background image

Margot Dalton

Wspomnienia

background image

Prolog 

Czerwiec 1977

Dzisiaj były moje siedemnaste urodziny; nikt o tym nie pamiętał oprócz mnie.

Deszcz  dostaje  się  do  pokoju  przez  wybitą  szybę;  próbowałam  zakleić  otwór 

papierem, ale wiatr go zerwał; Męczy mnie głód i jest mi zimno.

Odwracam  się  do  ściany i  próbuję  się  skupić na  dźwięku  spadających  kropel, 

żeby  nie  słyszeć  głosów  dobiegających  z  sąsiedniego  pomieszczenia.  Krople 

deszczu  sieką  metalowy  parapet  jak  seria  z  karabinu  maszynowego,  cały  dom 

chwieje się w porywach wiatru.

Moja  matka  jest  kompletnie  pijana,  ten  mężczyzna  też.  Krzyczą  i  czymś 

rzucają. Teraz ona zaczyna płakać, a to znaczy, że zaraz straci przytomność i przez 

kilka godzin będzie spała. Zawsze tak jest.

Jakiś  dziwny ten  facet.  Moja  matka  w zeszłym tygodniu  przyprowadziła go  z 

knajpy po raz pierwszy. Nie znam go i bardzo się boję. Oni wszyscy są jak dzikie 

zwierzęta; kiedy już poznasz ich zwyczaje, możesz czuć się bezpieczna. Ten nowy 

spogląda na mnie od czasu do czasu, ale nic nie mówi.

Jest wstrętny. Na samą myśl o nim robi mi się niedobrze. Matka nie zdaje sobie 

sprawy z tego, jacy oni wszyscy są obrzydliwi. Jest brudny i cuchnie mu z ust; nie 

ma zęba z przodu.

Na moim kocu  siedzi pluskwa; zrzuciłam ją. i mam nadzieję, że sobie poszła. 

Nawet nie chcę się domyślać, jakie jeszcze paskudztwa żyją w naszym mieszkaniu, 

tak  tu  strasznie  brudno.  Próbowałam  trochę  posprzątać,  ale  to  niemożliwe,  bo 

mama co wieczór sprowadza innego faceta i razem piją. Zostawiają resztki jedzenia 

i  puste  butelki,  a  potem  idą  do  łóżka  albo  zasypiają  na  podłodze.  Brud  i  resztki 

przyciągają robactwo.

Nie  słyszę  już  głosu  matki.  Pewnie  zasnęła.  Ten  mężczyzna  śpiewa  jakąś 

pijacką piosenkę. Pamiętam, jak na mnie patrzył i boję się, że zaraz tu przyjdzie.

Jeśli to zrobi, zabiję go. Mam pod poduszką nóż myśliwski i nie zawaham się 

go użyć. Nie zawaham się ani przez chwilę. Dziś są moje siedemnaste urodziny.

background image

Rozdział 1

Dwadzieścia  lat  później  Jon  Campbell  patrzył  na  piękną  kobietę  stojącą  w 

drzwiach  sali  wykładowej.  Ich  spojrzenia  spotkały  się  i  kobieta  nagle  pobladła. 

Gdy patrzyli na siebie, w jej wzroku rosło osłupienie.

Ciekawe,  dlaczego  tak  mu  się  przygląda?  Jest  znacznie  starszy  niż  reszta 

studentów, to prawda, ale jej zdumienie jest nieco przesadne.

Przecież  nie  jest  jedynym  człowiekiem  w  średnim  wieku,  który  wraca  na 

uniwersytet,  żeby  zrobić  magisterium.  Sam  się  zdziwił,  kiedy  pierwszego  dnia 

zobaczył, ile osób w jego wieku podejmuje studia.

Nie  jest  znowu  tak  wielką  sensacją...  Zresztą  miasteczko  uniwersyteckie  jest 

wystarczająco  duże,  żeby  nie  musiał  spotykać  swojego  syna,  Stevena,  studenta 

pierwszego roku.

Pani  profesor  wreszcie  oderwała  od  niego  wzrok  i  energicznym  krokiem 

podeszła do biurka.

– Witam państwa – powiedziała. – Nazywam się Camilla Pritchard. Na naszych 

zajęciach będziemy zajmować się teorią literatury ze specjalnym uwzględnieniem 

istoty  i  poszczególnych  odmian  prozy  narracyjnej.  Przygotowałam  dla  państwa 

obszerną  listę  lektur,  którą  rozdam  pod  koniec  naszego  dzisiejszego  spotkania. 

Poproszę państwa o przeczytanie kolejno wszystkich pozycji. Będą one podstawą 

prac pisemnych i dyskusji podczas naszych zajęć.

Mówiła pewnym i opanowanym głosem, ale dłonie, w których trzymała zeszyt, 

lekko  drżały.  Ciekawe  dlaczego.  Czyżby  któryś  ze  studentów  był  powodem  jej 

zdenerwowania?

Jon  dyskretnie  rozejrzał  się  po  audytorium.  Banda  dzieciaków.  Są  już  na 

trzecim  roku  studiów,  a  wszyscy  jeszcze  wyglądają  bardzo  młodo.  Jedni  słuchali 

wykładowczyni z niezbyt pewnymi minami, inni żuli gumę, jakiś chłopak siedzący 

niedaleko Jona wydawał się pogrążony w drzemce.  Doktor Pritchard podeszła do 

niego.

– Czeka nas bardzo pracowity rok. Jeśli ktoś już na wstępie jest przemęczony, 

powinien chyba od razu zrezygnować.

background image

Powiedziała to  tak stanowczym tonem,  że Jon uśmiechnął się w  duchu,  nieco 

zaskoczony  kontrastem  między  jej  subtelnym  wyglądem  a  bezwzględnością 

wypowiedzi.

Chyba  nie  jesteś  tak  twarda,  jak  udajesz,  pomyślał.  Spojrzała  na  niego  i 

zaczerwieniła się, zupełnie jakby czytała w jego myślach. Szybko odwróciła wzrok.

–  Oprócz  naszych  spotkań  seminaryjnych,  codziennie  będziemy  pisać 

wypracowania i przygotowywać materiał źródłowy. Jeśli ktoś z państwa nie był na 

to  przygotowany,  proponuję,  żeby  od  razu  przeniósł  się  do  innej  grupy,  póki  to 

jeszcze  możliwe.  W przeciwnym razie  grozi państwu niezaliczenie semestru  albo 

inne, jeszcze poważniejsze, konsekwencje.

Nic dziwnego, że niektórzy studenci uważają, że jest za surowa, pomyślał Jon. 

Poprzedniego dnia słyszał na korytarzu, jak o niej rozmawiali.

–  To  potwór  –  zawyrokował  jeden  z  nich  i  zaraz  dodał:  –  Ale  trzeba 

powiedzieć, że facetka ma klasę.

Teraz, kiedy na nią patrzył, musiał przyznać tamtemu rację. Camilla Pritchard 

była  szczupła,  wysoka  i  pełna  wdzięku.  Miała  szlachetne  rysy,  piękne  błękitne 

oczy, delikatny, prosty nos. Była w niej i kruchość, i siła zarazem.

Dostrzegł  w  niej  jeszcze  coś.  Coś,  co  nie  miało  związku  z  wyglądem.  Robiła 

wrażenie  osoby  pogrążonej  w  swoim  Własnym  zamkniętym  świecie, 

samowystarczalnej i samodzielnej.

Oderwał od niej wzrok i przeniósł go na tablicą. „Istota i funkcja literatury"... 

„Konstrukcjonizm"...  Z  całej  siły  próbował  się  skupić  nad  tym,  co  mówiła,  ale 

słońce  wpadające przez  okno  i  panująca  w  sali  cisza  rozleniwiły  go  i  skierowały 

myśli na niewłaściwe tory.

Odpłynął gdzieś... Ciekawe, jak ona wygląda w kostiumie kąpielowym? A bez 

kostiumu?

Poczuł,  że  jego  ciało  daje  o  sobie  znać.  Spuścił  wzrok.  Chyba  oszalał. 

Zachowuje  się  jak  chłopiec  z  podstawówki,  który  podnieca  się,  patrząc  na 

wychowawczynię, a kiedy zostaje wywołany do tablicy, ma kłopot, i to nie dlatego, 

że nie zrozumiał pytania.

Na szczęście doktor Pritchard wcale nie zamierzała wywoływać go do tablicy. 

W ogóle nie zwracała na niego uwagi. Pytała wszystkich prócz niego.

background image

Znowu przypomniał sobie jej spojrzenie, kiedy weszła do sali. Była naprawdę 

zaszokowana.

Może już kiedyś gdzieś się widzieli?

Kiedy  się  nad  tym  zastanawiał,  dochodził  do  wniosku,  że  jest  w  niej  coś  mu 

znanego. Coś jak dawno zapomniany sen, cień wspomnienia, to, co psychologowie 

nazywają deja vu.

Niemożliwe. Gdyby naprawdę spotkał kiedyś kogoś takiego jak ona, nigdy by 

tego nie zapomniał. Camilla Pritchard jest najpiękniejszą i najbardziej pociągającą 

kobietą, , jaką kiedykolwiek widział.

Poszła  na  koniec  sali  i  stanęła  przy  ławce  młodego  człowieka,  który  przed 

chwilą drzemał. Przerażony zamrugał oczami.

– Jak się pan nazywa?

Młody  człowiek  odchrząknął.  Był  bardzo  blady  i  niemal  przestraszony. 

Wydawał się jeszcze młodszy niż pozostali.

Może  mieć  najwyżej  dziewiętnaście  lat,  pomyślał  Jon.  Chyba  jest  trochę  za 

młody na trzeci rok studiów.

– Enrique – wykrztusił wreszcie. – Nazywam się Enrique Valeros.

– Zamierza pan spać na każdych zajęciach? Chłopiec miał czarne oczy, ciemne 

włosy  i  ubogie,  starannie  pocerowane  ubranie.  Mówił  z  lekkim  hiszpańskim 

akcentem;  jego  dłonie,  równo  złożone  na  pulpicie,  wyraźnie  drżały.  Był  albo 

potwornie zmęczony, albo przerażony.

– Bardzo przepraszam – powiedział. – To się już nie powtórzy, naprawdę.

– Jon poczuł ukłucie w sercu. W tym chłopcu było coś, co go zabolało. Młoda, 

udręczona,  zaszczuta  istota...  W  błękitnych  oczach  doktor  Pritchard  dostrzegł 

starannie skrywane współczucie.

– Mam nadzieję, że to ostatni raz.

Znowu  podeszła  do  biurka  i  sięgnęła  po  jedną  z  leżących  na  nim  książek. 

„Gramatyka. Teoria i zastosowanie praktyczne. "

–  Będziemy  się  posługiwać  tym  podręcznikiem  –  poinformowała.  –  Proszę 

sobie  zrobić  kserokopie  i  przynosić  je  na  każde  zajęcia.  Przy  omawianiu  prac 

pisemnych będziemy konsultować ewentualne wątpliwości. Czy są pytania?

background image

Jakaś  dziewczyna  zapytała  o  coś  w  związku  z  listą  lektur.  Otrzymawszy 

wyjaśnienie,  bez  słowa  wstała,  wzięła  swoje  książki  i  opuściła  salę.  Doktor 

Pritchard spojrzała na pozostałych studentów.

–  Czy  ktoś  jeszcze?  Proszę  mi  wierzyć,  że  znacznie  korzystniej  jest  podjąć 

decyzję teraz, a nie w środku roku. Potem, za dwa, trzy tygodnie zmiana grupy nie 

będzie już możliwa.

Nikt się nie odezwał.

–  Panie  Valeros  –  zwróciła  się  do  bladego  chłopca,  starannie  omijając 

wzrokiem Jona  –  czy  miał  pan  okazję  zapoznać  się  z  książką  pod  tytułem  „Silas 

Marner"?

– Tak – odparł cichym głosem zapytany. – Czytałem ten utwór.

– I co nam może pan powiedzieć o stylu autorki na podstawie tego tekstu?

– Ta książka jest... pod względem poetyckim... znacznie bardziej... złożona niż 

„Adam  Bede"  czy  „Middlemarch"  –  powiedział  Enrique  po  chwili  wahania,  z 

trudem  przezwyciężając  nieśmiałość.  –  Na  jej  podstawie  możemy  mówić  o 

mistycyzmie George Eliot.

Camilla Pritchard, uważnie słuchająca jego wypowiedzi, uniosła brwi.

–  Bardzo  dobrze.  Jak  widzę,  przeczytał  pan  już  niektóre  z  naszej  listy  lektur. 

Enrique spojrzał na nią z wdzięcznością. Nieco się odprężył.

– Mam już tę listę od dwóch tygodni – przyznał ledwo dosłyszalnym głosem.

– Doskonale. Jeśli tylko postara się pan nie spać podczas zajęć, wszystko będzie 

dobrze.

Uśmiechnęła  się  do  niego  i  niespodziewanie  jej  twarz  się  rozjaśniła.  Można 

było  odnieść  wrażenie,  że  nagle  do  ciemnego  pokoju  wpadł  promyk  słońca  i 

rozświetlił jego wnętrze, ukazując zgromadzone w nim skarby. Przez kilka chwil ta 

twarz była bardzo młoda i jeszcze piękniejsza.

Bardzo młoda...

Jon  patrzył  na  nią  jak  urzeczony.  Czuł,  że  z  jego  pamięcią  dzieje  się  coś 

dziwnego,  tak  jakby  pokłady  podświadomości  pod  wpływem  jakiegoś 

niespodziewanego bodźca podsuwały mu pewien niewyraźny, nieuchwytny obraz.

Gubił się w myślach. Patrzył, jak Camilla Pritchard krąży po sali, odpowiadając 

na pytania studentów, wyniosła i daleka, i czuł, że przydarza mu się coś naprawdę 

background image

niezwykłego.

– Enrique – powiedział szeptem, pochylając się nad pulpitem. – Enrique...

– Słucham?

–  Znakomicie  ci  poszło.  Naprawdę  jej  zaimponowałeś  swoim  oczytaniem. 

Widać  było,  że  chłopcu  jego  słowa  sprawiły  ogromną  radość.  Wyprostował  się  i 

uśmiechnął.

Jon  spojrzał  na  jego  nędzne  ubranie,  zniszczone  buty,  wychudzoną  twarz  i 

spracowane, trzęsące się ręce.

Trzeba  będzie  jakoś  pomóc  temu  chłopcu.  Enrique  Valeros  zasługuje  na 

wsparcie.

W  sali  dyskutowano  na  temat  technik  narracyjnych.  Doktor  Pritchard  w 

dalszym ciągu wyraźnie pomijała swego najstarszego słuchacza. Nie zadawała mu 

żadnych  pytań,  nie  starała  się  wciągnąć  go  w  dyskusję.  Zaintrygowało  go  to  i 

zaniepokoiło.

Po skończonych zajęciach podszedł do jej biurka.

Siedziała  z  pochyloną  głową  nad  jakimś  tekstem.  Zobaczył  złociste,  krótko 

obcięte włosy i delikatne dłonie o starannie wypielęgnowanych paznokciach.

– Bardzo mi się podobają pani perfumy.

Gdy podniosła  głowę,  w jej  oczach dostrzegł  przerażenie.  Potem z  wysiłkiem 

przywróciła im poprzedni, spokojny, lekko wyniosły wyraz.

– Dziękuję.

– Co to jest? – Co?

– Jakie to perfumy? Zaczerwieniła się.

– Nie sądzę, żeby to mogło pana interesować, panie...

– Campbell, Jonathan Campbell. Ludzie zwykle nazywają mnie Jon.

– Rozumiem.

Wróciła do poprawianej pracy, jakby uważała rozmowę za skończoną. Stał nad 

nią, siłą powstrzymując się, żeby jej nie dotknąć.

– Czy jest coś jeszcze? – zapytała, nie podnosząc wzroku.

– Chciałem zapytać, dlaczego ani razu nie zwróciła się pani do mnie w czasie 

zajęć. Myśli pani, że nie potrafiłbym udzielić odpowiedzi?

– Prawdę mówiąc, nic o panu nie myślę.

background image

–  To  chyba  nie  jest  prawda  –  powiedział  łagodnym  głosem.  –  Kiedy  pani 

weszła do sali, spojrzała pani na mnie tak, jakby mnie pani poznała, jakbyśmy się 

przedtem spotkali.

Wstała, zebrała z biurka książki.

– Tak się panu wydawało.

Gdy skierowała się ku drzwiom, poszedł za nią.

–  Czy  myśmy  się  już  gdzieś  widzieli? –  nie  dawał  za  wygraną. –  Chyba  nie, 

nigdy bym nie zapomniał takiej kobiety jak pani.

Zerknęła  na  niego  i  dostrzegł  w  jej  oczach  to  samo  przerażenie,  co  przed 

chwilą. Jednak jej głos był chłodny i opanowany:

– Na pewno nie, panie Campbell. A teraz pan wybaczy, ale nie mam czasu.

Odeszła  korytarzem  pełnym  rozgadanych  studentów  i  po  chwili  widział  już 

tylko złotą plamkę jej jasnych włosów.

Uniwersytet w Calgary położony był w północno-zachodniej części miasta. Na 

rozległym  terenie  znajdowały  się  budynki  mieszkalne  przeznaczone  dla 

wykładowców, ale większość profesorów wolała mieszkać poza obrębem kampusu.

Camilla Pritchard do nich nie należała. Zajmowała apartament w budynku tuż 

obok instytutu literatury, w którym miała większość wykładów.

W pierwszym dniu  zajęć, w porze lunchu, szybkim krokiem przebyła  pokrytą 

liśćmi  alejkę,  i  niemal  biegiem  wpadła  do  swojego  mieszkania.  Chciała  jak 

najszybciej schronić się przed ludzkim wzrokiem.

Od najmłodszych lat była bardzo nieśmiała i zamknięta w sobie; upływ czasu i 

zmiana  życiowej  sytuacji  spowodowały,  że  na  ogół  uważana  była  za  osobę 

wyniosłą i pełną rezerwy.

Naprawdę  sobą  była  tylko  tutaj,  w  swoim  przytulnym  mieszkaniu  pełnym 

miękkich,  wzorzystych  tkanin,  pastelowych  poduszek  i  azteckich  wyrobów 

ludowych. Wśród roślin i... kotów.

Koty  były  dwa.  Mieszkały  z  nią  wbrew  uniwersyteckiemu  regulaminowi, 

surowo  zabraniającemu  trzymania  zwierząt,  i  z  całkowitą  aprobatą  dyrektora 

administracyjnego,  który  uwielbiał  Camillę  i  robił  dla  niej  wyjątek.  Poprosił  ją 

jedynie, by koty nie rzucały się zbytnio w oczy.

background image

Madonna  i  Elton  robiły,  co  mogły,  żeby  nie  kompromitować  swej  pani. 

Madonna była pełną wyrazu, ruchliwą, inteligentną kotką, nieco starszą od pełnego 

rezerwy,  nieśmiałego  Eltona,  zawdzięczającego  swoje  imię  uderzającemu 

podobieństwu do słynnego piosenkarza.

Elton  czekał  na  swą  panią  przy  drzwiach.  Gdy  weszła,  przeciągnął  się  w 

złocistej plamie słońca.

– Witaj, Elton, zaraz się tobą zajmę. Wiem, że czekasz na pieszczoty, ale mam 

za dużo pracy, żeby siedzieć tu z wami cały dzień.

Położyła  stos  przyniesionych  książek  na  stole  i  otrząsnęła  się.  Zwykle  lubiła 

pierwszy dzień roku akademickiego, nowy semestr, nowe twarze.

Tym razem było inaczej. Jedna z nowych twarzy była twarzą Jona Campbella, a 

to jest straszne.

W zamyśleniu pogładziła Eltona po grzbiecie. W drzwiach kuchni pojawiła się 

Madonna i głośno mrucząc, skierowała się ku swej pani.

–  Wiem,  że  to  on  – powiedziała do  niej  Camilla. – Siedzi  w  ławce  na  moich 

zajęciach z literatury angielskiej i nie mam pojęcia, co powinnam zrobić.

Madonna  zatrzymała  się  i  z  godnością  zaczęła  myć  sobie  pyszczek.  Potem 

zmrużonymi oczami spojrzała na Eltona, który właśnie zabierał się do drzemki na 

słonecznej  plamie.  Po  chwili  nieoczekiwanie  rzuciła  się  na  niego  z  groźnym 

prychnięciem. Przestraszony Elton miauknął, jednym susem znalazł się na kanapie 

i skrył pod kocem.

– Kochanie – powiedziała łagodnie Camilla, zaglądając pod pled. – Nie bój się, 

Madonna tylko żartowała. Nie chciała cię przestraszyć. Chodź do mnie, usiądziemy 

sobie w fotelu.

Oczy  w  czarnych  obwódkach,  przypominających  druciane  okularki 

piosenkarskiego idola, zaświeciły w mroku. Elton powoli wysunął pyszczek.

– No, chodź, trochę się pobawimy. Nie gniewaj się na Madonnę, ona nie chciała 

ci zrobić nic złego.

Wreszcie pozwolił wziąć się na ręce. Camilla przytuliła drżące ciałko i usiadła 

w fotelu, opierając podbródek na łebku kota.

Głaszcząc go machinalnie, nie przestawała myśleć o tym, co wydarzyło się w 

czasie wykładu. Ten moment, kiedy po raz pierwszy ujrzała Jona Campbella...

background image

Nie  po  raz  pierwszy  widziała  tę  przystojną,  wyrazistą,  męską  twarz,  jasne, 

uważne  spojrzenie.  Nawet  kiedy  siedział,  wiedziała,  że  jest  szczupły  i  bardzo 

wysoki. Nie zapomniała jego ciemnych włosów i silnych dłoni. Teraz jego włosy 

już lekko posiwiały.

W pierwszej chwili była pewna, że to on; potem próbowała sobie wmówić, że 

to niemożliwe, że to po prostu ktoś bardzo podobny. Upłynęło przecież tyle lat...

Ale kiedy spojrzał na Enrique i ujrzała jego silnie zarysowany profil i orli nos, 

nie miała już wątpliwości.

Mocno przytuliła Eltona. Obrazy napłynęły z  wielką siłą. Tamten  chłopiec  na 

motocyklu, gorące lato, pusta droga, weekend w motelu...

Nie, to nie może być on, takie rzeczy przecież się nie zdarzają...

Tamto  wydarzyło  się  przed  dwudziestoma  laty  i  należy  do  innego  świata,  z 

którym  ona  nie  ma  nic  wspólnego.  Tamten  świat  zniknął,  zrobiła  wszystko,  by 

wymazać go ze swej pamięci.

Wbrew  temu,  w  co  rozpaczliwie  chciała  wierzyć,  wiedziała,  że  mężczyzna  w 

sali wykładowej jest chłopcem z jej wspomnień. Odnalazł ją, nie wiadomo jak, ale 

w  końcu  ją  znalazł.  Jego  obecność  tutaj,  na  uniwersytecie,  w  miasteczku 

uniwersyteckim, jest dla niej ogromnym zagrożeniem. Ten człowiek może zburzyć 

życie,  które  przez  dwadzieścia  lat  tak  wytrwale  i  z  tak  wielkim  wysiłkiem 

budowała.

background image

Rozdział 2

Przerwa  w  pracy  i  krótki  pobyt  w  domu  dobrze  jej  zrobiły.  Opanowała  się  i 

opuściła mieszkanie w nieco lepszej formie. Zamknęła starannie drzwi i poszła do 

windy. Na parter zjechała w towarzystwie dwóch asystentów i młodego dozorcy z 

kubłem i szczotką. Wychodząc z kabiny, uśmiechnęła się do nich. Jak zwykle, miła 

i opanowana doktor Pritchard.

Szybkim  krokiem  przebyła  znaną  ścieżkę  wiodącą  do  instytutu  literatury  i 

poprzez  labirynt  korytarzy  dotarła  do  swego  zawalonego  książkami  gabinetu. 

Najpierw  jednak musiała przejść przez  sekretariat, który dzieliła z trzema innymi 

profesorami.

– Witaj, Camillo. – Sekretarka podniosła głowę znad komputera i uśmiechnęła 

się do niej serdecznie. – Jak się udał urlop?

–  Było  bardzo  miło,  Joyce  –  odparła,  wyjmując  korespondencję  z  przegródki 

oznaczonej swoim tytułem i nazwiskiem. – A tobie?

Joyce skrzywiła się nieco.

– Na szczęście, wakacje już się skończyły. Cieszę się, że wróciłam do pracy. Z 

dziećmi to żaden odpoczynek. Myślałam, że zwariuję.

– Miałaś jechać tam, gdzie zwykle. Bardzo chwaliłaś to miejsce.

– Banff jest w porządku, tylko dzieciaki po dwóch tygodniach pobytu w jednym 

miejscu dostają małpiego rozumu. Ledwo wytrzymałam z nimi do końca sierpnia.

Camilla w zamyśleniu pokręciła głową.

– W jakim one są teraz wieku? Boże, przecież Jamie musi mieć już dziesięć lat! 

To nie do wiary.

– Tak, Jamie ma dziesięć lat, a Susan osiem. Małe potwory.

Joyce westchnęła, ale jej oczy się śmiały.

Camilla przez chwilę próbowała wyobrazić sobie,  czym  mogą być wakacje  w 

towarzystwie małych dzieci.

Jej  jedynym  doświadczeniem  pod  tym  względem  była  grupa  wyjątkowo 

uzdolnionych  dzieci,  z  którą  pracowała  w  ramach  swych  uniwersyteckich 

obowiązków.  Grupa  składała  się  z  piętnaściorga  dzieci  w  wieku  od  sześciu  do 

background image

dziesięciu  lat,  przerabiających  w  przyspieszonym  trybie  program  szkoły 

podstawowej.  Pochodziły  głównie  z  prowincji,  gdzie  nie  było  odpowiednich 

warunków nauczania. Kilku nauczycieli akademickich,  specjalistów od  metodyki, 

zapewniało im indywidualny tok nauki i przeprowadzało z nimi testy na potrzeby 

własnej pracy badawczej.

– A ty co? Pojechałaś do domu w czasie wakacji? – zapytała Joyce.

–  Nie.  –  Camilla  zawahała  się  na  krótką  chwilę.  –  Musiałam  skończyć  kilka 

artykułów, więc wolałam zostać tutaj i spokojnie popracować.

– Szkoda. W Nowej Anglii musi być pięknie o tej porze roku.

Camilla spojrzała na nią ze zdziwieniem.

– Dlaczego akurat w Nowej Anglii?

–  Barry  mówi,  że  twoja  rodzina  ma  tam  letni  dom,  niedaleko  posiadłości 

Kennedych – wyjaśniła sekretarka.

Camilla  przełożyła  stos  książek  do  drugiej  ręki;  korespondencję  położyła  na 

samym wierzchu.

– Od dawna już nie byłam w Nowej Anglii – powiedziała wreszcie.

– W porządku, już o nic więcej nie pytam.

Joyce  porozumiewawczo  mrugnęła  do  niej  okiem.  Camilla  postała  jeszcze 

chwilę, nie bardzo wiedząc, jak się zachować, po czym wolnym krokiem ruszyła do 

swego gabinetu. Zamknęła za sobą drzwi, odłożyła książki na biurko i zamyśliła się 

nad słowami sekretarki.

Od  kilku  lat  po  kampusie  krążyły  plotki  o  niezwykłym  pochodzeniu  doktor 

Pritchard.  Ponieważ  na  wszystkie  pytania  zwykle  odpowiadała  półsłówkami, 

ciekawość ludzka z czasem wzrosła. Ostatnio dochodziły ją pogłoski, że pochodzi z 

bardzo  bogatej,  arystokratycznej  rodziny,  i  z  jakiegoś  nieznanego  powodu 

utrzymuje to w tajemnicy, nic nie mówiąc o swoim prywatnym życiu.

Nie lubiła tych plotek, ale musiała doceniać fakt, że to właśnie dzięki nim jej 

uniwersyteccy  koledzy  nie  są  zbyt  dociekliwi.  Wiedziała,  że  ich  onieśmiela; 

zapraszano ją na wszystkie wydziałowe przyjęcia i pikniki organizowane na terenie 

kampusu,  ale  było  rzeczą  powszechnie  wiadomą,  że  nie  zaszczyci  ich  swą 

obecnością. Unikała w ten sposób rozmów na niepożądany temat i z nikim się nie 

przyjaźniła.

background image

Miała  swój  dom,  swoje  rośliny  i  swoje  koty;  miała  swoją  pracę  i  poczucie 

bezpieczeństwa. Poczucie bezpieczeństwa było dla niej najważniejsze.

Najważniejsze w świecie.

Podeszła do okna i wyjrzała na zapełniony studentami dziedziniec. Ciekawe, co 

by jej koledzy powiedzieli, gdyby poznali prawdę...

Ale  nigdy  nie  poznają  prawdy  o  doktor  Pritchard.  Nigdy  ich  do  siebie  nie 

dopuści, pozostanie samotna i odległa, zawsze z miłym, uprzejmym uśmiechem na 

ustach. Nie pozwoli, żeby ktokolwiek się do niej zbliżył.

Odsunęła od siebie niedobre myśli i usiadła za biurkiem. Trzeba się wziąć do

roboty.

Przeszkodziło jej pukanie do drzwi.

– Proszę wejść.

Drzwi  się  otworzyły  i  w  progu  stanęła,  jak  zwykle  tryskająca  energią, 

uśmiechnięta Gwen Klassen. Miała gabinet tuż obok, zajmowała się badaniami nad 

rozwojem intelektualnym i prowadziła grupę wyjątkowo uzdolnionych dzieci. Sale, 

w których odbywały się zajęcia, łączące elementy zabawy z nauką, znajdowały się 

w tym samym budynku na parterze.

– Cześć, Camilla – powiedziała Gwen i weszła do środka. – Chciałam od ciebie 

pożyczyć kilka książek o procesach poznawczych. A co u ciebie? Jesteś gotowa na 

rozpoczęcie nowego roku?

Camilla zgarnęła papiery, robiąc jej miejsce na brzegu biurka. Gwen przysiadła.

– Nie bardzo. W tym roku jest nawet jeszcze gorzej niż zwykle.

–  Co  ty  mówisz!  –  Gwen  zamachała  nogami  w  białych  adidasach.  –  Zawsze 

jesteś  doskonale  przygotowana,  nie  znam  drugiej  takiej  osoby.  Opracowujesz 

wszystko z kilkuletnim wyprzedzeniem.

Gwen  miała  około  pięćdziesiątki,  szczupłą  figurę,  szopę  siwych  włosów  i 

naturę  tak  otwartą  i  spontaniczną,  że  nawet  Camilla,  zwykle  chłodna  i  pełna 

rezerwy, topniała nieco w jej obecności. Gwen Klassen była świetną nauczycielką i 

miała  skłonność  do  traktowania  kolegów  z  tą  samą  serdeczną  pobłażliwością  i 

wyrozumiałością, co swych małych uczniów. Wszyscy za nią przepadali.

Camilla spojrzała na rozłożone na biurku papiery, zatrzymując na chwilę wzrok 

na programie semestru jesiennego.

background image

–  Chciałam  powiedzieć,  że  nie  jestem  gotowa  pod  względem  psychicznym. 

Odnoszę  wrażenie,  jakbym  z  czasem  stawała  się  coraz  mniej  odporna.  –  Tylko 

wobec  Gwen  potrafiła  być  tak  szczera.  –  Bardzo  lubię  pracę  ze  studentami,  ale 

wydaje mi się, że coś tracę, tak jakby... nie wiem...

Próbowała się uśmiechnąć.

– Może po prostu się starzeję.

Gwen, lekko zdziwiona, spojrzała na nią z sympatią.

– Przecież to zupełnie normalna reakcja po tylu latach pracy. Powinnaś wziąć 

roczny  urlop  naukowy.  Na  pewno  go  dostaniesz,  wystarczy  napisać  podanie,  w 

twoim przypadku  to czysta  formalność. Będziesz mogła przez cały  rok  spokojnie 

pracować naukowo i wrócisz na uniwersytet jak nowa.

Camilla podniosła na nią oczy.

– Taki roczny urlop to nie dla mnie. Nie wytrzymałabym długo bez wykładów i 

seminariów. Myślę, że chodzi o coś innego. Potrzebuję chyba... jakiejś zmiany.

– Na przykład jakiej ?

Camilla,  zmieszana,  znowu  pochyliła  się  nad  biurkiem.  Nigdy  z  nikim  w  ten 

sposób nie rozmawiała. Gwen dotknęła lekko jej ramienia.

–  Wpadnij  do  mnie  w  piątek  wieczorem.  Urządzamy  małe  spotkanie 

towarzyskie.  Przyjdzie  Barry  z  żoną,  będzie  Gail  i  Joe  z  administracji,  i  pewien 

nowy profesor, grający na elektrycznej gitarze. Powinno być miło.

– Dziękuję, ale nie mogę. – Camilla ze smutkiem pokręciła głową. – Na pewno 

będzie bardzo miło, ale ja... jestem już umówiona.

Gwen  na  szczęście  nie  zapytała  z  kim,  tylko,  jak  zwykle  taktownie,  zmieniła 

nieco temat rozmowy.

– Czy ty w ogóle nie wychodzisz?

– Rzadko. Zwykle siedzę w domu z moimi kotami i pracuję.

Gwen uśmiechnęła się przekornie.

– Barry zupełnie inaczej sobie wyobraża twoje życie.

Camilla  nie  odpowiedziała.  Doskonale  wiedziała,  że  Barry  Bellamy  jest 

autorem większości krążących po  kampusie, wyssanych z palca, opowieści na  jej 

temat.  Prowadził  wykłady  z  historii  teatru  i  specjalizował  się  w  dramacie 

współczesnym. Swoją zawodową pasję łączył z zamiłowaniem do plotek. Camilla 

background image

była  jego  ulubionym  celem;  znajdował  niemal  perwersyjną  przyjemność  w 

wymyślaniu  coraz  to  nowych,  niestworzonych  historii  na  temat  jej  pochodzenia, 

tak jakby znajomość  z osobą  tak niezwykłą i  tajemniczą jemu samemu  dodawała 

splendoru.

Bardzo  ją  to  krępowało,  ale  nie  wiedziała,  jak  powstrzymać  twórczy  zapał 

Barry'ego. Mogła to zrobić tylko w jeden sposób: ujawniając całą prawdę, a tego 

uczynić nie zamierzała.

– Barry jest niemożliwy  – powiedziała. – Nie  wiem, skąd  bierze te  wszystkie 

historie, które rozpowiada.

Gwen rzuciła okiem na stos papierów.

– Zapoznałaś się już z listą tegorocznych studentów?

– Rzuciłam na nią okiem. Na pierwszym roku mam dopiero kilka osób, za to na 

trzecim,  na  zajęciach  z  literatury  angielskiej,  jest  już  komplet.  Mam  nadzieję,  że 

nasz tegoroczny budżet jakoś to wytrzyma.

–  Ja  mam  w  tym  roku  cudowną  grupę.  –  Twarz  Gwen  rozjaśnił  radosny 

uśmiech. – Bardzo ci się będą podobali. Jutro po południu masz pierwsze zajęcia z 

moimi dzieciakami, prawda?

Camilla zajrzała do kalendarza.

– Tak. Zaczynam o drugiej. Chcę z nimi trochę popracować nad istotą symbolu, 

połączyć to z odpowiednimi lekturami i przedstawieniem obrazowym. Zebrałam w 

czasie wakacji trochę materiału.

Gwen wyraźnie się ożywiła.

– Mamy w tym roku świetną parę bliźniąt, Aarona i Amelię. Są tak urocze, że 

można je zjeść.

– Bliźnięta? To ciekawe. – Camilla z zainteresowaniem uniosła brwi. – Nigdy 

jeszcze nie mieliśmy bliźniąt, prawda?

–  Tak.  Mimo,  że  są  różnej  płci,  są  naprawdę  strasznie  do  siebie  podobne. 

Zobaczysz  sama.  Prześliczne  dzieciaki,  a  iloraz  inteligencji  mają  tak  wysoki,  że 

brakuje  skali.  Są  tylko  trochę  zamknięte  w  sobie,  bo  rozwój  emocjonalny  nie 

nadążą  za  umysłowym.  Rozumiesz,  prawda?  Robię,  co  mogę,  żeby  się  do  nich 

przebić.

– Skąd pochodzą?

background image

– Z zachodniego Saskatchewanu. Mieszkały na ranczo, należącym do rodziny; 

do szkoły miały tak daleko, że musiały jechać godzinę autobusem w jedną stronę.

– Czy mieszkają na terenie kampusu?

Gwen pokręciła przecząco głową.

–  Ich  ojciec kupił  posiadłość  za  miastem.  Jest  rozwiedziony, nie  wiem,  gdzie 

mieszka ich matka. Ojciec przeprowadził się z dziećmi tutaj, żeby mogły się uczyć 

w odpowiednich warunkach.

– A co z ranczem? Sprzedał je?

–  Chyba  nie  musiał.  Zdaje  się,  że  facet  nie  ma  problemów  finansowych.  Na 

ranczo  zostawił  zarządcę  i  co  tydzień  lata  na  weekend  zobaczyć  co  i  jak.  Ma 

własny samolot.

–  Wszystko po  to,  żeby  bliźnięta,  mogły uczęszczać  do  klasy  o  intensywnym 

programie nauczania?

– Nie  tylko. Ma  jeszcze inne dzieci, które chce kształcić w mieście.  Jego syn 

jest na pierwszym roku studiów, a ponadto, nigdy byś nie zgadła...

– Czego?

– Ten  facet  sam  zapisał  się  na trzeci rok  studiów!  Nazywa się Jon  Campbell. 

Powiedział,  że  w  ten  sposób  nie  będzie  tracił  w  mieście  czasu,  a  i  tak  musi  całą 

zimę tu siedzieć. Camilla, co z tobą? Strasznie zbladłaś...

Camilla drżącymi rękami zaczęła bezmyślnie przekładać papiery.

– Wszystko w porządku, ja tylko... Ile on może mieć lat, ten ojciec bliźniąt? –

zapytała pozornie obojętnym tonem.

–  Nie  wiem,  chyba  około  czterdziestu.  Bardzo  przystojny,  w  typie  Clinta 

Eastwooda. Przed laty zaczął studia, ale z jakichś powodów nie mógł ich skończyć 

i teraz postanowił to zrobić, korzystając z okazji, że dzieci chodzą na uniwersytet.

Camilla wstała i złożyła książki.

– Jutro obejrzę sobie dokładnie te twoje nadzwyczajne bliźnięta, a teraz muszę 

już iść. Weź sobie co chcesz z mojej biblioteki, dobrze?

Niemal wybiegła z gabinetu i szybkim krokiem zeszła na dół do holu, próbując 

się uspokoić.

Nic  strasznego  się  nie  stało.  Jest  etatowym  nauczycielem  akademickim,  ma 

stałą pracę i ustabilizowane życie, nic jej nie grozi.

background image

Przez  wiele  lat  dążyła  do  tego,  żeby  zdobyć  na  uniwersytecie  etat.  Uparcie, 

konsekwentnie dążyła do tego, co uważała za gwarancję pełnego bezpieczeństwa.

Teraz już osiągnęła swój cel. Ma zabezpieczoną przyszłość i nikt nigdy jej tego 

nie odbierze. Bez wzglądu na to, co się stanie.

Etat  dostała  przez  trzema  laty  i  wtedy  po  raz  pierwszy  w  życiu  poczuła  się 

spokojna. Status uniwersyteckiego wykładowcy zapewnia jej godziwe bytowanie i 

komfort psychiczny.

Niebezpieczeństwo jednak całkiem nie zniknęło. Za każdym razem, kiedy ktoś 

pytał ją o rodzinę, ogarniał ją niepokój, którego nie potrafiła opanować.

Teraz, kiedy Jon Campbell niespodziewanie znowu wtargnął w jej  życie, była 

po prostu przerażona.

Słońce wisiało już nad górami, kiedy Jon Campbell wreszcie zakupił wszystkie 

książki,  wypożyczył  co  trzeba  z  biblioteki,  i  opuścił  kampus.  Przejechał  przez 

miasto i skierował się na zachód, tam gdzie pośród wzgórz mieściła się jego nowa 

posiadłość.

Zostawił  samochód  w  garażu,  minął  hangar,  gdzie  stał  mały  sześcioosobowy 

samolot, i ruszył w stronę domu. W środku panowała podejrzana cisza.

Spojrzał  na  zegarek:  zbliżał  się  czas  kolacji.  Dzieci  lubiły  wcześnie  zjeść  ten 

posiłek,  żeby potem  móc  jeszcze  coś  zrobić  przed pójściem  do  łóżka.  Pewnie  na 

niego czekają. Margaret uważała, że muszą na niego czekać; zawsze powtarzała, że 

kolację  je  się  z  ojcem  –  oczywiście,  jeśli  jest  szansa,  że  wróci  do  domu  o 

odpowiedniej porze.

Przyspieszył kroku i objął spojrzeniem swój nowy dom: nowoczesny budynek 

na podmurówce, duże okna, brązowy dach.

W niczym nie przypominał rodowej siedziby, która opuścili, przenosząc się do 

miasta. Jon przypomniał sobie wielkie kamienne domostwo, werandę, ganek, białe 

ogrodzenie.

Po  raz  któryś  powtórzył  sobie  w  duchu,  że  przeprowadzka  była  absolutnie 

konieczna.  Zresztą  za  kilka  lat  wrócą  do  domu.  Bliźnięta  dorosną  i  będą  mogły 

jeździć autobusem do odległej szkoły; wtedy wszyscy wrócą, na ranczo.

background image

Wszedł do domu tylnymi drzwiami, zdjął kurtkę i umył ręce. Kiedy wszedł, w 

kuchni szalała burza.

– Ty potworze, głupi, mały potworze!

Vanessa  z  krzykiem  goniła  młodszego  brata,  w  jednej  ręce  ściskając  telefon 

komórkowy.

– Jesteś podły! Oddaj mi to, bo cię zabiję!

Aaron  ze  złośliwym  uśmiechem  zatrzymał  się  w  bezpiecznej odległości.  Jego 

siostra bliźniaczka, Amelia, stanęła przy nim, patrząc na Vanesse przestraszonym 

wzrokiem.

Bliźnięta były drobne i bardzo zgrabne; miały ciemne, kręcone włosy i piękne, 

bystre oczy: Amelia – zielone, Aaron – szare. Dziewczynka była nieco mniejsza od 

chłopca. Mimo tych drobnych różnic dzieci wydawały się identyczne.

Przez kilka pierwszych lat swego istnienia żyły zamknięte we własnym świecie, 

nikogo do siebie nie dopuszczając. Rozmawiały tylko ze sobą, pozostałym osobom 

odpowiadając  monosylabami.  Ari  był  typem  dziecka  stanowczego  i  porywczego, 

Amelia,  zawsze  gotowa  udzielić  mu  pomocy,  była  dla  niego  oparciem  i 

nieodłączną towarzyszką zabaw.

Ari  z  szelmowskim  uśmieszkiem  otworzył  trzymany  w  ręku  gruby  zeszyt  i 

zaczął głośno czytać:

„Właśnie  zakochałam  się  w  Jasonie  Weatherly.  Kiedy  uśmiecha  się  do  mnie 

podczas lekcji matematyki, czuję... "

Vanessa z krzykiem cisnęła w brata telefonem. Ari uchylił się zgrabnie i rzucił 

do ucieczki, nie przestając w biegu czytać:

„... czuję taki dziwny dreszcz, a potem tak jakby mnie coś... "

Vanessa  popędziła  za  nim  z  wrzaskiem.  Steven,  starszy  syn  Jona,  siedział  na 

kanapie  ze  wzrokiem  utkwionym  w  ekranie  telewizyjnym,  jakby  awantura 

rozgrywająca się w kuchni zupełnie go nie obchodziła. Na wchodzącego ojca nikt 

nie zwrócił uwagi.

background image

Vanessa  przykucnęła  i  zaczęła  szukać  na  podłodze  telefonu.  Długie  ciemne 

włosy opadły jej na policzki.

Cisza  zapadła  dopiero  wtedy,  kiedy  Jon  stanął  na  środku  kuchni  i  podniósł 

telefon z podłogi.

– Vanessa zadzwoni później – powiedział do słuchawki i przerwał połączenie. 

Potem rozejrzał się po obecnych.

– Gdzie jest Margaret?

Nikt nie odpowiedział. Słychać było tylko sapanie zadyszanej Vanessy i strzały 

dochodzące z telewizora. Jon powiódł wzrokiem po twarzach dzieci.

– Gdzie jest Margaret? – powtórzył.

–  W  ogrodzie  –  odezwał  się  niechętnie  Steven.  –  Poszła  po  pomidory  na 

sałatkę.

– Rozumiem.

Podszedł do młodszego syna.

– Ari, co tam trzymasz za zeszyt?

– To pamiętnik Vanessy – odparł chłopiec z dumą.

–  Dlaczego  wziąłeś  pamiętnik  swojej  siostry?  Wiesz  przecież,  że  nie  wolno 

szperać w cudzym pokoju?

– On nie leżał w jej pokoju – odparł rezolutnie Ari.

Amy stała tuż obok niego, gotowa w każdej chwili go bronić. Lękliwie skinęła 

główką, potwierdzając słowa brata.

– Gdzie w takim razie był?

– Pod kanapą w salonie. Znaleźliśmy go, jak Margaret kazała nam posprzątać 

lego.

Vanessa wstała z podłogi.

– Ty obrzydliwy, mały gadzie... Tato – zwróciła się do ojca – tatusiu, zrób coś, 

zawsze im na wszystko pozwalasz!

Jon spojrzał na nią z typowym dla siebie poczuciem bezradności. Bardzo kochał 

swą starszą córkę i bardzo się o nią bał. Vanessa była piękna i w szesnastym roku 

życia  wyraźnie  przypominała  matkę.  Odziedziczyła  po  niej  nie  tylko  niezwykłą 

urodę, ale i charakter, przynajmniej  Jon tak sądził. Była w ostatniej klasie szkoły 

średniej i jej zachowanie bardzo go niepokoiło.

background image

Miał za sobą dwanaście lat nieszczęśliwego małżeństwa z kobietą, z którą nic 

go nie łączyło. Nie mieli ani wspólnych zainteresowań, ani wspólnych planów, ani 

marzeń.  Mieli  tylko  wspólne  dzieci.  Nie  było  to  wiele,  wziąwszy  pod  uwagę,  że 

Shelley wcale nie interesowała się swym potomstwem.

Kiedy ją poznał, miała dziewiętnaście lat, a on dwadzieścia dwa. Było to zaraz 

po wydarzeniu, które o mało co nie okaleczyło go na zawsze i nie odebrało ochoty 

do życia.

Obolały  i  bezwolny,  stał  się  bardzo  łatwym  łupem  ambitnej,  bezwzględnej 

kobiety. Jej pożądanie uznał za miłość, jej gorączkowe poszukiwanie przyjemności 

– za inteligencję, jej pazerność – za zapobiegliwość. Kiedy odkrył prawdę, było już 

za późno. Shelley była w ciąży, a oboje pochodzili z rodzin, dla których w takim 

przypadku jedynym wyjściem jest ślub.

Kiedy  urodził  się  Steven,  a  potem  Vanessa,  Jon  uznał,  że  sytuacja  jest  bez 

wyjścia. Shelley sądziła inaczej: w dwa lata później opuściła dom.

Zjawiła  się  po  pewnym  czasie  i  na  świat  przyszły  bliźnięta  jako  wynik 

chwilowego pojednania małżonków. Niedługo po porodzie Shelley oświadczyła, że 

nie zamierza marnować życia przy dzieciach i zniknęła, tym razem na dobre.

Obecnie  mieszkała  w  Szwajcarii  ze  swym  nowym  kochankiem;  instruktorem 

narciarskim  i  utrzymankiem  w  jednej  osobie.  Do  Kanady  przyjeżdżała  rzadko  i 

nieregularnie, a każde jej spotkanie z dziećmi niosło z sobą zawód i rozczarowanie, 

wywołane jej nieodpowiedzialnym zachowaniem.

Nadal  była  bardzo  piękna.  W  czterdziestym  roku  życia  Shelley  wyglądała  na 

własną córkę; miała cudowne, fiołkowe oczy i smukłą figurę.

Vanessa  była  bardzo  do  niej  podobna;  Jon  miał  nadzieję,  że  tylko  fizycznie. 

Próbował tłumaczyć sobie zachowanie córki trudnym dzieciństwem i, niepokojami 

wieku  młodzieńczego.  Wierzył,  że  z  czasem  Vanessa  dojrzeje,  wyzbędzie  się 

egoizmu i zacznie zwracać uwagę na potrzeby innych. Myślał, że Vanessa dorośnie 

– w przeciwieństwie do  swojej matki, która po prostu postanowiła, że nigdy tego 

nie zrobi.

Przeniósł wzrok z córki na młodszego syna.

–  Ari,  fakt,  że  Vanessa  nie  schowała  wystarczająco  dobrze  pamiętnika,  nie 

znaczy,  że  wolno  ci  go  przeczytać.  Każdy  ma  prawo  do  prywatności  i  własnych 

background image

sekretów. Oddaj mi to.

Ari podszedł do niego powoli i podał mu zeszyt.

Zielone oczy Amy napełniły się łzami. Jon wystarczająco dobrze znał bliźnięta, 

żeby zrozumieć jej reakcję.

Nigdy  nie  zaznały ciepła  matczynej  miłości.  Jon zawsze  robił wszystko,  żeby 

jego dzieci nie odczuły braku matki, ale wiedział, że cierpią. Starał się stworzyć im 

dom,  w  którym  czułyby  się  bezpiecznie  i  w  ten  sposób  do  minimum  ograniczyć 

stratę matki.

Teraz musieli opuścić dom, który tak kochali. Poczucie bezpieczeństwa zostało 

naruszone  i  dzieci  znalazły  się  w  niepewnym,  obcym  środowisku,  w  nowej, 

nieznanej szkole, w nowym, niezbyt przytulnym jeszcze domu.

Całym  sercem  odczuwał  ich  samotność  i  tęsknotę  za  ranczem.  Przyklęknął  i 

objął drobne ciałko Amy.

– Chodź do nas, Ari.

Po chwili tulił już oboje.

–  Przeproś  Vanesse  za  to,  co  zrobiłeś,  i  powiedz,  że  to  się  już  nigdy  nie 

powtórzy.

Ari spojrzał na starszą siostrę.

– Przepraszamy – mruknął.

– Już nigdy tego nie zrobimy – dodała gorliwie Amy.

Vanessa zrobiła się czerwona.

– Tato! – krzyknęła. – Przecież tak nie można! Oni nie mogą tak się wymigać! 

Trzeba ich...

Nie dokończyła, zatrzymując  wzrok na grupce przykucniętej na podłodze. Jon 

tulił dzieci w ramionach, szepcząc im coś do ucha.

– Co byście powiedzieli, gdybyśmy tak na weekend polecieli do domu?  Oczy 

Ariego rozbłysły.

– Naprawdę, tatusiu? – spytał schrypniętym z emocji głosem.

– Naprawdę, ale przez te kilka dni musicie być grzeczni jak aniołki.

Pocałował mokry od łez policzek Amy.

– A teraz umyjcie sobie buzie, i siadamy do kolacji. Kiedy bliźnięta wybiegły z 

kuchni, zajął miejsce za wielkim, dębowym stołem.

background image

Po chwili były już z powrotem. Razem ze starszym rodzeństwem usiadły obok 

ojca.

Po  chwili  w  progu  kuchni  ukazała  się  zażywna  kobieta  z  koszykiem 

pomidorów.  Margaret  była  duża,  uśmiechnięta  i  miała  rude  włosy.  Miała  też 

narzeczonego, zatrudnionego przy szybach naftowych w Edmonton, który od czasu 

do czasu ją odwiedzał. Obojgu najwyraźniej odpowiadała miłość na odległość, co 

Jon  bardzo  sobie  cenił,  jako  że  panicznie  bał  się  odejścia  Margaret.  Nigdy  nie 

widział  osoby,  która  łączyłaby  tak  wielką  umiejętność  prowadzenia  domu  z 

nieograniczoną cierpliwością w stosunku do dzieci.

Powitała  go  uśmiechem  i  wrzuciła  pomidory  do  zlewu.  Gdy  spojrzała  na 

zaczerwienione policzki Amy, spytała:

– Co się stało?

– Czytali mój pamiętnik – odparła ponurym głosem Vanessa – ale tatuś nie chce 

ich ukarać, jak zwykle. Małe potwory.

Pod jej złym wzrokiem oczy Amy znowu napełniły się łzami.

–  Małe  biedactwo.  –  Margaret  pogłaskają dziewczynkę  po  ciemnej  główce.  –

Już wszystko w porządku. – Zwróciła się do chłopca. – A ty, Ari, nie powinieneś 

dotykać pamiętnika Vanessy. Czy przeprosiłeś swoją siostrę? Biedna Vanessa ma z 

wami  prawdziwe  utrapienie.  Steven,  może  byś  się  opanował  i  nie  sięgał  do 

półmiska przed ojcem?

Wraz  z  pojawieniem  się  Margaret  napięcie  w  kuchni  zelżało.  Jej  spokojny, 

serdeczny  sposób  bycia  zawsze  działał  na  nich  kojąco.  Teraz  też  wszyscy  się 

rozchmurzyli; Margaret podała makaron z sosem i sałatkę ze świeżych pomidorów.

Jon, siedząc u szczytu stołu, patrzył na otaczające go twarze dzieci.

Perspektywa  wizyty  na  farmie  wyraźnie  uspokoiła  bliźnięta.  Nawet  Vanessa 

jakby złagodniała i nieco się rozpogodziła. Tylko Steven w dalszym ciągu pozostał 

zasępiony i nieobecny duchem.

Starszy  syn Jona był  do  niego podobny najbardziej ze wszystkich dzieci.  Tak 

samo  wysoki,  ciemnowłosy  i  bardzo  przystojny,  nie  odziedziczył  po  ojcu 

swobodnego  sposobu  bycia.  Ojciec  był  bezpośredni  i  otwarty;  syn  –  spięty  i 

zamknięty w sobie.

Jon bardzo się o niego bał.

background image

W  dzieciństwie  Steven  był  do  niego  niezwykle  przywiązany.  Spędzili  razem 

wiele  godzin  nad  rzeką,  łowiąc  ryby  i  jeżdżąc  konno  po  prerii.  Ostatnio  Steven 

odsunął  się  od  niego i  reszty  rodziny. Często  bywał zamyślony,  nie  odzywał  się, 

przebywając  myślami  w  innym  świecie,  do  którego  Jon  ani  nikt  inny  nie  miał 

dostępu.

Ojciec nie bardzo wiedział, jak przebić się przez ten mur milczenia.

– Co słychać na uniwersytecie, Steve?

Chłopiec zamrugał powiekami, jakby się budził.

– Wszystko w porządku.

Jon  spojrzał  na  niego  uważnie,  ale  nie  nalegał  na  bardziej  rozbudowaną 

odpowiedź. Zwrócił się do bliźniąt:

–  Wczoraj  wieczorem  dzwonił  do  mnie  Tom.  Powiedział,  że  cielęta  bardzo 

urosły i będzie je można sprzedać.

– Co jeszcze Tom mówił? – zapytał Ari podnieconym głosem.

Tom  Beatch,  który  w  każdym  calu  przypominał  najprawdziwszego  kowboja, 

pracował na ranczo jako zarządca i bliźnięta za nim przepadały.

Jon  opowiedział  im  wszystkie  nowiny,  nie  pomijając  wypadów  Toma  do 

sąsiedniego miasta w celach matrymonialnych.

–  On  nigdy  się  nie  ożeni  –  stwierdziła  kategorycznie  stojąca  przy  zlewie 

Margaret. – Tak samo mu do tego spieszno jak mojemu Eddiemu.

– A kiedy Eddie znowu przyjedzie? – zapytał Jon.

–  W  przyszłym  miesiącu  –  odpowiedziała  Margaret  i  jej  twarz  rozjaśnił 

promienny uśmiech. – Pobędzie w domu jakiś tydzień i potem wróci do roboty.

Jon  znowu  spojrzał  na  bliźnięta.  Podniecenie  spowodowane  wspomnieniem 

Toma  opadło  i  siedziały  teraz  zgaszone  i  apatyczne,  grzebiąc  widelcami  w 

talerzach.  Widać  było,  że  tęsknota  za  domem  z  każdym  dniem  staje  się  dla  nich 

trudniejsza do zniesienia. Sięgnął po sałatkę z pomidorów.

– Tom bardzo się o mnie martwi – powiedział sztucznie ożywionym głosem. –

Pytał, co będę robił w mieście przez całą zimę.

Steven  nie  słuchał  go.  Pogrążony  w  swoich  myślach,  skierował  nie  widzące 

spojrzenie  w  stronę  okna,  na  majaczące  w  półmroku  gałęzie  drzew.  Bliźnięta 

wymieniły  rozpaczliwe  spojrzenia  i  pod  wpływem  groźnego  wzroku  Margaret 

background image

zaczęły nabierać na widelec makaron.

Tylko  Vanessa,  zapomniawszy  o  niedawnej  awanturze,  wykazała 

zainteresowanie słowami ojca.

– A ja wiem, co będę robiła przez całą zimę – oznajmiła. – Będę sobie chodziła 

po sklepach i oglądała różne rzeczy. Będę mierzyła ubrania i kupowała je. Zawsze 

o tym marzyłam.

Patrzył  na  jej  śliczną  twarz,  zastanawiając  się  w  duchu,  czy  ma  do  czynienia 

tylko z przesileniem wieku dojrzewania i czy córka z tego wyrośnie.

– Ja też wiem, co będę robił – odezwał się, nie komentując jej wypowiedzi. –

Wszystko sobie zaplanowałem.  Nawet dzisiaj zacząłem od  razu wprowadzać mój 

plan w życie.

– A cóż to za plan? – Margaret odwróciła się od zlewu. – Niech pan powie.

–  Wracam  do  szkoły  –  oświadczył  Jon  i  spokojnie  sięgnął  do  półmiska,  nie 

zważając na osłupiałe miny dzieci. – Dzisiaj byłem na pierwszej lekcji.

Vanessa przetarła oczy.

– Ty... do szkoły? Masz na myśli uniwersytet?

Jon uśmiechnął się do niej ciepło.

– Nie patrz tak na mnie, nie zwariowałem. W młodości studiowałem przez dwa 

lata,  potem  musiałem  przerwać  i  nie  zrobiłem  magisterium.  Teraz  nadarza  się 

świetna okazja, żeby to naprawić.

Vanessie udało się odłożyć widelec, zanim sam wypadł jej z ręki.

–  Będziesz  chodził  na  uniwersytet?  Ty?  W  twoim  wieku?  Będziesz  na  tym 

samym kampusie co Steven? I co ja w przyszłym roku?

– Tak. W Calgary jest tylko jeden kampus i jeden uniwersytet.

Vanessa  zaniemówiła.  Jej  zdumienie  nieco  go  rozbawiło,  ale  nie  okazał  tego. 

Czasem  specjalnie  mówił  coś  kontrowersyjnego,  żeby  wyrwać  ją  ze  stanu 

samozadowolenia i naruszyć skorupę jej egoizmu.

Tym  razem  wyglądało  na  to,  że  przesadził.  Vanessa  robiła  wrażenie  osoby 

kompletnie zaskoczonej.

– Nie przejmuj się tak, Vanesso – rzekł pojednawczym tonem. – Kampus jest 

bardzo duży. Chodzą po nim setki studentów i nikt na mnie nie zwróci uwagi.

–  A  co  ja  zrobię, jeśli  na  przykład  znajdziesz się  w  tej  samej  grupie  co  ja?  –

background image

jęknęła. – Ja się zabiję!

– Steven zmierzył ją wzrokiem.

– Nie gadaj głupstw – syknął, – Jak można być taką idiotką!

Jon skarcił go spojrzeniem i zwrócił się do córki.

– Nigdy nie trafię do tej samej grupy co ty, bo ty będziesz na pierwszym roku, a 

ja na czwartym.

Twarz Vanessy wyrażała głęboką rozpacz.

– Boże, mieć ojca na tym samym uniwersytecie, spotykać go codziennie! Boże, 

jakie  to  okropne!  Coś  takiego  mogło  przytrafić  się  tylko  mnie.  To  straszne, 

straszne, straszne... Ja tego nie przeżyję.

Zerwała  się,  odepchnęła  krzesło  i  pobiegła  do  swojego  pokoju.  W  kuchni 

zapanowała cisza.

– Zaraz się uspokoi, niech się pan nie martwi – powiedziała wreszcie Margaret. 

–  Ona  tak  zawsze.  Co  i  raz  rozpacza,  że  coś  jest  straszne  i  że  tego  nie  przeżyje. 

Zaraz jej przejdzie.

Jon przez chwilę patrzył na drzwi, za którymi zniknęła córka.

–  Pomówię  z  nią  później.  Przestanie  się  tak  przejmować,  kiedy  zrozumie,  że 

uniwersytet jest tak wielki, że nasze drogi nigdy się nie skrzyżują.

Steven  jadł  w  milczeniu;  krótkie  ożywienie  spowodowane  głupotą  siostry 

minęło bez śladu.

– A ty, co ty na to? – zwrócił się do niego Jon. – Tobie też przeszkadza, że będę 

studiował w tym samym miejscu co ty?

Steven nawet na niego nie spojrzał.

– Nic mnie to nie obchodzi.

–  Ostatnio niewiele cię  obchodzi.  –  Jon starał  się  mówić obojętnym  tonem.  –

Co się z tobą dzieje?

Steven gwałtownie podniósł głowę znad talerza i spojrzał na niego tak, że Jon 

przez  sekundę  miał  nadzieję,  że  syn  zaraz  powie  coś  ważnego,  lecz  Steven  nie 

odezwał  się.  Jedli  dalej  w  ciszy,  przerwanej  tylko  hałasem  naczyń  wstawianych 

przez Margaret do zmywarki.

W  dwie  godziny  później  Ari  leżał  na  brzuchu  na  pagórku  niedaleko  domu. 

Ostatnie promienie słońca łagodnym blaskiem obejmowały okolicę.

background image

– Czurki i fizlespity – powiedział, wyrywając kępki trawy.

Amy  spojrzała  na  niego  z  czułością.  Był  to  ich  prywatny,  nikomu  nie  znany 

język i używali go tylko w chwilach największego wzburzenia.

–  W  sobotę  pojedziemy  do  domu  –  powiedziała,  nie  odrywając  wzroku  od 

dużego chrząszcza, z trudem torującego sobie drogę przez trawy. – Tatuś obiecał. 

Fajnie będzie znowu zobaczyć Toma i przejechać się na kucyku.

Ari nie wyglądał na pocieszonego.

–  Chciałbym,  żeby  tata  się  ożenił  –  powiedział  nagle  stanowczo.  –  Musimy 

mieć matkę.

Amy spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– Przecież już mamy matkę.

– Musimy mieć matkę, która będzie z nami w domu.

–  Gdyby  tatuś  znowu  się  ożenił,  moglibyśmy  wszyscy  wrócić  na  ranczo.  Na 

zawsze.

– Naprawdę tak myślisz? – spytała niepewnie.

– Kiedy się ożeni, nie będzie tak stale myślał o naszej szkole. Jak mama z nami 

mieszkała, Vanessa i Steve nie musieli jeździć do miasta. Wszyscy mieszkali razem 

na ranczo. Nienawidzę tego domu tutaj.

–  Nie  jest  tak  źle.  Tatuś  nie  chce,  żebyśmy  musieli  jeździć  do  szkoły  daleko 

autobusem, a pani Klassen jest bardzo miła. I mamy w szkole akwarium, i model 

cząsteczki wodoru... Podoba ci się, prawda?

Ari wzruszył ramionami.

– Nic mnie to nie obchodzi. Chcę wrócić do domu, więc musimy  mu znaleźć 

żonę.

– Może by się ożenił z Margaret...

– Jesteś strasznie niemądra. Tatuś nie może ożenić się z Margaret.

– Dlaczego? Jest dla nas bardzo dobra, dobrze gotuje, ładnie sprząta, i w ogóle.

Ari zmarszczył czoło.

– Sam nie wiem dlaczego, ale nie może. To musi być ktoś inny.

– Na przykład kto?

– Nie wiem, ale kogoś wymyślę.

background image

Przez chwilę leżeli bez ruchu. Potem nagle jak ptaki, które zrywają się do lotu, 

gnani jakimś niewidzialnym rozkazem, poderwali  się i popędzili przed siebie bez 

słowa, w dół zbocza, z rozpostartymi ramionami, nieomal frunąc w powietrzu.

Wbiegli na drugi pagórek, zbiegli z niego i pomknęli tam, gdzie znajdowało się 

ich  ulubione  miejsce  zabaw:  stary,  niski,  murowany  budynek  u  podnóża  zbocza, 

otoczony wysokimi drzewami.

Poprzedni właściciel traktował go jako garaż; trzymał w nim stare samochody i 

części  maszyn  rolniczych. Barak zaopatrzony  był  w  metalowe drzwi,  otwierane i 

zamykane za naciśnięciem umieszczonego na zewnątrz przycisku.

Mimo  całego  zaniedbania,  przycisk  działał  doskonale.  Ari  lubił  go  naciskać  i 

patrzeć, jak ciężkie, metalowe drzwi z wolna otwierają się, a potem zamykają jak 

za dotknięciem magicznej różdżki.

Kiedy  Vanessa  poinformowała  Margaret  o  istnieniu  automatycznych  drzwi, 

gospodyni  natychmiast  surowo  zabroniła  bliźniętom  bawić  się  w  pobliżu 

opuszczonego baraku.

– Jeszcze się tam niechcący w środku zatrzaśnięcie i kto was tam znajdzie.

– Jak się możemy zatrzasnąć „w środku" – powiedział później zbulwersowany 

Ari do siostry – skoro ten przycisk jest „na zewnątrz"? Margaret nie ma o niczym 

pojęcia.

Całkowicie zlekceważyli jej zakaz i w dalszym ciągu bawili się w baraku. Amy 

nie była pewna, czy robią słusznie, ale jej lojalność w stosunku do brata zwyciężyła 

i podporządkowała mu się bez słowa protestu.

Kiedy sfrunęli na dół, automatyczne drzwi były otwarte. Ktoś widocznie był w 

środku.

Ari  spojrzał  na  Amy  i  dziewczynka  w  mgnieniu  oka  zrozumiała.  W  dachu 

garażu  był  otwór  wentylacyjny.  Skuleni,  cicho  przemknęli  w  stronę  najbliższego 

drzewa i wdrapali się po jego gałęziach na płaski dach, po czym skuleni, przypadli 

do żelaznej kratki.

W ciemnym kącie garażu stał żółty, sportowy samochód Stevena. Steven wraz z 

trzema  obcymi  chłopakami  siedział  na  kupce  siana;  kolejno  podawali  sobie 

zapalonego papierosa.

background image

Dzieci  wymieniły  zdziwione  spojrzenia  i  znowu  przylgnęły  do  otworu 

wentylacyjnego.

Nigdy nie widzieli tych chłopaków; musieli wejść boczną furtką. Mieli zacięte, 

złe twarze, kanciaste ruchy, w niczym nie przypominali chłopców z sąsiedztwa, z 

którymi Steven dawniej przyjaźnił się na wsi.

Przez  chwilę  bliźnięta  w  milczeniu  przypatrywały  się  całej  grupie,  a  potem 

jednocześnie, bez słowa porozumienia, szybko ześlizgnęły się z dachu.

– Musimy powiedzieć tacie – szepnęła cicho Amy, kiedy znowu znaleźli się w 

bezpiecznym  schronieniu  wśród  gałęzi  drzewa.  –  Musimy  go  tu  przyprowadzić. 

Tutaj nie wolno palić.

Ari przecząco pokręcił głową i Amy spojrzała na niego pytająco.

–  Dlaczego  nie?  Przecież  siano  może  się  zapalić  i  wybuchnie  pożar.  Garaż 

jeszcze się spali.

– Nie spali się – zaprotestował Ari – bo jest zbudowany z kamienia. Kamień nie 

jest materiałem łatwopalnym – dodał uczonym tonem.

– Ale my musimy...

Ruchem  ręki  nakazał  jej  milczenie.  Amy  wygodniej  usadowiła  się  na  gałęzi, 

pomachała nogami i spojrzała na błękitne niebo. Siedzą sobie zupełnie jak ptaki...

Ci koledzy Stevena w garażu bardzo jej się nie podobali. Mieli w oczach coś, co 

przypominało bardzo złe psy, gotowe w każdej chwili rzucić się na człowieka i go 

ugryźć.

