background image

Podatek liniowy 

 

 

Podatek liniowy mają Estonia, Litwa, Łotwa, Rosja, Serbia, Ukraina, Słowacja, Gruzja, 

Rumunia i Macedonia (Tabela 1). Zamiary wprowadzenia podatku liniowego mają Grecja (25%), 
Chrwacja i Czechy. Podobne propozycje są rozważane w Niemczech i Holandii. W Niemczech 
proponuje się jednolitą stopę na poziomie 25%, a w Holandii we wrzesniu 2005 roku Rada 
Doradców ekonomicznych zaproponowała wprowadzenie jednej stopy PIT na poziomie 40%.   
 
  
Kraj 

Stopa  

 

Data 

 

Estonia 

26% 

 

1994 

 

 

24% 

 

2005 

 

 

23% 

 

2006 

 

 

22% 

 

2007 

 

Łotwa 

25% 

 

1994 

 

Litwa 

33% 

PIT 

1994 

 

 

27% 

PIT 

 

 

Rosja 

13% 

PIT 

2001 

 

Ukraina 

13% 

PIT 

2004 

 

 

15% 

PIT 

2005 

 

Słowacja 

19% 

CIT, PIT, VAT 

2004 

 

Rumunia 

16% 

CIT, PIT 

2005 

 

Macedonia 

12% 

CIT, PIT 

2007 

 

 

10% 

CIT, PIT 

2008 

 

 
 
Argumenty “za”  

Argumenty “przeciw” 

Uproszczenie systemu pobierania podatków 

Wprowadzenie regresywnej struktury 
opodatkowania 

Efektywnosć ekonomiczna 
Zmniejszenie szarej strefy 

Uproszczenie dotyczy tylko stopy 
opodatkowania, nie obejmując kwot wolnych od 
opodatkowania, wyjątków i podobnych rzeczy 

Opodatkowanie dywidendów  

Nie ma możliwości stymulowania inwestycji 

Substytucja innych podatków 

Zwiększenie rozpiętości dochodu 

Zwiększenie przychodów do skarbu państwa 

Wzrost konsumpcji osób zamożnych spowoduje 
ponadstandardową konsumpcję, przede 
wszystkim na importowane towary i usługi 

Pobudzenie aktywności ekonomicznej 
Zwiększenie udziału inwestycji prywatnych 

Dodatkowe dochody zamiast inwestycji mogą 
być skierowane na zakup bardziej rentownych 
obligacji państwowych 

Zwiększenie oszczędności 

 

 
Więcej informacji: W. Sztyber. Kontrowersje wokół podatku dochodowego od osób fizycznych,  
Ekonomista, 2004, Nr 4, S. 453-471 
 
 
 
 
 
 

background image

 

 
Rys. Kraje, które wprowadziły podatek liniowy 
 
 

W latach 2003─05 podatek liniowy był jednym z okrętόw flagowych Platformy 

Obywatelskiej (PO) (Gilowska 2003, s. 48─50). 
 
 

Literatura 

 

Gilowska Z. Trzymamy się ziemi, Wprost, 16 listopada 2003 r, S. 48─50.  
Sztyber W. Kontrowersje wokół podatku dochodowego od osób fizycznych,  Ekonomista

2004, Nr 4, S. 453-471.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Ministrowie o podatku liniowym 

Bartosz Krzyżaniak, Puls Biznesu 

2007-08-23, ostatnia aktualizacja 2007-08-24 11:59  

 

 

Ekonomicznie wskazane, politycznie - niekoniecznie wykonalne. Tak byli ministrowie finansów 
komentują rewolucję podatkową PO. Nie mówią jednym głosem, ale pomysły raczej im się podobają.  

PO zapowiada, że jeśli wygra wybory, od razu zajmie się reperowaniem finansów publicznych, obniży 
podatek CIT do 10 proc., w PIT wprowadzi jedną stawkę wysokości 15 proc. (z 3 tys. zł kwoty wolnej na 
podatnika i każde dziecko), wprowadzi kotwicę wydatkową (każdego roku wydatki nie będą mogły się 
zwiększać o więcej niż wskaźnik inflacji), co ma pozwolić na zredukowanie deficytu budżetowego do zera w 
trzy lata. Czy to w ogóle możliwe?  
 
O opini

e zapytaliśmy ludzi, którzy zajmowali się finansami publicznymi.  

 

15 proc. PIT z kwotą wolną to nie jest żaden podatek liniowy, więc nie wiem, czemu PO tak to określa. Nie 

wiem też, czemu miałaby służyć obniżka CIT z 19 do 10 proc., skoro od dawna wysokość tego podatku nie 
sprawia większego problemu przedsiębiorcom. Jeśli już, to zmniejszaniu stawki CIT powinno towarzyszyć 
likwidowanie wszelkich ulg w tym podatku. Formalnie rzecz biorąc, pomysły tych obniżek są do przyjęcia, 
jednak wolałbym, aby podatki nie były elementem kampanii wyborczej - komentuje pomysły PO Jarosław 
Neneman, wiceminister finansów w rządach SLD i PiS. 
 
Mirosław Gronicki, były minister finansów za rządów SLD, uważa, że obniżenie podatków będzie się wiązało 
z ubytkiem w dochodach. 
 
- J

eśli dziś dochody z CIT wynoszą około 30 mld zł, obniżka, jaką proponuje PO, oznacza ich spadek - w 

sensie statycznym - o 5-

6 mld zł. Wątpię, by wskutek obniżki pojawiły się znaczne dochody z tytułu 

ujawnienia ukrywanych dotąd dochodów. Obniżenie PIT, które uważam za dobry pomysł, także wiązałoby 
się ze zmniejszeniem dochodów z tego tytułu, bo zmniejszyłaby się efektywna stawka podatkowa. Czy w 
takich warunkach można zredukować deficyt do zera? Trudno powiedzieć: nie wiemy, jak będzie 
kształtowała się koniunktura, jak będą wyglądały przychody budżetu, zwłaszcza z podatków pośrednich. 
Byłbym ostrożny. Myślę, że to raczej pomysł wyborczy niż rzeczywisty plan reformowania finansów. Choć 
dla podatnika pomysł jest dobry - mówi Mirosław Gronicki. 
 
Stanisław Kluza, eksminister finansów w rządzie PiS, twierdzi, że obecny poziom rozwoju gospodarczego 
pozwala na realizację pomysłów PO. 
 

To przedłużyłoby korzystną fazę cyklu koniunkturalnego. Propozycje są zdecydowanie prowzrostowe dla 

gospodarki. Zresztą podobne były formułowane przez PiS i PO przed poprzednimi wyborami, tylko z 
nieznanych mi przyczyn zniknęły - uważa Stanisław Kluza. Jego zdaniem bardzo dobrym pomysłem jest też 
przyznanie kwoty wolnej na każdego obywatela, a nie - jak dziś - na każdego podatnika. 
 
Sc

eptyczny wobec pomysłów podatkowych PO Jarosław Neneman przyznaje, że pomysł zrównoważenia 

budżetu jest strzałem w dziesiątkę. 
 

Pod postulatem "wyzerowania" deficytu budżetowego podpisuję się obiema rękoma. Tylko jak zlikwidować 

deficyt budżetowy, jeśli budżet zostanie znacznie uszczuplony przez tak znaczną obniżkę podatków? 
Jedynym sposobem byłoby drastyczne cięcie wydatków budżetowych, w tym socjalnych. Pytanie, czy PO 
miałaby polityczna siłę i wolę, by tego dokonać - mówi Jarosław Neneman.  
 
Na tym tle 

złowieszczo brzmi opinia wicepremier Gilowskiej. 

 

Propozycje PO w sprawie PIT są dla finansów publicznych dewastujące - powiedziała w TVN24 dawna 

zwolenniczka podatku liniowego. 

Źródło: Puls Biznesu 

background image

Polska otoczona przez kraje z podatkiem liniowym 

PAP, lko 

2007-08-28, ostatnia aktualizacja 2007-08-28 09:13  

 

Wokół Polski zamyka się krąg państw z podatkiem liniowym. Rodzimi politycy są w tej sprawie 
podzieleni. Nawet PO wysyła sprzeczne sygnały - pisze "Rzeczpospolita".  
Tylko Polska, Niemcy, Węgry i Białoruś nie mają podatku liniowego w tej części Europy. Słowacy, Ukraińcy, 
Litwini, Łotysze, Estończycy, Rosjanie i Rumuni płacą według jednolitej stawki. Wkrótce do tego grona 
dołączą Czesi, którzy przed tygodniem opowiedzieli się za tym podatkiem. Ekonomiści podkreślają, że w tej 
sytuacji nie ma już pytania czy, ale kiedy Polska powinna podatek liniowy u siebie wprowadzić. "Jeśli tego 
nie zrobimy, przegramy wojnę o zachodnie inwestycje, będziemy coraz mniej konkurencyjni dla zachodniego 
kapitału" - argumentuje Peter Kay, ekspert podatkowy z firmy doradczej KPMG. 
 
Specjaliści podkreślają, że dzięki spłaszczeniu podatków zmniejszają się koszty działalności firm. Potwierdza 
to Elina Egle, dyrektor generalny Konfederacji Pracodawców Łotwy: "W gospodarkach funkcjonujących w 
warunkach transformacji konieczny jest system jak najprostszy i jak najklarowniejszy, motywujący przy tym 
ludzi do aktywności. Podatek liniowy najlepiej odpowiada tej potrzebie" - mówi dziennikowi. A Zygmunt 
Klonowski, dyrektor litewskiej firmy 

Klon, dodaje, że wysoki podatek w pierwszej kolejności bije w najmniej 

zarabiających, bo hamuje pracodawcom możliwość podnoszenia płac. Choć argumentów za podatkiem 
liniowym jest wiele, nasi politycy - 

jak dotąd - woleli mówić nieprzychylnie o jednolitej stawce. "Podatek 

liniowy działa jak odwrócony Janosik: zabiera biednym, aby oddać bogatym" - tłumaczy wicepremier, poseł 
PiS Przemysław Gosiewski. "Nawet wprowadzenie stawki 15 proc. oznacza dla dużej grupy najmniej 
zarabiających polskich podatników podwyżkę, bo w tej chwili płacą realnie tylko 13 proc. podatku" - mówi. 
 
Inny poseł PiS Tadeusz Cymański dodaje, że w sprawie wprowadzenia podatku liniowego najgłośniej 
krzyczą najlepiej zarabiający, a PiS musi się martwić także o tych najbiedniejszych. Uważa, że argument o 
świetnie rozwijających się krajach, które podatek liniowy u siebie wprowadziły, jest przekłamaniem - więcej 
na ten temat w "Rzeczpospolitej".  

Źródło: "Rz" 

W Bułgarii od stycznia podatek liniowy 

Piotr Skwirowski   

2007-11-23, ostatnia aktualizacja 2007-11-23 20:21  

 

 

Bułgaria dołącza do pokaźnej już grupy krajów naszego regionu Europy stosujących podatek 
liniowy. Od 20

08 r. bułgarski PIT będzie mieć jedną stawkę - 10-proc.  

Liniowy podatek od dochodów osobistych mają już: Słowacja, Estonia, Rosja, Ukraina, Łotwa, Litwa, 
Rumunia, a także Gruzja. W przyszłym roku do grona "liniowców" dołączą Czechy i, jak się właśnie okazało, 
Bułgaria. W piątek bułgarski parlament głosami koalicji rządzącej przyjął ustawę wprowadzającą 10-proc. 
podatek liniowy od stycznia 2008 r. To najniższy podatek dochodowy w Unii Europejskiej. Niski liniowy PIT 
ma pomóc Bułgarii zwalczać szacowaną na 25 proc. PKB szarą strefę w gospodarce. Przeciwko "liniowcowi" 
głosowała część posłów lewicy, bo jego wprowadzenie oznacza równocześnie likwidację kwoty wolnej od 
podatku i ulg na dzieci. Centroprawica poparła podatek liniowy, uważa jednak, że jego stawkę ustawiono 
zbyt nisko. 

W tej chwili Bułgaria stosuje trzy stawki PIT: 20, 22 i 24 proc. Podatek od dochodów firm to 10 

proc. 
 
W opublikowanym w czwartek w Polsce rankingu przyjazności systemów podatkowych w 178 krajach świata 
Bułgaria została uznana za kraj, który najmocniej reformuje swój system podatkowy. Ranking przygotowany 
przez Bank Światowy i firmę doradczą PricewaterhouseCoopers dotyczy 2006 r. i chwali Bułgarię m.in. za 
wprowadzoną wtedy obniżkę stawki podatku od dochodów firm i upowszechnienie rozliczeń podatkowych 
przez internet. Dzięki tym zmianom Bułgaria znalazła się w rankingu daleko przed Polską, na 88. miejscu. 
My zajęliśmy 125. pozycję. Wprowadzenie podatku liniowego i związane z tym uproszczenie rozliczeń oraz 
zmniejszenie obciążeń w kolejnych edycjach rankingu prawdopodobnie jeszcze bardziej przesunie Bułgarię 
w kierunku krajów, w których najłatwiej płaci się podatki. 

Źródło: Gazeta Wyborcza 
 

background image

Liniowy PIT w Polsce to już fakt 

Piotr Skwirowski 

2007-08-28, ostatnia aktualizacja 2007-08-28 20:22  

W 2009 r. Polska będzie mieć podatek liniowy, który wprowadzi Platforma Obywatelska, albo 
"zwichrowany" podatek liniowy, który PiS już zapisał w ustawie o PIT.  

Nie ma już sporu o to, czy będziemy mieć podatek liniowy (a właściwie płaski, bo tak należałoby określić 
podatek z kwotą wolną od opodatkowania), ale raczej o to, jaka będzie jego wysokość. PO od dawna chce 
podatku od dochodów osobistych z jedną, 15-proc. stawką. Nie popełnia już błędu sprzed poprzednich 
wyborów, gdy upierała się przy podatku bez kwoty wolnej, który oznaczałby podwyżkę obciążeń dla 
najsłabiej zarabiających. Teraz planuje kwotę wolną mniej więcej taką, jaka obowiązuje dziś (zwolniony od 
podatku jest dochód roczny w wysokości 3 tys. zł). Podatek liniowy chciałaby wprowadzić jak najszybciej. 
Jeśli w październiku będą wybory, to być może nawet już od 2008 r. Ale to się nie uda. Z kilku powodów: 
 
•  Czas. Gdyby wybory odbyły się, jak zapowiada premier Kaczyński, 21 października, to na przygotowanie 
nowych przepisów, przepchnięcie ich przez parlament i zdobycie podpisu prezydenta PO będzie miała nieco 
ponad miesiąc (zmiany w podatkach trzeba by uchwalić przed końcem listopada). To zdecydowanie za 
mało. W tym czasie będzie się dopiero formował rząd. W Sejmie trzeba będzie powołać marszałka i komisje, 
które będą pracować nad projektem. Teoretycznie można uchwalić ustawę na jednym posiedzeniu Sejmu, 
ale w przypadku bardzo poważnej reformy związanej z finansami państwa, a taką byłoby wprowadzenie 
podatku liniowego, byłoby to skrajnie nieodpowiedzialne. 
 
•  Realia budżetowe. Po ewentualnej wygranej w wyborach PO musi poznać sytuację finansów państwa. Po 
to, żeby ocenić, czy budżet stać na reformę. Z tym będzie musiała poczekać do przejęcia władzy w 
Ministerstwie Finansów. Na razie urzędująca szefowa resortu Zyta Gilowska studzi reformatorskie zapały 
Platformy, mówiąc, że pieniędzy na obniżkę podatków nie będzie, bo zagospodarowała wolne środki na 
obniżkę składki rentowej. Rzeczywiście, cięcie składki rentowej było i będzie bardzo kosztowne dla budżetu. 
Ale przecież PiS planował też pieniądze na cięcie stawek PIT od 2009 r. (o tym za chwilę). Poza tym obniżka 
podatków nie musi oznaczać spadku dochodów budżetu. Po znacznym cięciu stawki podatku od dochodów 
dużych firm (CIT) przez rząd SLD w 2004 r., aż o 8 pkt proc., dochody budżetu z opodatkowania 
przedsiębiorstw (także dzięki sprzyjającej koniunkturze) zaczęły gwałtownie rosnąć. Są dziś o połowę 
wyższe niż przed obniżką CIT. 
 
