background image

JOANNA SIEDLECKA

CZARNY PTASIOR

background image

Pamięci mojej Matki

Heleny Siedleckiej

background image
background image

„[...] To jest joint-venture najsilniejsze w historii. 

Te dwie diaspory światowe: diaspora katolicka, polska i 

diaspora żydowska mają wspólny mianownik, który 

tworzy wspólnotę najbardziej im wspólną. [...] My się 

nigdy nie rozstaniemy”.

Jerzy Kosiński

(fragment wykładu „Obecność podzielona” - 

wrzesień 1990, Uniwersytet Jagielloński)

background image

OD AUTORKI

Nie pojechałam do Ameryki. Nie chciałam pisać o zawrotnej, niewątpliwie, 

karierze Jerzego Kosińskiego ani też o opisanych już zresztą jego skandalach, 

sukcesach, zaszczytach, które go spotkały.

Interesowało mnie wyłącznie jego wojenne dzieciństwo. Podróż do miejsc, 

gdzie jako kilkuletni żydowski chłopiec przetrwał okupację. Jego przeżycia z tych lat, 

traumatyczne dzieciństwo, a nie Ameryka, były bowiem, moim zdaniem, kluczem i 

tropem do jego istoty. „Holocaustowej”, skomplikowanej, tajemniczej osobowości. 

Obsesji, fobii, urazów i lęków. Masek oraz mistyfikacji. Szokującej prozy nasyconej 

obsesją zła. A wreszcie - zaskakującej, samobójczej śmierci; wśród jej nie do końca 

jasnych motywów dopatrywano się także „mrocznego dzieciństwa”, które się o niego 

upomniało, upiorów przeszłości, od których nie potrafił się uwolnić.

„Był wielkim mistyfikatorem - pisał o nim Janusz Głowacki - ale demony, 

których obecność stale wyczuwał za plecami były prawdziwe. Pewnej nocy otoczyły 

go w mieszkaniu przy 57 Ulicy ciasnym kręgiem”

.

„[...] Myślę, że na decyzję o samobójstwie miały też wpływ lata dzieciństwa 

opisane w Malowanym ptaku. Nawet jeśli nie było tak okrutne, jak opisane w 

powieści” - twierdziła Ewa Hoffman, pisarka kanadyjska polskiego pochodzenia, 

autorka książki o adaptacji polskich emigrantów w USA



.

„Mroczne dzieciństwo” było też kluczem do Malowanego ptaka, uznanego za 

arcydzieło literatury Zagłady, jej literacki dokument.

Kosiński podkreślał wprawdzie uniwersalny charakter powieści, ale mimo to - 

podobnie jak większość jego utworów, które nazywał „autofikcją” - prowokowała py-

tania o autentyzm. Zastanawiano się: czy autor opowiada własną historię? Był przecież 

żydowskim dzieckiem, które przetrwało Epokę Pieców.

Tym bardziej że w swoich oficjalnych „życiorysach”, publikowanych w 

amerykańskich encyklopediach literackich, podawał fakty zbieżne z historią Chłopca z 

Malowanego ptaka. I tak na przykład według Current Biography jest - jak i on - 

„wysłany podczas wojny na wieś”, „odseparowany od osoby, której został 

powierzony”. „Wędruje od wsi do wsi”, napiętnowany ze względu na swoje śniade 

oblicze, „magnetyczne włosy”, „prześladowany przez jasnoskórych i jasnowłosych 

wieśniaków, doznaje wielu fizycznych i psychicznych horrorów, na skutek których 

traci mowę na okres pięciu lat”. Zgodnie z Contemporary Authors - „opuszczony, 

background image

głodny, włóczy się po Europie Wschodniej, narażony na brutalność wieśniaków”. We-

dług Dictionary of Literary Biography - „w wieku sześciu lat zostaje odseparowany 

od rodziców”, „łączy się z nimi po sześciu latach tułaczki”, „wędruje podejrzewany 

nieustannie, że jest żydowskim lub cygańskim dzieckiem”.

Album Jerzy Kosiński. Twarz i maski - jedyne właściwie polskie źródło 

biograficzne - również ten „życiorys” powtarza: „W 1939 [...] rodzice bojąc się o los 

syna, wysłali go do znajomej na Wschód, a sami zostali ukryci przez Polaków w 

Łodzi. Po wojnie odnaleźli syna w sierocińcu. Był niemową na skutek jakiegoś urazu z 

okresu wojny. Mowę odzyskał w wieku 15 lat [...]”

