednym  czy  dwoma  strzałami,  ale  taki  zmasowany 

ogień  przepalił  ją  na  wylot.  Wojownik  wzdrygnął  się  i  upadł  na  ferrobetonowe  podłoże  z 

rozkrzyżowanymi członkami. Pozbawione dowództwa reptoidy rozpierzchły się na boki. Ganner 

powalił dwóch z nich, a ruch oporu jeszcze kilku. Żaden nie zbliżył się nawet do Jacena. Jeden z 

nich  wydał  komendę,  po  której  kilku  jego  towarzyszy  zaczęło  dość  zorganizowany  odwrót  na 

północ, w stronę tego samego budynku, z którego rozpoczęli atak. Corran uniósł miecz i wywinął 

młynka nad głową.   

- Do roboty! Złapcie tych dwóch, których powalił Jacen. Ruszamy!   

background image

Dwaj  bojownicy  ruchu  oporu  złapali  każdy  jednego  nieprzytomnego  niewolnika  i  zaczęli 

odciągać ich z placu. Nagle nad ich głowami coś zaskrzeczało. Czarny, owalny kształt zniknął za 

linią budynków na południu, a Jacen poczuł, że zasycha mu w gardle. - To był skoczek koralowy, 

Corran.   

- Na czarną ikrę Sithów! - Corran spojrzał na zegarek. - Musimy szybko się stąd wycofać, a 

upłynie jeszcze co najmniej dwie godziny, zanim pojawi się nasz transport. Postępujcie według 

planu. Bierzcie więźniów do pojazdów, a reszta niech odciągnie stąd Yuuzhan. Ganner ponuro 

kiwnął głową.   

- Słyszałem, że warto zwiedzić tutejszy Miejski Ogród Ksenobotaniczny.   

- Cóż, chyba nie starczy ci czasu, żeby przeczytać podpisy pod eksponatami.   

Ganner zmarszczył czoło. Jacen uśmiechnął się do niego.   

- Hej! Dobrze chociaż, że jego zdaniem umiesz czytać!   

Odpowiedź  starszego  rycerza  zginęła  w  hałasie  spowodowanym  przez  nadlatującego  z 

powrotem  skoczka  koralowego.  Statek  obniżył  lot  i  zawisł  dziesięć  metrów  nad  placem. 

Dziobowe działo plazmowe wypluło promień energii, który ze świstem przeleciał nad głowami 

rycerzy  i  wypalił  dwumetrową  dziurę  w  ferrobetonowym  bruku.  Corran  wskazał  na  zachód.  - 

Biegnijcie tam! Ja odwrócę jego uwagę.   

Ganner pobiegł we wskazanym kierunku. Jacen złapał Corrana za rękaw.   

- Jesteś pewien, że wiesz, co robisz?   

- Nie, ale nigdy wcześniej mnie to nie powstrzymywało! - Korelianin puścił oko do Jacena i 

pobiegł na wschód. Wywinął mieczem i zawołał: - Halo, ognisty! Wyzywam cię!   

Lufa działa plazmowego zwróciła się w stronę Corrana jak owadzie oko na szypułce. Rycerz 

przygotował  miecz  do  odebrania  strzału.  Wylot  lufy  rozjarzył  się  złotym  światłem.  -Biegnij, 

Jacen! Biegnij!   

Młody  Jedi  zmarszczył  brwi  i  przywołał  Moc.  Chwycił  pokrywę  włazu,  którą  wcześniej 

posłużył  się  Ganner,  i  podrzucił  ją  w  powietrze.  Zatkał  nią  wylot  lufy  działa,  przywołując  na 

pomoc  całą  siłę,  by  ją  tam  utrzymać.  Poprzez  Moc  odczuł  natychmiast  opór,  więc  podwoił 

wysiłki.   

Klapa  włazu  rozgrzała  się  do  czerwoności,  potem  zbielała,  a  w  końcu  zaczęła  parować. 

Plazma trysnęła przez dziurę cienkim strumieniem, który Corran z łatwością odbił. Po czarnym 

kadłubie skoczka koralowego, od dzioba ku rufie, zaczęły pełzać cienkie złote linie. Wyglądały, 

background image

jakby śledziły miejsca połączeń poszczególnych części poszycia. Nagle wnętrze kabiny wypełnił 

jaskrawy  rozbłysk  plazmy,  która  eksplodowała  przez  iluminatory.  Gejzery  rozpalonej  materii 

trysnęły w powietrze, a statek wisiał jeszcze przez moment, zanim pochylił się dziobem w dół i 

runął  na ziemię. Uderzył o ferrobeton  z taką siłą, że zarył  się w podłoże, a wstrząs przewrócił 

Jacena na ziemię. Wrak rozpadł się na kawałki, które wystrzeliły we wszystkie strony, odbijając 

się rykoszetem od bruku. Jacen zorientował się, że odłamki mogą być niebez pieczne, ale zanim 

zdołał cokolwiek zrobić, Corran rzucił się biegiem w jego stronę, ujął go pod ramiona i wywlókł 

spod  gradu  odłamków.  Na  miejsce,  gdzie  jeszcze  przed  chwilą  stał  Jacen,  spadł  wielki  kawał 

ogona skoczka koralowego. Jacen uśmiechnął się do Corrana. - Dzięki! Uratowałeś mi życie.   

- Nie ma sprawy, a na przyszłość pamiętaj, nigdy nie lekceważ moich rozkazów! Młody Jedi 

zamrugał zaskoczony.   

- Ale w ten sposób uratowałem ci życie!   

-  To szczegół  bez znaczenia!  -  Corran pociągnął go za sobą. Pobiegli sprintem, by dogonić 

Gannera  i  resztę  bojowników  ruchu  oporu.  -  To  ja  kieruję  tą  ekspedycją;  ja  decyduję,  co  jest 

niebezpieczne i dla kogo. Mało brakowało, a dałbyś się zabić. Jacen zmarszczył brwi.   

- Ale uratowałem ci życie i dzięki temu ty zdołałeś ocalić moje.   

Corran zmrużył oczy, ale w końcu się uśmiechnął.   

-  Jeżeli  nie  przestaniesz  mędrkować,  będę  musiał  odesłać  cię  do  domu.  -  Tak  jest,  panie 

pułkowniku!   

  

Dysząc  ciężko,  Corran  przykucnął  w  cieniu  jednego  z  budynków  gospodarczych  Ogrodu 

Ksenobotanicznego. Odwrót z placu okazał się łatwiejszy, niż się spodziewał. Wprawdzie ludzcy 

niewolnicy gonili ich, ale ich wysiłkom brak było skoordynowania. Corranowi niespecjalnie się 

uśmiechało  ich  zabijanie,  ale  bojownicy  podziemia  wydawali  się  uważać  przerwanie  udręki 

współbraci  za  swój  święty  obowiązek.  Corran  już  kiedyś,  na  Bimmiel,  zgodził  się,  by  tych, 

których  nie  można  uleczyć,  eliminowano,  ale  był  zadowolony,  że  to  nie on  musi  pociągnąć  za 

spust.   

Spojrzał  na  drugą  stronę  ścieżki.  Zobaczył,  że  Jacen  Solo  przyklęknął  na  jedno  kolano. 

Chłopak mu zaimponował. Jaki tam chłopak! - poprawił się Corran. Na czarne kości Imperatora! 

On dorośleje w niezwykłym tempie.   

Sposób, w jaki użył klapy włazu, najprawdopodobniej uratował Corranowi życie. Wsteczny 

background image

przepływ  plazmy  rozwalił  działo  i  rozpryskał  materię  po  całym  kokpicie.  Było  to 

niezamierzonym,  ale  korzystnym  skutkiem  ubocznym.  Ale  najbardziej  mu  się  podobało 

zachowanie Jacena podczas odwrotu.   

Wraz  z  kilkoma  bojownikami  ruchu  oporu  stanowił  tylną  straż  grupy.  Ganner  i  czterech 

Noghrich  poszli  przodem,  razem  z  główną  grupą,  podczas  gdy  dwaj  Noghri  z  kilkoma  ludźmi 

podziemia i pojmanymi więźniami tworzyli ariergardę. Tylna straż nie napotkała poważniejszych 

kłopotów,  dopóki  nie  przybył  większy  transport  Yuuzhan  Vong.  Od  tego  momentu  stało  się 

jasne, że yuuzhańscy wojownicy znacznie przewyższają ćwiczonych przez nich niewolników.   

Corran  usłyszał  szum  i  uchylił  się,  gdy  tuż  nad  nim  przeleciał  wysmukły,  ciemny  kształt. 

Brzytwal  minął  jego  głowę  i  wylądował  na  piachu  kilka  metrów  za  nim  z  rozpostartymi 

odnóżami.  Gdyby  mu  pozwolili,  wzniósłby  się  ponownie  w  powietrze  i  wrócił  do  wojownika, 

który go wysłał.   

Corran  odwrócił  miecz  i  przekręcił  rękojeść.  Ostrze  roziskrzyło  się  fioletem  i  dwukrotnie 

wydłużyło. Koniec opalizującej klingi musnął brzytwala, w ułamku sekun dy zamieniając w parę 

zawartą  w  jego  tkankach  wodę.  Stworzenie  pękło  z  suchym  trzaskiem,  rozsiewając  wokoło 

kawałki  odnóży  i  chityny.  -  Nie  znoszę  tego  paskudztwa!  Jacen  przytaknął  i  wskazał  ręką  na 

prawo.   

Corran przywrócił normalną długość ostrza miecza i wychylił głowę zza węgła. Mignęła mu 

sylwetka yuuzhańskiego wojownika i znikła.   

Ci wojownicy są wyjątkowo dobrzy, pomyślał. Nie widać ich, dopóki nie jest za późno.   

Przez  słuchawkę  komunikatora  w  uchu  usłyszał  głos  Gannera:  -  Teren  czysty.  Sekcja 

ithoriańska jest nasza.   

Corran  poklepał  dwukrotnie  mikrofon,  spojrzał  na  Jacena  i  pokazał  mu  głową  wysoki 

zagajnik  ithoriańskich  drzew  baforowych.  Chłopak  kiwnął  głową  i  rzucił  się  biegiem  w  stronę 

drzew.  Uskakiwał  na  prawo  i  lewo  w  przypadkowych  odstępach  czasu,  co  czyniło  z  niego  cel 

trudny dla każdej broni palnej. Spryciarz z niego! - pomyślał Corran.   

Podniósł się i zacisnął zęby, gdy poczuł ból w nodze. Wyszedł zza osłony, rozejrzał się po 

okolicy,  skręcił  i  puścił  się  biegiem.  Podobnie  jak  Jacen,  biegł  zygzakiem.  Baforowce  były 

rzadkim okazem roślinności, pochodzącym z Ithor. Strzeliste drzewa o ciemnozielonym listowiu 

miały szczątkową inteligencję i z pewnością były jedną z przyczyn, dla których Ithorianie czcili 

Matkę-Dżunglę.  Ich  decyzja,  by  przetransportować  sadzonki  drzew  baforowych  na  Garqi, 

background image

wynikała z przekonania, że mieszkańcy Garqi, podobnie jak Ithorianie, żyją w ścisłym zespoleniu 

ze  środowiskiem  naturalnym.  Corran  miał  nadzieję,  że  poprzez  Moc  Jedi  zdołają  nawiązać 

kontakt  z  drzewami,  by  za  ich  pośrednictwem  zorientować  się,  gdzie  są  rozlokowani  ich 

prześladowcy. Nie był tego pewien, ale w tej chwili nie mieli lepszego pomysłu.   

Wpadł w gąszcz i przyklęknął na jedno kolano obok Gannera, Jacena i Rade’a. Z ich twarzy 

wyczytał przekonanie, że już są martwi. On sam też tak sądził, ale każda sekunda, jaką zdołają 

uzyskać, angażując w walkę Yuuzhan, była bezcenna dla załogi „Ostatniej Szansy”, która miała 

załadować na pokład próbki i odlecieć. Podniósł głowę i popatrzył na Jacena. - Powinienem był 

odesłać cię na statek.   

Jacen wzruszył ramionami.   

-  I  tak  bym  go  sam  nie  poprowadził.  Jeśli  mamy  się  wydostać  z  tej  skorupy,  to  wszyscy 

razem.   

-  Masz  to  jak  w  banku.  -  Corran  przeniósł  wzrok  na  Gannera.  -  Próbowałeś  odczytać  coś 

poprzez drzewa, prawda? Ganner przytaknął niechętnie. - Coś można wyczuć, ale bardzo słabo i 

niejasno. Rade wskazał na żółty pyłek ścielący się na ziemi.   

-  Jest  wiosna.  Drzewa  poświęcają  całą  swoją  energię  na  wzrost  i  rozmnażanie.  Są  teraz  w 

okresie kwitnienia.   

- Rozumiem - westchnął Corran. - Mój dziadek powiedział mi kiedyś, że krew to doskonały 

posiłek dla roślin. Tak czy owak, dziś będą miały ucztę.   

Jacen pokazał na bramę. - Nadchodzą!   

Pod  łukiem  bramy  przemknęły  postacie  gadopodobnych  żołnierzy  i  ludzkich  niewolników, 

zajmując osłonięte pozycje. Strzelcy wyborowi oddali kilka strzałów, ale żaden z przeciwników 

nie wystawiał się na łatwy cel. Przez bramę wybiegło kilku kolejnych yuuzhańskich żołnierzy i 

niewolników.  Zbili  się  w  grupkę,  najwyraźniej  na  coś  czekając.  Ich  pełne  napięcia  spojrzenia 

powiedziały Corranowi na co. A kiedy już się doczekali, Corran nie mógł powstrzymać podziwu.   

Siedmiu  wojowników,  jeden  za  drugim,  wkroczyło  przez  bramę.  Poruszali  się  szybko,  ale 

bez  pośpiechu.  Chociaż  nie  zajmowali  odkrytych  pozycji  z  rozmysłem,  widać  było,  że  nie 

szukają  osłony.  Kilka  strzałów  z  blastera  trafiło  ich,  ale  błękitna  zbroja  odbiła  strzały.  Rade 

podniósł rękę.   

- Czekajcie na dobry strzał. Z tej odległości pancerz jest nie do przebicia.   

- To inny rodzaj zbroi, Rade. Tym razem to coś poważniejszego. - Corran, nadal wsparty na 

background image

jednym kolanie, obserwował, jak ostatni z wojowników przechodzi przez bramę. - Chyba czeka 

nas naprawdę dobra zabawa. Jacen popatrzył na niego.   

- Nasze definicje dobrej zabawy nie do końca są zgodne.   

- To w tej chwili najmniejszy problem. Problemem są oni. -Corran zdrapał z ziemi odrobinę 

żółtego pyłku baforowców i namalował nim grube kreski pod oczami. - Nie tak efektowne jak ich 

maski bojowe, ale zawsze to coś.   

Wojownik, w którym Corran domyślił się dowódcy, wystąpił z szeregu Yuuzhan. Rade już 

chciał  wydać  rozkaz,  by  strzelać,  ale  Corran  zastopował  go  uniesieniem  dłoni  i  wyszeptał:  - 

Pamiętajcie, gramy o czas.   

Yuuzhanin podniósł swojego amfistafa i zawołał głośno:   

- Jestem Krąg z domeny Val. Planeta Garqi jest moja. Poddajcie się, a pozostawię was przy 

życiu. Corran wstał, ale Ganner zasłonił go sobą.   

- Jestem Ganner Rhysode, rycerz Jedi. Zanim staniesz do walki z naszym dowódcą, musisz 

pokonać mnie.   

- Nie wiedziałem, że tak ci na tym zależy, Ganner - zdziwił się Corran.   

- Nie zależy, ale kiedy ostatnio pozwoliłem ci walczyć z Yuuzhaninem, musiałem cię wnieść 

na statek, żeby ci uratować życie. Lepiej zapobiegać, niż leczyć. Jeden z Noghrich stanął między 

Gannerem a yuuzhańskim wojownikem.   

- Jestem Mushkil z klanu Baikh’vair. Droga do Jedi prowadzi przeze mnie.   

Powietrze  było  pełne  niemal  namacalnego  napięcia.  Corran  wyczuł  je  i  chyba  nawet 

baforowce  je  odbierały,  bo  sypnęły  chmurą  żółtego  pyłku,  jakby  jego  wesołe  drobiny  mogły 

rozproszyć  zło  stężałe  w  powietrzu.  Corran  widział,  jak  pyłek  osiada  plamkami  na  mundurze 

bojowym Gannera i na szarej skórze Noghriego, dodając wesoły akcent do ich posępnej tonacji.   

Nagle  pojedynczy  wystrzał  z  blastera  trafił  jednego  z  gadów,  który  okręcił  się  i  upadł  na 

wysypaną  żwirem  ogrodową  ścieżkę.  Napięcie  eksplodowało  jak  piorun,  a  Corran  -  chociaż 

wiedział,  że  ta  akcja  jest  samobójcza  -  też  zaczął  strzelać  w  szeregi  Yuuzhan  Vong.  Strzały  z 

blasterów,  czerwone  i  gorące,  wypełniły  powietrze,  powalając  na  ziemię  gadopodobnych 

żołnierzy  i  ludzkich  niewolników,  aż  na  polu  walki  została  równa  liczba  Jedi  i  Noghrich  po 

jednej stronie, a yuuzhańskich wojowników - po drugiej. Równowaga nie trwała jednak długo.   

Mushkil  starł  się  z  Kragiem,  zanim  Ganner  czy  Corran  zdołali  się  choćby  poruszyć. 

Podchodząc,  Noghri  cisnął  swój  ciężki  nóż,  ale  wirujący  amfistaf  wojownika  odrzucił  ostrze 

background image

wysoko  i  daleko.  A  potem,  zanim  jeszcze  nóż  sięgnął  ziemi,  Yuuzhanin  podskoczył,  ściął 

Noghriego  z  nóg  i  wbił  w  niego  ogon  swojego  amfistafa.  Krew  trysnęła  w  górę,  a  Krąg  Val 

uwolnił broń i natarł na Gannera.   

Jedi ciął żółtym ostrzem swojego miecza nisko, po nogach wojownika. Krąg Val okręcił się 

na lewej pięcie; cofnął prawą stopę, pozwalając, by miecz świetlny zarysował nagolennik na jego 

lewej  nodze.  Idąc  za  siłą  ciosu,  Ganner  minął  wojownika.  Kiedy  się  odwracał,  by  znów 

zaatakować, Yuuzhanin siekł bronią od góry do dołu. Ganner zatoczył się do tyłu i chwycił lewą 

dłonią za rozcięty policzek.   

Corran  zaatakował  Kraga  Vala,  ale  Jacen  dopadł  go  pierwszy.  Ciął  z  góry;  Yuuzhanin 

zablokował cięcie. Jacen naciskał, napierając klingą na amfistafa, a jednocześnie wbijając prawą 

stopę w lewe kolano przeciwnika. Staw pękłby, gdyby wojownik nie uskoczył do tyłu.   

Jacen  wziął  szeroki  zamach  swoim  zielonym  mieczem  i  ciął  w  to  samo  miejsce  na  lewej 

goleni  wojownika,  którą  zadrasnął  wcześniej  Ganner,  odcinając  nogę  Yuuzhanina  w  pół  łydki. 

Przeskoczył  nad  atakującym  amfistafem  i  ciął  w  dół.  Trafił  Kraga  Vala  w  prawy  łokieć. 

Skwiercząc i dymiąc, ostrze wbiło się w ciało i odcięło ramię wraz z amfistafem.   

Corran  przemknął  obok  Jacena,  przeskakując  nad  powalonym  na  ziemię  Gannerem. 

Zablokował cięcie, które o mało nie pozbawiło rannego Jedi głowy, po czym zatoczył mieczem 

szeroki  łuk,  który  zadrasnął  napierśnik  atakującego  wojownika.  Yuuzhanin  upadł  na  plecy,  na 

chwilę  blokując  jednego  ze  swoich  towarzyszy.  Dzięki  temu  Corran  mógł  przydepnąć  jeden  z 

końców rękojeści miecza Gannera; kiedy broń podskoczyła, chwycił ją lewą ręką. Włączył miecz 

i  skierował  ostrze do tyłu, podczas gdy końcem  srebrnej  klingi  własnego miecza zatoczył  krąg 

przed sobą, jakby chciał połączyć plamki pyłku kwiatowego na zbroi Yuuzhanina.   

- Dobra, wy dwaj. Do dzieła! - Corran tupnął nogą, markując atak na wojownika z przodu. - 

Kończmy tę zabawę!   

Wojownicy spojrzeli po sobie. Jeden z nich dał krok do przodu, ale jakby niepewnie. Corran 

wiedział,  że  to  nie  zwód  -  krok  zakończył  się  nagle,  przejmując  zbyt  mocno  ciężar  ciała.  W 

jednej  chwili  Corran  zaatakował  z  góry  swoim  srebrnym  mieczem  i  natychmiast  zawirował, 

rozcinając mieczem Gannera kolano wojownika. Teraz skierował własne ostrze w dół i od siebie, 

gotów  odparować  atak  drugiego  z  wojowników,  ale  miecz  nie  napotkał  żadnego  oporu. 

Przyciągnął miecz bliżej, pozostawiając ostrze wycelowane we wroga. Gdyby wojownik ruszył 

do  przodu,  nadziałby  się  na  klingę.  Nic  takiego  się  jednak  nie  stało.  Corran  patrzył  na 

background image

wojowników  oczami  rozszerzonymi  ze  zdumienia.  Miękka,  skórzasta  tkanka  pokrywająca 

łączenia zbroi z krabiego pancerza zaczęła nabrzmiewać.   

Ciemna ciecz pociekła spod pach wojownika, zalewając plamy pyłku kwiatowego. W miarę 

jak tkanka twardniała, wojownicy sztywno prostowali kończyny. W końcu padli na ziemię. Ich 

oddech stawał się coraz płytszy i krótszy. Corran nie miał wątpliwości, że zwiększająca objętość 

tkanka dusi wojowników.   

Już  prawie  wszyscy  leżeli  na  ziemi  obok  dwóch  następnych  zabitych  Noghrich.  Ganner 

klęczał  podparty  na  rękach  i  kolanach,  z  zakrwawioną  rękawicą  na  lewej  dłoni.  Jacen  stał  nad 

ciałem kolejnego umierającego wojownika. Strzały z blasterów oddawane przez ludzi podziemia 

rozproszyły niewolników po ogrodzie. Jacen rozglądał się zdumiony. - Co tu się dzieje? Corran 

machnął ręką, wskazując na drzewa.   

- Gdybym miał zgadywać, to powiedziałbym, że ich żywe zbroje reagują ostrą alergią na ten 

pyłek.  Puchną,  zabijając  swoich  właścicieli.  -  Zatoczył  krąg  srebrnym  mieczem.  -  Musimy  to 

wszystko spalić. Co do jednego drzewa.   

- Jak to? - Jacen wskazał na baforowce. - One są świadome! Ocaliły nas! Jak moglibyśmy je 

teraz zniszczyć?   

- Musimy. Trzeba spalić cały ogród. - Corran kiwnął głową na Rade’a. - Nie mamy wyjścia. 

Wiemy,  że  pyłek  baforowców  wykańcza  vonduuńską  zbroję  w  błyskawicznym  tempie. 

Yuuzhanie  tego  nie  wiedzą,  inaczej  nie  pozwoliliby  nam  się  tu  schować.  Ta  informacja  jest 

niesłychanie  ważna.  Nie  możemy  pozwolić,  żeby  Yuuzhanie  zorientowali  się,  co  tu  zaszło. 

Młody Jedi potrząsnął głową.   

-  A  co  będzie,  jeśli  tylko  pyłek  z  tego  właśnie  zagajnika  ma  taką  właściwość?  Jeśli  pod 

względem genetycznym te baforowce są wyjątkowe?   

-  W  takim  razie  zbierz  próbki,  Jacenie.  Szczepy,  pyłek…  wszystko,  co  zechcesz.  -  Corran 

odwrócił się do Rade’a. - Musimy wywołać kilka pożarów, żeby Yuuzhanie nie zorientowali się, 

że chodzi nam akurat o ten zagajnik. Musimy też wyłączyć systemy przeciwpożarowe, żeby mieć 

pewność, że wszystko pójdzie, jak należy. Zabitych też trzeba spalić. Dowódca podziemia skinął 

głową. - Zajmiemy się tym. Jacen pokręcił głową.   

- Tyle zieleni, takie piękne miejsce! Czy nie czujesz, ile w tym jest Mocy?   

- Czuję, Jacenie, ale musimy patrzeć dalej. - Przyklęknął obok Gannera i pomógł jednemu z 

bojowników opatrzyć policzek rycerza. - W końcu Yuuzhanie domyśla się, co się tu stało. Mam 

background image

jednak nadzieję, że da nam to czas na przygotowanie odpowiedniej obrony Ithoru. Jeśli to się nie 

uda, Ithor zginie, a wraz z planetą nasza jedyna szansa na wypędzenie Yuuzhan Vong z naszej 

galaktyki.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 20 

  

   

Jacen  spojrzał  na  cyfrowe  oznaczenia  strzykawki  ze  środkiem  nasennym,  którą  trzymał  w 

ręku.  Została  jedna  dawka,  pomyślał.  Dwaj  jeńcy  otrzymali  po  dawce,  która  uśpiłaby  kilku 

chłopa  na  tydzień,  a  jednak  nadal  mogli  się  ruszać  -  choć  Noghri,  którzy  ich  skrępowali,  nie 

pozostawili  im  wiele  swobody  ruchów.  Uderzyło  go,  jak  silne  osobniki  potrafili  wyhodować 

Yuuzhanie, a przed oczami stanęła mu krwawa wizja długiej wojny.   

Przeszedł  przez  rufę  „Ostatniej  Szansy”,  minął  Gannera,  siedzącego  z  zakrwawionym 

opatrunkiem  na  twarzy,  i  wysunął  się  przez  właz  ze  statku.  Szybko  podszedł  do  Corrana, 

rozmawiającego właśnie z Rade’em. Powitał obu kiwnięciem głowy i stał w milczeniu, czekając, 

aż skończą rozmowę. Garqianin uśmiechnął się, ale twarz miał zmęczoną.   

- Doceniam twoją propozycję, Corran, ale nie zamierzam zająć żadnego z tych miejsc, które 

ci  się  zwolniły  na  pokładzie.  Nie  mogę  zostawić  moich  ludzi,  a  oni  zignorowali  rozkaz 

ewakuacji. Zostaniemy tu jeszcze przez dłuższy czas.   

-  Nie  proponuję  ci  tego  tylko  dlatego,  że  taki  ze  mnie  altruista.  Masz  mnóstwo  informacji 

wywiadowczych o Yuuzhanach, których bardzo potrzebujemy.   

-  Jeszcze  bardziej  potrzebujecie  kogoś,  kto  tu  zostanie  i  będzie  działał  dalej,  upewniając 

Yuuzhan,  że  pożar  Ogrodu  Ksenobotanicz-nego  był  tylko  jednym  z  serii  zamachów 

terrorystycznych.  -  Dowódca  ruchu  oporu  klepnął  Corrana  po  ramieniu.  -  Dobrze  się  stało,  że 

przylecieliście.  Będziemy  was dalej informować o tym,  co  się tu  dzieje. Ale ty musisz lecieć i 

znaleźć sposób, żebyśmy odzyskali naszych ludzi. My musimy tu zostać, żeby ktoś was powitał, 

kiedy wrócicie. Corran zmrużył oczy.   

-  Nie zostawiamy cię, chyba wiesz. Wrócimy tu, żeby oswobodzić Garqi. Rade uśmiechnął 

się szerzej. - Lepiej się pospieszcie. Inaczej sami to zrobimy. Jacen uniósł strzykawkę.   

- Nasi goście są nieprzytomni, ale nie jestem pewien na jak długo. Czy mogę dać tę ostatnią 

porcję Gannerowi? - Prosił o to?   

Młody Jedi potrząsnął głową.   

- Nie, ale cierpi. Corran zastanowił się przez chwilę i przytaknął.   

- Zapytaj go, czy chce. Jeśli powie, że nie, i tak mu to podaj.   

- Żartujesz?   

background image

Corran pokręcił głową.   

-  Jest  rycerzem  Jedi  i  cierpi. Nie  chcę, żeby zaczął  się zwijać na podłodze, demolując przy 

okazji  statek  odruchowymi  popisami  telekinezy.  Nie  możemy  wystartować,  dopóki  nie 

otrzymamy sygnału, ale kiedy to nastąpi, chcę być gotowy do natychmiastowego odlotu. Nasze 

okno ucieczki nie będzie zbyt duże.   

Pomysł,  żeby  nafaszerować  Gannera  środkiem  uspokajającym  wbrew  jego  woli,  wydał  się 

Jacenowi  poważnym  pogwałceniem  jego  godności  i  prawa  do  decydowania  o  sobie.  Zaczął 

niemal podejrzewać Corrana, że wydał mu ten rozkaz ze względu na tarcia, jakie wcześniej miały 

miejsce  między  nimi.  Jednak  zdecydował,  że  rozumowanie  Corrana  było  sensowne,  a  to,  że 

zanim  odpowiedział  Jacenowi,  zastanowił  się,  co  należy  zrobić,  świadczyło  o  tym,  że  szukał 

sposobu,  by  oszczędzić  Gannerowi  upokorzenia.  Ten  rozkaz,  chociaż  na  pewno  nie  po  myśli 

Gannera, uwzględniał przede wszystkim dobro całej ich misji. Najwyraźniej uczucia Gannera czy 

kogokolwiek innego musiały ustąpić pierwszeństwa celom ich operacji.   

Tak  samo  jak  wtedy,  pomyślał  Jacen,  na  dziedzińcu,  kiedy  Corran  rozkazał  mi,  żebym  go 

zostawił.  Powinienem  był  to  zrobić  niezależnie  od  konsekwencji.  Jacen  uświadomił  sobie,  że 

rozumie teraz rolę dowódcy misji w zupełnie innym świetle niż dotąd. Przedtem zawsze widział 

w dowódcy przede wszystkim kogoś obdarzonego władzą i dlatego takie stanowisko wydawało 

mu  się  czymś  bardzo  pożądanym.  Oznaczało,  że  ktoś  został  uznany  za  lepszego  od  innych,  że 

jego  rozkazy  znajdowały  natychmiastowy  posłuch,  a  jego  zdanie  było  prawem.  Dla  kogoś  tak 

młodego jak Jacen objęcie dowództwa oznaczało awans do grona dorosłych i nic ponadto.   

Dopiero  teraz  uświadomił  sobie,  co  naprawdę  oznacza  i  z  czym  się  wiąże  dowodzenie 

innymi.  To  prawda,  Corran  mógł  wydawać  rozkazy,  ale  też  ponosił  odpowiedzialność  za  ich 

konsekwencje.  Powodzenie  lub  porażka  misji  zależały  tylko  od  niego.  Jacen  nie  miał 

wątpliwości,  że  gdyby  sytuacja  tego  wymagała,  Corran  wydałby  rozkaz  samobójczego  ataku  - 

taką  decyzję  podjął  przecież  w  ogrodzie.  I  nawet  gdyby  takie  rozkazy  były  usprawiedliwione 

sukcesem misji, Corran nie mógł uciec przed ich skutkami.   

Tak  samo  jak  wujek  Luke,  pomyślał  chłopak.  Odwrócił  się  w  stronę  promu  i  wszedł  na 

pokład. Odpowiedzialność ciążąca na jego wuju była jeszcze większa i Jacen poczuł nagle ulgę, 

że nie on musi ją dźwigać na swoich barkach. Nie dość, że ten ciężar wydawał się ponad jego 

siły, Jacen był niemal pewien, że nie pozwoliłby mu odkryć własnej ścieżki rozwoju jako Jedi. 

Odpowiedzialność za innych, myślał, mogłaby uczynić mnie ślepym na odpowiedzialność wobec 

background image

Mocy.   

Pochylił głowę, przechodząc przez właz. Uśmiechnął się do Gannera.   

- Corran powiedział, że mogę dać ci ostatnią dawkę środka nasennego, jeśli chcesz.   

- Nie, nie trzeba.   

Jacen  kiwnął  głową  i  wbił  strzykawkę  w  udo  Gannera.  Igła  zagłębiła  się  na  jakieś  pięć 

centymetrów i zatrzymała, jakby próbował ją wbijać w transpastal. Ganner spojrzał na niego.  - 

Nie zmuszaj mnie, żebym złamał igłę, Jacenie.   

Jeśli  jest  w  stanie  się  tak  skoncentrować,  to  chyba  nie  zacznie  się  rzucać,  pomyślał  Jacen. 

Odezwał się głośno: - Przepraszam, ale Corran powiedział…   

-  Corran  powiedział  to,  co  musiał  powiedzieć.  Nie  chcę  środka  uspokajającego.  Na  razie.  - 

Ganner  odwrócił  głowę  i  spojrzał  na  jednego  z  Noghrich.  -  Sirhka,  potrzebuję  twojej  pomocy. 

Noghri odpiął pasy i wstał. -Mów.   

- W pakiecie medycznym jest polowy koagulator. - Ganner oderwał bandaż od twarzy. - Użyj 

go do zasklepienia rany.   

Noghri kiwnął głową i schylił się, by wyciągnąć pakiet medyczny spod siedzenia Gannera. 

Otworzył  pakiet  i  wyjął  z  niego  wąski,  kilkunastocentymetrowy  przyrząd,  emitujący 

skoncentrowany  promień  laserowy  niskiej  częstotliwości,  którym  można  było  zasklepić  ranę, 

przypalając jej krawędzie. Wstał, a wtedy Jacen zauważył na jego szarym ciele ślady ran, które 

Noghri musiał niewątpliwie wcześniej sam zasklepić za pomocą koagulatora.   

-  Zaczekaj  chwilę.  -  Jacen  podniósł  rękę.  Rana  na  twarzy  Gannera  biegła  od  lewego  oka 

przez brew, kość policzkową i niżej, do linii szczęki. Przy każdym oddechu mężczyzny w dolnej 

części  rany  pękały  bąbelki  krwi. Widać było,  że  amfistaf rozciął nie tylko ciało,  ale i  naruszył 

kość. - Na co mamy czekać?   

-  Aż  stąd  odlecimy.  Aż  cię  włożą  do  płynu  bacta.  Jeśli  użyjesz  koagulatora,  będziesz  miał 

paskudną bliznę.   

- Wyobrażam sobie. - Ganner spojrzał na Noghriego. - Nie baw się w chirurga plastycznego, 

po prostu zamknij ranę.   

Noghri  kiwnął  głową  i  wyciągnął  rękę.  Chwycił  palcami  skórę  przy  krawędziach  rany  i 

zbliżył  do siebie jej brzegi.  Dotykał  koagulatorem  bruzdy raz za razem,  posyłając w powietrze 

małe kłębki pary. Jacen poczuł gorzko-słodki zapach przypalanej skóry, którego nie sposób było 

pozbyć się z nosa. Bardzo chciał opuścić kabinę, ale tego też nie mógł zrobić.   

background image

Ganner  ścisnął  poręcze  fotela,  a  jego  mięśnie  napinały  się  przy  każdym  dotknięciu 

koagulatora. Jacen czuł emanujące od niego fale bólu, nie tak silne jednak jak obrzydzenie. Miał 

wrażenie, że rycerz ponownie przeżywa moment, kiedy cios  yuuzhańskiego wojownika rozorał 

mu twarz.   

- Nie martw się, Ganner, następnym razem nie dasz się wyprowadzić w pole.   

Ganner nie odpowiedział. Sirhka uklęknął, by zamknąć ranę na jego udzie. Rycerz wziął od 

niego  gazę  nasączoną  środkiem  dezynfekującym  i  starannie  otarł  twarz  z  krwi.  Udało  mu  się 

zetrzeć  wszystkie  czerwone  plamy  z  wyjątkiem  złowrogiej  linii  biegnącej  od  czoła  do szczęki. 

Przypieczona skóra na szwie niewątpliwie musiała boleć, ale Ganner wytarł ją równie starannie.   

-  Nie  rozumiesz,  Jacenie,  że  to  nie  ten  Yuuzhanin  wyprowadził  mnie  w  pole.  Sam 

wystrychnąłem się na dudka. - Ganner zamknął oczy i przez chwilę siedział w milczeniu z głową 

odchyloną na oparcie fotela. Otworzył lewe oko. - Przez cały czas trwania tej operacji, a nawet 

wcześniej,  od  kiedy  w  ogóle  usłyszałem  o  Yuuzhanach,  marzyłem  o  tym,  żeby  udowodnić,  że 

jestem  od  nich  lepszy.  Byłem  wściekły,  że  nie  udało  mi  się  trafić  na  Yuuzhanina  na  Bimmiel. 

Ten  pierwszy  wojownik,  którego  zabiłem  dziś  po  południu,  nabrał  się  na  moją  sztuczkę, 

wdeptując w tę dziurę. Stwierdziłem, że był głupi i przez tę głupotę zginął. I nie wiedzieć czemu, 

zacząłem myśleć, że w porównaniu z resztą z nich jestem geniuszem.   

Białe smużki dymu nie pozwalały Jacenowi dokładnie widzieć twarzy Gannera, gdy Noghri 

zamykał mu kolejną ranę.   

-  Nietrudno  mi  było  wyobrazić  sobie,  że  przerastam  Yuuzhan.  Od  dawna  myślałem,  że 

jestem  lepszy  od  wielu  Jedi.  Od  twojego  wuja,  Corrana,  Kama.  Oni  nie  należą  do  naszego 

pokolenia Jedi. Znali Imperium, walczyli z nim lub mu służyli. Są starsi. Nie poznali Mocy tak 

dogłębnie  jak  my,  nie  przeszli  takiego  samego  szkolenia.  Podziękował  Noghriemu  skinieniem 

głowy, gdy Sirhka odłożył koagulator.   

- Krąg Val sprawił, że zapłaciłem za swoją arogancję w sposób, do którego nie posunął się 

żaden z nich. A mogli. Twój wuj mógł  mnie złamać. Corran mógł  nie  być dla mnie taki miły. 

Aleja wziąłem ich pobłażliwość za oznakę słabości. Na przykład drażniłem się z synem Corrana. 

Zachowałem  się  jak  głupiec,  a  Corran  znosił  to,  bo  misja,  którą  nam  przydzielono,  była 

ważniejsza niż jego uczucia. Ganner westchnął.   

- A więc będę miał paskudną bliznę i bardzo dobrze. Dawny Ganner miał idealnie przystojną 

twarz  i  idealnie  aroganckie  wyobrażenie  o  sobie.  Ale  z  tym  koniec.  Teraz  za  każdym  razem, 

background image

kiedy spojrzę w lustro, będę musiał sobie przypomnieć, że tamten Ganner zginął na Garqi, a ja 

zająłem jego miejsce.   

Chłodna nuta w głosie Gannera sprawiła, że Jacen aż się wzdrygnął. Chciał zaprotestować, 

że Ganner wcale nie musiał się oszpecać tylko po to, by uświadomić sobie, jakim powinien być 

człowiekiem,  ale  nie  był  w  stanie  wydobyć  z  siebie  głosu.  Kiedy  dorastamy,  pomyślał, 

zmieniamy  się  fizycznie.  Może  Ganner  potrzebował  takiej  zmiany.  Nie  po  to,  by  sobie 

przypomnieć, kim powinien być, tylko  żeby zaznaczyć, kim się naprawdę stał. Mój wuj stracił 

rękę, próbując się dowiedzieć tego samego. A co musi się przytrafić mnie, żebym to zrozumiał? 

Ganner westchnął. - A teraz, jeśli nie masz nic przeciwko temu… Jacen zamrugał.   

-Co?   

- Ten środek nasenny. Teraz by mi się przydał. Jacen zmarszczył brwi.   

- Mogłeś go dostać wcześniej… byłoby ci dużo łatwiej.   

- Nie chciałem, żeby to było łatwe, Jacenie. Chciałem, żeby dobrze mi się wbiło w pamięć. - 

Uśmiechnął się i zamknął oczy. - Obudź mnie, jak znów będziemy bezpieczni.   

Jacen wziął strzykawkę i zaaplikował Gannerowi całą pozostałą zawartość. Uśmiechnął się, 

widząc, jak rysy twarzy mężczyzny rozluźniają się.   

Miejmy  nadzieję,  Ganner,  pomyślał,  że  uda  nam  się  dotrzeć  gdzieś,  gdzie  znów  będziemy 

bezpieczni.   

  

Wedge  Antilles  stał  na  mostku  „Zadziornego”  obok  admirała  Kre’feya.  Patrzyli  przez 

przedni iluminator na jasną plamkę Garqi. Wydawała się tak odległa, a jednak wystarczył krótki 

skok przez nadprzestrzeń, by znaleźć się przy niej w jednej chwili. I w jednej chwili przekonać 

się,  pomyślał  Wedge,  że  jesteśmy  w  pułapce.  Powoli  pokręcił  głową.  -  Myśli  pan,  że  na  nas 

czekają? Bothanin wzruszył ramionami.   

- Nadal niewiele o nich wiemy, Wedge. Wiemy tyle, że kiedy wyślemy wiadomość stąd na 

Garqi, dotrze do naszych ludzi  na powierzchni  za trzy i trzy  czwarte standardowej minuty.  Nie 

mamy  pojęcia,  czy  Yuuzhanie  dysponują  środkami  umożliwiającymi  im  szybszą  komunikację. 

Wiadomość  od  Corrana  z  prośbą  o  zabranie  ich  z  systemu  została  wysłana  ponad  dwanaście 

godzin  temu.  Yuuzhanie  mogli  w  tym  czasie  zareagować  i  wezwać  posiłki.  Na  czarną  ikrę 

Sithów, nie wiemy nawet, czy Yuuzhanie podróżują w nadprzestrzeni w taki sposób jak my, czy 

też ich statki są szybsze niż nasze. Nie wiemy również, jak blisko Garqi mogą się w tej chwili 

background image

znajdować  ani  ile  czasu  zajmie  im  zareagowanie  na  naszą  obecność.  -  Pożyjemy,  zobaczymy. 

Kre’fey błysnął w uśmiechu kłami.   

- Jeśli pożyjemy, to zobaczymy. - Nie odwracając się, warknął pytająco:   

- Sekcja czujników, są jakieś anomalie na odczytach?   

-  Nie,  admirale,  wszystko  w  granicach  normy.  Czytniki  subtelnych  fluktuacji  pola 

grawitacyjnego  nie  wskazują  na  obecność  dodatkowej  masy  ukrytej  za  księżycami  ani  w  pasie 

asteroid. Jeśli Yuuzhanie ukryli tam jakieś statki, muszą być bardzo małe. - Dziękuję. - Bothanin 

odwrócił  się  i  kiwnął  głową  porośniętemu  ciemną  sierścią  oficerowi  przy  instrumentach 

łączności.  -  Poruczniku  Arr’yka,  proszę  wysłać  wiadomość  do  pułkownika  Horna.  Proszę  mu 

powiedzieć, że lecimy po niego, i poprosić o transmisję danych wywiadowczych w czasie, kiedy 

będą  się  wznosić  na  orbitę.  Proszę  też  wypuścić  kapsułę  nadawczo-odbiorczą  i  wysłać  do  niej 

raport, na wypadek gdybyśmy mieli kłopoty. - Rozkaz, admirale.   

Śnieżnobiały  Bothanin  spojrzał  na  Tycho  Celchu  przy  stanowisku  dowództwa  lotów 

myśliwskich. - Pułkowniku, proszę ogłosić alarm dla myśliwców. - Wykonane, admirale. Kre’fey 

rozejrzał się wokół, mrużąc oczy.   

-  Mogłoby  się  wydawać,  że  niełatwo  będzie  podjąć  decyzję  o  wejściu  do  systemu,  ale  tak 

naprawdę nie było to trudne. Ubiliśmy interes z Hornem i jego ludźmi. Oni wchodzą w paszczę 

kraytońskiego smoka, a my ich stamtąd wyciągamy. Zamierzam dotrzymać tej umowy.   

- Myślę, że powinien pan, chociaż wielu może zakwestionować pańską ocenę sytuacji, jeśli 

okaże się, że Yuuzhanie już tam na nas czekają. - Wedge uśmiechnął się ponuro do Bothanina. - 

Z  drugiej  strony  krytyka  po  fakcie  zawsze  opiera  się  na  nierealnych  domysłach.  To,  co 

powinniśmy byli wiedzieć, zostanie zinterpretowane jako oczywiste fakty, które postanowiliśmy 

przeoczyć.   

- Jeśli sądzi pan, że coś przeoczyłem, proszę mi o tym powiedzieć.   

-  Dobrze,  panie  admirale,  nie  omieszkam  tego  zrobić.  -  Wedge  kiwnął  głową  w  kierunku 

planety.  -  W  tej  chwili  jedyną  rzeczą  jakiej  nie  chcę  przeoczyć,  jest  statek  wyłaniający  się  zza 

horyzontu Garqi.   

-  Zgadzam  się  z  panem.  Sekcja  steru,  wchodzimy  głównym  kursem  do  systemu.  Żwawo, 

ludzie. Mamy bohaterów do uratowania.   

  

Jaina  Solo,  zamknięta  w  kabinie  swojego  X-skrzydłowca,  prawie  nie  zauważyła  samego 

background image

mikroskoku do centrum systemu. Przytłaczały ją wrażenia niepokoju odbierane od tych członków 

załogi, którzy nie lubili takich krótkich skoków przez nadprzestrzeń. Gdy tylko odbierane emocje 

opadły,  otrzymała  zgodę  na  start  i  natychmiast  pchnęła  przepustnice  do  oporu.  Myśliwiec 

śmignął  do  przodu  tunelem  wylotowym  i  wystrzelił  spod  brzucha  „Zadziornego”  w  kierunku 

wirującej kuli Garqi.   

Wyprowadziła swój myśliwiec na lewą burtę Anni Capstan i zaczęła wchodzić na orbitę.   

-  Sparky,  sensory  na  pełną  moc.  Filtruj  dane  pod  kątem  charakterystyki  lotów  Yuuzhan 

Vong. Robot zagwizdał, potwierdzając odebranie rozkazu.   

Jaina oparła się pokusie sięgnięcia poprzez Moc, by wyczuć obecność brata. Maskarada, jaka 

nastąpiła  przy  lądowaniu  jego  oddziału  na  Garqi,  bardzo  ją  zabolała.  Chociaż  rozsądek 

podpowiadał  jej,  że  wymagało  tego  bezpieczeństwo  operacji,  nadal  pamiętała  falę  szoku  na 

pokładzie „Zadziornego”, gdy załoga statku uwierzyła, że oddział wywiadowczy nie żyje. Gavin 

miał  rację,  kiedy  mówił,  że  ta  tragedia  scementuje  załogę  i  pilotów.  Niewiedza  sprawiła,  że 

poczuli się braćmi, i użycie Mocy w tej chwili byłoby pogwałceniem ich zaufania.   

A jednak, pomyślała, na ostatniej odprawie powiedzieli, że wśród oddziału są ciężko ranni, w 

tym jeden z Jedi. Wiedziała, że nie chodziło o jej brata; niezależnie od tego, jak był daleko, Jaina 

była pewna, że wyczułaby, gdyby zginął. Chociaż wiedziała, że ciężko ranny nie musi koniecznie 

oznaczać  śmiertelnie  ranny,  jakoś  zawsze  wyobrażała  sobie,  że  Jedi  są  w  pewien  sposób 

nietykalni,  że  są  bohaterami,  których  nie  sposób  pokonać  w  walce.  Ostatnie  wydarzenia 

wskazywały,  że  było  to  przekonanie  zgoła  nieracjonalne,  ale  na  poziomie  emocjonalnym,  w 

świetle bohaterskiej tradycji zakonu, wydawało jej się niepodważalną prawdą.   

Skup  się,  dziewczyno!  -  nakazała  sobie  w  myśli.  Jedyne,  nad  czym  powinnaś  się  teraz 

zastanawiać,  to  jak  wyeliminować  paru  Yuuzhan,  żeby  „Ostatnia  Szansa”  mogła  bezpiecznie 

wrócić  do  domu.  Sprawdziła  wskazania  czujników,  ale  przestrzeń  była  czysta.  -  Teren  czysty, 

dowódco.   

Anni Capstan, jej skrzydłowa, zameldowała na kanale taktycznym:   

-  Tu  Dwunastka.  Widzę  jeden  statek  lecący  w  naszą  stronę  z  Garqi.  To  chyba  nasi.  - 

Przyjęłam, Dwunastka. Miejcie oczy szeroko otwarte.   

Jaina  miała  właśnie  poprosić  Sparky’ego,  żeby  pokazał  jej  na  ekranie  statek  wypatrzony 

przez  Anni,  gdy  nagle  robot  zapiszczał  przeraźliwie.  Na  ekranie  głównego  monitora  Jainy 

pojawił się ogromny obcy statek, a zaraz potem kilka mniejszych, z których natychmiast zaczęły 

background image

wypływać roje jeszcze mniejszych jednostek. Spojrzała w górę przez kopułę kabiny i poczuła, że 

zasycha jej w ustach. - Na czarne kości Imperatora! Yuuzhanie przybyli - i to w wielkiej liczbie.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 21 

  

   

Corran  Horn  skierował  „Ostatnią  Szansę”  prosto  na  „Zadziornego”.  Ucieszył  się,  widząc 

X-skrzydłowce wysypujące się spod brzucha botłiańskiego statku. Twarz rozjaśnił mu uśmiech. 

Włączył system komunikacyjny statku. - Widzę „Zadziornego”. Jesteśmy prawie w domu!   

Usłyszał,  jak  Jacen  gwałtownie  chwyta  powietrze,  a  zaraz  potem  wyczuł  falę  szoku 

emanującą od młodego Jedi. - Popatrz na to! Corran, mamy problem!   

- Dzięki za wstępną ocenę sytuacji, Jacen, ale chciałbym dostać trochę bardziej ścisłe dane. - 

Powiedział to umyślnie ostro, żeby Jacen się skoncentrował. - Ile, co i gdzie?   

-  Przepraszam,  Corran.  -  Jacen  gwałtownie  wypuścił  powietrze.  -  Jeden  duży,  siedem 

mniejszych  i  wszędzie  pełno  skoczków.  Te  mniejsze  są  wielkości  korwety,  a  największy  to 

yuuzhański  krążownik.  Szybkość,  z  jaką  się  przybliżają,  oznacza  że  dopadną  nas,  zanim 

dotrzemy na „Zadziornego”.   

-  Dzięki.  -  Corran  pstryknął  przełącznikiem  kanału  komunikacyjnego,  przechodząc  na 

częstotliwość taktyczną botłiańskiego krążownika uderzeniowego.   

-  „Ostatnia  Szansa”  wzywa  „Zadziornego”.  Możemy  zejść  z  kursu  i  wracać.  To  da  wam 

szansę  na  odwrót.  -  Nie  zgadzam  się,  „Szansa”.  Nie  zmieniaj  kursu.  Corran  rozpoznał  głos 

admirała Kre’feya.   