•  Brak poparcia w Sejmie. Poza Platformą próżno szukać zwolenników podatku liniowego (może jedynie 
wśród Demokratów, których jednak prawdopodobnie będzie w parlamencie niewielu). Nawet wygrana PO w 
wyborach nie gwarantuje wprowadzenia 15-

proc. stawki PIT. Nadzieja Platformy leży w miażdżącym 

zwycięstwie, takim, które pozwoliłoby partii Tuska rządzić samodzielnie. Szanse na to są jednak niewielkie. 
A i wtedy na drodze „liniowca” może stanąć prezydent Kaczyński. 
 
Oficjalnie PiS jest przeciwko podatkowi liniowemu, uznając go za "prezent dla najbogatszych". Jednak do 
ustawy o podatk

u dochodowym od osób fizycznych (PIT) już przed rokiem wpisał "zwichrowany" podatek 

liniowy (zacznie obowiązywać od 2009 r.). "Zwichrowany", bo będzie miał dwie stawki - 18 i 32 proc. Ta 
wyższa obejmie jednak tylko garstkę podatników - 100 tys., może nieco więcej. Reszta, jakieś 99,5 proc. 
podatników, czyli prawie 24 mln osób, będzie płacić liniowe 18 proc. podatku. Będzie też kwota wolna, ale 
nieco niższa niż dziś. Ta prawie liniowa propozycja PiS jest mniej korzystna dla podatników - nie tylko, co 
oczywis

te, dla garstki najlepiej zarabiających, ale też dla wszystkich pozostałych, którzy (po uwzględnieniu 

kwot wolnych od podatku) zamiast 15 oddawaliby fiskusowi 18 proc. swoich dochodów. Być może to będzie 
argument, który skłoni prezydenta do zaakceptowania na 2009 r. podatku liniowego w wersji PO. 
 
Innym argumentem może być upowszechnianie się podatku dochodowego z jedną stawką w naszym 
regionie Europy. W 2008 r. do całkiem już licznej grupy krajów Europy Środkowo-Wschodniej 
opodatkowującej dochody osobiste obywateli podatkiem liniowym dołączą Czechy (stawka 15 proc.). Taki 
podatek mają: Słowacja (19 proc.), Estonia (23 proc.), Rosja (13 proc.), Ukraina (13 proc.), Łotwa (25 proc.), 
Litwa (27 proc.), Rumunia (16 proc.), a także Gruzja (12 proc.). Podatek progresywny, z kilkoma stawkami, 
stosują w naszym regionie poza Polską Węgry, Bułgaria i Białoruś. 
 

Poczuliśmy oddech Słowaków na plecach. Oni wprowadzili podatek liniowy już w 2004 r. i od tego czasu 

inwestorzy chętniej przychodzą do nich, a nie do nas. Rząd chce to zmienić - mówił niedawno "Gazecie" 
Lubosz Palata, publicysta "Lidovych Novin". 

Polska też uczestniczy w wyścigu po inwestycje. A dwa 

najważniejsze ugrupowania polityczne chcą obniżać podatki. Wynika więc z tego, że jesteśmy skazani na 
podatek lin

iowy. Zwykły lub choćby na początek "zwichrowany". Od 2009 r. 

Źródło: Gazeta Wyborcza 

background image

Ani słowa o podatku liniowym w umowie koalicyjnej 

Maz 2007-11-23, ostatnia aktualizacja 2007-11-23 13:46  

W umowie koalicyjnej nie ma mowy o podatku liniowym - powiedzi

ał w TVN CNBC Biznes Jan Bury 

z PSL. Nowy wiceminister skarbu zaznaczył, że umowa nie zawiera punktów spornych. - Wiemy, co 
nas dzieli. Będziemy starali się dojść do porozumienia - dodał.  

Ważnym spornym punktem jest podatek liniowy. - W umowie nie ma o nim słowa. Najpierw musimy 
wypracować porozumienia w tej sprawie - powiedział Bury. Zapewniał, że kompromis jest możliwy. - Obie 
partie dążą do uproszczenia systemu podatkowego. To jest dobry punkt wyjścia do rozmowy o podatkach - 
dodał. Dziś lub w poniedziałek minister skarbu Aleksander Grad podzieli kompetencje między swoich 
wiceministrów. Jak mówił 

TVN

 

CNBC Biznes Jan Bury, on sam najbardziej chciałby zajmować się 

sektorem energetycznym, ale nie tylko. - 

Chciałbym odpowiadać za elektroenergetykę, m.in. za przemysł 

spożywczy, spirytusowy, te obszary, które mnie interesowały zawsze w Skarbie Państwa - zaznaczył. 
 

Energetyka powinna być sprywatyzowana. Chcemy to przygotować mądrze, dobrze, powoli. Na pewno 

giełda będzie pierwszym takim pomysłem, który będzie służyć pozyskiwaniu środków dla rozwoju energetyki 
w Polsce - 

dodał Bury. Dziennikarzy interesowało, czy inwestorzy z Rosji zasiądą w polskich spółkach 

energetycznych? - 

Jeśli są uczciwi, muszą być traktowani na równi z innymi - powiedział Bury. - Klimat dla 

inwestorów rosyjskich był w Polsce zły, ale to też chcemy zmienić. Stąd myślę, że jedna z pierwszych wizyt 
pana premiera Tuska będzie właśnie w Moskwie. Inwestorzy muszą być w Polsce traktowani równo. Jeśli to 
będzie inwestor uczciwy, solidny, który już na rynku europejskim operuje, to na pewno będziemy otwarci na 
tego typu rozwiązania - dodał. 

"Dziennik": Cena za koalicję - nie będzie liniowego 

kar, PAP 

2007-11-12, ostatnia aktualizacja 2007-11-12 08:51  

 

Już tylko podpisanie deklaracji koalicyjnej dzieli nas od formalnego zawarcia koalicji PO z PSL. Jak 
dowiedział się "Dziennik", Donald Tusk i Waldemar Pawlak parafują dokument w najbliższy czwartek.  
Z informacji gazety wynika, 

że główne ustępstwa PO to: rezygnacja ze zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu 

z proporcjonalnej na większościową, odejście od pomysłu wprowadzenia bonu edukacyjnego, "nie" dla 
podatku liniowego. Formułę kompromisu wiceprezes PSL Eugeniusz Grzeszczak określa krótko: będziemy 
upraszczać podatki. W deklaracji koalicyjnej nie ma nic o programie rządu, jego priorytetach i wyzwaniach. 
Dla sygnatariuszy wszystko jest jasne. "Razem tworzymy lepszą przyszłość. By żyło się lepiej. Wszystkim" -  
te hasła wyborcze PO i PSL powtórzono w dokumencie dwukrotnie. W tekście deklaracji jest zapis o 
nieforsowaniu rozwiązań wbrew partnerowi koalicyjnemu. Jak dowiedział się "Dziennik", w PSL- owskich 
kręgach Waldemar Pawlak nazywa ten mechanizm Joaniną. Zgodnie z nim wszystkie decyzje mają być 
ustalane drogą kompromisu. Jeżeli nie uda się go osiągnąć - sprawa będzie odwlekana.  

Źródło: "Dz" 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Podatek liniowy może być sprawiedliwy 

dr Piotr Krajewski, dr Michał Mackiewicz* 

2007-11-11, ostatnia aktualizacja 2007-11-11 19:27  

Liniową stawką należy objąć zarówno podatki, jak i składki na ubezpieczenie społeczne - proponują  
Wprowadzenie podatku liniowego stało się dyżurnym tematem rozmów o polskiej gospodarce. Stosunek do 
tego podatku był nawet przez pewien czas wyznacznikiem, kto jest za Polską solidarną, a kto za liberalną. 
Teraz problem wraca przy rozmowach programowych koalicji PO i PSL. 
 
Czy zwolennicy i przeciwnicy liniowego mogą wyjść ze sporu z poczuciem wygranej?  
 
Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba pamiętać, że przyczyną złej jakości naszego systemu podatkowego 
jest nie tylko podatek dochodowy, lecz przede wszystkim rozmaite składki na 

ubezpieczenia

 

społeczne 

mające charakter parapodatków.  
 
Zamiast jednej 

składki ubezpieczeniowej pracownik musi płacić aż cztery - zdrowotną, emerytalną, rentową i 

chorobową. Każda z nich jest obliczana w inny sposób i od innej podstawy. Zagmatwanie zwiększa to, że 
składki płacą również pracodawcy, i to też kilka - wypadkową, emerytalną, rentową, na Fundusz Pracy oraz 
Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. 
 
Istnienie wszystkich tych składek bardzo zwiększa tzw. klin podatkowy, czyli stosunek obciążeń (wszelkiego 
rodzaju podatków i składek) do kosztów zatrudnienia pracownika ponoszonych przez przedsiębiorcę. Im 
wyższy jest klin podatkowy, tym mniej pieniędzy dostaje do ręki pracownik. 
 
Samo określenie wynika stąd, że podatki i składki wchodzą klinem między koszty, jakie musi ponieść 
przedsiębiorca, a wypłatę, jaką otrzymuje pracownik. Wysoki klin podatkowy zniechęca do zatrudnienia 
pracownika lub zachęca do zatrudnienia go na czarno. 
 
Dla większości podatników główny element klina podatkowego stanowi wcale nie podatek PIT, lecz właśnie 
składki na 

ubezpieczenie

 

społeczne. Np. dla osoby zarabiającej 1000 zł miesięcznie składki na 

ubezpieczenie społeczne wynoszą miesięcznie aż 363,20 zł, składki na ubezpieczenie zdrowotne 75,86 zł, a 
podatek dochodowy jedynie 26,50 zł.  
 
Dla oceny systemu podatkowego ważne jest jednak nie tylko, jak wysokie są podatki, ale również to, jak 
obciążenia rozkładają się pomiędzy osoby dużo i mało zarabiające. W Polsce grubość składników klina jest 
różna w zależności od poziomu dochodów, lecz wcale nie jest tak, że najwięcej zarabiający oddają państwu 
największą część swoich dochodów. Dlatego warto przyjrzeć się temu, jak zmienia się "grubość" 
poszczególnych składników klina w miarę wzrostu dochodów.  
 
Jak wiadomo, podatek dochodowy PIT cechuje 

się progresją - kolejne progi wynoszą 19, 30 i 40 proc. 

Składka zdrowotna jest dla odmiany liniowa. Na Narodowy Fundusz Zdrowia każdy oddaje 9 proc. swojego 
dochodu, po czym większą część zapłaconej składki może odliczyć od podatku. 
 
Jeszcze inaczej jest 

w przypadku składek na ubezpieczenie społeczne - mamy tu do czynienia z 

degresywnym systemem podatkowym. Osoby naprawdę dużo zarabiające oddają w postaci składek bardzo 
małą część swoich dochodów. Podatnik, który przekroczy w trakcie roku 30-krotność miesięcznego 
wynagrodzenia w gospodarce przestaje płacić składki na ubezpieczenie emerytalne i rentowe (to tzw. efekt 
30-

krotności). W tym roku próg dochodów, powyżej którego składki na ZUS gwałtownie maleją, to 78 480 zł 

rocznie.  
 
W sumie mamy więc zlepek trzech podatków (i parapodatków) - progresywnego, liniowego i degresywnego. 
Który z efektów przeważa - progresywność podatku PIT czy degresywność składek?  
 
Okazuje się, że na średnim poziomie dochodów silniejsza jest progresja w podatku dochodowym, stąd wraz 
ze wzrostem dochodów oddajemy większą część swoich dochodów. Jednak w pewnym momencie 
zależność ta przestaje działać. Gdy nasze dochody przekroczą 6,5 tys. zł miesięcznie klin podatkowy 
zaczyna się stopniowo zmniejszać, ponieważ wspomniany efekt 30-krotności zaczyna dominować nad 
skutkami wejścia w najwyższy przedział dochodowy podatku PIT. 
 
Obecny system podatkowy najsilniej uderza więc nie w najbogatszych, lecz w podatników zarabiających 6-7 
tys. miesięcznie. Pamiętajmy, że jest to kwota brutto - na rękę osoby takie otrzymują 4-4,5 tys. zł.  

background image

 
Fiskus najbardziej obciąża więc osoby, które miały stać się zaczynem klasy średniej - specjalistów, 
menedżerów średniego szczebla, lepiej zarabiających lekarzy. Równocześnie w mniejszym stopniu 
opodatkowuje osoby o d

użych i bardzo dużych dochodach, a więc takie, które obciążenie podatkami 

odczułyby najmniej. Występowanie łącznie progresywnych i degresywnych elementów systemu 
podatkowego nie sprzyja zarazem jego przejrzystości. 
 
Co z tego wynika dla wprowadzenia podatk

u liniowego w Polsce? Odpowiedź wydaje się prosta. 

Wprowadzając taki podatek, należy objąć liniową stawką zarówno podatki, jak i składki. Sposobem na 
odciążenie osób najmniej zarabiających jest wprowadzenie kwoty wolnej od podatku, przy czym jej działanie 
powinno zostać rozszerzone również na składki odprowadzane do ZUS.  
 
Korzyści z wprowadzenia takiego rozwiązania jest kilka. Po pierwsze, zdecydowanie uproszczony zostaje 
system podatkowy, ponieważ znikają progi w PIT i degresywny system składek na ubezpieczenia społeczne. 
Po przekroczeniu dochodu zwolnionego z płacenia podatku i składek wszyscy podatnicy od każdej 
dodatkowo zarobionej złotówki płaciliby takie same podatki i składki. 
 
Po drugie, wprowadzenie liniowości dla podatków i składek nie wiązałoby się z rozwarstwieniem dochodów. 
Na proponowanym rozwiązaniu w większym stopniu skorzystałyby osoby mało i średnio zarabiające, a nie 
osoby najbogatsze.  
 
Po trzecie, wprowadzenie proponowanego rozwiązania przyczyniłoby się do wzmocnienia klasy średniej, w 
k

tórą klin podatkowy obecnie jest najsilniej skierowany. 

 
Powstaje jedynie pytanie, czy budżet na to stać. Tak, jeśli rząd zrezygnuje z krytykowanej przez wielu 
ekonomistów dalszej obniżki składki rentowej. Zamiast przeznaczać 20 mld zł na obniżkę tej składki, rząd 
może naprawdę zreformować finanse publiczne.  
 
Rozwiązaniem neutralnym dla budżetu byłoby wprowadzenie 17-proc. podatku liniowego, pozostawienie 
liniowej składki na ubezpieczenia społeczne na obecnym poziomie i określenie dochodu zwolnionego nie 
t

ylko z płacenia PIT, lecz i składek na ubezpieczenia społeczne na poziomie 2400 zł. 

Rozwiązanie takie uprości system podatkowy, ożywi gospodarkę i poprawi sytuację osób mało i średnio 
zarabiających.  
 
*dr Piotr Krajewski i dr Michał Mackiewicz są pracownikami Instytutu Ekonomii Uniwersytetu Łódzkiego, 
gdzie zajmują się finansami publicznymi. Byli doradcami ministrów finansów - w latach 2000-01 Jarosława 
Bauca, a w 2003 roku Andrzeja Raczki. 

