Conan 58 Howard Robert E Skarb Tranicosa


Robert E. Howard

Conan i Skarb Tranicosa

Spis treci:

Przedmowa - L. Spraque de Camp

1. Malowani ludzie

2. Ludzie morza

3. Czarny nieznajomy

4. Rytm czarnego bbna

5. Czowiek z dziczy

6. Grabie martwych

7. Ludzie lasu

8. Miecze Aquilonii

Tropem Tranicosa - L. Spraque de Camp

Skald w Post Oaks - L. Spraque de Camp

Przedmowa - L. Spraque de Camp

Saga o Conanie tak oto opisuje jego dzieje:

Conan, syn Cymmeriaskiego kowala, urodzi si na jednym z licznych pól bitewnych tej górzystej, chmurnej krainy. Jako modzian bra udzia w wypadach upieczych na aquiloski przyczóek graniczny - Venarium. Podczas jednej z takich wypraw, tym razem do Hyperborei dosta si, wraz z band Aesira do hyperborejsk niewoli. Zbiegszy z ich niewolniczej osady, powdrowa na poudnie do Zamory i ssiednich ksistw, gdzie wiód niepewny ywot zodzieja. Nie obeznany z cywilizacj i z natury nieposuszny prawom, doskonale nadrabia brak subtelnoci i wyrafinowania wrodzonym sprytem i herkulesow postaw, któr odziedziczy po ojcu.

W kocu zacign si jako najemnik do armii króla Yildiza w Turanie. Podczas licznych podróy po stepach Hyrkanii opanowa ucznictwo i jazd konn. Póniej suy jeszcze jako kapitan najemników w hyboriaskich krajach, przewodzi bandzie czarnoskórych korsarzy u wybrzey Kushu, a nawet by najemnikiem w Shemie i pobliskich ksistwach. Wkrótce jednak porzuci legaln sub i wstpi do bandy kozaków upicej stepy nad rzek Zaporosk, by nastpnie zosta piratem na morzu Vilayet. Odbywszy w armii Khauranu sub najemnika, spdzi dwa lata przewodzc Zuagirom - pustynnym nomadom ze wschodniego Shemu. Potem przey jeszcze dzikie przygody w lecych na wschodzie krainach Iranistanu i Vendhii, a zawdrowa do podnóa gór Himelijskich, gdzie zmierzy si z czarnymi prorokami Yimshy.

Po powrocie na zachód, Conan znów zosta korsarzem upic i grabic wraz z barachaskimi piratami i zingarskimi bukanierami. Nastpnie suy jako najemnik w Stygii i w Czarnych Królestwach. Póniej zawdrowa do Aquilonii i, ju jako czterdziestolatek, zosta zwiadowc na granicy piktyjskiej. Gdy Piktowie, wspomagani przez czarodzieja Zogar Saga, zaatakowali umocnienia aquiloskie Conan usiowa broni fortu Tuscelan przed zniszczeniem, niestety bezskutecznie. Jednak zdoa uratowa licznych osadników zamieszkujcych ziemie lece w rozwidleniu rzek Gromowej i Czarnej. W tym wanie momencie rozpoczyna si ta opowie …

Conan raptownie awansuje w armii aquiloskiej. Zostawszy generaem, pokonuje Piktów w wielkiej bitwie pod Velitrium i przeamuje si ich zjednoczonego uderzenia. Nastpnie zostaje wezwany do stolicy w Tarantii, jako triumfator. Ale jego sukces budzi podejrzenia i zazdro zdeprawowanego i gupiego króla Numedidesa, który upija Conana usypiajcym winem i zakuwa w acuchy w elaznej Wiey, z wydanym ju wyrokiem mierci. Jednake barbarzyca ma w Aquilonii tak wrogów, jak i przyjació, tote wkrótce zostaje uwolniony. Na wierzchowcu i z mieczem w doni ucieka z wizienia. Kierujc si z powrotem ku granicy, odnajduje swe bossoskie oddziay w rozsypce i dowiaduje si o nagrodzie wyznaczonej za jego gow. Czym prdzej pokonuje wpaw rzek Gromow i przez podmoke lasy pustkowia Piktów przedostaje si ku odlegemu morzu.

Malowani ludzie

W jednej chwili, na pustej dotychczas polance pojawi si mczyzna, wychylajc si ostronie zza linii krzaków. Nie rozleg si najmniejszy dwik, który mogcy ostrzec o jego nadejciu szare wiewiórki. Jednak jaskrawo upierzone ptaki, które przysiady na ziemi, grzejc si w socu, poderway si natychmiast do lotu, wystraszone tym niespodziewanym pojawieniem i wypeniy przestrze nad drzewami furkoczc chmur. Mczyzna zmarszczy brwi i zerkn za siebie, jakby lkajc si, e wzburzenie ataków mogo zdradzi jego kryjówk jakiej niewidzialnej pogoni. Upewniwszy si, j skrada si po polanie, stawiajc ostronie kady krok.

Mimo swej niezwykle masywnej budowy, porusza si z gitk zrcznoci lamparta. Jego nagie ciao okrywa jedynie skrawek materiau przewizany wokó ldwi. Koczyny usmarowane gsto zaschnitym botem nosiy lady zadrapa cierniami,. Banda opasywa brunatn plam na muskularnym, lewym ramieniu. Skryta pod spltan grzyw czarnych wosów twarz, bya cignita i wychudzona, a jego oczy pony jak lepia rannego wilka. Utyka lekko, podajc wzdu ledwie widocznej cieki, która wioda przez polan.

W poowie drogi zamar nagle i odwróci si, z koci zrcznoci, gdy od strony, z której przyszed dobiego go z lasu przecige wycie. Kady czowiek pomylaby, e to zaledwie godny wilk, ale ten mczyzna wiedzia, e to co innego. Jako Cymmerianin rozpoznawa odgosy dziczy tak, jak mieszczanin rozpoznaje gosy swych przyjació.

Gniew zapon czerwieni w jego przekrwionych oczach, gdy ponownie odwróci si i prdko ruszy ciek przez polan. Prowadzia ona ku gstym krzakom, stoczonym na krawdzi lasu w postaci ciany zielonych lici i gazi. Masywna koda, gboko wronita w omszae podoe, odgradzaa brzeg gstwiny od cieki. Gdy Cymmerianin zauway ten wielki bal, zatrzyma si i spojrza za siebie na polan. Niewprawny obserwator nie poznaby, czy kto tamtdy przechodzi, ale jego przeladowcy dysponowali równie ostrym, jak on, wytrenowanym w dziczy wzrokiem. Tote, jeeli sam dostrzega dowody swej obecnoci na polanie, podajcy w pocigu niewtpliwie te je zauwa. Warkn cicho, niczym bestia zapdzona w puapk.

Z zamierzon nieostronoci pody wzdu cieki, tu i ówdzie depczc traw i amic gazk. Gdy, dotar do drugiego koca obalonej kody, wskoczy na ni, obróci si i zrcznie pobieg po niej z powrotem. Jako, e kora dawno ju odpada pod dziaaniem pogody i robactwa, nie pozostawi najmniejszego ladu, który mogyby dostrzec bystre oczy tropiciela. Gdy dotar do najciemniejszej czci krzaczastej gstwiny, ukry si w niej, nie poruszajc ani jednego listka, który zdradzaby jego kryjówk.

Mijay minuty. Szare wiewiórki znów si odezway, by nagle, wtulone czujnie w konary drzew, zamilkn. Ponownie zosta zakócony spokój polany. Równie cicho, jak cigany mczyzna, od wschodu pojawili si trzej czarnoskórzy ludzie krpej budowy, o muskularnych ramionach i klatkach piersiowych. Odziani byli w przepaski biodrowe ze skóry jelenia. Czarne wosy upite mieli w wzy ozdobione orlim piórem. Ich ciaa byy pomalowane od stóp do gów w misterne wzory. W doniach dzieryli prymitywny or z kutego brzu.

Ostronie rozejrzeli si po polanie, zanim ukazali si na otwartej przestrzeni, wychodzc peni wahania z ukrycia. Kroczyli mikko jak lamparty, w cisym szyku, z uwag obserwujc ziemi pod stopami. Tropili Cymmerianina, a to nieatwe zadanie nawet dla tych ogarów w ludzkiej skórze. Poruszali si wolno po polanie, gdy nagle jeden z nich zesztywnia, mrukn i wskaza sw wóczni o szerokim, paskim ostrzu na wieo zdeptan traw tam, gdzie cieka biega z powrotem w las. Wszyscy zamarli natychmiast, a ich jak czarne koraliki oczy, widroway podejrzliwie cian lasu. Jednak zwierzyna bya doskonale ukryta. Nie dojrzawszy nic, co mogo wzbudzi podejrzenia, ruszyli, tym razem szybciej, w stron drzew. Podali ledwie widocznym ladem, który sugerowa, e uciekinier staje si nieostrony ze zmczenia lub desperacji.

Ledwie zdoali min miejsce, gdzie krzaczasta gstwina rosa najbliej cieki, gdy tu za nimi wyskoczy Cymmerianin, dobywajc broni, zza pasa. W lewej rce dziery dugi nó o brzowym ostrzu, a w prawej topór z tego samego metalu. Atak nadszed tak szybko i niespodziewanie, e ostatni Pikt nie mia najmniejszej szansy na ocalenie ycia, gdy Cymmerianin wbi mu nó gboko midzy opatki. Ostrze doszo serca, zanim czarnoskóry zorientowa si w niebezpieczestwie.

Pozostali dwaj odwrócili si z niewiarygodn szybkoci dzikusów, ale nawet to nie pomogo, Cymmerianin, wyrywajc nó z grzbietu pierwszej ofiary, uderzy z potnym impetem swym bojowym toporem. Drugi Pikt wanie si odwraca, gdy na jego gow spado mordercze ostrze, rozupujc mu czaszk a do szczki.

Pozostay przy yciu dzikus, sdzc po szkaratnym czubku jego orlego pióra wódz, rzuci si do ataku. Ju niemal siga wóczni piersi Cymmerianina, gdy ten jeszcze wyrywa topór z gowy zabitego wroga. Cymmerianin jednak górowa inteligencj i uzbrojeniem. Topór w szerokim bocznym uderzeniu, odbi wóczni ku górze podczas, gdy lewa rka barbarzycy, uzbrojona w nó, wystrzelia ku malowanemu brzuchowi Pikta, rozcinajc go na caej dugoci.

Ranny wyda z siebie przeraliwe wycie, gdy upad wybebeszony na ziemi. Ryk zawiedzionej zwierzcej furii rozdar powietrze, a ze wschodu nadesza dzika odpowied wyjcych gosów. Cymmerianin wypry si konwulsyjnie, a nastpnie skuli, jak dzikie zwierze szykujce si do skoku. Jego wargi wykrzywi morderczy grymas, gdy potrzsn gow strzsajc krople potu z twarzy. Spod bandaa pocieka po ramieniu struka krwi.

Wypluwajc niezrozumiae przeklestwo, odwróci si i pobieg na zachód. Ju nie wybiera drogi, tylko bieg co si w dugich nogach, dziki wielkiej wytrzymaoci, któr natura zrekompensowaa mu barbarzyskie pochodzenie. Gosy za nim na chwil zamilky. Wtem, demoniczne wycie wybucho ponownie. Wiedzia ju, e pogo odnalaza ciaa jego ofiar. Nie starczao mu tchu, by przekl krople krwi kapice na ziemi ze wieo otwartej rany i zostawiajce wyrany lad na drodze. Mia nadziej, e moe ci trzej Piktowie, to wszystko, co pozostao z druyny wojennej, która podaa za nim ju od ponad stu mil. Powinien by si spodziewa, e te wilki nigdy nie porzucaj tropu znaczonego posok.

Las znów zamilk. To mogo znaczy jedynie, e pdz za nim, po plamach krwi na ziemi, których nie zdoa zatrze. Zachodni wiatr, peen sonawej wilgoci wia mu prosto w twarz. Umiechn si w duchu. Jeli by ju tak blisko morza, to pocig musia cign si znacznie duej, ni sdzi.

Ale teraz to nie miao znaczenia, byo ju prawie po wszystkim. Nawet jego wilcza odporno poddawaa si przeraajcemu obcieniu. Gdy apczywie yka powietrze, w boku odzywa si kujcy ból. Nogi dray z wyczerpania, szczególnie ta raniona. Mia wraenie, jakby kto wbija mu nó w cigna, za kadym razem, gdy stawia stop. Postpowa zgodnie z wyksztaconym w dziczy instynktem, wysilajc kady misie i nerw. Aby przetrwa sign do najgbszych rezerw swej wytrzymaoci. Lecz teraz, doprowadzony do ostatecznoci, podda si innemu instynktowi - szuka miejsca, gdzie mógby stawi czoa wrogom i sprzeda swe ycie za krwaw cen.

Nie zszed ze szlaku, by ukry si w której z gstwin porastajcych z obu stron ciek. Na tym etapie próba zmylenia pocigu byaby bezcelowa. Bieg zatem wzdu drogi, a krew huczaa mu w uszach coraz goniej i goniej, gdy z kadym oddechem wydawa z siebie cikie rzenie. Z tyu dosysza szalone wycie - znak, e deptali mu ju po pitach i spodziewali si dopa wkrótce sw zdobycz. Pdzili teraz za nim jak wataha wygodniaych wilków, skowyczc przy kadym skoku.

Nagle wypad z gstego lasu i ujrza przed sob cian stromego klifu, który wznosi si niemale pionowo. Szybkie spojrzenia na boki upewniy go, e oto sta przed samotn ska, która wyrastaa pod niebo, niczym wieyca w samym rodku lasu. Jako chopiec nieraz wspina si na strome wzgórza w swej ojczynie. Wiedzia, e mógby spróbowa podejcia na t stromizn, bdc w doskonaej kondycji, ale nie miaby adnych szans ranny i osabiony tak, jak teraz. Zanim by przebrn dwadziecia lub trzydzieci stóp, Piktowie wypadliby z lasu i nafaszerowali go strzaami.

Moe jednak inne ciany tej skay nadawayby si bardziej do wspinaczki. Szlak zawija w prawo dookoa turni. Podajc za nim odkry, e zachodnia strona skay bogata bya w póki i poszarpane wystpy prowadzce a do szerokiej platformy tuz pod szczytem.

Ta póka wydawaa si równie dobrym miejscem na mier, jak kade inne. Zostawiajc wiat pod nogami wirujcy w krwawej mgle, pokutyka w gór szlaku, podpierajc si kolanami i rkami, trzymajc zacinitym midzy zbami nó.

Nie zdy jeszcze dotrze do wystajcej póki skalnej, gdy jaki czterdziestu pomalowanych dzikusów wybiego zza przeciwnej ciany turni, wyjc jak oszalali. Na widok ofiary ich wrzaski osigny diabelskie crescendo. Pucili si pdem w kierunku skay zasypujc j strzaami. Groty ze zgrzytem odbijay si od kamieni wkoo wspinajcego si mczyzny, gdy jeden z nich ugodzi go w ydk. Nie zatrzymujc si, wyrwa strza i odrzuci na bok, nie zwracajc uwagi na mniej celne pociski rozbijajce si dookoa. Przerzuci si raptownie nad wystpem póki i przetoczy szybko na bok. Doby topora, a nó cisn mocno w doni. Lea teraz obserwujc Piktów na dole, wystawiajc jedynie swe czarne wosy i ponce oczy poza krawd póki. Jego klatka piersiowa draa konwulsyjnie, gdy ciko poyka hausty powietrza i zaciska kurczowo szczki, by odpdzi odruch wymiotny.

Jeszcze tylko kilka strza migno w jego stron. Horda owców wiedziaa, e zwierzyna zostaa schwytana w puapk. Wojownicy nadbiegli wyjc. Zbrojni w topory bojowe zrcznie wskakiwali na skaki u podnóa turni. Pierwszym, który dotar do pionowej ciany by muskularny miaek. Jego orle pióro byo ubarwione szkaratem, jako znak wodza. Zatrzyma si na chwil i postawiwszy jedn stop na pncym si ku górze si szlaku, naoy strza, odcigajc ciciw do poowy. Rozchyli usta i odchyli gow, szykujc si do triumfalnego okrzyku. Ale strzaa nigdy nie opucia uku. Wojownik zamar w bezruchu, a dza krwi w jego oczach ustpia miejsca wyrazowi zaskoczenia. Z gonym okrzykiem cofn si i rozoy szeroko ramiona, by powstrzyma nadbiegajcych wspóplemieców. Mimo, e mczyzna znajdujcy si nad nimi na skalnej póce rozumia piktyjskie narzecze, by zbyt wysoko, by dosysze wykrzyczane w rytmie staccato komendy wodza.

Wszyscy zaprzestali wrzasków i stanli, niemo gapic si w gór. Nie na sw niedosz ofiar, jak wydawao si ukrytemu mczynie, ale na ca ska. Wtem, bez dalszego wahania, zdjli strzay i schowali uki do przypitych u pasa koczanów, po czym odwrócili si i odeszli szlakiem, którym niedawno nadbiegli, by znikn za zaomem klifu bez ogldania si za siebie.

Cymmerianin nie dowierza wasnym oczom. Zna natur Piktów zbyt dobrze, by zdawa sobie spraw z tego, i ich odejcie byo ostateczne. Wiedzia, e oni ju nie wróc. Teraz kierowali si do swych wiosek odlegych o setki mil na wschód.

Nie móg tego poj. Co szczególnego byo w jego kryjówce, e zmusio piktyjsk wypraw wojenn do porzucenia pocigu, który kontynuowali tak dugo z pasj godujcych wilków? Owszem, wiedzia, e istniay wite miejsca, pozostawiane w spokoju przez poszczególne klany. Suyy one za azyl dla zbiegów, którzy mogli w nich znale schronienie przed zemst danego klanu. Jednake róne plemiona rzadko respektoway wite terytoria innych, a klan, który go ciga z pewnoci nie posiada takich miejsc w tej okolicy. Byli to ludzie Ory, których wioski znajdoway si daleko na wschód, ssiadujc z ziemiami ludzi Wilków.

To wanie Wilki schwytay Cymmerianina, gdy przedziera si przez dzicz po ucieczce z Aquilonii i to wanie oni oddali go Orom w zamian za wasnego wodza. Ory miay z nim krwawe zatargi, które stay si jeszcze bardziej zacieke, gdy jego ucieczka spowodowaa mier jednego z waniejszych wodzów. Dlatego wanie cigali go tak niestrudzenie, przez rwce rzeki, poszarpane wzgórza i ponure lasy - terytoria owne wrogich im plemion. A teraz ocalali z tej pogoni owcy zawrócili, gdy ich zwierzyna pada wreszcie wyczerpana na ziemi. Potrzsn gow, nie mogc tego poj.

Podniós si ostronie, oszoomiony napiciem ostatnich chwil i z trudem uwierzy, e ju po wszystkim. Jego koczyny byy odrtwiae, a rany odezway si fal bólu. Splun sucho i zakl, przecierajc przekrwione oczy wierzchem grubego nadgarstka. Zamruga i rozejrza si po okolicy. Pod nim zielona gusza rozcigaa si jak dywan, daleko, daleko, a po horyzont na wschodzie, a na zachodzie koczya si stalowoniebieskim blaskiem, który z pewnoci by oceanem. Wiatr rozwia jego czarn grzyw, a sonawe, rzekie powietrze szybko go oywio. Przecign si szeroko, potn piersi wcigajc podmuch bryzy.

Po chwili obróci si sztywno i walczc z bólem przebijajcym mu ydk, obejrza wystp skalny, na którym znalaz schronienie. Wprost za nim wznosi si stromy, skalisty klif, sigajcy a do zwieczenia turni, jakie trzydzieci stóp nad nim. Wskie, podobne do schodków wgbienia zostay wyobione w cianie przez nieznanego twórc, a kilka stóp powyej otwieraa si nisza, wystarczajco szeroka i wysoka, by pomieci dorosego mczyzn.

Podkutyka do wgbienia, zajrza do rodka i mrukn. Zawieszone wysoko nad lasem soce rzucao smug wiata wprost do niszy, ukazujc jaskini w ksztacie tunelu, zakoczon ukowym sklepieniem. A pod ukiem, w penym owietleniu, widoczne byy cikie, okute elazem, dbowe wrota!

To zdumiewajce. Kraina ta bya wszak guch dzicz. Cymmerianin wiedzia, e przez tysice mil, na zachodnim wybrzeu cigny si jaowe i niezamieszkane ziemie, jeli nie liczy kilku wiosek wojowniczych plemion nadmorskich chyba jeszcze mniej cywilizowanych, ni ich leni bracia.

Najbliszymi przyczókami cywilizacji byy znajdujce si setki mil na wschód forty pograniczne nad brzegiem rzeki Gromowej. Cymmerianin zdawa sobie spraw, e by jedynym biaym czowiekiem, który zdoa przedrze si tak daleko przez dzicz rozcigajc si pomidzy rzek, a zachodnim wybrzeem. Niemniej jednak te drzwi nie wyglday na dzieo Piktów.

Jako niezrozumiaego pochodzenia obiekt, budziy zatem u niego uzasadnione podejrzenia. Podchodzi ostronie, trzymajc nó i topór w pogotowiu. Wtem, gdy jego oczy przyzwyczaiy si ju do panujcego mroku, dostrzeg co jeszcze. Tunel rozszerza si zanim zdy dotrze do wrót, a pod cianami leay zwalone masywne, okute elazem skrzynie. Bysk zrozumienia pojawi si w jego oczach. Schyli si nad jednym z kufrów, próbujc uchyli wieko, ale bez powodzenia. Ju podnosi topór, by roztrzaska staroytny zamek, gdy nagle zmieni zdanie i podszed kulejc ku ukowato sklepionym drzwiom. Czu si nieco pewniej, tote zawiesi or u pasa. Pchn bogato zdobione wrota, które uchyliy si nie stawiajc oporu.

Wtem, z szybkoci byskawicy ponownie zmieni postaw. Cofn si, tumic przeklestwo, a topór i nó bysny w pozycji obronnej. Przez chwil sta tak, niczym okrutna, grona statua, wycigajc sw uminion szyj, by spojrze przez wrota.

Patrzy na dug grot, ciemniejsz, ni korytarz za nim, ale ponuro owietlon przymionym blaskiem, który pochodzi od olbrzymiego klejnotu, ustawionego na piedestale z koci soniowej w samym rodku wielkiego, hebanowego stou. Wokó niego siedziay jakie milczce ksztaty, których obecno tak sparaliowaa Cymmerianina.

Nie poruszyli si, ani nawet nie obrócili ku niemu gów, jedynie niebieskawa mga zawieszona pod sufitem jaskini wydawaa si porusza jak ywa istota.

- No, - zacz ostro - czycie wszyscy pijani?

Odpowied nie nadesza. Zwykle trudno go byo zbi z tropu, ale teraz poczu si nieswojo.

- Mógby mnie chocia poczstowa kubkiem tego wina, które opiesz! - rykn Conan, gdy niezrczno sytuacji pobudzia jego wrodzona wojowniczo. - Na Croma, nie okazujesz wiele przekltej uprzejmoci czowiekowi, który by jednym z waszego bractwa. Czy zamierzasz tak …

Zamilk nagle, gapic si przez chwil na te dziwaczne postacie siedzce w ciszy przy potnym, hebanowym stole.

- Oni nie s pijani, - zamamrota spostrzegawczo - oni nawet nie pij. Có to za diabelskie gierki?!

Gdy tylko przestpi próg, unoszca si w powietrzu bkitna mga zacza porusza si szybciej. Chmura zbia si i zgstniaa tak, e nagle Conan zorientowa si, i walczy na mier i ycie z olbrzymimi, czarnymi domi, które wycigny si do jego garda …

Ludzie Morza

Belesa leniwie szturchaa morsk muszelk sw ksztatn stópk, w mylach porównujc jej delikatne, róowe krawdzie do pierwszego odcienia soca, wschodzcego nad zamglon pla. wit dawno ju min, ale wczesne promienie nie zdoay jeszcze cakowicie rozwietli lekkich, perowych chmurek dryfujcych nad wodami ku zachodowi.

Uniosa sw cudnie uksztatowan gow i patrzya na obc jej i odpychajc sceneri, cho tak, zowrogo znajom w kadym szczególe. Spod jej malekich stóp, zotawe piaski cigny si ku mikko rozkoysanym falom, sigajcym daleko na zachód, a po odlegy, bkitny horyzont. Staa w poudniowym zakolu szerokiej zatoki, a ld za ni wznosi si ku niskiemu grzbietowi, formujcemu jeden z uków zatoczki. Wiedziaa, e z tego wzgórza mona byo patrze na poudnie tak daleko, jak tylko siga wzrok, poprzez nagie wody, ku nieskoczonoci.

Zerkajc niechtnie w gb ldu, nieobecnym wzrokiem obiega fortec, która bya jej domem przez ostatnie pótora roku. Na tle perowo bkitnego nieba opotaa zoto szkaratna flaga. Jednake czerwony sokó na zotym tle nie wzbudza entuzjazmu w jej modej piersi, cho goci na wielu krwawych bitwach daleko na poudniu.

Rozróniaa ksztaty ludzi pracujcych w ogrodach i na polach wokó fortu, który wydawa si kurczy na tle ponurej ciany gstego lasu rozcigajcego si z poudnia na pónoc dalej, ni zdoaa dojrze. Lkaa si tego lasu, a strach ten podziela kady mieszkaniec maej twierdzy. Nie bya to jednak pusta obawa. W szumicej gbi lasów czyhaa mier - byskawiczna i niespodziewana, powolna i ohydna - skryta, malowana, niezmordowana i nieustpliwa mier.

Westchna i zbliya si bez adnego celu do linii wody. Wszystkie cignce si dni miay taki sam kolor, a wiat barwnych dworów i miast wydawa si odlegy o tysice mil i cae wieki. Kolejny raz bezskutecznie próbowaa znale powód, który zmusi hrabiego Zingary do ucieczki wraz ze swymi podwadnymi na to dzikie wybrzee, setki mil od ojczystej krainy i do zamiany zamku przodków na drewnian chat.

Oczy Belesy zagodniay, gdy usyszaa lekkie stpanie maych, bosych stóp po piasku. Moda dziewczyna zbliaa si do niej, biegnc po piaszczystych wydmach. Bya naga i ociekajca wod, a jej mokre, powe wosy przywary gadko do zgrabnej gówki. Figlarne oczy rozszerzyy si z podekscytowania.

- Lady Beleso! - wykrzykna, wypowiadajc zingarskie sowa z mikkim, ophirskim akcentem. - Och, lady Beleso!

Z trudem apic oddech po szybkim biegu, dziewczyna jkaa si i gestykulowaa ywo. Belesa umiechna si i obja j, nie zwaajc na to, i jedwabna suknia zetkna si z wilgotnym, rozgrzanym ciaem. W swym samotnym, wyizolowanym yciu Belesa przenosia wrodzon czuo na t biedn sierotk, któr odebraa brutalnemu panu podczas dugiej drogi z poudniowych wybrzey.

- Co si stao, Tina? Uspokój si, zap oddech, dziecko.

- Statek! - krzykna dziewczyna, pokazujc na poudnie. - Pywaam sobie w sadzawce, któr zostawi po sobie ostatni przypyw, po drugiej stronie wzgórza i wtedy go zobaczyam! Statek pyncy z poudnia!

Schwycia Beles za rk i cigna przestraszona, a smukym ciaem wstrzsay lekkie dreszcze. Belesa poczua, jak jej serce przyspiesza na sam myl o nieznajomym przybyszu. Odkd znalazy si na tym jaowym brzegu nie widziay jeszcze ani pó agla.

Tina pobiega przodem po ótym piasku, rozpryskujc wod z maych kauy, które utworzy na play przypyw. Wspiy si na niski, falisty grzbiet. Zatrzymaa si na szczycie, niczym drobna, biaa figurka o powych wosach falujcych wokó twarzy i wycigna delikatne rami w stron bkitnej przestrzeni nieba i morza.

- Spójrz, pani!

Belesa zdya ju to dostrzec. Wzdu wybrzea, zaledwie kilka mil std, przesuwa si opoczcy biay agiel, peen rzekiego wiatru z poudnia. Poczua, jak na jedno krótkie uderzenie zamiera jej serce. Ten may stateczek w bezkresie morza mógby wnie wiele urozmaicenia do ich bezbarwnego, monotonnego ycia, ale Belesa przeczuwaa raczej dziwne i okrutne wydarzenia. Bya niemal pewna, e statek nie znalaz si przypadkiem na tym odludnym wybrzeu. Na pónocy, a do samych wybrzey lodu, nie byo ju adnego miasta portowego, a najbliszy port na poudnie znajdowa si blisko tysic mil std. Có mogo sprowadzi tego nieznajomego do samotnej zatoki Korvela, jak nazwa j jej wuj zaraz po wyldowaniu?

Tina przytulia si mocno do swej pani, a strach malowa si wyranie na jej drobnej twarzy.

- Któ to moe by, pani? - wyjkaa, odwracajc zaróowione wiatrem policzki. - Czy to czowiek, którego lka si hrabia?

Belesa spojrzaa na ni, zmarszczywszy brwi.

- Czemu to powiedziaa, dziecko? Skd wiesz, e mój wuj kogokolwiek si lka?

- Musi, - odrzeka Tina naiwnie - inaczej nigdy nie przypynby do tej samotni, by si ukrywa. Spójrz pani, jak szybko pynie!

- Musimy i i powiedzie o tym memu wujowi - wymamrotaa Belesa. - odzie rybaków jeszcze nie wypyny, wic nikt prócz nas nie widzia agla. Zbieraj swoje rzeczy, Tina. Szybko!

Dziewczyna podbiega szybko w dó zbocza do sadzawki, w której si kpaa. Zapaa sanday, tunik i pas pozostawione w nieadzie na piasku. Prdko ruszya z powrotem, ubierajc si w biegu.

Belesa, niespokojnie obserwujc zbliajcy si agiel, chwycia j za rk i obie popdziy w stron fortu. Kilka chwil po tym, jak wbiegy przez bram w palisadzie okalajcej twierdz, przeraliwy dwik trbki alarmowej oderwa ludzi od zaj w ogrodzie i w dokach. Zaczynali ju spycha swe kutry na wod.

Wszyscy mczyni znajdujcy si na zewntrz fortu porzucili swe narzdzia i natychmiast zapominajc o pracy pucili si biegiem ku warowni, bez dociekania przyczyny alarmu. Gdy gromada uciekajcych ludzi zbliaa si do otwartej bramy, kady obraca si przez rami gow w stron ciemnej linii lasu na wschodzie. Nikt nie patrzy namorze.

Wciskali si przez wrota, wykrzykujc pytania ku stranikom patrolujcym way u szczytu szpiczastych pali formujcych palisad.

- Co si dzieje? Czemu nas wezwano? Czy Piktowie nadchodz?

Zamiast odpowiedzi, jeden z milczcych onierzy w wytartej skórze i rdzewiejcej kolczudze wskaza na poudnie. Z tego miejsca agiel by widoczny nawet dla tych, którzy wspili si na way i gapili prosto w morze.

W maej wieyczce na dachu paacu zbudowanego z bali drewna, podobnie jak reszta budynków znajdujcych si w forcie, hrabia Valenso Korzetta obserwowa, jak zbliajcy si statek okra poudniowy cypel zatoki. Ksi by szczupym, ylastym mczyzn redniego wzrostu, w póno, rednim wieku, o ciemnej karnacji i ponurym wejrzeniu. Ubiera si w czarne, jedwabne bryczesy i taki dublet, a jedynym kolorowym dodatkiem do stroju byy byskajce kamienie, które zdobiy rkoje jego miecza oraz paszcz o barwie czerwonego wina, zarzucony niedbale na ramiona. Nerwowo podkrci swe cienkie, czarne wsy i zwróci ponury wzrok na swego seneszala, czowieka odzianego w skór, stal i satyn.

- No, co o tym sdzisz, Galbro?

- To karraka, panie. - odpar zarzdca - Karraka, otaklowana i oaglowana, jak okrt barachaskich piratów. Patrz tam!

Pod nimi odezwa si chór przeraonych krzyków. Statek obróci si przodem i pyn teraz prosto ku zatoce. Wszyscy dostrzegli flag, która staa si nagle widoczna na szczycie grotmasztu. Czarn flag z wizerunkiem szkaratnej doni. Ludzie schronieni w warowni patrzyli z przeraeniem na ten zowrogi emblemat. Po chwili, wszystkie oczy odwróciy si ku wiey, gdzie sta, patrzc pospnie, pan tego fortu, w opoczcym na wietrze paszczu.

- To Barachaczyk, - mrukn Galbro - i jeli jeszcze nie oszalaem, to musi by Strombanni Szkaratna Do. Co on tu robi, na takim pustkowiu?

- Co by nie zamierza, nic to dla nas dobrego. - warkn hrabia. Zerkn w dó i upewni si, e bramy zostay zamknite, a kapitan jego stray, byskajc zbroj dowodzi swymi ludmi wysyajc ich na posterunki - jednych na way, innych na niej pooone stanowiska strzelnicze. Skupia swe gówne siy na zachodniej cianie, w której bya brama.

Stu ludzi - onierze, wasale i chopi - z caymi rodzinami podyo za Valenso na wygnanie. Jaki czterdziestu z nich byo onierzami zbrojnymi w hemy i kolczugi oraz w miecze, topory i kusze. Reszta to robotnicy, odziani jedynie w tward skór, ale silni i zahartowani, obeznani ze swymi myliwskimi ukami, siekierami drwali i wóczniami na dziki. Zajli miejsca ypic gronie na swych odwiecznych wrogów. Ju ponad wiek min odkd piraci z wysp Baracha - maego archipelagu na poudniowy zachód od Zingary - po raz pierwszy wypucili si na wypraw upiecz w gb ldu.