-Z  całym  szacunkiem,  panie  admirale,  Yuuzhanie  mają  ogromną  przewagę  liczebną.  Nie 

warto dla nas ryzykować utraty „Zadziornego”.   

-  Chwalebna  skromność,  pułkowniku  Horn,  ale  to  ja  podejmuję  decyzje.  Proszę  lecieć 

dotychczasowym  kursem  z  maksymalną  szybkością.  -  Bothanin  przerwał  na  chwilę.  -  Obecna 

sytuacja nie jest dla nas całkowitym zaskoczeniem.   

  

Usadowiony  w  swojej  kabinie  na  pokładzie  „Palącej  Dumy”,  z  kapturem  percepcyjnym 

łączącym  go  z  aparatem  sensorycznym  statku,  Deign  Lian  otrząsnął  się  z  pierwszej  fali  szoku 

wywołanego  pojawieniem  się  sił  Nowej  Republiki  nad  Garqi.  Sam  zaproponował  Shedao  Shai 

ekspedycję  na  Garqi,  rzekomo  w  celu  skontrolowania,  jak  Krąg  Val  radzi  sobie  z 

eksperymentami  na  niewolnikach.  Opierając  się  na  meldunkach  swoich  własnych  agentów  z 

Garqi, zamierzał udowodnić, że ruch oporu nie został całkowicie wyeliminowany, ujawniając w 

background image

ten sposób niekompetencję Kraga Vala, a zarazem podając w wątpliwość osąd swego pana. 

  

Shedao Shai zgodził się na ekspedycję, zażądał jednak, by Deign zabrał ze sobą większe siły. 

Na  pytanie  „po  co?”  Deignowi  odpowiedział  tylko  nieprzenikniony  wzrok  dowódcy.  Deign 

przystał  na  to  żądanie,  wiedząc,  że  będzie  to  poważne  marnotrawstwo  sił,  z  którego  dowódcy 

trudno będzie się wytłumaczyć.   

A jednak jakimś sposobem wiedział… Deign Lian wzdrygnął się, ale zaraz skoncentrował się 

na chwili obecnej. Czujniki statku pokazały mu jak na hologramie informacje o całym układzie 

słonecznym i obecnych w nim statkach. Dzięki swojemu wyszkoleniu natychmiast zlokalizował 

zdobycz - pojedynczy statek odlatujący z Garqi. Najwyraźniej uciekał jego wojskom, ku którym 

niewierni  wysłali  swoje  myśliwce.  Rozkaz  stał  się  faktem,  gdy  tylko  o  nim  pomyślał.  Jego 

oddziały skoncentrowały się na małym promie uciekającym z Garqi. Złapać go, zabić, a potem 

zabić pozostałe.   

  

Na mostku „Zadziornego” admirał Kre’fey odwrócił się od iluminatorów, gdy zaczęły się na 

nich  zasuwać  tarcze  przeciwpancerne.  Podszedł  do  sekcji  łączności  z  wystudiowanym 

pośpiechem, bez cienia zdenerwowania. Uśmiechnął się do siedzącej na stanowisku Bothanki.   

-  Poruczniku,  proszę  zaprosić  Grupę  Młot,  by  zajęła  pozycje  zgodnie  z  wariantem  Delta.  - 

Rozkaz, panie admirale.   

Kiedy  zaczęła  włączać  odpowiedni  kanał  częstotliwości  taktycznej  i  przekazywać  rozkaz, 

Kre’fey  odwrócił  się  do  Wedge’a.  -  Czeka  nas  paskudna  rozgrywka.  -  Posiłki  się  przydadzą, 

admirale, ale nie wystarczą.   

-  Nie próbujemy wygrać bitwy, Wedge, tylko  zyskać nieco na czasie.  -  Kre’fey  wskazał  na 

swoje  stanowisko  na  mostku.  -  Sekcja  czujników,  pokażcie  mi  holograficzny  obraz  systemu  i 

zacznijcie  transmisję  danych  taktycznych  na  Coruscant  za  pośrednictwem  tej  kapsuły 

nadawczo-odbiorczej, którą zostawiliśmy na obrzeżach systemu. - W tej chwili, panie admirale.   

-  Doskonale.  -  Na  twarz  admirała  wypłynął  drapieżny  uśmiech.  Z  jego  gardła  wydobył  się 

niski, dudniący warkot, odzwierciedlający pierwotne głębie jego bothańskiej natury. Ten, który 

spychał  w  głąb  siebie  w  kontaktach  z  ludźmi,  wiedząc,  że  zbyt  często  widzieli  jego  złowrogie 

przejawy u bothańskich polityków.   

Z natury jesteśmy drapieżcami, pomyślał. A w tej chwili będę tej natury bardzo potrzebował.   

background image

- Proszę zostać ze mną, generale Antilles. - Głos Kre’feya zabrzmiał nisko i chrapliwie, jakby 

wydobywał się z samej głębi klatki piersiowej. - Może nie pokonamy tu Yuuzhan, ale na pewno 

możemy wyrządzić im poważne szkody. To powinno wystarczyć.   

Jaina przechyliła swój myśliwiec na lewe skrzydło, wprowadzając statek w beczkę, z której 

wyszła  ślizgiem  na  sterburcie.  Trzymała  się  blisko  lewego  skrzydła  Anni.  Podchodziły  ostrym 

kątem  do  formacji  skoczków  przeciwnika,  by  je  ostrzelać.  -  Jestem  gotowa  w  każdej  chwili, 

Dwunastka.   

Anni  pstryknęła  dwa  razy  w  mikrofon,  potwierdzając,  że  ją  usłyszała.  Skorygowały  kurs, 

schodząc nieco na prawo, i podeszły do grupy sześciu skoczków mknących na kursie przejęcia 

„Ostatniej  Szansy”.  W  rozbłysku  błękitu  spod  skrzydła  myśliwca  Anni  wystrzeliła  torpeda 

protonowa.  Ułamek  sekundy  później  to  samo  zrobiła  druga.  Jaina  zmrużyła  oczy.  Jeśli  to  się 

uda… - pomyślała.   

Pierwsza  torpeda  zbliżała  się  do  grupy  skoczków,  których  piloci  zaczęli  generować  bąble 

grawitacyjne,  by  wchłonęły  pocisk,  zanim  trafi  w  myśliwce.  Wykorzystując  taktykę,  która 

okazała  się  skuteczna  na  Dantooine,  dowództwo  Nowej  Republiki  poleciło  zaprogramować 

torpedy protonowe w taki sposób, by detonowały w momencie wykrycia anomalii grawitacyjnej. 

Tak też się stało.   

Piloci  skoczków  zorientowali  się  nagle,  że  lecą  prosto  w  gigantyczną  chmurę  wyzwolonej 

energii.  Formacja  poszła  w  rozsypkę.  Yuuzhańscy  piloci  rozlecieli  się  jak  spłoszone  ptaki; 

myśliwce skręcały pod najdziwniejszym kątem. Niektórzy przelecieli pod chmurą, inni zawrócili, 

by zaatakować napastników. Dwa skoczki rozleciały się, dowodząc skuteczności obranej taktyki. 

Jedyną  słabością  w  konstrukcji  skoczków  koralowych  było  to,  że  te  same  dovin  basale,  które 

manipulowały falami grawitacyjnymi zapewniającymi napęd myśliwca, jednocześnie generowały 

bąble  grawitacyjne.  Analitycy  Nowej  Republiki  zaobserwowali,  że  generowanie  bąbli  wpływa 

negatywnie na sterowność statku. Potrzeba było jednak pilotów Eskadry Łobuzów, by zrozumieć, 

że podobne zjawisko zachodziło również w odwrotną stronę.   

Druga z torped protonowych natknęła się na dwa z odlatujących skoczków i wybuchła. Jeden 

z nich zniknął w jasnym rozbłysku eksplozji. Drugi oberwał w lewą burtę - trafienie stopiło koral 

yorick, wystawiając kabinę pilota na mróz kosmicznej próżni. Skalny statek zszedł z kursu i runął 

w  dół  ku  powierzchni  Garqi,  przemieszczając  się  bezwładnym  lotem  wśród  innych 

międzygwiezdnych szczątków.   

background image

Jaina zogniskowała soczewkę celowniczą na najbliższym yuuzhańskim myśliwcu i wcisnęła 

spust  uruchamiający  ostrzał  rozpryskowy.  Sprzężone  poczwórne  lasery  bluznęły  setką 

niskoenergetycznych  laserowych  strzałek  w  kierunku  celu.  Niewielki  bąbel  grawitacyjny 

wchłonął  część  z  nich,  ale  szybko  zniknął,  umożliwiając  pozostałym  strzałom  penetrację 

skalnego  kadłuba.  W  tej  samej  chwili,  gdy  zobaczyła,  że  laser  przebija  się  przez  poszycie, 

uruchomiła główny spust, posyłając ku celowi poczwórną wiązkę lasera pełnej mocy.   

Szkarłatna  seria  ze  świstem  skoncentrowała  się  na  dziobie  myśliwca.  Dysponowała 

wystarczającą energią, by rozpalić poszycie do białości. Stopiony kamień rozprysł się na boki jak 

skóra odpadająca płatami od poparzonego ciała. Skoczek wszedł w powolny korkociąg, a potem 

zatrząsł się gwałtownie, gdy jego dovin basal zakończył życie. Anni oddała jeden szybki strzał, 

który uszkodził innego skoczka, nie strącając go jednak, a po chwili razem z Jainą były już po 

drugiej  stronie  yuuzhańskiej  formacji.  Wpatrując  się  w  odczyty  z  czujników,  Jaina  zawróciła 

swojego X-skrzydłowca do kolejnego ataku na skoczki. Patrząc w górę, widziała, że bitwa staje 

się  coraz  bardziej  chaotyczna  -  skoczki  i  X-skrzydłowce  kreśliły  w  przestrzeni  pętle  i  beczki, 

pikowały  w  dół  i  wspinały  się  do  góry,  w  coraz  większym  zamieszaniu  i  zamęcie.  Torpedy 

protonowe,  które  okazały  się  tak  skuteczne  w  pierwszym  starciu,  teraz  mogły  z  takim  samym 

prawdopodobieństwem trafić we wroga jak i w sojusznika. Czyli po staremu… - pomyślała Jaina.   

Poza  linią  walk  myśliwców  większe  statki  rozpoczęły  wzajemny  ostrzał.  Dwa  gwiezdne 

niszczyciele klasy Victory, towarzyszące „Zadziornemu”, zaatakowały yuuzhańskie krążowniki z 

góry  i  z  dołu.  Obsypywały  nieprzyjacielską  formację  pociskami  udarowymi  i  kroiły  ogniem 

laserów.  Yuuzhańskie  statki  -  wielkości  korwety  -  przechwytywały  wiele  strzałów,  zanim 

zdążyły dotrzeć do krążownika. Stanowiły jego zewnętrzną linię obrony. Strzały oddawane przez 

nie w odpowiedzi ku okrętom Nowej Republiki zatrzymywały się na ich tarczach - ale tarcze nie 

mogły wytrzymywać w nieskończoność. Jaina poczuła dreszcz wzdłuż kręgosłupa.   

Gdyby  to  była  symulacja,  pomyślała,  nikt  by  nie  wątpił,  że  jest  nas  za  mało.  Jedynym 

wyjściem byłby odwrót i ucieczka, westchnęła. Tyle że to nie symulacja i nie możemy uciekać. 

Nie możemy też wygrać, pozostaje więc tylko mieć nadzieję, iż zadamy im takie straty, że też nie 

będą mogli mówić o zwycięstwie.   

  

Głęboko w trzewiach swojego okrętu Deign Lian uśmiechał się. Przybycie posiłków Nowej 

Republiki  zaskoczyło  go,  ale  szybki  przegląd  sytuacji  upewnił,  że  wydłuży  to  po  prostu  czas 

background image

potrzebny  na  rozgromienie  niewiernych.  Chociaż  skoczki  koralowe  ucierpiały  bardziej,  niż  się 

spodziewał,  a  przybyłe  okręty  wypuściły  nowe  oddziały  mechanicznych  myśliwców,  jego  siły 

nadal  miały  przewagę  liczebną  i  artyleryjską.  Skoncentrował  ataki  na  jednym  z  mniejszych 

statków  Nowej  Republiki.  Działa  yuuzhańskich  okrętów  pluły  plazmą,  bombardując  tarcze 

wroga. Sfera ochronna wokół okrętu zaczęła się kurczyć. Jeszcze jedna czy dwie salwy i tarcze 

opadną,  a  wtedy  plazma  przebije  samo  poszycie,  odzierając  okręt  z  jego  bluźnierczej  parodii 

życia.  A  wtedy,  pomyślał  Deign,  zajmę  się  resztą.  Yuuzhanin  uśmiechnął  się  do  siebie.  Armia 

pochwali  mnie  za  to  zwycięstwo,  uznał.  Moja  pozycja  wzmocni  się  tak  bardzo,  że  kiedy  mój 

obecny  pan  zawiedzie,  nie  będzie  innych  kandydatów  na  jego  stanowisko.  Admirał  Gilad 

Pellaeon, siedząc w tym samym  fotelu,  z którego wielki admirał  Thrawn dowodził „Chimerą”, 

obserwował  holograficzne  odwzorowanie  bitwy  toczącej  się  w  sercu  systemu  Garqi.  Podkręcił 

wąsa,  po  czym  wcisnął  palcem  wskazującym  przycisk  łączności  wbudowany  w  podłokietnik 

fotela. - Sekcja artylerii, czy Kolce są na pozycji?   

- Mam potwierdzenie, że tak, admirale - odpowiedział oficer operacyjny.   

-  Świetnie.  Sekcja  steru,  skok  za  pięć  sekund.  Kurs  według  pliku  Gamma.  Powiedzcie 

dowódcy Kolców, że ma pozwolenie na skok do punktu „Dziewiąta krew”. 

- Rozkaz, admirale!   

Pellaeon zwolnił przycisk i odchylił się na oparcie fotela, łącząc dłonie. Od dziesiątków lat 

marzył o tym, by zaskoczyć oddziały Nowej Republiki w tak niekorzystnej sytuacji. Wystarczyło 

tylko  sięgnąć  po  gotowe  plany  zasadzki  i  wydać  odpowiednie  rozkazy.  Uśmiechnął  się, 

wyobrażając sobie zaskoczenie Nowej Republiki.   

  

Corran wprowadził „Ostatnią Szansę” w beczkę. Następnie uniósł dziób statku w pętli, zanim 

przewrócił  statek  na  plecy  i  zanurkował  na  lewą  burtę.  Dzięki  tym  manewrom  udało  im  się 

uniknąć trafienia, ale Yuuzhanie powoli odciągali ich coraz bardziej od „Zadziornego”.   

- Jacen, masz jeszcze trochę tego środka nasennego w strzykawce?  - Ganner dostał ostatnią 

dawkę. Dlaczego pytasz?   

- Bo zawsze chciałem umrzeć we śnie. - Corran roześmiał się. - Aha, na wypadek, gdybym 

nie  miał  okazji  powiedzieć  ci  tego  później  …  zaimponowałeś  mi  podczas  tej  misji.  Pewnie  w 

obliczu faktu, że zaraz nas rozpylą na atomy, nie ma to dla ciebie większego znaczenia, ale… - A 

niech to Sith porwie!   

background image

- Nie sądziłem, że to cię tak wytrąci z równowagi, żebyś aż zaczaj: przeklinać! - Nie, Corran, 

nie o to chodzi! Ale mam odczyt o dużej liczbie nadlatujących nowych statków. Dwa gwiezdne 

niszczyciele,  jeden  klasy  Imperial  i  jeden  Victory.  Prócz  tego  jeszcze  parę  innych  okrętów. 

Transponder zidentyfikował je jako siły Spadkobierców Imperium. Corran uśmiechnął się.   

- Daj im znać, że nie mamy wrogich zamiarów, Jacenie. A potem trzymaj  się. Może jednak 

jeszcze wyjdziemy z tego cało.   

  

Sparky  zapiszczał,  wyświetlając  na  ekranach  czujników  rufowych  Jainy  dane  taktyczne 

nadlatujących  myśliwców.  Przechyliła  statek  na  lewo,  wchodząc  w  łagodną  beczkę  i  rzuciła 

okiem na monitor. Nigdy nie widziała podobnej konstrukcji. Myśliwce przybyszów miały kulistą 

kabinę jak myśliwce typu TIE, z kapsułą bliźniaczych silników jonowych podwieszoną z tyłu. W 

przeciwieństwie jednak do maszyn typu TIE, te wyposażone były w cztery ramiona, sterczące z 

centralnego punktu kadłuba w miejscu, gdzie kapsuła łączyła się z silnikiem. Były wysunięte do 

przodu i tyłu, jak palce zaciskające się na kabinie pilota, i przypominały nieco ustawieniem płaty 

X-skrzydłowca w pozycji bojowej.   

W słuchawkach rozległy się trzaski zakłóceń, wśród których po chwili usłyszała ludzki głos:   

- Spadajcie, Łobuzy. Teraz są nasi. Tu dowódca Kolców. Bez odbioru.   

Co? Kto? - Jaina ze zdumienia otworzyła usta, kiedy podobne do szponów myśliwce minęły 

ją ciasnym szykiem, w trzech grupach po cztery. Leciały tak blisko i skręcały tak równo, jakby 

kierował  nimi  jeden  mózg,  z  precyzją,  która  odebrała  jej  mowę.  Ich  działa  bluzgały  zielonymi 

pociskami rozpryskowymi, by zaraz potem wystrzelić po parze rakiet, które trafiły w skoczki z 

niewiarygodną  dokładnością.  Ich  kabi  ny  zamieniły  się  nagle  w  wulkany.  Dovin  basale 

zagotowały  się  i  eksplodowały.  Skoczki  poszły  w  rozsypkę,  gdy  trzydzieści  sześć  nowo 

przybyłych szponopodobnych myśliwców przeczesało pole walki.   

Dwa  gwiezdne  niszczyciele,  które  pojawiły  się  w  tym  samym  momencie,  zmieniły 

równowagę sił wśród większych statków. Jeden ustawił się między nieprzyjacielskim okrętem a 

trafionym „Wschodem Taanabu”, który poważnie ucierpiał, bezbronny bez tarcz, z kilkunastoma 

dziurami  wypalonymi  w  kadłubie.  Nowo  przybyły  gwiezdny  niszczyciel  klasy  Victory  - 

„Czerwone  Żniwo”  -  osłonił  „Wschód  Taanabu”  przed  yuuzhańskim  ogniem,  jednocześnie 

ostrzeliwując wrogą korwetę.   

Drugi  okręt  -  „Chimera”  -  przyłączył  się  do  „Zadziornego”,  atakującego  yuuzhański 

background image

krążownik. Okręt otoczył się bąblami grawitacyjnymi, które absorbowały wszystkie strzały, ale 

pozbawiały go niemal całkowicie możliwości manewru.   

Może  nas  tu  tak  trzymać,  dopóki  dovin  basale  nie  stracą  sił,  pomyślała  Jaina.  Nie  mamy 

pojęcia, jak długo może to potrwać.   

-  Dowódca  Łobuzów  do  wszystkich  Łobuzów:  zarządzam  odwrót.  Wracajcie  na 

„Zadziornego”. Wypełniliśmy cel misji i wracamy do domu.   

Jaina  zamrugała  i  sięgnęła  do  Mocy.  Wyczuła  obecność  brata,  całego  i  zdrowego,  na 

pokładzie „Zadziornego”. Teraz możemy wracać, pomyślała.   

Rzuciła  okiem  na  ekrany  czujników  i  zmarszczyła  brwi.  Zobaczyła  ślady  tylko  kilku 

skoczków, zawracające w stronę yuuzhańskiego statku. Szponowate myśliwce kreśliły wymyślne 

wzory  na  polu  bitwy,  eskortując  czwórkami  X-skrzydłowce  w  kierunku  bothańskiego 

krążownika. Jedna czwórka odłączyła się od pozostałych, by zająć pozycje wokół Jainy i Anni.   

- Nie martwcie się, Łobuzy, już was mamy… i doprowadzimy bezpiecznie do domu.   

Protekcjonalny  ton  w  głosie  dowódcy  Kolców  sprawił,  że  Jaina  zagryzła  wargi.  -Kim 

jesteście?   

-  Jesteśmy  najlepszymi  pilotami  wojskowymi  w  galaktyce.  -  Szum  zakłóceń  zagłuszył  na 

chwilę głos dobiegający z głośnika. - Falanga domu Chissów, oddelegowana do Nowej Republiki 

przez mojego ojca, generała barona Soontira Fela.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 22 

  

   

Widok,  jaki  Shedao  Shai  zobaczył  na  powierzchni  Garqi,  nie  przypadł  mu  do  gustu. 

Podchodząc do lądowania małym promem, widział czarną bliznę wypaloną na powierzchni, ale 

dopiero  stojąc  wśród  zwęglonych  szczątków,  skrzypiących  pod  butami,  w  pełni  odczuł  ohydę 

tego  wszystkiego.  Sucha  woń  spalenizny  wypełniła  mu  nozdrza;  chwilami  dochodził  do  tego 

kwaśny odór spalonych ciał.   

Zadowolony,  że  maska  nie  pozwalała  dojrzeć  jego  twarzy,  wykrzywionej  z  obrzydzenia, 

Shedao  Shai  spojrzał  na  podwładnego,  który  leżał  przed  nim  rozciągnięty  na  ziemi.  Stawiając 

nogę na szyi wojownika, przemówił:   

- Powiedziałeś, Runcku Das, że Krąg Val dzielnie walczył, zanim poległ. Jak to się stało, że 

nie zginąłeś u jego boku? Runek wypluł z ust ślinę zmieszaną z popiołem.   

-  Wodzu,  Krąg  Val  rozkazał  mi,  bym  pozostał  z  tyłu,  zbierając  informacje  dla  ciebie  i 

powstrzymując ataki tutejszego ruchu oporu. Chciałem być tu z nim, żeby go chronić, ale mi nie 

pozwolono.   

Deign Lian, stojący u lewego boku Shedao, prychnął gniewnie:   

- Posłuchaj głupiego rozkazu, a odsłonisz się jako całkowity głupiec.   

Dowódca  Yuuzhan  Vong  wyrzucił  ramię  do  przodu.  Wyprężone  palce  trafiły  w  gardło 

adiutanta, wyrywając z niego ochrypły kaszel. Lian dał krok do tyłu. Już zaczął unosić ręce ku 

szyi,  zatrzymał  je  jednak  w  pół  drogi  i  zwinął  dłonie  w  pięści.  Po  chwili  rozluźnił  je  i  powoli 

opuścił  wzdłuż  boków.  Opadł  na  jedno  kolano  i  pochylił  głowę.  -  Błagam  o  wybaczenie… 

panie…   

Shedao Shai zmierzył Liana zimnym wzrokiem i przeniósł spojrzenie na wojownika leżącego 

u jego stóp. - Co tu się stało? Opowiedz mi wszystko.   

Runek rozdrapał ziemię pazurami.   

-  Możemy  się  tylko  domyślać.  Jedyne  informacje,  jakie  mamy,  pochodzą  od  kilku 

Chazrachów, którym udało się uciec. - Jakie więc są wasze domysły?   

Wojownik oblizał szarym językiem poczerniałe wargi.   

- Krąg Val, jak należało, wyzwał na pojedynek dowódcę wrogiego oddziału. Srebrne Ostrze 

nie  odpowiedział.  Zrobił  to  Żółte  Ostrze,  a  potem  jeszcze  jeden  z  pozostałych,  ale  nie  jeedai. 

background image

Krąg  Val  usiekł  pierwszego,  a  potem  rozpłatał  Żółte  Ostrze.  Zabił  go  trzeci  jeedai.  Srebrne 

Ostrze zaczął walczyć z pozostałymi i pokonał ich. Nasi niewolnicy poszli w rozsypkę i uciekli. 

Wróg podpalił to miejsce, a ogień pożarł ciała i ich, i naszych poległych.   

Shedao Shai uderzył się prawą pięścią w okryte zbroją udo, aż zaciśnięte palce rozluźniły się 

i powoli wyprostowały.   

-  A  zanim  tu  dotarliście,  pożoga  wszystko  strawiła.  Nie  zdołaliście  odnaleźć  ich  śladów?  - 

Nie, wodzu, nie byliśmy w stanie nic zrobić.   

-  Mylisz  się,  Runcku  z  domeny  Das.  -  Shedao  Shai  przeniósł  cały  ciężar  ciała  na  nogę 

spoczywającą na szyi wojownika i przekręcił stopę, przerywając mu kręgosłup. - Mogliście być 

szybsi.   

Zerknął na Deigna. Jego adiutant zawahał się, ale po  chwili przyklęknął, by położyć się na 

ziemi.   

- Nie bądź głupi, Deignie Lian. - Yuuzhański dowódca odtrącił nogą podrygujące w ostatnich 

konwulsjach  ciało  Runcka  i  stanął  obok  swojego  adiutanta.  -  Czego  się  nauczyłeś,  pozwalając 

swojej ofierze na ucieczkę? Deign Lian wpatrywał się w sczerniałą ziemię.   

- Że niewierni są przebiegli. Zastawili na nas pułapkę. Gdybyś nie nalegał, panie… Shedao 

Shai kopnął go w pierś i powalił na ziemię w czarnej chmurze pyłu.   

- Jeśli tylko tego cię to nauczyło, to nie jesteś mądrzejszy niż Runek.   

- Ale, mój wodzu…   

- Myśl, Lian, po prostu pomyśl! - Shedao Shai rozłożył okryte rękawicami ręce. - Widzisz tę 

ruinę dookoła i jedyne wrażenie, jakie odnosisz, to że są przebiegli? Przeanalizuj bitwę, w której 

brałeś udział. Prawda jest oczywista. - Próbowałem, panie.   

- Nie dość mocno, Liam - Shedao Shai opanował dreszcz obrzydzenia, jaki wywołała w nim 

niekompetencja  jego  adiutanta.  -  Przybywają  tu  i  zajmują  pozycje,  by  przejąć  jeedai.  Ty 

przybywasz  i  zajmujesz  pozycje,  by  pokrzyżować  im  szyki.  Twoje  siły  mają  przewagę.  Potem 

oni  sprowadzaj  ą posiłki… w dwóch falach. Po co? Opóźnienie drugiej fali nie daje im żadnej 

przewagi  taktycznej.  Jeden  z  ich  statków  odniósł  poważne  uszkodzenia  z  powodu  tego 

opóźnienia.  Ponadto,  biorąc  pod  uwagą,  w  którym  miejscu  systemu  pojawiła  się  druga  fala 

posiłków, liczba punktów, z których mogli nadlecieć, jest ograniczona. Jest stamtąd tylko kilka 

możliwych tras do Nowej Republiki, ale znacznie więcej do Spadkobierców Imperium.   

Yuuzhański dowódca powoli krążył wokół adiutanta.   

background image

-  Co  więcej,  nawet  przybycie  tych  sił  nie  wystarczyło,  żeby  cię  pokonać  i  przegonić  z 

systemu. Zabrali to, po co przyszli, i wycofali się. Przypuszczam zatem, że drugą falę stanowiły 

wojska  Spadkobierców  Imperium,  które  przybyły  tu  we  własnym  celu  i  postanowiły 

interweniować. Lian pokiwał głową.   

- Mądrość mojego wodza jest niezmierzona.   

- Gdyby tak było, wysłałbym z tobą więcej statków. Adiutant uniósł głowę.   

- Skąd wiedziałeś, że powinieneś wysłać ze mną flotę? Shedao Shai zatrzymał się na chwilę.   

- Ta wcześniejsza penetracja systemu przez statek Nowej Republiki nie miała sensu. Gdyby 

im chodziło o zwiad, mogli pozostawić okręt na obrzeżach systemu i wypuścić myśliwce, żeby 

zbliżyły się do planety, zebrały dane i bezpiecznie wróciły. Taką właśnie taktykę zastosowali w 

systemie Sempidala. Jedynym powodem ich przybycia tutaj było zatem dostarczenie statku, który 

następnie  się  rozbił.  A  na  miejscu  katastrofy  zobaczyliśmy  wszystko,  co  spodziewaliśmy  się 

zobaczyć. -Nie rozumiem…   

- To widać - prychnął Shedao Shai. - Nie zrozumieli też tego członkowie ekipy, która badała 

wrak statku. Tak się bali kompromitacji, że nie zauważyli najbardziej oczywistej rzeczy. Jakim 

cudem znaleźli ślady załogi na rozbitym statku, skoro ludzie mogli użyć kapsuł ratunkowych?   

- Ale nie znaleźliśmy również śladów kapsuł ratunkowych…   

-  Właśnie,  bo  ich  tam  nie  było!  -  Yuuzhański  dowódca  zatarł  dłonie.  -  Stąd  możemy 

wnioskować,  że  statek,  którym  uciekli,  był  ukryty  we  wnętrzu  tego,  który  się  rozbił  o 

powierzchnię, a ślady materii organicznej miały nas tylko zmylić. To był podstęp! - Ale jaki był 

powód tej akcji?   

- Lian, jak możesz być taki głupi! - Shedao Shai rozłożył ręce.   

- Idź i dowiedz się, jaki mieli powód. Dowiedz się, dlaczego zniszczyli to miejsce. Ci, którzy 

tu  polegli,  domagają  się  tego  od  ciebie.  Nie  zawiedź  ich.  I  nie  zawiedź  mnie.  -  Jak  rozkażesz, 

panie.   

Shedao Shai odwrócił się plecami od Liana i zaczekał, aż odgłos jego kroków rozpłynie się w 

ciszy,  zanim  odwrócił  się  z  powrotem  i  spojrzał  na  milczący,  złocisty  cień.  -  A  co  ty 

wywnioskowałeś z tych zgliszcz, Elegosie? Caamasjanin wzruszył ramionami.   

-  To  był  ogród,  pozbawiony  znaczenia  militarnego.  Ścigano  ich,  tu  postanowili  się  bronić. 

Reszta to skutki uboczne.   

Yuuzhanin  pozwolił, by  z jego  gardła wydobył  się urywany, chrapliwy śmiech.  - Myślałeś, 

background image

że tak łatwo przyjdzie ci mnie zwieść?   

-  Myślałeś,  że  chciałem  cię  zwieść?  -  Ciemne  oczy  Elegosa  pozostały  szeroko  otwarte  i 

niewinne. - Jeśli Deign Lian nie zdołał dowiedzieć się, dlaczego spalono to miejsce, chociaż jest 

tu od tak dawna, skąd ja mam to wiedzieć po zaledwie godzinie? Shedao Shai zaczął krążyć po 

zgliszczach.  Po  chwili  przywołał  gestem  Elegosa,  by  mu  towarzyszył.  Kiedy  Caamasjanin 

dołączył do niego, zapytał:   

-  Jak  to  możliwe,  że  znosisz  ich  towarzystwo,  Elegosie?  Jesteś  istotą  głęboko  myślącą  i 

pokojowo nastawioną a oni nie mają żadnej z tych cech. Widzę to tutaj wyraźnie. Widziałem to 

też na jednej z waszych planet, na Bimmiel. Jak możesz wytrzymać z istotami tak wyzutymi z 

honoru? Elegos zmarszczył brwi.   

-  Wyzutymi  z  honoru?  Nowa  Republika  wiele  ryzykowała,  by  wydostać  stąd  swój  oddział 

zwiadowczy. To honorowe zachowanie.   

- Tak, być może, ale blednie w porównaniu z innymi ich czynami.   

-  Shedao  Shai  rozłożył  na  boki  wyprostowane  ramiona.  -  Jak  sam  powiedziałeś,  to  miejsce 

nie  ma  żadnego  znaczenia  militarnego,  a  jednak  je  zniszczyli.  Dlaczego?  A  ta  misją  o  której 

mówiłeś… Zabrali martwe ciała tylko po to, by potraktować je jak śmieci i uciec na swój statek.   

- Nawet ty wierzysz, że ciało jest tylko naczyniem, wodzu Shai. Sam mi o tym mówiłeś.   

Shedao Shai odwrócił się, celując w Elegosa palcem.   

-  Tak,  ale  to  naczynie  jest  święte!  Należy  je  traktować  z  szacunkiem  i  troską!  Mamy 

zwyczaje, rytuały, poprzez które okazujemy szczątkom naszych przodków respekt. Pokazywałem 

ci,  jak  wyglądają  kości  naszych  zmarłych  po  tych  obrzędach.  A  tu…  Yuuzhański  dowódca 

zorientował  się,  że  jego  dłonie  drżą  od  gniewu,  który  go  przepełniał.  Przez  chwilę  zamierzał 

zamaskować to uczucie, ale pokonał ten impuls. - Te ciała tutaj spalono tak, jak leżały! Nawet nie 

rozprostowano im członków. Nie złożono razem towarzyszy. Potraktowano je jak śmieci, i to nie 

tylko ciała naszych zmarłych! To mógłbym w pewnej mierze zrozumieć, ale zrobić to samo ze 

zwłokami własnych towarzyszy?   

-  To,  co zrobili ze szczątkami  Yuuzhan, możesz przypisać niewiedzy.  -  Elegos przyklęknął 

obok zwęglonego szkieletu.  - To, co zrobili z własnymi zmarłymi… być może pośpiechowi. Z 

waszą flotą nad głowami nie mogli zapewnić im odpowiedniego pochówku.   

- Być może jest tak, jak sugerujesz. Wiele się od ciebie dowiedziałem, a teraz udzielasz mi 

jeszcze jednej lekcji.   

background image

Elegos uniósł wzrok. Słońce odbijało się jasnym blaskiem od jego złotej sierści. - Nie sądzę, 

bym mógł cię jeszcze czegoś nauczyć, wodzu Shai.   

-  A  jednak.  -  Yuuzhanin  oparł  pięść  o  pięść.  -  Kiedy  mówiono  tu  ojeedai,  nazwanym 

Srebrnym  Ostrzem,  poruszyłeś  się,  niemal  niezauważalnie.  Kiedy  wspomniałem  o  Bimmiel, 

znowu  drgnąłeś  w  sposób,  który  wskazywał,  że  coś  wiesz  o  tym  miejscu.  Zakładam,  że  znasz 

tego jeedai. Znasz Srebrne Ostrze. - Nigdy nie zaprzeczałem, że znam Jedi.   

-  Ale  Srebrne  Ostrze  znasz  lepiej  niż  innych.  Caamasjanin  kiwnął  głową  i  powoli  wstał.  - 

Nazywa się Corran Horn.   

- Koran Hom. - Shedao Shai wypowiedział te słowa powoli i starannie. Skojarzył je w myśli 

ze  smakiem  krwi  jeedai,  której  posmakował  na  Bimmiel.  -Nie  powiedziałeś  mi,  że  to  on  zabił 

mojego krewniaka na Bimmiel. - Nigdy o to nie pytałeś.   

-  Skoro  tak  się  przed  tym  wzbraniasz,  Elegosie,  to  nie  tylko  go  znasz,  ale  jest  ci  bliski. 

Myślałeś,  że  osłonisz  przyjaciela  przed  moim  gniewem?  Caamasjanin  podniósł  głowę, 

odsłaniając gardło.   

- Być może, wodzu Shai, to ciebie osłaniam.   

- A więc istotnie jest ci bliski i boisz się o niego. - Shedao popukał palcem w swoją maskę w 

miejscu,  gdzie  okrywała  podbródek.  -  Twoja  lojalność  jest  godna  pochwały,  ale  czemu  jesteś 

lojalny wobec tak nędznego osobnika? Nie mogę tego zrozumieć. Jesteś na to zbyt mądry.   

- Corran nie jest głupi ani pozbawiony honoru. - Elegos złączył dłonie za plecami. - Żaden z 

Jedi  nie  jest  głupi,  podobnie  jak  mało  który  z  przywódców  Nowej  Republiki.  Zbyt  wiele  im 

przypisujesz niewiedzy i nieznajomości waszych zwyczajów, a za mało o nich wiesz, by móc ich 

zrozumieć.   

- Ależ, Elegosie, wiele mnie o nich nauczyłeś. Wiele zrozumiałem.   

Caamasjanin uśmiechnął się słabo.   

-  Ja  też  podczas  pobytu  u  was  poznałem  trochę  wasze  zwyczaje.  Skłaniam  się  ku 

przypuszczeniu,  że  możliwe  jest  między  nami  porozumienie.  Ta  wojna  nie  musi  trwać  w 

nieskończoność.   

- Wcale bym tego nie chciał. - Shedao Shai skrzyżował ramiona na piersiach. - Gdybym miał 

nawiązać z nimi rozmowy, potrzebowałbym wysłannika, któremu mógłbym całkowicie ufać. Nie 

znam  takiego  wśród  moich  ludzi.  Elegos  przymknął  oczy.  -  Ja  mógłbym  być  twoim 

ambasadorem.   

background image

-  Istotnie,  to  doskonały  pomysł.  -  Shedao  Shai  powoli  pokiwał  głową  i  odwrócił  się, 

wzywając gestem Elegosa, by poszedł za nim. - Chodźmy. Przygotuję cię, żebyś mógł dostarczyć 

wiadomość dla jeedai… wiadomość, którą na pewno zrozumieją.   

 

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 23 

  

   

Choć  pokój  z  Imperium  trwał  już  od  ponad  sześciu  lat,  Corran  wciąż  odbierał  obecność 

admirała Gilada Pellaeona w sali odpraw „Zadziornego’ jako dysonans. Admirał Kre’fey powitał 

Pellaeona  ciepłym  uściskiem  dłoni.  Imperialny  admirał  ukłonił  się  mistrzowi  Skywalkerowi,  a 

potem  odwrócił  się  i  uśmiechnął  do  Corrana.  -  Miałem  okazję  zapoznać  się  z  pana  wstępnym 

raportem z Garqi. Dobra robota. Corran zamrugał i kiwnął głową.   

-  To  Jacen  Solo  napisał  ten  raport.  Ja  poprawiłem  tylko  parę  błędów.  Przekażę  mu  pańską 

uwagę.   

-  Cieszę  się.  -  Pellaeon  zajął  miejsce  naprzeciwko  Corrana  przy  romboidalnym  stole. 

Admirałowi  Kre’fey  przypadło  miejsce  u  góry  stołu,  a  na  prawo  od  Bothanina  obok  Corrana 

zasiadł mistrz Skywalker. - Znaleźliśmy się w kiepskim położeniu.   

Kre’fey usiadł.   

-  To prawda, i  to  pod wieloma względami. Nie wiem,  jak mam panu dziękować za pomoc. 

Pańscy wywiadowcy w szeregach Nowej Republiki muszą być wyjątkowo skuteczni.   

-  Nie  tak  skuteczni,  jak  pan  sobie  wyobraża.  -  Imperialny  admirał  pochylił  się  do  przodu z 

dłońmi  mocno  przyciśniętymi  do  ciemnego  blatu.  -  Możemy  rozmawiać  otwarcie…  i 

powinniśmy  to  zrobić,  zanim  przylecą  tu  wasi  politycy.  Sprowadziłem  tu  swoje  siły,  kiedy 

dowiedziałem  się  o  waszej  nieudanej  operacji.  Wyszedłem  z  założenia,  że  albo  udało  wam  się 

umieścić wywiadowców na planecie, albo nie powiodła się wcześniejsza próba wydostania ich. 

To  sugerowało,  że  na  Garqi  znajduje  się  coś  cennego,  a  ja  chciałem  wiedzieć,  co  to  jest. 

Pojawiłem się więc w systemie dwa dni po waszym przylocie.   

- Dane, które uzyskaliśmy, zostałyby panu niezwłocznie przekazane niezależnie od tego, co 

mogą o tym myśleć moi zwierzchnicy. - Kre’fey podrapał się pazurem po szyi. - Zgadzam się, że 

musimy porozmawiać otwarcie, zanim politycy zdołają wszystko zagmatwać.   

Corran westchnął i osunął się niżej na krześle. Ich siły wykonały skok na obrzeża systemu 

Garqi, gdzie spotkały się z flotą Imperium, by zaraz udać się najprostszym kursem ku Ithorowi. 

Admirał Kre’fey wezwał posiłki, zespoły badawcze i oddziały wspomagające, co zaalarmowało 

Coruscant.  Wprawdzie  władze  zawiadomiły  ich,  że  postarają  się  wysłać  wszystko  jak 

najszybciej, okazało się jednak, że wraz z posiłkami na Ithor przybędzie również Borsk Fey’lya z 

background image

grupą  senatorów  i  ministrów.  Nikt  nie  miał  wątpliwości,  że  kiedy  przyjadą,  będą  tylko 

przeszkadzać w operacji, która powinna zachować charakter wojskowy.   

-  Nie  mam  złudzeń,  admirale  Kre’  fey…  moffowie  będą  równie  mocno  sprzeciwiać  się 

mojemu  udziałowi  w  obronie  Ithoru,  jak  pańscy  przywódcy  działaniom  Imperialnych  Sił 

Zbrojnych  na  obszarze  Nowej  Republiki.  -  Pellaeon  zmrużył  oczy.  -  Oni  patrzą  na  to  z  innej 

perspektywy.  Bitwa  o  Ithor  określi  przyszłe  losy  wojny  przeciwko  Yuuzhan  Vong.  Jeśli 

wygramy, będzie to oznaczać, że jesteśmy w stanie ich powstrzymać, a może nawet przegnać z 

galaktyki.  Jeśli  natomiast  przegramy…  cóż,  wtedy  bardzo  sceptycznie  oceniam  szanse 

przetrwania Nowej Republiki. I Spadkobierców Imperium również.   

-  Niewątpliwie  jesteśmy  w  wyjątkowo  trudnej  sytuacji.  -  Bothanin  spojrzał  imperialnemu 

admirałowi  prosto  w  oczy.  -  Powinien  pan  wiedzieć,  admirale,  że  nie  dysponujemy  żadną  z 

dawnych imperialnych superbroni. Informacje o ich zniszczeniu były prawdziwe, niezależnie od 

wszelkich pogłosek, jakie nadal na ten temat krążą. Pellaeon uśmiechnął się.   

-  My  również  nie  chowamy  nic  w  zanadrzu.  Zresztą  nie  na  wiele  by  nam  się  to  przydało. 

Trudno byłoby zastosować je w obronie.   

-  A  Nowa  Republika  nigdy  nie  zgodziłaby  się,  by  Imperium  sprowadziło  taką  broń  na  jej 

terytorium.  -  Kre’fey  przytaknął.  -Obrona  Ithoru  będzie  wystarczająco  trudna  nawet  bez 

superbroni.   

-  To  prawda,  mamy  trudne  zadanie.  -  Luke  potarł  dłonią  usta.  -Mamy  tu,  na  Ithor,  co 

najmniej  kilka  problemów.  Pierwszy  ma  charakter  naukowy.  Możemy  łatwo  uzyskać  szczepy 

baforowców z gatunku tych, które rosły na Garqi. Jednak wyhodowanie z nich drzew zdolnych 

do  wyprodukowania  pyłku  zajmie  całe  lata.  Nawet  jeśli  zabierzemy  stąd  sadzonki  i  zasadzimy 

gaje baforowców na wszelkich nadających się do tego planetach Nowej Republiki, zanim drzewa 

dojrzeją, by móc wyprodukować pyłek, może minąć nawet dziesięć lat. Corran zmarszczył brwi.   

-Ale  przecież  Ithorianie  są  znani  z  umiejętności  klonowania  i  manipulacji  genetycznych  na 

roślinach.  Mój  dziadek  kontaktuje  się  z  nimi  na  bieżąco  w  sprawie  swoich  eksperymentów 

botanicznych. Na pewno będą umieli zsyntetyzować pyłek. Mistrz Jedi skrzywił się.   

-I  to  nas  prowadzi  do  drugiego,  znacznie  poważniejszego  problemu,  pomijając  nawet 

kwestię, czy sztuczny pyłek będzie równie skuteczny. Organizacja społeczeństwa ithoriańskiego 

skoncentruje  się  wokół  religii,  która  uznaje  za  święte  drzewa,  planetę  i  życie.  Gdybyśmy 

poprosili ich o wyprodukowanie dajmy na to leku… czegokolwiek, co służy podtrzymaniu życia, 

background image

zgodziliby  się  bez  wahania.  Ale  my  mamy  ich  poprosić,  by  stworzyli  coś,  czego  zamierzamy 

użyć  jako  broni.  Nie  zrobią  tego.  Kre’fey  uniósł  jasną  brew.  -  I  nie  ma  sposobu,  żeby  ich 

przekonać?   

Luke niepewnie wzruszył ramionami.   

-  Rozmawiałem  z  Relalem  Tawronem,  arcykapłanem,  który  zastąpił  Momawa  Nadona  na 

stanowisku przywódcy Ithorian. Skoro baforowce na Garqi rozsypały pyłek podczas bitwy, to na 

pewno Ithorianie pozwoliliby nam zebrać pyłek i stworzyć nowe plantacje baforowców. Uznali 

działanie drzew na Garqi za ich zgodę na przeciwstawienie się agresji Yuuzhan. Nie są jednak 

skłonni odstąpić od innych zasad swojej religii. Na przykład absolutnie nie chcą pozwolić, żeby 

ktokolwiek postawił stopę na powierzchni ich planety. Pellaeon potrząsnął głową.   

- Wątpię, czy Yuuzhanie zastosują się do tego życzenia.   

-  Relal  to  wie  i  dlatego  zgodziłby  się,  żeby  względy  praktyczne  wzięły  w  tym  przypadku 

górę, ale to będzie wymagało spełnienia przez nas pewnych warunków. Ludzie, których wyślemy 

na powierzchnię, muszą zostać pobłogosławieni… albo zastosować się do pewnych ograniczeń. 

Bothański admirał odchylił się na oparcie krzesła.   

-  Arcykapłan  musi  zrozumieć,  że  o  takich  ograniczeniach  można  łatwo  zapomnieć  w 

gorączce bitewnej. Luke pokiwał głową.   

- Nie powiedział tego, ale wyczuwam, że tak właśnie to widzi. Jest w bardzo trudnej sytuacji. 

Ithorianie są pacyfistami. Ta inwazja, a nawet przygotowania do niej, mogą podzielić tamtejszą 

społeczność. Corran pochylił się do przodu.   

-  Ale  jednak  wszyscy  zgodziliśmy  się,  że  zniszczenie  Peskdtańskich  Ogrodów 

Ksenobotanicznych  pozwoliło  nam  tylko  zyskać  na  czasie.  Yuuzhanie  prędzej  czy  później 

zaatakują  Ithor.  Skoro  zagrożenie  istnieje,  nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  po  prostu  wpadli  do 

systemu i użyli dovin basali, by ostrzelać planetę gradem asteroid. Jeden potężny meteoryt i życie 

na planecie zginie.   

-  Możemy  obserwować  system  po  tym  kątem.  -  Pellaeon  kiwnął  głową.  -  Asteroidy  nie 

nadlecą tak szybko, żebyśmy nie zdążyli ich przedtem zetrzeć w proch.  -Wydaje mi się jednak, 

Corran,  że  jeżeli  dla  Yuuzhan  materiał  biologiczny  pełni  mniej  więcej  taką  rolę  jak  u  nas 

maszyny, będą chcieli lepiej poznać Ithor. - Luke na chwilę przymknął oczy. - Sprawozdania o 

ich poczynaniach na Garqi dobitnie świadczą o tym, czego mogliby dokonać na planecie takiej 

jak Ithor.   

background image

-  Nie  będę  się  z  tobą  kłócił.  Rzeczywiście,  w  drugiej  fazie  ataku  nie  zdarzyło  się  nic 

podobnego  do  zagłady  Sempidala,  więc  może  yuuzhańskie  dowództwo  zaczęło  postępować 

trochę  bardziej  logicznie.  -  Korelianin  wzruszył  ramionami.  -  W  takim  razie  standardowa 

obrona?  Dopaść  ich  w  przestrzeni,  utrudniając  lądowanie,  a  potem  zaangażować  w  walkę  na 

powierzchni planety? Kre’fey pokiwał głową.   

- Wolałbym powstrzymać ich, zanim dotrą na powierzchnię, ale bylibyśmy głupi, gdybyśmy 

zaniedbali 

obronę 

naziemną. 

Mamy 

tu 

kilka 

elitarnych 

oddziałów, 

zarówno 

noworepublikańskich, jak i imperialnych, które możemy rozlokować na powierzchni. Są na tyle 

zdyscyplinowane,  że  będą  w  stanie  zastosować  się  do  ograniczeń  narzuconych  przez  Ithorian, 

przynajmniej zanim nie zrobi się naprawdę gorąco.   

Bothański admirał spojrzał na swojego imperialnego kolegę.   

-  Jednak  ostateczna  decyzja,  admirale,  będzie  należeć  do  pana.  Pellaeon  wyglądał  na 

zaskoczonego. - Co właściwie ma pan na myśli?   

Kre’fey uśmiechnął się ostrożnie.   

-  Z  nas  wszystkich  ma  pan  najdłuższy  staż  i  daleko  większe  doświadczenie  niż  ja. 

Kilkakrotnie  walczyłem  z  Yuuzhanami  i  ani  razu  nie  udało  mi  się  odnieść  zdecydowanego 

zwycięstwa, więc chyba nie dostaje mi pewnych umiejętności. Chciałbym, aby to pan dowodził 

obroną Ithoru. Corran uniósł brew.   

- No, naszym politykom to się nie spodoba. Bothanin błysnął kłami.   

-  To  zależy,  jak  im  to  sprzedamy.  Powiemy  im  tylko  o  wspólnym  planowaniu  i  takich  tam 

rzeczach, ale kiedy zacznie się bitwa, chciałbym, żeby to jednak pan dowodził, admirale. Wtedy 

będzie już za późno, by mogli oponować. Pellaeon pokiwał głową.   

- Będzie pan naturalnie drugą osobą w łańcuchu dowodzenia.   

- Dziękuję, to dla mnie zaszczyt. Twarz imperialnego admirała rozpogodziła się na chwilę.   

- Kto następny? Mistrz Skywalker? Bothański generał spojrzał na Luke’a.   

-  Jedi  brali  udział  w  walkach  na  powierzchni  Dantooine,  a  potem  także  na  Bimmiel.  Czy 

możemy na nich liczyć również tutaj?   

Luke  złączył  palce,  a  Corran  wyczuł  falę  psychicznego  cierpienia  u  swojego  mistrza. 

Rycerze  Jedi  nie  stanowili  wprawdzie  formacji  wojskowej,  ale  zostali  wyszkoleni  do  walki  z 

zastosowaniem technik, które mogły się bardzo przydać na Ithor. Ze względu na bogactwo życia 

na  planecie  Moc  była  na  niej  wyjątkowo  silna,  a  zatem  Jedi  mogli  skutecznie  pełnić  rolę 

background image

obrońców  planety.  Luke  obawiał  się  jednak,  że  podczas  walki  mogły  powstać  sytuacje,  które 

wymagały-od nich przekroczenia granicy działań czysto  defensywnych.  Mistrz Jedi spojrzał  na 

Corrana. - Co ty na to?   

