12 Od drugich świąt Wielkanocnych do powrotu z Cypru


Jezus w Betanii i Jerozolimie

Może na trzy godziny drogi przed Betanią, jeszcze w obrębie puszczy, stał odosobniony szałas pasterski, którego mieszkańcy utrzymywali się głównie z zarobku, jaki im dawał Łazarz. Tu dotąd wyszła naprzeciw Jezusa Magdalena, w towarzystwie Marii Salome, krewnej Józefa. Przygotowała Mu zawczasu posiłek, a gdy się zbliżył, wybiegła i upadła Mu do nóg. Jezus chwilkę tylko spoczął, poczym poszedł dalej do gospody Łazarza, na godzinę drogi przed Betanią. Obie niewiasty poszły inną drogą do domu. W gospodzie znalazł już część wysłanych uczniów, inni schodzili się powoli, tak, że w Betanii żadnego już nie brakowało. Obszedłszy Betanię, wyszedł Jezus tylnymi drzwiami do domu Łazarza. Domownicy wyszli naprzeciw na podwórze, a Łazarz umył Mu nogi, poczym wszyscy poszli przez ogród do domu. Niewiasty powitały Jezusa w zasłonach na twarzy. Całość przedstawiała dla widza wzruszający widok. Właśnie przyprowadzono z pastwiska cztery baranki paschalne, oddzielone od trzody i puszczone na paszę w osobne ogrodzone miejsce. Najświętsza Panna, obecna tu także, i Magdalena, porobiły umyślnie dla nich wianeczki i pozawieszały im na szyje. Przybywszy tuż przed szabatem, obchodził go Jezus wspólnie z wszystkimi w jednej sali, odczytał z wielką powagą na twarzy lekcję sobotnią i wysnuwał z niej naukę. Wieczorem, przy uczcie, mówił o Baranku wielkanocnym i Jego przyszłych cierpieniach. Jak przewidywano, wybuchł w Jerozolimie tuż przed zajściem szabatu rokosz, jak na teraz, tylko bierny. Piłat zasiadł na wyniosłym miejscu na murze zamku Antonia, w otoczeniu żołnierzy; lud zaś wszystek zgromadził się na rynku. Zamek Antonia leży u północno — zachodniego rogu świątyni na wystającym cyplu skalnym. Jeśli się wyjdzie z pałacu Piłata na lewo pod łuk i mija ratusz, ma się zamek po lewej ręce. Zasiadłszy tu, kazał Piłat czytać ludowi nowe prawa o podatku, nałożonym na świątynię, który miał być obrócony na zbudowanie wodociągu, prowadzącego do wielkiego rynku i do świątyni. Była także mowa o pewnych oznakach czci, tytułach i ofiarach dla cesarza. Zaraz po przeczytaniu dało się słyszeć między ludem głuche szemranie, które zmieniło się wkrótce w groźny krzyk i zamieszanie, a szczególnie tam, gdzie stali Galilejczycy; na szczęście jednak na tym się skończyło. Piłat pozostawił im czas do namysłu, przestrzegając przed złymi następstwami, a lud rozszedł się, szemrząc. Głównymi winowajcami byli tu Herodianie; podburzali oni lud, lecz nie można im było tego udowodnić, więc czuli się bezpiecznymi. W ich mocy był Judas Gaulonita, a ten znowu miał po swej stronie całą sektę Galilejczyków; tych więc podburzał zawsze przeciw płaceniu podatku cesarzowi i pod płaszczykiem spraw religijnych rozniecał w nich pragnienie wybicia się na wolność. Herodianie odgrywali w sprawie tej taką rolę, jak dziś wolnomularze i inne tajemne stowarzyszenia, które podburzają lud nieświadomy do rozruchów, nie znający całkiem powodów, i opłacający sprawki przywódców własną swą krwią. W szabat nauczał Jezus w domu Łazarza, poczym przechadzano się po ogrodach. Jezus mówił o Swych cierpieniach i wyraźniej już dawał do poznania, że jest Chrystusem. Za każdym słowem zwiększały się w słuchaczach cześć i podziw dla Niego. Magdalena posunęła już swą pokutę i miłość ku Jezusowi do najwyższego stopnia. Wszędzie chodzi za Jezusem, siada u Jego stóp, Jego wszędzie wyczekuje, myśli tylko o Nim, Jego tylko widzi, poza świadomością własnych grzechów i miłością dla Odkupiciela nie istnieje dla niej nic. Jezus też nieraz przemawia do niej pocieszającymi słowy. Zmieniła się teraz bardzo. Cała jej postać nosi jeszcze na sobie piętno szczególnego wyszlachetnienia, zniszczonego przez łzy ciągłe i biczowania. Wciąż prawie siedzi samotnie w swej szczupłej izdebce pokutniczej, a przy każdej sposobności oddaje najniższe posługi biednymi, chorym. Wieczorem wyprawiono wielką ucztę. Stawili się na nią wszyscy przyjaciele i niewiasty z Jerozolimy; był i Heli z Hebron, wdowiec po siostrze Elżbiety, który przy ostatniej wieczerzy był gospodarzem i podstolim Jezusa, syn jego, Lewita, właściciel domu rodzinnego Jana i pięć córek, Essenek żyjących w dziewictwie. Łazarz i krewni jego obcują często i poufale z Jezusem i Jego uczniami; i nie dziw, bo całe swe mienie i wszystkie siły oddali na usługi i utrzymanie gminy. Nazajutrz około dziesiątej z rana poszedł Jezus z Apostołami i około 30 uczniami przez Górę Oliwną i Ofel do świątyni. Wszyscy mieli na sobie brunatne płaszcze z pospolitej wełny, jakie zwykli nosić prości Galilejczycy. Jezus wyróżniał się tylko tym, że miał pas szerszy z głoskami. Orszak nie zwracał na się niczyjej uwagi, bo wiele podobnych gromad Galilejczyków szło w tą samą stronę. Ponieważ święta bliskie, więc w koło Jerozolimy powstało jakby drugie miasto szałasów i namiotów; tłumy ludu ciągną zewsząd. Przybywszy do świątyni, nauczał Jezus blisko godzinę w obecności uczniów i zebranych słuchaczów. Mównic było dosyć, a z każdej nauczał kto inny. Wszyscy zajęci byli przygotowaniami do świąt i rokoszem przeciw Piłatowi, więc żaden ze znaczniejszych kapłanów nie zwrócił uwagi na Jezusa; tylko kilku złośliwych Faryzeuszów zbliżyło się, pytając, jak śmie pojawiać się tutaj, jak długo jeszcze myśli w ten sposób występować, dodając, że wkrótce położą temu koniec. Jezus dal im taką odprawę, że ze wstydem odeszli, Sam zaś nauczał dalej bez przeszkody. Po nauce powrócił do Betanii a wieczorem poszedł jeszcze na Górę Oliwną. Dnia tego zebrał się znowu tłum ludu na rynku przed zamkiem Antonia, chcąc rozmówić się z Piłatem.
Ten znał już i bez tego ich żądania, bo miał wśród tłumu szpiegów i przebranych żołnierzy. Do kroku tego nakłonili bowiem Judasza Gaulonitę i Galilejczyków Herodianie. Śmiało stanęli rokoszanie przed Piłatem i zażądali od niego, by zaniechał powziętego planu naruszenia skarbu świątyni. Niektórzy śmiałkowie zanadto zuchwałe się odzywali, więc Piłat kazał żołnierzom nagle ich otoczyć i około pięćdziesięciu uwięzić. Tego już było zanadto ludowi; wzburzony tłum rzucił się na eskortę, odbił pojmanych, a wziąwszy ich między siebie, rozproszył się. Straciło przy tym życie coś pięciu niewinnych Żydów i kilku rzymskich żołnierzy. Skutkiem tego cała sprawa tylko się jeszcze znacznie pogorszyła. Herod bawi obecnie także w Jerozolimie. Nazajutrz rano poszedł Jezus znowu z wszystkimi uczniami do świątyni. Obecność Jego już się rozgłosiła, więc na podwórza świątyni, którędy miał przechodzić, przyprowadzono wielu chorych; jednego zaś chorego na wodną puchlinę, wyniesiono na noszach aż na drogę, wiodącą pod górę. Jezus uzdrowił go, a przy świątyni jeszcze wielu innych. Z powodu uzdrowień otoczyły Go wielkie tłumy ludu. W świątyni zajmowano się jeszcze wyprzątaniem i przysposabianiem miejsca, gdzie miano jutro zabijać ofiary. Wchodząc do świątyni, spostrzegł Jezus męża, którego uzdrowił przy sadzawce Betesda, a który obecnie pracował tu jako najemnik. Mijając go, zatrzymał się i rzekł: „Patrz! oto odzyskałeś zdrowie, nie grzesz zatem więcej, by cię później co gorszego nie spotkało." Człowieka tego, znanego powszechnie, nieraz już wypytywano, kto go uzdrowił w szabat. Nie umiał na to odpowiedzieć, bo nie znał Jezusa, i dziś widział Go dopiero po raz wtóry. Skoro więc teraz zobaczył Pana, nie miał nic pilniejszego, jak powiedzieć nadchodzącym Faryzeuszom, że to Jezus, który tu teraz uzdrawia, i jego wówczas uzdrowił. Uzdrowienie to nabyło w swoim czasie wielkiego rozgłosu i zaraz wtedy Faryzeusze bardzo powstawali na zgwałcenie szabatu. Teraz ucieszyli się, że mogą na nowo podnieść zarzuty przeciw Jezusowi; zebrali się więc tłumnie koło Jego mównicy i zaczęli powtarzać dawne skargi o gwałceniu szabatu. Zżymali się bardzo, lecz właściwy wybuch przygotowywał się dopiero na jutro. Jezus nauczał o ofierze wobec tłumów ludu prawie dwie godziny. Mówił, że Ojciec Jego niebieski nie żąda od nich żadnych krwawych, całopalnych ofiar, tylko serca skruszonego; nazywał baranka wielkanocnego wyobrażeniem najwyższej ofiary, która się wkrótce spełni. Niezadługo zebrała się jednak garstka złośliwych, nieżyczliwych Mu Faryzeuszów; ci zaczęli Go lżyć, spierać się z Nim, a wreszcie zapytali szyderczo: czy Prorok zechce zrobić im ten zaszczyt, by spożyć z nimi baranka wielkanocnego? Jezus odrzekł im na to: „Syn człowieczy sam jest ofiarą za wasze grzechy!" Był wówczas w Jerozolimie i ów młodzieniec, który mówił był Jezusowi, że chce najpierw pogrzebać swego ojca, a Jezus mu odrzekł: „Pozostaw umarłym grzebanie umarłych!" Młodzieniec doniósł o tym Faryzeuszom, a oni zrobili Mu z tego zarzut, pytając, jak to rozumie i jak może jeden umarły grzebać drugiego? Jezus taką dał im odpowiedź:
„Kto nie idzie za Mą nauką, nie czyni pokuty i nie wierzy w Moje posłannictwo, — nie ma życia w sobie i jest niejako umarłym; a właśnie kto więcej ceni majątek niż zbawienie, ten nie trzyma się Mojej nauki, nie wierzy we Mnie, a więc śmierć nosi w sobie, nie życie. Takim też był ów młodzieniec, bo chciał najpierw ułożyć się ze starym ojcem o dziedzictwo, chciał go niejako spensjonować; przywiązał się do martwego dziedzictwa, więc nie może być dziedzicem Mego Królestwa i Żywota. Dlatego przestrzegałem go, by pozostawił umarłym grzebanie umarłych, a sam zwrócił się do życia." Tak mówił Jezus dalej i karcił Faryzeuszów za ich chciwość. Gdy jeszcze zaczął przestrzegać uczniów przed kwasem faryzejskim, a Faryzeuszom opowiedział przypowieść o bogaczu i Łazarzu, rozjątrzyli się Faryzeusze tak dalece, że podnieśli wielki zgiełk. Jezus zmuszony był wmieszać się w tłum i ujść, bo inaczej byli by Go pojmali. Cztery baranki paschalne, przeznaczone przez Łazarza dla czterech grup biesiadników, myto codziennie w studni i strojono w świeże wieńce. Wieczorem tego dnia zawiedziono je do świątyni. Każdy baranek miał zawieszoną u wieńca karteczkę z imieniem i znakiem właściciela. Tu umyto je jeszcze raz i umieszczono na pięknym ogrodzonym pastwisku na górze świątynnej. Tymczasem domownicy Łazarza czynili rytualne oczyszczenia. On sam przyniósł wody na rozczynienie przaśnego chleba, potem z jednym z domowników obszedł wszystkie komnaty. Służący świecił, a Łazarz wymiatał trochę z każdego kąta, jakby na jaki obrządek. Po spełnieniu tego wymietli słudzy i służebne wszystkie śmieci, wymyli podłogi, wyczyścili naczynia i przysposobili miejsce na przyrządzenie chlebów przaśnych. Była to ceremonia wymiatania kwasu. — Faryzeusz Szymon z Betanii także odwiedzał już Jezusa; niedawno wyglądał jakby dostawał trądu, teraz zdaje się być czyściejszym. Dotychczas waha się zostać wyznawcą Jezusa. Uzdrowiony mąż przy sadzawce Betesda przybiegł tu także za Jezusem i wszędzie szukał sposobności ujrzenia Go. Przy każdej zaś okazji opowiadał Faryzeuszom, że to Jezus uzdrowił go. Faryzeusze zaś postanowili pojmać Jezusa i usunąć Go z drogi. Jezus chodził często na Górę Oliwną z uczniami i przyjaciółmi. Maria, Magdalena i inne niewiasty szły zwykle za nimi w pewnym oddaleniu. Widziałam uczniów zrywających po drodze kłosy dojrzale, lub zbierających owoce i jagody, tym się posilając. Jezus pouczał ich bardzo szczegółowo o modlitwie, przestrzegał przed obłudą i powtarzał wiele z dawniejszych nauk. Mówił, że zawsze powinni się modlić, zawsze stawiać się przed obliczem Boga, Jego i ich Ojca.

Uczta paschalna w domu Łazarza

Podczas tych świąt Wielkanocnych nie odbywało się zabijanie baranków w świątyni tak wcześnie, jak przy ukrzyżowaniu Chrystusa. Wtenczas zaczęto tę czynność o pół do pierwszej, po przybiciu Jezusa do krzyża, bo był to piątek i dla nadchodzącego szabatu trzeba się było spieszyć. Dzisiaj zaczęto około trzeciej po południu. Na dźwięk trąb przygotowali się wszyscy i gromadkami poszli do świątyni. Wszystko odbywało się z zadziwiającą szybkością i porządkiem. Ścisk był wielki, a przecież jeden drugiemu nie przeszkadzał i każdy wygodnie przychodził i odchodził. Zabiciem czterech baranków, przeznaczonych dla domu Łazarza, zajęli się czterej mężowie, przedstawiający gospodarzy, a to Łazarz, Heli z Hebron, Judasz Barsabas i Heliachim, syn Marii Heli a brat Marii Kleofy. Baranki nadziewano na drewniany rożen, na poprzek przetykano drewienko, tak, że wyglądały jak ukrzyżowane, i tak stojąco pieczono w piecu. Wnętrzności, serce i wątrobę wkładano wewnątrz jagnięcia, lub umieszczano na przedzie głowy. Betfage i Betanią włączone były do Jerozolimy, więc i w tych miejscowościach wolno było pożywać baranka wielkanocnego. Wieczorem z zaczęciem się 15. Nissan rozpoczęto ucztę. Wszyscy byli przepasani, mieli nowe sandały i laski w rękach. Zbliżyli się do stołu z wzniesionymi rękoma, a stanąwszy parami naprzeciw siebie, śpiewali psalmy: „Błogosławiony Pan Bóg Izraela" i „Błogosławiony Pan." Przy stole, gdzie Jezus siedział z Apostołami, był gospodarzem Heli z Hebron; Łazarz gospodarzył przy stole swych domowników i przyjaciół, przy trzecim, gdzie siedzieli uczniowie, Heliachim, przy czwartym Judasz Barsabas. Łącznie spożywało paschę 36 uczniów. Po modłach przyniesiono gospodarzowi puchar wina, on pobłogosławił go, pił z niego i podał w koło, a sam umył sobie ręce. Na stole zastawiony był baranek wielkanocny, misa z przaśnikami, czasza z jakąś ciemną zacierką, druga z polewką, trzecia z wiązankami gorzkiego ziela, na czwartej wreszcie było inne ziele, ułożone gęsto, jak rosnąca trawa. Gospodarz rozpłatał jagnię, biesiadnicy podzielili się nim i szybko spożyli. Potem krajali owo gęste ziele, maczali je w polewce i spożywali. Gospodarz zaś nadłamał jeden z przaśników i włożył kawałek z tego pod obrus. Czynności te przeplatano modlitwami i formułkami, a wszystko odbywało się szybko; biesiadnicy wsparci byli przy tym na siedzeniach. Puchar wina obszedł jeszcze raz w koło, gospodarz umył znów ręce, nałożył wiązankę gorzkiego ziela na kromkę chleba, zamaczał w polewce i spożył to, a w ślad za nim poszła reszta biesiadników.
Po spożyciu małego baranka wielkanocnego, oskrobano czysto kości nożem kościanym, obmyto je, a potem spalono. Odśpiewawszy znowu psalmy, zasiedli teraz biesiadnicy na dobre do stołu, jedli i pili. Podawano różne smaczne, pięknie przyrządzone potrawy. Wkrótce zapanowała między zebranymi radość i wesołość. — U Łazarza jedli wszyscy biesiadnicy na pięknych misach. Przy ostatniej wieczerzy zastępowały talerze krążki chleba, z różnymi powyciskanymi figurkami, spoczywające w zagłębieniu stołu. Niewiasty spożywały także baranka stojąc, przybrane jak do podróży. Śpiewały psalmy, ale poza tym nie zachowywały innych ceremonii. Baranka nie ćwiartowały same; przysyłano im go z innego stołu. W salach, przylegających do jadalni, spożywali baranka zaproszeni ubodzy, którą to ucztę im Łazarz wyprawił i jeszcze każdego obdarował. Podczas uczty nauczał Jezus i opowiadał. Szczególnie pięknie mówił o winnej latorośli, o jej uszlachetnianiu, o sadzeniu pięknych szczepów i obcinaniu z nich niepotrzebnych gałązek. Nawiązując to do Apostołów i uczniów, rzekł im, że to oni są latorośle, a On sam winną macicą, więc oni muszą w Nim trwać, a gdy Go prasownicy wycisną, oni muszą coraz dalej rozszerzać ten prawdziwy winny krzew i zakładać coraz nowe winnice. Radośnie wzruszeni, zabawiali się biesiadnicy aż późno w noc.
Judasz Barsabas był najstarszym uczniem po Andrzeju; był żonaty, a rodzina jego żyjąc w stanie pasterskim mieszkała w osadzie między Michmetat a Iskariot. Heliachim, także żonaty, z zawodu pasterz, mieszkał na polu Ginnim. Wiekiem starszy był wiele od Jezusa. Tychże uczniów wysyłał Jezus rzadko w ich rodzinne strony.

Bogacz marnotrawca i ubogi Łazarz

Uroczystości świąteczne rozpoczynano w świątyni bardzo wcześnie. Świątynia otwarta była już od północy i oświecona rzęsiście lampami. Już przed świtem schodzili się ludzie, znosząc na sprzedaż różne zwierzęta i ptaki, przeznaczone na ofiary dziękczynne, i oddawali je kapłanom do oglądania. Mieli też różne inne rzeczy na podarki, jak monety, materiały, mąkę, oliwę itp.
Gdy dzień nadszedł, poszedł Jezus do świątyni, a za Nim uczniowie, Łazarz, domownicy jego i niewiasty. Tu wśród tłumu stał Jezus z wyżej wymienionymi razem. Zebrani śpiewali psalmy, grali, składali ofiary, potem na klęczkach przyjęli błogosławieństwo kapłańskie. Do świątyni wpuszczano ludzi pojedynczymi grupami, za każdą zamykano drzwi, by zapobiec zamieszaniu, a po złożeniu ofiary znowu ich wypuszczano. Wielu zaś, szczególnie obcych, szło po otrzymaniu błogosławieństwa do synagog miejskich, gdzie także śpiewano psalmy i czytano księgi Zakonu. W południe około 11 godziny zrobiono przerwę w składaniu ofiar; wielu zgromadzonych rozeszło się, a to przeważnie do kuchni urządzonych w podwórzu niewiast, gdzie przyrządzano z mięsa ofiarnego potrawy, by je potem wspólnie spożyć. Niewiasty powróciły już przedtem do Betanii. Jezus stał z towarzyszami spokojnie aż do czasu przerwy, w którym opróżniły się wejścia, i dopiero teraz poszedł ku wielkiej mównicy, stojącej w przedsionku przed Miejscem świętym. Człowiek, uzdrowiony przy sadzawce Betesda, był znowu między tłumem. W ostatnich dniach opowiadał on wciąż prawie o Jezusie i nieraz dał się słyszeć, że Ten, który takie cuda działa, musi być Synem Bożym. Faryzeusze nakazywali mu wprawdzie milczenie, ale to nie pomagało. Przedwczoraj już, gdy Jezus tak śmiało nauczał w świątyni, zdjęła ich obawa, że to do reszty ich ośmieszy przed ludem, a gdy do tego inni Faryzeusze, przybyli z prowincji, dołączyli swe skargi i oszczerstwa na Jezusa, postanowiono przy pierwszej lepszej sposobności wziąć się ostro do Niego, pojmać Go i sąd nad Nim uczynić. Ujrzawszy teraz, że Jezus zaczął nauczać, skupili się zaraz Faryzeusze koło Niego, wciąż Mu przerywając mowę stawianiem różnych zarzutów. Zapytywali Go najpierw, dlaczego nie jadł z nimi w świątyni baranka wielkanocnego i czy złożył dziś ofiarę dziękczynną. Jezus wskazał im na to gospodarzy, którzy zrobili to za Niego. Potem zarzucali Mu znowu, że uczniowie Jego nie zachowują tradycyjnych zwyczajów, jedzą nieumytymi rękoma, zrywają w drodze kłosy i owoce, i nie widać ich nigdy by składali ofiary, że wreszcie sześć dni jest do pracy, a siódmy do odpoczynku, a On zgwałcił szabat, uzdrawiając w ten dzień chorego. Na to dał im Jezus ostrą odprawę, tłumacząc znaczenie ofiary, przy czym im znowu powiedział, że Syn człowieczy sam jest ofiarą i że oni to plamią ofiary przez swe skąpstwo i grzechy przeciwko bliźniemu. „Bóg — mówił — nie żąda ofiar całopalnych, lecz serca, gotowego do pokuty. Ofiara wasza skończy się, a szabat wciąż istnieć będzie. Ludzie nie są stworzeni dla szabatu, ale Ja zstąpiłem tu dla ich zbawienia i ku ich pomocy." Nie wiedząc, co począć, zaczęli Faryzeusze przekręcać i w śmiech obracać przypowieść o ubogim Łazarzu, którą Jezus niedawno opowiadał. Udawali zdziwienie, skąd Jezus może znać tak dokładnie tę historię i wiedzieć, co mówił Łazarz, Abraham i ów bogacz, czy może był z nimi na łonie Abrahama i w piekle? Jak też nie wstydzi się tumanić lud takimi bajkami? By wykazać kłamliwość ich niedorzeczności, tłumaczył Jezus powtórnie tę przypowieść i to tak, że Faryzeusze znaleźli w owym bogaczu odbicie swych własnych wad. Wykazał im, jak są chciwi, niemiłosierni dla biednych, a oddani tylko ścisłemu przestrzeganiu czczych form i zwyczajów, bez krzty miłości w sercu dla drugich. Historia, stanowiąca tło tej przypowieści, była rzeczywiście prawdziwą i znaną dobrze we wszystkich szczegółach, nie wyjmując okropnej śmierci owego bogacza. Z objawienia zresztą dowiedziałam się, że marnotrawny bogacz i ubogi Łazarz żyli rzeczywiście i że wieść o ich śmierci rozeszła się po całym kraju. Śmierć ich przypada na czas młodzieńczych lat Jezusa i nieraz wspominano o tym w gronie bogobojnych rodzin. Nie mieszkali jednak w Jerozolimie, gdzie później pokazywano pielgrzymom domy, które wedle tradycji mieli zajmować. Siedzibą ich było miasto Aram czy Amtar, położone w górach na zachód od Morza Galilejskiego. — Nie pamiętam już dokładnie całej tej historii, ale choć pobieżnie opowiem, jak się rzecz miała. Bogacz ów, człowiek bardzo zamożny i wystawnie żyjący, był naczelnikiem owej miejscowości, głośnym Faryzeuszem, zachowującym powierzchownie bardzo ściśle przepisy Zakonu; był jednak nieużytym i nie litościwym względem biednych i nieraz, gdy udawali się do niego o pomoc, jako do naczelnika, odprawiał ich zwykle z niczym. W tymże mieście żył także ubogi a bogobojny nędzarz, imieniem Łazarz, obsypany wrzodami, oddany na pastwę ostatniej nędzy, znosił swój los z pokorą i niezwykłą cierpliwością. Słysząc o złym postępowaniu bogacza, kazał się zanieść do jego domu, by sam, będąc zgłodniałym nędzarzem, przemówił doń słowo w sprawie biednych. Bogacz biesiadował właśnie przy suto zastawionym stole. Łazarza spotkał los jego poprzedników; bogacz nie dopuścił go nawet do siebie jako nieczystego. Biedak leżał przed drzwiami domu, błagając przynajmniej o okruchy spadające ze stołu biesiadnego, lecz i tego mu odmawiano. Psy jednak okazały się litościwszymi od ludzi, bo zbliżywszy się, lizały jego wrzody. Miało to przenośne znaczenie, że poganie miłosierniejsi są od Żydów. Wkrótce obydwóch dosięgła śmierć, bogacza i Łazarza. Łazarz umarł spokojnie, pobożnie, na przykład drugim, za to śmierć bogacza była straszną. Z grobu, gdzie leżał, dawał się nieraz słyszeć ponury głos, o czym wieść po całym kraju się rozeszła. Jezus dodał koniec przypowieści zgodny z istotną prawdą, opisujący, co się stało po śmierci z bogaczem i Łazarzem, co oczywiście prócz Niego nikomu nie było znane. To też Faryzeusze zapytywali Go szyderczo, czy był także na łonie Abrahama i to wszystko słyszał? Ów bogacz zachowywał jak wiemy, ściśle na sposób Faryzeuszów, wszelkie zewnętrzne przepisy prawa, gniewało to więc Faryzeuszów, że Jezus ich z nim porównuje, bo z tego wynikało, że nie słuchają Mojżesza i proroków. Jezus jednak rzekł im wprost: „Kto Mnie nie słucha, nie słucha proroków, bo oni o Mnie mówią. Kto Mnie nie słucha, nie słucha Mojżesza, bo on o Mnie mówi. Choćby zmarli z grobów powstali, nie uwierzylibyście we Mnie. A jednak zmartwychwstaną i świadectwo dadzą o Mnie, a wy nie uwierzycie. (Stało się to w rok potem w tej samej świątyni przy śmierci Jezusa.) Lecz i wy zmartwychwstaniecie, a Ja będę was sądził. Wszystko co Ja czynię, także gdy wskrzeszam zmarłych, czyni Ojciec we Mnie. Dał i Jan o Mnie świadectwo, lecz Ja sam większe mam świadectwo. Dzieła Moje mówią o Moim posłannictwie i sam Ojciec świadczy o nim. Wy jednak nie znacie Boga. Chcecie uświęcić się przez Zakon, a nie zachowujecie przykazań. Nie ja będę waszym oskarżycielem, lecz Mojżesz sam, któremu nie wierzycie, a który przecież o Mnie pisał." Tak to nauczał Jezus, choć Faryzeusze wciąż Mu przerywali. W końcu jednak tak się rozjątrzyli, że z krzykiem naparli nań i posłali po straż, by Go pojmać. Wtem zmrok zapadł, a gdy zgiełk stał się zbyt wielki, spojrzał Jezus w Niebo i rzekł: „Ojcze, daj świadectwo o Swym Synu!" W tej chwili spuścił się z Nieba ciemny obłok, dał się słyszeć huk, podobny do uderzenia piorunu, a po sali rozległ się głos przenikający: „Ten jest Syn Mój miły, w którym sobie upodobałem!" Faryzeusze, zmieszani bardzo, ze strachem spoglądali w górę. Uczniowie tymczasem, stojący w półkolu za Jezusem, poruszyli się ku wyjściu, i wśród nich przeszedł Jezus bez przeszkody przez rozstępujący się tłum, wyszedł zachodnimi drzwiami ze świątyni i przez bramę narożną koło domu Łazarza poszedł za miasto, na północ ku miastu Rama. Uczniowie nie słyszeli głosu, który dał się słyszeć w świątyni, tylko grzmot, bo jeszcze nie nadeszła ich godzina; słyszało go za to wielu Faryzeuszów, i to ci, którzy największą pałali nienawiścią. Gdy się rozjaśniło, nie mówiąc nic o tym, rozesłali spiesznie ludzi na pojmanie Jezusa. Nigdzie jednak nie można Go było znaleźć, więc Faryzeusze nie posiadali się z złości, że dali się opanować osłupieniu i nie pojmali Jezusa. W naukach ostatnich, mianych w świątyni i w Betanii, tak wobec uczniów jak i ludu wspominał Jezus nieraz o konieczności naśladowania Go i wspólnego dźwigania z Nim krzyża. „Kto — mówił raz — chce ocalić życie, zatraci je; lecz kto je straci dla Mnie, ten odzyska je. Co pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy szkodę poniósł? Kto się nie wstydzi przed tym wiarołomnym, grzesznym plemieniem, tego wstydzić się też będzie Syn człowieczy, gdy wejdzie do chwały Ojca Swego, oddać każdemu według jego uczynków." Raz znów rzekł, że są tacy między słuchaczami, których śmierć nie dotknie, dopóki nie ujrzą spełniającego się królestwa Bożego. Szydzili z tego niektórzy, lecz nie wiem już, co Jezus przez to rozumiał. Słowa, przychodzące w ewangelii, są zawsze zasadniczą treścią nauki Jezusa. Ale w rzeczywistości rozwijał je zawsze obszernie, i co tam czyta się w kilku minutach, o tym nauczał nieraz całymi godzinami. Szczepan już teraz ma stosunki z uczniami. W to święto, gdy Jezus uzdrowił chorego przy sadzawce Betesda, zapoznał się z Janem, i od tego czasu obstawał często z Łazarzem. Jest smukłym, bardzo miłym i uczonym w Piśmie. Tym razem przybył do Betanii z jerozolimskimi uczniami i przysłuchiwał się naukom Jezusa.

Jezus w Atarot i Hadat Rimmon

Z Ramy poszedł Jezus z uczniami do TenatSilo koło Sychar. Powszechnej radości z Jego przybycia nie zamącili Faryzeusze, gdyż wszyscy byli w Jerozolimie na świętach. W domu zostali tylko, starcy, chorzy, niewiasty i dzieci, prócz tego pasterze trzód. W Rama i Tenat szli ludzie procesjami na pola, pokryte dojrzałym zbożem; obcinali pęki kłosów i na długich tykach nieśli je do synagogi i domów. Jezus nauczał tu i ówdzie na polu i w TenatSilo, gdzie nocował, o Swym bliskim końcu. Wzywał wszystkich do Siebie, do szukania w Nim pociechy, i mówił o miłej Bogu ofierze serca skruszonego.
Z TenatSilo udał się Jezus do Atarot na północ od góry koło Meroz, gdzie to Faryzeusze przynieśli Mu raz umarłego do uzdrowienia. Atarot oddalone jest prawie cztery godziny drogi od TenatSilo. Przybywszy tam około południa, nauczał Jezus na pagórku przed miastem, gdzie zebrało się wielu starców, chorych, niewiast i dzieci. Wszyscy chorzy i ci, którzy dotychczas z obawy przed Faryzeuszami trzymali się z daleka, dziś zebrali się tłumnie, błagając o pociechę i pomoc. Faryzeusze i Saduceusze tutejsi tak byli rozzłoszczeni na Jezusa, że raz, gdy Jezus przechodził w pobliżu, kazali zamknąć bramy miasta. Więc też dziś nauczając, surowymi a jednak miłymi słowy, przestrzegał Jezus tych biedaków przed złą działalnością Faryzeuszów. Mówił coraz wyraźniej o Swym posłannictwie, o Ojcu niebieskim, o bliskim Swym prześladowaniu, o zmartwychwstaniu umarłych i sądzie, i o naśladowaniu Go. Po nauce uzdrowił wielu chorych, chromych, ślepych, cierpiących na wodną puchlinę, dalej chore dzieci i niewiasty, cierpiące na krwotok. Uczniowie przygotowali Mu gospodę przed miastem, w domku, stojącym wśród ogrodów, zamieszkałym przez starego, prostodusznego nauczyciela. Umywszy tu nogi, posilili się wszyscy, poczym poszli na szabat do synagogi w Atarot. Tam zebrało się już mnóstwo ludzi z okolicy i wszyscy niedawno uzdrowieni. Naczelne miejsce zajmował w synagodze stary, wiekiem pochylony Faryzeusz, który sam jeden pozostał w domu na święta. Dumny ze swego stanowiska, nadawał sobie szczególne znaczenie, chociaż w oczach ludzi był nieco śmieszny. Czytano dziś w synagodze o tym, że położnice są nieczyste według przepisów prawa o trądzie, dalej o pomnożeniu nowego chleba i zboża przez Elizeusza i o uzdrowieniu Naamana przez tegoż. (III. Mojż. roz. 12—14 IV. Król. 4, 42 do 5, 19).
Jezus już dłuższy czas nauczał, gdy wtem zwrócił się do miejsca, gdzie stały niewiasty i przywołał do Siebie jedną chorą wdowę, którą córki przywiodły do synagogi na zwykłe miejsce, a która nie miała nawet zamiaru prosić Jezusa o pomoc. Była chorą już od osiemnastu lat, a choroba o tyle skrzywiła jej ciało w pasie, że górną część ciała tak była pochylona do ziemi, iż zdawała się chodzić na czworakach. Gdy na wezwanie Jezusa przyprowadziły ją córki przed Niego, dotknął się ręką jej grzbietu i rzekł: „Niewiasto, bądź wolna od choroby!" Niewiasta wyprostowała się natychmiast jak świeca, upadła z podzięką do nóg Jezusowi, a chwaląc Boga, rzekła: „Błogosławiony Pan Bóg Izraela!" Wszyscy obecni, przejęci tym cudem, wielbili moc Bożą. Ów stary wyga Faryzeusz, przełożony synagogi, zły był, że właśnie teraz gdy jemu powierzono pieczę nad synagogą, zdarzył się w Atarot, i to podczas szabatu, taki cud. A że nie śmiał zaczepić wprost Jezusa, więc nadrabiając powagą, zaczął łajać ostro lud, mówiąc: „Sześć dni przeznaczonych jest do pracy; wtedy więc przychodźcie i dawajcie się uzdrawiać, ale nie wybierajcie na to szabatu, przeznaczonego od Boga na odpoczynek!" Lecz Jezus odrzekł zaraz: „Obłudniku! Czyż każdy z was nie odwiązuje w szabat wołu i osła od żłobu, by go napoić? Więc czyż nie powinna ta, która także jest córką Abrahama, uwolnioną być w szabat od więzów, w których trzymał ją szatan od lat osiemnastu?" Zawstydził się starzec, a z nim jego stronnicy; lud zaś wszystek chwalił Boga i cieszył się ze spełnionego cudu. Wzruszający to był widok, patrząc, z jak radosnym zadowoleniem otoczyły córki i kilku krewnych jej chłopców uzdrowioną niewiastę. Owszem, wszystkim to radość sprawiało, bo niewiasta ta była zamożna; cieszyła się w mieście powszechną miłością i szacunkiem. Natomiast śmiesznie i wstrętnie zarazem wyglądało, że stary Faryzeusz, sam skurczony chorobą, zamiast błagać o zdrowie dla siebie, objawiał swój gniew z uzdrowienia tej pobożnej niewiasty. Jezus tymczasem nauczał dalej o święceniu szabatu i to tak surowo jak w świątyni, gdy również za winę Mu poczytywano uzdrowienie chorego przy sadzawce Betesda. Noc przepędził znowu u nauczyciela przed miastem. Na drugi dzień odwiedził uzdrowioną niewiastę, która na podziękowanie Bogu zastawiła obficie stoły dla ubogich i hojne rozdawała jałmużny. Zakończywszy szabat w synagodze, wybrał się Jezus w dalszą drogę i po kilkugodzinnej wędrówce zatrzymał się w gospodzie koło Ginnim. Na drugi dzień stąd wyszedłszy, przeszedł Jezus z uczniami dolinę Esdrelon, przeprawił się przez potok Kison i po ośmiu godzinach przybył do HadadRimmon, pozostawiwszy na prawo Endor, Jezrael i Naim. Po drodze uzdrawiał ubogich chorych lub pasterzy i tu i ówdzie nauczał. Głównie mówił o miłości bliźniego, zalecał miłość ku Samarytanom i wszystkim ludziom bez wyjątku; objaśniał także przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Przed Hadad Rimmon zatrzymał się Jezus w gospodzie przedmiejskiej. Rimmon leży najwięcej godzinę drogi na wschód od Megiddo, niedaleko Jezrael i Naim, trzy godziny na zachód od Taboru i tyleż na południowy zachód od Nazaretu. Miasto to znaczne, ludne; tędy przechodzi gościniec handlowy i wojskowy z Tyberiady ku wybrzeżom morskim. W HadadRimmon nauczał Jezus głównie o zmartwychwstaniu umarłych i sądzie ostatecznym, i uzdrawiał chorych. Między słuchaczami była także wielka gromada ludzi, którzy w dzień po Jezusie wyszli byli z Jerozolimy. Apostołowie i uczniowie nauczali w okolicznych miejscowościach. W dzień po odejściu Jezusa z Jerozolimy wydał Piłat rozkaz, by żaden z rokoszan galilejskich nie ważył się pod karą śmierci wyjść z Jerozolimy, jak to mieli zamiar uczynić. Wielu z nich nawet pojmano jako zakładników za innych. Teraz wypuścił ich znowu na wolność, pozwolił złożyć ofiary i odejść do domu. Sam zaś około południa przygotował się do podróży do Cezarei. Uwolnieni Galilejczycy, uszczęśliwieni niespodzianym odzyskaniem wolności, pospieszyli zaraz do świątyni złożyć ofiarę przebłagalną, bo zawiniwszy, nie mogli byli złożyć zwykłej ofiary. Był także zwyczaj starodawny, że w dniach tych znoszono do świątyni różne podarki. Wielu kupowało bydło, wiodąc je potem na ofiarę do świątyni. Większość ludzi sprzedawała wszystko, bez czego tylko można się było obejść, a uzyskane pieniądze składała w skarbonach świątyni. Bogatsi składali nieraz ofiarę za uboższych. Widziałam trzy skrzynki ofiarne, do których ofiary składano; kapłani nauczali przy tym i odprawiali modły. Inni znowu zebrali się ze swym bydłem ofiarnym na placu, przeznaczonym do zabijania bydła. Sporo ludzi było w świątyni, ale zbytniego natłoku nie było. Tu i ówdzie widać było małe gromadki Izraelitów, ubranych w płaszcze pokutne, z głowami odsłoniętymi; jedni stali, pochyliwszy głowy, inni leżeli twarzą na ziemi.
Judasz Gaulonita stał także wraz z swymi stronnikami przy skarbonie; byli to ci Galilejczycy, których Piłat uwięził, a teraz znowu wypuścił na wolność. Wszyscy oni byli narzędziem Herodian, częścią w dobrej wierze, częścią rozmyślnie. Wielu z nich było z Gaulon, sporo także z Tirzy i z okolicy i z innych siedlisk sekty Herodian. Przynieśli oni właśnie pieniądze ofiarne, i nie oglądając się nigdzie, pogrążyli się w gorącej modlitwie. Wtem z różnych stron zbliżyło się ku nim po cichutku około dziesięciu ludzi. Przyczołgawszy się do nie przeczuwających nic Galilejczyków, wyjęli z pod płaszczy trójkątne łokciowe miecze i na dany znak każdy utopił swój miecz w piersi najbliżej stojącemu. Wśród ciszy ogólnej rozległ się przeraźliwy krzyk. Bezbronni Galilejczycy zaczęli w przerażeniu uciekać na wszystkie strony. Wtem nadbiegli owi Izraelici, którzy dotychczas klęczeli, zasłonięci płaszczami. Byli to przebrani Rzymianie. Rzuciwszy się na pomoc owym dziesięciu, mordowali bez litości każdego, kto tylko się nawinął. Niektórzy rzucili się na rabowanie pozostałej skarbony i zaczęli wyciągać worki z pieniędzmi. Nie wszystko jednak mogli zabrać i większa część ocalała. W natłoku rozsypano mnóstwo pieniędzy na podłogę. Niektórzy Rzymianie pobiegli znowu na miejsce, gdzie zabijano bydło i zaczęli tam mordować zebranych Galilejczyków. Przewaga była po stronie Rzymian. Wciąż nowi żołnierze pojawiali się gdzieś z każdego kąta, i widziałam, że nawet oknami wchodzili i wychodzili. Na ogólny krzyk trwogi zbiegło się zewsząd mnóstwo ludzi, więc w popłochu poniosło śmierć także wielu niewinnych ludzi z Jerozolimy i tych, którzy sprzedawali żywność w podwórzach i pod murami. Niektórzy z Galilejczyków schronili się przed mordercami do ciemnego krużganka; kilku żołnierzy rzymskich pobiegło za nimi, lecz oni pokonali ich i zabrali im broń. Wtem nadbiegł ku nim Judasz Gaulonita, który także tą drogą szukał ocalenia. Galilejczycy, uważając go za Rzymianina, rzucili się na niego i przebili mieczami, nie zważając na krzyk jego, że jest Judaszem. Omyłka była bardzo możliwa, ponieważ żołnierze rzymscy mieli płaszcze podobne do galilejskich, więc w ogólnym zamieszaniu nie można było odróżnić przyjaciela od wroga. To też nieraz swoi rzucali się na swoich. Rzeź trwała blisko godzinę. Gdy wreszcie lud, uzbroiwszy się, przybył do świątyni, żołnierze cofnęli się do zamku Antonia, zamknąwszy za sobą bramy. Piłata nie było już. Załoga w mieście przybrała wszędzie groźną, obronną pozycję; wszystkie wejścia obsadzono i zamknięto, by zapobiec wszelkim niepotrzebnym zgromadzeniom i łączeniu się opornych. W wąskich ulicach miasta zrobił się ruch i krzątanina. Od domu do domu biegały zawodząc, niewiasty i dzieci, którym przyniesiono już wiadomość o pomordowaniu mężów i ojców; w zgiełku zginęło bowiem wielu biedaków, którzy mieszkali przy świątyni jako robotnicy i najemnicy. W świątyni trwało wciąż straszne zamieszanie; wszyscy uciekali z przestrachem, gdzie tylko znaleźli trochę wolnego miejsca. Po niejakim czasie nadeszła starszyzna, przełożeni i Faryzeusze, zebrawszy po drodze zbrojnych mężów, lecz ratować nie było już co. Podłoga świątyni zasłana była trupami, zalana krwią, wśród której błyszczały rozsypane pieniądze. Tu i ówdzie tarzali się we krwi własnej konający i charczeli ciężko ranni. Rodziny pomordowanych mieszkańców Jerozolimy zbiegły się na miejsce wypadku i nowe krzyki wściekłości, trwogi i narzekania odbiły się o mury świątyni. Faryzeusze i arcykapłani tracili głowy, nie wiedząc, co począć. Świątynia uległa zupełnemu zbezczeszczeniu; kapłani nie śmieli się przybliżyć, by nie zanieczyścić się przez zetknięcie z trupami. Dla tych wypadków uroczystości świąteczne przerwano. Trupy tutejszych mieszkańców znieśli zaraz do miasta ich właśni krewni wśród jęków i zawodzeń. Trupy zamiejscowych kazano uprzątnąć niewolnikom niższego stopnia. Wszystko bydło, zapasy żywności i naczynia musiały pozostać w świątyni jako zanieczyszczone. Ludzie się rozpierzchli, pozostali tylko strażnicy i robotnicy. Poległych było tym razem więcej, niż przy zawaleniu się wodociągu. Oprócz niewinnie zamordowanych ludzi miejscowych, zginęło najwięcej stronników Judasza Gaulonity, którzy tak gorliwie powstawali przeciw płaceniu podatków cesarzowi i przeciw używaniu ofiarnych pieniędzy ze świątyni do budowy wodociągu. Oni to sprzeciwiali się najwięcej nowym rozporządzeniom Piłata i w rozruchu zabili kilku Rzymian. Piłat, korzystając ze sposobności, kiedy byli bezbronnymi, pomścił się w ten sposób na nich, a zarazem na Herodzie, jako na złośliwym sprawcy zawalenia się owej wieży. Między zamordowanymi było najwięcej ludzi z Tyberiady, Gaulon, Górnej Galilei, z Cezarei Filipa, głównie zaś z Tirzy.