– Możemy nacisnąć guzik i zamknąć ich w środku – odezwał się Ari. – Sami się 

nie wydostaną, będą w pułapce.

Amy drgnęła.

– Nie róbmy tego. Tam jest tak ciemno i strasznie.

– Należy im się, to źli ludzie. Steven nie powinien się z nimi zadawać. Tatuś by 

się gniewał, gdyby się dowiedział, co tu robią.

– Ale to brzydko tak kogoś zamykać. Przecież wiesz, że tego nie wolno robić.

Ari nie patrzył jej w oczy; skubał kawałek kory.

– Zresztą – dodała rezolutnie Amy – jak ich zamkniemy i sprowadzimy tatusia, 

to  on zaraz  zatrzaśnie te  drzwi na  zawsze i  nie będziemy już mogli  się tu bawić. 

Miał  coś  zrobić  z  tymi  drzwiami  w  zeszłym  tygodniu,  ale  zapomniał.  Zostawmy 

background image

ich i chodźmy stąd.

Ari zawahał się i spojrzał na dół. Amy kuła żelazo póki gorące.

–  Tak  się  tu  dobrze  bawimy.  Jak  tatuś  zamknie  ten  garaż,  już  nigdy  nie 

dostaniemy się do środka.

Ari rzucił okiem na dach budynku.

–  Moglibyśmy  się  spuścić  po  linie  przez  ten  otwór  w  dachu,  bez  otwierania 

drzwi.

Wyobraziła sobie to i przymknęła oczy.

–  Tam  jest  strasznie  wysoko,  Ari.  Zresztą,  jak  potem  wydostalibyśmy  się  na 

zewnątrz?

– Wciągnęlibyśmy się po tej samej linie – próbował jeszcze Ari, ale widać było, 

że ustępuje.

Amy  wyczuła  to,  odwróciła  się  i  zaczęła  szybko  zsuwać  się  z  drzewa.  Ari 

poszedł w jej ślady.

Po  chwili  biegli  już  w  stronę  wzgórza  oświetlonego  ostatnimi  promieniami 

słońca.  Wyglądali  jak  dwie  małe  figurki  zagubione  między  błękitem  nieba  a 

zielenią łąki.

background image

Rozdział 3

Pozostała  część  dnia  upłynęła  jej  szybko  w  wirze  spotkań  ze  studentami  i 

kolegami, w gwarze rozmów i dyskusji. Zapadał mrok, kiedy wreszcie, uporawszy 

się  ze  wszystkim  i  przesławszy  spis  potrzebnych  książek  do  uniwersyteckiej 

księgarni, opuściła swój gabinet.

W  ostatnich  promieniach  zachodzącego  słońca  kampus  wydawał  się  cichy  i 

spokojny; gdzieniegdzie stały grupki studentów pogrążonych w rozmowie, z wolna 

zapadał  zmierzch,  W  oddali,  nad  ośnieżonymi  wierzchołkami  gór,  zbierały  się 

chmury; przez różowawe niebo przeświecały pomarańczowe i fioletowe pasma.

Był dopiero początek września, ale w powietrzu czuło się już chłód i niektóre 

drzewa  zaczynały  tracić  liście.  Wiatr  porywał  je  i  rzucał  jej  pod  stopy.  Szła  po 

szeleszczącym  dywanie,  czując  narastające  przygnębienie,  którego  nie  potrafiły 

rozwiać cudowne kolory jesieni.

Madonna  i  Elton  czekały  na  swoją  panią  pod  drzwiami.  Rzuciły  się  ku  niej, 

mrucząc  i  pomiaukując.  Elton  najwyraźniej  był  głodny,  Madonna  chciała  jak 

najszybciej wyjść na dwór.

Camilla  otworzyła  drzwi  na  balkon  i  wypuściła  kotkę  wprost  na  gałęzie 

pobliskiej topoli; znużonym ruchem odłożyła książki na stół kuchenny i napełniła 

miseczkę Eltona suchym pokarmem dla kotów.

Potem poszła do łazienki, odkręciła kran nad wanną i dolała do wody płynu do 

kąpieli. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze i zdjęła szkła kontaktowe. Umieściła 

je  w  specjalnym,  plastikowym  pudełeczku,  zamrugała  z  ulgą  oczami  i  znowu 

spojrzała w lustro.

Wyglądała teraz zupełnie inaczej. Błękit nie był naturalną barwą jej oczu. Miała 

oczy jasnoszare – jak niebo w deszczowy dzień.

Kupiła niebieskie szkła kontaktowe ze względów czysto praktycznych: w razie 

czego łatwiej je było znaleźć. Teraz jednak błogosławiła swoją decyzję z zupełnie 

innego powodu. Kiedy Jon Campbell widział japo raz pierwszy, miała oczy szare...

Może więc wcale jej nie poznał? Kolor oczu bardzo człowieka zmienia...

background image

Lekko  dotknęła  swego  nosa,  wzięła  lusterko  i  uważnie  obejrzała  swój  profil. 

Chirurg spisał się znakomicie. Wtedy, przed laty, miała złamany nos, który potem 

zrósł się byle jak i trzeba było przeprowadzić operację plastyczną.

W  ciągu  dwudziestu  lat  jej  włosy  również  się  zmieniły.  Nie  była  już  jasną, 

platynową blondynką z długimi włosami do połowy pleców...

Odłożyła lusterko, rozebrała się i weszła do wanny, po czym zakręciła kran i z 

rozkoszą wyciągnęła się w ciepłej, pachnącej wodzie.

Może on wcale nie udaje? Może naprawdę jej nie poznał, a na jej seminarium 

trafił  za  sprawą  jakiegoś  koszmarnego  zbiegu  okoliczności?  Może  nie  grozi  jej 

żadne niebezpieczeństwo...

Przecież kiedy ich oczy się spotkały, wyglądał na zdziwionego jej reakcją. W 

jego spojrzeniu nie było ani nic porozumiewawczego, ani nieszczerego. Patrzył na 

nią, jasnym wzrokiem, z podziwem i uśmiechem.

Jon Campbell jest zbyt bezpośredni, żeby coś ukrywać. Nie poznał jej, nic nie 

pamięta.

A jednak nie mogła uwierzyć w to, że zapomniał, co zaszło między nimi przed 

dwudziestoma laty; w brudnym pokoju pewnego motelu.

Zanurzyła się głębiej i pachnąca piana podeszła jej pod brodę; wynurzyła stopę 

i dotknęła kranu dużym palcem od nogi.

Może  chociaż  raz  w  życiu  dopisze  jej  szczęście?  Może  dzięki  soczewkom 

kontaktowym,  operacji  nosa,  ciemniejszym  włosom  i  kilku  milimetrom  wzrostu 

więcej Jon Campbell jej nie rozpozna i w jej świecie nadal będzie panował spokój?

Swoją drogą ciekawe, jakie zmiany w nim zaszły. Po tylu latach...

Na pierwszy rzut oka był bardzo podobny do tamtego chłopca, ale oczywiście 

musiał się zmienić. Jon Campbell był teraz dojrzałym mężczyzną, pewnym siebie i 

świadomym  własnej  wartości.  Pochodził  z  dobrej  rodziny,  miał  w  sobie  spokój 

kogoś,  komu  środowisko zapewnia pozycję, a pieniądze – wybór życiowej drogi. 

Kogoś, kto może sobie pozwolić na wszystko: może, na przykład, wstąpić na studia 

w czterdziestym roku życia, jeśli mu na to przyjdzie ochota.

Jednym słowem, miał to wszystko, co plotka kampusowa przypisywała właśnie 

jej,  doktor  Pritchard.  Camilla  uśmiechnęła  się  gorzko;  poczuła  chłód,  odkręciła 

kran i dolała do wanny ciepłej wody.

background image

Bez  względu  na  to,  jaki  jest,  stanowi  dla  niej  poważne  zagrożenie  i  musi  go 

wyeliminować ze swego życia, żeby sobie zapewnić spokój.

Przez  uchylone  drzwi  łazienki  wkroczył  Elton,  oblizując  wąsaty  pyszczek. 

Oparł się przednimi łapkami o brzeg wanny i spojrzał na swoją panią z sympatią. 

Camilla prychnęła i kropka piany osiadła na kocim pyszczku; Elton zmrużył oczy.

Uśmiechnęła się do niego smutno.

– Wiesz, Elton – powiedziała z rezygnacją w głosie – szkoda, że profesor nie 

może  sobie  zmienić  grupy,  tak  jak  każdy  student.  Myślisz,  że  powinnam 

zrezygnować z zajęć z literatury angielskiej?

Elton patrzył na nią nieprzeniknionym wzrokiem.

– Wiem, wiem, masz rację. Doktor Pritchard nie może tak sobie przerwać zajęć, 

bo...

Bo  kiedyś,  przed  laty,  miała  coś,  co  od  biedy  można  nazwać  „przygodą"  z 

jednym ze studentów...

Poczuła dławienie w gardle. Ma oczywiście możliwości pozbycia się go ze swej 

grupy, ale musiałaby podać jakiś rozsądny powód. Nie wolno ot, tak sobie skreślić 

studenta z listy.

A gdyby tak go zniechęcić nadmiarem pracy? Podnieść poprzeczkę tak wysoko, 

że sam zrezygnuje i odejdzie... Jon Campbell od dwudziestu lat na pewno nie parał 

się  nauką;  jego  zniszczone  ręce  świadczą  o  tym,  że  nie  zajmował  się  czytaniem

książek  i  siedzeniem  za  biurkiem.  Może  nie  wytrzyma  tempa  pracy  i  codziennej 

dyscypliny, związanej z przygotowywaniem referatów i obowiązkowym czytaniem 

tekstów literackich?

Puściła wodze wyobraźni. Przy odrobinie szczęścia powinno się udać...

Przypuśćmy, że znajdzie sposób, by obciążyć go  dodatkową pracą. Można by 

zastosować  wobec  niego  indywidualny  tok  studiów.  Jon  zmęczy  się  i  zniechęci 

brakiem  wyników.  Tylko  trzeba  działać  szybko,  nie  wolno  dać  mu  sposobności 

dokładniejszego przyjrzenia się doktor Pritchard.

Camilla  wyszła  z  wanny,  wytarła  się  grubym,  zielonym  ręcznikiem,  otuliła 

ciepłym,  miękkim  szlafrokiem  i  poszła  do  kuchni.  Elton  nie  odstępował  jej  na. 

krok. Przygotowała sobie filiżankę ziołowej herbaty, włożyła mrożoną potrawę do 

kuchenki mikrofalowej i przeniosła książki na stół w salonie.

background image

Co  by  tu  wymyślić  dla  Jona  Campbella?  Musi  to  być  temat,  który  mu 

uzmysłowi, że popełnił błąd, zapisując się na trzeci rok studiów.

Włożyła okulary, których używała do czytania, i zabrała się do pracy. Po kilku 

minutach dobiegł ją sygnał kuchenki mikrofalowej. Wyjęła gotową potrawę i zjadła 

ją, nie czując smaku.

Po chwili przerwy wróciła do pracy.

Go by tu dla niego wymyślić? Może „Analiza postaci literackich na podstawie 

bohaterów Chaucera"?'

A  może  coś  z  języka  publicystyki?  Porównanie  stylu  kilku  największych 

gazet...  Może  kazać  mu  omówić  powieść  amerykańską  od  Hawthorne'a  do 

Updike'a?

Litery zaczęły tańczyć jej przed oczami. Zdjęła okulary, oparła głowę na rękach 

i przycisnęła skronie.

Za  oknem  padał  cicho  deszcz,  krople  bębniły  głucho  o  parapet.  Ta 

jednostajność  i  miarowość  miała  w  sobie  coś  usypiającego  i  oszałamiającego 

zarazem.  Napłynęły  gorzkie  wspomnienia,  jakby  czas  cofnął  się,  wyrzucając  na 

powierzchnię świadomości wydarzenia sprzed dwudziestu lat.

Znowu był rok 1977, początek lata...

Czerwiec 1977

Znowu zaczęło padać, ale jestem tak brudna i jest mi tak zimno, że nic mnie to 

nie  obchodzi.  Dziwne,  jak  bardzo  ludzie  boją  się  deszczu,  zupełnie  jakby  to,  że 

mogą  sobie  przemoczyć  ubranie,  było  najgorszą  rzeczą,  jaka  może  ich  spotkać. 

Ostatnie  trzy  noce  spędziłam  pod  gołym  niebem,  w  rowie  przy  autostradzie, 

przykryta kurtką.

Ubranie  mam  w  strzępach,  włosy  zlepione,  nie  jadłam  od...  Nie  pamiętam, 

kiedy ostatni raz coś miałam w ustach.

Właściwie nie czuję już głodu, jestem półprzytomna i staram się nie myśleć o 

tym, co mnie spotkało.

Nóż  na  nic  mi  się  nie  przydał,  kiedy  ten  facet  wreszcie  przyszedł  do  mojego 

pokoju.  Po  prostu  się  roześmiał  i  wyjął  mi  go  z  ręki,  jakby  to  była  zabawka. 

background image

Próbowałam się bronić, ale tak silnie uderzył mnie w twarz, że poczułam, że złamał 

mi nos. Cały czas, kiedy robił tamto, czułam w gardle smak krwi.

Kiedy on... Nie chcę o tym myśleć. Nie chcę. Nie chcę.

Kiedy  skończył,  stoczył  się  ze  mnie  i  zasnął.  Wstałam,  podniosłam  z  podłogi 

nóż i wbiłam mu go w pierś najgłębiej, jak mogłam. Charczał i kręcił się, próbując 

go  wyjąć,  ale  nie  czekałam,  złapałam  ubranie,  trochę  pieniędzy  i  uciekłam.  Nie 

wiem, czy go zabiłam, mam nadzieję, że tak.

Kiedy  wychodziłam,  matka  leżała  nieprzytomna  w  pokoju  obok.  Nie  miała 

pojęcia, co się stało.

Nie  wiem,  co  teraz  zrobię.  Po  tym,  co  się  stało,  nic  już  nie  ma  znaczenia. 

Nieważne, co zrobię.

Żeby żyć, muszę jeść, więc pewnie pojadę do miasta, zostanę prostytutką i będę 

się sprzedawać na ulicy. Przedtem muszę się gdzieś trochę umyć. Nikt nie zapłaci 

za uprawianie seksu z kimś, kto wygląda tak jak ja teraz. Włóczę się tak od dwóch 

tygodni, nie mam lusterka i nie wiem, czy nos już mi się zagoił. Nie boli już tak 

bardzo, ale musi być jeszcze strasznie spuchnięty.

Myśl,  że  mam  być  prostytutką,  jest  okropna.  Zanim  ten  facet  zrobił  to,  co 

zrobił, nigdy jeszcze nie... nikt mnie nawet nie dotknął. Ale teraz to bez znaczenia. 

Nic już nie ma znaczenia. Po prostu muszę jakoś zarobić kilka groszy. Muszę się 

wykąpać, umyć włosy i gdzieś znaleźć ubranie.

Niebo  się  rozjaśnia,  niedługo  wzejdzie  słońce,  gdzieś  z  łąki  dobiega  wesoły 

śpiew  skowronków. To  niesamowite, jak poranek  może  być tak piękny,  skoro na 

świecie jest tyle zła.

Siedzę na kawałku kartonowego pudła w brudnym rowie i umieram z  głodu i 

pragnienia.  Dałabym  wszystko  za  gorącą  kąpiel  i  łyżkę  zupy.  Gorąca  kąpiel  to 

najwspanialsza rzecz na świecie.

Mogłabym  wyjść  na  autostradę  i  zatrzymać  jakąś  ciężarówkę,  może 

podwiozłaby mnie do miasta. Ale ludzie są tacy wścibscy. Kierowca zaraz zacząłby 

wypytywać, jak się tu znalazłam. Zawiózłby mnie na policję i wpakowaliby mnie 

do więzienia za morderstwo albo odesłali z powrotem do domu.

Do domu.

background image

Dobre  sobie. Prędzej umrę,  niż  tam wrócę.  Nie  mam  pojęcia,  co  teraz  robić i 

strasznie  się  boję.  Naprawdę  strasznie  się  boję.  Zrobiło  się  już  zupełnie  jasno  i 

mogę  się  rozejrzeć.  Za  skrzyżowaniem  zatrzymał  się  jakiś  mężczyzna.  Musiał 

przyjechać w nocy. Motocykl stoi na poboczu, na łące rozbił mały namiot. Właśnie 

z niego wyszedł i rozgląda się. Na kamieniach ustawia maszynkę, Coś smaży czuję 

zapach boczku.

Boże,  jak  to  cudownie  pachnie!  Chyba  również  zaparzył  kawę.  Może  taki 

chłopak, który przyjechał na motocyklu, nie zawiadomi tak natychmiast policji?

Podnoszę się z wysiłkiem i zaczynam iść w jego stronę. Nogi mam jak z waty. 

Próbuję  podnieść  jedną,  potem  drugą,  ale wcale  się  nie posuwam...  Ziemia nagle 

usuwa mi się spod stóp i lecę w przepaść... Widzę błękitne niebo.

Czuję, że ktoś klęka obok mnie i próbuje mnie unieść. Otwieram oczy, widzę 

jego twarz. To wcale nie mężczyzna, to chłopak mniej więcej w moim wieku. Ma 

niebieskie oczy, ciemne włosy, wygląda bardzo miło...

Spojrzała w okno, zasnute strugami deszczu. Po twarzy płynęły jej łzy. Wytarła 

je ręką, a potem sięgnęła do kieszeni po chusteczkę.

W końcu złożyła książki, poszła do sypialni i zwinęła się na łóżku z kolanami 

pod  brodą.  Przy  pomocy  pilota  włączyła  telewizor  i  pozwoliła,  aby  kolorowe 

obrazy wnikały w jej umysł, wymazując bolesne wspomnienia.

Następnego dnia rano udała się zwykłą drogą przez kampus do budynku, gdzie 

mieścił  się  instytut  literatury.  Minęła  swój  gabinet  i  poszła  prosto  do  sali 

wykładowej na spotkanie ze studentami pierwszego roku.

Było  ich  dziewięćdziesięciu  sześciu  –  liczba  oszałamiająca  i  w  praktyce 

uniemożliwiająca prowadzenie zajęć. Weszła i rozejrzała się po rzędach młodych, 

lekko wystraszonych twarzy.

Patrzyli na nią w milczeniu. Podeszła do biurka, wzięła listę studentów i wyszła 

na środek sali.

–  Dzień  dobry.  Nazywam  się  Camilla  Pritchard.  Odpowiedział  jej  szmer 

zdenerwowanych głosów.

– Teraz odczytam listę – powiedziała. – Bardzo proszę, żeby każda osoba, którą 

wyczytam,  odpowiedziała  wyraźnie  ,  "jestem"  i  uniosła  rękę,  żebym  mogła 

background image

zobaczyć  i  zaznaczyć  obecność.  Regularne  uczęszczanie  na  wykłady  z  literatury 

jest  konieczne  ze  względu  na  obszerny  materiał,  jaki  musimy  w  tym  semestrze 

przerobić.  Każdy,  kto  opuści  dwa  wykłady  bez  usprawiedliwienia,  dostanie  na 

koniec semestru ocenę niedostateczną. Czy to jasne?

Studenci przytaknęli.

Camilla zaczęła wyczytywać nazwiska.

– Aaronson?

– Jestem.

– Anders?

– Jestem.

– Appleby?

– Cześć, to ja!

Camilla spojrzała w kierunku, skąd dochodził głos.

Appleby w  opasce na  czole i  słuchawkach na  uszach pomachał ku  niej  ręką i 

uśmiechnął się szeroko. Nie zatrzymując na nim uwagi, wróciła do odczytywania 

listy.

Na szóstym miejscu był Campbell i Camilla poszukała go wzrokiem.

Boże! Przecież to Jon! Nie, to niemożliwe.... Minęło dwadzieścia lat i widziała 

go wczoraj na zajęciach...

Opanowała się z wysiłkiem, czując, że studenci uważnie na nią patrzą.

Jasne, to musi być jego syn. Syn Jona Campbella!

Ma  jakieś osiemnaście, dziewiętnaście lat i  wygląda  dokładnie  tak,  jak  Jon w 

jego wieku. Jest tak samo zadbany i czysty, , ma niebieskie oczy i ciemne włosy, 

przetykane jaśniejszymi pasmami, spłowiałymi od słońca.

Wzięła  się  w  garść  i  czytała  dalej,  od  czasu  do  czasu  zerkając  na  Stevena 

Campbella.

Mimo  fizycznego  podobieństwa,  był  jednak  inny  niż  ojciec.  Nie  miał  tego 

otwartego,  szczerego  spojrzenia  i  swobodnych,  niedbałych  ruchów.  Chłopiec  był 

przybity i ponury, tak jakby coś go dręczyło.

Jego  nieoczekiwane  pojawienie  się  na  wykładzie  wyprowadziło  ją  z 

równowagi. Obecność Stevena sprawiła, że znowu osaczyły ją wspomnienia.

background image

Minęło  przecież  dwadzieścia  lat...  To  chyba  wystarczająco  długo,  żeby 

zapomnieć.

Nawet Jon Campbell zapomniał i nie poznał jej.

Skoncentrowała się z wysiłkiem i skończyła czytać listę.

–  A  teraz  –  powiedziała,  patrząc  na  swoje  audytorium  –  proszę  otworzyć 

notatniki  i  napisać  dwie  strony  na  temat,  jak  sobie  państwo  wyobrażają  swoją 

przyszłość.

Rozległ się szmer głosów; studenci nieśmiało, ale zgodnie wyrazili sprzeciw.

–  A  jak  ktoś  nic  sobie  nie  wyobraża?  –  zapytał  Appleby  i  rozejrzał  się  po 

kolegach, szukając aprobaty.

Camilla spojrzała na niego chłodno.

– To nie musi być nic osobistego. Jeśli nie ma się nic do powiedzenia o swojej 

własnej przyszłości, można na przykład zająć się przyszłością naszej planety albo 

rodzaju  ludzkiego.  Tak  czy  inaczej,  oczekuję  dwustronicowego  wypracowania 

podpisanego nazwiskiem, z zaznaczeniem grupy i numeru na liście. W ten sposób 

będziemy mogli się lepiej poznać.

Steven  przez  chwilę  patrzył  przed  siebie,  a  potem  sięgnął  po  pióro  i  zaczął 

pisać. Mimo że jeszcze nie otrząsnęła się ze zdenerwowania, w jakie wprawiła ją 

jego obecność, Camilla poczuła, że bardzo ciekawi ją wypowiedź tego chłopca.

Zaczęła spacer między rzędami, od czasu do czasu pochylając się nad którymś 

ze  studentów,  odpowiadając  na  pytania,  rzucając  uwagi  dotyczące  stylu  i 

interpunkcji.

Zatrzymała  się  przy  pulpicie  Stevena.  Ciemne,  lekko  spłowiałe  od  słońca 

włosy, szerokie ramiona, duże, silne dłonie o kwadratowych paznokciach.

Dobrze pamiętała te ręce...

–  Czy  to  pana  ojciec  studiuje  na  naszym  uniwersytecie?  –  zapytała,  żeby 

usłyszeć jego głos.

Chłopiec uniósł głowę i spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem.

–  Tak.  To  mój  ojciec.  Moje  młodsze  rodzeństwo  też  tutaj  chodzi  –  dodał 

niewyraźnie i znowu pochylił głowę nad kartką papieru.

– Słucham? Nie dosłyszałam.

background image

–  Moje  młodsze  rodzeństwo,  brat  i  siostra,  bliźnięta,  mają  po  siedem  lat  i 

chodzą do takiej klasy dla jajogłowych – wyjaśnił niezbyt chętnie.

– Rozumiem. Uczęszczają na zajęcia dla zdolnych dzieci. Spotkam się z nimi 

dzisiaj po południu.

Widząc, że chłopiec nie zamierza podtrzymywać rozmowy, ruszyła dalej. Kilka 

rzędów  za  Stevenem  siedziała  ciemnowłosa  dziewczyna.  Mimo  że  była  schylona 

nad pulpitem, Camilla dostrzegła, że płacze. Podeszła do niej szybkim krokiem.

– Czy coś się stało? – spytała szeptem.

Dziewczyna uniosła ku niej przerażone oczy.

– Nie potrafię tego napisać!

– To nie musi być arcydzieło – wyjaśniła spokojnie Camilla. – Po prostu kilka 

zdań o sobie i o celach, jakie chce się w życiu osiągnąć.

Studentka pokręciła głową.

–  Nie  umiem,  to  wszystko  jest  takie  trudne.  Skończyłam  szkołę  cztery  lata 

temu, potem pracowałam, żeby zarobić na studia, a teraz... – Jej głos załamał się. –

Teraz sama nie wiem, co robić... Tutaj jest tyle pracy, a wszystko jest takie trudne. 

Ja nie dam sobie rady, chyba będę musiała zrezygnować.

Camilla podeszła bliżej i położyła dłoń na ramieniu dziewczyny.

–  Wiem,  że  to  może  tak  wyglądać  –  powiedziała  cichym  głosem  –  ale  po 

tygodniu  czy  dwóch  wszystko  się  jakoś  ułoży.  Zobaczy  pani.  To  tylko  pierwsze 

zajęcia  wyglądają  tak  groźnie,  potem  nabiera  się  wprawy.  A  zanim  to  nastąpi  –

dodała  –  zawsze  może  pani  wpaść  do  mojego  gabinetu.  Pomogę  pani,  jeśli  będą 

jakieś problemy.

Dziewczyna uniosła ku niej zapłakaną twarz.

– Naprawdę? – spytała z nadzieją w głosie. – Będę mogła do pani przyjść?

Camilla wyprostowała się, nie zdejmując dłoni z ramienia studentki.

– Ja też kiedyś byłam na pierwszym roku – powiedziała – i byłam chyba jeszcze 

bardziej przerażona niż pani teraz. Z przyjemnością pani pomogę.

Dziewczyna lekko się uśmiechnęła. Camilla odwzajemniła jej uśmiech i poszła 

zobaczyć, jak inni dają sobie radę.

To  są  moje  dzieci,  pomyślała.  Ci  młodzi  ludzie  to  dzieci,  których  nigdy  nie 

miałam.

background image

Mimochodem  spojrzała  na  ciemną  głowę  Stevena  Campbella,  pochyloną  nad 

pulpitem, i poczuła, jak ogarniają głęboki smutek.

Po  tych  wszystkich  dziwnych  i  niepokojących  rzeczach,  które  ją  spotkały  na 

początku nowego roku akademickiego, Camilla szła na spotkanie z klasą Gwen jak 

na ścięcie.

Klasy  dla  dzieci  wyjątkowo  uzdolnionych  znajdowały  się  na  parterze. 

Intensywne  nauczanie  obejmowało  wszystkie  możliwe  zajęcia,  począwszy  od 

chemii, a na judo skończywszy.

Zastukała.

–  Proszę  wejść  –  usłyszała  głos  Gwen  i  natychmiast  znalazła  się  w  samym 

środku odrębnego, rządzącego się swymi własnymi prawami świata.

Uczniowie, dzieci w wieku od sześciu do dziesięciu lat, zajęci byli budowaniem 

z  papieru  makiety  systemu  słonecznego.  Punktem  odniesienia  była  lampa 

ustawiona pośrodku sali.

– Dzieci, to jest doktor Pritchard – przedstawiła ją Gwen Klassen. – Będzie się 

z nami bawiła i zadawała wam mnóstwo pytań. Przywitajcie się.

–  Dzień  dobry  –  rzekła  Camilla  i  uśmiechnęła  się  do  dzieci,  –  Dzień  dobry, 

doktor Pritchard – odpowiedziały chórem i wróciły do przerwanej pracy.

Gwen wzięła Camillę pod ramię i odprowadziła ją na bok.

– Mam do ciebie prośbę. Nie wiem, jak sobie zaplanowałaś pracę z dziećmi, ale 

bardzo  bym  chciała,  żebyś  mogła  kilka  godzin  w  tygodniu  poświęcić  tym 

bliźniętom, o których ci mówiłam.

Westchnęła.

– Muszę dla nich przygotować specjalny program, ale jeszcze nie miałam czasu 

tego zrobić.

Ruchem ręki wskazała dwoje dzieci w kącie pokoju. Leżały na brzuchach obok 

akwarium i razem czytały książkę.

– Co one czytają? – zapytała Camilla.

– „Kubusia Puchatka". Bardzo lubią uczyć się na pamięć różnych opowiadań.

– Właśnie z takimi  chciałabym pracować – westchnęła Camilla. – A dlaczego 

nie budują układu słonecznego jak reszta klasy?

background image

–  Już  to  zrobiły  w  domu  ze  swoim  ojcem.  Teraz  trochę  się  nudzą.  Prawdę 

mówiąc,  nie  miałam  czasu,  żeby  wymyślić  dla  nich  coś  odpowiedniego.  Gdybyś 

mogła...

–  Myślisz,  że  byłoby  dobrze,  gdybym  ich  włączyła  do  swojego  programu 

badań?

– Gdybyś mogła zająć się nimi przez kilka godzin w ciągu tygodnia, byłabym ci 

bardzo wdzięczna – powtórzyła Gwen i spojrzała na nią z prośbą w oczach.

–  Mogę  je  zabrać  na  chwilę  do  swojego  gabinetu?  Muszę  je  trochę  poznać, 

zanim zacznę przygotowywać dla nich testy.

– Oczywiście. Muszę cię tylko uprzedzić, że one nie są zbyt otwarte. Trzeba je 

trochę... Jason – zwróciła się do grupy pracujących nad makietą dzieci – Neptuna 

trzeba trochę odsunąć. Chyba musisz to sprawdzić w książce, tam jest schemat.

Znowu spojrzała na Camillę, która stała obok zamyślona.

– W takim razie może byłoby lepiej, gdybym je wzięła do domu – powiedziała 

po dłuższym wahaniu.

– Tam będą się czuły swobodniej, pobawią się z kotami...

Gwen była zachwycona.

–  Doskonały  pomysł.  Tylko  zawsze  mnie  uprzedź,  że  je  zabierasz.  Muszę 

wiedzieć, gdzie są.

– Oczywiście.

Obie podeszły do leżących obok akwarium bliźniąt.

– Ari i Amy, posłuchajcie – odezwała się Gwen. – To jest doktor Pritchard. Jest 

bardzo miła i będzie z nami pracowała.

Dwie  pary  oczu  spojrzały  na  nią  z  zainteresowaniem.  Camilla  z  ulgą 

stwierdziła,  że przynajmniej ta  dwójka zupełnie  nie przypomina Jona  Campbella. 

Przysiadła obok nich na podłodze, a Gwen wróciła do reszty grupy.

– Co czytacie?

– Taką książkę o Puchatku i Prosiaczku – odparł Ari.

– Uczymy się jej na pamięć.

– Po co?

– Żeby sobie powtarzać ich przygody, kiedy nie mamy książki. Dotknął palcem 

jednego z obrazków.

background image

– O tu, na przykład, Puchatek włożył łebek do słoika z miodem i nie może się 

wydostać.

– Prosiaczek zaraz mu pomoże – wyjaśniła Amy. – Zawsze są razem.

–  Ja  najbardziej  lubię  Kłapouchego  –  powiedziała  Camilla.  –  Odpowiada  mi 

jego stosunek do życia.

Bliźnięta  spojrzały  na  siebie.  Camilla  z  ulgą  wyczuła,  że  z  jakichś  powodów 

nabierają do niej zaufania. Ari roześmiał się i przesunął w jej stronę.

– A ja lubię Maleństwo. Strasznie mi się podoba, że Kangurzyca tak bardzo o 

nie dba.

Camilla lekko dotknęła jego policzka.

– Mnie się to też bardzo podoba.

Amy uśmiechnęła się i przysunęła się do niej z drugiej strony. Razem skończyli 

czytać książkę, wymieniając uwagi cichym głosem, żeby nie przeszkadzać innym, i 

śmiejąc się z niektórych obrazków.

W końcu Camilla podniosła się; bliźnięta wstały również.

–  A  teraz  chodźmy  sobie  spokojnie  porozmawiać.  Chciałabym,  żebyście  mi 

pomogli w mojej pracy.

Ari zrobił krok do tyłu. Wyglądał na przestraszonego.

– Tatuś nie pozwala nam nigdzie chodzić z nieznajomymi.

–  Wszystko  w  porządku,  kochanie..  –  Gwen  podeszła  do  nich  i  pogłaskała 

chłopca po głowie. – Doktor Pritchard też jest nauczycielką i możecie z nią pójść, 

gdzie tylko chce.

– Czy tatuś o tym wie?

– Powiedziałam tatusiowi, że doktór Pritchard będzie z wami pracowała. Tatuś 

wie, że my wszyscy bardzo o was dbamy i że jesteście pod dobrą opieką. A teraz 

doktor Pritchard weźmie was do siebie i trochę się pobawicie, zgoda?

Ari spojrzał na Camillę pytająco.

– W co się będziemy bawić?

–  To  będą takie  różne gry,  na  pewno  je  polubisz.  Będziemy  układać  obrazki, 

oglądać filmy i rozwiązywać zagadki.

Ari skinął głową.

– Dobrze, możemy się pobawić.

background image

– Tylko przyprowadź ich z powrotem o czwartej – wtrąciła Gwen. – O tej porze 

przychodzi po nich opiekunka.

– Będziemy na pewno.

Wyszli z klasy i ruszyli korytarzem w stronę gabinetu Camilli. Szła trzymając 

ich za małe rączki i czuła, jak jej serce topnieje.

– Jak ma na imię wasza niania?

– Sześćdziesiąt cztery – mruknął Ari, który właśnie liczył płytki pod stopami. –

Amy, ile teraz?

–  Sześćdziesiąt  osiem  –  machinalnie  odparła  dziewczynka.  –  Margaret  –

powiedziała z uśmiechem do Camilli.

– Wasza niania ma na imię Margaret? Ari skinął głową.

– Tak. Osiemdziesiąt jeden.

– Dziewięć – rzuciła Amy.

– Margaret ma  narzeczonego – wyjaśnił Ari. – Na imię ma Eddie.  Pracuje na 

północy, na polach naftowych. Tom też ma dziewczynę, ale Margaret mówi, że on 

się nigdy nie ożeni.

– Kim jest Tom?

– Zarządza naszym ranczem.

– Wasz ojciec ma ranczo? Amy zachichotała.

– Kiedyś Ari włożył nowe, długie buty Toma do beczki z deszczówką.

–  Były  z  krokodylej  skóry  –  powiedział  Ari.  –  Chciałem  się  przekonać,  czy 

potrafią pływać, skoro krokodyle potrafią.

Camilla roześmiała się.

– I co? Buty też potrafią?

Ari opuścił głowę.

–  Tom  bardzo  się  rozgniewał.  Przez  cały  tydzień  nie  pozwalał  mi  jeździć  na 

kucyku. Ale potem powiedział, że nic się nie stało, te buty i tak trzeba było trochę 

zmoczyć, żeby się rozciągnęły.

W  jego  głosie  zabrzmiał  smutek.  Camilla  zatrzymała  się  i  przyklękła  obok 

chłopca.

– Tęsknisz za ranczem, prawda?

Nie odpowiedział. Amy przylgnęła do brata. Camilla wstała.

background image

– Wiecie co? Mam pomysł! Zapomnijmy na chwile, o naszej pracy, dobrze?

Chodźmy do kawiarenki i kupmy sobie lody.

Długo i starannie wybierali smaki. W końcu Ari zdecydował się na pistacjowe, 

a Amy wybrała truskawkowe.

– Jakie ja mam wziąć? – zapytała Camilla. Bliźnięta wymieniły spojrzenia.

– Waniliowe – odparła w końcu Amy.

–  Dlaczego?  –  spytała  Camilla,  zaintrygowana  stanowczością  brzmiącą  w  jej 

głosie.

– Bo do pani pasują. Pani jest cała taka złocista – wyjaśnił Ari.

– Rozumiem.

Camilla poważnie skinęła głową, a potem uśmiechnęła się.

– Od jak dawna Margaret zajmuje się wami? – zapytała w chwilę potem, kiedy 

siedzieli na murku przed kawiarenką i jedli lody.

–  Od  zawsze,  od  urodzenia.  –  Amy  palcem  wskazała  czarnego  ptaka, 

ciągnącego po trawniku skórkę chleba.

– Popatrz, to kruk.

– Czarny kruk, kra, kra, kra! – zakrakał Ari i dodał:

– To wcale nie kruk, tylko wrona. Kruki są większe. A nasz tata też chodzi na 

uniwersytet, wie pani?

Zdążyła się już przyzwyczaić do nagłej zmiany tematów rozmowy.

– Wiem. Jest w mojej grupie. Uczę też waszego starszego brata, Stevena.

Postanowiła  skorzystać  z  chwili  milczenia  i  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o 

tym, jak Jon Campbell daje sobie radę w życiu.

– Czy Margaret pomaga waszej mamie w gotowaniu i prowadzeniu domu?

– Nasza mama mieszka w Szwajcarii – oznajmiła Amy. – Tam jest dużo gór.

– Tutaj też są góry, widać je stąd, zobacz. – Ari ręką wskazał horyzont. Camilla 

czuła niesmak do samej siebie; nie powinna tak wypytywać dzieci.

Pokusa jednak była zbyt silna.

– Kiedy wasza mama wyjechała do Szwajcarii?

– Zaraz po naszym urodzeniu. – Ari odłamał kawałek wafla i rzucił go wronie. 

–  Zostawiła  nas  z  tatą  –  wyjaśnił  –  i  pojechała  sama,  bo  już  go  nie  kocha. 

Powiedziała, że tata jest świnią i egoistą, i myśli tylko o sobie, i wyjechała.

background image

Głos  dziecka  był  beznamiętny,  tak  jakby  chłopiec  wymawiał  słowa,  nie 

rozumiejąc ich znaczenia.

Camilla zamyśliła się. Oskarżenie było bardzo silne, ale dość dziwne, wziąwszy 

pod uwagę fakt, że sformułowała je osoba, która porzuciła własne dzieci.

Nie można jednak wykluczyć, że Jon Campbell jest zupełnie inny, niż to sobie 

wyobrażała. Może z czasem stał się typem, który wykorzystuje swoje możliwości, 

żeby odebrać kobiecie dzieci.

– Kiedy zaczniemy się bawić? Gdzie są te gry? Ari pociągnął ją za rękaw.

– Zaraz będziemy się bawić.

Camilla wstała z murka i obciągnęła spódnicę.

–  Teraz  pójdziemy  do  mojego  gabinetu  i  znajdziemy  sobie  coś  do  roboty. 

Zobaczysz, będzie fajnie.

Z powrotem weszli do instytutu literatury, wprost w gwarny korytarz wiodący 

do  gabinetu  doktor  Pritchard.  Szła,  trzymając  małe  rączki  w  swych  dłoniach,  i 

wbrew wszystkim obawom i niepokojom, czuła się bardzo szczęśliwa.

background image

Rozdział 4

–  Bardzo  ważnym  elementem  twórczości  literackiej  jest  charakterystyka 

miejsca,  w  którym  toczy  się  akcja  powieści.  Służy  temu  opis  krajobrazu,  owe 

osławione „opisy przyrody". Trzeba się nimi jednak posługiwać bardzo umiejętnie, 

żeby nie obciążać nadmiernie fabuły.

Studenci  trzeciego  roku  odbywali  właśnie  seminarium  z  literatury  angielskiej. 

Doktor Pritchard stała na środku sali.

– To tak jak z solą czosnkową – powiedział jakiś student i Camilla uśmiechnęła 

się.

– Masz rację. Trochę soli podnosi smak potrawy, ale jej nadmiar psuje go. W 

miarę  jak  będziecie  poznawać  kolejne  pozycje  z  naszej  listy  lektur,  zaczniecie 

rozumieć,  jak  wielką rolę odgrywał opis u  największych prozaików. Na  następne 

zajęcia proszę o napisanie dwóch stron na temat najpiękniejszego miejsca, jakie w 

życiu widzieliście.

W kilku miejscach klasy podniosły się ręce.

– Czy to musi być miejsce, które rzeczywiście istnieje? Można coś wymyślić? 

Co  zrobić,  jak  to  miejsce  tylko  dla  mnie  jest  piękne,  a  obiektywnie  to  nic 

nadzwyczajnego? Ile dokładnie słów ma sobie liczyć to wypracowanie?

Odpowiadała na wszystkie pytania, chodząc po klasie i czując na sobie uważne

spojrzenie Jona Campbella, siedzącego w ostatnim rzędzie.

Były to już piąte zajęcia w tej grupie i w pewnym stopniu przyzwyczaiła się do 

jego obecności. Stale jednak czuła się zaniepokojona i zmieszana, kiedy tak patrzył 

na nią tymi swoimi zamyślonymi, niebieskimi oczami.

Teraz  miała  już  pewność:  Jon  Campbell  jej  nie  pamięta.  Może  tamto 

wydarzenie tak mało dla niego znaczyło, że szybko o niej zapomniał?

A  może,  podobnie  jak  ona,  zepchnął  je  w  podświadomość,  nie  pragnąc 

pamiętać nie chcianej przeszłości?

Stale  jeszcze  miała  nadzieję,  że  uda  jej  się  zniechęcić  go  do  uczęszczania  na 

zajęcia  nadmiarem  pracy  i  surowymi  wymaganiami.  Nadzieja  ta  jednak  malała  z 

każdym  dniem,  Jon  Campbell  nie  był  człowiekiem,  którego  można  łatwo 

background image

zniechęcić i  zmusić do  rezygnacji z raz powziętego planu. Pisał doskonałe prace, 

świadczące o opanowaniu materiału i umiejętności samodzielnego myślenia.

Najgorsze,  że  swoim  nieoczekiwanym  pojawieniem  się  zakłócił  jej  własne,  z 

tak  wielkim  trudem  uporządkowane  życie  i  zmusił  do  analizowania  wydarzeń,  o 

których, jak sądziła, dawno zapomniała.

Zjawy  z  odległej  przeszłości  odrodziły  się  i  zaczęły  nawiedzać  ją  w  snach; 

czasem budziła się o trzeciej nad ranem, zlana potem z przerażenia, dygocząca ze 

strachu.

W nagłych przebłyskach świadomości powracały najboleśniejsze wspomnienia, 

dla których nie było miejsca w jej uporządkowanym, sterylnym życiu...

Spojrzała na zegarek.

–  To  na  dzisiaj  wszystko.  Po  południu  będę  w  swoim  gabinecie  i  jeśli  ktoś  z 

państwa  będzie  chciał o  coś  zapytać,  jestem do  dyspozycji.  A teraz  do  widzenia, 

życzę miłego weekendu, Podeszła do biurka i zaczęła składać papiery. Była pewna, 

że Jon Campbell zaraz do niej podejdzie. Miała tak wyostrzone zmysły, że w jakiś 

tajemniczy  sposób  przeczuwała,  co  Jon  zrobi,  kiedy  znajdował  się  gdzieś  w 

pobliżu. Poczuła gęsią skórkę i przyspieszone bicie pulsu.

–  Widziałem  bardzo  dużo  pięknych  miejsc  w  swoim  życiu  –  powiedział, 

podchodząc do niej. – Nie bardzo wiem, które wybrać.

Co on chce przez to powiedzieć? – pomyślała w popłochu.

Zmusiła się do spojrzenia w jego oczy i napotkała jasne, szczere spojrzenie. Nie 

było  w  nim  nic,  co  mogłoby  budzić  podejrzenia.  To  nie  była  żadna  aluzja,  po 

prostu  chciał  zasięgnąć  rady,  Zebrała  książki  z  biurka  i  skierowała  się  w  stronę 

drzwi.

– Można przecież na przykład opisać swój dom – powiedziała, czując, że Jon 

idzie obok.

– Moim domem jest ranczo na prerii. Wiele osób powiedziałoby, że nie ma w 

tym nic nadzwyczajnego.

–  Czuła  muśnięcie  jego  rękawa  na  swojej  dłoni,  przyjemny  zapach  dobrego 

mydła i wody po goleniu. Na sekundę przymknęła oczy.

– Piękno to przede wszystkim kwestia interpretacji obserwatora; piękne jest to, 

co  za  takie  z  pewnych  względów  uznajemy,  to  nie  jest  kategoria  obiektywna  –

background image

powiedziała po chwili, nie patrząc na niego.

– Oczywiście – odparł i dodał: – Wiem, że uczy też pani moje dzieci.

–  Tak.  Całą  trójkę.  –  Camilla  zatrzymała  się  przy  drzwiach.  –  Bliźnięta 

pomagają mi w pracy, bo prowadzę badania nad rozwojem osobowości, a Steven 

chodzi na wykłady z literatury angielskiej dla pierwszego roku.

– Mam czworo dzieci – wyjaśnił Jon z uśmiechem. – Jest jeszcze Vanessa. Ma 

szesnaście lat i chodzi do szkoły średniej. Może w przyszłym roku też się tu zjawi.

– Czy jest równie inteligentna jak Steven i bliźnięta?

– Chyba tak. – Jego uśmiech przygasł. – Nie wiedziałem, że Steven chodzi na 

pani wykłady. Ostatnio niewiele ze mną rozmawia.

Nagle poczuła, że bardzo chce się wszystkiego dowiedzieć o tym przystojnym, 

smutnym  chłopcu,  tak  bardzo  podobnym  do  swojego  ojca.  O bystrych,  ślicznych 

bliźniętach, i o ich tajemniczej, nieobecnej matce...

Obok  nich  przeszedł  właśnie  Enrique  Valeros  ze  stosem  grubych  książek. 

Uśmiechnął  się  nieśmiało;  był  bardzo  blady,  wyglądał  na  ciężko  chorego.  Oboje 

powiedli za nim wzrokiem.

– Biedny chłopak, wygląda zawsze na kompletnie wykończonego – powiedział 

w  zamyśleniu  Jon.  –  Dzisiaj  znowu  zauważyłem,  że  trzęsą  mu  się  ręce. 

Zastanawiam się, co mu jest. Może jest chory albo bierze narkotyki?

Camilla zmarszczyła brwi.

– Nie sądzę, żeby chodziło o narkotyki. Czytałam jego prace; są bardzo dobre, 

konkretne,  logiczne,  Enrique  pisze  w  bardzo  zdyscyplinowany  sposób.  To  godne 

uwagi  w przypadku kogoś, dla kogo język  angielski nie jest językiem ojczystym. 

Studenci, którzy zażywają narkotyki, są zwykle  rozgadani i chaotyczni, ich prace 

są rozwlekłe i niespójne, lecz uważają, że są cudownie elokwentni.

– Ale dlaczego on jest tak potwornie zmęczony?

– Nie wiem.

Czuła, że bardzo pragnie przysunąć się do niego i poczuć, jak obejmują ją jego 

ramiona; było bardzo przyjemnie iść tak i czuć go blisko, mówić do niego i słyszeć 

obok jego głos.

Czas  nagle  się  cofnął  i  znowu  była  tamtą  siedemnastoletnią  dziewczyną,  do 

szaleństwa zakochaną.. , Nigdy nie przypuszczała, że można kogoś tak kochać. Ani 

background image

wtedy, ani teraz.

– Do widzenia – powiedziała, zatrzymując się pod drzwiami kwestury. – Życzę 

miłego weekendu.

– Cześć, Gretchen – powiedziała do urzędniczki i z ulgą położyła stos książek 

na oddzielającym je blacie. – Chciałabym się czegoś dowiedzieć o jednym z moich 

studentów.

–  Pod  warunkiem,  że  dochowasz  tajemnicy.  –  Pełna  twarz  Gretchen  jaśniała 

uśmiechem. – Czym mogę służyć?

– Powiedz mi wszystko, co wiesz o niejakim Enrique'u Valeros. Gdzie mieszka, 

czy ma stypendium, i tak dalej.

Gretchen podeszła do  kartoteki i  wyciągnęła metalową  szufladę. Przez chwilę 

przerzucała znajdujące się w niej karty.

–  Valeros  Enrique...  Nie  pobiera  stypendium  –  odpowiedziała  po  chwili.  –

Ponadto zdaje się, że ma coś w rodzaju warunkowej wizy.

– Warunkowej?

– To  znaczy, że może przebywać w Stanach  tak długo,  jak  studiuje. Gdyby z 

powodu  złych  ocen  został  skreślony  z  listy  studentów,  zostanie  deportowany, 

nawet gdyby w jego ojczystym kraju groziła mu śmierć.

– A skąd on pochodzi?

– Z Nikaragui.

–  Rozumiem.  Nikt  mu  nie  pomaga?  Żadna  organizacja,  żadna  instytucja 

religijna?

Gretchen przerzuciła fiszki.

– Nie. Chyba nie ma tu nikogo i nikt mu nie pomaga. Enrique jest zdany tylko 

na siebie.

– Czy możesz mi podać jego adres i numer telefonu?

– Telefonu nie ma, ale mogę ci podać adres. Gretchen głośno przeczytała nazwę 

ulicy.

– To strasznie daleko – powiedziała Camilla zapisując ją.

– Chyba tak – przyznała Gretchen. – Ten biedny  chłopak  po prostu nie  może 

sobie pozwolić na nic lepszego, skoro sam opłaca studia. Musi coś wynajmować z 

kimś do spółki albo mieszka kątem u jakiejś staruszki.

background image

Camilla spojrzała na nią zamyślona.

– Ciekawe, jak on sobie daje radę. – powiedziała.

W  piątek  Enrique  zamknął  sklep  o  północy.  Umył  podłogi,  okna  i  kontuary, 

przeniósł szufladę, z pieniędzmi do sejfu znajdującego się w pomieszczeniu obok, a 

potem przygotował ekspresy do kawy, żeby były gotowe na rano.

Wreszcie  zabrał  stos  swoich  książek,  opuścił  budynek  i  starannie  zamknął 

drzwi  na  klucz,  po  czym  wolnym  krokiem  poszedł  ulicą  w  kierunku  stacji 

benzynowej, na której przez pięć dni w tygodniu pracował od pierwszej w nocy do 

siódmej rano.

Miał nadzieję, że niewiele się będzie na dyżurze działo, co pozwoli mu odrobić 

zaległe  prace,  a  nawet  przespać  się  chwilę  między  jednym  klientem  a  drugim. 

Pozdrowił nieśmiało kolegę, który właśnie kończył pracę, i usiadł na jego miejscu 

w oszklonej budce. Położył książki na stoliku i zabrał się za komponowanie pracy.

Najpiękniejsze miejsce, jakie widział w życiu...

Oparł  głowę  na  rękach  i  pozwolił  ogarnąć  się  wspomnieniom.  Napłynęły 

natychmiast, jak na zamówienie. Ciepłe morze, wysoki, porośnięty zielenią brzeg, 

śpiew ptaków dochodzący z lasu i jasne promienie słońca...

Podjechał  duży  samochód  i  Enrique  zerwał  się,  żeby  obsłużyć  klienta.  Umył 

szyby, podał puszkę piwa; klient sięgnął do portfela po kartę kredytową i podał mu 

mały, plastikowy przedmiot.

Enrique  przez  chwilę  rozkoszował  się  jej  dotykiem.  Jak  wielką  miał  w  sobie 

władzę  ten  niepozorny  kawałek  plastiku!  Ciekawe,  jak  czuje  się  człowiek,  który 

posiada coś takiego na własność i ma pewność, że może sobie kupić wszystko, na 

co mu przyjdzie ochota...

To coś takiego jak klucz do królestwa, pomyślał. Otwiera wszystkie drzwi.

Oddał  klientowi  kartę  i  przez  Chwilę  patrzył,  jak  duży  samochód  odjeżdża  i 

znika w mroku ulicy.

Wszystko jakoś się ułoży, powiedział do siebie. Życie wcale nie jest takie złe.

Następnego dnia jest sobota, co znaczy, że nie trzeba wcześnie rano wstawać, 

nie  ma  zajęć  na  uniwersytecie  i  nie  trzeba  się  spieszyć  na  autobus.  Po  pracy  na 

stacji benzynowej będzie mógł wrócić do domu i kilka godzin się przespać. Potem 

background image

odrobi zaległości i akurat zdąży na piątą do sklepu.

Enrique mieszkał w suterenie starej kamienicy, w pokoiku obok palarni, który 

częściowo opłacał, pomagając palaczowi w pracy. W ten sposób, pracując na dwie 

zmiany i ograniczając potrzeby do minimum, mógł opłacić studia i kupić książki. 

Na jedzenie wydawał bardzo niewiele, o przyjemnościach nawet nie marzył.

Wrócił  do  swojej  budki,  próbując  skupić  myśli  na  temacie  pracy. 

Najpiękniejsze  miejsce,  jakie  w  życiu  widział...  Kartki  notatnika  wirowały  mu 

przed oczami, a ręce drżały tak bardzo, że nie mógł utrzymać pióra.

W sobotę rano rodzina Campbellów skorzystała z rzadko nadarzającej się okazji 

i jadła razem śniadanie przy wielkim, drewnianym stole w kuchni.

Margaret  wniosła  właśnie  tacę  naleśników  i  dzbanek  gorącego  syropu;  przy 

talerzach bliźniąt postawiła szklanki z sokiem pomarańczowym..

– Proszę to wypić – powiedziała.

– Nie lubię takiego soku! Jest sztuczny, z puszki – skrzywił się Ari.

– Głupi jesteś – Zganiła go Vanessa. – To sok ze świeżych owoców. Margaret 

wycisnęła pomarańcze pięć minut temu.

Ari spojrzał na starszą siostrę, próbując wytrzymać jej wzrok. Po chwili spuścił 

oczy.

– Mały potwór – powiedziała Vanessa pogardliwie i wzięła dwa naleśniki. Jon 

sięgnął po dzbanek z syropem i zwrócił się do Stevena:

– Dobrze się wczoraj bawiłeś?

Steven  podniósł  roztargniony  wzrok  znad  książki  leżącej  obok  jego  nakrycia. 

Przez chwilę patrzył na ojca, jakby nie dosłyszał pytania.

– Bardzo późno wróciłeś – wyjaśnił Jon. – Było już chyba dobrze po drugiej. 

Musiałeś nieźle się bawić. Gdzie byłeś?

Przy stole zapadła martwa cisza. Wszyscy patrzyli na Stevena. Jego twarz lekko 

zbladła, oczy pociemniały.

– Byłem z kolegami. To chyba wystarczy.

– Chyba nie. Nie znam twoich kolegów.

– Na Boga, tato! Mieszkamy tutaj od kilku tygodni. Czy mam ci przyprowadzać 

każdego chłopaka, z którym się zaprzyjaźnię, i pytać, czy mi wolno z nim wyjść?

background image

– Byłoby bardzo miło, gdybyś tak robił. Pytałem, gdzie byłeś, Steve?

– Rany... Jeździliśmy sobie po mieście, zadowolony jesteś? Byliśmy w kinie, w 

Burger Kingu, a potem znowu sobie jeździliśmy. Byłbym w domu wcześniej, ale 

skończyła się benzyna i musiałem iść piechotą na stację. To chciałeś usłyszeć?

– Chciałem usłyszeć prawdę. To wszystko.

Steven  zerwał  się  z  krzesła,  cisnął  serwetkę  i  wybiegł  z  kuchni.  Po  chwili 

usłyszeli ryk silnika żółtego mustanga, startującego spod domu w obłoku kurzu.

Jon  przez  chwilę  patrzył  w  okno.  Tego  rodzaju  wymiana  zdań  między  nim  a 

synem  powtarzała  się  ostatnio  coraz  częściej,  a  potyczki  słowne  były  coraz 

ostrzejsze.

– Co to za książka, tato? – wyrwał go z zamyślenia głos Aarona. Widać było, że 

chłopiec chce jakoś odwrócić jego uwagę od tego, co zaszło.

– „Duma i uprzedzenie" – odpowiedział. – Napisała ją Jane Austen.

– Czytasz przy jedzeniu? – spytała Vanessa z naganą w głosie. – Ty też?

– Doktor Pritchard kazała nam napisać  referat; każdy dostał inny temat. Mnie 

przypadło  porównanie  pięciu  współczesnych  powieściopisarzy  angielskich  z 

pięcioma wybranymi pisarzami dziewiętnastego wieku.

– Potwornie trudne. – Vanessa spojrzała na niego z niekłamanym podziwem.

–  Owszem,  seminarium  z  literatury  angielskiej  to  najtrudniejsze  zajęcia  ze 

wszystkich.

– Dlaczego nie zmienisz grupy? Słyszałam, że wielu studentów tak robi.

– To nie w moim stylu. Nigdy nie przerywam niczego w pół drogi.

Zmarszczyła brwi i odsunęła dzbanek z syropem poza zasięg młodszego brata.

Ari tego nie zauważył.

–  Nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  pojedziemy  na  ranczo  –  powiedział  i 

podskoczył na krześle. – Po prostu nie mogę. Kiedy tam pojedziemy, tato?

–  Za  pięć  minut  startujemy,  kochanie.  Mamy  strasznie  dużo  roboty  podczas 

tego  weekendu.  Musimy  pomóc  Tomowi przy  cielętach i  kupić  paszę.  A  ja  będę 

jeszcze musiał posiedzieć w nocy nad tym referatem.

Uśmiechnął się do bliźniąt, ciesząc się ich rozradowanymi buziami. Niepokój o 

Stevena jeszcze się wzmógł.

background image

Zresztą bał się nie tylko o niego. Vanessa była ostatnio bardziej agresywna niż 

zwykle, a jej egoizm i zapatrzenie w siebie osiągnęło niepokojące stadium.

Znowu spojrzał na bliźnięta.

– A wy co będziecie robić, kiedy już dolecimy na miejsce?

– Objadać się – wyznał bez ogródek Ari. Jon spojrzał na Amy.

–  A  ty,  córeczko?  Już  coś  sobie  zaplanowałaś?  Amy  zerknęła  na  niego  z 

nieśmiałym uśmiechem.

Była  najbardziej  uroczą  i  najłatwiejszą  do  kochania  istotą  ze  wszystkich  jego 

dzieci. Ta drobna, krucha dziewczynka pod względem psychicznym była do niego 

bardzo podobna. Miała te same  upodobania i ten sam łatwy, otwarty stosunek do 

świata.

Czasami myślał, że bliźnięta nie powinny tak stale przebywać razem. Zdradzały 

wszelkie objawy głębokiego uzależnienia od siebie. Bardzo chciałby móc od czasu 

do czasu porozmawiać z każdym z nich z osobna.

Ale  Amy  i  Ari  byli  nierozłączni.  Zawsze  trzymali  się  razem;  nie  można  było 

zwrócić się do jednego z nich, nie oczekując przy tym odpowiedzi obojga. Jeśli tak 

można powiedzieć, żyli chórem.

–  Zapowiada  się  cudowny,  jesienny  dzień  –  powiedział  i  dotknął  różowego 

policzka Amy. – Warto go spędzić na powietrzu, na pewno sobie coś wymyślicie. 

Może wsiądziecie na kucyki i pomożecie Tomowi zaganiać bydło do zagrody.

Bliźnięta  wymieniły  zachwycone  spojrzenia i  nic  nie  odpowiedziały.  Vanessa 

delikatnie ugryzła kawałek ciastka.

– A co myślisz o doktor Pritchard, tatusiu?

–  Jest  bardzo  ładna  i  bardzo  mądra  –  odparł  automatycznie  i  spojrzał  ze 

zdziwieniem na córkę.

–  Skąd  ty  znasz  doktor  Pritchard,  Van?  Ari  nie  dopuścił  starszej  siostry  do 

głosu.

– My też ją znamy. To ta pani, co ma z nami testy.

– Wiem, synku. Gwen mówiła mi, że doktor Pritchard zabiera was czasem do 

siebie.

Vanessa obrzuciła ich dramatycznym spojrzeniem.

background image

–  A  ja  uważam,  że  ona  jest  cudowna  –  powiedziała  afektowanym  głosem.  –

Była  wczoraj  u  nas  w  szkole  na  zajęciach  informacyjnych.  Opowiadała  o  sztuce 

dziennikarstwa  i  mówiła,  czego  powinniśmy  się  uczyć  w  przyszłym  semestrze, 

żeby dostać się na uniwersytet. Jest przepiękna, wytworna i elegancka.

–  Owszem,  to  bardzo  przystojna  kobieta  –  przytaknął  Jon  i  na  chwilę  się 

zawahał.  –  Nieraz  mi  się  wydaje,  że  już  gdzieś  ją  widziałem.  Kogoś  mi 

przypomina, ale nie mam pojęcia kogo.

Vanessa spojrzała na niego z nagłym zainteresowaniem.

– Myślisz, że ją gdzieś spotkałeś?

– Tak,  ale  nie pamiętam kiedy.  To  musiało  być bardzo  dawno  temu.  Vanessa 

wrzuciła słodzik do kawy i wydęła wargi.

– Ktoś taki na pewno  nie wychowywał  się  na ranczo.  Przyjechała do  Calgary 

dopiero kilka lat temu.

– A gdzie mieszkała przedtem?

– Studiowała chyba w Montrealu, a doktorat zrobiła na Harvardzie. – Vanessa z 

widoczną  przyjemnością  skupiła  na  sobie  uwagę  całej  rodziny.  –  Urodziła  się  w 

Stanach. Jej rodzina należy do najbardziej znanych rodzin amerykańskich, ale ona 

nigdy o tym nie mówi. Wychowała się w Massachusetts i miała romans z jednym z 

Kennedych.  Doskonale  jeździ  konno,  brała  udział  w  zawodach  jeździeckich 

podczas olimpiady w Seulu. Zdobyła złoty medal.

Jon spojrzał sceptycznie na córkę.

– Skąd to wszystko wiesz, Van?

–  Wszyscy  to  wiedzą.  O  doktor  Pritchard  bardzo  wiele  się  mówi.  Jest  taka 

interesująca. Strasznie się cieszę, że ją spotkałam. Ona jest fantastyczna.

Jon  nie  odezwał  się;  w  milczeniu  pił  kawę.  W  myślach  zobaczył  twarz  o 

delikatnych  rysach,  wytworna,  sylwetkę,  przypomniał  sobie  opanowany  sposób 

bycia  pani  profesor.  Czy  naprawdę  startowała  w  Seulu  i  romansowała  z 

Kennedymi, czy to zwykła kampusowa plotka?

Jeśli  to  wszystko  prawda,  to  staje  się  zrozumiałe,  dlaczego  jest  tak 

powściągliwa  w  nawiązywaniu  kontaktu.  Ktoś  z  takiej  sfery  jak  ona  nie  jest 

zainteresowany  towarzystwem  faceta  w  niebieskich  dżinsach,  który  podczas 

weekendu  łapie  krowy  na  farmie.  Nic  dziwnego,  że  zachowuje  wobec  niego 

background image

dystans. Jest dla niej za prymitywny, pochodzi z innego świata.

– Tatusiu, czy ona ci się podoba? – Napotkał pytające spojrzenie Ariego.

– Czy Camilla ci się podoba, tatusiu? – powtórzył mały.

– Tak – odparł Jon po chwili wahania. – Tak, podoba mi się, synku.

– A chciałbyś się z nią ożenić?

Vanessa wybuchnęła śmiechem.

– Ożenić się! Z doktor Pritchard! Ale ty jesteś głupi, Ari! Czy możesz ją sobie 

wyobrazić z nami na ranczu, w długich zabłoconych butach, i tak dalej? Przecież 

ona by tam zwariowała!

Jon zganił ją wzrokiem. Ari spokojnie czekał na odpowiedź.

– Dlaczego mnie o to pytasz?

– Ona jest taka ładna i miła, i lubisz ją, dlatego jestem ciekaw, czy chciałbyś się 

z nią ożenić.

Jon  pomyślał  o  szczupłym,  zgrabnym  ciele,  złocistych  włosach  i  uśmiechu,  z 

jakim Camilla kiedyś patrzyła na Enrique'a Valerosa.

– Musiałbym się zastanowić – odpowiedział synkowi z powagą w głosie. – W 

każdym razie, gdybym poważnie myślał o powtórnym małżeństwie, czego na razie 

nie biorę pod uwagę, ktoś taki jak doktor Pritchard miałby chyba wielkie szanse.

Ari wskoczył na krzesło i pochylił się ku ojcu.

– Oświadczysz się jej? Kiedy?

Jon uśmiechnął się.

– Nie, synku. Na razie nie miałem nawet okazji spokojnie z nią porozmawiać; 

oświadczyny w ogóle nie wchodzą w rachubę.

– Dlaczego?

–  Ożenić  się  z  kimś  to  nie  to  samo,  co  zaprosić  go  na  filiżankę  kawy.  A 

dlaczego pytasz? Tak bardzo ją lubisz, synku?

Ari niechętnie z powrotem osunął się na krzesło, wymienił spojrzenia z Amy i 

wypił łyk mleka.

– Ona jest miła – powtórzył i wytarł usta wierzchem dłoni. – Ma w domu dwa 

koty, nazywają się Elton i Madonna. Elton jest strasznie fajny.

Amy z przejęciem pokiwała głową.

– Bardzo ją lubimy. Wczoraj dała nam ciastka.

background image

– Camilla nosi niebieskie dżinsy – dorzucił Ari – i koszulkę tutejszej drużyny 

piłkarskiej. Bardzo lubi oglądać mecze.

–  Nosi  dżinsy  i  lubi  futbol  –  powtórzył  Jon  z  niedowierzaniem,  próbując 

wzbogacić obraz doktor Pritchard o nowe informacje. – Co ona jeszcze lubi? Czy...

Vanessa przerwała mu:

–  A  jak  mieszka?  Strasznie bym  chciała  to  zobaczyć.  Tam  musi  być  pięknie. 

Gdzie ona mieszka?

Ale bliźnięta straciły już zainteresowanie tematem rozmowy. Ari ześliznął się z 

krzesła i skierował się do drzwi; Amy poszła w ślad za nim.

– Tatusiu, pospiesz się.

– Za pięć minut będę gotowy.

Jon uśmiechem podziękował Margaret za śniadanie, poszedł do  holu i  sięgnął 

po kapelusz.

– Słuchaj Margaret, kiedy mnie nie będzie – polecił Vanessie i otworzył drzwi 

na  dwór – i  przypomnij  Stevenowi, że podczas weekendu ma wracać do  domu o 

pierwszej. Jeśli tego nie zrobi, będzie miał ze mną do czynienia po powrocie.

– Powiem mu – przyrzekła Vanessa. – Baw się dobrze, tatusiu.

– I niech pan pozdrowi Toma! – krzyknęła z kuchni Margaret. – Niech mu pan 

powie, żeby poprosił Caroline o rękę, zanim jakiś inny kowboj mu ją poderwie.

Jon  roześmiał  się.  Wyszedł  z  domu,  zaciągnął  się  łagodnym  powietrzem 

pełnym jesiennego słońca i ruszył w stronę hangaru, gdzie przy samolocie czekały 

na niego bliźnięta.

Minęła północ i zrobiło się zimno. Camilla mocniej otuliła się grubym swetrem 

i  poruszyła  zgrabiałymi  palcami.  Siedziała  w  jednym  z  pomieszczeń 

zdewastowanego mieszkania, przeznaczonego na potrzeby bezdomnych dzieci. W 

pokoju, oprócz zniszczonego drewnianego biurka i drzwi wiodących do odrapanej 

toalety, znajdowały się szafy ścienne pełne najrozmaitszych ubrań pochodzących z 

darów, stare koce i apteczka z lekarstwami pierwszej pomocy.

Dzieci  ulicy  nazywały  między  sobą  ten  pokój  „biurem",  ale  Camilla  i  inni 

przychodzący  tu  ochotnicy  uważali  go  raczej  za  klitkę,  od  dawna  zbyt  małą  na 

potrzeby podopiecznych. Również środki finansowe, jakimi dysponowali, nijak się 

background image

miały do potrzeb stale rosnącej liczby młodocianych bezdomnych, zapełniających 

ulice miasta.

Obdarty  chłopak  wsunął  głowę  do  pokoju  i  uśmiechnął  się  szeroko,  ukazując 

braki w uzębieniu. Obok niego, słaniając się na chudych nogach, stała wynędzniała 

dziewczyna  o  ufarbowanych  na  pomarańczowo  włosach.  Była  bardzo  blada  i 

patrzyła przed siebie mało przytomnym wzrokiem.

– Cześć, królowa – rzucił chłopak. – Jak leci?

Nazywali  ją  „królową"  z  powodu  jej  wytwornego  wyglądu.  Dzieci  ulicy 

wszystkich  obdarzały  „ksywą",  oswajając  świat  i  ludzi  poprzez  nadawanie  im 

nazw; Camilla dostrzegała w tym mechanizmy obronnej sposób redukowania lęku 

przed nieznanym. Bezdomni nie wiedzieli, skąd przychodzą wolontariusze, którzy 

im pomagają, i nie interesowali się tym. Camillę natychmiast nazwali „królową" i 

na początku nie było to bynajmniej określenie wyrażające sympatię.