-  Musimy  wziąć  udział  w  obronie,  to  nie  podlega  dyskusji.  -  Corran  westchnął.  -  Mówiąc 

krótko,  całej  planecie  grozi  niewola.  Nie  jestem  pewien,  czy  cokolwiek,  w  czym  będziemy  tu 

uczestniczyć…  może  z  wyjątkiem  zabijania  niewinnych…  stanowi  domenę  ciemnej  strony. 

Jestem  przekonany,  że  żadnego  z  Yuuzhan,  którzy  postawią  nogę  na  planecie,  nie  można  by 

nazwać niewinnym.   

-A jeśli trafi się wam Yuuzhanin, który się podda? - zapytał Pellaeon. Luke potrząsnął głową.   

-Niewolnicy, którzy wchodzą w skład ich oddziałów pomocniczych, nie mogą się poddać, a 

jeżeli chodzi o samych Yuuzhan… cóż, ciężko mi uwierzyć, by mieli się na to zdobyć.   

- Chyba nie dowierzałbym żadnemu z nich, który by się poddał. - Corran zmarszczył brwi. - 

Czy to nie Mara spotkała na Dantooine paru takich, którzy zabili kilku cywilów, żeby potem pod 

osłoną maskerów ooglith zabijać następnych? Bothanin postukał pazurem o blat stołu.   

-  Słuszna  uwaga.  Będziemy  musieli  przeanalizować  normalne  zasady  walki  i  poinstruować 

naszych  ludzi,  że  Yuuzhanie  mogą  nie  respektować  naszych  wyobrażeń  o  traktowaniu  jeńców, 

którzy się poddają. Nie  znamy Yuuzhan, nie wiemy  nic o ich kulturze i tradycjach. To bardzo 

utrudnia opracowanie jakiejkolwiek sensownej strategii. Możemy snuć przypuszczenia, możemy 

wyciągać wnioski, ale tak naprawdę to nic nie wiemy. Pellaeon uśmiechnął się.   

-  Wielki  admirał  Thrawn  potrafił  wiele  wywnioskować  na  temat  swoich  wrogów,  studiując 

ich sztukę. Nie wiem, co powiedziałby o Yuuzhanach, ale tych kilku Chissów, którzy przybyli z 

Nieznanych  Terytoriów,  aż  pali  się  do  walki  przeciwko  nim.  -  Tak,  Chissowie  w  ich 

statku-szponie.  -  Kre’fey  wygładził  sierść  na  karku.  -  Może  być  pan  pewien,  że  Coruscant  się 

wścieknie, kiedy usłyszy, że leci tu cały kontyngent ziomków Thrawna. Na pewno wielu z nich 

będzie  uważało,  że  sprowadził  pan  tu  Chissów,  by  przy  ich  pomocy  wykroić  sobie  następne 

Imperium z terytoriów Nowej Republiki. Imperialny admirał wzruszył ramionami.   

-  Mógłbym  to  zrobić,  gdybym  wiedział,  że  istnieją,  ale  nie  byłem  wtajemniczony  we 

wszystkie  plany  Thrawna.  Kiedy  wysłaliśmy  wezwanie  do  wszystkich  oddziałów  i  agentów 

Imperium  niezależnie  od  miejsca  pobytu,  ta  formacja  po  prostu  przyleciała  razem  z  innymi,  z 

pozdrowieniami od barona Fela i pod dowództwem jego syna. Corran pokręcił głową. - I nikt o 

nich wcześniej nie wiedział?   

background image

-  Ja  wiedziałem.  -  Luke  powiedział  to  tak  cicho,  że  Corran  nie  był  pewien,  czy  się  nie 

przesłyszał.  -  Dawno  temu,  jeszcze  w  czasach  kryzysu  bothańskiego,  kiedy  szukałem  Mary, 

natknąłem  się  na  admirała  Parcka  i  barona  Fela.  Nadzorowali  instalację  wojskową,  w  tym 

również komorę klonującą dla następcy Thrawna. Powiedzieli mi, że na Nieznanych Terytoriach 

toczą się walki, które w jakiś sposób mogą zagrozić Imperium. Nie stanowili jednak zagrożenia 

dla  nas,  a  poinformowanie  o  ich  obecności  zakłóciłoby  tylko  wysiłki  zmierzające  do  zawarcia 

pokoju z Imperium.   

Kre’fey zamrugał oczami fioletowymi w złote plamki.   

-  Gdyby  pewni  ministrowie  wiedzieli,  że  przemilczał  pan  taką  informację,  uznaliby  to  za 

niezbity dowód, że dąży pan do zapewnienia Jedi hegemonii i że myśli pan o wykorzystaniu w 

tym celu Chissów. Corran zmarszczył czoło.   

- To bzdura!   

- Och, wiem. Mówię wam tylko, co się stanie, jeśli ta informacja wydostanie się na zewnątrz. 

Dla naszych celów wystarczy, że wiemy, iż tę flankę mamy obstawioną. To dobrze. - Bothanin 

spojrzał na Pellaeona. - Jak duże siły zbrojne jest pan w stanie tu sprowadzić?   

-  Moi  ludzie  nadal  opracowują  plany.  Ale  na  pewno  co  najmniej  jedną  pełną  grupę 

operacyjną:  cztery  imperialne  gwiezdne  niszczyciele,  osiem  gwiezdnych  niszczycieli  klasy 

Victory  i  odpowiednią  liczbę  okrętów  wspomagających.  Możemy  sprowadzić  wszystkich  tutaj 

albo  posłać część na Yaga Minor, by miała oko  na Garqi, skoro założymy, że atak zacznie się 

stamtąd. Kre’fey przytaknął.   

- Mogę zgromadzić podobne siły, chociaż część statków będzie musiała pozostać w układzie 

Agamaru.  Będą  trzymać  w  szachu  Garqi  i  osłaniać  ewentualnych  uciekinierów.  Jeśli  zajdzie 

potrzeba, mogę odwołać te siły z Agamaru, ale to będzie oznaczało, że planeta jest stracona.   

Słysząc  słowa  Bothanina,  Corran  poczuł,  że  ściska  mu  się  serce.  Chociaż  nie  chciał  w  to 

wierzyć, istniało duże prawdopodobieństwo, że Agamar stanie się celem ataku Yuuzhan Vong i 

zostanie  podbity.  Podbój  Agamaru  mógł  zaś  być  tylko  wstępem  do  agresji  na  Ithor,  stanowiąc 

wygodną  bazę  wypadową  do  ataku.  Nawet  niewielkie  zaangażowanie  Nowej  Republiki  w 

pobliżu Agamaru osłabiało jej siły obronne wokół Ithoru. Yuuzhanie musieli zaatakować Ithor i 

nie  mogli  z  tym  zbytnio  zwlekać;  w  przeciwnym  razie  Nowa  Republika  zdołałaby  zgromadzić 

flotę tak potężną, że nie zdołaliby jej pokonać.   

Istotą  problemu  z  Agamarem  było  jednak  to,  że  jego  utrata  odcięłaby  praktycznie 

background image

Spadkobierców  Imperium  od  Nowej  Republiki,  zamykając  najważniejszy  hiperprzestrzenny 

korytarz pomiędzy nimi. Poza Ithorem najbliższym światem Nowej Republiki stawał się wtedy 

Ord Mantell, ale podróż z Yaga Minor na Ord Mantell nie była łatwa i wymagała kilku krótszych 

skoków  oraz  wiele  czasu.  Corran  nie  był  pewien,  jak  dużą  pomoc  w  walce  z  Yuuzhan  Vong 

Imperium będzie mogło im zapewnić na dłuższą metę. Pellaeon wzruszył ramionami.   

- Każdy wojskowy ma zawsze ten sam problem. Wiemy, jak powinniśmy rozmieścić siły, by 

zapewnić im maksymalną skuteczność. Obaj też wiemy, że w tej rozgrywce kluczem jest Ithor. 

Yuuzhanie przybyli z dostatecznie mocnymi siłami, żeby go podbić. Jeśli osłabimy obronę innej 

planety,  podsuniemy  im  alternatywny  cel.  Pewni  ludzie  ucierpią,  by  ocalić  innych.  Rozum 

podpowiada  nam  najrozsądniejsze  rozwiązanie,  tyle  tylko  że  w  sercu  trudno  nam  się  z  nim 

pogodzić. Rozłożył ramiona.   

-  Mamy  około  dwóch  tygodni,  zanim  zjawią  się  tu  wasi  przywódcy.  Wyobrażam  sobie,  że 

pojawi się też paru moich. Przez ten czas musimy opracować plan, z którego będzie wynikać, że 

dzielimy się obowiązkami i ryzykiem dla pożytku ogółu. Oznacza to, że będziemy musieli pójść 

na  pewne  ustępstwa  polityczne,  które  mogą  nam  się  nie  podobać,  de  facto  wiążąc  sobie  ręce 

jeszcze przed bitwą. Nie jestem  tym  zachwycony, podobnie jak wy, ale jeśli  tego nie zrobimy, 

nasi przywódcy, walcząc między sobą, skrępują je nam własnymi więzami. Zdecydowanie wolę 

pęta, które sam sobie wybiorę,   

niż  te,  które  im  mogą  przyjść  do  głowy.  -  Oczy  admirała  rozbłysły.  -  W  końcu  kiedy  sam 

nakładam sobie więzy, czynię to ze świadomością, że potrafię je zdjąć. A w nadchodzącej bitwie, 

jeśli  nie  stworzymy  sobie  takiej  możliwości,  to  wszyscy…  i  Ithor,  i  Nowa  Republika,  i 

Imperium… będziemy zgubieni.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 24 

  

   

Jaina  odbierała  przyjęcie  jako  nie  kończącą  się  serię  absurdów.  Po  pierwsze,  ta  oficjalna 

uroczystość  miała  miejsce  na  pokładzie  „Tafanda  Bay”,  jednego  z  ithoriańskich  statków-miast 

unoszących  się  leniwie  ponad  dżunglą.  W  przykrytych  kopułami  z  transpastali  statkach  z 

własnymi  ekosystemami,  pełnymi  bujnej  roślinności,  utrzymywano  wysoką  temperaturę  i  dużą 

wilgotność powietrza. Na co dzień nie miała nic przeciwko temu, ale w oficjalnych szatach Jedi 

czuła, że atmosfera jest ciężka i przytłaczająca.   

Sam  pomysł,  by  na  planecie  będącej  celem  wrogiego  ataku  urządzać  oficjalne  przyjęcie, 

wydał  jej  się  całkowicie  niewłaściwy.  Wolałaby  być  teraz  na  pokładzie  „Zadziornego”  wśród 

pozostałych  członków  Eskadry  Łobuzów.  Pułkownik  Darklighter  został  zaproszony  na  bankiet 

jako reprezentant całej eskadry, a Jaina nie mogła się pozbyć wrażenia, że stało się tak, bo spece 

od  protokołu  dyplomatycznego  obawiali  się,  by  piloci  zbyt  wyraźnie  i  głośno  nie  wypowiadali 

swojego zdania, zakłócając tym przebieg uroczystości.   

Napięcie  wśród  zgromadzonych  na  sali  było  niemal  równie  przytłaczające,  jak  wilgotność. 

Przyjęcie  odbywało  się  w  przestronnym  pomieszczeniu  o  przeszklonym  suficie,  ale  gałęzie 

wysokich drzew nad głowami tylko chwilami pozwalały dostrzec nocne niebo. Jeszcze bardziej 

imponujące  niż  drzewa  wrażenie  robiły  ściany  i  podłogi,  wyłożone  drewnem  o  głębokim, 

bursztynowym  odcieniu  z ciemniejszymi pasmami słojów. Tworzyło  to  mozaikę o swobodnym 

rysunku,  pełnym  płynnych,  giętkich  linii.  Jaina  miała  ochotę  śledzić  strukturę  słojów  w 

nieskończoność, niestety, grupy dyplomatów raz po raz zasłaniały jej widok.   

Z  wieloletniej  obserwacji  matki  uczestniczącej  w  podobnych  uroczystościach  -  a  także  z 

własnego  doświadczenia  -  doskonale  wiedziała,  że  kontakty  dyplomatyczne  funkcjonowały  na 

zupełnie  nierealnej  płaszczyźnie.  Postawieni  twarzą  w  twarz  śmiertelni  wrogowie  byli 

uprzedzająco grzeczni, bezlitośnie spiskując za zamkniętymi drzwiami. Nawet admirał Kre’fey i 

pułkownik  Darklighter  powstrzymywali  się  od  krytycznych  uwag  na  temat  politycznych 

ograniczeń nakładanych na ich działania, podtrzymując iluzję, że wszystko jest w jak najlepszym 

porządku.   

Przynajmniej będą musieli być mili i dla Jedi, westchnęła w duszy Jaina.   

- Cóż za przejmujące westchnienie. Czy ulżyło twej strapionej duszy?   

background image

Jaina odwróciła się i uśmiechnęła, rozpoznając głos.   

- Tak, Gannerze. Trochę ulżyło. - Udało jej się utrzymać uśmiech na ustach mimo wstrząsu 

na widok świeżej blizny przecinającej jego twarz. Rycerz pociągnął łyk wina i kiwnął głową.  - 

To może i ja powinienem sobie powzdychać.   

-  Dlaczego?  Aha,  rozumiem…  -  Za  plecami  Gannera  w  niebiesko-czarnych  szatach  Jedi 

zobaczyła grupkę innych rycerzy, mizdrzących się do Kypa Durrona.  - Słyszałam, że zaistniały 

pewne kłopoty.   

Ganner posłał jej kpiący uśmiech, z którym było mu bardzo do twarzy.   

-  Moje  przeżycia  na  Bimmiel,  a  zwłaszcza  na  Garqi,  były  bardzo…  otrzeźwiającym 

doświadczeniem. Wezwano tu wielu Jedi, żeby pomogli w walce przeciw Yuuzhanom, do czego 

aż  się  palą,  a  moje  szczere  opinie  na  temat  tego,  z  jak  niebezpiecznym  wrogiem  mamy  do 

czynienia, nie wzbudziły w nich entuzjazmu. Realizm w ich oczach oznacza defetyzm.   

- Pewnie fakt, że uratowałeś życie Corranowi na Bimmiel, niewiele pomógł.   

Ganner roześmiał się cicho.   

-  Nie,  rzeczywiście.  Ale  niczego  nie  żałuję.  Wiele  się  przy  nim  nauczyłem.  To  była 

dokładnie  ta  lekcja,  którą  powinienem  był  przerobić.  Cieszę  się,  że  żyłem  dość  długo,  by 

skorzystać z tej okazji. Jaina spuściła wzrok. - Przykro mi, że zostałeś ranny.   

- A mnie nie. - Zmrużył niebieskie oczy. - Zanim nie dorobiłem się tej blizny, łatwo mi było 

uwierzyć,  że  jestem  niezwyciężony.  Byłem  na  tyle  arogancki,  że  uważałem  się  za  chodzącą 

doskonałość.  To  pułapka,  w  którą  wpadają  właśnie  Kyp,  Wurth,  Octa  i  cała  świta.  Myślą,  że 

ponieważ  do  tej  pory  nie  zostali  ranni,  również  w  przyszłości  nie  może  im  się  przytrafić  nic 

złego. Ja jestem daleki od takich iluzji.   

- Ja chyba też. - Jaina poruszyła zesztywniałymi z napięcia ramionami, próbując je rozluźnić. 

-  Dużo  ćwiczyliśmy  na  symulatorach,  przygotowując  się  do  walki  z  Yuuzhanami.  Mam 

pięćdziesiąt procent szans, że przeżyję prawdziwy atak. Ganner skrzywił się. -To nie najlepiej.   

-  Nie jest  tak źle, jak by się mogło  wydawać. Czasami podczas  symulacji latam  skoczkiem 

koralowym, żeby pomóc wyszkolić innych. Piloci imperialni czasem potrafią je podziurawić, ale 

naprawdę zabójczym przeciwnikiem są Chissowie.   

- Wyczułem ich obecność, ale jeszcze nie widziałem żadnego z nich.   

-  Ja  też  nie,  chyba  że  na  rufowym  monitorze  X-ski7ydłowca  albo  skoczka,  na  chwilę 

przedtem,  jak  mnie  przyszpilili.  -  Spojrzała  w  kierunku  środka  wielkiej  sali,  gdzie  zebrała  się 

background image

większość  ludzi.  Wzniesiono  tu  rodzaj  podium,  z  którego  Relal  Tawron  i  jego  świta  witali 

dygnitarzy Nowej Republiki.   

- Wygląda na to, że nasi już zaczęli wymieniać ukłony. Potem kolej na ludzi Imperium, a za 

nimi pewnie na Chissów.   

- Ciekawie będzie przyjrzeć im się z bliska. - Zrobił zamaszysty gest. - Panie przodem.   

-  Dzięki.  -  Jaina  zawahała  się  przez  chwilę,  trochę  z  powodu  niespodziewanej  galanterii 

Gannera, a trochę dlatego że miała niepohamowaną ochotę, by obejrzeć  Chissów. A właściwie 

ich dowódcę.   

Zaczęła  się  czerwienić,  ale  odepchnęła  uczucie  zawstydzenia,  pozwalając  mu  przekształcić 

się  w  irytację.  W  czasie  wszystkich  symulacji  latała  naprawdę  dobrze.  Może  nie  zawsze  była 

najlepszym  pilotem  eskadry,  ale  niewiele  jej  do  tego  brakowało.  Za  każdym  razem,  kiedy 

walczyła  przeciwko  Chissom  i  ginęła,  to  ich  dowódca  był  tym,  który  ją  zestrzelał.  Nie  sądziła 

wprawdzie, że wybierał ją rozmyślnie, ale żeby się co do tego upewnić, musiała sprawdzić dane 

statystyczne o zarejestrowanych przez symulator potyczkach.   

Za  każdym  razem  dowódca  Chissów  atakował  najpierw  najlepszych  pilotów  przeciwnika, 

kolejno  eliminując  coraz  słabszych.  Żaden  z  atakowanych  mu  tego  nie  ułatwiał,  a  zarówno 

Wedge, jak i Tycho zdołali go po razie zestrzelić. Jednak w każdym zestawieniu wyników, jakie 

generował  program  statystyczny  symulatora,  wysuwał  się  na  prowadzenie.  Nie  miałaby  nic 

przeciwko temu, gdyby Chissowie ograniczali się do tego. Nie przejmowała się, że ją trafiali, ale 

nie znosiła myśli, że mogą ją z tego powodu lekceważyć.   

Razem  z  Gannerem  wysunęli  się  przed  pierwszy  szereg  gości  w  momencie,  gdy  witano 

Luke’a  i  Marę  Skywalkerów.  Ich  pojawienie  się  wzbudziło  uprzejmy,  choć  umiarkowanie 

entuzjastyczny  aplauz  zgromadzonych  dygnitarzy,  przede  wszystkim  ze  strony  Ithorian.  Widać 

było,  że  są  zadowoleni  z  zaangażowania  zakonu  w  obronę  ich  planety.  Z  drugiej  strony  Jaina 

wyczuła, że Borsk Fey’lya byłby najszczęśliwszy, gdyby przy okazji tej obrony zostali wybici co 

do nogi.   

Następnymi w kolejce do powitań byli przedstawiciele Imperium. Admirał Pellaeon podszedł 

pierwszy. Przesuwał się wzdłuż długiego rzędu dostojników z oszczędnością gestów sugerującą, 

że nic nie ucieszyłoby go bardziej niż powrót do planów obrony Ithoru. Znacznie cieplej powitał 

admirała  Kre’feya  i  pułkownika  Darklightera,  Luke’a  Skywalkera  i  Wedge’a  Antillesa.  Nieco 

chłodniejszy  uścisk  dłoni  wymienił  z  matką  Jainy;  potem  stał  obok  niej,  gdy  przedstawiano 

background image

niższych  stopniem  imperialnych  oficerów.  Kilku  moffów  pofatygowało  się  na  Ithor;  niemal 

wszyscy wyglądali na solidnie zmęczonych, z wyjątkiem Ephina Saretti, moffa Bastionu. Jainie 

szczególnie  zaimponował  nie  udawany  entuzjazm  Ephina,  z  jakim  witał  Borska  Fey’lya  i 

pozostałych  noworepublikańskich  ministrów.  Z  każdym  zamieniał  kilka  słów,  wyraźnie 

zaskakując ich znajomością szczegółów z życia ich czy ich rodzinnej planety. Jaina wyczuła ich 

szok  jako  pełną  emocji  eksplozję,  po  której  pozostał  osad  głębokiej  podejrzliwości.  Ganner 

uśmiechnął się krzywo.   

-  No,  mamy  tu  niezłą  zabawkę,  która  powinna  skutecznie  zaabsorbować  przewodniczącego 

Fey’lya.   

- To dobrze, będzie miał mniej czasu na udzielanie wojskowym mądrych rad na temat obrony 

Ithoru.   

Jeśli Ganner miał ochotę skomentować jej uwagę, powstrzymała go od tego obecność nowej 

osoby,  która  wywołała  zawirowania  w  Mocy.  Przebywając  w  towarzystwie  osób  takich  jak  jej 

ojciec  czy  Wedge  Antilles,  Jaina  wiedziała,  że  to  zjawisko  nie  wyni  kało  ze  świadomego 

posługiwania  się  Mocą  i  po  prostu  niektórzy  ludzie  byli  tak  pełni  życia  i  pewności  siebie,  że 

świecili jak płomień magnezji w najciemniejszą noc. Wspięła się na palce, by zobaczyć, kto to 

taki,  i  od  nagłego  wstrząsu  aż  się  jej  zakręciło  w  głowie.  Na  czele  tuzina  błękitnoskórych 

Chissów energicznym,  prężnym  krokiem szedł  mężczyzna. Wyższy od niej, ale nie tak wysoki 

jak Ganner, miał ten rodzaj żylastej muskulatury, którego nie był w stanie zamaskować czarny 

mundur.  Czarne  włosy  nosił  przystrzyżone  tuż  przy  skórze;  nie  maskowało  to  pasma  siwizny, 

biegnącego wzdłuż blizny, która zaczynała się tuż nad prawą brwią i przechodziła aż na potylicę. 

Blade  zielone  oczy  miały  w  sobie  chłód,  który  pasował  do  jego  oficjalnej  postawy.  Jedynym 

akcentem,  który  wydawał  się  przeczyć  jego  ponurej  powadze,  były  czerwone  lampasy  wzdłuż 

nogawek spodni i na mankietach rękawów.   

Wspiął  się  na  pierwszy  stopień  podwyższenia  i  obrzucił  uważnym  spojrzeniem  swoich 

odzianych  w  białe  mundury  Chissów,  którzy  ustawili  się  w  szeregu  przed  podium.  Ukłonił  się 

energicznie Relalowi Tawronowi i wymienił z nim uścisk dłoni. Ithoriański arcykapłan odwrócił 

się, by przedstawić go Borskowi Fey’lya, ale dowódca Chissów minął przewodniczącego i cały 

jego  gabinet  i  szedł  przed  siebie,  dopóki  nie  stanął  naprzeciw  admirała  Kre’feya,  któremu 

również  ukłonił  się  i  uścisnął  dłoń.  W  ten  sam  sposób  przywitał  się  z  pułkownikiem 

Darklighterem  i  Lukiem  Skywalkerem.  Kiedy  szedł  dalej,  towarzyszył  mu  szmer  głosów  i 

background image

pokasływań, coraz głośniejszy, zwłaszcza gdy mężczyzna ukłonił się Wedge’owi, uśmiechnął się 

do  niego  i  pozwolił  się uściskać.  Zanim  Jaina zdołała  się  zorientować,  co  się  dzieje,  chissański 

dowódca powitał admirała Pellaeona, ignorując całkowicie jego moffów i odwrócił się tyłem do 

podium.   

Idzie prosto w moją stronę! - pomyślała spanikowana Jaina.   

Stanął przed nią wyprężony na baczność. Skłonił się może nie tak nisko jak przy poprzednich 

powitaniach, ale z wyraźnym szacunkiem.   

- Jestem Jagged Fel. - Wyprostował się, a Jaina pod jego wzrokiem zaczęła się czerwienić. - 

Na dodatek Jedi. Fascynujące! Jaina zamrugała. - Na dodatek?   

-  Nie  tylko  wyśmienita  pilotka,  ale  na  dodatek  Jedi.  Niełatwo  cię  zestrzelić.  Nie  wiedziała 

dlaczego, ale uśmiechnęła się. - To, zdaje się, miał być komplement.   

Jag Fel przytaknął.   

- Wśród Chissów rzeczywiście jest to powód do dumy. Byłem tylko trochę lepszy od ciebie 

w twoim wieku.   

- Czyli jakieś dwa lata temu? - zapytał drwiąco Ganner.   

Ani  wyraz  twarzy,  ani  wrażenia  odbierane  poprzez  Moc  nie  wskazywały,  żeby  to  pytanie 

wprawiło Fela w zakłopotanie.   

-  Tak,  na  krótko,  zanim  objąłem  dowództwo  mojej  eskadry.  Wedge  Antilles  zszedł  z 

podwyższenia i podszedł do nich. - Pułkowniku Fel… - Tak, wuju?   

-  Powinieneś  wrócić  i  przywitać  się  z  tymi,  których  pominąłeś.  -  Wedge  wskazał  głową 

Borska  Fey’lya  i  jego  ministrów.  -  Są  dość  ważni.  Fel  potrząsnął  głową.  -  To  tylko  politycy. 

Wedge ściszył głos.   

- Odnieśli wrażenie, że pominąłeś ich, bo nie należą do rasy ludzkiej.   

Fel odwrócił się w stronę podium i powiedział dość głośno:   

- Jeśli sądzą że ich ominąłem, bo nie są ludźmi, to są głupcami. Nie przywitałem się z nimi, 

bo  to  politycy.  Sullustiański  senator  wystąpił  do  przodu.  -  Wygodna  wymówka  dla  twojej 

ksenofobii.   

Fel zesztywniał ze zdziwienia, a w głosie pojawiło się niedowierzanie.   

- Oskarżasz mnie o uprzedzenia przeciw nieludziom? Pwoe, senator z Quarren, rozłożył ręce.   

-  Aż  biją  od  pana,  pułkowniku  Fel.  Pański  mundur,  wzorowany  na  kroju  mundurów 

imperialnych,  nawiązuje  do  uniformu  Sto  Osiemdziesiątej  Pierwszej  imperialnej  eskadry 

background image

myśliwców,  którą  dowodził  pański  ojciec.  Była  to  jedna  z  najbardziej  skutecznych  formacji  w 

tłumieniu  Rebelii.  No  i  jeszcze  pańskie  sztywne  zachowanie.  Takie  ukłony  widziano  po  raz 

ostatni  na  imperialnym  dworze.  Pogarda,  z  jaką  nas  pan  pominął,  tylko  to  podkreśla.  Fel 

potrząsnął głową. - Tam, skąd pochodzę…   

Przerwał mu Borsk Fey’lya.   

- Pochodzi pan z archeoimperialnej kolonii, utworzonej przez wielkiego admirała Thrawna z 

jego  najbardziej  zagorzałych  i  reakcyjnych  popleczników,  zebranych  w  jednym  miejscu,  by 

hodowali swoją nienawiść. Tkwicie tam jak ropiejący wrzód, nienawidząc każdej chwili naszego 

panowania  nad  tym,  co  dawniej  było  waszym  imperium.  Odziedziczył  pan  przekonania  i 

postawę,  które  były  dla  nas  narzędziem  ucisku  przez  całe  wieki.  Teraz  przybył  pan,  gotów  w 

każdej chwili przejąć nad nami kontrolę, i to w dodatku pod przykrywką pomocy!   

-  Proszę  przestać.  -  Dowódca  Chissów  uniósł  rękę.  -  Niech  pan  nie  robi  z  siebie  jeszcze 

większego głupca. W fioletowych oczach Fey’lya pojawił się błysk.   

- Cóż za protekcjonalny ton! Będzie mi pan mówił, co jest dla mnie najlepsze! Pan, urodzony 

w uprzywilejowanej  grupie społecznej, nie ma pojęcia, co to znaczy być dyskryminowanym ze 

względu na rasę. Nie ma pan pojęcia, jakie ofiary trzeba ponieść, by wywalczyć sobie wolność! - 

Machnął  ręką  w  kierunku  chissańskiego  oddziału  stojącego  u  stóp  podium.  -  Ma  pan  czelność 

urządzać  sobie  tutaj  defiladę,  by  przypomnieć  nam,  że  podwładni  obcych  ras  powinni  zawsze 

stać pół kroku niżej niż ich imperialni dowódcy!   

Jaina wyczuła emanującą od Jaga Fela falę chłodnego spokoju.   

-  Tam,  skąd  pochodzę,  panie  przewodniczący  Fey’lya,  to  ja  jestem  w  mniejszości.  To  ja 

jestem  obcym.  Jeśli  rzeczywiście  pamięta  pan  cokolwiek  z  historii  swojej  wspa  niałej  Rebelii, 

dziwię się, że zapomina pan o Thrawnie, o tym, jak był bezkompromisowy. To cecha całej jego 

rasy. Zostałem wychowany wśród nich i między nimi. Byłem oceniany według ich standardów. 

Sprostałem  tym  standardom,  a  nawet  je  przekroczyłem.  Zrobił  krok  do  przodu,  wskazując  na 

towarzyszących mu Chissów.   

-Nikt  mi  nie  podarował  dowództwa  mojej  eskadry.  Wywalczyłem  je  sobie.  Ci  piloci  też 

musieli  udowodnić,  że  są  lepsi  od  innych,  by  wstąpić  do  eskadry.  Chcieli  latać  pod  moimi 

rozkazami  nie  dlatego  że  jestem  człowiekiem  albo  imperialnym  oficerem,  tylko  dlatego,  że 

jestem  pierwszorzędnym  pilotem  i  dowódcą.  A  jeśli  chodzi  o  ofiary  w  walce  o  wolność, 

ponosiłem je na Nieznanych Terytoriach przez całe życie. Moja matka wydała na świat pięcioro 

background image

dzieci. Mój starszy brat poległ w walce, podobnie jak młodsza siostra. Dlaczego tam jesteśmy? O 

co  walczymy?  Od  dawna  spodziewaliśmy  się,  że  ktoś  taki  jak  Yuuzhanie  prędzej  czy  później 

zagrozi  Nowej  Republice.  Pamiętacie  zniszczenia  i  straty,  jakie  ponieśliście  podczas  wojny  z 

Yevethami?  Na  Nieznanych  Terytoriach  zdarzają  się  sytuacje,  przy  których  tamte  zniszczenia 

byłyby niczym, gdyby nie to, że my tam jesteśmy, by je powstrzymać. Fel złączył dłonie.   

-  Oskarżacie  mnie  o  ksenofobię,  a  nie  widzicie,  że  przywitałem  się  z  gospodarzem, 

Ithorianinem,  i  admirałem  Kre’Feyem,  Bothaninem?  Zobaczyliście  tylko  to,  co  chcieliście 

zobaczyć. A o to właśnie oskarżacie mnie i Imperium - że widzieliśmy tylko dzikość tam, gdzie 

był  rozum  i  szlachetność.  Przybyłem  tu,  by  pomóc  wam  bronić  się  przed  Yuuzhanami,  ale  wy 

chcecie widzieć tylko widma przeszłości. Rozejrzał się po pokoju.   

- To dlatego was pominąłem. Chcę walczyć na wojnie, a nie rozgrywać polityczne potyczki. 

Moim zadaniem jest pomóc wam w utrzymaniu wolności, a nie w zdobyciu przez was większej 

władzy lub odebraniu jej komu innemu.   

Leia Organa Solo wystąpiła do przodu i uniosła dłoń, by uprzedzić ewentualny sprzeciw ze 

strony bothańskiego dowódcy noworepublikańskiej armii.   

- Chcemy tej pomocy. Od pana, od Imperium, od wszystkich ludów Nowej Republiki. Tylko 

łącząc  nasze  siły,  zdołamy  pokonać  Yuuzhan  Vong  i  ocalić  Ithor.  Zgromadzeni  zaczęli  bić 

brawo, a Jaina dołączyła do oklasków. Pod naciskiem opinii publicznej politycy spuścili nieco z 

tonu  i  mogło  się  wydawać,  że  sytuacja  została  opanowana.  Jednak  Jainę  prześladowały  słowa 

Fey’lya  i  pozostałych  -  gwałtowność  ich  wypowiedzi  skierowana  przeciwko  jej  matce,  z 

podobnymi oskarżeniami o chęć odebrania władzy nieludziom.   

A  te  plotki  o  Jedi,  pomyślała  Jaina.  Przypisuje  się  im  winę  za  utratę  Garqi  i  Dubrillionu  i 

pośrednio sugeruje, że to Jedi sprowadzili Yuuzhan Vong do Nowej Republiki. Wygląda na to, że 

ktoś chce z nich zrobić kozła ofiarnego, jeśli Ithor padnie. Jag Fel odwrócił się w jej stronę. Jaina 

zaczęła  się  zastanawiać,  czy  w  jakiś  sposób  nie  odczytał  jej  myśli.  Wytrzymała  jego  wzrok  z 

niezachwianą pewnością. - Uratujemy Ithor. Pokiwał głową.   

-Wygramy  bitwę  o  Ithor.  Ale  jego  ocalenie…  -przeniósł  wzrok  na  grupę  polityków  Nowej 

Republiki -.. jego ocalenie nie leży w naszych rękach i obawiam się, że nie mamy na to żadnego 

wpływu.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 25 

  

   

Jacen Solo złączył dłonie za plecami. Odpowiedział na wezwanie wuja do wszystkich Jedi, 

by zgromadzili się w małym gaju na górnym pokładzie „Tafanda Bay”. Był trochę zdziwiony, że 

Jaina  nie  przyszła,  chociaż  czuł  jej  obecność  w  latającym  mieście  Itho-rian.  Wrażenia,  jakie 

odbierał, wskazywały na to, że Jaina ćwiczy na symulatorze. Przez chwilę czuł niezadowolenie, 

że Eskadra w taki sposób odciąga Jainę od niego samego i od innych Jedi.   

Gdy tak stał między Gannerem i Anakinem, złapał się na tym, że myśli źle o siostrze, i zaczął 

badać  swoje  uczucia.  Czuł  cień  zazdrości,  widząc,  jaką  przyjemność  sprawia  jej  latanie  w 

Eskadrze Łobuzów, ale był też dumny, że tak dobrze sobie radzi w roli pilota. Wiedział, że nie 

porzuciła  swojego  dziedzictwa  ani  wyszkolenia  Jedi,  tylko  znalazła  inny  sposób,  by  je 

wykorzystać.   

Idzie  w  ślady  Corrana  Horna,  który  też  służył  w  Eskadrze,  pomyślał.  Spojrzał  w  dół  i 

zobaczył Corrana. Jacen przywykł do myśli, że chciałby stać się takim Jedi jak Corran i  Luke. 

Miał  świadomość  tego,  że  na  Belkadanie  i  Garqi  wykonał  słuszną  i  potrzebną  pracę,  ale  nie 

przestawało go prześladować poczucie niezadowolenia z własnej roli.   

Wspomnienia rzezi na Dantooine przypomniały mu, jak wyglądała najgorsza ze ścieżek Jedi. 

Wiedział,  że  Yuuzhanie  nie  dali  im  wyboru  -  musieli  zabijać  żołnierzy,  w  przeciwnym  razie 

liczba ofiar byłaby znacznie wyższa. Działali tam jako obrońcy, więc w ich czynach nie było ani 

odrobiny ciemnej strony. A jednak tyle istot wtedy zginęło, pomyślał.   

Znów wrócił do kwestii, która nie dawała mu spokoju. Jeśli Moc spajała w jedno wszystko, 

co żyje, czy można było w jakikolwiek sposób usprawiedliwić zabijanie? Kodeks Jedi mówi, że 

nie  ma  śmierci,  jest  tylko  Moc,  ale  śmierć  milionów  na  Alderaan  i  Caridzie  wystarczyła,  by 

wywołać  w  Mocy  potężne  zakłócenia,  rozmyślał.  A  jeśli  tak,  czy  śmierć  mniejszej  liczby  istot 

również  wpływa  w  pewien  sposób  na  Moc?  Chociaż  był  pewien,  że  nie  potrafi  sam  rozwikłać 

tego podstawowego paradoksu, wiedział, że odpowiedź istnieje. Anakin twierdził, że zbliżył się 

do niej w swoich poszukiwaniach, a Jacen nie mógł odmówić bratu przenikliwości.   

Zbliżając  się  do  czegoś,  myślał,  wiem  przynajmniej,  że  to  istnieje.  Teraz  muszę  się  tylko 

dowiedzieć, co to jest.   

Przybycie  Relela  Tawrona,  ithoriańskiego  arcykapłana,  i  Luke^  wyrwało  Jacena  z  jego 

background image

medytacji. Dopóki się nie pojawił, Jacen zachodził w głowę, po co zostali tu wezwani. Powaga w 

ruchach arcykapłana i mistrza Jedi sugerowały, że powód spotkania jest niezwykle ważny.   

Daeshara’cor  wsunęła  się  do  środka  za  Lukiem,  zajmując  pozycję  obok  Octy  Remis. 

Podkreśliło  to  powagę  sytuacji.  Od  chwili  przybycia  Luke’  a  na  Ithor  Twi’lekianka  była  na 

własną prośbę trzymana w odosobnieniu. Jacen wiedział, że Luke spędzał z nią wiele czasu, ale 

nikomu nie wyjaśnił powodów, dla których zajęła się poszukiwaniami superbroni.   

Luke Skywalker stanął przed grupą dwudziestu kilku Jedi i skłonił głowę w ich stronę.   

- Bracia i siostry, Relal Tawron przybył tu, by przygotować nas do zadania, jakie nas czeka w 

nadchodzącej  walce.  Posłuchajcie  z  uwagą  tego,  co  wam  ma  do  powiedzenia.  Chociaż 

znaleźliśmy się tu, by ocalić Ithor, przez niedbalstwo możemy doprowadzić do jego zniszczenia. 

Nie wolno do tego dopuścić. |   

Ithorianin pokiwał głową, potwierdzając słowa Luke’a. Przez chwilę przyglądał się twarzom 

zgromadzonych rycerzy. Splótł palce i zaczął powoli mówić głosem dźwięcznym, choć cichym.   

- Witamy was, Jedi, i dziękujemy za to, co dla nas robicie. Mówię teraz nie tylko w imieniu 

własnym,  ale  również  Matki-Dżungli,  nad  którą  się  unosimy,  i  całego  ithoriańskiego  ludu. 

Jesteśmy jednością i pragniemy, byście stali się jednością razem z nami.   

Znów  rozejrzał  się  po  twarzach  Jedi.  Kiedy  jego  wzrok  spoczął  na  Jacenie,  młody  Jedi 

poczuł, że się czerwieni. Nie znał żadnego powodu, dla którego miałby czuć się zawstydzony. Po 

chwili uświadomił sobie, że tym, co wprawiło go w zakłopotanie, była aura absolutnego spokoju, 

emanująca  od  Ithorianina.  Niepewność  Jacena  co  do  własnej  przyszłości  ostro  kontrastowała  z 

pewnością przekonań i wyborów życiowych arcykapłana.   

On czuje się tak, jak ja  chciałbym  się czuć, pomyślał Jacen. Relal Tawron rozplótł  palce i 

rozłożył ręce.   

-  Słyszeliście,  że  nikomu  nie  wolno  postawić  nogi  na  powierzchni  planety  Ithor.  To 

twierdzenie jest prawdziwe w tłumaczeniu na wspólny, ale nie jest to cała prawda. Są wśród nas 

pielgrzymi,  którzy  schodzą  na  powierzchnię  naszego  świata,  by  doglądać  lasów,  odwiedzać 

święte miejsca pochodzące z czasów, zanim rozwój techniczny pozwolił nam budować latające 

miasta,  i  naprawiać  szkody,  wyrządzone  przez  burze  lub  pożary.  Zanim  wyprawią  się  w  taką 

podróż,  muszą  przygotować  się  na  to  duchowo.  Jeśli  zajdzie  taka  potrzeba,  wy  również 

wyprawicie się na powierzchnię. Chcemy, abyście i wy się do tego przygotowali, by móc przyjąć 

planetę jako waszą matkę i by ona przyjęła was jako swoje dzieci. - Arcykapłan zamrugał. - Aby 

background image

tak  się  stało,  musicie  stać  się  inni,  niż  jesteście.  Powtarzam,  że  nikomu  nie  wolno  zejść  na 

powierzchnię… a ci, którym wolno, nie mogą pozostać sobą.   

Jacen  zmarszczył  brwi.  Zauważył,  że  Corran  przytaknął  skinieniem  głowy,  jakby  rozumiał 

słowa kapłana, więc uznał, że tajemnica ma jakieś sensowne wyjaśnienie. Przypomniał sobie, jak 

na wczesnym etapie szkolenia musiał otworzyć się na Moc, zapominając o sobie, tak by mogła 

go wypełnić.   

Aby zjednoczyć się z Mocą, pomyślał, musiałem stać się kimś innym, niż byłem przedtem, a 

to oznaczało odrzucenie mojego wyobrażenia o sobie samym.   

-  Każdy  pielgrzym,  zstępując  do  Matki-Dżungli,  chce  się  do  niej  zbliżyć.  Aby  ułatwić 

przemianę i rozwój, musi wykorzenić z siebie te cechy, które nie pozwalają mu zjednoczyć się ze 

światem na dole. Podobnie ma stać się z wami. Musicie się zastanowić, jaka część waszej jaźni 

sprawia,  że  jesteście  zamknięci  w  sobie,  i  tę  właśnie  część  musicie  przekształcić.  Musi  się  to 

odbyć publicznie.   

-  Mamy  o  tym  mówić  na  głos?  -  Wurth  Skidder,  stojący  obok  Kypa  Durrona,  potrząsnął 

głową.  -  Strata  czasu.  Powinniśmy  się  lepiej  przygotować  do  walki  z  Yuuzhanami.  Luke 

zmarszczył  czoło.  -  Mamy  tu  coś  ważniejszego  do  zrobienia,  Wurth.  Ithoriański  arcykapłan 

połączył dłonie przed sobą. - Jeśli czujesz, że tracisz czas, możesz wyjść.   

- Co?! - Wurth założył ręce na piersi. - Jesteśmy tu po to, by ocalić twój świat.   

- Najpierw musicie ocalić siebie, Jedi - powiedział cicho Ithorianin. - Dopóki nie poczujesz, 

że potrzebujesz ocalenia, Matka Dżungla nie będzie dla ciebie łaskawa. - Nie rozu… Kyp położył 

rękę na ramieniu Wurtha.   

-  Wybacz  nam  to  zamieszanie.  Rozumiemy,  co  masz  na  myśli,  Relalu  Tawronie,  i 

uszanujemy wasze obyczaje.   

Ithorianin kiwnął głową na znak, że przyjmuje przeprosiny, i znów rozłożył szeroko ręce.   

- Publiczne wyznanie ma uczynić wszystkich obecnych odpowiedzialnymi za wspomaganie 

pielgrzyma w jego dążeniu do jedności z dżunglą. Dzieląc się tym ciężarem, choć różnorodni jak 

flora  i  fauna  składająca  się  na  Matkę-Dżunglę,  zaczynamy  współdziałać,  tworzyć  złożony 

ekosystem.  Tylko  współdziałanie  może  zapewnić  nam  sukces.  Luke  Skywalker  zwrócił  się  w 

kierunku Ithorianina.   

- Jeśli wolno, chciałbym zacząć od siebie. - Będziemy zaszczyceni, mistrzu.   

-  Wyrzekam  się  odpowiedzialności.  -  Luke  przymrużył  oczy,  a  Jacen  wyczuł  zdumienie  u 

background image

niektórych rycerzy. - Przez wiele lat czułem się przygnieciony ciężarem świadomości, że jestem 

jedynym  dziedzicem  tradycji  Jedi.  Oszukiwałem  was.  Wy  wszyscy  jesteście  jej  dziedzicami. 

Wiem, że przyjmiecie na siebie część odpowiedzialności, którą dotąd sam dźwigałem. Wierzę w 

was bez zastrzeżeń.   

Jacen  poczuł  zimny  dreszcz  na  plecach/Nie  miał  nigdy  wątpliwości,  że  wuj  mu  ufa,  ale 

przecież  łączyło  ich  coś  więcej  niż  tylko  stosunek  mistrza  i  ucznia.  Duża  część  tego  zaufania 

wypływała  z  więzów  rodzinnych.  Po  raz  pierwszy  Jacen  poczuł,  jak  mu  sieli  się  czuć  Ganner, 

Corran  czy  Daeshara’cor.  Ofiara  Luke’a  była  darem  dla  każdego  z  nich  -  darem,  który  miał 

związać ich ze sobą i z Matką-Dżunglą.   

Zaczęły  się  wyznania  kolejnych  Jedi.  Nikt  nie  ustalał  specjalnej  kolejności  -  po  prostu 

mówili,  gdy  czuli,  że  nadszedł  ich  czas.  Jacen  słuchał,  mniej  uważając  na  to,  co  mówią,  a 

bardziej  dziwiąc  się  spokojowi,  który  wydawał  się  na  nich  spływać,  gdy  wypowiadali  swoje 

oświadczenia. Rozpaczliwie szukał w sobie tego aspektu własnej osobowości, który nie pozwalał 

mu osiągnąć takiego spokoju ducha, poczuć się tak jak oni. Anakin zaskoczył go, kiedy wystąpił 

jako jeden z pierwszych.   

- Rezygnuję z przekonania, że to ja mam rację. Zawsze tak bardzo chcę postępować słusznie, 

że nawet  nie staram  się zastanowić, czy inna odpowiedź nie byłaby właściwsza. Osądzenie, że 

postąpiło się właściwie, to koniec drogi, a ja jestem dopiero na jej początku.   

W jednym z ostatnich rzędów Daeshara’cor przerzuciła lekku na plecy.   

- Wyrzekam się nienawiści. Relacje o tym, jak Yuuzhanie niewolą podbite ludy, sprawiły, że 

znienawidziłam  ich  tak  samo  jak  ludzi,  którzy  trzymali  w  niewoli  moją  matkę.  Ta  nienawiść 

pchnęła mnie do głupich czynów. Skończyłam z tym.  Powstrzymam  Yuuzhan Vong, bo trzeba 

ich powstrzymać, a nie dlatego że ich nienawidzę. - Odrzucam strach. - Corran otarł ręką usta. - 

Przez całe życie obawiałem się, że kogoś zawiodę… mojego ojca, moją żonę, dzieci, przyjaciół, 

was. Dość tego. Porażka nie wchodzi w grę, więc strach przed przegraną nie ma sensu. Ganner 

zdecydowanie kiwnął głową.   

-  Ja  mogę  się  obejść  bez  dumy.  Zaślepiała  mnie  tak,  że  nie  dostrzegałem  wielu  rzeczy,  na 

przykład  tego,  jak  śmiertelnie  niebezpieczni  są  Yuuzhanie.  Dżungla  nie  potrzebuje  ślepego 

strażnika. Octa Ramis wysunęła się przed Daeshara’cor.   

-  A  mnie  oślepiło  opłakiwanie  przyjaciela,  którego  zabrali  mi  Yuuzhanie.  Pozwolę  mu 

spoczywać w pokoju.   

background image

Strach.  Duma.  Nienawiść.  Przyznanie  Anakina,  że  nie  zawsze  ma  rację.  Wszystkie  te 

wyznania wydały się Jacenowi godne pochwały.   

Ale  nic  z  tego  nie  pasuje  do  mnie,  myślał.  A  przynajmniej  nie  w  tej  chwili,  westchnął  w 

duchu, czując, jak tysiące pytań kłębi się mu pod czaszką. Co ja powinienem odrzucić?   

Otworzył  usta  ze  zdumienia,  kiedy  uświadomił  sobie  odpowiedź.  Nagłość,  z  jaką  się 

pojawiła, zaskoczyła go tak, że o mało się nie roześmiał, co bez wątpienia zakłóciłoby podniosły 

charakter  ceremonii.  Nie  mógł  się  nadziwić,  jak  prosta  była  ta  długo  poszukiwana  odpowiedź. 

Oszołomił  go  spokój,  jaki  spłynął  na  niego  wraz  ze  zrozumieniem.  Wystąpił  przed  Anakina  i 

Gannera.   

-  Odrzucam  konieczność  poznania  już  teraz,  kim  się  stanę  w  przyszłości.  Patrząc  w 

przyszłość, zaniedbywałem teraźniejszość i rolę, jaką mam w niej do odegrania. Teraźniejszość 

stała się zbyt ważna, więc nie mogę dalej tak postępować.   

Jeszcze  zanim  wuj  przytaknął  skinieniem  głowy,  Jacen  poczuł,  jak  od  głowy  do  stóp 

wypełnia  go  przyjemne  ciepło.  Nie  porzucił  zamiaru  szukania  własnej  drogi  jako  Jedi,  a  tylko 

pozbył  się  palącego  niepokoju,  który  temu  towarzyszył.  Zyskaną  w  ten  sposób  energią  zasilił 

determinację, by ocalić Ithor. Poczucie zadowolenia, jakie zyskał, nie pozostawiało wątpliwości, 

że dokonał właściwego wyboru.   

Muszę  po  prostu  mieć  nadzieję,  pomyślał,  że  pożyję  wystarczająco  długo,  żeby  iść  dalej 

moją ścieżką, niezależnie od tego, czy będzie biegła prosto w przód, czy po okręgu.   

Kolejni  Jedi  wypowiadali  swoje  deklaracje.  Wurth  odrzucił  słabość  z  gwałtownością,  którą 

pokrywał niepewność. Kyp porzucił dumę, sugerując, że chwała jednego jest chwałą wszystkich. 

Widać było, że próbuje zjednoczyć wszystkich Jedi, tak jak przed chwilą Luke, a dzięki nowej 

perspektywie Jacen przejrzał na wylot jego intencje. Jacen domyślał się, że arcykapłana również 

nie zwiodły wybiegi Wurtha, Kypa i paru innych, ale nie dał po sobie tego poznać.   

-  Wy,  rycerze  Jedi,  dzięki  łączności  z  Mocą  rozumiecie,  jak  życie  splata  się  z  życiem. 

Wiecie,  jak  jedno  łączy  się  z  drugim.  Tutaj,  dziś,  zostaniecie  połączeni  z  MatkąDżunglą  i 

ithoriańskim  ludem.  Ofiarujemy  wam  wsparcie  i  miłość.  Jak  włókna  splecione  razem  są 

mocniejsze niż pojedyncza nić, tak my razem będziemy mieć więcej siły, by przeciwstawić się 

niebezpieczeństwu.   

