background image

KASEY MICHAELS

FLIRT Z PANNĄ MŁODĄ

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Wygrałam, wygrałam, wygrałam!

Amanda Elisabeth Tremaine chwyciła ręce przyjaciółki i poderwała 

zdziwioną kobietę na nogi. Pociągnęła ją, tańcząc szaleńczo po pokoju, 

śmiała się i krzyczała na przemian.

-   Mandy!   Opamiętaj   się   -   błagała   Jeanne   Tisdale,   starając   się 

desperacko złapać oddech. Równocześnie poprawiała kok, który omal nie 

rozsypał się  podczas pląsów  młodszej   kobiety. -  Co takiego   wygrałaś? 

Główną nagrodę w totka? Skaczesz tu w kółko jak obłąkana. Poczekaj. 

Pozwól   mi   usiąść.   Mam   już   dość   tych   szaleńczych   pląsów.   Twoje 

wariactwo potrzebne mi jak dziura w moście.

Po chwili roześmiana Mandy trochę się uspokoiła.

- Przepraszam, Jeanne - wysapała z rozbrajającą szczerością - chyba 

mnie   przed   chwilą   trochę   poniosło.   Po   czym   natychmiast   zniszczyła 

ledwie co podjętą próbę usprawiedliwienia się. - Ale naprawdę wygrałam! 

- krzyknęła, gestykulując szaleńczo.

Jeanne   Tisdale   była   dyrektorką   przedszkola   dłużej,   niż   chciała 

pamiętać. Przywykła już do impulsywności swojej młodej asystentki, teraz 

więc usiadła spokojnie za biurkiem czekając, aż energia trąby powietrznej, 

którą była w tej chwili wypełniona Mandy, zwyczajnie się wyładuje.

Jeanne nie wiedziała, co spowodowało tak gwałtowną reakcję młodej 

rudowłosej dziewczyny. Domyślała się tylko, że ma to jakiś związek z 

telefonem,   który   właśnie   wyciągnął  Mandy   z   zajęć   z   przedszkolakami. 

Włożyła   okulary,   udając   zainteresowanie   leżącym   przed   nią 

sprawozdaniem   finansowym.   Ignorując   zupełnie   jej   wybuch,   Jeanne 

potraktowała swą koleżankę zgodnie ze sprawdzonymi regułami dziecięcej 

background image

psychologii.

To podziałało. Po chwili Mandy stała przed nią, trzymając dłonie 

spokojnie oparte na biurku.

- No więc? Nie jesteś szczęśliwa? Po prostu dziko, oszałamiająco 

szczęśliwa? Mówię, że wygrałam, mając szansę jedną na milion, no, może 

jedną na kilka tysięcy, a ty nie tańczysz radośnie?

- Amando, dziecko drogie - powiedziała Jeanne łagodnie, patrząc na 

szeroko uśmiechniętą twarz młodszej kobiety. - Ja mam czterdzieści trzy 

lata.   Spędziłam   właśnie   trzy   godziny   z   Justinem   Brosiousem,   Toddem 

Terrence'em Tilsonem, Seanem Szalonym O'Connorem i tuzinem innych 

małych   diabłów.   Nie   tańczyłabym   radośnie,   nawet   gdyby   sam   Robert 

Redford padł właśnie do mych stóp. Może byś wreszcie powiedziała, co 

tak naprawdę mamy świętować?

- Bardzo przepraszam - stwierdziła pokornie Mandy, przyczesując 

ręką   swe   krótkie,   błyszczące   loki.   -   Chyba   rzeczywiście   mnie   trochę 

poniosło.

- To prawda - Jeanne nie mogła  opanować uśmiechu  widząc, jak 

Amanda próbuje przybrać stropioną minę.

W końcu, z głębokim, teatralnym westchnieniem, Mandy siadła na 

krześle naprzeciw biurka.

- Myślę, że chcesz, bym zaczęła od początku?

- To tak samo dobre miejsce, jak każde inne.

Mandy zwęziła swe szmaragdowozielone oczy, próbując nadać sobie 

groźny wygląd.

- Dziwaczeje pani na stare lata, panno Tisdale, wie pani o tym? - 

Potrząsnęła ze smutkiem głową, choć nie udało jej się ukryć uśmiechu, 

background image

który wykwitł na jej policzkach. - A może powinnaś dodać trochę kiełków 

do swojej diety?

- A może powinnam zadbać o stałe, dodatkowe zajęcie dla pewnej 

panny Amandy Tremaine - zasugerowała Jeanne. Odchyliła się i spojrzała 

uważnie na młodą nauczycielkę przez swoje rogowe okulary.

Amanda podniosła ręce w geście poddania i zrezygnowała z dalszej 

walki.

- Pamiętasz, jak w zeszłym miesiącu zepsuło się nasze stereo i nie 

mogłyśmy   sobie   pozwolić   na   nowe   -   wtrąciła   szybko,   zanim   Jeanne 

mogłaby pomyśleć o jakiejś poważniejszej karze.

Jeanne skinęła głową i skrzywiła się. Permanentny brak funduszy w 

przedszkolu był jej odwieczną bolączką.

-   No   więc,   dokładnie   dzień   później,   kiedy   nasze   stereo   padło   na 

dobre, usłyszałam o takim tam konkursie w WFML, wiesz, w tej nadającej 

głównie   hard   -   rocka   radiostacji,   której   ciągle   słuchają   w   kawiarni 

naprzeciwko. No i zgadnij, no proszę, zgadnij, jakie były nagrody? - Na 

chwilę zawiesiła głos. - Płyty, koszulki i cała masa innych, a pierwszą 

nagrodą   była   oczywiście   wspaniała   wieża   stereofoniczna.   Jak   widzisz, 

było to przeznaczenie.

Mandy zaczęła wiercić się niecierpliwie na krześle i wyglądało na to, 

że znów wybuchnie.

- I ja wygrałam pierwszą nagrodę!

Jeanne zatkało. Było to jak spełnienie modlitwy. Wiedziała, że na 

wymianę stereo musiałaby czekać miesiącami.

- Ależ, Mandy, kochanie - zapytała, zebrawszy po chwili myśli - nie 

chcesz tej nagrody dla siebie? No wiesz, to wspaniale, że chcesz zrobić tak 

background image

hojny dar dla przedszkola, ale nawet się nad tym nie zastanowiłaś.

- Wieża jest bardzo duża - wtrąciła Mandy, oddalając ręką sprzeciw - 

i tak nie miałabym jej gdzie postawić. Poza tym, gdybym tylko nastawiła 

ją nieco głośniej od szeptu, pani Thorton wyrzuciłaby mnie natychmiast z 

domu. Po prostu rezerwuję sobie prawo do słuchania własnych płyt po 

godzinach.

Jeanne obserwowała uważnie szczerą twarz Amandy i zorientowała 

się, że dziewczyna mówi serio. Po tym jak zdecydowała się wziąć udział w 

konkursie z myślą o przedszkolu, teraz, gdy wygrała pierwszą nagrodę, za 

nic nie zmieniłaby swoich planów.

-   Co   musiałaś   zrobić,   żeby   wygrać?   -   zapytała   w   końcu.   -   Mam 

nadzieję, że nie było to nic głupiego. Wiem coś na temat tych radiowych 

konkursów. Pamiętasz tę aferę z listą przebojów sprzed kilku lat? Jeśli 

masz zamiar wystąpić jako dziewczyna tygodnia w magazynie „People”, 

to nie wiem, czy wzbudzisz tym entuzjazm u naszych przełożonych.

Mandy zachichotała. Wyobraziła sobie natychmiast ich zgorszenie, 

gdyby wzięła udział w jednym z tych konkursów, których uczestnicy, by 

wygrać nowy samochód, jeżdżą przez trzy dni na koniu na biegunach lub 

nurkują w basenie wypełnionym galaretką.

- Och nie - upewniła ją szybko - nie musiałam robić nic szczególnego 

poza dokończeniem zdania. Wiesz, jedna z tych zabaw na dwadzieścia 

pięć czy ileś tam słów.

Jeanne   zauważyła,   że   Mandy   opuściła   swe   ciemne   rzęsy,   jakby 

chciała zasłonić oczy, w których nie potrafiła ukryć kłamstwa. Poczuła 

dziwne, nerwowe mrowienie w żołądku.

-   Co   to   było   za   zdanie,   Amando?   -   naciskała   ją   delikatnie, 

background image

podświadomie czując, że wcale nie chce usłyszeć odpowiedzi.

-   No   więc   -  Mandy   zaczęła   tak   cicho,   że   Jeanne   musiała   dobrze 

nastawić ucha, by ją zrozumieć - było to jedno z tych głupawych pytań. 

No   wiesz,   na   przykład...   no...   na   przykład:   jem   właśnie   te   płatki, 

ponieważ...,   albo:   najbardziej   lubię   ten   samochód   bo...,   najchętniej 

kochamy się przy muzyce, bo... No wiesz, takie sprawy. W końcu, jakie to 

ma   znaczenie,   o   czym   to   zdanie   było   -   przyśpieszyła   nagle,   tak,   że 

zdawało się, iż połamie język - to było tylko takie głupie...

- Co?! - starsza kobieta nie mogła powstrzymać się od krzyku.

Wyprostowała się gwałtownie na krześle, narażając swoje okulary na 

poważne niebezpieczeństwo zsunięcia się z końca nosa.

-   To   był   konkurs   dla   nowożeńców   -   Mandy   pośpieszyła   z 

wyjaśnieniami. - Po prostu zwykły głupi kawał. Napisałam różne bzdury i 

wysłałam.   Naprawdę   nie   spodziewałam   się,   że   wygram.   -   Przechyliła 

lekko głowę i uśmiechnęła się na samo wspomnienie. - Choć z drugiej 

strony nie było to wcale takie złe. Wiesz, wszystkie te bzdury o księżycu i 

niedźwiedzich skórach.

- Wielkie nieba, ona jest jeszcze z tego dumna. Przecież ty nawet nie 

jesteś mężatką, Mandy. - Jeanne potrząsnęła z niedowierzaniem głową. - 

Mam nadzieję, że przynajmniej użyłaś zmyślonego nazwiska?

-   Jeanne   -   tym  razem   niewinne,   zielone   oczy   patrzyły   wprost   na 

swoją szefową i przyjaciółkę - przecież to by było oszustwo. - Mandy 

przybrała teraz ton, jakim zwykle upominała nieznośne dzieci złapane na 

jakimś wykroczeniu. - Oczywiście, że nie użyłam fikcyjnego nazwiska. 

Jakże bym mogła  coś takiego zrobić?  Poza tym w takim wypadku nie 

mogliby   mnie   odnaleźć,   gdybym  wygrała   -   podkreśliła   rezolutnie.   -   Ja 

background image

tylko po prostu nieco zniekształciłam słowo panna, tak że wyglądało jak 

pani.

- Ach tak, taka niewinna nieuczciwość - stwierdziła głucho Jeanne, 

przyciskając palce do skroni, które nagle zaczęły pulsować. Mandy była 

wspaniałym,   radosnym   człowiekiem,   dobrą   nauczycielką   i   przyjemnie 

było mieć ją koło siebie. Miała jednak też rzadką umiejętność widzenia 

najbardziej   oburzających   rzeczy   w   taki   sposób,   że   wydawały   się   do 

przyjęcia.

- Och, nie zwalaj wszystkiego na mnie - poskarżyła się Mandy, nagle 

bardzo   zajęta   wygładzaniem   fałdek   na   swojej   drelichowej   spódnicy.   - 

Napisałam   najlepiej,   jak   potrafiłam   i   kropka.   Jutro   odbiorę   w   radiu 

nagrodę i na tym koniec. Poza tym, czy nie masz już dosyć słuchania 

„Ring Around a Rosie”, która  na naszym starym,  zużytym gramofonie 

brzmi jak pieśń żałobna? - Na dowód tego Mandy uklękła na jedno kolano 

i zaczęła chrypieć straszliwie - R - i - n - g - g - g a - r - r - o - u - n - d... -  

dopóki Jeanne nie przerwała jej kolejnym argumentem.

Obie   kobiety   spierały   się   jeszcze   przez   chwilę.   Jeanne   starała   się 

wskazać możliwe niebezpieczeństwa z tym związane, a Mandy była po 

prostu Mandy. W końcu wzruszająca interpretacja „Ring Around a Rosie” 

wygrała ten pojedynek. Stereo zostanie potraktowane jako dar od hojnego, 

anonimowego sponsora, a fakt, że nie będą musiały angażować żadnych 

własnych   funduszy   w   nabycie   nowego   sprzętu   na   pewno   zostanie 

przychylnie przyjęty przez zarząd.

- I tak mam jutro wolne - stwierdziła Mandy, kiedy wszystko zostało 

już ustalone. - Muszę tylko pójść tam, potwierdzić swą tożsamość jako 

pani Amanda Tremaine i odebrać nagrodę. Prawda, że proste?

background image

Biura   WFML   -   zarówno   radia,   jak   i   telewizji   -   mieściły   się   w 

jednym, średniej wielkości budynku, położonym na niewielkim wzgórzu 

na   przedmieściu   Allentown.   Był   to   nowoczesny   budynek,   zauważyła 

Mandy, parkując swój podstarzały samochód na parkingu dla gości, ale 

nawet   w   połowie   nie   wyglądał   tak   wystrzałowo,   jak   zawsze   sobie 

wyobrażała siedzibę mass mediów.

Szybko   oceniła   w   lusterku   wstecznym  swój   lekki   makijaż,   mając 

nadzieję,   że   wygląda   wystarczająco   niewinnie   na   to,   żeby   jej   plan   się 

powiódł.   Po   bezsennej   nocy,   spędzonej   na   ocenie   swojej   uczciwości, 

postanowiła   teraz   powiedzieć   całą   prawdę.   Uznała,   że   nie   ma   w   sobie 

wystarczającej tolerancji dla drobnych grzeszków, by mogła zaakceptować 

oszustwo na taką skalę.

Wyjaśni,   dlaczego   dopuściła   się   drobnego   oszustwa   przy 

wypełnianiu formularza, a potem zda się na łaskę disc jockeya. On na 

pewno wszystko zrozumie, a stereo i tak będzie dla niej. Przecież w końcu 

to właśnie jej historia była najlepsza.

Wysiadając z samochodu, jeszcze raz oceniła krytycznie swój „strój 

młodej   mężatki”.   Składała   się   na   niego:   poliestrowa   bluzka   Jeanne   z 

kokardą w kolorze marynarskiego granatu, biała, poliestrowa, plisowana 

spódnica, białe pantofelki na niskich obcasach i biała torebka na ramię ze 

skaju. Tylko jej jasnorude włosy, nastroszone przez wiejący na wzgórzu 

wiatr, psuły wyraźnie to wrażenie klinicznej czystości. Miała nadzieję, że 

powstrzyma   ono   Vika   Harrisona,   disc   jockeya,   którego   miała   zaraz 

spotkać, od jakichkolwiek sprośnych komentarzy na temat jej opowieści.

Mandy   zwilżyła   wysuszone   nagle   wargi,   wzięła   głęboki  oddech   i 

background image

weszła.   Podwójne   szklane   drzwi   wprowadziły   ją   do   małego   holu 

recepcyjnego.   Pomieszczenie   wykończone   było   mieszaniną   szkła   i 

chromu, stała tam kanapa ze skaju w kolorze burgunda, pusty stojak na 

parasole oraz imponująco wyglądające biurko z drzewa tekowego z równie 

imponującą osobą za nim, którą Mandy wzięła albo za recepcjonistkę, albo 

strażniczkę.

- Przyszłam... zobaczyć się z panem Vikiem Harrisonem - zaczęła 

pośpiesznie, ze złością myśląc o drżeniu, które słyszała w swoim głosie. - 

To naprawdę głupio, że trzeba robić z tym takie zamieszanie. Mówię serio, 

przecież można było to równie dobrze wysłać pocztą, prawda? W końcu...

-   Pani   nazwisko   -   wtrąciła   bezceremonialnie   recepcjonistka,   a   jej 

głęboki baryton skutecznie przerwał paplanie Amandy.

- Ach tak - Mandy wydęła usta, przygotowując się do odparcia ataku. 

- Nazwisko? - zaśmiała się krótko, jakby było w tym coś zabawnego. - 

Słusznie. Moje nazwisko. - Przechyliła się przez biurko, próbując zajrzeć 

do papierów, które recepcjonistka trzymała w ręku. - Wydaje mi się, że 

jestem   tutaj   na   liście   jako   pani   Tremaine.   Sądziłam,   że   pan   Harrison 

potraktuje to jako kawał, ale wygląda na to...

-   Amanda   Tremaine.   Pani   Amanda   Tremaine   -   powstrzymała   ją 

zimno recepcjonistka, wskazując pomalowanym na czerwono paznokciem 

jedną linijkę na długiej liście nazwisk.

-   W   lewo,   tym   holem   w   dół,   aż   znajdzie   pani   windę   towarową. 

Winda osobowa jest w konserwacji. Drugie piętro, trzy korytarze w prawo, 

trzecie wejście. Nie wchodzić, jeśli pali się czerwone światło.

-   Tak,   ale   -   Mandy   próbowała   protestować,   ale   recepcjonistka 

najwyraźniej przestała się już nią zajmować.

background image

Podniosła słuchawkę telefonu i wykręciła numer wewnętrzny.

- Pani Tremaine jest w drodze - powiedziała bez wstępów.

Odkładając   słuchawkę   na   widełki,   spojrzała   sowim   wzrokiem   na 

ociągającą   się   Mandy,   która   natychmiast,   stukając   głośno   obcasami, 

pośpieszyła w dół pochylonego lekko korytarza.

- Co za opryskliwa baba - mruczała gniewnie pod nosem, rozglądając 

się   w   poszukiwaniu   windy   towarowej.   -   Nie   znoszę   wind.   Nigdy   nie 

znosiłam wind. W końcu to tylko drugie piętro, mogłabym pójść piechotą. 

Ale ludzie   dziś  tacy   już  są. Leniwi.  Powinnam  wrócić  do tej  Żelaznej 

Damy i zażądać odpowiedzi na pytanie, gdzie są tu jakieś cholerne schody. 

A przede wszystkim powinnam przestać mówić do siebie głośno, zanim 

mnie ktoś stąd zabierze.

Musiała   chwilę   poczekać,   aż   duże   drzwi   windy   otworzyły   się, 

odsłaniając   drugie,   podobne   do   wejścia   do   klatki,   które   trzeba   było 

otworzyć ręcznie. Mamrocząc z wściekłości musiała użyć całej siły, by je 

odsunąć. Kiedy wreszcie się jej to udało, wśliznęła się do wnętrza wielkiej 

windy   i   szybko   zasunęła   drzwi   za   sobą.   Nie   rozglądając   się   wcale, 

wyciągnęła   rękę   do   guzika   z   narysowaną   dwójką,   wpatrując   się   jak 

zafascynowana w tablicę sterowniczą.

Winda szarpnęła i rozpoczęła mozolną wspinaczkę w górę. Mandy 

patrzyła jak zahipnotyzowana, kiedy światełko zgasło pod cyfrą jeden i 

wstrzymała  oddech z nadzieją, że zaraz zapali się dwójka, a drzwi się 

otworzą.   Światełko   zapaliło   się,   jednak   równie   szybko   zgasło.   Winda 

szarpnęła ponownie, wydała z siebie głośny zgrzyt i usadowiła się mocno 

między piętrami.

- O Boże - jęknęła Mandy całkiem głośno - karzesz mnie teraz za 

background image

kłamstwo. - Po czym spojrzała w sufit, podniosła ręce i poskarżyła się: - 

Przecież już przyrzekłam, że się poprawię, nie zrozumiałeś mnie chyba?

Opierający się leniwie o tylną ścianę windy mężczyzna uniósł nieco 

brwi   w   cichej   aprobacie   dla   stojących   przed   nim   kobiecych   kształtów. 

Zbyt zajęty swymi myślami, zwyczajnie zapomniał wysiąść na pierwszym 

piętrze, a teraz dźwig znowu był w ruchu.

Zlustrował kobietę od stóp do głów, zatrzymał się na chwilę na jej 

kształtnych   kostkach,   po   czym   powędrował   wzrokiem   w   górę   do 

rozwichrzonych loków, które - był tego pewien - przyczyniły się w szkole 

do przezwiska Rudzielec.

Ale przecież nie była to jakaś szkolna miss, powiedział do siebie i 

cień uśmiechu pojawił się natychmiast na jego opalonej twarzy. Widać 

zadała   sobie   sporo   trudu,   by   ukryć   interesującą   zawartość   pod   takim 

opakowaniem. Zastanawiał się leniwie, co jest powodem jej stroju. Może 

szuka pracy i ma nadzieję, że w ten sposób wyglądać będzie kompetentnie 

i profesjonalnie?

Rozważania   te   przerwane   zostały   gwałtownym   szarpnięciem,   po 

którym winda zaraz stanęła w bezruchu, a kobieta głośno krzyknęła.

- Nie ma się czym denerwować - rozpoczął pocieszającym tonem i 

natychmiast został zgaszony wściekłym sykiem Mandy.

-  A  pan   skąd  się   wziął?   -  spytała,   obracając   się   zdumiona,   że   w 

windzie jest jeszcze inny pasażer.

-   Tak   w   ogóle?   -   uśmiechnął   się   krzywo,   a   w   kącikach   jego 

niebieskich oczu pojawiły się drobne fałdki. - Moi przodkowie pochodzą z 

Basking Ridge, małego miasteczka w New Jersey, o którym pani pewnie 

nigdy nie słyszała, ale od czasów ukończenia college'u mieszkałem zawsze 

background image

w Nowym Jorku albo w Pensylwanii. A pani?

- Przecież wie pan, że nie o to pytam! - wypaliła Mandy, patrząc w 

twarz   stojącego   przed   nią   mężczyzny.   Pomimo   że   sama   miała   dobrze 

ponad pięć stóp wzrostu, musiała jeszcze spoglądać do góry. - Nie pytałam 

o pana pochodzenie, tylko o to, skąd pan się wziął?

Mężczyzna uniósł brwi i wzruszył ramionami.

- Ach, jeszcze wcześniej? No więc na początku, przynajmniej tak 

słyszałem,  nie  byłem niczym  więcej,  tylko  błyskiem  w  oczach mojego 

ojca. Potem...

- Niech pan przestanie! - Dlaczego zawsze muszę trafiać na takie 

dziwne   sytuacje   jak   ta,   zadawała   sobie   pytanie   Mandy.   Nerwowo 

przyczesała   ręką   włosy,   rujnując   resztki   starannie   ułożonej   wcześniej 

fryzury. - Chodzi mi tylko o to, że nie zauważyłam pana, kiedy wsiadłam. 

Czy utknęliśmy tu na długo? Nie cierpię wind.

Boże, ta to ma wygląd. Mężczyzna po raz pierwszy mógł wyraźnie 

przyjrzeć   się   małej,   interesującej   twarzy   Mandy,   a   to,   co   zobaczył, 

sprawiło mu przyjemność. Najbardziej podoba mi się jej zadarty nosek, 

pomyślał. No i piegi, tak, piegi świetnie tu pasują. Na pewno byłaby w 

pierwszej   piątce   z   dziesięciu   kobiet,   z   którymi   najbardziej   chciałbym 

zablokować się w windzie. Może nawet w trójce.

Ruszył   od   ściany   do   tablicy   kontrolnej,   umieszczonej   z   przodu 

windy.

-   Przepraszam,   ale   chcę   zobaczyć,   czy   uda   mi   się   kogoś   tu 

sprowadzić.

Otworzył drzwi szafeczki i wyciągnął stamtąd słuchawkę telefonu 

background image

awaryjnego. Mandy zrobiła do jego pleców minę. Drobnomieszczański, 

zadowolony z siebie męski szowinista, oskarżyła go w myślach.

Po   kilku   bezowocnych   „halo”   odłożył   słuchawkę   na   widełki, 

odwrócił się do niej i oświadczył radośnie:

- Nie ma nikogo w domu. Mam nadzieję, że jadła już pani lunch?

-   To   wszystko   za   karę   -   zdecydowała   Mandy,   rozglądając   się 

rozpaczliwie naokoło.

Nie zobaczyła zbyt wiele poza czterema ścianami, pomalowanymi 

obłażąca   farbą   koloru   groszku,   i   współwięźniem   -   pierwszej   klasy 

gogusiem. Zamknęła oczy i westchnęła w poczuciu bezsilności.

- Powinnam przewidzieć, że tak się właśnie stanie - jęknęła, oddając 

się po raz kolejny swojej największej słabości, to jest głośnemu myśleniu. 

- Teraz winda się zaraz urwie, ja zginę, a szef firmy pogrzebowej pomyśli, 

że uwielbiam ciuchy, które mam na sobie. Boże, nie pozwól, żebym była 

pochowana w poliestrach.

-   Wpadła   pani   w   histerię   czy   też   ten   wybuch   ma   być   dowodem 

czegoś   znacznie   głębszego?   -   Jej   towarzysz   niedoli   zadał   to   pytanie, 

opierając   ponownie   swe   szerokie   ramiona   o   ściany   windy.   Zupełnie 

przestał myśleć o połączonym z lunchem spotkaniu, na które właśnie się 

wybierał, a jego dobry humor rósł w miarę, jak obserwował błazeństwa 

Amandy.

Mandy zignorowała zupełnie jego dokuczliwy sarkazm.

-   Pracuje   pan   tutaj?   -   spytała,   rejestrując   jego   celowo   rozbielane 

dżinsy   i   podkoszulkę.   Ciasne,   seksowne   dżinsy   i   dopasowana   do   ciała 

podkoszulka, przyznała w myślach, wbrew sobie rumieniąc się trochę.

-   Kto,   ja?   -   odpowiedział   pytaniem,   równocześnie   wskazując   na 

background image

siebie palcem.

-   Nie   -   eksplodowała   Mandy,   czując,   że   jest   więcej   niż   lekko 

zdenerwowana. - Miałam na myśli tego różowego hipopotama w rogu. 

Oczywiście, że pan!

Mężczyzna sięgnął ręką do szyi i poprawił nie istniejący krawat.

- Tak, jestem tu w zarządzie.

- Wspaniale! Nareszcie coś do siebie pasuje! - Mandy z oburzeniem 

machnęła ręką.

Czuł, że ogień płonie pod łaszkami tej harcerki. Widok podnoszącej 

się   i   opadającej   gwałtownie   piersi,   w   miarę   przyspieszonego   irytacją 

oddechu, sprawiał mu wyraźną przyjemność.

- Nie spodziewała się chyba pani, że wyjdę stąd przez dach windy i 

dokonam jakichś bohaterskich czynów? Jak pani wie, łatwo się przy tym 

skaleczyć.

- Dlaczego nie mógł pan być tu woźnym? - zapytała, świdrując go 

wzrokiem.

- Prawdę mówiąc - odpowiedział jej przekornie - to chciałem być 

kowbojem, ale mama uparła się na college...

Odwróciła   się   szybko,   żeby   nie   widzieć   jego   uśmiechniętej 

szelmowsko twarzy. Nie mogła nic zrobić, żeby nie słyszeć jego głosu, ale 

mogła   przynajmniej   na   niego   nie   patrzeć.   Wzdychając   głęboko, 

fatalistycznie mruknęła pod nosem:

- Jaka to w końcu różnica. Tak czy owak zostanę ukarana. A przecież 

miał   to   być  tylko   niewinny   żart,   niewarty,   na   Boga,   zatrzymania   całej 

windy.   Jeanne   miała   rację,   oj,   miała.   Czy   kiedykolwiek   nauczę   się 

najpierw myśleć, a potem robić?

background image

Mężczyzna, który najwyraźniej wcale nie zwrócił uwagi na jej aluzję, 

podszedł i zatrzymał się tuż przed nią.

- Teraz już nie ma pani wyboru: albo ozięble pocałuję panią, albo 

chlusnę pani w twarz zimną wodą. Co pani wybiera?

- Cooo?

- Ma pani atak histerii, madame - powiedział spokojnie. - Nie była 

pani nigdy w kinie? Przecież to hollywoodzki standard. Do pani należy 

wybór kuracji. Albo niech pani przestanie mówić o tym, że Bóg panią 

pokarał i powie,  o co naprawdę chodzi. Nie ma  się czego wstydzić, a 

prędzej upłynie nam czas, zanim przyjdą mechanicy i naprawią to całe 

urządzenie.

A właściwie dlaczego nie? - zadecydowała Mandy. Lepiej zrzucić z 

siebie ten ciężar, zanim lina, na której wiszą, urwie się i oboje twardo 

wylądują w piwnicy. W końcu on nie był częścią roli i znalazł się tu tylko 

przez   przypadek.   A   skoro   mają   spadać   razem,   to   dobrze,   żeby 

przynajmniej wiedział, za co.

Mandy   spojrzała   znów   na   wysokiego,   ciemnowłosego   i   szalenie 

przystojnego mężczyznę, który właśnie się do niej uśmiechał. Próbowała 

sobie wyobrazić, że stoi przed nią ojciec Mulligan, ksiądz z parafii w jej 

rodzinnym   mieście.   Bezskutecznie.   On   nadal   wyglądał   bardziej   na 

muskularnego Kevina Costnera - a która kobieta przy zdrowych zmysłach 

mogłaby wziąć go za księdza?

W końcu na bezrybiu i rak ryba, trzeba więc umieć się dostosować 

do   okoliczności.   Amanda   podała   mu   rękę   i   pozwoliła   pomóc   sobie   w 

zajęciu   miejsca   na   podłodze,   nie   zważając   wcale   na   ryzyko,   na   jakie 

narażała   białą   spódnicę   Jeanne.   Odczekała,   aż   on   również   usiadł   i 

background image

przedstawiła skróconą wersję swego upadku.

-   To   wszystko?   -   spytał   z   niedowierzaniem,   kiedy   skończyła.   - 

Wielkie nieba, jeśli za to miałaby pani wylądować w piekle, to gdzie pani 

zdaniem powinien trafić Al Capone?

-   Niech   pan   nie   próbuje   mnie   pocieszać   -   stwierdziła   Amanda, 

wywołując   u   swego   sąsiada   gwałtowny   atak   śmiechu.   Potrząsnęła   z 

dezaprobatą   głową.   -   Poza   tym   nie   wiem,   czy   zdaje   pan   sobie   z   tego 

sprawę, że jak winda się urwie, to pan również w niej będzie.

- Winda wjedzie na drugie piętro - zapewnił ją ponownie, czując, że 

w głębi serca już mu uwierzyła. - Ponadto - chciał dodać jej otuchy - w 

pani przypadku byłyby pewne okoliczności łagodzące.

- Na przykład jakie? - spytała Mandy, z nadzieją rozgrzeszenia.

- Na przykład takie, że nie robiła pani tego wszystkiego dla siebie, 

tylko   dla   biednych,   upośledzonych   muzycznie   dzieciaków   w   żłobku 

dziennym.

- W przedszkolu - poprawiła Mandy - w przedszkolu prowadzonym 

przez siostry zakonne.

- Obojętnie gdzie - zgodził się. Puścił palce Mandy i splótł ręce na 

swoich kolanach. - Po prostu niech pani idzie do tego Harrisona i załatwi 

sprawę. Jaka to w końcu różnica, czy nagięła pani trochę do siebie zasady 

konkursu, czy nie. Przecież to nie jego stereo. I niech pani pomruga trochę 

swoimi wspaniałymi rzęsami. Na pewno dorzuci wtedy jeszcze parę płyt 

gratis.

Mandy zaczęła się rozluźniać.

- Naprawdę pan tak myśli? - spytała, chwytając go pod wpływem 

nagłego impulsu za atletyczne ramię.

background image

Mężczyzna   popatrzał   najpierw   na   jej   rękę   na   swoim   ramieniu,   a 

potem na nią.

- O tak - westchnął łagodnie - naprawdę tak myślę.

Nie   mogła   nic   na   to   poradzić.   Jej   policzki   spłonęły   i   z   trudem 

oderwała wzrok od fascynujących ją niebieskich oczu.

-   Pewnie   uważa   mnie   pan   za   idiotkę   pierwszej   klasy   -   paplała 

nerwowo. - Wie pan, tak naprawdę to wcale nie myślałam, że ta winda 

spadnie. Naprawdę nie. Ja po prostu mam taką dziwaczną wyobraźnię. 

Dzieciaki to uwielbiają. Mówią, że opowiadam im fantastyczne historie.

I założyłbym się o rancho, że wszyscy są potem bardzo szczęśliwi, 

pomyślał, uśmiechając się nieznacznie.

Spojrzała na niego i skonstatowała, iż nadal się na nią gapi w ten 

sam, zbijający ją z tropu, sposób.

- W końcu - musiała znowu odwrócić oczy i zajęła się zaraz paskiem 

torebki - nie była to próba zrabowania skarbów czy coś w tym rodzaju. 

Albo chęć wyłudzenia czegoś dla siebie. Przecież to wszystko dla dzie...

Mocna ręka ujęła ją za podbródek i odwróciła w jego stronę, ich 

spojrzenia spotkały się, nie mogąc oderwać się od siebie.

- Panienko, czy ktoś kiedyś powiedział ci, że mówisz za dużo? - 

szepnął zduszonym głosem. Potem pochylił się nieco, a ich usta lekko się 

spotkały.

Był to tylko najdelikatniejszy cień pocałunku. Wyraźnie domagał się 

czegoś więcej niż lekkiego dotknięcia ust, na które mu pozwoliła. Mandy 

jednak poczuła, że ziemia zaczyna wirować pod jej nogami.

Dopiero kiedy rozbawiony męski głos wdarł się w jej roztargnione 

myśli, zdała sobie sprawę, iż winda zakończyła wreszcie swą podróż na 

background image

drugie piętro.

- Hej tam, witajcie - zawołał ktoś figlarnie. - Zastanawiałem się już, 

gdzie się podzialiście. Helen nic nie mówiła, że prowadzi pani ze sobą 

szczęśliwego mężusia, pani Tremaine. Nic dziwnego, że uśmiecha się w 

ten sposób, to dopiero był list!

- Słu...słucham? - zająknęła się Mandy, widząc, jak mężczyzna, który 

mógł być tylko Vikiem Harrisonem, otwiera wewnętrzne drzwi windy. - 

To nie jest tak, jak pan... to znaczy ten mężczyzna nie jest... pan myślał, że 

to? Och nie, widzi pan...

- Lepiej, żeby on był panem Tremaine, proszę pani. - Disc jockey 

przerwał jej bezskuteczne próby wymyślenia jakiejś stosownej historii. - 

Jeśli   nie   jest,   to   z   pewnością   do   pani   należy   rekord   oszukiwania   w 

najkrótszym czasie po zawiązaniu węzła małżeńskiego.

Siedzący   obok   niej   na   podłodze   windy   mężczyzna,   opierając 

niedbale ręce na podkurczonych kolanach, ten sam, który niedawno słyszał 

jej wyznanie, a jeszcze później skorzystał z jej poruszenia i pocałował ją, 

teraz wstał i wyciągnął rękę do patrzącego chytrze Harrisona.

- Pan Harrison? - powiedział kordialnie swym głębokim, mocnym 

głosem   -   Nazywam   się   Tremaine.   Proszę   wybaczyć   mojej   żonie,   ale 

jesteśmy małżeństwem dopiero od niedawna, a ona zawsze trochę traci 

głowę,   kiedy   ją   całuję.   Wie   pan,   jak   to   jest   -   zakończył,   mrugając 

porozumiewawczo do Harrisona w taki sposób, że Mandy miała ochotę 

udusić ich obu.

Disc jockey spoglądał przez chwilę to na zarumienioną Mandy, to na 

jej zadowolonego męża, w końcu zdecydował, że trzeba podać im rękę i 

nadać sprawie dalszy bieg. Za piętnaście minut miał znowu wejście na 

background image

antenę.

- Państwo Tremaine, pozwólcie, proszę, za mną - powiedział i ruszył 

w   dół   korytarza.   -   Próbowałem   się   rano   z   panią   skontaktować,   żeby 

powiadomić o zmianie naszych planów, ale potem zdecydowałem zrobić 

to osobiście. Wygląda na to, że mamy dla was obojga małą niespodziankę!

Mandy   rzuciła   swemu   pseudomężowi   pytające   spojrzenie,   ale   on 

tylko wzruszył ramionami i wziął ją za rękę.

- Tylko trzymaj język za zębami i uśmiechaj się, pani Tremaine. Od 

tej chwili ja prowadzę całą sprawę. A tak przy okazji - szepnął, pochylając 

się tak blisko, że poczuła w uchu ciepło jego oddechu - to jak ci w ogóle 

na imię?

- Mandy - syknęła, czując, jak pułapka ruchomych piasków wciągają 

bezpowrotnie. - Amanda Elisabeth Tremaine.

- Bardzo pięknie, Amando Elisabeth. - Ścisnął porozumiewawczo jej 

rozdygotaną dłoń. - A tak dla porządku, jak ja mam na imię?

Mandy zamarła. Jak on mógł mieć na imię? Ani razu nie używała 

przecież męskiego imienia w swoim opowiadaniu.

- Nie wiem - wyszeptała bezradnie i wyglądała, jakby miała zaraz 

wszystko zepsuć gwałtownym wybuchem płaczu.

-   Nie   ma   żadnego   problemu,   Amando   Elisabeth   -   odpowiedział 

uprzejmie, co wcale nie złagodziło jej drżenia ani o włos. - Mów mi po 

prostu Joe i wszystko będzie w porządku. Zaufaj mi.

Mandy   jęknęła   i   pozwoliła   prowadzić   się   dalej   korytarzem   na 

spotkanie swego losu.

- Gdzie się wybierasz?

background image

Mandy pchnęła delikatnie Jeanne z powrotem na krzesło, prosząc, by 

nie zapominała o tym, że jest już starszą kobietą w wieku czterdziestu 

trzech lat.

- Już ci mówiłam, że jadę na miesiąc miodowy.

- Wiem, że tak powiedziałaś, Amando - wypaliła Jeanne - chciałam 

się   tylko   dowiedzieć,   dlaczego   tak   powiedziałaś.   Przecież   nie   możesz 

jechać na miodowy miesiąc, dziecinko. Nie jesteś nawet mężatką!

- No jasne. I chcesz, żebym teraz to powiedziała Vikowi Harrisonowi 

i wszystkim innym w WFML? - spytała sarkastycznie Mandy. - Kiedy tam 

poszłam,   byłam   zdecydowana   wyznać   panu   Harrisonowi   całą   prawdę, 

mając nadzieję, że i tak dostanę to stereo. A wtedy, no wiesz, pojawił się 

Joe i sprawy zaraz wymknęły mi się spod kontroli.

- Kto to jest Joe? - spytała Jeanne słabo.

-   Joe   uważa,   że   mogłabym   zostać   oskarżona   o   oszustwo,   nawet 

gdybym   nie   przyjęła   nagrody.   Niezgodne   z   prawem   przyjęcie   towaru 

przed zaistnieniem upoważniających do tego okoliczności lub coś w tym 

rodzaju, a w ogóle to nie chcę pamiętać, o co jeszcze mogłabym zostać 

oskarżona. Joe mówi...

- Kto to jest Joe? - wrzasnęła Jeanne, czując się, jakby weszła do kina 

pod sam koniec projekcji.

-   Joe   Tremaine   -   wyjaśniła   Mandy,   zdając   sobie   sprawę,   jak 

zabawnie musi to zabrzmieć.

Jeanne potrząsnęła głową, jakby chciała wszystko wyjaśnić.

- Zaraz, zaraz, przecież ty nie znasz żadnego Joe'ego Tremaine'a. 

Mandy, to wszystko nie trzyma się kupy.

Mandy podeszła do wspaniałego stereo, które stało na honorowym 

background image

miejscu   w   największej   sali   w   przedszkolu,   i   strzepnęła   nie   istniejącą 

drobinkę   kurzu.   Wzięła   głęboki   wdech   i   odwróciła   się   do 

zdezorientowanej pracodawczyni.

- Ugrzęzłam w radiu, w windzie - powiedziała pośpiesznie. - Jak 

wiesz, nie znoszę wind. A w tej samej windzie był właśnie ten mężczyzna, 

spytał   mnie   dlaczego   nie   chcę   być   pochowana   w   poliestrach, 

powiedziałam mu o stereo, a on mnie pocałował. A wtedy zobaczył to pan 

Harrison i pomyślał, że on jest moim mężem. A on nie robi nic innego, 

tylko przedstawia się jako Joe Tremaine. Jak jakiś rycerz w błyszczącej 

zbroi, galopujący na ratunek.

- Wygląda na to, że zaraz mi głowa pęknie - wtrąciła Jeanne.

-   Ale   wtedy   -   kontynuowała   Amanda   tak,   jakby   chciała   mieć   te 

wyjaśnienia jak najszybciej za sobą - zjawia się pan Harrison i mówi nam 

o tym miodowym miesiącu: że radio funduje nam pięć dni w Atlantic City, 

że   sfilmuje   to   telewizja   i   że   zostanie   to   pokazane   w   ich   nocnym 

magazynie.   Widzisz,   nieco   wcześniej   odebraliśmy   już   stereo   i   było   za 

późno, żeby się wycofać. Należało tylko uśmiechnąć się i stwierdzić: „To 

fenomenalnie,   bardzo   dziękujemy”.   Teraz   Joe   mówi,   że   jeśli   się 

kiedykolwiek przyznamy do kłamstwa, to wezmą mnie do aresztu, a jego 

pewnie   też,   więc   muszę   przez   to   przejść.   Jestem   pewna,   że   wszystko 

zrozumiesz i dlatego jadę na miodowy miesiąc.

Wzięła kolejny głęboki oddech, rozłożyła bezradnie ręce i dodała:

- Widzisz Jeanne, tak jak ci wcześniej powiedziałam, to takie proste.

Jeanne Tisdale nie rzekła nawet słowa. Nie patrząc ani w lewo, ani w 

prawo wstała i poszła do swej klasy pełnej okropnych dzieci. Z dwojga 

złego wolała już zająć się nimi.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Pokerowe zagranie przed Jeanne, która dała się przekonać, że nic 

specjalnego   nie   może   się   wydarzyć   w   Atlantic   City   -   w   dodatku   pod 

opieką   kamerzysty,   technika   i   reżyserującej   całość   kobiety   -   nie   było 

specjalnie   trudne.   Czym   innym   jednak   pozostawało   przekonanie   samej 

siebie,   że   pięć   dni  spędzonych   z   facetem   takim   jak   Joe   można   będzie 

uznać za niewinną i nieszkodliwą rozrywkę.

Mandy i tak miała jechać na wakacje, dlatego fakt, że oderwie się od 

przedszkola nie martwił jej wcale. Nie przejmowała  się też nadmiernie 

reakcją   przełożonych.   Tak   jak   wcześniej   powiedziała   Jeanne,   lokalna 

stacja   telewizyjna   stanowiła   tylko   jeden   z   trzydziestu   trzech   kanałów, 

które można było w okolicy oglądać we własnej telewizji kablowej. Nie 

było też tajemnicą, że mało kto oglądał Kanał 76, z wyjątkiem powtórek 

ulubionego programu „Leave it to Beaver”.

