background image

Łoś Wincenty 

 

HRABINA 

 

Powieść współczesna 

 
 
I. 
 
Zrujnowany wtedy majątkowo, przybyłem do Warszawy, aby szukać 
posady, któraby mi  
dała odpowiednie mym wymaganiom i przyzwyczajeniom utrzymanie 
i zajęcie. A w  
zbytku się wychowałem i w zbytku dobiegłem końca trzydziestego 
piątego roku  
życia. Od kilku miesięcy bawiłem w mieście, rozglądając się i 
szukając owej  
jakiej posady, mogącej wraz z tem, co mi z dużej pozostawało 
fortuny, zapewnić  
mi wygodną i przyjemną egzystencyę. 
Nie znajdowałem nic, i nic mi nie obiecywano. Przesilenie agrarne, 
bankructwa  
przemysłowców, — wszystko razem zdawało się składać na to, bym 
długo szukał tej  
intratnej posady. 
Zachwiany w mych widokach, wchodziłem do cukierni Loursa, by 
przejrzeć numerwieczornego Kuryera. U drzwi do cukierni spotkałem 
się z przyjacielem i kolega  
szkolnym, Leonem Markiewiczem, który z zakładu wychodził. 
— Pędzę do ciebie! — zawołał, poznając mnie. 
— A co? — odparłem, zaciekawiony więcej ożywieniem Leona, niż 
jego interesem. 
— Doprawdy, w czepku się urodziłeś!— odparł powracając ze mną 
do wnętrza  
oświetlonej i napełnionej ludźmi sali — chodźmy ot tu, w ten cichy 
kącik —  
mówił, wprowadzając mnie za kolumny przedzielające salę. 

background image

Skorośmy zasiedli przy najodleglejszym od zgiełku i wrzawy stoliku, 
Leon ciągnął  
dalej, wyjmując z kieszeni zwinięty numer Kuryera. 
— Znalazłem ten kawałek bibuły w paltocie, a wpadłem tu na 
szklankę herbaty.  
Przerzuciłem go od deski do deski, i miałem go już odrzucić, gdy jako 
dobry  
przyjaciel, przypomniałem sobie ciebie, a więc zacząłem przeglądać 
drobne  
ogłoszenia. W nich znalazłem... słuchaj! ty szczęśliwy wybrańcze 
losu... ot! w  
sam raz dla ciebie, jakby stworzone zajęcie... Słuchaj! 
Tu rozwinął numer i znalazłszy czegoszukał, nie czytał, tylko dalej ze 
swym zwykłym sarkastycznym a wesołym  
uśmiechem, mówił: 
— Jednego tylko ciebie znam, odpowiedniego na tę posadę, jak też 
jedna jedyną  
jest ona może, jeźli niejest błaga. 
— Czytaj, do kroćset! — podchwyciłem zaciekawiony do wysokiego 
stopnia  
ożywieniem przyjaciela, płynącem z przywiązania do mnie. 
Leon czytał: 
"Mężczyzna, lat trzydziestu kilku, wykwintnych manier, noszący 
piękne nazwisko,  
sympatycznej powierzchowności, salonowo wykształcony, któryby w 
skutek  
okoliczności zechciał przyjąć względnie zależne stanowisko, znajdzie 
świetne  
materyalne uposażenie i utrzymanie w arystokratycznym domu. Tytuł 
będzie dawał  
pierwszeństwo. " 
Leon urwał, jak gdyby skończył, a ja parsknąłem głośnym śmiechem. 
— Czy sobie kpisz ze mnie? — zawołałem — czy te brednie 
rzeczywiście są  
wydrukowane ? 
W odpowiedzi, przyjaciel podał mi zwiniętą bibułę. Tak, dosłownie 
"stało" to, co  

background image

dopiero czytał z adnotacyą następującą:"Reflektanci zechcą się zgłosić 
jaknajrychlej do mieszkania Nr.  na ulicy  
Chmielnej, pod Nr . " 
— Cóż myślisz ? — zapytał Leon. 
— Pierwszy raz czytam tego rodzaju ogłoszenie — odparłem 
zamyślony. 
Przyjaciel chwycił z rąk moich gazetę i patrząc na ogłoszenie, mówił: 
— Jakby stworzone dla ciebie. Wszystkie wymagane warunki 
jednoczysz w swojej  
osobie: maniery, nazwisko, powierzchowność, salonowe 
wykształcenie... tytuł! Ba!  
zaśmiał się — nawet twoja ruina majątkowa jest tu widocznie 
warunkiem sine quo,  
non... Doprawdy, skory byłbym przypuszczać, że ktoś, chcąc 
delikatnie ci przyjść  
w pomoc, przez ogłoszenia w Kuryerze cię szuka... 
— Przestań kpić — syknąłem rozdrażniony tą werwą przyjaciela. 
— Ależ nie kpię! — obruszył się Leon i poważniejąc, zapytał: — Czy 
sądzisz, że  
to ogłoszenie jest jaką pułapką? 
— Nic nie sądzę... 
— Czy może myślisz, że się pod niem ukrywa jaka histoire galante ?... 
— Nic nie myślę. 
Tu się zerwał i zawołał.— A więc chodźmy pod numer , do 
mieszkania numer . 
— Żartujesz? toż to dawne ogłoszenie, toż... 
Przyjaciel przystanął zdziwiony. 
— Opuściłbyś taką sposobność? Taką ofertę świetnego materyalnie 
uposażenia,  
którego potrzebujesz — cedził — w arystokratycznym domu ?... 
Czybyś wolał posadę  
w biurze jakiego wzbogaconego żyda — bankiera? Czy?... 
— Ależ — podchwyciłem — to ogłoszenie podejrzane, zresztą 
przestarzałe od  
tygodnia... 
— Więc chodźmy sprawdzić! — zawołał Leon, ruszając pierwszy z 
miejsca z  
właściwym sobie pośpiechem. 

background image

Ja się nie ruszałem z krzesła, ale Leon powrócił i zagadnął. 
— Cóż u licha ? Czyś zwaryował ? Czego się ociągasz ? 
Wstałem, a pamiętam, jak dziś, dziwnego doznawałem uczucia. Jakaś 
trwoga mnie  
ogarniała, jakąś ciężkość czułem na sercu, jakiś niesmak w ustach, jak 
gdybym  
już jedną nogą wchodził na jakąś tajemniczą drogę. 
Otrząsłem się z niemiłego wrażenia, ale potrzebowałem skupić me 
władze umysłowe, by uwierzyć, że niczem nie  
zaangażowałem przyszłości, że to głupie ogłoszenie było tylko głupią 
propozycyę. 
— Wyglądasz, jak... — zawołał ze śmiechem Leon — i urwał, bystro 
mi się  
przypatrując. 
— Wiesz — odparłem — sam nie wiem, czemu to przypisać, ale 
doznaje dziwnego  
wrażenia. 
— Wierzę! — podchwycił kpiarz — i jabym go doznawał, gdybym 
nagle wyczytał w  
Kuryerze ogłoszenie, wprost do mnie wymierzone. Doprawdy, nie 
przypuszczałem  
dotąd, by bankruci byli poszukiwani. 
— Kiedy ty... 
— No chodź! marudo! Ruszyliśmy tedy ku Chmielnej. 
W drodze Leon przyspieszał kroku i szeptał co chwila: 
— Bylebyśmy się już nie spóźnili... 
W przerwach zaś, pędząc o krok przedemną, taki mniej więcej 
prowadził ze sobą  
monolog. 
— Ogłoszenie zabawne, ale musi być seryo... Dlaczegożby nie miała 
istnieć taka  
właśnie posada ? Ha ha ha! Ale dlaczego ją ofiarują aż przez 
ogłoszenia! jakby amatorów trzeba było szukać z latarnią... 
Niesłychanie krótką wydała nam się ta droga od Loursa do Chmielnej, 
gdzieśmy  
wnet odnaleźli poszukiwany numer domu. Stróż tej niepozornej, ale 
olbrzymiej  

background image

kamienicy o dwu bramach, stał właśnie w podwórzu i odparł na 
zapytanie Leona o  
numer dwudziesty: 
— Ten pan jest właśnie w domu. 
— Jak się nazywa? — podchwyciłem. 
— Pan Dobromilski. 
— Któż to ? — dodałem. 
— Kto go tam wie u licha — odparł stróż i odwróciwszy się od nas, 
poszedł w  
swoją stronę. 
Numer dwudziesty leżał na parterze w drugiem podwórzu; na odgłos 
dzwonka, którym  
nerwowo szarpnął Leon, dały się słyszeć kroki męzkie, drzwi się 
przed nami  
otworzyły, a w nich stanął stary jegomość ze świecą w ręku. 
— Panowie?... — wycedził. 
— Czy to numer dwudziesty ? — zapytał Leon. 
— Tak! — odparł nieznajomy — tak — powtórzył, i jakby sobie coś 
przypominając, zawołał innym tonem — panowie pewnie z 
ogłoszenia? 
— Nie inaczej! — podchwyciłem. 
— Proszę, proszę panów... — odparł stary jegomość, ożywiając się 
równocześnie i  
przeprowadzając nas przez ciemny pokój do oświetlonego lampa 
gabinetu. 
Objąłem pospiesznie ciekawem, badającem i odgadujacem 
spojrzeniem, tak  
mieszkanie jak i jego właściciela. Pokój zdawał się należeć do 
wykształconego i  
uczciwego człowieka. Panował w nim porządek i komfort, a 
rozrzucone książki i  
papiery zdradzały lokatora inteligentnego. Ten mógł liczyć lat 
sześćdziesiąt i  
kilka" miał poczciwa fizyognomię, o ile ją widzieć pozwalała lampa 
nakryta  
zielonym kloszem, rzucająca połysk tylko na jego złote okulary. 
— Panowie z ogłoszenia — powtórzył gdyśmy usiedli na wskazanych 
krzesłach, sam  

background image

siadając także — posada dotąd niezajęta, a ja jestem pośrednikiem... 
Nastąpiła cisza. Twarz Leona się wydłużyła, a ja z uśmiechem 
rzekłem: 
— Jestże to rzeczywiście posada dla porządnych ludzi? 
Stary spoważniał i odparł: — Dla najporządniejszych... posada 
świetna, ale też są i wymagania... Darują,  
panowie, że więcej mówić niemogę. Wszystko jest tak jak było 
ogłoszone... Posada  
daje utrzymanie w pańskim i zacnym domu — i do pięciu tysięcy 
rubli... 
Urwał, poprawił się na krześle, pojąkał trochę i dalej ciągnął: 
— Jestem pośrednikiem, zobowiązanym słowem honoru do 
dyskrecyi... Dziwnym,  
nienaturalnym zbiegem okoliczności, osoba ofiarująca tę posadę 
zmuszona jest  
szukać przez ogłoszenie człowieka, któryby... 
Urwał i podchwycił: 
— Szkoda czasu i atłasu na próżne gadanie... Jeżeli który z panów jest  
reflektantem seryo?... 
— Zupełnie seryo! — zawołał Leon. 
— To — ciągnął dalej stary — zechce mi odpowiedzieć na kilka 
pytań, do zadania  
mu których jestem jedynie upoważniony. Odpowiedź na te pytania ja 
poślę  
właściwej osobie, a ta w ciągu dni trzech albo pana uwiadomi i wprost 
się z nim  
porozumie, albo... 
Znów urwał i milczał. 
Po chwili dopiero Leon zagadnął, do-brze wprzód przypatrzywszy się 
gospodarzowi: 
— Fizyognomia pańska obudza we mnie tyle zaufania, iż mimo 
dziwacznej  
tajemniczości rzeczy samej, gotów jestem do brania jej na seryo... 
— Zupełnie słusznie — wtrącił z obudzającą zaufanie prostotą pan 
Dobromilski, a  
Leon dodał wskazując na mnie. 
— Reflektantem na tę posadę jest ten pan, i zdaje się... zechce 
odpowiedzieć na  

background image

pańskie pytania. 
Tu stary nachylił się do mnie, uśmiechnął, i przyjrzawszy mi się, wstał 
z  
krzesła. Podszedł do biurka, zkąd powrócił z ćwiartką papieru, i 
zasiadając z  
ołówkiem w ręku, a przybliżając się do lampy, mówił: 
— Zechce mi pan odpowiedzieć na pytania które mam spisane... 
Odpowiedź zapiszę  
sobie tutaj... Im będzie ona dokładniejszą, tem więcej... znajdzie 
widoków.  
Wybaczy pan, jeźli niektóre pytania wydadzą mu się niedyskretne. Ja 
jestem  
pośrednikiem, służącym tylko do tego, by osoba właściwa pozostała w 
tajemnicy. 
Urwał, pomyślał i ciągnął. 
— Zresztą... pięć tysięcy rubli i honorowe zajęcie...Tu się mięszał 
widocznie, a Leon zniecierpliwiony gorączkowo zawołał: 
— Pytaj pan ! Cóż tam w tych pytaniach być może? słuchamy! 
Stary oparł rękę z ołówkiem na czystym papierze, spuścił oczy na 
kartkę zapisaną  
drobnem pismem, a zawierającą widocznie owe pytania i zażenowany 
mówił: 
— Pańskie nazwisko? 
— Hrabia Emeryk Grodzki — odparłem. 
— Zajęcie? 
— Były właściciel dóbr. 
— Dzisiejsze zajęcie. 
— Utrzymuje się z procentu od dwudziestu tysięcy rubli — wtrącił 
Leon widząc, że  
się mieszam — które na hypotece jego byłych dóbr pozostały. 
— Wiek? — pytał po pauzie dalej wiekowy jegomość. 
— Trzydziesty i szósty. 
— Doskonale — bąknął, zapisując — doskonale ! 
Tu podniósł na mnie oczy i zapytał: 
— Żonaty ? 
— Kawaler! 
— Wybornie — szepnął i zapisał — a teraz raczy mi hrabia podać trzy 
osoby, na  

background image

których rekomendacyę możesz się powołać.Po chwili namysłu 
zacytowałem tajemniczemu i zażenowanemu jegomości trzy szumne  
i znane nazwiska ze świata warszawskiego. Ten, zapisawszy je, 
uważniejszem mnie  
objął spojrzeniem, i zapytał: 
— Jeszcze mam panu zadać kilka pytań dziwacznych, ale... ale... 
— Proszę, proszę! 
— Pańskie zasady! — zawołał stary, jakby się spiesząc — jesteś pan 
arystokrata,  
czy?... 
— Zażartym arystokratą! — odrzekł czemprędzej Leon, jakby się 
bojąc mojej  
odpowiedzi. 
— Seryo? — szepnął jegomość, znów mi się z pod okularów 
przyglądając. 
— Ależ seryo! — odpowiedział znów mój przyjaciel. 
— A więc indagacya skończona — zawołał pan Dobromirski — za 
trzy dni albo  
przedstawię pana osobie interesowanej, albo milczenie moję będzie 
dowodem, że...  
Urwał i znowu dodał: 
— Pan masz wielkie szansę, ja wiem kogo tam potrzeba... Nie robię 
nadziei, ale  
możesz być hrabio pewny dyskrecyi mojej, jak i... 
— Nie zależy mi na niej zresztą... —niedbale odparłem, wstając i 
żegnając dopiero co poznanego jegomościa.  
Odprowadził nas do drzwi. 
W podwórzu przystanęliśmy obaj z Leonem. 
— Jakaś zabawna historya — szepnął. Ten stary wygląda na zupełnie 
porządnego  
człowieka, a ty waryacie już chciałeś odpowiedzieć, że jesteś 
liberałem. Co to  
być może ?... Trzeba zasięgnąć języka kim jest przedewszystkiem ten 
pan  
Dobromilski. 
Milczałem, a przyjaciel zagadnął. 
— No mówże! Cóż ty o tem wszystkiem myślisz ? 

background image

— Doprawdy nie wiem, — odparłem — zdaje mi się, jak gdybym się 
wplatał w jakąś  
awanturę. 
— Ha, ha! 
— Dziwnego doznaję uczucia — ciągnąłem. — Przeczytałem 
ogłoszenie,  
odpowiedziałem na kilka nie nie znaczących pytań, a zdaje mi się, że 
się już  
związałem, że w coś wpadłem już, czy też brnę w jakieś błoto... 
— Dziwaku! — zawołał ruszając z miejsca. — Lecz... tak to wszystko 
co tchnie  
choćby wyzłacanym obowiązkiem, przerażaludzi, przywykłych do 
dawania intratnych posad, a nie do ich szukania. Po chwili  
wtrącił: 
— Ale przyznaj się, że pięć tysięcy rubli... 
— To pięć tysięcy rubli... — dokończyłem. 
— Zapewne, ale sam będąc bogatym, nigdy ich na czysto nie miałeś. 
Niesłychanie  
jestem ciekawy; tu coś jest... coś będzie. Mnie przeczucie nie myli. 
Trzeciego dnia po tej wizycie siedzieliśmy, ja i Leon, w mojem 
mieszkaniu. Mój  
przyjaciel dopiero co był przyszedł z informacyami które zdołał 
pozyskać o panu  
Dobromilskim, a które nic więcej nie mówiły nad to, cośmy już 
wiedzieli. Stary  
pan był bywalcem kilku arystokratycznych domów, starym 
kawalerem, który od  
kilkunastu lat, opuściwszy wieś, cicho sobie w "Warszawie mieszkał. 
Używał  
najlepszej reputacyi człowieka żyjącego z własnych funduszów, 
regularnie jak  
zegarek, nie szkodząc nikomu i nie mieszając się do niczego. 
Zaledwie Leon dokończył swojej relacyę gdy ktoś zapukał do drzwi 
mego  
mieszkania. 
— Proszę! — zawołał gorączkowy Mar-kiewicz i w tejże chwili 
ukazał się we drzwiach posłaniec publiczny z listem w  
ręku, który wręczywszy mi, dyskretnie zniknął. 

background image

Rozerwałem kopertę i wyczytałem na bilecie te słowa. 
"Hipolit Dobromilski, prosi pana, byś zechciał się dziś o godzinie 
szóstej  
wieczorem pofatygować w wiadomym interesie do pałacu hrabiów 
Korjatyńskich w  
Alejach Ujazdowskich, gdzie mieszka i oczekiwać pana będzie książę 
Michał  
Korybutowicz. " Podałem bilet Leonowi, który odczytawszy go, 
głęboko się  
zamyślił. 
— Więc to widocznie nie farsa, ani humbug — zawołałem pierwszy 
— namyślali się  
do ostatniej chwili, bo dziś trzeci dzień, a za kwadrans szósta, ale 
stary jakiś  
dżentelman. 
Zerwałem się, by oporządzić nieco moją tualetę i pospieszyć w Aleje. 
Byłem  
zaciekawiony tak, jak rzadko. Nie wątpiłem, że los mi podawał swą 
szczęśliwa  
rękę, że już trzymałem w dłoni posadę, o jakiej nie marzyłem. 
O szóstej stanąłem w przedsionku pałacu, który nie mógł mnie nie 
zastanowić.  
Dziwiłem się, że nie wiedziałem o jegoistnieniu. Lokaj w liberyi 
przeprowadził mnie przez marmurowe schody na drugie  
piętro, gdzie mieszkał książe Korybutowicz. W pałacu wiał zapach 
świeżych farb i  
lakierów i widocznie odnawiano go naprędce a wnioskując z klatki 
schodowej,  
odnawiano z niesłychanym przepychem i zbytkiem. Wreszcie 
minąwszy kilka ciemnych  
pokoi, leżących już na drugiem piętrze, lokaj uchylił przedemną 
portyery i  
wygłosił moje nazwisko. 
Znalazłem się w sali przybranej z wysoce artystycznym smakiem, 
Kandelabr w stylu  
Ludwika XV, stojący na stole, umieszczony na środku komnaty, 
oświecał mężczyznę  
który się na powitanie moje zerwał z fotelu, podszedł kilka kroków i  

background image

sympatycznym organem odezwał się, wskazując mi krzesło przy stole: 
— Czekam na pana... 
Nastąpiło milczenie... Usiłowałem skupić zmysły i rozejrzeć się. 
Postać księcia,  
na tle tego artystycznego zbytku zrobiła na mnie niesłychanie miłe 
wrażenie. Był  
to mężczyzna wysmukły, bardzo przystojny, najwyżej lat czterdziestu. 
Jego blade  
oblicze o ostrych arystokratycznych liniach, zdobiła hebanowa duża 
broda, a  
oświecałyje czarne i myślące oczy. Jakiś wyraz cierpień przebytych 
zdradzał się w dwu  
zmarszczkach, biegnących po obu stronach ust jego, jakby 
zniechęceniem  
wykrzywionych nieco. 
Książe był wyjątkowo sympatycznym i z pozorów przynajmniej 
wykształconym męzkim  
typem. Po pauzie, opierając łokcie na kolanach, a bawiąc się 
zacieraniem rąk na  
które spuścił oczy, odezwał się: 
— Poznawszy pana Dobromilskiego, poznajesz pan mnie, który 
również nie jestem  
osobą właściwą. — Zrobiłem widocznie zdziwioną minę, bo książę 
podchwycił  
spiesznie: — ale mogę pana zapewnić, że z wielu kandydatów jesteś 
pan pierwszym,  
który przechodzisz drugi i przedostatni etap, to jest widzenie się ze 
mną. Miło  
mi bardzo, iż będę mógł z panem krócej i otwarciej pomówić, a to z 
dwóch  
względów. 
Odpoczął i ciągnął: 
— Nazwisko, które pan nosisz, rekomendacye, które o panu przez 
niego zacytowane  
osoby dały, pozwalają mi z panem mówić jak z człowiekiem pewnym, 
traktować ten  
interes d'égal à égal. Zresztą znam prawie pana...istnieniu. Lokaj w 
liberyi przeprowadził mnie przez marmurowe schody na drugie  

background image

piętro, gdzie mieszkał książe Korybutowicz. W pałacu wiał zapach 
świeżych farb i  
lakierów i widocznie odnawiano go naprędce a wnioskując z klatki 
schodowej,  
odnawiano z niesłychanym przepychem i zbytkiem. Wreszcie 
minąwszy kilka ciemnych  
pokoi, leżących już na drugiem piętrze, lokaj uchylił przedemną 
portyery i  
wygłosił moje nazwisko. 
Znalazłem się w sali przybranej z wysoce artystycznym smakiem, 
Kandelabr w stylu  
Ludwika XV, stojący na stole, umieszczony na środku komnaty, 
oświecał mężczyznę  
który się na powitanie moje zerwał z fotelu, podszedł kilka kroków i  
sympatycznym organem odezwał się, wskazując mi krzesło przy stole: 
— Czekam na pana... 
Nastąpiło milczenie... Usiłowałem skupić zmysły i rozejrzeć się. 
Postać księcia,  
na tle tego artystycznego zbytku zrobiła na mnie niesłychanie miłe 
wrażenie. Był  
to mężczyzna wysmukły, bardzo przystojny, najwyżej lat czterdziestu. 
Jego blade  
oblicze o ostrych arystokratycznych liniach, zdobiła hebanowa duża 
broda, a  
oświecałyje czarne i myślące oczy. Jakiś wyraz cierpień przebytych 
zdradzał się w dwu  
zmarszczkach, biegnących po obu stronach ust jego, jakby 
zniechęceniem  
wykrzywionych nieco. 
Książe był wyjątkowo sympatycznym i z pozorów przynajmniej 
wykształconym męzkim  
typem. Po pauzie, opierając łokcie na kolanach, a bawiąc się 
zacieraniem rąk na  
które spuścił oczy, odezwał się: 
— Poznawszy pana Dobromilskiego, poznajesz pan mnie, który 
również nie jestem  
osobą właściwą. — Zrobiłem widocznie zdziwioną minę, bo książę 
podchwycił  

background image

spiesznie: — ale mogę pana zapewnić, że z wielu kandydatów jesteś 
pan pierwszym,  
który przechodzisz drugi i przedostatni etap, to jest widzenie się ze 
mną. Miło  
mi bardzo, iż będę mógł z panem krócej i otwarciej pomówić, a to z 
dwóch  
względów. 
Odpoczął i ciągnął: 
— Nazwisko, które pan nosisz, rekomendacye, które o panu przez 
niego zacytowane  
osoby dały, pozwalają mi z panem mówić jak z człowiekiem pewnym, 
traktować ten  
interes d'égal à égal. Zresztą znam prawie pana...— Ale hrabio, to co 
powiem, to jest forma, w jaką me słowa ubiorę, pozostanie  
między nami. Inaczejbym mówił do pierwszego lepszego reflektanta, 
a inaczej... 
— Rozumiem księcia, i wdzięczny mu jestem za to wyróżnienie mnie. 
Korybutowicz potarł ręką po wysokiem alabastrowem czole, i zaczął: 
— Pewna dama z wielkiego świata, blizko mnie obchodząca, ma dziś 
w tej chwili  
syna, liczącego dwudziesty i czwarty rok życia. Ta dama w sferach  
arystokratycznych uchodzi za zwykłą osobę, choćby zapewne w 
redakcyi "Figara"  
uchodziła za nadzwyczajny okaz... 
Uśmiechnął się i ciągnął. 
— Ten syn jest przez nią wychowany, przez nią samą, przy pomocy 
francuza. Matka  
sobie życzy by zrobił tej zimy son entrée dans Ie monde, nieco 
oszastał się w  
świecie, i ożenił według jej myśli. Potrzebuje człowieka któryby był 
towarzyszem  
tego wadliwie i śmiesznie może wychowanego młodzieńca... 
potrzebuje człowieka,  
któryby w jej myśli rozciągał dalej troskliwą opiekę nad 
najpoczciwszym  
młodzieńcem, będącym dotąd dzieckiem, a mającym zostać jutro 
mężczyzną.  

background image

Przyjmieszpan tę posadę, dającą, pięć tysięcy rubli utrzymania, w 
domu, urządzonym na  
pańską stopę, w którym mieszkać będzie ta dama i jej syn, w którym 
najczęstszym  
gościem będę wreszcie ja?... 
Książę skończył, a ja się zamyśliłem. Milczenie trwało bardzo długo i 
bynajmniej  
nie niecierpliwiło Korybutowicza, spokojnie wpatrującego się w 
płomienie pięciu  
świec kandelabru. 
— Mówiłeś książe — odezwałem się wreszcie — że ta dama w 
redakcyi Figara  
uchodziłaby za nadzwyczajny okaz?... 
Książę milczał, więc ciągnąłem dalej. 
— Mówiłeś także, że ten syn jest wadliwie a może śmiesznie 
wychowany?... Otóż te  
dwa punkta... 
— Wyjaśnię je panu — rzekł Korybutowicz, — a nacisk położyłem na 
nie dlatego, by  
pana nie wprowadzić w błąd i abyśmy nadal mogli pozostać dobrymi 
przyjaciółmi. 
Pociągnął papierosa i mówił dalej z namysłem. 
— Dama ta jest postacią tak oryginalną, iż jej panu określić nie mogę. 
Kobieta  
to jeszcze bardzo piękna i licząca zaledwie czterdzieści lat, która ze 
swego  
syna zrobi-ła bożyszcze i jemu wyłącznie dotąd poświęcała życie. 
Charakteru silnego i nie  
znającego oporu, zasad skrajnych pod względem przesadów 
arystokratycznych, —  
wychowała syna, który dziś kończy rok dwudziesty trzeci, a życia, ani 
świata na  
jotę nie zna. 
Książę urwał, a ja milczałem, więc po chwili dodał: 
— Ten syn... to może nasz rodzimy silny dąb, lub zalotny świerk 
wychowany w  
chorobliwej atmosferze cieplarnianej ?... Któż wie, jak na niego 
podziała powiew  

background image

wiatru i rosa lśniąca do wschodzącego słońca ? On nie wie do dziś 
dnia, co to  
życie, co ludzie. On może sądzi, że życie to dalszy ciąg egzystencyi, 
jaką  
prowadzi w pałacu, gdzie się obchodzą z nim jak z panienką. 
Mentorem pierwszych  
kroków jego byłbyś pan, jeźli zechcesz przyjąć ofiarowaną ci posadę. 
— Określ mi książę bliżej obowiązki do tej posady przywiązane. 
Korybutowicz się uśmiechnął i niedbale dorzucił: 
— Mieszkać w domu, gdzie on będzie mieszkał, bywać w domach, w 
których on będzie  
bywał, podróżować z nim razem. Wreszcie, przypuszczam, 
zaalarmować ma-tkę, gdyby młodzian ten okazywał skłonności 
przeciwne zasadom, w których był  
wychowany. 
— Te zasady ? 
— Ha, ha! — zaśmiał się książe. — Vous me tirez par la langue cher 
comte. Zasady  
? zasady... ha? — powtórzył ze swym dziwnym ale sympatycznym 
uśmiechem i ciągnął  
tonem ożywionym. — Kobieta powinna się u niego zaczynać 
przynajmniej od  
księżniczki, przyjaciel od hrabiego. Mężczyzna według pojęć jego 
matki nie  
powinien dać się skusić, ani jednej z tych tysiąca namiętności, którym 
my  
spłacamy haracz. 
— Trudne zadanie — bąknąłem — odpowiedzialność spadłaby więc 
na mnie, gdyby  
młodzieniec ów okazał się człowiekiem zwykłym... 
— Nie sądzę; — odparł książę po namyśle — tej damie w życiu dotąd 
tak się  
wszystko udawało, iż skory jestem przypuszczać, że i syn po jej myśli 
się  
pokieruje. Zresztą to natura dziwnie łagodna i apatyczna... 
Nastąpiło znów bardzo długie milczenie. Książę mi nie przerywał, aż 
się  
odezwałem: 

background image

— Na jedno pytanie, życzę sobie przed moją decyzyą szczerej 
odpowiedzi księcia,— Owszem dam ją panu... 
— Dlaczego książę — zagadnąłem bystro mu się wpatrując w oczy — 
będąc widocznie  
przyjacielem tego domu, nie przyjmiesz na siebie obowiązku, któryby 
dla cię był  
o wiele łatwiejszym, niż dla każdego innego ? 
Korybutowicz się zamyślił, puścił kłąb dymu, pogładził brodę i po 
dobrej pauzie  
odparł. 
— Obiecałem dać szczerą odpowiedź. Najpierw więc liberalny Alfred 
de Ligny i  
człowiek z burzliwą przeszłością, okrywającą go sławą lwa, nie może 
być w żaden  
sposób mentorem dla młodzieńca, któremu z zasady przez głowę 
przejść nie powinno  
np. małżeństwo z kobietą nieutytułowaną... 
Tu się zamyślił i dodał ciszej i poważniej: 
— Secundo... wola moja jest inną,. Mówię do pana, jako do 
człowieka, którego  
zobowiązałem moją szczerością. Ta dama jest moją narzeczoną. Z 
chwilą gdy  
młodzieniec ten wstąpi w związki małżeńskie, co powinno niebawem 
nastąpić, ja  
się ożenię z jego matką. 
— Dziwne komplikacye — bąknąłem, a książe dalej ciągnął: 
— Ta dama jest, jak wiele kobiet z jejświata, pod pewnemi 
względami... nie wiem, jak się wyrazić, bo nie wiem jak  
określić i nazwać... Poświęciła życie i wszystko dla tego syna i zaparła 
się  
sama siebie aż do chwili, w której zadanie, swoje graniczące z misyą  
bałwochwalczą, będzie mogła uważać za ukończone. 
— A ten koniec nastąpi ? 
— Gdy młodzieniec wstąpi w związki małżeńskie. 
— Ależ to może się przeciągnąć?... 
— Nie panie — przerwał mi książę — w egzystencyi tej nie się nie 
przeciąga. Ta  

background image

kobieta przeprowadza z energią wszystko. Żona dla przyszłego 
pańskiego Telemaka  
dawno jest obmyślaną i przygotowaną. On prawdopodobnie pójdzie 
drogą dawno już  
wytkniętą, z której aby wypadkiem nie zboczył, pan właśnie masz 
czuwać. 
Jeszcze jedno nastąpiło długie milczenie, po którem, przeszedłszy 
wewnętrzną  
walkę, odparłem: 
— Przyjmuję! Ale proszę księcia pamiętać, że do przyjęcia tych 
obowiązków  
tajemniczych dotąd i nieokreślonych, zniewala mnie tylko osoba 
księcia i jego  
zdaje się otwartość. 
Korybutowicz w odpowiedzi podał mirękę, i ściskając dłoń mą 
serdecznie zawołał: 
— Bardzo mi miło. Nie mam nic do dodania panu przyszłość bo 
każda jest zakryta,  
a życie ludzkie piłka, jak powiedziałem, rzucana przez kapryśnego 
bachora, który  
się nazywa losem, czy wypadkiem. — Dama ta nazywa, się hrabina 
Wanda  
Korjatyńska, a synowi jej na imię Edward. Ten pałac do nich należy... 
Mieszkać  
pan będziesz tuż obok mnie... Edward jest na wsi, a matka jego tutaj... 
Jutro o  
tejże co dziś godzinie, przedstawię pana hrabinie, a po jutrze 
opuścimy  
Warszawę, by za miesiąc do niej powrócić i kierować pierwszemi 
krokami Edzia,  
który jest jak dąb silny i rozrosły... 
Jeszcze długo dnia tego rozmawiałem z księciem, wydającym mi się 
doskonała  
rękojmia że posada moja będzie wyśmienitą. 
Mimo to z uczuciem niewytłumaczonej trwogi powróciłem do Leona i 
od drzwi  
zawołałem: 

background image

— "Alea jacta est."II.Na drugi dzień dopiero około czwartej po 
południu zjawił się u mnie Leon, który  
obiecał zasięgnąć między swoimi języka, tak co do osoby księcia, jak 
i hrabiny. 
— Masz czas — mówił — jeszcze się cofnąć; jeźlibyś miał wpaść w 
jakaś kabałę. Bo  
na kabałę zakrawa ta cała historya z tym księciem, ukrywającym się 
pod  
pseudonimem w Paryżu, z tą hrabiną, i z tym synem... Lepiej się więc 
cofnąć i  
zrezygnować z pięciu tysięcy, niż wpaść w awanturę. 
Tak sądząc, udał się na zwiady, a gdy powrócił, zauważyłem zaraz z 
jego miny, iż  
albo żadnych, lub niedobre przynosi wiadomości. 
— Wiesz co — zagadnął zaraz, wszedł-szy i zasiadłszy na kanapie, na 
której zajmował wówczas tylko miejsce, gdy  
zamierzał dłużej rozmawiać — że mało mogłem się dowiedzieć, a to, 
czego się  
dowiedziałem, raczej jest zatrważającem... 
— Gadaj na litość — zawołałem do przyjaciela, wlepiając weń oczy. 
— Wiadomości, jakich zasięgnąć mogłem — mówił — są tak 
powierzchowne, iż  
telegrafowałem do mojej kuzynki mieszkającej w sąsiedztwie tej 
hrabiny,  
zapytując o nią. 
— Telegrafowałem?... 
— Telegrafowałem słów kilka mianowicie: "odpowiedz natychmiast, 
czy mój  
przyjaciel może przyjąć posadę mentora Edwarda Korjatyńskiego. 
Dyskrecya  
największa." Wystaw sobie — ciągnął dalej — że o tych 
Korjatyńskich tu nikt nic  
prawie nie wie... Wiedzą zaledwie, że są to świeże te wołyńskie 
milionery, i że  
Horowitz robił portret hrabiny przed kilkoma laty, który na 
wystawach zwracał  
uwagę, mniej pięknością kobiety, niż akcesoryami. 
— Mianowicie ? 

background image

— Hrabina kazała się portretować w pozie poważnej a nadzwyczaj 
imponującej. W  
ręce trzymała dekument opatrzony pie-częciami, dokument 
wznowienia tytułu hrabiowskiego, który Korjatyńscy mieli  
podobno od szesnastego wieku zarzucić! 
— Któż ci to mówił ? 
— Sam Horowitz, bo do niego aż się udawałem. Ale i on nic więcej 
nie wie, prócz  
tego, że hrabina doskonale za portret zapłaciła, i że się kręcił około 
niej  
wtedy już twój uroczy książę. 
— A o nim ? 
— O nim wiedzą więcej, ale pozwól, bym skończył wpierw o 
Korjatyńskich. Pałac w  
Alejach Ujazdowskich został tego lata odnowiony i teraz jeszcze 
wykończają go z  
wielkim przepychem, a był on dotąd niepozorną posiadłością, której 
właścicielem  
nikt się nie interesował. Jedno tylko jest pewne: ta hrabina jest 
właścicielką,  
olbrzymiej podobno w ostatnich kilku latach nagle wzrosłej fortuny. 
Leon urwał, a ja rzekłem: 
— W tem nie nie widzę zatrważającego. 
— Zapewne — odparł przyjaciel — ale poczekaj dalej. Książę 
przyczepiony do tej  
tajemniczej hrabiny, czyni ją podejrzaną. 
— Dlaczego? 
— Bo sam jest podejrzanym. 
— Kto?— Twój książe. 
— Nie może być. 
— Posłuchaj — zawołał Leon, zapalając się. — Temu lat 
dwadzieścia, stał się  
głośnym na długo w "Warszawie młodzian nazwiskiem Michał książe 
Korybutowicz.  
Zjawił się on w wielkim świecie na krótką chwilę tylko, by ograwszy 
w klubie  
najwprawniejszych graczy, nagle po karnawale zniknąć z horyzontu, 
zostawiając po  

background image

sobie najsmutniejsze wspomnienie w kilku zacnych i poważanych 
domach... 
— Cóż to takiego? — wtrąciłem zaciekawiony i przestraszony. 
— On to — ciągnął Leon — zbałamucił hrabinę Małyską, osobę 
trzydziesto- 
kilkoletnią, matkę dorosłych dzieci, spokrewnioną z całą tutejszą 
arystokracya.  
Skoro funduszów wygranych zabrakło, hrabina z głodu może 
powróciła pod dach  
mężowski, a on zniknął bez wieści i nikt o nim nic nie wiedział, aż 
dziś się  
dopiero zjawia, gdy świat o nim zapomniał. Wtedy to zapewne 
pracował w Figarze i  
cieszył się sławą Alfreda de Ligny. Dziś powrócił, by na starość może  
zabezpieczyć sobie używanie majątku hrabiny... Skandaliczna ta 
historya  
zapewneby przebrzmiała, jak wiele innych,gdyby nie obciążające 
bohatera okoliczności. Książę zdradził przyjaciela,  
unieszczęśliwił rodzinę, a zabił kobietę pełną życia i sympatyi, matkę 
i żonę.  
Hrabina powróciwszy po swej jednorocznej "eskapadzie, " nie mogąc 
ścierpieć  
upokorzenia, wyrzutów i wstydu, otruła się pewnej nocy zbyt wielką 
dozą morfiny,  
którą koiła cierpienia, niepozwalające jej zażyć spokoju. 
Leon urwał, a ja w myśli przebiegałem tę tragedyę widoczną z dwóch 
zmarszczek  
wydatnych na obliczu księcia, a które tylko dramaty życiowe ryją. 
— Szczegóły tego dramatu — mówił dalej Leon — powrotu tej 
kobiety do rodziny,  
odsunięcia jej przez męża od własnych dzieci itd. są tak okropne, 
prawdziwe i  
przejmujące tą prawdą, iż się nie zdziwiłem zupełnie, gdy mi dziś 
pewien bardzo  
wytrawny człowiek powiedział: "Książę Michał jest jednym z tych 
lwów, którym  
porządny człowiek, a znający ongi hrabinę Małyską, ręki podać nie 
może. " 

background image

Leon skończył i zapanowało milczenie długie, niczem nie przerywane, 
bo ważyłem w  
myśli i wszystko to co mi opowiedział, i możliwe konsekwencye 
mego obowiązku  
zostania mentorem młodzieńca, pozostają-cego bądź co bądź w 
stosunkach anormalnych. 
Około godziny szóstej dopiero, o której miałem się stawić w pałacu  
Korjatyńskich, by poznać tę ciekawą hrabinę, ocknąłem się. 
— Czy się wahasz? — zapytał mnie Leon. 
— Nie — odparłem — nie cofam się, choć miałbym ochotę... Książe 
mnie zobowiązał,  
a choćby tylko przez wzgląd na niego, inaczej postąpić nie mogę. 
Okoliczności,  
że lat temu dwadzieścia zbałamucił hrabinę Małyską, że 
unieszczęśliwił jej  
rodzinę, że dziś stara się o rękę bogatej hrabiny Korjatyńskiej, nie 
upoważniają  
mnie jeszcze do niedotrzymywania słowa. 
"W" kilka chwil później znajdowałem się w pałacu Korjatyńskich, a 
ugalonowany  
lokaj wprowadzał mnie do salonu, gdzie miałem zastać hrabinę i 
księcia. 
Tak się też stało. 
W dużej sali przy kominie, na którym płonęły dwie majolikowe 
lampy, na fotelu o  
złoconych poręczach, siedziała kobieta niemal młoda, 
niesympatyczna, choć  
jeszcze piękna. Przy niej, huśtając się na szeslągu, puszczał kłęby z  
hawańskiego cygara książę. Między nimi stał stolik z 
imbrykiemwidocznie mieszczącym czarną kawę i butelka likieru. Byli 
więc dopiero co po  
obiedzie. Po przedstawieniu mnie, zawiązała się banalna rozmowa, w 
której brałem  
udział tylko o tyle, o ile mi na to pozwalał mój umysł, pracujący 
gwałtownie by  
przeniknąć imponującą mi kobietę. 
Tak: hrabina mi zaimponowała swą niezwykłą powierzchownością, a 
intrygowała swym  

background image

sposobem zachowania się i tem, co o niej wiedziałem. 
Siedziała poważna i nieruchoma, co nawet raziło przy jej młodej i 
zarumienionej  
twarzy. Bo była to blondynka, o niebieskich oczach, pulchnych 
kształtów i  
przystojnych choć niewyraźnych i drobnych rysów. Wzrok jej 
przenosił się powoli  
z księcia na mnie i z powrotem, ale spojrzenia te były przenikające. 
Usta zaś kobiety, opuszczone u końców, cienkie, jakby zaciśnięte, 
dawały jej  
twarzy tyle wyrazu siły i pychy, iż całe piękne jej oblicze robiło się 
przez to  
wysoce niesympatycznem. Przerażała spokojem swej twarzy, która 
jednak mimo to,  
tryskała siłą młodocianą i promieniała zadowoloną dumą. Odzywała 
się rzadko i  
krótko, ale stanowczo i węzłowato. Czuło się w niej zaraz ko-bietę-
mężczyznę i to rzadkiej siły charakteru i woli, kobietę przywykłą do  
ślepego posłuszeństwa, któraby nie zrozumiała jednej przeciwności. 
Słowem  
hrabina była despotką, a była nią do tego stopnia, iż fizyognomia jej 
całą siłę  
tego despotyzmu zdradzała. 
W jaki kwadrans czasu po mojem przybyciu, książę opuścił swój 
szesląg, zakręcił  
się po salonie i niepostrzeżenie zniknął. Zostaliśmy sami i zaraz też 
hrabina  
zagadnęła ranie swym spokojnym, i że tak się wyrażę, jakby 
ociężałym głosem. 
— Zapewne panu wiadomo, że jutro wyjeżdżam na wieś. Pan mi 
towarzyszysz? 
— Jeźli taka wola hrabiny... 
— Życzyłabym sobie tego — odparła naturalnie tonem, 
nieprzypuszczającym  
zaprzeczenia ani odmowy. — Pragnę, byś pan w samotności wiejskiej 
poznał mego  
syna, bo w mieście na to nie byłoby może czasu. Dziś mamy ósmego 
Listopada. Więc  

background image

zabawisz pan z nim trzy tygodnie, bo dwudziestego dziewiątego tegoż 
miesiąca  
opuścimy Wielkie Groble, wyjeżdżając do Warszawy... Pałac, jak 
mnie upewnili  
dziś architekci i tapicerzy, będzie zupełnie gotów na dwudziestego 
piątego,  
służba będziemiała czasu cztery dni na wywietrzenie go i uwolnienie 
od tych zapachów, które  
mnie duszą... Uważałeś pan? 
— Uważałem — odparłem bezmyślnie, bo cały zajęty byłem 
odtwarzaniem sobie życia  
kobiety, która dnie i godziny naprzód sobie wyznaczała, nie 
przypuszczając  
przeszkody. 
Hrabina tymczasem ciągnęła dalej po krótkiej przerwie: 
— W Edziu znajdziesz pan bardzo miłego młodzieńca. Zdaje się, iż 
mi się powiodło  
wychowanie de cette âme d'élite. I nic dziwnego — tu urwała, 
westchnęła i dodała  
— życie mu całe poświęciłam, każdą jego godzinę i każdą myśl, z 
zaparciem się  
siebie, o którem nikt wyobrażenia mieć nie może. 
Przybrała wyraz dziwny i rzekła znowu, syknęła raczej. 
— Edzio jest nadzwyczajny! W zapatrywaniach, w drobnostkach taki, 
jakim go mieć  
chciałam. Pojętny, odważny, posiada i te zalety, które kobiecie wpoić 
trudniej  
przychodzi, bo może pan nie wiesz o tem, że mój syn stracił ojca, 
będąc  
dzieckiem. Jeźli nam tylko świat go nie popsuj o, jeźli zdołasz go pan 
swym  
wpływemuchronić od wpływów obcych, na jakie w życiu może być 
wystawiony, to Edzio  
będzie znakomitością, pierwszym kiedyś człowiekiem w kraju. Ma 
wszystko ku temu. 
— Zapewne... zapeeewneee... Hrabina się ożywiła. 
— Urodzenie — mówiła — jakiem mało się kto poszczycić może. 
Wychowanie... Ja go  

background image

wychowałam. Jest bardzo przystojny. Alianse?... chyba mało kto 
lepsze  
przedstawi. Nie mówiąc już o mnie, matka jego ojca jest Krajkorońska 
z domu, a  
moja babka — Gedyminówna. Jest panem et il eu a les allures. 
Ożenimy go więc  
odpowiednio, co także łatwo pójdzie, bo Edzio jest największą, partyą 
w kraju, i  
muszę na niejedno patrzeć przez szpary, pour lui trouver une epouse w 
salonach  
dzisiejszych. A życzę sobie, by się ożenił jak najwcześniej. 
— Takie jest pani hrabiny zapatrywanie? 
— Przeglądałam wczoraj, czy kiedyś, Almanach Gotha, i znalazłam, 
że wszyscy  
następcy tronów pożenili się między dwudziestym a dwudziestym 
czwartym rokiem  
życia... 
Hrabina urwała, ja zaś spuściłem oczyna posadzkę, czekając, co dalej 
powie. Wkrótce też zaczęła znowu: 
— Książę, mon excellent ami, twierdzi, że Edzio powinien się ożenić. 
Edzio jest  
bardzo rozwinięty, jest wyższy od księcia, i barczystszy od pana, a 
domyślasz  
się pan, że pod mojem okiem... mężczyzna powinien znać tylko jednę 
kobietę, to  
jest swoję żonę... 
— Pod tym względem... bąknąłem, ale hrabina mi przerwała. 
— O! co do tego, to jestem niezachwianą. Tai etudie'e la question. 
Byłabym go  
już ożeniła, gdyby nie to, że panna, którą dawno sobie upatrzyłam, 
kończy  
dopiero dwudziestego Lutego przyszłego roku siedmnastą wiosnę, a 
więc wcześniej  
wyjśćby za mąż nie mogła. 
Nastąpiła cisza, której nie przerywałem, aż hrabina znów się 
odezwała: 
— Edzio jest to człowiek nadzwyczajny... do mnie tak, ale to tak 
podobny!...  

background image

Inaczej byłoby mi się nigdy wychowanie jego nie powiodło. Jedno 
mnie tylko w nim  
przestrasza, to to, że jest trop bon enfant. Nie uważa na to, czy też 
zapomina,  
że są pozycye światowe, w których trzeba być zawsze na ich 
wysokości. Trzeba,  
byś mupan nieznacznie, ale przekonywająco przypominał, że 
Korjatyński w sposobie swym  
zachowania się musi być Korjatyńskim... Nieprawdaż ? 
Milczałem, a dama mówiła dalej: 
— E a des façons z niższymi od siebie, ze szlachtą, qui me deplaisent, 
choć mu  
zapewne robią przyjaciół których powinienby się pozbyć. Bardzobym 
tego chciała. 
— Nie rozumiem pani hrabiny. 
— Nic nie szkodzi. Z czasem mnie pan zrozumiesz. Między nami a 
szlachtą jest  
taka przepaść, że nie powinniśmy się kusić o jej przebycie. Zapewne 
jesteś pan  
mojego zdania? Pan Dobromilski mnie zapewnił, que vous êtez 
aristocrate jusqu'au  
bouts des ongles. 
Bełkotałem coś pod nosem, przypominając sobie posiedzenie u 
staruszka z  
Chmielnej i odpowiedź Leona, a hrabina kończyła: 
— Będziemy o tem nieraz i obszernie mówili. Każdy krok Edzia, 
każda wizyta jego,  
każdy ukłon niemal, będzie przez nas przewidziany i roztrząśnięty. 
Gdybym ja się  
myliła, to mnie przegłosujecie, pan i książę, a książę, jakkolwiek jest  
liberałem — tu westchnęła — ale jest doświad-czonym et puis un 
homme du monde i tak wytrawny... tyle przeszedł... 
Tu uśmiechnęła się i z królewskim gestem podając mi rękę, kończyła, 
jakby mnie  
żegnając: 
— Charmée d'avoir fait votre connaissance, comte! Jutro pociągiem 
rannym  
wyjeżdżamy. Książę mi towarzyszy... Na pana liczę. 