Ithorianin opuścił ręce i uścisnął dłoń mistrza Jedi. Luke został w sali, a Relal Tawron ruszył 

w  stronę  wyjścia.  Ithorianin  zatrzymał  się  tylko  raz,  by  położyć  dłonie  na  ramionach 

background image

Daeshara’cor i szepnąć jej coś do ucha, a potem wyszedł. Luke zaczekał, aż grodzie zasuną się za 

arcykapłanem. Stał nieruchomo, spowity w płaszcz.   

-  Jak  wiecie,  nie  sprecyzowano  jeszcze,  jaką  rolę  mamy  pełnić  w  obronie  planety.  W 

tutejszych  systemach  komputerowych  znajdziecie  podsumowanie  różnych  wariantów  rozwoju 

sytuacji, które nam przekazano. Nie ma chyba sensu zapoznawać się z takimi, które nie wyszły 

spod ręki admirałów Pellaeona i Kre’feya… albo mojej. Każdemu z was przydzielę zadania. Kyp 

zmarszczył czoło.   

-  Przekazujesz  nam  odpowiedzialność,  ale  nie  będziemy  mieli  wpływu  na  to,  do  czego 

zostaniemy wykorzystani? Mistrz Jedi uśmiechnął się. Nie dał się zbić z tropu.   

-  Wam  przekazuję  odpowiedzialność  za  wasze  własne  czyny.  Wojskowym  przekazuję 

odpowiedzialność  za  to,  do  czego  zostaniemy  wykorzystani.  Natomiast  to,  w  jaki  sposób 

zrealizujemy te zadania, będzie zależeć od nas wszystkich. Oni zadecydują, co należy zrobić, a 

my, w jaki sposób Jedi mogą najlepiej osiągnąć cel. Rozejrzał się po sali. - Na razie to wszystko. 

Niech Moc będzie z wami.   

Jedi  podzielili  się  na  małe  grupki  i  powoli  zaczęli  opuszczać  zagajnik.  Luke  podszedł  do 

Anakina  i  Jacena  z  szeroko  rozłożonymi  ramionami.  Położył  dłonie  na  ramionach  obu 

siostrzeńców.   

- Jestem z was bardzo dumny. To, co powiedzieliście… jak mówił arcykapłan, dżungla to nie 

miejsce dla dzieci. Wasze słowa świadczą, że już nimi nie jesteście. Jacen dotknął mechanicznej 

protezy Luke’a. - Dziękuję, mistrzu.   

- Ja też, wujku Luke, dziękuję. - Anakin uśmiechnął się szeroko, ale po chwili spoważniał. - 

Jestem gotów zrobić wszystko, co będzie konieczne. Ganner zaśmiał się cicho.   

-  Biorąc  pod  uwagę  twoje  doświadczenie  w  walce  z  Yuuzhanami,  może  to  ty  powinieneś 

objąć nad nami dowództwo. Luke uniósł brew.   

- Na razie chyba za wcześnie, by składać na jego barki taką odpowiedzialność, ale kiedyś…   

Daeshara’cor przecisnęła się przez tłum rycerzy i zatrzymała nieśmiało w pewnej odległości 

od nich.   

-  Mistrzu,  czy  mogę  chwilę  z  tobą  porozmawiać?  Luke  odwrócił  się  w  jej  stronę.  -  Ależ 

oczywiście. Podejdź do nas, proszę.   

- Tak, mistrzu. - Twi’lekianka zbliżyła się i spojrzała na swoje dłonie. Jej warkocze główne 

drgnęły nerwowo. - Chciałabym ci podziękować za zaufanie, jakim mnie obdarzyłeś, zapraszając 

background image

na  tę  uroczystość.  Dużo  ostatnio  myślałam  o  motywach,  które  mną  kierują.  Ale  zanim  nie 

wypowiedziałam tego na głos, nie do końca rozumiałam, dlaczego postąpiłam tak, a nie inaczej, 

ani  też  jaki  miało  to  na  mnie  wpływ.  Pozwoliłam,  by  nienawiść  zniewoliła  mnie  w  taki  sam 

sposób, jak zniewolona była moja matka. Nie żałuję, że przeciwstawiałam się zniewoleniu ani że 

przeciwstawiałam  się  Yuuzhanom,  ale  nie  mogę  tego  robić,  kierując  się  niewłaściwymi 

pobudkami.  Walka  o  wolność  lub  jej  zachowanie  jest  słuszna,  ale  szukanie  zemsty  nie.  Mistrz 

Jedi przytaknął.   

- Wszyscy musimy o tym pamiętać. Cieszę się, że znów jesteś z nami, Daeshara’cor. Walka, 

która  nas  czeka,  wymaga  najlepszych,  a  ja  jestem  pewien,  że  najlepsi  są  tutaj.  Corran,  który 

właśnie się zbliżył, westchnął.   

-  Miejmy  nadzieję,  że  to  wystarczy.  Nie  mogę  się  pozbyć  myśli,  że  bitwa  o  Ithor  dla 

niektórych  z  nas  będzie  ostatnią  z  bitew.  Jeśli  nie  powstrzymamy  wroga,  stopienie  się  z 

Matką-Dżunglą może nie być najgorszą rzeczą, jaka może nas spotkać.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 26 

  

   

Uwolniony z Uścisku Męki Shedao Shai chwycił jeden z jego uchwytów w lewą dłoń. Zawisł 

na  nim  całym  ciężarem  ciała,  a  potem  szybkim  ruchem  skręcił  je  w  prawą  stronę.  Lewy  bark 

trzasnął głośno, budząc echo w jego kabinie, ukrytej w trzewiach „Dziedzictwa Udręki”. Ramię 

wskoczyło  z  powrotem  na  swoje  miejsce  w  stawie,  wzbudzając  w  jego  ciele  paroksyzm  bólu, 

który przyprawił go o drżenie kolan. Upadłby na podłogę, gdyby nie to, że poddanie się bólowi 

oznaczałoby zbrukanie.   

Lepiej, żeby mój podwładny nie oglądał mnie w chwili słabości, pomyślał. Powoli odwrócił 

głowę  w  stronę  Deigna  Liana,  który  wbijał  w  deski  pokładu.  -  Masz  jakiś  powód,  by  mi 

przeszkodzić? - Tak, wodzu, i to niejeden. - Więc podaj mi najlepszy z nich.   

Groźba zasugerowana w pytaniu wstrząsnęła Lianem, co sprawiło Shedao Shai przyjemność. 

Jego podwładny nie podniósł głowy i nie zdołał ukryć lekkiego drżenia głosu, gdy odpowiedział:   

- Mój panie, sądzimy, że udało nam się odkryć, co tamci jeedai próbowali ukryć na Garqi.   

-  Doprawdy?  -  zapytał  lekko  dowódca  Yuuzhan  Vong.  -  Po  tak  długim  czasie?  Co  każe  ci 

myśleć, że w końcu znalazłeś odpowiedź?   

- Jak zapewne pamiętasz, mój wodzu, mieliśmy duże trudności z hodowanymi tam czułkami. 

Ich  zawodność  była  niezwykle  wysoka.  Uznaliśmy,  że  w  przypadku  jednej  z  generacji 

popełniono  nie  wykryte  błędy  hodowlane.  Powtórzyliśmy  eksperymenty  z  inną  generacją,  ale 

skutek był taki sam.   

- Już kiedyś zanudzałeś mnie tymi wyjaśnieniami - przypomniał Shedao Shai.   

Lian lekko zesztywniał.   

-  Stworzenia,  których  użyliśmy,  stanowią  odmianę  krabów  vonduun.  Zastosowaliśmy  inny 

szczep,  kiedy  przeprowadziliśmy  sekcje  zwłok  badaczy,  którzy  zawiedli.  Wykryliśmy  u  nich 

zapalenie  dróg  oddechowych,  a  nowe  zwierzęta  badawcze  pozwoliły  nam  zidentyfikować 

drobiny  pyłku  kwiatowego.  Badacze  zmarli  w  wyniku  reakcji  alergicznej  na  ten  pyłek.  Ale 

reakcja ta w przypadku zbroi vonduun była znacznie szybsza i bardziej gwałtowna.   

Yuuzhański dowódca przerwał mu. Uniósł lewą dłoń, ignorując ból w ramieniu. Zaskoczyło 

go,  że  zbroja  padła  ofiarą  czynnika  występującego  w  środowisku  naturalnym.  To  może  mieć 

poważne  konsekwencje,  przede  wszystkim  militarne,  bo  teraz  wróg  dysponował  bronią,  która 

background image

mogła  poważnie  zmniejszyć  potencjał  bojowy  wojowników  Yuuzhan  Vong.  Nie  miał 

wątpliwości, że wróg tej broni użyje - on sam nie wahałby się ani chwili, gdyby był przyparty do 

muru tak jak oni. Teraz każda potyczka mogła się zmienić w klęskę.   

Drugą,  znacznie  ważniejszą  sprawą  był  biologiczny  opór  wobec  ich  inwazji.  Od  pierwszej 

chwili,  gdy  padł  rozkaz  jej  podjęcia,  tłumaczono  to  w  ten  sposób,  że  ich  przeciwnicy  byli 

mechanistami.  Tworzyli  maszyny,  których  pseudożycie  było  kpiną  ze  wszystkich  organizmów 

żywych. Ich uzależnienie od maszyn czyniło z nich istoty niesamodzielne, słabe, godne pogardy i 

niewątpliwie  zasługujące  na  śmierć.  Byli  niewiernymi,  bluźniercami  i  heretykami,  których 

istnienia  nic  nie  usprawiedliwiało.  Ale  teraz  samo  życie  występuje  przeciwko  nam,  pomyślał 

Shedao. Pokręcił głową, bo uświadomił sobie, na jak niebezpieczne ścieżki może go zaprowadzić 

to  odkrycie.  Skoro  niedawno  jeden  z  odłamów  polityczny  przez  przedwczesny  atak  próbował 

przejąć  kontrolę  nad  inwazją,  tak  teraz  kapłani  mogli  wykorzystać  tę  nową  opozycję,  by 

wzmocnić swoje wpływy. Chociaż mimo tego odkrycia Shedao Shai nie przestał wierzyć w sens 

świętej wojny, był zdania, że sprawy militarne powinny pozostać w rękach tych, których do tego 

szkolono. Zmrużył oczy. - Kto jeszcze wie o tym, co mi ujawniłeś?   

- Nikt oprócz mnie i tych, którzy sprawę badali. - Usta Liana rozciągnęły się w bezwiednym 

półuśmiechu.  -  Znajdują  się  w  odosobnieniu.  Nikt  się  o  tym  nie  dowie.  -  Bardzo  dobrze  - 

szczerze  pochwalił  podwładnego  Shedao  Shai.  -  Czy  zidentyfikowaliście  roślinę,  z  której 

pochodzi ten pyłek?   

- To baforowiec, drzewo pochodzące z planety Ithor. Jest w naszym korytarzu inwazyjnym, 

łatwo dostępna z Garqi. - Lian uniósł podbródek. - Pozwoliłem sobie przygotować plan anihilacji 

tej planety. - Powtórka ze zniszczenia Sernpidala? Lian zaprzeczył.   

-  Nie,  wodzu.  Moi  badacze  zapewnili,  że  zdołają  opracować  broń  biologiczną,  którą 

rozsiejemy po planecie. Ithor to świat bogaty w materię organiczną. Zniszczenie go będzie łatwe.   

Shedao Shai podrapał się pazurem po policzku i niżej po szyi. Czuł, jak szpon szoruje o fałdy 

zrogowaciałej skóry.   

- Bez lądowania na planecie, wysyłając mikroorganizmy?   

- To najszybszy sposób, mój wodzu.   

-  Istotnie,  ale  i  najbardziej  marnotrawny.  -  Shedao  Shai  potrząsnął  głową.  -  Nie  tak  to 

zrobimy.   

- Dlaczego nie? - przez twarz Liana przebiegł wyraz zniecierpliwienia. Wskazał na krążącą w 

background image

dole  planetę.  -  Nawet  podbicie  planety  takiej  jak  Garqi  nie  obyło  się  bez  ofiar,  nie  mówiąc  o 

zabitych  w  ogrodach.  Niewierni  na  pewno  przygotowują  się  do  obrony  Ithoru.  Nie  zechcą 

pozwolić,  byśmy  im  odebrali  ten  świat.  Bitwa  będzie  zażarta.  Dowódca  Yuuzhan  Vong 

przyskoczył do adiutanta i z rozmachem uderzył go otwartą dłonią w gardło. Lian uniósł ręce w 

geście obrony, ale nie był dość szybki. Siła ciosu pchnęła młodszego wojownika do tyłu. Z jego 

gardła wydobyło się zduszone rzężenie. Padł na kolana i dotknął czołem pokładu.   

- Wybacz mi, wodzu, że cię rozgniewałem!   

W jego zachrypniętym  głosie nie było dość skruchy, zdaniem Shedao Shai, ale przerażenie 

podwładnego  sprawiło  mu  przyjemność.  -  Sądzisz,  że  zostaniemy  pokonani  w  bitwie  o  Ithor? 

-Nie, panie!   

- Sądzisz, że nasi wojownicy przerażą się myśli, że mogliby w niej zginąć? -Nie, panie!   

-  Dobrze.  -  Shedao  Shai  odwrócił  się  od  Liana  i  zaczął  spacerować  po  kabinie,  stukając 

obcasami  o  pokład.  -  Sposób,  który  zaproponowałeś,  jest  najbardziej  wydajny,  ale  przyniósłby 

nam więcej szkody niż korzyści. Musimy im pokazać, że rozgromimy ich niezależnie od tego, jak 

dobrze się przygotują.  Dotychczas ani  jedna z ich planet  nie stała się celem  poważnej  operacji 

wojskowej  z  naszej  strony.  Owszem,  wzięliśmy  Garqi,  ale  przy  minimalnym  oporze.  A 

późniejsza  infiltracja  planety  przez  ich  szpiegów  jest  plamą  na  naszym  zwycięstwie.  Jak  sam 

zauważyłeś, na pewno teraz fortyfikują  Ithor. Kiedy ich zwyciężymy, ci  z nich, którzy ocaleją, 

rozniosą  po  całej  galaktyce  wiadomość,  że  jesteśmy  niepokonani.  O  tym  właśnie  powinni  się 

przekonać.   

- Z całym szacunkiem, wodzu, twój sługa myśli, że spędziłeś zbyt wiele czasu z Elegosem.   

-Tak  sądzisz?  -  Shedao  Shai  odwrócił  się  powoli,  a  obcas  jego  buta  zaskrzypiał  przy  tym 

przeraźliwie.  -  Dowiedziałem  się  od  niego  wiele  o  naszych  wrogach.  Teraz  zaniesie  im 

wiadomość ode mnie. Jest już gotów do tej roli, a my wiemy, gdzie wysłać wiadomość: na Ithor. 

Wróci tam do swoich ludzi. Nie zawiedzie mnie.   

- To wszystko jest słuszne, wodzu, ale twoja troska o to, co my ślą niewierni… ta troska…   

-  Ta  troska  -  Shedao  Shai  podszedł  do  Liana  i  przycisnął  stopą  jego  głowę  do  podłogi  - 

sprawia,  że  ocieram  się  o  herezję,  prawda?  Czy  zrobiłem  cokolwiek,  co  wskazywałoby,  że 

zboczyłem z naszej drogi? Czy używam maszyn? Czy wątpię w to, co robimy? Czy podważam 

władzę bogów i kapłanów? -Nie, wodzu, ale…   

- Nie ma żadnego ale, Lian. Sam mógłbyś się wiele nauczyć od Elegosa w ciągu tych kilku 

background image

dni, zanim nas opuści. - Dowódca Yuuzhan Vong przycisnął mocniej głowę adiutanta do podłogi. 

-  Zaproponowałeś  plan,  który  byłby  skuteczny  z  punktu  widzenia  taktyki,  ale  zawiódłby  na 

poziomie  strategii.  Co  więcej,  twój  plan  ktoś  mógłby  uznać  za  bluźnierstwo,  skoro  przewiduje 

zniszczenie przebogatego magazynu życia. Ithor może być darem bogów dla naszego ludu, który 

musimy  wyrwać  wrogowi,  a  ty  wolisz  go  zniszczyć,  niż  wypełnić  wolę  bogów  i  uwolnić  tę 

planetę.   

Shedao Shai cofnął stopę i wbił ostrogę w skórę głowy Liana. Zgiął kolano i podniósł nogę, 

ciągnąc  w  ten  sposób  do  góry  głowę  podwładnego.  Gdy  uniosła  się  na  tyle,  że  zobaczył  oczy 

Liana, uwolnił go. Patrzył w milczeniu na adiutanta, dopóki strużka jego krwi nie zaczęła kapać 

na pokład.   

-  Masz  szczęście,  Lian,  że  nie  pozwalam  ci  okryć  się  niesławą.  Zrobisz  to,  co  jest  wolą 

bogów. - Shedao Shai skrzyżował ramiona na piersi. - Opracujesz mi plan ataku na Ithor, który 

ma nastąpić od dziś za miesiąc. Zaplanujesz też, dla odwrócenia uwagi, atak na Agamar. Jeśli nie 

powiedzie  się  teraz,  podbijemy  tę  planetę  po  zajęciu  Ithor.  Przy  planowaniu  masz  korzystać  z 

wszelkich  środków,  jakie  mam  do  dyspozycji.  -  Wodzu,  to  wielki  zaszczyt,  ale  czy  to  nie  ty 

powinieneś zaplanować te operacje? - Przejrzę i udoskonalę twoje plany, ale uważam, że jesteś 

wystarczająco  kompetentny,  by  przygotować  pierwszy  szkic.  W  tym  czasie  będę  kontynuował 

pracę,  którą  tylko  ja  mogę  wykonać.  -Pokiwał  głową.  -  Elegos  będzie  pierwszym  zwiastunem 

naszego ataku na Nową Republikę. Za tydzień zacznie dla nas pracować. Potem będę mógł zająć 

się twoimi pomysłami, poprawić je i wcielić w życie.   

- Tak jest, wodzu - potwierdził Lian. - Zrobię, jak rozkazałeś. -Jeszcze jedno.   

- Tak, wodzu?   

- Nikt nie może się dowiedzieć o tym pyłku. Jeśli nasi ludzie znajdą sposób, żeby uodpornić 

zbroję, to dobrze. Jeśli nie… będziemy walczyć bez żywej zbroi. - Shedao Shai uśmiechnął się. - 

Jesteśmy  Yuuzhan  Vong.  Nasza  sprawa  jest  dobra  i  słuszna.  Bogowie  będą  naszą  zbroją,  gdy 

ruszymy do walki, a używając martwych zbroi, potwierdzimy tylko głębię naszej wiary.   

  

Kiedy  Deign  Lian  wrócił  do  swojej  kabiny  na  pokładzie  „Dziedzictwa  Udręki”,  zamknął  i 

zablokował  za  sobą  klapę  włazu.  Owalne  pomieszczenie  było  zbyt  małe,  by  w  nim  stał 

wyprostowany.  Schylił  głowę,  żeby  nie  zabrudzić  sufitu  krwią,  przyklęknął  i  z  niewielkiego 

schowka pod łóżkiem wyciągnął sklipuna.   

background image

Delikatnie  umieścił  muszlę  na  łóżku  w  taki  sposób,  by  linia  styku  dwóch  jej  połówek 

znalazła  się  na  wysokości  jego  twarzy.  Dotknął  tkanki  sensorycznej  na  ścięgnie  łączącym 

połówki  muszli  i  wystukał  palcem  kombinację  dźwięków,  na  którą  stworzenie  nauczyło  się 

reagować. Górna połówka muszli uniosła się, ukazując villipa, usadowionego w jej wnętrzu jak 

perła. Yuuzhanin potarł skórę villipa, żeby go obudzić. Poczuł, jak jego łuk płucny pompuje krew 

ze  zdwojoną  siłą.  Wreszcie  stworzenie  przybrało  kształt  twarzy  jego  prawdziwego  pana.  Lian 

pochylił głowę. - Panie, wybacz mu, ale musi ci coś donieść.   

- Kontynuuj. - Poprzez vilipa głos pana brzmiał płasko, ale nadal miał w sobie grozę.   

- Stało się tak, jak się spodziewałeś. Przedstawiłem Shedao Shai plan unicestwienia Ithor, ale 

on  go  odrzucił.  Zamiast  tego  planuje  rzucenie  nas  do  ataku  w  konwencjonalny  sposób,  choć 

może nie tak całkiem konwencjonalny.   

Brwi na twarzy, odwzorowanej przez vilipa, ściągnęły się w dół.   

-Wyjaśnij.   

Lian  starał  się,  by  jego  twarz  pozostała  bez  wyrazu,  a  głos  beznamiętny.  Wiedział,  że 

udzielając  odpowiedzi,  włącza  się  w  niebezpieczną  grę,  ale  Shedao  Shai  nie  pozostawił  mu 

wyboru. Adiutant był pewien, że również jego pan ma świadomość, iż jest wciągany w grę, ale 

jest to niczym wobec skali jego talentu do manipulacji politycznych.   

-  Jest  opętany  przez  tego  niewiernego.  Nie  ma  nawet  czasu  przygotować  planów  ataku  na 

Ithor, bo cały czas się nim zajmuje. Jest przekonany, że wyeliminowanie zagrożenia, jakim jest 

dla nas Ithor, może obrócić się przeciwko nam ze względu na to, co niewierni o nas pomyślą.   

- A kogo obchodzi, co sobie pomyślą niewierni? - Villip zdołał oddać pogardę w głosie pana. 

- Zaplanuj dla niego ten atak… i zrób to dobrze. Obliczysz, jakich sił będziesz potrzebował, żeby 

zająć tę planetę, ale wystąpisz o więcej statków. Shedao Shai obetnie twoje szacunki i wyjdzie na 

głupca.   

-  Jak żądasz, panie, tak uczynię-przytaknął  entuzjastycznie Deign  Lian. Postanowił odegrać 

małe  przedstawienie.  -  Już  wkrótce  wszelkie  pochwały  spłyną  na  twoje  imię,  panie.  Na  ustach 

wielu… - Milcz, głupcze! Lian pokornie pochylił głowę. - Błagam o wybaczenie, panie!   

- Lepiej nie wystawiaj na próbę mojej opinii o tobie. Znalazłeś się na swoim miejscu po to, 

by  dopatrzyć,  że  stanie  się  to,  co  powinno.  Nie  chciałbym  wymieniać  cię  na  kogo  innego,  ale 

może będę musiał.   

- Tak, panie - powiedział Lian, starając się, by w jego głosie brzmiała trwoga. Tak długo, jak 

background image

polityk  lekceważył  go  tak  samo  jak  Shedao  Shai,  Lian  mógł  wygrywać  jednego  przeciw 

drugiemu.  Shedao  Shai  musi  przegrać,  by  Lian  mógł  objąć  jego  stanowisko,  ale  potem  musi 

upaść również jego polityczny protektor.   

Dopiero wtedy zdobędę władzę, do której zostałem przeznaczony, pomyślał Deign.   

- Pracuj dalej. Zgłaszaj się w miarę potrzeb i informuj mnie o rozwoju wydarzeń, gdy zacznie 

się  bitwa  o  Ithor.  To,  co  robisz,  jest  słuszne  i  miłe  bogom.  -  Twarz  wyobrażona  przez  villipa 

przybrała wyraz spokoju. - Gdy dokona się nasz podbój, zostaniesz hojnie wynagrodzony.   

-  Pokornie  dziękuję,  panie.  Jestem  zawsze  twoim  lojalnym  i  posłusznym  sługą.  Lian 

wyciągnął rękę i zamknął sklipuna. Miał ochotę się roześmiać, ale kropla krwi opryskała muszlę. 

Dotknął  dłonią  włosów  i  przekonał  się,  że  są  przesiąknięte  krwią,  a  rana  porządnie  napuchła. 

Badał  ją  przez  chwilę  palcami,  a  w  końcu  wzruszył  ramionami,  zadowolony,  że  będzie  miał 

jeszcze jedną bliznę.   

Ukrył  sklipuna,  a  potem  zlizał  krew  z  palców.  Upokorzenia,  które  musiał  znosić  ze  strony 

Shedao Shai, zostaną wynagrodzone, kiedy zrobi mu wielką niespodziankę. Jedyne, czego żałuję, 

pomyślał Lian, to że w swoim upadku nie dostrzeże mojej ręki. Szybko odsunął żal na bok. Mogę 

zrzec się tej przyjemności, uznał. Poświęcę bogom tę ofiarę. Uśmiechnął się szeroko, pewny, że 

w ten sposób przypodoba się bogom. Z rozkazu Shedao Shai do bitwy pozostał zaledwie miesiąc. 

Tylko  miesiąc upokorzeń, które musiał  znosić. Miesiąc do objęcia stanowiska, które od dawna 

mu się należy.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 27 

  

   

Luke  znalazł  Marę  przy  dużym  iluminatorze  w  apartamencie,  który  im  przydzielono  na 

pokładzie  „Tafanda  Bay”.  Wyczuł,  że  jego  nadejście  ją  zaskoczyło,  ale  kiedy  go  rozpoznała, 

uspokoiła się. Stała, obejmując się mocno ramionami, wpatrzona w MatkęDżunglę widoczną w 

dole.  Rozluźniła  nieco  uścisk,  a  Luke  splótł  palce  z  jej  dłońmi,  przytulił  się  do  jej  pleców  i 

pocałował ją w kark. - Jak się czujesz?   

-  Dobrze,  bardzo  dobrze.  Arcykapłan  Tawron  wstąpił  do  mnie  i  był  tak  dobry,  że  odprawił 

dla  mnie  ten  rytuał,  przez  który  wcześniej  przeszli  inni Jedi.  Wstyd  mi,  że  nie  byłam  z  wami, 

ale…   

-  Nic  się  nie  stało,  Maro.  Byłoby  świetnie,  gdybyś  nam  towarzyszyła.  Ale  musisz 

wypoczywać, żeby być w formie.   

Pochyliła głowę i dotknęła delikatnie skronią jego skroni.   

-  Wiem,  Luke,  to  miłe  z  twojej  strony,  ale  czasem  czuję  się  jak  symulantka.  Ithor  jest  tak 

pełen spokoju, że jakoś ciężko mi tu utrzymać bojowego ducha. Nie chodzi o to, że lubię sytuacje 

konfliktowe, ale w końcu zostałam wyszkolona, żeby sobie z nimi radzić.   

- I niewielu jest takich, którzy mogą ci w tym dorównać.   

- Niewielu? Na przykład kto?   

Luke roześmiał się lekko.   

- Pozwól, że się poprawię. Nie ma takich, którzy lepiej od ciebie radziliby sobie w sytuacjach 

konfliktowych. Odwróciła głowę i pocałowała go w policzek.   

- Dziękuję. Masz coś przeciwko temu, żebym jeszcze trochę odpoczęła w twoich ramionach? 

- Ależ skąd! Mamy czas.   

- Dzień albo dwa?   

- Hmm. Chyba trudno byłoby nam tak stać przez dwa dni, nie uważasz?  - Luke uśmiechnął 

się. - W końcu zasłabniemy z głodu.   

- Rzeczywiście, masz rację, mój mężu! Może lepiej powinniśmy się położyć.   

-  Podoba  mi  się  twój  tok  myślenia.  -  Mistrz Jedi  przycisnął  żonę  mocniej.  Za  oknem  stado 

trójszponiastych ptaków manolium zerwało się do lotu lśniącą kolorami kaskadą. Zawirowały i 

odleciały w dół pod łukiem tęczy. - Wyobraź sobie, że przez całe to zamieszanie z planowaniem 

background image

zadań nie miałem czasu, żeby na chwilę przystanąć i zobaczyć, czego właściwie mamy bronić.   

- Ja oglądam to miejsce godzinami i zawsze widzę coś nowego.   

- Mara odwróciła się w jego uścisku i otoczyła mu ramionami szyję.   

- Relal Tawron był dla mnie bardzo dobry. Powiedział, że chociaż Matka-Dżungla to miejsce 

pełne spokoju, nie jest pozbawione przemocy i gwałtowności. Drapieżniki i ich ofiary są częścią 

naturalnego  cyklu.  Drapieżniki  zabijają  zdobycz  i  pożerają  ją,  a  potem  same  stają  się 

pożywieniem dla robaków i bakterii, które z kolei służą za pożywkę dla roślin, dających strawę i 

osłonę roślinożercom.   

- I porównał cię do drapieżnika? Mara wzruszyła ramionami.   

- Raczej do pożaru, trawiącego całe połacie dżungli podczas suszy.   

- Hmm, nie wiedziałem, że docierają do nich najświeższe wiadomości.   

- Ach, ten sarkazm Jedi! Czuję się urażona.   

Roześmieli się oboje. Luke pocałował ją w usta i w czubek nosa.   

- Czy ukazał ci, z jakiej perspektywy powinnaś widzieć swoją rolę w nadchodzącej bitwie?   

-  Tak,  ukazał…  a  to  pozwoliło  mi  spleść  moją  naturę  z  naturą  Matki-Dżungli.  I  to  właśnie 

jest  klucz  do  całej  sprawy:  Matka-Dżungla  wchłania  w  siebie  wszystko,  co  jest  częścią 

naturalnego cyklu. Tym, co jest nienaturalne w inwazji Yuuzhan Vong, są jej powody: polityka, 

chciwość, zazdrość. Wszystko to bywa powodem wojen, choć nie jest spotykane w naturze. Te 

cechy  pojawiają  się,  kiedy  istoty  myślące  wypierają  się  natury,  której  są  częścią.  Luke 

uśmiechnął się i przytulił ją mocno.   

- To jedna z rzeczy, które w tobie uwielbiam, Maro. Ciągle idziesz do przodu, podczas gdy 

wielu  stanęłoby  w  miejscu,  zadowalając  się  tym,  co  już  osiągnęli.  -  Nie  mogę  się  zatrzymać, 

Luke,  zwłaszcza  teraz.  -  Mara  wysunęła  się  z  jego  objęć.  -  Jest  tyle  rzeczy,  których  pragnę,  a 

przez  tę  inwazję,  przez moją  chorobę  nie  wiem,  czy  kiedykolwiek  zdołam…-  zacisnęła  usta  w 

wąską  linię  i  wzięła  go  delikatnie  za  rękę.  -  Może  to  po  prostu  odzywa  się  biologia,  ale  teraz 

myślę  tylko  o  tym,  jak  bardzo…  jak  bardzo  bym  chciała  mieć  dziecko.  Patrzę  na  ciebie  i  tak 

bardzo cię kocham, a kiedy pomyślę, że może nie będziemy mogli…   

Odwróciła się, nie patrząc na niego; zacisnęła wolną dłoń w pięść.   

- Maro… - powiedział cicho i przyciągnął ją do siebie, tak że ich złączone dłonie dotknęły jej 

brzucha. Otarł kciukiem pojedynczą łzę i pocałował wilgotny policzek. - Kochanie, zobaczysz, że 

się uda… Niczego nie pragnąłbym bardziej, niż razem z tobą dać początek nowemu życiu. Jedno 

background image

dziecko, dwoje, czworo… Dotknęła opuszkiem palca jego ust.   

- Wiem, że masz teraz mnóstwo do zrobienia, ale potrzebuję cię tak bardzo… Zostań ze mną 

chociaż na chwilę? - Tak długo, jak będziesz chciała.   

Na jej ustach zaigrał uśmiech.   

- Oboje wiemy, że nie ma tyle czasu we wszechświecie. Wezmę tyle, ile mogę dostać teraz. 

Dopełnimy  siebie  nawzajem,  dopełnimy  naszą  więź  z  naturą.  A  potem  możemy  tylko  ufać,  że 

Moc poprowadzi nas tam, gdzie będziemy potrzebni.   

  

Corran podał ostatni duraplastowy pojemnik łysemu, krępemu człowiekowi, który pomagał 

mu w załadunku „Gwiezdnego Piruetu”. - To chyba wszystko. Mężczyzna kiwnął głową.   

- Zabezpieczę klapę i zajmę się pasażerami. Dzięki za pomoc.   

- Nie ma sprawy. - Corran odwrócił się od podnoszonej właśnie klapy i podszedł do Mirax, 

która  sprawdzała  ostatnich  pasażerów  z  listą  w  notesie.  Wszędzie  wokół  nich  w  doku 

cumowniczym ithoriańskiego miasta-statku panował ruch i rozgardiasz. Niezliczone statki, duże i 

małe,  w  pośpiechu  przyjmowały  na  pokład  pasażerów  i  sprzęt.  Kiedy  opuszczały  hangar,  ich 

miejsce  natychmiast  zajmowały  następne.  W  całym  mieście  i  na  wszystkich  pozostałych 

statkach-miastach trwała ewakuacja. Uśmiechnął się do żony.   

- Masz już wszystkich?   

-  Mhm.  -  Zatrzasnęła  wieczko  komputerowego  notesu  i  wsunęła  urządzenie  do  kieszeni  na 

biodrze. - Paliwo już mamy, możemy ruszać. Corran pogłaskał ją po policzku.   

- Wiesz, że nie chcę, żebyś odlatywała.   

- Wiem, ale nie chcesz też, żebym tu została. - Mirax uśmiechnęła się i wskazała palcem na 

frachtowiec za sobą. - Przerzucam ten zespół na Borleias. Tamtejszy klimat nie jest idealny dla 

ithoriańskiej roślinności, ale myślę, że uda im sieje przystosować. - Na pewno się uda. - Otoczył 

ją ramieniem. - Myślisz, że ten Chalco nada się na członka załogi?   

- Z tego, co do tej pory widziałam, jest godny zaufania. Dostarczymy ładunek na miejsce, a 

potem odstawię go z powrotem na Coruscant.  - Oparła głowę o ramię Corrana.  - Potem wrócę 

tutaj. - Mirax, nie rób tego.   

Odwróciła się twarzą do niego i oparła dłonie o jego pierś.   

-  Corran,  ostatnim  razem,  kiedy  poleciałeś  walczyć  z  Yuuzhanami,  z  trudem  udało  ci  się 

uciec. A poprzednim razem przywieźli cię ledwo żywego.   

background image

- Mirax, twoja obecność tutaj nie sprawi, że będę bezpieczniejszy.   

- Może i nie, ale przynajmniej będę mogła zabić tego, kto cię dopadnie.   

Corran położył  jej ręce  na ramionach.  - Po pierwsze, wcale nie zamierzam  dać się zabić.  - 

Mało kto zamierza.   

- Fakt -  westchnął. - Mirax, nie chcę cię tutaj. Walki będą naprawdę ciężkie. To, co robisz, 

ewakuując  stąd  Ithorian  i  próbki  ich  roślin,  jest  ważniejsze  niż  wszystko,  czego  ja  mogę  tu 

dokonać.  Podobnie  jak  ja,  powinnaś  robić  to,  co  umiesz  najlepiej.  Zmrużyła  brązowe  oczy.  - 

Szanse, że zginę, są raczej niewielkie.   

- Wiem i bardzo mnie to cieszy. - Powitał kiwnięciem głowy Anakina Solo, wbiegającego po 

trapie  „Gwiezdnego  Piruetu”.  Dotkną!  czołem  czoła  żony.»-  Mój  dziadek  zginaj,  kiedy  mój 

ojciec był dzieckiem, i wiem, że twoja matka też umarła, kiedy byłaś jeszcze bardzo młoda. Nie 

chcę,  żeby  coś  takiego  przytrafiło  się  naszym  dzieciom.  A  chyba  jeszcze  gorzej  byłoby, 

gdybyśmy  zginęli  oboje.  -  Jeśli  oboje  umrzemy,  Booster  zajmie  się  dziećmi.  -  To  ci  dopiero 

pocieszenie!   

-  Potraktuj  to  jako  motywację,  żeby  się  nie  dać  zabić,  Corran.  Pochylił  głowę,  żeby 

pocałować jej dłoń, a potem spojrzał w górę z uśmiechem na ustach i w zielonych oczach.   

-  Mam  motywację,  skarbie,  i  popatrz,  jak  mi  świetnie  idzie:  za  pierwszym  razem  o  mało 

mnie nie zabili; za drugim razem uciekłem im cały i zdrowy. Trajektoria i przyspieszenie są w 

porządku. To Yuuzhanie powinni się teraz zacząć martwić. Mirax roześmiała się z przymusem.   

- Wiesz, twoje zuchwalstwo naprawdę wkurza mojego ojca. - Ale nie ciebie.   

- Hmm… kiedy byłeś pilotem, wydawało mi się bardzo pociągające. - Wzruszyła ramionami. 

- Ale kiedy zachowujesz się tak samo jako Jedi… - To co wtedy?   

-  Yuuzhanie  powinni  zacząć  się  poważnie  martwić.  -  Pocałowała  go  leciutko,  a  potem 

jeszcze raz, mocniej. Corran objął ją i  przycisnął do siebie z całej siły. W jej pocałunku,  w jej 

ciele, czuł żarliwą namiętność, wynikającą bardziej z miłości niż ze strachu, że może go utracić. - 

Będę za tobą bardzo tęsknić, Corran.   

- Ja też, Mirax. - Tulił ją do piersi, a przez głowę przelatywały mu obrazy z ich wspólnego 

życia. Pierwszy raz, kiedy ją zobaczył; jej uspokojona we śnie twarz po nocy pełnej namiętności; 

uśmiech przez łzy po porodzie; a nawet tę iskrę bólu ukrytą za beznamiętną maską, gdy patrzyła, 

jak  ich  dziecko  się  przewraca,  i  wiedziała,  że  powinna  mu  pozwolić  podnieść  się  samemu  po 

upadku.   

background image

- Kocham cię, Mirax. Nigdy nie przestanę cię kochać.   

- Wiem. - Pocałowała go jeszcze raz i uśmiechnęła się. - Wiesz, najchętniej żegnałabym się z 

tobą przez najbliższych dwanaście godzin, ale muszę zwolnić miejsce postojowe dla następnego 

statku.   

-  Biurokraci  nie  mają  serc.  -  Corran  pocałował  ją  ostatni  raz.  -Cokolwiek  wymyśliłaś  na 

pożegnanie,  zachowaj  to  na  chwilę,  kiedy  znowu  się  będziemy  witać.  I  niech  nam  to  wtedy 

zajmie tydzień.   

-  Właśnie  się  umówiłeś  na  piękną  randkę  -  posłała  mu  całusa.  -Uważaj  na  siebie,  Corran. 

Wiem, że będziesz odważny.   

  

Anakin  znalazł  Chalco,  który  poprawiał  pasy  bezpieczeństwa  ithoriańskiej  pary  w  salonie 

„Gwiezdnego Piruetu”. - Chciałeś odlecieć bez pożegnania?   

Chalco poklepał młodego Ithorianina po ramieniu i odwrócił się do Anakina.   

-  Byłeś zajęty sprawami Jedi.  Nie chciałem  ci  przeszkadzać. Mirax potrzebowała pomocy i 

tak jakoś się złożyło.   

-  To  wyjaśnia,  jak  tu  trafiłeś,  ale  w  dalszym  ciągu  nie  wiem,  dlaczego  nie  chciałeś  się 

pożegnać. Chalco zmarszczył brwi.   

-  Zawsze  mówiłem,  że  spryciarz  z  ciebie.  No  więc  słuchaj…  -  Pochylił  się  do  przodu  i 

położył ręce na ramionach młodego Jedi. - Kiedy wyruszaliśmy na poszukiwania Daeshara’cor, 

roiło mi się, jak to zostanę bohaterem, i sam widziałeś, co z tego wyszło. Poszedłem cię ratować, 

a wyszło na to, że to ty musiałeś ratować mnie. Chyba po prostu doszedłem do wniosku, że nie 

nadaję się na bohatera. Anakin zmarszczył brwi.   

- Ale jednak to ty mnie uratowałeś! Jak sam powiedziałeś, gdybyś nie miał ze sobą blastera, 

nie miałbym czym powalić Daeshara’cor. A poza tym… to, co tu robisz, pomagając ewakuować 

tych ludzi… to prawdziwe bohaterstwo.   

- Może i tak, ale to nie ten rodzaj bohaterstwa, którego będziesz potrzebował, mały. - Chalco 

poklepał  go  po  policzku.  -  Nie  zrozum  mnie  źle.  Bardzo  się  cieszę,  że  cię  spotkałem.  Jestem 

dumny, że znam rycerza Jedi. No bo chyba jesteśmy przyjaciółmi, nie? Chciałbym mieć Jedi za 

przyjaciela…  a  jeszcze  bardziej  chciałbym  mieć  ciebie  za  przyjaciela.  -  Jestem  twoim 

przyjacielem, Chalco.   

-  To  dobrze.  Teraz  posłuchaj,  przyjacielu:  powodem,  dla  którego  zabieram  swoją  żałosną 

background image

powłokę  z  tej  planety,  jest  to,  żebyś  miał  o  jedną  osobę  mniej  do  ratowania,  kapujesz?  - 

Uśmiechnął  się  i  wyprostował.  -  A  poza  tym  chciałem  cię  pożegnać  przez  komunikator… 

zostawić ci wiadomość czy coś takiego, żeby oszczędzić nam łzawego pożegnania.   

- Rozumiem. - Anakin uśmiechnął się i spojrzał w prawo, słysząc brzęczyk komunikatora na 

półce.  -  Mam  odebrać?  Chalco  przytaknął.  -  To  komunikator  Corrana.  Anakin  wziął  z  półki 

urządzenie i odezwał się:   

- Mówi Anakin Solo.   

- Anakinie, gdzie jest Corran? - Bez trudu rozpoznał głos Wedge’a Antillesa. - Myślałem, że 

to jego komunikator.   

- Dobrze myślałeś. Jest na zewnątrz ze swoją żoną. Zaraz go zawołam.   

- Nie trzeba. Powiedz mu, żeby tam zaczekał. I tak przyjdę do hangaru.   

Anakin zmarszczył brwi.   

- Co się stało?   

-  Na  krańcach  systemu  pojawił  się  krążownik  Yuuzhan  Vong  i  zostawił  wahadłowiec. 

Oznaczenia  z  transpodera  pozwoliły  go  zidentyfikować  jako  ten  sam,  którym  Elegos  A’Kla 

poleciał  na  spotkanie  z  Yuuzhanami.  -  Wedge  ściszył  głos.  -  Z  wahadłowca  odbieramy  tylko 

nagraną  wiadomość,  odtwarzanąraz  za  razem.  Wiadomość  jest  od  Elegosa  do  Corrana,  z 

pozdrowieniami od dowódcy Yuuzhan Vong.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 28 

  

   

Jaina Solo patrzyła przez iluminator pokoju odpraw pilotów na dok ładowniczy „Chimery”. 

Z tego miejsca miała dobry widok na lądowisko i prom klasy Lambda, przycumowany pomiędzy 

dwoma  X-skrzydłowcami.  Wezwano  ją,  żeby  razem  z  Anni  Capstar  poleciała  na  rekonesans 

obejrzeć  prom;  potem  imperialny  wahadłowiec  ściągnął  statek  w  pobliże  „Chimery”,  skąd 

promień naprowadzający statku mógł wprowadzić go do doku.   

Okrążając prom pierwszy raz, z trudem rozpoznała jego sylwetkę. Kotwice cumownicze były 

wysunięte,  a  skrzydła  zwinięte.  Promy  nie  zwykły  latać  w  przestrzeni  w  taki  sposób,  więc 

wyglądał dziwnie i nie na miejscu.   

Pierwsze wrażenie potwierdziło się, gdy zobaczyła na kadłubie liczne narośle. Mijając prom 

na tyle blisko, by uchwycić kontakt wzrokowy - chciała zobaczyć, czy za sterami siedzi pilot  - 

zauważyła, że narośle przypominają algi i skorupiaki, przyczepione do poszycia. Okolice rampy 

ładowniczej  pokrywały  szczególnie  gęsto,  Jaina  zaczęła  się  zastanawiać,  jak  ekipa  ratownicza 

zdoła ją otworzyć.   

Kiedy  prom  został  wciągnięty  do  doku,  X-skrzydłowcom  rozkazano  wylądować  obok,  a 

potem technicy w ochronnych kombinezonach wygonili ją i Anni z pomieszczenia. Obie poddano 

badaniu  pod  kątem  obcych  form  życia,  oznajmiono  im,  że  są  czyste,  i  polecono  zaczekać  w 

pokoju odpraw albo pójść do stołówki, żeby coś zjeść. Anni skorzystała z drugiej możliwości, ale 

Jaina była niemal pewna, że zamiast tego znajdzie sobie towarzyszy do partyjki sabaka i zacznie 

obdzierać członków załogi „Chimery” z imperialnych pieniędzy.   

Jaina postanowiła zostać i patrzeć. Dobrze pamiętała Elegosa z czasów wspólnej podróży z 

nią,  jej  matką  i  Danni,  zanim  wstąpiła  do  Eskadry.  Zdumiewał  ją  jego  spokój  i  opanowanie. 

Wynikały  chyba  nie  z  tego,  że  ignorował  świat  zewnętrzny,  ani  nie  z  kontroli  rozumu  nad 

emocjami. Wyglądało to raczej, jakby natrafiwszy na problem, od razu widział jego sedno i tym 

się zajmował, nie pozwalając się rozpraszać nieistotnym drobiazgom.   

Podczas  przelotu  zwiadowczego  słyszała  powtarzające  się  bez  przerwy  nagranie  głosu 

Elegosa.  Brzmiał  normalnie,  nawet  radośnie,  ale  było  w  nim  coś,  co  ją  niepokoiło.  Miała 

nadzieję,  że  zobaczy  Elegosa  za  sterami  albo  zdoła  wyczuć  jego  obecność  na  statku,  ale  bez 

powodzenia. Zanim prom nie pojawił się w obrębie systemu, nie miała oczywiście pojęcia o misji 

background image

Elegosa i była niemal pewna, że szok wywołany tą informacją wpłynął na jej odczucia na widok 

promu. - To, co tu zrobili, jest dość niezwykłe.   

Odwróciła  się  i  zobaczyła  Jaga  Fela  wchodzącego  do  pokoju.  Miał  na  sobie  czarny 

kombinezon lotniczy z czerwonymi pasami na rękawach i nogawkach. Nie był tak oficjalny jak 

na  przyjęciu,  ale  też  trudno  byłoby  uznać,  że  zachowuje  się  zupełnie  swobodnie.  Nie 

uwierzyłaby,  że  jest  siostrzeńcem  Wedge’a  Antillesa,  gdyby  nie  podobieństwo  linii  nosa  i 

oprawy oczu.   

-  Dla  mnie  wszystko,  co  robią  Yuuzhan  Vong,  jest  dość  niezwykłe.  -  Jaina  skrzyżowała 

ramiona  i  wyjrzała  przez  iluminator.  -Już  od  godziny  skanują  prom  tam  i  z  powrotem.  Nie 

wyobrażam sobie, czego jeszcze mogliby się dowiedzieć bez otwierania go.   

-  Niczego.  Nie  po  to  go  skanują.  -  Fel  podszedł  i  stanął  obok  niej.  W  szybie  iluminatora 

zobaczyła wyraźnie jego odbicie. - Nie wiedzą, co jest w środku, i po prostu upewniają się, że to 

nic szkodliwego, żeby nikt się do nich nie przyczepił, j eśli to coś wypuszczą.   

- Mówisz to tak, jakbyś uważał, że przesadzają z ostrożnością. Pokręcił głową.   

- Wiedzą, że nie mogą być pewni, co tam jest. Mogą najwyżej ograniczyć tę niepewność do 

poziomu statystycznie dopuszczalnego. Tymczasem marnują tylko czas. Mamy wojnę. Nie da się 

całkowicie  wyeliminować  ryzyka.  Czasami,  żeby  zwyciężyć,  trzeba  zapomnieć  o  ryzyku  i  po 

prostu robić to, co jest do zrobienia. Jaina odwróciła się do niego.   

-  Jesteś  tylko  dwa  lata  starszy  ode  mnie,  ale  mówisz  tak,  jakbyś  był  co  najmniej  w  wieku 

mojego ojca. Kiwnął głową.   

- Wybacz. Oceniałem cię na podstawie twoich dokonań, a nie wieku.   

Zamrugała, poczuła ukłucie gniewu.   

- A cóż to ma oznaczać? Twarz Fela stwardniała.   

-  Jesteś  rycerzem  Jedi  i  doskonałym  pilotem  elitarnej  eskadry.  Wszyscy  dobrze  wiedzą,  ile 

talentu i determinacji wymagają obie te funkcje. Popełniłem błąd, oceniając cię zbyt pochlebnie. 

Jaina zmarszczyła brwi.   

-  Widzę dane z twoich czujników, ale nadal  nie mam pojęcia, jaki cel  namierzyłeś. Jag Fel 

westchnął.   

-W społeczeństwie Chiss nie istnieje pojęcie dorastania. Dzieci dojrzewają szybko i od razu 

dostają obowiązki dorosłych. Ci z nas, ludzi, którzy tam mieszkają, zostali wychowani podobnie. 

Intelektualnie miałem świadomość, że w Nowej Republice jest inaczej, ale…   

background image

-  Myślisz,  że  jestem  dzieckiem?  -  Jaina  spojrzała  na  niego  lodowato.  -  Myślisz,  że  jestem 

słaba i miękka?   

Fel spuścił wzrok; zauważyła, że się zaczerwienił. Uniósł rękę, uprzedzając jej dalsze słowa, 

i  pokręcił  głową.  Ten  gest  jakby  ujął  mu  dziesięć  albo  i  dwadzieścia  lat,  dzięki  czemu  po  raz 

pierwszy wydał się Jainie kimś w jej wieku.   

-  Nie  miękka,  wcale  nie.  Masz  w  sobie  determinację  i  odwagę,  tylko  brakuje  ci…  -  Niby 

czego? Zmarszczył czoło i spojrzał na prom.   

- Nie jesteś… zatroskana tym wszystkim.   

Jaina ugryzła się w język, żeby nie oświadczyć, że owszem, jest zatroskana nawet bardziej 

niż on sam.   

- Hm… chyba nie, to znaczy czasem tak, ale zatroskanie bywa takie przygnębiające…   

-  Zwłaszcza  kiedy  się  widzi  coś  takiego.  -  Pokazał  na  dwóch  mężczyzn  podchodzących  do 

promu  w  dole.  Mieli  na  sobie  kombinezony  ochronne,  ale  przezroczyste  hełmy  pozwalały  ich 

łatwo rozpoznać.   

- Weź na przykład mojego wuja… Przywitał mnie tak serdecznie na przyjęciu… spotkaliśmy 

się ledwie godzinę wcześniej, prywatnie, i był zaskoczony, kiedy się dowiedział, kim jestem, a 

zaraz  potem…  Tam,  skąd  przyleciałem,  mężczyźni  nigdy  się  nie  uśmiechali,  a  on  w  samym 

środku  najpoważniejszych  problemów  cieszy  się,  że  mnie  widzi.  I  nie  dlatego,  że  jestem 

sojusznikiem,  tylko  po  prostu  dlatego  że  jestem  synem  jego  siostry.  Przyjął  mnie  jak  kogoś 

bliskiego, chociaż matka zraniła go bardzo, opuszczając Nową Republiką. Jaina położyła rękę na 

ramieniu Fela.   

