„Wizja Śremu za 100 lat”

Autorka: Ewelina Szczepaniak, kl. 6c

Rano jak zwykle obudził mnie sygnał z głośnika:

„Czas wstawać! Śniadanie gotowe!”

Zaspana przeszłam do przebieralni, w której czekał już mój mundurek szkolny. Był to najnowszy fason kombinezonów - cały wykonany z lekkiej, przewiewnej tkaniny w srebrzystym kolorze, zapinany na ukryty zamek błyskawiczny. Rozbudziłam się, szybko go wkładając i przeszłam do windy jadącej na poziom wspólnej jadalni.

Ucieszyłam się, gdy zobaczyłam, że Ewelina (moja siostra bliźniaczka) niesie nasze ulubione danie - chrupiące rozgwiazdy przyrządzone na ostro, kuskus polany sosem jabłkowym i kubek maślanki. Wszystko było przygotowane według diety zdrowotnej o wysokiej energetyczności.

Posiłek niestety szybko się skończył, bo był już najwyższy czas, żeby wybrać się do szkoły. Nasi rodzice nie mogli nas podwieźć - byli zajęci badaniami nad udoskonaleniem szczepionki przeciw AIDS. Ucieszyłyśmy się, ponieważ znaczyło to, że wyjątkowo możemy same polecieć na naszych skuterach powietrznych.

Gdy parkowałyśmy, w budynku szkolnym rozległ się głos dyrektorki: „Proszę się pospieszyć! Zaraz zaczynamy wykłady”.

Prędko pobiegłyśmy do sali, w której czekały już na nas koleżanki. Oznajmiły nam, że w przeprowadzanych rok temu testach inteligencji nasza grupa uzyskała najwyższy wskaźnik. Oznaczało to, że w tym roku skrócą nam zajęcia lekcyjne z pięciu godzin do czterech.

Bardzo się ucieszyłyśmy i zaczęłyśmy przygotowywać się do zajęć. Przez pierwsze dwie godziny miałyśmy mieć wykład z lecznictwa zwierząt morskich. Założyłam kask szkoleniowy z wmontowanymi słuchawkami i ekranikiem przestrzennym, na którym wyświetlał się film z praktyk poprzednich kursów. Zdziwiłam się, gdy zamiast filmu zobaczyłam transmisję na żywo z gabinetu dyrektorki. Oznajmiła ona, że nagranie na dzisiejszy wykład zaginęło, i dlatego mamy od razu udać się na plac sportowy, gdzie czekają już na nas instruktorzy.

Cała grupa z chęcią przebrała się w luźne stroje sportowe, gdyż miałyśmy ćwiczyć elementy „skokolunii”, czyli skoki na bungee i na batucie. Żałowałam tylko, że nie ćwiczyłyśmy skoków z wieży basenowej lub ze spadochronem, ale szkoła nie posiadała jeszcze własnego samolotu, a na basenie akurat odbywały się zawody.

Dzisiejsze zajęcia nie tylko zaczęły, ale również skończyły się niecodziennie - jedna z koleżanek źle upadła na batutę i skręciła kostkę. Instruktorzy musieli odwieźć ją na oddział szpitalny, a nasza grupa z zadowoleniem udała się do mieszkań.

Na poziomie bawialnianym spotkałyśmy wujka, który zaproponował nam wycieczkę do parku wodnego położonego na przedmieściach Śremu. Oczywiście zgodziłyśmy się i resztę dnia spędziłyśmy szalejąc z nim na wyskoczeniach, czarnych dziurach i innych zjeżdżalniach.

Ponieważ wróciliśmy późno, rodzice zagnali nas od razu do sypialni, i kolację zjadłyśmy już w łóżkach. We śnie przeżywałam jeszcze raz ten pełen wrażeń dzień…