 

background image

PO: Zamiast liniowego podatek płaski z dwiema ulgami 

bci, tvn24.pl  

2007-10-29, ostatnia aktualizacja 2007-10-29 12:42  

Chcemy wprowadzić podatek płaski, czyli podatek liniowy z dwoma ulgami: kwoty wolnej od 

podatku oraz ulgą prorodzinną - powiedział w TVN CNBC Biznes Jakub Szulc z PO.  
Według posła nowy rząd powinien skoncentrować się na reformie systemu pomocy społecznej. - Trzeba ją 
spiąć ze zmianą systemu podatkowego. Chcielibyśmy wprowadzić podatek liniowy, ale z zachowaniem ulgi 
prorodzinnej i kwoty wolnej od podatku - 

powiedział Szulc w rozmowie z 

TVN

 CNBC Biznes.  

 
Jego zdaniem jeszcze za wcześnie na podanie konkretnych stawek podatku, bo PO nie są znane dane 
finansowe. - 

Najpierw musimy wejść do Ministerstwa Finansów i sprawdzić, na jaką stawkę stać budżet 

państwa - stwierdził Szulc.  
 
Szulc powtórzył, że ministerstwo gospodarki prawdopodobnie obejmie szef PSL Waldemar Pawlak, a 
ministrem finansów ktoś spoza świata polityki. Najpoważniejszym kandydatem jest prof. Jacek Rostkowski, 
ale ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły, powiedział 

PSL: Podatek liniowy jest możliwy 

kar, ISB 

2007-10-26, ostatnia aktualizacja 2007-10-26 13:45  

Polskie Stronnictwo Ludowe chce 

w ciągu kilku lat obniżyć podatek VAT do 17 proc. z 22 proc. i 

wprowadzić nowe rozwiązania w podatku dochodowym od osób fizycznych, wynika z piątkowej 
wypowiedzi posła tej partii Marka Sawickiego. Jego zdaniem, możliwy jest podatek liniowy z wysoką 
kwotą wolną i systemem mnożnikowym.  

- Podatek l

iniowy z odpowiednią kwotą wolną od podatku i systemem mnożnikowym to propozycja o której 

warto rozmawiać - podsumował Sawicki. 
 

Politycy Platformy Obywatelskiej zapominają, że podatek dochodowy od osób prawnych jest już liniowy, co 

zostało wprowadzone jeszcze za rządu Belki. Natomiast jeśli chodzi o podatek od osób fizycznych, to od 
2009 roku koalicja PiS, Samoobrona i LPR uchwaliła podatek liniowy dla 99 proc. podatników, którzy znajdą 
się w nowej stawce 18 proc. - powiedział Sawicki w wywiadzie dl

TVN

 CNBC. 

 
Poseł przypomniał także, że dziś efektywna stawka podatkowa dla najniższego progu wynosi 13,5 proc., a 
po zmianach realna stopa podatk

owa wyniesie 15,0 proc. Natomiast najbogatsi, mieszczący się dziś w 40-

procentowej stawce, zyskają na jej obniżeniu do 32 proc. nawet kilkanaście tysięcy złotych rocznie. 
 

Podatek liniowy więc jest, pytanie tylko, czy PO tak niesprawiedliwy podatek chce zachować czy nie. [...] 

Sprawa jest otwarta i warto o niej rozmawiać, a na szczęście obie partie są gotowe do takich negocjacji - 
dodał Sawicki. Jednak, według posła PSL, ważniejsze są podatki pośrednie, ponieważ płacą je wszyscy, 
niezależnie od dochodów. Chodzi zwłaszcza o zbyt wysoki, jego zdaniem, podatek VAT. 
 

Dlatego, jeśli chcemy mówić o polityce prospołecznej, to warto się zastanowić nad tym podatkiem 

pośrednim. Warto także zastanowić się i dyskutować o niższych podatkach na artykuły żywnościowe i 
artykuły pierwszej potrzeby - tłumaczy Sawicki. 
 
Według niego, VAT należy obniżyć do 17 proc., małymi kroczkami po 0,5 pkt proc. rocznie począwszy od 
2008 roku. Natomiast uchwalona przez poprzedni rząd nowelizacja ustaw podatkowych jest dla PSL raczej 
nie 

do przyjęcia i w ciągu najbliższego półrocza nowy rząd będzie zastanawiał się, co z tym zrobić. 

 
Poseł PSL dodał również, że trwają rozmowy na temat prywatyzacji. 
 

Wcześniej jednak należy ustalić, które sektory trzeba z tej prywatyzacji wyłączyć. Z pewnością nie ma 

potrzeby prywatyzowania infrastruktury transportowej, przesyłowej. Natomiast usługi świadczone za pomocą 
tej infrastruktury można i trzeba prywatyzować, bo wtedy konkurencja na poziomie usług bardzo dobrze robi 
dla klienta - 

wyjaśnia Sawicki. 

 
Na koniec poseł PSL potwierdził, że jest jednym z kandydatów swojej partii na stanowisko ministra rolnictwa. 
Źródło: ISI 

 

background image

PSL: Nie podatkowi liniowemu. Może opcja irlandzka? 

las, IAR, PAP   2007-10-25, ostatnia aktualizacja 2007-10-25 09:56  

Odnosząc się do zapowiedzi Platformy wprowadzenia podatku liniowego, Jarosław Kalinowski 
przyznał w dzisiejszych Sygnałach Dnia, że PSL jest przeciwne tej koncepcji.  

Jak mówił Kalinowski, między PSL a PO "jest różnica zdań" w sprawie wprowadzenia podatku liniowego. 
"Pl

atforma chce i proponuje, żeby wdrożyć podatek liniowy. Na pewno nie będzie to natychmiast i nie 

wiadomo, czy w ogóle. To są dyskusje" - powiedział. Zaznaczył jednak, że "jest pewne pole kompromisu", a 
także - jak mówił - trzeba przeanalizować skutki m.in. likwidacji od 2009 roku najwyższej stawki podatkowej i 
pozostawienie dwóch stawek (18 i 32 proc.).  Gość "Sygnałów Dnia" przypomniał, że lider PO, Donald Tusk, 
mówił, że podoba mu się wariant irlandzki z dwiema stawkami podatku. Dodał, że także PSL jest pozytywnie 
nastawione do tej koncepcji. "Podatek liniowy jest aktualny" - 

mówił zaś PAP w środę Adam Szejnfeld 

odpowiedzialny za sprawy gospodarcze w PO. Polska - 

jak zaznaczył - musi konkurować z Litwą, Łotwą, 

Estonią, Słowacją i Rumunią, gdzie obowiązuje już podatek liniowy. "Albo zachowamy biznes w Polsce, albo 
on przejdzie na wschód" – podkreślił 

PO do PSL: A może prorodzinny podatek liniowy? 

łup, PAP 

2008-03-01, ostatnia aktualizacja 2008-03-01 13:49  

Premier Donald Tusk uważa, że prorodzinny podatek liniowy ma szansę zyskać poparcie 
koalicyjnego PSL. Jak dodał, są prowadzone rozmowy z ludowcami o wprowadzeniu takiego 
podatku.  

"Nasza propozycja podatku liniowego jest bardzo przyjazna dla najbardziej potrzebujących, ze względu na 
duża ulgę rodzinną, którą chcemy utrzymać" - powiedział Tusk dziennikarzom w sobotę. "Będę 
przekonywać, że taki podatek jest w interesie polskich rodzin i Polski, jako całości" - powiedział premier. W 
niedzielę na specjalnej konferencji prasowej premier, podsumowując 100 dni działalności gabinetu, 
P

oinformował, że podatek liniowy mógłby zostać wprowadzony do 2011 r. Rząd chce wprowadzić 

"prorodzinny podatek liniowy z kwotą wolną od podatku i ulgą na dzieci". Wcześniej - w 2009 roku - 
wprowadzone zostaną dwie stawki podatku PIT - 18 i 32 proc. 
 
Podatek Belki zniesiemy stopniowo 
 
Premier Tusk zapowiedział również, że w pierwszej połowie kadencji będzie chciał uchylić podatek Belki w 
części opodatkowującej oszczędności. W końcu kadencji - mówił - rząd będzie chciał zlikwidować ten 
podatek w części dotyczącej transakcji giełdowych. Obecnie 19-procentowy tzw. podatek Belki płacimy od 
zysków z 

funduszy inwestycyjnych

, giełdy, odsetek od lokat bankowych i oprocentowanych kont. Tusk 

argumentował, że chce najpierw uchylić podatek Belki w części dotyczącej oszczędności, bo obciąża on 
niezamożnych Polaków. Podkreślał, że rząd jest odpowiedzialny za "harmonijne", ale i "odpowiedzialne" 
znoszenie i obniżanie podatków.  
 
Abonamen

t jest ciężarem archaicznym 

 
Tusk zapowiedział ponadto na konwencji Platformy Obywatelskiej, że w przyszłym tygodniu klub tej partii 
złoży do marszałka Sejmu projekt ustawy, który przewiduje zniesienie abonamentu rtv dla emerytów. Jak 
dodał, drugim krokiem będzie zniesienie abonamentu dla wszystkich. "Abonament jest ciężarem 
archaicznym" - 

ocenił w sobotę szef rządu. Premier podkreślił, że partia, która zdobyła władzę i nie realizuje 

obietnic, na pewno władzę straci. 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Liniowy PIT w 2010 jeśli prace analityczne pozwolą 

Rafał Zasuń 

2008-02-22, ostatnia aktualizacja 2008-02-22 20:18  

 

 

Podatek liniowy w 2010, najpóźniej w 2011 r. obiecują premier Donald Tusk i minister finansów Jan 
Rostowski. O ile pozwolą na to "prace analityczne" i sytuacja w parlamencie.  
Sztandarowy pomysł PO - podatek liniowy - powrócił wczoraj za sprawą wypowiedzi premiera Donalda 
Tuska. Stwierdził on, że podatek liniowy może zostać wprowadzony w 2010, najpóźniej w 2011 r. Nie podał, 
jaka będzie stawka podatku. Szef klubu PO Zbigniew Chlebowski mówił wczoraj dziennikarzom, że 
prawdopodobnie będzie to 15 proc. PO obiecywała 15-proc. PIT, CIT i VAT już w kampanii 2005 r., ale w 
wyborach w 2007 r. niespecjalnie podnosiła ten postulat. Na pierwszy plan wysunęła wówczas podwyżki dla 
budżetówki, które raczej większą obniżkę podatków wykluczają. Nie bardzo wiadomo, jak pogodzić plany 
obniżenia podatków z planami zmniejszenia deficytu budżetowego i długu publicznego. Wprawdzie minister 
Rostowski tłumaczył, że resort chce zwiększyć zatrudnienie z obecnych 54 proc. ludności do 64 proc. 
(szczególnie chodzi o osoby powyżej 50 lat), ale nie wyjaśnił, jak zamierza tego dokonać.  
 
Minister finansów Jan Rostowski, prezentując wczoraj dorobek i plany resortu z okazji 100 dni rządu, także 
mówił o podatku liniowym w 2010 r. - Obecnie prowadzimy prace analityczne, które - mam nadzieję - 
pozwolą na wprowadzenie podatku liniowego po 2010 roku - tłumaczył. Problem w tym, że budżet już w 
2009 r. straci 10 mld zł na uchwalonej jeszcze w poprzedniej kadencji obniżce PIT do 18 i 32 proc. z 
dzisiejszych 19, 30 i 40 proc. Na obniżeniu stawki do 15 proc. przy jednoczesnym pozostawieniu kwoty 
wolnej od podatku oraz ulgi na dzieci może stracić drugie tyle. Rostowski zaś zapowiadał jeszcze, że po 
wprowadzeniu liniowego PIT resort zacznie prace nad obniżeniem CIT, dziś wynoszącego 19 proc. - 
Chcieliśmy, żeby na koniec drugiej kadencji CIT wynosił 10 proc. - mówił optymistycznie Rostowski. Zostanie 
podatek od zysków kapitałowych. - Widzę bardzo duże problemy graniczące z niemożliwością ze 
zlikwidowaniem go - 

tłumaczył minister. Dodał, że zniesienie "podatku Belki" służyłoby głównie bogatym. 

 
Rost

owski zapowiedział też od dawna oczekiwaną nowelizację VAT, która ma ułatwić życie firmom. Będą 

m.in. krócej czekać na zwrot tego podatku - dziś termin wynosi 180 dni, ma być skrócony do 60.  
 
O ile z uchwaleniem ustawy o VAT nie powinno być kłopotów, jeśli tylko projekt trafi do Sejmu, o tyle 
wprowadzenie liniowego PIT w 2010 r. nastręcza problemów politycznych. Nie wiadomo, czy pomysł 
zaakceptuje PSL. Wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak stwierdził wczoraj, że na spotkaniach 
koalicyjnych spra

wa ta nie była omawiana. Trudno będzie też przełamać bardzo prawdopodobne weto 

prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który wielokrotnie mówił o swej niechęci do tego podatku. - Nie będzie tak, 
że konsekwentne weto prezydenta pozostawi nas bezradnymi. Jeśli będzie trzeba, będę porozumiewał się z 
lewicą, aby odrzucić weto prezydenta - mówił wczoraj w radiu RMF FM premier Donald Tusk. Jednak liderzy 
LiD zajmujący się gospodarką - m.in. Marek Borowski -wielokrotnie powtarzali, że są przeciwnikami podatku 
liniowego.  
 
Źródło: Gazeta Wyborcza 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

POPiS: jednak będzie podatek liniowy? 

Piotr Skwirowski 

2005-09-29, ostatnia aktualizacja 2005-09-29 15:47  

 

 

Kompromis w sprawie podatków nie powinien być wcale taki trudny. PO chce podatku liniowego. A 
propozycja PiS to dla 99,58 proc. podatników tak naprawdę także podatek liniowy. Tyle że z kwotą 
wolną  

PiS chce, by podatek od dochodów osobistych miał dwie stawki - 18 i 32 proc. Twierdzi, że "nie czas na 
podatek liniowy". Z danych, które wydobyliśmy z Ministerstwa Finansów, wynika jednak, że podatek partii 
braci Kaczyńskich to tak naprawdę podatek liniowy (tyle że z kwotą wolną od podatku). A wszystko przez 
to, że PiS chce, aby druga stawka objęła dochody przekraczające 100 tys. zł. Podatników z takimi 
dochodami jest w Polsce tylko 100 tys. Większość, przeszło 99,5 proc., czyli grubo ponad 23 mln osób, 
zarabia mniej. Te osoby płaciłyby więc fiskusowi według jednej, 18-proc. stawki. Czyli - podatek liniowy. 
 
Nasze "odkrycie" powinno ułatwić PiS i PO kompromis w sprawie podatków. Przed wyborami Platforma 
zapowiadała, że bez podatku liniowego nie będzie koalicji z PiS. A Kaczyńscy proponują podatek prawie 
liniowy... Co więcej, 18-proc. stawka ich podatku dzięki kwocie wolnej jest - w przypadku dochodów 
większości podatników - bliska 15-proc. stawce forsowanej przez PO. Z pozoru takie twierdzenie wygląda 
na herezję. PO proponuje podatek od dochodów osobistych (PIT) z jedną stawką w wysokości 15 proc., 
nie ma więc wątpliwości, że jest to podatek liniowy. PiS o podatku liniowym nie chce słyszeć, a obecne 
trzy stawki 19, 30 i 40 proc. chciałoby zastąpić dwiema stawkami - 18 i 32 proc. (w przyszłości 18 i 28 
proc.). Gdzie więc podatek liniowy?  Chodzi o próg dochodów objętych wyższą stawką. Partia braci 
Kaczyńskich proponuje, by było to 100 tys. zł rocznie. Tylko podatnicy z takimi dochodami wpadaliby pod 
stawkę 32 proc. Tymczasem z danych, jakie udało nam się wydobyć z Ministerstwa Finansów, wynika, że 
w zeszłym roku dochody przekraczające 100 tys. zł miało zaledwie 100 tys. 70 podatników rozliczających 
się według skali podatkowej. To garstka w porównaniu z łączną liczbą podatników - 23 mln 801 tys. 484. 
Zaledwie 0,42 proc. wszystkich podatników. Dla nich podatek proponowany przez PiS byłby progresywny. 
Reszta podatników, znakomita większość, płaciłaby jednak według jednej, a więc w praktyce liniowej 
stawki 18 proc. Do tego dochodziłaby kwota wolna. Partia braci Kaczyńskich chce, by wynosiła ona tyle ile 
dziś - od podatku byłyby zatem zwolnione dochody w wysokości 2 tys. 790 zł. Efekt byłby taki, że na 
propozycji PiS zyskaliby wszyscy podatnicy. Bez wyjątku. Wszyscy płaciliby mniej niż dziś. 
 