Ludzie za palisad chwycili swe uki lub wócznie i ponuro obserwowali karrak zbliajc si do ich brzegu i byskajc w socu mosinymi okuciami. Mogli ju dojrze mae figurki krztajce si na pokadzie i usysze sprone okrzyki piratów. Za relingiem zamigotaa stal.

Ksi zszed z wiey, przeganiajc z drogi sw siostrzenic i jej podekscytowan protegowan. Przywdziawszy hem i napiernik, ruszy ku palisadzie, by dowodzi obron. Poddani patrzyli na niego w poczuciu bezsilnoci i klski. Zamierzali sprzeda swe ycia tak drogo, jak tylko zdoaj. Mieli mae nadzieje na zwycistwo, mimo swych wzmocnionych pozycji. Byli obsesyjnie przekonani o czekajcej ich zagadzie. Ponad roczny pobyt na tej zapomnianej przez bogów ziemi i ycie w cigym zagroeniu ze strony nawiedzonego przez demony lasu rzucio cie pesymizmu i beznadziei na ich dusze. Kobiety stay milczc u wej do chat i uciszay haasujce dzieci.

Belesa i Tina wyglday z zaciekawieniem z wysokiego okna paacu. Belesa czua, jak delikatne ciao dziewczyny dry z napicia, wtulajc si mocno w jej rami.

- Zarzuc kotwic niedaleko doków. - wymamrotaa Belesa - Tak! Kotwicz, chyba ze sto jardów od brzegu. Nie dygocz tak, dziecko! Nie wezm wszak fortu. Moe przybyli jedynie po wie wod i zapasy, a moe jaki sztorm rzuci ich na te morza.

- Pyn do brzegu odzi! - powiedziaa dziewczyna - Och, boj si, moja pani! To potni mczyni w zbrojach! Spójrz, jak soce odbija si od ich wóczni i hemów! Czy oni nas zjedz?

Belesa wybucha miechem, cho w duchu odczuwaa niemniejszy strach.

- Oczywicie, e nie! Kto ci naopowiada takich bzdur?

- Zingelito powiedzia, e Barachaczycy jedz kobiety.

- Drani si z tob. Barachaczycy s okrutni, ale nie ustpuj w niczym zingarskim renegatom, którzy nazywaj si bukanierami. Zingelito sam by kiedy bukanierem.

- On by okrutny. - wymamrotaa dziewczyna - Ciesz si, e Piktowie ucili mu gow.

- Cicho, Tina! - Belesa wzdrygna si lekko. - Nie wolno ci tak mówi. Patrz, piraci dopynli do brzegu. Wychodz na pla, a jeden z nich zblia si do fortu. To pewnie jest Strombanni.

- Ahoj, tam w forcie! - rozleg si okrzyk, gwatowny, jak morski wiatr. - Przychodz w pokoju!

Zza szpikulców palisady wychylia si ukryta pod hemem gowa hrabiego. Jego surowa twarz, otoczona stal, pospnie zmierzya pirata. Strombanni zatrzyma si w zasigu gosu. By to wielki mczyzna z odkryt gow poronit wosami o brzowo zotawym odcieniu, jaki czasem spotka mona byo w Argos. Sporód wszystkich morskich upieców, którzy nkali barachaskie morza, aden nie by bardziej znany ze swej diabelskiej natury, ni ten.

- Mów! - nakaza Valenso - Niewiele mam chci, by dyskutowa z kimkolwiek o pochodzeniu podobnym do twego.

Strombanni zamia si, ale jego oczy pozostay stalowe.

- Gdy twój galeon umkn mi w tym szkwale nie opodal Trallibes w zeszym roku, sdziem, e nigdy ci ju nie spotkam na piktyjskim brzegu, Valenso! - odpar. - Zachodziem wtedy w gow, gdzie te moge si uda. Na Mitr, gdybym tylko wiedzia, podybym za tob! Niemal wyskoczyem ze skóry widzc twego szkaratnego sokoa opoczcego nad fortec, gdzie nie spodziewaem si ujrze nic poza nagim piaskiem. Znalaze to, prawda?

- Znalazem co? - rzuci niecierpliwie hrabia.

- Nie próbuj mnie zwodzi! - odkrzykn pirat niecierpliwie, ukazujc sw impulsywn natur. - Wiem czemu tu przypyn, a ja przybyem tu z tego samego powodu. Nie pozwol si spawi. Gdzie twój okrt?

- To nie twoja sprawa.

- Ach, wic nie masz go. - stwierdzi pewny siebie pirat. - Widz, kawaki masztów w tej palisadzie. Statek musia si rozbi, kiedy ldowalicie. Wszak, gdyby mia statek, odpynby z upem ju dawno temu.

- Zaraza, o czym ty gadasz? - wykrzykn hrabia. - Z upem? Czy wygldam na Barachaczyka, by pali i grabi? Nawet jeli, to co za up znalazbym na tym pustkowiu?

- Ten, po który tu przypyn. - odpar zimno pirat. -Ten sam, którego ja pragn i zamierzam posi. Ale nie sprawi ci wiele kopotu. Po prostu daj mi up, a odejd swoj drog i zostawi was w spokoju.

- Ty chyba oszala! - warkn Valenso. - Przybyem tu, by znale samotno i odosobnienie, którymi cieszyem si dopóki ty nie wypeze z morza, ótogowy psie. Odejd! Nie prosiem o negocjacje, a ta pusta rozmowa ju mnie mczy. Zabieraj swoich zbirów i ruszaj w drog.

- Jeli odejd, to zostawi w zgliszczach t bud! - rykn pirat w przypywie gniewu. - Po raz ostatni mówi: czy oddasz mi swój up w zamian za wasze ycia? Jestecie otoczeni, a pótorej setki ludzi czeka na mój rozkaz, by rzuci si wam do garde.

W odpowiedzi hrabia uczyni poniej palisady szybki gest rk. Niemal natychmiast, przez otwór strzelniczy migna jadowicie lotka strzay i roztrzaskaa napiernik Strombanniego. Pirat zawy przeraliwie, odskoczy i rzuci si pdem ku play, umykajc przed deszczem strza, który posypa si za nim. Jego ludzie z rykiem powstali z piasku i ukazali si niczym fala byszczca w socu stal ostrzy.

- Niech ci zaraza, psie! - wykrzykn hrabia, nokautujc pierwszego ucznika ubran w stal pici. - Czemu nie trafi go w gardo, powyej konierza!? Gotujcie uki, onierze! Nadchodz!

Ale Strombanni powstrzyma zapa swych ludzi. Piraci rozcignli si w dugi szereg dookoa zachodniej ciany i zaczli ostronie podchodzi, wypuszczajc w powietrze strzay. Chocia byli lepszymi ucznikami ni Zingarianie, musieli przystawa, by odda strza. Tymczasem ludzie hrabiego, osonici wysok palisad posyali w ich kierunku bety z kuszy i strzay myliwskie, celujc bardzo dokadnie.

Dugie, barachaskie strzay zataczay uk nad waami i spaday pionowo w ziemi. Jedna z nich uderzya w parapet okna, przy którym staa Belesa. Tina krzykna i skulia si, wpatrzona w wibrujce drzewce.

Zingaranie odpowiedzieli wasnymi pociskami, celujc i strzelajc bez popiechu. Kobiety zabray dzieci do chat i ze stoickim spokojem oczekiway przeznaczenia, które dane im byy od bogów.

Barachaczycy znani byli ze swego walecznego i bezporedniego stylu walki, ale jeli musieli, byli równie ostroni, jak wojowniczy i nie marnowali swych si w otwartym natarciu na umocnienia. Pezli do przodu w rozcignitej szeroko formacji, wykorzystujc wszelkie nierównoci terenu i rosnce gdzieniegdzie krzaki. Tych jednak nie byo wiele wokó fortu, gdy pole zostao oczyszczone ze wszystkich stron na wypadek ataku Piktów.

W miar, jak Barachaczycy zbliali si do warowni, ucznicy obroców zaczli odnosi wicej sukcesów. Tu i ówdzie pado jakie ciao, zbrojne w byszczc stal, a spod pachy lub z szyi sterczay pierzaste lotki. Ranni jczc drgali konwulsyjnie na ziemi.

Piraci chronieni przez lekkie zbroje poruszali si szybko, jak koty, bezustannie zmieniajc swe pozycje. Ich nieustajcy ostrza stanowi powane zagroenie dla ludzi wewntrz, ale byo jasne, e dopóki bitwa sprowadzaa si wymiany pocisków, przewaga pozostawaa po stronie ukrytych Zingarczyków.

Jednake niej, przy dokach, piraci pracowali ju toporami. Hrabia zakl siarczycie, gdy dostrzeg zamieszanie przy jego odziach, zbudowanych pracowicie z desek wyciosanych z pni drzew.

- Buduj taran, niech ich zaraza! - szala hrabia - Szybko, zróbmy na nich wypad, zanim skocz i póki jeszcze s rozproszeni …

Galbro potrzsn gow, spogldajc na nieopancerzonych robotników dziercych niezrcznie swe piki.

- Ich strzay zasypayby nas w jednej chwili, a w walce wrcz nie mamy z nimi szans. Nie wolno nam wpuci ich w nasze mury, musimy zda si na naszych uczników.

- Tak, - odburkn Valenso - jeli zdoamy utrzyma ich na zewntrz.

Czas mija, a nierozstrzygnity walka strzelców coraz bardziej si przecigaa. Wtem pojawia si grupka okoo trzydziestu ludzi, pchajc przed sob wielk tarcz zbudowan z desek wyrwanych z odzi. Znaleli wózek do zaprzgu woów i zamontowali oson na koach z wielkich, dbowych dysków. Gdy toczyli go z mozoem przed sob, tarcza skrywaa ich przed obrocami tak, e ci mogli dojrze tylko ich ciko stpajce stopy.

Machina zbliaa si do bramy, a rozbiegana dotychczas masa uczników zebraa si wokó niej, strzelajc bez ustanku.

- Strzela! - zawy Valenso, szalejc z gniewu. - Zatrzyma ich nim dosign bramy!

Seria grotów wypada zza palisady i wbia si niegronie w grube drewno osony. W odpowiedzi usyszeli szyderczy ryk i wist strza, które coraz skuteczniej znajdoway drog przez wskie strzelnice jako, e piraci byli coraz bliej. Jeden z onierzy zatoczy si i spad z waów, krztuszc si i dawic, z rkami zacinitymi na drzewcach sterczcych mu z krtani.

- Strzela im w stopy! - rozkaza Valenso. - I czterdziestu ludzi do bramy z pikami i toporami! Reszta trzyma mury!

Kusznicze bety pooray piasek przed ruchom tarcz. Krwioerczy skowyt oznajmi, e jeden z nich doszed celu. Mczyzna wypad zza tarczy, klnc i podskakujc, gdy usiowa wydoby pocisk, który przeszy mu nog. W tej samej chwili zosta naszpikowany tuzinem strza.

Piraci ryczc dziko, nadal pchali wózek w kierunku bramy. Przez otwór w rodku tarczy wystawili ciki, obity elazem bal, który wyciosali z krokwi utrzymujcej dach hangaru w dokach. Napdzany muskularnymi ramionami i wspomagany dz krwi taran, grzmotn w bram. Masywne wrota jkny i zadray, a z palisady posypay si cigym strumieniem pierzaste groty. Niektóre z nich dosigy celu, ale dzicy ludzie morza zatracili si ju w szale bojowym.

Walili taranem, krzyczc dononie za kadym razem, gdy uderza w bram, a ich rozproszeni towarzysze zbiegli si, nie zwaajc na sypice si z góry strzay i odpowiadali wasnymi pociskami.

Klnc jak szaleniec, hrabia zeskoczy z waów i pobieg do bramy, dobywajc miecza. Grupka zdesperowanych onierzy stana za nim murem i chwyciwszy wócznie zapara si mocno o ziemi. Lada moment brama pknie, a wtedy bd musieli zatrzyma szar wasnymi ciaami.

Wtem, do ogólnego haasu doczy jeszcze przeraliwy dwik trbki sygnaowej z pirackiego statku. Na bocianim gniedzie jaka posta dziko krzyczaa i gestykulowaa.

Grzmocenie tarana ustao, a Strombanni uniós si zza osony i krzykn:

- Czekajcie! Czeka, zaraza! Suchajcie!

W ciszy, która zapada po jego potnym ryku dao si wyranie sysze odgos trbki i jakie krzyki ze statku, których nie zrozumia nikt za murami. Ale Strombanni wychwyci sowa, gdy jego gos znów zabrzmia plugaw komend. Puszczono taran, a ruchoma tarcza zacza si oddala od bramy tak szybko, jak si zbliya. Piraci, którzy do tej pory wymieniali strzay z obrocami, jli zbiera swych rannych i pomaga im w popiesznym odwrocie na pla.

- Patrz! - krzykna Tina ze swojego okna, podskakujc z radoci. - Uciekaj! Wszyscy biegn ku play! Patrz! Porzucili tarcz! Wskakuj do odzi i pyn na statek! Och, moja pani, czybymy wygrali?

- Nie sdz. - odrzeka Belesa obserwujc morze. - Patrz!

Odsuna zasony i wychylia si przez okno. Jej mody gos z atwoci przebi si nad rozkrzyczanym tumem, który natychmiast obróci gowy w kierunku, przez ni wskazanym. Wydali z siebie gboki jk, gdy ujrzeli kolejny statek koyszcy si majestatycznie wokó poudniowego cypla zatoki. Ale wnet rozpoznali opoczcy na wietrze królewski sztandar Zingary.

Piraci Strombanniego pomanewrowali wokó burt karraki i natychmiast podnieli kotwic. Zanim nieznajomy statek przepyn poow zatoki, Szkaratna Do znikn ju za pónocnym zakolem.

Czarny Nieznajomy

Bkitna mga zgstniaa, wyaniajc potworn, czarn posta, do niewyran i sabo widoczn w przymionym wietle. Posta wypenia najbliszy koniec jaskini, rzucajc cie na nieruchome, siedzce z tyu figury. Istota miaa szpiczaste uszy i mocno osadzone, wygite ku górze rogi.

W momencie, gdy potne ramiona wystrzeliy jak macki do garda Cymmerianina, ten ugodzi je piktyjskim toporem robic byskawiczny zamach. Cios odbi si, jak od pnia drzewa hebanowego. Sia uderzenia zamaa trzonek i rzucia brzow gowni z brzkiem o cian tunelu. Jednake, na ile barbarzyca móg si zorientowa, ostrze nawet nie zadrapao ciaa jego wroga. By przebi skór demona potrzeba byo wicej, ni zwykego topora. Nagle, wielkie paluchy zamkny si na jego gardle, z zamiarem zamania mu karku tak, jakby to bya sucha trzcinka. Nigdy, od czasu gdy walczy z Baal-pteorem w wityni Hanumana w Zambouli, Conan nie czu na sobie takiego ucisku.

Gdy tylko wochate donie dotkny jego skóry, Cymmerianin napry minie na masywnym karku i wcign gow gboko midzy ramiona, by nie da swemu nieziemskiemu przeciwnikowi nawet najmniejszej szansy. Upuci nó i zamany trzonek, by schwyci olbrzymie czarne przeguby. Zamachn si nogami w przód i w ty, po czym podcign obie stopy pod brod i z caej siy kopn obunó potn pier demona, prostujc równoczenie cae ciao.

Niewiarygodny impet muskularnego grzbietu i nóg barbarzycy wyrwa go ze miertelnego ucisku i wyrzuci jak pocisk wzdu tunelu, którym przyszed. Wyldowa plecami na kamiennej pododze, lecz szybko skoczy na nogi i nie zwaajc na rany, stan gotowy do walki lub ucieczki, w zalenoci od sytuacji.

Sta tak, gapic si z wyszczerzonymi zbami na drzwi do wewntrznej jaskini, ale adne czarne monstrum za nim nie wyskoczyo. Natychmiast po tym, jak Conan wyrwa si z ucisku, ciemny ksztat zacz rozpywa si w niebieskaw mg, z której powsta. Po chwili ju go nie byo.

Mczyzna sta napity, gotów odwróci si i skoczy w ty do tunelu. Przesdne lki zawiroway w umyle barbarzycy. Cho by nieustraszony, wrcz do szalestwa odwany w konfrontacjach z ludmi i bestiami, to jednak nadnaturalna magia zawsze budzia w nim gwatowne reakcje.

Wic to dlatego Piktowie odeszli! Powinien by podejrzewa jakie tego rodzaju niebezpieczestwo. Przypomnia sobie legend o demonach, któr sysza w modoci w chmurnej Cymmerii, a póniej jeszcze kilkakrotnie podczas licznych wdrówek po caym cywilizowanym wiecie. mierteln broni na diaby byy podobno ogie i srebro, ale niczego takiego obecnie nie mia. Mówiono, e, gdy demon przyj ju materialn posta, pozostawa w pewnym sensie przez ni ograniczony. Ten wielgachny potwór, na przykad nie mógby biec szybciej, ni inne bestie tej wielkoci i ksztatu. Tote Cymmerianin by pewien, e zdoa mu umkn, jeli zajdzie potrzeba.

Nabierajc ponownie waciwej sobie odwagi, mczyzna wykrzykn, jak przechwalajcy si chopiec:

- Hej tam, paskudny ryju, gdzie si schowa?

Nie byo odpowiedzi. Bkitna mga zawirowaa w korytarzu, ale pozostaa rozrzedzana. Pocierajc posiniaczon szyj, Conan przypomnia sobie piktyjsk opowie o demonie przywoanym przez czarodzieja, by zabi grup obcych ludzi z morza. Zosta on póniej przez tego maga uwiziony w jaskini, gdy raz przywoany zza zasony nocy i zamknity w materialnej formie, mógby obwróci si przeciwko temu, kto wyrwa go z rodzinnych piekie.

Cymmerianin ponownie zatrzyma spojrzenie na skrzynie lece wzdu cian tunelu …

Bdc znów w forcie, hrabia rozkaza:

- Na zewntrz, szybko! - wasnorcznie rozwar skrzyda bramy, krzyczc: - Wcign mi ten taran, zanim ci obcy wylduj na play!

- Panie, Strombanni wszak zbieg, - argumentowa Galbro - a tamten statek to Zingarczyk.

- Robi, co ka! - rycza Valenso - Nie wszyscy moi wrogowie to obcy! Na zewntrz, psy, sprowadzi mi taran za bram!

Nim zingarski okrt rzuci kotwic, prawie w tym samym miejscu, w którym sta przedtem statek piratów, trzydziestu silnych onierzy Valenso wtoczyo z mozoem ciki wózek i zamkno wrota.

Wysoko, stojc w oknie paacu, Tina spytaa zaciekawiona:

- Czemu hrabia nie otworzy bram i nie wyjdzie ich przywita? Czy z obawy, e czowiek, którego si lka moe by na tym statku?

- Co ty mówisz, Tina? - spytaa Belesa niezrcznie. Cho hrabia nie uciekaby przed adnym czowiekiem na ziemi, to jednak nigdy nie poda wyranego powodu tego dobrowolnego wygnania. Ponadto, ta dziwna pewno w gosie Tiny wydawaa si niezwykle niepokojca. Dziewczyna jednak mówia dalej jakby nie syszaa jej pytania.

- Ludzie wrócili do warowni. - zauwaya - Bram znów zamknito i zasunito, a onierze nadal stoj na pozycjach bojowych. Jeli ten statek ciga Strombanniego, czemu za nim nie popyn? Do tego, to nie jest galeon, tylko karraka, jak poprzedni. Patrz, ód rusza do brzegu. Widz mczyzn odzianego w czarny paszcz.

Gdy ód przycumowaa, mczyzna podgryz spacerowym krokiem po piasku, w towarzystwie trzech innych. By wysokim, ylastym czowiekiem, ubranym w czarny jedwab i byszczc stal.

- Sta! - rykn hrabia. - Bd negocjowa tylko z waszym wodzem!

Wysoki nieznajomy zdj hem i ukoni si zamaszycie. Jego kompani zatrzymali si, odrzucajc swe szerokie paszcze. eglarze za nimi oparli si o wiosa i wpatrywali we flag opoczc nad fortem.

Gdy ich przywódca znalaz si w zasigu gosu, krzykn:

- Ale, wród tych morskich pustkowi nie powinno by nieufnoci midzy ludmi honoru!

Valenso przyjrza mu si uwanie. Obcy mia ciemn, drapien twarz z cienkim, czarnym wsem. Szyj zdobi konierz z biaej koronki, ale próno by jej szuka na mankietach jego kurty.

- Znam ci. - rzek wreszcie Valenso. - Ty jest Czarny Zarono, bukanier.

Nieznajomy ponownie zgi si w eleganckim ukonie.

- Nie ma chyba nikogo, kto nie rozpoznaby szkaratnego sokoa Korzettów!

- Wyglda na to, e te morza stay si miejscem schadzek wszystkich zbirów z poudniowych mórz. - warkn Valenso. - Czego chcesz?

- Ale, ale, mój panie! - zaprotestowa Zarono. - Jake grubiasko witacie czowieka, który wanie odda wam przysug. Czy to nie ten argosaski pies, Strombanni, dobija si przed chwil do waszej bramy? I czy nie zmyka, a si kurzyo, gdy tylko ujrza mnie za cyplem?

- To prawda. - przyzna niechtnie hrabia. - Cho niewielki jest wybór pomidzy piratem, a renegatem.

Zarono niezraony wybuchn miechem i podkrci wsa.

- Jeste panie mocny w sowach. Ale pragn tylko zakotwiczy w twej zatoce, by moi ludzie mogli zapolowa w lasach i zdoby wod, a osobicie bybym zaszczycony mogc wychyli kielich wina przy twym stole, panie.

- Nie widz sposobu, by ci zatrzyma. - odkrzykn Valenso. - Ale zrozum jedno, Zarono: aden z twoich ludzi nie wejdzie poza palisad. Jeli ktokolwiek podejdzie bliej, ni na trzydzieci kroków, dostanie strza w bebech. I zaklinam ci, by nie zniszczy moich ogrodów, ani trzody w zagrodach. Jedyne ustpstwo dotyczy wieego misa, ale to wszystko. Jeli za uwaasz inaczej, to prosz bardzo, zdoamy utrzyma ten fort, gdy nas zaatakujecie.

- Jako wam to nie szo przeciwko Strombanniemu. - zauway bukanier ze zoliwym umieszkiem.

- Tak, ale tym razem nie ma ju drewna do budowy tarana, chyba e zrbiesz drzewo, albo wyrwiesz maszt wasnego statku. - odpar mu ponuro hrabia. -A twoi ludzie to nie barachascy ucznicy - strzelaj nie lepiej, ni moi. Poza tym, ten skromny up, jaki znalazby w tym forcie, niewart byby zachodu.

- Kto mówi o upach i wojnie? - zaprotestowa Zarono. - Moi ludzie nie mog si ju doczeka, by rozprostowa koci na ldzie, a do tego bliscy s szkorbutu od ucia sonej wieprzowiny. Czy mogliby wyj na brzeg? Rcz za ich zachowanie.

Valenso niechtnie kiwn gow. Zarono skoni si troch sardonicznie i wycofa krokiem tak dostojnym, jakby stpa po krysztaowej posadzce kordavaskiego dworu królewskiego, gdzie, jeli wierzy plotkom, by kiedy znaczc figur.

- Niech nikt nie opuszcza murów. - rozkaza Valenso swemu seneszalowi Galbro. - Nie ufam temu renegackiemu kundlowi. Fakt, e przegoni Strombanniego sprzed naszych bram nie oznacza jeszcze, e on sam nie chciaby skoczy nam do garde.

Galbro skin gow. Zbyt dobrze zdawa sobie spraw z wrogoci midzy piratami i zingarskimi bukanierami. Piraci byli gównie argosaskimi eglarzami wyjtymi spod prawa. Do odwiecznego konfliktu midzy Argos, a Zingar dochodzia jeszcze rywalizacja o wspólne interesy. Obie grupy eroway na transportach i nadmorskich miastach oraz na sobie z jednakow zaciekoci.

Tote nikt nie wychyla si zza waów, gdy bukanierzy wyszli na brzeg. Ciemni ludzie w byszczcym jedwabiu i stali, z turbanami i szarfami na gowach oraz zotymi kolczykami w uszach. Rozbili si na play. Byo ich okoo stu siedemdziesiciu. Valenso zauway, e Zarono wystawi warty na obu kracach obozu. Nie dewastowali ogrodów, a cz trzody, któr wyznaczy i wypuci przez bramy Valenso, zostaa przywoana spod murów i zarnita. Zaczto rozpala ogniska, a ze statku przyniesiono na tyczkach spor beczuk mocnego, ciemnego piwa.

Pozostae baryki napeniono wod ze róda, które bio w pewnej odlegoci, na poudnie od fortu, a grupka ludzi z kuszami ruszya w kierunku lasu. Widzc to Valenso nie móg nie krzykn do Zarono, przechadzajcego si w t i z powrotem po obozie:

- Nie pozwól swym ludziom wej do tych lasów! We wicej z naszych zagród, jeli potrzebujesz jeszcze misa. Ale gdy twoi pójd midzy te drzewa, mog pa ofiar Piktów. yj tam cae plemiona tych malowanych diabów. Wkrótce po naszym wyldowaniu odparlimy jeden atak, a od tego czasu szeciu moich ludzi zostao zamordowanych. Teraz jest midzy nami niepisany rozejm, ale wisi na wosku. Nie ryzykujcie rozdranienia ich!

Zarono rzuci zaskoczone spojrzenie na gste lasy, jakby spodziewa si hordy dzikusów przemykajcych midzy drzewami. Po czym skoni si szczerze i rzek:

- Dziki za ostrzeenie, panie. - A nastpnie odwoa swoich ludzi, ostrym, chrypicym gosem, który kontrastowa dziwnie z jego dworskim akcentem, z jakim zwraca si do hrabiego.

Jeli wzrok Zarono mógby przenikn liciast zason, z pewnoci byby jeszcze bardziej zaniepokojony. Ujrzaby zowrogi ksztat, który si tam skry i obserwowa obcych swymi nieprzeniknionymi oczami. W guszy czai si bowiem w przeraajcy sposób pomalowany wojownik, odziany jedynie w opask z sarniej skóry na ldwiach i we wspaniae pióro dzioboroca zwisajce nad jego lewym uchem.

Gdy zblia si wieczór, cienka warstewka szarej mgy podniosa si znad brzegu morza i przesonia niebo. Soce zatono w powodzi karminu. Mga wydostaa si znad morza i podpeza ku drzewom, zwijajc si u palisady w pogmatwane kby. Ogniska na play wieciy przymion czerwon un, przebijajc przez dymice opary, a piewy bukanierów wydaway si cichn w oddali. Przynieli z karraki stare pótno aglowe i ustawili prymitywne szaasy na piasku, obok skwierczcych nad ogniem mis, gdzie sczyli oszczdnie piwo podarowane przez kapitana.

Potna brama pozostaa zamknita. onierze tpo przechadzali si po waach z wóczniami opartymi na ramionach, a na ich gowach lniy wilgotne od rosy hemy. Od czasu do czasu spogldali niespokojnie w stron ognisk na play, ale czciej ich wzrok odwraca si ku drzewom, zatopionym teraz w objciach ciemnej, wilgotnej mgy. Gstwina wydawaa si pozbawiona ycia, niczym martwa, ciemna i nieprzenikniona przestrze. wiece przewityway sabo przez szczeliny w dachach domostw, a z okien paacu strzelay w noc jasne smugi wiata. Wszdzie panowaa cisza, przerywana tylko krokami straników, kapaniem wody ze stropów i odlegym piewem bukanierów.

Sabe echo tych pieni docierao nawet do wielkiego hallu, w którym hrabia Valenso podejmowa winem swego nieproszonego gocia.

- Twoi ludzie, panie, raduj si. - mrukn hrabia.

- Ciesz si, e mog znów poczu twardy piasek pod nogami. - odpar Zarono. - To bya zaiste mczca podró … tak, dugi, wyczerpujcy pocig. - Podniós elegancko kielich i wykona nim gest w stron milczcej dziewczyny, siedzcej po prawej rce gospodarza, po czym wychyli go ceremonialnie.

ciany hallu otaczali krztajcy si podwadni: onierze w hemach dziercy wócznie, sudzy w satynowych szatach. Posiado Valenso bya w tym dzikim kraju ledwie cieniem dworu, który mia w Kordavie.

Paac, bo tak kaza go nazywa, by jak na takie pustkowie budowlanym cudem. Przy jego wznoszeniu pracowao, dzie i noc przez dugie miesice stu ludzi. Na zewntrz pozbawiony ozdób i ornamentów, w rodku bardzo przypomina zamek Korzetta. Bale drewna, z których zbudowano ciany, ukryto pod draperiami z cikiego jedwabiu haftowanego zotem. Belki ze statku, pomalowane i wypolerowane, tworzyy wysoki sufit. Podogi pokryto drogimi dywanami, a szerokie schody prowadzce w gór ozdobiono grubym kobiercem. Za masywna balustrada bya czci okrtowego relingu.

W szerokim, kamiennym kominku ogie rozprasza ponur i wilgotn atmosfer nocy. wiece w wielkim, srebrnym kandelabrze stay na rodku olbrzymiej, mahoniowej awy, owietlajc cae pomieszczenie i rzucajc dugie cienie na schody.

Hrabia Valenso siedzia w kocu stou w towarzystwie siostrzenicy, swego korsarskiego gocia, Galbro i kapitana stray. Maa iloc zebranych potgowaa jeszcze ogrom rozlegego stou, który mógby bez trudu pomieci pidziesiciu goci.

- Pyne za Strombannim? - zacz Valenso. - I zapdzie go a tutaj?

- Owszem, podaem za Strombannim - zamia si Zarono. - Ale on przede mn nie ucieka. Strombanni nie jest typem czowieka, który by przed kim ucieka. Nie, on tu przyby w poszukiwaniu czego, czego ja równie pragn.

- Có mogoby skusi pirata, albo bukaniera, by przyby na to nagie wybrzee? - wymamrota Valenso, wpatrujc si w byszczc zawarto swego kielicha.

- A co skusio hrabiego Zingary? - odrzek Zarono z chciwym byskiem w oku.

- Zgnilizna królewskiego dworu moe zmczy czowieka honoru. - odpar Valenso.

- Korzettowie, ludzie honoru, opierali si tej zgnilinie ze spokojem przez cae pokolenia. - powiedzia wprost Zarono. - Mój panie, nasy m ciekawo. Czemu sprzeda swe ziemie, zaadowa galeon przedmiotami ze swego zamku i odpyn za horyzont, jak najdalej od zingarskiej szlachty? I dlaczego osiade wanie tutaj, skoro za spraw swego miecza lub imienia mógby zdoby kawaek ldu w kadej cywilizowanej krainie?

Valenso bawi si zotym acuchem, zapitym u szyi.

- Jeli chodzi o powód opuszczenia Zingary, - rzek wreszcie - to moja prywatna sprawa. Niestety, lepy traf rzuci mnie na t pla, cho ostatnio nikt w to nie wierzy. Sprowadziem moich ludzi na ld, oraz wikszo wyposaenia, o którym raczye wspomnie, z zamiarem wybudowania czasowego schronienia. Ale okrt, zakotwiczony w zatoce, zosta zniesiony ku skaom na pónocnym cyplu i rozbity w nagym sztormie od zachodu. Takie burze zdarzaj si tu do czsto w niektórych porach roku. Po tym wszystkim, nie pozostao nam nic innego, jak tylko zosta tu i radzi sobie najlepiej jak umiemy.

- Zatem wróciby do cywilizacji, gdyby móg?

- Nie do Kordavy. Ale moe do jakiego innego kraju - do Vendhii, albo nawet Khitaju …

- Czy nie znajdujesz tego miejsca potwornie nudnym, pani? - spyta nagle Zarono, po raz pierwszy zwracajc si bezporednio do Belesy.

Nieodpaarta ch ujrzenia nowej twarzy i usyszenia innego gosu cign dziewczyn tego wieczoru do hallu, ale teraz aowaa, e nie pozostaa w komnacie z Tin. W spojrzeniu, które posa jej Zarono nie byo cienia wtpliwoci, co do jego intencji. Mimo, e elegancki i oficjalny w mowie oraz peen szacunku i spokoju na twarzy, jasne byo, e kryje si pod mask, przez któr przebijaa zowroga i gwatowna natura. Nie zdoa ukry podania, które zapono w jego oczach, gdy patrzy na t arystokratyczn, mod pikno odzian w satynow sukni z gbokim dekoltem i pas zdobiony klejnotami.

- Mao tu urozmaicenia. - odrzeka gbokim gosem.

- Gdyby mia statek, - Zarono spyta wprost swego gospodarza - opuciby ten fort?

- Moe. - przyzna hrabia.

- Ja mam statek. - rzek Zarono. - Gdybymy tylko mogli doj do porozumienia …

- Jakiego porozumienia? - Valenso podniós gow i spojrza podejrzliwie na swego gocia.

- Podzielimy si po równo. - odpar Valenso, kadc rk na stole i rozczapierzajc palce, niczym nogi gigantycznego pajka. Jego do draa z nerwowego napicia, a oczy bysny nowym blaskiem.