- Wedge już taki jest. Większość ludzi jest właśnie taka. Życie jest zbyt ciężkie, żebyśmy nie 

mieli cieszyć się małymi przyjemnościami, a spotkanie z tobą i wiadomości, jak toczy się życie 

jego  siostry,  musiały  twojemu  wujowi  sprawić  przyjemność.  Niezależnie  od  tego,  jak  kiepsko 

wygląda sytuacja, żart, uśmiech czy klepnięcie po plecach pomagają rozładować napięcie.   

Fel uniósł podbródek, a Jaina poczuła, że z powrotem zamyka się w sobie.   

- Wśród Chissów świętujemy dopiero wtedy, gdy praca jest wykonana do końca. - A jeśli ta 

praca nigdy się nie kończy?   

- Jeśli się nie kończy, to świętowanie byłoby fałszem.   

-  Nieprawda, jest  konieczne.  - Spojrzała na niego; zobaczyła pełen siły  profil, determinację 

na  twarzy  i  poczuła,  że  przechodzi  ją  dreszcz.  Był  przystojny,  to  nie  podlegało  dyskusji,  a 

background image

zadziorność  plus  wyjątkowy  talent  do  pilotażu  miały  swój  urok.  Podziwiała  sposób,  w  jaki 

przeciwstawił  się  politykom  Nowej  Republiki,  z  których  większość  budziła  w  niej  odrazę  ze 

względu na sposób, w jaki traktowali jej matkę. Nawet ten jego imperialny, oficjalny chłód był 

na swój sposób pociągający.   

Ciekawe, czy mama podobnie patrzyła na ojca? - pomyślała.   

W chwili gdy ta myśl przyszła jej do głowy, gwałtownie cofnęła rękę z ramienia Fela.   

O, nie! - pomyślała. Nie mam zamiaru zadurzyć się w ponuraku, który uważa, że zatroskanie 

to normalny stan ducha. Nie czas ani miejsce na to, żeby choć o tym pomyśleć.   

Fel odwrócił głowę, kiedy cofnęła rękę i uśmiechnął się lekko.   

-  Chissowie,  wbrew  temu,  co  mogłabyś  sądzić  na  podstawie  naszej  rozmowy,  są  ludźmi 

myślącymi.  Rozważnymi,  ostrożnymi,  ale  nie  pozbawionymi  odrobiny  fantazji.  Zdarza  im  się 

zastanawiać, jacy by byli, gdyby życie ułożyło im się inaczej. Kogo by spotkali, jak by wyglądało 

to spotkanie, kim by się stali… - Nie bardzo rozumiem, po co mi to mówisz.   

-  Bo…  -  zawahał  się  i  opuścił  wzrok.  -  Zastanawiałem  się,  co  wuj  Wedge  pomyślałby  o 

moim starszym bracie. Jaina uśmiechnęła się.   

- Jedyny problem z wycieczkami w świat fantazji jest taki, że życie nigdy nie układa się tak, 

jakbyśmy sobie tego życzyli. Czasami spotkanie to tylko spotkanie. A czasami… preludium. Fel 

roześmiał się.   

- Gdybym to ja powiedział, oskarżyłabyś mnie, że mówię, jakbym był w wieku twojego ojca.   

- Może tak, a może nie. - Spojrzała na jego odbicie w szybie. -Ale kiedy się jest nastolatkiem, 

miło  podejmować  dojrzałe  decyzje,  kiedy  zajdzie  taka  potrzeba,  a  kiedy  indziej  po  prostu 

beztrosko płynąć sobie przez życie.   

  

Corran  czuł  się  fatalnie  w  kombinezonie  ochronnym.  Był  okropnie  spocony,  choć  dzięki 

systemowi chłodzenia skafandra nie było mu gorąco. Cały się trząsł. Sposób, w jaki narośle na 

kadłubie promu zmieniły jego kształt, a łuski pokryły jego krawędzie, by dalej rozrosnąć się w 

gąszcz  burych  osadów  mineralnych  -  wszystko  to  przyprawiało  go  o  dreszcze.  Spojrzał  na 

Wedge’a.   

- Nie musisz tu być, Wedge. Gdyby coś ci się stało, Iella i dzieci nie darowałyby mi tego.   

-  Za  to  Mirax  byłaby  nadzwyczaj  szczęśliwa,  gdyby  coś  przydarzyło  się  tobie,  prawda?  - 

Wedge roześmiał się swobodnie. - Znowu razem, jak podczas lotu na okopy Borleiasa, tyle tylko 

background image

że tym razem ty idziesz przodem.   

- Jeśli dobrze pamiętam, ktoś wydał mi rozkaz, żeby tam lecieć!   

-No dobra, tak było. I co, chcesz się licytować szarżą, pułkowniku?   

- Wykonałbyś mój rozkaz tak samo, jak ja wykonałem tamten. - Corran potrząsnął głową. - 

Zresztą  masz  zbyt  bystry  umysł,  żebym  mógł  na  tobie  próbować  sztuczek  Jedi.  Niech  już 

będzie… cieszę się, że mam cię na skrzydle.   

Podeszli do promu niedaleko rampy ładowniczej. Personel techniczny ustawił tam ruchome 

schodki,  na  które  można  było  się  wspiąć,  by  dotknąć  dolnej  części  kadłuba.  Olbrzymia  narośl, 

która  Corranowi  przypominała  gigantyczny  strup  -  pokryta  czerwonobrunatnymi  zaciekami  w 

kolorze  zaschniętej  krwi  -  pokrywała  całą  rampę  ładowniczą.  Im  bliżej  panelu  dostępu,  tym 

narośl była jaśniejsza i mocniej najeżona kolcami. - Co o tym myślisz, Wedge?   

-  Cóż,  uważam,  że  twój  miecz  świetlny  zdołałby  się  przebić  przez  poszycie,  ale  nigdy  nie 

wiadomo,  na  co  wtedy  natrafisz.  -  Skrzyżował  ręce  na  piersi.  -  A  skoro  to  ma  być  prezent  dla 

ciebie z pozdrowieniami od dowódcy Yuuzhan Vong, przypuszczam, że nie spodobałby mu się 

pomysł, że poszatkowałeś jego dar na kawałki.   

-  Chyba  masz  rację.  -  Corran  wszedł  na  schodki  i  przyjrzał  się  z  bliska  panelowi  zdalnej 

kontroli  dostępu.  -  Ta  narośl  jest  znacznie  twardsza  niż  pozostałe,  a  niektóre  krawędzie  są 

wyszczerbione. I porośnięta kolcami ostrymi jak igły.   

Uniósł rękę w rękawicy w stronę narośli, co spowodowało, że jeden z kolców poruszył się i 

skierował w jej stronę. Cienka igła wystrzeliła, ale nie zdołała przebić rękawicy. Uderzyła jednak 

z  wystarczającą  siłą  by  odrzucić  rękę  Corrana  do  tyłu  o  parę  centymetrów.  Zaskoczony  rycerz 

wzdrygnął się, odskoczył i spadł ze schodków na pokład. Wedge pochylił się nad nim, by pomóc 

mu wstać. -Nic ci nie jest? Corran pokręcił głową.   

- Nie, wszystko w porządku - westchnął. - Gdybyś chciał komuś posłać podarunek w dowód 

szacunku, postarałbyś się, żeby dar nie trafił w niepowołane ręce, prawda? Opieczętowałbyś go, 

upewniając się, że adresat zna kod czy kombinację, umożliwiającą mu otwarcie upominku? - To 

ma sens.   

-  Tego  się  obawiałem.  -  Corran  odpiął  od  pasa  miecz  świetlny  i  włączył  go,  rozsiewając 

srebrne  blaski  po  kadłubie  promu.  Wyciągnął  rękę  w  stronę  Wedge’a.  -  Zdejmij  mi  rękawicę. 

Dotknę tego gołą dłonią. Jeśli stanie się coś niepokojącego, odetnę ją. Wedge zmarszczył czoło.   

- Jesteś pewien, że to rozsądne?   

background image

- Oczywiście, że nie, ale chyba nie mam wyboru - uśmiechnął się. - Na Bimmiel zostawiłem 

dość  krwi,  żeby  Yuuzhanie  mogli  zebrać  niezłe  próbki.  Mogę  się  założyć,  że  to  paskudztwo 

zaprogramowano w taki sposób, by otworzyło prom; kiedy posmakuje mojej krwi. Wedge zdjął 

rękawicę z dłoni Corrana.   

- Czy nie rozsądniej byłoby pobrać krew i spryskać nią ten kolec?   

-  Jasne…  ale  to  nie  po  koreliańsku!  -  Corran  wzruszył  ramionami  i  podniósł  lewą  rękę  w 

stronę spodu promu. Jeden z kolców poruszył się i wbił ostrą igłę w jego dłoń. Cofnął się równie 

szybko, jak zaatakował, pozostawiając maleńką rankę, na której pojawiła się kropla krwi. - Żaden 

z nas nie pomyślał o truciźnie, co?   

Zanim  Wedge  zdążył  odpowiedzieć,  brzegi  strupa  zaskrzypiały,  osypując  na  pokład  małe 

grudki,  które  roztrzaskały  się  jak  lód  w  zetknięciu  z  twardą  powierzchnią.  Grube,  połyskujące 

śluzowate  sznury  wypłynęły  z  brzegów  strupa,  łącząc  pokład  promu  z  opuszczającą  się  rampą 

ładowniczą. Śluz rozciągnął się w coraz cieńsze pasma, które przerwały się w połowie, po czym 

górna ich część zaczęła skapywać z poszycia, a dolna spłynęła w dół, tworząc błyszczącą kałużę 

na pokładzie hangaru.   

Corran zszedł ze schodków i wspiął się po rampie z włączonym mieczem świetlnym w dłoni. 

Wedge  wszedł  tuż  za  nim,  ściskając  w  ręku  miotacz.  Nie  licząc  słabej  bioluminescencyjnej 

poświaty,  we  wnętrzu  promu  panowała  ciemność,  a  blask  pałający  od  ostrza  pogłębiał  tylko 

cienie, które tańczyły groteskowo, gdy Corran poruszał mieczem.   

Wszędzie  wokół  siebie  widzieli  powyrywane  i  roztrzaskane  panele  ścienne.  Dziwaczne 

yuuzhańskie narośle - niektóre podobne do korzeni, inne do koralowych krzewów - porastały całe 

wnętrze. Zwisały ze ścian niczym bluszcz, a kiedy Corran i Wedge weszli na pokład, skręcały się 

i  wiły.  Tkanka  okrywająca  długie,  mackowate  pnącze  pękła,  uwalniając  ciemną  ciecz,  która 

wypłynęła z nich na zewnątrz. Corran pokręcił głową. - Nic z tego nie rozumiem.   

- A ja owszem. Podczas gdy my prześwietlaliśmy prom na wszystkie sposoby, te wszystkie 

paskudztwa  robiły  pewnie  to  samo  z  nami.  W  czasie,  kiedy  otwierała  się  rampa  ładownicza, 

przesłały wszystkie dane tam, skąd prom przyleciał. Potem zaczęły umierać, i to szybko, żeby nie 

zostało nam nic do analizy. - Wedge wyrwał ze ściany korzeń, który momentalnie rozpuścił się i 

rozpłynął.  -Coś  przyspiesza  przemianę  materii  tych  organizmów  w  niesamowitym  stopniu.  To 

jakby kompost, rozkładający się z prędkością światła.   

-  Jeśli  to  jest  właśnie  wiadomość  od  Shedao  Shai,  to  nie  wiem,  jak  ją  rozumieć.  To  nie  ja 

background image

jestem tym Jedi, który niegdyś był wiejskim chłopakiem, ani nie mam zamiaru szybko umierać. - 

Corran uniósł miecz wysoko, by jak najlepiej oświetlić pomieszczenie. - Zaraz, zaraz… spójrz, 

co to takiego?   

Przy wejściu do przedziału pasażerskiego, oparty o grodź prowadzącą do kabiny, leżał duży, 

owalny  kształt.  Przez  jego  środek  biegł  poziomy  szew,  a  całość  skojarzyła  się  Corranowi  z 

muszlą  jakiegoś  morskiego  organizmu.  Miało  szorstką  powierzchnię  koloru  piasku,  pociętą 

paskami  biegnącymi  wachlarzowato  od  tylnego  grzebienia  do  przedniej  krawędzi.  Na  środku 

szew był zapieczętowany kamiennym, kolczastym wyrostkiem.   

Kiedy  Corran  i  Wedge  zaczęli  podchodzić  bliżej  przejściem  pomiędzy  rzędami  siedzeń, 

umieszczony  na  wierzchu  muszli  villip  przenicował  się,  przybierając  rysy  Elegosa.  Chociaż 

protoplazma,  z  której  zbudowany  był  villip,  nie  była  w  stanie  odtworzyć  jego  złotego  futra, 

przybrała  żółtawy  odcień,  odwzorowując  nawet  fioletowe  pasma  wokół  oczu.  Wizerunek  był 

podobny  do  hologramu  zrobionego  zepsutym  laserem  -  rozpoznawalny,  ale  mocno 

schematyczny. Villip odezwał się głosem Elegosa:   

- Wiele mógłbym ci opowiedzieć o rasie Yuuzhan Vong, ale zostało mi mało czasu. Shedao 

Shai  dużo  mnie  nauczył.  Yuuzhanie  nie  są  bezmyślnymi  drapieżcami,  ale  wyrafinowaną  rasą, 

której filozofia diametralnie różni się od naszej. Nie udało mi się odkryć źródeł ich nienawiści do 

maszyn,  ale  wierzę,  że  w  innych  sprawach  jest  sporo  miejsca  na  kompromis.  Moja  misja  u 

Yuuzhan  Vong  była  trudna,  ale  owocna,  i  mam  nadzieję,  że  stanie  się  punktem  wyjścia  do 

dalszego postępu. Twarz wyobrażana przez villipa uśmiechnęła się.   

-  Spośród  wielu  naszych  rozmów  Shedao  Shai  najbardziej  zaintrygowały  opowieści  o 

wielkim  admirale  Thrawnie,  który  studiował  sztukę  swoich  wrogów,  by  na  jej  podstawie 

zrozumieć  ich  charakter.  Dla  ciebie,  Corranie,  Shedao  Shai  ma  wiele  szacunku.  Wie,  że  to  ty 

byłeś na Bimmiel. Dwaj wojownicy, którzy tam polegli, byli jego krewnymi. Wie także, że byłeś 

na  Garqi.  Jest  przekonany,  że  spotkacie  się  w  przyszłości,  dlatego  przygotował  dla  ciebie  ten 

podarunek, abyś mógł studiować jego kunszt, tak jak on studiował twój. Z każdym spędzonym 

tutaj dniem rośnie moja wiedza o rasie Yuuzhan Vong, tak jak rośnie ich wiedza o nas. - Wzrok 

Elegosa zmiękł. - Mam nadzieję, że niedługo spotkamy się w czasach pokoju. Uściskaj, proszę, 

moją córkę i przekaż jej wyrazy miłości. I nie bój się o mnie, Corran. Choć trudna, moja misja 

jest niezbędna, jeśli mamy mieć jakiekolwiek szanse na pokój.   

Kiedy  wiadomość  się  skończyła,  villip  zastygł  z  powrotem  w  nieprzezroczystą  kulę, 

background image

przeturlał się na lewo i spadł pod skrzyżowane nogi rycerza Jedi. Corran spojrzał na Wedge’a i 

wzdrygnął się.   

- Nie podoba mi się, że Shedao Shai uważa nas za geniuszy tego samego kalibru co Thrawn. 

Wedge wzruszył ramionami. - Czyja wiem? Może będzie przez to ostrożniejszy?   

- I dlatego ściągnie tu takie siły, na których widok sam Thrawn wziąłby nogi za pas. - Rycerz 

pokręcił  głową.  -  Może  udałoby  się  nam  namówić  Yuuzhan,  żeby  zatrudnili  u  siebie  paru 

Noghrich jako ochroniarzy?   

- Nie sądzę, żeby to się udało. - Wedge wskazał głową na muszlę. - Otworzysz go? - Chyba 

tak.  Gdyby  Elegos  uważał,  że  kryje  się  za  tym  pułapka,  znalazłby  sposób,  żeby  mnie  o  tym 

ostrzec. - Corran uniósł zaciśniętą w pięść lewą dłoń nad najeżoną kolcami pieczęcią i skropił ją 

kilkoma  kroplami  krwi.  Wyrostek  szczęknął  i  odpadł.  Pokrywa  muszli  zaczęła  się  powoli 

otwierać. Blask miecza świetlnego odbił się od złotego przedmiotu, umieszczonego we wnętrzu.   

- Na czarną ikrę Sithów! - Corran poczuł, że w żołądku eksploduje mu gorąca kula. Padł na 

kolana. - Och… nie! Nie…! Nie…!   

W  otwartej  muszli  spoczywało  dzieło  sztuki,  które  niewątpliwie  stanowiło  owoc  wielu 

godzin pełnej poświęcenia pracy. Kompletny szkielet, usadowiony ze skrzyżowanymi nogami… 

a  każdą  jego  kosteczkę  pokrywała  warstwa  złota.  Mostek  i  delikatne  końcówki  długich  kości 

połyskiwały  platyną.  W  oczodołach  osadzono  olśniewające  fioletowe  klejnoty.  Sproszkowany 

ametyst,  naniesiony na boczne kości czaszki,  idealnie odwzorowywał  rysunek liliowych pasów 

na twarzy Elegosa.   

Wypolerowane, lśniące bielą zęby układały się w zimny uśmiech.   

Szkielet Caamasjanina siedział z głową pochyloną do dołu, jakby patrzył na villipa, leżącego 

w  trójkącie  jego  skrzyżowanych  nóg.  Tkanka  villipa  stwardniała,  przybierając  czyjeś 

zniekształcone  rysy.  Głos  wydobywający  się  z  niego  był  szorstki  i  budzący  grozę.  Płynnie 

posługiwał się wspólnym językiem, ale widać było, że z trudem przychodzi mu układać usta w 

sposób,  jakiego wymagała artykulacja w tym  języku.  - Jestem Shedao Shai  - przedstawił się.  - 

Byłeś  na  Bimmiel.  Zgładziłeś  dwóch  moich  krewniaków,  zostawiając  ich  na  pastwę  robactwa. 

Ukradłeś  kości  mojego  przodka.  Przesyłam  ci  w  darze  ten  szkielet,  żebyś  wiedział,  jak  należy 

uhonorować poległego wojownika Yuuzhan Vong. Ton głosu niemal niezauważalnie zmiękł.   

- Żałuję, że twoje czyny zmusiły mnie, by zabić Elegosa. Chcę, żebyś wiedział, że zrobiłem 

to sam, własnymi dłońmi. Kiedy go dusiłem, w jego oczach wyczytałem świadomość, że został 

background image

zdradzony - ale tylko na początku. Zanim umarł, zrozumiał, że jego śmierć była koniecznością. 

Ty również musisz to zrozumieć. Yuuzhanin zmrużył oczy.   

-  Spotkamy  się,  my  i  nasze  armie,  wokół  planety,  którą  zwiecie  Ithor.  Jeśli  masz  w  sobie 

choć  odrobinę  honoru…  a  Elegos  zapewniał  mnie,  że  tak…  zwrócisz  mi  szczątki  moich 

przodków. Jeśli tego nie zrobisz, śmierć twojego przyjaciela pójdzie na marne. Corran poczuł na 

ramionach  dłonie  Wedge’a.  Patrzyli  razem,  jak  villip  przenicowuje  się  z  powrotem.  Rycerz 

wyłączył  miecz,  pogrążając  kabinę  w  niemal  kompletnych  ciemnościach,  w  których  szkielet 

przed nimi ledwie majaczył. Wyciągnął  rękę; spróbował wyczuć ciepło, resztki ducha Elegosa, 

ale poczuł tylko chłód.   

-  Wedge,  on  był…  Elegos  był  taki  pełen  dobroci.  To  on  uratował  mnie  przed  zatraceniem, 

kiedy  byłem  wśród  piratów.  Pomógł  mi  uratować  Mirax.  -  Corran  zwiesił  głowę.  -  A  jego 

morderca  śmie  mówić,  że  to  ja  jestem  winien  jego  śmierci!  Elegos  nigdy  nie  uczynił  nic,  co 

mogłoby kogokolwiek skrzywdzić, a sam zginął po to, żeby ktoś mógł przekazać, co ma mi do 

powiedzenia…   

Wedge mocniej zacisnął ręce na ramionach Corrana.   

-  Widocznie  Yuuzhanie  uważają,  że  to  jedyny  rodzaj  wiadomości,  jaki  jesteś  w  stanie 

zrozumieć.   

-  Tak?  A  więc  dobrze.  Zrozumiałem,  co  miał  mi  do  przekazania  Shedao  Shai.  -  Corran 

dźwignął  się  ciężko  na  nogi.  -  Tak  bardzo  chce  mieć  te  kości?  Będzie  je  miał,  i  to  w  wielkim 

pudle.  Dołożę  tam  jego  własne  gnaty,  żeby  Yuuzhanie  mogli  zabrać  to  śmierdzące  ścierwo  do 

domu.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 29 

  

   

Poświata  emanująca  z  holograficznego  wizerunku  układu  Ithor  oświetlała  twarze  osób 

zebranych  w  pokoju  odpraw.  Luke  obserwował,  jak  światło  faluje  i  zmienia  natężenie,  gdy 

admirał  Kre’fey  przestawia  perspektywę  odwzorowania.  Obraz  wznosił  się  znad  planety  po 

spiralnej orbicie i rozbłyskiwał, kiedy natrafiał na miasta-statki, powoli oddalające się od świata, 

który dotąd był ich domem. Admirał zatrzymał obraz.   

-  Ewakuacja  postępuje  stosunkowo  sprawnie.  Miasta-statki  nie  są  konstrukcyjnie  dość 

mocne, żeby przetrwać skok w nadprzestrzeń, nawet  gdyby zostały wyposażone w hipernapęd. 

Możemy tylko  osłaniać  je przed siłami Yuuzhan i  oczywiście to  robimy. Tymczasem  wszelkie 

statki,  jakie  zdołamy  skonfiskować,  zajmą  się  ewakuacją  mieszkańców.  Admirał  Pellaeon 

uroczyście pokiwał głową.   

-  Nigdy  nie  sądziłem,  by  było  możliwe  ewakuowanie  całej  populacji  planety.  Corran 

zmarszczył brwi.   

-  Jeszcze  ich  nie  ewakuowaliśmy,  do  tego  długa  droga.  Poza  tym  pozostawiamy  na  Ithor 

wielkie  bogactwo  życia.  Ewakuacja  obejmuje  zaledwie  niewielką,  najbardziej  mobilną  część 

populacji.   

Kre’fey spojrzał na notes komputerowy, z którego sterował obrazem z holoprojektora.   

- Z naszych szacunków wynika, że potrzebujemy około tygodnia na zakończenie ewakuacji, 

pod warunkiem że dodatkowe statki, o które prosiłem, zdążą na czas. Ceny przelotu z planet w 

rodzaju  Agamar  już  i  tak  podskoczyły,  więc  każdy,  kto  ma  jakikolwiek  statek  zdolny  do 

przewożenia  ładunków,  ściąga  tu,  żeby  zabrać  choć  paru  uciekinierów.  To  wyścig  z  czasem,  a 

szanse, że go wygramy, są z każdą chwilą mniejsze. Mistrz Jedi westchnął, przygnębiony oceną 

sytuacji  przedstawioną  przez  Bothanina.  -  Czy  pański  kuzyn  nie  mógłby  nam  pomóc?  Traest 

Kre’fey roześmiał się głośno.   

-Nic nie może zrobić. Jego doradcy odlecieli na Coruscant jednym z pierwszych statków.   

Corran uniósł brew w zdumieniu.   

- Borsk został?   

-Tak.   

Korelianin uniósł obie dłonie, jakby chciał coś na nich zważyć.   

background image

- Odważny - głupi. Odważny - głupi. Nie jestem pewien, w którą wersję wolę wierzyć w jego 

przypadku.   

-  Dopóki  nie  zacznie  sprawiać  kłopotów,  nie  dbam  o  to,  która  z  wersji  jest  prawdziwa  - 

westchnął Bothanin. - Chociaż z drugiej strony… szanse na to, że nie będzie z nim kłopotów, są 

minimalne.   

-  To  naprawdę  nieistotne.  -  Pellaeon  złączył  dłonie  czubkami  palców.  -  Nasi  inżynierowie 

zakończyli prace na stacji naziemnej.  Obrońcy… tacy, jakich mamy… zajęli  pozycje. Skorupy 

bronią skorup, ale to powinno wystarczyć, by wyprowadzić Yuuzhan w pole.   

  

-  Świetnie  -  ucieszył  się  Luke.  -  Jedi  niemal  zakończyli  przygotowania  na  pokładzie 

„Tafanda Bay”. Wolałbym mieć więcej czasu na upewnienie się, że wszystko działa, jak należy, 

zrobić  jeszcze  parę  symulacji,  ale  zaczniemy,  kiedy  przyjdzie  czas.  Teraz  wszystko  zależy  od 

Yuuzhan Vong.   

-  Tak,  niewątpliwie.  -  Kre’fey  wcisnął  guzik  w  notesie  komputerowym  i  obraz  układu 

słonecznego  Ithor  znów  zaczął  przez  nimi  wirować,  schodząc  po  szerokiej  spirali  w  głąb 

systemu.  Tam,  usadowiona  pomiędzy  pasem  asteroidów  a  gazowym  gigantem,  spoczywała 

yuuzhańska flota. Statki też wyglądały jak grupa asteroid, która odłączyła się od pozostałych, by 

krążyć wokół gazowego giganta, ale ich kurs nieubłaganie wskazywał jeden punkt - planetę Ithor.   

Na widok floty  Luke’a  przeszły ciarki. Bothański  admirał  odchylił  się  w fotelu  i pogładził 

białą sierść na szyi obiema rękami.   

-  Od  pierwszej  chwili  gdy  pojawili  się  w  systemie,  zrobiłem  tysiące  symulacji  na  temat 

prawdopodobnego rozwoju bitwy. Biorąc pod uwagę liczebność obu stron, wyniki są niemal za 

każdym  razem  identyczne.  Starcie  w  przestrzeni,  straty  po  obu  stronach,  a  potem  odwrót  na 

przeciwne krańce planety. Przy ich obecnym tempie do starcia dojdzie za trzy, może cztery dni. 

Jedna  wielka  bitwa,  a  potem  obie  strony  wycofują  się.  Gilad  Pellaeon  pochylił  się  do  przodu  i 

musnął wąsy.   

-  Wystąpiłem  o  posiłki  i  wiem,  że  wy  zrobiliście  to  samo.  Jedno mi  się  nie  podoba  w  tych 

symulacjach:  Yuuzhanie  mogą  wysłać  niewielki  kontyngent  w  pogoń  za  miastami-statkami, 

kiedy  wycofamy  się  po  bitwie.  Będziemy  musieli  zareagować,  zmieniając  tym  samym 

równowagę sił w okolicach samej planety.  Ithor pozostanie odsłonięta. Corran zmrużył  zielone 

oczy.   

background image

-  Czy  te  posiłki  mogłyby  zająć  w  systemie  taką  pozycję,  by  osłaniać  miasta-statki? 

Imperialny admirał przytaknął.   

- To dość łatwe, a przy tym mogłyby pomóc przy ewakuacji.   

-  A  ewakuacja  jest  znacznie  ważniejsza  niż  dobijanie  niewielkich  oddziałów  Yuuzhan.  - 

Luke spojrzał na Corrana. - O co chodzi? Korelianin zamrugał i spuścił wzrok.   

- Cóż, wygląda na to, że tak naprawdę potrzebujemy nie wycofania się, tylko prawdziwego 

rozejmu. Pellaeon pokiwał głową.   

-  To  by  nam  się  najbardziej  przydało,  ale  los  pańskiego  caamasjańskiego  przyjaciela 

wskazuje, że to raczej niemożliwe. -Niekoniecznie.   

Luke  spojrzał  twardo  na  Corrana,  wyczuwając  falę  sprzecznych  emocji  emanującą  od 

ciemnowłosego Jedi. - Co ci chodzi po głowie? Masz coś w zanadrzu?   

-  Przyłapałeś  mnie  na  gorącym  uczynku.  -  Corran  zacisnął  usta.  -  Nie  miałem  zamiaru 

niczego  przed  tobą  ukrywać,  Luke,  ale…  Wszyscy  słyszeliście,  co  przekazał  mi  Shedao  Shai. 

Wysłałem  wiadomość  na  Agamar.  Pojutrze  spodziewam  się  dostać  te  szkielety,  o  jakie  mu 

chodzi,  od zespołu archeologów, który  je odnalazł.  W ten sposób  zyskam  coś, co Shedao Shai 

chciałby mieć najbardziej na świecie. Luke potrząsnął głową.   

-  Chyba nie planowałeś  nic  głupiego,  co? Nie wymyśliłeś na przykład, żeby  ściągnąć je na 

pokład „Tafanda Bay” jako przynętę?   

- Nie wiem, co myślałem. Nie zaszedłem aż tak daleko, żeby robić konkretne plany. - Corran 

popatrzył  na swoje dłonie, oparte płasko o stół.  - Po prostu  wiedziałem…  to  znaczy w pewien 

sposób czułem… że muszę tu mieć te szkielety. Może chciałem je wystrzelić w stronę słońca i 

powiedzieć Shedao Shai, żeby sobie za nimi leciał w studnię grawitacyjną, jeśli mu tak na nich 

zależy, a potem spłonął. Nie wiem. Kre’fey podrapał się w podbródek.   

-  Chcesz zaproponować  te szkielety  w zamian za rozejm? Nie jestem  pewien, czy się na to 

zgodzą. Corran potrząsnął głową.   

- Nie zgodzą się.   

Luke zwrócił uwagę, że tym razem Corran mówi tak, jakby był tego całkiem pewien.  - Co 

masz na myśli?   

- Tak naprawdę Shedao Shai chciałby mieć dwie rzeczy. Po pierwsze, kości, po drugie, mnie. 

Zabiłem  dwóch  jego  pobratymców  na  Bimmiel,  więc  on  w  odwet  zabił  Elegosa.  Teraz  chce 

dopaść mnie. Imperialny admirał uśmiechnął się niewesoło. - A pan chce zabić jego.   

background image

- Nie miałbym nic przeciwko temu. - Koreliański rycerz podniósł głowę. - Oto, co proponuję: 

wyzwę  dowódcę  Yuuzhan  Vong  na  pojedynek.  Jeśli  wygra,  dostanie  kości.  Jeśli  ja  wygram, 

dostanę  Ithor.  Do  czasu  rozstrzygnięcia  zawrzemy  rozejm.  Ile  czasu  potrzebujecie?  Tydzień? 

Dwa?   

-  Tydzień  brzmi  nieźle,  a  dwa  jeszcze  lepiej.  -  Kre’fey  pokiwał  głową.  -  To  się  powinno 

udać. Luke pokręcił głową. - Nie możemy do tego dopuścić.   

- Dlaczego nie, mistrzu?   

- Po pierwsze, Borsk Fey’lya nigdy się na to nie zgodzi. Kre’fey odchrząknął.   

- To, czego mój kuzyn nie wie, nie spędza mu snu z powiek. Corran przytaknął.  - A jeśli to 

nie  zadziała…  jeśli  Shedao  Shai  się  nie zgodzi,  nie  będziemy  musieli  się  tłumaczyć  z  kolejnej 

porażki Jedi.   

-  Corran,  to  jest  nie  w  porządku.  Jeśli  wyzwiesz  go  na  pojedynek,  staniesz  się  agresorem. 

Zmusisz go do działania. Jedi tak nie postępują.   

Stąpasz  niebezpiecznie  blisko  ciemnej  strony,  przyjacielu,  pomyślał  Luke.  Nie  powiedział 

tego na głos, bo nie był pewien, jak przyjąłby to admirał.   

Corran przez chwilę siedział w milczeniu, a wreszcie się odezwał.   

-  Chyba  rozumiem  twoje  obawy,  mistrzu,  ale  wracamy  do  dyskusji  Jedi  sprzed  miesięcy. 

Czuję,  że  zagrożenie  ze  strony  Yuuzhan  Vong  rośnie.  Wiem,  że  moje  działanie  byłoby  tylko 

uprzedzeniem  działań  Yuuzhan.  Elegos  udał  się  do  nich,  próbując  powstrzymać  inwazję,  a 

gdybym  ja  zdołał  ich  powstrzymać  choćby  o  jeden  dzień,  zwiększyłbym  szanse  powodzenia 

ewakuacji. Nie jest to może taki wybór, jakiego byśmy sobie życzyli, ale w tej chwili chyba nie 

mamy  żadnej  innej  możliwości.  -  Ale  pomyśl  o  tym,  jaki  dajesz  przykład!  To  woda  na  młyn 

Kypa!   

- Wiem. - Corran zamknął oczy i odchylił się na oparcie fotela. - Chciałbym, żeby był inny 

sposób, mistrzu, ale ten właśnie wydaje mi się słuszny.   

Luke  już  chciał  zaprotestować  i  zabronić  Corranowi  wchodzenia  w  układy  z  dowódcą 

Yuuzhan.  Nie  zrobił  tego,  bo  uderzyła  go  aura  spokoju,  emanująca  od  przyjaciela.  Mistrz  Jedi 

spojrzał na dwóch wojskowych. - Zaaprobowalibyście taki plan?   

Pellaeon prychnął.   

-  Żeby  jeden  człowiek  podejmował  samowolne  działania,  które  mają  zadecydować  o  losie 

całych planet i ich mieszkańców? To ostatnia rzecz, na jaką przystałoby Imperium. Chodzi nie 

background image

tylko o to, że byłoby to ryzykowne dla człowieka, który się tego podjął, ale zachęciłoby innych 

do  niesubordynowanych  działań,  gdyby  tylko  poczuli,  że,  to  co  chcą  zrobić,  jest  „słuszne”. 

Gdyby  ten  człowiek  podlegał  moim  rozkazom,  zabroniłbym  mu  tego…  ale  tak  nie  jest. 

Przyznaję,  że  jesteśmy  w  bardzo  trudnej  sytuacji,  więc  gdyby  jego  akcja  się  powiodła,  bardzo 

bym  się  z  tego  cieszył.  Ta  decyzja  powinna  jednak  wyjść  od  jego  dowódcy.  Admirał  Kre’fey 

zmarszczył czoło.   

-  Pamiętam, że miałem dobry powód, by przywrócić pułkownika Horna  do czynnej  służby, 

ale  nie  mogę  sobie  w  tej  chwili  przypomnieć  jaki  -  westchnął.  -  Zgadzam  się  z  admirałem 

Pellaeonem.  Wcale  mi  się  to  nie  podoba,  ale  chyba  nie  możemy  sobie  pozwolić,  by  nie 

wykorzystać  takiej  szansy.  Statki  nie  mogą  się  poruszać  szybciej,  więc  wygranie  paru 

dodatkowych dni jest ważniejsze niż wygranie bitwy. Ta akcja przynajmniej pozwoli nam zyskać 

na czasie. A jeśli dzięki niej uda się ocalić Ithor, to tym lepiej. Luke poważnie pokiwał głową.   

- Wiele rzeczy mi się w tym nie podoba, ale… - spojrzał na Corrana. - Mam zaufa 

nie do twoich opinii. Wiem, że postąpisz słusznie. - Dziękuję, mistrzu.   

Luke poklepał Corrana po ramieniu. 

- Teraz trzeba się zastanowić, jak dostarczyć wiadomość Shedao Shai. Dam ci   

znać, jak tylko coś wymyślimy. Kre’fey wstał i podał Luke’owi rękę.   

  

  -  Na  wszelki  wypadek,  gdyby  nikt  tego  nigdy  nie  powiedział  głośno…  doceniam 

poświęcenie pańskie i pańskich Jedi. Chciałem, żeby pan o tym wiedział, na wypadek gdyby nie 

udało nam się obu przetrwać tego konfliktu.   

Przez chwilę Luke miał przed oczami obraz Chewbacki, który zniknął pod wpływem silnego 

uścisku dłoni Bothanina.   

  

- Dziękuję, admirale. Niech Moc będzie z nami wszystkimi.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 30 

  

  

Jacen  Solo  obserwował,  jak  kapitan  frachtowca  odbiera  od  Corrana  notes  komputerowy, 

sprawdza potwierdzenie odbioru błyskające na ekranie i macha rękaw kierunkubinarnego wózka 

ze sfatygowaną aluminiową skrzynką. 

-  Powinien  pan  wiedzieć,  że  doktor  Pace  zamierza  ostro  zaprotestować  do  najwyższych 

władz przeciwko przywłaszczeniu artefaktów Yuuzhan Vong - odezwał się kapitan. 

- Rozumiem. - Corran skwitował wiadomość krótkim skinieniem głowy.  - Dziękuję, że pan 

wpadł. Nie będę pana zatrzymywał. 

- Żaden problem. Pańska żona wyświadczyła mi kiedyś przysługę. Cieszę się, że mogłem się 

odwdzięczyć. - Mężczyzna zasalutował i skierował wózek z powrotem doswojego frachtowca. 

- Chcesz, żebym ci z tym pomógł, Corran? 

Starszy rycerz podźwignął skrzynkę za uchwyt i wyciągnął ją w kierunku Jacena. 

-  Zmieniłeś  zdanie?  Na  początku  nie  bardzo  ci  się  podobał  ten  pomysł.  Przemyślałeś 

wszystko jeszcze raz? 

Jacen chwycił skrzynkę z drugiej strony i zdziwił się, jaka jest lekka. 

- Raczej nie. Robisz z tej wojny prywatną potyczkę… ty przeciwko Shedao Shai. 

To nie jest słuszne, bo tworzy wśród nas podziały i trochę za bardzo zahacza o… 

- Nie mów mi, że zahacza o ciemną stronę, Jacen. - Corran uniósł rękę i pokręcił głową. - Nie 

jestem w nastroju, żeby… 

-  Owszem,  jesteś  w  nastroju.  Po  prostu  nie  chcesz  tego  słuchać,  bo  wiesz,  że  to  prawda.  - 

Jacen  wyprzedził  Corrana  o  krok  i  teraz  zerkał  na  niego  przez  ramię.  -  To  ty  mi  mówiłeś,  że 

musimy wszyscy ciągnąć w tym samym kierunku, a tymczasem sam wyprawiasz się na własną, 

prywatną krucjatę. Szukasz zemsty za śmierć przyjaciela. 

Nie mogę cię za to winić, ale gdybym to ja był na twoim miejscu, przekonywałbyś mnie, że 

powinienem podporządkować własne uczucia temu, co inni uważają za słuszne. 

- Prawdopodobnie masz rację. 

- W takim razie dlaczego to samo nie odnosi się do ciebie? 

-  Dlatego  że…  -  Corran  zmarszczył  czoło.  Po  chwili  namysłu  złapał  Jacena  za  tunikę  i 

zaciągnął w boczny korytarz. - Chodź tutaj.   

background image

Przemierzyli  korytarz  w  milczeniu,  aż  wyszli  na  chodnik,  z  którego  mieli  widok  na  całe 

miasto „Tafanda Bay”. Gdyby Jacen nie wiedział, że dryfują nad Matką-Dżunglą, łatwo mógłby 

pomyśleć,  że  ithoriański  statek  to  nic  innego  jak  przykryte  kopułą  miasto  spoczywające 

bezpiecznie na powierzchni planety. Kopuła z transpastali ukazywała czyste, niebieskie niebo, po 

którym  przelatywały  frachtowce,  i  żywą  zieleń  drzew,  spomiędzy  których  widać  było  białe 

ściany  budynków  i  fragmenty  bulwarów.  -  Popatrz  na  to,  Jacen.  Masz  przed  sobą  miasto 

całkowicie opuszczone przez ludzi, którzy je kochali, którzy nie szczędzili sił, by je zbudować. A 

dlaczego  musieli  je  opuścić?  Bo  stało  się  celem.  Wiemy,  że  Yuuzhanie  je  zaatakują,  więc 

ewakuowaliśmy ludność i przygotowaliśmy parę niespodzianek dla wroga. To samo robimy na 

powierzchni planety. - Rozumiem - zgodził się młody rycerz.   

- Dobrze, więc zrozum także to: Shedao Shai ze względu na to, co zrobiłem na Bimmiel i co 

obaj robiliśmy na Garqi, uznał mnie za cel. Będzie szukał mnie i tych kości… a to oznacza, że 

będzie  miał  rozproszoną  uwagę.  I  tego  właśnie  chcemy,  bo  dowódca,  który  ma  rozproszoną 

uwagę, da nam więcej czasu, a ostatecznie musi przegrać. - Masz rację, ale co do reszty… Corran 

westchnął i położył rękę na ramieniu Jacena.   

- Jacen, zrozum… nie chodzi mi o pomszczenie Elegosa. Jego śmierć była dla mnie ciosem, 

straszliwym  ciosem,  ale  znałem  go  zbyt  dobrze,  by  nie  wiedzieć,  że  ostatnią  rzeczą,  jakiej  by 

sobie  życzył,  byłoby  urządzenie  jatki  z  jego  powodu.  Sam  pamiętasz,  jak  postanowił  polecieć 

wahadłowcem  na  Dantooine,  żeby  wziąć  na  siebie  odpowiedzialność  za  powstrzymanie 

przemocy, tak by nikt inny nie musiał nieść jej ciężaru. Gdybym ruszył w pościg za Shedao Shai 

w imię Elegosa, on uznałby to za swoją porażkę, za próbę zrzucenia na niego ciężaru zabijania, 

którego  chciał nam  oszczędzić. Nie zrobiłbym  mu  tego. - Ale masz zamiar zabić Shedao Shai. 

Twarz Corrana zastygła w wyrazie powagi.   

- Jeśli tylko będę miał okazję. Posłuchaj, Jacen… nie chodzi mi o zemstę, bo to oznaczałoby 

przejście na ciemną stronę. Chodzi o odpowiedzialność. Shedao Shai chce mnie zabić. Jeśli się z 

nim nie zmierzę, wtedy ty albo Ganner, albo jeszcze ktoś inny będzie się musiał nim zająć. To 

niebezpieczny  facet,  nikt  w  to  nie  wątpi.  Może  to  on  zabije  mnie  i  wtedy  stanie  się  to  twoją 

sprawą. Na razie do mnie należy rozstrzygnięcie. Jacen wzdrygnął się. - Nadal nie jestem pewien, 

czy masz słuszność.   

-  Na  razie  nie  musisz.  -  Korelianin  westchnął,  nie  ze  zmęczenia,  ale  żeby  zmniejszyć 

napięcie. - Wiem, że to,  co robimy, Jace-nie, jest  słuszne. Bitwa, która się tu  rozegra, ma dwa 

background image

cele.  Pierwszym  jest  ochrona  Imoru  i  jego  populacji.  Drugim,  równie  ważnym,  pokonanie 

Yuuzhan  Vong.  Muszą  się  przekonać,  że  łatwe  podboje  się  skończyły.  Jeśli  poniosą  poważne 

straty, może rozważą sens ich kontynuowania. Jesteś jeszcze młody i nie spodziewam się, byś to 

zrozumiał. Sam też do niedawna nie byłem niczego pewien, ale teraz po prostu wiem, że to, co 

robię, jest słuszne. - Uśmiechnął się. -Po prostu czuję, że tak trzeba zrobić.   

W głosie Corrana brzmiało mocne przekonanie. Jacen poczuł się podniesiony na duchu, ale 

po chwili coś sobie przypomniał i zmarszczył brwi.   

-  Tak  samo  się  czułem,  uwalniając  niewolników  na  Belkadanie.  Sam  wiesz,  jak  to  się 

skończyło. Corran objął Jacena ramieniem.   

-Widzisz,  mały,  musisz  się  jeszcze  wiele  nauczyć  o  sposobach  budowania  morale  wśród 

towarzyszy. - Po prostu staram się być realistą.   

- Tak, wiem. - Corran uśmiechnął się posępnie i poprowadził Jacena z powrotem do miejsca, 

z którego przyszli. - Czuję, że teraz wszyscy staną się realistami.   

  

-  Rzeczywiście,  jestem  zaskoczony,  widząc  cię  jeszcze  tutaj,  kuzynie.  -  Admirał  Traest 

Kre’fey stał na mostku „Zadziornego”, obserwując przestrzeń nad planetą Ithor. W oddali wokół 

planety krążyła grupa statków o wydłużonym kształcie. Większość z nich należała nie do Nowej 

Republiki, lecz do floty Spadkobierców Imperium. - Myślałem, że wrócisz do Systemów Środka 

razem z arcykapłanem Tawronem.   

Borsk Fey’lya powstrzymał się od wzruszenia ramionami, ale sierść zjeżyła mu się na karku. 

- Miałem ważne powody, żeby zostać.   

Między innymi taki, że Leia Organa Solo nie czmychnęła stąd tak jak członkowie twojego 

gabinetu - pomyślał Traest. Podejrzewał, że przewodniczący Nowej Republiki odczytał tę myśl z 

jego sardonicznego uśmieszku. - A z jakiego powodu chciałeś ze mną rozmawiać?   

- Rozmawiać? Nie chodzi o rozmowę. - Fey’lya uśmiechnął się ostrożnie. - Chciałem, żebyś 

był  świadkiem.  -  Dał  znak  oficerowi  przy  konsoli  łączności.  -  Proszę  łączyć  rozmowę.  Traest 

powstrzymał gestem oficera. - Z kim chcesz rozmawiać?   

-  Z  admirałem  Pellaeonem.  -  Fey’lya  wskazał  głową  na  „Chimerę”  połyskującą  w  oddali.  - 

Sam nie masz dość odwagi, by być adwokatem własnej sprawy, więc na mnie spada obowiązek 

jej  przeforsowania.  Zamierzam  zażądać,  by  dowództwo  tej  operacji  przeszło  w  twoje  ręce.  Ta 

planeta należy do Nowej Republiki; to ty powinieneś dowodzić jej obroną.   

background image

- Rozumiem - warknął Traest. Skinął głową porucznikowi. -Proszę o połączenie z admirałem 

Pellaeonem.   

Dwaj Bothanie czekali przez chwilę w ciszy, dopóki na mostku nie pojawił się holograficzny 

wizerunek  Pellaeona,  naturalnej  wielkości  i  sprawiający  równie  imponujące  wrażenie,  jak 

oryginał. - Słucham, admirale Kre’fey.   

- Witam pana, admirale. Nie chciałem przeszkadzać, ale przewodniczący Borsk Fey’lya chce 

pana  przekonać,  by  powierzył  mi  pan  dowództwo  obrony  Ithoru.  Zanim  to  zrobi,  pomyślałem 

sobie, że warto, by usłyszał pańskie rozkazy w tej sprawie. Admirał przytaknął, przygładził białe 

wąsy i powiedział:   

-  Zgodnie  z  imperialną  dyrektywą  59826,  jeśli  stracę  dowództwo  obrony  planety  Ithor, 

wszystkie  statki  i  cały  personel  Imperium  wycofają  się  niezwłocznie  do  Bastionu.  -  Dziękuję, 

admirale.  Przykro  mi,  że  zabrałem  panu  czas.  Bez  odbioru.  Bothański  admirał  odwrócił  się  do 

kuzyna.   

- Czy to wystarczy?   

Widząc  zjeżoną  sierść  na  karku  Borska  Fey’lya,  zorientował  się,  że  nie  wystarczy.  -  To 

skandal! To bez sensu, by Imperium broniło tej planety! To nasz świat i my musimy dowodzić 

jego obroną! Nie może być inaczej!   

Traest  wyciągnął  w  stronę  Borska  Fey’lya  rękę  z  zakrzywionymi  palcami  i  wysuniętymi 

pazurami.   

-  Na  Coruscant  zgodziłeś  się  przekazać  obronę  Nowej  Republiki  armii.  Ostrzegłem  cię 

wtedy,  że  jeśli  spróbujesz  się  mieszać  w  sprawy  wojskowe,  wycofam  moje  siły  na  Nieznane 

Terytoria. Nadal mogę to zrobić i nie zawaham się. A jeśli ja się wycofam, to samo zrobi admirał 

Pellaeon. Ithor pozostanie bezbronny.   

Borsk Fey’lya patrzył na niego rozszerzonymi oczami.  -Nie możesz tego zrobić. Skazałbyś 

na śmierć oddziały wysłane na powierzchnię planety. A Jedi… chyba byś ich nie zostawił?   

- Nie? Chcesz się przekonać? Nie dbasz o Jedi. Byłbyś najszczęśliwszy, gdyby zostali wybici 

co  do  nogi.  Chwaliłbyś  ich  bohaterstwo,  stawiałbyś  im  pomniki  i  tańczył  z  radości  na  ich 

grobach.  -Ametystowe  oczy  Traesta  przybrały  twardy  wyraz.  Światło  zagrało  na  ich  złotych 

plamkach. - A jeśli chodzi o Ithor… nie masz pojęcia, dokąd wyprawiłem uciekinierów. Kolonie 

Ithorian pojawią się w całej Nowej Republice i na Nieznanych Terytoriach. To prawda, miną lata, 

zanim baforowce urosną na tyle, by znów zakwitły, ale przez te lata będę miał czas zgromadzić 

background image

armię,  która  zdławi  Yuuzhan  Vong.  Ostrzegałem  cię  wcześniej,  że  mógłbym  to  zrobić  i,  nie 

zawaham się. Jedno moje słowo, a rodziny wszystkich moich żołnierzy zostaną przeniesione na 

planety, które sam wyznaczę.   

- To niesubordynacja! Odbieram ci dowództwo! - Fey’lya odwrócił się i wycelował palec w 

stronę dwóch bothańskich strażników stojących po obu stronach grodzi prowadzących na mostek. 

-Aresztować  admirała  Kre’feya  i  wyprowadzić  go  z  mostka!  Żaden  z  Bothan  ani  drgnął,  jakby 

nie usłyszeli rozkazu. Traest spojrzał z góry na kuzyna.   

-  Jesteśmy  w  strefie  działań  wojennych,  kuzynie.  Twoja  władza  skończyła  się  wraz  z 

wejściem do tego systemu. Masz teraz dwa wyjścia…   

- Przepraszam, admirale, ale Yuuzhanie weszli w strefę rażenia - usłyszał głos z hologramu. - 

Wypuścili  myśliwce,  mamy  ich  na  kursie  przechwytującym.  Zaczęło  się.  Wariant  siódmy,  jak 

sądzę.   