Dla bogatych lepszy plan PO, ale i PiS im obniży podatki  
 
Dla najsłabiej zarabiających to rozwiązanie byłoby przy tym lepsze od tego, które proponuje Platforma 
Obywatelska. Okazuje się bowiem, że 18-proc. podatek z kwotą wolną byłby w ich przypadku niższy od 
15-proc. bez takiej kwoty. Według naszych wyliczeń na podatku w wersji PiS zyskaliby - w stosunku do 
rozwiązania forsowanego przez PO - podatnicy z dochodami rocznymi do 16 tys. 740 zł. Ci, których 
dochody do opodatkowania są wyższe przy podatkach w wersji zgłaszanej przez partię Kaczyńskich, 
płaciliby już więcej. Więcej niż przy 15-proc. stawce Platformy, ciągle jednak znacznie mniej niż dziś. 
Także ci, których dochody przekraczają 100 tys. zł, a więc wpadłyby pod wyższą stawkę podatku, 
płaciliby mniej niż obecnie. I to sporo. Przy dochodach rzędu 200 tys. zł ten zysk byłby bliski 20 tys. zł. 
To oczywiście mniej niż blisko 40 tys. zł zysku przy propozycji PO, ale i tak nie ma się chyba co obrażać. 
 
Tym bardziej że nie jest wykluczone dalsze spłaszczenie podatku, czyli obniżka górnej stawki. Co prawda, 
rozmowy o programie podatkowym koalicji PiS-PO jeszcze się nie rozpoczęły, ale nieoficjalnie mówi się, 
że w ramach kompromisu górna stawka z propozycji partii Kaczyńskich mogłaby zostać obniżona z 32 np. 
do 25 proc. 
 
Zalety rozwiązań podatkowych forsowanych przez PiS - z punktu widzenia podatników - na obniżce 
stawek, zmniejszeniu ich liczby i pozostawieniu kwoty wolnej się nie kończą. Jest jeszcze ulga na dzieci. 

background image

Partia Kaczyńskich chce, żeby rodziny o bardzo niskich dochodach - brutto nie więcej niż 500 zł 
miesięcznie na jedną osobę - dostawały 50 zł na jedno dziecko, 200 zł na dwoje dzieci oraz 100 zł na 
każde kolejne dziecko. Byłaby też nadal możliwość wspólnego rozliczania się małżonków oraz rodziców i 
dzieci w rodzinach niepełnych. 
 
Pytanie tylko, ile to wszystko będzie kosztowało  
 
Właściwie jedyny problem sprowadza się do kosztów takiej reformy. Na razie ani PiS, ani PO nie 
przedstawiły nawet szacunkowych skutków finansowych wprowadzenia w życie ich propozycji zmian w 
PIT. Wiadomo, że byłaby to kwota idąca w miliardy złotych. Wiele miliardów. 
 
A to nie koniec. Gdyby po zwycięstwie wyborczym PiS realizowana miała być wizja zmian w podatkach 
forsowana przez tę partię, to mniej od swoich dochodów zapłaciłyby także firmy - 18 zamiast dzisiejszych 
19 proc. Do poziomu 18 proc. stopniowo miałaby być także obniżana podstawowa stawka VAT. W 
przyszłości. Nie wiadomo, co stałoby się z obniżonymi stawkami tego podatku. O ich podwyżce PiS nie 
wspominał. Tymczasem obniżenie VAT z 22 do 18 proc. przy pozostawieniu stawek preferencyjnych m.in. 
na żywność i lekarstwa to kolejne miliardy złotych ubytku w budżecie. Jak sfinansować taką dziurę? 
 
Na znalezienie odpowiedzi na to pytanie PiS i PO będą miały prawdopodobnie kilka miesięcy. Nie ma 
bowiem praktycznie żadnych szans na to, by jakiekolwiek poważne zmiany w podatkach zaczęły 
obowiązywać od początku przyszłego roku. Niewykluczone, że w czasie tych negocjacji urodzi się jakiś 
zupełnie nowy pomysł na podatki. Na razie, jeśli uznać, że podatek od dochodów osobistych w wersji 
proponowanej przez PiS to taki zwichrowany podatek liniowy, to okaże się, iż wybieraliśmy pomiędzy 
system "3x15" forsowanym przez PO oraz "3x18" przez partię braci Kaczyńskich. Co więcej, dzięki ulgom, 
kwocie wolnej i pozostawieniu obniżonych stawek VAT, osiemnastki z programu PiS są bliskie 
piętnastkom Platformy. A skoro tak, to pogodzenie programów podatkowych tych partii nie powinno być 
aż tak trudne, jak się wydawało. 

 

 
 

background image

Platforma Obywatelska: 3 x 15 było złe  

Maciej Sandecki, Gdańsk 

2007-04-29, ostatnia aktualizacja 2007-04-29 18:52 

 

PO zrywa z koncepcją podatkową "3x15", ale zapowiada, że dalej będzie dążyć do obniżenia obciążeń 
podatkowych. - Jeśli wygramy wybory, zawiążemy koalicję z tymi, którzy będą z nami upraszczać i 
obniżać podatki. Nawet z diabłem - zapowiada Donald Tusk.  

Wiceszef klubu PO Zbigniew Chlebowski podczas sobotniej konwencji partii pod hasłem "Zdrowe finanse - 
niskie podatki - nowoczesna gospodarka" w Gdańsku przyznał, że koncepcja podatkowa "3x15" 
forsowana przez PO przed ostatnimi wyborami była zła. Jego zdaniem partia popełniła "poważny błąd", 
upierając się szczególnie przy 15-proc. stawce podatku VAT. - Przy niskim poziomie życia wielu polskich 
rodzin należy pozostawić 7-proc. stawki VAT-u na żywność czy leki - mówił Chlebowski. - Poza tym 
przeprowadziliśmy szerokie konsultacje z przedsiębiorcami i oni nam powiedzieli jasno - stawki VAT 
pozostawcie takie, jakie są, ale zmieńcie ustawę o VAT tak, żeby ten podatek był dla przedsiębiorców 
neutralny. PO chce napisać od nowa ustawę o VAT - uprościć i przyspieszyć odzyskiwanie przez 
przedsiębiorców VAT-u, rozwiązać problem korekt faktur VAT-owskich oraz obniżyć koszty poboru tego 
podatku. - Jeśli prawdą jest, że koszty poboru VAT wynoszą 30 proc. jego wpływów do budżetu, to jest to 
niedopuszczalne - mówi Chlebowski.  
 
Drugim błędem w ocenie wiceszefa PO było forsowanie 15-proc. PIT-u, bo taka koncepcja uderzała w 
osoby najmniej zarabiające. Dlatego teraz Platforma do 15-proc. PIT-u "dorzuca" teraz ulgę prorodzinną. 
- Zaproponujemy wprowadzenie kwoty wolnej od podatku - 2700 złotych dla każdego podatnika i 1350 
złotych dla dziecka - mówi Chlebowski. - We wszystkich krajach Unii takie prorodzinne ulgi podatkowe 
istnieją i również u nas powinny być. Platforma chce też powiązać podatek dochodowy ze składką 
rentową, która miałaby zostać obniżona. Ma to uprościć naliczanie podatków i zmniejszyć obciążenia 
rodzin. Z programu "3 x 15" Platforma obstaje jedynie przy 15-proc. stawce CIT, ale nie za wszelką cenę 
. - Sądzimy, że podatek ten w przyszłości można by jeszcze obniżyć, nawet do 10 procent - stwierdza 
Chlebowski. 

Źródło: Gazeta Wyborcza 

Jednolity podatek dla firm w Unii Europejskiej? 

łup, IAR 

2007-05-03, ostatnia aktualizacja 2007-05-03 01:52  

Komisja Europejska chce, by w całej Unii obowiązywał jednolity system opodatkowania 
przedsiębiorstw. Bruksela apeluje do krajów członkowskich o poparcie jej planów. Na razie nie 
wszędzie wzbudzają one entuzjazm.  

Kilka państw obawia się, że ta propozycja w przyszłości doprowadzi do zrównania stawek podatkowych w 
całej Unii. Obawy Wielkiej Brytanii, Irlandii i Malty rozwiewał komisarz do spraw podatków Laszlo Kovacs, 
który zapewnił, że Komisja nie ma zamiaru ujednolicania stawek. Podkreślił, że nowe zasady nie będą w 
żaden sposób ograniczały suwerenności państw Unii w sprawach podatkowych, a ustalanie stawek 
pozostanie w gestii krajów członkowskich. Laszlo Kovacs proponuje wspólne zasady dotyczące jednolitej 
bazy podatkowej przedsiębiorstw, bo uważa, że system rozliczania powinien być bardziej przejrzysty. 
Według niego, ułatwi to działalność firmom i poprawi konkurencyjność unijnej gospodarki. By jednak 
nowe zasady weszły w życie, Komisja Europejska musi przekonać do swego pomysłu wszystkie kraje 
Wspólnoty, bo decyzje w sprawach podatkowych wymagają jednomyślności. W przypadku zgody, nowe 
propozycje mogłyby wejść w życie najwcześniej w 2010 roku.  

 

 

 

background image

Podatek liniowy podbija Europę Środkową 

Leszek Baj 

2007-04-03, ostatnia aktualizacja 2007-04-03 21:09  

Wprowadzenie podatku liniowego w Czechach przyjął właśnie tamtejszy rząd. To kolejne państwo w 
naszym regionie po krajach bałtyckich, Słowacji, Ukrainie, Rosji czy Rumunii, który zdecydował się 
na 

poważne reformy podatkowe. Jednak opinie ekonomistów co do tego, czy podatek liniowy to 

naprawdę zbawienie dla gospodarki, są podzielone.  
Przed wyborami w 2006 r. czeski parlament przyjął specjalne ustawy zwiększające wydatki społeczne. Teraz 
rząd chce zrezygnować z części tych pomysłów. Planuje cięcie wydatków na służbę zdrowia i wydatki 
społeczne. Chce zmniejszyć deficyt budżetowy z planowanych 4 proc. PKB w tym roku do 3 proc. w 2008 r. 
Czesi planują też poważne reformy systemu podatkowego, chcą m.in. wprowadzić 15-proc. podatek od 
dochodów osobistych (obecnie stawki wynoszą od 12 do 32 proc.), obniżyć do 2010 r. podatek CIT z 24 do 
19 proc. oraz podwyższyć najniższą stawkę VAT z 5 do 9 proc. Reformy otworzyłyby drogę do spełnienia 
kryteriów z Maastricht i możliwości przyjęcia euro w 2012 r. Problem w tym, że tamtejszy rząd ma słabą 
pozycję w parlamencie, a bez jego akceptacji do reform może w ogóle nie dojść. Jeśli Czechom uda się 
wprowadzić zmiany podatkowe, byłyby kolejnym krajem z naszego regionu z podatkiem liniowym od 
dochodów osobistych. Przykładowo na Litwie stawka PIT początkowo wynosiła 33 proc. (obecnie 27 proc.), 
w Estonii tuż po reformie PIT był na poziomie 26 proc. (teraz 22 proc.). Rekordowo niskie stawki mają Gruzja 
(12 proc.), Rosja (13 pr

oc.) czy Ukraina (obecnie 15 proc., choć początkowo miała 13 proc.). W każdym z 

tych krajów inne są też kwoty wolne od podatku. 
 
Zdaniem prof. Witolda Orłowskiego,doradcy ekonomicznego PricewaterhouseCoopers, głównym plusem 
podatku liniowego jest jego prostota. - 

Możemy sobie wyobrazić sytuację w przypadku czystego podatku 

liniowego, w której w ogóle nie musielibyśmy wypełniać PIT-ów, bo fiskus, znając nasze dochody, od razu by 
wiedział, ile jesteśmy mu winni - mówi Orłowski. Według Orłowskiego wprowadzanie podatku liniowego 
może też ograniczać szarą strefę, bo więcej jest osób chcących go płacić. 
 
Ekonomiści MFW udowadniają w wydanej w zeszłym roku publikacji, że korzyści z podatku liniowego wcale 
nie są tak oczywiste. Co prawda w Rosji w rok po wprowadzeniu 13-proc. podatku liniowego wpływy z 
podatków dochodowych zwiększyły się realnie o 26 proc., ale w części krajów (m.in. na Ukrainie czy 
Rumunii) obniżenie podatków i wprowadzenie jednej stawki podatku PIT doprowadziło do spadku 
przychodów do budżetu państwa. Ukraina podwyższyła więc od tego roku podatek PIT z 13 do 15 proc. 
Zdaniem ekonomistów MFW brakuje też dowodów na to, że podatek liniowy znacząco stymulował w tych 
krajach rynek pracy. Podatek liniowy może też powodować inne problemy, na które zwraca uwagę prof. 
Orłowski: - W krajach bałtyckich po jego wprowadzeniu wzrost nierówności dochodów był znacznie szybszy 
niż w krajach, gdzie obowiązuje podatek progresywny, m.in. w Polsce. Dlaczego? Bo najwięcej zarabiający 
po wprowadzeniu jednej stawki zazwycza

j płacą mniej, a najbiedniejsi najczęściej (to oczywiście zależy od 

poziomu podatku liniowego) muszą oddać fiskusowi więcej niż wcześniej. 
 
W Polsce rząd na razie nie planuje wprowadzenia podatku liniowego, chce natomiast od 2009 r. zastąpić 
obecne trzy stawki PIT 19, 30 i 40 proc. dwiema - 

18 i 32 proc. Przedsiębiorcy z Business Centre Club chcą 

iść jeszcze dalej. Już od przyszłego roku chcą wprowadzić dwie stawki 15 i 28 proc. Ale na to wszystko 
muszą znaleźć się pieniądze - w sumie kilkanaście miliardów złotych. 

 

background image

PB": Reaktywacja podatku liniowego w Polsce 

PAP, lko 

2007-03-27, ostatnia aktualizacja 2007-03-27 08:36  

Na wprowadzeniu liniowego PIT wielu naszych polityków już postawiło krzyżyk. Ale nowy impuls 
przyszedł z Czech, gdzie ma się pojawić jednolita stawka 15 proc. - pisze "Puls Biznesu".  

Nasi południowi sąsiedzi chcą dołączyć do grona państw z podatkiem liniowym. Mirek Topolanek, czeski 
premier, zapowiedział wczoraj w dzienniku -Hospodarske noviny-, że od przyszłego roku Czesi płacić będą 
podatek od osób fizycznych (PIT) według jednej, 15-procentowej stawki. W Polsce temat podatku 
liniowego, po okresie niesłychanego rozgłosu przed kampanią wyborczą w 2005 r. (m.in. słynne 
pustoszejące lodówki ze spotów PiS) - odszedł w niebyt. Nie mówią o nim nawet autorzy polskiej wersji 
pomysłu, czyli działacze PO. Czyżby powiesili go na kołku? "Absolutnie nie. Pomysł jest żywy i aktualny, a 
PO będzie go chciała zrealizować" - zapewnia gazetę Zbigniew Chlebowski, wiceprzewodniczący sejmowej 
Komisji Finansów publicznych (KFP). Jak tłumaczy, PO milczała w tej sprawie, bo miała świadomość, że 
nie będzie możliwości realizacji takiej koncepcji. "Wrócimy do niej podczas majowej konwencji 
programowej PO. Właśnie nad nią pracujemy - deklaruje Chlebowski. 
 