background image

Nawpół przytomny, pocałowawszy dłoń hrabiny, która tak była 
przywykła do tych  
pocałunków, iż machinalnie rękę do ust podawała, wybiegłem z 
salonu. 
Na schodach spotkałem księcia schodzącego do siebie. 
— A więc jutro towarzyszysz nam pan? — zagadnął podając mi dłoń. 
— Stawię się. 
— Ten suis enchanté — odparł książę — podróż nam spłynie weselej. 
Uciekałem dalej i ochłonąłem dopiero w swojem mieszkaniu, gdzie na 
mnie czekał  
Leon. 
— I cóż? — zapytał. 
— Wyjeżdżamy jutro! 
— Stanowczo ? — zapytał z przestrachem. 
— Obiecałem!— I cofnąć się nie możesz? 
— Dlaczego mam się cofać? 
Leon wyjął z kieszeni i podał mi depeszę która brzmiała: 
"Zapytania dobrze nie rozumiem. Dom w okolicy nienawidzony. 
Hrabia jest  
pełnoletni. Nikt go nie zna. Podobno ofiara matki waryatki. Zresztą 
bardzo  
bogaci. Listownie obszerniej. " 
Odrzuciłem telegram, a Leon zapytał. — 
— Co zrobisz? 
— Cóż mam robić? przecież ani się nie żenię z hrabiną, ani duszy mej 
nie  
zaprzedaję Korjatyńskim. 
— Opowiadaj więc... 
— Pozwólże mi ochłonąć, bo godzinę całą słuchałem i potakiwałem 
tej kobiecie,  
którą kuzynka nazywa waryatką. Któż to jest ta twoja kuzynka ? 
— Panna Celina Nurkiewicz, mieszka o cztery wiorsty od Wielkich 
Grobli, gdzie  
pojutrze staniesz. 
— Więc ją poznam — odparłem i obejmując głowę obiema rękami, 
rzuciłem się na  
sofę.III.Edward hrabia Korjatyński był to wysoki, barczysty blondyn, 
który 

background image

robił dziwne wrażenie rozrostem swego ciała przy młodocianem 
obliczu i  
chłopięcej naiwności. Nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu, ile 
razy rzuciłem  
spojrzenie na hrabicza. Mężczyzna ten fizycznie, w całem tego słowa 
znaczeniu,  
wyglądał jak gdyby odgrywał dla zabawy rolę dwunastoletniego 
chłopczyka. 
Tak wyglądał na pierwszy rzut oka tylko. Rzeczywiście zaś pod tem 
ogromnem  
ciałem ukrywał się najkompletniejszy dzieciak. Przytłumiono rozwój 
jego moralny  
jego inteligencyę, bystrość i obserwacyę, ale nie zdołano przytłumić 
jego  
fizycznego rozwoju, który dlatego właśnie kosztem pierwszego się 
rozbujał. 
W Edwardzie więc odkryłem, zaraz poprzybyciu do Wielkich Grobli, 
dwie osobistości: skończonego mężczyznę fizycznie  
i dzieciaka moralnie. Byłby on przystojnym, gdyby nie ten rozrost 
jego, a był  
przytem sympatycznym przez to wszystko, co się w jego oczach 
nadzwyczaj wesołych  
i uczciwych, czytało i odgadywało. Mimo to jednak robił prawie 
bolesne wrażenie  
człowieka, który się urodził i wychował w jakiemś ciemnem i ciasnem 
więzieniu,  
bez światła i życia. A tak à la lettre nie było. Hrabicz wychował się w 
Wielkich  
Groblach, w wygodnym i obszernym pałacu, w zbytku i wyszukanym 
komforcie. 
Zdolności, jak to spostrzegłem wkrótce, miał duże ale. uśpione 
najzupełniej.  
Zdawał się być obdarzonym wszystkiemi darami fortuny, z których 
mu jednak  
korzystać nie pozwolono. 
Nie sypiałem po nocach, usiłując rozwiązać ten problemat 
psychiczny: jakim  

background image

sposobem zdołano z tego młodzieńca, będącego świetnym materyałem 
na człowieka  
zrobić rodzaj potworu? 
Hrabicz, olbrzymi postacią, tryskający nadmiarem sił fizycznych, 
zarumieniony od  
zdrowia i ochoty do życia, a przytem intelektualnie niemal ogłupiały i 
naiwny,  
jakdwunastoletnia panienka, ciekawy, a trwożliwy jak mysz, 
podejrzliwy a odważny,  
był jakiemś dziwnem, choć sympatycznem monstrum. Czuło się w 
nim uśpiona, ale  
żyjącą duszę, czuło się w zwierzęciu człowieka i to go ocalało. 
Żałowałem do  
tego stopnia chłopca, ogłuszonego przez despotyczna matkę, że 
jakkolwiek  
bynajmniej nie byłem zadowolony z mojej posady w Wielkich 
Groblach, powoli  
przecież zaczynałem uważać za święty obowiązek powołanie tego 
biedaka do  
człowieczeństwa. . Tak mi się przedstawił hrabia po kilkodniowym 
pobycie w  
Wielkich Groblach. Byłoby nieludzkiem — sadziłem — opuszczać 
tego  
nieszczęśliwca, skoro mnie raz wypadek do niego zbliżył i pozostawić 
go  
niechybnemu zdziczeniu. A hrabina jak i książe, zdawali się nie 
wiedzieć, w  
jakim stanie znajdował się ten milioner, ten spadkobierca tylu 
zabiegów, tylu  
ambicyj i nadziei. 
Człowiek taki mógł się wychować tyl- 
ko w Wielkich Groblach i był on zapewne nawet w owej epoce 
obfitującej w okazy,  
wadliwego wychowania — unikatem. 
Rezydencya hrabiny Korjatyńskiej leżała w starym parku na obszernej 
równi-nie. Na kilkadziesiąt wiorst dokoła otoczona była dobrami, 
należącemi do jej  

background image

klucza. Ztąd też tłumaczyłem sobie życie zamknięte, jakie tu 
prowadzono; w  
murach pałacu nie widywano nikogo i nie bywano też nigdzie. 
Egzystencya to była  
wykwintna, ale oparta na najściślejszym rachunku, którego z 
drobnostkowością  
fiskalną pilnowała hrabina: Tę ostatnią tak zajmowało wydawanie 
rozkazów,  
pilnowanie porządku w domu i obszernych włościach, iż zdawała się 
zapominać od  
rana do wieczora, że świat cały się nie zaczyna i nie kończy w 
Wielkich  
Groblach. Ztąd też w tym domu dziwna panowała atmosfera moralna. 
Mówiono tylko o  
sobie i swoich rozlicznych interesach, o tym całym świecie, który 
żelazną swą  
ręką zdawała się trzymać hrabina w niesłychanym rygorze. Atmosfera 
ta tak  
ogłuszała, iż sam, po kilku dniach pobytu w Wielkich Groblach, 
uczułem się z  
przestrachem oddzielonym przepaścią od rzeczywistego świata myśli. 
Wyjątkowego  
między tymi ludźmi doznałem wtedy wrażenia, które mi po nocach 
sypiać nie  
pozwalało. Nie zapomnę go nigdy, a sądziłem wtedy, że było ono 
objawem jakiegoś  
moralnego rozstroju.Co chwila wyobrażałem sobie, że wśród skwaru 
letniego dnia kąpię się w rzece i  
pragnę się zanurzyć w orzeźwiającej wodzie po szyję, a choćby po 
biodra, a tu  
wszędzie płytko i płytko, wszędzie woda dochodzi po kostki tylko. 
Nie mogło to oddziaływać korzystnie na moje usposobienie, które też 
w ciągu  
kilku pierwszych dni mego pobytu w Wielkich Groblach, znacznie się 
pogorszyło. 
Jednego z tych dni właśnie, używajac przechadzki w parku, spotkałem 
księcia,  
który się temu samemu, co i ja, oddawał zajęciu. 

background image

— Ot! jakże dobrze — zawołał — że pana spotykam... właśnie o panu 
myślałem i  
chciałem z nim pogadać. 
— O czemże? 
— Chodźmy! — rzekł książę — tam dalej w park, by nam nikt nie 
przeszkodził...  
Dzień mamy śliczny. Jesień sprawia nam często takie niespodzianki. 
Dziś  
naprzykład dzień wiosenny... łudząco wiosenny. 
Zapuszczaliśmy się w głąb parku, którego drzewa ostatecznie już 
ogołacały się z  
liści, usławszy, rodzaj miękkiego dywanu pod naszemi stopami. 
Książę wsunął swąrękę pod moje ramię i, zwalniając kroku, zapytał:. 
— I cóż pan myślisz o... Edziu ?. 
Po stosunkowo długiem milczeniu odparłem, pytając: 
— Mogę być szczerym? 
— O to mi właśnie chodzi. 
— Edzio jest na drodze... jest u wrót idyotyzmu. 
Książę przystanął i cicho, jakby się bojąc, by go kto nie podsłuchał, 
obejrzał  
się dokoła siebie i szepnął: 
— To i moje zdanie... 
— I hrabina tego nie widzi? 
— Ani jej to przez głowę nie przechodzi. 
— Co więc dalej będzie ? 
Książę bystro spojrzał mi w oczy i zapytał: 
— Ten stan Edzia przestrasza pana? 
— Jeźli się mam na cokolwiek przydać w tym domu...  
— Słuchaj pan — mówił Korybutowicz ruszając dalej. Nie 
przypuszczałem, by stan  
ten pana przestraszył... Owszem, powinien on panu być na rękę. 
— Nie rozumiem księcia — wtrąciłem, sam znów tym razem 
zatrzymując się jak wryty  
i wpijając spojrzenie w księcia, któ-vego zaczynałem już podejrzewać. 
On jednak się uśmiechnął, jakby odgadując moją  
myśl, i dodał:  
— Koń, wzięty ze stada w piątym roku życia, daleko łatwiej i prędzej 
da się  

background image

utresować, niż trzyletnie źrebię. Jako ex-rolnik, sądziłem, że pan 
wiesz o tem. 
Powiedzenie to nie było dla mnie tak bezzasadne, jakby się wydawać 
mogło. 
— Zapewne — mruknąłem — w tym paradoksie księcia jest nieco 
życiowej prawdy... 
Korybutowiez się ożywił i mówił dalej. 
— Od. kilku dni śledzę pana i obserwuję jego wrażenia, odgaduję jego 
myśli i  
odczytuję pytania, na które sam nie znajdujesz odpowiedzi i nigdybyś 
ich nie  
znalazł. Otóż postanowiłem ci dopomódz w zrozumieniu. tej zagadki, 
jaka jest...  
Edward. Chciałem to już wcześniej uskutecznić, ale jakoś nie było 
chwili po  
temu. Teraz mamy godzinę przed sobą. Spacerując, co nam wybornie 
zaostrzy apetyt  
przed obiadem, opowiem panu w krótkości dwadzieścia i kilka lat 
historyi tej  
rezydencyi — mówił wskazując na widny z poza drzew pałac — a co 
jedynie panu  
pozwoli zrozumieć idyo-tyzm, jak pan się wyrażasz... Edzia. 
Idyotyzm? Nie jestem pańskiego zdania, ale  
w każdym razie nie jest Edzio tym, kimby być powinien, a gorąco 
pragnę, by  
jaknajprędzej zrobił się podobnym do człowieka. Hrabina już 
kilkakrotnie mnie  
pytała o pańskie zdanie. Ja jej nie mogę powiedzieć, że Edzio nie jest  
znakomitością, bo by mi nie uwierzyła, ale pan to uczynić możesz, i 
lubo pańskie  
zdanie oczów jej nie otworzy, to jednak je odchyli. Ale potem o tem 
mówić  
będziemy, teraz pragnę pana wtajemniczyć ogólnikowo w to 
wszystko, coby panu.  
kto inny jutro fałszywie przedstawił i tem tylko zaszkodził, jeźli mu  
rzeczywiście zależy na tem, by z Edzia... 
Urwał, a ja ważyłem każde jego słowo, bo książę robił na mnie coraz 
bardziej  

background image

wrażenie wielce sprytnego człowieka; od chwili zaś, w której mi Leon 
odkrył jego  
przeszłość, nie budził on już we mnie tego zaufania, jakie obudziła na 
razie  
jego sympatyczna i inteligentna fizyognomia. Podejrzewałem go o 
nieszczere  
zamiary względem tego nieszczęśliwca, będącego ofiarą po części i 
księcia.  
Wszakże mieszkał w Wielkich Groblach i od lat wielu przypatrywał 
się temu  
systemowi wychowaw-czemu, który z młodzieńca zrobił masę 
bezmyślnego cielska. 
Po chwili książę, ruszając dalej miarowym krokiem, jakby się zabierał 
do długiej  
przechadzki, przemówił tonem spokojnym, zapowiadającym długie, 
obmyślane i  
zwięzłe opowiadanie. 
— Przed trzydziestoma laty głośnym w tych okolicach człowiekiem, 
głośnym w  
skutek swych dziwactw i olbrzymiej fortuny, był książę Witold 
Sokołogórski, pan  
niezliczonych włości, dziedzic kilkudziesięciu miasteczek, człowiek, 
którego  
dziedziczne tytuły zajęłyby jedną, kartę druku, a osobiste, drugą. 
Książę był  
niemal udzielnym panem i potentatem w całem tego słowa znaczeniu. 
Musiałeś pan  
słyszeć o nim ? 
— Słyszałem, ale nie pamiętam wiele. Słyszałem o nim szczegóły, 
jakby bajki lub  
anegdoty z przeszłego stulecia. 
— Te anegdoty były szczerą prawdą, na które ja sam dzieckiem 
będąc, patrzałem —  
podchwycił książę. — Cokolwiek dziwacznego pan o nim słyszałeś, 
to niniejszem  
było jeszcze od tego, co on wyprawiał. Mieszkał w zamku o 
zwodzonym moście, nie  

background image

jeździł inaczej jak w dwadzieścia czterypowozy z eskortą. Dochody 
jego składali mu dzierżawcy w beczkach złota, w dzień  
jego imienin, a zwodzony most, prowadzący do zamku, spuszczała 
służba tylko  
przed potomkami magnackich rodów, bo zwykli śmiertelnicy i 
szlachta piechotą  
odbywali drogę, prowadzącą od bramy zamkowej. Tom cały nie 
pomieściłby opisu  
tego człowieka, jego sposobu zachowania się i życia, a ja, który 
jeszcze go  
pamiętam u jego schyłku, i który go jeszcze widziałem w pełni akcyi, 
własnej  
pamięci niedowierzam. Bo bajecznem się wydaje, by żył ktoś tak w 
połowie naszego  
stulecia. Ale tak było. Szlachta i panowie znosili impozycye magnata,  
rozporządzającego krociami i siedzącego na krociach morgów 
urodzajnej ziemi. 
Tu książę zmienił ton w sposób, który odkryłby mi w nim literata, 
gdybym go jako  
takiego nie znał — i ciągnął: 
— Ten potentat miał dziewięcioro dzieci, z których najstarszy syn w 
chwili jego  
śmierci, zaszłej temu lat dwadzieścia pięć, liczył lat czterdzieści, a  
najmłodsza córka lat piętnaście. Tą najmłodszą córką, ulubienicą 
magnata  
wychowaną w bajecznym już zbytku, jakim się w ostatnich 
latachotaczał bziknjacy książę Sokołogórski, była hrabina. 
Po tych słowach nastąpiła cisza; książę odpoczywał, a mnie, gdy 
wysłuchałem tego  
początku jego opowiadania, hrabina wydała się już mniej dziwaczną 
postacią, bo  
poznałem nieco historyę jej przeszłości. Ciekawy dalszego ciągu, 
pragnąłem  
usłyszeć go co prędzej. Książę też znów zaczął: 
— Ruina olbrzymiego majątku ostatniego lennika była dziełem 
nietrudnem.  
Najstarszy syn jego i dziedzic tego mienia, jeźli nie zdołał stracić 
wszystkiego  

background image

w ciągu następnych lat dziesięcin, to tak pogmatwał interesa, tak 
poobciążał  
dobra, a roztrwonił gotówkę, że posag najmłodszej z córek, to jest 
hrabiny, stał  
się... mytem. To też na myt ten nikt się nie łakomił i panna Wanda — 
mówił  
książę z właściwym sobie uśmiechem — licząca już wtedy lat 
dwadzieścia, byłaby  
długo czekała na partyę odpowiednią swojej pozycyi i zadowalającą 
pychę  
Sokołogórskich. Ale, szczęściem, znalazł się wtedy poczciwy i 
zamożny szlachcic  
tylko, właściciel Wielkich Grobli, który ośmielony tem, że się rodził z  
Krajkorońskiej, odważył się oświadczyć o rękę ostatniej córki 
pysznego magnata,  
i... został przyjęty.Nastąpiła znów cisza. Książę, po latach dwudziestu, 
zdawał się jeszcze dziwić  
temu wypadkowi i nie rozumieć go. Zadumał się też nad nim, po 
chwili zaś, z  
wyrazem zdziwienia w twarzy mówił dalej: 
— A więc panna, wychowana w przekonaniu, że tylko udzielny książe 
mógłby zostać  
jej mężem, panna której imieniny obchodzono w Sokołogórach 
kanonadą i staczaniem  
pod jej nogi beczek napełnionych złotem, która może widziała i 
Korjatyńskich  
spieszących piechotę od bramy do pałacu swego ojca, wyszła za 
szlachcica z  
Wielkich Grobli... 
Książę urwał, poczem zawołał: 
— Ażebyś pan zrozumiał dalszy ciąg historyi, to muszę panu opisać, 
kim był  
właściciel tych murów. Najpoczciwszy był to człowiek pod słońcem, 
ale  
najnieodpowiedniejszy na męża dla kobiety wychowanej w zbytku, 
wzrosłej w upadku  
kolosalnej fortuny, a więc tembardziej jej żądnej i tem więcej do niej  

background image

przywiązanej. Pan Anastazy Korjatyński był nawskroś szlachcicem, 
nie  
rozumiejącym różnicy między sobą a Gedyminanii lub Narkiewiczami 
naprzykład  
właścicielami sąsiedniej zagrody. Kochany przez sąsiadów, był typem 
poczci-wego wieśniaka - obywatela, obdarzonego nadzwyczajna 
prostotę i zacnością,  
dalekiego od rozumienia, a cóż dopiero odczuwania uczuć, któremi 
hrabina  
przesiąknąć musiała w zamku sokołogórskim, wśród otoczenia 
przywykłego do  
pomiatania ludźmi. Pan Anastazy Korjatyński był "per ty" z szlachtą 
okolicy  
całej, całował się z każdym w oba policzki, kochał wszystkich jak 
braci, nie  
rozumiał zbytku, nie aspirował do niczego, prócz do dobrej pieczeni i 
butelki  
węgrzyna; nie marzył o niczem, tylko o spokojnej śmierci i o licznym 
udziale  
sąsiadów w pogrzebie... 
Tu Korybutowicz się roześmiał, przystanął i uderzając się ręką po 
czole, dodał: 
— I temu człowiekowi przyszło do głowy związać się dozgonnie z 
kobietą, która  
odziedziczyła wszystkie cechy charakteru swego ojca, nie 
odziedziczywszy już  
majątku jego i blasku! 
Urwał i szliśmy długo w milczeniu, aż wreszcie doszedłszy do 
parkanu,  
oddzielającego park od pól, Korybutowicz przypomniał sobie, że nie 
dokończył  
jeszcze opowieści, więc rzekł: 
— Dalej nie potrzebowałbym panu opowiadać, bo każdy inteligentny i 
znającyświat człowiek odtworzy sobie życie na takich danych oparte. 
Z miny twojej  
widzę, że już w tej chwili hrabina wydaje ci się postacią mniej 
niezwykłą, a  

background image

Edzio naturalnym niemal owocem tych elementów. Ale, bądźmy 
literatami.  
Powieściopisarz kończy powieść, której końca już się czytelnik 
domyślił. 
Przyspieszył nieco kroku i mówił dalej 
— Hrabina swoim rozumem i swoim charakterem, zawojowała, 
naturalnie, wkrótce  
pana Anastazego, który w owej epoce, a pamiętam go doskonale, 
wyglądał  
najpocieszniej. Pan na rdzennie szlacheckim sosie, ha! ha! 
Tu przystanął i zapytał z ciekawością: 
— Czy zauważyłeś pan w życiu pewien ciekawy objaw psychiczny ? 
— Jaki mianowicie? 
— Że najczęściej w takich niepospolitych dramatach życiowych, rzecz 
błaha  
sprowadza katastrofę. 
— Być może,.. 
— Otóż wystaw pan sobie — ciągnął zapalając się książę — i tu fakt 
ten miał  
miejsce. Hrabina postanowiła skorzystać ze swych forów, z aureoli 
swego  
pochodzenia z sympatyi swego męża i wytworzyćdla Wielkich Grobli 
podobną przynajmniej pozycyę do tej, jakiej używały  
Sokołogóry. Po wielu przygotowaniach dano bal tutaj, w tym pałacu, 
nie bal, ale  
raczej uroczystość, na którą sproszono niemal kraj cały. Bal ten miał 
być  
pierwszym krokiem w całym planie drogi, prowadzącej do 
wywindowania  
Korjatyńskich na szeroką widownię, na wyżyny spółeczne. Nie było 
przyczyny, by  
plan się miał nie powieść... Owszem, pan Anastazy był kochanym, 
hrabina piękną  
i.., młodą, pamięć ojca, jeszcze otoczona świetnością, którą 
podtrzymać było  
łatwo. Ale nieszczęście ma to do siebie, że osoby nawet tak mądre, jak 
pani  

background image

Wanda, popełniają fatalne błędy. Tak się też i tu stało... w tym pałacu, 
który  
błyszczczał tysiącem świateł i roił się od tłumu obywatelstwa. 
— Co ? mów książę! podchwyciłem zaciekawiony do wysokiego 
stopnia ? 
— Co ? — zaśmiał się Korybutowicz — nic! nic! a wiele. — Podczas 
gdy w  
przedsionku pan Anastazy wyściskiwał braci szlachtę, na pierwszem 
piętrze żona  
witała gości podając rękę tylko utytułowanym i wielkim, a dygiem 
witając resztę.Po chwili milczenia książę, odetchnąwszy, mówił: 
— Ten krok był właśnie katastrofą. Zawrzało w całym niemal kraju, 
zakipiało!  
Wielkie Groble stanęły na widowni. Zrobiono z tej historyi epopeję, 
która trwała  
lata i która ostatecznie była przyczyną śmierci ojca Edzia. Tego 
szlachcica  
zagryzła nienawiść szlachty... Czy pan rozumiesz teraz uprzedzenie 
hrabiny?  
Ojciec nauczył ją lekceważyć szlachtę zwyczajną, a wypadek ten 
nienawidzić... W  
trzy lata po ślubie została wdową, z podnieconą ambicyą, z obrażoną 
dumą, z  
chciwością może... zemsty... Temi uczuciami owładnięta, wychowała 
Edzia... 
Umilkł, i po długiej pauzie kończył: 
— Wielkie Groble stały się jakby klasztorem. Hrabina z jakiemś 
bałwochwalczem  
uczuciem oddała się wychowaniu syna i zabiegom około zrobienia z 
niego pana; tej  
rozumnej i silnej kobiecie nie mogło się to nie udać. Rachunkiem i  
cierpliwością, pracując usilnie w dobrach mężowskich, czyli dziś 
synowskich, w  
ciągu lat dwudziestu, już nie zdwoiła ich, ale podniosła raczej do 
kwadratu, do  
sześcianu. Ta jeszcze wtedy szlachecka fortuna jest dziś ma-gnacką... 
prawie już nieobliczoną. Wygrywała setki zawiłych procesów,  

background image

rewindykowała spadki i sumy tak Sokołogórskich jak Korjatyńskich, a 
robiła to  
wszystko z tą bajeczną siłą i energią, jaką człowiekowi daje tylko 
wiara w jakąś  
misyę nadzwyczajną. A misyą taką dla hrabiny było wyniesienie 
Edzia po nad  
poziom braci szlachty, którzy ją obrazili, obrażając się wtedy. 
Podniosła  
wreszcie Korjatyńskich odgrzebując papiery, na których podstawie 
zyskali tytuł  
hrabiów. Wszystko się jej udało, tylko... 
Książę nie dokończył, więc ja podchwyciłem, nie z przekąsem ale 
raczej z  
westchnieniem nad życiem, trawionem żądzami i zabiegami tej 
hrabiny, dodając: 
— Tylko nie Edzio... 
Szliśmy z powrotem do pałacu. Przedstawiałem księciu moje projekta 
co do  
dalszego sposobu życia hrabicza, polegające na jak najrychlejszem 
pozbyciu się  
guwernera i na zerwaniu z systemem dotychczasowym. Korybutowicz 
mnie słuchał i  
potakiwał, nie czyniąc żadnej uwagi, ale mina jego, mówiła, że i on 
miał swój  
projekt, który za zbawienniejszy może od moichuważał. Milczał 
jednak zawzięcie, więc go zapytałem: 
— A cóż książę sądzisz ? 
Korybutowicz przystanął i wyraźnie jakby hypnotyzujac mnie 
wzrokiem, rzekł  
prawie szeptem: 
— Ożenić go! 
Projekt ten był tak dalekim od mych myśli, tak mi się wydał dziwnym 
i  
niepojętym, że przez cały czas trwania dalszej przechadzki naszej 
przyglądałem  
się już z ukosa księciu, który najnaturalniej puszczał kłęby dymu z 
papierosa i  
o Edziu nie zdawał się już myśleć. 

background image

— Ożenić go! — brzmiało w moich uszach — ożenić dzieciaka, jeżeli 
nie idyotę?IV.Działo się to pod koniec mojego krótkiego pobytu w 
Wielkich Groblach. Francuz  
został uwolniony od pełnienia dalszych obowiązków, a Edzio 
pasowany na dorosłego  
młodzieńca, któremu ja miałem służyć tylko za pouczającego 
towarzysza. Przy  
pomocy księcia, którego zdanie, bądź co bądź, hrabina brała pod 
uwagę, udało mi  
się jej wyperswadować, że syn jej potrzebował teraz tylko swobody, 
będącej  
najlepszą nauczycielkę stworzeń wypuszczonych na wolność. Z 
okazyi długich nad  
tym przedmiotem z panią Korjatyńską dyskusyj, zauważyłem iż dama 
ta, nazywająca  
syna znakomitością, była dość rozumną by pojąć że Edzio mógłby 
spełnić pokładane  
w nim przez nią nadzieje, ale dopiero w przyszłości. Zresztą dumna ta 
kobieta,  
nie wdająca się nigdy w rozumowania, ale umiejedynie rozkazywać, 
wymykała mi się, że tak powiem. Nie wiedziałem czy pojmowała  
stan, w jakim jej syn się znajdował, czy też absolutnie sprawy sobie z 
tego nie  
zdawała. Tak rzeczy stały, gdy przypomniałem sobie obietnicę moją 
uczynioną  
Leonowi w Warszawie, odwiedzenia panny Narkiewicz, jego kuzynki, 
mieszkającej w  
sąsiedztwie mego miejsca pobytu. Wiedziałem, zasięgnąwszy naprzód 
języka, że  
panna Narkiewicz mieszkała wraz ze swym dziadkiem w małej 
wiosce, leżącej o  
kilka wiorst od Wielkich Grobli. Tę wioskę, położoną na równinie i  
przedstawiającą się jakoby jeden silnie uwity bukiet topól i lip, 
widziałem  
codzień z okna mego pokoju. Wyglądała ona dziwnie uroczo i 
poetycznie. A może tą  
poezyą krasiła ową wiosczynę w moich oczach ta okoliczność że była 
ona jakby  

background image

porzuconą wpośród włości hrabiny. Dowiedziałem się iż hrabina 
używała wszelkich  
sposobów, by tę wioskę odkupić od jej właściciela; lecz właściciel 
odstąpić jej  
nie chciał za żadną cenę. A właścicielem była panna Celina 
Narkiewicz, sierota,  
licząca zaledwie dziewiętnasty rok życia, lecz pomimo tak młodego 
wieku ciesząca  
się opinią osoby dość niezwykłej. Odziedziczyła onatę wioskę po 
rodzicach, którzy ją odumarli w dzieciństwie. Stary dziadek, ex- 
wojskowy włoski, utrzymał dziedzictwo dla wnuczki; ona zaś 
dorosłszy, jęła się  
sama gospodarstwa i gospodarowała o wiele lepiej, niż niejeden 
mężczyzna.  
Świeciła też przykładem swej pracy i imponowała mieszkańcom tej 
równiny, pustej  
jak okiem sięgnąć, bo należącej do oszczędnej hrabiny. Jeźli więc 
panna  
Narkiewicz interesowała mnie jako siostra najlepszego mego 
przyjaciela, to i  
intrygowała mnie równocześnie jej osoba. Dziewiętnastoletnie 
dziewczę pracujące  
na roli i nie dające się możnej sąsiadce wyzuć z dziedzictwa, 
przedstawiało  
pewien interes dramatyczny. 
Byłbym jednakowoż, za tej bytności wielkich Groblach nie poznał 
może  
właścicielki Wybranówki, gdyby mi jej wypadkiem nie przypomniała 
hrabina, i to w  
sposób zdwajający moją ciekawość. 
A stało się to tak. W wielkiej sali jadalnej siedzieliśmy dokoła stołu 
przy  
śniadaniu, na które zgromadzaliśmy się zazwyczaj o godzinie 
dwunastej.  
Posilaliśmy się w milczeniu, bo książę bywał zwykle do południa 
zaspany, a  

background image

hrabina w tym dniu, jak zresztą i codziennie, wydawała się zafra-
sowaną interesami, którym się w godzinach rannych oddawała 
całkowicie. Edzio,  
ciągle osowiały od dnia w którym go opuścił jego nauczycie], siedział  
nachmurzony i zajęty jedynie zaspokojeniem swego zadziwiającego 
apetytu. Dopiero  
pod koniec śniadania, wśród ciszy przerywanej tylko uderzeniami 
widelców i nożów  
o talerze, pierwsza zabrała głos hrabina, przemówiwszy do księcia: 
— Źle mnie poinformowano co do stanu rzeczy w sąsiednim 
folwarku. 
— A! — bąknął Korybutowicz. 
— Cette petite — ciągnęła dalej — nie robi nadzwyczajności. Interesa 
są w stanie  
opłakanym, jak były — a dowiedziałam się przed chwilą że im zajęto 
całą  
krescencyę. 
— Nie może być... — wtrącił książę tonem człowieka któremu to 
opowiadanie było  
najzupełniej obojętnem. 
— Wiedziałam że tak — będzie mówiła dalej hrabina. — Taki mały 
folwarczek bez  
pieniędzy, w sąsiedztwie wielkich dóbr z kapitałem, ostać się nie 
może. To prawo  
ekonomiczne. Po co ona się trzyma tego kawałeczka zaniedbanej 
ziemi? Uśmiechałam  
się tylko, gdy mi opowiadano o energii, rozumie, zabiegliwości de 
cette  
petite... Do-wiedziałam się przed chwilą ąue la ruine est proche... 
Książę, który zdawał się słuchać uważnie hrabiny, połykając ulubione 
kluski, nie  
wiedział, jak się okazało, o kim mowa i, na moje szczęście — gdyż 
nie wiedziałem  
że tu idzie o pannę Narkiewicz — odezwał się: 
— Vousparlez comtesse de la petite de... de... de Wybranówka, n'est 
ce pas? 
— Mais certainement!  — obruszyła się hrabina. 

background image

— A! — powtórzył książę, gotów już słuchać dalej, ale pani 
Korjatyńska zamyśliła  
się nad innym widocznie interesem i nic już nie powiedziała. 
Dla mnie wszakże było i tego dosyć, bym postanowił zaraz po 
śniadaniu udać się  
do Wybranówki. 
Dzień był śliczny; w nocy spadł spory śnieg i pokrył ziemię, jak 
daleko sięgało  
oko, warstwą białych, lśniących puchów. Śnieg ten był już drugim 
tego roku i  
zdawało się że tym razem poleży długo, gdyż lekki przymrozek ściął 
go w  
kryształki które świeciły na drzewach, jakby białym porosłych 
liściem. Natura  
wyglądała cudnie, co jej się rzadko w Listopadzie trafia, i po 
dwutygodniowej  
jesiennej szarudze wyciągała człowieka z domu.Korzystając z pięknej 
pogody, postanowiłem drogę z Wielkich Grobli do Wybranówki  
przebyć pieszo, nie mówiąc nikomu dokąd idę, i powrócić na obiad. 
Miałem więc  
przed sobą pięć godzin czasu. 
Już dochodziłem do drożyny prowadzącej miedzami z parku wprost 
do kępiny topól i  
lip wybranowskieh, gdy wtem usłyszałem za sobą silne skrzypnięcie 
śniegu i  
sapanie jakby goniącego mnie człowieka. 
Tak też było w istocie, gdy bowiem obejrzałem się po za siebie, 
ujrzałem  
doganiającego mnie Edzia. Zmęczony był, zarumieniony od 
pośpiechu, ale i  
zadowolony. 
— Gdzie pan idziesz? — pytał ze swym poczciwym lecz bezmyślnym 
uśmiechem na 
ustach. 
— Gdzie ? — odparłem namyślając się co powiedzieć i co zrobić z 
tym fantem —  
gdzie idę? 

background image

— Może to sekret? — podchwycił młodzieniec, będący niesłychanie 
delikatnym, jak  
wszystkie natury dobre a nierozwinięte. 
— Nie, to nie sekret — odrzekłem, ulegając w jednej chwili, bez 
zastanowienia,  
nagle powstałej myśli, — Spojrzyj Edziu am oto... ta kępka lipi topól 
jest celem  
dotktórego zmierzam właśnie.— Wybranówka! 
— Tak. Mieszka tam siostra mego przyjaciela, którą muszę 
odwiedzić. 
— Weź pan mnie z sobą! — prosił Edzio z naiwnem spojrzeniem. 
— Owszem ! chodź! — odparłem, pierwszy ruszając z miejsca. 
Poszliśmy tedy razem, a Edzio aż podskakiwał z radości i co chwila to 
mnie  
wymijał, to znów przystawał, aby się zrównać ze mną. 
— Cóż ci tak pilno? — zapytałem. 
— Jestem ogromnie ciekawy... 
— Czego? 
Zastanowił się, przystanął, lecz zamiast odpowiedzieć na moje 
pytanie, tylko  
uśmiechnął się bezmyślnie. 
Zaciekawiony, postanowiłem skorzystać z nadarzającej mi się okazyi 
zbadania  
stanu umysłu młodego Korjatyńskiego, więc zapytałem powtórnie: 
— Czegóż jesteś ciekawy? 
Lecz i teraz jeszcze nie otrzymałem odpowiedzi. Młody hrabicz 
wprawdzie  
zastanowił się znowu, zwolnił kroku, ale milczał. I pewnie nie byłby 
mi wcale  
odpowiedział, gdybym go nie był zagadnął po raz' trzeci, ale już 
wesołym tonem:— No, czegożeś tak ogromnie ciekawy, Edwardzie? 
Widocznie ton ten wzbudził w nim zaufanie, bo nareszcie odrzekł: 
— Wszystkiego! 
— Mianowicie? 
— Mianowicie?... czy tam tak, jak u nas,.. 
— Przecież tak samo być" nie może. 
— O to mi właśnie chodzi... 
— Nie byłeś tam nigdy? — pytałem, wskazując na topole — wszak... 

background image

Edzio się zamyślił, wreszcie odparł: 
— Mama nie wyjeżdża nigdzie, a francuz chodzić nie lubił.,. 
— Więc nie widziałeś dotąd nic więcej; oprócz Wielkich Grobli? 
— Nic. Mania nie lubi szlachty, a tu wszędzie tylko sama szlachta. 
— O Wybranówce nigdy nie słyszałeś? 
— Mama chce kupić Wybranówkę, ale tam siedzi stary kapitan, co 
nas bardzo nie  
lubi, i na złość sprzedać nie chce... 
— Nie lubi was? 
— Tak jest... 
— Dlaczegożby was nie miał lubić, mój Edwardzie ? 
Tu Edzio znowu się zamyślił, objął mnie swem pojętnem, ale jakiemś 
niepewnemspojrzeniem i nic nie odpowiedział. Ja zaś, po chwili 
milczenia, zacząłem, idąc,  
tłumaczyć" mu fałszywość jego zapatrywań. 
Dlaczegóżby jego, mówiłem, który dopiero zaczynał życie i nikomu 
nic złego nie  
zrobił, miał ktokolwiek nie lubić"?. 
Edward słuchał mnie z uwaga człowieka, pierwszy raz słyszącego 
słowa  
przemawiające wprost do jego przekonania. Dopiero gdym mój 
obszerny wywód  
skończył, odezwał się: 
— Pewnie... ma pan słuszność, ale to tak może gdzieindziej... u nas 
to... 
— To ? — zapytałem. Edward przystanął. 
— Czy pan wie — rzekł seryo i ponuro — że mojego ojca szlachta 
zabiła. On umarł  
z jej powodu...  
— Co ty. gadasz? 
— Pan nie wie ? — Mama nieraz dawniej tak mówiła. 
Szliśmy dalej w milczeniu. Trudne miałem zadanie z tym mężczyzna 
w stanie  
dzieciństwa. Myślałem, jakby się wziąć do niego ze środkami 
ostrożności, jakich  
zapewne używa treser dzikich a dorosłych zwierząt. Edward, 
zachęcony mojem mil-czeniem, które brał zapewne za potakiwanie, 
po długiej pauzie zaczął: 

background image

— Oni wszyscy zazdroszczą, nam, że mamy więcej ziemi i pieniędzy, 
że mieszkamy w  
pałacu, że mamy powozy i służbę, że... książę mówi... że nie ma 
gorszej, jak ta  
nasza szlaclita... że to są demagogi... że... 
Urwał i roześmiał się, obejmując mnie spojrzeniem, wreszcie zapytał? 
— Ale może ja głupstwa mówie?... jeszcze się pan ze mnie naśmieje... 
Milczałem, nie wiedząc jeszcze istotnie jak się wziąć do tej dziwnej  
inteligencyi. Wreszcie zdecydowałem się na dosyć obszerny wywód o 
szlachcie i o  
warstwach społecznych, z którego jednak hrabia zrozumieć nie mógł, 
że i on był  
tylko szlachcicem. 
Tak nam zeszedł czas w drodze, aż znaleźliśmy się na podwórzu 
starego,  
skromnego, modrzewiowego dworku, pochylonego wiekiem i nawet 
zapadłego już nieco  
w ziemię, co jednakże, w moich oczach, dodawało mu uroku. 
Zdawało mi się, że z  
jego wnętrza, przez te małe i krzywe okienka, wiało ciepło serdeczne. 
Nagle Edward pochwycił mnie za połę od palta.— Co robisz ? — 
zawołałem — co się stało? 
— Boję się... — odrzekł. 
— Czego? 
— Bo ten kapitan musi mnie nienawidzieć... 
— Zwaryowałeś chyba! Chodź! — odparłem z pewnem 
zniecierpliwieniem i weszliśmy  
do sionki. Tu niebawem usłyszeliśmy lekkie kroki zbliżające się ku 
nam z wnętrza  
domu. 
Stanąłem na chwilę oszołomiony, bo we drzwiach zjawiła się postać 
zadziwiająca  
pięknością, jedna z tych rzadkich, które mężczyzn, nawet mniej 
wrażliwych na  
czary płci pięknej, uderzają i przykuwają. 
Była to wysmukła brunetka o bladej twarzy, a niebieskich oczach, 
których  

background image

turkusowa barwa świeciła nieuchwytnym blaskiem. Piękność tej 
kobiety uderzała  
cała swą siłą, bo nic jej nie umniejszało, ani gasiło. Miała postawę 
królewską,  
bystrość i inteligencyę w spojrzeniu, urok wreszcie niezwykły w 
całem obliczu i  
ruchach. 
Ochłonąwszy, zarekomendowałem się, jako przyjaciel jej kuzyna. 
Panna Celina  
powitała mnie z nietajoną radością, a szybka gra jej fizyognomii 
objaśniła mnie,  
iż od-gadła, że osobistość' moja pozostaje w związku z niedawnym 
telegramem Leona. 
Weszliśmy do następnego pokoju i tu dopiero powiewne spojrzenie 
panny Celiny  
przypomniało mi, że nie byłem sam. Obejrzałem się. Hrabia stał jak 
wryty, z  
oczami utkwionemi w kobietę, drżący, osłupiały, nieprzytomny. 
— Hrabia Korjatyński! — zarekomendowałem, a nazwisko to 
wywołało nadzwyczajne  
wrażenie na młodej kobiecie. Oddając ukłon pełen wdzięku, lecz 
wymuszenie  
chłodny, zmięszała się i zbladła. 
Zaczęła się rozmowa. Pamiętam ją dokładnie, tak bo była nużącą i 
urywaną. Panna  
Celina, po tak radosnem powitaniu mnie, nie mogła odzyskać 
równowagi i mimo  
całego obycia światowego, jakiem się odznaczała, zdawała się być do 
najwyższego  
stopnia pomięszana. Myślą pracowała nad czemś, co żadnego związku 
z rozmową nie  
miało.. 
Przestraszony byłem skutkami mej wizyty, a przestrach mój wzrastał z 
sekundy na  
sekundę i doszedł do tego stopnia, w którym już człowiek tracił, jak to 
mówią,  
kontenans. Popełniłem, czułem to, jakieś szalone głupstwo. Jeszcze 
jedna chwila,  

background image

a by-łaby zapanowała grobowa cisza, gdy w tem drzwi się otworzyły i 
wszedł do pokoju  
staruszek o lasce, siwy, jak gołąbek. Przystanął we drzwiach i z 
błogim  
uśmiechem na ustach rozglądał się. Panna Narkiewicz poczerwieniała 
w tej chwili  
jak wiśnia, aż po białka oczu, tym rumieńcem, który oblewa nas tylko 
w nader  
niemiłych sytuacyach. 
Wstała i rzekła głosem drżaćyni: 
— Pozwoli dziadek... pan Grodzki przyjaciel Leona... tu się zawahała, 
spuściła  
oczy, zająknęła i wycedziła z przymusem — hrabia Korjatyński. 
Starzec zadrżał, zbladł, uśmiech mu znikł z twarzy, lecz zapanował 
nad sobą i  
podawszy mi rękę, wyciągnął ją z pewnem wahaniem do 
niewidzącego nic zgoła, a  
więc naturalnego i uśmiechniętego Edwarda. 
Nie ulegało wątpliwości ie, popełniłem jakąś szaloną niedorzeczność i 
pilno mi  
ją było jeźli nie naprawie", to poznać. Nie tracąc tedy czasu, 
zwróciłem-się do  
pomieszanej kobiety, jakby drżącej ze strachu i zagadnąłem: 
— Mam dla pani zlecenie od Leona... Możebyśmy przeszli do 
drugiego pokoju. 
Oblicze kobiety rozjaśniło się nieco,wstała z pośpiechem i wybiegła 
do sąsiedniej komnaty, a skoro tylko drzwi się za  
mną zamknęły, stanęła naprzeciw mnie i zapytała głosem tragicznym: 
— Panie! co to znaczy ? 
— Co, pani ? 
— Bytność tutaj, w tym domu tego... 
— Czyja? 
— Hrabiego... — szepnęła kobieta. 
— Szedłem tutaj — odparłem — spotkał mnie na drodze i prosił, bym 
go wziął z  
sobą. 
— On? 
— On sam! 

background image

— Cóżto znaczy? — jęknęła prawie opuszczając się na fotel. 
— Pani! — zawołałem — wytłumacz mi, na litość, twoje 
pomieszanie. Czuję, że  
popełniłem straszny błąd, widzę to z twarzy pani i z twarzy jej 
dziadka, ale... 
— Więc pan nic nie wiesz? 
— Nic! 
— Ale jak on śmiał tu przybyć ? 
— On? 
— On jak śmiał? — powtórzyła kobieta z gniewem w głosie. 
— On... on — wybełkotałem — on tak, jak ja nic nie wie.— Czy być 
może? 
— Tak jest, niezawodnie. 
— To niepodobna — zawołała panna Celina zrywając się — ale 
chodźmy... Dziadek z  
nim zostać sam nie może... Dziadek rozchoruje się... 
— Pani — szepnąłem błagalnie — wytłumacz mi, co popełniłem. 
Panna Celina już dłoń miała na klamce od drzwi, prowadzących do 
salonu. Zanim ja  
jednak przycisnęła, szepnęła jeszcze. 
— Trzeba dziadka uprzedzić o wypadku... on Bóg wie co myśli... 
Chodźmy! Opowiem  
panu później... Korjatyńscy nas zniszczyli moralnie i materyalnie, 
Korjatyńscy  
nas ciągle jeszcze niszczą... 
Uchyliła drzwi i weszliśmy do salonu, gdzie widok, jaki się 
przedstawił,  
uspokoił nas nieco. 
Młody hrabia oglądał album fotograficzne, a stary ex-wojskowy 
siedział naprzeciw  
niego i wlepiał weń oczy pełne zdziwienia i grozy. 
— Dziadku! — zawołała Celina dotykając jego ramienia — mam ci 
coś powiedzieć. 
Stary się podniósł drżąc silniej jeszcze na całem ciele, niż poprzednio 
i oboje  
zniknęli we drzwiach, podczas gdy ja zosta-łem sam z Edwardem. Ten 
nic a nic nie wiedział, niczego się nie domyślał i ani  
przypuszczał dramatu, który w tych kilku minutach się rozegrał. 

background image

Niebawem, jeszcze hrabia nie był u ostatniej karty albumu, a stary już 
siedział  
na swojem miejscu, ja zaś i panna Celina na swoich. Wszyscy byliśmy  
spokojniejsi, bladość śnieżna powracała na oblicze kobiety, a 
staruszek zażywał  
tabakę i widocznie się uspokoił. Ja tylko jeden nie mogłem odzyskać 
spokoju, nie  
mogłem sobie darować nierozwagi tem więcej, iż tak słowa hrabiny 
pochwycone przy  
śniadaniu, jak i odezwanie się Edwarda, powinny mnie były 
przynajmniej  
zastanowić. 
Kapitan wpatrywał się w hrabiego, niby w zjawisko jakieś, ale on nie 
odczuwał  
tego spojrzenia; utkwił bowiem wzrok w oblicze Celiny i patrzył na 
nią, z tym  
wyrazem twarzy, z jakim dzieci przyglądają się zadziwiającym je 
obrazom. To  
spojrzenie mięszało kobietę, a ja nie mogłem jej dać do zrozumienia, 
że ten  
uparcie na niej spoczywający wzrok, był wzrokiem nie mężczyzny 
lecz dzieciaka. 
Pomięszanie jej wzrastało. Chciała je przerwać, usiłując zawiązać 
ogólną rozmo-wę, ale próby były bezowocne. Staruszek wpatrzony w 
Edwarda, zatopił się w  
najgłębszej zadumie, z której go żadne pytanie wyrwać nie mogło. 
Zdawał się  
pracować osłabiona już wiekiem głową, aby sobie coś z przeszłości 
przypomnieć i  
aby na podstawie tego, coś teraz pojąć i zrozumieć. A Edward z 
utkwionym wciąż  
wzrokiem w twarz Celiny, bełkotał tylko, gdym go do otworzenia ust 
zmuszał, i  
niczem nie pozwalał skierować swej uwagi na inny przedmiot. 
Biedak, ulegał  
zachwytowi, któremu ulegamy czasem w epoce przejścia z 
dzieciństwa w wiek  
chłopięcy. 

background image

Niepodobna było przedłużać tego niewymowie przykrego położenia. 
Jakkolwiek  
pragnąłem o tysiącach rzeczy pomówić z kuzynką przyjaciela 
iakkolwiek pożerany  
byłem ciekawością, co za błąd popełniłem, wstałem, by się pożegnać. 
Celina mnie nie zatrzymywała. Ale Edward, którego trącić musiałem 
w ramię,  
oznajmiając mu że wychodzę, opuszczając wreszcie wzrok z kobiety, 
spojrzał, i  
zapytał z nieopisaną naiwnością zdradzającą najwyższe 
niezadowolenie: 
— Już ? 
— Już — szepnąłem wściekły.Dopiero przy pożegnaniu ze mną, 
Celina szepnęła: 
— Pan wrócisz ?  
— Wrócę. 
— Proszę — dodała osłabionym jeszcze od wzruszenia głosem. 
A staruszka tak nasza wizyta wzruszyła, iż wyprowadził nas w 
milczeniu na ganek,  
i ani słówka ze ściśniętej piersi wydobyć niemógł. 
Szliśmy z powrotem. Edward zamyślony kroczył naprzód, a ja za nim, 
w dziwnym  
stanie zdenerwowania. 
— Co oni myslę, ? Co powie hrabina? Co właściwie popełniłem ? — 
próżno chciałem  
odgadnąć, jak próżno usiłowałem przeniknąć dramat, na którego 
jednej tylko  
odsłonie byłem obecny. 
W milczeniu doszliśmy do parkanu, otaczającego rezydencyę 
Korjatyńskioh, Tu  
westchnął Edward, idący na kilka kroków przedemną, i to westchnął 
tak ciężko, iż  
mnie wyrwał z zadumy i powołał do rzeczywistości. Zrównałem się z 
nim, a on  
widząc mnie koło siebie, zapytał: 
— Powiedz mi pan, czy w Warszawie są, takie panny, jak...— Jak? 
Edward milczał, więc nalegałem: 
— Jak kto? 