- Dziękuję, admirale. W takim razie wariant siódmy. - Poprzez rozpływający się w powietrzu 

obraz imperialnego dowódcy Traest popatrzył na oficerów. - Wariant siód my. Podporządkować 

komputery celownicze danym telemetrycznym z „Chimery”. Wypuścić wszystkie myśliwce. To 

nie są ćwiczenia! Ruszajcie do walki, a jeśli spiszecie się, jak należy, będziecie świadkami klęski 

Yuuzhan Vong!   

Traest zbliżył twarz do twarzy Borska Fey’lya i ściszył głos do szeptu:   

-  Wybór,  jaki  ci  miałem  zaproponować,  był  taki:  albo  wrócisz  do  swoich  kwater,  albo 

wsiądziesz  na  statek  i  odlecisz  z  systemu,  zanim  wróg  zdąży  rozlokować  swoje  siły.  Ta 

alternatywa już nie wchodzi w grę, ale mam dla ciebie inną. Możesz zostać tutaj, na mostku, i w 

milczeniu  okazać  swojej  wsparcie  tym,  którzy  będą  walczyć,  by  ocalić  twoje  życie…  albo 

wymknąć się stąd chyłkiem i mieć nadzieję, że ataki Yuuzhan Vong nie zdołają przebić poszycia 

twojej kabiny. Fey’lya dumnie podniósł głowę.   

- Może teraz mną gardzisz, kuzynie, ale swego czasu, kiedy Imperium było naszym wrogiem, 

i ja przelewałem krew. Stawałem oko w oko z wrogiem i nie kryłem się po kątach.   

- To dobrze, bo Yuuzhanie są gorsi niż ktokolwiek, z kim stanąłeś dotąd oko w oko. - Traest 

podniósł głos, tak żeby wszyscy na mostku mogli go usłyszeć. - Tak, kuzynie, twoja pomoc tutaj 

będzie nieoceniona. Jak przyjdzie co do czego, powiem ci, co masz robić. Do tego czasu sama 

twoja obecność będzie dla moich ludzi najcenniejszym zaszczytem.   

  

background image

X-skrzydłowiec  Jainy  Solo  wystrzelił  wysoko  nad  „Zadziornego”  i  skręcił  w  lewo,  by 

dołączyć do formacji Eskadry Łobuzów. Anni Capstan dołączyła z prawej strony i wyhamowała 

kilka metrów za nią. Szybki rzut oka na wyświetlacze upewnił Jainę, że tarcze ma ustawione na 

pełną  moc,  pole  kompensatora  inercjalnego  rozciągnięte  do  maksimum,  by  chronić  ją  od 

yuuzhańskich dovin  basali, a systemy uzbrojenia naładowane i  gotowe  do strzału.  - Jedenastka 

gotowa do walki - zameldowała.   

Sparky zaświergotał i zaczął wyświetlać dane taktyczne na głównym monitorze. W mgnieniu 

oka przez ekran przemknęło kilkanaście  yuuzhańskich celi.  Na monitorze pojawił się ogromny 

krążownik  Yuuzhan  Vong  -  większy  niż  każdy  statek,  jaki  do  tej  pory  widziała.  Najeżony  był 

długimi  kolcami z koralu  yorick, a  główny  pokład wyglądał  tak, jakby  powstał z asteroidy, do 

której  doczepiono  pozostałe  elementy.  Trzy  mniejsze  krążowniki  -  wielkości  statku,  z  którym 

walczyli  na  Dantooine  -  otaczały  większy,  za  nimi  zaś  leciało  jeszcze  osiem  mniejszych 

jednostek wspomagających. Ze wszystkich startowały skoczki koralowe, nadlatując całą chmarą. 

Wśród  nich  Sparky  zdołał  wyróżnić  kilka  średniej  wielkości  statków,  wyglądających  na  barki 

desantowe.   

Dowództwo  floty  natychmiast  opatrzyło  statki  Yuuzhan  Vong  oznaczeniami  taktycznymi. 

Największy  zdefiniowano  jako  „wielki  krążownik”,  mniejsze  otrzymały  miano  „krążowników 

szturmowych”,  a  najmniejsze  -  „lekkich  krążowników”.  Do  plików  dołączono  skrócone 

oznaczenia: „wielki”, „szturmowy” i „lekki” przeznaczone do szybkiej wymiany zdań w eterze, 

ale Jaina wiedziała, że piloci szybko wymyślą własne określenia, chociażby po to, żeby napsuć 

krwi oficerom taktycznym.   

Desantowce  nazwano  „kontenerami”.  Jaina  wiedziała,  że  stłoczeni  w  nich  wojownicy 

Yuuzhan  Vong  będą  bezbronni,  dopóki  nie  dotrą  do  atmosfery  i  nie  wylądują  na  powierzchni 

planety.  Wystarczyło  zatem  -  zamiast  doszczętnie  niszczyć  cały  statek  -  po  prostu  przebić 

poszycie,  żeby  rozhermetyzować  barkę  i  wymrozić  wszystkich  obecnych  na  pokładzie.  Kanał 

łączności zaskrzeczał głosem Gavina:   

- Łobuzy, bierzemy się do kontenerów. Strzelajcie laserem, jeśli się da, i torpedami, jeżeli się 

nie da. Lepiej wykończyć ich tu na górze, niż pozwolić, by wylądowali na powierzchni.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 31 

  

   

-  Jest  ogromny,  panie  admirale!  Masą  dorównuje  co  najmniej  gwiezdnemu 

superniszczycielowi!   

Pellaeon powoli odwrócił się od iluminatorów na mostku „Chimery”. Wiedział doskonale, że 

zwycięstwo w tej bitwie w równym stopniu będzie zależało od jego postawy wobec załogi, co od 

siły ognia i taktyki.   

-  W  takim  razie  zobaczmy,  komandorze,  czy  nie  udałoby  się  im  ująć  nieco  masy… 

„Chimera” tkwiła w samym centrum sił defensywnych, ukształtowanych w stożek. Po bokach i z 

przodu otaczały ją cztery inne gwiezdne niszczyciele klasy Imperial - po dwa z Nowej Republiki 

i  Spadkobierców  Imperium.  Za  nimi  dziewięć  gwiezdnych  niszczycieli  klasy  Victory,  trzy 

bothańskie  krążowniki  uderzeniowe  i  gwiezdny  krążownik  z  Mon  Calamari  tworzyły  dalszą 

część  stożka.  Pomiędzy  nimi  krążyła  chmara  mniejszych  statków,  od  fregat  aż  po  kilka 

niewielkich  frachtowców,  których  załogi  fantazją  i  bitewnym  zapałem  nadrabiały  braki  w 

uzbrojeniu.   

- Cel: wielki krążownik. Strzelać według uznania. - Admirał odwrócił się i obserwował, jak 

baterie  turbolaserów  po  obu  stronach  statku  wypełniają  przestrzeń  palącymi,  czerwonymi 

promieniami  energii.  Niektóre  z  dział  emitowały  niemal  nieprzerwany  strumień  wystrzałów, 

które  rozpryskiwały  się  o  cel.  Bąble  grawitacyjne,  których  Yuuzhanie  używali  jako  osłon, 

wsysały je chciwie, a kiedy niektóre wystrzały zaczęły przebijać się przez bąble, cięższe działa 

tam skoncentrowały swój ogień.   

Strzały  ciężkiej  artylerii  rozbłyskiwały  u  celu.  Pellaeon  oczekiwał,  że  trafienia  wytopią 

dziury w skalnym poszyciu wielkiego krążownika, ale bąble grawitacyjne wchłonęły je również. 

Admirał  zmrużył  oczy,  deliberując  nad  nadzwyczajną  zdolnością  wielkiego  okrętu  do 

absorbowania  energii,  która  go  bombardowała  bez  ustanku.  -  To  na  nic,  panie  admirale.  -  W 

głosie  oficera  dowodzącego  ostrzałem  przebijała  się  frustracja.  -  Ta  taktyka  może  działać 

przeciwko  skoczkom,  ale  nie  przeciw  większym  okrętom.  Ich  osłony  są  dość  silne,  by  nas 

powstrzymać.   

-  Możliwe,  możliwe.  -  Pellaeon  zmarszczył  brwi  i  potarł  dłonią  podbródek.  -  A  może 

nauczyli się, jak walczymy?   

background image

Jaina ostrzelała skoczka ogniem turbolaserów,  a  na koniec wpakowała poczwórną salwę w 

jego  rufę.  Koral  rozprysnął  się,  tworząc  lodowy  ogon  jak  u  komety.  Mały,  ciemny  yuuzhański 

myśliwiec zaczął  odpadać na bok;  wchodził na kurs, który nieuchronnie  prowadził go w górne 

warstwy atmosfery Ithoru, by tam spłonął. - Patyczak, ster na prawą burtę!   

Jaina  odruchowo  zareagowała  na  ostrzeżenie  Anni  Capstan.  Pchnęła  drążek  w  prawo, 

korygując kurs odrzutem silników pomocniczych, by wejść w beczkę. Kula plazmy minęła ją ze 

świstem, a tuż za nią przemknęły stopione fragmenty rozbitego skoczka koralowego. Myśliwiec 

Anni  śmignął  zaraz  potem,  ciągnąc  za  sobą  snop  iskier.  Jaina  podążyła  za  jego  rufą,  lekko 

przechylając swój statek na lewą burtę. Wymieniły strzały z parą skoczków, a potem przedarły 

się przez ekran yuuzhańskich myśliwców, by wmieszać się między „kontenery”. W porównaniu z 

szybkimi  skoczkami  powolne,  pękate  desantowce  aż  prosiły  się  o  szybki  nalot  i  parę  torped 

protonowych.  Każdy  z  „kontenerów”  pluł  stożkami  rozgrzanej  plazmy,  ale  ten  typ  statków  nie 

był  przystosowany  do  obrony  przed  atakiem  myśliwców.  Unikanie  strumieni  plazmy  nie 

nastręczało większych trudności, a ogień wystrzałów zdołał nawet przebić się w paru miejscach 

przez osłony kadłuba.   

-  Sparky,  uważaj  na  nasz  ogon,  robimy  nalot!  -  Jaina  wysunęła  się  na  prowadzenie, 

wyrównała lot i ruszyła na jeden z desantowców. Kiedy strzelił plazmą w jej kierunku, zrobiła 

gwałtowny unik, położyła myśliwiec na lewy bok i zanurkowała w stronę kolejnego „kontenera”. 

Wystrzeliła  dwa  pociski  rozpryskowe  w  jego  dziób  i  rufę,  poprawiając  jeszcze  poczwórnym 

ogniem laserów w kręgosłup pudłowatego okrętu. Czarny koral w jednej chwili rozgrzał się do 

białości  i  wyparował.  Trafiony!  Jaina  włączyła  komunikator.  -  Wykończ  go,  Dwunastka!  - 

Rozkaz, Patyczaku!   

Nagle  Sparky  zaczął  przenikliwie  piszczeć.  Monitor  pomocniczy  Jainy  pokazał  parę 

skoczków pikujących ostro w sam środek jej rufy. Mijały właśnie Anni.  - Dwunastka, przerwij 

nalot!   

- A to pomiot Sithów! - głos Anni wibrował paniką. - Trafili mnie!   

Jaina pchnęła drążek na sterburtę i szarpnęła do tyłu, żeby ostro skoczyć w górę, ale było już 

za  późno.  X-skrzydłowiec  Anni  ciągnął  ogony  ognia  za  każdym  z  dwóch  silników.  Myśliwiec 

wpadł  w  korkociąg  i  na  pełnym  ciągu  roztrzaskał  się  o  desantowiec,  postrzelony  przez  Jainę. 

Jaina odebrała od swojej skrzydłowej krótki impuls bólu, a potem nic. Anni!!! Jaina!!!   

Na powierzchni Ithoru, ukryty razem ze zwiadem Jedi, czekającym na Yuuzhan Vong, Jacen 

background image

zgiął się w pół; ukłuł go dojmujący ból w żołądku. Z trudem łapał powietrze; czuł się tak, jakby 

w  jego  wnętrznościach  ktoś  zatopił  wibroostrze.  Fizyczny  ból  zaczął  powoli  ustępować,  ale 

psychiczne cierpienie nie mijało.   

W jednej chwili Corran był obok niego. Położył mu rękę na plecach. - Co się stało?   

Jacen zakasłał i odetchnął głęboko. - Moja siostra… coś… coś się stało tam na górze. - Czy 

wiesz, co się przydarzyło?   

Jacen zamrugał i otworzył się na Moc, patrząc w wieczorne niebo. Nadal wyczuwał obecność 

Jainy  pomiędzy  rozbłyskami  laserowej  kanonady  i  złotych  szczątków  spalających  .się  w 

atmosferze.   

-  Jej  samej  nic,  ale  ktoś  bardzo  jej  bliski  zginął.  Odbieram  to  bardzo  wyraźnie.”~  Corran 

pokiwał  głową,  a  Ganner  poklepał  Jacena  po  ramieniu.  -  Musisz  po  prostu  myśleć,  że  jest 

bezpieczna. - Niby dlaczego?   

-  Dlatego,  Jacen  -  odparł  Ganner  -  że  stąd,  z  dołu,  nie  możesz  jej  w  żaden  sposób  pomóc. 

Jedyne,  co  możesz  zrobić,  to  zadbać,  żeby  ci,  co  tu  wylądują,  nie  odlecieli  z  powrotem,  żeby 

zawracać jej głowę. Najmłodszy z rycerzy pokiwał głową. - Myślicie, że połkną przynętę?   

-  A  czy  ćpuny  używają  błyszczostymu?  -  Corran  uśmiechnął  się  do  Jacena  z  pewną  siebie 

miną.  -  Yuuzhanie  zdołali  nas  parę  razy  zaskoczyć.  Teraz  na  nich  kolej,  a  ta  niespodzianka 

bynajmniej nie będzie miła.   

  

Z  głową  w  kapturze  percepcyjnym  Deign  Lian  przyglądał  się  bitwie.  Zdecydował  się 

oznaczyć transportowiec Shedao Shai kolorem czerwonym i teraz patrzył, jak wrogie myśliwce 

przedzierają  się  przez  eskortę  skoczków  koralowych  i  zaczynają  ostrzał  okrętów  desantowych. 

Ich  działa  pluły  ogniem  w  kierunku  okrętu  Shedao  Shai,  ale  żaden  nie  trafił.  Ławica 

desantowców stopniowo przerzedzała się od strony atakujących, ale większość okrętów dotarła 

do atmosfery i zaczęła opadać ku powierzchni planety.   

Lian zwrócił teraz uwagę na flotę walczącą na orbicie. W jednej chwili zidentyfikował jedne 

z niniejszych statków niewiernych jako cel. Artylerzyści „Dziedzictwa Udręki” namierzyli obiekt 

i  wystrzelili  w  niego  salwę  pół  tuzina  pocisków  plazmowych.  Pierwszy  strzał  rozlał  się  po 

osłonach statku jak błoto. Kolejne pociski, złote i rozpalone, penetrowały osłony jak żrący kwas. 

Ostatni  przeleciał,  nie  napotykając  oporu,  przez  kulę  ognia,  w  którą  zamieniła  się  metalowa 

konstrukcja i lecący nią wojownicy.   

background image

Kolejni niewierni rzuceni na pastwę bogom, pomyślał Deign.   

Wydał  w  myśli  polecenie  i  w  ułamku  sekundy  obraz  bitwy  uległ  zmianie.  Zamiast 

odwzorowania w paśmie światła widzialnego neurosilniki analityczne okrętu  nałożyły na obraz 

kolory w taki sposób, by Deign mógł ocenić szkody wyrządzone jego flocie. Skoczki koralowe 

zamieniły się w złote i czerwone iskry śmigające przez próżnię przestrzeni, ciemniejące w miarę 

odnoszonych strat, by stopić się z czernią nieba. Większe statki również były złote, z czerwonymi 

plamami lub pasami uszkodzeń. Deign Lian z zadowoleniem stwierdził, że czerwonych plam jest 

niewiele.   

Jego zadowolenie rozwiało się, gdy uświadomił sobie, że sukcesy floty zawdzięcza Shedao 

Shai.  Jego  przełożony  przeanalizował  widać  taktykę  stosowaną  przez  pilo  tów  myśliwców 

niewiernych  i  przewidział,  że  podobnie  zachowają  się  większe  statki.  Rozmieścił  zatem  dovin 

basale  w  taki  sposób,  że  utworzyły  ekrany  grawitacyjne  dość  silne,  by  odbić  słabsze  strzały. 

Zachowały  przy  tym  dość  energii,  aby  generować  pola  grawitacyjne  o  dużym  natężeniu, 

potrzebne do przechwycenia silniejszego ostrzału. To bez znaczenia, pomyślał Deign Lian. Dziś 

może nawet wygrać, ale to zwycięstwo sprawi, że stanie się ślepy na potrzeby przyszłości. A jeśli 

przegra, cała wina spadnie na niego, na mnie zaś spłynie chwała ocalenia wojsk przez skutkami 

jego fatalnego planu.   

  

Pułkownik  Gavin  Darklighter  przechylił  myśliwiec  na  prawą  burtę  i  pomknął  po  spirali  za 

uciekającymi „kontenerami”. - Osłaniasz moje skrzydło, Dwójka?   

Kral  Nevil  pstryknął  dwukrotnie  w  komunikator,  potwierdzając  przyjęcie  rozkazu.  Gavin 

spojrzał  na  czujniki  zasięgu  i  zobaczył  sześć  innych  Łobuzów  pikujących  z  maksymalną 

szybkością. Tylko ośmiu nas zostało? - przeraził się. Z jednej strony cieszył się, że tylu pilotów 

nadal było zdolnych do walki, ale widok strat wywołał zimne ukłucie w żołądku. Anni zginęła, 

pomyślał. I tylu innych, których nawet nie miałem okazji poznać.   

Prychnął gniewnie. Poczuł, że jego myśli stają się chłodne i jasne pod wpływem lodowatej 

wściekłości, sączącej się w ciało i umysł. Nagle zauważył, że w jakiś sposób stapia się w jedno 

ze  swoją  maszyną.  Jak  yuuzhański  pilot,  zrośnięty  ze  swoim  skoczkiem,  pomyślał.  Lewą  ręką 

pchnął  lekko  drążek,  mimo  nagłego  wstrząsu  od  zderzenia  z  atmosferą,  by  podążyć  w  ślad  za 

jednym z desantowców.   

Gavin  szybował  za  rufą  „kontenera”,  ostrzeliwując  ją  gradem  pocisków  odłamkowych. 

background image

Transportowiec wygenerował bąbel grawitacyjny, który wchłonął czerwone wystrzały, miotając 

jednocześnie strumienie plazmy w stronę myśliwca Gavina. Pilot obniżył lot na tyle, by skryć się 

za  osłoną  bąbla  grawitacyjnego  wroga  i  puścił  serię  pocisków  odłamkowych  w  stronę  brzucha 

desantowca.  Bąbel  przesunął  się  w  dół,  by  wchłonąć  i  te  strzały,  a  kanonada  plazmowych 

pocisków nasiliła się.   

Gavin uśmiechnął się i pociągnął za drążki sterownicze. Uniósł dziób myśliwca tylko na tyle, 

by  móc  wpakować  poczwórną  salwę  w  rufę  barki  desantowej.  Lasery  trafiły  w  cel,  wypalając 

czarną  bruzdę  wzdłuż  burty  i  dziurawiąc  tył  okrętu.  Gavin  poprawił  pociskami  odłamkowymi. 

Nie sądził wprawdzie, żeby mogły poważniej uszkodzić samą barkę, ale wiedział, że gdyby choć 

jeden trafił do wnętrza, spowodowałby spustoszenie wśród załogi.   

Desantowiec  odpadł  na  lewo  i  runął  w  kierunku  dżungli.  Gavin  zignorował  go  i  zawrócił 

X-skrzydłowca,  podążając  śladem  pozostałych  „kontenerów”.  W  oddali  lśnił  bielą  kompleks 

budynków wzniesionych na powierzchni planety, a dwadzieścia kilometrów na północ od niego 

osamotniony  statek-miasto  „Tafanda  Bay”  unosił  się  na  niebie  niczym  spokojna,  metalowa 

chmura.  Cztery  barki  desantowe  odłączyły  się  od  formacji,  lecąc  w  jego  stronę,  podczas  gdy 

pozostałe skoncentrowały się na celu naziemnym.   

Gavin  przełączył  uzbrojenie na torpedy protonowe i  wycelował w punkt pomiędzy dwoma 

transportowcami  kierującymi  się  w  stronę  „Tafanda  Bay”.  Spojrzał  na  monitor  i  odczytał 

odległość do celu.   

- Catch, zaprogramuj torpedy protonowe na detonację w odległości dwóch kilometrów lub w 

momencie detekcji bąbla grawitacyjnego.   

Robot  zaćwierkał  przeciągle,  a  Gavin  wcisnął  spust.  Para  błękitnych  pocisków  rozcięła 

niebo, a czujniki Gavina pokazały, że barki wypuszczają za sobą bąble grawitacyjne. Yuuzhanie 

nauczyli się, widać, że torpedy eksplodują w zetknięciu z bąblem, więc dowódcy barek nakazali 

tworzenie  bąbli  daleko  za  rufą.  Energia  eksplozji  przy  tej  odległości  w  przestrzeni  nie 

wyrządziłaby barce żadnych szkód.   

Ale  my  nie  jesteśmy  w  przestrzeni,  co,  chłopaki?  -  pomyślał  Gavin.  Wybuch  torped 

protonowych miał dwojaki skutek. Po pierwsze, wywołał falę uderzeniową, która poruszała się 

prędzej niż dźwięk, pchając przed sobą masę powietrza. Fala uderzyła w desantowce i popchnęła 

je do przodu, wprawiając w niekontrolowany ruch, sama zaś pomknęła dalej, coraz słabsza, by 

całkowicie wygasnąć.   

background image

Po  drugie,  eksplozja  podgrzała  powietrze,  przez  co  stworzyła  strefę  silnego  podciśnienia, 

które zaczęło gwałtownie wsysać otaczające powietrze. Turbulencje wciągnęły dwa desantowce 

w gigantyczny powietrzny wir. Gavin nie miał pojęcia, w jaki sposób yuuzhańscy piloci i żywe 

oprzyrządowanie ich statków kontrolują kurs, prędkość czy pułap lotu, ale wiedział, że w sercu 

trąby powietrznej nie będą w stanie choćby o tym pomyśleć.   

Wyglądało  na  to,  że  miał  rację.  Yuuzhańskie  okręty  spadały  z  nieba  w  objęcia 

Matki-Dżungli.  Nie  wybuchły,  uderzając  w  ziemię;  pościnały  tylko  wierzchołki  drzew, 

przedzierając się przez ciemną kopułę listowia.   

Gayin patrzył, jak spadają, a potem skoncentrował się na pozostałych barkach desantowych. 

Były już dość daleko i nisko, a także zbyt blisko statku-miasta, by ryzykować odpalenie torped 

protonowych. Uśmiechnął się do siebie.   

Przynajmniej powstrzymaliśmy ich na tyle, na ile się dało, pomyślał. Teraz kto inny się nimi 

zajmie.   

 

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 32 

  

   

Pierwszy  z  yuuzhańskich  okrętów  desantowych  wyhamował  lot  nurkowy  tuż  nad  kopułą 

„Tafanda  Bay”.  Nieuzbrojony  statek-miasto  nie  stanowił  bezpośredniego  zagrożenia  dla 

najeźdźców. Drugi z transportowców po chwili zrównał się z pierwszym i plunął ogniem z pary 

małych  działek  plazmowych  umocowanych  nad  kokpitem.  Złote  strumienie  plazmy  stopiły 

transpastal iluminatora, jak płomień spawarki stopiłby lód. Transportowiec posłużył się następnie 

bąblem grawitacyjnym,  wycelowanym w otwór, by odessać stopioną transpastal. Zanim wyrwa 

powiększyła się na tyle, by barka mogła wylądować, bąbel wciągnął powietrze, gałęzie drzew i 

powyrywane  z  korzeniami  mniejsze  rośliny.  Pudełkowaty  okręt  wpłynął  do  wnętrza  „Tafanda 

Bay” i ruszył przed siebie zieloną promenadą. Delikatnie dotknął gruntu i uniósł klapy włazów, 

przez które wylał się legion małych gadów tworzących oddziały szturmowe.   

Z  włazu  na  rufie  wyłoniła  się  kilkuosobowa  grupa  yuuzhańskich  wojowników,  wysokich, 

smukłych i budzących grozę. W dłoniach mieli amfistafy, a na sobie zbroje, które nie przylegały 

jednak  ściśle  do  ciała.  Chyba  nie  czuli  się  w  nich  zbyt  dobrze;  obserwujący  ich  Anakin  Solo 

przypisał to  faktowi,  że  nie byli przyzwyczajeni  do noszenia zbroi  z martwych skorup zamiast 

żywego pancerza tworzonego przez kraby vonduun.   

Wpatrywał się w ekran notesu komputerowego, wciskając niekiedy ten czy inny klawisz, by 

przełączyć wizję na jedną z licznych holokamer rozmieszczonych w całym mieście. Tym razem 

był podłączony do kamery usytuowanej najbliżej miejsca, w którym wylądowała pierwsza barka 

desantowa, i zdołał ujrzeć błysk, zanim monitor wypełnił szum zakłóceń. Inna kamera pokazała 

mu  dwóch  yuuzhańskich  wojowników  wskazujących  palcem  na  dymiące,  strzelające  iskrami 

resztki  holokamery.  Jeden  z  wojowników  wyjął  płaskiego,  okrągłego  brzytwala  z  pasa  z 

amunicją  przewieszonego  przez  pierś  i  cisnął  nim  w  kierunku  tej  samej  kamery,  z  której 

obserwował  ich  Anakin.  Anakin  skulił  się  odruchowo,  przypominając  sobie,  jak  takie  stwory 

użądliły go na Dantooine. Brzytwal nie trafił, zawrócił więc w stronę swego pana, by spróbować 

ponownie.  Anakin  przełączył  wizję  na  trzecią  kamerę,  ale  lądowanie  drugiego  desantowca 

przesłoniło mu widok. Daeshara’cor położyła mu rękę na ramieniu.   

- Już czas, Anakinie.   

Zamknął  notes  i  zamierzał  schować  go  do  kieszeni,  ale  Twi’lekianka  odwróciła  się  i 

background image

spojrzała na niego wymownie. - Zostaw to. Nie ma sensu go ze sobą taszczyć.   

Zaskoczyła go, ale miała rację. Nie potrzebował notesu do tego, co będą robić. Dodatkowe 

obciążenie  tylko  spowolniłoby  ich  w  drodze.  Jeśli  pokonają  Yuuzhan,  będzie  miał  mnóstwo 

czasu, żeby po niego wrócić. A jeśli nie…   

Uśmiechnął się, ale wsunął notes do kieszeni na udzie kombinezonu bojowego. - Yuuzhanie 

nienawidzą  maszyn.  To  wprawdzie  nie  jest  żywa  istota,  ale  wolałbym  go  nie  zostawiać  na  ich 

pastwę. Twi’lekianka uśmiechnęła się szeroko.   

- Nie pomyślałam o tym. Chodź, Anakinie, pokażmy im, że nie mają racji.   

Anakin podążył za Daeshara’cor przez szerokie drzwi na korytarz. Z kwietników na ścianie 

zwisały fioletowe pnącza, a złotolistne dzikie wino porastało sufit.  Daeshara’cor szła środkiem 

korytarza, przystosowanego rozmiarami do budowy Ithorian, co sprawiało, że wyglądała niemal 

jak dziecko.   

Przez chwilę zastanawiał się, dlaczego idzie środkiem. Wiedział, że nie obawia się pnączy. 

Potem zauważył, że odruchowo postępuje tak samo.   

Żadne z nas nie chce przemykać się chyłkiem, pomyślał. Lekceważenie zbliżającej się bitwy 

nie miało sensu; wiedzieli przecież, jak niebezpiecznym wrogiem są Yuuzhanie. Ale kulenie się 

ze strachu oznaczałoby, że tamci zwyciężyli, zanim jeszcze zaczęła się bitwa, pomyślał.   

Chociaż  wyjaśnienie  brzmiało  irracjonalnie,  poczuł,  że  jest  słuszne.  Obserwując 

Daeshara’cor- pochylenie barków i wyprostowaną sylwetkę - zrozumiał, że odwaga to coś więcej 

niż  wmawianie  sobie,  że  się  nie  boisz.  Trzeba  głęboko  uwierzyć,  że  się  nie  boisz,  i  robić 

wszystko, by podtrzymać tę wiarę. Musisz dać sobie szansę okazania odwagi, pomyślał.   

Dotarli do końca korytarza i przykucnęli. Korytarz łączył ze sobą długi rząd zadrzewionych 

placyków,  biegnących  wzdłuż  osi  statku  jakieś  trzy  poziomy  nad  terenami  zielonymi. 

Gadopodobni  żołnierze  zbili  się  w  grupki  po  sześciu  i  szli  bocznymi  chodnikami.  Anakin 

wiedział,  że  projektując  miasto,  Ithorianie  nie  zwracali  uwagi  na  kwestie  taktyczne.  Jednak 

sposób  ukształtowania  chodników,  które  często  zakręcały,  prowadząc  pod  górę  lub  w  dół  jak 

ścieżka przez wzgórza, sprawiał, że yuuzhańskie oddziały nie widziały dalej niż na dwadzieścia 

metrów.   

Liście roślin na terenach zielonych niemal całkowicie zasłaniały widok z jednej strony statku 

na  drugą.  Dla  Jedi  nie  miało  to  większego  znaczenia.  Chociaż  nie  potrafili  wyczuć  samych 

Yuuzhan Vong, ich gadzi żołnierze zaznaczali swoją obecność w Mocy. Prócz tego rycerze Jedi 

background image

wyczuwali swoich towarzyszy w różnych częściach miasta. Choć nie dysponowali bezpośrednią 

łącznością  telepatyczną,  świadomość  ich  rozmieszczenia  plus  komunikator  zapewniały  im 

łączność niemal równie dobrą, jak sprzężenie umysłów. Daeshara’cor włączyła komunikator.   

- Zespół dwunasty na miejscu.   

- Przyjąłem, Dwunastka. Zaczynamy za pięć minut.   

Twi’lekianka kiwnęła głową. Sięgnęła po miecz świetlny i zatrzymała kciuk nad przyciskiem 

aktywacji.   

- Anakin, zanim zaczniemy, chciałam ci tylko powiedzieć „dziękuję”.   

Zmarszczył brwi.   

- Za co?   

-  Za  to,  że  kiedy  zgubiłam  drogę,  ty  mnie  odnalazłeś.  -  Daeshara’cor  uśmiechnęła  się.  - 

Gdyby moje ówczesne plany się powiodły… znienawidziłabym sama siebie na zawsze.   

Odpowiedź  Anakina  zagłuszył  elektroniczny  pisk  myszorobota  MSE-6  pędzącego 

korytarzem.  Ścigały  go  gardłowe  poszczekiwania  i  syki.  Mały  robot  zatrzymał  się  u  wylotu 

korytarza, w którym stali, okręcił się wokół własnej osi i prysnął w dół chodnika tuż obok nich. 

Zaraz za nim nadbiegło kilka rozgorączkowanych gadów, tak zaaferowanych widokiem małego 

robota, że nawet nie zajrzeli w boczny korytarz. Anakin skierował rękę w stronę jednego z gadów 

w samym środku grupki i użył Mocy, by unieść go w powietrze. Yuuzhański niewolnik zahaczył 

piętami o balustradę chodnika i z krzykiem pokoziołkował w dół. Po chwili przebił gęste listowie 

i z hukiem łupnął o ziemię.   

Zdziwienie na twarzy jego towarzysza zgasło, gdy Anakin wbił miecz świetlny w jego skroń 

i  nacisnął  aktywator.  Fioletowe  ostrze  przebiło  na  wylot  czaszkę  gada.  Anakin  natychmiast 

wyrwał miecz, by odparować cios amfistafa, wymierzony przez jednego z żołnierzy na przodzie 

formacji. Trzymając oburącz rękojeść, Anakin odrzucił amfistafa w lewo, obrócił się na pięcie i 

kopnął gada w twarz.   

Niewolnik poleciał do tyłu, ale zaraz zastąpił go drugi, rzucając się z amfistafem na Anakina. 

Młody Jedi poczuł, że paląca, ostra krawędź amfistafa wbija się w jego lewe udo. Zamachnął się 

mieczem, odcinając czaszkę gada tuż nad triumfalnie uśmiechniętymi ustami.   

Odwrócił  się  i  zobaczył  Daeshara’cor  stojącą  nad  ciałami  zabitych  przez  siebie  reptoidów. 

Podeszli razem do balustrady i zeskoczyli piętro niżej. Anakin wylądował okrakiem nad gadem, 

którego strącił w dół. Niewolnik miał najwyraźniej złamany kręgosłup. Anakin spojrzał w prawo 

background image

i  zobaczył  yuuzhańskiego  wojownika  nadchodzącego  chodnikiem.  -  Szybko,  skręcamy  w 

korytarz!   

Daeshara’cor  pobiegła  w  dół  korytarza,  o  jeden  poziom  niższego  niż  ten,  w  którym  się 

wcześniej ukryli. Anakin już miał pójść w jej ślady, gdy nagle niewolnik pod nim chwycił go za 

kostkę. Rycerz Jedi wierzgnął, żeby się oswobodzić, ale gad trzymał go kurczowo. Nadbiegający 

wojownik z rykiem zaatakował Anakina, kręcąc młynka swoim amfistafem.   

Anakin odwrócił się w jego stronę i przyjął najdogodniejszą pozycję. Uniósł miecz świetlny 

gotów  do  odparowania  ataku  wojownika,  ale  w  tym  samym  momencie  gadopodobny  żołnierz 

wbił  pięść  w  ranę  na  jego  lewej  nodze.  Nagły  ból  sprawił,  że  Anakin  musiał  przyklęknąć  na 

jedno kolano. Spojrzał w górę i zobaczył ostry koniec amfistafa spadający prosto na jego twarz.   

Nagle poczuł szarpnięcie Mocy, które pociągnęło go do tyłu tak gwałtownie, jakby siedział 

przypięty  w  X-skrzydłowcu  skaczącym  w  nadprzestrzeń.  Z  płonącym  purpurą  mieczem 

świetlnym  Daeshara’cor  wkroczyła  na  chodnik,  ustawiając  się  pomiędzy  Anakinem  a 

wojownikiem. Yuuzhanin, który zamiast Anakina rozpłatał leżącego pod nim gada, odskoczył do 

tyłu  na ugiętych nogach, trzymając na poziomie pasa amfistafa, wycelowanego zakrwawionym 

ogonem w Twi’lekiankę.   

Yuuzhanin  zaatakował  ją  dwukrotnie.  Przed  pierwszym  ciosem  się  uchyliła,  drugi  odbiła. 

Przechodząc do kontrataku, cięła go dwa razy przez głowę. Unosząc do góry amfistafa w obronie 

przed jej ciosami, Yuuzhanin cofnął się, zmuszając ją, by poszła za nim do przodu. Odwracając 

amfistafa  ogonem  do  tyłu,  odparował  cięcie  z  lewej  strony  i  przeszedł  do  kontrataku. 

Daeshara’cor odrzuciła jego broń na bok, okręciła się i wymierzyła wojownikowi kopniaka, od 

którego zgiął się w pół.   

Anakin uśmiechnął się, ale nagle zauważył, że Daeshara’cor słania się na nogach, a po chwili 

pada na chodnik. Kiedy osuwała się wzdłuż ściany, jej prawe ramię pozostawiło ciemną smugę 

krwi.  Amfistaf  zwinął  się  w  pierścień  u  stóp  swojego  pana  i  wysunął  czerwony,  rozdwojony 

język z uzębionej paszczy.   

Ugryzł ją, kiedy wojownik go odwrócił, pomyślał Anakin. Zatruł ją jadem.   

Zerwał  się  na  równe  nogi.  Wzbierała  w  nim  furia.  Wezwał  Moc  i  poczuł,  jak  w  niego 

wpływa. Nie wyczuwał przez nią Yuuzhanina, ale mógł łatwo jej użyć, żeby zerwać chodnik pod 

wojownikiem  albo  wyrwać  płyty  ze  ścian  i  zasypać  go  gradem  ostrych  odłamków,  które 

pogrzebią  go  żywcem.  Mógł  zrobić  setki  rzeczy,  by  Yuuzhanin  skonał  w  niewysłowionych 

background image

mękach.   

Mogę pomścić Chewiego, myślał. Mogę pomścić Daeshara’cor i zgładzonych mieszkańców 

Sernpidala.  Tu  i  teraz,  zaczynając  od  tego  jednego  wojownika.  Uśmiechnął  się  zimno  i 

uroczyście ukłonił wrogowi. Pokaże mu, do czego jest zdolny prawdziwy Jedi.   

Yuuzhanin zaatakował niemal od niechcenia. Podchodząc, zwinął amfistafa w pierścień. Gdy 

mijał Daeshara’cor, Twi’lekianka jęknęła. Spojrzał w jej kierunku i wymierzył amfistafem cios w 

jej gardło.   

W ułamku sekundy Anakin uświadomił sobie, że prawdziwy Jedi nie zastanawiałby się nad 

tym,  jak  pognębić  wroga,  tylko  jak  zapobiec  złu,  które  wróg  zamierza  wyrządzić.  Używając 

Mocy,  uniósł  miecz  świetlny  Daeshara’cor,  dzięki  czemu  obronił  ją  przed  ciosem.  Broń 

Yuuzhanina utkwiła w balustradzie, rozpryskując przy tym z głośnym trzaskiem kawałki muru i 

zdobiących go płytek.   

Wojownik  już  prawie  zdołał  uwolnić  broń,  gdy  dopadł  go  Anakin.  Fioletowe  ostrze 

energetyczne  przeszyło  powietrze  i  rozcięło  kolano  Yuuzhanina.  Kiedy  wojownik  zaczął  się 

przewracać,  młody  Jedi  wbił  miecz  pomiędzy  lewy  bark  a  szyję  wojownika.  Martwa  zbroja 

opierała  się  ostrzu  nie  dłużej  niż  sekundę,  zanim  się  stopiła.  Wojownik  zsunął  się  bez  życia  z 

fioletowej klingi.   

Anakin  przykucnął  obok  Daeshara’cor.  Jej  zielona  skóra  zbladła,  co  według  niego  nie 

rokowało za dobrze. Włączył komunikator. - Tu zespół dwunasty, mam ranną.   

- Zrozumiałem, Dwunastka. Wycofajcie się do opalowego zagajnika, do szpitala polowego. - 

Rozkaz!   

Anakin zgasił miecze - najpierw swój, a potem Daeshara’cor. Przypiął go do swojego pasa i 

wziął Twi’lekiankę na ręce. Spoglądając za siebie, przywołał Moc, by dodać sobie sił, i zaczął iść 

w głąb ithoriańskiego miasta.   

Nie wiem, czy zdołamy je uratować, pomyślał, ale mam nadzieję, że ocalimy przynajmniej 

ją.   

  

Traest  Kre’fey  odwrócił  się  do  holograficznego  obrazu  bitwy,  bo  zawołał  go  oficer 

odpowiedzialny za tarcze. - O co chodzi, komandorze? Kremowoskóry Bothanin prychnął.   

- Lewa tarcza opadła do pięciu procent mocy. Następny strzał…   

Potężne  trafienie  w  kadłub  w  okolicy  mostka  wstrząsnęło  statkiem.  Kre’fey  stracił 

background image

równowagę  i  upadł  na  pokład.  Uniósł  się  na  rękach  i  wstał,  strząsając  z  siebie  ostre 

ferroceramiczne skorupy, niektóre z nich z plamami krwi. Nie od razu uświadomił sobie, że silny 

wstrząs oderwał wewnętrzne panele wyściełające kadłub.   

Gdybym  nie  upadł…  -  pomyślał  admirał.  Spojrzał  w  kierunku  stanowiska  łączności  i 

zobaczył podrygującego spazmatycznie porucznika Arr’yka.   

- Nasz łącznościowiec nie żyje! Niech ktoś zajmie jego stanowisko! Tarcze, co się stało?   

Grai’tvo oderwał prawy rękaw munduru i przewiązał nim ranę na czole.   

- Tarcze nie miały mocy. Przedarł się przez nie skoczek. Był dla nas po prostu zbyt silny.   

Był dla nas zbyt silny… Kre’fey roześmiał się gardłowo.   

- Tak, to jest to! To jest rozwiązanie! Gari’tvo pokręcił głową. - Panie admirale?   

- Tak właśnie działa ich obrona! - Kre’fey spojrzał na dowódcę artylerii. - Proszę zwiększyć 

o połowę moc ostrzału pociskami rozpryskowymi. - To spowolni tempo.   

- Wiem. Musimy pamiętać, że w odpowiedzi na nasze słabe strzały oni generują słabe bąble 

grawitacyjne. Proszę zmienić ustawienia, a będziemy w stanie ich ukąsić. - Kre’fey odwrócił się 

w  stronę  stanowiska  łączności.  -  Dajcie  mi  admirała  Pellaeona.  Borsk  Fey  Tya  skinął  głową  i 

starł rękawem krew z konsolety. - Rozmówca wywołany, czekam na połączenie.   

- Dziękuję, kuzynie. - KreTey podszedł do stanowiska łączności. - Jesteś pewien, że chcesz 

tu zostać mimo niebezpieczeństwa? Przywódca Nowej Republiki przytaknął z powagą.   

- Wolę zginąć tutaj, niż czekać na dole, aż znajdą mnie Yuuzhanie.   

KreTey uśmiechnął się i poklepał Fey’lyę po ramieniu.   

- Spisz się tu dobrze, kuzynie, a nie będziesz musiał obawiać się żadnych Yuuzhan Vong.   

Shedao  Shai  przedzierał  się  przez  dżunglę  otoczony  swoimi  oddziałami.  Nad  jego  głową 

desantowce - z wyjątkiem jednego, który został na powierzchni, służąc za centrum dowodzenia - 

wystrzeliły w niebo, żeby przewieźć na planetę posiłki. Na każdego yuuzhańskiego wojownika w 

siłach desantowych przypadało dwunastu Chazrachów. Shedao Shai podzielił swoje oddziały na 

cztery  grupy.  Jedna  pozostała  na  statku  dowodzenia.  Po  obu  swoich  bokach  umieścił  triady 

składające się każda z trzech oddziałów, wiedząc, że taki tercet poradzi sobie z powstrzymaniem 

każdego  wroga.  W  centrum  umieścił  trzy  triady  -jedną  w  awangardzie,  drugą  na  tyłach,  w 

trzeciej, środkowej, szedł sam.   

Misja była pomyślana jako zwiad. Shedao Shai wiedział, że na razie ma zbyt szczupłe siły, 

by zrobić coś więcej. Usadowiony na jego lewym ramieniu villip szepnął: - Panie, dotarliśmy do 

background image

budowli. Warto, byś to zobaczył.   

-  Jestem  w  drodze.  -  W  głosie  zwiadowcy  usłyszał  jednak  coś,  co  osłabiło  jego 

postanowienie,  by  ograniczyć  się  do  rozpoznania  wrogiego  budynku.  Nie  napotkali  dotąd  na 

planecie żadnego oporu, co pozwoliło im sądzić, że wróg załamie się, gdy tylko trochę nacisną. 

Bitwa na Dantooine pokazała, że nie zawsze było to prawdą, ale Elegos twierdził, że Ithorianie są 

pacyfistami. A jeśli to ich planeta…   

Shedao Shai wyprzedził szeregi swoich żołnierzy i pobiegł przez mroczną dżunglę. Wiedział, 

że  jego  ludzie  kontrolują  ten  rejon  planety  i  że  nie  grozi  mu  żadne  niebezpieczeństwo,  ale  nie 

mógł pozbyć się wrażenia, że wokół czai się wroga siła. Właściwie nawet nie wroga, pomyślał. 

To siła oporu. Nie chcą nas tu. Nie czują nienawiści, ale nie witają nas chętnie.   

Przez  krótką  chwilę  ogarnęły  go  wątpliwości  co  do  yuuzhańskiej  inwazji.  Bogowie 

powierzyli im tę misję, bo byli orędownikami życia, a jednak na tej pełnej życia planecie Shedao 

Shai czuł się obco - nie jak oswobodziciel, lecz jak najeźdźca. Nie posunął się do przypuszczeń, 

że  kapłani  skłamali  albo  że  jego  misja  była  pomyłką.  Zastanawiał  się  tylko,  czy  we  właściwy 

sposób realizuje życzenia bogów. W końcu doszedł do wniosku, że jego wątpliwości budzą nie 

cele, lecz środki.   

Dotarł do grupy prowadzącej zwiad i przykucnął u boku jej dowódcy.   

-Melduj!   

-  Zauważyliśmy  tam  jakiś  ruch.  -  Yuuzhański  wojownik  wskazał  na  biały  ferrobetonowy 

budynek  rozciągający  się  przed  nimi.  Miał  trzy  piętra,  każde  cofnięte  nieco  w  stosunku  do 

poprzedniego.  Wieże  wyrastające  z  dachu  najwyższej  kondygnacji  zapewniały  obrońcom 

przewagę; ze ścian i okien sterczały lufy dział. - Budowla jest broniona. - Nie spodziewaliśmy się 

niczego innego.   

- Jest broniona przez automaty. - Głos wojownika zadrżał. -Nie mają szacunku. Obrażają nas, 

pozwalając, by zabijały nas ich maszyny.   

Shedao  Shai  wstał  i  twardym  wzrokiem  spojrzał  na  budowlę.  Wycelował  w  nią  palec, 

pozwalając jednocześnie, by jego tsaisi ześlizgnął się po rękawie i zastygł zesztywniały w jego 

dłoni.   

- Kpią z nas! Drwią z naszych bogów! Zniszczymy ich zabawki, a wtedy będą mu 

sieli sami do nas wyjść. A kiedy przyjdą, zetrzemy ich w proch!   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 33 

  

   

- Zrozumiałem. Dziękuję, dowódco zwiadu. - Corran spojrzał na towarzyszących mu Jedi.  - 

Sami  słyszeliście.  Generał  Dendo  mówi,  że  połknęli  przynętę.  Gavin  zrobił  rundkę  i 

zidentyfikował transportowiec, który służy im za centrum dowodzenia. Ruszamy! Do roboty!   

Corran,  ubrany  podobnie  jak  pozostali  w  czarny  kombinezon  bojowy,  wsiadł  na  pojazd 

pościgowy, do którego przymocowano z tyłu sfatygowaną aluminiową skrzynkę. Włączył zapłon, 

czując, jak silnik z cichym pomrukiem budzi się do życia. Mały holograficzny wizerunek ciemnej 

dżungli  pojawił  się  między  uchwytami  kierownicy,  rysując  świetliste  sylwetki  drzew  na  tle 

mroku.   

Uśmiechnął  się.  Wyczuwał  te  drzewa  poprzez  Moc,  więc  i  tak  umiałby  je  ominąć.  Ten 

obrazek  jest  mi  potrzebny  tylko  po  to,  pomyślał,  żeby  zdemaskować  podkradających  się 

Yuuzhan.  Emisja  ich  ciał  w  podczerwieni  pozwoli  mi  ich  zobaczyć,  choćby  się  nie  wiem  jak 

dobrze ukryli.   

Corran rozejrzał  się dookoła i  uśmiechnął  do Jacena, którego sylwetka ledwo majaczyła w 

ciemności. - Na co patrzysz? Młody rycerz wskazał na skrzynkę.   

- Na to pudło. Trudno go nie zauważyć.   

- Faktycznie - przytaknął Corran. - Ale w końcu o to chodzi w całej tej zabawie. Shedao Shai 

znajdzie się wkrótce w ogniu walki, a ta skrzynka ma za zadanie przypomnieć mu, o co walczy.   

Na rozkaz Shedao Shai oddział Yuuzhan Vong ruszył do przodu. Wyskoczyli z dżungli, by 

podbiec przez otwarte pole do ithoriańskiego budynku. Czerwone wystrzały z lasera plunęły od 

strony  mury,  rozszczepiając  we  wszystkich  kierunkach.  Dookoła  Shedao  Shai  gnali 

Chazrachowie,  wyjąc  i  szczekając.  Wśród  nich  biegli  yuuzhańscy  wojownicy,  wyżsi  i 

szczuplejsi, górujący nad głowami niewolników.   

Dowódca  Yuuzhan  Vong  wystąpił  naprzód.  Widział  sylwetki  swoich  żołnierzy  oświetlone 

ogniem  nieprzyjaciela.  Promienie  energii  eksplodowały;  trafiały  Chazrachów  i  powalały  na 

ziemię  wśród  dymu  i  ognia.  Niektórzy  z  rannych  jęczeli  i  wili  się  po  ziemi,  inni  próbowali  z 

powrotem wstać. Shedao Shai nie tracił czasu na dobijanie najciężej rannych, ofiarując im łaskę 

umierania w bólach, dzięki której odkupią swoją porażkę.   

Automatycznym  systemom  kontroli  uzbrojenia,  choć  były  zdolne  do  prowadzenia 

background image

zmasowanego ognia, brakowało  elastyczności, która pozwoliłaby im zmieniać taktykę  w miarę 

rozwoju sytuacji. Zmienne, które musiały brać pod uwagę, ewoluowały bezustannie, więc każda 

kolejna  sekunda  wymagała  nowych  kalkulacji  i  błyskawicznych  zmian  ruchu,  nieudolnie 

naśladujących  żywego  wroga,  z  którym  przyszło  im  się  zmierzyć.  Poszczególne  maszyny 

odpowiadały  ogniem  w  różnym  momencie;  pozostawiały  całe  fragmenty  terenu  bez  ostrzału, 

koncentrując  w  zamian  całą  siłę  na  miejscach,  które  już  dawno  przestały  przedstawiać 

zagrożenie.  Niewolniczo  podporządkowane  oprogramowaniu,  maszyny  nie  umiały  odrzucić 

nieistotnych zmiennych i skoncentrować się na tym, co najważniejsze.   

A  przecież  istoty  żywe  w  toku  ewolucji  już  dawno  wytworzyły  tę  niezbędną  umiejętność, 

myślał  Shedao  Shai.  Zauważył,  że  wojownik  obok  niego  padł  martwy.  Wyrwał  amfistafa  z 

martwych rąk, zakręcił nim nad głową i rzucił się do przodu, a gniew dodawał mu sił do ataku.   

Wszędzie  wokół  niego  w  powietrzu  śmigały  brzytwale  -  niektóre  trafiały  w  cel  i 

eksplodowały, wyrywając kawałki muru, niszcząc kontrolowane komputerowo działa i redukując 

je do deszczu metalowych odłamków. Żywy przeciwnik walczyłby dalej, pomyślał.   