Pomysł Platformy sprowadza się do ujednolicenia stawek w PIT, CIT i VAT do 15 proc. PO chce 
wprowadzić element wsparcia dla rodzin: miałaby nim być kwota wolna (blisko 3 tys. zł) dla każdego 
członka rodziny - także dla dzieci czy niepracującego małżonka. Poza tym wszystkie ulgi i zwolnienia 
byłyby zlikwidowane. "To rozwiązanie korzystne dla zarabiających najwięcej i przekraczających progi 
podatkowe. Dla zarabiających mniej efekt byłby negatywny. Nie znam uwarunkowań czeskiej gospodarki, 
ale w polskich 15-procentowa stawka PIT nie byłaby dobrym rozwiązaniem" - uważa Aleksandra Natalli-
Świat (PiS), przewodnicząca sejmowej komisji finansów. Jak dodaje, problem w Polsce nie polega na 
wysokości stawek podatkowych, lecz m.in. na utrudnieniach związanych z płaceniem podatków czy zbyt 
wysokich kosztach pracy. "PiS koncentruje się na ich zmniejszaniu. Zgłosiliśmy też pakiet dotyczący 
ułatwień w prowadzeniu działalności gospodarczej. Każdy kraj poszukuje swoich ścieżek" - mówi "PB" 
Aleksandra Natalli- Świat.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Podatek liniowy - drogowskaz do dorosłego świata 

Luboš Palata* 

2007-04-18, ostatnia aktualizacja 2007-04-18 20:15  

Podatek liniowy nie jest przykładem politycznej i gospodarczej dojrzałości "nowej Europy". Jest 
tylko jednym ze sposobów zmniejszania cywilizacyjnego opóźnienia w stosunku do lepiej 
rozwiniętych części świata. Pomoże też zwykłym ludziom, ale, niestety, dopiero w ostatniej 
kolejności.  

Już czas wracać do domu - powiedziałem sobie po czterech latach, które spędziłem na Słowacji. Kiedy 
kilka miesięcy później przyszedł czas na zapłacenie podatków, postanowiłem, że zrobię zgodnie z hasłem 
naszego prezydenta Vaclava Klausa: "Dom człowieka jest tam, gdzie płaci podatki". 
 
Postanowiłem, że rozliczę się w "swoich" Czechach, pomimo że mogłem to zrobić także na Słowacji. 
Zdecydowałem się na to, chociaż obliczyłem, że na tym stracę. Słowacja wprowadziła 19 proc. podatek 
liniowy, w Czechach zaś obowiązywał podatek progresywny - dla dobrze zarabiających 32 proc. A ja 
miałem za sobą całkiem dobry rok. Zarobki zastępcy redaktora naczelnego największego słowackiego 
dziennika, a do tego austriacka nagroda dziennikarska, która powiększyła mój budżet o 5 tys. euro. W 
domu to jednak w domu, odwiedziłem więc doradcę podatkowego i poprosiłem o obliczenie wysokości 
podatku. Dziennikarz nie jest zbyt skomplikowanym przypadkiem, za dwie godziny, które kosztowały 
mnie 5 tys. czeskich koron (czyli około 600 zł), wszystko było gotowe. "Tak więc, jeśli nie policzę tej 
nagrody, musi pan dopłacić 120 tys. koron" - powiedział mi z profesjonalnym uśmiechem. Tych 120 tys. 
stanowiło różnicę między rozliczeniem na Słowacji a w Czechach, między podatkiem liniowym a 
"nieliniowym". Duma narodowa to duma narodowa, ale wszystko ma swoje granice. Podziękowałem 
doradcy, wsiadłem do samochodu i pojechałem rozliczyć się do Bratysławy. Zaoszczędziłem 100 tysięcy. 
Różnica dotyczyła jednak nie tylko wysokości podatku, ale także czasu potrzebnego do wypełnienia 
zeznania podatkowego. Na Słowacji wystarczyło mi na to niecałe 30 minut. Nawet biorąc pod uwagę 
siedem godzin potrzebnych na podróż z Pragi do Bratysławy, wszystko trwało trzy razy krócej niż 
poprawne wypełnienie czeskiego zeznania. 
 
Po Słowacji kolej na Czechy  
 
Od tego czasu minęły dwa lata i podatek liniowy zaczyna podbijać Czechy. Centroprawicowy rząd 
premiera Mirka Topolanka ogłosił światu swoją reformę podatkową opartą na 15 proc. podatku liniowym. 
Jej podstawowym problemem jest to, że nawet po jego wprowadzeniu państwo musi ściągnąć więcej 
pieniędzy niż w przypadku podatku progresywnego. "Mamy reformę, która jest niekorzystna dla 4 mln 
pracujących i 3 mln emerytów" - scharakteryzował projekt komentator stacji informacyjnej Ero 6 Martin 
Sulc. Według kalkulatorów podatkowych, które dla zdenerwowanych i częściowo zadowolonych 
czytelników zaczęły drukować wszystkie czeskie dzienniki, statystyczna czeska rodzina - dodajmy rodzina 
"zwykłych pracowników" - nie zyska na tej reformie nic, a nawet straci. Podatki co prawda nieznacznie się 
obniżą, ale dzięki podwyższeniu podatku VAT wzrosną wydatki. Zniknie także wiele dotychczasowych ulg 
- od możliwości odliczenia odsetek od kredytów hipotecznych, przez wspólne rozliczenie małżonków, aż 
po stosunkowo wysokie świadczenia wypłacane w czasie urlopów macierzyńskich. Nawet czeski system 
socjalny, który - z punktu widzenia tradycji - jest najbardziej zaawansowany w całej Europie Środkowej, 
nie jest zdaniem gospodarczej komentatorki "Hospodarskich Novin" Lenky Zlamalove ani zbyt hojny, ani 
kosztowny. System, tak jak wszędzie tam, gdzie rozdaje się państwowe pieniądze, jest nieefektywny, 
niemotywacyjny i rozrzutny. Czeska reforma podatkowa zmieni tę sytuację tylko w minimalnym stopniu. 
W zamian za to nadal będzie wyciągać pieniądze od ludzi, którzy już od 15 lat utrzymują państwowe 
finanse na odpowiednim poziomie - zwykłych pracowników i wielkich pracodawców. Pomimo wszystkich 
narzekań w Czechach do dziś obowiązuje zasada, że jeśli ktoś chce się wzbogacić, musi się stać 
"prywatnym przedsiębiorcą". Prawdą jest, że często porusza się na granicy prawa, ale należnych 
podatków nie płaci prawie nigdy. 

background image

 
Najbardziej znanym fortelem tego typu w Czechach jest sprzedaż "użytkowych samochodów". Ich 
użytkowość, oznaczająca możliwość odliczenia 25 proc. podatku VAT, opiera się na wykonanej z 
tworzywa sztucznego kratce, oddzielającej przestrzeń bagażnika. Samochody takie mają wszyscy znani 
mi przedsiębiorcy, a ich ceny zaczynają się od 20 tys. euro. Podobnie jak z kratkami wygląda sprawa z 
podatkiem liniowym. Wymyślono go tak, aby państwo ściągnęło więcej pieniędzy niż przed jego 
wprowadzeniem, zaś tymi, którzy na nim zarobią, nie są "zwyczajni pracownicy". Kolejną sztuczką 
związaną z podatkiem liniowym jest fakt, że przenosi on ciężar ściągania podatków z pośrednich na 
bezpośrednie, czyli podatek VAT, którego podwyższenie pozwala wykryć ewentualne luki podatkowe. 
Proponowane rozwiązanie w najmniejszym stopniu przysłuży się więc zwyczajnym obywatelom, uczciwie 
rozliczającym się pracownikom. 
 
"Podatku liniowego nie wprowadza się dla ludzi, ale dla ekonomii i wszystkich tych, którzy ją tworzą, a 
więc posiadaczy majątków, nieruchomości, firm" - mówi otwarcie twórca słowackiej reformy podatkowej, 
doradca byłego i obecnego ministra finansów Richard Sulik. W dzisiejszych czasach podatek liniowy jest 
także korzystny dla państwa. Jeśli jest na odpowiednio niskim poziomie, zmniejsza możliwość unikania 
płacenia podatków, szczególnie w przypadku przedsiębiorców i dużych firm. Na pierwszy rzut oka 
państwo ściąga mniej, ale w sumie na tym nie traci.  
 
Przykład idzie ze Wschodu  
 
To nie przypadek, że podatek liniowy przychodzi do Europy Środkowej ze Wschodu. Kraje bałtyckie, 
Rosja, Ukraina, Serbia, Rumunia, Gruzja, Słowacja - większość tych krajów charakteryzuje się (lub w 
czasie wprowadzenia podatku liniowego charakteryzowała się) niesprawnie działającą administracją 
państwową, ogromną korupcją, dużym odpływem kapitału za granicę, szeroką szarą strefą itp. Podatek 
liniowy, tak jak w przypadku Gruzji czy Rosji na śmiesznym z zachodnioeuropejskiego punktu widzenia 
poziomie 12 czy 13 proc., stał się sposobem na to, jak ściągnąć jakiekolwiek pieniądze przede wszystkim 
od najbogatszych. Podatek ten na poziomie wyraźnie niższym niż w Europie Zachodniej jest obok niskich 
płac także jednym ze sposobów na to, jak w czasach wielkiej konkurencji przyciągnąć do krajów 
wschodnio- i środkowoeuropejskich wielkich zagranicznych inwestorów. Najlepszym tego przykładem jest 
Słowacja, która za sprawą zagranicznych inwestycji zyskanych właśnie dzięki temu rozwiązaniu, osiągnęła 
prawie 10 proc. wzrost gospodarczy. Podatek liniowy nie jest jednak przykładem politycznej i 
gospodarczej dojrzałości naszej "nowej Europy". Jest tylko swoistym wsparciem, jednym ze sposobów na 
to, jak zmniejszyć cywilizacyjne opóźnienie w stosunku do lepiej rozwiniętych części świata, jak 
zmniejszyć niedogodności związane z naszą niską produktywnością, słabą infrastrukturą, niestabilnością 
polityczną, wysokim poziomem korupcji, niesprawnym sądownictwem itd. Podatek liniowy pomoże też 
zwykłym ludziom, ale, niestety, dopiero w ostatniej kolejności. Ci, którzy dopracują się średniej 
portugalskiej czy greckiej pensji, nie będą obdzierani przez państwo za sprawą najwyższych progów 
podatkowych. Sprawi, że ta grupa ludzi nie będzie pracować mniej albo przenosić się do innego kraju. 
Podatek liniowy jest prawdopodobnie potrzebny naszym krajom. Musimy jednak wierzyć, że nadejdzie 
czas, kiedy nie będziemy już potrzebowali tego rodzaju wsparcia w drodze do najbardziej rozwiniętych 
krajów świata.  
 
*Autor jest redaktorem „Lidovych Novin"  
 
Tłum. Renata Rusin Dybalskaaca  

 

 

 
Słowacki ekspres 

background image

Lubosz Palata* 

2007-03-30, ostatnia aktualizacja 2007-04-04 12:56  

Przy dziesięcioprocentowym wzroście i pragmatycznej polityce gospodarczej kolejnych rządów 
Słowacja z mało interesującej prowincji staje się tygrysem Europy Środkowej. Żeby nie zostać daleko 
w tyle, Polacy, Węgrzy i Czesi już teraz powinni wziąć się w garść  

"Słowacja to jedyny kraj, w którym, gdy mówisz po czesku, nie tylko cię rozumieją, ale na dodatek 
uważają za przedstawiciela bogatego Zachodu", opowiadałem dla żartu w praskich piwiarniach, kiedy sam 
żyłem w Bratysławie. Przez te dwa i pół roku, od kiedy jestem z powrotem w Czechach, wiele się na 
Słowacji zmieniło. Jeśli nie wszystko. Słowacja zakończyła ubiegły rok prawie dziesięcioprocentowym 
wzrostem gospodarczym, pensje pod koniec roku po raz pierwszy przekroczyły granicę 20 tys. koron 
[blisko 2,3 tys. zł], a kurs słowackiej waluty rośnie z tygodnia z tydzień. 
 
Korona koronie równa  
 
Minęły już także czasy, kiedy obowiązywała reguła: "Jeśli chcesz coś osiągnąć na Słowacji, to musisz 
wyjechać na Zachód lub przynajmniej do Pragi". Kurs korony czeskiej i słowackiej wynosił w momencie 
"aksamitnego" podziału Czechosłowacji 1:1. Przed kilkoma laty za czeską koronę płacono w granicach 
1,30-1,40 korony słowackiej. Teraz, nie zważając na to, że także kurs czeskiej waluty umacnia się wobec 
euro i dolara, można za nią uzyskać niespełna 1,20 korony słowackiej. I jestem przekonany, że nim 
Słowacja przejdzie na euro, do czego najprawdopodobniej faktycznie dojdzie 1 stycznia 2009 r., to 
wzajemny kurs obu walut będzie znów taki sam jak wiosną 1993 r. A ponieważ pod wieloma innymi 
względami - spadającego bezrobocia i inflacji, bilansu handlu zagranicznego, zadłużenia kraju, napływu 
inwestycji zagranicznych - Słowacja dogania milowymi krokami Czechy, może to mieć nieobliczalne dla 
nas skutki. Czeskie apteki, szpitale, supermarkety, fabryki, teatry i studia filmowe mogą mieć wkrótce 
bardzo duże problemy ze znalezieniem pracowników. Wszędzie tam, na każdym kroku spotyka się 
Słowaków, którzy skuszeni wyższymi pensjami przyjechali pracować do Czech. Dzięki umowom 
dwustronnym Słowacy już od lat 90. nie potrzebują żadnych pozwoleń na pracę. Szacunki są różne - 
według najbardziej ostrożnych w Czechach żyje i pracuje co najmniej 200 tys. Słowaków. Tylko że 
Czechy, gdzie dziś średnia pensja również wynosi ok. 20 tys. koron, tyle że czeskich [ok. 2750 zł], 
przestają być pod tym względem atrakcyjnym krajem dla Słowaków. - Naturalnie, zdajemy sobie z tego 
sprawę. Niestety, faktycznie tak jest - usłyszałem w brneńskiej filii pewnej dużej międzynarodowej 
agencji personalnej, kiedy spytałem, czy nie mają problemów z naborem Słowaków do pracy w Czechach. 
Można ująć to bardziej zdecydowanie: - Różnice w pensjach między Czechami i Słowacją są już dziś 
praktycznie niezauważalne. Ponadto na Słowacji jest już tyle ofert pracy, że pracodawcy prześcigają się 
nawzajem. 
 