Szanse na to, że któryś z przełożonych w ogóle zobaczy Mandy w 

telewizji,   a   dodatkowo   skojarzy   ją   z   przedszkolem,   były   bliskie   zeru. 

Ponadto Vic Harrison uprzedził ją, że jej opowieść będzie tylko jedną z 

dwóch przedstawionych w półgodzinnym programie. Odliczając czas na 

reklamy,   Mandy   wyliczyła   sobie   z   dokładnością   do   kilku   sekund,   że 

będzie to około dziesięć minut czasu antenowego. Jeśli założy okulary, a 

włosy, kiedy się tylko da, ukrywać będzie pod chustką lub kapeluszem, to 

w takim czasie nie poznałaby jej nawet własna rodzina.

W tym sęk - Mandy przede wszystkim nie chciała być rozpoznana. 

Gdyby był choćby cień szansy, że program zostanie wyemitowany poza 

Allentown,   przyznałaby   się   od   razu   do   fałszerstwa,   nie   zważając   na 

konsekwencje.   Pracowała   nad   swoją   pozycją   od   trzech   lat   i   nawet 

background image

wspaniałe stereo nie wystarczało, żeby z własnej woli miała zniszczyć tak 

trudno wypracowaną wolność.

W   końcu   pomyślała   o   Joe'em   Tremaine'ie.   Kiedy   disc   jockey 

zaskoczył ich swoją „niespodzianką”, Mandy była pewna, że Joe przerwie 

grę. W końcu, nawet gdyby był ostatnim samarytaninem po tej stronie 

Missisipi, są jakieś granice dobrosąsiedzkich uprzejmości. Czym innym 

było przecież wybawienie Mandy z opresji, w jakiej znalazła się wtedy w 

telewizji, a czym innym będzie poświęcenie pięciu dni swojego życia po 

to, by utrzymać jej sekret w tajemnicy.

Czy   on   nie   miał   swojej   pracy,   do   której   musiał   chodzić?   Z   całą 

pewnością nie był ubrany jak ktoś, kto może sobie pozwolić, by wziąć 

wolne, kiedy tylko wyda mu się to potrzebne.

Mimo wszystko Mandy nie mogła uwierzyć, że Joe Tremaine był 

człowiekiem, który potrafiłby potraktować wyjazd do Atlantic City jako 

kupon   na   darmowy   posiłek.   W   jego   wyglądzie   kryło   się   zbyt   wiele 

sprzeczności. Jego włosy były świetnie ostrzyżone. Mógłby nosić zwykłe 

tenisówki, ale to, co miał na nogach, to były najlepsze, markowe buty 

sportowe.   No   i   ten   jego   zegarek   -   płaski   i   złoty,   w   którym   Mandy 

rozpoznała tę samą szwajcarską markę, którą najbardziej lubił jej bajecznie 

bogaty dziadek. Nie, pieniądze nic tu nie wyjaśniają.

Więc co go naprawdę interesuje?

Wychodząc z wielkiej, starodawnej wanny z nóżkami w kształcie 

pazurów - nawiasem mówiąc stanowiącej jeden z ważniejszych powodów, 

dla których zdecydowała się na mieszkanie na trzecim piętrze bez windy - 

Mandy rzuciła okiem na swe odbicie w dużym, wiszącym na drzwiach 

łazienki lustrze. Przez chwilę zastanawiała się nad tym, co zobaczyła.

background image

- Nieważne, o co mu chodzi, ale aż tak spłukany chyba nie jest - 

stwierdziła   w   końcu,   przypominając   sobie,   jak   przystojny   jest   Joe... 

Tremaine.

Mężczyzna, którego Mandy znała jako Joe'ego Tremaine'a, przeszedł 

rześko   przez   wyłożony   kafelkami   korytarz   i   właśnie   minął   drzwi 

prowadzące do biur zarządu WFML. Było to po normalnych godzinach 

urzędowania,   a   sekretarka,   która   zwykle   strzegła   zza   dużego   biurka 

prywatności właściciela, poszła już do domu.

Nie troszcząc się o to, by zapukać w podwójne drewniane drzwi, 

wszedł do siedziby zarządu. Skierował się prosto do połączonej z biurem 

łazienki,   pozostawiając   po   drodze   w   nieładzie   adidasy,   dżinsy   i 

podkoszulkę.

Zwykle nie był takim bałaganiarzem, ale dzisiaj się bardzo spieszył. 

W końcu miał randkę z własną żoną.

Kiedy w niecały kwadrans później znalazł się ponownie w biurze, 

ubrany   był   już   w   białe,   marynarskie   spodnie   i   zielonkawą   bluzę   bez 

kołnierzyka, harmonizującą dobrze z jego opalenizną. Wsunął bose stopy 

w mokasyny, które  znalazł pod biurkiem,  i właśnie  wkładał portfel do 

kieszeni, kiedy otworzyły się drzwi od sekretariatu.

- Wychodzisz do miasta, Josh? - spytał starszy mężczyzna, sadowiąc 

się z rozmachem na krześle. - Powinienem był przewidzieć, że nie zajmie 

ci więcej jak jeden dzień, żeby zaprzyjaźnić się z którąś z miejscowych 

piękności.   Kim   ona   jest?   Boże,   ale   dzisiaj   miałem   dzień.   Jestem 

wykończony. Pomyślałem, że wpadnę na chwilę, by na gorąco wysłuchać 

twojej opinii, zanim wrócę do hotelu. No więc? Myślisz, że zrobiliśmy 

background image

dobry   interes?   Zawsze  chciałem  mieć   własną  stację   telewizyjną.   Radio 

było tylko dodatkiem.

Przez cały czas, kiedy starszy mężczyzna mówił, młodszy, zwany 

Joshem, był bardzo zajęty. Uczesał włosy przed lustrem, które wisiało nad 

kredensem w dalszej części gabinetu, wsunął koszulę w spodnie i zapiął 

pasek   na  swoich   wąskich   biodrach.   Na   koniec   przepisał   z  leżącego   na 

biurku   notesu   adres   na   małą   karteczkę,   którą   wyrwał   z   biurowego 

kalendarza.

-   Bardzo   mi   się   podoba   ta   stacja   telewizyjna,   tato   -   stwierdził. 

Obszedł biurko i usiadł na krześle naprzeciw ojca. - Ale tak naprawdę, to 

najbardziej się cieszę z twojego „dodatku”.

- Tylko nie mów mi proszę, Josh, iż zawsze w skrytości marzyłeś, 

żeby   zostać   disc   jockeyem.   Już   dość,   że   twoja   biedna   matka   i   ja 

musieliśmy przez wiele lat znosić rozlegający się z twojego pokoju hałas 

tych „Skipping Rocks” i innych.

-   „Skipping   Rocks”?   -   Josh   spojrzał   zdumiony   na   ojca,   po   czym 

roześmiał się. - To „Rolling Stones”, tato. Nadal zresztą kupuję ich płyty. 

Ale nie, nie chcę wcale zostać disc jockeyem. Prawdę mówiąc, wygląda na 

to, że będę musiał wyjechać na parę dni z miasta. Czy dasz sobie sam radę 

z wszystkimi papierami związanymi z tym projektem?

Starszy mężczyzna, który wyglądał niemal dokładnie tak samo jak 

jego   syn,   z   wyjątkiem   przyprószonych   siwizną   skroni   i   nieznacznego 

brzuszka, wstał teraz szybko, poruszony ostatnimi słowami Josha.

-   Prowadziłem   wszystkie   sprawy   sam   grubo   wcześniej,   zanim 

pojawiły się u ciebie mleczne zęby, ty impertynencki szczeniaku. Wziąłem 

cię   tu   tylko   dlatego,   że   odwiedziny   w   stacji   radiowo   -   telewizyjnej 

background image

wyglądały   interesująco.   Ta   cała   inwestycja   to   dla   mnie   drobiazg,   jak 

wiesz.   Wydawało   mi   się   po   prostu,   że   potrzebuję   nowego   hobby,   to 

wszystko.

Josh rozejrzał się po urządzonym kosztownie biurze.

- Hobby. Dobrze, że nie wymyśliłeś inwestowania w kolej. Z tego 

tutaj nawet koncern Philipsa nie wyciągnąłby zysków. A tak poważnie, to 

myślę, że przy odrobinie starania to miejsce będzie zarabiało na siebie za 

parę   lat.   Mógłbyś   zacząć   od   tej   dziewczyny   z   wiadomości   o   szóstej 

wieczorem, przekazującej prognozę pogody.

- No, teraz widzę, że zeszło na twoje hobby, Joshua. Kobiety. Ale nie 

odpowiedziałeś   mi   na   pytanie,   kto   jest   szczęśliwą   wybranką   na   dziś 

wieczór?

Joshua Philips wstał z krzesła i ruszył w kierunku drzwi. Po drodze 

zarzucił na ramię swą jedwabną sportową kurtkę. Spojrzał na ojca z ukosa 

z krzywym uśmiechem i odrzekł:

- Naprawdę nie odpowiedziałem? Zapal lepiej w oknie świeczkę, bo 

mogę późno wrócić.

Mandy   ustawiała   właśnie   wentylator   w   ten   sposób,   aby   dmuchał 

dokładnie   na   nią   podczas   oglądania   telewizyjnych   wieczornych 

wiadomości. Nagle usłyszała głośne pukanie do drzwi. W pierwszej chwili 

pomyślała, że to ktoś do naprawy klimatyzacji i krzyknęła:

- No nareszcie, już myślałam, że ugotuję się tu żywcem.

Josh Philips opierał się o framugę drzwi, z kurtką przewieszoną przez 

ramię, lekko zdyszany po wspinaczce na trzecie piętro. W jego niebieskich 

oczach pojawił się wyraz uznania, kiedy zobaczył Mandy otwierającą mu 

background image

drzwi,  ubraną w drelichowe   szorty,  bluzkę  bez rękawów zawiązaną  na 

brzuchu i niewiele więcej.

- Też zawsze chciałem być strażakiem - powiedział, odrywając się od 

framugi. Schylił głowę i wszedł pod ramieniem Mandy do mieszkania. - 

Została mi jeszcze tylko zabawa w doktora i wszystkie moje marzenia 

zostaną spełnione.

Mandy   zatrzasnęła   drzwi   i   odwróciła   się   do   swego   gościa,   który 

zatrzymał się na środku pokoju, uśmiechając się szeroko.

- Czy jesteś ze swej natury  pozbawiony ogłady, czy też nad tym 

specjalnie pracujesz? - zapytała, wziąwszy się pod boki. - Myślałam, że 

jesteś z ekipy remontowej. Akurat nawaliła mi klimatyzacja.

- Nie wiem, kto miał ci to naprawić, ale myślę, że może mówić o 

szczęściu, iż jeszcze żyje. Wiesz, gdyby wzrok mógł zabijać, to już bym 

nie żył, pomimo że tylko zapukałem do twoich drzwi. - Nie czekając na 

zaproszenie,   przeszedł   przez   pokój   do   zepsutego   urządzenia.   -   Co   się 

konkretnie zepsuło?

Mandy opuściła z rezygnacją ręce. Najwyraźniej nie było szans na 

pozbycie się tego człowieka.

-   Nie   da   się   na   tym   dalej   robić   dobrych   grzanek   -   stwierdziła, 

siadając z rozmachem na kanapę.

Bardzo się starała zachować pozory, że nawet w takim upale da się 

żyć. Na najwyższej kondygnacji trzypiętrowego budynku nie było żadnego 

miejsca, gdzie można by się schronić przed falą gorąca. Zimna  kąpiel, 

którą   wzięła   zaraz   po   przyjściu   do   domu,   dawno   już   straciła   swój 

zbawienny efekt.

-  Jesteśmy  dziś  w odrobinę  wrednym nastroju,   co?   -  spytał  Josh, 

background image

patrząc   na   naburmuszoną   twarz   Mandy.   -   Bądź   grzeczna   i   daj   mi 

śrubokręt, dobrze?

- Śrubokręt? - powtórzyła zniecierpliwiona. - A po co?

Josh posłał jej spojrzenie, które nie wróżyło niczego dobrego, gdyby 

odmówiła.

- Śrubokręt Philipsa - wyjaśnił, uśmiechając się dziwnie.

- Chyba trochę grasz do jednej bramki. Poza tym - dodała, spełniając 

niechętnie jego żądanie - mówiłeś, zdaje się, że jesteś w zarządzie. Jedyny 

śrubokręt, którego będziesz umiał używać, składa się prawdopodobnie z 

wódki i soku pomarańczowego.

- A teraz ubierz się, bo wychodzimy - powiedział, kiedy podała mu 

do ręki śrubokręt w taki sposób, jakby był chirurgiem i właśnie poprosił o 

skalpel. - Nie, żebyś nie wyglądała ponętnie w takim stroju, żono, ale nie 

mam ochoty odganiać pałką od ciebie każdego spotkanego mężczyzny. 

Mężatki nie powinny ubierać się w taki wyzywający sposób. - Odwrócił 

głowę   i   skupił   się   na   odkręcaniu   płyty   czołowej   z   urządzenia 

klimatyzacyjnego.

Mandy   otworzyła   i   zamknęła   usta   kilka   razy,   zanim   zdała   sobie 

sprawę,   że   zachowuje   się   jak   ryba   chwytająca   powietrze,   po   czym 

spojrzała na swoją bluzkę i szorty. Nie ubrała się wyzywająco, po prostu 

chciała być na luzie. W końcu była przecież we własnym domu! Za kogo 

on się do Ucha uważa?

Otworzyła ponownie usta, żeby mu powiedzieć, gdzie może sobie 

schować te swoje komentarze, a śrubokręt pewnie też, kiedy niski szum 

klimatyzacji przykuł jej uwagę.

- No i proszę - odezwał się Josh, zacierając z satysfakcją ręce. - Po 

background image

prostu luźny kabel. Poza tym powinnaś co jakiś czas przeczyścić filtr. To 

urządzenie jest paskudne.

Mandy zacisnęła z wściekłością pięści. Już mu miała podziękować za 

naprawę klimatyzacji,  a  ten  pozwala  sobie  na  komentarze  na  temat  jej 

gospodarstwa.

- Jeszcze tu jesteś? - spytał, gdy płyta czołowa klimatyzatora była już 

na miejscu. - Dalej, raz, raz. Mam rezerwację na siódmą w Hiltonie.

-   Nie   obchodzi   mnie,   czy   masz   rezerwację   na   dziewiątą   czy   na 

północ! - Mandy odzyskała wreszcie głos. - Ja nigdzie z tobą nie idę.

Josh potrząsnął głową z uśmiechem politowania.

- Owszem idziesz, żono. A może zapomniałaś, że wyjeżdżamy na 

miodowy miesiąc w najbliższą sobotę? Powinniśmy się trochę naradzić, by 

nasze opowiadania nie różniły się zbytnio w przyszłym tygodniu.

- Och, to - powiedziała tym razem całkiem cicho.

-   Tak,   to.   Z   równym   skutkiem   możemy   zresztą   zostać   tutaj   i 

zadzwonić   po   pizzę   -   zaproponował,   celowo   taksując   ją   wzrokiem   i 

podkręcając nie istniejącego wąsa. - Nie upieram się.

Mandy nie zwlekała już ani chwili dłużej.

-   Nie   mieszkasz   tu,   prawda?   -   spytała   Mandy,   widząc   jak   Josh 

przegląda   składaną   mapę,   którą   wziął   z   przedniego   siedzenia   swojego 

samochodu,   zanim   ruszyli   Piątą   Ulicą   w   kierunku   Hamilton   Mail. 

Rozejrzała   się   po   wnętrzu   samochodu,   po   czym   dodała   szybko:   -   To 

wynajęty   samochód,   prawda?   Mógłbyś   być   przecież   wielokrotnym 

mordercą, czyż nie? Co ja do Ucha robię, wsiadając z tobą do samochodu? 

Zatrzymaj się tu na rogu, chcę natychmiast wysiąść.

background image

Josh posłał jej szybkie spojrzenie, włączając się płynnie do ruchu.

-   Wielokrotnym   mordercą?   Czy   ja   wyglądam   jak   wielokrotny 

morderca?

Mandy  obejrzała  go sobie  dokładnie   spod przymkniętych powiek. 

Wyglądał   jak   facet   z   reklamy   drogich   gatunków   szkockiej   whisky. 

Wyglądał kosztownie. Wyglądał pociągająco. Wyglądał...

- Skąd u diabła mam wiedzieć, jak wyglądają notoryczni mordercy - 

zaprotestowała, rumieniąc się nieznacznie, kiedy zdała sobie sprawę ze 

swoich   myśli.   -   Gdyby   ludzie   wiedzieli,   jak   oni   wyglądają,   to   nie 

wsiadaliby z nimi do samochodów, po to, by skończyć martwi gdzieś na 

bezdrożach. Nie słyszałeś, co mówię, wypuść mnie tutaj!

Aby   zademonstrować,   że   mówi   poważnie,   zaczęła   się   szarpać   z 

rączką   drzwi.   Ale   samochód   był   jednym   z   tych   modeli   posiadających 

zabezpieczenia od wewnątrz przed przypadkowym otwarciem przez dzieci 

i próby te zakończyły się fiaskiem. Poddając się, z bezsilną wściekłością 

uderzyła w drzwi i mruknęła:

- Tak, dbają w Detroit o bezpieczeństwo. I co ja mam teraz zrobić?

Josh   obserwował   ją,   jak   walczyła   z   drzwiami   z   miną   dziecka, 

któremu odebrano ciasteczko i potrząsnął głową.

-   Przestaniesz   w   końcu,   Amando   Elisabeth?   Nie   jestem   żadnym 

mordercą.   Usiądź   teraz   jak  grzeczna   dziewczynka  i  powiedz   mi,   gdzie 

mam skręcić.

Mandy   trzymała   dalej   spuszczoną   głowę,   spojrzała   jednak   przez 

szybę, by zorientować się, gdzie są.

- Na skrzyżowaniu w lewo - powiedziała niechętnie. - I nie nazywaj 

mnie dziewczynką. To poniżające.

background image

Josh wjechał na parking i zatrzymał się w miejscu wskazanym przez 

obsługę. Wyłączając silnik odblokował drzwi i oświadczył:

- Proszę, kobieto. Jesteś już wolna i możesz robić z tym, co chcesz. 

Ale błagam, nie oczekuj ode mnie, że kiedyś potrzymam ci drzwi. Nie 

chcę, żebyś pomyślała, iż nie wierzę w równouprawnienie.

-   To   nie   równouprawnienie,   tylko   zwykła   kurtuazja   -   podkreśliła 

Mandy   i   rozsiadła   się   wygodnie,   ze   skrzyżowanymi   demonstracyjnie 

rękoma. - Równe prawa nie oznaczają, że mężczyźni muszą się cofnąć w 

rozwoju do poziomu jaskiniowców.

Udając rozczarowanie, Josh stwierdził:

- Szkoda, bo właśnie miałem nadzieję, że wciągnę cię za włosy do 

swojego   legowiska.   Oznacza   to,   iż   będę   musiał   wrócić   do   koncepcji 

obiadu, o ile oczywiście zdecydowałaś, że nie jestem jakimś obłąkanym 

mordercą, który proponuje najpierw obiad, a potem zabójstwo.

Mandy   wstrzymała   się   z   odpowiedzią,   aż   Josh   obszedł  samochód 

dookoła i pomógł jej wysiąść.

- Przepraszam, chyba naoglądałam się za dużo filmów. Ale wiesz 

przecież, że mam rację. Naprawdę nic o tobie nie wiem.

Josh objął ją w talii i podprowadził do chodnika.

-   Więc   w   takiej   sytuacji   nie   pozostaje   ci   nic   innego,   jak   tylko 

zawierzyć własnemu  sądowi, tak?  Chyba mogłem się  postarać o jakieś 

zaświadczenie od mamy, tylko kto by za nią gwarantował?

- Przecież powiedziałam, że mi przykro - zjeżyła się Mandy. - Nie 

musisz się nade mną znęcać. Chodźmy już, bo jestem głodna.

Nie czekając na jego zgodę, Mandy popchnęła drzwi i weszła do 

środka. Josh zwlekał jeszcze przez chwilę, podziwiając, jak prosta żółta 

background image

sukienka podkreślała jej kształtne nogi i szczupłe kostki, po czym mruknął 

do siebie:

- No, Joshu Philipsie, właśnie przekraczasz Rubikon. Nie denerwuj 

się i pozwól się ponieść jego falom.

W ciągu paru minut siedzieli w przytulnym zakątku, oddzielonym 

draperiami od reszty sali, przeglądając rozłożone przed nimi karty dań.

- Płacimy naturalnie każdy za siebie - oznajmiła Mandy, spoglądając 

na ceny.

- Dlaczego naturalnie? Ja ciebie zaprosiłem.

- Bo jest to spotkanie w interesach - powiedziała Mandy rozsądnie, 

nastawiając się psychicznie na pieczonego kurczaka, choć miałaby ochotę 

na soczysty stek. - Masz rację, musimy przedyskutować tę głupią aferę, w 

którą nas wpakowałeś.

- Ja nas wpakowałem, JA NAS WPAKOWAŁEM! No, no, podoba 

mi się to! - Josh podniósł głos tak, że kilka głów zwróciło się w ich stronę. 

- Pani, jesteś genialna.

- Ciii... nie róbmy sceny - ostrzegła szeptem. Popatrzyła na niego 

oskarżycielsko. - To była również i twoja wina. Przyszłam do telewizji 

tylko   po   to,   żeby   wszystko   wyjaśnić.   Nigdy   nie   zamierzałam   nikogo 

oszukać   ani   wyłudzić   czegoś,   czy   jak   ty   to   tam   nazywasz.   To   ty 

wyskoczyłeś   z   tym   swoim   okropnym   uśmiechem   i   słowami:   „Cześć, 

nazywam się Tremaine”, a potem mrugałeś obleśnie, porozumiewawczo, 

jakbyś miał z Vikiem Harrisonem jakieś brudne tajemnice.

-   Jest   jeszcze   jedna   rzecz   -   Josh   przerwał   szybko.   -   Co   takiego 

napisałaś   w   tych   dwudziestu   pięciu,   czy   ilu   tam,   słowach   prozy,   że 

Harrison   spoglądał   na   ciebie   jak   na   łakomy   kąsek   po   długiej   diecie 

background image

warzywnej.  Znam  cię   ledwie   od  kilku   godzin,   a   już   twoja   wyobraźnia 

przeraża mnie śmiertelnie.

- Nie zmieniaj tematu. - Mandy zgrzytnęła zębami.

Brwi Josha uniosły się odrobinę.

-   Dobre,   co?   Przypomnij   mi,   żebym  zapytał  o   to   reżysera,   kiedy 

spotkamy się w sobotę rano.

Mandy przymknęła oczy i starała się skoncentrować na wspomnieniu 

rozradowanych dzieci, które tańczyły i śpiewały, kiedy uruchomiła nowe 

stereo. Dla nich warto było się poświęcić, powtarzała sobie wielokrotnie w 

duszy.

- Nie warto było się poświęcać - stwierdziła głośno, a w jej oczach 

odbijał się strach.

- Och, daj spokój - zapewnił przekonany, że mówi o tym, co napisała 

na konkurs - na pewno nie było to takie złe. Nie zaniżaj swojej wartości, 

Mandy, w końcu przecież to ty wygrałaś.

Potrząsnęła głową z niechęcią.

- Przestań przez chwilę być monotematyczny i posłuchaj mnie. Nie 

miałam na myśli tego, co wysłałam. Chodziło mi o to, że ta cała sprawa 

nie   warta   była   poświęcenia.   -   Odłożyła   kartę   na   stół,   podejmując 

jednocześnie decyzję. - Odpadam z tej całej gry. Przepraszam.

Josh   spojrzał   szybko   na   Mandy,   w   której   oczach   błysnęły   łzy,   i 

gestem odprawił kelnera, chcącego właśnie przyjąć zamówienie. To, co 

zaczęło się wczoraj od głupiego psikusa, przerodziło się teraz u niego w 

śmiertelnie   poważne   przedsięwzięcie.   Nie,   na   pewno   nie   pozwoli 

Amandzie teraz, ot, tak sobie, się wykręcić.

Odkładając menu na stół, ujął ją delikatnie za rękę.

background image

- Amando, pomóż mi,  proszę - zaczął miękko.  - Spójrz na mnie, 

Amando. Zdałem sobie sprawę, że będę musiał się z tobą czymś podzielić.

Przechyliła   lekko   głowę,   spoglądając   na   niego,   zdziwiona   nagłą 

powagą w jego głosie.

- Potrzebujesz mojej pomocy? Jak? Dlaczego? O czym ty w ogóle 

mówisz?

Josh   pocierał   przez   chwilę   czoło,   potem   rozejrzał   się   wkoło, 

upewniając się, że nikt ich nie usłyszy.

- Są pewne sprawy, niezbyt chlubne, które zdarzają się w radiu i 

telewizji. Sprawy badane później przez takie grupy jak FCC.

Mandy   przygryzła   wargę   i   rozejrzała   się   szybko.   Nie   bardzo 

wiedziała,   czego   ma   właściwie   szukać,   wiedziała   tylko,   że   musi   być 

ostrożna.

- Jesteś agentem rządowym? - spytała szeptem, czując, jak ogarniają 

dreszczyk emocji. - Coś jest nie tak w WF... to znaczy, wiesz gdzie?

- Posłuchaj, Amando - ostrzegł ją z namaszczeniem. - Nie daj się 

wywieść   w   pole.   Nigdy   nie   mówiłem,   że   jestem   rządowym   agentem, 

dobrze?

Odchyliła się w krześle, posyłając mu pełen wyższości uśmiech.

- Nie dam się zbyć tak łatwo, panie Joe Tremaine. Nie urodziłam się 

wczoraj. Od razu zauważyłam, że ten Vic Harrison miał coś dziwnego w 

oczach. O co chodzi: łapówki, lewe pieniądze, podatki?

Mój Boże, ta to ma wyobraźnię, pomyślał Josh, zachowując jednak 

kamienną twarz. Nie powiedział jej przecież, że jest agentem, stwierdził 

tylko,   iż   są   pewne   delikatne   sprawy   w   rozgłośniach   radiowych   i 

telewizyjnych. Musiał jednak przyznać, że balansuje na bardzo cienkiej 

background image

linie pomiędzy subtelną prawdą a jawnym łgarstwem. Gdyby nie fakt, że 

miał bardzo poważny powód do takiego zagrania, uznałby to za zwykłe 

łajdactwo.

Ściszył   głos   do   gardłowego   szeptu   i   nachylił   się   do   niej 

konfidencjonalnie.

- Wszystko razem, Mandy, wszystko razem.

Nie zważając na poważne argumenty, a były one wszelakiej maści, 

jakimi Mandy starała się skłonić go do mówienia, Josh nie dał z siebie 

wycisnąć   nic   więcej.   Przypomniał   jej   tylko,   że   tajni   agenci   rządowi 

działają zawsze w oparciu o zasadę „wiedz tylko to, co musisz”. Prawdę 

mówiąc, odmówił nawet zdawkowych komentarzy na temat FCC.

Ale   Mandy   potrafiła   się   z   tym   pogodzić.   Dużo   trudniej   było   jej 

przejść do porządku dziennego nad tym, że nie zna jego prawdziwego 

nazwiska. Był dla niej tylko Joe'em Tremaine'em i Joe'em Tremaine'em 

miał pozostać.

-   Będzie   dużo   mniejsza   szansa   na   to,   że   wpadniesz,   jeśli   dalej 

będziesz o mnie myślała jako o Joe'em - powiedział jej przy deserze.

Posiłek był wspaniały, podawany w przerwach pomiędzy potyczkami 

na każdy temat, poczynając od jego prawdziwego imienia, a kończąc na 

roli, jaką ma odegrać podczas fałszywego miesiąca miodowego.

Na koniec Josh pozwolił sobie na stwierdzenie, że zwykle w takich 

małych   stacjach   telewizyjnych   kamerzyści   wyjeżdżający   z   ekipą 

wymagają   specjalnej   obserwacji.   To   natychmiast   natchnęło   Mandy 

kolejnym pomysłem, a Josh w duchu współczuł biednemu kamerzyście, 

który na pewno będzie stropiony czujną opieką Mandy.

background image

- Ledwo znalazłam miejsce na to ciasto - oznajmiła Mandy, siadając 

wygodniej w fotelu. - Stek był tak fenomenalny, iż zjadłam do ostatniego 

kawałka. Cieszę się, że mnie na niego namówiłeś.

-   Mamy   specjalny   fundusz   reprezentacyjny   -  podkreślił   ponownie 

Josh.   -   Skorzystajmy   z   niego.   Chociaż,   szczerze   mówiąc,   nie   mogłem 

patrzeć, jak jadłaś to mięso. Za każdym razem, kiedy podnosiłaś widelec, 

myślałem, że wyda głośne „muuu”.

-   Nazywa   się   to   specjał   pittsburski   -   poinformowała   go   Mandy, 

zlizując resztkę bitej śmietany z widelca. - Spieczony z wierzchu i prawie 

surowy w środku. Tutejszy szef kuchni przyrządził go perfekcyjnie. Mój 

dziadek zawsze mówił, że jestem kanibalem, ale tylko takie steki lubię.

- Dziadek? - powtórzył Josh machinalnie. - Czy on mieszka w tym 

mieście?

Mandy natychmiast przybrała pozycje obronne.

- Dlaczego  o to  pytasz?  Przecież  prowadzisz  śledztwo  w  sprawie 

WFML, a nie w mojej.

Spokojnie, Philips, spokojnie. Nie denerwuj się.

-   Chciałem   tylko   wiedzieć,   czy   nie   znajdę   się   przypadkiem   na 

muszce  pistoletu,  zanim skończy się  nasz miodowy  miesiąc.  W końcu, 

niektórzy dziadkowie dbają bardzo o swoje niezamężne wnuczki.

Widać było, jak z ulgą rozluźniła ramiona.

- Masz rację, chyba trochę przesadzam - Mandy uśmiechnęła się z 

przymusem. - Nie, dziadek nie mieszka tutaj. A gdyby mieszkał, to nie 

tylko ty byłbyś w niezłych tarapatach. Nie dlatego, żeby się denerwował z 

powodu   stereo   przyjętego   nie   całkiem   uczciwie.   O   nie,   dokładnie 

odwrotnie. Krew zawrzałaby w nim na wieść, że pomagam w wykryciu 

background image

czegoś nielegalnego w rozgłośni.

-   Bałby   się,   że   ktoś   może   cię   skrzywdzić?   -   Josh   zapłacił   już 

rachunek i pomógł jej wyjść zza stolika. - Rozumiem to, ale przyrzekam 

ci, że będziesz bezpieczna.

Mandy zaśmiała się krótko, kręcąc przecząco głową.

- Zacząłeś od złej strony Joe. Powiedzmy, że w biznesie mój dziadek 

hołduje zasadzie „w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone”.

- Twardy  facet,  co?  -  Wyszli już z  restauracji i  skierowali  się  w 

kierunku samochodu.

-   Wygląda   na   to,   że   będzie   padać   -   skomentowała   Mandy 

ciemniejące wyraźnie niebo. - Może się przynajmniej trochę ochłodzi.

 Już się ochłodziło, pomyślał Josh, pomagając Mandy zająć miejsce 

na przednim siedzeniu samochodu. Najwyraźniej temat dziadka jest już 

zakończony.   Twój   wysiłek   tego   popołudnia   najwyraźniej   się   opłacił, 

pogratulował sobie w myślach. Dwa plus dwa nadal jest cztery. Mandy 

musi   być   zaginioną   wnuczką   Alexandra   Tremaine'a.   Zemsta   nie   jest 

najładniejszym   słowem,   a   wykorzystanie   do   niej   tak   niewinnej 

dziewczyny, jak Mandy, nie jest może zbyt szlachetne, ale stary Tremaine 

zasłużył   sobie   na   to,   za   wszystko   co   zrobił   Dave'owi.   Rysy   Josha 

natychmiast stwardniały, kiedy przypomniał sobie swego przyjaciela i w 

jak bezlitosny sposób Alexander Tremaine zniszczył najpierw jego interes, 

a potem jego samego.

Josh   nie   przerywał   ciszy,   która   zapadła   w   samochodzie,   gdy 

wyjechał z parkingu i skierował się na zachód. Włączył radio i nastawił je 

na nie absorbującą uwagi stację. Nie chciał zmącić sobie nastroju, kiedy 

wyjechali z centrum i skierowali się w stronę przedmieść.

background image

-   Gdzie   jedziemy?   -   spytała   w   końcu   Mandy.   -   Myślałam,   że 

odwieziesz mnie do domu.

Mandy   ledwo   widziała   profil   Josha   w   słabym   świetle   wczesnego 

wieczoru.

- Chyba nie chcesz jeszcze wracać do swojego gorącego mieszkania. 

Pozwól klimatyzacji, żeby mogła wychłodzić trochę pomieszczenia. Poza 

tym chciałbym zobaczyć trochę miasta, kiedy już tu jestem. Na przykład, 

co jest tam?

- To Królestwo Dzikiej Wody, tereny do wszelkich zabaw z wodą. 

Różne   zjeżdżalnie,   a   nawet   basen   z   prawdziwymi   falami. 

Przyprowadziłam   tam   kiedyś   dzieciaki   z   przedszkola,   ale   myślę,   iż   ja 

miałam z tego więcej frajdy niż one. Spiekłam się tak, że bolało mnie 

przez tydzień - dodała.

Josh odwrócił głowę, by na nią spojrzeć.

- Delikatna skórka, co, Rudzielcu?

- Nie nazywaj mnie w ten sposób - ostrzegła, chwytając go za ramię. 

- To grozi śmiercią lub kalectwem.

Josh podjechał na parking i wyłączył zapłon.

- I gorący charakterek też - wiedział, że igra z ogniem, ale wciągało 

go to strasznie. - Nigdy cię nie martwiło, że mogą cię uznać za stereotyp?

- A ciebie nie martwiło nigdy, że możesz ugryźć swoją ładną buzią 

więcej, niż będziesz mógł zjeść? - odcięła się natychmiast, zastanawiając 

się, jak mogła sądzić, że wytrzyma w towarzystwie tego człowieka prawie 

przez tydzień, niezależnie, jak szlachetne byłyby intencje.

Opierając się o drzwi samochodu, Josh gwizdnął cicho.

- Wielkie nieba, widzę, że dotknąłem czułej struny. Przecież wcale 

background image

nie chciałem cię urazić.

- Nie, wcale nie - zgodziła się gorąco. - U ciebie to przychodzi w taki 

naturalny sposób, prawda?

-   Spokojnie,   ja   po   prostu   lubię   rude   włosy.   Lubię   też   piegi.   - 

Przysunął się w jej stronę i objął ją ramieniem. - Nawet mógłbym polubić 

zielone oczy, gdybym miał choćby cień szansy.

Mandy nie przestawała wyglądać przez okno. Nie chciała odwrócić 

głowy, pomimo że siedział tak blisko niej, iż czuła ciepło jego ciała.

- Każdy lubi zielone oczy - powiedziała, przymykając swoje tak, by 

nie musiała spoglądać w jego błękitne. - I nie jestem stereotypowa. Jestem 

sobą. To ty jesteś stereotypowy.

Josh odsunął się trochę, po to tylko, by przejechać delikatnie palcem 

po białej szyi Mandy.

- Ja? Stereotypowy? Dlaczego tak uważasz?

Przesunęła się na siedzeniu, by go lepiej widzieć, i wyjaśniła:

- Spójrz na siebie. Koszula bez kołnierzyka, białe spodnie, sandały 

na   bosych   stopach.   Nie   widziałam   ciebie   przypadkiem   w   ostatnim 

wydaniu telewizyjnego pokazu mody? - Widziała, jak się lekko skrzywił i 

wiedziała,   że   zaliczyła   dla   siebie   parę   punktów.   To   małe   zwycięstwo 

dodało jej odwagi i postanowiła pójść na całość. W końcu, biorąc pod 

uwagę wszystkie okoliczności, miała bardzo męczący dzień, a raczej kilka 

ostatnich dni. - No i te twoje włosy - zakończyła bezlitośnie.

- Co z moimi włosami? - spytał Josh oschle, czując nagle, że palce 

przeszkadzają mu w sandałach.

- Nic, są doskonałe. Twoje zęby są doskonałe. Twoja opalenizna jest 

doskonała.   Twoje   wszystko   jest   doskonałe.   -   Podniosła   ręce,   jakby 

background image

nadmiar   jego   doskonałości   był   zupełnie   nie   do   zniesienia.   -   Jesteś 

cholernie zbyt doskonały, żeby być prawdziwy. To jest właśnie to. Gdybyś 

nie był takim skończonym gogusiem, to prawdopodobnie jeździłbyś volvo. 

- Mandy wyraźnie się rozkręcała. - I jeszcze jedno...

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

- Do diabła! Gdzie się nauczyłaś takich paskudnych sztuczek? Od 

jednego   ze   swoich   bachorów?   -   Josh   usiadł   głębiej,   rozmasowując 

delikatnie szyję w miejscu, gdzie kończyły się włosy. - To boli.

- Miało boleć - poinformowała  go Mandy, poprawiając delikatnie 

spódnicę na kolanach. - Radzę ci teraz uruchomić samochód i zawieźć 

mnie z powrotem do miasta, zanim rozeźlę się na dobre.

Nie   próbowała   nawet   ukryć   uśmiechu   zadowolenia.   W   duchu 

dziękowała   telewizji   za   wspaniałe   programy   edukacyjne   w   zakresie 

samoobrony, starając się sobie przypomnieć, z którego nauczyła się tego 

konkretnego chwytu.

- Wiesz, Joe, myślę, że już najwyższy czas, żeby omówić niektóre 

szczegóły naszego miodowego miesiąca.

Josh wyjechał już na autostradę, nadal mrucząc wściekle pod nosem.

- Ciekaw jestem, ile mi wyrwałaś włosów. Czuję się tak, jakby miało 

mi to zaraz zacząć krwawić.

Mandy wyciągnęła w jego kierunku prawą rękę, przyglądając się z 

uwagą swoim palcom.

- Czy to nie zabawne, że takie delikatne kobiece ręce mogą zrobić 

takie   spustoszenie   tylko   dlatego,   że   trochę   pociągnęły   za   włosy   z   tyłu 

głowy. O wszystkim decyduje nadgarstek - dodała. A po chwili, z nagłym 

współczuciem, spytała: - Naprawdę jeszcze cię boli? Nigdy tego wcześniej 

nie próbowałam, nie wiedziałam więc, jak mocno ciągnąć.

-   Przyjmijmy   lepiej,   że   te   twoje   delikatne,   kobiece   dłonie   są 

śmiercionośną   bronią,   jak   ręce   karateki.   -   Przestał   w   końcu   masować 

szyję, która rzeczywiście bardzo go bolała. - A co do zasad między nami, 

background image

to   sam   czuję,   że   musimy   je   ustalić.   W   przeciwnym  razie   będę   musiał 

wziąć ze sobą rewolwer.

- Och nie, nie rób tego. Miałbyś wtedy takie nieładne wybrzuszenie 

pod swoją śliczną kurtką - zażartowała.

- Czy zasady te będą obejmować również ochronę osobistą? Jeśli nie, 

to chciałbym mieć coś do powiedzenia na temat twojej garderoby.

- Na przykład co? - wyrzucił z siebie sarkastycznie. - Co moje stroje 

mają   z  tym wspólnego?   Nie  są  wystarczająco  szykowne  dla  ciebie?   A 

może wolałbyś coś krótkiego i przetykanego złotem?

Josh   posłał   jej   długie   spojrzenie,   jakby   się   zastanawiał   nad   jej 

propozycją.

- A jak krótkiego?

- Nieważne. Powiedz lepiej, co ci się nie podoba w moich ciuchach?

-   Ubierasz   się   jak   nastolatka,   jeżeli   to,   co   masz   na   sobie,   jest 

reprezentatywne dla zawartości twojej szafy - powiedział bez ogródek. - I 

tak dobrze, że nie nosisz podkolanówek.

Mandy   obejrzała   swoją   sukienkę   tak,   jakby   widziała   ją   po   raz 

pierwszy.   Miała   już   ponad   trzy   lata   i   została   jej   jeszcze   z   czasów 

studenckich, jak zresztą większość ubrań. Nie kupowała sobie zbyt dużo 

od   tamtej   pory,   z   wyjątkiem   najpotrzebniejszych   rzeczy.   Nie   było   ani 

szczególnego   powodu,   ani   przede   wszystkim   pieniędzy   na   wymianę 

garderoby.   Może   rzeczywiście   stroje   te   nie   przystawały   już   do   jej 

dwudziestu czterech lat.

-   No   i   co?   Żadnej   szermierki   słownej?   Żadnego   kontrataku,   że 

wyglądam jak powtórka ze starego magazynu mody? No, dalej Mandy, 

wylej na mnie swą złość. Czekam na to.

background image

Spuściła cicho głowę.

-   Och,   zamknij   się,   dobrze?   Powiedziałeś   swoje   i   kropka. 

Przepraszam, że cię zaatakowałam. Ogłośmy zawieszenie broni. - W żaden 

sposób   nie   mogła   przyznać   się   przed   nim   do   mankamentów   swojej 

garderoby.

-   Przykro   mi,   ale   nie   mogę   na   to   przystać.   Masz   wyglądać   jak 

szczęśliwa   młoda   żona.   Jeśli   reszta   twoich   ciuchów   wygląda   tak 

dziewczęco, jak ta sukienka, to natychmiast ktoś zwęszy tu jakiś smród. 

Założę się nawet, że śpisz w jakiejś długiej koszulce z wydrukowanym 

misiem Yogi. Myślę, że musimy się wybrać na zakupy, zanim pojedziemy 

do Atlantic City.

Mandy zaczęła wiercić się niespokojnie, nienawidząc go za to, że 

miał rację.

- Ziggy - mruknęła po chwili milczenia.

- Co takiego?

- Na mojej koszuli nocnej jest Ziggy, no wiesz, ten mały, tłusty, łysy 

facet z komiksów. Ma wielki nochal i na głowie szlafmycę - dodała dla 

porządku. Mając za sobą to wyznanie, czuła, że wraca jej odwaga. - Ale 

jeśli   myślisz,   że   będziesz   miał   coś   wspólnego   z   wybieraniem   moich 

szlafroków, to jesteś w grubym błędzie. Równie chętnie poszłabym po 

zakupy z markizem de Sade.

Josh zgodził się na to małe zwycięstwo.

-   W   porządku,   Mandy,   pod   warunkiem,   iż   będziesz   pamiętać,   że 

moim   ulubionym   kolorem   jest   czarny,   choć   może   niezbyt   pasuje   na 

miodowy miesiąc.

- Nie interesuje mnie to. I tak nie będziesz oglądać moich nocnych 

background image

koszul. Skręć tu w lewo.

Wykonując   jej   polecenie,   Josh   uświadomił   sobie,   że   niechcący 

otworzył   puszkę   Pandory,   którą   trudno   już   teraz   będzie   zamknąć. 

Najwyraźniej   Mandy   nie   wzięła   pod   uwagę   w   swoim   scenariuszu 

wspólnych   nocy.   Patrząc   w   jej   szeroko   otwarte   oczy   zrozumiał,   że 

rozważa to teraz.