Chazrachowie wdarli się na mury i biegli właśnie rampą na kolejne piętro. Z wież na dachu 

działa laserowe ostrzeliwały atakujących, ale były osadzone w taki sposób, że ogień nie sięgał na 

górne  tarasy.  Shedao  Shai  uśmiechnął  się  ponuro.  Żadne  żywe  stworzenie  -  inteligentne  żywe 

stworzenie  -  nie  popełniłoby  takiego  błędu.  Prawdziwy  wojownik,  pomyślał  Shedao,  wyrwałby 

działo z podstawy, by razić nas śmiercionośną energią. Te automaty nie mają nawet tyle rozumu, 

co dzikie zwierzęta.   

Zręcznie  rzucony  brzytwal  wybuchowy  wysadził  w  powietrze  jedną  z  wież,  wyrywając 

triumfalne okrzyki z gardeł Yuuzhan Vong. Zgrzyt metalowych powłok robotów rozdzieranych 

przez  amfistafy  wygrywał  symfonię  zniszczenia.  Kolejne  eksplozje  rozświetlały  noc,  a  druga 

wieża  runęła  z  taką  siłą,  że  wstrząsnęła  całym  budynkiem.  Shedao  Shai  biegł  ze  swoim 

oddziałem, krzycząc triumfalnie, ale niebawem ucichł. Cofnął się o krok; poczuł, że oblewa go 

zimny  strach,  kiedy  tak  patrzył  na  mrowie  wojowników  Yuuzhan  Vong  i  Chazrachów 

wbiegających  do  budynku.  Coś  było  nie  tak.  Długo  nie  mógł  sobie  uświadomić,  o  co  chodzi, 

dopóki  nie  zrozumiał,  że  upadek  lekkiej  wieży  nie  powinien  był  tak  mocno  wstrząsnąć 

budynkiem.   

Ta  budowla  jest  tylko  prowizoryczna!  -  przemknęło  mu  przez  myśl.  Rozejrzał  się  dookoła 

oczami  rozszerzonymi  ze  zgrozy.  Wszędzie  wokół  niego  panowało  dzikie  zamieszanie. 

background image

Chazrachowie  wściekle  atakowali  metalowe  konsolety.  Wyrywali  płytki  obwodów, 

pozostawiając festony  różnokolorowych, skłębionych kabli. Yuuzhańscy  wojownicy  obwieszali 

się nimi i paradowali triumfalnie po pobojowisku.   

Koordynacja  i  dyscyplina  jego  oddziałów  gdzieś  znikły.  Odgłosy  pustoszenia  i  destrukcji 

dochodziły  z  coraz  to  innych  części  budynku;  w  to  jego  żołnierze  w  oszalałym  zapamiętaniu 

rozprawiali  się  z  kolejnymi  artefaktami  znienawidzonej  technologii.  Tego  właśnie  chcieli, 

pomyślał  Shedao  Shai.  Tego  oczekiwali,  umieszczając  tu  ten  gmach.  Wiedzieli,  że  stracimy 

głowę,  pogrążając  się  w  zamęcie  niszczenia.  Przeskoczył  przez  murek  i  zaczął  oddalać  się  od 

budynku.  Nawoływał  swoje  oddziały  do  odwrotu;  po  chwili  jego  rozkaz  powtórzyły  głosy 

Chazrachów. Ci, którzy byli najbliżej, skupili się wokół niego. Przybiegało ich coraz więcej, ale 

nie pojawił się wśród nich ani jeden Yuuzhanin.   

Nic dziwnego, pomyślał dowódca. Nie dadzą posłuchu rozkazom Chazrachów, wzywających 

ich do porzucenia tego, co uważają za swoją świętą misję.   

Wyjął  villipa,  by  przekazać  swój  rozkaz  do  centrum  dowodzenia,  ale  narastający  z  każdą 

chwilą łoskot uświadomił mu, że już za późno.   

  

Obrońcy Nowej  Republiki  od dawna wiedzieli, że trudno jest trafić w cel,  którego nie ma; 

postanowili  więc  zaoferować  Yuuzha-nom  obiekt,  który  tamci  mogliby  zaatakować  na 

powierzchni planety. Wyposażyli cel w zautomatyzowaną obronę i naprędce sklecone „roboty”, z 

minimalną ilością obwodów, która pozwalała im jako tako się poruszać. Zdawali sobie sprawę, 

że  Yuuzhanie  wpadną  we  wściekłość,  kiedy  zobaczą,  że  wystawia  się  przeciw  nim 

znienawidzone  maszyny,  i  najprawdopodobniej  oddadzą  się  w  furii  ich  niszczeniu.  W 

prowizorycznym budynku nie zawracano sobie głowy fundamentami czy solidnością konstrukcji 

nośnej.   

Zamiast fundamentów pod budowlą znajdowała się dziura pełna materiałów wybuchowych. 

Detonatory  podłączono  do  jednego  z  komputerów  w  samym  sercu  budynku.  Generał  Dendo 

zdalnie  uzbroił  olbrzymi  ładunek  sygnałem  z  komunikatora.  Miał  wybuchnąć,  gdy  padnie 

podłączony do detonatorów komputer.   

Amfistaf wbity w płytę główną wystarczył, by dokonać tego dzieła.   

Wybuch zerwał  podłogę zakrywającą dziurę w ziemi.  Grupka Chazrachów, która zapuściła 

się  na  sam  dół  budynku,  spłonęła  żywcem.  Powiększająca  się  kula  płomieni  strawiła  następne 

background image

piętro, a razem z nim yuuzhańskiego wojownika, który niechcący zainicjował eksplozję, a także 

sam komputer, dzięki któremu stało się to możliwe. Fala uderzeniowa zdruzgotała słabe podpory 

konstrukcji zastosowane przez inżynierów Nowej Republiki.   

Ściany  się  wygięły,  a  podłoga  najwyższej  kondygnacji  z  hukiem  spadła  o  piętro  niżej. 

Zewnętrzne ściany jęknęły i zapadły się z łoskotem, grzebiąc tych, którzy byli wewnątrz. Tylko 

kilku ocalałych zdołało ukryć się pod zwałami murów. Dym i pył wystrzelił przez wybite okna, 

dołączając suchy syk do zawodzenia rannych, schwytanych w pułapkę.   

  

Shedao Shai prychnął ze złością. Villip na jego lewym ramieniu zaczął trajkotać, ale wycie 

blasterowych wystrzałów z prawej flanki zaalarmowało yuuzhańskiego dowódcę, że pojawił się 

znacznie  bardziej  naglący  problem.  Cisza  panująca  po  lewej  stronie  zaniepokoiła  go  jeszcze 

bardziej.  Warknął  rozkaz  do  villipa,  zarządzając  odwrót,  i  zaczął  przedzierać  się  przez  ciemną 

dżunglą.   

Jak  mogłem  pozwolić,  by  do  tego  doszło?  -  zastanawiał  się.  Zmrużył  oczy.  Elegos! 

Caamasjanin był tak otwarty i niechętny przemocy, tak inteligentny i prawy, że Shedao Shai nie 

spodziewał  się  ze  strony  jego  ziomków  przebiegłości  i  chytrości,  których  wymagało 

przygotowanie takiej pułapki.   

Mogli się spodziewać, myślał, że będę ich oceniał przez pryzmat kontaktów z Elegosem. Ci 

ludzie to nie Chazrachowie. Nie będzie łatwo ich podbić. Gniewne wycie Shedao Shai rozdarło 

ciszę nocy.   

Ale to nie oznacza, że zaniecham inwazji, pomyślał. W końcu będę ich miał w ręku.   

  

Mara  usłyszała  wezwanie  Anakina  i  wydany  przez  niego  rozkaz,  by  wycofać  się  do 

opalowego  zagajnika.  Rozciągnęła  Moc  i  zlokalizowała  go.  Wyczuła  w  jego  okolicy  kłopoty. 

Pstryknęła włącznik komunikatora. - Tu Jadę, idę przechwycić Dwunastkę.   

Czuła, jak płynie przez nią Moc. Do tej pory czekała razem z formacją Jedi po drugiej stronie 

pasa zieleni, który oddzielał ją od pozycji Anakina. Walki po jej stronie nie były ciężkie, a nikt z 

walczących naprzeciwko nie poprosił o pomoc. Kiedy przebiegła przez chodnik  i  przeskoczyła 

ponad niską barierką na niższy poziom, zorientowała się dlaczego.   

Yuuzhanie wdarli się głęboko w szeregi  Jedi.  Kyp Durron i  Wurth Skidder, zalani krwią z 

licznych ciętych ran, walczyli przeciw czterem wojownikom. Za nimi, schodząc z niewielkiego 

background image

wzniesienia, zatrzymał się Anakin. Ułożył na ziemi Daeshara’cor i dwoma mieczami świetlnymi 

powstrzymywał grupę gadopodobnych żołnierzy. Idioci! - pomyślała Mara. Powinni byli wezwać 

posiłki!   

Zapaliła  miecz,  którego  ostrze  oblało  wojownika  Yuuzhan  Vong  zimnym,  niebieskim 

blaskiem.  Pokonała  przestrzeń  dzielącą  ją  od  niego  długim,  wysokim  skokiem.  Lądując, 

wykonała  unik,  co  pozwoliło  jej  uchylić  się  przed  zamaszystym  cięciem,  które  bez  wątpienia 

rozpłatałoby jąna pół. Dźgnęła wojownika między nogi, skręciła nadgarstek i wbiła miecz od tyłu 

pod jego lewe kolano. Szarpnęła i noga przeciwnika oddzieliła się od reszty ciała.   

Wojownik  zaczął  się  przewracać,  warcząc  groźnie.  Mara  uchyliła  się  przed  słabym 

kontratakiem i z całej siły wbiła piętę w nadgarstek wroga. Kości chrupnęły, a amfistaf wypadł z 

bezwładnej dłoni. Mara odepchnęła drugą rękę Yuuzhanina i wbiła mu ostrze w gardło.   

Odwróciła  się,  słysząc  przejmujący  krzyk  Wurtha.  Zatoczył  się  do  tyłu,  a  jego  lewa  ręka 

ściskała  prawe  przedramię,  zwisające  od  łokcia  pod  nienaturalnym  kątem.  Nigdzie  nie  było 

widać  jego  miecza.  Przeciwnik  Wurtha  zakręcił  młynka  amfistafem  i  natarł  na  rannego  Jedi. 

Mara posłała garść ziemi w twarz wojownika. Yuuzhanin podniósł rękę do oczu, wystawiając się 

na cios Kypa Durrona, który rozpłatał mu brzuch. Yuuzhanin tylko westchnął cicho, padając na 

ziemię.  Jego  towarzysz  zamierzył  się  amfistafem  na  Marę  i  rozciął  jej  lewe  ramię.  Mara 

odparowała, okręciła się na pięcie i kopnęła wojownika w pierś. Zatoczył się do tyłu i wpadł na 

ciało swojego towarzysza. Kiedy się przewracał, Mara odcięła mu nadgarstek, a potem dźgnęła 

mieczem w pierś i wypaliła serce.   

Fioletowobiałe ostrze Kypa śmignęło szerokim łukiem, rozcinając kolejnego z przeciwników 

od prawego biodra po lewy bark. Siła ciosu zakręciła wojownikiem, który zrobił kilka kroków w 

tył  i  chwycił  się  kurczowo  za  rozoraną  pierś.  Ściskał  rozcięty  pancerz,  jakby  mogło  go  to 

uratować, a kiedy jego plecy dotknęły ściany, osunął się na ziemię w kałuży własnej krwi. Mara 

machnęła mieczem w stronę Wurtha.   

- Zabierz go stąd - poleciła Kypowi. - Widzę krew, to skomplikowane złamanie. Przypal ranę 

mieczem, jeśli będziesz musiał. Kyp zmrużył oczy.   

- Nie umrze od tego. Nie zostawię cię tutaj.   

- Nie potrzebuję twojej pomocy, Kyp. A on tak. Zabierz go stąd, póki jeszcze jest czas. No, 

ruszaj!   

Patrzył na nią przez krew spływającą na twarz z rany na głowie. - Wiem, co do mnie należy.   

background image

-  W  takim  razie  zrób  to.  Zrób,  co  należy,  ze  swoim  przyjacielem  -  prychnęła,  ruszając 

biegiem w stronę Anakina. - Zabierz go stąd!   

Na wyższym  chodniku  Anakin  dzięki dwóm mieczom  jeszcze utrzymywał  gadopodobnych 

żołnierzy  na  dystans,  ale  czterech  z  nich  nacierało  coraz  bliżej.  Mara  sięgnęła  po  Moc,  by 

wskoczyć na  wyższy  taras, ale zanim się odbiła, jeden z reptoidów ścisnął  mocniej  amfistafa i 

rozpłatał  na  pół  stojącego  najbliżej  towarzysza.  Potem  rzucił  się  do  przodu  i  przebił  pierś 

drugiego. Trzeci patrzył z wyrazem bezgranicznego zdumienia na twarzy, dopóki miecz Anakina 

go jej nie pozbawił.  Szybki  atak szkarłatnym  ostrzem  Daeshara’cor wyeliminował  ostatniego z 

przeciwników. Dogorywał teraz u stóp Mary, która wylądowała tuż obok niego. - Jak to zrobiłeś, 

Anakinie?   

- To nie ja. - Chłopak uśmiechnął się i spojrzał na kogoś za jej plecami. Mara obróciła się i 

ujrzała Luke’a, który w samym środku zamieszania emanował spokojem i opanowaniem. Mistrz 

Jedi przywołał ich gestem dłoni. - Chodźmy! Anakin, ty prowadzisz.   

Mara wyłączyła miecz i zarzuciła sobie na plecy Daeshara’cor.   

- Jak to zrobiłeś? - zapytała Luke’a. Jego obecność sprawiła jej wielką ulgę.   

- Zamieniłem mu w umyśle obraz Anakina z jednym z jego towarzyszy. Stara sztuczka.   

- Ale skuteczna… - Kiwnęła głową. - Widziałeś Kypa i Wurtha?   

-  Są  przed  nami.  Widać  po  śladach  krwi.  -  Luke  dotknął  pleców  Mary.  -  Powinnaś  była 

zawołać mnie, żebym ci pomógł.   

-  Wiedziałam,  że  usłyszysz  mój  komunikat  i  pojawisz  się,  jeśli  zajdzie  potrzeba.  - 

Roześmiała się cicho. - I cieszę się, że to zrobiłeś. - Dzięki za uratowania Anakina. 

- Jestem mu coś winna. - Uśmiechnęła się szerzej, widząc, jak Anakin osłania ich dwojgiem 

ostrzy  przy  wejściu  do  budynku.  -Kiedy  za  sto  lat  Jedi  będą  śpiewać  ballady  o  bohaterskim 

rycerzu Anakinie, chcę, żeby znali mnie nie tylko jako kobietę, którą ocalił na Dantooine.   

- Och, Mara - powiedział cicho jej mąż. - O to nie musisz się martwić.   

  

Z  pokładu  „Dziedzictwa  Udręki”  Deign  Lian  patrzył,  jak  działa  jednego  ze  statków 

niewiernych bluzgają ogniem.  Ich złotoczerwone promienie trafiły jeden  z mniejszych okrętów 

yuuzhańskiej  formacji  i  przebiły  bąble  grawitacyjne,  osłaniające  statek  przed  słabszymi 

strzałami.  Skoncentrowana  energia  doprowadzała  do  wrzenia  koral  yorick  tworzący  poszycie  i 

zamieniła go w parę, która zamarzała, rozbryzgując się w przestrzeni.   

background image

Dwa strzały, wycelowane w ogon, odsłoniły żywy kanał neuronowy i wystawiły tkankę na 

działanie lodowatej próżni. Tkanka zamarzła w jednej chwili, tworząc lodowy blok, który odciął 

dopływ danych na mostek i przednią część okrętu. Znajdujące się tam dovin basale, pozbawione 

danych  sensorycznych  o  kierunkach  ataku  wroga,  przeszły  w  standardowy  tryb  oczekiwania, 

rozmieszczając bąble grawitacyjne w taki sposób, by optymalnie chroniły je same i cały okręt.   

Ostrzał  ze  statków  przeciwnika  nasilił  się.  Niektóre  strzały  zostały  wessane  przez  bąble 

grawitacyjne,  ale  reszta  przebiła  się  przez  obronę.  Przedziurawiły  kadłub  Unią  biegnącą  od 

dzioba  do  połowy  statku.  Płyty  na  pół  stopionego  koralu  yorick  odrywały  się  od  kadłuba  i 

wirując, odlatywały w przestrzeń. Pod ostrzałem nieprzyjacielskiego ognia dziób okrętu rozpadł 

się  na  kawałki.  „Dziecko  Agonii”  zeszło  z  wytyczonego  kursu,  pozbawione  szkieletu 

podtrzymującego część dziobową, by krążyć po orbicie Ithoru jako nowy, martwy księżyc.   

Co się dzieje? Gdzie nasza strategia? - zastanawiał się Deign Lian, patrząc, jak kolejny okręt 

jego floty staje się celem zmasowanego ataku. Rozjarzył się na biało i rozprysnął na kawałki jak 

lód na rozgrzanej skale.   

To niemożliwe! Deign Lian nie mógł uwierzyć własnym oczom. Nagle zrozumiał, co musi 

zrobić.  Wydał  rozkaz  nakazujący  wszystkim  statkom  wycofanie  się  na  dzienną  stronę  planety. 

Skoncentrował ogień własnego okrętu na mniejszych statkach wroga, zniechęcając je do pościgu, 

i pozwolił, by zielony dysk planety powoli odgrodził go od nieprzyjacielskiej floty.   

Zerwał z głowy kaptur percepcyjny, drżąc z wściekłości.   

On wiedział, że tak się stanie, pomyślał. Dlatego sam jest na dole. Zrobił to specjalnie, żeby 

mnie okryć wstydem.   

A teraz wzywa posiłki. Nie dostanie ich. Mam nadzieję, że jest już martwy. Cóż, jeśli  nie, 

sam będę musiał go zabić.   

  

Oddział  uderzeniowy  Jedi  zaatakował  yuuzhańskie  centrum  dowodzenia.  Jacen  wystrzelił 

dwukrotnie  z  działka  laserowego  swojego  pojazdu  pościgowego.  Trafił  wojownika  Yuuzhan 

Vong; jego bezgłowy korpus okręcił się pod impetem strzału i roztrzaskał o rozpędzony pojazd. 

Wokół  Jacena  deszcz  laserowych  strzałów  przerzedził  szeregi  gadopodobnych  żołnierzy.  Kilku 

Jedi, zsiadłszy z pojazdów, dobijało ich mie czami świetlnymi. Jacen wiedział, że nie chodziło im 

o to, by ich uśmiercić; chcieli po prostu pozbyć się nieprzyjemnego uczucia obcości istot, którym 

odbierali  życie.  Corran  zeskoczył  ze  swojego  pojazdu  i  rozpiął  mocowania  skrzynki.  Z 

background image

wyłączonym mieczem w prawym ręku wbiegł do statku dowodzenia. Jacen podążał tuż za nim, a 

z prawej strony dołączył do nich Ganner. Jacen wbiegł po trapie z mieczem świetlnym gotowym 

do odparcia ataku, ale w kabinie zobaczył tylko Corrana i jednego gada, kulącego się ze strachu 

w kącie.   

Corran  stał  przed  półką  pełną  villipów  i  przyglądał  się  im  uważnie.  Większość  z  nich 

przypominała twarze Yuuzhan, choć dla Jace-na wszystkie wyglądały podobnie. Kilka villipów 

wygładziło  się  i  skurczyło,  gdy  na  nie  patrzył.  Doszedł  do  wniosku,  że  ich  yuuzhańscy 

właściciele zostali wyeliminowani. - Skąd wiesz, z którym z nich rozmawiać?   

Corran postawił skrzynkę na ziemię i zakrył usta dłonią.   

-  Szukam  takiego,  który  wygląda  na  ważnego.  Szanse,  że  sam  Shai  tu  jest,  są  raczej 

niewielkie,  ale  dowódca  oddziałów  desantowych  na  pewno  musiał  mieć  możliwość 

kontaktowania  się  z  nim.  Jacen  wzruszył  ramionami.  -  Może  po  prostu  poszukaj 

najpaskudniejszego?   

-  Niezły  pomysł.  -  Corran  uśmiechnął  się  niespodziewanie.  -Mamy  dziś  dobry  dzień.  Nie 

zapomina  się  takiej  szkaradnej  gęby.  -Uderzył  wybranego  villipa,  nie  starając  się  wcale  zrobić 

tego delikatnie.   

-  Shedao  Shai,  mówi  Corran  Horn.  Zająłem  wasze  centrum  dowodzenia,  a  moi  ludzie 

nacierają na twoje flanki. Po swojej prawej stronie masz regularne oddziały Nowej Republiki, a 

po lewej oddział Noghrich. Założę się, że od lewej strony nie usłyszysz nawet stęknięcia.   

Twarz Yuuzhanina, odwzorowana przez villipa, przybrała wyraz pogardy.   

- Masz mniej honoru niż ngdin.   

Corran spojrzał na Jacena, który wzruszył ramionami.   

- Nie mam pojęcia, co to takiego, ale nie brzmi dobrze - mruknął.   

- Może i nie mam honoru, ale za to mam tu skrzynkę pełną kości. Zdaje się, że zależy ci, by 

dostać je z powrotem. - Ich zwrot nie przekreśli twojej zdrady.   

- Jeszcze ich nie zwróciłem, bracie. Ale proponuję ci układ. Jeśli się nie zgodzisz, wystrzelę 

tę skrzynkę prosto w słońce Ithoru. Yuuzhanin zmrużył oczy. - Co proponujesz?   

-  To,  czego  obaj  pragniemy.  Ja  przeciwko  tobie,  obok  sekundanci,  a  na  szali  twoje  kości  i 

Ithor. Jeśli wygrasz, kości są twoje. Jeśli ja wygram, Ithor jest mój. - W głosie Corrana pojawiło 

się napięcie. - Rozejm między naszymi wojskami, dopóki nie rozstrzygniemy pojedynku. Każda 

strona zbiera swoich poległych, a potem ty i ja załatwiamy sprawę.   

background image

- Targujesz się jak handlarz. - Usta villipa przybrały wyraz pogardy. - Elegos wstydziłby się 

za ciebie, widząc, jak nisko upadłeś.   

- Dobrze się zatroszczyłeś o to, żebyśmy nigdy się nie dowiedzieli, co by o tym pomyślał. Ty 

przeciwko mnie, Shedao Shai. Kości przeciw Ithorowi. - Kiedy mielibyśmy się zmierzyć? Corran 

zawahał się chwilę.   

- Jeden cykl księżycowy. Jestem rycerzem Jedi. Chcę walczyć w czasie pełni.   

-  Przypomnij  sobie  lekcję  z  Sernpidala.  Mogę  sprawić,  że  będziesz  walczył  tuż  pod 

księżycem. Dwa cykle planetarne. Na zachód stąd jest góra z płaskim wierzchołkiem. Pojedynek 

odbędzie się tam. - Dwa tygodnie. - Cztery dni. - Dziesięć.   

-  Mam  dość  tej  zabawy,  jeedai.  -  W  głosie  Yuuzhanina  pojawił  się  gniew.  -  Tydzień.  Ani 

dnia dłużej. Corran kiwnął głową. - W takim razie tydzień.   

Twarz odwzorowana przez villipa rozluźniła się na chwilę, a potem znów przybrała twardy 

wyraz.   

- Siedem cyklów planetarnych, rozejm do tego czasu. Tak się stanie.   

- Dobrze, bardzo dobrze. A więc spotkamy się za tydzień.   

- Tak, spotkamy się. - Głos villipa przeszedł w niskie warknięcie. - Przygotuj się na śmierć.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 34 

  

   

Admirał Pellaeon stał na mostku „Chimery” z rękami założonymi za plecy. Wpatrywał się w 

hologram swojego sojusznika.   

- Tak, admirale Kre’fey, zgadzam się, że poszło lepiej, niż mogliśmy się spodziewać. Rozejm 

jest dłuższy, niż sądziłem, że uda się wynegocjować.   

- Zapewniam pana, admirale, że dobrze wykorzystujemy ten czas. - Bothanin przechadzał się 

powoli,  a  wraz  z  nim  obraz  z  holo-kamery.  -  Modyfikacje,  których  dokonaliśmy  w  naszej 

artylerii,  okazały  się  bardzo  skuteczne.  Szybko  unieszkodliwiliśmy  dwa  z  ich  okrętów.  Nie 

jestem  pewien,  jak  zareagują  w  przyszłości,  ale  zmieniając  taktykę  w  trakcie  bitwy,  możemy 

wykorzystać ich słabości. Mój personel techniczny wprowadza właśnie zmiany.   

-  Podobne  rozkazy  wydałem  u  siebie  -  odparł  Pellaeon.  -  A  zatem  spodziewa  się  pan,  że 

Yuuzhanie  nie  dotrzymają  warunków  układu,  jeśli  ich  reprezentant  przegra?  -  Niewykluczone 

też, że mój kuzyn zażąda, byśmy rzucili do ataku całe nasze siły, jeśli Horn zginie. Ten układ nie 

jest tu zbyt popularny. Kre’fey podrapał się po szyi pokrytej białą sierścią.   

-  Tak  czy  owak,  obaj  wiemy,  że  przyjdzie  nam  znowu  zmierzyć  się  z  Yuuzhanami.  Mam 

parę nowych pomysłów, które wyślę panu teraz do przejrzenia. Trzymam też w rezerwie jeden 

statek… na wypadek, gdyby pan uznał, że powinniśmy zrealizować ten pomysł.   

- Przejrzę pliki i dam panu znać. - Pellaeon pożegnał sojusznika skinieniem głowy. - Proszę 

przekazać Hornowi ode mnie, że życzę mu powodzenia. Gdybym miał czterdzieści lat mniej, sam 

bym się zaofiarował, że zajmę jego miejsce.   

- Będzie mu miło to słyszeć. - Bothanin błysnął w uśmiechu białymi kłami. - Nie sądzę, żeby 

w  całej  flocie  był  ktoś,  kto  nie  zrobiłby  tego  samego.  No,  może  znalazłby  się  jeden  taki,  ale 

wyjątek tylko potwierdza regułę.   

  

Corran powoli dokręcał końcówkę rękojeści świeżo naładowanego miecza.   

- Panie przewodniczący Fey’lya, odnoszę wrażenie, po raz czterysta dwudziesty siódmy, czy 

coś koło tego, że nie popiera pan układu, który wytargowałem z dowódcą Yuuzhan Vong.   

Bothanin wycelował w niego szponiasty palec.   

- Mogę to powtórzyć po raz tysięczny, jeśli będzie trzeba. Nie ma pan prawa, by uzurpować 

background image

sobie prerogatywy Nowej Republiki do wypowiadania wojny pod pretekstem tego idiotycznego 

pojedynku.  Będę  to  powtarzał  tak  długo,  aż  pan  nie  zrozumie  i  nie  wycofa  się  z  tego  układu. 

Zielone oczy rycerza Jedi przybrały twardy wyraz.   

- Chyba to pan powinien coś zrozumieć. Pańska opinia obchodzi mnie mniej niż zawartości 

spluwaczki  Hutta.  Pragnę  panu  przypomnieć,  że  pańska  niechęć  do  udzielenia  poparcia 

działaniom Jedi przyczyniła się do tego, że zostałem przywrócony z rezerwy do czynnej służby w 

siłach zbrojnych Nowej Republiki. Moja szarża dała mi uprawnienia, by zawrzeć ten układ. - Nie 

pan dowodził na powierzchni planety.   

- Byłem najwyższy stopniem. Generał Dendo został ranny.   

- Nie mógł pan wtedy o tym wiedzieć. Corran wyszczerzył zęby w złowrogim uśmiechu.   

- Czyżby? Twierdzi pan, że nie zdołałbym tego wyczuć poprzez Moc?   

To  zamknęło  usta  Botłianinowi,  ale  za  to  wywołało  zmarszczenie  brwi  trzeciej  osoby 

przysłuchującej się rozmowie - Luke’a Skywalkera.   

- Corran, nie czas na szermierki słowne z przewodniczącym Fey’lya.   

- Masz słuszność, mistrzu. Nie czas na to. - Korelianin spojrzał na trzymany w dłoni miecz. - 

Panie przewodniczący,  chyba niezbyt  dobrze pamięta pan historię. Piętnaście lat temu zabronił 

mi pan czegoś. Wystąpiłem wtedy z sił zbrojnych Nowej Republiki, a wraz ze mną cała Eskadra 

Łobuzów.  Mimo  to  zrealizowaliśmy  nasz  cel.  Proszę  więc  uznać,  że  jeszcze  raz  składam 

rezygnację  ze  służby  w  wojsku  Nowej  Republiki.  Nie  ma  pan  teraz  nade  mną  żadnej  władzy. 

Fey’lya zamrugał fioletowymi oczami i spojrzał na Luke’a.   

- Mistrzu Skywalkerze, rozkaż mu wycofać się z tego pojedynku. - Nie.   

Oczy  Bothanina  zamieniły  się  w  ametystowe  szparki.  -  Czy  zakon  Jedi  sankcjonuje  ten 

pojedynek? Luke wytrzymał jego wzrok.   

- Od dziś za tydzień udaję się z Corranem na powierzchnię jako jego sekundant.  - A zatem 

Jedi  uzurpują  sobie  prawo  do  decydowania  o  losie  Ithoru?  Przewrotność  Fey’lya  rozgniewała 

Corrana.   

- On ma rację, mistrzu, nie możemy pozwolić, by Jedi dali się złapać w tę pułapkę. Przestaję 

być rycerzem Jedi. - Nie możesz.   

-  No  dobra,  w  takim  razie  wywal  mnie.  -  Corran  zmarszczył  czoło.  -  Wiesz,  są  takie 

fragmenty  kodeksu  Jedi,  z  którymi  nie  do  końca  się  zgadzam,  a  te  szaty  mnie  irytują.  To 

niesubordynacja.  Wyrzuć  mnie.  W  tej  potyczce  nie  musisz  brać  udziału.  Mistrz  Jedi  powoli 

background image

pokręcił głową.   

- Nie rozumie pan, panie przewodniczący, że Corran wystąpił w obronie życia? Nawet jeśli 

zginie,  będzie  to  tylko  jedno  stracone  życie  wobec  setek  tysięcy  tych,  które  udało  nam  się 

ewakuować.  Pogrąży  w  żałobie  jedną  rodzinę,  nie  tysiące.  Jeśli  natomiast  wygra,  Ithor  będzie 

bezpieczny, a Yuuzhanie przekonają się, że kontynuowanie inwazji będzie ich drogo kosztować.   

W miarę jak Luke mówił, Corran czuł, że sztywnieje. Patrząc na Borska Fey’lya, zdał sobie 

sprawę, że choć Bothanin słyszał słowa mistrza Jedi, ich prawdziwy sens w ogóle do niego nie 

docierał.   

Jedno, nad czym teraz się zastanawia, pomyślał Corran, to jak obrócić tę sytuację na swoją 

korzyść niezależnie od wyniku pojedynku.   

Corran podsunął pod nos Bothaninowi rękojeść miecza.   

- Proszę, niech pan weźmie miecz i sam leci na dół, żeby nim walczyć. - Nie, nie mógłbym.   

-  Wiem,  panie  przewodniczący,  i  wcale  nie  uważam  pana  za  tchórza.  -  Corran  pokręcił 

głową, zabrał miecz i zatrzymał palec nad aktywatorem. - To nie jest pańska walka, tylko moja. 

Ja najlepiej się do niej nadaję, a skoro nie mogę sobie pozwolić na przegraną, wygram ją.   

- Jeśli przegrasz, w umysłach ludzi dołączysz do Vadera i Thrawna - prychnął Bothanin.   

-  Jeśli  rzeczywiście  przegram,  panie  przewodniczący,  to  wypadki  na  Ithor  pójdą  w 

zapomnienie, przyćmione krwawą łaźnią, jaka nastąpi po nich. - Corran zdusił w sobie gniew, a 

jego twarz przybrała maskę spokoju. - Właśnie tego chcę uniknąć i to jest przyczyna, dla której 

będę walczył z Shedao Shai. Ochrona życia i wolności to jedyne rzeczy, o które warto walczyć. 

W ich służbie odniosę zwycięstwo.   

  

Anakin  strącił  dłoń  matki  ze  swojego  ramienia  i  zajrzał  przez  iluminator  pokładowego 

szpitala. W izolatce, przykryta aż po szyję białym prześcieradłem, leżała bez ruchu Daeshara’cor. 

Oddech miała płytki i przyspieszony. Leia odezwała się miękko: - Nie musisz tam wchodzić.   

Nie chcę, ale powinienem, pomyślał Anakin. Pociągnął nosem i spojrzał na matkę. - Ona… 

ona  poprosiła,  żebym  przyszedł.  A  więc  muszę  to  zrobić.  -  Chcesz,  żebym  poszła  z  tobą?  Z 

trudem przełknął ślinę przez zaciśnięte gardło. - Nie, wejdę sam. Tylko… eee…   

- Zaczekam tutaj.   

-  Dziękuję.  -  Anakin  otarł  pojedynczą  łzę  i  wszedł  do  pomieszczeń  szpitalnych.  Wokół 

innych pacjentów krążyły zaaferowane roboty medyczne. Anakin przeszedł na lewą stronę łóżka 

background image

Daeshara’cor i położył dłoń na przykrytym prześcieradłem nadgarstku Twi’lekianki.   

Wzdrygnęła się, a po chwili otworzyła oczy. Zaskoczenie widoczne na jej twarzy przeszło w 

radość, która po chwili przeszła w wyraz znużenia. Anakin czuł, że iskra życia ledwo się w niej 

tli. -Anakin…   

- Cześć. Jak się czujesz? - Anakin zacisnął powieki. - Co za dureń ze mnie…   

Daeshara’cor  wysunęła  dłoń  spod  prześcieradła  i  starła  łzę  z  policzka  Anakina.  -  W 

porządku. Ta trucizna… Anakin pociągnął nosem.   

- Corrana też ukąsiło. Odratowali go.   

- Ludzka chemia… inna niż twi’lekiańska. - Chwyciła go za rękę najmocniej, jak zdołała, ale 

żałośnie  słabo,  jak  zauważył  Anakin.  -  Nie  mogą  mi  pomóc.  Ja  umieram.  -  Nie!  To 

niesprawiedliwe… nie  możesz!  - Anakin  poczuł  na policzkach gorące łzy.  -  Nie ty, nie wtedy, 

kiedy… - Chewbacca?   

Anakin poczuł, że nogi się pod nim uginają ale na szczęście obok stało krzesło, na którym 

zdołał usiąść. Ukrył twarz w dłoniach i poczuł, że Daeshara’cor gładzi go po włosach.   

- Popełniłem błąd i on zginął. Popełniłem drugi i ty giniesz.   

- Nie ma śmierci… jest tylko Moc. Spojrzał na nią przez łzy.   

- Mimo wszystko to boli.   

-  Wiem.  -  Udało  jej  się  przywołać  na  twarz  słaby  uśmiech.  -Anakin,  musisz  zrozumieć… 

chociaż umieram… drugi raz postąpiłabym tak samo… podobnie jak zrobiłby Chewbacca. - Jak 

możesz mówić…   

Pogładziła jego policzek chłodnymi palcami.   

-  Umarł…  tak  jak  ja  umieram…  w  służbie  życia.  Ocaliłeś  mnie  przed  ciemnością.  Ja 

ocaliłam ciebie. Nie po to, żeby ci się odwdzięczyć, tylko po to, byś mógł dalej służyć życiu… 

służyć Mocy. Podniósł rękę i nakrył jej dłoń swoją.   

- Nigdy nie będę jej służył tak dobrze jak ty albo Chewie.   

Daeshara’cor uśmiechnęła się jeszcze raz, choć kąciki jej ust drżały z wysiłku.   

-  Już  jej  służysz  lepiej  niż  ktokolwiek  inny.  Kiedy  wyzdrowiejesz,  będziesz  silniejszy,  niż 

można  to  sobie  wyobrazić.  Jesteśmy  z  ciebie  dumni…  bardzo  dumni.  Głos  Twi’lekianki 

zamierał, podobnie jak uśmiech, w miarę jak wypływało z niej życie. Anakin przycisnął jej dłoń 

mocniej do swojego policzka, ale czuł, że jest coraz słabsza. Jej ciało stawało się coraz bardziej 

świetliste, coraz bardziej przezroczyste, a w końcu znikło. Prześcieradło, które ją okrywało, cicho 

background image

opadło na łóżko.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 35 

  

   

Luke  Skywalker,  spowity  w  czarny  płaszcz,  stał  w  milczeniu  na  skraju  polany  na 

południowym  stoku  góry.  Na  zachód  od  niego  zbocze  wznosiło  się  coraz  wyżej.  Odsłonięty 

granitowy  kształt  przypominał  pełną  powagi  twarz,  spoglądającą  w  dół  na  połacie  zieleni 

rozciągające  się  poniżej  jej  podbródka.  Luke  zdał  sobie  sprawę,  że  jego  własna  zachmurzona 

mina naśladuje powagę malującą się na tym kamiennym obliczu. Nie znalazł jednak powodu, by 

zmienić wyraz twarzy.   

Na  środku  polany,  plecami  do  swego  mistrza,  siedział  Corran  ze  skrzyżowanymi  nogami. 

Emanował  z  niego  spokój  i  przeświadczenie  o  słuszności  własnego  postępowania.  Tylko  od 

czasu  do  czasu  dopuszczał  do  głosu  niepokój  oczekiwania.  Miał  na  sobie  tradycyjny  strój 

koreliańskich Jedi - zieleń z czernią. Dłonie opierały się na kolanach, barki unosiły się i opadały 

lekko w rytm oddechu.   

Luke tak mocno skoncentrował się na Corranie, że nagłe pojawienie się Shedao Shai i jego 

sekundanta  zaskoczyło  go.  Dowódca  Yuuzhan  Vong  prezentował  się  doprawdy  imponująco  w 

szkarłatnej tunice, rozciętej od pasa w dół. Pod nią miał długie buty i złotą przepaskę biodrową, 

której końce sięgały kolan. Jego skórzaste, szarozielone ciało lśniło jak wypolerowane, a twarz 

okrywała inkrustowana, hebanowoczarna maska.   

Uzbrojony  był  w  amfistafa,  którego  wbił  teraz  w  ziemię  ogonem.  Uniósł  dłoń  okrytą 

rękawicą lśniącą w złotych promieniach słońca, a potem przycisnął do serca.  -Jestem Shedao z 

domeny Shai. To mój podwładny Deign z domeny Lian. Będzie świadkiem naszego pojedynku. 

Corran nadal siedział ze skrzyżowanymi nogami.   

- Jestem Corran Horn, były pułkownik Sił Zbrojnych Nowej Republiki i rycerz Jedi. To mój 

mistrz Luke Skywalker. Będzie świadkiem naszego pojedynku. Yuuzhanin wskazał na skrzynię 

stojącą za plecami Luke’a. - Czy to są szczątki Mongei z domeny Shai? - Tak jak uzgodniliśmy 

siedem dni temu.   

-  Doskonale.  -  Shedao  Shai  zrzucił  z  siebie  szatę.  Choć  wyglądał  na  chudego  jak  szkielet, 

Luke  wiedział,  że  ta  szczupłość  jest zwodnicza. Wojownik  wyrwał  z  ziemi  amfistafa,  machnął 

nim,  skręcając  w  pierścień,  a  potem  zatrzymał  na  prawym  ramieniu,  syczącą  głową  przy 

nadgarstku, wycelowanego ogonem w niebo.   

background image

- Jesteś mordercą Neiry Shai i Dranae Shai, moich pobratymców.   

Corran wstał, powoli i z wystudiowaną uwagą. Luke czuł, jak wzbiera w nim Moc, jak otacza 

wirującym kokonem jego ciało.   

-  A  ty  zamordowałeś  mojego  przyjaciela,  Elegosa  A’Kla.  Ale  nie  o  przeszłość  będziemy 

walczyć, lecz o przyszłość.   

-  Być  może  tak  będzie  w  twoim  przypadku.  -  Yuuzhanin  wyprężył  się  jak  struna  i  ukłonił 

Corranowi.  -  Ja  będę  walczyć  o  honor  Yuuzhan  Vong  i  domeny  Shai.  Korelianin  ukłonił  się  w 

odpowiedzi. - Spore ryzyko jak na taką marną nagrodę.   

Amfistaf  zawirował,  miecz  świetlny  wzniósł  się  do  góry.  Sztych  wysoko  zablokowano, 

niskie  cięcie  przypaliło  trawę,  ale  nie  nogi,  które  nad  nim  przeskakują.  Walczący  mijali  się, 

zawracali, atakowali, parowali ciosy. Syk amfistafa walczył o palmę pierwszeństwa z trzaskiem 

miecza świetlnego. Ostrza śmigały do przodu, cofały się, nacierały w ripoście.   

Luke wyczuwał Moc skupioną wokół Corrana. Dodawała walczącemu sił i szybkości, ale nie 

pozwalała  przejrzeć  zamiarów  przeciwnika.  Amfistaf  ciął  i  dźgał,  zawsze  mijając  Corrana  o 

centymetry, zawsze odrzucany na bok. Yuuzhanin za każdym razem skręcał amfistafa na czas, by 

odparować sztych Corrana albo odbić na bok zamaszyste cięcie. Byli godnymi przeciwnikami, o 

idealnie wyrównanych siłach. O porażce zadecyduje jeden błąd, pomyślał Luke.   

Srebrzyste  ostrze  miecza  świetlnego  zatoczyło  szeroki  łuk  i  zaatakowało  Shedao  Shai. 

Yuuzhański  wojownik  podskoczył,  by  zablokować  cięcie,  ale  miecz  Corrana  przemknął  pod 

amfistafem i podskoczył w górę w ciosie, który powinien był rozpłatać Yuuzhanina od krocza po 

gardło. Shedao Shai zdążył odskoczyć do tyłu i tylko dymiący koniec jego przepaski biodrowej 

opadł na ziemię w miejscu, w którym wojownik znajdował się jeszcze przed chwilą.   

Corran  doskoczył  i  zaatakował  Shedao  Shai,  celując  w  górną  część  jego  klatki  piersiowej. 

Trzymając  amfistafa  obydwiema  rękami,  Yuuzhanin  odparował  cios.  Posłał  srebrne  ostrze 

wysoko w górę i pochylił głowę, by zawirować w pełnym obrocie. Gdy amfistaf wyprostował się 

wzdłuż  jego  przedramienia,  Shedao  Shai  zaatakował.  Ból  eksplodował  w  ciele  Jedi,  gdy  ogon 

amfistafa wbił mu się w brzuch. Koniuszek gadowłóczni zaplątał się w skraj szaty Corrana, ale 

Yuuzhanin uwolnił broń, kiedy Jedi w półobrocie padał na ziemię. Corran zwinął się, przycisnął 

dłoń do rany w prawym boku i podciągnął kolana do klatki piersiowej. Jego miecz świetlny leżał, 

dymiąc, w trawie.   

Luke  chciał  wyciągnąć  rękę,  by  pomóc  Corranowi  pokonać  ból,  ale  powstrzymał  się. 

background image

Pocieszał się myślą, że cios nie uszkodził kręgosłupa Corrana.   

Mógł przeciąć tętnicę, pomyślał. Ma otwartą ranę brzucha, ale przeżyje, jeśli ten Shai da mu 

szansę.   

Shedao Shai cofnął się o kilka kroków, zerwał maskę z twarzy i odrzucił j ą na bok. Uniósł 

zakrwawiony miecz do ust i zlizał krew. Zamknął usta, przymknął oczy i kiwnął głową.   

- Przysiągłem, że posmakuję twojej krwi, kiedy będziesz umierał, i teraz tego dokonałem.   

Corran zakasłał, stłumił poprzez Moc języki bólu i podniósł się na kolana.   

- Brawo, stary. Cieszę się, że mogłem ci sprawić małą przyjemność. Sięgnął po swój miecz i 

niezdarnie powstał.   

- Ale gdybym był na twoim miejscu, przysiągłbym coś innego.   

- Tak? - Yuuzhanin otworzył szerzej oczy. - A co takiego?   

- Przysiągłbym, że spróbuję tej krwi po mojej śmierci.  - Ból zniknął, odcięty spowijającym 

znów  Corrana  kokonem  Mocy.  Corran  skinął  na  wroga  zakrwawioną  dłonią.  -  Ciekaw  jestem, 

czy  ta  nieumiejętność  eleganckiego  zabicia  kogoś  jednym  ciosem  to  wizytówka  całej  rasy 

Yuuzhan Vong, czy tylko domeny Shai? Jesteś tak niezdarny, że te kości chyba nie będą chciały 

polecieć z tobą do domu.   

Shedao Shai spojrzał na niego z furią. Chociaż Luke nie mógł wyczuć go za pośrednictwem 

Mocy, wściekłość i nienawiść Yuuzhanina były widoczne jak na dłoni. Wojownik rzucił się do 

przodu,  podniósł  amfistafa  oburącz  i  natarł  nim znad  głowy.  Broń  natrafiła  na  uniesiony  przez 

Corrana miecz, a siła uderzenia zmusiła Jedi, by cofnął się o krok.   

Raz  po  raz  deszcz  miażdżących  ciosów  spadał  na  Corrana,  który  cofał  się  o  krok  lub  dwa 

przy  każdym  kolejnym  ataku.  Narastająca  wściekłość  Shedao  Shai  wzmagała  jego  siły, 

zmuszając  Corrana  do  oderwania  lewej  dłoni  od  rany  w  boku  i  przytrzymania  nią  rękojeści 

miecza. Kolejne cięcie odrzuciło ostrze na bok. Corran zachwiał się i opadł na kolana.   

Shedao Shai stanął nad nim wyprostowany i wspiął się na czubki palców, by zadać ostatni, 

śmiertelny  cios.  Amfistaf  uniósł  się  w  powietrze  i  runął  w  dół,  wycelowany  tak,  by  miecz 

świetlny  wbił  ostrze  w  swojego  właściciela,  zadając  niewiernemu  śmierć  jego  własną, 

świętokradczą bronią.   

Jednym ruchem kciuka Corran zgasił miecz i płynnie rzucił się do przodu.   

Nie natrafiając na opór, Shedao Shai stracił równowagę i wbił amfistafa głęboko w ziemię. 

Zatoczył się, zaskoczenie rozszerzyło mu oczy, a na ustach pojawił się złowieszczy uśmiech, gdy 

background image

Corran  wbił  miecz  w  żołądek  Yuuzhanina.  Miecz  zasyczał.  Srebrzysta  klinga  oblała  światłem 

twarz  wojownika  na  chwilę,  zanim  zwymiotował  czarną  krwią  i  dymiąc,  opadł  bezwładnie  na 

ziemię  z  przerwanym  kręgosłupem.  Luke  podbiegł  do  Corrana,  który  próbował  wydostać  nogi 

spod ciała Yuuzhanina, - Nie podnoś się, zaraz cię wyciągnę.   

- Zaczekaj. - Corran wbił palce w ramię Luke’a. - Pomóż mi na chwilę wstać.   

Mistrz Jedi spełnił prośbę przyjaciela. Korelianin wycelował miecz w Deigna Liana.   

-  Byłeś  świadkiem  tej  walki.  Wiesz,  o  co  toczył  się  pojedynek.  Zabieraj  stąd  jego  ciało  i 

wynoś się.   

Yuuzhanin zbagatelizował słowa Corrana machnięciem dłoni.   

-  Byłem  świadkiem,  ale  nie  zabiorę  ciała.  Zmarł  na  twoich  rękach.  Nie  zasługuje  już  na 

miano  Yuuzhan  Vong.  -  Deign  Lian  machnął  niedbale  ręką.  -  Jego  ciało  jest  twoje.  Corran 

potrząsnął głową.   

- Nie jest mi potrzebne.   

-  W  takim  razie  sprawa  zakończona.  -  Yuuzhanin  obrócił  się  na  pięcie  i  odszedł.  Luke 

pociągnął Corrana w stronę miejsca, gdzie wylądowali promem. - Chodźmy! 

-  Poczekaj  jeszcze  chwilę.  -  Corran  wskazał  maskę  odrzuconą  przez  Shedao  Shai.  -  Chcę 

mieć tę maskę. - Po co? Corran na chwilę przymknął oczy z bólu.   

-  Szkielet  Elegosa.  On  w  coś  się  wpatruje.  Ta  maska  pokaże  mu,  że  Yuuzłianie  nie  są 

niezwyciężeni i że przynajmniej na Ithor powróci pokój.   

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 36 

  

   

Wróciwszy  samotnie  na  pokład  „Dziedzictwa  Udręki”,  Deign  Lian  przejął  dowództwo  nad 

flotą  Yuuzhan  Vong.  Zajął  apartamenty  Shedao  Shai  i  niezwłocznie  wprowadził  w  czyn  plan, 

którego przygotowanie rozpoczął przed miesiącem, kiedy zrozumiał, że jest to najskuteczniejsza 

sposób rozprawienia się z Ithorem. Shedao Shai odrzucił jego pomysł, ale znalazł on uznanie w 

oczach innych panów Deigna Liana. Z wyrzutni dwunastu specjalnie przystosowanych skoczków 

koralowych  wystrzeliło  w  kierunku  planety  dwanaście  koralowych  kapsuł,  kształtem 

przypominających  ziarno.  Choć  nawet  w  połowie  nie  tak  perfekcyjne  jak  same  skoczki,  te 

bezzałogowe pojazdy dysponowały pewną elementarną inteligencją. Potrafiły użyć dovin hasali, 

by  wejść  w  zasięg  masy  planetarnej  Ithoru  i  nabrać  przyspieszenia  podczas  opadania  w  studni 

grawitacyjnej  planety.  Ich  wierzchnie  powłoki  zaczęły  się  rozgrzewać  i  parować  podczas 

przelotu przez atmosferę Ithoru. Dwanaście kapsuł wystrzeliło we wszystkie strony, przecinając 

niebo według trajektorii, które rozproszyły je równomiernie po całej dziennej stronie planety. 

  

W  szpitalu  pokładowym  „Zadziornego”  admirał  Kre’fey  odwrócił  się  od  Corrana  Horna, 

który unosił się w zbiorniku bacta, i podniósł do ust komunikator. - Zgłasza się Kre’fey. Proszę 

meldować.   

- Tu sekcja czujników, panie admirale. Mamy doniesienie z „Tęczy” o dwunastu anomaliach 

grawitacyjnych wykrytych we flocie Yuuzhan Vong - oznajmił bothański oficer. - Wyglądają jak 

ślady po skoczkach koralowych, które wleciały w atmosferę. „Tęcza” donosi, że towarzyszą im 

wybuchy w atmosferze.   

-  Wybuchy?  Jestem  w  drodze  na  mostek.  Proszę  przetransmitować  dane  na  „Chimerę”.  - 

Admirał  wyłączył  komunikator  i  odwrócił  się  w  stronę  Luke’a  Skywalkera,  by  zapytać  go,  co 

sądzi o takim zachowaniu skoczków. Ugryzł się w język, kiedy zobaczył, że mistrz Jedi krzywi 

się z bólu i opiera ciężko o ściany kabiny.   