background image

— Jak... Celina — wyszeptał.V.Po obiedzie, który się odbył wśród 
grobowej ciszy, bo hrabina była w fatalnym  
humorze, a książe wygląda! także nie w swoim sosie, — udałem się 
do siebie. Ale  
w samotności pozostawałem niedługo, gdyż Korybutowicz, 
potrzebujący zwykle  
najmniej dwóch godzin na wypalenie cygara i wypicie dwóch 
kieliszków likieru,  
dnia tego użył kwadransa na to zajęcie. 
Blady i wysoce zafrasowany zjawił się u mnie i zaraz zaczął: 
— Cóżeś pan zrobił? 
— Co? 
— Ta wizyta u Narkiewiczów... hrabina odchodzi od zmysłów... 
Zrobiłem minę zdziwioną, a hrabia zawołał: 
— Ja sam, gdy się o tym wypadku do-wiedziałem, o mało nie 
zemdlałem — mówił siląc się na ton żartobliwy. — Nie  
mogłeś pan wymyśleć przykrzejszej rzeczy dla pani Wandy, bo sama 
sobie wyrzuca,  
że pana nie uprzedziła. 
— Bardzo szczęśliwie — podchwyciłem — gdyby bowiem była mnie 
uprzedziła że  
dwudziestotrzechletni Edward ma nadal pozostawać w dziwacznej 
niewoli, nie  
byłbym tu zjechał. 
Książe się zasępił. 
— Ale pan nie wiesz — zawołał — że między Wielkiemi Groblami a 
Wybranówka wre od  
lat dwudziestu... 
— Nie wiedziałem; ale czemuż o tem nie wiedział Edzio, który sam 
się do tej  
wizyty wprosił ? 
Nastąpiło krótkie milczenie, po którem książę odrzekł:  
— Mniejsza o to... Stało się!... Wytłumaczyłem hrabinie, żeś pan jej 
cierpieniu  
nic nie winien... 
— Cierpieniu? Książe się zirytował. 
— Przecież pan jesteś dość rozumnym, by domyśleć się, jak cierpieć 
musi z powodu  

background image

wypadku, który może pierwszy raz wżyciu, a przynajmniej oddawna, 
nastąpił wbrewjej zamiarom. Nie wiedziała że pan znasz 
Narkiewiczów... nie przypuszczała  
możliwości katastrofy, która... 
— Katastrofy ? 
— Ależ, panie — książę zawołał — wizyta Edwarda w Wybranówce, 
dla hrabiny, równa  
się pierwszorzędnej katastrofie. Stało się jednak. Opowiedz mi pan 
lepiej, jak  
go przyjęto. 
— Najnaturalniej! 
— Nie może być! 
— Czyż on im co zawinił? — zapytałem w odpowiedzi, udając 
głupiego. 
Książe się zamyślił. 
— Nie lubię mówić — zaczął po chwili — o czasach minionych. 
Jednakowoż wypadek  
ten jest dla mnie jednym z najciekawszych psychicznie. Pani Wanda, 
która  
prędzejby zniosła nie wiem co, niż przypuściła kiedykolwiek wizytę 
Edzia w  
Wybranówce, dziś post festum, zniosła ją z iście stoickim spokojem. 
Ani słowa  
przeciw panu, ani słowa wybuchu strasznego cierpienia, jakie ją trawi. 
To  
imponująca kobieta!... — dokończył prawie z zachwytem. 
Byłem wysoce rozdrażniony i na razie nie wiedziałem czy mam sobie 
w tem  
wszystkiem przypisać jaką winę, czy nie,Po długim namyśle, 
zapytałem księcia ironicznie: 
— Aby zrozumieć ogrom, jakby się zdawało ze słów księcia, 
katastrofy, musiałbym  
znać jej treść. W tem bowiem że hrabicz był u Narkiewiczów, widzę 
wypadek  
najpodrzędniejszy. 
— Zapewne, zapewne, gdyby nie pojęcia jego matki, gdyby nie... 
— Gdyby nie co? — podchwyciłem — bo nawet śmiesznie 
arystokratyczne przesady  

background image

pozwalają swoim hołdownikom odwiedzać ludzi, których za niższych 
od siebie  
uważają — Nie przeczę — przerwał mi księże — ale ta wizyta była 
niemożliwą  
nietylko wskutek pojęć hrabiny, które nie są znów do tego stopnia 
skrajnemi. Ta  
wizyta, panie, rzuciła najdziwaczniejsze światło na przeszłość, na 
Edzia, na...  
wszystko! Ta wizyta... Ha! ha! ha!... Ależ ona jest czemś tak 
monstrualnem, albo  
tak głupiem, że... 
Urwał, i przysuwając się do mnie z fotelem, dodał ciszej: 
— Ja się dziwię tylko, że kapitan Edzia kijem nie obłożył... W tem 
vous avez de  
la chance ha! ha! 
Zirytowałem się. 
— Objaśnij że mnie książę, u licha.Korybutowicz odparł: 
— Niestety, nie moge, bo nie wiem, co i kiedy zaszło między 
Wielkiemi Groblami a  
Wybranówką. 
— Czyż być może ? 
— Panie kochany — rzekł książe — ja przez lat piętnaście tu nie 
byłem, a od  
pięciu lat jak jestem, nie troszczę się o historyę tej okolicy. Cóż mnie  
Narkiewicze lub ich stosunki sąsiedzkie obchodzić mogą ? Uważam 
wszelkie  
stosunki sąsiedzkie za zgniliznę pozostałą z przeszłości, za absurdum 
w  
dziewiętnastym wieku. Niema ich już nigdzie na świecie; tylko tu 
utrzymały się  
jeszcze jakieś głupie prawa, oparte na takiem absurdum, jak na tym 
fakcie, że  
mój kawałek ziemi graniczy z kawałkiem należącym do jakiegoś 
jegomości, między  
którym zresztą a mną niema nic wspólnego. Nie dziw się pan moim 
poglądom. Byłem  
przecież współpracownikiem najbardziej współczesnego dziennika: 
"Figara". Te  

background image

prawa stają się poprostu śmiesznemi, gdy je stosujemy do stosunków 
mających swą  
podstawę w tem, że X. mieszka o kilkanaście wiorst od Y. Cóż mnie, 
do dyabła,  
może krępować w czemkolwiek okoliczność, że rura jakaś kupiła 
graniczący z moim  
majątek, lub ja —z jego? Do czegóż mnie to może obowiązywać? W 
mieście nie troszczę się o  
lokatora innego piętra, a tu mam się poczuwać do obowiązków 
względem jakiegoś  
pana, oddalonego odemnie o kilka mil? Mais ce de l'histoire antique 
ho! ho ! to  
już wchodzi, w moich pojęciach, w granice zwyczajów 
antydiluwialnych. 
Urwał ze śmiechem i kończył: 
— Co więc zaszło między Wielkiemi Groblami a Wybranówka, nie 
wiem. Hrabina est  
trop grande dame by o zaściankach mówić, a ja nie pytam. Wiem 
tylko, że syn  
starego, pan Izydor Narkiewicz, był lubianym i poważanym 
obywatelem, że żył w  
przyjaźni ze ś.p. hrabią Korjatyńskim. Wiem dalej, że podupadli 
majątkowo, i że  
dziś hrabinie bardzo zawadza ten skrawek ziemi w pośrodku jej dóbr, 
i że  
nabyłaby go płacąc zań cenę bodaj potrójną. Zkąd jednak pochodzi 
pewna doza  
specyalnej zawziętości pani Wandy do Wybranówki, z czem zresztą 
kryje się i co  
może w sobie poskramia, nie wiem. 
— A więc jest — wycedziłem — jakaś niechęć specyalna? 
— Zdaje mi się — odrzekł książe — je vous le dis, à vous, to moje 
spostrzeżenie,które umie nigdy nie zachęcało do zbadania go. Co 
mogą interesować un esprit  
cidtivé, te kłótnie sąsiedzkie, których zbadanie wykazuje zawsze złe 
wychowanie,  
lub ciemnotę szlachęcką na dnie. 

background image

Książę skończył a ja długo zostawałem pod wrażeniem słów jego. Ten 
umysł  
paradoksalny, ale filozoficzny, odpowiadał w wielu względach 
mojemu sposobowi  
widzenia różnych rzeczy. Jeźli się z nim nie zgadzałem, to 
rozumiałem to, lub  
też zajmował mnie oryginalny rodzaj jego inteligencyi. Chciałem zbić 
jego  
aforyzmy, czy może też i prawdy, gdy w tem drzwi się uchyliły i 
stojący w nich  
lokaj oznajmił nam, że pani hrabina czeka z herbatą. 
Herbata, podana w jednym z salonów, przy buchającym ogniu na 
kominie, była, jak  
zwykle po obfitym obiedzie, nektarem upragnionym. 
Zeszliśmy więc do pokoju, w którym pani Wanda siedziała z Edziem 
nad srebrną  
tacą z kipiącym bouloirem. Pani Korjatyńska wyglądała rzeczywiście 
jak po  
katastrofie, na którą już niema lekarstwa. Jej spokojne oblicze nosiło 
ślady  
poskromionego wzburzenia, a zaciśnięte silniej niż zwykleusta, 
obiecywały pewną reakcyę, i zdradzały pracę jej myśli. 
Kziążę wziął do ręki paryzkie "Figaro" i odszukawszy w niem 
interesującą  
wiadomość, odczytał ją głośną, starając się zawiązaś rozmowę. Na 
nieszczęście,  
był to opis-awantór popełnionych przez lordów angielskich w 
Irlandyi. Hrabina  
też zaraz zawołała: 
— Jeźli ci farmerzy są w czemkolwiek podobni do naszej szlachty, to 
się niczemu  
nie dziwię. 
— Och! comtesse  — zawołał książe — vous êtez... 
Nie dokończył, a ja podchwyciłem, chcąc już do dna zbadać tę 
kwestyę: 
— Hrabina zdajesz się być nieprzyjaciółką jakiejś warstwy 
społecznej, którą  
nazywasz szlachtą, a której uchwycić nie mogę, w sposób... 

background image

— I ja — pani Wanda podchwyciła, pierwszy raz odkąd ją znałem 
ożywiając się i  
czerwieniąc. — Wreszcie, co do tego, odkryję panu moje 
zapatrywania. Już w  
Warszawie powiedziałam mu że między nami a szlachtą widzę 
nieprzebytą przepaść.  
Dlaczego? — posłuchaj pan. 
Tu chrabina przybrała pozę osoby ro-zumnej, mającej wygłosić jakieś 
głębsze a swoje własne spostrzeżenie, poczem  
zaczęła: 
— W całym świecie był tylko jeden kraj, w którym zrodziło się 
przysłowie, równie  
bezsensowne jak u nas. W wiekach, w których rycerstwo odgrywało w 
Niemczech  
wielką rolę a tytuły używały miru, w których we Francyi wskutek 
potrzeby  
epokowej powstawali les vicomtes et les de etc. etc, tu powstało 
przysłowie o  
szlachcicu "na zagrodzie". To jedno przysłowie wystarcza, by 
człowiek myślący  
zrozumiał wady ustroju hołdującego mu spółeczeństwa. Wynikiem 
tego przysłowia  
było, że dziś ekonom podszywa się pod byle jaki herb i ma pretensyę 
do pozycyi  
socyalnej, równej tej, jaką zajmuje osoba mająca w przeszłości swej 
paręset lat  
rodowodu, dostojeństw, szlachetności krwi i postępków. 
Chciałem coś powiedzieć, ale hrabina która się już zapaliła, i 
niebawem miała  
już zejść na manowce osobistości, nie pozwoliła mi mówić. 
— O, panie! — zawołała — ta klasa spółeczna, która my krótko 
nazywamy szlachta,  
jest dla mnie czemś ohydnem. Ci potom-kowie naszych gumiennych i 
ekonomów, obrażający się gdy ich nie posadzą przy  
stole obok potomków magnatów, są... wstrętni! Nie lubię nawet 
mówić o tem, bo  
się zapalam. Wiem tylko, że wolałabym, by mój syn nie wiem jak 
nizko upadł,  

background image

niźli miałby się ożenić ze szlachcianką, której dziadek był... ratajem u 
pana...  
ha! ha! U nas, szlachty, dans le vraie acception du moł niema. Są tylko  
właściciele ziemscy, którzy herb mieć muszą. Ktoby tam doszedł, 
którzy z nich  
mają do tego prawo, a którzy je sobie przywłaszczyli? Szlachtą u nas 
jest tylko  
arystokracya. 
Tu zwróciła się do syna i zapytała go: 
— Tu entends Eduard? i czy nie jesteś mojego zdania? 
— Mais oni maman... — odparł młodzieniec. 
— Naturalnie — podchwyciła hrabina — to jest zapatrywanie, które... 
ne supporte  
pas de discussion... 
— Roześmiała się i kończyła, jakby sama do siebie, sykiem jej 
właściwym: 
— Pourquoi pas... lim! można żyć i z Narkiewiczami, ale nic więcej... 
i lepiej  
nie żyć z nimi, jeźli kto ma desgouts plus distingues... 
Nie było co mówić, to też nic nie odpar-tem, uśmiechając się do 
księcia, który udawał przejętego słowami hrabiny,  
postanawiając przytem jak najrychlej zbadać, dlaczego pani 
Korjatyńska  
zmienionym tonem mówiła o Narkiewiczach. Ona ich, zdawało mi 
się, nietylko jako  
szlachtę nie nawidziła, a nienawiść tę, po onegdajszej opowieści 
księcia, byłbym  
wreszcie nieco rozumiał.VI.Minęło dni kilkanaście — i dopiero w 
dniu przedostatnim mojego pobytu w Wielkich  
Groblach, t.j.  Listopada, znalazłem sposobność odwiedzenia 
Narkiewiczów.  
Mieszkając w domu tak źle usposobionym dla tych sąsiadów, nie 
chciałem brać koni  
do Wybranówki, a spadłe śniegi nie pozwalały mi tej podróży, jak 
pierwszym  
razem, odbyć pieszo. 
Następuie, musiałem też szukać chwili, w którejbym był wolny od 
Edwarda, ten  

background image

bowiem, mając zamiar mi towarzyszyć, każdego dnia pytał, czy się 
nie wybiorę do  
Narkiewiczów. Chłopczysko poprostu zakochało się w widzianej raz 
jeden Celinie,  
a może zarazem w pierwszy raz widzianej kobiecie. Matka widocznie 
nie skarciła,  
z niewiadomych mi przyczyn, jego pierw-szej wizyty, i hrabicz, raz 
po raz, kilkakrotnie na dzień mnie interpelował: 
— Nie pójdziesz pan dziś do Narkiewiczów? 
— Nie — odpowiadałem — słota, droga zasypana... 
— Przecież są konie... 
— Wolę uczynić to pieszo... 
— Więc pan pójdziesz jutro ? 
— Może... 
Tu Edward wzdychał i zamyślał się. To uczucie młodzieńca, nagle 
obudzone, nie  
zajmowało mnie bynajmniej. Przypominałem sobie moję własne 
miłości, gdy liczyłem  
lat szesnaście i pamiętałem ich znikomość. A Edwarda, choć on był 
jak dąb silny  
i rozrosły, uważałem za chłopczyka. Nie mogłem się oswoić z faktem, 
że był on  
dorosłym mężczyzną, ani też nie brałem w rachubę innego sposobu 
zapatrywania się  
księcia, który kilkakrotnie w konwersacyi o hrabiczu z naciskiem był 
zauważył: 
— Pamiętaj pan jednakowoż, że pięcioletni koń, wzięty choćby na 
arkan ze stepu,  
niesłychanie prędko się ujeżdża, do wszystkiego wkłada i... i czasem 
się  
strasznie narowi. 
Chyba o to ostatnie nie było obawy. Niewystawiałem sobie 
poczciwego Edzia, narowiącego się, w przenośnem tego słowa  
znaczeniu. Owego więc popołudnia, zasadziwszy Edwarda nad 
romansem  
Kraszewskiego, który, jeźli mnie pamięć nie myli, nosił tytuł: "Dwa 
światy",  
postanowiłem udać się do Narkiewiczów. 

background image

Zaledwie opuściwszy park, znalazłem się na miedzy wiodącej do 
Wybranówki,  
uczułem ulgę na myśl, że wreszcie się dowiem przyczyny tylu 
dziwnych i tyla  
niezrozumiałych ostatnich wypadków. Przyspieszyłem kroku i wnet 
przybyłem do  
dworku panny Celiny i jej dziadka. Tu jednakże zaraz w sieni uderzył 
mnie dziwny  
widok. Kufry stały jakby gotowe do podróży. Naprzeciw mnie 
wybiegła Celina. 
— A! pan! — zawołała, podając mi ruchem pełnym wdzięku rękę — 
myślałam, że już  
pana nie zobaczę... 
— Czybyś pani wyjeżdżała? 
— Wyjeżdżamy jutro rano. 
— Jakto?... 
— Pana to dziwi ? 
— Me... ale... — bełkotałem. 
— Opowiem panu, co się stało — podchwyciła, wprowadzając mnie 
do bawialni —dziś dostaliśmy list Leona decydujący... dla mnie. 
— Leona? 
— Tak! Ale to cala historya! Siadaj pan tutaj... Dziadek zaraz 
przyjdzie...  
Herbatę w tej chwili podadzą — szczebiotała z ożywieniem. — Co za 
szczęście, żeś  
pan sam przyszedł... Przepraszam! ale ja już pana uważam za swego 
przyjaciela,  
jako przyjaciela Leona... Jakże żałuję, że właśnie tej zimy, teraz, kiedy 
choć  
jednę żyjącą istotę to jest pana mielibyśmy blizko, musimy opuścić 
Wybranówkę. 
— Wyjeżdżacie więc państwo na całą, zimę?... 
— Tak! do Warszawy! 
— Do Warszawy?... — Pana znów to dziwi? 
— Nie, ale i ja jutro wyjeżdżam do Warszawy. 
— Więc możemy jechać razem ? 
— Niestety! nie ! Jadę z całym domem Korjatyńskich. 

background image

To nazwisko w jednej chwili spędziło wesołość i swobodę z twarzy 
Celiny.  
Zmieniła się, jak kameleon i wlepiła we mnie podejrzliwie oczy. Aby 
raz więc  
rozbić te lody i rozwiać tę zasłonę gazową, rzekłem:— O! pani 
posmutniałaś jakoś i już się mnie boisz, boisz dlatego, że mieszkam w  
domu który nienawidzisz. 
— O! całą siłą nienawiści, do jakiej jestem zdolna — odparła z 
przekonaniem. 
— Otóż, najprzód przypuści mnie pani, jako przyjaciela Leona do 
sekretu, bo  
doprawdy jestem jak w rogu... 
— Zaczekaj pan... Dziadek to lepiej zrobi. I tak już sypiać nie może, 
odgadując  
przyczyny które was wtedy do nas sprowadziły... 
— Wypadek! . 
— Toć mu to tłumaczę, ale wiary dać nie chce wypadkowi tak 
nadzwyczajnemu. 
— Umieram z ciekawości... 
Wtem wszedł kapitan i równocześnie wniesiono herbatę. Dopiero też 
po niejakim  
czasie, staruszek, przekonawszy się przy pomocy wielu pytań i 
rzucanych  
kilkakrotnie na mnie badawczych spojrzeń, że prawdziwym jestem 
jego i Celiny  
przyjacielem, zapalił fajkę i obiecał przystąpić do opowiadania mi 
przyczyn,  
wskutek których się tak zdziwił i przeraził widząc w swym domu — 
młodego  
hrabiego. Że mówił seryo, stwierdziła mi jego fizyognomia, która 
stając się  
coraz bardziej ponurą zwiastowała,dramatyczne wspomnienia. Celina 
pochwyciła ręczną robotę i posmutniała,  
opuszczając oczy, a stary marszcząc czoło i ściągając brwi zaczął po 
długim  
namyśle: 
— Mój syn był przyjacielem pana" Anastazego Korjatyńskiego, który 
wtedy nie był,  

background image

ani panem, ani hrabią, tylko jak Narkiewicz zwykłym szlachcicem. 
Wychowali się  
razem, to tu, to w Wielkich Groblach, bawili razem, a potem razem 
polowali z  
chartami i wszystko robili razem. Ten człowiek zdawał się być i był 
może  
poczciwym człowiekiem, ale co to kobieta?... taka kobieta, jak ta...  
lenniczka... pożerana pychą, bez żadnej cnoty, wykapana córka swego 
ojca... pół  
waryatka bez czci i wiary... 
— Dziadku! — zauważyła cicho Celina. 
— Cichobyś była — zawołał stary niezwykłym mu tonem — mało cię 
jeszcze  
skrzywdziła, bym inaczej o tej jędzy mówił? 
Pyknął z fajki i ciągnął: 
— Byliśmy zamożni wtedy. Mieliśmy Wybranówkę znacznie 
większą, niż jest dzisiaj,  
i Waranów, piękne dobra położone opodal... o cztery mile ztąd... Syn 
mój przyjął  
je odemnie nieco obdłużone i wyrabiał się... Korjatyński... przyjaciel, 
zresztą  
człowiek zacności, przyszedł mu wtedy z pomocą...Stary się jąkał i 
widocznie opowiadanie to przychodziło mu z największą  
trudnością, a jeszcze nie domyślałem się dlaczego. Z wysiłkiem 
prawie, i  
zostawiając wiele mojej domyślności mówił: 
— Tak! pożyczył mu na bardzo dogodnych, bardzo dogodnych 
warunkach,  
kilkadziesiąt tysięcy... Zabezpieczyliśmy mu je naturalnie, i jak! To 
nas  
zgubiło, a nie żądał tego, wzbraniał się nawet. Ale widzisz, kochany 
panie,  
szlachetne postępki niejako wyzywają szlachetne wzamian kroki... 
Mój syn  
pracowali był na drodze nietylko utrzymania się, ale dorobienia... 
Wtem takie  
zaszły wypadki... 
Narkiewicz odpoczął i zaraz podchwycił: 

background image

— Korjatyński się ożenił... dał bal... 
— Znam treść tego balu — wtrąciłem, chcąc oszczędzić staremu 
szczegółów, których  
się domyślałem i które zdawały się mu być w tej chwili 
najprzykrzejszemi. 
— Znasz więc pan ten skandal? — zawołał — mój syn był ożeniony, 
a ta wiedźma  
straszną scenę zrobiła żonie przyjaciela swego męża, która syn mój 
ubóstwiał,  
która może była lepiej urodzona od tej...Łzy. stanęły w oczach 
staremu, łzy  
zabłysły i w źrenicach Celiny. Te łzy po la- tach tylu, opowiedziały mi 
całą treść dramatu, tego dramatu, który jak w  
komedyi, opierał się na błahostce. Ale bywają straszne, jak ta, 
błahostki. 
Stary ciągnął, opuszczając zapewne wiele: 
— Ale Izydor zapałał złością, do jakiej go pobudzała wrodzona jego 
szlachetność.  
Obraził panią Korjatyńskąinie pomny własnych interesów, wziął na 
siebie  
odpowiedź obywatelstwa na śmieszny i potworny krok 
Sokołogórskiej. On to —  
kończył starzec smutnie — szlachcic z krwi i kości, prędki i dumny, 
przytem  
powszechnie szanowany i słuchany, głównie się przyczynił do 
wymazania  
mieszkańców Wielkich Grobli z listy żyjącej w okolicy tutejszej — 
szlachty... 
Narkiewicz urwał i długo milczał, aż nagle zawołał: 
— Korjatyński umarł przedwcześnie, zagryzł się... Żona jego 
pozostała — zażądała  
wypłaty... i ona to nam zabrała za dług Izydora Waranów, ukochany i 
dziedziczny  
nasz majątek... Syn mój nie przeżył straty fortuny, którą aby dzieciom 
zostawić,  
pracował jak wół, a matka tej sieroty — mówił starzec, wskazując na 
zapłakaną  

background image

Celinę — nie przeżyła znowu śmierci męża. Od tego czasu ta mściwa 
jędza zabrała nam pół Wybranówki... zabierze może i 
resztę.Zapanowało głuche milczenie, w czasie którego ulegałem 
dziwnemu wzburzeniu. Ci  
ludzie przeszli katastrofy straszne, może z powodu ukłonu, tak samo, 
jak i  
tamci. Hrabina mi się wydawała potworną, a cała ta historya, tak 
błaha, a tak w  
skutkach dramatyczna, wydawała mi się tematem powieściowym, ale 
nieprawdziwym.  
Więc przedwczesna śmierć dwóch poczciwych ludzi, ruina majątkowa 
rodziny,  
idyotyzm hrabiego, wszystko to wynikło z tej tylko okoliczności, że 
jednej  
pysznej hrabinie kiedyś, może i bez głębszego zastanowienia, przyszło 
głupstwo  
do głowy!? 
Milczeliśmy długo, bo mnie w głowie szumiało, a Celina łzy połykała. 
Stary  
przerwał ciszę grobową, panującą w komnacie: 
— Bronimy się blizko lat dwadzieścia. Straciliśmy parę kroć sto 
tysięcy...  
Waranów przy braku nabywców poszedł za dziesiątą część swojej 
wartości... pół  
Wybranówki za darmo... Tyle było potrzeba, by spłacić dług, który 
ś.p. Anastazy  
Korjatyński uważał za jednę dziesiątą część wartości naszej ziemi. — 
Aleście już prawie wyszli z tego długu? 
— Już! — westchnął kapitan. 
— Już! — powtórzyła Celina stłumionym głosem. 
W tem "już" obojga, tyle było siły, tyle wyrazu, tyle ulgi po 
strasznych  
cierpieniach, że to jedno słowo powiedziało mi swym tonem stokroć 
więcej od  
całej opowieści. 
— Ale — dodał stary — kto nam odda życie osób drogich ? Kto nam 
odda te  

background image

dwadzieścia lat bezowocnych zabiegów? te trudy bronienia swego 
kawałka ziemi ?  
te męczarnie, troski o jutro? te cierpienia, jakie człowiek przechodzi, 
gdy go  
wiecznie niszczy siła zemsty, i gdy się czuje bezsilny tam, gdzie i siły 
nie  
potrzeba w warunkach zwykłych. Co ta kobieta z nami wyprawiała, 
tego nie spisać  
na wołowej skórze. Jak nas dręczyła, jak szatańsko!... powoli! przez 
lata!...  
jak systematycznie, z jak obmyślanym piekielnie planem... a jak cicho 
i  
naturalnie I 
— Ach nie! to być nie może! 
— Ha! ha! ha! — zaśmiał się tylko w odpowiedzi starzec zamilkł, a ja 
po tym  
śmiechu jego, który dziś słyszę jeszcze, już nic więcej wiedzieć nie 
chciałem. VII.Późno już wieczorem dnia tego, wracałem do Wielkich 
Grobli, myśląc  nad tem co  
słyszałem, nad całą tą historyą, wynikłą z takiej drobnostki, jak 
sposób  
powitania gości przez Sokołogórska. 
Ta kobieta wydawała mi się wtedy potworną. Więc ona to 
najspokojniej niszczyła  
od lat tylu i systematycznie Narkiewiczów, więc ona zatruwała temu 
starcowi i  
tej sierocie każdą chwilę życia ? Ale, dzięki Bogu, historya tej 
sąsiedzkiej  
zemsty zdawała się skończoną. Przypominałem sobie wszystko, co mi 
w ciągu kilku  
godzin przebytych w Wybranówce powierzyli Narkiewiczowie. Długi 
jeszcze mieli,  
życie ich czekało ciężkie i pracowite na pozostałym kawale ziemi, ale 
nie mieli  
już na nim potężnego i podstępnego wroga, spłacilicałkowicie i raz na 
zawsze hrabinę, zapożyczając się w bankach i u lichwiarzy. 
Przystawałem co chwila by zdać sobie sprawę z teraźniejszości, bo 
historya ta  

background image

robiła mi wrażenie jakiegoś ustępu przeczytanego w pamiętnikach z 
przeszłego  
stulecia. Tymczasem nie: pochodziła ona z naszego wieku, dowodząc 
raz jeszcze,  
że ludzie i ich stosunki pozostaną zawsze te same, że namiętności i 
małostki  
ludzkie zawsze tą samą bronią walczyć będą. 
Trudno wypowiedzieć do jakiego stopnia oburzały mnie szczegóły tej 
na pozór  
prostej opowieści. Rozczulały mnie ciche łzy Celiny, a przestraszały 
podchwycone  
kiedyś słowa pani Korjatyńskiej, dowodzące, że jeszcze uwagi z ofiar 
swej zemsty  
nie spuściła. Ileż bo to w tej opowieści tkwiło ran spółecznych? Ta 
pycha, te  
różnice urodzeń, występowały tu dziwnie jaskrawo. 
Tak zaszedłem do Wielkich Grobli, gdzie zaraz za furtką w parku, 
stanął  
przedemną najniespodziewaniej, przestraszając mnie formalnie, 
Edward. 
Ruszyliśmy dalej i po chwili hrabia odezwał się z wyrzutem: 
— Obiecałeś mnie wziąć z sobą do Wybranówki?...Zacząłem coś 
bąkać, a Korjatyński mi przerwał: 
— Wielką mi sprawiłeś przykrość... Chciałem iść tam za tobą, gdy się  
spostrzegłem, że cię niema i że tam być musisz, ale nie śmiałem... Ta 
Wybranówka  
mi się bardzo podoba... Tak mi tam było dobrze... przyjemnie... Tak 
pragnąłem  
jeszcze raz przed wyjazdem widzieć... 
— Celinę ? — rzekłem bez namysłu, by przerwać mieszanie się 
chłopca, do którego,  
może wiedziony tem protekcyonalnem, właściwem nam uczuciem, co 
godzina więcej  
się przywiązywałem, co godzina inaczej się na niego zapatrując. Już 
mi się nie  
wydawał takim, jak poprzednio, idyotą, już odkrywałem coraz to 
nowe sympatyczne  
zalety, widząc w nim materyał na człowieka. 

background image

— Celinę? — powtórzyłem, bo hrabia spojrzawszy na mnie swym 
połyskującym wśród  
nocy wzrokiem, milczał. — Nie straciłeś wiele — ciągnąłem. — My 
wyjeżdżamy jutro  
do Warszawy, a i Narkiewiczowie jutro tam spieszą. Jeżeli więc 
będziesz trwał w  
twem pragnieniu widzenia ich jeszcze... 
— Jakto ? — przerwał mi Edward — Celina jedzie do Warszawy?— 
Tak! na całą zimę. 
Hrabia opuścił głowę ku ziemi i myślał, a wydawał mi się bardzo 
ciekawym  
przyczyn tego wyjazdu, o które tylko z wrodzonej sobie delikatności, 
wprost nie  
pytał. Pomyślawszy chwilę, przejrzałem jasno, że zainteresowując 
Edwarda  
stosunkami Narkiewiczów, mogłem tym ostatnim wyświadczyć dziś 
już mała, lecz  
względna przysługę, postanowiłem go więc wtajemniczyć w to, co mi 
Celina  
powiedziała i rzekłem: 
— Panna Narkiewicz została materyalnie zrujnowana ostateczną 
spłatą sumy, która  
się od niej należała twej matce, a która wypożyczył jej ojcu, twój 
ojciec. 
Tu Edward, zauważyłem, słuchał mnie z taką ciekawością, iż 
widocznem było, że o  
niczem nie wiedział, a ja ciągnąłem: 
— Chciałaby więc powiększyć pracą dochody swoje, coby jej 
pozwoliło zapewnić  
sobie posiadanie Wybranówki. Celina ma nadzwyczajny talent 
pisarski, tylko  
brakuje jej wprawy i pewnej rutyny, której tylko w mieście nabyć 
może... 
— Me rozumiem cię, o czem mówisz... przerwał mi Edward. 
— Jakto ?— O jakim talencie pisarskim?... — jąkał nieśmiało. 
— No — talent do pisania powieści, powieści takich jakie czytasz, 
jakie pisał  
Kraszewski... 

background image

— Jakto — zapytał, przystając hrabia. — Celina by miała pisać takie 
powieści,  
jak "Dwa światy", jak?... 
— Takie same! a może... bardziej dziś interesujące. Posłała kilka 
rękopisów do  
Warszawy, do redakcyi pewnego pisma. Redaktor, człowiek mi znany 
i bardzo bystry  
znawca, odkrył w tych rękopisach talent i zaproponował pannie 
Narkiewicz, by  
przybyła do Warszawy, obiecując jej wydrukować powieści i sowicie 
za nie  
zapłacić. Celina więc, odebrawszy tę wiadomość wczoraj, od kuzyna 
swego, a  
mojego przyjaciela, jutro wyjeżdża do Warszawy z dziadkiem. Ma 
ona kilka  
rękopisów w domu, bo pisze już od dłuższego czasu. Jeźli i te 
zakwalifikują się  
do druku, to uzbiera ona z tego źródła dość znaczny, jak na jej 
stosunki,  
fundusz i wyrobi sobie prócz sławy, także coś wartej, stały roczny 
dochód... 
Skończyłem, a Edward kroczył obok mnie i jeszcze słuchał z 
najwyższą uwagą. Były  
to dla niego rzeczy całkiem nowe, nie-znane mu sytuacyę i zabiegi, a 
wstydził się pytać o szczegóły, które, czuł to,  
że powinien rozumieć. 
Tak doszliśmy do pałacu. Tu uścisnąwszy dłoń młodzieńca, który 
mieszkał w  
apartamencie do mojego przyległym, udałem się do siebie. 
— Jeźliby — myślałem — Edward pokochał Narkiewiczów, to 
nietylko musiałyby upaść  
dalsze widoczne plany hrabiny wyzucia ich z majątku, ale nadto, jako 
potężny  
sąsiad, mógłby im być pomocny. I dalej nawet sięgały moje plany 
humanitarne.  
Zdawało mi się, iż hrabia, jeźlibym zrobił z niego człowieka, 
powinien się  

background image

poczuć do obowiązku wynagrodzenia krzywd, przez matkę tym 
ludziom wyrządzonych.  
Sięgałem więc w daleką przyszłość, która rzeczywiście niedaleką 
była, bo fortuna  
należała do Edwarda, on zaś byłby już pełnoletnim, gdyby się był 
moralnie  
rozwinął. A to zastanawianie się młodzieńca nad każdą nową 
zasłyszaną rzeczą,  
dowodziło, iż dawny współpracownik Figara, awanturniczy 
Korybutowicz, znał się  
na psychologii człowieka, obiecując bardzo rychłe wyrobienie się 
hrabiego. 
Zaledwie wszedłem do siebie, gdy zapu-kano do drzwi moich, a po 
sposobie pukania, miękkim i dyskretnym, poznałem  
elegancka rękę księcia. Byłem już z nim wtedy w najlepszych 
stosunkach,  
graniczących prawie z początkami przyjaźni, którabym już był żywił 
dla  
niepospolicie sympatycznego człowieka, gdyby nie podejrzenia, 
zagnieżdżone w mem  
sercu, co do jego zamiarów i roli, jaką odgrywał w tym domu. 
Korybutowicz sam  
był względem mnie uprzedzającym; opowiadał mi więcej niźli 
wiedzieć  
potrzebowałem, dając mi coraz to silniejsze dowody obudzonego 
uczucia sympatyi i  
zaufania. Wreszcie poprosiwszy mnie, bym go za swego przyjaciela 
uważać  
zechciał, pozostawał ze mną w stosunku, że się tak wyrażę, 
koleżeńskim. Często  
do późnej nocy przesiadywał u mnie i gadaliśmy też o 
najrozmaitszych  
przedmiotach bardzo obszernie. Gdy dnia tego wszedł książę, 
ucieszyłem się  
wielce; potrzebowałem bowiem corychlej przerzucić się do innego 
przedmiotu, by  
stracić z oczu ów obraz zemsty hrabiny Korjatyńskiej. A książę 
Michał,  

background image

niesłychanie oczytany, bo czytywał po dniach całych, obyty, znający 
różne kraje  
i bywający, jak to mówią, na wozie i pod wozem, był jednym z 
najbardziej  
interesu-jących gawędziarzy jakich znałem. Czego było dotknąć, on to 
albo znał, albo  
widział, albo studyował, albo też w tem właśnie gdzieś i kiedyś brał 
czynny  
udział. Była to przytem nawskroś tegoczesna inteligencya. 
Zgadzaliśmy się też wybornie, i nie wiem, czy, gdyby nie on, byłbym 
się  
zdecydował, już raz przybywszy do Wielkich Grobli, w nich pozostać. 
Przytem był  
książe Michał nieocenionym pośrednikiem między mną a hrabiną w 
kwestyach  
codziennych, rodzących się z mojego stosunku w tym domu. 
Widocznie miał on  
pewien wpływ na tę despotyczną i niezachwianą damę, bo za jego to 
pośrednictwem  
hrabina zgodziła się na wszystkie punkta i warunki, które w dalszem 
prowadzeniu  
Edwarda, za konieczne uważałem. Zgodziła się na zostawienie mu 
zupełnej swobody  
w ruchach i lekturze, zajęciach i sposobie życia. Ja tylko miałem tu 
być czujnym  
doradcą. 
Książę dnia tego był wielce ożywionym. 
— Czekałem cię niecierpliwie — zawołał od drzwi. — Czytanie mi 
się sprzykrzyło,  
a od południa niema do kogo słowa zagadać. Pani Wanda zajęta 
wydawaniem  
ostatecznych, drobnostkowych dyspozycyj, nie mówi nic i nie słyszy 
co do niej  
mówią...Zadziwiającą jest ta kobieta z tą siłą swojej głowy. 
Sprawdziła dziś setki  
rachunków, widziała ze sto osób, napisała ze sto dyspozycyj, bo ona 
piśmienne  
wydaje dyspozycye — "verba volant, scriba mement". 

background image

Mówiąc to, usiadł na najwygodniejszym fotelu, zapalił papierosa, 
przypatrzywszy  
mu się wprzód z uwagą amatora, i ciągnął: 
— Piekielne bywają nudy na wsi i o tej porze. To śmierć dla ludzi 
myślących a  
pragnących czuć puls świata i życia. I pomyśl że ja tu dwie prawie 
spędziłem  
zimy, a egzystencya jaką pani Wanda prowadzi, powiększa nudy jej 
gości. 
— Jeżeli tak się nudzisz — odrzekłem, sam zasiadając obok księcia i 
rozniecając  
ręką przygasły ogień na kominie — to powiedzżemi, dlaczego, mogąc 
mieszkać gdzie  
zechcesz, będąc wolnym jak ptak, mając wreszcie apartament, w 
którym mnie  
przyjąłeś w Warszawie, spędziłeś tu te dwie zimy?... 
Książę przerwał mi westchnieniem. 
— Ha! człowiek najwolniejszy jeszcze jest skrępowany, zawsze 
skrępowany — dodał  
z odcieniem silnej irytacyi w głosie — albo przeszłością, albo 
teraźniejszością,  
albo przyszłościąObejrzał się dokoła, a zobaczywszy że drzwi 
prowadzące do mieszkania Edwarda są  
zamknięte, mówił ciszej: 
— Odkąd powróciłem do kraju, staram się o panią Wandę... więc 
jestem  
skrępowany... 
Nastąpiło milczenie. Ja miałem na końcu warg tysiące pytań, ale ani 
jednego  
zadać nie myślałem. Korybutowicz jednak po chwili rzekł: 
— Zapewne spędzimy z sobą jeszcze, tak jak teraz, niemało czasu. 
Stosunki nasze  
wieleby na swej przyjemności straciły, gdybyśmy się obopólnie nie 
znali. A znamy  
kogoś dopiero wtedy, gdy znamy jego przeszłość i jego zamiary. 
Otóż, nie chcąc  
się pozbawiać przyjemności szczerych i otwartych z tobą stosunków, 
chętnie ci  

background image

opowiem moją burzliwą przeszłość, która mnie wielu rzeczy nauczyła, 
ale z  
niczego... nie poprawiła. 
Usadowił się wygodniej na fotelu, puścił kilka kłębów wonnego dymu 
i ciągnął z  
uśmiechem: 
— Kilkakrotnie czułem już na mojem obliczu spoczywające twoje 
badawcze  
wejrzenie, pytające usilnie, kim jestem teraz,kim byłem dawniej i 
czego chciałem... Czy nie? 
— Zapewne — odparłem, postanawiając nadal mieć się na baczności 
przed sprytnym  
odgadywaczem myśli moich. 
— Odpowiedź krótka, ale bardzo, przyznasz, filozoficzna, nie 
zadowoliłaby cię,  
choćby była jedynie prawdziwa i dla psychologa dostateczną. 
— Brzmiałaby ona? — zawołałem. — Masz dziwny talent 
zaciekawiania ludzi twym  
odrębnym, cynicznym, a głębokim sposobem widzenia rzeczy tego 
świata. Ciekawy  
jestem tej krótkiej definicyi, zawierającej odpowiedź na te pytania, 
które, jak  
twierdzisz, sobie zadaję. 
Książe się roześmiał i odparł: 
— Byłem i będę kim jestem ! 
Zamilkł i milczeliśmy długo. Ta odpowiedź księcia nie była 
tuzinkową. Poruszała  
ona znów, jak wszystko co z jego ust wychodziło, wielką, 
paradoksalua pozornie,  
prawdę życiową. Człowiek się w niczem rdzennie nie zmienia, 
pozostaje zawsze  
sobą. Gdybym był bystrzejszym spostrzegaczem i znawcą ludzi, to 
byłbym już —  
wyraźnie mi to dawał do zrozumienia Korybutowicz — poznał jego 
dzisiaj, a tem  
samemodtworzył sobie jego przeszłość i domyślił się przyszłości. 
— Niezawodnie! — zawołałem — wierzę w tę teoryę, mającą jednak 
tylko praktyczną  

background image

wartość dla wytrawnych myślicieli. Co do mnie, z przeszłości twojej 
niczego się  
nie domyślam, prócz tego, co mi mówiono, a przyszłość twoja zakrytą 
jest dla  
mnie grubą zasłoną. 
— Czyż być może? — zawołał książę z niedowierzaniem, i jakby za 
chwilę miał  
zacząć mówić dalej. Tak się też stało. 
— Jeźli mnie trochę znasz — rzekł — to zapewne widzisz, że we 
mnie jest dwóch  
ludzi, epikurejczyk i artysta: dwa fatalne typy, jeźli są razem 
połączone i  
jeźli ten drugi jest tylko takim, jak ja artystą, dyletantem umiejącym 
ocenić co  
najwyżej, ale nie tworzącym; wierzaj mi przecież — mówił z 
przekonaniem — że  
tylko ci drudzy są prawdziwymi artystami. Jako taki wysoko ceniłem 
kobietę,  
dlatego może, że z odrębnego na nią patrzyłem punktu widzenia... 
Tu książę urwał, zamyślił się i znów po chwili zaczął: 
— To mnie zgubiło... ba, nieszczęśliwe to moje upodobanie w 
filozofowaniu!  
Mówiłbym ci kilka godzin i nie powiedział nic.Otóż tak to ze mną 
było — ciągnął, nagle zmieniając ton. — Wychowany w zbytku,  
zostałem doskonale przygotowany do karyery, jaką my, noszący 
szumne nazwiska,  
jeźli nie mamy fortuny, zawsze zrobić możemy. Wyjechałem więc do 
Warszawy, z  
kufrem, w którym był frak, z pugilaresem, w którym się mieściło 
paręset rubli i  
metryka chrztu dowodząca, że liczyłem dwadzieścia trzy lata wieku. 
Nie  
potrzebuję ci dodawać, że podróż ta moja wtedy miała na celu bogate 
ożenienie  
się, zapewniające mi wygodne i bezczynne życie w sybarytyzmie i 
komforcie,  
którego już wtedy ślepym byłem zwolennikiem. 

background image

Tu Korybutowicz zamilkł i chwilę milczał, odprowadzając oczyma 
błękitny kłąb  
dymu, ulatujący do komina. 
— Jednakowoż, byłem już wtedy artystą. Artyzm ten bezsprzecznie 
wziął górę nad  
mojem jestestwem, będącem jedną masa chęci używania, w chwili, 
gdy zakochawszy  
się i rozkochawszy w sobie pewną wielką, damę, puściłem się z nią na  
najhazardowniejszą "eskapadę". 
Przerwał, odpoczął i znów, już tym razem poważniejszym tonem, 
mówił: 
— Nie potrzebuję ci cytować nazwiska,które znasz zapewne, a to 
przez wzgląd na pewną, delikatność uczuć. Z tysiącem  
rubli, pochodzącym z wygranej w karty, w kieszeni, bez nadziei 
sukursu,  
namówiłem kobietę, matkę dzieci, do... opuszczenia domowego 
ogniska. Rok  
błąkaliśmy się po Europie, zrazu pijani, wkrótce otrzeźwieni, ze 
strasznem  
widmem przyszłości, które nas coraz rzadziej opuszczało. To straszny 
dramat, ten  
rok jeden; — okropnem choć błogiem jest mi jego wspomnienie. 
Kobieta której  
zdruzgotałem życie, przejrzała jasno i chciała, bym powstrzymał żal i 
wyrzuty  
wkradającesię do jej serca, ja — sam z trwogą patrzący w przyszłość, 
drżący  
przed, nią i... żałujący szalonego kroku, popełnionego w szale. 
Szarpaliśmy się  
i upijali, by nie myśleć. Ha! ha! ha! — rozśmiał się z 
niewypowiedzianą goryczą,  
i kończył: — Trwało to tak długo, dopóki nie wyczerpały się 
najzupełniej nasze  
fundusze, uzyskiwane z okrywających rumieńcem wstydu — 
pożyczek zaciąganych za  
granicą, z wygranych w Monte-Carlo, ze sprzedaży jej kosztowności... 
Urwał i milczeliśmy długo. Książę dumał, jak gdyby przenosił się 
wspomnieniami w  

background image

przeszłość, a ja śledziłem jego oblicze, podobne w tej chwili do 
oblicza  
bohatera tragicznego romansu Feuilleta. Wydawał się starszym, oczy 
jego połyskiwały  
twardym blaskiem, a na twarz, pod oczami, dokoła ust, wystąpiły mu 
zmarszczki,  
zwykle niewidoczne. Po trwającej kilkanaście minut przerwie, rzekł 
znowu: 
— Ona powróciła do domu... do dzieci, które więcej odemnie kochała, 
by wkrótce  
umrzeć zamęczona przez rnęża i jego rodzinę, a ja, sprawca tego 
strasznego  
dramatu przy poznaniu którego szczegółowem, włosy by ci posiwiały, 
zacząłem nowe  
życie. Dostałem list od księcia Stanisława, mego stryja, który mi 
obiecywał  
regularnie przysyłać fundusz wystarczający na utrzymanie, jeżlibym 
zechciał nie  
pokazywać się w kraju i nie przypominać ludziom skandalu i 
nieszczęścia. O  
ożenieniu dla mnie mowy być nie mogło... nie przypuszczano iżbym 
do  
jakiegokolwiek pożytecznego działania był zdolny. Wtedy to, redaktor 
ówczesny  
Figara, poznany u jakiejś bogini półświata, odkrył we mnie z okazyi 
jakiegoś  
artykułu talent, i zostałem Alfredem de Ligny, którego znałeś. 
Książe urwał, a cyniczny uśmiech wykrzywił jego usta... 
— Zawsze — dodał — przydało się świe-tne wychowanie salonowe, 
które mi dano, bo władałem językiem francuzkim jak  
swoim. 
Odpoczął, i zaraz ciągnął: 
— Utrzymanie miałem dostatnie. Żyłem... żyłem! Ale mnie to 
wszystko w końcu, po  
latach piętnastu, znudziło. Ta odrobina zależności męczyła mnie. 
Właśnie wtedy  
trzeba było zawsze udawać się do redakcyi, gdy ja chciałem w 
pantoflach, z  

background image

nogami wyciągniętemi pod kominkiem, tym francuzkim kominkiem, 
wygodnym i  
ciepłym, myśleć o niebieskich migdałach. Sadząc, że w kraju 
zapomniano o tak  
dawnym wypadku, powróciłem. Powróciłem naturalnie do Warszawy, 
jako ogniska  
życia i bogactwa. Chciałem się ożenić, bo ten żywot literacki mnie 
znudził,  
chciałem być panem, na jakiego byłem wychowany. Mój powrót 
jednakże przyjęto,  
rzecz wyjątkowa i nadzwyczajna w dzisiejszych opasach, z 
oburzeniem. Zamknięto  
mi drzwi niektówych salonów, a matki dorosłych córek spoglądały na 
mnie, jak na  
uosobienie nieszczęścia. Nie namyślając się długo, po trzech 
miesiącach pobytu w  
Warszawie, wsiadłem do pociągu, by objąć wakującą jeszcze posadę 
Alfreda de  
Ligny, z silnem postanowieniem osiedlenia się w Paryżu,oraz 
urzeczywistnienia tam moich pańskich aspiracyj i sybaryckich 
gustów. 
— To było bardzo mądre — wtrąciłem. 
— Ale stanął temu — podchwycił Korybutowicz — na przeszkodzie 
wypadek. W  
pociągu, którym powracałem do Francyi i w wagonie, w który 
przypadkowo wpadłem,  
siedziała... spiesząc do stolicy świata... pani Wanda... Bawiła wtedy 
trzy  
miesiące w Paryżu, ja zaś czyniąc jej honory tego miasta, taki z sobą 
samym  
prowadziłem monolog: "Liczysz lat czterdzieści, minąłeś już więc nie 
tylko epokę  
"konkiet", ale także epokę, w którejbyś bezpiecznie mógł sięgnąć po 
owoc świeży.  
Pragniesz spokoju i komfortu, wielkiego komfortu, który dają tylko 
wielkie  
dochody z urządzonych jak zegarek fortun, pragniesz odegrać jeszcze 
rolę pana,  

background image

którą dobrze odgrywają tylko ludzie, nie mający ciężarów swej 
pańskości, i tam  
dalej". 
Urwał, odetchnął i kończył. 
— Pani Wanda mi się, nie mogę inaczej powiedzieć, podobała. Jej 
apatyczny, a  
silny i stanowczy charakter odpowiada mojemu próżniaczemu 
usposobieniu i mojej  
słabej duszy. Jej arystokratyczne poglądy bawiły mnie, jako cos' 
nowego po  
Figarze,a jej duma i fortuna dawały mi rękojmię, że pozwoli mi być 
wygodnym panem. 
Książę zaśmiał się i jakby gorączkowo już kończył. 
— To też gdy mi powiedziała: "Powracaj do kraju i staraj się o moją 
rękę, i w  
sposób, jaki ci się najwygodniejszym wyda, czekaj aż spełnię moje  
posłannictwo... "aż ożenię mego syna..." Powróciłem i od dwóch lat 
czekam. — Tu  
się książe nachylił ku mnie i szepnął: — czekam... i dziś już jestem 
porządnie  
znużony. Nieraz rozszarpałbym tego bałwana, że on u dyabła swych 
aspiracyj  
matrymonialnych nie objawia. 
Roześmiałem się; ten Korybutowicz miał dziwny 
umysł.VIII.Wróciliśmy do Warszawy. Pałac hrabiów Korjatyńskich, 
wykończony, przedstawiał  
istna siedzibę miejską wielkiego pana. Na parterze mieszkała służba. 
Na  
pierwszem piętrze mieściły się wielkie recepcyjne salony i apartament 
pani  
Wandy. Na drugiem piętrze mieliśmy oddzielne swoje apartamenta, 
książę i Edward. 
Hrabina, jakby zapomniawszy o rachunku, otoczyła się niesłychanym 
zbytkiem,  
chciała zaimponować światu warszawskiemu swojem bogactwem. Na 
piętrach kilku  
lokai w liberyi spełniało rozkazy dwóch kamerdynerów o poważnych 
i przejętych  

background image

swemi funkcyami minach. W salonach nagromadzono mnóstwo dzieł 
sztuki, obrazów,  
bronzów, makat, które pościągano z kilku rezy-dencyj wiejskich, 
będących wówczas własnością hrabiny. Stare portrety książąt  
Sokołogórskich mięszały się ze świeższemi znacznie wizerunkami 
Korjatyńskich,  
porozwieszane po wszystkich komnatach, na schodach, jakby im już 
miejsca  
brakowało. 
Książe był dumny ze swego dzieła. On to układał, rozstawiał, wieszał, 
i przyznać  
mu trzeba było niepośledni telent w tym względzie. Stworzył, kilkoma 
jakby  
rzutami pędzla malarz, całość imponująca i nadał charakter pałacowi 
taki, iż ja  
sam, który widziałem Korybutowicza rozwieszającego portrety, 
obrazy, porcelany i  
bronzy, skory byłem raczej przypnszczać, iż w pałacu tym, od epoki 
lennika  
Sokołogórskiego lub owego, wiszącego na schodach, Korjatyńskiego, 
nic tu nie  
zmieniono i nie tknięto. 
Hrabina dobrze wyglądała na tem tle ze swemi opuszczonemi dumnie 
na dół usty, ze  
swym spokojem, pewnym siebie wyrazem twarzy, ze swem 
rozkazującem i zimnem  
spojrzeniem. Już była z właściwą sobie energią oddała wszystkie 
wizyty w  
świecie, wraz z Edwardem, przez kilka dni nie wychodzącym prawie z 
karety, i  
zapowiedziała już wielki raut, na który rozesłano za-proszenia tylko 
utytułowanym i wielkim jednej sfery społecznej. 
W Warszawie już obiegały wieści, przedstawiające hrabiego jako 
Nababa, mnożące  
zapewne jego dochody i fortunę; już kursowały plotki o 
Korybutowiczu i hrabinie,  
już salony były zaciekawione tem nowem zjawiskiem interesujacem. 
W przededniu  

background image

owego wielkiego rautu, hrabina, po obiedzie, zwracając się głównie 
do mnie,  
podczas gdy książe bujał się na fotelu, a Edward oglądał przedmioty 
rozstawione  
w salonie, których nigdy nie widział, tak się odezwała: 
— Od jutra tak będę zajęta światowemi obowiązkami, że zupełnie 
panu oddać muszę  
Edwarda. Byłam z nim wszędzie, wszędzie gdzie Korjatyński bywać 
bezkarnie i bez  
niebezpieczeństwa może. Uwzględniłam nawet i księcia liberalniejsze 
poglądy i  
pańską, bardzo słuszną, uczynioną mi kiedyś uwagę... 
— Uwagę... hrabino! — podchwyciłem, ale ona mówiła dalej, kładąc 
nacisk na  
każdem słowie: 
— Uwagę, że lepiej, by młody mężczyzna, zaczynając swą karyerę, 
samych liczył  
przyjaciół. Pooddawałam wizyty i w domach, w których bym nigdy 
nie bywała i wktórych byłam tylko przez dobrze zrozumiane 
poświęcenie dla syna. Tu etends  
Eduard?  — o hrabiego, zapytała, zwracając się do zapatrzonego w 
portret jakiejś  
księżniczki Sokołogórskiej z XVIII wieku, zbyt po olimpijsku 
przedstawionej,  
wśród kwiatów i gazy. 
— Mais oui maman  — odparł Edward, a hrabina ciągnęła dalej, nie 
zważając na  
księcia, który zwrócił się w stronę jej syna i z nieopisanie błogim 
ciekawym  
wyrazem twarzy, przypatrywał się Edwardowi, studyującemu dalej 
wdzięki  
antenatki. 
— Naturalnie że po raz pierwszy i ostatni byłam w tych domach. 
Wymówiłeś pan  
sobie swobodę ruchów dla Edzia. Jeźliby on chciał w tych domach 
bywać, to... fen  
serai malheureuse. 
— Będę się starał, pani — szepnąłem. 