- A co do reguł między nami...

- Tak, żono? - spytał z uśmiechem.

Jej oczy zwęziły się, kiedy wpatrzyła się w niego w ciemnościach 

samochodu.

- Podoba ci się to, co? Najpierw pakujesz mnie w cały ten bałagan, a 

potem, kiedy chcę się z tego wycofać, opowiadasz mi bajki o tym, jak to 

potrzebujesz   mojej   pomocy   do   zbadania   jakiś   ciemnych   interesów   w 

telewizji...

-   Nie   mówiłem   nigdy,   że   prowadzę   śledztwo   -   przerwał   jej, 

włączając kierunkowskaz przed zakrętem.

Popatrzyła na niego przez chwilę, zanim podjęła swoją kwestię.

-   Wiem,   że   jestem   zbyt   łatwowierna,   Jeanne   powtarzała   mi   to 

wielokrotnie, ale teraz czuję, iż zaczyna padać śnieg, a koło mnie siedzi 

bałwan.   I   nawet   nie   chcesz   mi   się   przedstawić.   -   Wyprostowała   się 

zdecydowanym ruchem. - Żądam okazania jakiegoś dowodu tożsamości. I 

zatrzymaj się. Jesteśmy w domu.

Podczas wspinaczki na trzecie piętro Josh Philips szukał w myślach 

pretekstu, by nie pokazać jej prawa jazdy, dowodu tożsamości, jakiego się 

domagała.   Nie   wiedział,   czy   przypadkiem   nie   skojarzy   jego   nazwiska, 

background image

chociaż sprawa przejęcia WFML przez jego firmę nie dostała się jeszcze 

do   gazet.   Był   jednak   pewien,   że   adres   uruchomi   w   jej   głowie   kilka 

dzwonków alarmowych.

Odczekał spokojnie, aż otworzyła drzwi i weszła do środka zapalając 

po   drodze   światła.   Chłodne   powietrze   w   mieszkaniu   było   przyjemną 

niespodzianką   po   długiej   wspinaczce   w   dusznej   klatce   schodowej. 

Zostawiła go zresztą od razu samego. Podeszła do klimatyzacji i zaczęła 

chłodzić sobie włosy w strumieniu zimnego powietrza, mrużąc przy tym 

zabawnie   oczy.   Spokojnie   wykorzystał   ten   moment,   by   wyciągnąć   z 

portfela prawo jazdy i przełożyć je do tylnej kieszeni.

-   Czy   karta   kredytowa   nie   wystarczyłaby,   inspektorze?   -   zapytał 

rozsądnie, podając jej cały plik kart, wyciągniętych właśnie z portfela. - 

Musiałem zostawić prawo jazdy w innych spodniach.

-   Philips,   Inc.   -   przeczytała,   marszcząc   nos,   kiedy   przejrzała 

wszystkie karty po kolei. - Z tego nic nie wynika. Wszystkie są kartami 

firmy.   Nawiasem   mówiąc,   co   to   za   firma?   Taka   sama   nie   istniejąca 

korporacja, jakiej używają agenci CIA? Nie masz nic, gdzie byłoby twoje 

nazwisko,   grupa   krwi   itp.?   Zgodziłabym   się   nawet   na   twoją   kartę 

biblioteczną. A co by było, gdybyś miał wypadek? Nikt nie mógłby cię 

zidentyfikować.

- Wiem o tym - odpowiedział, siadając wygodnie na sofie. - Myślę, 

że   intuicyjnie   unikam   teraz   noszenia   zbyt   wielu   dokumentów 

identyfikacyjnych,   po   tym   jak   na   wszelkiego   rodzaju   obozach   zawsze 

miałem   przyszyte   nazwisko   nawet   do   kąpielówek.   Poza   tym   nadal 

uważam, że to niezły pomysł, żebyś mówiła do mnie Joe. I tak mam dosyć 

problemów na głowie i nie chcę się jeszcze dodatkowo martwić, czy się 

background image

przypadkiem głupio nie sypniesz i wszystko się wyda.

- Dzięki za zaufanie. I tak jestem zdziwiona, że w ogóle uwzględniłeś 

mnie w swoich planach. - Kręcąc z dezaprobatą głową, Mandy zniknęła w 

małej  kuchni,  skąd   wynurzyła  się   za  chwilę,  trzymając  w rękach  dwie 

wysokie szklanki mrożonej herbaty. - Uważaj - ostrzegła go, podając mu 

jedną z nich - może być zatruta.

Josh napił się, odstawił szklankę i trzymając ręce za głową, rozsiadł 

się wygodnie.

-   To   jest   życie.   Obiad   w   mieście,   potem   miła   przejażdżka 

samochodem, a teraz przytulny wieczór ze swoją kobietą. Czy brzmi to 

wystarczająco dobrze w ustach młodego małżonka, by przekonać ekipę 

telewizyjną?

Mandy spojrzała tęsknie na kanapę, jedyny wygodny mebel w całym 

mieszkaniu, nie licząc łóżka, które z oczywistych względów nie wchodziło 

w grę. W końcu usiadła na wyściełanym krześle, które kupiła kiedyś w 

komisie meblowym.

Patrząc na Josha, który tymczasem wertował magazyn telewizyjny, 

mrucząc coś o jakimś wielkim meczu, czuła, jak rośnie w niej złość.

Jak do tego doszło, że znalazła się w tak trudnej sytuacji? W jednej 

chwili była królową całego świata, wygrywając wspaniałe stereo, by zaraz 

potem ściągnąć na siebie całą masę problemów i niedomówień. Jak mogła 

się zgodzić na ten wyjazd na miodowy miesiąc? Czy naprawdę postradała 

zmysły?

Sama   popatrz   na   niego,   jak   się   rozgościł   w   twoim   pokoju.   Jeśli 

jeszcze powie, że zawsze marzył o cieple domowego ogniska, to chyba nie 

wytrzymam.

background image

- Dobrze, Joe, zabawa skończona - powiedziała głośno. - Stereo jest 

już w przedszkolu, a ja zdecydowałam się zakończyć tę grę. Choć może 

lepiej   przedstawić   to   tak:   stereo   jest   w   przedszkolu,   a   ja   powinnam 

zakończyć grę.

Josh podniósł na nią oczy znad programu.

-   Naprawdę   myślałem,   że   ci   pomagam.   Wiesz   przecież   o   tym, 

prawda, Mandy?

Wyglądał tak przekonująco, patrząc jej z niezmąconym spokojem w 

oczy, że Mandy z ociąganiem dała się udobruchać.

-   Myślę,   że   serce   miałeś   na   miejscu.   -   Uśmiechnął   się   i   zrobił 

wyraźny   ruch   w  jej   stronę.   Natychmiast   powstrzymała   go   stanowczym 

gestem. - Szkoda tylko, że musiałeś tak paskudnie skończyć.

Jego uśmiech zbladł trochę, ale potem znów się ożywił.

- Niespecjalnie, Mandy. Mój pierwotny plan, by przekonywać ludzi, 

że   jestem   z   zarządu,   nie   jest   nawet   w   połowie   tak   dobry,   jak   ten   z 

miodowym miesiącem.

To   niesamowite,   pomyślał   spuszczając   oczy,   jak   można   prawdę 

dopasowywać do sytuacji, jeżeli się tylko chce nad tym popracować.

-   Z   zarządu?   -   prychnęła   Mandy.   -   Nie,   żebym   chciała   ci   robić 

przykrość, Joe, ale mniej wyglądasz na zapracowanego biznesmena niż 

kaczor Donald. Poza tym masz poważniejszy problem. Co się stanie, jeśli 

pojedzie z nami jakiś inny kamerzysta?

-   Powiedziałem   ci   już,   że   to   będzie   ten   właściwy   -   zapewnił   ją, 

myśląc   gorączkowo,   jak   by   tu   zmienić   niepostrzeżenie   temat.   Fakt,   że 

Mandy nie była na tyle głupia, by wpadać w zastawiane na nią pułapki bez 

cienia   wątpliwości,   tylko   uatrakcyjniał   całą   zabawę.   -   Nie   wyobrażam 

background image

sobie  lepszego  miejsca   jak  Atlantic  City,  żeby   go  choć  trochę   poznać, 

przyjrzeć   się   jego   zwyczajom.   On   i   tak   wpadnie   prędzej   czy   później, 

biorąc pod uwagę informacje, które już mam o nim.

- Uprawia hazard? - Mandy czuła, że wypowiada oczywisty wniosek.

Josh potrząsnął przecząco głową.

- Pije jak smok - zmyślił na poczekaniu. Nie chciał, by Mandy łaziła 

w kasynie za rzekomo podejrzanym kamerzystą, licząc wszystkie żetony, 

które   wyda.   -   Poza   tym   lubi   kobiety,   musisz   więc   uważać,   by   nie 

poświęcać mu zbyt dużo uwagi. W końcu nie mogę być z tobą przez cały 

czas.

Stwierdzenie to natychmiast przywołało wcześniejsze obawy Mandy, 

spychając na plan dalszy kamerzystę i własne plany kariery detektywa.

-   No   i   przede   wszystkim   trzeba   ustalić   nasze   zasady   -   zaczęła, 

ryzykując szukanie papieru i długopisu, żeby zrobić listę. - Pozycja numer 

jeden: ustalenia w sprawie spania.

Josh usiadł wygodnie z rękoma skrzyżowanymi na piersiach.

- Zanim posuniesz się dalej, panno Tremaine - przerwał jej sztywno - 

przyjmij do wiadomości, że ja nie jestem z tych facetów. Mam zamiar spać 

na kozetce, nie rozwijaj więc tego tematu.

Mandy posłała mu długie, trzeźwe spojrzenie, potem pochyliła się i 

zaczęła pisać.

- Dobrze. Pozycja numer jeden: Joe śpi na kozetce. Pozycja numer 

dwa:   publiczne   okazywanie   emocji.   -   Popatrzyła   na   niego,   a   jej   twarz 

przybrała   wyraz   powagi.   -   Nie   martwię   się   o   publiczne   obejmowanie. 

Telewizja   chce   zrobić   film   o   parze   przeżywającej   miodowy   miesiąc, 

wnioskuję więc, że zależy im na trzymaniu się za ręce i robieniu do siebie 

background image

maślanych oczu, ale na tym koniec. Pamiętaj, iż mam opanowane również 

inne chwyty, a nie tylko ciągnięcie za włosy.

Josh odruchowo dotknął obolałego miejsca i skinął głową.

- Punkt numer trzy: zdrobnienia - powiedział, wskazując na jej rękę i 

wyrażając w ten sposób wolę przelania swych myśli na papier. - Zgadzam 

się   na   „kochanie”,   „najdroższy”,   no,   w   ostateczności   „mój   miły”.   Nie 

zgadzam się na żadne „słoneczko”, „słodziutki”, czy coś w tym rodzaju.

Mandy zapisała skrupulatnie każde słowo, po czym zdecydowanym 

ruchem podkreśliła to ołówkiem.

-   W   porządku.   Żadnych   denerwujących   zdrobnień.   Wiadomość 

przyjęta i zrozumiana, Laleczko.

-   To   świetnie,   Rudzielcu   -   odparował   Josh   bez   zmrużenia   oka.   - 

Widzisz,   wiedziałem,   że   potrafimy   wypracować   jakąś   metodę   ku 

obustronnemu   zadowoleniu.   -   Powiedział   to   z   tym   swoim   krzywym 

uśmieszkiem, do którego Mandy zaczynała się powoli przyzwyczajać.

-   Naprawdę?   -   spytała,   podchodząc   do   drzwi   wejściowych. 

Otworzyła je zaraz, dając tym samym niezbyt może grzeczny, ale wyraźny 

znak, że uważa rozmowę za zakończoną. - W takim razie powiedz mi, 

dlaczego   czuję   się,   jakbym   wylądowała   z   trzaskiem   w   samym   środku 

starego filmu z Doris Day? - dodała, kiedy przechodził obok niej.

Zanim mogła zaprotestować, pochylił się szybko nad nią i dał jej 

całusa w sam czubek noska.

-   Bo   ona   też   miała   piegi   -   przypomniał   jej.   -   Jednak   Doris   była 

blondynką. A twoje rude włosy podobają mi się bardziej. Do zobaczenia 

jutro wieczorem, Amando Elisabeth.

Chciała chwycić go za ramię, by go zatrzymać, ale nie zdążyła. Był 

background image

już prawie na półpiętrze, kiedy krzyknęła za nim:

-   Przecież   do   Atlantic   City   wyjeżdżamy   w   sobotę.   A   jutro   jest 

dopiero piątek.

Zatrzymał się na schodach, by się do niej uśmiechnąć, ale tym razem 

zdecydowała, że ten uśmiech wcale się jej nie podoba.

- Tak, wiem o tym. Wstąpiłem dzisiaj do telewizji i Vic Harrison dał 

mi szczegółowy plan wyjazdu. Ich ekipa odbierze nas tutaj w sobotę o 

siódmej trzydzieści, więc najlepiej będzie, jak wprowadzę się tu w piątek 

wieczorem. Nie chcemy chyba zepsuć wszystkiego, zanim jeszcze się coś 

zaczęło, prawda?

- Zapomnij o tym - krzyknęła Mandy, po czym natychmiast ściszyła 

głos, przypominając sobie o swej wścibskiej gospodyni. - Nie możesz tu 

zostać na noc - wyszeptała - pani Thorton by się chyba okociła!

-   W   takim   razie   dostanie   się   do   księgi   rekordów   Guinessa.   -   To 

musiało wystarczyć Mandy za cały komentarz.

Posłał   jej   całusa,   odwrócił   się   na   pięcie   i   zniknął,   zostawiając 

osłupiałą dziewczynę samą na schodach.

-   No   i   mamy   pięknie   zawiązaną   sieć   intrygi   -   stwierdziła   Jeanne 

Tisdale następnego dnia rano, obserwując Mandy chodzącą nerwowo tam i 

z powrotem po małym gabinecie w przedszkolu. - Mówiłam ci przecież, 

żebyś na samym początku powiedziała całą prawdę. Co dalej, Amando? 

Czy naprawdę sądzisz, że ten osobnik, Joe, jest agentem rządowym, czy 

jak go tam przedstawiłaś?

Mandy zaprzestała swej wędrówki i opadła ciężko na krzesło.

- Wiem, że brzmi to idiotycznie, jak wszystko inne, co się ostatnio 

background image

zdarzyło, ale wyglądało na to, że mówił szczerze. Joe musiał wiedzieć, że 

ten kamerzysta, którego śledzi, jedzie z nami, wiedział również tyle innych 

rzeczy. Z całą pewnością bardzo się w to zaangażował, wrócił przecież do 

telewizji pogadać z Vikiem Harrisonem i tak dalej. Ach, zresztą sama nie 

wiem już, co o tym wszystkim myśleć.

-   To   pozwól   mi   w   takim   razie   na   małą   wskazówkę.   Myślę,   że 

powinnaś pójść po zakupy - podpowiedziała spokojnie Jeanne.

- I ty, Brutusie, przeciwko mnie?

- Jeśli oznacza to, że twój pseudomąż zgadza się ze mną, to popieram 

jego   dobry   smak.   Wygląda   na   to,   że   twoja   koncepcja   ubierania   się 

sprowadza się tylko do zakładania na siebie dżinsów. Czy kiedykolwiek 

miałaś suknię koktajlową?

Mandy   miała   i   to   bardzo   wiele.   Zostawiła   je   wszystkie,   zanim 

przeniosła się do Allentown, bo nie chciała zabierać ze sobą zbyt wielu 

wspomnień. Ale to teraz i tak nieważne.

- Joe bardziej interesował się moimi szlafrokami.

Jeanne zastanowiła się przez chwilę.

-   To   racja,   myślę,   że   będziesz   potrzebowała   zestawu   skromnych, 

białych peniuarów. Wiesz, śniadania nowożeńców, itp.

- Joe woli czarne.

- To wspaniale.

-   Też   tak   myślę.   Kupię   sobie   jakiś   peniuar,   aby   mieć   w   czym 

występować przed kamerami, ale na pewno nie taki, żeby coś przez niego 

przeświecało. Przez resztę czasu będzie musiał polubić moją koszulkę z 

Ziggym i mój stary płaszcz kąpielowy. W końcu nie jadę tam przecież po 

to, by na nim robić wrażenie.

background image

- W jakim hotelu się zatrzymacie? - spytała Jeanne, czując, że już 

najwyższy czas, by zmienić temat. Amanda była już pełnoletnia i miała 

swoje własne życie.

- W Hotelu Tropicana. Leży tuż przy promenadzie. Słyszałaś o nim?

Jeanne zastanowiła się przez chwilę, starając się sobie przypomnieć 

ten hotel z jedynej autobusowej wycieczki do Atlantic City, którą odbyła 

razem z kościelnym zespołem matki.

-   O   tak,   pamiętam   go.   Chyba   wygrałam   tam   wtedy   dwadzieścia 

dolarów. Oczywiście później przegrałam je gdzie indziej.

- Nie, hazard mnie nie bierze. - Mandy wyglądała na przestraszoną. - 

Uważam, że to głupie. Czy myślisz, że ktokolwiek pozwoliłby sobie na 

zbudowanie   tylu   kasyn,   gdyby   hazardziści   wygrywali   więcej,   niż 

przegrywają? Poza tym stanie w ciemnym, zadymionym pomieszczeniu, 

wrzucanie żetonów i oglądanie wirujących owoców jest śmiertelnie nudne.

-   Święte   słowa   -   zażartowała   Jeanne   i   sięgnęła   po   książkę 

telefoniczną, szukając numeru do swojego ulubionego sklepu. - Zadzwonię 

do Marion i powiem, że jesteś w drodze. I nie przejmuj się, w jej sklepie są 

nie tylko poliestry. Wybierz sobie przynajmniej dwie suknie wieczorowe i 

kilka   prostych   sukienek   na   dzień.   Kup   to   na   mój   rachunek,   a   później 

oddasz mi w ratach. O.K.?

-   Tak,   matko   -   zgodziła   się   Mandy   uroczyście.   Wiedziała,   że   w 

takich przypadkach lepiej nie dyskutować z przyjaciółką. Obeszła biurko, 

przytuliła   Jeanne,   po   czym   zabrała   jej   portmonetkę   i   podskoczyła   do 

drzwi. - Wyślę ci kartkę, Jeanne. I założę się, że będzie to jedyna kartka z 

podróży poślubnej panny młodej ze słowami: „chciałabym, żebyś tu ze 

mną była”!

background image

Josh sam wybrał się po małe zakupy tego popołudnia. Kupił dwie 

pary   kąpielówek,   trochę   przyborów   toaletowych   i   coś,   czego   nigdy 

wcześniej nie nosił: piżamę. Bawił się przez chwilę pomysłem kupienia 

jedwabnej   z   sercami   przebitymi   strzałą   Kupidyna,   ale   bał   się   trochę   o 

reakcję Mandy. Skończyło się więc na dwóch jedwabnych wprawdzie, ale 

za to prostych piżamach koloru ciemnoczerwonego i pasującym do nich 

płaszczu kąpielowym.

Potem wrócił do WFML na kolejne spotkanie z ojcem, który miał do 

niego tym razem już kilka konkretnych pytań.

- Rozmawiałem z mamą, która mówiła, że nic nie słyszała o twoich 

planach wyjazdu do domu - rozpoczął Philips senior. - Twoja sekretarka 

też o niczym nie wie. Więc gdzie się w końcu wybierasz, synu? Na jakieś 

zwariowane żagle na Karaibach?

- Tato, mam trzydzieści dwa lata - powiedział Josh, potrząsając ze 

smutkiem   głową.   -   Mam   nadzieję,   że   zawsze   byłem   dobrym   synem, 

lojalnym, pilnym i pracowitym. Dlaczego więc wciąż robisz ze mnie Don 

Juana?

Matt Philips przysiadł na rogu biurka i uśmiechnął się.

- Ponieważ sam wtedy czuję się młodszy. Poza tym razem z matką 

musieliśmy odpierać ataki różnych młodych panienek, które miały ochotę 

na twoje ciało, od kiedy skończyłeś drugą klasę.

-   Cóż   mogę   na   to   poradzić,   skoro   przejąłem   w   tym   względzie 

legendę po swoim sławnym ojcu? - Josh z przyjemnością obserwował jego 

zakłopotanie. - Ale tym razem nie trafiłeś. To tylko czysty biznes.

- Popraw mnie, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, iż robimy interesy 

background image

razem. Jak to wiec możliwe, że ja o niczym nie wiem? - Matt chciał, by 

zabrzmiało to beztrosko, ale czuł, że coś wisi w powietrzu i wiedział, że to 

mu się nie podoba. - Nie zasłużyłem na twoje zaufanie?

Josh, krzywiąc się nieznacznie, zaczął rozcierać sobie bolącą szyję.

- Przykro mi, tato, ale to nie jest mój sekret i nie mogę go ujawnić. 

Chciałbym jednak poprosić cię o dwie przysługi, O.K.?

-   Słucham,   ale   nic   nie   obiecuję,   dopóki   nie   będę   wiedział,   o   co 

chodzi.

Josh napisał nazwisko i adres na kawałku papieru i podał go ojcu.

-   Pierwsza,   to   mały,   techniczny   drobiazg,   który   odkryłem 

poprzedniego dnia. Sam bym to załatwił, ale nie mam już czasu. Po prostu 

powiedz Vikowi Harrisonowi, disc jockeyowi z popołudniowej zmiany, 

aby przygotował duplikat wieży stereo i wyjazdu na miesiąc miodowy, 

jako nagrody dla zwycięzcy konkursu z ubiegłego tygodnia. Niech powie 

na antenie, że to z uwagi na remis czy coś takiego.

- To wygląda dość prosto. A druga przysługa?

Josh ponownie coś napisał i wręczył ojcu.

- Tu jest numer telefonu, pod którym będzie mnie można znaleźć. To 

hotel. Ale proszę, tato, skorzystaj z niego tylko w naprawdę awaryjnej 

sytuacji. Jak będziesz dzwonić, pytaj o Joe'ego Tremaine'a, i na Boga, nie 

podawaj swojego nazwiska, jeżeli telefon odbierze kobieta.

- Źle to zaplanowałeś, synu. Oznacza to bowiem, że jeżeli odbierze 

mężczyzna, powinienem odłożyć słuchawkę. - Matt popatrzył najpierw na 

numer telefonu, a potem na siedzącego z niewinną miną syna. - Kto to, do 

licha, jest Joe Tremaine?

- To ja, tato, przynajmniej przez najbliższe pięć dni.

background image

Oczy starszego mężczyzny zwęziły się, a próba zrozumienia całej 

sytuacji zakończyła się fiaskiem.

- Jesteś w jakichś tarapatach, synu?

Josh skończył rozcierać szyję.

-   Można   by   tak   powiedzieć,   tato.   Pamiętasz   faceta   o   nazwisku 

Alexander Tremaine?

-   Alexander   Tremaine,   Alexander   Tremaine   -   powtórzył   w 

zamyśleniu Matt, po czym ponownie spojrzał na trzymaną w ręku kartkę. - 

Joe Tremaine. No jasne! Teraz wiem, dlaczego to nazwisko zabrzmiało mi 

znajomo.   Przecież   to   już   było   tak   dawno,   trzy   lub   cztery   lata   temu. 

Paskudny  interes.  -  Poczuł dziwne  ssanie   w  żołądku,  gdy   przypomniał 

sobie, jak Josh wtedy zareagował. - Josh, co u licha się dzieje?

- Tylko drobny rewanż, tato. Długo czekałem na to, by zobaczyć 

Alexa Tremaine'a na kolanach. A teraz myślę, że znalazłem sposób.

- Dave Benjamin był twoim dobrym przyjacielem i wiem, jak ciebie 

to  załamało.  Rozumiem,  jak  się   czujesz,  ale   czy   naprawdę  myślisz,  że 

nawet Dave by pochwalił to, co planujesz?

Twarz Josha spoważniała.

- Chcę to zrobić dla Dave'a. Nie, żebym specjalnie szukał, jakby się 

tu odgryźć, ale okazja sama wpadła mi w ręce. Dostanę go, tato, wiem o 

tym.

- Zgodnie z prawem?

- Zgodnie z prawem, tato, naprawdę.

- Moralnie?

Josh odwrócił oczy od nieustępliwego spojrzenia ojca.

- Nic nie jest do końca czarne lub białe, wiesz o tym. - Josh...

background image

- Rety, która godzina! - Josh złapał za kurtkę, tym razem była to 

sportowa bluza z białego jedwabiu, i popędził w stronę drzwi. - Muszę 

pędzić. Ucałuj ode mnie mamę. Będę w kontakcie.

- Joshua!

Wzdychając ciężko, Josh zawrócił i stanął ponownie przed ojcem. 

Matt spoglądał na niego przez chwilę, próbując wyczytać coś z jego oczu. 

W końcu machnął ręką.

- Dobrze, idź, jeśli uważasz, że musisz. Ale pamiętaj o jednym, synu. 

Zemsta bardzo często jest bronią obosieczną. Uważaj, żebyś nie skończył 

wśród pokonanych.

Nagle,   bez   ostrzeżenia,   stanęła   mu   przed   oczami   niewinna   twarz 

Mandy.

- Tak, tato. Powoli zaczynam zdawać sobie sam z tego sprawę. Ale z 

powodów,   które   nie   mają   absolutnie   nic   wspólnego   z   Alexandrem 

Tremaine'em jest już za późno na zmianę planów.

Była już prawie dziesiąta wieczorem, a Joe jeszcze się nie pojawił. 

Mandy zaciągnęła zasłony, wyglądając przez okno chyba z dziesiąty raz w 

ciągu   ostatnich   kilku   minut,   i   bardzo   starała   się   nie   denerwować. 

Omiatając ponownie spojrzeniem pokój, poukładała raz jeszcze w myślach 

pościel i poduszkę, skrzętnie złożone w jednym rogu krótkiej kanapy.

Może   powinnam   rozłożyć   i   pościelić   kanapę,   zanim   tu   przyjdzie, 

pomyślała, przygryzając wargę. Nie, bo wtedy by wyglądało, że czekałam 

na niego. Zebrała z kanapy pościel i odniosła ponownie do sypialni, by 

sprawić wrażenie, że w ogóle się go nie spodziewa.

- I w ten sposób narażę się na złośliwe komentarze o tym, gdzie 

background image

zaplanowałam spędzenie przez niego nocy - powiedziała do siebie głośno. 

- Nie ma mowy. - Pościel ponownie wylądowała na kanapie.

Opuszczając swój posterunek obserwacyjny w pokoju, udała się do 

sypialni   i   po   raz   ostatni   poddała   inspekcji   zawartość   swojej   walizki. 

Czarna   sukienka,   którą   sugerowała   Jeanne,   leżała   na   samym  wierzchu, 

staranie zawinięta w delikatny papier.

- Podstawowa, niezastąpiona czarna suknia - podsumowała Marion, 

kiedy   Mandy   aż   zaniemówiła   na   jej   widok.   Była   bardzo   seksowna,   z 

jedwabistego, lejącego się materiału, na cienkich ramiączkach.

Wiedziała od razu, że na jej widok Joe zwariuje. Na myśl o tym 

uśmiechnęła się i pod wpływem nagłego impulsu stwierdziła krótko:

- Biorę to!

Teraz   jednak,   gdy   stała   sama   w   sypialni   i  czekała   na   rzekomego 

męża,   który   miał   spędzić   noc   na   kanapie   w   sąsiednim   pokoju, 

wcześniejsza odwaga opuściła ją całkiem.

-   Musiałam   zupełnie   postradać   zmysły.   -   Wyciągnęła   rękę   po 

sukienkę z zamiarem powieszenia jej w szafie, by potem oddać do sklepu. 

Ledwo jednak dotknęła opakowania, usłyszała głośne pukanie do drzwi 

wejściowych i cofnęła rękę jak oparzona.

-   O   Boże,   zaczyna   się   -   wyszeptała,   chwytając   się   za   nagle 

rozdygotany żołądek. Spojrzenie w lustro zajęło jej tylko ułamek sekundy. 

Zdążyła   jednak   zauważyć,   że   zjadła   prawie   całą   szminkę   i   sięgnęła 

natychmiast po pomadkę, by to naprawić.

- Juuuhuuu, Mandy! Twój chłopak wrócił do domu!

Otwarta   szminka   wypadła   jej   z   ręki,   łamiąc   się   na   pół,   kiedy 

wylądowała na toaletce.

background image

- Zabiję go. - Zawrzało w niej i popędziła, by otworzyć mu drzwi, 

zanim zdąży powiedzieć coś jeszcze. Zrobiła to akurat w chwili, kiedy 

miał już zapukać ponownie, tym razem pewnie byłaby to improwizacja 

solo na perkusji. - Mógłbyś zachowywać się trochę ciszej - zasyczała ze 

złością. - Jeżeli obudzisz panią Thor...

- Panno Tremaine! - wyraźnie wrogi głos dobiegł ich z dołu klatki 

schodowej.   -   Myślałam,   że   rozumie   pani   reguły   tego   domu.   Nie   ma 

żadnych wizyt panów po godzinie jedenastej wieczorem.

- On nie zostaje u mnie,  pani Thorton - zawołała Mandy  słabym 

głosem, nadeptując mocno na palec Josha, który już otwierał usta, by temu 

zaprzeczyć. - I przepraszam za hałas. Naprawdę. Mój kuzyn Harry zawsze 

lubił robić takie kawały.

- Pani kuzyn? - Pani Thorton bardzo chciała zobaczyć z dołu, co się 

tam na górze dzieje.

-   Tak,   kuzyn   Harry   -   powtórzyła   Mandy,   na   próżno   próbując 

wciągnąć Josha do środka. - Harry, hmm, Higgenbottom.

-   Higgenbottom?   -   zdumiał   się   Josh.   -   Ty   to   masz   wyobraźnię, 

Mandy. Każdy inny powiedziałby Jones.

-   Nie   wiedziałam,   że   ma   pani   jakichś   krewnych   -   zauważyła 

gospodyni, stawiając stopę na pierwszy stopień.

-   Czy   ona   myślała,   że   wyklułaś   się   z   jajka?   -   spytał  scenicznym 

szeptem Josh, narażając się na niechybną śmierć, gdyby Mandy potrafiła 

zabijać wzrokiem.

- Panno Tremaine, jest prawie wpół do jedenastej - oznajmiła pani 

Thorton.   -   Proszę   powiedzieć   panu   Higgenbottomowi,   że   musi   nas 

wkrótce opuścić. - Usłyszeli, jak jej pantofle szurają cicho po schodach, 

background image

gdy gospodyni wchodziła na drugie piętro, chcąc koniecznie spojrzeć na 

kuzyna Mandy.

Josh pomógł jej w tym, wychylając się przez barierkę.

-   Witam,   pani   Thorton.   Ooo,   jaki   ładny   szlafroczek.   Gospodyni 

bąknęła   coś  niezrozumiale   i  przyciskając   do   siebie   różową   podomkę   z 

włóczki, popędziła w dół schodów. Mandy musiała mocno zagryźć usta, 

by nie wybuchnąć głośnym śmiechem, kiedy usłyszała trzaśniecie drzwi 

na dole.

-   Jedenasta   wieczorem?   -   Josh   powtórzył   raz   jeszcze,   kiedy   już 

weszli   do   mieszkania.   -   Ale   surowe   życie   towarzyskie   musi   pani 

prowadzić, panno Tremaine.

- Jakoś sobie radzę - powiedziała z ulgą, ale zaraz jej oczy ponownie 

rozszerzyły się ze strachu, gdy zobaczyła w jego ręce walizkę. - Musiałeś 

to ze sobą przynieść? A co będzie, jeśli widziała to pani Thorton?

- To jeden z powodów, dla których nie przyjechałem tu wcześniej - 

wyjaśnił,   stawiając   walizkę   pod   ścianą.   -   Mogłem   tak   zrobić   albo 

próbować   przekonywać  ją,   że   włóczę   się   po   nocach   jako   komiwojażer 

szczotek. No więc, żonko - powiedział, rozglądając się po pokoju - gotowa 

do łóżka?

Mandy cofnęła się o dwa kroki i spojrzała na niego szyderczo.

-   No   dalej,   żartuj   sobie   ze   mnie.   Powoli   zaczynam   się   do   tego 

przyzwyczajać.

-   Co   ja   takiego   powiedziałem?   -   spytał   Josh   obojętnie.   -   Jestem 

niewinny, przysięgam.

- O, tak. Wszyscy mówią tak samo - strzeliła Mandy, robiąc zwrot na 

pięcie.

background image

-   Co   ci   wszyscy   mówią?   No   i   jacy   wszyscy?   Dokąd   się   teraz 

wybierasz? - Stała już teraz w sypialni z ręką na klamce. - Mandy, znowu 

robisz   to   samo   -   podkreślił,   potrząsając   głową.   -   Powiedz,   czy   często 

odgrywasz sceny balkonowe?

To powstrzymało ją na chwilę.

- O co ci chodzi? Czy insynuujesz, iż pozuję na uwodzicielkę? A 

może spodziewasz się, że mam tu stale jakichś mężczyzn, co? Może trzech 

z nich właśnie schowało się w klozecie, nie pomyślałeś o tym? Wiesz co, 

powiem ci coś, Joe Tremaine'ie, czy jak ciebie tam zwą...

Josh podszedł do niej szybko i złapał ją ręką za podbródek, unosząc 

jej głowę tak, że musiała na niego spojrzeć.

-   No,   no,   Doris,   kochanie,   nie   musisz   wcale   robić   tak   dalej. 

Przyrzekam,   że   będę   grzeczny.   Naprawdę   nie   daj   się   ponosić   swej 

fantastycznej   wyobraźni,   po   to,   by   mnie   przekonać,   że   jesteś   tylko 

niewinną ofiarą intrygi, w dodatku uknutej przez kogoś innego.

Mandy zlustrowała go od stóp do głów, po czym odsunęła się od 

niego.

-   To   możesz   jednym   uchem   wpuszczać,   a   drugim   wypuszczać, 

kowboju - warknęła. Zrobiła dwa kroki do tyłu i zatrzasnęła drzwi tak, że 

musiał uskoczyć, żeby nie dostać nimi w nos.

- Wnoszę z tego, że śpię na kanapie, prawda? - zawołał przez grube, 

ciężkie drzwi.

Później,   z   uśmiechem   zadowolenia,   wszedł   do   kuchni,   by   wziąć 

sobie szklankę mrożonej herbaty.

Z sypialni, stojąc z metr od drzwi, Mandy zawołała miękko:

- Kanapa rozkłada się w łóżko, Joe. Nie chciałabym, żebyś spał na 

background image

nie rozłożonej, bo rano mógłbyś obudzić się z bolącymi plecami, biedaku. 

-   Teraz,   kiedy   jej   samopoczucie   na   temat   całego   przedsięwzięcia 

zdecydowanie się poprawiło, sięgnęła po swoją koszulkę nocną z Ziggym.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Mandy budziła się wolno i wbrew własnej woli. Jej ręka zaczęła po 

omacku   poszukiwać   guzika,   którym   miała   nadzieję   wyłączyć   budzik, 

tymczasem   głowa   była   nadal   szczelnie   przykryta   poduszką.   W   końcu 

niechętnie podniosła jeden jej róg i mrużąc oczy starała się skoncentrować 

na podświetlonej tarczy.

- Szósta - jęknęła, opuszczając poduszkę na miejsce.

Miała   nadzieję,   że   pośpi   jeszcze   ze   trzy   godziny,   zanim   będzie 

musiała stawić czoło rzeczywistości. W końcu to sobota, dzień wolny w 

przedszkolu.   Nie   było   więc   żadnego   powodu,   by   zrywać   się   o   tej 

barbarzyńskiej godzinie.

W pokoju zaległa cisza, nie dłużej jednak niż na dziesięć sekund. Po 

chwili poduszka poleciała w powietrze, a Mandy siadła z przerażeniem na 

łóżku. Wielkie nieba, już szósta. Mam więc zaledwie, próbowała zmusić 

mózg   do   wykonania   prostych   obliczeń,   nieco   ponad   godzinę,   by   się 

całkiem przyszykować!

Gdybym   jeszcze   nie   spędziła   paru   bezsennych   godzin   ostatniego 

wieczoru, pomyślała ze złością. Przypomniała sobie, jak jej satysfakcja, 

kiedy zatrzasnęła Joshowi drzwi przed nosem, szybko zniknęła. Odcięła 

się w ten sposób również od klimatyzacji, która szumiała sobie spokojnie 

w sąsiednim pokoju. Było już dobrze po północy, kiedy wiaterek wiejący 

przez otwarte okno sypialni wychłodził w końcu pomieszczenie do tego 

stopnia, że mogła zasnąć.

Wzięła do ręki szlafrok i przez małą szparkę w drzwiach wyjrzała do 

sąsiedniego   pokoju.   Josh   spał   jeszcze.   Odpowiadało   jej   to,   bo   chciała 

najpierw wykąpać się i ubrać, zanim będzie zmuszona się z nim spotkać. 

background image

Nie mogła powstrzymać uśmiechu, kiedy zobaczyła, że kanapa została nie 

rozłożona, a Josh, nadal w tym samym stroju co wczoraj, leży rozwalony 

w połowie na podłodze.

- Ciiicho, dziecinko - szepnęła, uśmiechając się szerzej.

Po raz pierwszy od trzech lat, jak tu mieszkała, zamknęła na klucz 

drzwi od łazienki i po dziesięciu minutach leżenia w swej ulubionej kąpieli 

z   bąbelkami   czuła   się   znakomicie   odświeżona.   Potem   umyła   włosy   i 

wysuszyła je suszarką. Następnie wzięła się za makijaż. Gdy skończyła, 

założyła   szlafrok,   pozbierała   do   plastikowej   torby   przybory   toaletowe, 

które chciała z sobą zabrać, i podeszła do drzwi łazienki.

Przekręciła gałkę w jedną, potem w drugą stronę.

- Zacięły się - powiedziała do siebie i nacisnęła mocniej. - Nadal są 

zablokowane - stwierdziła, tym razem odrobinę głośniej. Musiała się ubrać 

i dokończyć pakowanie, najchętniej zanim jej nieproszony gość się obudzi.

Poczuła   mdłości,   kiedy   wyobraziła   sobie   ekipę   telewizyjną, 

czekającą na nią zablokowaną w łazience, w dodatku w starym szlafroku.

- Joe powie im wtedy jeszcze raz, że jestem nieco nerwową panną 

młodą i znowu zaczną się kpiny na mój temat - zwróciła się do drzwi, 

które nadal były tak samo zamknięte, jak przedtem. - No pewnie, wy też 

jesteście po jego stronie, co? - Czując, że znów stała się ofiarą przypadku, 

Mandy z wściekłością je kopnęła.

- Ałłła! - wrzasnęła i zaczęła dziko skakać na jednej nodze. Dopiero 

po chwili usiadła i zaczęła rozmasowywać bolący palec. - Zapomniałam, 

że jestem bez butów.

-   Masz   zamiar   siedzieć   tam   przez   cały   dzień?   -   dobiegł   do   niej 

głęboki   głos.   -   Pozbierałem   już   prześcieradła   i   schowałem   pościel   do 

background image

szafki.   Teraz   chcę   wziąć   szybki   prysznic   i   się   ogolić.   Dalej

7

Mandy, 

pospiesz się.

- Typowy facet - powiedziała Mandy do umywalki, kiedy w końcu 

udało się jej wstać. - Absolutnie błyskotliwy od rana. Dziwię się, że nie 

zażądał jeszcze kawy.

- A gdzie jest kawa? - zabrzmiała skarga Josha jak na zawołanie. - 

Nic   nie   mogę   znaleźć   w   tej   twojej   kuchni.   Mandy?   Jesteś   tam?   - 

Przycisnął   ucho   do   drzwi   i   usłyszał   tylko   niezrozumiałe   mruczenie.   - 

Amando Elisabeth! No dalej, wychodź, gdziekolwiek jesteś.

- Zablokowałam drzwi - krzyknęła Mandy głośno, zwijając ręce w 

trąbkę, żeby mógł ją usłyszeć przez grube drewno. Odczekała chwilkę i 

zapukała mocno pięścią w drzwi. - Słyszysz mnie?

Josh odskoczył, chwytając się za ucho.

- Słychać cię aż w Filadelfii, kobieto - odkrzyknął. - Otwórz!

-   Już   ci   mówiłam,   że   je   zablokowałam   -   powtórzyła   Mandy 

cierpliwie.

Mężczyźni są naprawdę tępi, pomyślała.

Josh miał fatalną noc. Rano obudził się, czując się jak precelek. Poza 

tym nie wypił jeszcze kawy. Jego matka powiedziałaby Mandy, że Josh 

zanim   nie   wypije   kawy,   nie   stanowi   zbyt   pięknego   widoku.   Niestety 

Mandy nie znała matki Josha.

- Brawo Mandy, że zamknęłaś drzwi. To teraz je otwórz, do licha.

- Kiedy nie mogę - poskarżyła się, a w jej głosie pojawiło się lekkie 

zdenerwowanie. - Ten durny zamek się zaciął.

Upłynęła prawie minuta, podczas której Mandy słyszała męski głos, 

mruczący przeróżne przekleństwa.

background image

- Dlaczego więc zamykałaś się w środku, Amando Elisabeth, skoro 

wiedziałaś, że zamek się zacina? - W brzmieniu głosu Josha natychmiast 

rozpoznała ten sam ton, którego używała, kiedy starała się dowiedzieć od 

trzylatka, dlaczego wrzucił kanapkę z kiełbasą do akwarium.

Jej nastrój natychmiast stał się bardziej wojowniczy.

- Bo brałam kąpiel, kiedy, być może, jakiś maniak seksualny spał w 

sąsiednim pokoju. Dlatego! - odszczeknęła gniewnie.

- Zmień to na potencjalnego mordercę, idio... - Impulsywna tyrada 

Josha została nagle przerwana, kiedy uświadomił sobie istotę sytuacji, w 

której się znaleźli. Jeśli nie uda mu się otworzyć szybko tych drzwi, ekipa 

telewizyjna przyjedzie, by ich odebrać i zobaczy pannę młodą zamkniętą 

w   łazience.   -   Gdzie   masz   skrzynkę   z   narzędziami?   -   starał   się   nadać 

swemu głosowi spokojny i pocieszający ton.

- Nie mam skrzynki z narzędziami. Mam tylko śrubokręt, którego 

poprzednio używałeś, i inne drobiazgi w szufladzie koło zlewu. Co chcesz 

zrobić? - Usłyszała, jak odchodzi. - Joe? - Przyłożyła głowę do drzwi, ale 

nic   nie   usłyszała.   -   Joe!   -   zawołała   jeszcze   raz,   czując   się   nagle 

opuszczona.

Głośny huk dochodzący od kuchni i wściekły okrzyk, który nastąpił 

zaraz po tym, przerwały te dywagacje. Mandy przyłożyła szybko rękę do 

ust. Zapomniała mu powiedzieć, że szuflada w kuchni jest złamana i spada 

zawsze, kiedy się ją zbyt mocno wyciągnie.

- Joe? Co się stało? - spytała nerwowo, słysząc odgłosy dochodzące z 

pokoju.