Bratysławo-Wiedeń  
 
Na razie jedyny wyjątek stanowią menedżerowie średniego i wyższego szczebla. - Dla nich Praga ciągle 
ma bardziej interesujące oferty. Głównie dlatego, że filie wielkich międzynarodowych korporacji ciągle 
jeszcze mają swoje siedziby w stolicy Czech i nie przeprowadzają się na Słowację. Ponadmilionowa Praga, 
która w minionych latach stała się siedzibą kilkudziesięciu regionalnych filii światowych koncernów, to 
faktycznie trochę inna bajka niż lekko drobnomieszczańska Bratysława, która liczbę pół miliona 
mieszkańców zawdzięcza tylko olbrzymim osiedlom na peryferiach miasta. Gdyby jednak - po 15 latach 
czczej gadaniny - udało się połączyć Bratysławę z oddalonym zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów 
Wiedniem, to zniknie też i ta czeska przewaga. Za rok zostanie w końcu oddana autostrada z Wiednia do 
Bratysławy (budowa ugrzęzła z winy Austriaków, słowacki odcinek jest gotowy od pięciu lat), a między 
stolicą Słowacji i Austrii zacznie też jeździć - tak jak między I a II wojną światową - szybki tramwaj. Już 
dziś Słowacy budują domy w austriackich wsiach położonych w pobliżu Bratysławy, bo tam działki 
budowlane są tańsze. Jeśli z Wiednia i Bratysławy powstanie "dwójmiasto", siła ekonomiczna austriackiej 
metropolii będzie oznaczać geometryczny wzrost dla stolicy Słowacji. Kilkadziesiąt projektów zamkniętych 
osiedli i wyrastające jak grzyby po deszczu wieżowce świadczą o tym, że przynajmniej deweloperzy 
dostrzegli już tę szansę Bratysławy i są przekonani, że na projektach budowanych w stolicy Słowacji nie 
można stracić. 
 
Słowaccy Węgrzy też skorzystają  
 
Słowacki cud ekonomiczny oznacza też być może istotne zabezpieczenie jedności terytorialnej tego 
najmłodszego i najmniejszego państwa wyszehradzkiego. Po raz pierwszy w historii najnowszej Słowacja 
ma szansę wyprzedzić pod względem rozwoju gospodarki nie tylko Czechy, ale przede wszystkim swojego 
odwiecznego rywala - sąsiednie Węgry. W południowej Słowacji do dziś żyje zwarta mniejszość 
węgierska, a Budapeszt w ostatniej dekadzie podjął wielki wysiłek, by ją zaktywizować i przygotować na 
"reintegrację narodową w najlepszym węgierskim mieście". Słowaccy Węgrzy, którzy jeżdżą do pracy do 
firm samochodowych na Węgrzech, zaczynają zauważać, że wyższe pensje mogliby otrzymywać w 

background image

podobnych firmach na Słowacji. A bogacąca się Bratysława, którą do swoich kalendarzy zaczynają 
wpisywać też znane zespoły muzyczne, będzie wkrótce równie atrakcyjna jak Budapeszt ze swoją wyspą 
św. Małgorzaty. O tym, jak zasadniczy wpływ na spójność państwa może mieć sukces ekonomiczny, 
świadczy przykład północnych Włoch. Tamtejsza mniejszość niemiecka (czy, ściślej biorąc, austriacka) 
przestała mówić o odłączeniu, kiedy poziomem życia zbliżyła się do Austriaków mieszkających po 
północnej stronie Alp. 
 
Żeby słowaccy Węgrzy zaczęli naprawdę czuć "po słowacku", południowa Słowacja powinna także czerpać 
korzyści z cudu ekonomicznego ostatnich lat. Inwestycje zagraniczne trafiają przede wszystkim w rejon 
Doliny Wagu i okolice Bratysławy. Czyli w regiony, które mają nie tylko tradycje przemysłowe, ale także 
nowoczesną infrastrukturę. Dzięki budowie zakładów Kia pod Żyliną północna Słowacja ma dziś 
połączenie autostradowe z Bratysławą, a przez Czechy, Austrię i Węgry z całą Europą. W następnych 
latach kilkadziesiąt miliardów koron pójdzie na dokończenie autostrady z Żyliny do Preszowa i Koszyc. Nie 
przypadkiem ta autostrada prowadzi przez górzystą, północną część Słowacji. Połączenie przez południe 
kraju można by wybudować nie tylko szybciej, ale i taniej. Ale północ jest czysto słowacka (jeśli nie liczyć 
miejscowych Romów), podczas gdy południe jest "węgierskie". W rezultacie pokonanie stukilometrowej 
trasy z Bratysławy do Komarna - "stolicy" słowackich Węgrów - trwa dłużej niż jazda do położonej dwa 
razy dalej Żyliny. A jeśli Węgier z południowej Słowacji chce odwiedzić krewnych lub znajomych 
mieszkających na południe od Koszyc, największego miasta wschodniej Słowacji, zaoszczędzi czas i 
nerwy, jadąc po węgierskich autostradach przez Budapeszt. Jeśli jednak nadal trwać będzie ekonomiczny 
sukces Słowacji, która dziś dzięki trzem dużym zakładom samochodowym jest największym producentem 
aut na świecie w przeliczeniu na jednego mieszkańca - to przy rozsądnym rządzie w Bratysławie, z 
czasem także słowaccy Węgrzy zaczną czerpać z tego korzyści. 
 
Reformy niezagrożone  
 
Fundament słowackiego cudu stanowią naturalnie liberalne reformy poprzedniego gabinetu Mikulasza 
Dzurindy (2002-06). Wydaje się jednak, że także obecny rząd socjalisty Roberta Fico zachowuje się 
rozsądniej, niż mógłby na to wskazywać skład koalicji. Gabinet, w którym oprócz socjaldemokratycznego 
ugrupowania premiera Smer (Kierunek) są także Ruch na rzecz Demokratycznej Słowacji byłego premiera 
Vladimira Mecziara i Słowacka Partia Narodowa skandalizującego nacjonalisty Jana Sloty, prowadzi 
pragmatyczną politykę gospodarczą. Rząd podporządkował swoje decyzje jak najszybszemu przyjęciu 
euro (do 2009 r.), co nie pozwala mu wydawać więcej niż wynoszą przychody z podatków. Rekordowy 
wzrost gospodarczy spowodował zarazem, że rząd pozostawił podatek liniowy w wysokości 19 proc. 
Gabinet Fico nie wycofał się nawet z liberalnej reformy emerytalnej, której podstawę stanowią 
indywidualne konta oraz prywatne fundusze emerytalne. Dla swoich lewicowych wyborców Fico 
wprowadził tylko kilka kosmetycznych zmian - obniżył ceny leków, zniósł opłaty za recepty u lekarza, 
likwidując ulgi, podwyższył podatki dla najlepiej zarabiających Słowaków, wstrzymał też sprzedaż 
majątku państwowego. Przy wzroście rzędu 10 proc. Słowację stać na te zmiany. Zrozumiały to światowe 
koncerny, które planują tu już kolejne inwestycje warte miliardy koron. Z mało interesującej prowincji 
Słowacja staje się prawdziwym tygrysem Europy Środkowej. Polacy, Węgrzy i Czesi powinni się 
przebudzić i wziąć się w garść. W przeciwnym razie słowacki pociąg ucieknie im bardzo daleko. 
 
tłum. Tomasz Grabiński 
 
*Lubosz Palata jest redaktorem czeskiego dziennika "Lidove Noviny", wcześniej był też wicenaczelnym 
słowackiego dziennika "Pravda" 

Źródło: Gazeta Wyborcza 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Podatek liniowy - niższe stadium kapitalizmu 

Lubosz Palata*   

 

2007-09-19, ostatnia aktualizacja 2007-09-19 20:32  

Dla postkomunistycznej Europy podatek liniowy w żadnym wypadku nie jest rozwiązaniem, dzięki 
któremu prześcignęlibyśmy Europę Zachodnią  

 
Czechy przystąpiły niedawno do klubu państw z podatkiem liniowym. Uczyniły to w typowy dla siebie sposób 

do wprowadzonej reformy nie do końca pasuje termin "podatek liniowy", bo 300 ulg podatkowych nadal 

obowiązuje. A dla większości mieszkańców stawka podatku dochodowego nie będzie wynosić 15 proc., jak 
to ogłosił rząd, ale w rzeczywistości 23 proc. (o tym niżej). Tak to już jednak bywa we współczesnych 
Czechach. Po co zrobić coś prosto, skoro można to uczynić w bardziej skomplikowany sposób, i po co 
kopiować obce (w tym przypadku słowackie) wzory, skoro można wymyślić swój "czeski model". Dzięki temu 
myśleniu po tzw. prywatyzacji kuponowej Vaclava Klausa, która w większym stopniu niż prywatyzację 
przyniosła kolejną czeską specjalność, czyli drenowanie środków z prywatyzowanych zakładów do własnej 
kieszeni, teraz mamy do czynienia z cze

skim wariantem podatku liniowego. Kiedy o ocenę czeskiej reformy 

podatkowej spytano Richarda Sulika, autora słowackiej koncepcji podatku liniowego, podsumował ją krótko: 

Kiepska podróbka. 

 
Więcej wyrwać od obywatela 
 
Mimo że rząd Mirka Topolanka stworzył faktycznie raczej kiepską podróbkę niż kolejną wersję podatku 
liniowego, to warto zatrzymać się na chwilę nad czeską reformą. Mimo wszystkich zastrzeżeń jest to istotny 
krok w kierunku podatku liniowego. Pod niektórymi względami wzmacnia on skutki wprowadzenia czystego 
podatku liniowego. 

Podobnie jak we wszystkich wcześniejszych przypadkach także w Czechach reforma 

podatków nie oznacza obniżki przeciętnego obciążenia podatkowego, lecz przeciwnie - jego zwiększenie. 
Celem jest pobranie większej ilości pieniędzy od obywateli i obniżenie w ten sposób deficytu budżetowego, 
który przy obecnym wzroście gospodarczym w Czechach na poziomie 6 proc. stanowi faktycznie 
niepokojące zjawisko. Z podobnych powodów wprowadzono i wprowadza się podatek liniowy prawie w całej 
Europie Środkowo-Wschodniej. Od Ukrainy i Rosji począwszy, a na Rumunii i Czarnogórze na razie 
skończywszy. 
 
Tego rodzaju reformy mają dwa cele - motywują do płacenia podatków firmy i najbogatsze grupy ludności, 
które przy wyższych progach podatkowych poszukiwały bardzo intensywnie i przeważnie z sukcesem 
sposobów na uniknięcie płacenia podatków; jednocześnie wraz z przeniesieniem nacisku na podatki 
pośrednie (czyli na VAT) przerzucają niezauważalnie wahadło obciążeń podatkowych ze sfery biznesowej 
na zwyk

łych pracowników. W ich przypadku ekstremalnie niska stawka podatku liniowego nie spowoduje w 

sumie tego, że będą oni oddawać państwu mniejszą część swoich pensji. Tak było też choćby w przypadku 
Słowacji, gdzie wprowadzenie 19-proc. podatku liniowego oznaczało wzrost obciążeń podatkowych dla 
rodziny o średnich dochodach. Podobny efekt przyniesie czeska reforma podatkowa, która wprowadza w 
rzeczywistości 23-proc. stawkę "liniowego" podatku dochodowego i podwyższa najniższą stawkę VAT z 5 do 
9 proc. Nie jest 

to wprawdzie tak drastyczny krok jak na Słowacji, gdzie obowiązuje jedna stawka VAT w 

wysokości 19 proc., ale z pewnością jest to krok w stronę podatków pośrednich. 
 
Pracownik do bicia 
 
To, co jednak jest zdumiewające w czeskiej reformie - choć na swój sposób jest to też typowe dla wszystkich 
reform podatkowych w Europie Środkowo-Wschodniej w ostatnich latach - to oczywiste pogorszenie sytuacji 
pracowników w porównaniu z przedsiębiorcami. Czyli rządzonej warstwy ekonomicznej w porównaniu z 
warstwą rządzącą. W przypadku Czech zaszło to tak daleko, że pracownicy płacą 15 proc. podatku od tak 
zwanej pensji superbrutto, czyli od swojej pensji oraz kosztów ponoszonych przez pracodawcę w związku z 
utworzeniem miejsca pracy. Czyli za to, że może pracować, każdy czeski pracownik - w przeciwieństwie do 
przedsiębiorcy - zapłaci wyższy o 8 proc. podatek. Jednocześnie już od upadku komunizmu to właśnie 
pracownicy byli tą grupą społeczną, która wskutek tego, że nie miała żadnych możliwości, by uniknąć 
płacenia podatku dochodowego, ponosiła największe obciążenia podatkowe. 
 
Zbiegiem okoliczności mieszkam w willowej, dziś już pełnej milionerów dzielnicy na peryferiach Pragi, gdzie 
według statystyk jest największy odsetek przedsiębiorców na liczbę mieszkańców. Kto jest biznesmenem, a 
kto nie można bardzo łatwo poznać po tym, czy ma kratkę za tylnymi siedzeniami w aucie. Kratka pozwala 
bowiem oszczędnym współobywatelom przedsiębiorcom na zakup samochodu bez VAT, który stanowi blisko 
jedną czwartą ceny. Kratkę za tylnym siedzeniem mają jednak tylko ci bardziej oszczędni biznesmeni. Auta 
w leasing albo na inny rodzaj rat, które można sobie odpisać od podatku, podobnie jak wiele innych rzeczy 
mogą brać już jednak wszyscy przedsiębiorcy. Nie piszę o tym z zawiści, zarabiam wystarczająco dużo jako 

background image

pracownik i nie mam zamiaru unikać płacenia podatków, ale podaję to jako przykład. Przykład, który ilustruje, 
że wskutek przenoszenia obciążeń podatkowych na pracowników i klasę średnią państwo zabiera ziarno 
kurze, która przez ostatnie ponad 15 lat znosiła mu złote jaja.  
 
Jakby mało było tego, że poziom pensji pracowników w Europie Środkowo-Wschodniej pozostaje w tyle za 
tym samym wskaźnikiem w Europie Zachodniej w stopniu, którego nie da się wytłumaczyć różnicą 
wydajności ekonomicznej między obiema częściami Europy. Jeden przykład na marginesie: w Portugalii, 
której wydajność ekonomiczna jest dziś już wyraźnie mniejsza niż w Czechach, średni dochód na głowę jest 
o blisko jedną trzecią wyższy. A przy tym Czechy, gdzie w poszukiwaniu lepszych pensji przyjeżdżają do 
pracy Słowacy i Polacy, i tak wyróżniają się na tle pozostałych państw regionu i w odróżnieniu od Portugalii 
ich gospodarka nie przeżywa okresu stagnacji, lecz wręcz przeciwnie - okres boomu. 
 
Odpowiedź niewłaściwa 
 
Podatek liniowy 

wraz z brakiem umiejętności państw postkomunistycznych, by zmusić przedsiębiorców do 

przestrzegania prawa, oraz sztucznym niedowartościowaniem ceny pracy stanowi kolejny krok na drodze do 
osłabienia klasy średniej i społeczeństwa obywatelskiego - filarów nowoczesnej demokracji typu 
zachodnioeuropejskiego. 

Choć w krótkoterminowym horyzoncie podatek liniowy powoduje zapełnienie ciągle 

pustej kasy państwowej w krajach postkomunistycznych, to z długoterminowego punktu widzenia jego 
wprowadzenie może mieć zasadnicze skutki socjologiczne i polityczne. Progresja podatkowa, którą stosują 
wszystkie gospodarki zachodnie łącznie z brytyjską i amerykańską, stanowi model społeczny wypróbowany 
już co najmniej od II wojny światowej. Model, który pomógł przekształcić dziewiętnastowieczną 
kapitalistyczną gospodarkę rynkową w gospodarkę społeczno-rynkową, gdzie redystrybucja podatków 
pomaga w usuwaniu nierówności społecznych, które kapitalizm ze swojej natury stwarza. 
 
Gospodarka społeczno-rynkowa nie stanowi celu samego w sobie, lecz sposób na utrzymanie spokoju 
społecznego, który w ostatecznym rezultacie jest równie korzystny dla warstw bardziej majętnych, jak dla 
tych uboższych. Jest to model, który pozwala na utrzymanie tego spokoju bez represji i w ramach państwa 
demokratycznego. 