background image

— Będę panu wdzięczną! — podchwyciła hrabina — a listę domów 
które uznaję za  
odpowiednie dla mego syna, znajdziesz pan dziś u siebie na biurku. 
Oddałam ją  
przed obiadem służącemu. 
— Tę listę? — zapytałem. 
— Tak! Listę domów, w których pragnęłabym by pan Edzia nawet 
zrobił intime... 
— Ha! saperlot  — odezwał się tu książęze swego bujającego fotelu 
— comtesse, et il y en a beaucoup? 
— Cztery, czy pięć... — odparia hrabina a książę westchnął, zapewne 
nad  
szczupłością tej cyfry. 
Po chwili pani Wanda rzekła: 
— Zresztą Edward będzie robił, co mu się robić podoba. Ja jestem 
przekonana, że  
nie zrobi nigdy nic, coby mi się mogło niepodobać, n'est ce pas 
Eduard ? 
— Mais oui maman — odparł hrabia z tego samego jeszcze punktu 
salonu. 
Ona dalej mówiła: 
— Nie chciałabym by Edzio był dobrze z cała tą zgrają młodych 
ludzi, których  
nazywają "złotą młodzieżą". 
— Ależ musi być, znając ich... 
— Zapewne... Niech będzie dobrze, intime z kilkoma, znając 
wszystkich si vous y  
tenez. Książę X., młody Koroński, jeden i drugi. 
— I trzeci — podchwycił książę. 
— I trzeci — powtórzyła hrabina, ale zaraz zaprotestowała — nie, 
trzeci? nie!  
nie życzyłabym sobie... 
— Et pourquoi ? 
— On się rodzi z Marwińskiej et c'est de la petite biére chez nous. 
Pamiętani  
jak mójojciec zawsze mówił właśnie, gdy ta Marwińska wychodziła 
za mąż, że Marwińscy to  
rien du tout, absolument rien du tout. 

background image

— Mais comtesse  — bąknął, widocznie by coś bąknąć, książę. 
— Absolument rien du tout  — powtórzyła hrabina i zaraz zapytała, 
nie oglądając  
się na syna — tu etendes Eduard? 
— Mais oui maman!  — odparł jeszcze z tego samego punktu hrabia, 
a pani Wanda  
zapytała mnie ciszej i poufnie: 
— A jakże się pan zapatrujesz na teatr? 
— Teatr... teatr... — powtórzyłem, absolutnie nie rozumiejąc, o co 
hrabinie  
chodziło, co ta spostrzegłszy dodała jeszcze ciszej: 
— Jeźli czego się obawiam pouf les hommes, to des ces femmes la... 
pamiętaj pan 
o tem... j'ai en horreur les comédiennes. 
— A, ditez moi comtesse  — podchwycił książę — co wolisz, les 
comédiennes ou la  
szlachta ? 
Nie było podobnem wstrzymać śmiechu, bo i pani Wanda się 
roześmiała, ale coraz  
poważniejąc, jakby sobie przypomniawszy obecność syna, odparła ze 
smutkiem: 
— Ni l'un autre, le choix est difficile  — i kto wie — urwała i 
zamilkła, a ta  
inter-wencya księcia przerwała wydawanie mi dalszych dyspozycyi. 
Wstałem i podszedłem do hrabiego. 
— Podziwiasz ten portret? — zapytałem. 
— Tak... niby... — bąknął Edward — powiedz mi czy dobre 
malowidło? Mnie się  
zdaje... 
— Znakomite? 
— Tak! 
— Tak i ja sądzę: to niezłe płótno. 
Tu mnie Edward pociągnął za ramię i uprowadził do drugiego salonu, 
oświeconego  
mdłą lampą przykrytą abażurem. 
— Czy uważasz — zapytał nie śmiało — jakie dziwne podobieństwo? 
— Czyje? 

background image

Edward rzucił na mnie okiem podejrzliwie, ale widząc moje otwarte 
spojrzenie,  
odparł: 
— Tego portretu... 
— Ale z kim? 
Młodzieniec znów się zawahał, aleja już wiedziałem. 
— Z Celiną? — zapytałem. 
— Tak! 
— Czy ty ciągle myślisz o tej Celinie? 
— Tak — myślę... Niewypowiedzianie ujmowała i chwyta-ła mnie za 
serce ta naiwna prostota dorosłego młodzieńca. 
— Więc ty się zakochałeś? — zawołałem żartobliwie. 
— Nie wiem, ale... 
— Ale? 
— Ale wciąż mi stoi w oczach... 
— Celina? 
— Ce... lina. 
Nastąpiło milczenie, które po długiem wahaniu się przerwał Edward: 
— Widziałeś ją? 
— Widziałem. 
— A obiecałeś mnie zaprowadzić? — bąknął. 
Nie odpowiedziałem nic, gdyż musiałem się zastanowić nad 
konsekwencyą tego  
kroku, proponowanego mi w tej chwili, po rozmowie z panią Wandą, 
więc Edward  
powtórzył:  
— Obiecałeś a nie dotrzymałeś... 
W tym wyrzucie było tyle szczerości, iż mnie rozbroił. Zresztą 
towarzystwo  
Celiny, widywanej od czasu do czasu, mogło tylko bardzo korzystnie 
oddziałać na  
młodzieńca. 
— Słuchaj! — odparłem — ja cię nie mogę wprowadzać do domów, 
w których matka  
twoja sobie nie życzy, abyś bywał...— Wszakże dopiero co słyszałeś, 
że mogę bywać, gdzie mi się podoba. 
— Ale nie za mojem pośrednictwem. Edzio niewymownie 
posmutniał. Żal mi się go  

background image

zrobiło, jak dziecka. 
— Ale jest sposób — bąknąłem. Oczy mu się zaiskrzyły. 
— Sposób? jaki? 
— Spytam się Celiny, czy pozwoli ci bywać u siebie. Jeżeli pozwoli, 
to będziesz  
mógł sam te wizyty składać. 
— Spytasz się? 
— Spytam! 
— Obiecujesz mi? 
 — Obiecuję. 
Edward całem swojem ciężkiem ciałem podskoczył na obu nogach do 
góry, aż się  
zatrzęsły belki pod posadzką i zadrżały kinkiety i porcelany. 
Spojrzałem na  
niego. Wydał mi się nieskończenie innym: rumieńce krasiły jego 
policzki, a oczy  
błyszczały odmiennym całkowicie blaskiem. 
Rzucił mi się na szyję i uściskał ze zwykłą sobie swobodą, a mnie w 
tejże  
chwili, z szybkością błyskawicy, przeleciała przez głowę piekielna 
myśl,  
piekielna ze stanowiska chwili, w jakiej mi ona mózg przeszyła. 
— Gdyby tak ten jeszcze uśpiony męż-czyzna zakochał się w Celinie 
z siłą nagle obudzonego a męzkiego uczucia... 
Sam się myśli tej przestraszyłem, jak gdyby człowiek wogóle był jej 
panem  
kiedykolwiek. Zrobiłem ku drzwiom kilka kroków i spojrzałem na 
obraz jakby  
obramiony, który z tego punktu tworzyli hrabina i książę. Ona 
siedziała jak  
królowa, znudzona tronem, a książe bujał się na fotelu, puszczając za 
każdem  
drugiem gibnięciem mały kłębek dymu z cygara. 
To było niepodobieństwem!... Syn jej?.., wychowany w tej 
atmosferze... mogę być  
spokojny — myślałem, nie pragnąc w tym domu odegrać roli 
czarnego waleta z  

background image

kabały.IX.W kilka dni później, pewnego poranuk udałem się do 
Leona, aby go  prosić, iżby  
mi wyrobił u panny Narkiewicz pozwolenie dla hrabiego   —   
bywania w jej domu.  
Nie mogłem postąpić inaczej, bo Edward mnie w tym przedmiocie 
zanudzał, a co  
głównie mnie ostatecznie skłoniło do tego kroku, to przekonanie, że 
dla  
młodzieńca, towarzystwo Celiny najzbawienniejsze mogło mieć 
skutki. Otwierałoby  
mu bowiem łatwiej oczy na wiele rzeczy i przyspieszało jego rozwój 
umysłowy, i  
tak już olbrzymiemi krokami posuwający się naprzód. 
Panna Narkiewicz była wszak bardzo inteligentną i wykształconą, 
więc każda  
godzina spędzona z nią, dla Edwarda, zasklepionego w odmiennej a 
chorobliwej  
atrao-sferze, znaczyć mogła więcej, niż tysiące rad, nauk, wskazówek 
i objaśnień  
udzielanych przezemnie. 
Hrabia przy niej dopiero poznałby swoje braki a jeźliby się jej starał 
podobać,  
wstydziłby się ich i usiłował je zapełnić. 
Tak przedstawiłem moje życzenie Leonowi. On je zrozumiał, a nawet 
dalej idąc w  
swych życzliwych dla krewnych, — planach w tem zbliżeniu hrabiego 
do  
Narkiewiczów widział jedynie ratunek materyalny dla tych ostatnich. 
Od niego to  
wtedy dowiedziałem się, iż Wybranówka, leżąca wpośrodku dóbr 
Korjatyńskich, była  
prawie w niemożności prowadzenia racyonalnego i dochodowego 
gospodarstwa.  
Ekonomowie i rządcy bowiem hrabiny, znając jej usposobienie dla 
dziedziców  
Wybranówki, a może i jej zamiary, wszelkiemi siłami gospodarstwo 
ich utrudniali,  

background image

co przychodziło im łatwo, to odbierając i odmawiając najemnika i 
służbę  
wybranowiecka, to przy pomocy wielu innych sposobów. 
Gdy to wszystko opowiedział mi Leon, dodał jeszcze tonem 
przejmującym: 
— Ale jeden, prócz tych bardzo ważnych, wzgląd ranie skłania do 
zmuszenia  
Celiny, nawet siłą perswazyi, by zechciałapoznać twojego idyotę. Ona 
nie zna swej pozycyi. 
Te ostatnie słowa wygłosił w sposób, który mnie zaniepokoił, bo jeźli 
on jako  
blizki krewny dbał o dobro swej stryjecznej siostry, to i ja niemniej 
głęboko  
się do tej uroczej istoty przywiązałem, a przywiązanie moje wzmagało 
się  
bardziej, im bliżej ja poznawałem, — jej niedolę i jej miłość dla 
Wybranówki,  
jej wytrwałość i odwagę. 
— Czyżby sytuacya była gorsza jeszcze niż się wydaje ? 
— Stokroć gorszą, zdaje mi się — odparł przyjaciel — oni są dziś 
zupełnie w mocy  
hrabiny, ze związanemi rękoma. 
— Co mówisz? 
— Tak mi się zdaje... 
— Zdaje ci się? 
— Tak. A jeźliś ciekawy, to posłuchaj — odparł Leon i ciągnął: — 
Wiesz zapewne,  
że na wyjście ostateczne z długu hrabiny, zapożyczyła się Celina na 
trzydzieści  
tysięcy rubli? 
— Wiem... 
— Te pieniądze dał pewien żyd, na bardzo wysoki procent i na bardzo 
uciążliwych'  
warunkach, a mianowicie takich, żestaje się właścicielem 
Wybranówki, jeźliby w chwili zażądania Celina ich nie  
miała. 
— A ten termin zażądania ? 
— Każdej chwili. 

background image

— Ależ to nonsens! Któż tak interesa robi ? — podchwyciłem 
wzburzony. 
Leon się uśmiechnął: 
— Kto? — zawołał — nieszczęśliwi! Ci, co mają nóż na gardle! 
Miała wtedy dwie  
drogi do wyboru: albo stracić ukochaną Wybranówkę, na której bądź 
co bądź ma  
kilkadziesiąt tysięcy rubli czystego, albo przyjąć ten warunek. Ale nie 
w tem  
jeszcze leży fatalność pozycyi Celiny... 
— W czemże więc? na litość! Czy w czemś jeszcze gorszem ? 
— W gorszem — odparł przyjaciel z właściwą sobie żywością. — 
Mam słuszne  
podejrzenie... Chciałem, temu sześć miesięcy w sekrecie przed Celiną, 
dostawszy  
pewną obcą sumę, wejść w pozycyę tego żyda i odkupić ją od niego. 
Pojechałem  
nawet w tym interesie do żyda, który jednak odmówił mi, a sposób, w 
jaki to  
uczynił, obudził we mnie groźne podejrzenie. Poleciłem żyda 
obserwować, w  
rezultacie czego doniesiono mi, iż prawdopodobnem jest, że sumę tę 
odkupiła już  
od niego hrabina.— Prawdopodobne tylko ? 
— Pewnego niema nic, pewną tylko jest rzeczą, że plenipotent 
hrabiny wszedł  
teraz w stosunki pieniężne z tym żydem, z którym poprzednio zarząd 
dóbr  
Korjatyńskich nic nie miał do czynienia, że między nimi zaszły jakieś 
wypłaty,  
utrzymywane w sekrecie... Co do mnie, jestem pewny, że... 
— Że hrabina jest. właścicielką tej sumy?... 
— Tak! 
Grobowe zapanowało milczenie. Więc ta kobieta wyszukiwała 
sposoby, by zniszczyć  
sieroty po Narkiewiczu ? Nie dość jej było Waranowa, folwarków, 
lasów. Miałażby  
czyhać jeszcze i na ten kawałek ziemi?... 

background image

— To niepodobna! — zawołałem. 
— Pewnego nic niema... przyszłość pokaże. Oby mnie przeczucie 
myliło! 
— Ależ zaręczam ci, że Korjatyńska... 
— O! — podchwycił Leon — oni są bezwzględni... 
— Więc ty przypuszczasz?... 
— Tak! przypuszczam, że hrabina, aby zniszczyć ten ród, który ją w 
swoim czasie  
może strasznie zadrasnął, aby zaokrąglićcałość i wypruć z niej łatę tę, 
jaką na mapie wielkogroblowskiej tworzy  
Wybranówka, kupiła sumę od żyda i lada chwila zażąda wypłaty... 
"Westchnąłem tylko, bo mocno przywiązałem się do panny 
Narkiewicz i do jej  
nadziei i marzeń, któremi mnie nieraz zajmowała, a wszystkie one 
kręciły się  
około "Wybranówki. 
Leon pobiegł do Celiny, a ja powróciłem do siebie. Szedłem 
przygnębiony, z  
oczami spuszczonemi ku ziemi i powolniej, niż zwykłe, ale książę, 
którego  
gabinet dotykał klatki schodowej, poznał moje kroki. Wybiegł 
naprzeciw mnie i  
zawołał: 
— Wstąp do mnie... mam z tobą do pomówienia. 
Wszedłem więc do Korybutowicza, który ożywiony niezwykle, — 
zasiadając na fotelu  
a mnie wskazując drugi, zawołał: 
— Wiesz... małżeństwo Edwarda zostało już zdecydowanem. 
— Małżeństwo Edwarda? — powtórzyłem bezmyślnie — bo mnie 
opowiadanie Leona tak  
wyrwało z błędnego koła, w jakiem w tym pałacu żyłem, iż 
potrzebowałem chwili,  
aby się połapać i przypomnieć sobie,gdzie się właściwie znajdowałem 
i kto to był ten Edward. 
— Tak? — bąknąłem, a książe dalej ciągnął z zapałem: 
— Nareszcie zdołałem hrabinę przekonać, że Edzio powinien się 
ożenić. 

background image

Milczałem, bo jeszcze się uspokoić nie mogłem, i zdawało mi się, iż 
jestem  
między waryatami. Ale mina moja widocznie mych uczuć nie 
zdradzała, gdyż książę  
w zaufaniu mówił dalej: 
— Hrabina więc, uznawszy potrzebę małżeństwa syna, z właściwą 
sobie  
stanowczością, zaraz się na nie zdecydowała, i zaraz zrobiła wybór... 
Oszołomiony jeszcze zwierzeniem Leona, a tu znów tyra nagłym 
wyborem hrabiny,  
zapytałem prawie z przestrachem: 
— Na kogóż on padł? 
— Na księżniczkę Światosławównę. Zapanowała cisza, którą 
Korybutowicz przerwał,  
bo ja ani myślałem się odzywać: 
— Wybór ten zrobiła pani "Wanda wczoraj. Dziś już była u książąt i 
poruszyła tę  
materyę. Wieczorem objawi wolę swą panu i Edziowi zapewne, za 
jakie dwa tygodnie  
hrabia się oświadczy, a za dwa miesiące będziemy mieli ślub... Na 
litość, mójdrogi, nie przestawajże też przedstawiać pani "Wandzie 
niebezpieczeństw, na  
jakie dwudziestotrzechletni młodzieniec narażony jest w świecie. Od 
tego jednego  
zależy pośpiech... 
— Dobrze! — tutaj dopiero rzekłem — nie odstąpię od mych 
zapatrywań, kładąc  
nacisk na ten punkt, ale wytłumacz mi jedno: Mówisz o tem 
małżeństwie, jak o  
rzeczy pewnej, a nie wiesz czy ta księżniczka zdecyduje się wyjść za 
Edwarda,  
będącego dziś jeszcze... Zresztą, czyż Edward?... 
— Czyżbyś sądził, że potrafi odpowiedzieć co innego, niż oui 
maman? 
— Dziś?... — odparłem z namysłem — nie, ale za miesiąc... 
— Przerażasz mnie! — zawołał Korybutowicz — ale niechże ci 
odpowiem na pierwsze  
pytanie, pochodzące z pierwszej wątpliwości. 

background image

Tu się poprawił i, z miną swą dziennikarza, jaką przybierał gdy jaki 
przedmiot z  
zajęciem traktował, — mówił:X.Księżniczka Światosławówna ma 
pięćdziesiąt tysięcy posagu to jest Hen mniej niż  
nic, bo przyznaj, że nawet w naszym wieku Rotszyldów, 
Vanderbildów i Hirszów  
pięćdziesiąt tysięcy ośmiesza posag książęcy. Czuje to hrabina i mówi 
też z  
naciskiem "elle n'a absolument rien". To rien, widzisz, wystarcza, bym 
ja,  
znający książęce partye i wymagania puisque je suis payé pour le 
connaitre,  
uważał małżeństwo to za pewne. 
Tu Korybutowicz spoważniał i dodał: 
— Druga twoja wątpliwość, przyznam ci się... na myśl mi nie 
przyszła. By Edzio  
miał kiedy powiedzieć "non maman?". Daruj... ale to być nie może. 
Zamyślił się i zapytał, prawie z przestrachem;— Ale zkądże tobie to 
do głowy przyszło? 
— Tylko jako ewentualność. 
— Chyba że tak, bo psychiczną niemożliwością jest, by Edzio... od 
dziś za dwa, a  
choćby i trzy miesiące powiedział non maman! 
— Zapewne — mruknąłem, choć mi się to wszystko razem zaczynało 
wikłać w głowie,  
oszołomionej wtedy i czem innem zajętej — zapewne — 
powtórzyłem — ożeni się i  
dobrze będzie. 
— Wyśmienicie! — podchwycił książę — czy dziś, czy za rok, na 
temby się  
skończyło, że ukląkłby przed ołtarzem z żoną z wyboru matki. Żona 
jedna jest w  
stanie takiego idyotę doprowadzić do normalnego stanu. 
Powstał, westchnął, tem westchnieniem, które wydobywa nadzieja 
blizkiego końca  
jakiegoś cierpienia, i dodał: 
— Ja przynajmniej odzyskam się... skończę! 

background image

Pochodził po pokoju i mruknął pod nosem tak cicho, że nie 
wiedziałem, czy chciał  
bym te słowa słyszał: 
— Et puis, je causerai de faire ma cour.Lokaj uchylił drzwi i oznajmił, 
że na dole podają obiad. Zbiegliśmy więc do  
salonów, bo hrabina nie znosiła czekania na kogokolwiek. 
Po obiedzie, który się odbył wśród zwykłej o niczem gawędy, jeźli 
niczem można  
nazwać wykłady, jakie z okazyi dobroci różnych potraw, książę od 
czasu do czasu  
miewał, przeszliśmy na kawę do czerwonego salonu. 
Tutaj hrabina zasiadłszy na swym fotelu, odezwała się wesołym 
tonem do syna: 
— Eduard! widziałeś księżniczkę Światosławównę?. 
— Mais oui maman! 
— Jakże ci się podobała? 
— Charmante personne  — odpowiedział hrabia tonem właściwym 
ludziom, obracającym  
się tylko w salonie. 
— To nie dosyć — odparła pani Wanda, jakby rozdrażniona tą 
banalnością  
odpowiedzi. 
Edzio się zmięszał, co zauważywszy książę, nieznoszący podczas 
"dygestyi", by  
nawet sąsiad jego doznawał nieprzyjemnych wrażeń, podchwycił: 
— To jest dosyć i nie dosyć, c'est assez dire, mais c'est pas dire, n'est 
ce pas  
comtesse?— Absolument... a więc Eduard?... 
— Powiem kochanej mamie — odparł hrabia  — że jej prawie nie 
widziałem... 
— Nie widziałeś jej ? nie wi...??? 
— Pra... prawie. 
— Jakto prawie, Eduard? 
— Mais... chere maman... ja jej zupełnie nie widziałem... 
— A la bonne heure! — zawołał książe. Hrabina zacisnęła usta, nie 
znosiła, by  
nawet książę podchwytywał Edwarda na gorącym uczynku jego 
głupowatości. 

background image

— Prince... vous savez... — Nie dokończyła, lecz zwracając się do 
syna rzekła: 
— Ponieważ mon cher Eduard.,. byliśmy razem u książąt 
Światosławów, Laure y a  
etait presente. 
— Laure! — wtrącił Edward — ładne imię... 
— I ja to znajduję — podchwyciła hrabina. — Więc ją widziałeś et 
puis, zwracałam  
twoją uwagę na nią wczoraj u Misiów.  
— Oui maman! 
— Więc? 
— Jeźli ją jeszcze raz zobaczę — odparł tonem stanowczym hrabia — 
to jej się  
przypatrzę si ça vous fait plaisir maman ? 
Hrabina spąsowiała i zagryzła wargi:— liais certaiment  — zawołała, 
a po pauzie innym już ciągnęła tonera — to  
najmilsza, najładniejsza panna w Warszawie. 
— Elle est si bien  — mówiła, zwracając się do mnie — że gdyby 
podobała się  
Edwardowi, to byłabym szczęśliwa, mając ją za synowę. C'est assez 
dire... 
Tu hrabia lekko zbladł, niedostrzegalnie prawie dla kogoś, co nie tak 
ja  
studyował jego fizyognomię, a pani Wanda pytała: 
— Tu entends Eduard? 
— Mais oui maman. 
— Otóż — ciągnęła dalej — nie marzę o lepszej partyi dla Edzia. 
Wszystko tu  
znajdujesz co ci potrzeba... o co dbać może Korjatyński... nazwisko 
świetne,  
najlepsze... pozycya, wszystko! 
Tu zwróciła się do księcia i mówiła: 
— Et puis... wyczytałam dziś w Almanach Gotha, że babka Lorki jest 
kuzynką króla  
hanowerskiego, on ne sait pas ces choses la! Czy to do uwierzenia? 
Ten świat tak  
się demokratyzuje — kończyła z formalnem oburzeniem. 

background image

— A więc Eduard byłby krewnym de la cour de Hannovre?  — 
wtrącił książę.— Hm! — mruknęła pani Wanda — ce n'est pas grande 
chose dla ciebie, ale  
zawsze... 
Ustała, i milczeliśmy wszyscy, aż się znów odezwała, przerywając 
nużącą dosyć  
ciszę: 
— Cóż na to mówisz, Eduard? 
— Mais rien maman. 
— Ale, czy... czy ci się mój plan... czy... ça te convient?  — Mais oui 
maman...  
parfaitement — odparł Edward zażenowany i czerwieniejący. 
Poszeplenił jeszcze  
coś i zapytał, zwracając się do mnie: 
— Jakże ją znajdujesz? 
— Kogo? 
— La princesse en question? 
— Nie widziałem jej. 
— Ha! — rozśmiał się, ale pani Wanda wtrąciła: 
— Puisque... mówię ci, że jest bardzo dobrze, bardzo... 
Tu Edward znów się roześmiał i zawołał, powtarzając słowa księcia:  
— (Jest asses dire, mais c'est peu dire. 
Spojrzeliśmy tym razem obaj z księciem równocześnie na Edwarda. 
Pierwszy raz  
obaj słyszeliśmy jego trafną i dowcipną nawet odpowiedź. Książę aż 
się wychylił  
z bujającego fotelu, a oczy jego, jakbyz przestrachu, wystąpiły z 
powiek. Hrabia te nasze miny wziął za zdziwienie i  
zażenował się, sądząc, że nie à propos użył dowcipu, wreszcie dodał, 
pytając: 
— Czy przynajmniej ładna, ta kuzynka des rois de Hannovre? 
Hrabina lekko zbladła, i znowu grobowa nastąpiła cisza, któraby się 
może  
niewiadomo kiedy skończyła, gdyby nie wszedł lokaj, który zwracając 
się do mnie  
i oddając mi bilet, oznajmił: 
— Ten pan czeka... 
Bilet brzmiał: 

background image

Leon Narkiewicz, 
Wysunąłem się z salonu, i zaledwie zamknąłem za sobą drzwi, gdy z 
łoskotem  
wypchnął je Edward, chwytając mnie za ramię, jak to zwykł był 
czynić w częstych  
wybuchach wesołości. 
— Ta księżniczka, to musi być brzydka, jak... 
— Dlaczego? 
— Nie zauważyłeś miny mamy i księcia? Nie odpowiedziałem nic, 
tylko objąłem go  
badawczem spojrzeniem. 
— Czy on nagle zmądrzał, czy też dotąd udawał idyotę? — pytałem 
siebie.Tymczasem Leon szedł do mnie, słyszałem jego kroki, a hrabia 
szeptał: 
— Słuchaj! obiecałeś mi... 
— Co? 
— Już nie pamiętasz? 
— A! — zawołałem — patrz ! ten pan co tu idzie, to kuzyn Celiny, 
przynosi  
odpowiedź czy ci ona pozwoli złożyć swoje uszanowanie. 
Edward ścisnął mi dłoń tak, że sądziłem iż mi palce połamie. Powrócił 
spiesznie  
do salonu, a ja powitałem i poprowadziłem Leona do siebie.XI.Minęło 
kilka tygodni i pierwsza połowa Stycznia zbiegła. W domu hrabiny 
wszystko  
pozornie, szło tak, iż zdawało się przyspieszać spełnienie jej życzeń i 
księcia,  
który też codzień był w lepszym humorze i codzień mi komunikował 
wypadki,  
zachodzące w pałacu. Następowały po sobie obiady i "ansamble". 
Naturalnie, brali  
w nich udział księżniczka i Edward. Ich uważał świat już za 
narzeczonych i  
dziwił się, czemu hrabina zwleka z ogłoszeniem tego rodzinnego 
wypadku. Zresztą  
żadna nie zaszła w niczem poważniejsza zmiana, prócz jednej 
donośnej, przezemnie  

background image

jak i przez Korybutowicza przewidywanej, a więc nie zmieniającej w 
niczem  
naszych nadziei i projektów. Ta zmiana była okoliczność, że młody 
hrabia z dnia  
na dzień robił się do ludzi swojegowieku i stanowiska podobniejszym. 
Miasto duże, bywanie ciągłe w świecie,  
obcowanie z rówieśnikami, zresztą może i przyjaźń ze mną, magicznie 
na niego  
działały. 
Bo Edward polubił mnie serdecznie, a ta sympatya zdawała się 
codziennie wzmagać  
i nabierać trwałości. Zadziwiała mnie szybkość z jaka dojrzewał. Choć 
książę  
porównywał go to do stepowego konia, to bardzo trafnie do owocu 
niedojrzałego a  
nagle dojrzewającego w ciągu kilku dni, gdy pora nań przychodziła; 
przecież to  
psychiczne formowanie się Edwarda mocno mnie dziwiło i 
zastanawiało, zwłaszcza  
że wir światowy i karnawałowego życia mało mi pozwalał 
oddziaływać na jego  
umysł. Hrabia spał do południa, potem następowało — to przyjęcie 
dzienne u  
hrabiny, na którem asystować musiał, to wybiegał na ulice, gdzie go 
zarówno  
bawił ruch miejski, jak wystawa sklepowa, zarówno klub, którego był 
członkiem,  
jak spotkana piękna kobieta. 
A i na czary tej ostatniej nie był obojętnym, jak tego miałem dowody. 
Szliśmy raz wieczorem przez Plac Teatralny, na którym panował taki 
ruch, iż codo mnie, myślałem tylko o tem, jak wymijać przechodniów 
i nie być potrącanym. 
Nagle hrabia przystanął i szturgnął mnie w ramię. 
— Patrz! — szepnął głosem jakby wzruszonym — patrz! 
— Co? 
— Ta kobieta, co idzie... Spojrzałem we wskazanym kierunku 
i w eleganckiej postaci niewieściej, po pewnych oznakach, nie 
mylących  

background image

trzydziestokilkoletniego oka, poznałem jednę z cór wielkiego 
półświatka. 
Minęła nas, opuszczając oczy, jakby zażenowana wzrokiem hrabiego, 
a ten stał  
ciągle jeszcze. 
— Kto to być może? — pytał z nietajoną ciekawością. 
— Czyż tak ci się podoba? — podchwyciłem, postanawiając 
skorzystać z tej  
nadarzającej mi się sposobności i wybadać gust mego quasi pupila. 
— Zachwycająca! — zawołał. 
— Lubisz ten rodzaj? 
— Przepadam za nim! — odparł z niewysłowiona naiwnością. 
— Wytłumacz-że mi ten gust lepiej, bo... 
— Oto widzisz — odparł Edward, zbli-zając się i wsuwając swą rękę 
pod moję ramię, jakby chciał ze mną poufniej  
pomówić — od czasu do czasu spotykam, najczęściej na ulicy i 
najczęściej  
wieczorem, taką kobietę, której widok przejmuje mnie wrażeniem, 
jakiego nie  
doznaję ani w salonie, ani nigdzie. Sam zrozumieć tego nie mogę, i 
już  
kilkakrotnie chciałem ciebie prosić o wytłumaczenie mi tych 
nadzwyczajnych  
objawów. 
Me wiedziałem na razie co odpowiedzieć, więc mruknąłem tylko: 
— Hm... hm... 
— Nie wiesz, co to jest? Milczałem. 
— No, mów! 
Przynaglony, absolutnie już nie wiedziałem co odpowiedzieć, i aby 
wybrnąć z tej  
sytuacyi, odparłem: 
— Muszę nad. tem się zastanowić... Odpowiem ci innym razem. 
— Ale prawda, że to ciekawe? 
— Bardzo ciekawe! 
— No, mówię ci, c'est plus fort que moi... Dlaczego mi się tak nie 
podoba  
księżniczka, lub?... 

background image

— A w salonie nie spotkałeś nigdy kobiety, któraby ci się tak 
podobała?— Nigdy! 
— No! — pomyślałem — źle! bardzo 
 i postanowiłem jeszcze tego samego dnia pomówić obszernie o tym 
przedmiocie z  
księciem. Nawet w tym interesie spieszyło mi się do domu. Hrabia z 
gustem bardzo  
wyraźnym do wyzywającego rodzaju kobiet z półświatka, stawał się 
niebezpiecznym  
i zatrważającym dla mnie, na którego barkach spoczywała 
odpowiedzialność za jego  
uczynki, nie licujące z wola matki, ani też z mojemi nawet 
zapatrywaniami. 
— Gdyby więc tak dziś — myślałem dalej — jakiej awanturnicy 
hrabia wpadł w ręce,  
to... Bałem się nawet nad tem myśleć; przyspieszałem więc kroku, bo 
przecież  
wypadek taki był możliwym. Edward używał zupełnej swobody, i 
jakim sposobem ten  
człowiek, stojący jak wryty na ulicy, gdy około niego przesuwała się 
kobieta z  
półświatka, dotąd nie wpadł w sidła jednej z nich? — było to dla mnie 
w tej  
chwili nierozwiązalną zagadką. Spieszyłem do księcia. On tylko mógł 
mnie swą  
paradoksalną filozofią objaśnić. 
Edward kroczył obok mnie, aż na rogu ulic Mazowieckiej i Wareckiej 
zapytał: 
— Dokąd dążysz?— Ja idę do domu, a ty? 
— Ja?... ja idę... 
— Dokąd? — zapytałem, siląc się na ton obojętny. 
— Ja idę do Narkiewiczów. 
— Do Narkiewiczów... o tej porze? 
— Ja prawie codzień o tej porze u nich bywam. 
Osłupienie nie pozwoliło mi przyjść do słowa. Wprawdzie sam 
Edwardowi  
umożliwiłem wizyty u Celiny, lecz nie wiedziałem, że one tak często 
się  

background image

odbywały. Umyślnie też, na wypadek gdyby z tych wizyt miało 
wyniknąć coś, coby  
się nie podobało hrabinie, nietylko sam bardzo rzadko odwiedzałem 
Celinę, ale  
nadto starałem się niewiedzieć nic o jej stosunkach z Edwardem. Nie 
pytałem więc  
o nic młodzieńca, a milczenie jego, od miesiąca, uważałem za znak, że 
gorące  
jego pragnienia zaspokoiły się jedna lub dwiema wizytami u — 
stającej się głośną  
— autorki. Tymczasem dowiedziałem się nagle że on bywał u niej 
codziennie.  
Stanąłem więc oniemiały, choć to co mi Edward odkrywał, 
jakkolwiek  
niespodziewane, — było zupełnie naturalnem. 
Ochłonąwszy, usłuchałem ostatniej my-śli, jaka w tej ich nawałnicy 
do głowy mi przyszła. Nie wypuszczając z pod  
ramienia ręki Edwarda, odparłem: 
— A więc jeszcze cię odprowadzę, — i weszliśmy w cicha ulicę 
Warecką. 
Po długiem milczeniu zapytałem: 
— Więc bywasz... tak często... u Celiny?... Nie wiedziałem... 
— Prawie codziennie... a Celina jest nawet zdziwiona twojem jakby 
zniknięciem. 
Znów uszliśmy kilkanaście kroków, a ja pożerany ciekawością co do 
stosunków tego  
Edwarda, którego tak niedawno temu uważałem za krańcowego 
idyotę, nie umiałem  
sformułować zapytania. Wreszcie zagadnąłem jeszcze: 
— I Celina?... Celina?... 
— Co? 
— Zawsze ją znajdujesz tak miłą? 
— Codzień więcej. 
— Doprawdy? 
— Dlaczegóżbym miał kłamać? — odparł hrabia ze swą naiwnością. 
Przysunąłem się jeszcze bliżej do Edwarda. 
— Słuchaj — mówiłem, usiłując nie zdradzić niczem mych myśli — 
więc ci się  

background image

Celina podoba?— Nad wyraz! 
— Więc ją znajdujesz w tym rodzaju, w jakim była... 
— Kto? 
— Ta dama na Teatralnym. 
— Aa! — Edward się obruszył, aż przystając — toś ty mnie zupełnie 
nie zrozumiał!  
To zupełnie co innego... 
— Przecież ci się i ta i ta podoba. 
— No tak, ale... 
— Ale? 
— Ale to zupełnie co innego. Zwalniając kroku, by jaknaj później 
dojść do mieszkania Narkiewiczów, zbliżyłem się jeszcze do Edwarda 
i zapytałem: 
— Opiszże mi, w jaki sposób podoba ci się Celina. 
Edward chwilę pomyślał i zaczął: 
— Widzisz! Celina mi się niezmiernie podoba i codzień więcej. Patrzę 
w nią, jak  
w obraz. Gdy mówi to mi się zdaje, że czytam, a błogo mi słyszeć 
dźwięk jej  
głosu.. Nie umiem ci tego opisać. U. Narkiewiczów jest mi tak dobrze, 
jak  
nigdzie. Siedzimy z Celiną naprzeciw siebie lub obok siebie i czuję się  
szczęśliwym, patrząc tylko na nią. Godziny mijają jak minuty, do-
prawdy, jak minuty. Czy ty uważałeś jakie Celina ma spojrzenie. 
Uważałeś'? 
— Tak! 
— A uważałeś jaki ma głos? Uważałeś? 
— Uważałem! 
— Gdy ona mówi, to mi się zdaje... czasem nawet nie słyszę i nie 
uważam, co  
mówi, bo mi tak miło patrzeć się wtedy na nią i słuchać, nie słysząc. 
Umilkł, uszliśmy kilka kroków i rzekł znowu: 
— Taka Celina jest tylko jedna na świecie, a ty ją porównywasz z 
innemi. Dawno  
jej nie widziałeś? 
— Będzie z miesiąc. 
— Nie uwierzysz, jak wypiękniała tutaj. 
— Jeszcze wypiękniała ? 

background image

— O! nie do uwierzenia! 
— Doprawdy ? 
— Zobaczysz! A czyś uważał, jak ona nie jest podobna do nikogo?... 
— A! tak! — bełkotałem, by nie przerwać tego dziwnego dyalogu. 
— Ona inaczej ci w oczy patrzy, inaczej podaje rękę. A która z panien 
w salonie,  
na raucie u mojej matki taka ma figurę jak Celina? Teraz nawet 
inaczej się  
czesze, Wystaw sobie, wszystkie włosy po-dejmuje w górę, i tak je 
jakoś wiąże, że tego nie widać. W ten sposób odkryte ma  
czoło, skroń i szyję. Uważałeś, jakie Celina ma skronie ? 
— Nie uważałem — odparłem, doprawdy nie wiem czem wtedy 
zirytowany — chyba tem,  
że nagle, odkrywałem w idyocie mężczyznę. 
— Me uważałeś ? — podchwycił — ona ma skronie, ona... ot skronie 
jej, to tylko  
ma ta pani z portretu. 
— Z jakiego portretu? — zapytałem. 
— Z tego co wisi u nas w salonie. 
Szczęściem byliśmy pod bramą mieszkania Narkiewiczów, bo już nie 
byłbym w stanie  
na żadne odpowiedzieć pytanie. 
Edward przystanął i formalnie ze strachem zagadnął: 
— Ty może także pójdziesz ze mną? 
— A chciałbyś ? — zapytałem, nie mając chęci udania się do Celiny, 
bo mi coraz  
pilniej było widzieć księcia i podzielić się z nim choć częścią mych 
odkryć  
nadzwyczajnych. 
— Nie — odparł Edward — jestem nieszczęśliwy, gdy kto jest prócz 
mnie u Celiny.— Chyba ci te przykrości rzadko kto 
robi ? 
— Czasem... tak... no, ten Leon. 
— Leona tam spotykasz ? 
— Bywa — odparł; uścisnął ma dłoń i wbiegł do wnętrza ciemnej 
bramy. 
Stałem długo na miejscu, z którego ruszywszy, szeptałem z 
nieopisanym  

background image

przestrachem. 
— I to był idyota! 
Powoli, z opuszczona głowa, dążyłem bocznemi ulicami w Aleje 
Ujazdowskie. Pilno  
mi było do księcia, ale wpierw chciałem to wszystko rozważyć i 
zapuścić się w  
ciemną otchłań konsekwencyi. Czy mogłem wszystko księciu 
powiedzieć, księciu,  
czyli hrabinie? — pytałem siebie, a czułem, że ten, który mi pierwszy  
powiedział, że jak Edward, prędko się wyrabiają, wtedy, gdy ja 
myślałem, że  
Edward skończy w domu obłąkanych, mógł jedynie mnie 
poinformować. 
Co dalej miałem począć z tym strasznym fantem, jakim być mi się 
wydał w owych  
stosunkach zakochany Edward, zakochany w pannie Narkiewicz!? 
Ależ to przecież  
tak bardzo przestraszać mnie nie powinno. Mogłem to był 
przewidzieć, i poniekąd  
przewi-działem. To przecież miało być jednym z środków moich na 
przyspieszenie rozwoju  
Edwarda, a datowało się od wizyty w Wybranówce. 
Myślałem więc już dalej nad tem, czem właściwie zostałem 
przerażony. Wchodząc  
już do bramy pałacu Korjatyńskich odkryłem przyczynę mego 
anormalnego stanu  
dającego się porównać tylko z uczuciem, jakiego doznaje człowiek 
nagle  
spostrzegający, iż niefortunnie naważył sobie piwa. 
Tak! wiedziałem. 
Edward wtedy nie robił wrażenia idyoty — i ztąd pochodził głównie 
mój niepokój. 
Edward nie był wcale a wcale idyotą!XII.Zaledwie jednak wszedłem 
do siebie, mi służący, oznajmił, że hrabina prosiła  
mnie, abym natychmiast, skoro tylko się zjawię, zgłosił się do niej. 
To życzenie spokojnej damy zastanowiło mnie nieco, gdyż nigdy ona 
mnie nie  

background image

wzywała i wszystkie interesa jakie miała do mnie, załatwiała w 
godzinach,  
któreśmy razem spędzali. Przeczucie mi mówiło, iż w pałacu zaszło 
coś nowego.  
Ażeby się jako tako przygotować na widzenie z hrabiną, która i na 
mnie, jak na  
wszystkich, moralnie oddziaływała, poszedłem do księcia, którego nie 
zastałem w  
domu. 
Nie było rady, musiałem się udać wprost do hrabiny, a wolałbym był 
wiedzieć  
uprzednio, jaki miała do mnie specyalny, a więc ważny interes. 
W stosunkach zależnych, w chwilachzdenerwowania, boimy się osób, 
prawie które choćby były najwzględniejszemi, mają  
nad nami przewagę. Zresztą, kłamać nie umiałem, a stawało mi w 
myśli możliwe  
pytanie hrabiny: 
— Gdzie jest teraz Edward? 
Dotąd, na podobne a częste zapytania odpowiadałem zupełnie 
naturalnie: 
— Me wiem. 
Dziś samo przypuszczenie takiego zapytania przerażało mnie, i 
rozmyślając nad  
niem przystanąłem na schodach. Czyż mogłem odpowiedzieć prawdę? 
Czyż mogłem  
zataić... dziś, gdy wiedziałem, że Edward poprostu kocha się w 
Celinie ? 
Nie było czasu na namyślanie się dłuższe. Ruszyłem dalej i w minutę 
później  
znalazłem się w salonie, gdzie na zwykłych swych miejscach 
siedzieli: książę i  
pani Wanda. 
Z twarzy ich nic wywnioskować nie mogłem. Miały one wyraz 
zwykły, a zresztą w  
tych sferach ludzie prawie nie zmieniają nigdy fizyognomii. Z chwilą 
gdy  
odpadają troski i katastrofy materyalne, jakże mało pozostaje rzeczy 
mogących  

background image

wstrząsnąć wielkimi egoistami? 
Hrabina powitała mnie zwyczajnie i zwy-kły wskazała mój fotel. 
Książe widocznie dostrzegł moje zaciekawienie, bo  
pierwszy się odezwał: 
— Nadzwyczajne zaszły wypadki... 
— Nadzwyczajne? nie! — przerwała hrabina — ale, ale... 
zastraszające i... co  
gorzej... podejrzane. 
— Cóż takiego? — odparłem, siadając i siląc się na pokrycie mojego 
niepokoju. 
— Pamiętasz pan — zaczęła hrabina — będzie temu przeszło miesiąc, 
jak tu,  
siedząc tak jak dzisiaj, udzieliłam wam i Edwardowi mojego planu, co 
do jego  
małżeństwa? 
— Tak, będzie temu więcej niż miesiąc. 
— Tem gorzej! Edward wtedy odpowiedział... Nie przypominasz pan 
sobie co  
odpowiedział? 
— Ja doskonale pamiętam — wtrącił coprędzej książę — 
odpowiedział: "oui maman". 
Hrabina ściągnęła brwi, co było jedyna u niej oznaka doznanej 
przeciwności. 
— Prince  — bąknęła — si vous pouviez ètre serieux. 
— A vos ordres comtesse!  — odparł książe, wzdychając. 
A ona znowu, zwracając się do mnie, zapytała:— Nie pamiętasz pan? 
— Owszem! — odrzekłem — o ile sobie przypominam, te kilka jego 
w tym przedmiocie  
odpowiedzi wyrażało zgadzanie się na plan pani. 
— Nieprawdaż! — zawołała z widoczną radością pani Wanda i 
ciągnęła — od tego  
czasu uważałam za stosowne więcej nie nalegać, skoro znał moje 
życzenie,  
czyli... moja wolę. Wprawdzie dziwił mnie sposób, w jaki Edward... 
faissait stt  
cour, ale zrobiłam sobie słuszną uwagę, que chacun a sa manière de 
faire la  
cour... 

