background image

K

ORNEL 

M

AKUSZYŃSKI

 

 
 
 

S

TRASZLIWE PRZYGODY

 

 

B

IBLJOTEKA 

D

ZIEŁ 

W

YBOROWYCH

 

1911 

background image

P

RZEDMOWA

 

 
Piękno  duszy  ludzkiej  i  słodki,  towarzyszący  temu  pięknu,  słoneczny  spokój, 

wywędrowały dawno z tej ziemi. Może mieszkają jeszcze gdzieś poza granicami posiadłości, 
które  zajął  „człowiek  cywilizowany”,  może  tulą  się  do  zielonych  sykomor  i  do  palm 
rozłożystych w nieznanych oazach, pod Wiecznie pogodnem  niebem  dalekiego południa  —
tam,  gdzie  nie  dotarła  jeszcze  tragedja  wewnętrzna  człowieka  nowoczesnego,  ale  tu,  u  nas, 
pod  szarem,  ołowianem  niebem  troski,  zasłaniającej  widnokrąg,  niepodobna  odnaleźć  tego 
piękna, i nietylko piękna. Zapomnieliśmy także wszelkiego wesela, zapomnieliśmy zdrowego, 
niefrasobliwego śmiechu. 

Odlatuje  nas  młodość,  zanim  zdołaliśmy  młodymi,  odlatuje  nas  miłość,  odlatuje  Wiara 

„staje  gorycz  zwiędłych  nadziei,  zawiedzionych  snów  i  tajemnica  jakiegoś  bólu,  który  w 
swoje  wnętrzu  niesie  każda  dusza,  ostrożnie,  kryjomo,  aby  brutalna  ręka  bliźniego  nie 
rozkrwawiła rany j jeszcze bardziej, nie przesypała jej solą, nie uczyniła z niej widowiska dla 
tłumu. Ot „zejdzie się trzech, czterech, niegdyś najweselszych ludzi i mówią: śmiejmy się — i 
nikt się nie śmieje… Piją szampana i mówią: cieszmy się! i nikt się nie cieszy… Całują usta 
dziewczęce i mówią: radujmy się! i są smutni”

*

Przez pryzmat takiego właśnie smutku patrzy na świat Kornel Makuszyński. Był czas, że 

usiłował bronić się przed nim, że chciał go przygłuszyć śmiechem, który dźwięczał jeszcze w 
jego „Romantycznych historjach”— ale już wówczas był to śmiech sztuczny, była to maska, 
którą  chciał  nałożyć  człowiek,  do  dna  duszy  swojej  smutny,  aby  zwieść  siebie  i  innych. 
Zresztą, pod taką jedynie maską w Polsce, od czasów Stańczyka, możliwy jest śmiech. Jest to 
śmiech tragiczny. 

Ale Makuszyński pod tą maską niedługo potrafił wytrwać. Spadła mu ona rychło, ukazując 

twarz poety o bolesnym wyrazie zadumy. 

Od czasu jego „Dziwnych powieści” wiemy już dobrze, kto do nas przemawia. 
Cóż ja jestem winien — wyrywa mu się w momencie szczerych wynurzeń — że widzę to, 

co widzę, że obrazy moje są czarne. Kiedyś mieszkała we mnie pustota i drwiłem z tego, co 
było  straszne.  Śmiałem  się  z  trwogi,  ale  mnie  bolał  mój  własny  śmiech.  Aż  raz,  nocą, 
ujrzałem  dziwne  rzeczy,  chciałem  śmiać  się  zwyczajem  łobuzów  i  śmiech  mi  zaparł  na 
ustach. 

Śmiech istotnie zamarł  od tej chwili na ustach „humorysty”. Miano to,  nadane mu  przez 

pierwszych jego krytyków, okazało się z gruntu fałszywem. 

Czy jednak dusza jego odwróciła się raz nią zawsze od słońca? 
Nie. W jednym z najpiękniejszych utworów swoich poeta woła; 
„Przyjacielu, któryś widział łąki i wyzłocone pola! Pójdźmy szukać słońca!” 
Była w nim, jest i będzie zawsze tęsknota do wyzwolenia się z tej obręczy tragicznej, którą 

życie zacisnęło mu na gardle. Mimo pozornej rezygnacyi, mimo jaskrawego czasem cynizmu, 
który patrzy na człowieka przez pryzmat kawiarni, drży w nim struna tajonych pragnień do 
odrodzenia człowieka. 

Człowiek–bliźni,  człowiek–brat  znalazł  w Makuszyńskim  bardzo przenikliwego badacza. 

Widzi on ha wskroś wszystkie złe, wstrętne i  głupie strony zwierzęcia ludzkiego, ale  widzi 
take wszystkie dobre odruchy duszy. 

Skala  jego  artystycznych  przeżyć  i  obserwacyi  rozszerza  się  nieustannie.  Talent  jego 

wzmacnia się, dojrzewa i mężnieje z każdym dniem. A talent to niepowszedni. Świetny, jeśli 
nie  najświetniejszy  stylista  doby  obecnej,  władający  piórem  jak  szpadą,  potrafi  słowem 
swojem  czarować  i  podbijać,  wzruszać  i  pieścić,  a  jeśli  trzeba  —  przeszywać  śmiertelnym 

                                                 

*

 Kornel Makuszyński – „Dziwne opowieści” 

background image

ciosem ironii. Mowa ojczysta otworzyła mu szeroko cały bogaty swój skarbiec, pewna, że go 
otwiera  przed  mistrzem.  i  nie  zawiodła  się.  Makuszyński  używa  wszechstronnie  i  dobrze 
powierzonych sobie skarbów. 

Książka  niniejsza,  którą  oddajemy  do  rąk  czytelników,  nie  zaznajomi  ich  dostatecznie  z 

twórczością autora „Awantur arabskich”, da im jednak przedsmak wrażeń, które ich czekają 
przy bliższem poznaniu poety. 

Kto raz zasmakuje W tej giętkiej, wypolerowanej, przepysznej prozie jego felietonów — 

wyciągnie z pewnością skwapliwie rękę po inne pisma „smutnego humorysty”. 

Z. Dębicki. 

background image

O

 SZLACHETNEJ DZIEWICY I JEJ KONIU

 
Rzeczą jest godną podziwu największego nawet mędrca, co siedząc na dywanie i drapiąc 

świerzb na wzniosłej piersi, wiele przemyślał, albo też chytrego golarza, który wiele słyszał 
opowieści z ust tych, co z daleka i z różnych przybyli stron  — jak bardzo księżyc podobny 
jest do szakala, gwiazdy do jaszczurek złotem  się mieniących, chmury od dromedarów, zaś 
słońce do człowieka. Pojmie to nawet człowiek z przyrodzenia głupi jak struś i taki, którego 
w  młodości  mocno  bito  bambusem  w  ciemię,  a  nawet  człowiek  podłego  rzemiosła,  szewc 
albo też taki, co układa wiersze; zdarzyło się też, że i niewiasta, głęboko i przez czas niejaki 
się  zastanowiwszy,  nie  odlatując  myślą  na  boki  (zgoła  jak  mieszaniec  osła  i  muła,  co  bez 
głębszej  po  temu  przyczyny,  ogon  zadarłszy  i  mocno  rycząc,  nagle  od  stada  odbiegnie) 
pojmie,  że  wiele  rzeczy  na  niebie  podobnych  jest  do  rzeczy  ziemskich,  parszywych  i 
marnych. 

Tak  też  myślał  sobie  głęboko  Ibrahim,  syn  Jusuffa  i  jeszcze  jednego  piekarza,  obu  ich 

bowiem miłowała szlachetna jego matka, słusznie mniemając, że dwóch snadniej i roztropniej 
wykończyć zdoła dzieło, niżby tego mógł dokonać jeden. Może dlatego też ów Ibrahim tak 
zaprawny był w myśleniu głębokim i niepospolitym, a cześć ludzka szła za nim jak szakal za 
wielbłądem.  Znało  go  wprawdzie  ludzi  niewielu,  trzech  najwyżej,  licząc  w  to  i  kadiego  z 
Damaszku, który go sądził raz za kradzież rzepy i obcięcie ogona szlachetnej klaczy; lepiej 
jest  jednak  człowiekowi,  jeśli  imię  jego  jest  w  czci  u  małej  liczby,  niżby  miało  być  w 
pogardzie u tysiąca, jak imię owego mędrca z Bagdadu, co mogąc zażywać wielkiej czci i, z 
powodu swojego nadmiernego rozumu, podał się w ludzką pogardę, ożenił się bowiem po raz 
dwudziesty  siódmy,  kiedy  mu  szczęśliwie  uciekła  dwudziesta  szósta  żona,  córka  szewca  i 
szejtana  zarazem,  jędza  i  piekielnica.  Dzieje  się  tak  nieraz  bowiem  za  niepojętą  sprawą 
Proroka, że bardziej mędrzec jest podobny do kulawego osła, niźli osioł do mędrca. 

W wielkiej tedy czci u ludzi będący Ibrahim, sam był na oazie El Haazar, plemię bowiem 

na  niej  mieszkające  wybrało  się  właśnie  na  kradzież  koni,  co  z  wielką  czyniło  fantazją  i 
należytą  wprawą,  nie  masz  bowiem  nic  gorszego  nad  to,  jeśli  kto  rzecz  swoją  czyni 
niedokładnie i leniwie; dlatego też człowiek mądry słusznie się odwraca tyłem do złodzieja, 
który się pozwolił schwytać, choć i to być może, że złodziej złodziejowi nie chce spojrzeć w 
oczy. 

Można  by  też  z  tego  mniemania  wiedzieć,  dlaczego  połowa  ludzi  na  świecie  patrzy  w 

ziemię. 

Ibrahim, syn Jusuffa (i jeszcze jednego piekarza), patrzył właśnie na niebo odpoczywając, 

wielce bowiem był zmęczony. Sprawował on urząd wielce ważny i pilny, rzeczą bowiem jego 
było wydobywanie wody z żołądka ziemi, czynił to zaś obracając przez dzień cały kołowrót, 
ów zaś ciągnął z czeluści studni pełne wiadra. Chociaż do owego rzemiosła nie trzeba było 
wielkiej nauki i przemyślności, jednakże mógł je sprawiać tylko mąż stateczny, którego myśli 
nie Są rozpierzchłe i który zdoła chodzić w kółko od wschodu do zachodu słońca. Zdawało 
mu się nieraz, kiedy mu się mózg zakręcił tak, że się z niego uczynił gorący pilaw, że on sam 
jest studnią i  z siebie smakowitą czerpie wodę, mimo  tego jednakże szanował  ten człowiek 
swoją pracę, słusznie mniemając, że i mędrzec, chociażby największy, nic innego nie czyni, 
jak  kręcąc  się  w  kółko  wydobywa  wodo,  którą  potem  piją  i  ludzie,  i  parszywe,  kwiczące 
muły.  Za  pracę  swoją  miał  niewiele,  bo  poza  tym,  że  otrzymywał  dwie  garście  daktylów, 
wolno  mu  było  pić  tyle  wody,  ile  zechce,  słuszną  bowiem  jest  rzeczą  i  sprawiedliwą,  aby 
człowiek mógł do syta spożywać owoce swojego trudu. 

Największą  jednak  nagrodą  była  pogoda  duszy,  skarb  wielki  i  bezcenny,  albowiem 

Ibrahim  miał  w  piersi  niebo,  w  głowie  zaś  wciąż  miał  wodę,  o  niej  bowiem  myślał  przez 
dzień cały. Dlatego też myśli jego były czyste i wzniosłe; widział tez wiele rzeczy, dla innych 

background image

niepojętych, jako i tę, na którą patrzył w tej chwili, ległszy na wznak na szlachetnych swych 
plecach, z rzadka okrytych wrzodami. Patrząc na słońce ujrzał, iż to jest rycerz na ognistym, 
wielkiej  ceny  i  wielkiej  krwi  koniu  siedzący,  który  pędzi  po  pustyni  nieba.  Czasem 
przystanie,  a  wtedy  koń  pije  wodę  z  czarnej  chmury,  która  jest  pełna  jak  bukłak  z  koźlej 
skóry, potem zasię krzyknąwszy głośno, rycerz ów znowu goni aż do Medyny zachodu, gdzie 
na niego czeka Prorok na’ purpurowym z miękkich chmur dywanie siedzący i pali fajkę tak 
wielką jak palma, zaś dym z niej pada na ziemię jak srebrna mgła. Tam ów rycerz słoneczny 
pada  w  proch  przed  Prorokiem,  on  zaś,—  rad  wielce,  pozwala  mu  całować  swoją  nogę  i 
mówi:  „Spocznij  przez  noc  w  haremie,  jutro  bowiem  popędzisz  na  wschód,  dokąd  moje 
zanieść masz błogosławieństwo”. 

Tak  sobie  myślał  Ibrahim,  we  czci  ludzkie,  lezący  na  szlachetnych  plecach,  kiedy  nagle 

nasłuchiwać  począł  pilnie,  bowiem  wprawnym,  chociaż  brudnym  uchem  złowił  tętent 
bachmata.  Bystrze  pojął  w  tej  chwili,  że  jeśli  słychać  odgłos  kopyt,  tedy  ktoś  nadjeżdża, 
bardzo  bowiem  sprytny  był  w  rozumie;  porwawszy  się  tedy,  jął  kręcić  kołowrót,  który 
skrzypiał dziwnym głosem, tak iż mogłeś rozumieć, że to szakal chrapliwie zaszczekał albo 
też swarliwa poczyna mówić niewiasta. 

Tuż przed nim wrył ktoś w miejscu rumaka, aż grudy ziemi bryznęły. Rumak był piękny 

jak  hurysa,  czarny  jak  noc,  zaś  oczy  miał  jak  dwie  migotliwe  gwiazdy.  Rozdął  chrapy, 
zwietrzywszy  człowieka,  i  przysiadł  nieco  na  zadzie,  zgoła  jak  księżniczka,  co  chcąc  się 
wydać piękniejszą, słodko się przegina w tył, ukazując w ten sposób obfitość piersi, bogatych 
i  urodzajnych  jak  sułtańskie  ogrody,  pełnych  jak  skórzane  wory  wina;  biegiem  rozogniony, 
drżał ów pyszny rumak jak odaliska, którą wiodą do łożnicy kalifa, ona zaś się trwoży, czy też 
ciało  ma  dość  pachnące.  Potem  zasię  koń,  wodę  poczuwszy,  strzyc  począł  uszyma  jak 
derwisz,  kiedy  poczuje  przez  mur  zapach  gotowanej  kury  i  niebo  się  przed  nim  nagle 
otworzy. 

Z  podziwem  patrzył  na  owo  zwierzę  szlachetne  mądry  Ibrahim  i  rozmyślał  w  duszy,  ze 

wiele  jest  na  świecie  rzeczy  piękniejszych  od  człowieka,  tym  zaś  snadniej  w  to  uwierzył, 
przyjrzawszy  się  twarzy  jeźdźca,  który  krzywdę  czynił  szlachetnemu  rumakowi,  z  taką,  na 
nim jeżdżąc twarzą. Była ci ona bowiem do nadgniłego podobna melona, z którego patrzyły 
oczy  zakisłe,  jak  stęchły  pilaw,  szalbiercze  i  chytre;  rzadka  broda  stroiła  tę  gębę  obleśną, 
podobną  do  ogona  starego  szakala,  który  oblazł  cały  i  sparszywiał,  zaś  sierści  na  nim  nie 
zostało tyle, iżby wiele się w jej gęstwinie mogło ukryć pcheł. 

Jeździec ów, Ibrahimowi się przyjrzawszy, skinął na niego, aby się przybliżył, po czym z 

bliska go swoim lepkim umazawszy wzrokiem, zapytał: 

— Czy woda twoja jest dobra do picia? 
Ibrahim rzekł roztropnie: 
— Czy koń twój jest mądry? 
— Koń mój jest mądry jak wielki wezyr, a przemyślny jak derwisz. 
— Tedy czemu pytasz, czy woda jest dobra, widząc, jak koń twój na jej widok strzyże z 

radości uszyma? 

— Allach!  —  rzekł  jeździec  —  mówisz  jak  człowiek  rozsądny.  Czy  mądrość  swoją 

czerpiesz ze studni? Daj mi pić… 

Ibrahim  zastanowił  się  i  myślał  chwilę;  potem  zaś,  dziwnie  na  niego  spojrzawszy, 

powiada: 

— Czy koń twój niósł ciebie, czy ty niosłeś konia? Dlatego najpierw dam pić jemu. 
— Koń  jednakże  nie  rozbije  ci  głowy  ani  cię  nie  nazwie  synem  wieprza,  ja  zaś  snadnie 

uczynić mogę jedno i drugie. 

— Słusznie  mówisz  —  odrzekł  słodko  Ibrahim  —  dlatego  też  właśnie  napoję  najpierw 

twego konia. 

background image

To rzekłszy wziął bukłak, zaczerpnął wody i uśmiechając się zachęcająco, jak czyni mąż w 

dniu wesela, poił rumaka, który pił chciwie i z lubością, mrużąc oczy i strzygąc uszyma, za 
czym parsknął i otrząsnął się, zgoła jak człowiek, który wyszedł z kąpieli i orzeźwion wielce, 
patrzy na świat pogodniej. 

Temu  wszystkiemu  przypatrywał  się  Ibrahim,  cmokając  radośnie  ustami,  podobnie  jak 

czyni  stary,  owrzodziały  basza,  przechadzając  się  powoli  wzdłuż  szeregu  dziewic,  mniej  i 
więcej  popsowanych,  wystawionych  na  sprzedaż;  czasem  zaś,  dla  tym  większego 
ukontentowania,  udając,  że  chce  kupić  cudną  Greczynkę,  co  ledwo  z  dziecięctwa  wyrosła, 
niczym  zaś  zażywniejszym  nie  mogąc  wzbudzić  rozkoszy  w  sercu  swym,  wyschniętym  i 
jałowym,  podobnym  pustej  sakwie,  w  której  kiedyś  było  wiele  —  z  lekka  ją  poklepie  po 
łopatce albo też pod brodę ująwszy, drugą ręką gładzi po twarzy. Tak też Ibrahim z lubością 
wielką  dotykał  czarnej,  lśniącej,  miękkiej  sierści  konia  i  troskliwie  ogarniała  muchy  z  jego 
szyi,  podobnej  szyi  sułtańskiej  córki,  którą  ojciec  kazał  udusić  rzezańcom,  bowiem  miała 
potomstwo z tańczącym derwiszem, a przecież żadna jej się nie stała krzywda, bo jako mówi 
słynny  jeden  poeta  (który  potem  z  nadmiernego  podziwu  zwariował)  —  szyja  jej  była  tak 
piękna, że który  rzezaniec dotknął jej rękoma, uczuwał  nagle, za niepojętą sprawą Proroka, 
takie  w  sobie  namiętności  i  moce,  taką  zaś  w  sercu  tkliwość  i  jęk  miłości,  że  się  każdy 
obwiesił  raczej,  niżby  owej  sułtance  miał  uczynić  krzywdę.  Tak  ich  wyginęło  trzystu 
dziewięćdziesięciu  dziewięciu,  zaś  ostatniego  sułtan,  w  rozpaczy  już  wielkiej  będący, 
zachował, aby ród owych ludzi pożytecznych do cna nie wyginął. 

— Jak się zowie twój koń? — spytał wreszcie Ibrahim. 
— Zowie  się  Syn  Strusia,  przez  co  się  wykłada,  że  wiatr  przegoni  w  pustyni.  Koń  ten 

biegnie  prędzej  od  śmierci,  która  mnie  goniła  niedawno,  siedząc  na  samumie,  a  nie 
dognawszy gryzie w pustyni piasek z rozpaczy i targa brodę z gniewu. Ty mi jednak powiedz, 
co ci się należy za wodę, nie jestem bowiem dostojnik żaden, który nie płaci i wybija zęby! 

Ibrahim ważył długo w myśli tę sprawę. potem rzecze: 
— Jeśli łaska twoja jest mała jak pestka daktyla, tedy mi daj miedziany pieniądz, a bądź 

pewny, że cię nie będę klął i nie będę ci życzył, abyś złamał obie nogi lub się udławił baranią 
kością. Jeśli łaska twoja jest wielka jak meczet, tedy mi pozwól, abym za wodę przejechał się 
na  twoim  koniu  od  tej  palmy  aż  do  tamtej  opodal,  która  uschła,  gdyż  się  na  niej  powiesił 
niedawno jeden mędrzec. Czemu się śmiejesz? 

— Zdawało mi się bowiem, żeś jest rozsądny, ty zaś głupi jesteś jak strusie jajo. Chcesz, 

bym  ci konia pozwolił? Ohe, ohe! Czy nie wiesz, że koń, krew w sobie mający szlachetną, 
jest siedmkroć razy uczciwszy od kobiety, która  wspaniałego serca w sobie nie mając i  nie 
bacząc  na  swego  pana,  wszelkiej  zdrady  się  dopuści?  Choćbym  ci  na  jego  grzbiecie  siąść 
pozwolił, lepiej by ci było siąść na żelaznym garnku, w którym się żarzą węgle, dłużej byś 
bowiem  na  nim  siedział.  Ja  ci  jednak  i  tak  nie  pozwolę,  abyś  mi  na  nim  nie  uciekł,  sam 
bowiem  tego konia ukradłszy, wiem,  jak łatwo się to  czyni.  Wtedy można go było  dosiąść, 
dziś jednak koń ten, zrozumiawszy, kto jest jego prawowitym panem, wszystkie by ci połamał 
żebra, jeśliby ci ich nie połamał kawas w więzieniu. 

To mówiąc zeskoczył z kulbaki i zawiódłszy konia ku polanie, uwiązał go przy niej, potem 

usiadłszy wygodnie, złośliwie patrzył na Ibrahima. Ten opuścił głowę na pierś, która, niezbyt 
wielki mając do dźwigania ciężar, oddychała szybko. Usiadł  też na twardym  podłożu nóg i 
milczał długo mniemając, że już nic nie ma do powiedzenia. 

Tamten jednak zjadłszy niewiele daktyli, które żuł długo, potem zasię wypluwszy na dłoń, 

suszył je w słonecznej spiece i znowu żuć poczynał, długo nad czymś rozmyślał kiwając się 
roztropnie, jak czyni  słoń,  wielki mędrzec, przymykał  skisłe oczy, potem  je znowu szeroko 
otwierał,  jak  to  czyni  zdychający  ze  starości  wielbłąd,  potem  zaś,  nakarmiwszy  żołądek  i 
dawszy posiłek sercu, dziwną rozpoczął rozmowę z Ibrahimem. 

— Jak się zowiesz? — zapytał go najpierw. 

background image

— Ibrahim, syn Jusuffa. 
— Imię twoje jest piękne… Pozdrowienie tobie, Ibrahimie. 
Ów się zdumiał. 
— Czemu mnie pozdrawiasz teraz dopiero? 
— Albowiem  widzę,  że  nie  jesteś  chciwy  na  pieniądze  i  nie  chciałeś  ich  za  wodę.  I 

roztropny jesteś, Ibrahimie, synu Jusuffa, który oby żył sto lat. 

— Umarł już, czemu mu nie dajesz spokoju? 
— Tedy gdyby żył, oby. żył trzy razy po sto lat. Widzisz sam, jak bardzo przypadłeś mi do 

serca; gdybym miał syna, chciałbym, aby do ciebie był podobny. 

— Nie mów tego, musiałbym ci bowiem odrzec, że chciałbym, abyś był podobny do mego 

ojca, który leży w grobie. 

— Bismillach! Twój ojciec jest w raju. 
— Rzekłeś! Ojciec mój nie ukradł konia… 
Tak to oni sobie mówili, jasnym było bowiem, że ów jeździec czeka na coś i tymczasem w 

wielkim  wprawia  się  myśleniu  i  jakoby  zaprawia  język  jak  rycerz,  co  zanim  na  bitwę 
wyjedzie,  długo  krzywą  szablą  macha,  głośno  pokrzykując  dla  nadania  męstwa  swojemu 
sercu,  które  nie  zna  trwogi;  roztropnym  jednak  będąc,  wie,  iż  wszelka  wrzawa  wiele  mu 
pomoże. Długa też minęła chwila, zanim ów rzekł: 

— Ibrahimie, synu Jusuffa, żali tędy nie przejeżdżał na wielbłądzic Abdul Azis, przyjaciel 

mój i krewny, wielki jednakże złodziej i wuj szakala? 

— Nie był tu nikt taki… Czemu pytasz? 
— Albowiem jeśli nie był, tedy przyjedzie, ja zaś mam z nim sprawę i obawiam się, aby 

mnie  nie  napadł  i  nie  obdarł,  na  wszystko  się  bowiem  waży  ten  człowiek.  Proszę  cię  tedy, 
Ibrahimie, abyś dawał baczenie i obronił mnie w razie potrzeby. 

— Jaką z nim masz sprawę? 
— Oto ten człowiek chce kupić ode mnie tego konia. 
— Jak rzekłeś? 
— Konia chce kupić ode mnie. 
— Tego konia kupi kalif, kiedy się o nim dowie. 
— Kalif mi nie zapłaci tego, co mi za niego chce dać Abdul Azis. 
— Allach! Rozum ci się pomieszał… 
— Czemu mnie krzywdzisz? Popatrz na mnie i wiedz, żebym ci mógł jednym uderzeniem 

pięści wybić oko i wytłuc trzy razy po dziesięć zębów, ale jestem łaskawy, albowiem widzę, 
że konia mego miłujesz. 

— Więcej niż ciebie… 
— Prorok ci za to ciężką i śmiertelną zapłaci chorobą, albo trądem, albo gniciem wątroby. 
Teraz zaś słuchaj, albowiem zdaje mi się, że na krańcu pustyni widać dwa wielbłądy. To 

jedzie on, który oby nie dojechał. Wiesz, co mi chce dać za mego konia? 

— Uszy moje szerokie są jak bramy Bagdadu… 
— Chce mi dać swoją córkę. Oh! 
Rzekłszy  to  przymknął  skisło  oczy  i  uśmiechnął  się  obleśnie,  szeroko  otworzywszy 

plugawy pysk, z którego wiele pociekło mu śliny na rzadką brodę, na znak, że dusza jego w 
wielkim jest zachwycie i widzi niebo. 

Ibrahim zadumał się smutno i zdaje się głębokie w sobie ważył myśli, gdyż miał w oczach 

wielką troskę, która usiadła mu na twarzy pomiędzy oczyma jak zły, dziki ptak, co usiadł na 
drzewie  i  szponem  drze  korę.  To  jedno  jednak  było  widać  jasno,  iż  wielką  dla  swojego 
towarzysza czuje wzgardę i w dobrej swej duszy z końskim go porównywa nawozem. 

Ów  się  w  tej  chwili  obudził  z  zachwycenia  i  spostrzegłszy,  że  tamci  są  już  niedaleko, 

zawołał  cicho  konia  po  imieniu,  potem  zaś  podniósł  się,  uszedł  kilka  kroków  i  czekał,  aż 
uczuł  blisko  szybki  i  świszczący  oddech  zdyszanych  wielbłądów,  podobny  do  owych 

background image

westchnień,  które  wydaje  z  piersi  stara  i  opasła  niewiasta,  nagłą  żądzą  jak  płomień  objęta. 
Wtedy chwycił wielbłądy za uździenice, mocno śmierdzące, przepojone bowiem były starym, 
stęchłym  tłuszczem  dla  tym  większej  giętkości,  i  silnym  ramieniem  zmusił  wielbłądy,  aby 
sprawnie uklękły, co uczyniły, patrząc roztropnie i smutno, dwie bowiem są smutne rzeczy na 
świecie: dwoje oczu wielbłąda. 

Uskoczył na ziemię Abdul Azis, drab rosły jak palma i bezczelny na pysku, czarnym jak u 

szejtana;  oczy  miał  zezem  patrzące  i  bardzo  niespokojne,  tak  iż  zdawało  się,  że  wszystko 
widzi  od razu i  wszystko  naokół  rad by ukraść;  zasię za nim szła, słaniając się po szybkim 
wielbłądzim biegu, niewiasta, z twarzą zakrytą czarczafem; zgrabnej była postaci i wiotka, co 
łacno  poznasz,  jeśli  mądrym  okiem  przejrzeć  zdołasz  z  grubego  sukna  uczynione  szaty, 
chociaż  powiada  inny  mędrzec,  że  łacniej  dowiesz  się,  co  jest  we  wnętrzu  ziemi,  niźli 
odkryjesz wady konia i niewiasty. Tego nie wie i Prorok. 

Kobieta  stała  w  milczeniu,  oni  zasię  witali  się  pięknie,  używając  słów  smakowitych  i 

nadobnych,  jak  przystoi  mężom,  o  których  jeden  Allach  tylko  wie,  że  jeden  i  drugi  jest  to 
złodziej wielki i wcale niemały. 