-   Ta   cholerna   szuflada   spadła   mi   na   nogę,   tak   jakbyś  o   tym   nie 

wiedziała. To mieszkanie jest pełne wszelkich pułapek - odkrzyknął ze 

background image

złością, oglądając podrapaną kostkę.

- Jesteś pomylony, Joe Tremaine'ie, czy jak cię tam zwą - zawyła w 

odpowiedzi, dotknięta do żywego.

Wstał   i   podszedł   do   drzwi   łazienki,   utykając   lekko,   z 

przygotowanym młotkiem i śrubokrętem.

- Jak tylko zdejmę te nieszczęsne drzwi z zawiasów, zamorduję cię, 

Amando Elisabeth Tremaine - warknął. - Chcę, żebyś o tym wiedziała.

Mandy usłyszała skrzypienie. Musiała zatkać usta ręcznikiem, by nie 

wybuchnąć   śmiechem,   kiedy   zdała   sobie   sprawę,   w   jak   absurdalnej 

sytuacji się znalazła.

-   Wygląda   na   to,   że   jesteś   nieco   zdenerwowany.  Czy   to   oznacza 

koniec   miodowego   miesiąca,   Serduszko?   -   zapytała,   zanim   usiadła   na 

brzegu wanny, opanowana niekontrolowanym chichotem.

Josh   siedział   niedbale,   wbity   w   tylny,   pluszowy   fotel   niebieskiej 

limuzyny, lecząc w ciszy rany tego poranka. Tak jak się rozpoczęło, tak 

trwało już pechowo dalej. Kiedy w końcu udało mu się usunąć drzwi od 

łazienki,   Mandy   powitała   go   obrażonym   spojrzeniem   i   poleciła 

natychmiast założyć je z powrotem, strasząc przy tym panią Thorton. Po 

czym poszła boso do sypialni, by się ubrać, zostawiając go z drzwiami w 

rękach.

Zanim sam wziął kąpiel, nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatni 

raz kąpał się w wannie, chyba w dzieciństwie, z gumowymi kaczkami.

- Kto do diabła słyszał, żeby pod koniec XX wieku mieć łazienkę bez 

prysznica? - spytał z pretensją w głosie, kiedy w końcu wyszedł z łazienki, 

z papierem toaletowym poprzyklejanym w miejscach, gdzie się pozacinał. 

background image

- A twoje lustro jest nie do wytrzymania. Nie widać w nim nic.

Przypomniał   sobie   teraz,   że   Mandy   nic   na   to   nie   odpowiedziała, 

uśmiechnęła   się   tylko   i   zaprosiła   na   kawę   do   kuchni.   Kawa   była   już 

zresztą zimna.

Potem   pojawiła   się   ekipa   filmowa,   dziesięć   minut   wcześniej   niż 

planowano, radosna jak skowronki. Miał ochotę powoli udusić całą trójkę 

lub czwórkę, jeśli dodać Mandy.

Natychmiast zapanował nieopisany chaos. Technik zaczął narzekać 

na   brak   gniazdek   elektrycznych   dla   swojego   wspaniałego   sprzętu,   a 

reżyser,   smutna   blondynka,   która   przedstawiła   się   jako   Lois   Lamour, 

rozsiewając   zapach   tandetnych   perfum,   powtarzała   w   kółko,   jak 

fascynujące będzie filmowanie w Atlantic City.

- Zrób mi kawę - powiedział Josh, kiedy w końcu udało mu się na 

chwilę przykuć uwagę Mandy.

- Przecież już dostałeś kawę, kochanie - powiedziała słodko, jak na 

żonę przystało.

Uśmiechała   się   przy   tym   do   kamerzysty,   który   oglądał   ją   przez 

złożone dłonie, udające w ten sposób obiektyw.

- Ale jest zimna, aniołku - odparował Josh przez zaciśnięte zęby, 

uśmiechając się przy tym do kamerzysty.

Tej   kawy   w   końcu   nie   dostałem,   przypomniał   sobie   teraz,   kiedy 

patrzył na Mandy  po drugiej stronie  szerokiego siedzenia.  Rozmawiała 

właśnie z reżyserem.

Rozmyślając, przypomniał sobie stwierdzenie Mandy, iż Bóg karze 

ją za to, że chciała zrobić coś złego. Czy to możliwe, żeby on również miał 

być ukarany za to, co zaplanował? Będzie to musiał jeszcze przemyśleć.

background image

- Od dawna jesteś reżyserem, Lois? - spytała Mandy. - To chyba 

wspaniałe zajęcie.

Lois,   która   wyglądała   na   trzydzieści   pięć   lat,   choć   starała   się 

wyglądać na dwanaście, wypięła z dumą płaską pierś.

- Jestem w WMFL już od trzech lat. Oglądałaś może „Z kuzynką 

Sussie”?

-   To   taki   program   z   zabawnie   ubraną   kobietą?   -   spytała   Mandy, 

udając zainteresowanie. - Wokół niej siedzą dzieciaki i słuchają ciekawych 

opowieści,   a   kuzynka   Sussie   śpiewa   piosenki,   które   sama   napisała, 

akompaniując   sobie   na   akordeonie?   -   Niech   mnie   diabli,   pomyślała 

Mandy,   najgorszy   show   w   całej   telewizji.   Posłała   Lois   promienny 

uśmiech. - Uwielbiam ten program. Chcesz powiedzieć, że reżyserujesz go 

w całości?

Lois promieniała, zadowolona, że jej talent został rozpoznany.

-   Jestem   również   jego   producentem.   O   tak,   to   moje   dziecko   od 

początku do końca - przyznała skromnie i lekki rumieniec zaczerwienił jej 

ziemistą   cerę.   -   Reżyseruję   też   prognozę   pogody   w   wieczornych 

wiadomościach.   Mam   nadzieję,   że   mój   zastępca   poradzi   sobie   z   tym 

podczas mojej nieobecności.

A więc to Lois Lamour odpowiadała za pogodę, pomyślał Josh ze 

złością. Pochylił się trochę do przodu, by zwrócić na siebie jej uwagę.

-   To   bardzo   dobry   program,   Lois.   -   Zarobił   tym   samym   na 

promienny uśmiech. Uśmiech ten zbladł jednak zaraz, kiedy dodał:

- Szkoda tylko, że prezenterka jest beznadziejna. Zawsze robi koło 

siebie tyle szumu.

- To moja siostra, Lena - odparła Lois, a jej dolna warga zaczęła 

background image

drżeć   niebezpiecznie.   -   Sama   ją   wybrałam.   Nazwisko   Lena   Lamour 

oznacza w Allentown pogodę.

Mandy natychmiast pospieszyła jej z pomocą. Położyła rękę na dłoni 

Josha, wbijając mu boleśnie paznokcie w skórę.

- Mój Joe już taki jest, że czasami lubi komuś dokuczyć. Teraz tylko 

tak głupio palnął. - Spojrzała na Josha, którego oczy były szeroko otwarte i 

niewinne, jak u chłopców z chóru kościelnego. - Tak ci się tylko wyrwało, 

prawda, Joe, kochanie?

-   Wyrwało   mi   się?   -   spytał,   mrugając   ze   zdziwienia.   -   O   tak, 

rzeczywiście, wyrwało mi się. Oderwał oczy od Mandy, która sztyletowała 

go   wzrokiem,   i   przeniósł   swe   spojrzenie   cherubinka   na   Lois.   -   Tylko 

żartowałem, Lois - powiedział z obowiązku. - Tak naprawdę to lubię tę 

dziewczynę od pogody. - Widząc, że reżyser nie bardzo się udobruchała, 

brnął dalej: - Ba, ja ją wręcz kocham. Zawsze miałem słabość do wielkich 

bioder. Powiedziałbym nawet...

-   Joe   jest   trochę   skrępowany   tym   miodowym   miesiącem,   Lois   - 

przerwała mu Mandy, zanim zdążył dodać coś więcej. - Wiesz, jacy są 

mężczyźni, zawsze nerwowi, kiedy coś tylko trąci romantyzmem. To ich 

onieśmiela, czują od razu, że ich wizerunek jest zagrożony, czy coś w tym 

stylu. Będziesz musiała mu wybaczyć - zakończyła, naciskając mocniej na 

rękę, aż w końcu zareagował.

- Tak, Lois. Chyba jestem trochę zdenerwowany całą tą telewizją. 

Mandy wzięła udział w konkursie nie uzgadniając tego ze mną i naprawdę 

nie   wiem,   czy   mi   się   to   spodoba.   No   wiesz,   filmowanie   miesiąca 

miodowego. Wszystko robi się takie publiczne.

-   Ale   uwielbiamy   nasze   stereo,   prawda,   najdroższy?   -   wtrąciła 

background image

szybko Mandy, widząc, że Lois krzywi się jeszcze bardziej.

- A właśnie, gdzie stało to stereo? - spytała, a jej nastrój zmienił się 

momentalnie. - Powinniśmy je sfilmować. Będziemy musieli zrobić to po 

powrocie. Chyba jednak nie pamiętam, żebym widziała je w pokoju.

- Nie, naprawdę nie widziałaś? - Josh odezwał się natychmiast, kiedy 

tylko zobaczył u Mandy pierwsze objawy paniki. Miał teraz okazję, by 

odpłacić jej za zimną kawę i nie zamierzał wcale z tego zrezygnować. - To 

dlatego, że jest w naszej sypialni. Tuż koło skóry białego niedźwiedzia. - 

Odwrócił się do Mandy, ciesząc się, że drży ze zdenerwowania. - Czytałaś 

chyba to, co napisała na konkurs? Chyba nie muszę mówić nic więcej.

Chuck, technik, który narzekał na niewłaściwe przyłącza elektryczne, 

nastawił uszu na przednim siedzeniu.

- Tak, słyszałem o tym od Vika. Mówił, że to prawdziwa bomba. 

Powiedział nawet, że mógłby list w całości odczytać na antenie.

-   Wcale   tak   nie   było   -   zaprotestowała   Mandy,   spoglądając   to   na 

Chucka, to na męża. Mężczyźni tymczasem wymienili uśmiechy, jeden ze 

zrozumieniem, drugi z wyraźną satysfakcją. Josh stwierdził w końcu, że 

będzie się musiał postarać o kopię tego listu.

- Tak, to był wspaniały, romantyczny list.

Kamerzysta,   o   imieniu   Herb,   podniósł   wzrok   znad   światłomierza, 

który właśnie sprawdzał i spytał:

- O czym był ten list, Chuck? Uciekł mi jakoś.

Josh   spojrzał   na   Mandy,   która   gapiła   się   na   niego   w   bezsilnym 

zawstydzeniu, i podniósł brwi.

- Chyba mam jakąś kopię w płaszczu, Herb - powiedział usłużnie. - 

Chciałbyś zobaczyć?

background image

- Będę zawsze zamawiać wielki dzbanek gorącej kawy, ledwo tylko 

otworzysz   oczy   -   Mandy   przyrzekła   pośpiesznie   półgłosem.   -   I   nigdy 

więcej nie zamknę się już w łazience.

Josh   spojrzał   na   nią,   rozważając,   czy   zadowala   go   to   drobne 

zwycięstwo.

-   Dobra,   może   ubijemy   interes   -   powiedział   cicho,   sięgając   po 

płaszcz.

- Załatwione - Mandy nie traciła czasu. Kiedy Josh bezskutecznie 

przeszukiwał kieszenie, nie mogła powstrzymać westchnienia ulgi.

-   Wygląda   na   to,   że   nie   mogę   znaleźć.   Przykro   mi.   -   Usiadł 

wygodniej w fotelu i objął Mandy. - Ale wierz mi na słowo, że list był 

wspaniały. Zaraz, zaraz - dodał, zmieniając celowo temat - jesteśmy na 

miejscu. Lois, mówiłaś zdaje się, że Tropicana jest tuż przy promenadzie?

Kiedy   reżyser   zaczęła   czytać   małą   broszurę   o   hotelu,   Mandy 

przysunęła się do Josha i wyszeptała mu prosto do ucha.

- Rozejm?

Josh   spojrzał   na   nią.   Dostrzegł   coś   na   kształt   zrozumienia   w   jej 

niewinnych,   zielonych   oczach.   Zrozumienia   i   czegoś   więcej.   Jeśli   nie 

myliły go przeczucia, Amanda Elisabeth Tremaine lubiła go wbrew sobie 

samej. Po raz pierwszy poczuł wyrzuty sumienia.

To, co zaczęło się od żartu, szalonego figla, urosło szybko do szansy 

zemsty za stare rany. I kiedy z jednej strony był przekonany, że ma pełne 

prawo zrobić to, co zamierza, z drugiej czuł, że równocześnie skrzywdzi tę 

niewinną dziewczynę.

Musiał za wszelką cenę zadbać, by nie połączyło ich coś głębszego. 

Lepiej więc, by Mandy walczyła z nim, niż miałaby wziąć go za jakiegoś 

background image

porządnego faceta.

- Rozejm? - powtórzył jej cicho do ucha. - Na to nie ma szans.

Widząc,   jak   posmutniały   jej   zielone   oczy,   Josh   nie  potrafił   jej 

wyjaśnić, że sam poczuł się tym lekko dotknięty.

Apartament w Tropicanie miał wszystko, czego Mandy oczekiwała, a 

nawet   więcej.   Był   dwupoziomowy,   część   dzienna   połączona   była   z 

sypialnią   krętymi   schodami.   Na   dole   stała   wielka   kanapa,   a   na   górze 

królewskich rozmiarów łóżko, Mandy nie spodziewała się więc żadnych 

problemów, jeśli tylko Josh będzie chciał dotrzymać warunków umowy.

Jak   dotychczas   nie   było   z   tym   większych   problemów.   Mandy 

rozważała to, co się stało, oglądając równocześnie apartament. Bardzo się 

jej podobały dywany w roślinne wzory i obrazy w salonie. Rozpakowała 

się już, zanim Joe w ogóle zdążył wejść na górę i obejrzeć sypialnię.

Kiedy   jednak   w   końcu   to   zrobił,   pokój   nagle   strasznie   zmalał   i 

Mandy zbiegła na dolny poziom, mamrocząc coś, że chce przejrzeć kartę 

hotelową.

Poczekaj, aż zobaczy łazienkę, powiedziała sobie w duchu, stojąc 

przed ogromnym oknem z widokiem na promenadę. W wannie można by 

się bawić okrętem wojennym. Bała się, żeby nie zrobił jakiejś idiotycznej 

aluzji na temat wspólnej kąpieli pod pretekstem oszczędności wody, czy 

czegoś takiego.

- Nie szukaj problemów, Mandy - powiedziała głośno do siebie. - Z 

tego, że nie zgodził się na zawieszenie broni, wcale nie wynika, iż czekał 

tylko na wyjście ekipy  telewizyjnej, by się  na ciebie rzucić.  A zresztą 

prawie przez cały czas zachowuje się tak, jakby cię nawet nie lubił, więc 

nie ma o czym mówić.

background image

Podeszła   do   kredensu,   by   obejrzeć   tacę   z   owocami   i   powitalną 

butelkę wina, przysłane przez kierownictwo hotelu.

-   Chyba   zjem   jabłko   -   powiedziała   po   zbadaniu   imponującej 

piramidy owoców. - Może jedno jabłko dziennie zrobi ze mnie gwiazdę.

- O tak, Amando Elisabeth, a może jedno jabłko dziennie zrobi damę 

ze  mnie?   -  Rozbawiony   głos dobiegł  ją  od  strony  schodów  właśnie   w 

chwili,   gdy   dotknęła   ręką   dużego,   czerwonego   jabłka.   Odwróciła   się 

gwałtownie na dźwięk tego głosu. Trzymany w ręku owoc zahaczył jednak 

o tacę i misternie ułożona piramida rozsypała się gwałtownie.

- Popatrz, co przez ciebie zrobiłam! - Jedna z pomarańczy zatrzymała 

się dopiero pod nogami Josha. - Musisz się w ten sposób skradać?

- Wcale się nie skradam, tylko wchodzę normalnie do pokoju. To nie 

moja   wina,   że   byłaś  tak   zajęta   rozmową   z   sobą,   że   mnie   nie   raczyłaś 

usłyszeć.

-   Przyznajesz   więc,   że   podsłuchiwałeś?   -   Zdecydowała,   że   w 

kontaktach   z   Joshem   najlepszą   obroną   jest   atak.   -   Głupie   pytanie. 

Oczywiście,   że   podsłuchiwałeś.   Z   jakiego   powodu   byś   się   do   mnie 

podkradał,   gdybyś  nie   był  jednym  z   tych   dziwaków   ekscytujących   się 

podsłuchiwaniem cudzych rozmów?

Josh nie mógł opanować uśmiechu, słysząc jej ostatnie słowa.

-   Po   prostu   Mandy   miała   małą   pogawędkę   z   Mandy,   co?   Czy 

zastanawiałaś   się   kiedyś   nad   leczeniem?   Mówienie   do   siebie   pachnie 

paranoją. - Potrząsnął głową w zadumie. - Nie wiem, Amando Elisabeth, 

po prostu nie wiem.

- Ale przynajmniej nie jestem Don Juanem i Jamesem Bondem w 

jednej osobie - ucięła Mandy. - Zresztą mniejsza o to. Następnym razem 

background image

chrząknij, albo inaczej daj mi znać, kiedy będziesz podchodzić od tyłu.

- A może przydałyby się fanfary i trąbki? - zasugerował. Podniósł 

pomarańczę i stanął przed Mandy. - To chyba twoje?

Mandy wzięła pomarańczę i z impetem cisnęła na tacę. Pech chciał 

jednak,   że   trafiła   akurat   na   krawędź   i   duża   srebrna   taca   fiknęła 

efektownego kozła. Zanim wylądowała na podłodze, uderzyła w obolałą 

kostkę Josha.

- Co robisz, do diabła - zaklął, przewracając się na podłogę tuż u jej 

stóp. - Chcesz mnie zabić, czy co?

Mandy zaczęła zbierać porozrzucane owoce.

-   No?   Chcesz   czy   nie?   -   powtórzył   Josh.   Spojrzała   na   niego, 

mrugając w zmieszaniu swymi zielonymi, szeroko otwartymi oczami.

-   Och,   czekasz   na   odpowiedź?   Przepraszam,   ale   myślałam,   że   to 

pytanie retoryczne.

Josh zmrużył oczy, a na jego twarzy odmalował się wyraz szacunku. 

Zdał sobie sprawę, że chyba był dla niej zbyt szorstki przez cały dzień.

- Spokojnie, Amando. Chyba za dużo od ciebie wymagam, co? Ale 

przecież wiesz, że robię to tylko dla twojego dobra.

Przysiadła na piętach, patrząc na niego rozbawiona.

- Oczywiście, że tak - powiedziała drwiąco. - Dla zasady wprawiana 

jestem w zakłopotanie, obrażana i wykpiwana, to bardzo dobrze robi na 

charakter. Dziękuję, Joe, bardzo dziękuję. - Podniosła z podłogi ostatnie 

owoce i postawiła tacę na stole.

Josh   z   trudem   wstał   na   nogi,   zanim   Mandy   udało   się   dojść   do 

schodów.

- Hej, poczekaj. Nie rozumiesz wcale, o co mi chodzi. Nie chciałem 

background image

o   tym   mówić,   ale   muszę,   żeby   nie   wyjść   na   jakiegoś   zarozumiałego 

bałwana.   Przecież   wszystko   zaczęło   się   od   głupiego   kawału,   prawda? 

Niewinnego podania się za kogoś innego, by pomóc przedszkolu...

- Nieprawda - przerwała mu, wchodząc na schody. - Zaczęło się od 

tego, że szłam do Vika Harrisona, by mu powiedzieć całą prawdę. Potem 

zostałam zepchnięta do roli drugoplanowej, to jest od czasu, jak weszłam 

do tej cholernej windy towarowej. I jeszcze jedno.

Josh podniósł do góry obie ręce, prosząc o ciszę.

- Dobrze, już dobrze. To wszystko moja wina. Wykorzystałem twój 

dylemat   do   swojego   śledztwa   w   WMFL,   tak?   Oszczędź   mi   proszę 

wyliczania listy moich grzeszków, O.K.? I wróć tutaj, bo nie znoszę robić 

ze swojej szyi żurawia, żeby z tobą porozmawiać.

- Dlaczego nie? Ja to zawsze robię, kiedy z tobą rozmawiam. Zmiana 

ról   jest   chyba   fair.   -   Mandy   powiedziała   to   z   wyraźną   wrogością, 

zawróciła jednak i stanęła przed nim. - Dobrze, Joe - zakomenderowała, 

jak generał do podwładnego. - Mów do mnie.

Popatrzył prosto w te zielone, cholernie niewinne oczy. Jak mógł jej 

powiedzieć, że zaplanował być dla niej niemiły w każdy możliwy sposób, 

by ich losy nie związały się ze sobą? Jak mógł powiedzieć, że jej oczy, 

ogniste włosy i wspaniałe piegi mają na niego taki wpływ, że nie ręczy za 

siebie, jeżeli zostaną sami na noc, a raczej na następne cztery noce.

- No? Czekam nadal. Mów, wyrocznio.

Josh na chwilę przymknął oczy, przygotowując się na to, co musiało 

być powiedziane.

- Nie chcę, żebyś mnie polubiła - powiedział wreszcie, kiedy Mandy 

wzdychając z rozczarowaniem właśnie się od niego odwracała.

background image

Dwie rzeczy udało mu się osiągnąć z całą pewnością. Po pierwsze, 

Mandy zamarła na moment, po drugie zaś, zwrócił na siebie niepodzielnie 

jej   całą   uwagę.   Bardzo   powoli   odwróciła   się   na   pięcie,   by   na   niego 

spojrzeć. Wkrótce na jej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.

- Przeceniasz się, Joe - powiedziała w końcu, zastanawiając się, czy 

roześmiać   mu   się   w   twarz,   czy   raczej   go   spoliczkować.   -   Może 

rzeczywiście   ubieram   się   jak   nastolatka,   jak   to   trafnie   zauważyłeś,   ale 

histeryczne zachowania tego wieku mam już dawno za sobą. Możesz mieć 

bardzo dobre mniemanie na swój temat, że zostawiasz za sobą złamane 

serca.   Twoje   ego   rzeczywiście   do   tego   pasuje,   nie   wspominając   o 

garderobie. Jednak jeśli idzie o mnie, to możesz spać spokojnie. Takie 

numery, to nie ze mną, kowboju.

Z tymi słowami Mandy podeszła niespiesznie do schodów i weszła 

na górę. Po chwili Josh usłyszał, jak zamykają się cicho drzwi od łazienki. 

Dopiero wtedy odetchnął.

- Nieźle to rozegrała - powiedział do obrazu na ścianie. - Wielkie 

nieba! - wykrzyknął po chwili, kiedy zdał sobie sprawę, że tym razem on 

zaczął   mówić   do   siebie   głośno.   -   Teraz   złapała   mnie   na   tym   samym. 

Unikając karcących go oczu, które - tak mu się przynajmniej wydawało - 

spoglądały   na   niego   z   obrazu,   Josh   opuścił   po   cichu   apartament   w 

poszukiwaniu   jakiegoś   miejsca,   gdzie   mógłby   zebrać   myśli.   Niedługo 

mieli wszak udać się znów z ekipą telewizyjną na spóźniony nieco lunch.

Na   górze   Mandy   stała   w   progu   łazienki,   kiedy   usłyszała   głośne 

trzaśniecie drzwi. Podeszła do lustra i zaczęła analizować swoje odbicie, 

zastanawiając się, co w niej jest takiego, co sprawiło, że Josh pozwolił 

sobie na takie właśnie stwierdzenie.

background image

Może   ma   zbyt   rozmarzone   oczy?   A   może   to   jakieś   nienaturalne 

rumieńce na policzkach? Po dokładnym badaniu odrzuciła obie hipotezy.

-   A   może   wyglądam   na   zdesperowaną?   -   zasugerowała   głośno.   - 

Stara   panna,   wychowawczyni   z   przedszkola,   uwiedziona   przez 

prowadzącego   śledztwo   playboya,   ośmiesza   się,   ofiarowując   mu   swe 

spragnione miłości ciało. Nie - zdecydowała. - Taki tytuł jest za długi, 

nawet jak na prasę brukową, żeby mógł na kimś zrobić wrażenie. Poza 

tym,   czy   wydaje   mu   się,   iż   jest   jakimś   pogańskim   bożkiem   miłości, 

któremu nie oprze się żadna kobieta? Zresztą powinna mu powiedzieć, że 

to w końcu on pocałował ją wtedy w windzie, a nie odwrotnie.

Im dłużej Mandy mówiła do siebie, tym bardziej była wściekła. Na 

Josha, za jego nieprawdopodobną arogancję, i na siebie, że była na tyle 

głupia, by lubić go bardziej niż powinna. A przecież mógłby być taki miły. 

Zastanowiła się jednak zaraz, czy to przypadkiem, aby nie jego arogancja 

pociągała ją najbardziej?

Nawet ich poprzednie utarczki sprawiały jej w końcu przyjemność, 

uznała, napuszczając wodę do wanny.

Kiedy właśnie badała palcami temperaturę wody, uderzyła ją dziwna 

myśl.

-   Jeżeli   nie   chce,   bym   się   zaangażowała   w   jakieś   uczucie,   to 

powinien raczej starać się o mnie, a nie ze mną walczyć. Całą tę sprawę 

rozgrywa z gruntu źle!

Woda była dokładnie w sam raz i Mandy zanurzyła się w niej po 

szyję, wielce zadowolona, bo zdała sobie sprawę, że wie coś, czego Josh 

nawet nie podejrzewa.

- A ja mu tego na pewno nie powiem - rzekła uradowana. - Nie 

background image

powiem ani jednego słóweczka, które mogłoby temu skunksowi pomóc!

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

- Nie będziemy was już potrzebować przez resztę dnia - powiedziała 

Lois do Mandy i Josha, kiedy kelner wręczał wszystkim menu w hotelowej 

restauracji. - Chuck i Herb sprawdzą nagłośnienie i światło, a ja wybiorę 

się na poszukiwanie odpowiednich miejsc.

- Widziałem tę górę sprzętu, Chuck - zwrócił się Josh do technika, 

który przecierał właśnie okulary, żeby przyjrzeć się lepiej karcie dań. - Nie 

wierzyłem   własnym   oczom,   że   to   zmieściło   się   w   bagażniku   naszej 

limuzyny.   Co   to   była   za   aparatura,   którą   pomagałem   ci   wyciągnąć? 

Niektóre   ze   wskaźników   przypominały   mi   bardzo   mój   domowy 

odtwarzacz wideo.

-   To   przenośne   urządzenie   do   playbacku.   -   Chuck   udzielił   tej 

odpowiedzi, szczęśliwy jak zawsze, gdy mógł podzielić się swą fachową 

wiedzą   z   zainteresowanym   amatorem.   -   Możemy   obejrzeć   to,   co 

nagraliśmy.

- A później wysyłacie materiał do rozgłośni, gotowy do emisji? To 

takie proste! - Josh nie mógł uwierzyć własnym uszom, tym bardziej, że 

dostęp do gotowych taśm bardzo pasował do jego planów. - To wspaniale.

- No, nie do końca - poprawiła go Lois, zadowolona, że może się 

popisać przed człowiekiem, który obraził jej ukochaną siostrę, Lenę. - W 

ciągu najbliższych dni będziemy robić wywiady z każdym z was, byśmy 

mogli potem podłożyć wasz głos pod zmontowany materiał. Ja oczywiście 

poprowadzę   narrację,   ale   w   niektórych   miejscach   widz   będzie   miał 

wrażenie, że to ty lub Mandy komentujecie daną scenę.

- Wywiady z nami? - Mandy zrozumiała przynajmniej część tych 

wyjaśnień. - Oddzielnie? - Zwróciła  się przestraszona w stronę Josha. - 

background image

Zgadzamy się na coś takiego?

Najwyraźniej Mandy była zmartwiona, że jak zostaną rozdzieleni, to 

nie uda im się utrzymać jednej wersji wydarzeń. Josh zastanawiał się przez 

chwilę, czy jest to kolejny dogodny moment, by ustawić Mandy w pionie, 

ale widząc błagalny wyraz jej oczu, porzucił ten zamiar.

- Sam nie wiem, Lois - powiedział z rozwagą. - W końcu to przecież 

nasza   podróż   poślubna   i   może   byłoby   lepiej,   gdybyśmy   występowali 

razem. Moglibyśmy się wtedy wzajemnie uzupełniać.

Ku zdziwieniu wszystkich okazało się, że to kamerzysta Herb podjął 

decyzję.

- Mnie to się podoba - stwierdził, nie odrywając oczu od menu. - A 

poza tym zaoszczędzi nam też masę czasu.

- Masz jeszcze jakieś inne plany, Herb? - wtrąciła Mandy, zanim 

Lois   mogłaby   zaprotestować.   -   Może   chcesz   się   poopalać?   Bo   ja   tak. 

Chyba jestem strasznie blada jak na połowę sierpnia.

Josh   skrzywił   się   wyraźnie.   Och,   nie,   Mandy   już   bawi   się   w 

detektywa, choć są w Atlantic City dopiero niepełne trzy godziny. A w 

dodatku patrzyła na niego wzrokiem, który zdawał się mówić: „No, nie 

zadasz sam paru pytań, skoro już przetarłam ci drogę?”

Może i lepiej byłoby z tego skorzystać, pomyślał, zastanawiając się, 

jakie zadać pytanie.

- Czy będziecie mieli tu trochę wolnego czasu? - Pytanie to skierował 

do Lois, która najwyraźniej nie mogła się doczekać na swoją kolej.

-   Niestety,   wątpię   w   to   -   stwierdziła,   zarabiając   natychmiast   na 

pogardliwe prychnięcie Chucka, który najwyraźniej uważał inaczej. - Pięć 

dni to niby dużo dla ciebie, Joe, ale dziś pół dnia już minęło, a ostatni 

background image

poświęcony będzie na przygotowania do powrotu do Allentown. Zostają 

nam więc tylko trzy dni i cztery noce na filmowanie.

- To zależy od reżysera - mruknął Chuck na boku do Josha.

-   Wyobrażam   sobie,   iż   kamerzysta   jest   tu   piekielnie   ważny   - 

naciskała   Mandy,   kopiąc   Josha   porozumiewawczo   pod   stołem.   -   To 

znaczy, że wszystko by wzięło w łeb, jeśliby kamerzysta nie umiał ująć 

dokładnie tego, co wskaże reżyser.

Herb   spojrzał   na   Mandy,   a   jego   twarz   pozbawiona   była   zupełnie 

wyrazu.

- Taak - powiedział krótko i rozejrzał się za kelnerem. - Hej, jak się 

tu zamawia drinka?

Niech cię Bóg błogosławi, pomyślał Josh, słysząc kamerzystę. Cała 

zabawa   skończyłaby   się   szybciej,   niż   się   rozpoczęła,   gdyby   Herb   był 

abstynentem.

- Nie powinnaś dręczyć pytaniami spragnionego, nie dając mu szans 

na zwilżenie gardła, kochanie - zwrócił się do Mandy, która najwyraźniej 

zlekceważyła poprzednie ostrzeżenie.

- A na razie będziemy jeść, pić i bawić się - wtrąciła Lois radośnie, 

kiedy   sama   zdecydowała   się   już   na   stek.   -   Mamy   przed   sobą   pięć 

wspaniałych dni na cudzy rachunek, więc powinniśmy z tego skorzystać.

Ojciec   byłby   purpurowy   z   wściekłości,   gdyby   wiedział,   jak   jego 

lojalni  pracownicy   traktują   firmowe   pieniądze.   Zamówienia   całej   trójki 

były więcej niż nieskromne.

- A ty co weźmiesz, Mandy - spytał, widząc, jak się zmarszczyła, 

kiedy   spojrzała   na  ceny.  -  Trzeba   skorzystać  z   okazji,   jak  mówi   Lois. 

Wybierzesz sama, czy ja mam dla ciebie coś zamówić?

background image

Nie mając szczególnej ochoty na gulasz wołowy, który był najtańszą 

pozycją, jaka znajdowała się w karcie, zgodziła się na ten drugi wariant, 

mając nadzieję, że Josh wybierze coś pysznego.

- Jak mogłeś mi to zrobić!

Ledwo drzwi zamknęły się za ekipą telewizyjną, Mandy przystąpiła 

do szturmu.

- Co znowu zrobić? - spytał Josh niewinnie, podchodząc do stojącego 

w rogu telewizora.

-   Co   zrobić?   Jeszcze   się   pytasz?   -   Była   wyraźnie   wściekła.   - 

Zamówić dla mnie dobrze wypieczony stek. Był jak podeszwa z buta.

-   Wcale   taki   nie   był   -   zaprzeczył,   zmieniając   programy   w 

poszukiwaniu sportu. - Jadłem to samo co ty i wiem, że było wyśmienite. 

Po   prostu   nie   jesteś   przyzwyczajona   do   cywilizowanego   jedzenia,   to 

wszystko.

-   A   ja   musiałam   to   wszystko   zjeść,   prawda?   Albo   Lois   i   reszta 

dowiedziałaby się od razu, że mój kochany mąż nie ma pojęcia, jakie steki 

lubię. - Mandy zrobiła dwa kroki do przodu i rzuciła się na kanapę. - Ale 

już wiem, o co ci chodziło!

Josh spojrzał na nią pytająco.

- No, o co? Naprawdę wiesz?

- No jasne, cwaniaczku, wiem.

Mandy w swojej wściekłości była wspaniała. Jej oczy zdawały się 

miotać szmaragdowe błyski, a piegowata twarz była pełna wyrazu.

- W porządku. Wal więc ze swoją teorią, żeby mi wykazać, jaka 

jesteś sprytna.

background image

- Nie! - Miała  ochotę  podąsać się trochę,  podenerwować go. Ale 

kiedy się uśmiechnął, coś w niej w środku pękło. - Dobrze, powiem ci. 

Chciałeś mnie ukarać za to, że starałam się wyciągnąć coś z Herba. To 

przecież o nim miałeś się tu czegoś dowiedzieć. O co więc chodzi? Nie 

przypuszczałeś, że potrafię go podpytać, nie zdradzając się niczym przy 

okazji?

- Czujesz się trochę obrażona, co, Amando Elisabeth? - podsumował 

Josh. - Biedne dziecko. Jak mogę ci to wynagrodzić? - Potarł czoło, jakby 

głęboko się zamyślił. - Już wiem! - oświadczył radośnie. - Zejdę na dół do 

sklepów hotelowych i kupię ci trencz. Podoba ci się taki pomysł? - Przez 

chwilę zastanawiał się nad tym. - Nie - stwierdził w końcu, widząc, jak 

Mandy   zabija   go   wzrokiem.   -   Nie   wyglądałabyś   dobrze   z   tymi 

wypchanymi   ramionami   i   pagonami.   Miałabyś   wtedy   wybrzuszenia 

zupełnie nie tam, gdzie trzeba. A mnie się podobają twoje wypukłości tam, 

gdzie są.

Mandy zerwała się na równe nogi i zaczęła gwałtowną wędrówkę po 

pokoju, wymachując przy tym dziko rękoma.

-   No   dalej,   żartuj   sobie   ze   mnie.   Cha,   cha,   bardzo   śmieszne. 

Powinieneś występować w kabarecie, Joe, czy jak ci tam na imię, wiesz o 

tym?

Josh podszedł do niej i chwycił ją mocno za ręce, przerywając w ten 

sposób gwałtownie jej tyradę.

- Znowu popadasz w histerię, tak jak wtedy w windzie - powiedział 

jej, kiedy próbowała się wyswobodzić.

- No to co? Co zamierzasz z tym zrobić, wielki człowieku? Nie masz 

pod ręką nic nowego do zaproponowania.

background image

Czuł, że ruch jej ciała obraca wniwecz wszystkie jego dobre intencje.

- Ach tak? Naprawdę tak myślisz? - burknął i nie dał jej czasu na 

odpowiedź. Schylił się, objął ją i bez żadnego wysiłku podniósł do góry. 

Trzy szybkie kroki w kierunku kanapy i po chwili oboje wylądowali na jej 

miękkich poduszkach. Kiedy się przewracali, Mandy objęła go kurczowo 

rękami za szyję. - Może to posłuży za nowatorskie myślenie? - zapytał, 

zanim przykrył jej usta własnymi.

Wszystkie jego wcześniejsze postanowienia, wszystkie plany legły 

natychmiast w gruzach, kiedy tylko poczuł po raz pierwszy prawdziwy 

smak   jej   warg.   Mandy   była   jedną   wielką   słodyczą   i   jednym   wielkim 

ogniem zarazem, była jak mocny drink, odurzająca, nie pozwalająca się od 

siebie   oderwać.   W   miarę   jak   jej   ciało   wiło   się   pod   nim,   najpierw 

protestując,   potem   w   szaleńczej   pasji,   poczuł,   że   jego   skóra,   pomimo 

ubrania, jest rozpalona jak węgiel. Chciał więcej, jeszcze więcej. Chciał 

wszystko, wszystko co chciała mu dać.

Ona zaś dawała, dawała i brała w zapamiętaniu, na jakie pozwalały 

jej rude włosy i ognista natura. Robiła to bez opamiętania. Kiedy poczuła 

jego ciasno przylegające ciało, straciła poczucie rzeczywistości. Jej plany i 

postanowienia, wszystko to prysło jak bańka mydlana, gdy tylko znalazła 

się w jego objęciach.

- Wyprowadzasz mnie z równowagi, panienko - przyznał Josh, kiedy 

w końcu się opamiętali.

Mandy spojrzała mu w oczy. Były tak blisko, że wyraźnie widziała 

swe   odbicie.   Co   się   właściwie   stało?   Czy   ta   wyglądająca   na 

zdeprawowaną dama to naprawdę ona? Nie, to chyba niemożliwe. Musi 

szybko znów odzyskać kontrolę nad całą sytuacją.

background image

-   Ja   wyprowadzam   cię   z   równowagi?   -   zażartowała,   odwracając 

głowę. - Pochlebiało by mi to, gdybym nie wiedziała, że to tylko taka 

krótka przygoda.

Irytujący  uśmieszek  powoli pojawił się  na twarzy  Josha,  kiedy  w 

końcu   oderwał   się   od   Mandy   i   usiadł   na   drugim   końcu   kwiecistego 

dywanu.

- Szybko się opanowujesz, kochanie - powiedział z podziwem. Nie 

sposób   było   nie   zauważyć   drżenia   rąk,   kiedy   przygładzał   swe   ciemne 

włosy.   -   Niestety,   nie   mogę   tego   samego   powiedzieć   o   sobie.   Mam 

nadzieję, że wybaczysz mi, jeśli zostawię cię na chwilę samą.

- Dokąd się wybierasz? - spytała Mandy z niecierpliwością, widząc, 

jak Josh zbiera się do wyjścia. Spłonęła rumieńcem wstydu, dostrzegając, 

że dziwnym trafem koszula wysunęła mu się ze spodni, a nie mogła się 

oprzeć wrażeniu, iż sama miała z tym coś wspólnego.

- Muszę wziąć prysznic. Zimny prysznic.

Patrzyła, aż jego nogi zniknęły na szczycie schodów, potem usiadła i 

z poczuciem winy zaczęła wygładzać bluzkę i spódnicę.

- Dobra lekcja - mruknęła głośno. Jej wzrok zatrzymał się na butelce 

powitalnego wina, które nadal chłodziło się w wiaderku z lodem. Nie piła 

często, ale zdecydowała, że teraz jest taki sam dobry czas jak każdy inny 

na leczniczą dawkę alkoholu.

Mandy   stała   cicho   przed   wielkim   oknem,   oczarowana   widokiem 

słońca wschodzącego nad Atlantykiem. Chciała być teraz na zewnątrz, na 

piaszczystej plaży, a może nawet na koniu galopującym po wybrzeżu. To 

już było tak dawno.

background image

Przymknęła oczy i wyobraziła sobie zapach piasku i morza, poczuła 

nawet na policzkach wiatr, baraszkujący w jej włosach. Minęło przecież 

już dobrze ponad trzy lata od czasu, kiedy galopowała po plaży na swojej 

klaczy o imieniu Emma. Wierzyła wtedy niezachwianie, że ma szczęście 

żyć w najlepszym z możliwych światów.

Pojedyncza łza wypłynęła spod jej ciemnych rzęs i powoli zaczęła 

spływać   po   policzku.   Wzdrygnęła   się,   kiedy   poczuła,   że   męska   ręka 

wytarła ją delikatnie.

- Melancholia o wschodzie słońca? - Josh zadał to pytanie szeptem, 

który wywołał przyjemny dreszczyk na jej plecach.

Mandy cofnęła się gwałtownie, przestraszona, że jeśli nie zapanuje 

nad  swym  nastrojem,   to   zaraz   rzuci  mu   się   w  ramiona,   szlochając  jak 

dziecko.

- Raczej wschód słońca w oczach - poprawiła, pociągając delikatnie 

nosem,   zanim   opuściła   draperie   i   pokój   pogrążył   się   ponownie   w 

półmroku.

- Zgodnie z umową zamówiłam już u obsługi hotelowej kawę, mój 

panie. Pełny dzbanek. Zaraz tu będzie, może więc teraz weźmiesz szybki 

prysznic.

Josh  czuł,  że  Mandy  chce  się  go  pozbyć, ale  zdecydował  się  nie 

naciskać, przynajmniej nie w tej chwili.

- To wspaniale, żono. Wiesz, chyba bym się szybko przyzwyczaił do 

takiej obsługi. - Dał jej krótki, mężowski pocałunek w policzek i skierował 

się w stronę schodów. - Ale kanapę trzeba będzie stąd zabrać.

- Pod warunkiem, że razem z tobą. - Mandy spojrzała teraz na Josha 

po   raz   pierwszy   i   zauważyła,   że   jeszcze   jest   w   piżamie   i   płaszczu 

background image

kąpielowym. - Wyglądasz w tym jak facet z reklamy w magazynie „Life”.

- Widzę, że sporo wiesz, ty moje uosobienie niewinności - odparł, 

unosząc odrobinę brwi. - Myślałem, iż bardziej nadaję się do reklamy w 

„Playboyu”.

Mandy udała, że się przez chwilę nad tym zastanawia i potrząsnęła 

głową.

- O nie, w „Playboyu” musiałbyś występować w towarzystwie dwóch 

skąpo odzianych blondynek.

- Bardzo bym chciał wiedzieć, skąd ty to wiesz?

Udając lekko obrażoną, Mandy odpowiedziała stanowczo:

-   Nie   spędzam   całego   czasu   na   czytaniu   o   królewnie   Śnieżce   w 

przedszkolu. Wiem co nieco również o prawdziwym świecie.

Josh   spojrzał   najpierw   na   jej   pozbawioną   makijażu   twarz,   potem 

białą bawełnianą bluzkę, drelichową spódnicę i płaskie sandały.

- O tak, jasne, że wiesz. Ale tylko trochę. I wiesz co? To mi się 

właśnie w tobie najbardziej podoba.