background image

Użyłem całej siły woli, aby się nie roześmiać, a książę aż wstał z 
bujającego  
fotelu i przeszedł kilka razy wzdłuż salonu. 
Hrabina ciągnęła: 
— Et puis... Raz dawszy wolność Edwardowi, uważałam za stosowne 
w tak delikatna  
kwestyę nie mięszać się, będąc zdania, że matki w pewnej epoce nie 
powinny się  
ze swą wolą narzucać dorosłym synom. C'est votre avis n'est ce pas? 
— Parfaitement. 
— Et Ie voire prince? 
— Absolument  — odparł z kolei Korybutowicz, a hrabina mówiła 
dalej swym  
spokojnym i pewnym tonem:— Pojmujesz pan wobec tego zdziwienie 
moje, gdy mi dziś Edward na zapytanie w  
tej kwestyi, nietylko nic nie odpowiedział, zachowując najgłębsze 
milczenie, ale  
nadto zrobił minę, jak gdyby pierwszy raz w życiu o tej sprawie 
słyszał. To mnie  
do tego stopnia "zaintimidowało", iż na razie fal laissée la question 
tomber  
dans l'eau. 
Odpoczęła i rzekła jeszcze: 
— Zastanowiwszy się nad tym fenomenalnym objawem ze strony 
Edwarda tak zwykle  
uległego i biernego, doszłam do przekonania, iż mnie... więcej o tem z 
nim mówić  
nie wypada. Nie przypuszczam, by Edward się sprzeciwił memu 
życzeniu, lecz  
wszelka, nawet najmniejsza dyskussya w tej, raz zdecydowanej 
sprawie, byłaby  
niestosowną. Nie wiem, co Edward myśli; wiem tylko to, że on mnie 
odmówić nie  
może; absolimnent je n'admet pas, by mógł znajdować coś, co ja 
obmyśliłam i  
postanowiłam... 
Urwała rozdrażniona i ochłonąwszy nieco, zaczęła znów zmienionym 
tonem: 

background image

— Prosiłam księcia, by był łaskaw — mówiła z naciskiem — 
wybadać Edwarda i  
dowiedzieć się: na kiedy odkłada oświad-czenie się. S'il veut quelques 
jours de retard... ale książę odmówił mi... 
— Ce n'est pas mon affaire comtesse — obruszył się Korybutowicz. 
— Soit! — zawołała hrabina zwracając się do mnie z lekko 
podrażnionym uśmiechem.  
— Ale pan jesteś tak dobrze z Edwardem, iż zapewne żadnej panu 
różnicy nie zrobi  
dowiedzenie się od niego, kiedy myśli się oświadczyć". 
Tu hrabina odetchnęła i ciągnęła: 
— Zależy mi na tej wiadomości. Postanowiłam bowiem, że Edward 
powinien już być  
po słowie w tym miesiącu, aby mogły się odbyć zaręczyny jego 
ósmego Lutego, w  
dniu, w którym skończy rok dwudziesty trzeci et W sera tout a fait 
mariable. 
— Toutafait mariable — powtórzył książe. 
— Czy pan mi to zrobisz ? — zapytała hrabina. 
— Owszem... dowiem się... 
— Kiedy? 
— Kiedy ? — bełkotałem — dziś, czy jutro... 
— Najpóźniej jutro do godziny wpół do trzeciej — podchwyciła 
hrabina — o  
godzinie trzeciej bowiem jadę z wizytami. Jutrodzień recepcyi u 
książąt. Będę u nich o trzy kwadranse na czwarta, bo wprzód  
muszę być w kilku sklepach, a jeźli Edward, w co nie wątpię, zechce 
się  
oświadczyć w końcu tego miesiąca, to zaręczyny mogłyby mieć 
miejsce ósmego  
Februara, a jutro jużbym napomknęła księżnej kilka słów, któreby 
miały swoje  
znaczenie i przygotowały ich do ewenementu, qu'ils attend 
assurement. 
Uśmiechnęła się, a książę, będący w monologach hrabiny, jakby 
zwrotką, w  
poemacie, dorzucił: 
— Avec impatience... 

background image

— Absolument — hrabina dodała i zamilkła. 
W chwilę później podano herbatę, a jeszcze pić nie zaczęliśmy, gdy 
dały się  
słyszeć w przyległych pokojach ciężkie kroki Edwarda. 
Wpadł on raczej niż wszedł. Zwykle wesół, dnia tego był 
rozpromieniony. Policzki  
jego rumieniły się, a oczy mu błyszczały, jak po jakiej ożywionej 
rozmowie, czy  
też wysokiem zadowoleniu. Książę mu się przypatrywał ze 
zdziwieniem, które  
zawsze od pewnego czasu malowało się na jego obliczu, ile razy badał 
hrabiego.  
Ten człowiek widocznie był codzień dla niego innymi nowym. 
Hrabina zaś, rzuciwszy kilka spojrzeń na syna, zagadnęła: 
— Wyglądasz trés satisfait? 
— Mais oui maman. 
Pani Wanda zaczęła mu się przypatrywać i po chwili zapytała: 
— Z czego jesteś tak zadowolony? 
— Z niczego maman. 
— Wyglądasz rozpromieniony? 
— Mais si maman... 
— Z czego? — podchwyciła z lekkim odcieniem irytacyi. 
— Z niczego — obruszył się Edward — żyję, oddycham, la vie est 
bonne et puis il  
fait beau aujourdhui... 
— Ach! mon cher Eduard, pogoda, to nie powód dla człowieka 
dystyngowanego, by  
wyglądał enjoué. 
Tu Edward, pierwszy raz jak go znałem, zirytował się, poczerwieniał i 
odparł,  
zawsze po francuzku: 
— Vouliez vous, ąue je soye chagrin? Nastąpiło milczenie. 
Odpowiedź ta,  
wypowiedziana tonem, którego anija, ani książe, ani naturalnie 
hrabina nie  
znała, zastanowiła nas i sprowadziła tę ciszę. Przerwała ja matka po 
długim  

background image

namyśle innym już głosem.— Człowiek un homme de ton monde 
nigdy nie powinien wyglądać enjoué, dlatego, że  
nigdy nim być nie powinien. Rozpromienione oblicze dobre jest dla 
ludzi innych  
klas społecznych. — Szewc może być raz rozpromieniony a drugi raz 
ponury, ale  
pan nie może być ani ponurym, ani rozpromienionym. N'est ce pas 
prince? 
— Decidement. 
Edward zrobił ruch głową, jak robił zwykle, ale który dnia tego jakieś 
inne  
czynił wrażenie, był jakby śmielszy i pewniejszy siebie. 
— Tego nie rozumiem! — zawołał, rzucając na księcia tak złe 
wejrzenie, iż mnie  
ono zastanowiło, choć wiedziałem, że go nie lubił. 
Hrabina lekko poczerwieniała i zaczęła: 
— Dlatego mon cher Edward, że szewc może mieć powody być 
rozpromienionym. On lui  
a fait une bonne commande ou que saije. Ale pan, gdyby chciał 
okazywać na twarzy  
swoje zadowolenie, to musiałby wyglądać enjoué jak ty w tej chwili, 
od świtu do  
nocy, ce qui serait parfaitement ridicute... 
— Ach! — podchwycił Edward — to też coraz mniej rozumiem 
różnicę między tym, co  
nazywacie "pan", a każdym. Paniszewcsą ludźmi et si ca m'arrange 
d'ètre enjoué aujourdhui??? 
Urwał, a hrabina krzyknęła, popijając czemprędzej herbatę. Nie 
poznawała syna i  
wyglądała do najwyższego stopnia zdetonowaną. Po chwili, 
spojrzawszy na mnie  
wzrokiem wyrażającym jakby największe zdumienie, zwróciła się do 
księcia: 
— Que c'est qu'il dit? — zapytała. 
Książę nie odpowiedział. Edward zamilkł, a ja zaraz opuściłem moje 
miejsce, i  
tym szczęśliwym manewrem położyłem koniec sytuacyi, która 
pierwszy raz zdawała  

background image

się być groźną w tem spokojnem towarzystwie. 
Pod pozorem wypalenia papierosa, wyszedłem do przyległego 
gabinetu. Tu zaraz za  
mną zjawił się Korybutowicz. Uchwycił mnie w oryginalny sposób, 
kładąc swoje  
dłonie na mych ramionach i szepnął głosem jakby wystraszonym, 
wytrzeszczając  
zdziwiony wzrok: 
— Wiesz? 
— Co? 
— Edwarda ktoś nam buntuje! 
Zdawało mi się żem poczerwieniał i milczałem, a książę zapytał:— 
Czy nic nie wiesz, ktoby to mógł być? c'est pour tant curieux. 
Uczułem się obrażony za osobę, którą posądzałem o wywieranie tego 
magicznego  
wpływu na hrabiego, i podchwyciłem: — Naprzód, czy go kto buntuje 
czy też  
kształci na człowieka ? 
— Ca revient au meme — zawołał cicho książę — ale to przecież 
bardzo ciekawe.  
Edward wy-gła-sza-ją-cy, że szewc a pan... A ça me passę... ça! 
Zrobił ruch zdumienia całem ciałem i dodał: 
— Jeźli tak dalej pójdzie? 
— To? — zapytałem, bo książe urwał. 
— To... no! nie wiem — zaśmiał się — co miałem na myśli. Edward 
dziś mnie  
wprowadza w osłupienie. Il'  échappe! Mówię ci! Ktoś nam go 
buntuje... 
— Życie — podchwyciłem — miasto, ludzie... 
Korybutowicz się zamyślił. 
— Nie! — zawołał — takich cudów nie dokazują, te żywioły... 
Urwał i zapytał: 
— Czy obserwowałeś go gdy wszedł ? 
— Wyglądał w dobrym humorze, nic więcej!— Wyglądał enjoué — 
odpowiedział książę ze swą pewnością, gdy zgłębiał  
psychiczne tajniki — ale to enjouement, o właśnie daje nam tylko 
kobieta, i  
dlatego go kobiety tak nie lubią. 

background image

Słuchałem, oniemiały tą bystrością, w pewnym kierunku, światowca, 
a on dodał  
jeszcze z pewną irytacyą: 
— Edward widuje kobietę, której nie znamy... Sapristi... l'idiôt! ha! 
ha!XIII.Nazajutrz rano pod wrażeniem wielce nieprzyjemnem 
obudziłem się. Zdawało mi się,  
iż jestem w przededniu katastrof mnie dotyczących. Prędko zdałem 
sobie sprawę z  
wypadków zaszłych w ciągu jednego miesiąca, a odkrytych w ciągu 
jednego  
wieczora. Te wypadki dawały się bardzo krótko określić: Edward 
kochał się w  
Celinie, która mu otwierała oczy, czyli buntowała go tem samem 
przeciw matce.  
Edward może nie chciał się żenić z księżniczką?... 
Co to w takich chwilach przez głowę nie przechodzi!... Bo też 
znalazłem się w  
najfatalniejszem położeniu, w jakiem człowiek w mojej roli mógł się 
znaleźć.  
Wpadłem poprostu w straszliwe błoto. Hrabina mi powierzyła 
moralne przygotowanie  
swegosyna do małżeństwa z księżniczką; książę, mój przyjaciel, 
wyczekujący tego  
właśnie małżeństwa, jak zbawienia, liczył na mnie, jak "na Zawiszę", 
— a ja  
cóżem w tym celu zrobił i jak im pomogłem ? Wprowadziłem 
Edwarda do domu  
Narkiewiczów i ułatwiłem mu zakochanie się w Celinie, która 
zapatrywań hrabiny  
ani księcia w żaden sposób podzielać" nie mogła. Wprawdzie 
wszystko to się stało  
wypadkiem; wprawdzie nie wiedziałem nic zgoła jakie są zamiary 
Edwarda i jaki  
wpływ wywierała nań Celina, ale wyobraźnia moja, galopująca w tym 
kierunku,  
straszne mi przedstawiała obrazy. Czułem że włosy stają mi na 
głowie, zwłaszcza  

background image

gdy sobie przypomniałem okoliczność, że książę z dziwną 
przenikliwością między  
hrabiną a jej synem odkrył już kobietę. 
Co miałem począć? co wyjawić, co zataić, przed księciem ? — jak się 
przygotować  
do roli, którą mi wypadało teraz odegrać? 
Spojrzałem na zegarek i odetchnąłem. Wskazówki jego stały na 
ósmej. Edward  
wstawał o dziesiątej, książę o jedenastej, miałem więc przed sobą 
dwie godziny  
czasu, od użycia których zależały moje dalsze stosunki w tym domu i 
wybrnięcie z  
błotaw jakie nieoględnie wlazłem. W oka mgnieniu ubrałem się i 
poleciwszy lokajowi,  
aby uprzedził hrabiego, iż miałem do niego interes, wybiegłem na 
miasto. 
Trzeba mi było najprzód zobaczyć się z Leonem. On bywał u 
Narkiewiczów, on  
widywał Celinę i Edwarda przy niej. Wpadłem więc do mieszkania 
przyjaciela, ale  
u drzwi prowadzących do jego apartamentu, przystanąłem, aby się 
uspokoić i nadać  
moim rysom wyraz naturalny. 
Leon ubierał się, popijając herbatę. Ujrzawszy mnie, zdziwił się i 
zawołał: 
— Ty tu? Cóż się? stało Odkąd obracasz się między milionerami, w 
wysokich  
sferach tego świata, nie widuję cię przyjacielu. 
— Mógłbym ten sam, dosłownie, wyrzut tobie uczynić — wtrąciłem, 
zręcznie tym  
razem, bo Leon podchwycił z zaciekawieniem: 
— Nie rozumiem cię! Ja? ja?... 
— Ty! 
— Ja się obracam między milionerami? 
— Między tymi co i ja — odparłem z udaną irytacyą; — ja spędzam 
poranki z  
Edwardem Korjatyńskim, bo chyba o nim tu-taj mowa, a ty z nim 
także wieczory u Celiny. 

background image

— A! prawda! — roześmiał się Leon — gdybym był przypuszczał 
taką odpowiedź, nie  
byłbym wyjeżdżał z moim dowcipem. Ale widzisz, ten twój 
Korjatyński z którego  
najniesłuszniej zrobiliście idyotę, jest tak poczciwym, tak naturalnym, 
tak  
sympatycznym chłopcem, iż człowiek w jego towarzystwie zaledwie 
wierzyć może, że  
jest on nababem. 
Nie przerywałem; chwytając każde słowo Leona, uzupełniałem je 
sobie w wyobraźni,  
a on dalej, ze swą zwykłą gadatliwością, ciągnął: 
— Co prawda, — przesadziłeś trochę, ale nie zboczyłeś wiele od 
rzeczywistości.  
Codzień nie spędzam wieczorów z twoim hrabią, ale często spotykam 
go u  
Narkiewiczów i nie żalę się na to. Polubiłem nawet tego syna osoby, 
której za  
Celinę tak nienawidzę. Zachwycają mnie w nim właśnie te wszystkie 
odcienia,  
które między wami wyrobiły mu reputacyę idyoty, a ta naiwność, 
skromność,  
wesołość, ciekawość... 
— Bo, widzisz, — wtrąciłem — Korjatyński temu dwa miesiące, 
Korjatyński temu  
miesiąc jeszcze, — a dzisiaj, to są trzyzupełnie inne — tego samego 
tylko typu — osoby. A różnica między dzisiaj a  
miesiąc temu jest tak olbrzymią, że... 
Tu mi przyjaciel przerwał: 
— On się wyrabia, że tak powiem, z godziny na godzinę. I domyślasz 
się zapewne,  
że olbrzymią różnicę, jaką w nim od miesiąca znajdujesz, 
zawdzięczasz...  
Celinie! 
— Wierzę! — wybełkotałem stłumionym głosem, bo mi serce 
szybciej bić zaczynało;  
ale Leon nie czekał mojej zachęty, tylko dalej prawił: 

background image

— Kocha się biedak w Celinie na zabój, ale co najzabawniejsze w tem 
wszystkiem —  
rzekł wybuchając śmiechem — to to, że Celina, która miesiąc temu 
ledwie na moje  
usilne prośby i przedstawienia zdecydowała się wpuścić do swego 
domu syna swej  
znienawidzonej ciemiężycielki, dziś w towarzystwie Edwarda gustuje, 
z prawdziwą  
sympatyą dla niego się nie kryje i nawet, zda.. je... mi... się, zdaje mi 
się... 
— Zdaje ci się? 
— Zdaje mi się, że jest nim zajętą więcej, niż tego interes 
Wybranówki wymaga.  
Pojmujesz jak mnie to bawi! — jak Celinie dokuczam i przygryzam! 
Ona tłumaczy  
swój widoczny sentyment ciekawem studyumliterackiem, jakiem dla 
niej jest ten ogromny dryblas w pieluszkach, twierdząc  
że znajduje niewysłowioną rozkosz w kształceniu i otwieraniu oczu 
temu pół  
dzikiemu ale przystojnemu chłopcu. 
— Więc Celina? — wtrąciłem, pragnąc dowiedzieć się wszystkiego. 
— Celina zajęta jest nim. Ot! jak to kobiety ! Mówię ci, są one 
wrażliwe na  
uczucia jakie obudzają tak, iż każda by ci się kochała w niedźwiedziu, 
gdyby ten  
umiał udać nią zajętego. 
— Więc to jest romans? — zawołałem. 
— Najkompletniejszy! 
— Więc sądzisz, że ten idyo... Edward — mówiłem ze złością, nie 
mogąc jej ukryć  
— poprostu kocha się w Celinie? 
— Ależ naturalnie! 
— A Celina w nim ? 
— Czyż mogło być inaczej ? To cię dziwi ? Czyś wczoraj się urodził ? 
Jakże  
mogłeś przypuszczać by taki Edward nie zakochał się w pierwszej 
pięknej  
kobiecie, którą poznał ? 

background image

— Ale Celina ? 
— Dlaczegóż przypuszczałeś, że Celina pod względem kardynalnej 
kobiecej  
charakterystyki, będzie inną od wszystkich?Siedziałem na kanapie jak 
mumia. Wszystko co Leon mówił, było naturalnem, ale  
mnie to w tej chwili takbardzo było nie na rękę !... 
— Cóż sądzisz — zapytałem — co dalej z tego będzie? 
— A nic! 
— Jakto nic? 
— A cóżby być miało, czy być mogło ? 
— No przecież każda miłość... 
— Co, każda miłość? — zapytał — przystając Leon. 
— Ma jakiś koniec! — odparłem wzburzony. 
Przyjaciel się obruszył. 
— Gdzie tam każda? — Ot! powrócą do domu i zostanie im miłe 
wspomnienie, a  
Celina będzie miała w sąsiedztwie zamiast wroga, — przyjaciela. 
Odetchnąłem całą piersią, ale nie na długo, bo Leon najspokojniej, 
wydobywszy z  
szafy wspaniały krawat, przystąpił do lustra, by go misternie związać, 
a podczas  
tej operacyi tak mówił, z rodzajem rozdrażnienia: 
— Gdyby Celina była nie Celiną, tylko inną kobietą, gdyby była choć 
odrobinę  
kokietką, a troszeczkę intrygantkę, gdyby by-ła choć odrobinę chciwą, 
toby... toby z największą łatwością, została... 
Tu się węzeł krawatu fałszywie ułożył. Leon nietylko że urwał, ale tak 
długo  
milczał, iż musiałem podchwycić: 
— Toby? 
— Toby — dokończył — została hrabiną Korjatyńską! 
Uczułem niemoc w całem ciele, a w oczach mi stawała niedaleka 
przyszłość w  
pałacu Korjatyńskich, w którym ułożone było, iż Edward  Lutego 
zaręczy się z  
księżniczką Światosławówną. Milczałem długo. Dopiero gdy Leon 
związał krawat i  

background image

skierował swój wzrok na mnie, aby coś powiedzieć, i tem ukryć swój 
stan  
anormalny, odezwałem się: 
— Więc Edward byłby zakochanym do tego stopnia ? 
Leon się rozgniewał. 
— Czy ty w tym pałacu ogłupiałeś', czy udajesz głupiego? Edward 
jest tak  
zakochany, jak nim być musiał. Wszakże to pierwsza kobieta, którą 
poznał w  
dwudziestym i czwartym roku życia. Ta kobieta, przyznasz, jest 
bardzo piękna,  
bardzo ponętna i w dodatku bardzo wykształcona. Czyż więc Edward 
się mógł w niej  
nie zako-chać ? Byłoby raczej dziwnem, gdyby było inaczej i jeźliby 
tylko głupia Celina  
chciała, za trzy miesiące zostałaby hrabina Korjatyńską, choćby tam 
stara pęknąć  
miała ze złości, a Wielkie Groble zawalić się od wstrząśnienia. Ale 
Celina ani  
chce, ani chcieć będzie — kończył z żalem — ani chciećby może nie 
umiała, bo... 
— Bo? 
— Bo głupia! 
— Nie sądziłbym — bąknąłem. 
Leon bystro spojrzał mi w oczy i zawołał: 
— Zresztą zobaczymy! 
Na te słowa dreszcz mnie przebiegł po całem ciele. To "zobaczymy" 
w ustach  
energicznego Leona, kuzyna Celiny, w tej chwili jakby mnie mroziło. 
To  
"zobaczymy" mówiło, co on myślał, mówiło, co nastąpić mogło, 
mówiło wreszcie,  
coby z tego wyniknąć musiało. 
Dla mnie mógł być rezultat taki, iż jutro mogłem uchodzić w oczach 
hrabiny i  
księcia za ubogą jakaś podejrzaną figurę, za jakiegoś intruza, który 
wkradłszy  
się do ich zaufania, pokryjomu przeciw nim działał. 

background image

Odchodząc od przytomności, bo abso-lutnie nie wiedziałem, co mi 
czynić wypadało, by ocalić siebie od podejrzenia  
bądź co bądź podłości, pożegnałem przyjaciela. 
Jak pijany powracałem do domu. 
— Co mi Edward powie? — pytałem sam siebie, bo go, stosując się 
do woli hrabiny,  
wprost zapytać postanowiłem. A któż mógł przewidzieć odpowiedź 
Edwarda? kto mógł  
odgadnąć jego myśli? Wszak jemu wszystko przez głowę przejść dziś 
mogło, jeźli  
mu mogło wydawać się naturalnem kochanie się otwarte i szczere w 
Celinie. 
Truchlałem i gubiłem się w tej psychicznej zagadce, jaką zaczynał być 
dla mnie  
ten człowiek. Wychowany w pojęciach skrajnych, nie nasiąknął 
jednakże żadnem z  
nich. Zidyociał, jak to dziś dopiero jasno widziałem, w atmosferze, 
którą  
oddychać nie mógł, ani się do niej przyzwyczaił. To przecież było 
osobliwem i  
próżno zapuszczałem się w domysły by odgadnąć przyczyny tego 
wyrodzenia się  
hrabicza Korjatyńskiego, i tej jego siły odpornej, jaką go natura 
obdarzyła.  
Słyszałem był, że ogrodnicy w ciągu kilku lat są wstanie przemienić 
daną roślinę  
z dzikiej na cieplarnianą i odwrotnie. Roślina taka mogła może 
wrócona do  
swojej, atmo-sfery, dziczeć, ale Edward do niej wróconym być nie 
mogł, bo Edward był synem  
księżniczki Sokołogórskiej, a wnukiem lennika. 
Gubiłem się w rozmyślaniu nad tem niewdzięcznem studyum jakiem 
zawsze pozostanie  
człowiek. 
Wreszcie wszedłem do pałacu Korjatyńskich nie ochłonąwszy jeszcze, 
choć wśród  
mroźnego poranku przebiegłem pół miasta. 

background image

Zastałem Edwarda przy śniadaniu w jego gabinecie. Wyglądał w 
dalszym ciągu  
rozpromieniony i zanim otworzyłem usta, zawołał: 
— Jesteś dziś wyjątkowo rannym ptakiem, kilka razy się o ciebie już  
dowiadywałem. 
— Czy masz do mnie interes? bo ja nawet poleciłem lokajowi 
uprzedzić cię, abyś  
na mnie czekał. 
— To też czekam i jestem na twoje rozkazy. 
Usiadłem naprzeciw hrabiego i namyślałem się, jak zacząć rozmowę. 
Namyślałem się  
głęboko raz pierwszy, bo też Edward był innym już człowiekiem. 
Fizyognomia jego  
codzień wyrażała więcej inte-ligencyi i zmuszała do ważenia słów 
skierowanych do niego. 
— Mam do ciebie zlecenie ze strony twej matki — zacząłem. — 
Hrabina jest zdania  
bardzo słusznego, iż są pewne kwestye których poruszanie dla matki 
dorosłego  
syna jest rzeczą przykrą. 
— Je suis bien curieux... 
— Zadziwia twoją matkę — rzekłem — sposób, w jaki się starasz o 
księżniczkę.  
Znajduje... 
Tu urwałem, bo Edward wytrzeszczył na mnie zdziwiony wzrok 
przerywając mi: 
— Ależ ja się wcale nie staram o księżniczkę; ja się o nią nie starałem 
nigdy. 
Nastąpiło długie milczenie. Ta niespodziewana odpowiedź Edwarda 
była tylko  
dalszym ciągiem przeczuwanych już przezemnie następstw. Po długiej 
pauzie,  
zabrałem znowu głos. 
— A więc wprowadziłeś w błąd twoją matkę, która na twoje 
małżeństwo z  
księżniczką od miesiąca liczy, i która pragnie cię zaręczyć już ósmego  
Lutego:... 
Ale Edward znowu mi przerwał 

background image

— Wiesz! — zawołał — ja nigdy ani godziny o księżniczce nie 
myślałem; ja się jej  
dotąd nie przypatrzyłem nawet.— Zdumiewasz mnie ! — 
podchwyciłem ze szczerem rzeczywiście zdumieniem. 
— A ja cię nie rozumiem. 
— Ja ciebie nie rozumiem! — podchwyciłem ze złością. — Znając 
stanowczy i  
despotyczny charakter twojej matki, znając jej nieugięta wolę, jakże 
mogłeś  
robić jej nadzieję?... 
— Ja żadnej nie zrobiłem matce mojej nadziei... , 
— Owszem przy mnie... 
— Choćby zresztą tak było ? 
— Wprowadzasz mnie w osłupienie! Edward się roześmiał. 
— Otóż! — zawołał — osłupienie twoje pochodzi ztąd iż wy wszyscy 
w tym domu,  
począwszy od mamy, a skończywszy na tobie, który widocznie 
przejąłeś się ich  
sposobem zapatrywania, uważacie mnie w dalszym ciągu za 
chłopczyka, a ja za  
kilka tygodni będę pełnoletni. 
Słuchałem formalnie oszołomiony, a Edward ciągnął dalej: 
— Ale choćbym nim nie był, tobym jeszcze się nie żenił z 
księżniczką, nie mając  
najmniejszej do tego ochoty. 
Odpowiedź była stanowczą. Po chwili namysłu, uznałem, iż zupełnie 
powinna miona wystarczać i jak dotąd w niczem mnie nie 
kompromitowała. Zapytałem więc  
jeszcze. 
— To przeto jest twoja ostateczna odpowiedź? 
— Mais certainement. 
— I upoważniasz mnie do powtórzenia jej dosłownie twej matce? 
— Si elle vous demande... 
Milczeliśmy. Edward najspokojniej zajadał bułkę z serem 
szwajcarskim, popijając  
herbatą, a ja mu się przypatrywałem. Ten człowiek zadziwiał mnie do 
najwyższego  

background image

stopnia. Był spokojnym, jak gdyby nie dawał mi wcale odpowiedzi, 
mającej  
wstrząsnąć za chwilę tym domem i całem jestestwem jego matki. 
Zdawał się nawet  
nie rozumieć czy nie chcieć rozumieć doniosłości tych swoich 
odpowiedzi i nie  
przypuszczać, by one mogły być przyczyną jakichkolwiek zaburzeń. 
Czy on swej  
matki nie znał? czy też dotąd na wszystko się zgadzał, bo mu tak 
wypadało ? czy  
też zgoła sytuacyi nie rozumiał? czy... wreszcie postanowił się 
wyzwolić? 
Gubiłem się znowu w domysłach, a oblicze Edwarda wesołe, 
pogodne, rozpromienione  
i noszące jeszcze w wysokim stopniuślady cechującej je dawnej 
swobodnej bezmyślności, nic mi nie mówiło. 
— Jeźli — rzekłem wreszcie — matka twoja mnie się zapyta, 
dlaczego raz pierwszy  
w życiu odmawiasz jej posłuszeństwa... to co mam odpowiedzieć?... 
— Że mi się księżniczka nie podoba — odparł hrabia. 
Wstawałem, by pójść do swego pokoju, i połapać się z tem 
wszystkiem, oraz  
zasięgnąć rady księcia, gdy Edward odsuwając filiżankę z wypitą 
herbatą i  
zapalając papierosa odezwał się nagle: 
— Wychodzisz i nie ciekawy jesteś dlaczego się o ciebie dziś aż trzy 
razy  
dowiadywałem ? 
Usiadłem napowrót. 
— Odpowiedź twoja tak mnie wyrzuciła z równowagi iż... 
— Ha! ha! — roześmiał się Edward — nie przypuszczałem nawet, byś 
ty, ty! innej  
się odemnie spodziewał. 
— Dlaczegóż ja? 
— Bo przecież ty nie jesteś wychowany w Wielkich Groblach. 
Sądziłem, że musisz  
mieć inny sposób widzenia, niż mama, lub... książę. 

background image

Ożywił się i mówił dalej:— Mama mniema iż wszystko, co nadal, dla 
mnie obmyśli, będę tak ślepo wykonywał,  
jak dotąd. Zapomina iż dotąd rozkazy jej dotyczyły sposobu trzymania 
widelca i  
chodzenia po salonie, a dziś dotyczą... małżeństwa. Być może, że źle 
postąpiłem,  
ale... 
— Ale? podchwyciłem. 
— Ja przed miesiącem nie wiedziałem doprawdy, co to jest 
małżeństwo, zresztą nie  
przypuszczałem, iżby matkę tak dalece zmartwiła moja odpowiedź, a 
jeżeli księciu  
nie będzie dogadzała, je m'en fiche... 
Trudno opisać wrażenie jakiego doznałem, słuchając Edwarda, który 
pierwszy raz w  
życiu tym stanowczym językiem, zdradzającym u niego wolę, 
przemawiał. 
— Ale ja chciałem — rzekł znów po przerwie — pomówić z tobą o 
innej zupełnie  
rzeczy, i... 
— Słucham cię. 
— To mi nie wystarcza — zawołał Edward — musisz mnie nietylko 
słuchać, ale  
musisz mi dać słowo honoru, że to, co ci powiem, pozostanie 
pomiędzy nami.  
Musisz wreszcie mi przyrzec, że raz wtajemniczony w ten mój sekret, 
będziesz  
mnie wspomagałtwą radą i życzliwością. Że mi dasz szczere swe o 
tem zdanie, że... 
— Słucham cię — zawołałem — z wyraźnem już przeczuciem 
katastrofy. 
— I dajesz słowo ? 
— Słowo ! 
— Rękę ? 
Wyciągnąłem mą dłoń, której hrabia dotknął i zaczął: 
— Czuję potrzebę zwierzenia się komuś z uczuć, które rozsadzają mi 
piersi.  

background image

Chciałem dawno już podzielić się niemi z tobą, ale niedoświadczony 
w życiu, nie  
znający świata i ludzi, byłem podejrzliwy. Jakkolwiek mi coś mówiło, 
że jesteś  
człowiekiem innym, niż mama i książę, przecież widząc cię z nimi w 
tak dobrych  
stosunkach, sądziłem, iż w każdym wypadku ich, nie zaś moją, 
trzymałbyś stronę.  
Dopiero wczoraj upewniła mnie Celina, iż mogę cię uważać za 
mojego przyjaciela. 
Rozczulony mową chłopca, odkrywającą tyle ran jego, odezwałem 
się: 
— Wdzięczny jestem Celinie za wzmocnienie twego zaufania do 
mnie..., 
— Oh ! — podchwycił hrabia — istniało ono w zarodzie od samego 
początku, gdy cię  
poznałem. Lgnąłem do ciebie, ale, ale...to moję życie nagle zrobiło się 
tak innem! Nagle tyle nowych rzeczy wstrząsnęło  
mym mózgiem, iż w tym chaosie, jaki zapanował w mojej młodej 
głowie, zrobiłem  
się podejrzliwym, tracąc ślepą wiarę, jaką miałem w ludzi i we własny 
instynkt.  
Bo ja, widzisz, jak zwierzę teraz instynktem się kieruję i straszny mi 
brak  
rozumu, rady, odpowiedzi na krocie pytań, brak mi wyjaśnień, 
których sam w sobie  
nie znajduję. 
— Słucham cię ! — zawołałem — przejęty tą krótką ale tak trafną 
spowiedzią  
exidyoty. 
Hrabia się zamyślił, i nagle jednym tchem wypowiedział: 
— Kocham Celinę i z nią się ożenić postanowiłem. 
Wpadłem jakby w omdlenie moralne, a stan ten mój zauważył 
widocznie Edward, bo  
objąwszy mnie zdziwionym wielce wzrokiem, milczał i 
czekał.XIII.Słowa Edwarda: "kocham Celinę i z nią ożenić się 
postanowiłem" — szumia ły mi w  

background image

uszach długo po ich wypowiedzeniu, jakkolwiek na nie byłem prawie 
przygotowany.  
Ale te słowa upewniały mnie w tem co dotąd tylko przypuszczałem. Z 
szybkością  
błyskawicy stanęły mi w oczach konsekwencye tego szalonego 
postanowienia  
Edwarda, które, jakkolwiek mi je powierzył w sekrecie, musiało się 
lada chwila  
wykryć, a wtedy wszystkie winy tego piorunu, który miał uderzyć w 
hrabinę, na  
mnie spadały. Przezemnie bo tylko Edward poznał Celinę i ja to 
byłem głównym  
motorem w udzieleniu zupełnej swobody hrabiemu, która do tego 
doprowadziła  
rezultatu. 
— A Celina? — zapytałem prawie jużobojętnie, tak na razie czułem 
się przygnieciony. 
— Celina — odparł najnaturalniej Edward — zgadza się wyjść za 
mnie, jeźli w mem  
postanowieniu wytrwam... 
— Do jakiego czasu — zawołałem, chwytając się tego warunku jakby 
deski ocalenia. 
— Do czasu mojej pełnoletności. 
— To jest, do ósmego Lutego? 
— Nie inaczej. 
— Celina więc — myślałem — łapała młodzieńca? Ta zwłoka w 
drugiej połowie  
Stycznia do pierwszych dni Lutego bawiła mnie tylko. 
— A czy sądzisz — rzekłem — że matka twoja się zgodzi na ten 
związek? 
— Spodziewam się... 
— Czy mówisz to poważnie ? 
— Najzupełniej, a cóż w tem widzisz wyglądającego na żarty? — 
odrzekł pytając  
Edward. 
— Przypuszczenie, że twoja matka się zgodzi na to małżeństwo... ha ! 
ha ! 
Hrabia uraził się moim śmiechem, poczerwieniał i wtrącił: 

background image

— Gdyby się nie chciała zgodzić, to i bez jej zezwolenia... ożeniłbym 
się.— Czy ty rzeczywiście uważasz za fizycznie możliwe ożenienie 
się swoje wbrew  
woli matki? 
— Mais certainement, jeźliby odmówiła swego zezwolenia — odparł 
najnaturalniej  
Edward. 
Nie było co dalej mówić. Edward, jakkolwiek w tylu rzeczach 
przejrzał, nie  
przejrzał się jeszcze jasno we własnych stosunkach, w charakterze ich 
do własnej  
matki. On może w swej naiwności był pewnym tego, co mówił, albo 
też, albo też...  
Doprawdy nie wiedziałem, co sądzić. 
Po chwili jednak rzekłem. 
— I Celina zdecydowała się wyjść za ciebie bez zezwolenia twej 
matki ? 
— Nie było o tem mowy. 
— A la bonneheure — zawołałem, a Edward mi przerwał. 
— Czy sądzisz, że mama byłaby wstanie nie pozwolić? 
— Sądzę! 
Hrabia się zamyślił, ale krótko, bo zaraz odparł: 
— Wątpię ! Zresztą — dodał w formie zapytania — pełnoletni mają w 
tych razach  
wolę własną.— Jeźli wyjdziesz z tej zasady i tak zechcesz kwestyę 
postawić, to... 
— To? 
— To zapewne zrobisz co zechcesz. 
Nastąpiła cisza. Długo przypatrywałem się z boku Edwardowi i 
badałem jego  
młodociane oblicze. Wtedy raz pierwszy zauważyłem na niem pewne 
rysy,  
znamionujące w danym razie, wielki upór. Jego czoło nizkie i jakby 
kanciaste,  
będące zwykle oznaką pewnej tępości intelektualnej, zdawało mi się, 
raczej  
zewnętrzną charakterystyką uporu. Hrabia, którego moja niechęć, 
jakiej ukryć nie  

background image

umiałem, słuchając jego zwierzeń, musiała uderzyć i strwożyć, rzucał 
też na mnie  
coraz podejrzliwsze wejrzenia; ja zaś byłem tak rozdrażniony, iż 
musiałem użyć  
wysiłku, by zdobyć się na kilka słów, któreby znów Edwardowi 
zaufanie do mnie  
przywróciły. 
— Me mogę, drogi Edwardzie — rzekłem — jak tylko powinszować 
ci wyboru... 
— A zdajesz się być nim przerażony ?... 
— Nie mylisz się — podchwyciłem. — Gdybym nie był w tym domu, 
w roli, w jakiej  
jestem, wybór twój by mnie uszczęśliwiał. Teraz jednakże przestrasza 
mnie i boję  
się, aby on nie był źródłem utrapieńdla ciebie, dla Celiny dla 
wszystkich, nie mówiąc już o mnie. 
Tu wstałem i tłumacząc moję oddalenie się potrzebą namysłu i 
rozwagi nad tem  
wszystkiem, co najniespodziewaniej mnie dochodziło, wyszedłem do 
siebie,  
zapewniwszy jeszcze raz Edwarda o dotrzymaniu mu słowa, co do 
tajemnicy, jaką  
pragnął i postanowił zamiary swoje okryć. 
Znalazłszy się w swoim pokoju, rzuciłem się na kanapę, a nie byłem 
w stanie zdać  
sobie trzeźwo sprawy z niczego, bo nie mogłem pojąć, jakby się te 
wypadki dalej  
bez aktów tragicznych rozwinęły. 
Przypominałem sobie fakta. 
Edward i Celina się kochali! Nie! Edward kochał się w Celinie, a 
ona?... Nie  
wiedziałem. Czy ona się zakochała w Edwardzie, czy też chciała tylko 
straszliwie  
zemścić się na hrabinie, zostając jej synową? To ostatnie 
przypuszczenie nie  
licowało mi z moralną fizyognomią panny Narkiewicz. Ale... Leon 
był tuż przy  

background image

niej, Leon zręczny, energiczny, ambitny! Leon, który przed dwiema 
godzinami  
nazwał z furyą Celinę głupią, bo nie chciała zostać hrabiną 
Korjatyńską. Celina  
więc nie była głupią. AleEdward ? ten Edward mówiący o 
postanowieniu, o pełnoletności, o działaniu nawet  
wbrew woli hrabiny ??!... Było w czem umysł gubić... 
Zerwałem się. Cóż to mnie mogło szkodzić? Przecież wolałem 
widzieć Edwarda,  
którego lubiłem codzień więcej, uszczęśliwiającego Celinę niż 
księżniczkę? Cóż  
to mnie mogło obchodzić? 
Spojrzałem na zegarek. Wskazówki jego zeszły się razem na 
dwunastej. Za godzinę  
najdalej miałem się stawić u hrabiny z odpowiedzią jej syna. Ta 
odpowiedź  
dzisiaj mogła się jej tylko niepodobać; jutro jednakże czy pojutrze 
musiałaby ją  
sobie wytłumaczyć bliżej, a wtedy jakże dziwne rzucała na mnie 
światło. 
Nie! nie mogłem tego dopuścić, bym był posadzony, i to na 
podstawach strasznie  
przeciw mnie przemawiających, że działałem z planem podstępnym, 
pokryjomu,  
przeciw ludziom którzy obdarzyli mnie zaufaniem. Nie mogłem tak 
haniebnie  
przedstawić się hrabinie i księciu, a czułem, że od plamy tej tylko  
najenergiczniejszem działaniem się uratuję. Jeźli Edwardowi wolno 
było być  
jeszcze o tyle idyotą, by mógł rachować na zezwolenie swej matki, to 
mnienigdy nie tłumaczyła okoliczność, iż nie znałem co do tego jej 
woli. 
Nie pozostawało mi nic innego, tylko natychmiast zbiedz na pierwsze 
piętro i  
zawołać: 
— Pani ! Nieszczęście się stało, wzburzenie moje dowodzi ci, żem 
tego  
nieszczęścia nie przypuszczał. 

background image

Już tedy biegłem, gdy jakąś fenomenalną igraszką wyobraźni 
przypomniałem sobie  
moją własną piekielną myśl, która mi w parku wielkogrobelskim, gdy 
mi raz  
pierwszy Edward wyraził swój zachwyt nad Celina, przez mózg 
przeleciała. 
— A więc przypuszczałeś ? — zawołałem sam do siebie, zaciskając 
pięści. 
Ale mimo to czułem, że tylko ta jedna pozostawała mi droga, 
chroniąca mnie od  
tego, iżby mi jutro hrabina i książę nie plunęli w twarz. 
Ruszyłem więc ku drzwiom, gdy sobie przypomniałem, że dopiero co 
dałem słowo  
honoru Edwardowi niezdradzenia jego tajemnicy. 
— Słowo honoru dane idyocie?... — tłumaczyłem sam sobie, — ale 
próżno. Edwarda,  
mimo szczerej chęci, w tej chwili, sumienie mi nie pozwalało uważać 
za idyotę.Byłem więc skrępowany. Chodząc po pokoju gorączkowym 
krokiem objąłem głowę całą  
siłą dłoni, by zmusić mózg do wysiłku. Powiodło mi się to, bo nagle 
uczułem  
ogromną ulgę. Jakiś plan zamigotał mi w mózgu, który, już nie 
obmyślając go,  
postanowiłem wykonać. 
Wybiegłem od siebie i wpadłem do apartamentu księcia. 
— Katastrofa ! — zawołałem do siedzącego, a raczej leżącego w 
fotelowym  
szeslongu Korybutowicza. Ten spojrzał na mnie zrazu przestraszony. 
Wkrótce  
jednakże połapał się, a podnosząc się na krześle, odparł: 
— Domyślam się jej. Edward nie chce się żenić. 
— Tak, nie chce się żenić z księżniczką ! 
— Z nią tylko, czy z nikim ? 
— Ha! nie wiem. 
Książę powstał i przeszedł się kilka razy po pokoju, poczem zbliżył 
się do mnie,  
stojącego wciąż na miejscu i zaczął: 

background image

— Wiesz ! Taki mam szalony pech w życiu, iż zupełnie się nie dziwię 
wypadkom,  
jak ten nawet. Bo przecież — mówił dalej — dziwem to nazwać 
można, że ten idyota  
przejrzał, że nagle się rozwinął, i że muprzyszło do głowy mieć 
własną wolę i własne zapatrywania. I ja głupi,  
przypuszczałem, że to wszystko tak pójdzie, jak sobie ułożyłem? 
Sapristi! 
Urwał zirytowany, o ile nim mógł być ten spokojny światowiec, 
panujący zawsze  
nad sobą. Usiadł napowrót na swem miejscu, i odezwał się: 
— No siadaj i mów. 
Zająłem miejsce naprzeciw Korybutowicza i zacząłem mu dosłownie 
powtarzać całą  
pierwszą część mojej konferencyi z hrabią. Książę mnie słuchał 
uważnie, to się  
uśmiechał to ruszał ramionami, to znów się chwilowo nad sobą 
samym, o ile go to  
wszystko osobiście, dotykało, zamyślał. 
Wreszcie kończyłem: 
— W tem wszystkiem Edward tak jest zadziwiającym tak innym od 
człowieka, którego  
ja i ty znamy, iż skory jestem pisać się na twoje wczorajsze 
przypuszczenie, że  
go ktoś uczy, że go ktoś, jak się wyraziłeś i jak to jest rzeczywiście, 
buntuje. 
Ale i to moje powiedzenie, któreby wkażdej innej chwili księcia 
wysoce  
zastanowiło i ucieszyło, tym razem przebrzmiało tylko. 
Korybutowicza zbyt blizko  
obchodzi-ła przemiana hrabiego. Wstał i zaczął gorączkowo chodzić 
po komnacie. Chodził  
dość długo, może z kwadrans, jeżeli nie więcej, poczem dopiero, 
przystępując do  
mnie, zmienionym i drżącym głosem odezwał się: 
— Wiesz, jakie ta kobieta szalone zrobiła głupstwo? 
— Kto ? — zapytałem. 
— Pani Wanda!  

background image

— Jakież ? 
— Wyobraź sobie — cedził książę — ona... 
Urwał i rzekł po chwili z wyrazem rozdrażnienia: 
— Bo to kobiety, gdy im do głowy wejdzie mania jaka, gdy im 
zaświta rodzaj  
poświęcenia, czy takie jak hrabinie posłannictwo, tracą głowę. 
— Cóż takiego się stało ? bo cię nie rozumiem — wtrąciłem 
zaciekawiony zarówno  
temi słowy jak i miną księcia. 
— Wyobraź sobie — zawołał stłumionym głosem Korybutowicz — 
pani Wanda pomnażając  
fortunę Edwarda, pozostawioną mu po ojcu, zapomniała o sobie. 
Wszystko co jest:  
dobra, kapitały, fabryki, wszy-stko należy do masy, będącej 
dziedzictwem spadkobiercy, hrabiego Korjatyńskiego.  
Nie byłoż to szaleństwo ? Ona swoje własne kapitały wkładała w 
dobra, stawiała w  
nich krociowe budowle, urządzała i powiększała je. Nie byłże to istny 
bzik? I  
dziś, dziś — kończył wzruszonym głosem — pani Wanda nic nie ma 
prócz dożywocia  
na kilku folwarkach wielkogrobelskich, zapisanego jej przez męża. 
Nie rozumiałem na razie "konsternacyi" księcia, a mianowicie tego, że 
go fakt  
ten teraz dopiero zastanawiał i przerażał. Ale on widocznie pokładał 
we mnie  
wielkie zaufanie i za ślepo sobie oddanego przyjaciela mnie uważał, 
bo po  
chwili, mierząc pokój szybkiemi krokami, bąknął: 
— Dopóki ten bałwan był idyotą, ten stan nadzwyczajny rzeczy był de 
peu  
d'importance, ale dziś, jeźli on zechce być pełnoletnim? ha! ha! ha! 
Mais c'est  
qu' il faut avoir mon giguion u licha ! 
Spoważniał, zbladł i stając jak wryty, jak gdyby się dopiero o tem 
dowiadywał,  
zapytał: 

background image

— Więc on się nie myśli żenić z księżniczką?Milczałem, zdziwiony 
tym stanem Korybutowicza, a on jeszcze raz zapytał: 
— Więc naseryo on się nie chce żenić z księżniczką?XIV.Opuściwszy 
księcia i poleciwszy mu zdanie sprawy hrabinie z mej misyi, 
poszedłem  
do Edwarda. 
— Słuchaj! — zawołałem — muszę wyjść a nie wrócę aż na obiad. 
Mam do ciebie dwa  
interesa. Pierwszy, byś mi dał słowo że nikt nigdy nie będzie wiedział, 
że ja ci  
ułatwiłem tu w "Warszawie widywanie Celiny; ta okoliczność 
bowiem może dziwny  
cień rzucić na pojęcia moje o obowiązku, jaki na siebie w tym domu 
przyjąłem. A  
zaręczam ci, iż wszystko mi prędzej przez głowę przechodziło, niż 
takie  
rozwiązanie... 
Edward chciał mówić, ale ja nie dałem mu przyjść do słowa: 
— Powtóre — rzekłem — idzie o to, abyś mi powiedział, czy 
tajemnica którą mnie  
zobowiązałeś co do tego postanowienia, dotyczy także Celiny ? Czy i 
przed nią,jeźlibym ja widział, mam udawać nieświadomego niczego? 
Hrabia się zamyślił i po chwili odparł: 
— Nie! Z Celiną możesz mówić otwarcie. 
Potrząsnął głową i dodał: 
— Przecież szkodzić mi nie będziesz ?... a chodzi mi tylko o 
tajemnicę w tym  
domu... 
— Jakże długo? przecież rzecz taka wiecznie ukrywać się nie może? 
— Tak długo — przerwał hrabia — dopóki Celina mi nie da 
odpowiedzi stanowczej. 
Zamieniwszy jeszcze kilka słów z hrabią, wybiegłem z jego 
mieszkania. Przed sobą  
usłyszałem na schodach kroki księcia, schodzącego już do 
apartamentu hrabiny. 
Za chwilę prawdopodobnie miał jej udzielić odpowiedzi Edwarda. Nie 
mogłem sobie  

background image

wyobrazić, jak się ta dumna i spokojna a despotyczna, jak satrapa, 
kobieta,  
zachowa wobec pierwszego "nie" swego ubóstwianego syna. Tak, bo 
ona na swój  
sposób, wynikający z jej olbrzymiej egoistycznej pychy, ale 
ubóstwiała Edwarda.  
On miał ją — sądziła — pomścić, jeszcze wyżej wynieść, on miał 
urzeczywistnić  
pyszne marzenia i mściwe projekta jej dwudziestu latpoświęcenia, jak 
nazywała swe zabiegliwe życie. 
Wybiegłem na ulicę i dopadłszy dorożki, kazałem się wieść na ulicę 
Chmielną, do  
mieszkania Narkiewiczów. Chciałem jak najprędzej widzieć Celinę i 
dowiedzieć się  
co ona naprawdę myśli zrobić, a tem samem chciałem poznać co mnie 
dalej czekało  
i jaką w tem wszystkiem rolę przyjąć mi wypadało. O godzinie szóstej 
bowiem  
wieczorem, godzinie obiadu w pałacu Korjatyńskich, musiałem 
widzieć hrabinę,  
księcia i Edwarda razem i nie mogłem być zaskoczony żadnem 
pytaniem, na które  
odpowiedź wprowadzałaby mnie w kłopot. 
A od tej chwili do szóstej, co zajść, co się stać jeszcze mogło?! Toć 
Edward  
mógł się matce przyznać do swego sentymentu dla szlachcianki z 
Wybranówki... 
Dorożka zatrzymała się a w kilka sekund później znalazłem się w 
saloniku Celiny,  
naprzeciw niej, tuż obok kapitana. 
Radość, z jaką mnie powitali, prostota ich zachowania się, artystyczny  
nieporządek wreszcie tego gabinetu literackiego, błogo wpłynęły na 
wzburzony mój  
umysł. Rozglądałem się i pochłaniałem szybko, a każda wymiana 
wejrzenia ze  
szczerem, otwartem i Szczęśliwem widocznie wejrzę-niem Celiny, 
zdawała się pokrzepiać mnie na duchu. Czułem się w żywiole 
zdrowym  

background image

i porównywałem go z tym, który mnie dopiero co tak przygniatał w 
pałacu hrabiny.  
Po przerwie, Celina zapytała: 
— Jesteś pan bardzo rzadkim gościem, i jak widzę, tym razem nawet 
nie przybywasz  
tylko dla odwiedzenia dobrych znajomych? 
— Z czegóż to pani wnioskujesz? 
— Z miny pana — odparła śmiejąc się figlarnie swemi wielkiemi 
oczyma  
niebieskiemi. Czyś pan sądził, że od tego jestem powieściopisarką, by 
nie  
widzieć dalej, jak po koniec swojego nosa? Nie! kochany panie. Z 
chlubą muszę ci  
wyznać, że się codzień robię autorką wytrawniejszą, bystrzejszą 
obserwatorką i  
codzień głębiej wglądam w dusze i skryte myśli ludzkie — kończyła z 
udaną i  
pełną wdzięku emfazą. 
A topiła we mnie przytem tak bystre wejrzenie, iż ciekawy byłem, czy  
rzeczywiście ta istota odgadła choć część miotających mną wrażeń. 
— Jeźli więc — zawołałem — tak jest rzeczywiście, jak pani mówisz, 
to nie  
potrzebuję ust otwierać, a odpowiesz mi na pytanie które czytasz z 
mej twarzy;  
nieprawdaż?— A więc dobrze! — zawołała Celina z zupełną 
pewnością siebie. — Dobrze! —  
powtórzyła — zdaje mi się, że jednem słowem niemal odpowiem 
panu na wszystkie  
jego pytania, a jest ich... w mózgu jego dużo... bardzo dużo... co? — 
zapytała z  
cudownym uśmiechem. 
Chwilę nic nie mówiłem, bo zapatrzony w śliczne oblicze kobiety, 
usiłowałem  
niejako przejąć się szczęściem, które od niej tryskało. Tysiące myśli 
tłoczyło  
mi się do głowy, a wszystkie wywołane tą jej twarzą uroczą, czarującą 
i pełną  
dziwnie naturalnego wdzięku. 