Przemienienie na górze Tabor

Z gospody koło HadadRimmon poszedł Jezus z kilku uczniami na wschód ku KislotTabor, położonego u stóp góry Tabor od południa, na trzy godziny drogi od Rimmon. Po drodze przyłączali się powoli do orszaku wysłani naprzód uczniowie. W Kislot zebrała się znowu koło Jezusa wielka rzesza podróżnych z Jerozolimy. Jezus nauczał ich i uzdrowił kilku chorych. Następnie rozesłał uczniów do osad leżących w koło u podnóża góry, by nauczali i uzdrawiali. Przy Sobie zatrzymał Piotra, Jana i Jakuba Starszego i poszedł z nimi ścieżką wiodącą pod górę. Szli prawie dwie godziny, bo Jezus zatrzymywał się często na miejscach, lub w grotach, gdzie mieszkali prorocy, objaśniał im niejedno i modlił się z nimi. Żywności nic mieli wcale ze sobą, bo Jezus zakazał im brać cokolwiek, zapowiadając, że i tak nasycą się do zbytku. Na szczycie góry, skąd rozlegał się obszerny widok, był wielki wolny plac, otoczony wałem i obsadzony cienistymi drzewami. Ziemia pokryta była wonnymi ziołami i kwiatami. W skale ukryty był zbiornik wody, z którego za wyciagnięciem czopa płynęła zimna, czysta woda. Tu umyli Apostołowie Jezusowi i sobie nogi i odświeżyli się. Potem zaprowadził ich Jezus trochę dalej, w miejsce nieco zagłębione; przed nimi wznosiła się skała, jakby brama, mieszcząca za sobą grotę, podobna do groty modlitewnej na Górze Oliwnej, tylko że tu można było także schodzić w dół pieczary. Zatrzymawszy się tu, nauczał Jezus dalej, mówił im o modleniu się na klęczkach i szczególnie teraz zalecał im modlić się ze wniesionymi w górę rękoma. Nauczył ich potem odmawiać „Ojczenasz”, przeplatane odpowiednimi ustępami z psalmów. Zaraz też uklękli wszyscy trzej w półkole i zaczęli się modlić. Jezus klęczał naprzeciw nich na wystającej z ziemi skale i przeplatał modlitwę cudowną, głęboką a rzewną nauką o stworzeniu i odkupieniu. Słowa Jego, nadzwyczaj miłe i natchnione, upajały Apostołów. Już zaraz z początku zapowiedział im Jezus, że chce im pokazać, kim jest, że ujrzą Go uwielbionego, okrytego chwałą, by nie zachwiali się w wierze, gdy ujrzą Go wzgardzonego, zbezczeszczonego, odartego podczas śmierci z wszelkiej chwały. Słońce już zaszło i zmrok ogarnął powoli ziemię, Apostołowie jednak nie zauważyli tego, przejęci cudownymi słowami Jezusa i samą Jego postacią; ciało bowiem Jezusa robiło się coraz Świetlistsze, a w koło widać było jakieś nieuchwytne zjawiska duchów anielskich. Piotr dojrzał je także, więc przerywając Jezusowi, zapytał: „Mistrzu, co to znaczy?" — „Oni służą Mi!" — rzekł Jezus. Wtedy Piotr zawołał z natchnieniem, wyciągnąwszy ręce: „Mistrzu, jesteśmy przecież tu, więc służyć Ci chcemy we wszystkim!" — Podczas gdy Jezus nauczał dalej, spłynęły na Apostołów od owych zjawisk anielskich strumienie przedziwnych wonności, nasycając ich i dając im przedsmak niebiańskich rozkoszy. Postać Jezusa rozświetlała się coraz bardziej, aż wreszcie stała się prawie przezroczysta. Wkoło nich wśród ciemnej nocy utworzył się krąg świetlisty, tak jasny, że jak w dzień biały można było rozeznać każde ziółko. Apostołowie uczuli się wewnętrznie dziwnie skupieni i pokrzepieni. Gdy blask coraz bardziej się zwiększał, zakryli głowy, a pochyliwszy się do ziemi, tak pozostali bez ruchu. Około dwunastej w nocy doszedł blask do najwyższego stopnia. Z Nieba na ziemię spływał świetlisty szeroki szlak, po którym aniołowie najrozmaitszych stopni jedni spuszczali się na dół, inni w górę się wznosili. Jedni, malutcy, pokazywali się w całej swej postaci, inni wynurzali tylko oblicza z morza światła, jedni wyglądali jak kapłani, inni jak wojownicy. Każdy różnił się czymś od drugiego, od każdego spływały na ziemię inne siły, wonie, blaski i niebiańskie pokarmy. Wszyscy byli w nieustannej czynności i ruchu. Więcej w zachwyceniu, niż we śnie pogrążeni, leżeli Apostołowie twarzą na ziemi. Wtem w krąg świetlany weszły trzy nowe świetliste postacie. Wyglądało to zupełnie naturalnie, jak gdy ktoś z ciemności nocnych wchodzi na miejsce oświecone. Dwie z nich o kształtach wyraźnych, ludzkich, zaczęły rozmowę z Jezusem; był to Mojżesz i Eliasz. Trzecia postać powiewna, więcej duchowa, milczała przez cały czas; był to Malachiasz.
Słyszałam, jak Mojżesz z Eliaszem zbliżając się, pozdrowili Jezusa, a On zaczął zaraz z nimi rozmowę o odkupieniu i Swych przyszłych cierpieniach. Zachowanie się tych trzech osób nosiło na sobie cechę prostoty i naturalności. Mojżesz i Eliasz nie wyglądali tak starzy i wycieńczeni, jak zeszli z tego świata; postacie ich tchnęły zdrowiem i młodzieńczą świeżością. Mojżesz, większy, poważniejszy i majestatyczniejszy od Eliasza, miał na sobie długą suknię, a na czole dwa jakby wyrosłe promienie. Budowy krępej, robił wrażenie surowego karciciela, lecz zarazem przebijała z niego prostota, niewinność, czystość i zacność. Wyrażał teraz Jezusowi swą radość, że widzi Tego, który jego i lud jego wywiódł z Egiptu, a teraz powtórnie chce ich odkupić. Przytaczał wiele wyobrażeń swego czasu, wzniośle mówił o baranku wielkanocnym i Baranku Bożym. Eliasz innej postaci, wyglądał delikatniej, milej i łagodniej. Obaj jednak różnili się bardzo od Malachiasza. Twarze ich i postacie przypominały zwykłych, żywych ludzi, jakich się na ziemi spotyka. Malachiasz zaś miał w sobie coś nadludzkiego, anielskiego, był usposobieniem pojedynczej, pierwotnej mocy i celu. Spokój i uduchowienie wyróżniały go od tamtych.
Jezus rozmawiał z nimi o wszystkich Swych mękach, przebytych już dotychczas i czekających Go w przyszłości. Opisywał im całą mękę, jedno po drugim. Oni zaś, stosownie do słów Jego wyrażali Mu swą radość, boleść, lub wzruszenie. Słowa ich pełne były pociechy i współczucia, czci dla Zbawiciela i dziękczynienia Bogu za to wszystko. Nieraz wypowiadali naprzód wyobrażenia tego, co Jezus mówił, i chwalili Boga, że w odwiecznych Swych wyrokach okazał miłosierdzie dla Swego narodu. Malachiasz zaś milczał. Apostołowie tymczasem, podniósłszy głowy, przyglądali się długo w milczeniu tej chwale Boskiej Jezusa, i patrzeli na Mojżesza, Eliasza i Malachiasza. Gdy Jezus opisywał Swe cierpienia przy przybiciu do krzyża, rozłożył ramiona, jak gdyby chciał przez to powiedzieć: „Tak będzie Syn człowieczy wywyższony!" Oblicze Jego zwrócone ku południowi, przeniknięte było światłem, szata jaśniała blaskiem błękitno — białym. Apostołowie jednak, mocą Bożą podwyższeni, wznieśli się wszyscy nad ziemię. Po niejakim czasie opuścili prorocy Jezusa. Eliasz i Mojżesz skierowali się ku wschodowi, Malachiasz ku zachodowi, i wszyscy trzej pogrążyli się w cieniach nocy. Wtedy Piotr, uniesiony radością, zawołał: „Mistrzu! Dobrze nam tu jest. Zbudujemy tu trzy przybytki: Tobie jeden, Mojżeszowi jeden i Eliaszowi jeden!" Chciał przez to powiedzieć, że nie potrzebują innego Nieba, tak im tu błogo i słodko. Przez przybytki rozumiał miejsca spokoju i czci, mieszkania Świętych. Wyrzekł to w odurzeniu radosnym, w zachwyceniu, nie wiedząc sam, co mówi. Gdy przyszli do siebie i zaczynali zdawać sobie sprawę z tego, co zaszło, nowy cud przykuł ich uwagę. Z góry spuścił się na nich biały, świetlisty obłok, podobny do mgły porannej, unoszącej się nad łąkami. Nad Jezusem zaś otworzyło się Niebo i ukazał się obraz Trójcy Przenajśw., Bóg Ojciec, jako starzec kapłan, siedział na tronie, a u stóp Jego pląsały orszaki aniołów i innych jakichś postaci. Strumień światła spłynął na Jezusa, a nad Apostołami dał się słyszeć głos cichy, podobny do łagodnego szmeru strumyka: „Ten jest Syn Mój miły, w którym Sobie upodobałem; Tego słuchajcie!" Apostołów zdjął strach i trwoga, rzucili się twarzą na ziemię i znowu przeniknęła ich świadomość, że są słabymi ułomnymi ludźmi, którym Bóg w Swej dobrotliwości dał widzieć takie cuda. Przejęli się trwożnym uszanowaniem ku Jezusowi, słysząc na własne uszy świadectwo, jakie dał o Nim Ojciec Jego niebieski. Byliby tak długo leżeli, lecz Jezus, przystąpiwszy, dotknął się ich i rzekł: „Wstańcie i nie bójcie się!" Powstawszy, ujrzeli samego tylko Jezusa. Była już trzecia godzina rano i brzask się zbliżał. Niebo na wschodzie jaśniało białym pasem, kłęby mgły wilgotnej unosiły się nad ziemią, zasłaniając podnóże góry. Apostołowie onieśmieleni byli i poważni, a Jezus rzekł: „Dałem wam widzieć chwalebne przemienienie Syna człowieczego dla wzmocnienia waszej wiary, byście się nie zachwiali, gdy ujrzycie Syna człowieczego, oddanego w ręce oprawców za grzechy świata, — byście się nie zgorszyli, gdy będziecie świadkami Mego poniżenia, i byście wtenczas słabszych mogli umacniać. Piotr prędzej, niźli inni, poznał Mnie przez Boga, na nim też, jako na skale zbuduję kościół Mój." Potem pomodlili się wszyscy wspólnie i już jutrzenka zabarwiła strop Nieba czerwoną łuną, kiedy północno — zachodnim stokiem schodzili w dół góry. Po drodze rozmawiał Jezus z nimi o tym, co zaszło, i zakazał im surowo mówić komukolwiek o tym widzeniu, dopóki Syn człowieczy nie zmartwychwstanie. Apostołowie zapamiętali to sobie dobrze; w ogóle byli bardzo wzruszeni i większą, niż zwykle, czcią przejęci dla Jezusa. Przypominając sobie słowa: „Tego słuchajcie!" myśleli z trwogą i skruchą o dotychczasowych swych powątpiewaniach i małej wierze. Gdy dzień już nastał, a oni oprzytomnieli trochę i wrócili do zwykłego stanu, zaczęli ze zdziwieniem zapytywać się nawzajem, co mogło oznaczać to wyrażenie Jezusa: „Dopóki Syn człowieczy nie zmartwychwstanie." Nie śmieli jednak Jezusa wprost się oto zapytać.
Nie doszli jeszcze do podnóża góry, a już wyszli naprzeciw Jezusa ludzie, wiodąc doń chorych, których Jezus uzdrowił i pocieszył. Zauważyłam przy tym rzecz dziwną. Każdego, kto spojrzał na Pana, lęk zdejmował, bo w postaci Jego malowało się dziś coś niezwykłego, nadnaturalnego, świetlistego. Nieco niżej zebrały się koło uczniów, wczoraj rozesłanych, tłumy ludzi i kilku doktorów zakonnych. Byli to ludzie, wracający ze świąt do domu. Na noclegu spotkali się wczoraj z uczniami i teraz z nimi tu przyszli, by czekać na Jezusa. Zdała już widać było, że o czymś z uczniami gwałtownie rozprawiają. Ujrzawszy Jezusa, podbiegli ku Niemu i pozdrowili Go, lecz spojrzawszy nań zlękli się, bo widać jeszcze było w Jego postaci ślady przemienienia. Uczniowie także, widząc trzech Apostołów poważnych i jakby przelęknionych, domyślili się, że musiało z Jezusem zajść coś cudownego. Gdy Jezus zapytał, o co się spierają, wystąpił z tłumu mąż, rodem z Amtar, miasta w górach galilejskich, gdzie miało miejsce zdarzenie z Łazarzem i bogaczem. Ten, upadłszy na kolana przed Jezusem, błagał Go, by uzdrowił jego jedynego syna, lunatyka, którego dręczył niemy czart, raz rzucając go w ogień, to znów w wodę, i tak go wciąż męcząc, że ten bezustannie krzyczy z boleści. Gdy uczniowie byli w Amtar, przyniósł im go, ale oni nie umieli mu pomóc. I o to właśnie sprzeczali się teraz z nim i z doktorami zakonnymi. „O, niewierne, przewrotne plemię! — zawołał Jezus. — Jakże długo mam jeszcze być przy was, jak długo was nosić?" — poczym kazał przynieść do siebie chłopca. Człowiek ów nosił chorego syna w czasie podróży zwykle jak owcę na plecach; teraz przyprowadził go za rękę do Jezusa. Chłopiec mógł liczyć dziewięć do dziesięć lat; ujrzawszy Jezusa, zaczął się szamotać, a zły duch rzucił nim o ziemię. Biedak wił się, rzucał, tarzał po ziemi, dławił, a piana toczyła mu się z ust. Uspokoił się zaś dopiero na rozkaz Jezusa. Wtedy zapytał Jezus ojca, jak długo trwa ta choroba chłopca, a ten odrzekł: „Od dzieciństwa już tak cierpi. Ach! jeśli możesz, Panie, pomóż nam! zlituj się nad nami!" I rzekł mu Jezus: „Kto wierzy, dla tego wszystko jest możliwym!"
Biedny ojciec zawołał z płaczem: „Panie! wierzę, a jeśli za mała jest moja wiara, wspomóż mnie, bym mocniej wierzył!" Na te głośno wypowiedziane słowa zbiegł się lud, który dotychczas stał lękliwie w oddaleniu. Jezus zaś wzniósł rękę z pogróżką ku chłopcu i zawołał: „Duchu głuchy i nieczysty! Rozkazuję ci, wyjdź z niego i nie wracaj nigdy!" Zły duch krzyknął straszliwie przez usta chłopca, wstrząsnął jego ciałem i wyszedł, a chłopiec, blady i nieruchomy, leżał jak martwy. Nie można się go było docucić, więc wielu obecnych zaczęło wołać: „On umarł, rzeczywiście umarł!" Jezus jednak wziął go za rękę, podniósł, a gdy chłopczyk wstał zdrów i rześki, oddał go ojcu ze stosownym napomnieniem. Uradowany ojciec dziękował ze łzami w oczach, a wszyscy obecni wielbili majestat Boży. Stało się to o kwadrans drogi na wschód od owej małej miejscowości pod Taborem, gdzie Jezus rok temu uzdrowił był dziedzica trędowatego, który przysłał po Niego pielęgnującego go chłopca.
Następnie, minąwszy Kanę, poszedł Jezus z uczniami przez dolinę betulijskiego jeziora kąpielowego, aż do miasteczka Dotaim, trzy godziny drogi od Kafarnaum. Szli przeważnie bocznymi drogami, by uniknąć zbiegowiska ludu, wracającego gromadami z Jerozolimy. Podzielili się na grupy, a Jezus szedł jużto sam, jużto z którąkolwiek gromadką. Po drodze przystąpili do Jezusa Apostołowie, którzy byli świadkami Jego przemienienia, i zapytali Go o znaczenie słów: „Dopóki Syn człowieczy nie zmartwychwstanie," bo wciąż teraz nad tym myśleli i dyskutowali. „Jak to rozumieć?— mówili — przecież biegli w Piśmie mówią, że przed zmartwychwstaniem musi przyjść Eliasz." Jezus odrzekł im na to: „Eliasz przyjdzie wprawdzie przedtem, uporządkować wszystko. Ale zaprawdę, powiadam wam, Eliasz już przyszedł; lecz oni nie poznali go, czynili z nim, co tylko chcieli, jak napisano jest o nim w Piśmie. Tak samo dozna od nich cierpienia Syn człowieczy." Wiele jeszcze mówił im o tym Jezus, a oni domyślali się, że mowa tu jest o Janie Chrzcicielu.
Gdy wszyscy uczniowie zeszli się znowu z Jezusem w gospodzie w Dotaim, zapytali Go, dlaczego oni nie potrafili wypędzić czarta z owego chłopca lunatyka? Jezus rzekł im na to: „Nie mogliście dla waszej małej wiary; gdyż jeśli byście mieli wiarę przynajmniej jak ziarnko gorczycowe, a rzekli byście do tej góry: Przenieś się stąd tam! przeniosłaby się i nic by dla was nie było niemożliwym. Ten rodzaj da się wypędzić tylko modlitwą i postem." Tu pouczył ich Jezus, co potrzeba, by złamać opór diabła, jak wiara ożywia i umacnia wszelki czyn, zaś wiara sama umacnia się postem i modlitwą, gdyż przez to zrzuca się przewagę z nieprzyjaciela, którego chce się z innego wypędzić.

Jezus w Kafarnaum i w okolicy

Z Dotaim poszedł Jezus prostą drogą do Kafarnaum, gdzie uroczyście przyjmowano wracających ze świąt. Jezusa z uczniami także zaproszono na ucztę, w której i Faryzeusze udział brali. Gdy już mieli zasiąść do stołu, przystąpił do Jezusa uczeń Manahem z Korei, prowadząc uczonego młodzieńca z Jerycho, który raz już odprawiony z niczym, chciał teraz znowu prosić o przyjęcie go na ucznia. Znając Manahema, do niego się zwróciło pośrednictwo. Młodzieniec posiadał wielkie dobra w Samarii i już przedtem mówił mu Jezus, by tego wszystkiego się wyrzekł. Teraz przybył znowu, mówiąc, że wszystko już uporządkował i rozdzielił między krewnych. Troszcząc się jednak o swe utrzymanie, zatrzymał dla siebie małą posiadłość. Za ten brak doskonałości, i tym razem nie przyjął go Jezus, i młodzieniec odszedł z niechęcią w sercu. Faryzeusze, sprzyjając młodzieńcowi, zgorszyli się tym; zaczęli więc wyrzucać Jezusowi, że, mówiąc zawsze o miłości, sam jej nie ma, że mówi o nieznośnym uciskaniu ludu przez Faryzeuszów, a sam nakłada ciężary nie do zniesienia. Młodzieniec jest uczony, zdolny, a Jezus jakby umyślnie wybiera sobie nieuków. Co konieczne, tego zabrania, a pozwala czynić to, co dawnym zwyczajem jest zabronione. Potem zaczęli powtarzać dawne zarzuty o gwałceniu szabatu, zrywaniu kłosów, nie myciu rąk itd. Jezus jednak zawstydził ich wkrótce Swymi odpowiedziami. Jezus bawił właśnie w domu Piotra, gdy wtem obecni przed domem, ludzie Piotra zagadnęli, czy też Mistrz jego zapłaci wyznaczoną daninę dwóch drachm. Piotr odpowiedział że tak, a gdy po chwili wszedł do wnętrza domu, zapytał go Jezus: „Jak myślisz, Szymonie? od kogo żądają królowie ziemscy płacenia cła i czynszu? od dzieci, czy od obcych?" — „Od obcych!" —odrzekł Piotr; a wtedy rzekł Jezus: „Dzieci są zatem wolne! Ale, abyśmy ich nie gorszyli, zarzuć wędkę w morze; w pysku pierwszej schwytanej ryby znajdziesz stater, który oddasz jako podatek za Mnie i za siebie!" Piotr w prostaczej swej wierze poszedł zaraz na miejsce połowu, zarzucił jedną z umocowanych tam wędek i po niedługim czasie złowił wielką rybę. Otworzywszy jej pysk, znalazł w nim podłużną okrągłą, żółtawą monetę, którą oddał jako podatek za siebie i za Jezusa. — Ryba była tak wielka, że stanowiła dla wszystkich dostateczny posiłek południowy. Jezus zapytywał potem uczniów, o czym rozmawiali w drodze z Dotaim do Kafarnaum ? Uczniowie nie odpowiadali nic, obawiając się nagany, bo właśnie o tym rozmawiali, kto jest między nimi największy. Jezus jednak, znając ich myśli, rzekł: „Kto chce być pierwszym, ten niech będzie ostatnim i sługą wszystkich!"
Po uczcie poszedł Jezus z Apostołami i uczniami do Kafarnaum, gdzie sprawiono uroczyste przyjęcie powracającym z Jerozolimy. Ulice i domy przystrojone były kwiatami i wieńcami. Naprzeciw wyszły dzieci, kobiety, starzy i młodzież szkolna. Powracający szli gromadnie, jak z procesji, przez ulice, wstępując po drodze do domów przyjaciół i przedniejszych miasta. Faryzeusze szli przyjaźnie wraz z Jezusem i uczniami, czasami tylko odłączając się od nich. Jezus zwiedzał po drodze domy wielu przyjaciół i ubogich. Wszędzie przyprowadzano dziś dzieci, a On błogosławił je i obdarowywał. Tu i ówdzie Jezus także nauczał. Na rynku stała po jednej stronie stara synagoga, po drugiej nowa, zbudowana przez Korneliusza, a do wszystkich prawie domów dobudowane były przysionki. Za zbliżeniem się Jezusa pozdrowiła Go zebrana młodzież szkolna, a matki zbliżyły się doń ze swoimi dziećmi. Jezus pobłogosławił je, pouczył, a potem kazał rozdać zarówno ubogim, jak bogatym dzieciom jednakowe płaszczyki, sporządzone za staraniem zarządczyń gminy, a przywiezione tu przez niewiasty jerozolimskie. Rozdawano im także owoce, tabliczki do pisania i inne podarki. Uczniowie zapytywali powtórnie Jezusa, kto jest największym w Królestwie niebieskim. Jezus zawołał więc stojącą w pewnym oddaleniu we drzwiach domu żonę zamożnego jednego kupca z czteroletnim swym synkiem. Niewiasta, spuściwszy zasłonę na twarz, przystąpiła z synkiem do Jezusa, a gdy Jezus go od niej wziął, znowu się cofnęła. Wtedy Jezus uścisnął chłopca, postawił go przed uczniami w otoczeniu innych dzieci i rzekł: „Kto z was nie stanie się, jako te dzieci, nie wnijdzie do Królestwa niebieskiego. Kto przyjmuje dziecię w imię Moje, Mnie przyjmuje, owszem przyjmuje Tego, który Mnie posłał. A kto się upokorzy, jak to dziecko, ten jest największy w Królestwie niebieskim." Gdy Jezus mówił o przyjmowaniu w imię Jego, przerwał Mu Jan, mówiąc, że oni także nie przyjęli jednego, który, nie należąc do grona uczniów, w imię Jezusa wypędzał czarty. Jezus zganił im to i nauczał dalej. Potem pobłogosławił owego miłego chłopczyka, dał mu owoców i płaszczyk. Skinąwszy potem na matkę, oddał go jej na powrót, wyrzekłszy przy tym prorocze słowa, odnoszące się do przyszłości tego dziecka, które jednak dopiero później zrozumiano. Chłopiec ten został później uczniem Apostołów, a na imię mu było Ignacy. Umarł jako Biskup śmiercią męczeńska. Podczas pochodu i w czasie nauki stała w tłumie pewna niewiasta z zasłoną na twarzy. Była to Lea, żona nieprzyjaznego Jezusowi Faryzeusza z Cezarei Filipa, siostra nieboszczyka męża Enui, owej niewiasty z Cezarei Filipowej, cierpiącej na krwotok. Przez cały czas okazywała Lea najżywszą radość i wzruszenie, a zachowaniem swym skłaniała innych do nabożeństwa i skruchy. Składając co chwila ręce, mówiła półgłosem, tak że otaczające niewiasty mogły ją słyszeć: „Błogosławiony żywot, który Cię nosił, i piersi, któreś ssał! Owszem, błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i strzegą go!” Mówiła to z głębi serca, wśród łez rzęsistych, powodowana niezwykłym wzruszeniem, miłością i podziwem dla Jezusa. Słowa te powtarzała przy każdej przerwie w nauce, przy każdym odpowiednim wyrazie, wymówionym przez Pana. W sposób nieopisanie miły, dziecięcy, porywający, chciała zdobyć sobie cząstkę w Jego życiu, losach i pełnej miłości nauce. Owe słowa: „Błogosławiony żywot." powiedziała była już przedtem, a Jezus rzekł wtedy do niej: „Owszem, błogosławieni, którzy słuchają słowa Bożego i strzegą go." Odtąd złączyła słowa swoje z odpowiedzią Jezusa; zawsze miała je na ustach i stały się one dla niej nabożną modlitwą miłości. Przybyła tu w odwiedziny do świętych niewiast i większą część majątku swego gminie złożyła w darze. Przez cały czas aż do szabatu nauczał Jezus na rynku, a potem poszedł do synagogi. Czytano dziś o oczyszczeniu trędowatych i o tym, jak na proroctwo Elizeusza szybko nastał głód w Samarii. Potem poszedł Jezus z Apostołami i kilku uczniami do Betsaidy. Tam też zeszli się inni uczniowie, którzy jużto odwiedzali swe miejsca rodzinne, jużto rozesłani byli przez Jezusa. Niektórzy przybywali z przeciwległej strony jeziora Dekapolis i Gergezy, byli bardzo zmęczeni i żądni spoczynku. Przyjęto ich bardzo troskliwie zaraz na brzegu, uściskano i na wszelki sposób starano się im usłużyć. Zaprowadzono ich do domu Andrzeja, umyto im nogi, przyrządzono kąpiel, zmieniono suknie i zastawiono posiłek. Jezus skrzętnie pomagał osobiście przy usługiwaniu, Piotr więc Go prosił: „Panie! czyż Ty masz usługiwać?" zostaw to nam!" Lecz Jezus odrzekł mu, że posłany jest na to, aby służyć i że cokolwiek im się wyświadcza, wyświadcza się Ojcu Jego. Zeszedłszy zaś znowu na naukę o poniżaniu się, rzekł: „Kto jest najniższym i wszystkim służy, ten będzie największym. Kto zaś służy, ale nie z miłości, kto wyświadcza bliźniemu przysługę nie na to, by ulżyć bratu w potrzebie, lecz by za tę cenę stać się pierwszym, ten jest obłudnik i nieszczerym, i traci swą nagrodę; służy on bowiem sobie, nie swemu bratu." Zebranych było tu około 70 uczniów. Nie byli to jednak wszyscy, bo wielu bawiło w Jerozolimie i w okolicy. Tutaj też powiedział Jezus Apostołom i uczniom głęboką, cudowną naukę, w której wyraźnie dał im do zrozumienia, że nie jest poczęty z męża, lecz z Ducha świętego. Wyrażał się przy tym z najwyższą czcią o Matce Swej, zowiąc Ją najczystszym, najświętszym i najwybrańszym naczyniem, za którym wzdychały i modliły się przez tysiące lat serca wszystkich pobożnych i języki wszystkich proroków. Tłumaczył im świadectwo, dane Mu przez Ojca niebieskiego przy chrzcie, nie wspominał jednak o świadectwie na górze Tabor. Nazywał szczęśliwym i świętym czas, od kiedy On żyje, przywróciwszy Swą osobą pokrewieństwo ludzi z Bogiem. Mówił w sposób nader pouczający o upadku ludzi, oderwaniu się ich od Ojca niebieskiego, a popadnięciu w moc złych duchów i szatana. Przez narodzenie się Jego z najczystszej, długo oczekiwanej Dziewicy, zstąpiło na ziemię między ludzi Królestwo Bożej i moc Boża, przez Niego i w Nim przyjmuje Bóg wszystkich za dzieci Swoje. Przez Niego odnowiony został przyrodzony i nadprzyrodzony węzeł, pomost łączący Boga i ludzi; kto jednak chce przejść przezeń, musi go przejść z Nim i w Nim, musi pozostawić za sobą wszelką doczesność i uciechy tego świata. Nauczał, dalej, jak to przez Niego złamaną została moc i prawo złych duchów do świata i ludzi, i jak wszelkie zło, spadłe przez tę moc na ludzi i przyrodę, może być usunięte w Jego imię przez ścisłe połączenie się z Nim we wierze i miłości. Słowa Jezusa tchnęły powagą i uroczystym namaszczeniem. Uczniowie nie wszystko zrozumieli, byli jednak bardzo wzruszeni, gdy Jezus mówił o Swej męce. Trzej Apostołowie, którzy byli z Jezusem na górze Tabor, są od tego czasu wciąż bardzo poważni i zamyśleni. Wszystko to działo się podczas i po szabacie. Uczniowie stali gospodą częścią w Kafarnaum, częścią w domu Piotra przed miastem. Żywność otrzymywali ze wspólnych zasobów, podobnie jak zakonnicy. W dzień po szabacie poszedł Jezus z uczniami na północ od Kafarnaum ku górze rozesłania. Po dwugodzinnej drodze zatrzymał się na polu przy żniwiarzach i pasterzach, i na przemian nauczał, to ich, to uczniów. Był to właśnie czas żniwa. Bujne zboże, wyższe od chłopa, zżęto w dogodnej wysokości na długość pół ramienia. Kłosy były grubsze i większe niż u nas. By kłosy się nie kładły, otoczone były pola na niewielkich przestrzeniach płotkami żerdziowymi. Sierpy podobne były raczej do zgięcia krzywej laski, niż do naszych sierpów. Żęto w następujący sposób: lewą ręką obejmowano od tyłu pęk kłosów i sierpem zżynano je ku sobie, tak że zerżnięte kłosy spadały na ramię i wtedy, wiązano je w małe snopki. Ciężka to była praca, ale, przy wprawie szło to dosyć szybko. Pokłosie należało do biednych, którzy szli zaraz za żniwiarzami i zbierali, co pozostało.
Podczas gdy zmęczeni odpoczywali, korzystał z tego Jezus i nauczał ich. Wypytywał się np., ile zasiali, ile zebrali, do kogo zboże należy, jaka jest ziemia, jak ją obrabiają? Do tego nawiązywał przypowieści o sianiu, o kąkolu, o ziarnku pszenicznym, o sądzie, o spaleniu kąkolu. Uczniów zaś nauczał, jak mają nauczać innych; z nauki dla ludzi wysnuwał znowu dla nich naukę, tłumacząc im duchowe znaczenie żniwa; mówił, że są Jego siewcami i żniwiarzami, że muszą zbierać teraz nasienie, jako zaród przyszłej płodności, bo On już niedługo zabawi z nimi. Strwożeni uczniowie pytali, czy pozostanie z nimi przynajmniej do Zielonych Świąt, a Jezus odpowiedział: „Cóżby się z wami stało, gdybym nie pozostał z wami dłużej!" Z pasterzami także w ten sposób nawiązywał Jezus rozmowę. Zapytywał, czy to ich własna trzoda, czy to owce z kilku trzód, jak ich strzegą, dlaczego owce rozpraszają się itp. Do tego zaś dołączał zwykle naukę o zgubionej owcy, o dobrym pasterzu lub inne.
Potem poszedł Jezus w dolinę, położoną wyżej, jak Kafarnaum, a obróconą ku zachodowi. Na prawo leżała góra Safetu. Nauczając pasterzy, żniwiarzy i uczniów, przechodził Jezus doliny i samotne ustronia. W naukach roztrząsał wszystkie obowiązki dobrego pasterza, odnosząc je do Siebie, który gotów jest dać życie za owce Swoje. Dawał przy tym uczniom wskazówki, jak i oni mają podczas swych podróży w podobny sposób obchodzić się z tymi opuszczonymi, biednymi robotnikami, by zasiewać w ich sercach plenne nasienie prawdziwej nauki. Niezmiernie wzruszający widok przedstawiało to chodzenie i nauczanie na ustroniu, nacechowane pokojem i miłością. Zwróciwszy się wyżej ku północy, w pierwotnym kierunku, skąd wyszli, zatrzymali się w miasteczku Lekkum, na pół godziny drogi od Jordanu. Tu była pierwsza stacja sześciu Apostołów przy pierwszym rozesłaniu, ale Jezus nie był tu jeszcze. Mieszkańcy tutejsi powrócili właśnie z Jerozolimy; byli tu też uczeni zakonni i Faryzeusze. Niektórych uczniów odwiedzili zaraz ich znajomi, opowiadając o rzezi Galilejczyków w Jerozolimie. Jezusowi nie wspominano tymczasowo nic o tym. Lekkum jest to mała, ale zamożna miejscowość, a leży na pół godziny drogi od Jordanu, o parę godzin od jego ujścia do jeziora. Zamieszkują ją Żydzi i tylko na samym końcu miasta mieszka niewielu ubogich pogan, którzy tu osiedli, odłączywszy się od jakiejś karawany. Wszyscy zajmują się gorliwie uprawą bawełny. Z surowego materiału sporządzają przędziwo; a z tego tkają okrycia i materie; pracy tej oddają się nawet dzieci. Było tu także przygotowane uroczyste przyjęcie powracającym z Jerozolimy, podobnie jak niedawno temu w Kafarnaum. Ulice przystrojone były girlandami i kwiatami. Powracający odwiedzali po drodze przyjaciół w ich domach. Na spotkanie ich wyszły także dzieci szkolne. Jezus odwiedzał także niektórych starców i uzdrawiał chorych. Potem miał wielką naukę na rynku miejscowym przed synagogą. Najpierw nauczał dzieci, pieścił je, błogosławił, dalej młodzieńców i dziewice, które także pod przewodnictwem nauczycieli brały udział w ogólnej uroczystości. Gdy młodzież się rozeszła, nauczał na przemian gromady mężczyzn i kobiet, a mówił bardzo pięknie i mądrze w rozmaitych porównaniach o małżeństwie. Wykazywał, że w naturze ludzkiej tkwi wiele złego, które jednak da się wyrugować, lub ujarzmić przez modlitwę i zaparcie się. Kto folguje dzikiej żądzy, gotuje zgubę; czyn zaś spełniony przylega na zawsze do nas i prędzej czy później staje się dla sprawcy oskarżycielem. Ciało nasze, stworzone na podobieństwo Stwórcy, a podobieństwo to usiłuje szatan w nas zniszczyć. Zbytek przynosi ze sobą grzechy i choroby, staje się potworem i ohydą. Upominał Jezus do czystości, umiarkowania i modlitwy, bo — jak mówił — zaparcie się, modlitwa i skromność są rolą, wydająca świętych mężów i proroków. Objaśniał to wszystko przez porównania o sianiu zboża, czyszczeniu roli z chwastów i kamieni, o wypoczywaniu roli w pokoju, o błogosławieństwie Bożym, spływającym na rolę sprawiedliwie nabytą, użył także porównania małżeństwa z uprawą winnicy i obcinaniem latorośli. Mówił na przemian o szlachetnych latoroślach, o pobożnych rodzinach, o ulepszonych winnicach i o uszlachetnionych, nawróconych rodzinach. Wspominał o świętości praojca Abrahama, o przymierzu obrzezania i jak potomkowie jego zdziczeli na powrót skutkiem wyuzdania i częstych związków z poganami. Przytaczał przypowieść o właścicielu winnicy, który wysyła do najemników syna swego, a którego tak smutny los czeka. Ludzie byli tą nauką wielce wzruszeni; wielu płakało, okazując skłonność do poprawy. Jezus wybrał umyślnie tę naukę, bo tutejszych mieszkańców nikt nie pouczał w tych tajemnicach i dlatego wiedli życie tak wyuzdane. Dalej nauczał Jezus o istotnym działaniu dobrej woli w modlitwie i zaparcia się, i o współdziałaniu. Mówił zaś tak: „Cokolwiek ujmujecie sobie w piciu i jedzeniu i zbytecznym marnotrawstwie, to składajcie z pełnym zaufaniem w ręce Boga, z prośbą, by udzielił to biednym pasterzom w pustyni, lub innym ubogim. Ojciec niebieski, jako rzetelny gospodarz, wysłucha waszą modlitwę, jeśli wy sami, jako wierni słudzy, udzielicie tego, co wam zbywa, ubogim, którzy wam są znani, lub których sami, miłością, powodowani, wyszukacie. Takie jest rzetelne współdziałanie, i z takimi wiernymi, wierzącymi sługami Bóg chętnie wespół pracuje." Tu przytoczył Jezus porównanie o drzewie, które drugiemu udziela płodności, nie dotykając się go, jakby wiedzione miłością i tęsknotą. Z Lekkum poszedł Jezus przez Jordan do BetsaidyJulias i znowu rozpoczął nauczanie. Tu także przyjmowano uroczyście powracających z Jerozolimy. Widziałam Jezusa nauczającego i przechadzającego się z uczniami, kilku Faryzeuszami, doktorami, zakonnymi i znakomitymi mieszkańcami miasta. Opowiedziano Mu tu o wymordowaniu Galilejczyków w świątyni. Dowiedziałam się przy tej sposobności, że w rzezi zginęło około 100 ludzi z Jerozolimy i 150 buntowniczych stronników Judasza Gaulonity; rokoszanie bowiem, w obawie o siebie, namówili wielu spokojnych mieszkańców Jerozolimy, by szli z nimi składać ofiary. Ludzie ci przyłączyli się do nich, chociaż wiedzieli o ich upartym a niesłusznym postanowieniu niepłacenia czynszu cesarzowi. W ten sposób niewinni wraz z winnymi śmierć ponieśli.
Okolica koło Julias jest nadzwyczaj urocza, urodzajna, pełna zieloności, a przy tym ustronna. Na łąkach pasą się osły i wielbłądy, a ptaków i różnych zwierząt jest takie mnóstwo jak w jakim zwierzyńcu. Źródła biją w obfitości, wzdłuż portu wiją się ścieżki dla przechodniów. Miasto zwrócone jest ku południowi, a przed nim rozciąga się obszerne błyszczące zwierciadło jeziora. Gościniec do Julias ciągnie się tuż nad Jordanem. Jest tu bardzo smutno. Przeprawiwszy się przez Jordan, poszedł Jezus z uczniami do Betsaidy, a stąd do Kafarnaum, gdzie w szabat nauczał w synagodze. Czytano z księgi Mojżesza o corocznej ofierze przebłagalnej, którą należy ofiarować przed przybytkiem, o zakazie jedzenia krwi i o niedozwolonych związkach małżeńskich między krewnymi. Z Ezechiela czytano o grzechach Jerozolimy (III. Mojż. Roz. 16—19; Ezech. 22).
Pewien Faryzeusz, mieszkający nieopodal domu setnika Korneliusza, zaprosił Jezusa wraz z uczniami na ucztę. Był tam jeden człowiek, cierpiący na wodną puchlinę, i prosił Pana o pomoc. Jezus zwrócił się do Faryzeuszów z zapytaniem, czy wolno w szabat uzdrawiać. Gdy nikt nie odpowiadał, położył Jezus rękę na chorego i uzdrowił go. Uzdrowiony, podziękowawszy, odszedł, a wtedy Jezus rzekł do Faryzeuszów, jak zwykle przy takiej okazji, że pewnie żaden z nich, gdyby mu w szabat wół lub osioł wpadł do dołu, nie wahał się go wyciągnąć. Faryzeusz, wyprawiający ucztę, zaprosił tylko swoich krewnych i przyjaciół. Jezus zauważył, że Faryzeusze zajęli pierwsze miejsca przy stole, rzekł więc: „Jeśli się jest zaproszonym, nie powinno się zaraz siadać u góry; może bowiem przyjść ktoś znakomitszy, także zaproszony, i wtedy na polecenie gospodarza, trzeba ze wstydem ustąpić mu miejsca. Jeśli zaś siądzie się na szarym końcu, wtedy trafić się może, że gospodarz powie: „Przyjacielu! siądź sobie wyżej!" I to zaszczyt przynosi. Wywyższanie się bowiem poniża, przeciwnie, kto się poniża, będzie wywyższony." Do gospodarza zaś rzekł Jezus: „Kto zaprasza w gościnę krewnych, przyjaciół i bogatych sąsiadów, od których na odwrót spodziewa się zaproszenia, ten otrzymał już zapłatę swoją. Lecz kto zaprasza ubogich, chromych, ślepych i ludzi ułomnych, którzy nie mogą mu tego odpłacić, ten w błogosławieństwie otrzyma nagrodę przy zmartwychwstaniu." Jeden z gości rzekł na to: „Tak, błogosławiony, kto jest biesiadnikiem w Królestwie Bożym;" wtedy Jezus, zwróciwszy się ku niemu, opowiedział przypowieść o wielkiej uczcie. Po chwili zapytał Jezus Faryzeuszów, czy to dla Niego wyprawiono tę ucztę. Otrzymawszy potwierdzającą odpowiedź, podziękował i kazał uczniom zwołać mnóstwo biednych i rozdał im wszystko, co z biesiadnego stołu pozostało.
Wyruszywszy w dalszą drogę, szedł Jezus z uczniami przez posiadłość królika Serobabela i zatrzymał się w zacisznej okolicy między Tyberiadą a Magdalum. Rzesze i tu przybyły w Jego tropy, więc Jezus rozpoczął zaraz naukę o naśladowaniu Go, mówiąc między innymi: „Kto chce pójść za Mną i zostać Moim uczniem, ten musi więcej Mnie miłować, niż całą swą rodzinę, a nawet siebie samego, i musi nieść krzyż swój za Mną. Kto bowiem chce budować wieżę, musi wpierw rozważyć koszta, bo inaczej mógłby nie dokończyć budowy i narazić się na pośmiewisko. Podobnie, kto wybiera się na wojnę, niech najpierw porówna siły swej armii z armią nieprzyjacielską; a jeśli nie będzie się czuł na siłach do prowadzenia wojny, niech lepiej prosi od razu o pokój. Kto chce zostać Moim uczniem, musi wyrzec się wszystkiego.

Jezus naucza na górze koło Gabary

Nauczając, przeszedł Jezus ziemię Genezaret. Po drodze rozesłał starszych uczniów, by zwołali zewsząd lud na kilkudniową naukę, mającą się rozpocząć w środę na górze koło Gabary. Jezus inaczej jakoś oznaczył dzień, w którym chciał naukę rozpocząć, ale ja zrozumiałam, że miał na myśli najbliższą środę.  Jezus rozesłał około czterdziestu uczniów na wszystkie strony, przy Sobie zaś zatrzymał Apostołów i młodszych uczniów, którzy na ostatku wrócili, wciąż ich po drodze nauczając. Wielu z rozesłanych uczniów przeprawiło się przez jezioro do Gergezeńczyków, Dalmanuty i Dekapolis. Mieli bowiem polecenie wszystkich zaprosić, a przyprowadzić tak wielu, jak tylko będą mogli, bo już i tak nie długo miał trwać pobyt Pana między nimi. Jezus tymczasem wyruszył do Tarychei, położonej na południowym brzegu jeziora. Do samego miasta nie można było dojść nad brzegiem, gdyż na dwie godziny drogi przed miastem zastępowały drogę skały, sięgające aż do zwierciadła wody. Jezus obszedł więc Taricheę od zachodu i przez most dostał się na rodzaj przedmieścia, położonego na tamie kamiennej, rozciągającej się od Tarychei aż do miejsca, gdzie Jordan wypływa z jeziora. Na moście stały domy dwoma rzędami. Po drodze musiał Jezus przechodzić około domu trędowatego, gdzie rok temu tylu chorych uzdrowił. Ludzie ci, dowiedziawszy się o Jego przybyciu, przyszli zaraz podziękować, a z nimi przybyli inni trędowaci, błagając Go o pomoc; i nie zawiedli się, bo Jezus ich uzdrowił. Na przedmieściu przywiedziono doń również wielu chorych, sprowadzonych na łodziach aż z Dalmanuty; i tych uzdrowił Jezus. Tama, na której stoi przedmieście, zapadła się przy śmierci Jezusa skutkiem trzęsienia ziemi, wraz z większą częścią domów. Pozostawiono je tak, i nie odbudowywano już, bo brzeg jeziora bardzo się zmienił. Tyberiada wyglądała teraz dopiero na połowę miasta, ponieważ po jednej stronie leżały same próżne parcele budowlane.  Ze wszystkich stron nadciągały wielkie rzesze ludu na górę koło Gabary. Łodzie pełne podróżnych przybijały wciąż do brzegu. Wielu miało ze sobą namioty, zapasy żywności, a także chorych; tych ostatnich przeprawiano w koszach na osiołkach. Uczniowie porządkowali rzesze, i chętnie każdemu spieszyli z pomocą.  Podczas pochodu do Gabary zastąpili Jezusowi z Apostołami Faryzeusze drogę, pytając, co ma oznaczać ten tłumny zbieg ludu na górę, skutkiem czego kraj cały robi wrażenie gniazda rokoszan. Jezus odrzekł im na to, że to On zwołał lud, bo pobyt Jego tu już krótki, a jeśli są ciekawi, to mogą sami jutro przyjść i posłuchać Jego nauki.  Święte niewiasty przybyły tu także i zamieszkały w gospodzie u stóp góry, by zająć się dostarczeniem żywności dla uczniów. Rano około dziesiątej godziny przybył Jezus na górę. Uczniowie uporządkowali rzesze, a podzieliwszy je na grupy, wyznaczyli, jak mają kolejno przystępować na plac, gdzie stała mównica; plac bowiem był niewielki, więc jedni wysłuchawszy nauki, musieli ustępować drugim. Rzesze rozsiadły się w koło, a każde pokolenie rozbiło osobny obóz. Do każdego obozu wchodziło się przez bramę, a raczej rodzaj łuku obwieszonego płodami ich ziemi. U góry wisiał wieniec, uwity z najszlachetniejszych owoców. I tak były u jednych winogrona i zboże, u innych znowu bawełna, trzcina cukrowa, ziela korzenne, różne owoce i jagody. Każdy znak zrobiony był gustownie i przystrojony kwiatami, a całość miłe robiła wrażenie. Mnóstwo ptaków, gołębi i przepiórek nazlatywało się do obozu, zbierać rozsypane okruszyny; były zaś tak przytulne, że brały pożywienie z ręki. ? Oprócz zwykłych słuchaczów nie brakło także Faryzeuszów, Saduceuszów, Herodian, doktorów zakonnych i naczelników różnych miejscowości. Ci zajęli miejsce bliżej Jezusa, umieściwszy się na siedzeniach, podobnych do krzeseł, które kazali tu sobie przynieść. Uczniów zebrał Jezus tuż koło Siebie, na co Faryzeusze się oburzali, że nie im przyznano pierwsze miejsce. Pomodliwszy się, wezwał rzesze do porządku i uwagi. Mówił, że chce ich nauczyć tego, czego nikt ich jeszcze nie nauczał, a co przecież koniecznym jest do zbawienia. Czego nie pojmą teraz, to później powtórzą i wytłumaczą im bliżej uczniowie, których do nich pośle; Sam bowiem nie długo już pozostanie z nimi. Zwróciwszy się potem do uczniów, głośno i jawnie przestrzegał ich przed Faryzeuszami i fałszywymi prorokami, lud zaś nauczał o modlitwie i miłości bliźniego. Tych, co już wysłuchali nauki, odprowadzali uczniowie i przyprowadzali nowych. Faryzeusze i inni uczeni co chwilę stawiali różne zarzuty i zbijali Jego naukę. Jezus jednak nie zważał na to, tylko w nauce Swej surowo powstawał przeciw nim i przestrzegał lud przed nimi, a to złościło ich coraz więcej. Dzisiaj nie uzdrawiał Jezus; kazał tylko przynosić na przemian chorych na łożach i stawiać ich w pobliżu mównicy pod otwartymi namiotami, by mogli przysłuchiwać się nauce, a na uzdrowienie kazał im czekać cierpliwie do końca nauki. Nauczał tak bez przerwy aż do wieczora. Ludzie posilali się w ciągu dnia, ale Jezus nie jadł nic. Długie nauczanie owych licznych tłumów zmęczyło Go w końcu tak, że pod wieczór głos Jego zasłabł znacznie i przycichł. Po nauce zeszedł Jezus na dół do gospody. Gospoda należała przedtem do dóbr Magdaleny w Magdalum, a przy sprzedaży tychże wyłączono ją na użytek gminy.  W gospodzie znajdowali się Łazarz, Marta, Dina, Sufanitka, Maroni z Naim, Matka Jezusa i inne galilejskie niewiasty. Niewiasty przyniosły tu zapasy żywności, materie na ubiory i gotowe suknie. One też przyrządziły dziś Jezusowi i uczniom pojedynczą wieczerzę. Co pozostało od wieczerzy, rozdano ubogim.  Następnego dnia trwała nauka dalej. Jezus mówił znowu o modlitwie, o miłości bliźniego, czujności w pełnieniu dobrego i o ufności w dobroć Bożą. Upominał też słuchaczów, by nie dali się zwieść ciemiężycielom i fałszywym oszczercom.  Faryzeusze stawili się dziś jeszcze liczniej, by dyskutować z Jezusem i zuchwałej też sobie postępowali. Nazywali Jezusa podburzycielem, sprawcą zamieszek, który odwodzi ludzi od roboty i wlecze ich za Sobą po całym kraju. Szemrali, że mają swój szabat, swoje święta i swoją naukę, więc nie potrzebują żadnych nowości. Stawiali znowu przestarzałe, tysiąckroć powtarzane zarzuty, wreszcie zaczęli Mu grozić Herodem, mówiąc, że oskarżą Go przed nim za Jego postępowanie i naukę, a że Herod i tak ma Go już na oku, więc wkrótce położy temu koniec. Jezus odrzekł im ostro, że bez względu na Heroda będzie nauczał i uzdrawiał, dopóki nie spełni Swego posłannictwa. Faryzeusze stali się w końcu tak zuchwałymi i natarczywymi, że aż lud, nieprzychylny im, zaczął się cisnąć ku nim, by ich poskromić. Widząc, że nic nie wskórają, odeszli wreszcie z niechęcią w sercu.  Jezus tymczasem nauczał dalej, wzruszając do głębi serca słuchaczów. Ponieważ wielu ludzi, a szczególnie ci, którzy wracali z Jerozolimy, spożyli już swoje zapasy żywności, kazał Jezus starszym uczniom rozdzielać między nich chleb, miód i ryby, przyniesione w koszach z gospody. Niewiasty miały tego wielki zapas. Rozdawano także ubogim suknie, sztuki płótna, okrycia, sandały i małe płaszczyki dla dzieci, bo i tego nie brakło za staraniem świętych niewiast; one to rozdzielały jałmużnę tę kobietom, a uczniowie mężczyznom.  Podczas tego nauczał Jezus nowoprzybyłych uczniów; niewiasty powróciły do gospody, by przyrządzić dla wszystkich wieczerzę. Jezus zaś pobłogosławił i rozpuścił lud, obiecując, że jutro uzdrowi chorych, a później przyśle im uczniów, by dalej pociechę wlewali w ich serca, bo On sam odejdzie na jakiś czas. Długo jeszcze pozostał Jezus sam na sam z uczniami, wykazywał im obłudę i przewrotność Faryzeuszów i nauczał, jak mają się na przyszłość zachować. Późno w noc powrócili wszyscy do gospody, gdzie czekała ich już gotowa wieczerza.  W gospodzie wspominał Łazarz. Jezusowi o wymordowaniu Galilejczyków w świątyni, bo o tym głównie teraz rozprawiano między ludem i wśród uczniów. Oznajmił także, że kilka niewiast z Hebron i z Jerozolimy, krewnych Jana Chrzciciela, udało się do Macherus, by wydobyć stamtąd głowę jego, bo właśnie teraz wszystko tam uprzątają i umacniają fortecę. On sam także zajął się przyprowadzeniem tej podróży do skutku. Trzeciego dnia rano odeszli Łazarz i święte niewiasty do domu. Jezus zaś z Apostołami udał się do chorych umieszczonych częścią w szałasach i namiotach koło gospody, częścią jeszcze w obozowiskach u stóp góry. Jezus i Apostołowie uzdrawiali nie ustając w pracy, dopóki wszystkim chorym nie przywrócili zdrowia. Uzdrowieni i ich przyjaciele zaczęli zaraz nucić psalmy dziękczynne. Poczym wszyscy wybrali się w drogę, by jeszcze przed szabatem stanąć w swych miejscowościach rodzinnych. Jezus udał się stąd do Garizim, położonej na wzgórzu u wylotu doliny, o pół godziny drogi na północ od Seforis. Uczniów wysłał naprzód, by zamówili gospodę, a Sam, chcąc jeszcze pomóc po drodze chorym, szedł dalszą drogą. Chwilę zatrzymał się z orszakiem w małej osadzie Kafarot koło Jotopata. Prowadziła tędy droga z Kafarnaum do Jerozolimy. W tej to okolicy błąkał się Saul na krótki czas przed odwiedzeniem czarownicy w Endor i ową nieszczęśliwą bitwą. Z Kafarot do Garizim jest około 5 godzin drogi. Osada obfituje w winnice; zwrócona jest ku wschodowi i nieco ku południowi, a zasłonięta od zachodu i północy.  Wysłani naprzód uczniowie zamówili już gospodę przed miastem, należącą do gminy, i wyszli teraz Jezusowi na przeciw. W gospodzie umyli sobie wszyscy nogi i posilili się. Zaraz potem nauczał Jezus w synagodze z księgi Lewitów i z Ezechiela. Nie sprzeciwiał Mu się nikt. Wszyscy zdumiewali się nad biegłością Jego w Piśmie i nadzwyczaj trafnym tłumaczeniom. Po nauce spożył Jezus w gospodzie wieczerzę w gronie uczniów. Wzięło w niej udział kilku krewnych Jezusa, przybyłych tu z pod Seforis. Podczas wieczerzy mówił Jezus znowu o bliskim Swym końcu.  Pod szabat zebrało się tu koło Jezusa prawie stu uczniów łącznie z Apostołami. Byli także obaj synowie Cyrynusa z Cypru ochrzczonego w Debrat i inni cypryjscy Żydzi. Cała ich gromada zatrzymała się tu w powrocie z Jerozolimy do Cypru i wszyscy z podziwem słuchali w szabat nauki Jezusa. Jak mówili, tęsknią w Cyprze bardzo za Jezusem, bo jest tam dosyć żydów, a wszyscy w wielkim zaniedbaniu.  W Garizim miał Jezus także osobną naukę na jednym wzgórzu dla uczniów. Wielu z nich było bowiem takich, którzy dotychczas pełnili tylko rolę posłańców między rozproszonymi uczniami i przyjaciółmi Jezusa; inni bawili dotychczas wciąż w domu, więc nie znali jeszcze dobrze nauki, sposobu rozszerzania tejże, używania i objaśniania przypowieści.  Teraz więc nauczał ich Jezus wciąż, objaśniał wszystko w sposób pojedynczy, prawie dziecinny, i przechodząc całą dotychczasową naukę, podawał niejako ogólną jej treść. ? Stąd poszedł z wszystkimi uczniami w kierunku północno ? zachodnim w góry, rozciągające się długiem pasmem przez środek kraju. Po 4 ? 6 godzinach marszu zatrzymali się na noc w ustronnym zakątku. Po zachodniej stronie gór pasły się w dolinach trzody osłów, wielbłądów i owiec. Doliny ciągną się tu zygzakowato, jak ziele zwane wilczy pazur. W ustroniu tym rosło wiele palm i jakieś drzewa o konarach zwieszonych do ziemi i poplątanych; wchodząc pod nie, siedziało się jakoby w chacie. Było to zwykłe schronisko okolicznych pasterzy. Większą część czasu przepędził Jezus z uczniami na modlitwie i pouczaniu. Powtarzał wiele rzeczy, które już mówił, gdy dawniej rozsyłał uczniów. Najlepiej zapamiętałam to, że zakazał im brać ze sobą sakwy; mieli oddawać je naczelnikowi. Co dziesięciu miało osobnego przełożonego. Pouczał ich także Jezus, jak mają poznawać miejscowości, gdzie znajdą dobry grunt do działania; gdzie zaś źle ich przyjmą, niech otrząsną proch z obuwia swego i idą dalej. Wskazywał, jak mają postąpić, jeśliby ich gdzie zatrzymano. Niech się nie troszczą o to, co odpowiedzą, bo włożona im będzie odpowiedź w usta. Niech także nie lękają się niczego, bo życiu ich nie zagrozi niebezpieczeństwo. W okolicy tej widziałam gdzieniegdzie ludzi, uzbrojonych w długie sztaby i żelazne haki. Byli to stróże, strzegący trzód przed dzikiem i zwierzętami, które skradały się z brzegu morza i napadały pasące się trzody.  Nazajutrz raniutko rozesłał Jezus uczniów i Apostołów. Na Apostołów i pierwszych uczniów wkładał ręce, innych błogosławił tylko, przez co ich napełniał nową siłą i mocą. Nie stanowiło to jednak jeszcze święcenia kapłańskiego, lecz było niejako wzmocnieniem duchowym. Przed odejściem przypominał im Jezus jeszcze raz konieczność posłuszeństwa względem przełożonych.  Piotr i Jan także nie zostali przy Jezusie, lecz poszli ku południowi, Piotr ? w okolicę Joppy, Jan ? więcej na wschód do Judei. Co do innych, jedni poszli do Górnej Galilei, inni do Dekapolis. Tomasz otrzymał posłannictwo na kraj Gergezeńczyków i tam też wyruszył z gromadką uczniów, zmierzając bocznymi drogami ku miastu Asach. Miasto to leżało na wzgórzu między dwiema dolinami, mniej więcej 9 godzin drogi od Seforis i najwyżej godzinę drogi na lewo od gościńca. Żydów było w nim dość dużo i ci należeli do pokolenia Lewitów.  Jezus sam poszedł w kierunku północno ? zachodnim w towarzystwie pięciu Apostołów, z których każdy miał pod sobą dziesięciu uczniów. O ile sobie przypominam, widziałam między nimi Judasza, Jakuba Młodszego, Tomasza, Saturnina, Natanaela, Barnabę, Asora, Mnasona i cypryjskich młodzieńców. Pierwszego dnia szli sześć do osiem godzin. Po drodze mijali miasta, położone z prawej i lewej strony, i raz po raz odłączała się od orszaku Jezusa gromadka uczniów, zbaczając do miast. Idąc dalej, minął Jezus Tyr, położony niżej nad brzegiem morza. Jeszcze przedtem wyznaczył był Apostołom i uczniom miejsce, gdzie po trzydziestu dniach mieli się wszyscy z Nim zejść. Noc przepędził Jezus z towarzyszami, podobnie jak poprzednią, pod spuszczonymi konarami drzew.