Mandy odwróciła się z powrotem do okna. Przymknęła oczy, udając, 

że rozkoszuje się wschodem słońca, ale tak naprawdę to zabolały ją bardzo 

ostatnie słowa Josha. Gdyby tylko wiedział to wszystko co ona, pomyślała 

fatalistycznie, to uciekłby od niej natychmiast. Podobnie jak ona uciekała 

bez opamiętania przez ostatnie trzy lata.

Spojrzała dokoła nie widzącym wzrokiem, celowo koncentrując się 

na   wydarzeniach   ostatniego   wieczora,   by   zatrzymać   bieg   poprzednich 

myśli. Po wspólnym, późnym obiedzie z ekipą telewizyjną w restauracji 

„Regent   Court”   Mandy   wykręciła   się   bólem   głowy   i   mogli   razem   z 

Joshem   odrzucić   propozycję   Lois,   by   odwiedzić   jeden   z   miejscowych 

background image

kabaretów.

Nawet teraz, w świetle dnia, Mandy wzdrygnęła się na wspomnienie 

porozumiewawczych spojrzeń wymienianych pomiędzy Lois a Chuckiem, 

kiedy Josh odprowadzał ją do windy.

Trudno by im było uwierzyć w to, że dziesięć minut później Mandy 

leżała  już w łóżku  zupełnie  sama,   a Josh,  popijając  piwo, oglądał,   jak 

Lakersi z Los Angeles starli na proch chicagowskie Byki.

Mandy   była  trochę   zaskoczona.   Zaskoczona  i,   chcąc   być  ze   sobą 

szczera,   odrobinkę   rozczarowana.   Po   szalonych   chwilach   na   kanapie 

czekała na wieczór z mieszaniną niepokoju i nadziei.

Jednak Josh miał rację, starając się nie angażować. Kiedy podróż 

poślubna i jego dochodzenie się skończą, będzie mógł odejść z czystym 

sercem i bez wyrzutów sumienia.

W końcu jednak powiedział jej przecież, że jest nią zafascynowany, 

nawet gdyby to miała być tylko fizyczna fascynacja. Zresztą cóż by to 

mogło być innego, myślała smutno, biorąc pod uwagę fakt, że nie ukrywał 

swojej   opinii   o   niej.   Ludzie   nie   zakochują   się   w   melodramatycznych 

histeryczkach, czy jak ją tam jeszcze określał.

Wyraźne pukanie do drzwi przerwało ciąg myśli Mandy. Niechętnie 

poszła otworzyć.

- Dzień dobry! - zawołał radośnie kelner, wnosząc ciężką srebrną 

tacę, którą z teatralnym gestem ustawił na stoliku. - Piękny dzień dziś 

mamy, prawda?

Mandy spojrzała na niskiego kelnera, który był niemal w jej wieku. 

Uśmiechał się szeroko, miał śnieżnobiałe zęby i wyglądało na to, że nie 

ma żadnych zmartwień. Poczuła, iż to trochę nie fair, skoro ona była w tak 

background image

opłakanej sytuacji.

Uśmiech kelnera zbladł, ale tylko na chwilę.

- To wy jesteście tymi nowożeńcami, co wygrali konkurs? - Strzelił 

palcami, przypominając sobie ten fakt. - Widziałem wczoraj z wami ekipę 

telewizyjną. Ale fart. Ja też jestem aktorem, mimo że chodzę teraz w takim 

uniformie.   Sam   zrobiłbym   coś   głupiego   z   Sylwią,   moją   dziewczyną, 

gdybym wiedział, że tak łatwo dostanę się do telewizji. A tak przy okazji, 

mam   na   imię   Rollie.   Rollie   Estrada.   Nazwisko   zresztą   będę   musiał 

zmienić, bo jest zbyt trudne dla mas.

Jego   entuzjazm   okazał   się   zaraźliwy   i   Mandy   stwierdziła   ze 

zdumieniem, że też się uśmiecha.

- To jest to - ciągnął Rollie. - To może być przełom w twoim życiu, 

jeśli   to   dobrze   rozegrasz.   Z  tą   czerwoną   czupryną  i  takimi   nogami   na 

pewno będziesz gwiazdą. Umiesz zrobić padaczkę?

- Padaczkę? - Mandy była wyraźnie stropiona. - Nie jestem pewna. A 

co to takiego?

Rollie   podniósł   palec,   jakby   chciał   powiedzieć:   „Jedną   sekundkę, 

zaraz  wracam”.  Przeszedł  szybko przez  pokój i wbiegł  kilka  stopni  na 

górę. Poprawił marynarkę, a jego twarz przybrała wyraz wielkiej powagi. 

Zaczął wolno schodzić z podniesioną głową, dopiero na trzecim stopniu 

wyraźnie się potknął, fiknął niebezpiecznego kozła i wylądował u stóp 

Mandy.

- Nic ci się nie stało, Rollie? - Mandy była wyraźnie przestraszona, 

ale zanim zdołała mu pomóc się pozbierać, ten stał już przy niej.

- Oczywiście, że nie. To właśnie padaczka. - Rollie promieniał. - 

Dobre, co? Powinnaś zobaczyć, jak to robię, kiedy jestem rozgrzany.

background image

Nagle Mandy usłyszała odgłos zbiegających po schodach stóp, a po 

chwili pojawił się Josh, owinięty tylko ręcznikiem kąpielowym, z twarzą 

całą wysmarowaną kremem do golenia.

- Mandy! - krzyczał z daleka. - Słyszałem, że upadłaś. Nic ci się nie 

stało?

Mandy otworzyła już usta, by mu odpowiedzieć, gdy nagle Josh na 

ostatnich   stopniach  też  stracił  równowagę i powtórzył  nieświadomie   to 

samo,   co   przed   chwilą   zrobił   Rollie.   Krem   do   golenia   miał   już   teraz 

rozmazany po całej twarzy i na ramionach, a na całym ciele widać było 

jeszcze błyszczące kropelki wody po nie dokończonym prysznicu.

- Och, Joe! - Mandy uklękła przy nim, kładąc ręce na jego nagim 

torsie. Modliła się, żeby tylko sobie nic nie złamał. - Na pewno nic ci się 

nie stało?

- Mniejsza o mnie, do Ucha. Miałem mokre nogi i poślizgnąłem się. - 

Ujął jej rękę i zaczął się jej przyglądać. - Ważne tylko, czy tobie się nic nie 

stało?

Był   przy   tym   tak   poważny   i   tak   zatroskany,   że   Mandy   poczuła 

delikatne   ukłucie   w   sercu.   Pech   jednak   prześladował   ją   od   rana:   z 

rozmazanym wszędzie kremem, niezbyt starannie założonym ręcznikiem i 

przerażeniem   w   oczach   Josh   stanowił   najśmieszniejszy   widok,   jaki 

zdarzyło się jej oglądać od lat.

Nie mogła na to nic poradzić. Choć wiedziała, że ściąga w ten sposób 

na siebie burzę, przysiadła na piętach i zaczęła się śmiać. Gorzej, dotknęła 

ręką twarzy, robiąc sobie nieświadomie białe placki z kremu do golenia, a 

drugą   ręką   chciała   mu   pokazać   bez   słów,   co   w   tym   było   takiego 

zabawnego.

background image

Josh zmarszczył brwi, starając się zrozumieć, o co jej chodzi.

-   Co   w   tym   takiego   zabawnego?   -   spytał,   co   tylko   wywołało   u 

Mandy nowy, niepohamowany atak śmiechu. - Do licha, Mandy, z czego 

się właściwie śmiejesz?

- Myślałeś, że to... a potem sam... - Mandy bezskutecznie starała się 

coś powiedzieć. - To nie ja... to on. - Wybąkała wreszcie w przerwach 

pomiędzy kolejnymi spazmami śmiechu.

- Co za on? Kto taki? - Josh rozejrzał się i nagle zdał sobie sprawę, 

że nie są w pokoju sami. Rollie, który bezskutecznie starał się wtopić w 

podłogę, przywitał się teraz i uśmiechnął szeroko. - Kim jesteś, u diabła? - 

wybuchnął Josh.

Mandy czuła, że musi interweniować, zanim Josh urwie biednemu 

Rollie'emu głowę. Wzięła więc swego domniemanego męża pod ramię:

-  To  Rollie   Estrada,   chociaż   ma   zamiar   zmienić   swoje   nazwisko, 

żeby go nie mylili z kim innym. Musisz przyznać, że jego białe zęby mogą 

wprawić ludzi w zakłopotanie.

Josh zamknął oczy i policzył do dziesięciu. Chyba miał rację: Bóg 

naprawdę postanowił go ukarać.

- Poza tym Rollie chce zostać aktorem. - Mandy wytarła ręką twarz z 

kremu. - I powiedział mi, że mogę zostać gwiazdą, wiesz, dzięki włosom i 

nogom,   a   potem   pokazał   mi   padaczkę.   Ten   hałas,   który   słyszałeś,   to 

właśnie   była   padaczka   Rollie'ego.   -   Na   chwilę   przestała   mówić,   by 

spojrzeć na Josha. - Zrobiłeś to dokładnie tak, jak on. A może powinieneś 

też wybrać karierę filmową? - spytała ze śmiechem, świadoma, że porusza 

się po bardzo cienkim lodzie.

Josh zaczął obiema rękami wycierać krem. Odwrócił się do niej na 

background image

moment, rozważając, czy nie rozsmarować jej tego wszystkiego na twarzy.

- Mandy, myślę, że jednak skończę się teraz golić, jeśli nie masz nic 

przeciwko temu. - Zwrócił się do kelnera i wyciągnął w jego kierunku 

lepką od kremu rękę. - Rollie, miło było cię poznać. Życzę powodzenia w 

karierze.

Rollie spojrzał na wyciągniętą rękę i wiedział, że przyjdzie teraz za 

wszystko zapłacić. Przez niego mogę przecież wylecieć z pracy, pomyślał. 

Jeśli teraz chce załatwić całą sprawę, to trzeba z tego szybko skorzystać.

Rollie   ujął   mocno   dłoń   Josha   w   swoją,   czując,   jak   zimny   krem 

przecieka mu między palcami.

- Cała przyjemność po mojej stronie - powiedział.

Josh popatrzył na Rollie'ego, teraz też już upapranego kremem.

- No, może niecała, Rollie - powiedział, czując, że poprawia mu się 

nastrój. - Oj, niecała. Wpadnij później, przedstawię cię reżyserowi, może 

znajdzie dla ciebie jakieś zajęcie w filmie, O.K.?

Rollie otworzył usta ze zdumienia.

- Pan chyba żartuje. - Nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu. - Nie, 

nie żartuje pan. Na pewno nic się panu nie stało? - W pokłonach podszedł 

do drzwi, odmawiając napiwku, który przygotowała mu w międzyczasie 

Mandy. - Przyjdę później. I naprawdę bardzo dziękuję.

Kiedy tylko drzwi zamknęły się za kelnerem, Mandy spojrzała na 

Josha, który tymczasem zaczął już wchodzić po schodach.

- Hej, mężu - zawołała za nim.

Spojrzał   na   nią,   zastanawiając   się,   czy   będzie   się   starała   zarobić 

jeszcze parę punktów dla siebie na jego opłakanym wyglądzie.

- Tak? - Chciał już mieć to wszystko za sobą.

background image

Mandy przechyliła lekko głowę, a jej szmaragdowe oczy łagodnie 

błyszczały, kiedy na niego spojrzała.

- Wiesz, że jesteś w porządku? Pod twymi szykownymi ubrankami 

bije serce ze szczerego złota.

Josh odetchnął z ulgą. Słowa Mandy sprawiły, iż spojrzał inaczej na 

cały   incydent.   Może   warto   było   się   poświęcić,   by   zasłużyć   na   jej 

pochwałę.

- Też jesteś O.K., Amando Elisabeth - powiedział miękko. Jednak 

kiedy zobaczył, że jej oczy robią się trochę mgliste, dodał zaraz: - Ale 

lepiej nie bierz zbyt serio pomysłów Rollie'ego. I postaraj się, by kawa nie 

wystygła, dobrze? Zejdę za chwilę na dół.

Mandy   owinęła   dzbanek   z   kawą   w   białą,   lnianą   ściereczkę   i 

przemierzyła   pokój,   by   ponownie   wyjrzeć   przez   okno.   Tym   razem 

zobaczyła oczami wyobraźni dwa konie i dwóch jeźdźców, galopujących 

obok siebie po plaży. Wizja ta sprawiła, że zaraz poczuła się lepiej.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Późnym popołudniem Mandy nie miała już żadnych złudzeń co do 

cudowności   świata   filmu   i  to   nie   tylko   dlatego,   że   nigdy   nie   pragnęła 

zostać aktorką, od czasów kiedy wystąpiła w roli kapusty w szkolnym 

przedstawieniu.

Filmowanie,   co   odkryła   z   pewnym   rozczarowaniem,   składało   się 

głównie z czekania i przyglądania się, a nie występowania przed kamerą. 

Z   jednego   powodu:   Herb   i   Chuck   spędzili   prawie   dwie   godziny   na 

zakrywaniu ich wielkiego okna arkuszami białego papieru.

Wyjaśnili, że chociaż chcieli mieć zasłony rozsunięte do zdjęć, to 

światło słoneczne i sztuczne mają dwa różne cienie, jedno zielony, drugie 

niebieski. Dlatego trzeba było przesłonić światło zewnętrzne.

Kiedy   już   problem   światła   został   ku   zadowoleniu   Chucka 

rozwiązany,   Lois   wpadła   na   pomysł,   by   przesunąć   kanapę   pod   okno. 

Obawiała się, że obecność obrazów na ścianach sprawi, iż scena będzie 

przeładowana. To spowodowało, że trzeba było znów zmienić oświetlenie, 

co zajęło kolejną godzinę. Mandy zdecydowała się więc, dla zabicia czasu, 

wziąć kąpiel.

Miała wielką ochotę wybrać się na spacer promenadą. Chciała pójść 

na plażę i obserwować, jak małe  dzieci bawią się w piasku. Miała też 

ochotę   pobawić   się   z   nimi,   czuć   chłód   piasku   pod   stopami,   zbudować 

zamek, a potem patrzeć, jak rozmywa go fala.

Najbardziej   zaś   pragnęła,   żeby   Josh   zobaczył   ją   w   jej   nowym, 

jednoczęściowym  stroju   kąpielowym   w   kolorze   szmaragdowozielonym. 

Marion mówiła,  że wygląda w tym, jakby miała  nogi pod samą  szyję. 

Marzyła,   aby   klęknąć   nad   nim,   kiedy   by   leżał   na   kocu   na   rozgrzanej 

background image

słońcem plaży, i wcierać powoli olejek do opalania w jego muskularne 

ramiona.   Bardzo   tego   pragnęła,   naprawdę   bardzo,   każdą   najmniejszą 

komórką swego ciała.

To   z   całą   pewnością   dużo   lepsze   niż   spędzanie   czasu   w   wannie, 

pomyślała, obserwując Josha zatopionego w rozmowie z Herbem. Może 

nawet lepsze niż zimny prysznic.

-   Idę   na   chwilę   na   górę   -   poinformowała   Lois,   która   właśnie 

rozmyślała   nad   kolejnym  przeniesieniem   kanapy   w   róg  pokoju,  tak   by 

zmieściła   się   jeszcze   lampa   i  stolik.   Uważała,   że  w  ten   sposób   będzie 

mniej scenicznie, a bardziej po domowemu.

- Dobry pomysł, Mandy - zgodziła się Lois, nie odwracając nawet 

głowy. - I tak będziesz musiała zrobić sobie mocniejszy makijaż. Cieszę 

się, że sama to zauważyłaś.

- Masz na myśli więcej szminki? - spytała, pamiętając, że z uwagi na 

dzisiejsze   filmowanie   nałożyła   na   siebie   więcej   makijażu   niż 

kiedykolwiek.

Lois zaśmiała się.

- Więcej wszystkiego, kochanie, chyba że chcesz wyglądać później 

jak   duch.   I   zrób   coś  ze   swoimi   włosami,   bo   takie   jak   teraz   wyjdą   na 

zdjęciu zbyt płasko. A może byśmy je podtapirowali, co o tym myślisz, 

Joe?

Josh uznał, że skromny wygląd jest raczej zaletą Mandy. Ponadto nie 

służyło to wcale jego planom, aby Lois zmieniła ją do tego stopnia, że nie 

poznałby jej nawet własny dziadek.

- Myślę, że moja żona i tak wygląda wspaniale, Lois - powiedział 

powoli.

background image

- Chcesz powiedzieć, że tak jak ty, najdroższy, kiedy dzisiaj rano 

spadłeś ze schodów. Aha, Lois, czy mówiłam ci już, jaką Joe zrobił rano 

padaczkę? Cały był w kremie do golenia i...

-   Dobrze,   już   dobrze,   poddaję   się   -   przerwał   Josh   pospiesznie, 

starając się uniknąć triumfalnego wzroku Mandy. - Jak sądzisz, Herb, czy 

moja   żona   potrzebuje   więcej   makijażu?   -   Uznał   teraz,   że   spytanie 

kamerzysty o zdanie będzie najbezpieczniejszym wyjściem z tej sytuacji.

Jeśli   szło   o   niego   samego,   to   Mandy   wyglądała   apetycznie   jak 

zwykle. Nigdy nie lubił specjalnie wymalowanych kobiet. A szczególnie 

zbyt perfekcyjnie, bo bał się, że im zepsuje makijaż w jakiejś intymnej 

sytuacji.

- Herb! - zawołał, widząc, że ten ignoruje go zupełnie i majstruje coś 

przy kamerze.

Herb w końcu niechętnie wstał, podniósł do oczu kamerę, mierząc z 

niej do Mandy jak myśliwy do nie spodziewającej się niczego ofiary.

- Wygląda jak flądra wyrzucona na piasek - powiedział bez ogródek. 

Wyłączył kamerę i schował ją z powrotem do walizeczki, zanim usiadł 

obok Josha.

- Dzięki, Herb - mruknął Josh. - Bardzo nam pomogłeś. Przypomnij 

mi, żebym poprosił cię o opinię, jak ja będę w podobnym kłopocie.

-   Nakładaj   makijaż   tak   długo,   aż   będzie   ci   się   wydawało,   że 

wyglądasz   jak   dziwka.   -   Chuck   najwyraźniej   chciał   dodać   jej   otuchy, 

kiedy zauważył, iż młoda dziewczyna jest bliska płaczu. - Kiedy dojdziesz 

do wniosku, że wyglądasz, jakbyś miała się udać pod latarnię, to będzie 

akurat tyle, ile trzeba, by występować przed kamerą.

- A co z nim? - Mandy zaprotestowała, słysząc jak Josh zaśmiał się 

background image

cicho. - Mężczyźni nie muszą robić makijażu? Dlaczego wszyscy uwzięli 

się na mnie?

Lois spojrzała taksująco na Josha i potrząsnęła głową.

-   On   ma   taką   urodę,   że   jedyne,   co   trzeba   będzie   zrobić,   to 

przypudrować trochę twarz, ręce i szyję. Przykro mi Mandy, ale blada 

cera, jak twoja, wymaga najwięcej starania.

Widząc triumfalny uśmiech Josha, Mandy zaprzestała dalszej walki i 

poszła wziąć kąpiel.  Ostatecznie  dokończenie makijażu  i tak wzięła  na 

siebie   Lois,   ponieważ   uważała,   że   jej   policzki   nie   są   wystarczająco 

różowe. Samo filmowanie było już bajecznie proste. Składały się na to 

głównie różne ujęcia pokoju, Josh i Mandy siedzieli przy tym na kanapie, 

trzymali się za ręce i uśmiechali jak wiejskie przygłupy.

- To wszystko? - syknęła Mandy z niedowierzaniem, kiedy rozgrzane 

światła   zostały   w   końcu   wyłączone.   -   Tyle   przygotowań   dla   marnych 

pięciu minut filmu? Dochodzi szósta wieczorem, prawie czas na obiad, a 

to jest wszystko, co zrobiliśmy przez cały dzień? Nie do wiary.

- Spokojnie, kochanie, nie denerwuj się - uspokajał ją Josh, równie 

wściekły jak ona, że stracili na próżno tyle czasu. Wiedział jednak, iż tego 

nie uniknie i lepiej dla wszystkich będzie załagodzić całą sprawę. - Idź na 

górę, jak przystało na pannę młodą, i zmyj to świństwo z twarzy, żebym 

mógł cię zaraz wziąć na obiad. Zamówiłem dla nas miejsca w „II Verdi”, 

tu w hotelu, bo wiem, jak uwielbiasz włoskie jedzenie.

-   A   ja   anulowałam   tę   rezerwację   -   wtrąciła   stanowczo   Lois.   - 

Będziemy was filmować, jak jecie hot - dogi na promenadzie. Mandy, nie 

zmywaj   więc   makijażu,   tylko   weź   zamiast   tego   ze   sobą   jakiś   sweter. 

Filmowanie potrwa do pozna, więc może być zimno.

background image

-   Joe!   -   zawołała   Mandy   błagalnie,   patrząc   na   niego   z   wyraźną 

nadzieją. Jeśli ustawienie wszystkiego na zewnątrz zajmie tyle samo czasu 

co w pokoju, to nie mają szans, by coś zjeść przed północą. Poza tym 

trudno   było   znaleźć   większego   miłośnika   włoskiej   kuchni   niż   ona.   - 

Naprawdę musimy?

W tym momencie zadzwonił telefon. Lois uważała, że to na pewno 

do niej w jakiejś ważnej sprawie z telewizji.

-   Zostawiłam   ten   numer   w   recepcji   -   wyjaśniła   z   dozą 

samouwielbienia, która zaczynała działać Mandy coraz bardziej na nerwy. 

Zanim   podniosła   słuchawkę,   zdążyła   jeszcze   wyciągnąć   z   ucha   wielki, 

różowy kolczyk.

Telefon był jednak do Joe'ego Tremaine'a.

- Pędź na górę, kochanie, i zabierz sweter - powiedział w drodze do 

telefonu. - Coś i tak musimy zjeść, więc lepiej wykonujmy rozkazy. Może 

Lois da nam jutro wolne przedpołudnie, jeżeli dziś będziemy posłuszni. 

Prawda, Lois? - W głosie jego zabrzmiał teraz nie znoszący sprzeciwu ton, 

aż poruszony tym Chuck oderwał na chwilę oczy od swego sprzętu, by 

spojrzeć na pana młodego.

Lois,   nawet   gdyby   zauważyła   tę   zmianę   tonu,   musiałaby   jeszcze 

wykazać się wystarczającą inteligencją, by ją odpowiednio zinterpretować. 

Zamiast tego zaczęła rozważać coś zupełnie innego. Mając nadzieję, że 

właściwie odczytała sygnały, które Chuck dawał jej dziś przez cały dzień, 

szybko   zgodziła   się   na   kompromis.   Kto   wie,   co   noc   przyniesie,   jeśli 

dobrze   rozegra   swoją   partię.   Może   późniejsze   rozpoczęcie   jutrzejszych 

zajęć okaże się bardzo dogodne dla wszystkich.

- No dobrze - zgodziła się Mandy niechętnie. - Postaram się załatwić 

background image

to szybko. - Pokonała już ponad połowę schodów, kiedy usłyszała, jak jej 

mąż mówi do słuchawki:

- Tu Joe Tremaine. - Poczuła nagle przemożną chęć, by dowiedzieć 

się, kto dzwoni. Przebiegła błyskawicznie ostatnie schody, jednym susem 

znalazła   się   na   łóżku,   wzięła   głęboki   oddech   i   powolutku   podniosła 

słuchawkę drugiego telefonu.

- No więc, Joe, jak ci tam leci? - Pytanie to zostało zadane głębokim, 

sceptycznym   głosem.   Ze   sposobu   artykulacji   „Joe”   zorientowała   się 

natychmiast, że nie jest to prawdziwe imię. Poczuła przypływ satysfakcji, 

że nie zawiodły ją przeczucia. Zauważyła zresztą wcześniej, że nigdy nie 

reaguje   natychmiast,   kiedy   się   go   zawoła   po   imieniu.   To   na   pewno 

telefonuje jakiś jego przełożony, żeby wysłuchać świeżego sprawozdania 

na temat kamerzysty Herba.

-   Pogoda   jest   piękna,   tato,   ale   myślę,   że   dopiero   potem   będzie 

gorąco.

Mandy   prychnęła   zdegustowana.   Tato!   Też   coś.   Mógł   przecież 

wymyślić coś bardziej oryginalnego.

-   Jak   długo   jeszcze   chcesz   tam   urzędować?   -   spytał   mężczyzna 

zwany tatą. - Jeden z pracowników, nazwiskiem Vic Harrison, zadaje tu w 

studiu   bardzo   dociekliwe   pytania.   Prawdę   powiedziawszy,   to   sam   bym 

dorzucił do tego parę własnych, panie Tremaine.

-   Daj   mi   jeszcze   parę   dni,   tato,   a   będę   miał   wszystko,   czego 

potrzebuję, żeby załatwić pewną sprawę, o której mówiliśmy ostatnio w 

biurze. Jeżeli nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego, miałeś nie dzwonić. - 

Głos Josha był niewiele głośniejszy od szeptu, tak jakby się starał, żeby 

nikt w pokoju nie usłyszał, o czym rozmawiają. - Pozdrów mamę. - A 

background image

potem, już dużo głośniej, dodał na zakończenie: - Dziękuję za telefon, no 

to do widzenia.

- Nie waż się odkładać słuchawki, łajdaku! - Krzyk z drugiej strony 

sprawił, że Mandy musiała odsunąć się od aparatu. Usłyszała stuknięcie 

odkładanej na dole słuchawki. - A to co znowu? Jesteś tam jeszcze? - 

grzmiał   podenerwowany   głos,   ponieważ   jak   długo   Mandy   słuchała, 

połączenie nie było przerwane. - Josh? Odpowiedz do licha! Josh!

Mandy odłożyła po cichu słuchawkę i powtórzyła w myślach imię, 

które   właśnie   usłyszała.   Josh.   Joshua?   Uśmiechnęła   się   nieśmiało,   gdy 

zdała sobie sprawę, że odniosła swój pierwszy sukces jako wywiadowca, 

nawet jeśli nie dotyczyło to sprawy Herba.

- Josh - wymruczała cichutko. - Podoba mi się.

Opustoszała plaża rozciągała się pod nimi, kiedy spoglądali w stronę 

okrytego   mrokiem   morza.   Filmowanie   zostało   zakończone   jakieś   dwie 

godziny temu, po tym jak Mandy oświadczyła, że nie przełknie już ani 

kawałka hot - doga, nawet gdyby jej ktoś przystawił pistolet do skroni.

Lois powtarzała scenę przy budce z hot - dogami dwanaście razy, 

domagając   się   za   każdym   razem   świeżych   kiełbasek   dla   obojga.   Jeśli 

nawet nie zatrzymał się przy nich żaden przechodzień, wymachując coś do 

kamery, to sprzedawca, po sekretnych pouczeniach Josha, zawsze musiał 

coś zepsuć.

Natychmiast kiedy żadne z tych zdarzeń nie miało miejsca, to albo 

hot   -   dog   Mandy   był   za   gorący   i   tak   sparzył   ją   w   usta,   że   musiała 

natychmiast   wszystko   wypluć,   albo   Josh   upaskudził   sobie   koszulę 

musztardą, albo działo się jeszcze coś innego, co zmuszało Lois ponownie 

background image

do   krzyku:   „Stop!”.   Kiedy   w   końcu   wszystko   się   udało   tak,   jak 

zaplanowano, Herb przypomniał sobie, że zapomniał wymienić taśmę w 

kamerze. Tak czy owak, nie były to zbyt udane dwie godziny dla żadnego 

z   nich,   z   wyjątkiem   może   sprzedawcy   hot   -   dogów,   któremu   całe 

filmowanie bardzo się podobało.

Nawet spacer dwojga nowożeńców, patrzących sobie czule w oczy i 

mijających   nielicznych   o   tej   porze   przechodniów,   wymagał   godziny 

przygotowań i siedmiu powtórzeń.

W   końcu   jednak   wszystko   była   skończone,   a   ekipa   wróciła   do 

Tropicany. Lois pomogła Chuckowi z jego sprzętem, a Herb, jak zawsze 

małomówny, mruknął coś, że najpierw zajrzy do kasyna, zanim pójdzie 

spać.

Josh pomachał im na pożegnanie, po czym wziął Mandy pod rękę i 

skierował się w przeciwną stronę.

- Myślałem, że już nigdy sobie nie pójdą - powiedział z uśmiechem, 

przyciągając ją nieco do siebie.

-   Amen   -   skwitowała   Mandy   z   westchnieniem   ulgi,   przytulając 

policzek do jego ramienia. Czuła się z nim w tej chwili bezpieczniej i 

pewniej   niż   kiedykolwiek   wcześniej.   -   Dokąd   idziemy?   -   spytała, 

spoglądając na mijanych ludzi, którzy gdzieś się bezustannie spieszyli.

- To przecież całkiem naturalne, żono. Nie powinnaś się martwić, 

gdzie idziemy, dopóki idziemy razem.

Mandy podniosła głowę.

- Podaruj sobie te teatralne gesty. Kamera jest już wyłączona, panie 

Tremaine. Możesz skończyć z udawaniem.

Był tak blisko, że czuła jego oddech na policzku.

background image

- Chcesz już wracać do hotelu? Tylko potem mi nie mów, że nie 

mam zgodnego charakteru.

Mandy przymknęła na chwilę oczy, rozkoszując się jego bliskością.

- Nie - odpowiedziała, podejmując decyzję, że będzie musiała trochę 

ustąpić,   bez   względu   na   konsekwencje.   -   Mam   ochotę   na   spacer 

promenadą z tobą, mój mężu. - Powiedziała to z nadzieją, że nie odsunie 

się od niej.

Spacerowali więc, podziwiając rozświetlone kasyna i robiąc złośliwe 

komentarze   na   temat   co   ciekawszych   spotykanych   ludzi.   Kilka   razy 

zatrzymywali   się   przy   wystawach,   wybierając   zabawne   prezenty   dla 

wszystkich   znajomych.   Przy   jednym   ze   straganów,   który   właśnie 

zamykano na noc, Mandy urządziła istny cyrk, zmuszając Josha, by kupił 

dla niej karmelki, a dla siebie orzeszki.

W końcu, dobrze po północy, stanęli na chwilę przy balustradzie nad 

opustoszałą plażą, rozkoszując się chwilą ciszy nad oceanem. Przez chwilę 

nie mówili nic, była to jakby ich wspólna, uspokajająca cisza.

- O czym myślisz? - spytał w końcu półgłosem Josh, zastanawiając 

się, dlaczego przerywa taki nastrój.

Mandy   rozważała   właśnie,   czy   powiedzieć   mu,   że   odkryła   jego 

prawdziwe imię, a przynajmniej jego część. Chciała jednak upewnić się 

najpierw, jaka będzie jego reakcja na to, czego się dowiedziała, zaczęła 

więc z innej strony.

- Dowiedziałeś się czegoś ciekawego na temat Herba? Widziałam, że 

dziś rano spędziliście razem dużo czasu. Wygląda na to, że nie jest zbyt 

rozmowny. A w dodatku nawet na mnie nie spojrzał, pewnie nie interesują 

go mężatki.

background image

Więc jednak wróciliśmy do tego, pomyślał Josh z niechęcią. Pretekst 

śledzenia Herba zaczynał mu już trochę doskwierać. Gdyby jeszcze facet 

okazał   się   choć   odrobinę   interesujący.   Jednak   kamerzysta   Herb   był 

najbardziej nudnym człowiekiem, jakiego Josh kiedykolwiek spotkał.

- Myślę, że wpadłem na coś - skłamał gładko. - Ale Herb jest tylko 

płotką.   Będę   musiał   wrócić   do   Allentown,   zanim   dowiem   się   czegoś 

więcej.

Tak,   pomyślał,   to   powinno   położyć   kres   tej   idiotycznej   historii   z 

Herbem. Stawianie przez niego tego cholernego filmowania na pierwszym 

miejscu  zaczynało  mu  już  przeszkadzać.  Dlaczego  myślę  o  tym  akurat 

teraz, zadawał sobie pytanie, kiedy uświadomił sobie, że przypomnienie o 

własnych planach związanych z filmem sprawia, iż czuł się jak ścierka do 

podłogi.

- Czy znaczy to, że musisz jutro wyjechać? - Wyczuł przestrach w jej 

głosie, co, ku własnemu zaskoczeniu, sprawiło mu przyjemność.

-   O,   nie.   Nie   pozbędziesz   się   mnie   tak   łatwo,   żono.   Nie   miałem 

żadnych wakacji już od bardzo dawna, Mandy - zapewnił ją. - Nie widzę 

powodu, dla którego nie miałbym zostać tu i przyjrzeć się dokładnie całej 

sprawie. W końcu stereo dla twoich dzieciaków jest bezpieczne.

Stereo! Mandy aż zamrugała z wrażenia. Wielkie nieba, jak mogła o 

tym zapomnieć.

- Jeżeli ślad Herba nie prowadzi donikąd, to kim się teraz zajmiesz? - 

Spytała szybko, by pokryć zmieszanie. - To znaczy, że grube ryby muszą 

być w Allentown, prawda? - Teraz zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu. 

- Czy po rozmowach z kamerzystą myślisz, iż Vic Harrison jest w to też 

zamieszany? Wiem, że wcześniej temu zaprzeczyłeś, ale teraz...

background image

Znowu   ponosi   ją   niepohamowana   wyobraźnia,   pomyślał   Josh, 

ukrywając uśmiech. Nagle zdał sobie sprawę, że Mandy przestała mówić i 

to w połowie zdania.

- Mandy? - Zobaczył jej kurczowo zaciśnięte usta i w jednej chwili 

zrozumiał wszystko. - A więc to tak? Podsłuchiwałaś moją rozmowę z 

aparatu w sypialni, kiedy rozmawiałem z...

-   Ojcem?   -   zadrwiła.   -   Mówiąc   szczerze,   to   mogliście   wymyślić 

lepszą ksywę dla niego. Ta jest beznadziejna.

Josh uniósł brwi, nie mogąc uwierzyć własnemu szczęściu. Niech ją 

Bóg błogosławi za jej pokrętną logikę, dzięki której widziała wszystko, 

poza rzeczami najbardziej oczywistymi.

- Wiesz, że nie wszyscy możemy być agentami. Ale nie zmieniaj 

tematu.   Dlaczego   tak   cię   zainteresowała   moja   rozmowa   telefoniczna? 

Nieładnie grasz, moja panno.

Mandy powstrzymała się od riposty, którą miała na końcu języka. 

Czuła się i tak winna, że poznała jego prawdziwe imię, nawet jeśli on o 

tym nic nie wiedział.

- Jak myślisz, Joe, co Lois przygotowała dla nas na jutro? - Mandy 

mówiąc   to   odwróciła   się,   dając   w   ten   sposób   do   zrozumienia,   że   nie 

usłyszy   od   niej   żadnego   usprawiedliwienia.   -   Powiedziała   coś,   że 

chciałaby nakręcić sekwencję tańca i to w naszym pokoju dziennym, bo 

tam   będzie   najłatwiej   zrobić   właściwe   oświetlenie,   ale   nie   wyobrażam 

sobie, w jaki sposób będziemy tańczyć na dywanach, przecież...

Jej szybki potok słów został nagle przerwany śmiechem Josha.

- Boże, jak ja uwielbiam te twoje zmiany tematów, kiedy mówisz 

około   sześciuset   słów   na   minutę.   Czy   nie   boisz   się,   że   w   tym  tempie 

background image

możesz złamać język?

Zamykając nagle usta, Mandy wykonała gwałtowny zwrot do tyłu, w 

nadziei, że uda się jej pójść, gdzie oczy poniosą, ale Josh był szybszy.

- Chwileczkę, żono, dokąd to się wybieramy?

- Na policję, gdzieżby indziej - mruknęła przez zaciśnięte zęby. - 

Może   uda   mi   się   ich   namówić,   by   cię   aresztowali   za   to,   że   jesteś 

społecznie nie przystosowany. - Spojrzała najpierw na przytrzymującą ją 

rękę, potem na niego. - Puść, kowboju, zanim będę musiała ci pokazać 

drugą   lekcję   z   kursu   samoobrony.   Możesz   mi   wierzyć,   że   nie   jest   to 

przyjemne.

- Nie wierzę, że mogłabyś kogokolwiek celowo skrzywdzić. - Josh 

powiedział to z nagłą powagą w głosie. - Nie ma w tobie za grosz zła. 

Założę się, że nie potrafisz zabić nawet robaka.

- Pająka - szepnęła, urzeczona ciepłem zawartym w jego słowach.

- Czego? - zapytał automatycznie, zastanawiając się, jak ktoś może 

mieć tak błyszczące, zielone oczy. Nawet w panującym półmroku można 

było bez trudu rozpoznać ich kolor.

-   Mówiłam   o   pająkach.   One   są   najgorsze   z   tymi   paskudnymi, 

owłosionymi nogami. Nie potrafię zabić pająka, ale nie dlatego, że mi go 

szkoda, tylko dlatego, że się go boję. Wołam zawsze w takich razach panią 

Thorton, ale ta tak się do tego przykłada, że najbardziej bym chciała, żeby 

znalazł sobie jakąś szparkę i sobie poszedł.

- Ostrzegałem cię, żebyś nie zaczęła mnie zbytnio lubić - powiedział 

Josh  i  wziął  ją  w ramiona.  - A  teraz   myślę,   że  zaczynam się   w tobie 

kochać, Amando Elisabeth Tremaine. Co o tym sądzisz?

- Ja, ja nie wiem, co o tym myśleć - stwierdziła Mandy uczciwie. - 

background image

Przecież ty nic o mnie nie wiesz, no a ja wiem jeszcze mniej o tobie. - 

Czuła, jak dobrze mieć jego mocne ramiona dokoła siebie. - Może to tylko 

nasza bliskość sprawia, że wydaje nam się, iż coś do siebie czujemy, a 

potem wszystko pryśnie. Tak się przecież zdarza.

- Naprawdę tak myślisz?

- Naprawdę - brnęła dalej. Przymknęła oczy wzdychając. - O tak, 

bardzo ciebie lubię. Ale nie wiem, ani gdzie mieszkasz, ani co robisz. Ty 

zresztą   też   niewiele   o   mnie   wiesz.   Przecież   nie   urodziłam   się   jako 

wychowawczyni w przedszkolu. Żyję już przez prawie ćwierć wieku.

- Jak tak mówisz, to wydaje mi się, że jesteś starsza ode mnie, a ja 

mam trzydzieści dwa lata. - Dotknął delikatnie ustami jej szyi, co sprawiło, 

że   natychmiast   zapragnął   jej   ust.   Wszystkie   plany   zemsty   na   dziadku 

odrzucił   od   siebie   natychmiast.   Bez   żalu.   -   Wiesz,   że   nie   jestem 

notorycznym   mordercą,   a   ja   wiem,   że   jesteś   wspaniałą,   niewinną 

dziewczyną, która lubi kąpiel w wannie i słodycze. Czy musimy wiedzieć 

coś więcej?

Poczuł,   jak   sztywnieje   nagle   w  jego   ramionach,   zanim   lekko,   ale 

zdecydowanie odsunęła się od niego, oplatając w obronnym geście ręce 

dookoła siebie.

- Co się stało? - spytał ze ściśniętym gardłem, kładąc jej rękę na 

ramieniu. - Czuję się, jakbym niechcący nacisnął niewłaściwy guzik.

Kiedy   odwróciła   się   ponownie   do   niego,   w   kącikach   jej   oczu 

błyszczały łzy.

- Bardzo jestem poruszona wyznaniem, że zaczynasz mnie kochać. 

Bądźmy   jednak   całkowicie   szczerzy,   Joe.   Myślę,   że   lepiej,   by   zostało 

między nami tak, jak było. - Głos drżał jej trochę, ale twarz miała pełną 

background image

determinacji.

Josh   poczuł   bolesne   ukłucie   w   sercu.   Jednak   Mandy   miała   rację. 

Wszystko   odbywało   się   zbyt   szybko.   To   tylko   nastrój   chwili,   noc   i 

księżyc, próbował siebie okłamać. Wiedział jednak, że nie jest ze sobą 

szczery, tak jak nie był od początku, kiedy pod wpływem nagłego impulsu 

stanął po stronie Mandy, pierwszego dnia w WMFL.

Dlaczego akurat ona musiała się okazać Mandy Tremaine? Dlaczego 

on   musiał   być   tak   cholernie   sprytny   i   powiązać   ją   z   Alexandrem 

Tremaine'em? Dlaczego zdecydował się na ten idiotyczny plan zemsty? 

No i najważniejsze, co Mandy ukrywa? Nie tylko jego przeszłość była 

tym, co ją trapiło, tego był zupełnie pewien. Może popadła w podobny 

konflikt z własnym dziadkiem jak on? W końcu uciekła z domu ponad trzy 

lata temu, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Mówiło się o tym w 

mieście przez jakiś czas. O tym oraz o przypadku Dave'a Benjamina, który 

zdarzył się w tym samym tygodniu.

Dlaczego on nic nie mówi? Mandy czuła, że zaraz zacznie krzyczeć, 

jeśli nie powie lub nie zrobi czegoś. Josh jednak tylko gapił się na ocean, 

zatopiony głęboko w swoich myślach.

- Joe? - Nie usłyszał jej nawet i musiała powtórzyć jeszcze raz. - Joe? 

Chyba się na mnie nie gniewasz, co? Proszę, nie gniewaj się...

Było coś takiego w jej tonie, co natychmiast utkwiło w nim głęboko, 

tak że oderwał wzrok od ciemnego oceanu i spojrzał jej w oczy.

- Twardy z ciebie orzech do zgryzienia, Amando Elisabeth - wyznał 

łagodnie.   -   Ale   masz   rację.   Myślę,   że   czas   spać.   To   co,   rozejm?   - 

zaproponował, tak jak ona dzień wcześniej w limuzynie.

Tym razem Mandy uśmiechnęła się przewrotnie.

background image

- Rozejm? Och nie, bez szans!

Mandy   leżała   pośrodku   ogromnego   łóżka,   patrząc,   jak   światło 

księżyca   układa   się   w   przedziwne   wzory   na   pościeli.   Minęła   prawie 

godzina, a ona wcale nie była bliżej snu, o którym tak marzyła, niż w 

momencie, kiedy położyła głowę na poduszce.

„Myślę, że zaczynam się w tobie kochać”, powiedział Josh. Nadal 

słyszała   jego   głos   powtarzający   wielokrotnym   echem   te   same   słowa. 

Zamknęła ciasno, aż do bólu, powieki.

A gdyby on wiedział wszystko o mnie i o moim dziadku? Odważyła 

się   zadać   sobie   to   pytanie   tylko   dlatego,   że   leżak   samotnie   w 

ciemnościach. A co z Dave'em? Co by Josh powiedział, gdyby usłyszał, 

jak bardzo byłam zaangażowana w związek z nim? Czy nadal by uważał, 

że mnie kocha? Łza spłynęła powoli po jej policzku i wsiąkła w poduszkę. 

Czy Josh nadal by mnie kochał tak, jak ja go kocham? Ponieważ wiem, że 

go kocham i to bardzo. Cieszyłby się z mojej miłości, czy raczej uciekł, 

gdzie pieprz rośnie? Dlaczego wszystko musi być tak skomplikowane?