- Podzielimy co? - Valenso gapi si na niego osupiay. - Cae zoto, które przywiozem ze sob poszo na dno razem z moim statkiem i w przeciwiestwie do potrzaskanych belek nie wypyno na brzeg.

- Nie to! - krzykn Zarono z niecierpliwym gestem. - Bdmy szczerzy, mój panie. Czy moesz udawa, e to przypadek, i wyldowae wanie w tym miejscu, majc do wyboru tysicem innych moliwych miejsc na caym wybrzeu?

- Nie ma potrzeby udawa. - odpar zimno Valenso. - Moim skiperem by Zingelito, byy bukanier. Podobno eglowa tu ju kiedy i przekona mnie, ebym wyldowa na tej ziemi, mówic, e póniej wyjawi mi powody. Ale nigdy nie zdy tego uczyni, gdy w dzie po wyjciu na ld poszed do lasu, a póniej odnaleziono jego bezgowe ciao. Widocznie zosta schwytany i zaszlachtowany przez Piktów.

Zarono przez chwil utkwi wzrok w Valenso.

- Niech uton! - wyrzek wreszcie. - Wierz ci, panie. Korzetta nie umiaby kama, momo swych rozlicznych innych umiejtnoci. Uczyni ci propozycj. Przyznaj, e gdy zakotwiczyem w zatoce, miaem zgoa inne plany. Przypuszczajc, e ju odnalaze i zabezpieczye skarb, zamierzaem wzi ten fort si, a wam wszystkim podern garda. Ale okolicznoci zmusiy mnie do ponownego przemylenia caej sprawy … - rzuci Belesie spojrzenie, które sprawio, e zaczerwienia si i uniosa gow uraona, po czym cign dalej: - Mam statek, którym mógbym wywie was z tego wygnania, wraz z waszym domem i sub, któr wyznaczysz. Reszta niech radzi sobie sama.

Podwadni po cianami wymieniali midzy sob niespokojne, zdziwione spojrzenia. Zarono kontynuowa, zbyt brutalny i cyniczny, by nadal skrywa swe zamiary. - Ale najpierw, musisz mi pomóc zdoby skarb, po który przepynem tysic mil.

- Jaki skarb, na Mitr!? - domaga si gniewnie hrabia. - Teraz zaczynasz marudzi jak ten pies Strombanni.

- Czy syszae kiedy o Krwawym Tranicosie, najwikszym z barachaskich piratów?

- A któ o nim nie sysza! To on wszak napad na zamek na wyspie wygnanego ksicia Tothmekriego ze Stygii, wyci jego ludzi i porwa skarb, który ksi zabra ze sob gdy ucieka z Khemi.

- Tak jest! A legenda o tym skarbie sprawia, e ludzie z Czerwonego Bractwa zaroili si jak spy nad padlin - piraci, bukanierzy, a nawet dzicy czarni korsarze z poudnia. Obawiajc si zdrady ze strony swych kapitanów, Tranicos uciek na pónoc z jednym statkiem i such po nim zagin. To wszystko zdarzyo si blisko sto lat temu.

- Ale legenda utrzymuje, e jeden z ludzi przey t ostatni podró i wróci do Barachan, tylko po to, by zosta zapanym przez zingarski galeon wojenny. Zanim go powieszono, opisa sw histori i nakreli wasn krwi map, na pergaminie, który zdoa ukry przed swymi przeladowcami. Oto jego opowie:

- Tranicos popyn daleko poza szlaki eglarskie, a dotar do samotnej zatoczki, gdzie rzuci kotwic. Zszed na ld, zabierajc ze sob skarb i jedenastu ze swych najbardziej zaufanych kapitanów, którzy przypynli razem z nim. Zgodnie z jego rozkazem, okrt odpyn, by powróci po tygodniu i zabra admiraa i jego ludzi. W midzyczasie, Tranicos zamierza ukry skarb gdzie w pobliu zatoki. Statek wróci w umówionym czasie, ale nie zasta ywego ducha, tylko prymitywn chatk, któr zbudowali sobie na play.

- Bya zniszczona, a na piasku wida byo odciski bosych stóp, jednak adnych ladów walki. Oczywicie, nie byo te ladu skarbu, ani jakiejkolwiek wskazówki, gdzie mógby by ukryty. Piraci zapucili si w las, w poszukiwaniu swego wodza. Majc ze sob bossoskiego tropiciela, podyli tropem zaginionych starymi szlakami prowadzcymi kilka mil na wschód od wybrzea. Padajc ze zmczenia i nie mogc odnale admiraa, wysali jednego ze swych towarzyszy, by wspi si na wysokie drzewo i rozejrza po okolicy, a ten dostrzeg niedaleko wielk, samotn ska wyrastajc sporód lasu jak wiea. Ruszyli w jej kierunku, ale zostali wtedy zaatakowani przez grup Piktów i zmuszeni do ucieczki na statek. Zrozpaczeni podnieli kotwic i odpynli. Zanim jednak dotarli do wysp Baracha, potworny sztorm zniszczy ich okrt. Tylko jeden z nich przey.

- Oto jest opowie o skarbie Tranicosa, którego ludzie poszukuj ju niemal od stu lat. To, e mapa istnieje jest pewne, ale gdzie - pozostaje tajemnic.

- Miaem okazj zerkn na t map. Strombanni i Zingelito byli ze mn i jednym Nemedyjczykiem, który pywa z Barachaczykami. Szukalimy jej w Messantii, gdzie ukrywalimy si pod przebraniem. Nagle, kto rozbi lamp, kto inny zawy w ciemnoci, a gdy znowu zapalilimy wiato, ten stary nieszcznik, który mia map lea martwy ze sztyletem w sercu. Mapa znikna, za nocna warta ju dzwonia na zewntrz kolczugami, by zbada wóczniami przyczyn haasu. Rozproszylimy si i kady ruszy w swoj stron.

- Lata póniej, Strombanni i ja patrzylimy sobie wzajemnie na rce i kady z nas podejrzewa, e ten drugi ma map. Có, okazao si, e aden z nas jej nie mia. Ostatnio doszy mnie suchy, e Strombanni wyruszy na pónoc, wic podyem za nim. Wy widzielicie zakoczenie tej pogoni.

- Mogem jedynie zerkn na t map, gdy leaa na stole Nemedyjczyka i niewiele z niej pamitam, ale Strombanni zachowywa si tak, jakby wiedzia, e to wanie jest zatoka, w której kotwiczy Tranicos. Sdz, e ukryli skarb na tej skale lub gdzie w pobliu, a w czasie powrotu zostali zaatakowani przez Piktów. Piktowie z pewnoci nie przejli skarbu, bowiem ludzie handlujcy z nimi wzdu wybrzea nie widzieli u tych nadmorskich plemion adnych ozdób ze zota, ani szlachetnych kamieni.

- Oto moja oferta. Poczmy siy. Strombanni jest gdzie niedaleko. Uciek, bo ba si, e wemiemy go w dwa ognie. Jednak wkrótce wróci. Gdy si sprzymierzymy, moemy mia si z niego i z jego piratów. Moemy wyj z fortu, zostawiajc tu zaog zdoln do utrzymania go, w razie ataku. Wierz, e skarb ukryto gdzie blisko. Dwunastu ludzi nie zdoaoby go przetransportowa zbyt daleko. Odnajdziemy go, zaadujemy na mój statek i poeglujemy do jakiego zamorskiego portu, gdzie mógbym zamaza sw przeszo zotem. Mam ju do tego ycia. Chc wróci do cywilizacji i y jak szlachcic, w bogactwie i penym niewolników zamku … oraz z on ze szlacheckiej krwi.

- Taaak? - zaciekawi si hrabia, mruc podejrzliwie oczy.

- Daj mi sw siostrzenic za on. - odpar rozzuchwalony bukanier.

Belesa krzykna ostro i poderwaa si na nogi. Valenso równie wsta, poblady z gniewu, konwulsyjnie zaciskajc palce na swym kielichu, jakby zamierza cisn nim w swego gocia. Zarono nie poruszy si. Siedzia spokojnie, z jedn rk opart na stole i szponiasto zakrzywionymi palcami. Tylko jego oczy gronie pony dz.

- Jak miesz! - rykn Valenso.

- Wydajesz si zapomina, e spade ze swego wysokiego urzdu, hrabio Valenso. - warkn Zarono. - Nie jestemy na kordavaskim dworze, mój panie. Na tym nagim brzegu, szlachectwo mierzy si si onierzy, a w tej kategorii ci przewyszam. W zamku Korzetta dz obcy, a fortuna Korzettów ley na dnie morza. Umrzesz tutaj jako wygnaniec, jeli nie skorzystasz z mojej oferty.

- Nie poaujesz sojuszu naszych domów. Przekonasz si, e z nowym imieniem i wielk fortun Czarny Zarono moe zaj miejsce wród arystokracji wiata i sta si ziciem, którego nawet Korzetta nie musi si wstydzi.

- Musisz by szalony, by tak myle! - krzykn gwatownie hrabia. - Ty … kto tam?

Nagle, jego uwag rozproszy tupot stóp obutych w mikkie sanday. Tina wbiega popiesznie do hallu, lecz zawahaa si widzc gniewne spojrzenie hrabiego. Dygna nisko i okrya wielki stó, by ucisn swymi drobnymi rkami donie Belesy. Dyszaa lekko, jej sanday byy cae przemoczone, a wosy przylepiy si do gowy

- Tina! - krzykna zaniepokojona Belesa. - Gdzie ty bya? Mylaam, e przez te kilka godzin przebywaa w swej komnacie.

- Tak, byam, - odpara dziewczyna apic oddech - ale zgubiam ten koralowy naszyjnik, który mi daa … - pokazaa proste koraliki, które tak wiele dla niej znaczyy, gdy byy pierwszym prezentem od Belesy. - Baam si, e nie pozwolisz mi i, jeli si dowiesz. ona jednego z onierzy pomoga mi przej przez palisad i z powrotem. Tylko prosz, pani, nie zmuszaj mnie, bym ci powiedziaa która to, gdy obiecaam, e tego nie uczyni. Znalazam mój naszyjnik przy sadzawce, tam gdzie kpaam si dzi rano. Prosz, uka mnie, jeli le postpiam.

- Tina! - krzykna Belesa, przytulajc dziewczyn do siebie. - Nie uka ci, ale nie powinna wychodzi poza palisad, kiedy na zewntrz obozuj bukanierzy, a w lasach czyhaj Piktowie. Chod, zabior ci do twej komnaty i zmienisz te mokre szaty.

- Dobrze, pani, ale najpierw pozwól, e powiem ci o czarnym mczynie …

- Coo! - nagle przerwa jej niepohamowany ryk, który wyrwa si z ust Valenso. Jego kielich roztrzaska si o ziemi, gdy uchwyci si obiema rkami stou. Gdyby przed chwil trzasn w niego piorun, hrabia nie wygldaby na tak przeraajco odmienionego. Jego twarz zblada jak kreda, a oczy wychodziy z orbit.

- Co ty powiedziaa? - sapn wciekle, wbijajc dziko wzrok w dziewczyn, która cofna si i wtulia w Beles osupiaa.

- Co ty powiedziaa, dziewucho?!

- Cz-czarny czowiek, mój panie. - wyjkaa, podczas gdy Belesa, Zarono i reszta suby gapili si zdumieni na pana tego paacu. - Gdy poszam w dó, do sadzawki, eby zabra mój naszyjnik, wtedy go ujrzaam. Wiatr zacz jako dziwnie wy, a morze zaszumiao, jakby si czego bao, i wtedy pojawi si on. Przypyn morzem w dziwnej, czarnej odzi owietlonej dookoa niebieskawym wiatem, które nie potrzebowao pochodni. Podcign sw ód na pla, poniej poudniowego cypla i wszed do lasu. Wyglda jak gigant we mgle - wysoki, potny mczyzna, ciemny jak Kushyta.

Valenso zachwia si, jakby otrzyma miertelny cios. Zacisn rce na gardle, zrywajc w porywie szau swój zoty acuch. Z obliczem szaleca zatoczy si wokó stou i wyrwa krzyczc dziewczyn z ramion Belesy.

- Ty maa dziwko! - wrzasn . - esz! Syszaa mnie majaczcego przez sen i teraz rzeczesz to, by mnie drczy! Powiedz, e esz, zanim zedr z ciebie pasy!

- Wuju! - zaszlochaa Belesa oszoomiona z oburzenia, próbujc wyswobodzi Tin z jego ucisku. - Czy ty oszala, wuju? O co ci chodzi?

Parskajc zerwa jej rk ze swego ramienia i pchn potykajc si Beles prosto w ramiona Galbro, który zapa kobiet, nie próbujc przy tym ukry lubienego spojrzenia.

- Litoci, panie! - szlochaa Tina. - Ja nie kami!

- Przecie mówi, e esz! - rykn Valenso. - Gebellez!

Postawny sucy chwyci roztrzsion dziewczyn i jednym brutalnym ruchem zerwa skromne odzienie z jej ciaa. Obrócia si i zakrya swymi smukymi ramionami, podnoszc nagie stopy z podogi.

- Wuju! - krzykna Belesa, wykrcajc si na próno z podliwego ucisku Galbro. - Jeste szalony! Nie moesz, och nie wolno ci …! - gos uwiz jej w gardle, gdy Valenso chwyci zdobion klejnotami rkoje bicza i smagn nim przez kruche ciao dziewczyny z dzik zaciekoci i si, która pozostawia na jej nagich ramionach czerwon prg.

Belesa zawya, nie mogc znie cierpienia w krzyku Tiny. Nagle cay jej wiat oszala. Jak w sennym koszmarze widziaa ponure, bestialskie twarze onierzy i sug, nie okazujce ani alu, ani wspóczucia. Czci tej przeraajcej wizji bya wykrzywiona w pogardzie, okrutna twarz Zarono. Nic w tym krwawym zamcie nie byo prawdziwe, prócz nagiego, biaego ciaa Tiny poznaczonego krzyujcymi si, szkaratnymi ranami od ramion, a po kolana. aden dwik nie by syszalny, poza ostrymi jkami cierpicej w agonii dziewczyny i sapicego rzenia Valenso, gdy zamachiwa si ze wzrokiem szaleca i wrzeszcza:

- esz! esz! Przeklinam ci! Wyznaj sw win, albo zatuk twe krnbrne ciao! Nie móg mnie tutaj wyledzi …

- Och panie, miej lito! - krzyczaa dziewczyna, zwijajc si bezskutecznie w ucisku potnego sugi, zbyt oszalaa ze strachu, by ratowa si kamstwem. Krew popyna karminowymi strumykami po jej drcych udach. - Widziaam go! Nie kami! Litoci, prosz! Aaach!

- Ty gupcze! Ty idioto! - dara si Belesa - Czy nie widzisz, e mówi prawd? Och, jeste potworem! Ty bestio, bestio! Ty potworze!

Jaki promyk opamitania wydawa si wraca do umysu hrabiego Valenso Korzetty. Upuci bicz i zatoczy si nieprzytomnie w strone stou, chwytajc kurczowo jego brzeg. Trzs si jak w gorczce. Wosy przywary mu do czoa ciemnymi strkami, a pot spywa po bladym obliczu, które wygldao teraz, jak wyrzebiona maska Strachu. Tina puszczona przez Gebelleza, osuna si na ziemi wstrzsana szlochem. Belesa wyrwaa si wreszcie Galbro, skoczya do niej paczc i upada na kolana. Obejmujc nieszczsn sierotk ramionami, uniosa wykrzywion gniewem twarz w stron swego wuja. Ale on nie patrzy na Beles. Wydawao si, jakby zapomnia i o niej i o swej ofierze. Nie wierzc wasnym uszom Belesa usyszaa, jak mówi do bukaniera:

- Przyjmuj tw ofert, Zarono. Na Mitr, znajdmy szybko ten przeklty skarb i opumy to potworne wybrzee!

Na te sowa pomie jej gniewu rozpad si w popió. Milczc, oszoomiona wzia kajc dziewczyn na rce, by zanie j do swej komnaty. Zerkna przy tym za siebie i zobaczya Valenso schylonego ze zmczenia nad stoem i pijcego wino z wielkiego pucharu, który dziery dwiema drcymi rkami. Zarono górowa nad nim jak drapieny ptak, zaskoczony niespodziewanym zwrotem wydarze, ale gotów szybko wycign korzyci z szokujcej zmiany, jaka zasza w zachowaniu hrabiego. Mówi niskim, nie znoszcym sprzeciwu gosem, a Valenso kiwa gow w milczcej zgodzie, jak kto, do kogo z ledwoci docieraj jakiekolwiek sowa. Galbro sta w cieniu, skubic brod palcami, a poddani obecni przy caym zajciu spogldali po sobie ukradkiem, zaskoczeni porak swego pana.

W komnacie Belesa uoya na wpó omdla dziewczyn na ou i usiada obok, by obmy jej rany i posmarowa agodzcymi ból balsamami krwawe prgi i blizny na delikatnym ciele. Tina poddaa si z ufnoscia zabiegom swej pani, pojkujc cichutko. Belesa poczua, jakby wiat roztrzaska si na jej oczach. Bya oszoomiona i zdezorientowana, a jej przecione nerwy na skutek brutalnego szoku, jakiego doznaa wywoyway drenie caego ciaa. Strach i nienawi do wuja narosa ponownie w jej duszy. Nigdy go nie kochaa. By ostry, opryskliwy i porywczy, najwyraniej niezdolny do pozytywnych uczu. Niemniej jednak uwaaa go za sprawiedliwego i nieustraszonego. Na sam myl o jego wybauszonych oczach i bladej, przeraonej twarzy targny ni mdoci. Jego sza musia by spowodowany jakim panicznym strachem, wskutek którego zbeszczeci jedyn istot, któr moga kocha i uwielbia. Z powodu tego samego lku sprzedawa j teraz, sw wasn bratanic, temu niesawnemu wyrzutkowi. Co kryo si za tym szalestwem? Kim by czarny mczyzna, którego widziaa Tina?

Dziewczyna zamamrotaa w malignie:

- Nie kamaam, pani! Naprawd, nie kamaam! To by czarny mczyzna w ciemny paszczu, który pyn na czarnej odzi poncej na wodzie bkitnym ogniem! Wysoki, prawie tak ciemny, jak Kushyta. Przelkam si, gdy go ujrzaam, a w mych yach zamarza krew. Zostawi sw ód na play i wszed do lasu. Czemu hrabia mnie za to wybatoy?

- Ciii, Tina. - uspokoia j Belesa. - Le spokojnie. Bóle wkrótce min.

Nagle, drzwi za ni, otworzyy si. Odwrócia si gwatownie, chwytajc zdobiony szlachetnymi kamieniami sztylet. U wejcia do komnaty sta hrabia i przedstawia sob niesychanie aosny widok. Wyglda o cae lata starzej. Jego twarz poszarzaa i cigna si, a oczy patrzyy w sposób, który obudzi w niej lk. Nigdy nie bya z nim blisko, ale teraz wydawao si, jakby dzielia ich przepa. Nie by ju jej wujem, ale kim obcym, kto przyszed tu, by j drczy.

Uniosa nó.

- Jeli znowu j dotkniesz, - wycedzia przez zacinite usta - przysigam na Mitr, e zatopi to ostrze w twej piersi.

Nie dotaro do niego, co rzeka.

- Wystawiem silne warty wokó paacu. - powiedzia, jak w transie. - Zarono sprowadzi jutro swoich ludzi do wntrza fortu. Nie odejdzie, dopóki nie odnajdzie skarbu. Gdy to si stanie, wypyniemy natychmiast ku jakiej przystani, daleko std. Póniej zadecydujemy gdzie.

- I sprzedasz mnie temu bandycie? - wyszeptaa. - Na Mitr …

Zmierzy j pospnym wzrokiem, w którym nie byo miejsca na inne, ni jego wasne interesy. Miaa wraenie, e kurczy si pod tym spojrzeniem, dostrzegajc w nim nieobliczalne okruciestwo, które opanowao przeraonego czowieka.

- Uczynisz, jak rozka. - odrzek zasadniczo, a w jego gosie mniej brzmiao ludzkiego uczucia, ni w uderzeniu mota o kowado. Odróci si i wyszed z komnaty. Ogarnita nagym przeraeniem, Belesa poczua, jak mdleje, padajc na oe, tu obok picej Tiny.

Rytm czarnego bbna

Belesa nie wiedziaa ile czasu leaa bez czucia, przygnieciona ciarem swego nieszczcia. Pierwsz rzecz, któr poczua, byy otaczajce j ramiona Tiny i lekkie chlipanie dziewczyny. Mechanicznie wyprostowaa si i przycigna j do siebie. Siedzia tak, niezdolna do paczu i patrzya nieobecnie na migoczc wiec. W paacu nie byo sycha ywego ducha. Ustay piewy bukanierów na play. Beznamitnie, niemale bez adnych emocji zacza zastanawia si nad swym pooeniem.

Valenso postrada zmysy, doprowadzony do szalestwa opowieci o tajemniczym, czarnym mczynie. Jedynym powodem, dla którego chcia opuci to miejsce i poeglowa wraz z Zarono, by lk przed tym czowiekiem. To cakiem oczywiste. Podobnie, jak fakt, e gotów by powici j w zamian za moliwo ucieczki. W ciemnoci, która j ogarniaa nie widziaa nawet ladu wiata. Sucy byli albo niezguami, albo tpymi brutalami, a ich kobiety byy gupie i apatyczne. Nie mieliby, ani nawet nie chcieliby jej pomóc. Bya bezradna i zdana tylko na siebie.

Tina uniosa sw spuchnit od ez twarz, zupenie, jakby suchaa polece jakiego wewntrznego gosu. Zrozumienie, jakie dziewczyna przejawiaa dla najskrytszych myli Belesy byo zdumiewajce. Podobnie zreszt, jak ch przeciwstawienia si bezlitosnej i nieubaganej rce Losu, jedynej alternatywy pozostawionej sabym.

- Musimy i, pani. - wyszeptaa. - Zarono ci nie dostanie. Umknijmy daleko do lasu. Bdziemy szy, a opadniemy z si, a wtedy pooymy si razem i umrzemy.

Ta desperacka sia, która jest ostatni pocieszycielk sabych, zawitaa w duszy Belesy. Oto jedyna ucieczka przed cieniem, który zacz ka si nad jej yciem od czasu, gdy opucia Zingar.

- Pójdziemy, moje dziecko.

Wstaa i zacza odziewa si w paszcz, gdy nagle poderwa j zduszony okrzyk Tiny. Dziewczyna staa przy drzwiach, z palcem przycinitym do ust i oczami rozszerzonymi ze strachu.

- O co chodzi, Tina? - przeraone spojrzenie dziewczyny sprawio, e Belesa ciszya gos do szeptu, a zewszd ogarn j niewytumaczalny lk.

- Kto jest na zewntrz, w hallu. - wyszeptaa Tina, ciskajc kurczowo jej rami. - Zatrzyma si przy naszych drzwiach, a teraz podszed do komnaty hrabiego w drugim kocu korytarza.

- Twój such jest lepszy, ni mój. - wymamrotaa Belesa. - Ale nie ma w tym nic niezwykego. To pewnie sam hrabia, albo moe Galbro.

Podesza, by otworzy drzwi, ale Tina obja j gwatownie za szyj i Belesa poczua dzikie bicie jej serca.

- Nie! Nie, pani! Nie otwieraj drzwi! Boj si! Nie wiem czemu, ale czuj, e przemyka za nimi jaka zowroga istota.

Zdumiona Belesa pogadzia j pocieszajco po wosach i signa rk do metalowej zalepki osaniajcej wizjer w rodku drzwi.

- On wraca! - zadraa Tina. - Sysz jego kroki!

Do Belesy te co dotaro - ostrony, ledwie syszalny krok, który, jak stwierdzia przeraona, nie nalea do nikogo, kogo znaa. Nie by to te odgos stóp Zarono, ani adnego innego, obutego czowieka. Czy mógby to by jaki bukanier, skradajcy si boso po hallu, by skrycie zamordowa we nie swego gospodarza? Przypomniaa sobie wartowników wystawionych pitro niej. Jeli ten bukanier pozostaby w paacu na noc, postawiono by pod jego komnat strae. Kto wic przemyka si wzdu korytarza? Nikt poza nimi, hrabi i Galbro nie spa wszak na pitrze.

Szybkim ruchem zgasia wiato tak, aby nie wiecio przez wizjer i odsuna miedzian osonk. Wszystkie latarnie w hallu, zwykle owietlane wiecami, byy wygaszone. Kto porusza si po zaciemnionym korytarzu. Wyczua raczej, ni zobaczya jaki niewyrany, ale do duy ksztat poruszajcy si obok jej drzwi. Jednak nie zdoaa dostrzec nic, poza tym, e by to czowiek. Mroca krew w yach fala strachu przebiega po jej plecach. Schylia si niemo, niezdolna do wydania jakiegokolwiek dwiku. Nie by to ju lk podobny do tego, który wzbudzi w niej wuj, ani obawa przed okrutnym Zarono, ani nawet ponurym lasem. To, co teraz czua, byo lepym, niewytumaczalnym horrorem, który zoy sw lodowat do na jej duszy i przymrozi jej jzyk do podniebienia.

Posta przemkna ku schodom, gdzie przez moment owietli j przymiony blask bijcy z pomieszcze poniej. By to mczyzna, ale niepodobny do adnego, jakiego Belesa dotychczas widziaa. Sprawia wraenie, jakby mia ogolon gow z lekko orlim rysem twarzy i byszczc, brzow skór, ciemniejsz, ni skóra jej niadych ziomków. Gowa górowaa nad szerokimi, masywnymi ramionami odzianymi w czarny paszcz. Po chwili intruza ju nie byo.

Skulia si w oczekiwaniu na krzyk, który oznajmiby, e onierze dostrzegli go w wielkim hallu, ale paac pozostawa upiony. Gdzie tylko wiatr zawy gwidco. To wszystko.

Rce Belesy byy wilgotne od potu, gdy szukaa po ciemku wiecy, eby j ponownie zapali. Nadal bya roztrzsiona ze strachu, ale nie moga poj, co takiego w tej czarnej postaci wzbudzio w niej krwaw nienawi. Wiedziaa tylko, e ten widok pozbawi j cakowicie tak niedawno odzyskanej pewnoci siebie. Bya totalnie zrozpaczona, niezdolna uczyni ruchu.

wieca zapona, owietlajc blad twarz Tiny ótym wiatem.

- To by czarny mczyzna! - wyszeptaa Tina. - Wiem o tym! Moja krew zmrozia si w yach, tak samo, jak wtedy, gdy widziaam go na play. Na dole s onierze - dlaczego go nie zauwayli? Czy powinnymy powiedzie hrabiemu?

Belesa pokrcia gow. Nie zamierzaa powtarza sceny, która nastpia po pierwszej wzmiance Tiny o czarnym czowieku. Poza tym, nie miaaby wyj teraz na ciemny korytarz.

- Nie moemy i do lasu! - zadraa Tina. - On si tam ukrywa.

Belesa nie spytaa, skd dziewczyna wiedziaa, e mczyzna bdzie wanie w lesie. Wydawao si to do logicznym miejscem dla jakiegokolwiek za - niewane, czowieka, czy diaba. Wiedziaa, e Tina ma racj. Nie mogy teraz opuci fortu. Jej, niewzruszona na myl o pewnej mierci determinacja, ustpia myli o przemykaniu si przez te ciemne lasy w towarzystwie jakie mrocznej, zowieszczej istoty buszujcej midzy drzewami. Bezradnie usiada na pododze i zatopia twarz w doniach.

Tina usna wkrótce na ou. Na jej dugich rzsach migotay wielkie zy, gdy miotaa si w niespokojnym nie. Belesa czuwaa.

Kiedy zblia si wit, Belesa zauwaya pogorszenie pogody. Usyszaa niski rumor grzmotu, gdzie nad morzem i wygasia ledwie tlc si wieczk. Podesza do okna skd moga zobaczy zarówno ocean, jak i szeroki pas lasu za fortem.

Mga znikna, a wzdu wschodniego horyzontu rozwina si blada i cienka wstka wczesnego witu. Od strony morza jednake, powstawaa ciemna masa skotowanego powietrza. Nagle, wystrzelia z niej byskawica i grzmotna o wod z gonym hukiem. W odpowiedzi, z lasu daa si sysze jaki haas.

Zdziwiona Belesa odwrócia si i zacza wpatrywa midzy drzewa, w nieprzeniknion, ponur gstwin. Dziwne rytmiczne pulsowanie dobiego jej uszu - jakby bbnice echo, które nie przypominao dwiku piktyjskiego tam-tamu.

- Bben! - krzykna Tina, spazmatycznie otwierajc i zaciskajc palce przez sen. - Czarny czowiek! Uderza w czarny bben! W czarnym lesie! Och, Mitro, chro nas!

Belesa zadraa. Czarna chmura nad zachodnim horyzontem, wia si i falowaa, puchnc i rozszerzajc si. Patrzya zdumiona, gdy poprzedniego lata o tej porze nie byo takich sztormów, a ona sama nigdy w yciu nie widziaa takiej chmury.

Zbliaa si, bulgoczc nad widnokrgiem olbrzymi czarn mas napdzan przez bkitny ogie. Wirowaa i pulsowaa, a wiatr szala w jej wntrzu. Haas, jaki czynia, sprawia, e powietrze drao. Wtem inny dwik doczy do kakofonii grzmotów - widrujcy gwizd wichru, który pdzi chmur w kierunku brzegu. Fioletowy horyzont rozryway raz po raz srebrne byski. Daleko w morzu widziaa ju spienione pióropusze fal umykajce przed dmcym wiatrem. Syszaa jak si zblia, ryczc coraz goniej i goniej.

Jednake na razie, nawet podmuch nie dotar do ldu. Powietrze pozostawao gorce i duszne. Byo co nienaturalnego w tym kontracie: tam daleko - wicher, grzmoty i chaos suncy prosto na nich, ale tutaj - poraajca cisza. Gdzie poniej jej okna trzasny drzwi, niczym brutalne wtargnicie w t niezmcon cisz i odezwa si gos kobiety krzyczcej na alarm. Jednak wikszo ludzi w forcie jeszcze spaa, niewiadoma zbliajcego si huraganu.

Zdaa sobie spraw, e nadal syszaa tajemnicze bicie w bben. Spojrzaa w stron ciemnego lasu, z uczuciem gsiej skórki na karku. Nic nie dojrzaa, ale jaka niewytumaczona intuicja sprawia, e wyobrazia sobie czarn, straszliw posta przykucnit na czarnych gaziach i bijc rytm nieznanej inkantacji na bbnie o egzotycznym wygldzie.

Desperacko wstrzsna gow, by rozproszy zowrogie wyobraenie i odwrócia si do morza wanie w momencie, gdy o wod upna byskawica. W jej blasku Belesa ujrzaa owietlone maszty okrtu Zarono, namioty bukanierów na play, piaszczyste wydmy na poudniowym cyplu i skaliste klify na pónocnym. Wszystko byo tak wyranie, jak w biay dzie. Wycie wiatru wzmagao si coraz bardziej, a w kocu zbudzio cay paac. Na schodach dao si sysze odgosy biegajcych stóp, a Zarono wrzeszcza z nutk strachu w gosie. Drzwi trzasny, i Valenso odpowiedzia, przekrzykujc ryk ywioów.

- Dlaczego mnie nie ostrzeg przed sztormem z zachodu? - wy bukanier. - Jeli kotwice nie utrzymaj …

- O tej porze roku nigdy nie byo tu zachodniej burzy! - wrzasn Valenso, wypadajc z komnaty w koszuli nocnej, z twarz blad, a wosami sterczcymi na boki. - To robota tego … - uci, biegnc wciekle po drabinie, która prowadzia do wieyczki obserwacyjnej, popdzany przez przeklestwa bukaniera.

Belesa skulia si przy oknie, przeraona i oguszona. Wiatr d goniej i goniej, dopóki nie pochon kadego innego dwiku - kadego, prócz szaleczego bicia w bben, które teraz si wzmogo i brzmiao jak nieludzka pie triumfu. Sztorm wpad na wybrzee, pchajc przed sob spienion gór piany. Póniej pieko i zniszczenie rozszalay si na ldzie. Deszcz la si strumieniami, omiatajc pla w dzikim szale. Wicher uderzy jak grzmot, a zadray podpory fortu. Fala wpada z rykiem na pla, zmiatajc tony piasku, bukanierów i ich ogniska.

W blasku byskawicy, przez kurtyn zacinajcego deszczu Belesa ujrzaa, namioty porwane na strzpy i uniesione w powietrze. Ludzie brnli w stron warowni, kadc si niemale na ziemi pod wciekym naciskiem wichru. Na tle bkitnej powiaty dostrzega statek Zarono, zerwany z wizów, niesiony prosto na poszarpane skay, które wydaway si wystawia swe ostre wierzchoki na jego przyjcie.

Czowiek z dziczy

Sztorm powstrzyma sw furi i wit ukaza si ponownie, odsaniajc niebieskie, zmyte deszczem niebo. Jaskrawo upierzone ptaki podniosy wiergoczcy zgiek wród drzew. Licie, których wielkie krople wody migotay jak diamenty, dray lekko w porannej bryzie.

Przy maym strumyku, który wi si wród piasków w swej wdrówce do morza, ukryty za pasmem drzew i krzaków, przyklkn mczyzna, by obmy sobie twarz i rce. Czyni to zgodnie ze zwyczajem swego gatunku, parskajc gono i pryskajc wod jak bawó. Jednake w trakcie tego swawolenia, podniós nagle gow, a z jego brunatno-ótych wosów pocieka woda na szerokie ramiona. Na moment przykucn, nasuchujc, po czym stan na równe nogi i odwróciwszy si w stron ldu, popdzi z mieczem w doni. Nagle, zamar bez ruchu, gapic si z otwartymi ustami.