  

Wybuchy w powietrzu nad Matką-Dżunglą zamieniały w parę kolejne ładunki yuuzhańskiej 

broni,  rozpraszając  ją  po  chmurach.  Krople  aerozolu  opadały  na  dżunglę  delikatną  mgiełką. 

Zawieszone w niej bakterie dotarły na powierzchnię nietknięte. Dżungla była dla nich tym, czym 

background image

stado  tauntaunów  dla  wygłodniałego  wampy.  Bakterie  zaczęły  rozkładać  wszystko,  na  co 

natrafiły na swej drodze i rozmnażać się w zastraszającym tempie. 

  

Czarny śluz, w którym roiło się od bakterii, skapywał z wyższych liści w dół i łączył się w 

strużki  spływające  wzdłuż  gałęzi.  Działał  tak  szybko,  że  cuchnąca  ciecz  wchodziła  w  reakcję 

równie  gwałtownie,  jak  stężony  kwas.  Grube  konary  odrywały  się  od  drzew,  rozpryskując 

bakterie po mniejszych gałęziach i organizmach zamieszkujących korony drzew. Mały shamarok 

wystartował  w  niebo,  ale  czarne  kropelki  na  skórzastych  skrzydłach  ptaka  zaczęły  wypalać  w 

nich dziury; ptak, wirując, runął w dół, by roztrzaskać się o ziemię.   

Wąż arrak podpełzł do truchła i wygiął się nad nim w łuk. Otworzył paszczę i zaczął połykać 

rzadką zdobycz, ale bakterie nie zaprzestały pracy. Kiedy gad pożarł shamaroka, bakterie zaczęły 

pożerać jego samego. Otworzyły wrzody w jego ciele i rozłożyły je od środka. Wąż zdychał w 

spazmatycznych drgawkach; po chwili zamienił się w cuchnącą kałużę protoplazmy, która zajęła 

się  materią  organiczną  porastającą  ziemię.  Kałuża  powiększała  się  powoli,  pochłaniając  źdźbła 

trawy.  Spadające  gałęzie  rozpryskiwały  protoplazmę  i  zapoczątkowywały  nowe  kolonie  wokół 

kałuży-matki.  W  miarę  jak  gałęzie  się  rozpuszczały,  wytwarzały  dość  protoplazmy,  by  mogła 

wypłynąć z małych zagłębień w ziemi, zlewając się z innymi kałużami. W mgnieniu oka czarna 

powódź zalała Matkę-Dżunglę. Wyrwała korzenie i powaliła ogromne drzewa, które rozpływały 

się, zanim jeszcze przebrzmiało echo ich upadku.   

Nic, co żyło na Ithor, nie mogło oprzeć się bakteriom. Wsiąkały w glebę, niszcząc owady i 

mikroorganizmy.  Zalewały  tunele  robaków  i  tryskały  w  norach  gryzoni.  Żaden  organizm  nie 

oparł  się  gnijącej  fali;  rozpuszczała  ich  ciała,  pozostawiając  nagie  kości,  które  po  chwili  same 

ulegały zniszczeniu.   

Fala protoplazmy przeżerała korzenie, wędrując w górę i w dół. Czasami rośliny o płytkich 

korzeniach  po  prostu  przewracały  się  na  ziemię.  Kiedy  indziej  bakterie  atakujące  co  bardziej 

krzepkie okazy musiały przeniknąć do ich systemu krążenia, pożerając je od środka. Czarny sok 

zaczynał  wtedy  sączyć  się  tu  i  ówdzie  z  pnia,  tworząc  ciurkające  nieprzerwanie  strumyczki. 

Kiedy  drzewo  zrzucało  gałęzie,  protoplazma  wypływała  na  zewnątrz.  Na  koniec  fontanna 

cuchnącej cieczy wytryskiwała spod kory, a drzewo padało na ziemię.   

Bakterie  atakowały  nieustępliwie  i  szybko.  Proces  rozkładu  materii  organicznej  Ithoru 

uwalniał do atmosfery ogromne ilości wodoru i tlenu. Temperatura planety zaczęła się podnosić, 

background image

oceany ściemniały, a tarczę Ithoru zasnuł cuchnący cień. W czasie zbyt krótkim, by ludzki umysł 

mógł to zarejestrować, bakterie dotarły do miejsca, gdzie spoczywały zwłoki Shedao Shai. Jego 

ciało  przez  chwilę  opierało  się  bakteriom,  które  jednak  szybko  dotarły  do  rany  otwartej  przez 

Corrana.  Wgryzły  się  w  martwą  tkankę,  pożerając  mięśnie  i  kości.  Szkielet  się  rozpadł,  a  po 

chwili,  gdy  bakterie  dotarły  do  szpiku,  pojedyncze  kości  sczerniały  i  znikły.  Na  samym  końcu 

bakterie  rozpuściły  czaszkę.  W  ten  sposób  usunęły  ostatni  ślad  obecności  Shedao  Shai  na 

planecie, którą miała ocalić jego śmierć.   

Pellaeon przyglądał się holograficznemu wizerunkowi planety.   

- Zgadzam się, admirale, że musieli coś tam zrobić. Tlen, wodór, rosnąca temperatura… Jeśli 

Skywalker ma rację, to całe życie na planecie zamiera. - Admirał imperialnej floty wzdrygnął się, 

próbując wyobrazić sobie użycie broni, która zdołałaby dokonać przemiany materii całej planety.   

Komandor  Yage  spojrzała  na  niego  ze  swojego  stanowiska  przy  konsoli  sensorów.  -  Panie 

admirale,  yuuzhańska  flota  rusza  do  odwrotu.  Kierują  się  na  zewnątrz  systemu.  -  Wektor 

alfa-siedem? - Jedyny, jaki pozostał dla nich otwarty.   

Pellaeon kiwnął głową w stronę małej figurki Kre’feya w rogu hologramu planety. - Lecą na 

zewnątrz systemu wektorem alfa-siedem. Czas ruszać. Ithor woła o pomstę.   

  

Deign Lian uśmiechnął się do villipa wyobrażającego twarz jego pana.   

- Stało się, mistrzu wojny Tsavong Lah. Shedao Shai nie żyje. Ithor nie stanowi już dla nas 

zagrożenia. Wycofuję flotę.   

- Doskonale. - Twarz odwzorowana przez villipa uśmiechnęła się, dzięki czemu mistrz wojny 

wydał się prawie sympatyczny. -Dobrze się spisałeś, Lian. „Dziedzictwo Udręki” jest teraz twoje. 

Kiedy wrócisz na Dubrillion, będą na ciebie czekać moje rozkazy.   

- Rozumiem, panie. - Deign Lian uroczyście kiwnął głową. -Twój sługa…   

Nie  dokończył  zdania.  Statkiem  zakołysało  tak  gwałtownie,  że  villip  spadł  z  półki.  Deign 

Lian  wyciągnął  rękę,  by  postawić  go  na  miejscu,  ale  w  tym  samym  momencie  przez  statek 

przebiegł jeszcze jeden, silniejszy wstrząs. Yuuzhanin upadł na kolana. Coś jest nie tak! Coś jest 

bardzo  nie  w  porządku!  -  pomyślał.  Ignorując  okrzyki  wydawane  przez  leżącego  na  podłodze 

villipa, Deign Lian wybiegł z kajuty i skierował się w stronę mostka.   

  

Admirałowie  Kre’fey  i  Pellaeon  nie  próżnowali  przez  tydzień  rozejmu,  który  Corran 

background image

wynegocjował,  przyjmując  wyzwanie.  Przeanalizowali  zachowanie  yuuzhańskich  statków  i 

odkryli pewną ich słabość, którą teraz zamierzali wykorzystać.   

Piloci myśliwców zaobserwowali, że emitowanie bąbli grawitacyjnych ogranicza mobilność 

statków. Dwaj admirałowie doszli do wniosku, że ta zasada może działać również w przeciwną 

stronę, zwłaszcza w przypadku największych okrętów wroga. Aby to sprawdzić, Kre’fey wezwał 

„Tęczę Corusca”, wchodzącą w skład floty broniącej  Agamaru, i  polecił statkowi wyskoczyć z 

nadprzestrzeni  w  miejscu,  gdzie  jeden  z  mniejszych  księżyców  Ithor  osłaniałby  go  przed  flotą 

Yuuzhan  Vong.  Kiedy  Yuuzhanie  rozpoczęli  odwrót,  przywołany  krążownik  klasy  Interdictor 

wszedł  na  ciasną  orbitę  wokół  planety  Ithor  i  włączył  wszystkie  cztery  emitery  grawitacyjne. 

Wywołało  to  efekt  taki,  jakby  masa  Ithoru  podwoiła  się,  zwiększając  siłę  ssącą  studni 

grawitacyjnej,  która  zaczęła  przyciągać  „Dziedzictwo  Udręki”  ku  powierzchni  umierającej 

planety.  Sternicy  „Dziedzictwa  Udręki”  natychmiast  podjęli  działania,  by  zrekompensować  ten 

efekt.  Podłączyli  pod  stery  więcej  dovin  basali,  które  uwięziły  statek  na  grawitacyjnych  linach 

pomiędzy słońcem a księżycem. Spowolnili opadanie, a w końcu powstrzymali je. Okręt zaczął 

powoli wspinać się w górę studni grawitacyjnej i powracać na kurs. Zanim Deign Lian dotarł na 

mostek, statek odzyskał swobodę ruchu. Na nieszczęście dla Deigna Liana, załogi jego okrętu, a 

nawet dla samego żywostatku, „Tęcza Corusca” nie ograniczyła się tylko do skoku i włączenia 

generatorów  grawitacyjnych.  Jej  artylerzyści  wymyślili  nową  taktykę  ostrzału  yuuzhańskiego 

krążownika.  Opracowane  przez  nich  dane  telemetryczne  przesłano  wszystkim  statkom  floty 

obronnej.  Każdy  startujący  myśliwiec,  każdy  krążownik,  każdy  gwiezdny  niszczyciel 

wykorzystał te dane, by zaprogramować swoje torpedy protonowe i granaty udarowe.   

Kanonada  rozpaliła  przestrzeń  nad  atmosferą  Ithoru.  Kurtyna  ognia  runęła  na  pozbawione 

osłon  grawitacyjnych  „Dziedzictwo  Udręki”,  rozrywając  koralowe  płyty  poszycia.  Energia 

wyzwolona  podczas  detonacji  pocisków  przepaliła  tkankę  nerwową  i  doprowadziła  do  wrzenia 

dovin  basale. Pierwsza salwa rozniosła w proch rufę, wystawiając wnętrze na działanie próżni. 

Zanim jednak próżnia wyssała powietrze i załogę, statek trafiła kolejna salwa i zapaliła wszystko 

w jego wnętrzu. Na pokładzie „Dziedzictwa Udręki” rozszalał się pożar.   

Deign  Lian  był  świadom  końca,  odkąd  zobaczył,  jak  kula  ognia  wdziera  się  na  mostek. 

Chciał krzyknąć, ale zanim zdołał wydać dźwięk, powietrze w jego płucach zapaliło  się. Przez 

ułamek sekundy, przez który zachował  jeszcze jasność umysłu,  usłyszał  w głowie  głos  Shedao 

Shai,  który  radził  mu,  by  zaakceptował  ból  i  wplótł  go  w  siebie,  tak  by  złączyć  się  w  jedno  z 

background image

bogami.  Ostatnią  jego  myślą  było  jednak  poddać  się  bólowi,  pozwolić,  by  go  strawił, 

zrezygnować  z  nagrody.  Nie  mógł  zdobyć  się  na  wspaniałomyślność  i  przyznać,  że  to  Shedao 

Shai pokazał mu jedyną prawdziwą drogę, by tę nagrodę zdobyć.   

Atak  zdruzgotał  strukturę  kostną,  na  której  opierała  się  konstrukcja  okrętu.  Rozpadł  się  na 

trzy części; dziób przez chwilę dryfował w stronę przeciwną od planety. Płonąca rufa tymczasem 

spadała, nabierając prędkości. Środek zawisł przez moment w przestrzeni i zaraz zaczął powolny, 

niezgrabny  upadek  ku  powierzchni  planety.  Dziób  -  a  wraz  z  nim  odrywające  się  jeden  po 

drugim, konające dovin basale - także poddał się w końcu uściskowi Ithoru.   

Tak  naprawdę  fakt,  że  okręt  płonął,  wchodząc  w  atmosferę,  nie  miał  najmniejszego 

znaczenia.  Samo  tarcie  wystarczyło,  by  rozgrzać  poszycie  do  tego  stopnia,  że  podpaliło 

przesyconą  tlenem  atmosferę.  Płomienie  rozbłysły,  rozprzestrzeniając  się  szybko.  Przegrzane 

powietrze rozszerzyło się, wypuszczając wąsy płomieni, które odepchnęły część myśliwców. Żar 

odrzucił  całą  noworepublikańską  flotę.  Jeden  z  płomieni  osmalił  małą  yuuzhańską  korwetę, 

wywołując eksplozję statku, ale pozostałe były już dostatecznie daleko, by uciec płomieniom.   

Yuuzhańska  flota  -  a  właściwie  to,  co  z  niej  pozostało  -  pędziła  ku  granicom  systemu,  by 

zniknąć w głębokiej przestrzeni.   

  

Za  nimi  ginął  w  pożarach  Ithor,  niegdyś  planeta  tak  pełna  spokoju.  Wraz  z  nią  płonęły 

baforowce… i nadzieje Nowej Republiki. 

  

background image

  R O Z D Z I A Ł 37 

  

   

Admirał Gilad Pellaeon zatrzymał się na rampie ładowniczej swojego promu i uścisnął dłoń 

admirała Kre’feya. Czuł, że traci w tym momencie coś niezmiernie ważnego.   

-  Żałuję  bardzo,  admirale,  że  sprawy  nie  potoczyły  się  inaczej.  Praca  z  panem  była 

fascynującym i pouczającym doświadczeniem. Imperialne Siły Obrony Przestrzeni odniosą wiele 

korzyści z tego, czego się tu nauczyłem. Bothanin skłonił głowę.   

-Wiem,  admirale,  i  podzielam  pańskie  uczucia.  Wiem  również,  wbrew  temu,  co  utrzymują 

niektórzy, że nie jest pan uprzedzony w stosunku do ras innych niż ludzie. Nigdy nie doznałem 

niczego oprócz szacunku z pana strony, sam zaś mam dla pana wyłącznie podziw i respekt.   

- Dziękuję, Traest. - Imperialny admirał puścił dłoń swojego sojusznika. - Gdyby udało nam 

się ocalić Ithor przed zagładą, jestem pewien, że moi ludzie nie odwołaliby mnie stąd. Nie sądzę, 

żeby nawet największa flota orbitująca wokół planet zdołała powstrzymać Yuuzhan Vong przed 

zastosowaniem  tej  strasznej  broni  na  którymkolwiek  z  innych  światów.  Ale  jeśli  nasze  planety 

będą całkowicie pozbawione floty, ludność cywilna może wpaść w panikę, a do tego nie można 

dopuścić. Choć w mniejszej skali, ale mamy te same problemy co Nowa Republika.   

- Chciałbym, żeby sytuacja była tak prosta, jak ją pan przedstawia. - Kre’fey rozejrzał się po 

hangarze ładowniczym na rufie „Zadziornego”. Wokół krążyły grupki ithoriańskich uchodźców. 

- Nie musi się pan martwić, że cała Nowa Republika będzie pana winić za utratę Ithoru. Nie musi 

się  pan  użerać  z  każdym,  nawet  najmniejszym  sektorem  administracyjnym,  który  chce  mieć 

własną  flotę  obronną.  Zagłada  Ithoru  wzbudziła  przerażenie  w  członkach  rządu.  Jedni  chcą 

ułagodzić Yuuzhan, inni pragną z nimi walczyć, a nie wątpię, że znajdą się i tacy, którzy chętnie 

by  się  z  nimi  sprzymierzyli,  gdyby  dało  im  to  okazję  zniszczenia  starych  wrogów.  Pellaeon 

pokiwał głową. - W pewnym sensie zwycięstwo nad Imperium było najgorszą rzeczą, jaka mogła 

się przydarzyć Nowej Republice. Jednoczyła was nienawiść do nas. Teraz każdy ciągnie w swoją 

stronę, oglądając się tylko na swoje dobro. Ma pan szczęście, że pańska rola w tym  konflikcie 

zdobyła panu tylko pochwały.   

Bothanin westchnął.   

-  To  mój  kuzyn  zbiera  oklaski  za  odważne  wystąpienie  w  pierwszym  szeregu.  Wyszedł  na 

bohatera. Wychwalanie mnie jest mu na rękę, bo to tylko dodaje mu aureoli chwały, a ludzie tak 

background image

właśnie chcą go widzieć.   

- Tego właśnie potrzebują… bohaterów, w których mogliby wierzyć.   

-  Wiem,  Gilad,  i  nie  chcę  pozbawiać  ich  tej  wiary,  ale  wolałbym,  żeby  raczej  wierzyli  w 

ciebie albo w zakon Jedi, a nie w faceta, który potrafi obrócić na swoją korzyść fakt, że znalazł 

się  w  niewłaściwym  czasie  w  niewłaściwym  miejscu.  -  Traest  podrapał  się  po  głowie.  - 

Ogromnie mi szkoda Corrana Horna. Pellaeon pokiwał głową. - Człowieka, który stracił Ithor.   

- Ach, więc widział pan najnowsze holowiadomości. W ciągu tygodnia stał się człowiekiem, 

który zgładził Ithor.   

- Komuś trzeba było przypisać winę za tę tragedię. - Imperialny admirał uśmiechnął się. - W 

ciągu  pół  godziny  pomiędzy  jego  zwycięstwem  a  zagładą  planety  byłem  dumny  z  tego,  czego 

dokonał,  z  postawy,  jaką  przyjął.  Wygrał  dla  nas  czas,  który  pozwolił  na  uratowanie 

niezliczonych istnień. Teraz to wszystko na nic.   

-  Nawet  gorzej.  Jedi  stali  się  celem  szyderstw  i  kpin;  siły  zbrojne  podporządkowano 

nadzorowi Senatu. - Traest odwzajemnił uśmiech. - Jest jakaś szansa, że Imperialne Siły Obrony 

Przestrzeni zaczną werbować nowych rekrutów? Pellaeon roześmiał się.   

-  Właśnie  miałem  pana  poprosić,  żeby  przydzielił  mi  pan  jakąś  planetę  w  tym  imperium, 

które pan zamierza wykroić z Nieznanych Terytoriów.   

-  Zrobiłbym  to  z  przyjemnością,  admirale.  -  Bothanin  błysnął  zębami  w  przyjaznym 

uśmiechu. - Wpiszę pana na moją listę.   

- Dziękuję, i z wzajemnością. - Pellaeon skłonił głowę i spojrzał na dwóch mężczyzn, którzy 

wchodzili do nich po trapie. - Generale Antilles, pułkowniku Fel… co zadecydowaliście? Jagged 

Fel założył ręce na plecy.   

- Wyślę z panem jeden z moich oddziałów, admirale. Zawiozą sprawozdanie do mojego ojca. 

Sam  pozostanę  tutaj  z  dwoma  oddziałami,  koordynując  działania  z  Eskadrą  Łobuzów.  Mam 

nadzieję, admirale, że rozumie pan moją chęć pozostania tutaj.  - Rozumiem, jak najbardziej. A 

nawet więcej: szanuję pański wybór i zarazem panu zazdroszczę.  - Pellaeon wyciągnął rękę do 

młodego mężczyzny. Kiedy wymienili uścisk dłoni, pożegnał się z Wedge’em Antillesem. - Nie 

po raz ostatni się dziś spotykamy, przyjaciele. Na razie moi ludzie boją się wam pomagać. Ale 

przyjdzie taki czas, kiedy będą się bali nie pomagać. Wtedy powrócę. Mam tylko nadzieję, że nie 

będzie za późno.   

-  Podzielamy  pańską  nadzieję.  -  Traest  Kre’fey  jeszcze  raz  uścisnął  dłoń  Pellaeona.  -  Oby 

background image

pański kurs był prosty, a orbity bezpieczne.   

- Życzę panu tego samego. - Pellaeon ukłonił się i ruszył w górę rampy. Obejrzał się raz za 

siebie, by się upewnić, że ich zapamięta, bo wcale nie był pewien, czy kiedykolwiek się znowu 

spotkają. Potem rampa zaczęła się podnosić, a prom ruszył, by zabrać go do domu. 

  

Jaina  siedziała  w  kabinie  medytacyjnej  „Zadziornego”,  nadal  otępiała.  Śmierć  Anni 

pozostawiła  po  sobie  pustkę,  co  dziewczynę  zaskoczyło  i  przeraziło  zarazem.  Zdziwienie 

wynikało z faktu, że znały się przecież bardzo krótko.   

To prawda, że latałyśmy razem i dzieliłyśmy kabinę, myślała. Ale…   

Anni lubiła hazard, a ponieważ nikt przy zdrowych zmysłach nie grałby przeciwko Jedi, nie 

spędzały zbyt często razem wolnego czasu. Kiedy były ze sobą, doskonale się rozumiały. Jaina 

wiedziała, że Anni ją lubi, podobnie jak ona lubiła Anni.   

Jednak przez ten krótki czas, od kiedy Jaina służyła w Eskadrze, stały się sobie bliższe, niż 

przypuszczała. Wstrząsnęło to Jainą do głębi. Jeszcze bardziej ją dziwiło, że tak mało w gruncie 

rzeczy wiedziała o Anni. Pułkownik Darklighter powiedział jej, że będzie nagrywał wiadomość 

dla  rodziców  dziewczyny,  i  spytał,  czy  chce  wysłać  coś  od  siebie.  Dopiero  wtedy  Jaina 

uświadomiła sobie, że w ogóle nie wiedziała, czy Anni ma jakąkolwiek rodzinę. Anni nigdy nie 

opowiadała o swoim życiu poza Eskadrą, a Jaina też nie wciągała jej w szczegóły swojego życia 

rodzinnego, zakładając, że Anni i tak wie o nim tyle, ile jej odpowiada.   

Spojrzała na datakartę, którą trzymała w dłoni. Wysłała wiadomość do rodziny Anni i szybko 

dostała  odpowiedź.  Transmisja  holowizyjna  zapisana  na  datakarcie  pokazała  starszą  kobietę, w 

której od razu rozpoznała matkę Anni, z oczami zaczerwienionymi od płaczu. Widać było, że za 

wszelką cenę usiłuje jako tako się trzymać. Powiedziała Jamie, że Anni cieszyła się, mając w niej 

przyjaciółkę i skrzydłową, że opowiadała o niej w każdej wysyłanej do domu wiadomości. Matka 

Anni  dodała,  że  ma  parę  drobiazgów  należących  do  córki,  które  chciałaby  Jainie  ofiarować  na 

pamiątkę, i że chętnie się z nią spotka, jeśli Jaina trafi kiedyś na Korelię.   

Nie wiedziałam, myślała Jaina. A powinnam była… Zakryła dłonią oczy. Łzy wypływały jej 

spomiędzy  palców.  Poczucie  winy  pogłębiło  jeszcze  ból  po  stracie  przyjaciółki.  Rozum 

podpowiadał Jainie, że nie mogła nic zrobić, by uratować Anni, ale nie potrafiła przezwyciężyć 

uczucia, że jednak powinna była znaleźć jakiś sposób, by ocalić życie przyjaciółki.   

Teraz wiem, jak Anakin czuł się po śmierci Chewiego, pomyślała.   

background image

Zobaczyła, że drzwi kabiny się otwierają. Pociągnęła nosem i wyprostowała się, ścierając łzy 

dłonią.  Spojrzała  na  sylwetkę  wchodzącego  i  zmusiła  się  do  wątłego  uśmiechu.  -  Mama  cię 

przysłała? Anakin wzruszył ramionami i usiadł na podłodze.   

-Trochę ją do tego zachęciłem. Wiedziała, że chcesz być sama. Nie chciała, żebyś pomyślała, 

że uważa cię za zbyt dziecinną, aby samej się z tym uporać. Zasugerowałem, że do ciebie pójdę, 

a ona podchwyciła pomysł. - Na pewno powinieneś być teraz gdzie indziej. Potrząsnął głową.   

- Nie, naprawdę chciałem z tobą porozmawiać. Pomyślałem, że to najlepsze miejsce. Zresztą 

jedyne, gdzie nikomu nie zawadzam. Jaina zmarszczyła brwi. - Ale pełno tu Jedi.   

-  Pewnie,  ale  albo  są  ranni,  albo  zaprzątnięci  Corranem.  Kilku  z  nich,  na  przykład  Wurth, 

zastanawia się, jak udało mi się wyjść z walki z yuuzhańskimi wojownikami z zaledwie paroma 

skaleczeniami, podczas gdy oni zostali ciężko ranni - westchnął. - Podkopuję ich wiarę w siebie, 

a oni nie za dobrze sobie z tym radzą.   

-  Chyba  mogę  to  zrozumieć.  Ale  nie  powinni  winić  za  to  ciebie.  -  Uśmiechnęła  się  do 

młodszego brata. - Dlaczego chciałeś tu przyjść? - Straciłaś przyjaciela. Ja też.   

- I pomyślałeś, że razem będziemy ich opłakiwać? Pokręcił głową.   

-Nie-powiedział  zdecydowanym  tonem.  -Ale  pomyślałem,  że…  hmm…  widzisz,  kiedy 

Daeshara’cor umierała, powiedziała mi coś, co kazało mi przemyśleć pewne rzeczy. Pomyślałem, 

że… sam nie wiem… - O co chodzi? - zapytała Jaina miękko.   

-  Dała  mi  do  zrozumienia…  uświadomiła  mi,  że  nie  szkoda  jej…  to  znaczy  oczywiście 

szkoda, że umiera, ale… że nie ma mi niczego za złe. - Głos mu się załamał. Otarł z twarzy łzę 

wierzchem dłoni. - Twoja przyjaciółka Anni musiała się cieszyć, że jesteś bezpieczna. Zginęła, 

nie czując do ciebie nienawiści.   

- Anakinie, dziękuję. - Jaina pociągnęła nosem. - Chciałabym wierzyć, że masz rację. Ja po 

prostu… Muszę ułożyć sobie to wszystko, jak należy, i w głowie, i w sercu. - Tak… to trudne - 

pokiwał głową. - Lecę tym samym kursem. Jeśli potrzebujesz skrzydłowego… przepraszam.   

- Nie przepraszaj… nie ma za co.  - Wyciągnęła rękę i potargała mu włosy.  - Cieszę się, że 

chcesz być moim skrzydłowym. Razem nam się uda, braciszku. Razem na pewno nam się uda.   

  

Corran poczekał, aż zasuną się za nim drzwi do maleńkiej kabiny, i oparł się o nie ciężko. 

Zakasłał, czując ból w brzuchu. Odbył już dwie kuracje w zbiorniku bacta, które zaordynował mu 

robot  medyczny.  Miał  wiele  dowodów  na  to,  że  płyn  bacta  zrobił,  co  trzeba,  wspomagając 

background image

regenerację nerwów.   

Oparł się teraz o drzwi nie tyle ze zmęczenia, ile żeby odwlec jeszcze chociaż na chwilę to, 

po  co  tu  przyszedł.  Przemykanie  się  korytarzami  „Zadziornego”  wyczerpało  go.  Unikanie 

Ithorian w ciasnych korytarzach utrudniało mu drogę, ale to nie tylko ich fizyczna obecność tak 

go zmęczyła.   

Poprzez  Moc  wyczuwał  ich  cierpienie.  Z  powodu  odniesionych  ran  zapadł  w  trans  Jedi  i 

został natychmiast przetransportowany do kapsuły z płynem bacta. Unosił się w nim prawie bez 

świadomości, kiedy Yuuzhanie zaatakowali Ithor. Czuł, jak całe życie na planecie gaśnie w taki 

sposób,  jakby  ktoś  jedna  po  drugiej  gasił  gwiazdy  na  niebie.  Gdy  wyszedł  z  kapsuły  bacta, 

atmosfera  Ithoru  płonęła.  Tym,  co  uderzyło  go  najpierw,  był  szok,  jaki  przeżywali  wszyscy 

członkowie  załogi  „Zadziornego”.  Potem  zalało  go  wszechogarniające  cierpienie  z  bardziej 

odległych  statków-miast.  MatkaDżungla,  żyjąca  istota,  z  której  wywodzili  się  Ithorianie,  która 

ich  żywiła  i  wychowała,  którą  kochali  i  której  gotowi  byli  bronić  do  ostatniej  kropli  krwi  - 

umierała.  Ze  swoich  statków  widzieli,  jak  atmosfera  płonie  niczym  słoneczna  korona  wokół 

planety, pozostawiając tylko zwęglony, jałowy popiół.   

Ta fala rozpaczy i cierpienia cofnęła się, pozostawiając w sercu każdego Ithorianina pustkę, 

taką jaką Corran czuł  w sobie, gdy… Spojrzał  na  yuuzhańską muszlę leżącą na koi  jego małej 

kajuty.  Podszedł  do  niej  i  osunął  się  na  kolana.  Dotknął  palcem  żywego  zamka,  nie  zwracając 

uwagi na ból, kiedy igła wbiła się w ciało, by pobrać próbkę jego krwi.   

Muszla otworzyła się powoli. Tkanka bioluminescencyjna emitowała słabe, zielone światło, 

które odbijało się miękko od kości Elegosa. Tańczyło w klejnotach, osadzonych w miejsce oczu, 

ale  w  żaden  sposób  nie  mogło  oddać  blasku,  jaki  z  nich  emanował  za  życia.  Szkielet  Elegosa 

wydawał się patrzeć na niego. Corran rozpaczliwie pragnął, by w tym spojrzeniu był choćby cień 

uśmiechu.   

Rycerz  ukucnął  i  spojrzał  w  drogocenne  oczy  martwego  przyjaciela.  Spod  płaszcza  wyjął 

maskę  Shedao  Shai.  Przetarł  czarną  powierzchnię  rękawem,  by  oczyścić  ją  z  krwi,  i  gestem 

pełnym szacunku złożył u stóp Elegosa. - Twój morderca nie żyje.   

Chciał powiedzieć coś więcej, ale ścisnęło go w gardle, a widok przed oczami rozmazał się i 

zamglił. Zakrył oczy dłonią, ścierając łzy z policzków, i z trudem przełknął ślinę. Wreszcie wziął 

głęboki oddech i rozluźnił mięśnie.   

-  Jego  śmierć  miała  ocalić  Ithor,  ale  nie  ocaliła.  Wiem,  że  byłbyś  przerażony  myślą,  że 

background image

zabiłem  go  dla  ciebie.  Nie  zrobiłem  tego.  Zrobiłem  to,  by  ocalić  planetę.  Złoty  szkielet 

wpatrywał się w niego bezlitosnym, zimnym spojrzeniem drogocennych klejnotów osadzonych w 

oczodołach.   

-  Nigdy  nie  dawałeś  się  oszukać,  prawda,  przyjacielu?  -  Corran  zamknął  oczy,  by 

powstrzymać  następne  łzy,  ale  po  chwili  otworzył  je  z  powrotem.  Odwrócił  wzrok,  niezdolny 

wytrzymać martwe spojrzenie Elegosa.   

-  Mówiłem  sobie,  że  to  dla  Ithoru.  Wszystkim  tak  powiedziałem.  Niektórzy  uwierzyli… 

większość uwierzyła, jak sądzę. Ale nie mistrz Skywalker. Myślę, że znał prawdę, ale trzeba było 

wykorzystać szansę ocalenia planety.   

Spojrzał w dół na swoją prawą dłoń, w której nadal czuł ciężar miecza świetlnego. - Sam w 

to uwierzyłem, naprawdę, dopóki… był taki moment w czasie pojedynku; że wyłączyłem miecz, 

a Shedao Shai stracił równowagę. Jego amfistaf uwiązł w ziemi. Wbiłem mu rękojeść miecza w 

żołądek. Wstrząsnął nim dreszcz.   

-  Był  wtedy  taki  moment…  nanosekunda…  Zawahałem  się.  Nie  dlatego,  żebym  myślał,  że 

życie jest święte i nie można go odbierać, tak jak ty byś pomyślał, przyjacielu. Nie… zawahałem 

się, bo chciałem, żeby Shedao Shai wiedział, że umiera. Chciałem, żeby wiedział, że ja wiem, że 

on  umiera.  Jeśli  miał  zobaczyć  w  błysku  śmierci  całe  swoje  życie,  chciałem,  żeby  miał  czas 

dobrze mu się przyjrzeć. Chciałem, żeby wiedział, że wszystko poszło na marne.   

Prawa dłoń Corrana zwinęła się w pięść. Uderzył nią w udo, żeby rozluźnić skurcz mięśni, 

po czym rozprostował palce i rozłożył je najszerzej, jak umiał.   

-W  tym  momencie,  Elegosie,  zhańbiłem  twoją  ofiarę.  Zdradziłem  cię.  Zdradziłem  Jedi. 

Zdradziłem  samego  siebie.  -  Corran  westchnął.  -  W  tamtej  chwili  przekroczyłem  granicę. 

Przeszedłem na ciemną stronę. Podniósł głowę i patrzył znowu w oczy Elegosa.   

-Wy,  Caamasjanie,  macie  takie  powiedzenie:  jeśli  nie  słyszysz,  jak  woła  cię  wiatr,  czas 

sprawdzić, czy nie zapomniałeś własnego imienia. Mój problem, przyjacielu, polega na tym, że 

usłyszałem  wołanie  ciemnej  strony.  Bez  twojej  pomocy,  bez  twoich  rad  nie  wiem,  jak  sobie  z 

tym poradzę.   

  

Jacen  Solo  przyglądał  się  Corranowi,  który  siedział  zgarbiony  w  krześle.  Zbiornik  bacta 

uleczył  urazy  fizyczne,  które  odniósł  starszy  rycerz,  ale  nadal  emanowało  z  niego  cierpienie 

psychiczne. Według Jacena Corran nie popełnił żadnego błędu, postąpił, jak należało; nie stracił 

background image

panowania  nad  sobą  ani  nie  zachował  się  jak  zbuntowany  Jedi,  a  jednak  tak  właśnie  go 

przedstawiano  w  sprawozdaniach  z  zagłady  Ithoru.  Ganner  niespokojnie  przechadzał  się  po 

pokoju.   

- Nie mogę w to uwierzyć! Corran o mało nie ginie, ryzykuje życie, by ocalić Ithor, a teraz 

obwołano  go,.  kolejnym  Jedi  -  mordercą  planet”.  Najpierw  Vader,  potem  Kyp,  a  teraz  Corran. 

Dziwię się, że nie wyciągnęli przy tej okazji sprawy Caamasa. Luke złączył dłonie.   

- Ludzie poddają się swoim obawom. Nie myślą racjonalnie. Potrzebujemy spokoju.   

-  Nie  tylko  spokoju  potrzebujemy,  mistrzu.  Ty  będziesz  potrzebował  znacznie  więcej.  - 

Corran spojrzał na niego. - Musisz odciąć się ode mnie. Ty i cały zakon. Wszyscy obecni wyczuli 

zaskoczenie Luke’a. - Mamy cię opuścić? Corran powoli pokiwał głową.   

-  Borsk  Fey’lya  zdążył  już  zwrócić  uwagę  ludzi  na  kilka  spraw.  Nie  byłem  oficerem  Sił 

Zbrojnych Nowej Republiki, kiedy udałem się z moją samowolną misją na Ithor. Zauważył, że 

moja obecność na powierzchni była niezgodna z prawem i obyczajami Ithorian. Oskarża mnie o 

zbezczeszczenie  planety  poprzez  sprowadzenie  na  jej  powierzchnię  Shedao  Shai.  Ganner 

zmarszczył brwi.   

- Widziałem raport, w którym sugerowano, że powinieneś był wiedzieć, iż śmierć dowódcy 

Yuuzhan Vong wymaga złożenia ofiary, tak więc zabijając Shedao Shai, przypieczętowałeś los 

planety. Mara prychnęła zniesmaczona.   

-  Skąd  niby  miał  to  wiedzieć?  Z  holopamiętnika,  który  rzekomo  prowadził  Elegos  A’Kla? 

Twierdzą, że ponoć nagrywał go podczas swojej misji u Yuuzhan, a przecież oni roztrzaskaliby 

w  drobny  mak  każde  urządzenie  techniczne,  które  by  ze  sobą  przywiózł.  Mistrz  Jedi  podniósł 

rękę.   

- Wiemy, że to oszustwo. Ktoś to nakręcił i rozpowszechnia dla pieniędzy.   

Jacen warknął.   

- Doskonale mu to idzie - warknął Jacen. - Ta bzdura świetnie się sprzedaje. To dlatego, że 

ludzie się boją.   

- W dodatku są chorobliwie ciekawscy. - Ganner potrząsnął głową. - Nie można zaprzeczyć, 

że  zagłada  Ithoru  jest  strasznym  szokiem.  Dubrilłion,  Belkadan,  nawet  Sernpidal…  o  tych 

planetach  mało  kto  słyszał.  Natomiast  Ithor  jest  niemal  równie  dobrze  znany,  jak  Coruscant. 

Corran westchnął. - A teraz podzielił los Alderaan.   

-  I  tu  wracamy  do  tego,  co  powiedział  na  początku  wujek  Luke.  Ludzie  poddają  się 

background image

strachowi.  Nam  nie  wolno  tego  zrobić.  Gdybyśmy  odcięli  się  od  Corrana,  tak  właśnie  byśmy 

postąpili. Korelianin zdobył się na smutny uśmiech.   

-  Dziękuję,  Jacenie,  ale  nie  chodzi  tu  o  poddawanie  się  obawom  innych,  tylko  o  to,  że  te 

obawy nas zalewają jak powódź. Mistrzu, musisz się mnie wyprzeć. Borsk Fey’lya próbuje tylko 

zapobiec katastrofie. Może to zrobić tylko wtedy, gdy obarczy winą kogoś innego. W tej chwili 

gra na wspomnieniach Caridy i Alderaanu. Zrzuca winę na Jedi. Musisz pozwolić, by cała wina 

spadła na mnie. Luke uparcie kręcił głową.   

- Jedi nie opuszczą cię z powodu rozgrywek politycznych.   

- Luke… - Mara pochyliła się w krześle w stronę męża i położyła mu dłonie na ramionach. - 

Kocham cię i popieram, ale tej walki nie damy rady wygrać. - Owszem, damy radę.   

- No dobrze, może i damy radę, ale będzie to od nas wymagać tyle zaangażowania i wysiłku, 

że nie starczy nam czasu na pomaganie ludziom - westchnęła. - Jeśli będziemy walczyć z opinią 

publiczną  zamiast  z  Yuuzhanami,  poniesiemy  sromotną  klęskę.  W  tej  chwili  Borsk  Fey’lya 

pokazuje nam sposób,  w jaki możemy się z tego wykręcić, a ten sposób  to, niestety, zrzucenie 

całej winy za zagładę  Ithoru na barki Corrana.  Wystarczy tylko,  żebyś  wydał  oświadczenie, że 

Corran działał bez twojej zgody czy poparcia. Luke podniósł głowę. - Ale to nieprawda. Corran 

westchnął.   

-  Z  pewnego  punktu  widzenia  jest  to  prawda.  Przez  cały  czas  miałeś  zastrzeżenia  co  do 

pojedynku. Obawiałeś się, jaki wpływ może na mnie mieć uczestnictwo w tej walce. Wiele razy 

mówiłeś przecież, że Jedi nie są wojownikami.   

- Corran, byłem twoim sekundantem podczas pojedynku!   

-  Postanowiłeś  mnie  wspomóc  mimo  moich  błędów,  bo  pojedynek  dawał  okazję  ocalenia 

wielu istnień.   

Uczucie rezygnacji emanujące od Luke’a zdumiało Jacena.   

- Wujku Luke, chyba nie zamierzasz się z tym zgodzić? Mistrz Jedi uniósł głowę. - Nie mogę 

im odmówić logiki.   

- A ja mogę! Mówią, że kłamstwa powtarzane przez Borska Fey’lya i innych, wystarczą, by 

zniszczyć reputację rycerzy Jedi. Chcecie się wyprzeć Corrana tylko po to, żeby odrobinę ułatwić 

sobie życie. Tak nie powinno być! Nie poprę takiego stanowiska!   

- Owszem, poprzesz, Jacenie. - Zmęczony Corran pokiwał głową. - Tak trzeba. - Pozwalasz, 

by  cel  uświęcał  środki.  -  Jacen  zamrugał  z  niedowierzaniem.  -  Nie  widzisz  tego?  Po  to,  by 

background image

oszczędzić  nam  nieprzyjemności,  stawiasz  się  w  jednym  rzędzie  z  Darthem  Vaderem  czy 

Thrawnem. Stajesz się sługą zła.   

-  Jacenie,  jeśli  spojrzysz  na  to  z  perspektywy  krótkoterminowej,  rzeczywiście  może  to  tak 

wyglądać.  Ja  ucierpię,  ale  przynajmniej  pozostali  Jedi  nie  poniosą  szkody.  A  to  oznacza,  że 

będziecie mieli swobodę, potrzebną by robić to, co jest do zrobienia. Gdybym nie wykonał tego, 

co  zamierzam,  dopiero  wtedy  stałbym  się  sługą  zła.  Corran  westchnął  ciężko.  Oparł  łokcie  na 

kolanach, a głowę na dłoniach.   

- Tak naprawdę to nie jestem zupełnie niewinny. Daleko mi do tego. Pewne rzeczy, których 

obawiał  się mistrz Skywalker, pewne rzeczy, których ty sam  się obawiałeś, Jacenie… zemsta i 

ciemna  strona…  stały  się  faktem.  Będę  potrzebował  trochę  czasu,  żeby  sobie  z  tym  poradzić. 

Odsunięcie mnie przez Jedi obróci się na dobre. Dobre dla zakonu. Dobre dla mnie.   

Zaniepokojenie i obawa pojawiły się na twarzy i w głosie Luke^ Skywalkera. - Corran, jeśli 

jest coś, co moglibyśmy zrobić/.-.   

-  Wiem,  mistrzu.  Dziękuję  ci.  Ale  myślę…  mam  nadzieje…  że  potrzebuję  tylko  czasu. 

Ganner podrapał bliznę na lewym policzku. - Co będziesz robił, kiedy opuścisz zakon?   

Corran niezgrabnie wzruszył ramionami.   

- Cóż, Coruscant przestanie być moim domem. Kontaktowałem się już z Mirax. Wracamy na 

Korelię.  Jest  tam  sporo  do  zrobienia.  Mój  dziadek  nadal  ma  dostatecznie  silne  wpływy 

polityczne,  by  zapewnić  mi  tam  azyl.  Może  uda  się  namówić  Korelian,  by  zrobili  coś 

pożytecznego, na przykład przyjęli uchodźców z planet podbitych przez Yuuzhan. W najgorszym 

przypadku przyłączę się do Boostera. Może przydamy się na coś razem z „Błędnym Rycerzem”. 

Spojrzał na Luke’a.   

-Wiesz,  że  jeśli  będziesz  potrzebował  mojej  pomocy,  możesz  zawsze  na  mnie  liczyć… 

niezależnie od wszystkiego. Ale wydaje mi się, że teraz najlepszą rzeczą, jaką mogę zrobić dla 

zakonu,  to  zniknąć  ludziom  z  oczu  przynajmniej  na  jakiś  czas.  -  Chyba  masz  rację,  Corran.  - 

Luke pogładził dłoń Mary. - Bardzo mi ułatwiasz podjęcie trudnej decyzji.   

Jacen tylko pokręcił głową. Nie mógł w to uwierzyć. Jedi zrobili na Ithor dokładnie to, czego 

od  nich  oczekiwano.  Pomogli  błyskawicznie  ewakuować  całą  planetę.  Stanęli  przeciw 

Yuuzhanom,  narażając  własne  życie,  by  powstrzymać  najeźdźców.  Ponieśli  spore  straty,  wielu 

odniosło  rany.  Zwyciężyli  w  pojedynku,  który  miał  ocalić  planetę  przed  inwazją.  Ich  wysiłki 

zapobiegły śmierci milionów niewinnych istot, a jednak zdradzieckie zachowanie przeciwnika i 

background image

manipulacje  polityczne  we  własnych  szeregach  doprowadziły  do  tego,  że  jednemu  z  nich 

przypisano całą winę za katastrofę, której ze wszystkich sił próbował zapobiec.   

A mój wuj godzi się na to, że tak musi być, myślał Jacen. Od dawna wiedział, że wizerunek 

bohaterskiego Jedi, jaki starali się kształtować Luke i Corran, nie pasował do jego wyobrażenia o 

roli  zakonu.  Jeszcze  mniej  pasowało  do  niego  uginanie  się  przed  politycznymi 

uwarunkowaniami.   

Jeśli  mamy  służyć  życiu  i  Mocy,  myślał,  jak  możemy  godzić  się  na  to,  by  politycy 

sprowadzali  nas  z  naszej  drogi?  Nie  może  tak  być!  Musi  istnieć  inny  sposób!  Westchnął.  I  ja 

muszę ten sposób znaleźć, zdecydował.   

-Jacenie…   

Młody Jedi wyprostował się.   

- Tak, Corran?   

- Jesteś idealistą, i bardzo dobrze. Wiem, że nie podoba ci się takie rozwiązanie. Widzę to w 

twojej twarzy. I w twojej, Ganner. Doceniam to, ale potrzebuję waszej pomocy. Musicie coś dla 

mnie  zrobić.  Coś,  czego  sam  nie  jestem  w  stanie  dokonać.  Ganner  kiwnął  głową.  -  Powiedz 

tylko, co to ma być.   

Corran przeniósł wzrok z jednego na drugiego, a kiedy jego zielone oczy napotkały wzrok 

Jacena, młody Jedi poczuł dreszcz.   

-Niektórzy  z  Jedi,  na  przykład  Kyp  i  Wurth,  przyjmą  moje  odejście  jako  dobry  znak. 

Dyskusje  takie  jak  ta  uznają  tylko  za  oznakę  słabości.  Jeśli  odejdę,  będą  uważali,  że  odnieśli 

swego rodzaju zwycięstwo. Żadne wasze argumenty ich nie przekonają. Będą was oceniać moją 

miarą. Tylko im ułatwicie ich polityczne gierki. Spojrzał na Luke’a.   

-  Musicie  wspierać  mistrza  Skywalkera.  Jeśli  Jedi  nie  będą  trzymać  się  razem, 

przeciwstawiając  się  Yuuzhanom,  Ithor  stanie  się  tylko  jedną  więcej  niepotrzebną  tragedią  na 

bardzo długiej liście.   

- Zrobimy to. - Ganner uśmiechnął się. - Dzięki za przykład, jak mamy postępować.   

-  Nie  idź  za  moim  przykładem,  Ganner.  Bądź  sobą.  Sam  stań  się  przykładem  dla  innych. 

Corran przeniósł wzrok na Jacena. - A co z tobą?   

Jacen  zaczął  otwierać  usta,  ale  zamknął  je  szybko.  Targały  nim  sprzeczne  emocje.  Chciał 

przyznać  Corranowi  rację,  ale  to  by  oznaczało  obranie  kierunku,  którym  tak  naprawdę  nie 

chciałby  podążać.  Ta  ścieżka  biegnie  w  inną  stronę  niż  ta,  w  którą  powinienem  się  zwrócić, 

background image

pomyślał.  Ale  mimo  ambiwalentnych  uczuć  pokiwał  potakująco  głową.  -  Zrobię,  co  w  mojej 

mocy.   

- Na pewno będzie to nawet więcej, niż trzeba. - Corran wyprostował się, tym jednym gestem 

przekreślając  całe  swoje  znużenie.  -  Żałuję,  że  was  opuszczam.  Moja  pomoc…  Ale  są  pewne 

sprawy, którymi muszę się teraz zająć. Mam tylko nadzieję, że poradzicie sobie z Yuuzhanami. A 

gdyby  kiedykolwiek  przyszły  takie  czasy,  że  ludzie  zapragną  powrotu  człowieka,  który 

doprowadził  do  zagłady  Ithoru…  cóż,  wtedy  będziemy  wiedzieć,  że  yuuzhańska  inwazja 

całkowicie wymknęła się spod kontroli i nie ma już czego ratować.   

 

  

background image

  P O D Z I Ę K O W A N I A 

  

  

Ta książka nie zostałaby ukończona, gdyby nie wysiłki całego legionu ludzi. Autor pragnie 

podziękować następującym osobom, których starania sprawiły, że książka ta mogła powstać:   

Sue Rostoni, Lucy Autrey Wilson i Allanowi Kauschowi z Lucas Licensing Ltd.   

Shelly Shapiro z Del Rey.   

Ricii Mainhardt, mojej agentce.   

R.A.  Salvatore’owi,  Kathy  Tyers,  Jimowi  Luceno  -  z  przyjemnością  przejąłem  od  ciebie 

pałeczkę, Bob; przekazuję ją tobie, Jim.   

Peet Janes, Timothy’emu Zahnowi, Tish Pahl i Jennifer Roberson.   

I  jak  zawsze,  Liz  Danforth,  która  toleruje  to,  że  co  jakiś  czas  znikam  na  całe  miesiące  w 

odległej galaktyce.   

 

   

   

background image

  Spis treści 

 

R O Z D Z I A Ł 1 

R O Z D Z I A Ł 2 

R O Z D Z I A Ł 3 

R O Z D Z I A Ł 4 

R O Z D Z I A Ł 5 

R O Z D Z I A Ł 6 

R O Z D Z I A Ł 7 

R O Z D Z I A Ł 8 

R O Z D Z I A Ł 9 

R O Z D Z I A Ł 10 

R O Z D Z I A Ł 11 

R O Z D Z I A Ł 12 

R O Z D Z I A Ł 13 

R O Z D Z I A Ł 14 

R O Z D Z I A Ł 15 

R O Z D Z I A Ł 16 

R O Z D Z I A Ł 17 

R O Z D Z I A Ł 18 

R O Z D Z I A Ł 19 

R O Z D Z I A Ł 20 

R O Z D Z I A Ł 21 

R O Z D Z I A Ł 22 

R O Z D Z I A Ł 23 

R O Z D Z I A Ł 24 

R O Z D Z I A Ł 25 

R O Z D Z I A Ł 26 

R O Z D Z I A Ł 27 

R O Z D Z I A Ł 28 

R O Z D Z I A Ł 29 

background image

R O Z D Z I A Ł 30 

R O Z D Z I A Ł 31 

R O Z D Z I A Ł 32 

R O Z D Z I A Ł 33 

R O Z D Z I A Ł 34 

R O Z D Z I A Ł 35 

R O Z D Z I A Ł 36 

R O Z D Z I A Ł 37 

P O D Z I Ę K O W A N I A 

background image