W czasie gdy Mandy staczała na górze walkę z sobą, Josh, leżąc na 

rozłożonej   kanapie   w   pokoju   dziennym,   starał   się   zdecydować,   co 

powinien teraz zrobić.

-   Może   jasne   wyznanie   wszystkiego   nie   byłoby   wcale   takie   złe, 

Philips - powiedział do siebie półgłosem, zdając sobie sprawę, że przejął 

od Mandy ten zwyczaj.

Wzdrygnął się na myśl, iż mówienie do siebie było najmniej ważnym 

z jego problemów. Doszedł do kolejnego wniosku, że z równym skutkiem 

mógłby   oddać   sprawy   własnemu   biegowi   i   zobaczyć,   co   z   tego 

background image

wszystkiego wyniknie.

-   Dobrze,   Philips,   zacznij   mówić.   Zobaczymy,   co   z   tego   będzie. 

Powiedz najpierw: „Mandy, muszę ci coś zakomunikować. Nie nazywam 

się Joe. Jestem Josh, a dokładniej Joshua Philips”.

Powoli   potrząsnął   głową.   To   nie   byłaby   dla   niej   żadna   nowina. 

Wyczuła   już   pismo   nosem   po   telefonie.   A   może   powinienem   jej 

powiedzieć, że tak jak ona, jestem z Southampton, choć to z pewnością by 

ją zirytowało. Przecież mieszkamy tam dopiero od pięciu lat, a ona w tym 

czasie albo była w college'u w Szwajcarii, albo zwyczajnie zaginęła.

-   Więc   co   dalej,   Philips?   Nawet   jeśli   ona   ani   nie   zasłabnie   z 

wrażenia, ani nie ucieknie, to z pewnością zorientuje się, że wiedziałeś o 

wszystkim już od dawna i będziesz musiał jej też opowiedzieć o swoich 

planach zemsty na starym Tremaine'ie za Dave'a Benjamina. Jak w takim 

razie   wyślesz   mu   kasetę   video   pokazującą   ciebie   i   jego   zaginioną 

wnuczkę,   tarzających   się   w   grzechu   w   Atlantic   City,   żeby   pękł   z 

wściekłości w swoim pałacu z widokiem na morze? Jak można planować 

zrzucenie tej bomby i równocześnie przekonać Mandy o swojej miłości?

Josh przewrócił się wściekle na drugi bok.

- Mandy może i jest idealistycznym, naiwnym aniołkiem, Philips, ale 

jeśli sądzisz, że nie wyładuje się na tobie po tym, jak to wszystko usłyszy, 

to nie znasz swojego rudzielca nawet w połowie tak dobrze, jak ci się 

zdaje.

Z takimi słowami Josh wstał, by zapalić światło i włączyć telewizor 

w nadziei, że będzie jeszcze jakiś spóźniony film, na tyle zły i nudny, by 

ukarać go za wszystkie grzechy.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

- Nie, nie i jeszcze raz nie! Mandy, dalej robisz wszystko źle. Jesteś 

zbyt  spięta.   -   Lois   Lamour   machała   z   wściekłością   rękoma,   pokazując 

Herbowi, by wyłączył kamerę. Przysiadła teraz w rogu wielkiego łóżka i 

powiedziała twardo: - Mandy, masz się cieszyć z tego, że jesz śniadanie ze 

swoim przystojnym, dopiero co poślubionym mężem. Przecież nie jesz... - 

Nagle Lois zabrakło stosownego określenia.

- Nie jesz swojego ostatniego posiłku, składającego się z czerstwego 

chleba i wody z kałuży, stojąc przed plutonem egzekucyjnym. - Chuck ujął 

to może nawet zbyt obrazowo, ratując Lois z opresji.

- Dzięki, Chuck - skwitowała chłodno Lois, posyłając technikowi 

znaczące spojrzenie, zanim skupiła swoją uwagę ponownie na Mandy. - 

No,   uwaga,   powtarzamy   ujęcie.   Tym   razem,   Mandy,   rozluźnij   się. 

Pamiętaj, że mamy jeszcze w planie zdjęcia w kasynie.

Mandy zamknęła oczy i policzyła do dziesięciu. Wiedziała, że musi 

się uspokoić, by nie chlusnąć stojącym przed nią sokiem grejpfrutowym w 

twarz zadowolonej z siebie Lois Lamour.

-   Bardzo   mi   przykro,   Lois   -   powiedziała   zamiast   tego,   z   trudem 

opanowując   wściekłość.   -   Tylko   że   to   wszystko   jest   takie   strasznie 

sztuczne. To znaczy nie wiem, jak młoda para może cieszyć się sobą przy 

śniadaniu w łóżku z kelnerem stojącym im nad głową.

-   Zaraz,   zaraz,   ja   gram   swoją   rolę   zgodnie   z   planem!   -   Rollie 

zaprotestował, poprawiając muszkę. W ręku trzymał w pogotowiu dzbanek 

z   kawą.   -   Zresztą   to   pan  Tremaine   przyrzekł   mi   tę   rolę.   Proszę   jej 

powiedzieć, panie Tremaine. To moja wielka szansa.

- To prawda, kochanie - stwierdził Josh. Siedząc wyprostowany na 

background image

środku   wielkiego   łóżka,   tuż   obok   usztywnionej   Mandy,   położył   jej 

delikatnie rękę na plecach. - To naprawdę życiowa szansa dla Rollie'go. 

Uśmiechnij   się   więc   do   niego,   jak   będzie   ci   nalewał   kolejną   filiżankę 

kawy, a nie zachowuj się, jakby podawał ci truciznę.

Mandy   rzuciła   towarzyszącemu   jej   w   łóżku   mężczyźnie   jadowite 

spojrzenie,   po   którym   powinien   spalić   się   ze   wstydu.   Zapewniła   też 

Rollie'go, że przy następnym ujęciu wszystko pójdzie dużo lepiej.

- Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego nie możemy zjeść śniadania 

przy   stole,   na   tle   tego   wspaniałego   okna.   Wiem   naturalnie,   że   miss 

Ameryki fotografowana jest każdego roku przy śniadaniu w łóżku, ale to 

zupełnie inna sprawa. Ona ma koronę i wspaniały bukiet róż koło siebie, a 

nie ubranego w jedwabną piżamę mężczyznę, który w dodatku uśmiecha 

się szeroko, zadowolony z siebie.  Poza tym pokazywanie nowożeńców 

jedzących śniadanie w łóżku jest takie banalne, nie sądzisz, Lois?

Lois   oczywiście   nie   podzielała   tego   poglądu,   pomimo   że   Mandy 

starała   się   ją   przekonać   wszelkimi   możliwymi   sposobami   od   blisko 

godziny.   Intymny   poranek   w   łóżku,   w   piżamach,   po   wspaniałym 

śniadaniu, to było właśnie to.

-   Trzeba   będzie   poprawić   światło   do   tej   sceny   -   wtrącił   Herb, 

spoglądając ponownie na Mandy przez obiektyw.

- Dziękuję bardzo za tę fascynującą informację, Herb - odgryzła się 

Mandy. - To będziesz musiał wyciąć!

Josh wyciągnął spod kołdry rękę, którą właśnie dał jej sójkę w bok.

- Niby co wyciąć? - spytał z miną niewiniątka. Czuł łaskotanie w 

palcach   po   dotknięciu   delikatnej,   aksamitnej   skóry   Mandy.   Nawiasem 

mówiąc, jego zdaniem był to najlepszy pomysł, na jaki jak na razie wpadła 

background image

Lois i bawił się świetnie przez cały ranek. - Lois? Gdybyśmy zostali na 

chwilę z Mandy sami, to myślę, że znalazłbym sposób, by ją przekonać.

Chuck   wstał   pierwszy,   wyłączył  kamerę   i   skierował   się   w   stronę 

schodów do pokoju.

- Chodź, Lois - zawołał przez ramię. - Zostawmy ich na parę minut 

samych. Herb, Rollie!

Rollie ruszył za nim. Również Herb przypomniał sobie, że w pokoju 

na dole zostały jeszcze różne smakołyki. Lois, nie mając wyboru, poszła w 

ich ślady.

- Tylko nie zepsuj jej makijażu - Mandy powtórzyła bezmyślnie jej 

ostatnie słowa. - Zaczynam nie znosić tego całego towarzystwa - dodała, 

kiedy ekipa już zniknęła.

- No, nareszcie sami. - Josh odsunął w nogi tacę ze śniadaniem. - 

Powiedz mi teraz, żono, o co chodzi?

Mandy spojrzała na niego. Wyglądał na bardziej przystojnego, niż 

powinien był wyglądać w swojej jedwabnej piżamie. Nie mogła opanować 

wybuchu, pomimo że ograniczyła się do ognistego szeptu:

- Siedzę w łóżku, ubrana w szlafrok, obok faceta w piżamie, który 

nie   jest   moim   mężem,   Rollie   Estrada   skacze   wkoło   łóżka,   cała   reszta 

wydaje mi przeróżne dyrektywy, a ty mnie pytasz, o co chodzi? Dziwię się 

tobie,   Joe.   Ty   nie   wiesz,   dlaczego   jestem   zdenerwowana?   Poza   tym 

złamałam paznokieć i każdy głupi by to zauważył.

- Myślałem, że jesteś rannym ptaszkiem - odparł bez związku Josh, 

starając się ukryć rozbawienie. - Może gdybyś wypiła jeszcze filiżankę 

kawy...

- Jak wypiję jeszcze jedną kawę, to zacznę wrzeszczeć - odpaliła 

background image

Mandy   twardo.   -   A   ty   jesteś   najgorszy   z   nich   wszystkich   z   tą   swoją 

usłużnością. Oczywiście, Lois, to fenomenalny pomysł, Lois, masz świętą 

rację, Lois... Musisz zgadzać się ze wszystkim, co ta idiotka wymyśli? 

Pocałunki przy kawie! Myślałam, że pęknę z wściekłości.

- Przecież to część układu, Mandy - przypomniał jej. - Nie zapominaj 

o swoich dzieciakach i o tym, że od ciebie zależy, czy zatrzymają swoje 

stereo. Zrób to dla nich.

Mandy rozważała to przez chwilę, po czym odwróciła się w jego 

stronę.

- Dobrze, ale pod warunkiem, że przestaniesz robić te rzeczy pod 

kołdrą.

- Te rzeczy? - Josh udawał przestraszonego. - Co masz na myśli?

- Omal nie udławiłam się jajecznicą, kiedy zacząłeś mi jeździć stopą 

po nodze. Myślałam, że Lois dostanie spazmów.

-   Przesadzasz,   Mandy.   Lois   niczego   nie   zauważyła.   Poza   tym 

podobało mi się to.

Usta Mandy wydęły się drwiąco.

-   To   co,   przyrzekasz,   czy   nie?   -   W   głębi   duszy   Mandy   była 

wdzięczna   Joshowi   za   to,   że   pozwolił   im   gładko   wejść   w   swoje, 

uzgodnione wcześniej, role i nie traktować tego zbyt serio.

Josh   przyglądał   się   grze   uczuć   na   pełnej   wyrazu   twarzy   Mandy. 

Musiał   się   powstrzymać   całą   siłą   woli,   by   nie   wejść   do   niej   na   górę 

poprzedniego wieczora i nie wziąć tego, co ona chciałaby mu dać. O tym, 

że   chciałaby,   był   dziwnie   przekonany.   Jednak   logika,   wsparta   trzema 

beznadziejnymi   filmami,   w   końcu   wygrała.   Postanowił   wytrzymać, 

wytrzymać do czasu, gdy będzie gotowa przyjąć całą prawdę i mimo to 

background image

nadal go kochać.

- No więc? Umowa stoi? Czy może zdałeś sobie sprawę, że mam 

rację i zejdziesz teraz na dół powiedzieć Lois, iż może się wypchać razem 

ze swoimi fantastycznymi pomysłami?

Josh   spojrzał   na   zarumienione   policzki   Mandy   i   pałające   zielone 

oczy.

- A Rollie? Nie możemy pogrzebać jego szans na nagrodę Akademii 

Filmowej - stwierdził, uśmiechając się nieznacznie. - Bylibyśmy bez serca, 

rozczarowując   go   teraz.   Dobrze,   przyrzekam,   będę   się   porządnie 

zachowywać, pod warunkiem, że ty mi też coś przyrzekniesz. Zagrasz to 

tak, żebyśmy mogli już z tym skończyć i ubrać się wreszcie. Nie podoba 

mi się sposób, w jaki Lois na mnie patrzy. Chuck powiedział mi, że nie 

mógł się jej pozbyć ostatniego wieczora. Denerwuje mnie paradowanie w 

piżamie przed spragnionymi miłości kobietami.

-   Jesteś   dopiero   co   po   ślubie,   Joe,   dlatego   jesteś   bezpieczny   - 

przypomniała   mu   Mandy,   pomagając   umieścić   tacę   z   powrotem   na 

kolanach. - Zauważyłam jednak, że ona patrzy na Rollie'ego. Jak myślisz, 

czy nasz kelner bardzo chce się dostać do telewizji?

- Na pewno nie aż tak bardzo. No, może byśmy już zakończyli ten 

show. Daj mi buzi, na szczęście.

Mandy   odsunęła   się   odrobinę,   nareszcie   czując   się   wystarczająco 

zrelaksowana, by trochę pożartować.

- Pod warunkiem, że przyrzekniesz nie zniszczyć mi makijażu.

-   Mamy   tu   tysiąc   czterysta   siedemdziesiąt   dwa   automaty   do   gry. 

Nazywa się to Miastem Automatów i wybraliśmy nawet swego burmistrza, 

background image

choć   jest   to   funkcja   wyłącznie   honorowa.   To   ten   pan   w   smokingu   i 

kapeluszu. - Młoda, atrakcyjna kobieta oprowadzała właśnie nowożeńców 

i towarzyszącą im ekipę telewizyjną po siedzibie hazardu.

- Spójrz, Joe - zauważyła Mandy, czytając ulotkę, którą wzięła w 

drodze do kasyna - Miasto Automatów jest tak duże, że trzeba je było 

podzielić na ulice. To niewiarygodne.

Josh   spojrzał   na   rozradowaną   Mandy,   czując   się   w   części 

odpowiedzialny za jej rozpromienioną twarz. Na pewno przyczynił się do 

tego delikatny, ale bardzo czuły pocałunek, tuż przed tym, jak wezwali 

ponownie   Lois,   by   dokończyła   zdjęcia.   On   pierwszy,   choć   nie   bez 

wysiłku,   oderwał   się   od   niej,   zostawiając   Mandy   z   przymkniętymi 

powiekami i rozmarzonym uśmiechem.

Samo filmowanie poszło już potem jak z płatka. Odrzucili zgodnie 

zaproszenie   Chucka   na   wspólny   lunch,   a   zamiast   tego   wybrali   się   z 

Rollie'm na hamburgery do hotelowej restauracji. Czas upłynął im szybko 

przy bezmyślnej paplaninie kelnera i Josh stwierdził ze zdumieniem, że 

czeka już na kręcenie scen w kasynie.

Wziął   od   niej   broszurę   i   niespiesznie   ją   kartkował,   podziwiając 

wielopoziomowe ulice w Mieście Automatów.

- Piszą tu, że gdzieś w pobliżu Alei Wygranych jest Owocowy Rynek 

z żyrandolami w kształcie śliwek, wiśni, mandarynek i...

-   Arbuzów!   -   wykrzyknęła,   wybuchając   śmiechem   Mandy,   która 

czytała mu przez ramię. - To muszę zobaczyć. Nie ma nic lepszego na 

świecie   niż   nasze   amerykańskie   tendencje   do   przesady.   Świeczniki   w 

kształcie arbuzów i automaty do gry, co za kombinacja.

Lois zgodziła się, że Owocowy Rynek wygląda na idealne miejsce 

background image

do nakręcenia zaplanowanej przez nią sceny i wkrótce oboje stali przed 

dwoma automatami do gry, zaopatrzeni w pokaźny stosik żetonów.

- Uważaj, żebyś nie nabawiła się tenisowego łokcia od ciągnięcia za 

tę rączkę - szepnął Josh w momencie, kiedy Chuck starał się powstrzymać 

jakiegoś przechodnia, by nie wchodził Herbowi w kadr.

- To idiotyczne - poskarżyła się Mandy, wrzucając żetony jeden po 

drugim. - Najpierw pozbywasz się pieniędzy, a potem obserwujesz, jak 

wirujące   obrazki   mieszają   się   w   sałatkę   owocową.   Nie   rozumiem,   jak 

ludzie mogą uczciwie twierdzić, że sprawia im to przyjemność.

- Jak wspomniała wcześniej nasza urocza przewodniczka, jeden facet 

wygrał tu ponad dwa miliony  dolarów. Zapewniam cię, że byłabyś też 

zadowolona, a mnie na pewno sprawiłoby to przyjemność.

Mandy obróciła się rozbawiona do Josha.

- Dwa miliony dolarów? - spytała, z trudem łapiąc oddech. - Grając 

w taki sposób? To ohydne.

- O tak - zgodził się Josh, wkładając pięć żetonów naraz. - Ten krzyk, 

błysk świateł i wycie syren, burmistrz w swym błyszczącym smokingu 

składający gratulacje, uściski od zupełnie obcych ludzi i zdjęcia do gazet. 

To rzeczywiście paskudne.

Mandy odpłaciła mu stosowną miną i odparła ironicznie:

-   Nie   mówię   przecież,   że   zrezygnowałabym   z   dwóch   milionów 

dolarów. Nie jestem idiotką. Ale mało kto wygrywa tyle pieniędzy. A to 

co takiego?

Uwagę jej zwrócił dzwonek i żółte światło w automacie, informujące 

o wygranej. Potem dał się słyszeć brzęk spadających monet, a tacka na 

dole zaczęła się powoli napełniać.

background image

- Wielkie nieba! - wykrzyknęła ogarnięta nagłym podnieceniem. - 

Wygrałam, sam zobacz, że wygrałam. Czy to nie cudowne?

Mówiąc to, zaczęła zbierać monety trzęsącymi się z emocji palcami.

- Rety, nawet ich nie policzyłam. Ciekawe, ile wygrałam.

- Nie tyle, ile  byś mogła,  gdybyś nie wrzucała za każdym razem 

tylko po jednym żetonie. Popatrz na mnie. - Mandy jednak nie słyszała 

wcale, co do niej mówił, wrzucając kolejne żetony do automatu.

-   Czekaj,   nie   teraz.   Czuję,   że   jestem   na   fali.   -   Pochylała   się   do 

przodu, by lepiej widzieć wirujące owoce. - No dalej, arbuzy, ustawcie się 

jak należy. Mandy musi sobie kupić nowe buty.

- O nowych butach mówi się przy grze w kości - poprawił ją Josh, 

widząc, że Mandy zaczyna ponosić.

- Obojętnie, co by to było. Widzę, że zazdrość cię zżera - odparła z 

ironią w głosie. - Mówisz tak, bo sam jeszcze nie wygrałeś. Jeśli myślisz, 

że podzielę się z tobą moimi żetonami, to jesteś w błędzie. Lepiej więc 

sam zacznij grać, może dopisze ci szczęście. - Uśmiechnęła się do niego 

radośnie i wrzuciła kolejne żetony do automatu.

- Wydawało mi się, że mówiłaś, jaki to hazard jest nudny, że tylko 

głupcy tracą tak czas, a ty sama byś nigdy nie zagrała. - Josh wyraźnie 

drażnił się z nią. - Ale to tylko taki głupi żart.

- Cha, cha, ale śmieszne. A ty będziesz chodził i powtarzał: „A nie 

mówiłem?” To tylko dowód na to, jak bardzo można się pomylić w ocenie 

innych. Hej! Popatrz, znowu wygrałam! Czy myślisz, że zmieści mi się 

wszystko do jednego pojemnika?

Mandy i Josh grali w automaty na Owocowym Rynku, dopóki Lois 

background image

nie zadecydowała, że ma już dosyć dobrych ujęć i przerwała filmowanie.

- Mandy - ponaglał Josh, widząc, że ta najwyraźniej nie zauważyła 

przerwania zdjęć. - Możesz już przestać udawać zainteresowanie, kamera 

jest wyłączona. Mandy. Mandy?

Ale   Mandy   albo   wcale   nie   słuchała,   albo   nie   okazywała   tego   po 

sobie.   Cała   była   skupiona   na   wrzucaniu   żetonów   w   nadziei   wielkiej 

wygranej. Wygrała znów, potem przegrała wszystko i teraz była gdzieś na 

zero. Spodziewała się, że jeszcze tylko chwilka i trzy melony ustawią się 

obok siebie, spełniając jej marzenia.

-   Połknęła   bakcyl   -   stwierdził   Chuck,   wyłączając   dodatkowe 

oświetlenie. - Pod każdym pozorem trzymaj ją z dala od tego miejsca, bo 

wsiąknie tu na dobre.

Pomachał   technikowi   na   pożegnanie,   po   czym   wziął   delikatnie 

Mandy pod rękę.

- Mamy jeszcze trochę czasu na parę gemów w tenisa - zasugerował 

delikatnie. Tenis bowiem był jednym z tuzina innych rzeczy, które Mandy 

podsuwała wcześniej Lois, byle unikać filmowania młodej pary podczas 

gry w kasynie.

- Tenis? - Mandy zmarszczyła z niesmakiem nos. - Jak wpadłeś na 

tak idiotyczny pomysł? Kto by chciał uganiać się w taki upał za jakąś 

głupią piłką? Nie, chcę zostać w kasynie. W końcu nie widzieliśmy nawet 

połowy.

-   Sugerujesz   więc,   żebyśmy   przeszli   się   po   kasynie?   -   spytał 

sceptycznie.   -   Ale   zdajesz   sobie   sprawę,   że   będziesz   musiała   przeciąć 

więzy łączące cię z tym automatem?

Mandy spojrzała na niego z irytacją.

background image

- Przecież jest tu tysiąc innych maszyn. Spróbuję tylko niektórych, 

jak będziemy przechodzić. Poza tym ta przestała mnie chyba lubić.

Josh pozbierał żetony i ruszyli. Przeszli chyba wszystkie alejki w 

kasynie,   oznaczone   dla   orientacji   określoną   kombinacją   świateł. 

Spacerując grali równocześnie w grę, polegającą na dobieraniu najbardziej 

niezwykłych   profesji   do   spotykanych   i   niczego   nie   podejrzewających 

przechodniów.

Mandy grała od czasu do czasu na różnych maszynach, śmiejąc się z 

niektórych rysunków zabawnie przedstawiających owoce lub żartując z 

„maszyn dla leniwych”, które pozbawione były rączek do pociągania.

- Tak łatwo  traci się tu  pieniądze  - zdecydowała w końcu, kiedy 

przegrała   kolejne   parę   dolarów   w   elektronicznego   pokera.   -   Chyba 

zaczynam tęsknić za swoimi arbuzami.

- Zamówię ich całą ciężarówkę na twoje urodziny. - Josh wziął ją 

delikatnie pod rękę i poprowadził szybko do Dzielnicy Teatralnej, gdzie 

kolorowe neony i lustra zostały tak skonstruowane, by stworzyć nastrój i 

atmosferę Broadwayu.

W końcu, gdy Josh zaczął się już obawiać, czy nie zgubią się na 

dobre w Mieście Automatów, trafili na tak zwany Górny Pokład. Pełno 

było tam wszelkiego rodzaju balonów, malowanych tęczy i chmur, no i 

oczywiście wszechobecnych automatów do gry.

-   Masz   dosyć,   moja   hazardzistko,   czy   chcesz   jeszcze   spróbować 

swego szczęścia w black jacka przy stoliku w głównej części kasyna? - 

Proponując   to,   Josh   mocno   zaciskał   kciuki,   by   pomysł   ten   nie   został 

przyjęty. Jedno, na co miał ochotę, to wycofać się w zaciszne miejsce i 

usiąść razem przy drinku z lodem.

background image

Mandy po cichu kończyła opowieść o swoich sukcesach.

-   Zaczęłam   na   Owocowym   Rynku   z   dziesięcioma   dolarami,   a 

skończyłam teraz z trzynastoma. Grałam całe popołudnie i wygrałam trzy 

dolary.   Nigdy   bym  nie   przypuszczała,   ze   hazard   tak   wciąga.   -   Mandy 

rozejrzała się wokół. - Popatrz, Joe, to wygląda na prawdziwy balon na 

gorące powietrze. Ale sprytne. Ciekawa jestem, jak oni go tu wprowadzili.

-   Wcale   go   nie   wprowadzali   -   wycedził   wolno,   obejmując   ją.   - 

Kasyno zostało zbudowane dokoła niego.

Mandy dopiero teraz spojrzała z uwagą na Josha.

- Masz już dosyć, co? Dlaczego nie powiedziałeś nic wcześniej?

-   Ponieważ   sprawiało   mi   wielką   przyjemność   patrzenie,   jak   się 

świetnie bawisz, kochanie. Nie zrezygnowałbym z tego za skarby świata. 

Zadowolona?

-   Nawet   bardzo   -   odparła.   -   Uczciwie   mówiąc,   to   od   dawna   nie 

bawiłam się tak dobrze. Ostatnio chyba w zeszłym roku, na targach w 

Allentown. Wygrałam wtedy na jednym ze stoisk wypchanego jednorożca.

- Mówiłaś, zdaje się, że nie uprawiasz hazardu - wytknął jej Josh, 

zsypując wszystkie monety razem.

-   Miałam   na   myśli,   że   nie   dla   pieniędzy.   W   końcu   przecież   nie 

można do hazardu zaliczyć gry o jednorożca.

Josh potrząsnął tylko głową, całkiem pokonany specyficzną logiką 

Mandy.

- Nie mogę uwierzyć, że nigdy nie wybrałaś się do Atlantic City, 

mieszkając   tak   blisko.   Przespacerować   się   promenadą   lub   popływać. 

Słyszałem   reklamy   o   tym,   że   autobusy   z   Allentown   do   kasyna   jeżdżą 

codziennie.

background image

-   Wiesz,   byłam   bardzo   zajęta   przez   ostatnie   lata   -   mruknęła   pod 

nosem, bardziej do siebie niż do niego. Widząc jednak pytający wzrok 

Josha,   dodała   szybko.   -   To   znaczy,   chciałam   powiedzieć,   że   miałam 

bardzo dużo zajęć w przedszkolu, rozumiesz...

- Tak bardzo, że nawet rzekomy miesiąc miodowy w towarzystwie 

męża na słowo honoru, zaprawiony sekretnym śledztwem i wszechobecną 

ekipą   telewizyjną,   może   być   traktowany   jako   wypoczynek.   -   Uśmiech 

Josha gdzieś zamarł.

Na   pewno   nie   był   jeszcze   przygotowany,   by   usłyszeć,   dlaczego 

zdecydowała się na życie w tak prymitywnych warunkach w Allentown, 

kiedy   mogła   żyć,   jak   pączek   w   maśle,   z   Alexandrem   Tremaine'em   w 

Southampton. Lepiej, żeby wiedział o Mandy Tremaine mieszkającej na 

trzecim piętrze w domu czynszowym, która pracuje jako wychowawczyni 

w przedszkolu.

- No i te ostatnie dni też nie zrelaksowały cię zbytnio. Niestety ja też 

nie jestem bez winy i często wtykałem ci szpilki...

- I mówiłeś mi, że czujesz, jak budzi się w tobie miłość - dodała 

Mandy ze ściśniętym gardłem. Położyła mu delikatnie palce na ustach, 

kładąc kres dalszej przemowie. Stali na środku jednego z przejść, tak że 

inni   gracze   i   personel   kasyna   musieli   ich   omijać.   Zapatrzeni   w   siebie 

nawet tego nie zauważyli. - Nie chciałabym być teraz w żadnym innym 

miejscu na ziemi ani też mieć u boku innego mężczyzny.

Josh uśmiechnął się słabo.

- Słowo honoru?

- Słowo honoru, Josh. - Jej szmaragdowe oczy były szeroko otwarte, 

gdyż zżerała ją ciekawość, jaka będzie jego reakcja.

background image

Pochylił głowę nad nią tak blisko, że mógłby z łatwością policzyć 

wszystkie piegi na jej kształtnym nosku.

-   Więc   wiesz   już,   kim   jestem?   -   Wyczuła   dziwne   napięcie   jego 

ramion.

-   Wiem   zaledwie   połowę   tego,   kim   jesteś   -   poprawiła   go, 

przekrzywiając kokieteryjnie głowę. - Po tym, jak odłożyłeś słuchawkę 

wczoraj   po   południu,   mężczyzna,   do   którego   zwracałeś   się   per   tato, 

powiedział   twoje   imię,   a   mówiąc   ściślej,   wykrzyczał   je   do   słuchawki. 

Myślę   zresztą,   że   teraz   nie   jest   on   tobą   nadmiernie   zachwycony   - 

zakończyła, obejmując go rękoma za szyję.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś?

- A dlaczego miałabym ci powiedzieć? Ty też taktownie nie pytałeś o 

moje   sprawy.  Ale   chciałabym  mówić   do   ciebie   Josh,   oczywiście   tylko 

wtedy, gdy nie będzie z nami naszej kochanej ekipy.

- Oczywiście - zgodził się chętnie, oddychając z ulgą. Wygląda na to, 

że   nie   będzie   go   naciskać,   by   powiedział   jej   wszystko   to,   czego   jej 

powiedzieć   nie   chciał.   -   Jesteś   fenomenalną   dziewczyną,   Amando 

Elisabeth Tremaine - wyszeptał niemal z uwielbieniem.

Mandy   zacisnęła   powieki,   powstrzymując   łkanie.   Wcale   taka   nie 

jestem, chciała wykrzyczeć z siebie. Robiła tak dlatego, że w przeciwnym 

wypadku   ona   sama   w   rewanżu   musiałaby   mu   opowiedzieć   o   sobie.   O 

swojej przeszłości, o tym, co dziadek zrobił Dave'owi Benjaminowi lub o 

tym, jaką ona odegrała rolę w tych wszystkich wydarzeniach. Och, Josh, 

dlaczego nie możemy zatrzymać czasu i zostać na zawsze w Atlantic City.

- Ty też nie jesteś najgorszy, koleś - wymruczała wsparta o jego 

ramię, wstrzymując cisnące się do oczu łzy.

background image

Pocałowali   się   mocno,   zapominając   natychmiast   o   Górnym 

Pokładzie, mijających ich ludziach i błyskających światłami automatach. 

Stali   później   chwilę   cicho,   rozkoszując   się   atmosferą   tego   miejsca, 

zarezerwowanego   zwykle   dla   zakochanych   w   sobie   nowożeńców,   za 

jakich cały świat ich uważał.

Spędzili   całe   popołudnie   spacerując   ręka   w   rękę   po   olbrzymim 

kasynie   Tropicana.   Odwiedzili   przelotnie   kilka   hotelowych   sklepów, 

chłonęli   przy   zimnych   drinkach   atmosferę   Ogrodów   Tarasowych,   na 

koniec wyszli na chwilę na promenadę, wystawiając twarze do gorącego 

sierpniowego słońca.

Mieli   jeszcze   czas   na   odwiedzenie   „II   Verdi”   ze   wspaniałym 

włoskim jedzeniem, które oboje bardzo lubili. Wreszcie gotowi byli stawić 

czoło ekipie telewizyjnej, by odegrać sekwencję tańca, zaplanowaną w ich 

własnym pokoju hotelowym.

Po przybyciu Lois i jej towarzyszy Josh stanął w kącie pokoju, by 

nikomu nie przeszkadzać i stamtąd obserwował całą krzątaninę. Od czasu 

do   czasu   spoglądał   w   stronę   schodów.   Wyglądało   na   to,   że   Mandy 

potrzebuje   całej   wieczności   aby   się   ubrać.   Po   raz   kolejny   spojrzał   z 

niepokojem na swój płaski, złoty zegarek.

Wprawdzie mówiła,  iż chciałaby  zostać w wannie na zawsze, ale 

teraz to już chyba przesadza. I właśnie wtedy, gdy zdecydował się, że 

pójdzie   po   nią,   zobaczył   na   najwyższym   stopniu   nogę   w   czarnych 

szpilkach.

Mandy schodziła powoli i ostrożnie, ciemne pończochy podkreślały 

szczupłość   jej   kształtnych   łydek.   Zniknęła   na   moment   na   zakręcie 

schodów,   po   czym   pojawiła   się   tuż   przed   nim.   Nabrał   gwałtownie 

background image

powietrza w płuca, jakby w obawie przed prawdziwym, fizycznym bólem.

Prosta czarna sukienka, którą miała na sobie, więcej zakrywała niż 

odsłaniała, dawała jednak wyraźne wskazówki, jakie bogactwo kryje się 

pod nią. Josh poczuł, jak tężeją mu mięśnie w podświadomej reakcji. Nie 

powiem już nigdy, że ubiera się jak nastolatka!

Uwagę   jego   przykuła   jednak   najpierw   jej   rozpromieniona   twarz, 

otoczona   łagodnie   opadającymi,   miedzianoczerwonymi   lokami.   Oczy 

błyszczały spod długich rzęs jak dwa wielkie  szmaragdowe klejnoty, a 

pomalowane czerwoną szminką usta nęciły swą wilgocią. Nawet jej piegi, 

których   nie   sposób   było   przykryć   żadną   ilością   makijażu,   wyglądały 

bardzo pociągająco.

Kość   słoniowa,   to   określenie   najbardziej   pasowało   do   jej   cery. 

Spojrzenie   Josha   omiotło   jej   kształtny   podbródek,   wysmukłą   szyję, 

zatrzymało się na chwilę na jej odkrytych ramionach, po czym wróciło do 

poważnej, niemal zalęknionej twarzy.

- Chciałbym cię ugryźć w szyję - mruknął do siebie. Nie potrafił 

ukryć   przed   sobą   zdziwienia,   jakie   szaleńcze   uczucia   budzi   w   nim   ta 

drobna i delikatna kobieta.

Nie   mogę   powiedzieć,   że   zaczynam   się   w   niej   podkochiwać, 

poprawił siebie w duchu. Ja już ją kocham. Ja, Joshua Mark Philips, jestem 

do szaleństwa, beznadziejnie zakochany w Amandzie Elisabeth Tremaine.

No więc dobrze, zgodził się ze sobą po chwili. Zakochałeś się. I co 

masz zamiar z tym zrobić, kowboju?

Powiem   jej   prosto   z   mostu,   kim   jestem,   doszedł   nagle   do 

przekonania. Powiem też, jak wymyśliłem na poczekaniu głupawą historię 

z   Herbem,   by   być  bliżej   niej.   Zupełnie   jak   w   filmach   z   Doris   Day,  z 

background image

których sobie żartowaliśmy.

A co dalej? Potem wezmę ją na ręce i zaniosę do najbliższego urzędu 

stanu cywilnego. Tak właśnie zrobię, zadecydował.

Co wobec tego zrobisz ze swoimi planami w sprawie kasety wideo, 

sumienie   najwyraźniej   nie   dawało   mu   spokoju.   Powiesz   jej   teraz,   że 

planowałeś wysłać ją do Alexandra Tremaine'a, aby widział, jak jeden z 

przyjaciół Dave'a urzęduje w łóżku z jego wnuczką?

O nie, zmienił szybko zdanie, kiedy poszedł szybko przez pokój i 

wyciągnął   rękę   do   Mandy,   aby   pomóc   jej   zejść   z   ostatniego   stopnia 

schodów. A potem będę kłamał jak diabli i trzymał kciuki, by się o tych 

planach nie dowiedziała.

To znaczy, że nigdy jej nie powiesz i wszystko chcesz zbudować na 

kłamstwie?   Lepsza   połowa   jego   sumienia   ani   myślała   się   poddać   tak 

Łatwo.

Może jak już będę starym i zgrzybiałym dziadkiem, Josh wyraźnie 

grał na zwłokę, to coś tam bąknę o tym, trzymając rudowłose prawnuki na 

kolanach, ale na pewno nie wcześniej. Ale teraz daj mi już spokój, bo moja 

żona czeka, bym z nią zatańczył.

- No, warto było trochę poczekać, madame. Kochanie, wyglądasz jak 

świeża, apetyczna bułeczka - rzekł tak, by usłyszała tylko Mandy. - A co 

byś powiedziała, jakbym teraz rozgonił to całe towarzystwo, tak byśmy 

zostali tylko ty i ja?

-   Joe,   ciszej   trochę,   na   Boga   -   wyszeptała   Mandy   zaaferowana, 

rozglądając  się,   czy   nie  słyszał tego   ktoś z  ekipy   telewizyjnej.  Stanęła 

teraz na palcach jednej nogi i mruknęła mu konspiracyjnie do ucha: - Ale 

możemy to zorganizować, tylko trochę później.

background image

Josh   włożył   ręce   głęboko   w   kieszenie   i   z   uśmiechem   Kuby 

Rozpruwacza podążył zaraz za Mandy. Po drodze pogwizdywał radośnie 

jedną z najbardziej romantycznych piosenek z filmu „West Side Story”.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Pokój tonął w półmroku, choć jego oświetlenie zostało dobrane z 

najwyższą   starannością.   Cztery   czarne   skrzynki   rozmieszczono   w 

strategicznych   miejscach,   tak   by   ich   błyskające   w   takt   muzyki   światła 

tworzyły w pełni romantyczny nastrój.

Josh i Mandy stali tuż obok siebie, pośrodku tego, co zdaniem Lois 

miało   służyć  za   parkiet   do   tańca.   Mandy   zdjęła   już   swoje   pantofle   na 

wysokich   obcasach,   żeby   mogła   się   łatwiej   poruszać   po   pokrytej 

dywanami   podłodze.   Oparła   wygodnie   głowę   na   piersi   Josha.   Czuła 

mocny zapach jego wody po goleniu, a nawet, przez śnieżnobiałą koszulę, 

słyszała wyraźnie bicie jego serca.

Josh obejmował ją bardzo delikatnie. Lekkie łaskotanie jej włosów 

sprawiało mu wyraźną przyjemność, gdy opuszczał głowę w ich aksamitne 

ciepło. Niespiesznie wyplótł z uścisku lewą rękę i odszukał nią zaraz dłoń 

Mandy.  Z   nabożeństwem  podniósł   ją   do   ust,   akurat  w   momencie,   gdy 

Chuck dał znak Lois, że znalazł piosenkę, o którą jej chodziło.

-   Doskonale,   absolutnie   rewelacyjnie   -   Lois   dziwnie   wylewnie 

zwróciła się do Herba, który burknął tylko coś w odpowiedzi, nie chcąc 

odrywać   swej   uwagi   od   kamery.   -   Myślę,   że   załatwimy   to   w   jednym 

ujęciu.

„Z   tobą,   tylko   z   tobą,   na   zawsze”,   słowa   romantycznej   piosenki, 

którą Lois wybrała jako podkład do tej sceny, zaczęły powoli wypełniać 

pomieszczenie.   Josh   bez   problemu   dostosował   krok   do   rytmu   melodii, 

prowadząc Mandy w wolnym, zmysłowym tańcu. Oboje skupili się na tym 

małym kawałku podłogi, który był teraz dla nich ich własnym, prywatnym 

kawałkiem nieba, przytulnym kokonem, wypełnionym ciepłem wzajemnej 

background image

miłości.

Reszta   pokoju   właściwie   przestała   istnieć.   Był   tylko   taniec   i 

prowokująca muzyka. „Oddaj mi skarb, jakim jesteś”, domagały się słowa 

piosenki, unosząc wirującą parę coraz dalej i dalej.

„Siła i cudowne piękno miłości!”. Ta piosenka jest napisana właśnie 

dla   nich,   pomyślała   w  rozmarzeniu   Mandy,  dla   tańczącej   w  uniesieniu 

pary   kochanków,   w   maleńkim   kręgu   wyznaczonym   przez   pulsujące 

światła. Spleceni w ciasnym uścisku przeżywali piękno wspólnego ruchu, 

pełnego zespolenia w takt rytmu muzyki.

Josh podniósł rękę Mandy tak, by objęła go za szyję, sam zaś otoczył 

ramionami jej biodra. Mandy uniosła nieco i przechyliła głowę w jego 

objęciach, spoglądając mu głęboko w niebieskie oczy. Poczuła rosnące w 

niej dzikie podniecenie, które w niezrozumiały dla niej sposób zakłócało 

płynność jej oddechu.

Melodia   narastała,   coraz   bardziej   zbliżając   się   do   finałowej 

kulminacji,   światła   rozcinały   ciemność   różnokolorowymi   błyskami,   oni 

zaś,   zapatrzeni   w   siebie,   tańczyli,   wirując   powoli   w   swojej   cząstce 

wszechświata.

Mandy czuła, że jej głowa zrobiła się ciężka, jak kwiat na delikatnej 

łodyżce, kołysany podmuchami łagodnego, letniego wiatru. Czuła dotyk 

ciała   Josha   i   instynktownie   sama   przytulała   się   mocniej.   Szukała   jego 

ciepła,   podobnie   jak   pączki   kwiatów   otwierające   się   pod   wpływem 

letniego słońca.

Była   odurzona,   wiedziała   jednak,   że   nie   ma   to   nic   wspólnego   z 

tańcem. O nie, odurzenie to związane było najwyraźniej z jej sercem, które 

trzymało   ją  w  swej  żelaznej  niewoli.  Nie  potrafiła   i  nie  chciała  z  tym 

background image

dłużej   walczyć,   bez   względu   na   konsekwencje.   Mandy   zakochała   się, 

miłość ta wyglądała bezwstydnie z każdego spojrzenia jej oczu, z każdego 

uśmiechu jej wilgotnych, karminowych ust.

Josh też wiedział, że przepadł bezpowrotnie. Jego cały świat składał 

się z pięknej kobiety, którą tak czule trzymał w ramionach: zielonookiej 

Mandy,   o   ufnym   i   niewinnym   sercu.   Mogliby   być   zupełnie   sami   w 

centrum zatłoczonego Times Square, w centrum wszechświata. Otoczenie 

nie miało dla nich znaczenia, dalej byliby tylko we dwoje, chronieni tarczą 

ich gorącej miłości.

Chciał,   żeby   muzyka   zakończyła   się   tak,   by   mógł   przycisnąć   ją 

mocno do siebie i całować bez opamiętania. Równocześnie pragnął, aby 

muzyka   ta   nie   skończyła   się   nigdy,   aby   uczucia,   które   go   wypełniały, 

trwały wiecznie.

- Piosenka się skończyła - stwierdził Herb prozaicznie, opuszczając 

kamerę. - Czy tę też chcesz filmować? - spytał, kiedy następna melodia 

popłynęła z włączonego magnetofonu.

Chuck   potrząsnął   głową   zdegustowany.   Wyłączył   już   cały   swój 

sprzęt   z   wyjątkiem   magnetofonu   i  zsynchronizowanego   z   nim   systemu 

świateł.

- Nie czujesz, że jesteśmy tu zbędni, idioto? - wyszeptał, biorąc Lois 

pod ramię  i popychając ją w stronę  drzwi.  - No dalej, przecież to  ich 

miesiąc miodowy, zostawmy więc ich samych.