Oto szed ku niemu pla czowiek wikszy nawet od niego, nie czynicy jednak nic, by si ukry. Oczy pirata rozszerzyy si, gdy ujrza te ciasno przylegajce, jedwabne bryczesy, byszczce, dugie buty, lun koszul z falbanami i kapelusz, jakby sprzed stu lat. Przy pasie nieznajomego zwisaa szeroka szabla piracka, a w jego oczach odbija si jednoznaczny zamiar.

Pirat zblad, gdy nagle rozpozna przybysza.

- Ty! - wykrzykn niedowierzajco. - Na Mitr! To ty!

Z jego ust posypay si kltwy, gdy siga po swoj szabl. Ptaki uleciay w powietrze w ognistych gromadach, gdy tylko szczk stali zakóci ich trele. Zderzajce si ostrza miotay bkitne iskry, a piasek pod nogami walczcych skrzypia i chrobota, gdy stpali po nim obcasami cikich butów. Wtem, uderzenie stali zakoczyo si guchym chrupniciem i jeden z mczyzn pad na kolana ze zduszonym jkiem. Rkoje miecza wypada z jego roztrzsionej rki, a on sam leg na piasek jak dugi, brukajc go czerwieni krwi. Ostatnim wysikiem, wyszpera co zza pasa i próbowa podnie to do ust, ale nagle zesztywnia konwulsyjnie i opad na ziemi.

Zwycizca pochyli si i bezwzgldnie wydar z zesztywniaych palców przedmiot, na którym kurczowo si zamkny.

Zarono i Valenso stali na play, wpatrujc si w wyrzucone przez fale kawaki drewna, które zbierali ich ludzie - reje, szcztki masztów, poamane belki. Sztorm tak gwatownie hukn statkiem Zarono o skalisty brzeg, e wikszo ocalaych czci stanowiy drzazgi. Niedaleko za nim staa Belesa, przysuchujc si ich dyskusji i jedn rk obejmujc Tin. Staa tak, blada i bezsilna, i apatycznie oczekujc przeznaczenia, jakie zgotowa dla niej Los. Suchaa, co mówili, ale bez zainteresowania. Przygniataa j wiadomo, e bya jedynie pionkiem w grze, jakiekolwiek nie byoby jej rozwizanie - czy aosna wegetacja na tym zapomnianym przez bogów wybrzeu, czy te powrót do jakiego cywilizowanego kraju.

Zarono kl jadowicie, ale Valenso wydawa si otpiay.

- O tej porze roku, nigdy nie pojawiay si tu zachodnie sztormy. - wymamrota hrabia, patrzc nieprzytomnym wzrokiem na ludzi wycigajcych szcztki wraku z morza. - Nie przypadkiem ta burza uderzya wanie w nas i roztrzaskaa o skay okrt, który by nasz jedyn drog ucieczki. Ucieczka? Jestem wszak schwytany w puapk, jak szczur - tak przecie miao by. Nie, my wszyscy jestemy jak uwizione szczury …

- Nie wiem o czym ty bredzisz! - warkn Zarono, szarpic wciekle wsy. - Nie mogem wycign z ciebie ani jednego sensownego sowa, odkd ta powowosa dziewka zdenerwowaa ci poprzedniej nocy opowieci o czarnym czowieku, który wyszed z morza. Wiem jednak, e nie spdzycia na tym przekltym wybrzeu. Dziesiciu moich ludzi poszo do Piekie razem ze statkiem, ale mam jeszcze stu szedziesiciu. Ty masz nastpnych stu. W twoim forcie s narzdzia, a w lesie drewna pod dostatkiem. Zbudujemy statek. Zaraz naka ludziom cina drzewa, jak tylko wydobd pozostaoci z wody.

- To zajmie cae miesice. - mamrota Valenso.

- Có, a jak lepiej zapeni sobie czas? Utknlimy tutaj i, jeli nie zbudujemy statku, nigdy si nie wydostaniemy. Bdziemy musieli zainstalowa jaki tartak, ale jak na razie nie znalazem miejsca, które by si nadawao. Mam nadziej, e sztorm rozerwa tego argosaskiego psa Strombanniego na kawaki! Podczas budowy statku, moemy odszuka up starego Tranicosa.

- Nigdy nie ukoczymy twojego okrtu. - odrzek pospnie Valenso.

Zarono odwróci si ku niemu gniewnie.

- Czy ty wreszcie zaczniesz gada z sensem?! Kim jest ten przeklty czarny czowiek?

- Zaiste przeklty. - odpar Valenso, patrzc si w morze. - Cienie mej splamionej szkaratem przeszoci, powstay z Piekie, by mnie tam zacign. Z jego powodu umknem z Zingary, majc nadziej na zgubienie go w bezkresie oceanu. Ale powinienem by wiedzie, e w kocu mnie wywszy.

- Jeli ten mczyzna wyldowa na brzegu, to musi ukrywa si gdzie w lesie. - wrzasn Zarono. - Przeczeszemy las i wykurzymy go.

Valenso zamia si chrapliwie.

- atwiej ju znale cie dryfujcy przed chmur, która skrywa ksiyc, albo wymacywa po ciemku czarn mij, lub odszuka mg, która przemyka si o pónocy po moczarach.

Zarono rzuci mu niepewne spojrzenie, wyranie wtpic w jego zdrowie psychiczne.

- Kim jest ten czowiek? Daj spokój z dwuznacznociami.

- Cieniem mojego szalonego okruciestwa i ambicji, horrorem powstaym z przeszosci, czowiekiem nie z krwi i koci, tylko …

- agiel na horyzoncie! - zawoa obserwator na pónocnym cyplu.

Zarono odwróci si i jego gos zaniós si na wietrze:

- Wiesz kto to?

- Tak jest! - posyszeli niewyran odpowied. - To Szkaratna Do!

Zarono zakl jak szewc.

- Strombanni! Diaby radz sobie po swojemu! Jak on zdoa przey ten sztorm? - Gos bukaniera uniós si do krzyku, który sycha byo ju na caej play. - Z powrotem do fortu, psy!

Zanim Szkaratna Do, nieco sfatygowana, opyna cypel, plaa si wyludnia, a palisada migotaa odblaskami hemów i jaskrawymi szarfami. Bukanierzy przyjli ten wymuszony okolicznociami sojusz z atwoci charakterystyczn dla awanturników, a onierze hrabiego z apati cechujc chopów.

Zarono zgrzytn zbami, gdy szalupa zawina spokojnie do zatoki, po czym ujrza óto-brzow gow swego rywala po fachu. ód przycumowaa i Strombanni ruszy samotnie do fortu.

W pewnej odlegoci zatrzyma si jednak i rykn jak bawó, a jego gos rozleg si wyranie w ciszy poranka:

- Ahoj tam, w forcie! Bd paktowa!

- A czemu, na Pieko, miaby nie paktowa! - warkn Zarono.

- Ostatnim razem, gdy przyszedem tu pod pokojow flag, strzaa przebia mój napiernik! - wrzasn pirat.

- Same si o to prosi. - odrzek Valenso. - Daem ci wyrane ostrzeenie, by si std zabiera.

- A teraz chc obietnicy, e to si nie powtórzy!

- Masz moje sowo! - zakrzykn Zarono z sardonicznym umiechem.

- Zaraza z twoim sowem, zingarski psie! Chc obietnicy Valensa.

Te sowa przywróciy hrabiemu nieco szlacheckiej godnoci. W jego gosie brzmiaa nutka wyniosoci, gdy odpowiada:

- Podejd, ale trzymaj swoich ludzi z dala. Nie bdziemy do ciebie strzela.

- To mi wystarczy. - odrzek natychmiast Strombanni. - Jakie by nie byy grzechy Korzetty, mona wierzy w jego sowo.

Podszed bliej i zatrzyma si pod bram, miejc si w pociemnia z nienawici twarz Zarono:

- No, Zarono, - drani si - teraz jeste o statek biedniejszy, ni gdy widziaem ci ostatnim razem! Ale wy, Zingarczycy, nigdy nie bylicie eglarzami.

- Jak zdoae uchowa swój okrt, ty messantyjska, rynsztokowa mto? - odgryz si bukanier.

- Kilka mil na pónoc jest zatoczka, osonita od morza przez wysoki pówysep, który przeama podmuch wichru. - odpar Strombanni. - Kotwiczyem za nim. Cumy skrzypiay, ale utrzymay mnie z dala od ldu.

Zarono skrzywi si ponuro. Valenso nie rzek ani sowa. Nie wiedzia o tej zatoczce, gdy niewiele interesowa si badaniem swych nowych ziem. Lk przed Piktami, brak ciekawoci i konieczno wykorzystywania ludzi do ich pracy trzymaa ich wszystkich blisko fortu.

- Przybyem si targowa. - rzek swobodnie Strombanni.

- Z tob moemy si targowa tylko na ciosy mieczem. - warkn Zarono.

- Nie sdz. - wyszczerzy si Strombanni. - odsonie swoje zamiary, gdy zamordowae Galacusa, mojego pierwszego oficera i obrabowae go. Do dzisiejszego ranka sdziem, e to Valenso ma skarb Tranicosa, ale jeli który z was by go mia, nie trudzilibycie si ledzeniem mnie i mordowaniem mego czowieka, eby zdoby map.

- Map? - krzykn Zarono, sztywniejc.

- Och, nie pogrywaj ze mn! - zamia si Strombanni, ale w jego niebieskich oczach zapaa gniew. - Wiem, e j masz. Piktowie nie nosz butów!

- Ale … - zacz hrabia, skoowany, po czym natychmiast zamilk, gdy Zarono wbi mu okie midzy ebra.

- A jeli mamy map, - rzek Zarono - to co mógby mie, czego my bymy chcieli?

- Pozwólcie mi wej do fortu. - zaproponowa Strombanni. - Wtedy pogadamy.

Nie powiedzia nic wicej, ale gdy zerkn znaczco po ludziach przygldajcych mu si z waów i tak wszyscy suchacze go zrozumieli. Strombanni mia okrt. Ten fakt liczy si w kadych negocjacjach czy bitwie. Jednak, niezalenie od tego, kto nim dowodzi, statek zdoa unie tylko ograniczon liczb pasaerów. Ktokolwiek na nim odpynie, pozostali zostan na ldzie. Fala napitej spekulacji przebiega przez milczcy tum na palisadzie.

- Twoi ludzie zostan na swoich miejscach. - ostrzeg Zarono, pokazujc na ód wcigan na pla i na statek zakotwiczony w zatoce.

- Dobrze. Ale nie myl nawet o schwytaniu mnie i trzymaniu jako zakadnika! - zamia si ponuro. - Chc obietnicy Valenso, e bd móg opuci fort ywy i nietknty w cigu godziny, niezalenie od rezultatów naszego porozumienia.

- Masz moje sowo. - odpar hrabia.

- W porzdku zatem. Otwórzcie bram i porozmawiajmy otwarcie.

Uchylono wrota, by za moment zamkn je ponownie a przywódcy zniknli z oczu. Ludzie z obu stron patrzyli na siebie w cichym skupieniu: jedni na palisadzie, drudzy rozoeni przy swej szalupie, a midzy nimi szeroki pas ótego piasku. Za na penym morzu, koysaa si karraka byskajca stalowymi hemami wzdu relingu.

Na szerokich schodach, powyej wielkiego hallu, przykucny Belesa i Tina, nie zaprztajc uwagi mczyzn. Oni za usiedli przy szerokim stole: Valenso, Galbro, Zarono i Strombanni. Poza nimi hall by pusty.

Strombanni wychyli wino jednym haustem i postawi na stole opróniony kielich. Pozorna szczero bijca z jego prostego oblicza, ustpowaa miejsca byskom okruciestwa i zdrady w jego oczach. Mówi jednak otwarcie.

- Wszyscy pragniemy skarbu starego Tranicosa, ukrytego gdzie w tej okolicy. - zacz prosto z mostu. - Kady z nas posiada co, czego potrzebuj inni. Valenso ma robotników, narzdzia, zaopatrzenie i warowni, chronic nas przed Piktami. Ty, Zarono masz moj map. A ja mam okrt.

- Jedno co chciabym wiedzie, - zauway Zarono - to, jeli przez te wszystkie lata miae map, czemu wczeniej nie przypyn po up?

- Nie miaem jej. To ten pies, Zingelito, zadga nieszcznika w ciemnociach i ukrad map. Nie mia jednak, ani statku, ani zaogi, wic zabrao mu ponad rok zdobycie ich. Gdy w kocu przyby tutaj, Piktowie przeszkodzili mu w ldowaniu, a jego ludzie zbuntowali si i zmusili do powrotu do Zingary. Jeden z nich skrad mu map i sprzeda mnie.

- To dlatego Zingelito rozpozna t zatok. - mamrota Valenso.

- Czy ten pies ci tutaj zostawi, hrabio? - spyta Strombanni. - Mogem si domyli. Gdzie on teraz jest?

- Niewtpliwie w Piekle jako, e by bukanierem. Zarnli go Piktowie, prawdopodobnie w czasie, gdy szuka w lesie skarbu.

- Dobrze! - ucieszy si Strombanni. - Có, nie wiem skd wiedzielicie, e mój pierwszy oficer mia map. Ufaem mu, a ludzie ufali jemu bardziej, ni mnie, tote powierzyem mu j. Ale tego ranka zapuci si w gb ldu z grupk innych i oddali si od nich. Znalelimy go przebitego mieczem, tu przy play, a mapy nie byo. Ludzie ju byli gotowi oskary mnie o to morderstwo, ale pokazaem gupcom lady pozostawione na piasku przez zabójc i dowiodem, e moje stopy do nich nie pasuj. Wiedziaem te, e to nikt z mojej zaogi, bo aden z nich nie nosi butów, które zostawiayby takie lady. A Piktowie w ogóle nie nosz butów. To musia by Zingarczyk.

- Tak wic, macie map, ale nie macie skarbu. Gdybycie go mieli, nie wpucilibycie mnie za bram. Mam was tu przygwodonych w forcie. Nie moecie wyj, eby szuka skarbu, a nawet jeli bycie go w jaki sposób odnaleli, nie zdoacie go wywie, bo nie macie statku.

- A oto moja propozycja: Zarono, dasz mi map, a ty, Valenso, dostarczysz mi wieego misa i innego zaopatrzenia. Moi ludzie s bliscy szkorbutu, po dugiej podróy. W rewanu wezm was trzech, lady Beles i jej dziewczynk i wysadz w pobliu jakiego zingarskiego portu. Mog te zostawi Zarono w okolicy jakiego punktu spotka bukanierów, jeli tak woli, gdy niewtpliwie w Zingarze czeka go stryczek. I, by dobi targu, dam wam wszystkim porzdny udzia w skarbie.

Bukanier gadzi w zamyleniu swe wsy. Wiedzia, e Strombanni nie dotrzyma ani sowa z paktu, jeeli dojdzie on do skutku. Zarono nawet nie bra po uwag zgody na tak umow. Jednake brutalna odmowa skoczyaby si zapewne zbrojnym starciem. Gimnastykowa teraz swój zrczny umys w poszukiwaniu planu przechytrzenia pirata. Mia na okrt Strombanniego nie mniejsz ochot, ni na zaginiony skarb.

- A có przeszkodzi nam we wziciu ci do niewoli i zmuszeniu twoich ludzi, by oddali nam statek w zamian za ciebie? - spyta wreszcie.

Strombanni zamia si.

- Czy mylisz, e jestem gupcem? Moi ludzie dostali rozkazy, by podnie kotwic i odpyn, jeli nie wróc w cigu godziny lub, jeli bd podejrzewa zdrad. Nie oddadz wam statku, chobycie mnie na play obdarli ywcem ze skóry. Poza tym, mam sowo hrabiego.

- Moja przysiga to nie siano. - rzek Valenso ponuro. - Daje spokój z grobami, Zarono.

Zarono nic nie odpowiedzia. Jego umys by cakowicie pochonity w obmylaniem planu przejcia okrtu Strombanniego i kontynuowania negocjacji bez zdradzania faktu, i nie mia mapy. Zastanawia si tylko, kto, na Mitr, j mia.

- Pozwól mi zabra moich ludzi z tego niegocinnego wybrzea. - zacz potulnie. - Nie wolno mi opuci moich wiernych towarzyszy …

Strombanni parskn.

- Czemu nie poprosisz mnie o m szabl, by rozpru mi bebechy? Opuci twoich wiernych … ha! Ty by opuci swojego wasnego brata w spotkaniu z Diabem, jeli co mógby na tym zyska. Nie! Nie wprowadzisz na mój pokad ludzi, eby mie moliwo buntu i przejcia statku.

- Daj nam chocia dzie, eby to przemyle. - domaga si Zarono, walczc o czas.

Cika pi Strombanniego grzmotna o stó, sprawiajc, e wino zakoysao si w kielichach.

- Nie, na Mitr! Dajcie mi odpowied natychmiast!

Zarono stan na równe nogi, a jego czarna wcieko wyzwolia si spod skrywanej przebiegoci.

- Ty barachaski psie! Dam ci tw odpowied - prosto w bebech!

Odrzuci paszcz i zacisn do na rkojeci swego miecza. Strombanni poderwa si z rykiem, odrzucajc krzeso za siebie. Valenso podskoczy, rozkadajc midzy nimi rce, gdy stanli naprzeciw siebie po obu stronach stou, z zacinitymi zbami, na wpó obnaonymi mieczami i twarzami skrzywionymi we wciekych grymasach.

- Panowie, zaprzestacie! Zarono ma moj przysig…

- Cuchnce demony niech r twoj przysig! - warkn Zarono.

- Nie stawaj midzy nami, panie. - rykn pirat, gosem cikim od dzy zabijania.

- Dae sowo, e nie zostan zdradziecko pochwycony. Nie bdzie pogwaceniem twej gwarancji, jeli ten pies i ja skrzyujemy miecze w równej walce.

-Niele powiedziane, Strom! - odezwa si gboki, silny gos za nimi, wibrujc z zadowolenia. Wszyscy obrócili si i otworzyli usta ze zdziwienia. Wyej, na schodach, Belesa wydaa mimo woli okrzyk zaskoczenia.

Zza kotary maskujcej wejcie do komnaty wyszed mczyzna i podszed do stou bez popiechu i wahania. Natychmiast zdominowa zebranych tak, e wszyscy poczuli, jak sytuacja zmierza ku nowym i nieznanym rozwizaniom.

Nieznajomy by wyszy i potniej zbudowany, ni pozostali awanturnicy. Jednak jak na swoj postur, porusza si ze zrcznoci pantery w swych byszczcych, wysokich butach. Jego nogi opinay bryczesy z biaego jedwabiu, a szeroka, bkitna kurta bez rkawów rozchylaa si ku górze, by odsoni biel jedwabnej koszuli i szkaratn szarf otaczajc pas. Kurtka bya przyozdobiona srebrnymi guzami w ksztacie odzia, wyzoconymi wykoczeniami na ramionach i brzegach oraz satynowym konierzem. Lakierowany kapelusz uzupenia przestarzay wizerunek kostiumu sprzed niemal stu lat. Przy biodrze mczyzny wisiaa za cika szabla.

- Conan! - krzyknli równoczenie obaj awanturnicy, a Valenso i Galbro wstrzymali oddech syszc to imi.

- A któby inny? - wielkolud podszed do stou, wymiewajc sardonicznie ich zdziwienie.

- Ale, co ty tutaj robisz? - wyjka seneszal. - Jake to, pojawiasz si tu bez zaproszenia ani zapowiedzi?

- Wspiem si na palisad po wschodniej stronie, podczas gdy wy, gupcy, sprzeczalicie si przy bramie. - odpar Conan, mówic jzykiem zingarskim, z barbarzyskim akcentem. - Kto yw w forcie wygina szyj na zachód. Wszedem do paacu, gdy wpuszczalicie Strombanniego przez bram. Od tamtej pory podsuchiwaem z ssiedniej komnaty.

- Mylaem, e nie yjesz. - rzek powoli Zarono. - Trzy lata temu, zniszczony kadub twojego statku widziano na skalistym wybrzeu, a o tobie jakikolwiek such zagin.

- Nie zatonem wraz z moj zaog. - odpar Conan. - Trzeba by wikszego oceanu, ni ten, by mnie zatopi. Dopynem do brzegu i spróbowaem ycia najemnika w Czarnych Królestwach, a póniej walczyem dla króla Aquilonii. Mona by rzec, e staem si szanowany. - wyszczerzy si w wilczym umiechu. - Przynajmniej do czasu ostatniej sprzeczki z tym osem Numedidesem. A teraz do dziea, panowie zodzieje.

Na schodach powyej, Tina ciskaa Beles z podniecenia i wpatrywaa si przez balustrad wytrzeszczonymi oczami.

- Conan! Pani, spójrz, to Conan! Och, popatrz!

Belesa patrzya zauroczona, jakby miaa przed sob bohatera legend. Kto, sporód wszystkich nadmorskich krain nie sysza okrutnych i krwawych opowieci o Conanie, dzikim rozbójniku, który by kiedy kapitanem barachaskich piratów i jednym z najwikszych postrachów morza? Ile ballad wychwalao jego gwatowne i szalone wyczyny! Tego mczyzny nie mona byo nie zauway. Wkroczy na scen niepowstrzymany, by postawi kolejny, decydujcy element tej skomplikowanej rozgrywki. Poród fascynacji. Zabarwionej przeraeniem instynkt kobiece Belesy podsun jej inn zagadk: jaki bdzie stosunek nowo przybyego do niej? Czy podobny do brutalnej obojtnoci Strombanniego, czy te do gwatownego podania Zarono?

Valenso otrzsa si z szoku, po tym jak w cigu ostatnich godzin z kadego kta paacu pojawia si obcy. Wiedzia, e Conan by Cymmerianinem, urodzonym i wychowanym na pustkowiach dalekiej pónocy, dziki czemu przewysza swymi fizycznymi moliwociami cywilizowanych ludzi. Nie wydawao si dziwne, e zdoa niepostrzeenie wej do fortu, ale Valenso zadra na myl, e jego wyczyn mog powtórzy inni barbarzycy - na przykad, ciemni, niesyszalni Piktowie.

- Czego tu chcesz? - zapyta hrabia. - Czy przyby z morza?

- Przybyem z lasu. - Conan pokaza gow na wschód.

- ye z Piktami? - spyta zimno Valenso.

W oczach Conana bysn poncy gniew.

- Nawet Zingarczyk powinien wiedzie, e nigdy nie byo pokoju midzy Piktami i Cymmerianami, i nigdy nie bdzie. - odrzek stanowczo. - Wojna midzy nami jest starsza, ni wiat. Gdyby powiedzia to jednemu z mych dzikich braci, skoczyby z rozpatan czaszk. Ale ja yem midzy wami, cywilizowanymi ludmi, ju do dugo, by zrozumie wasz ignorancj i brak zwykej uprzejmoci. W brakiem ogady domagacie si usprawiedliwie od czowieka, który staje u waszych drzwi po przejciu tysica mil w dziczy. To jednak niewane. - odwróci si do dwóch eglarzy, którzy stali wpatrzeni w niego ponuro. - Z tego, co zasyszaem, - rzek do nich - wnosz, e macie jakie nieporozumienie odnonie mapy.

- To nie twoja sprawa. - warkn Strombanni.

- Czy o to wam chodzi? - Conan skrzywi si zoliwie i wycign zza pazuchy pognieciony przedmiot - kwadratowy pergamin, poznaczony brunatnymi liniami.

Strombanni skoczy gwatownie, blednc:

- Moja mapa! - wykrzykn. - Skd j wzie?!

- Od twojego pierwszego, Galacusa, po tym jak go zabiem. - odpar Conan srodze ubawiony.

- Ty psie! - szala Strombanni, odwracajc si do Zarono. - Ty nigdy nie mia tej mapy! Ty kamco!

- Nigdy nie powiedziaem, e j mam. - warkn Zarono. - Same si wyprowadzi w pole. Nie bd gupcem. Conan jest sam. Gdyby mia swoj zaog, ju dawno podciby nam garda. Odbierzemy mu map.

- Nawet jej nie dotkniecie! - zamia si gwatownie Conan.

Obaj mczyni skoczyli na niego, klnc. Cymmerianin za, cofajc si, zmi pergamin i wrzuci do paleniska. Z niezrozumiaym skowytem Strombanni rzuci si na niego ale otrzyma cios, który rozoy go pó-przytomnego na pododze. Zarono mign mieczem, lecz zanim zdoa pchn, szabla Conana wybia mu bro z rki.

Zarono zachwia si i opar o stó, a w jego oczach szalao Pieko. Strombanni podniós si ociale z nieprzytomnym wzrokiem i krwi kapic z rozbitego ucha. Conan pochyli si lekko nad stoem, a jego wycignity miecz dotyka lekko piersi hrabiego Valenso.

- Nie woaj swych onierzy, hrabio. - powiedzia mikko Cymmerianin. - Ani sowa z waszych ust - ani z twoich, psia mordo! - rzuci do Galbro, który nie zamierza potgowa jego gniewu. - Mapa spona na popió, wic rozlew krwi nic wam nie da. Siadajcie, wszyscy.

Strombanni zawaha si, uczyni nieznaczny ruch ku rkojeci swej szabli, po czym wzruszy ramionami i opad bezsilnie na krzeso. Inni podyli za jego przykadem. Conan nadal sta, górujc nad stoem, podczas gdy jego wrogowie spogldali oczami penymi gorzkiej nienawici.

- Targowalicie si. - zacz. - To samo wanie chciaem wam zaproponowa.

- A co ty masz do zaoferowania? - parskn Zarono.

- Tylko skarb Tranicosa.

- Coo?! - wszyscy czterej skoczyli na równe nogi, pochylajc si ku niemu.

- Siada! - rykn Conan, uderzajc szabl o aw.

Opadli na krzesa, napici i bladzi z podniecenia. Conan umiechn si rozbawiony sensacj, jak wzbudziy jego sowa i cign dalej:

Tak! Znalazem skarb, zanim znalazem map. Oto dlaczego j spaliem. Nie potrzebuj jej, a nikt nigdy nie odnajdzie skarbu, jeeli ja mu nie poka, gdzie on jest.

Wlepili w niego oczy pene dzy mordu.

- esz! - odpar Zarono, ale bez przekonania. - Raz ju nas okamae. Powiedziae, e przyszede z lasu, ale utrzymujesz, e nie ye z Piktami. Wszyscy wiedz, e ten kraj to dzicz, zamieszkana tylko przez dzikusów. Najblisze przyczóki cywilizacji to aquiloskie forty nad rzek Gromow, setki mil na wschód.

- Wanie stamtd przychodz. - odpar Conan niewzruszenie. - Sdz, e jestem pierwszym biaym czowiekiem, który przeby piktyjsk dzicz. Kiedy uciekem z Aquilonii do Piktlandu, wpadem na grupk Piktów i zabiem jednego, ale pocisk z procy powali mnie bez czucia i te psy wziy mnie ywcem. To byli ludzie-Wilki i sprzedali mnie Orom w zamian za jednego ze swych wodzów, którego tamci schwytali. Ory poniosy mnie niemal sto mil na zachód, by spali w wiosce swojego wodza, ale pewnej nocy zabiem go, a take trzech, czy czterech innych i umknem.

- Nie mogem zawróci, gdy byli tu za mn i wci pdzili mnie na zachód. Kilka dni temu zgubiem ich i, na Croma, miejsce, gdzie si ukryem okazao si zaginionym skarbcem starego Tranicosa! Znalazem wszystko: skrzynie z ubiorami i broni - to stamtd wziem sobie ubrania i or - sterty monet, szlachetnych kamieni i zotych ozdób, a porodku klejnoty Tothmekriego byskajce jak zamarznite wiato gwiazd! Do tego jeszcze stary Tranicos i jego jedenastu kapitanów siedziao tam wkoo hebanowej awy, gapic si na te skarby, jakby robili to ju od stu lat!

- Co?

- Tak! - zamia si. - Tranicos zgin w rodku swojego skarbca, a z nim caa reszta! Ciaa nie zgniy, ani nie rozpady si w proch. Siedzieli tam w swoich wysokich butach, kurtach i lakierowanych kapeluszach, dzierc w sztywnych doniach puchary wina, jakby przyronici tam od wieku!

- To niemoliwe! - wymamrota nieswojo Strombanni, a Zarono warkn:

- A jaka to rónica? Oto skarb, którego pragniemy. Dalej Conanie.

Conan usadzi si przy stole, napeni kielich i wypi duszkiem zanim si odezwa.

- Pierwsze wino, które piem od czasu opuszczenia Aquilonii, na Croma! Te przeklte Ory tak mi deptay w lesie po pitach, e ledwo miaem czas, eby przeu orzechy i korzonki, które znalazem. Czasem chwytaem aby i zjadaem je na surowo, bo nie miaem rozpali ognia.

Jego niecierpliwi suchacze zapewnili go brutalnie, e nie sa zainteresowani jego dietetycznymi przygodami przed odnalezieniem skarbu.

Wyszczerzy si pogardliwie i kontynuowa:

- Có, po tym, jak wpadem do jaskini, leaem i odpoczywaem przez kilka dni, zastawiem sida na króliki, i pozwoliem, by moje rany nieco si zagoiy. Ujrzaem dym nad zachodnim niebem, ale sdziem, e to jaka piktyjska wioska na play. Skaa, na której leaem znajdowaa si niedaleko, ale jak si okazuje, skarb ukryto w miejscu, którego Piktowie unikaj. Jeli wic jaki mnie szpiegowa, to robi to z ukrycia.

- Ostatniej nocy ruszyem na zachód, z zamiarem wyjcia na pla kilka mil na pónoc od miejsca, z którego dobywa si dym. Byem niedaleko od brzegu, gdy rozszala si ten potny sztorm. Ukryem si za skaami i odczekaem, a sztorm ustanie. Wtedy wspiem si na drzewo, by wypatrze Piktów, ale dostrzegem stamtd tylko karrak Stroma na kotwicy i jego ludzi na brzegu. Szedem wanie w stron obozu, gdy spotkaem Galacusa. Pchnem go mieczem, poniewa bya midzy nami stara zadra.

- A có on ci uczyni? - spyta Strombanni.

- Och, skrad kiedy moj dziewuch, lata temu. Nie wiedziabym, e ma map, gdyby nie próbowa jej zje umierajc.

- Oczywicie zorientowaem si co to jest, i rozwaaem, jaki poytek moe mi przynie, gdy nagle wy, psy, pojawilicie si i odnalelicie zwoki. Leaem w krzakach kilka kroków od was, kiedy sprzeczae si ze swoimi ludmi o to zabójstwo. Oceniem, e nie nadszed jeszcze czas, bym si ujawni! - zamia si na widok gniewu i rozdranienia na twarzy Strombanniego. - Có, kiedy leaem tak, przysuchujc si waszym kótniom, zorientowaem si, e Zarono i Valenso znajdowali si jakie kilka mil na poudnie, na play. Wic, gdy usyszaem, jak mówicie, e to Zarono musia by morderc i zabra map oraz, e zamierzasz i i paktowa z nim, czyhajc na okazj, by móc go podstpnie zabi i odebra ten cenny skrawek…

- Ty psie! - warkn Zarono.

Cho poblady, Strombanni rozemia si ubawiony:

- Czy sdzi, e zagram czysto z takim zdradliwym kundlem, jak ty? Prosz dalej, Conanie.

Cymmerianin umiechn si. Byo jasne, e celowo podsyca ognie nienawici midzy tymi dwoma.

- Póniej niewiele si dziao. Wyszedem sporód drzew prosto na fort, gdy wy wszyscy krztalicie si na wybrzeu i dotarem tutaj przed nami. Wasze przypuszczenia, e sztorm zniszczy okrt Zarono, byy zgodnie z prawd, ale z drugiej strony, przecie znalicie skalisty brzeg tej zatoki.

- Zatem tak wyglda sytuacja: ja mam skarb, Strom ma statek, Valenso ma zaopatrzenie. Na Croma, Zarono, nie wiem gdzie ciebie wcisn w ten ukad, ale eby zapobiec konfliktom, wczymy ci. Moja propozycja jest do prosta.

- Podzielimy skarb na cztery czci. Strom i ja odpyniemy z naszymi udziaami na pokadzie Szkaratnej Doni. Ty i Valenso wemiecie swoj cz i pozostaniecie panami na guszy, albo zbudujecie statek z pni drzew, wolna wola.

Valenso mrukn, a Zarono zakl siarczycie. Strombanni tylko si umiechn.

- Czy jeste a takim gupcem, eby wej na pokad Szkaratnej Doni sam na sam ze Strombannim? - parskn Zarono. - Podernie ci gardo zanim znikniecie na horyzoncie!

Conan zamia si w szczerym rozbawieniu:

- To jest tak, jak z wilkiem, owc i kapust. - przyzna. - Jak je wszystkie przenie na drugi brzeg rzeki, eby si nawzajem nie pozjaday?

- A to oczywicie pasuje do twojego Cymmeryjskiego poczucia humoru! - skwitowa Zarono.

- Nie zostan tutaj! - wydar si Valenso z szalonym byskiem w oku. - Skarb, czy nie skarb, ja musz odpyn!

Conan spojrza na niego spod przymruonych powiek.