Jezus idzie ku Ornitopolis i przeprawia się do Cypru

W towarzystwie uczniów i innych jakichś ludzi, w liczbie około pięćdziesięciu, poszedł Jezus w dalszą drogę, wiodącą przez głęboki wąwóz górski. Dziwna to była droga. Po obu bokach wzdłuż skalistych ścian wąwozu ciągnęły się na godzinę drogi, mieszkania i budowle z lekkich krokwi, otwarte od drogi, a swym wyglądem groty przypominające. Dach zastępowało pokrycie z trzciny, mchu, lub murawy. Mieszkali tu w opuszczeniu biedni poganie, mający polecenie, strzec drogi i oczyszczać okolicę ze szkodliwych zwierząt. Tu i ówdzie była droga obmurowaną, by zapobiec usuwaniu się góry. Przy drodze rosły dziko drzewa pomarańczowe. Do Tyru jest stąd około cztery godziny drogi. Zwierzęta, o których mówiłam, były długie, cętkowane, o szerokich łapach, podobne do naszych jaszczurek i wyrządzały wielkie szkody. Na prośby mieszkańców pobłogosławił Jezus okolicę, a zwierzętom nakazał ustąpić i schronić się do czarnego, w pobliżu się znajdującego bagna. Tu rozdzielił Jezus Swój orszak, poczym idąc dalej tym samym jarem, stawał tu i ówdzie przed mieszkaniami i nauczał. Droga wiodła ku przejrzystej, a dosyć bystrej rzece Leontes, która, płynąc parę godzin głębokim łożyskiem, wpadała na północ od Tyru do morza. Przez rzekę wiódł wysoki most kamienny. Przeszedłszy go, zatrzymał się Jezus w wielkiej gospodzie, gdzie się także uczniowie zeszli.
Stąd rozesłał Jezus znowu wielu uczniów do miast ziemi Chabul, a Judasza Iskariota posłał z kilku uczniami do Kany koło Sydonu. Uczniowie mieli polecenie oddawać wszystko, co mieli przy sobie, Apostołowi, który stał na ich czele. Judaszowi tylko dał Jezus pewną sumę wyłącznie dla niego. Znał bowiem dobrze jego chciwość, i nie chciał narażać go na pokusę, by miał sprzeniewierzać pieniądze drugich. Już nieraz zauważył Jezus, z jaką troską Judasz śledził za pieniędzmi, chociaż się chełpił, że jest bardzo umiarkowany i surowo dotrzymuje ślubu ubóstwa. Otrzymawszy teraz pieniądze, pytał Judasz Jezusa, ile może z tego wydać codziennie. Jezus odrzekł mu na to, że kto ma się za tak umiarkowanego, ten nie potrzebuje ograniczeń, ani przykazań, bo w sobie nosi zakon. W gospodzie oczekiwało Jezusa około sto osób owego pokolenia żydowskiego, które Jezus pocieszał już w Ornitopolis i koło Sarepty. Niektórzy wyszli z dalszych stron Panu naprzeciw, inni tu mieszkali i mieli nawet synagogę. Jezusa i Jego towarzyszów przyjęli z wielką pokorą i radością i umyli im nogi. Ubrani byli po staroświecku w świąteczne suknie, nosili długie brody, a na ramionach kosmate manipuły. Mieli różne osobliwe zwyczaje i coś odrębnego w czym podobni byli nieco do Esseńczyków. Poganie tutejsi także większą cześć oddawali Jezusowi, a i Żydów szanowali więcej, co w ogóle częściej się trafiało w całej tej okolicy, niż w Dekapolis. Żydzi bowiem tutejsi pochodzili od jednego pobocznego syna patriarchy Judy który, prześladowany przez swych braci Hera i Onana, tu się schronił i osiedlił. Rodzina jego, połączywszy się z mieszkającymi tu poganami, nie poszła z innymi Żydami do Egiptu, i z czasem zupełnie zdziczała. Już wtedy, gdy Jaku po upadku Diny objął dziedzictwo Józefa w Samarii, mieli poganie tutejsi wielką chęć wejścia w związki małżeńskie z jego synami, a przynajmniej ze sługami i służebnicami. Przeszedłszy góry, udali się do niego z pokorną prośbą, by pozwolił im połączyć się ze swoją rodziną, chcąc się nawet poddać obrzędowi obrzezania. Jakób jednak nic o tym nawet słyszeć nie chciał. Gdy więc potem ów poboczny syn Judy tu przybył ze swą rodziną, przyjęli go poganie bardzo mile i pożenili jego dzieci ze swymi. Jakże cudownym okazuje się zrządzenie Boże, że nie unicestwiło tego wrodzonego popędu pogan połączenia się ze świętym szczepem, na którym spoczywała obietnica, i że przez późniejsze losy, wypędzony potomek bocznej gałęzi tego szczepu wybrany był na ich uszlachetnienie. Mimo wielkiego zdziczenia, wynikłego z mieszanych małżeństw, utrzymała się przecie w czystości zupełnej jedna rodzina, nie mieszając się wcale z poganami. Pierwszy Eliasz, przebywając w tej okolicy, utwierdził tę rodzinę w znajomości Zakonu. Salomon podjął wiele pracy, by złączyć ją na powrót z Żydami, ale mu się to nie udało. Obecnie liczyła owa rodzina około stu członków ludzi pobożnych, czystej krwi potomków Judy. Eliasz połączył ten zbłąkany ród znowu z Izraelem; za czasów Joachima i Anny przychodzili tu od Hebronu nauczyciele, by utrzymać ich w porządku i pouczać. Rodziny tychże żyły teraz między nimi, i za ich to pośrednictwem przyłączyła się Syrofenicjanka ze swymi domownikami do Żydów. Żyli w pokorze i nie uważali się za godnych stąpać po Ziemi obiecanej. Cypryjczyk Cyrynus mówił o nich w Dabrat z Jezusem i jego to słowa były dla Jezusa pozornym powodem, że tak często i poufnie z nimi rozmawiał. Gospoda tutejsza należała do Żydów, czy też wynajęta była przez nich. Tu nauczał najpierw Jezus ludzi, zebranych pod szopami i otwartymi altanami. Potem nauczał w synagodze, a poganie, zebrani licznie przed synagogą, przysłuchiwali się Jego nauce. Synagoga była wysoka i piękna. W górze otoczona była galeryjką, na której w koło można było chodzić, a skąd roztaczał się piękny widok. Wieczorem wyprawili Żydzi dla Jezusa w gospodzie wielka ucztę; podczas niej dokładali wszelkich starań, by Mu okazać swoją wdzięczność, że nie wzgardził nimi, że przyszedł i do nich, zagubionych owiec Izraela, by głosić im zbawienie. Podczas uczty przedłożyli Jezusowi swe księgi rodowe, ułożone w porządku, i wielkie ich ogarnęło wzruszenie, gdy się przekonali, że pochodzą z tego pokolenia, co Jezus. Wszyscy brali udział w uczcie i wszyscy bawili się wesoło. Rozmawiano o Prorokach, szczególnie o Eliaszu odzywano się z wielką miłością i przytaczano jego proroctwa o Mesjaszu. Wspominano o Malachiaszu i mówiono, że teraz już musi się zbliżać czas spełnienia obietnicy. Jezus wszystko im tłumaczył i obiecał, że poprowadzi ich stąd do Judei. Rzeczywiście osiedlił ich później na południowej granicy Judei między Hebron i Gazą. Jezus miał dziś na Sobie długą białą suknię podróżną. W czasie podróży mieli, tak On, jak Jego towarzysze pasy i byli podkasani. Pakunków nie mieli z sobą. Potrzebne w drodze przedmioty nosili zwykle za pazuchą. Niektórzy mieli laski. Głowy nie nakrywał Jezus nigdy, czasami tylko miał naciągniętą na głowę wąską chustę, którą zwykle owijał szyję. Tu w tej okolicy jest mnóstwo szkaradnych cętkowanych zwierząt o błonowych skrzydłach, podobnych do olbrzymich nietoperzy. Latają one bardzo prędko i wysysają we śnie ludziom i bydłu krew. Przylatywały tu z bagnisk z nad brzegu morza i sprawiały wielkie szkody. W Egipcie widziałam je także w wielkiej ilości. Nie były to właściwe smoki, i nie tak bardzo obrzydliwe. Smoki rzadko można było napotkać i to tylko w ustronnych, pustynnych okolicach. Rosną tu owce podobne do orzechów i kasztanów, jako też jagody, wiszące w gronach na drzewach. Z gospody poszedł Jezus do portu, oddalonego o trzy godziny drogi od Tyru. Obok portu ciągnie się cypel górski, wchodzący daleko w morze jak wyspa, a na nim rozsiadło się pogańskie miasto Ornitopolis, wraz ze swymi trzydziestu świątyniami. Port należy zapewne do miasta. W Ornitopolis mieszka garstka pobożnych Żydów i ci prawdopodobnie utrzymują się z zarobku, jakiego im dostarczają poganie. Syrofenicjanka posiada tu takie mnóstwo domów, tkalń, farbiarń i okrętów, iż z tego wnosiłam, ze nieboszczyk jej mąż, lub rodzice jego, byli właścicielami tego miasta. Ona sama nie mieszka w Ornitopolis, lecz w pewnego rodzaju przedmieściu. Za miastem wznoszą się wysokie góry, a za nimi leży Sydon. Między miastem a portem płynie rzeczka. Brzeg między Tyrem a Sydonem jest z wyjątkiem portu dziki i mało dostępny. Port ten jest największym z portów między Tyrem a Sydonem. Mnóstwo okrętów stoi wciąż na kotwicy, czyniąc wrażenie drugiego miasta mniejszych rozmiarów. Posiadłość Syrofenicjanki z mnóstwem budynków, dziedzińców i ogrodów wygląda jak wielkie zbiorowisko fabryk i plantacji, w którym znajdują zajęcie liczne rodziny robotników i niewolników. Obecnie jednak panuje tu nieco zastój, i nie wszystko odbywa się, jak należy. Właścicielka bowiem chce powoli usunąć się od wszystkiego, a kierownictwo oddać w ręce jednego ze swoich podwładnych. Ornitopolis leży prawie trzy godziny drogi od miejscowości, gdzie Jezus dzisiaj nocował. Przeszedłszy przez rzekę, osada biednych Żydów jest jednakowoż półtorej godziny drogi. Idąc stąd prosto do portu, pozostawia się Ornitopolis na lewo. Osada żydowska leży w stronie Sarepty; Sarepta zaś zwrócona jest ku wschodowi, bo z tej strony wznoszą się łagodne wzgórza. Za to od północy zasłonięta jest zupełnie, ma więc dobre położenie. Między Ornitopolis, osadą żydowską, a portem, rozsiane jest tyle pojedynczych budynków i folwarków, że patrząc z góry, mimo woli nasuwa się myśl, że wszystko to było kiedyś razem złączone. Przy Jezusie byli teraz tylko Jaku Młodszy, Barnabas, Mnazon, Azor, dwaj synowie Cyrynus i jeszcze jakiś Cypryjczyk, którego ci ostatni Jezusowi przyprowadzili. Inni Apostołowie i uczniowie rozeszli się już. Ostatni wyszedł Judasz, udając się z swą gromadką do Wielkiej Kany. Na zaproszenie Syrofenicjanki, uskutecznione przez jej uzdrowionego krewnego, poszedł Jezus do jej domu na ucztę. Biesiadników zebrało się bardzo wielu, między nimi ubodzy i chorzy, z których wielu Jezus zaraz uzdrowił. Cały dwór Syrofenicjanki z wszystkimi ogrodami, dziedzińcami i różnymi budynkami będzie prawie tak wielki jak miasto Dülmen. Wiele budynków opatrzonych było galeriami, po których można było chodzić; na nich rozwieszone były materie żółte, fioletowe, czerwone i błękitne. Żółtą farbę uzyskują z pewnej rośliny uprawianej w pobliżu; do farbowania na czerwono i fioletowo używają pewnego gatunku ślimaków morskich. Wyławiają je i hodują w wielkich osobnych miejscach, napełnionych szlamem, podobnym do żabiego skrzeku. Uprawiano także w pobliżu bawełnę, ale ta mniej się udawała, jakby nie czując się na swoim gruncie. W ogóle nie jest ta okolica tak urodzajną jak Ziemia obiecana i nieraz zalewa woda pola i niszczy plony. Patrząc stąd na morze, zdaje się, że wody wyżej leżą niż wybrzeża, a złudzenie to sprawia błękitna jego toń, zdająca się zlewać z błękitem nieba. Nad brzegiem rosną tu i ówdzie bardzo grube, a niezbyt wysokie, czarne drzewa. Konary ich rozgałęziają się szeroko, ale jeszcze więcej korzenie, bo nieraz końce ich wybiegają zbitą masą całą przestrzeń nad powierzchnią morza, tak, że można po nich wygodnie nad wodą chodzić. Pnie ich są przeważnie wydrążone, toteż gnieździ w nich rozmaite robactwo. Syrofenicjanka przyjęła Jezusa bardzo uroczyście, a córka jej wylała Mu podczas uczty na głowę flaszeczkę wonnego olejku. Matka obdarowała Go bawełnianymi tkaninami, pasami i trójkątnymi kawałkami złota; podobne kawałki złota dała Mu również córka, tylko połączone łańcuszkiem. Jezus nie bawił tu długo; zaraz po uczcie poszedł z uczniami do portu, gdzie przyjęli Go uroczyście tamtejsi żydzi i podróżni wracający z Jerozolimy do Cypru. Jezus nauczał jeszcze w synagodze, a nauce przysłuchiwali się i poganie, zebrani licznie przed synagogą. Odprowadzony przez wszystkich, poszedł Jezus, nocą już, do portu, by wsiąść na okręt. Noc była jasna, bo Niebo pełne było gwiazd, a gwiazdy te wydawały się większe niż u nas. Mała flota stała gotowa do przewozu. Na wielki ciężarowy okręt złożono pakunki, towary i bydło, szczególnie wiele osłów. Dziesięć okrętów wiosłowych z żaglami przeznaczonych było dla powracających Cypryjczyków, Jezusa i uczniów. Pięć z nich przymocowanych było długimi linami do okrętu ciężarowego i ciągnęły go, pozostałych pięć płynęło wolno. Ławki wioślarskie stały na podwyższeniu, podobnie jak na łodzi Piotra na Morzu Galilejskim, a pod nimi były miejsca, przeznaczone na spoczynek. Jezus stał koło masztu na jednym z okrętów, ciągnących okręt ciężarowy, a w chwili odjazdu błogosławił ląd i morze. Mnóstwo ryb płynęło w ślad za okrętami, niektóre, niezwykłej wielkości, o pyskach dziwacznego kształtu. Igrały wesoło we wodzie, i wciąż wystawiały łby na wierzch, jakoby chciały słuchać, co Jezus w czasie przejazdu nauczał. Podróż odbywała się nadzwyczaj szybko, morze było zupełnie spokojne, a piękna pogoda sprzyjała żegludze. Zauważyli to wkrótce żeglarze, tak Żydzi jak poganie, że wszystko idzie nad podziw pomyślnie, więc zwróciwszy się do Jezusa, rzekli: „Co za szczęśliwa podróż! To Ty, proroku, jesteś sprawcą tego!" Jezus, stojąc przy maszcie, kazał im umilknąć i w duszy tylko Bogu wszechmocnemu cześć za to oddać. Potem zaczął im opowiadać o jedynym wszechmogącym Bogu, o Jego dziełach, o nicości bożyszcz pogańskich, o zbliżaniu się, a nawet nadejściu już czasu, w którym najwyższe Zbawienie zstępuje na ziemię, a do którego powołani są i poganie. Mowa Jego zwróconą była głównie do pogan. Niewiasty, znajdujące się w niewielkiej liczbie na okrętach, umieszczone były osobno. Wielu podróżnych dostało w czasie jazdy morskiej choroby, więc leżąc w kątach, wymiotowali gwałtownie. Jezus uzdrowił tych, którzy byli na Jego okręcie, a gdy i z innych, okrętów zaczęli Go błagać o pomoc, uzdrowił i tamtych z oddali mocą Swego słowa.
Gdy przyszedł czas posiłku, rozpalono na okrętach ogień w wielkich spiżowych naczyniach. Gdy woda zawrzała, kładziono w nią wałki z jakiejś brunatnej i jaśniejszej masy, podobnej do lepiku, która w wodzie się rozpuściła. Potrawy rozdzielano porcjami w miseczkach, opatrzonych rączką. W miseczce takiej było kilka zagłębień zamiast talerzy; kładziono w nie różne potrawy, np. okrągłe placki i zioła, i polewano to ową rozpuszczoną masą. Stąd do Cypru nie wydaje się morze tak rozległym, jak niżej od Joppe. Stamtąd, jak okiem sięgnąć, widać tylko niezmierzony obszar wody. Około wieczora przybito do portu Salamis. Port zbudowany trwale, umocniony jest wysokimi murami i basztami; jest także obszerny i bezpieczny, a oba brzegi zachodzą daleko w morze. Miasto leży dobre pół godziny drogi od brzegu, lecz wcale to nie podpada, bo cała droga do miasta jest jednym pasmem ogrodów i gajów. W porcie stało dużo okrętów. Okręt, na którym przybyli, nie mógł dobić do samego brzegu; brzeg bowiem wysoki, obwałowany mocno, opadał skośnie, a okręt za głęboko był zanurzony. Zanurzono więc w pewnym oddaleniu kotwicę; od brzegu odbiły zaraz małe łódki przymocowane na linach, którymi przyciągano je na powrót do brzegu. W łodzi, do której wsiadł Jezus z uczniami, byli przewoźnikami Żydzi i ci mile powitali swego proroka. Na brzegu czekali już Żydzi, przybywszy z miasta w uroczystym pochodzie, ponieważ już z daleka widzieli nadpływający okręt. Według dawnego zwyczaju witali tak zawsze rodaków, powracających ze świąt Wielkanocnych. Byli to przeważnie starcy, kobiety, dziewice i dzieci szkolne pod opieką nauczycieli. Nieśli powiewające chorągiewki, wieńce na długich żerdziach i gałązki zielone, przy czym grali na piszczałkach i radośnie śpiewali.
Jezusa i uczniów powitali Cyrynus, trzej starsi bracia Barnaby i kilku starych Żydów w świątecznych ubraniach. Z portu wyprowadzili Go na piękny zielony taras. Taras zasłany był kobiercami, na boku stały miednice z wodą, a na stołach zastawiona była przekąska. Umyto Jezusowi i uczniom nogi i podano im posiłek. Przyprowadzono także staruszka, który był ojcem Jonasza, nowego ucznia Jezusa. Ujrzawszy syna, upadł mu starzec z płaczem w objęcia, a gdy ten zaprowadził go przed swego mistrza, oddał Jezusowi pokłon. Do tej pory nie wiedział był, gdzie się syn jego podział. Ci, z którymi poszedł, już dawno wrócili do domu, a jego nie było widać. Nie tylko on, ale i inni z wielką troską szukali wśród przybyszów drogich sobie osób. Co chwila słychać było pytania: ,,Czy jest ten? czy jest ów?" Odnalezieni ściskali się radośnie i szli do domu. Wieść o buncie i rzezi w świątyni doszła już była tu przedtem, w stokroć gorszym świetle, i dlatego z taką troską wyglądano powrotu rodaków.
Plac, na którym Jezusa przyjęto, był bardzo uroczy. Ku zachodowi był widok na rozległe miasto. Wielka czerwona tarcza słoneczna zachodziła właśnie za horyzont, a w ostatnich jej promieniach złociły się dachy domów i kopuły licznych świątyń. Od wschodu widać było za morzem wyniosłe góry syberyjskie, podobne do chmur. W koło miasta rozciąga się obszerna równina, pokryta pięknymi drzewami, tarasami i plantacjami. — Ziemia wygląda jakby pokryta delikatnym pyłem, lub piaskiem. Wody do picia zdało mi się nie być zbyt wiele. Port nie jest otwarty od morza, są tylko porobione wejścia, jedno szerokie, a kilka węższych. Na wysepkach przybrzeżnych stoją niskie, szerokie, półokrągłe wieże z oknami u góry, przez które można widzieć całą okolicę. Dzielnica żydowska zajmuje północną część miasta; idąc tam z portu blisko pół godziny ku miastu, Zwrócili się potem na prawo i szli jeszcze godny kawałek wzdłuż miasta na północ. Gdy Jezus przybył z uczniami, byli już Żydzi, którzy powrócili z Jerozolimy, zgromadzeni na wolnym tarasowatym placu. Najstarszy Żyd, naczelnik synagogi, stał na wywyższeniu, by mógł wszystkich objąć wzrokiem. Wyglądało to, jak wywoływanie żołnierzy, czy wszyscy się stawili. Dowiadywano się o wszystko, czy kto nie poniósł szkody, czy nie ma jakich zażaleń na towarzyszów podróży, i o to, co zaszło w Jerozolimie. Jezusa nie było przy tym. Gdy przyszedł, powitali Go uroczyście czcigodni starcy, a On wypowiedział jeszcze z góry do zgromadzonych upominającą mowę, poczym udali się wszyscy do swoich mieszkań. Przy dwóch głównych ulicach żydowskiej dzielnicy wznosiły się wspaniała synagoga, mieszkania naczelników i rabinów, szkoły, nieco dalej szpital, a przy nim rodzaj sadzawki czy stawu. Droga do miasta pokryta była delikatnym piaskiem i obsadzona pięknymi drzewami. Na najwyższym punkcie żydowskiego placu zebrania, stało drzewo tak gęsto rozrosłe, że w gałęziach jego można było siedzieć jak w altanie.
Jezusa wraz z uczniami zaprowadzili naczelnicy na nocleg do wielkiego budynku w pobliżu synagogi. Była to wielka sala, w której goszczono zwykle przejezdnych rabinów. Zbudowana w stylu pogańskim, otoczona była z zewnątrz kolumnadą. Wnętrze była to wielka sala z tarasami i kazalnicami przy ścianach. Również przy ścianach umieszczone były na równej podłodze zwinięte posłania, a nad nimi daszki płócienne, przymocowane do ściany, i dające się spuszczać, tak, że posłanie można było całkiem osłonić jak parawanem. Z zewnątrz można było wejść na górę na płaski dach sali, na którym stały w wazonach różnorakie rośliny. Ojciec nowego ucznia Jonasza, jako nie pochodzący z samego miasta, nocował z Jezusem. Cyrynus zaś poszedł z synami do domu.

Jezus naucza w Salamis

Nazajutrz rano poszedł Jezus w towarzystwie naczelnika, czcigodnego starca i nauczycieli do szpitala. Budynki szpitalne obejmowały kołem piękny ogród. W środku ogrodu był zbiornik wody, a raczej staw, przeznaczony na kąpiele; do picia i gotowania, używano tej wody jednakowoż dopiero po oczyszczeniu jej w wielkich naczyniach. Czyścili zaś wodę przez wrzucanie w nią owoców. Koło stawu uprawiano zioła lecznicze. Kobiety zajmowały trzecią część szpitalu, a część ta oddzielona była zamkniętymi drzwiami od innych przestrzeni. Jezus uzdrowił w szpitalu kilku mężczyzn cierpiących na wodną puchlinę i na reumatyzm i takich, którzy lekko dotknięci byli trądem. Uzdrowieni poszli zaraz za Panem na wolny plac, gdzie już tymczasem zgromadzili się inni żydzi. Tu nauczał Jezus najpierw przed mężczyznami. Mówił o zbieraniu manny w pustyni, porównując to z czasem obecnym, który jest prawdziwą manną niebieską nauki i nawrócenia się, a w którym dane im będzie otrzymać nowy chleb żywota. Po tej nauce odeszli mężczyźni, a miejsce ich zajęły niewiasty. Przyszło także wiele poganek, lecz te stały z tyłu z osobna. Ze względu na ich obecność, miała nauka Jezusa cechę więcej ogólnikową. Mówił o jedynym Bogu wszechmocnym, Ojcu i Stworzycielu Nieba i ziemi, o głupocie bałwochwalstwa i o miłości Boga ku ludziom. Następnie poszedł Jezus wraz z uczniami do domu naczelnika na ucztę, dokąd Go tenże w towarzystwie kilku rabinów zaprowadził. Dom ten, zbudowany w stylu pogańskim, otoczony był dziedzińcami, otwartymi galeriami i tarasami. Wszystko przygotowane już było do wystawnej uczty i odświętnie przystrojone. Wzdłuż krużganków zastawione były liczne stoły, wszędzie wisiały wieńce i ustawione były łuki z girland. Naczelnik zaprowadził Jezusa do bocznego budynku, gdzie była jego żona i inne niewiasty. Wszystkie miały zasłony na twarzy; gdy Jezus wszedł, oddały Mu głęboki pokłon. Zaledwie chwilę z nimi uprzejmie rozmawiał, gdy nadszedł orszak dzieci, strojnych we wieńce, grających na fletach i innych instrumentach; otoczywszy Jezusa w koło, zabrały Go na ucztę. Stół przystrojony był bukietami i ozdobnymi naczyniami; wyższy był niż zwyczajnie w Judei, a biesiadnicy leżeli przy stole gęściej i nie tak wyciągnięci. Przed jedzeniem myto sobie ręce.
Między wielu innymi potrawami było także jagnię. Jezus rozebrał je na części, a kładąc po kawałku na okrągłe placki, rozdawał wszystkim. Jagnię było już w kuchni pokrajane, ale na półmisku złożono je znowu tak, że na pozór wyglądało całe. Podczas uczty pojawiły się znowu dzieci grające na różnych instrumentach; niektóre z tych dzieci były niewidome, lub innym jakimś kalectwem dotknięte. Za nimi szedł orszak strojnych dziewczynek od ośmiu do dziesięciu lat, a między nimi były i córki, czy wnuczki gospodarza. Wszystkie ubrane były w białe, delikatne, nieco błyskotliwe sukienki. Ubranie to nie było jednak tak obszerne, jak zwykle noszą w Judei. Włosy długie zwieszały się w trzech pasmach; spodem były spięte, a zakończone lokiem, albo jakim stroikiem, na którym przewieszone były różne małe ozdóbki, perły, lub czerwone owoce; a miało to ten cel, aby ich kędzierzawe, czarne i rude włosy zbytecznie się nie rozwiewały. Kilka dziewczynek niosło wielką koronę z wieńców i różnych ozdóbek. Mocne pierścienie metalowe łączyły ją w całość i zapobiegały temu, by się nie zginała. Od górnego szerokiego pierścienia szły pręty w górę, łącząc się z długą koroną, zakończoną trzęsącym się bukietem, czy też chorągiewką. Kwiaty te w koronie nie były pewnie prawdziwe, a przynajmniej nie wszystkie; niejeden bowiem wyglądał jakby zrobiony z jedwabiu, wełny, piór, lub innej jakiejś jaskrawej materii. Korona wspierała się na słupkach, podobnież przystrojonych. Przystąpiwszy ku Jezusowi, ustawiły ją dziewczynki nad Jego siedzeniem, jakby baldachim; inne niosły korzenie i wonności w czarach i alabastrowych dzbanuszkach, stawiając to przed Nim. Córka zaś gospodarza wylała flaszeczkę takich wonności na głowę Jezusa i chustką otarła lekko włosy, poczym cały orszak wyszedł ze sali. Dziewczęta robiły to wszystko spokojnie, nic nie mówiąc, ze spuszczonymi oczkami, nie patrząc na biesiadników. Jezus przyjął mile tę oznakę czci, podziękował kilku uprzejmymi, cichymi słowami, poczym dzieci, nie podnosząc oczu, wróciły do komnat niewieścich. Tu zastawiona była wspólna uczta dla niewiast.
Jezus niedługo siedział z uczniami przy stole. Najpierw wciąż posyłał uczniów, czyniących posługę przy stołach, z potrawami i napojami do stołów, zastawionych dla ubogich, potem sam wstał, chodził od stołu do stołu, rozdzielał potrawy, nauczał i opowiadał. Po nauce wyszedł Jezus z uczniami w towarzystwie naczelnika i kilku nauczycieli od strony północnej ku wodociągom. W mieście niema dobrej wody do picia, by temu więc zaradzić, wybudowano zadziwiające ogromem wodociągi; wyglądały one jak wielkie mosty, na których w pewnych odstępach stały wielkie zbiorniki, rodzaj cystern. Każda część miasta miała własną stację wodną i własne koryta. W jednym miejscu trzeba było wodę pompować, w drugim tylko czerpać. Żydzi mieli osobne zbiorniki. Teraz skarżyli się przed Jezusem, że wodociągi nie zaradzają złemu, bo woda mimo to nie jest dobra, a i takiej nieraz brak; prosili Go bardzo, by na to jakimś sposobem poradził. Jezus rozmawiał z nimi także o nowym zbiorniku, który właśnie budowano, i objawił życzenie, że chce tu chrzcić, radził im zatem, jak ma być urządzonym. Następnie udano się do synagogi, bo zachodził już szabat. Synagoga, nadzwyczaj obszerna i piękna, oświecona była rzęsiście lampami. Z zewnątrz biegły w koło tarasu a na górę wiodły schody. Z góry więc można było wygodnie patrzeć wewnątrz synagogi i słuchać nauki. Ludzi było pełno. Galerię zewnętrzną na górze zajęli poganie, ale i na dole natłoczyło się ich dosyć i stali w budującej zgodzie, zmieszani z Żydami.
W synagodze czytano z trzeciej księgi Mojżesza o ofiarach i różnych prawach i z proroka Ezechiela. Najpierw czytali nauczyciele po kolei, a potem Jezus objaśniał każdy ustęp, a nauczał tak pięknie, że wszyscy głęboko byli wzruszeni. Mówił też o Swoim posłannictwie i rychłym jego wypełnieniu. Ludzie tutejsi uważali Go za proroka, owszem, myśleli, że musi być kimś większym, a przynajmniej tym, który ma poprzedzać Mesjasza. Na to objaśniał im Jezus, że tym przesłańcem był Jan, wyliczał im wszystkie znaki mesjańskie, po których powinni poznać Mesjasza, wyraźnie jednak nie wskazał, że On sam nim jest. Mimo to zrozumieli Go słuchacze, więc tym większą czcią i bojaźnią świętą przejęli się ku Niemu. Po nauce był Jezus jeszcze z uczniami u naczelnika, poczym wrócili do swoich mieszkań. W ogóle przyjmowano tu wszędzie Jezusa z oznakami najżywszej miłości. Wszyscy cisnęli się do Niego, starano się uczcić Go na wszelki sposób. Mieszkańcy nie dzielili się też na sekty i żyli z sobą w zgodzie. Wiele domów zwiedzał Jezus sam i uzdrawiał chorych. Poganie i Żydzi żyją tu w poufałych wzajemnych stosunkach, tylko że mieszkają na osobnych ulicach. Żydzi mają dwie ulice, przeznaczone dla siebie. Dom synów Cyrynusa jest to wielki czworoboczny budynek; oni sami zajmują się handlem i posiadają kilka okrętów. Styl w budowlach jest tu nieco odmienny; wszędzie piętrzą się wieżyczki spiczaste, wszędzie widać misterne kraty na drzwiach i oknach, a ściany są prawie przeładowane ozdobami. Zaraz po przybyciu złożono Jezusowi i uczniom różne podarunki, nowe sandały i suknie. Jezus nosił je, dopóki nie wytrzepano i nie wyczyszczono Jego własnych, poczym rozdał to ubogim. W szabat rano nauczał Jezus znowu 3 do 4 godziny w synagodze; mówił o czasie łaski i spełnieniu się proroctw, a słowa Jego były tak porywające, że wielu słuchaczów pobudziły do płaczu. Napominał także do pokuty i chrztu.
Po nauce poszedł Jezus z uczniami w towarzystwie nauczycieli do domu Cyrynusa, gdzie zaproszono ich w gościnę. Dom ten leżał na granicy między pogańską a żydowską dzielnicą. Salamis ma osiem ulic, a z tego, dwie żydowskie. Jezus i towarzysze Jego nie poszli ulicą żydowską, lecz drogą między dzielnicą pogańską a żydowską, biegnącą na tyłach domu pod wielkie bramy miejskie. W bramach stali gromadkami poganie obojga płci z dziećmi. Słyszeli oni naukę Jezusa w szkole, a teraz, wiedząc, że będzie tędy przechodził, zebrali się tu wraz z swymi rodzinami. Gdy Jezus przechodził, witali Go z oddalenia z wielką czcią, a zarazem z pewnym lękiem. Na końcu ulicy stał na wpół wpuszczony w mur pogańskiej dzielnicy wielki dom Cyrynusa, a przy nim w dziedzińcach mniejsze budynki gospodarcze. Dom było już widać z daleka, lecz zanim się doń zbliżyli, wyszła naprzeciw na powitanie Jezusa, żona Cyrynusa z córkami i służbą. Cyrynus miał pięć córek, siostrzenice i inne krewne. Wszystkie dzieci jego wzięły ze sobą podarunki, więc teraz oddawszy Panu głęboki pokłon, złożyły je na rozesłanym u Jego nóg kobiercu. Były między nimi różne osobliwe rzeczy, o różnych kształtach, jak np. bursztyn, drzewka koralowe, ustawione na postumencie, itp. Zdawało się, jak gdyby każde z nich chciało oddać to, co miało najmilszego, a czego już nie mogli oddać samemu Jezusowi, tym przynajmniej obdzielali Jego towarzyszów.
Dom Cyrynusa, to bardzo obszerny budynek, zbudowany w stylu pogańskim; schody umieszczone były z zewnątrz. Na płaskim dachu był prawdziwy uroczy ogródek, tyle tam było roślin zasadzonych w wazonikach, a cały dom był odświętnie przystrojony. Stół, wyższy niż zwyczajnie, nakryty był czerwonym płótnem, a na to błyszczącym plecionym nakryciem z jedwabiu, czy też z delikatnej plecionki słomianej. Łoża koło stołu były także więcej pogańskie, nie tak długie. Oprócz uczniów brało udział w biesiadzie około 20 mężów. Niewiasty jadły osobno. Po uczcie odbyli wszyscy zwykłą przechadzkę szabatową ku wodociągom. Stąd kazał się Jezus nowemu uczniowi Jonaszowi zaprowadzić do domu ojca jego. Dom ten leżał na ustroniu wśród ogrodów poza dzielnicą żydowską. Podobny był do wielkiej zagrody włościańskiej a w wewnętrznym rozkładzie miał coś klasztornego. Ojciec Jonasza był Esseńczykiem. Przy nim mieszkało w osobnych komnatach kilka starszych niewiast, owdowiałych jego krewnych, siostrzenic, czy też córek.
Ubierały się one nieco inaczej niż inne niewiasty i miały białe zasłony. Starzec wyszedł naprzeciw Jezusa, prowadzony przez dzieci, i przyjął Go z dziecinną radością i pokorą. Sam nie wiedział, co Jezusowi ofiarować, bo skarbów nie posiadał żadnych, więc wskazując na siebie, syna i córki, rzekł: „Panie! Wszystko, co mamy, to jest nas samych, oddajemy Tobie; najdroższy mój skarb, mój syn, jest Twoim." Przed rozstaniem zaprosił Jezusa i uczniów na następny dzień na ucztę. Stąd wrócił Jezus znowu do wodociągu, by porozumieć się z kierownikami co do urządzenia chrzcielnicy, bo nie było jeszcze nad nią dachu, i woda nie była jeszcze doprowadzona. Wodę trzeba było dopiero wyprosić, lub też odkupywać od pogan i sprowadzać z wodociągu, biegnącego równiną na wysokość jednego piętra, mającego po obu stronach zbiorniki. Woda dopływała doń z gór od zachodu. Nowa chrzcielnica zbudowana była w wielokąt. Schodziło się do niej po stopniach. W koło były nieckowe wydrążenia, które za pociśnięciem kurka napełniały się wodą. Całość otoczona była wałem. W pobliżu był piękny plac do nauczania, ocieniony rozpiętym płótnem namiotowym. Widziałam zgromadzonych wielu Żydów i pogan, a Jezus oznajmił im, że jutro będzie miał naukę dla tych, którzy mają zamiar chrzest przyjąć. Podczas rozmowy wspominali Żydzi często o Eliaszu i Elizeuszu, bo ci prorocy niegdyś w tych stronach bawili. Na drogę, którą Jezus wracał, wyszły licznie żydówki z dziećmi: Jezus często się przy nich zatrzymywał, brał dzieci do Siebie i błogosławił. W pewnym oddaleniu stały z dziewczynkami i chłopczykami poganki, nauczycielki, czy też matki w żółtych zasłonach na twarzy. Jezus udzielał im z daleka błogosławieństwa. Na zakończenie szabatu nauczał Jezus znowu w synagodze o ofiarach z trzeciej księgi Mojżesza i z proroka Ezechiela. Przemawiał z nadzwyczajną mocą i słodyczą, tłumacząc, jako teraz wypełniło się znaczenie praw Mojżesza. Mówił o ofierze czystego serca, o konieczności oczyszczenia duszy i złożenia swych namiętności w ofierze, bez czego i tysiąc ofiar materialnych nie przyniesie żadnego pożytku. Nie usuwał jednak żadnego prawa Zakonu, jakoby chciał co odrzucać, lecz tylko wysnuwał wyższe jego znaczenie i przez wyjaśnienie treści prawdziwej wykazywał piękność tych praw i wpajał poszanowanie dla nich. Zarazem przygotowywał do chrztu i wzywał do pokuty, przypominając, że zbliża się już czas. Słowa Jezusa, ton Jego głosu, robiły wrażenie żywych, wnikających głęboko promieni. Mówił nadzwyczaj spokojnie a z mocą, nigdy nie mówił zbyt żywo, chyba gdy przemawiał do Faryzeuszów; wtedy głos Jego stawał się surowszym, a słowa padały jako ostre strzały. Głos Jezusa jest to melodyjny, czysty, dźwięczny tenor, jak nie znajdziesz drugiego. Wśród największej wrzawy słychać Go wyraźnie, chociaż mówi spokojnie, nie siląc się.
Lekcje i modlitwy wygłaszano w synagogach głosem śpiewnym, na sposób śpiewów chórowych, lub Mszy u Chrześcijan. Czasem dzielili się zebrani Żydzi na działy i śpiewali na przemian. Lekcje czytywał Jezus podobnie.
Gdy Jezus skończył naukę, zaczął jeszcze przemawiać do zgromadzonych pewien stary, bogobojny nauczyciel. Był to chudy starzec z długą siwą brodą, z twarzy jego przebijała uprzejmość i pobożność. Nie pochodził z Salamis; był ubogim, wędrownym nauczycielem i jako taki zwiedzał wszystkie miejscowości wyspy, odwiedzał chorych, pocieszał więźniów, zbierał składki na ubogich, nauczał prostaczków i dzieci, pocieszał wdowy, w synagogach miewał nauki. Obecnie, jakby natchniony Duchem św., dał w owej mowie zebranemu tłumowi świadectwo o Jezusie, jak to jeszcze żaden z rabinów publicznie nie uczynił. Wyliczał im po kolei wszystkie dobrodziejstwa, wyświadczone przez Boga wszechmogącego ich ojcom i im samym, i wzywał ich do podzięki za to, że Bóg pozwolił im dożyć przybycia takiego proroka i nauczyciela i że Ten okazał im tak wielkie miłosierdzie, przychodząc tu do nich poza obręb Ziemi obiecanej. Wspominał o miłosierdziu Bożym, okazywanym dla ich pokolenia (pochodzili z pokolenia Issachara), wzywał ich do pokuty i nawrócenia się, obiecując, że Bóg nie będzie już tak surowym, jak wtedy, gdy pobił sprawców i czcicieli złotego cielca. Nie pamiętam już, w jakim związku pozostawali z tym tutejsi mieszkańcy; zapewne wielu z pokolenia Issachar także do czcicieli złotego cielca należało. Mówił też ślicznie o Jezusie, że uważa Go za coś więcej, niż za zwykłego proroka, że jednak nie śmie powiedzieć, kim On jest, że zbliża się spełnienie obietnicy, więc wszyscy powinni mienić się szczęśliwymi, że słyszą nauki z takich ust, że doczekali się pociechy i nadziei Izraela. W tłumie spowodowały te słowa wielkie wzruszenie. Wielu płakało z radości. Jezus tymczasem stał spokojnie na boku w pośrodku uczniów. Potem udał się Jezus z uczniami do domu naczelnika. Rozmowa toczyła się żywo. Zebrani przytaczali słowa proroków, przepowiadające prześladowania i męki Mesjasza, i wyrażali nadzieję, że przecież na Jezusie to się nie spełni. Zapytywali Go, czy On jest przesłańcem Mesjasza, lecz Jezus wskazał im jako takiego, Jana. Do życzenia ich, by został u nich, nie przychylił się Jezus. Jeden z obecnych, który był w Palestynie, zwrócił rozmowę na nienawiść Faryzeuszów ku Jezusowi i ostro za to przeciw nim powstawał. Jezus jednak zganił mu tę surowość i starał się nawet ich uniewinnić. Nazajutrz przygotowywał Jezus do chrztu w szpitalu i przy nowej chrzcielnicy. W szpitalu spowiadało się wielu przed Nim na odosobnionym miejscu. Tu również kazał Jezus przysposobić w miskach wodę do chrztu, w której uczniowie chrzcili później chorych. Na wolnym placu koło chrzcielnicy zebrał się liczny tłum ludzi, między tymi wielu pogan. Mieszkańcy okoliczni zebrali się tu już w nocy. Przed chrztem nauczał Jezus
pod namiotem o Swym posłannictwie, o pokucie, o chrzcie i objaśniał „Ojcze nasz."