background image

Celina robiła wrażenie kwiatka w rozkwicie, tak powabnego barwą i 
zapachem, iż  
zawsze rozweselać może atmosferę dokoła siebie. 
Byłbym milczał może i dłużej, ulegając tej sile czaru, którego się 
człowiek boi  
słowami spłoszyć. Zachwyceni prawdziwie, nie lubimy zwykle 
słyszeć nawet  
własnego głosu. Tego uczucia doświadczałem, patrząc na Celinę. Ale 
ona była,  
jako córa Ewy, ciekawsza odemnie. 
— A więc odpowiadam — zawołała. 
— Słucham panią. 
Celina zrobiła poważną minę. Oczy jej zaigrały, jak słońce blaskiem, 
policzkipokryły się lekkiemi rumieńcami, i tonem spokojnym, lecz 
drgającym szczęściem  
czy zadowoleniem, podchwyciła: 
— Tak, kochany panie Emeryku. Jestem prawie zdecydowana oddać 
ma rękę panu  
Edwardowi. 
Milczałem, jak grób, a panna Narkiewicz patrząc na mnie wybuchnęła 
głośnym  
śmiechem i zapytała: 
— Czy jeszcze pan chcesz wiedzieć co więcej? 
— Tak pani! 
— I chcesz pan, abym mu odpowiadała? 
— Dobrze! i owszem! — odparłem mieszając się już nieco, bo 
zastawałem tu rzeczy  
o wiele dalej posunięte niż przypuszczałem. 
— A więc — ciągnęła dalej Celina — nawet bez zezwolenia hrabiny. 
Roześmiała się jeszcze raz i zapytała: 
— Więcej pan nic wiedzieć nie chcesz? 
— Rzeczywiście — wybełkotałem. Nastąpiło milczenie, podczas 
którego 
oboje byliśmy zażenowani, tylko jeden kapitan uśmiechał się 
poczciwie i wesoło.  
— Ja nic więcej wiedzieć nie chciałem. Wprawdzie pragnąłem zbadać 
stopień  

background image

zajęcia się Celiny Edwardem, ale mina jej, tak szczę-śliwa, jak nigdy, 
mówiła mi, że kobieta była jak i on może, zakochana. 
Panna Narkiewicz nie była autorką, tuzinkową i rzeczywiście czytała 
z ócz ludzi  
i w ich duszach, bo po chwili podnosząc na mnie wzrok swój, zaczęła: 
— Jeszcze jest jedno pytanie, którego nie czytam w twarzy pana, ale 
które  
prawdopodobnie sobie zadajesz, a któregobyś mi zadać nie śmiał... 
— Ciekaaawym... 
— Niestety. Ja sama na nie sobie odpowiedzieć nie mogę. Człowiek 
jest tak  
ciekawem stworzeniem, iż nigdy chyba zgłębiony być nie może i 
zawsze  
przedstawiać będzie niesłychane trudności dla zapuszczającego sondę 
w jego  
tajniki... 
— Umieram tymczasem z ciekawości, co pani masz jeszcze na myśli? 
— Ha! ha! — roześmiała się Celina. — Ciekawyś pan, bo ciekawy 
jesteś tego  
właśnie niezgłębionego uczucia. Otóż nie wiem! doprawdy, nie wiem! 
czy na  
postanowienie moje, wpływa chęć zemszczenia się na hrabinie. Nie 
wiem w ogóle,  
czy wpływa, ani wiem, o ile wpływa... Nie raz też truchleję na myśl 
sama, czy  
mojemi krokami nie kieruje choć w części straszna pamięć krzywd, 
wyrządzonych  
nam przeztę kobietę. Badam się, ale napróżno! Czy Edward może dla 
tego mi się podoba, że  
właśnie jest synem hrabiny i nazywa się Korjatyński ?... że nosi 
znienawidzone  
przezemnie nazwisko, a dziś jest u nóg moich... Niewiem! Doprawdy 
niewiem! Jest  
to jeden z tych niezgłębionych nigdy tajników natury ludzkiej. Więc 
panu nic o  
nim nie powiem. Wiem tylko, że... Edward mi się podoba, że... że... 
Domyślasz  

background image

się pan co mi trudno powiedzieć przychodzi... Wiem dalej, że majątku 
nigdy nie  
ceniłam, na tytuł byłam obojętny... A więcej nic nie wiem — 
dokończyła z  
niewypowiedzianą prostotą, która czarowała i stawała się zarazem 
przyczyną  
dziwnego przeistoczenia, odbywającego się we mnie. 
Czułem, że jeźli Celina choćby chwilę jeszcze mówić będzie, to cały 
oddam się na  
jej usługi i wstydzić się będę mych trwóg z przed kilku godzin. 
Opuścić jej też  
nie miałem odwagi, i słuchałem dalej jej szczebiotu, co chwila silniej  
przekonany, że obowiązkiem moim, jako uczciwego człowieka, było 
przedewszystkiem  
pomaganie do połączenia się tej młodej parze. 
Celina opowiadała mi całe dzieje swego serca, które najdziwniejsze, 
dla niej  
samej,przechodziło fazy, zanim spostrzegła, że biło dla Edwarda. 
— Z początku — mówiła — irytowało mnie to uczucie Edwarda, jako 
syna pani  
Korjatyńskiej. Wkrótce jednak to przywiązanie jego do mnie, mające 
coś "psiego"  
w sobie zaczęło mi schlebiać... potem bawić... potem interesować i 
zaciekawiać.  
Gdy zaś raz w ten okres uczucia moje przeszły, nie pamiętam już jak, 
ale wiem,  
że bardzo prędko Edward zaczął mnie więcej obchodzić, niż 
odwiedzający człowiek,  
którego kształceniem humanistycznem się bawiłam, i którego 
zobowiązać sobie  
chciałam. Zaczęłam go analizować, badać, studyować, a studya te tak 
na jego  
korzyść, pamiętam, wypadały, iż to mnie wreszcie zastanowiło i 
zmusiło do  
sformułowania samej sobie pytania, które, gdy kobieta formułuje, to 
już...  
kocha. Dziś — kończyła — od dwóch tygodni, a mnie się zdaje że już 
od bardzo  

background image

dawna, godziny, które Edward spędza ze mną, liczę do 
najpiękniejszych w dniu, a  
te dni, zdają mi się najpiękniejszemi w życiu... 
Tak mówiła, spowiadając się, jako prawdziwemu swemu i Edwarda 
przyjacielowi,  
jako temu, któremu po części szczęście swoje zawdzięczać sądziła, a 
mnie, wsłu-chanego w jej miły głos, ogarniała bezmierna nad nią 
boleść. 
Czyż się to stworzenie nie domyślało, co mu przyjdzie przebyć, zanim  
urzeczywistni swe marzenia? Dziwiło mnie swoją, silną wiarą w 
przyszłość, która,  
pod tą postacią, absolutnie jeszcze w głowie pomieścić mi się nie 
mogła. A  
Celina zdawała się o przyszłości nie wątpić, zdawała się być pewną 
silnego  
uczucia Edwarda i po zatem nie przypuszczała wypadków, mogących 
stanąć jej na  
drodze do szczęścia. 
Czy ona była w błędzie, czy ja? Czy jej sposób widzenia był słuszny, 
czy też mój  
był spaczony ? 
Myślałem nad tem. Tak! Ona miała słuszność, bo ona nie znała 
hrabiny. Jakże  
mogła być tych co i ja myśli ? Któż mógł jej udzielić tych, co mnie 
trawiły  
niepokojów, jeżeli sam Edward, wychowany przez panią Wandę 
zdawał się nie  
widzieć w swych projektach nic, coby mogło go zmusić do ich 
porzucenia. 
We dwoje ułożyli sobie plan, wprawdzie z pewną ostrożnością i 
przewidywaniem  
przyszłości, skoro już mowa była o ewentualnem działaniu wbrew 
woli matki. Ale  
oni nie znali hrabiny. Nie znał jej Edward, więc jej znać nie mogła i 
Celina.  
Ba! i ja-nie znałem hrabiny, bo nic przewidzieć nie umiałem, z tego co 
mogła  
przedsięwziąć, dowiedziawszy się o zamiarach syna. 

background image

Celina była szczęśliwa; a ja byłbym potworem, gdybym jej — dnia 
tego — choć  
jednem słowem zamącał marzenia o szczęściu i stawiał przed oczami 
straszne obawy  
niedalekiej przyszłości. 
Opuściłem tedy dziewicę po "kilku godzinach spędzonych z nią, 
obiecując odtąd  
częściej ją odwiedzać i sprawę Edwarda popierać. Godzina obiadu w 
pałacu  
Korjatyńskich się zbliżała, podążyłem więc prosto w Aleje 
Ujazdowskie. Przed  
samym obiadem wstąpiłem do księcia, aby się dowiedzieć o rezultacie 
jego  
konferencyi z hrabiną. Korybutowicz był już spokojny i "swój", że tak 
powiem,  
zapomniawszy o katastrofie jaka go dotykała. 
— Cóż — zapytałem — jakże hrabina przyjęła odpowiedź Edwarda? 
Książe odłożył książkę trzymaną w ręku i w odpowiedzi, przywołując 
na swe usta  
nieodzowny uśmiech, gdy mówił choćby o rzeczach 
najpoważniejszych, — zagadnął: 
— Nigdy w ciebie nie uderzył piorun? 
— Nie. 
— No! jaki ja głupi! zapewne! Nie stałbyś tu przedemną. Ale mogłeś 
być po-rażony piorunem ? — poprawił się czemprędzej: 
— Nie nigdy nie byłem i w tem położeniu. 
— Otóż widzisz — podchwycił — ja raz byłem w takim 
arcyniemiłym wypadku  
materyalnie, a wielekroć razy moralnie. Człowiek, w którego nagle i  
niespodzianie uderzy piorun, zostaje nim na razie tak ogłuszony, iż nie 
wiedząc  
ażali żyje, ażali za chwilę nie skona, zachowuje się w sposób dziwnie 
bierny. I  
dopiero gdy pierwsze piorunujące wrażenie minie, następuje reakcya i  
przedsiębierze wtedy środki czy to obrony czy ocalenia... 
Słuchałem, on zaś ciągnął dalej: 
— Tak też hrabina... Przecież to był dla niej piorun i to pierwszy...  

background image

Oniemiała... Bałem się, by nie padła rażona uderzeniem krwi... Ale 
ani słowa nie  
powiedziała... 
— Więc może i... zrozumie?... 
— Ha! — zaśmiał się książę — croyez y... 
To kobieta ze stalową, nie z żelazną wolą. Rozumiesz mnie ? 
— "Wierzę ci. Znasz ją lepiej odemnie. 
— Otóż jeźli pani Wanda ułożyła, że Edward, teraz, tej zimy, ma się 
ożenić z  
księżniczką, to ja, ja... nie wystawiam sobie by mogło być 
inaczej.Powstał i rozkładając ręce kończył: 
— Rozum mi mówi wprawdzie, że wszystko jest możliwem. Przecież 
Edwarda we dwóch  
do ołtarza ciągnąc nie będziemy — ale ja sobie tego wyobrazili nie 
potrafię. 
Urwał, pomyślał i dodał: 
— Ona już teraz, w tej chwili, ma swój plan, który zaraz wejdzie w 
wykonanie.  
Jaki plan? Tego takżeby nikt nie odgadł, gdyby kilka nocy i dni 
zgadywał... Pani  
Wanda jest genialną, a któż kiedy odgadnie koniec powieści 
genialnego pisarza,  
choćby doczytał ją do przedostatniej stronicy? 
Tu książę się roześmiał i innym już tonem zaczął opowiadać: 
— Raz, byłem przy tem — będzie temu lat dwa — hrabina miała 
rządcę, który ją  
okradał i absolutnie rozkazom jej poddać się nie chciał. Pani Wanda 
go oddaliła.  
Rządca mieszkania opuścić nie chciał i otwartą wypowiedział jej 
wojnę. Zdawało  
by się, że nie pozostawała inna droga prócz sądowej, prowadząca do 
pozbycia się  
niepożądanej figury, t. j. droga przymusowej eksmisyi. Ale pani 
Wanda nie zna,  
co to czekać, albo nie być panią u siebie. Nazajutrz po dniu, w którym 
rządca  
odmówiłustąpienia, spalił się folwark i biedak ledwie z życiem uciekł. 
— Więc kazała podpalić? — zapytałem zdumiony. 

background image

— Tego nie wiem, — odrzekł książę — tylko fakt ci opowiadam... 
— Ale z Edwardem może być trudniejsza sprawa? 
— To też są, czy mogą się zrodzić w jej głowie i genialniejsze 
sposoby. Le  
génie, voyez vous, c'est une chose qu'on ne saisit pas. Nous autres... 
au moins. 
Wtem na pierwszem piętrze dano zwykły znak 
obiadu.XV.Fizyognomia hrabiny podczas obiadu, prawie złowroga, 
nie zapowiadała nic  
dobrego. Zdawała się wróżyć akcyę jakąś, którą zresztą książę 
przepowiedział.  
Usiłowała nie pokazać po sobie uczuć trawiących ją do tego stopnia, 
iż co chwila  
różowane jej oblicze mieniło się od napływów krwi, uderzającej do 
głowy. Rzucała  
często oczami na Edwarda, to na mnie, a wysilając się, by nikt nie 
podchwycił  
tego, co się w jej duszy działo, rozmawiała przytem z werwą o 
najbanalniejszych  
salonowych wypadkach. Imponowała mi tem panowaniem nad sobą, 
bo czułem, że ją  
wewnątrz trawi rozpacz, w jaką popadają, zwykle despotyczne i 
rozpasane w  
samowoli natury. 
Edward także nie był naturalnym, bo jakkolwiek matki dotąd nie 
studyował, dziś  
zdawał się być zdziwiony jej spojrzeniami,które podejrzewał, 
znaczenia ich nie rozumiejąc. 
Po obiedzie i czarnej kawie, hrabina wstała i odezwała się do nas: 
— Zapomniałam panom powiedzieć, że dziś księżna Światosławowa 
zaprosiła nas  
wszystkich na herbatę. Będzie to coś małego i de très intime. 
Zaproszenie w  
imieniu wszystkich przyjęłam... 
Ta zwróciła się do mnie, potem do księcia, pytając: 
— Czy dobrze zrobiłam ? 
Każdy z nas skinął głową, a hrabina ciągnęła: 

background image

— A więc ja pójdę faire toilette, a wy panowie macie dość czasu pour 
endosser  
vos habits. Jest ósma... o dziesiątej ekwipaże zajadą... Rozkazałam 
już...  
Spóźnić się nie można, bo mi księżna pisała, że to będzie un thé tout 
petit et  
intime... absolument. 
To powiedziawszy, rzuciła jeszcze jedno badawcze spojrzenie na syna 
i wysunęła  
się z salonu. 
Ciszę, która między nami zapanowała przerwał pierwszy książę: 
— Czego nienawidzę, to tych małych poufnych herbatek. Znajduję, że 
najpoufniej  
mała herbatka smakuje w domu en pantoufles et robe de chambre.— 
N'y allez pas... — zawołał Edward. 
— Hm — odmruknął książę — skoro matka twoja tego sobie życzy, 
et puis, pozwalasz  
mi być szczerym ? 
— Oh! — bąknął hrabia. 
— Radbym zobaczyć księżniczkę, która, jak mnie głosy dochodzę, 
vous est tombée  
dans Voeuil. 
Edward zbladł, a książę unikając tego wrażenia, wstał z bujającego się 
fotelu i  
zaczął odbywać poobiednią przechadzkę po salonie. 
Znowu zapanowała cisza, tym razem przerywana tylko bujaniem się 
fotelu,  
opuszczonego przez Korybutowicza. Nagle zerwał się hrabia ruchem 
żywym ale  
hałaśliwym wskutek ciężkości swego ciała i zatrzymał wciąż bujający 
się fotel z  
wykrzykiem: 
— Cette chaise la m'énerve  — i wyszedł z salonu. 
Książę stanął wryty na miejscu, rozejrzał się zdziwionym wzrokiem 
po salonie i  
dopiero podszedł do mnie. 
— Czyś uważał? — zapytał. Uśmiechnąłem się a on dalej ciągnął: 

background image

— Nadzwyczajna, niepojęta w nim zachodzi zmiana... Denerwuje go! 
he! he! he!  
wiedziałem o tem dobrze, choć doprawdynie wiem dla czego... Ale 
żeby mi to Edzio powiedział? Sapristi he! he! 
Pochodził po salonie i znów przystanął: 
— Powiedz mi, dlaczego dzieci tak nie lubią wszystkich przyjaciół 
rodziców... 
— Ah! — czyż mogę wiedzieć ? 
— To przecież przedmiot literacki. — Sij'étais romancier. — Zapalił 
papierosa i  
mówił dalej tajemniczo. — Ten wieczór dziś spadający na nas jak 
bomba, to  
początek działania. Pani Wanda już działa... Zdaje mi się że Edzio 
zrobił tu  
niemiłe jej balanse... Pani Wanda zaangażowała się. 
— Względem książąt? 
— Tak! J'y vois clair.. Il y aura du nouveau... Znam la chère comtesse 
i ten  
wieczór... To zawsze będzie interesujące. Ale wiesz? Po Edwardzie 
wszystkiego  
się można spodziewać... Żeby nam tylko nie uciekł. 
— Poszedł się ubierać. 
— Tralala... tralala... — podśpiewywał Korybutowicz chodząc dalej 
po salonie  
wysoce zdziwiony, zaintrygowany i rozdrażniony. 
Po chwili przystanął i zagadnął bardzo cicho:  
— Pozycya moja w tym domu robi się nagle dziwną. Dopóki Edward 
był idyotą,nie uważałem na to, czy mu się podobam, czy nie. Ale dziś, 
dziś... 
— Był lekko zdenerwowany — zauważyłem. 
— Ala bonne heure  — zaśmiał się książę — ale i za moje nerwy nie 
ręczę...  
Wypadek ten, który w tej chwili zaszedł, to casus pojedynkowy 
między  
dżentelmenami. 
— Cóż znowu? 
— Tak! — podchwycił Korybutowicz — Edward dziś... ależ to 
zaczyna być  

background image

zabawnem... he! he! Edward dziś nie jest ani dzieckiem, ani idyota, 
ani  
durniem... Tego dożyć się nie spodziewałem. W najlepszym razie 
sądziłem, że będę  
miał do czynienia z kretynem... he! he! que la vie est drole. Ale 
chodźmy się  
fraczyć... 
Wyszedł pierwszy, zaczerwieniony z irytacyi a ja za nim. 
W kilkanaście minut później dwie karety — w jednej z nich siedziała 
hrabina z  
Edwardem, w drugiej ja z księciem — unosiły nas przez ulice miasta. 
Książe, nie lubiący głośno mówić w drodze, odezwał się raz tylko 
jeden. 
— Jeżeli się nie mylę — rzekł — to Edward dziś będzie musiał się 
oświadczyć, lub  
będzie oświadczony... 
— Jakże to?Korybutowicz nie odpowiedział już na to pytanie, tylko 
zawołał: 
— Ach! ten bruk warszawski! Z tego tylko powodu człowiek 
ucywilizowany nie może  
mieszkać w tem mieście. Jeźli się ożenię z panią Wandą... to nie 
głupim tu  
siedzieć. Czy egzystuje gdzie miasto, w którem w karecie rozmawiać-
by nie można.  
Il faut avoir une sante à part. 
Więcej nie mówił, a ja zamyśliłem się nad jego przypuszczeniem, 
które nie mogło  
być dalekiem bardzo od prawdy. Jeźli kto, to on jeden znał hrabinę, o 
ile ją  
znać można było. 
Czułem się bardzo zmęczony tym dniem, tak przepełnionym 
wrażeniami. Kołysany na  
resororach paryzkiego coupé, przebiegałem w myśli dzień ten cały. Z 
trudnością  
mogłem się połapać w tej masie zmian, jakie zaszły, by przepaścią 
oddalić od  
siebie dzień wczorajszy. 
Ale tak to czasem w życiu bywa. 

background image

Kareta się zatrzymała, wyskoczyliśmy z niej, a w chwilę później 
byliśmy już w  
paradnym recepcyjnym salonie książąt Światosławów. 
Salon ten, jak i jego atmosfera moralna, miały dnia tego coś 
uroczystego w  
sobie, czy też tak mi się zdawało. Towarzystwo,jakie zastaliśmy, 
składało się z najbliższej rodziny i podzieliło się odrazu,  
jakby siłą jakiegoś z góry nakreślonego plami, na dwie grupy osobno 
się  
trzymające, w dwóch odległych od siebie punktach. 
Przy jednym stole w rogu sali zasiadły trzy pary młodzieży, z których 
jednę  
tworzył Edward z księżniczką. Umieścili się oni, czy też tak ich 
niepostrzeżenie  
a zręcznie umieszczono, że Edward formalnie miał odciętą 
komunikacyę i, nolens  
volens, musiał zabawiać tylko księżniczkę. Przy stole drugim zajęli 
miejsca  
obecni na tem zebraniu, a więc też hrabina, ja i książę. 
Wszyscy byli tu w niewypowiedziany sposób roztargnieni, wszystkich 
oczy ciągle  
biegały do stołu, przy którym siedzieli Edward i księżniczka. Na 
ustach każdej z  
dziesięciu osób, zajmujących miejsca przy moim stole, czytałem 
niejako co chwila  
nieme zapytanie: 
— Czy już? 
Hrabina zdawała się być roztargnioną tak, jak nigdy, a książę ze swym 
uśmiechem  
na ustach rzucał na mnie od czasu do czasu wymowne i stwierdzające 
moje domysły  
spojrzenia. 
Niesłychana ciężkość panowała dokoła tego stołu. Rozmowa urywana 
tak przynim nie szła, iż co moment zapanowywała przerażająca cisza, 
gdyż wtedy  
spostrzegaliśmy, że i u drugiego stołu podobne panuje usposobienie. 
W takich zaś  

background image

chwilach ktoś, najczęściej książę, jako najprzytomniejszy światowiec i 
człowiek  
obyty z salonowemi katastrofami, zabierał głos i uwalniał nas od 
zakłopotania.. 
Nie pamiętam nic równie nieprzyjemnego, jak ten wieczór. Wszyscy 
czekali napewno  
upragnionej chwili, w której spostrzegą że Edward oświadczył się 
księżniczce, a  
nikt nie chciał przez ciekawość tej chwili stracić z oczu. Taki stan 
rzeczy  
trwał może dwie godziny, nie przynosząc nikomu ulgi, bo oblicze 
hrabiny bladło a  
księżnej kolory na twarz uderzyły. Wreszcie jednej z obecnych dam 
zbrakło  
cierpliwości i powstała z kanapy. Na ten sygnał ruszyli się wszyscy z 
miejsc  
swoich. Z tego zaś momentu poruszenia ogólnego skorzystała hrabina, 
by się  
zbliżyć do mnie. Blada, drżąca, jak nigdy, głosem cichym i 
zdenerwowanym, ostrym  
ową nutą hamowanej a piorunującej złości, zagadnęła mnie: 
— Przysuń się pan nieznacznie do Edwarda i spytaj go, czy się już 
oświadczył.  
Jeźli nie, to niech to bez zwłoki, natychmiast uczyni. 
Czekamy!Pamiętam że mnie mrowie przeszło po ciele, — takie 
nieprzyjemne słowa te zrobiły  
na mnie swoją bezwzględnością — wrażenie. 
Posunąłem się ku Edwardowi, który siedząc na kanapce tak był 
zamknięty, iż  
absolutnie nie mogłem się go o nic, a tem więcej o to spytać, skoro 
między nim a  
mną siedziała księżniczka. Ale Edward z miny mojej domyślił się, że 
mam mu coś  
do zakomunikowania. Czemprędzej przeto, jakby oczekiwał tylko 
pretekstu by się  
wydostać z tego zamknięcia, odezwał się: 
— Masz mi cos' do powiedzenia? 
— Nie inaczej, ale... 

background image

— Nie dokończyłem, bo hrabia powstał i szepnął. 
— Pardon princesse. 
Księżniczka zrobiła mu miejsce do przejścia, a on wsuwając rękę pod 
moje ramię,  
uprowadził mnie do drugiego, pustego salonu: 
— Co ? — zapytał nerwowo. 
— Twoja matka pyta się, czyś się już oświadczył ? 
Edward lekko zbladł, zacisnął usta, zmarszczył brwi i szepnął: 
— Moja matka zwaryowała! Wyobraź sobie! W chwili gdyśmy 
wychodzili z karety,  
oznajmiła mi, że wszystko tu dziś takbędzie ułożone, abym się mógł 
oświadczyć. Wyobraź sobie!!! Mais je t'assure,  
Maman esł devenue folie. 
Mówił to seryo i pomięszany, a po chwili kończył: 
— Ani myślałem. 
— A więc — podchwyciłem — twoja matka cię prosi byś to zrobił 
natychmiast. 
— Czyś i ty zwaryował? 
— Nie! Ja spełniam zlecenie. Całe towarzystwo czeka na to, jak na  
cenzurowanem... 
Edward zbladł tak jak tego nigdy nie widziałem. Nagle oczy mu 
błysnęły ostrym  
jakimś wyrazem i jakby zesztywniały. Krokiem pewnym powrócił do 
salonu i  
pochwycił swój kapelusz, pozostawiony na taburecie przy 
księżniczce. Poczem  
powrócił a przechodząc koło mnie i nie zatrzymując się, szepnął tylko, 
raczej  
syknął obcym mu zupełnie tonem: 
— Moi! je sors, dites le à maman. 
I w tej chwili, zrobiwszy kilka długich i ciężkich kroków, znalazł się 
za  
drzwiami. Stałem chwilę oniemiały, poczem powróciłem do salonu, 
gdzie mi się  
wydało, że setki świec przyćmiło swój blask. 
Księżniczka siedziała jeszcze na swojem miejscu, czekając, jak jej 
zapewne ka-zano, powrotu hrabiego. Korybutowicz obserwujący 
wszystko co się dzieje, wpijał  

background image

we mnie swój przenikliwy wzrok, a hrabina stojąc na środku sali, 
rzucała na mnie  
niecierpliwe wejrzenia. Wyraz ich jednak mówił, że ani przypuszczała 
katastrofy,  
która już się stała. 
Ja nie miałem odwagi tej kobiecie oznajmić tego co zaszło. Unikając 
przeto  
wzroku hrabiny, podbiegłem do Korybutowicza i w kilku słowach o 
wszystkiem go  
objaśniłem. 
— Gwałtu! — szepnął książe — toć to katastrofa. Jakże my będziemy 
tutaj  
wyglądali? Jakże mogła nas pani Wanda narażać!? 
Pierwsza myśl była zawsze o sobie. Po chwili dodał: 
— Idź! niema rady! uprzedź! 
Zbliżyłem się do hrabiny, która zmiarkowawszy zapewne już 
nieobecność Edwarda i  
widząc moje pomięszanie przeczuła coś groźnego, bo zrobiła kilka 
kroków ku mnie  
i zapytała pierwsza: 
— Gdzie Edward? 
— Wyszedł. 
— I...? I... nieee...? 
— Nie. 
Pani Wanda, wyraźnie słyszałem, jakna obcasie bucika się oparła, by 
zadrżawszy nie upaść Zachwiała się tylko i  
syknęła: 
— C'est hien. 
Nie chciałbym przeżyć tego, co ona w tej jednej chwili przeżyła. Ale 
wątpię, by  
prócz mnie i księcia był się tego kto z jej fizyognomii domyślił. 
Wtedy raz  
pierwszy prawdziwie mi zaimponowała swa siłą w despotyzmie i siłą 
w  
przeciwnościach. Odsunąwszy się na bok, obserwowałem ją pilnie. 
Chwilę stała w  
miejscu, przysunęła do oczu chustkę z flakonem, mieszczącym sole, i 
po namyśle,  

background image

trwającym kilka sekund może, ruszyła krokiem pewnym wprost ku 
księżniczce. 
Ta podbiegła ku niej, hrabina] wsunęła swą rękę pod jej ramię, i 
wyszły obie do  
salonu, w którym dopiero co rozmawiałem z Edwardem. 
W tejże chwili Korybutowicz, przechodząc, zatrzymał się przy mnie, a 
wskazując  
oczami na hrabinę, szepnął: 
— Czyż jest co, coby zmięszało tę kobietę? Widzisz? oświadcza 
Edwarda, a on  
jutro podziękuje c'est clair comme bonjour.Nie rozumiałem tej 
manipulacyi, co snać oczy moje wyraziły, bo książę się  
roześmiał i dodał: 
— Hm! Przecież to łatwiej podziękować niż prosić... o rzecz tak 
niemiłą.XVI.Minęło dni kilka, w ciągu których Edward się nie 
oświadczył księżniczce a w  
pałacu Korjatyńskich zapanował złowrogi i podejrzany spokój. 
Hrabina od kilku dni była chora i nie opuszczała łoża, a położyła się 
nazajutrz  
po wieczorze u Światosławów. Ta kobieta musiała przynajmniej 
choroba przypłacić  
niebywały w jej życiu wypadek. Edward moralnie zgnębiony zmienił 
się nie do  
poznania. Ze szczerego i niewinnego młodzieńca zrobił się nagle od 
owego  
pamiętnego dnia ponurym, zamyślonym i milczącym. 
Ale najdziwniejsze sprawiał na mnie wrażenie Korybutowicz. O ile 
dotąd był ze  
mną otwartym i gadatliwym o tyle teraz nie dotykał przedmiotów, 
któremi się  
wyłącznie niemal dawniej zajmowaliśmy. Okoliczność ta była tak 
nadzwyczajna, iż  
mnie obrażała, bo nie mogła ona wynikać z cze-go innego, jak tylko z 
podejrzewania mnie, że na postępowanie Edwarda,  
krzyżujące plany księcia i pani Wandy ja wpływałem. 
Czułem to z samej natury rzeczy, a odgadywałem nietylko z tej 
zmiany w sposobie  

background image

zachowania się księcia, ale także z jego wyrazistych i badawczych 
spojrzeń,  
jakie często na mnie skierowywał. W jego wzroku przebijało się 
podejrzewanie. 
Czekałem jak to wszystko w przyszłości się rozmota i czekałem z 
pewną  
ciekawością. Korybutowicza żal mi by bo, i jakkolwiek nie 
pojmowałem, co go tak  
ciągnie do poślubienia hrabiny, przecież chętniebym się mu 
przysłużył,  
przyspieszając ten upragniony związek. Edward jednakowoż mnie 
najwięcej z nich  
wszystkich obchodził i jego jednego w tym okresie śledziłem, 
jakkolwiek i on,  
jak żółw zastraszony, wsunął się w skorupę i niechętnie z niej wyłaził. 
Mimo to,  
wkrótce przekonałem się, iż dalej u Celiny codzień bywał, a więc i 
projekta swe  
żywił i do skutku doprowadzić je pragnął. Nie chcąc o to go pytać, 
czego mi sam  
swoim zwyczajem nie powiedział, przypuszczałem, iż hrabia oczekuje 
naznaczonego  
terminu, aby postanowienie swe zakomunikować hrabinie. 
W tym stanie rzeczy dni upływały spo-kojnie lecz ponuro i zbliżały 
nas do ósmego Lutego, który jak z jednej strony  
miał być dniem zaręczyn Edwarda z księżniczka był zarazem i dniem, 
naznaczonym  
przez Celinę Edwardowi na ostateczną jej decyzyę. 
Ale na krótko przed tym terminem, bo drugiego Lutego, zaszły nowe 
wypadki. 
Wieczorem, około godziny ósmej wychodząc od Celiny, na schodach 
spotkałem się z  
Edwardem, który do niej dążył. Zamieniwszy z nim zaledwie kilka 
słów, zbiegłem  
na dół i zeszedłem się w bramie oko w oko z mężczyzną, w którym 
mimo iż tenże,  
by nie być poznanym, nasunął kapelusz na oczy i podniósł kołnierz od 
futra do  

background image

góry, poznałem zaraz księcia. 
Przystanąłem i wprost zagadnąłem ze zdziwieniem: 
— Książę tu? o tej porze? Korybutowicz stanął, zmięszał się do 
tego stopnia, że słowa wybełkotać nie mógł i po dobrej pauzie dopiero 
odparł,  
równocześnie biorąc mnie pod ramię: 
— Złapałeś mnie na gorącym uczynku. Dłużej taić przed tobą nie 
mogę... 
— Cóż się stało ? — zapytałem. 
— Posłuchaj! Dawno już wnioskowałem, że kobieta jakaś wpływa na 
Edwarda i  
powoduje te bajeczne skoki w jego chara-kterze, i myśl tę 
zakomunikowałem hrabinie. Zaczęliśmy szpiegować, to jest, —  
poprawił się z pewnem pomieszaniem — pani Wanda poleciła go 
szpiegować.  
Doniesiono nam, iż Edward zwykle i regularnie o tej godzinie 
wychodzi z domu,  
różne zaś dane stwierdzały, że między godziną ósma a dziewiąta 
Edward miewa  
rendez-vous. Wtedy to hrabina, nie chcąc się kompromitować przed 
służbą,  
poleciła mnie docieczenie prawdy, Kiedy więc Edward o godzinie 
ósmej wybiegł z  
klubu, pospieszyłem za nim i zgubiłem go w ruchu jaki na rogu 
Krakowskiego i  
Czystej zazwyczaj o tej porze panuje. Zawczoraj wyszedł o ósmej z 
domu.  
Pospieszyłem za nim. On dopadł dorożki, a ja drugiej nie miałem w 
tej chwili pod  
ręką. Dziś udało mi się. Edward wszedł tutaj... Wpadam!... Spotykam 
ciebie!  
Skułam się we dwoje, bo szpiegiem w jamimkolwiek celu, zawsze być 
niemiło, ale  
nieszczęście chce, zemnie poznajesz... he! hel j'ai du quignon... 
Roześmiał się swym sympatycznym głosem i czekał odpowiedzi. 
Chwilę tylko  
pomyślałem. Dłużej rzecz ukryta być nie mogła, więc odparłem: 

background image

— Tu, w tym domu mieszka panna. Celina Narkiewicz.— Z 
Wybranówki — podchwycił książę tonem naturalnym. 
— Tak! Ona!; 
— I ty byłeś u niej ? 
— Tak! Ja od niej wychodzę, a Edward u niej codzień prawie bywa. 
Korybutowicz wytrzeszczył zdumiony wzrok. 
— Jakto ? — wycedził — i nie czułeś się w obowiązku uprzedzenia 
hrabiny o tem? 
— Przepraszam! — odparłem szorstko — uprzedziłem was... 
— Nie mieszaj mnie. Ja... 
— Uprzedziłem was, że szpiegiem dorosłego młodzieńca nie będę. 
Korybutowicz się zamyślił. 
— Ale dlaczegóż mnie nie powiedziałeś? — zagadnął i urywając, 
wyprowadził mnie z  
bramy, w której ta cała rozmowa miała miejsce. Na ulicy podchwycił: 
— Wiesz, że mi się w głowie plącze. Edward, mówisz, bywa tutaj 
codzień? 
— Tak! Przystanął i zapytał: 
— Dlaczegóż mnie tego nie powiedziałeś ? 
— Dlatego, że bardzo niedawno sam się o tem dowiedziałem... i 
równocześnie  
zobowiązany zostałem do sekretu.— Przez Edwarda ? 
— Przez niego. 
— Więc to romans? 
— Nie wiem. 
— Flirt? 
— Me wiem. 
— Wszakże ich widujesz razem? 
— Nie widuję. 
— "Wychodzisz więc gdy on wchodzi? 
— Bardzo rzadko tu bywam. 
— Wszakże Edward przez ciebie ja poznał? 
— Tak! W Wielkich Groblach... 
— I odtąd? 
— Odtąd razem ich nie widziałem. Książę przystanął. 
— Opowiadasz mi bajki z tysiąca i jednej nocy! 
— Tym razem mnie obrażasz. Korybutowicz zawołał z pośpiechem; 
— Nie miałem intencyi, ale, bo też... 

background image

— Posłuchaj — podchwyciłem. — Skoro tylko się dowiedziałem o 
częstem bywaniu  
Edwarda w tym domu, nie trudno mi przyszło domyśleć się, że 
Edward kocha się w  
pannie Narkiewicz, która jest pięknością pierwszorzędną. Nie było 
moją rolą  
uprzedzać hrabiny, bo nie jest moją rolą ani wiedzieć o jej zawiściach 
do  
Narkiewiczów, anipodzielać jej antiszlacheckich zapatrywań, ani też 
szpiegować Edwarda.  
Ograniczyłem się na jak najrzadszem bywaniu w tym domu i to tylko 
przez poczucie  
pewnej subtelności w pojmowaniu roli, jaka zajmuję w pałacu 
hrabiny. Jeźli tobie  
o tem nie wspomniałem, to dlatego, że od chwili, od której o tem 
wspomnieć  
należało, związany byłem słowem. 
— Etrange, Etrange!  — mruknął książe, — i ruszyliśmy dalej. 
Po chwili chciał nanowo skierować rozmowę na ten przedmiot, ale mu 
przerwałem: 
— Proszę cię, abyś więcej o tem ze mną nie mówił. Dziś wiesz tyle co 
i ja.  
Odemnie się niczego więcej nie dowiesz, i dopóki sam w tym 
przedmiocie nie  
będziesz miał mi czegoś do zakomunikowauia, mówić z tobą nie chcę. 
Żeby zaś tę  
kwestyę ostatecznie wyczerpać, zwracam twoją uwagę na dwie 
okoliczności  
wykluczające mnie z dalszego przebiegu twojego dzisiejszego 
odkrycia. Jestem  
przyjacielem Edwarda. 
— Ale i moim. 
— Tak! bezsprzecznie! Lecz w tym względzie jego 
przedewszystkiem, jako ufającego  
mi; jestem nadto przyjacielem Celi-ny. Cokolwiekby więc zaszło, czy 
zajść miało, jakiemikolwiek byłyby moje  
zapatrywania na to wszystko; — w niczem wam nie pomogę i nic nie 
ułatwię.  

background image

Przeciw nim działać nie mogę, choćby z tego tylko względu; wam też 
na nic się  
nie przydam. 
— A więc — zawołał książe — temi słowy powiedziałeś mi, że 
Edward kocha się w  
pannie Narkiewicz i że miłość już jest daleko posunięta. 
— Nie powiedziałem nic — odparłem stanowczo, zatrzymując się. — 
Powiedziałem to  
tylko, o czem w tej chwili się dowiedziałeś: Edward bywa codzień 
prawie w domu  
panny Celiny Narkiewicz. 
Szliśmy dalej w milczeniu, aż do pałacu. Ja czułem ulgę z 
okoliczności, że ten  
wrzód który mi tak dokuczał, pękł nareszcie, a książe zdawał się być 
bardzo  
zamyślony. 
Tuż pod pałacem przystanął i odezwał się ze śmiechem. 
— Ha! ha! ha! Dziwne rzeczy dzieją się na tym świecie. Nie wiem jak 
daleko  
historya ta jest posuniętą... Nie znam panny Celiny, a prawdę 
powiedziawszy, to  
nie znam i Edwarda, mais ca peut devenir bien interessant.— Tego i ja 
się boję... 
— Ja nie — zawołał Korybutowicz z werwa — ja tak nasiąkłem żyłką 
dziennikarska:  
Moi j'adore les événements et ca c'est un é'vénement, parbleu, ha! 
ha!XVII.Działo się to  Lutego. 
W wigilię tego dnia z fizyognomii Edwarda domyśliłem się, że 
odpowiedź Celiny  
nastąpiła i uszczęśliwiła go o tyle, o ile mogła go uszczęśliwiać w 
anormalnych  
warunkach, w jakich się od pewnego czasu znajdował. 
Warunki te były straszne, skoro mnie nawet, tylko pośrednio w tem 
wszystkiem  
interesowanego, przerażały. Milczenie hrabiny, wiedzącej o tem 
przynajmniej, co  
książe wiedział, zatrważałoby każdego, co choć tak powierzchownie 
jak ja tę  

background image

kobietę poznał. Zamyślona, skupiona w sobie, z ostrzejszym niż 
kiedykolwiek  
wyrazem twarzy, knuła coś w głębokościach swej despotycznej i 
mściwej duszy. 
Książe wszedł do mnie około godziny jedenastej rano a mina jego 
zdradzała lekkie  
pomięszanie.— Pani Wanda — rzekł — wezwała w tej chwili do 
siebie Edwarda... Zdaje mi się iż  
nastąpi ultimatum, które obmyślała dość długo. Ciekawym bardzo... 
Ponieważ Korybutowicz pierwszy raz od owego spotkania w 
kamienicy Narkiewiczów,  
mówił ze mną o tej kwestyi, więc zapytałem go: 
— Więc wie ? 
— Naturalnie — odparł książe — a nie podziękowałeś mi nawet za 
pracę, jaka  
podjąłem by ciebie w całej tej katastrofie salwować. 
— I udało ci się? — zapytałem obojętnie, bo mi już wtedy 
rzeczywiście obojętną  
była ta posada w pałacu Korjatyńskich, męcząca swą anomalia i swą 
atmosferą,  
moralnie przygniatającą. 
— Udało mi się... wprawdzie z trudnością, ale pani Wanda nie jest, 
jakby się  
zdawało, we wszystkiem namiętną. Elle daigna comprendre... 
— Zaledwie wymówił te słowa, gdy doleciał do uszu naszych hałas, 
pochodzący  
jakby ze schodów, a powstały ze stukania butami i stłumionych 
głosów, hałas,  
nadzwyczajny w tym domu. 
Zerwaliśmy się obaj i nadstawili uszu. Niezwykły hałas się wzmagał. 
Głosy, któ-re na razie rozeznać było trudno, robiły nieokreślone 
wrażenie. Książę nagle  
zbladł, a mnie się w tejże chwili zdało, że usłyszałem głosy Edwarda i 
hrabiny,  
oba razem zmięszane i przedzierające mury. 
Jak oparzeni wybiegliśmy na schody. Tu stanęliśmy na chwilę wryci  
nadzwyczajnością i wstrętnością widoku. 

background image

Na pierwszem piętrze w sieni, będącej zarazem klatką schodową, 
Edward szamotał  
się z dwoma drabami, którzy go usiłowali obezwładnić. Tuż stał drab 
trzeci, nic  
jeszcze nie działający i stary kamerdyner domu. W otwartych zaś 
drzwiach,  
prowadzących do apartamentów, stała niema, spokojna choć rubinowa 
na twarzy,  
hrabina, i rozkazywała: 
— Związać go! zamknąć! związać!! 
Edward był silny. Trzech drabów nie mogło mu poradzić. 
Skoro tylko obraz ten wzrokiem objąłem i zrozumiałem, zakipiało we 
mnie.  
Spojrzałem na księcia który się uśmiechał. Spojrzałem na Edwarda, 
którego  
oblicze wykrzywione bólem i upokorzeniem, doprowadziło mnie do 
wściekłości. Jak  
szalony, jak dziki zwierz, rzuciłem się ku niemu i dopadłem go w 
chwili, gdy go  
siłą już lo-kaje windowali na kilkanaście schodów wyżej. 
Co i jak się dalej stało, nie pamiętam. 
Wiem tylko, bo dziś jeszcze widzę obraz jakimi zaraz, w sekundę 
później, przed  
oczami zamigotał. 
Jeden lokaj staczał się po schodach, uderzony przezemnie; drugiego 
Edward  
uderzył tak silnie, iż zwalił się pod nogi hrabiny. Jednocześnie książe 
usiłował  
uprowadzić ją, ale ona, bezprzytomna, purpurowa ze złości, 
odepchnęła  
Korybutowicza i zrobiła krok naprzód ku mnie. 
— Wiązać gol — powtórzyła zachrypłym głosem. 
— Vons êtez devenue folle!  — ryknął Edward zwracając się do 
matki. 
— Wiązać go! — krzyknęła hrabina. 
— Nie, pani — zawołałem — ochłaniając i podchodząc ku niej — 
dopóki ja tu  
jestem, nikogo wiązać nie będą. 

background image

Pani Korjatyńska spojrzała na mnie wyzywająco i wybuchając 
sykliwym śmiechem,  
zawołała: 
— Ha! ha! ha! Pan! pan! pan! 
— Ja, pani! — huknąłem, wyprowadzony z wszelkich granic 
cierpliwości — ja łeb  
rozwalę temu, ktoby się zbliżył do niego! 
Wzrok hrabiny, wlepiony we mnie, obłą-kał się pod wrażeniem tych 
słów. Milczała, nie mogąc wydobyć głosu, ale też ja  
nie byłem już panem siebie i ciągnąłem: 
— To nie Wielkie Groble, to Warszawa! Tu jest policya na takie jak 
pani  
satrapki!... 
Hrabina głos odzyskała, lecz tylko aby wykrzyknąć dwa słowa: 
— Poli... cya! Pan! — krsyknęła już głosem zdławionym nadmiarem 
złości. 
Z tej chwili skorzystał książe, by ją uprowadzić. 
Drzwi się za nimi zamknęły i zostaliśmy sami. Przedemną stał 
poszarpany Edward,  
jeszcze cały drżący i bezprzytomny z oburzenia. Na prawo stękał 
rozbity lokaj,  
na lewo drugi chustkę trzymał przy nosie. 
Parsknąłem nerwowym śmiechem i biorąc Edwarda pod ramię, 
ruszyłem z nim na górę. 
Hrabia długo nie mógł przyjść do siebie; godzina najmniej minęła, 
zanim był w  
stanie ochłonąć. Zerwał się, podbiegł do mnie i drżącym jeszcze 
głosem,  
wyciągając do mnie dłoń, wybełkotał: 
— Dziękuję ci... 
Więcej nic nie powiedział, tylko powrócił na swoje miejsce i upadł 
formalnie na  
kanapę. Zakrył twarz rękami i długopozostawał w tej zadumie. 
Kwadranse, a może godziny mijały. Ja sam nie byłem  
wstanie zdać sobie sprawy z biegu czasu. Chodziłem wszerz i wzdłuż 
pokoju i w  
nadmiarze oburzenia nie myślałem o niczem, — myśląc o 
wszystkiem. 

background image

Wtem Edward spokojnym głosem zaczął: 
— Dziś mojej matce oznajmiłem o mojem postanowieniu... 
Wyglądała, jak gdyby już  
była na to przygotowana. Słowa moje przyjęła szyderczym śmiechem. 
Oznajmiła mi  
zaraz, że mnie wydziedzicza, że Wybranówkę z ziemią zrówna... 
Wreszcie  
powiedziała mi, że mnie ogłosi za waryata i zamknie w domu 
zdrowia... Milczałem.  
To milczenie moje doprowadziło ja do tego stanu że rzuciła obelgę 
na... Celinę.  
Wtedy odpowiedziałem łagodnie: Vous deraisonnez maman... Na to... 
widziałeś, co  
się stało. 
Nastąpiło milczenie, które znów trwało dość długo i podczas którego 
Edward z  
twarzą ukrytą w dłoniach myślał. Ja zaś chodząc, usiłowałem 
ochłonąć. Wtem  
hrabia się zerwał i podbiegł do mnie. 
— Słuchaj — zawołał stanowczym głosem — jesteś moim 
przyjacielem? 
— Bo co?— Widzisz — ciągnął — w jakich się znajduję stosunkach, 
czego się spodziewać  
mogę. Dla mnie to wszystko nowe... obce! niepojęte! Ale instynkt mi 
mówi, że w  
tym domu nie jestem bezpieczny. Jeźli ty go opuścisz, to ja go 
opuszczę z tobą.  
Dobrze? 
Milczałem. Wtem Edwardowi łzy zabłysnęły i wyciągając obie dłonie 
do mnie  
zapytał: 
— Odmawiasz mi? 
— Me! — czemprędzej zawołałem, chwytając w objęcia młodzieńca, 
którego w tej  
chwili całą siłą uczucia przyjaźni pokochałem. — Dopóki będzie 
możliwem, zostanę  
z tobą. Gdyby zaś... to cię wezmę. 