- A zatem, - rzek - co powiecie na taki plan: dzielimy skarb, jak poprzednio. Póniej Strombanni odpywa z Zarono, Valenso i tymi ludmi hrabiego, których sobie sam dobierze, pozostawiajc mnie jako dowódc fortu, wraz z reszt ludzi Valenso i wszystkimi kompanami Zarono. Zbuduj swój wasny statek.

Zarono poblad.

- Mam wybór midzy pozostaniem na wygnaniu, albo opuszczeniem mej zaogi i samotnym rejsem na Szkaratnej Doni, podczas którego podern mi gardo?

miech Conana zabrzmia wesoo w hallu, po czym barbarzyca jowialnie klepn Zarono w plecy, ignorujc czarne, mordercze spojrzenie w oczach bukaniera.

- O to wanie chodzi, Zarono! - rzuci. - Zosta tutaj, gdy Strom i ja odpyniemy, albo py ze Strombannim, zostawiajc mi swoich ludzi.

- Wol ju Zarono. - doda szczerze Strombanni. - Ty by zaraz zwróci ludzi przeciwko mnie, Conanie, i poderzn mi gardo zanim dotarlibymy do Wysp Baracha.

Z bladej twarzy Zarono kapay krople potu.

- Ani ja, ani hrabia i jego bratanica nie dotrzemy do ldu ywi, jeli poeglujemy z tym diabem. - powiedzia. - Wszyscy jestecie teraz w mojej mocy. Moi ludzie otaczaj paac. Có powstrzymuje mnie przed zarniciem was obu?

- Nic, a nic. - przyzna rozbawiony Conan. - Poza tym, e jeli to zrobisz, ludzie Strombanniego odpyn i zostawi ci samego na tym wybrzeu, gdzie wkrótce Piktowie podernliby wam wszystkim garda. Do tego jeszcze, jeli mnie zabijesz, nigdy nie znajdziesz skarbu. A poza tym, rozupi ci czaszk a do szczki, jak tylko spróbujesz przywoa swych ludzi.

Conan umiecha si mówic, jakby bagatelizowa sytuacj, w której si znaleli, ale nawet Belesa wiedziaa, e nie byy to puste groby. Obnaona szabla leaa w poprzek jego kolan, a miecz Zarono zosta pod stoem, poza zasigiem bukaniera. Galbro nie by wojownikiem, a Valenso wydawa si niezdolny do jakiejkolwiek decyzji, ani czynnoci.

- Tak jest! - doda Strombanni z przeklestwem. - Nie bdziemy dla was atw ofiar. Zgadzam si z propozycj Conana. Co ty na to Valenso?

- Musz opuci to wybrzee! - wyszepta hrabia, gapic si nieprzytomnie. - Musz si popieszy … musz biec … biec daleko … szybko!

Strombanni zmarszczy si, zaskoczony dziwnym zachowaniem Valenso i odwróci si do Zarono, szczerzc si okrutnie.

- A ty, Zarono?

- A co mam rzec? - warkn Zarono. - Pozwól mi cho wzi moich trzech oficerów i czterdziestu ludzi na pokad Szkaratnej Doni, a umowa stoi.

- Oficerowie i trzydziestu ludzi!

- Dobrze wic.

- Stoi!

Obyo si bez ucisków doni, ani uroczystego wznoszenia toastów dla przypiecztowania paktu. Obaj kapitanowie patrzyli na siebie jak godne wilki. Hrabia skuba wsy drc rk, zaabsorbowany wasnymi ponurymi mylami. Conan przecign si jak wielki kot, dopi wino i umiechn do zebranych, zowrogim grymasem czajcego si tygrysa.

Belesa wyczua mordercze zamiary panujce w pomieszczeniu poniej i zdradliwe plany kbice si w gowach kadego z mczyzn. aden z nich nie mia nawet zamiaru dotrzyma obietnicy, z wyjtkiem Valenso. Kady z awanturników zamierza posi zarówno okrt, jak i cay skarb. adnego nie satysfakcjonowao mniej.

Ale jak? Co si roio w tych trzech przebiegych gowach? Belesa poczua si przytoczona i zgnbiona atmosfer nienawici i zdrady. Cymmerianin, mimo swej gwatownej szczeroci, nie by bardziej subtelny, ni pozostali, a do tego jeszcze okrutniejszy. Jego panowanie nad sytuacj nie opierao si na sile fizycznej, ale mimo to gigantyczne ramiona i masywne koczyny wydaway si zbyt due nawet w tak wielkim hallu. Bya w nim jaka elazna ywotno, która spychaa w cie twardy wigor obu awanturników.

- Zaprowad nas do skarbu! - domaga si Zarono.

- Poczekajcie jeszcze chwil. - odpar Conan. - Musimy utrzyma nasze siy w równowadze, by aden z nas nie móg uzyska przewagi nad innymi. Zrobimy tak: wszyscy ludzie Stroma poza dwunastk wyjd na brzeg, i rozbij obóz na play. Ludzie Zarono wyjd z portu i te rozo si z obozem, w zasigu wzroku tamtych. W ten sposób zaogi bd si mogy nawzajem obserwowa i dopilnuj, aby nikt nie puci si za nami, gdy pójdziemy po skarb, i nie przygotowa zasadzki. Pozostawieni na pokadzie Szkaratnej Doni wprowadz statek do zatoki, z dala od obu obozów. Ludzie Valenso zostan w forcie, ale nie zamkn bramy. Czy pójdzie pan z nami, hrabio?

- Do tego lasu? - Valenso zadra i otuli si cianiej paszczem. - Nie, za cay skarb Tranicosa, nie!

- Dobrze. Bdzie potrzeba jaki trzydziestu ludzi, by wynie skarb. Wemiemy pitnastu z kadej zaogi i wyruszymy jak najwczeniej.

Belesa, pilnie obserwujc kady niuans dramatu, który rozgrywa si poniej, ujrzaa, jak Zarono i Strombanni wymieniali miedzy sob skryte spojrzenia, po czym szybko opucili wzrok i unieli kielichy, by zasoni nimi ciemne zamiary odbijajce si w ich oczach. Zrozumiaa, jaki by saby punkt planu Conana i zastanawiaa si jak on móg to przeoczy. Moe w swej arogancji by zbyt pewny sobie. Ale ona wiedziaa, e nigdy nie wyjdzie ywy z lasu. Gdy znajd skarb, pirat i bukanier stworz rozbójniczy sojusz na potrzeby pozbycia si czowieka, którego obaj nie cierpieli. Wzdrygna si, dostrzegajc aureol mierci wokó tego czowieka. Dziwnym, uczuciem byo widzie tego potnego wojownika, siedzcego przy winie w penej kondycji i mocy, i wiedzie, e czeka go krwawa mier.

Caa sytuacja nosia brzemi ciemnych i krwawych intencji. Zarono chtnie przechytrzyby i zabi Strombanniego, gdyby tylko móg. Wiedziaa te, e Strombanni ju skaza Zarono na mier, tak jak j i jej wuja. Jeli Zarono pokonaby swych rywali, bd bezpieczni. Ale patrzc na bukaniera, który siedzia tam ujc wsy, z ca ciemna stron jego natury widoczn wyranie na twarzy, nie moga zdecydowa si, co j bardziej odraao - mier, czy on.

- Jak daleko to jest? - pytywa Strombanni.

- Jeli wyruszymy w cigu godziny, to powinnimy wróci przed pónoc. - odpar Conan. Opróni kielich, wsta, poprawi sobie pas i spojrza na hrabiego. - Valenso, - zacz - czy ty postrada zmysy, by zabija Pikta bez barw wojennych?

Valenso zamar.

- O czym ty mówisz?

- Czy to znaczy, e nie wiesz, kto zabi piktyjskiego myliwego zeszej nocy w lesie?

Hrabia potrzsn gow.

- aden z moich ludzi nie by zeszej nocy w lesie.

- Có, kto tam w kadym razie by. - mrukn Cymmerianin, szperajc w kieszeni.

- Widziaem jego gow nadzian na drzewo nie opodal skraju lasu. Nie mia barw wojennych. Nie znalazem ladów butów, z czego wnioskuj, e zostaa tam zatknita przed burz. Ale byo tam wiele innych znaków - lady mokasynów na mokrej ziemi. Byli tam Piktowie i widzieli t gow. To ludzie z jakiego innego klanu, bo inaczej zdjliby j. Jeli akurat maj pokój z klanem zabitego, popdz do jego wioski, by o tym opowiedzie.

- Moe to oni go zarnli. - zasugerowa Valenso.

- Nie, to nie oni. Ale wiedz kto, z tego samego powodu, co ja. Ten acuch by zawieszony na szyi odcitej gowy. Musiae by cakiem szalony, eby w ten sposób zaznacza swoje dzieo.

Wycign co i rzuci na stó przed hrabi, który podskoczy krztuszc si. Jego rka powdrowaa do garda. By to zoty piercie z pieczci, który zwyczajowo nosi na szyi.

- Rozpoznaem piecz Korzettów. - cign Conan. - Ale Piktom wystarczy sama obecno tego acucha, by wiedzieli, e dokona tego kto obcy.

Valenso nie odpowiedzia. Wpatrywa si w lecy na stole acuch, jakby to by jadowity w.

Conan skrzywi si pogardliwie i spojrza pytajco na pozostaych. Zarono zrobi szybki gest, wiadczcy o tym, e hrabia mia nie po kolei w gowie. Conan schowa sw szabl do pochwy i poprawi byszczcy kapelusz.

- Dobrze, ruszajmy. - zarzdzi.

Kapitanowie wypili swoje wino i wstali, poprawiajc pasy z orem. Zarono pooy rk na ramieniu Valenso i potrzsn nim lekko. Hrabia wbi w niego tpy wzrok, po czym wsta i ruszy za innymi jak czowiek w transie, podzwaniajc acuchem wiszcym mu w doni. Nie wszyscy jednak opucili hall.

Zapomniane w swej kryjówce na schodach Belesa i Tina patrzyy przez balustrad, jak Galbro puszcza wszystkich przodem i ociga si, dopóki cikie drzwi nie zatrzasny si za nimi. Wtedy skoczy do kominka i przerzuci ostronie arzce si wgle. Pad na kolana i przyglda si czemu przez dug chwil. Wtem, wyprostowa si i skrycie wymkn si z hallu przez drugie drzwi.

Tina szepna:

- Co Galbro znalaz w ogniu?

Belesa potrzsna gow, po czym, wiedziona ciekawoci, wstaa i zesza do pustego pomieszczenia. Chwil póniej, klczaa ju tam, gdzie przed chwil by seneszal i zobaczya to, co i on ujrza.

Byy to zwglone szcztki mapy, któr Conan wrzuci do paleniska. Byle podmuch móg rozkruszy j na popió, ale niewyrane linie i kawaki wyrazów mona byo nadal rozpozna. Nie zdoaa nic odczyta, ale przeledzia kontur, który wyglda jak szkic jakiej skay lub wzgórza, otoczonego znaczkami przedstawiajcymi gste drzewa. Nie moga z tego nic rozpozna, ale sdzc po zachowaniu Galbro, on skojarzy to jako z fragmentem otoczenia, który by mu znany. Wiedziaa, e seneszal zapuszcza si w gb ldu, dalej, ni jakikolwiek inny mieszkaniec fortu.

Grabie zmarych

Warownia bya dziwnie spokojna w poudniowym skwarze, który nastpi po porannym sztormie. Gosy ludzi wewntrz brzmiay jakby przyciszone, stumione. Ten sam senny spokój panowa na play, gdzie obozoway rywalizujce zaogi uzbrojone i podejrzliwe, oddzielone od siebie jedynie kilkuset krokami nagiego piasku. Daleko w zatoce staa na kotwicy Szkaratna Do z garstk ludzi na pokadzie, gotowych, by umkn spoza zasigu wzroku przy najmniejszym nawet podejrzeniu zdrady. Karraka stanowia gówny atut Strombanniego, najlepsz gwarancj wspópracy jego wspólników.

Belesa zesza po schodach i zatrzymaa si na widok hrabiego Valenso siedzcego przy stole i obracajcego w palcach rozerwany acuch. Spojrzaa na niego bez cienia mioci, za to z duym lkiem. Zmiana, jaka w nim zasza bya przeraajca. Wydawa si by zamknity w jakim pospnym wiecie wasnego umysu, wiecie rzdzonym przez strach, który pozbawi go wszelkich ludzkich cech.

Conan sprytnie obmyli sposób, by unikn, ze strony którejkolwiek z zaóg zasadzki w lesie. Ale, zdaniem Belesy, nie zrobi nic by zabezpieczy si przed Strombannim i Zarono. Znikn w drzewach, prowadzc obu kapitanów i ich trzydziestu ludzi, a zingarska dziewczyna nie miaa wtpliwoci, e ju nigdy nie ujrzy go ywego.

Tymczasem rzeka do hrabiego, gosem, który nawet jej wyda si napity i ostry:

- Barbarzyca powiód kapitanów do lasu. Ci za, kiedy poo apy na skarbie, natychmiast go zamorduj. Ale gdy wróc ze zotem, co wtedy? Czy mamy wej z nimi na pokad? Czy moemy ufa Strombanniemu?

Valenso potrzsn gow nieobecnie.

- Strombanni zabiby nas tylko dla naszej czci skarbu. Ale Zarono skrycie wyszepta mi swe zamiary. Nie wejdziemy na pokad Szkaratnej Doni, chyba e jako jej przywódcy. Zarono postara si, aby noc zastaa druyn poszukiwaczy w lesie, by byli zmuszeni nocowa. Znajdzie sposób, by zamordowa Strombanniego i jego ludzi we nie. Wtedy bukanierzy przemkn si na pla, a tu przed witem ja wyl moich rybaków poza fort, eby przejli statek. Strombanni o tym nie pomyla, Conan tym bardziej. Zarono i jego ludzie wyjd z lasu i wraz z bukanierami obozujcymi na play, napadn w ciemnociach na piratów. Ja w tym czasie wyprowadz reszt moich ludzi, by dokoczy dziea. Bez swego kapitana i wobec przewagi liczebnej piraci bd atwym upem dla mnie i Zarono. Nastpnie odpyniemy statkiem Strombanniego z caym skarbem.

- A co ze mn? - spytaa wyschnitymi ustami.

- Przyrzekem ci Zarono. - odpar ostro. - Gdyby nie moja obietnica, nie zabraby nas std.

- Nigdy go nie polubi. - powiedziaa bezsilnie.

- Polubisz. - odpar ponuro, bez najmniejszego nawet ladu wspóczucia. Uniós acuch tak, by odbi si w nim blask soca, zagldajcego przez okno. - Musiaem upuci go na piasku. - wymamrota. - By ju tak blisko, na play …

- Nie upucie go na play. - rzeka Belesa, gosem pozbawionym litoci, takim jak jego wasny, a jej serce zdawao si zamienia w kamie. - Zerwae go sobie z szyi przypadkowo ostatniej nocy w tym hallu, gdy wychostae Tin. Widziaam, jak byszczy na pododze, zanim weszam na gór.

Podniós wzrok, a jego twarz poszarzaa w potwornym lku. Zamiaa si gorzko, dostrzegajc nieme pytanie w jego wybauszonych oczach.

- Tak! Czarny czowiek! By tutaj! W tym hallu! Musia znale acuch na pododze. Stranicy go nie widzieli, ale by u twoich drzwi zeszej nocy. Widziaam go, kroczcego wzdu korytarza na pitrze.

Przez chwil wydawao jej si, e padnie przed ni trupem ze strachu. Opad na krzeso, a acuch wylizgn si z roztrzsionych palców i upad z brzkiem na stó.

- W paacu! - wyszepta. - A ja, gupiec, sdziem, e kraty, bramy i uzbrojeni wartownicy zdoaj go powstrzyma! Nie mog od niego uciec, a teraz nawet nie mog si broni! Przy moich drzwiach! Przy samych drzwiach! - ta myl owadna nim cakowicie. - Czemu nie wszed do rodka? - skrzekn, rozdzierajc koronki zdobice konierz, zupenie, jakby si w nich dusi. - Czemu tego nie zakoczy? niem, e budz si w mej ciemnej komnacie i widz go górujcego nade mn, a niebieskawy, piekielny ogie taczy wokó jego gowy! Dlaczego …

Paroksyzm min, pozostawiajc go roztrzsionego i na wpó omdlaego.

- Rozumiem! - wysapa. - Bawi si mn, jak kot mysz. Zabicie mnie w mej komnacie zeszej nocy byoby zbyt atwe, zbyt litociwe. Zniszczy wic statek, na którym mógbym mu umkn i zarn tego Pikta, zostawiajc na nim mój acuch tak, by dzicy myleli, e ja jestem sprawc mordu. Wszak wiele razy widzieli ten acuch na mej szyi.

- Ale dlaczego? Jakie diabelstwo kotuje si w jego umyle, jaki przebiegy i ohydny plan, którego aden ludzki umys nie zdoa poj, knuje ten demon?

- Kim jest ten czarny czowiek? - spytaa wreszcie Belesa, czujc, jak mrocy strach penie jej po grzbiecie.

- Demonem wyzwolonym przez moj chciwo i dz, stworzonym, by przeladowa mnie po wsze czasy! - wyszepta. Rozoy swe dugie, cienkie palce na stole i spojrza na ni pustymi, dziwnie byszczcymi oczami, które wydaway nic nie widzie, a tylko patrze przed siebie, przenika przestrze, wprost ku jakiej nieznanej zagadzie.

- W modoci miaem wroga na dworze. - rzek, mówic bardziej do siebie, ni do niej. - By to potny czowiek, który sta midzy mn, a mymi ambicjami. W swym pragnieniu bogactwa i wadzy, zwróciem si o pomoc do czowieka zajmujcego si ciemnymi sztukami - czarownika, który na moje danie, przywoa demona z zewntrznych sfer istnienia. Zniszczy on i zabi mojego wroga. Ja za stawaem si coraz potniejszy i nikt nie móg si ze mn równa. Postanowiem jednake oszuka czarodzieja i pozbawi go zapaty, któr kady miertelnik musi ponie, gdy przywouje ciemne istoty dla swoich potrzeb.

- Nazywa si Thoth-Amon z Piercienia, i by na wygnaniu ze swej rodzinnej Stygii. Umkn w czasie rzdów króla Mentupherra, a kiedy ten umar i Ctesphon wstpi na tron z koci soniowej w Luxurze, Thoth-Amon przypata si do Kordavy, mimo e móg ju wraca do domu. Zacz domaga si spaty dugu, który byem mu winien. Ale zamiast, zgodnie z obietnic, zapaci mu poow moich zysków, zadenuncjowaem go u mego króla i Thoth-Amon musia pospiesznie i w ukryciu umyka do Stygii. Tam go spotkao askawe przyjcie i obrós w zoto i magiczn moc, a w kocu sta si faktycznym wadc tej krainy.

- Dwa lata temu w Kordavie, doszy mnie suchy, e Thoth-Amon znikn ze swego zwyczajowego siedliska w Stygii. A póniej, pewnej nocy ujrzaem jego brzow, diabelsk twarz zerkajc na mnie sporód cieni w mym zamkowym hallu.

- Nie bya to jego materialna posta, a jedynie duch, wysany, by mnie nka. Tym razem nie miaem króla, który mógby mnie ochroni, gdy po mierci Ferdrugo i ustanowieniu regencji, kraj, jak wiesz, popad w wewntrzny konflikt midzy szlacheckimi frakcjami. Zanim Thoth-Amon zdoa osobicie dotrze do Kordavy, odpynem, by oddzieli si od niego morzem. On te podlega pewnym ograniczeniom, by tropi mnie przez ocean, musi pozosta w swej cielesnej postaci. Ale teraz ten demon, dziki swym nieludzkim zdolnociom dopad mnie nawet tutaj, w rodku tej rozlegej guszy.

- Jest zbyt przebiegy, by da si zapa lub zabi w sposób, jaki stosuje si przeciw zwykym ludziom. Gdy si skryje, nikt nie zdoa go odnale. Przemyka si w nocy, jak cie, nic sobie nie robic z krat i zamków. Sprawia, i wartownicy zapadaj w gboki sen. Potrafi rozkazywa duchom powietrza, wom z gbin i demonom ciemnoci. Moe wywoywa sztormy, by zatapia okrty i burzy zamki. Miaem nadziej, e lad po mnie zatonie w bkitnych, szumicych falach, ale wytropi mnie, by domaga si swej zapaty …

Jego dziwne oczy byszczay blado, gdy próbowa przenika nimi ciany, ku odlegym, niewidzialnym horyzontom.

- Jeszcze go przechytrz. - mamrota. - Niech tylko powstrzyma atak jeszcze o dzisiejsz noc. Wtedy wit zastanie mnie na pokadzie statku, i znów oddzieli nas ocean.

- Ognie piekielne!

Conan zatrzyma si, patrzc w gór. Idcy za nim eglarze te przystanli w dwóch ciasnych grupkach, z ukami w doniach i podejrzliwoci na twarzach. Podali starym szlakiem piktyjskich myliwych, który prowadzi na wschód. Cho uszli zaledwie jakie trzydzieci kroków, play nie byo ju wida.

- O co chodzi? - spyta podejrzliwie Strombanni. - Czemu stajemy?

- Olepe?! Patrz tam!

Z grubego konaru drzewa, który pochyla si nad ciek, szczerzya si do nich obcita gowa. Ciemna malowana twarz, okolona gstymi czarnymi wosami, z których nad lewym uchem zwisao pióro dzioboroca.

- Zdjem t gow i schowaem w krzakach. - warkn Conan, uwanie obserwujc las wokó nich. - Co za gupiec móg zatkn j tam z powrotem? Wyglda na to, e kto z caych si stara si sprowadzi Piktów prosto do fortu.

Mczyni zerknli po sobie ponuro, gdy kolejne podejrzenie wpad do i tak syczcego ju kota. Conan wspi si na drzewo, odczepi gow i zaniós j w krzaki, by cisn j do strumienia. Patrzy jak tonie.

- Piktowie, do których naley ten szlak, nie s z plemienia Dzioboroców. - powiedzia, wracajc z gstwy krzaków. - Do dugo eglowaem wzdu tych wybrzey, by wiedzie co nieco o nadmorskich klanach. Jeli prawidowo odczytuj lady ich mokasynów, to byy Kormorany. Mam nadziej, e s na wojennej ciece z Dzioborocami. Bo jeli jest midzy nimi pokój, to poszli zapewne wprost do wioski Dzioboroców, a z tego bd kopoty. Nie wiem, jak daleko znajduje si ta wioska, ale jak tylko dowiedz si o morderstwie, przylec z lasu, jak wygodniae wilki. To jest najgorsza moliwa obelga dla Pikta - zabi mczyzn, który nie jest w wojennych barwach, i jeszcze zatkn jego gow na drzewie, eby zjady j spy. Przeklte, dziwne rzeczy wyprawia si na tym wybrzeu. Ale tak si zawsze dzieje, gdy cywilizowani ludzie trafiaj do dziczy - wszyscy szalej, jak w Piekle. Chodcie.

Ludzie rozlunili usciski na rkojeciach swych mieczy, a strzay trafiy z powrotem do koczanów. Ruszyli dalej w gb lasu. Jako ludzie morza, nawykli do falujcych przestrzeni szarej wody, czuli si przytoczeni t tajemnicz, zielon cian drzew i pnczy, które wcigay ich do rodka. cieka wia si i skrcaa, a wikszo z nich cakiem stracia orientacj i nie wiedziaa nawet, z której strony pozostawili pla.

Conan czu si jednak nieswojo z innego powodu. Przypatrywa si uwanie ladom i wreszcie mrukn:

- Kto przechodzi tdy niedawno. Nie wczeniej, ni godzin przed nami. Kto w butach, nieobeznany z lasem. Czy to ten gupiec, który znalaz gow Pikta i wsadzi j na drzewo? Nie, to nie móg by on. Pod drzewem nie widziaem adnych ladów. Któ to zatem móg by? Nigdzie nie zauwayem ladów, poza tymi, które naleay do Piktów. Kim jest czowiek, podajcy przed nami? Czy który z was, bkarty, wysa w jakim celu czowieka na szpic?

Zarówno Strombanni, jak i Zarono gono zaprotestowali takim pomówieniom, spogldajc przy tym na siebie. aden z nich nie dostrzega znaków, które zauway Conan - sabe lady na ysym, wydeptanym szlaku byy niewidoczne dla niewprawnych oczu.

Conan przyspieszy kroku, a awanturnicy podyli za nim. Ich iskrzcy si brak zaufania, podsycono nowymi pomieniami podejrzenia. cieka tymczasem zawina ku pónocy, tote Conan zszed z niej i zacz i midzy drzewami w kierunku poudniowo-wschodnim. Wieczór wychodzi powoli z ukrycia, gdy spoceni mczyni przedzierali si przez krzaki i przeskakiwali nad powalonymi kodami. Strombanni, który natychmiast zosta w tyle wraz z Zarono, mrukn:

- Mylisz, e wiedzie nas w puapk?

- Moliwe. - odpar bukanier. - W kadym razie, nigdy nie odnajdziemy drogi do morza, jeli on nas tam nie zaprowadzi. - Zarono rzuci Strombanniemu znaczce spojrzenie.

- Wiem, co masz na myli. - odrzek pirat. - To moe zmusi nas do zmiany planów.

Podejrzliwo narastaa z kadym krokiem osigajc apogeum, gdy nagle wyszli z gstego lasu i ujrzeli tu przed sob samotn turni, strzelajc w gór z omszaej ziemi. Niewyrana cieka, wiodca na wschód, biega spod drzew wzdu gazów i wia si ku szczytowi skay w postaci kamiennych schodów, by urwa si na duym skalnym wystpie blisko szczytu.

Conan zatrzyma si nagle wyglda niczym jaki dziwaczny olbrzym przystrojony w pirackie aszki.

- Oto jest szlak, którym uciekem przed Piktami z klanu Orów. - rzek. - Prowadzi w gór, do jaskini za t du pók. W grocie znajduj si ciaa Tranicosa i jego kapitanów oraz skarb skradziony Tothmekriemu. Ale jeszcze sowo, zanim wejdziemy na gór. Jeli mnie tutaj zabijecie, nigdy nie odnajdziecie drogi do szlaku, którym przyszlimy z play. Znam was, eglujcy ludzie, w gstwinie lasu jestecie bezradni. Oczywicie plaa jest na zachodzie, ale jeli bdziecie musieli przedziera si przez pltanin drzew i pnczy, obcieni dodatkowo upem, zabierze wam to nie godziny, lecz dni. A nie sdz, eby te lasy byy szczególnie przyjanie biaym ludziom, szczególnie gdy Dzioboroce dowiedz si o swym myliwym.

Zamia si, widzc ich miny, którymi skwitowali fakt, i tak atwo przejrza ich plany. Nie umkna mu te inna myl: „Niech barbarzyca odnajdzie i zabezpieczy dla nich skarb, niech wyprowadzi ich z powrotem na szlak ku play, wtedy go zabij.”

- Wszyscy zostajecie tutaj, poza Strombannim i Zarono. - zarzdzi Conan. - Nas trzech wystarczy, by przenie skarb z jaskini.

Strombanni wyszczerzy si rozbawiony.

- I tam tylko, z tob i Zarono? Masz mnie za gupca, czy co? Przynajmniej jeden mój czowiek idzie ze mn!

I wyznaczy swego bosmana, mocarnego giganta o srogiej twarzy, nagiego od szerokiego, skórzanego pasa w gór, ze zotymi kókami w uszach i karminow szarf opasujc gow.

- A ze mn idzie mój kat! - rykn Zarono. Zwróci si do szczupego zodzieja morskiego o twarzy przypominajcej czaszk powleczon pergaminem, który targa na ramieniu obnaony, dwurczny jatagan.

Conan wzruszy ramionami.

- Dobrze wic. Za mn.

Deptali mu niemale po pitach, gdy wspina si po stromej ciece i wchodzi na pók. Gdy za dotar do niszy nie opodal i wszed w ni, toczyli si tu za nim, chciwie wcigajc powietrze przez zby na widok okutych w elazo skrzy, zoonych po obu stronach krótkiego tunelu.

- Duo tu tego. - wskaza Conan lekcewaco. - Jedwabie, koronki, sukna, ozdoby, or - upy z caych mórz poudniowych. Ale prawdziwy skarb znajduje si za tymi drzwiami.

Masywne wrota byy czciowo otwarte. Conan przerazi si. Pamita, e zamkn je, zanim wyszed z jaskini. Jednake nie powiedzia tego swym podnieconym kompanom, tylko odsun si, robic im przejcie.

Zajrzeli do szerokiej groty, owietlonej dziwnym, bkitnym blaskiem, który przewitywa przez, jakby zadymione, mgliste powietrze. Na rodku sta wielki, hebanowy stó, a na wielkim krzele z wysokimi, które mogo kiedy sta w zamku jakiego zingarskiego barona, siedziaa olbrzymia figura, legendarna i fantastyczna. Oto Krwawy Tranicos, z gow opuszczon na pier i rk nadal dzierc ozdobny puchar. Tranicos w swym lakierowanym kapeluszu, haftowanej zotem kurcie z guzikami z klejnotów, które migotay w niebieskawym ogniu, w dugich, byszczcych butach i pozacanym pasie, przewieszonym przez rami i podtrzymujcym miecz z osadzonym szlachetnym kamieniem w gowni.

Dookoa awy za, siedziao jego jedenastu kapitanów, kady z brod opuszczon na pier. Bkitny pomie przesuwa si po nich dziwacznymi refleksami wietlnymi, wypywajc z niewiarygodnie wielkiego kamienia ustawionego na drobnym piedestale z koci soniowej i wysyajc strzelajce blaski zamarznitego ognia ze sterty fantastycznie citych klejnotów, które wieciy przed Tranicosem. Oto spldrowany skarb z Khemi, kamienie Tothmekriego! wiecideka, których warto bya wiksza, ni wszystkich pozostaych klejnotów wiata razem wzitych!

Twarze Zarono i Strombanniego zbielay w niebieskawym wietle. Zza ich ramion, bosman i kat gapili si gupawo.

- Wejdcie i wecie co chcecie. - zachci Conan, usuwajc si z drogi.

Zarono i Strombanni z chciwoci wymalowan na twarzy minli go, przepychajc si nawzajem w popiechu. Ich podwadni ruszyli za nimi. Zarono kopn drzwi … i zatrzyma si w progu, na widok postaci na pododze, która bya wczesniej niewidoczna. By to mczyzna, lecy na brzuchu, z gow odgit do tyu midzy opatki i twarz wyraajc grymas miertelnej agonii.

- Galbro! - wykrzykn Zarono. - Martwy! Co … - z nagym podejrzeniem wystawi gow za próg, po czym odwróci si i wrzasn: - W grocie czyha mier!

Ju w trakcie jego krzyku, niebieska mga zawirowaa i skondensowaa si. W tym samym czasie, Conan rzuci si caym ciarem na czterech ludzi stoczonych w drzwiach i pchn ich wprost do zadymionej jaskini tak, jak to sobie zaplanowa. Podejrzewajc puapk, starali usun si jak najdalej od martwego czowieka i materializujcego si demona. To sprawio, e gwatowne pchnicie Conana nie przynioso takiego efektu, jakiego by sobie yczy. Strombanni i Zarono potknli si na progu i padli na kolana, bosman przewróci si o ich nogi, a kat odbi si od ciany.

Zanim Conan móg dalej realizowa swój bezwzgldny zamiar wepchnicia przewróconych mczyzn do groty, by zatrzasn drzwi i odczeka, a nadnaturalny potwór dokoczy dziea, musia obroni si przed atakiem spienionego kata, który jako pierwszy odzyska równowag i orientacj.

Potny cios dwurcznego jatagana bukaniera chybi celu, gdy Cymmerianin uskoczy, a wielkie ostrze uderzyo o kamienn ska, lc dookoa bkitne iskry. W nastpnej chwili, chuda, jak czaszka gowa potoczya si po pododze jaskini, oddzielona od ciaa szabl Conana.

W cigu uamków sekund, które pochona walka, bosman zdoa si podnie i rzuci na Cymmerianina, zasypujc go ciosami miecza, które powaliyby kadego sabszego czowieka. Szabla zderzaa si z szabl przy wtórze gonego brzku, który stawa si oguszajcy w wskim tunelu.

Tymczasem dwaj kapitanowie, przeraeni tym, co znajdowao si w grocie, wycofali si za próg, tak szybko, e demon nie zdy si cakowicie zmaterializowa. Wydostali si z magicznej bariery i tym samym poza jego zasig. Kiedy wstawali sigajc po miecze, monstrum znów rozproszyo si w niebieskiej mgle.

Conan wkada cae swe siy w starcie z bosmanem, by pozby si tego przeciwnika, zanim nadejdzie dla niego pomoc. Bosman broczy krwi za kadym krokiem, gdy cofa si przed zaciekym atakiem, woajc przy tym na swych towarzyszy. Conan nie zdy jeszcze dokoczy dziea, gdy obaj hersztowie rzucili si na niego z mieczami w doniach, przywoujc swych ludzi.

Cymmerianin odbi si do tyu i skoczy na pók. Mimo, e mógby pokona tych trzech - a kady z nich by sawnym szermierzem - nie chcia ryzykowa schwytania przez piratów, którzy przybiegli na dwik walki.