Teraz,  po  prawie  pięciu  latach  ochotniczej  pracy  w  domu  pomocy  dla 

bezdomnej młodzieży, Camilla cieszyła się powszechnym uznaniem. Bywała tu raz 

w  tygodniu,  nigdy  nie  krzyczała,  nie  łajała,  nie  wyrażała  dezaprobaty  wobec 

postępowania młodych. Spokojnie słuchała, uśmiechała się i pomagała, kiedy tylko 

mogła,  –  U  mnie  wszystko  w  porządku  –  odpowiedziała  na  pytanie  chłopca.  –

Kogo przyprowadziłeś?

Objął dziewczynę ramieniem i podtrzymał ją.

–  To  jest  Rosie.  Trochę  niedobrze  się  czuje.  Zjadła  coś,  co  jej  zaszkodziło. 

Dzisiaj na ulicy sprzedają jakieś okropne świństwa, królowo. Mnóstwo dzieciaków 

się pochorowało.

Camilla spojrzała na niego zaniepokojona.

– Jakiś nowy narkotyk? Skąd go mają?

– Nie wiem, ale ludzie strasznie chorują. Okropnie to wygląda.

Camilla  spojrzała  na  papiery  rozłożone  na  biurku.  Noc  zapowiada  się 

pracowicie.

–  Powiedz,  że  jestem  tutaj,  gdyby  ktoś  potrzebował  pomocy.  Chyba  teraz 

powinieneś zaprowadzić Rosie do lekarza.

Spojrzał na nią z niedowierzaniem.

– Do lekarza? Chyba żartujesz, królowo?

background image

Camilla sięgnęła do kieszeni żakietu i wyjęła dziesięć dolarów.

– W takim razie kup jej coś do picia albo do zjedzenia – powiedziała, wręczając 

je chłopcu. – Może zupę albo coś ciepłego.

Chłopak  z  wdzięcznością  przyjął  pieniądze  i  podtrzymując  dziewczynę, 

chwiejnym krokiem opuścił pomieszczenie.

Camilla przez chwilę śledziła ich wzrokiem przez rozbite okno, a potem znowu 

wróciła do poprawiania wypracowań, które miała przed sobą.

Gniew nie pozwalał jej się skupić.  Gdyby tak mogła złapać tych ludzi, którzy 

na  ulicy  sprzedają  narkotyki  dzieciakom!  Bez  najmniejszych  wyrzutów  sumienia 

wpakowałaby ich na długie lata do więzienia. Ochotnicy z placówek tego typu na 

co dzień stykali się z ofiarami handlarzy narkotyków. Widzieli ogrom nieszczęścia, 

degradację  fizyczną  i  psychiczną  młodych  ludzi,  zniweczone  marzenia,  rozbite 

rodziny... Chorobę i śmierć.

Jednak  nic  nie  mogli  zrobić.  Ich  pomoc  ograniczała  się  do  obecności  w  tej  z 

łaski  przydzielonej  ruderze  i  dawania  nadziei,  że  uśmiech,  zrozumienie  i  dobre 

słowo, wsparte ciepłym kocem, kubkiem kawy i jakimś lekiem to nieco więcej niż 

nic.  Potrzebne  były  środki  finansowe,  pomoc  rządowa,  uruchomienie  funduszy 

publicznych; potrzebna była wielka, powszechna akcja społecznej pomocy.

Odgarnęła włosy z czoła i znowu pochyliła się nad stołem. Teraz miała przed 

sobą pracę Stevena Campbella; zaczęła ją czytać z zaciekawieniem.

„Celem  mojego  życia  jest  zostać  współczesnym  Robin  Hoodem.  Odbierać 

bogatym – takim jak  na przykład moi rodzice – i dawać biednym.  Nie widzę nic 

moralnie nagannego w tym, że to, co dla jednego człowieka jest nadmiarem, ktoś 

siłą  mu  odbierze,  aby  wspomóc  naprawdę  potrzebujących.  W  tym  celu  nie 

zawahałbym się nawet przed działalnością przestępczą. Szlachetny cel w świecie, 

gdzie podział dóbr jest tak bardzo niesprawiedliwy, uświęca środki".

„Nie zawahałbym się nawet przed działalnością przestępczą... "

Przypomniała  sobie  ładną,  młodą  twarz,  posępne,  uparte  spojrzenie,  i 

pomyślała,  że  Jon  Campbell  będzie  miał  poważne  problemy  ze  swym  starszym 

synem. „Cel uświęca środki", przeczytała raz jeszcze.

Nie powinno jej to obchodzić. To nie jej sprawa.

Ale są jeszcze bliźnięta...

background image

Uśmiechnęła  się  do  siebie.  Ari  i  Amy  to  dzieci  zupełnie  inne,  urocze, 

intrygujące, pełne zapowiedzi i tajemnic.

Wejście  w  ich  świat  było  dla  Camilli  wielkim  przeżyciem.  Obcując  z  nimi, 

nagle uświadomiła, sobie, że ona sama nigdy nie miała prawdziwego dzieciństwa.

A  one  nigdy  nie  miały  prawdziwej  matki.  Doskonale  zdawała  sobie  sprawę, 

jakimi  komplikacjami  grozi  w  tym  przypadku  zaspokajanie  emocjonalnych 

potrzeb,  ale  nie  była  w stanie  oprzeć  się  pokusie  obcowania z  tymi  niezwykłymi 

dziećmi.

Gdyby tylko nie były dziećmi Jona Campbella, człowieka, który miał klucz od 

jej przeszłości! Człowieka, który tak bardzo zagrażał jej poczuciu bezpieczeństwa!

– Królowo!

Do pokoju wpadła blada dziewczyna.

– Jak dobrze, że jesteś!

– Witaj, Marty. Co się stało?

Dziewczyna  miała  na  sobie  brudną,  bawełnianą  koszulkę,  stare  spodnie  i 

wykrzywione męskie buty. Była przerażona.

– Coś z Chase'em?

Marty pokiwała głową i wytarła brudnymi rękami oczy.

– Wziął jakieś straszne świństwo. Nie wiem... Camilla wstała od biurka.

– Słyszałam, że coś złego dzieje się na mieście. Bardzo z nim źle?

– Nie wiem... On chyba... chyba... umiera...

Camilla złapała apteczkę, telefon komórkowy, i wybiegła z pokoju.

– Nie ma chwili do stracenia! Biegniemy!

Po chwili obie brnęły już przez sterty śmieci walające się po pustych ulicach, 

pomiędzy kikutami wypalonych domów.

background image

Rozdział 5

Stała sama na ciemnej ulicy, rozświetlonej błyskiem czerwonych świateł karetki 

pogotowia,  szybko  niknących  w  mroku.  Nieraz  już  asystowała  przy  podobnych 

scenach.

Załoga karetki nie chciała wziąć Marty razem z chorym. Camilla musiała użyć 

całej swej elokwencji, by ich przekonać, że obecność dziewczyny w tym przypadku 

jest konieczna. Chase musi ją zobaczyć przy sobie, kiedy odzyska przytomność.

Teraz,  kiedy  została  sama,  zamyśliła  się  smutno.  Ludzie  tak  bardzo 

przyzwyczaili się widzieć w dzieciach ulicy istoty niższego gatunku, że odmawiali 

im  prawa  do  ludzkich  uczuć,  rezerwując  je  dla  posiadaczy  własnych  domów, 

samochodów  lub  chociaż czystych,  schludnych ubrań.  Marty była  miłą,  porządną 

dziewczyną,  a  Chase,  mimo  brania  narkotyków,  był  przyzwoitym  chłopcem, 

nieśmiałym i sympatycznym, a przy tym wyjątkowo uzdolnionym muzycznie. Od 

roku  utrzymywał  siebie  i  Marty  uliczną  grą  na  gitarze.  Grywał  na  rogach 

ruchliwych ulic, a Marty zbierała datki do blaszanego pudełka.

Camilla  nie  wiedziała,  skąd pochodził, dlaczego  żył na  ulicy i  brał  narkotyki. 

Ciekawiło  ją,  dlaczego  jego  losy  tak  się  potoczyły,  ale  wiedziała,  że  nigdy  nie 

pozna  odpowiedzi  na  to  pytanie.  Dzieci  ulicy  zwykle  zachowywały  tego  rodzaju 

tajemnice  dla  siebie. Każda  z tych  młodych  twarzy była  jak  zatrzaśnięta książka, 

której nikt nie przeczyta.

Może dlatego tak bardzo lubiła z nimi przestawać. Tutaj nikt nikogo nie pytał o 

przeszłość, nikt nikomu nie opowiadał o swoim domu.

Tak jakby obowiązywała jedna, ściśle przestrzegana zasada: nigdy nie oglądaj 

się wstecz.

Niespodziewane  wtargnięcie  Jona  Campbella  pozbawiło  ją  tego  luksusu. 

Zmieniło wszystko. Jon stał się powodem koszmarów, które dręczyły ją w nocy, i 

stresu, który przygniatał ją w dzień.

Rozumiała  oczywiście,  że  jedynym  sposobem  wydobycia  się  z  koszmaru  jest 

wyrzucenie  z  siebie  tego,  o  czym  nigdy  nie  mówiła.  Zbyt  wiele  wiedziała  o 

psychicznych  mechanizmach  ludzkich  zachowań,  żeby  nie  zdawać  sobie  sprawy, 

background image

że  wydarzenia  zepchnięte  w  podświadomość  działają  na  zasadzie  trucizny,  z 

czasem  niepostrzeżenie  rozchodząc  się  po  całym  organizmie  i  uniemożliwiając 

jego normalne funkcjonowanie.

Wiedziała  to  wszystko,  a  jednak  nie  była  w  stanie  zastosować  wiadomości 

teoretycznych w praktyce.

Powinna  pewnie  iść  do  psychoterapeuty,  przyłączyć  się  do  jakiejś  grupy  i 

znaleźć sobie kogoś, komu zaufa i opowie o swojej przeszłości, nie mogła jednak 

tego zrobić. Na samą myśl o tym, że miałaby komuś opowiedzieć, co ją spotkało, 

czuła się przybita i ciężko chora.

Przysiadła  na  krawężniku  i  skuliła  się  roztrzęsiona,  próbując  opanować 

zdenerwowanie.  Stale  miała  przed  oczami  śmiertelnie  bladą  twarz  Chase'a,  jego 

rozszerzone  źrenice,  konwulsje  wstrząsające  ciałem  i  odchodzącą  od  zmysłów  z 

przerażenia Marty.

Minęła  już  północ  i  ruch  w  mieście  prawie  ustał.  Nieliczni  przechodnie  nie 

zwracali  uwagi  na  kobiecą  postać  skurczoną  na  krawężniku.  Jesienny  wiatr 

rozwiewał  jej  włosy  i  chłodnym  powiewem  dotykał  pleców.  Na  brudny  chodnik 

spadły pojedyncze krople deszczu.

Drżąc, ukryła twarz w dłoniach. Razem z deszczem spadły na nią wspomnienia 

i nie potrafiła ich od siebie odepchnąć.

Lipiec 1977

Siedzę  za  nim na  motocyklu. Wiatr  targa  mi  włosy  i  huczy w uszach.  Jestem 

bardzo  słaba,  trzymam  się  go  kurczowo.  Nie  wiem,  dokąd  mnie  wiezie  i  co  się 

stanie potem.

Mówię sobie, że to bez znaczenia, że nieważne, co mi zrobi. Ale mimo to boję 

się...

Motocykl zatrzymuje się przed odrapanym budynkiem niedaleko autostrady. W 

porannym świetle wydaje się pusty i smutny. Na podjeździe stoi kilka ciężarówek, 

jakieś  krzewy  gną  się  pod  podmuchem  wiatru.  Chłopak zdejmuje  mnie  z  motoru 

jak małe dziecko i sadza na krawężniku.

– Zaraz wracam – mówi – nigdzie nie odchodź.

background image

Chyba żartuje; nawet nie jestem w stanie wstać o własnych siłach. Podciągam 

kolana pod brodę i kładę na nich głowę; zamykam oczy, żeby nie widzieć światła i 

przepełnionego śmietnika obok motelu. Od słońca zaczyna boleć mnie głowa.

Chłopak  wraca,  w  ręce  ma  klucz.  Otwiera  jeden  z  pokoi  i  niesie  mnie  do 

środka.

Niewyraźnie  dostrzegam  pokryte  liszajem  ściany,  stare  meble,  brązowy, 

wytarty dywan i małą łazienkę za przepierzeniem.

Niezbyt tu ładnie, ale i tak o wiele lepiej niż w przydrożnym rowie.

Kładzie mnie na łóżku i idzie do łazienki. Słyszę szum lejącej się wody. Potem 

wraca.  Zdejmuje  kurtkę  i  zaczyna  mnie  rozbierać.  Zaczynam  się  bronić,  próbuję 

odepchnąć jego ręce. Ale jest za silny.

Po  chwili  jestem  zupełnie  naga.  Czuję  coś  jakby  ulgę,  że  zdjęto  ze  mnie  te 

brudy. Zwijam się na łóżku, próbując ukryć się przed nim. Nie wiem nawet, kim 

jest.

– Przepraszam – szepcze – przepraszam, że to robię, ale to nie potrwa długo.

Kulę się cała w przewidywaniu bólu, jestem przerażona. Chłopak podnosi mnie, 

niesie do łazienki i delikatnie kładzie do wanny.

– Teraz zostawię cię samą – mówi. – Wychodzę...

Zamyka za sobą drzwi.

Ożywam  pod  wpływem  wody.  Pogrążam  się  w  błogostanie,  lekko  poruszam 

ramionami i nogami, potem myję włosy szamponem, który postawił obok na półce. 

W końcu z wahaniem wychodzę z wanny i próbuję się wytrzeć.

Jestem potwornie głodna. Uchylam drzwi i chłopak natychmiast jest przy mnie. 

Bierze ręcznik i pomaga mi się wytrzeć.

Potem niesie  mnie  do  pokoju,  odchyla  koce  i  kładzie  mnie  do  łóżka.  Idzie  w 

drugi  koniec  pokoju po  swój  plecak.  Otwiera  go  i  wyjmuje białą  koszulkę,  którą 

wkłada mi potem przez głowę. Czuję przyjemny zapach czystości i słońca.

Znowu  opadam  na  poduszkę  z  rozrzuconymi,  mokrymi  włosami.  Chłopak 

wyjmuje  z  plecaka  szczotkę  i  grzebień.  Najpierw  powoli  rozczesuje,  a  potem 

czesze  moje  długie,  splątane  włosy,  delikatnie,  żeby  nie  sprawić  mi  bólu.  Potem 

spina je gumką.

background image

Sytuacja jest bardzo dziwna. Dwoje całkiem sobie obcych ludzi, pogrążonych w 

domowej, tak bardzo intymnej czynności. Jestem jednak  zbyt zmęczona, żeby się 

nad  tym  zastanawiać.  Kiedy  kończy  mnie  czesać,  zamykam  oczy  i  świat 

rozpryskuje  się  wokół  mnie  tysiącem  kolorowych  błyskawic.  Zapadam  się, 

odchodzę, tracę przytomność.

Chłopak poprawia mi poduszki i otula mnie kocami. Na krótką chwilę ogarnia 

mnie ciepło, poczucie bezpieczeństwa. Jest mi dobrze. Potem pogrążam się we śnie 

tak gwałtownie, jakbym spadała w przepaść.

Jakiś  samochód  zahamował  cicho  przy  krawężniku.  Rzucona  przez  okno 

butelka rozprysnęła się u jej stóp. Pogrążona we wspomnieniach, Camilla uniosła 

głową, jakby nagle przebudzona. Samochód pomknął dalej; przed oczami mignęły 

jej twarze młodych ludzi, rozległ się nieprzyjemny śmiech.

Sportowy,  żółty  samochód.  Twarze  jadących  w  nim  młodych  ludzi  coś  jej 

przypominały. Musiała ich już kiedyś widzieć w tej dzielnicy, ale nie utrzymywali 

kontaktu ze schroniskiem.

Kiedy  pojazd  zniknął,  powoli,  wstała,  sięgnęła  po  apteczkę  i  poszła  ulicą  z 

powrotem w stronę schroniska, mając dziwne wrażenie czegoś nierealnego.

Po  dwudziestu  latach  twarz  tamtego  chłopca  z  motelu  była  stale  żywa  i 

wyraźna; przystojna twarz chłopca, który pewnego letniego ranka przykląkł obok 

niej i wydobył ją z błota, w którym się pogrążała.

Przed  chwilą,  w  słabym  blasku  zapalanego  papierosa,  ujrzała  twarz  tego 

samego chłopca za kierownicą żółtego samochodu.

W niedzielę wieczorem, w dwa tygodnie po rozpoczęciu roku akademickiego, 

Enrique wrócił z pracy o pierwszej w nocy. Ponieważ tego dnia nie miał dyżuru na 

stacji  benzynowej,  dodatkowe  pół  godziny  poświęcił  na  mycie  podłóg  i 

porządkowanie  zaplecza  sklepu.  Był  wykończony  i  lepił  się  od  brudu  –  przez 

nieuwagę podczas sprzątania wylał na siebie kubeł pełen brudnej wody.

Noc jest najlepszą porą na wzięcie prysznica. Małą, pokrytą płatami odrapanej 

farby  łazienkę  dzielił  z  czterema  innymi  mieszkańcami  sutereny  i  w  ciągu  dnia 

zawsze ktoś przerywał mu mycie pukaniem do drzwi.

background image

Uśmiechnął  się  w  duchu  na  myśl  o  strugach  ciepłej  wody  i  zaczął  rozpinać 

kurtkę.  Wtedy  nagle  stało  się  coś  dziwnego.  Wokół  zapanowała  ciemność,  pod 

głową poczuł twardą podłogę i zapach brudnego linoleum przy policzku.

Nie  powinienem  tak  leżeć  w  ubraniu,  miałem  przecież  się  umyć,  pomyślał 

niezbornie. Muszę sobie zrobić coś do zjedzenia, muszę wstać...

Wstać jednak nie mógł. Jego ciało odmówiło mu posłuszeństwa i stało się nagle 

bezwładną,  wrogą  masą,  uniemożliwiającą  mu  zajęcie  pionowej  pozycji.  Poczuł 

gwałtowne mdłości i stracił przytomność, wchłonięty przez lepką ciemność.

Camilla miała właśnie trzygodzinną przerwę po zajęciach z pierwszym rokiem, 

którą  postanowiła  poświęcić  na  przeczytanie  referatów  studentów  i  poprawienie 

artykułów, które napisała dla pewnego naukowego amerykańskiego pisma.

Około  dwunastej  rozległo  się  pukanie  do  drzwi  jej  gabinetu,  a  po  chwili 

wsunęła się głowa sekretarki.

– Pani profesor, ma pani wolną chwilę? Przyszedł pewien student.

Camilla spojrzała na zegarek i poprawiła włosy.

– Poproś go, Joyce – rzekła roztargnionym tonem. Sekretarka zniknęła, a na jej 

miejscu  pokazał  się  Jon  Campbell.  Zamknął  za  sobą  drzwi  i  podszedł  do  biurka. 

Przez krótką chwilę panowała cisza.

Po co on przyszedł? – zastanawiała się, usiłując ocenić sytuację i zebrać myśli 

mimo  popłochu,  w  jaki  wpadła  na  jego  widok.  Jesteśmy  teraz  sami,  może  on 

wszystko  pamięta  i  teraz  zrobi  pierwszy  ruch.  Nareszcie  powie,  jak  zamierza 

wykorzystać te przeklęte informacje, które posiada.

Jon  jednak  nic  nie  powiedział.  Nie  proszony  usiadł  w  jednym  z  foteli  i 

uśmiechnął się w swój zwykły, nieco niedbały sposób.

–  Dzień  dobry  panu  –  powiedziała,  znacząco  patrząc  na  rozłożone  na  biurku 

papiery. – Czym mogę służyć?

– Mam problem z tym referatem.

Niemal odetchnęła z ulgą.

– Skoro uważa pan, że nasze seminarium sprawią panu trudności, to może... –

zaczęła z nadzieją, że jej metoda odniosła spodziewany skutek.

background image

–  Nie  sprawia  mi  trudności  –  przerwał  jej,  –  Przeciwnie,  bardzo  mnie 

zainteresowało.  Po  prostu  mam  kłopot  ze  znalezieniem  książek.  Chodzi  o 

angielskich  powieściopisarzy  dziewiętnastego  wieku.  Chciałbym,  żeby  mi  pani 

powiedziała, gdzie mam ich szukać.

– Mogłabym zobaczyć listę?

Podał  jej  spis  brakujących  książek  i  rzuciła  na  nie  okiem.  Rzetelność 

uniwersyteckiego wykładowcy na moment starła się w niej ze strachem osaczonego 

człowieka. W końcu profesjonalizm zwyciężył.

– Mogę panu pożyczyć te książki  – powiedziała, nie patrząc na niego – tylko 

bardzo proszę o nie dbać. Bardzo bym chciała dostać je z powrotem.

Jon uprzejmie skinął głową.

– Będę bardzo wdzięczny, dziękuję.

Wstała  zza  biurka  i  podeszła  do  półek  z  książkami.  Odwróciła  się  i  zaczęła 

szukać, czując na sobie jego wzrok.

Nie patrz tak na mnie! – krzyknęło w niej coś. Nie siedź tak i nie patrz na moje 

włosy i całą postać, bo jeszcze sobie przypomnisz...

– Proszę, oto one.

Podała mu książki i znowu schroniła się za biurkiem.

–  Dziękuję.  –  Otworzył  jeden  z  tomów  i  spojrzał  na  pierwszą  stronę,  gdzie 

widniało nazwisko właściciela. – Camilla Pritchard – przeczytał głośno. – Camilla 

to bardzo ładne imię.

Nie  podnosiła  głowy,  modląc  się,  żeby  już  sobie  poszedł,  zwłaszcza  że  jej

pamięć zaatakował jego głos sprzed dwudziestu lat:

„Callie to takie śliczne imię, jesteś taka piękna. Callie, pocałuj mnie, pozwól się 

dotknąć... "

Cisza w gabinecie przeciągała się.

– Zaczął... pan już pisać ten referat? – przemówiła wreszcie Camilla.

– Bardzo dużo przeczytałem i zrobiłem notatki. W czasie ostatniego weekendu 

na ranczu wstawałem o trzeciej nad ranem, żeby trochę nad tym popracować.

– Gdzie leży pańskie ranczo? – zapytała wbrew sobie, nie patrząc na niego.

–  Tuż  przy  granicy,  w  Saskatchewan.  Mamy  prawie  pięćset  sztuk  bydła  i 

stadninę.

background image

Oczywiście  wszystko  to  wiedziała.  Już  raz  to  słyszała.  Opowiedział  jej  o 

należącym do rodziny ranczu dwadzieścia lat temu. Zresztą bliźnięta gadały o tym 

bez przerwy. Bardzo tęskniły za domem.

Poczuła wyrzuty sumienia, że tak źle o nim myślała. Jak mogła przypuszczać, 

że Jon Campbell coś knuje...

– Musi panu tego brakować.

– Bardzo, ale na szczęście mam samolot i mogę w każdej chwili tam polecieć. 

Tutaj,  za  miastem,  kupiłem  duży,  wygodny  dom.  To  oczywiście  nie  to  samo  co 

ranczo, ale jest dość miejsca dla wszystkich.

Spojrzała na niego nieśmiało.

– Bliźnięta... – zaczęła i urwała. – One bardzo tęsknią za domem – dokończyła.

–  Jak  rozumiem,  wiele  pani  opowiadają.  Zupełnie  je  pani  zawojowała,  a  one 

zwykle z dystansem odnoszą, się do obcych.

–  To  bardzo  niezwykłe  dzieci.  Nigdy  dotychczas  nie  spotkałam  tak  bardzo 

rozwiniętych pod względem intelektualnym dzieci w tym wieku. A ponadto...

Pochylił się ku niej. – Tak?

– Mimo że są tak niezwykle inteligentne i mają takie niepospolite możliwości 

umysłowe,  są  skromne  i  zachowują  się  bardzo  naturalnie.  Nie  są  zepsute  ani 

rozpuszczone,  jak  niektóre  z  dzieci  objętych  naszym  programem.  To  bardzo 

ciekawe połączenie pod względem psychologicznym.

W jego wzroku dostrzegła żywe zainteresowanie.

– Jaki z tego wniosek? Camilla uśmiechnęła się.

– Wniosek jest taki, że robi pan dobrą robotę.

Odpowiedział jej uśmiechem tak szczerym i serdecznym, że znowu ogarnęła ją 

chęć przytulenia się do niego.

– Próbuję być dobrym ojcem, ale to niełatwe.

– Ich matka...

–  Matka  jest  nieobecna  w  ich  życiu.  Widują  ją  kilka  razy  w  roku.  Wiem,  że 

bardzo cierpią z tego powodu.

Nie mogła się opanować:

– Strasznie to trudno zrozumieć. Nie wyobrażam sobie osoby, która może nie 

chcieć ich stale widywać.

background image

– Po prostu nie zna pani mojej byłej żony.

Dlaczego w takim razie  Ożeniłeś się  z nią?  – zapytała w duchu.  Jon zupełnie 

jakby czytał w jej myślach.

–  Pewnie  zastanawia  się  pani,  jak  mogłem  się  w  takim  razie  z  nią  ożenić, 

prawda?

Poczuła, że się czerwieni, toteż wstała i odwróciła się, udając, że szuka jakiejś 

książki.

– To nie powinno mnie obchodzić.

Wyjęła jakiś tom na chybił trafił i wróciła za biurko.

–  Zazwyczaj  wolę  nie  angażować  się  osobiście  w  życie  swoich  studentów, 

panie Campbell.

– Może mogłaby pani mówić do mnie Jon? Jest pani tak bardzo zaprzyjaźniona 

z  moimi  dziećmi,  że  i  my  możemy  chyba  zwracać  się  do  siebie  trochę  mniej 

formalnie.

– Sądzę, że byłoby lepiej pozostawić wszystko tak jak jest.

– Doprawdy?

Zmrużył oczy i poczuła, że jej zdenerwowanie rośnie.

– Steven to też bardzo zdolny chłopiec – powiedziała, żeby coś powiedzieć.

–  Wiem.  Kiedy  był  młodszy,  miał  zawsze  bardzo  dobre  stopnie.  Był  takim 

wesołym, szczęśliwym dzieckiem... Ostatnio bardzo się zmienił.

– Myśli pan...  Myśli pan,  że to  może  mieć  związek z  sytuacją, jaka panuje w 

rodzinie?  W  tym,  co  pisze,  czuje  się  sporą  dozę  wrogości  do  otaczającego  go 

świata.

Twarz Jona spochmurniała.

– Tak, chyba tak, to może mieć związek.

Przez chwilę milczał, potem potrząsnął głową.

–  Człowiek  całe  życie  płaci  za  błędy,  które  popełnia  w  młodości.  Gdyby  to 

chodziło  tylko  o  mnie,  zupełnie  bym  się  nie  przejmował,  ale  nie  mogę  sobie 

darować, że dzieci cierpią z powodu głupstwa, które kiedyś zrobiłem.

Camilla zaczęła bezmyślnie kartkować książkę, nie wiedząc, co ma powiedzieć.

– Proszę mi powiedzieć, czy miała pani kiedyś męża? – spytał nieoczekiwanie.

Przecząco pokręciła głową.

background image

– A była pani zakochana?

W jego oczach dostrzegła błysk. Tak, w tobie, odparła w myślach.

– Co pan wie o kolegach Stevena? – zapytała zamiast odpowiedzieć.

–  O  jego  kolegach?  Nie  znam  ich.  To  znaczy,  odkąd  się  przeprowadziliśmy 

tutaj, żadnego nie poznałem. Steven nie jest już w wieku, kiedy się przyprowadza 

kolegów, żeby ich pokazać tacie. Wychodzi z domu i nie wiem, dokąd idzie.

Spojrzał na nią z nagłym niepokojem.

– Sądzi pani, że jest coś, o czym powinienem wiedzieć?

Zamrugała  powiekami;  i  tak  już  powiedziała  trochę  za  dużo.  Nie  chciała  się 

angażować.

–  Zapytałam,  bo  wydaje  mi  się,  że  go  widziałam  w  towarzystwie  kilku 

chłopców, którzy...

– Tak... ?-zawiesił głos.

– ... nie są dla niego najlepszym towarzystwem – dokończyła bezradnie. – To 

nie  są  moje  sprawy  i  proszę  mu  nie  wspominać,  że  cokolwiek  na  ten  temat 

mówiłam.

–  Zachowam  dyskrecję,  ale  muszę  z  nim  porozmawiać.  Czy  to  byli  jacyś 

studenci?

– Nie – odparła stanowczo. – Nie, to na pewno nie byli studenci.

Nie  zapytał,  skąd  ta  pewność,  lecz  widziała,  że  patrzył  na  nią  z  rosnącym 

zainteresowaniem.  Jesienne  słońce  wniknęło  do  środka  przez  okno,  jasną  smugą 

położyło się na biurku i pieszczotliwie musnęło rzędy książek na półkach.

Oboje milczeli.

Jon oparł się wygodniej w fotelu jak ktoś, komu nie spieszy się do wyjścia.

– Enrique Valeros nie pokazał się dzisiaj na zajęciach – zauważył po chwili.

Camilla spojrzała na niego z przestrachem.

– Wiem. Po raz pierwszy był nieobecny. Ostatnio bardzo źle wyglądał, gorzej 

niż zwykle.

– Zaniepokoiło to panią?

– Oczywiście.

Uśmiechnął się, – Widocznie nie jest pani taka twarda i pozbawiona ludzkich 

uczuć, jak pani udaje. Jak to jest?

background image

Usłyszała  dzwonek  alarmowy.  Pora  kończyć.  Zamknęła  książkę  znużonym 

gestem.

– Pan wybaczy, ale mam mnóstwo pracy...

–  Ma  pani  może  jego  adres?  –  zapytał,  nie  zwracając  uwagi  na  to,  co 

powiedziała  i  co  chciała  okazać.  –  Właściwie  po  to  tu  przyszedłem.  Wpadnę  do 

niego i zobaczę, co się z nim dzieje.

Otworzyła notatnik.

– Zaraz, mam go tutaj, Przeczytała nazwę ulicy i popatrzyła na notującego Jona.

–  Zaglądałam  do  niego,  ale  nigdy  go  nie  zastałam.  Chyba  gdzieś  pracuje  po 

zajęciach.

Jon uniósł brwi.

– Po prostu tamtędy przejeżdżałam – wyjaśniła, chociaż o nic nie zapytał. – To 

straszne miejsce – dodała po chwili.

– W takim razie pojadę tam i zobaczę, co on porabia po wykładach.

– Gdy wstał, uśmiechnęła się do niego.

– Bardzo dziękuję, naprawdę bardzo dziękuję.

Jon podszedł do drzwi i zatrzymał się. Spojrzała na niego pytająco.

– Co jeszcze?

–  Pójdzie  pani  ze  mną  na  kawę?  Chętnie  porozmawiałbym  z  panią  o  czymś 

innym niż dzieci i nauka.

Nie odpowiedziała.

– A może pozwoli się pani zaprosić na lunch?

Uniosła ku niemu oczy i na krótką chwilę znowu poczuła jego wargi na swoich 

ustach, jego młode ciało, pożądanie, które...

Pchnięte z zewnątrz drzwi otworzyły się gwałtownie. Gwen Klassen wtargnęła 

do środka bez pukania.

– Czy mogę?

Uśmiechnęła się do Jona i pytająco spojrzała na Camillę.

– Wejdź, bardzo proszę.

Camilla odetchnęła z ulgą i spojrzała na nią z wdzięcznością.

– Wejdź, pan Campbell właśnie wychodzi.

background image

Jon nawet nie drgnął. Przy drobnej, siwowłosej Gwen robił wrażenie wielkiego 

lwa  w pełnym rozkwicie swej  męskiej  siły. Camilla nie mogła od  niego oderwać 

oczu.

– Cześć, Jon – powiedziała wesoło Gwen. – Co słychać?

– Wszystko w porządku. Jak tam moje dzieciaki? Uśmiech  Gwen pogłębił się 

jeszcze.

– Zjadły lunch z kilkoma studentami ostatniego roku, a teraz wspólnie bawią się 

komputerem. Musisz do nich wpaść i zobaczyć.

–  Próbowałem  właśnie  zaprosić  doktor  Pritchard  na  lunch.  Może  da  się 

namówić i pójdzie ze mną do dzieci.

–  Doskonały  pomysł!  –  Gwen  skarciła  wzrokiem  koleżankę.  –  Dlaczego  nie 

chcesz  iść?  Musisz  zobaczyć,  jak  bliźnięta  buszują  po  Internecie.  To  naprawdę 

wspaniały widok.

– Camilla spojrzała na nią błagalnie i spuściła głowę.

– I co pani zadecydowała, doktor Pritchard? – odezwał się Jon. – Zjemy razem 

lunch?

– Nie – odrzekła spokojnym głosem, chociaż serce waliło jej nieprzytomnie. –

Zobaczymy się na wykładzie, do widzenia panu.

Skłonił się i wyszedł. Zostały same.

Gwen  natychmiast  wskoczyła  na  swą  grzędę  na  brzegu  biurka  i  obrzuciła 

koleżankę oskarżycielskim spojrzeniem.

– O co ci chodzi? – spytała Camilla.

– Dlaczego nie chciałaś iść z nim na lunch?

– Bo nie miałam ochoty.

Camilla  złapała  jedno  z  wypracowali  i  zaczęła  je  poprawiać  gwałtownymi 

pociągnięciami pióra.

– Idź sobie.

Gwen siedziała nieporuszona.

– Ani myślę, muszę się zastanowić. Dlaczego  kobieta nie chce iść na lunch z 

takim mężczyzną jak ten? Z powodu jego wyglądu? Chyba tak, Jon Campbell jest 

niezwykle przystojny. Do tego jest bardzo miły, bogaty, ma urocze dzieci, jednym 

słowem doskonale zrobiłaś, że z nim nie poszłaś. Brawo, Camillo, takich facetów 

background image

trzeba unikać.

Camilla uśmiechnęła się wbrew sobie.

–  Zupełnie  niepotrzebnie  się  wyzłośliwiasz.  A  teraz  koniec,  nie  chcę  o  tym 

mówić.

Gwen podskoczyła na swej grzędzie.

– Ale ja wcale nie skończyłam.

Camilla spojrzała na nią ze zniecierpliwieniem.

– Gwen, przecież on jest moim studentem.

– Co z tego? Przecież oboje jesteście dorośli!

– Po prostu nie wypada, to wszystko.

– Nie ty pierwsza, nie ty ostatnia. Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, 

ale na naszym kampusie to się zdarza. Takie randki.

– To nie miała być randka!

–  Powiedz  mi  szczerze,  dlaczego  nie  chcesz  mieć  nic  wspólnego  z  tym 

mężczyzną. Powiesz mi, i już mnie nie ma. Przyrzekam.

Camilla przez chwilę milczała, bawiąc się piórem.

–  Czy  wiesz,  że  matka  bliźniąt  prawie  wcale  do  nich  nie  przyjeżdża?  Ma 

czworo  dzieci,  których  nie  widuje.  Podobno  mieszka  w  Szwajcarii  z  jakimś 

instruktorem narciarskim. Trochę to dziwne.

– Co z tego? Jaki to ma związek z pójściem na lunch?

–  Co  to  musi  być  za  człowiek,  skoro...  –  Camilla  przerwała,  czując,  że  się 

czerwieni.

Gwen skrzywiła się.

–  Uważasz,  że  on  musi  być  strasznie  prymitywny,  skoro  się  związał  z  kimś 

takim, tak? O to ci chodzi?

– Chyba tak... Gwen, czy my naprawdę musimy...

–  Nie  sądzisz,  że  człowiek  ma  prawo  popełniać  błędy,  zwłaszcza  kiedy  jest 

bardzo młody?

– Nie wiem.

– Ile Steven ma lat?

– Chyba osiemnaście. Dlaczego pytasz?

background image

–  Bo  to  znaczy,  że  Jon  Campbell  miał  niewiele  ponad  dwadzieścia  lat,  kiedy 

dziecko przyszło na świat. Był jeszcze bardzo młody i mógł popełnić błąd. Może 

zakochał  się  w  kimś  i  ten  ktoś  go  rzucił.  Ożenił  się  potem,  bo  myślał,  że  w  ten 

sposób jakoś pogodzi się z losem i przestanie cierpieć.

Camilla gwałtownie zbladła. Pióro w jej ręku pękło z suchym trzaskiem.

– Tak czy owak... – Gwen lekko zeskoczyła z biurka. – Mówiąc poważnie, i tak 

musisz  ułożyć  sobie  jakoś  stosunki  z  tym  facetem,  skoro  masz  pracować  z  jego 

dziećmi do końca roku.

–  W  tym  cały  problem.  Nigdy  dotychczas  nie  zżyłam  się  tak  z  dziećmi,  z 

którymi pracowałam. Bliźnięta są naprawdę niezwykłe.

– Podobno zabrałaś je w piątek po południu do zoo.

– Zoo to świetne miejsce do naszych ćwiczeń. Robimy teraz analizę symboli. –

Camilla próbowała zachować powagę, ale nie wytrzymała i uśmiechnęła się.

– Można też zanalizować hot doga i cukrową watę. – Gwen mrugnęła do niej 

okiem. – Nie przejmuj się, wszystko rozumiem. One lubią cię tak samo jak tyje, a 

to nie są dzieci, które łatwo pozwalają się do  siebie zbliżyć. Jestem nawet trochę 

zazdrosna o stosunki, jakie nawiązałaś z moimi małymi uczniami.

Camilla spoważniała.

– Nie chciałam, żeby to tak wyszło. One tak same z siebie do mnie przylgnęły.

–  Zawsze  istnieje  takie  ryzyko,  kiedy  się  człowiek  zajmuje  innymi.  To,  że 

wzbudza zaufanie i miłość, to nie jest jeszcze najgorsza cecha.

Camilla milczała.

– Nie możesz całego życia spędzić w wieży z kości słoniowej – mówiła dalej 

Gwen. – Może tak jest bezpiecznie, ale strasznie samotnie.

– Przyzwyczaiłam się do samotności.

Gwen podeszła do drzwi i zatrzymała się z ręką na klamce.

–  A  może  by  tak  skorzystać  z  okazji  i  odzwyczaić  się?  –  powiedziała  cicho, 

patrząc na Camillę przyjaźnie. – Bezpieczeństwo to nie wszystko, wiesz, prawda?

Gdy wyszła, Camilla stała bez ruchu, wpatrzona w zamknięte drzwi. Na twarzy 

czuła ciepły promień słońca, po policzkach płynęły jej łzy.

background image

Rozdział 6

Jon opuścił gabinet doktor Pritchard i ruszył przed siebie korytarzami instytutu 

literatury, pogrążony w myślach. Dawno już nikt nie zrobił na nim tak wielkiego 

wrażenia, uświadamiając mu jednocześnie pustkę i beznadziejność jego życia.

Ta kobieta była jak tęcza na niebie, równie piękna i kusząca, jak i niedostępna.

Może  ona  rzeczywiście  jest  nieosiągalna.  Może  pozostaje  w  rejonach,  do 

których on nie ma dostępu?

Może  żaden mężczyzna  nie  może się  do  niej  zbliżyć  na tyle,  żeby  poznać  jej 

myśli i odgadnąć sekrety, które kryje jej niezwykłe spojrzenie?

Wiedział  oczywiście,  że  w  przypadku  doktor  Pritchard  warto  byłoby  również 

poznać inne sekrety, nie tylko ukryte w myślach, ale odrzucał podobne skojarzenia. 

Pozwolić  wyobraźni  zabrnąć  w  tamte  rejony  oznaczałoby  ostatecznie  zakłócić 

sobie spokój ducha i skazać się na bezsenne noce.

Zajrzał  do  klasy  Gwen.  Sala  była  prawie  pusta;  znajdowały  się  w  niej  tylko 

bliźnięta  i  młody  człowiek  w  drucianych  okularkach,  z  włosami  związanymi  w 

koński ogon. Był to Gordon Ames, jeden z asystentów Gwen, który przygotowywał 

pracę  magisterską  o  percepcji  rzeczywistości  przez  dzieci  wyjątkowo  rozwinięte 

intelektualnie.

– Cześć – powiedział Jon, stając za krzesłem Amy. – Co nowego?

Bliźnięta  siedziały  przy  komputerach;  opiekun  uważnie  obserwował  ich 

działania.  Na  widok  Jona  skinął  przyjaźnie  głową,  uśmiechnął  się  iż  powrotem 

zwrócił wzrok na ekrany.

–  Cześć,  tato  –  odparła  Amy  nieobecnym  głosem  i  podstawiła  policzek  do 

pocałowania,  nie  zdejmując  małych  rączek  z  klawiatury.  –  Oglądamy  właśnie 

różne chrząszcze.

Pogłaskał  japo  główce.  Bliźnięta  od  kilku  tygodni  fascynowały  się 

chrząszczami;  miały  nawet  sporą  kolekcję  tych  owadów,  mieszczącą  się  w 

terrarium ustawionym w kuchni.

– Niesamowite! Spójrz, tatusiu – powiedział Ari.

background image

Zatoczył rączką łuk, obrysowując zarys czołgu na ekranie; schemat był bardzo 

dokładny, obejmował wszystkie szczegóły pojazdu.

Jon zbliżył się i spojrzał na widoczny na ekranie diagram.

– Co to ma wspólnego z chrząszczami?

Młody człowiek potrząsnął końskim ogonem.

– Chodzi o zaobserwowanie podobieństw, odnalezienie analogii. Teraz szukają 

w  Internecie  wiadomości  o  budowie  czołgu  i  porównują  ją  z  naturalną  budową 

chrząszcza.

– Widzisz, tato?

Amy  wskazała  mu  na  ekranie  obraz  owada  i  powiększyła  go  do  rozmiarów 

diagramu czołgu, który miał przed sobą Ari.

– Są zupełnie takie same.

– Potem będziemy porównywać ważki i helikoptery – pochwalił się Ari.

– Za kilka lat będą potrafiły narysować jambo jeta – powiedział Gordon Ames i 

ująwszy  Jona  Campbella  pod  ramię,  odprowadził  go  na  bok.  –  Nigdy  czegoś 

podobnego nie widziałem – szepnął z podziwem. – One są naprawdę niezwykłe.

Jon spojrzał na ciemne główki swych latorośli.

–  To  są  po  prostu  małe  dzieci.  Proszę  ich  nie  traktować  tak  jakby  były  inne, 

dobrze? – poprosił cicho. – Chciałbym, żeby miały normalne dzieciństwo.

–  To  samo  mówią  nam  doktor  Klassen  i  doktor  Pritchard,  ale  jest  naprawdę 

bardzo trudno nie fascynować się tym, co one potrafią zrobić.

Amy odwróciła się w ich stronę.

– Idziesz teraz do domu, tato?

– Tak, zaraz wychodzę. Nie mam dzisiaj zajęć po południu. Dlaczego pytasz?

– Powiedz Margaret, że chcemy na kolację zapiekankę. Miała ją zrobić wczoraj, 

ale zapomniała.

–  Tylko  bez  topionego  sera  na  wierzchu  –  dorzucił  Ari.  –  To  się  strasznie 

ciągnie.

Jon i Gordon wymienili porozumiewawcze spojrzenia i wrócili do komputerów.

Przez kilka minut patrzyli na zabawę dzieci, żartując i komentując ich wyczyny.

Jak  to  dobrze,  pomyślał  Jon,  jak  dobrze,  że  je  tu  przywiozłem.  Nawet  jeśli 

tęsknią za domem, i tak było warto. Tutaj mają intelektualne podniety i mogą się 

background image

rozwijać.

Zerknął w stronę drzwi w nadziei, że ujrzy wchodzącą Camillę, ale nic takiego 

się  nie  stało.  Widocznie  nie  zmieniła  zdania  i  nie  przyjdzie.  Przynajmniej  nie 

dzisiaj.

Pocałował dzieci i opuścił salę, kierując się prosto na parking.

Gdy  usiadł  za  kierownicą,  wyjął  z  kieszeni  kartkę,  na  której  zapisał  adres 

Enrique'a Valerosa. Przez chwilę patrzył na nią, zastanawiając się, co robić.

Może  to  nie  jego  sprawa, może nie  trzeba się  wtrącać? Przecież  chłopiec  jest 

starszy  od  Stevena,  prowadzi  samodzielne  życie,  jest  dojrzały  i  odpowiedzialny. 

Może  wcale  nie  będzie  zadowolony  z  tego,  że  kolega  ze  studiów  zjawia  się 

niespodziewanie i wtyka nos w jego prywatne sprawy.

Ale  Camilla  była  wystarczająco  zaniepokojona  losem  swego  studenta,  by 

kilkakrotnie zajrzeć do jego mieszkania. Fakt, że ktoś równie wytworny fatygował 

się do tak obskurnej dzielnicy, odegrał rolę decydującą. Jon wyjechał z parkingu, 

skręcił W stronę rzeki, przejechał most i skierował się na południe.

Budynek, w którym mieszkał Enrique, był w takim stanie, że Jon przez chwilę 

zastanawiał  się,  czy  w  ogóle  ktoś  w  nim  mieszka.  Przebrnął przez  brudną  klatkę 

schodową, na której ścianach ktoś wypisał obsceniczną historię świata, i zszedł do 

sutereny.

Tu  było  jeszcze  gorzej.  Torując  sobie  drogę  pomiędzy  połamanymi 

przedmiotami i stertami śmieci, dotarł do drzwi lokum Enrique'a. Zapukał, ale nie 

otrzymał  odpowiedzi.  Odczekał  chwilę  i  zapukał  powtórnie  –  z  tym  samym 

rezultatem.

Po trzeciej próbie dotknął klamki. Drzwi ustąpiły, nie były zamknięte. Otwarły 

się szeroko, ukazując małe, prawie puste pomieszczenie, pogrążone w półmroku.

Jon wszedł, zamknął za sobą drzwi i rozejrzał się, czując wyrzuty sumienia, że 

tak  bez  słowa  zachęty  narusza  czyjąś  prywatność.  Enrique  jednak  wyraźnie  nie 

miał  nic  do  ukrycia,  i  to  w  jak  najbardziej  dosłownym  sensie.  W  pokoiku  stał 

chwiejący się stół, żelazne krzesło i niewielka prycza, przykryta podartym kocem. 

W dwóch kartonowych pudłach piętrzyły się książki.

Mimo ubóstwa  sprzętów i  nieprzyjemnego  zapachu wypełniającego powietrze 

widać było, że właściciel nędznego pomieszczenia robi, co może, żeby je utrzymać 

background image

w jakim takim porządku.

Jon  rozejrzał  się  jeszcze  raz  i  nagle  wstrzymał  oddech.  W  rogu  pokoiku,  za 

zasłonką, zobaczył kawałek adidasa. Gdy podbiegł i rozsunął zasłonkę, ujrzał ciało 

Enrique'a.

Chłopiec leżał na podłodze w pozycji embriona, jego twarz była bardzo blada. 

Ubranie  miał  lepkie  od  brudu;  plama  wymiocin  obok  jego  twarzy  tłumaczyła 

pochodzenie przykrego zapachu w pokoju.

Jon poczuł mdłości i wstrzymał oddech. Pochylił się nad leżącym i zbadał mu 

puls. Był słaby, ale wyczuwalny. Jon wyprostował się, wziął szmatę, zmoczył ją w 

zimnej wodzie i obmył chłopcu twarz oraz szyję. Po chwili Enrique otworzył oczy i 

spojrzał na Jona nieprzytomnym wzrokiem.

–  Cześć  –  powiedział  Jon.  –  Co  się  z  tobą  dzieje?  To  chyba  niezbyt  dobre 

miejsce na drzemkę?

Enrique zamrugał oczami i odwrócił głowę. Potem nagle wszystko zrozumiał i 

poczerwieniał ze wstydu.

– Pochorowałem się – szepnął. – Przepraszam, strasznie mi przykro... Proszę się 

o mnie nie martwić, zaraz do siebie dojdę.

Jon ujął go za ramię.

– Myślisz, że będziesz mógł usiąść? Pomógł mu przybrać pozycję siedzącą.

– Muszę tu posprzątać... Umyć podłogę... Proszę, niech pan... Nie chciałbym... 

Jon uśmiechnął się.

– Dla mnie to nic nowego, jestem przyzwyczajony. Mam czworo dzieci, synku, 

i myłem już podłogi po niejednym. Uspokój się i powiedz, co się stało. To z głodu, 

tak?

Enrique spojrzał na niego dziwnie; w jego oczach Jon spostrzegł urażoną dumę.

– Nic się nie stało, wszystko w porządku. Niczego mi nie trzeba.

– Jasne. – Jon pomógł mu wstać. – Nie kręci ci się w głowie?

– Enrique nie odpowiedział. Zbladł jak papier i osunął się w ramiona Jona.

Nie  było  czasu  do  namysłu.  Jon  wziął  go  na  ręce,  wyniósł  z  pokoju  i 

kopniakiem zamknął za sobą drzwi. Mimo słabych protestów, położył chłopca na 

tylnym siedzeniu samochodu i pojechał prosto do szpitala.

background image

Enrique  znowu  zapadł  w  sen.  Przespał  całą  drogę  ze  szpitala  do  domu  i  nie 

poczuł, jak Jon wynosi go z samochodu. Kiedy się zjawili, Margaret stała właśnie 

w kuchni. Podeszła do nich, wycierając ręce w fartuch, i pytająco spojrzała na Jona.

– A to kto?

– Kolega z uniwersytetu – wyjaśnił, kierując się w stronę pokoju gościnnego. –

To jeden z tych chłopców, którzy chodzą na wykłady z literatury angielskiej.

– Co mu się stało? – Margaret spojrzała na białą twarz Enrique'a. – Czy on nie 

powinien być w szpitalu?

–  Byłem  z  nim  na  pogotowiu.  Lekarz  powiedział,  że  to  wszystko  z  głodu  i 

wycieńczenia.  Jest  niedożywiony,  odwodniony  i  zniszczony  pracą  ponad  siły. 

Trzeba mu dać dużo picia i coś ciepłego do zjedzenia.

Jon wszedł do  sypialni i złożył swoje brzemię na kołdrze. Margaret stanęła w 

nogach  łóżka,  nie  odrywając  wzroku  do  bladej  twarzy  i  podkrążonych  oczu 

chłopca.

– Biedactwo... – szepnęła. Jon rozpiął mu koszulę.

– Teraz go rozbiorę i umyję – rzucił przez ramię. – Możesz mi z łaski swojej 

przynieść  którąś  z  koszulek  Stevena  i  jakieś  spodnie?  Potem  spróbujemy  go 

nakarmić.

– Mam ciepłą zupę, to mu dobrze zrobi.

Margaret ruszyła w stronę kuchni, mijając się po drodze z Vanessa.

– Dzień dobry – powiedziała do dziewczyny, która właśnie nadeszła. Vanessa 

przystanęła  w  drzwiach  pokoju  gościnnego  i  zdumionym  wzrokiem  spojrzała  na 

ojca.

Jon, nie patrząc na nią, zdejmował buty chłopcu bezwładnie leżącemu na łóżku.

– Kto to jest, tato?

–  Kolega  ze  studiów  –  odpowiedział  i  mimo  woli  uśmiechnął  się  do  siebie, 

zadowolony, że Vanessa tego nie widzi.

– Zdjął chłopcu skarpetki i rzucił je na podłogę. Vanessa z wahaniem zbliżyła 

się do łóżka, pociągnęła nosem i skrzywiła się z obrzydzeniem.

– Co on tu robi?

– Jest chory, potrzebuje pomocy. Vanessa osłupiała.

– Czy... chcesz powiedzieć, że będzie tu mieszkał?

background image

–  Nie  wiem.  –  Jon  zaczął  rozpinać  leżącemu  spodnie.  –  Prawdopodobnie 

zostanie u nas, dopóki całkiem nie wydobrzeje. Szkoda, że nie widziałaś, w jakich 

warunkach on mieszka. Nawet sobie nie wyobrażasz, że można tak żyć.

–  Ale  on jest...  –  Ze wstrętem spojrzała na  poplamioną kołdrę.  –  On  jest taki 

potwornie brudny!

Jon wyprostował się i spojrzał na córkę ze zgrozą.

– Van! Czy ty to mówisz poważnie? Czy ty naprawdę nie widzisz, w jakim on 

jest stanie? Nie ma w tobie żadnych ludzkich uczuć?

Wytrzymała  jego  spojrzenie,  lecz  jej  śliczna  twarz  poczerwieniała  z  gniewu. 

Potem odwróciła się i wybiegła z pokoju, głośno trzaskając drzwiami.

Nazajutrz  o  drugiej  Camilla  zeszła  do  klasy  po  bliźnięta,  żeby  je  zabrać  do 

swojego  gabinetu.  Po  drodze  z  przyjemnością  słuchała,  jak  rozmawiają  o 

chrząszczach i analogiach.

–  Jest  ich  ponad  ćwierć  miliona różnych rodzajów,  są  jednymi  z  najstarszych 

żywych istot na ziemi – powiedziała Amy, unosząc ku niej oczy. – Wiedziała pani 

o tym? Wie pani, że żuki pojawiły się na naszej planecie przed dinozaurami?

– Dlatego mają taką dobrą budowę – powiedział Ari i zatrzymał się obok kranu, 

żeby napić się wody.

Wytarł buzię rękawem.

– Tak samo jak czołgi – dodał.

–  Co  jest  takiego  specjalnego  w ich  budowie? –  zapytała  Camilla,  prowadząc 

dzieci na piętro.

– Mają czułki i skrzydła – wyjaśnił Ari. – Tylko one mają takie.

– Czołgi nie mają skrzydeł – powiedziała Camilla – a może powinny mieć?

Powiedzcie, czy to dobry pomysł?

Jej słowa wyraźnie zainteresowały bliźnięta.

–  Możemy  narysować  czołg  ze  skrzydłami  –  powiedział  Ari  do  siostry.  –

Zrobimy to na komputerze w domu i jutro pokażemy Gordonowi.

– Możemy dzisiaj trochę popracować na pani komputerze? – zwróciła się Amy 

do Camilli.

– Dzisiaj nie, kochanie. Teraz znowu zajmiemy się symbolami.

background image

– Konkretnymi czy abstrakcyjnymi?

Ari bardzo się interesował testami, jakie Camilla z nimi przeprowadzała, i lubił 

wiedzieć, jak się dokładnie nazywają.

– Konkretnymi. Słowami i ich dokładnymi odpowiednikami obrazowymi.

Weszli do gabinetu i dzieci zaraz ulokowały się przy małym stoliku, specjalnie 

dla nich przygotowanym. Uniosły pytająco oczy w stronę Camilli.

Usiadła obok nich na fotelu i wyjęła z pudełka duże, pomalowane karty.

– Czy tatuś miał dzisiaj zajęcia z literatury angielskiej? – spytała Amy.

– Dzisiaj nie. Ma jutro rano.

–  Przecież  został  w  domu,  żeby  pomóc  Margaret  zająć  się  Enrikiem, 

zapomniałaś? – powiedział do siostry Ari.

Camilla aż podskoczyła.

– Enrikiem?

– To taki chłopiec, który studiuje z tatą, bardzo miły.

– Wiem, ale nie wiedziałam... Czy on jest u was?

– Tata przywiózł go do domu. – Amy zerknął na leżące na stoliku książki. – Są 

w nich obrazki?

Ponieważ nie otrzymał odpowiedzi, wrócił do poprzedniego tematu.

– Był bardzo chory. Tatuś mówi, że szybko wyzdrowieje, bo zjadł prawie całą 

zupę Margaret.

– I trochę zapiekanki – dodała Amy – ale tylko odrobinkę. Tatuś powiedział, że 

jest za słaby, żeby jeść takie rzeczy.

– Boże, nie miałam o tym wszystkim pojęcia. – Camilla odłożyła karty na bok. 

– Czy Enrique zostanie u was w domu?

Ari zmarszczył brwi.

– Chyba tak. Tatuś mówi, że Enrique nie ma  dokąd pójść i ktoś  powinien się 

nim zaopiekować, – Wasz tatuś jak zawsze... – Camilla szybko przygryzła wargi.

Omal  nie  powiedziała,  że  ich  tatuś  już  ma  taki  zwyczaj,  że  zbiera  z  ulicy 

bezdomnych, myje ich, karmi i zapewnia opiekę. W porę się powstrzymała.

– Patrz, Ari. – Amy otworzyła jedną z książek. – Tu są różne rodzaje nasion, a 

te tutaj wyglądają jak małe wiatraczki.

Ari ukląkł na krześle i zafascynowany pochylił się nad obrazkiem.

background image

– Możemy z nich zrobić skrzydła do naszego czołgu, można je przyczepić na 

jego  dachu,  żeby  się  obracały.  –  Rozejrzał  się  w  poszukiwaniu  ołówka  i  kartki 

papieru, chcąc swój projekt natychmiast wprowadzić w czyn.

–  Nie  teraz  –  łagodnie  powiedziała  Camilla.  –  Najpierw  przez  pół  godziny 

porozmawiamy  o  tych  kartach,  potem  przez  następne  pół  godziny  popracujecie 

sobie nad swoim latającym czołgiem, zgoda?

– Zgoda. – Bliźnięta grzecznie skinęły główkami.

Camilla  zaczęła  rozkładać  przed  nimi  karty  i  notować  odpowiedzi.  Potem 

razem porównali je z wydrukowanymi odpowiednimi nazwami.

Po  skończonym  teście bliźnięta  zabrały się  do  skrzydlatego czołgu, a  Camilla 

usiadła za biurkiem, żeby podsumować wyniki badań.

Bliźnięta  były  nadzwyczajnie  rozwinięte  i  znacznie  przekraczały  poziom 

prawidłowo rozwiniętych dzieci w tym wieku. Ich rozwój emocjonalny nie nadążał 

oczywiście  za  rozwojem  umysłowym;  pod  względem  uczuć  i  potrzeb  ich 

zaspokajania znajdowały się na poziomie zwykłych siedmiolatków.

W  miarę,  jak  z  nimi  pracowała,  dochodziła  do  wniosku,  że  ich  błyskotliwość 

intelektualna  związana  jest  z  niebywałą  szybkością  kojarzenia  i  niespotykaną  w 

tym  wieku  umiejętnością  koncentracji.  Analizowanie  ich  reakcji  pochłaniało  ją 

coraz bardziej i miała zamiar poświęcić im sporą część swych badań.

Coraz  jednak  częściej  miała  ochotę  odłożyć  na  bok  wszystkie  karty  i  testy, 

wziąć bliźnięta na kolana i przytulić małe, ciemne główki do siebie.

Uśmiechnęła  się  do  nich  znad  biurka.  Małe,  ciemne  główki  oświetlone 

promieniami słońca...

Zadzwonił telefon i podniosła słuchawkę, nie spuszczając dzieci z oka.

– Camilla? Tu Simon Constable. – Witaj.

Była nieco zaskoczona. Nikt ze schroniska dla bezdomnych nigdy nie dzwonił 

do niej do pracy.

– Wiem, że to nie twój dzień, ale mamy strasznie mało ludzi. Mogłabyś wpaść 

dzisiaj na dyżur o ósmej?

– Oczywiście, że mogę. O ósmej, tak?

– Jak. Może uda ci się skończyć o północy, chyba żeby wypadło coś nowego.

– Przyjdę na pewno.

background image

– Dzięki. Nie wiem, co byśmy bez ciebie zrobili.

– Poczekaj chwilę, może wiesz, co się dzieje z Chase'em?

Ale Simon odłożył już słuchawkę. Spojrzała na bliźnięta; siedziały wpatrzone w 

nią bez ruchu, jakby na coś w napięciu czekały.

– Umówiła się pani z kimś? – zapytał po chwili Ari.

Camilla przez chwilę się wahała.

– Tak.

– Z kimś, kogo naprawdę pani lubi?

–  To  nie  jest  tego  rodzaju  spotkanie,  co  myślisz.  To  raczej  taki  rodzaj  pracy, 

którą wykonuję.

Amy starannie wybrała kredkę.

– Tatuś miał kiedyś randkę – powiedziała.

– Z kim?

– Z taką panią... Przyszła któregoś dnia na ranczo, miała rude włosy.

– Podobała wam się?

Z niepokojem czekała na odpowiedź. Bliźnięta milczały.

– Była okropna – powiedział wreszcie Ari. – Wyśmiewała się z nas.

– Wyśmiewała się? Z was? Jak to w ogóle możliwe?

Twarzyczka  Amy  poczerwieniała.  Widać  było,  że  wspomnienie  sprawia  jej 

przykrość.

–  Vanessa  kazała  nam  zaśpiewać  dla  niej  piosenkę,  a  ona  się  śmiała.  Potem 

powiedziała, że skrzeczymy jak papugi.

Camilla uniosła się z krzesła szczerze wzburzona.

– Bardzo głupio powiedziała. Jestem pewna, że śpiewaliście bardzo dobrze.

Amy lekko się rozchmurzyła.

– Tatusiowi nie podobało się, że się z nas śmiała. Już nigdy więcej się z nią nie 

umówił.

– Bardzo bym chciał, żeby się umówił z panią – powiedział nagle Ari. – A pani 

by chciała?

Czuła  na  sobie  uważne  spojrzenie dwóch  par  oczu. Zarumieniła  się  i  spuściła 

wzrok.

– Ari, twój tatuś jest jednym z moich studentów.

background image

– Ale to nie przeszkadza, że mogłaby się pani z nim kiedyś umówić! Mogłaby 

pani nawet iść z nim na randkę!

–  Chyba  nie.  Wykładowcy  nie  powinni  umawiać  się  ze  studentami.  A  teraz 

powiedz, jak tam wasz czołg? Umie już latać?

Wstała zza biurka i podeszła do nich, żeby zobaczyć rysunek. Ku jej ogromnej 

uldze,  dzieci natychmiast  zmieniły  przedmiot  zainteresowań i  na  wyścigi zaczęły 

jej  opowiadać  o  swoim  nowym  wynalazku.  Nie  było  już  mowy  o  żadnych 

randkach.

W kilka godzin później siedziała w schronisku z nieodłącznym plikiem prac do 

sprawdzenia przed sobą i piórem w dłoni. Miała przed sobą prace trzeciego roku na 

temat najpiękniejszego miejsca, jakie komu zdarzyło się w życiu widzieć.

Czytała  powoli  i  uważnie,  podkreślając  błędy  i  robiąc  uwagi  na  marginesach. 

Studenci  opisywali  to,  co  zwykle:  katedry,  zamki,  ruiny,  wodospady,  górskie 

krajobrazy.

Pomyślała z goryczą, co na podobny temat powiedziałyby bliźnięta. Amy i Ari 

na pewno wymyśliliby coś nadzwyczajnego. Nigdy nie można było przewidzieć ich 

odpowiedzi i to właśnie pociągało ją w nich najbardziej.

Machinalnie,  nawijając  kosmyk  włosów  na  palec,  pomyślała  o  Jonie 

Campbellu.

On też miał niezwykle twórczy umysł; wiedziała o tym, bo czytała jego referaty 

i słuchała jego wypowiedzi.

Czy  to  możliwe,  żeby  ktoś  taki  naprawdę  nie  pamiętał  ich  pierwszego 

spotkania? Tym, jak postąpił z Enrikiem, dowiódł, że zachował dawną wrażliwość 

na ludzką krzywdę i że się nie zmienił. Jak wobec tego mógł ją zapomnieć?

Przecież  nie  zmieniła  się  tak  bardzo  w  ciągu  dwudziestu  lat.  W  duszy  często 

czuła się tak samo jak tamto skrzywdzone, przerażone dziecko, jakim była, kiedy 

spotkali się po raz pierwszy.

Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie dojdzie do referatu Jona i przeczyta, co 

napisał. Jego opinie i obserwacje były zawsze bardzo oryginalne i  wnikliwe. Siłą 

zmusiła się do dalszego czytania, nie przeskakując kilku prac naraz.

background image

Raz po  raz przerywali jej  nadchodzący  pensjonariusze.  Dzieci ulicy  schodziły 

się  o  zmroku,  brały  koce  z  szafy  i  kładły  się  w  salce  obok.  Tej  nocy  miała  ich 

dwanaścioro. Słyszała głosy dobiegające zza ściany; kilkoro grało w karty, reszta 

po cichu rozmawiała.

Co  pół  godziny  wstawała  i  zaglądała  do  nich.  Zagadywała,  uśmiechała  się, 

poprawiała  zniszczone  koce.  Budynek  był  stary  i  zrujnowany,  ale  obecność 

młodych ludzi w środku sprawiała, że nabierał życia i ciepła. Tak jakby zaczynało 

w nim bić serce.

Zupełnie tak jak wtedy, kiedy dzieci po przyjęciu zostają u gospodarzy na noc. 

Camilla  nigdy  niczego  takiego  nie  przeżyła,  ale  jako  mała  dziewczynka  często 

zastanawiała się, jak to jest, kiedy się idzie na noc do koleżanki i razem z innymi 

dziewczynkami leży wieczorem w łóżku, gawędząc i chichocząc.

Schronisko było ubogie i nędznie wyposażone, ale Camilla bała się myśleć, co 

by było, gdyby nagle zostało zamknięte i Jej dzieci" nie miały dokąd iść w nocy.

– Cześć, królowo. Jak leci? – odezwał się tuż obok dziewczęcy głos.

Stała przy niej Marty; w jednej ręce miała gitarę Chase'a, w drugiej starą, żółtą 

torbą pełną ubrań.

Camilla zerwała się i pocałowała dziewczynę w policzek.

– Jak dobrze, że przyszłaś! Myślałam o was.

Marty przełknęła ślinę, zaskoczona i zmieszana serdecznym powitaniem.

– Myślałam, że może dzisiaj tu przenocuję. Tam jest tak okropnie, jak Chase'a 

nie ma.

– Oczywiście, zostań. A jak on się czuje?

Posadziła dziewczynę naprzeciwko siebie. Marty postawiła gitarę na podłodze, 

torbę położyła przy swoich podartych adidasach.

– Trochę lepiej. – Zerknęła nieśmiało  na Camillę. – Wzięli go na odtrucie do 

szpitala. Zostanie tam jeszcze przez kilka tygodni.

Camilla uśmiechnęła się.

– To bardzo dobrze.

–  Dużo  rozmawialiśmy,  wtedy  jak  doszedł  do  siebie.  Powiedział,  że  chyba 

spróbuje  przestać  brać  narkotyki.  Może  mu  się  uda  z  tego  wyjść.  Naprawdę  się 

przeraził.

background image

Marty utkwiła wzrok w podłodze.

– Oboje się przestraszyliśmy.

– Ale to cudownie!

Camilla ucałowała ją i przyciągnęła do siebie.

– Modliłam się o to!

– Ja też. Chase się zdecydował. A jak on coś powie, to zrobi, znam go.

Marty uśmiechnęła się nieśmiało zza zasłony włosów, opadających jej na twarz.

–  Mamy  pewne  plany.  Właśnie  dostałam  pracę  w  pizzerii  przy  zmywaniu. 

Powiedzieli, że jak mój chłopak wyjdzie ze szpitala, to też może przyjść. Tak sobie 

myślimy, że jak będziemy oszczędzać i nie kupować narkotyków, to za jakieś pół 

roku może wynajmiemy coś do mieszkania.

– Marty, to naprawdę wspaniale. Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę.

Marty uniosła głowę.

–  Wiesz,  co  ja  wczoraj  zrobiłam,  królowo?  Poszłam  sobie  do  banku, 

otworzyłam rachunek i włożyłam na konto te pieniądze, które Chase zarobił grając. 

Mieliśmy  to  schowane  w  skarpecie  pod  podłogą.  –  Roześmiała  się.  –  Wyobraź 

sobie, ja i konto w banku! Dobre, co?

Camilla schyliła się, sięgnęła po torebkę i szybko wypisała czek.

–  A  to  każ  sobie  dopisać  do  swojego  konta,  Marty  wzięła  czek, przeczytała  i 

spojrzała na nią zdumiona.

– To... niemożliwe, to za dużo. Ja nie mogę tego wziąć.

Camilla poklepała japo ramieniu.

– Nawet musisz. Ja bardzo lubię pomagać ludziom, którzy próbują coś zrobić, 

żeby ich życie było lepsze.

– Królowo, aleja...

Marty znowu spojrzała na czek, przeczytała podpis.