Naturalnie istnieją też inne rozwiązania. Kapitalizm XIX w. zrodził komunizm XX w. A 

próby powstrzymania komunizmu w inny sposób niż model społeczno-rynkowy w ramach demokracji stały u 
narodzin nazizmu, faszyzmu i innych odmian dyktatury. Jest sym

boliczne, że dzisiejsze naciski na likwidację 

gospodarki społeczno-rynkowej pochodzą z Chin, największej dyktatury na świecie. Podatek liniowy nie 
stanowi właściwej reakcji na to wyzwanie. Dla postkomunistycznej Europy jest być może koniecznym 
stadium prze

jściowym od czasów porewolucyjnego, "rabunkowego" kapitalizmu do normalnego modelu 

rynkowego - 

w żadnym wypadku nie jest to jednak rozwiązanie, dzięki któremu prześcignęlibyśmy Europę 

Zachodnią. Kraje z podatkiem liniowym stanowią niższe, a nie wyższe stadium europejskiego modelu 
ekonomicznego i społecznego. Powinniśmy zdawać sobie z tego sprawę. Nie tylko my, ale też państwa 
Europy Zachodniej. I z pewnością nie powinniśmy brać przykładu z takich państw, jak Słowacja, Estonia czy 
ostatnio Czechy. 
 
*Lubosz Palata jest dziennikarzem czeskiego dziennika "Lidove Noviny" 
tłum. Tomasz Grabiński 
Źródło: Gazeta Wyborcza  

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Tusk: podatek liniowy możliwy od 2011 r. 

ask, PAP 

2008-04-28, ostatnia aktualizacja 2008-04-28 18:33  

- Premier Donald Tusk zapowiedział, że wprowadzenie przez rząd podatku liniowego jest możliwe od 
2011 r. "Celem tego rządu jest uproszczenie i obniżenie podatków" - zadeklarował Tusk w wywiadzie 
dla najnowszej "Polityki".  

Tusk zaznaczył, że ustawa o podatku liniowym trafi pod obrady Sejmu, zgodnie z "wstępnym 
porozumieniem" koalicji PO i PSL po wyborach prezydenckich w 2010 r., w ostatnim roku kadencji 
obecnego parlamentu. "Prezydent (Lech) Kaczyński powiedział publicznie, a także w bezpośredniej ze 
mną rozmowie, że podatku liniowego nie będzie. Wszystkie partie opozycyjne też nie pozostawiają nam w 
tej sprawie złudzeń. Pole manewru jest więc wąskie" - uzasadnił premier. 
 
Zdaniem Tuska, wprowadzenie dwóch stawek podatku PIT 18 i 32 proc. w 2009 roku doprowadzi do 
zmniejszenia klina podatkowego i obciążeń w kosztach pracy. "Z punktu 96 proc. podatników to już 
naprawdę blisko do - jak to nazywamy - prorodzinnego podatku liniowego" - podkreślił. Premier 
zapowiedział także, że "rząd zrobi wszystko", żeby Polska była "jak najszybciej" przygotowana do 
podjęcia decyzji o wejściu do strefy euro. "Wszyscy pytający o datę chyba przeoczyli, że w konstytucji 
wyraźnie napisano, że prawnym środkiem płatniczym w Polsce jest złoty, a nie euro. Decyzja w tej 
sprawie nie będzie wiec zależała do rządu, a do parlamentu i prezydenta" - dodał. 
 
Tusk pytany, czy nie żałuje, że autostrad nie zaczęło budować kilkanaście lat temu, odpowiedział, że 
"wierzy w sens partnerstwa publiczno-prywatnego". Jednocześnie dodał, że "państwo nie może stać 
bezbronnie pod ścianą".  Jak podkreślił, jego rząd jest pierwszym, który "spróbuje dobrać się do skóry 
tym, którzy ze złą wolą chcą wykorzystać wadliwie skonstruowane warunki koncesji autostradowych".  
"Albo firmy będą budować po cenach średnioeuropejskich, albo zbudujemy inaczej. Prawdziwe 
partnerstwo publiczno-prywatne jest wtedy gdy obie strony prawidłowo wypełniają swoje role" - 
zaznaczył. 
 
Premier odniósł się także do niedawnej dymisji wiceministra finansów prof. Stanisława Gomułki. 
"Sugestia, że rezygnacja prof. Gomułki wynikała z faktu, iż on działał szybciej, a rząd wolniej, jest 
nieprawdą" - ocenił. 
 
"Jeśli byłem kiedykolwiek sceptyczny co do niektórych planów Ministerstwa Finansów, to tylko wtedy, gdy 
uważałem, że coś się dzieje za wolno, a nie za szybko. Tak było dla przykładu z budżetem zadaniowym, o 
którym dyskutowaliśmy na posiedzeniu Rady Ministrów przed dymisją profesora" - uzasadnił. 
 
Premier odniósł się także do planów zniesienia darmowych limitów i wprowadzenia opłat za emisję 
dwutlenku węgla. Jego zdaniem kosztowałoby to Polskę "dziesiątki miliardów euro".  
 
"Na szczęście perspektywa najbliższych lat nie jest dramatyczna, bo Europa zaczyna rozumieć, że nasz 
problem jest specyficzny. Mamy gospodarkę uzależnioną od węgla, a prócz tego musimy odrobić 
gigantyczne zaległości w infrastrukturze" - uważa premier. 
 
Tusk podkreślił, że ma "ambitny zamiar, żeby zainwestować naprawdę spore pieniądze w badania 
naukowe, rokujące szybkie efekty w dziedzinach dotyczących bezpieczeństwa energetycznego Polski". 
 
Na pytanie dlaczego to on, a nie minister gospodarki, stanął na czele zespołu do spraw bezpieczeństwa 
energetycznego odpowiedział, że negocjacje w tej dziedzinie "odbywają się na szczeblu premierów". 
"Koordynacja dotyczy tematów, gdzie przenikają się decyzje z pogranicza dyplomacji, wywiadu, 
gospodarki, nauki, ochrony środowiska" - dodał. Zapytany, jak by określił dzisiaj swoje poglądy 
gospodarcze zażartował: "przyjmijmy, że z liberała zostało we mnie...64 proc." Jednocześnie zaznaczył, 
że "jest w dobrym samopoczuciu" jeżeli chodzi o "identyfikację wolnorynkową". "Na pewno od 1989 r. nie 
było w Polsce na stanowisku premiera człowieka o tak jednoznacznie liberalnych poglądach 
gospodarczych" - podsumował Tusk.  
 
 
 
 
 

background image

Tusk: PSL za podatkiem liniowym  

łup, PAP 

2008-05-06, ostatnia aktualizacja 2008-05-06 16:25  

PSL popiera propozycje PO w sprawie wprowadzenia podatku liniowego - 

zapewnił premier Donald 

Tusk na konferencji po posiedzeniu Rady Ministrów. Szef rządu zastanawia się, jak do tego podatku 
przekonać lewicę, PiS i prezydenta.  

"Propozycja PO, którą nazwaliśmy rodzinnym podatkiem liniowym (...) dla PSL jest do przyjęcia" - powiedział Tusk na 
wtorkowej konferencji.  
 
"Jeśli otrzymam deklaracje gotowości do wsparcia podatku liniowego ze strony lewicy, PiS-u czy pana prezydenta, to w 
miesiąc będziemy gotowi do takiej ustawy" - dodał premier.  
 
Premier zapowiadał w ubiegłym tygodniu, że wprowadzenie przez rząd podatku liniowego jest możliwe od 2011 r. 
Poinformował, że ustawa w tej sprawie trafi pod obrady Sejmu, zgodnie z "wstępnym porozumieniem" koalicji PO i PSL 
po wyborach prezydenckich w 2010 r., w ostatnim roku kadencji obecnego parlamentu. W lutym Tusk zapowiadał, że 
byłby to podatek z kwotą wolną od podatku i ulgą na dzieci. Wcześniej - od 2009 roku - miałyby być wprowadzone dwie 
stawki podatku PIT - 

18 i 32 proc. Obecnie obowiązują trzy stawki - 19, 30 i 40 proc. 

 
"Dzisiaj deklaracje prezydenta, PiS-u i lewicy (o podatku liniowym - 

PAP) nie pozostawiają żadnych złudzeń" - mówił 

Tusk podczas konferencji.  
 
Na początku kwietnia zdecydowany sprzeciw wobec podatku liniowego wyraził klub Lewicy i Demokratów. Anita 
Błochowiak (wcześniej LiD, obecnie Klub Poselski Lewica) mówiła, że takie rozwiązanie byłoby korzystne jedynie dla 
osób najbogatszych. Pod koniec kwietnia, powołując się na rozmowę z prezydentem Lechem Kaczyńskim, Tusk mówił: 
"Prezydent (Lech) Kaczyński powiedział publicznie, a także w bezpośredniej ze mną rozmowie, że podatku liniowego nie 
będzie." 
 
Minister w Kancelarii Prezydenta Michał Kamiński przypomniał na początku kwietnia, że od czasu kampanii 
prezydenckiej jest znane krytyczne stanowisko prezydenta w sprawie podatku liniowego. 
 
"Prezydent składał taką obietnicę: jeśli mnie wybierzecie, to będę wetował podatek liniowy i będę wetował dodatkowe 
ubezpieczenia zdrowotn

e. Prezydent mówił: nie chcę dopuścić do tego, żeby o jakości leczenia decydowało to, czy ktoś 

jest biedny, czy bogaty" - 

mówił Kamiński. 

 
Platforma Obywatelska jeszcze przez wyborami w 2007 roku zapowiadała wprowadzenie jednej stawki podatku PIT. 
Partia t

a opowiadała się wówczas za stawką 15-procentową. Wcześniej przedstawiciele PSL byli przeciwni pomysłowi 

wprowadzenia podatku liniowego. Przed wyborami mówili, że najpierw należy naprawić finanse publiczne. 
 
Tusk dodał na wtorkowej konferencji, że za trzy tygodnie PSL ma przedstawić do oceny projekty i propozycje dotyczące 
reformy Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego (KRUS).  
 
W połowie kwietnia minister rolnictwa Marek Sawicki informował, że jego resort pracuje nad wstępnymi założeniami do 
zmian w systemie rolniczego ubezpieczenia. 

 

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

MF zapowiada prace nad wprowadzeniem podatku liniowego 

maz, PAP 

2008-09-20, ostatnia aktualizacja 2008-09-20 12:32  

Pod koniec roku Ministerstwo Finansów przystąpi do analiz związanych z możliwością wprowadzenia 
podatku liniowego oraz likwidacją podatku Belki - zapowiedział w rozmowie z PAP wiceminister 
finansów Ludwik Kotecki.  

Prace związane z analizą możliwych rozwiązań w systemie podatkowym, w szczególności dotyczących PIT 

i CIT, zaczną się pod koniec roku. Musimy się mocno zastanowić zarówno nad kształtem ewentualnego 
podatku liniowego, jak i nad efektami jego wprowadzenia - 

powiedział wiceminister. 

 
Zdaniem Koteckiego dopiero zakończenie analiz pozwoli na odpowiedź, kiedy nastąpią zmiany. 

- Wtedy ocenimy, 

czy będzie to możliwe w 2010 roku, 2011, czy może później - powiedział wiceminister. 

Dodał, że konieczne wydaje się także pewne uporządkowanie w CIT. 
 

Można sobie wyobrazić wyłączenie z ustawy o PIT przepisów dotyczących działalności gospodarczej. 

Stałaby się ona ustawą prostą i przejrzystą, a przepisy dotyczące działalności gospodarczej byłyby 
skoncentrowane w drugim akcie - 

powiedział wiceminister. Według niego wtedy rozważane byłoby także 

ujednolicenie stawki CIT i PIT. 
 
Wiceminister podkreślił, że w tym roku rząd chce wprowadzić kilka nowelizacji ustaw podatkowych. Chodzi o 
zmiany w VAT, PIT i CIT. Ich skutki budżetowe wyceniane są na ok. 2,5 mld zł. Tych pieniędzy budżet w 
przyszłym roku nie dostanie.  
 
Kotecki przyznaje, że oznacza to dość duży ubytek. - Przy pogarszającej się sytuacji makroekonomicznej 
oraz przy zamiarze spełnienia kryterium konwergencji, także w kontekście ostatnich deklaracji premiera, że 
w 2011 roku będziemy gotowi do wejścia do strefy euro, musimy mieć świadomość, że nie możemy 
w

szystkich tych zmian przeprowadzać jednocześnie - uważa wiceminister. 

 
Pytany o termin wydania rozporządzenia określającego zwolnienia z obowiązku stosowania kas fiskalnych, 
wiceminister powiedział, że podatnicy mogą się spodziewać, iż w tym roku rozporządzenie to zostanie 
ogłoszone wcześniej niż zwykle. Zazwyczaj MF wydaje je pod koniec grudnia, a zaczynają one obowiązywać 
od 1 stycznia. Podatnicy, którzy mają zainstalować kasy, mają bardzo mało czasu na dostosowanie się do 
nowego obowiązku. 
 
Kotecki powie

dział, że jeszcze nie zapadła decyzja, czy planowane rozporządzenie przedłuży obecne 

zwolnienia z obowiązku prowadzenia kas fiskalnych i ewentualnie na jak długo. Dodał, że resort analizuje 
problem wprowadzenia kas fiskalnych do kancelarii prawnych i gabin

etów lekarskich. 

 

Jeżeli chodzi o lekarzy, to problem wynika ze zwolnienia usług medycznych z VAT. Nie ma interesu 

podatkowego z punktu widzenia VAT, by lekarze drukowali rachunki, bo one niczego by nie potwierdzały. 
Chodzi o to, by nie wprowadzić przepisów, które będą martwe. Pacjent musiałby być zainteresowany 
wzięciem paragonu lub faktury. Taki interes widzimy natomiast z punktu widzenia podatku dochodowegoń - 
powiedział Kotecki. 
 
Zwrócił uwagę na problem kontroli, czy lekarz wydał paragon, czy nie. W gabinetach znajdują się bowiem 
tylko dwie osoby - 

lekarz i pacjent. Poza ewentualnym stosowaniem zakupu kontrolowanego, fiskus miałby 

duże trudności z egzekwowaniem obowiązków lekarzy. 
 

U prawników z kolei problematyczna jest kwestia momentu powstania obowiązku podatkowego, gdyż te 

usługi są rozciągnięte w czasie. Jeżeli porada jest prosta i jednokrotna, to problemu nie ma, ale najczęściej 
tak nie jest - 

uważa Kotecki. Według niego w tym przypadku kwestią zasadniczą jest zapewnienie 

instrumentów, które pozwolą w sposób jak najbardziej efektywny egzekwować ewentualnie wprowadzony w 
tym zakresie obowiązek. 
 
Kotecki poinformował także, że resort "intensywnie" pracuje nad nowymi rozwiązaniami dotyczącymi 
obowiązku przechowywania paragonów fiskalnych. 
 

Uważamy, że podatnicy powinni mieć wybór między papierową lub elektroniczną formą przechowywania 

kopii paragonów. Analizujemy, jakie byłyby straty związane z ewentualnym skróceniem terminu ich 

background image

przechowywania albo całkowitą likwidacją takiego obowiązku. Do końca miesiąca powinniśmy przedstawić 
jasne stanowisko w tej sprawie - 

zadeklarował wiceminister. 

 
Zgodnie z obecnymi przepisami przedsiębiorcy muszą przez pięć lat przechowywać rolki z paragonami 
fiskalnymi. 

 

Podatki mają być proste 

Elżbieta Glapiak 19-06-2009, ostatnia aktualizacja 19-06-2009 01:45

  

Podatek liniowy i koniec większości ulg – tego oczekują pracodawcy. PwC i Lewiatan zapytały 151 
przedsiębiorstw o zmiany w rozliczeniach z fiskusem i składkach na ZUS 

 

autor zdjęcia: Sławomir Mielnik 
źródło: Fotorzepa 

Wypełnianie zeznania podatkowego 

Na 

podstawowe pytanie o wprowadzenie podatku liniowego w Polsce prawie 63 proc. pracodawców 

odpowiedziało zdecydowanie tak, przeciwnych było niespełna 18 proc.  