Nie nadbiegali jednak z szybkoci, jakiej mógby si spodziewa. Byli oszoomieni wrzaskami dobywajcymi si z groty, ale aden z nich nie zamierza rzuci si w gór cieki ze strachu przed zdradzieckim ciosem w plecy. Kada banda obserwoway sobie uwanie, ciskajc or, niezdolne do podjcia jakiejkolwiek decyzji. Gdy ujrzeli Cymmerianina na ciece, nadal si wahali. Kiedy tak stali z zaoonymi strzaami, Conan podbieg do kamiennych schodów i wspi si na sam szczyt, poza zasig ich wzroku.

Kapitanowie wybiegli na wystp skalny, szalejc z wciekoci i wymachujc mieczami. Ich ludzie, widzc, e przywódcy nie walcz ze sob, przestali patrze na siebie zowrogo i oniemieli ze zdumienia.

- Ty psie! - krzycza Zarono. - Chciae zapa nas w puapk i zamordowa! Zdrajca!

Conan okrzykn zoliwie z góry:

- A czegocie si spodziewali? Wy dwaj planowalicie podern mi gardo, gdy tylko odnalazbym dla was skarb. Gdyby nie ten gupiec Galbro, zatrzasnbym was czterech i opowiedzia póniej waszym ludziom, jak rzucilicie si bezmylnie do rodka, wprost ku zagadzie.

- A umierciwszy nas obu, wziby statek i cay skarb! - spieni si Strombanni.

- Tak jest! I cz kadej zaogi! Mylaem o powrocie na morze ju od miesicy, a to byaby wietna okazja!

- To wanie lady Galbro widziaem na szlaku, cho nie wiem skd ten idiota wiedzia o jaskini, ani jak zamierza sam wycign stamtd up.

- Ale sdzc z widoku jego ciaa, weszlibymy prosto w mierteln puapk. - wymamrota Zarono, a jego niada twarz pozostaa popielata.

- Co to byo? - spyta Strombanni. - Jaka trujca mga?

- Nie, to splatao si jak yjca istota i przybierao ksztat jakiego demonicznego potwora. To jaki diabe uwiziony zaklciem w tej grocie.

- Co teraz zrobicie? - krzykn sardoniczie ich ukryty przeladowca.

- No wanie, co zrobimy? - spyta Zarono Strombanniego. - Nie moemy wszak wej do jaskini ze skarbem.

- Nie moecie dosta si do skarbu. - zapewni ich Conan ze swej kryjówki. - Demon was zadusi. Prawie mu si udao ze mn, gdy tam wlazem. Suchajcie, a opowiem wam histori, któr Piktowie przekazuj sobie, gdy wygasaj ogniska.

- Dawno temu, dwunastu dziwnych ludzi przybyo z morza. Napadli na piktyjsk wiosk i wyrnli wszystkich, poza kilkoma, którzy zdoali zbiec. Póniej, znaleli t jaskini i zoyli w niej zoto i klejnoty. Ale szaman wymordowanych Piktów - jeden z ocalaych - odprawi czary i przywoa demona z jednego z niszych Piekie. Sw czarnoksisk moc rozkaza demonowi, by ten wszed do jaskini i udusi wszystkich ludzi, gdy siedzieli przy winie. eby diabe nie przeladowa i nie nka Piktów, szaman zamkn go sw magi w wewntrznej jaskini. Opowie t przekazywano sobie z klanu do klanu i teraz wszystkie plemiona unikaj tego miejsca.

- Gdy wpezem tam, umykajc przed Piktami-Orami, przekonaem si, e legenda jest prawdziwa i dotyczy Tranicosa i jego ludzi. Skarbu starego Tranicosa strzee mier!

- Dawaj tutaj naszych ludzi! - wcieka si Strombanni. - Wejdziemy tam i cigniemy go na dó!

- Nie bd gupcem! - warkn Zarono. - Czy sdzisz, e jaki czowiek na ziemi wszedby tam po tych schodkach tu pod ostrze jego miecza? Ustawimy ludzi tutaj, to wystarczy, eby naszpikowa go strzaami, jeli tylko mie si pojawi. Ale jeszcze pooymy ap na tych klejnotach. On z pewnoci ma jaki plan dobrania si do upu, bo inaczej nie sprowadziby tu trzydziestu ludzi, eby wynieli skarby. Jeli on mógby tego dokona, to my te moemy. Zegniemy ostrze szabli, aby zrobi hak, przywiemy do liny i zarzucimy na jedn z nóg tego stou, a póniej podcigniemy do drzwi.

- Dobrze pomylane, Zarono! - dobieg ich zoliwy komentarz Conana. - Dokadnie o tym samym pomylaem. Ale jak znajdziecie drog do szlaku na pla? Zanim sami szukajc drogi, dotrzecie do piasków zdy si ciemni, a ja pójd za wami i wybij was w ciemnociach co do jednego, po kolei.

- To nie s puste przechwaki. - wymamrota Strombanni. - On potrafi porusza si i atakowa w ciemnoci cicho i niezauwaalnie jak duch. Jeli zapoluje na nas w lesie, niewielu dotrze do play.

- Wic zabijemy go tutaj. - zazgrzyta zbami Zarono. - Jedni bd w niego strzela, podczas gdy reszta bdzie si wspina na szczyt. Jeli nie trafi go nasze strzay, kto na pewno dosignie go mieczem. Suchaj! Czemu on si mieje?

- Bo sucham, jak martwi spiskuj. - usyszeli ponuro ubawionego Cymmerianina.

- Nie zwaajcie na niego. - zakrzykn Zarono. Podnoszc gos, zawoa ludzi, by przyczyli si do niego i Strombanniego.

eglarze ruszyli stromym szlakiem, a jeden z nich próbowa wykrzycze pytanie. Równoczenie rozleg si dzwik podobny do brzczenia, jakby wciekej osy, a w chwil potem usyszeli krótkie i tpe uderzenie. Bukanier otworzy usta i buchna mu z nich fala krwi. Upad na kolana, ukazujc czarne drzewce wystajce spomidzy opatek. Okrzyk przeraenia jego towarzyszy dotar na gór.

- Co si dzieje? - krzykn Strombanni.

- Piktowie! - zawy pirat, podnoszc uk i wypuszczajc na lepo pocisk. U jego boku, jaki czowiek jkn i upad z gardem przeszytym strza.

- Kry si, gupcy! - wrzasn Zarono. Ze swego punktu obserwacyjnego, wypatrzy barwne postacie przemykajce si wród krzaków. Jeden z eglarzy pad na wijcej si ciece. Reszta skupia si popiesznie pomidzy skaami u podnóa turni. Kryli si niezrcznie, nie przyzwyczajeni do tego rodzaju walki. Strzay migay zza krzaków, roztrzaskujc si w drzazgi o kamienie. Ludzie na póce skalnej przywarli brzuchami do ziemi.

- Jestemy w puapce - rzek Strombanni, poblady. Zuchway ponad miar na pokadzie okrtu, w tej cichej, dzikiej bitwie powoli traci opanowanie.

- Conan powiedzia, e lkaj si tej skay. - odrzek Zarono. - Gdy zapadnie zmrok, nasi ludzie musz wspi si na gór. Utrzymamy t tur. Piktowie tu po nas nie wejd.

- Tak jest! - skomentowa Conan z góry. - Nie bd wspina si na pók, by was dosta. Po prostu okr was i przetrzymaj, dopóki nie popadacie z godu i pragnienia.

- Mówi prawd. - przyzna bezradnie Zarono. - Co zatem mamy zrobi?

- Pogodzi si z nim. - wymamrota Strombanni. Jeli ktokolwiek moe wydosta nas z tego ajna, to wanie on. Wystarczy nam czasu, eby póniej podern mu gardo. - podnoszc gos, zawoa: - Conanie, zapomnijmy o naszym zatargu, na jaki czas. Tkwisz w tym tak samo jak my. Chod tu na dó i pomó nam.

- Skd ci to przyszo do gowy? - odpar Cymmerianin. - Musz tylko poczeka do zmroku, zej po drugiej stronie skay i wtopi si w las. Mog przemkn si przez piktyjskie okrenie, wróci do fortu i powiedzie im, e zostalicie zabici przez dzikusów - co wkrótce okae si prawd!

Zarono i Strombanni spojrzeli na siebie bladzi i milczcy.

- Ale tego nie uczyni! - rykn Conan. - Nie dlatego, e tak was uwielbiam, wy zdradzieckie psy! Po prostu nie zostawibym biaych ludzi, nawet mych wrogów, na pastw Piktów.

Czarna, zmierzwiona grzywa Cymmerianina wychylia si zza krawdzi skay:

- A teraz suchajcie uwanie: Tam na dole, to tylko maa banda. Widziaem, jak si przekradali przez krzaki chwil temu. W kadym razie, gdyby byo ich wicej, wszyscy ludzie u podnóa turni dawno by ju nie yli. Myl, e to grupka szybkonogich modzików, wysana na zwiady przed gównym oddziaem wojennym. Mieli odci nas od play. Jestem pewien, e znacznie wiksza banda zblia si ju do nas z której strony.

- Rozstawili si wokó zachodniej ciany wzgórza, ale nie sdz, eby byo ich wielu po wschodniej stronie. Tam wanie zejd na dó, przemkn si do lasu i okr ich. Tymczasem wy, zejdcie ze skay i doczcie do swoich ludzi. Kacie im opuci uki i doby mieczy. Gdy usyszycie mój krzyk, pdcie co si ku drzewom na zachód od turni.

- A co ze skarbem?

- Zaraza ze skarbem! Bdziemy mieli szczcie, jeli zachowamy gowy na karkach.

Okolona czerni wosów gowa znikna. Nasuchiwali odgosów schodzenia w dó po niemal gadkiej, wschodniej cianie, ale nic nie usyszeli. Ze wschodu nie dochodzi nawet najcichszy szmer. Strzay ju nie roztrzaskiway si o kamienie, za którymi znaleli schronienie eglarze, jednake wszyscy mieli wiadomo, e okrutne, czarne oczy ani na chwil nie przestay ich obserwowa z mordercz cierpliwoci.

Strombanni, Zarono i ranny bosman jli ostronie schodzi po wijcej si, stromej ciece. Byli ju w poowie drogi, gdy wokó nich zaczy wista strzay. Bosman zawy i potoczy si bezwadnie na dó, trafiony w serce. Groty pkay na hemach i napiernikach dowódców, gdy, z trudem opanowujc panik, popiesznie zbiegali ciek. Dotarli do podnóa góry i padli na ziemi, ciko sapic i klnc bez tchu.

- Czy to kolejna sztuczka Conana? - spyta Zarono oskarajco.

- Moemy mu teraz zaufa. - zapewni Strombanni. - Ci barbarzycy przestrzegaj swego szczególnego kodeksu honorowego. Conan nigdy nie zostawiby ludzi tego samego koloru skóry na asce rzeników innej rasy. Pomoe nam upora si z Piktami, mimo, e sam równie zamierza nas zabi.

Nagle mrocy krew w yach okrzyk przeci cisz. Nadszed sporód drzew na zachodzie. Równoczenie jaki przedmiot wylecia szeroki ukiem znad lasu, upad i potoczy si, uderzajc o kamienie. Bya to odcita ludzka gowa, z przeraajco pomalowan twarz, zastyg w miertelnym grymasie.

- Sygna Conana! - rykn Strombanni, a zdesperowani awanturnicy poderwali si zza ska i ruszyli pdem w kierunku drzew.

Strzay migny z krzaków, wycelowane na chybi trafi. Jedynie trzy z nich dosigy celu. Ludzie morza przedarli si przez liciast zason i wpadli na nagie, barwne postacie, które wyoniy si nagle z mroku przed nimi. Przez moment sycha byo tylko mordercze sapania i odgosy zaciekej walki wrcz. Szable ciy wojenne toporki, obute stopy tratoway nagie ciaa, a bose nogi Piktów migay w ucieczce przez krzaki. Ocalali z byskawicznej jatki umykali w popochu, pozostawiajc za sob siedem nieruchomych, pomalowanych zwok rozcignitych na zakrwawionych liciach, pokrywajcych ziemi. Nieco dalej w gstwinie, dao si sysze odgosy jakiego zamieszania i wistajc w powietrzu szabl. W nastpnym momencie wszystko ucicho i ukaza si Conan. Jego lakierowany kapelusz znikn, podarta kurta zwisaa bezadnie, a w doni tkwi nagi miecz.

- Co teraz? - spyta Zarono. Wiedzia, e ich szara odniosa sukces tylko dziki atakowi Conana, który rzucajc si na tyy Piktów zapewni im przewag przez zaskoczenie i zdezorientowanie malowanych ludzi. Jednake gdy Conan przeszy szabl jednego z bukanierów, który zwija si na ziemi ze zwichnity biodrem, Zorano zakl wciekle.

- Nie moemy go zabra ze sob. - mrukn Cymmerianin. - A pozostawienie go tu ywego, na pastw Piktów, nie byoby uprzejmoci z naszej strony, zapewniam was. Chodcie!

Ruszyli za nim stoczeni, wprost przez pltanin gazi. Samotnie bdzili by wród krzaków cae godziny, zanim odnaleliby szlak wiodcy na pla - jeli w ogóle by go znaleli. Conan prowadzi ich bezbdnie, zupenie jakby poda wzdu niewidzialnej cieki. Morscy rozbójnicy krzyknli z ulg, gdy wreszcie wyszli na wydeptany szlak biegncy na zachód.

- Gupcze! - Conan ucapi za rami pirata, który poderwa si do biegu i cisn nim z powrotem w grup kompanów. - Serce wyrwaoby ci si z piersi i padby bez tchu za jakie tysic kroków. Jestemy cae mile od play. Spokojnie, równym rytmem. Moliwe, e bdziemy musieli ostro przyspieszy na ostatnim odcinku, zachowajcie wic na to troch tchu. No, dalej, ruszamy!

Puci si wzdu szlaku równym truchtem. eglarze poszli za jego przykadem, dostosowujc swoje tempo do niego.

Soce dotykao ju fal zachodniego oceanu. Tina staa w oknie, z którego razem z Beles obserwoway sztorm.

- Zachodzce soce zamienia ocean w krew. - zauwaya. - agiel karraki wyglda jak biay pyek na karminowych wodach. Za lasy spowiy ju gste cienie.

- A co robi eglarze na play? - spytaa od niechcenia Belesa. Leaa wycignita na ou, z zamknitymi oczami i domi splecionymi za gow.

- Oba obozy przygotowuj kolacj. - opisaa Tina. - Gromadz wyrzucone na brzeg drzewo i rozpalaj ogniska. Sysz jak woaj do siebie nawzajem … a to co takiego?

Nage napicie w gosie dziewczyny sprawio, e Belesa podniosa si raptownie. Tina chwycia si parapetu, a jej twarz zblada.

- Suchaj! Wycie, daleko std, jakby wiele wilków!

- Wilki? - Belesa a podskoczya, a jaki pierwotny strach cisn jej serce. - Wilki nie poluj w stadach o tej porze roku …

- Och, popatrz! - krzykna dziewczyna, pokazujc palcem. - Ludzie wybiegaj z lasu!

W jednej chwili Belesa staa przy niej, wpatrujc si wielkimi oczami w malutkie z tej odlegoci postaci, wybiegajce sporód gstwiny drzew.

- To eglarze! - krzykna. - Z pustymi rkami! Widz Zarono, … Strombanniego,…

- A gdzie Conan? - wyszeptaa dziewczyna. Belesa potrzsna gow.

- Och suchaj, suchaj! - zapiszczaa Tina, przyciskajc si do niej.

- Piktowie!

Wszyscy w forcie ju to syszeli - przecige wycie, pene szalonej zaciekoci i dzy krwi, nadbiegajce z gbin ciemnego lasu. Przeraliwy dwik wydawa si uderza w dyszcych ludzi, którzy zmierzali ku palisadzie.

- Popieszcie si! - wrzasn Strombanni, a jego twarz wygldaa jak zuyta maska. - Depcz nam po pitach. Mój okrt …

- To za daleko. - sapn Zarono - Biegnijmy do warowni. Zobacz, ludzie w obozach nas dostrzegli!

Zamacha rkami w aosnej pantomimie, z trudem apic oddech, ale ludzie na play zrozumieli i rozpoznali znaczenie tego dzikiego wycia, wznoszcego si teraz do zwyciskiego crescendo. eglarze porzucili swe ogniska oraz kocioki pene strawy i pobiegli ku wrotom do fortu. Napywali do rodka, w czasie gdy zbiegowie z lasu okryli poudniowe way i równie wpadli w bram, tworzc sapicy, histeryczny tum, ledwie ywy ze zmczenia. Bram zatrzanito w oszalaym popiechu i eglarze jli wspina si na way, by wspomóc rozstawionych tam onierzy.

Belesa, wybiegszy na parter paacu, zderzya si nieomal z Zarono.

- Gdzie Conan?

Bukanier wskaza kciukiem na czerniejce lasy. Jego pier unosia si i opadaa ciko, a po twarzy spyway mu struki potu.

- Ich szpica deptaa nam po pitach, gdy dobiegalimy do play. Zatrzyma si, by zabi kilku i da nam czas na ucieczk.

Odszed chwiejnym krokiem ku waom, gdzie zdy si ju rozstawi Strombanni. Valenso sta tam równie, pospny, spowity w paszcz, dziwnie milczcy i skryty. Zachowywa si jak zaklty.

- Patrzcie! - wrzasn pirat ponad oguszajcym wyciem niewidocznej jeszcze hordy. Z lasu wybieg jaki czowiek i pdzi teraz przez pas otwartego pola.

- Conan! - skrzywi si wilczo Zarono. - Jestemy bezpieczni za palisad, wiemy, gdzie jest skarb. Nie ma powodu, bymy nie mogli go teraz naszpikowa strzaami.

- Nie! - Strombanni chwyci jego rami. - Bdziemy potrzebowa jego miecza, spójrz!

Tu za szybkonogim Cymmerianinem, z lasu wypada skowyczca horda nagich Piktów, cae setki malowanych wojowników. Ich strzay posypay si deszczem za barbarzyc. Jeszcze kilka skoków i Conan dotar do wschodniej ciany palisady, odbi si niewiarygodnie mocno i chwyciwszy czubki zaostrzonych pali, przerzuci si nad nimi, trzymajc w zacinitych zbach nag szabl. W miejscu, gdzie przed chwil si znajdowa, zajeyy si jadowicie drzewce strza. Jego wspaniay paszcz gdzie znikn, a biaa koszula zwisaa podarta i splamiona krwi.

- Zatrzyma ich! - rykn, gdy tylko jego stopy dotkny waów po drugiej stronie. - Jeli wlez na cian, to ju po nas!

Piraci, bukanierzy i onierze natychmiast odpowiedzieli i burza strza i betów poleciaa w kierunku nadcigajcej bandy. Conan dostrzeg na dziedzicu Beles wraz z Tin przytulon do jej ramienia i nie szczdzi im ostrych wymówek.

- Wacie do paacu! - nakaza im w kocu. - Ich pociski spadn ponad waami. Co wam mówiem!? - Czarny bet wbi si w ziemi u stóp Belesy i zadra, jak gowa wa. Conan chwyci dugi uk i skoczy na way. - Niech kto z was przygotuje pochodnie! - zarycza ponad zgiekiem bitwy. - Nie dojrzymy ich w ciemnoci!

Soce utono w krwawym kbowisku. Daleko w zatoce, ludzie na pokadzie karraki odcili lin cumownicz i Szkaratna Do szybko znikna za karminowym horyzontem.

Ludzie lasu

Mimo nastania nocy pochodnie owietlay pla, odkrywajc szalestwo rozgrywajcej si tam makabry. Na piasek wylegli nadzy, pomalowani ludzie i niczym nieprzerwana fala rozbijali si o palisad, byskajc w rozkoysanym wietle biaymi zbami i rozwcieczonymi lepiami. W czarnych grzywach migotay pióra dzioboroców, kormoranów i morskich sokoów. Kilku wojowników, najdzikszych i najzacieklejszych, nosio we wosach zby rekinów wplecione midzy spltane loki. Nadmorskie plemiona zgromadziy si znad caego wybrzea, by wygna ze swej krainy bladoskórych najedców.

Sunli niestrudzenie ku palisadzie, rozsiewajc przed sob burz strza, szarujc prosto na groty, które wybijay si w ich ciaa. Od czasu do czasu zbliali si na tyle blisko do waów, by rba bram toporkami i ciska wócznie przez strzelnice. Za kadym razem jednak ludzki przypyw odsuwa si, nie mogc wedrze gbiej i pozostawiajc za sob kolejne zwoki. W takiej walce morscy awanturnicy radzili sobie najlepiej. Ich strzay czyniy spustoszenie w atakujcej hordzie, a szable rbay czarnych ludzi usiujcych wspi si na palisad.

Ale mimo to, leni ludzie powtarzali natarcie z ca upart zaciekoci, jaka tkwia w ich wojowniczych sercach.

- Oni s jak wcieke psy! - wrzasn Zarono, tnc z góry ciemne rce, które chwytay tu przed nim ostre szpikulce palisady.

- Jeli zdoamy utrzyma fort do witu, strac zapa. - mrukn Conan, rozupujc upierzon gow z zawodow precyzj. - Nie wytrzymaj dugotrwaego oblenia. Spójrz, ju troch odpuszczaj.

Szara cofna si. Ludzie na waach otarli pot z oczu, policzyli swych zmarych i pozbierali ich or. Tymczasem Piktowie, niczym spragnione krwi wilki, odganiane od schwytanej w puapk ofiary, umknli poza krg wiata. Przed palisad leay tylko ciaa zabitych.

- Czyby uciekli? - Strombanni odrzuci do tyu swe mokre, brzowe loki. Szabla w jego garci bya wyszczerbiona i caa umazana krwi, podobnie zreszt, jak jego mocarne rami.

- Oni tam cigle s. - Conan skin gow w kierunku ciemnoci, która otaczaa krg pochodni, czynicych j jeszcze bardziej nieprzeniknion. Dostrzega poruszenia cieni, byski oczu i czerwonawe odbicia od brzowych ostrzy.

- Jednak na razie troch si zmczyli. - doda. - Postawcie warty na waach, a reszta niech co zje i ugasi pragnienie. Jest ju po pónocy, a walczymy wszak kilka godzin bez przerwy. Hej, Valenso, jak ci si podoba bitwa?

Hrabia w wyszczerbionym i poplamionym krwi hemie i napierniku podszed ponuro do Conana i kapitanów. Zamiast odpowiedzi wymamrota co niezrozumiaego pod nosem. Wtem, z ciemnoci rozleg si gos - donony, wyrany gos, który zadwicza w caym forcie.

- Hrabio Valenso! Hrabio Valenso Korzetta! Czy mnie syszysz? - wyranie dao si sysze stygijski akcent.

Conan usysza jak hrabia jkn, jakby otrzyma wanie miertelny cios. Valenso zachwia si i chwyci palisady, a jego twarz zblada w wietle pochodni. Gos kontynuowa:

- Oto jestem, Thoth-Amon z Piercienia! Czy sdzi, e znów zdoasz mi uciec? Ju na to za póno! Wszystkie twe plany spezn na niczym, gdy tej nocy przyl ci mego posaca. To demon, który strzeg skarbu Tranicosa, ale ja uwolniem go z jaskini i teraz wydaj mu rozkazy. Przyniesie ci zagad, na któr dawno ju zasuye, ty psie: mier, powoln, cik i haniebn. Ciekawe jak si z tego wykrcisz!

Mowa zakoczya si wybuchem melodyjnego miechu. Valenso wyda z siebie okrzyk przeraenia, zeskoczy z waów i pobieg, chwiejc si do paacu.

Gdy w walce nastpi chwilowy zastój, Tina podpeza do okna, spod którego musiay si usun, ze wzgldu na spadajce strzay. Cichutko obserwowaa ludzi zbierajcych si przy ogniu. Belesa czytaa list, który dostarczya jej suca. Oto jego tre:

Hrabia Valenso Korzetta, do swej bratanicy, Belesy, z pozdrowieniem:

W kocu dosiga mnie moje przeznaczenie. Teraz, gdy zostao mi to oznajmione, a waciwie narzucone, chciabym, aby wiedziaa, i mam swiadomoc, e wykorzystaem ci w sposób niegodny honoru Korzettów. Uczyniem tak, poniewa okolicznoci nie pozostawiy mi innego wyboru. I cho za póno ju na przeprosiny, prosz, by nie mylaa o mnie zbyt srodze. By moe w swej asce zdobdziesz si na to, by, przeywszy t noc zagady, modli si za zbrukan dusz brata swego ojca. Tymczasem, radz Ci, trzymaj si tej nocy z dala od wielkiego hallu, gdy w przeciwnym razie los, który czeka mnie, moe pochon równie ciebie. egnaj.

Rce Belesy dray nerwowo, gdy czytaa ten list. Chocia nigdy nie kochaa swego wuja, by to przejaw najbardziej ludzkiego uczucia, jakiego kiedykolwiek z jego strony zaznaa.

Stojca przy oknie Tina powiedziaa:

- Powinno by wicej ludzi na murach. Sdzisz, e czarny czowiek powróci?

Belesa, podchodzc do okna, a zadraa na t myl.

- Boj si. - szepna Tina. - Mam nadziej, e Strombanni i Zarono zgin.

- A Conan nie? - spytaa zaciekawiona Belesa.

- Conan by nas nie skrzywdzi. - orzeka dziewczyna pewnie. - yje zgodnie ze swym barbarzyskim kodeksem honorowym, a tamci s ludmi, którzy stracili resztki honoru.

- Jeste mdrzejsza, ni wskazuj na to twoje lata, Tina. - odrzeka Belesa, z niejasnym uczuciem niepokoju, jaki zawsze wzbudzay w niej dojrzae sdy dziewczyny.

- Spójrz! - Tina nagle zesztywniaa. - Stranik na poudniowej cianie znikn. Widziaam go przed chwil na waach, a teraz go nie ma.

Z ich okna, supy palisady na poudniu byy ledwie widoczne powyej spadzistych dachów chaup, które stay równolegle do ciany na caej jej dugoci. Pomidzy murami, a chatami znajdowa si korytarz szeroki na jakie trzy, cztery kroki. Wszystkie domostwa naleay do chopów.

- Gdzie móg pój wartownik? - szepna niepewnie Tina.

Belesa obserwowaa koniec dugiego rzdu chaup, który znajdowa si niedaleko od bocznych wrót do paacu. Mogaby przysic, e widziaa jak posta przemykajca si zza chaup do wntrza paacu. Czy by to stranik, który pojawi si tak nagle, jak znikn? Dlaczego opuci posterunek i czemu tak skrycie wdar si do paacu? Nie wierzya, e widziaa jedynie stranika i nieokrelony strach zmrozi jej krew.

- Gdzie jest hrabia, Tina? - spytaa.

- W wielkim hallu, pani. Siedzi tam samotnie przy stole, otulony paszczem i pije wino, a twarz ma szar, niczym mier.

- Id i powiedz mu, co widziaymy. Bd dalej obserwowa z okna, w razie, gdyby Piktowie przedarli si przez niestrzeon palisad.

Tina pobiega, a Belesa nagle przypomniaa sobie ostrzeenie zawarte w licie hrabiego, mówice, aby unikaa hallu. Wstaa, syszc drobne tupotanie stóp Tiny wzdu korytarza prowadzcego na schody.

Wtem, odezwa si nagy i przeraony krzyk peen tak gbokiego strachu, e serce Belesy niemale stano w miejscu. Wypada z komnaty i wyskoczya na korytarz prdzej ni jakakolwiek myl. Zbiega na dó po schodach … i stana jak skamieniaa.

Nie krzykna tak jak Tina. Staa niezdolna do czegokolwiek. Poczua Tin przytulajc si do niej i obejmujc j kurczowo ramionami. Ale to byy jedyne normalne rzeczy w tej scenie penej czarnych koszmarów, szalestwa i mierci, zdominowanej przez potworny, czekoksztatny cie, który rozpociera ohydne apska, rzucajc zowrogi, piekielny blask.

Na zewntrz, Strombanni potrzsn gow na pytanie Conana.

- Nic nie syszaem.

- Ale ja tak! - dzikie instynkty barbarzycy burzyy si w nim, by spity, a oczy mu byszczay. - Dwik nadszed z poudniowej ciany, zza tamtych chat!

Dobywajc szabli, podszed do palisady. Ze swej pozycji nie mogli wyranie dostrzec poudniowej bramy i wystawionego tam wartownika, ukrytych za rzdem chaup. Strombanni ruszy za Conanem podziwiajc jego postaw.

U wejcia do pustej przestrzeni midzy chatami, a murem Cymmerianin zatrzyma si podejrzliwie. Korytarz by sabo owietlony pochodniami, które paliy si na kadym rogu palisady. A w poowie jego dugoci lea na ziemi jaki porzucony ksztat.

- Bracus! - zakl Strombanni, wybiegajc naprzód, by przyklkn przy martwej postaci. - Na Mitr, podernito mu gardo od ucha, do ucha!

Conan omiót wzrokiem wyludnion okolic. Znajdowali si tam tylko oni dwaj i martwy wartownik. Wyjrza przez strzelnic. aden ywy czowiek nie poruszy si w krgu wiata utworzonym przez pochodnie na zewntrz fortu.

- Kto móg to zrobi? - zastanowi si.

- Zarono! - podskoczy Strombanni, parskajc jak dziki kocur. Jego wosy zjeyy si, a twarz wykrzywia we wciekym grymasie. - Nakaza swym zodziejom dga w plecy moich ludzi! Zamierza usun mnie zdrad! Diaby! Jestem osaczony z zewntrz i od rodka!

- Czekaj! - Conan wycign powstrzymujco rk. - Nie sdz, eby Zarono …

Ale oszalay pirat uskoczy i popdzi dookoa chat miotajc kltwy. Cymmerianin pobieg za nim, przeklinajc. Strombanni kierowa si prosto do ogniska, przy którym wyranie rysowaa si wysoka i smuka posta Zarono. Herszt bukanierów wychyla kufel piwa.

Jake si zdziwi, gdy nagle brutalnie wytrcono mu naczynie z doni, jego napiernik zalaa biaa piana, a on sam zosta gwatownie odwrócony, by stan twarz w twarz z rozszalaym obliczem kapitana piratów.

- Ty morderczy psie! - rykn Strombanni. - Zarzynasz mych ludzi za moimi plecami, podczas gdy walcz za tw plugaw skór tak samo, jak za moj?!

Conan bieg ku nim jak najprdzej, ludzie wokoo przestali jes i pi i zaczli gapi si ze zdumieniem.

- O czym ty mówisz? - wycedzi Zarono.

- Kazae swoim ludziom zabija skrycie moich, gdy stoj na posterunkach! - krzykn wcieky Barachaczyk.

- esz! - arzca si furia wybucha teraz penym ogniem.

Z niezrozumiaym wyciem, Strombanni uniós szabl i zamierzy si prosto w gow bukaniera. Zarono sparowa cios swym uzbrojonym, lewym przedramieniem, a poszy iskry, po czym cofn si dobywajc miecza.

W jednej chwili kapitanowie walczyli jak wciekli, a ostrza ich szabel byskay w wietle rozpalonych ognisk. Ich zaogi zareagoway natychmiast i instynktownie. Rozleg si gboki ryk, gdy bukanierzy i piraci podnieli miecze przeciwko sobie. Ludzie na blankach porzucili swoje posterunki i zeskoczyli z waów, zbrojni w or. W jednej chwili warownia zamienia si w pole bitwy, gdzie stoczeni, wyginajcy si ludzie tukli i cili na lepo wszystko dookoa. Niektórzy z onierzy i chopów zostali wcignici do bijatyki, a stranicy na bramie odwrócili si i gapili na dó ze zdumieniem, zapominajc o czyhajcym na zewntrz wrogu.

Wszystko wydarzyo si tak szybko, e na dziedzicu walczyli ju wszyscy, nim Conan zdoa dosign oszalaych przywódców. Nie zwaajc na ich szable, odcign ich od siebie z tak si, e zatoczyli si do tyu, a Zarono potkn si i upad.

- Wy przeklci gupcy! Chcecie rzuci nas na poarcie Piktom?!

Strombanni pieni si z wciekoci, a Zarono woa swych ludzi, by mu pomogli. Jaki bukanier podbieg do Conana i chcc zada mu cicie w gow. Cymmerianin zawirowa w pó-obrocie i zapa jego przedrami, zatrzymujc cios w locie.

- Patrzcie, gupcy! - rykn, wskazujc kierunek mieczem.

Co w jego gosie przycigno uwag walczcych. Ludzie zamarli na swych pozycjach i odwrócili gowy we wskazan stron. Conan pokazywa onierza na waach. Czowiek ten zatacza si, chwyta powietrze rkami i krztusi, próbujc krzycze. Spad gow do dou, a gdy lea na ziemi wszyscy ujrzeli czarne lotki wystajce spomidzy jego opatek.

W warowni podniós si alarmujcy krzyk. Jednake jeszcze goniejszy okaza si zgiek mrocych krew w yach wrzasków i potny odgos walenia toporów o bram. Ponce agwie pojawiy si nad palisad i wbiy w belki, wzniecajc cienkie chmurki bkitnego dymu. Wtem, zza rzdu chat przy poudniowej cianie, pojawiy si zwinne i szybkie postacie, które przemykay przez dziedziniec.

- Piktowie s w rodku! - rykn Conan.

Jego okrzyk wywoa istne szalestwo. eglarze zaniechali potyczki. Jedni rzucili si na dzikusów, inni skoczyli na blanki. Dzicy wylewali si zza chat i wypeniali podwórzec. Dao si sysze brzk ich toporków o szable piratów.

Zarono usiowa si podnies, gdy malowany dzikus podbieg do niego od tyu i rozpata mu czaszk toporem.