Mówił oto Abdul Azis: 
— Od  trzydziestu  dni  myślę  o  tym,  abyś  był  szczęśliwy  i  aby  żołądek  twój  nie  chorzał 

nigdy,  Mohammedzie,  bracie  mój,  światłości  moich  dni.  Obyś  nigdy  nie  widział  szakala 
smutku i węża zgryzoty, a szabla twoja oby wielkie spełniała czyny. Jedno mnie tylko dziwi, 
że nie jesteś kalifem, tyś nim bowiem być powinien! 

To rzekłszy spojrzał na przyjaciela swego tak, jak się patrzy na zgniłe jajo albo na glistę, 

albo  też  na  padlinę.  Ów  zasię,  Mohammedem  nazwany,  napluł  na  tamtego  w  głębi 
przepaścistej myśli, kopnął go tajemnie w sam środek brzucha, a pomyślawszy, że szakal by 
nie  tknął  nawet  tego  zbója,  tak  strasznie  go  czuć  złodziejem,  szedł  powoli  i  z  powagą  po 
rajskiej łące swojej duszy i zrywał kwiaty słów, z których każde miało woń kadzidła. Oto mu 
rzekł: 

— Gdyby Aladyn wszedł do twojego serca, zdumiałby się, ujrzawszy w nim takie skarby, 

jakich nie ma stu sułtanów na ziemi. Wiem, że cię za to Allach miłuje, rzekł bowiem dziś w 
nocy do Proroka: „Powiedz mi, czy to słońce upadło na ziemię, czy też to Abdul Azis po niej 
chodzi?”  Niech  ci  za  to  da  dwa  razy  więcej  łat  życia,  niźli  ja  ci  życzę,  przyjacielu  mój, 
którego miłuję. Powiedziałem. 

Potem, usiadłszy naprzeciwko siebie, patrzyli sobie długo w oczy, a każdy z nich wiedział, 

co wiedział. 

Kiedy  zaś  minęła  długa  chwila,  o  kulach  chodząc,  rzekł  Mohammed,  jakby  nie  wiedząc, 

jak się rzecz ma: 

— Czy na drugim wielbłądzie przybył z tobą anioł Gabriel? 
— Jest  to  córka  moja  —  odrzekł  skromnie  Abdul  Azis  —  która  ciebie  miłuje,  o  czym 

wiem  pewnie.  Ty  mi  zaś  powiedz,  kto  jest  ten  człowiek,  który  nie  patrzy  na  nas,  tylko  na 
twojego  konia.  Czy  nie  mniemasz,  że  ci  go  urzeknie,  twój  koń  zaś  i  bez  tego  nie  jest  tak 
zdrów, jak by się tobie mogło wydawać. 

Mohammed poczerwieniał i odrzekł powoli: 
— Jest to człowiek, który wyciąga wiadra z wodą, a jest tak roztropny, że woli patrzeć na 

mojego konia niż na twoją córkę. 

— Jeśli jest tak roztropny, tedy mu łacno wypłynąć może oko, jeśli się do niego przybliżę. 
— Abdulu  Azisie,  ten  człowiek  jest  tak  mądry,  że  woli  mieć  tylko  jedno  oko,  aby  nie 

widzieć dwoma, iż córce twojej brakuje siedmiu zębów na samym przedzie. 

W tamtym zapiekła się od razu wątroba i nieco się w nim rozlało żółci, nie dał tego jednak 

poznać po sobie, lecz nawet się uśmiechnął owym uśmiechem, którym człowiek uśmiecha się 
na pół już oszalały, i rzekł: 

background image

— Wiem, że lubisz żartować, bracie mój och, jakżem się uśmiał! Byłbym wśród śmiechu 

zapomniał ci powiedzieć, że minister Al Mahara daje mi za nią trzydzieści wielbłądów i sześć 
razy po sto baranów. 

— A czyś ty nie poszedł do kalifa? 
— Po co? 
— Aby mu powiedzieć, że jego minister zwariował… A jeśli nie, dlaczegoś nie wziął tego, 

co ci dawał? 

— Chcę bowiem  mieć twego konia, który ogon  ma bardzo piękny. Wszystko  inne jest u 

niego zwyczajne i bez ceny; chcę jednak postąpić z tobą jak brat i dlatego pytam się ciebie 
wyraźnie, czy mi dasz konia za córkę, aby ci służyła przez tysiąc lat? 

Mohammed nie odrzekł ani słowa, lecz powstawszy z godnością, zbliżył się do niewiasty, 

a  otworzywszy  jej  rękami  usta,  począł  pilnie  liczyć  jej  zęby,  po  czym  ująwszy  w  palce 
kosmyk włosów, próbował ich miękkości, jak się próbuje jedwabi w bazarze bagdadzkim. 

Coraz  mu  się  bardziej  wydłużała  obleśna  twarz,  za  czym  dotknął  rękoma  jej  piersi, 

obejrzał  ręce,  po  czym  poza  nią  stanąwszy,  mierzył  starannie  położenie  łopatek,  zaś  na 
koniec, nieskromnie czyniąc, badał wszelką na jej postaci wypukłość. Kiedy to uczynił, usiadł 
znów spokojnie i rzekł jedno tylko słowo: 

— Nie dam! 
Abdul Azis pchnął go w tej chwili oczyma jak kindżałem i uśmiechnął się. 
— Czego tedy chcesz za konia? 
— Najpierw twojej córki. 
— Już ci ją dałem. 
— Oba wielbłądy będą moje. 
— Hę? 
— Dasz mi jeszcze tę szablę i dwa kindżały z damasceńskiej stali. 
— Jak rzekłeś? 
— Dasz mi dwa siodła, zaś co roku, aż do lat dziesięciu, dziesięć baranów, abym miał ją 

czym wyżywić, gdyż jest chuda. 

Abdul Azis wywrócił białka oczu i zdawało się, że oszalał; dyszał tak ciężko, iż zdawało 

się, jakoby z pustyni nadciągała burza, po czym, oddechu nieco schwytawszy, poczerwieniał i 
rzekł jakby przez łzy: 

— Córka moja ma twarz słońca. 
— Mój koń — odrzekł Mohammed — nie zakrywa twarzy. 
— Miłuje ciebie jak źrenicę oka. 
— Zapytaj mojego konia, czy tego samego nie zdoła? 
— Mohammedzie! widziałeś kiedy u kobiety nogi tak małe i tak piękne? 
— Ma ich tylko dwie, mój zaś koń ma ich cztery. 
— Bismillach! — jęknął Abdul Azis — ona ma głos. podobny do głosu słowika. 
— Tedy chcesz mnie oszukać; mój koń nie mówi wcale. I to ci jeszcze powiem: nie będzie 

mi życzył śmierci ani mnie nie zdradzi, ani mnie nie przeklnie. Koń mój jest roztropny i nie 
trzeba mu adamaszku na szaty ani sandałów, ani bakalii. Ani nie płacze, ani się śmieje. Czy 
widzisz, jak bardzo chciałeś mnie oszukać, wielki złodzieju, synu Ali Baby? Dasz wielbłądy, 
szablę i siodła, i barany? 

— Nie dam! — ryknął Abdul Azis i porwawszy się, chwycił swojego przyjaciela za rzadką 

brodę, ów zaś to samo uczynił, jeno łapczywiej, tak iż się tarzać poczęli po ziemi, wyrywając 
sobie włosy, dość sprawiedliwie i niemal w równej mierze. Krzyknęła niewiasta i przypadła 
do wielbłądów, oni zaś, niepomni na nic, trykali łbami o brzuchy, wyłamywali sobie ręce ze 
stawów i kąsali się spróchniałymi zębami. 

Kiedy ich wreszcie moce odeszły, odpadli jeden od drugiego mocno dysząc i wyrzucając z 

ust słowa cuchnące i zgniłe. Aż im smagłe nagle pobladły oblicza i rozszerzyły się źrenice. 

background image

— Co to jest? — jęknął Mohammed. 
Abdul Azis patrzył długo, wreszcie pojąwszy, krzyczał strasznie: 
— Ów człowiek wiadra ciągnący porwał konia, wielbłądy i córkę moją i ucieka!… 
— Allach Rossoulach! 
Mohammed  porwał  się  z  ziemi  i  chwyciwszy  się  obiema  rękami  za  głowę,  trząsł  nią  jak 

kamieniem, przyjaciel zaś jego patrzył długo za zbiegiem, wreszcie rzekł słodko: 

— Rzekłeś, Mohammedzie, to jest człowiek roztropny… Lecz co to jest? 
Spojrzał i Mohammed. Oto ów człek zatrzymał się w oddali, pogoni się nie bojąc, po czym 

podniósł  powoli zasłonę z twarzy córki  Abdul Azisa; i można było  widzieć z oddalenia, że 
nagle  jakby  piorun  w  niego  trzasnął:  chwyciwszy  ją  za  ramiona,  zsadził  z  wielbłąda  i  sam 
pognał  jak  wicher,  ona  zaś  z  wielkim  płaczem  wracała  na  łono  swego  ojca,  któremu  oczy 
wylazły na wierzch z rozpaczy. 

Spojrzał na niego Mohammed i powiada: 
— Rzekłeś, iż to Jest człowiek roztropny? 
Ja ci mówię, iż to jest mędrzec, złodzieju ty, synu i wnuku złodzieja… 

background image

L

IST Z WYSPY ŚMIERCI

 

 

Dowiaduje się z niego czytelnik, jak autor 

wyjechał  na  święta  na  galicyjską  wieś,  jak 
będąc  krytykiem  teatralnym,  nie  mógł  wrócić 
do  stolicy  na  premierę  i  co  się  z  kim  potem 
stało. 

 
Mój Redaktorze! 
 
W chwili, kiedy, tłumiąc łkanie, będziecie czytali list ten, mnie może już nie będzie; może 

jakaś  stara  czapla,  z  pasyą  udającą  ibisa,  zaduma  się  nad  zwłokami  topielca,  pływającego 
leniwie  Wśród  naddniestrzańskich  szuwarów  i  mruknie:  „ten  człowiek  ma  zdeformowaną 
czaszkę”.  Rzecz  tedy  jasna,  że  na  premjerze  „Trybuna”  być  nie  mogę,  a  piorunujące 
redakcyjne depesze czytam z bolesnym uśmiechem, rzekł już raz bowiem Fredro, „że kto w 
grobie jedną nogą, na tym groźby nic nie mogą”. Urządzajcie sobie premjery sami, — ja sobie 
urządzam pogrzeb, obmyślając go szeroko i długo, gdyż mam czas. 

Jestem  zamknięty  na  wyspie,  nademną  niebo,  naokoło  zaś  woda,  niezmierna  woda,  ten 

straszliwy  artykuł,  którego  u  nas  jest  najwięcej.  W  tej  chwili  poznałem,  że  pismo  „Nasze 
zdroje”  ma  racyę  bytu,  w  tej  chwili  rozumiem  całą  polską  poezyę  ostatniej  doby,  pojmuję 
doniosłość odczytów jubileuszowych. Jestto jasnowidzenie topielca: 

Jakżeż więc mam przyjechać na „Trybuna”? 
Po com tu lazł?—Czy” ja wiem? Czy tylko Przybyszewskiemu wolno urządzać „Topiel”? 

Jak to się zresztą stało, powiem: 

Mam  bardzo  czarnego  i  szczęśliwego  przyjaciela,  szczęśliwy  on  zaś  jest  dlatego,  że  ma 

wieś, mojem jednak zdaniem jest to człowiek, mający początki obłędu, gdyż tem tylko można 
sobie wytłómaczyć, że mąż ten zaprosił do siebie na święta kilku literatów. Kombinowaliśmy 
tedy tak: albo nagle oszalał, albo nie ma nic do stracenia, albo napisał dramat i obce go nam 
przeczytać,  albo  też  mu  zdechła  krowa,  on  zaś,  nie  mając  co  z  tem  zrobić,  sprasza  chude 
poety,  aby  raz  porządnie  zjadły.  W  każdym  razie  dobry  człowiek,  więc  jedziemy, 
przytroczywszy bagaż do guzika kamizelki. 

Miało nas być czterech, jeden jednak zawiódł, twierdząc, że musi tłómaczyć Shelley’a; o, 

chytry!  Siedzi  nas  tedy  trzech  w  wagonie  i  czeka.  Mija  jedna  godzina,  a  pociąg  stoi.  To 
trudno, to się zdarza. Mija druga godzina, a pociąg, jak stal zadumany, tak stoi. I to się 

— Deszcz pada, więc nie chce wyjechać z pod dachu,—mówi autor „Stepowej panienki”, 

gdyż on był jednym z tych, którzy się zlakomiił na mięso zdechłej krowy. 

— Alleluja!  Alleluja!  —  szepce  autor  „Michała  Anioła”,  gdyż  nastrój  świąteczny  zaczął 

już na niego działać. 

A pociąg stoi sobie i pogwizduje przez zęby; dymi, jakby przez nos, nonszalancko i głupio. 
— Panie konduktorze, kiedy pociąg ruszy? 
— A kto go tam wie? 
— A pan nie wie? 
— Ja wiem, jak już jadę. 
— To jakiś „nietutejszy”. 
— Jedzie! jedzie! 
— Alleluja! Alleluja! 
Maszynista  zaciął  pociąg,  który  wypełznął  ze  stacyi,  jak  glista;  na  wszystkich  twarzach 

znać  wzruszenie;  jedna  niewiasta  ociera  pot  z  czoła,  druga  zasię  w  nieprzytomnem 
podnieceniu wciąż to zdejmuje, to wkłada rękawiczki. Ale to nic, to jeszcze nic. 

background image

Na pierwszej stacyi pod Lwowem pociąg staje; biegniemy do okien i bladość okryła trzy 

twarze:  tuż  za  torem  szarzeją  gmachy  Kulparkowa  (na  psa  urok!);  zaprawdę  jednak  trzech 
młodzieńców z najmłodszej Polski nie może patrzeć bez ukrytego wzruszenia na ten zakład 
dla obłąkanych. 

— Źle  się  zaczyna!  —  myślę  i  patrzę  z  pod  oka  na  towarzyszów,  którzy  z  tym  samym 

badawczym niepokojem patrzą w tej chwili z pod oka na mnie. 

— Napisałem tylko jeden tom poezyi — myślę, — więc to nie ja. — I żal mi się zrobiło 

tamtych! 

Najwyraźniej jednak widzę w oczach drugiego uśmiech, który mówi: 
— Siedzę wDyrekcyi skarbu, gdzie się umiera na tyfus głodowy, — więc to nie ja. 
I żal mu się zrobiło nas dwóch. A trzeci myśli: 
— Gdybym to ja, w takim razie, nie mógłbym już poznać, że to właśnie oni, więc to nie ja. 
I westchnęliśmy z ulgą, a równocześnie. 
A pociąg stanął nad rowem i patrzy ślepiami lokomotywy, czy w rowie niema żab, bo nie 

widzę innej racyi, aby we mgle i deszczu stać godzinę nad błotnistym rowem i szukać, czego 
się nie zgubiło. 

— W tem coś jest!—mówi jedna z niewiast. 
— Z pewnością!—mówi druga. 
— Ale co w tem może być? — pyta pierwsza. 
— Mój Boże! — odpowiedziała druga, — pewnie coś jest… 
Bardzo słusznie. Coś w tem musiało być, ale „żaden nie powiedział, bowiem żaden nic nie 

Wiedział”,  jak  deklamuje  Frenkel.  Gdyby  w  te}  chwili  naprzykład,  modą  Maeterlincka, 
wszedł był do wagonu blady człowiek w zielonym płaszczu i niebieskich okularach i zgasił 
lampę,  albo  tajemniczym  ruchem  przesunął  rączkę  ogrzewacza,  bylibyśmy  z  pewnością 
wiedzieli, że będzie nieszczęście; bez wskazówek zaś pozagrobowych siedzieliśmy cicho. Od 
czasu do czasu kłapnęły w mroku jakieś zęby; ktoś chciał mówić i widocznie nie mógł, jeden 
tylko z nas powtarzał uporczywie swoje „alleluja!”, ale głosem zupełnie złamanym… 

W tej chwili wchodzi do przedziału jakiś chudy pan, perfumowany zapachem „Jaksonia”, 

przerażony. 

— Czy wiedzą panowie, że pociąg stoi? 
— To on!—pomyśleliśmy równocześnie i spojrzeliśmy na kulparkowskie wieże. 
— Jedzie! jedzie! 
— Bogu dzięki! 
— Porządny człowiek ten maszynista. 
— Oby dojechał zdrowo! 
— Czy pan myśli, redaktorze, że pociąg jechał? Widział pan wyścigi żółwi? widział pan 

muchę  w  miodzie?—widział  pan  tabetyka,  startującego  w  „skoku  w  dal”?  —  widział  pan 
magistrackiego  „szimla”?  To  wszystko  nic.  Lokomotywa,  zda  się,  wyciągnęła  przed  siebie 
macki i szukała czegoś na torze, za nią zaś Wozy, podrygując ze strachu, trzęsąc łańcuchami 
dla dodania sobie odwagi; pociąg skrzypiał i jęczał i szedł jak na ścięcie, toczył się jak pijany, 
jakby się chwytaj rękoma przydrożnych płotów; czasem się nastraszył rosochatej wierzby na 
gościńcu, wtedy gwizdnął z rozpaczy, tulił pod siebie ogon i gnał przez dwie minuty i ryczał i 
jęczał  i  rzęził  i  płakał  i  tupał  kołami.  Za  chwilę  znów  ustawał  zziajany,  dopadał  do  jakiejś 
zakazanej  stacyi  i  patrzył  błagalnie  i  ze  strachem  na  takiego  pana  w  czerwonej  czapce,  z 
którego Rittner robi dramaty, a Reymont nowele, ponieważ zasię ten patrzył znów błagalnie i 
ze strachem na pociąg, perspektywa była wcale miła. 

Deszcz  pada  sobie,  jakgdyby  nic,  jak  gdyby  to  nie  była  Wielkanoc,  jak  gdyby  nie  było 

obserwatoryum  na  Politechnice,  jak  gdyby…  ech!  do  stu  tysięcy!…  Jeden  Staff  ma 
przyjemność  z  takiego  deszczu,  ale  czemu  mają  cierpieć  niewinni,  którzy  o  nim  nie  piszą 
wierszy? 

background image

Ale to naprawdę Wszystko nic jeszcze. 
Pociąg się kołysze tak,  że aż drży  wszystko,  kołysze się jak prelegent na wykładzie, jak 

Otello, zanim zadusi Desdemonę, jak gabinet, który ma upaść. To się nie skończy na niczem, 
W  kinematografie  raz  tak  samo  kołysał  się  „Expres  nr.  27”  i  co  się  z  nim  stało? Wszystko 
poszło w drzazgi, 121 trupów, 207 rannych, ocalał tylko on i ona. 

W  takich  chwilach  przezorność  nie  zawadzi,  dobrze  jest  zresztą  rozprawiać  o  sprawach 

obojętnych. Pytam tedy przyjaciela: 

— Ileby  ci,  mój  drogi,  zapłaciła  kolej  za  zdruzgotanie  obu  nóg  i  za  złamanie  stosu 

pacierzowego? 

Zdaje mi się, że rzucił we mnie jedną  walizką, co jest najlepszym  dowodem,  jak bardzo 

byliśmy wszyscy zdenerwowani. 

Poderwał  się  w  tej  chwili  nieszczęsny  pociąg,  jakby  mu  wyrwali  ząb;  zatrzeszczał 

niesamowicie, zrobił jeszcze krok, jak zastrzelony na scenie aktor, potem legł, ciężko dysząc, 
jak  długi,  jak  zmęczony  gonitwą  ogar  legnie  nad  kałużą  i  chłepce  wodę,  tak  oto  ta  żmija, 
kopcąca z pyska, wyciągnęła się nad wodą. 

— Woda! woda — krzyknął cały pociąg. 
Siedzący w bocianiem gnieździe na okręcie Kolumba żeglarz, nie wył z takiem przejęciem 

swego „ziemia! ziemia!”—z jakiem my wszyscy zaczęliśmy jęczeć: woda! woda! 

Woda przed nami, za nami, pod nami i nad nami. 
— Krzyknijże  teraz  swoje  „Alleluja!”  zbójco!  —  wolałem  prosto  w  twarz  memu 

przyjacielowi. 

— Woda!—stęknął przyjaciel. 
— Koniec! amen! najpierw były na ziemi Wody… 
— Wracajmy natychmiast! — woła żona jednego poety, który morduje w powieściach na 

prawo i na lewo, lecz boi się żony. 

— Jak wrócić? 
— Pani!—mówię jej — księżna Fife brnęła niedawno po szyję… 
Niewiasta poczęła, szybko wdziewać rękawiczki (o! o! o!), gotowa na śmierć. 
Chudy człowiek, perfumowany zapachem „Jaksonia”, patrzy przez okno i deklamuje: 
„Tyle wody! skąd ta woda? czy w mej głowie haczy?…” 
— Niech pan mówi lepiej pacierz! — mówię mu. 
Chudy człowiek spojrzał na mnie, zatoczył się i upadł na poduszki. Gorze! gorze! 
— Wracamy! — krzyczy ktoś. 
— Woda na torze! Szyny zerwało! 
— Ależ to niemożliwe, — ryczy jakiś gruby pan, — Zosia czeka na dworcu. 
— To pan płyń!… 
— Nie umiem… jak Boga kocham, nie umiem… 
— Panie konduktorze, jedźmy dalej, zrób pan to dla mnie, rozumie pan, dla mnie!… 
Jakieś dziecko głośno się śmieje, bo mu się woda podobała. 
— Chińczyk by je udusił… 
— To dziecko źle skończy!.,. 
— Dziecko? To potwór, nie dziecko… 
Lokomotywa gwiżdże, sapie, śmieje się histerycznie, ‘najwyraźniej się śmieje; woda szumi 

Wśród kół, ciśnie się, rozlewa, chlupie, bełkoce, szeleści, pluszcze, mlaska, przelewa się na 
drugą  stronę  i  gna  W  nurt,  który  się  tlamsi  wzdłuż  toru,  chwyta  za  gałęzie  wierzby,  jak  za 
włosy  i  goni  oszalały,  jak  spłoszony  koń,  ucieka  do  jakiegoś  niewiadomego  portu,  jak 
defraudant,  Wścieka  się,  jak  wyborczy  komisarz,  skacze  przez  bruzdy,  jak  geometra,  włazi 
pod  most,  szarpie  go  mimochodem,  ugryzie,  wstrząśnie  i  jazda  dalej.  Ogarnęła  go  jakaś 
obłąkana, idyotyczna radość, jak cielę, które goni, ogon w górę zadarłszy. 

A to wszystko razem nazywa się Stare Sioło, takie stare, a tak idyotycznie oszalałe. 

background image

— Pięć osób utonęło—krzyczy ktoś. 
— Sześć!! 
— Daję słowo, że pięć! Niech pan nie będzie przemądry… 
— To pan będzie szósty? 
— Idjota! 
— Jedziemy! 
— Aaaa! 
Przejechaliśmy.  Jak,  którędy,  po  czem,  na  co?  —  Pan  Bóg  jeden  wie;  podobno  jakiś 

dzielny kapitan (oby został generałem!) dal słowo, że przejedziemy. Żałowałem w tej chwili, 
że nie służyłem przy wojsku; woda to jeszcze nie wojna. 

Ale to wszystko nic jeszcze; łatwo wejść, ale jak wyjść? Sytuacya jest, ale wyjścia niema. 

Przyjął nas w swoje ciche wnętrze „dwór szlachecki z drzewa, lecz podmurowany”, przytulił, 
i ogrzał. Lokaj we fraku — ojej! — cale szczęście, że frak nie bardzo paradny, tylko taki, po 
nieboszczyku.  Mówi  do  każdego  „jaśnie  panie!”  —  bałwan  jeden;  widocznie  strach  przed 
powodzią pomieszał mu zmysły. 

Za  oknami  wyje  wiatr  i  miecie  śniegiem  widocznie  wedle  wielkanocnych  tradycyi;  w 

oddali coś bardzo szumi i coś się bardzo niepokoi, ale noc jest i niech tam sobie szumi. Potem 
jednak było strasznie; oto lapidarne moje zapiski, notatki człowieka, który myślał o śmierci. 

Niedziela rano. 
Jak  okiem  sięgnąć  —  jedno  jezioro;  opodal  u  stóp  wzgórza,  na  którem  stoi  cichy  dwór, 

bałwani się Dniestr i rozpierać się poczyna w brzegach, jak wielki pan. 

Na  poblizkim  wzgórku  zbiły  się  w  gromadę  bielone  chałupy  i  drżą  z  zimna,  patrząc 

przerażonemi  okienkami  w  wodę,  która  powoli,  powoli  podchodzi,  zbliża  się,  jakby 
próbowała  gruntu  pod  nogami;  potem  się  piąć  zaczyna  leniwo  na  wzgórze,  niezgrabnie 
napozór, jak brunatny niedźwiedź. Chwyciła znienacka mokrą łapą jakąś nieszczęsna kurę i 
rzuciła ją w nurt. Potem zagarnia zachłannie stertę słomy, potem zasię, jak czujny złodziej, 
powoli,  ostrożnie  podnosi  poszycie  brogu,  a  widząc,  że  nikt  nie  patrzy,  zrywa  go  jednym 
ruchem i ciska na odmęt, który z nim ucieka pędem, złoczyńca niecny. 

Wszystkie  drogi  odcięte  —  ani  wprzód,  ani  wtył;  a  woda  rośnie,  jakby  na  całej  fabryce 

drożdży, kipi i szumi. 

Wierzby  podniosły  w  górę  chude  ręce  i  głowy  dźwignęły  wysoko,  więc  wichr  nagle 

powiał, fala wydęła się bezczelnie i ulapiła wierzby 73 włosy. Już po nich! głowy im tylko 
sterczą, pełne guzów, zidjociałe i owite wieńcem zeschłych trzcin. 

Fala,  rozwydrzona  i  bez  najmniejszego  powodu  wściekła,  dopadła  pierwszej  chałupy, 

wyjąc: 

— Wynosić się! 
I jak komornik z bączkiem na łbie wyrzucać ‘poczęła jakoweś bety, jakoweś kołyski i inne 

takie chude sprzęty, na których się człowiek rodzi i umiera. 

Paralitycznie wykrzywiona stodoła opiła się straszliwie wody, wydęła potężnie brzuch i za 

chwilę pęknie. 

Wszystko to widać z okien. 
Widać także, jak wysoki młyn, indywiduum, które z obłąkanym hałasem wodzi tę wodę za 

nos przez cały rok — teraz nagle spokorniał i uśmiecha się do toni, jak faryzeusz. Przecież on 
nie  chciał,  przecież  jemu  kazali,  cóż  on  winien  —  już  więcej  tego  nie  zrobi,  przecież  on 
szanuje i rzekę i wszystko razem — opowiada się i tłomaczy, jak francuzkiego króla komisarz 
podczas rewolucji. 

Ale  tłumna  Woda  chlasnęlą  go  w  pysk  najwyższą  falą,  wyrwała  okna,  zmiotła  schody  i 

zaczęła spienionym łbem tłuc w ściany, aż się młyn pochylił i jęczy: 

— Dajcie już spokój, za chwilę się zawalę! Ale nie zwalił się szelma i znowu przyjdzie do 

władzy i będzie zgrzytał zębami kół ze złości i na proch trzeć będzie… 

background image

Co to będzie? co to będzie? 
Jeden literat już się bardzo boi wody, a cóż dopiero trzech? Woda ta zaś niewiadomo skąd 

się bierze, z jakich wydostaje się kryjówek. Każdy dzień przynosi coś nowego. 

Przychodzi bałwan lokaj we fraku z nieboszczyka i powiada: 
— Ja już to raz Widział, dwie wsie się wytopili… 
I to się nazywa lokaj! Bogdajbyś zczezł… ,~ Potem przychodzi Wasyl „od koni”, patrzy, 

patrzy i mówi: 

— Ho! ho! 
— Niby co? Gadaj co znaczy: hol ho!? 
— A umieją pan pływać? 
— Umiem… 
— No to pan się wyratują, a reszta pójdzie pod wodę… 
Rewolwer!  gdzie  jest  rewolwer?  Nieprawda,  nie  umiem  pływać!  —  po  co  ja  tu  zresztą 

przyjechałem? 

Poniedziałek. 
Woda naturalnie idzie w górę, bo to poniedziałek. 
Kury się potopiły, indyki się potopiły, świnie rozbiegły — nic nie zostało prócz wody. Do 

miasta dostać się niemożna… co my będziemy jedli? 

„Wsi spokojna, wsi wesoła”… — „Gościu, siądź pod n ym cieniem i odpocznij sobie”… 

— „Jak to miło wieczór bywa, kiedy dzwonek do snu wzywa”… — „Błogosławiona niechaj 
będzie brona, pług i radło”… — Czy kłamał kto kiedy na większą potęgę? 