– Camilla Pritchard... Znamy się już tak dawno, a nigdy nie wiedziałam, jak się 

nazywasz ani kim jesteś.

– To teraz już wiesz. Uczę literatury angielskiej na uniwersytecie.

– Coś takiego! I każdy weekend spędzasz w takim bagnie jak to? Dlaczego?

Ponieważ  w  nim  byłam  i  wiem,  jak  to  smakuje.  Ponieważ  ktoś  mnie  z  niego 

wydobył, pomógł mi i nigdy tego nie zapomniałam. Próbuję spłacić dług.

background image

Chciała to powiedzieć, chciała wreszcie wyrzucić z siebie całą prawdę, ale nie 

mogła.  Nie  mogła  tego  zrobić  nawet  wobec  Marty,  której  udziałem  był  ten  sam 

koszmar.

Nigdy nie uwolnię się od przeszłości. Będzie mnie to dręczyło do końca życia, 

bo nie jestem w stanie o tym mówić. To zbyt straszne.

Dziewczyna patrzyła na  nią uważnie.  Camilla  otrząsnęła się  i  uśmiechnęła  do 

niej.

– A teraz będzie lepiej, jak pójdziesz na salę i spróbujesz sobie znaleźć jakieś 

miejsce do spania. Za chwilę nic już nie będzie.

–  Mogę  zostawić  gitarę  Chase'a  tutaj?  Nie  chcę,  żeby  jakiś  obcy  chłopak  jej 

dotykał.

– Oczywiście, zostaw ją tu. Marty... – Tak?

–  Słyszałaś  coś  ostatnio  o  Zeke'u  i  Szybkostrzelnym?  Wiesz,  co  porabiają? 

Marty skrzywiła się.

–  Na  pewno  nic  dobrego.  Zeke  podobno  właśnie  wyszedł.  Siedział  za  rozbój, 

pokaleczył jakąś staruszkę i obrabował sklep z warzywami. Ten facet to kompletny 

świr, zawsze lata z nożem.

– Często go widujesz?

–  Teraz  nie.  Ale  słyszałam,  jak  mówili,  że  Szybkostrzelny  ma  nagraną  jakąś 

robotę i mają zrobić jakiś skok razem.

Camilla poczuła ucisk w gardle.

– Robotę? Jaką robotę?

Wiedziała już, jaką odpowiedź usłyszy i bała się jej.

– Mają jakiegoś dzieciaka z bogatego domu, jeździ teraz z nimi i udają, że się z 

nim  przyjaźnią.  On  ma  samochód  i  kupę  pieniędzy.  Bajerują  go  i  urabiają.  Nie 

wiem, co chcą mu zrobić, ale nie chciałabym być w jego skórze.

Camilla utkwiła nie widzący wzrok w kartkach papieru, które miała przed sobą.

– Dziękuję ci, Marty.

Steven  Campbell  napisał  w  swoim  wypracowaniu,  że  nie  cofnąłby  się  przed 

działalnością przestępczą...

Napisał, że cel uświęca środki.

background image

Patrzyła,  jak  Marty  wychodzi,  szurając  nogami  po  linoleum.  Zdenerwowana 

wróciła do pracy; przerzuciła kilka kartek i zaczęła czytać pracę Jona.

„Najpiękniejszym  miejscem,  jakie  w  życiu  widziałem,  był  pewien  pokój  w 

obskurnym moteliku w Saskatchewan. Ściany były brudne, meble stare i połamane, 

a  firanki  miały  wyblakłe,  duże,  niebieskie  kwiaty.  Wszystko  było  przesiąknięte 

zastarzałym dymem papierosowym, gdzieniegdzie łaziły pluskwy.

Było tam pięknie. Nigdy nie zapomnę tego pokoju. Było tam pięknie, bo była 

tam ze mną pewna dziewczyna. Miała na imię Callie i nie przestałem o niej myśleć 

w ciągu bardzo wielu lat, które upłynęły od naszego spotkania, mimo że widziałem 

ją tylko przez kilka dni. Potem... "

Oczy  Camilli  wypełniły  się  łzami,  jej  twarz  zbladła,  serce  zaczęło  walić. 

Przeczytała tekst do końca, niemal nie oddychając. Kiedy skończyła, oparła głowę 

na rękach, odłożyła długopis i zaczęła cicho płakać.

background image

Rozdział 7

Lipiec 1977

Budzę się i widzę go, jak siedzi i ogląda telewizję z wyłączonym dźwiękiem. 

Obok stoi karton soku. Chłopak ma na sobie białą koszulkę, podobną do tej, którą 

na  mnie  włożył,  spłowiałe  dżinsy  i  czyste,  białe  skarpetki.  Nogę  opiera  o  brzeg 

łóżka.

Wszystko  w  nim  jest  takie  czyste.  Udaję,  że  śpię  i  obserwuję  go  spod 

przymkniętych powiek.

Jest przystojny i miły, robi wrażenie kogoś bardzo opiekuńczego. Taki starszy 

brat.  Wiem,  że  nie  powinno  się  ufać  pierwszemu  wrażeniu,  ale  on  wygląda  na 

kogoś, kogo nie powinnam się bać.

Zadał  sobie  dużo  trudu,  żeby  mnie  tu  ulokować.  Ciekawe,  po  co  to  zrobił. 

Jesteśmy  tutaj  sami,  jestem  prawie  naga,  mam  na  sobie  tylko  tę  koszulkę.  Bóg 

jeden wie, co się może zdarzyć.

Teraz, kiedy się wyspałam i odpoczęłam, jestem już silniejsza i mogę zacząć się 

martwić o swój los: Wolałabym jeszcze raz zasnąć i nie musieć o tym wszystkim 

myśleć, ale nie mogę.

Nic nie wskazuje na to, żeby miał ochotę stąd iść. Po prostu siedzi sobie, ogląda 

telewizję i czeka, aż się obudzę. Zamykam oczy i próbuję zasnąć, ale nie potrafię 

zasypiać na zawołanie. Chłopak wstaje, przechodzi przez pokój i siada na brzegu 

mojego łóżka.

– Cześć, mała – mówi lekko schrypniętym głosem. – Na pewno czujesz się już 

o wiele lepiej. Myślałem, że się nigdy nie obudzisz.

Spoglądam na niego, ale nic nie mówię. Głos nie przechodzi mi przez gardło, 

tak jakbym miała coś uszkodzone. Może już nigdy nie będę mogła mówić? Może 

do końca życia będę musiała pisać zdania na kawałku papieru, żeby się porozumieć 

z ludźmi?

Nieważne, przecież moje życie i tak już nie ma znaczenia.

– Co się stało z twoim nosem? – pyta chłopak. Patrzę na niego nieprzyjaźnie i 

milczę. Ciekawe, co zamierza ze mną zrobić...

background image

– Wygląda, jakby był złamany...

Chłopak przysuwa się bliżej i marszczy brwi.

–  Masz  chyba  podbite  oczy,  ale  siniaki  już  schodzą.  Czy  możesz  mi 

powiedzieć, kto cię tak pobił?

Dotyka  palcem  mojego  nosa.  Próbuję  się  odsunąć,  ale  jego  dłonie  są  bardzo 

delikatne i nie sprawiają mi bólu.

– Przyniosłem ci kanapki.

Wstaje, podchodzi do stolika i bierze szarą papierową torbę.

– Kupiłem też ciasteczka i kilka buteleczek soku. Nie wiedziałem, jaki lubisz.

Rozwija  papier,  w  który  zapakowana  jest  kanapka.  Widzę  w  środku  wędlinę, 

sałatę, majonez. Czuję ssanie w żołądku. Jestem tak głodna, że zaraz mu to wyrwę 

z rąk i zacznę pożerać jak zwierzę.

Podaje mi kanapkę i patrzy, jak jem.

– Napijesz się soku? – pyta niedbale, tak jakbyśmy całe życie jadali razem.

Kiwam głową; idzie po butelkę i podaje mi ją.

Nigdy w życiu nie jadłam i nie piłam nic tak pysznego jak ta kanapka i ten sok!

Prawdziwa  ambrozja.  Uczyliśmy  się  o  tym  na  lekcji  historii,  to  był  pokarm 

bogów.

Chciałabym  mu  opowiedzieć  o  ambrozji.  W  twarzy  tego  chłopca  jest  coś 

takiego, że myślę, że by zrozumiał. Ale jestem zanadto zdenerwowana i jeszcze nie 

mogę mówić.

– Zgadnij, która godzina? – pyta.

Wstaje  i  podchodzi  do  okna.  Odsuwa  zasłony.  Przez  brudne  szyby  sączy  się 

szarawe światło. Nie wiem, co to oznacza.

Ponieważ nie odpowiadam na jego pytanie, odpowiada na nie sam:

– Właśnie zaczęło świtać.

Idzie po następną kanapkę. Patrzę na niego ze zdziwieniem.

Jak  to  możliwe?  Dlaczego  świta?  Przecież,  kiedy  zasypiałam,  było  wcześnie 

rano?

– Spałaś prawie dwadzieścia cztery godziny – wyjaśnia, zupełnie jakby czytał w 

moich  myślach.  –  Zdążyłem  sobie  dokładnie  zwiedzić  wszystko  dokoła.  Na 

podwórku jest suka ze szczeniętami, siedzą w kartonowym pudle obok wejścia do 

background image

recepcji. Właściciel kiedyś brał udział w rodeo i nawet zwyciężał. Na takiej dużej 

półce, nad stołem, ma wszystkie swoje trofea. To naprawdę miły facet.

Zaczynam  jeść  drugą  kanapkę.  Mam  w  środku  ogromną  dziurę,  której  chyba 

nigdy  nie  wypełnię.  Chłopiec  otwiera  następną  buteleczkę  i  podaje  mija.  Tym 

razem sok jabłkowy. Mam ochotę iść do toalety, ale się wstydzę.

– Ile masz lat? – pyta.

– Siedemnaście.

Oboje  jesteśmy  zdziwieni,  że  wreszcie  przemówiłam.  Mój  głos  przypomina 

skrzek,  ale  jest  zrozumiały.  Wymieniamy  uśmiechy  i  zaraz  odwracam  głowę.  W 

jego uśmiechu jest coś, co sprawia, że robi mi się dziwnie ciepło i przyjemnie. To 

dziwne uczucie, ale miłe, chociaż trochę krępujące.

– Uciekłaś z domu?

Kiwam głową i zaczynam pić sok.

– Dlaczego?

Spuszczam głowę. On jest taki miły, taki dobry, taki młody i niedoświadczony. 

Widać,  że  nie  zna  wcale  życia.  Jak  mogę  mu  opowiedzieć  o  tym  wszystkim,  co 

mnie spotkało?

Na  samą  myśl  o  tym  znowu  czuję  się  brudna,  obdarta  i  głodna;  łzy  same 

zaczynają cieknąć mi po policzkach.

Chłopiec patrzy na mnie z sympatią i współczuciem.

– Nie płacz, proszę. Spójrz na mnie. Powiedz, jak ci na imię?

– Callie – szepczę.

Zawsze  tak  mnie nazywano. Naprawdę mam na  imię Camilla, ale  nikt tak  do 

mnie  nie  mówi.  Zawsze  bardzo  chciałam,  żeby  ludzie  używali  mojego 

prawdziwego  imienia,  bo  brzmi  tak  wytwornie  i  ładnie,  ale  nikt  tego  nigdy  nie 

robił.

Jestem po prostu małą Callie Pritchard, co mieszka w przyczepie kempingowej 

na parkingu; jej matka jest pijaczką i przyprowadza sobie facetów z baru na noc. 

Jestem śmieciem. Nic dziwnego, że nikt nie nazywa mnie Camilla.

– To śliczne imię, Callie – mówi z namysłem chłopiec. – Callie.

Powtarza je. W jego ustach moje imię brzmi rzeczywiście bardzo miło i ładnie. 

W  tym  chłopcu  wszystko  jest  miłe,  miłe  i  takie  jasne.  Jest  silny  i  opalony,  ma 

background image

bardzo białe zęby. Uśmiecha się do mnie.

– Pojechałem do miasta, kiedy spałaś. Kupiłem ci trochę ciuchów – mówi.

Znowu  zaczynam  się  zastanawiać,  jak  długo  spałam.  Czuję,  że  muszę  iść  do 

ubikacji.

Chłopak zrywa się, przynosi torbę, kładzie ją na łóżku, otwiera.

Wyjmuje  nowe  dżinsy,  kilka  bawełnianych  koszulek, ciepłą  kurtkę,  skarpetki, 

tenisówki, nawet kilka par bawełnianych majtek.

– Nie bardzo się znam na ubraniach dla dziewcząt – mówi lekko zmieszany. –

Mam nadzieję, że będą dobre.

Zupełnie nie wiem, co powiedzieć. Spoglądam na ubrania i przenoszę wzrok na 

niego. Nikt nigdy nie zrobił dla mnie tyle co on.

Wreszcie wyskakuję z łóżka, łapię ubrania i szybko chowam się w łazience.

Ubieram  się  powoli,  rozkoszując  się  zapachem  czystego,  nowego  płótna  i 

bawełny.

Chyba nie  jest ze mną aż tak bardzo  źle, skoro potrafię się cieszyć z  nowych 

rzeczy.

Ubrana staję przed lustrem i przyglądam się sobie – długo, żeby opóźnić powrót 

do pokoju, w którym czeka tamten chłopak. Nos mam jeszcze bardzo spuchnięty, 

ale sińce pod oczami zaczynają blednąc.

Jak  on  może  patrzeć  na  mnie  z  taką  sympatią  i  podziwem?  Przecież  stale 

jeszcze mam na twarzy ślady rąk tamtego mężczyzny. A moje ciało...

Przebiega mnie dreszcz i odwracam się od lustra. Nie mogę stać tak wiecznie w 

tej  łazience,  muszę  z  niej  wyjść.  Nieśmiało  otwieram  drzwi  i  wślizguję  się  do 

pokoju.

Chłopak czeka; na mój widok uśmiecha się, w jego oczach widać podziw.

– Świetnie trafiłem z tymi spodniami, prawda? – mówi. – Naprawdę doskonale 

leżą.

Przełykam ślinę.

– Ja... nie będę mogła ci za nie zwrócić pieniędzy... Nie mam nic... – Słowa z 

trudem przechodzą mi przez gardło.

Chłopak macha ręką.

background image

–  Nie  mówmy  o  tym.  I  tak  już  wydałem  kupę  forsy  w  czasie  tej  wycieczki. 

Zresztą  fajnie  było  kupować  to  wszystko;  zupełnie  jakbym  kupował  ubranka  dla 

lalki.

To  porównanie  wcale  mi  się  nie  podoba.  Nie  jestem  niczyją  lalką...  Ale  na 

pewno nie chciał sprawić mi przykrości, więc nic nie mówię.

– Dobrze się czujesz? Nie jest ci słabo? – dopytuje się troskliwie.

–  Czuję  się  o  wiele  lepiej.  Dziękuję  –  odpowiadam.  Nie  potrafię  wyrazić 

słowami tego, co czuję. Przepełnia mnie bezgraniczna wdzięczność.

Jego  twarz  znowu  rozświetla  promienny  uśmiech  i  moje  serce  zaczyna  bić 

szybciej. Chłopiec wstaje z krzesła i wyciąga do mnie rękę.

– Chodź, Callie, pójdziemy obejrzeć szczeniaki.

Resztę dnia spędzamy na zabawie z małymi pieskami, spacerach po podwórzu i 

rozmowie ze starym kowbojem prowadzącym motel.

Po obiedzie idziemy na spacer po okolicznych łąkach; chłopiec opowiada mi o 

ranczo,  na  którym  mieszka  razem  z  rodzicami,  o  koniach  i  zwierzętach,  które 

hodują.

Jest  jedynakiem,  a  jego  rodzice  są  dość  starzy;  mają  około  sześćdziesiątki. 

Widać, że syn jest ich jedynym skarbem; nic dziwnego, że jest taki życzliwy i ufny. 

Zachowuje  się  tak,  jakby  cały  świat  był  dla  niego  stworzony  i  nie  mogło  mu  się 

przytrafić nić złego.

Pod  wieczór bierzemy motocykl i  jedziemy do  miasta  na  pizzę.  W restauracji 

jest mnóstwo młodzieży, wszyscy śmieją się i rozmawiają.

Po  raz  pierwszy  w  życiu  jestem  w  takim  wesołym  miejscu.  Czuję  się  jak 

normalna  nastolatka,  która  przyszła  na  pizzę  ze  swoim  chłopakiem.  Zawsze  o 

czymś takim marzyłam.

Teraz  na  wszystko  jest  już  za  późno.  Nie  mam  prawa  do  radości.  Jeśli  mu  o 

wszystkim  opowiem,  odwróci  się  ode  mnie  z  niesmakiem.  Jest  oczywiście  za 

dobrze  wychowany,  żeby  coś  powiedzieć,  ale  i  tak  zrozumiem wszystko  po  jego 

oczach.

Idziemy do  kina;  w tym miasteczku jest tylko jedno kino. Film jest  niedobry, 

dużo w nim przemocy i gwałtu. Nie podoba nam się. Potem wracamy do tamtego 

lokalu, żeby coś przekąsić i rozmawiamy o tym, co lubimy, a czego nie. Strasznie 

background image

dużo mamy ze sobą wspólnego. Czytaliśmy sporo tych samych książek.

On  jest  na  drugim  roku  studiów.  Mówię  mu,  że  zawsze  bardzo  pragnęłam 

studiować,  uczyć  się  dalej,  ale  nie  mam  żadnych  szans.  Bierze  mnie  za  rękę  i 

patrząc  w  oczy,  mówi,  że  wszystko  jest  możliwe,  jeśli  człowiek  wystarczająco 

mocno tego pragnie.

Odwracam wzrok, żeby nie mógł odgadnąć, o czym myślę.

Cóż on może wiedzieć o życiu? Dla niego nie ma rzeczy niemożliwych, nie ma 

nawet rzeczy trudnych! Wszystko zostanie mu podane na srebrnej tacy, a on tylko 

sięgnie po to i sobie weźmie.

Ale  jest  tak  miły,  tak  szczery  i  pełen  dobrej  woli,  że  nie  mogę  się  na  niego 

gniewać. Kiwam głową i patrzę w drugą stronę.

Wtedy, trochę nieśmiało, zaczyna mi się zwierzać ze swoich planów. Zamierza 

skończyć  studia  i  wyruszyć  w  długą  podróż;  chce  zwiedzić  cały  świat,  zanim 

zacznie pracować.

– A potem wrócisz na ranczo? – pytam.

– Jasne – odpowiada nieco zdziwiony. – Przecież to najpiękniejsze miejsce na 

świecie.  Ożenię  się  i  będę  miał  mnóstwo  dzieci.  Ale  najpierw  muszę  znaleźć 

odpowiednią dziewczynę.

Uśmiecha się do mnie. Czuję ucisk w żołądku, czerwienię się, serce podjeżdża 

mi do gardła.

Chyba tak właśnie czuje się człowiek, który jest zakochany.

A ja przecież nie mogę zakochać się w tym chłopcu! Nie wolno mi! On jest taki 

cudowny, jest księciem z bajki, pochodzi z tak dobrej rodziny, a ja....

Ja jestem Callie Pritchard, córką tej pijaczki z przyczepy.

Kiedy chłopiec się dowie, kim jestem, odwróci się i odejdzie bez słowa.

Jeździmy  jeszcze  trochę  po  mieście,  a  potem  wracamy  do  motelu.  Na 

autostradzie jest ciemno, nad głową widzę gwiazdy: są jak srebrne szpileczki wbite 

w poduszkę z atłasu. Dokoła pachnie trawą i szałwią. Jest ciepło, wystawiam twarz 

na powiew wiatru.

Widzę plecy tego chłopca, jego ramiona i tył głowy, którą przechyla, żeby mi 

coś powiedzieć, przekrzykując pęd wiatru i hałas motoru. Nagle ogarnia mnie chęć, 

żeby się przytulić do niego i ukryć twarz w jego kurtce. Zamiast tego zdejmuję ręce 

background image

z jego bioder i próbuję sama utrzymać równowagę. Nie chcę go dotykać.

– Wszystko w porządku? – krzyczy.

– Tak, tak.

Chyba nie bardzo wierzy. Skręcamy na drogę prowadzącą do motelu.

Kiedy  wchodzimy  do  pokoju  i  zapalamy  światło,  czuję  się  strasznie 

skrępowana. Teraz wszystko jest inaczej. Jestem już zdrowa i silna; nie jestem już 

tym małym, obolałym zwierzątkiem, które przyniósł poprzedniego dnia. Oboje nie 

wiemy, jak się mamy zachować.

W końcu biorę koszulkę, którą mi kupił, i idę do łazienki.

– Ja pierwsza – mówię.

– Dobrze – odpowiada i kiwa głową.

Szybko  się  przebieram  i  myję  twarz.  Kupił  mi  nawet  szczotkę  do  zębów, 

mydło, pastę i krem do rąk, jest też grzebień. Nie mieści mi się w głowie, że ktoś 

może być tak troskliwy i wspaniałomyślny.

Kiedy jestem gotowa, wychodzę z łazienki i wsuwam się nieśmiało pod kołdrę, 

kładąc się na samym brzegu łóżka.

– Prześpię się na fotelu, tak jak poprzedniej nocy – mówi chłopiec, nie patrząc 

na mnie. – Jest całkiem wygodnie.

Czuję, jak ogarniają mnie wyrzuty sumienia. Już tyle dla mnie zrobił. Przez całą 

noc siedział na tym foteliku, a ja rozwalałam się w łóżku jak królowa.

– Łóżko jest bardzo duże – mówię mu. – Zmieścimy się oboje. Powinieneś się 

przespać, nie możesz czuwać drugą noc z rzędu.

Uśmiecha się.

– Dzięki, ale nie wiem, czy powinienem.  Rozumiem,  co  ma na  myśli, i nagle 

rumienię się gwałtownie.

– Mam pomysł – mówi po chwili.

Bierze  plecak  i  torbę  na  ubranie  i  umieszcza  je  pośrodku  łóżka,  jak 

rozdzielającą nas barykadę. Leżę po jednej stronie i patrzę na niego. – I jak? – pyta.

– Chyba... dobrze.

– To dobrze.

Znika  w  łazience  i  słyszę  szum  wody.  Bierze  prysznic.  Próbuję  nie  myśleć  o 

jego  skórze  w  strugach  wody.  Kiedy  wraca,  ma  mokre  włosy;  ubrany  jest  w 

background image

bawełnianą koszulkę  i  krótkie  spodenki;  nogi  ma silne,  owłosione, wygląda teraz 

jak dorosły mężczyzna.

Na widok jego ciała czuję dreszcz przerażenia i szybko się odwracam. Dopiero 

kiedy  gasi  światło  i  wchodzi  do  łóżka,  czuję,  jak  ogarnia  mnie  poczucie 

bezpieczeństwa. Bije od niego coś, co sprawia, że cieszę się, że jest tuż obok, za 

zasłoną z plecaka, i mogę go w każdej chwili dotknąć. Wiem, że nikt nie zrobi mi 

nic złego, kiedy on jest przy mnie.

Leżymy  po  ciemku  i  rozmawiamy.  Nie  wiem,  jak  do  tego  doszło,  ale 

opowiadam mu o sobie.

Nigdy  nikomu  tego  nie  mówiłam.  Nie  rozmawiałam  o  tym  nawet  z 

psychologiem  szkolnym,  który  bardzo  się  starał,  żeby  mi  pomóc.  Ten  chłopiec 

słucha  mnie  tak  uważnie,  jakby  moje  życie  naprawdę  go  interesowało.  Przy  nim 

czuję się bezpieczna.

Opowiadam mu o naszej biedzie i o życiu, jakie prowadzi moja matka, i o tym, 

jakie  to  było  straszne, kiedy  w dzieciństwie  budziłam  się  sama  i  nie  wiedziałam, 

kiedy ona wróci. Mówię mu o głodzie i o tym, jak kpiły ze mnie inne dzieci i jak 

mnie  przezywały.  Opowiadam  mu  wszystko;  nie  wymieniam  tylko  swojego 

nazwiska i nazwy miasta, w którym mieszka moja matka.

Kiedy  zaczynam  mówić  o  mężczyznach,  których  sprowadzała  do  domu,  i  o 

tym, jak bardzo się ich bałam, bierze mnie za rękę i lekko ją ściska.

Mówię  coraz  wolniej,  ale  nie  przestaję.  Opowiadam  mu  o  najnowszym 

przyjacielu mojej matki, o ich obłędnym pijaństwie, o jego spojrzeniach i o nożu, 

który chowałam pod poduszką. Cały czas trzyma mnie za rękę, ale milczy.

Wreszcie zaczynam mówić o tej strasznej nocy. Głos mi się załamuje i milknę.

–  Opowiedz mi wszystko,  Callie. –  Unosi głowę  z poduszki i  patrzy na  mnie 

zza  barykady  z  plecaka  i  torby;  księżyc  srebrzy  jego  twarz.  –  Potrzebujesz  tego. 

Powiedz, co się wtedy stało.

Opowiadam mu. Mówię mu o mężczyźnie, który wszedł do mojego pokoju, o 

tym, jak łatwo wyjął mi nóż z ręki, i co stało się potem. Kiedy kończę, zaczynam 

szlochać.

Chłopiec odrzuca plecak i torbę, które nas rozdzielają, i bierze mnie w ramiona. 

Delikatnie tuli mnie do siebie, głaszcze po włosach, kołysze jak małe dziecko.

background image

Niezwykle ostrożnie całuje mój obolały, złamany nos i przytula.

– Teraz już wszystko dobrze, kochanie – szepcze. – Teraz już wszystko będzie 

dobrze.

Wiem, że nic nie będzie dobrze, już nigdy, ale przyjemnie słyszeć takie słowa.

Potem zasypiam w jego ramionach. Tuli mnie do siebie i jego ciało nie ma w 

sobie  nic  groźnego; jest  opiekuńcze i  kojące  jak  ramiona  ojca, którego  nigdy  nie 

miałam i zawsze tak bardzo pragnęłam mieć.

Budzę  się  bardzo  wcześnie  rano.  On  jeszcze  śpi.  Oddycha  lekko  obok  mnie. 

Podnoszę  głowę  i  spoglądam  na  jego  twarz.  Kiedy  tak  śpi,  wydaje  się  bardzo 

młody. Gdyby nie silna budowa ciała i muskularne ramiona, można by pomyśleć, 

że jest małym chłopcem. Włosy ma potargane, jeden kosmyk opada mu na czoło; 

uśmiecham się.

Kiedy wyciągam rękę i chcę mu go odsunąć, otwiera oczy i patrzy na mnie.

– Kiedy ci tak sterczą włosy – mówię – wyglądasz jak małe  dziecko. Krzywi 

się.

– Nie jestem dzieckiem.

–  Wiem,  co  myśli,  i  od  razu  szybko  cofam  rękę;  nie  jest  bezpiecznie  go 

dotykać. Patrzy teraz na mnie takim wzrokiem, że ogarnia mnie lęk, ale nie mogę 

się powstrzymać. Lekko dotykam ręką jego policzka; skórę ma gładką i delikatną.

Bierze moją dłoń i całuje moje palce i wnętrze dłoni. Zaczynam drżeć, czując 

jego wargi na mojej skórze.

Wszystko w nim jest takie miłe i podniecające, czuję się tak, jakbym się napiła 

wina. Sama nie wiem, co robię.

Przyciąga  mnie  do  siebie.  Czuję  jego  gorące  ciało.  Dotyka  moich  bioder  i 

uśmiecha się.

– Jesteś taka słodka, Callie – szepcze. – Pocałuj mnie.

Unoszę  ku  niemu  usta  i  całuje  mnie.  Ogarnia  mnie  dziwne  uczucie,  jakbym 

wystawiała  twarz  na  ciepłe  promienie  słońca.  Zaczyna  powoli  dotykać  mojego 

ciała, jak rzeźbiarz, który rzeźbi coś niezwykle pięknego. Przytulam się do niego, 

chcę być jak najbliżej niego. Coś mi mówi, że to szaleństwo, że on sprawi mi ból i 

że powinnam uciekać, ale zachowuję się jak zaczarowana. Ten chłopiec rzucił na 

mnie urok.

background image

– Nie chcę cię zranić – mówi. – Nigdy cię nie zranię. Całuje mnie znowu, czule, 

delikatnie, długo.

– Nie musimy nic robić – mówi. – Po prostu będę cię przytulał, jeśli chcesz. Nie 

wiem,  czego  chcę.  Wiem  tylko,  że  muszę  być  blisko  niego.  Tulę  się  do  niego  i 

całuję go w szyję.

Całuje moje powieki i zasypiam.

Budzę  się  w  środku  dnia.  Chłopiec  stoi  nade  mną,  jest  całkowicie  ubrany, 

trzyma coś w rękach.

Mrużę oczy, razi mnie światło.

– Która godzina?

– Dochodzi południe, wstawaj, leniuchu. Umieram z głodu.

– Co to jest? – Spoglądam na papierowy pakunek w jego rękach.

Rozwija  papier  i  wyjmuje  wielki  bukiet  polnych  kwiatów,  takich  jakie  rosną 

wzdłuż autostrady.

– To dla ciebie – mówi nieśmiało. – Chciałem ci kupić dwanaście żółtych róż, 

bo jesteś złotą księżniczką, ale znalazłem tylko takie.

Biorę od niego bukiet i wkładam go do jednej ze szklanek.

– To ładniejsze niż żółte róże – mówię.

– Dlaczego? Przecież to zwykłe polne kwiaty.

– Ale sam je zbierałeś, dlatego są takie piękne.

– Uśmiecha się zadowolony, a mnie ściska się serce z lęku i miłości.

Robimy  to  samo  co  poprzedniego  dnia.  Bawimy  się  ze  szczeniakami, 

spacerujemy,  jedziemy  na  motorze  do  miasta.  Potem  wracamy  do  motelu  z 

pudełkami  pizzy  i  jemy  w  łóżku.  Opowiada  mi  o  swoich  planach.  Ma  mnóstwo 

projektów.

– Najpierw musimy ci kupić jeszcze trochę ubrań – mówi.

– Nie ma mowy. I tak już wydałeś na mnie za dużo pieniędzy. Patrzy na mnie 

groźnie, ułamuje kawałek pizzy z mojej porcji.

– Nie kłóć się ze mną, mam w portfelu kupę forsy. Kupimy ci jakieś ubranie i 

zabiorę cię do domu.

Czuję, jak ogarnia mnie popłoch.

– Do domu?

background image

– Musisz poznać moich rodziców – wyjaśnia.

Jest tak pogrążony we własnych myślach, że nie dostrzega mojego przerażenia.

–  Potem  musimy sobie  znaleźć  jakieś  mieszkanie  w  Saskatchewan,  zanim się 

zacznie jesienny semestr.

Patrzę na niego ze zdumieniem.

– Muszę wrócić na studia – tłumaczy spokojnie i lekko całuje mnie w szyję – a 

ty  będziesz  mogła  tam  skończyć  szkołę  i  zapisać  się  na  pierwszy  rok.  Z  twoją 

inteligencją szybko mnie dogonisz.

Brzmi to tak prosto i zwyczajnie, jakby jechać z nim do jego rodziców, wynająć 

mieszkanie i iść do szkoły średniej jak normalna dziewczyna w moim wieku było 

rzeczą najłatwiejszą pod słońcem.

Kończymy jeść pizzę, mówię dużo i śmieję się głośno, chcąc zagłuszyć rosnący 

lęk. Potem przez chwilę jeszcze oglądamy telewizję i zasypiamy, mocno do siebie 

przytuleni.

Po kilku godzinach budzę się. Dokoła panuje ciemność, daleko na prerii słychać 

wycie kojotów. Chłopiec śpi obok mnie; leżę z szeroko otwartymi oczami i myślę, 

co robić.

Wraz z  jego pojawieniem się wszystko  uległo zmianie.  Nie chcę już umierać, 

nie  chcę  rzucać  się  w  wir  życia,  które  przyniesie  mi  zagładę,  nie  chcę  się 

unicestwiać. Postanawiam przetrwać mimo wszystko i dokonać czegoś o własnych 

siłach.

Ale, żeby to zrobić, muszę go porzucić. On wie wszystko o mojej przeszłości. 

Jeśli mam mieć przyszłość, muszę zerwać z przeszłością. Wymazać ją, jakby nigdy 

nie istniała. Nie mogę być z kimś, kto wie, kim byłam dawniej, kim stale jeszcze 

jestem.

Dawna Callie musi umrzeć, żeby się mogła narodzić nowa Camilla Pritchard.

Byłoby  nieuczciwe, gdybym udawała,  że wierzę  w naszą  wspólną przyszłość. 

Jest tak dobry i szlachetny, że zasługuje na kogoś lepszego ode mnie. Jego rodzice i 

jego  przyjaciele  znienawidziliby  mnie.  Umieram  na  myśl,  że  muszę  go  opuścić. 

Łzy  płyną  mi  po  policzkach,  zakrywam  usta  ręką,  żeby  nie  wybuchnąć  głośnym 

płaczem. Rozpaczliwie próbuję coś wymyślić, ale wiem, że to niemożliwe, nie ma 

innej drogi.

background image

Ześlizguję się z łóżka po cichu, żeby go nie obudzić. Wkładam ubrania, które 

mi kupił, resztę rzeczy ładuję do czerwonej, płóciennej torby.

Poruszam  się  ostrożnie  po  pokoju  oświetlonym  księżycowym  blaskiem,  ód 

czasu do czasu spoglądając z obawą na śpiącego chłopca. Przewraca się na drugi 

bok, wzdycha i znowu zapada w sen.

Jego portfel leży na stoliku. Otwieram go i wyjmuję kilka banknotów. Wiem, że 

musi mieć kartę kredytową, ale nie chcę zostawiać go całkiem bez gotówki.

Przez  głowę  przebiega  mi  myśl,  żeby  wziąć  wszystko.  W  ten  sposób 

znienawidzi mnie i będzie mniej cierpiał. Ale nie mogę tego zrobić. Wkładam kilka 

banknotów z powrotem do portfela, zachowując tylko drobne.

W  końcu  biorę  torbę  i  wyślizguję  się  z  pokoju.  Noc  jest  chłodna,  za  linią 

horyzontu  widać delikatny poblask,  za godzinę  wstanie słońce, Stawiam  torbę  na 

trawie i przez chwilę się waham.

Wiem,  że  to  szaleństwo,  ale  wracam  do  pokoju.  Nie  mogę  odejść  tak  bez 

pożegnania. Nie chcąc go obudzić, całuję poduszkę tuż obok jego policzka.

– Dziękuję ci – szepczę – dziękuję za wszystko. Bardzo cię przepraszam. Nigdy 

nie przestanę cię kochać.

Potem wychodzę i cichutko zamykam za sobą drzwi. Idę w stronę migających 

świateł i zaczynam biec wzdłuż autostrady.

Po pewnym czasie zatrzymuje się jakaś kobieta. Jest niezbyt młoda i zmęczona 

życiem; pracuje jako nauczycielka religii w pobliskiej szkole. Zgadza się podwieźć 

mnie kawałek. Siedzę wyprostowana i udaję, że słucham, co do mnie mówi.

Potem  wiezie  mnie  jakiś  kierowca  ciężarówki.  Jest  miły,  wzbudza  zaufanie, 

cały  czas  opowiada  mi  o  swoich  trzech  córeczkach.  Kiedy  mu  mówię,  że 

zamierzam chodzić do szkoły, wysadza mnie przy internacie w mieście, do którego 

jedzie.

Mam serce  zimne i  twarde jak kamień.  Nie  wiem,  co  ze mną będzie i  jak  się 

potoczą  moje  losy.  Nie  wiem,  od  czego  mam  zacząć.  Wiem  tylko,  że  nigdy  nie 

będę szczęśliwa i już nigdy nikogo nie pokocham.

Zawsze  myślałam,  że  przemoc  i  okrucieństwo  są  najgorsze.  Myliłam  się. 

Najgorsza jest miłość. Przez nią cierpi się najbardziej.

background image

– Królowo! Co się dzieje? Chodźcie tu wszyscy, patrzcie! Ona płacze! O Boże, 

królowa płacze!

Camilla  oprzytomniała  i  spojrzała  na  przestraszone  twarze  obok  niej. 

Potrząsnęła głową i otarła oczy.

– Chyba zasnęłam... Miałam jakiś zły sen. Coś się stało?

– Przyszło z miasta kilka osób, chcą tutaj spać. Mamy jeszcze miejsca?

– Chyba tak. Znacie ich?

– Zippy ich trochę zna, to jacyś jego kumple. Jeden z nich jest chory.

– Dobrze, niech wejdą.

– Jeszcze niezupełnie przytomna, wstała i  zajęła  się nowo przybyłymi. Potem 

zamknęła drzwi na klucz, wróciła do biurka i zaczęła czytać zakończenie referatu 

Jona Campbella.

„Po  jej  zniknięciu  jeździłem  po  okolicy  na  motocyklu  i  szukałem  jej.  Potem 

wróciłem  do  domu,  wziąłem  samochód  i  objechałem  wszystkie  zachodnie  stany 

Kanady.  Rzuciłem  uniwersytet  i  szukałem  jej  przez  cały  rok.  Zaglądałem  do 

każdego małego miasteczka i pytałem, czy znają jasnowłosą dziewczynę imieniem 

Callie, ale nie natrafiłem na jej ślad. Zniknęła z powierzchni ziemi.

Po kilku latach wspomnienie zaczęło blednąc. Teraz prawie już nie pamiętam, 

jak wyglądała. Nigdy jednak nie zapomniałem tych dwóch dni spędzonych z nią w 

starym motelu, i to właśnie jest najpiękniejsze miejsce, jakie w życiu widziałem".

background image

Rozdział 8

Jon stał w łazience i golił się, patrząc uważnie na swe odbicie w lustrze. Myślał 

o pracy, którą napisał. Ciekawe, czy doktor Pritchard już ją przeczytała...

Zmarszczył czoło i uniósł głowę, przejeżdżając maszynką po skórze brody.

Sam  nie  wiedział,  dlaczego  tak  otwarcie  i  szczerze  opisał  tamtą  historię. 

Zwłaszcza jeśli czytać ją miała osoba, której opinia z każdym dniem stawała się dla 

niego ważniejsza.

Camilla  na  pewno  pomyśli,  że  jest  śmiesznym,  infantylnym  facetem,  który  z 

niewiadomych przyczyn rozpamiętuje jakiś błahy epizod sprzed lat.

Nigdy  nikomu  nie  mówił  o  tamtym  spotkaniu;  trzymał  to  w  tajemnicy  przez 

długi  czas,  a  teraz  nieoczekiwanie  przerwał  milczenie  i  wszystko  opisał.  Nagle 

znowu zaczął intensywnie myśleć o Callie; wspomnienie odżyło i nabrało nowych 

barw.

Mała, kochana Callie. Uśmiechnął się i zaczął golić drugą stronę twarzy.

Nawet teraz, po dwudziestu latach, nie mógł spokojnie o niej myśleć. Jej twarz 

w  jego  wspomnieniach  zbladła  i  nie  bardzo  już  pamiętał,  jak  wyglądała;  widział 

tylko szarozielone oczy, niezwykłą burzę srebrnopłowych włosów, drobne dłonie i 

szczupłą, kruchą postać.

Jej  ciało  nie było  najważniejsze. Najważniejsza w Callie była jej  inteligencja, 

wrażliwość i  mądrość.  To  właśnie pociągało go  najbardziej. Istniało między  nimi 

niespotykane  duchowe  pokrewieństwo;  nigdy  potem  nie  spotkał  osoby,  z  którą 

czułby  się tak blisko i  z którą  łączyłoby go  tak  wiele. Spędzili  razem tylko kilka 

dni, ale rozumieli się bez słów.

Callie  rozumiała  go  i  zaufała  mu,  powierzyła  mu  wszystkie  swoje  myśli  i 

sekrety.

Przypomniał  sobie  całą  smutną  historię  jej  życia,  gwałt,  jakiego  doznała,  i 

zbrodnię, którą – jak sądziła – popełniła.

Drgnął. Jeszcze teraz czuł ból na myśl o tym, co ją spotkało.

Zawsze,  jeszcze  przed  spotkaniem  z  Callie,  był  bardzo  wrażliwy  na  ludzką 

krzywdę, zwłaszcza jeśli dotyczyła dzieci i innych bezbronnych istot. Nie mógł się 

background image

pogodzić z przemocą i gwałtem. Potem przez całe swoje dorosłe życie wspomagał 

finansowo rozmaite organizacje charytatywne zajmujące się młodzieżą. Spotkanie 

z Callie jeszcze silniej uświadomiło mu, jak bardzo nędza i okrucieństwo ze strony 

dorosłych mogą zniszczyć życie młodego człowieka.

Może,  gdyby  wtedy  był  starszy  i  bardziej  dojrzały,  mógłby  jej  pomóc, 

zatrzymać przy sobie, razem z nią rozwiązać jej problemy. Był jednak zbyt młody i 

zbyt  porywczy,  żeby  zrozumieć  powagę  sytuacji  i  wyczuć,  jak  bardzo  potrzebny 

jest jej czas do zaakceptowania nowej sytuacji.

Spłoszył  ją  i  uciekła  od  niego,  zniknęła  z  jego  życia  i  nigdy  jej  nie  odnalazł. 

Cierpiał tak bardzo, że mało brakowało, a zniszczyłby sam siebie.

Nawet teraz na samą myśl o niej czuł dojmujący ból.

Po raz setny próbował sobie wyobrazić, jaki spotkał ją los, co stało się z Callie 

podczas tych dwudziestu lat. Nie mógł jej sobie wyobrazić jako dojrzałej kobiety. 

Dla  niego  pozostała  nieśmiałą  nastolatką,  drobną,  szczupłą,  okrytą  płaszczem 

jasnych włosów; małą dziewczynką o mądrym spojrzeniu pięknych, szarozielonych 

oczu...

Callie była  jednak tylko  o kilka  lat  od  niego  młodsza, zatem  teraz  musi  mieć 

prawie czterdzieści lat...

To znaczy, jeśli przetrwała, jeśli utrzymała się przy życiu po tym, jak od niego 

uciekła.

Skończywszy  golenie,  odłożył  maszynkę  i  wyszedł  z  łazienki.  Przystanął pod 

drzwiami  wiodącymi  do  pokoju  Stevena.  Po  chwili  wahania  zapukał,  a  potem 

zajrzał do środka.

Steven leżał w łóżku ze znudzoną miną i patrzył w sufit.

– Czas wstawać, synku. O dziewiątej masz wykład.

– Nie pójdę dzisiaj. Boli mnie głowa.

– Dlaczego?

Jon wszedł do pokoju i stanął w nogach łóżka.

–  Skąd  mogę  wiedzieć?  Boli  i  już.  Chcę  się  przespać.  Spojrzał  na  ojca  z 

niechęcią; twarz Jona spoważniała.

– Nic z tego. Wstajesz i idziesz na zajęcia. Jeśli boli cię głowa, weź aspirynę.

background image

–  Chłopiec  nie  odpowiedział;  przez  chwilę  ojciec  z  synem  mierzyli  się 

wzrokiem. W końcu Steven z westchnieniem zwlókł się z łóżka i demonstracyjnie 

wolnym krokiem skierował się do, łazienki.

Jon poszedł za nim.

– Posłuchaj. – Steven odwrócił się w progu. – Czyja ani przez chwilę nie mogę 

być sam? A może żądam za dużo?

– Gdzie byłeś wczoraj wieczorem?

– W mieście z kolegami.

– Z jakimi kolegami? Już ci mówiłem, że chciałbym ich poznać.

– Nie można wykluczyć, że oni nie mają ochoty poznawać ciebie.

Steven podszedł do umywalki i przemył twarz zimną wodą. Był bardzo blady, 

pod oczami miał sine kręgi, policzki pokrywał mu słaby, jasny zarost.

Jon patrzył na niego, myśląc, jak zawsze bardzo go kochał; jak bardzo kochał 

tego  małego,  poważnego  chłopca,  który  jeszcze  tak  niedawno  zasypywał  go 

pytaniami.

– Steve, chciałbym, żebyś przez pewien czas nie wychodził z domu i zabrał się 

za naukę.

– Zawracanie głowy! Wcale nie muszę. Większość przedmiotów jest tak prosta, 

że mogę odrabiać lekcje przez sen.

Jon zachował spokój.

– Wiem, że jesteś zdolny, ale to nie znaczy, że możesz w ogóle nie przykładać 

się do nauki. Proszę, żebyś nie wychodził wieczorami z domu.

W oczach Stevena błysnął gniew.

– Co ty sobie wyobrażasz?  Nie jestem dzieckiem! Nie będziesz mi mówił,  co 

mi wolno, a czego nie! Tak możesz rozmawiać z Amy i Arim!

– Dopóki mieszkasz pod moim dachem, to ja ustanawiam reguły.

– W takim razie niedługo będę mieszkał pod twoim cholernym dachem!

Ich oczy spotkały się w lustrze. W spojrzeniu Stevena błysnęło coś niedobrego. 

Jon zrozumiał, że jeśli postawi sprawę na ostrzu noża, syn gotów się wyprowadzić.

Stale  miał  w  pamięci  to,  co  Camilla  mówiła  o  jego  kolegach.  Bardziej  niż 

słowa, zaniepokoił go wyraz jej oczu.

Na szczęście Steven pierwszy odwrócił wzrok i wzruszył ramionami.

background image

– Skoro tak bardzo ci na tym zależy, pójdę do  tej kretyńskiej budy i  będę się 

uczył tych idiotyzmów.

–  Bardzo  dobrze,  a  teraz  trochę  się  pośpiesz  i  zejdź  na  śniadanie.  Dziś  rano 

mogę cię podrzucić, jeśli chcesz.

– Nie potrzebuję, pojadę własnym samochodem.

Steven  namydlił  twarz  i  sięgnął  po  maszynkę  do  golenia.  Jon  pod  wpływem 

nagłego wzruszenia podszedł bliżej i objął syna.

–  Steve,  wiesz,  że  zawsze  możesz  mi  wszystko  powiedzieć.  Jeśli  masz  jakieś 

kłopoty, chętnie cię wysłucham. Możesz na mnie liczyć, synu.

Poczuł,  że chłopiec sztywnieje; stał nieruchomo wyprostowany, obcy i  wrogi. 

Jon zdjął rękę z jego ramienia, postał chwilę, a potem zszedł do jadalni.

Reszta rodziny siedziała już wokół dużego stołu.

Amy z nieobecnym wyrazem twarzy gryzła grzankę, wpatrzona w mały model 

jakiegoś  pojazdu,  stojący  przed  nią.  Obok  Ari  wyjadał  płatki  kukurydziane  z 

talerza, jednocześnie komentując diagram przedstawiający ważkę i helikopter. Jego 

uważnym słuchaczem był Enrique.

Chłopiec, blady jeszcze i wycieńczony, z każdym dniem wyglądał lepiej. Miał 

na sobie nowe ubranie. Widać było, że szybko odzyskuje dobrą formę. Mieszkał z 

nimi już dwa tygodnie i kuchnia Margaret najwyraźniej mu służyła.

Nie wyzbył się jednak chorobliwej wręcz nieśmiałości. Swobodnie rozmawiał 

jedynie  z  bliźniętami,  reszta  domowników  bardzo  go  peszyła.  Najbardziej  zaś  –

Vanessa.

Siedziała  teraz  nieco  odsunięta  od  stołu,  ze  wzrokiem  wbitym  w  najnowszy 

numer  „Vogue",  rozłożony  obok  kubka  z  kawą.  Wyglądała  niezwykle  pięknie: 

przypominała figurkę z porcelany, ubraną w dżinsy i czarny golf.

Jon spojrzał z zadumą na jej długie, lśniące włosy. Co stało się z jego starszymi 

dziećmi? Dlaczego tak bardzo się od niego oddaliły? Czy kiedykolwiek jeszcze do 

niego  wrócą  i  będą  równie  bliskie  jak  dawniej?  W  tamtych  odległych  czasach 

wystarczyło tylko, że je kochał, i wszystko było dobrze. Teraz było inaczej...

– Cześć, tatusiu – zawołała Amy i podskoczyła na krześle. – Próbuję zbudować 

model  cząsteczki  wodoru.  Camilla  powiedziała,  że  mogę  do  tego  użyć  klocków 

lego.

background image

Jon pocałował ciemne główki bliźniąt i usiadł na swoim miejscu.

– To doktor Pritchard zna się również na cząsteczkach wodoru? Myślałem, że 

zajmuje się literaturą angielską, a nie chemią.

–  Taki  model  to  przecież  rodzaj symbolu  –  pouczył  go  Ari.  –  Camilla  kazała 

nam  zrobić  spis  symboli,  jakie  spotykamy  w  codziennym  życiu.  Każda  zwykła 

rzecz może być symbolem czegoś.

–  Tak  jak  ważka  jest  symbolem  helikoptera?  –  zapytał  Jon,  dziękując 

jednocześnie Margaret uśmiechem za podane jajka na boczku.

Bliźnięta wymieniły spojrzenia i przecząco pokręciły główkami.

– Nie – powiedział Ari – to nie tak. Ważka i helikopter są do siebie po prostu 

podobne,  ale  żadne  z  nich  nie  jest  symbolem  drugiego.  Symbol  to  zupełnie  co 

innego.

– Rozumiem. Van, mogę prosić o sól?

Vanessa  przesunęła  solniczkę  w  jego  stronę,  nie  odrywając  oczu  od 

ilustrowanego pisma.

– Enrique mówi, że w jego kraju ważki są o! takie duże. – Ari rozstawił rączki i 

rozejrzał się z dumą.

– Niezłe – uśmiechnął się Jon i spojrzał na chłopca. – Jak się dzisiaj miewasz?

Enrique  chrząknął  nerwowo  i  zerknął  w  stronę  Vanessy.  Nawet  tego  nie 

zauważyła, pogrążona w lekturze.

– Dziękuję, bardzo dobrze.

– Czujesz się na siłach, żeby jechać dzisiaj ze mną na zajęcia?

– Chyba tak. Uzupełniłem już brakujące wypracowania i przeczytałem lektury. 

Jon spojrzał na zegarek.

– W takim razie ruszamy. Vanesso, chcesz, żebyśmy cię podwieźli do szkoły?

– Mogę jechać ze Steve'em.

– Steve trochę dzisiaj się spóźni, lepiej jedź z nami.

– Wszystko mi jedno. Mogę.

Dziewczyna zamknęła pismo, wstała i wyszła; patrzyli za nią w milczeniu.

background image

Enrique  siedział  na  tylnym  siedzeniu  pomiędzy  bliźniętami.  Amy  trzymała  w 

jednej dłoni lalkę Barbie, drugą próbowała jej  włożyć na nóżkę mały, plastikowy 

pantofelek.

Bardzo  lubił  bliźnięta;  były  miłe  i  bardzo  mądre.  Cały  czas  mówiły  o 

komputerach, cząsteczkach i modelach, ale nie było w tym nic z pretensjonalności 

przemądrzałych dzieci. Bawiły się jak zwykłe siedmiolatki, wymyślały sobie różne 

gry i zabawy, żartowały i przekomarzały się.

Wziął lalkę z rąk Amy i włożył jej plastikowy bucik.

Kiedy  jego  siostra,  Maria,  była  mała,  zawsze  jej  pomagał,  bawił  się  z  nią  i 

odrabiał lekcje.

Maria  była  śliczna;  miała  wielkie,  czarne  oczy  i  czarne  włosy,  związane  w 

koński ogon. Była bardzo podobna do matki. Ich rodzice byli nauczycielami, oboje 

pracowali w małej szkole w środku dżungli i uczyli miejscowe dzieci.

Po  pewnym  czasie  rozeszły  się  wieści,  że  małżeństwo  Valeros  szerzy  na 

prowincji wrogą propagandę. Do wsi wtargnął oddział żołnierzy, zburzyli szkołę i 

zastrzelili Marię razem z rodzicami.

Enrique uratował się cudem; uciekł do lasu i przesiedział tam kilka dni. Potem, 

wędrując  pod  osłoną  nocy,  jakoś  przedostał  się  do  Panamy.  Zaciągnął  się  na 

parowiec i pracował na nim jak niewolnik, opłacając w ten sposób swoją podróż na 

północ.  Odetchnął  dopiero  wtedy,  kiedy  postawił  stopę  na  kanadyjskiej  ziemi. 

Jednak koszmarne sny,  w których  potwory mordują całą jego rodzinę i  gonią go, 

żeby go zabić jako jedynego świadka, ścigały go nadal.

Ciągle powracał upiorny strach i huk wystrzałów; ciągle widział martwe ciała i 

czuł  zapach  spalenizny.  Kiedy  patrzył  w  czyste  oczy  Amy,  widział  czarne, 

przerażone oczy swojej małej siostrzyczki.

Miała dokładnie dziewięć lat, kiedy zginęła.

–  Dziękuję,  Ricky  –  usłyszał  i  spojrzał  na  drobną,  uśmiechnięta  twarzyczkę 

siedzącej obok niego dziewczynki.

Po jego drugiej stronie Ari czytał książkę o judo.

Z wytężoną uwagą śledził właśnie jakiś wyjątkowo skomplikowany wykres.

Enrique skierował wzrok na przednie siedzenie.

background image

Jon  zauważył jego spojrzenie w lusterku i  uśmiechnął się  serdecznie. Enrique 

poczuł się lepiej i z wdzięcznością odwzajemnił uśmiech.

Nigdy  jeszcze  nie  spotkał  kogoś  takiego  jak  Jon.  Jon  Campbell  był  silny, 

szczery  i  odpowiedzialny.  Kiedy  się  było  obok  niego,  człowiek  miał  poczucie 

całkowitego bezpieczeństwa, uważał, że nie może stać się nic złego, ponieważ Jon 

Campbell jest w pobliżu. Promieniowała z niego pewność siebie i chęć czynienia 

dobra.

Niełatwo było Enrique'owi pogodzić się z tym, co Jon dla niego robił. Nie czuł 

się z tym dobrze. Jon zmusił go, żeby chwilowo rzucił pracę, utrzymując, że kiedy 

się rozchoruje i będzie musiał iść do szpitala, jego sytuacja jeszcze się pogorszy.

Enrique  wiedział,  że  Jon  ma  rację.  Przesadził,  pracując  ponad  siły,  przeliczył 

się,  sądząc,  że  wytrzyma  wszystko.  No  i  teraz  znalazł  się  na  łasce  obcych  ludzi. 

Kiedy tylko poczuje się trochę lepiej, znajdzie sobie pracę, wyprowadzi się z domu 

Jona i będzie znowu żył na własny rachunek.

Kiedy  jednak  przypominał  sobie  całą  nędzę  swojego  bytowania,  cuchnącą 

komórkę, w której mieszkał, i pracę ponad siły, brak czasu na naukę i nieustanny 

lęk przed tym, co może się zdarzyć – zamykał oczy i przestawał myśleć.

Zerknął  na  ciemną  głowę  Vanessy  i  pomyślał  o  jej  bracie.  Oboje  mają  tyle 

szczęścia w życiu, takiego ojca jak Jon i całkowicie zapewnioną przyszłość. Żadne 

z  nich  nie  znało  strachu  ani  głodu,  nie  musiało  się  ukrywać  i  harować  pod 

pokładem. Żyli w luksusie, którego on nie mógł nawet sobie wyobrazić.

Nie  zazdrościł  im,  nie  mógł  się  tylko  nadziwić,  dlaczego  oboje  są  tacy 

nieszczęśliwi.

Steven był nawet dla niego miły, starał się, ale rzadko bywał w domu. Schodził 

tylko  na  posiłki,  i  to  też  nie  zawsze.  Był  chmurny  i  milczący,  i  chociaż  Enrique 

wyczuwał,  że  syn  Jona  go  lubi,  to  nigdy  nie  odważył  się  zagadać  do  niego 

pierwszy.

Z Vanessa było inaczej. Dziewczyna po prostu go nie zauważała; w ogóle nie 

istniał  dla  tej  pięknej,  wyniosłej  bogini,  która  odzywała  się  do  wszystkich  jak  z 

łaski. Dałby wszystko, żeby pewnego dnia móc z nią porozmawiać, tak jak pewnie 

rozmawia  ze  swoimi  kolegami.  Tymczasem  Vanessa  spoglądała  na  niego 

obojętnym, chłodnym wzrokiem, a on zapominał języka w ustach i spuszczał oczy.

background image

Jon zatrzymał się przed szkołą i Vanessa wysiadła. Enrique patrzył, jak idzie z 

plecaczkiem  niedbale  przerzuconym  przez  ramię,  podchodzi  do  grupki  młodych 

ludzi, a potem znika w tłumie.

– Teraz ja będę jechał obok taty! Da mi poprowadzić!

Ari  wgramolił  się  na  przednie  siedzenie  z  książką  o  judo  pod  pachą.  Amy 

spojrzała na Enrique'a i uśmiechnęła się.

– Ricky, zobacz – powiedziała. – Barbie ma nawet telefon komórkowy.

– To wspaniale, będę mógł do niej zadzwonić?

Jon wjechał właśnie w alejkę prowadzącą na kampus. Amy przyłożyła telefon 

do głowy lalki.

– Halo, pani Barbie – zaczął Enrique. – Dzwonię z domu mody. Mamy tu dla 

pani odłożone dwadzieścia nowych sukienek. Kiedy pani przyjdzie je przymierzyć?

– O dziesiątej mam lekcję nurkowania, potem muszę poćwiczyć grę na gitarze, 

bo przygotowujemy się do koncertu rockowego. Wpadnę po lunchu.

– Po lunchu? – spytał Enrique głosem zaaferowanego subiekta. – Ale właśnie 

dostałem  wiadomość,  że  po  południu  musi  pani  przymierzyć  osiemnaście 

kostiumów kąpielowych.

Amy była zachwycona.

– W takim razie przełożę zajęcia z nurkowania. O której mam przyjść?

Dziewczynka  zaczęła  notować  w  maleńkim  notesiku  lalki,  a  Jon  w  lusterku 

spojrzał na Enrique'a i porozumiewawczo mrugnął okiem.

Wjechali na parking i zatrzymali się na miejscu przeznaczonym dla studentów. 

Bliźnięta pognały w stronę budynku, gdzie mieściła się ich klasa.

Kiedy Jon i Enrique weszli do sali wykładowej, prawie wszyscy już siedzieli na 

swoich  miejscach.  Doktor  Pritchard  rozdawała  właśnie  prace,  krótko  je 

komentując.

Wyglądała jeszcze ładniej niż zwykle. Miała na sobie elegancki szary kostium i 

jedwabną,  perłową  bluzkę.  Enrique,  który  nie  widział  jej  od  dwóch  tygodni, 

przystanął w progu, jakby porażony jej urodą.

–  Witamy,  witamy  –  powiedziała  tak  serdecznie,  że  zmieszał  się  jeszcze 

bardziej. – Bardzo nam pana brakowało. Jak pan się czuje?

Schylił głowę.

background image

–  Już  dobrze  –  powiedział  cicho  i  podał  jej  teczką  z  zaległymi  pracami.  –

Przepraszam,  że  oddaję  to  z  takim  opóźnieniem,  ale  wcześniej  nie  mogłem. 

Wszystko nadrobię.

–  Opóźnienie  jest  całkowicie  usprawiedliwione.  Przeczytam  wszystkie  pana 

prace i zwrócę je panu jak najszybciej. A co z lekturami? Przeczytał pan wszystko?

– Prawie, a Jon dał mi swoje notatki z wykładu, na którym nie byłem.

Doktor Pritchard spojrzała na Jona. Skłonił głowę.

– Dzień dobry panu.

– Dzień dobry pani. Czy może poprawiła już pani moją pracę?

Wzięła plik kartek i zaczęła szukać.

Enrique  mógłby  przysiąc,  że  widzi,  jak  jej  ręce  drżą,  a  twarz  nagle  blednie. 

Czuł  promieniujące  z  niej  zdenerwowanie  i  napięcie.  Z  jakiegoś  niewiadomego 

powodu zawsze się tak zachowywała, kiedy Jon Campbell był w pobliżu. Enrique 

nie mógł zrozumieć, jak ktoś taki jak Jon może na kogoś tak źle działać.

Podała mu jego pracę i zaczęła rozmawiać z innymi studentami. Jon i Enrique 

usiedli na swoich miejscach.

– Nic nie napisała. – W głosie Jona brzmiało rozczarowanie. – Zupełnie nic, nie 

poprawiła ani jednego słowa. Tylko postawiła stopień.

– A jaki? – Enrique zajrzał mu przez ramią.

–  Piątkę  –  odparł  Jon,  ze  zdziwieniem  patrząc  na  kartkę  trzymaną  w  ręku.  –

Nigdy nie dostałem u niej tak dobrej oceny. Coś w tej pracy musiało się jej bardzo 

podobać.

– Camilla czuła cały czas utkwione w siebie spojrzenie mężczyzny siedzącego 

na  końcu  sali.  To  Jon  Campbell  nie  spuszczał  z  niej  wzroku.  Z  trudem 

sformułowała temat wykładu.

Teraz,  kiedy  przeczytała  jego  pracę  i  wiedziała  już,  jak  bardzo  przeżył  tamto 

spotkanie sprzed lat, mogła spodziewać się wszystkiego.

Szybko  skończyła  mówić,  poprosiła,  żeby  studenci  zapisali  swoje  uwagi  i 

komentarze, i wyszła z sali.

Opuściła  instytut  literatury,  nie  zaglądając  nawet  do  swego  gabinetu.  Chciała 

jak  najszybciej  znaleźć  się  poza  zasięgiem  wzroku  Jona,  odejść  jak  najdalej  od 

niego, uciec.

background image

Szybkimi krokami skierowała się do swego sanktuarium.

Elton leżał na plamie słońca i wygrzewał się. Uniósł głowę na powitanie i cicho 

miauknął. Potem podniósł się, podbiegł do niej i zaczął się ocierać ojej nogi.

Podniosła go z podłogi, przytuliła i usiadła w fotelu, nie wypuszczając  kota ż 

objęć. Elton natychmiast zaczął mruczeć.

Może  należy  wreszcie  powiedzieć  prawdę,  wyrzucić  wszystko  z  siebie  i 

wynieść się gdzieś na koniec świata? Może to jedyny ratunek, każdy psycholog to 

powie. Tłumienie stresujących przeżyć pogarsza tylko sytuację.

Wiedziała o tym, ale nie była w stanie podjąć decyzji. Tamte straszne sprawy 

nie chciały jej przejść przez usta. Nie wyobrażała sobie nawet, że może usiąść i po 

prostu je komuś opowiedzieć.

– Nigdy tego nie zrobię, Elton – szepnęła, tuląc kota do siebie. – Nigdy. Prędzej 

umrę, naprawdę raczej umrę, niż to powiem.

W czasie tych wszystkich lat jakaś cząstka niej samej uwierzyła w mimowolną 

mistyfikację;  Camilla  Pritchard  nieświadomie  akceptowała  do  pewnego  stopnia 

kłamstwo o sobie samej. Czasami naprawdę myślała, że urodziła się i wychowała 

w zamożnym domu, w dobrej rodzinie, wśród zbytku i szlachetnych uczuć.

A  może  po  prostu  mała,  biedna  Callie,  skrzywdzona,  zagłodzona  i 

nieszczęśliwa,  tak  długo  spychana  była  w  niepamięć,  że  Camilla  Pritchard 

naprawdę uwierzyła, że tamta dziewczynka umarła.

Callie jednak żyła; żyła w pamięci Jona Campbella. Dopóki ten mężczyzna ją 

pamięta,  Callie  jest  żywą  istotą  z  krwi  i  kości.  Upodlenie  mające  świadka  nie 

kończy się nigdy. Pojawienie się tego człowieka stało się zwiastunem końca świata 

Camilli  Pritchard.  Starannie  Wznoszona  całymi  latami  budowla  runęła  nagle  z 

trzaskiem.

Gwałtownie wstała. Elton, zrzucony na podłogę, podniósł się i spojrzał na nią z 

wyrzutem.

–  Przepraszam,  kochanie  –  powiedziała  i  podrapała  go  za  uchem.  –

Przepraszam, ale muszę coś zrobić.

Jak  automat  skierowała  się  do  korytarza,  otworzyła  szafę  w  ścianie  i  zaczęła 

czegoś szukać na półkach. Pod stertą zimowych ubrań wymacała jakiś przedmiot.

background image

Wyciągnęła starą, płócienną, czerwoną torbę; spłowiała i wyblakłą od słońca i 

deszczu.

Przez  te  wszystkie  lata  miała  ją  przy  sobie;  zachowała  ją  jako  jedyne 

wspomnienie  swojego  dzieciństwa.  Torba  towarzyszyła  jej  zawsze.  Była  z  nią  w 

pierwszych  trudnych  miesiącach  i  latach,  jakie  nastąpiły  po  ucieczce  z  motelu. 

Nosiła w niej cały swój majątek, wędrując po internatach; trzymała w niej ubrania 

na  zmianę,  kiedy  szła  z  pracy  do  pracy,  żeby  zarobić  na  studia;  nosiła  w  niej 

książki i skrypty.

Nawet kiedy jej życie całkiem się zmieniło i zawinęła wreszcie do spokojnego 

portu w miasteczku uniwersyteckim w Calgary, nie wyrzuciła jej. Nie potrafiła tego 

zrobić.  Stara,  płócienna  torba  była  przecież  jedynym  wspomnieniem  kilku 

szczęśliwych dni w jej życiu. Kilku dni spędzonych z Jonem, jedynym mężczyzną, 

którego kochała.

Kupił ją dla niej. Nie mogła jej wyrzucić.

Teraz torba stała się dowodem, który może jej zaszkodzić: Niewinny, płócienny 

worek może ściągnąć na nią nieszczęście. Musi jak najszybciej się go pozbyć, nie 

bacząc na sentymenty.

Dzieci Jona często bywają w jej domu. Jedno z nich gotowe zajrzeć do szafy w 

korytarzu. Znajdzie torbę i powie o tym ojcu, i wtedy on...

Wiedziała, że to graniczy z manią  prześladowczą, że zachowuje się jak osoba 

chora  psychicznie,  a  jej  myślenie  nosi  znamiona  ciężkiej  obsesji,  ale  nie 

zastanawiała się nad tym. Musi działać natychmiast. Wybiegła z mieszkania z torbą 

w ręku, otworzyła drzwi wiodące do zsypu i wrzuciła ją w czarną otchłań.

Stała potem przez chwilę, patrząc w otwór, w którym zniknęła torba, po czym 

powoli  wróciła  do  siebie,  starannie  umyła  ręce  i  zaczęła  się  przygotowywać  do 

kolejnego wykładu.

Tylko jeden semestr, pomyślała.

W przyszłym semestrze Jon Campbell i Steven przeniosą się na inny kurs, a ona 

zmieni  temat  swojej  książki  o  percepcji  i  już  nie  będzie  się  musiała  spotykać  z 

bliźniakami.  Pod  jakimś  pozorem  oświadczy  Gwen,  że  chwilowo  zawiesza  swój 

udział w zajęciach dla wyjątkowo uzdolnionych dzieci. Gwen oczywiście nieco się 

zdziwi, ale nic nie powie.

background image

Wszystko wróci do normy i będzie sobie dalej żyć w ciszy i spokoju, w swojej 

wieży z kości słoniowej.

Nigdy już nikogo z nich nie zobaczy. Nigdy.

Jeszcze tylko kilka miesięcy i wszystko się ułoży. Rodzina Jona Campbella i on 

sam znikną z jej życia.

Tego samego  dnia po  południu Camilla zabrała bliźnięta na  zwykłe zajęcia w 

swym  gabinecie.  W  tym  tygodniu  pracowali  nad  zagadnieniem  selekcji: 

pokazywała  im  jakiś  przedmiot  i  wymieniała  kilka  symboli,  a  one  dobierały 

najodpowiedniejszy z nich i dopasowywały go do danego przedmiotu, odrzucając 

inne.

Praca  była  bardzo  ciekawa  dla  obu  stron,  bo  bliźnięta  miały  zupełnie 

nieoczekiwane  skojarzenia,  a  co  ważniejsze,  potrafiły  je  logicznie  analizować, 

argumentując  tak  sensownie,  że nawet  najbardziej absurdalne propozycje stawały 

się prawdopodobne.

–  W  tym teście  nie  ma złych  i  dobrych odpowiedzi  –  powiedziała Camilla.  –

Liczy się tylko logiczne myślenie. Każdy może bronić swojego punktu widzenia.

Kiedy  Ari  wybiera pomarańczę,  a  Amy  piłkę  plażową,  to  obie odpowiedzi  są 

słuszne, jeśli każde z was potrafi właściwie uzasadnić swój wybór.

