Bracia - dziesięć wspomnień
0.
— James.
— Syriusz...
— Siadaj. Chcesz drinka?
— Na razie nie — odpowiedział Potter ostrożnie, nachylając się nad stolikiem, który w większości zajmował Syriusz i jego skórzana kurtka.
— No co ty, nie zachowuj się jak babcia Pete'a — odburknął Black. — Zamów drinka.
— Stary, jest mi strasznie przykro.
— Nic nie szkodzi. Ten żałosny mały skurczybyk nie miał nigdy dość jaj, by...
— Syriusz. On został zamordowany.
— Jakbym tego nie wiedział, Rogaś. Skocz po drinka. Wiedziałem. I wiem. Nie miał jaj, więc go zabili. Żałosny. Tchórzliwy. Słaby.
— Syriusz... zaczekaj chwilkę, dobra?
James bardziej podbiegł, niż podszedł do baru, potrącając przy tym dwa krzesła.
— Jedną whisky. Z lodem. Nie, dwie poproszę. Trzy — dodał, słysząc wołającego go Remusa Lupina. — Dzięki.
— Nie ma problemu — odparł stoicko mugolski barman, który zapewne widział już wiele dramatów kojonych whisky.
Remus, który zauważył Pottera przy barze od razu po wejściu do knajpki, w marszu rozpinał krótką mugolską kurtkę.
— James! Jest tu?
— Siedzi tam. Wściekły. Weź mi pomóż.
— Pana reszta...
— Proszę zatrzymać. Tam, Remus! Na lewo.
James ze stukotem odstawił szklanki na stół i usiadł obok Blacka, który zezował na palemkę wystającą z jego drinka. Lupin usiadł naprzeciwko nich, odkładając kurtkę na bok.
— Syriusz?
— Remus? — Szare oczy zerknęły na niego niechętnie zza zasłony włosów.
— Syriusz... Rozumiem, co możesz czuć, ale...
— Odpieprz się. Nie masz najmniejszego pojęcia.
James i Remus wymienili zaniepokojone spojrzenia nad jego głową. „Gdzie jest Peter?”, zapytał bezgłośnie Lupin, poruszając ustami. „Nie mam pojęcia”, odpowiedział w ten sam sposób Potter. Co prawda, wszyscy wiedzieli, że Peter miał dziewczynę, której nie chciał jeszcze narażać na szok spotkania z resztą, ale dzisiaj był nieosiągalny dla nikogo.
— Syriusz...
— Dajcie mi spokój, proszę. Nie jestem w nastroju. I nie, nie muszę się upokajać, Remus. Jestem spokojny, Rogaś. Spokojny jak kwiat lotosu na jeziorze.
— Syriusz, rozumiemy, przez co przechodzisz. Tylko powiedz, jak ci pomóc.
Black nie odpowiedział, tylko zamienił miejscami opróżnioną szklankę z palemką i pełną whisky z lodem. Na jego ściągniętej twarzy widniał wyraz zimnej determinacji, ale zaciśnięta kurczowo szczęka aż drżała. James czuł, jak nerwowo poruszał nogą pod stołem, a Remus unoszący się wokół, drażniący zapach gniewu.
— O, Remus... on już nie potrzebuje pomocy. Już nigdy. Niezła ta whisky, James.
— Weź się w garść, Łapa — spróbował Potter. — Weź się w garść i wszystko będzie dobrze.
— Weź nie pieprz, Rogaś. Nie widzisz, że muszę się trochę podręczyć? Hm? Tak z lekka masochistycznie? Nie chcę się brać w garść, mam to gdzieś. Jestem pieprzonym kwiatem lotosu na pieprzonym jeziorze. Żaden z was nie ma najmniejszego pojęcia, jak to jest stracić brata. To prawda, że go nie lubiłem. Ale teraz pamiętam też, że go kochałem. Życie pisze najbanalniejsze scenariusze, nie? — przerwał na chwilę ponury monolog, by zerknąć na przyjaciół zaskakująco trzeźwym wzrokiem. — Syriusz Orion Black i Regulus Alphard Black. Miałem brata. Aż do teraz. Cholera, pamiętam, jak...
1.