.

Historia Chłopca z Ptaka uchodziła więc na ogół za jego własną, co też 

Kosiński niejednokrotnie publicznie i prywatnie podkreślał, twierdząc, że doświadczył 

wszystkich horrorów, które były udziałem Chłopca. Every incident is true 

przyznawał w Current Biography.

Elie Wiesel, który całe swoje życie poświęcił zagładzie, napisał artykuł o 

Malowanym ptaku dla „New Jork Timesa”. „Myślałem, że to fikcja - opowiada - ale 

kiedy powiedział mi, że to autobiografia, podarłem swój artykuł i napisałem tysiąc razy 

lepszy”



.

Spróbowałam więc odtworzyć jego wojenną historię, choć oczywiście nie po 

to, by go „demaskować”, lecz dlatego, żeby dowiedzieć się, c o go tak na całe życie 

naznaczyło? A przede wszystkim - poznać prawdziwą wersję jego okupacyjnych 

przeżyć.

*

Nie mówił nikomu - jak się wydaje, nawet przyjaciołom - gdzie i u kogo spędził 

lata wojny. Nigdzie też o tym konkretnie nie napisał, przeciwnie, gmatwał i ka-

muflował. Wydawało się zatem, że jestem bez szans - nie wiadomo nawet było, w 

jakim to się działo kraju, a co dopiero mówić o miejscu?

Według Dictionary of Literary Biography - „wędrował przez Polskę i Rosję”, 

według Current Biography - „przez wschodnią Europę, od wsi do wsi”, a w 

Contemporary Literary Criticism - „spędził wojnę na polskiej wsi”.

Nasi krytycy natomiast, w recenzjach, życiorysach na obwolutach wydawanych 

u nas książek Kosińskiego, umiejscawiali jego „wojenną tułaczkę” na „kresach przed-

wojennej Rzeczpospolitej”, „pograniczach polsko-litewsko-białoruskich”, „wschodnich 

pograniczach”, „Ukrainie”, „Podlasiu”, „Polesiu”, „pińskich błotach”, „Wileńsz-

background image

czyźnie”.

*

Nieoczekiwanie jednak odtworzenie jego wojennych losów okazało się, wbrew 

pozorom, możliwe. Czytałam po prostu wszystko, co o nim dotychczas napisano, 

łącznie oczywiście z atakami, i w kieleckim „Słowie Ludu” (nr 161/1968) odnalazłam 

tekst bardziej nawet niż krytyczny, mimo to operujący autentycznymi, jak się okazało, 

nazwiskami i adresami osób, u których mieszkali Kosińscy w pierwszych latach 

okupacji. Dzięki nim właśnie spróbowałam odtworzyć pierwszy, sandomierski etap ich 

wojennych losów.

Etap następny zrekonstruowałam dzięki „Polityce”, która w nr 224/1982 i 

10/1983 wydrukowała listy panów Andrzeja Migdałka i Adama Latawca, opisujące 

dalsze lata okupacji spędzone z rodziną Kosińskich we wsi Dąbrowa Rzeczycka, 

gmina Radomyśl nad Sanem, województwo tarnobrzeskie.

Pojechałam tam z panem Migdałkiem i od razu wiedziałam, że to ta wieś. Przed 

jedną z chat, obwieszoną klatkami pełnymi ptaków, witał nas ptasznik Lech - tutejszy 

pomylony, który nadal maluje farbą ptaki i obserwuje, jak dziobie je potem własne 

stado...

*

Czarny ptasior demaskuje jeszcze jedną mistyfikację Znanego Mistyfikatora. I 

chyba najważniejszą, bo dotyczącą wojennego życiorysu, jego, w pewnym sensie, 

wizytówki. Nie było bowiem wcale „samotnej tułaczki” przez „Europę Wschodnią”, 

„aktów fizycznego bestialstwa i sadyzmu”.

Mimo to jednak jego własna historia, historia rodziny Lewinkopfów-

Kosińskich, którzy przetrwali okupację na polskiej wsi, dzięki chłopom, księdzu i 

miejscowej komórce PPR, jest - przynajmniej moim zdaniem -o wiele bardziej ciekawa.

Głębsza i wieloznaczna. Wyjątkowa i wręcz nieprawdopodobna.

Opowiada też nie tylko o nim, ale i o tych, którym zawdzięcza ocalenie - ich 

dramacie, również wartym rejestracji.