– Przecież piłka plażowa to głupota! – zbuntował się Ari. – Ona nawet nie ma 

skórki.

– Oczywiście, że ma – wyjaśniła poważnie Amy. – To, co widzisz na wierzchu, 

to jest jej skórka. Reszta jest powietrzem.

Ari uderzył dłonią w stolik.

– Głupia jesteś! To nie skórka! To piłka, właściwa piłka!

– Nie zachowuj się tak, Ari – zwróciła mu uwagę Camilla spokojnym głosem. –

Musisz  opanować  sztukę  intelektualnej  dyskusji  i  rozmawiać  tak,  jak  to  czynią 

ludzie cywilizowani.

– A co to takiego? – spytał z zainteresowaniem chłopiec.

–  Sztuka  dyskutowania  polega  na  spokojnym,  dokładnym  formułowaniu 

argumentów i przedstawianiu ich w sposób nie obrażający oponentów.

Pogładziła go po głowie. Spojrzał na nią z prośbą w oczach.

background image

– Będziemy mogli teraz pójść do pani do domu i pobawić się z kotami?

Camilla spojrzała na zegarek.

–  Zrobiło  się  późno,  kochanie.  Za  pół  godziny  przyjdzie  po  was  Margaret  i 

pójdziecie do siebie. Zresztą Madonny chyba nie ma; wyszła rano poznawać świat.

–  Dlaczego Elton  nigdy nie  wychodzi poznawać świata? –  zapytała poważnie 

Amy, wyjmując z tornistra lalkę Barbie.

– Ponieważ Elton jest kotem domowym.

– Tak jak pani – powiedział Ari. – Camilla też jest domowym kotem.

– Ja?

–  Tak.  Tatuś  mówi,  że  pani  nigdy  nigdzie  nie  wyjeżdża,  nigdy  nigdzie  nie 

wychodzi, tylko  siedzi w  domu  i  pracuje. Nawet mieszka pani niedaleko miejsca 

pracy.

Camilla w zamyśleniu spojrzała na chłopca.

– A czy to źle? – zapytała.

– Pomyśleliśmy, że należą się pani wakacje. – Amy odwróciła głowę od lalki. –

Chcemy panią zaprosić do nas na ranczo. Tatuś mówi, że powinna pani pojechać.

W jej głowie rozległ się dzwonek alarmowy.

– Dlaczego tak myślicie? – zapytała pozornie obojętnym tonem.

– Po prostu dlatego, że będzie miło, a dzieci będą bardzo szczęśliwe – odezwał 

się jakiś głos.

Camilla drgnęła i zobaczyła Jona Campbella, stojącego w drzwiach gabinetu.

– Cześć, tato.

– Witaj, synku.

Jon wszedł i usiadł przy małym stoliku, z trudem chowając swoje długie nogi.

– Czy w czymś przeszkodziłem?

Camilla przecząco pokręciła głową.

– Nie. Już skończyliśmy lekcję, teraz tylko tak sobie gawędzimy.

– Witaj, maleńka. – Jon spojrzał na córkę. – Co się stało?

– Ari powiedział, że jestem strasznie głupia, bo wybrałam piłkę plażową, a nie 

pomarańczę.

Jon złapał syna za nogę, krzywiąc się złowrogo.

– Naprawdę ośmieliłeś się powiedzieć, że twoja siostra jest głupia?

background image

Ari roześmiał się, próbując wyszarpnąć nogę.

– Camilla mówi, że muszę się nauczyć dyskutować w cywilizowany sposób.

–  Twoja  nauczycielka  ma  rację.  Najwyższy  czas,  żebyś  opanował  tę  sztukę. 

Spojrzał na Camillę z uśmiechem w oczach. Odwróciła wzrok i podeszła do biurka, 

żeby uporządkować papiery.

– Skoro przyszedł pan po dzieci, to chyba możemy już kończyć...

– Właściwie przyszedłem tutaj w innym celu. Przyszedłem, żeby potwierdzić i 

poprzeć ich zaproszenie.

Poczuła utkwione w sobie trzy pary oczu. Trzy wyczekujące spojrzenia.

– Jakie zaproszenie?

–  Chcieliśmy  prosić,  żeby  pojechała  pani  z  nami  na  ranczo  w  ten  weekend. 

Rozmawialiśmy  o  tym  i  doszliśmy  do  wniosku,  że  za  dużo  pani  pracuje  i  musi 

trochę odpocząć.

– Ale ja... – zaczęła bezradnie – mam mnóstwo pracy. Muszę... napisać artykuł 

i...

–  Nic  się  chyba  nie  stanie,  jeśli  trochę  pani  odpocznie.  Przecież  to  Święto 

Dziękczynienia, zapomniała pani?

Wskazał  ręką  kalendarz,  na  którym  zaznaczone  było  święto,  w  Kanadzie 

przypadające na drugi weekend października.

– Wszyscy wyjadana trzy dni, kampus opustoszeje. Doszliśmy do wniosku, że 

pani też powinna gdzieś wyjechać.

Złożyła książki i uniosła papierowy stos obronnym ruchem, jakby się chciała od 

nich odgrodzić wyimaginowanymi obowiązkami. Rozpaczliwie szukała rozsądnych 

argumentów, ale nic nie przychodziło jej do głowy.

– Byłoby akurat tyle osób, co trzeba – powiedziała Amy. – W samolocie tatusia 

mieści się sześciu pasażerów, a nas byłoby właśnie sześcioro.

– Sześcioro? – powtórzyła Camilla. Amy zaczęła liczyć na palcach.

– Tatuś, ja, Ari, Ricky, Van i pani.

– Steven nie pojedzie? A Margaret?

– Steven nigdy teraz już z nami nie jeździ. Nie chce. Mówi, że nie ma ochoty, a 

do  Margaret  przyjeżdża  narzeczony.  Przyjadą  na  ranczo  dopiero  potem, 

samochodem Eddiego. Będą mieli trochę czasu, żeby pobyć sam na sam.

background image

Rozejrzała się bezradnie, nie wiedząc, jaką znaleźć wymówkę.

– A kto jeszcze pojedzie?

– Ricky i Van. – Amy wyjęła maleńki grzebień i zaczęła czesać srebrne włosy 

lalki.

Camilla pytająco spojrzała na Jona.

– Moja córka, Vanessa – wyjaśnił – i Enrique. Nigdy jeszcze nie był na ranczo.

Gorączkowo  szukała  wyjścia;  Jon  patrzył  na  nią  i  czekał  spokojnie 

uśmiechnięty.

–  Bardzo  dziękuję...  Naprawdę  to  bardzo  miło...  ale  ja  nie  mogę...  To 

niemożliwe.

Oczy Amy wypełniły się łzami.

– Amy, kochanie, co się stało? – zapytała przestraszona.

Amy zerwała się z krzesła i podbiegła do ojca. Przytuliła się do niego i zaczęła 

szlochać.

– Amy jest bardzo rozczarowana – wyjaśnił Jon i poklepał córeczkę po plecach. 

–  W  niedzielę  są  ich  urodziny  i  chcieli,  żeby  pani  na  nich  była.  To  miała  być 

niespodzianka.

– Janie...

Camilla spojrzała na łkającą dziewczynkę, a potem przeniosła wzrok na smutną 

twarz chłopca.

– Dobrze, pojadę – powiedziała z determinacją.

Łzy Amy natychmiast wyschły, jakby osuszył je upalny wiatr. Przebiegła pokój 

i wskoczyła Camilli na kolana.

– Pokażemy pani nasze kucyki – zaczęła szybko wyliczać – nasze małe koniki i 

różne  zwierzęta,  które  mieszkają  w  różnych  dziwnych,  tajemniczych  miejscach. 

Będzie cudownie!

Camilla przytuliła ją lekko i zapatrzyła się przed siebie. Od dawna już nigdzie 

nie wyjeżdżała, nie miała wakacji ani dni wolnych; może rzeczywiście powinna raz 

zrobić coś dla przyjemności...

Tylko  żeby  ten  jej  pierwszy  od  tylu  lat  wyjazd  nie  musiał  odbywać  się  w 

towarzystwie mężczyzny, którego rozpaczliwie pragnęła unikać...

background image

Rozdział 9

Steven  Campbell  siedział  w  kącie  brudnej  knajpki  i  patrzył,  jak  siedzący 

naprzeciw niego Zeke kreśli plan akcji na papierowej serwetce.

– To łatwizna – oznajmił Zeke i spojrzał na chłopaków siedzących przy stoliku. 

– Wbiegamy do monopolowego o północy, właśnie kiedy mają zamykać. Robimy, 

co trzeba, a potem z forsą lecimy tam, gdzie czeka Steve, wskakujemy do wózka i 

po krzyku. Tyle że się trochę przebiegniemy.

Zeke  miał  tłuste,  długie  włosy  zebrane  w  kitkę;  na  jego  karku  widniał  duży 

tatuaż,  przedstawiający  syrenę.  Syrena  zawsze  im  bardzo  imponowała,  bo 

wiedzieli,  że  tatuaż  na  karku  świadczy  o  wyjątkowej  wytrzymałości,  jako  że  ta 

część ciała jest niezwykle wrażliwa na dotyk igły, a do tego groźba infekcji jest tam 

największa.

Zeke w ogóle był kimś nadzwyczajnym. Uwielbiał ryzyko, niczego się nie bał, 

niczym się nie przejmował, i żył z dnia na dzień. Jego skłonność do ryzykanctwa i 

granicząca z brawurą odwaga robiły na Stevenie wielkie wrażenie.

Kiedy  był  z  Zekiem,  wiedział,  że  wszystko  może  się  zdarzyć;  świat  nagle 

rozszerzał  swoje  granice,  znikały  reguły,  niepodzielnie  zaczynało  panować 

wyzwanie.  Poczucie,  że  wszystko  jest  możliwe,  przynosiło  mu  pewną  ulgę  i 

łagodziło ból, który od pewnego czasu stale mu towarzyszył.

–  To  straszny  kawał  drogi.  Po  co  mamy  tyle  biegać?  –  zapytał  płaczliwym 

głosem Szybkostrzelny, gruby nastolatek, o okrągłej twarzy i złamanym nosie.

Był  powolny,  rozlazły  i  starannie  unikał  fizycznego  wysiłku;  dlatego  właśnie 

nazywali go Szybkostrzelnym.

Zeke czknął i zrobił oko do Howiego, siedzącego na ławie obok Stevena.

Howie  był  najmłodszy  w  grupie.  Drobny,  chudy,  rudowłosy,  przypominał 

małego  demona.  Był  o  kilka  miesięcy  młodszy  od  Stevena;  słynął  ze  stalowych 

nerwów  i  bezinteresownego  okrucieństwa.  Steven  czuł  do  niego  coś  w  rodzaju 

odrazy i właściwie się go bał.

Howie  był  typem zdolnym  z  zimną  krwią  zamordować  kota  lub  psa  –  tak  po 

prostu, dla zabawy, kiedy nikt nie patrzył. Przedłużanie męki zwierzęcia sprawiało 

background image

mu dodatkową przyjemność, której najczęściej nie potrafił sobie odmówić.

Steven nieraz próbował o nim rozmawiać z Zekiem. Szef grupy wyśmiał  jego 

zastrzeżenia.

–  Howie  to  pistolet  –  powiedział.  –  Napluje  glinie  w  twarz  i  nawet  oka  nie 

zmruży. Potrzebny nam taki facet jak on. A ty taki nie jesteś – dodał i spojrzał na 

niego ironicznie. – Ty jesteś taki grzeczniutki, że można się porzygać. Jak Howie ci 

przeszkadza, to spadaj.

Steven nie chciał spadać. Był wprowadzony w ich plan, akceptował go i chciał 

wziąć udział w akcji. Zachował obawy dla siebie i w milczeniu podporządkował się 

poleceniom Zeke'a, Teraz pochylił się nad stołem i spojrzał na rysunek.

– Gdzie mam na was czekać, jak tam pójdziecie?

– Staniesz sobie za rogiem na Dwunastej Alei obok przejazdu. Po skończonej 

robocie walimy do ciebie, wskakujemy do gabloty i rozpływamy się w powietrzu.

– A co będzie, jeśli ktoś mnie zauważy, zapamięta numer rejestracyjny i gliny 

za nami pojadą?

Zeke niedbale machnął ręką.

–  Jak  wszystko  dobrze  zrobisz,  to  nikt  cię  nie  przyuważy.  Będzie  ciemno  i 

dobrze  się  przyczaisz.  A  co?  Masz  cykora?  Nerwy  puściły  nadzianemu 

chłopaczkowi?

Wszyscy na niego spojrzeli i Steven się zmieszał.

– Nerwy mam tak samo dobre jak wy – rzekł opanowanym głosem. – Po prostu 

chcę wiedzieć, co i jak. Muszę znać wszystkie szczegóły akcji.

– O to się nie martw, nie twoja głowa. – Howie spojrzał na niego spod oka. –

Im  mniej  wiesz,  tym  lepiej.  Zeke  myśli  o  wszystkim.  Ty  masz  tylko  podstawić 

swój wózek i spokojnie czekać, nadziany chłopaczku.

Steven nie zwrócił na niego uwagi.

– Musicie mi przyrzec, że nie zatrzymacie tych pieniędzy dla siebie – zwrócił 

się do Zeke'a. – W przeciwnym razie wycofuję się; mówiłem wam już.

Howie  i  Szybkostrzelny  wymienili  błyskawiczne  spojrzenia.  Zeke  spojrzał  na 

Stevena; w jego oczach malowała się cała niewinność świata.

–  O  co  ci chodzi? Przerabialiśmy to  przecież  ze sto  razy.  Cała forsa z  roboty 

idzie  na  bezdomne  dzieciaki.  Zatrzymujemy  tylko  tyle,  żeby  pokryć  wydatki.  To 

background image

wszystko.

–  Musicie  mi  przysiąc  –  powtórzył  Steven  z  uporem  w  głosie  –  musicie  mi 

wszyscy przyrzec, że całą forsę zaraz oddajemy potrzebującym. Dajcie słowo.

Zeke rozejrzał się po kompanach.

– Słyszycie, chłopaki? Dajcie mu słowo, że żaden nie tknie tej forsy.

–  Forsa  idzie  na  dzieciaki  z  ulicy,  żeby  sobie  mogły  kupić  żarcie  i  łachy  –

oświadczył uroczyście Szybkostrzelny. – No nie, Howie?

Howie  nie  podniósł  głowy;  kreślił  paluchem  jakieś  wzory na  blacie  brudnego 

stolika.

–  Jasne  –  mruknął  –  kto  by  brał  te  forsę.  Bendziemy  jak  te  Robin  Hoody. 

Zabierzemy bogatym i damy biednym.

Steven skinął głową. Wiedział, że się z niego nabijają, ale próbował im wierzyć. 

Przecież dali słowo... Wypad, którego mieli dokonać, stanowił dla niego początek 

drogi, pierwszy krok do sprawiedliwego rozdziału dóbr, o którym tyle pisali Marks 

i Engels.

Wstał od stolika.

– Muszę iść, zobaczymy się później.

Zeke rozejrzał się i szeptem wydał ostatnie polecenia.

–  Spotykamy  się  za  dwa  tygodnie.  Robotę  odwalamy  o  północy,  kiedy 

przychodzi  nowa  dostawa,  a  kasjer  robi  kasę.  Reszta  jest  wtedy  na  zapleczu, 

rozpakowują skrzynie. Nie zapomnij, Steve.

– Nie zapomnę.

Czuł  się  silny  i  ważny.  Nareszcie  miał  zrobić  coś  konkretnego.  Jego  plany 

dotyczące naprawy świata zaczynały się urzeczywistniać.

Wyszedł  z  restauracji,  wsiadł  do  swego  żółtego  mustanga  i  skierował  się  w 

stronę kampusu. Jest jeszcze wcześnie, zdąży wziąć książki z biblioteki, ..

Prowadząc samochód, zastanawiał się nad ironią losu.

Jest buntownikiem, człowiekiem wyjętym spod prawa, rewolucjonistą. Za dwa 

tygodnie ma wziąć  udział w pierwszej prawdziwej  akcji, A jednocześnie gra rolę 

posłusznego  synka,  pilnego  studenta,  który  o  zmroku  jedzie  na  uniwersytet,  bo 

musi  jeszcze  wypożyczyć  kilka  książek.  Wszystko  po  to,  żeby  tatuś  był 

zadowolony.

background image

Zacisnął dłonie na kierownicy, aż pobielały palce.

Myśl  o  ojcu  sprawiła  mu  przykrość.  Widział  przed  sobą  jego  przenikliwe, 

niebieskie oczy, czuł dotyk silnych rąk.

Jon Campbell nigdy nie zrozumie, co zamierza zrobić jego syn.

Wszystko dlatego, że Jon Campbell nigdy nie zaznał nędzy. Nie ma pojęcia, jak 

cierpią  bezdomni,  i  jak  bardzo  potrzebują  pomocy  dzieci,  które  nie  mają  domu.

Tacy ludzie jak on całe życie spędzają w dobrobycie, o nic nie muszą się martwic, 

dlatego nie rozumieją problemów, jakie dzielą świat.

Przypomniał  sobie  przezwisko,  którym  obdarzają,  go  koledzy:  „nadziany 

chłopaczek".  Myślą,  że  jest  taki  sam  jak  cała  jego  rodzina.  Dobrze,  już  niedługo 

przekonają się, jak bardzo się mylili.

Zaparkował na parkingu dla studentów i poszedł do biblioteki. Powoli wszedł 

między  półki  z  książkami  i  wybrał  kilka  tomów;  zajrzy  do  nich  w  domu.  Potem 

podszedł do katalogu, żeby odszukać kilka tytułów z literatury angielskiej.

Kiedy  od  niego  odchodził,  mało  brakowało,  a  zderzyłby  się  z  nadchodzącą 

właśnie osobą.

Gdy  uniósł  oczy,  zobaczył  doktor  Pritchard.  Stała  przed  nim  z  naręczem 

książek.

– Dzień dobry – powiedziała.

– Dzień dobry – odparł, nie patrząc na nią. Spojrzała na tomy, które trzymał w 

ręku.

– Znalazł pan jeszcze jeden egzemplarz „Targowiska próżności", to świetnie –

zauważyła z uśmiechem. – Myślałam, że już żadnego nie ma.

Chciał  jak  najszybciej  zostać  sam,  ale  pani  profesor  jest  taka  miła,  że  byłoby 

niegrzecznie  pożegnać  się  i  po  prostu  odejść.  Przypomniał  sobie,  jak  Zeke 

powiedział,  że  „nadziany  chłopaczek"  jest  taki  grzeczniutki,  że  można  się 

porzygać.

– Już to kiedyś czytałem – powiedział po chwili. – Chciałem jeszcze raz rzucić 

okiem i trochę sobie przypomnieć.

– Rozumiem. – Zawahała się i spojrzała na zegarek.

Stała  przed  nim  piękna  i  elegancka,  ubrana  w  wytworny  kostium,  szczupła  i 

dziewczęca. Nie  mógł tego nie  dostrzegać. Doktor Pritchard jest osobą  naprawdę 

background image

wyjątkową.

Nie  tak  jak  jego  matka,  w  której  wszystko  było  obliczone  na  pokaz. 

Wyzywające  zachowanie,  ubiór,  sposób  bycia...  Męczący  sposób  bycia  osoby 

uwielbiającej zwracać na siebie uwagę.

– Chyba będę musiał się pożegnać – powiedział niepewnym tonem. – Jest już 

późno, a mam dużo pracy.

–  A  może  mógłby pan  poświęcić mi kilka  minut? Chciałam  pana  zaprosić  na 

kawę do klubu. Usiądziemy na chwilę i porozmawiamy.

Propozycja  była  tak  niespodziewana,  że  prawie  zaniemówił.  Doktor  Pritchard 

na ogół nie spoufalała się ze studentami.

–  To  nie  potrwa  długo  –  dodała,  widząc,  że  się  waha,  i  odstawiła  kilka  z 

trzymanych w ręku książek na półkę. – Chciałam o czymś z panem porozmawiać.

Steven miał szczerą ochotę odmówić, ale się bał. Doktor Pritchard może się do 

niego zrazić i postawić mu ocenę niedostateczną, a wtedy będzie miał do czynienia 

z  ojcem;  tego  zaś  za  wszelką  cenę  pragnął  uniknąć.  Mimo  całej  swojej 

rewolucyjności  i  determinacji,  ta  perspektywa  stale  jeszcze  wyprowadzała  go  z 

równowagi.

Najgorsze  było  to  spojrzenie.  Kiedy  ojciec  patrzył  na  niego  z  dezaprobatą  i 

rozczarowaniem, Steven czuł, że zapada się pod ziemię. Ogarniał go ból i rozpacz, 

miał ochotę się rozpłakać. Nigdy oczywiście tego nie okazywał, ale nadal bardzo 

się liczył ze zdaniem ojca.

– Z przyjemnością – powiedział. – Oczywiście.

Camilla  Pritchard uśmiechnęła  się  i  podeszła do  kontuaru, gdzie  rejestrowano 

wynoszone z biblioteki książki. Okazała kartę pracownika naukowego i poczekała 

chwilę, aż bibliotekarka zanotuje książki Stevena.

Poszedł  za  nią  na  drugą  stronę  korytarza,  gdzie  mieścił  się  klub  studencki, 

zastanawiając się, o co  może  jej  chodzić. Za  ostatnie wypracowanie  dostał ocenę 

dobrą,  nie  miał  żadnych  zaległości,  doktor  Pritchard  nie  mogła  mieć  żadnych 

zastrzeżeń do jego pracy. Nie miał pojęcia, czego może dotyczyć ta rozmowa.

Może chodzi o bliźnięta? Od pewnego czasu nie przestają o niej mówić,  stała 

się dla nich wzorem i absolutną wyrocznią. A może chodzi o Enrique'a Valerosa, 

tego chłopca, który z niewiadomych przyczyn mieszka u nich od kilku tygodni?

background image

Zaprowadziła go do stolika w głębi, obok okna, za którym rozciągały się pola 

golfowe, zaróżowione blaskiem zachodzącego słońca.

– Tu chyba będzie dobrze, prawda?

– Doskonale.

–  Przyniosę  nam  coś  do  picia.  –  Odwróciła  się  w  stronę  kontuaru.  –  Co  pan 

woli? Kawę czy coś zimnego?

– Jeśli można to kawę.

Nigdy nie oduczy się tego ugrzecznionego tonu syneczka tatusia.

– Z mlekiem i cukrem?

– Nie, bardzo proszę czarną.

Uśmiechnęła się do niego, wprawiając go w jeszcze większe zmieszanie. Mimo 

wieku, była naprawdę bardzo piękną kobietą. Nieważne, ciekawe, o co jej chodzi...

Wróciła  z  dwoma  plastikowymi  kubeczkami  kawy,  usiadła  naprzeciw  niego  i 

spokojnie upiła łyk.

– Wypiłam już tutaj jakiś milion filiżanek kawy, może więcej – powiedziała – i 

zawsze mam wrażenie, że to przypomina mieszankę melasy i mułu rzecznego. Ale 

nie mogę się powstrzymać i piję to nadal.

Steven skinął głową. Tego dnia los płatał mu figla za figlem. Przecież jeszcze 

przed  chwilą  siedział  w  brudnej  knajpie,  planując  skok  na  sklep  monopolowy  z 

kumplami należącymi do marginesu społecznego, do społecznych dołów, o jakich 

doktor Pritchard nawet nie miała pojęcia.

Przypomniały  mu  się  wszystkie  uniwersyteckie  plotki  dotyczące  siedzącej 

naprzeciw  niego  kobiety.  O  tym,  że  wychowała  się  w  niezwykle  bogatej, 

arystokratycznej rodzinie, że zawsze żyła w luksusie, wśród wytwornych, sławnych 

ludzi... Nic dziwnego, że ma tak swobodny i ufny sposób bycia.

Camilla Pritchard uosabiała wszystko to, czego Steven najbardziej nienawidził. 

Sytą  pewność  siebie  osoby,  której  wszystko  w  życiu  przychodzi  z  nie  zasłużoną 

łatwością;  brutalny  dowód  społecznej  niesprawiedliwości  i  wykorzystywania 

uprzywilejowanej sytuacji...

–  Chciałam  panu  powiedzieć,  że  w  tym  tygodniu  czeka  mnie  bardzo 

interesujące  spotkanie  towarzyskie  –  oznajmiła  i  z  lekkim  niesmakiem  odstawiła 

kubeczek.

background image

Spojrzał  na  nią  ze  zdziwieniem.  Co  go  mogą  obchodzić  jej  towarzyskie 

zobowiązania! Uśmiechnęła się ponownie.

– Mam jechać na wasze ranczo z całą rodziną.

Steven szeroko otworzył oczy. A jednak udało się jej go zaskoczyć...

– Na nasze ranczo? Do Saskatchewan?

– Na to się zanosi. Bliźnięta nie chciały nawet słyszeć, żebym odmówiła.

–  Te  to  potrafią  postawić  na  swoim...  –  Steven  wypił  łyk  kawy.  Był  tak 

zdumiony,  że  nawet nie  poczuł  jej  smaku.  –  To  mają  być  ich  urodziny,  prawda? 

Zupełnie o tym zapomniałem.

W głosie doktor Pritchard brzmiało coś dziwnego.

– Na pewno nie chce pan jechać ze wszystkimi? – zapytała jakby z nadzieją. –

Wiem, że w samolocie ojca jest miejsce tylko dla sześciu osób, gdyby jednak pan 

się zdecydował, ja zawsze mogę zrezygnować.

Steven pokręcił przecząco głową.

– Nie, dziękuję, wszystko w porządku. Mam już pewne plany na ten weekend. 

Zresztą dzieciaki za panią przepadają. Gdyby teraz zmieniła pani decyzję, dałyby 

wszystkim nieźle w kość.

Spojrzał na nią z obawą, że uraził ją zbyt kolokwialnym wyrażeniem. Camilla 

spojrzała na niego porozumiewawczo.

–  Chyba  jestem  w  stanie  to  sobie  wyobrazić.  One  naprawdę  potrafią  dać  w 

kość.

Napiła się kawy i zapatrzyła w okno. Zapadła niezręczna cisza.

– Podoba się panu tutaj, Steven?

Poczuł na sobie życzliwe spojrzenie jej niebieskich oczu.

– Dobrze panu tutaj?

Zamrugał powiekami.

– Całkiem nieźle.

– Jest pan bardzo dobrym studentem. Co ma pan zamiar robić dalej? Myślał pan 

już o jakiejś specjalizacji?

Myślał, oczywiście, że myślał. Jego największym marzeniem było wyrwać się 

stąd jak najszybciej, skończyć z całą tą donikąd nie prowadzącą farsą, i wyjechać. 

Ruszyć  w  świat  i  zobaczyć,  jak  żyją  ludzie.  Może  wstąpić  do  Korpusu  Pokoju, 

background image

pojechać do jakiegoś biednego kraju i uczyć dzieci czytać i pisać.

Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Powiedzenie prawdy oczywiście 

nie wchodzi w rachubę. Doktor Pritchard jest za bardzo zaprzyjaźniona z całą jego 

rodziną, żeby usłyszeć szczerą odpowiedź.

–  Jeszcze  nie  wiem.  Może  zacznę  studiować  socjologię  –  odparł  wymijająco, 

nie patrząc jej w oczy.

– Interesuje się pan strukturami społecznymi?

–  Coś  w  tym  stylu.  Chciałbym  się  dowiedzieć  więcej  o  specyfice 

poszczególnych  klas  społecznych  i  o  tym,  jak  dokonuje  się  rozdział  dóbr  na 

świecie.

Chyba  za  dużo powiedział.  Nigdy  nikomu nie  mówił takich  rzeczy w  obawie 

przed śmiesznością i ewentualnymi trudnymi pytaniami.

Doktor Pritchard wcale się nie roześmiała, i chyba nie zamierzała mu zadawać 

trudnych pytań. Uniosła kubek z kawą.

–  Tak  właśnie  myślałam,  po  przeczytaniu  pana  pracy.  Ma  pan  bardzo 

interesujące poglądy i sprawnie je wypowiada.

Sprawiła mu przyjemność, ale nie okazał tego. Chwali go, bo chce go urobić i 

namówić do wstąpienia do koła naukowego albo jakiegoś innego nudziarstwa.

Następne  słowa  doktor  Pritchard  były  jednak  tak  dziwne,  że  przez  chwilę 

sądził, że się przesłyszał.

Patrzył na nią, czując, że krew odpływa mu z twarzy.

– Chyba nie dosłyszałem, przepraszam... Co pani... powiedziała?

–  Zapytałam,  od  jak  dawna  znasz  Zeke'a  i  Szybkostrzelnego?  –  powtórzyła 

spokojnie.

W dalszym ciągu nie wierzył, że ją zrozumiał. Chyba jednak się przesłyszał...

– Skąd pani... Jak...

Na jej twarzy ukazał się smutny uśmiech.

– Nieważne, skąd ani jak. Mam pewne źródła informacji, Steve. Jak rozumiem, 

poznałeś ich tego lata, kiedy się tu przeprowadziłeś, tak?

Poczuł  się  tym  bardziej  nieswojo,  że  zaczęła  mówić  mu  po  imieniu.  Czyżby 

traktowała go protekcjonalnie?

background image

–  Tak  –  mruknął.  – Któregoś  dnia  poszedłem na  koncert  rockowy  do  parku  i 

zacząłem z nimi rozmawiać. Tak się poznaliśmy, ale jakim cudem pani o tym wie?

– Czy uważasz, że naprawdę ich znasz? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

Jej  spokojne,  niebieskie  spojrzenie  przenikało  go  do  głębi,  penetrowało  jego 

myśli. Udał, że pije kawę.

–  Czy  wiesz,  że  oni  obaj  weszli  w  konflikt  z  prawem?  I  że  Zeke  jest  na 

warunkowym zwolnieniu, bo napadł na staruszkę i brutalnie ją pobił?

Uniósł na nią oczy.

– Skąd pani to wszystko wie?

– Już ci przecież powiedziałam, mam swoje źródła informacji.

W jej głosie brzmiał smutek. Steve poczuł, że ogarnia go złość.

–  Może  te  pani  źródła  się  mylą  –  powiedział,  próbując  powstrzymać  drżenie 

rąk; był tak wzburzony, że zapomniał o swojej zwykłej uprzejmości. – Ludzie tacy 

jak Zeke i Szybkostrzelny są tacy, jacy są, bo nikt nigdy nie dał im szansy, żeby 

mogli się zmienić. Nikt nigdy nie wyciągnął do nich ręki, wszyscy tylko ich gnębią 

i z góry potępiają.

–  Doświadczenie  mnie  uczy,  że  jeśli  wszyscy  kogoś  gnębią,  to  jakiś  powód 

takiego stanu rzeczy musi istnieć.

–  Oczywiście!  Jakże  by  inaczej!  –  zawołał  tak  głośno,  że  kilku  studentów 

odwróciło się od stolików i spojrzało na nich ze zdziwieniem.

Zniżył głos i mówił dalej:

– Problem polega  na tym, że oni  nigdy nie mieli prawdziwego  domu,  zawsze 

żyli na ulicy, w nikim nie mieli oparcia. Kiedy ja się tutaj zjawiłem, wszyscy byli 

dla mnie bardzo mili i chętni do pomocy, po prostu prześcigali się w życzliwości. 

Dlaczego? Bo mam bogatego ojca i wiadomo, że nic mi nie trzeba. Nigdy niczego 

nie potrzebowałem, bo i tak wszystko miałem. Ale kiedy pojawi się ktoś taki jak 

Zeke,  zaraz  wszyscy  wzywają  policję.  To najszybszy  sposób  załatwienia  sprawy. 

Tylko trochę niesprawiedliwy.

Camilla patrzyła na niego bez słowa.

– Uważasz, że Zeke jest taki, jaki jest – powiedziała w końcu powoli, jakby się 

nad czymś zastanawiała – bo nikt nigdy mu nie pomógł? To dobry chłopak, tylko 

ludzie go nie rozumieją, czy tak?

background image

–  Właśnie.  Sądzę,  że  gdyby  dać  mu  szansę,  byłby  normalnym,  porządnym 

chłopakiem. Zachowuje się tak, jak się zachowuje, bo nikt nigdy nie traktował go 

jak człowieka.

– Rozumiem. Niestety, nie mogę przyznać ci racji.

Mówiła  to  wszystko  z  denerwującym  spokojem.  Jej  chłód  i  opanowanie 

wyprowadziły go z równowagi.

–  Niech  pani posłucha.  Nie  wiem,  skąd  zna  pani  Zeke  i  wie,  jaki  on  jest,  ale 

wiem jedno: ktoś taki jak pani nie jest w stanie zrozumieć takich ludzi jak on. To 

po prostu niemożliwe.

Spojrzała na niego chłodno.

– Dlaczego?

– Dlatego... – Urwał i zaczął staranniej dobierać słowa. – Dlatego że nigdy nie 

zetknęła  się  pani  ze  światem,  w  jakim  on  żyje.  Nie  wie  pani,  jak  to  jest,  kiedy 

wszyscy  człowiekiem  gardzą  i  wytykają  palcami,  bo  jest  gorszy.  Nie  ma  pani 

pojęcia, jak czuje się ktoś bity, poniżany, stale żyjący w strachu i głodzie. Gdyby 

pani to wiedziała, nie byłaby pani tak pochopna w osądach.

Camilla lekko uniosła głowę i znowu spojrzała w stronę okna. Miał przed sobą 

jej delikatny, piękny profil. Gniew z niego opadł. Poczuł wyrzuty sumienia.

– Pani doktor... – powiedział nieśmiało.

– Tak, Steven, słucham.

– Przepraszam, że się uniosłem.

Zaczerwienił  się.  Niepotrzebnie  narobił  sobie  kłopotów.  Nie  trzeba  było 

wdawać się w tę bezsensowną rozmowę. Ona i tak nic nie  zrozumie,  a  może  mu 

tylko zaszkodzić.

–  Nie  chciałem  tego  mówić,  bardzo  przepraszam.  Po  prostu...  te  sprawy 

wyprowadzają mnie z równowagi.

Poklepała go po ramieniu.

– Nie ma nic złego w fakcie, że ktoś ma rozterki tego typu. To świadczy o tym, 

że myśli i zastanawia się nad światem.

– Chciałem tylko prosić... – zaczął cicho niepewnym głosem.

– Tak? Słucham.

– Chciałem prosić, żeby pani nie mówiła o tym mojemu ojcu.

background image

– O czym?

– O tych moich kolegach. On się bardzo martwi, bo uważa, że wpadłem w złe 

towarzystwo. A ponieważ jest uparty...

–  On  nie  jest  uparty  –  powiedziała  łagodnie  –  a  z  tym  drugim  ma  rację: 

naprawdę wpadłeś w złe towarzystwo. Steven, wpadłeś w okropne towarzystwo i to 

się może źle dla ciebie skończyć.

Podniósł głowę.

–  Mam  chyba  prawo  wyboru?  Jestem  dorosłym  człowiekiem.  Mam  chyba 

prawo do popełniania błędów na własny rachunek? Nikt nie musi mnie prowadzić 

za rękę i mówić, co dobre a co złe. Mogę sam sobie dobierać kolegów.

Camilla w zamyśleniu skinęła głową.

– Tak. Chyba masz rację.

–  Nie  powie  pani  nic  mojemu  ojcu?  –  powtórzył  z  niepokojem.  –  Przyrzeka 

pani?

– Tak, co nie znaczy, że nie wrócimy jeszcze do tego tematu, jeśli uznam, że to 

konieczne.

Steven poczuł coś w rodzaju ulgi; bezpośrednie niebezpieczeństwo konfliktu z 

ojcem zostało zażegnane.

– Mam nadzieję, że mogę pani wierzyć – powiedział cicho. – Ludzie często nie 

dotrzymują słowa, zwłaszcza kiedy obiecują coś dzieciom.

– Chyba nie masz na myśli swojego ojca. – Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 

– Uważam go za osobę niezdolną do podobnego zachowania.

Steven wzruszył ramionami.

– Nie, ojciec jest w porządku, ale moja matka nie. Zawsze kłamie.

– Chyba przesadzasz.

Nie chciał mówić nic więcej, ale ból był tak silny, że nie mógł się powstrzymać.

–  Matka  zawsze  mnie  oszukiwała,  od  dzieciństwa  –  wyznał  wbrew  sobie.  –

Mówiła, że przyjedzie i nigdy nie dotrzymywała słowa. Obiecywała, że napisze, i 

zawsze zapominała. Bardzo wcześnie nauczyłem się nikomu nie wierzyć. Dorośli 

zwykle kłamią i oszukują.

– Twój ojciec też?

background image

– Z ojcem to inna sprawa. Zawsze był z nami. Nie musiałem na niego czekać, 

ale matka...

– Nie możesz jej wybaczyć, że tak bardzo cię zawiodła, prawda?

Odwrócił Wzrok.

–  Teraz  już  mnie  to  nie  obchodzi.  Może  sobie  robić,  co  chce.  Jest  mi  tylko 

strasznie przykro, jak ona..

Przerwał.

– Jak co? – zapytała łagodnie Camilla. – Powiedz.

– No, to że ona traktuje bliźnięta tak samo, jak dawniej traktowała nas, mnie i 

Vanesse.  Ari i  Amy są  bardzo inteligentni, ale to  są tylko małe  dzieci i pewnych 

rzeczy nie rozumieją. Bardzo cierpią, kiedy ona nie dotrzymuje słowa.

Spojrzał  na  kobietę  siedzącą  naprzeciw  niego,  która  spokojnie  piła  kawę. 

Poczuł na sobie jej ciepłe, pełne współczucia spojrzenie, i mówił dalej:

– Matka jest osobą samolubną i niedojrzałą. Nieraz potrafi być miła. Jest bardzo 

ładna, dowcipna, wesoła, umie się bawić. Potrafi tak zrobić, że człowiek zaczyna 

wierzyć w to, co ona mówi, i na serio bierze jej obietnice, a potem czeka, dręczy 

się i bardzo cierpi. Ona po prostu nagle odchodzi, znika, bo zainteresowało ją coś 

innego i nowego. To naprawdę... to zawsze bardzo mnie bolało, Doktor Pritchard 

przez dłuższą chwilę milczała, potem lekko położyła dłoń na jego ramieniu.

– Dojrzewając, uczymy się rozumieć innych i z czasem przebaczamy im, że nie 

byli w stanie spełnić naszych oczekiwań – powiedziała, patrząc na niego z powagą

w  oczach.  –  Twoja matka  po  prostu  nie  jest  w  stanie  być  taka,  jaką  chciałbyś ją 

widzieć, ale to nie powód, żeby się na nią gniewać.

–  Ja  się  na  nią nie gniewam... To po  prostu kiedyś  bardzo mnie  raniło. Teraz 

wszystko  się  zmieniło.  Nienawidzę  każdego,  kto  ma  pieniądze  i  żyje  na  cudzy 

koszt, nie troszcząc się o innych.

– Czy to znaczy, że samego siebie też nienawidzisz? Spojrzał na nią pytającym 

wzrokiem.

– Nie rozumiem. Co chciała pani powiedzieć?

–  Czasem,  kiedy  najbliżsi  ludzie  nas  zawodzą,  próbujemy  obwiniać  za  to  nas 

samych.  Zaczynamy myśleć, że  jest w  nas coś  niedobrego,  skoro nie  są  w  stanie 

nas kochać. Takie myśli mogą człowieka doprowadzić do prób zniszczenia samego 

background image

siebie, a przecież nie w ten sposób naprawia się świat.

Sens zawarty w jej słowach tak doskonale oddawał jego najskrytsze myśli, że 

poczuł się jeszcze bardziej niezręcznie niż dotąd. Utkwiwszy wzrok w stojącym na 

stoliku pustym kubku, powiedział cicho:

Nie mam takich myśli. Ta cała sprawa z moją matką przestała mnie obchodzić. 

Może bliźnięta cierpią z tego powodu, ale ja nie dbam o to, jak ona mnie traktuje.

–  Bardzo  dobrze,  że  to  przezwyciężyłeś.  Jesteś  bardzo  wartościowym 

człowiekiem, Steven, a zachowanie twojej matki to jej problem, a nie twój. Musisz 

jej  przebaczyć,  przyjmować  to,  co  jest  w  stanie  ci  dawać,  i  to  wszystko.  Reszta 

niech się toczy własnym trybem. Nie możesz pozwolić, żeby czyjeś niewłaściwie 

zachowanie  miało  wpływ  na  twój  własny  wybór  sposobu  postępowania.  Jesteś 

indywidualnością i kierujesz się własnymi potrzebami.

Czuł, że w jakiś tajemniczy sposób słowa Camilli stale jeszcze dotyczą tamtej 

sprawy. Wstał od stolika i skinął głową.

– Bardzo dziękuję za kawę. Muszę już iść.

Odwrócił się i skierował w stronę drzwi, czując na sobie spojrzenie uważnych, 

zamyślonych,  niebieskich  oczu.  Czuł  je  na  sobie  jeszcze,  kiedy  wychodził  z 

budynku i szedł na studencki parking.

Długo za nim patrzyła, pijąc zimną już i jeszcze gorszą niż zwykle kawę. Potem 

odstawiła kubek i pogrążyła się w myślach.

Młody  człowiek,  który  wstał  właśnie  od  jej  stolika,  tak  bardzo  przypomina 

Jona... Z chłopcem, którego tak dobrze pamiętała, łączył go nie tylko wygląd, lecz 

– a może przede wszystkim – sposób widzenia świata.

Steven,  tak  samo  jak  jego  ojciec,  nie  potrafił  przejść  obojętnie  obok  zła  i 

ludzkiej krzywdy. Obaj byli równie impulsywni, tylko że Steven był ponadto pełen 

goryczy i smutku, których nie zauważała u Jona.

Jon,  nawet jako  bardzo  młody  człowiek,  był  na  swój  sposób dojrzały.  Steven 

był  młodym  straceńcem,  nieskłonnym  do  poszukiwania  racjonalnych  rozwiązań, 

niebezpiecznym i zdesperowanym.

Wiedziała, że ma to związek z jego sytuacją rodzinną.

Ciekawe, jaka jest ta kobieta, z którą ożenił się Jon.

background image

To  oczywiste, że popełnił błąd. Camilla była  w  stanie zrozumieć,  jak do  tego 

doszło.  W  swojej  naiwności  założył,  że  kobieta,  którą  poślubia  i  której  wady 

doskonale widzi, zmieni się z czasem pod jego wpływem.

Potem,  jak  wielu  idealistów  przed  nim,  przekonał  się,  że  nikogo  nie  można 

zmienić, jeśli ten ktoś sam nie pragnie odmiany. Zbyt późno zorientował się, że nie 

zmieni  samolubnej  kobiety,  przyzwyczajonej  do  spełniania  wszystkich  swoich 

zachcianek i nieliczenia się z nikim. Zrozumiał  to  jednak zbyt późno; skrzywdził 

samego siebie i pozwolił skrzywdzić własne dzieci.

Wbrew swoim początkowym przypuszczeniom Camilla zaczynała rozumieć, że 

szkody,  jakie  nieobecność  matki  uczyniła  bliźniętom,  są  mniejsze,  niż 

przypuszczała.  Kiedy  od  nich  odchodziła,  były  zbyt  małe,  żeby  ją  pamiętać,  bo 

opuściła je zaraz po urodzeniu.

Jon był jedyną osobą, jaką pamiętały; to on zawsze był przy nich. Starsze dzieci 

cierpiały więcej, ponieważ świadomie obserwowały brak zainteresowania ze strony 

matki i boleśnie to przeżywały.

Potrząsnęła głową; musi przestać myśleć o tym wszystkim. Musi odseparować 

się  od  Jona  Campbella  i  jego  dzieci  i  jak  najszybciej  powrócić  do  swego 

spokojnego, zamkniętego świata, w którym nie ma miejsca na nieprzyjemne myśli i 

uczucia.

Nie mogła jednak zapomnieć spiętej, bladej twarzy Stevena, kiedy wspomniała 

imiona jego kolegów, i tego zaciętego wyrazu oczu, kiedy mówił jej o krzywdzie 

ludzi, których losem nikt się nie przejmuje.

Dzieje  się  z  nim  coś  niedobrego.  Steven  naprawdę  może  popełnić  jakieś 

szaleństwo. Zaczęła żałować, że przyrzekła mu nie mówić ojcu o jego przyjaźni z 

Zekiem  i  Szybkostrzelnym.  Teraz  ma  zamknięte  usta,  nie  może  go  zdradzić.  Nie 

może  być  kolejną  kobietą  w  jego  życiu,  która  łamie  raz  daną  obietnicę.  Powoli 

wstała  z  krzesła, wzięła książki  i  wyszła z  klubu.  Na  zewnątrz panował  łagodny, 

jesienny zmierzch.

Poszła do domu i przywitała się z kotami.

Madonna  natychmiast  zażądała,  żeby  ją  wypuścić.  Elton  stanął  nieufnie  przy 

otwartych  balkonowych  drzwiach,  patrząc,  jak  jego  przyjaciółka  znika  wśród 

rozłożystych gałęzi topoli.

background image

–  Możesz  iść  za  nią,  jeśli  chcesz  –  powiedziała  łagodnie  Camilla.  –  Śmiało, 

Elton, nie bój się. Wejdź sobie na dach i pomiaucz trochę do księżyca.

Kocur ostrożnie wysunął łapę i dotknął metalowych prętów. Potem cofnął ją i 

wymownie spojrzał Camilli w oczy.

Podeszła, uniosła go i przytuliła do siebie.

–  Wiem,  jak  się  czujesz,  wiem  doskonale  –  szepnęła  w  jego  futerko.  –  Nie 

musisz stąd wychodzić, jeśli nie chcesz. Możesz zostać tu ze mną w domu, tu jesteś 

bezpieczny.

Bezpieczny.

Z kotem w ramionach poszła do sypialni. Bezpieczny...

Myślała o tym bez przerwy, odkąd Jon Campbell niespodziewanie przekroczył 

próg  sali  wykładowej.  Naruszył  jej  poczucie  bezpieczeństwa  i  śmiertelnie 

przestraszył.

Ale  to  jest  nie  tylko  jego  wina.  Ona  sama  robi  rzeczy  zupełnie  nowe  i 

nieoczekiwane.  Zaczyna  uczestniczyć  w  sprawach,  które  bezpośrednio  jej  nie 

dotyczą,  przejmuje  się  rzeczami,  które  nie  należą  do  jej  bezpiecznego, 

uniwersyteckiego świata.

– Nie do wiary, Elton, co ja wyprawiam. Nie dość, że pokochałam te dzieci, to 

jeszcze zgodziłam się jechać do nich na ranczo. Co ja robię? Co się stało? Co się ze 

mną dzieje?

Położyła  ostrożnie  kota  na  łóżku  i  podeszła  do  szafy.  Kot  z  rosnącym 

zainteresowaniem obserwował jej niecierpliwe ruchy.

– Zupełnie nie wiem, co mam spakować.

Zdjęła z górnej półki elegancką torbę podróżną.

–  Nie  mam  pojęcia,  co  trzeba  zabrać  na  weekend,  kiedy  się  gdzieś  jedzie  z 

mężczyzną, którego człowiek się strasznie boi.

background image

Rozdział 10

Madonna cierpiała. Zaszyła się pod kanapę i wyglądała spod niej, mrużąc żółte 

oczy.  Zawsze  tak  robiła,  kiedy  była  w  złym  humorze.  Camilla  przyklękła  na 

dywanie.

– Wyjdź stamtąd i porozmawiaj ze mną – powiedziała przymilnie. – Bardzo cię 

proszę, nie gniewaj się.

Odpowiedziało  jej  gniewne  prychnięcie  i  kotka  zaszyła  się  jeszcze  głębiej. 

Elton siedział na walizce Camilli i lizał sobie przednie łapki; jego imponujące wąsy 

sterczały jak anteny.

Camilla bezradnie rozłożyła ręce.

– Nie mogę  cię wypuścić – powiedziała, zaglądając pod kanapę. – Bardzo mi 

przykro, ale to niemożliwe. Wyjeżdżam na trzy dni i musisz przez ten czas zostać 

w domu. W przeciwnym razie może ci się przytrafić coś strasznego, a ja nie będę 

mogła ci pomóc. Pod kanapą panowała absolutna cisza.

– Pan Armisch będzie przychodził codziennie – ciągnęła – i będzie was karmił. 

Elton zostanie z tobą i będzie ci dotrzymywał towarzystwa.

Elton spojrzał na nią porozumiewawczo i zabrał się do mycia boków, starannie 

wylizując sierść. Spod kanapy nie dochodził żaden dźwięk.

Camilla wstała z podłogi, poszła z powrotem do sypialni i nerwowo przejrzała 

się w lustrze. Elton zeskoczył z walizki, poszedł za swoją panią i ulokował się na 

swym zwykłym miejscu na środku łóżka, nie spuszczając z niej wzroku.

– Wiem, co myślisz – powiedziała Camilla, energicznymi ruchami szczotkując 

włosy. – Widzę to w twoich oczach. Myślisz, że trzeba być wariatką, żeby z nim 

wyjeżdżać na ten weekend, prawda?

Elton miauknął i przeciągnął się.

– Myślisz, że to niemożliwe,  tak? Że na pewno  mnie poznał i teraz po prostu 

bawi się mną jak kot myszką, tak?

Słowa zawisły w próżni; poczuła, jak ściska jej się żołądek. Odłożyła szczotkę 

na toaletkę i zamyśliła się.

background image

– Też tak myślałam, wiesz, Elton? Ale kiedy się spotkaliśmy po raz pierwszy, 

byłam  bardzo  młoda,  miałam  siedemnaście  lat.  Ja  sama,  kiedy  spotykam  swoich 

studentów po kilku latach, zupełnie nie mogę ich poznać, nawet jeśli spędziłam z 

nimi cały długi semestr. Ludzie z czasem bardzo się zmieniają.

Elton  nawet  nie  drgnął;  patrzył  na  nią  poważnie  i  tajemniczo  z  pyszczkiem 

opartym na łapkach.

–  W  tym  przypadku  –  tłumaczyła  Camilla  –  upłynęło  ponad  dwadzieścia  lat. 

Byłam  mniejsza  i  chudsza,  miałam  włosy  innego  koloru,  złamany  nos,  podbite 

oczy. Byłam małą dziewczynką...

Podeszła do łóżka i usiadła obok kota.

–  Pewnie  chcesz  wiedzieć,  dlaczego  w  takim  razie  ja  ani  przez  chwilę  nie 

miałam najmniejszych wątpliwości i natychmiast go poznałam.

Elton zmrużył oczy i znowu cicho zamiauczał.

–  To  zupełnie  co  innego.  Jon  już  wtedy  był  dorosłym  mężczyzną.  Miał 

dwadzieścia jeden lat, więc później niewiele się zmienił. Był tego samego wzrostu, 

włosy  miał  takiego  samego  koloru,  nawet  podobnie  był  ubrany.  Dlaczego 

miałabym go nie poznać?

Nie spuszczając z niej wzroku, kot zaczął lizać jej rękę.

– Nic się nie martw, on mnie nie pozna.

Camilla pogłaskała grzbiet kota.

– Jestem zupełnie bezpieczna, nic mi nie grozi. Postanowiłam, że pojadę z nim 

na to ranczo, a potem ze wszystkim skończę. Znajdę jakiś sposób, żeby nie musieć 

się z nimi spotykać. A wtedy wszystko będzie...

Jej  monolog  przerwał  dzwonek  do  drzwi  wejściowych.  Głos  zamarł  jej  w 

gardle.

Ześliznęła się z łóżka i na uginających się nogach podeszła do domofonu, żeby 

wpuścić Jona. Stała bez ruchu, czekając, aż wejdzie na górę. Kiedy zadzwonił do 

drzwi jej mieszkania, wpuściła go i bez słowa pozwoliła mu wejść do środka.

Prezentował się niezwykle atrakcyjnie. Zatrzymał się i rozejrzał po pokoju.

Gdyby  nie  była  tak  przerażona,  dostrzegłaby  absurd  sytuacji  i  może  nawet 

uśmiechnęłaby się w duchu. Człowiek, o którym myślała przez całe swoje dorosłe 

życie,  stoi  teraz  w  jej  saloniku  i  patrzy  na  kwiaty  i  rośliny  pnące,  ślizga  się 

background image

wzrokiem po kolekcji azteckiej ceramiki...

–  Bardzo  tu  miło  –  oświadczył  z  uśmiechem  –  chociaż  muszę  przyznać,  że 

spodziewałem się czegoś zupełnie innego.

– A czego się pan spodziewał?

–  Sam  nie  wiem.  Chyba  czegoś  bardziej  sztywnego,  konserwatywnego.  Nie 

wiem, jak to określić.

– Tak mnie pan sobie wyobraża?

Idiotko,  zganiła  się  w  myślach,  przestań  mówić  takie  rzeczy.  Nie  wolno  ci 

kierować  rozmowy  na  tematy osobiste.  Wiesz przecież,  że  wasze stosunki  muszą 

pozostać oficjalne.

–  Tak,  właśnie  tak  –  odparł  i  spojrzał  na  nią  z  uśmiechem,  od  którego  nogi 

ugięły się pod nią. – Ale teraz sam już nie wiem, jak to jest naprawdę.

Miała  pytać  dalej,  ale  tym  razem  instynkt  samozachowawczy  zwyciężył.  Jon 

delikatnie zdjął Eltona z walizki i przeniósł go na najbliższy fotel.

– Myślałem, że są tutaj dwa koty. Rozejrzał się w poszukiwaniu Madonny.

– Skąd pan wie? – spytała podejrzliwie.

– Bliźnięta mi mówiły.

Camilla odetchnęła z ulgą.

–  Teraz  rozumiem.  One  uwielbiają  koty.  Madonna  się  schowała  pod  kanapę. 

Bardzo nie lubi, kiedy ja... kiedy jej nie wypuszczam na dwór.

– Dzieci mówiły mi też, że nosi pani niebieskie dżinsy i bawełniane koszulki, 

ale nie wierzyłem, póki nie ujrzałem tego na własne oczy.

Spojrzała na swoje spłowiałe spodnie i zaczerwieniła się.

– Musi pan wiedzieć, że profesorowie to też ludzie.

– Jon, na imię mam Jon.

– Nie wiem, czy...

Podszedł do niej z walizką w ręku; drugą dłonią delikatnie dotknął jej ramienia.

– Jon, bardzo proszę.

Spuściła oczy, żeby nie widzieć jego spojrzenia.

– Jon – powtórzyła – w takim razie ty i twoja rodzina nazywajcie mnie Camilla. 

Bliźnięta już to robią.

background image

Wokół siebie czuła spokój jesiennego ranka, słońce kładło się złotymi plamami 

na podłodze i sprzętach, dłoń Jona na jej ramieniu była ciepła i kojąca... Poczuła, że 

ogarnia  ją  jakaś  dziwna  senność,  odpływa  gdzieś  całe  zdecydowanie  i  odwaga. 

Boże,  pomyślała,  co  ja  robię.  Nie  powinnam  z  nim  jechać.  Powinnam  się  jakoś 

wywinąć, znaleźć jakieś wytłumaczenie.

Nie zdążyła. Zanim zrobiła cokolwiek, szli już w stronę wyjścia. Zatrzymali się 

na chwilę w drzwiach mieszkania dozorcy, którego poprosiła o opiekę nad kotami, 

i poszli do samochodu Jona.

W  minutę  później  odjeżdżali  już  spod  domu.  Ranek  w  dalszym  ciągu  był 

cudowny, jesienne powietrze pachniało skoszoną trawą, góry na horyzoncie lśniły 

srebrem śniegu. Przejechali przez miasto i skierowali się na zachód.

– Czy dla ciebie to też jest trochę smutne? – spytała, nie odwracając wzroku od 

krajobrazu za oknem.

– Co?

Obrzucił  ją  szybkim  spojrzeniem;  kierownicę  trzymał  niedbale  jedną  ręką,

drugą miał przerzuconą przez oparcie.

– Jesień – odparła Camilla w zamyśleniu. – Zawszę jest w tej porze roku coś 

smutnego i melancholijnego. Nie wiem, jak to określić, ale zawsze ściska mnie za 

gardło taki smutek.

– Rozumiem, co masz na myśli. Jesień jest porą roku, która przypomina nam o 

wszystkich  zmarnowanych  szansach  –  powiedział  poważnym  tonem.  –  Człowiek 

zaczyna myśleć o tym, że życie przemija bardzo szybko. Przecieka mu przez palce. 

Zawsze myślałem, że zmarnowana okazja to coś najsmutniejszego pod słońcem. A 

ty jak myślisz?

–  Co  mogło  było  być  i  to,  co  było,  jeden  ma  kres,  teraźniejszy  wiecznie  –

zaczęła.

Zerknął na nią i dokończył:

– Echo stąpania dudni nam w pamięci przejściem... do różanego ogrodu...

– Właśnie...

Oparła  się  wygodnie  i  zapatrzyła  w  drzewa  migające  za  oknem  samochodu. 

Wyjechali już z miasta i mknęli przez przedmieścia.

background image

–  Ale  ty  przecież nie  masz  czego  żałować  –  powiedziała  do  siedzącego  obok 

mężczyzny. – Twoje życie ma sens. Trudno uwierzyć, że straciłeś jakąś szansę.

Zmarszczył  czoło  i  przez  chwilę  nie  odpowiadał,  wymijając  dużą  ciężarówkę 

wypełnioną bydłem.

– Miałem na myśli to, co opisałem w mojej ostatniej pracy pisemnej. To była 

największa szansa, jaką w życiu zmarnowałem.

Camilla  poczuła  szybkie  uderzenia  serca,  ale  starała  się  robić  wszystko,  żeby 

zachować obojętny, opanowany ton głosu.

– Chyba pamiętam ten tekst. Pisałeś o dziewczynie, którą spotkałeś, kiedy byłeś 

bardzo młody, prawda?

Jon skinął głową.

– Szukałem jej potem, starałem się ją za wszelką cenę odnaleźć. Bardzo często 

zastanawiam się nad tym, jak wyglądałoby moje życie, gdyby wtedy udało mi się ją 

odzyskać.

– Być może trochę idealizujesz – powiedziała, mając nadzieję, że gruby sweter i 

kurtka tłumią bicie jej serca i Jon nie może go usłyszeć. – Nie można wykluczyć, 

że gdybyś ją spotkał, okazałoby się, że wcale nie jesteście dla siebie stworzeni, a 

wasze wspólne życie jest czymś trudnym i niemożliwym.

Spojrzał na nią i uśmiechnął się.

–  Jednym  słowem,  chcesz  powiedzieć,  że  nie  ma  co  myśleć  o  spełnieniu 

marzeń, bo najlepsze marzenia to te które się nie spełniają.

–  Może  nie  najlepsze,  ale  najbezpieczniejsze  –  odparła  dopiero  po  dłuższej 

chwili.  –  Wiesz,  jak  ludzie  mówią:  dobrze  bacz  na  to,  jakie  masz  życzenia,  bo 

jeszcze mogą się spełnić.

–  Jakaś  prawda  w  tym  jest,  ale  jeśli  o  mnie  chodzi,  to  nigdy  nie  spotkałem 

osoby, z którą mógłbym tak mówić o wszystkim, jak z tamtą dziewczyną. To się 

bardzo rzadko zdarza. Takie natychmiastowe porozumienie.

Zerknęła na niego i ujrzała tylko orli profil rysując; się na niebieskim tle nieba 

za oknem.

–  Zresztą  –  dodał  –  ta  moja  wymarzona  dziewczyna  była  żywym 

przeciwieństwem  osoby,  z  którą  potem  się  ożeniłem  i  z  której  powodu  na  moją 

rodzinę  spadły  wszelkiego  rodzaju  nieszczęścia.  Dlatego  patrzę  na  całą  tamtą 

background image

historię  jak  na  zmarnowaną  okazję,  która  definitywnie  odmieniłaby  bieg  mojego 

życia.  Przygnębiające  zważywszy,  że  los  rzadko  daje  człowiekowi  jeszcze  jedną 

szansę.

W jego głosie zabrzmiał taki smutek, że Camilla siłą się powstrzymała, żeby nie 

dotknąć jego ramienia. Spojrzała na rozpościerające się za oknem łąki.

– Jak tu ładnie. Tyle zieleni.

– Nigdy nie wyjeżdżasz z miasta?

– Raczej nie.

– A co robisz dla przyjemności?

–  Spaceruję  po  kampusie,  bawię  się  z  kotami,  trochę  maluję,  bardzo  dużo 

czytam...

Zabrzmiało to tak żałośnie, że zmieszana zamilkła.

Czym było jej życie w porównaniu z życiem tego mężczyzny, z jego ranczem, 

domem  na  wsi,  gromadą  dzieci,  powrotem  na  uniwersytet  po  dwudziestoletniej 

przerwie, samolotem i stadniną.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił.

Wysiedli z samochodu i poszli w stronę pasu startowego.

– Wszyscy już na ciebie czekają, Camillo.

Vanessa  spojrzała  w  okienko  samolotu,  myśląc,  jak  bardzo  zawsze  lubiła  tę 

porę roku i jak strasznie tęskni za ranczem i wsią.

Gdyby  ktoś  się  domyślił,  jak  bardzo  z  tego  powodu  cierpi,  czułaby  się 

upokorzona  i  zdemaskowana.  Lepiej  niech  sobie  cała  rodzina  myśli,  że  ma  w 

głowie tylko ciuchy, szminki i chłopaków. Tak jest najlepiej. Nikt nie może poznać 

jej prawdziwych myśli, bo wtedy stanie się słaba i bezbronna. Tylko za pancerzem 

z  pozorów  i  fałszywych  sygnałów  czuła  się  bezpieczna.  Udawanie  kogoś  innego 

stało się jej drugą naturą.

Wychyliła się lekko i dostrzegła czarne kropki bydła pasącego się na łące. Byli 

jeszcze  za  wysoko,  żeby  odróżniać  szczegóły,  ale  wiedziała,  że  zaraz  pojawi  się 

wstążka rzeki, potem równe kwadraty pól, ciemna grzywa lasu, a w końcu ściana 

góry osłaniająca ranczo od wiatrów.

Spojrzała na główkę siedzącej obok Amy, która przegrała z Arim batalię o to, 

kto  usiądzie  w  fotelu  obok  Camilli.  Amy  odpięła  pas  i  wychyliła  się,  żeby  też 

background image

popatrzeć przez okienko.

–  Może  to  Tom  –  powiedziała i  podskoczyła  z  radości.  –  Ari, zobacz  tam, w 

dole, ktoś pędzi bydło! Myślisz, że Tom mógł zajechać tak daleko?

Vanessa spojrzała na nią z pogardą.

– Jesteś głupia, to nie Tom. Jesteśmy ponad sto kilometrów od domu.

Amy  przez  chwilę  patrzyła  na  starszą  siostrę,  a  potem  odwróciła  wzrok  w 

stronę okna.

Vanessa  oparła  się  wygodnie  i  zerknęła  na  jasne  włosy  siedzącej  przed  nią 

kobiety.

Camilla Pritchard była taka, jaką Vanessa zawsze chciała być. Zawsze marzyła 

o  tym,  żeby  być  właśnie  taką  elegancką,  szczupłą,  opanowaną  kobietą.  Damą  w 

każdym calu, swobodną i niezależną. Camilla wiedziała, co chce w życiu osiągnąć, 

i  osiągała  to.  Nie  musiała  kryć  się  za  grą  pozorów  i  oszukańczych  masek.  Nie 

musiała  udawać  kogoś  innego,  żeby  zapewnić  sobie  poczucie  bezpieczeństwa. 

Nawet  ubrana  tak  zwyczajnie  i  swobodnie  jak  dzisiaj  wygląda  jak  ktoś  bliski 

ideału.

Vanessa zawsze czuła się tak rozpaczliwie zwyczajna. Wyglądała tak banalnie z 

tymi  czarnymi  włosami,  niebieskimi  oczami  i  bladą  cerą,  zupełnie  jakby  sama 

natura postanowiła zrobić z niej „typową nastolatkę".

Jaka podobna do matki, mówili zawsze ludzie i głaskali japo głowie. Wykapana 

matka, tak samo piękna i zgrabna.

Zacisnęła  zęby  i  ułożyła  wygodniej  głowę  na  oparciu  fotela.  Odkąd  zyskała 

świadomość, prześladowała ją myśl, że kiedy dorośnie, będzie taka jak jej matka.

Czuła się skazana na powielenie jej losu. Przecież to niemożliwe, żeby ktoś tak 

bardzo  do  kogoś  drugiego  podobny  pod  względem  fizycznym  nie  odziedziczył 

cech psychicznych po swoim pierwowzorze!

Skoro wszyscy są przekonani, że tak bardzo przypomina matkę, coś w tym musi 

być.  Nigdy  nie  będzie  osobą  wrażliwą  i  mądrą,  interesującą  się  innymi  ludźmi, 

pomagającą  im  i  świadomie  planującą  swoje  życie.  Będzie  taka  sama  jak  matka, 

rozpuszczona  i  głupia.  A  skoro  tak  musi  być,  to  lepiej  się  do  tego  od  razu 

przyzwyczaić.  Lepiej  od  razu  grać  rolę  bezmyślnej  egoistki  i  w  ten  sposób 

oszczędzić sobie załamań i rozczarowań.

background image

Doszło  do  tego,  że  nie  potrafiła  już  przestać  grać.  Zbyt  długo  wierzyła,  że 

człowiek  jest  zaprogramowany  raz  na  zawsze.  Ją  zdefiniowało  podobieństwo  do 

matki, dlatego musi być zimna i wyrafinowana, w przeciwnym razie rozpadnie się i 

już nigdy nie scali z powrotem swej osobowości.

Mimochodem spojrzała na Enrique'a, który siedział z przodu obok Jona.

To  był  jego  pierwszy  lot  i  pierwsza  wizyta  na  ranczo.  Vanessa  czuła,  że  jest 

podekscytowany.

Wiele razy, odkąd zamieszkał z nimi, wyczuwała, że z Enrikiem dzieje się coś 

niedobrego.  Tak  jakby  odbierała  jego  myśli.  Wyczuwała,  że  chłopiec  czuje  się 

upokorzony  tym,  że  musi  korzystać  ze  wspaniałomyślności  jej  ojca,  i  że  cała 

sytuacja bardzo mu ciąży. Był bardzo samotny, ale nie śmiał się zbliżyć do niej ani 

do Stevena.

Było w nim coś, czego nie rozumiała, jakiś straszny ciężar, którego nie potrafił 

z  siebie  zrzucić.  Powinien  o  tym  z  kimś  porozmawiać,  ale  nie  miał  nikogo.  Nie 

miał kolegów w swoim wieku, zdolnych go wysłuchać i zrozumieć.

Było jej go żal i bardzo go podziwiała. Ona nigdy nie potrafiłaby żyć sama, w 

obcym kraju, bez pomocy i oparcia.

Nie potrafiła jednak się przełamać i zbliżyć do niego. Gdyby to zrobiła, pewnie 

zraniłaby  go  jeszcze  bardziej.  Zresztą  takie  zachowanie  nie  pasuje  do  jej  roli. 

Najlepiej trzymać się z daleka.

– Dolatujemy! – krzyknął Ari. – To nasze ranczo!

– Zapnijcie wszyscy pasy – powiedział jego ojciec, przekrzykując hałas silnika. 

– Zaraz podchodzimy do lądowania.

Powiedział  coś  do  Enrique'a.  Vanessa  zobaczyła,  jak  chłopiec  prostuje  się  z 

dumy i ujmuje wskazaną mu dźwignię. Uśmiechnęła się wbrew sobie i zaraz starła 

uśmiech z twarzy. Szorstkim ruchem pomogła Amy zapiąć pas.

– Cieszysz się, że jesteśmy w domu, Van? – zapytała dziewczynka.

Vanessa wzruszyła ramionami.

– Tu jest strasznie nudno – warknęła. – Wolałabym być w mieście i iść sobie po 

zakupy. Na farmie nie ma co robić.

Amy skrzywiła się i spojrzała na siostrę z wyrzutem.

background image

– Przecież w niedzielę są nasze urodziny, zapomniałaś? Powinnaś przecież być 

na naszych urodzinach.

– No i jestem, nie?

Camilla Pritchard odwróciła się do  nich z uśmiechem,  zapinając pas. Vanessa 

automatycznie  odwzajemniła  jej  uśmiech  i  odwróciła  głowę  w  stronę  okna. 

Samolot podchodził do lądowania.