Jezus zaproszony w gościnę do miejscowego rzymskiego starosty

Podczas nauki zbliżył się do starszych żydowskich jakiś poganin, żołnierz, czy też sługa sądowy i oznajmił im, że rzymski starosta z Salamis chce pomówić z nowym nauczycielem i zaprasza Go w tym celu do siebie. Mówił to ów żołnierz z pewną surowością i wyrzutem, jak gdyby brał im to za złe, że zaraz nie przyprowadzili Jezusa do jego pana. Podczas przerwy w nauce kazali starsi oznajmić o tym przez uczniów Jezusowi, a Ten obiecał przyjść, tymczasem zaś nauczał dalej. Po nauce dopiero poszedł z uczniami i naczelnikiem za posłańcem starosty. Szli pół godziny tą samą drogą, którą Jezus szedł tu z portu, aż stanęli przed główną bramą miasta, którą stanowił piękny łuk, wsparty na kolumnach. Gdy przechodzili obok budowli i ogrodów, spoglądali poganie i robotnicy ciekawie za Jezusem, inni przeciwnie za Jego zbliżeniem chowali się trwożliwie za zarośla i mury. Stanąwszy w mieście, skierowali swe kroki ku wielkiemu wolnemu placowi. Tłumy ludzi stały na galeriach przysionków, za kratami i w bramach. Na rogach ulic, lub pod łukami stały poganki z dziećmi zawsze po trzy, jedna za drugą. Zasłoniwszy twarz, kłaniały się niewiasty Jezusowi. Tu i ówdzie przystępowały do Niego dzieci, a nawet kobiety i składały tak Panu, jak Jego towarzyszom drobne podarunki, a to pęki korzeni, małe puszki z wonnym olejkiem, brunatne ciastka i pachnące figurki gwiazd, lub innych przedmiotów.
Zapewne był to zwyczaj w tym kraju, w ten sposób okazywać komuś cześć i radość z jego przybycia. Jezus zatrzymywał się w takich razach chwilę, spoglądał poważnie na poczciwych ludzi i udzielał błogosławieństwa, nie dotykając się ich jednak. Tu i ówdzie stały posągi bóstw. Te jednak nie były, jak w Grecji lub Rzymie, wizerunkami w ludzkiej postaci, lecz były to, podobnie jak w Tyrze, Sydonie i Joppe, figury o dziwacznych kształtach, przystrojone w skrzydła, lub łuki. Niektóre wyglądały jak lalki w sukienkach. Im dalej szedł Jezus w miasto, tym więcej ludzi przyłączało się do Niego, a gdy już stanął na placu, tłumy zaczęły napływać ze wszystkich stron. Na środku tego placu jest piękna studnia, do której się po stopniach schodzi w dół do cysterny, z której środka wytryska woda. Nad studnią wznosi się dach na kolumnach, a w koło biegną otwarte galerie, obsadzone drzewkami i kwiatami. Wchód do studni jest zwykle zamknięty. Woda tu jest najlepsza, i ma posiadać własności lecznicze, więc też tylko mieszkańcy, mający pewien rodzaj pierwszeństwa w mieście, otrzymują ją w szczupłej ilości. Naprzeciw studni wznosi się pałac starosty, otoczony krużgankami. Obecnie siedział on na kamiennym siedzeniu na wystającym otwartym tarasie pod kolumnadą, z wyglądu, człowiek wojenny. Ubrany był w obcisłą białą suknię, mającą rzadkie, czerwone pasy. Tunika sięgała aż do bioder zakończona rzemykami, czy też frędzlami. Nogi były osznurowane. Na tunice miał krótki, czerwony płaszcz, a na głowie kapelusz, podobny kształtem do golarskiej miednicy. Był to mąż silny, krępy, z krótką, kędzierzawą, czarną brodą. Za nim i na stopniach trasu stali rzymscy żołnierze.
Starosta powitał Jezusa ze czcią, zadziwiającą samych nawet pogan. Zeszedł naprzeciw Niemu z tarasu, ujął Go za rękę przez chustę, którą miał w ręku, uścisnął drugą ręką, w której trzymał koniec chusty, kłaniając się przy tym. Potem wprowadził Go na taras i tu zaczął Mu uprzejmie stawiać różne ciekawe pytania: „Słyszałem o Tobie — mówił — że jesteś mądrym nauczycielem. Ja szanuję zakon Żydów. Podobno działasz wielkie cuda; czy też wszystkie pogłoski o Twych czynach są prawdziwe? Kto Ci dał taką moc? Czy Ty może jesteś obiecanym pocieszycielem i Mesjaszem Żydów? Żydzi oczekują jako Mesjasza, króla; czy Ty jesteś tym królem? W takim razie jaką mocą chcesz objąć to królestwo? Czy masz gdzie swoje wojska? Czy może tu na Cyprze chcesz zebrać armię pośród Żydów? Czy długi jeszcze czas minie, zanim ukażesz się w całej Swej potędze?" Te i tym podobne pytania stawiał starosta, a czynił to z ujmującą powagą, z wyraźnym wzruszeniem i czcią do Jezusa. Jezus odpowiadał mu na nie ogólnikowo, niejasno, sposobem używanym zwyczajnie, gdy przemawiał do władz, np. „Tyś powiedział! — Tak sądzą. — Czas obietnicy spełnia się. Tak mówili prorocy!" Na pytanie, tyczące się Jego królestwa i wojska, odrzekł: Królestwo moje nie jest z tego świata. Królowie świata potrzebują wojowników; Ja zaś zbieram dusze ludzkie do królestwa Ojca wszechmocnego, Stworzyciela Nieba i ziemi." I dalej tak mówił Jezus mądrymi słowy różne pouczające rzeczy, a starosta zdumiony był wzniosłością, bijącą ze słów Jego i z całej Jego osoby. Potem zaprosił starosta Jezusa i uczniów na plac koło studni, gdzie przedtem kazał zastawić posiłek na kamiennej ławce, okrytej kobiercem. Obejrzawszy studnię, zabrano się do jedzenia. Placki maczano przed spożyciem w brunatnym sosie, stojącym obficie w czarkach takiejże barwy. Na długich na ramię, a kilka cali grubych prętach zastawiono były cukry i sery, dalej owoce i pieczywa, naśladujące kształtem gwiazdy, lub kwiaty. W innych znów dzbanuszkach z barwnej masy, podobnych zupełnie do stągwi w Kanie, tylko o wiele mniejszych, była woda ze studni. Podczas gdy inni się posilali, mówił starosta z widoczną niechęcią o gwałcie, spełnionym przez Piłata w świątyni, o zawaleniu się wodociągu koło Silo i w ogóle ganił surowo sposób postępowania Piłata. Posiliwszy się, rozmawiał Jezus ze starostą, a że stali przy studni, więc zaczął rozmowę o rozmaitych źródłach, mętnych i przejrzystych, gorzkich, słonych i słodkich, jako też o wielkiej różnicy ich działania i jak się źródła cembruje w studnie i rozdziela; z tego wątku zeszedł zaraz na naukę Żydów i pogan, mówił o wodzie chrztu, o odrodzeniu się człowieka przez pokutę i wiarę, przez które stają się wszyscy dziećmi Bożymi. Przedziwna ta nauka miała nieco podobieństwa z rozmową Jezusa z Samarytanką przy studni. Słowa Jego zrobiły na staroście tym większe wrażenie, bo już i tak przychylny był bardzo Żydom i wielokroć już pragnął Jezusa słyszeć. Gdy Jezus wracał od starosty do domu, pozdrawiali Go poganie z większą jeszcze czcią niż przedtem, zachęceni do tego zachowaniem się starosty względem Niego.
Żydzi żyją tu z poganami dosyć przyjaźnie. Rozsądniejsi Żydzi, a szczególnie stronnicy Jezusa, przyjmowali bez obawy od znakomitych pogan, tak tu jak i w Palestynie, nawet pokarmy i napoje, ale tylko w osobnych naczyniach.
Wszędzie rosną tu obficie kwiaty; ale prócz tego wyrabiają tutejsi mieszkańcy bardzo zręcznie sztuczne kwiaty z barwnej wełny, jedwabiu, lub piór. Dzieci pogańskie, które Jezus błogosławi, przystrojone były przeważnie takimi kwiatami. Tak dziewczątka, jak chłopcy, mieli krótkie wiotkie sukienki. Malutkie jako też i biedne dzieci miały tylko w pasie przepaski. Zamożniejsze dziewczątka nosiły lekkie, żółtawe płaszczyki, naszyte gęsto takimi barwnymi kwiatami z wełny. Piersi i plecy owinięte były na krzyż kawałkiem cienkiego płótna. Ramiona i głowa przystrojone były wiankami ze sztucznych kwiatów z wełny. Muszą tu zapewne uprawiać i jedwab, widziałam bowiem wzdłuż murów pielęgnowane starannie drzewa morwowe, a na nich pełno gąsienic jedwabników oprzędzających się w poczwarki.

Jezus w domu ojca ucznia Jonasza. Nauka przy chrzcielnicy

Z uczniami tylko i z kilku nauczycielami udał się Jezus do domu Esseńczyka, ojca ucznia Jonasza. Według zwyczaju umyto Mu zaraz nogi.
Gospodarstwo tutejsze było więcej wiejskie i pojedyncze, niż to, gdzie pierwej Go przyjmowano, a na nim gospodarowała dość liczna rodzina Esseńczyków, z tych, co to wstępowali w związki małżeńskie, ale żyli pobożnie, pojedynczo i bardzo wstrzemięźliwie. Niewiasty były to wdowy z dorosłymi już dziećmi, córki starca, wspólnie z nim żyjące. Uczeń, Jonasz, urodził się później od nich, a matka wydając go na świat, umarła. Jako jedynaka, kochał go ojciec tym więcej, i w wielkiej był trosce o niego, gdy wyjechawszy, nie wracał przez rok cały. Miał go już nawet za straconego, gdy wtem otrzymał wiadomość o nim przez Cyrynusa, którego synowie widzieli Jonasza na świętach w Jerozolimie i w Dabrat koło Taboru. Jak to było zwyczajem u młodzieńców, wybrał się był młody Jonasz w podróż; zwiedził osobliwości świętych miejsc, był w Judei u Esseńczyków, odwiedził grób Jakóba koło Hebron i grób Racheli między Jerozolimą a Betlejem. Grób ten leżał wtedy jeszcze przy drodze, teraz jest nieco na boku. Dalej zwiedził Jonasz wszystkie osobliwości Betlejem, był na górach Karmel i Tabor. Usłyszawszy o Jezusie, wyszedł na Jego naukę na górze, zanim Jezus wyruszył do kraju Gergezeńczyków. Potem po świętach wielkanocnych poszedł z Dabrat z synami Cyrynusa na ostatnią naukę Jezusa koło Gabary, tu przyjęty został na ucznia i stąd obecnie razem z Jezusem przyszedł do domu, ku wielkiej uciesze ojca. Ucztę zastawiono w ogrodzie zdobnym w długie, gęste szpalery. Stół zastępowała wysoka darnina, nakryta obrusem. Siedzenia były także z darniny, okryto matami. Skromna uczta składała się z placków, polewki, ziela, baraniny, owoców i wina, podanego w małych kubkach. Niewiasty jadły osobno, ale nie stroniły tak bardzo od mężczyzn, jak zwyczajnie; w zasłonach na twarzy wnosiły biesiadnikom potrawy, a potem, siedząc w pewnym oddaleniu, słuchały słów Jezusa. Po obu stronach ogrodu stały rzędem altany z gęstego zielonego krzewu. Zdaje mi się, że jest tu żydowski ogród modlitwy. Esseńczycy ci stanowią małą gminę; żyją z uprawy roli i hodowli bydła, prócz tego trudnią się tkactwem i przędzeniem.
Stąd poszedł Jezus z uczniami do nowej chrzcielnicy; w nauce pokutnej przygotował wielu żydów do chrztu i pobłogosławił wodę. Dokoła studni, znajdującej się w środku, było kilka nieckowatych cystern równo z ziemią, te zaś otoczone były płytkimi rowami, w których stawali przyjmujący chrzest. Rowy te napełniały się wodą za otworzeniem, czy też pociśnięciem kurka u studni. Na kraju cysterny stał chrzciciel i polewał wodą głowy schylonych nad cysterną; z tylu stali rodzice chrzestni: Barnabas, Jakób i Azor. Przed chrztem wziął Jezus płaskie, skórzane naczynie, przyniesione z Judei, wylał z niego w cysterny trochę wody Jordanu z miejsca, gdzie On sam chrzest przyjął, i tak zmieszaną wodę pobłogosławił. Po chrzcie przelano wszystką wodę z rowów i cystern na powrót do studni, ostatki wymaczano chustką i wyciśnięto ją także do studni. Przyjmujący chrzest ubrani byli w białe płaszczyki, okrywające górną część ciała. Po chrzcie widziałam Jezusa, idącego drogą ku zachodowi, wiodącą między ogrodami i murami. Tu czekało na Niego wielu pogan, przez Cyryna przygotowanych i ci prosili o chrzest. Jezus brał ich po jednym na stronę i przygotowywał do chrztu, poczym Barnabasz około 30 z nich ochrzcił w budynkach ogrodowych, gdzie już przedtem kazali poganie nanieść wody do naczyń kąpielowych. Wodę błogosławił sam Jezus. Oprócz dwóch ulic żydowskich w mieście, jest koło Salamis całe miasto żydowskie. Po jednej stronie Salamis stoi nadzwyczaj gruba, okrągła wieża, przystrojona w różne kapitele, a wyglądająca, niby osobna twierdza. W mieście jest wiele świątyń, a szczególnie jedna jest nadzwyczaj obszerna. Na jej wierzch można wyjść i z zewnątrz i z wewnątrz. Wewnątrz stoją rzędem kolumny, niektóre tak grube, że mieszczą się w nich izby i schody, po których można wejść na górę. O kilka godzin drogi od Salamis widzę jeszcze jedno dość znaczne miasto.
Na zachód od miasta widziałam dziś jakąś obcą karawanę, rozłożoną obozem w namiotach. Musieli przyjść z jakiejś innej części wyspy; z początku sądziłam, że to karawana rzymska. Ludzie ci mieli także żony przy sobie. Za zwierzęta juczne służyły im grube woły o rozłożystych rogach i łbach pochylonych, odznaczające się wolnym chodem. Ciężary umieszczali na noszach poprzecznych, opartych na grzbietach dwóch wołów. Jak sądzę, przybyli oni tu z okazji żniwa, by wymieniać swe towary za zboże. Nazajutrz miał Jezus wielką naukę na placu koło chrzcielnicy, wobec pogan i Żydów. Nauczał o żniwie, o pomnożeniu się zboża, o niewdzięczności ludzi, którzy największe cuda Boże tak obojętnie przyjmują, a za tę niewdzięczność, podobnie jak słoma i chwasty, wrzuceni będą w ogień. Mówił dalej, jak to z jednego ziarnka całe żniwo się zbiera i jak to podobnie wszystko pochodzi od jednego wszechmocnego Boga, Stworzyciela Nieba i ziemi, ojca wszystkich ludzi, ich żywiciela, który za dobre wynagrodzi, a za złe karać będzie. Karcił ich, że zamiast zwrócić się do Boga Ojca, czczą martwe bałwany, że obojętnie przechodzą obok cudownych dzieł Bożych, ale czczą błyskotliwe a pełne nicości dzieła ludzkie, że z podziwem patrzą na każdego kuglarza i czarodzieja, a nawet cześć im oddają. — W końcu mówił o bożkach pogańskich, jakie są o nich zdania, jaka to ich cześć, jakie zamieszanie we wszystkim, jak ohydne rzeczy oni sami o tych bogach opowiadają. Wymieniając poszczególnych bogów, stawiał pytania i odpowiadał sam na nie; np. „Kto jest ten? Kto jest ów? A kto ojciec jego." Tak wykazywał, jakie zamieszanie panuje w całej tej nauce o bóstwie i jak ohydne są te bóstwa według ich własnych słów, co raczej przystoi królestwu tego, który jest „ojcem kłamstwa," ale co nie może istnieć w królestwie Bożym. Wymieniał wreszcie różne sprzeczne nieraz sobie znaczenia różnych bóstw i tłumaczył niedorzeczność takiej wiary. Pomimo, iż Jezus ostro i surowo nauczał, potrafił jednakowoż tę naukę tak uprzyjemnić i wzbudzić podniosłe myśli w słuchaczach, że nikt się na to nie oburzył. W ogóle był tu dla pogan o wiele względniejszy niż w Palestynie, Mówił także o powołaniu pogan do królestwa Bożego, dodając, że wielu obcych ze wschodu i zachodu zajmie miejsca dzieci domu, które odpychają od siebie zbawienie. Podczas przerwy w nauce posilał się Jezus, a lud omawiał między sobą słyszane słowa. Wtedy to zbliżyło się do Jezusa kilku pogańskich filozofów, prosząc Go o wytłumaczenie kilku niezrozumianych miejsc, a zarazem o objaśnienie tego, co według podania miał mówić ich przodkom Eliasz, niegdyś tu bawiący. Jezus udzielił im chętnie objaśnienia, a potem nauczał dalej o chrzcie i o modlitwie, a to odnośnie do wyproszenia pomyślnego, żniwa i chleba codziennego. Wielu pogan wzruszyły słowa Jezusa zbawiennie i skłoniły ich do skutecznego rozmyślania nad tym; innym nie przypadło to do gustu, to też wkrótce zabrali się do domu.
Widziałam znowu bardzo wielu Żydów, przy chrzcielnicy przyjmujących chrzest. Jezus błogosławił wodę. Przyjmujący chrzest stawali po trzech koło cysterny; woda w rowach sięgała im aż po łydki.

Jezus idzie do miasta żydowskiego

O pół godziny drogi na północ leżało oddzielnie miasto, zamieszkane przez Żydów. Tam to udał się Jezus z uczniami i kilku nauczycielami. Za Nim poszła przeważna część dotychczasowych słuchaczy, więc po drodze nauczał Jezus to tę, to ową gromadkę. Droga wznosiła się często w górę, pozostawiając niżej łąki i ogrody. Przy drodze stały to rzędami, to pojedynczo, wysokie, grube drzewa, na które można było wygodnie wleźć i siedzieć w cieniu jak w altanie. W koło widać było okoliczne wsie i łany bujnej, złotej pszenicy. Miejscami biegła droga po szerokim, nagim gruncie skalistym. W skałach wykute były celki, stanowiące schroniska robotników polnych. Przed dzielnicą żydowską stała piękna gospoda z piękną werandą. Tu za-trzymał się Jezus z uczniami, wyprawiwszy do domu odprowadzających Go. Uczniowie umyli Jezusowi i sobie nawzajem nogi, rozpasali suknie i poszli za Nim do miasta. W pobliżu po jednej stronie gościńca wzdłuż miasta stały rzędem lekkie budynki, podobne do szop, w których wielka ilość żydówek, niewiast i służebnych, zajęta była wybieraniem, porządkowaniem i konserwowaniem owoców. Owoce przynosiły w koszach z ogrodów niewolnice czy też służebne. Było tu pod ostatkiem jagód, jako wielkich i ma-łych owoców dosyć. Oddzielano dobre od złych, to znowu dzielono je na części, niektóre zaś układano na osobnych rusztowaniach w bawełnę. Inne niewiasty zajęte były wyłącznie gręplowaniem i pakowaniem bawełny. Ilekroć zbliżał się drogą jaki mężczyzna, zapuszczały robotnice zasłony na twarze. Szopy po-dzielone były na odrębne oddziały. Zda-je mi się, że tu był publiczny skład owoców; przy składaniu bowiem oddzielano pewien procent na dziesięciny i jałmużny. Ruch panował tu ożywiony; wszystkie robotnice były gorliwie pracą zajęte. Jezus zatrzymał się najpierw z uczniami u rabinów, mieszkających koło synagogi. Najstarszy z nich przyjął Go uprzejmie, ale z chłodem, niemiłe robiącym wrażenie. Powierzchownie tylko pomówił z Nim chwilę o Jego odwiedzinach, o wielkiej Jego sławie itp. Podał także Jezusowi zwyczajny posiłek. Tymczasem jednak rozeszła się już wieść o przybyciu Jezusa i zaraz wielu chorych przyszło prosić Go o pomoc. Jezus udał się zaraz do nich z uczniami i rabinami i uzdrowił wielu chromych i paralityków. Uzdrowieni i ich krewni przyłączyli się do orszaku Jezusa, i idąc za Nim, głośno opiewali Jego chwałę, a zaprzestali dopiero na wyraźny zakaz Jezusa. Na ulicach zastępowały Mu drogę niewiasty z dziećmi; Jezus błogosławił je, a chore uzdrawiał. Na tym zeszło całe popołudnie, a wieczorem udał się Jezus z rabinami na ucztę, wyprawioną z okazji zaczynających się żniw, a zarazem na cześć Jego tu przybycia. Według zwyczaju, chwalonego bardzo przez Jezusa, brali u-dział w uczcie także ubodzy i robotnicy. Tych ostatnich sprowadzano partia-mi z pola i sadzano przy długich sto-łach, podobnych do ław kamiennych. Jezus sam z uczniami obsługiwał ich często, a zarazem pouczał w krótkich przysłowiach i przypowieściach. Nauczyciele żydowscy przybyli także licz-nie na ucztę, jednak wszyscy oni nie byli tak otwarci i tak życzliwi Jezusowi, jak Żydzi w Salamis; w sposobie ich postępowania przebijało się coś faryzeuszowskiego. Rozochociwszy się nie-co, zaczęli robić Jezusowi różne przycinki, mówiąc: „Czy nie mogłeś wygo-dnie siedzieć sobie w Palestynie? Czego właściwie szukasz u nas? Mógłbyś nie wszczynać tu żadnych zamieszek; czy długo zamyślasz tu pozostać?" Potem zaczęli rozbierać poszczególne punkty Jego nauki i przyganiać ciągłym wędrówkom, podobnie jak to czynili Faryzeusze w Jerozolimie. Jezus odpowiadał im, jak zwykle, ostro a trafnie, czasem znów łagodniej, stosując się do ich słów. Mówił, że przybył tu po to, by spełniać uczynki miłosierdzia, jak to jest wolą Ojca Jego niebieskiego. Rozmowa stała się w końcu bardzo żywą i sprowokowała Jezusa do wypowiedzenia ostrego, karzącego kazania, w którym zganił ich obłudę, nie zapomniał jednak z drugiej strony pochwalić ich za łagodne postępowanie z biednymi i inne chwalebne uczynki. Późno już powrócił Jezus z uczniami do domu. Rabini od-prowadzili Go aż do bramy.

Kapłanka pogańska, Merkuria. Pogańscy uczeni

Zaledwie Jezus przybył z uczniami do gospody, przyszedł do Niego jakiś poganin i prosił, by poszedł za nim do ogrodu, oddalonego o parę kroków; mówił, że czeka tam na Niego pewna osoba, która błaga Go o pomoc w wielkim strapieniu. Bez wahania poszedł Jezus za nim i tu, na drodze między murami, ujrzał jakąś pogankę. Kazał więc uczniom się nieco cofnąć, a gdy niewiasta oddała Mu pokłon, zapytał się jej, czego żąda. Niewiasta ta, imieniem Merkuria, była kapłanką, słusznego wzrostu, i mogła liczyć około 25 lat. Bez najmniejszego wykształcenia, pogrążona była w bałwochwalstwie i oddana najhaniebniejszym praktykom. Dopiero widok Jezusa zaniepokoił ją, i napełnił przeczuciem, że źle czyni, prostej jednak, jasno określonej wiary brakło w jej sercu, co też widać było po sposobie, w jaki sama oskarżała się przed Jezusem. „Słyszałam — mówiła — że pomogłeś Magdalenie i niewieście cierpiącej na krwotok, która tylko dotknęła się rąbka Twej szaty. I ja proszę Cię o pomoc, bo nie mogę dłużej pozostać w służbie bogini, poznawszy, że wymogi tej wszetecznej służby nie są zgodne ze sprawiedliwością. Pragnęłabym bardzo, byś mnie uzdrowił i pouczył; ale może nie potrafisz mnie uzdrowić, bo choroba moja nie jest cielesną, jak u owej niewiasty cierpiącej na krwotok. Jestem zamężną i matką trzech dziatek, ale jedno z nich jest nieprawego łoża, o czym mąż mój nie wie. Ze starostą rzymskim pozostaję w ścisłych stosunkach. Byłam tam wczoraj i stałam ukryta za oknem, a gdy się zbliżyłeś, ujrzałam krąg świetlisty, jaśniejący w koło Twej głowy. W tej chwili uczułam jakieś dziwne wewnętrzne wzruszenie. Z początku zdawało mi się, że to miłość ku Tobie wzbudziła się w mym sercu; lecz na tę myśl, tak straszna trwoga mnie zdjęła, że nieprzytomna upadłam na ziemię. Przyszedłszy do przytomności, stawiłam sobie przed oczy cały żywot dotychczasowy, tak niegodziwy i podły, i od tego czasu nie mam chwili spokoju. Dowiadywałam się zaraz o Ciebie i wtedy to dowiedziałam się od Żydów, że uzdrowiłeś Magdalenę i Enue z CezareiFilippa, cierpiącą na krwotok. To dodaje mi odwagi; błagam Cię więc, byś i mnie uzdrowił, jeśli to możliwe." Jezus, chcąc jej dać poznać, że do tego potrzebna jest wiara w Niego, rzekł: „Enue miała prostą, a silną wiarę: nie wybierała długo, ani się namyślała, ufała, że samo dotknięcie się szaty Mojej pomoże jej. I rzeczywiście wiara jej sprawiła to, że zdrowie odzyskała." Nierozsądna niewiasta nie miała najmniejszego pojęcia o istocie i mocy Jezusa. Widać to było z pytania, jakie zadała mu teraz: „A skąd mogłeś wiedzieć, że Enue dotknęła się Twej szaty, i że to jej pomogło?" Mimo to szczerze i z głębi serca błagała Go o pomoc. — Jezus jednak odprawił ją na teraz z niczym, kazał jej tylko wziąć rozbrat z dotychczasowym swawolnym życiem i mieć na myśli przykazanie Boga wszechmocnego: „Nie będziesz cudzołożył!" Następnie przedstawił jej całą ohydę rozpusty, przeciw której wzdraga się sama jej natura w tej nieczystej służbie bożków, i tak trafnie przemawiał do niej poważnymi, a zarazem litościwymi słowy, że odeszła z płaczem, zupełnie skruszona. Niewiasta ta miała na sobie biały płaszcz, z tyłu obszerny, fałdzisty, z przodu nieco opadający, formujący się na głowie w kapuzę. Pod płaszczem miała ubranie również białe z barwnymi brzegami. W ogóle ubierają się poganki w materie miękkie, przylegające i uwydatniające wszystkie kształty.
Nazajutrz chrzcili uczniowie całe rano przy studni, Jezus zaś nauczał i tu i przy wodociągach. Mówił głównie przypowieści o żniwie, nauczał o chlebie powszednim, o mannie, o mającym przyjść chlebie żywota, i o jedynym Bogu. Przechodzili tędy gromadami robotnicy, przydzieleni do żniwa, więc i ich Jezus nauczał. Ludzie, obozujący w pobliżu w namiotach, byli to Żydzi, którzy przybyli wyłącznie do słuchania nauk Jezusa; na zwierzętach jucznych przywieźli oni ze sobą także chorych, i teraz umieścili ich na noszach pod drzewami i namiotami w pobliżu miejsca nauczania. Jezus uzdrowił około dwudziestu chromych i paralityków. Właśnie był Jezus przy wodociągach, gdy zbliżyło się do Niego kilku pogańskich uczonych. Słyszeli oni Jego wczorajszą naukę, a teraz prosili Go o wyjaśnienie niektórych spraw, zaczęli opowiadać o swych bogach, szczególnie o bogini, która wyszła z morza, i o drugiej, posiadającej ciało rybie, zwanej Derketo. Zapytywali dalej, ile jest prawdy w opowiadaniu, krążącym między Żydami o Eliaszu, że tenże widział obłok, występujący z morza, i że to miała być dziewica. Chcieli wiedzieć, gdzie ta chmura opadła, bo z niej miał wyjść Król i Zbawiciel całego świata; według ich zaś obliczeń teraz właśnie ten czas się zbliżał. Do podania tego wmieszali także opowiadanie o gwieździe, którą ich bogini miała spuścić na Tyr, i zapytywali, czy to nie jest właśnie ów obłok. Jeden z nich wspomniał, że chodzą tu pogłoski o jakimś zagorzalcu w Judei, który, korzystając z podania o obłoku Eliasza i obecnego czasu, podaje się za owego króla i zbawcę całego świata. Jezus, nie dając poznać, że to On właśnie jest, odrzekł: „Człowiek ów nie jest fanatykiem i nic fałszywego nie uczy. Wiele na koszt Jego robią plotek nieprawdziwych i ty sam fałszywie jesteś poinformowany. Ale, zaprawdę, nadszedł czas, w którym spełnią się przepowiednie proroków." Ów pytający, był to plotkarz, człowiek zły; nie przeczuwał wcale, że przed sobą właśnie miał tego Jezusa, którego oczerniał, bo tylko ogólnikowo o Nim słyszał. Wszyscy ci uczeni byli to filozofowie, ale jako poganie nie mogli znaleźć samej prawdy, mieli tylko przyćmione przeczucie jej istnienia; z jednej strony wierzyli trochę w owych bogów, to znowu czynili z nich wyobrażenia, dające się wytłumaczyć w sposób naturalny. A nie było i to łatwym, bo tyle było tych bóstw, a tak to było wszystko pomieszane i pogmatwane, że tworzył się prawdziwy zamęt. Do tego chaosu chcieli teraz wciągnąć jeszcze obłok Eliasza i Matkę Bożą, o której jednak nie mieli żadnego pojęcia. Wszak swą boginię Derketo nazywali także królową nieba. Ona — jak mówili — przyniosła na świat rozkosz i mądrość, ona przepowiedziała wszystko i to, że pogrąży się w wodzie, powróci stamtąd jako ryba i wiecznie pozostanie między nimi, co się miało rzeczywiście spełnić itd. Córką jej, poczętą w świętej służbie, miała być Semiramida, mądra, potężna królowa Babilonu. Podczas gdy oni to opowiadali, widziałam cudownym sposobem dokładne dzieje początku i życia tych bogiń tak, jak się rzecz miała w rzeczywistości. To też niecierpliwiłam się i miałam wielką chęć wykazać filozofom, w jak grubym są błędzie. Zadziwiającą wydawała mi się ich głupota, że nie potrafią tego także ocenić; myślałam sobie: „To przecież tak wyraźne, jasne, opowiem im wszystko." Lecz znów przychodziło mi na myśl: „Nie powinnaś wtrącać się do tego, ci uczeni mężowie muszą to przecież lepiej wiedzieć:" W takim udręczeniu pozostawałam przez ciąg całej rozmowy, trwającej kilka godzin. Wysłuchawszy ich, zaczął Jezus objaśniać całą tę zawiłość i głupotę bałwochwalstwa. Opowiedział im prawdziwą historię o stworzeniu Adama Ewy, i ich upadku, dzieje Kaina i Abla, dzieci Noego i budowy wieży babilońskiej i tak mówił dalej: „Po pomieszaniu języków oddzieleni byli źli, wzrastając ciągle w bezbożności. Chcąc przywrócić łączność z Bogiem, od którego odpadli, wymyślili sobie różne bóstwa, ale szatan sprowadził ich na zupełne manowce i bezdroża. Nie jest im też obca zupełnie obietnica o potomku niewiasty, który zetrze głowę węża; przebija ona ze wszystkich waszych obrzędów, pomysłów i podań o bogach, i stąd w podaniach waszych występują figury, mające przynieść zbawienie światu, a przynoszące w rzeczywistości z nieczystego źródła, z którego same pochodzą, tylko większą sumę grzechów i obrzydliwości." Dalej mówił Jezus o wyłączeniu Abrahama, o wychowaniu pokolenia obietnicy, o prowadzeniu, wychowaniu i oczyszczeniu dzieci Izraela, o prorokach, o Eliaszu i jego proroctwach, i o obecnym czasie, jako czasie spełnienia tych proroctw. Mówił tak przekonywająco i z taką mocą, że niektórzy z filozofów zbliżyli się bardzo do poznania prawdy; ci też później uwierzą i nawrócą się. Inni natomiast zaczęli znów wikłać się w dawne niedorzeczności, starając się te mrzonki bez sensu trafnie rozwikłać. Ale i w ich dusze wpadł promyk światła. Jezus udowodnił im, że w odpadłym plemieniu ludzkim, w jego dziejach, pozostał zawsze ślad, mniej więcej wyraźny, zamysłów Boga względem ludzi. Żyjąc w ciemności i zamieszaniu, oddali się poganie różnym dziwolągom i ohydzie bałwochwalstwa, przez które jednak mimo całej tej głupoty przeświecał lekki promyk zagubionej prawdy, a tymczasem Bóg, litując się nad ludźmi, utworzył sobie z tej odrobiny czystych nowy naród, z którego wyjdzie spełnienie obietnicy. Wykazał im Jezus, że teraz nadszedł ten czas łaski; kto się, nawróci, uczyni pokutę i przyjmie chrzest, ten odrodzi się do nowego życia jako dziecię Boże. Zaraz po chrzcie, jeszcze przed tą rozmową z filozofami, odprawił Jezus Barnabę i innych uczniów, a ci poszli do Chytrus, stąd o kilka godzin drogi oddalonego, gdzie mieszka rodzina Barnaby. Przy Sobie zostawił Jezus tylko Jonasza i drugiego ucznia z Dobrat. Z nimi więc szedł na zachód od Salamis i za pół godziny stanął w urodzajnej okolicy, gdzie była osada włościańska, zamieszkana przeważnie przez Żydów, właścicieli pól okolicznych. Mieszkańcy zajęci byli właśnie żniwami. Okolica to przyjemna, inaczej uprawiona niż u nas. Zboże zasiane jest na wysokich a długich wzniesieniach w rodzaju grobel, między niemi zaś w dole są bujne pastwiska, obsadzone drzewami owocowymi, oliwnymi i innymi. Na pastwiskach takich pasie się bydło, jakby w ogrodzeniu i nie może robić szkody. Rosa i woda, spływająca z góry, użyźnia łąki. Widziałam tam mnóstwo pasącego się bydła, a między tym czarne krowy bez rogów, garbate, powolne byki z rozłożystymi rogami, używane jako zwierzęta juczne, mnóstwo osłów, ogromne owce z grubymi ogonami i stada kozłów lub owiec rogatych. Z rzadka rozstawione są domy i zabudowania gospodarcze. W miejscu jest piękna szkoła z publiczną katedrą, a przy niej ustanowiony nauczyciel. Na szabat jednakowoż chodzą wszyscy do synagogi w Salamis, stojącej obok gospody Jezusa.
Droga wiodąca do osady była bardzo przyjemna. Robotnicy z daleka już spostrzegli Jezusa, którego poznali w synagodze i przy chrzcie. Zaraz też częściowo zaprzestawali roboty, odkładali na bok narzędzia, zdejmowali z głowy kawałki kory, noszone dla ochrony przed promieniami słońca, zbiegli z wałów, a zbliżywszy się do Jezusa, oddawali Mu pokłon, a niektórzy rzucali się nawet twarzą na ziemię. Jezus nawzajem pozdrawiał ich i błogosławił, poczym zaraz wracali do roboty. Już i nauczyciela powiadomiono o Jego przybyciu, bo gdy Jezus zbliżył się do szkoły, wyszedł tenże naprzeciw Niemu w otoczeniu innych poważnych mężów i powitał Go mile; zaprowadziwszy Go do pięknej studni, umył Mu nogi, zdjął płaszcz, który zaraz wytrzepano i wyczyszczono, poczym podał Mu zakąskę i napój. Tymczasem nadeszli inni ludzie z Salamis, poczym wszyscy razem poszli w pole. Tu chodził Jezus z jednego miejsca na drugie i nauczał żniwiarzy w krótkich przypowieściach o siewcy, żniwie, oddzielaniu pszenicy i kąkolu, o budowaniu stodół i o wrzucaniu kąkolu w ogień. Robotnicy słuchali gromadkami Jego nauki, poczym podejmowali na powrót przerwaną pracę, a Jezus szedł do innych. Mężczyźni żęli zboże przy pomocy krzywych noży. Źdźbła ucinali na kilka piędzi poniżej kłosa, i podawali stojącym za nimi niewiastom, a te wiązały je, składały w kosze i odnosiły. Za nimi szły ubogie niewiasty, zżynały pozostawione niskie kłosy i zbierały jako swą własność, według starodawnego zwyczaju, u Żydów istniejącego. Niewiasty te ubrane były w krótkie suknie, w pasie owinięte były chustami, w płaszcz zaś, obwiązany w kształcie worka dokoła ciała, wkładały zebrane kłosy. Ramiona miały odsłonięte, piersi i kark okryte chustą, głowę zaś okrytą, lub osłonioną tylko rodzajem parasola z łyka, stosownie do tego czy były już zamężne lub dziewice. Jezus chodził dobre pół godziny po polach i nauczał, poczym powrócił do studni przy szkole. Tu zastawiono na ławie kamiennej dla Niego i uczniów posiłek w rodzaju jakiejś polewki w czarkach, zdaje się że miód, potem potrawę w kształcie długich patyczków, którą się krajało i kładło na chleb, dalej placki, owoce i napitek w małych dzbanuszkach. Studnia, nadzwyczaj piękna, położona była przy wysokiej ścianie, obsadzonej gęsto drzewami, przez co była ocienioną i zawierała zimną wodę. Schodziło się do niej po licznych schodach. Przy szkole mieszkały osobno niewiasty i te, z zasłoniętymi twarzami, wnosiły dania. Jezus objaśniał „Ojczenasz." Wieczorem zebrali się w szkole żniwiarze, a Jezus objaśniał im opowiedziane przypowieści, nauczał o mannie, o chlebie powszednim i chlebie niebieskim. Potem poszedł z nauczycielem i kilku innymi w odwiedziny do chorych, umieszczonych tu przeważnie w osobnych, przybudowanych do domu celkach. Uzdrowiwszy tam sporo chorych na wodną puchlinę i chromych, przybył Jezus do niewiasty, złożonej chorobą na wodną puchlinę. Cela była tak mała, że posłanie chorej całkowicie ją zajmowało. U nóg posłania były drzwi, zwykle otwarte, przez które miała chora widok na ogródek. Dach lekki łatwo można było podnosić, kiedy chora zechciała widzieć sklepienie niebios. Gdy Jezus zbliżył się do chaty, zdjęto dach, a Jezus zapytał: „Niewiasto, czy chcesz znowu być zdrową?" - Ona zaś odrzekła z pokorą: „Niech mi się stanie według woli i rozkazu proroka!" Wtedy rzekł Jezus: „Powstań! wiara twoja pomogła ci!" Chora wstała natychmiast, wyszła z celi i zawołała: „Panie, poznaję teraz Twą moc: wielu bowiem chciało mi pomóc, a nie mogli." Wraz z rodziną podziękowała Jezusowi i wielbiła Pana, a zebrani dziwili się bardzo jej uzdrowieniu. Zaraz potem powrócił Jezus do szkoły. W tym samym czasie chodziła w Salamis grzesznica Merkuria po komnatach domu swego, pełną wewnętrznego niepokoju i żalu. Płakała, załamywała ręce, lub otuliwszy się w zasłonę, siadywała w kącie pokoju. Mąż jej zdający się być głupkowatym, i służebne, uważali ją za obłąkaną. Tymczasem nie obłąkanie, lecz skrucha tak ją przejęła; myśli wciąż tylko nad tym, jakby przerwać wiążące ją tu węzły i dostać się do świętych niewiast w Palestynie. Ot i dziś wzywano ją do świątyni, ale nie poszła, podając za powód chorobę. Ma ona dwie córki, ośmio i dziewięcioleletnią, i chłopca pięcioletniego. Dom jej, położony w pobliżu świątyni, jest to obszerny budynek o grubych murach, w koło otaczają go mieszkania służby, kolumny, tarasy i ogrody. Świątynia sama jest to olbrzymia budowla, pełna kolumnad, izb, mieszkań dla kapłanów i sklepionych sal. Stoi w niej olbrzymi posąg bogini błyszczący od złota; ma on tułów ryby, a głowę z rogami jak krowa: przed nim stoi druga figura, na której barkach wspiera bożyszcze swe krótkie ręce, a raczej płetwy. Cały posąg stoi na wysokim postumencie z otworami, w których palą kadzidło i inne ofiary. Nieraz ofiarują na cześć bogini dzieci, szczególnie kaleki. - Obecny dom Merkurii był później mieszkaniem ojca św. Katarzyny, zwącego się Costa. Tu urodziła się i wychowała Katarzyna. Ojciec jej, rodem z książęcego rodu z Mezopotamii, otrzymał w nagrodę za wyświadczone usługi obszerne posiadłości na Cyprze. Osiedliwszy się tu, pojął w Salamis za żonę córkę tej samej kapłańskiej rodziny, do której należała Merkuria. Już jako dziecko objawiała św. Katarzyna wielką mądrość. Często miewała widzenia duchowe i nimi się kierowała. Widoku bożyszcz nie cierpiała i usuwała je, gdzie tylko mogła; za to też ją raz ojciec uwięził. Miasta nie są tu budowane w ten sposób jak u nas, gdzie dom każdy stoi osobno, jeden przy drugim. Budynki są tu przeważnie bardzo wielkie, opatrzone tarasami i grubymi murami, w których są wykute osobno małe izdebki dla ludzi niższego stanu. Ulice są to nieraz grube, szerokie wały. Wierzch ich, obsadzony drzewami, służy dla komunikacji, podczas gdy na dole, wewnątrz, mieszczą się liczne mieszkania. W mieście Salamis panuje wzorowy porządek. Każda kasta mieszkańców ma swe osobne ulice. Dzieci szkolne przeważnie także widzę na wyznaczonej im ulicy. Osobne znów ulice przeznaczone są dla przechodzenia zwierząt jucznych. Filozofowie mieszkają we własnym wielkim domu z obszernymi dziedzińcami; przechadzają się zwykle na osobnej ulicy; ubrani w płaszcze, idą rzędami po czterech lub pięciu, i zabawiają się rozmową. Idący z domu, idą zawsze po jednej stronie ulicy, a powracający, po drugiej. Ład ten i porządek widać na wszystkich ulicach. Plac ze studnią, na którym starosta rozmawiał z Jezusem, leży na wzniesieniu; z bocznych ulic wchodzi się nań po stopniach. W około prowadzą chodniki z budami. Obok jest rynek, obsadzony rzędami gęstych, piramidalnych drzew, na których umieszczone są altany z wygodnymi siedzeniami. - Do placu tego przytyka pałac starosty.

Jezus naucza w Chytrus

Następnego dnia chodził Jezus znowu po polach i nauczał robotników. Przez cały dzień okrywała ziemię dziwna mgła, tak gęsta, że ledwo można się było nawzajem widzieć; słońce przeświecało słabo przez mgłę, jak biały płatek. - Wszystkie pola okoliczne zbiegają się klinem ku północnemu wschodowi, ściśnięte dwoma wznoszącymi się wzgórkami. Na polach gnieździ się mnóstwo kuropatw, przepiórek i gołębi gardłaczy. Z owoców pamiętam jabłka, wielkie, szare, żłobkowane, o mięsie czerwono żyłkowanym. Jabłonie tego gatunku rosną tu gęsto w szpalerach. Jezus mówił znowu przypowieści o żniwie, nauczał o chlebie powszednim i uzdrawiał chrome dzieci, ułożone na skórach owczych w nieckach lub korytach. Niektórzy ze słuchaczy rozpływali się w pochwałach nad Jego nauką, lecz Jezus zganił im to i rzekł mniej więcej tak: ?Kto ma, będzie mu dano, a kto nie ma, temu i to, co ma, zabiorą." Żydzi mieli niektóre wątpliwości co do różnych punktów nauki Jezusa. Obawiali się oni, że nie będą mieli żadnego udziału w Ziemi obiecanej. Mniemali także, że Mojżesz nie potrzebował przechodzić przez Morze Czerwone i tak długo błąkać się po pustyni, bo były do Ziemi obiecanej daleko krótsze drogi. Jezus odrzekł im na to: ?Ziemi obiecanej nie stanowi samo Kanaan. Królestwo Boże można zdobyć i wtedy rzeczywiście nie trzeba tak długo błąkać się po pustyni. Jeśli jednak zarzucacie to Mojżeszowi, natenczas sami nie powinniście się błąkać po pustyni grzechu, niewiary i szemrania, tylko obrać krótszą drogę, drogę pokuty, chrztu i wiary." Żydzi tutejsi mieszają się często z poganami, nie tracą jednak na tym, bo zwykle bywa, że poganin przyjmuje wiarę żydowską i sam staje się Żydem.
Chodząc tak po polach i nauczając, stanął z towarzyszami na gościńcu, wiodącym z północno - zachodniego portu wyspy cypryjskiej ku południowo - wschodniemu. Gościniec mija Salamis o parę godzin drogi na zachód. Zawsze panuje tu ruch, zawsze jest pełno podróżnych. Na gościńcu stała wielka gospoda żydowska i tu się Jezus zatrzymał. Nie opodal stały szopy i gospoda ze studnią, przeznaczona dla karawan pogańskich. W gospodzie żydowskiej nie było żadnej niewiasty; żona gospodarza mieszkała osobno. Zaledwie umyto sobie nogi i posilono się, zaczęli się schodzić inni uczniowie, zajęci dotychczas chrztem w Salamis. Po niejakim czasie wzrosła liczba towarzyszów Jezusa do 20 osób. Tego dnia, jeszcze nauczał Jezus na dworze ludzi wracających z roboty. Przyniesiono Mu kilku chorych robotników, nie mogących już zarobić na chleb; Jezus, przekonawszy się o ich wierze, uzdrowił ich i zaraz kazał im pójść na robotę. Nad wieczorem przybyła tu karawana arabska. Wielkie woły juczne szły parami, dźwigając na grzbiecie ciężary, złożone na dwóch poprzecznych drągach. Pakunki piętrzyły się im aż nad łby. Gdzie droga była wąska, tam szły jeden za drugim, dźwigając pakunki między sobą. Osły znów i wielbłądy obładowane były brzemieniem wełny. Ludzie, należący do karawany, pochodzili z okolic, gdzie mieszkał Jetro; odznaczali się więcej brunatnym kolorem skóry, niż Cypryjczycy. Przybyli tu z kraju na okrętach, w kopalniach wymienili towary na miedź i inne metale, a teraz wracali gościńcem ku południowemu wchodowi, by znowu wsiąść na okręty. Metal ten złożony był w długich pakach, krótszych jednak niż zwyczajnie, dla zbytniej ciężkości. Były to zapewne sztaby, lub długie płyty. Część metalu przerobiona już była w naczynia i kotły, złożone w okrągłych, beczkowatych pakach. Niewiasty były bardzo pracowite, przędły one nawet w czasie podróży, na popasach zaś tkały maty i szale, i z tego zarobku mogły się w drodze utrzymać i przyodziać. Materiału dostarczała im wełna, złożona w pakunkach. Przymocowywały takową na plecach, przędły jedną ręką nitkę i nawijały na wrzeciono, obracane drugą ręką. Gdy wrzeciono już było pełne, przewijały na kółko, zawieszone u pasa.
Jak mówiliśmy, stanęła tu karawana na popas. Wędrowcy pozdejmowali juki ze zwierząt, napaśli je, poczym zaraz pozdrowili Jezusa i prosili, by mogli przysłuchać się Jego nauce. Jezus chwalił ich pilność, skierował rozmowę w ten sposób, iż się ich pytał, dla kogo podejmują tyle trudu i pracy, i tak naprowadził naukę na Stworzyciela i Zachowawcę wszystkich rzeczy; mówił o obowiązku dziękowania Bogu, o miłosierdziu Boga względem grzeszników, błędnych owiec, błąkających się i nie znających pasterza. Słowa Jego, miłe i życzliwe, wzruszyły i ucieszyły pogan i chcieli dać Panu różne podarunki. Jezus pobłogosławił ich dzieci, poczym zaraz odszedł z uczniami ku północy do Chytrus, oddalonego stąd o 4 - 5 godzin drogi, a około sześć godzin od Salamis.
Droga wiodła łagodnie pod górę. W koło rosły obficie drzewa oliwne i bawełniane. Rosła tu także roślina, z której, jak mi się zdaje, wyrabiają rodzaj jedwabiu; podobna więcej do konopi niż do lnu, wydaje długie, delikatne nitki. Przede wszystkim jednak zwróciło mą uwagę milutkie drzewko, obsypane gęsto pięknem żółtym kwieciem. Owoce ma podobne do nieszpułki; jest to, zdaje mi się, szafran. Na lewo rozpościera się piękny widok na góry, pokryte bujnym lasem; najwięcej rośnie cyprysów i małych wonnych modrzewi. Z gór spływa rzeczka, tworząc wodospad. Więcej naprzód ku górze rośnie po jednej stronie drogi las, po drugiej rozciągają się nagie wzgórza. Są tu kopalnie miedzi i białego metalu, podobnego do srebra, więc też od drogi prowadzą poziome szyby w głąb góry, w innych znowu miejscach od góry w dół. Metale przetapiają zapewne na miejscu, a do tego używają żółtego materiału palnego, którego w pobliżu jest cała góra. Materiał ten prasują w wielkie sztuki i suszą. To zapewne miano na myśli, gdy mówiono czasem, że góra niekiedy się zapala.
Po czterech godzinach drogi przybył Jezus do gospody, stojącej więcej jak pół godziny drogi, przed Chytrus; aż dotąd ciągną się wciąż kopalnie. W gospodzie przyjęli Jezusa ojciec Barnaby i kilku innych mężów, oddając Mu zwykłe usługi miłości i gościnności. Odpocząwszy trochę, nauczał Jezus, poczym spożył z towarzyszami skromny posiłek. Chytrus leży na równinie w zagłębieniu. Miasto zamieszkują Żydzi i poganie. W koło miasta stoją rozrzucone pojedyncze budynki, jakby folwarki, połączone ogrodami i polami. Jezus przyszedł do miasta od strony kopalń. Ponieważ się bardzo smuciłam, że praca i trudy Jezusa, poniesione tu na wyspie, tak mało miały wydać owoców, że nawet, jak mówi pielgrzym, niema wzmianki o tej podróży ani w Piśmie św. ani gdzie indziej i nie wiadomo także nikomu, jak wiele zdziałali tu Paweł i Barnabas, miałam objawienie, z którego sobie tyle przypominam: 570 dusz pozyskał Jezus na Cyprze dla Nieba, tak Żydów jak pogan. Grzesznica Merkuria poszła z dziećmi swymi wkrótce za Jezusem do Palestyny, zabrawszy ze sobą mnóstwo skarbów. Przybyła do świętych niewiast i przy nich została. Przy zakładaniu pierwszych gmin chrześcijańskich koło Ofel aż do Betanii, dała diakonom wiele pieniędzy na budowę i utrzymanie tychże. Widziałam, iż została zamordowana podczas rokoszu, wznieconego przeciw chrześcijanom przed nawróceniem się Szawła. Było to wtedy, gdy Szaweł wyruszał do Damaszku. Wkrótce po odejściu Jezusa z Cypru wyruszyło za nim do Palestyny wielu Żydów i pogan, zabierając ze sobą pieniądze i całe swe mienie ruchome, i tam je pomału na rzecz gminy wydawali. Gdy to nie ustawało, powstało między przeciwnikami Jezusa wielkie oburzenie. Reszta członków rodzin, nie będąca Jezusowi przychylna, czując się przez to poszkodowana, szemrała i lżyła Jezusa, jako oszusta. Żydzi i poganie złączyli się ku jednemu celowi; zakazano wymawiać nawet Imię Jezusa, stronników Jego więziono i biczowano. Kapłani pogańscy brali podejrzanych na tortury i zmuszali ich do składania ofiar. Starostę, który tak życzliwie rozmawiał z Jezusem, odwołano do Rzymu i złożono z urzędu, a sprowadzeni rzymscy żołnierze obsadzili porty i nie wpuszczali nikogo na okręty. Po ukrzyżowaniu Jezusa wygasła tu i pamięć o Nim zupełnie. Źli wspominali Go jeszcze czasem, ale jako buntownika i zdrajcę, ci zaś, którzy zachowali trochę wiary w Niego, zaczynali się chwiać i wstydzili się nawet podawać za Jego stronników. W dwanaście lat później nie znaleźli tu Paweł i Barnabas ani śladu wiary Chrystusowej; nie bawili tu długo, pozyskawszy jednak garstkę wyznawców zabrali ich ze sobą. Na drodze do Chytrus nauczał Jezus pojedyncze gromadki górników. Kopalnie częścią były w rękach pogan, częścią wydzierżawione przez Żydów. Robotnicy, tak Żydzi jak poganie, byli bladzi i wynędzniali; nagie ciało okrywali kawałkami brunatnej skóry, a wyglądali w tym, jak w żółwiej skorupie. Pracowali po obu stronach drogi i tak też z miejsca przysłuchiwali się nauce. Stosując się do ich rzemiosła, mówił Jezus o złotniku, który czyści kruszec w ogniu. Między górnikami było także kilku opętanych, czy też nagabywanych przez diabła, którzy, przywiązani na powrozach, przymusowo pracowali wraz z innymi. Za zbliżeniem się Jezusa zaczęli szaleć i krzyczeć, głosili Imię Jego i wołali, co od nich chce. Umilkli dopiero na rozkaz Jezusa. Wtem zbliżyli się do Pana żydowscy górnicy ze skargą, że poganie pod drogą podkopali się w granice ich kopalni i kradną im kruszec; prosili więc Jezusa o rozstrzygnięcie tej sprawy. Jezus kazał zatem wiercić dziury na granicy po żydowskiej stronie i rzeczywiście natrafił na szyby, przez pogan wybite. Zwabiły ich tu obfite pokłady rudy jakiegoś białego metalu, cynku, czy też srebra. Jezus zaczął uczyć o zgorszeniu i niesłusznym przywłaszczaniu sobie cudzego dobra, a postawieni świadkowie udowodnili zupełnie winę pogan. Że jednak nie było na miejscu pogańskiej władzy, więc spór pozostał nierozstrzygniętym; poganie odeszli szemrając. Chytrus jest bardzo ożywioną miejscowością. Żydzi i poganie licznie tu zamieszkują; chociaż zajmują osobne dzielnice, jednak w poufalszych są z sobą stosunkach, niż to gdzie indziej bywa. Zawierają często i małżeństwa między sobą, ale w takich razach zawsze poganin przechodzi na Żyda. Jest tu kilka świątyń pogańskich i dwie synagogi żydowskie. Najstarsi żydowscy i nauczyciele wyszli Jezusowi naprzeciw przed miasto, tudzież dwóch filozofów z Salamis, którzy skruszeni Jego nauką, przyszli aż tu za Nim, by dalej słuchać słów Jego. Przyjęto Jezusa w domu na to przeznaczonym, umyto Mu nogi, podano przekąskę i zaraz proszono Go, by poszedł uzdrowić chorych, z utęsknieniem Go oczekujących. Przychylając się do prośby, poszedł Jezus na ulicę żydowską, gdzie przed domami na drodze leżało około dwudziestu chorych. Byli między nimi chromi, opierający się na kulach, podobnych do szczudeł o trzech nogach. Jezus wszystkich uzdrowił, a oni, zarówno jak i krewni, zaczęli opiewać chwalę Jego, wyśpiewując krótkie wiersze pochwalne, wzięte jednakże z psalmów; uczniowie jednakże zalecili im spokój, więc ucichli. Stąd poszedł Jezus do domu arcybożnika, gdzie już zebrali się w znacznej liczbie uczeni, między nimi wielu ze sekty Rechabitów. Rechabici nosili odmienne suknie, mieli odrębne zapatrywania i bardzo ostre przepisy moralne, teraz jednak nie trzymali się już tak ściśle pierwotnej reguły. Zamieszkiwali całą osobną ulicę; głównym ich zatrudnieniem było górnictwo. Pochodzili oni z plemienia, osiedlonego w Efron w Królestwie Baszan, gdzie także są w pobliżu kopalnie. - Przy sposobności zaprosił arcybożnik Jezusa na ucztę, którą kazał przyrządzić dla Niego po szabacie. Jezus jednak obiecał już był ojcu ucznia Barnaby, więc tam w jego imieniu wszystkich zaprosił, arcybożnikowi zaś radził, by ucztą przeznaczoną dla Niego, uraczył po szabacie biednych górników i robotników. Synagoga pełna była ludzi, a wielu pogan przysłuchiwało się także nauce, stojąc z zewnątrz na tarasach. Jezus nauczał z trzeciej księgi Mojżesza o składaniu ofiar do przybytku i z Jeremiasza o obietnicy (III. Mojż. 25 i 26; Jerem. 23, 6-28). Mówił o żywej i martwej ofierze i na zapytania objaśniał zachodzącą między nimi różnicę. Nauczał tu także o ośmiu błogosławieństwach. Był zaś w synagodze stary pobożny rabin, który już od dawna cierpiał na wodną puchlinę; jak zwykle tak i dziś kazał się przynieść do synagogi na swe miejsce. Gdy teraz uczeni zaczęli o różnych rzeczach dyskutować z Jezusem, zawołał starzec: „Milczcie ! pozwólcie mi mówić!" Gdy zaś ucichli, rzekł: „Panie! okazywałeś innym miłosierdzie, pomóż mnie także i każ mi przyjść do Siebie!" Wtedy rzekł doń Jezus: „Jeśli wierzysz, wstań i chodź do Mnie!" Starzec powstał natychmiast zdrów, a wołając: „Panie! wierzę!" wszedł po stopniach ku Jezusowi i złożył Mu podziękowanie. W całej synagodze rozległy się krzyki radości i pochwały. Zaraz potem wyszedł Jezus wraz z innymi i udał się do domu Barnaby. Tymczasem kuchmistrz z polecenia arcybożnika zwołał biednych robotników na ucztę ofiarowaną im przez Jezusa.

