Armeti spojrzał na żonę. Była jak zwykle uśmiechnięta i wesoła. Zauważył jednak coś niepokojącego. Przytyła ostatnio, dużo je. Westchnął. Co z nią się dzieje? Bo to chyba nie łakomstwo? O nie, ona nigdy nie jadła wiele więc to się nie mogło zmienić tak momentalnie!
Zoja spostrzegła jego udrękę więc rzekła:

-I znowu się zamartwiasz? O co ci tym razem idzie?

Armeti zauważył, że kotka jest teraz smutna.

-Nic się nie dzieje... Nie zamartwiam się, tylko myślę... -Odpowiedział pogodnie.

-Nad czym? Nad dzieciństwem? Nad przyjaciółmi? Nad sobą?

Armeti spojrzał na nią z uwielbieniem.
-Myślałem o tobie. Że mam taka ładną żonę, kochaną i wesołą.

Teraz Zoja nie była już smutna.

-Dziękuję, ale to raczej ja powinnam myśleć nad tym, że mam przystojnego, silnego, dobrego męża...
Kocurek postanowił przejść do sedna sprawy.

-Ale boję się, tego że tak przytyłaś... Wszystko w porządku?

Zoja uśmiechnęła się.

-Nie- odrzekła, a Armeti wzdrygnął się miotany złym przeczuciem. -Wszystko jest inaczej. Jestem w ciąży!

Armeti zdumiał się.

-Naprawdę?

-Tak, zostaniesz tatą!

Armeti krzyknął wtedy z radości, a kilka gołębi zmieniło w szybkim tempie miejsce swojego położenia. Ale to już było, teraz jest 11 marca 1998-Zoja siedzi w legowisku, a Armeti poszedł na polowanie.

Kocur złapał pięć myszy. Dwie dla siebie, trzy dla Zoi. Musi teraz więcej jeść, biedulka lada chwila urodzi.

Gdy znalazł się z powrotem w domu, wykrzyknął na powitanie:

-Kochanie, wróciłem!

Odpowiedziała mu jednak cisza. Wystraszony pobiegł do legowiska, sprawdzić czy wszystko w porządku z jego żoną. Zastał uśmiechniętą kotkę.

-Spójrz! -Rzekła cichym głosem.

Dopiero teraz kocur ujrzał 2 maleństwa. Jedna, kotka zapewne, miała białe futerko z niewielką ilością brązowawych łat. Rudo biały kocurek zaczął mruczeć.

-Mają już imiona? -Dopytywał się kocur.

-Nie, czekałam na ciebie. Razem ich nazwijmy...
Armeti ucieszył się, bowiem nie chciał przegapić tej chwili, jaką było nazwanie jego pierwszych dzieci!
Zaczęli od kociczki.

-Ta mała jest ładna. Może Tessa?

-Nie, za bardzo podobne do "Nessa”. -Stwierdziła Zoja krzywiąc się lekko na wspomnienie o złej kotce. -A co myślisz o "Stella"?

-Już lepiej "Bella"... -Odpowiedział Armeti szybko.
Zoja pomyślała chwilę i rozpogodziła się.

-Ale ładne imię... Tak, to będzie nasza kochana Bella!

Armeti przypatrzył się mruczącemu maleństwu.

-Hm... A ten to musi być Mruczkiem... -Uśmiechnął się wesoło.

Decyzja zapadła natychmiastowo. Kociak był wprost stworzony do tego imienia.

-Ach, i tak, przyniosłem ci kilka myszek...

Dał jej cztery. Trzy to za mało; po porodzie musi uzupełnić energię. Teraz Zoja jest najważniejsza!

-A ty? -Kotka spojrzała na porcję męża. -Jedna mysz to mało...

-Zjadłem jeszcze parę na miejscu-skłamał. Zoi to wystarczyło.
-No to świetnie. Cieszę się, że nie jesteś głodny... Ale jakby co, to upoluj sobie coś dodatkowo...

-Nie ma sprawy.

-A teraz wybacz mi, ale chciałabym się zdrzemnąć. -Zoja przeciągnęła się na posłaniu. -Jestem okrutnie zmęczona!

-Słodkich snów... -Kocur pocałował ją delikatnie.

-Dziękuję skarbie.

Zasnęła. Armeti tymczasem pobiegł na spacer po łące, by pocieszyć się ojcostwem.