Dotyka niewątpliwie tajemnicy jego „mrocznego dzieciństwa”, a może nawet - 

jednego z motywów śmierci? Może rzeczywiście był gotów poświęcić życie dla 

ratowania swego mitu? Mitu tego, który przeszedł najwięcej?

I tym razem ŻYCIE okazało się - jak zwykle zresztą -ciekawsze od fikcji - 

sztucznej, wysilonej, epatującej głównie sadyzmem i okrucieństwem.

background image

JOSEK LEWINKOPF

Zamkowa 8

Nie żyje już pani Maria Lipińska z Zamkowej 8 w centrum Sandomierza, u 

której Kosińscy (to znaczy wówczas jeszcze Lewinkopfowie) zamieszkali zaraz po 

wybuchu wojny, kiedy uciekli z rodzinnej Łodzi. Ale pamiętają ich dobrze jej dzieci: 

Maria Wiktorowska (1917), emerytowana nauczycielka z Sandomierza, Jan Lipiński 

(1922), rolnik z pobliskiej Małej Wsi, oraz Tadeusz Lipiński (1920), zamieszkały 

obecnie we Wrocławiu.

Pamiętają Mojżesza Lewinkopfa - starego, jak im się wówczas wydawało, choć 

był najwyżej dobrze po czterdziestce, ale już łysiejący, z brzuszkiem. Typ raczej se-

micki, choć nie rzucający się w oczy, mógł w zasadzie uchodzić za Polaka. Zamożny 

kupiec czy fabrykant, w każdym razie człowiek interesu, co często w rozmowach pod-

kreślał. Inteligentny, wykształcony, władający kilkoma językami.

Elżbieta Lewinkopf, jego żona, na pewno od niego młodsza, ale też już pod 

czterdziestkę. Elegancka, bardzo ładna - szczupła, wysoka, wyższa od męża, o 

wybitnie semickiej urodzie: orli nos, śniada cera, czarne oczy i włosy - bujne, kręcone.

Jerzyk Lewinkopf miał wtedy jakieś sześć lat i był miniaturą matki, choć 

jeszcze bardziej od niej żydowski. Jeszcze bardziej wydatny nos, smoliste wręcz oczy, 

burza kruczoczarnych włosów. Bardzo zadbany - czyściutki, pięknie ubrany, pięknie 

mówiący po polsku. Ubóstwiany przez rodziców, wpatrzonych w swego jedynaka.

Zjawili się u państwa Lipińskich z kilkoma tylko walizami w pierwszych 

miesiącach wojny. Zdaniem rodzeństwa Lipińskich - już w październiku czy 

listopadzie, choć - według dokumentów - zameldowani są dopiero od 8 stycznia 1940. 

Przyjechali z Łodzi, którą wcielono do Rzeszy; ich piękne, wielkie mieszkanie zostało 

zajęte przez Niemców. W Sandomierzu, czyli w Generalnej Guberni, wydawało się im 

bezpieczniej.

Trafili na Zamkową przez żydowskich pośredników mieszkaniowych z Rynku, 

którzy polecili im żydowską właściwie kamienicę, choć jej właścicielami byli Polacy.

Państwo Lipińscy kupili ją bowiem w 1928 od Żyda Wernera, razem z 

lokatorami Żydami, i tak już zostało. Oni również wynajmowali przede wszystkim Ży-

dom, z którymi - w odróżnieniu od Polaków - nie mieli żadnych problemów. Płacili w 

terminie, często nawet z góry, nie pili, nie urządzali awantur, zawsze się jakoś z 

gospodarzami dogadywali. A poza tym na Zamkowej, czyli w centrum i blisko Rynku, 

background image

mieszkali niemal sami Żydzi.

Na parterze mieściła się nawet żydowska, koszerna knajpa, założona jeszcze 

przez Wernerów, przesycająca całe podwórko zapachem gęsiny, ryb, smażonej cebuli -

pan Jan Lipiński pamięta ten zapach do dziś.

W ogóle Zamkowa 8 była chyba symbolem żydowskiej kamienicy. Werner 

budował ją dla siebie i swojej rodziny, z jego dawnego mieszkania wychodziło się więc 

do „kuczki” - wspartej na pięknych, rzeźbionych kolumnach oszklonej werandy z 

podwójnym dachem. Zewnętrzny, blaszany, można było odsunąć, zostawał wówczas 

drugi - pleciony, z trzciny. W „kuczce” właśnie obchodzili Wernerowie Święto 

Szałasów, reszta lokatorów natomiast budowała namioty na podwórku. „Kuczka” 

świadczyła o zamożności żydowskiego domu, zdobiła jeszcze tylko jedną 

sandomierską kamienicę, tuż obok synagogi.