— Dobrze,  umierajmy…  O  jej!  Dlaczego  koniecznie  w  stolicy?  można  przecież  l  pod 

Haliczem!… Czy ja prosiłem o to, żeby we środę była premiera „Trybuna”? 

Wtorek. 
Woda idzie w górę, bo tu podobno zawsze we wtorek musi być nieszczęście. 
Wszystko dobrze, ale co my będziemy jedli? Szukajmy przykładów: 
Robinson jadł korzonki — tego  tu niema; Ostatni Mohikanin ssał jakieś korzenie, skąd tu 

wziąć  korzeń,  kiedy  tylko  olbrzymi  jesion  stoi  przed  domem,  reszta  drzew  w  wodzie;  u 
Yernego na tratwie rozbitki  zjadali nieboszczyka  —  nie to  niemożliwe^  zresztą wszystko  tu 
bardzo zdrowe i kościste… Niema rady! ale zrodzona w gorączce myśl nie opuszcza mnie i 
krwawe wstęgi zatacza mi przed oczyma. 

— Trzeba  wszystko  przewidzieć  —  myślę  sobie,  patrząc  z  ukosa  na  śpiewaczkę.  W 

niemem  odrętwieniu  siedzącą  w,  kącie.  —  Nie!  ta  musi  być  łykowata,  jak  każda 
śpiewaczka… 

Widzę,  jak  gdzieś  zielony  głód  z  wybałuszonemi  oczyma  płynie  po  Dniestrze,  siadłszy 

okrakiem na belce, wyrwanej z mostu. Rozpacz… rozpacz… 

Nikt już nic nie mówi, wszyscy jakby senni. Dżdżysta ciemność wykrzywia się za oknem 

jak  stary  pawian.  Autor  „Malarzy”  dosiadł  Bechsteina  i  wytrąbia  na  nim  uwerturę  do 
„latającego holenderczyka”… Naturalnie… Czemu jeszcze nie „Barcarollę”, albo nie „Zejdź 
luba do mej gondoli”… Jedyna ucieczka w książce, biorę tedy France^: „Pisma krytyczne”. 
Budda,  Verlaine,  Bismarck,  Flaubert,  Baudelaire…  Co  to  jest?..  Pot  zimny  wystąpił  mi  na 
czoło… Baudelaire zapytał raz, fanfaronując: 

— Czy  pan  jadł  mózg  małego  dziecka?  Podobno  jest  znakomity  i  ma  smak  włoskiego 

orzecha… 

Baudelaire tak powiedział… Baudelaire… Czarno na białem… Małe dziecko… Jeśli jutro 

nie będzie się można dostać do miasta.. To trudno… Pół tuzina dzieci wystarczy… Na wsi się 
znajdzie… Środa. 

Czy  ja  wiem  zresztą,  czy  to  środa.  —  Kalendarz  obowiązuje  dyrektora  banku,  a  nie 

Robinsona.  Mimo  to  jednak  trzeba  będzie  znaczyć  scyzorykiem  na  ramie  okna  karby,  aby 

background image

utrzymać rachubę czasu; świetnie to robił opat Faria w podziemiach zamku If, zapomniałem 
tylko jego sposobów… 

Na duszy robi mi się wesoło — to podejrzane, to bardzo podejrzane… 
Zagłodzony  człowiek  u  Hamsuna  urządzał  Wesołe  kawały  z  elektrycznym 

modlitewnikiem.  Przed  oczyma  mam  tęczę.  Widzę  na  portrecie  Sichulskiego  naszego 
amfitriona najwyraźniej z trzema głowami… 

A  woda  przybiera  z  uporem  złośliwego  idjoty  —  znów  podniosła  się  o  dwa  metry. 

Szaleństwo!… szaleństwo!… (tak się przecież pisze w pamiętnikach.) 

Jak to mówił hrabia de Monte Christo? 
— Na honor! dziś Lukullus ucztuje u Lukullusa! — i kazał podać równocześnie minogi z 

jeziora Fusaro i sterlety z Wołgi. 

Wielka sztuka w Paryżu! niechby tak sprówał pod Haliczem, dnia 10 kwietnia. 
Jedeff z nas próbował łowić dziś ryby jakimś starym dziurawym koszykiem. Wyglądał jak 

„Biedny rybak” Puvis de ChaVannes’a w Luxemburgu. 

Czwartek. 
Niema  co  jeść  i  niema  co  czytać.  Czytam  po  raz  dziesiąty  u  Bolsche’go  traktat  o 

rozradzaniu się solitera… Cztery pokolenia, aby się odnowić… Niesłychane… 

Autor subtelnego „Gaju Akademosa”, słodki i dobry mój przyjaciel, pożera „Niezawodny 

sposób na zołzy” (Gródek 1875). 

Uważam  dziś,  że  metody  Marka  Twaina  mają  więcej  racyi  W  naszem  położeniu,  niż 

metody Hamsuna. Cieszmy się! ha! ha! hal jakie to wesołe… 

— Barometr  poszedł  w  górę!,—  krzyczy  ktoś.  Zbiegli  się  wszyscy  i  patrzą,  otwarłszy 

gęby:  w istocie, barometr wskazuje „stałą pogodę”. Cieszą się, jak dzieci.  Niech się cieszą, 
biedacy!  Nie  wiedzą,  że  będzie  tę  „stalą  pogodę”  pokazywał  przez  dziesięć  lat  najmniej. 
Jakimś  złamanym  widelcem  posunąłem  wskazówkę…  Niech  mają  przynajmniej  iluzję, 
nieszczęśliwi… 

Piątek. 
Pozostały trzy kostki cukru w srebrnej, zamykanej na klucz cukiernicy, pól butelki piwa z 

KaJusza (!), trochę dermatilu i flaszeczka jodyny. Cóż lepszego jadła u Flauberta armja pod 
murami Kartaginy? 

A jednak ja nie mogę umrzeć… 
Boże! Boże! 
Przecież nie znam zakończenia „Gwiaździstej nocy” Germana… 
Tonąłem  już  u  Kaprejskich  skał,  trząsłem  się  ze  strachu  podczas  burzy  na  wysokości 

Jersey — i mam umrzeć pod Haliczem??? 

Sobota. 
Woda tuż pod progiem. Dziś w nocy widziałem, jak jeden z moich towarzyszów pisał coś 

nerwowo,  potem  zaszył  banknot  dziesięciokoronowy  za  podszewką  kamizelki.  Więc  to  już 
tak? 

Już nie widać nawet wierzb, nie Widać nic. Trzy kaczki i jezioro, całkiem, jak na obrazie 

Harasimowicza. 

Zdała nadpływa łódź, a wiosłuje Charon, stare bydle. 
— Nie zapomnij parasolki! — powiadam do niewiasty, gdyż myślę dziwnie jasno i staram 

się o niczem nie zapomnieć. 

Tak, to był auction–bridge i śmierć nas przelicytuje. 
I ja mam przyjechać na „Trybuna”? Nigdym się nie uśmiał tak serdecznie. 
A czy pan widział, redaktorze, śmiejącego się w agonii człowieka?… Niech pan przyjmie 

uścisk dłoni… Ostatni… 

background image

L

ISTY Z 

C

APRI

 

lipiec, 1911 

I. 

 
Karawaniarskie przysłowie, które każe  człowiekowi  umrzeć na obstalunek po obejrzeniu 

Neapolu, należy zmienić w tym sensie, żeby zagrozić przynajmniej ciężką chorobą każdemu, 
kto  był  w  Neapolu  i  nie  pojechał  na  Capri.  Może  to  wprawdzie  porządnego  obywatela 
odstraszyć, że dotąd przesiadywała na tej rozkosznej wysepce sama literatura, rozmaite poety 
i  tym  podobne  indywidua,  ssące  wino,  —  ale  gdzież  się  taki  nie  włóczy?  Snadnie  tedy  w 
czasie,  w  którym  na  Capri  przebywa  dwustu  malarzy  i  tyluż  poetów,  może  być  wyspa  ta 
uważana  za  jeden  wielki  zakład  obłąkanych,  ale  człowiek  może  się  pocieszyć  tem,  że  w 
ojczyźnie Zakopane bynajmniej inaczej nie wygląda. 

Tak…  Bardzo  to  jest  pięknie  podumać  na  zgliszczach  zakładu  Chramca,  ale  równie 

pięknie podumać na ruinach willi Tyberjusza, tem bardziej, że to taniej kosztuje, a masło z tą 
samą wprawą fałszują na Capri, co i w Zakopanem. 

Obejrzawszy  w  Neapolu  wszystkie  kinematografy,  które  się  stały  włoskim  specjałem 

narodowym, obejrzawszy Wezuwjusz, który dymi tak tylko, jakby chciał odstraszyć komary, 
zupełnie  jak  zepsuty  piec,  jedzie  się  na  Capri  z  tęsknotą  w  sercu,  nie  tylko  dlatego,  że 
Konopnicka napisała tam trzy sonety, lecz i dlatego także, że wyrosłe z niebieskiego morza 
skały kaprejskie przedziwnie nęcą. 

Słońce, ciągnące za sobą powłóczysty upał, stanęło właśnie ponad wyspą, która jakby się 

chciała ukryć we własnym cieniu, oblana blaskiem, ściekającym tysięcem złotych potoków po 
prostopadłych  ścianach  w  spokojne,  zmęczone  upałem  morze.  Gromada  delfinów  pląsa 
niefrasobliwie po lazurowej zatoce, odwracając się krotochwilnie tyłem do Anglika, który je 
chce  odfotografować  z  pokładu;  i  by  Łeby  wszystko  dobrze,  gdyby  nie  kilka  opalonych 
indywiduów, które z niesłychanem przejęciem wyją na pokładzie „O, dolce Napoli!”, a potem 
sprzedają  prawdziwe  grzebienie  z  fałszywego  szyldkretu  i  fałszywe  korale  na  prawdziwych 
sznurkach, zato jednakże resztę z ceny wydają zawsze tylko w fałszywej monecie. Zrażać się 
jednakże  tem  nie  należy  w  nadziei,  że  bliźniego  naszego,  który  po  nas  przyjedzie,  czeka  z 
pewnością to samo. 

Wjeżdżamy do malutkiego portu, który w Ameryce np. mógłby służyć za pokojowy basen 

do  żywienia  złotych  rybek,  potężny  zaś  wieloryb  zdołałby  pewnie  jednem  machnięciem 
ogona  strzepnąć  w  morze  całe  urządzenie  portowe  wraz  z  policją  portową  w  jednej, 
czcigodnej osobie i całe miasteczko nadbrzeżne z hotelem pod straszliwem nazwaniem „Hotel 
Vesuvio”. 

Wysoko,  ponad  wybrzeżem,  przeziera  przez  zieleń  winnic  i  gajów  oliwnych  śliczne 

miasteczko,  migotliwe  białe,  rozrzucone  tu  i  ówdzie,  wyglądające  zupełnie  tak,  jakby  je 
dziecko zbudowało z białych kostek, służących do zabawy. Jest to potężna metropolja wyspy, 
wspaniała stolica, ukochane gniazdo jaskółcze, siedziba władz politycznych wyspy pretora i 
dwóch  policjantów,  siedziba  proboszcza  i  organisty,  miasto,  rozporządzające  ośmioma 
prożkami i czterema osłami po wierzch, siedziba dyrekcji kolei linewkowej, złożonej z dwóch 
wagonów, której cały regulamin wydany przez ministerstwo kolei mieści się w uroczystych 
słowach „Non sputare”! 

Miasteczko to już. z samej fizjognomji jej tak niesłychanie mile, ze je pokochać „można 

cóż  dopiero,  kiedy  się  z  gąszczu  wdanie  wjedź:  w  jego  śliczne,  uliczki,  pokręcone 
paralityczne  i  wąziutkie;  czasem  w  jakimś  zaułku  na  długą  chwilę  się  przystanie,  bo  żal 
odejść,  patrząc,  jak  słońce,  zabłąkawszy  się  nieopatrznie,  nie  może  wyjść  z  matni  kilku 

background image

murów  i  pełza  po  nich  smugami,  jakby  to  złote  pełzały  jaszczurki,  wiesza  się  blaskom  na 
skałotoczach  i  po  drodze  zagląda  w  malutkie  okienka  mieszkań.  Czasem  znów  jakiś  rzeźki 
powiew, odbiegłszy od morza, wpadnie z impetem w jakąś miniaturową uliczkę, nieopatrznie 
uderzy głową o mur przeciwległy i, nie wiedząc którędy uciec, biega zrozpaczony, jak pies, 
co zgubił pana; więc węszy na wszystkie strony, targnie okienną firanką, zatrzepoce z irytacji 
markizą nad sklepikiem i przez wyłom w murze dostanie się wreszcie na pole kaktusów. 

Ukochane, prześliczne miasteczko! Za dwa dni czuje się w piersi wspaniałą, obywatelską 

dumę i bierze się udział w ogólnem zainteresowaniu wyborami trzech radców miejskich, zna 
się  osobiście  aptekarza  i  listonosza  i  wszystkich  innych  dygnitarzy.  Ba!  Z  rozczuleniem 
patrzysz na dziesięciolitrową beczkę, którą ciągnie na sznurku jakiś miejski urzędnik i polewa 
wspaniale  ulice  miasta,  na  których  jest  właśnie  tyle  kurzu,  co  na  porządnym  lwowskim 
fortepianie.  Ale  już  zgoła  w  zachwyt  wpaść  należy,  wszedłszy  na  ulicę,  nazwaną  skromnie 
„Corso Tiberio”; jest to ulica szlachetna i w wielkim stylu, kaprejskie Elizejskie Pola; Corso 
Tiberio ma w miejscu najszerszem dwa metry, ale w poczciwem Capri utrzymuje się słuszne 
zdanie, że wspaniałość ulicy niekoniecznie zawisła od jej szerokości, bo wysokość także coś 
znaczy,  więc  dlaczego  nie  ma  to  być  „Corso”?  Zresztą  szeroka  ulica  jest  tu  wcale 
niepotrzebna, bo życie stolicy koncentruje się wyłącznie na piazzy; wieczorem tedy wędruje 
inteligentne  Capri  na  to  forum  i  rajcuje;  oto  koło  „salonu”  fryzjera  (jest  to  równocześnie 
radny  miejski,  szwagier  burmistrza,  właściciel  winiarni,  wekslarz  i  nauczyciel  muzyki), 
gromadzi się cała najwykwintniejsza societa: lekarz, który sam się od czasu do czasu kładzie 
do  łóżka,  aby  przecież  mieć  jednego  pacjenta:  aptekarz,  który  częściej  sprzedaje  atrament  i 
igły, niż lekarstwa, ksiądz, który pobocznie handluje winogronami i wynajmuje mieszkania; 
kapitan  okrętu,  który  z  dumą  patrzy  na  otoczenie,  bo  co  dnia  bywa  w  Neapolu;  dyrektor 
kolejki  linewkowej,  na  którego  znów  wszyscy  patrzą  ze  strachem,  aby  kiedy  nie  wykoleił 
„pociągu”. Pozatem schodzą się na piazzy przed wieczerzą obywatele z obcych krajów, więc 
jakiś mąż, straszliwie opalony, prawie, że w negliżu, jakiś malarz w spodniach tak szerokich, 
jak neapolitańska zatoka, jakaś niewiasta z olbrzymim pióropuszem  białych piór na głowie, 
której Staff powiada, że wygląda jak „dziecinny karawan”, jakiś dynamitard rosyjski, któremu 
ustępujemy z drogi, nawet kiedy w ręku dzierży tylko pomarańczę, jakiś Anglik, jedenaście 
razy dziennie pijany i cała czereda innych. 

Wśród  tego  zgromadzenia  przewijamy  się  skromnie,  a  wśród  nas  Leopold  Staff,  który 

należy do najzagorzalszych obywateli Capri, cichutki, niepokaźny, zawsze wesoły i ogromnie 
kochany;  zna  na  pamięć  historję  każdego  mieszkańca,  wszyscy  go  pozdrawiają  i  on 
wszystkich; siedzi na Capri już kilka miesięcy bez przerwy i ukryty w malutkim domku, który 
i nas przytulił, wśród bogatej winnicy, zalanej słońcem — i pisze. 

Więc tu rozprawiamy o słońcu i morzu i o książkach i o ludziach. 
Jest  dobrze  i  jest  cicho;  przepyszne  morze  oblało  nas  dokoła,  nakryło  nas  niebo;  nie 

dojdzie tu żaden zgrzyt, błękitnego morza nie przepłynie żadna zgryzota. Na białym żaglu, co 
się położył na cichym, gorącym wietrze i płynie na widnokręgu, zbiegły się nasze wszystkie 
biedne tęsknoty… Niech płyną… 

Jest cicho i jest dobrze… 
Capri jest jak wymarzony zakątek, gdzie ludziom zawsze dobrze być musi, mają bowiem 

to wszystko, z czego się rodzą chwile szczęśliwe: słońce i morze. Słońce łagodne, roześmiane 
i  przychylne,  a  morze  cudnie  niebieskie,  szemrzące  przy  brzegach,  przedziwnie  spokojne. 
Więc  się  wszystko  uśmiecha,  wszystkie  winnice  i  gaje,  pełne  złotych  jaszczurek  i 
rozkrzyczanych  świerszczów.  Czynią  one  czasem  zgiełk  taki,  jak  na  polskiej  wsi, 
rozkrzyczane w noc. Każda zaś noc mija spokojnie i cicho pod osłoną potwornych skał, które 
obsiadły miasto dookoła i strzegą go przed wszelką krzywdą. 

Powiew  wieczorny  powiał  od  morza,  orzeźwił  ciała  i  dusze,  ochłodził  kamienne  mury 

domków  i  gada  sam  ze  sobą  w  alejach  winnic.  W  oddali  rozświetlił  się  Neapol  i  błyska 

background image

tysiącami  świateł;  na  olbrzymiej  przestrzeni  półkola  zatoki  od  Pozzuoli  do  Sorrento  drgają 
blaski;  ze  wzgórz  spływa  cisza,  a  mrok  gasi  światła  powoli,  aż  usną  ciche  miasteczka  na 
stokach Wezuwjusza, śpiące czujnie, bo razem ze śmiertelną trwogą. 

Gapri,  przylepione do zielonych wzgórz spowija się w ciemność i  słucha szmeru morza; 

gdzieś tylko ktoś śpiewa, na jakiejś skale ktoś samotny czeka, aż od strony Sycylji wypłynie 
księżyc na wody; w jakiejś sklepionej izdebce, której ściany pomalowało stu malarzy, jacyś 
szczęśliwi ludzie (a jeden zbyt do mnie podobny!) śpiewają cichem słowem o radości życia, 
które umie być dobre i mówią wiersze o szumiącem kaprejskiem winie o krwi słońca. 

background image

II. 

 
Przyjaciel  nasz,  signor  Salvatore  Cosentino,  z  zawodu  rybak,  z  przekonań  „socjalista 

klerykalny”  i  zagorzały  przytem  wróg  papieża  —  przekonał  nas,  że  należy  opłynąć  Capri 
dookoła na jego „morskiej pławaczce”, tak przestronnej, jak wanna. Wziąwszy tedy na zapas 
kilka bohaterskich min, płyniemy wzdłuż potwornych skał kaprejskich, zezem tylko patrząc 
na olbrzymie głazy, które wiszą nad naszemi głowami; zdaje się nam, że trzeba tylko lekkiego 
podmuchu, aby taki kamyk, ważący mniej więcej tyle, co dowcip z polskiego kabaretu, spadł 
w  morze.  Pan  Bóg  jednakże  łaskaw  i  chowa  te  sensacje  dla  kogoś,  co  po  nas  tędy  płynąć 
będzie. 

Pod  nami  przeczysta  głębia,  zachłanna  i  uwodząca;  fala  z  tej  strony  wyspy  spokojna  i 

cicha. Przed nami sterczy z morza  głaz” na którym śpiewały syreny, które się swego  czasu 
uwzięły  na  Odyseusza.  Niestety,  nie  zachował  się  żaden  konkretny  ślad  tej  awantury,  ani 
nawet  syrenia  podwiązka.  Wiosła  rzucają  na  falę  tysiące  skrzących  kropel,  zmącony  lazur 
wody  przybiera  zimny  kolor  marmuru,  porzniętego  żyłami;  drogę  nam  znaczy  cień  gór, 
rzucony na wody. w miejscu powiada nasz wioślarz z dumą 

— W tem miejscu jest sto pięćdziesiąt metrów głębi… 
— Święty Antoni sorentyński! — i trzy polskie dusze w głębi bohaterskiej piersi. 
Zrobiła  się  uroczysta  cisza,  bo  ze  strachu  śpiewają  tylko  ludzie,  źle  wychowani.  Po  tej 

uroczystej chwili pytam pana Salvatora, zupełnie bez ukrytego celu: 

— Czy dobrze umiecie pływać, Salvatore? 
Salvatore uśmiechnął się jak langust 
— Pewnie! chociaż ostatni raz kąpałem się przed dziesięciu laty… 
Naturalnie!  Miał  kiedy  szewc  porządne  buty?  Ale  wobec  tego  człowiek  począł  się 

rozglądać w sytuacji i udając, że niby nic, począł rozmyślać nad tem, coby było, gdyby się 
łódź  przewróciła  i  jakby  się  wydrapać  na  skałę  nadbrzeżną,  mającą  trzysta  metrów 
wysokości? Są to myśli tak szalenie wesołe, że się niedobrze robi. 

Płyńmy jednakże dalej… 
W tej chwili łódź wjeżdża, jak dorożka, w ciasną bramę, w otwór groty. 
— Grotta verde! 
Aaa! (Baedecker doradza w tem miejscu zachwyt niemy). 
Pod  nami  woda  zielona,  jak  przeczysty  szmaragd,  nad  nami  kopuła  sklepienia,  na  której 

grają  blaski  przeróżne,  goniąc  się  nawzajem,  Przejrzysta  meduza,  podobna  do  srebrzystego 
grzyba, drga w głębi. Ktoś z nas krzyknął głośno, a echo mu odbrzmiało w wąskiej czeluści 
groty,  gdzie  zielonawy  odblask  się  kończy  i  gdzie  się  zaczyna  wieczysty  mrok,  pełen 
niesamowitego  szumu;  kłębiąca  się  tam  fala,  uderzyła  o  kamienną  zaporę  i  jęczy  głuchą 
wściekłością. 

Łódź,  jak  pływak  rzeźki,  wymknęła  się  z  zielonej,  przecudnej  poświaty  i  wypłynęła  na 

słońce;  giętkie  wiosła  wparły  się  w  fale  i  rzuciły  łódź  naprzód  ku  innej  znów  grocie 
„brylantowej”, skąd ją poniosły do groty „Wszystkich świętych”. 

Skalne  odłamy  zbiegły  się  w  niej  w  jedną  gromadę,  podobne  ludzkiej  rzeszy;  tu 

rozpoznasz  sylwety  klęczącej  niewiasty,  ówdzie  tajemnicza  postać  kamienna  legła,  jakby 
snem  zdjęta.  „Wszyscy  święci”  śpią  snem  kamiennym,  ukołysani  pluskiem  fali,  która  tu 
węszy  niespokojna.  Zdjął  nas  lęk  prawie  ,że  nabożny,  który  podniecił  jeszcze  nasz  sternik, 
obwieściwszy uroczyście: 

— Na głowach „Wszystkich Świętych” turyści jedzą zwykle śniadanie!… 
Sternik  zrobił  za  chwilę  minę  ważną;  chce  nas  najwidoczniej  przerazić,  bowiem  głosem 

brzuchomówcy obwieszcza: 

— Grotta degli canoni! 

background image

Strach! Jest to grota, w której ma się słyszeć straszliwy huk armat; coś niecoś tam strzelało 

w gardzieli groty, ale nie tak znów strasznie, widocznie dlatego, że teraz niema sezonu. 

Płyniemy przeto do groty lazurowej. 
To  się  łatwo  mówi,  ale  nie  tak  łatwo  się  płynie;  musieliśmy  opłynąć  całą  połać  wyspy, 

tymczasem wiatr, dość anemicznie dotąd wiejący… włóczący się po morzu leniwie, jak ktoś, 
co  się  po  ulicy  wałęsa  i  ogląda  sklepowe  wystawy  —  poderwał  się,  jakby  go  giez  ukąsił. 
Gdzieś z otwartego morza dojrzał trzech biednych Polaków i, skacząc po wierzchu fal, bieży 
ku nam. 

Łódź dostała najwyraźniej histerycznego ataku; przerażona, poczęła przeskakiwać z fali na 

falę,  jak  ktoś,  co  skacze  po  zoranem  polu,  ze  skiby  na  skibę.  Wiatr,  znalazłszy  sobie 
doskonałą  zabawkę,  radby  nas  rzucić  na  skały,  co  się  nam  oczywiście  nie  podoba.  Całe 
szczęście, że miny mamy bohaterskie i prawie, że kpiące… Kredową bladość naszych twarzy 
w  tej  chwili  należy  przypisać  chyba  efektom  świetlnym,  prosta  zaś  rzecz,  że  przy  takim 
wichrze dygotają wszystkie członki. 

Sympatyczny Salvatore krzyczy nam w uszy: 
— Nie bać się! Nie patrzeć na fale. Trzymać się mocno! Śpiewać! 
Śpiewać?  Zdaje  się,  że  stary  rybak  zwariował  ze  strachu.  I  w  istocie,  poczyna  śpiewać; 

wytężył wszystkie siły, aby nie dać falom łodzi, przyrósł rękoma do wioseł, dyszy ciężko i — 
śpiewa.  Zdaje  się,  że  wiatr  zawył  w  tej  chwili  ze  śmiechu,  potem  począł  porywać  słowa 
piosenki i rzucać niemi na wszystkie strony, między jednem słowem a drugiem otwierała się 
przepaść, wypełniona ciężkiem westchnieniem oddychających forsownie piersi rybaka. 

 
„…Aria serena… doppo… la tempesta 
Nel’ aria… fresca…” 
 
Słusznie, bardzo słusznie, tylko nie w porę. Fala nas podniosła w górę, widocznie po to, 

żeby nam pokazać, że całe morze w tej stronie jest równie takie miłe, potem nas pchnęła bez 
ceremonji w bok. 

— Jeszcze  tylko  kwadrans!  —  krzyczy  Cosentino,  —  dalej  morze  jest  spokojne… 

Śpiewać! Śpiewać! Tutaj zawsze wzburzone… O, mamma mia!… Nie bać się!… Ten doktor 
ze Lwowa, wasz przyjaciel był odważny… Ciągle śpiewał… i! ho!… Trzymać się łódki!… 
Tu jest tylko taki przeciąg… 

Ślubuję  w  myśli  sonet  z  dedykacją  dla  św.  Łucji  i  —  śpiewam.  Śpiewałem  podobno  z 

niesłychanem  przejęciem,  tak  jak  śpiewają  przy  umarłym.  Ale  tylko  jeszcze  jeden  skalny 
przylądek  i  spokojne  morze.  Nasz  rybak  zaparł  się  nogami,  wyprężył  się  cały  i  rzuca  łódź 
kurczowo naprzód. Patrzy pilnie w stronę otwartego morza i ile razy dojrzy wielką falę, idącą 
ku nam, urządza jakoweś nadzwyczajne manewry, aby jej ujść bez szkody, na co patrzymy z 
niesłychanym  podziwem.  Zbliżamy  się  w  stronę  groty  lazurowej…  Och!.:.  Przypominam 
sobie, że w tej właśnie okolicy, z opisu sądząc, rozbiła się łódź, wioząca bohatera z powieści 
Andersensa „Improwizator”. W powieści to się wszystko dobrze skończyło — całe szczęście, 
że w moim liście… także. 

Płyniemy już spokojnie; jakaś jeszcze fala ujada za nami z tyłu i pluje pianą w stronę łodzi, 

która  dumna,  otrząsa  się  gwałtownie  i  wpływa  na  toń  spokojniejszą,  poza  strefą 
„przeciągów”. 

— Śpiewaj, Salvatore! — rzeknę rybakowi. 
— Teraz już nie potrzeba… — rzeknie rybak — ale ta jazda warta jest sto lirów. (Po targu 

dostał osiem). 