Dom rodzinny i rodzina ucznia Barnaby. Jezus naucza w okolicy Chytrus

W koło Chytrus stoją rozrzucone domostwa, jakby wioski; wśród nich na zachód od miasta stoi mieszkanie ojca ucznia Barnaby. Dom jest okazały, po jednej stronie przybudowane są tarasy, o ścianach barwy brunatnej, jakby pomalowane farbą olejną, lub żywicą, a być może, iż to naturalna barwa drzewa. Na tarasie stoją altany wśród bujnej roślinności. W koło są winnice i plac ze składem drzewa budulcowego; złożone są tu nadzwyczaj wielkie grube belki i kawałki drzewa różnych kształtów. Wszystko tak jest ułożone, by wszędy można było przejść. Zapewne jest to budulec na okręty. Do transportu używają długich wozów, nie szerszych jak pnie, o grubych, jak mi się zdaje, żelaznych kołach. Ciągną je woły, zaprzęgnięte w znacznej odległości od siebie. — Niedaleko stąd widać piękny, wysokopienny las. Ojciec ucznia Barnaby jest wdowcem; siostra jego mieszkająca w pobliskim domu, prowadzi z kilku służebnymi gospodarstwo domowe i ona też zajęła się przyrządzeniem dzisiejszej uczty. Poganie, jak i filozofowie z Salamis, nie zasiadali do stołu, a to z tego powodu, że był czas szabatowy. Przechadzali się więc wzdłuż otwartej sali, posilali się chodząc lub stojąc pod kolumnami i słuchali nauki Jezusa. Uczta składała się, oprócz placków, miodu i owoców, przeważnie z pieczonych ptaków i szerokich płaskich ryb. Było także dosyć mięsa, ułożonego w kawałkach na misach i przetykanego różnymi ziołami. Jezus mówił o ofierze, obietnicy i o prorokach. Podczas uczty nadeszło kilka gromad ubogich, licho odzianych dzieci cztero do sześcioletnich. W rzadko plecionych koszach przyniosły one zioła jadalne, ofiarując je biesiadnikom w zamian za jaki taki posiłek. Trzymały się najwięcej tej strony, gdzie siedział Jezus z uczniami. I rzeczywiście Jezus wziął od nich wszystkie zioła, a w zamian napełnił ich koszyki potrawami, poczym je pobłogosławił. Był to bardzo miły i wzruszający widok. Za domem ucznia Barnaby był piękny pagórek do nauczania z mównicą a dochodziło się doń przez wspaniały szpaler winnych latorośli. Tu nauczał Jezus cały następny ranek wobec licznie zgromadzonych słuchaczy. Najpierw nauczał Jezus robotników i górników, potem pogan, wreszcie tych Żydów, którzy przez związki małżeńskie połączyli się z rodzinami pogańskimi. Wielu chorych pogan kazało prosić Jezusa o pomoc i pozwolenie słuchania Jego nauki, byli to zaś przeważnie okaleczeni chorzy robotnicy. Przyniesiono ich na posłaniach i umieszczono w pobliżu mównicy. Robotników nauczał Jezus o modlitwie Pańskiej i o czyszczeniu kruszcu w ogniu, pogan zaś o dzikich gałązkach na drzewach i na winogronach, które muszą być odcięte, o jednym Bogu i Jego dzieciach, o synu domu i słudze i o powołaniu pogan. Żydów wreszcie nauczał o mieszanych małżeństwach; mówił, że nie powinno się ich popierać, a dopuszczać tylko z litości; służyć zaś one powinny tylko w celach nawrócenia i uszlachetnienia, a nie dla dogodzenia żądzy zmysłowej. Dopuszczać powinno się tylko wtedy do takich małżeństw, jeśli zamiary obu stron są święte, pobożne. W ogóle jednak przytaczał Jezus więcej dowodów przeciw, niż za tym, i mienił szczęśliwymi tych, którzy w domu Pana hodują czyste latorośle. Wspominał o ciężkiej odpowiedzialności wobec Boga takiego małżonka Żyda, o wychowaniu dzieci, o pobożności, o korzystaniu z czasu łaski, o chrzcie i pokucie. Uzdrowiwszy chorych, posilił się Jezus w domu ucznia Barnaby, poczym poszli z Nim wszyscy na drugą stronę miasta, gdzie wśród bujnych ogrodów mieściły się obszerne pasieki. W pobliżu biło źródło, a dalej małe jeziorko. Tu nauczał Jezus i opowiadał, poczym wrócili wszyscy do miasta do synagogi, gdzie odbyło się dokończenie nauki o ofiarach i obietnicy.
Między zebranymi było kilku uczonych wędrownych Żydów, którzy zapewne trochę ze złej woli, zadawali Jezusowi różne zawikłane pytania, lecz Jezus rozwiązał je wszystkie chętnie i doskonale. Były to pytania o mieszanych małżeństwach, o Mojżeszu, skazującym na śmierć tylu Żydów, o Aaronie, który kazał zrobić złotego cielca, i karze za to itp. Na drugi dzień musiało być niezawodnie jakieś święto, lub post u Żydów, bo zaraz z rana odbyły się w synagodze wspólne modlitwy i nauka. Potem poszedł Jezus z wszystkimi uczniami i młodzieńcami pogańskimi północną stroną za miasto. Do nich przyłączyli się żydowscy nauczyciele i kilku Rechabitów. Wszystkich było razem około sto osób. Idąc tak mniej więcej godzinę, przybyli do miejscowości, gdzie była główna siedziba pszczelnictwa. Daleko na wschód ciągnęły się długim szeregiem rzędy białych uli, plecionych, jak się zdaje, z sitowia lub z łyka. Niektóre stały jeden na drugim, a każdy opatrzony był licznymi otworami. Do każdej pasieki przylegał osobny ogród, a między ziołami najwięcej było melisy. Całość obwiedziona była parkanem i wyglądała z daleka jak osobne miasto. Pogańską część można było łatwo poznać, bo stały w niej tu i ówdzie figury w niszach, wyglądające jak lalki w powiciu; z tyłu miały rybie ogony, zagięte w górę i krótkie małe płetwy, a głowa do ludzkiej nie była podobną.
Wieś właściwa składała się z małych domków należących do właścicieli pasiek, składających tu swe sprzęty i przyrządy. We wsi stoi wielka gospoda z różnymi bocznymi przybudowaniami; w koło podwórzy ciągną się rzędem szopy, lub otwarte hale, a w nich widać wszędzie rusztowania i długie maty. Gospodarz, poganin, dostarcza wszystkim zatrudnionym tutaj wszelkich potrzebnych rzeczy. Żydzi mają osobne sale i modlitewniki. Zdaje mi się, że gospoda ta jest rodzajem publicznego magazynu i że tu w długich szopach przerabiają wosk i miód. Spotykałam tu często owe drzewka, mające tak piękne, żółtawe kwiecie. Liście tych drzewek są więcej żółte, niż zielone. Kwiaty opadają gęsto na długie maty, rozesłane umyślnie pod drzewem, tworząc jakby miękki dywan. Widziałam, iż kwiaty te wyciskają i wyrabiają z nich farbę. Drzewka te szczepi się także w wazonach i przesadza później w szczeliny skalne, napełnione ziemią. W Judei rosną także takie drzewka. Miejscami rośnie tu bujny żółty len, z którego przędą długie nici. Niedaleko, bo zaledwie może pół godziny drogi na północ od Chytrus, wypływa ze skały obfite źródło, tworzy zaraz z początku prawdziwe jezioro w mniejszych rozmiarach, i srebrzystą wstęgą przepływa miasto i okolicę, skąd przyszedł Jezus. Koryto jest miejscami otwarte, miejscami sklepione. Zdaje mi się, że stąd dopływa woda do wodociągów w Salamis. Tu przy jeziorku będzie miejsce chrztu i podobno już była mowa o tym. W pobliżu rośnie dziko zadziwiające mnóstwo pięknych kwiatów. Wzdłuż drogi rosną drzewa pomarańczowe, figowe, małe i wielkie rodzynki.
Jezus przybył tu głównie dlatego, by bez przeszkody i zbiegowiska mógł nauczać pogan jako też rzeczywiście nauczał w ogrodach i altanach przez resztę dnia. Słuchacze częścią leżeli, częścią stali, a Jezus objaśniał „Ojczenasz" i osiem błogosławieństw. Poganom mówił głównie o ohydzie ich bożków, o ich początku, o oddzieleniu skutkiem tego Abrahama i o Opatrzności Bożej nad Izraelem. Mówił dobitnie i surowo. Słuchaczów było około sto osób. Posiłek, złożony z chleba, sera koziego, miodu i owoców, spożyli poganie osobno i Żydzi osobno. Właściciel domu był poganinem, lecz względem Jezusa zachowywał się z pokorą i uszanowaniem. Wieczorem oddzielili się znów Żydzi od pogan, odprawili wspólne modlitwy, a Jezus nauczał. Wszyscy pozostali tu na noc. Chytrus jest prawie więcej ożywione, niż Salamis, gdzie wszystek przemysł i ruch ogranicza się na port i kilka ulic. Tu za to wszędzie widać ruchliwe życie. Od strony, skąd Jezus przyszedł, ciągnie się długa targowa ulica, na której sprzedają bydło i ptaki. Na pięknym wysokim rynku pod sklepionymi łukami wywieszone są na sprzedaż barwne materie i sukna. Po drugiej stronie miasta mieszkają prawie wyłącznie kowale, ślusarze i przetapiacze; wśród ciągłego kucia i klepania, nie można nieraz rozumieć własnego słowa. Jedyne szczęście, że większa ich część mieści się za miastem. Wyrabiają różne rzeczy, a przede wszystkim rodzaj osobliwych, wielkich, cienkich naczyń; naczynia te prawie zupełnie formy jaja, z małą pokrywką, opatrzone są u góry w dwa ucha. Wyrabia się je tak, że najpierw nagina się je w odpowiedni kształt a potem wydyma się je w wielkich piecach z długimi rurami; zewnątrz są żółte, a w środku białe. Rozsyła się w nich różne owoce, miód lub syrop. Przy przeprawie przez wodę stawia się te naczynia na skrzyżowanych belkach; można także nieść je na drągach przełożonych przez ucha. Na drugi dzień nauczał Jezus znowu w osadzie pszczelniczej. Liczba słuchaczy wzrosła powoli do kilkuset. Jezus wykazywał poganom jeszcze raz dosadnie ich błędy i dowodził, że choćby dlatego tylko są bóstwa ich śmieszne, że trzeba wciąż przekształcać je i rozdrabniać, by móc utrzymać ich egzystencję; upominał ich, by zaprzestali tego ciągłego zaciekawiania się, wymysłów i obrzędów, a zwrócili się w prostocie ducha do Boga i Jego objawień. Tą mową zgorszyło się kilku pogan pielgrzymów, opatrzonych w laski, jakoby wędrowni uczeni, więc z szemraniem odeszli. Jezus zaś rzekł: „Niech idą spokojnie! Lepiej tak, niż gdyby zostali i na podstawie słyszanych słów próbowali tworzyć nowe bóstwa." Przepowiadał następnie proroczo, że piękny ten kraj, te miasta i świątynie ulegną zniszczeniu, że przyjdzie czas sądu na wszystkie kraje i właśnie, gdy ohyda bałwochwalstwa dojdzie do najwyższego stopnia, pogaństwo upadnie. Wspominał przy tym, że i Żydów kara nie minie, a z Jerozolimy gruzy tylko pozostaną. Poganie jakoś mniej się na to obruszali, ale Żydzi stawiali wciąż nowe zarzuty, opierając się na danych obietnicach Bożych. Jezus więc przechodził z nimi wszystkich Proroków, tłumaczył im miejsca, odnoszące się do Mesjasza, a zgadzające się dziwnie z czasem obecnym. Udowodnił im, że według Proroków Mesjasz ma powstać wśród Żydów, lecz oni nie poznawszy Go, wyszydzą i wyśmieją Go; a gdy sam wyzna, że jest Mesjaszem, pojmą Go i na śmierć wydadzą. Wielu obecnym nie przemawiały te dowody do przekonania, więc Jezus przypomniał im ich sposób postępowania z wszystkimi Prorokami, mówiąc, że jak obeszli się z głosicielami Mesjasza, tak samo też postąpią z samym głoszonym Mesjaszem.
Rechabici wszczęli potem rozmowę o Malachiaszu, którego najwięcej poważali z Proroków. Malachiasza uważano za anioła Bożego; małym dzieckiem będąc, przybył do pewnej pobożnej rodziny, potem znowu często znikał, a ostatecznie nie wiedziano, czy umarł naturalną śmiercią. Rechabici przytaczali teraz jego proroctwa o Mesjaszu i nowej ofierze, a Jezus tłumaczył im, że wszystko odnosi się do czasu obecnego, lub najbliższego. Stąd wybrał się Jezus w bardzo licznym orszaku znowu z powrotem do Barnaby, ponieważ jednak droga ciągła się parę godzin, więc po drodze orszak się coraz bardziej zmniejszał. Większą część orszaku stanowili młodzieńcy z żydowskiej gminy i ci wkrótce się odłączyli, udając się do Jerozolimy na Zielone Świątki, pomimo to pozostała jeszcze dość spora gromadka. Tymczasem przed ogrodami zebrało się około 30 — 40 poganek, niewiast i dziewic i coś 10 żydowskich dziewczynek, by złożyć Jezusowi oznaki czci. Ustrojone w wieńce z kwiatów, grały na fletach i śpiewały hymny pochwalne, rzucając Jezusowi gałązki pod nogi, lub rozścielając maty na drodze. Przy tym oddawały Mu pokłony i ofiarowały w podarunku wieńce, kwiaty, korzenie i małe flaszeczki z wonnościami. Jezus dziękował im uprzejmie, a z niektórymi rozmawiał; one zaś poszły za Nim aż na podwórze domu Barnaby i złożyły podarunki w sali zgromadzeń, przystroiwszy wszystko w wieńce i kwiaty. Przyjęcie to było podobne do wjazdu w niedzielę Palmową, tylko, że tu nie odbyło się to tak wystawnie i więcej po sielsku. Z nadejściem wieczora odeszły niewiasty do domu. Uwagę mą zwrócił ubiór tych poganek. Dziewice bowiem miały na głowie osobliwe czapki, podobne do tak zwanych kukułczych koszyków, które jako dziecko plotłam z trzciny. Niektóre zadawalały się samą czapką, inne przystrajały ją jeszcze w wieńce, z których zwieszały się na czoło wiesidełka z różnymi ozdóbkami. Spodnią kryzę stanowił wieniec, zrobiony z kwiatów bawełnianych lub z piór. Pod czapkę kładły zasłonę, rozdzielały ja z przodu, lub zarzucały przez czapkę w tył na kark. W pasie były obciśnięte, na piersiach miały falbankę, a na szyi różne nitki i ozdóbki, za to w biodrach były szerokie, bo ubierały na siebie po kilka spódnic z cienkiej materii, jedna dłuższa o piędź od drugiej, spodnia zaś była najdłuższa. Ramiona nie były całkiem okryte, tylko przysłonięte długimi szmatami, przytwierdzonemu za pomocą wianuszków. Materie były różnej barwy, żółte, czerwone, białe, niebieskie, w paski lub w kwiatki. Długie włosy zwieszały się wolno, ujęte na końcu rodzajem taśmy z frędzlami; w ten sposób osłaniały plecy i nie mogły się rozwiewać. Na gołych nogach nosiły sandały wygięte z przodu w szpic i przywiązane sznurkami. Niewiasty zaś miały inne nakrycie głowy i nie tak wysokie, składające się nad czołem zwykle z rodzaju mocnego daszku, spadającego nieraz końcem aż na nos, ponad uszami zaś, przystrojonymi w perły, wygięty był w górę. Przykrycie to przeplatane było warkoczykami, perłami i innymi świecidełkami. Okrywały się szerokimi, powłóczystymi płaszczami. Miały także przy sobie dzieci, a te nie nosiły innego ubrania prócz przepaski, spadającej z ramienia na skos przez piersi i okrywającej środek ciała. Niewiasty te czekały na Jezusa blisko trzy godziny. Uczta u Barnaby była już przygotowana; nikt jednak nie siadał do stołu, lecz każdemu podawano, jakby na okręcie, potrawy na deseczce. Zebrali się tu licznie czcigodni starcy, między nimi i ów uczony, którego Jezus uzdrowił w synagodze. Ojciec Barnaby jest to krępy, zdrowy i czerstwy starzec; widać, że ciężko pracuje siekierą. Mężczyźni, ówcześni w ogóle byli o wiele czerstwiejsi, niż teraźniejsi. Posiliwszy się, przygotowywał Jezus przy studni przed Chytrus na mównicy do chrztu; uczniowie chrzcili najpierw Żydów, a potem pogan. Rozprawiał tu Jezus z żydowskimi nauczycielami także w sprawie obrzezania. Mówił, że nie potrzeba zobowiązywać do tego pogan, chyba na ich własne żądanie. Nawzajem Żydzi nie są obowiązani dopuszczać pogan do synagogi; trzeba unikać zgorszenia i dziękować Bogu i za to, jeśli poganin wyrzeka się bałwochwalstwa i wyczekuje zbawienia. Poganie za to powinni się w czym innym ograniczyć, tj. obrzezać serca i wszystkie żądze grzechowe. Jezus obiecał, że zarządzi dla nich osobną naukę i osobne modlitwy.

Jezus w mieście Mallep

Po ukończeniu ceremonii chrztu, spostrzegłam kilku mężczyzn, zamykających studnię z oznakami wielkiego uszanowania. Słuchacze i uczeni zaczynali się już rozchodzić w różne strony. Kilkoro tylko ludzi pozostało, gdy w tym nadeszli jacyś wędrowni Żydzi; na ich zapytania, co się tu działo, odpowiedziano im: ?Prorok nauczał tu od świtu do południa. Teraz zaś poszedł z uczniami i około siedmiu ochrzczonymi filozofami z Salamis do wielkiej wsi Mallep. - Miejscowość ta, zbudowana przez Żydów i przez nich tylko zamieszkana, leży na stoku góry, skąd roztacza się prześliczny widok na całą okolicę. Ulic jest pięć, a wszystkie schodzą się w środku, gdzie w skalistym gruncie wykuty jest zbiornik wody, do którego dopływa woda wodociągiem ze źródła koło Chytrus. Wkoło pod cienistymi drzewami są piękne siedzenia. Widok stąd piękny na całą miejscowość i okoliczne pola, pełne bujnych plonów. Mallep otoczone jest podwójnym wałem, wewnątrz niższym i zewnętrznym wyższym, który miejscami wykuty jest w skale, miejscami sztucznie zrobiony. W koło wałów biegną obszerne rowy, niby małe dolinki. Na bujnej kwiecistej murawie stoją rzędami drzewa, uginające się pod ciężarem owoców; ziemia pod nimi zasłana jest wielkimi, żółtymi owocami. Właśnie teraz jest czas zbiorów. Mieszkańcy suszą mnóstwo owoców i takowe rozsyłają. Do suszenia używają wojłoków, kobierców, mat, tudzież lekkich niskich skrzynek z wiórów, własnego wyrobu.
Nauczyciele synagogi, dzieci szkolne i tłumy ludu, wszyscy świątecznie ustrojeni, wyszli Jezusowi aż przed bramę naprzeciw. Dzieci, trzymając w rękach palmowe gałązki, śpiewały i grały; najpierw szły dziewczęta, potem chłopcy. Jezus przeszedł środkiem, błogosławiąc je, poczym nauczyciele zaprowadzili Go wraz z całym orszakiem, liczącym około 30 osób do sali, gdzie im umyto nogi. Tymczasem zebrało się przed domem na ulicy około dwudziestu chorych, chromych i cierpiących na wodną puchlinę. Jezus uzdrowił ich i kazał im iść za Sobą do studni, położonej w środku miasta, gdzie też wszyscy ku wielkiej radości krewnych poszli za Nim, zupełnie zdrowi. Przy studni nauczał Jezus o chlebie powszednim i o wdzięczności względem Boga. Stąd poszedł Jezus do synagogi i tu objaśniał drugą prośbę Modlitwy Pańskiej: „Przyjdź Królestwo Twoje!" Mówił o królestwie Bożym w nas, o jego zbliżaniu się, tłumaczył, że nie jest to królestwo doczesne, tylko duchowe, i co spotyka tych, którzy odpychają je od siebie. Poganie, którzy za Jezusem aż tu przyszli, stali zewnątrz synagogi; byli oni tu więcej odosobnieni od Żydów, niż w miastach pogańskich. Po uczcie u nauczycieli zaprowadzono Jezusa do gospody, przysposobionej umyślnie dla Niego i uczniów. W gospodzie był zarządca, który miał obowiązek o wszystko się starać. Nazajutrz rano nauczał Jezus znowu w tutejszej bardzo pięknej synagodze, zapełnionej licznym tłumem.
Mówił o siewcy, o różnej roli, o kąkolu i o ziarnku gorczycznym, wydającym tak wielkie owoce. Jako porównanie wziął krzew tu hodowany, bardzo pożyteczny, który z małego ziarnka wyrasta w łodygę na ramię grubą, a wysokości dorosłego mężczyzny; owoc ma wielkości żołędzi, czerwony lub czarny, który wyciskają używają do farbowania. Ochrzczeni poganie nie weszli do synagogi; przysłuchiwali się nauce, stojąc zewnątrz synagogi, na tarasie. Jezus był właśnie z uczniami na uczcie u przełożonych, gdy dzieci wprowadziły do sali troje niewidomych chłopców w wieku od dziesięciu do dwunastu lat Chłopcy ci grali na fletach i na jakimś instrumencie, który trzymali przy ustach, przebierając na nim palcami. Nie była to piszczałka, a ton był nieco brzęczący, podobny do tonu drumli. Chłopcy na przemian grali, to śpiewali miłymi głosy. Mimo ślepoty mieli oczy otwarte; zdaje się, iż była to katarakta. Na pytanie Jezusa, czy chętnie by chcieli przejrzeć i pobożnie a pilnie iść drogą sprawiedliwości, zawołali radośnie: „Panie, jeśli tylko zechcesz nam pomóc! Panie, pomóż nam! Uczynimy wszystko, co rozkażesz!" Wtedy Jezus kazał im odłożyć piszczałki, postawił ich przed Sobą, włożył oba Swe wielkie palce do ust poczym każdemu z chłopców przesunął po kolei obu palcami po oczach od kąta nosowego ku skroniom. Zdjąwszy zaś ze stołu misę z owocami, pokazał im ją i zapytał: „Czy widzicie to?" Otrzymawszy potwierdzającą odpowiedź, pobłogosławił ich i dał im owoce. Chłopcy, upojeni radością, spoglądali w koło z osłupieniem, lecz oprzytomniawszy po chwili, upadli z płaczem do nóg Jezusowi. Zgromadzonych ogarnęło wielkie wzruszenie, radość i podziw. Uzdrowieni chłopcy wybiegli tymczasem z rówieśnikami z sali i pędem puścili się przez ulicę do rodziców. Wieść o tym rozeszła się szybko, więc ruch wielki powstał w mieście. Rodzice i krewni uzdrowionych, tudzież inni mieszkańcy, pospieszyli zaraz do Jezusa i zapełnili przedsionek sali, chłopcy zaś sami weszli wśród radosnych śpiewów i muzyki do wnętrza, by Jezusowi złożyć podziękowanie. Korzystając ze sposobności, wypowiedział Jezus piękną naukę o wdzięczności i w końcu rzekł: „Ojciec niebieski jest tak dobrym, że podziękowanie jest u Niego modlitwą, przygotowującą nowe łaski."
Po uczcie przechadzał się Jezus z uczniami i pogańskimi filozofami po pięknych cienistych łąkach wkoło miasta, nauczając podczas tego pogan i nowych uczniów; starsi znów uczniowie nauczali pojedyncze gromadki ludu. Wieczorem nauczał Jezus znowu w synagodze. Nazajutrz poszedł Jezus w odwiedziny do rodziców uzdrowionych wczoraj chłopców. Byli to Żydzi z Arabii, z okolicy, gdzie mieszkał Jetro, teść Mojżesza; mieli nawet osobną nazwę. Chrzest przyjęli już koło Kafarnaum, gdy, podróżując tamtędy, byli na nauce Jezusa na górze. Byli to bowiem wędrowni handlarze i przemysłowcy, podobnie jak u nas Włosi, lub Tyrolczycy, handlujący ze ściennymi zegarami, łapkami na myszy, lub figurami gipsowymi. Było ich tu parę rodzin, liczących łącznie z żonami i dziećmi około 20 osób. Wszyscy wędrowali wciąż z miej sca na miejsce, pracując zarazem i handlując. W tym czasie bawili tu zwykle parę miesięcy; przed miastem od strony północnej mieli gospodę i trudnili się tam drobnym przemysłem i tkactwem. Na wędrówki brali ze sobą i niewidome dzieci, by i one przy sposobności zarabiały śpiewem i grą na flecie. Teraz jednak zakazał im Jezus brać dzieci ze sobą, tylko zostawić je tutaj i posyłać do szkoły. Wskazał im nawet ludzi, którzy by je przyjęli i uczyli. Już wczoraj mówił o tym z nimi, a rodzice przyrzekli Mu, że zrobią tak, jak każe.

Jezus naucza pogańskich filozofów i przemawia przy żydowskim obrzędzie zaślubin

Wraz z uczniami i owymi siedmiu ochrzczonymi filozofami poszedł Jezus uroczą doliną, która wiedzie z Mallep do wsi Lanifa, a potem wznosząc się łagodnie, skręca na południe ku górom. Z tejże południowej strony płynie tu potok na jakie trzy stopy szeroki, biorący początek ze źródła koło Chytrus. Przerżnąwszy się skrytymi wąwozami przez góry, przepływa wieś Lanifę, płynie doliną ku Mallep i w okolicznych rowach. Nie stąd jednak dochodzi woda do wysoko położonej studni w Mallep, choć tak by się zdawać mogło, bo wodociąg do pięknej studni właśnie prowadzi piątą ulicą miasta, to jest tą, którą Jezus wyszedł, tu idąc. Lekko wijąca się dolina, którą szli dotąd, jest w około zamknięta i niewypowiedzianie urocza i piękna. Aż do Mallep ciągną się po obu stronach pojedyncze budynki wsi Lanifa, na końcu położonej. Wszędzie pełno zieloności, pełno najpiękniejszych kwiatów i owoców uprawnych, lub dziko rosnących. Jezus poszedł na lewo południowym brzegiem strumyka ku Lanifie. Tu napotkał gromadę młodzieńców, idących właśnie do portu, by przeprawić się do Jerozolimy na Zielone Świątki. Jezus polecił im Łazarza pozdrowić, ale prócz tego nic mu nie mówić. Nieco dalej przeprawił się przez potok i z północnej strony wrócił znowu doliną ku Mallep. Po drodze wstąpił do wsi, noszącej dziwną nazwę Leppe. Żniwa już się skończyły, więc ludzie składają snopy, przeznaczone dla ubogich, w kopce. Przez całą drogę nauczał Jezus pogańskich filozofów, to idąc, to znowu odpoczywając na pięknej murawie. Mówił im o zupełnym zepsuciu ludzi przed potopem, o wyratowaniu Noego od zagłady, o ponownym zdziczeniu rodu ludzkiego, o powołaniu Abrahama i opiece nad jego pokoleniem aż do czasu, w którym by mógł wyjść zeń obiecany pocieszyciel. Od czasu do czasu prosili Go poganie o bliższe objaśnienia, to znowu przytaczali Mu wielkie imiona starożytnych bóstw i bohaterów, o których dobrodziejstwach dla ludzkości ludzie tyle mówią. Jezus tak im to wytłumaczył, że wszyscy ludzie otrzymują od Boga mniej lub więcej łask naturalnych, z których pomocą mogą zdziałać wiele rzeczy w życiu doczesnym dogodnych, użytecznych i mądrych; nie można się jednak przy tym ustrzec od wielu występków i ohydy. Udowodnił to zaś, wskazując, że wszystkie narody, oprócz Izraelitów, pogrążone w zupełnym bałwochwalstwie, częściowo chylą się do upadku, że w śmieszny a bajeczny sposób przekręcają wciąż swą naukę o bogach, mieszają do niej szatańskie proroctwa i czarodziejskie mamidła, podając je za prawdę. Filozofowie napomknęli Mu jeszcze o jakimś najstarszym mądrym królu, wywodzącym swój początek hen z krajów zaindyjskich. Miał się on nazywać Dżemszyd. Złotym sztyletem, otrzymanym od Boga, podzielił on mnóstwo krajów, zaludniał je i wszędzie rozsiewał dobrodziejstwa. Zapytywali więc Jezusa, o ile prawdziwą jest jego osoba i cuda, jemu przypisywane. Jezus tak im to wytłumaczył: „Dżemszyd posiadał roztropność naturalną i mądrość zmysłową i był rzeczywiście wodzem ludów. Po pomieszaniu narodów przy wieży Babel, poprowadził jako władca swe pokolenie i osadził je w kilku krajach, według oznaczonego planu; byli i inni tacy przywódcy ludów, ale ci gorzej postępowali od niego, a to z tego powodu, ponieważ plemię Dżemszyda nie uległo jeszcze takiemu zepsuciu." Wykazał im też, wiele to na jego rachunek bajek wymyślono, tymczasem jest on tylko fałszywym sobowtórem i błędnym wyobrażeniem Melchizedeka, kapłana i króla w jednej osobie. Na niego więc mają zwrócić uwagę i na plemię Abrahama. Podczas pierwotnej wędrówki ludów zesłał Bóg lepszym rodzinom Melchizedeka, by je prowadził, łączył, zdobywał im kraje i siedliska i utrzymywał je w czystości, by stosownie do swych zasług stali się mniej lub więcej godnymi dostąpienia łaski obietnicy. Kim był Melchizedek, tego mają się sami domyśleć; ale to jest prawdą, że był on wyobrażeniem przyszłej, obecnie tak bliskiej łaski obietnicy, a ofiara chleba i wina, przezeń zło żona, spełni się teraz i dokona i trwać będzie aż do końca świata. Jezus opisywał tak stanowczo i niezbicie Dżemszyda i Melchizedeka, że uczeni mówili zdumieni: „Mistrzu jakże mądrym jesteś! Wygląda to tak, jakbyś sam żył w tych czasach, i lepiej znał tych ludzi, niż oni sami siebie znali!" Jezus mówił im jeszcze wiele o Prorokach większych i mniejszych, a szczególnie o Malachiaszu. Z nadejściem szabatu, poszedł Jezus do synagogi i nauczał z trzeciej księgi Mojżesza o roku jubileuszowym i z Jeremiasza. Mówił o tym, że rolę swą trzeba dobrze uprawiać, by brat nasz, który ją odziedziczy, umiał ocenić miłość naszą, ku niemu. Nazajutrz rano nauczał Jezus dalej o tym samym, co wczoraj, poczym z uczniami i tłumem ludu, Żydów i pogan, poszedł za miasto w południową stronę, gdzie był żydowski ogród kąpielowy. Woda dochodziła tu wodociągiem z Chytrus; w środku była główna cysterna, w koło były cysterny kąpielowe, a dalej przyjemne siedzenia i długie cieniste altany. Wszystko przygotowane już było do chrztu. Wśród licznego tłumu, który zapełnił plac koło studni, znajdowało się siedem par nowożeńców, ich starostowie i krewni. Jezus nauczał o grzechu pierworodnym, o zepsuciu ludzi, o obietnicy, o zdziczeniu i wyrodzeniu się, o oddzieleniu lepszych ludzi od złych, o czujności w zawieraniu małżeństw, by dzieci mogły dziedziczyć cnoty i łaski rodziców, o uświęceniu małżeństwa przez Zakon, umiarkowanie i wstrzemięźliwość. Z tego zeszła mowa na oblubieńca i oblubienicę; Jezus wziął jako przykład rosnący tu gatunek drzewa, które oddalone od innych drzew tego rodzaju, a nawet morzem od nich oddzielone, wydaje owoc, rzekł: „Tak to nadzieja, ufność w Bogu, tęsknota za zbawieniem, pokora i czystość, czynią kobietę matką obietnicy." W ten sposób zeszedł na tajemne znaczenie małżeństwa, tj. połączenie się Pocieszyciela Izraela ze swym kościołem, i nazwał małżeństwo wielką tajemnicą. Mówił zaś o tym tak pięknie i dziwnie, że nie ośmieliłabym się i nie potrafiłabym tego powtórzyć. Nauczał następnie o pokucie i chrzcie, który czyści, maże winę odłączenia i czyni wszystkich zdolnymi wziąć udział w obietnicy zbawienia. Niektórych nowochrzczeńców brał Jezus na stronę, słuchał wyznania ich grzechów, udzielał im rozgrzeszenia, a za pokutę zadawał im zwykle jakieś umartwienia, lub spełnienie dobrych uczynków. Jakób Młodszy i Barnabasz udzielali chrztu, do którego przystępowali przeważnie starcy, kilku pogan i owi trzej uzdrowieni chłopcy, bo nie byli wraz z rodzicami koło Kafarnaum ochrzczeni. Po zakończeniu szabatu pytali niektórzy filozofowie, czy Bóg musiał spuścić tak straszny potop na ziemię i dlaczego każe ludziom tak długo czekać na Pocieszyciela? Przecież mógł inaczej to urządzić i posłać kogoś, kto by wszystko naprawił? Jezus pouczył ich, że nie leżało to w wyrokach Bożych. Bóg obdarzył aniołów wolną wolą i mocą anielską; ci przez pychę odpadli od Niego i za to wtrąceni zostali do królestwa ciemności. Pomiędzy królestwem ciemności, a królestwem światła powstał teraz człowiek, również obdarzony wolną wolą i przez spożycie zakazanego owocu oddał się niejako królestwu ciemności. Teraz więc musi współdziałać z Bogiem, by Ten mu pomógł, musi niejako przyciągnąć ku sobie Królestwo Boże, by Bóg mu je dał. Przez spożycie zakazanego owocu chciał człowiek stać się równym Bogu, więc teraz nic mu nie może pomóc, dopóki Bóg nie ześle im Syna Swojego, by ich przejednał z Bogiem. Ludzie jednakże tak już zwyrodnieli w całej swej istocie, że trzeba było wielkiego miłosierdzia i przedziwnej opatrzności Bożej, by sprowadzić Królestwo Boże na ziemię, bo wciąż je odpychało królestwo ciemności, władnące człowiekiem. To zaś Królestwo Boże nie polega na panowaniu i wspaniałości doczesnej, lecz jest odnowieniem i przejednaniem człowieka z Ojcem niebieskim i połączeniem wszystkich dobrych w jedno ciało. Nazajutrz nauczał Jezus znowu na placu chrztu. Znajdowały się w tłumie także owe siedem par nowożeńców, między, nimi kilku pogan, którzy przyjąwszy obrzezanie, brali za żony żydówki. I inni poganie, skłonni do judaizmu, prosili o pozwolenie przysłuchiwania się nauce.
Najpierw mówił Jezus ogólnie o obowiązkach stanu małżeńskiego, a szczególnie żon; zalecał im, by tylko mężowi śmiało w oczy patrzały, a przed każdym innym wzrok spuszczały. Mówił o posłuszeństwie, pokorze, czystości, pracowitości i wychowaniu dzieci. Gdy niewiasty odeszły, by przyrządzić ucztę w Leppe, zaczął Jezus przygotowywać mężczyzn do chrztu. Opowiadał im, jak to za czasów Eliasza posucha wielka panowała w kraju i jak Eliasz uprosił u Boga, że chmura deszczowa wyszła z morza. A właśnie dziś, tak jak niedawno temu, unosiły się nad ziemią gęste białe tumany mgły, zasłaniające dalszy widok. Owa posucha — mówił Jezus — panująca za Eliasza, była karą za bałwochwalstwo króla Achaba; zarazem nastała także posucha serc, bo Bóg odjął od ludzi Swą łaskę i błogosławieństwo. Eliasz żył w ukryciu nad potokiem Karith, żywiony przez ptaka, potem poszedł do Sarepty do biednej wdowy i pomógł jej, a gdy zwyciężył sługi bałwanów na Karmelu, wyszła chmura z morza i użyźniła deszczem ziemię. Deszcz ten porównywał Jezus z chrztem i upominał słuchaczy, by nawrócili się i po tym deszczu chrztu nie pozostawali w grzechach i posusze serca, jak Achab i Jezabel. Wspominał także o Segoli, owej pobożnej pogance z Egiptu, która osiedliwszy się w Abila, tyle dobrego zdziałała i znalazła łaskę w oczach Bożych. Mówił przy tym o sposobie, w jaki poganie mają uświęcać się i starać osiągnąć łaskę Bożą. Dobierał takich przykładów, bo poganie tutejsi słyszeli już nieraz o Eliaszu i Segoli. Po ochrzczeniu oblubieńców poszedł Jezus z uczniami, oblubieńcami i rabinami na ucztę do wsi Leppe, położonej na zachód od Mallep. Zaprosił Go na nią tamtejszy nauczyciel żydowski, którego córka była oblubienicą jednego z pogańskich filozofów z Salamis, który usłyszawszy naukę Jezusa, dał się zaraz obrzezać. Droga wznosiła się z początku łagodnie w górę, a potem znowu się zniżała. Po obu bokach ciągnęły się piękne aleje, więc szło się jakby ogrodem. Pod Leppe prowadzi droga do niewielkiego portu Cerinia, oddalonego o dwie godziny drogi. Inna droga, na której rozmawiał Jezus z wędrownymi Arabami, prowadzi do portu Lapitus, leżącego więcej na zachód. W Leppe zajmują poganie szereg domów, ciągnący się wzdłuż gościńca. Żydzi mieszkają osobno i mają osobną własną synagogę. Kwitnie tu handel i przemysł. W ogrodach pogańskich stoją posążki bóstw, jakoby lalki w powiciu. Na placu publicznym, w bok od drogi, w ogrodzeniu, stał posąg bożyszcza, wielkości więcej niż ludzkiej, z głową podobną do głowy wołu. Między rogami miał coś podobnego do snopka; siedział na czepku, a z przodu zwierzały się mu krótkie ręce.
Uczta była pojedyncza, składająca się z pieczonych ptaków, ryb miodu, chleba i owoców. Oblubienice i drużki siedziały osobno przy jednym końcu stołu w zasłonach na twarzy. Miały na sobie długie suknie w paski, a na głowach wieńce z barwnej wełny i piórek. W czasie uczty i potem nauczał Jezus o świętości małżeństwa i o konieczności zadowolenia się jedną niewiastą; był tu bowiem zwyczaj, że z lada błahej przyczyny brano rozwód i pojmowano inną żonę. Otóż Jezus powstawał surowo przeciw temu, przytaczając przypowieść o uczcie weselnej, o winnicy i Synu królewskim. W uczcie brali udział także podróżni przechodnie, zaproszeni przez przełożonych wesela. Trzej uzdrowieni chłopcy grali podczas uczty na piszczałkach, a dziewczęta śpiewały. Ciemno już było, gdy Jezus wracał z uczniami do Mallep. Gdy stanęli na najwyższym miejscu drogi, uderzył ich czarujący widok. Z dala widać było morze, połyskujące dziwnym blaskiem. W Mallep odbywały się na wielką skalę przygotowania do zaślubin siedmiu par oblubieńców. Całe miasto zdawało się brać udział w uroczystości, bo też wszyscy żyli tu w pewnej braterskiej łączności. Ubogich nie widać nigdzie, mieszkają oni bowiem osobno, utrzymywani przez zamożniejszych. Mallep budowane jest bardzo regularnie. Wygląda jak pączek, podzielony na pięć równych części. Pięć ulic, przecinających miasto, zbiega się do środka ku wysokiej studni, otoczonej drzewami i tarasami, cztery zaś przecięte są poprzecznymi ulicami, które biegną wkoło, okrążając środek miasta. W jednej z ulic okrężnych stoi dom, w którym na koszt gminy żyją wspólnie wdowy i stare bezdzietne matki; mają tu one pod zarządem szkoły i pielęgnują sieroty. Dla utrzymania opieki ubogich cudzoziemców i podróżnych jest osobny dom. Pozostała część miasta, obejmująca budynki publiczne, podzielona jest na dwie części wodociągiem, prowadzącym do studni. W jednej części jest publiczny rynek, szereg gospód i schronisko dla opętanych, którym nie wolno błąkać się swobodnie; kilku z nich, przyprowadzonych z innymi chorymi, już Jezus uzdrowił. W drugiej połowie, w pobliżu studni, wznosi się powszechny dom godowy, sięgający dachem swym wysokości studni. Wejście nie było od strony studni, lecz z przeciwnej strony zwrócone w dół dzielnicy. Z przedniego podwórza wiódł między zielonymi szpalerami chodnik, ciągnący się na kilkaset kroków aż do przedsionka synagogi; zajmował on dwie trzecie długości ulicy. Wiodły doń wejścia z poprzecznych okrągłych ulic, ale ludności nie wolno było tu wchodzić, tylko w dni uroczyste za pozwoleniem.
W dzień godów przystrajano przez całe rano dom godowy. Jezus bawił tymczasem z uczniami w gospodzie, gdzie wciąż zgłaszali się mężczyźni i niewiasty, szukając u Niego wskazówek, rady i pociechy, bo przez związki z poganami, mieli często różne skrupuły i troski. Nadrzeczni zgłaszali się także do Niego, a Jezus rozmawiał na osobności z każdym z osobna; był to zarazem rodzaj spowiedzi i nauki przedślubnej. Zapytywał ich, dlaczego się pobierają, czy mają na uwadze przyszłe potomstwo i jego zbawienie, opierające się na bojaźni Bożej, skromności i umiarkowaniu. Dotychczas nikt ich w tym nie pouczał. W otwartym chodniku szpalerowym poustawiano łuki tryumfalne, pozawieszano kobierce, korony z kwiatów i wieńce z owoców, porobiono schody i galerie, by widzowie z góry mogli na wszystko patrzeć. Przed synagogą zbudowano osobno otwartą altanę, a wkoło niej poustawiano piękne drzewka. Na podwórza i do altan stojących wkoło domu godowego, znosili zewsząd ludzie przybory do uczty; ktokolwiek z miasta coś przysłał, brał udział w uczcie. Potrawy znoszono na długich noszach, służących zarazem za stoły. Nosze, były to płytkie a długie plecione kosze, w których pod przykrywą stały potrawy, chleb i małe kubki z napojami. Prowizoryczne te stoły przykryte były kobiercami. Biesiadnicy leżeli przy nich na wojłokach, wsparci o poduszki, wyjmowali potrawy bocznymi otworami, kładli je na wierzch i spożywali. Wszystko to było zawczasu przygotowane i zewsząd poznoszone.
W altanie, gdzie miały się odbyć zaślubiny, ustawiono wspaniały baldachim. Na osobne zaproszenie przybył tu także Jezus z uczniami. Ponieważ między nowożeńcami było kilku dawniejszych pogan, więc na ślub przybyło również kilku filozofów i innych pogan, lecz ci stali w przyzwoitym oddaleniu. Wreszcie nadeszły z różnych stron pary oblubieńców w otoczeniu drużbów, drużek i krewnych. Przodem szli chłopcy i dziewczęta w wieńcach na głowie, grając na różnych instrumentach. Oblubieńcy mieli na sobie długie płaszcze, u sukien paski i rzemyki z literami, a na nogach białe sandały. W rękach trzymali żółte chustki. Oblubienice miały na sobie piękne, białe, długie suknie z wełny, tkane w żółte kwiaty i floresy. Włosy, u niektórych żółte, splecione z tyłu w siatkę, przetykaną perłami i złotymi nitkami, podtrzymywała spodem sprzączka. Zasłona opadała na kark i na twarz; głowę opasywał pierścień z trzema zębami, opatrzony z przodu wystającym pałąkiem, poza który można było wysunąć zasłonę. Pewna liczba tych zasłon połyskiwała dziwnie, jakby zrobiona z pięknego jedwabiu, lub innej osobliwej tkaniny. Niektóre oblubienice miały na głowie korony z piór lub jedwabiu. W rękach trzymały wszystkie przez czarną lub ciemną chustkę złote pochodnie, podobne do świeczników bez podstawy. Na nogach miały białe trzewiki, czy też sandały. Same zaślubiny, spełniane przed rabinami, składały się z tylu różnych zwyczajowych obrządków, że już nie potrafię ich w należytym porządku opisać. Najpierw odczytywano zwoje pisma, zapewne kontrakty ślubne i modlitwy. Potem wchodziła młoda para pod baldachim, podczas gdy krewni rzucali za nimi ziarnkami pszenicy, wymawiając przy tym słowa błogosławieństwa. Rabin nakłuwał oblubieńca i oblubienicę w mały palec, spuszczał po parę kropel krwi do kubka wina, które nowożeńcy wspólnie wypijali, potem podawał oblubieniec kubek poza siebie i stawiano go w miednicę z wodą. Troszkę krwi, płynącej z palca, spuszczano na dłoń, pocierano nią ręce i podawano je sobie. Po przewiązaniu rany białą nitką, zamieniano pierścionki. Zdaje mi się, że każde z nich miało dwa pierścionki, jeden na małym palcu, drugi na wskazującym. Następnie zarzucano na głowy młodej pary pewien rodzaj tkanej zasłony. Oblubienica brała teraz znowu w prawą rękę przez czarną chustkę pochodnię, którą tymczasem oddała była drużce, kładła ją w prawicę oblubieńca, ten kładł ją z prawej ręki do lewej i znów wkładał w lewą rękę oblubienicy, która oddawała ją na powrót drużce. Błogosławiono także kubek wina, a wszyscy krewni po trosze z niego pili. Po skończonym obrzędzie zdejmowały drużki strój z głowy oblubienicy i zakładały jej inną zasłonę; zauważyłam przy tym, że owe wszystkie bujne sploty włosów były fałszywe. Obrzędu zaślubin dopełniali trzej rabini, a trwało wszystko około trzech godzin. Potem wyruszono w procesji do domu godowego przez chodnik szpalerowy; naprzód szły oblubienice, a za nimi oblubieńcy, wśród błogosławieństw i życzeń widzów. Po przekąsce poszli nowożeńcy do ogrodu kąpielowego przy wodociągu, gdzie oddali się ochoczej zabawie. Wieczorem była w synagodze dla nowo zaślubionych nauka. Najpierw przemawiali rabini, a potem prosili Jezusa, by i On dał jakie wskazówki nowym małżonkom.
Nazajutrz wśród dźwięków muzyki wyruszyli znowu nowożeńcy ze wszystkimi gośćmi do domu godowego. Uczniowie brali dzisiaj także udział, ale tylko jako posługujący. Nowożeńcom podawano pieczywa i owoce w pięknych naczyniach; były tam pozłacane jabłka, obłożone pozłacanymi ziołami i kwiatami. Wkrótce nadeszły gromadki dzieci, popisujące się śpiewem i tańcami; były to biedne, obce dzieci, zarabiające w ten sposób na chleb. Otrzymawszy podarunki, zaraz odeszły. Po nich grały owe pacholęta, uzdrowione przez Jezusa, i inne miejskie chóry śpiewu; następnie wykonano osobliwy taniec w podłużnej, czworokątnej altanie, na ruchomej wysłanej podłodze, wyglądającej tak, jak gdyby na grubej warstwie mchu ułożono luźne deski. Tancerze stali w czterech podwójnych rzędach, zwróceni do siebie plecami. Pojedyncze pary, podając sobie na przemian ręce przez chustki, tańcowały od pierwszego miejsca pierwszego rzędu, aż do ostatniego miejsca czwartego rzędu; wnet utworzył się długi szereg to skręcający się, to rozkręcający, jak wąż olbrzymi. W tańcu nie skakano, tylko posuwano się kołysząc to w tę to w ową stronę, jak automaty bez nóg. Zasłony oblubienic i innych niewiast upięte były na złotym patyku, wystającym nad czołem. Po tańcu pokrzepiano się chłodnikami, zastawionymi na stolikach w czterech rogach altany. Następnie przy dźwiękach muzyki udano się znowu do ogrodu kąpielowego. Tutaj w altanach i na wolnej murawie oddawano się różnym grom, jako to: wyścigom, skakaniu i rzucaniu do celu. Mężczyźni bawili się osobno, niewiasty także osobno. Każdy otrzymywał nagrodę lub uiszczał karę, a to w monecie, pasach, małych kawałkach materii, lub szalach na szyję; kto nie miał nic przy sobie, kupował u kramarza, który zakwaterował się nieopodal ze swymi zapasami. Tak wygrane jak i przegrane przedmioty oddawano zaraz najstarszym, a ci rozdzielali je przypatrującym się ubogim. Oblubienice i dziewice zabawiały się także grą towarzyską, pochwyciwszy się za ręce wkoło. Podkasane były przy tym do kolan, a łydki owinięte miały białymi przepaskami. Zasłona podpięta była także i okręcona w koło uszów i tyłu głowy. Wszystkie wyglądały pięknie i zgrabnie. Tworzyły koło w ten sposób, że lewą ręką trzymały się pasa towarzyszki i obracały się, a prawą wolną ręką rzucały do siebie żółtym jabłkiem, które każda usiłowała złapać; kto nie złapał, musiał, nie przerywając obrotu, podnieść je z ziemi.
Przy końcu bawiły się wspólnie z mężczyznami w ten sposób, że siadały z nimi w rzędach naprzeciw siebie i w umyślnych żłóbkach kulały do siebie miękkie, żółte owoce, które zderzywszy się, pękały, i to sprawiało im wielką uciechę. Wieczorem wyruszono w uroczystym pochodzie do domu. Nowożeńców prowadzono na przystrojonych osłach; oblubienice siedziały na siodłach poprzecznych. Przodem szła muzyka, a za nią postępowali wszyscy z weselem do domu godowego, gdzie zastawiona była uczta. Nowożeńcy składali jeszcze w synagodze przed rabinami ślub strzemię źliwości w pewne święta; w razie złamania ślubu podpadali pokusie. Przyrzekali także w noc Zielonych Świąt czuwać wspólnie i modlić się. Z domu godowego wprowadzono nowożeńców do ich ognisk domowych. To z małżonków, które miało w posagu dom, stało przed nim, a krewni przyprowadzali tymczasem dotąd drugiego z nich, obchodzili trzy razy dom i wspólnie wchodzili do wnętrza. Potem wnoszono uroczyście ślubne podarunki, przy czym obdarowywano ubogich.