background image

Edward nie podziękował mi, tylko głęboko odetchnął i obsunął się na 
kanapę. Po  
chwili znów zaczął: 
— To... niesłychane! Mais. je croyai sincerement, que maman est 
devenue folle.  
Żebyś był widział — ale ty widzieć nie mogłeś uśmiechu księcia, gdy 
ja się  
szarpałem z lokajami. Ha! ha! powiedz mi, czy ja się wyzwolić nie 
mogę ? 
— Pomówimy o tem — bąknąłem, a on ciągnął po chwili z tym 
smutkiem w głosie, tak  
głębokim, że mnie do szpiku przenikały 
— Powiedz mi, co ten człowiek robi w tym domu, czego on chce?...— 
Ożenić się z twą matkę — podchwyciłem — gdy ciebie ożenię,. 
— He! he! — zaśmiał się — c'est un role hien drôle... 
Te słowa Edwarda przykuły mnie do miejsca. Zastanowiłem się nad 
niemi i  
ogarnęłem wejrzeniem hrabiego: 
— Ten idyota miał więcej logiki i etyki, odemnie. 
Zamyślony mierzyłem dalej krokami pokój. Nie wiem jak to jeszcze 
długo trwało,  
ale gdy po upływie niemałego przeciągu czasu spojrzałem na 
Edwarda, ten spał na  
sofie z głowa w tył przechylona. 
Stałem i przypatrywałem mu się: 
— Jakiegoż to trzeba było wstrząśnienia moralnego, by tak się 
wycieńczyć —  
myślałem, nie mogąc pojęć snu w tej chwili. Ale pojąłem wreszcie, 
zrozumiałem, i  
pamiętam, że równocześnie uczułem jakby wilgoć łez w oczach — i 
poprzysiągłem  
sobie nie opuszczać tego dziecka, które w dzieciństwie chciano 
utrzymać, by mieć  
zeń narzędzie pychy i samolubstwa.XVIII.Zostawiwszy śpiącego 
Edwarda, poszedłem do drugiego pokoju. Zamknąłem za sobą,  
drzwi i zacząłem rozważać co wobec postanowienia i obietnicy danej 
Edwardowi nie  

background image

opuszczania go, wypadało mi czynie. A zdawało mi się niemożliwem, 
iżbym dłużej  
mógł przebywać w pałacu Korjatyńskich, który zresztą pragnąłem 
opuścić.  
Przygniatało mnie i dusiło tu coś, tem uczuciem nieokreślonem, jakie 
nas  
ogarnia, gdy się znajdujemy w atmosferze niezdrowej. 
Wtem wsunął się książę swym cichym i dyskretnym krokiem, 
pomięszany, blady, ale  
panujący nad sobą. Pierwszy raz go widziałem w tym stanie i 
pierwszy raz  
uczyniłem sobie uwagę, iż salonowe wychowanie i światowe obycie, 
jeźli się  
stanie hasłem w życiu, daje jednę wielką potęgę, to jestnadludzkie 
niemal maskowanie swych wrażeń. 
— Quele desagrèable avanture — odezwał się, przybierając minę 
ubolewająca; ale —  
ciągnął dalej — enfin... wszystko, co jest ludzkiem, rozumny człowiek 
powinien  
znajdować naturalnem. 
— Jeźli to znajdujesz ludzkiem?... 
— Que voulez vous  — odparł smutnie Korybutowicz — trzeba 
wytłumaczyć hrabinę.  
Jest matką, która się przyzwyczaiła widzieć w Edwardzie dziecko... 
która  
zapomniała, że on ma lat dwadzieścia cztery... Ja sam o tem ciągle 
zapominam...  
Ale nie o tem przyszedłem z tobą mówić. Pani Wanda cię prosi, byś 
się  
pofatygował do niej. 
— Jestem tak rozdrażniony, że... 
— Pójdziemy razem — rzekł książe — pani Wanda zrozumiała twój 
postępek i niema  
żadnej urazy... 
— Jeszczeby też — odparłem. Książe rzucił na mnie z ukosa 
spojrzenie, 
które, odkąd znaliśmy się, pierwszy raz w jego oczach zaigrało. Było 
to  

background image

spojrzenie niemiłe, a wydało mi się podstępne. 
— Zresztą — ciągnął — il faut battre le feer, quand il est chaud. Więc  
pragnąłbym z pomocą twoją przekonać hrabinę, żeniewłaściwie 
postępuje z Edwardem, i że musi zmienić sposób pojmowania 
stosunku  
macierzyńskiego. 
Urwał i z uśmiechem wtrącił: 
— Quelle chance de n'avoir pas d'enfants. 
Jakkolwiek tak rozdrażniony, nie mogłem powstrzymać śmiechu. Ten 
człowiek,  
korzystający z każdej okoliczności, by pomyśleć najpierw o sobie, był 
w tej  
chwili zabawnym. 
Odgadł też myśl tę, wywołującą mój uśmiech, i z zadowoleniem, bo 
lubił innych  
bawić, ciągnął: 
— Chodźmy. Pani Wanda wierzy w twój rozum. Razem możemy na 
nią wpłynąć w sposób  
pożądany. 
Wziął mnie pod ramię i prowadził, a w drodze jeszcze mówił: 
— Quand à moi, paah, zupełnieby mi to było obojętnem, czy Edward 
się ożeni z  
księżniczką, czy z pannę... Narkiewicz, ale ona... kto wie? Takie 
zmiany,  
pochodzące zapewne z tych wstrząsnień, widzę w pani Wandzie, iż 
nie dałbym dwóch  
groszy... contra, czy, gdy się we dwóch weźmiemy — Edwarda i z tą 
Celiną... nie  
ożenimy. 
Słowa te wymawiał powoli, cedząc je, namyślając się nad niemi, 
wbrew swemuzwyczajowi; lecz gdy mu się bystrzej przypatrzyłem, 
książę spuścił oczy i  
umilkł. 
W chwilę później znajdowaliśmy się w gabinecie hrabiny. 
Sam przebąknąłem pierwszy kilka słów tłumaczących niejako moją 
porywczość, a  
pani Wanda wyciągnęła do mnie swą rękę z gestem dziwnie 
wymuszonym. Wyglądała  

background image

też jeszcze nad wyraz wzburzoną, a przymus, jaki sobie zadawała, by 
mnie widzieć  
i być dla mnie uprzejmą, zdawał się przechodzić jej siły. 
— Pocóż więc mnie wzywała teraz ? — pytałem sam siebie. Cóż 
skłaniało te dumną  
kobietę do traktowania ze mną w chwili w której mój widok był dla 
niej wstrętnym  
i oburzającym? Miałem się więc na baczności; przy pierwszych 
jednak słowach  
hrabiny wydało mi się to rzeczą zbyteczną. Ta kobieta 
prawdopodobnie z  
naturalnej obawy skandalu pragnęła mnie udobruchać ale bynajmniej 
nie myślała  
wchodzić zemną w jakiekolwiek układy. 
— Widzę — odezwała się siadając i wskazując mi krzesło — że pan 
jesteś  
prawdziwym przyjacielem Edwarda. Domyślasz się pan, jak to mnie 
cieszyć musi,  
mnie, która go tak... szalenie kocham... Dla tego też postanowiłam z 
panem mówić  
o kwestyi,która dziś była przyczyną tego zajścia, i która mnie, mnie, 
tak umiejącą nad  
sobą panować — wyprowadziła... hors des gonds... Veuillez oublier  
— dodała z  
sykliwym i wymuszonym uśmiechem, by zaraz podchwycić: 
— Edward powiedział mi dziś o monstrualnym swym projekcie... ha! 
ha! który  
uważam za wynik nieszczęśliwego wypadku, jakim była jego bytność 
w tym domu, o  
co zresztą do pana najmniejszej nie mam pretensyi... Wiem od księcia, 
że to  
był... wypadek. 
— Tak — wtrąciłem znów wpadając w rozdrażnienie — ale nie wiem 
o jakim  
monstrualnm projekcie mówisz pani? 
Pani Wanda skierowała na mnie, jakby sztucznie wywołane zdumione 
spojrzenie. 

background image

— Edward mi powiedział — ciągnęła — iż jest po słowie, ha! ha! z 
panną  
Narkiewicz? 
— Więc to ? 
— To panie! Dla mnie... Ha! ha! — odpowiadając śmiała się nerwowo 
— dla mnie to  
przestaje być monstrualnem, to zaczyna być zabawnem, je serais 
capable de croire  
qu'il est fou. 
Urwała, pomyślała i znów innym już tonem rzekła:— Pan jesteś tak 
dobrze z Edwardem et puis znasz pan tę pannę Narkiewicz. Chcę  
więc pana, nie obowiązując go do sekretu, o mojej pod tym względem 
woli  
poinformować. Dzisiejsze oświadczenie Edwarda uważam za 
dzieciństwo, ale  
dzieciństwo może się stać rzeczą seryo, jeźlibym się nie chwyciła 
energicznych  
środków działania... najenergiczniejszych, absolument! 
Tu zacisnęła usta jak zwykle gdy mówiła o rzeczach poważnych, a po 
chwili  
ciągnęła: 
— Pragnę by Edward wyjechał z panem za granicę. Il n'est plus 
question de  
mariage pour lui. Jest dzieckiem, ale... 
— Przepraszam — wtrąciłem. — Wszak dopiero pani mi 
powiedziałaś, że Edward jest  
po słowie. Czy zechce więc?... 
Pani Wanda spąsowiała. 
— Więc pan przypuszczasz, że panna Narkiewicz będzie... że panna 
Narkiewicz  
dowiedziawszy się o mojej woli, nie zwolni Edwarda ze słowa ? 
— Przypuszczam... 
— Ha ! ha ! — zaśmiała się hrabina powstając z krzesła i biorąc się 
pod boki  
ruchem jej zupełnie obcym — ha! ha! ha! 
Nagle spoważniała. Oczy jej zaś grałyświecącym blaskiem, usta się 
zacisnęły. Zwróciła się do księcia. 

background image

— Prince! Cóżem ci powiedziała ? Tu niema co używać półśrodków... 
tu trzeba  
działać. 
Zadzwoniła i chodziła po pokoju, aż lokaj się zjawił. 
— Depesza na stole ! — rozkazała — wysłać ją natychmiast ! 
Podczas gdy lokaj brał papier ze stołu, książę szepnął do pani "Wandy 
proszącym  
tonem. On akcyi nie lubił, nie lubił na nią patrzyć nawet. 
— Comtesse... 
— Oh ! — syknęła — rzeczy są zanadto daleko posunięte. J'agirai... 
Zwróciła się do mnie, a była już w stanie rozdrażnienia graniczącego z 
gorączką.  
Wyciągnęła do mnie swą rękę zaciśniętą w pięść i mówiła: 
— Ja Narkiewiczów tak trzymam, tak  tak !! Mówisz pan, że panna 
Narkiewicz nie  
zwolni mego syna... panna Narkiewicz?! A więc ze względu na nią 
odwlecze się  
podróż Edwarda. Jej wpływ zginie w dniu, w którym jej tu nie będzie.. 
Od dziś za  
tydzień wyjadą ztąd Narkiewicze, bo wystawiłam na sprzedaż tę... 
Wybranówkę. A  
od dziś za trzy miesiące Wybranówka będziewymazana ze spisu 
okolicznych miejscowości, z ziemią ją zrównam! il n'en sera  
plus question! 
Chodziła po komnacie, a chodząc mówiła, jakby sama do siebie: 
— Nie może być inaczej... Panna Narkiewicz zawadza mi tu, więc ją 
powołają do  
domu, zawadzałaby mi tam... a ja chcę wrócić do siebie... Ha ! ha ! Od 
dziś za  
tydzień wywietrzeją jej z głowy romanse, a ja wtedy skorzystam z tej 
chwili...  
Ach ! co to o tem mówić będą! 
Tu do mnie się zwróciła i dodała: 
— Od dziś za dwa miesiące nie będzie Narkiewiczów na świecie. N'en 
parlons pas  
alors. 
Usiadła spokojniejsza i ciągnęła: 
— Proszę więc pana, byś zechciał się wybrać w podróż z Edwardem. 

background image

— Jeźli tylko zechce — jak się zobowiązałem, jestem na pani 
rozkazy. 
— Przypuszczasz pan że nie zechce? 
— Pani ! — odparłem — ludzie zdrowi na umyśle sądzą innych 
podług siebie. 
— Je ne comprend pas  — syknęła. 
— Gdybym się wczoraj oświadczył pannie X., tobym jutro nie 
wyjeżdżał w podróż. 
Hrabinę dusiło coś, przez chwilę nie mogła mówić, tylko jakby 
obłąkanym patrzy-ła na mnie wzrokiem. Nagle oczy jej zwilżyły się, 
odetchnęła głębiej i  
spazmatycznie zaczęła szlochać. Łzy wściekłości, łzy wydobyte 
pierwszy raz  
zapewne odczutą bezsilnością, straszną w jej wieku i przy jej 
charakterze,  
trysnęły z jej oczu strumieniem. 
— A więc — zawołała wśród łkania — po latach dwudziestu, ten 
przeklęty ród,  
zabrawszy mi rnęża, chce mi zabrać syna. Ha! 
Zerwała się do księcia: 
— Comprenez vous prince ? 
Korybutowicz, czy wzruszony, czy przestraszony tą sceną, szepnął 
błagającym  
tonem: 
— Comtesse... Wanda... 
Wstrzymała łkanie i podnosząc rękę do góry, zawołała: 
— Prędzej zginę, raczej go zabiję! 
Upadła bezsilna na fotel i dusiła się. Korybutowicz się zerwał pobiegł 
po sole.  
Ja uciekłem. Zaledwie jednak doszedłem do sieni, blady, znękany 
książę już był  
za mną. Słyszałem jak posłał po doktora. Zrobiliśmy kilka kroków w 
kierunku  
scho-dów. Tu jednakże Korybutowicz się obsunął i usiadł na 
stopniach marmurowych. —  
Pozwól... odpocznę... — bełkotał — Oh! po co mito było? 
poco?XIX.Działo się to w Marcu. 

background image

Edward odmówił był hrabinie wyjazdu za granicę i po tym fakcie 
wszystko pozornie  
powróciło do zwykłego trybu w pałacu Korjatyńskich. 
Hrabina, która od dnia katastrofy na wieczorze u książąt 
Światosławów, przestała  
bywać w świecie i przyjmować, była dziwnie skupioną w sobie i 
zdawała się ze  
spokojem oczekiwać przyszłości. 
W tem stadyum jej życia, nie mogłem pani Wandy zrozumieć. 
Jakkolwiek Edward  
bywał dalej u Celiny, nigdy już ze mną o Narkiewiczach nie mówiła, a 
w stosunku  
z synem usiłowała być naturalną i taką jak dawniej. Czuło się tylko, 
jakie  
męczarnie ta kobieta przechodziła, nie mogąc wybuchnąć, zmuszona 
pozwalać na  
bieg rzeczy z gruntu dla niej wstrętnych i niedopu-szczalnych. Ale 
czuło się też, iż ona się okolicznościom nie poddała, i tylko z  
żelazną siłą, ulegała im chwilowo, czekając na obmyślane przez nią 
posiłki. 
Co miała na myśli, na co rachowała tak pewno, że często wydawała 
się być  
spokojną, o jutro nie trwożną, tego nikt nie wiedział, prócz niej i 
księcia  
może. 
Ale ten ostatni udawał, że nie wie. Wprawdzie nie pytałem go nigdy 
wprost o to,  
bo w tym domu wtedy wszyscy, prócz Edwarda, 
dyplomatyzowaliśmy, ale  
Korybutowicz, unikając ze mną wszelkiej w tym przedmiocie 
rozmowy, dowodził tem,  
że jej unikał dla tego tylko, by powierzonych sobie tajemnic nie 
zdradzić. 
Poważny, smutny ten nastrój obojga, ale nie pozbawiony spokoju, jaki 
daje tylko  
pewność jutra, nie wróżył mi nic dobrego dla Edwarda i był groźnym 
w swoim  
rodzaju. 

background image

— Co mogli bowiem uknuć — myślałem z obawą nieuchwytną i 
nieokreśloną o hrabiego  
— tacy ludzie jak hrabina i książę? Ona rozpasana w złości 
maniaczka, on  
egoista, myślący tylko o dopięciu podejrzanego celu. Chciał 
jaknajprędzej  
poślubić hrabinę, ale hrabinę z całą fortuną, jak się dotądłudził, czyli 
inaczej mówiąc, hrabinę z synem idyotą. Z chwilę" gdy Edward nim  
nie był, pani Wanda była tylko wielkogrobelska, jednej dziesiątej 
części  
olbrzymiego majątku dożywotniczką. Wobec tych więc okoliczności, 
wobec tego  
wszystkiego, co od nich samych wiedziałem, spokój ich i pozycya 
wyczekująca,  
jaką przyjęli, napełniała mnie obawą tem większą, że nie znając 
stosunków tych  
dokładnie, nie wiedziałem jakie środki w ich mocy być mogły. 
Zachowywali się zaś  
tak dyplomatycznie, iż chwilami przychodziła mi myśl do głowy, czy 
może hrabina,  
uproszona przez księcia chcącego się pozbyć, bądź co bądź, Edwarda i  
wywierającego na nią pewien wpływ, nie oswajała się z myślą 
przyjęcia za synowę  
panny Narkiewicz z Wybranówki. 
Ale czyż możliwem było, aby ta lenniczka Sokołogórska, którą 
znałem, mówiąca o  
szlachcie jak o "saltimbankach", ubóstwiająca Edwarda, o ile miał 
aliansem  
podnieść ród Korjatyńskich, ziejąca nienawiścią i zemstą do 
Narkiewiczów, miała  
tak łatwo abdykować z urzeczywistnienia zabiegów i marzeń całego 
niemal życia.  
To mi się zdawało niepodobieństwem. A ilekroć jeszcze co do tego się 
wahałem,  
wy-starczało mi przypomnieć sobie jej ostatni wykrzyk: 
"Prędzej zginę! raczej go zabiję!" 
Kto te słowa wyrzeczone z niepojętą siłą" wśród spazmów, z ust 
hrabiny słyszał,  

background image

ten prędzej w nieprawdopodobną treść ich, niż w cokolwiekbądź 
wierzyć musiał. 
Dni niemal całe spędzałem na pracy myśli, usiłującej przeniknąć ich 
zamiary, a  
czas bezowocnie pod tym względem ulatywał i zbliżał nas do końca 
zimy i do  
koniecznego rozwiązania tego dramatu.Ślub bowiem Celiny i 
hrabiego naznaczony  
został na początek Maja. Edward zastanawiał mnie swym spokojem, 
wypływającym z  
jego dość ciężkiej imaginacyi i z jego wrodzonych mu pojęć. 
Najnaturalniej  
zapatrywał się na okoliczność, że matka o małżeństwie ani słyszeć nie 
chciała i  
nie widział w tem nic nadzwyczajnego, ani też mogącego na jego 
szczęście  
wpłynąć. 
— Maman n'en veut pas entendre — odpowiadał mi ze swą zwykłą 
flegmą i  
naturalnością, ile razy o tem mowa była. Zresztą o ile nigdy dotąd o 
swej matce  
mówić nie lubił, o tyle teraz tego przedmiotu nie tykał. Ten człowiek z 
dziwną  
logiką patrzał,na świat z większą nawet o wiele niż ludzie wychowani 
w kierunku poglądów  
jasnych i prawdziwych. Zdawałoby się, że pojęcia, które u większości 
ludzi  
wychowanie tworzy u niego same się wytworzywszy, silniej się w 
nim zakorzeniły. 
Tak stały rzeczy, gdy pewnego poranku wcześniej niż zwykle wszedł 
do mnie Edward  
wysoce zaambarasowany. Usiadł na krześle, westchnął kilka razy i 
zaczął rzucać  
na mnie wejrzenia, których znaczenie już dobrze znałem. Młodzieniec 
bowiem, jak  
zając raz doganiany i szczuty, nie mógł się pozbyć pewnej 
podejrzliwości i  
względem mnie nawet. 

background image

— Masz mi coś do zakomunikowania — odezwałem się pierwszy — i 
badasz mnie, czy  
zasługuję na twoje zaufanie, czy się nie zmieniłem od wczoraj, czy i z 
podemnie  
nagle nie wyjdzie jaka poczwara... 
Hrabia się uśmiechnął, z wyrazem zadowolenia, który jednak zaraz 
znikł, by  
ustąpić wielkiemu zakłopotaniu. 
— Tak ! nie mylisz się — zawołał — potrzebuję twojej rady i... 
pomocy... 
— Pomocy? 
— Czy rada nią nie jest? odparł. 
— Słucham cię.Hrabia się zamyślił, potarł ręką po czole i znów 
westchnął. Temu dzieciakowi  
trudno przychodziło zmierzyć się z pierwszemi przeciwnościami w 
życiu, a cóż  
dopiero je zwalczać. Nagle, jakby ocknąwszy się, zawołał: 
— Mam dwa wielkie kłopoty, wielkie strapienia. 
— Cóż takiego ? 
— Naprzód Celina ma jakieś wielkie zmartwienie... Czy wiesz?... 
Przystanąłem, bo fakt ten mnie zastanowił. 
— Nie wiem — bąknąłem po namyśle — a Edward ciągnął: 
— I nie chce mi go powierzyć... Wczoraj była tak roztargnioną... 
Chwilami,  
zdawało mi się, że łzy stawały jej w oczach... Stary jej ojciec również 
był  
nieswój... Prosiłem by się ze mną podzieliła... 
— I nie chciała ? — Nie. 
— To się nie masz czem martwić — odparłem — wyjdziemy razem... 
pójdziemy do  
nich... Jeźli i mnie nie powierzy... to się dowiemy od Leona. Zresztą, 
widzisz,  
kobiety mają swoje dni, w których rożne im fikcyjne do głowy 
przychodzą  
zmartwienia.Następnie szczęście ma to także do siebie, iż 
przegradzają je dni niejakiej  
reakcyi. A wreszcie te stosunki, w jakich żyjecie, w jakich zakładacie 
gniazdko,  

background image

nie mogą być Celinie miłemi... 
— Zapewne — podchwycił Edward — ale to nie to... Celina jest tak 
rozumną, tak  
jednostajną w humorze! Ona się tak trzeźwo zapatruje na naszą 
przyszłość i  
niemal... rozumie anormalną teraźniejszość. 
— A drugi kłopot ? — podchwyciłem przerywając mu te pochwały 
Celiny, których  
nieraz słuchać musiałem. 
Hrabia się zażenował, i po długiej przerwie szepnął: 
— Jestem bez grosza. 
Osłupiałem. Jeźli jakiej, to tej wiadomości spodziewać się nie 
mogłem. 
— Nie rozumiem cię — odparłem. 
— To takie przecież jasne — zawołał Edward — jestem oddawna bez 
pieniędzy... a  
od trzech dni nie mam literalnie grosza ! 
— Wszakże — podchwyciłem przypominając sobie i to i owo — 
nigdy nie słyszałem  
byś doświadczał braku pieniędzy. Zdawało mi się, iż nie ograniczają 
twych  
dochodów. Nie ograniczali ich dotąd... Zkądże dzisiaj ?... Przecież 
czerpałeś z  
kasy...Edward mi przerwał: 
— Tak, ale od dnia tego maman a fermèe sa caisse, 
— Od jakiego dnia? 
— Od dnia, w którym mi matka oznajmiła, że mnie wydziedzicza, że 
mogę się żenić,  
ale na nic od niej nie rachować... ach! tout, ce qu'elle a dit encore. 
Parsknąłem śmiechem i już miałem na ustach odpowiedź. Wszakże 
właścicielem  
prawym fortuny był Edward; wszakże był pełnoletnim i wszystko 
mógł każdej chwili  
podnieść. Ale czyż w mojej roli leżało informować go o stosunkach 
jego  
majątkowych. Czyż mogłem to czynić, mieszkając w pałacu 
Korjatyńskich i  
pobierając pensyę od hrabiny ? 

background image

— Pierwszy raz to słyszę ! — zawołałem. 
— Wstyd mi było o tem ci mówić. 
— Cóż więc wobec takich okoliczności zamierzasz robić ? 
— Będziemy mieszkali w Wybranówce. 
— Ale teraz? — zawołałem ze śmiechem, którego powstrzymać, nie 
mogłem na tę  
naiwną odpowiedź milionowego pana. 
— Teraz — westchnął Edward — może się ktoś nademną zlituje. 
Wszakże bez gro-sza być nie mogę! Kiedyś pożyczyłem kilkanaście 
rubli od lokaja, j'ai rougi  
jusqu'aux oreilles i jeszcze byłbym się nie odważył, ale sam mi 
zaproponował... 
Dziwny niesmak mnie ogarnął. Ta hrabina była mi codzień bardziej 
wstrętną. 
— Zmuszać syna jedynaka, milionera — myślałem — do żebrania u 
służby kilku  
rubli? Okpiwać pełnoletniego człowieka i korzystać z jego 
nieświadomości i  
łagodności by uzyskać jeden sposób więcej zrobienia go narzędziem 
swej pychy ? 
Zaczynałem nie pojmować tej hrabiny. Wyjąłem z kieszeni pugilares, 
w którym się  
mieściło kilkaset rubli i oddałem go Edwardowi. 
— Weź to tymczasem — rzekłem — a ja ten stosunek wyjaśnię. 
Dziwię się twej  
apatyi, czy lekkomyślności. Majątek masz, a dochody z niego mieć 
powinieneś —  
mówiłem wysoce rozdrażniony — skoro jesteś pełnoletni. Twoja 
matka nie może cię  
narażać na brak... nie ma do tego prawa... Gdy ci braknie, to mi 
powiesz... 
Zirytowany zostawiłem Edwarda, a pobiegłem do księcia. Czy to w 
skutek ostatnich  
wypadków, czy też wskutek powiedzenia Edwarda, które ciągle mi w 
uszachbrzmiało ile razy z Korybutowiczem się znalazłem "c'est un 
role bien drôle",  
dość że stosunki moję z nim znacznie się oziębiły. Odrazu też 
zacząłem od  

background image

interesu. 
— Wiecie ! — zawołałem wzburzony — że z tym Edwardem 
postępujecie niegodnie.. 
Książę się łagodnie obruszył. 
— Bądźże łaskaw wykluczyć mnie z tych rzeczy. Ja nic nie mam do 
Edwarda — dodał  
z naciskiem, który mnie właśnie utwierdził w mych przekonaniach. 
— A więc — rzekłem — twoja pani Wanda postępuje z synem 
niegodziwie  
Książę poczerwieniał, co mu się prawie nigdy nie trafiało i zagryzł 
wąsy. 
— O cóż chodzi? — bąknął cicho. 
— O co chodzi? — wołałem podniesionym głosem — Edward od 
miesiąca jest bez  
grosza, pożycza u lokajów... To jest poprostu oburzające. 
Korybutowicz był dziwnym. Skoro tylko zmiarkowało czem mówić 
będę, pochwycił  
książkę do ręki, i w niej się zagłębiając, zmienił nagle wyraz twarzy. 
Zdawało  
mi się iż na to tylko opuścił oczy na książkę, by ukryć wyraz 
zadowolenia, który  
w nich zagościł. To zadowolenie do reszty mnie wyprowadziło z 
granic dyplomacyi,  
którąw tym domu na pierwszym planie powinienem był mieć. A że 
Książę milczał,  
zawołałem: 
— To jest oburzające, to niema nazwy, to jest... 
Nie dokończyłem, bo tutaj Korybutowicz, zerwał się z krzesła, 
odrzucając książkę  
i zawołał głosem, który, pamiętam, tak był mu niewłaściwym, że 
chwilowo obudził  
we mnie niewytłumaczone wtedy wrażenie: 
— O cóż chodzi? — c'est une bêtise! o której i mówić nie warto. 
— Ależ... 
— Pozwól — przerwał mi książę. — Ja nie powiedzieć nie mogę. 
Pani "Wanda się  
uparła i jak kobieta wierzy w skuteczność środków, które się przeciw 
niej  

background image

obrócą. 
— Naturalnie... 
— Ale któż co kobiecie tej wytłumaczy? Zdaje jej się, że te środki 
zmuszą  
Edwarda... No! Rozumiesz... Starałem się jej wykazać le danger 
qu'elle court,  
ale znasz ją... Edward przecież dziś może wszystko, odebrać 
zostawiając ją na  
dożywociu... Jeźli dziś tego nie robi, to dlatego, że jeszcze do tego 
stopnia  
nie oswoił się z nową rolą. Ho ! hol Wpuść psa do spiżarni, to długo 
się będzie  
namyślał, nim powącha rozsta-wione przysmaki. Mais il finira par y 
gouter et les manger ensuite. Za miesięc,  
czy dwa, ożeni się, i Narkiewicze go nauczą, comment s'y prendre... 
Inaczej  
przecież być nie może. Ale dziś ? 
Książę mi nie dał mówić. Chwytając mnie za rękę swym poufałym 
ruchem, ciągnął  
ciszej: 
— A że dziś jest Edward tak głupi, cóż ja temu winien ? Przecież go 
uczyć nie  
będę? Z dyety hrabiny na jego miejscu kpiłbym sobie ! 
— Ale on grosza nie ma... dziś ! 
— Eh ! parbleu  — zawołał jakby zirytowany Korybutowicz — niech 
pierwszego  
lepszego lichwiarza, zaczepi czy bankiera a dostanie na słowo sto 
tysięcy rubli.  
Ha ! ha! Każesz mi się zastanawiać nad tem, że Edward grosza nie 
ma. Qu'il  
emprunte! Pani Wanda ma leżących... Co ja mówię? Na jego imię w 
bankach, leży  
może milion rubli w gotówce. C'est absurde! I ty mówisz że on już nie 
jest  
idyotą... hel he ! 
Trudno opisać, jakie na mnie wrażenie zrobiły te naturalne słowa 
księcia. Mówił  

background image

prawdę i nawet trudno było, by jako rozumny człowiek mógł mi 
inaczej  
odpowiedzieć. A mimo to, przypatrywałem mu się bada-wczo i 
podejrzliwie, bo Korybutowicz, mimo wszystkiego, coraz silniej 
sprawiał  
na mnie wrażenie podstępnego światowca. Ale w tych jego słowach, 
tak  
prawdziwych, tak jasnych, tak naturalnych w tej chwili, jakaż 
mogłaby się  
mieścić myśl przewrotna ? 
Naturalnie — tłumaczyłem sobie — dopóki się to wszystko nie 
wyjaśni, Edward może  
użyć kredytu. Raczej nawet kredytu, niż prawa, któreby na razie 
jeszcze więcej  
rozdrażniło matkę. 
Opuściłem księcia, wdzięczny mu za tę radę rozumną i łatwo 
wykonalna, jeźliby  
Edward był w potrzebie rzeczywistej. 
Skandalu nie lubiłem. Nie lubił i Edward go, więc wolałby może się 
rumienić, niż  
matce, z powodu majątkowych kwestyj, otwartą wypowiadać wojnę. 
Tymczasem jednak niepokoiło mnie także i zmartwienie Celiny; 
wyszedłem więc z  
pałacu z zamiarem udania się do Narkiewiczów.XX.W drodze 
spotkałem Leona, który wyglądał wysoce zakłopotany i właśnie 
spieszył  
do mnie. 
— A więc — zawołał — nie wiesz ? 
— Nie wiem! 
— Przeczucie mnie nie omyliło. Sumę na Wybranówce kupiła 
hrabina, i sprzedaż  
majątku od dziś za dwa tygodnie naznaczona. 
Osłupiałem. 
— Jakże to być może ? — rzekłem, nie mogąc się połapać co do tego  
niepraktykowanego pośpiechu w naznaczeniu terminu, i 
przypominając sobie ową  
scenę z panią Korjatyńską, podczas której wysłała była intrygującą 
mnie wtedy  

background image

depeszę i obiecała energię w działaniu. — Jakże to być może — 
ciągnąłem — wszak  
sprawa sama, prowadząca do wyzucia kogoś z majątku,trwa zwykle 
najmniej lat dwa rok wreszcie ? 
— Tak — odparł Leon z nerwowym śmiechem — ale dla takich, jak 
twoja hrabina  
wierzycieli, są sposoby obejścia prawa. 
— Wytłumaczże mi to. 
— Bardzo łatwo! Prawo pozwala poręczać długi i w takim razie 
wierzycielowi wolno  
pozywać nie rzeczywistego dłużnika, lecz poręczyciela. Żyd, który 
sumę pożyczył  
Celinie, odstąpił ją, jak się domyślani, hrabinie i dał swoją ewikcyę. 
Pani  
Korjatyńska zaś, skoro rzecz cała była z góry obmyślaną, natychmiast 
pozwała  
żyda i uzyskała wyrok w ciągu możliwie najkrótszego czasu, bo nikt 
tu nie używał  
wybiegów prawnych. Wyrok ten stał się prawomocnym, a o fakcie nie 
wiedział nikt  
prócz żyda i hrabiny. Teraz hrabina rozkazała swojemu adwokatowi 
wyrok ów  
wyegzekwować i w skutek tego też zjechał do Wybranówki komornik, 
spisał wszystko  
i wystawił na sprzedaż w terminie najkrótszym, na jaki prawo 
pozwala, teraz  
faktem jest że od dziś za dwa tygodnie Wybranówka będzie 
sprzedana, jeźli Celina  
nie znajdzie trzydziestu tysięcy rubli. 
— Ależ to być nie może — zawołałem. Leon się zaśmiał.— Któż 
więc, ty, czy ja, damy jej trzydzieści tysięcy rubli ? Za siebie ręczę,  
bo ich nie mam. A zresztą, choćbyśmy chcieli przypuścić, że 
Narkiewiczowie  
mogliby dostać taką sumę, to nigdy w tak krótkim czasie, 
poprzedzającym  
katastrofę. Ty nie masz pojęcia jak ludzie boją się katastrofy... 
— Nie o tobie myślałem, ani o sobie — wtrąciłem zadumany; — 
chodźmy do ciebie. 

background image

Wkrótce, nic więcej już sobie nie powiedziawszy, znaleźliśmy się w 
mieszkaniu  
Leona.  
Czułem to, iż moim obowiązkiem było tu interweniować. Przezemnie 
Celina poznała  
Edwarda; ja więc byłem przyczyną dzisiejszej katastrofy. Celina 
wprawdzie miała  
zostać panią milionową, ale tymczasem nie powinna być wyzutą z 
dziedzicznej i  
ukochanej wsi, ani też nie mogła być w ohydny sposób zrujnowaną do 
reszty.  
Czułem to wszystko, ale widziałem jednę tylko radę. 
— Słuchaj! — zawołałem do gorączkowo czekającego na mój plan 
Leona. Jak wiesz,  
mam jeszcze szczątki fortuny, ale nie mogę nawet marzyć o jej 
zrealizowaniu. 
— Wiem o tem. 
— Widzę więc tylko jednę radę...— Mianowicie? 
— Edward powinien dać tę sumę. Leon zerwał się z krzesła. 
— Nie mysi nawet o tem. Plan ten przyszedł i mnie do głowy, ale jest 
absolutnie  
niemożliwy. 
— Dlaczego? 
— Celina stanowczo oświadczyła iż woli stracić wszystko. 
— Ależ... 
— Wszystko, co mi powiedzieć możesz, przedstawiłem jej. O tem, by 
narzeczony  
Celiny wiedział nawet o wypadku, mowy być nie może. Zachodzi tu 
jednak  
poważniejsza obawa. Jeźli pani Korjatyńska sprzeda Wybranówkę, a 
syna nie  
wyposaży, i jeźli Edward nie odważy się na procesowanie swej matki, 
z czego oni  
żyć będą? 
Pytanie to śmieszne w zasadzie, przestraszyłoby może każdego, ale 
nie mnie,  
który przed chwilą rozmawiałem z księciem. Plan swój miałem w 
głowie już i  

background image

postanowiłem go wykonać, — jeźliby Celina nie odstąpiła od swych 
sine qua non. 
— Chodźmy do twej kuzynki! — zawołałem, rzucając się pierwszy ku 
drzwiom. 
Narkiewiczów zastaliśmy w domu, Celina była przybitą, a dziadek o 
katastrofienic nie wiedział. Zaniknąwszy się więc we troje w 
gabinecie poczynającej być  
głośną autorki, usiłowaliśmy ją przekonać i uprosić, by pozwoliła mi  
wtajemniczyć Edwarda w swoje zmartwienie. Ale Celina ani słyszeć o 
tem nie  
chciała. 
— Proponujesz mi pan — odezwała się do mnie — rzecz któraby się 
mogła kiedyś  
przeciw mnie obrócić i fatalne rzucić na mnie światło. 
— Jakto ? 
— A gdyby małżeństwo moje z Edwardem do skutku nie przyszło? 
— Czyż pani — zawołałem obrażony prawie za hrabiego — 
przypuszczasz możliwość  
podobnego wypadku ? 
— Wszystko trzeba przypuszczać — odparła — w okolicznościach 
nieszczęśliwych  
stosunkach, w których się ma do czynienia z tą kobietą. Czy my 
wiedzieć możemy,  
co ona dziś już za nowy potworny plan uknuła? 
— Hrabina? 
— A któżby! — odrzekła zapalając się młoda kobieta — a zresztą, 
gdyby nawet  
"wszystko miało się odbyć jak przewidujemy, to jeszcze są inne 
względy poważne  
nie po-zwalające mi w interesa Wybranówki mięszać mojego 
narzeczonego. 
— Cóż to za względy zapytałem ? 
Panna Narkiewicz uśmiechnęła się, spoglądając namnie tym 
wzrokiem, jakim ludzie,  
co dużo w życiu doświadczyli i przeżyli, spoglądają na naiwnych i  
niedoświadczonych. 
— Naprzód całej mojej naturze sprzeciwia się — mówiła dalej Celina 
stanowczo —  

background image

kombinacya, za pomocą której nietylko dziś, ale kiedykolwiek 
uzyskałabym  
pieniądze od... Edwarda. A powtóre, szczęście moje dziś czyste i 
niczem nie  
zamącone, uleciałoby z chwilą, w której bym bezinteresownie. nie 
mogła spojrzeć  
w oczy mojemu narzeczonemu... Tak !... powtarzam. Wolę stracić 
wszystko. 
— Jesteś pani — odparłem rozdrażniony — egzaltowana, jak 
wszystkie kobiety... 
Celina boleśnie się uśmiechnęła, a ja ciągnąłem: 
— Wy jesteście w stanie poświęcić życie całe dla dogodzenia swojej 
egzaltacyi.  
Pani się nie zastanawiasz nad tem, że tracąc Wybranówkę dla kaprysu 
prawie — bo  
jakże inaczej nazwać jej pogląd — tracisz dużą fortunę i. pozbawiasz 
się na całe  
życierzeczy, która nam daje niezależność, swobodę pożytecznego 
działania. 
— Być może... ale — urwała, pomyślała i szepnęła — ale ta nasza 
właśnie  
egzaltacya, to nasze szczęście... 
Ożywiła się po długiej przerwie i mówiła: 
— Zresztą... nie wiem... Może w innych okolicznościach 
usłuchałabym waszej  
rady... 
— W jakichże? — podchwycił, zirytowany do najwyższego stopnia, 
Leon. 
Celina pobladła i zawołała z zapałem: 
— W innych! w naturalnych! Zapominacie, iż ja mam wyjść za 
człowieka, który 
jest synem mojej krzywdzicielki i każecie mi niemal jej pieniędzmi 
przed nią się  
bronić. Przecież to byłby postępek, godny awanturnicy nie mnie. 
Chciałem coś mówić, ale Celina gestem ręki mnie powstrzymała i 
ciągnęła z ogniem  
we wzroku i przekonaniem. 

background image

— Któż mi może zaręczyć, że Edward dojdzie ze mną do ołtarza? 
Kto? Czy sądzicie,  
że nie widzę jasno? Że nie przypuszczam, iż Edward będąc 
młodzieńcem, nie zaś  
mężczyzną wytrawnym, od dziś do trzech miesięcy, może napotkać 
inną kobietę dla  
której mnie porzuci ?...— Pani... 
— Tak panie — mówiła młoda kobieta zapalając się. — Dziwi mnie, 
iż panu to  
wszystko potrzebuję przedstawiać. Edward jest dzieckiem... 
dzieckiem! Zapewne,  
iż zrobiłby wszystko cobym mu dziś zrobić kazała, ale czy kto z nas 
wykluczyć  
może taką okoliczność, któraby na mój dzisiejszy postępek nie rzuciła 
kiedyś  
podejrzanego światła?... 
— Przypuszczenia pani o Edwardzie... 
Tu znów Celina, jakby pragnęła wszystko wypowiedzieć, przerwała, 
chwytając myśl  
moją: 
— Są tem więcej uzasadnione, że jest synem kobiety przed która drży 
dzisiaj  
jeszcze, a która znajduje w swem, sercu i w swej głowie sposoby, 
jakich ja  
domyślećbym się nie mogła, przy największych nawet wysiłkach 
mojej wyobraźni. 
Urwała i po chwili dokończyła: 
— Nie mówmy więcej o tem.. Może Bóg zeszle mi jaką pomoc lub 
radę... A jeźli  
nie, to jeszcze mu dziękować będę — mówiła ze łzami w oczach — że 
mi dał talent,  
pozwalający utrzymać siebie i dziadka. Żal mi tego kawałka ziemi, dla 
którego  
ocalenia tyle przecierpiałam od dzieciństwa, dlaktórego stary dziadek 
poświęcił połowę życia, żal tych mogił mych rodziców... 
Zaczęła płakać i umilkła. 
Serce mi się formalnie krajało. Jakkolwiek nie chciałem przyznać 
słuszności jej  

background image

zapatrywaniom, przecież czułem ją w głębi duszy. Ale tu czasu nie 
było na próżne  
i czcze żale. Celina nie mogła tracić przecie dzisiaj jeszcze fortuny, i 
to  
tylko dlatego, że się tak podobało hrabinie Korjatyńskiej. Na sama 
myśl tę  
dusiło mnie coś w gardle. Ta przewaga milionerki, wyciskająca łzy 
ludziom  
niewinnym i rzucająca ich na pastwę, wstrząsała całem mojem 
jestestwem. 
W jednej chwili, następującej bezpośrednio po przemówieniu panny 
Narkiewicz,  
podczas grobowego milczenia w jej gabinecie, mdły plan, tkwiący mi 
już w głowie,  
zarysował się jasno i natychmiast też wykonać go postanowiłem. 
— Niech pani się nie martwi! — zawołałem, wstając, i wyciągając 
obie ręce do  
Celiny. — Jest nas dwóch tutaj, ja i Leon. Musimy coś poradzić. Nie 
pozwolimy,  
byś straciła swoje gniazdo. 
Panna Narkiewicz niedowierzająco, ale dziękczynnie się uśmiechnęła, 
poczem zarazzbladła i gdyśmy już wychodzili z Leonem szepnęła 
jeszcze: 
— Pamiętajcie że Edward ma nie wiedzieć. 
— Pamiętam! 
Wybiegliśmy. W bramie zatrzymał mnie Leon. 
— Cóż ty za myśl miałeś — zapytał — rzucając jej coś w rodzaju 
nadziei? 
— To do mnie należy — odparłem. — Jutro będą, pieniądze na 
zapłacenie hrabiny. 
— Nie łudź mnie — zawołał Leon — wiem że tej kwoty nie masz; 
wiem że jej nie  
dostaniesz. Któżby więc tutaj ?... 
— Ja! 
Przyjaciel spojrzał na mnie, jak na waryata, a ja dodałem: 
— A teraz do widzenia! Spieszno mi uspokoić twoją kuzynkę. Jutro 
będę u ciebie. 

background image

Opuściłem go zdziwionego i pobiegłem w stronę pałacu 
Korjatyńskich, chcąc się  
jak najprędzej zobaczyć. z Edwardem. 
Zastałem go jeszcze w domu. 
— Edwardzie! — zawołałem — możesz mi odpowiedzieć, z ręką na 
sercu, na dwa  
pytania ? 
— Dlaczegożby nie?— Ale wiedz o tem, że od szczerości twych 
odpowiedzi zależy wiele i że od niej  
zależy mój honor, spokój mego sumienia, że od niej... zależy może 
także  
szczęście kobiety, którą kochasz... 
— Celiny ?... pytaj !... 
— A więc słuchaj. 
— Słucham! 
— Czy ty masz — pytałem — tak silne postanowienie poślubienia 
panny Narkiewicz,  
iż nicby cię nie było w stanie zmusić do zerwania? 
— Cóż za myśli ci przychodzą ? — przerwał Edward zdziwiony 
pytaniem. 
— A więc — ciągnąłem — żadne okoliczności? ani nawet takie, 
których powiedzieć  
nie możesz ?... ani niezłomny upór twej matki?... ani wydziedziczenie 
cię,  
jeźliby ono przypuśćmy, okazało się możliwem?... ani?... 
— Przestań już — podchwycił hrabia — bo serce mi rozdzierasz. 
Widocznie mnie nie  
uważasz za człowieka, lub też... Nie wiem doprawdy, co myśleć o 
twych pytaniach. 
— Myśl, co ci się podoba, a odpowiadaj na pytanie drugie. 
— No?—  Czy pokładasz we mnie zaufanie ? 
— Jedno pytanie dziwniejsze od drugiego... 
— Odpowiadaj! 
— W kimżebym pokładał zaufanie, jeźli nie w tobie przyjacielu ? — 
zawołał Edward  
— w tobie, któremu zawdzięczam, że nie zostałem idyotą 
kompletnym. 

background image

Na mnie teraz przyszła kolej zdumienia. Hrabia pierwszy raz dał mi 
do  
zrozumienia, że wiedział czem niedawno był jeszcze, i że stosunek 
mój do niego  
pojmował. Ale czasu nie miałem ani na zastanawianie się nad jego 
odpowiedziami,  
ani na rozczulanie. Pytałem więc dalej: 
— A więc, jeźlibym od ciebie żądał czegoś, czegobyś sobie 
wytłumaczyć nie umiał,  
jeźlibym ci tego sam wytłumaczyć nie chciał... Jeźliby ci to żądanie 
moje było  
wstrętnem nawet... podejrzanem... czybyś?... 
—  Zastosowałbym się do twego życzenia, skoroby tylko było 
wykonalnem — odparł  
Edward ze zdziwieniem i obawą. 
— Me zachwiałoby ono   naszę   przyjaźnią ? 
— Wąt... pię... Nie rozumiem cię. Namyśliłem się i zawołałem: 
—  A więc, będę od ciebie żądał czegoś,coby słusznie mogło obudzić 
w tobie podejrzenie co do mych szczerych i  
bezinteresownych uczuć dla ciebie. Jeźli ci powiem, że to żądanie 
moje jednak  
wypływa z twego własnego interesu, uwierzysz mi ślepo? 
— Uwierzę, — odrzekł szybko tym razem hrabia — jeźli ono nie 
będzie dotyczeć  
stosunku mego do Celiny. Ty może myślisz... abym zaniechał ?... 
— Nie! — czemprędzej przerwałem uradowany. 
— A więc uwierzę ślepo. 
— I jeźli cię zobowiążę do tajemnicy, dotrzymasz jej ? 
— Dotrzymam. 
— We wszelkich okolicznościach ? przed Celiną nawet? przed Celinę 
szczególnie? 
Tu hrabia się zastanowił. 
— Takie mam — zawołał — zaufanie do ciebie, iż i to obiecuję, 
pewny, że mi nie  
uczynisz nic takiego, coby mi przykro i trudno było taić przed nią. 
— Nie mylisz się — odparłem i pożegnawszy go, wybiegłem na 
miasto. 