Przed  nami  otwór  do  lazurowej  groty.  Właśnie  nadjechał  statek  z  Neapolu  i  przywiózł 

kompanję  Anglików,  złożoną  z  dwustu  osób,  które  będą  zwiedzały  grotę.  Patrzymy  z 
pogardliwą  litością  na  tych  nieśmiałych  ludzi,  którzy  pośród  straszliwych  krzyków  lęku, 

background image

przebywają  w  łódkach  drogę  ze  statku  do  groty;  wysiadamy  na  ląd  i,  stanąwszy  na  kilku 
stopniach  kamiennych,  sterczących  z  boku  wejścia  do  groty,  urządzamy  sobie  znakomite 
przedstawienie  operetkowe,  obserwując  miny  Angielek  przy  wjeździe  w  głąb  czeluści. 
Zabawa  niesłychana!  W  każdej  łódce  trzy  Angielki,  a  każda  o  pół  metra  dłuższa  od  łodzi, 
przy wjeździe — zaś w wązki otwór groty musi każdy, aby głowy nie postradać, położyć się 
na wznak — na dnie łodzi. 

Łodzie  wyglądają  jakby  napełnione  trupami;  jeden  w  niebieskich  okularach  chce  sobie 

dodać odwagi i uśmiecha się. Boże! Ten uśmiech wart całej noweli; tylko paraliż zdobywa się 
na taki uśmiech, albo gwałtowne kurcze żołądkowe; tak się uśmiecha człowiek, który wypił 
litr  octu,  albo  połknął  karakona  w  kawie.  Inne  znów  indywiduum  chwyciło  się  kurczowo 
ławeczki łodzi, inne zasię, aby nie patrzeć na to, co się będzie działo, położyło się na brzuchu 
i głowę skryło w dłoniach. Z głębi groty dolatuje wycie zachwytu… Straszliwe „All right!” 
wstrząsa  wspaniałem  sklepieniem  groty.  Aż  wreszcie  szumiąca  fala,  cofnąwszy  się 
kilkakrotnie  w  głąb,  jakby  dla  nabrania  rozpędu,  wyrzuciła  najpierw  jedną  łódkę,  potem 
drugą, dziesiątą. 

Już  niema  nikogo,  więc  my  z  kolei,  leżąc  na  wznak  w  łodzi,  czekamy  przychylnej  fali; 

cofnęliśmy  się  raz  i  drugi,  wreszcie  łódź  przemknęła  od  sklepieniem  otworu,  trącona 
przypływem,  podnosimy  głowy  i  słychać  tylko  jedno  przeciągłe  A!  —  jak  na  Czatyrdahu. 
Lazurowy cud otoczył as dokoła; jesteśmy w środku niesłychanej szklanej kuli: niebo na dole 
i niebo na górze, lazur w oczach i w duszach, zdaje się, że słowa zachwytu muszą mieć także 
—  lazurową  barwę.  Ale  o  tych  chwilach,  spędzonych  w  tym  śnie  lazurowym,  nie  powiem 
nikomu; schowam ich wspomnienie zazdrośnie dla siebie, abym je mógł sobie przypominać w 
domu, po powrocie, kiedy .deszcz jesienny mżyć zacznie. Zresztą zbyt biedne są moje słowa, 
abym się ważył na malowanie niemi obrazu, który niema sobie równego. 

Po opuszczeniu groty, słońce, które nas oblewa, wydaje się dziwnie banalne, jak łukowa 

lampa  elektryczna,  ale  Capri  staje  się  jeszcze  droższem,  jeszcze  bardziej  kochanem. 
Niefrasobliwe,  cudne  Capri,  w  którego  skały  wprawione  są,  jak  drogie  kamienie,  groty 
różnokolorowe. 

Capri się uśmiecha i — nudzi się w swojem szczęściu. 
Jakieś  słodkie  lenistwo,  próżniactwo  słoneczne  ogarnęło  wszystkich  ludzi.  Siada  się  na 

skalnym  głazie  i  godzinami  przygląda  się  jaszczurkom,  biegającym  po  ruinach;  słucha  się 
szelestu oliwnego gaju,  który w słońce się wpatrzył i szemrze; na odmianę ma się ogromne 
zmartwienie,  bo  ktoś  nieopatrzny  złamał  gałązkę  biednego,  samotnego  drzewka,  albo  ktoś 
złośliwy przeniósł kamień jakiś w inne miejsce. Strach, co za awantura ! 

Rozpróżniaczone figury szukają tedy gwałtownie „sensacji”. Jedna odbywa się co soboty, 

sensacja  sensacyj,  wspaniałość,  totius  orbis  desiderium,  świetna  atrakcja,  najwspanialsza 
rozrywka  kaprejska,  boski  sympozjon,  cud  cudów,  o  którym  się  marzy  przez  cały  tydzień: 
kinematograf! Przysięgam, że wart opisu. Oto w sobotę popołudniu czeka się na rozlepienie 
afiszów. Jest! Rozkosz rozpiera piersi: będzie: „Romans ślepej Łucji”, potem „Cezar Borgia, 
krwawy tyran” rzecz w 27 aktach, potem „Wdzięczny pies”, rzecz wzruszająca do krwawych 
łez  i  do  omdleń  it.d.  W  kinematografie,  którego  patronem  jest  tutejszy  blacharz,  jest 
siedmioro  gości  „pierwszorzędnych”  i  trochę  hołoty  za  dziesięć  centymów.  Hołotę 
pierwszorzędną  reprezentuje  sam  Maksym  Górki  j,  patron  literacki  wyspy,  który  się  dotąd 
który się dotąd nie nauczył  po  włosku i  dotąd nie zmienił rosyjskiej  koszuli. Włosi dlatego 
tylko uważają go za tak wielkiego. 

Przedstawienia  nie  zaczynają  mimo  spóźnionej  pory,  bo  niema  jeszcze  „stałego”  gościa. 

Idzie…  już  przyszedł  mąż…  nie!…  niewiasta…  Nie!  Przecież  mąż!  Ma  wąsy  i  brodą,  ale 
chodzi  w  sukni  kobiecej.  To  malarz  Diefenbach.  Widziałeś  kiedy,  kochany  ziomku,  a  mój 
czytelniku, starą kanapę, którą zjadły mole? To jest Diefenbach. Wdział na siebie chałat, zdjął 
wszystko pozatem i żyje z „naturą”, ale zdaje się, że natura, która lubi czystość, nie chce żyć z 

background image

nim.  Malarz  ten,  mający  w  Niemczech  dość  głośne  nazwisko  ze  wzglądu  na  swoją 
oryginalność przedewszystkiem, robi wrażenie starego pajaca, który maluje „symbolicznie”. 
Na jednym z jego obrazów odbywa się taka awantura: człek jakoby zabił jelenia, co zgrozą 
przejęło Pana Boga, gdyż ukazał się ponad jeleniem i błyskawicami oczu poraził myśliwca.— 
Pan Bóg jest ni mniej ni więcej, tylko portretem Diefenbacha, z czego musi być niesłychanie 
dumny. W obrazie tym, ukryta jest, zdaje się, symboliczna przestroga, że nie należy polować 
w miesiącach, które kalendarz myśliwski nazywa ochronnemi. 

Na każdym poza tem obrazie Diefenbacha sterczy zasadniczo sfinks, co zapewne oznacza 

coś głębokiego, albo tańczy kobieca postać, w mglistym stroju, co już znaczy coś potwornie 
głębokiego.  Obrazami  tymi  handluje  mistrz  w  sposób  sprytny  i  zupełnie  nieapostolski, 
chociażby z pozoru wyglądało, że nie zarobił dotąd nawet pary ineksprymabli, bo ich nie nosi. 

Tych  dwóch  sławnych  kabotynów,  Gorkij  i  Diefenbach,  to  największa  sensacja 

kinematografu. Gdyby ci dwaj nie byli sławni z innego powodu, byliby sławni z pewnością z 
tego, że się nigdy nie kąpią. 

background image

L

ISTY Z 

L

IDO

 

A

DRESOWANE DO 

B

OYA W 

1912

 R

background image

I. 

 
Nie  podziękowałem  Ci  jeszcze,  przyjacielu  mój  najmilszy,  za  przysłanie  mi  swego 

przekładu  Brantome’a  z  niezasłużenie  serdeczną  dedykacją,  co  czynię  niniejszem  w  tym 
liście, który będzie równie długi, jak i nudny, jak przystało na polski feljeton, pisany w dniach 
klęski i głodu. Piszę ten list z Lido, zbyt bowiem ciężki był ten rok i bezpieniężny, aby można 
sobie było pozwolić na krajowe uzdrowisko; wydawca zaś mój (oby miał dwie żony!) buduje 
dopiero  czwartą  kamienicę,  więc  również  jest  goły.  Wiesz  zaś  sam  wyśmienicie,  że  raczej 
uschłe drzewo urodzi owoc, raczej sok malinowy wy ciśniesz z kamienia, a prawdę z krytyki 
teatralnej, niźli z wydawcy sto koron, co się podobno raz zdarzyło Reymontowi, więc zaraz 
kupił wieś. 

Dlatego oto jestem na Lido, w tem cudnem miejscu, gdzie nawet słońce odziera człowieka 

ze skóry. 

Zauważył  mnie  tu  natychmiast  feljetonista  jednego  lwowskiego  dziennika  i  obwieścił 

swoim czytelnikom niesłychanie sensacyjne odkrycie, że nie mam włosów na głowie… Tak 
ci pisał: „Tam, gdzie przed trzydziestu laty przechadzał się żołnierz z nabitą bronią i patrzył w 
dal  szafirową,  tam  teraz  siaduje  na  marmurowej  ławeczce  Makuszyński…  i  gładzi  własną 
łysinę…” Moja kucharka zrobiła z tego patosu sos, ja zaś uderzony niesłychaną  głębokością 
obserwacji  owego  szanownego  feljetonisty,  pomyślałem  sobie  na  Twój  temat:  „Komu  on 
napisze feljeton, ten tłucze głową o beton…” Tak zaś pomyślawszy, poszedłem wykąpać, nic 
bowiem  tak  nie  orzeźwia  człowieka  po  przeczytaniu  korespondencji  letniej  w  polskiem 
piśmie, jak kąpiel. 

Jedna  jest  tylko  rzecz  dziwna:  oto  morze  na  Lido  nie  wygląda  wcale  na  morze;  jest  to 

raczej  giełda,  izba  adwokacka,  premjera  w  lwowskim  teatrze,  corso  na  Nalewkach,  five 
o’clock  u  pani  doktorowej  w  Drohobyczu,  aż  się  zdumiewa  wielkie  morze,  marszczy  się 
srogo,  potem  wreszcie  ryknie  wielkim  głosem  i  pada  namiętnie  na  bujne  łono  jednej 
mecenasowej,  która,  oczy  z  zachwytu  przymknąwszy,  chce  swoje  wzruszenie  dantejskim 
objawić językiem, szepcze tedy kilka razy:  „ach, frutti  di  mare! frutti  di mare!” Morze zaś, 
ujrzawszy, co uczyniło w bezrozumnym napadzie szału, cofa się szybko z wyniosłej wyspy, 
ogon fali w górę zadarłszy. 

Bardzo tedy ładnie jest na Lido, szczególnie w przedpołudniowych godzinach, kiedy tysiąc 

ludzi  gorszy  słońce  widokiem  swej  nagości;  dziw  nad  dziwy,  że  sobie  słońce  nie  wydarło 
dotąd  jeszcze  oczów  z  promiennego  łba,  że  się  nie  stoczyło  w  przepaść,  albo  nie  padło  w 
morze na widok tego anatomicznego muzeum. Spojrzyj tylko, jeśli znosisz potworne widoki: 
idzie dama; może ma sto lat, może trzysta, taka stara Campanilla. Nie jest to grzech, jeśli kto 
jest  stary,  jednakże  ten  stary  wenecki  pałac  wdział  na  siebie  białe  trykoty  i,  odsłoniwszy 
cielska, ile tylko policyjnie można, przechadza się po plaży t zawraca oczyma, które widziały 
narodziny ziemi. Tuż za nią stąpa inna, tak zaś stąpa lekko, jak słoń Hati u Kiplinga; nogi jej 
przypominają  bilard,  ramiona  maczugi,  nos  zasię  morską  latarnię,  ona  zaś,  wstążeczki 
wplótłszy  we  włoski  i  powiesiwszy  na  szyi  wielki  brylant,  patrzy  znudzona  naokół,  jak 
Wenus z morskiej urodzona piany i bardzo, bardzo jest smutna. Ma to i swoją dobrą stronę, 
kiedy  bowiem  taka  wlezie  w  wodę,  najstraszliwszy  rekin  ucieknie  na  pełne  morze  i  tylko 
lwowskie adwokaty zostaną w basenie. 

„Wey  trafiają  się  niektóre  między  temi”  (tak  mówisz  za  Brantomem),  które  groźniejsze 

jeszcze  są  i  sroższe;  legną  sobie  na  piasku,  który  wiele  zniesie  i,  grzejąc  swoje  członki, 
przypominające dostatek rzeźni, wiodą inteligentne rozmowy. 

— Czy pani widzi tego Anglika, który  jest taki opalony? Śliczny chłopiec… To jest mój 

typ. 

— On nie jest Anglik, tylko jest z Radomia, ale ma ładną talję. 

background image

— Co też pani mówi? 
— Słowo honoru pani daję. Niech pani zakryje nogi, to go pani przedstawię. 
Inna zaś mówi do innej: 
— Czy pani już widziała tutaj Piotra Altenberga? 
— Co też pani mówi? 
— Tutaj  on  nie  przychodzi,  bo  taki  poeta,  to  się  nie  kąpie.  Popatrz  pani  zato  na  tę 

śpiewaczkę, gdzie ona ma łopatki? W całkiem innem miejscu… 

Tak to oni sobie gadają, a morze, ciepłe jak samowar, szumi sobie z irytacją i gdzie może, 

tam  bryźnie  jadowicie,  na  jakieś  straszliwe  udo  albo  pierś  wyniosłą.  Zasię  po  brzegu 
przechadzają się dostojni męże, ludzie stateczni i poważni; niosą przed sobą kosmate brzuchy, 
jak  skórzane  bukłaki,  opuchłe  od  wody,  głowy  zaś  zadarli  wysoko  i  wystawiają  gęby  na 
słońce,  które  z  nich  wyciąga  uśmiech  boleśnie  rozkoszny  i  kroplisty  pot,  aby  było  ładnie. 
Rozprawiają o rzeczach poważnych i pełnych mądrości. 

— Widziałem, że pan podał  rękę temu z Drohobycza,  a wie pan,  co mówił  jeden mądry 

człowiek?  Powiedział  tak:  jeżeli  takiemu  podasz  rękę,  to  policz  zaraz  potem  palce,  bo  ci  z 
pewnością ze dwa ukradł. 

Lezie potem jeden z drugim w wodę, popróbowawszy jej najpierw końcami palców u nogi, 

potem palców u rąk, następnie, oczy zamknąwszy, ciskają się w straszliwy odmęt, sięgający 
aż  do  brzucha,  zasię  w  tej  okropnej  morskiej  otchłani  dzieją  się  rzeczy  wspaniałe.  Krzyk, 
wzdychania,  szumy,  szmery,  śmiech,  płacz  dzieci,  pluskanie,  rzężenie  z  trwogi,  czasem 
okrzyk w rozmaitych językach: „puść pan, pan jest grubjan”, — albo: „tu gdzieś jest rak!” — 
albo: „gdzie jest moje dziecko?!”  — albo też: „czemu pan tylko wodzie taki odważny?”  — 
albo: „pani pływa jak Wenus…” — albo: „zupełnie pana nie poznałam bez ubrania!” — albo: 
„ta małpa pływa, jak żaba”, — „skocz pani, bo idzie fala”. 

Napisałeś zasię, drogi Boy’u, nieporównanie w pierwszym tomie Brantome’a: 
„Owo poniechaymy snadnie rozpatrywania punktów tak doskonałych cudnością; iakom o 

nich  powiedał  lub  iak  je  nam  malują,  a  ucieszymy  się  poglądaniem  na  nasze  pospolite 
piękności:  nie  iżbym  chciał  rzec  p o s p o l i t e   w  złem  znaczeniu  bowiem  posiadamy  tak 
rzadkie,  iż  —  na  mą  cześć!  —  więcey  wartczą,  niźli  wszystkie  owe,  które  nasi  fantasticzni 
poeci, nasi wybrydni malarze y nasi górni opiewacze piękności umieli przedstawić…” 

Owo spójrz, miły poeto  i przyjacielu mój na te cudne włoskie dziewczęta, w których się 

rozkochało  morze  i  słońce,  wszystkiemi  je  oblewając  blaskami  i  pieszcząc  dotknięciem 
promienia  i  fali.  Pyszne,  smagłe  i  cudne,  z  oczyma  jak  węgle,  z  ustami  rozwartemi 
pragnieniem,  rzuca  się  na  falę,  a  fala  ugięła  się  pieszczotliwie  i  pod  ramiona  je  ująwszy, 
niesie  i  niesie,  jak  rozgorzały  kwiat,  rzucony  na  wodę;  potem  na  toń  je  zaniósłszy,  wraca 
zdyszana  fala  do  brzegu,  gdzie  zostało  jeszcze  jedno  czarnowłose  dziewczątko, 
znieruchomiałe  w  pozie  ze  ślicznego  obrazka  Chabas’a  i  lęka  się.  dalekiego  szumu  morza; 
wiać się cudnemu dziewczątku fala łasi u nóg i prosi cicho, aby się pozbyło trwogi, łaskawe 
jest bowiem morze i krzywdy nie uczyni nikomu. 

Owdzie  płynie  jak  delfin  człowiek  z  bronzu,  opalony  słońcem,  młody  i  silny;  gibki,  jak 

ryba i zręczny, jak łódź, tnie wodą ramionami, spokojnie i pewnie, w dal wpatrzony, bez lęku. 
Patrzą na niego z podziwem i zawiścią dostojne brzuchacze i chude, wynędzniałe, chuderlawe 
figury, swoim własnym przerażone widokiem, szpitale chodzące i zapowietrzone. 

Ale spłoszyło się nagle morze i, wylękłe, cofać się poczęło przerażone na głębie, a jeszcze 

więcej  zdumione;  oto  trzech polskich malarzy wlazło  w wodę i  czterech  polskich literatów. 
Włóczęgi te straszliwe, a niesforne, po całym się włóczące świecie, wzejdą nawet na piasku, 
gdzie ich nie posiali; takie czasy. Krzyczy jeden z drugim, że głodny, że obrazu sprzedać nie 
może,  ani  książki,  potem  się  w  morzu  kąpie,  jak  hrabia,  albo  jeszcze  coś  gorszego; 
najweselsze zaś jest to, że każdy ma u kostjumu przypięty znaczek, który dowodzi, że portfel 
oddał  do przechowania  na czas kąpieli.  Ten znaczek, uważasz, to  jest taki łajdacki  symbol, 

background image

jedynem bowiem mojem pragnieniem było to, żeby zgubić ten znaczek, żeby go kto znalazł. 
Szczęśliwego znalazcę tknęłaby na miejscu apopleksja po otwarciu portfelu, gdyby to zaś był 
gentleman i człowiek z sercem, włożyłby jaki banknot do towarzystwa tych kilku mizernych 
sonetów, udających czeki. 

Największy  taki  potężny  znak,  zawieszony  na  piersi,  jak  złote  runo,  nosi  malarz 

Axentowicz

*

,  wyglądający  w  wodzie  jak  hiszpański  grand,  który  się  znalazł  w  morzu  po 

zatopieniu  Wielkiej  Armady.  Chodzi  po  wodzie,  jak  wyniosły  flaming,  niema  zaś  tak 
wysokiej  fali,  któraby  dosięgła  jego  oblicza;  kiedy  się  położy  na  piasku,  zajmuje  połowę 
plaży i wtedy wiedzie dyskurs z malarzem Reychanem

*

, zawiniętym  w obłąkanie kolorowy 

płaszcz, o proporcjach w niewieściej budowie. I chan zaś wzdycha głęboko od czasu do czasu 
(zawsze tylko po francusku), obaj zaś myślą w przerwach o tem, że gdyby tylko połowa tych 
niewiast, które są na Lido, nie malowała sobie sama fizjognomji, lecz zamawiała portrety… A 
wkoło leży tylko martwa natura… 

Potem  przychodzi  malarz  Procajłowicz

*

  (który  mnie  deprawuje,  co  dnia  bowiem 

wynajduje  w  Wenecji  jakieś  „lepsze”  wino)  i  urządza  niemożliwe  kawały  z  grobową  miną, 
takiemu bowiem malarzowi, co całe życie maluje tylko kościoły, nie wypada być wesołym na 
fizjognomji.  Strasznie  kochany  jest  ten  mój  przyjaciel,  chociaż  malarz.  Wiele  mu  jednak 
dobry Pan Bóg przebaczy za te namalowane kościoły. 

Włóczymy  się  tak  tedy  gromadą  po  Wenecji,  gdzie  nas  nogi  zaniosą,  albo  gdzie  nas 

zawiezie zezowaty gondolier, opryszek. Wszystkie zaś drogi wiodą do Colleoniego, który w 
księżycowej poświacie twarz ma jeszcze dumniejszą Bardziej drapieżną. Księżyc mu wyzłaca 
hełm, rozpala śmiertelnym blaskiem oczy i rzuca rozświetlony pomost pod kopyta bojowego 
bachmata, aby ów potężny człowiek z orlą twarzą mógł zejść z piedestału i, dudniąc po bruku, 
— by wpadł w kupczącą, haniebną, plugawą czeredę sprzedającą i kupującą koraliki i kartki z 
widokami  i  buzdyganem  aby  począł  tłuc  po  twardych  czaszkach  i  gnał  z  tego 
najdziwniejszego  pod  słońcem  miasta,  cudniejszego,  niż  najcudniejszy  cmentarz,  pięknego, 
jak  umarła  królewna,  tajemniczego,  jak  bajka.  Zadrżał  zdaje  się,  pyszny  Colleoni  w 
drgającem  księżycowem  świetle,  w  siodle  się  osadził  potężniej  i  mocniej  ścisnął  buławę. 
Groźny jest, jak ballada o upiornym rycerzu, piękny, jak śmierć na wojnie, chmurny, jak noc, 
milczący jak trwoga. 

Wracajmy,  bo  noc  już  późna  i  coraz  ciszej  w  zaułkach,  które  się  chwyciły  kurczowo 

ramionami  mostów  i  dzierżą,  jak  kleszczami;  noc  się  wałęsa  samotna,  cicha  i  rozpalona, 
uciekłszy  z  Piazzy,  gdzie  grają  Beethovena  na  dętych  tylko  instrumentach  i  gdzie  garsony 
wrzaskliwe patrzą chyłkiem, aby im gość nie uciekł, nie zapłaciwszy. 

Wracam na wyspę, aby się rozradować przed snem opowieściami tego cudownego chama, 

pana i opata de Brantome’a, któregoś, drogi Boyu, zaprezentował w sposób tak nieporównany 
i  tak  mistrzowski,  że  się  twojej  wielkiej  pracy  najwspanialszy  hołd  należy.  W  „każdym 
polskim domu” nowy Twój przekład się nie znajdzie, na stoliku w salonie, lecz Ci to zapisze 
literatura,  żeś  jej  ofiarował  arcydzieło  przekładu.  Gdzieś  ty  się  tego  cudownego  nauczył 
języka? 

Opat  Brantome  jedzie  ze  mną  jutro  do  Werony,  na  przedstawienie  „Aidy”  na  rzymskiej 

arenie, o czem w następnym, równie nudnym Ci napiszę liście. 

                                                 

*

  Teodor  Axentowicz,  profesor  Akademii  krakowskiej,  Stanisław  Reychan,  Antoni  Procajłowicz,  wszyscy 

trzej znakomici malarze. (przyp. Red.) 

*

  Teodor  Axentowicz,  profesor  Akademii  krakowskiej,  Stanisław  Reychan,  Antoni  Procajłowicz,  wszyscy 

trzej znakomici malarze. (przyp. Red.) 

*

  Teodor  Axentowicz,  profesor  Akademii  krakowskiej,  Stanisław  Reychan,  Antoni  Procajłowicz,  wszyscy 

trzej znakomici malarze. (przyp. Red.) 

background image

II 

 
 
Każdy  hotel  na  Lido  ma  jedną  rzecz  taką  samą  i  jedną  swoją  osobliwość;  taką  samą, 

złodziejsko podłą jest kuchnia; — zjedz kawał zaoliwionej ceraty, a zjadłeś roastbef z Lido, 
wziąwszy  potem  gruźliczną  kość,  owiń  dokoła  niej  starą  gazetę,  a  będziesz  miał  pulardę. 
„Całe  szczęście,  że  jestem  łykowaty”,  rzekł  u  Dickensa  indyk,  którego  miano  zarżnąć,.  ów 
zaś, którego ci dadzą w jakiejś Hungaryi, już nawet nic nie mówił, zwątpiwszy przed śmiercią 
sam o sobie. 

Radziłem Altenbergowi, mieszkającemu w tym samym, co ja hotelu, aby odpowiednio do 

swego tytułu Jak ja to widzę?” — napisał po wyjeździe z Lido książkę pod napisem „Jak ja to 
strawię?”  Osobliwością  zaś  hotelów  jest  jakaś  znana  figura,  w  jednym  tedy  mieszka  książę 
Abruzzów  i  d’Annunzio,  w  innym  Altenberg,  w  innym  znów  Herman  Bahr  i  jego  broda, 
równie  jak  on  pyszna  i  wspaniała,  w  innym  aż  Jadlowker.  Nawet  małe  wille  mają  swoje 
sensacye; w jednej z nich, w Ortensyi, mieszka jakaś śliczna Polka, piękna jak as coeur, cały 
bowiem dzień gra w bridge’a, i jakaś jej ciotka, wyglądająca na dame pique Czajkowskiego. 
Całej tej talji kart przyglądają się Włochy z niemym podziwem, o ile taki ladro, jak Włoch, 
zdolny jest do wzruszeń. 

Pozatem rozmaite wałęsają się tu oryginały; jest tu jeden Polak, zawsze w monoklu, który, 

jadąc waporetem do Wenecji, siedzi na pokładzie z mapą w ręce, zaniepokojony, czy statek 
dobrze płynie, tyle zaś ma w sobie alkoholu, że gdy go moskit ukąsi, w  tej chwili zdechnie 
otruty.  Ładne  egzemplarze.  Spotkasz  ich  wszystkich  późnym  wieczorem  w  barze,  koło 
przystani, połykających zachłannie nalewkę z ananasów i czereśni, rozprawiających o sztuce i 
obmawiających  każdego,  który  jeszcze  nie  przyszedł,  i  każdego,  co  już  odszedł.  Każdy  zaś 
taki  Polak  jest  jak  Hannibal  w  bitwie,  —  pierwszy  do  baru  przychodzi,  a  ostatni  z  niego 
wychodzi. 

Księżyc to potem po jednemu odprowadza do domu, rzadko się tedy trafi, że jaki malarz w 

nagłym  napadzie  obłędu  wlezie  w  ubraniu  w  wodę,  co  nie  zaszkodzi  takiemu  ubraniu,  ale 
morzu  zawsze  zaszkodzi.  Spokojnie  patrzyłem  na  takiego  jednego,  wiedząc,  że  nie  utonie, 
wedle  bowiem  cichej  z  Panem  Bogiem  umowy,  polski  malarz  nie  może  skonać  w  inny 
sposób,  tylko  na  suchoty.  Niepotrzebnie  tylko  taki  ryczy  po  nocy,  jak  zarzynany  bawół, 
straszy  jedynego  policjanta  i  budzi  szlachetne  towarzystwo  z  wielkich  hotelów,  które  i  tak 
niema  spokojnego  snu,  tego  jednego  bowiem  niebo  sprawiedliwie  odmówiło  kapitalistom  i 
adwokatom. 

Radość życia jednakże najlepiej demonstruje się straszliwym rykiem, co snadnie zauważyć 

można w gabinecie dentysty, lub w szkołach śpiewu; jednemu ulżyło w paszczy, drugiej na 
duszy,  —  jeśli  się  tedy  polskiemu  malarzowi,  lub  pisarzowi  lekko  uczyni  w  rozchełstanej 
duszy, błogo na sercu i w głowie mu wino złote zaszumi, czyni to, co czyni morze, opiwszy 
się złotego, upajającego, miesięcznego światła, — woła sobie w głos i śpiewa i raduje się na 
złość  parszywemu  losowi;  jest  to  bowiem  indywiduum  złe,  kaprawemi  na  świat  patrzące 
oczyma,  złośliwe,  jak  szympans,  podejrzliwe,  jak  prokurator,  nieużyte,  jak  dyrektor  banku. 
Przeto mu urąga bezpańskie morze i ta czereda dostojna, co niema kredytu u Boga i ludzi. 