Zielone Świątki. Jezus naucza o chrzcie

Teraz zajęci są wszyscy w Mallep przygotowaniami do świąt, a więc czyszczą wszystko, myją i szorują. Synagoga i wiele domów przystrojone są w zielone drzewka i wieńce z kwiatów, a podłogi wysypane są kwiatami. Całą synagogę wykadzono a księgi Zakonu przystrojono w kwiaty. W przedsionku świątyni w osobnych, przeznaczonych do tego izbach, pieką się chleby przaśne z mąki, pobłogosławionej przez rabinów. Dwa chleby wypieczone są z tegorocznej pszenicy, na inne chleby i na wielkie, cienkie placki karbowane, by je łatwiej było łamać, sprowadzono mąkę aż z Judei, z roli, na której Abraham przyjął był ofiarę Melchizedeka. Mąkę tę, zwaną siejbą Abrahama, przysłano tu w długich puszkach; mąki tej nie kwaszono. Wszystko musiało być gotowe do czwartej godziny. Oprócz tego była jeszcze mąka i zioła, a wszystko błogosławiono.
Rano tego dnia nauczał Jezus w gospodzie nowo ochrzczonych pogan i starych Żydów; mówił bardzo głęboko o Zielonych Świątkach, o prawodawstwie na górze Synaj i o chrzcie. Poruszał wiele miejsc z Proroków, odnoszących się do dnia dzisiejszego. Mówił o świętych chlebach, w te dnie poświęcanych, o ofierze Melchizedeka i o tej, którą przepowiadał Malachiasz. Oznajmił, że bliskim jest ustanowienie tej ofiary i że gdy za rok znów nadejdą Zielone Świątki, będą już wtedy nowe łaski rozlewać się przez chrzest i każdy będzie tych łask uczestnikiem, kto wtedy uwierzy w Pocieszyciela Izraelowego. Nad tym zaczęła się sprzeczka i dysputa, bo niektórzy nie chcieli czy nie mogli zrozumieć tych słów; Jezus oddzielił więc mniej więcej pięćdziesięciu, których uznał za dojrzałych do słuchania nauki, innych odprawił z niczym, obiecując ich później przygotować. Teraz poszedł Jezus z wybranymi za miasto ku wodociągom przy ogrodzie kąpielowym i tam nauczał. Widziałam, jak Jezus, wzniósłszy wskazujący palec w górę, objaśniał im coś, to znów oni przystawali i gestykulując, stawiali pytania i zarzuty. Żydzi w ogóle w rozmowach zawsze żywo gestykulowali rękami i palcami. Jezus wyjaśniał im, jak to jedyne zbawienie i wielka łaska spłynie na ludzi przez chrzest, udzielany po spełnieniu owej ofiary; zapytali się tedy niektórzy, czy teraźniejszy ich chrzest nie mieści w sobie tej łaski, a Jezus im rzekł: „Tak, jeśli tylko trwać będziecie we wierze i uznacie ową ofiarę; przecież i Patriarchowie, choć nie przyjęli tego chrztu, ale tęsknili za nim i w duchu go przeczuwali, doznają pomocy przez ową ofiarę i chrzest. Następnie mówił Jezus o pożytku gorliwej modlitwy podczas tych świąt; pobożni Izraelici od dawien dawna tego przestrzegali i błagali o zesłanie pociechy dla Izraela. Wiele jeszcze ważnych, głębokich myśli wypowiedział Jezus, lecz nie umiem już tego jak należy powtórzyć. Pod szabat powrócił Jezus z uczniami do gospody i widziałam, jak przysyłano im tam potrawy z uczty weselnej. Powracających do Salamis pogan odprowadził Jezus z uczniami na drogę. Upominał ich przy tym, by nie oddali się znowu bałwochwalstwu i krętaczym spekulacjom i o ile możności jak najprędzej opuścili ten kraj, gdzie tyle przeszkód mieć będą na nowej drodze życia. Wskazał im do osiedlenia się różne odpowiednie okolice, z czego przypominam sobie tylko Jerozolimę, ziemię między Hebron a Gazą, i koło Jerycho; polecił im przy tym, by po przybyciu tam zwrócili się o poradę i pomoc do Łazarza, Jana Marka, siostrzeńców Zachariasza i rodziców uzdrowionego ślepego ucznia Manahema. Tuż przed nadejściem szabatu zaprowadziły dzieci szkolne w uroczystym pochodzie rabinów do synagogi; jako też niewiasty zaprowadziły oblubienice, a młodzi mężczyźni oblubieńców. — Jezus poszedł tam także z uczniami. Nabożeństwo nie było wcale niezwykłą ceremonią, polegało tylko na śpiewaniu i czytaniu, przeplatanym modlitwą. Między zebranych rozdzielano kawałki poświęconych chlebów. Uważano to za środek pomocny przeciw chorobom i czarnoksięstwu. Wielu Żydów, między nimi siedmiu młodych oblubieńców, przepędziło noc w synagodze na modlitwie. Mieszkańcy miasta znów szli gromadkami po dziesięciu lub dwunastu na wzgórki, lub do ogrodów. Tu wbijali w ziemię żerdź z pochodnią na wierzchu i modlili się przy tym pod gołym niebem przez całą noc. Uczniowie i ochrzczeni poganie poszli za ich śladem, a Jezus poszedł sam jeden na ustronne miejsce na modlitwę. Nawet niewiasty zgromadziły się na wspólną modlitwę po domach. Uroczystość Pięćdziesiątnicy.
W sam dzień Świąteczny spędzono cały ranek w synagodze na modlitwach, śpiewie, i czytaniu ksiąg Zakonu. Potem odbyła się pewnego rodzaju procesja. Przodem szli rabini z Jezusem na czele, a za nimi wiele ludu. Tak obchodząc krużganki świątyni, na czterech miejscach, zwróconych w cztery strony świata, stawali i wypowiadali błogosławieństwa na wszystkie ziemie i morza.
Po dwugodzinnej prawie przerwie, zebrano się w południe znowu w synagodze i czytanie odbywało się na przemian dalej. W jednej z przerw zapytał Jezus: „Czy zrozumieliście to?" i wyjaśnił niektóre części. Czytano właśnie o przejściu przez Morze Czerwone i dalszej wędrówce aż do prawodawstwa na górze Synaj. Podczas gdy oni czytali, widziałam to wszystko naocznie w objawieniu i z tego przypominam sobie następujące szczegóły. Widzenie przejścia przez Morze Czerwone. Izraelici leżeli obozem w kotlinie wzdłuż Morza Czerwonego na godzinnej przestrzeni. Morze było w tym miejscu bardzo szerokie i zasiane gęsto wysepkami pół godziny drogi długimi, a pół do jednego kwadransa szerokimi. Faraon z wojskiem szukał początkowo Izraelitów o wiele wyżej, ale wkrótce dowiedział się przez szpiegów o ich miejscu pobytu. Sądził już na pewne, że ma ich w swoich rękach, bo przecież przez morze nie mogli mu uciec. Ucieszyło to też Egipcjan, rozzłoszczonych na Żydów za zabranie świętych naczyń, posążków bóstw i tajemnic religijnych. Na wiadomość o zbliżaniu się Egipcjan zdjęła Izraelitów śmiertelna trwoga. Mojżesz tylko nie stracił nadziei; pomodliwszy się, kazał im zaufać Bogu i iść za jego przykładem. Wtem wzniósł się za Izraelitami słup obłoku tak gęsty, że zasłonił ich zupełnie przed oczami Egipcjan. Mojżesz tymczasem postąpił nad brzeg morza, trzymając w ręku laskę z dwiema odroślami i gałką u góry; pomodliwszy się, uderzył laską w wodę. I oto przed frontem wojska izraelskiego wyrosły jakoby z dna morskiego dwa wielkie słupy świetlane, zakończone snopem płomienistym, zbiegającym się ku górze; jeden stał naprzeciw prawego, drugi naprzeciw lewego skrzydła. Silny wiatr rozdzielił wody na szerokość frontu wojska Izraelskiego, tj. mniej więcej na godzinę drogi. Mojżesz pierwszy zeszedł po łagodnym stoku na dno morza, a za nim cała rzesza w szeregu po pięćdziesięciu mężów. Z początku było dno nieco oślizłe, ale wnet weszli na miękką murawę, po której szło się jak na kobiercach. Od słupów ognistych jasno było jak w biały dzień. Najpiękniej jednak wyglądały wyspy, jakby jakie wspaniałe pływające ogrody, pełne najpyszniejszych owoców i różnych zwierząt. Izraelici zbierali po drodze owoce i łapali zwierzęta, co im się bardzo przydało, bo bez tego musieliby po drugiej stronie morza przymierać głodem. Przechód przez morze zaczął się około północy. Woda nie rozstąpiła się naraz, lecz powoli ustępowała przed krokami Mojżesza, robiąc wolną klinowatą przestrzeń. Toteż w pobliżu wysp widać było przy świetle słupów odzwierciedlające się w wodzie drzewa i owoce. Ściany wodne nie były po obu stronach prostopadle ścięte jak mur, lecz wyglądały raczej jak zsiadła galareta. Izraelici szli spiesznym krokiem naprzód, podobnie jak ten, co schodzi z góry. Cudownym sposobem przeprawili się wszyscy w trzech godzinach, podczas gdy zwykle trzeba by było na to dziewięć godzin. O sześć do dziewięć godzin drogi wyżej leżało nad brzegiem jakieś miasto, które później zalała woda. Około trzeciej godziny nadciągnął z wojskiem Faraon; z początku wstrzymała go mgła, lecz wkrótce znalazł ślady, nie namyślając się więc, wjechał w pięknych wozach na dno morskie, a za nim całe wojsko. Izraelici byli już wszyscy na drugim brzegu, więc Mojżesz rozkazał wodom zejść się na powrót. Egipcjanie, oślepieni blaskiem i mgłą, nie zauważyli grożącego niebezpieczeństwa, wody się naraz złączyły, grzebiąc w swych nurtach całe wojsko egipskie. Rano nie było już ani śladu nieprzyjaciela, a Izraelici z głębi serca wielbili Boga za cudowne ocalenie. Dwa słupy świetlne złączyły się teraz znowu w jeden słup ognisty. Piękny to był widok, a żadne pióro niezdolne jest go opisać. Nazajutrz, na prośbę wielu mieszkańców, zwiedził Jezus z uczniami dwie dzielnice miasta, w których jeszcze nie był. Uzdrawiał tu chorych obojga płci umieszczonych w osobno przy budowanych celkach na podwórzach; upominał i pocieszał melancholików, dręczonych tajemną troską. W Mallep było wszystko tak mądrze urządzone, że można było zawsze ukryć się z cierpieniem, uwłaczającym czyjejś czci. Tak na przykład zapytywało wiele niewiast Jezusa, co mają począć: mężowie są im niewierni, a one boją się ich oskarżyć, bo wynikłoby publiczne zgorszenie, a w razie nie udowodnienia winy podległyby ciężkiej karze. Pragnęłyby jednak koniecznie albo zmiany postępowania ze strony mężów, albo rozwodu. Jezus pocieszał je i zalecał cierpliwość, przy tym kazał im się namyślić, czy wolą, by On sam skarcił ich mężów, czy też mają to zrobić Jego uczniowie obcokrajowcy, by na nie nie padło podejrzenie, że oskarżają swych mężów, i by nie rozgłosiło się to po kraju. Do domów, które zwiedzał Jezus, znoszono zewsząd dzieci, a On je błogosławił. Po południu poszedł Jezus do obszernego budynku, gdzie od tyłu w krużganku podwórza leżeli znakomitsi chorzy, po jednej stronie mężczyźni, po drugiej zaś niewiasty. Byli między nimi bardzo chorzy melancholicy, płaczący i nie dający się niczym pocieszyć. Jezus uzdrowił około dwudziestu, przepisał im, co mają jeść i pić, i kazał im się okąpać. Potem zwołał wszystkich razem i nauczał najpierw niewiasty, następnie mężczyzn. Trwało to prawie do wieczora, poczym Jezus udał się do synagogi.

Jezus ma w synagodze ostre, gromiące kazanie

W synagodze czytano III. Ks. Mojż. roz. 26. i Jeremiasza roz. 17, o przekleństwie Bożym na tych, którzy nie dochowują przykazań, o dziesięcinach, bałwochwalstwie, gwałceniu szabatu itd. Po skończonym czytaniu zabrał głos Jezus; w przemowie Swej tak surowo karcił grzeszne postępowanie ludzi, że wielu obecnych skruszył zupełnie i do rzewnego pobudził płaczu. Synagoga otwarta była na wszystkie strony, a głos Jezusa rozchodził się po niej tak dźwięcznie i silnie, jak żadnego innego człowieka. Jezus powstawał najpierw przeciw tym, którzy, zbyt przywiązani do rzeczy stworzonych, od ludzi tylko oczekują pociechy i pomocy. Mówił dalej o diabelskim pociągu, jaki czują ku sobie cudzołóżcy i cudzołożnice; klątwa rzucona przez oszukanych małżonków, spada na nieprawe dzieci, lecz wina ciąży tylko na cudzołóżcy. Wzruszyły te słowa ludzi, a wielu mówiło do siebie przy końcu nauki: „Ten mówił dziś tak, jakoby bliskim już był dzień sądu!" Dalej piętnował Jezus dumę krętaczy uczonych i nieużyteczne szperanie. Miało to być naganą postępowania miejscowych uczonych, którzy kształcili się w tutejszej wielkiej szkole miejskiej, a potem dla dalszych studiów odbywali dalekie podróże.
Po skończeniu tego gromiącego kazania, powrócił Jezus do gospody; tu zaraz zebrało się mnóstwo ludzi, prosząc Go o radę, to o pośrednictwo. I tak doktorowie i uczniowie tutejszej szkoły prosili o wskazówki co do dalszych studiów. Inni znów w trwodze byli, bo wdali się w różne interesy z poganami, z nimi sąsiadującymi, i teraz nie wiedzieli, jak z tego wybrnąć. Przyszli także mężowie owych niewiast, które się skarżyły przed Jezusem i inni, na których podobna wina ciążyła, chociaż nikt ich nie oskarżał. Uznając się grzesznikami, padali każdy na twarz przed Panem, wyznawali swą winę i błagali o odpuszczenie, a zarazem pojednanie ich z żonami. Najbardziej trwożyła ich myśl, że klątwa ich żon może spaść na zupełnie niewinne nieślubne dzieci; zapytywali więc przede wszystkim, czy klątwa ta da się zmazać wytrwałą pokutą. Jezus rzekł im na to: „Klątwa może być zmazana, jeśli ze strony przeklinającego nastąpi zupełne przebaczenie i powróci dawna miłość, a grzesznik, który ją sprowadził, będzie szczerze żałował i pokutował. Prócz tego musi klątwę zdjąć kapłan i udzielić błogosławieństwa. Klątwa nie dotyka duszy, bo Ojciec wszechmocny mówi: wszystkie dusze do Mnie należą, ale szkodzi na ciele i dobrach doczesnych. Ciało jednak jest mieszkaniem i narzędziem duszy, więc ciało przeklęte sprawia wielki ucisk i niedolę duszy, która już i tak ma do dźwigania wielki własny ciężar". — Przy tej sposobności widziałam, jak różnie taka klątwa działa, stosownie do intencji przeklinającego i usposobienia dziecka. Wielu cierpiących na konwulsje i opętanych, w ten stan popadło skutkiem klątwy. O ile uważałam, były dzieci nieślubne zawsze obdarzone doczesnymi, grzesznymi przymiotami. Miały coś podobieństwa do tych, które urodziły się z pomieszania „dzieci Bożych z córkami ludzkimi". Zwykle były piękne, a przy tym chytre, pełne skrytości i gwałtownej żądzy, chciałyby wszystko zagarnąć dla siebie, a nic nie chciały uznać. W ciele swym nosiły wyryte piętno swego pochodzenia i skutkiem tego nieraz dusza ich uległa wiecznej zgubie.
Przesłuchawszy wszystkich grzeszników z osobna i upomniawszy ich, kazał im Jezus przysłać tu swe żony. Tym znowu, każdej z osobna, opowiedział o skrusze mężów, kazał im szczerze pojednać się, zapomnieć wszystko i zdjąć rzuconą klątwę, bo jeśli która nie wypełni tego szczerze, sama będzie winna, gdyby mąż upadł powtórnie. Niewiasty z płaczem dziękowały Mu i przyrzekły wszystko uczynić. Niektóre małżeństwa pojednał Jezus zaraz dziś; kazał im stanąć przed Sobą i jakby dając na nowo ślub, zadawał im pytania, łączył ich ręce, przykrywał je szalem i udzielał błogosławieństwa. Żona jednego z niewiernych małżonków zdjęła zaraz klątwę z jego nieślubnych dzieci, które miał z pewną poganką; dzieci te chowały się tu w żydowskim zakładzie wychowawczym. Przywołano je, a ona w obecności Jezusa podała nad ich głowami mężowi ręce na krzyż, odwołała klątwę i dziatki pobłogosławiła. Jako pokutę nałożył Jezus na cudzołóżców jałmużny, post, umartwienia i modlitwę. Ten, który zgrzeszył z poganką, zmienił się teraz zupełnie na lepsze. Pokornie zaprosił Jezusa na ucztę, a Jezus przyjął zaproszenie i udał się tam wraz z uczniami. Kilku rabinów, również jak wszyscy w mieście zaproszeni, dziwili się bardzo temu, znano bowiem człowieka tego jako lekkomyślnego światowca, którego niewiele obchodzili kapłani i Prorocy. Był to bogacz, posiadający wielkie majętności, uprawiane przez liczną służbę. Dom jego stał koło szpitala, gdzie Jezus uzdrawiał melancholików. W czasie uczty weszły dwie córeczki gospodarza i wylały na głowę Jezusa kosztowny wonny olejek. Po uczcie poszedł Jezus w otoczeniu wszystkiego ludu do synagogi, by zakończyć szabat. Tu ciągnął dalej rozpoczętą wczoraj naukę, ale już nie tak ostro brzmiały słowa Jego, gdy mówił: „Bóg nie opuści was, jeśli tylko wołać będziecie do Niego o pomoc. Pozbądźcie się zbytecznego przywiązania do swych domostw i majętności, a uwierzcie w Mą naukę. Tu żyjąc między poganami, macie wiele sposobności do grzechu, więc porzućcie to wszystko, wróćcie do Ziemi obiecanej i tam oddajcie się zupełnie prawdzie. Judea jest dość wielką, by was przyjąć i wyżywić, choć początkowo pod namiotami musielibyście mieszkać. Lepiej wszystko opuścić, niż zagubić duszę, grzesząc bałwochwalstwem w tych pięknych domach, majętnościach, wśród wygód wszelkich. Chcecie by przyszło królestwo Boże, więc idźcie mu naprzeciw. Nie powinniście zbytecznie przechwalać się pięknymi marnymi domostwami i tym krajem rozkosznym; ręka Boża dosięgnie was i tu, wszyscy będziecie wypędzeni, a mieszkania wasze zburzone. Wiem dobrze, że cnota wasza jest pozorną, że opiera się tylko na obojętności i wygodach. Czyhacie na posiadłości pogan, usiłujecie przyciągnąć ich do siebie lichwą, handlem, górnictwem, i związkami małżeńskimi, lecz kiedyś stracicie ich wszystkich. Unikajcie takich małżeństw z poganami, gdzie obie strony obojętne są pod względem wiary, a łączą się tylko dla posiadłości i pieniędzy, swawoli, lub dla dogodzenia żądzy zmysłowej." —Wszyscy byli słowy Jezusa bardzo wzruszeni, a wielu prosiło Go zaraz o rozmowę na osobności.
Następnego dnia zwiedzał Jezus znowu aż do późnej nocy domy, upominał, pocieszał i zaprowadzał zgodę. W jednym domu przyszło doń parę niewiast, oskarżając same siebie, że mają nieślubne dzieci. Jezus kazał im przywołać mężów, pojednał ich nawzajem i na nowo połączył. Dzieci te zostały przez mężów przyjęte i pobłogosławione, nie wiedząc nawet, dlaczego. Wiele przezwyciężenia kosztowało ze strony żon, by przyjąć dzieci nieślubne swych mężów; poszło to jednak wszystkim tak gładko od serca, bo mężowie pokochali jeszcze więcej swe żony, błogosławili poczętym w cudzołóstwie dzieciom. W ten sposób doszło do skutku gruntowne pojednanie i uniknięto wszelkiego jawnego zgorszenia. Wielu wczorajszym słuchaczom utkwiły w pamięci surowe słowa Jezusa, wzywające do opuszczenia tego kraju, więc teraz przychodzą szukać u Niego rady i pociechy. Nauka Jezusa podobała im się; czuli się Żydami, choć oddzielonymi od głównego pnia, więc odwiedziny Jezusa pochlebiły im bardzo, jednakże naśladowanie Go i opuszczenie tego kraju nie bardzo im smak przypadło, gdyż mieli tu bogactwa i wygodę, własne miasto, wielkie zyski z handlu i udział w kopalniach. Bogacili się też na poganach, nie dręczyli ich Faryzeusze, nie gnębił Piłat, słowem, pod względem pomyślności doczesnej, byli w najszczęśliwszym położeniu; będąc jednak w tak bliskich stosunkach z poganami, nie mogli uniknąć łączenia się z nimi. Pogańskie posiadłości i zagrody leżały w ich sąsiedztwie i poganki wychodziły chętnie za Żydów, bo niewiasty żydowskie nie były tak niewolniczo traktowane, to też przywabiały na wszelki sposób młodzieńców żydowskich, obsypując ich podarunkami, kokietowały i bałamuciły ich. Stawały się żydówkami bez żadnego poważnego zamiaru i szczerego, niezłomnego postanowienia, więc w małżeństwa takie wkradała się łatwo obojętność i rozwiązłość. Żydzi tutejsi nie byli w ogóle tak pojedynczy i gościnni, jak Żydzi palestyńscy, więcej zagospodarowani i nie tak patriarchalni, i podnosili wciąż różne trudności przeciw opuszczaniu kraju. Jezus tłumaczył im, że ojcowie ich mieli także domy i pola w Egipcie, a przecież opuścili je chętnie i dobrowolnie, przypomniał im też Swą przepowiednię, jakie to nieszczęście na ten kraj spadnie. Uczniowie także chodzili między ludem, nauczali i dawali wyjaśnienia. Najwięcej pracy miał Barnabasz, bo jako znajomego nie lękano się go tak i o wszystko wypytywano. Koło niego był też zawsze najliczniejszy tłum słuchaczy.

Jezus odwiedza osadę górniczą koło Chytrus

Rodzina Barnaby i inni mieszkańcy Chytrus prosili Jezusa, by udał się do pewnej osady górniczej koło Chytrus, bo tamtejsi żydowscy górnicy mieli właśnie obchodzić święto, w które otrzymywali od swego państwa podarunki i należny udział w plonach. Przyjąwszy zaproszenie, poszedł tam teraz Jezus z Nallep z uczniami, między którymi był świeżo przybyły uczeń z Naim i synowie Cyrynusa z Salamis, razem około 12 osób. Po drodze zatrzymywał się Jezus przy robotnikach i rozmawiał z nimi o torowaniu drogi do dobrego. Szli przeważnie bocznymi ścieżkami, więc droga zabrała im prawie siedem godzin czasu. Jezus umyślnie wybrał dłuższą drogę, by nie stanąć za rychło na miejscu i po drodze spokojnie pomówić z uczniami. I tak uczniowi z Naim kazał opowiadać Sobie wszystkie zdarzenia i wypadki z podróży i co mu było polecone dopełnić; bo chociaż Jezus wiedział wszystko naprzód, jednak nie dawał tego poznać po Sobie, gdyż byłoby to przeszkodą w działaniu dla Niego i dla innych. Uczeń ten wyruszył był z Jerozolimy do Naim dzień przed Zielonymi Świątkami, już po złożeniu ofiar pieniężnych i po rzezi, urządzonej przez Piłata w świątyni; z Naim udał się przez Nazaret do Ptolomaidy, a stąd przeprawił się do Cypru. Opowiadał teraz Jezusowi, że Matka Jego, święte niewiasty, Jan i kilku uczniów obchodzili Święta w Nazarecie. Matka i przyjaciele pozdrawiają Go i proszą, by jeszcze zatrzymał się jakiś czas na Cyprze, dopóki się wszystko nie uspokoi; Faryzeusze i tak są tego zdania że już się gdzieś zapodział. Jak mówił, chciał Herod także zawezwać Jezusa do Macherus pod pozorem omówienia z Nim wykupna więźniów w Tirzy, a właściwie chciał Go uwięzić, podobnie jak Jana. Następnie opowiadał uczeń o rzezi, wykonanej przez żołnierzy Piłata w dzień przygotowań przed Świątkami, gdy Żydzi już złożyli ofiary w świątyni. Zginęło przy tym kilku przyjaciół Jezusa, krewnych Zachariasza, którzy będąc sługami świątyni, przypadkiem wmieszali się w tłum. Jezus wiedział już o ich śmierci i bardzo się nad nią smucił, teraz słysząc o tym powtórnie z opowiadania ucznia, znowu wraz z uczniami popuścił wodze smutkowi. Piłat już wieczorem dnia poprzedniego wyjechał był z miasta i zatrzymał się w Joppe w bok od drogi, gdzie posiadał swój zamek. Miał on wielką chęć zagarnąć dla siebie pieniądze, składane w te święta w świątyni, by za nie wybudować długi wspaniały wodociąg; kazał też powywieszać na słupach u wszystkich drzwi świątyni obraz cesarza na spiżowych tablicach, a pod tym przybić manifest, wzywający do składania podatku. Lud rozjątrzony był wywieszeniem tych obrazów, a do tego Herodianie podburzyli przez swych stronników garstkę Galilejczyków z partii Judasza Gaulonity, który poległ przebity przy ostatnim rozruchu. Herod, bawiący potajemnie w Jerozolimie, wiedział dobrze o tym. — Podburzeni Galilejczycy wszczęli wieczorem rozruch na dobre, zerwali tablice, zohydzili i zbezcześcili portrety cesarskie, a szczątki z nich porzucili przed pretorium na rynku, z okrzykami: „Oto masz pieniądze ofiarne." Wykonawszy to, rozbiegli się i nie zajmowano się tym więcej. Gdy jednak nazajutrz chcieli wychodzić z świątyni, wyjścia obsadzone już były przez żołnierzy Piłata, którzy w jego imieniu domagali się złożenia żądanych pieniędzy; tłum stawił opór, chciał przemocą się przedrzeć, a wtedy przebrani żołnierze, wmieszani w tłum, wyjęli krótkie miecze i rozpoczęli rzeź. Na krzyk powstały, nadbiegli owi dwaj słudzy świątyni i także polegli pod ciosami. W końcu jednak wzięli górę Żydzi i odparli żołnierzy aż do zamku Antonia. Jezus rozmawiał po drodze z uczniami o usposobieniu mieszkańców Mallep, ich przywiązaniu do dóbr doczesnych i nie mogących się pogodzić z myślą przeniesienia się do Palestyny. Dalej wspominał im o tym, że nawróceni pogańscy filozofowie pójdą z Nim i dawał uczniom wskazówki, jak się mają zachować względem nich, jako towarzyszów podróży. Mówił to im zaś dlatego, bo uczniowie jakoś nie mogli dotychczas pogodzić się z tymi filozofami i zawsze trochę się z nich gorszyli. Około wieczora przybyli do osady górniczej, oddalonej o pół godziny od Chytrus. Osada leży w pobliżu kopalni, rozłożona w koło wyniosłego skalistego pagórka, to też wiele mieszkań wbudowanych jest tylną ścianą w skałę. Na górze, dokąd wiodą umyślne schody, są ogrody a wśród nich plac do nauczania, ocieniony drzewami, skąd widać wieś całą jak na dłoni. Z okazji święta przystrojone były wszystkie drzwi domów girlandami i wieńcami z kwiatów. Jezus udał się do gospody, gdzie mieszkał nadzorca, doglądający górników, wypłacający im żołd i dostarczający artykułów żywności. Przyjęto Jezusa i uczniów radośnie, umyto im nogi i podano przekąskę. Zaraz potem poszedł Jezus nauczać na górę. Siedział tam na mównicy, a rzesza rozsiadła się w koło. Jezus tłumaczył im, że ubóstwo i praca szczęście przynosi człowiekowi, że oni są szczęśliwsi niż bogaci Żydzi z Salamis; przed Bogiem tylko cnotliwy jest bogatym, a właśnie oni w ubóstwie mają mniej sposobności do grzechu. Przez Swe przybycie, jak mówił, chciał im pokazać, że nie pogardza nimi i kocha ich. Nauczał tak aż do nocy, objaśniając w przypowieściach „Ojczenasz." Z Chytrus sprowadzono tu wszelkiego rodzaju zapasy, suknie, żywność, zboże, a na drugi dzień przybyli tu ojcowie i bracia Barnaby, znakomitsi mieszkańcy i właściciele kopalń i kilku rabinów. Zapasy wszystkie złożono na placach, poczym zebrał się tamże lud, stawił się w rzędy i zaczęto rozdzielać zboże nieckami, dalej wielkie placki na dwie stopy w czworobok, miód, owoce, napoje w dzbankach, skórzane odzienia, także kawałki grubej materii, niby to dywany, mające na półtora łokcia w kwadrat. Jezus wraz z uczniami, był także przy rozdzielaniu, poczym poszedł znowu na górę i nauczał zebrane tłumy. Mówił o robotnikach w winnicy, o miłosiernym Samarytaninie, o wdzięczności i błogosławieństwie w ubóstwie, o chlebie powszednim i o Modlitwie Pańskiej. Po nauce zasiedli wszyscy do uczty zastawionej na wolnym powietrzu w altanach, a Jezus, uczniowie i znakomitsi obywatele usługiwali. Chłopcy i dziewczęta grali na fletach i śpiewali. Po uczcie zarządzono gry dziecięce, jako to bieganie, skakanie, ślepą babkę, szukanie itp. Nie obeszło się i bez tańców; tancerze ustawiali się w długie rzędy, a kołysząc się na obie strony, mijali się wzajemnie, łącząc się potem w koła.
Wieczorem poszedł Jezus do kopalni, wziąwszy ze Sobą dziesięciu bardzo miłych chłopczyków w wieku od 6 — 8 lat. Byli oni tylko przepasani, wkoło pasa zaś lub przez pierś przewieszone mieli wieńce świąteczne z wełny lub piór. Z dziecinną śmiałością pokazywali Jezusowi wszystkie najlepsze szyby i opowiadali, co tylko wiedzieli. Jezus zaś, stosując się do ich pojęć, dodawał do wszystkiego jakąś pożyteczną naukę. Mówił im pouczające zagadki i opowiadał przypowieści. Nazajutrz odprowadził Jezus z uczniami ucznia z Naim do portu, oddalonego o pięć godzin drogi. Jedna grupa szła naprzód, druga z tyłu, a Jezus szedł w środku z odjeżdżającym uczniem i kilku innymi na przemian. Uczeń ten odjeżdżał do salin koło Citium. Przy pożegnaniu pobłogosławił go Jezus, a inni uczniowie uściskali, poczym on odjechał, a pozostali wrócili do osady górniczej. Port nie jest tu tak daleko od osady, jak koło Salamis; morze zaś wrzyna się tak daleko w ląd, że miasto zdaje się kąpać we wodzie. Niedaleko wznosi się wysoka góra, w pobliżu niej znowu żup solny. W przystani koło salin mieszczą się tylko małe okręty i tratwy; spławiają tu także drzewo budulcowe.

Jezus idzie do Cerynii i odwiedza rodziców Mnasona

Opuściwszy osadę górniczą, poszedł Jezus z uczniami przez góry na północny zachód do portu Cerynii. Pozostawiwszy Mallep na prawo, przeszli przez część doliny Lanifa i minęli Leppe. Na pięknym, cienistym pagórku zatrzymano się na odpoczynek, a Jezus nauczał. Blisko trzy kwadranse drogi przed Cerynią był w zagłębieniu stoku góry ogród modlitewny i tu też około czwartej godziny po południu zatrzymał się Jezus, przyjęty przez rodzinę Mnasona i wielu innych Żydów. Rodzina Mnasona osiedlona jest na pół godziny drogi przed Cerynią, w bok od drogi. Ojciec Mnasona był to starzec z długą brodą, chudy, pochylony wiekiem, ale jeszcze czerstwy i zwinny. Oprócz Mnasona ma jeszcze trzech synów, dwie córki, zięcia i synową. Wszyscy mieszkają razem już od dziesięciu lat; przedtem trudnili się wędrownym kramarstwem. Jezusa przyjęto z wielka radością i pokorą, umyto Jemu i uczniom nogi w miednicy i podano przekąskę. Ogród modlitewny urządzony był tarasowato i obsadzony cienistymi alejami. Jezus nauczał aż do wieczora o chrzcie, objaśniał „Ojczenasz" i osiem błogosławieństw. Ojciec Mnasona, któremu na imię było Mojżesz, wraz z synami poprowadził Jezusa po nauce do swego domu. Mnason wyszedł naprzeciw, prowadząc czworo dzieci, którym Jezus zaraz udzielił błogosławieństwa. Matka i siostry Mnasona w zasłonach na twarzy powitały Jezusa, a On chwilę z nimi rozmawiał. Potem zasiedli wszyscy do uczty, zastawionej w altanie na wolnym powietrzu. Zastawiono, co było w domu najlepszego, a więc chleb, miód, pieczone ptactwo i owoce będące jeszcze na małych gałązkach. Po uczcie Jezus nauczał. Na noc umieszczono ich w długiej altanie o ścianach zrobionych z obłonu, z zewnątrz obrosłej gęsto zielenią. Wzdłuż ścian stały rzędem posłania. Matka Mnasona jest to silna, krzepka niewiasta. Ojciec jego pochodził z pokolenia Judy, lecz przodkowie jego zaprzepaścili się gdzieś w niewoli babilońskiej i więcej nie wrócili. On sam był przedtem wędrownym handlarzem, prowadził karawany, a czas jakiś żył w Arabii od strony Morza Czerwonego; mniej więcej przed 10 laty osiedlił się tu, zubożały, z całą rodziną. Wtedy to oddano Mnasona do szkoły w Mallep, poczym tenże wyjechał do Judei na dalsze studia i tu spotkał się z Jezusem. W kilku małych chatkach, połączonych w jedno obejście, mieści się cała rodzina, tj. ojciec Mnasona z dziećmi, z których Mnason jest najmłodszy. Pola nie uprawiają, mają tylko za domami kilka sadów, pełnych drzew owocowych. Ojciec Mnasona osiedlił się tu jako zarządca gospody, a będąc sam dawniej dowódcą karawan, teraz pomagał i otaczał swą opieką karawany handlowe, zatrzymujące się przed Cerynią. Posiada kilka osłów i jucznych wołów, więc odbiera od karawan mniejsze transporty, przeznaczone dla miejscowości leżących z drogi i tam je dowozi. Jest on woźnicą i stał się teraz niejako gospodarzem dla woźniców. W domu jest ubogo, ale żyją dość porządnie, ściśle według żydowskiego obyczaju. Zarobku niema tu wielkiego, bo do Cerynii niewiele wiedzie dróg handlowych. Główny szlak idzie na Lapitus o parę godzin drogi dalej na zachód. Nazajutrz nauczał Jezus w tym samym miejscu, co dnia poprzedniego. Na naukę zebrali się licznie Żydzi z Cerynii, tudzież członkowie wędrownej małej karawany; ci cieszyli się nadzwyczaj, że widzą tu znowu Jezusa, bo już słyszeli Jego naukę koło Kafarnaum i tam przyjęli chrzest. Jezus mówił bardzo surowo przeciw lichwie i żądzy wzbogacania się na poganach przez handel; prócz tego nauczał, o chrzcie, Modlitwie Pańskiej i błogosławieństwach. W południe spożyto wspólnie obiad. Jezus mało siedział przy stole, wciąż usługiwał, chodził w koło i nauczał. Jedna z zamężnych sióstr Mnasona nie wychodziła wcale do gości, bo córeczka jej przedwczoraj umarła, więc stroskana matka siedziała otulona przy zwłokach i opłakiwała swe dziecię. Nie wiem już dla jakiej przyczyny nie można jej było pochować wczoraj; dziś dopiero oczekiwano o czwartej godzinie rabinów z Mallep, by zaprowadzili tam zwłoki, gdyż cmentarz tam się znajdował. Zmarła dziewczynka dosyć już wielka, od dziecka była chorowita. Nie mogła dobrze mówić, ani chodzić, ale rozumiała wszystko. Mnason, który już jako uczeń był tu nieraz, wspominał o niej Jezusowi, a Jezus przepowiedział rychły jej zgon i pouczył go, jak ją ma przygotować na śmierć. Mnason wypełnił wszystko ściśle, korzystając z każdorazowej nieobecności matki. Nakłonił on dziewczynkę do wiary w Mesjasza, wzbudził w niej serdeczny żal za grzechy i nadzieję w przyszłe zbawienie. Modlił się wspólnie z nią i namaścił ją olejem, pobłogo¬sławionym przez Jezusa. Tak więc szczęśliwą śmierć miało owe dziecko. Obecnie leżało obok matki w nieckach, poobwijane jak dziecko w pieluchach, z przykrytą twarzą. Na głowie leżał wianuszek kwiatów, a w koło powtykane były pęki ziół. Ramiona i ręce także były poobwijane, ale tak, że można je było rozeznać. Przy ramieniu leżała biała laseczka, a na jej końcu związane były w pęk wielki kłos żytni, latorośl winna, gałązka oliwna, róża i inne zioła krajowe. Do matki zeszły się później inne niewiasty, opłakiwały wraz z nią dziecko i kładły mu do trumny różne zabawki, jako to dwa małe flety, krzywy, kręcony róg, i mały łuk z napiętą cięciwą, opatrzony u góry rowkiem, w którym wetknięta była laseczka, wyobrażająca strzałę. Prócz tego miała zmarła w każdej ręce krótką, pozłacaną laskę z gałką. Gdy rabini przybyli, by odprowadzić zwłoki, nie było wieko trumny przybite gwoździami, tylko przymocowane opaską. Czterech mężczyzn niosło trumnę na noszach. Na przedzie niesiono na tyce, w rogowej latarni, płonącą lampę; za nimi szli dorośli i dzieci, zbici w gromadkę. Jezus i uczniowie stali właśnie przed domem i widzieli pochód. Jezus pocieszał zrozpaczoną matkę i krewnych i przy sposobności zaczął zaraz opowiadać o zmartwychwstaniu. Szabat obchodzili wszyscy w Cerynii. Cerynię przecinają trzy ulice, biegnące ku morzu, z których środkowa jest bardzo szeroka. Inne znów dwie prowadzą na poprzek, przecinając owe trzy ulice. Od strony lądu otoczone jest miasto grubym murem wałowym. Domy nielicznych tu Żydów wbudowane są z zewnątrz w ten wał, tak że mieszkają oni niejako za miastem, lecz domy te, otoczone są osobnym wałem. Tak więc mieszkają tutejsi Żydzi między dwoma murami miasta, oddzieleni zupełnie od pogańskiej Cerynii, liczącej coś dziesięć świątyń czyli uroczysk. — Żydów jest tu mało i to nie bardzo bogatych, ale wszystko mają urządzone w porządku. W jednym wspólnym budynku mieści się szkoła, synagoga, mieszkania rabinów i nauczycieli; dom jest wysoki na dwa piętra. Posiadają też piękną płynącą krynicę; jedno ramię dopływa z innego źródła, więc podzielili ją na studnię do picia i cysternę kąpielową, umieszczoną w uroczym ogrodzie.
U wylotu ulicy przyjęli Jezusa nauczyciele z oznakami wielkiej czci, zaprowadzili Go do szkoły, potem do synagogi. Tu również kazali przynieść na małych noszach siedmiu chorych, by przysłuchiwali się nauce Jezusa. Zebrało się około stu mężów, a Jezus sam nauczał. Czytano z Mojżesza (II. Mojż. 1 — 4, 21) o liczbie Izraelitów i różnych rodach, i z proroka Ozeasza (Oz. l, 10. — 2, 21) mowę przeciw bałwochwalstwu. Zachodziło tam, że Bóg rozkazał Ozeaszowi pojąć za żonę nierządnicę, a dzieci, zrodzone z tego małżeństwa osobliwe imiona otrzymały. Zapytywano Jezusa o znaczenie tego, więc wytłumaczył, że Ozeasz przedstawiał w swej osobie i swym życiu związek Boga z domem Izraela, a dzieci jego, przez imiona swe, wyobrażały surowe wyroki Boże, mające spaść na naród izraelski. Ze słów Proroka wynikało także, że z dopuszczenia Bożego nieraz dobrzy muszą się łączyć z grzesznikami, by zniszczyć zaród złego. Małżeństwo Ozeasza z nierządnicą i różne imiona jego dzieci, są wskazówką ciągłych, ohydnych zbrodni, popełnianych w Izraelu i miłosierdzia Boga. który wciąż jeszcze wstrzymuje karzącą rękę. Jezus surowo o tym nauczał, wzywał do chrztu i pokuty, przepowiadał zbliżanie się królestwa Bożego, karę na tych, którzy je odpychają, i zburzenie Jerozolimy. Podczas przerw w nauce wołali kilkakrotnie chorzy: „Panie! wierzymy w Twą naukę, ale pomóż nami" Zauważywszy, że Jezus wkrótce wyjdzie z synagogi, kazali wynieść się naprzód, ustawić w przedsionku we dwa rzędy i znów zaczęli wołać: „Panie! uczyń dla nas, co w mocy Twojej! Panie! użyj na nas tej mocy, która Ci jest dana!" Jezus jednak nie uzdrowił ich zaraz; dopiero gdy rabini zaczęli się wstawiać za nimi, zapytał chorych: „Co mogę dla was uczynić?" A oni odpowiedzieli: „Panie, wybaw nas z choroby! uzdrów nas!" — „Wierzycie też, że mogę to uczynić?" zapytał Jezus; na co zawołali jednogłośnie: „Tak, Panie! wierzymy." Wtedy Jezus kazał rabinom przynieść księgi modlitw i wezwał ich, by wraz z Nim modlili się nad chorymi. Po spełnieniu tego kazał uczniom włożyć ręce na chorych, jednemu na oczy, drugiemu na piersi, innym na inne chore członki. Następnie zapytał jeszcze raz chorych, czy wierzą i chcą wyzdrowieć, na co odrzekli powtórnie: „Tak, Panie! wierzymy, że możesz nam pomóc!" Wtedy rzekł im Jezus: „Powstańcie! wiara wasza uzdrowiła was" — Natychmiast powstali wszyscy siedmiu, dziękując Mu serdecznie, a Jezus polecił im jeszcze kąpać się i oczyścić. Kilku z nich miało nabrzmiałości z wodnej puchliny; obecnie ustąpiła już choroba, ale pozostało jeszcze osłabienie, więc odchodząc, musieli wspierać się na laskach. Już nieraz widziałam, iż Jezus używał w Cyprze tego sposobem uzdrawiania chorych, że przypuszczał rabinów do modlenia się nad chorymi, a uczniom kazał wkładać ręce. Tak postępował w Chytrus, Mallep i Salamis. Wielu rabinów i nauczycieli było Mu życzliwych, więc dopuszczał im na równi z uczniami brać udział w uzdrawianiu, by przez to wzbudzić ich zaufanie. Drugim powodem uzdrawiania w ten sposób było to, że chciał przygotować ich na przyszłą działalność Swych uczniów, gdyż między 570 stronnikami, pozyskanymi na Cyprze dla nowej nauki, było także wielu rabinów. Uzdrowionych ochrzczono wraz z innymi Żydami z Cerynii na placu koło domu Mojżesza. Wodę trzeba było sprowadzać pobliskiego źródła, bo dom Mojżesza, nieco na wzgórku położony, nie miał własnej studni; był tam tylko zbiornik wody, tj. wielkie, miedziane naczynie, wpuszczone w ziemię, a otoczone w koło płytkim rowkiem z kamienia. Z rowka znowu był odpływ do kamiennego koryta. Zbiornik napełniano zawsze czystą wodą. Rynna służyła do mycia się i do obmywania nóg, koryto zaś do pojenia bydła i podlewania.
Obecnie stawali w nim przyjmujący chrzest, a chrzczono ich wodą ze zbiornika. Mężczyźni mieli na sobie długie białe suknie, manipuły i pasy z literami. Oprócz siedmiu uzdrowionych przyjęło chrzest jeszcze tylko ośmiu Żydów. Każdy z nich rozmawiał z osobna z Jezusem, wyznając Mu swe grzechy. Jezus nauczał najpierw o pokucie i oczyszczeniu się przez chrzest; dalej pouczał ich, by wypełniali Zakon nie niewolniczo, lecz według pojęcia i nauk Proroków, bo Zakon jest dla nich, a nie oni dla Zakonu. Dany im zaś jest Zakon na to, by przezeń zasłużyli sobie na łaskę. Między chrzczącymi byli bracia i szwagrowie Mnasona; tylko ojciec jego, pobożny ale uparty Żyd nie dał się do tego namówić. Mnason przez cały czas starał się ojcu objaśnić, a i Jezus mówił dziś z nim o chrzcie, ale nie można było przekonać starego uparciucha. Wzruszał tylko ramionami, potrząsał głową, lecz wzbraniał się usłuchać, przytaczając różne pozorne powody, dla których trzyma się wiernie obrzezania. Mnason tak się tym zasmucił, że aż płakał. Dopiero Jezus uspokoił go, że teraz trudno coś zrobić, bo ojciec jego zestarzał się już w tych przesądach; ale że z resztą żył zawsze pobożnie, więc później na innym miejscu przejrzy i będzie opłakiwał teraźniejszą swą ślepotę. Przed chrztem błogosławił Jezus wodę i dolewał do niej wody z Jordanu. Po chrzcie wyczerpano starannie resztki wody i zagrzebano je. Podczas gdy przy zbiorniku chrzczono, poszedł Jezus na wzgórek poza plac, gdzie był piękny ogród, pełen drzew owocowych, a w nim kilka altan. Tu oczekiwało już na Jezusa trzydzieści do czterdzieści Żydówek z zasłonami na twarzy. Wszystkie oddały Jezusowi głęboki ukłon. Przybyły tu głównie, trapione troską i trwogą, że mężowie ich opuszczą je i pójdą za Jezusem, a one zostaną wtenczas bez wszelkiej pomocy. Prosiły więc Jezusa, by zabronił ich mężom żony swe opuszczać. Jezus rzekł im na to, że i one mogą pójść za mężami do Palestyny, a znajdą tam utrzymanie, jak np. święte niewiasty. Tłumaczył im, że teraz każda chwila czasu ma wielką wartość, że nie można żyć teraz spokojnie i wygodnie, lecz zależy na tym, by wyjść na spotkanie nadchodzącego królestwa Bożego i przyjąć godnie oblubieńca. Mówił im także o zagubionym groszu, o pięciu mądrych i pięciu głupich pannach. Młodsze z niewiast, dręczone zazdrością, prosiły Jezusa, by polecił ich mężom nie obcować z pogankami, bo przecież z takim naciskiem mówił o groźbie Ozeasza przeciw tym, którzy cudzołożą z pogankami. Jezus na to zbadał ich własne zachowanie się względem mężów, zalecał im łagodność, pokorę, cierpliwość i posłuszeństwo, i przestrzegał przed niewczesnymi oskarżeniami i plotkami. Pożegnawszy je, zakończył Jezus naukę szabatową w synagodze w Cerynii i poszedł z uczniami prosto do Mallep.