Conan, wraz z grupk eglarzy skupionych za nim, walczy z najedcami wewntrz palisady, a Strombanni z wikszoci swych ludzi wspi si na way i ci czarne postaci nadcigajce tamtdy. Piktowie, którzy podkradli si do fortu i otoczyli go niepostrzeenie, gdy obrocy walczyli midzy sob, atakowali ze wszystkich stron równoczenie. onierze Valenso stoczyli si przy bramie i walczyli, by utrzyma ja przeciwko wyjcej watasze rozszalaych demonów, która walia we wrota pniem drzewa.

Coraz wicej dzikich nadcigao zza poudniowych domów, pokonawszy nie strzeon tam cian. Strombanni i jego piraci zostali wyparci z innych czci waów i w nastpnej chwili cay dziedziniec zaroi si od nagich wojowników. Dziesitkowali bronicych si, zupenie jak banda wilków. Bitwa zamienia si w kotujce wiry pomalowanych ludzi, obskakujcych drapienie mae grupki zdesperowanych biaych. Piktowie, eglarze i onierze zasali ziemi swymi ciaami, deptani i poniewierani przez stopy walczcych.

Umazani krwi rozbójnicy wpadli do chat. Wokó rozlegy si jki i szlochy, gdy kobiety i dzieci zaczy gin od czerwonych toporów. Na dwik tych aosnych odgosów, onierze opucili bram i w tej samej chwili Piktowie roztrzaskali j i jli równie z tej strony wypenia warowni. Chaty zajy si ogniem.

- Do paacu! - rykn Conan, a chyba z tuzin ludzi ruszyo za nim, gdy bezlitonie wyrbywa sobie drog poród stada czarnych ludzi.

Strombanni sta u jego boku, mócc sw szabl jak cepem.

- Nie utrzymamy paacu. - mrukn pirat.

- Dlaczego nie? - Conan by zbyt zajty krwaw robot, by cho zerkn.

- Bo … ugh! - nó w ciemnej doni zatopi si gboko w plecy Barachaczyka.

- Niech ci Diabli, psie! - Strombanni odwróci si chwiejnie i rozpata gow dzikusa a po uchw, po czym zatoczy si i pad na kolana, a z jego warg pocieka krew.

- Paac ponie! - wychrypia i poleg w kurzu.

Conan rzuci na niego szybkie spojrzenie. Ludzie, którzy za nim szli, leeli teraz w kauach wasnej krwi. Pikt dokonujcy ywota u stóp Cymmerianina by ostatnim, który zagradza mu drog do paacu. Wszdzie dookoa bitwa wirowaa i falowaa, ale on sta przez moment zupenie sam.

Znajdowa si niedaleko poudniowej ciany. Kilka skoków i mógby przesadzi palisad. Upadby mikko po drugiej stronie i znikn w ciemnociach. Ale przypomnia sobie bezradne dziewczyny w paacu, z którego unosiy si teraz kby czarnego dymu. Popdzi do posiadoci.

Z wrót wytoczy si zdobny w pióra wódz i uniós topór do ciosu, za z tyu za biegncym Cymmerianinem poday grupki szybkonogich miaków. Nie zwalniajc nawet na chwil, Conan ci szeroko z góry do dou, a jego wiszczca szabla przesza gadko przez dzierce topór rami i odrbaa je razem z gow zajadego Pikta. W nastpnej chwili przekroczy próg i zatrzasn drzwi, zasaniajc si przed spadajcymi ciosami, które upny gucho w drewno.

Wielki hall zapeniay chmury dymu, przez które przedziera si po omacku. Gdzie w tym kbowisku, kaa kobieta cichym, histerycznym szlochem penym przeraenia. Wyszed z oparów dymu i zatrzyma si zdezorientowany, patrzc na pomieszczenie.

Hall by sabo owietlony i dodatkowo zacieniony unoszcymi si oparami. Wielki, srebrny kandelabr lea na ziemi, a wiece pogasy. Jedyne, blade wiato stanowi blask kominka i ciany, na której si znajdowa, gdy pomienie lizay j od podogi, a po dymice belki stropu. Na tle sinej powiaty Conan dostrzeg sylwetk czowieka koyszc si powoli na kocu liny. Martwa twarz, wykrzywiona w nierozpoznawalnym grymasie, odwrócia si ku niemu, ale Conan wiedzia ju, e to hrabia Valenso, powieszony na swej wasnej krokwi.

Jednake w hallu byo co jeszcze. Conan ujrza to przez kby dymu: potworna, czarna posta, otoczona aureol piekielnego ognia. Jej ksztat sprawia wraenie niemale ludzkie, ale cie padajcy na ponc cian, z pewnoci nie pochodzi z tego wiata.

- Na Croma! - wymamrota Conan, sparaliowany myl, e oto stan twarz w twarz z istot, przeciwko której jego miecz by bezuyteczny. Zobaczy Beles i Tin, wtulone w siebie i skulone na schodach.

Czarne monstrum unioso si z szeroko rozrzuconymi, potnymi ramionami, rzucajc gigantyczny cie na tle ognia. Z kbów dymu wyjrzaa ponura pó-ludzka twarz, demoniczna i zowroga. Conan zauway osadzone blisko siebie rogi, wyszczerzone zbiska, szpiczaste uszy. Istota kroczya ciko ku niemu, a Cymmerianin przypomnia sobie w desperacji to co wiedziay ju o demonach.

Obok niego lea przewrócony, wielki kandelabr. Dawniej bya to chluba zamku Korzettów, pidziesit funtów czystego srebra, misternie rzebionego w figury bogów i herosów. Conan chwyci go i podniós wysoko nad gow.

- Srebro i ogie! - rykn grzmicym gosem i cisn kandelabr z caym impetem, jaki drzema w jego stalowych miniach. Pidziesit funtów srebra, wprawione w ruch niewiargodn si trzasno prosto w mocarn, czarn pier. Nawet demon nie wytrzymaby uderzenia takim pociskiem. Potwór zachwia si i wpad prosto do kominka, który by teraz szalejcym morzem pomieni. Hallem wstrzsn przeraajcy wrzask, okrzyk nieziemskiej istoty, schwytanej nagle przez ziemsk mier. Parapet kominka pk i z wielkiego paleniska zaczy spada kamienie, skrywajc drgajce, czarne nogi, poerane przez pomienie z ywioow furi. Ponce belki odpady od dachu i cay stos zaj si buchajcym ogniem.

Gdy Conan dotar do schodów, ju podkraday si tam pomienie. Zapa jedn rk omdla dziewczyn, a drug chwyci Beles. Poród trzaskania ognia dochodzio go walenie toporów we frontowe wrota paacu.

Rozejrza si i dostrzegszy drzwi naprzeciwko schodów, rzuci si tamtdy unoszc Tin i cignc oszoomion Beles. Kiedy dotarli do nastpnej komnaty, trzask za nimi oznajmi im, e w hallu zawali si sufit. Przez duszc cian dymu, Conan ujrza otwarte, zewntrzne drzwi po drugiej stronie pomieszczenia. Gdy przenosi przez nie wyratowane kobiety, zauway, e wrota zwisaj na wyamanych zawiasach, a zamek i zasuwa stercz wyrwanie jak potn si.

- Tdy przyszed Diabe! - zakaa histerycznie Belesa. - Widziaam go, ale nie wiedziaam …

Wydostali si na owietlony ogniem dziedziniec, kilka kroków od rzdu chat, stojcych przy poudniowej cianie. Ku drzwiom zblia si Pikt z podniesionym toporem i krwawymi oczami. Upuszczajc Tin i odsuwajc Beles za siebie, Conan doby szabli i przeszy ni pier dzikusa. W chwil potem, unoszc obie dziewczyny z ziemi, pobieg ku poudniowej cianie.

Podwórzec zapeni si kbicym dymem, który niemale zakry krwaw jatk, która tam miaa miejsce, ale mimo to, dostrzeono zbiegów. Nagie postacie, czarne na tle przymionego blasku, wyskoczyy z dymu, wymachujc brzowymi toporkami. Znajdowali si kilkadziesit kroków za nim, gdy Conan skoczy midzy chaty, a lini waów. Na drugim kocu korytarza dostrzeg wyjce istoty, które pdziy, by odci mu drog.

Zatrzyma si nagle, podrzuci Beles na blanki, póniej Tin, a w kocu sam wskoczy na podwyszenie. Przeniós Beles nad palisad i upuci na piasek po drugiej stronie. Zaraz potem doczya do niej Tina. Cinity toporek wbi si w belki obok jego ramienia, ale za chwil Cymmerianin równie znalaz si za murami i podnosi z ziemi oszoomione i bezradne kobiety. Gdy Piktowie dopadli do ciany, za palisad nie byo nikogo, prócz porozrzucanych cia.

Miecze Aquilonii

wit zoci si ju na ciemnych wodach, gdy daleko na horyzoncie, z mgy wychyli si biay skrawek. By to agiel, który wydawa si zawieszony na perowym morzu. Na krzaczastym cyplu Conan Cymmerianin unosi obszarpany paszcz nad ogniskiem z wilgotnego drewna. Gdy manewrowa t zason, znad ognia unosiy si w gór chmurki dymu, chwiay chwil w porannej bryzie i znikay.

Belesa podesza do niego skulona, obejmujc jedn rk Tin. Spytaa:

- Mylisz, e to zobacz i zrozumiej?

- O, zobacz, nie ma obawy. - zapewni j. - Kryli wzdu wybrzea ca noc z nadziej na odnalezienie ocalaych z bitwy. S miertelnie przeraeni, jest ich tam tylko tuzin, a aden nie potrafi nawigowa na tyle, by dopyn std do wysp Baracha. Zrozumiej moje sygnay - to jest piracki szyfr. Bd zadowoleni, mogc pywa pod moj komend, bo jestem jedynym kapitanem pozostaym w okolicy.

- A co, jeli Piktowie dostrzeg dym? - zadraa, zerkajc za siebie ponad zamglonymi piaskami i krzakami, gdzie, cae mile na pónoc, unosiy si nad lasem supy dymu.

- Raczej go nie dojrz. Po tym, jak schowaem was w lesie, wróciem tam czogajc si i ujrzaem jak wycigaj beczki wina i piwa z magazynów. Ju wtedy wikszo z nich si zataczaa. Teraz z pewnoci le nieprzytomni, zbyt pijani, by si poruszy. Gdybym mia cho setk ludzi, zmiótbym ca hord … Crom i Mitra! - krzykn nagle. - To nie jest Szkaratna Do, tylko galeon wojenny! Jaki cywilizowany kraj wysaby tutaj jednostk swojej floty? Chyba, e kto ma ochot rozmówi si z twoim wujem, cho w tym przypadku potrzebowaliby wiedmy, by przywoa jego ducha.

Wpatrzony w morze z wysikiem stara si dostrzec we mgle szczegóy okrtu. Zbliajcy si statek pyn z opuszczonymi aglami, wic jedyne, co widzia, to ornamenty na kadubie, may agiel opoczcy w sabej, przybrzenej bryzie i rzd wiose z kadej burty, równoczenie unoszcych si i opadajcych.

- Có, - powiedzia - przynajmniej nas std zabior. Na piechot do Zingary byoby troch daleko. Zanim jednak nie zorientujemy si kto to i czy jest przyjanie nastawiony, nie mówcie kim jestem. Do czasu, gdy tu dotr wymyl jak dobr historyjk.

Conan zadepta ogie, poda paszcz Belesie i przecign si jak wielki, leniwy kocur. Belesa patrzya na niego z podziwem. Jego niewzruszenie opanowany sposób bycia by niepowtarzalny. Noc ognia, krwi i rzezi, ucieczka przez czarne gstwiny lasu - wszystko to pozostawio jego nerwy w nienaruszonym stanie. Zdawa si absolutnie spokojny, zupenie, jakby spdzi noc na ucztowaniu i zabawie. Jedynie kilka banday urwanych z rbka sukni Belesy zakrywao drobne rany i skaleczenia, które otrzyma walczc bez zbroi.

Belesa nie lkaa si go. W rzeczywistoci teraz czua si bezpieczniej, ni od chwili gdy postawia stop na tym niegocinnym wybrzeu. By inny, ni reszta rozbójników pywajcych po morzach. Tamci to cywilizowani ludzie, którzy odrzucili wszelkie zasady honoru, gdy i tak go nie mieli. Conan za, y wedle kodeksu swego ludu, który, mimo e barbarzyski i krwawy, przynajmniej hodowa swym szczególnym przykazaniom.

- Sdzisz, e on nie yje? - spytaa.

Nie spyta, kogo miaa na myli.

- Tak sdz. - odrzek. - Zarówno ogie, jak i srebro s mierteln broni przeciwko zym duchom, a tamten dosta nim prosto w kadun.

- A co z jego panem?

- Thoth-Amonem? Zwia pewnie do jakiego stygijskiego grobowca. Ci czarownicy to dziwaczna banda.

adne z nich nie poruszao wicej tego tematu. Umys Belesy ucieka od wspomnienia sceny, kiedy to czarna posta przemykaa si korytarzem, a dugo oczekiwana zemsta zostaa straszliwie dopeniona.

Okrt powikszy si nieco, ale potrzebowa jeszcze czasu, by dopyn do brzegu. Belesa spytaa:

- Gdy pierwszy raz przybye do paacu powiedziae co o tym, e bye generaem w Aquilonii i póniej musiae ucieka. O co tam chodzio?

Conan wyszczerzy si w umiechu:

- Mona wini za to moj gupot i lekkomylno, gdy zaufaem temu gruszkowatemu Numedidesowi. Uczynili mnie generaem z powodu jaki drobnych sukcesów w walkach przeciwko Piktom. A póniej, kiedy rozbiem piciokrotnie przewaajce siy wroga w bitwie pod Velitrium i przeamaem ich konfederacj, wezwano mnie do Tarantii na oficjalny triumf. To wszystko bardzo echce próno - jazda u boku króla, gdy pikne dziewczyny sypi patki ró przed twoimi stopami. Ale potem, na bankiecie ten bkart spoi mnie zatrutym winem. Zbudziem si zakuty w acuchy w elaznej Wiey, oczekujc na egzekucj.

- Za co niby?

Wzruszy ramionami:

- Skd mam wiedzie co te kbi si w puszce, któr ten tpak nazywa mózgiem? Moe który z pozostaych aquiloskich generaów, niechtny nagemu awansowi barbarzycy-obcokrajowca w ich witych szeregach, napeni króla podejrzeniami. Albo moe on sam obrazi si za kilka moich szczerych komentarzy dotyczcych jego polityki wydawania zawartoci królewskiego skarbca na ozdabianie Tarantii swymi zotymi statuetkami, zamiast wspierania linii obronnych na granicach pastwa.

- Filozof Alcemides wyzna mi, na chwil przed tym, jak wyopaem zatrutego cienkusza, i zamierza napisa ksik o stosowaniu niewdzicznoci, jako narzdzia sprawowania wadzy, biorc za przykad króla. Ech! Byem zbyt pijany, by zorientowa si, e próbowa mnie ostrzec.

- Na szczcie miaem przyjació, dziki którym wyrwaem si z elaznej Wiey, wsiadem na darowanego konia i dzierc miecz w rku, odjechaem na wolny. Ruszyem ku Bossonii z zamiarem wzniecenia rewolucji, poczynajc oczywicie od wasnych oddziaów. Ale gdy tam dotarem, okazao si, e moi postawni Bossonianie zostali odesani do innej prowincji, a ich miejsce zajli rozlali Tauraczycy o krowich oczach, z których wikszo nawet o mnie nie syszaa. Nalegali, by mnie aresztowa, wic musiaem rozupa kilka czaszek, torujc sobie drog ucieczki. Przepynem wpaw rzek Gromow, gdy nad moimi uszami wistay strzay … i oto jestem.

Znowu zmarszczy brwi i spojrza na zbliajcy si okrt.

- Na Croma, przysigbym, e widziaem na banderze lamparta z Poitain. Chodcie.

Gdy dao si ju sysze rytmiczny piew sternika, sprowadzi obie dziewczyny na pla. Ostatnim, potnym ruchem wiose zaoga wepchna galeon na piasek. Jaki mczyzna przeskoczy przez burt, a Conan krzykn:

- Prospero! Trocero! Co wy tu na wszystkich bogów robicie?

- Conan? - ryknli i zbiegli si wkoo niego poklepujc go po plecach i wymieniajc z nim uciski doni. Wszyscy mówili równoczenie, ale Belesa nie rozumiaa ani sowa z aquiloskiego jzyka. Ten, do którego zwracali si Trocero musia by hrabi Poitain. Szerokobarki, wskobiodry mczyzna, który porusza si z gracj pantery pomimo siwizny przypruszajcej jego czarne wosy.

- Co wy tu porabiacie? - ponowi pytanie Conan.

- Przybylimy po ciebie. - odrzek Prospero szczupy, elegancko odziany mczyzna.

- Skd wiedzielicie, gdzie mnie szuka?

Postawny ysy mczyzna zwany Publiusem wskaza na innego czowieka w czarnej todze kapana Mitry.

- Dexitheus odnalaz ci za pomoc swej witej sztuki. Przysig, e nadal yjesz i obieca nas do ciebie zaprowadzi.

Czarno odziany kleryk skoni si powanie.

- Twoje przeznaczenie czy si z Aquiloni, Conanie z Cymmerii. - rzek. - Jam jest jedynie drobnym ogniwem w acuchu Losu.

- No, o co zatem chodzi? - spyta Conan. - Crom jeden wie, jak ciesz si bdc uratowanym z tej zapomnianej przez Bogów piaskownicy, ale co skonio was, by po mnie przypyn?

Trocero wyjani:

- Zbuntowalimy si przeciwko Numedidesowi, bo nie znielibymy ju duej jego gupoty i przeladowa. Teraz szukamy generaa, który przewodziby rewolucji. Ty jest naszym wodzem!

Conan zamia si dononie i wetkn kciuki za pas.

- Jak dobrze znale kogo, kto potrafi doceni prawdziwe zasugi. Prowadcie mnie do walki, przyjaciele! - Rozejrza si i jego wzrok spotka oczy Belesy, stojcej potulnie z boku grupy. Przepchn j naprzód z szorstk galanteri.

- Panowie, poznajcie, oto, Lady Belesa Korzetta. - Po czym doda w ojczystym jzyku dziewczyny: - Moemy ci zabra do Zingary, ale co tam sama poczniesz?

Potrzsna bezradnie gow.

- Nie wiem. Nie mam ani pienidzy, ani przyjació, a nie uczono mnie jak zarabia na ycie. Moe byoby jednak lepiej, gdyby która ze strza przeszya mi serce.

- Nie wa si tak mówi, pani! - krzykna Tina. - Bd pracowa za nas obie!

Conan wycign zza pasa jak ma sakiewk.

- Nie dobraem si w prawdzie do klejnotów Tothmekriego, - mamrota - ale mam tu kilka byskotek znalezionych w skrzyni, z której wziem te moje odzienie. - wysypa sobie w do gar poncych rubinów. - Same w sobie s warte fortun. - wrzuci je z powrotem do sakiewki i poda kobiecie.

- Ale ja nie mog ich przyj … - zacza.

- Oczywicie, e je wemiesz! Jeli miabym was zabra do Zingary na pewn mier godow, to równie dobrze mog was zostawi tutaj, by oskalpowali was Piktowie. - odrzek. - Wiem, co znaczy by bez grosza w hyboriaskim kraju. W mojej krainie, czasem zdarza si gód, ale ludzie chodz godni, dopiero, wtedy gdy przyroda nie daje ju adnego poywienia. W cywilizowanych krajach widziaem ludzi chorych z obarstwa w czasie, gdy inni umierali z godu. Tak, widziaem ludzi padajcych i umierajcych na cianach sklepów i magazynów wypchanych po brzegi jedzeniem.

- Czasem sam byem godny, ale moim mieczem zdobywaem sobie, co tylko chciaem. Ty tego nie potrafisz. We wic te rubiny. Moesz je sprzeda i kupi sobie zamek, niewolników, przednie stroje, a z tak fortun nietrudno bdzie ci znale ma, gdy cywilizowani ludzie podaj on tylko dla ich bogactwa.

- A ty?

Conan umiechn si i wskaza rk krg Aquilonian.

- Oto moje skarby. Z tymi prawdziwymi przyjaciómi, cae bogactwo Aquilonii rzuc do mych stóp.

Postawny Publius przemówi:

- Twa hojno dobrze o tobie wiadczy, Conanie, ale wolabym, eby wczeniej skonsultowa si ze mn. Poniewa rewolucj czyni si nie mieczem jedynie, ale równie zotem. Poborcy Numedidesa wyciskaj z Aquilonii ostatni grosz tak, e z trudem znajdziemy pienidze na wynajcie najemników.

- Ha! - zamia si Conan. - Zdobd wam do zota, eby kady miecz w Aquilonii wymachiwa dla nas! - w kilku sowach opowiedzia im o skarbie Tranicosa i zniszczeniu warowni Valenso. - Nie ma ju w jaskini demona, a Piktowie rozpierzchn si wkrótce do swych wiosek. Z oddziaem dobrze uzbrojonych ludzi moemy szybko wypuci si do skarbca i z powrotem, zanim jeszcze dzicy zorientuj si, e wkroczylimy do ich kraju. Jestecie ze mn?

Zaczli wiwatowa i pokrzykiwa, a Belesa przestraszya si, e haas moe przycign uwag Piktów. Conan rzuci jej chytre spojrzenie i zamamrota po zingarsku, zasaniajc usta konierzem:

- Jak ci si podoba "Król Conan"? Brzmi niele, co?

Tropem Tranicosa

-L.Spraque de Camp

Kiedy w 1951 odkryem trzy, najwyraniej nigdy nie wydane opowieci o Conanie, zredagowaem je dla publikacji w czasopismach, nastpnie poprawiem nieco dla wersji ksikowej, a w kocu przeprowadziem jeszcze jedn edycj do wydania popularnego w serii Ace. Dodatkowo, dowiedziaem si, e sam Howard przepisa dwa z nich, wic w efekcie historia tych opowiada bya do barwna.

Z tej trójki opowiadanie pod tytuem, "Córka mronego giganta" byo jednym z pierwszych o Conanie, które napisa Howard i jednym z kilku podobnych, które autor przekaza Farnsworthowi Wrightowi z magazynu "The Weird Tales" na pocztku 1932 roku. Sporód nich Wright zaakceptowa "Miecz feniksa" - pierwsz opowie o Conanie kiedykolwiek wydan - a 10 marca 1932 odrzuci ca reszt. Jakie dwa lata póniej, Howard przepisa "Córk mronego giganta", zmieniajc tytu na "Bogów pónocy" oraz imi bohatera, z Conana na Amr z Akibitany, ale poza nie wprowadzi adnych zmian. Wszystko to dla publikacji w pionierskim magazynie dla fanów Charlesa D. Horninga "The Fantasy Fan".

Howard chcia ujrze sw histori w druku, ale nie mia nadziei na sprzedanie jej, gdy jedynym, ówczesnym magazynem kupujcym powieci tego typu by "Weird Tales". Zmieni za imi bohatera, poniewa opowieci o Conanie miay cakiem niez pozycj na rynku i uwaa, e rozdawanie ich za pó-darmo byoby nierozsdne. Opowie ta jest od tamtej pory znana zarówno z Conanem, jak i z Amra, z Akibitany, w roli gównych bohaterów.

"Czarny nieznajomy" ma jeszcze bardziej zawi histori, która, jak sdz, zainteresuje bibliografów i mioników prozy Howarda. Sdzc z wygldu rkopisu, Glenn Lord wnioskuje, i Howard prawdopodobnie napisa t opowie (30.000 sów) okoo 1933-1934 roku. Najwyraniej Farnsworth Wright równie j odrzuci. W ponad rok póniej, Howard przepisa opowie jako 25.000 sów historii o hiszpaskim piracie zatytuowan "Miecze Czerwonego Bractwa". Wysa j do wydawnictwa Otis Kline Associates 28 maja 1935. (* Jest to wanie dowód na to, i wersja o piratach powstaa przed wersj z Conanem.)

Dzieje rkopisu w cigu nastpnych trzech lat pozostaj nieznane. W kocu Kline przekaza opowie do magazynu historycznej fikcji przygodowej "Golden Fleece", który ukazywa si od padziernika 1938 do czerwca 1939. Magazyn zosta zamknity niedugo po tym, jak otrzyma rkopis Howarda. Rkopis zwrócono, ale Howard w tym czasie ju nie y. Bya to ostatnia wzmianka o tej wersji.

W przepisanej opowieci (nigdy nie publikowanej) Howard usun wikszo z nadprzyrodzonych si, zmieni imiona niemale wszystkich postaci i wprowadzi muszkiety skakowe oraz inne rekwizyty odpowiednie dla fabuy rozgrywajcej si w pocztkach XVII wieku. Sceneri umieci na zachodnim wybrzeu Ameryki, gdzie hrabia Henri d'Chastillon uciek przed afrykaskim czarownikiem, którego niegdy przechytrzy w handlu niewolnikami. W rzeczywistoci, miejsce akcji i Indianie odpowiadaj raczej wschodnim puszczom dziewiczej Ameryki Pónocnej i absolutnie nie pasuj do Californii z górujcymi nad ni wzgórzami i przyjaznymi tubylcami mielcymi odzie na mk. Ponadto, Howard najwyraniej mia znikome pojcie o francuskim jako, e d'Chastillon jest nazwiskiem brzmicym w tym jzyku nieprawidowo.

Conan z oryginalnej opowieci zosta zastpiony kolejnym dublerem o imieniu Terence Vulmea - gigantycznego Irlandczyka zmuszonego przez angielskie przeladowania do ucieczki z Irlandii i zostania piratem. Vulmea pojawia si jeszcze w innej powieci Howarda "Zemsta Czarnego Vulmei" (15.000 sów) opublikowanej w "Golden Fleece" w listopadzie 1938. Fabua tej noweli miaa wiele wspólnego z "Czarnym nieznajomym". Vulmea prowadzi wroga - kapitana brytyjskiej floty - na wypraw poszukiwawcz po skarb u wybrzey Peru, gdzie kady zdradza kadego, a hordy dzikusów ypi oczami spomidzy drzew. Bohater ten nazywa si po prostu Czarny Vulmea a opowies "Miecze Czerwonego Bractwa", ale jego pene imi pojawia si w "Zemcie Czarnego Vulmei". Imiona Tranicos (który pojawia siw "Czarnym nieznajomym") i Villiers (wystpujcy w "Mieczach Czerwonego Bractwa") odnosz si do sawnych piratów.

W lutym 1952 roku przepisaem "Czarnego nieznajomego". Nie bdc pewnym, czy zdoam sprzeda opowiadanie bez drastycznych poprawek, zdecydowaem si na daleko idc korekt. By przyspieszy narracj skondensowaem tre o jakie 15% drog wielu drobnych ci tego, co zdawao si wat sown. Poniewa oryginalna opowie bya do luno powizana z reszt sagi, dodaem dygresje, by wprowadzi króla Numedidesa, Thoth-Amona i nastpujc póniej rewolucj w Aquilonii.

W wersji Howarda przeszkod w jaskini by miertelnie trujcy gaz wulkaniczny. Zabójc hrabiego Valenso uczyniem czarnego demona, zesanego z Piekie przez bezimiennego czarownika, którego przechytrzy hrabia. Wstawiem demona do jaskini w miejsce gazu, nazwaem mciwego czarodzieja Thoth-Amonem i wprowadziem go do akcji, by uwolni potwora z groty i nasa go na hrabiego. W zakoczeniu, Howard sprawia, i Conan porzuca ch zdobycia skarbów i przywouje okrt piracki Szkaratna Do, proponujc, swoje dowodzenie, by nadal sia postrach na morzach. Jako, e pocignoby to powane niecisoci chronologiczne, uczyniem okrt galeonem nioscym na pokadzie aquiloskich rebeliantów, którzy poszukiwali Conana, by poprowadzi ich do rewolucji.

Sdzc ponadto, e zbyt wiele howardowskich tytuów zawierao w sobie sowo "czarny", zmieniem tytu na "Skarb Tranicosa". Z rónych powodów zmieniem te kilka postaci wystpujcych w opowieci.

Rkopis trafi do Lestera del Rey'a, wydawcy "Fantasy Magazine", gdzie te pojawi si w wydaniu z marca 1953. Lester równie mia swój wkad w poprawianiu tej historii. Wola oryginalny tytu "Czarny nieznajomy", wic pod takim wanie ukazao si opowiadanie. Doda nowy pocztek w postaci czterech dodatkowych rozdziaów. Doda tez walk z demonem. Wyci moje odwoania do filozofa Alcemidesa.

Gdy Greenberg opublikowa opowie w "Królu Conanie" uy wersji del Rey'a, ale z moim tytuem "Skarb Tranicosa".

Kiedy pisaem rkopis dla wydawnictwa Lancer (obecnie Ace) do ich popularnego wydania "Conana uzurpatora", napisaem równie now wersj tej opowieci bazujc na oryginale Howarda i mojej wersji z 1952 roku. Nie martwic si ju o kwestie sprzeday i chcc da czytelnikowi co przyblionego howardowskiemu oryginaowi, zredagowaem jego tekst znacznie agodniej, pozostawiajc wikszo treci nie zmienion. Nie chciaem zbytnio kondensowa opowieci, tote poczyniem tylko takie zmiany, które wyday mi si niezbdne. Pominem dodatki Lestera, które nigdy jako do mnie nie przemawiay (mam nadziej, e nie powodowaa mn próno), ale zostawiem wasne wzmianki pozwalajce poczy to opowiadanie z reszt historii o Conanie z Cymmerii. Nadaem tytu "Skarb Tranicosa" nie tylko ze wzgldu na przesadne przywizanie Howarda do czarnego koloru, ale równie dlatego, e "nieznajomy" nie by ju demonem, ale stygijskim szamanem Thoth-Amonem, który mia raczej brzow, ni czarn skór. Odwoaem si do oryginalnych imion postaci, z dwoma wyjtkami: Strombanni, którego Howard nazywa "Strom" i Gebellez, zwany wczeniej "Gebrello". Owszem, "Strom" to prawdziwe imi, pónocno-europejskie, w zasadzie anglo-skandynawskie (vide amerykaski senator Strom Thurmond). Poza tym wszystkie argosaskie imiona maj u Howarda woskie zakoczenia, jak na przykad "Tito", czy "Demetrio". Dlatego wanie zostawiem Strombanniego. Z kolei "Gebbrello" brzmi zbyt podobnie do Galbro, a takie imi nosia ju jedna z postaci.

By zorientowa sie midzy tymi wszystkimi wersjami, przedstawiam poniej tabel z imionami postaci wystpujcych w rónych wcieleniach opowieci. I oznacza orygina Howarda "Czarny nieznajomy". II to "Miecze z Czerwonego Bractwa". III oznacza moj wersj "Czarnego nieznajomego" z 1952 roku. IV odpowiada zmodyfikowanemu przez del Rey'a opowiadaniu, opublikowanemu w "Fantasy Magazine" pod tytuem "Czarny nieznajomy" oraz jako "Skarb Tranicosa" w "Królu Conanie". III i IV s zebrane razem, gdy wszystkie postaci maj te same imiona w obu wersjach. V jest najnowszym wydaniem, które pojawio si w tomie "Conan uzurpator" i jako samodzielna nowela ilustrowana wydawnictwa Sunridge "Skarb Tranicosa”.

Pozostae dwie opowieci odnalezione w 1951 maj równie pasjonujc histori zmian poczynionych przeze mnie dla ich pierwszych publikacji oraz póniejszych poprawek, które wyeliminoway wiele z moich modyfikacji, sprowadzajc te opowiadania do form bliskich howardowskiemu oryginaowi, ale nie widz potrzeby wdawania si w szczegóy.


I

Conan

Belesa Korzetta

Tina

Hrabia Valenso Korzetta

Galbro

Zingelito

Strom

Zarono

Tranicos

Gebbrelo

Galacus

Bezimienny demon

Bracus

Tothmekri

II

Terence Vulmea

Francoise d'Chastillon

Tina

Hrabia Henri d'Chastillon

Gallot

Jacques Piriou

Harston

Guillaume Villiers

Giovanni da Verrazano

Jacques

Richardson

Bezimienny czarownik afrykaski

Hawksby

Montezuma

III,IV

Conan

Belesa Korzetta

Tina

Hrabia Valenso Korzetta

Galbro

Zorgelitas

Strombanni

Zarrono

Tranicos

Gebellez

Galaccus

Thoth-Amon

Ottandro

Maatneb

V

Conan

Belesa Korzetta

Tina

Hrabia Valenso Korzetta

Galbro

Zingelito

Strombanni

Zarrono

Tranicos

Gebellez

Galacus

Thoth-Amon

Bracus

Tothmekri


Skald w Post Oaks

-L. Spraque de Camp

Okolica wokó Cross Plains w Texasie jest paska i delikatnie pochylona. W dawnych czasach bya to gsto zalesiona kraina, poronita rónymi gatunkami dbów. Cross Plains znajduje si porodku tej paskiej, bezkresnej przestrzeni. Wanie tam mieszka Robert E. Howard (1906-1936), twórca Conana i, obok Tolkiena, najbardziej znany pisarz heroic fantasy.

Robert Ervin Howard urodzi si w Peaster, w Texasie, niedaleko obecnego Weatherford. Jego ojcem by dr Isaac Howard, lekarz pograniczny. Po kilku przeprowadzkach, okoo 1919 rodzina osiada w Cross Plains, niemale w samym rodku stanu.