Właśnie się morze stroi, tysiąc sobie gwiazd przypiąwszy na wyniosłej piersi i wspaniały 

order Złotego Księżyca, na wielkiej, fjoletowej wstędze nieba. Legło sobie wygodnie, zlekka 
oddycha,  czasem  westchnie  i  w  długie  ręce  lagunów  ująwszy  Wenecję,  przygląda  się  jej 
smutno,  jak  zabawce,  wyrzezanej  ze  złota  i  marmurów,  zielonemi,  mądremi  oczyma.  A  ile 
razy  dojrzy  skazę  w  marmurach,  albo  groźną,  złą  szczelinę  w  pałacowym  murze,  tyle  razy 
westchnie  cichutko;  potem  to  miasto  śmiertelne  podnosi  w  górę  na  księżycowej  poświacie, 
jak na obłoku i o północnej godzinie modli się szmerem i szumem i łkaniem: „Oto jest radość 

background image

moja  i  moja  duma,  dziecko  ukochańsze,  urodzone  ze  mnie,  jak  kwiat.  Ocal  je,  Boże 
miłosierny. Bardzo zawiniło to miasto, lecz nie daj, aby zginęło w przepaści, albowiem jest 
piękne. Chore jest na piękność, przeto i grzechy miasta tego były piękne. Cóż Ci, że zginie, 
jak diament wspaniały, rzucony w topiel? 

Jego  wina,  jego  bardzo  wielka  wina,  że  w  niem  dusza,  rozkoszą  życia  zachłyśnięta, 

skarlała  aż  do  małości  łez  doży  Manina  i  że  umarła  potem  dusza  ta,  na  atłasach  ległszy  i 
złotogłowiu, zapomniawszy o mieczu, lekkomyślnym ujęta snem. Nie umarła jednak, jeno śpi 
na dnie mojem i płacze mojemi oczyma. 

Ocal je Boże, panie morza, bo chociaż grzeszyło to miasto, któreś wielce umiłował, lecz i 

cierpiało ponad miarę. Wstaw się za niem, Marku Ewangelisto i każ swojemu miastu uderzyć 
w tysiąc dzwonów, aby wybłagało sobie żywot wieczysty, wieczysty…” 

Tak się oto modli szumem nieprzerwanym dalekie morze, a zielona woda pod mostami łka 

cichutko  i  pnie  się  po  marmurowych  schodach  do  pałaców,  pustych,  jak  umarłe  serca, 
pluszcze u drzwi, czekając w utrapieniu, czy z nich nie wyjdzie czerwony senator, mądrość 
wielką  mający  w  oczach,  a  dumną  miłość  w  sercu,  idący  na  posiedzenie  rady,  gdzie  dziś 
nuncjusz papieski, przy boku doży siedzący, niezmiernie ważne przedstawi sprawy. Chryste 
Panie! Nie nuncjusz to siedzi, lecz bezczelny, napoleoński oficer, zasię na wielkich globusach 
w  tyle  sali,  czerni  się  nie  zarys  skrzydlatego  lwa,  lecz  straszny  cień  młodej,  długowłosej 
głowy Korsykanina… Gdzieżeś jest Colleoni!? Mroźny wiew, jak dreszcz lęku przebiegł po 
kanałach i cisza jęknęła cicho bulgotem wody; przyczaiła się noc, czarnym okryta płaszczem 
i,  szeroko  otwartemi  patrząc  oczyma,  bardzo  cierpi  tem  milczącem  cierpieniem,  które 
napróżno  wielką  wrzawą  stara  się  Wenecja  spłoszyć,  jak  złego  ptaka  tysiącem  lamp 
kolorowych,  burzą  fajerwerków  i  śpiewaniem  na  gondolach.  Trwa  krótko  wspaniałość 
sztucznego  ognia,  a  śpiew  jest  ochrypły.  Wielka  łódź  naprzeciwko  pałacu  dożów  tryska  w 
niebo tysiącem rakiet, słupami ognia, wśród wrzawy i huku. Cudnie barwione gwiazdy lecą w 
topiel,  jak  łzy,  tłum  się  dziwi  i  klaszcze,  a  morze  ocieka  zlotem  i  krwią.  A  za  chwilę  noc 
jeszcze  jest  ciemniejsza  i  melancholja  jeszcze  cichsza,  chociaż  księżyc,  dobry,  stary 
pocieszyciel  smutnych,  w samą się zjawił porę i smutnym  dzieciom stare odnawia zabawki, 
oczyszcza  ze  śniedzi  marmurowe  koronki,  złoci  ołowiane  szyby  okien,  prostuje  pochyłe 
wieże, rozczesuje grzywę lwu na kolumnie i orle gładzi mu skrzydła, opowiada zaułkom, co 
się  dzieje  na  morzu,  odwiedza  sieroce  drzewa,  zamknięte  w  więzieniu  murów,  łachmany 
lazzaronów w złocistą zmienia lamę, niepokoi cztery na kościele rumaki, tak, że się im szyje 
prężą i rozdymają nozdrza; zasię potem, stanąwszy w ulubionem swem miejscu, nad kopułą 
Santa Maria delia Salute, uśmiecha się dobrym uśmiechem i słucha, jak młode dziewczątko 
śpiewa ślicznym, na zatracenie skazanym głosem, o pękniętem sercu, o niewiernym kochanku 
i o ciężkiej karze Pana Boga. 

— — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — 
Jednej zaś nocy stary księżyc krótko świecił nad lagunami, albowiem musiał wędrować na 

występ  do  Werony,  gdzie  na  przedstawieniu  „Aidy”  grał  doskonale  i  z  wprawą 
odpowiedzialną  rolę  w  obrazie  nad  Nilem.  Sprytny  bowiem  jeden  tenor  zorganizował 
przedstawienia w olbrzymiej rzymskiej arenie w Weronie, pod gołem niebem, tak że można 
było powiedzieć, iż po jakiejś świetnie zaśpiewanej arji „gwiazdy klaszczą złote”. 

Dziw to był nad dziwy. Zawsze jednak w Weronie muszą być dwa obozy; wedle przekładu 

Kasprowicza,  „dwa  piękne  domy  w  uroczej  Weronie,  równie  słynące  z  bogactwa  i  chwały 
codzień  odwieczną  zawiść  odnawiały…”,  tego  zaś  dnia,  kiedy  byłem  w  onem  mieście,  ród 
Kapulettich  reprezentowany  był  przez  tych,  którym  się  udało  kupić  bilet  wstępu, 
nieposkromiony zaś ród Montekich otoczył wielotysięcznym tłumem amfiteatr i zachowywał 
się  wcale  nieprzystojnie,  rycząc  przeraźliwie,  klnąc  srodze  i  hałasując,  co  wchodzący  do 
wnętrza  przyjmowali  z  należytą  pogardą,  czasem  tylko  w  zbyt  wielkim  ścisku,  trzeba  było 
kopnąć  jakiegoś  zausznika  Montekich,  któremu  już  nie  tak  bardzo  szło  o  bilet,  ile  o  złoty 

background image

zegarek,  mniejsza  już  o  to,  jakiej  firmy  i  do  kogo  należący.  Nie  chcąc  też  uznać  zbyt 
wybujałej  muzykalności  włoskiej,  wojsko  z  najeżonemi  bagnetami  otoczyło  amfiteatr,  ze 
względu na to, że dobrze wymierzone uderzenie kolbą w brzuch doprowadza stanowczo do 
przytomności.  Takich  jednak  uderzeń  trzebaby  było  z  pięćdziesiąt  tysięcy,  na  taką  bowiem 
cyfrę  oszacowały  pisma  włoskie  owych  muzykalnych  ludzi.  Możesz  sobie  tedy  wyobrazić, 
najmilszy Boyu, jakiej trzeba było zapamiętałości, aby, kopiąc, szczypiąc, wierzgając i klnąc 
we  wszystkich  językach,  dojść  do  amfiteatru.  Zupełnie  tak  się  szło  tamtędy,  jak  przez 
gromadę przyjaciół z literatury  do wnętrza literackiej świątyni,  wiadomo  zaś, że brat literat 
nie życzy nigdy: obyś zginął! — lecz: obyś konał sto lat! 

Kiedy się morze rozigra, a mocno zirytuje, zapieni i posinieje z gniewu i zacznie mruczeć 

głucho,  jakby  z  tajoną  złością;  kiedy  się  z  wiatrem  porwawszy  za  włosy,  tarzać  poczną  i 
przewalać po topieli, a fale szemrzą z trwogi, na tę bitwę patrząc; kiedy morze, dostrzegłszy 
okręt w oddali, syknie z gniewu, potem, ciężko dysząc, gna po odmęcie i rzęzi z wściekłości, 
— takie same usłyszysz, głosy, wszedłszy do wnętrza tego straszliwego, kamiennego kotła, w 
którym się kąpała we krwi rzymska dusza. 

Och, co za widok! 

background image

III. 

 
Czterdzieści  tysięcy  ludzi  siedzi  na  stokach  kolosu,  co  szczerbą  łuków  na  najwyższem 

piętrze godzi w pogodne, rozgwieżdżone niebo, rozpięte jak granatowe nad cyrkiem velarium. 
Niecierpliwość  oczekiwania,  —  są  tu  bowiem  tacy,  co  siedzą  od  rana,  lepsze  zająwszy 
miejsca, — zmienia się w szmer i szum, który to słabnie, to się wzmaga. Głowa przy głowie 
się czerni, tak, że się zdaje, że bezpiecznie przejść można po tym  pomoście z głów, jak po 
pompejańskim  bruku,  a  szum,  w  falę  jedną  się  splótłszy,  wędruje  po  ogromnej  przestrzeni 
cyrku,  odbija  się  od  kamiennej  ściany,  na  jeden  moment  przycichnie,  potem  wraca  już 
głośniejszy i znów się poczyna błąkać, rosnąć z każdą chwilą, albowiem się zbliża godzina. 

Niebo  spokojne,  milczące  i  ciche,  wsparło  się  na  kamiennem  obramowaniu  cyrku  i 

zamknęło  go  pyszną  kopułą,  malowaną  w  gwiazdy.  Księżyc  jeszcze  w  garderobie;  droga 
mleczna  rozświetliła  się  przedziwnie,  wysrebrzona,  usiana  diamentami,  najmniejszy  zaś 
obłoczek  nie  zasnuł  pajęczyną  ciemnego  jedwabiu  nieba.  Mnóstwo  wielkich  lamp 
elektrycznych wstydzi się haniebnie swojej roli i, nie wiedząc, co z sobą począć, przygasa od 
czasu do czasu, aby za chwilę rozbłysnąć bezczelnie. Czasem gwiazda oderwie się od nieba i 
jak kamień leci na ludzkie głowy, dobiegłszy jednak do połowy drogi, skąd już zapewne czuć 
ostrą woń potu i wyziewy i skąd już słychać szmer tłumu, błędnie w jednej chwili z trwogi, 
krzyknie rozbłyskiem ostatnim i gaśnie. 

A tłum ludzki huczy w jednym jakimś potwornym, nieludzkim akordzie, z którego nagle 

tryśnie wysokie C przekleństwa, albo dźwięczna fermata płaczu jakiejś uciśnionej niewiasty, 
pieszczota  tłumu  bowiem  nie  zna  gracji  i  granic.  Jedna  jest  dusza  teraz  w  tym  amfiteatrze, 
polip jakiś straszliwy o tysiącach głów, dusza spocona naturalnie, już zirytowana, podniecona, 
zła i gotowa do wszystkiego. Co uczyni jeden na tym końcu cyrku, w tej chwili czyni to samo 
drugi, siedzący w ogromnem oddaleniu, jakby tu siedziało stado złośliwych małp, gotowych 
każdej chwili do ucieczki w panice. 

Nie znam  jednak wspanialszego widoku nad widok tego  potwornego mrowiska,.ukrytego 

w półmroku; jest to widok niemal groźny, tło bowiem wymalowała noc, ramy są potworne, 
kamienne  i  surowe,  obraz  zaś  sam  leniwo  żywy.  Odwracam  się  od  sceny,  zapominam  na 
chwilę,  że  będą  śpiewali  tylko  „Aidę”  —  i  patrzę  na  tłum.  Rozgorączkowana  wyobraźnia 
dopełnia w momencie architektury cyrku, dobudowuje żebra najwyższych łuków, ubiera tłum 
w  brudne,  spocone  chitony  i  togi  i  straszno  się  czyni  człowiekowi;  dobywasz  z  potwornego 
zgiełku  zupełnie  wyraźny  ryk  lwów  i  nawoływania  się  gladjatorów.  Trzeba  zamknąć  oczy, 
gdyż dreszcz przebiega po człowieku. 

A  tłum  się  zniecierpliwił.  Ktoś  krzyknął  głośniej  i  ktoś  klasnął  w  ręce.  Zdaje  się,  że 

gwiazdy zbladły, taki się podniósł wrzask; tłum się zakołysał, nabrał w piersi oddechu, wtulił 
głowy  w  ramiona  i  krzyknął.  Morze  się  rozpętało  i  topiel.  Klaskanie  brzmi  jak  suche, 
trzaskające  karabinowe  salwy,  zamęt  wiruje  nad  areną,  jak  splątany  tuman,  porywa 
najspokojniejszych  i  unosi.  Już  wszyscy  krzyczą;  wyłażę  tedy  na  krzesło  i  krzyczę  także 
rozdzierającym, tragicznym głosem, jakbym nagle zwarjował. O co mi idzie, Pan Bóg jeden 
wie,  bo  ja  nie  wiem,  alem  się  wykrzyczał  za  wszystkie  czasy;  to  jednak  mnie  pociesza  w 
obłędzie, że piękna niewiasta z pyszną twarzą Popei po lewej mej stronie siedząca, krzyczy 
także, po prawej zaś mej stronie ktoś się wydziera — przysięgam Ci! — po serbsku. 

Ażeśmy się zmęczyli wszyscy i amfiteatr oddycha ciężko, jak furjat po nagłym napadzie 

szaleństwa, co jednak trwa niedługo, wielkiemu bowiem polipowi znów coś nagle strzeliło do 
łba,  więc  jakby  na  komendę  czterdzieści  tysięcy  łudzi  wydobywa  białe  (i  prawie  białe) 
chustki  i  poczyna  niemi  powiewać  zupełnie  histerycznie,  umilkłszy  jednak  na  moment  dla 
tem  większego  efektu.  Jakby  niepoliczone  stado  białych  gołębi  padło  na  amfiteatr,  widok 
jakby  przesłonił  gęsty,  ogromnymi  płatami  padający  śnieg.  Przed  oczyma  masz  czarne,  w 

background image

kotle zamknięte morze, a z niewidocznych gniazd wypadło z cichym szelestem tysiące mew i 
tłucze o mrok białemi skrzydłami, cicho lecąc. Więc je tłum za chwilę spłoszył klaskaniem i 
krzykiem, ukryły się bowiem nagle i amfiteatr znów poczerniał, mrok zgęstniał i napęczniał 
od wrzawy, aż się stał cud: w jednej chwili ucichł krzyk, jakby go ostrym nożem odcięto od 
ludzkich warg; jakby sprawnie wyćwiczony zespół chóralny urwał nagle w połowie wysoki 
ton,  jak w trzecim akcie „Traviaty”, tak, że aż jęknęła nagle zbudzona cisza, przytulona do 
murów i jakby półgłosem wrzawy krzyknęła od nagłego bólu, zbyt natarczywie wyciągnięta 
za  włosy  z  kamiennych  swych  kryjówek.  Głowę  mam  pełną  szumów,  a  w  uszach  dzwoni 
jeszcze wrzask. 

Jest  cicho…  Jakby  z  podziemi  podnosi  się  cichutki  powiew  muzyki,  podobny  w  tym 

potwornym  teatrze  do  brzęczenia  owadów,  do  szmerów  letniego  wieczora,  albo  do  gadania 
dalekiego  lasu.  Na  olbrzymiej  scenie  ukazali  się  śpiewacy,  z  oddalenia  mali,  Radames  i 
Arcykapłan.  Wreszcie  odzywa  się  łomot  trąb  i  dudnienie  bębna,  dźwięki  biegną  szybko 
poprzez  ogrom  cyrku,  dopadają  do  najdalszych  zakątków,  wreszcie  przelewają  się  przez 
granitowy zrąb budowli i gdzieś tam już cicho szemrzącą kaskadą lecą w przepaść i w noc. 

Radames  postąpił  naprzód  dwa  kroki,  rozpaczliwym  wzrokiem  zmierzył  odległość  i 

wysokość niebieskiego stropu, od którego głos jego ma się odbić — zaśpiewał swoje: 

— Celeste Aida, forma divina, mistico serto di luce e fior!… 
A  kiedy  się,  rękoma  sobie  dopomagając,  wdrapał  bez  szwanku  na  ton  najwyższy  — 

krzyknął  tłum  jednym,  zgodnym,  potwornym,  tysiąc—echowym  głosem  uznania.  W 
zamkniętym teatrze krzyk ten rozwaliłby mury i lampy by od niego pogasły; padłaby trupem 
primadonna, chociażby zażywna i mocna w sobie; rozsypałoby się w próchno ze trzydzieści 
nieco  starszych  chórzystek,  zachwiałyby  się  dekoracje  i  runęłaby  świątynia  tebańska; 
uciekłby  z  teatru  najodważniejszy  krytyk.  Zasię  Radames  Veronese  okrasił  oblicze 
uśmiechem  zadowolenia  i  przyjął  sztandar  z  rąk  cudownie  śpiewającej  Amneris,  słynnej 
Marji  Gay  i  poszedł  do  garderoby,  spojrzawszy  wymownie  na  Aidę,  dobrze  śpiewającą  i 
mającą głos należycie cienki, za to ramiona tak grube, jak kolumny w świątyni Wulkana. 

W  momencie  zmieniono  dekoracje,  w  których  niema  wiele  do  zmienienia,  gdyż  osiem 

drewnianych  słupów  przesuwa  się  to  w  tę,  to  w  ową  stronę,  wszystkie  bowiem  świątynie, 
więzienia i inne takie lokale, potrzebne do „Aidy”, znajdują się tuż opodal sceny, albo już pod 
siedzeniami widzów, albo też w ukryciu wśród drzew, zasadzonych „tymczasowo”. 

Śpiewają tedy ładnie i składnie, to też straszliwe okrzyki uznania są coraz częstsze i coraz 

żywsze,  szczególnie  dla  Amneris;  grają  wszyscy  z  szerokim,  włoskim  gestem, 
przypominającym  w  scenach  bardzo  dramatycznych,  gesty  rozżartych  ludożerców,  lub  też 
ruchy  w  tańcu  św.  Wita,  niema  jednak  tak  gwałtownego  ruchu,  któryby  na  tej  scence, 
mogącej  pomieścić  pułk  wojska,  był  rażący.  Mniej  nam  jednak  wszystkim  idzie  o  „Aidę”, 
więc  się  bogdaj,  że  z  rozkoszą  czeka  antraktu,  aby  raz  jeszcze  i  raz  jeszcze  przyjrzeć  się 
nieporównanemu widokowi amfiteatru, który ma pomysły nadzwyczajne; w jednym bowiem 
antrakcie  stało  się,  że  niebo  zeszło  na  ziemię,  z  czterdziestu  bowiem  onych  tysięcy  ludzi 
każdy w pewnej chwili zapalił małą świeczkę i podniósł rękę w górę. Tego nie widział nawet 
Neron.  Przymruż  oczy,  a  ujrzysz  widowisko  nieporównane:  tysiące  migotliwych  gwiazd 
mruga w mroku i żarzy się i świeci; tysiące świętojańskich robaczków lata wśród tłumu, który 
się raduje i cieszy się i śmieje głośnym, rozwichrzonym, szerokim śmiechem, tłum bowiem w 
tej chwili zmienił się z potwora w małe dziecko, które trzyma w rękach świecidełko i szaleje z 
radości.  Gwiazdę  sobie  kupił  za  solda  i  tuli  ją,  rozbłyśniętą,  w  rękach,  aż  się  zdumiały 
prawdziwe gwiazdy i patrzą z otwartemi usty, co za wspaniałą zabawę wymyślił sobie głupi 
człowiek. 

Ten zasię nie jest tak głupi, bo zgasił świeczkę po chwili, aby mu połowa została jeszcze 

na  drugie  przedstawienie  i,  uspokoiwszy  się,  wyłupił  oczy  ze  łba,  patrząc  na  zwycięski 
pochód Radamesa. 

background image

Pochód ten jest atrakcyą spektaklu; trębacze grzmią w trąby, ale z takich samych egipskich 

nut, jak i u nas, zasię w rytm marsza idzie nieskończony korowód wojowników i bohaterów, 
autentycznych  murzynów  i  autentycznych  koni,  które  są  bardzo  stylowe,  są  to  bowiem 
właściwie wyschłe mumje bojowych rumaków, na razie zaś, w czasie wolnym od występów 
w  operze,  służą  w  dorożkarskim  fachu,  co  snadnie  poznasz  po  melancholji  na  końskiem 
obliczu, po łopatkach, urągających niebu i po bokach wytartych. 

Nikomu to jednak nie szkodzi, że Faraon miał taką parszywą konnicę, zato bowiem wojsko 

jest świetnie ubrane, Radames zaś kapie od złota i promienieje, jak słońce. 

Oto,  pomyśl  sobie,  złoty  Boyu,  —  w  pewnej  chwili,  jakby  wysunięty  przez  reżysera, 

wtacza  się  na  scenę  to  kochane  bydlę,  księżyc.  Włazi  poważny,  cudownie  dostrojony  do 
tragicznej sytuacji, świetny i błyszczący. 

Gra  wybornie:  twarz  ma  w  miarę  melancholijną  w  miarę  wzruszoną,  patrzy  na  akcję 

poważnie, zawisnąwszy nad sceną bez ruchu, wytrawny mądry statysta. 

Przypatrz  mu  się  dokładniej,  a  ujrzysz  za  tą  mgłą  tragicznej  melancholji  zwiędłą, 

umalowaną tylko doskonale, zapitą gębę starego aktora, rafinowanego wygi. 

Ożywił  scenę  w  jednej  chwili,  dumny  ze  swej  roli,  czując,  że  w  tej  chwili  wszystkie 

gwiazdy patrzą na niego z niezmiernym podziwem, jak głupie podlotki na wielkiego aktora, 
który chociaż bez gaży i bez emerytury, najwspanialsze grywa role, stary wyjadacz, co więcej 
wyratował autorów i kiepskich dramatycznych poetów, niż jest gwiazd na niebie. 

Wysłuchał  dostojnie  całego  śpiewania,  poczem,  kiedy  Radamesa  przychwycono  na 

zdradzie, spłynął z ponad sceny z tym pysznym gestem, który znaczy, iż on wszystko rozumie 
i wszystkiemu przebaczy. Zrobił gębę bardzo tragiczną i popłynął, niby ręce załamawszy, w 
stronę  Medjolanu,  aby  nie  widzieć  tego,  co  się  dziać  będzie  w  tłumie  przy  wychodzeniu  z 
amfiteatru. 

Tłum  zaś  wypełznął  na  ulicę  i,  opowiadając  sobie  wrażenia  z  tego  nadzwyczajnego 

przedstawienia, szemrał jeszcze długo, spać nie dając. Julji Kapuletti w fałszywym grobie. 

Ciebie jednak, drogi przyjacielu, sądzę, że dobrze do snu przysposobiłem, jeśliś nie usnął 

już w połowie czytania tego listu.  Jeśli tak jest, śnij tedy słodko i  niech  Ci  się przyśni,  żeś 
znalazł dziesięć koron, nikt Ci bowiem lepiej nie życzy odemnie. Pokój z tobą! 

background image

L

ISTY Z 

N

ICEI

 

A

DRESOWANE DO 

K

AZIMIERZA 

S

ICHULSKIEGO W 

1913

 R

I. 

 
Czy  nie  uważasz  kochany  malarzu,  że  dostałem  manji  pisania  „listów  z  podróży”,  jak 

gdybym  był  panienką,  która  się  musi  wypisać  pod  adresem:  „Zawiedziona  4832  poste 
restante”? — Czynię to jednak dlatego, aby się moi przyjaciele dowiedzieli ze smutkiem, że 
mi się nic złego w drodze nie stało, że nie złamałem nogi i że mnie nie rozjechał automobil, 
szczególnie moi przyjaciele piszący dramaty; kiedy sobie bowiem, mój drogi, wyobrażę mój 
pogrzeb,  mam  przed  oczyma  obraz  niesłychanie  wesoły:  oto  trumnę  moją,  wysmukłą  w 
lwowskim  stylu,  trumnę  wypożyczoną  z  teatralnego  magazynu,  niosą  czterej  silni 
dramaturdzy,  a  niosą  ją  strasznie  szybko,  abym  przypadkiem  z  niej  nie  wstał  koło  teatru, 
gdzie,  śmiem  mieć  nadzieję,  dyrektor  teatru  będzie  miał  mowę,  zakończoną  wśród  łez 
okrzykiem: 

— Boże! czemuś zabrał tylko jednego? 
I  powiedz,  drogi  malarzu,  co  ja  jestem  temu  winien,  że  ktoś  sobie  kupił  papier  i  pióro  i 

jednem cięciem zamordował w pierwszym akcie ojca, w drugim matkę, w trzecim kota, sklął 
świat, ludzi i Pana Boga? 

Aby tedy ochłonąć z nadzwyczajnego wrażenia ostatnich naszych premjer, wyjechałem do| 

Nicei, gdzie dotąd żyje pamięć o tobie, od czasu, kiedyś dla oryginalności kąpał się w morzu 
we fraku, dziwną tem w oczach tłumu okazując pogardą rzeczy ziemskich, frak ten bowiem z 
kosztami sądowemi kosztował podobno trzydzieści koron. Wspominam ci o tej plotce, abyś 
wiedział,  że  dość  jest  wyjechać  z  ukochanego  swojego  miasta,  aby  w  niem  zaraz 
powiedziano: 

— Czy pan nie słyszał, że ten i ten uwiódł w Kalkucie córką Maharadży? 
— To jest bezczelne kłamstwo, — odpowiada przyjaciel nieobecnego, — nie pozwolą źle 

mówić o nieobecnych.  Nikogo nie uwiódł,  to  potwarz;  biedaczysko, ukradł  tylko dwa i  pół 
miljona i uciekł z chórzystką, a to, panie, wielka różnica! 

Wyjechałem tedy na jasny brzeg za sprawą mojego szanownego wydawcy, któremu się z 

tego powodu zrobiło ciemno w oczach; powiadam abyś wiedział jak w odpowiedniej postąpić 
okoliczności, kiedy będziesz sprzedawał nową tek graficzną, że się z wydawcą rozmawia w 
ten] sposób: 

— Jestem panu podobno winien pięć tysięcy: drogi panie! 
Te  „podobno”  to  jest  nóż  w  serce  i  wydawca  robi  się  szaro—zielony,  ale  się  uśmiecha; 

tych „pięciu tysięcy” zaś nie bierz dosłownie, gdyż cyfry tej, znanej mi z cudownej książki 
profesora Ernsta o życiu na planetach,  używam  w druku tylko dla efektu, w rzeczywistości 
idzie o 76 koron za czwarte wydanie. 

— Nie szkodzi, — powiada wydawca — przecież mi pan da powieść… 
— Ach, tak… powieść… 
Uśmiech mój w tem miejscu jest uśmiechem z przedpogrzebowej kaplicy i więcej jest w 

nim  litościwej  goryczy  i  ironicznej  esencji,  niż  w  spojrzeniu  dyrektora  banku,  rzuconem  na 
potrzebującego interesenta. Uśmiech taki jest jednakże niezawodny,  gdyż wydawca robi się 
szaro—niebieski. 

— Nie da pan powieści?! 
— Owszem, ale mój spadkobierca ją dokończy, chyba, że wyjadą. 
— Jedź pan do Zakopanego… —Nie jestem hrabia. 
— Jedź pan do Jaremcza… 

background image

— Nie jestem bankierem; mogą wyjechać do Nicei. 
— Gdzie to jest? — jęczy wydawca — to podobno bardzo daleko?! 
— Na  cmentarz  znacznie  bliżej…  Wydawca  biegnie  do  kawiarni,  szuka  w  leksykonie, 

gdzie jest Nicea i krzyczy: 

— Którą klasą pan jedzie? 
— Pierwszą… 
Jeszcze mam siniec od tego spojrzenia, które w tej chwili rzucił na mnie ten człowiek. 
— Panie! — mówi nieszczęśliwy kamienicznik — pan mnie rujnuje!… 
— Bóg mi to z ochotą przebaczy… Dawaj pan czek. 
O,  malarzu  kochany!  widziałeś  człowieka,  podpisującego  wyrok  śmierci  na  siebie? 

Szkoda, zrozumiałbyś, jak wydawca podpisuje czek. 

Widziałeś,  jak  człowiek,  zaprzedający  duszę,  podpisuje  się  krwią?  Szkoda,  byłbyś 

zrozumiał… Każda litera jest paralitycznie skrzywiona, a każda cyfra wygląda jak człowiek, 
chory na skręt kiszek, każde zero wygląda jak rozpacz, każda ósemka, jak załamane w bólu 
ręce. 