Powrót z Cypru

W Mallep miał Jezus długą naukę przy studni miejskiej. Mówił znowu o zbliżaniu się królestwa, na którego spotkanie trzeba wyjść; o tym że krótko już tu zabawi i wnet ich pożegna, że ciężkie trudy czekają Go jeszcze w dokończeniu dzieła, o naśladowaniu i współpracowaniu. Przepowiadał powtórnie rychłe zburzenie Jerozolimy i karę na nią i na wszystkich, którzy odpychają królestwo Boże, nie chcą się nawrócić i czynić pokutę, a całe szczęście widzą w przywiązaniu do dóbr doczesnych i dogadzaniu swym żądzom. Przedstawiał im, że wszystkie te rozkosze doczesne wyglądają pięknie i wygodnie, ale właściwie są tylko pstro pomalowanym grobem, pełnym zgnilizny i robactwa, jak to sami mogą poznać na sobie, jeżeli dokładnie przetrząsną swe sumienie przy tych wszystkich zbytkach i rozkoszach zewnętrznych. Wyrzucał im ich lichwiarstwo, skąpstwo, łączenie się z poganami z chciwości, niewolnicze przywiązanie do dóbr doczesnych i obłudę. — „Patrzcie — mówił — na te wszystkie wspaniałości i wygody, które was otaczają; wszystko to ulegnie zagładzie i przyjdzie czas, że ani jeden Izraelita nie będzie tu mieszkał." — Mówił dalej bardzo wyraźnie o Sobie i spełnianiu się proroctw na Nim, ale niewielu Go zrozumiało. Ponieważ wszyscy naraz nie mogli Go słyszeć, więc przystępowali kolejno gromadami, a byli między nimi starzy i młodzi, mężczyźni, niewiasty i dziewice. Wszyscy, wzruszeni bardzo, ze łzami słuchali słów Jego. Po nauce poszedł Jezus z kilku uczniami w otoczeniu tłumów ludu ku wschodowi i po kilku godzinach drogi przybył do rozrzuconych tu osad wieśniaczych. Jezus chodził tu już raz z Mallep, a teraz na zaproszenie mieszkańców przybył po raz wtóry. Równocześnie nadszedł tu z portu Citium młodzieniec z Naim, by zdać sprawę z zarządzonych przygotowań do odjazdu. Był tu cienisty wzgórek do nauczania. Na nim nauczał Jezus na pożegnanie podobnie jak w Mallep, poczym zwiedził niektóre chaty i uzdrowił sporą liczbę chorych, wzywających Jego pomocy. Już wybierał się z powrotem do Mallep, gdy jakiś stary wieśniak zaczął Go błagać, by wstąpił do chaty jego i ulitował się nad ślepym jego chłopcem. W domu tym mieszkały trzy rodziny, łącznie 12 osób, a to oboje starzy i dwóch ich żonatych synów z dziećmi. Matka, z zasłoną na twarzy, przyniosła Jezusowi ślepe dziecko, które umiało już mówić i chodzić. Jezus wziął je na ręce, pomazał mu oczy poślinionymi palcami prawej ręki, pobłogosławił i postawił na ziemi, poczym trzymał mu przed oczyma jakiś przedmiot. Dziecko, dotychczas ślepe, chwyciło zaraz zań niewprawnie, na głos ojca lub matki biegło w ich objęcia od jednego do drugiego, słowem doskonale widziało. Rodzice przyprowadzili je na powrót do Jezusa i z płaczem Mu na kolanach dziękowali, Jezus zaś uścisnął je i oddał rodzicom z napomnieniem, by prowadzili je teraz do prawdziwego światła i widzącemu nie dali popaść w głębsze ciemności, niż przedtem. Pobłogosławił także resztę dzieci i cały dom. Wszyscy dziękowali Mu szczerze, słowami i śpiewem opiewali Jego chwałę.
W Mallep zastawiono ucztę w publicznym domu godowym, w której wszyscy wzięli udział; ubogich także nakarmiono i obdarowano. Przy końcu nauczał Jezus obszernie o znaczeniu słowa „Amen." Mówił, że jest ono ogólnym zbiorem każdej modlitwy. Kto wymawia je lekkomyślnie, dla tego cała modlitwa na nic. Modlitwa wzywa nas do Boga, łączy nas z Bogiem, otwiera nam źródła Jego miłosierdzia, a ze słowem „amen," jeśli dobrze się modlimy, otrzymujemy dary z rąk Boga. Dziwnie objaśniał Jezus potęgę tego słowa. Nazwał je początkiem i końcem wszystkiego, a nawet zdawał się dawać do poznania, że Bóg słowem tym świat stworzył. Sam też wypowiedział „amen" na wszystko, co tu nauczał, na odejście Swe stąd i na spełnienie Swego posłannictwa, i zakończył naukę uroczystym „amen." Nauka ta trwała aż późno w noc, poczym Jezus udzielił wszystkim błogosławieństwa; wzruszeni ludzie płakali i wykrzykiwali chwałę Jego. Barnabas i Mnason pozostali jeszcze do drugiego dnia, Jezus tymczasem z resztą uczniów pozostawiwszy Chytrus na prawo, poszedł prosto polnymi drogami przez zarośla i góry. Koszty w gospodzie opłacił Jezus pieniędzmi, przyniesionymi przez ucznia z Naim, a ponieważ zapłaty nie chciano przyjąć, rozdzielił je ubogim. — Ci, którzy postanowili pójść za Jezusem do Palestyny zaraz, lub nieco później, nie obierali wszyscy tej samej drogi. Jedni wsiadali na okręty w porcie, położonym na północny wschód od Salamis, inni, którzy mieli sprawy handlowe w Tyrze do załatwienia, wsiadali na okręty w Salamis. Ochrzczeni poganie udawali się przeważnie do Gessur. W Salamis zatrzymał się Jezus z uczniami w szkole, gdzie mieszkał zaraz po przybyciu do Cypru. Weszli do miasta od strony północno zachodniej, mając po prawej wodociągi, po lewej dzielnicę żydowską. Prosto z drogi, jeszcze podpasani, posiadali po trzech w koło cysterny, otoczonej małymi dołkami, w które się nogi do mycia wstawiało. Każda trójka miała długą, brunatną szmatę, którą ocierano nogi. — Jezus nie zawsze pozwalał, by inni Mu nogi myli; przeważnie mył je sobie każdy sam. — Oczekiwano ich już tu, więc zaraz zastawiono posiłek. Wkrótce zebrało się wielu bliższych, zaufanych stronników, a Jezus nauczał ich przez parę godzin. Później miał długą rozmowę z rzymskim starostą; ten przedstawił Mu dwóch pogańskich młodzieńców, żądnych wraz z nim nauki i przyjęcia chrztu. Ze łzami w oczach wyznali przed Jezusem swe grzechy i otrzymali odpuszczenie.
Wieczorem chrzcił ich Jakób potajemnie w podwórzu mieszkania nauczycieli. Później poszli ci młodzieńcy za ochrzczonymi filozofami do Gessur.
Merkuria także kazała przez służącego prosić Jezusa, by pomówił z nią w ogrodzie przy wodociągu. Jezus poszedł tam za sługą. Gdy przyszedł do ogrodu, wyszła Mu naprzeciw Merkuria w zasłonie na twarzy, prowadząc za rękę dwie małe córeczki, dosyć dziwacznie ubrane. Miały na sobie tylko krótkie sukienki do kolan, owinięte były w delikatną przezroczystą tkaninę, na czym pozawieszane były wieńce z wełny i piór. Ramiona były wolne, nogi poobwijane, a włosy rozpuszczone. Wyglądały prawie tak, jak u nas przedstawiają aniołów w jasełkach. Jezus rozmawiał z Merkurią długo i uprzejmie. Biedna niewiasta bardzo płakała i rozpaczała, że musi pozostawić tu swego syna i że rodzice odłączyli od niej młodszą siostrę, która skutkiem tego musi żyć nadal w ślepocie. Również opłakiwała gorzko swe grzechy, lecz Jezus pocieszył ją i zapewnił jeszcze raz, że wszystko jej jest przebaczone. Dziewczynki, nieświadome niczego, spoglądały czule na matkę, płakały wraz z nią i tuliły się do niej. Jezus pobłogosławił je, poczym powrócił do szkoły.
Wraz z Mnasonem przybył także jeden z jego braci, postanawiając także iść do Palestyny. Po uczcie pożegnalnej poszli wszyscy w miejsce, gdzie już czekali na nich przewodnicy z osłami, przysłani przez starostę. Tu siedli na osły i udali się w dalszą drogę wraz ze starostą, który trzymał się wciąż w pobliżu Jezusa. Jezus siedział bokiem na poprzecznym siedzeniu z oparciem. Oprócz Palmowej niedzieli tylko ten jeden raz widziałam Jezusa jadącego. Minąwszy wodociągi, wyjechali poza miasto i przeprawili się przez rzekę Paedius; wiodła tędy krótszą, choć wąska i niewygodną drogą. Właściwa droga biegła łukiem więcej ponad brzegiem. Noc była piękna, pogodna. Orszak posuwał się w ten sposób, że naprzód jechała grupa, złożona z 12 osób, za nimi jechało dziewięciu, między nimi Jezus i starosta, nieco oddzieleni od innych, a za nimi znów grupa z 12 osób. O zmierzchu, gdy już tylko trzy godziny drogi dzieliło ich od morza, rozstał się starosta z Jezusem, by nie zwracać na siebie uwagi. Jezus udzielił mu błogosławieństwa i podał mu rękę na pożegnanie. Starosta zsiadł i chciał objąć Jezusa za nogi, potem oddał Jezusowi głęboki ukłon, uszedłszy kilka kroków, ukłonił się powtórnie, zapewne podług krajowego zwyczaju, poczym dopiero wsiadł na osła i odjechał do domu. Wraz z nim powróciło dwóch nowo ochrzczonych pogan. Jezus pojechał ze Swymi dalej, i zatrzymał się na godzinę drogi przed miejscowością portową. Tu zsiedli wszyscy z osłów i odesłali je przez sługi starosty. Dostawszy się przez pagórki solne do portu, zatrzymali się w długim budynku, gdzie spotkali się z oczekującymi ich żeglarzami. Nadmorska ta okolica była cicha i samotna, mało zalesiona. Wzdłuż brzegu ciągnął się nadzwyczaj długi wał, pokryty murawą i obsadzony drzewami. W nim od strony morza mieściły się mieszkania i otwarte hale, zamieszkane przez ubogie rodziny żydowskie i kilku pogan. W miejscach głębszych, przy brzegu, urządzone były obmurowane zatoki, do których schodziło się po schodach. Stały też na kotwicy trzy małe okręty dla podróżnych. Miejsce to jest wielce dogodne do lądowania i stąd też rozsyłają sól do miast nadbrzeżnych.
Oczekiwano tu już Jezusa, więc zaraz zastawiono posiłek, złożony z ryb, miodu, chleba i owoców. Woda jest tu bardzo zła; czyści się ją przez wrzucenie do niej czegoś, zdaje mi się, że owoców; mają ją tu w dzbanach i sakwach. — W czasie pobytu Jezusa w tej miejscowości dało się tu ochrzcić siedmiu Żydów z załogi okrętowej. Jezus zwiedzał mieszkania jedno za drugim, pocieszał i obdarowywał ubogich, uzdrawiał rannych i chorych, wyciągających doń ręce o pomoc. Zwykle zapytywał ich, czy wierzą, że może ich uzdrowić, a gdy odpowiadali: „Tak, Panie! wierzymy," uzdrawiał. Przeszedł w ten sposób wzdłuż całego wału, nie pomijając także mieszkań pogan, strwożonych i zalęknionych Jego widokiem. Błogosławił ubogie dzieci i nauczał.
Niedawno przybył tu uczeń z Naim, oczekując przybycia dwóch innych uczniów. Gdy się zjawili, pojechał z nimi naprzód, by oznajmić w Palestynie powrót Jezusa. O zmierzchu wieczornym wsiadł orszak Jezusa, liczący 27 głów, na trzy małe okręty, które zaraz odpłynęły. Na najmniejszym siedziało oprócz Jezusa czterech uczniów i kilku wioślarzy. W środku koło masztu wznosiły się na wszystkich okrętach rusztowania z małymi przedziałami, służącymi do spoczynku i spania. Dobre to było schronienie i gdyby nie wioślarze na górze, nie byłoby widać na okręcie nikogo. Okręcik Jezusa wypłynął pierwszy naprzód, a tymczasem dwa inne ku wielkiemu memu zdziwieniu obrały inny kierunek. Wkrótce jednak na pół godziny drogi od brzegu, przy panującej już ciemności, oba osiadły na mieliźnie, wpadłszy w wir między ławice piaskowe. Żeglarze zatknęli, na maszcie pochodnie jako sygnał trwogi, co ujrzawszy Jezus, kazał Swoim wioślarzom nawrócić. Zbliżono się najpierw do jednego okrętu, rzucono załodze linę i na niej wyholowano go, opłynięto z nim niebezpieczne miejsce, poczym wrócono po drugi okręt, podobnie z nim uczyniwszy. Oba przywiązano teraz do okrętu Jezusa, płynęły za nim. Jezus zganił żeglarzom ich zarozumiałość co do znajomości drogi, mówił o samowoli i potrzebie naśladowania Go. Wieczorem dnia następnego dopłynęły okręty do obszernej zatoki, wcinającej się głęboko w ląd u stóp Karmelu, między Ptolomaidą a Hefą. Nie wpłynąwszy jednak do zatoki, musiały znów wypłynąć na pełne morze, a to dlatego, bo właśnie u wejścia do zatoki toczyła się zawzięta walka. Dwa jakieś okręty, jeden wielki drugi mniejszy, broniły się, napadnięte przez kilka innych. Sprzeczka zaczęła się już na Cyprze przy ładowaniu, a teraz upatrzyły małe okręty dobrą sposobność i rzuciły się na wielki. Pozaczepiano okręty hakami i zaczęła się walka na drągi. Walka trwała kilka godzin, więc zdawało się, że nikt z życiem nie ujdzie. Okręty Jezusa oczekiwały nieopodal wyniku walki. Wreszcie Jezus, podpłynąwszy bliżej, podniósł rękę i pobłogosławił walczących, a choć oni tego nie widzieli, jednak, jakby pod wpływem tego, walka wkrótce ustała. Wielki okręt zwyciężył, powrzucał trupy do morza, mniejsze okręty zabrał jako zdobycz i odpłynął, ciągnąc je za sobą.
Jezus wylądował przy ujściu Kisonu na wschód od Hefy, położonej tuż nad morzem. Na brzegu przyjęli Go licznie zebrani Apostołowie i uczniowie, między nimi Tomasz, Szymon, Tadeusz, Natanael Chased i Heliachim.
Ucieszeni nadzwyczajnie, serdecznie ściskali Jezusa i Jego towarzyszów. Obszedłszy w promieniu półkwadransowym zatokę, przeprawili się wszyscy po moście, podobnym do murowanej ulicy, przez rzeczkę wpadającą pod Ptolomaidą do zatoki. Most wspomniany sięga aż do stóp wzgórza, poza którym leży bagno cendewia, na wzgórzu zaś wznosi się miasto Lewitów, Mizael. Wyszedłszy pod górę, stanęli nasi podróżni na przedmieściu, oddzielonym od miasta garbowatym skrętem pagórka. Przedmieście składa się z jednej tylko ulicy, biegnącej wzdłuż wzgórza, i ma jedną gospodę. Ku zachodowi jest stąd widok na morze, ku południowi na piękną dolinę i Karmel. Gdy Jezus zbliżył się do studni, wyszedł Mu naprzeciw orszak mieszkańców z chórem dzieci, niosących gałęzie daktylowe z wiszącymi jeszcze na nich owocami. W orszaku znajdował się z całą rodziną ów Symeon z miasta wodnego Libnat, który po chrzcie udał się do Mizael; dzieci bowiem nie dały mu spokoju, nalegając, by zupełnie pojednał się z Żydami. Na jego wyłącznie koszt urządzono przyjęcie dla Jezusa. Za zbliżeniem się do gospody, nadeszło z Mizael dziewięciu Lewitów, by Jezusa powitać.

Jezus idzie z Misael, miasta Lewitów, przez Tanach, Naim, Azamot i Damna do Kafarnaum

Na północ od przedmieścia na stoku wzgórza, mniej więcej w połowie wysokości, leżał piękny ogród letni, ze wspaniałym widokiem na zatokę. Z samego wierzchołka wzgórza widać było jezioro, czyli bagno Cendewię i miasto nadwodne Libnat. Leży ono o półtorej godziny drogi bliżej morza, niż Misael, w miejscu, gdzie morze wcina się głęboko w ląd. Od Misael jest do morza kilka godzin drogi. Dabeset leży stąd o pięć godzin drogi na wschód nad Kisonem, Nazaret prawie o siedem godzin. — We wspomnianym wyżej ogrodzie chodził Jezus z uczniami i opowiadał im przypowieść o rybaku, który wypłynąwszy w morze na połów, złapał 570 ryb. Mówił przy tym, że dobry rybak przenosi dobre ryby ze złej wody w dobrą, by w złej wodzie nie pożarły ich ryby drapieżne, i urządza im w lepszej wodzie nowe tarła, dalej, że poprawia złe źródła, podobnie jak Eliasz. W przypowieści tej zachodził także wypadek, jako załoga z uporu nie chcąc iść za dowódcą okrętu, wpędziła okręt na mieliznę. Cypryjczycy, którzy przybyli tu z Jezusem, płakali, gdy mówił o uciążliwym przenoszeniu ryb w lepszą wodę, bo też Jezus podał wyraźnie liczbę uratowanych dobrych ryb na 570 i dodał, że wobec takiej liczby praca przecież się opłaci.
Następnie rozmawiał Jezus z Lewitami o Cyprze, a oni objawiali swą radość, że tylu Żydów przybywa tu stamtąd na osiedlenie. Niektórzy są już, reszta przybędzie później przez Ptolomaidę i tędy. Gdy Jezus wspomniał o niebezpieczeństwach, jakie tam Żydom zagrażają, pytali Lewici trwożliwie, czy i tu poganie w taką potęgę się wzbiją, iż Żydom będzie zagrażała. Jezus odpowiedział na to ogólnikowo, że przyjdzie sąd na cały kraj, że Jemu samemu zagraża niebezpieczeństwo i że kara spadnie na Jerozolimę. Lewici nie mogli pojąć, po co Jezus wybiera się znów do Jerozolimy, ale On wytłumaczył im, że ma tam jeszcze wiele do czynienia i musi wypełnić posłannictwo.
Syrofenicjanka przysłała tu z Ornitopolis przez uczniów sztabki złota i złote blaszki, połączone w łańcuszek. Posiadając własny okręt, ma ona zamiar pomóc Merkurii do ucieczki z Cypru. Na prośby Lewitów poszedł Jezus z nimi do starożytnego miasta Misael, otoczonego w koło murami i basztami; w celach murowanych mieszkają pojedynczo poganie. Przez jakiś czas bawiła tu Elżbieta przy swym ojcu, który pełnił służbę Lewity; Zachariasz był tu także raz. Elżbieta urodziła się w dolinie Ezdrelon o dwie godziny stąd w odosobnionym domostwie, własności jej rodziców, które też po nich odziedziczyła. W piątym roku życia oddano ją do świątyni. Opuściwszy świątynię, bawiła jakiś czas w Misael i w swej zagrodzie, a potem udała się do domu Zachariasza w Judei. Jezus opowiadał teraz o niej i o Janie, o tym ostatnim mówił tak wyraźnie jako o przesłańcu Mesjasza, że słuchacze mogli łatwo się domyślić, kim On jest.
W mieście zwiedzał Jezus z Lewitami wiele domów i uzdrawiał chore dzieci i chromych, wyciągających doń ręce poowijane. Odwiedził także Symeona z Libnat w jego domu, poczym zakończył szabat nauką w synagodze. Niewiasty stały niedaleko mównicy na znacznym podwyższeniu. Jezus nauczał o ofierze przebłagalnej, dalej o Samsonie, objaśniał jego czyny i w ogóle mówił o nim jako o świętym, którego życie ma prorockie znaczenie. „Samson — mówił — nie stracił wszystkiej siły, jedna mu została, a to siła czynienia pokuty.
Świątynię pogan strącił on z Bożego natchnienia na siebie.
Judasz, lubiący zawsze załatwiać interesy i Tomasz, którego rodzina ma w porcie składy drzewa, a który tam dobrze jest znany, wyruszyli z wielu uczniami do Hefy, by poczynić przygotowania do przyjęcia przybywających Cypryjczyków. Jezus natomiast w towarzystwie coś dziesięciu uczniów, między nimi Saturnina, udał się do Tanach, miasta Lewitów, gdzie przyjęli Go przełożeni synagogi. Faryzeusze tutejsi nie okazywali się otwarcie Jego nieprzyjaciółmi, chytrze jednak Go szpiegowali i próbowali na czymś złapać, co można było poznać po ich dwuznacznych mowach. Tak np. zaproponowali sami, by Jezus odwiedził niektórych chorych, między tymi jednego, który był dawniej w Kafarnaum, a obecnie znajdował się w bardzo nędznym stanie. Mówili potem, że Jezus jednak pewnie na to się nie zgodzi, gdyż człowiek ów bardzo wtenczas powstawał przeciw Jezusowi, i za karę za to zachowanie się dotknięty został osobliwą chorobą. Płakał wciąż, drgał konwulsyjnie górną częścią ciała, wymiotował i w oczach prawie niknął. Liczył on 30 — 40 lat, miał żonę i dzieci. Jezus, przyszedłszy doń, zapytał, czy wierzy prawdziwie, że może doznać od Niego pomocy. Chory, spokorniawszy nagle, rzekł ze wstydem: „Tak, Panie! wierzę" Wtedy Jezus położył mu jedną rękę na głowę, drugą na piersi, pomodlił się, poczym rozkazał mu powstać i posilić się. Chory powstał natychmiast, dziękując ze łzami Jezusowi; to samo uczyniły żona i dzieci. Jezus przemówił parę słów uprzejmych, pocieszających, nie wspominając nic o przewinieniu tego człowieka względem Niego. Gdy wieczorem Faryzeusze ujrzeli w synagodze uzdrowionego, stracili już ochotę sprzeciwiać się Panu. Jezus zaś mówił o spełnieniu się proroctw, o Janie Chrzcicielu, jako przesłańcu Mesjasza, i o samym Mesjaszu tak wyraźnie, że słuchacze z pewnością mogli się domyśleć, iż ma Siebie na myśli. Z Tanach poszedł Jezus zwiedzić warsztat ciesielski, gdzie pracował Józef, uciekłszy z Betlejem. Wkoło podwórza ciągnął się budynek, zamieszkany przez 12 ludzi, trudniących się handlem towarów z drzewa. Pracownię, gdzie Józef był zajęty, zajmował teraz potomek owego majstra. Ludzie ci nie oddawali się sami pracy, lecz najmowali do wyrobu uboższych, a sami sprzedawali gotowe już rzeczy przeważnie właścicielom okrętów. Głównie wyrabiano delikatne płyty, laski i plecione ścianki. Wspominano tu jeszcze czasem, że niegdyś pracował tu ojciec Proroka, ale nie wiedziano już na pewno, czy to był ów Józef z Nazaretu, czy kto inny. Myślałam sobie wtenczas, iż niema się co dziwić, że my tak mało o tym wiemy, kiedy ci ludzie tak szybko zapomnieli. Jezus nauczał tu na podwórzu o pracowitości i lichwie. Stąd poszedł Jezus do starożytnej ale brzydkiej miejscowości Syjon, oddalonej o dwie godziny drogi na zachód od Tabor. Syjon, położone na wyniosłości, posiada stary zamek i synagogę, przy której mieszka kilku Faryzeuszów. Niżej zaś, w dole, poza wałami, tuż nad brzegiem Kizonu, widać osobną grupę domów; miejscowość ta niezdrowa, a wały zasłaniają zupełnie widok. Mieszkający w domach, położonych nad brzegiem, są jakoby zależni od tych, którzy mieszkają na górze i nieraz doznają z ich strony ucisku i udręczeń. Wszystkich chorych posyłali Faryzeusze tu na dół, gdzie nędznie pomieszczeni, nie mogli nawet odetchnąć świeżym powietrzem. To też Jezus, nauczając w synagodze, powstawał przeciw Faryzeuszom za nakładanie wielkich ciężarów, których sami nie ponoszą, za ucisk i namiętną żądzę władzy; dalej mówił o Mesjaszu, że pojawi się zupełnie innym, niż oni go oczekują. Jezus przybył głównie dlatego do Syjonu, by pocieszyć tych biednych uciśnionych ludzi. Zwiedził więc całą tę odosobnioną część domów i uzdrowił wielu chorych, przeważnie paralityków i chromych. Tak On jak i uczniowie, obdarowali biedaków chustami i szalami. Wyszedłszy stąd, przybył Jezus z uczniami za półtorej godziny do Naim. Do studni przedmiejskiej wyszło naprzeciw Niemu wielu uczniów i wskrzeszony młodzieniec z Naim; miał więc teraz Jezus koło Siebie około 12 uczniów, ale między nimi żadnego Apostoła. Jerozolimscy uczniowie przybyli do Naim z kilku świętymi niewiastami; inne obchodziły Zielone Świątki z Maryją w Nazaret i z powrotem wstąpiły tu, by czekać na Pana. Jezus zatrzymał się we własnej gospodzie, urządzonej w jednym z budynków wdowy, i zaraz do niej poszedł. Tam przyjęły Go niewiasty w zasłonach w przedsionku wewnętrznego dziedzińca i upadły Mu do nóg. Jezus pozdrowił je łaskawie i wraz z nimi wszedł do sali. Oprócz wdowy było pięć niewiast: Marta, Magdalena, Weronika, Joanna Chusa i Sufanitka. Zasiadły one osobno w jednym końcu sali na podwyższonym postumencie, podobnym do długiej, niskiej kanapy, opatrzonej nóżkami; siedziały na sposób wschodni z podwiniętymi nogami na poduszkach i kobiercach, nic nie mówiąc, dopóki Jezus nie przemówił do nich, a wtedy odpowiadały w porządku jedna po drugiej.
Opowiadały o Jerozolimie i nastawaniu Heroda na Niego; uniosły się przy tym nieco, więc Jezus, podniósłszy palec, ganił im ich troski doczesne i wydawanie sądu o drugich: Opowiadał im nawzajem o Cyprze, o tych, którzy tam poznali prawdę, i mile wspominał o rzymskim staroście z Salamis. Niewiasty sądziły, że lepiej byłoby, gdyby i starosta nie został już tam, lecz Jezus rzekł: „Musi on tam zostać i jeszcze wielu pomóc, aż kiedyś, gdy już Ja sam spełnię Moje posłannictwo, przyjdzie tam kto inny, który także będzie przyjacielem gminy."
Magdalena i Sufanitka nie są już tak urodziwe, jak niegdyś; są blade, wychudłe, a oczy ich czerwone od ciągłych łez. Marta zawsze jest bardzo skrzętna i biegła w załatwianiu interesów. Chusa jest niewiastą wysoką, silną bladą, przy tym poważna i krzepka. Weronika ma wiele w sobie podobieństwa ze świętą Katarzyną, jest stanowcza, dzielna a otwarta. Gdy wszystkie zejdą się razem, szyją, pracują, i przyrządzają wszystko potrzebne dla gminy, poczym rozdzielają to do pojedynczych gospód i magazynów, skąd Apostołowie i uczniowie czerpią bądź na własny użytek, bądź dla rozdzielenia biednym. Przygotowawszy wszystko, co potrzeba, pracują także dla biednych synagog. Zwykle mają ze sobą służebne, które naprzód lub za nimi niosą, materie już to w skórzanych torbach, już to w koło pasa pod płaszczem. Służebne mają w górze ciaśniejsze odzienie i krótsze suknie. Gdy niewiasty przybędą gdzie na miejsce, służebne wracają i oczekują je w najbliższych gospodach. Służebna Weroniki dawno już była przy niej i jeszcze po śmierci Jezusa widziałam ją w jej usługach.
Poszedłszy wieczorem do synagogi, nie wszedł Jezus na mównicę, lecz stanął z uczniami na uboczu, gdzie zwykli byli stawać wędrowni nauczyciele. Po odmówieniu modlitw rabini sami Go jednak powitali, zmusili zająć miejsce przed rozłożonymi księgami i czytać. Lekcja była o Lewitach, o szemraniu, przepiórkach i karze na Miriam, a z proroka Zachariasza o wybraniu pogan i Mesjaszu (IV. Mojż. 8, 113, 1; Zach. 2, 10—4, 8). Jezus nauczał surowo, mówiąc, że poganie zajmą w królestwie Mesjasza miejsca zatwardziałych Żydów. Mówił o Mesjaszu, którego nie zechcą uznać, a który zjawi się całkiem innym, niż go oczekują. Między Faryzeuszami było trzech, szczególnie zuchwałych, którzy należeli także do komisji w Kafarnaum. Ci, rozgoryczeni bardzo z powodu uzdrowienia Faryzeusza w Tanach, mówili, że Jezus uczynił to tylko dlatego, by Faryzeusze patrzyli przez palce na Jego sprawki. Wzywali Go, by zachowywał się spokojnie i nie gwałcił szabatu uzdrawianiem, i w ogóle by cofnął się w zacisze, nie wywołując zamieszek. Jezus odrzekł im, że uczyni to, co należy do Jego urzędu, tj. będzie wędrował i nauczał, dopóki nie spełni się czas Jego. Podczas pobytu w Naim nie zaprosili Faryzeusze Jezusa na żadną ucztę, a serca ich pełne były tajemnej złości, że Jezus nauką Swą i miłością przyciąga do Siebie wszystkich biednych, nędzarzy i prostaczków, których oni od siebie odpychali. Pogoda była nadzwyczaj piękna. Jezus odbył z uczniami drogę szabatową, nauczając wciąż poważnie a głęboko o Swej przyszłości. Upominał ich, by pozostali stałymi i wiernymi, bo wielkie prześladowania i męki Go czekają, więc niech się wtenczas z Niego nie gorszą. Obiecywał, że nie opuści ich, więc niech i oni nie opuszczają Go, gdy nieprzyjaciele będą Go dręczyć i poniewierać, a wiara ich wystawiona będzie na próbę. Uczniowie ze wzruszenia aż się rozpłakali. Tak zaszli wszyscy aż do ogrodu wdowy Maroni, gdzie również przybyły święte niewiasty. Mówił tu Jezus o pojednaniu się małżeństw w Mallep, szczególnie o owej parze małżonków, u których był na uczcie, a którzy także mieli przybyć do Palestyny; wspominał także o Merkurii, mającej najpierw przybyć do Syrofenicjanki, która także przygotowuje się opuścić Ornitopolis. Najpierw mają pójść do Gessur, a potem dalej w dół kraju. Z Cypru już wielu Żydów przeprawiło się dotąd, pewna część zaś wyląduje w okolicy Joppy. Z ogrodu poszedł Jezus z uczniami do synagogi, by zakończyć szabat Uwiadomieni o tym chorzy, kazali się wynieść na noszach na drogę, którędy Pan miał przechodzić, i wyciągając ręce do Niego, błagali o pomoc. Uzdrawiając ich, doszedł Jezus przed synagogę, gdzie także kilku chorych kazało się przynieść. Między nimi był jeden całkiem nabrzmiały od podagry i tacy, którym Jezus za poprzednią bytnością odmówił uzdrowienia, bo wiara ich nie była jeszcze czystą; mieli więc dłużej cierpieć i pokorniej prosić o uzdrowienie. Na to nadeszli Faryzeusze, szczególnie źli dlatego, że Jezus tych chorych uzdrawia, ponieważ rozgłosili już, że Jezus nie potrafi tego uczynić. Nie posiadając się od złości, zrobili teraz krzyk ogromny, że Jezus gwałci szabat. Jezus jednakże, nie zważając na nich, spokojnie kończył uzdrawianie; chorych tych było razem siedmiu. Potem dopiero odpowiedział ostro rozgniewanym Faryzeuszom: „Czy zabronione jest czynić dobrze w szabat? Czy wy sami w szabat nie dbacie o siebie? Czyż tych chorych nie dlatego uzdrowiłem, by sam szabat uświęcić? Czy w szabat nie wolno pocieszać? Czy niesprawiedliwie nabyte dobro musi się w szabat zatrzymać? Czyż wdowy, sieroty i ubogich, którzy przez cały tydzień uginają się pod ciężarem udręczeń, należy w szabat pozostawić w tym udręczeniu?" W ten sposób zganił im surowo ich obłudę i uciskanie biednych; wykazywał, że pod pozorem utrzymania synagogi, która przecież ma wszystkiego do zbytku, wyciskają co mogą z ubogich, a za to chcą im w tej synagodze nałożyć okrutne prawo, że w szabat nie wolno przyjąć łaski Bożej, nie wolno stać się zdrowym, podczas gdy oni sami w szabat jedzą i piją to, co wydarli bezprawnie od tych biedaków. W ten sposób zmusił Jezus Faryzeuszów do milczenia. Mimo to po wejściu do synagogi podali Mu księgi i zaprosili do nauczania, a to z chytrości, by Go złapać na fałszywym nauczaniu i móc Go potem oskarżyć. Gdy Jezus mówił o czasach mesjańskich, w których wielu pogan zjednoczy się z ludem Bożym, zapytali Go szyderczo, czy po to był na Cyprze, by zyskać sobie pogan. Dalej nauczał Jezus o dziesięcinach, jak to Faryzeusze drugim nakładają ciężary, a sami usuwają się od tego, jak uciskają wdowy i sieroty. Właśnie teraz od Zielonych Świąt do Kuczek składano dziesięciny do świątyni. W miejscowościach odleglejszych od Jerozolimy, jak np. tutaj, zbierali je Lewici. Przy tym zakradły się nieporządki, bo Faryzeusze wybierali od ludzi dziesięciny i zatrzymywali je dla siebie. Za to też strofował ich Jezus, co ich bardzo rozjątrzyło; kiedy więc Jezus wyszedł z synagogi, zaczęli nauczać lud przeciw Niemu. Z Naim poszedł Jezus z kilku uczniami na północny — wschód, wyżyną ciągnącą się z tej strony Kisonu, i zatrzymał się w Rimmon. Miejscowość ta ciągnie się długim szeregiem wzdłuż góry; zamieszkała jest przeważnie przez ogrodników i winiarzy, którzy dostawiają swe płody do Naim, a także pracują w tamtejszych ogrodach. Lewici utrzymywali tu szkołę, a obecnie zajęci byli zbieraniem dziesięciny. Przyjęli Jezusa na wolnym placu przed budynkiem szkolnym. Jezus zaś zaczął zaraz nauczać młodzieńców i chłopców. Powoli zeszli się inni ludzie, którzy już w Naim słyszeli Jego naukę. Jezus mówił o ogólnych obowiązkach prawem objętych, ale o karach, mających spaść w czasie, nie mówił tak wyraźnie, jak gdzie indziej wobec zebranych tłumów. — Stąd poszedł Jezus w górę wschodnim stokiem Taboru, odprowadzony kawałek przez Lewitów; po trzygodzinnej wędrówce zatrzymał się w opuszczonej miejscowości Bet — Lechem, na wschód od miasta Dabrat. Miejscowość ta składała się tylko z jednego rzędu mieszkań ubogich wieśniaków; Jezus wstępował do ich chat, pocieszał zdrowych i uzdrawiał chorych. Potem szedł znowu dalej przez cztery godziny, przeszedł dolinę, w której jest studnia kafarnaumska i o zmierzchu przybył do Azanot, gdzie miał gospodę. Tu czekali już na Jezusa przyjaciele z Kafarnaum, a to, Jair z córką, uzdrowiony ślepy z Kafarnaum, krewna uzdrowionej z krwotoku Enui, i Lia, która zawołała była: „Błogosławiony żywot, który Cię nosił." Niewiasty w zasłonach upadły na kolana przed Jezusem i przyjęły Jego błogosławieństwo. Wszyscy płakali z radości, że Go znowu widzą. Córka Jaira, świeżutka teraz i zdrowa, zmieniła się zupełnie, odznacza się pobożnością i pokorą. Jezus nauczał aż późno w noc. Nazajutrz poszedł do Damna, gdzie miał przed miastem gospodę, zarządzaną przez krewnych rodziny Józefa. Tu oczekiwał na Niego Łazarz i dwaj jerozolimscy uczniowie. Łazarz bawił tu w okolicy już od ośmiu dni, zajęty sprzedażą gruntów i budynków Magdalum; dotychczas bowiem sprzedano dopiero sprzęty i różne drobiazgi, należące do Magdaleny. Na powitanie uściskał Jezus Łazarza serdecznie; postępował tak tylko z nimi ze starszymi Apostołami i uczniami, innym podawał tylko rękę. Opowiedziawszy Łazarzowi o Cypryjczykach, radził nad umieszczeniem tych, którzy się nawrócili i mieli tu przybyć. Z rozmowy tej dowiedziałam się, że Jakób Młodszy i Tadeusz są koło Gessur, by przyjąć przybywających tam siedmiu pogańskich filozofów. Łazarz, z którym Jezus dość długo się przechadzał, zajęty poufną rozmową, jest to słuszny mąż, łagodny, poważny, spokojny, obyczajny, we wszystkim umiarkowany; przy całej poufałości w obcowaniu z drugimi przebija z niego nadzwyczajna wyższość. Włos ma czarny i podobny jest trochę do Józefa, tylko że rysy ma ostrzejsze, wyrazistsze. Józef zaś miał w swej postaci coś łagodnego, ujmującego, a włosy miał żółtawe. Z Damna poszedł Jezus w towarzystwie Łazarza, uczniów, zarządcy gospody i jego syna, który także ma zostać uczniem, na wschód, i po niecałych dwóch godzinach drogi przybył do wsi królika Serobabela z Kafarnaum, położonej na południowym stoku skalistego pagórka, zamykającego od południa dolinę kafarnaumską, na którym leżą ogrody i winnica królika. Tu nauczał robotników i służbę o Mesjaszu i bliskości Królestwa, objaśniał znaki Proroków obecnie spełnione, błagał i upominał do nawrócenia się. Mówił, że Mesjasz nie zjawi się w tej postaci, jak Żydzi Go oczekują i dlatego uzna Go tylko mała garstka gotowych do pokuty i pokornych. Mówił dalej, że Mesjasz głosić będzie Swą naukę przez wiele ust, podobnie jak przedtem mówił przez usta wielu Proroków. Przyprowadzono do Jezusa kilku niemych opętanych, melancholików, a On włożył im palec pośliniony pod język i rozkazał szatanowi ustąpić. Jedni popadli w chwilowe omdlenie i zaraz powstali zdrowi, inni po krótkich nerwowych drganiach wyzdrowieli także, chwalili Pana i dziękowali Mu. Potem poszedł Jezus samotną drogą do domu Matki Swej, położonego w dolinie na wschód od Kafarnaum. Za trzy kwadranse był już na miejscu. Święte niewiasty przyszły tu prosto z Naim i zatrzymały się u Najśw. Panny. Nie wyszły naprzeciw Jezusa, a i Maryja pozostała w domu. Jezus, wszedł oczyszczony już z kurzu i odpasany, do wielkiej sali, podzielonej oponami na małe izdebki. Maryja, pochyliwszy pokornie osłoniętą głowę, podała Mu rękę, a Jezus uczynił to samo, witając Ją z powagą, a uprzejmie. Inne niewiasty stały w tyle w półkolu. Gdy Jezus witał się z Maryją sam na sam, widziałam nieraz, że przyciskał Ją do piersi, przemawiając do Niej słowa pociechy i wzmocnienia; Ona jednak, od czasu gdy wystąpił jako nauczyciel, traktowała Go zawsze jako Świętego i Proroka, postępowała tak, jakby uczyniła matka, gdyby jej syn został biskupem, papieżem lub królem; tylko że czyniła to w sposób o wiele szlachetniejszy i świętszy, zachowując przy tym nieopisaną prostotę. Nie ściskała Go, tylko podawała Mu rękę, gdy On jej podał Swoją na powitanie. Posiłek spożył Jezus sam na sam z Maryją. W komnacie stał niski mały stolik; z jednej strony leżał Jezus, naprzeciw Niego siedziała Maryja. Na stoliku leżała ryba, miód, chleb, placki i dwa małe dzbanki. Inne niewiasty siedziały częścią w swoich izdebkach po dwie, lub trzy, częścią zastawiały w bocznej sali ucztę dla uczniów, między którymi miały wielu krewnych. Jezus opowiadał Maryi o Cyprze i o duszach, które tam pozyskał. Maryja, mało się wypytując, w cichości objawiała Swą radość, a macierzyńską troską wiedziona, wspominała coś o niebezpieczeństwach przyszłości. Jezus odrzekł Jej łagodnie, że musi spełnić Swe posłannictwo, aż nadejdzie czas, w którym Ojciec przyjmie Go do Siebie.