Dzisiaj, Cross Plains jest domem dla 1.200 mieszkaców - o 300 mniej, ni za czasów Howarda. Podczas, gdy Brownwood, niecae 40 mil na poudniowy-wschód zwikszyo w tym czasie swoj populacj z 14.000 na 20.000, ludzie mówi, e czas omin Cross Plains. Poza kilkoma nowymi stacjami benzynowymi, miasteczko nie zmienio si zbytnio w cigu ostatnich dekad. Ale mimo tego, Cross Plains pozostaje mio wygldajcym, maym miasteczkiem z czystymi, nowoczesnymi domkami otoczonymi przez trawniki i sadzonki, typowe dla dzisiejszych domków na amerykaskim przedmieciu.

Jako chopiec, Robert Howard by sabowitym molem ksikowym i przejawia cienie osobowoci schizoidalnej. Taka osoba powica znacznie mniej uwagi skutkom swych dziaa w stosunku do innych ludzi. W obecnym argonie mówi si, e nie potrafi ich "odnie" do innych. Zawodowi myliciele i pisarze, jak sdz, w wikszoci s nieco schizoidalni, gdy w przeciwnym razie nie byliby mylicielami, ani pisarzami. Kiedy osobowo schizoidalna idzie w parze z drobn budow ciaa i zainteresowaniami ksikowymi, osoba taka postrzegana jest jako dziwak i staje si idealnym obiektem szyderstw. W takich razach, ycie chopca jest dungl, w której on spenia funkcj królika.

Jednake gdy dorasta, przeladowany Howard podj bardzo rygorystyczny program wicze siowych, bokserskich i rozwijajcych minie. Do czasu, gdy wstpi do Cross Plains High School sta si ju potnym, mocarnym modziecem. Gnbienie go ustao, a Howard wcale nie przej roli swych dotychczasowych przemiewców.

Przez cae ycie pozostawa fanatykiem sportu i wicze. Gdy w peni dorós, mierzy nieco poniej stu osiemdziesiciu centymetrów wzrostu i way okoo dziewidziesiciu kilogramów, z czego wikszo stanowiy minie. By zdeklarowanym bokserem i jedcem, jako e posiada konia, ponadto uwielbia kibicowa w boksie i pice nonej. Nikt mu wtedy nie dokucza, ale jego dziecistwo pozostawio w nim permanentny uraz objawiajcy si cyniczn mizantropi.

Poniewa szkoy publiczne w Cross Plains gwarantoway edukacj tylko do dziesitej klasy, w 1922 rodzice Howarda wysali go do Brownwood High School. Trzy lata póniej, posali go ponownie na rok do Howard Payne Academy, któr skoczy w 1927.

Kolejny rok powici na kursy handlowe w college, obejmujce "stenografi, maszynopisanie, rachunkowo i prawo handlowe", ale nie otrzyma adnego dyplomu. Pisa póniej: "Udokumentowane wyksztacenie wysze z pewnoci pomogoby mi niezmiernie … mógbym nawet polubi college … ale nie w tym rzecz, nie sdziem, eby byo mnie na to sta …". tym czasie, Howard uczy si sam poprzez czytanie szerokiego zakresu literatury. W czasie letnich wakacji, jak utrzymywa, wamywa si do zamknitych bibliotek szkolnych i wynosi torby pene ksiek, które póniej oczywicie zwraca.

W 1921, jako pitnastolatek, wybra pisanie, jako drog swej kariery i wysa opowiadanie do "Adventure Magazine", gdzie wkrótce si ukazao. W 1923 rozpoczy dziaalno "Weird Tales". Na jesieni 1924, w Brownwood, Howard sprzeda swoje pierwsze komercyjne opowiadanie: histori o jaskiniowcach "Wócznia i Pazur". "Weird Tales" weszy wanie pod redakcyjny wpyw Farnswortha Wrighta, który zapaci Howardowi za t nowelk szesnacie dolarów.

Poza swymi studiami, Howard ima si rónych drobnych zaj takich, jak ankietowanie i sprzeda wody sodowej. Wstpi do towarzystwa omiorga lub dziesiciorga modych ludzi o zainteresowaniach literackich, yjcych w okolicach Brownwood. Kontynuowa pisanie do "Weird Tales" i przez nastpne dwa lata sprzeda temu magazynowi jeszcze cztery opowiadania. Wszystkie byy niczym nie wyróniajc si fikcj, typow dla tego czasopisma: "Zapomniana rasa" - opowie o konflikcie pomidzy Piktami i Celtami w staroytnej Brytanii, "Hiena" i "Wilcza gowa" opowiadajce o zmiennoksztatnych w Afryce.

Taki okres cigego próbowania i walki o wydawc jest nieodcznym etapem kariery kadego pisarza. Fenomen Howarda polega jednak na tym, i tak wietnie sobie poradzi, bdc przecie samoukiem, mieszkajc w bezbarwnym rodowisku, z dala od jakichkolwiek zawodowych kontaktów.

W 1928 Howard przela na papier posta, która dawno ju narodzia si w jego umyle. By to Solomon Kane, angielski purytanin z koca szesnastego wieku. Opowie nosia tytu "Czerwone cienie" i zostaa wydana w "Weird Tales" w sierpniu 1928. Kane róni si od pozostaych bohaterów Howarda, którzy wszyscy s uminionymi, skorymi do bójki, wojowniczymi poszukiwaczami przygód. Kane za jest pospny z wygldu, szorstki w obyciu, surowy i zasadniczy, wiedziony demoniczn potrzeb wdrowania, poszukiwania niebezpieczestw i naprawiania za. W opowieciach o nim, które nierzadko dziej si w Europie i Afryce, Kane przeywa ociekajce krwi przygody i zwycia nadnaturalnych wrogów.

W owym czasie Howard z ledwoci zdoa wyzy ze swego pisarstwa. "Weird Tales" pozostay jego gównym odbiorc mimo, e w 1929 rozwin si publikujc w "Argosy All-Story Weekly" i "Fight Stories". W dekadzie nastpujcej po "Czerwonych cieniach" pojawia si w okoo dwóch trzecich ze wszystkich wyda "Weird Tales", cho wiele z jego wystpie to jedynie wiersze.

Howard wyprodukowa pokany tom poezji, z czego wikszo zostao wydana. Podobnie, jak proza, jego wiersz jest peen wigoru, barwny, bardzo rytmiczny i technicznie bez zarzutu mimo, e, jak sam twierdzi: "Nie mam pojcia o mechanice poezji - nie mógbym ci powiedzie, czy wers jest pisany anapestem, czy trochejem, choby trzyma mi nó na gardle."1

Od czasu do czasu, Howard wsiada do swego Chevroleta i jecha na dug wycieczk do jakiego historycznego miejsca na poudniowym-zachodzie, albo w Meksyku. Zawsze jednak wraca do Cross Plains. Kontynuowa swoje wiczenia fizyczne - szczupy w okolicach dwudziestki, jako trzydziestolatek sta si ju masywny. By dorosym, duym, mocno zbudowanym mczyzn o czarnych wosach, niebieskich oczach skrytych pod czarnymi, krzaczastymi brwiami, z okrg, lekko pulchn twarz i gbokim, mikkim gosem.

Pija piwo, ale nie pali. Z rzadka widziano go pijanego, ale nigdy nie wdawa si w bójki. Pijackie rozróby i swawolenie z panienkami, o których wspomina w swoich listach byy, jak potwierdzili moi informatorzy, w wikszoci lub cakowicie zmylone.

Howard by czowiekiem o skrajnych uczuciach i gwatownym gucie. Jego osobowo bya introwertyczna, humorzasta i niekonwencjonalna. Jeli mia akurat ochot, móg perorowa elokwentnie na kady w zasadzie temat, ale równie dobrze móg zamkn si w sobie i wpa w ponury nastrój do tego stopnia, e nie odezwaby si ani sowem do przyjaciela, który przyby z daleka, by si z nim spotka. By impulsywny, wybucha bardzo szybko i zaraz si uspokaja. Nawet jego najblisi przyjaciele uwaali go za enigm. Jeden z nich powiedzia:

"On po prostu za nic mia wiele rzeczy, które tak bardzo obchodziy innych ludzi."

Majc do czynienia z tak arocznym czytelnikiem, nigdy nie mona by pewnym, e nie wpyn na niego aden poprzednik. Jednym z jego ulubionych autorów by Jack London, docenia równie podrónicze i odkrywcze narracje Sir Richarda F. Burtona. W opowiadaniach Howarda wida wyrany wpyw pisarzy takich, jak London, Robert W. Chambers, Talbot Mundy, Harold Lamb, Edgar Rice Burroughs, Sax Rohmer i H.P. Lovecraft.

Powysze silne wpywy objawiy si w fikcji Howarda przede wszystkim romantycznym prymitywizmem Londona i Burroughsa. Do tego dochodzi jeszcze fascynacja celtyck histori i legendami oraz wierzenia rasowe w Stanach Zjednoczonych lat dwudziestych. Prymitywizm Howarda dobrze podsumowuje komentarz uczyniony przez jedn z postaci wystpujcych w "Za czarn rzek": " Barbarzystwo jest naturalnym stanem ludzkoci. Cywilizacja jest nienaturalna. Stanowi jedynie kaprys okolicznoci. Barbarzystwo musi w kocu zatriumfowa". Sprzecza si na ten temat obszernie w swej korespondencji z H.P. Lovecraftem, podtrzymujc wyszo barbarzystwa nad cywilizacj.

Howard da upust swemu prymitywizmowi w opowieciach z 1929 roku, opowiadajcych o gigantycznym barbarzyskim bohaterze imieniem Kull. Jako rdzenny mieszkaniec prehistorycznego okresu Atlantydy, Kull podróuje na kontynent Thuriaski, zostaje onierzem w Valusji i uzurpuje sobie tron tego królestwa. Ju jako król Kull, spotyka czarowników, przedludzkich gadoludzi i gadajcego kota. Howard wysa kilka z tych opowiada do "Weird Tales". Wright zaakceptowa tylko dwa: "Królestwo cieni" i "Zwierciada Tuzun Thune" - reszt odrzuci.

Bdc w dalekiej linii Szkotem i Irlandczykiem, przejawia Howard fascynacj Celtycyzmem. Pewnego razu, w dzie witego Patryka wystpi w zielonej muszce o rozpitoci ponad pó metra. Puszcza wodze swojej Celtomanii umieszczajc swe opowieci na Wyspach Brytyjskich w czasach staroytnych i redniowieczu oraz opisujc konflikty Piktów z Brytami, Brytów z Rzymianami i Galów z Nordykami.

Wiele z pogldów Howarda zostaoby dzisiaj napitnowane zawsze aktualnym stygmatem rasizmu. Prezentujc rasistowski punkt widzenia, Howard jedynie poda ladem najpopularniejszych podówczas pisarzy, dla których stereotypy etniczne stanowiy element przetargowy. Zarówno pisarze, jak i czytelnicy przyjmowali milczco, e fikcyjni Szkoci powinni by skpi, Irlandczycy mieszni, Niemcy aroganccy, ydzi chciwi, Murzyni dziecinni, Latynosi podliwi, a Azjaci peni nieczystych zamiarów. Podejcie Howarda do rónych ras zbudowane byo na bazie konwencjonalnych opinii biaego Poudniowca, wczajc w to sentymentaln sympati dla Konfederacji.

Jednake prymitywizm Howarda wzbogaca jego rasowe uprzedzenia w element paradoksu. Móg postrzega Murzynów jako nieuleczalnych barbarzyców, ale dla niego nie bya to do koca negatywna cecha jako, e uznawa, i posiadaj oni pewne zalety, których brakuje cywilizowanym ludziom. Krytykujc francuskich powieciopisarzy mówi: "Dumas dysponuje wigorem, którego próno by szuka u innych francuskich autorów - t zasug przypisuj jego dalekiemu, murzyskiemu pochodzeniu"1. Jeli w ogóle mógby uchodzi za rasist, to za stosunkowo agodnego. A jego dziea dowodz, e, podobnie jak w przypadku Lovecrafta, jego uprzedzenia blaky w miar, jak si starza.

Pomijajc kwestie rasowe, sympatie polityczne Howarda plasoway go w obozie aktywnie antyautorytarnych liberaów. Kiedy Lovecraft chwali Mussoliniego, Howard dawa mu stanowczy odpór.

Z nastaniem szerszego rynku wydawniczego, Howard by nawet bardziej zajty, ni w okresie 1929-1932. Napisa kilka dziwade na kanwie lovecraftowskiej mitologii Cthulhu. Rozwin zakres swej tematyki wczajc sport, opowieci przygodowe, orientalne i historyczne. Rozwodzi si nad swoimi niebezpiecznymi przygodami - do Clarka Ashtona Smitha napisa:

"Jak na faceta, który zawsze wiód spokojne, ciche i naprawd prozaiczne ycie, czsto braem udzia w sytuacjach, z których cudem uszedem cao. Raz poniós mi ko i upad na mnie, inny znowu mnie zrzuci, a potem na mnie skoczy, jeszcze inny wykrci w powietrzu pene salto i wyldowa na grzbiecie, co z pewnoci by mnie zmiadyo jak pluskw, gdyby nie fakt, e zostaem wyrzucony w midzyczasie ponad bem konia. Kiedy lunatykujc wyszedem przez okno w sypialni, innym razem nó wbi mi si w nog, powyej kolana, zaledwie o wos od tej duej ttnicy, która tamtdy przebiega. Kiedy indziej wlazem po ciemku na grzechotnika, etc …"2

Jego charakter mia jednake równie ciemne strony. Ju w 1923 zacz zabawia si myl o samobójstwie. Moe nie jest to niezwyke u dojrzewajcych ludzi, ale w przypadku Howarda idea ta wzmacniaa si z czasem. Syszano jak mawia: "Mój ojciec jest czowiekiem, który potrafi o siebie zadba, ale musz zosta tak dugo, jak yje moja matka."3 Niektóre z jego wierszy wyraaj ch rezygnacji:

Na tym ludzkiej trzody wiecie,

Nuy mnie ju zgiek, sów miecie.

Jak wida z rzeczywicie raczej cichego i samotnego ycia Howarda, wewntrzny konflikt i zmagania, na które narzeka byy cay czas w nim obecne.

Obustronne powicenie midzy Howardem, a jego matk jest klasycznym przypadkiem kompleksu Edypa. Bdc podstarzaym dwudziestokilkulatkiem, w wieku, kiedy wikszo chopców umawia si ju od dawna z dziewczynami, Howard dopiero zaczyna si z nimi widywa. Przez lata usprawiedliwia swoj mizogyni sowami: "Eee, tam, co za kobieta spojrzaaby kiedykolwiek na takiego olbrzymiego, paskudnego wielgusa, jak ja?". Ale w momentach, gdy Howard zaczyna chocia przejawia typowo mskie podejcie do kobiet, jego matka potpiaa jego nowe zainteresowanie. Jeden z goci w ich domu, opowiada, e, gdy do Howarda zadzwonia raz dziewczyna, pani Howard powiedziaa, e nie ma go w domu, mimo i wiedziaa, e to nieprawda.

Ojciec Howarda, Isaac Howard, wydawa si by wyjtkowo rozkazujcym, wpatrzonym w siebie i dominujcym mczyzn - nieatrakcyjnym tyranem domowym, chocia E. Hofmann Price (jedyny profesjonalny pisarz, jakiego Howard kiedykolwiek pozna) lubi przebywa z doktorem Howardem odwiedzajc Cross Plains. Doktor i jego syn sprzeczali si czsto i gwatownie, zwykle dlatego, e Howard nka ojca pretensjami o zaniedbywanie matki. Mimo, i szybko koczyli te kótnie, nie wydaje si eby cho odrobin si kochali.

Howard zacz równie przejawia objawy paranoi i manii przeladowczej. Zacz nosi pistolet automatyczny Colta, zapewne przeciwko wyimaginowanym "wrogom". Miejscowi postrzegali go jako "niegronego dziwaka". Pytali go, kiedy zamierza skoczy z wygupianiem si z opowiastkami i zabierze si za prawdziw prac, chocia w rzeczywistoci pracowa duej i robi wicej pienidzy, ni wikszo mieszkaców Cross Plains. Ale mimo wrogiego nastawienia rodowiska, uparcie tkwi w Cross Plains.

W 1932 roku Howard wyda na wiat swego najbardziej udanego bohatera: Conana z Cymmerii. Pisa:

"Moe si wyda nierealne czenie pojcia "realizm" z Conanem, ale w rzeczywistoci - pomijajc jego nadprzyrodzone przygody - jest najbardziej realistyczn postaci, jak kiedykolwiek wymyliem. Stanowi po prostu kombinacj paru ludzi, których znaem i sdz, e to wanie dlatego wydawao mi si, e wkroczy w peni uksztatowany do mojej wyobrani, gdy napisaem pierwsze zalki jego sagi. Jaki mechanizm w mojej podwiadomoci przej dominujce cechy rozmaitych owców nagród, rewolwerowców, przemytników, robotników z naftowych odwiertów, hazardzistów i uczciwych ludzi, z którymi miaem kiedykolwiek kontakt i czc ich wszystkich w jedno, stworzyem amalgamat, który ochrzciem Conanem z Cymmerii."3

Podzc Conana, Howard wykreowa dla niego cay wiat. Przyj, e okoo 12.000 lat temu, po zatopieniu Atlantydy, ale przed pierwszymi zapisami historii nasta Wiek Hyboriaski, kiedy to:

… byszczce królestwa rozcigay si wzdu i wszerz na caym wiecie, niczym bkitne kobierce pod gwiazdami - Nemedia, Ophir, Brythunia, Hyperborea, Zamora z jej ciemnowosymi kobietami i wieami nawiedzonymi przez pajcze tajemnice, Zingara ze sw kawaleri, Koth graniczcy z pasterskimi ziemiami Shemu, Stygia pena skrytych poród cieni grobowców, Hyrkania, gdzie jedcy nosili stal, jedwab i zoto. Ale najdumniejszym królestwem ze wszystkich bya Aquilonia, rzdzca niepodzielnie na wynionym Zachodzie.

Conan stanowi rozwinicie króla Kulla oraz idealizacj samego Howarda: gigantyczny barbarzyca - poszukiwacz przygód z pónocnej krainy Cymmerii, który po caym yciu penym brodzenia w strumieniach krwi i zwyciania wrogów zarówno naturalnych, jak i nieziemskich, staje si królem Aquilonii.

Howard przedstawia cae ycie Conana, od narodzin do staroci i sprawia, e rozwija si on i starza, jak normalny czowiek. Z pocztku, Conan jest jedynie bezprawnym, lekkomylnym, nieodpowiedzialnym, drapienym modzieniaszkiem posiadajcym niewiele zalet poza sw odwag, lojalnoci w stosunku do paru przyjació i szorstk, zapalczyw gotowoci do kontaktów z kobietami. Z czasem uczy si nie tylko ostronoci i sprytu, ale równie solidnoci i odpowiedzialnoci, a wreszcie, gdy osiga wiek redni i jest do dojrzay, by sta si dobrym królem. Stoi to w przeciwiestwie do innych bohaterów fantasy takich, jak postaci z Homera, czy P.G. Wodehouse'a, którzy posiadaj godn pozazdroszczenia zdolno pozostawania w tym samym wieku przez dobre kilkadziesit lat.

Jako samouk osign Howard wyjtkowo wypracowany i elokwentny styl pisania. Pisa krótkimi lub rednio dugimi zdaniami o prostej konstrukcji, podobnie jak inni, nauczeni hemingway'owsk rewolucj lat trzydziestych. Potrafi zbudowa wraenie wielce barwnej i bogatej sceny jedynie przez oszczdne stosowanie spowalniajcych akcj przymiotników i przysówków. By zwolennikiem "dobrze utkanej opowieci", w odrónieniu od pisania wedle szkoy "plasterków ycia". Utwory pisane obydwoma stylami znajduj w literaturze swe miejsce, ale dla czystej, eskapistycznej rozrywki, a tym wszak miay by powieci Howarda, pierwszy z nich wydaje si bardziej odpowiedni.

Howard-pisarz mia swoje wady i zalety. Te pierwsze spowodowane byy zwykle popiechem. Z tego wanie powodu jego opowieci zawieraj wiele niecisoci i bezmylnych lapsusów. Mia tendencj do powtarzania pewnych elementów w kadym opowiadaniu: walka z gigantycznym wem (Howard nienawidzi tych gadzin), albo mapoludem, rozlege miasto z zielonego kamienia zbudowane na planie Pentagramu, latajcy potwór w postaci skrzydlatej mapy lub demona.

Krytycy wskazywali równie na jego niedojrzao w przedstawianiu stosunków midzyludzkich, szczególnie jeli chodzi o podejcie jego bohaterów do kobiet i przemoc, wszechobecn w jego opowieciach. Conan kroczy dumnie przez hyboriaskie krainy, przelatujc jedn chtn dziewk za drug, ale kobiety pozostaj postrzegane jako zwyke zabawki. Prawda, w kocu Conan polubia sw królow, fakt ten jednake jest raczej epilogicznym domysem. Najprawdopodobniej, jako may chopiec Howard czu si nieswojo w konfrontacji z mioci, kiedy ogldajc western, patrzy zdegustowany, jak gówny bohater cauje bohaterk zamiast swego konia. Ponadto, jeden z jego krytyków tak bardzo zszokowa si rozbryzgujc si krwi, e nazwa opowieci Howarda "projekcj niedojrzaych fantazji rozszczepionego umysu w logiczny sposób przecierajcych drog ku schizofrenii."

Co jednak wydaje si przesadnym rozlewem krwi i niedojrzaoci emocjonaln, stanowio norm dla czytade wspóczesnych Howardowi. Pisarze nie uwaali za swój obowizek obarczania swych bohaterów wiadomoci spoeczn, sympatyzowania z represjonowanymi mniejszociami rasowymi, brania pod uwag mechanicznych szczegóów kopulacji i czynienia oczywistym, e ich herosi znajduj si po stronie pokoju, równoci i dobra spoecznego.

Poza tym wszystkim, Howard by urodzonym opowiadaczem, a to jest niejako sine qua non fantastycznego pisarstwa. Dostrzegajc ten szczególny talent, mona pomin wiele wad autora - bez niego, wszystkie pozostae zalety nic nie znacz. Bez wzgldu na ich niedocignicia, utwory Howarda bd dugo jeszcze doceniane, za ich porywczo, wigor, gwatown akcj i bezporedni sposób narracji. Za jego purpurowo-zoto-karminowy wszechwiat, gdzie wszystko moe si przytrafi - poza nud oczywicie.

Poczynajc od 1932, wikszo swego czasu powici Howard opowieciom o Conanie. Caymi miesicami potny Cymmerianin stawa si jego obsesj, nie dopuszczajc do niego jakiejkolwiek innej myli. Potem zwróci si w stron powieci detektywistycznych i westernu. Te pierwsze zawieray wiele fantastycznych elementów, takich jak zowrogie kulty Orientu i afrykascy ludzie-lamparty i nie odniosy duego sukcesu mimo, e Howard kilka z nich sprzeda.

Lepiej radzi sobie z westernem. Po tym, jak zaangaowa Otisa Adelberta Kline'a jako swego agenta literackiego w 1933, popyt na jego opowieci o Dzikim Zachodzie znacznie si zwikszy. Sprzeda ponad dwadziecia powieci z tego gatunku na trzy lata przed mierci. Wikszo z nich zdobi niewybredny humor pograniczny, zbliajcy je do burleski.

Humor sta si now specjalnoci Howarda, którego dotychczasowe powieci byy raczej powane w tonie. Niektórzy krytycy uznaj te wanie westerny za jego najlepsze prace. Jego Bohaterowie s w nich równie potni jak Conan, mniej nawet bystrzy i równie genialni w kwestii zabijania. Oto jak wyjania on swoj sympati do bohaterów-wielkich miniaków i prostaków:

"S znacznie prostszy. Wrzucasz ich do rodka najgorszych kopotów i nikt nie wymaga od ciebie, by ama sobie gow wymylajc coraz to sprytniejsze sposoby, dziki którym wydostan si z opresji. S zbyt gupi, by zrobi co poza wyrbaniem, wystrzelaniem lub przedarciem si na wolno."4

W jednym ze swych listów, Howard daje do zrozumienia, e mógby porzuci fantasy: "Powanie rozmylam nad powiceniem caego mojego czasu i wysików pisaniu westernów i nad porzuceniem wszelkich innych form pracy…" 1

Lata 1933-1936 byy dla Howarda bardzo pracowite. Rynek jego westernów stale si rozwija, a przez chwil nawet zarabia najwicej ze wszystkich ludzi zamieszkujcych Cross Plains. Oczywicie, dziao si to w czasach Wielkiego Kryzysu, kiedy dwa i pó tysica dolarów rocznie wydawao si susznym dochodem. Okolicznoci nigdy nie byy dla Howarda atwe jako, e stawki za sowo trzymay si raczej nisko, czasopisma, na które liczy upady, a choroba jego matki przysparzaa mu sporych wydatków. Pani Howard przez lata podupadaa na zdrowiu, a teraz nastpio jeszcze gwatowniejsze zaamanie. Niemniej jednak, niezalenie od trudnoci yciowych Howarda, problemy z pienidzmi nigdy ich nie dotyczyy.

Krg jego korespondentów powiksza si, a on wymienia liczne listy z Clarkiem Ashtonem Smithem i H.P. Lovecraftem. Spotyka si z Novalyne Price, nauczycielk przemawiania i elokwencji w lokalnym liceum. Ona rówie bya uwaana za z lekka ekscentryczn, gdy w swym fachu dya do takiej perfekcji, e jej uczniowie nieustannie wygrywali coroczne konkursy Texaskiej Ligi Midzyuniwersyteckiej Krasomówców. W lipcu 1935 roku, Howard czasowo zerwa sw znajomo z pann Price, piszc gorzki list, w którym oskara j o wymiewanie si z niego za jego plecami wraz z ich wspólnym znajomym.

Stan zdrowia pani Howard nieprzerwanie si pogarsza. 11 lipca 1936 zapada w piczk, w stanie beznadziejnym. Pielgniarka powiedziaa Howardowi, e matka nigdy nie odzyska przytomnoci. Howard wyszed i wsiad do samochodu. Okoo godziny 8:00 rano, cigle w samochodzie, strzeli sobie w gow ze swego pistoletu. Jego samobójstwo nie byo jednak rezultatem jakiego nagego impulsu, poniewa w poprzednim tygodniu wysa do agencji Kline'a rkopis z instrukcjami dotyczcymi zarzdzania przychodami z jego ksiek w wypadku jego mierci.

Samobójstwo Howarda rozeszo si fal zdumienia i alu poród krgu jego przyjació i wielbicieli. Lovecraft napisa: "eby tak oryginalny, prawdziwy artysta przemin, podczas gdy setki nierzetelnych sprzedawczyków nieustannie podz bkarcie duchy i wampiry, statki kosmiczne i detektywów-okultystów, to zaiste jest kosmiczna ironia! "4

Dr Isaac Howard odziedziczy majtek Howarda, a agencja Kline'a sprzedaa jeszcze kilka opowieci Howarda po jego mierci. W czasie nastpnej dekady, te i inne utwory pisarza pozostaway w wikszoci obiektem podziwu jedynie wskiego krgu wielbicieli.

Pierwsze powane próby oywienia jego prozy miay miejsce w 1946 roku, kiedy to August Derleth opublikowa zbiór jego opowiada w tomie "Trupia czaszka i inni". Recenzent z "New York Times'a" by tak zaszokowany gwatownoci tekstów Howarda, e ograniczy si do ostrzegania przed schizofreni drzemic w opowieciach heroic fantasy, a nie rzek nic o ich zawartoci.

Trzy lata póniej, drobny wydawca science-fiction zacz wydawa powieci Howarda w seriach tomów oprawnych w tkanin. W 1951 roku dowiedziaem si o kasecie z rkopisami Howarda, bdcymi w posiadaniu agenta literackiego, który odziedziczy agencj Kline'a. Znalazszy wród nich trzy opowieci o Conanie, zredagowaem je dla wydawnictwa, a ponadto przepisaem cztery dotychczas nie publikowane opowiadania, zamieniajc je w przygody Conana. Za szwedzki wielbiciel Howarda, Bjorn Nyberg, napisa nowel pod tytuem "Powrót Conana", w tworzeniu której ja równie braem udzia.

Waciwe oywienie Howarda miao miejsce, gdy wydawnictwo Lancer Books zaczo w 1966 wznawia cao sagi o Conanie. Texaski wielbiciel, Glenn Lord, zosta agentem poszukujcym rkopisów Howarda i wytropi ca mas jego papierów. Zawieray one sze nie wydanych dotd opowieci, jedn kompletn, a reszt w fazie szkicu lub lunych notatek. Lin Carter i ja dokoczylimy niepene opowieci i napisalimy pastisze, by zapeni luki w sadze. Jak skutecznie zdoalimy naladowa howardowski styl i ducha jego prozy, nie mnie to ocenia.

Publikacja Conana w wersji popularnej zapocztkowaa ogólne wznawianie jego utworów. W cigu ostatnich piciu lat, wydano przynajmniej dziewi nie-Conanowskich powieci. Wiele opowieci Howarda, niektóre wczeniej publikowane, niektóre nie, zaczo pojawia si w czasopismach i antologiach. Magazyn "Bestsellers" wymienia Howarda poród omiu pisarzy fikcyjnej prozy, których ksiki osigny w cigu ostatnich trzydziestu lat sprzeda ponad miliona egzemplarzy. Na licie towarzyszyli mu Asimov, Bradbury, Burroughs, Heinlein, Andre Norton, E.E. Smith i J.R.R. Tolkien.

Podejrzewam, e tak nage oywienie jest reakcj przeciwko pewnym trendom w literaturze. Od czasów drugiej wojny wiatowej awangardowi pisarze produkowali powieci naznaczone pewnymi cechami, które eksploatowali a do wtpliwych ekstremów. Jedn z nich stanowi stosowanie eksperymentalnych technik narracji: nie-zda, strumienia wiadomoci, dezorientacji chronologicznej, braku wtków, i tak dalej. Inn cech tego typu jest graniczna wrcz subiektywno, albo egoistyczne samouniesienie pisarza. Jeszcze inn jest obsesyjne wplatanie wspóczesnych problemów spoecznych i politycznych. Nastpn koncentracja na seksie, szczególnie w jego bardziej specyficznych formach. W kocu pojawia si jeszcze fascynacja antybohaterem. Tworzy si protagonist, ale nie dajcego si lubi awanturnika, jak wielu innych herosów, lecz nienawistnego kanali, tuka bez mózgu, mini, ani charakteru, który, zdaje si, wypez spod jakiego paskiego kamienia.

Wszystkie powysze wynalazki znajduj swoje poczytne miejsce, ale do pewnych granic. Jako, e powstay równoczenie i natychmiast rozcignito je do wielu dziwacznych, ekstremalnych form, wielu czytelników z przyjemnoci zwraca si ku prozie o cakiem przeciwnej konstrukcji. Inaczej mówic, do opowiastek o uminionych herosach dokonujcych bohaterskich czynów, z wartk i wcigajca akcj umieszczon w romantycznej scenerii, opowiedzianych jasnym, rozsdnym i bezporednim jzykiem, wolnych od wzmianek o odrzuceniu przez rodowisko rówienicze, wrogach dewiantów seksualnych i innych wspóczesnych trudnoci. Jak daleko signie ta reakcja, nikt tego nie wie. Ale dopóki trwa, dopóty wydawcy Howarda bd cign zyski z jego powieci.

Podczas tego oywienia, Howard spoczywa pod wielk, gadk pyt grobowca na cmentarzu w Brownwood, gdzie pochowani s równie jego rodzice. Tablica pamitkowa gosi: "Jako byli mili i kochajcy za ywota swego, tako w godzin mierci swej nierozczni bd" (2 Samuel I, 23). Tyle, e rodzina Howardów nie bya wcale tak harmonijna, jak to napisano. Bardziej trafnym epitafium dla Roberta E. Howarda byby wstp do jednej z jego ksiek, który napisa dr John D. Clark:"A poza wszystkim, Howard by opowiadaczem."

Przypisy:

1. Z nie opublikowanego listu Roberta E. Howarda; za zgod Glenna Lorda.

2. Z "Amra", II, 39; copyright © 1966 by the Terminus, Owlswick, & Ft Mudge Electrick Street Railway Gazette; za zgodą G.H. Scithersa

3. Z "The Howard Collector", 1, 4 p.7; 1, 5 p.9; copyright © 1964 by Glenn Lord; za zgodą Glenna Lorda

4. Z "Robert E. Howard: "Skull-Face and others", pp.xv,xxii, copyright © 1946 by August Derleth; za zgodą Augusta Derletha.



Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Robert Howard Conan i Skarb Tranicosa
Robert Howard Conan i Skarb Tranicosa
Robert E Howard Conan i skarb Tranicosa
C Howard Robert Conan i Skarb Tranicosa
Conan 58 Conan i Skarb Tranicosa
Howard Robert E Conan Droga do tronu
Howard Robert E Conan Najemnik
Howard Robert E Conan Najemnik
Howard Robert E Conan Szmaragdowa toń
Howard Robert E Conan Cienie w blasku księżyca
Howard Robert E Conan z Cimmerii
Howard Robert E Conan barbarzyńca
Howard Robert E Conan Cień Bestii
Howard Robert E Conan Cienie w Blasku Księżyca
Howard Robert E Conan Stalowy Demon
Howard Robert E Conan

więcej podobnych podstron