Można jednakże zacnemu wydawcy osłodzić tę straszną chwilę, kiedy mu się powie: 
— Dziękuję panu tymczasem, bo za tydzień zatelegrafuję znowu po pieniądze. 
Wtedy można już wyjść bez pożegnania, gdyż wydawca leży zemdlony i długo, długo się 

nie  rusza.  I  wcale  słusznie,  gdyż  dla  wszystkich  polskich  księgarzy,  ludzi  skądinąd 
niesłychanie szanownych, jest to pozycja najodpowiedniejsza. 

Tego  samego  zdania  był  Ignacy  Nikorowicz,  nasz  grzeczny  przyjaciel,  którego  zastałem 

we Wiedniu, pogrążonego nad pisaniem trzeciego aktu nowej komedji. Zacny ten pisarz, jeśli 
na ulicy spotka własną biedę, starą damę, mocno do niego przywiązaną, kłania się uprzejmie. 
Grzeczny  autor  „Gołębnika”  jest  bywalcem  Riviery,  to  też,  wsadzając  mnie  do  wagonu, 
powiada: 

— Przy  trzecim  stole  w  prawej  sali  ruleta  jest  zepsuta,  co  wtorku  i  soboty  wychodzi 

trzynastka…  Przy  pierwszym  stole  na  lewo  dwadzieścia  siedem,  a  przy  stole  w  głębi  zero, 
jeżeli krupjer jest młody, a jeżeli stary to osiemnaście… 

Pomyśl sobie, mój drogi, co to znaczy brak szczęścia! Świetnie już ktoś powiedział: jeśli 

kto  ma  „pecha”,  to,  wtedy  mu  nawet  kamień  spadnie  z  serca,  to  mu  zawsze  upadnie  na 
odciski,  —  nigdym  się  nie  mógł  doczekać  ani  młodego,  ani  starego  krupjera,  tylko  zawsze 
kręciło  ruletę  indywiduum  w  średnim  wieku.  Zanim  ci  jednakże  opowiem,  jakie  w 
pachnącym tym kraju widziałem gęby, aby się uradował twój cudowny ołówek, który lepiej 
czuje, niż ja ci to mogę opisać, — muszę ci opowiedzieć, jak bardzo smutnym był mój wjazd 
tegoroczny  do  Francji,  której  obywatelem  czułem  się  kiedyś  przez  czas  dłuższy,  a  którą 
przekląłem obecnie do siódmego pokolenia, bez żadnej uwagi na system dwojga dzieci. 

Wiesz o tem, że literat ma jednego wiernego przyjaciela, a jest nim szlachetny papieros, w 

którego  towarzystwie  się  myśli,  który  zaraz  gaśnie,  jeśli  się  myśli  głupio,  z  którym  się  do 
spółki  pisze  i  który  goryczą  napawa  usta,  jeżeli  się  pisze  głupio;  znasz  przytem  francuskie 
papierosy,  które  przy  paleniu  mają  posmak  zżółkłej  waty  ze  starej  kołdry,  mają  zapach 
zbrodni  i  przypalonego  kalosza,  które  wypełnione  są  uschłą  trawą  morską,  zwietrzałą 
gutaperką,  z  których  dym  gryzie  oczy,  słodkawy  przytem  jak  rycynus,  które  nastrajają 
impertynencko,  haniebnie  i  złośliwie.  Nie  dziw  się  tedy,  że  wiozłem  ze  sobą  swoje  własne 
papierosy,  że  się  zaś  człowiek  ogólnie  przyjętym  zwyczajem,  a  na  wszystkich  celnych 
granicach ściśle obserwowanym, nie zwierza nikomu z posiadanych skarbów, więc się i ja nie 
chwaliłem  przed  celnikami,  słusznie  mniemając,  że  jeśli  Chrystus  Pan  uważał  tę  branżę  za 
rzezimieszków, tedy dobry chrześcijanin w żaden sposób w konfidencje z nimi wchodzić nie 
powinien. 

Przegląda mi tedy jeden taki walizą i odrazu nabrał dla mnie szacunku, widząc, że mam aż 

dwie koszule, gdyż odrazu wziął mnie za polskiego hrabiego, tembardziej, że ze strachu, aby 

background image

nie znalazł papierosów, miałem minę idjotycznie—arogancką. Z taką tedy miną przejechałem 
granicę bez wyrzutów sumienia, mniemając, że dwieście papierosów nie zubożyło drogiej mi 
Francji,  a  zubożyłoby  mnie  i  mojego  wydawcę,  dla  którego  raz  jeszcze  się  poświęciłem. 
Jeździłeś często przez różne granice i  znasz dobrze ten wspaniały widok, jak już po drugiej 
stronie  zła  i  dobra,  wszystek  naród  wyjmuje  rozmaite  rzeczy,  skąd  się  tylko  da;  jak  panie 
wydobywają papierosy z ukrycia, o którem Brantome jeden łacno jakieś piękne powie słowo i 
jak  się  wszyscy  cieszą,  że  się  celniki  dały  oszukać.  Ja  się  nie  cieszyłem  wcale,  gdyż  nie 
opłaciłem moich skarbów jedynie — przez zapomnienie; przypomniałem sobie jednak gdzieś 
na trzeciej stacji, ale już było zapóźno, żeby się wracać do zbójców szlachetną modą świętego 
Jana Kantego. Siedzę sobie tedy w przedziale wraz ze spokojem duszy i z jakimś wytwornie 
odzianym  gentelmanem,  który  czyta  „Madame  Bovary”  i  bawi  się  purpurową  różą,  co 
każdemu wolno. Jest godzina piąta rano i morze szumi tuż przy kolejowym wale. 

Myślę sobie: „dobrze jest na bożym świecie w przedziale pierwszej klasy!” i postanawiam 

uczcić  radość  życia  ofiarą  dymu  z  papierosa,  co  się  jednakże  zezowatemu  życiu  wcale  nie 
podobało,  albowiem w tejże chwili gentelman z  różą (o, zbrodnio! jakie przybierasz pozy!) 
rzuca się na mnie jak tygrys,  chwyta moje przerażone papierosy, które tulą się do siebie jak 
przelękłe, biedne, sieroce dzieciątka, — i krzyczy. 

— Tiens! — myślę sobie i powtarzam za Zagłobą: „ten mi da łupnia…” 
Przez głowę przeleciała mi myśl, że jest to taki z Conan Doyla albo z Maurice Leblanca, że 

rzuci mi na twarz zachloroformowaną chustkę, że mnie uśpi, i że mi zabierze mój czek na trzy 
miljony. Nic z tego… 

Myślę  sobie  tedy,  że  jest  to  człowiek,  który  nagle  oszalał,  ujrzawszy  polskiego  pisarza, 

jadącego sobie, jak nic na Rivierę… 

Myślę  sobie  dalej  tedy,  że  jest  to  anarchista  i  uważa  mnie  za  podróżującego  incognito 

króla, — także nic z tego. 

Pomyśl sobie, drogi malarzu, że jeszcze szło o te mizerne papierosy, albowiem wspaniały 

rząd  trzeciej  republiki  (oby  została  królestwem)  wysyła  każdym  pociągiem  kilku  takich 
gentelmanów, którzy bezecnie z poza kartek książki, czytanej naturalnie do góry nogami, bo 
gość taki chyba nie umie czytać, wypatrują, czy kto czego nie wiezie. Wszystko to — jeszcze 
raz ci powtarzam, — stało mi się przez przeoczenie, opowiadam to zaś dlatego, aby drugi tak 
jak  ja  nie  był  mądry  po  szkodzie  i  nie  zapomniał  oclić  tytoniu,  albo  przynajmniej  nie 
dowierzał figurze, czytającej „Panią Bovary” i bawiającej się łajdacko różą. 

Z tem wszystkiem to jeszcze nie koniec, namaluj mi to wesoło, bo było to bardzo wesołe. 

Gentelman powiada: 

— Za chwilę pociąg stanie, niech się pan pożegna z madame… 
Francuz, jak uważasz, zawsze jest pełen galanterji. 
— Ha! — zawołałem, — jak bohater w tragedii, — biada! biada! 
A kiedym się pożegnał z madame, nie mogącą pojąć, jak można stracić męża na gładkiej 

drodze  kolejowej  i  w  niewieścim  zapale  mianującą  głośno  kanalją  reprezentanta  trzeciej 
republiki i zaledwiem miał czas wykrzyknąć: 

— Pisz do mnie do Cayenny… — 
— wysiadłem  w  towarzystwie  gentelmana  na  stacji  Garavan,  co  przypomina  mi  do  dziś 

dnia karawan. Ale ta Cayenna nie dawała mi spokoju, bo zdaje się w drodze do tego właśnie 
przybytku  zmarła  szlachetna  Manon  Lescaut.  O,  drogi  przyjacielu!  Nie  zapominaj  nigdy 
dobrze chować papierosów, zaklinam cię na wszystko! 

Świat zachłysnął się przeczuciem poranka, a ja w tej chwili rzuciłem laską za wróblami, 

które tarzały się w ulicznym pyle, bo mi się zdawało, że się tarzają ze śmiechu na mój widok. 
Jak to Farys mówił? „Daremnie palma zielona z cieniem i owocem czeka, ja się wydzieram z 
jej łona, palma ze wstydem ucieka…” A to ja chciałem uciec, nie palma, ale gentelman, (oby 

background image

okulał) niosący moje papierosy, stąpa koło mnie i stara się mnie bawić rozmową, bazyliszek z 
trzeciej rzeczypospolitej. 

Myślę sobie, coby w mojem położeniu zrobił d’Artagnan z „Trzech Muszkieterów”? 
d’Artagnan zawołałby Porthosa i rzekłby spokojnie: 
— Porthosie,  daj  w  pysk  temu  poczciwemu  człowiekowi,  który  mnie  niepokoi  w 

podróży… 

— Dokąd my idziemy? — pytam gentelmana, nie patrząc jednak na niego, abym słusznym 

nie zapałał gniewem. 

— Do brygadjera, który ma służbę… Brygadjer  — myślę sobie — to jest taki generał w 

„Carmenie”. — 

„On brygadjerem jest, lecz w pułku tym nie służy”.:, powiada bas do pierwszego sopranu; 

świta mi tedy dziwna nadzieja, gdyż nikt inny, tylko brygad]er Don Jose pomógł ujść z rąk 
władzy  pięknej  Carmenie,  ale  takie  myśli,  drogi  mój,  można  mieć  tylko  o  wczesnej  rannej 
godzinie,  gdyż  nawet  w  pełnem  słońcu  jestem  bardzo  mało  podobny  do  pięknej  Carmen, 
Carmencity. 

Uważaj jednak, teraz się zaczyna „Uroczystość na Garavanie”. 
— Dzień dobry panu, panie brygadjerze! — powiadam ja. 
Władza siedzi bez kołnierzyka w takim pokoju, gdzie jest jakaś prycza, krzesło i stół; pan 

brygadjer  patrzy  na  mnie,  potem  na  gentelmana,  który  mruga  znacząco  i  już  wszystko 
rozumie; potem dopiero odpowiada pięknem „dzień dobry”, wypuszczając jednocześnie kłąb 
dymu  ze  śmierdzącego  kaporala.  Bardzo  jest  miły  pan  brygadjer,  który  pisać  ma  protokół. 
Wcale  mi  się  nie  przedstawiwszy,  pyta  mnie  o  nazwisko,  które  po  wygłoszeniu,  powoduje 
niesłychaną konsternację; brygadjer jest przerażony, obawiając się, że mu nie starczy papieru 
na jego zapisanie. Heca się potem czyni kolosalna, czy jestem Polak czy Rosjanin. 

— To pan długo tu jechał? — dziwi się władza. 
— Prawie dwa miesiące, — odpowiadani z rozczuleniem. 
— O,  tak,  pański  kraj  jest  bardzo  daleko,  —  powiada  pan  brygadjer,  który  się  łaskawie 

mną  zainteresował;  ponieważ  zaś  obaj  podobaliśmy  się  sobie  nawzajem,  zaczynamy 
towarzyską  konwersację,  z  wyłączeniem  złodziejskiego  gentelmana,  który  stoi  na  uboczu, 
dzierży w uścisku moje papierosy i bardzo się wstydzi. 

— Tam u panów była teraz straszna wojna, jak się to nazywa… no… na tym Bałkanie?… 
Przysięgam, że nie zmyślam. Odpowiadam tedy: 
— Straszna  wojna,  panie  brygadjerze,  —  trzech  moich  braci  zginęło…  Jeden  był 

feldmarszałkiem… 

— I pan tu przyjechał wypocząć? — mówi on tkliwie. 
— Tak, panie brygadjerze, ale widzi pan, nieszczęście z papierosami… 
— Trudno,  obowiązek,  bardzo  pana  przepraszam,  ale  nie  wolno.  Czemu  pan  nie 

zadeklarował? 

Pan  brygadjer  jest  tak  uprzejmy,  że  nawet  nie  oczekuje  odpowiedzi  na  to  pytanie,  tylko 

pisze dalej swój straszliwy protokół, który opowie dziejom Francji, że za czasów rządów pana 
Reymunda  Poincaré’go,  przychwycono  dwieście  papierosów  w  miejscowości  Garavan  o 
godzinie piątej rano… 

— Panie brygadjerze, proszę mi powiedzieć, ile mam zapłacić, abym sobie poszedł. 
— Musi pan czekać, aż wstanie pan szef. 
— A czy pan szef wstaje wcześnie? 
— Jak się zdarzy… Czasem o jedenastej… 
— A czasem wcześniej? 
— Nie, czasem później… 
O, święty — Pecoranie! — krzyknąłby w tem miejscu Robert Bracco. 

background image

Pot kroplisty wystąpił mi na czoło. Strach! Upadłem na krzesło wedle dantejskiej recepty 

„jako człowiek martwy pada”… A jeżeli pan szef mnie na złość umrze? 

Pomyśl  sobie,  co  się  dzieje  dalej.  Mam  czekać  od  szóstej  rano,  aż  pan  szef  wstanie; 

uprzejmie  mnie  proszą  abym  „zechciał”  zaczekać  w  przyległym  pokoiku,  do  którego 
wchodzę, jak do szpitala. Wzdrygnąłem się na, progu i krew mi uderzyła do głowy: naprzeciw 
mnie  wisi  portret  pana  prezydenta  Poincaré’go  i  ten  człowiek  do  mnie  się  uśmiecha.  O, 
królowie  Francji!  Czyby  który  z  was  kazał  wyłapywać  po  pociągach  nie—oclone  (przez 
zapomnienie!)  dwa  pudełka  papierosów?!  A  ten  człowiek  się  śmieje,  ale  niedługo,  gdyż 
musiał w oczach moich wyczytać straszliwe rzeczy. 

 
Gorze!  gorze!  Siedzę  sobie  tedy  i  dumam.  O  czem?  Mój  drogi,  zdaje  mi  się,  żem  przez 

chwilę  myślał  też  o  pozagrobowem  życiu  i  gdyby  był  ksiądz  w  pobliżu,  byłbym  odbył 
jeneralną  spowiedź.  Najgorsze  jest  to  jednak,  że  nie  miałem  —  papierosa.  Próbowałem 
układać  wiersze,  wspaniały  cykl:  „Z  więziennej  celi”,  ale  nie  szło,  zainteresowałem  się 
jednakże  po  chwili  żywo  straszliwym  piskiem  i  górno  brzmiącym  krzykiem  niewieścim. 
Czyżby  mnie  przyszła  uwolnić  jaka  cudzoziemska  księżniczka?  Zdawało  mi  się,  że  słyszę 
najwyraźniej: „Puśćcie go, albo się przebiję tym sztyletem”, potem znowu ucichło, jakby ktoś 
składał zeznania, potem znowu rozbrzmiał cudowny krzyk i zdawało mi się, że znów słyszę: 
„Śmierć tyranom i hańba! hańba! hańba!” 

Poincare,  na  ścianie  wiszący,  począł  się  przysłuchiwać  pilnie,  ja  natężyłem  słuch.  Aż  za 

chwilę  drzwi  się  otwarły  i  oto  wpada  niewiasta,  tak  czerwona,  jak  panna  po  pierwszym 
pocałunku,  wcale  piękna  niewiasta  w  bardzo  drogiem  futrze:  zamilkła,  ujrzawszy  mnie, 
przypatrzyła się pilnie, a potem: 

— Pan jesteś szefem? 
Spojrzałem  na  nią  nieco  nieprzytomnie  i  dość  głupkowato,  z  czego  ona  przekonała  się 

najdowodniej, że muszę być jakimś wysokim urzędnikiem. 

I, jak zefir wiosenny, który wreszcie w burzę się zamieni, jak lawina, która z grudki śniegu 

w górę urasta, jak długi, które rosną jak pędy wiosenne, tak rosła jej wymowa na ten temat: 

— Co to jest? Jak mnie tu traktują? Niech Pan do stu djabłów zrobi z tem porządek, kilku 

papierosów wieźć ze sobą nie można… 

— Madame… — chcę jej przerwać, 
— To  jest  rozbój,  żeby  taka  swołocz  właziła  do  sypialnego  przedziału.  Pan  ma  ładnych 

rzezimieszków… Ot co!… 

— Madame… —powiadam. 
— Do ministra zatelegrafuję!… Do samego Kokowcowa… Ani centima nie zapłacę, bo mi 

się nie chce. 

— Pani! — krzyknąłem, jak człowiek, który chce przekrzyczeć wichurę, — ile pani wiozła 

papierosów? 

— Głupstwo! Dwa tysiące… 
— A ja dwieście… 
Widziałeś kiedy apoplektyczny atak? Bardzo to ładnie wygląda: człowiek zatrzymuje ręce 

w  pozycji  „gadającej”,  usta  otworzył,  chcąc  złapać  powietrze  i  oczy  stawia  w  słup.  Bardzo 
ładnie wyglądała ona rosyjska niewiasta, więc ja, jako starszy więzień, odstąpiłem jej krzesło, 
aby na niem mogła wydychać swoje wzruszenie. 

— Pan także? 
— Tak, pani, ja także. Ból nas połączył i gdybym był wolnym… 
— A to świnie! —powiada nato ona… 
Mój uśmiech wy łuszczył jej moje w tej sprawie poglądy. 

background image

Aż  przyszła  ta  godzina,  kiedy  pan  szef  wstał  lewą  nogą  z  łóżka;  chudy,  wysuszony  jak 

tytuń  obejrzał  mnie,  obejrzał,  dziwił  się,  cmokał  ustami,  przewracał  oczy,  ważył  moje 
papierosy, znowu się dziwił, wysunął język, potem kiwał długo głową. 

— Pan jest Rosjanin. 
— Nie, Polak. 
Pan szef przyjrzał mi się, jakby zobaczył króla Dahomeju. 
— I czemu pan nie oclił? 
— Zapomniałem. 
— Jak można zapomnieć? 
— Mam uderzenia krwi na mózg, raz zapomniałem, jak się nazywam… 
Pan szef zmrużył jedno oko, pokiwał głową na temat: „powiedz to innemu, a nie mnie” i 

powiada : 

— To drobnostka, pan zapłaci małą karę. 
— Ile? 
— Pięćset franków… 
W jednym dramacie wierszem jest taki ustęp: 
„Co mówisz, wicehrabio? Zdaje mi się, że zwarjowałeś po stracie trzeciej żony!” 
To  właśnie  powiedziałem  wzrokiem  onemu  człowiekowi,  tak,  że  mnie  zrozumiał. 

Musiałem długo i szeroko opowiadać mu, że ja jestem taki pisarz, co nie, ma pieniędzy, że 
jestem  bardzo  chory,  że  jedna  Nizza  mnie  ocali,  że  uczyniłem  to  z  rozpaczy,  że  wierzę  w 
przyszłość  Francji,  że  jej  życzę  szczęścia  w  handlu,  że  nigdy  w  życiu  nie  miałem  takiej 
kwoty,  że  mu  poświęcę  sonet,  że  bardzo  szanuję  jego  żonę  i  bardzo  kocham  jego  kaprawe 
dzieci,  —  aż  zmiękł  i  kazał  zapłacić  dwieście.  Jakbyś  się,  kochany  malarzu,  ze  mną 
potargował, tobym ci coś niecoś jeszcze z tej kwoty opuścił, ale w druku nie wypada. Ale zato 
owa Rosjanka… Zdaje mi się, że ją obdarli aż do koszuli, uważając, że w nicejskim klimacie 
można chodzić w przewiewnym stroju… 

To się stało w szlachetnym Garavan, teraz ci zaś opowiem, co się działo w Nicei w dniu 

Narodzenia Chrystusa Pana. 

 
Człowiek,  leżący  na  katafalku,  mało  zazwyczaj  okazuje  zainteresowania  dla  piękności 

natury, że zaś moje przejścia nastroiły mnie dość trupio, muszę tedy nieco ochłonąć, zanim 
opiszę jeszcze raz to, co już było tysiąc razy opisane; jestem bowiem tego zdania, że nie jest 
żadną  sztuką  opisywanie  tego,  czego  nikt  jeszcze  nie  opisywał,  trudniej  natomiast  wydusić 
kropelkę haniebnie wyciśniętej cytryny. Patrzeć bowiem bardzo łatwo, widzieć natomiast jest 
bardzo trudno. Boją się jednak, czy zdołam nieprawnemi oczyma dojrzeć jeszcze cokolwiek 
w tej świetnej panoramie, którą dobry Pan Bóg podarował ludziom, jak się dzieciom ofiaruje 
kosztowną zabawkę. Dzieci wystawiły zaraz w podzięce przybytek, w którym się zgrywają w 
baccarata. 

Przejedźmy tedy szybko mocarstwo księcia Alberta, którego artylerja składa się z jednego 

rewolweru,  a  konnicę  reprezentuje  wspaniały  rumak  do  wożenia  wody,  owo  cudowne 
mocarstwo,  o  którem  snadnie  można  powiedzieć  obrazowem  wielce  zdaniem 
Sieroszewskiego, że jeśli pies na niem siądzie, to ogon ma już za granicą; pociąg nasz szybko 
wyjeżdża, gdyż dłuższym postojem mógłby zaczadzić całe państwo. 

A  wiesz,  drogi  malarzu,  kto  ze  mną  jedzie  w  przedziale?  Gentleman,  czytający  „panią 

Bovary”  i  bawiący  się  różą…  Inne  indywiduum,  ale  taki  sam  opryszek,  —  na  zmianę.  O, 
zemsto! Nie umiem ci opisać tej arogancji, z jaką zapaliłem sobie papierosa, mając w kieszeni 
wspaniały,  żółty  kwit,  dowodzący,  że  już  ze  mnie  zdarto  skórę.  Dmucham  mu  w  sam  nos, 
powoli, z predylekcją, rafinowanie, złośliwie, śmiertelnie spokojnie. A indywiduum na mnie 
nawet nie patrzy, tylko bazyliszkowym, zezowatym wzrokiem obserwuje jakąś panią, wtuloną 
w kąt. O mnie już wie, zbójca, teraz czyha na tę niewinną owieczkę, tak, że zaczynam drżeć 

background image

na  myśl,  co  będzie,  jeżeli  ten  podstarzały  anioł  zacznie  wydobywać  z  pończochy  opasłe 
pudełko  papierosów?  Zrzekłbym  się  nawet  interesującego  widoku,  byle  ją  jakoś  ostrzec; 
powiedzieć jej wprost nie mogę, że zbrodzień siedzi w przedziale, ale w potrzebie przychodzą 
do  głowy  genjalne  pomysły,  zaczynam  tedy  ni  stąd,  ni  zowąd  podśpiewywać  arję  z 
„Carmeny”, owe dumne słowa przemytników:: 

„Strażników  dwóch,  to  dla  nas  fraszki…”  Myślę  sobie:  jeśli  baba  muzykalna,  tedy 

zrozumie. 

Efekt, co prawda był. Niewiasta „patrzy na mnie wesoło, czym się nie upił, spotkawszy się 

jednak z moim wzrokiem, który jej zaczął krzyczeć : kobieto! uważaj! — który wykrzykiwał 
w głos zawołanie z Kiplinga: 

— Na  Chila,  baczność,  na  Chila!.  —  który  starał  się  być  natarczywym,  —  zaniepokoiła 

się. Ja nic; ciągle mi żal kobiety, więc nucę sobie wiele mówiące: 

„Don Jose stań na straży, a ja namiot rozwinę!” 
Wtedy ona patrzy przerażona, na mnie, tym litościwym, strwożonym wzrokiem, jakim się 

patrzy na biednego warjata i widzi, że jej daję znaki. Zrywa się tedy, prosi uprzejmie celnika, 
aby  jej  pomógł  wziąć  walizkę,  co  on  czyni  niesłychanie  chętnie  i  wychodzi—do  innego 
przedziału. 

— „Więc nas przenieś,” — rzekły ryby do starej czapli, która „jak to bywa”, zjadała je po 

drodze. 

— Nieszczęśliwa! — rzekły jej me oczy. Tak to najlepsze rady idą na marne, co mnie 
szczerze zasmuciło, tak, że smętny bardzo przybyłem do Nicei, owej żaby, która się dmie 

bardzo, aby być podobna do wielkiego wołu, do Paryża. 

Już na nicejskim dworcu człowiek zostaje bez żadnego patentu, hrabią; wogóle Francja to 

jest bardzo demokratyczny kraj. Posłańcy hotelowi rozdają tem chętniej tytuły, im który jest 
młodszy,  starszy  nieco  wyga,  przyjrzawszy  się  skromnej  walizce,  która  wygląda  jak 
podrzutek, mówi ci już tylko „panie baronie”, a bardzo stary, oceniwszy mnie jednym rzutem 
oka  —  nic  już  nie  mówił.  Dobrze  jest  jednak  w  życiu  przebyć  angielską  chorobę,  bo  się  z 
angielską  flegmą  przechodzi  wśród  tych  opryszków,  rzuciwszy  im  w  jednem  słodkiem 
spojrzeniu generalne i skondensowane: połamcie nogi, obywatele! 

Targuj się potem, nieszczęśliwa polska duszo, z hotelarzem, który, dowiedziawszy się, że 

nie  jesteś  ani  Anglik,  ani  Rosjanin,  bardzo  się  temu  dziwi  i  wcale  swego  zdumienia  nie 
ukrywa. 

Rozmawiając z hotelarzem nie należy nigdy mieć w ręce coś ciężkiego, łatwo jest bowiem 

bardzo zostać mordercą z powodu nieodpornego przymusu. 

Powiadasz mu: 
— Niech mi pan da słoneczny pokój. 
— U nas wszystkie są słoneczne. Król szwedzki tylko tu zajeżdża.. 
Wiezie  cię  windą,  wiezie  i  pokazuje  pokój  z  cudownym  widokiem  na  sąsiedni  strych, 

gdzie się suszą dwa fartuszki i gdzie trzepią dywany. 

— Voila! To jest bardzo ładny pokój. 
— A gdzie jest słońce? 
— Jak pan to rozumie? U nas zawsze jest słońce. 
— A czemu teraz niema? 
— Teraz? Ach, teraz… To w istocie dziwne, że teraz niema… 
— W takim razie, kiedy tu będzie słońce, niech mi pan da znać. Do widzenia panu… 
Gdyby się w jednej setnej części sprawdziło to, czego ci ten człowiek życzy w tej chwili, 

nie  doszedłbyś  do  bramy.  Wreszcie  jednak  gdzieś  osiądziesz,  gdzie  można  z  pyłu  otrzepać 
obuwie, gdzie jest kominek, w którym nigdy się nie pali, gdzie na kominku jest zegar, który 
nigdy  nie  chodzi,  gdzie  jest  kaloryfer,  który  powinien  być  chórzystką,  nie  kaloryferem,  bo 
wcale  nie  grzeje,  za  to  jednak  jest  stary,  upudrowany  kurzem  i  ciągle  śpiewa,  gdzie  jest 

background image

telefon, ale taki dla głuchoniemych, co to gadasz w niego| jak dziad do obrazu, a on nic „na 
szafce stoi, nikogo się nie boi”, gdzie jest „landszaft”, którego żaden malarz nie podpisał, ale 
muchy za to bardzo często, gdzie jest wanna, która jednak sama powinna się wykąpać, gdzie 
jest szafa z lustrem, ale z takiem lustrem, że kiedy w nie spojrzysz, tracisz w tej chwili ochotę 
do  życia,  gdzie  jest  kałamarz,  ale  z  mazią,  i  pióro,  którem  tylko  wyroki  śmierci  możesz 
podpisywać, gdzie jest wreszcie dywan, z którego by trup wstał, gdyby go na nim złożono. 