Kiedy tylko znaleźli się na ziemi, podbiegł do nich Tom. Vanessa spojrzała na 

starego  kowboja  i  poczuła,  jak  ogarnia  ją  wzruszenie.  Znała  go  od  urodzenia, 

nauczył ją mnóstwa pożytecznych rzeczy. Tom to były wspomnienia i prawdziwy 

dom.

Teraz jednak odwróciła się tyłem, żeby nie widzieć, jak Tom rozkłada szeroko 

ramiona i chwyta w nie piszczące z radości bliźnięta.

Reszta służby i pracownicy farmy otoczyli ich kołem i wesoła gromada ruszyła 

w stronę dużego domostwa.

Vanessa zauważyła, że kiedy Jon w trakcie prezentacji dotknął ramienia doktor 

Pritchard, ta zesztywniała, a w jej oczach błysnął strach.

Ona się boi, przebiegło jej przez myśl. Ona jest przerażona.

Pomyślała,  że  w  gruncie  rzeczy,  Camilla  jest  w  tej  chwili  tak  samo  spięta  i 

nieśmiała jak Enrique. Ciekawe, dlaczego tak się zachowuje, przecież widziała w 

życiu  wielu ludzi,  i  to  na  pewno  znacznie bardziej  wytwornych i  znaczących  niż 

mieszkańcy jakiejś zagubionej na prowincji farmy.

– A to jest nasz przyjaciel, Enrique – powiedział Jon, przedstawiając chłopca. –

Musisz go nauczyć jeździć konno, Tom.

Stary kowboj uśmiechnął się i odsunął z czoła szeroki kapelusz.

–  Dobrze,  żeście  nareszcie  przyjechali,  bo  jest  mnóstwo  roboty.  Zaraz,  jak 

trochę  odetchniecie,  trzeba  będzie  jechać  na  północne  pastwiska  zaganiać  byki. 

Każda para rąk się przyda. Znajdę ci konia, Ricky.

Enrique skinął głową i uśmiechnął się nieśmiało.

– A masz konia dla Camilli? – zapytał Ari. – Chcemy, żeby pojechała z nami.

Vanessa znowu zobaczyła, że Camilla sztywnieje.

–  Ari  –  powiedziała  i  roześmiała  się  jakoś  sztucznie.  –  Nigdy  w  życiu  nie 

jeździłam  konno,  nie  umiem.  Lepiej  będzie,  jak  trochę  się  przejdę,  kiedy  wy 

background image

pojedziecie na pastwiska.

Vanessa  osłupiała.  Wbiła  zdumione  spojrzenie  w  doktor  Pritchard.  Przecież 

olimpiada w Seulu, pierwsze miejsce w zawodach, złoty medal... A ona mówi, że 

nigdy nie jeździła konno!

Miała  wielką  ochotę  pójść  z  Camilla  na  spacer.  Uwielbiała chodzić  po  prerii, 

zwłaszcza jesienią. Byłoby cudownie iść obok tej kobiety i rozmawiać z nią; może 

by jej wyjawiła tajemnicę, jak to się robi, że wszyscy uważają cię za niezależną i 

niezwykle opanowaną.

Nie mogła jednak wykrztusić słowa. A ty, Vanesso? – zwrócił się do niej ojciec. 

– Pojedziesz z nami?

Dostrzegła prośbę w oczach Enrique'a i jego nagłe i zmieszanie.

– Vanessa świetnie jeździ konno – wyjaśnił Jon Camilli. – Mogłaby startować 

w zawodach.

– Pewnie – potwierdził Tom. – Jeździ jak szatan. Nie ma lepszego jeźdźca niż 

Van.

Wszyscy, łącznie z Camilla, spojrzeli na nią z podziwem. Vanessa przywołała 

na twarz bezmyślny uśmiech porcelanowej lalki.

– Przykro mi, kochani – rzekła niedbale – ale mi się nie chce z wami jechać. –

Wystudiowanym  ruchem  przeciągnęła  się  leniwie.  –  Nie  chcę,  żeby  mi  się  od 

wiatru  popsuła  fryzura.  Pooglądam  sobie  lepiej  telewizję,  na  pewno  znajdę  coś 

fajnego.

Enrique szybko ukrył rozczarowanie, które przez sekundę malowało się na jego 

twarzy.

–  Steve  z  wami  nie  przyjechał?  –  Tom  rozejrzał  się  po  przybyłych,  a  potem 

spojrzał w stronę samolotu.

Jon przecząco pokręcił głową.

–  Nie  miał  czasu,  jest  bardzo  zajęty.  Steven  ostatnio  ma  mnóstwo  własnych 

spraw. Ranczo go nie interesuję, rodzina chyba też nie.

– A co z Margaret? Już się cieszyliśmy, że nam coś dobrego ugotuje...

Amy podeszła do Toma i wsunęła małą rączkę w jego silną, opaloną dłoń.

– Margaret przyjedzie z Eddiem jego ciężarówką – powiedziała, podnosząc na 

niego oczy. – Przywiozą nam tort urodzinowy.

background image

Tom schylił się i wziął ją na ręce.

–  Coś  podobnego!  –  zawołał.  –  Czy  to  znaczy,  że  niedługo  będą  czyjeś 

urodziny? Poczekaj, niech no się chwilę zastanowię.

Zaczął starannie liczyć na swoich zgrubiałych palcach:

–  Ile  to  będzie?  Jeden,  dwa,  trzy...  A,  już  mam,  cztery!  Macie  cztery  lata! 

Zgadłem, prawda?

– Jakie cztery lata! – wykrzyknął oburzony Ari. – Jutro skończymy osiem!

–  Vanessa  zauważyła,  że  ojciec  i  doktor  Pritchard  wymieniają  znaczące 

spojrzenia, przy czym w oczach ojca dostrzegła żywą sympatię, a w oczach gościa 

– lęk i zmieszanie. Mogłaby nawet przysiąc, że doktor Pritchard zarumieniła się.

Zdumiewające... Najwyraźniej cała ta historia z zaproszeniem Camilli na ranczo 

jest czymś więcej niż zwykłą wizytą nauczycielki na urodzinach uczniów...

Ojciec całkiem oszalał na jej punkcie. Vanessa w duchu wzruszyła ramionami i 

uśmiechnęła  się  pobłażliwie.  Zakochał  się  w  niej,  ale  ona  nie  odpłaca  mu  tym 

samym.  Przyjechała  na  ranczo  z  uprzejmości:  bliźnięta  pewnie  strasznie  ją  o  to 

prosiły i nie miała serca im odmawiać.

– Vanesso, nie każ się błagać – powiedział ojciec, przerywając jej myśli. – Jedź 

z nami. Mam zamiar posadzić Camillę na koniu i ją też zabrać na nasze pastwiska. 

Na pewno da sobie radę. Zostaniesz w domu sama, Margaret i Eddie tak szybko nie 

przyjadą.

–  Bardzo  lubię  być  sama.  –  Vanessa  zmarszczyła  nosek  i  zrobiła  minę 

rozpieszczonej dziewczynki. – Cześć, zobaczymy się na kolacji.

Wolnym  krokiem  skierowała  się  w  stronę  domu,  czując  na  sobie  wzrok  ojca, 

Toma, Camilli i bliźniaków. Patrzyli na nią przez dłuższą chwilę, a potem poszli do 

stajni po konie.

W dwie godziny później grupa jeźdźców jechała stępa, gnając przed sobą stado 

byków, które trzeba było doprowadzić na ranczo.

Camilla wyprostowała się w siodle i wystawiła twarz do słońca. Wspaniale było 

czuć na sobie delikatne, pieszczotliwe, złociste dotknięcia.

Zupełnie  jak  w  niebie,  pomyślała.  Jak  dobrze,  że  tu  przyjechałam.  Prawie 

niczego nie żałowała. Wyzbyła się już początkowego zdenerwowania i mogła się z 

background image

rozkoszą poddawać lekkim, kołyszącym ruchom łagodnej klaczy, którą wybrał dla 

niej Tom. Popołudnie było ciepłe i słoneczne, powietrze łagodne, wiał lekki wiatr. 

Wystawiła twarz na jego powiew i poczuła, że zmywa z niej resztki niepokoju.

Od czasu do czasu dobiegał ją szczebiot bliźniąt i strzępki opowieści o szkole i 

życiu  w  mieście.  Ari  i  Amy,  jadący  na  kucykach  obok  Toma,  starali  się 

wprowadzić starego przyjaciela we wszystkie szczegóły swej nowej przygody Tom 

odwdzięczał  się  im,  relacjonując  wszystko,  co  w  czasie  ich  obecności  wydarzyło 

się na ranczu.

Jadący z drugiej strony Jon spiął konia i pogalopował w stronę stada. Jeden z 

byków wyłamał  się z  szeregu i próbował zmienić kierunek marszu.  Jon sprawnie 

zapędził go z powrotem, nie zwracając uwagi na próby oporu.

Jechał teraz ku niej, uśmiechnięty i zadowolony. Był tak przystojny, wyglądał 

tak  pociągająco,  tak  bardzo  pasowały  do  niego  wyblakłe  dżinsy,  bawełniana 

koszulka i czapka z daszkiem skrywającym oczy...

Podjechał do niej i ściągnął wodze.

– Wyglądasz wspaniale, Camillo. Jak urodzona amazonka.

Roześmiała się i poklepała konia po grzywie.

– Myślę, że Tom wybrał dla mnie najspokojniejszą klacz w całej stajni. Jest tak 

łagodna  i  mądra,  że  każdy  może  się  na  niej  utrzymać.  Idealny  koń  dla 

początkujących. Szkoda tylko, że musi nosić osobę, która siedzi na niej jak worek 

kartofli.

Jon dostosował krok swego ogiera do powolnego stępa klaczy.

–  Wiesz  –  zaczął  obojętnym  tonem,  jakby  nie  przywiązywał  znaczenia  do 

wypowiadanych słów – Vanessa opowiadała mi kilka tygodni temu, że słyszała, jak 

mówiono o tobie, że świetnie jeździsz konno, a nawet startujesz w zawodach. Ktoś 

jej powiedział, że uczestniczyłaś w olimpiadzie w Seulu.

Camilla  spojrzała  na  niego  ze  zdumieniem.  Przyzwyczaiła  się  już,  że  ludzie 

opowiadają o niej niestworzone historie, ale tej jeszcze nie słyszała.

– Ja? Na zawodach? W czasie olimpiady w Seulu? Jon, przecież to  po prostu 

śmieszne.  Nie  pamiętam  nawet,  czy  kiedykolwiek  siedziałam  na  drewnianym 

koniku karuzeli!

background image

– Jeśli wierzyć uniwersyteckim plotkom, urodziłaś się w Nowej Anglii, odbyłaś 

podróż dookoła świata i romansowałaś z jednym z Kennedych.

Camilla skrzywiła się z jawnym niesmakiem.

– Nie wiem, kto wymyśla to wszystko. Nie ma w tym ani słowa prawdy.

– W takim razie może mi powiesz, skąd pochodzisz?

–  Doskonale  wiesz,  pomyślała.  Znasz  całą  moją  historię.  Wiesz  o  mnie 

wszystko. Tylko ty, nikt inny, bo tylko tobie jednemu wszystko powiedziałam.

Przez ułamek sekundy myślała o tym, jak to by było, gdyby teraz, jeszcze raz, 

wszystko mu zdradziła; gdyby ujawniła mu swój sekret, odkryła prawdę, wyjawiła 

najtajniejsze  tajemnice.  Ciekawe,  jak  by  zareagował?  Wiedziała  jednak,  że  nie 

może  tego  zrobić  i  nigdy  się  na  to  nie  odważy.  Zbyt  długo  już  ukrywała  swą 

przeszłość, żeby teraz ulec nierozważnej pokusie, poddając się impulsowi chwili.

– Miałam zupełnie zwyczajne dzieciństwo, nie ma o czym mówić – powiedziała 

obojętnie.

Spojrzał  na  nią,  nieco  zdziwiony  lakonicznością  jej  odpowiedzi,  i  szybko 

zmienił temat.

– Bardzo lubię tę farmę – wyznał. – Należała do moich dziadków, a potem do 

rodziców. Zawsze chętnie tu przyjeżdżam.

Camilla  zwróciła  wzrok  w  stronę  ciemnowłosego  chłopca,  jadącego  konno 

obok Toma.

– Doskonale cię rozumiem. Pobyt tutaj ma w sobie  coś ożywczego, tak jakby 

przywracał człowiekowi utracone siły. Enrique świetnie się tu czuje. Bardzo wiele 

dla niego zrobiłeś, Jon. Przemiana, jaka w nim zaszła, graniczy z cudem.

– Biedny chłopiec, potrzebował tylko kogoś, kto zwróci na niego uwagę, zajmie 

się nim, da mu szansę. Bardzo go lubię. Doskonale radzi sobie z dziećmi; bliźnięta 

za nim przepadają.

– Opowiadał ci coś o swoim życiu sprzed przyjazdu do Kanady?

–  Bardzo  mało,  coś  tylko  wspomniał.  Musiał  przeżyć  jakąś  tragedię.  Pewnie 

byłoby  dobrze,  gdyby  mógł  z  kimś  o  tym  porozmawiać;  powinien  znaleźć  sobie 

kogoś,  przed  kim  mógłby  się  wygadać,  ale  to  niełatwe.  Ludzie  zawsze  powinni 

mówić o tym, co ich boli.

background image

Camilla zadumała się nad jego słowami. Powiedział prawdę boleśnie oczywistą, 

zwłaszcza w jej przypadku...

– Co się stało? – Jon dotknął jej ramienia, pytaniem wyrywając ją z zamyślenia. 

– Dobrze się czujesz?

– Doskonale. – Spróbowała się do niego uśmiechnąć, ale na jej ustach pojawił 

się tylko bolesny grymas. – Zastanawiałam się, jak Steven może rezygnować z tego 

wszystkiego, dlaczego tu nie przyjechał. Szkoda, że nie ma go z nami. Tu jest tak 

pięknie i spokojnie.

Jon spochmurniał.

– Dawniej bardzo lubił nasze ranczo, ale ostatnio zmienił się nie do poznania. 

Zrobił się jakiś dziwnie obcy. Vanessa zresztą też.

– Jest bardzo piękna.

– Wiem. Tak samo jak  matka. Niestety, podobieństwo nie ogranicza się tylko 

do wyglądu. Mówię o tym z prawdziwą przykrością, bo to nic dobrego nie wróży.

W jego głosie zabrzmiało tak wiele goryczy, że Camilla zaniepokoiła się.

– To coś poważnego?

– Niestety, tak. Moja żona jest osobą niebywale egoistyczną, idzie po trupach, 

niczym  się  nie  przejmuje,  robi  wyłącznie  to,  co  jej  akurat  sprawia  przyjemność. 

Rani  wszystkich wokół,  a  przede  wszystkim  dzieci.  Bardzo  bym  nie  chciał,  żeby 

moja starsza córka poszła w jej ślady.

Camilla przypomniała sobie niezwykle delikatne rysy dziewczyny, jej cudowne 

fiołkowe oczy, pięknie zarysowane usta i ich pogardliwy wyraz.

Jakoś nie mogła uwierzyć w to, że Vanessa jest głupia, próżna i bezwzględna. 

Czuła bijącą od niej rozpacz, tak samo silną jak młodzieńczy bunt Stevena.

Postanowiła  przy  najbliższej  okazji  zamienić  z  Vanessa  kilka  słów  i 

zorientować  się,  co  jest  przyczyną  takiego  stanu  rzeczy.  Jednocześnie  zganiła  się 

surowo  za  chęć  brania  udziału  w  sprawach,  które  nie  powinny  jej  obchodzić. 

Rodzina Jona Campbella powinna być jej bardziej obojętna niż ktokolwiek inny.

– Spójrz, o tam.

Skierowała  wzrok  we  wskazanym  kierunku  i  nagle  zobaczyła  kojota.  Sunął 

przez  trawy,  smukły  i  bezszelestny,  w  niczym  niepodobny  do  zwierzęcia,  jakie 

sobie  wyobrażała  na  podstawie  ponurego,  złowrogiego  wycia,  które  wydawał  w 

background image

nocy.  Kojot  spokojnie  przysiadł  na  wzgórzu  i  patrzył  na  nich,  nieruchomy  i 

wyniosły jak kamienny posąg.

Camilla wstrzymała oddech.

– Jon, jaki on piękny, i taki dziki.

Patrzył na nią przez chwilę, a potem podjechał bliżej, wychylił się z siodła i bez 

słowa ją objął.

Drgnęła  pod  wpływem  wspomnień  i  nagłego  wzruszenia.  Całym  sercem 

pragnęła przylgnąć do niego, wtulić się w niego i trwać tak długo, bardzo długo...

Gorąco pragnęła, aby wróciło to wszystko, co połączyło ich w tamtym nędznym 

motelu  przed  dwudziestoma  laty.  Przez  cały  ten  czas  marzyła  o  dotknięciu  jego 

dłoni, i oto wszystkie jej marzenia się spełniły. W jak cudowny, magiczny sposób 

Jon znalazł się przy niej, dotykał jej, patrzył na nią...

Może nadszedł czas i trzeba wyzbyć się strachu...

Poczuła  nagły  sprzeciw  i  ruszyła  przed  siebie,  doganiając  Toma  i  dzieci.  Jon 

pozostał z tyłu.

background image

Rozdział 11

Zegar  na  kominku  wybił  północ.  Dom  pogrążony  był  w  ciszy.  Jon  leżał  na 

ogromnym dębowym łożu i patrzył w sufit.

Gdzieś,  niedaleko,  w  jednym  z  gościnnych  pokoi,  śpi  Camilla.  Jest  bardzo 

blisko niego, i to nie dawało mu spokoju. Wyobraził sobie, jak leży pogrążona w 

mroku...  Od  dawna  nie  pragnął  tak  bardzo  żadnej  kobiety.  Miał  ochotę  wstać  z 

łóżka i przez ciemny korytarz pójść do jej sypialni, znaleźć ją i wziąć w ramiona.

Niestety,  pokój  bliźniąt  znajdował  się  bardzo  blisko,  a  Vanessa  spała  przez 

ścianę. Zresztą nie obecność dzieci była największą przeszkodą.

To sama Camilla go onieśmielała; miała w sobie coś, co sprawiało, że nie mógł 

wobec niej zachować się tak, jak postąpiłby wobec każdej innej kobiety.

Piękna,  mądra  i  niezależna pani profesor budziła w nim nieśmiałość  i  dziwny 

lęk. Przy niej nie potrafił być sobą. W Camilli, mimo że miała prawie czterdzieści 

lat  było  coś  świeżego  i  nieskażonego,  tak  jakby  proza  życia  nie  miała  do  niej 

dostępu.  Jej  niewinność  i  czystość  po  ciągały  go,  a  jednocześnie  zniechęcały, 

niszcząc w zarodku ewentualne próby zbliżenia.

Nagle  dobiegł  go  jakiś  dźwięk –  coś  poruszyło  się  w  pogrążonym  w  ciszy 

domu.

Jon usiadł na łóżku. Może któreś z dzieci miało zły sen i obudziło się... Usłyszał 

lekkie kroki na korytarzu w szczelinie półotwartych drzwi dostrzegł blask jasnych 

włosów, wysrebrzonych księżycowym światłem.

To  była  Camilla.  Schody  delikatnie  zaskrzypiały  pod  jej  cichymi  krokami; 

Camilla powoli schodziła w dół lekko trzymając się poręczy.

Jon wstał, włożył spodnie i buty, narzucił koszulę i wyszedł z sypialni.

Usłyszał, jak otwierają się drzwi wyjściowe i przeszło mu przez myśl, że może 

doktor Pritchard jest lunatyczką... Kiedy jednak wszedł na werandę, zobaczył ją na 

bujanej ławce; siedziała otulona kocem i patrzyła w gwiazdy.

Gdy podszedł do niej i stanął obok, spojrzała na niego nieobecnym wzrokiem, 

pełnym księżycowego blasku. Uśmiechnęła się, kiedy go poznała.

background image

– Przepraszam, ale nie mogłam zasnąć – powiedział; cicho. – Obudziłam cię?

–  Nie,  prawdę  mówiąc,  ja  też  nie  spałem.  Mogę  usiąść  przy  tobie?  Zawahała 

się, a potem usunęła, robiąc mu miejsce, i uniosła na niego oczy.

– Noc jest dość zimna – powiedziała. – Chcesz przykryć się kocem?

– Tak, jeśli ci to nie przeszkadza.

Wstała, rozchyliła poły koca i pozwoliła, żeby się przykrył; potem zawinęła się 

swoją częścią i znowu usiadła.

Bardzo  było  przyjemnie  siedzieć  tak  w  nocy,  w  ciemności,  pod  wspólnym 

kocem. Mimo że nie stykali się ramionami, Jon czuł promieniujące od niej ciepło. 

Było  to  tak  miłe,  że  bał  się  mówić,  żeby  nie  spłoszyć  uroku  chwili;  prawie 

wstrzymał oddech.

– Wiesz, jak się nazywają te wszystkie gwiazdy? Znasz nazwy poszczególnych 

konstelacji?  –  zapytała  Camilla,  wpatrując  się  w  rozgwieżdżone  niebo  nad  ich 

głowami.

–  Tak,  kiedyś  znałem  wszystkie.  Kiedy  byłem  chłopcem,  brałem  śpiwór  i 

szedłem  w  nocy  na  prerię.  Siedziałem  tam  i  przy  latarce  czytałem  książki  o 

astronomii, a potem próbowałem lokalizować poszczególne gwiazdy.

Spojrzał na nią, usiłując w mroku dostrzec jej twarz.

– A ty? Robiłaś kiedyś coś takiego? Odwróciła się, unikając jego wzroku.

– Nie, przynajmniej nie przypominam sobie.

– A potem, kiedy już byłem starszy – mówił dalej, znowu kierując spojrzenie w 

niebo – przez kilka lat miałem motocykl. Często jeździłem po nocy i wpatrywałem 

się w gwiazdy.

Poczuł,  że  z  Camilla  coś  się  dzieje.  Z  jakiegoś  powodu  przestraszyła  się  i 

drgnęła;  wyczuł,  że  robi  się  spięte  i  niespokojna.  Jakby  usłyszała  dzwonek 

alarmowy. Szczelniej otuliła się kocem. Milczała.

– Musiałeś mieć bardzo piękne dzieciństwo – powiedziała w końcu.

– Owszem, miałem dobre dzieciństwo – potwierdził i lekko zakołysał ławą, na 

której siedzieli. – Zawsze pragnąłem, żeby moje dzieci miały podobne, żeby mogły 

–  mieszkać  tutaj,  na  ranczu,  obcować  z  naturą.  Chciałem  żeby  żyły  tak,  jak  ja 

żyłem, ale niestety nie ma tu dobrej szkoły.

background image

– Nie sądzę, żeby pobyt w mieście im zaszkodził – uśmiechnęła się Camilla. –

Bliźnięta naprawdę potrzebują intelektualnej stymulacji. Są bardzo utalentowane i 

byłoby szkoda marnować tak wielkie zdolności. Po prostu zapewniłeś dzieciom to, 

co  w  obu  światach  najlepsze:  w  ten  sposób  mają  odpowiednie  szkoły,  a  w  lecie 

możliwość wypoczynku w takim miejscu jak to.

Jej delikatny profil w srebrnej poświacie przypominał rzeźbioną kameę.

– Chyba masz rację – przytaknął po chwili namysłu.

– Bliźnięta wydają się bardzo zadowolone, tylko początki były trudne.

– Dzieci bardzo szybko się przystosowują, zwłaszcza tak inteligentne jak Ari i 

Amy.

Przez chwilę bujali się w milczeniu, zapatrzeni w gwiazdy.

Camilla wydawała mu się piękniejsza niż zwykle i jeszcze bardziej pociągająca. 

Zapragnął ją objąć; najpierw jednak musi się o niej czegoś dowiedzieć. Ta kobieta, 

tak bardzo mu bliska, nie może być dla niego zagadką; musi przerwać jej milczenie 

i zdobyć jej zaufanie.

– Camillo... – zaczął.

– Tak?

– Dlaczego nic nie mówisz o swoim dzieciństwie? Nawet mi nie powiedziałaś, 

skąd pochodzisz. Słyszałem te wszystkie plotki, które krążą po uniwersytecie, ale 

ty sama nigdy nic o sobie nie mówisz.

Wtuliła się w ciepłą materię koca.

– Nie lubię mówić o sobie – rzekła półgłosem.

– Dlaczego? Bardzo bym chciał cię poznać. – Ponieważ milczała, dodał: – Nie 

wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że znam cię od dawna. A mimo to nic o tobie 

nie wiem. Bardzo bym chciał to zmienić.

– Nie mam wiele do powiedzenia o sobie. Jestem bardzo zwyczajną osobą.

– Żadnych olimpiad? Żadnych wypadów do Paryża i randek z Kennedymi ani 

ekskluzywnych przyjęć?

– Nic z tego. Nie bywam nawet na przyjęciach w macierzystym instytucie.

– Co w takim razie robisz? Jak żyjesz? Co ci sprawia przyjemność? Może masz 

jakieś hobby albo coś takiego?

– Już ci mówiłam. Przygotowuję wykłady, piszę artykuły, zajmuję się kotami.

background image

Roześmiał się cicho.

– To rzeczywiście fascynujący sposób życia, świetny materiał do plotek.

Camilla nie zawtórowała  mu śmiechem.  Kiedy na nią spojrzał, zobaczył, że z 

powagą  wpatruje  się  w  niebo.  Wyraz  jej  twarzy  zaniepokoił  go;  było  w  niej 

cierpienie.

– Camillo – powiedział i objął ją – cały dzień byłaś bardzo smutna. Dlaczego?

– Nie byłam smutna, wszystko w porządku.

Gdy ją przytulił, zesztywniała, ale się nie odsunęła. Objął ją mocnej i z radością 

poczuł w ramionach jej drobne, szczupłe ciało.

–  Nigdy nie  spotkałem kogoś  takiego jak ty – szepnął jej  we włosy.  –  Jest w 

tobie coś, co doprowadza mnie do szaleństwa. Sam nie wiem, na czym to polega.

Drgnęła, a potem przytuliła się i lekko uśmiechnęła.

– Nie powinieneś mówić tak do swojej nauczycielki.

Roześmiał  się  z  ulgą.  Nareszcie  odprężyła  się  na  tyle  by  móc  żartować  z 

sytuacji, w jakiej się znaleźli.

– Dlaczego? Może mi to zapewni lepszy stopień nigdy nie wiadomo.

–  Nie  musisz  posuwać  się  do  takich  metod.  Jesteś  bardzo  dobrym studentem. 

Pocałował jej włosy, potem policzek.

–  Dobrze  wiedzieć  –  szepnął.  –  Może  miałabyś  ochotę  nauczyć  mnie  czegoś 

więcej?

–  Nie  sądzę...  –  odparła,  kryjąc  twarz  na  jego  piersi.  –  W  innych  sprawach 

chyba  nie  potrzebujesz  nauczycielki.  Robisz  wrażenie  człowieka  wszechstronnie 

wykształconego.

Skrzywił się z powątpiewaniem.

– Zawsze tak myślałem, ale ostatnio naprawdę zacząłem wątpić.

– Dlaczego?

– Przy tobie czuję się znowu jak nastolatek, który nie wie, jak się zachować.

Camilla milczała, nie odsuwając jego ramion. Uniósł jej twarz i zaczął całować 

oczy, policzki, wargi. Była cudowna, jej skóra miała w sobie delikatność jedwabiu, 

usta były ciepłe jak jesienna noc.

– Jesteś taka piękna – szepnął. – Nawet nie wiesz, jak bardzo jesteś piękna.

background image

Jej usta rozchyliły się. Poczuł ogarniające go podniecenie; całowali się długo, 

wsunął dłonie pod skrywający jej ciało koc. Na krótką chwilę Camilla przylgnęła 

do niego; oddychała szybko, jakby nadchodziła ku niemu pospiesznym krokiem z 

bardzo dalekiej drogi.

Wiedziałem,  przemknęło  mu  przez  myśl,  wiedziałem,  że  taka  właśnie  jest. 

Gorąca i namiętna, a nie chłodna i oziębła, za jaką chce uchodzić.

Nagle zerwała się i wstała, mówiąc coś, czego nie mógł zrozumieć.

– Camillo. – Chwycił ją za ramię. – Co się stało?

– Ja nie... Boże, przepraszam cię, Jon, ale ja nie mogę. Ja po prostu nie mogę... 

Chciał coś powiedzieć, otworzył usta, ale odeszła, zanim zdążył się odezwać.

Następnego  dnia  rano  Camilla  obudziła  się  smutna  i  zmęczona.  Spała 

niespokojnie,  była  rozbita  i  zmieszana;  przez  krótką  chwilę  nie  mogła  sobie 

przypomnieć, gdzie się znajduje.

W  końcu  wszystko  sobie  przypomniała.  Powróciło  wspomnienie  tego,  co 

wydarzyło się w nocy na werandzie. Jęknęła i schowała twarz w poduszce.

Co teraz będzie? Co Jon sobie pomyśli? Skompromitowała się doszczętnie.

Przyjechała  tu  na  urodziny  jego  dzieci,  a  już  pierwszego  wieczoru  wpadła  w 

jego ramiona.

Przypomniała  sobie  jego  pocałunki  i  sposób,  w  jaki  ją  do  siebie  tulił. 

Przypomniała sobie, co czuła i o czym myślała. To, co nawiedzało ją przez długie 

dwadzieścia  lat,  zmartwychwstało  poprzedniej  nocy  –  silne,  dominujące  uczucie, 

którego nigdy nie zwyciężyła.

Całe  szczęście, że znalazła w sobie dość siły,  żeby wyrwać się z jego objęć  i 

pobiec do swojego pokoju; w przeciwnym razie obudziłaby się teraz w jego łóżku.

Drgnęła.

Boże, pomóż mi.

Wstała i podeszła do toaletki. W lustrze zobaczyła swoją bladą twarz.

Pomóż mi trzymać się z dala od tego mężczyzny.

Poszła do łazienki, wzięła prysznic, ubrała się i  wyszła na korytarz. Ciekawe, 

gdzie oni teraz są... W jasnym, porannym świetle wielki dom wydawał się cichy i 

pusty.

background image

Była niedziela, kilka minut po ósmej. Tego dnia przypadały urodziny bliźniąt. 

Może wszyscy jeszcze spali, a może dawno już wstali i gdzieś sobie poszli?

Zeszła do kuchni. Przy dużym, dębowym stole siedziała Vanessa i piła kawę.

–  Dzień  dobry  –  powiedziała  Camilla.  –  Czy  tylko  my  dwie  wstałyśmy  dziś 

rano?

Dziewczyna pokręciła głową.

– Tatuś z dziećmi poszedł pomagać Margaret przy kurach. Już są po śniadaniu. 

Margaret zrobiła dla ciebie jajka i grzanki, a ja zaparzyłam świeżą kawę.

Camilla  poczuła  ulgę  na  myśl,  że  moment  spotkania  z  Jonem  nieco  się 

odwlecze. Zawsze to coś; napije się kawy i dopiero potem stawi czoło sytuacji.

–  Jestem  strasznie  leniwa –  powiedziała  i  napełniła  filiżankę  kawą.  –  Wy 

wstajecie znacznie wcześniej niż ja.

– Goście zwykle długo tutaj śpią – powiedziała Vanessa. – To pewnie to świeże 

powietrze.

Camilla usiadła przy stole naprzeciwko niej.

– Pewnie masz rację. A ty lubisz tu przyjeżdżać? Vanessa zmarszczyła brwi.

– Tak. Podać ci te jajka i grzanki?

– Bardzo proszę.

Przez chwilę patrzyła, jak Vanessa zgrabnie rusza się przy kuchni.

–  Jaka  ty  jesteś  ładna  –  powiedziała pod  wpływem nagłego  impulsu.  –  Jesteś 

niezwykle piękną dziewczyną, Vanesso.

Nie  mogła  się  powstrzymać.  Starsza  córka  Jona  robiła  na  niej  wrażenie 

doskonałego dzieła sztuki.

– A do tego jesteś tak bardzo podobna do ojca.

– Do ojca?

Dziewczyna  spojrzała  na  nią  zdumiona.  Widać  było,  że  usłyszała  to  po  raz 

pierwszy w życiu.

– Do ojca? – powtórzyła.

Zniknął  gdzieś  jej  zwykły,  znudzony  wyraz  twarzy  i  patrzyła  na  Camillę  w 

osłupieniu, jakby do głębi poruszona jej uwagą.

– Ja jestem do niego podobna?

Camilla przyjrzała się jej uważnie.

background image

–  Masz  te  same ruchy,  dokładnie  tak  samo  trzymasz  głowę,  masz takie  same 

usta.  –  Celowo  zawiesiła  głos.  –  Od  razu  widać,  że  musicie  mieć  te  same 

upodobania i taki sam charakter.

–  On  chyba  tak  nie  myśli.  –  W  cichym  głosie  Vanessy  zabrzmiał  smutek.  –

Tatuś myśli, że jestem taka sama jak mama. Zawsze tak myślał.

–  Może  po  prostu  za  mało  cię  zna?  Może  powinnaś  z  nim  porozmawiać  i 

powiedzieć mu, jaka naprawdę jesteś.

Dziewczyna usiadła na krześle.

– Naprawdę tak uważasz?

Camilla powoli zabrała się do jedzenia.

–  Spędziłam  większą  część  życia  –  powiedziała  po  chwili,  przełknąwszy 

kawałek grzanki – robiąc to samo co ty. Kryłam się, grałam różne role, żeby nikt 

nie  mógł  zobaczyć,  jaka  naprawdę  jestem.  Egzystowałam  w  swoim  własnym 

świecie,  do  którego  nikt  nie  miał,  dostępu.  Z  czasem  taka  postawa  staje  się 

przyzwyczajeniem,  przechodzi  w  nawyk  i  człowiek  nie  może  się  zmienić,  nawet 

jeśli bardzo tego pragnie.

Spuściła oczy, nie wierząc własnym uszom. Co się z nią dzieje? Jak ona mogła 

powiedzieć  coś  podobnego?  Kontakt  z  Jonem  Campbellem  i  jego  rodziną

powoduje  w jej  naturze  nieobliczalne  zmiany;  mówi  rzeczy,  których  nigdy  dotąd 

nie mówiła. Nawet nie marzyła, że podobne wyznanie może kiedykolwiek przejść 

jej przez usta.

Sytuacja  z  każdą  chwilą  staje  się  coraz  bardziej  niebezpieczna.  Musi  z  tym 

skończyć. Po powrocie z weekendu wszystko załatwi. Na razie jednak nie może nie 

pomóc tej pięknej, nieszczęśliwej dziewczynie, która siedzi naprzeciwko niej.

– Ale co ty ukrywałaś? Jaką tajemnicę? – Vanessa przełknęła ślinę i wpatrywała 

się  w  Camillę  z  wypiekami  na  twarzy.  –  Ale  jestem  głupia  –  dodała  po  chwili  i 

wzruszyła ramionami. – Przecież gdybyś mogła to powiedzieć komuś takiemu jak 

ja, kompletnie obcej osobie, to nie byłyby to żadne prawdziwe tajemnice.

– Na tym właśnie polega problem.

Camilla  przez  chwilę  bawiła  się  nożem,  obrysowując  nim  kwadraty  na 

kuchennym obrusie.

background image

– Rzeczy, o których człowiek naprawdę nie jest w stanie nikomu opowiedzieć, 

najczęściej decydują o całym jego życiu.

– Masz na myśli rzeczy, które naprawdę nas ranią, tak?

Vanessa uniosła się na krześle. Mówiła powoli, w jej oczach było napięcie.

–  Tak,  te,  które  sprawiają  nam  ból  i  których  się  boimy.  To  zresztą  zwykle 

występuje  razem.  Cierpienie  i  lęk.  Dwie  siły  tak  potężne,  że  zwykle  sami  nie 

dajemy sobie z nimi rady.

Dziewczyna utkwiła w niej oczy.

– Nie mogę uwierzyć, żebyś ty się czegoś bała albo żeby coś było w stanie cię 

zranić. Jesteś taka... taka...

Zamilkła.

– Jaka? – zapytała Camilla.

–  Opanowana,  elegancka.  –  Vanessa  zaczerwieniła  się  znowu.  –  Tak  jakbyś 

urodziła się w pałacu, zawsze żyła w niewyobrażalnym luksusie, nigdy nie zetknęła 

się z niczym, co jest doświadczeniem zwykłych ludzi.

Camilla spojrzała na nią.

–  To  tylko  pozory  –  powiedziała  sucho. –  Możesz  mi  wierzyć,  to  nie  ma  nic 

wspólnego z rzeczywistością.

Przez chwilę milczała.

– Chcę ci coś powiedzieć, Vanesso – podjęła po chwili. – To bardzo ważne, i 

nigdy nikomu o tym nie mówiłam. Czy potrafisz dochować tajemnicy?

Dziewczyna bez słowa skinęła głową.

– Kiedyś w życiu zostałam bardzo skrzywdzona i potem żyłam w nieustannym 

strachu.

– Ile miałaś wtedy lat?

Głos Vanessy zadrżał. Była zafascynowana tym, co słyszała.

– Byłam mniej więcej w twoim wieku. Znalazłam się nagle sama, we wrogim 

świecie, bez pomocy i oparcia. Prawdopodobnie bym zginęła, gdyby nie znalazł się 

człowiek, który mi pomógł i umożliwił powrót do normalności.

Vanessa otworzyła usta ze zdziwienia, nie mogąc wydobyć głosu.

– Boże – wykrztusiła wreszcie – a teraz jesteś taka...

Urwała nagle i przez chwilę wpatrywała się w stół.

background image

– Nigdy o tym nikomu nie mówiłaś? O tamtych strasznych rzeczach, które cię 

spotkały? – zapytała szeptem.

Camilla przecząco pokręciła głową.

– Nie. Nie mogłam. Znam się wystarczająco na psychologii, żeby wiedzieć, że 

powinnam to  zrobić  i  że  to jedyny ratunek, ale  nie  potrafię  znaleźć słów. Nigdy, 

przez cały ten czas, nikomu tęgo tak naprawdę nie opowiedziałam.

–  Ale  twoje życie  nie  ucierpiało  z  tego powodu.  Odniosłaś sukces,  właściwie 

nic nie straciłaś.

Camilla wzięła głęboki oddech.

–  Wszystko,  co  udało  mi  się  osiągnąć,  osiągnęłam  tylko  dlatego,  że 

zrozumiałam,  że  muszę  raz  na  zawsze  zerwać  z  tym,  co  złe  i  straszne. 

Postanowiłam  pomagać  ludziom,  którzy  mają  podobne  przeżycia;  to  jedyny 

sposób. Teraz tego rodzaju pomoc stanowi ważną część mojego życia.

– Pomoc innym ludziom?

– Tak.

Camilla wypiła łyk kawy. Vanessa nie spuszczała z niej wzroku.

–  Ale  jak  im  pomagasz?  Masz  na  myśli  to,  że  zajmujesz  się  studentami  na 

uczelni?

– Nie, mam na myśli działalność, która nie ma nic wspólnego z uniwersytetem. 

Dotyczy młodych ludzi skrzywdzonych przez los, którzy nie mają żadnej szansy na 

lepsze  życie.  Chyba  że  ktoś  im  uświadomi,  że  sami  mogą  coś  uczynić,  żeby  je 

zmienić. A są to ludzie nieraz bardzo ciężko doświadczeni.

Vanessa  przez  dłuższą  chwilę  milczała  ze  spuszczoną  głową.  Długie,  czarne 

włosy ciemną kurtyną zasłoniły jej twarz.

–  I  wtedy  lepiej  się czujesz?  –  zapytała,  nie  podnosząc głowy.  –  Sama  mniej 

cierpisz?

Camilla dotknęła jej ręki.

– Tak – powiedziała. – Wtedy mniej cierpię.

Vanessa odgarnęła włosy i spojrzała na nią z nadzieją w oczach. Potem nadzieja 

zgasła i dziewczyna pokręciła przecząco głową.

– To nie dla mnie – oświadczyła ze smutkiem. – Nikt mi nie uwierzy, nikt nie 

weźmie  mnie  na  serio.  Zbyt  jestem  podobna  do  matki.  Wszyscy  powiedzą,  że 

background image

znowu  robię  coś  na  pokaz,  po  to  tylko,  żeby  zwrócić  na  siebie  uwagę.  Nikt  nie 

uwierzy, że naprawdę chcę pomóc ludziom. Pomyślą, że to tylko taka zabawa.

– Zawsze możesz spróbować. Nigdy nie wiadomo, co ludzie powiedzą. Spróbuj 

i zobacz, co będzie. Może reakcja bliźnich cię zaskoczy.

Twarz Vanessy skrzywiła się z bólu.

– Nie rozumiesz, o co mi chodzi? Ja sama nieraz myślę, że ludzie mają rację.

Oparła głowę na rękach i zaczęła cicho płakać.

–  Jestem  tak  strasznie  podobna  do  mojej  matki  –  wyjąkała.  –  Zachowuję  się 

bardzo podobnie do niej, mam takie same reakcje, muszę być tak samo zła jak ona.

– Vanesso...

Camilla objęła drżące ramiona dziewczyny.

– Vanesso, posłuchaj, co ci powiem. Prawdziwemu egoiście nigdy do głowy nie 

przyjdzie zastanawiać się nad tym, czy jest egoistą. W ogóle o tym nie myśli. Jest 

przekonany o słuszności swojego postępowania. Rozumiesz? Fakt, że się nad tym 

wszystkim zastanawiasz, jest dowodem na to, że nie jesteś taka, jak ci się wydaje. 

Vanessa otarła łzy.

– Nigdy w ten sposób o tym nie myślałam.

Spojrzała na Camillę pytająco.

– To jak myślisz... Gdzie mogę znaleźć kogoś, kto się boi i jest nieszczęśliwy? 

Gdzie mogę znaleźć kogoś, komu mogłabym pomóc?

–  U  siebie  w  domu  –  odparła  spokojnie  Camilla.  –  Doskonałe  miejsce  na 

początek.

–  Masz  na  myśli  bliźnięta?  –  w  głosie  Vanessy  zabrzmiało  rozczarowanie.  –

Ale przecież wszyscy koło nich skaczą, one mnie nie potrzebują. A Steven nigdy 

nie zaakceptowałby mojej pomocy. Jest strasznie dumny i udaje, że to, co spotkało 

nas w dzieciństwie, wcale go nie obchodzi. Nie wiem, jak...

Znowu  uniosła  oczy  na  Camillę;  siedząca  naprzeciw  niej  kobieta  przyglądała 

się jej z wyczekującym uśmiechem.

– Enrique? – zapytała nieśmiało  dziewczyna. – To o nim myślisz? Powinnam 

spróbować mu pomóc?

Camilla skinęła głową.

background image

– W jego przeszłości są jakieś ciemne, straszne rzeczy, o których musi z kimś 

porozmawiać. A mam wrażenie, że nie uczyni takiego wyznania mnie ani twojemu 

ojcu.

Delikatna buzia Vanessy zaczerwieniła się ze wstydu.

–  Ale  on...  Enrique  myśli  pewnie,  że  ja  jestem  okropna,  taka  oschła,  pewna 

siebie, zarozumiała. Odkąd z nami mieszka, prawie nie zamieniłam z nim słowa.

Camilla przypomniała sobie wyraz twarzy, z jakim Enrique patrzył na Vanesse.

– Nie sądzę, żeby myślał, że jesteś okropna.

Przed  domem  rozległy  się głosy.  Szczebiotowi  bliźniąt towarzyszył spokojny, 

opanowany  głos  Jona.  Po  chwili  dzieci  wpadły  do  kuchni,  podbiegły  z 

koszyczkami do Camilli i zaczęły pokazywać jej kurze jajka, które właśnie zebrały.

Uśmiechnęła  się  do  Ariego  i  Amy,  próbując  zachować  zwykłą  serdeczność  i 

starannie unikając wzroku Jona, który spokojnie stał w drzwiach i patrzył na nią.

Enrique  nigdy  w  życiu  nie  widział  czegoś  takiego  jak  urodzinowe  przyjęcie 

bliźniąt. Cały salon udekorowany był balonikami  i  wstążkami. Uroczyście ubrani 

goście  czekali  na  Ariego  i  Amy,  wszędzie  stały  stosy  prezentów.  Na  przyjęcie 

zeszli się wszyscy mieszkańcy rancza i każdy przyniósł jakiś mały upominek.

Margaret spisała się znakomicie. Tort był rzeczywiście wspaniały. Przedstawiał 

plastyczną  mapę  Alberty  i  Saskatchewanu,  ze  wszystkimi  górami,  równinami  i 

jeziorami;  znalazło się na nim również miejsce dla uniwersytetu w Calgary i obu 

domów rodziny Campbellów.

–  Razem  z  Eddiem  robiliśmy  ten  tort  przez  trzy  dni  wyznała  Margaret  i 

uśmiechnęła się z zadowoleniem.

– Gdyby nie Eddie, nie zrobiłabym tej mapy. On się na tym zna.

Caroline  Kurtz,  właścicielka  baru  w  pobliskim  mieście,  przywiozła  góry 

jedzenia.  Stała  teraz  obok  Toma  za  długim,  uginającym  się  od  najróżniejszych 

potraw stołem i podawała gościom sałatki, napoje i sandwicze.

W  drugim  rogu  ogromnego  salonu  trwała  właśnie  zabawa  w  berka,  której 

przewodził  Jon.  Prócz  dzieci  dzielnie  sekundowało  mu  dwóch  kowbojów  w 

kapeluszach ozdobionych kolorowymi wstążkami i kawałkami bibułki. Od tupania 

długich butów i pisków dzieci drżały szyby w wielkich oknach i trzęsła się dębowa 

background image

podłoga.

–  Uważaj,  Sammy,  jak  będziesz  tak  leciał,  to  wpadniesz  na  stół  i  zabijesz 

Caroline! A może by lepiej pobawić się w ciuciubabkę? Jon was powystrzela, jak 

mu rozbijecie ten zegar nad kominkiem!

Enrique  siedział  sam  w  kącie  salonu  i  z  uśmiechem  patrzył  na  roześmianych 

gości.  Dobrze się  czuł  w tym rozbawionym towarzystwie.  Już  dawno  nie  był  tak 

swobodny i odprężony.

Hałas  i  gwar  głosów  przypomniał  mu  zabawy  podczas  świąt  ludowych  w 

rodzinnej  wiosce.  Wtedy  też  wszyscy  zapominali  o:  codziennych  kłopotach  i 

zmartwieniach, i bawili się, śpiewając i tańcząc do upadłego.

Ale  to  było  przedtem,  zanim  wrogi  świat  wtargnął  w  życie  jego  i  jego 

najbliższych i zamienił je w koszmar, niwecząc wszystko, co kochał.

– Jeszcze kawałek ciasta, Enrique? A może nalać ci ponczu?

Uniósł  oczy,  nie  wierząc  własnym  uszom.  Przed  nim  stała  Vanessa.  W  ręku 

miała  talerz  i  szklankę.  Pochyliła  się  nad  nim  troskliwie  i  pytająco  spojrzała  w 

oczy.

– Napijesz się czegoś?

Miała  na  sobie  długą,  białą  sukienkę  z  bawełny,  spływającą  do  podłogi. 

Wyglądała jak bogini.

– Wyglądasz zupełnie jak anioł – powiedział i zamilkł zmieszany.

Teraz  na  pewno  Vanessa  go  wyśmieje.  I  będzie  miała  rację;  jak  mógł 

powiedzieć  coś  tak  głupiego  i  banalnego.  Enrique  odwrócił  wzrok,  nie  chcąc 

widzieć pogardy w jej oczach. Wyszedł na idiotę.

Ku  jego  ogromnemu  zdumieniu  nic  takiego  się  nie  stało.  Vanessa  wcale  nie 

spojrzała na niego z pogardą, nie powiedziała nic tym swoim oschłym, obojętnym 

tonem, który tak dobrze poznał, odkąd zamieszkał w domu Campbellów. Zamiast 

tego usiadła obok niego na krześle, a talerz i szklankę postawiła na stoliku obok.

–  Wcale  nie  jestem  aniołem  –  powiedziała. –  A  teraz  nie  patrz  tak,  tylko  coś 

zjedz.  Niosłam  to  wszystko  aż  tutaj  specjalnie  dla  ciebie,  ryzykując,  że  tamci 

szaleńcy przewrócą mnie i wszystko upuszczę na podłogę.

Ruchem  głowy  wskazała  kowboja  z  zawiązanymi  chustką  oczami  i  skaczące 

dokoła niego bliźnięta.

background image

Enrique  posłusznie  wziął  talerz  ze  stolika  i  zaczął  jeść  tort,  z  trudem 

przełykając kolejne kęsy. Ze zdenerwowania nie czuł smaku tego, co je; gdyby ktoś 

go zapytał, nie potrafiłby określić, czy tort jest czekoladowy czy śmietankowy.

– Byłeś już kiedyś na takim przyjęciu? – spytała Vanessa i dodała: – Strasznie 

hałasują, prawda?

Przysunęła  się  do  niego.  Pomyślał,  że  ten  cud  to  pewnie  zasługa  Jona.  Jon  o 

wszystkich pamięta i o wszystko się troszczy. Nigdy by nie pozwolił, żeby w jego 

domu ktoś siedział samotny pod ścianą, podczas gdy inni doskonale się bawią. Po 

prostu kazał córce zająć się nim.

Spojrzenie  Vanessy  jednak  mówiło  co  innego.  Patrzyła na  niego z  wyraźnym 

zainteresowaniem i sympatią.

Poczuł nagle, że pragnie jej powiedzieć wszystko.

–  Dawno  temu,  przed  laty  –  zaczął  nieśmiało  –  kiedy  jeszcze  mieszkałem  w 

swoim miasteczku, często urządzaliśmy takie zabawy. Moja siostrzyczka...

Urwał. Wspomnienie Marii było zbyt bolesne, żeby rozmawiać o niej nawet z 

Vanessa.

Siedząca  obok  niego  dziewczyna  w  białej  sukni  uśmiechnęła  się  do  niego 

ciepło.

– Masz siostrę, Enrique? Poczuł mocne uderzenia serca.

–  Miałem.  Ona  nie  żyje,  umarła.  Miała  na  imię  Maria...  Miała  dziewięć  lat. 

Poczuł rękę Vanessy na swoim ramieniu.

– Bardzo mi przykro, serdecznie ci współczuję. Jak to się stało?

– Została zabita – odparł cicho – tuż przed moim wyjazdem z kraju.

Łzy napłynęły mu do oczu, ale nie wytarł ich. Bał się zrobić jakikolwiek ruch, 

żeby Vanessa nie zauważyła, co się z nim dzieje.

Vanessa jednak widziała wszystko. Ujęła go za ramię i lekko się przytuliła, tak 

jakby chciała dodać mu odwagi przed tym, co go czeka.

– Może byś mi wszystko opowiedział? Oczywiście jeśli chcesz. Spojrzał na nią 

ze zdumieniem.

– Naprawdę chcesz? Chcesz, żebym ci opowiedział o Marii?

– Bardzo. Chodź, pójdziemy na werandę, dalej od tego hałasu. Tam spokojnie 

sobie usiądziemy i wszystko mi opowiesz.

background image

–  Ale  ja...  –  Rozejrzał  się  bezradnie.  –  Ja  nigdy  nikomu  jeszcze  o  tym  nie 

mówiłem.

– W takim razie chyba najwyższy czas, żebyś to zrobił. Jak myślisz?

Poszedł  za  nią  oszołomiony  przez  gwarny  salon  i  opustoszałą  kuchnię  na 

werandę, gdzie było zacisznie i cicho. Vanessa usiadła na bujanej ławce i wskazała 

mu miejsce obok siebie.

Usiadł  przy  niej  niepewnie,  zdenerwowany  jej  bliskością  i  tym,  co  miał  jej 

powiedzieć. Biała, bawełniana szata Vanessy dotknęła jego nóg.

Zaczął mówić cichym głosem, pełnym wahania i nie pokoju. Potem opowieść 

zaczęła  płynąć  własnym  rytmem,  tak  jakby  ktoś,  kto  długo  czekał  na  okazję 

wyrzucenia  jej  z  siebie,  przemawiał  teraz  przez  usta  Enrique'a  Vanessa  uważnie 

słuchała  jego  opowieści  o  życiu  w  miasteczku,  o  szkole,  rodzicach,  oskarżeniu, 

jakie  przeciwko  nim  skierowano,  i  o  tym  straszliwym  dniu,  kiedy  pod  szkołę 

podjechali żołnierze, żeby ją spalić i zamordować nauczycieli.

Kiedy Enrique wreszcie skończył, oboje płakali.

– Musiałeś... – powiedziała wreszcie Vanessa przez łzy – musiałeś strasznie się 

bać wtedy, kiedy oni...

Wyjęła z kieszeni chusteczkę i podała mu ją.

–  Byłeś  strasznie  sam  i  przerażony,  prawda?  Nawet  nie  mogę  sobie  tego 

wyobrazić. Ja nigdy... Jak ci się udało przetrwać i jakoś dotrzeć do morza?

– Kiedy człowiek nie ma wyjścia i musi coś zrobić, to robi to bez względu na 

przeciwności.

Jego głos był cichy, ale bardzo stanowczy.

– Nie wiem, co ci powiedzieć – szepnęła Vanessa po chwili milczenia. – Kiedy 

to wszystko usłyszałam, nie wiem, jak się zachować. Nigdy nie przeżyłam czegoś 

podobnego, nigdy się nie bałam, nigdy nie byłam głodna,  moi najbliżsi żyją. Jest 

mi...  wstyd, że musiałeś przejść przez coś takiego, a ja... ja nic... Zachowywałam 

się okropnie, Enrique.

– Byłaś dla mnie bardzo miła. A teraz czuję się o wiele lepiej.

Ze zdziwieniem spostrzegł, że mówi prawdę. Chciał być po prostu uprzejmy, a 

okazało  się,  że  powiedział  coś  bardzo  ważnego.  Kiedy  zwierzył  się  Vanessie, 

koszmar  jakby  nieco  się  oddalił  i  ciężar  przygniatający  mu  piersi  trochę  zelżał.

background image

Enrique poczuł, że może swobodniej oddychać.

Po raz pierwszy od tamtego strasznego dnia mógł pomyśleć o Marii z miłością i 

po prostu z żalem, bez potwornego wrażenia, że stało się coś, z czym nie wolno mu 

dalej  żyć.  Po  raz  pierwszy  obraz  drobnego,  zmasakrowanego  ciała  został 

zastąpiony przez wspomnienie roześmianej, czarnowłosej dziewczynki...

– Naprawdę czujesz się trochę lepiej? Vanessa z nadzieją spojrzała mu w oczy.

–  O  wiele  lepiej.  Jestem  ci  bardzo  wdzięczny  za  to,  że  mnie  wysłuchałaś. 

Uśmiechnęła się do niego nieśmiało i lekko dotknęła jego ręki.

– Ja wiem – powiedziała – że nie jestem taka mądra jak ty, ale gdybyś kiedyś 

potrzebował pomocy, zawsze możesz do mnie przyjść. Może chciałbyś, żebym ci 

pomogła przy jakiejś pracy pisemnej? Zawsze możesz na mnie liczyć.

Enrique pomyślał, że pewnie umarł i znalazł się w niebie, ale było mu wszystko 

jedno. Z Vanessa gotów był umrzeć i... pójść do nieba. Jeśli niebo jest miejscem, 

gdzie  Vanessa siedzi obok  niego,  uśmiecha się,  a  od  czasu do  czasu dotyka jego 

ręki, to gotów był iść tam natychmiast, nie oglądając się za siebie.

Kiedy  Jon  i  Camilla  pojawili  się  na  werandzie,  dwoje  młodych  ludzi  nadal 

siedziało pogrążonych w rozmowie, śmiejąc się i coś sobie opowiadając. Przeszli 

cicho obok nich i żeby im nie przeszkadzać, zbiegli po schodach na dwór.

Jon ze zdziwieniem rzucił okiem na swoją starszą córkę, nie wierząc, że to, co 

widzi, nie jest halucynacją. Ujął Camillę pod ramię.

– W tej werandzie muszą być jakieś czary – szepnął jej do ucha.

Camilla uśmiechnęła się i lekko odsunęła. Nie jest zbyt bezpiecznie być sam na 

sam z tym mężczyzną...

– Gdzie chcesz mnie zaprowadzić? – spytała.

–  To  może  zabrzmieć  bardzo  prozaicznie,  ale  trzeba  napoić  byki,  a  Tom  jest 

bardzo zajęty, pomaga Caroline. To niedaleko, zaraz za wiatrakiem.

Camilla skrzywiła się.

– Nie jestem pewna, czy chcę tam iść. Byki wyglądają bardzo groźnie.

–  Nie  bój  się.  Obronię  cię,  mój  skarbie.  Mrugnął  okiem  i  uśmiechnął  się 

szeroko.

background image

– Szli przez pogrążony w jesiennych kolorach podwórzec, osłonięty wysokimi 

drzewami. Stojący na otwartej przestrzeni wiatrak poruszał się wolno, wprawiany 

w  ruch  lekkim  wiatrem,  cicho  skrzypiąc.  Camilla  nie  patrzyła  na  Jona,  próbując 

odgrodzić się od niego murem ze sztucznego zainteresowania przyrodą.

Za  wiatrakiem  w  obszernej  zagrodzie  znajdowało  się  stado  byków.  Camilla 

przystanęła  u  stóp  wiatraka, patrząc,  jak  Jon  przeskakuje  drewniane ogrodzenie  i 

zbliża się do zwierząt. Nawet z tej odległości wyglądały bardzo groźnie.

Jon  podłączył  gumowego  węża  do  kranu  i  wprowadził  go  do  poidła.  Jeden  z 

czarnych byków ruszył w jego stronę, pochylając rogaty łeb. Jon odszedł od koryta 

i  zgrabnie  przeskoczył  barierę.  Stanął  obok  Camilli,  patrząc  na  zwierzęta  powoli 

zbliżające się do wodopoju.

–  Nie  wiem,  jak  możesz  robić  takie  rzeczy  –  powiedziała,  nie  odrywając 

wzroku  od  czarnej  masy  grzbietów.  –  Przecież  któregoś  dnia  mogą  cię  zabić.  Są 

strasznie silne i chyba niezbyt lubią ludzi.

Jon oparł się o drewniany płot i w zamyśleniu spojrzał na zwierzęta.

– Wszystko jest na swój sposób niebezpieczne – powiedział. – Tu przynajmniej 

wiem, czego się mogę spodziewać i nic mnie nie zaskoczy. Muszę ci powiedzieć, 

że o wiele bardziej boję się tych chłopaczków na ulicy w mieście niż zwierząt na 

mojej farmie.

Camilla  pomyślała  o  Zeke'u  i  Szybkostrzelnym.  W  wyobraźni  zobaczyła  ich 

złe, zacięte twarze i zaraz potem – ściągniętą bólem i uporem twarz Stevena.

Lekko  dotknęła  palcem  ogrodzenia;  drewno  było  gładkie  i  ciepłe,  jakby 

zachowało w sobie część promieni zachodzącego słońca.

–  Chyba  masz  rację  –  odezwała  się,  nie  patrząc  na  Jona.  –  Zwierzęta 

przynajmniej  wysyłają jakieś sygnały,  zanim zaatakują. Nawet jadowite węże  nie 

atakują bez ostrzeżenia.

–  Właśnie,  a  przede  wszystkim  nie  atakują  bez  potrzeby.  Stają  się 

niebezpieczne  dopiero  wtedy,  gdy  poczują  się  zagrożone.  Byk  nigdy  nie  będzie 

szarżował bez powodu, jeśli ktoś go do tego nie sprowokuje. Z ludźmi jest inaczej. 

Właściwie tylko człowiek ucieka się do bezsensownej, irracjonalnej przemocy.

– Przeszyła ją nagła błyskawica przypomnienia. Znowu ujrzała tamtą ciemność, 

poczuła ból, smak krwi w ustach i narastające przerażenie. Przygryzła wargi, żeby 

background image

nie krzyczeć, i wbiła wzrok w ziemię.

Jon spojrzał na nią.

– Stało się coś? Co ci jest?

Pokręciła głową, odsuwając od siebie falę wspomnień.

– Nic. O której jutro wracamy do domu?

– Zaraz po świątecznym obiedzie. Dlaczego pytasz? – Jon dotknął jej ramienia. 

– Chciałabyś już jechać? Spieszysz się do czegoś?

Pomyślała o schronisku dla bezdomnych dzieci i poczuła wyrzuty sumienia. Od 

dwóch lat bywała tam co tydzień. Dotychczas nie opuściła ani jednego weekendu. 

Po raz pierwszy przedłożyła własną przyjemność nad potrzeby innych. Poczuła, że 

sprzeniewierzyła się obowiązkom.

Ciekawe, co tam bez niej robią. Jak sobie dają radę? Jak czuje się Marty? Czy 

Chase wyszedł już ze szpitala? Czy wytrwał w swoim postanowieniu i przestał brać 

narkotyki? Czy wiadomo coś więcej o planach Zeke'a i jego kompanów...

Uśmiechnęła się z wysiłkiem i spojrzała na Jona.

– Nie, nie śpieszę się. Tu jest tak pięknie.

Powiodła  wzrokiem  po  rozległych  pastwiskach,  wysokich,  wiekowych 

drzewach, starym, wielkim domu oświetlonym ostatnimi promieniami słońca.

–  To  wszystko  jest  takie  piękne  –  powtórzyła.  –  Taki  niezwykły  krajobraz 

cieszy oczy i koi duszę.

Jon skinął głową i bez słowa ją objął. Przez chwilę stali bez ruchu, wpatrzeni w 

odległy horyzont.

–  Wiem,  co  masz  na  myśli  –  powiedział  po  namyśle.  –  To  bardzo  dziwne 

miejsce; jakby tutaj zatrzymał się czas. Nieraz myślę, że wcale bym się nie zdziwił, 

gdyby  nagle  na  horyzoncie  ukazała  się  grupa  indiańskich  jeźdźców,  na  przykład 

gdyby zza tamtego pagórka wyjechały nagłe Czarne Stopy. Przecież to ich ziemia, 

dusze  zmarłych  przodków  muszą  tu  gdzieś  być.  Kiedy  byłem  mały,  jeździłem 

konno przekonany, że zaraz któregoś z nich spotkam.

Camilla spojrzała na wyzłocone słońcem pagórki, oczarowana jego opowieścią. 

Mocniej przytulił ją do siebie.

–  Wszystko  można  wyczytać  z  twojej  twarzy.  Jesteś  bardzo  wrażliwa.  Kiedy 

tak  patrzysz,  jesteś  bardzo  podobna  do  Amy.  Wyglądasz  zupełnie  jak  mała 

background image

dziewczynka z błyszczącymi ciekawością oczami.

– Jon...

Było  jednak za późno. Znalazła się w  jego  ramionach  a  on  całował jej twarz. 

Poddała się jego pocałunkom bez oporu i słowa skargi.

Pragnę  cię,  myślała.  Nawet  nie  wiesz,  jak  bardzo  cię  pragnę.  Sama  w  to  nie 

wierzę, ale nie mogę się powstrzymać.

Nie  przestając  jej  całować,  pieścił  dłonią  jej  skórę  Czuła  ogarniające  ją 

pożądanie  i  pragnienie,  aby  być  z  nim  całą  sobą,  całym  ciałem...  Usłyszała  jego 

szept:

– Bardzo cię pragnę.

Słabo, bez przekonania, próbowała powstrzymać jego ręce.

– Nie – szepnęła – przecież nawet mnie nie znasz.

W  gałęziach  drzew  śpiewały  ptaki,  gdzieś  wysoko  przemknął  klucz  dzikich 

kaczek. Pachniało słońcem i trawą.

Camilla poczuła, że pogrąża się w jakimś dziwnym nierealnym świecie, gdzie 

wszystko jest możliwe i każdy cud może się zdarzyć.

Teraz już nic nie mogło oderwać jej od niego. Wiedziała, że zaraz osuną się na 

trawę, w bezpieczne schronienie pod drzewami, gdzie nikt ich nie znajdzie, i gdzie 

będą  mogli  się  połączyć.  Czuła,  że  zbliża  się  zaspokojenie  pragnień,  nie 

nasyconych w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Nie musi nic robić, wystarczy, że się 

podda...

– Jon – szepnęła – Ja zawsze... Nigdy...

– Tatusiu!

Zza drzew, niebezpiecznie blisko, rozległo się wołanie:

– Tatusiu! Tato! Gdzie jesteś?

Odskoczyli  od  siebie.  Camilla  w  pośpiechu  zaczęła  porządkować  ubranie  i 

włosy. Na ścieżce obok wiatraka ukazał się Ari.

– Nie mogłem cię znaleźć – powiedział do ojca z wyrzutem w głosie. – Gdzie 

byłeś? Chodzę i wołam, i nic. Dlaczego się nie odzywałeś?

Jon objął spojrzeniem Camillę.

– Po prostu nie słyszałem cię, synku. O co chodzi?

background image

– Chcemy otwierać prezenty. Margaret powiedziała, że bez ciebie nie możemy 

tego zrobić. Camilla też powinna to zobaczyć.

–  Margaret  miała  świetny  pomysł  –  odparł  Jon  cierpkim  głosem.  –  Musisz 

trochę  poczekać,  zaraz  przyjdę.  Teraz  chciałbym  jeszcze  chwilę  porozmawiać  z 

Camilla.

Ari poczerwieniał, w oczach zabłysły mu łzy.

– Nie! – krzyknął. – Już i tak długo czekaliśmy! Chcę otworzyć moje prezenty!

Camilla wzięła go za rękę.

–  Dobrze,  kochanie,  już  z  tobą  idziemy.  Ja  i  tatuś  też  chcemy  zobaczyć,  co 

dostałeś.

Ruszyła w stronę domu, trzymając chłopca za rękę. Jon podążył za nimi.

Szła, każdym nerwem ciała odbierając jego obecność.

Co  się  z  nią  dzieje?  Jak  mogła  tak  się  zachować?  Jak  mogła  być  tak  bardzo 

lekkomyślna? Zupełnie jakby nie było przeszłości, jakby tamte wydarzenia sprzed 

dwudziestu lat w ogóle się nie liczyły.

Musi wreszcie z  tym skończyć. Musi zmienić swoje  postępowanie, zerwać ze 

słabością, nie poddawać się wrażeniom chwili, oderwać od tego mężczyzny i jego 

rodziny.

Jutro wróci do domu i postanowi, co dalej robić. Przede wszystkim nie wolno 

jej nigdy zostawać z Jonem Campbellem sam na sam. To jedno wie na pewno.

background image

Rozdział 12

Po wyjeździe rodziny na ranczo Steven siedział samotnie w domu, rozkoszując 

się samotnością i ciszą. Wiedział, że ojciec i Margaret martwią się, że zostaje sam 

na Święto Dziękczynienia, ale było mu doskonale obojętne, czy będzie jadł indyka 

z borówkami, czy też nie. Święto nie miało dla niego znaczenia; najważniejsze, że 

sobie wreszcie pojechali.

Nieobecność  rodziny  sprawiła  mu  wielką  ulgę.  Strasznie  go  ostatnio 

denerwowali. Najbardziej grały mu na nerwach bliźnięta, ich krzyki i nieustannie 

zadawane pytania. Również baczne, pełne niepokoju spojrzenia ojca sprawiały mu 

przykrość i wyprowadzały z równowagi.

Zwłaszcza w kontekście tego, co już za tydzień miało nastąpić...

Steven siedział w wielkim, wygodnym fotelu, rozparty przed telewizorem, i nie 

widzącym spojrzeniem ślizgał się po ekranie, na którym toczył się mecz. Nie mógł 

się skoncentrować. Nie był w stanie zająć uwagi meczem ani książką.

Kiedy słońce zaczęło zachodzić za wzgórza, podniósł się i poszedł do kuchni, 

żeby  zjeść  posiłek,  który  przed  wyjazdem  przygotowała  mu  Margaret.  Trzymał 

jedzenie  zbyt  długo  w  kuchence  mikrofalowej  i  indyk  miał  smak  kawałka 

przypalonego drewna, a borówki wyglądały jak kozie bobki.  Nie zwracając na to 

uwagi  zjadł  wszystko,  znajdując  perwersyjną  przyjemność  w  paskudnym  smaku 

potrawy. Jej gorycz idealnie pasowała do jego nastroju.

Po  kolacji  postanowił  pojechać  do  miasta  i  obejrzeć  pole  bitwy.  Trzeba 

dokładnie  przyjrzeć  się  temu  sklepowi  z  alkoholem,  który  Zeke  wybrał  na  cel 

pierwszego napadu. Obejrzeć ulicę, zorientować się, co i jak.