Przybycie Apostołów i uczniów do Kafarnaum

W krótkim czasie zebrało się koło Jezusa prawie 30 uczniów. Z tych niektórzy przybyli z Judei z oznajmieniem, że w Joppe wylądował już okręt z dwustu cypryjskimi Żydami, a przyjęli ich tam Barnabas, Mnason i jego bracia. Dalszym ich umieszczeniem ma się zająć Jan, bawiący jeszcze w Hebron u krewnych Zachariasza. Tamtejsi Esseńczycy zajęli się także tą sprawą; tymczasowo mieli Cypryjczycy osiedlić się w grotach, dopóki ich nie rozdzielą. Syrofenicjanka i Łazarz postarali się już o osiedlenie Żydów, przybyłych z okolicy Ornitopolis, koło Ramot — Gilead. Uczniowie, którzy przybyli do Kafarnaum, rozmieścili się częścią w domu Piotra przed Kafarnaum, częścią w Betsaidzie, częścią w szkole w Kafarnaum. Z Gessur nadeszli Jakób Młodszy i Tadeusz z trzema pogańskimi filozofami; są to przyjemni, ogładzeni młodzieńcy, którzy przyjęli już obrzezanie. Z inną partią uczniów przybyli Andrzej i Szymon. Wzruszającym było powitanie. Nowo nawróconych przedstawił Jezus Matce, jak to zawsze czynił. Był to niejako milczący układ, polegający na duchowym porozumieniu między Maryją a Jezusem, przez co przyjmowała uczniów w Swe ręce i jakby w Siebie, czyniła ich uczestnikami Swych modlitw, błogosławieństw, jako Swe dzieci, a braci Jezusa, — stawała się ich matką wedle ducha, jak była matką Jezusa według ciała. Czyniła to zawsze z ujmującą powagą, a Jezus zachował się wtedy względem Niej bardzo uroczyście. Czynność ta nacechowana była taką świętością, takimi skupieniem, że nie potrafię tego wypowiedzieć. Maryja była tu niejako winną latoroślą, kłosem wyrosłym z Jego krwi i ciała. Uczniowie zdawali Jezusowi sprawę z tego, gdzie byli i jak im się powodziło. Gdzieniegdzie rzucano za nimi kamieniami, lecz na szczęście nie trafiono żadnego. Z kilku miejscowości musieli uciekać przed pościgiem, a zawsze cudownej doznali ochrony. Trafiali jednakże i na dobrych ludzi, a wtedy uzdrawiali, chrzcili i nauczali. Jezus kazał im iść tylko do zbłąkanych owiec Izraela, więc stosownie do tego w miastach pogańskich zwracali się do Żydów, a z poganami nie wdawali się, chyba z takimi, którzy służyli u Żydów. Andrzej i podwładni mu uczniowie wykupili w Gazorze na północny — wschód od Jabesz Gilead wielu Żydów niewolników, oddawszy na ten cel wszystko, co mieli przy sobie. Na zapytanie, czy dobrze postąpili, otrzymali od Jezusa pochwalną odpowiedź. Nie wszystkich słuchał Jezus z jednakową cierpliwością. Niektórym, gdy właśnie z zapałem i chwalbą zaczynali mówić, przerywał zaraz słowy: „To znane mi już." Innym, którzy opowiadali z prostotą i pokorą, pozwalał mówić do końca; sam nawet wzywał milczących do mówienia. Gdy pierwsi, odpra¬wieni, zapytywali, dlaczego nie chce ich słuchać, wskazywał im na różnicę, zachodzącą między ich opowiadaniem a prostymi słowy tych pokornych. Sprawozdania przerywał Jezus często opowiadaniem przypowieści; tak np. mówił o kąkolu, który, posiany wraz z dobrym ziarnem, wzrasta z nim pospołu, a dopiero przy żniwie w ogień bywa wrzucony. — Nie wszystko mówił — co posiane, musi zejść. Wspomniawszy na tych z uczniów, którzy odstąpili, zalecał obecnym, by nigdy nie dufali zanadto w swe dzieła, bo mają jeszcze wielkie pokusy do przezwyciężenia. Opowiedział także przypowieść o panu, który wybiera się zająć obce królestwo, a sługom pozostałym oddaje pewną ilość talentów i żąda potem od nich z tego rachunku. Odnosiło się to do Jego podróży do Cypru, skąd powróciwszy, żądał teraz, od uczniów sprawozdania z ich tymczasowej działalności. Przy tym, odgadując myśli uczniów, zwracał się Jezus często to do jednego, to do drugiego, mówiąc: „Dlaczego myślisz o niepotrzebnych rzeczach?" — lub: „Nie myśl tak! albo: „Ty jesteś zupełnie innego zdania; powinieneś zapatrywać się na to tak, a nie taki" Tak odgadując ich myśli, karcił ich Jezus zaraz. A uczniowie mówili sobie w myśli: „Mistrz ma tego lub owego na myśli." Gdy zapadł szabat, udał się Jezus z uczniami do synagogi. Faryzeusze zebrani już byli na miejscu, z którego nauczano. Jezus także tam poszedł, a oni chcąc nie chcąc zrobili Mu miejsce. Lekcja była o szpiegach, wysłanych przez Mojżesza do Kanaan, o szemraniu ludu i karze za to, o wysłaniu przez Jozuego szpiegów do Jerycha i o Rachabie (II Mojż. 13—16. Joz. 2). Faryzeusze, rozzłoszczeni śmiałymi słowy Jezusa, mówili między sobą: „Niech już teraz mówi; ale wieczorem, lub po szabacie naradzimy się nad tym, jakby Mu zamknąć usta. Jezus, odgadując ich chytre myśli, rzekł: „Jesteście osobliwego rodzaju szpiegami; bo nie przyszliście tu, by wyśledzić prawdę, lecz by ją zdradzić." Powstając ostro przeciw nim, wspominał Jezus o zburzeniu Jerozolimy i sądzie na lud, który nie czyni pokuty i nie uznaje królestwa Mesjasza. W nauce dzisiejszej, zachodziła także przypowieść o królu, którego syna zabili niewierni najemnicy winnicy. Faryzeusze nie odważyli się stawić Mu jawnego oporu. W synagodze znajdowały się także wszystkie święte niewiasty, mające tam swe osobne miejsca. Po południu zwiedził Jezus z kilku uczniami około 20 domów w Kafarnaum, tak możnych jak i ubogich, i uzdrawiał chore dzieci obojga płci w wieku od 3 — 8 lat. Uczynił to na gorące prośby rodziców. Był to zapewne rodzaj zarazy, bo prawie u wszystkich dzieci objawiała się w podobny sposób, tj. przez nabrzmienie szyi, policzków i rąk, tudzież żółtością cery. Był to stan, w jakim znajdują się chorzy po niektórych chorobach, np. po szkarlatynie. Niektórym przykładał Jezus rękę na chore miejsce, inne pomazywał śliną, na inne wreszcie chuchał tylko. Wiele z nich odzyskało natychmiast zdrowie, więc Jezus pobłogosławił je i oddał rodzicom ze stosownym napomnieniem. Co do innych, przepisał modły za nich i odpowiednią opiekę dla dobra tak dzieci, jak rodziców. Między uzdrowionymi dziećmi był także Ignacy, miły czteroletni chłopiec; rodzice jego, ludzie zamożni, mieszkali w rynku, a trudnili się sprzedażą naczyń spiżowych, których mnóstwo stało w gankach domu. Rodzice prosili o to Jezusa już przed kilku dniami, gdy uzdrawiał dzieci mieszkającego w pobliżu handlarza kobierców. — Rynek leży w wyższej części miasta; w koło rynku biegną arkady. Cztery ulice zbiegają się ku niemu, łącząc go z dalszymi częściami miasta. W środku stoi studnia, a po obu końcach wznoszą się dwa wielkie budynki.
Faryzeusze byli z powodu uzdrawiania bardzo rozgoryczeni, a trzech z nich przybyło później na podwórze domu Piotra, gdzie Jezus znowu uzdrawiał chorych, poznoszonych tam do przysionków. Przecisnąwszy się do Jezusa, zażądali zuchwale, by zaprzestał uzdrawiać i nie wywoływał w szabat zaburzeń; widoczne było, że chcieli wszcząć z Nim dyskutować. Jezus jednak najobojętniej odwrócił się od nich i rzekł tylko: „Nie mam z wami nic do czynienia, uzdrowić was też nie mogę, boście nieuleczalni."
Wieczorem na zakończenie szabatu nauczał Jezus w synagodze; mówił znowu o szemraniu ludu, o wieści przyniesionej przez szpiegów, o klątwie rzuconej na lud, że ma wyginąć na puszczy, a tylko ich dzieci mają ujrzeć Ziemię obiecaną. Ze szczególnym naciskiem i surowością mówił o przekleństwie i błogosławieństwie, o fałszywych szpiegach, wkradających się do królestwa Bożego, o tych, którzy nie chcą tam wejść, o nie poznaniu Mesjasza, o sądzie mającym spaść na kraj i Jerozolimę. Wtem wstąpiło dwóch Faryzeuszów na mównicę i zaczęli objaśniać to miejsce dzisiejszej lekcji, gdzie Bóg nakazuje Mojżeszowi, by cały naród ukamienował człowieka, który w szabat zbierał drzewo (IV. Mojż. 15, 32—38). Użyli tego, by udowodnić, że uzdrawianie w szabat jest zakazane. Lecz Jezus zapytał ich: „Czyż zdrowie ubogich i cierpiących jest drzewem, przeznaczonym na spalenie? Czyż martwa, zdrewniała obłuda nie jest raczej tym drzewem? Wynajdujecie sobie zgorszenie w uzdrawianiu chorych, widzicie i sądzicie źdźbło w oku bliźniego, a belki w oku swoim nie widzicie. Takie właśnie postępowanie można nazwać zbieraniem drzewa i rzucaniem go na drogę prawdy, nie na to, by przyrządzić przy nim potrawy, lecz by ugotować i ogrzać przy jego ogniu jad rozszczepienia i prześladowania. Czyż to, o co w szabat błagamy, nie możemy także w szabat, otrzymywać, lub udzielać innym, jeśli mamy po temu władzę? Jakżeż szabat może zakazywać, by chory stał się zdrowym, i w ten sposób mógł godnie święcić i ten szabat." W ten sposób odparł Jezus ich zarzuty i zawstydził ich tak, że nie ośmielili się wyrzec słowa więcej. Garstka słuchaczów słuchała w cichości słów Jezusa, myśląc ze wzruszeniem nad nimi; wielu zbijało się w gromadki, szepcąc do siebie: „Tak! To On jest! To Mesjasz! Żaden człowiek, żaden Prorok nie potrafi tak nauczać!" Bardzo wielu mrugało tylko na siebie z uśmiechem, ciesząc się z klęski Faryzeuszów; zatwardziali jednak ich stronnicy gorszyli się wraz z nimi. Gdy już zebrało się w Kafarnaum około 50 uczniów, wziął ich Jezus ze Sobą na górę koło Betsaidy i tu ich nauczał o pożywaniu ciała i piciu krwi Swojej. Mówił także o przyszłym ich posłannictwie, pracy i owocach, jakie ta praca miała przynieść. Niewiasty święte były przy tym. Do nauki dołączył Jezus przypowieść o robotnikach winnicy. Jezus chwalił uczniów i pocieszał, poczym pobłogosławił ich, wyciągając ręce nad ich głowami. Błogosławieństwo napełniło ich serca nową odwagą i mocą.
Wieczorem tegoż dnia przybyli do Kafarnaum Piotr, Jakób Starszy, Mateusz i kilku z dawnych uczniów Jana. Jezus był właśnie u Swej matki, więc poszli Go tam przywitać. Piotr aż płakał z radości, ujrzawszy mistrza swego. Zasiedli wszyscy do uczty; przy uczcie opowiadał Jezus znowu przypowieść o rybaku, który, złowiwszy 570 ryb, przesadził je w dobrą wodę. Przypowieść tę opowiadał Jezus już w Misael i w Kafarnaum św. niewiastom i uczniom. I inne przypowieści powtarzał tak Jezus nieraz i objaśniał coraz to w inny sposób. Na drugi dzień wsiadł Jezus z uczniami i Apostołami na łodzie. Opodal od brzegu złączono wielką łódź Piotra z Jezusową i puszczono je na wolę łagodnego wietrzyku, nie wiosłując. Jezus tak bowiem rozporządził, chcąc bez przeszkody pomówić z uczniami. Dzień był piękny i pogodny. Dla ochrony przed palącymi promieniami słonecznymi rozpięto żagle. Tak przeszedł im cały dzień. Piotr rozprawiał z wielkim zapałem i unosił się radością nad tym, że tak wiele dobrego doświadczyli i zdziałali. Wtem Jezus zwrócił się do niego i kazał mu zamilknąć. Piotr, który tak gorąco kochał Pana swego, ucichł natychmiast i wyznał z pokorą, że za wielkim uniósł się zapałem. Judasz inaczej sobie postępuje; jest żądny chwały, ale skryty. Więcej strzeże się, tego, by go nie zawstydzono, aniżeli, by nie zgrzeszyć. Zastanawiając się nieraz nad życiem i wędrówkami Jezusa z uczniami i Apostołami, przychodzę do tego przekonania, że gdyby tak u nas Jezus się pojawił, to napotkałby o wiele więcej przeszkód w Swym działaniu. Chodzi On tam zupełnie swobodnie z uczniami, naucza i uzdrawia. Nikt nie stawia Mu przeszkody, oprócz owych zatwardziałych, nadętych Faryzeuszów, a i ci nawet nie wiedzą właściwie, jak się zachować, i co o tym myśleć. Wiedzą, że nadszedł czas obietnicy, bo spełniają się przepowiednie Proroków; zarazem nie mogą nie uznać, że w Jezusie tkwi coś nieprzepartego, świętego, tajemniczego. To też nieraz schodzą się do synagog, dobywają Proroków i stare tłumaczenia Zakonu, pilnie je badając. Ale, choć dowody mesjaństwa Jezusa są oczywiste, nie chcą jednak dać się przekonać. Oczekiwali oni zupełnie innego Mesjasza, sądzili, że musi być ich przyjacielem i towarzyszem, a widzieli, że Jezus nigdy nie stanie się ich sojusznikiem. Wielu znów uczniów myślało, że Jezus rozporządza jakąś mocą tajemną, że musi być w sojuszu ścisłym z jakimś narodem, lub królem, więc kiedyś wstąpi na tron jerozolimski jako święty władca pobożnego ludu, a oni wtenczas, złączywszy mądrość z pobożnością, zajmą w Jego królestwie pierwsze wpływowe stanowiska. Jezus pozostawia ich do czasu w tej wierze. Inni pojmują tę rzecz więcej duchowo, niebiańsko, ale nawet im przez myśl nie przechodzi, by Jezus się mógł poniżyć aż do śmierci krzyżowej. Niewielu tylko kieruje się wyłącznie dziecięcą, świętą miłością i natchnieniem. Ostatni przybyli do Kafarnaum Tomasz, Jan i Bartłomiej. Gdy już nikogo nie brakowało, zabrał Jezus ze Sobą wszystkich Apostołów do Kany. Za Nim pociągnęli tam wszyscy uczniowie w liczbie siedemdziesięciu, i święte niewiasty z Kafarnaum. W środku Kany stała na wzgórku mównica; tu nauczał Jezus o spełnieniu Swego posłannictwa; mówił, że nie przybył na ten świat dla wygód i rozkoszy życiowych i że głupotą jest żądać od Niego czego innego, jak pełnienia woli Ojca niebieskiego. Wyraźniej niż kiedykolwiek wskazywał, że jest tym długo oczekiwanym Mesjaszem, na dowód czego przytaczał wszystkie spełnione proroctwa. Przepowiadał, że po spełnieniu dzieła Swego wróci do Ojca, przez garstkę tylko wiernych uznany. Groził, prosił i upominał zarazem, by nikt nie odrzucał zbawienia i łaski. Nauka Jego tak była dziwna, a tak przekonywująca, że Kananejczycy szeptali jeden do drugiego: „Zaiste, to więcej niż Prorok! Nikt tak jeszcze nie mówił w Izraelu," Ojciec oblubienicy z Kany wyprawił wspaniałą ucztę, podczas której karmiono i obdarowano hojnie miejscowych ubogich. Była to w swoim rodzaju pamiątkowa rocznica godów, bo, jak wtenczas, obecni byli i teraz wszyscy uczniowie, Apostołowie i przyjaciele. Jezus i Apostołowie usługiwali ubogim. Przy końcu opowiedział Jezus przypowieść o pięciu mądrych i pięciu głupich pannach, objaśnił ją należycie i wspominał wciąż o bliskości czasu, w którym ma nadejść oblubieniec. — Dom godowy obwieszony był kwiatami; dzieci grały na różnych instrumentach i znosiły coraz nowe wieńce i piramidy kwiatowe. Wino pito z owych stągwi, które były narzędziem pierwszego cudu Jezusa. Bartłomiej, Natanael Chased i kilku innych uczniów ułożyli piękne zdania, oznaczające przenośnie związek duchowy, jaki powinien małżonków łączyć. Z Kany poszedł Jezus z wszystkimi Apostołami i uczniami na górę nauczania koło Gabara. Szli wolno grupami, często przystawali w koło Jezusa i słuchali Go. Jezus był dla wszystkich bardzo serdeczny, często wołał na nich: „Moje kochane dzieci!" i kazał im opowiadać wszystko, czego doznali podczas wędrówek: Najpierw mówili Apostołowie, którzy jeszcze nie zdążyli ostatnimi dniami wszystkiego opowiedzieć. Teraz opowiadali wobec wszystkich, by wszyscy wiedzieli, co zdziałano i jak się któremu powodziło. Zachętą była im słodka przemowa Jezusa, który rzekł: „Kochane dziatki, teraz się pokaże, kto Mnie kocha, a we Mnie — Ojca niebieskiego, i kto rozszerzał słowa zbawienia i uzdrawiał nie dla korzyści własnej, lub marnej chwały, lecz wyłącznie dla Mnie." Po kolei więc opowiadał to ten, to ów Apostoł, a za nim oddani Mu uczniowie. Działo się to na pagórku, leżącym w połowie drogi między Kaną a górą nauczania. Na pagórek ten wchodzą zwykle podróżni, by rozglądnąć się po okolicy, bo z dołu jest widok wszędzie zamknięty.
Piotr opowiadał z zapałem, jakich to obłąkanych różnego rodzaju spotykał, jak obchodził się z nimi i jak na wezwanie Imienia Jezusa szatani z nich ustępowali. Upojony własnym opowiadaniem, tak się uniósł w swym zapale, że całkiem zapomniał o naganie, niedawno otrzymanej na łodzi. Opowiadał, że w kraju Gergezeńczyków było dwóch opętanych; wielu uczniów próbowało ich uzdrawiać, także ci dwaj Gergezeńczycy, którzy sami niegdyś byli opętani, lecz żaden nie zdołał tego; on dopiero przymusił czartów do poddania się mu i wypędził ich. Znać było w słowach Piotra chełpliwość, więc Jezus skinął nań, by zamilknął, a podniósłszy wzrok w górę, rzekł wśród ogólnego milczenia: „Widziałem szatana, spadającego z Nieba jak błyskawica." Przy tym ujrzałam, jak przez powietrze przeleciał z drganiem, wijący się promień ponurego światła. Jezus po tych słowach zganił Piotra i innych, u których widział chełpliwość w mowie lub w myślach, i rzekł: „Cokolwiek czynicie, czyńcie w Imię Moje i ze Mnie, w pokorze i z pobudek wiary, a nie myślcie, że jeden więcej potrafi, niż drugi. Patrzcie! oto dałem wam moc stąpać po skorpionach i wężach, pokonywać wszelką potęgę nieprzyjacielską i nic wam nie zaszkodzi. Ale nie szukajcie w tym uciechy, że duchy ciemności są wam posłuszne, cieszcie się raczej, że imiona wasze zapisane są w niebiesiech." Tak to przemawiał do nich Jezus uprzejmie i serdecznie, nazywając ich wciąż kochanymi dziećmi i słuchał dalej ich opowiadania. Tomasz i Natanael otrzymali również naganę za pewną opieszałość, ale nagana ta udzieloną była z oznakami wielkiej miłości i życzliwości. Gdy Jezus tak stał na wzgórku, poważny a zarazem radosny, ze wzniesionymi w górę rękoma, ujrzałam, jak okryła Go świetlista jasna chmura. On zaś, pogrążony w zachwyceniu, modlił się radośnie: „Wielbię Cię, Ojcze, Panie Nieba i ziemi, że ukryłeś to przed uczonymi i mędrcami, a objawiłeś maluczkim! Tak, Ojcze, taka była Twoja wola. Wszystko dane mi jest od Ojca i nikt nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, lub komu On zechce objawić!" Zwróciwszy się zaś do uczniów, rzekł: „Błogosławiono oczy, które widzą, co wy widzicie; zaprawdę powiadam wam, wielu Proroków i królów pragnęło to widzieć, co wy widzicie, a nie widzieli, i pragnęli słyszeć, co wy słyszycie, a nie słyszeli." Przybywszy na górę, wznoszącą się koło Gabary, roztrząsnął Jezus szczegółowo to wszystko, co opowiedzieli Mu uczniowie. Objaśnił im, czego jeszcze nie wiedzieli, w czym byli chwiejni, lub błądzili. Pouczał o rozmaitych rodzajach opętania; sposobach wypędzania czartów. Mówił o Swym posłannictwie, które wkrótce miał wypełnić, i o tym, co ich jeszcze czeka. Obiecał puścić ich do domów na jakiś czas na odpoczynek, lecz i tam polecał im działać, nauczać i rozszerzać królestwo Boże; dziękował im wreszcie za okazaną gorliwość i posłuszeństwo. Oprócz uczniów znajdowali się na górze i inni słuchacze. Do Kafarnaum wrócili wszyscy dopiero późno w noc.
W najbliższy szabat nauczał Jezus w synagodze kafarnaumskiej o złożeniu przez Samuela urzędu sędziowskiego. Mówił poważnie i surowo, a Faryzeusze czuli, że każde prawie słowo do nich się stosuje; mimo jednak gorliwych starań, nie mogli w nauce Jego znaleźć żadnego fałszu, na razie więc powynajdywali różne błahe zarzuty, zebrane ze szpiegowania działalności uczniów podczas wędrówek. Mówili, że uczniowie nie zachowują należycie postu, że nawet w szabat zbierają po drodze kłosy i owoce i spożywają je, że ubierają się niedbale i niechlujnie, bo nawet w kilku miejscach pojawili się w synagodze w sukniach zanieczyszczonych z drogi, nie odpasani jak się należy, i że przed jedzeniem nie zachowują rytualnego obmywania się. Jezus powiedział na to Faryzeuszom ostrą naukę, przedstawiając we właściwym świetle ich życie i działalność. — „Nasienie jaszczurcze! — mówił — nakładacie innym ciężary, a sami uchylacie się od nich. W szabat się włóczycie, bezprawia dopuszczacie się w pobieraniu dziesięciny, obłudą tylko żyjecie; widzicie źdźbło w oku bliźniego, ale belek w oku własnym nie widzicie. Mimo waszych prześladowań będę chodził, nauczał i uzdrawiał, dopóki nie nadejdzie czas Mego przyjęcia." Podczas tej przemowy, wzniósł nagle jakiś młody Faryzeusz ręce do góry, zbliżył się ku Jezusowi i zawołał głośno: „Prawdziwie, to jest Syn Boży! Święty w Izraelu! To więcej niż Prorok!" i tak dalej rozpływał się w pochwałach dla Jezusa. Ruch wielki. powstał w synagodze. Dwaj starzy Faryzeusze chwycili krzyczącego pod ręce i wywlekli z synagogi, chociaż on nie przestawał wołać, a nawet na dworze jeszcze głosił chwałę Jezusa i publicznie wobec wszystkich oznajmił, że odłącza się od sekty Faryzeuszów. Jezus tymczasem mówił dalej. Gdy skończył i wyszedł z synagogi, upadł Mu ów mąż do nóg i błagał o przyjęcie go na ucznia. Jezus przystał na to, ale jako warunek podał mu, by opuścił ojca i matkę, rozdał całe mienie ubogim, wziął krzyż swój na siebie i szedł za Nim. Uczniowie zaraz się nim zaopiekowali, a głównie Mnason. Szabat zakończył Jezus w synagodze; przybył tu wcześnie z Apostołami i uczniami, i publicznie nauczał ich, by pokazać, że nie ma z czym się ukrywać. Przestrzegał ich przed Faryzeuszami i fałszywymi Prorokami i zalecał im czujność, przytaczając przy tym przypowieść o czujnym i leniwym słudze. Podczas tego zapytał się Piotr, czy te słowa stosują się tylko do uczniów, czy do wszystkich słuchaczów. Jezus nie odpowiedział mu na to wprost, tylko w mowie Swej zwracał się wciąż do Piotra, jakoby do pana domu zwierzchnika wszystkich niewolników; chwalił dobrego włodarza, a surowym sądem groził złemu, który nie pełni swych obowiązków.
W ten sposób nauczał Jezus, dopóki nie przyszli Faryzeusze zakończyć szabat. Jezus chciał im ustąpić miejsca, lecz oni położyli przedeń księgi i rzekli uprzejmie: „Nauczycielu, objaśniaj lekcję!" Więc Jezus zaczął nauczać przedziwnie o złożeniu przez Samuela urzędu sędziowskiego, przedstawiając wyrzeczone słowa Samuela jako słowa Boga i Jego posłannika, a wytłumaczył je tak, iż Faryzeusze czuli wyraźnie, że Jezus do Siebie odnosi słowa Samuela: „Zestarzałem się już i posiwiałem" (I. Król. 12, 2 itd.) Rzekł bowiem mniej więcej tak: „Długo posiadacie już Mnie, więc uprzykrzyłem się wam. Wy zmieniacie się wciąż, a Ja wam wiecznie jestem ten sam." Również jako słowa Boże przytoczył pytania, stawiane ludowi przez Samuela: „Czy w tym lub owym postąpiłem z wami niesłusznie? Czy wziąłem komu wołu, albo osła? Czy uciskałem kogo?" — Zupełnie jasno zastosował je do tych nauczycieli i Faryzeuszów, którzy, poczuwając się do winy, podobnych pytań nie ośmieliliby się ludowi postawić. Porównał wreszcie sposób postępowania ich, a ich przodków za czasów Samuela. — Wtenczas — mówił — domagali się Izraelici króla, który by rządził nimi jak u narodów pogańskich, a odrzucili władzę sędziów. I wy w swym opacznym pojęciu oczekujecie królestwa doczesnego, wspaniałego króla i Mesjasza z tego świata, przy którym żylibyście w rozkoszach i chwale doczesnej, któryby nie zmazał waszych grzechów i występków trudem, męką, pokutą i zadosyćuczynieniem, lecz brudnych i zohydzonych otulił w swój wspaniały płaszcz królewski i jeszcze za grzechy nagrodę wam obmyślił. Dalej czytał Jezus, jak Samuel nie przestawał modlić się za lud, a Bóg wysłuchawszy modlitwy jego, zesłał grzmoty i deszcze na ziemię. Zastosował to Jezus tak, że i teraz Bóg okazuje miłosierdzie dla dobrych, a Syn Jego, posłany na ziemię, którego nie przyjąwszy odepchną, będzie do końca modlił się do Ojca Swego za nimi. Temu wysłańcowi Boga towarzyszyć będą grzmoty i pioruny, by co lepsi mogli prędzej ocknąć się z pomroki grzechowej i nawrócić. Bóg obiecał Izraelitom, że wraz z królem znajdą łaskę w oczach Jego i nie będą odepchnięci, jeśli tylko chodzić będą ścieżkami Pańskimi. To wytłumaczył Jezus tak, że sprawiedliwi otrzymają sprawiedliwość i łaskę do poznania prawdy, zaś dla niesprawiedliwych będzie Samuel strasznym sądem. — Wreszcie zaczął Jezus mówić o Dawidzie, o namaszczeniu go na króla przeciw Saulowi, o oddzieleniu się dobrych od złych, o zgubie Saula i jego stronników. Faryzeusze nie sprzeciwiali się w synagodze w niczym Jezusowi, by jak dotychczas, nie doznać wobec ludu porażki i wstydu; postanowili jednak przy uczcie na którą zaprosili Jezusa wraz z Apostołami i częścią uczniów, powstać przeciwko Panu. Ucztę zastawiono w otwartej hali domu naczelników synagogi; zebrało się tam około 20 Faryzeuszów. Przed jedzeniem przyniósł jeden z nich przed Jezusa wielką miednicę i zapytał Go, czy nie zechce się obmyć, wspominając przy tym tak, by Go wszyscy słyszeli, że jest to stary, święty zwyczaj, a nawet nakaz Boży. Jezus jednak odmówił, mówiąc, że zna się na jego sztuczkach i nie chce od niego wody. Przy uczcie zaczęli Faryzeusze z Jezusem dysputę nad dzisiejszą nauką, lecz w krotce Jezus tak ich zbił z tropu i zawstydził, że jedni zapłonęli zdwojoną złością, inni natomiast wzruszyli się i innych nabrali przekonań. Podczas nawiązanej na wszystkie strony rozmowy, dwunastu z nich odłączyło się od reszty zatwardziałych, przez co liczba nieprzyjaciół Jezusa znacznie zmalała. Zdarzyło się, że właśnie przybył do Jezusa jeden z owych młodzieńców z Nazaretu, którzy wielokroć nadaremnie błagali Jezusa o przyjęcie ich na uczniów. Młodzieniec, zbliżywszy się do Jezusa, zapytał: „Panie, co mam czynić, by dostąpić żywota wiecznego?" Teraz to odbyła się ta cała scena, opisana w ewangelii. Łuk. 10, 25 — 37 i opowiadanie o miłosiernym Samarytaninie. Faryzeusze natomiast zaraz poczęli Jezusowi zarzucać, że nie chce przyjąć w poczet uczniów tego młodzieńca, dlatego, gdyż ten nieco już się poduczył i nie dałby się wodzić na pasku, jak inni. Dalej zarzucali znowu uczniom nieporządek, niechlujstwo, zrywanie kłosów w szabat, zbieranie owoców przy drodze, jedzenie o nie przepisanym czasie, grubiaństwo i wiele podobnych rzeczy. Głównie zaś obwiniali Piotra, że jest swarliwy i zapalczywy, podobnie jak i jego ojciec. Jezus rzekł na obronę uczniów tylko tyle, że dla nich to czas godów, dopóki z nimi bawi oblubieniec, więc wolno im się cieszyć i radować. Zaraz potem odszedł ku domowi Jaira przekopą ogrodową koło synagogi i poprzez gościniec poszedł ku Betsaidzie. Aż do północy modlił się samotnie, poczym poszedł do domu Matki Swej. Faryzeusze nie wiedzieli, gdzie Jezus poszedł; podburzyli zatem motłoch, by rzucał kamieniami na uczniów. Ale ręka Boża ochroniła ich przed ciosami.
Wychodźcy cypryjscy, przybywszy do Palestyny, mieszkali najpierw w grotach, z czasem jednak przetworzyła się ich osada w osobne miasto, nazwane Eleutoropolis. Leżało ono na zachód od Hebron niedaleko studni Samsona. Żydzi próbowali nieraz je zburzyć, ale za każdym razem wracali rozproszeni mieszkańcy i odbudowywali się. Nad grotami, tworzącymi pierwotne ich schronienie, powstały budynki miejskie, a groty służyły za schronienie w czasie prześladowań. Za pierwszego prześladowania w czasie ukamienowania św. Szczepana, zniszczono osadę między Ofel a Betanią i wtedy to Merkuria poniosła śmierć. Ludzie wybrali się byli stąd właśnie do wieczernika i kościoła przy stawie Betsaidy, by złożyć ofiary i daniny. Gdy Ofel uległo zniszczeniu, przenieśli się do Eleutoropolis. Pierwszym biskupem był tu Jozes Barsabas, syn Marii Kleofy i drugiego jej męża, Sabby; tam też podczas prześladowania ukrzyżowany na drzewie, poniósł śmierć męczeńską.

Jezus naucza świeżo przyjętych uczniów o modlitwie i ósmym błogosławieństwie.

Nazajutrz wyszedł Jezus raniutko z domu Maryi, przeszedł w poprzek drogę, wiodącą z Kafarnaum do Betsaidy, i udał się na górę nauczania, z której już raz był Apostołów rozesłał.*) Było do niej trzy godziny drogi z Kafarnaum. Jezus miał przy Sobie samych niedawno przyjętych uczniów, którym potrzeba było udzielić różnych wskazówek. Po drodze natrafili na Mnasona z kilku uczniami, prowadzącego z sobą nawróconego Faryzeusza z Tanach koło Naim, który już wtenczas na poły był się nawrócił, gdy Jezus tam jednego Faryzeusza uzdrowił, a zupełnie skruszył się ostatnią nauką na górze koło Gabary. Na górze, ku której Jezus szedł teraz, był porządnie utrzymany plac do nauczania, ocieniony dachem. U podnóża góry stał długi szałas, w którym leżało dziesięciu biednych paralityków z okolicy, strasznie pokrzywionych chorobą. Jezus uzdrowił ich i udzielił stosownej nauki. Przybywszy na pusty wierzchołek, prosili uczniowie Jezusa, by ich na uczył, jak mają się modlić. Jezus więc powtórzył im znowu „Ojczenasz," objaśniał obszernie pojedyncze prośby, powtarzając przy tym wspomniane wyżej przykłady: — kto puka w nocy do przyjaciela i prosi go bez przestanku o chleb, ten w końcu odejdzie zaspokojony; o dziecku, które prosi ojca o jajka, a ten pewnie nie poda mu skorpiona. Tak powtarzał Jezus wszystko, co mówił dawniej o wytrwałej modlitwie i o ojcowskim stosunku Boga do ludzi. Wszystkich uczniów uczył tego samego; nieraz powtarzał jedno po kilka kroć ze wzruszającą cierpliwością i starannością, aby wszyscy mogli dokładnie tego samego innych nauczać. Postępował przy tym zupełnie, jak przy nauczaniu dzieci, kazał każdemu powtarzać wyłożone objaśnienia, poprawiał i znowu objaśniał, czego należycie nie zrozumieli. Wreszcie powtórzył całą modlitwę i wytłumaczył, jak na Cyprze, znaczenie słowa „amen", mówiąc, że to słowo zawiera w sobie wszystko, początek i koniec. Oprócz uczniów było na górze kilkoro innych ludzi i Faryzeuszów z Betsaidy Julias i ci słyszeli koniec nauki Jezusa. Jeden z Faryzeuszów zaprosił Go do Betsaidy Julias na ucztę, z którego zaproszenia Jezus też skorzystał. Stąd poszedł Jezus z uczniami na południe od mostu jordańskiego, ku dzielnicy Betsaidy, położonej z tej, strony rzeki. Zatrzymał się jeszcze w gospodzie, gdzie oczekiwały na Niego Maryja, wdowa z Naim, Lia i kilka innych niewiast. Przyszły tu pożegnać się, gdyż Jezus chciał teraz przeprawić się przez Jordan i podążyć w dół Zajordania, aby tam nauczać. Maryja niezmiernie smutna, zostawszy sam na sam z Jezusem, zalała się rzewnymi łzami i błagała Go, by nie szedł do Jerozolimy na uroczystość Poświęcenia świątyni. Ze słów Jej przebijała niezmierna pokora i miłość; widać było, że Maryja przeczuwa konieczność świętego, choć bolesnego losu, jaki czeka Jej Syna. Jezus przytulił Ją do piersi i pocieszał z wielką łagodnością i pokorą, mówiąc, że musi wypełnić to, do spełnienia czego Ojciec Go posłał, wybrawszy Ją na Matkę Jego. Polecał Jej być silną na duchu, owszem innych umacniać i budować. Następnie pożegnał resztę niewiast i pobłogosławił je, poczym wszystkie wróciły do Kafarnaum. Jezus zaś poszedł z uczniami do BetsaidaJulias, gdzie Go przyjęli Faryzeusze. Oprócz Faryzeuszów tutejszych było tu kilku z Panei, gdyż właśnie dziś obchodzono dzień pamiątkowy spalenia jakiejś książki kacerskiej Saduceuszów. I tu spotkały Jezusa znane już zarzuty. Gdy chciał siadać do stołu, wziął Go jeden Faryzeusz za rękę i rzekł: „Dziwi mnie to bardzo, że mąż, umiejący tak znakomicie nauczać, tak mało uważa na święte zwyczaje, że nawet nie myje się przed jedzeniem. Jezus rzekł mu na to, że Faryzeusze czyszczą misy i kubki zewnątrz, a wewnątrz pełni są złości. Skądże wiesz, — zapytał Faryzeusz — jakie jest moje wnętrze? — A Jezus odrzekł: „Kto zrobił zewnętrzną powłokę, ten zrobił i wnętrze, a na wnętrza ludzkie patrzy Bóg. — Uczniowie odciągnęli Jezusa na bok i prosili Go, by nie unosił się gorliwością, bo może się przytrafić, że ich wypędzą; lecz Jezus zganił im ich tchórzostwo. Wieczorem nauczał Jezus w synagodze, ale nie uzdrawiał, Faryzeusze bowiem nastraszyli tutejszych mieszkańców. Utrzymywali oni tu rodzaj uniwersytetu i dumni byli bardzo ze swej uczoności.
Z BetsaidaJulias poszedł Jezus ku północnemu wschodowi, na górę, oddaloną stąd o półtorej godziny drogi, gdzie swego czasu chleb cudownie rozmnożył. Tam też zebrali się wszyscy Apostołowie i uczniowie, prócz tego tłumy ludu z Kafarnaum, Cezarei Filipa i innych miejscowości. Jezus nauczał o ósmym błogosławieństwie: będą was nienawidzić i prześladować dla Syna człowieczego; dalej: Biada bogatym, nasyconym dobrami tego świata, wy zaś powinniście się cieszyć przyszłą nagrodą; — mówił także o soli ziemi, mieście, na górze, świetle na świeczniku, o pełnieniu prawa, ukrywaniu dzieł dobrych i modleniu się w skrytej izdebce. Pościć zalecał wesoło, z głową namaszczoną wonnościami, a nie czynić tego publicznie, z obłudy. Dalej mówił o zbieraniu skarbów w Niebie, o życiu bez troski, o niemożności służenia dwom panom, o wąskiej bramie i o szerokiej drodze, o złym drzewie i złych owocach, o mądrym mężu, który buduje trwały dom i o głupcu, który buduje dom na piasku. Nauka trwała dłużej jak trzy godziny. Słuchacze zeszli raz na dół, by się posilić, poczym Jezus nauczał dalej. Apostołom i uczniom przypominał te wszystkie punkty, które podawał im przy dawniejszych rozesłaniach, kazał im uzbroić się w wiarę, ufność i wytrwałość. Nazajutrz nauczał Jezus znowu; liczba słuchaczów wzrosła do paru tysięcy, gdyż za karawanami nadciągali ludzie z całego kraju, a między nimi chorzy i opętani. Faryzeusze, także obecni, nie brali się do dysputy, chociaż niejeden punkt nauki ciężko ich dotknął. Wstrzymywały ich niezwykłe cuda Jezusa i zapał ludu dla Niego. Słuchacze mieli żywność przeważnie ze sobą, więc po nauce rozłożyli się obozem na posiłek. Między uzdrowionymi był także ślepy z Jerycho; był on przedtem także chromym, lecz jeden z uczniów uzdrowił go z tego nie przywracając mu wzroku. Przyprowadził go tu do Jezusa krewny jego, Manahem, w nadziei, że Jezus go uzdrowi.
Teraz rozesłał Jezus nowych uczniów, których ostatnimi dniami nauczał z tak zadziwiającą cierpliwością przez pytania i odpowiedzi, jak dzieci, zawsze po dwóch, mówiąc: „Posyłam was jako owce między wilki." Jeden z siostrzeńców Józefa z Arymatei przyniósł tu z Jerozolimy wiadomość, że Łazarz zachorował.
Jezus zatrzymał przy Sobie tylko Apostołów Piotra, Jakuba, Jana. Mateusza i kilku uczniów; najpierw poszedł z nimi do komory celnej Mateusza, a stąd łodzią do Dalmanuty. W szabat nauczał w mieście Edrai, potem widziałam Go w mieście Lewitów Bosra i w Nobah. W Nobah mieszkali oprócz pogan wyłącznie sami Rechabici. Wracając z niewoli babilońskiej, zastali oni miasto obsadzone przez pogan, lecz zdobyli je i gromadnie się tu osiedlili. Rechabici nienawidzą nadzwyczaj Faryzeuszów i Saduceuszów i unikają ich jak ognia. Trudnią się przeważnie hodowlą bydła. Żyją bardzo surowo, wino piją tylko w pewne dni świąteczne i trzymają się bardzo ściśle litery Zakonu. Jezus dawał im więc głównie co do tego wskazówki i nauczał ich rozróżniać między tekstem, a duchem tekstu Zakonu. Przyjęli też upomnienie dobrze i z nadspodziewaną pokorą. Wielu przyjęło chrzest, między tymi i poganie. Opętanych, których tu jest cały szpital, uwolnił Jezus od złego ducha. Piotr, Jakub i Jan chrzcili i nauczali. Nikt nie stawiał Jezusowi oporu, to też wynik pracy był zadziwiający. Mieszkanie miał Jezus w gospodzie koło synagogi. — Nobah jest wolnym miastem i chociaż należy do Dekapolis, cieszy się jednak zupełnym samorządem. Wyszedłszy z Nobah, przybył Jezus po pięciogodzinnej drodze na północny zachód do miluchnej osady pasterskiej, zwanej zaciszem Jakuba. Tu bowiem zatrzymał się Jakub po raz pierwszy w powrocie do Ziemi obiecanej, ścigany przez Labana. Stąd zaczynają się góry Galaad.) Pasterze, tu mieszkający, pochodzą od Eliezera, sługi Abrahama, który przywiózł był Izaakowi Rebekę. Niektórzy znów pochodzą od tych Żydów, których trzymała w niewoli Semiramis. Melchizedek uwolnił ich i osadził tu na granicy, a potomkowie ich zmieszali się z potomkami Eliezera. Wkoło uroczego pagórka rozmieszczone są trzy studnie. Do pagórka przytykają wkoło chłodne mieszkania, jakby w zielonym wale umieszczone. Z niejakiej odległości wygląda to niby taras górski. Najstarsi i najzamożniejsi właściciele trzód mieszkają na pagórku, gdzie również jest plac do nauczania. Daleko wkoło ciągną się oparkanione pastwiska wielbłądów, osłów i owiec, osobne dla każdego rodzaju trzody. Przy studniach są poidła. Pasterze mieszkają w pobliżu studzien, pod namiotami, trwale przymocowanymi do ziemi. W długich rzędach zasadzone są drzewa morwowe. Szczególnie miłą jest długa ulica, wiodąca z pagórka do Selchy. Po obu stronach są słupy, na których wije się gęsto jakaś roślina, pnąca się nieraz na kilkaset kroków, z owocami, podobnymi do arbuzów. Ulica ta tworzy jakby jedną, nieprzejrzaną altanę. Właśnie przed niewielu dniami obchodzono tu święto na pamiątkę oswobodzenia przodków z niewoli Semiramidy. Synagogę mają w Selcha i tam też słuchają nauk. Cała ta miejscowość pozostaje u wszystkich we czci i jest niejako fundacją na pamiątkę Jakuba. Gościnność jest tu wielka. Pasterze zobowiązani są za lichą zapłatę ugaszczać arabskie karawany i w ogóle wszystkich obcych. Około południa przybył Jezus z trzema Apostołami do jednej ze studzien. Najstarsi pasterze umyli Mu nogi i podali przekąskę, złożoną z chleba, miodu i owoców. Wiedzieli już, że Jezus przybędzie, więc poznosili chorych do długiego budynku przy pagórku, a teraz ich Jezus uzdrawiał. Zebrało się tu około 400 pasterzy z żonami i dziećmi; tutejsze niewiasty nosiły krótsze suknie, niż w innych miejscowościach. Jezus zaczął zaraz na pagórku nauczać, traktując ich poufale jak dzieci. Przypominał im pochód Trzech Królów, którzy przed 32 laty tu spoczywali, gwiazdę Jakubową, przepowiedzianą przez Balaama i nowonarodzone dziecię, którego owi Mądrzy królowie wtenczas szukali. Mówił im o nauce i świadectwie Jana, dodając, że obiecany Mesjasz, bawi już w pośród Izraelitów, ale ci nie chcą go uznać. Oprócz tego opowiadał im przypowieści o dobrym pasterzu, o sianiu i zbieraniu; właśnie bowiem był w okolicy zbiór owoców i doborowej pszenicy. Mówił im także o tym, jak pasterze jeszcze przed królami znaleźli w Betlejem dziecię, powiadomieni o tym przez aniołów. Wkrótce wszyscy Jezusa bardzo polubili. Chcieli zaraz zostawić wszystko i iść za Nim, by Go wciąż słuchać. Jezus jednak kazał im zostać i tylko się do Jego nauki stosować. Na zaproszenie mieszkańców Selchy, miasta o godzinę drogi na północ oddalonego, poszedł tam Jezus wraz z uczniami. Przy bramie przyjęli Go uroczyście nauczyciele i dzieci szkolne, poczym Jezus nauczał w synagodze o świadectwie Jana. Tu bardzo wielu przyjęło chrzest, chorych Jezus uzdrowił, a dzieciom, udzielił błogosławieństwa. Z Selchy szedł Jezus półtorej godziny tak zwaną ulicą Jakuba, biegnącą zakrętem doliny na zachód, w dół Jordanu. Droga ta biegnie głęboko jakby wąwozem między pustymi górami. W kilku miejscach są postoje dla wielbłądów, opatrzone korytami i kółkami do związywania. Abraham, wędrując w te strony, widział w tej ulicy światełko i miał tu widzenie; później gdy Dawid za radą Jonatana uciekał przed rodzicami w okolice Masfy, ukrywał się tu z 300 wojownikami i stąd poszła nazwa „ulicy Dawida." Tu otrzymał Dawid od Boga prorocze widzenie o pochodzie Trzech Królów i słyszał jakoby z otwartego Nieba śpiew o obiecanym pocieszycielu Izraela. Także Malachiasz ukrył się tu po bitwie, wiedziony światełkiem. Św. Trzej królowie, minąwszy Selchę, nie wiedzieli, gdzie iść, więc puścili wodze swym wielbłądom i one zawiodły ich na tę ulicę. Przebyli ją wśród miłego śpiewu, poszli następnie wzdłuż brzegu aż naprzeciw Korei, tu przeprawili się przez Jordan, i przez pustynię Anathoth i przybyli do Jerozolimy. Do miasta weszli tą samą bramą, co i Maryja idąc z Betlejem, by złożyć ofiarę. Z ulicy Dawida zwrócił się Jezus do małej miejscowości Tantia, gdzie przybywszy, poszedł zaraz do synagogi i nauczał o Balaamie, gwieździe Jakóbowej, o Betlejem Efrata i z Micheasza (IV Mojż. 22, 2—25, 10; Mich. 5, 7— 6, 9). Następnie uzdrawiał po domach wielu chorych, między innymi takich, których przedtem uczniowie uzdrowić nie mogli. Nie zajmowano się tu należycie pielęgnowaniem chorych i ubogich; dopiero uczniowie tym się zajęli, a Jezus doprowadził to szlachetne dzieło do końca. Uczniowie tu bardzo wielu ochrzcili.
Rabini i wszyscy mieszkańcy tutejsi są bardzo pobożni; mają zwyczaj, wśród postów i modłów pielgrzymować do ulicy Dawida i tu się modlić o zesłanie Mesjasza. Wciąż mają nadzieję, że tu otrzymają objawienia o Mesjaszu i że stąd przyjdzie On do nich. Podczas nauk Jezusa mówili czasem do siebie: „Ten przemawia tak, jakoby sam był Mesjaszem; ale przecież to niemożliwe!" Przypuszczali nawet, że Mesjasz musiał już przyjść i niewidzialnie jako anioł bawi wpośród Izraela, a Jezus jest zapewne Jego przesłańcem i głosicielem. Jezus, odgadując te ich przypuszczenia, mówił im, że jeszcze może poznają Mesjasza, lecz oby to nie było za późno. Później, przed i po śmierci krzyżowej, wielu tutejszych mieszkańców przyłączyło się do gminy Chrystusowej.
Z Tanlia poszedł Jezus na wschód do twierdzy górskiej Datheman, oddalonej o 4 godziny drogi; twierdza ta leży już prawie w gruzach. W pobliżu jest góra, którą obrała sobie córka Jeftego wraz z 12 towarzyszkami za miejsce żałoby i pokuty. Na niej bawili nieraz Prorocy i pustelnicy w rodzaju Esseńczyków. Balaam przebywał tu na samotnych rozmyślaniach, gdy powołał go do siebie król Moabitów. Balaam pochodził z wysokiego, bardzo zamożnego rodu. Od młodości pała duchem proroczym, wciąż pozostając w stosunkach z plemionami wyczekującymi pojawienia się obiecanej gwiazdy, jak np. przodkowie Trzech Królów. Nie był czarownikiem, ani złoczyńcą, służył prawdziwemu Bogu, jak i oświeceni Prorocy innych ludów, tylko w sposób mniej doskonały. Wcześnie już usunął się w zaciszne góry, a najczęściej tu przebywał, jak mi się zdaje, z innymi jeszcze Prorokami, czy też uczniami jego. Gdy powrócił od Balaka, króla Moabitów chciał znowu osiąść na tej górze, ale Boską ręką wstrzymany, nie mógł się tu dostać; za to że dał tak podłą radę Moabitom, stracił łaskę Bożą, jak szaleniec błąkał się bezradny po pustyni i wkrótce tam marnie zginął.
Wszyscy mieszkańcy okoliczni przejęci są świętym uszanowaniem dla „ulicy Dawida" Nieraz mówili do Jezusa, że nie chcieliby mieszkać w kraju zajordańskim, bo tam nie można by nawet wspominać o proroczych widzeniach, lub wypadkach, jakie zaszły w ulicy Dawida.



Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
7 Od końca pierwszych świąt Wielkanocnych aż do nawrócenia S
Franken R 12 od ciekawosci do tworczosci, Studia, Psychologia, SWPS, 3 rok, Semestr 06 (lato), Psych
CIT 8 rok 2011 (od 01 01 2011 do 31 12 2011)
12 od plotyna do freuda
CIT 8 rok 2011 (od 01 01 2011 do 31 12 2011) (2)
09 Stosunek Świadków Jehowy do Świąt Wielkanocnych, Drogi prowadzace do Boga, Zestaw o SJ (www dodan
Przygotowujemy się do Świąt Wielkanocnych, EDUKACJA, Plany pracy - wg. nowej podstawy programowej
Europa i świat od wybuchu I wojny światowej do początku lat
CIT 8 rok 2011 (od 01 01 2011 do 31 12 2011)
Tani Bilet schemat od 2013 08 09 do 2013 12 14
Sprawozdanie z działalności Stowarzyszenia Trzezwościowego Nowe Życie za okres od 01 01 2007 do 31 1
Od chorób jamy ustnej do sepsy i zawału
Wesołych Świąt Wielkanoc
Plakat KLODZKO GLOWNE Odjazdy wazny od 2014 04 27 do 2014 06 14
Świat Wizy do USA
Wielkanocny koszyczek na pisankę, pomoce dydaktyczne od anki, pomoce dydaktyczne od moni, ozdoby wie

więcej podobnych podstron