Dla zwolenników płaskiej stawki podatku drugorzędną sprawą jest jego wysokość, jednak część 
ankiet

owanych (ponad 17 proc.) uznała, że z podatkową reformą raczej należy poczekać do momentu, gdy 

poprawi się koniunktura, PKB znów zacznie rosnąć, a wpływy do budżetu nie będą zagrożone. Ponad 
połowa pracodawców chętnie zrezygnowałaby z obowiązujących obecnie ulg i zwolnień podatkowych – z 
wyjątkiem jednej jedynej na dzieci. 

19 procent wynosi stawka poddatkowa płacona przez osoby prawne  

Bez ulg  

– Podatek liniowy nie przewiduje żadnych ulg – wyjaśnia ekspert Lewiatana Rafał Iniewski. – Tak więc ani 
ulga pror

odzinna, ani wspólne rozliczanie się małżonków nie mają racjonalnego uzasadnienia i zaburzają 

koncepcję podatku liniowego. Ekspert obawia się jednak, że trudno byłoby ją teraz odebrać społeczeństwu.  

Z kolei Jacek Bajson, dyrektor w dziale doradztwa podatk

owego PricewaterhouseCoopers, przypomniał, że 

Czechom taki manewr się udał. Przy okazji reformy podatkowej zniesiono możliwość wspólnego rozliczania 
się małżonków i większych protestów nie było. Czeska reforma poszła nawet dalej, ponieważ jednocześnie 
zerw

ano z praktyką odliczania składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne.  

Polscy pracodawcy także byliby skłonni zreformować koszty uzyskania przychodów. Jedna trzecia pytanych 
przedsiębiorców bez żalu rozstałaby się z możliwością ich odliczeń, jednak w zamian oczekuje zwolnienia z 
podatku np. świadczeń medycznych fundowanych pracownikom czy kosztów ponoszonych na dojazdy do 
pracy.  

– Ich zdaniem jednak takie zwolnienia byłyby istotne, gdyby nadal miał obowiązywać podatek progresywny – 
zaznaczył Iniewski. 12 proc. podniosłoby kwotę zryczałtowanych kosztów uzyskania przychodów, 
wprowadzając kwotę nie opartą na ryczałcie, 27 proc. uzależniłaby je od rzeczywistych kosztów 
ponoszonych przez pracownika, a 36 proc. zlikwidowałoby obecną formułę, zastępując ją opodatkowaniem 
przychodów pracownika. 

Ważna precyzja  

background image

Jednak dla większości ankietowanych najważniejsze jest, aby różnie interpretowane przez administrację 
skarbową przepisy zostały wreszcie doprecyzowane. Dziś bowiem tak do końca nie wiadomo, jak z punktu 
wi

dzenia podatkowego traktować pakiety medyczne dla pracowników, korzystanie z samochodów 

służbowych w celach prywatnych czy udział w firmowych imprezach integracyjnych.  

Z badań wynika, że fiskus powinien przyjąć jednoznaczne i spójne stanowisko w tych kwestiach, nawet jeśli 
oznaczałoby to objęcie niektórych z tych obszarów podatkiem PIT. Co ciekawe, 57 proc. ankietowanych 
pracodawców jest przekonanych, że potrzebne są w Polsce przepisy, które jednoznacznie obejmą 
obowiązkiem podatkowym korzystanie przez pracownika z mienia pracodawcy w celach prywatnych. 

Kłopoty z ZUS  

Przedsiębiorcom nie do końca podobają się też obowiązujące zasady obliczania składek na ZUS. Prawie 52 
proc. z nich zamieniłoby je na stawkę zryczałtowaną. 35 proc. opowiedziało się za wprowadzeniem w Polsce 
funkcjonującego za granicą rozwiązania, w ramach którego dany podatnik zostałby przypisany do określonej 
stawki podatkowej w ramach systemu progresywnego (w zależności od sytuacji i źródeł dochodów). 

Natomiast zaledwie 8 proc. pytanych pozy

tywnie oceniło rządową propozycję uproszczenia rozliczania PIT 

poprzez przejęcie obowiązków podatkowych grupy pracowników przez pracodawcę. 

– Wyniki badania potwierdzają, że przyjazny system podatkowy powinien być maksymalnie przejrzysty – 
komentuje Jacek Bajson z PwC. 

– Oznacza to wprowadzenie jednej stawki oraz radykalne ograniczenie ulg i 

innych preferencji podatkowych. W zamian za to podatnicy oczekują zmniejszenia ciężaru podatków, czyli 
obniżenia stawek.  

Masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: 

e.glapiak@rp.pl

 

Rzeczpospolita 

 

PROF. STANISŁAW GOMUŁKA DLA DZIENNIKA: 

środa 19 listopada 2008 07:15 

"W Polsce mamy już podatek liniowy" 

 

System podatkowy powinien zachęcać, a nie zniechęcać do dłuższej i wydajniejszej pracy. 
Niższe podatki powinny zachęcać więc do tego, by więcej pracować. Taki jest zasadniczy cel 
przyszłorocznej reformy, zresztą już zaplanowanej w 2007 r. przez poprzednią ekipę rządzącą. 
Teraz rząd Donalda Tuska jedynie ją realizuje - mówi DZIENNIKOWI główny ekonomista BCC. 

czytaj dalej... 

DARIUSZ STYCZEK: Kto skorzysta na reformie podatkowej? Rząd twierdzi, że wszyscy. Czy to 
możliwe? 
 
STANISŁAW GOMUŁKA*: Tak, to prawda. Najbardziej zaoszczędzą jednak ci, którzy zarabiają 
najwięcej i do tej pory płacili podatek o najwyższej, 40-proc. stawce. Najmniej zyskają natomiast ci o 

background image

najniższych dochodach, renciści, emeryci, osoby na emeryturach pomostowych. Ale z drugiej strony 
musimy pamiętać, że system podatkowy to nie jest narzędzie polityki społecznej. Ma on przynosić 
d

ochody budżetowi, a nie ulżyć doli najbiedniejszych. Przyszłoroczna reforma będzie neutralna dla 

najbiedniejszych.  

Jaki jest więc cel obniżenia podatków od osób fizycznych?  
System podatkowy powinien zachęcać, a nie zniechęcać do dłuższej i wydajniejszej pracy. Niższe 
podatki powinny zachęcać więc do tego, by więcej pracować. Taki jest zasadniczy cel przyszłorocznej 
reformy, zresztą już zaplanowanej w 2007 r. przez poprzednią ekipę rządzącą. Teraz rząd Donalda 
Tuska jedynie ją realizuje.  

Czy słusznie zredukowano liczbę stawek z trzech do dwóch, likwidując najwyższą 40-proc.?  
To jest dobre rozwiązanie, konsekwentnie stosowane w dojrzałych gospodarkach, w których tnie się 
najwyższe stawki dla najbogatszych. W Unii Europejskiej najwyższe stawki podatkowe od osób 
prywatnych spadły w ciągu ostatnich 10 lat średnio o 5 proc.  

Można więc oczekiwać, że następnym krokiem rządu będzie podatek liniowy?  
Lepiej poczekać na pozytywne skutki przyszłorocznych zmian, kiedy wpływy budżetu zaczną rosnąć. 
Inaczej mielibyśmy do czynienia ze zbyt dużym szokiem dla budżetu. Chodzi o uszczuplone jego 
wpływy. Pogłębienie deficytu budżetowego i całego sektora publicznego w momencie wchodzenia w 
przyszłym roku do ERM2, czyli przedpokoju strefy euro, byłoby bardzo ryzykowne politycznie. Musimy 
pamiętać, że euro zobowiązuje nas do utrzymania deficytu na poziomie poniżej 3 proc. PKB. Jeśli nie 
będziemy spełniać tego warunku, automatycznie odsunie się od nas termin przyjęcia euro. A na to ten 
rząd nie pójdzie. Teraz priorytetem jest dbałość o niski deficyt, nawet jeśli to oznacza zaniechanie 
poważniejszych reform podatkowych.  

Czy należy rozumieć, że rząd odłożył pomysł podatku liniowego na wiele lat?  
Są opinie, że już mamy w Polsce do czynienia z quasi-liniowym podatkiem ponieważ aż 95 proc. 
podatników płaci według stawki najniższej. Inna sprawa, że najbogatsi płacący do tej pory 30- lub 40-
proc. stawki dają budżetowi dość znaczne wpływy. Jednak patrząc jedynie na liczbę podatników, to 
praktycznie mamy już podatek liniowy.  

Czy niższe podatki nie będą miały wpływu na koniunkturę gospodarczą? Więcej pieniędzy 
zostanie w kieszeni podatników, zatem będą więcej wydawać na zakupy. 
 
Podkręcenie popytu krajowego nie było celem tej reformy podatkowej. U nas nie jest to potrzebne. 
Poza tym nie nal

eży wykorzystywać systemu podatkowego dla incydentalnej, chwilowej poprawy 

koniunktury. Nie temu służą podatki. Mają przynosić wpływy do budżetu, a nie decydować o tym, czy w 
Polsce więcej lub mniej ludzie kupują.  

Czy obniżenie podatków nie spowoduje zmniejszenia wpływów budżetowych?  
Oczywiście ta reforma musi kosztować. Dochody fiskusa z tego powodu w przyszłym roku zmaleją o 
około 8 mld zł.  

*Stanisław Gomułka jest głównym ekonomistą Business Centre Club, byłym wiceministrem finansów  

MARCIN PIASECKI W DZIENNIKU 

środa 19 listopada 2008 02:24 

Dobry początek. Pora na liniowy 

background image

 

Do zmian w podatkach powinno było dojść już dawno: nikt nie wie, ile polski budżet przez całe 
lata tracił chociażby na szarej strefie. W dodatku dotychczasowy system progresywny był 
promocją, no właśnie, czego? Na pewno nie ciężkiej pracy, samozaparcia i determinacji - pisze 
w DZIENNIKU Marcin Piasecki. 

czytaj dalej... 

Raczej poczucia, które nie ma żadnego oparcia w żadnych zasadach sprawiedliwości, że ten, kto 
zarabia przyzwoicie, powinien oddawać państwu nieproporcjonalnie więcej niż inni System zresztą 
niespecjalnie skuteczny - 

wystarczy wspomnieć cuda z najróżniejszymi ulgami, mieszkaniami na 

wynajem, darowiznami i tak dalej.  

Od początku przyszłego roku jest szansa na zmianę - podatki zostaną obniżone i w pewnym stopniu 
uproszczone. Nikt nie straci - 

mniej zarabiający oddadzą fiskusowi trochę mniej niż dotychczas, dużo 

zyskają podatnicy z lepszymi pensjami i może przestaną już kombinować, jak ocalić swoje ciężko 
zarobione pieniądze przed potrzebami budżetu państwa. Co ciekawe, ta reforma jest poniekąd 
wspólnym dziełem dwóch politycznych rywali, PiS i PO. Dlatego trudno ją atakować bez narażenia się 
na polityczną śmieszność i tym trudniej będzie ją odkręcić przy ewentualnej zmianie konfiguracji na 
szczy

tach władzy.  

To jej niewątpliwy plus. A minusy? Nie łudźmy się - jest wprowadzana w złym czasie. Po raz kolejny w 
Polsce został zmarnowany okres dobrej koniunktury, kiedy zmiany podatkowe i inne szersze zmiany w 
finansach publicznych mogłyby zostać przeprowadzone w zasadzie bezboleśnie. Teraz koniunktura 
będzie z pewnością gorsza, a reforma podatkowa będzie kosztować swoje, czyli według szacunków 
okrągłe osiem miliardów złotych. Minister Rostowski jest przekonany, że te miliardy podatnicy po prostu 
szybko 

wydadzą, co nakręci popyt wewnętrzny i wspomoże nasz wzrost gospodarczy zagrożony na 

skutek światowego kryzysu. Jeżeli tak się nie stanie, już widzę szykujących się do ataku populistów 
różnej maści - znajdą temat wdzięczny i efektowny.  

Populizm może zresztą znaleźć też inne ujście. Dobrze, zostawiamy nowe niższe podatki i zaczynamy 
domagać się uzupełnienia braków w kasie państwa, majstrując przy deficycie. A wtedy szlag trafi nie 
tylko ambitny poziom deficytu zaplanowany na przyszły rok przez wspomnianego ministra 
Rostowskiego. Do lamusa, przynajmniej na jakiś czas, będzie musiał odejść kolejny ambitny projekt: 
wprowadzenie euro.  

I jeszcze jedno. PiS, spodziewając się konsekwencji lub nie, obiecało ongiś obniżenie podatków. I tę 
obniżkę będziemy mieli za miesiąc z okładem. Platforma zadeklarowała wprowadzenie podatku 
liniowego, czyli najbardziej sprawiedliwego systemu podatkowego, jaki można sobie wyobrazić. I 
właśnie się z niego powoli wycofuje. Nie starczyło pary na nic innego jak tylko przeprowadzenie 
po

mysłów politycznego konkurenta?  

Marcin Piasecki  

 

RAPORT BANKU ŚWIATOWEGO 

czwartek 13 listopada 2008 02:10 

background image

Polska na końcu rankingu podatkowego 

 

Polski system podatkowy należy do najgorszych w Europie - wynika z ogłoszonego wczoraj 
raportu Banku Światowego i firmy doradczej PricerwaterhouseCoopers. Na 180 krajów, 
badanych pod kątem przejrzystości przepisów i udogodnień dla przesiębiorców, znaleźliśmy się 
dopiero na 142. pozycji! - czytamy w DZIENNIKU. 

Z roku na rok jest coraz gorzej. Tym razem spadliśmy aż o 17 miejsc. Wyprzedzają nas tak egzotyczne 
kraje, jak Burkina Faso czy Kolumbia. Dane z raportu są zatrważające: przeciętna polska firma na 
rozliczenia podatkowe poświęca 418 godzin rocznie. Tymczasem w stawianej do niedawna za wzór 
Irlandii - tylko 76 godzin. W dodatku podatki dla 

firm są w Polsce bardzo wysokie: ich suma w relacji do 

zysku firmy wynosi u nas 40,2 proc., podczas gdy w Irlandii - 28,8 proc. W Unii Europejskiej gorzej od 
nas wypadła tylko Rumunia. Ostatnie miejsce zajmuje Białoruś.  

"Wnioski z raportu powtarzają się co roku i pokrywają się z tym, co podkreślają przedsiębiorcy" - mówiła 
Katarzyna Czarnecka-

Żochowska z PwC. Chodzi o niezmieniającą się od lat liczbę przepisów i ich 

jakość oraz stan kompletnego chaosu w polskim systemie podatkowym.  

Jej zdaniem, w Polsce 

brakuje zaufania między podatnikami a administracją skarbową, co przekłada 

się na tak wysoką liczbę godzin potrzebnych do wypełnienia zobowiązań podatkowych. Czarnecka-
Żochowska dodała, że Polska bardzo źle wypada w kwestiach e-administracji i e-podatków. A raport 
promuje kraje, które wprowadzają rozliczenia elektroniczne. "Kto nie idzie do przodu, ten zostaje z tyłu" 

mówiła wczoraj. Raport może mieć bardzo negatywne konsekwencje dla Polski. Dla zagranicznych 

koncernów jest on bowiem jedną z podstawowych wskazówek, w których krajach warto się angażować, 
a które omijać z daleka. "Zmarnowaliśmy najlepsze lata wzrostu gospodarczego, a to właśnie był czas 
na poważne zmiany w systemie podatkowym" - mówi Witold Orłowski, ekonomista 
PricewaterhouseCoopers.  

Paweł Rochowicz