Miotały nim sprzeczne uczucia. Z jednej strony wzdrygał się na myśl o tym, co 

ma  uczynić.  Myśl,  że  złamie  prawo,  okradnie  sklep,  odbierze  cudzą  własność  i 

ucieknie  jak  pierwszy  lepszy  złodziej  –  miała  w  sobie  coś  złowrogiego,  z  czym 

trudno  było  mu  się  pogodzić.  Z  drugiej  jednak  strony  pociągało  go  zagrożenie  i 

ryzyko. Wiedział, że tylko wtedy, gdy zrobi coś naprawdę niebezpiecznego, raz na 

zawsze zerwie z dotychczasowym życiem i wejdzie na drogę prawdziwego buntu. 

Działo się z nim coś, czego nie rozumiał; nie był w stanie kontrolować emocji.

background image

Nade wszystko jednak pragnął, aby nowi koledzy zaakceptowali go i uznali za 

swojego. Raz na zawsze chciał przestać być „nadzianym chłopaczkiem", „synkiem 

bogatego  tatusia".  Kiedy  Zeke  i  inni  zobaczą,  jaki  jest  odważny  i 

bezkompromisowy, przekonają się, że wbrew temu, co sądzili, Steven jest taki sam 

jak oni. Wreszcie dojdą do wniosku, że jest „równym gościem", na którego zawsze 

można  liczyć.  Może  wtedy  wybaczą  mu  pochodzenie  z  bogatego  domu  i 

zrozumieją, o co naprawdę mu chodzi.

Był  przekonany,  że  dobra  tego  świata  rozdzielone  są  niesprawiedliwie.  Jedni 

mają zbyt dużo, inni nie mają środków do życia. A skoro odpowiednie instytucje 

nie robią nic, żeby taki stan rzeczy zmienić, ktoś musi wziąć sprawy w swoje ręce. 

Cel  uświęca  środki,  pomyślał  i  przypomniał  sobie  wzrok  ojca.  Jon  nigdy  go  nie 

zrozumie. Jon Campbell nigdy nie zrozumie swojego syna.

Najwyższy jednak czas, żeby syn wziął swoje życie w swoje ręce; nie jest już 

dzieckiem i nikt nie będzie mu mówił, co ma robić. Sam wie najlepiej.

Skrzywił  się  i  wjechał  w  ulicę  prowadzącą  do  sklepu  monopolowego. 

Zatrzymał  się  tuż  przed  skrzyżowaniem  i  rozejrzał.  Miejsce  było  doskonale 

dobrane; zaciszne, osłonięte drzewami od spojrzeń przypadkowych przechodniów, 

idealna  kryjówka.  Spojrzał  na  zegarek.  Dochodzi  ósma,  ale  jest  już  ciemno.  Za 

tydzień będzie tu czekał w samochodzie, aż Zeke i Szybkostrzelny przybiegną po 

napadzie z łupem.

Wskoczą  do  samochodu,  on  naciśnie  gaz,  i  już  ich  nie  ma!  Szukaj  wiatru  w 

polu.  Muszą  jak  najszybciej  wydostać  się  z  miasta,  zanim  ktoś  ich  zauważy  i 

rozpocznie się pościg.

Powinien  dobrze  poznać  drogę;  im  lepiej  ją  pozna,  tym  lepiej  przygotuje 

ucieczkę. Przecież w pewnym momencie wszystko będzie w jego rękach.

Kątem  oka  zobaczył  policyjny  wóz  patrolowy,  wolno  sunący  wzdłuż  ulicy. 

Policjant  za  kierownicą  obrzucił  go  krótkim  spojrzeniem  i  Steven  spuścił  wzrok, 

udając,  że  szuka  czegoś  na  siedzeniu  obok.  Poczuł  mocne  uderzenia  serca  i  żar 

oblewający policzki.

Kiedy  patrol  zniknął  w  mroku,  Steven  wyprostował  się  i  odetchnął  z  ulgą,  a 

potem włączył silnik i powoli ruszył przed siebie.

background image

Ciekawe,  dlaczego  tak  mu  się  przyglądali?  Czyżby  wyglądał  podejrzanie?  A 

może zanotowali numer rejestracyjny jego samochodu?

Pewnie  wzbudził  ich  podejrzenia,  zaczajony  tak  przy  krawężniku,  w  mroku 

ulicy.  Ten  policjant  może  go  sobie  przypomni  za  tydzień,  kiedy  dojdzie  do 

napadu... Skojarzy fakty, rozpozna samochód, będą go przesłuchiwać... Na pewno 

zapisał numer rejestracyjny i kiedy Zeke z kumplami obrabują sklep, podejrzenia 

automatycznie skierują się na kierowcę żółtego mustanga.

Poczuł nagle chęć, aby znaleźć się jak najdalej stąd, tysiące mil od tego miejsca 

i kumpli, z którymi ma dokonać  przestępstwa. Zapragnął znaleźć się w domu, na 

łonie rodziny, bezpieczny i niczym nie zagrożony. Zapragnął schować się w swoim 

pokoju, być z dala od grozy tego świata.

To  jednak  było  niemożliwe;  zabrnął  za  daleko.  Dał  im  słowo.  Obiecał,  że 

weźmie  udział  w  akcji  i  pomoże  im.  Zeke  i  Szybkostrzelny  liczą  na  niego,  nie 

może ich zawieść. Jeśli teraz się wycofa, nabiorą przekonania, że jest tylko głupim 

dzieciuchem, który sam nie wie, co mówi, strachliwym i rozpieszczonym.

Nie  wolno  łamać  raz  danego  słowa,  wiedział  o  tym  aż  nadto  dobrze.  Matka 

zawsze  mu  obiecywała  złote  góry,  przyrzekała,  zapowiadała,  i  nic  z  tego  nie 

wychodziło. Mówiła, że zadzwoni, że napisze, i co? Na Święto Dziękczynienia też 

nie dała znaku życia...

Jego to oczywiście nic a nic nie obchodzi. Przecież nieraz zapomina zadzwonić 

nawet na Boże Narodzenie.

Inni  nie  zwracają  na  to  uwagi,  przyzwyczaili  się,  nawet  bliźnięta  ostatnio 

przestały się dopytywać, tylko on... On zawsze czeka i za każdym razem tak samo 

cierpi, tak jakby z każdą nie spełnioną obietnicą matka odrzucała go na nowo...

Nie  potrafił  sobie  z  tym  poradzić.  Ból  dręczył  go,  rósł,  groził  wybuchem  jak 

wulkan.  Czuł,  że  musi  wybuchnąć,  eksplodować  i  rozerwać  wszystko  dokoła  na 

tysiące małych kawałków.

A  nawet  jeśli  policjant  na  niego  spojrzał,  to  co  z  tego?  Niech  sobie  patrzy. 

Nieważne.

Nic  nie  ma  znaczenia  oprócz  planu,  który  zaaprobował  i  który  za  tydzień 

pomoże wprowadzić w życie.

background image

Zaparkował pod domem i spojrzał w okna.  Jarzyły się światłem, za firankami 

przesuwały  się  cienie.  Wszyscy  już  wrócili.  Ojciec  pewnie  odwiózł  doktor 

Pritchard na kampus i teraz rodzina na niego czeka.

Z westchnieniem przekroczył próg domu.

Od razu wyczuł, że coś jest inaczej niż zwykle. Bliźnięta były jeszcze bardziej 

hałaśliwe,  rozwijały  prezenty  i  przekrzykiwały  się  wzajemnie,  a  ojciec  był  jakiś 

nieobecny i zdenerwowany.

Największa  jednak  zmiana  zaszła  w  Vanessie.  Jego  starsza  siostra  siedziała 

zwinięta  w  fotela  i  pomagała  siedzącemu  obok  Enrique'owi  przygotować  się  do 

testu z psychologii.

Steven spojrzał na nią ze zdziwieniem, ale podniosła tylko głowę i uśmiechnęła 

się do niego.

– Cześć, Steve.

– Cześć, Van. Witaj, Enrique.

Enrique  też  był  jakiś  inny.  Nie  wyglądał  już  ani  na  przestraszonego,  ani  na 

śmiertelnie  skrępowanego;  zachował  dawną  nieśmiałość,  ale  był  spokojny  i... 

szczęśliwy.

–  Enrique,  uważaj  –  powiedziała  Vanessa  i  pochyliła  się  nad  testem.  –  Tu 

chodzi  o  wymienienie  trzech  podstawowych  zmian  zachodzących  w  postawach 

typowych.

Enrique spojrzał z uśmiechem na Stevena i wrócił do przerwanej pracy.

– Witaj, synu.

Steven podszedł do ojca.

– Wszystko w porządku? Jak ci się udał weekend?

– Wszystko dobrze.

Na progu kuchni stanęła Margaret z naręczem ręczników i serwetek.

– Steven, zjesz kolację?

– Zjadłem coś w mieście – skłamał i chciał wyminąć ojca. – Dziękuję, Margaret 

– dodał uprzejmie.

Ari podbiegł do brata, wymachując kolorowym szkicownikiem.

–  Steven,  zobacz,  chcemy  zbudować  model  silnika.  Zrobiłem  już  rysunek! 

Dostaliśmy  nowe  lego,  takie  mechaniczne,  można  z  niego  budować  samochody, 

background image

maszyny  i  inne  rzeczy!  Pomożesz  nam?  Tatuś  mówi,  że  musi  iść  do  gabinetu 

trochę popracować, a my nie mamy pojęcia, jak się do tego zabrać!

Steven tęsknie spojrzał na rozrzucone w kącie pokoju zabawki. Jak miło byłoby 

usiąść teraz z rodzeństwem na podłodze i pomóc im zbudować ten model silnika... 

Zapomniałby  o  patrolach,  ciemnych  ulicach,  sklepach,  które  trzeba  obrabować  w 

imię  sprawiedliwości  społecznej,  i  skradzionych  pieniądzach.  Znowu  stałby  się 

pełnoprawnym członkiem rodziny.

Amy  spojrzała na  niego wyczekująco,  z nadzieją  w oczach.  Szybko, żeby nie 

zmienić zdania, Steven poszedł w stronę schodów.

– Nie mam czasu, muszę przygotować pracę semestralną.

Pokonał  schody,  przeskakując  po  trzy  stopnie  naraz,  żeby  nie  widzieć 

rozczarowanych  buzi  rodzeństwa.  Zatrzasnął  drzwi  i  ciężko  usiadł  za  biurkiem. 

Przerwało mu pukanie.

– Czy można?

W  drzwiach  ukazała  się  głowa  Jona.  Steven  otworzył  na  chybił  trafił  jakąś 

książkę, udając, że przerwano mu naukę.

– Oczywiście – odrzekł opryskliwie. – Przyzwyczaiłem się już, że w tym domu 

nie ma warunków do pracy.

–  Mogłeś  się  uczyć  przez  cały  weekend  –  zaprotestował  Jon,  podchodząc  do 

biurka. – Nikogo nie było i nikt ci nie przeszkadzał. Jak ci minął weekend?

– Doskonale.

– Bardzo nam ciebie brakowało. Wszyscy się o ciebie dopytywali, Tom i inni 

kowboje.

– Steven oczami duszy zobaczył zielone pola i niemal poczuł na twarzy ciepło 

promieni słonecznych.

– Jaka była pogoda? – zapytał ostrożnie.

– Cudowna. Całą  sobotę jeździliśmy konno,  wszyscy, nawet doktor Pritchard. 

Tylko Vanessa została w domu. Przygnaliśmy byki z północnego pastwiska.

Steven uważnie spojrzał na ojca.

– Doktor Pritchard pojechała z wami konno? Spięta twarz Jona rozjaśniła się.

– Tak, bardzo jej się podobało.

background image

– Nasze konie pewnie wydały jej się niezbyt szybkie po tym, jak startowała w 

igrzyskach:

Jon przysiadł na brzegu łóżka.

– Nie sądzę, żeby kiedykolwiek startowała w igrzyskach. Prawdę mówiąc, ona 

nigdy przedtem nie siedziała na koniu.

Steven zamrugał oczami.

– Skąd się biorą te wszystkie plotki? Sam słyszałem...

Jon pokręcił głową.

– Nie mam pojęcia. Doktor Pritchard to wielce tajemnicza osoba. Nic o niej nie 

wiem.

–  Ona...  –  Steven  zaczął,  przerwał,  a  potem  mówił  dalej:  –  Ona  jest  bardzo 

ładna. Myślałem, że profesor od literatury to musi być jakiś potwór, ale ona wcale 

nie jest taka straszna.

– O, nie. – Jon w zamyśleniu pokręcił głową. – Ja też ją sobie zupełnie inaczej 

wyobrażałem. Wiesz co, Steve, myślę...

– Co?

– Właściwie nic.

Jon wstał i położył rękę na ramieniu syna.

– Jesteś pewien, że wszystko w porządku? Nic nie potrzebujesz? O niczym nie 

chciałbyś porozmawiać?

– Wszystko w porządku, tato. Po prostu chciałbym coś przygotować na zajęcia.

– Steven postukał w książkę, czując na sobie uważne spojrzenie ojca.

– Mam jeszcze coś przeczytać na jutro.

Jon wolnym krokiem ruszył w stronę drzwi.

–  W  takim  razie  dobranoc  –  powiedział  już  w  progu.  –  Zobaczymy  się  rano. 

Miłych snów, Steven.

Chłopiec  mruknął  coś  w  odpowiedzi,  odczekał,  aż  ojciec  zejdzie  na  dół,  po 

czym zamknął książkę i wstał od biurka.

Rzucił się na łóżko i zapatrzył w sufit. Czuł się bardzo nieszczęśliwy i samotny.

background image

Nazajutrz  był  wtorek  i  Jon  nie  miał  zajęć  z  literatury  z  doktor  Pritchard. 

Odwiózł bliźnięta i Enrique'a na uniwersytet, poszedł na przedpołudniowy wykład, 

a potem zaczął się przechadzać po kampusie w nadziei, że spotka Camillę.

Miał na to ogromną ochotę, mimo że dopiero co się rozstali, a spędzili przecież 

razem  cały  weekend. Pragnął  się  z  nią  zobaczyć,  chciał znowu  usłyszeć  jej  głos, 

zobaczyć  uśmiech,  dowiedzieć  się,  co  robiła, kiedy  go  przy  niej  nie  było.  Chciał 

być z nią, chciał przejść się z nią wśród jesiennych liści i spokojnie porozmawiać.

Pragnął jej nie tylko pod względem fizycznym.

Zakochał się w niej.

Usiadł  na  ławce  pod  czerwonozłotym  jesiennym  drzewem,  wyciągnął  nogi 

daleko przed siebie i przymknął oczy.

Natychmiast zobaczył jej twarz.

Jak  dobrze  byłoby  stale  mieć  ją  przy  sobie,  żyć  razem  z  nią,  dzielić  się 

wszystkim,  każdą  myślą  i  planami  na  przyszłość.  Zapragnął  wziąć  ją  za  rękę, 

wprowadzić do swego domu, uczynić częścią życia swojego i swoich dzieci.

Pomyślał,  że  jeśli  nie  uda  mu  się  zdobyć  jej  miłości,  spędzi  resztę  życia  na 

rozpamiętywaniu straconej szansy.

Czy  jednak w ogóle istnieje jakaś szansa? Przecież Camilla jasno dała  mu do 

zrozumienia, że nie widzi dla nich żadnej przyszłości. Dała mu to do zrozumienia z 

bolesną jasnością. Romantyczny weekend na wsi, kilka skradzionych pocałunków, 

chwila  zapomnienia,  wspólne  oglądanie  gwiazd,  jakiś  spacer  konno  –  to  było 

wszystko, co mógł otrzymać od Camilli Pritchard.

Nie  chciała  nawet  wyznać, kim jest,  nie  chciała  mu powiedzieć  słowa  o  swej 

przeszłości, o rodzinie ani miejscu, skąd pochodzi.

Skądkolwiek i z jakiejkolwiek rodziny by pochodziła, nie zamierzała wiązać się 

z  farmerem  obarczonym  czwórką  dzieci  i  związaną  z  tym  odpowiedzialnością. 

Camilla  jest  wolna,  zafascynowana  swą  pracą  zawodową,  jej  droga  w  życiu  jest 

prosto wytyczona. Nie zamierza jej zmieniać dla nikogo.

Ale Jon Campbell nie jest mężczyzną, który łatwo ustępuje...

Siedział  na  ławce  ze  wzrokiem  utkwionym  przed  siebie.  Pogrążony  w 

rozmyślaniach,  nie  widział  studentów  przechodzących  obok  niego  z  naręczami 

książek, zagadanych i zaaferowanych.

background image

Najwyższy  czas,  pomyślał,  zrobić  ruch.  Musi  zwrócić  na  siebie  uwagę  tej 

złotowłosej kobiety i sprawić, że zacznie się nim interesować. Musi w jakiś sposób 

przeniknąć do jej zamkniętego świata, uczynić w nim szczelinę, a potem umiejętnie 

ją rozszerzać. Nie pozwoli się tak traktować; żaden mężczyzna nie pozwoliłby na 

to.

Wstał z ławki, wziął książki i wolnym krokiem skierował się w stronę instytutu 

literatury. Wszedł do środka i zajrzał do klasy, w której uczyły się bliźnięta. Zastał 

tylko Gwen.

–  Doktor  Pritchard  nie  ma  –  oznajmiła  i  uśmiechnęła  się  do  niego  –  a  my 

właśnie wychodzimy do biblioteki. Mamy dzisiaj teatrzyk kukiełkowy.

Jon  odszukał  wzrokiem  bliźnięta.  Amy  i  Ari  stali  w  grupce  podnieconych 

dzieci, ich oczy błyszczały. Były szczęśliwe; zrobiło mu się ciepło na sercu.

– Dziękuję, Gwen – powiedział. – Zajrzę do gabinetu doktor Pritchard, może ją 

tam zastanę.

Gabinet  jednak  był  zamknięty,  a  sekretarka  na  jego  pytanie  pokręciła  tylko 

głową.

–  Doktor  Pritchard  jest  na  radzie  wydziału  –  wyjaśniła.  –  To  trochę  jeszcze 

potrwa,  a  potem  też  będzie  zajęta.  Prosiła,  żebym  jej  z  nikim  nie  umawiała.  –

Widząc  powątpiewanie  malujące  się  na  jego  twarzy,  dodała:  –  Powiedziałam 

szczerą prawdę, proszę mi wierzyć. Pani profesor nie ukryła się za tymi drzwiami, 

więc raczej nie ma sensu ich wyważać. Chętnie bym panu pomogła, ale nie mogę.

Jon uśmiechnął się w odpowiedzi, postał jeszcze chwilę, a potem wyszedł.

Na dworze nadal był piękny,  jesienny dzień, ale  całe piękno  świata  nie  miało 

dla Jona znaczenia. Nie spotkał jej, nie zobaczył i nie miał nadziei, że wkrótce to 

się stanie. Zniechęcony wrócił do domu.

Na podwórku ujrzał Vanesse, która rozwieszała na sznurze bieliznę pościelową. 

Obok stał kosz ze świeżo upranymi rzeczami. Jon stanął przy furtce, nie wiedząc, 

czy to jawa, czy sen. O mało nie przetarł oczu.

– Cześć, tato – powiedziała, nie zwracając uwagi na jego zdumioną minę.

Wyjęła z ust klamrę i przypięła białą, łopoczącą na wietrze płachtę do sznura.

Wiatr rozwiewał jej ciemne włosy, buzia była uśmiechnięta i zarumieniona.

Vanessa wyglądała jeszcze ładniej niż zwykle.

background image

– Pomagam Margaret – wyjaśniła, zerkając na niego przez ramię. – Jest bardzo 

zajęta, kisi ogórki.

– Dlaczego nie jesteś w szkole?

–  Dzisiaj  po  południu  nie  mamy  lekcji.  Jest  mecz,  przyjechała  drużyna  z 

sąsiedniej szkoły.

– Nie miałaś ochoty zostać i pokibicować?

Vanessa  schyliła  się  i  sięgnęła  do  kosza  po  prześcieradło.  Podszedł  do  niej  i 

automatycznie ujął jego drugi koniec, żeby łatwiej jej było rozwiesić dużą płachtę.

– Miałam ochotę popatrzeć na mecz, ale musiałam wrócić, żeby porozmawiać z 

ojcem Priscilli – odparła, przypinając następną sztukę bielizny do sznura.

Wiatr targał i rozdymał białe płótno.

– Masz na myśli pana Rathburna, naszego sąsiada?

Vanessa skinęła głową.

– Tak. Priscilla mi powiedziała, że jej ojciec szuka kogoś do pomocy w stajni. 

No wiesz, kogoś, kto będzie utrzymywał porządek, dbał o konie, czyścił boksy. Jest 

gotów zapłacić nawet dziesięć dolarów za godzinę.

Jon spojrzał na nią zdumiony.

– Czy ty, Van... zamierzasz czyścić stajnie? Dobrze zrozumiałem?

Vanessa wybuchnęła śmiechem.

–  Nie  ja,  tatusiu.  Nie  zrozumiałeś.  Szukam  pracy  dla  Enrique'a.  On  chce 

pracować,  żeby  mieć  na  życie,  a  nie  potrafi  sam  sobie  niczego  znaleźć.  Nie  jest 

łatwo  o  pracę  w  tym  mieście.  Gdyby  ojciec  Priscilli  przyjął  go,  Enrique  mógłby 

dalej  mieszkać z  nami, płacąc  za pokój i  utrzymanie.  Rozmawiałam  już  z panem 

Rathburnem i ten pomysł bardzo mu się spodobał.

Pomysł był rzeczywiście bardzo dobry. Jon przez chwilę milczał.

–  Świetnie  to  wszystko  wymyśliłaś  –  powiedział  w  końcu.  –  Jesteś  bardzo 

mądra, córeczko.

Vanessa zarumieniła się i pochyliła nad koszem, żeby ukryć zmieszanie.

– Van... – Jon podszedł bliżej, próbując spojrzeć jej w oczy. – Van, co się stało? 

Ostatnio bardzo się zmieniłaś.

Vanessa wyprostowała się; w jej oczach zobaczył łzy.

– Tatusiu... czy ty mnie kochasz? – zapytała nagle drżącym głosem.

background image

– Oczywiście, kochanie. Po co w ogóle pytasz? Oczywiście, że cię kocham, i to 

bardzo.

– I nie myślisz... – Vanessa nerwowo zaczęła miąć w ręku mokrą powłoczkę –

nie myślisz, że jestem bardzo podobna do... mamy? Zawsze mówiłeś, że bardzo ją 

przypominam.

Jon poczuł ból, tak jakby słowa córki sprawiły mu fizyczne cierpienie.

– Van, ja nigdy...

– Zawsze strasznie się bałam, że będę taka sama jak ona. Postanowiłam nawet 

przestać  z  tym  walczyć,  skoro  to  nieuniknione.  Skoro  mam  być  taka  jak  ona... 

Myślałam, że muszę taka być. Myślałam, że skoro to przeznaczenie, to może nawet 

lepiej to przyspieszyć. Nie miałabym złudzeń i mniej bym się męczyła.

– Rozumiem, kochanie.

Jon objął ją i mocno przytulił.

– To wszystko moja wina, córeczko. Nie wolno oceniać ludzi zbyt pochopnie, 

nie  wolno  sądzić  ich  po  wyglądzie.  Ja  sam  bardzo  cierpiałem  z  powodu  tego 

wszystkiego, co wydarzyło się w naszej rodzinie. Chyba zbyt byłem zapatrzony w 

swoje własne sprawy i nie zwracałem uwagi na to, co myślą i czują inni. Vanessa 

uniosła głowę i wytarła łzy.

–  Nie  powinieneś  mieć  wyrzutów  sumienia,  tatusiu.  To  nie  twoja  wina,  że 

mama jest taką egoistką. Zresztą ja sama też chyba zbyt dobrze udawałam. Grałam 

jędzę i nieźle wam się dałam we znaki. Musieliście mnie nienawidzić.

Pocałował włosy córki.

– Nigdy cię nie nienawidziłem, Van. Martwiłem się, to wszystko. Byłem bardzo 

niespokojny o twoją przyszłość.

– Pamiętam, jak na mnie spojrzałeś, kiedy przywiozłeś Enrique'a do domu, a ja 

powiedziałam, że jest brudny... Byłeś oburzony.

Jon przypomniał sobie swoje zdumienie i niesmak, kiedy zobaczył minę córki i 

usłyszał  jej  słowa.  Wtedy,  w  sypialni,  nie  był  w  stanie  ukryć  reakcji  na  takie 

zachowanie.

–  Wcale  nie  chciałam  wtedy  tego  powiedzieć  ani  tak  postąpić.  Po  prostu  nie 

wiedziałam,  co  zrobić.  Czułam  wstyd,  że  mam  wszystko,  a  on  nie  ma  nic. 

Wiedziałam, że muszę zareagować tak, jak by to zrobiła...

background image

Przerwała i z rozpaczą spojrzała na ojca. Jon przytulił ją mocniej i pocałował w 

czoło.

–  Postanowiłaś  zachować  się  tak  jak  matka?  –  zapytał  cicho.  –  Prawda?  Nie 

chciałaś  wypaść  z  roli?  Myślałaś,  że  musisz  grać  egoistkę,  zapatrzoną  w  siebie 

bezmyślną istotę?

–  Tak,  właśnie  tak  –  szepnęła  wtulona  w  jego  ramiona.  –  Myślałam,  że  tak 

będzie łatwiej...

Spojrzał na chmury sunące po błękitnym niebie.

Znowu czegoś nie dopatrzył, nie zauważył. Gdyby wcześniej zainteresował się

przeżyciami córki, oszczędziłby sobie i jej wielu przykrych chwil. Nie był dobrym, 

wrażliwym ojcem.

– Co sprawiło, że nagle zaczęłaś o tym wszystkim myśleć zupełnie inaczej? –

zapytał po chwili. – Dlaczego w końcu postanowiłaś wyjść ze skorupy i znowu stać 

się sobą?

– To się stało po rozmowie z Camilla. Cofnął się i spojrzał na nią pytająco.

– Po rozmowie z Camilla? Co ona ci powiedziała?

Vanessa wyjęła chusteczkę z kieszeni spodni, wytarła oczy i policzki, a potem 

uśmiechnęła się nieśmiało.

– Camilla mi powiedziała, że ludzie skrzywdzeni przez los często tak reagują. 

Kryją się za rozmaitymi maskami, separują od innych, tak jakby chcieli, niszcząc 

siebie samych, zniszczyć ból, który w sobie noszą. Powiedziała, że ona też kiedyś, 

w przeszłości...

Przerwała.

– Co ty mówisz? Co Camilla ci powiedziała?

Vanessa pokręciła głową.

– Nie powinnam o tym mówić, niepotrzebnie zaczęłam. To sekret i nie wolno 

mi  jej  zdradzić.  Długo  rozmawiałyśmy  o  tym wszystkim  w  niedzielę  rano,  kiedy 

wy wyszliście z domu. Wyznałam jej, że boję się, że będę taka jak moja matka, a 

ona opowiedziała mi o czymś, co się jej przytrafiło, kiedy była młodą dziewczyną.

Chwycił córkę za ramię. – Co jej się przytrafiło? Powiedz.

Vanessa  spojrzała  mu  głęboko  w  oczy.  W  jej  wzroku  smutek  mieszał  się  z 

wyrzutem.

background image

–  Przecież  wiesz,  że  nie  mogę,  tato.  Przyrzekłam  jej,  że  nikomu  o  tym  nie 

powiem.

Pociągnęła nosem i uśmiechnęła się.

–  Mogę  ci  tylko  powiedzieć,  jaką  mi  dała  radę.  Powiedziała,  że  najlepszym 

sposobem  na  zwalczanie  tego,  co  nas  boli,  jest  wyjście  poza  siebie.  Trzeba 

odwrócić się od swoich problemów i zwrócić do ludzi. Otworzyć się na cudzy los. 

Powiedziała, że  sama właśnie  tak  robi. Pomaga  ludziom i  w ten  sposób zagłusza 

swój  ból.  Kiedy  zrobi  coś  dobrego  innemu  człowiekowi,  czuje  się  lepiej.  Tak 

mówiła.

– Pomaga ludziom? W jaki sposób?

–  Nie  wiem.  Ale  to  nie  chodzi  o  pracę  na  uczelni.  To  coś  więcej,  tak  jakby 

pracowała  w  jakimś  szpitalu  czy  przytułku.  To  zabrzmiało  tak,  jakby  poświęcała 

się jakiejś pracy charytatywnej. Powiedziałam jej, że nie wiem, od czego zacząć, a 

ona  mi  poradziła,  żebym  na  początek  rozejrzała  się  po  własnym  domu  i  kogoś 

sobie znalazła.

– I znalazłaś Enrique'a – stwierdził raczej, niż zapytał.

Vanessa kiwnęła głową.

– Tak, rozejrzałam się i dostrzegłam, Enrique'a. Najpierw bardzo się bałam do 

niego podejść, bo przecież przedtem zachowywałam się okropnie, ale... – Vanessa 

spuściła  wzrok  –  jakoś  się  udało.  –  Podniosła  na  ojca  oczy.  –  On  jest  naprawdę 

bardzo miły i mądry. Tatusiu, ty nie wiesz, co on przeżył, jakie okropne rzeczy... 

Kiedy mi opowiedział, co stało się z jego rodziną...

Jej oczy znowu napełniły się łzami. Jon odgarnął jej włosy z czoła i pocałował 

ją  w  policzek,  –  Jednym  słowem,  zaprzyjaźniłaś  się  z  nim,  a  teraz  znalazłaś  mu 

pracę.

– Przecież to tak niewiele. Ale to tylko początek. Teraz, kiedy już wiem, jak to 

zrobić, będę pomagała ludziom. Pomyślałam, że może...

Nie  dokończyła.  Zaczerwieniła  się  i  odwróciła  od  niego  wzrok.  Jon  z 

uśmiechem patrzył na piękną dziewczynę, która przed nim stała. Była jego córką i 

był z niej dumny.

– Co pomyślałaś?

background image

– Pomyślałam, że chyba zgłoszę się do szpitala. Oni tam szukają wolontariuszy 

do takich różnych prac przy chorych... Mogłabym pracować jako salowa.

Jon skinął głową.

– A w przyszłym roku może spróbowałabym zdawać na medycynę. Chciałabym 

zostać pediatrą. Co o tym myślisz, tatusiu?

–  Myślę  –  powiedział  zdławionym  głosem  –  że  nigdy  tak  naprawdę  cię  nie 

znałem. A teraz jestem po prostu z ciebie bardzo dumny, córeczko. Moja córeczko.

– Naprawdę?

– Naprawdę, absolutnie i całkowicie.

Objął  ją  ramieniem  i  stali  dłuższą  chwilę  w  milczeniu,  patrząc,  jak  jesienne 

słońce złoci pagórki oraz prerię i blaskiem oświetla góry.

W  środę  wieczorem  Camilla  udała  się  do  schroniska  –  nieco  wcześniej, 

przeczuwając, że będzie musiała nadrobić zaniedbania za ostatni weekend.

Zajęła swoje zwykłe miejsce za biurkiem, rozłożyła papiery, nalała sobie kawy; 

miała całą długą noc na poprawianie prac semestralnych.

Najpierw  jednak  postanowiła  zobaczyć,  co  słychać  u  jej  podopiecznych. 

Odstawiła  na  bok  dużą,  papierową  torbę  pełną  owoców  i  poszła  do  sąsiedniego 

pokoju.

Pod  ścianą  siedziało  trzech  obdartych  chłopców  i  grało  w  jakąś  nie  znaną  jej 

grę. Nogi w brudnych adidasach położyli na krzesłach, dżokejki mieli przekręcone 

daszkami do tyłu.

Kiedy weszła, przerwali grę i zdjęli nogi z krzesła.

– Cześć, królowa – odezwał się jeden z nich. – Kupę czasu...

– Cześć, Zippy. Co u ciebie? Wszystko w porządku?

Chłopak spuścił oczy i przez chwilę wpatrywał się w swój podarty but.

Camilla patrzyła na niego bez słowa a potem podeszła i wzięła go pod brodę. 

Odgarnęła włosy i spojrzała mu prosto w oczy. Chłopiec miał około piętnastu lat, 

delikatne rysy, wrażliwe spojrzenie. Jedno oko miał sine i spuchnięte.

– Co ci się stało? – Camilla delikatnie dotknęła palcem sinego miejsca. – Kto 

cię pobił?

background image

Chłopak  zamrugał  oczami.  Dzieci  ulicy  niechętnie  opowiadały  o  swoich 

przygodach.

– Jeden facet mnie rąbnął – rzekł w końcu ż ociąganiem.

– Dlaczego?

– Próbowałem mu coś zwędzić ze stoiska.

– Dlaczego to zrobiłeś, Zippy?

– Byłem głodny. Od kilku dni nie miałem nic w ustach i szajba mi odbiła.

– Przyłożyli mu, jak kładł łapę na salami – wyjaśnił inny z chłopców. – Zippy 

chciał się zabawić w Ala Capone'a.

Wybuchnę li śmiechem. Camilla nie zareagowała.

–  Dlaczego  nie  przyszedłeś  prosto  tutaj?  Przecież  zawsze  byś  dostał  coś  do 

jedzenia.

Chłopiec wzruszył ramionami.

– Simon wywalił mnie w zeszłym tygodniu za to, że biłem się z chłopakami.

Powiedział, żebym się więcej nie pokazywał.

Przysiadła obok chłopca.

– Simon tylko tak mówi, próbuje jakoś was uspokoić. Teraz też jesteś głodny, 

czy już coś jadłeś?

– Jadłem, Simon dał mi zupy. Powiedział, że daruje mi tamtą karę.

–  Dobrze.  Przyjdź  potem  do  mnie  do  pokoju,  dam  ci  owoce.  Przyniosłam 

banany i jabłka.

Twarz chłopca rozjaśniła się. Przysunął się do niej bliżej i wskazał głową jakiś 

kształt w drugim końcu sali.

– Lepiej zobacz tamtego, królowo. Z nim jest chyba źle.

Spojrzała we wskazanym kierunku. Kupa łachmanów leżąca na podłodze lekko 

drgnęła. Gdy Camilla podeszła bliżej, ujrzała pasmo długich, złotych włosów.

– Cześć – powiedziała i pochyliła się nad dzieckiem. – Jak masz na imię?

Spod szmat wyjrzały błyszczące oczy i zaraz zakryły się powiekami. Zdążyła w 

nich zauważyć przerażenie; twarz dziecka była bardzo blada, nos spuchnięty.

– Jak masz na imię? – powtórzyła. – Jesteś dziewczynką?

Na  pierwszy  rzut  oka  płeć  dzieci  ulicy  było  często  bardzo  trudno  ustalić. 

Mruknięcie, jakie  wydobyło  się  spod łachmanów, można było od  biedy uznać  za 

background image

słowo „tak".

– Jak masz na imię, córeczko?

Niewyraźny dźwięk powtórzył się.

–  Przepraszam,  nie  dosłyszałam.  –  Camilla  pochyliła  się  niżej.  –  Mogłabyś 

powtórzyć?

– Tracy.

Camilla  przysiadła  na  podłodze  i  lekko  dotknęła  ramienia  dziewczynki.  Było 

kruche i drżało.

– Co się stało, Tracy? Nigdy przedtem cię tu nie widziałam. Jesteś u nas po raz 

pierwszy, prawda?

Odpowiedzi nie było. Dziewczynka zadrżała jeszcze silniej.

– Ile masz lat?

– Dwanaście.

Camilla poczuła, jak ogarniają rozpacz. Dzieci, które trafiały do schroniska dla 

bezdomnych,  były  coraz  młodsze.  Każde  miało  za  sobą  prawie  identyczną 

przeszłość.  Bicie,  napastowanie  seksualne,  alkoholizm  rodziców,  nędza,  która 

wyganiała je na ulicę w poszukiwaniu jedzenia.

– Jesteś głodna?

Tracy skinęła głową.

–  Chodź  ze  mną.  Mam  w  pokoju  herbatniki  i  owoce,  może  będziesz  chciała 

wziąć prysznic. Musisz się trochę umyć, kochanie, i jakoś ogarnąć.

Dziewczynka  wstała  i  posłusznie  podreptała  za  nią  do  „biura".  W  biurze 

siedziała  Marty  z  nogami  na  stole,  brzdąkając  coś  na  gitarze  Chase'a.  Była 

schludnie i czysto ubrana, świeżo umyte włosy miała  zaczesane do tyłu i ujęte w 

opaskę.

– Marty!

Camilla podbiegła do niej i pocałowała dziewczynę w policzek.

–  Ślicznie  wyglądasz!  I  ten  nowy,  czerwony  sweter...  Cały  tydzień  o  tobie 

myślałam. Jak ci idzie?

– Wspaniale, królowo. Pracuję ciężko, biorę dodatkowe godziny, żeby jakoś to 

wszystko ułożyć. Zobacz, jakie mam ręce.

Marty z dumą pokazała Camilli zaczerwienione dłonie.

background image

– Od jutra zaczynam w sklepie warzywniczym. Żona mojego szefa załatwiła mi 

pracę, poszłam na rozmowę i proszę, przyjęli mnie.

– A jak Chase?

Marty nieco spochmurniała.

– Wychodzi jutro ze szpitala. Przyrzekł mi, że jak zamieszkamy razem, nigdy 

już  nie  weźmie  żadnego  świństwa.  –  Spuściła  oczy.  –  Muszę  mu  wierzyć  –

szepnęła – ale strasznie się boję. Boję się, że jak coś się stanie, znowu wrócimy na 

ulicę, a teraz, kiedy poznaję normalne życie, nie chcę znowu wrócić do przytułku.

Camilla, nie przestając rozmawiać z Marty, otworzyła torbę z owocami; wyjęła 

banana  i  włożyła  go  do  ręki  Tracy.  Dziewczynka  rzuciła  się  na  owoc  i 

wymamrotała słowa podziękowania.

– Marty, to Tracy. Jest u nas pierwszy raz.

Marty pociągnęła nosem i lekko się skrzywiła.

–  Trochę  śmierdzisz,  serdeńko  –  powiedziała  żartobliwie.  –  Zupełnie  jak  ja, 

kiedy  tu  się  zjawiłam  po  raz  pierwszy.  Jak  skończysz  jeść,  dam  ci  ręcznik  i 

zaprowadzę pod prysznic. Potem zajrzymy do szafy, może znajdzie się dla ciebie 

jakieś czyste ubranie.

– Dziękuję ci, Marty – powiedziała Camilla, siadając za swoim stołem. – Dobra 

z ciebie dziewczyna i taka cierpliwa.

Mrugnęła  do  niej  porozumiewawczo  i  uśmiechnęła  się.  Jej  uśmiech  mówił: 

„Bądź dla niej dobra, widzisz, jaka jest przerażona".

Marty odwzajemniła uśmiech i wyprowadziła dziewczynkę z pokoju.

Camilla podparła się na łokciach i spojrzała na stos papierów. Trzeba zabrać się 

do czytania, pracy ma na kilka godzin. Z westchnieniem sięgnęła po pierwszy plik 

kartek  i  zaraz  go  odłożyła.  Wiedziała,  że  nie  będzie  mogła  się  skoncentrować; 

obraz przerażonej dziewczynki nie pozwoli jej skupić myśli nad wypracowaniem o 

literaturze.

Widok skrzywdzonego dziecka ma w sobie coś przerażającego. Camilla zawsze 

odchorowywała  tego  rodzaju  spotkania.  Nie  mogła  pogodzić  się  z  faktem,  że 

istnieją  dzieci,  dla  których  dom  staje  się  miejscem  tak  wielkiej  udręki,  że  muszą 

uciekać  na  ulicę.  Natychmiast,  jak  na  zawołanie,  wróciły  wspomnienia  jej 

własnego dzieciństwa.

background image

Nawet  nie  chciała  sobie  wyobrażać  tego,  czym  byłoby  jej  życie,  gdyby  nie 

spotkała Jona Campbella. Stale jeszcze miała w pamięci swoje dawne myśli, że oto 

dotarła do kresu, że po tym, co się jej przydarzyło, nic już nie jest ważne i że musi 

zginąć.  Zginęłaby,  gdyby  go  nie  spotkała,  albo  gdyby  spotkała  kogoś  całkiem 

innego.

Tamten jeden letni dzień odmienił jej życie, tak jakby ktoś jednym gestem ręki 

wskazał jej drogę, którą należy obrać, żeby się uratować.

Jeden jedyny dzień i jeden jedyny człowiek.

Zawdzięcza mu wszystko.

Jon Campbell uratował ją, nie pozwolił, zginąć.

Drgnęła, słysząc dźwięk otwieranych drzwi.

–  Biedne  dziecko.  –  Marty  podeszła  do  stołu.  –  Właśnie  bierze  prysznic. 

Znalazłam dla niej dżinsy i sweter.

– Udało ci się z nią porozmawiać?

– Nie. Ona nie może jeszcze mówić, jest za wcześnie. Całe ciało ma poranione.

Marty opadła na krzesło i niedbałym ruchem sięgnęła po gitarę.

–  Musiało  ją  spotkać  coś  strasznego.  Od  razu  widać.  –  Myślisz,  że  trzeba 

wezwać lekarza? Mam do niej pójść i obejrzeć ją?

Marty pokręciła głową.

– Najbardziej to ona potrzebuje mamy i taty, ale tego na składzie nie mamy. Nie 

martw się, królowo, zajmę się nią. Zaraz do niej pójdę.

– Dziękuję, Marty. Ale wracając do ciebie, mówisz, że wszystko w porządku? 

Lubisz swoją pracę?

– Uwielbiam – potwierdziła z zapałem dziewczyna. – Chodzę tam codziennie, 

pracuję, a potem dostaję forsę i nikogo o nic nie muszę prosić. Kupuję, co chcę i 

nie  żebrzę  po  ulicach.  –  Przez  chwilę  nad  czymś  myślała.  –  Mam  nadzieję,  że 

Chase też będzie chciał tak żyć – dodała.

Camilla spojrzała jej w oczy. Wiedziała, że to, co powie, będzie bardzo trudne, 

ale musiała to zrobić.

– Marty... Twój los jest w twoich rękach. Jeśli Chase nie będzie chciał żyć w 

ten sposób, ty i tak możesz zachować pracę, mieszkanie i żyć jak człowiek. Nawet 

za cenę samotności.

background image

Dziewczyna uniosła głowę.

–  Ale  ja  go  kocham  –  powiedziała  po  prostu.  –  Wiem,  że  jeśli  on  pójdzie  na 

dno, zabierze mnie z sobą. Tak to już jest. Chcę z nim być, na dobre i na złe.

Camilla  milczała.  Nie  miała  żadnych  argumentów.  Właśnie  sama  zaczynała 

rozumieć, jak wielką siłą jest miłość.

– Hej, królowo, obudź się... Marty brzdęknęła na gitarze.

–  Pamiętasz,  jak  mnie  wypytywałaś  o  Zeke'a  i  Szybkostrzelnego?  Camilla 

natychmiast oprzytomniała.

– Tak, oczywiście. Dlaczego pytasz? Dowiedziałaś się czegoś nowego?

– Oni czasem przyłażą do tej pizzerii, w której pracuję. Zeke zaraz to wywęszył 

i któregoś dnia przyszedł do mnie do kuchni, żeby coś wycyganić. Przy okazji coś 

tam chlapnął.

– Co?

– Mówił, że planują jakiś skok, coś grubszego. Podobno mają jakiegoś frajera z 

samochodem,  jakiegoś  „nadzianego  chłopaczka",  jak  to  oni  mówią.  Ma  po  nich 

przyjechać,  żeby  mogli  zwiać,  a  potem go  wystawią. Ho  wie też  ma w tym  brać 

udział.

– Howie! Przecież ten chłopak to bandyta!

Camilla wstała, na jej twarzy odmalował się strach. Marty skrzywiła się. – I to 

jaki! Ma się dla nich postarać o broń. To ma być mokra robota.

–  O  Boże,  nie,  tylko  nie  to...  – Camilla  utkwiła  w  dziewczynie  przerażony 

wzrok. – To ma być napad z bronią w ręku?

– Zeke mówi, że musi się udać. Nie pozwoli, żeby coś nie wypaliło. To ma być 

grubsza forsa; mówi, że starczy mu na całe życie. Jest gotów na wszystko.

Camilla chwyciła dziewczynę za ręce.

– Marty,  słuchaj! Myślisz, że będziesz mogła dowiedzieć się szczegółów? Na 

kiedy oni planują ten skok?

–  Wszystkiego  się  dowiem,  królowo.  Dorwę  gdzieś  tego  bydlaka  Zeke'a  i 

wyciągnę z niego, co trzeba.

– Dziękuję.

Kiedy  dziewczyna  wyszła,  Camilla  zamknęła  oczy  i  opadła  na  krzesło.  Mają 

jakiegoś frajera... nadziany chłopaczek... z samochodem... Słowa Marty wracały do 

background image

niej jak złowrogie echo.

Wiedziała, o kim mowa.  Frajer z samochodem to Steven Campbell. Nadziany 

chłopaczek to syn Jona Campbella.

background image

Rozdział 13

Camilla  obudziła  się  rano  z  uczuciem  rozpaczy  i  zniechęcenia.  Machinalnie 

podrapała łebek Madonny, która spała obok. Kotka zamruczała z zadowolenia.

O Boże!

Przypomniała sobie słowa  Marty i  zadrżała.  Poczuła, że lodowacieje, i  otuliła 

się szczelniej kołdrą. Zmarszczyła czoło, nie wiedząc, co robić.

O Boże!

Jeśli  to  wszystko prawda...  Jeśli  jej  podejrzenia  są  słuszne  i  Steven  Campbell 

naprawdę  zamierza  wziąć  udział  w  napadzie  z  bronią  w  ręku,  to  ona  musi 

porozmawiać z jego ojcem.

Ale  przecież  dała  chłopcu  słowo,  że  tego  nie  uczyni.  Przyrzekła  mu,  że 

dochowa tajemnicy. Zaufał jej, nie może go zawieść.

Madonna, mrucząc, przytuliła się do niej.

– Wiem, wiem – powiedziała Camilla do kotki. – Wiem, co chcesz powiedzieć. 

Jesteś bardzo głodna, ale musisz jeszcze chwilę poczekać. Tak się złożyło, że nie 

mam dla ciebie czasu.

Położyła  się  na  plecach  i  utkwiła  wzrok  w  suficie.  Po  chwili  zerwała  się  i 

usiadła na brzegu łóżka.

– Jakoś nie mogę uwierzyć, że Zeke planuje coś tak poważnego. Może to tylko 

przechwałki? Pewnie chce komuś zaimponować. A Szybkostrzelny jest za leniwy, 

żeby brać udział w podobnej akcji.

Nie  uspokoiła  jednak  samej  siebie.  Jej  argumenty  nie  brzmiały  zbyt 

przekonująco.  Zeke  może  dotychczas  nie  był  zdolny  do  bandyckiej  napaści,  ale 

mógł  przecież  do  niej  dojrzeć;  pewnie  potrzebuje  pieniędzy.  Jest  gwałtowny  i 

impulsywny, działa bez zastanowienia, gotów zrobić wszystko, jeśli tylko nadarzy 

się okazja zdobycia grubszej sumy.

A skoro Howie ma wziąć w tym udział, to sprawa jest istotnie bardzo poważna. 

Znała  Howiego,  wiedziała,  że  jeśli  istnieje  ktoś  taki  jak  „urodzony  bandyta",  to 

Howie jest tego najlepszym przykładem.

Wzdrygnęła się i w końcu wstała.

background image

– Jeszcze dzisiaj – powiedziała do Eltona, który ukazał się w drzwiach, pytająco 

unosząc  pyszczek  i  strosząc  wąsy  –  jeszcze  dzisiaj  postaram  się  porozmawiać  z 

którymś z tych chłopców i dowiedzieć się czegoś konkretnego. Na razie nie mogę 

nic zrobić, a już na pewno nie pójdę z tą sprawą do Jona Campbella.

Odetchnęła  z  ulgą.  Fakt,  że  miała  już  plan  działania,  nieco  ją  uspokoił  i 

pokrzepił/Może  nie  wszystko  stracone.  Może  nadzieja,  że  jeszcze  wszystkiemu 

można zapobiec, nie jest wcale arogancją z jej strony?

Skierowała  się  do  łazienki  i  weszła  do  kabiny  prysznicowej.  Uniosła  twarz, 

zamknęła  oczy  i  rozkoszowała  się  płynącymi  po  ciele  strugami  wody.  W 

ciemności, jakie zapadły pod jej przymkniętymi powiekami, wróciły lęki i obawy.

Przypomniała sobie Marty i jej podejrzenia, że miłość do Chase'a może znowu 

pociągnąć ją na dno. Pomyślała, że tylko ktoś, kto był na dnie, może zrozumieć, co 

znaczy  znaleźć  się  tam  znowu  –  bez  nadziei,  bez  pomocy,  bez  wiary,  że  można 

znowu wypłynąć na powierzchnię.

Przez  wszystkie  te  lata  doświadczenie  własne  i  obserwacja  losu  innych 

nauczyły ją, że człowiek, który zbyt blisko otarł się o zło, nie może sobie pozwolić 

na najmniejsze ryzyko zetknięcia się z nim znowu.

Przez  dwadzieścia  lat  starannie  i  ostrożnie  wznosiła  gmach  swego 

bezpieczeństwa,  wykluczając  wszelkie  zagrożenia  i  unikając  jakiegokolwiek 

ryzyka,  bo  wiedziała,  że  wystarczy  naruszyć  jedną  cegłę,  a  cały  gmach  runie  i 

pogrzebie ją pod sobą.

Demony muszą spać; najlżejszy szelest może je obudzić na nowo.  Pojawienie 

się Jona było właśnie takim szelestem, gotowym rozpętać pandemonium.

Musi zapobiec takiej ewentualności. Przede wszystkim trzeba przestać widywać 

bliźnięta.  Musi  przerwać  cykl  lekcji  i  oddać  je  pod  opiekę  kogoś  innego.  Gwen 

będzie  musiała  sama  skończyć  program.  Obserwacja  ich  rozwoju  jest  niezwykle 

interesująca,  ale  musi  tego  zaniechać;  do  teoretycznego  programu  badawczego 

wkradło się zbyt dużo emocji.

Camilla  uśmiechnęła  się  smutno  do  siebie.  A  emocje,  wiadomo,  nic  tak  nie 

szkodzi badaczowi jak właśnie emocje...

Wracając  do  napadu,  jeśli  się  okaże,  że  Zeke  rzeczywiście  planuje  ten  skok, 

musi  znaleźć  okazję  do  rozmowy  ze  Stevenem  i  wszystko  mu  powiedzieć. 

background image

Chłopiec musi wiedzieć, jaką przyznano mu rolę. Frajera,  kozła ofiarnego, ofiary 

losu...  Musi  mieć  świadomość,  że  jest  całkowicie  osamotniony  w  swych planach 

doskonalenia  świata  i  sprawiedliwego  rozdziału  dóbr,  przynajmniej  na  razie.  Jest 

zabawką w ręku bandytów, którzy udają przyjaźń, żeby go wykorzystać.

Pozostaje  tylko  mieć  nadzieję,  że  Steven  we  wszystko  jej  uwierzy.  Jego 

łatwowierność  w  stosunku  do  Zeke'a  i  kumpli  może  zamienić  się  we  wrogość; 

wobec niej może stać się podejrzliwy.

Trudno,  musi  przeprowadzić  z  nim  tę  rozmowę.  Chłopcu  grozi 

niebezpieczeństwo.

Nie  wolno  jej  tylko  rozmawiać  z  Jonem.  Od  tej  chwili  zrywa  z  wszelkie 

kontakty.  Już,  zaraz.  Camilla  zdecydowanym  ruchem  otworzyła  szafę  i  zaczęła 

przebierać sukienki.

Wytrwała  w  tym  postanowieniu  cały  ranek  i  jeszcze  trochę.  Potem  nadeszła 

godzina wykładu i musiała wejść do sali, w której siedział Jon.

Był spokojny i patrzył na nią. Jego twarz wydała się jej nagle tak bliska, jakby 

znali się i kochali całe życie.

Przecież  to  prawda,  pomyślała.  Tak  właśnie  jest,  przecież  kocham  go  całe 

życie...

W jego wzroku dojrzała jednak coś jeszcze, jakiś głód i łaknienie. Widać było, 

że Jon Campbell nie zapomniał ich pocałunku i zamierza się postarać, żeby i ona 

go nie zapomniała.

Lekki  rumieniec  zabarwił  jej  policzki,  kiedy  swoim  zwykłym,  spokojnym, 

opanowanym głosem przywitała studentów i przeszła do konkretów.

– Witam państwa. Jak wszyscy wiedzą, zbliża się koniec semestru i czeka nas 

egzamin.  Dzisiaj  powiem  państwu,  jakie  będą  wymagania  formalne,  jak  będzie 

przebiegał  egzamin  i  wedle  jakich  kryteriów  będą  oceniane  państwa  wypowiedzi 

ustne i pisemne.

Zaczęła  rozdawać  kserokopie,  chodząc  między  ławkami.  Uśmiechnęła  się, 

mijając Enrique'a.

Wyglądał  teraz  zupełnie  inaczej;  po  chorym  z  nieśmiałości  i  wyczerpania, 

bladym i wycieńczonym chłopcu nie pozostało śladu. Enrique był teraz normalnym 

background image

młodym  człowiekiem,  jak  pozostali  studenci  ubranym  w  spłowiałe  dżinsy  i 

kolorową koszulkę.

Był  spokojny  i  rozluźniony,  a  do  tego  bardzo  przystojny.  Inteligentny,  o 

ujmującym sposobie bycia. Vanessa Campbell pewnie wcale nie będzie żałowała, 

że pewnego dnia zwróciła na niego uwagę i zaprzyjaźniła się z nim.

Camilla podeszła do ławki Jona i położyła przed nim kartkę papieru, uważając, 

żeby  przypadkiem  nie  dotknąć  dłoni  leżących  na  pulpicie.  Szybko  cofnęła  rękę, 

jakby w obawie przed oparzeniem, i natychmiast spotkała jego roześmiany wzrok. 

Po jego niebieskich oczach widać było, że czyta w jej myślach.

Z wysiłkiem odwróciła głowę i przeszła na środek sali. Czuła, że Jon nadal na 

nią patrzy. Studenci zaczęli notować.

Czas  wlókł  się  niemiłosiernie.  Kiedy  wreszcie  minęła  godzina  wykładu, 

Camilla  zebrała  książki  i  niemal  biegiem  ruszyła  do  wyjścia,  Nie  zaglądając  do 

swojego  gabinetu,  ukryła  się  w  klubie  dla  personelu  naukowego  i  pijąc  kawę, 

zmusiła się do przeczytania jakiegoś tekstu. Potem spojrzała na zegarek i szybkim 

krokiem przeszła do klasy, gdzie uczyły się bliźnięta, żeby je zabrać do siebie na 

ostatnie posiedzenie.

–  Jeśli  chcecie,  pójdziemy  dzisiaj  do  mnie  do  domu  –  powiedziała  w  chwilę 

potem, prowadząc ich korytarzem wiodącym ku wyjściu. Bliźnięta uniosły główki 

w górę.

– Fajnie! – krzyknął Ari. – Zobaczymy Madonnę i Eltona!

Camilla  ze  ściśniętym  sercem  patrzyła,  jak  biegną  przed  nią  w  stronę  domu, 

aleją przecinającą kampus.

Myśl,  że  widzi  dzieci  po  raz  ostatni,  była  nieznośna.  Czy  naprawdę  musi 

zrezygnować  z  kontaktu  z  tymi  uroczymi,  mądrymi,  pięknymi  istotami?  Przecież 

kocha je całym sercem. Może istnieje jakaś inna, bezpieczniejsza forma kontaktu z 

nimi? Coś, co nie zakłada koniecznie systematycznego widywania ich ojca?

Rozpaczliwie  próbowała  przekonać  samą  siebie,  że  coś  takiego  jest  możliwe. 

Gdyby  na  przykład  w  dalszym  ciągu  pracowała  z  bliźniętami,  a  Gwen  sama 

informowała  Jona  o  ich  postępach  w  nauce?  Uniknęłaby  w  ten  sposób  ryzyka, 

unikając  jednocześnie  bólu,  jaki  niechybnie  stanie  się  jej  udziałem,  kiedy  Ari  i 

Amy znikną z jej życia...

background image

Wzruszyła  ramionami.  To  śmieszne  i  niemożliwe.  Najlepszy  dowód,  że  czas 

najwyższy skończyć z tym wszystkim. Skoro ucieka się do podobnie absurdalnych 

pomysłów, to znaczy, że naprawdę jest z nią źle.

Im prędzej przestanie się z nimi widywać, tym lepiej. Dla niej i dla nich.

– Dzisiaj nie będziemy robić żadnych testów – powiedziała, kiedy znaleźli się 

w  jej  mieszkaniu.  –  Lepiej  trochę  się  pobawimy  i  chwilę  sobie  porozmawiamy. 

Mam wam coś bardzo ważnego do powiedzenia.

Amy podeszła do półki i uważnie zaczęła się przyglądać kotom z porcelanowej 

kolekcji  Camilli.  Zawsze  bardzo  ostrożnie  brała  je  do  rączki,  wiedząc,  że  ma  do 

czynienia z cennym i bardzo kruchym przedmiotem.

–  Tego  lubię  najbardziej  –  oznajmiła,  wskazując  białego  persa  liżącego  sobie 

przednią łapkę.

Camilla podeszła do dziewczynki i uśmiechnęła się.

– Jest rzeczywiście śliczny. Ja lubię też tego pręgowatego.

Amy dotknęła figurki stojącej obok persa.

– Tego? Jest podobny do Eltona, prawda?

Ari  leżał  na  podłodze,  bębniąc  nogami  o  parkiet.  Elton  chodził  dokoła  niego, 

przyjaźnie  mrucząc.  Madonna  siedziała  z  boku,  bacznie  ich  obserwując.  Ari 

odwrócił głowę i spojrzał na Camillę.

– Popatrz na nią – powiedział. – Madonna udaje lwa. Widzisz, jakim wzrokiem 

na mnie patrzy?

–  Koty  są  drapieżnikami  –  wyjaśniła  Camilla.  –  Mają  taki  sam  instynkt  jak 

drapieżniki żyjące dziko, ale w tej chwili ona się bawi. Doskonale wyczuwa, kiedy 

coś jest zabawą, a kiedy nie. Nic ci nie zrobi.

Amy  odeszła  od  półki,  wdrapała  się  na  krzesło  i  delikatnie  dotknęła  włosów 

Camilli.

–  Są  takie piękne – powiedziała z  podziwem.  – Zupełnie jakby były ze  złota. 

Camilla objęła dziewczynkę i pocałowała ją w policzek.

– Ty też masz śliczne włosy – powiedziała. – Bardzo delikatne i kręcone.

Ari  wstał  z  podłogi  i  podszedł  do  nich,  zazdrosny  o  uwagę,  jaką  Camilla 

poświęcała jego siostrze.

background image

– Tatuś mówi, że jesteś księżniczką. Czy to prawda? Camilla westchnęła.

– Nie, kochanie, nie jestem księżniczką. Jestem zupełnie zwykłą osobą. Usiadła 

w fotelu i przyciągnęła dzieci do siebie. Uniosły główki i przytuliły się do niej.

– Muszę wam coś powiedzieć – zaczęła.

Nie było jednak łatwo to zrobić, widząc ich pytające spojrzenia.

– Chodzi o nasze testy...

– Zaczniemy coś innego? – przerwał jej Ari.

–  Nie,  nie  zaczniemy niczego nowego.  Przeciwnie,  myślę,  że  nadszedł  czas... 

Przerwał jej dźwięk domofonu.

– Mogę otworzyć? – poderwał się Ari.

Nie czekając na odpowiedź, podbiegł do wiszącego na ścianie telefonu.

– Tak, otwórz, kochanie. Domofon odezwał się znowu.

– Tu mieszkanie numer dwa – powiedział uroczyście. – Kto tam?

– To ja, tatuś. Wpuść mnie synku.

Camilla  spłoszonym  wzrokiem  patrzyła,  jak  chłopiec  naciska  przycisk 

otwierający wejściowe drzwi.

Znalazła się w pułapce. Gdy rozległo się pukanie, Ari pobiegł otworzyć drzwi i 

Jon stanął w progu. Dzieci ucałowały go na powitanie i wróciły do fotela Camilli.

– Nie robicie dzisiaj testów?

Jon  skierował  pytanie  do  bliźniąt,  ale  patrzył  na  Camillę.  W  jego  wzroku 

dostrzegła  ten  sam  wyraz,  który  zauważyła  przedtem  na  sali  wykładowej. 

Nerwowo poprawiła kołnierzyk Ariego.

– Dzisiaj nie ma testów – wyjaśnił chłopiec – Mamy robić coś innego. Camilla 

właśnie  miała  nam powiedzieć, na  czym  to  będzie  polegało. Tatusiu,  zobacz,  jak 

Madonna  na  mnie  patrzy,  kiedy  leżę  na  podłodze;  zupełnie  jak  prawdziwy  lew. 

Ona jest drapieżnikiem.

Jon skierował roztargniony wzrok w stronę kota, a potem wrócił do Camilli.

– Skoro nie przeszkadzam, może pójdziemy razem na lody? Co wy na to?

– Nie. Myślę, że to nie jest dobry pomysł...

Rozpaczliwie szukała wymówki, ale dzieci nie dopuściły jej do głosu.

– Chodźmy! Powiedz tak, bardzo prosimy.

– Zgódź się!

background image

– W takim razie  – rzekła w końcu z  rezygnacją – pójdę z wami,  muszę tylko 

wziąć sweter. Ari, jeśli chcesz, możesz wypuścić Madonnę na balkon. Chyba chce 

wyjść.

Opuścili dom i poszli przez kampus w stronę klubu. Szli, trzymając każde jedno 

z  dzieci  za  rękę.  Bliźnięta  mówiły  bez  przerwy,  nieustannymi  pytaniami 

pokrywając  milczenie  dwojga  dorosłych.  Nie  patrząc  na  Jona,  Camilla  czuła  na 

sobie jego spojrzenie.

W klubie  kupili lody i  wyszli na  dwór. Jon i  Camilla usiedli na  ławce, dzieci 

zaczęły biegać po alejce.

Jon usadowił się wygodnie, wyciągnął nogi przed siebie i popatrzył w niebo.

–  Pogoda  chyba  się  zmieni,  nie  sądzisz?  Zobacz,  chmury  zbierają  się  nad 

górami. Chyba jeszcze w ten weekend spadnie śnieg.

Camilla drgnęła, tak jakby poczuła chłód idący ku nim od strony gór.

Nagle ogarnęła ją  melancholia i  smutek;  ujrzała  całe swoje  życie i  przyszłość 

jawiącą  się  jej  jako  nieustanna  zima  bez  nadziei  na  wiosnę.  Martwy,  biały 

krajobraz bez śladu kolorów i życia.

Przecież  tak  było  zawsze,  pomyślała,  próbując  się  pocieszyć.  Jeszcze  tak 

niedawno  była  na  swój  sposób  szczęśliwa.  Miała  swoją  pracę,  mieszkanie,  swój 

azyl,  do  którego  zawsze  mogła  się  schronić;  miała  Madonnę  i  Eltona,  wykłady, 

pracę naukową, cotygodniowe dyżury w schronisku. Była szanowana i potrzebna.

Nagle to wszystko wydało jej się żałosne i beznadziejne.

Przed  pojawieniem  się  Jona  wcale  tak  nie  myślała.  Sądziła,  że  osiągnęła 

wszystko, co człowiek może osiągnąć. To znaczy człowiek, który uważa, że życie 

ogranicza  się  do  pracy  i  obowiązków...  Potem zjawił  się  Jon  Campbell  i  cały  jej 

mądry, uporządkowany świat runął w jednej chwili.

– Co ci jest?

Usłyszała  jego głos  i  jednocześnie poczuła,  że  Jon lekko  dotyka  jej  ramienia. 

Odsunęła się, starając się nie robić tego zbyt gwałtownie.

– Nic, nic.

Spojrzał na nią spod przymrużonych powiek.

– Jesteś dzisiaj jakaś smutna, jakby spotkało cię coś przykrego. Mogę ci jakoś 

pomóc?

background image

Camilla wbiła paznokcie w drewno ławki i głęboko odetchnęła.

– Jon, posłuchaj... – Tak?

– Co słychać u Stevena? Udało ci się w końcu z nim porozmawiać?

– Nie bardzo. W dalszym ciągu jest zamknięty w sobie i niedostępny. Dlaczego 

pytasz?

– Po prostu chciałam wiedzieć.

W  takim  razie  nie  ma  wyjścia.  Skoro  ojcu  nie  udało  się  dotrzeć  do  Stevena, 

sama  musi  to  zrobić. Jak  najszybciej  trzeba  się  skontaktować z  kimś  z  otoczenia 

Zeke'a  i,  wszystkiego  się  dowiedzieć.  Potem  trzeba  natychmiast  porozmawiać  ze 

Steve'em i uświadomić mu, jak wygląda prawda. Wiedziała, że to nie będzie łatwe. 

Steven nie zechce pogodzić się z faktem, że to, co planuje, to głupota i szaleństwo, 

a przede wszystkim – że został oszukany.

Może  jest  jeszcze  nadzieja,  może  to  wszystko  nieprawda,  może  Zeke 

przechwala  się  tylko  i  udaje,  że  jest  taki  dzielny  i  na  wszystko  zdecydowany. 

Może...

– Camilla? Co się dzieje? Gdzie jesteś? Głos Jona sprowadził ją na ziemię.

– Wszystko dobrze, tak tylko się zamyśliłam.

Nie podniosła głowy; siedziała, patrząc na swoje ręce.

– Kiedy przyszedłeś, zamierzałam właśnie porozmawiać z Arim i Amy. Odłożę 

tę rozmowę na przyszły tydzień.

– Co chciałaś im powiedzieć?

– To, że nasze wspólne lekcje dobiegły końca.

– Dlaczego?

Nie krył zdumienia.

– Dlaczego? – powtórzył. – Myślałem, że dobrze wam się pracuje, że osiągacie 

znakomite wyniki i że to jeszcze przez jakiś czas potrwa.

– Wszystko było doskonale, tylko że... – Co?

– Ja po prostu chcę z tym skończyć. Chcę to... przerwać.

– Chcesz przerwać naszą znajomość, tak?

– Tak. Nie czuję się dobrze z tym wszystkim.

– Rozumiem.

background image

Odsunął się od niej, oparł o ławkę, zasępił; Camilla z niepokojem spojrzała na 

jego zachmurzoną twarz.

– Nie chciałabym, żebyś mnie źle zrozumiał – powiedziała bezradnie. – Jesteś... 

bardzo  atrakcyjnym  mężczyzną...  a  ja  bardzo  się  przywiązałam  do  twoich  dzieci. 

Po prostu nie czuję się na siłach, żeby to wszystko kontynuować. Ja...

– Rozumiem – przerwał jej – doskonale rozumiem. Skoro nie chcesz się ze mną 

widywać  – jego  głos złagodniał  – nie  zobaczysz  mnie  więcej, ale  nie  chciałbym, 

żebyś opuszczała moje dzieci.

–  Ja  ich  wcale  nie  opuszczam  –  powiedziała  z  rozpaczą,  hamując  łzy.  –

Skończyłam program i nasze lekcje dobiegły końca. Musisz to zrozumieć...

– Daj spokój, nie jesteś dzieckiem. Ari i Amy kochają  cię i o tym wiesz. Nie 

rozumiem, jak możesz z taką łatwością robić podobne rzeczy?

– Jakie rzeczy?

– Pozwalać, żeby ludzie cię kochali, a potem pa, do widzenia, i po wszystkim. 

Bez najmniejszego żalu.

Jego głos nie był już miły ani łagodny; brzmiał w nim chłód i zdziwienie.

Pa, i po wszystkim, bez najmniejszego żalu.

Przygryzła usta, żeby się nie rozpłakać. Nie pamiętała już nawet, kiedy była tak 

bliska  rozpaczliwego  szlochu.  Gdyby  on  znał  całą  prawdę,  gdyby  wiedział,  jaką 

cenę płaci teraz, właśnie w tej chwili, jak bardzo jest nieszczęśliwa...