Porównują stopy opalone we wzór sandałów, bardzo podobnych do tych, które Syriusz widział w książce o rzymskiej sztuce wojennej, jednym z prezentów na ostatnie Yulë. Skóra Regulusa jest o ton bledsza od jego skóry, więc kontrast jasnych i ciemnych pasów na grzbiecie stóp młodszego brata jest znacznie wyraźniejszy. Regulus wygrywa, więc Syriusz, żeby się odkuć, zarządza bieg do najdalszego drzewa w ogrodzie. Wygrywa, bo ma dłuższe nogi. W końcu jest o dwa lata starszy i to on kiedyś będzie zarządzał rodzinnym majątkiem.
2.
To Regulus ma więcej entuzjazmu wobec rodzinnych obowiązków. Rozmawia ze swoimi ołowianymi żołnierzykami, jak to będzie, gdy ożeni się z jakąś Malfoyówną (albo Lestrange'ówną, albo Rookwoodówną) i jak zbuduje oranżerię z prawdziwego zdarzenia, bo bardzo lubi storczyki. Syriusz patrzy na niego z politowaniem i śmieje się, że zanim jego zawloką przed ołtarz, pojedzie do Afryki i upoluje nosorożca na safari albo będzie pracował incognito jako łamacz klątw dla Gringotta w którejś z egzotycznych filii, ale nie w Egipcie, bo tam jako Syriusz zdobędzie zbyt wielką sławę albo zechcą znowu go czcić, jak przed wiekami.
3.
Granatowy wieczór, czekają w gabinecie na strychu, z teleskopem, na pojawienie się gwiazd. Nawet zasłyszana gdzieś sentencja może stać się w takiej chwili powodem do przekomarzań.
— „W Rzymie czyń jak Rzymianie”...
— Kiedy przyjdziesz między wrony, musisz krakać jak i ony?
— Między hipopotamami musisz się hipopotamić.
— Siri! A między pufkami pufić?
— Nie, między słoniami się zasłaniać, Reg.
— Między sowami nosić listy?
— A kiedy wejdziesz między mugoli, musisz robić, jak i oni...
— Nie wolno wchodzić między mugoli!
— Zobacz, Orion! A tam moja gwiazda...
— A moja?
— Ty jesteś we Lwie, ciołku.
Snopy błękitnego światła, kurz na podłodze jak pył opadły po wielkiej bitwie, po przejściu rydwanów. Mosiężny błysk teleskopu - jak spiżowego hełmu.
4.
Ganiące spojrzenie matki. Syriusz bezskutecznie usiłuje rozluźnić kołnierzyk i zerwać żabot. Zaklęcia, które przytwierdzają je do stroju, nie są jedynymi ograniczeniami w tym miejscu. Bracia spoglądają na siebie przez szklany las kieliszków i srebrne jeziora tac, w których odbijają się twarze krewnych. Wujek Rigel, przywiózł z Francji po małej, latającej miotełce dla każdego z bratanków. Ciotka Izabela, milcząca góra falbanek i zakręconych starannie w loki jasnych włosów. Ojciec u szczytu stołu, słuchający brata z surową miną. Dziadek, błyskający łysiną w świetle kandelabrów. Obok żona stryja, zapięta po szyję, ciemnozielony aksamit ze srebrem, jej trzy córki. Młoda Andromeda po kryjomu odrywa kokardki z sukni. Uśmiechają się do siebie z Syriuszem.
5.
— Koty są dla dziewczyn!
— Ale ten jest magiczny!
— A ja chcę psa.
— Psy brudzą, Syriuszu — mówi matka, przystając przy drzwiach do pokoju, w którym kłócą się chłopcy.
— Ale są bardzo wierne, pani matko. A koty też brudzą.
— Żadnych psów w tym domu, Syriuszu, póki ja tu mieszkam. Kiedy będziesz większy, ojciec zabierze cię na polowanie i może dostaniesz własne ogary.
— Tak, pani matko.
Syriusz rzuca złe spojrzenie w kierunku, z którego dobiega szelest spódnic. W półmroku pokoju Regulus tuli do siebie czarnego kociaka z rodowodem niemal porównywalnym z jego własnym i wzrusza ramionami. Nie rozumie buntu. W Rzymie czyni jak Rzymianie. Jest ulegle szary.
6.
Popołudniowe światło jak zawsze kładzie się jasnymi plamami na perskich dywanach przywiezionych przez któregoś z przodków.
