Płynęli po morzu z falami,

Tak z dala od rodzinnych chat.

Szczęśliwi, że płynęli sami,

A za nimi płynął cały świat.

On całował usta kolorowe

Tą miłością uspokajał się

Ona zwisła mu na piersi głową

I szeptała luby kocham cię.

Jak zwykle po szczęściu płacz bywa,

Tak i z nimi ten wypadek był.

On ją kochał, a potem porzucił,

Bo dla innej przeznaczony był.

A ona z tak wielkiej rozpaczy,

Nie mogła uspokoić się.

Aż wreszcie, tak sobie tłumaczy,

Pójdę do niego, muszę pomścić się.

Przywdziała najpiękniejsze szaty,

Ozdobiła najpiękniejszą skroń

I poszła na próg jego chaty

I prosiła by popłynął z nią.

Płynęli, a noc się zbliżała,

A wicher ciemne chmury gnał.

On wiosłował, ona mu nie dała,

Gdy do brzegu łódź skierować chciał.

Nędzniku, wyrwała mu wiosło

I rzuciła do przepaści wód

Tyś myślał, żem ja przyszła po to,

By cię pieścić, i całować znów.

Nazajutrz, był ranek pogodny

Ptaszki śpiewały nad przepaścią wód.

Na brzegu dwa trupy leżały,

Tak spokojnie ściskały swą dłoń.