-   Ale...   -   Lois   próbowała   protestować,   zahipnotyzowana   jeszcze 

widokiem wirującej wolno pary, zakochanej w sobie bez pamięci.

- Nie ma żadnego ale - syknął Chuck, wskazując Herbowi, by się 

ruszył. - My jesteśmy już historią. A teraz jazda stąd.

background image

Drzwi zamknęły się za nimi cicho, a Mandy i Josh zostali sami. Sami 

z muzyką, błyskającymi światłami i miłością.

Josh kątem oka zauważył wychodzącą ekipę telewizyjną i lekkim 

skinieniem   głowy   odpowiedział   na   wyciągniętą   w   jego   kierunku   rękę 

Chucka, z palcami rozsuniętymi na znak zwycięstwa.

Sięgnął za siebie po rękę Mandy, ścisnął mocno i przytulił ją jeszcze 

bardziej.

-   Nareszcie   sami   -   wyszeptał   jej   do   ucha.   Ich   ekstatyczny   taniec 

powoli ustawał. Zatrzymał ją w końcu w bezruchu, w pełni ufną w siłę 

jego ramienia.

Jej usta, lekko rozchylone z emocji, wyszeptały w końcu:

- Czy zamierzasz w tej sytuacji przeprowadzić swój niegodziwy plan, 

mój książę?

Dobrze   znany   uśmiech,   który   nauczyła   się   już   kochać,   powoli 

wykwitł na twarzy Josha. Puścił już jej rękę i chwytając łagodnie  pod 

kolanami podniósł w górę.

- Zamilknij kobieto i kieruj mnie w stronę schodów - odpowiedział, 

wtulając się w jej szyję.

Policzki Mandy płonęły.

- Kocham cię, Josh, czy jak ci tam w końcu na imię.

Josh   zatrzymał   się   na   najniższym   stopniu   spiralnych   schodów, 

prowadzących na górę do sypialni.

- Jestem Josh Philips, panno Amando Elisabeth Tremaine, a wkrótce 

również   Philips.   Kocham   cię   bardziej,   niż   myślałem,   że   można   kogoś 

pokochać.

background image

-   Jeśli   to   propozycja,   panie   Philips,   to   przyjmuję   ją   -  stwierdziła 

cicho   Mandy.   Pochyliła   się   nieco   i   pocałowała   go   delikatnie   i 

uwodzicielsko, uśmiechając się z zadowoleniem.

Josh stał tak jeszcze przez chwilę, dając Mandy ostatnią szansę na 

zmianę swej decyzji. W końcu pokonany pragnieniem, by znaleźć się koło 

niej, wziąć wszystko, co będzie mu chciała dać i ofiarować to, co chciał jej 

od dawna podarować, zaczął powoli wchodzić po schodach.

- Co tu się do Ucha dzieje? Joshua! Niech cię piekło pochłonie, Josh, 

gdzie jesteś?

Josh   zamarł   nagle   w   bezruchu,   z   nogą   uniesioną   nad   kolejnym 

stopniem. Tato! Jego mózg nie przyjmował tego do wiadomości, kiedy 

podświadomie potrząsał przecząco głową. To nie może być jego ojciec, po 

prostu nie może. Nie w tej chwili, na Boga, to niemożliwe.

- Josh? - Mandy odchyliła nieco głowę, by spojrzeć w oczy, które tak 

kochała. - Josh, puść mnie. To boli.

Dopiero   po   chwili   Josh   zdał   sobie   sprawę,   że   instynktownie 

przycisnął Mandy mocniej do siebie, jakby w ten sposób mógł zapobiec 

temu, co miało zaraz nastąpić. Zrobił krok do tyłu, aż stanął znowu na 

dywanie.

-   Przepraszam   za   wszystko   -   wyszeptał.   Opuścił   ją   delikatnie   na 

dywan,   tuż   koło   siebie.   Mandy   zaś   poczuła   przedziwną   pustkę 

niespełnienia.

W końcu Matthew Philips znalazł wyłącznik i pokój został zalany 

jasnym   światłem.   Rozejrzał   się   dokoła.   Najpierw   zwrócił   uwagę   na 

mrugające, kolorowe światła i romantyczną muzykę, na koniec zatrzymał 

background image

wzrok   na   wyraźnie   zaniepokojonej,   młodej,   rudowłosej   dziewczynie, 

przytulonej bojaźliwie do jego syna.

-   Wygląda   na   to,   że   w   czymś   przeszkodziłem,   prawda,   synu?   - 

powiedział   ze   złością.   Przeszedł   szybko   przez   pokój   i   wyłączył 

magnetofon,   likwidując   resztki   romantycznego   nastroju,   który   Lois   z 

takim trudem stworzyła. - Mam tylko nadzieję, że przyjechałem na czas.

Mandy potrząsnęła głową, czując dziwnie niepokojące mrowienie na 

plecach.

- Na czas? Kim jest ten człowiek, Josh? Dlaczego zwraca się do 

ciebie per synu? Josh, powiedz wreszcie, o co tu chodzi!

- Nazywam się Matthew Philips, panno Tremaine - przedstawił się, 

podchodząc   do   nich   z   wyciągniętą   ręką.   Mandy,   z   uprzejmości, 

wyciągnęła automatycznie swoją. - Z przykrością muszę powiedzieć, że 

jestem ojcem Josha. Może usiądziemy na kanapie, bo wygląda na to, że 

nie unikniemy małej pogawędki.

Mandy spojrzała pytająco na swego partnera.

-   Josh?   -   Obejmująca   ją   ręka   zesztywniała   wyraźnie,   a   oczy 

zamknęły się z rezygnacją.

- Zróbmy lepiej tak, jak mówi, Mandy. Nie tylko ty masz tendencje 

do dramatyzowania. Wygląda na to, że ojciec zdecydował się zagrać tu 

główną rolę. Prawda, tato? - Posłał ojcu złe spojrzenie.

- Zamknij się, Josh - odciął się ojciec. - Panno Tremaine... Mandy? - 

zachęcił, wskazując ręką kanapę.

Mandy   pierwsza   podeszła   do   kanapy,   omijając   po   drodze 

dyskotekowy sprzęt i plątaninę kabli. Przysiadła nerwowo w samym rogu.

- Josh? - W jej oczach malowała się prośba, by usiadł koło niej i 

background image

pocieszył   ją,   że   wszystko   będzie   w   porządku.   On   jednak,   z   rękoma 

wciśniętymi   mocno   w   kieszenie,   wpatrywał   się   tylko   nie   widzącym 

wzrokiem w szczelnie zasłonięte okno.

Matt   także   nie   usiadł,   spacerował   tam   i   z   powrotem,   z   lekko 

przechyloną głową, jakby studiował roślinne motywy na dywanie.

Podobieństwo   między   nimi   jest   uderzające,   pomyślała   Mandy   w 

odrętwieniu. Więc tak będzie wyglądał Josh za trzydzieści lat? Ta myśl 

zrodziła   od   razu   następną:   czy   ja   będę   go   jeszcze   za   trzydzieści   lat 

oglądać?

- No dalej, tato, załatwiaj całą sprawę, oboje na ciebie czekamy. - 

Usłyszała głos Josha, dziwnie obcy i napięty.

-   Daruj   sobie   impertynencje,   Joshua!   -   ojciec   uciął   krótko,   nie 

przerywając swej wędrówki po dywanie.

- Panie Philips - wtrąciła nerwowo. - Wygląda na to, że jest pan 

bardzo zdenerwowany na syna. Czy ma to coś wspólnego z prowadzonym 

przez niego śledztwem?

-  Ze  śledztwem?   -  Matt  zamarł   nagle,   wpatrując   się   w  zgarbione 

plecy syna.

- No, tak - pospieszyła z pomocą Mandy. - Wiem, że sprawy nie 

posunęły się nadmiernie tu, w Atlantic City, ale Josh naprawdę się bardzo 

starał.

- Tego jestem zupełnie pewien - wtrącił Matt nieprzyjemnie.

Mandy, nie zrażona tym wcale, mówiła dalej: - Josh uważa, że Herb 

jest tylko płotką w całej aferze i zaraz jak tylko wróci do Allentown, to 

namierzy również i grube ryby. Prawda, Josh? - Odwróciła się do niego w 

nadziei,   że   coś   powie,   cokolwiek,   co   sprawi,   że   wreszcie   jego   ojciec 

background image

wszystko zrozumie. W końcu przecież prowadzili śledztwo.

- Śledztwo, co, Josh? - Ojciec w końcu opadł na krzesło. - Widzę, że 

rzeczywiście byłeś bardzo zajęty, co, synu?

Mandy   reagowała   może   zbyt   wolno   na   obecność   starszego 

mężczyzny, ale na pewno nie była kompletną idiotką. Poczuła, jak serce 

ucieka jej w pięty.

-   Nie   było   żadnego   śledztwa,   prawda,   Josh?   -   spytała   złamanym 

głosem. - Herb jest tylko zwyczajnym kamerzystą, tak?

- Kto to jest Herb? - wtrącił Matt, ale zaraz machnął ręką. - Mniejsza 

o to. Chyba nawet nie chcę tego wiedzieć.

Josh odszedł wreszcie od zasłoniętego  okna, usiadł koło Mandy  i 

wziął jej zimne ręce w swoje.

- Ja to wszystko wymyśliłem, kochanie. Bałem się, że nie pojedziesz 

na ten  miesiąc  miodowy  i musiałem zrobić   coś, żeby  cię  przekonać.  - 

Uścisnął szybko jej ręce. - Czy przebaczysz mi to, Amando  Elisabeth. 

Naprawdę byłem zdesperowany.

Mandy   spojrzała   tęsknie   w   oczy   Josha,   ciesząc   się   w   duchu,   że 

skłonny   był   zrobić   cokolwiek,   nawet   wymyślić   tę   głupią   historię   z 

Herbem,   byle   tylko   powstrzymać   ją   od   wycofania   się   ze   wspólnego 

wyjazdu. Przebaczyć mu?  Jak mogłaby  mu  nie przebaczyć, biorąc pod 

uwagę fakt, że zrobił to po to tylko, by być blisko niej.

- Jesteś idiotą, Joshua, wiesz o tym? - powiedziała, uśmiechając się 

pobłażliwie.   Oparła   głowę   na   jego   ramieniu.   -   Oczywiście,   że   ci 

przebaczam.

-   Mandy!   -   Josh   pochylił   się   nad   nią,   w   nadziei   że   uda   mu   się 

pocałować roześmiane usta.

background image

- Chyba już czas przerwać tę rozkoszną scenę - odezwał się Matt, 

ponownie wstając. - Wiem, że to wszystko cudowne, ale nie przyjechałem 

tu przecież w sprawie wyimaginowanego śledztwa. Josh? Nie uważasz, że 

już najwyższy czas, żebyś poinformował o wszystkim to biedne dziecko?

- Nie teraz, tato. - Głos Josha był jak zgrzyt piasku po szkle. - Nie 

widzisz, że chcemy być sami? Na wyjaśnienia przyjdzie czas później.

- Wyjaśnienia na jaki temat? - Mandy zadała to pytanie, zdając sobie 

sprawę, iż musi to być jakaś bardzo ważna informacja, skoro sprawiła, że 

ojciec   Josha   przejechał   tyle   kilometrów   do   Atlantic   City,   by   z   nim 

pomówić. - No więc? O czym jeszcze nie wiem?

- Może zabrałbyś stąd swoje godne politowania,  kłamliwe  ciało  i 

pozwolił mi przejść?

Josh   zrobił   krok   do   tyłu,   przepuszczając   Mandy   na   schody 

prowadzące do sypialni.

- Na Boga, Mandy, przestań się tak zachowywać! - Obszedł łóżko i z 

impetem zatrzasnął otwarte wieko walizki. - Czy nie zdajesz sobie sprawy, 

że w ten sposób niczego nie rozwiążemy?

Mandy   wynurzyła   się   właśnie   z   łazienki,   z   rękoma   pełnymi 

kosmetyków. Rzuciła  wszystko niedbale na łóżko,  otworzyła ponownie 

walizkę  i wrzuciła  w nieładzie  rzeczy do środka.  - Nie musimy  wcale 

niczego   rozwiązywać   i   kropka   -   odpowiedziała   zimno,   wracając   do 

łazienki.

Kiedy tylko wyszła, Josh odwrócił walizkę dnem do góry, rozsypując 

buteleczki szamponu, szminki i inne drobiazgi po całym łóżku.

-   Przecież   chciałem   ci   o   wszystkim   powiedzieć,   kochanie, 

background image

przysięgam.

Mandy wysunęła na chwilę głowę z łazienki.

- Naprawdę? A niby kiedy? Przed wzięciem mnie do łóżka czy po?

Josh skrzywił się, bo strzał był bardzo celny.

Wróciwszy   ponownie   do   pokoju,   Mandy   spokojnie   podniosła 

walizkę z podłogi i od nowa zaczęła wrzucać do niej swoje rzeczy.

- Powiedz mi, panie Philips z Southampton, Allentown i wszystkich 

miejsc na wschód, czy przekonałeś Herba, by zainstalował gdzieś tu ukrytą 

kamerę, tak żeby nie uronić ani kawałka akcji? - Rozejrzała się dokoła, 

jakby spodziewała się zobaczyć kamerę zwisającą z sufitu.

- Wiesz dobrze, że nigdy bym tego nie zrobił!

-   Skąd   mam   to   wiedzieć?   Możesz   przecież   mieć   tendencje   do 

ekshibicjonizmu.  W końcu i tak prawie nic nie wiem o tobie,  prawda, 

Josh? - Otworzyła szafę i wyciągnęła z górnej szuflady swoją bieliznę.

- To nieprawda. I nie udawaj, że nie zdajesz sobie z tego sprawy - 

zaprotestował, czując, że traci grunt pod nogami.

- Pozwól mi w takim razie na ostatnią uwagę - odcięła się, wrzucając 

rzeczy do walizki. - Jednak trochę o tobie wiem, może nawet aż za dużo. 

Jesteś podłym, paskudnym, kłamliwym...

Josh chwycił w obie ręce jej bieliznę i z całej siły rzucił nią przez 

pokój, tak że jedna z jedwabnych halek w kolorze kości słoniowej zawisła 

na kinkiecie i wyglądało to, jakby wisiała w powietrzu.

Mandy wyprostowała się i spojrzała zimno na Josha. Podeszła do 

ściany, by zdjąć halkę. Zagrodził jej drogę.

- Albo w jedną, albo w drugą stronę, kowboju - syknęła wściekle, a 

jej oczy rzucały szmaragdowe ognie.

background image

Josh ustąpił, wiedząc, że Mandy i tak nie ma szans na zapełnienie 

walizki   nawet   przez   całą   noc,   ponieważ   postanowił   opróżniać   jej 

zawartość szybciej, niż ona będzie ją pakować.

-   Mandy,  kochanie,   posłuchaj   proszę   moich   argumentów.   Miałem 

swoje powody, by tak postąpić - błagał, gdy tymczasem ona zajęta była 

zbieraniem z podłogi swojej garderoby.

- Nie interesują mnie twoje powody. „Powody to tylko to, co ktoś 

chce   komuś   powiedzieć”,   Oskar   Wilde.   Jak   wiesz,   odebrałam   staranne 

wykształcenie w Szwajcarii, dzięki pieniądzom mojego dziadka.

-   Szkoda,   że   cię   nie   znałem,   gdy   mieszkałaś   w   Southampton   - 

stwierdził   w   zadumie   Josh,   zastanawiając   się   nad   ujawnionym  właśnie 

kolejnym obliczem Mandy. - Moglibyśmy się wtedy spotkać jak dwoje 

normalnych   ludzi   i   uniknąć   tego   całego   cyrku.   -   Wskazał   ręką 

rozbebeszony   pokój,   myśląc   również   o   wszystkim   innym,   co   się 

wydarzyło od czasu, gdy się poznali.

Mandy zamknęła powieki aż do bólu.

- Nie - odparła, odwracając się tyłem. - Wcale byś tego nie chciał, 

Josh, wierz mi na słowo. A ja wolałabym, żebyśmy się nigdy nie spotkali.

- Widzę, że dalej mi nie wierzysz, prawda? - Zrobił dwa impulsywne 

kroki w jej stronę, zanim zdrowy rozsądek nie podpowiedział mu, iż lepiej 

jej teraz nie dotykać. Odwrócił się i uderzył wściekle pięścią w ścianę. - 

Miałem   ochotę   zabić   ojca   za   sposób,   w   jaki   ci   to   powiedział,   że   nie 

wspomnę już o tym, jak wtargnął tutaj niczym Don Kichot, kiedy tylko 

wydawało mu się, iż poskładał puzzle w jedną całość. Gdyby tylko do 

mnie   zadzwonił   i   skonfrontował   ze   mną   swoje   przemyślenia,   to 

powiedziałbym   mu   od   razu,   że   nigdy   bym   nie   wykorzystał   tej   taśmy. 

background image

Przede wszystkim był to idiotyczny pomysł, ale widać zabrakło mi wtedy 

rozumu.   Nigdy   bym   cię   przecież   świadomie   nie   skrzywdził,   uwierz 

wreszcie w to, Mandy, proszę.

Wyciągnęła   z   szafki   drugą   szufladę,   wrzucając   jej   zawartość   do 

walizki. Pusta szuflada omal nie spadła mu na nogę.

- Uwierzyć w to? - potrząsnęła głową z dezaprobatą. - Właściwie to 

dlaczego nie? Jest przecież naiwna, ufna Mandy. Po prostują poproś, ona 

uwierzy we wszystko. - Odwróciła się szybko, wychodząc do garderoby.

Josh   wyciągnął   teraz   z   walizki   kilka   par   szortów   i   strojów 

kąpielowych i jednym ruchem schował je pod poduszkę.

- Przynajmniej powiedz, dokąd się wybierasz - poprosił, uskakując z 

drogi, gdy drelichowa spódnica przypięta jeszcze do wieszaka przeleciała 

tuż obok, lądując pewnie w walizce.

- Najdalej od ciebie, jak tylko się da! - dobiegło zza drzwi.

Po   chwili   wleciały   do   pokoju   dwie   bluzki,   po   nich   para   białych 

spodni i błękitna kamizelka.

-   Na   pewno   nie   pojedziesz   w   takim   stroju!   -   Josh   zaatakował   z 

impetem,   zdając   sobie   sprawę,   że   nie   może   jej   puścić   samej   w   tej 

oszałamiającej, czarnej kreacji.

Mandy wypadła z garderoby, rozglądając się pospiesznie po pokoju, 

aż znalazła to, czego szukała. Chwytając w locie białe spodnie i sweter w 

morskim kolorze, który wzięła na wypadek, gdyby było zimno podczas 

nocnych   spacerów   po   promenadzie,   zniknęła   ponownie   w   garderobie, 

zamykając za sobą drzwi. Po chwili otworzyła je znowu.

- Zostań tu, gdzie jesteś. Nie waż się nawet oddychać. - Ostatnim 

słowom towarzyszył trzask zamykanych znowu drzwi.

background image

Kiedy   Mandy   się   przebierała,   Josh   ponownie   wypróżnił   walizkę, 

chowając jej zawartość pod łóżkiem. Na koniec wsunął tam również samą 

walizkę.   Nie   pójdzie   teraz   nigdzie,   zanim   się   z   nią   nie   rozmówi. 

Przekonają, że ich miłość jest dużo ważniejsza niż powzięty pod wpływem 

nagłego impulsu plan rewanżu.

Musi   go   wysłuchać.   Od   chwili,   kiedy   ojciec   opowiedział,   jak 

połączył ze sobą jego wyjazd i podwójną pierwszą nagrodę w konkursie, 

Mandy   przestała   zupełnie   myśleć.   Zamiast   tego   zaczęła   działać.   Nie 

potrafił jej potępić, nie mógł tego zrobić, jeżeli chciał być ze sobą szczery.

Prawie   siłą   wypchnął   ojca   z   pokoju   i   popędził,   skacząc   po   dwa 

stopnie, na górę za Mandy, która znalazła się tam zaraz, jak tylko pełny 

sens słów Matta dotarł do niej z całą siłą. Zanim zdążył złapać oddech na 

szczycie schodów, ona już się zaczęła pakować.

Drzwi garderoby otworzyły się teraz z impetem, uderzając mocno o 

ścianę sypialni. Mandy wypadła ubrana już w spodnie i sweter. Jej rude 

włosy opadały na wszystkie strony w plątaninie loków, kiedy rozpoczęła 

poszukiwanie sandałów. Przyjrzała mu się przez dłuższą chwilę, po czym 

dała nura pod łóżko, skąd, po wyrzuceniu wszystkich poupychanych tam 

rzeczy, wynurzyła się z parą sandałów w ręce.

Usiadła   na   łóżku   tylko   na   ułamek   sekundy,   by   nałożyć   buty   i 

ponownie zniknęła w garderobie, skąd wyfrunęła zaraz czarna sukienka, 

lądując   prosto   na   twarzy   Josha.   Jeszcze   jedno   krótkie   spojrzenie   i   z 

torebką w ręce zbiegła jak burza po schodach do pokoju, zostawiając na 

górze osłupiałego Josha.

- Halo, obsługa hotelu? Tu mówi Tremaine. Prosiłabym, żeby pani 

przysłała   natychmiast   do   mojego   pokoju   Rollie'go   Estradę.   -   Mandy 

background image

zdążyła to już powiedzieć, zanim Josh znalazł się w zasięgu jej głosu.

Upłynęła chwila ciszy, po czym odezwała się ponownie.

- Dobrze więc, rozumiem. W takim razie proszę o przysłanie butelki, 

nie,   dwóch   butelek   najlepszego   szampana,   dobrze   schłodzonego,   i 

odpowiedniej ilości importowanego kawioru na party dla... - zastanawiała 

się   przez   moment   nad   tym,   ile   Josh   powinien   zapłacić   -   na   party   dla 

sześciu osób - dokończyła po chwili. W czym problem, pomyślała. Josh 

będzie mógł zaprosić całą ekipę telewizyjną i zrobią sobie bal. - Proszę 

tylko dopilnować, by przyniósł to Rollie Estrada, dobrze?

- Mandy - rozpoczął Josh, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. - 

Cholera   jasna!   -   Nie   mógł   powstrzymać   się   od   przekleństwa.   -   Żaden 

serwis nie może być tak szybki!

- Otwieraj drzwi, Joshua! - dobiegł ich stłumiony krzyk z korytarza.

Josh uniósł powoli ręce do góry i otworzył szeroko drzwi.

- Nie wiem, jak to się stało, że zostawiłem was dwoje samych. - Matt 

Philips wpadł do pokoju, lekko rozwichrzony. - Joshua, mam nadzieję, iż 

nie skrzywdziłeś tego dziecka?

-   Nie,   tato.   Związałem   ją   tylko   i   drażniłem   bambusem   pod 

paznokciami.   To   w   końcu   nic   strasznego.   -   Josh   przeczesał   nerwowo 

włosy i opadł ciężko na krzesło. - A swoją drogą, to co ciebie ponownie do 

nas   sprowadza?   Nie   uważasz,   że   zrobiłeś   już   dzisiaj   dosyć?   A   może 

wpadłeś tylko, żeby obejrzeć skutki?

- Przestań się nad sobą rozczulać - zakomenderował Matt. Jeden rzut 

oka na Mandy upewnił go, że młoda dziewczyna z trudem panuje nad 

swoimi emocjami. - Mandy - powiedział miękko, kierując się w jej stronę - 

czy mógłbym coś dla ciebie zrobić? Może mam cię gdzieś odwieźć?

background image

Mandy spojrzała po kolei na obu Philipsów. Zwężone wściekłością 

szmaragdowe oczy były lodowate.

-   Nie   chciałabym   nawet   przejść   przez   ulicę   z   żadnym   z   was   - 

wybuchnęła.

Tymczasem   rozległo   się   pukanie   do   drzwi   i   Mandy   pospieszyła 

otworzyć   Rollie'emu,   który   wtoczył   przed   sobą   wózek   z   dwoma 

wiaderkami z szampanem i tacą pełną smakołyków.

- Dobry wieczór, Mandy i Joe - zaczął kelner jowialnie, kłaniając się 

również   trzeciej   osobie   w   pokoju.   -   Proszę,   oto   sześć   szklaneczek   do 

szampana. Wygląda na to, iż będzie małe party, co? Tylko nie mówcie ml, 

że już skończyliście z filmowaniem. Hej, a gdzie ta wasza blondyna? Jak 

jej na imię? Lena? Lori? Chciałem z nią pomówić.

Matt spojrzał na Josha, nie  wierząc własnym uszom,  że jego syn 

może być po imieniu z kelnerem z Tropicany.

- Kto to jest Lena? - syknął wściekle.

- Nieważne, tato - powiedział Josh wstając. Chwycił rękę Mandy, 

która założyła przed chwilą torebkę na ramię, zbierając się najwyraźniej do 

wyjścia. - Mandy, nie możesz mnie zostawić w taki sposób - powiedział, 

starając się nie podnosić głosu.

- To się okaże, kowboju - odcięła się, strząsając z siebie jego rękę. - 

Uczta zamówiona przez waszą ofiarę. Bawcie się dobrze.

Obejmując jej sztywne, opierające się ciało, Josh mówił nie zważając 

na nic:

-   Zrezygnowałem   z   pomysłu   zemsty   zaraz   po   tym,   jak   na   niego 

wpadłem,   Mandy,   przyrzekam.   Wcale   nie   chciałem   ciebie   skrzywdzić. 

Kocham cię. W głębi duszy, mimo upokorzenia, którego doznałaś, wiesz 

background image

przecież, że cię kocham. Proszę, Mandy, nie odchodź, błagam.

Stała   cichutko   w   jego   objęciach   z   zamkniętymi   oczami   i   lekko 

przygryzioną wargą, żeby nie wybuchnąć płaczem. Chciała z nim zostać, 

chciała, żeby trzymał ją w objęciach i przekonał o tym, że jednak ją kocha. 

Chciała tego z całego serca.

-   Wiedziałem   od   początku,   że   to   wariactwo.   -   Josh   mówił 

gorączkowo, czując, z jakim oporem ustępuje w niej napięcie. - Musiałem 

na chwilę postradać rozum. To tylko dlatego, że twój dziadek stał się dla 

mnie   wiecznym   wyrzutem   od   czasu,   gdy   dowiedziałem   się,   iż   on   był 

powodem   tego,   co   stało   się   Dave'owi   Benjaminowi.   Potem   spotkałem 

ciebie i myślałem...

Z   przeraźliwym   szlochem   Mandy   wyrwała   się   z   objęć   Josha   i 

popędziła do drzwi.

-   Rollie!   -  wrzasnęła   do   kelnera,   który   właśnie   otwierał   pierwszą 

butelkę   szampana.   -   Zaprowadź   mnie   na   najbliższy   przystanek 

autobusowy. Proszę!

Kelner spojrzał najpierw na starszego pana, który wyglądał całkiem 

podobnie jak Joe Tremaine, a potem na męża Mandy.

- Co się dzieje? - zapytał zmieszany. - Kłótnia kochanków, czy co?

Drzwi holu zamknęły się już za Mandy i Josh wiedział, że ona nie 

wróci,   nawet   gdyby   miała   szukać   przystanku   bez   pomocy   Rollie'ego. 

Sięgnął do kieszeni i wręczył kelnerowi garść banknotów.

-   Zostań   z   nią   aż   do   odjazdu   autobusu,   a   potem   wróć   do   mnie 

powiedzieć, dokąd pojechała. Możesz to dla mnie zrobić, przyjacielu?

Rollie   otworzył   już   usta,   żeby   powiedzieć   jakiś   kawał   o 

nowożeńcach, kiedy jednak zobaczył ból malujący się w oczach Josha, 

background image

rozważnie nie powiedział nic.

- Nie ma sprawy - zapewnił solennie. - Nie spuszczę z niej oka nawet 

na minutę, przyrzekam.

Josh stał, wpatrując się w drzwi, po czym wolno skierował się w 

stronę schodów.

- Widzę, że naprawdę jesteś tym załamany, co, synu? - spytał ojciec, 

nalewając sobie szampana. - Rozważałem to, kiedy wcześniej wyrzuciłeś 

mnie   z   pokoju.   Telefonowałem   nawet   do   mamy   do   Southampton.   Jej 

zdaniem wygląda na to, że rzeczywiście kochasz tę dziewczynę. Miała 

mama rację, Josh? Kochasz Mandy Tremaine?

Josh odwrócił się wolno do ojca. Jego oczy błyszczały podejrzanie.

- A jak ci się wydaje, tato? - powiedział miękko. - Jak ci się wydaje?

Matt podszedł do syna i położył mu rękę na ramieniu.

- Wydaje mi się, że mamy  przed sobą długą noc. Proszę, Mandy 

chyba   zamówiła   to   dla   ciebie   -   powiedział,   podając   mu   szklaneczkę 

szampana. - I jeszcze jedno. Przepraszam za to, co się stało.

Josh spojrzał w sufit, a kiedy się odezwał, chciał, żeby jego głos 

zabrzmiał stanowczo.

- Tak, tato - wyszeptał przez ściśnięte gardło, przypominając sobie, 

jak jeszcze godzinę temu,  przy przyćmionych światłach,  tulił do siebie 

Mandy. - Kocham ją.

Z tyłu autobusu było ciemno. Tak ciemno, że tylko kilku pasażerów 

zauważyło młodą kobietę, wciśniętą z podkurczonymi nogami w fotel przy 

oknie, która od czasu do czasu wycierała nos chusteczką.

Autobus pełen był gości kasyn, którzy teraz, w miarę jak posuwali 

background image

się wzdłuż Atlantic City Expressway, dzielili się ze sobą wrażeniami o 

sukcesach i porażkach.

- Hej, panienko - odwrócił się jeden z zadowolonych z siebie graczy, 

starając się zwrócić uwagę Mandy. - Nie ma się w końcu czym martwić. 

Przecież wystarczyło ci na autobus powrotny do domu. A zresztą, ile może 

taka dziewczyna stracić podczas jednego tylko wyjazdu?

- Niezbyt wiele - wyszeptała Mandy, zbyt cicho, by ktoś mógł ją 

usłyszeć. - Tylko serce.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

- A to łajdak! - Jeanne Tisdale nie mogła się powstrzymać i pluszowa 

zabawka,   którą   akurat   trzymała   w   ręku,   poleciała   z   rozmachem   na 

najbliższą ścianę. - Boże, chciałabym dostać tego drania w swoje ręce.

Mandy   skończyła   właśnie   opowiadać   swojej   przyjaciółce   o 

zakończonym   przedwcześnie   miodowym   miesiącu   w   Atlantic   City   i 

planach Josha Philipsa związanych z nagraniem z wyjazdu kaset video. 

Jeanne   zareagowała,   jak   przystało   na   dobrą   przyjaciółkę,   z   pełnym 

oburzeniem i wściekłością. Mandy, siedząc na jednym z wielkich stołów w 

sali   zabaw,   czuła   teraz,   że   powinna   jakoś   obronić   Josha   przed   jej 

gwałtowną reakcją.

- On powiedział, że tak naprawdę to wcale nie miał zamiaru tego 

zrobić,   Jeanne   -   wyjaśniła,   machając   nerwowo   nogami,   jak   dziecko 

złapane przez nauczycielkę na jakimś wykroczeniu. - Przyznał, iż to był 

idiotyczny pomysł i że wiedział o tym od samego początku.

- No tak, teraz nastąpi apoteoza Joshuy Philipsa. - Jeanne podniosła z 

podłogi zabawkę i oczyściła z kurzu, zanim odstawiła ją z powrotem na 

półkę.

-   Uważał,   że   ma   bardzo   ważny   powód,   żeby   to   zrobić,   czy 

przynajmniej próbować zrobić. - Mandy zeskoczyła ze stołu i podeszła do 

dużej, zielonej tablicy. Zaczęła ścierać gryzmoły, namazane przez któreś z 

dzieci podczas porannych zajęć. - Uważam, iż nie można go aż tak winić.

Jeanne odwróciła się gwałtownie, wyciągając rękę w geście protestu.

- O nie, co to, to nie, Mandy Tremaine. - Jeanne wiedziała, co teraz 

nastąpi. - Na to się zwyczajnie nie zgadzam. Najpierw przychodzisz do 

mnie z płaczem i opowiadasz, jakie paskudne sztuczki ten facet na ciebie 

background image

szykował, a kiedy już płonę świętym oburzeniem,  ty  zmieniasz  front i 

zaczynasz go bronić.

- Ale...

- Nie ma żadnego ale! - Jeanne nie dała sobie tak łatwo przerwać. - 

Jak cię znam, to zaraz powiesz, że w końcu to twoja wina, a tego nie chcę 

usłyszeć. Rozumiemy się? Jesteś słodką i kochaną dziewczyną, Mandy, ale 

czasem stajesz się tak cholernie fajna, że aż mnie to przeraża.

- Nie, Jeanne - Mandy potrząsnęła przecząco głową. - Wcale taka nie 

jestem. Tak się tylko tobie wydaje. Pamiętaj, że pozory mylą. Szczerze 

mówiąc, to ty przecież prawie nic o mnie nie wiesz.

Jeanne usztywniła się, wyraźnie obrażona.

- Przyszłaś do mnie trzy lata temu, ze znakomitymi referencjami z tej 

szkoły w Szwajcarii. Nikt nie może udawać kogoś innego przez całe trzy 

lata.   Jesteś   dobra   i   nikt   mnie   nie   przekona,   że   jest   inaczej.   Świetnie 

zajmujesz się dziećmi, jesteś obiektywna, nikogo nie faworyzujesz. Nie 

narzekasz   nigdy   na   niskie   wynagrodzenie   i   zawsze   jesteś   gotowa   do 

pomocy. Co jeszcze powinnam wiedzieć?

-   Mogło   cię   zainteresować,   skąd   pochodzę,   co   robiłam,   zanim 

przeprowadziłam się do Allentown, kim są moi rodzice - zasugerowała 

Mandy, rysując na tablicy figurkę z kresek.

Jeanne zmarszczyła brwi w skupieniu, obserwując narysowaną przez 

Mandy postać, która zdawała się być obciążona niewidzialnym ciężarem.

- Facet rzeczywiście chciał ci zrobić świństwo. Ale mówiłaś, zdaje 

się, że chodziło mu o twojego dziadka, a taśma miała być użyta jako forma 

zemsty na nim za coś, co miało miejsce parę lat wcześniej. Ty sama nie 

brałaś w tym bezpośrednio udziału. Nie próbuj, proszę, teraz przenieść 

background image

winy   swojego   dziadka   na   siebie.   To   tylko   jego   problem,   jego   i   tego 

Philipsa.

Mandy spojrzała na swoje palce, jakby zastanawiała się, skąd wzięła 

się na nich kreda, a po chwili zaczęła wycierać je drugą ręką.

- Precz z tego przeklętego miejsca - mruknęła, czując, jak łzy cisną 

się   jej   do   oczu.   To   zabawne,   bo   już   myślała,   że   wszystkie   łzy   dawno 

wypłakała.

Jeanne   stanęła   blisko   przyjaciółki   z   sercem   przepełnionym 

współczuciem.

- Mandy? Czy jest coś, co ukrywasz przede mną? Dalej, kochanie, 

zrzuć   z   siebie   ten   ciężar,   nie   ma   nic   tak   złego,   czego   nie   dałoby   się 

naprawić.

Trzymając   dłoń   przy   ustach,   Mandy   daremnie   starała   się 

powstrzymać szloch. Odwróciła się teraz do przyjaciółki, która otoczyła ją 

matczynym uściskiem.

- No, już dobrze - pocieszała ją, kołysząc tak, jak rozżalone dziecko. 

-   Najlepiej   się   teraz   wypłacz.   Na   rozmowy   będziemy   miały   jeszcze 

mnóstwo czasu później, dobrze?

Mandy siedziała w kącie małego placu zabaw, obserwując radosną 

zabawę trzylatków. Minęły już dwa dni od jej powrotu do przedszkola i 

pięć dni od czasu szaleńczej ucieczki z Atlantic City, a ona dalej czekała.

Czekała na każdy telefon, który zadzwonił w biurze, z nadzieją, że 

będzie skierowany do niej.

Czekała   każdego   dnia,   kiedy   drobiazgowo   sprawdzała   pocztę, 

zastanawiając się, czy nie mógłby napisać usprawiedliwiającego listu.

background image

Czekała   na   znajomy   dźwięk   jego   kroków   na   schodach,   wierząc 

wbrew   sobie,   że   przyjdzie,   choćby   tylko   po   to,   by   poprosić   ją   o 

przebaczenie. Nie interesował ją zresztą powód, ważne, żeby przyszedł.

Ale jedyny telefon, do jakiego została wezwana, był od Lois, która 

powiedziała jej, że na prośbę Josha zapakowała jej rzeczy i teraz wysyła 

jej walizkę przez umyślnego posłańca.

Jedyna   poczta,   jaka   przyszła,   to   zabawna   kartka   od   Rollie'ego   z 

podziękowaniami za to, że został włączony do filmu. Wyrażał w niej też 

nadzieję, iż udało się jakoś wyjaśnić konflikt z mężem.

Jedynym   zaś   dźwiękiem,   który   mącił   samotność   jej   nocy,   było 

własne chlipanie, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że Josh nie przyjedzie 

już nigdy.

Próbowała   zapełnić   nieliczne   godziny   wieczorne,   przeglądając 

gazety, których zebrał się cały stos podczas jej nieobecności. Dzięki temu 

na stronach poświęconych finansom znalazła zdjęcie patrzącego na nią z 

pełnym zadowolenia uśmiechem Matthew Philipsa. „Philips Inc. inwestuje 

w   media”,   głosił   tytuł,   a   artykuł   poniżej   opisywał   transakcję   kupna 

WMFL.   Zarówno   Matt,   jak   i   Josh   przedstawieni   byli   jako   główni 

akcjonariusze nowej firmy.

Jak wynikało z dat, publikacja ta musiała się ukazać już podczas ich 

pobytu w Atlantic City. Zrozumiała teraz, dlaczego Josh Philips nie chciał 

podać   jej   swego   prawdziwego   nazwiska.   Na   pewno   obawiał   się,   że 

informacja o transakcji może ukazać się przed ich wyjazdem, a nie chciał, 

żeby skojarzyła te fakty.

Wycięła artykuł i przeczytała go bardzo dokładnie. Dowiedziała się 

między   innymi,   że   firma   „Philips   Inc.”   jest   właścicielem   spółek 

background image

holdingowych   w   Basking   Ridge,   Southampton,   Long   Island   i   w   wielu 

innych miastach na terenie stanów Nowy Jork, Pensylwania i New Jersey. 

WMFL jest jednym z wielu posiadanych przedsiębiorstw, a Josh pracuje z 

ojcem od czasów, kiedy uzyskał absolutorium w Yale.

Dave   Benjamin   również   uczęszczał   do   Yale,   ale   wykruszył   się 

stamtąd już po pierwszych dwóch latach studiów. Może to właśnie wtedy 

spotkali się z Joshem po raz pierwszy. Nie było w tym nic dziwnego, że 

Dave nigdy nie wspomniał, iż jeden z jego kolegów z uczelni przeniósł się 

do Southampton w czasie jej pobytu w Szwajcarii.

Do  późna  w nocy  Mandy   analizowała   różne  możliwe   scenariusze 

spotkania Josha. Odbywało się to zwykle na plaży, niedaleko posiadłości 

dziadka. Spotykali się,  miłość  ogarniała ich ze szczętem i żyli długo i 

szczęśliwie. W ten sposób trzy ostatnie koszmarne lata były zamieniane w 

piękny czas spędzony jako mąż i żona. No, a czasem, dla pełnej radości, 

dodawała również dziecko.

Wszystkie   te   marzenia   znikały   jednak   w   świetle   dnia,   obnażając 

tylko   gorzką   prawdę,   że   Josh   miał   już   dosyć   czasu,   by   się   z   nią 

skontaktować.   Gdyby   tylko   chciał,   mógł   zapukać   do   jej   drzwi, 

udowadniając tym samym, że nie kłamał, gdy wyznawał jej miłość.

Nie   wiadomo   jednak,   czy   miłość   ta   byłaby   tak   wielka,   żeby 

przetrwać wyznanie, które ona musiałaby w rewanżu uczynić. Powinna 

bowiem przyznać, że jego przyjaciel, dla poniszczenia którego wymyślił 

przecież cały plan zemsty, omal nie umarł z jej powodu. Mandy zamyśliła 

się głęboko.

-   Kolejny   problem   naszej   planety   został   rozwiązany?   -   Jeanne 

background image

zaskoczyła ją najwyraźniej. Przez chwilę razem obserwowały bawiące się 

na   huśtawkach   dzieci,   które   próbowały   je   rozbujać   najbardziej,   jak   się 

tylko dało. - Czujesz się już teraz lepiej? Od razu to po tobie widać.

-   Jakoś   to   przeżyję.   A   tak   przy   okazji,   to   przepraszam   za   moje 

wczorajsze paplanie. Myślałam, że najgorsze mam już za sobą, inaczej nie 

wróciłabym jeszcze do pracy.

- Miałaś pełne prawo do tego, żeby paplać, jak ty to nazywasz. - 

Jeanne pocieszyła ją, poklepując po ramieniu dla dodania otuchy. - Ale i 

tak   myślę,   iż   umiałabym   cię   przekonać,   że   patrzysz   na   całą   sprawę 

niewłaściwie. Gdybyście tylko mieli szansę spotkać się z Joshem i omówić 

całą sprawę, to na pewno potrafilibyście ten problem rozwiązać.

Mandy spojrzała z uśmiechem na przyjaciółkę.

- Wydawało mi się, że wczoraj miałaś ochotę wysmarować Joshuę 

Philipsa smołą i pierzem i wysłać go na targ na pośmiewisko. Skąd taka 

zmiana nastrojów?

Jeanne klasnęła w dłonie kilka razy, dając dzieciom znak, że zabawa 

skończona i czas na obiad.

- Ponieważ wydaje mi się, że ten facet naprawdę cię kocha. Dzwonił 

już dwa razy w tym tygodniu, dopytując się, czy już wróciłaś do pracy. 

Kiedy dzisiaj zadzwonił po raz trzeci, powiedziałam mu, że tak.

-   Dzwonił   do   ciebie?   Dlaczego   mi   nie   powiedziałaś?   -   Mandy 

rozejrzała się po placu zabaw, jakby spodziewała się, że Josh stoi gdzieś za 

ogrodzeniem i obserwuje ją. - Myślałam, że teraz to już na pewno wrócił 

do Southampton z ojcem.

Jeanne pokiwała głową.

- Obaj są tutaj i, jak mi się zdaje, pracują w telewizji. Josh najpierw 

background image

tylko pytał, czy jesteś. Nie wiedziałam wcale, że to on. Myślałam, iż nadal 

jesteś w Atlantic City. Ale kiedy zadzwonił dzisiaj, poprosiłam, by się 

przedstawił i rozpoznałam głos.