Ale ja byłem szczęśliwy, albowiem miałem cudowne mieszkanie ze słońcem, wprawdzie 

nie  wprost,  tylko  odbitem  w  takiej  nieśmiertelnej  szafie  z  lustrem  tak,  że  sobie  mogłem 
śpiewać  co  rano,  jak  Butterfly;  „dziś  mamy  dzień  pogodny!”  i  dopłacałem  za  to  słoneczne 
widmo  tylko  franka  dziennie.  Za  księżyc  —  za  to  nic  mi  już  nie  doliczono,  albowiem  mój 
gospodarz, pan Caneppa, który nawet za atrament zużyty na ten nieskończony list nic sobie 
nie policzył, jest gentelmanem, wprawdzie tylko na oliwie, ale gentelmanem. Jest to bowiem 
Wioch, Włoch obdziera tylko do trzeciej skóry. 

Taki  to  już porządek tego świata, na którym „sam  czart prowadzi  bal”,  a cielec złoty „z 

bogów  drwi”.  Całe  szczęście,  że  słońce  mało  sobie  robi  z  tego  i  wstaje  co  dzień  z  morza 
niefałszowane,  śliczne,  dobre  i  łaskawe,  witane  z  wielkim  krzykiem  przez  czeredę  mew,  a 
czasem przez potwornego sępa, hydroplan, który się wzniósł po nad fale i z groźnym, złym 
szumem,  ze  szmerem  straszliwego  jakiegoś  owadu,  stalowe  skrzydła  położywszy  na 
słonecznych blaskach, wprost w słońce leci, jak chiński smok, który pożarł słońce. Za chwilę 
zaś, upojony własną pychą, sam, z własnej woli, leci na wodne przepaście i siada na nich; na 
wielkich, szerokich łapach, które pazurami drą niezmącone wody i po falach goni słoneczne 
odblaski,  niecierpliwym,  potężnym  ruchem  wodę  sobie  zgarniając  pod  stalowe  piersi. 
Ujrzawszy  potwora,  tuli  się  z  trwogi  do  fali  jaskółka  rybaczej  łodzi  z  białym  żaglem,  zaś 
wielki wieloryb okrętu, który brzuchatym kadłubem leniwie na wody się położył, cierpliwy, 
afrykański podróżnik, nadyma się” i fałszywie pyszni,  widząc te. djabelskie po fali igraszki 
uskrzydlonego rekina, nowo—modne i straszne. Jednakże, zdumienie jego, źle ukryte, niema 
granic. 

I  oczy  ludzkie  się  dziwią,  że  je  słońce  rozweseli,  które  jak  opary  z  wód  dobywa,  tak  z 

biednej ludzkiej duszy wywodzi opar trosk i smętków, a wiatr je po morzu rozwiewa, lecz nie 
na  długo,  bo  czyż  nie  wiesz,  miły  mój  przyjacielu,  że  czasem  trzyma  się  człowieka  jakaś 
rzecz  podła  i  marna  i  w  żaden  sposób  jej  nie  zgubisz,  choćbyś  ją  gubił  umyślnie.  Polska 
troska to jest właśnie takie stare żelaziwo. Zejdziesz z morskiego brzegu i wejdziesz w ciasne 
uliczki, a ona już stoi za węgłem, milcząca i cierpliwa i dziwnie uśmiechnięta ; wypłowiałym 
pióropuszem  do  stóp  ci  się  skłoni  i  znów  idzie  za  tobą  len  giermek  obdarty,  wierny  jak 
nieszczęście  i  jak  wychudzony  pies.  Nie  utonie  w  morzu,  bo  takie  topielec  morze  zaraz  na 
brzeg wyrzuca, nie zginie w tłumie ludzkim, bo jest mądra. A gdy ją, zabłąkaną, konstabl —
spyta: 

— O melancholjo, nimfo, skąd ty rodem? 
— Z  Polski!  —  odpowie  ci  zawsze  owa  dziewica,  która  ma  przejście  wolne  przez  celną 

granicę. 

W  słonecznym  blasku,  rozśpiewanym  słonecznym  blasku,  które  rano  srebrem  farbuje 

morze,  w  południe  lazurem,  a  pod  wieczór  najczystszem  złotem,  taje  jednak  wszystko  w 
duszy jak na śnieżystem polu, taje wszystko w sercu jak w lodowej grocie i łaskawy i dobry 
czyni się człowiek, a jeśli duma o czem, to jedynie o czemś, co jest piękne, a jeśli zamierza 
coś, to jedynie coś, co jest dobre. Dziwne to jest, ale w tej słonecznej powodzi nigdy się nie 
myśli… prozą, lecz zawsze wierszami; na rozperlonej grzywie każdej fali płynie diamentowy 
rym,  szept  morza  rytm  wybija,  a  wiatr  to  wszystko  wiąże  w  strofy,  cichutkie,  dzwoniące, 
przez nikogo nie słyszane strofy. 

Słońce  jednakże  jest  tu  tylko  tak  nieskazitelne  i  takie  odradzające,  główna,  wielka, 

królewska  osoba,  jedyne  stworzenie  żywe  i  cudowne,  nie  robione  na  efekt  i  na  humbug; 

background image

albowiem  wszystko  inne,  to  jest  teatr.  Nawet  skały,  które  pyszne  płoną  w  słonecznej 
kurzawie, ustrojone  \y  wodospady  kwiatów, wyrzezane są dziwnie misternie, ubrane w jaką 
taką sztuczną grozę i wszystko to wygląda jak minjaturowe, z tęczy uprzedzone fata morgana, 
odbicie  czegoś  wielkiego,  co  istnieje  w  grozie  i  potędze,  ale  gdzieś  bardzo,  bardzo  daleko. 
Wszystko wprawione w przeczyste lazurowe ramy i wszystko piękne, nie swoją, lecz odbitą 
od słońca pięknością, niemal bezduszne, sztucznem  żyjące życiem.  Jak cudownej  piękności 
kokota wygląda Riviera, dama kameljowa i  różowa i  mimozowa i  jako kto  chce, słoneczna 
metresa  i  kochanka  całego  świata,  która  się  pozuje  wdzięcznie,  obwieszona  perłami  i 
bezlikiem diamentów. 

Palmy  ją  chłodzą,  morze  jej  przyśpiewuje,  a  ona  się  nudzi  tą  śmiertelną  nudą  ludzi 

bogatych, którzy wożą swoje życie w kufrze, a serce w neceserze, i czeka, aby jej snobizm 
ludzki,  z  wielkim  brylantem  w  krawacie,  czołem  uderzył.  Kwietny  brzeg  Śródziemnego 
Morza,  znudzony  swoim  własnym  lazurem,  znudzony  swojemi  kwiatami,  zna  wszystkie 
rozkosze  tego  świata,  opity  niem  do  syta,  jednego  tylko  w  życiu  swem  niebieskiemi  nie 
widział oczyma: jakiejkolwiek pracy. Jedno morze tu tylko pracuje, wynalazłszy sobie robotę 
wprawdzie  nie  zajmującą,  ale  zato  krzykliwą:  rzuca  o  brzeg  kamieniami;  jest  to  morze 
haniebnie zdeprawowane, niemal teatralne morze, które przez trzy tygodnie marszczy czoło, 
wytężając myśl, coby to uczynić, aby przecież dać znać o sobie? Po takiej głębokiej zadumie 
nabiera niesłychanej arogancji, cofa się nieco wgłąb i z jakiem takiem powodzeniem zaczyna 
„grać”  burzę,  której  się  nawet  mały,  brudny  Włoch  nicejski  nie  przerazi.  Zdobywa  się  na 
wielką falę, zaczyna szumieć, wydymać się, wspinać, bałwanieć, gotować, syczeć, napędzać 
krzykiem  fale,  tłamsić  się  poczyna,  wzdychać  z  gniewu,  wirować  w  pędzie,  czesać  grzywy 
fal, burzyć, warknie czasem, potem zahuczy, potem krzyknie, potem wodą klaskać zaczyna, 
jak się klaskaniem w dłonie bawi tłum, jąknie potem głęboko z udanego gniewu, wreszcie w 
zielone swoje potworne łapy chwyta wiatr, który gwizdnie nagle, rzucony wydętym pyskiem 
na  tonie  i  jak  niewolnik,  co  dźwiga  głazy  na  piramidą,  tak  ci  oto  czarne,  z  afrykańskich 
brzegów  na  smyczy  przywiedzione  wietrzysko,  poczyna  pracować  ciężko.  Jak  żniwiarz,  co 
garścią zebrał kłosy i w snop je wiąże, tak on zmarszczki na topieli związał w jedną grzywą, 
trzepnął  po  niej  rękoma,  aż  się  zapieniła  bluzgiem,  zadął  z  całej  siły  i  gna  ją  pędem  na 
zdobycie brzegu, krzycząc przeraźliwie, jak dziki pastuch, co woły popędza leniwe. 

Patrzy zdala czarne, nocą spowite morze, niezgłębionemi oczyma czy się przeląkł świat tej 

nawały  i  czy  się  zatrzęsły  w  posadach  swoich  gmachy  na  wybrzeżu;  a  gmachy  sterczą, 
wyszczerzywszy w noc i pustką świecące, szczerbate zęby elektrycznych lampek i wielki wał 
kamienny jak długi, olbrzymi, skamieniały pyton leży niewzruszony. Zdumiało się gniewne 
dzisiaj morze i zdumiał się stary, na muszli grający Tryton, który w młodości swej zapewne 
był  krup  j  erem.  Więc  jeszcze  raz  siłuje  się  wiatr,  jeszcze  raz  bryznęły  fale  i  odbiegły  od 
kamiennej zapory z piaskiem, z jękiem i skowytem, jak sfora białych, czernią nakrapianych, 
łaciastych  piesków,  które  odpadły  od  odyńca,  co  się  zaparł  na  zadnich  łapach  i  tylko 
krwawemi  toczy  ślepiami.  Aż  się  morze  znuży,  wilgotną  ręką  machnie  z  pogardą,  trąbi 
jękliwie do odwrotu i spać się kładzie, znudzone mocno. Takie sobie morze; piękne, ale nie 
groźne  i  rozumiejące,  że  w  sezonie  nie  wolno  mu  szaleć  zbytnio,  aby  nie  odstraszyć  gości. 
Czasem się tylko zirytuje, dotknięte w swej godności, kiedy nicejska rzeczka, w której piorą 
bieliznę,  zbyt  wiele  mydlin  wleje  mu  w  gardło.  Podobno  wielki  Gejzer  islandzki  można 
mydłem przywieść do wybuchu, tak też i to morze, które i tego także nie lubi, kiedy głupi pies 
stanie na brzegu i zaczyna szczekać zajadle na fale. Wtedy pierwsza lepsza z brzegu fala, na 
oko spokojna, podpływa nieznacznie i nagle szczekające bydła trzaśnie w gębę, tak, że pies, 
skowycząc  w  śmiertelnem  przerażeniu,  ucieka  do  jakiejś  ubrylantowanej  wiedźmy,  która, 
klnąc straszliwie morze, całuje biedną twarzyczkę nieszczęśliwego ulubieńca. 

A  Angliki  wysokopienne  chodzą  po  promenadzie  poważnie,  jak  czaple,  dość  osobliwą 

wszystkiemu  okazując  pogardę,  największą  zaś  temu  chłystków  a  temu  morzu,  do  którego 

background image

każdy,  usiadłszy  na  ławce,  tyłem  się  odwraca.  Kiedy  zaś  słońce  wchodzi  w  „swoich  lat 
południe”  i  kiedy,  cierpiąca  na  manją  wielkości  armata  rozgłosi  hukiem  i  echem  dwunastą 
godzinę,  rojno  jest  na  plaży  i  gęsto,  albowiem  wszystko  wyłazi  z  hotelowych  pieczar,  aby 
wygrzać  w  słonecznej  spiece  kabłąkowate  plecy,  chuderlawe  piersi  i  oblicza  z  żółtej 
gutaperki. Tabetyki malownicze wyjeżdżają z wielką paradą, kokoty przedziwne przechadzać 
się  poczynają  z  miną  dostojna  i  wielce  niedbałą,  kacapy  rosyjskie  chodzą  ciężko  i  głośno, 
rykiem śmiechu napełniając powietrze, sumiaste, polskie szlagony z wielką suną powagą, jak 
w polonezie, Francuski fircykowate i aroganckie ladies angielskie, nieprzyzwoicie chude, ale 
przyzwoicie krótkowzroczneNiemcy plugawe, rozpychające się łokciami, eleganckie i wesołe 
Italczyki, murzyny, czarną miną nadrabiające, Japończyki uważne, skromne, niczemu się nie 
dziwiące,  a  pilnie  przypatrujące  się  wszystkiemu;  kobiet  pięknych  niewiele  (o,  Polki, 
jakżeście  piękne!),  zato  starszych  dwa  razy  tyle,  ile  ich  potrzeba,  a  same  arcydzieła 
ornamentacyjnej  sztuki,  pomalowane  jakiemś  kosmetycznem  wapnem,  wyróżowane 
aptekarską krwią. Namaluje sobie taka stara daktylowa palma brwi czemś czarnem, aby były 
„łuki”, ale żaden mimo tego rzymski łuk tryumfalny, tak odrapanie nie wygląda; suknię ci ma 
rozciętą, abyś snadnie dojrzał nogę, której widok nastraja smętnie i każe myśleć o śmierci. 

Wszystko to zwraca gęby ku słońcu, tak, że się ostatecznie dziwić nie można, iż słońce od 

czasu do czasu chce mieć raz w rok także swoją miłą chwilę i urządza sobie zaćmienie; ale z 
bożego  przykazu  świecić  musi  i  grzać  te  fizjognomje,  pomarszczone  jak  stara,  niemodna 
suknia,  aroganckie,  wyświechtane,  wypolerowane  „porcelanowym”  pudrem;  wszystkie  tedy 
oblicza stroją się w tej słonecznej kąpieli w szeroki miły uśmiech, zdają się tajać w cieple, z 
martwych czynią się jako tako żywe na jedną godzinę i wreszcie, po długim, długim mozole 
coś im się tam w oczach zapala. Uśmiech ten nie jest zbyt  anielski, bo  nie kwitnie na tych 
niepięknych  gębach,  tylko  się  z  nich  sączy,  omal,  że  lepki  i  klejowaty,  uwięziony  na 
zachłannych i łakomych ustach. 

Słońce  płynie  powoli  i  obejrzy  sobie  tak  co  dnia  parę  tysięcy  wyszczerzonych  do  jego 

blasku zębów; czasem się na jedną chwilę dłużej zatrzyma na jakiejś twarzy ślicznej i cudnej, 
(o sobie w tej chwili mówić mi nie wypada) i widocznie rozradowane, zanurza świetliste ręce 
swoje w złotem szytej sakwie, bierze pełne garście pereł i diamentów blasku i rzuca cudnej 
kobiecie na włosy, na twarz i na piersi, aż ona, nagłym oślepiona blaskiem, oczy przymyka, 
potem  cicho  westchnie.  I  znowu  wędruje  dalej  niezmęczone  słońce,  albowiem  jakiś  biedny 
suchotnik opodal już się bardzo niecierpliwi ; więc się nachyla dobre, ciche słońce i światłem 
go napoi, znów się śpiesząc, albowiem na wózku leżąca, wpatrzona uporczywie i tęskniące w 
morze,  myśli  sobie  o  czemś  mała,  cudna  dziewczynka,  czarne  oczy  szeroko  mając  otwarte, 
rozchylone usta, ciężko dyszące i niemocne, bieluchne i chłodne ręce; więc się zaśmiało do 
niej  słońce,  ucałowało  oczy,  ogrzało  rączęta  i  bardzo  smutne  odchodzi,  pracę  mając  przed 
sobą  wielką,  potrzeba  mu  bowiem  jeszcze  przed  wieczorem  zabarwić  miljony  róż,  ogrzać 
przerażone, żółte z trwogi  przed chłodem mimozy, pogładzić palmy, pochodzić wśród skał, 
ozłocić  dachy  i  wymalować  olbrzymi  obraz  na  szarem,  niezmiernem  płótnie  morza: 
seledynem,  krwawym  cynobrem,  ultramaryną,  tęczą  i  złotem.  Nie  dziw  się,  malarzu,  tej 
kombinacji farb, wiesz o tem jednak dobrze, że słońce to jest najbardziej zwarjowany malarz. 
Chociaż jeszcze nie wieczór, a przecież księżyc, stary dandys w monoklu w złośliwem oku, 
już się wałęsa ponad skałami, nigdy nie wyspany nocny birbant z zapitą gębą i wlecze za sobą 
cały rój gwiazd. A gwiazdy na nicejskiem niebie bezwstydnie przypominają kokoty. 

Noc  zapada  nagle  i  szybko,  jak  nieszczęście,  i  oto  całe  wybrzeże  poczyna  błyskać  mil 

jonem  świateł,  które  jak  długi  bicz  pereł  lśnią  nad  zatoką,  przypominającą  wieczorem 
wygiętym  swoim  świetlnym  łukiem  rozbłyśnięty  cud  neapolitańskiej  zatoki.  „Cicha  nocy, 
gwiazd miljony…” — śpiewa sobie u Pucciniego japońska Halka, madame Butterfly, czego o 
gwiazdach nicejskich zaśpiewać nie można, mrugają bowiem  skromnie i  z przyzwyczajenia 
tylko,  zakrzyczane  przez  bezczelnie  się  skrzące  hotelowe  szyldy,  przez  aroganckie  ślepia 

background image

automobilów; przez nieskończone girlandy jaskrawych lamp, strojące frontony i dachy kasyna 
i  pałacu  gry, przez szeregi  świateł, któremi obwiesił się każdy wytworny szynk, Ernest  czy 
Maksim.  Oślepione  oczy  wytężają  się  napróżno,  aby  dojrzeć  szumiące  pod  stopami  morze; 
nie widać nic, prócz otchłani ciemnej, ponurej, głębokiej i tajemniczej, gadającej szumem z 
głuchoniemą  nocą;  wielka  czarność  morza,  jękiem  nieustannym  płacząca  po  stracie  słońca, 
błyska tylko od czasu do czasu, miarowo, krwawem, cyklopowem ślepiem morskiej latarni, 
bystrem, mądrem i daleko widzącem. Blask rzuca się na mętne tonie nagle, szybko i gaśnie, 
aby  nabrać  za  chwilę  oddechu  i  znów  rozjaśnieć,  wołając  ku  dalekim  okrętom  :  omińcie  te 
skały! nie wierzcie złudzie blasku, w który się oprzędło miasto! jam jest tylko lux in tenebris, 
o, żeglarze zbłąkani… 

Ostatnia  już  przez  sen  krzyknęła  mewa  w  skalnej  szczelinie,  kiedy  na  ulice  wypełza 

przyczajony gdzieś w uliczkach dotkliwy chłód nocny i wałęsa się, jak żebrak po salonie, nie 
wiedząc, co z sobą począć, więc staje u drzwi paradnych nocnych lokalów, skąd czasem,  z 
poza  zasuniętych  szczelnie  jedwabnych  firanek  wyleci  na  ulicę  poplątana  muzyka,  skąd 
nieraz  wyleci  śmiech  z  dźwiękiem  rozbitej  szampańskiej  kryształowej  szklanki,  z  takiego 
lokalu, gdzie łatwiej ci jest być księciem, niż kelnerem,  gdzie monetą zdawkową jest złoty, 
pieniądz, gdzie nawet zdechła ostryga… patrzy na człowieka z pogardą, a w których jednakże 
—  należy  to  przyznać  bezstronnie,  —  jest  zawsze  choć  jedna  kobieta  uczciwa:  taka,  która 
pełni służbę przy — drzwiach tualety. 

background image

II. 

 
Cudownie  zaszło  słońce  w  dniu,  w  którym  się  narodził  Pan  Jezus;  dziwnie  się  człowiek 

czuje  w  „powszedni”  dzień  w  tym  niesamowitym  kraju,  kędy  się  ma  wrażenie,  jakby  się 
siedziało  we  flaszce  perfum,  —  (takie  właśnie  wrażenie  musi  mieć  homunculus  z  wielką 
głową,  zamknięty  w  słoju  ze  spirytusem)  —  jednakże  w  taki  dzień  uroczysty  trochę  tu  jest 
nieswojo i źle. 

Weszła  na  niebo  pierwsza  gwiazda,  nieśmiało,  jak  debjutantka  na  scenę,  która  ma 

powiedzieć: 

— Baczność  panowie,  król  wchodzi  na  salę!  —  i  zdumiona  patrzy,  że  nikt  nie  jest 

uroczysty, nikt nie jest  skupiony i  nikt nie jest  ciekaw wielkiej  nowiny. Elegancka hołota je 
sobie spokojnie obiad, jako co dnia, pulardę wychudłą, która umarła z przekrwienia mózgu, 
albo cielę jakieś obleśne, które zginęło na zapalenie żył. 

Śniegu niema nawet w aptece, noc się nie iskrzy i nie lśni diamentami, nie dzwoni mroźne 

powietrze. O, malarzu! Jeśli ci kto powie o mnie, że się boję i wstydzę sentymentów, uczyń 
mi tę łaskę i, chwyciwszy go za głowę, uderzaj nią długo i cierpliwie o krawędź stołu, albo o 
mur kamienicy… Bom się tego dnia własnych zawstydził rozczuleń i byłbym ucałował śnieg, 
rycząc  z  radości,  —  „buchając  szczęścia  rykiem”  —  jak  Boy  powiada  i  polska  ze  mnie 
wylazła natura, słaba i gnuśna, lecz umiejąca czcić dostojność, cud chwili, czar nocy jedynej, 
umiejąca się zdobyć na wielką, prawdziwą i szczerą tęsknotę, zatem, czego jej nauczyła stara, 
dobra kobiecina: tradycja. Nieznośnie mi jest w tej chwili i dziwnie. Och, Polaku! Stroi się 
taki  jeden  z  drugim  w  „podfilipińską”  pozę,  udaje  Francuza,  otwiera  sklepik  z  cynizmem, 
gada górnie i obco, aż jednego wieczora wylezie gdzieś z kąta jakaś mara, jakiś cień, upiór 
jakiś i nic nie powie, tylko spojrzy na ciebie niebieskiemi oczyma, — a w tobie serce drżeć 
poczyna, jak dziecko, słowa ci więzną w gardle i w oczach ci mignie coś, co się podobno łzą 
nazywa u kobiet i dzieci. 

Zdaje mi się, mój drogi, że raz siadłszy w Rzymie u św. Piotra na kamiennej posadzce w 

Wielkanoc, beczałeś jak nie malarz… Pamiętasz?… Nie zapieraj się, bo wiadomo i św. Piotr 
ci  to  w  oczy  powie  na  Sądzie  Ostatecznym.  I  otóż  widzisz,  malarzu,  który”  nie  wiesz,  co 
zrobić z pełnią życia, którybyś się w żywe oczy wszelkiego odprzysiągł sentymentu… Potem 
się  z  tego  robi  sonet,  ale  narazie  jest  nijako;  kwiaty  się  stają  brzydkie,  morze  starczo 
gadatliwe, świetność — szychem, a wszystko kłamstwem, teatrem, głupstwem. I żal się czyni, 
— mój Boże! — tego, że niema śniegu, że z poza okien nie słychać śpiewu, że w kościołach 
nie dzwonią — wszystkiego jednem słowem tego, z nowelki Prusa. 

Jest jednakże sposób na wszystko:’ jakie takie kłamstwo; przyszedłem do przekonania, że 

niczem  tak  łatwo  nie  oszukasz  siebie  i  ludzi,  jak  najgorszem  z  kłamstw:  śmiechem.  Trzeba 
tylko  dojść  do  odpowiedniej  wprawy,  a  Pan  Bóg  jeden  rozezna,  czy  się  śmiejesz,  czy 
płaczesz? Mnie osobiście udało się mimowoli haniebnie omanie najbystrzejszych krytyków, 
którzy  byli  zdania,  że  jestem  obłąkaniec  wesoły  w  tem,  co  napisałem  właśnie  kiedy  byłem 
głodny, choć mnie żarła melancholja, kiedy byłem do łez smutny i kiedy mi raka drżała przy 
pisaniu.  Ale  to  tak  zawsze,  wieczysta  błazeńska  historja,  ale  bardziej  prawdziwa  od 
najprawdziwszych. Najtrudniej jest oszukać śmiechem siebie, ale i to się zdarza, i można to 
osiągnąć  przy  ćwiczeniu  wedle  angielskiej  metody  Wilde’a,  skombinowaną  z  doskonałą 
receptą  Bernarda  Shaw’a,  —  w  takich  wypadkach  „wielki  śmiech”  chowa  się  staramnie  na 
wielką, bardzo czarną godzinę, ekonomicznie, małe zaś rozczulenia, takie, które się rodzą z 
dziecinnej tęsknoty, leczy się wybornie humorem, takim codziennym. 

Co  się  tedy  czyni  w  dzień  wigilijny,  na  ten  przykład,  w  Nicei?  Idę  do  maître’a  hotelu  i 

powiadam mu poważnie: 

— Proszę pana podać mi dziś do obiadu siano… 

background image

Maitre  widział  już  wielu  warjatów,  —  ale  oczyma  daje  mi  znaki,  że  takiego  jeszcze  nie 

widział. Ale warjatom sprzeciwiać się nie należy, więc udaje, że rozumie żart i pyta: 

— Do jedzenia? 
— Tak, panie, do jedzenia. 
— Siano??? 
— Siano, kochany panie. 
Biedny człowiek odchodzi, gada długo z kelnerami, gada długo z właścicielem hotelu i z 

jego żoną, woła na naradę portjera i boy’a od windy, potem — bardzo blady — ma do mnie 
mowę: 

— Zdaje mi się, że nie dosłyszałem… Czego to pan sobie życzył? 
— Siana pod serwetę… 
— Więc nie do jedzenia? 
— Może je pan potem zjeść, ale ja muszę dziś mieć pod serwetę siano. 
Biedny człowiek uznaje z widoczną radością, że mi się nieco na umyśle poprawiło. 
— Ale u nas niema siana… Może kwiaty? 
— Nie, panie, u nas jest taki zwyczaj, że muszą być wiązki siana. 
— To bardzo dziwne, ale w Nicei wogóle niema siana, a w takim hotelu, jak nasz, niema 

go tembardziej. 

Wtedy  ja  nic  nie  mówię,  idę  do  pokoju,  wspaniałym  ruchem  Kuby  Rozpruwacza  rzezam 

poduszkę, napełnioną prawdziwym edredońskim puchem i przynoszę do sali jadalnej bardzo 
wiele woniejącego siana, woniejącego nietyle łąką, ile krochmalem. 

Widziałeś  kiedy  w  teatrze  chwilę,  kiedy  na  scenę  wynoszą  dwadzieścia  trzy  trupy, 

niewinnie pomordowanych? To nie jest żaden nadzwyczajny efekt… Tę trzeba było widzieć 
chwilę,  kiedy  ja  wszedłem  we  fraku  —  z  sianem  na  ramieniu,  dostojny,  jak  woźnica 
Henschel, zanim się powiesił i kiedym je rozścielił na stole, przerażonym i drżącym. Daję ci 
słowo,  że  mnie  obsługiwano  z  jakimś  śmiertelnym  szacunkiem,  ciągle  patrząc,  czy  nie 
chwytam za nóż w ataku furji, zaś jakaś Angielka przeniosła się przezornie o dwa stoły dalej, 
patrząc na mnie z litościwą zadumą… 

background image

Trzeba mi już jednakże skończyć ten długi list, zaprawiony łzami, jadem goryczy, jadem 

zemsty,  —  niepotrzebnie  się  bowiem  rozpisałem,  jak  kobieta  do  krawcowej.  Ale  Tetyda 
homerowa dlatego jęczała nad oceanem, aby jej ulżyło na duszy, ja też jęczę z tego samego 
powodu,  bo  wyobraź  sobie,  że  kulka  na  rulecie  miała  do  mnie  jakąś  specjalną  złość. 
Próbowałem za radą znawców uśmiechnąć się do krup j era, ale zawsze był to jakiś Luman, 
rzucałem  pieniądze  lewą  ręką,  „na  odlew”  i  to  nie  pomogło;  unikałem  pobliża  starych 
niewiast,  one  zaś  zawsze  wygrywały,  a  ja  nigdy;  kupiłem  sobie  taką  puszkę,  w  którą  się 
wrzuca  wygrane  pieniądze,  aby  ich  w  kasynie  nie  można  było  wyjąć  i  już  pierwszego  dnia 
używałem  jej  z  powodzeniem  do  wrzucania  niedopałków  z  papierosów;  tak,  że  się  tanio 
zmieniła w puszkę Pandory; próbowałem odwrócić krzesło, zaco mnie tylko sklęto, gdyż nie 
należy  przeszkadzać  ludziom,  ciężko  pracującym  w  pocie  czoła  i  rąk;  próbowałem  za  radą 
jednego aktora iść „za kolorem” — rzecz była w tem tylko, że kolor nie chciał iść za mną. 
Widać z tego, że kiedy aktor coś szczerze poradzi krytykowi, to ten z pewnością złamie nogę. 
Jednem  słowem,  ruleta  jest  to  indywiduum  kapryśne,  złe,  złodziejskie,  oszalałe,  bez  serca  i 
duszy, dla Polaków usposobione bardzo nieżyczliwie; doszedłem do przekonania, że z tysiąca 
systemów,  jeden  jest  niezawodny:  postawić  zawsze  taką  samą  sumę  na  kolor  czarny  i  na 
czerwony — równocześnie; co ci tu zabiorą, to ci tam oddadzą, krupiery się zirytują, że mają 
niepotrzebną robotę, a ty będziesz miał emocję za darmo. Dobrze jest także czasem zastrzelić 
się pod palmą w kasynowym ogrodzie, zanim się zaczęło grać — nigdzie bowiem jaskrawiej 
nie objawia się obrazowa mądrość naszego przysłowia o Wojtku, który przegrał… kamizelkę, 
jak w tym.  szlachetnym  przybytku,  gdzie ludzie nie są podobni  do ludzi,  gdzie „die Weiber 
werden zu Hyaenen”, mężczyźni zaś przypominają nawet podlejsze gatunki ssące. 