background image

Za chwilę byłem w hypotece, gdzie mi jeszcze przed działaniem 
potrzebna była  
pewna wiadomość. Ta relacya okazała się pomyślną i stwierdziła moje 
dane co do  
rze-czywistych stosunków Edwarda. Książę nie kłamał wtedy. Pałac 
Korjatyńskich  
należał tylko do Edwarda i nie był objęty aktem dożywocia hrabiny, 
który się w  
kopii znajdował w księdze hypotecznej. Edward był właścicielem 
wszystkich dóbr,  
pozostałych po ojcu, a na części ich tylko ciążyło dożywocie hrabiny. 
Na drugi dzień o godzinie jedenastej rano, wychodziliśmy ja i Edward 
z banku  
"Kohna et Cie", gdzie hrabia zaciągnął trzydzieści pięć tysięcy rubli 
pożyczki,  
z których trzydzieści mnie pożyczył, a pięć zachował sobie. Pożyczkę 
tę uzyskał  
na mocy aktu notaryalnego, odemnie wziął weksel. 
Dnia następnego wręczyłem Leonowi trzydzieści tysięcy rubli, nie 
mówiąc mu nawet  
o ich pochodzeniu. Żądałem by niemi spłacono dług hrabiny, a mnie 
umieszczono  
miasto niej na hypotece Wybranówki. 
Radość Celiny nie miała granic. Musiałem, ubierając się w pawie 
pióra, przyjąć  
jej gorące podziękowanie, które było krótkie, ale tem wymowniejsze. 
— Nie umiem panu wyrazić — powiedziała — uczucia, które 
wdzięcznością nazwać nie  
można. Wybranówka dla mnie nie była zwykłą rodzinną wsią, ani też 
nieprzedstawiała fortuny całej. Wybranówka, to jakby osoba, którą 
przy życiu  
zachowałeś, z którą wiążą się tradycye długich cierpień, a to są węzły 
bardzo  
silne. 
Leon więc natychmiast pojechał na miejsce, aby przed terminem 
sprzedaży  
przeprowadzić wszystkie formalności, towarzyszące spłacie długu w 
tych  

background image

warunkach, a na ulicy Chmielnej, wraz z rozpogodzonem obliczem 
panny Narkiewicz,  
powróciło szczęście. 
Mnie jednak ciężko było na sercu. Rola, którą odegrałem w tym 
wypadku względem  
hrabiny, tak mnie gryzła, iż tego samego dnia udałem się do 
Korybutowicza. 
Książę od pewnego czasu sprawiał na mnie dziwne wrażenie 
człowieka, czekającego  
na jakiś wypadek w swem życiu. Chwilami w tej epoce przypominał 
mi gwałtownie  
postacie romansów francuzkich, gdzieś, kiedyś czytanych, w których 
bohater  
intryguje i niepokoi do najwyższego stopnia czytelnika swem 
niejasnem i  
nielicującem z jego charakterem, zachowaniem się. Książę wprawdzie 
nie robił nic  
innego, jak to, co dotąd zwykł był robić, ale zachowanie się jego i 
jego  
skupienie się w sobie, wydawało mi się nienaturalnem.W pałacu 
bowiem panowała duszna atmosfera od dnia owej awantury. Że w nim 
coś  
knuto i działano, nie ulegało żadnej wątpliwości. Wymuszony spokój 
hrabiny,  
który nastąpił bezpośrednio po dniu, w którym zapowiedziała była  
najenergiczniejszą akcyę, nie pozostawiał co do j ej tajemniczych 
planów żadnej  
wątpliwości. Sądziłem, iż bajecznych dla siebie rezultatów 
spodziewała się ze  
sprzedaży "Wybranówki i ostatecznej ruiny Narkiewiczów. Przyznać 
się więc muszę,  
iż ciekawy byłem jej fizyognomii w tym dniu, którym ją dojdzie 
wiadomość o  
chybionym zamachu. 
Ale postanowiłem dnia tego nie doczekać się w pałacu Korjatyńskich. 
Nie mogłem  
nań czekać, gdyż niepodobieństwem było pozostawać dalej w domu 
hrabiny,  

background image

działając wprost przeciw niej. Jako człowiek honorowy chciałem się 
wydostać z  
tej matni. I jakkolwiek byłem związany przyrzeczeniem 
nieopuszczania Edwarda,  
uważałem jednak opuszczenie pałacu za fakt nie przeszkadzający w 
niczem  
utrzymaniu najściślejszych stosunków z hrabią. 
Udawszy się więc do księcia, wprost go zagadnąłem: 
— Proszę cię, byś mnie zastąpił i wyra-ził hrabinie w imieniu mojem, 
postanowienie opuszczenia jej domu. 
Korybutowicz spojrzał na mnie strasznym i zdziwionym wzrokiem. 
— Jakto? — bąknął — wszakże, zdaje mi się, że zawarliście umowę 
na... 
— Tak — rzekłem — ale uważam, że obowiązki moje w tym domu 
od samego początku  
były fikcyjnemi. Stały się niemi przy najmniej. Edward, żeniący się 
niebawem z  
panną Narkiewicz, w czemże mnie potrzebować może? 
Korybutowicz nieznacznie się uśmiechnął. Z czegóż jeźli nie z 
małżeństwa  
Edwarda, o którem mówiłem z taką pewnością, jakby o fakcie 
dokonanym? Ten  
uśmiech, pamiętam, obudził we mnie pierwszy raz podejrzenie, że on 
działał  
wspólnie z hrabiną, i że oboje kombinowali jakieś plany piekielne, w 
powodzenie  
których wierzyli ślepo. Inaczej być nie mogło. Małżeństwo Edwarda 
w tych  
warunkach, czułem to, przedstawiało anomalię, która z dnia na dzień, 
bez  
wstrząśnienia, nastąpić nie mogła. Na wstrząśnienia zaś, na walkę 
wcale się nie  
zanosiło, a to jedno tylko mogło tak zmienić sytuacyę, ażeby 
rezultatem jej było  
małżeństwo hrabiego z Celiną.Gdyby już dzisiaj wojna wrzała między 
matkę, a synem, rozum pozwalałby  
przypuszczać naturalne, nawet w tych warunkach, zwycięztwo 
ostatniego. Ale tu  

background image

panowała cisza. Edward ze spokojem i wiarą w jutro, patrzał w 
obmyślaną przez  
siebie przyszłość, której poprostu nie uznawano w pałacu. 
Nagle stanęła mi w oczach cała nienaturalność tej sytuacyi. 
— Przypuszczać — myślałem, siedząc naprzeciw księcia, jeszcze 
uśmiechniętego —  
że Edward ożeni się w Maju, jak było postanowionem, z panna 
Narkiewicz, równało  
się przypuszczeniu, że na całej linii zwycięży jedno z dwóch 
mocarstw, z których  
żadne nie stawało do boju, ograniczając się jedynie na działaniu 
gabinetowem. 
Przypuszczenie to było również niemożliwem jak niemożliwem jest w 
naturze  
przesilenie atmosferyczne bez burzy. 
To wszystko jak błyskawica stanęło mi żywo przed oczami. 
Tymczasem książę rzekł: 
— Zamiar twój, jestem przekonany, wysoce strapi panią, Wandę. 
Tego było za wiele. Wybuchnąłem śmiechem i zawołałem:— Zdajesz 
się kpić ze mnie, i sądzisz, że ja à la longue będę odgrywał tę głupią  
rolę, jaką narzuciliście mi w tym domu. Ja żadnej roli tutaj nigdy nie 
miałem do  
spełnienia, chyba w pierwszych czasach mego pobytu w Wielkich 
Groblach, w  
których przyczyniłem się moją radą do wyzwolenia tego chłopca, co 
go ocaliło od  
idyotyzmu. Chyba, chyba, że chcecie mi dać emeryturę za zasługę? — 
dodałem  
ironicznie. 
Korybutowicz, który zawsze się rozdrażniał, gdy o nim i o hrabinie w 
liczbie  
mnogiej mówiłem, chciał, czerwieniejąc, przerwać mi; ale ja ulegałem 
ferworowi  
wypowiedzenia wszystkiego, co myślałem. 
— Sam nie wierzyłem — ciągnąłem więc — w tak świetny rezultat. 
Sądziłem iż  
nastąpi po latach, a on tymczasem jest po kilku zaledwie miesiącach. 
Dziś Edward  

background image

mnie w niczem nie potrzebuje, a zresztą widuję go bardzo mało. Ile 
razy wchodzę  
do tego domu, rumieniąc się, pytam sam siebie, po co ja tu 
przebywam ? 
— Twoja skrupulatność — rzucił Korybutowicz — jest za... 
— O! — odrzekłem ze śmiechem. — Nie mam żadnej skrupulatności 
i zachodzę w  
głowę, dlaczego hrabina dawno nie dała dymi-syi człowiekowi, który 
to, co zdziałał dotąd, zdziałał przeciw niej, a i to co  
dalej zdziała, obrócić się również tylko przeciw niej może. 
Książe spoważniał. 
— Pani Wanda — wtrącił — jest osoba tak wyższa, iż przypuszczam, 
że znajduje  
twoje działanie choćby przeciw jej zamiarom skierowane, za 
zbawienne dla  
Edwarda. 
— Ha! ha! ha! 
— Bądź co bądź — dodał zażenowany Korybutowicz — wyrabia ono 
Edwarda, hartuje go  
jak ów młot kowalski, czyniący dopiero surowa sztabę żelaza zdatną, 
do użycia. 
— Nie sądzę — odparłem — by pani Wanda do tego stopnia była dziś 
głęboka  
znawczynią psychicznych praw człowieka. Gdyby nią była — 
dodałem z ironią — toby  
syna nie doprowadziła do stanu zidyocenia... 
Książę zacisnął usta, a ja, chcąc skończyć, mówiłem z nowem 
ożywieniem. 
— A zresztą... dziś tak rzeczy się mają... bo trzeba określić tę 
nadzwyczajną  
sytuacyę, w jakiej ja, jak jaki manekin stoję... 
— Słucham... et j'en suis curieu parbleu — wtrącił Korybutowicz z 
pewnym  
niewinnym sarkazmem.— Edward ma się ożenić z panną Narkiewicz, 
a hrabina gotuje i obmyśla plany,  
mające przeszkodzić temu małżeństwu... 
— Nie wiem — bąknął, zmieniając co chwila wyraz fizyognomii, 
książe. 

background image

— Ale ja wiem, nie będąc bitym w ciemię — odparłem 
doprowadzony do rozdrażnienia  
tem upartem usiłowaniem Korybutowicza odurzenia mnie; otóż z tego 
może... musi  
się rozwinąć walka, w której jabym stanął po stronie Edwarda. Tej 
Chwili zaś  
doczekać tu nie chcę i nie mogę. 
— A więc — zawołał z zaciekawieniem książę — znajdujesz, że 
małżeństwo Edwarda  
jest rozumnem małżeństwem ? 
— Jeźli mamy mówić o rozumie we właściwym tego słowa 
znaczeniu, to ono jest  
bardzo rozumnem. 
Książę się poprawił: 
— Est-cepourtant un mariage de raison — zapytał — dla 
Korjatyńskiego? 
— Les mariages de raison  — odparłem — nigdy nie uważałem za 
rozumne małżeństwa.  
Przeciwnie! uważałem je zawsze za głupie małżeństwa. 
Korybutowicz zrobił ruch rozpaczliwy rękami.— Nie możemy się 
zejść. Ja mówię o Edwardzie Korjatyńskim... 
— A ja ? 
— Ty o człowieku ! 
— Edward Korjatyński bowiem — zawołałem — z chwilą, gdy 
przestał być idyota,  
jest dla mnie przedewszystkiem człowiekiem. 
Książe tym razem umilkł, mina mi tylko dowodząc, iż nie chce dalej 
w tym  
przedmiocie staczać ze mną utarczki. Wstał i odezwał się: 
— Idę w tej chwili zakomunikować hrabinie coś mi powiedział, i 
wracam niebawem. 
— 'Czekam u siebie. 
Rozeszliśmy się. 
Książę dopiero po upływie godziny powrócił do mego pokoju, 
zarumieniony od  
ożywionej widocznie dyskusyi. Mimo maski, jaką zawsze na obliczu 
swem nosił,  

background image

nieumiał ukryć zadowolenia, jakby z odniesionego zwycięztwa. 
Usiadł, i  
pogładziwszy swą hebanową lśniącą brodę, odrazu zaczął: 
— Takie jest zapatrywanie i taką wola pani Wandy: 
Przedewszystkiem, nie pozwoli  
nigdy, byś dom jej opuszczał. 
— Jakto ? — zawołałem wzburzony. 
— Posłuchaj! — wtrącił książę, wstrzymując mnie gestem ręki. — 
Pani Wanda nicnie ma przeciw temu, abyś, jak się wyraziłeś, przeciw 
niej działał. Uważa cię za  
przyjaciela swego syna i właśnie pragnie, aby w przejściach, które go 
czekają,  
miał on doradcę tak pewnego i doświadczonego, jakim ty być" 
możesz. 
Słuchałem zdziwiony, a Korybutowicz innym już tonem ciągnął: 
— Plan pani Wandy jest bardzo mądry. Je ne Ia croyais nieme pas 
capable... Nie  
wierzy ona w prawdziwe uczucie syna dla panny Narkiewicz, i nie 
wierzy w to, by  
syn jej miał się zakochać do tego stopnia w pannie Narkiewicz, iżby ta 
miłość  
zagłuszyła w nim dziedziczne i z mlekiem matki wyssane uczucia... 
Postanowiła  
więc wszystkich użyć sposobów, będących w mocy kochającej matki, 
która chce  
wystawie" na próbę naturę dziecka, aby nie dopuście do tego związku. 
Jeźli  
jednak Edward w tych próbach okaże się niezachwianym, jeżeli je... 
wytrzyma...  
pani Wanda powierza ci, jak dżentelmenowi, pod tajemnicą qu'elle 
finira per  
ceder... 
Milczałem oszołomiony. To wszystko, co mi mówił Korybutowicz, 
było dobrem do  
romansu idealistycznego, ale nie licowało z charakterem hrabiny i nie 
mieściło  
sięw mojej głowie. Odgadując też myśl moję., książę ciągnął dalej: 

background image

— Nie możesz się temu dziwić. Znając panią Wandę rozumiesz 
przecież, iż ona  
wolałaby w razie, jeźli to małżeństwo Edwarda niejest koniecznością, 
mieć za  
synowę księżniczkę ou bien une autre, któraby choć w części 
realizowała jej  
marzenia. Cest pourtant hien clair... 
Zapewne, iż to było bardzo jasnem, a plan hrabiny nie mógł być 
inaczej nazwany,  
tylko rozumnym i uczciwym. Ale czy plan ten mógł się zrodzić w 
duszy księżniczki  
Sokołogórskiej takiej, jaką znałem? 
I tę myśl moją odgadł przebiegły Korybutowicz bo dodał jeszcze. 
— Długośmy mówili o tem... Sam nie spodziewałem się tych 
rezultatów, ale  
kobiety! Oh! les femnies! elles changent du jonr au lendemain... — tu 
uśmiechnął  
się i dodał z tą sobie właściwą, a bałamucącą w pewnych chwilach 
swobodą i  
naturalnością: — Gdyby mi kto kiedy był powiedział, że Mme Wanda 
consentira mieć  
za synowę pannę Narkiewicz z "Wybranowki ? Que Ie monde est 
drôle! que Ia vie  
est bizarre! 
Tu odetchnął, spoważniał i kończył. 
— A zresztą zachodzi teraz i wzglądbardzo ważny. Pani Wanda 
zgadza się, iż rola twoja obecnie niejest rolą, jaka  
'człowiekowi twojego urodzenia i świata odpowiadać może, ale prosi 
cię, byś ja  
znosił do końca, który przecież niebawem nastąpi. — W Maju Edward 
postanowił się  
ożenić, a z końcem Kwietnia hrabina zamierza opuścić Warszawę. 
Otóż opuszczenie  
twoje tego domu, dziś... w przededniu tych wypadków, po awanturze 
ze  
Światosławami, ferait jaser Ie monde, a hrabina bardzo słusznie 
pragnie unikać  

background image

okoliczności, któreby świat zastanawiały i pozwalały mu się nią 
zajmować...  
Przyjechaliśmy tutaj razem! rozjedziemy się razem! 
Kory buto wież urwał, a ja byłem już przekonany. Ten człowiek miał 
dar wymowy,  
tem większe wywierający wrażenie, im ciemniejszej bronił sprawy. 
Zresztą Edward  
mnie prosił, bym go na chwilę nie opuszczał, a tu chodziło o kilka 
tygodni. 
Gdym jednakowoż księciu oznajmił, że się decyduję zastosować do 
życzenia  
hrabiny, po ustach jego przebiegł wyraz, który miał te barwy i 
odcienia, jakie  
miewa zadowolenie, odbijające się na przebiegłej twarzy człowieka,  
wyprowadzającego w pole swego interlokutora.Doznałem niemiłego 
uczucia przestrachu, ale elegancki światowiec rozwiał je  
rychło. Uchwycił moję, rękę i serdecznie nią potrząsając, zawołał: 
— Dziękuję ci za hrabinę i... za siebie. Twoje postanowienie mnie  
uszczęśliwia... Wyczekuję niecierpliwie końca... Et puis, gdybyś 
opuścił pałac,  
wówczas i moja pozycya w nim pourrait paraitre louche... a tak nous 
sommes  
deux... 
Roześmiał się i kończył: 
— W tych próbach, które synowi gotuje pani Wanda, Edward będzie 
silniejszym,  
czując ciebie w odwodzie... i prędzej się to skończy, a niechby się to  
skończyło... parceque moi fen veux finir aussi. Jeźli Edward w Maju 
— dodał  
ciszej i półgębkiem — to ja będę mógł w Sierpniu... 
Ochłonąłem. Książe ciągle przedstawiał mi się takim, jakim był 
zawsze. Do siebie  
zawsze skierowywał zachodzące wypadki. Był więc "w swoim 
sosie".XXI.Upłynęło kilka tygodni, nie przynosząc żadnej 
nadzwyczajnej zmiany, ale  
powiększając duszność dokoła mnie panującej atmosfery. 
I rzecz dziwna: najwięcej mnie zatrważał niczem niezamącony spokój, 
panujący w  

background image

pałacu Korjatyńskich, ten spokój, cechujący mieszkania ludzi, 
pewnych każdej  
godziny dnia następnego. 
A jutro miał się ożenić Edward z Celiną. Hrabina, w niczem nie 
zmieniając swych  
zwyczajów, zdawała się czekać dnia tego, jak się czeka wypadku, 
mogącego  
nadejść, ale tylko wskutek nadzwyczajnych i nieprzypuszczalnych 
okoliczności.  
Chwilami myślałem, iż pani Wanda, znudzona naleganiem 
nieszczęśliwego  
Korybutowicza, pragnącego raz wreszcie zdefiniować swoją pozycyę 
w pałacu  
Korjatyńskich, postanowiłaz rezygnacyą zgodzić; się na małżeństwo 
syna. 
Edward, codzień szczęśliwszy, bo codzień bliższy upragnionej chwili, 
niewiele  
czasu spędzał w pałacu i nie zwracał uwagi na sposób zachowania się 
matki i  
księcia. 
Bo i ten ostatni był to całkiem inny człowiek, niż ten, jakiego znałem 
w  
czasach, gdy hrabia był idyota i miał zostać mężem księżniczki. Tę 
zmianę zaś  
tłumaczyłem sobie tem, że nie był on zadowolony z gwałtownej i 
nieprzewidzianej  
metamorfozy Edwarda, nie mogącej wróżyć na przyszłość nic, coby 
mu pozwalało  
żywić dalej nadzieję zostania panem całej korjatynieckiej fortuny. 
Spokój więc, goszczący stale na głęboko strapionem obliczu hrabiny i 
na twarzy  
Korybutowicza, rozumiałem po części, nie rozumiejąc jednak tej 
zupełnej ich  
bierności, następującej po tylu obietnicach działania i wystawienia 
Edwarda na  
próby. Nawet ta pierwsza próba, polegająca na zrujnowaniu 
Narkiewiczów a  

background image

chybiona, nie wywołała w usposobieniu hrabiny żadnego 
donioślejszego objawu. 
Wszystko to było dziwnem i podejrzanem, tak, iż ze zdwojoną siłą 
obserwacyistudyowałem zarówno hrabinę, jak i księcia, nie mogąc 
jednak niczego dociec.  
Uważałem tylko, iż książę zmienił swój sposób życia, iż nie spędzał 
godzin  
przeznaczonych zwykle na czytanie u siebie, iż miewał ożywione z 
panią Wanda  
konferencye, z których powracał nieraz zarumieniony i tryumfujący. 
A ile razy on  
był takim, to hrabina przeciwnie zdawała się być przygnębiona, jakby 
wahaniem  
jakiemś widocznem. Coś więc knuła, ale potajemnie. 
Do tych wszystkich okoliczności niejasnych przyłączyła się w tej 
epoce jedna  
jeszcze, dotycząca księcia, która mnie wysoce zaciekawiła. 
Korybutowicz nagle  
pewnego poranku zniknął. Gdyśmy go z Edwardem nie zastali na 
obiedzie, zapytałem  
hrabiny, gdzieby był. 
Pani Wanda najnaturalniej odparła: — Dostałam z domu ważne 
wiadomości i książę  
musiał w mojem zastępstwie wyjechać do Wielkich Grobli. 
W tym wyjeździe więc, byłbym się nigdy niczego nie dopatrzył, 
gdyby nie to, że w  
kilka dni później spotkałem na ulicy księcia Światosława, który nie 
mając mi nic  
da zakomunikowania, odezwał się:— Ale á propos, widziałem kiedyś 
Korybutowicza na kolei... 
— Jechał do Wielkich Grobli — podchwyciłem — a Światosław 
przystanął. 
— Tam ? Nie! Wsiadł do pociągu, który spieszył zagranicę. Nie 
miałem sposobności  
spytać się go, dokąd jedzie... Ale czyżby ostatecznie dostał kosza od 
hrabiny ?  
Ta myśl mi przyszła... Pan nie wiedziałeś, że wyjechał zagranicę? 
Czemprędzej się oryentując, odrzekłem: 

background image

— Owszem ! lapsus linguae... wiedziałem... ale ma lada dzień 
powrócić. 
— Aaaa... — bąknął Światosław i rozśmieliśmy się; on swobodny, a 
ja do  
najwyższego stopnia zadumany. — Dlaczego w pałacu mówiono, że 
Korybutowicz  
pojechał do Wielkich Grobli, gdy on wsiadł do pociągu, idącego w 
przeciwnym  
zupełnie kierunku ? 
Nadto przypomniałem sobie, iż pani Wanda udzielając mi owej 
odpowiedzi, dała ją  
w sposób, który wtedy mnie już zastanowił, niby akord fałszywy. Ale 
niebawem, po  
upływie kilku dni, skłonniejszy byłem do przypuszczenia, że 
Światosławowi się  
przywidziało. Korybutowicz bowiem wrócił i naturalnie zdawał 
sprawę ze swego  
pobytu aż w Kijowie.— A mnie — podchwyciłem — spotkał kiedyś 
Światosław i zapewniał, że cię widział  
na dworcu wiedeńskim. 
— L'idiot — odparł książe — musiał wziąść kogo innego za mnie... A 
może...  
dodał, zamyślając się — byłem istotnie na tym dworcu?... Mais non! 
Noga moja  
tamtej zimy nie postała. 
Tak stały rzeczy, gdy pewnego dnia pani Wanda pojawiła się w 
salonie, w chwili,  
gdyśmy się w nim zgromadzili przed obiadem i bardzo przygnębiona, 
trzymając w  
ręku otwartą depeszę, zwróciła się z nią do Edwarda. 
— Ach! Cóż za nieszczęście! Brat mój... a twój wuj jest 
niebezpiecznie chory w  
Nicei... 
Podała telegram synowi, który nie umiał ukryć wyrazu zdziwienia, z 
jakiem objął  
wzrokiem matkę. Sam pierwszy raz słyszałem w tym domu o bracie 
hrabiny, owym  

background image

utracyuszu księciu Sokołogórskim, z którym, jak sądziłem, bez żadnej 
wprawdzie  
podstawy — stosunki były zerwane. 
Chcąc się zoryentować, spojrzałem na Korybutowicza. 
Ten jednak, jakby unikając wszelkiego wzroku, opuścił oczy w dół i 
chodząc po  
sa-lonie, przyglądał się końcom swych spiczastych bucików. 
— Prince!  — zagadnęła, zwracając się do niego hrabina — i 
wskazując mu oczami  
depeszę, którą właśnie czytał obojętnie Edward — zdaje mi się iż 
telegram jest  
tej treści, że wypada, nie tracąc ani chwili, udać się do Nicei ? 
Absolumenł. 
Korybutowicz, ze źle udaną tym razem ciekawością, uchwycił papier, 
odczytał go,  
poczem mruknął: 
— Oui... telegram jest jasny... brat pani jest niebezpiecznie chory, 
c'est  
clair. Zresztą Bierna nic dziwnego, c'est un homme, który ma 
sześćdziesiąt i  
kilka lat... 
— Absolument — odparła hrabina, topiąc równocześnie wzrok pełen 
ciekawości w  
Edwardzie. 
Przeszliśmy do sali jadalnej. Obiad minął wśród grobowej ciszy, 
przerwanej  
zaledwie kilka razy przezemnie lub księcia. Hrabina wyglądała 
zafrasowana.  
Każdyby zapewne uważał to za rzecz naturalną, ale mnie telegram ten  
niespodziewany dnia tego zastanowił i wydał się dziwnym. 
Po obiedzie hrabina, między jedną a drugą łyżeczką czarnej kawy, 
zagadnęła syna,chociaż od owej sceny na schodach nie mówiła wprost 
do niego: 
— Zapewne, zechcesz mi towarzyszyć, j'éspère... 
Hrabia nic nie odrzekł, choć pani Wanda odpowiedzi wzrokiem 
żądała, więc też  
ciągnęła po pauzie: 
— Twój wuj... mało go znałeś... 

background image

— Zupełnie go nie znałem. 
— Owszem! Gdyś był dzieckiem, bywał jeszcze w "Wielkich 
Groblach, bo mieszkał  
wtedy w kraju. 
Westchnęła i mówiła znów innym tonem, ale wciąż do syna. 
— To człowiek który dużo złego zrobił rodzinie. Il a perdu l'immense 
fortune  
naszego rodu, ale... aujourd'hui... to należy do odległej przeszłości...  
Wszystko się zapomina. Stracił mi posag... tout. To nie przeszkadza 
jednak  
pamiętać, że to ostatni, le dernier, bien le dernier Sokołogórski mój 
brat... Ty  
jesteś... Wypada byś mi towarzyszył. Jeźli jeszcze są jakie szczątki, a 
muszą  
być szczątki tak kolosalnej fortuny... 
Tu książe ze swego bujającego fotelu podchwycił: 
— Et si le proverbe o szlacheckich dostat-kach a magnackich 
resztkach jest prawdziwym... 
— Edouard  — wtrąciła, kończąc hrabina — en sera l'héritier... 
Nastąpiło milczenie, bo Edward się nie odzywał. Po długiej więc 
pauzie, hrabina  
zapytała: 
— A więc Edouard? Pojedziesz ze mną jutro rano do Nicei... 
Hrabia na te słowa lekko poczerwieniał, i wstał. 
— Je réflechirai  — mruknął i wyszedł. Pani Wanda zwróciła się do 
mnie: 
— Proszę pana... Użyj swojego wpływu i wyperswaduj Edwardowi, 
że powinien; c'est  
un devoir... absolument. 
— Będę się starał go nakłonić — odparłem szczerze — ale wątpię. 
Wszakże jesteśmy  
w początku Kwietnia... Za miesiąc... 
— Ah! — zawołała pani Wanda — Dziś podróż do Nicei trwa trzy 
dni, tam trzy,  
napowrót... 
— En tout dziesięć dni y compris l'enterrement — dorzucił książę. 
Hrabina  

background image

westchnęła i oddaliła się, ja zaś czemprędzej wstałem, by Edwarda 
zastać jeszcze  
u siebie. O tej bowiem godzinie zwykle udawał się do narzeczonej, i 
wracał —  
późno w nocy. Niezastałem go już jednakże, więc pobiegłem za nim 
na ulicę Chmielną. Tutaj  
zastałem już gruchającą parę, zdziwioną moją wizytą niespodziewaną. 
— Przybywam — zawołałem zwracając się do Edwarda — w ważnej 
misyi. Twoja matka  
życzy sobie, byś jej towarzyszył. 
— Ani mi o tem gadaj! — przerwał stanowczo Edward. 
— Posłuchaj mnie — rzekłem siadając, i mając zamiar obszernie mu 
przedstawić pro  
i contra tego projektu, za którym z wielu względów, prócz względu 
zadowolenia  
hrabiny, obstawałem. Sądziłem, iż w ciągu podróży łatwiej przyjdzie 
do  
porozumienia między matką a synem; liczyłem też na atmosferę 
zagraniczną, na  
powiew z szerszych światów. Ale przy pierwszych moich słowach 
Celina, blednąc  
jak ściana, zawołała: 
— Nie namawiaj go pan, bo ja na to nigdy nie pozwolę. 
— Na co? — zapytałem zdumiony, — nie rozumiejąc tego 
powiedzenia, ani też  
przerażonej miny Celiny. 
— Na to, by mnie teraz choćby na jeden dzień opuścił, choćby na 
kilka godzin! 
— Żartujesz pani?— Nie; mówię tak seryo, jak może nie mówiłam 
nigdy. 
— Więc? 
— Proszę nie starać się mnie przekonać — zawołała z niezwykłą 
stanowczością. —  
Gdyby Edward wyjechał, uważałabym nasze małżeństwo za zerwane. 
Umilkłem spoglądając zdziwionym wielce wzrokiem. Po chwili 
milczenia, jeszcze  
chciałem powrócić do przedmiotu, ale i tym razem Celina odrazu 
zagadnęła: 

background image

— Nie wysilaj się pan na motywowanie swego zdania. Powiedziałam 
już, jakbym  
uważała dziś wyjazd Edwarda. 
— Dobrze! Ale wytłumaczże mi pani... 
Celina cudnie się uśmiechnęła. 
— Nie pozwolę. Nie... po... zwolę... 
— Pani! taka rozumna, taka... 
Nie dokończyłem bo Celina uchwyciła mnie za rękę i szepnęła: 
— Skończ pan. Niczem na świecie pan mnie nie przekonasz. 
— Ale przyczyna ? 
— Przeczucie! 
— Przeczucie ? 
— Przeczucie! — powtórzyła Celina tonem zupełnie seryo. — Już 
pan wiesz, jak  
jestem egzaltowaną. Już mi to raz powie-działeś. Otóż nie pozwolę, 
kierując się tylko przeczuciem. 
— Czego ? 
— Niczego! ot! przeczuciem mojej egzaltowanej duszy. Edward 
zostanie przy  
mnie... 
Edward też niczego więcej nie pragnął, więc ani myślałem nalegać 
dalej.XXII.Na drugi dzień rano obudziłem się z uczuciem i wrażeniem 
takiem, jak by coś  
niezwykłego w pałacu w nocy dziać się musiało. Zdawało mi się, iż 
mnie w czasie  
snu jakieś dziwne i niezwykłe hałasy, dochodzące z przyległych 
pokojów zbudziły  
na sekundę, poczem zaraz znów snem twardym, jak to się często 
zdarza, zasnąłem. 
Leżałem, siląc się na przypomnienie sobie, co mianowicie nasuwało 
mi te myśli.  
Ale pamięć moja nie zatrzymała nic prócz tego, że przez sen, czy na 
jawie,  
słyszałem w nocy, o porze, którejbym określić nie umiał, chodzenie w  
apartamencie Edwarda, później ciężkie i liczne kroki na schodach, a 
później  
wreszcie otwieranie i zamykanie bramy pałacowej. 

background image

— Musiałem spać twardo, a musiało misię coś śnić — rzekłem sam 
do siebie, zrywając się z pościeli. 
Najprzód chciałem biedz do Edwarda i stwierdzić, czy w nocy nie 
wychodził, lub  
nie przyjmował kogo. Ale drzwi prowadzące do jego apartamentu 
były zamknięte. To  
mnie zastanowiło; te drzwi bowiem nigdy się nie zamykały. Nieraz 
też Edward do  
mnie, to ja do niego, przez nie przechodziliśmy. Zadzwoniłem więc na 
służącego.  
Ten bardzo długo nie przychodził. Ubrawszy się sam pospieszyłem 
przez korytarz  
do księcia, lecz i tu drzwi zastałem również zamknięte. 
Dziwnem to wszystko być zaczynało. Książe o tej porze nigdy nie 
wstawał, więc i  
wyjść nie mógł. Edward zapewne wybiegł na miasto, ale książę ?... 
Książę, chyba  
pojechał z hrabiną ? Zadzwoniłem po raz drugi. 
W chwilę potem zjawił się, nie służący jednakże, który zwykle mnie 
obsługiwał,  
lecz marszałek dworu, faworyt i zaufaniec hrabiny. 
— Czy pan Edward wyszedł? — zapytałem. 
— Pan Edward wyjechał w nocy. 
— Gdzie? 
— Z panią hrabiną, za granicę.Uszom nie wierzyłem, lecz pytałem 
dalej: 
— A książe także pojechał? 
Tu stary sługa wyjął dwa listy z kieszeni i wręczył mi je mówiąc: 
— Oto listy dla pana... 
Spojrzałem na adres. Jeden był skreślony ręką Korybutowicza, drugi 
hrabiny. 
— A od pana Edwarda — zapytałem — nic ? 
— Nic. Pan Edward zdecydował się w ostatniej chwili. 
— Nie kazał mi nic powiedzieć ? 
— Nic! — odparł stary marszałek, którego pomarszczone oblicze 
nigdy nic więcej,  
ani mniej nie mówiło, niż jego usta. 
Rozerwałem kopertę zawierającą list księcia i czytałem: 

background image

"Cher ami! W ostatniej chwili Edward się zdecydował towarzyszyć 
swej matce.  
"Wobec tego i ja mogę przejechać się do Nicei. Wyjeżdżamy razem. 
"Wolę cię  
pożegnać temi kilkoma słowy, niźli barbarzyńsko budzić cię, aby 
serdecznie dłoń  
twoją uścisnąć. Prosto z Nicei pojedziemy prawdopodobnie do 
Wielkich Grobli,  
potrącając jednakże o Warszawę, gdzie cię naturalnie 
zobaczę.Korybutowicz."Jeszcze bardziej dziwnem wszystko to mi się 
wydało teraz. Rozejrzałem się dokoła  
siebie; ochmistrza już nie było, wysunął się jak widmo. Rozerwałem 
druga  
kopertę, a list ten znów brzmiał: 
"Nie mogę sobie odmówić przyjemności pożegnania Pana choć 
listownie, i  
podziękowania mu de tout coeur za namówienie Edwarda do 
towarzyszenia matce. Nie  
spodziewam się go długo w Nicei zatrzymać, ale zawsze jestem 
szczęśliwa, że tam  
pojedzie, by jako ostatni Korjatyński, zamknąć powieki ostatniemu  
Sokołogórskiemu. 
"Dłoń pańską ściskam i jeszcze raz za oddane rai i Edwardowi 
przysługi  
serdecznie dziękuję, 
Hrabina Korjatyńska." 
Stałem oszołomiony. 
— Dlaczego Edward nie napisał do mnie ani słówka? Może czasu nie 
miał ? Musiał  
jednakże pisać do Celiny... Zbiegłem na pierwsze piętro. Pustka już 
panowała w  
pałacu. Czuło się ją, choćby tylko po zamkniętych drzwiach, które 
zawsze stały  
otworem. Poszedłem do ochmistrza dworu. 
— Dziś się wyprowadzam — rzekłem — gdzież jest służący Michał ? 
— Wyjechał z panem hrabią.— Jakto? W pałacu... 
— W pałacu nikogo niema — odparł — domyślając się mego 
zapytania — prócz mnie.  

background image

Jedni pojechali z państwem, inni zaś rannym pociągiem powrócili do 
Wielkich  
Grobli, a ja pozamykam tylko, i także dziś wieczorem wyjadę. 
Słuchałem, rozstrojony tą nagłą zmianą. Co miał znaczyć ten wyjazd, 
wyglądający  
na ucieczkę, pospieszną i tajemniczą? Dlaczego nikt o niczem nie 
wiedział  
wczoraj ? Jak mogli wszyscy zebrać się i spakować w ciągu kilku 
godzin w nocy ?  
Sam bowiem położyłem się był o jedenastej, a lokaj, który mi 
pomagał w  
rozbieraniu się, nic nie wiedział. Dziś go już nie było, jak i wszystkich  
innych. "Wybiegłem na ulicę, dopadłem dorożki i kazałem się wieźć 
do Leona.  
Spotkałem go w bramie domu, w którym mieszkał; wychodził już na 
miasto. 
— Nadzwyczajne zaszły rzeczy, które nasuwają mi dziwne myśli — 
zawołałem. 
— Cóż takiego ? 
Tu opowiedziałem Leonowi w kilku słowach o tem co zaszło. 
— Co więc przypuszczasz?... Celina musi wiedzieć... 
— Nie o to w tej chwili idzie; chciał-bym tylko abyś mi ty, swą- 
zwykłą, przytomnością, wskazał drogę. 
— Dokąd ? 
— Chcę się dowiedzieć jaknajprędzej, czy istnieje, czy żyje, czy jest 
zdrów, czy  
chory, książę Sokołogórski w Nicei. 
Leon pomyślał. 
— Nic łatwiejszego — zawołał. — Za chwilę wyślę depeszę do 
znajomego mi  
korespondenta jednej z gazet, który tam właśnie bawi. 
— Błagam cię... 
Wskoczyliśmy do dorożki, a za chwilę później biegła po drucie 
depesza.XXIII.Pospieszyliśmy do Celiny. Z oblicza jej odgadłem, iż o 
niczem nie wie, ale mimo  
to nie powstrzymałem zapytania które mi się mimowoli wydarło: 
— Otrzymałaś pani wiadomość od Edwarda ? 
— Jaką? Nie widziałam go od wczoraj — odparła blednąc jak ściana. 

background image

— Więc nie doniósł pani ? 
— O... czem?... 
— Edward wyjechał z matka. 
Celina na te słowa wytrzeszczyła oczy, drgnęła raz tylko i upadła 
zemdlona z  
łoskotem na ziemię, zanim mogliśmy przewidzieć to niespodziewane 
wrażenie, jakie  
na niej fakt ten wywarł. Nadbiegł dziadek, a Leonpopędził po lekarza. 
Celinę wynieśliśmy do jej sypialnego pokoju. 
W godzinę później przyszła nieco do siebie, ale uległa jednemu z  
najgwałtowniejszych moralnych wstrząsnień, jakie widziałem. 
Dopiero wtedy  
dowiedziałem się, co to jest egzaltowana kobieca natura i co to jest jej 
miłość.  
Majaczyła poprostu, nie mogąc zrozumieć postępku narzeczonego, 
który ją opuścił  
o północy, nie myśląc wcale o wyjeździe, a wyjechał już o czwartej 
rano. 
— Coś się stało — mówiła, jedno i to samo powtarzając — coś się 
stało, ale co ?  
co ? — pytała rozpaczliwie. 
Darmo uspokajaliśmy ją. Celina odpowiadała: 
— Nie uspokoicie mnie. Ja czułam w powietrzu katastrofę, i dlatego 
nie chciałam,  
by Edward... — urwała szlochając. 
Nie można z nią było mówić o tem. Stan zdenerwowania, w jaki 
wpadła, mógł się  
stać groźnym dla jej zdrowia. Próżno Leon, najmniej wagi 
przykładający do tego  
wyjazdu, tłumaczył: 
— Zdecydowawszy się w ostatniej chwili, co tem naturalniejsze, jeźli 
i on —  
mówił wskazując na mnie — do wyjazdu go nama-wiał, mógł 
absolutnie nie mieć czasu na pisanie choćby biletu. Napisze z drogi,  
z granicy, z Wiednia. Przecież to jasne jak słońce! "Wszak nie został  
zamordowany? Oszaleliście w waszym niepokoju. Przecież każdy na 
jego miejscu  
mając wyjechać, wolałby nie napisać, niż się spóźnić na pociąg. 

background image

Ale Celina wstrząsała tylko rozpaczliwie głową i szeptała: 
— Nie... nie... on nie byłby... 
Nie wiedziała co powiedzieć, bo się gubiła w domysłach nad tem, co 
mogło skłonić  
Edwarda do wyjazdu, a czego nie przypuszczała, czemu wiary nie 
dawała,  
wzmocniona przeczuciem, w które ślepo wierzyła. 
Czekaliśmy niecierpliwie na depeszę. Ta wreszcie nadeszła i brzmiała: 
"Sokołogórski mieszka w Nicei, w tej chwili gorzej na zdrowiu niż 
kiedykolwiek.  

Odetchnęliśmy, ja i Leon, ale Celina nie. 
Nastąpiły dni strasznych dla niej cierpień. Od Edwarda żadna nie 
przychodziła  
wiadomość. Gdy wreszcie minął ósmy dzień od jego wyjazdu, 
uznaliśmy z Leonem, że  
coś zajść musiało. "Wymieniliśmy kilka myśli i omówiwszy je 
dokładnie,  
przyszliśmy do przekonania, iż wszystko było możliwem. Puściliśmy 
znów depeszę  
do Nicei, aby siędowiedzieć, czy Edward bawi tamże, czy. przyjechał 
lub był tam. Nim jednak  
odpowiedź ta przyszła, lekarz pielęgnujący formalnie już chorą 
Celinę, zalecił  
jej natychmiastowy wyjazd z Warszawy. Doszła bowiem do tego 
stopnia  
rozdrażnienia, iż od niebezpiecznej choroby ocalić ją mogło tylko 
wyrwanie jej z  
dotychczasowego otoczenia i powrót do jakichś ulubionych, 
absorbujących ja  
zajęć. 
Celina więc powróciła z dziadkiem do Wybranówki. Wymogła tylko 
na mnie, przed  
wyjazdem, przyrzeczenie, iż udzielę jej natychmiast każdej 
wiadomości o  
Edwardzie i że za nim pospieszę, skoro tylko się dowiem, gdzieby był. 
Biedna kobieta zaczęła przypuszczać, iż Edward może odstąpił od 
zamiaru  

background image

poślubienia jej, pod naciskiem matki, skoro raz sam na sam się z nią 
znalazł.  
Obawiałem się ojej zmysły. Mieliśmy więc zasięgnąć języka, poczem 
ja  
postanowiłem podążyć za Edwardem, a Leon zamierzał udać się do 
Wybranówki, by  
złagodzić skutki fatalnej dla Celiny samotności. 
Wtem przyszła niepokojąca depesza od naszego korespondenta z 
Nicei. Brzmiała  
ona;"Hrabina Korjatyńska i książę Korybutowicz bawią w Nicei. 
Sokołogórski zdrowszy.  
Młodego Korjatyńskiego niema i nie było. " 
Telegram ten pogrążył nas w najstraszniejszych przypuszczeniach. 
— Co mogła wymyśleć hrabina Korjatyńska, aby nie dopuścić do 
małżeństwa syna z  
panną Narkiewicz — małżeństwa, które jużby się było w tych dniach 
odbyło? 
Działo się to bowiem w ostatnich dniach Maja. Bezsenne noce, jakie 
spędzałem,  
wzmagały mój niepokój i moje troski, a wspomnienie, wyniesione z 
pałacu  
Korjatyńskich, najdziwniejsze rodziło we mnie przypuszczenia. Do 
obawy mojej o  
Celinę przyłączyły się większe niemal jeszcze niepokoje o Edwarda. 
Przeszłość  
odżywała, a z nią razem jakieś silne uczucie sympatyi dla tego 
młodzieńca.  
Przypominałem sobie tysiące drobnostek, które mnie nierozerwalnie a 
silnie doń  
przywiązywały. 
Nie mogąc sobie niczego wytłumaczyć, postanowiłem odszukać 
Edwarda. 
Plan został w tej chwili zrobiony i miał zaraz wejść w życie. Ja 
miałem się udać  
do Nicei, gdzie, jeźli Edwarda nie było, mogłem się dowiedzieć o 
miejscu jego  
poby-tu; Leon zaś miał pospieszyć do Wybranówki i tara oczekiwać 
wiadomości odemnie. 

background image

Prócz wielu, jedna myśl mnie trapiła. Znałem pociąg Edwarda do pół-
świata, bo mi  
go on sam wyjawił; znał go i książe przezemnie. 
— Jeźli — myślałem — sprytny Korybutowicz rzucił go gdzieś 
zagranicą w objęcia  
jakiej awanturnicy, to był sposób godny autora, a prowadzący do 
wybicia z głowy  
hrabiemu małżeństwa. To jedno przypuszczenie wydawałomi się  
najprawdopodobniejszem. Wysłałem tedy depeszę do Korybutowicza, 
żądającą  
natychmiastowej odpowiedzi co do hrabiego. Jako dżentlemen 
skończony, książę  
odtelegrafował mi tego samego dnia: 
"Czekaj. List już wysłałem. " 
Czekaliśmy więc obaj z Leonem, aż po czterech dniach nadeszło 
oczekiwane pismo.  
Trudno opisać uczucia, z jakiem się rzuciłem na uperfumowany papier 
światowca: 
Pisał on co następuje: 
"Que la vie est drole. Telegram twój dostałem w chwili, gdy list ten 
zaczynałem  
pisać, domyślając się, że ty jesteś niespokojny o przyjaciela, a 
narzeczona o  
Edwar-da. Otóż tak to się z nim stało. Posłuchaj tej ciekawej historyi, 
a przyznasz,  
że dobrze ten list zacząłem. W Wiedniu zatrzymaliśmy się dwa dni i 
tu Edward,  
pozbawiony wpływu panny Narkiewicz, obiecał matce zastosować się 
do jej  
życzenia, w zamian za co pani Wanda miała dać pozwolenie na jego 
małżeństwo.  
Życzenie to pani Wandy polegało na tem, by. Edward odbył podróż 
po świecie,  
trwająca pół roku. Podczas tych sześciu miesięcy Edward przyrzekł 
naturalnie nie  
utrzymywać żadnych stosunków ze swą narzeczoną, bo inaczej próba 
dyabła byłaby  

background image

warta. Ja dostałem polecenie wyszukania mu w Wiedniu towarzysza 
do tej podróży,  
i naturalnie jak się domyślasz wywiązałem się z zadania, a ma 
maniere. Hrabina  
chciała w tym celu odszukać. starego francuza z Wielkich Grobli, ale  
zaoponowałem temu i puściliśmy Edwarda w świat z niejakim panem 
von Weiter, ex- 
huzarem i ex-nauczycielem dwóch książąt Liechtesteinnów, którzy 
dziś robią la  
pluie et la beauttemps w demi - mondzie wiedeńskim. Z Wiednia 
wprost wyjechali  
obaj do Liwerpolu. Edward z dziesięcioma tysiącami guldenów w 
kieszeni i pan von  
Weiter także. Zdaje mi się, mówię to tobie tyl-ko, że z nimi wyjechała 
niejaka panna Adelina Trotter, nazwana tutaj "fleur de  
rose" którą Edward raz spotkawszy na Grabenie, stanął jak wryty i tak 
długo  
stał, aż go ona sama wyrwała z odrętwienia słowami: "Du bist ganz 
dumm".  
Anegdotę tę słyszałem od pana von Weiter, a jest ona tylko dalszym 
ciągiem tego,  
coś mi opowiadał, jeźli sobie przypominasz. Chcąc oddać prawdziwą 
przysługę pani  
Wandzie, nadmieniłem von Weiterowi, że panna Adelina Trotter — 
fleur de rose  
chętnieby też pojechała do Ameryki. Wyjechali bowiem do Ameryki. 
Pani Wanda dużo  
liczy na chorobę morską, która ma wywierać bajeczny wpływ na 
uczucia idealne.  
Sądziłem że jesteś du courant tego przez Edwarda, bo nie wiem nic, 
czy i ty  
jesteś na liście osób nie mogących korespondować z wystawionym na 
próby  
młodzieńcem. Tymczasem próba jest, dzięki mnie tylko, osłodzoną. 
Boję się tylko  
by pani Wanda nie wpadła z deszczu pod rynnę, jeźli jest zwyczajem 
brać ślub na  

background image

okrętach. Dziś matka dostała depeszę z Liwerpolu, że syn jej wsiadł 
na okręt  
zwany Germania a należący do kompanii White-star. Pojmujesz jej 
radość! Coraz  
więcej bałwanów oddziela Korjatyński ego od panny Celiny Narkie-
wicz. Oto wszystko co do Edwarda. Co do mnie, to j'ai fini par 
expliquer à M-me  
Wanda, iż chcąc czekać małżeństwa Edwarda i końca prób, 
doczekałbym się łysiny  
qui n'irait plus avec un bouton de myrthe; ślub więc mój naznaczonym 
został na  
początek Czerwca w Paryżu, poczem zaraz powracamy do Wielkich 
Grobli". 
List dałem do czytania Leonowi. Nic też nie mieliśmy sobie do 
powiedzenia po tym  
opisie tak naturalnym i prawdziwym, a tak zgodnym z charakterem 
ludzi, grających  
tu główne role. 
Leon pospieszył do Wybranówki, zkąd niepokojące przychodziły 
wieści o Celinie,  
ja zaś pozostałem w Warszawie, gdzie miałem spędzić i lato. 
Wszystko więc zależało od przyszłości, która dla biednej panny 
Narkiewicz  
przedstawiała się strasznie. 
Książę piekielne miał pomysły. Gdyby nie ta Trotter łudziłbym się 
jeszcze  
małżeństwem Edwarda. Ale ten stał mi teraz żywo w oczach jak 
wtedy, wieczorem,  
na placu Teatralnym. Więc go wolała zgubić, własna matka, niż 
abdykować ze swych  
uprzedzeń. Jakże mi się potworną wtedy wydała hrabina, będąca dla 
mnie dotąd  
tyl-ko uosobieniem pychy i rozpasanej samowoli! 
Książę pisał, iż on tylko wpadł na pomysł dodania Edwardowi do 
towarzystwa pana  
von Weiter i panny Trotter. Ale nie! Plan ten był zbyt obrzydliwym, 
by autorem  

background image

jego miał być tylko książę. Był też zbyt genialnym na księcia, choć 
bez jego  
współudziału możeby nie był przyszedł do skutku. 
Więc i tu jeszcze ja moją niedyskrecyą wskazałem im drogę, 
prowadzącą najpewniej  
do uczynienia skutecznego zamachu na marzenia Celiny i na całe 
życie może  
Edwarda! Gdybym nie był wtajemniczał księcia w studya moje nad 
Edwardem?... 
Ale gdzież ta pyszna kobieta miała serce? i czy miała uczucie 
macierzyństwa?  
Woli raczej zmarnować moralnie syna, niż znieść obrażenie i 
upokorzenie zaciętej  
dumy ! Czułem się na długo przybity i zgnębiony. Złe zwyciężało 
widocznie.  
Ciekawy byłem przyszłości, a teraźniejszość mi się jeszcze nie 
wydawała jasną. 
Edward, którego znałem, nie mógł, zdawało mi się, zapomnieć 
narzeczonej, nie  
mógł nagle popełnić podłości, jak też nie mógł ożenić się w Maju z 
Celiną. A ta  
w swej wierze w szlachetność hrabiego,w swej autorskiej egzaltacyi i 
w swej dziewiczej czystości — jak mi doniósł Leon  
— wykrzyknęła odczytawszy list księcia: 
— Nie! nie! Tego Edward nie zrobił! To wszystko kłamstwo i 
zbrodnia!... 
Szalone, biedne dziewczę! 
KONIEC "HRABINY" ()