Od razu chciałam mu wygarnąć, co o nim myślę, ale powiedział mi, 

że   chciał   ci   dać   trochę   czasu   na   przemyślenie   wszystkiego,   zanim   się 

znowu z tobą skontaktuje. Doszedł do wniosku, iż nie wrócisz wcześniej 

do pracy, nim się nie uspokoisz. Uznał, że wtedy będzie większa szansa, iż 

nie   zrzucisz   go   ze   schodów.   Mężczyźni   uważają   widać,   że   masz 

temperament,   kochanie.  Ciekawe,  jak  wpadli  na  taki  pomysł?   -  Jeanne 

zakończyła swą długą przemowę.

- I tak bym go nigdy nie zrzuciła ze schodów - mruknęła Mandy.

Uświadomiła   sobie   jednak,   że   pewnie   nie   przyjęłaby   go   też   z 

otwartymi ramionami, gdyby pojawił się u niej w ciągu pierwszych dwóch 

dni po powrocie.

Obie panie zajęte były teraz ustawianiem dzieci i wprowadzaniem 

ich do przedszkola, jednak Jeanne znalazła sposobność, by szepnąć Mandy 

do ucha:

- On ciebie naprawdę kocha, Mandy. Kiedy przyjdzie, to pogadaj z 

nim szczerze. Na pewno zrozumie.

Mandy   spojrzała   na   przyjaciółkę   i   oczy   jej   posmutniały,   gdyż 

wiedziała, że tamta nie zna całej prawdy o jej ucieczce z Southampton. Tej 

prawdy zresztą nikt nie znał, prócz niej samej i dziadka.

-   Dzięki,   Jeanne,   będę   o   tym   pamiętać,   gdyby   się   pojawił   - 

przyrzekła. - On jednak nic nie zrozumie - mruknęła pod nosem, kiedy 

Jeanne nie mogła jej już słyszeć. - A już na pewno nie potrafi przebaczyć.

background image

Mandy siedziała spięta w kącie kanapy, bębniąc nerwowo palcami o 

oparcie. Popędziła z przedszkola do domu, by wziąć kąpiel i umyć głowę. 

Na obiad zjadła tylko płatki, bo była zbyt zdenerwowana, by pomyśleć o 

czymś poważniejszym.

Przebierała się trzy razy. W końcu zdecydowała, że ubierze się tak, 

jak zwykle, w podkoszulkę i drelichową spódnicę, żeby Josh przypadkiem 

nie pomyślał, iż na niego czekała. Poza tym wcale na niego nie czekała - 

modliła się, żeby przyszedł.

Zaczęła oglądać telewizję i ze zdumieniem stwierdziła, że wieczorne 

wiadomości   zakończyły   się   kilka   godzin   wcześniej   niż   zwykle. 

Bezskutecznie  próbowała  oglądać powtórkę  jakiejś komedii,  a kiedy  w 

studiu   telewizyjnym   zadzwonił   telefon,   podskoczyła   na   równe   nogi   w 

przekonaniu, że to u niej w domu.

Zgasiła w końcu telewizor i pobiegła do radia, nastawiając je dosyć 

głośno, aby wypełnić czymś ciszę, która zapadła w mieszkaniu.

Nie   mogła   opanować  gonitwy   myśli.   Zobaczyła,   że  w  walizce   są 

jeszcze słodycze, które kupowała z Joshem, i sceny w Mieście Automatów 

stanęły przed nią jak żywe. Kręciła się po mieszkaniu bez wyraźnego celu. 

W kuchni pozbierała papierki od cukierków i wrzuciła je do kosza.

Opadające na miejsce wieczko kosza wydało jakiś głuchy odgłos. 

Dziwne. Zawsze zdawało jej się, że brzmi to inaczej, bardziej metalicznie. 

Nacisnęła kontrolnie pedał kilka razy i znowu wszystko brzmiało tak, jak 

dawniej. Chyba z nerwów ma już halucynacje.

Zrobiła   kilka   kroków   w   stronę   pokoju   i   ten   sam   głuchy   odgłos 

powtórzył się. W nagłym olśnieniu palnęła się ręką w czoło. Przecież to 

pukanie do drzwi. A on na pewno już sobie poszedł, myśląc, że nie ma jej 

background image

w domu.

- Moment! Już otwieram! - krzyknęła, potykając się w pośpiechu o 

różne przedmioty.

Otworzyła szeroko drzwi i zaraz oparła się o nie dysząc ciężko, jakby 

przed chwilą podjęła próbę bicia rekordu świata w biegu na jedną milę.

-   Josh   -   wysapała,   zamykając   oczy   z   mieszaniną   obaw   i   ulgi.   - 

Przepraszam, że tak długo nie otwierałam, ale usłyszałam dopiero twoje 

drugie pukanie.

Wygląda tak, że mógłbym ją zaraz zjeść. Josh musiał skupić całą siłę 

woli, żeby nie wziąć jej od razu w ramiona. Dla niepoznaki rozpoczął od 

zaczepki:

-   Skąd   wiedziałaś,   że   moje   drugie   pukanie   nie   było   pierwszym 

pukaniem, skoro wcześniej nic nie słyszałaś?

Mandy zamrugała szybko powiekami i potrząsnęła głową.

- Widzę, że nauczyłeś się czegoś ode mnie. - Zaprosiła go gestem, by 

wszedł i usiadł na kanapie. - A odpowiadając na pytanie, słyszałam twoje 

pierwsze pukanie, tylko nie wiedziałam, że to jest pukanie. Wzięłam cię za 

klapę kosza na śmieci.

Rozsiadając się wygodnie na kanapie, Josh spojrzał na nią smutno.

-   Wydaje   mi   się,   że   Zygmunt   Freud   straciłby   cały   dzień   na 

wyjaśnianiu tego porównania.

Mandy   wbiła   oczy   w  podłogę,  kopiąc  nerwowo  bosą  stopą   brzeg 

dywanu.

- Cieszę się, że cię znowu widzę, Josh - powiedziała miękko. - Lois 

odesłała mi walizkę.

- Próbowałem ją sam zapakować, ale nie mogłem sobie poradzić z 

background image

tymi   jedwabnymi   ciuchami   -   powiedział,   jakby   to   miało   wszystko 

wyjaśnić. - Zresztą oni wszyscy polubili cię tam bardzo, a Rollie o mało 

mi głowy nie urwał za to, iż przeze mnie uciekłaś. Herb prosił, żeby ci 

przekazać, że wyglądasz świetnie na taśmie.

Wspominanie   o   filmie   to   było   rzeczywiście   genialne   posunięcie, 

panie   Philips,   powiedział   do   siebie   Josh   z   wściekłością,   widząc,   jak 

gwałtowny rumieniec oblewa twarz i szyję Mandy. Dlaczego jeszcze nie 

powiesz   jej,   jak   ojciec   stwierdził,   że   „ta   dziewczyna   opanuje   twoje 

wyskoki, synu” i dasz się stąd wyrzucić na zbity pysk, zanim będziesz 

miał szanse, żeby ją przeprosić za wszystkie kłamstwa?

- Czy powiedziałeś Herbowi, że wykorzystałeś go do nieświadomego 

odgrywania roli jakiegoś przestępcy? - spytała, siadając w końcu.

-   Tato   zatroszczył   się   o   wyjaśnienia   -   powiedział,   obracając   się 

nieznacznie, tak by widzieć ją w całości, kiedy już usiadła na krześle koło 

kanapy. - Nie wiem dokładnie, co powiedział, ale cała trójka wie, że ich 

dalsza praca zależy od tego, czy potrafią się wykazać odpowiednią dozą 

amnezji na temat całej eskapady. - Wziął głęboki oddech, zanim przeszedł 

do sedna sprawy. - Posłuchaj, Mandy. Nie przyjechałem tu wcale po to, 

żeby   rozmawiać   z   tobą   o   ekipie   filmowej.   Przyjechałem,   żeby   cię   za 

wszystko przepro...

- Tak, przeprosić, wiem o tym - wtrąciła Mandy pospiesznie. - Ale 

wcale nie musisz mnie przepraszać, Josh. Rozumiem, dlaczego zrobiłeś to, 

co   zrobiłeś.   Szkoda   tylko,   że   wszystko   na   próżno.   Dziadkowi   jest 

dokładnie obojętne zarówno co robię, jak i z kim to robię. Widzisz, on 

mnie wydziedziczył ponad trzy lata temu.

Josh zamarł w zdumieniu.

background image

- Wydziedziczył cię? O czym ty, u licha, mówisz, Mandy? Nie mógł 

cię przecież wydziedziczyć. Zniknęłaś bez śladu, a Tremaine robił wielki 

raban, mówił nawet, że rozesłał za tobą prywatnych detektywów.

Mandy głośno się roześmiała.

-   On   świetnie   wiedział,   gdzie   ja   jestem,   Josh.   Dlatego   nie 

zatroszczyłam się nawet o zmianę nazwiska. Ponadto mój dyplom i listy 

rekomendacyjne   są   też   na   moje   prawdziwe   nazwisko.   Jedyni   ludzie,   z 

którymi unikałam kontaktu, to dziennikarze i to też tylko na początku. Od 

dzieciństwa byłam uczona, jak unikać rozgłosu, a teraz już nikomu nie 

zależy na Amandzie Elisabeth z rodu Tremaine w Southampton. Nawet 

tobie, Josh. Zainteresowałeś się mną, bo myślałeś, że pomogę ci odegrać 

się na dziadku.

Josh przygładził ręką włosy, próbując usilnie zrozumieć, o co chodzi.

- Nie łapię tego. Alexander Tremaine wydziedziczył swoją jedyną 

wnuczkę? Dlaczego? Przecież to nie ma sensu.

Mandy wiedziała, że będzie musiała mu powiedzieć całą prawdę.

- Dziadek wydziedziczył mnie, bo oskarżyłam go o to, że próbował 

zabić Dave'a Benjamina, choć wiedziałam, iż to nie do końca jest prawdą. 

- Wzięła teraz głęboki oddech i wyrzuciła z siebie resztę słów: - Widzisz, 

Josh, to ja zniszczyłam Dave'a, to tak, jakbym ja zniszczyła jego firmę.

Mandy   wstała   gwałtownie   i   podeszła   do   okna.   Nie   mogła   teraz 

spojrzeć na Josha, teraz, kiedy zostało powiedziane wszystko, co musiało 

być   powiedziane.   Przez   kilka   minut   w   pokoju   zalegała   cisza.   Później, 

kiedy pomyślała, że nie potrafi dłużej powstrzymać się od łez, poczuła 

delikatne dotknięcie na ramieniu.

- Mandy... kochanie - zaczął z wahaniem. - Dave Benjamin próbował 

background image

popełnić samobójstwo, kiedy okazało się, że interesy idą fatalnie. Twój 

dziadek   wykupił   wszystkie   jego   długi   i   właśnie   miał   przejąć 

przedsiębiorstwo,   więc   wybrał   rozwiązanie,   które   wydawało   mu   się 

najłatwiejsze. Bardzo lubiłem Dave'a, ale nie uważam tego, co zrobił, za 

przejaw silnej osobowości. Nie miałaś nic wspólnego z jego decyzją, by 

targnąć się na własne życie, nie mogłaś mieć, sama chyba teraz to widzisz.

Odwróciła   się   gwałtownie,   by   spojrzeć   mu   prosto   w   twarz, 

zostawiając jego rękę zawieszoną w powietrzu.

- Nie  mogłam?  A jak myślisz,   dlaczego dziadek  zrobił  wszystko, 

żeby zniszczyć Dave'a? Mój dziadek nie jest może najsympatyczniejszą 

osobą   na   świecie,   ale   na   pewno   nie   zajmuje   się   niszczeniem   ludzi   na 

chybił trafił jako jakieś wyrafinowane hobby. Celowo skupił się na tym, 

jak zniszczyć Dave'a, bo uważał, że nie jest on wystarczająco dobrą partią 

dla jego cennej wnuczki. Dave powiedział mi o tym wszystkim. - Zaśmiała 

się   histerycznie,   zanim   dokończyła:   -   Niestety,   to   wszystko   było   na 

próżno. Nigdy nie kochałam Dave'a i nigdy nie chciałam wyjść za niego za 

mąż.

Potrząsnęła głową i zamknęła oczy, żeby nie widzieć potępienia na 

twarzy Josha, które spodziewała się tam ujrzeć.

-   Nie   mogłam   temu   sprostać,   dlatego   wzięłam   ogon   pod   siebie   i 

uciekłam, gdzie pieprz rośnie. Dziadek w ostatnich słowach ostrzegł mnie, 

żebym nie ważyła się wracać, zanim nie dorosnę. O, Boże!

Nie opierała się wcale, kiedy Josh przytulił do siebie jej wstrząsane 

szlochem   ciało.   Nie   zdawał   sobie   z   tego   sprawy,   nie   mógł   uwierzyć 

własnym uszom. Dave nic nigdy nie mówił o Mandy, kiedy spotykali się 

czasami   na   lunchu.   Jedyne,   o   czym   rozmawiali,   to   było   to,   jak   do 

background image

szaleństwa   żądny   władzy   Alexander   Tremaine   doprowadza   jego 

przedsiębiorstwo do bankructwa.

Z   całą   pewnością   Mandy   obwiniała   się   za   coś,   do   czego   nie 

przyłożyła nawet ręki. W dodatku żyje z takim przekonaniem już od ponad 

trzech lat. Teraz, kiedy się już jakoś pozbierała, ja wchodzę na arenę i 

wciągam ją we wszystko ponownie, i to w najgorszy możliwy sposób. Nie 

ma się co dziwić, iż ode mnie uciekła, i tak się dziwię, że nie dostałem w 

nos.

Obejmując   ją   mocno,   podprowadził   ją   do   kanapy   i   ostrożnie 

posadził.

- Mandy - bezskutecznie próbował podnieść jej głowę. - Nie zrobiłaś 

krzywdy Dave'owi. Nie zrobiłaś krzywdy nikomu. Czy to nie ty mówiłaś 

mi,   że   nie   możesz   nawet   nadepnąć   pająka?   To   był   tylko   zbieg 

okoliczności, iż spotkałaś się z Dave'em akurat w tamtym czasie. Dave 

próbował   wtedy   każdej   szansy,   jak   tonący,   który   chwyta   się   brzytwy. 

Dlatego  tak  tobie  powiedział.  A co  na to  twój dziadek,  kiedy  go  o to 

spytałaś?

Mandy siedziała chwilę pociągając nosem i szukając w kieszeniach 

chusteczki.

-   Nie   pytałam   go   o   to   nigdy   -   wybąkała,   wydmuchując   nos.   - 

Spotkałam go tylko raz po tym, co zrobił Dave'owi i powiedziałam, że 

wiem,   do   czego   doprowadził.   A   on   nie   zaprzeczył,   Josh   -   wyjaśniła, 

patrząc na niego przez łzy.

- Dlatego też uciekłaś - dokończył za nią Josh, wycierając jej oczy 

swoją   chusteczką.   -   A   stary   Alex   pewnie   teraz   czeka   na   ciebie,   żeby 

wyrównać rachunki, kiedy do niego wrócisz. - Rozejrzał się po czystym, 

background image

choć niezbyt kosztownie urządzonym pokoju. - Założę się, iż skręca go ze 

złości, że urządziłaś się sama, bez jego pomocy.

- Nie  jestem  tak całkiem bezradna.  -  Mandy  czuła,  jak wraca  jej 

zwykły wigor, kiedy okazało się, że Josh nie uciekł jeszcze od niej po tym, 

jak mu wszystko powiedziała. - Od dziadka uciekłam trzy lata temu, a od 

ciebie pięć dni temu. Przynajmniej w tym jestem konsekwentna. Prawda?

Zobaczyła,   jak   powoli   pojawia   się   ten   jego   charakterystyczny 

uśmieszek, co sprawiło, że jej serce zaczęło żywiej bić.

- A ja właśnie zastanawiałem się, jakby tu wrócić do tematu  bez 

konieczności oddawania własnej głowy pod topór. Czy wiesz, Amando 

Elisabeth, że najwyższy czas, by przestać uciekać?

- To znaczy? - zapytała, znając już odpowiedź.

- To znaczy najdroższa, że jutro jedziemy do Southampton do starego 

Alexandra Tremaine'a. Czas odpędzić stare strachy i rozpocząć życie od 

nowa. Razem. Zgoda?

Wracać   do   Southampton?   Była   to   ostatnia   rzecz,   na   jaką   Mandy 

miała ochotę. Josh nie zgadzał się wprawdzie z jej teorią na temat śmierci 

Dave'a,   ale   co   będzie,   jak   się   okaże,   że   nie   ma   racji?   Co   będzie,   jak 

dziadek zgodzi się z nią? Wiedziała, że nie zniesie potępiającego wzroku 

Josha.

- Mandy, przestań dramatyzować, dobrze - ostrzegł ją, przyciągając 

do siebie. - Już sobie wyobrażam ten turkot w twojej główce. Kocham cię i 

nic nie może tego zmienić. Zrozumiano?

Mandy skinęła wolno głową, po raz kolejny bliska płaczu.

- Też cię kocham, Josh. A co będzie, jak się okaże, że to ja mam 

rację, a dziadek potraktuje ciebie tak, jak Dave'a. Nie zniosłabym tego.

background image

Ujął   ją   delikatnie   za   podbródek,   unosząc   go   tak,   że   musiała   mu 

spojrzeć prosto w oczy.

- Ja też jestem mocny i poradzę sobie z dziadkiem. A teraz chodź do 

mnie.   Zdaje   się,   że   mamy   coś   do   załatwienia.   Robiliśmy   chyba 

niezmiernie   poważne   rzeczy,   kiedy   mój   kochany   ojciec   przerwał   nam 

ostatnio...

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Naprawdę chcesz tam jechać? A co będzie, jeśli stary Tremaine nie 

przyjmie tego do wiadomości? Z tego co o nim słyszałem, nie zdziwiłbym 

się wcale, gdyby cię poszczuł psem.

- Dzięki za okazane zaufanie i dobre rady, tato - odparł sucho Josh, 

pakując jakieś papiery do skórzanej teczki. - Ale o jedno cię proszę. Jak 

przyjedzie   tu   Mandy,   to   zachowaj   swoje   komentarze   dla   siebie.   Na 

przekonanie jej, że powinna się tu zjawić, straciłem prawie całą ostatnią 

noc.

- A co z resztą nocy? - Starszy mężczyzna obrócił się na krześle z 

uśmiechem   zrozumienia   na   twarzy.   -   Nic   nie   mówiłeś,   co   robiliście 

ostatnio. Może dla zabicia czasu przerabialiście ponownie jakieś lekcje z 

miesiąca miodowego?

Josh posłał ojcu wymowne spojrzenie.

- Mama musiała mieć z tobą sporo roboty, by utrzymać cię w ryzach. 

Rozmawialiśmy, tato. O jej i mojej młodości. - Podszedł do szafy i wziął 

stamtąd jakieś papiery. - Wiesz, że jej rodzice zginęli w wypadku, kiedy 

miała zaledwie trzy lata?

-   Więc   wychowywał   ją   dziadek?   Musiała   mieć   czarujące 

dzieciństwo.

Josh zamyślił się.

- Wiesz, co mówią eksperci o zapominaniu nieprzyjemnych rzeczy? 

Mandy przysięga, że nie pamięta nic z wieku poniżej dwunastu lat, za 

wyjątkiem paru oderwanych zdarzeń.

- Jakich nieprzyjemnych rzeczy? - ponaglił Matt.

Nie znał Mandy Tremaine prawie wcale, ale zrobiła na nim bardzo 

background image

dobre wrażenie. Nie chciał myśleć, że miała nieszczęśliwe dzieciństwo.

- Od czasu pogrzebu rodziców było tego bardzo dużo.

Matt zamyślił się, jego wargi zacisnęły się w cienką linię.

- Może ja bym pojechał z wami, synu - stwierdził w końcu. - Chętnie 

bym sam dowiedział się czegoś więcej o dziadku.

- Mandy może się na to nie zgodzić. Ona go kocha - odparł Josh w 

zamyśleniu. - Nadal też bardzo się Uczy z jego opinią. Myślę, że całe 

życie   spędziła   na   próbach   zaspakajania   jego   oczekiwań.   Ekskluzywne 

szkoły w Szwajcarii i tak dalej.

-   A   potem   wraca   do   domu   i   natychmiast   wiąże   się   z   Davem 

Benjaminem, który nie podoba się dziadkowi?

Josh zdjął płaszcz z wieszaka.

-   Niezupełnie.   Najpierw   sam   do   niej   zachęcał   Dave'a,   ale 

bezskutecznie. Mandy lubiła go, ale wiedziała, że związek ten do niczego 

nie prowadzi.

- Ale jednak wini siebie za to, co się stało. Dlaczego? Pokłócili się, 

czy co? - zastanawiał się Matt.

Josh potrząsnął głową.

- Nie, nie pokłócili się. To ona pokłóciła się z dziadkiem. Stary jej 

powiedział, że Dave nie ma charakteru i że nie chce, by się spotykali. 

Dave jednak dzwonił do niej często, błagając o spotkanie. Wtedy właśnie 

powiedział jej, iż dziadek chce go zrujnować z uwagi na jego uczucie do 

niej. Od tej chwili wszystko się strasznie skomplikowało.

Matt skinął głową, przewidując już resztę opowieści.

- Mandy poszła z tym do dziadka i doszło do pierwszej prawdziwej 

kłótni, tak? To musiało  wywrzeć na niej trwałe piętno. A potem Dave 

background image

próbował popełnić samobójstwo i wszystko wzięło w łeb. Dobrze mówię?

-   Trzeba   przyznać,   że   Dave   załatwił   to   w   bardzo   spektakularny 

sposób,   robiąc   to   na   frontowych   schodach   ich   domu.   Mandy   usłyszała 

strzał   i   pierwsza   znalazła   go   leżącego   w   kałuży   krwi.   Potem  nastąpiła 

tylko gwałtowna scena z dziadkiem i pospieszny wyjazd z Southampton. 

Jej samochód zepsuł się pięć mil stąd, dlatego uznała to za omen i została 

w Allentown. Nie ruszała się stąd nigdzie.

- Dopóki nie wzięła udziału w konkursie radiowym, który zakończył 

się lewym miesiącem miodowym ze starym kumplem Dave'a z uczelni. - 

Dokończył   spokojnie   Matt.   -   Biedna   dziewczyna.   Dzwoniłem   już   do 

mamy i uprzedziłem, żeby spodziewała się dziś ciebie razem z gościem. 

Myślę,   że   mama   otoczy   ją   troskliwą   opieką,   dokładnie   taką,   jakiej   jej 

potrzeba.

-   Mama   na   pewno   ją   pokocha,   ty   zresztą   też.   Tamtej   nocy   nie 

poznałeś jej z najlepszej strony, co zresztą było moją winą.

- To ostatnie, to prawda, synu - powiedział Matt, uśmiechając się na 

to wspomnienie. - Ale i tak nie mogę powiedzieć, żeby Mandy nie zrobiła 

na mnie wrażenia. Przypominała mi twoją matkę z tych czasów, kiedy... 

zresztą, mniejsza o to.

Josh przechylił głowę, nasłuchując, co dzieje się za drzwiami.

- Jest już Mandy, rozmawia właśnie z sekretarką. Tylko proszę, nie 

daj po sobie poznać, że ci cokolwiek powiedziałem, O.K.?

- Na to się nie zgadzam - zaprotestował Matt. - Byłem z wami w 

Atlantic City, pamiętasz? Ona wie, że ja wiem, ty wiesz, że ja wiem, jak 

więc mogę udawać, że nic nie wiem, nie wychodząc przy tym na głupka? 

O Boże, Josh, wygląda na to, że miłość padła ci na mózg. Ja...

background image

- Mandy! Chodź, kochanie, zobacz, kto ze mną jest. - Josh szybko 

przeszedł pokój, by ją gorąco przywitać. - Tato? Pamiętasz chyba Mandy, 

prawda? - Spojrzał przy tym ostrzegawczo na ojca.

-   Oczywiście,   że   pamiętam   Mandy   -   stwierdził   Matt   jowialnie, 

wstając zza swojego biurka z wyciągniętą ręką. - Szampan i kawior były 

wyśmienite, dziękuję bardzo, ale największą radość sprawiło mi oglądanie 

miny Josha, kiedy płacił za to rachunek. - Uścisnął mocno jej rękę. - Siadaj 

z nami na chwilę. Josh mówił mi właśnie...

Josh odchrząknął głośno, zarabiając na drwiący uśmieszek ojca.

- Josh mówił mi właśnie - podjął nie zbity z tropu Matt - że jedziecie 

dzisiaj do Southampton, a ja zaproponowałem, żebyście zostali na noc u 

nas w domu. Moja żona nie może się wręcz doczekać, by ciebie poznać. - 

Po czym, zwracając się do syna, zakończył: - No i jak? Mój nauczyciel 

zadowolony, czy dostanę po łapach?

Mandy   spoglądała   przez   chwilę   to   na   jednego,   to   na   drugiego   i 

uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

- Musi pan wybaczyć Joshowi, panie Philips. On uważa, że jestem 

bardziej   delikatna,   niż   jestem   naprawdę.   Spodziewam   się,   iż   wszystko 

panu opowiedział?

Matt podprowadzi Mandy do krzesła.

- Szczerze mówiąc, wydusiłem to z niego. - Zdecydował się chronić 

syna na wypadek, gdyby Mandy się zdenerwowała, jakkolwiek nic na to 

nie   wskazywało.   -   W   jednym   zgadzam   się   z   nim   zupełnie.   Musisz 

pojechać i załatwić całą sprawę z dziadkiem. Tylko w ten sposób możesz 

mieć to raz na zawsze z głowy.

- Widzę, że nie tylko podobnie wyglądacie, ale również podobnie 

background image

myślicie. Mam nadzieję, iż się nie mylicie - przyznała szczerze Mandy. - 

Nie   mam   też   nic   przeciwko   temu,   że   Josh   opowiedział,   dlaczego 

zniknęłam ze sceny, w tym samym czasie, kiedy Dave'owi zdarzyło się to 

nieszczęście. Potem dzwoniłam raz do dziadka z Allentown, ale on chyba 

nie uznał za stosowne mówić komukolwiek, gdzie jestem. Pewnie myślał, 

że wrócę do niego w ciągu miesiąca.

- Sądzę, że twoje zniknięcie wywołałoby większe poruszenie, gdyby 

nie   nastąpiło   tuż   po   próbie   samobójstwa   Dave'a   -   podsunął   Matt   w 

zamyśleniu.

- To prawda. Dodatkowo zaważyło na tym, że właściwie nie miałam 

przyjaciół w Southampton. - Mandy spojrzała na trzymaną na kolanach 

torebkę. Zdała sobie sprawę, że od dobrej chwili machinalnie otwierała ją i 

zamykała. - Przepraszam - powiedziała, kładąc ręce na oparciu krzesła. - 

Takie głupie przyzwyczajenie.

Josh   odezwał   się   pierwszy,   żeby   przerwać   krępującą   ciszę,   która 

zapadła po ostatnich słowach Mandy.

- Hej, spójrzcie na zegarek. Mandy, jeśli nie chcemy utknąć w korku 

w   godzinach   szczytu,   to   lepiej   zbierajmy   się.   Odwrócił   się   do   ojca, 

mrugając porozumiewawczo. - Mam nadzieję, tato, że poradzisz sobie ze 

wszystkim, jak nas nie będzie?

- Myślisz, że jesteś taki spryciarz, co? - odciął się Matt, udając złość. 

- Mandy, będziesz musiała coś zrobić z tym jego kompleksem wyższości. 

Bóg mi świadkiem, że razem z jego matką też próbowaliśmy, ale...

Mandy wstała i podeszła do starszego mężczyzny. Stając na palcach, 

pocałowała go lekko w policzek.

- Niech się pan nie martwi, panie Philips - wyznała miękko. - Mam 

background image

przeczucie,   że   wyrośnie   na   takiego   samego   dżentelmena,   jak   pan.   Nie 

chciałabym zmieniać go ani na jotę.

Josh stał w szeroko otwartych drzwiach.

-   Tylko   nie   podrywaj   mojej   dziewczyny,   dobrze,   tato?   Nie 

zapominaj, że masz już swoją - mruknął radośnie.

- To tylko dla sportu. - Matt pochylił się i szepnął Mandy prosto do 

ucha: - I mów mi Matt, proszę.

Kiedy drzwi zamknęły się za nimi, Matt podszedł do telefonu, aby 

zadzwonić do żony. Chciał jej powiedzieć, że Josh nareszcie znalazł dla 

siebie odpowiednią kobietę.

Mandy drzemała słodko na siedzeniu dla pasażera, podpierając ręką 

głowę. Wyglądała jak mała dziewczynka z pasem przepiętym przez prostą, 

żółtą sukienkę. Ale Mandy nie była już dzieckiem, pomyślał z ulgą Josh. 

Spojrzał na nią czule i wzrok jego zatrzymał się na chwilę na łagodnych 

krągłościach unoszących się rytmicznie piersi.

Jak ona sobie poradzi, jeśli Alexander Tremaine nie będzie chciał jej 

widzieć albo, jeszcze gorzej, jeśli potwierdzi jej przypuszczenia, że była 

powodem tego, co się stało. Mandy znajdzie się wtedy w równie tragicznej 

sytuacji, jak trzy lata temu.

Tym razem jednak nie może się to powtórzyć. Obojętnie, jaki będzie 

rezultat   spotkania   z   dziadkiem.   Nie   pozwoli,   by   Mandy   wyjechała 

gdziekolwiek. I na pewno nie zostaniesz sama, przyrzekł jej w myślach.

Jechał   niemal   automatycznie   od   pewnego   czasu,   aż   zauważył,   że 

prawie dojeżdżają do Southampton. W powietrzu czuć już było zapach 

morza.

background image

Lepiej,   żeby   Mandy   miała   trochę   czasu   na   zebranie   myśli, 

zadecydował, dotykając ją delikatnie.

- Mandy, kochanie, czas już wstawać. - Oderwał na chwilę wzrok od 

drogi i zobaczył, że wygląda zdumiona przez okno, nie wierząc własnym 

oczom, iż tak długo spała.

-   Przepraszam,   ale   nie   zdawałam   sobie   sprawy,   że   jestem   tak 

zmęczona.   -  Starała   się   nadać   jakiś   porządek   rozwichrzonym  lokom.   - 

Widzę, że jesteśmy już prawie na miejscu.

Alexander Tremaine zbudował swoją posiadłość na przedmieściach 

Southampton i Josh skręcił wkrótce na szosę, która miała ich doprowadzić 

do prywatnej drogi Tremaine'a.

-   Nadal   jednak   uważam,   że   powinniśmy   najpierw   zadzwonić   - 

powiedział, spoglądając na zegarek, który pokazywał godzinę czwartą po 

południu. - Może przecież go nie być w domu.

Mandy zachichotała nerwowo.

- Nie martw się - powiedziała z nagłą powagą w głosie. - Dziadek 

będzie w domu. Ma swoje przyzwyczajenia. Od śmierci moich rodziców 

nie był nigdy w pracy dłużej niż do wpół do trzeciej. Teraz musisz skręcić 

w prawo, Josh.

Chociaż miała wszelkie powody do zdenerwowania, Mandy wcale 

tego   nie   okazywała.   Przeciwnie,   w   miarę   jak   się   zbliżali   do   miejsca 

przeznaczenia,   siedziała   coraz   pewniej,   a   jej   twarz   miała   wyraz 

determinacji.

Alexander   Tremaine   ścigał   kiedyś   przestraszoną   i   speszoną 

dziewczynę. Teraz wracała do niego dojrzała kobieta, gotowa w każdej 

chwili odpłacić pięknym za nadobne. Poczucie dumy ogarnęło Josha, bo 

background image

czuł, że przyłożył do tego swoją rękę.

- Jest! - Mandy nie mogła opanować westchnienia. - Zapomniałam 

już, że jest taki wielki.

Aleksander Tremaine rzeczywiście zbudował sobie pałac, pomyślał z 

podziwem Josh, parkując samochód przed wielkimi dębowymi drzwiami. 

Wyciągnął już kluczyki ze stacyjki, kiedy zauważył, że Mandy nie odpięła 

jeszcze nawet pasa bezpieczeństwa. Siedziała jak skamieniała, wpatrując 

się w betonowe stopnie przed domem.

-   To   tu   znalazłam   Dave'a   -   stwierdziła   cicho.   -   Rana   była 

powierzchowna,   ale   było   tak   dużo   krwi.   Przez   moment   wyobrażałam 

sobie, że on jeszcze tu leży. Głupie, co?

Josh wysiadł z samochodu  i otworzył Mandy drzwiczki z drugiej 

strony.

-   Panna   Amanda...   -   Mężczyzna   w   średnim   wieku,   którego   Josh 

wziął za lokaja, nie okazał wcale zdziwienia na jej widok po tak długiej 

nieobecności. - Pan Tremaine jest w swoim gabinecie.

-   Dziękuję,   Fransworth   -   odpowiedziała,   biorąc   Josha   za   rękę. 

Ruszyli przez wielkie, trzypiętrowe foyer w kierunku zaplecza domu.

- Trochę jak cielęta prowadzone na rzeź, co? - szepnął jej do ucha, 

kiedy szli za lokajem, który wysforował się naprzód. Rozglądając się po 

ścianach, na których wisiały stare płótna olejne, dodał: - Nie mogę się 

oprzeć   wrażeniu,   że   zaraz   pojawią   się   kapłani,   by   przeprowadzić   całą 

ceremonię.

Żarty te osiągnęły spodziewany efekt. Mandy ścisnęła mocniej jego 

rękę i uśmiechnęła się.

- Zamknij oczy i wyobraź sobie, co się stało, kiedy pewnego dnia 

background image

chciałam zostawić skateboard w tym foyer. Fransworth nigdy mi tego nie 

wybaczył.

W końcu doszli do końca holu i przez otwarte dla nich drzwi weszli 

do pracowni. Mandy zrobiła tylko kilka kroków, a Josh zatrzymał się tuż 

za nią. Widząc, że lokaj ociąga się z wyjściem, odwrócił się do niego i 

rzekł surowo:

- To wszystko, Fransworthy. Możesz odejść.

- Fransworth, proszę pana - poprawił go lodowato.

Josh zmierzył go wzrokiem, dając mu do zrozumienia, że celowo 

przekręcił jego imię.

- Obojętnie jak - odparł niedbale.

Widząc złość za twarzy lokaja, poczuł mściwą satysfakcję, że choć 

trochę odpłacił za krzywdy Mandy. Teraz Josh przyjrzał się przez chwilę 

wnętrzu pokoju. Obejrzał szybko pełne książek ściany, skórzaną kanapę i 

dopasowane   do   niej   krzesła,   w   końcu   wzrok   jego   zatrzymał   się   na 

wielkim, mahoniowym biurku, ustawionym naprzeciwko jednego z okien.

Mężczyzna,   który   siedział   za   tym   biurkiem,   nie   wyglądał 

imponująco. Był po prostu stary, pomarszczony i zmęczony. Nie podniósł 

głowy,   kiedy   weszli,   najwyraźniej   zainteresowany   papierami,   leżącymi 

przed nim na biurku. Wygląda groźnie jak basset, zdecydował Josh.

- Mówiłem już, że nie chcę tego diabelskiego lekarstwa, Fransworth. 

- Stary człowiek nadal nie podnosił głowy. - Zabierz więc je z powrotem, 

skądkolwiek je wziąłeś. Zrozumiano?

- To nie Fransworth, dziadku - wyjaśniła Mandy, robiąc nieśmiało 

jeszcze krok. - To ja, Mandy. Przyjechałam z tobą porozmawiać, jeśli nie 

masz nic przeciwko temu.

background image

Alexander   Tremaine   spojrzał   znad   okularów   w   kierunku,   skąd 

dobiegł   go   głos   wnuczki,   świdrując   wzrokiem   panujący   w   pokoju 

półmrok.

- Kto tam jest z tobą? - spytał zimno. - O co chodzi, dziecko, bałaś 

się, że urwę ci głowę, gdybyś przyszła sama?

- Nazywam się Joshua Philips, proszę pana - wyjaśnił spokojnie Josh.

Podszedł energicznie do biurka i wyciągnął rękę. Trzymał ją przez 

chwilę, po czym spokojnie opuścił.

-   Wiem,   kim   jesteś,   Philips,   i   co   robiliście   z   moją   wnuczką.   - 

Tremaine   poinformował   ich   o   tym,   odchylając   się   do   tyłu   w   swym 

wielkim, skórzanym fotelu. Jego głośne skrzypienie przy każdym ruchu 

sprawiało   mu  wyraźną  satysfakcję.  -  Amanda   Elisabeth  nigdy  nie   była 

poza moją kontrolą, obojętnie, co by o tym sama sądziła. Z raportu, który 

mam przed sobą, wynika, że nadal jest tak samo naiwna i głupia jak w 

dniu, kiedy stąd wyjechała. - Zmierzył taksującym spojrzeniem Josha. - Ty 

miałbyś   prowadzić   śledztwo?   Śmiechu   warte.   Zabawiałeś   się   z   moją 

wnuczką, co? Ciekawe, ile tym razem będzie mnie to kosztować?

Zapominając o strachu, Mandy pospieszyła Joshowi z pomocą. Bała 

się, żeby on sam nie powiedział czegoś, czego by potem żałował.

- Josh i ja chcemy się pobrać, dziadku - powiedziała stanowczo. - I 

nie pozwalam ci się tak do niego zwracać, słyszysz?

- Ty mi nie pozwalasz, panienko? - Tremaine nie wytrzymał i zerwał 

się na nogi. - Czy zdajesz sobie sprawę, ile mnie to kosztowało ostatnim 

razem? Dokładnie pół miliona dolarów, a potem, jakby tego było mało, ten 

tchórzliwy głupiec udaje samobójstwo na schodach mojego domu. Ja płacę 

od trzech lat rachunki za jego leczenie w jednej z prywatnych klinik, a on 

background image

ugania   się   za   pielęgniarkami.   Trzeba   przyznać,   że.   wyciągnął   ze   mnie 

trochę pieniędzy.

Mandy stała z szeroko otwartymi oczami, kręcąc z niedowierzaniem 

głową, kiedy dotarła do niej w pełni treść tego, co przed chwilą usłyszała.

-   Płaciłeś   Dave'owi   Benjaminowi,   żeby   trzymał   się   ode   mnie   z 

daleka? A ja myślałam, że ty doprowadziłeś go do bankructwa. Nic z tego 

nie rozumiem, dziadku.

Josh stał cicho tuż obok Mandy, głęboko zamyślony.

-   Dave   okłamywał   wszystkich,   prawda,   panie   Tremaine?   Pana 

okłamywał,   mówiąc,   jak   bardzo   kocha   pańską   wnuczkę,   a   Mandy 

okłamywał, zrzucając na pana powód swoich finansowych kłopotów. A 

kiedy   okazało   się,   że   pieniądze,   które   pan   mu   dał,   również   były 

niewystarczające,   udał   publiczne   samobójstwo.   W   ten   sposób   mógł 

znaleźć się w miejscu, w którym odizolował się od roszczeń wierzycieli. 

Co to było, hazard?

Alexander Tremaine spojrzał na Josha z rosnącym respektem.

- Dokładnie tak. Bardzo to dobrze ująłeś, Philips. Może nie jesteś 

taki głupi, na jakiego wyglądasz, kochasiu. Chociaż tylko kobieta mogła 

uwierzyć, że ktoś strzela  sobie  prosto  w łeb,  a kończy  się to  tylko na 

powierzchownej ranie, na którą nawet nie trzeba było zakładać szwów! 

Dave Benjamin jest sprytny jak lis.

- Mimo to płaci pan nadal za jego leczenie w klinice - zauważył Josh. 

- Zdaje mi się, że nie jest pan wcale taki zły, jak przedstawia pana prasa.

-   Moje   źródła   mówią,   że   stanowisz   połowę   „Philips   Inc.”   - 

powiedział Tremaine, zmieniając temat. - Przyznaj się, czy masz tam coś 

do powiedzenia, czy jesteś tylko zausznikiem tatusia?

background image

Josh uśmiechnął się szeroko, przyciągając do siebie Mandy.

- Mogę się z panem zmierzyć każdego dnia, jeżeli tylko mnie pan 

sprowokuje. Czy to jest odpowiedź na pana pytanie?

Starszy człowiek odchylił do tyłu głowę i zaczął się śmiać. Śmiech 

był trochę oschły i sztywny, jakby nie było już nic takiego w życiu, co 

mogłoby go naprawdę rozbawić.

-   Myślę,   że   możesz   go   sobie   zatrzymać,   Mandy   -   powiedział   z 

aprobatą.

Tymczasem Mandy gorączkowo starała się zrozumieć, co dokładnie 

się stało trzy lata temu. Zorientowała się równie szybko jak Josh, że Dave 

nabrał   ich   wszystkich.   Nie   mogła   jednak   zrozumieć,   dlaczego   dziadek 

zgodził się na jej wyjazd w przekonaniu, że miała coś wspólnego z tą 

próbą samobójstwa.

- Dlaczego pozwoliłeś mi wyjechać? - spytała w końcu, werbalizując 

swe   myśli.   -   Wiedziałam,   że   nie   przepadałeś   za   mną   nigdy,   ale   nie 

wiedziałam, że mnie nienawidziłeś. To było dla mnie bolesne, dziadku. 

Bardzo bolesne.

- Dąsałaś się wtedy, dziecko, jak zwykle zresztą, zmieniając to co się 

stało w tani melodramat. - Zwrócił się dobrodusznie do Josha. - Zawsze 

była   marzycielką,   pełną   wszelkich   fantazji.   Ja   byłem   uosobieniem 

czarnego charakteru. Ale ma dobrze poukładane w głowie. Wiedziałem, że 

do mnie wróci, jak tylko dorośnie.

Mandy obeszła biurko i stanęła oko w oko z dziadkiem.

- Powiedz mi - spytała cicho - czy kiedykolwiek kochałeś mnie choć 

trochę?

Josh   pomyślał,   że   Alexander   Tremaine   wygląda   teraz   jak   basset 

background image

bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Pogłaskał Mandy po policzku.

- Kocham cię tak, że chcę być obdarzony gromadką rudowłosych 

prawnuków, jeśli cię to zadowala, Amando Elisabeth. Hej, daj spokój - 

zaprotestował   radośnie.   -   Jestem   już   za   stary   na   takie   traktowanie, 

złamiesz mnie zaraz, słyszysz, co do ciebie mówię?

- Pana lekarstwo, proszę. - Głos Franswortha dobiegł ich gdzieś zza 

pleców Josha.

Josh spojrzał na wyprężonego lokaja z lekarstwami na małej srebrnej 

tacy,   potem   na   Mandy   i   dziadka,   nadal   czule   przytulonych   do   siebie. 

Odwrócił się do Franswortha ze smutnym uśmiechem.

- Pan Tremaine dostał swoje lekarstwo przed chwilą. Nie sądzę, by 

cię teraz potrzebował.

Rollie Estrada zamknął za sobą cicho drzwi apartamentu w hotelu 

Tropicana. Uśmiechnął się szeroko, wciskając do kieszeni słony napiwek, 

który dostał przed chwilą od Josha.

- Lubię, jak coś się kończy happy endem. - Pogwizdując radośnie, 

zawiesił na klamce tabliczkę z napisem: „Nie przeszkadzać”.