Z tego też powodu, nie chcąc dosadniej obrażać człowieczego stanu, nie będę ci opisywał 

niesłychanego  widoku  gęb,  pochylonych  nad  zielenią  stołów,  po  których,  jak  choleryczne 
bakcyle uwijają się czerwone sztuki złota i gdzie dumne powiedzenie Habdanka, samo przez 
się trawestuje się w piękny, dzielny aforyzm: „Idź złoto do złota, — my, Polacy, w wekslach 
się  kochamy!”  Nie  pominę  jednakże  sposobności  do  opowiedzenia  ci,  jak  Nicea,  za 
przykładem  Paryża,  raduje  się  w  noc  wigilijną,  która  jest  generalną  próbą  do  szczytu 
idjotyzmu, do nicejskiego karnawału. 

Pierwszem oto chrześcijańskiem przykazaniem Francuza jest owo potężne: „upij bliźniego 

swego, jak siebie samego!”, co Paryż czyni dokumentnie, a Nicea z równem poszanowaniem; 
nikt nie traci tyle przytomności, aby nie liczyć za wszystko w tę noc bezczelnie drogo. Niema 
jednego  stolika  w  żadnym  lokalu,  któryby  nie  był  zamówiony  na  godzinę  mniej  więcej 
dwunastą, a że mleka o tym czasie nikt nie pije, to wiadomo; dzieje się tedy na chwałę Pana, 
że cała Nicea jest pijana zaraz po północy i zaczyna ryki. 

Kokocięta  się  popiły  z  melancholji,  gruby  episjer  z  radości,  cudzoziemiec  poto,  ażeby 

uchodzić za bywalca, biedaki z rozpaczy, bogacze z nudy, kelnerzy dla towarzystwa. Każdy 
lokal bucha wrzawą, zgiełkiem, muzyką, oddycha potem i szampanem; pijacki nastrój rodzi 
niesłychane  pomysły,  wynajduje  sobie  najniemożliwsze  zabawy,  byle  tylko  krzykliwe. 
Francuz  pijany  wdziewa  na  głowę  papierowy  kask  i  dmie  w  papierową  trąbę,  albo  w  inną 
jakąś  djabelską  maszynę,  aby  tylko  przekrzyczeć  sąsiada,  który  tańczy  z  krzesłem, 
przytupując mocno. Są jednak i rozczulające obrazki: obok siedzi przy stoliku jakieś tańszej 
sorty kokocie, trzyma w rękach otwartą ostrygę i wlewa do niej gorzkie łzy, zamiast cytryny, 
twierdzi bowiem, że słyszała z całą pewnością, iż ostryga pisnęła ze śmiertelnego lęku. 

— Mademoiselle, — powiadam jej — ja znam tę ostrygę, jest to biedna sierota bez ojca i 

matki. 

Nie  mogłem  jej  tłumaczyć  dłużej  rodowodu  z  Dinard,  albowiem  kokocie  poczęło  się 

całować z kelnerem, może trochę mniej pijanym, ale także w papierowym kasku. Ryknęła w 
tejże  chwili  cała  sala  i  spojrzała  w  górę;  na  środku  lokalu  ustawiono—  ogromną  choinkę  z 
uwiązaną u szczytu lalką, którą postanowiła zdjąć jakaś fertyczna dziewczynka; poczyna się 

background image

tedy  kocim  i  kokocim  ruchem  wspinać  na  drzewko,  rozanimowana,  dysząca,  spocona,  z 
błyszczącemi  oczyma.  Tysiąc  ludzi  patrzy  na  to  i  ryczy  z  radości,  która  jeszcze  większą 
będzie  po  chwili,  kiedy  dziewczątko  zleci  i  połamie  sobie  nogi,  co  może  być  dla  niej 
tragiczne,  dziewczątko  takie  bowiem,  przez  dziwną  złośliwość  losu  ma  chleb  w  rękach 
właśnie  przez  nogi.  Zleciała  wprawdzie,  ale  ją  mocno  pijaki  chwyciły  w  powietrzu,  jeśli 
powietrzem wogóle można nazwać to, co można rąbać siekierą. 

Należy  tedy  zmienić  lokal  i  pójść  do  „słynnego”  Ernesta,  wspomnianego  w  setkach 

powieści  i  w  stu  francuskich  komedjach,  tembardziej,  że  się  uczyniła  jakaś  piąta  rano.  A  u 
Ernesta  bal  pierwszej  klasy.  Gentlemany  pijane  są  już  do  nieprzytomności,  ladies  trochę 
więcej,  a  wszyscy  tańczą,  naturalnie  tango,  z  wielkim  krzykiem,  jakby  nagle  cały  lokal 
oszalał, albo wygrał na loterji; wszyscy się znają, wszyscy ryczą też jak we familji, ściskają 
się gdzie się da i nie da; pyskate kelnery uśmiechają się obleśnie, tańczą, niosą butelki, dziki 
jakiś murzyn zciąga z ciebie futro, cynamonowy malajczyk porywa ci z głowy cylinder, jak 
wiatr, tak, że przerażony chwytasz jedną ręką za zegarek, drugą za głowę, bo cokolwiek to 
warte, ale zawsze szkoda. 

Podchodzi  opasły  kelner,  z  dwudziestoma  prawdziwemi  brylantami  na  dziesięciu 

fałszywych  palcach,  przyjmuje  zamówienie,  przypatruje  się  pilnie,  potem  powiada  bardzo 
pięknie po polsku.. 

— Pan będzie dobrze obsłużony. 
— Hę? 
— Moja osoba jest polska, bo z Żółkwi; bardzo ładne miasto… Ja jestem landsman… 
— Jak się pan nazywa? 
— Z Żółkwi… 
— Ale imię? 
— Jak  się  do  mnie  zawoła?  Do  mnie  się  zawoła  albo  Leon,  albo  Adolf;  tutaj  Leon,  w 

Paryżu Adolf… Jak pan będzie w Paryżu, niech się pan o mnie zapyta, bardzo małe dziecko 
zaraz wie. Tiens! Ja zarabiam pięćdziesiąt tysięcy rocznie… 

Drogi malarzu! To mnie dobiło; pan I,eon zarabia pięćdziesiąt tysięcy, a ja nie mam na . 

markę, aby ci posłać ten list, więc go dlatego drukuję. Przebacz mi, żem cię znudził, zato ci 
posyłam  pozdrowienie  od  morza  i  kwiatów,  które  bardzo  chcą,  abyś  je  wymalował.  Podaj 
tedy prawicę, malarzu, wprzódy ją z farby otarłszy. Niech ci Bóg pomoże sprzedać obraz… 

background image

K

OMEDJA O CZŁOWIEKU

KTÓRY DRUKOWAŁ GAZETĘ

 

Czytelnik dowiaduje się, jakie 

straszliwe przygody przeżywał 

autor, podczas strejku drukarzy 

w jednej wielkiej redakcji we Lwowie. 

 
Jednego dnia przyszedł do nas pan zecer i powiada: 
— Od dzisiaj jestem hrabią!… Moje uszanowanie panom!… 
— Sługa pana hrabiego! 
— Panowie mnie nie proszą, abym został? 
— Jeśli pan jest hrabią, jakżebyśmy śmieli? 
— Moje uszanowanie panom! 
— Sługa pana hrabiego! 
Pan zecer wyszedł z godnością i po drodze myślał tak: 
— …Pierwszego dnia będzie jako tako; drugiego dnia ktoś z nich będzie próbował składać 

sam  i  zemdleje,  a  maszynę  wezmą  djabli;  trzeciego  dnia  głód  przyjdzie  do  administracji  z 
prośbą  o  umieszczenie  anonsu  z  oznajmieniem,  że  jest  bez  posady;  za  kilka  dni  umrze  na 
tyfus  głodowy  dwóch  najchudszych,  jeden  redaktor  i  ten  mizerota,  co  pisze  „Z  przyrody  i 
techniki”;  za  tydzień  będzie  osiem  trupów,  za  dwa  będzie  w  agonji  krytyk  teatralny,  gdyż 
szelma jest twardy, po nim zaś zemrze najgrubszy w redakcji w męce i pohańbieniu. Potem 
wrócę ja — pan zecer… 

 „Sędziami  wówczas  będziem my!….”  (bis).  —  Amen!  —  rzekł  socjalistyczny pan poseł 

Diamand,  tylko  nie  tak  dosłownie  po  katolicku.  Ale  na  świecie  to  jest  tak  zawsze:  chłop 
strzela, a Pan Bóg sobie z tego nic nie robi. Jak jednak do tego doszło, należy opowiedzieć 
dokładnie, choćby się miało zniszczyć w maluczkich tę wiarę, że na świecie dzieją się cudy. 

To już było bardzo dawno, za czasów Homera, kiedy Achilles zamknął się ze swoją piętą 

w  namiocie  i  powiedział  prozą:  „Spróbujcie  teraz  beze  mnie,  kapitalisty,  plantatory, 
wyzyskiwacze!” Wtedy się Odysseusz bardzo nastraszył i Agamemnon i Menelaj. Świat się 
od tego czasu wywrócił do góry nogami i wprawdzie nestor redakcyjny miał szlachetną mowę 
do Achillesów we wstępnym artykule, powiedział im na rozum i na ambicję, do narodowego 
przemówił  im  sumienia,  ale  Achilles,  „der  grollende  Achilles”  zaciął  się  tak,  jak  zepsuta 
drukarska maszyna. Nikt się jednak nie nastraszył. 

— Ani  jednego  kroku  nie  możemy  ustąpić,  towarzyszowie!  —  powiedział  im  obiema 

rękami  jakiś  najgrubszy  Achilles.  A  zecerzy,  zacni  ludzie,  z  którymi  niejedną  razem 
przeżyliśmy gorączkę, z którymi osobiście w wielkiej żyłem zawsze przyjaźni,  — krzyknęli 
„Hańba!” i poszli na piwo. 

Taka była antecedencja dramatu. 
Widziałem już jednakże w teatrze wiele dramatów, które się zaczynały w pierwszym akcie 

tem, że ojciec zabił matkę, matka syna, a syn szwagra, a w piątym była z tego wszystkiego 
wielka  heca,  sufler  zwarjował  ze  śmiechu,  krytyk  pękł  z  nadmiaru  radości,  a  autor  bardzo 
wdzięcznie się powiesił. Znałem też osobiście małego Kazia, który na złość mamie umarł z 
głodu  i  małego  Mory  ca,  który  był  taki  warjat,  że  nie  chciał  korony,  tylko  koniecznie  dwa 
centy. 

Ale,  że  zawsze  jest  smutno,  kiedy  mały  Kazio  chce  koniecznie  się  zagłodzić,  więc  nam 

wszystkim było z początku bardzo smutno, tem zaś niesamowiciej, że coś trzeba było zrobić, 
aby  szlachetny  abonent  miał  wszystko,  co  dotąd.  Kiedy  człowiek  jest  mały,  kiedy  się  go 

background image

pytają, czy  chciałby zostać wielkim  poetą, mały  człowiek chce zawsze zostać konduktorem 
od tramwaju, albo takim, co jeździ zawsze na koźle. I nam się żal uczyniło, iżeśmy zamiast 
rymy dobierać całe życie, albo ślęczeć nocami nad jakąś księgą, nie zostali zecerami. Tak! to 
jest  jakaś  straszliwa  magja.  Siada  sobie  taki  człowiek  przed  maszyną,  coś  tam  zrobi  i  oto 
wszystko ukazuje się w tej samej chwili, już wydrukowane w ołowiu, odlane w błyszczącym 
metalu, bardzo piękne. ‘Napisać — to nic, to specjalista ma w małym palcu, ale wydrukować, 
ho! ho! 

— Strach! — co my będziemy robili? 
Zginąć  przyjdzie  bez  tych  wspaniałych  ludzi,  którzy  jedni  na  świecie  znają  swoją 

niezgłębioną sztukę, na  której  poznanie strawili młodość i  lata.  I  co mi z tego, żem  napisał 
jakiś zwarjowany feljeton, kiedy niema pana zecera, szanownego pana zecera, który zwykle 
się uprzejmie uśmiechnął, pobłażliwie przeczytał pierwszy jego wiersz, dość obojętnie drugi, 
pogardliwie  trzeci,  a  potem  już  zupełnie  nie  czytał,  a  za  chwilę  feljeton  wyskakiwał  ze 
straszliwej maszyny? 

A  straszliwe,  strajkujące  maszyny,  sterczą  groźnie,  stalowe,  splątane  jakimiś  żebrami, 

dumne  w  swej  przepaścistej  tajemnicy,  głuche  i  nieme.  Zbliżam  się  do  takiej  jednej,  staję 
ostrożnie zdaleka, ostrożnie wyciągam rękę i uderzam. 

— Chryste Panie! 
Nie widziałem dobrze, co uczynił ten potwór, bom uciekł, ale za mną gonił jakiś grzmot, 

zirytowane warczenie, jakieś klapnięcie stalowemi zębami, jakiś urągliwy świst… 

— No i cóż? — pyta mnie redaktor, jak wysłany na zwiady rekonesans. 
— Źle! — odpowiadam, — to kąsa… Poszedł drugi i wrócił bardzo blady. 
— Ryczy, — powiada — i wierzga… 
Coby  to  jednak  był  za  dramat,  gdyby  czarny  charakter  nie  miał  „naprzeciwko”  jakiejś 

zacnej  duszy,  która  go  pognębi,  która  go  zniszczy,  która  wszystkie  jego  straszliwe  pozna 
machinacje i zwycięży? 

Mam  strasznie  kochanego  przyjaciela,  takiego,  co  to  pouczał  ludzi,  jak  się  robi  fałszywe 

rubiny w  artykułach „Z  przyrody i  techniki”. Jest  to  człowiek tak chudy, że nie miał  już w 
piersi miejsca na serce, więc je nosi w dłoni; panowie zecerzy zaś wiele czytają, nie czytali 
jednak 

 „Juljusza Cezara”, w którym powiedziano jest, by się Cezar strzegł bardzo ludzi chudych, 

za wiele bowiem myślą ci ludzie bez ciała! Ten mój przyjaciel jest też, wedle szekspirowskiej 
recepty, bardzo myślący i od czasu do czasu tylko, dając czemuś swoją aprobatę, wykrzykuje 
w narzeczu nieco portugalskiem jakieś obłąkane: „Ha! ha!” W tem jest wszystko. 

Słuchając  tedy  naszych  biadań,  zrozumiał  widocznie  powagę  chwili,  gdyż  nic  nie  rzekł; 

bardzo głęboko o czemś myślał, bardzo długo, dokumentnie z napięciem, potem z dostojną 
powagą bociana, który idzie połknąć żabę, poszedł — do maszyn. 

— Wróć się! — krzyknąłem za nim. — Tam śmierć! 
— Ha! ha! — odrzekł mi z powagą, nie odwracając głowy. 
Wiedziałem,  że  mi  zbójca  nic  nie  zostawi  po  śmierci,  ale  mi  go  było  żal;  zawsześmy 

doskonale sobie milczeli o wzniosłych rzeczach… Poszedł i  nie wrócił. Iść po niego? Poco, 
do stu djabłów? Mózg tego człowieka obryzgał już powałę, jedna ręka wisi zapewne na oknie, 
druga  na  elektrycznej  lampie,  nogi  są  wewnątrz  straszliwej  maszyny,  a  zęby  powpadały 
gdzieś do odpowiednich magazynów z czcionkami. Wiele tak minęło godzin, podczas których 
przeżyliśmy  całą  rozpacz  oczekiwania  kogoś,  co  niema  wrócić…  Mój  Boże!  Trzeba  było 
wysłać  deputację  we  frakach,  upaść  do  nóg  panom  zecerom,  oddać  im  meble  i  garderobą  i 
poprosić,  aby  nas  łaskawie  wzięli  na  utrzymanie  i  od  czasu  do  czasu  kupili  feljetonistom 
papierosa,  a  reporterom  po  jednym  serdelku.  Albowiem  tylko  oni,  tylko  oni  jedni  umieją 
ujarzmić te stalowe tygrysy, z rasy „Linotyp” — nikt inny bez nich. 

background image

Ażem się. przemógł… Idę. ostrożnie, słucham z daleka… Nic… coś warczy. Myślą sobie: 

to maszyna zahaczyła trybem o prawe oko mojego 

przyjaciela. 
Pukam do drzwi… Nic… Coś ciągle warczy. 
— Ki djabeł? — szepcą, jak Zagłoba. — Jeśli . nie żyje, to czemu się to stalowe bydła nad 

nim znęca? 

— Otworzyłem  drzwi  i  zaniemówiłem:  mój  przyjaciel  dosiadł  maszyny,  jak  Aleksander 

Chudy Bucefała, chwycił mocno za uzdę, dzierży silnie w garści, obraca jakieś kółka, miesza 
patykiem roztopiony ołów i uśmiecha się. 

— Ha!  ha!  —  rzekł,  ujrzawszy  mnie.  Musiało  mi  się  coś  niedobrego  stać  w  głowie  ze 

zdumienia,  bo,  chociaż  nie  jestem  wybitnie  pobożny,  zacząłem  śpiewać  bardzo  fałszywie, 
lecz z uczuciem: 

„Na lwa srogiego bez obawy siądziesz, 
I na ogromnym smoku jeździć będziesz!…” 
Nadszedł  z  wielką  powagą  redaktor,  przybiegł  srogi  wielkorządca  kasy,  dowiedziawszy 

się, że nikt nie chce pieniędzy, przyczłapał z trudem redakcyjny poeta, przybiegły z wielkiem 
piskiem panienki z administracji i wreszcie na końcu, zawsze spóźniony reporter, który ma tą 
właściwość, że się zawsze śpieszy, tylko jego nogi nie bardzo. A mój przyjaciel  — nic, ani 
drgnie, tylko siedzi jak bramin i uderza w klawisze, my zaś mieliśmy taką minę, jak ci święci, 
co się dowiedzieli, że garnek można ulepić, nie piastując aż tak wyniosłego urzędu. 

To to tak? To to taka egipska sztuka? 
— Człowieku! — krzyczą — pokaż jak to się robi? 
Mój przyjaciel wstaje, idzie do drugiej maszyny, przy której ja usiadłem, przeżegnawszy 

się, i ma do mnie bardzo długą mową z trzech słów: 

— Siadaj i pisz! 
— Ha! ha! — ryknąłem dla odmiany. 
Najpierw, to się trochę bałem. Taka maszyna, to jest dziwne stworzenie, jest ciągle czegoś 

niezadowolona,  więc  się  najpierw  urządza  „poskromienie  złośnicy”:  kto  tego  nie  widział, 
niech  posłucha.  Przedewszystkiem  nalewa  się  jej  w  paszczę  ołowiu,  potem,  z  lekka 
pogładziwszy, jak narowistego konia po szyi, puszcza się prąd elektryczny. Maszyna zaczyna 
się denerwować i słyszysz najwyraźniej, jak ci mówi: 

— Co to jest? To jest .gwałt!… Ani myślą robić! 
Wtedy jej w duchu odpowiadasz: 
— Bądź cicho, małpo jedna, bo zaczną na tobie drukować wiersze o śniegu i zimie!… 
— Oho! — krzyczy maszyna jakiemś wielkiem zębatem kołem, ale zaczyna się kręcić w 

bardzo pięknym tańcu świętego Wita. 

Równocześnie  jednak  dwa  jakieś  małe  kółka,  które  wciąż  mają  to  zmartwienie,  żeby  z 

siebie zedrzeć pasy, mówią ci najwyraźniej, dotkliwym sykiem: 

— Składaj, składaj, zaraz cię urządzimy. 
Ty nato nic… 
Z  początku  próbujesz  składać  aforyzmy  w  tym  stylu:  „Owa!  co  to  za  sztuka!”  —  albo 

„Panie ze—cerze! pan się tego nie spodziewał” — albo też „Odwagi wicehrabio, zwycięstwo 
w naszej dłoni!”. 

Przedewszystkiem  jednak  trzeba  zachować  zimną  krew  i  udaną  obojętność;  nie  można 

takiej mądrej maszynie pokazać, że się jej człowiek boi, zupełnie jak kobiecie, bo cię w tej 
chwili weźmie za łeb. Z rozwagą tedy zaczynam własnoręcznie (jednym  palcem  właściwie, 
ale  zawsze  własnoręcznie)  wypukiwać  litery,  drukując,  —  przebacz  mi  Boże!  —  własną 
nowelę. 

background image

Maszyna krzyczy, warczy, syczy, jęczy, trzeszczy, straszy, grozi, dudni, huczy, gwiżdże, 

drga, trzęsie, zrywa się, opada, a ty nic. Litery skaczą ci przed oczyma, jak cały teatr pcheł, a 
ty znowu nic. 

Aż się ułożył jeden cały pierwszy wiersz, a wtedy zaczynasz działać, a w maszynie dzieją 

się  straszliwe  rzeczy;  chwytasz  ,za  żelazny  jakiś  kikut,  energicznym  ruchem  wprawiasz  w 
ruch sto sześć kółek; maszyna drgnęła i jękła, jak olbrzym, co ma uczynić wysiłek, chwyta 
twój  wiersz,  pożera  go  jednem  otwarciem  mosiężnych  ust,  coś  tam  z  nim  czyni  w  głębi, 
wypełnionej  roztopem  ołowiu  i,  zirytowana,  wyrzuca  ci  gorący,  lecz  śliczny  i  cudownie 
błyszczący wiersz druku na zewnątrz. 

Odetchnęły  jakieś  żelazne  płuca,  maszyna  drży,  jakby  z  wielkiego  zmęczenia,  lecz  to 

jeszcze nie koniec jej pracy. Mózg ludzki jej nakazał, aby bez żadnych zwlekań, natychmiast 
po  odbiciu  wiersza  w  ołowiu,  wzięła  w  swoją  pieczę  litery  i  natychmiast  złożyła  je  w 
największym porządku tam, gdzie każda znajdować się powinna. Spełniając tę mądrą pracę, 
maszyna  ta  jest  dziwnie  podobna  do  skrupulatnego  człowieka,  jest  do  niego  podobna 
niesamowicie.  Nagle  gwałtownym  ruchem  spada  na  wolne  już  litery  długa,  chuda,  żelazna 
ręka,  jakaś  potworna  martwa  ręka,  chwyta  swój  łup  lekko  i  zwinnie,  unosi  go  w  górę  i  z 
profesorskim  okrzykiem:  „na  swoje  miejsca,  smarkacze!”  posyła  w  drogę,  a  małe,  zwinne 
literki biegną szybko wzdłuż kaszty i wciąż się to jedna odrywa, choć się chciała trzymać z 
uporem, „obiema rękami”, pada, jak dojrzały owoc z gałęzi i ginie w czeluści odpowiedniego 
magazynu.  Po  chwili  już,  wezwana  jednem  kiwnięciem  palca,  biegnie  na  gwałt,  szybko 
znowu potrzebna. 

I tak w kółko cudownym porządkiem i mądrym, tak, że wreszcie poczynasz dla tej dziwnej 

maszyny  czuć  nie  trwogę,  lecz  szacunek  i  kochać  ją  zaczynasz,  przekonawszy  się,  że  jeśli 
nawet, rzeczy nieświadom, uczynisz głupstwo, ona ci nato nie pozwoli. Dasz jedną literę za 
wiele, robi się zaraz awantura, wrzask, narzekania: 

— Co to jest? — warczy zirytowana maszyna, proszę mi to wyjąć w tej chwili! 
Wyjmujesz,  dobrze,  ale  czasem  człowiek  się  zirytuje  i  nie  chce  mu  się  ustępować  przed 

kaprysem. 

Maszyna mówi ci słodko: 
— Nie chcesz braciaszku? Dobrze, próbuj pisać dalej. 
Wtedy  ci  się  już  wszystkiego  odechce;  w  maszynie  robi  się  gwałt,  taki  gwałt,  takie 

trzęsienie ziemi, takie dzwonienie i głuche dudnienie, równocześnie zaś żadne kółko się nie 
chce obrócić, że robisz, co tylko zechce, przepraszasz i przyrzekasz poprawę. 

Czasem  znowu  maszyna  nie  jest  w  humorze;  bardzo  się  jej  nie  podobała  gęba 

przypadkowego „zecera”, albo nie godzi się z treścią artykułu. Narowi się jednem słowem. Ja 
tędy, ona tędy; kiedyś, poirytowana na mnie, żem zbyt koloryzował w nicejskim moim liście, 
starała się mnie powoli przywieść do obłędu. 

Powiadam jej w naszym, dla nas dwojga tylko zrozumiałym języku: 
— Kobieto, daj pokój, nie dość, że napisałem, jeszcze muszę składać… 
Ona nic. Więc ja znowu: 
— Com ci uczynił? Wypuśćże mi dwukropek, bo jakże zdanie będzie wyglądało? 
Ona znowu nic… 
— Wypuść dwukropek serdeńko, bo kopnę… 
Czasem  po  takiej  rozmowie  dwukropek  wyleci,  a  czasem  nie,  kopnąć  zaś  takiego 

żelaznego indywiduum nie można, bo sobie człowiek złamie nogę, nie jemu. Bardzo jednak 
kocham  moją  maszynę  i  ona  też  mnie  rada  widzi,  gdyż  się  z  nią  obchodzę  delikatnie,  z 
czułością, jak kochanek niewiasty, od której uciekł małżonek i strajkuje. A żem poznał, jako i 
my wszyscy, że byle trochę dobrej woli, człowiek mógłby zostać łacno nie tylko zecerem, ale 
nawet  stolarzem,  więc  się  ku  niesłychanemu  zdumieniu  bardzo  przeze  mnie  miłowanych 
panów zecerów, pokazało, że w czasie strajku jest więcej zecerów, niż maszyn, na którychby 

background image

mogli drukować nie tylko ci, co chcą, lecz i ci co umieją. Ja z mojej strony postanawiam się 
„wyzwolić” w tym fachu, w każdym zaś razie w dniu, w którym wróci pan zecer i powie: 

— Sługa uniżony, już nie jestem  hrabią!  — będę mógł  udzielić mu  pewnych fachowych 

wskazówek na temat ulepszeń. 

Taka  hucząca,  dobra  i  mądra,  choć  nieco  histeryczna  maszynka,  jest  to  jednakże  tylko 

pisklę wobec straszliwej,  złowrogiej maszyny rotacyjnej,  która w ataku elektrycznego szału 
porywa  w  stalowe  łapy  kilometrowy  zwój  papieru,  potarga  go,  potnie,  zapisze  odrazu  na 
szesnastu  stronicach  i  rzuca  gazetę,  gotową  do  wysyłki.  Myśleli  sobie  tedy  szanowni 
strajkujący: złożyć, to może nawet złożą, ale ich wielka maszyna rozmiażdży. 

Ale ci ludzie nie znają mojego przyjaciela, który jest człowiekiem strasznym. Powiedział 

swoje  nieśmiertelne:  ha!  ha!  —  wlazł  w  środek  potwora,  zbadał  bystrze  skład  stalowych 
wnętrzności  i  choć  nieco  był  blady  z  emocji  (za  taką  maszynkę  można  bowiem  kupić 
kamienicę),  trzasnął  z  bicza  (tylko  tak  obrazowo!),  krzyknął  dziwnie  i  straszliwa  ta 
lokomotywa ruszyła, rycząc i  gwiżdżąc, jak pośpieszny pociąg.  Zdumiała się ona sama, ale 
ruszyła z dziwną radością, nie zna bowiem wypoczynku i tak sobie będzie chodziła pilnie i 
gładko  i  pięknie,  aż  do  skończenia  świata.  Aż  jednego  dnia  powie  jakiś  kiepski’  wódz 
strajkowy: 

— Źle jest, towarzyszowie! Oni sobie sami ulepili garnek; my już nie jesteśmy święci!