Jeden chłopiec siedzi oparty o regał, przekłada stronice w grubym woluminie z tytułem wytłoczonym na obwolucie połyskującymi literami: „Sławni rzymscy wodzowie”, czasem spogląda na brata. Kiedy coś mu się nie podoba, po prostu to zmienia, nie zastanawiając się za bardzo nad tym, co robi. Drugi chłopiec pochyla się nad stoliczkiem w rogu, niekiedy odrywa wzrok od rysunku, by zerknąć na brata. Kiedy jemu coś się nie podoba, czeka, aż się to zmieni. Ten pierwszy, większy, ma nieco ostrzejsze rysy. Ten drugi, mniejszy, ma nieco łagodniejsze oczy.
Syriusz z trzaskiem zamyka książkę, nie doczytawszy, jak skończyła się pierwsza wojna punicka, i odkłada ją na stosik z głośnym westchnieniem. Zmienia, przerywa ciszę. W jego żyłach płynie chyba inna krew; w jego żyłach płynie ogień, a nie niebieski lód, on jest Egipcjaninem, a nie Rzymianinem; jest Sothis, nie Sīrius.
7.
Szpara między drzwiami a framugą. Ciekawskie oko. Mruga kilka razy, by przyzwyczaić się do małej ilości światła.
— Arkturusie, proszę, pomóż mi z tym chłopcem. Nadto mu pobłażasz.
— Nie sądzę, aby tak było, moja droga. Syriusz pójdzie do szkoły, zacznie się obracać we właściwych kręgach, to i przejdzie mu ochota na stawianie oporu.
— W dalszym ciągu nalegam, byś się nim odpowiednio zajął.
— To niepotrzebne. Zupełnie niepotrzebne.
Ciekawskie oko znika. Syriusz cofa się na korytarz. Po raz pierwszy zdaje sobie sprawę, że coś może być nie tak. Spogląda na skrzaty domowe przemykające korytarzami pod plakietkami z głowami swoich poprzedników. Spogląda na kandelabry w kształcie węży. Spogląda wreszcie na swojego brata, przyglądającego mu się z drzwi swojej sypialni. Jego twarz jest całkowicie bez wyrazu.
8.
Od kiedy jest Gryfonem, dom go nie lubi. Czuć napięcie. Nie tylko dlatego, że ojciec zajmuje się Ważnymi Sprawami i różni ciemno ubrani goście przemierzają korytarze na parterze. Nie tylko dlatego, że prawie w ogóle nie rozmawia z matką.
W czterech ścianach jest złość i coś bardzo, bardzo starego, nieczystego. Syriusz wyczuwa to. Regulus wyczuwa jego nastrój. Nie chce już więcej oglądać z nim gwiazd. Z niechęcią przegląda podręczniki starszego brata. Dopiero wakacje w ich letnim domu dają złudzenie powrotu do tego, co było przed Przydziałem. Bawią się w Rzymian na dzikiej plaży i znowu mają śmiesznie opalone stopy.
9.
Znajoma twarz na korytarzu, zielony krawat, czerwony krawat. Szybki uścisk ręki w tłoku. Dwie czarnowłose głowy przy dwóch różnych stołach w Wielkiej Sali - w Rzymie czyń jak Rzymianin. I podniesione głosy w domu, który przestaje być domem. Duszący półmrok pokoi, niepokojące trzeszczenie mebli. Cienie nie do wytrzymania, wstrętne, wstrętne. Szara uległość Regulusa. Nie noszą już sandałów ani nie muszą udawać, że bawią się w wojnę, Syriusz walczy naprawdę. Pobłażliwość rodziców to już przeszłość, jak zabawki z najwcześniejszego dzieciństwa schowane na stryszku. Syriusz walczy, jakby czekał na to całe życie. Regulus czeka, aż Syriusz się zmieni.
Plamy lumosowego, ulicznego i księżycowego światła mieszają się na mokrym trawniku ogrodu Potterów. Orion i jego wierne psy przesuwają się po nieboskłonie.
10.
— Syriusz, zaczekaj!
— Zostaw mnie w spokoju! — Syriusz się szarpie. Chwiejne cienie walczą na kamiennej ścianie. — Nie jesteś już moją rodziną!
— Skąd wiedziałeś, że cię wydziedziczyli?
— Wy wydziedziczyliście. Jako rodzina. Wiedziałem, znam was.
— Syriusz...
— Ciebie też znam. — Syriusz odwraca wzrok jak winny pies. — Wracaj do tych swoich jaszczurek. Pozdrów ode mnie Smarkerusa.
— Porozmawiajmy bez twoich szlamowatych kolegów, Siri!
— Już nie Siri i już nie Reg — syczy Syriusz, nagle rozwścieczony. — To się już skończyło! I nigdy nie byłem taki jak wy, tak naprawdę! Byłem jak Andromeda! Naprawdę! Zawsze byłem taki jak Andromeda... Regulus!