– Chyba wiesz – ciągnął tym samym lodowatym, obcym tonem – jak dużo moje 

dzieci wycierpiały  w przeszłości z powodu niewłaściwego wyboru, którego wiele 

lat  temu  dokonałem.  Nie  pozwolę,  żeby  cierpiały  znowu.  Nie  zniosę  podobnej 

myśli.

Jon  cierpiał  i  wiedziała  o  tym.  Nie  mogła  jednak  objąć  go  i  przytulić, 

powiedzieć, jak bardzo go kocha i że jest dla niej wszystkim, że zostanie z nim i 

jego dziećmi, i już nigdy żadne z nich nie będzie cierpiało...

Gdyby to było takie proste, gdyby życie było proste, gdyby...

– Jest mi strasznie przykro, Jon – powiedziała. – Jest mi potwornie przykro, ale 

wierz mi, że tak będzie lepiej dla nas wszystkich.

Jon milczał, nie patrząc na nią.

background image

– Ty im powiesz? – przemówił wreszcie. – Sama im powiesz czy wolisz, żebym 

ja to zrobił?

–  Powiem  im  sama.  Spotkamy  się  w  przyszłym  tygodniu  i  powiem im,  że  to 

nasza ostatnia lekcja.

– Doskonale, to naprawdę miło z twojej strony – powiedział uprzejmym głosem 

obcego człowieka.

Spojrzał na nią, w jego oczach dostrzegła ból, który przeczył słowom.

–  Dziękuję  jeszcze  raz.  Zobaczymy  się  w  poniedziałek  na  wykładzie.  Do 

widzenia, pani doktor.

– Jon...

Jego  imię  zawisło  w  powietrzu.  Czuła  się  bardzo  krucha  i  bardzo  bezbronna. 

Wiedziała, że wystarczy jego jedno słowo, a z płaczem rzuci się w jego ramiona. 

Jon wstał jednak i, nie patrząc na nią, odszedł. Chłodny, północny wiatr wtargnął 

na kampus i porwał do tańca suche liście.

– Żegnaj, Jon – szepnęła. – Żegnaj.

Wieczorem poszła do schroniska jak mogła najwcześniej i natychmiast zaczęła 

wypytywać  o  Zeke'a  i  Szybkostrzelnego.  Nikt  jednak  nic  nie  wiedział  albo  po 

prostu nikt nie chciał udzielać jej informacji.

Marty  nie  było;  nie  dostrzegła  też  śladu  po  małej  Tracy.  Znajomi  chłopcy 

gdzieś zniknęli.

Camilla poszła do biura i oderwała się od smutnych myśli nad własnym losem. 

Trzeba się zastanowić, co zrobić z Tracy. Dziewczynka ma dopiero dwanaście lat; 

może  należałoby  zawiadomić  policję  i  nadać  całej  sprawie  formalny  bieg? 

Dwunastoletnia dziewczynka chyba powinna znaleźć się w domu dziecka.

Ochotnicy pracujący w schronisku zawsze starali się trzymać z dala od policji. 

Próbowali  nadać  przytułkowi  charakter  miejsca,  w  którym  udziela  się  doraźnej 

pomocy,  nie  ingerując  w  życie  młodych,  potrzebujących  jej  ludzi.  Z  zasady 

uważali,  że  dzieci  ulicy  mają  prawo  do  własnego  wyboru  i  mogą  żyć,  jak  chcą. 

Chcieli  jedynie  zapewnić  im  miejsce,  do  którego  mogą  się  udać  w  przypadku 

choroby  czy  beznadziejnej  sytuacji  życiowej;  gdzie  mogą  się  ogrzać,  coś  zjeść  i 

porozmawiać  z  kimś  życzliwym.  Nigdy  o  nic  nie  pytali,  wiedząc,  że  nadmierna 

background image

dociekliwość  spowoduje,  że  „dzieci"  zaczną  omijać  schronisko.  Będą  szukać 

czegoś innego i wpakują się w jeszcze większe kłopoty.

Były  jednak  takie  przypadki  jak  Tracy.  Przecież  mała  dziewczynka  nie  może 

włóczyć  się  po  ulicy  zupełnie  sama  tylko  dlatego,  że  w  schronisku  obowiązują 

niepisane reguły nieingerowania w cudze życie.

Camilla nawet nie próbowała dzisiaj pracować. Żadna lektura nie była w stanie 

oderwać  jej  od  myśli  o  Tracy,  o  Jonie,  o  Stevenie,  Amy  i  Arim...  Stale  widziała 

spiętą,  wrogą  twarz  Jona,  widziała  uśmiechnięte  buzie  jego  dzieci.  Miała  przed 

oczami tamten motel sprzed lat i rozjaśnione słońcem ranczo, które widziała przed 

kilkoma dniami. Czuła pocałunek Jona i dotyk jego dłoni.

Cała była upleciona ze wspomnień i nie mogła wyplątać się z samej siebie.

Westchnęła,  wstała  i  poszła  do  sąsiedniego  pokoju.  Podopieczni  spali  już  na 

materacach  pod  połatanymi  kocami.  Szła  pomiędzy  legowiskami,  poprawiając 

poduszki,  przykrywając  gołe  nogi.  Już  miała  wychodzić,  kiedy  dobiegł  ją  cichy 

głos:

– Cześć, królowo...

Wytężyła wzrok, próbując dojrzeć w ciemności, kto mówi.

– Gdzie jesteś?

Pod  oknem  dostrzegła  leżącego  chłopca.  Zippy  patrzył  na  nią,  czekając,  aż 

podejdzie.

–  To  ty,  Zippy?  Coś  się  stało?  Potrzebujesz  czegoś?  Uniósł  głowę  znad 

poduszki.

– Nie, wszystko w porządku. Po prostu nie mogę zasnąć. Spostrzegła, że siniaki 

z jego twarzy zeszły i nie ma już spuchniętego oka.

– Ja też jakoś nie mogę zabrać się do pracy – powiedziała i usiadła na podłodze 

obok legowiska. – Może jesteś głodny?

– Nie, i dziękuję za tamte owoce.

– W porządku, Zippy. Chłopiec zamilkł.

– Ja mam też prawdziwe imię – szepnął po chwili.

– Jak masz na imię?

– Andrew, mówią na mnie Andy.

– Uciekłeś z domu, Andy?

background image

– Tak. Mieszkałem u dziadków, ale dziadek strasznie pił i bił mnie, jak wracał 

pijany do domu, dlatego dałem nogę.

Wyciągnęła rękę i pogłaskała go po włosach.

– Musiało ci być bardzo ciężko. Teraz też.

– Pewnie, że na ulicy nie jest lekko, ale do domu nie wrócę już za nic.

Przez  dłuższą  chwilę  oboje  milczeli.  Za  oknem  zaczął  padać  deszcz,  krople 

rytmicznie uderzały o parapet. Światła przejeżdżającego samochodu przebiły czerń, 

rozrzedzając panujący w pokoju mrok.

Chłopiec westchnął.

– Nawet lubiłem chodzić do szkoły. Lekcje były fajne, zwłaszcza matematyka i 

fizyka. To było naprawdę ciekawe.

– Może mógłbyś wrócić do szkoły, Andy. Gdybyś chciał, mogłabym ci pomóc.

– Może i tak... – W głosie chłopca zabrzmiała nadzieja. – Chciałbym, ale pod 

warunkiem, że nie odeślą mnie z powrotem tam, skąd uciekłem.

–  W  takim  razie  przyjdź  do  mnie  jutro  do  biura  i  wszystko  omówimy. 

Naradzimy się, od czego zacząć.

– Będziesz jutro w biurze?

– Całe popołudnie.

– W takim razie dobrze, wpadnę na pewno. Jest jeszcze taka sprawa...

– Tak?

– Chciałem zapytać, czy ty masz rodzinę, męża, jakieś dzieci... – Nie.

Camilla  zapatrzyła  się  w  ciemność.  Nie,  pomyślała,  ja  nie  mam  nikogo. 

Słyszała tylko oddech śpiących, bezdomnych dzieci i beznadziejny szum deszczu 

za oknem.

– Nie, Andy – powtórzyła – nie mam nikogo. Jestem zupełnie sama, tak jak ty.

W sobotni wieczór wróciła do schroniska, i zaparkowała w brudnej uliczce za 

rogiem.  Wiał zimny wiatr,  chodniki były mokre,  w powietrzu czuło  się zgniliznę 

oraz chłód starych domów i brudnych klatek schodowych.

Usiadła  za  stołem  w  biurze  z  mocnym  postanowieniem  niepoddawania  się 

nastrojowi, i wyjęła prace z teczki. Musiała czytać chyba ponad godzinę, bo kiedy 

poczuła  głód,  za  oknem  było  już  ciemno.  Wyjęła  kanapkę  i  zjadła  ją.  Właśnie 

zamierzała powrócić do przerwanej pracy, kiedy w progu pojawiła się Marty.

background image

– Cześć, królowo.

– Cześć, Marty. Dobrze, że jesteś.

–  Okropnie  jest  na  dworze  –  skrzywiła  się  dziewczyna.  –  W  taki  wieczór 

wszystkie dzieciaki zaraz się tu zwalą. Trzeba sprawdzić, czy mamy dość koców. 

Zaraz się tym zajmę.

Camilla  uważnie  jej  się  przyjrzała.  Marty  mówiła  w  zwykły,  nonszalancki  i 

niedbały  sposób,  ale  było  w  niej  coś  nowego.  Tak  jakby  z  trudem  ukrywała 

podniecenie.

– Przyprowadziłam kogoś, kto chce się z tobą przywitać – powiedziała w końcu 

z zagadkowym wyrazem twarzy – tylko nie wie, czy może wejść.

Podeszła do drzwi i otworzyła je na oścież.

W progu stał młody człowiek i nieśmiało patrzył na Camillę. Camilla zerwała 

się z krzesła, podbiegła do niego i ucałowała.

– Chase! Witaj! Jak się czujesz?

Chase  uśmiechnął  się  niepewnie  i  przysiadł  na  brzeżku  krzesła.  Marty 

usadowiła się obok i opiekuńczo objęła go ramieniem.

– Całkiem nieźle, to znaczy o wiele lepiej niż w zeszłym tygodniu – powiedział. 

– Przyszliśmy z Marty, żeby za wszystko podziękować. Naprawdę jesteśmy bardzo 

wdzięczni.

Camilla  machnęła  ręką  i  przyjrzała  się  uważnie  siedzącemu  naprzeciw  niej 

chłopcu.  Chase  miał  ciemne  włosy,  inteligentną  twarz,  bystre  spojrzenie,  iskierki 

humoru w oczach. Widać było, że jest mądry i  pełen dystansu  do samego  siebie. 

Miał delikatne dłonie muzyka – delikatne, ale silne.

Ten chłopak ma charakter, pomyślała. Ma szansę wyjść z tego.

–  Przestałem  brać,  królowo  –  powiedział  i  z  powagą  spojrzał  jej  w  oczy,  –

Myślę,  że dam radę  i  wytrzymam,  to  znaczy myślę,  że  sobie damy radę  razem z 

Marty.

Marty  patrzyła  na  Camillę  ze  spokojem  w  oczach.  W  niej  też  była  jakaś 

pewność i siła.

– Bardzo się cieszę, że to słyszę – rzekła Camilla, przenosząc wzrok z Chase'a 

na jego dziewczynę. – Znaleźliście już jakąś pracę?

background image

–  Będę  zmywał  talerze  w  pizzerii  –  odparł  Chase  z  uśmiechem.  –  Będę  mył

gary  kilka  godzin  dziennie,  a  potem,  wieczorem,  będę  chodził  pograć  trochę  na 

gitarze  w  pewnym  klubie.  Na  razie to  niewiele,  ale  na  początek  i  tak  dobrze.  W 

każdym razie lepiej niż włóczyć się po ulicy.

– To cudownie. Bardzo się cieszę ze względu na was oboje.

Marty chrząknęła.

– A ja mam już tę pracę w warzywniczym – powiedziała z rozjaśnioną twarzą. 

–  Wynajęliśmy  małe  mieszkanie  w  suterenie,  tu  niedaleko,  i  za  dwa  dni  się 

wprowadzamy.  I  wiesz  co,  królowo?  Tam  jest  nawet  łazienka.  Będziemy  mieli 

własną łazienkę!

W jej głosie zabrzmiała nie skrywana duma, Chase uśmiechnął się i objął czule 

swą dziewczynę.

Camilla  uśmiechała  się  do  nich,  myśląc  jednocześnie,  że  takie  szczęśliwe 

zakończenie zdarza się raz na tysiąc. Losy dzieci ulicy zwykle toczą się zupełnie

inaczej. A jednak świadomość, że coś takiego w ogóle może się wydarzyć, miała w 

sobie coś pocieszającego i krzepiącego. Przywracała wiarę w sens tego, co robiła, 

wynagradzała wszystkie spędzone tu godziny i jakoś radośniej pozwalała patrzeć w 

przyszłość.

– Marty – powiedziała, coś sobie przypominając  – pamiętasz tę dziewczynkę, 

która tu przyszła w zeszłym tygodniu, tę małą Tracy? Co się z nią dzieje? Jestem 

bardzo niespokojna.

Marty uśmiechnęła się serdecznie.

– Tracy? Wszystko dobrze.

Camilla  spojrzała  pytająco,  nie  rozumiejąc,  co  dobrego  mogło  przytrafić  się 

małej.

– Gdzie ona jest?

– U swojej ciotki w Banff.

– Jak znalazłaś jej ciotkę?

–  Zabraliśmy  Tracy  do  nas,  do  domu  –  wyjaśniła  Marty.  –  Kupiliśmy  jej 

ubranie,  daliśmy  jeść.  Dużo  nam o  sobie  opowiadała.  Powiedziała, że ma ciotkę, 

bardzo  miłą, która ma na imię Jean i  mieszka w Banff. Tracy nie widziała jej od 

dawna, ale ja do niej zadzwoniłam i ta ciotka zaraz wszystko rzuciła i przyjechała, 

background image

żeby zabrać Tracy.

– Myślisz, że wszystko będzie w porządku?

Camilla nie mogła uwierzyć w łatwość, z jaką problem Tracy niejako sam się 

rozwiązał. Chase odpowiedział za Marty:

– Chyba tak. Ta ciotka jest nauczycielką, ma dom i pracę, i bardzo się cieszyła, 

że  Tracy  u  niej  zamieszka.  Zresztą  mamy  zamiar  pojechać  do  niej  podczas 

najbliższego weekendu, to zobaczymy co i jak. Myślę, że to wypali.

Camilla spojrzała na nich z podziwem i wdzięcznością.

– Jesteście niezwykli, naprawdę. Bardzo wam dziękuję za to, co zrobiliście.

Chase uśmiechnął się.

– To nic wielkiego. Ta mała to bardzo miłe i dobre dziecko. Marty mi mówiła...

Przerwał.

– Powiedziałam mu, jak bardzo nam pomogłaś – odezwała się Marty – i że mi 

mówiłaś, że kiedyś tobie, dawno temu, też ktoś pomógł. Dlatego postanowiliśmy z 

Chase'em,  że  i  my  coś  dobrego  zrobimy.  Gdyby  wszyscy  ludzie  tak  myśleli, 

zrobiłby się taki łańcuch i nie byłoby na świecie tyle krzywdy, prawda?

Camilla poczuła, że do oczu napływają jej łzy.

– Masz rację, Marty, masz całkowitą rację – szepnęła po chwili.

Marty i  Chase wstali i  pożegnali  się. Już stojąc  w drzwiach, Marty odwróciła 

się nagle:

– Zupełnie zapomniałam, królowo – dodała. – Pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o 

Zeke'u i Szybkostrzelnym?

– Tak – przytaknęła szybko Camilla. – Wiesz coś?

– Owszem, Chase spotkał wczoraj Zeke'a.

Camilla spojrzała na chłopca naglącym wzrokiem.

– I co?

Chase zmarszczył czoło.

– Był napalony jak diabli. On coś szykuje, królowo, coś dużego.

– Może tylko tak mówi?

– Tym razem nie. To coś naprawdę poważnego. Mają szczegółowo opracowany 

plan.  Howie dostarczył  im broń  i  chcą  zrobić napad na  sklep monopolowy. Zeke 

cieszył się, że jest zła pogoda, bo łatwiej im będzie nawiać. On naprawdę świruje. 

background image

Wygląda na to, że może polać się krew.

– Cieszy się, że jest zła pogoda – powtórzyła jak w transie Camilla – że jest zła 

pogoda... To znaczy, że oni chcą to zrobić teraz?

–  Dokładnie  dziś  wieczorem  –  skinął  głową  Chase.  –  Zeke  powiedział,  że 

dzisiaj wszystko się zmieni i jutro będzie bogatym facetem.

– O Boże...

Camilla zerwała się, zaczęła zbierać papiery i na oślep wkładać je do teczki.

– Królowo, co się dzieje?

Nie  odpowiedziała, Zarzuciła  na  siebie  płaszcz i  wybiegła  na  ulicę,  wprost w 

wilgotną ciemność. Deszcz przeszedł właśnie w mokry śnieg.

background image

Rozdział 14

Czerń  zasnuła  niebo  i  spadła  na  opustoszałe  pola.  Chłodny  wiatr  zawodził  za 

kamiennymi  ścianami  baraku,  nawiewając  do  środka  suche  liście  przez  szeroko 

otwarte, automatyczne drzwi.

Steven  siedział  za  kierownicą  żółtego  mustanga  i  czekał  ze  wzrokiem 

utkwionym w przestrzeń. Nie widział brudnych ścian ani nie słyszał wycia wiatru. 

Czuł  się  jak  mysz  w  pułapce.  Świat  nagle  skurczył  mu  się  do  rozmiarów 

zagubionego pośród pól i wzgórz niskiego, małego budynku – garażu, z którego nie 

było ucieczki mimo szeroko otwartych drzwi.

Szkoda, że drzwi się nie zepsuły, pomyślał nagle. Gdyby automat zamykający 

je  zawiódł,  mógłby  przynajmniej  liczyć  na  to,  że  zatrzasną  się  od  zewnątrz  i 

zamkną go w środku. Mógłby wtedy tu zostać i nie musieć nigdzie jechać. Byłby 

usprawiedliwiony.  Dopiero  po  pewnym  czasie  ktoś  przypadkiem  odnalazłby  go  i 

uwolnił,  a  wtedy  byłoby  już  za  późno  na  wzięcie  udziału  w  tym,  co  miało  się 

wydarzyć tego wieczoru.

Westchnął i zawstydził się. Nigdy nie przypuszczał, że jest aż takim tchórzem. 

Przecież  sam  podjął  tę  decyzję,  sam  uzależnił  od  niej  całe  swoje  życie...  Powoli 

wysiadł  z  samochodu,  obszedł  go  wokół,  pochylił  się  i  sprawdził  opony.  Uniósł 

maskę samochodu i obrzucił wzrokiem silnik. Potem podszedł do otwartych drzwi, 

włożył ręce do kieszeni i wystawił głowę na wiatr.

Gdyby pogoda jeszcze się pogorszyła, gdyby spadł ulewny deszcz, zerwał się 

huragan albo z nieba zaczął walić grad – byłaby jeszcze szansa... Gdyby stało się 

coś, co uniemożliwiłoby mu jazdę do miasta.

Ma jeszcze całe długie pół godziny. Może w tym czasie coś się stanie, może na 

przykład nastąpi koniec świata?

Uśmiechnął się do siebie smętnie. Nic się nie stanie, koniec świata nie nastąpi, 

nie  lunie  ulewa  i  nie  nadciągnie  huragan.  Los  ani  przypadek  nie  zadecydują  za 

niego, decyzję jakiś czas temu podjął już sam.

Zresztą  droga  wiodąca  z  farmy  do  miasta  jest  dobra,  a  nawierzchnia 

utwardzona. Można nią jeździć nawet w ulewnym deszczu, a nic nie wskazuje na 

background image

to, że zwykły, jesienny wiatr zamieni się nagle w huragan przewracający drzewa i 

porywający  z  sobą  samochody.  Steven  przeżył  niejeden  huragan  na  farmie  w 

Saskatchewan  i  wiedział,  że  to,  co  ma  przed  sobą,  nie  jest  nawet  zapowiedzią 

prawdziwej wichury. Zresztą, przecież Zeke powiedział, że im gorsza pogoda, tym 

lepiej dla powodzenia całej akcji.

Stał  w  drzwiach  baraku,  zmrużonymi  oczami  próbując  przebić  mrok.  Miał 

przed  sobą  migoczące  w  dali  światełka  domu.  Wiedział,  że  Margaret  jest  sama, 

dlatego pali się tylko na parterze od strony kuchni. Pewnie krząta się, jak zwykle.

Reszta rodziny pojechała do miasta. Vanessa z Enrikiem są w bibliotece, a Jon 

zabrał bliźnięta do teatru. Potem mieli się spotkać, zjeść coś w restauracji i wrócić 

razem do domu.

Ogarnęła go nagle dręcząca ochota, by być razem z nimi. Mógłby nawet pójść z 

siostrą  i  Enrikiem  do  biblioteki  albo,  od  biedy,  posiedzieć  z  ojcem  i  młodszym 

rodzeństwem na tym głupim przedstawieniu. Wyobraził sobie, jak pójdą potem do 

jakiejś knajpki i będą się śmiać i opowiadać sobie różne rzeczy, i poczuł się bardzo 

samotny. Samotny i opuszczony.

Nawet  Vanessa,  jego  egoistyczna  i  odpychająca  siostra,  ostatnio  bardzo  się 

zmieniła na lepsze. Była teraz miła, serdeczna i wrażliwsza na sprawy innych. A i 

ojciec po przeprowadzce do miasta jest  spokojniejszy, mniej  nerwowy, skupiony. 

Tyle  że  robi  wrażenie  człowieka  bardzo  nieszczęśliwego.  Ta  myśl  zaskoczyła 

Stevena:  fakt,  że  zwrócił  uwagę  na  nastrój  ojca,  uświadomił  mu,  jak  bardzo  go 

kocha. Jednocześnie zrozumiał, że jest to najgorsza rzecz, jaka mogła mu przyjść 

do głowy w tym właśnie momencie.

Przecież po tym, co stanie się tego wieczoru, już nigdy nie będzie mógł zbliżyć 

się do Jona. Za kilkanaście minut dokona się ostateczne zerwanie i jego stosunki z 

ojcem zmienią się na zawsze. Myśl, że wchodzi na drogę, z której nie ma powrotu, 

że pali za sobą mosty, sprawiła mu ból. Jon Campbell nigdy nie przebaczy synowi.

Po tym, co się stanie, odepchnie go ze wzgardą. Rozejdą się i nigdy nie dojdzie 

do pojednania.

Steven zacisnął usta w bolesną linię.

Trudno,  nic  mnie  to  nie  obchodzi.  Niech  sobie  myśli,  co  chce.  Może  mnie 

znienawidzić.  On  nic  nie  zrozumie.  Robię  to  dla  tych  wszystkich  bezdomnych 

background image

biedaków, o których nikt się nie troszczy. Nikt nie robi nic, żeby ulżyć ich losowi. 

Trzeba zrobić coś, żeby dostali środki do życia. Skoro mój ojciec nie jest w stanie 

tego zrozumieć, nie chcę go znać. W moim życiu nie ma dla niego miejsca.

Zamrugał powiekami, jakby coś wpadło mu do oka.

Od  strony  drogi  dobiegł  go  dźwięk  nadjeżdżającego  samochodu.  Wiatr tłumił 

go i zniekształcał, ale nie zagłuszał. Ktoś rzeczywiście jechał w stronę baraku.

Przez  zasłonę  mroku  i  wiatru  zobaczył  odległe  światła/Spojrzał  na  zegarek  i 

podszedł  do  samochodu.  Jeszcze  raz  wszystko  sprawdził  i  znowu  skontrolował 

godzinę. Czas wlókł się, jakby chciał pogłębić niepewność oczekującego.

Steven  oparł  się  o  drzwiczki  samochodu.  Trzeba  jeszcze  wytrzymać  kilka 

minut. Nie może jechać do miasta przed czasem. Jeśli zacznie jeździć bez celu po 

ulicach, ktoś go zauważy, a potem skojarzy fakty. Musi cierpliwie poczekać. Tylko 

że to czekanie przyprawia go o szaleństwo. Jeszcze chwila tego wiatru, ciemności i 

zdenerwowania, a zwariuje.

Chwycił szmatę i jak szalony zaczął czyścić karoserię na wysoki połysk. Potem 

nagle  coś  mu  przyszło  do  głowy,  rzucił  szmatę,  wybiegł  przed  barak,  nabrał  w 

dłonie ziemi i błota, i umazał nimi tablicę rejestracyjną. Odstąpił krok do tyłu, żeby 

ocenić rezultat swojej pracy.

Błoto zamazało litery i cyfry, tak że nic nie można było odczytać. Na wszelki 

wypadek  zamazał  je  jeszcze  bardziej,  po  czym  wytarł  ręce  w  szmatę  i  po  raz 

kolejny zerknął na zegarek.

Miał  jeszcze  piętnaście  minut,  ale  nie  był  w  stanie  czekać  dłużej.  Trudno, 

wsiądzie do  samochodu i pojedzie do miasta, zatrzyma się na parkingu niedaleko 

sklepu i kilka minut poczeka, zanim się uda na umówione miejsce.

Ciekawe, jak czują się Zeke i Szybkostrzelny? Skoro on tak bardzo się boi, jak 

czują  się  tamci  dwaj?  Mają  przecież  znacznie trudniejsze  zadanie.  Mają dokonać 

prawdziwego  napadu.  Co  prawda  bez  użycia  broni,  przyrzekli  przecież,  że  nie 

wezmą ani noży, ani broni palnej i nikogo nie zranią, ale i tak czeka ich znacznie 

poważniejsza akcja.

Tak czy owak, trzeba ruszać w drogę, pomyślał i z determinacją otworzył drzwi 

samochodu.

– Steve? Steve, jesteś tutaj?

background image

Głos  dobiegał  od  strony  automatycznych  drzwi.  Był  cichy  i  najwyraźniej 

należał do kobiety.

– Steve!

Rozejrzał się zdumiony, próbując w ciemności zobaczyć osobę, która go woła. 

Na  tle  otwartych  drzwi  dostrzegł  wysoką,  szczupłą  sylwetkę,  ubraną  w  płaszcz 

przeciwdeszczowy  i  kalosze.  Kobieta  niepewnym  krokiem  weszła  do  baraku  i 

zrzuciła kaptur z głowy: Zalśniły złote włosy i Steven poznał Camillę.

–  Margaret  powiedziała  mi,  że  jesteś  tutaj  i  coś  robisz  przy  samochodzie  –

powiedziała  spokojnym,  obojętnym  tonem,  tak  jakby  spotkali  się  na  korytarzu  w 

instytucie literatury. – Strasznie wieje, prawda? Co za pogoda!

– Jeśli szuka pani taty i bliźniąt – odezwał się, z trudem dobierając słowa – to 

ich nie ma. Wszyscy pojechali do miasta. Powinni niedługo wrócić.

– Wiem. Margaret mi powiedziała.

Camilla  włożyła  ręce  do  kieszeni  płaszcza  i  zrobiła  kilka  kroków  w  stronę 

Stevena.

– Przyjechałam do ciebie, Steve. Chcę z tobą porozmawiać.

Ogarnęła  go  paniczna  chęć,  żeby  rzucić  się  do  ucieczki.  Obecność  Camilli  w 

tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu miała w sobie coś niesamowitego.

–  Bardzo  mi  przykro,  ale  nie  mogę.  Właśnie  zamierzałem  jechać  do  miasta, 

jestem  umówiony.  Mogę  panią  podwieźć  do  naszego  domu,  jeśli  pani  chce. 

Poczeka tam pani. aż oni wrócą.

Camilla  podeszła  bliżej.  Widział  teraz  wyraźnie  złotą  aureolę  włosów  i 

delikatne rysy jej twarzy.

– Byłoby chyba lepiej, żebyś jednak dziś wieczorem nie jechał do miasta, Steve 

– rzekła cichym, melodyjnym głosem.

Spojrzał na nią, nie zdejmując ręki z otwartych drzwiczek samochodu.

– Dlaczego? O czym pani mówi?

– Wiesz, że Zeke i Szybkostrzelny mają broń? Wiesz, co to oznacza? Zdajesz 

sobie sprawę, co się stanie, jeśli weźmiesz udział w czymś takim?

Wyprostował się i zesztywniał; jego umysł zaczął gorączkowo pracować. Może 

to tylko koszmar, majak, jakieś zwidy; może to tylko jego rozgorączkowany umysł 

podsuwa mu takie obrazy? Może jej tu wcale nie ma, a tylko on sam i jego wyrzuty 

background image

sumienia, jego strach, obawa i zdenerwowanie sprawiają, że...

Może zaraz się obudzi we własnym łóżku i zrozumie, że to wszystko tylko mu 

się śniło.

– Skąd pani...

Camilla  wcale  nie  zniknęła.  Stała  przed  nim  wyprostowana  i  zdecydowana, 

patrząc mu prosto w oczy.

– Jak pani...

– Howie postarał się dla nich o broń – przerwała mu. – Dobrze się na tym zna, 

robił  takie  rzeczy  już  nieraz.  Steven,  czy  możemy  na  chwilę  usiąść  i  spokojnie 

porozmawiać?

Wskazała  ławę  biegnącą  wzdłuż  ściany.  Pokręcił  przecząco  głową,  nie 

spuszczając osłupiałego spojrzenia ze stojącej przed nim kobiety. Camilla wolnym 

krokiem podeszła do ławy i usiadła na niej, dłońmi obejmując kolana.

– To są chłopcy z marginesu, źli i zepsuci. Nie ma dla nich nic świętego, ale ty 

jesteś zupełnie inny – powiedziała. – Pewnie mówili ci, że przeznaczą te pieniądze 

na  jakiś  szlachetny  cel,  że  nikogo  nie  pobiją  ani  nie  zranią  i  że  nie  dojdzie  do 

gwałtu ani przemocy. Przyrzekli ci, prawda?

Skinął głową, w dalszym ciągu oszołomiony i ogłupiały.

– Oszukali cię, okłamali. Oni cię wykorzystali, Steven. Jesteś im potrzebny, bo 

muszą mieć samochód, żeby po napadzie szybko uciec. Tylko dlatego biorą cię ze 

sobą. Nie zależy im w ogóle na tobie, oni po prostu chcą mieć kierowcę.

– Nieprawda! – zawołał, – To moi koledzy – dodał już ciszej, bojąc się, że zaraz 

wybuchnie płaczem.

To, co mówiła Camilla, było straszne, bolesne i niesprawiedliwe.

–  Wiesz,  że  to  nieprawda  –  powiedziała  Camilla  ze  smutkiem.  –  Dla  takich 

ludzi jak oni ty w ogóle nie istniejesz. Dla nich jesteś po prostu rzeczą, którą można 

wykorzystać i odrzucić. Poświęcą cię w każdej chwili dla własnego celu. Zdradzą i 

oszukają,  jeśli  to  im  przyniesie  jakąkolwiek  korzyść.  W  tym  środowisku  nie  ma 

miejsca  na  przyjaźń  i  lojalność.  Wiem,  co  mówię,  –  Kim  pani  właściwie  jest?  –

Wolno  zbliżył się  do  niej,  bezskutecznie  próbując  w  mroku  dostrzec  jej  twarz.  –

Jest pani gliną czy co?

background image

–  Ja?  –  Uniosła  głowę  i  spojrzała  na  niego.  –  Ja  jestem  tylko  nauczycielką 

literatury.

– Myślałem...

Nerwowo spuścił wzrok i przestąpił z nogi na nogę.

–  Myślałem,  że  może  pani  jest  gliną  w  cywilu,  tajniaczką...  Skoro  mnie  pani 

śledzi.

–  Ja  wcale  cię  nie  śledzę,  Steve.  Chociaż  masz  trochę  racji;  bywam w  takich 

miejscach,  gdzie  można  się  wielu  rzeczy  dowiedzieć,  zupełnie  jak  policjant  w 

cywilu.

Zapadła  cisza,  w  której  Steven  próbował  przewidzieć  następny  ruch  tej 

zdumiewającej  kobiety.  Jest  sprytna,  ale  niewystarczająco  silna  pod  względem 

fizycznym.  Nie  zdoła  go  powstrzymać.  W  każdej  chwili,  jeśli  zechce,  może 

odwrócić się od niej, wskoczyć do samochodu i pojechać na umówione spotkanie.

Mogę  nawet,  pomyślał  w  pewnej  chwili,  i  ten  pomysł  zadziwił  jego  samego, 

mogę nawet zatrzasnąć drzwi i zamknąć ją w środku. Wtedy nie mogłaby nikogo 

zaalarmować i przeszkodzić nam w akcji.

Ale ta cholerna baba wszystko wie. Ktoś wreszcie ją znajdzie, wypuści, a wtedy 

i tak wszystko się wyda. Pójdzie na policję i poda glinom ich nazwiska.

Podczas  gdy  tak  rozmyślał,  Camilla  nie  spuszczała  z  niego  smutnego, 

spokojnego spojrzenia. Widać było, że na coś czeka. Dla niej rozmowa dopiero się 

rozpoczęła.

– Powiedz mi, Steve – zaczęła po chwili milczenia – dlaczego wpakowałeś się 

w tę historię. Co przez to chcesz osiągnąć?

Odwrócił głowę. Nic jej nie powie.

– Co chcesz w ten sposób załatwić, Steve?

Milczał.

– Możesz mi powiedzieć. Przecież widzisz, że wszystko wiem, nie znam tylko 

twojej  motywacji.  Chciałabym  zrozumieć,  dlaczego  władowałeś  się  w  napad  z 

bronią w ręku, skoro masz wszystko, co chłopiec w twoim wieku może posiadać.

Nie  mogła  użyć  bardziej  nienawistnego  argumentu.  Steven  spojrzał  na  nią  z 

pogardą.

background image

– Nie władowałem się w żaden napad z bronią w ręku – wycedził. – Nie będzie 

żadnej  broni.  Zeke  dał  mi  słowo,  a  ja  mu  wierzę.  Przyrzekł  mi,  wszystko 

szczegółowo omówiliśmy.

–  Rozumiem.  Tak  czy  owak,  mamy  tu  jednak  do  czynienia  z  napadem  i 

kradzieżą  pieniędzy  w  wykonaniu  dwóch  młodych  ludzi  o  długiej  kryminalnej 

przeszłości. Mamy tu dwóch młodocianych przestępców, a ty masz być kierowcą, 

który  umożliwi  im  ucieczkę  z  miejsca  przestępstwa.  Wziąwszy  to  wszystko  pod 

uwagę, ciekawi mnie, z jakiego powodu postanowiłeś to zrobić.

Steven nie od razu odpowiedział.

– Chcę zdobyć pieniądze i rozdać je potrzebującym – odezwał się po dłuższej 

chwili. – Postanowiłem dać pieniądze bezdomnym dzieciakom, żeby sobie mogły 

za nie kupić jedzenie, ubranie i koce, zanim nastanie zima. Muszę im pomóc; ktoś 

musi to zrobić.

Camilla spojrzała na niego pytająco.

– To znaczy, że zamierzasz pomóc dzieciom włóczącym się po ulicach?

–  Tak,  właśnie  tak.  –  Obrzucił  ją  niechętnym  wzrokiem.  –  Dziwne,  prawda? 

Trudno w to uwierzyć. Zwłaszcza jak się nie ma pojęcia, że takie dzieci w ogóle 

istnieją.  Pewnie  pani  wcale  tego  nie  zauważyła.  W  takim  razie  ja  pani  powiem: 

ulice  –  tego  miasta  roją  się  od  bezdomnych,  trzeba  tylko  pofatygować  się  do 

pewnych dzielnic i zobaczyć to na własne oczy.

W jego oczach była ironia i gniew. Camilla zachowała spokój.

– Na pewno masz rację. Jest tak jak mówisz, ale można pomóc tym ludziom na 

wiele sposobów.

Wzruszył ramionami.

–  Ciekawe  jak?  Oni  nie  potrzebują  słodkich  minek  i  historyjek  o  miłości 

bliźniego, niepotrzebne im umoralniające lektury ani darmowe bilety do cyrku, nie 

najedzą się na charytatywnym balu. Im są potrzebne pieniądze, waluta, kasa.

Trzasnął drzwiczkami samochodu i mówił dalej, coraz bardziej podniecony:

– Trzeba się z nimi podzielić tym, co mamy, pani, ja, mój ojciec, ludzie tacy jak 

my. Moja  cholerna rodzina w tydzień wydaje tyle, ile im starczyłoby na cały rok 

dostatniego życia.

– Dlatego postanowiłeś zająć się sprawiedliwym rozdziałem dóbr, tak?

background image

– Owszem.  – Spojrzał na brudną ścianę ponad jej głową i  wyprostował się. –

Tak – powtórzył stanowczo: – Właśnie to zamierzam zrobić.

– I nie ma żadnego innego powodu?

Powiedziała  to  tak  łagodnie,  że  spojrzał  na  nią  zdziwiony.  –  Na  przykład 

jakiego?

– Może na przykład czujesz się zraniony? Może ktoś nieświadomie wyrządził ci 

krzywdę i chcesz się zemścić? Może twoja matka....

– Ani słowa o mojej matce! – zawołał. – Co pani może o niej wiedzieć? Pani 

matka  była  pewnie  świętą  osobą,  wychowywała  się  pani  w  bogatym  domu,  w 

luksusie,  spokoju,  o  nic  się  pani  nie  bała,  na  nic  nie  czekała,  bo  wszystko  było 

podane  na  talerzu!  Nigdy  nie  była  pani  samotna,  dlatego  właśnie  pani  nie  ma 

najmniejszego prawa sądzić innych!

Był  tak  wściekły,  że  nie  wiedział,  co  mówi.  Przestał  dobierać  słowa.  Miał 

ochotę rzucić się na nią i potrząsnąć nią, tak by wreszcie coś zrozumiała, by pojęła, 

że  jej  spokojny,  uporządkowany  i  zasobny  świat  nie  jest  światem  jedynym. 

Wyrwać  ją  z  jej  wieży  z  kości  słoniowej,  zmusić,  żeby przestała  cedzić te  swoje 

mądrości opanowanym, chłodnym głosem.

Zbliżył  się  do  niej  i  wyciągnął  ręce,  jakby  ją  chciał  udusić.  Wtedy  Camilla 

podniosła głowę. W jej oczach dostrzegł zupełnie nowy wyraz. Jej spojrzenie było 

jasne  i  opanowane,  ale  w  oczach  błyszczały  łzy.  Steven  zamarł.  Czyżby  się 

przestraszyła?

Camilla jednak nie przestraszyła się. Nie bała się, niczego już się nie bała; była 

teraz tysiące mil od niego. Nagłym ruchem złożyła ręce.

– Moja matka nie była świętą – powiedziała spokojnym głosem. – Moja matka 

była alkoholiczką.

W ciszy, która po tych słowach zapadła, Steven poczuł szum w uszach.

– Moja matka była alkoholiczką – powtórzyła, jakby wsłuchiwała się w dźwięk 

swego  głosu.  –  Upijała  się  codziennie,  do  utraty  przytomności.  Potem  prawie 

zawsze sprowadzała z knajpy jakiegoś mężczyznę, a ja bardzo się ich bałam. Moje 

dzieciństwo upłynęło w warunkach, których ty nie możesz sobie nawet wyobrazić.

– Ale... przecież... myślałem – wyjąkał. – Ludzie mówią, że podobno...

background image

– Nikt nic o mnie nie wie – przerwała mu sucho. – Nikt nie zna prawdy, Steve. 

Nigdy  z  nikim  o  tym  nie  rozmawiałam.  Przez  dwadzieścia  lat  trzymałam  to 

wszystko w tajemnicy.

W jej głosie i wyrazie twarzy było coś, co sprawiło, że Steven poczuł nagle, że 

powinien coś zrobić. Podszedł do ławy i usiadł obok niej. Przez chwilą zastanawiał 

się nawet, czyjej nie objąć.

–  Mieszkaliśmy  w  małym  miasteczku  –  ciągnęła  bezbarwnym  głosem  –  w 

przyczepie  kempingowej.  Byłam  brudna  i  obdarta  i  nigdy  nie  miałam  przyjaciół. 

Rodzice nie pozwalali dzieciom bawić się ze mną i wcale się nie dziwiłam; bali się 

środowiska, w którym żyłam. Kiedy byłam o dwa lata młodsza od ciebie, jeden z 

kompanów  mojej  matki  zgwałcił  mnie,  podczas  gdy  ona  leżała  pijana  do 

nieprzytomności w sąsiednim pomieszczeniu.

– O Boże...

To  niemożliwe,  żeby  ta  elegancka,  opanowana  kobieta...  Niemożliwe,  żeby 

ona...

– I co pani zrobiła?

– Kiedy zasnął, wbiłam mu nóż w piersi, ukradłam trochę pieniędzy i uciekłam 

z  domu.  Postanowiłam,  że  już  nigdy  tam  nie  wrócę.  Potem  tułałam  się,  próbując 

jakoś przeżyć i przetrwać.

– Ile miała pani wtedy lat?

– Siedemnaście.

– Dokąd pani poszła?

– Chciałam pojechać do miasta, żeby zostać prostytutką. Czułam, że moje życie 

wypełniło się, wszystko już się stało i nic nie można zmienić. Chciałam ukarać cały 

świat za to, jak los się ze mną obszedł.

Spojrzała na niego i z wysiłkiem wytrzymał jej wzrok. Nie odwrócił się. Czuł, 

że teraz musi dowiedzieć się wszystkiego, wysłuchać jej do końca.

– I co było dalej? – szepnął.

– Próbowałam jakoś dostać się do miasta. Byłam potwornie głodna, bo od kilku 

dni  nie  miałam  nic  w  ustach.  Pewnej  nocy  zasnęłam  w  rowie  przy  autostradzie. 

Kiedy się obudziłam, zobaczyłam jakiegoś młodego człowieka, który rozbił namiot 

niedaleko drogi. Przyjechał na motocyklu, był na wycieczce.

background image

– I zrobił coś złego?

Znowu rzuciła mu jedno z tych pełnych bólu spojrzeń, od których ściskało się 

serce.

– Nie. Nie zrobił nic złego. On uratował mi życie.

– Jak?

– Okazując mi więcej troski, niż zaznałam kiedykolwiek  przedtem.  Nigdy nie 

spotkałam  kogoś  takiego.  Dzięki  niemu  zrozumiałam,  że  moje  życie  ma  jeszcze 

sens,  że nie  wszystko stracone, że wszystko  zależy ode  mnie  i  że  mogę  uciec od 

tego, co złe, i zrobić coś dla samej siebie. Zrobił dla mnie wszystko, co człowiek 

może zrobić dla drugiego człowieka, a ja nigdy mu się za to nie odwdzięczyłam.

– Zostaliście potem razem?

Niecierpliwie czekał na odpowiedź. Zawisł wzrokiem na jej ustach, całkowicie 

zapomniawszy o swoich planach.

Pokręciła przecząco głową.

– Tylko przez kilka dni. Potem musiałam od niego odejść.

– Dlaczego?

–  Opowiedziałam  mu  wszystko  o  swojej  przeszłości.  Nie  mogłam  zostać  z 

kimś, kto znał całą prawdę. Ale nie tylko dlatego... Był dla mnie bardzo dobry, był 

wartościowym człowiekiem, i zasłużył na znacznie więcej, niż ja mogłam mu dać.

– I znowu pani uciekła?

–  Tak,  ale  tym  razem  był  to  zupełnie  inny  rodzaj  ucieczki.  Postanowiłam 

odmienić  swoje  życie  i  stać  się  taką,  za  jaką  on  mnie  uważał.  Postanowiłam 

dorosnąć  do  jego  wyobrażeń  o  mnie.  Dostałam  się  do  miasta  i  poszłam  do 

schroniska dla nieletnich, potem znalazłam pracę i pokój w starym, rozwalającym 

się  domu.  Przez  następne  kilka  lat  uczyłam  się  i  pracowałam,  potem  zrobiłam 

dyplom, zostałam asystentką na uniwersytecie, wszystko jakoś się ułożyło.

– I nikomu nie opowiadała pani tej historii?

– Nigdy nikomu. Ą ponieważ nigdy nie wspominałam nikomu o moim, życiu, 

ludzie  zaczęli  wymyślać  różne  niesamowite  rzeczy.  Odpowiadało  mi  to. 

Pozwoliłam  im  wygadywać  Bóg  wie  co,  bo  w  ten  sposób  było  mi  łatwiej  ukryć 

prawdę. Po pewnym czasie poczułam jednak, że taka mistyfikacja jest szkodliwa. 

Chciałam żyć normalnie, nic nie ukrywając. Życie w fałszu niszczy człowieka.

background image

– Ale nie mogła pani nikomu powiedzieć?

– Tak. Nie mogłam o tym z nikim mówić. Bałam się reakcji. Nie wiedziałam, 

jak  ludzie  się  zachowają.  Obawiałam  się,  że  kiedy  zacznę  mówić,  wspomnienia 

powrócą i nie zniosę ich ciężaru.

Steven poruszył się niespokojnie.

– Strasznie mi  głupio i przykro.  Przepraszam za to,  co powiedziałem, że pani 

nie  może  mieć  pojęcia,  jak  żyją  bezdomne  dzieci,  i  w  ogóle  To  nie  było  na 

poziomie.

Dotknęła jego kolana.

–  Nie  musisz  mnie  przepraszać,  Steve.  Ja  wiem,  że  jesteś  dobrym  chłopcem. 

Masz  dobre  serce  i  charakter,  ale  jeśli  naprawdę  chcesz  pomóc  bezdomnym 

dzieciom,  musisz  znaleźć  jakiś  inny,  bardziej  konstruktywny  sposób.  Powinieneś 

skończyć  studia,  znaleźć  pracę,  zdobyć  środki  i  wtedy  przeznaczyć  część  swego 

czasu  na  tego  typu  działalność.  Naprawdę  możesz  im  pomóc  tylko  wtedy,  jeśli 

jesteś kimś, jeśli  sobą coś  reprezentujesz. One  potrzebują ludzi, którzy przejmują 

się ich losem. W sposób sensowny i naprawdę mogą coś z siebie dać.

–  To  dlatego  wie  pani  tyle  o  Zeke'u  i  jego  kumplach.  –  Nareszcie  zrozumiał, 

skąd  pochodzą  informacje  Camilli.  –  Pracuje  pani  z  tego  rodzaju  młodzieżą, 

prawda?

–  Tak,  każdy  weekend  spędzam  w  schronisku.  Od  ponad  pięciu  lat  jestem 

wolontariuszem w jednym z przytułków tego miasta.

Steven zwiesił głowę. Zrozumiał, że się ośmieszył. Wszystkie jego argumenty 

okazały się chybione.

– Boże, jaki ja jestem głupi.

Objęła go i potrząsnęła.

–  Wcale  nie  jesteś  głupi.  Jesteś  wrażliwym,  dobrym  chłopcem,  który 

współczuje  ludziom  i  pragnie  im  ulżyć.  Gdybym  była  twoją  matką,  byłabym  z 

ciebie strasznie dumna. Chwaliłabym się tobą przed całym światem.

Właśnie to chciał usłyszeć. Jej słowa spłynęły na jego zbolałą duszę jak balsam.

– Naprawdę?

– Naprawdę.

Przez chwilę siedzieli, nic nie mówiąc.

background image

Uświadomił  sobie,  że  czas  spotkania  minął,  ale  nie  zrobiło  to  na  nim 

najmniejszego  wrażenia.  Cała  sprawa  z  napadem  zeszła  na  dalszy  plan  i  nagle 

przestała być ważna. To, co działo się teraz gdzieś na jakiejś uliczce tego miasta, 

nie  miało  dla  niego  znaczenia.  Gniew  i  rozczarowanie  takich  ludzi  jak  Zeke  nie 

mogły  go  obchodzić.  Czuł  się  wolny  i  spokojny,  jakby  nareszcie  ujrzał  swoją 

przyszłość  w  jasnym  świetle.  Wiedział  już,  co  ma  robić.  Droga  była  prosto 

wytyczona.

– A tamten facet... – zapytał – tamten facet, którego wtedy pani zraniła...

– Tak?

– Naprawdę go pani zabiła?

Camilla uniosła głowę.

–  W  kilka  lat  później  pojechałam  do  tamtego  miasteczka.  Chciałam  jakoś 

pogodzić  się  z  przeszłością,  ale  to  okazało  się  niemożliwe.  –  Zapatrzyła  się  w 

lśniącą  w  mroku  karoserię  stojącego  przed  nimi  samochodu.  –  Przyczepa 

kempingowa  zniknęła  bez  śladu.  Rozmawiałam  z  kobietą,  która  pilnowała 

parkingu.  Nie  poznała  mnie  wcale.  Zapytałam,  co  stało  się  z  ludźmi,  którzy  tam 

mieszkali.

– Pamiętała ich?

– Tak, dobrze pamiętała moją matkę – odparła z goryczą w głosie. – Doskonale 

ją  pamiętała.  Nie miała dla  niej dobrego słowa.  Powiedziała, że  pewnego dnia  w 

przyczepie wybuchł pożar i moja matka oraz mężczyzna, który z nią był, spłonęli 

we śnie. To było kilka miesięcy po mojej ucieczce. To był ten sam facet, którego 

zraniłam. Rana musiała być bardzo lekka, bo ta kobieta nawet nie wspomniała, że 

coś takiego miało miejsce. Mojej ucieczki nikt nie zauważył.

–  Bardzo  trudno  uwierzyć,  że  nikomu  nie  mówiła  pani  o  tym  wszystkim. 

Musiało być strasznie trudno tak to w sobie tłumić i...

–  I  żyć  w  takim  kłamstwie  –  dokończyła  za  niego.  –  Masz  rację,  to 

najtrudniejsza  rzecz  pod  słońcem.  Człowiek,  który  żyje  w  fałszu,  niszczy  sam 

siebie, bo wyparte wspomnienia są siłą destrukcyjną. Ale nie byłam w stanie o tym 

mówić, nigdy nie mogłam o tym mówić. Z nikim.

– Dlaczego w takim razie powiedziała to pani mnie?

background image

– Bo jesteś wartościowym człowiekiem, który omal nie zniszczył sobie życia. A 

ponadto  chciałam  spłacić  dług;  nadal  nie  spłaciłam  długu  wobec  tamtego 

człowieka, który uratował mi życie.

– Myśli pani... – zawahał się – myśli pani, że w ten sposób odwdzięcza się pani 

za to, co on zrobił dla pani?

Camilla nie odpowiedziała. Nie słuchała go;  jej  uwagę pochłonął jakiś szmer. 

Zwróciła głowę ku drzwiom.

Steven  spojrzał  w  ślad  za  jej  wzrokiem  i  ujrzał  ojca.  Jon  stał  nieruchomo  w 

progu i spokojnie na nich patrzył.

Camilla drgnęła przerażona. Nie wiedziała, jak długo tak stoi i jak dużo mógł 

usłyszeć. Czy dowiedział się o planowanym napadzie i udziale w nim swego syna?

– O Boże – szepnął Steven. – Nie, tylko nie to...

Jon  wszedł  do  baraku,  Camilla  podniosła  się  i  poszła  w  jego  stronę.  Steven 

patrzył  na  ojca  jak  zahipnotyzowany.  Ku  jego  ogromnemu  zaskoczeniu  ojciec 

wcale  nie  zwracał  na  niego  uwagi.  Patrzył  na  idącą  ku  niemu  kobietę  z  takim 

napięciem, jakby od tego, co zaraz się stanie, zależało jego życie. W jego oczach 

było zdumienie i ogromna radość.

– Callie? To ty? To naprawdę ty?

Powiedziała  coś  niezrozumiałego,  minęła  go  i  wybiegła  wprost  w  ulewny 

deszcz.  Jon  ruszył  za  nią.  Po  kilku  krokach  zatrzymał  się,  zawahał  i  zwrócił  w 

stronę syna.

Steven widział, jak ojciec spogląda na niego, a potem znowu patrzy w ślad za 

uciekającą, ginącą w mroku kobietą. Potem, jakby się przełamał, potrząsnął głową i 

wszedł do środka.

Steven  powoli  wstał  i  czekał.  Wiedział,  że  nadeszła  chwila  prawdy  i  że  teraz 

usłyszy straszne słowa wyrzutu i potępienia.

Stał w oczekiwaniu, gotów przyjąć wszystko. Cisza przedłużała się, robiła się 

coraz trudniejsza do zniesienia.

– Jak długo tu stałeś? – zapytał wreszcie Steven schrypniętym głosem.

– Długo, prawie od początku – odparł spokojnie Jon. – Spójrz na mnie, Steve. 

Zmusił się do spojrzenia ojcu w oczy.

background image

– Przepraszam cię, tato, za to, co zrobiłem. Wiem, że nie powinienem wdawać 

się  w  coś  takiego,  wiem,  jak  bardzo  cię  zawiodłem  i  musisz  mnie  teraz 

nienawidzić, ale chcę ci powiedzieć, że ja... zawsze...

Głos mu się załamał.

– Steve, tak bardzo cię kocham, synku.

Steven spojrzał na niego ze zdumieniem. Ojciec był bardzo wzruszony i jakby 

odmieniony. Stał przed nim z rozjaśnioną twarzą i szczęściem w oczach.

– Kochasz mnie? – wybąkał. – Nie gniewasz się na mnie?

W odpowiedzi Jon rozłożył szeroko ramiona. Steven podszedł i schronił się w 

objęciach ojca. Od bardzo dawna nie czuł się taki lekki i spokojny, jakby wszystko, 

co go dotychczas dręczyło, rozpłynęło się gdzieś i odeszło, by nigdy nie powrócić.

Burza śniegowa rozpętała się zaraz po północy i lód przykrył szklaną powłoką 

wszystko, co napotkał na swej drodze. Drzewa uginały się pod ciężarem lodowego 

pokrowca, gałęzie dzwoniły niczym wisiorki kryształowych żyrandoli. Zimny wiatr 

hulał  po  polach;  nad  ranem  spadł  puszysty  śnieg  i  zdradziecko  pokrył  białą 

warstwą lodowe posadzki.

Kiedy  Camilla  wreszcie  dotarła  do  domu,  linia  telefoniczna  była  zerwana. 

Mimo to, na wszelki wypadek, wyłączyła obydwa telefony.

Nie  była  w  stanie  słuchać głosu  Jona,  nie  mogła  z  nim rozmawiać;  nie  teraz, 

kiedy w końcu poznał prawdę.

Na  całym  kampusie  nie  było  prądu,  wokół  panowały  egipskie  ciemności. 

Przebrnęła  po  omacku  przez  pogrążone  w  mroku  mieszkanie  i  znalazła  świece. 

Postawiła  jedną  w  kuchni,  a  drugą  w  łazience,  tworząc  coś  na  kształt  małej 

pieczary  rozrzedzonego mroku,  w  której, mogła  się  schronić. Ciemność  panująca 

poza obrębem  drżącego  światła  świecy otoczyła ją  przyjaznym  murem.  Przemyła 

twarz, wzięła świecę i poszła do sypialni, do kotów.

Elton i Madonna leżały zwinięte w ciepłym kąciku jej łóżka. Kiedy podeszła do 

nich, zmrużyły oczy w świetle świecy i zaczęły mruczeć.

–  Bardzo  wam  tu  dobrze,  prawda?  –  powiedziała  pieszczotliwie.  –  Ciepło  i 

zacisznie; zaraz do was przyjdę. Chyba wam nie przeszkodzi, że będę płakać przez 

całą noc?

background image

Madonna  przeciągnęła  się,  a  potem  zwinęła  ponownie  z  pyszczkiem 

przykrytym  łapkami.  Camilla  podrapała  ją  za  uchem.  Potem  poszła  do  łazienki, 

wyjęła  szkła  kontaktowe,  położyła  je  na  półeczce,  szybko  wzięła  prysznic  i 

wśliznęła się do łóżka w wygrzane miejsce obok kotów.

W  mieszkaniu  panowała  cisza  zmącona  tylko  sennym  mruczeniem  Eltona  i 

Madonny. Camilla czuła się samotna, opuszczona i na swój sposób bezpieczna.

To łóżko, ta sypialnia, to mieszkanie były jej schronieniem i przystanią. Tu jest 

bezpieczna, zupełnie jak żółw w skorupie. Nikt nie mógł jej znaleźć, nikt nie mógł 

zrobić jej krzywdy. Na zewnątrz szalała burza. Sama ją wywołała. Zdradziła komuś 

sekret  o  swej  przeszłości  i  teraz  odpryski  tego,  co  powiedziała,  mogą  wrócić 

rykoszetem i ją zranić. Mogą nawet zabić.

Z jednej strony czuła ulgę, że koszmar wreszcie dobiegł końca. Wyrzuciła to z 

siebie i będzie mogła teraz żyć bez przygniatającego ją ciężaru kłamstwa, z drugiej 

jednak – nie była gotowa psychicznie na taką odmianę.

Kłamstwo skończyło się, fałsz zniknął, powiedziała prawdę i jej życie zacznie 

płynąć zupełnie nowym torem.

Kiedy  ludzie  się  dowiedzą,  mogą  różnie  zareagować.  Koledzy  mogą  czuć  się 

oszukani,  że  przez  tyle  lat  coś  przed  nimi  ukrywała,  grała  zupełnie  inną  osobę, 

mimo woli pozwalała im snuć najbardziej fantastyczne domysły. Mogą się, od niej 

odwrócić. Trudno; to cena, jaką przyjdzie jej zapłacić za doprowadzenie sprawy do 

końca. W końcu pozbyła się ciężaru obciążającego jej duszę.

Najważniejsze, że zapobiegła najgorszemu. Nie pozwoliła,  żeby Steven zrobił 

głupstwo, mogące zaważyć na całej jego przyszłości. Nie pozwoliła, żeby syn Jona 

zmarnował sobie życie. Spłaciła dług.

Wtuliła twarz w poduszkę, próbując nie płakać.

Nie potrafiła jednak powstrzymać łez, przypomniawszy sobie Jona stojącego w 

progu  starego  baraku,  tam  na  polu.  Znowu  ujrzała  zdumiony  wyraz  jego  twarzy. 

Widać było, że dotychczas nawet mu przez myśl nie przeszło, że doktor Pritchard 

to dziewczyna z motelu, z którą kiedyś, przed laty, spędził długi weekend.

Co on teraz sobie o niej myśli? Nakryła się po uszy kołdrą i jęknęła.

Przez cały ten czas grała przed nim rolę pani profesor. Poprawiała jego prace i 

wygłaszała  uczone  komentarze.  Udawała,  że  wszystko  jest  normalnie.  Pojechała 

background image

nawet  z  nim  do  jego  domu,  na  ranczo,  o  którym  tyle  jej  opowiadał  przed 

dwudziestoma laty. Zaprzyjaźniła się z jego rodziną i cały czas miała nadzieję, że 

on nigdy nie pozna prawdy. A teraz Jon wszystkiego się dowiedział. Wie, że cały 

czas kłamała i grała. Znowu cicho jęknęła i zaczęła szlochać.

Dopiero  teraz,  zrozpaczona  i  upokorzona,  zrozumiała,  jak  bardzo  go  kocha. 

Przez te wszystkie lata Jon był cudownym wspomnieniem, nierealnym marzeniem, 

cieniem stale  obecnym  w  jej  życiu.  Kiedy po  latach wreszcie się pojawił, ujrzała 

mężczyznę  z  krwi  i  kości,  i  pokochała  go  gorącym  uczuciem  dojrzałej  kobiety. 

Zrozumiała, że nie może bez niego żyć.

Płakała  coraz  głośniej,  coraz  bardziej  rozdzierająco.  Elton  i  Madonna 

przysunęły się bliżej, jakby chciały ją chronić przed czymś, czego nie rozumiały.

Usiłowała  przestać  płakać,  ale  nie  mogła  powstrzymać  strumienia  łez.  Nie 

płakała  już  tylko  z  powodu  Jona,  opłakiwała  całe  swoje  życie,  wszystkie 

zmarnowane  lata,  samotność  i  opuszczenie; płakała  nad  tymi  wszystkimi  ludźmi, 

którzy żyją samotni i nieszczęśliwi, i nigdy nie znajdą kogoś bliskiego. Opłakiwała 

cały smutek świata.

Potem,  zmęczona  płaczem,  zapadła  w  niespokojny  sen.  Kiedy  wreszcie  się 

obudziła,  nie  wiedziała,  czy  jest  jeszcze  noc,  czy  już  nastał  dzień.  Sypialnię 

wypełniał szarawy mrok, zegary nie chodziły. Wstała i podeszła do okna.

Mimo  że  na  kalendarzu  był  dopiero  październik,  za  oknem  panował  styczeń. 

Śnieg grubym kożuchem pokrył dachy domów i samochody, kampus wyglądał jak 

bezbrzeżne morze bieli. Wąskie ścieżki wydeptane wokół budynków przypominały 

tunele pod szarym, niskim niebem.

W morzu bieli kilka drobinek ludzkich próbowało odśnieżać samochody i drzwi 

wejściowe.  Spostrzegła  pana  Armischa,  administratora  budynku,  w  którym 

mieszkała, jak dzielnie walczy ze śniegiem oblegającym dom.

Przez  chwilę  patrzyła  jeszcze  przed  siebie  nie  widzącym  wzrokiem,  a  potem 

poszła do kuchni, żeby sprawdzić, czy już włączyli prąd. Jakie to dziwne, że takie 

błahe  sprawy  nadal  mają  dla  niej  znaczenie.  Nawet  kiedy  człowiek  ma  złamane 

serce  i  jego  życie  doznało  wstrząsu,  potrafi  martwić  się  o  to,  czy  uda  mu  się 

zaparzyć kawę...

background image

Ktoś zapukał do drzwi i przerażona zatrzymała się w pół kroku. Może to tylko 

któryś  z  sąsiadów...  Pewnie  chce  się  dowiedzieć,  czy  u  niej  jest  prąd  i  działa 

telefon.

Szczelniej otuliła się szlafrokiem i poszła otworzyć.

W  progu  stał  Jon  i  uśmiechał  się.  Jego  kurtka  pokryta  była  śniegiem.  W 

przelocie  zauważyła,  że  trzyma  coś  w  rękach,  ale  nie  zauważyła  co.  Patrzyła  na 

niego bez słowa.

–  Pan  Armisch  mnie  wpuścił,  domofony  nie  działają  –  wyjaśnił  swobodnym 

tonem, strzepnął śnieg z butów i wszedł do środka. – Obiecałem, że zejdę potem i 

trochę  mu  pomogę.  Strasznie  napadało.  Przyjechałbym  wcześniej,  ale  o  północy 

zamknęli  wszystkie  drogi,  bo  były  nieprzejezdne.  Otworzyli  je  dopiero  godzinę 

temu.

– Jak się tutaj dostałeś? Ten śnieg i...

– Przyjechałem jeepem, ale doszedłem tu pieszo.

– Nie powinieneś... przychodzić – powiedziała – tylko dlatego, że wszystkiego 

się dowiedziałeś... Nie warto było pokonywać całej tej drogi. Ja nie potrzebuję...

Nie słuchał; nie spuszczał oczu z jej twarzy.

–  Wiedziałem!  –  zawołał  z  triumfem.  – Wiedziałem,  że  masz  szare  oczy! 

Dobrze zapamiętałem!

– Od kilku lat noszę kolorowe szkła kontaktowe. Skrzywił się lekko.

–  Teraz  jest  o  wiele  lepiej.  Moja  dziewczyna  była  szarooka,  wolę  taką. 

Uśmiechnął się i szybko spoważniał. Przyglądał jej się tak uważnie, że stropiła się 

jeszcze bardziej.

–  Callie  –  powiedział  cicho  i  lekko  dotknął  jej  policzka.  –  Moja  Callie, 

kochana...

Głos miał schrypnięty, w oczach pojawiły się łzy. Bała się na niego patrzeć. Nie 

pojmowała, co się dzieje.

– Przyniosłem ci coś.

Gdy  drżącymi  dłońmi  rozwinął  pakunek,  jej  oczom  ukazał  się  wielki  bukiet 

żółtych róż. Bursztynowe płatki ciepłym światłem rozświetliły szary mrok.

– Jon...

background image

–  Jesteś  złotą  księżniczką  –  szepnął  i  objął  ją  delikatnie.  –  Chciałem  ci 

przynieść bukiet polnych kwiatów, takich co rosną przy autostradzie, bo wiem, że 

najbardziej lubisz właśnie takie, ale śnieg wszystko zasypał.

– Jon... – szepnęła i zaczęła płakać.

Wyjął  bukiet  z  jej  rąk  i  położył  na  stoliku.  Potem  wrócił,  objął  ją  i  zaczął 

scałowywać z jej policzków łzy.

–  Nawet  nie  wiesz,  ile  razy  o  tym  marzyłem,  ile  razy  wyobrażałem  sobie  tę 

chwilę. Tak długo cię szukałem, że nie byłem w stanie cię poznać, kiedy wreszcie 

przede mną stanęłaś.

Tuliła się do niego, nadal nie mogąc uwierzyć, że to, co się dzieje, jest prawdą.

Ogarnął  ją  spokój  i  wiedziała,  że  teraz  zniesie  wszystko  i  wszystkiemu  stawi 

czoło. Czuła się tak, jakby jej życie właśnie w tej chwili dopiero się rozpoczynało, 

jakby  stała na początku drogi prowadzącej  w nieznane. Narodziła się na nowo,  a 

przeszłość odeszła. Ogarnęła ją radość i pewność, że szczęście jest możliwe.

– Callie, wszystko w porządku?

Uniosła głowę i uśmiechnęła się do niego.

– Jestem bardzo szczęśliwa i strasznie cię kocham.

Pocałował ją z czułością i spojrzał głęboko w oczy.

– Poznałaś mnie od razu, prawda? Jak tylko wszedłem do sali wykładowej? –

Tak. Ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że to ty.

– Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?

–  Nie  chciałam  powrotu  przeszłości  i  bałam  się,  że  będziesz  czuł  litość  albo 

uważał, że musisz coś zrobić. Jednocześnie myślałam, że moje życie ogranicza się 

do  tego,  co  osiągnęłam,  czym  się  obwarowałam.  Bałam  się  o  siebie.  Teraz 

nareszcie zrozumiałam, że poczucie bezpieczeństwa to nie wszystko, że są rzeczy 

ważniejsze.

– Dlatego powiedziałaś, że chcesz skończyć zajęcia z  bliźniętami? Zrobiłabyś 

to, żeby mnie nie widywać?

– Tak. Chciałam za wszelką cenę strzec własnego spokoju. Bałam się, że jeśli 

zaczniesz częściej mnie widywać, będziesz musiał mnie poznać.

Wtulił  twarz  w  jej  jasne  włosy  i  poczuł  się  jak  tamten  chłopiec  w  motelu. 

Camilla uniosła głowę.

background image

– Jon...

– Słucham, kochanie.

– Co ze Stevenem?

–  Wszystko  dobrze.  Po  twoim  odejściu  odbyłem  z  nim  długą  rozmowę  i 

zaczynam go rozumieć. Bardzo mu pomogłaś, właściwie wskazałaś mu, jak należy 

żyć. Jestem ci za to bardzo wdzięczny. Mam w stosunku do ciebie wielki dług.

– W takim razie jesteśmy kwita.

W jego oczach zobaczyła wesołe iskierki.

–  Jasne.  Ale  ja  i  tak  zamierzam  przez  całe  życie  okazywać  ci,  jak  wiele  ci 

zawdzięczam.

Puścił ją, pochylił się i pogłaskał grzbiet Eltona.

–  A  teraz  ubierz  się  ciepło  i  jedziemy.  Spojrzała  na  niego  spłoszonym 

wzrokiem.

– Dokąd? Dlaczego?

–  Przyrzekłem  dzieciom,  że  przywiozę  cię  i  zrobimy  wielkie  przyjęcie. 

Wszyscy  na  Ciebie  czekają.  Ty  się  ubieraj,  a  ja  zejdę  na  dół  i  pomogę  panu 

Armischowi odgarniać śnieg. Pospiesz się.

Camilla uśmiechnęła się przekornie.

– Nie mów mi, co mam robić; nie mam już siedemnastu lat.

Twarz Jona nagle spoważniała.

–  Gdybym  ci  wtedy  dokładniej  powiedział,  co  masz  robić,  nie 

zmarnowalibyśmy dwudziestu lat życia. – Rozpogodził się i wziął ją w ramiona. –

A teraz musimy szybko nadrobić stracony czas.

Patrzyła na niego, szczęśliwa i wyczekująca.

–  Masz  rację.  Przez  całe  życie  będziemy  nadrabiać  stracony  czas,  i  każda 

sekunda naszego życia będzie cudowna. Wiem, że tak będzie.