11.
Syriusz spuścił głowę. James i Remus milczeli, obaj bijąc się z myślami - gdyby to był ktoś obcy, łatwo byłoby pozwolić mu się upić, łatwo byłoby poklepać po plecach i udawać, że wcale nie chce pomocy. Potter wiedział, że Black to w gruncie rzeczy tania psychologia - kiedy twierdził, że wszyscy mają się od niego odpieprzyć, to znaczyło, że mają się nim natychmiast zająć. Lupin wiedział, że Black składał się z kolejnych warstw i bardzo ciężko było sprawdzić, co tak naprawdę było pod spodem. Mimo tej wiedzy i tak czuli się bezsilni.
— Zdradziłem go, uciekając — powiedział Syriusz do nikogo w szczególności, być może do swojej whisky. — Złamałam braterskie porozumienie ponad Domami, rodziną, poglądami, polityką. Nic dziwnego, że po czymś takim moja rodzinka łatwiej nakładła mu tych czystokrwistych głupot do głowy. Nic dziwnego, że poszedł za swoimi kolegami na spotkanie śmierciojadów... Nic dziwnego, że był za słaby, by służyć temu skurczybykowi... niech to trafi nagły szlag. Po co ja wam mówię to wszystko?
— Bo komuś musisz powiedzieć? — odparł James, czując się niewymownie głupio.
— No tak, racja. W każdym razie mamuśka nie ma już ani jednego syna. Ojciec przewraca się w grobie... Nie, nie chowam już do niego nienawiści. Teraz widzę, że on też był kolejnym trybikiem w tej rodowej machinie. Może też był takim Rzymianinem, który zawsze robił wszystko, jak trzeba. To dopiero banał.
— Wszyscy Blackowie są dalecy od banału, Syriusz — wtrącił się Remus.
— Tylko Regulus odstawał, bo był zwykłym tchórzem — odparł ostro Syriusz, postukując paznokciami w szklankę. — Stchórzył, wiesz? Inaczej by go przydzielili do Gryffindoru i byliby z niego ludzie.
— Mam wrażenie, że za ostro go oceniasz — powiedział Lupin ostrożnie. — Za mało wiemy, by stwierdzić, że tak naprawdę się mogło stać. Syriusz, nie masz pewności i gadasz, co ci ślina na język przyniesie. On już nie żyje. O zmarłych nie powinno się źle mówić.
— Ale ja go znałem — upierał się Syriusz, chociaż nikomu innemu nie przepuściłby wygłaszania takich sądów o sobie i swojej - a raczej nie-swojej - rodzinie. — Nie było go stać na nic... nic wielkiego... nic odważnego. Taki szarak.
— Twój brat — przypomniał Remus.
— Tak, mój brat. Merlinie, kiedy to się tak popieprzyło...
James, wciąż oszołomiony po przypływie wspomnień Syriusza, zerknął na zegarek. Nad głową Blacka wyszeptał do Lupina prawie bezgłośnie pojedyncze słowo: „Lily”. Remus pokiwał głową, rzucając zaniepokojone spojrzenie Syriuszowi, który oparł głowę na złożonych na stole rękach i wydawał się nie reagować na ostrożne ruchy Jamesa.
Lupin odprowadził go do drzwi.
— Nie obawiaj się, zabiorę go zaraz do domu. Będzie pewnie długo spał. Uspokój Lily, niech się za bardzo nie martwi. I błagam, zafiukaj do Pete'a, niepokoję się o niego.
— Dobra. Dzięki, Remus — wyszeptał zatroskany James.
— Nie ma za co dziękować.
— Po prostu czuję się za niego odpowiedzialny. Merlinie, Lunatyku, zdałem sobie sprawę, że byłem dla niego tym zastępczym bratem.
— Jasne, że byłeś. Ale on sam pewnie tego nie wie. Leć do Lily.
— Wpadnę jutro. Dobranoc.
— Dobranoc.
Lupin stał jeszcze chwilę przy wyjściu z knajpki. Panował tam kojący półmrok, było najciszej i najmniej dymu, a o tej porze mało osób wchodziło czy wychodziło z pubu. Zaczerpywał oddechu, starał się uspokoić i nabrać sił na dalszą część wieczoru. Zastanawiał się nad losem Regulusa Blacka. Znał jego brata. To wystarczało, by miał wątpliwości co do postępowania Rzymian.