Państwo Lipińscy nie mieli akurat wolnego mieszkania, ale nie chcieli 

rezygnować z zarobku, podnajęli wobec tego Lewinkopfom jeden ze swoich trzech 

pokoi - wyglądali solidnie, kulturalnie, dobrze zapłacili: z góry i dolarami. Dali im więc 

pokój największy, umeblowany, z widokiem na nadwiślańską skarpę, wąwozy. 

Pozwolili oczywiście korzystać z kuchni, gdzie jedli, myli się w miseczce - wodę nosiło 

się aż z Rynku, ubikacja była na podwórku.

Wojna się dopiero zaczęła - pani Lipińska zameldowała ich więc tak jak 

wszystkich swoich lokatorów, prowadziła przecież książkę meldunkową, którą 

przechowywała jeszcze przez wiele lat po zakończeniu okupacji, przepadła dopiero po 

wyprowadzce z Zamkowej.

Przebywali zresztą w Sandomierzu zupełnie legalnie. Ich nazwiska i podpisy 

(za małoletniego Jerzego podpisywał się ojciec) widnieją na wielu dokumentach, 

sporządzonych przez gminę żydowską dla potrzeb niemieckich, które znajdują się 

obecnie w sandomierskim Archiwum Państwowym. Są wśród nich między innymi 

karty meldunkowe dla osób przybywających na pobyt czasowy, wyszczególniające, 

kiedy i do kogo się wprowadziły, a od kogo wyprowadziły, kto je zameldował itd. 

Nazwisko „Kosiński” pojawia się również w wielu „spisach ludności żydowskiej”, 

chociażby na „liście Żydów przybyłych do Sandomierza”, „osiadłych w Sandomierzu w 

roku 1940,1941 i 1942”.

Według nich Mojżesz Lewinkopf, syn Nusyna i Basi, kupiec z Łodzi (Gdańska 

74) urodził się 18 X 1891 r. w Zamościu.

Elżbieta Lewinkopf (przy mężu) - córka Mejera i Sury - 6 I 1899 r. w Łodzi.

background image

Jerzy Nikodem natomiast - 14 VI 1933 r., również w Łodzi.

*

Prawdę powiedziawszy, zupełnie do Zamkowej 8 nie pasowali. Byli 

wprawdzie, jak wszyscy lokatorzy, Żydami, wyraźnie jednak „lepszymi”, 

zasymilowanymi. Rozmawiali wyłącznie po polsku, nie świętowali w szabas i już na 

pierwszy rzut oka różnili się od reszty używającej tylko jidysz, kaleczącej polski, w 

chałatach, jarmułkach, z pejsami, a w święta - opasanej tałesami. Było wprawdzie kilka 

rodzin zamożniejszych, Rajnbergowie na przykład, którzy mieli sklep, przeważali 

jednak drobni handlarze. Bermanowie chociażby, właściciele straganu z owocami i 

rybami. W suterynie natomiast mieszkała autentyczna żydowska biedota - między 

innymi tragarz Mały Nusen z dwanaściorgiem dzieci.

Ale nawet zamożniejsi żyli skromnie - „wypuszczali” na przykład na wynajem 

swoje mieszkania i gnieździli się u pani Lipińskiej, bo taniej. Sypiali na 

najzwyklejszych, żelaznych łóżkach, ich dzieci uczyły się w chederze tylko kilka lat, 

pomagały rodzicom w interesie, same zaczynały handlować, podczas okupacji przede 

wszystkim papierosami.

Lewinkopfowie natomiast mieli, widać, nie tylko pieniądze, ale i układy - przez 

prawie półtora roku, które spędzili na Zamkowej, nigdzie nie pracowali, choć niemal 

od początku wprowadzono dla Żydów surowo egzekwowany obowiązek pracy. 

Przede wszystkim w tutejszej hucie szkła oraz przy robotach publicznych - remontach 

dróg, pracach polowych, na które pędzono ich grupami.

Oni tymczasem wstawali dość późno, po śniadaniu podanym przez panią 

Lipińską czytali gazety, czekali na pocztę z Łodzi. A potem - eleganccy, szykowni, on 

wygolony, ona zawsze wyperfumowana - brali Jerzyka za rękę i wychodzili. Wracali 

dopiero pod wieczór, rozmawiając z Jerzykiem niczym z dorosłym.

*

Pan Jan Lipiński nazywany był przez polskich kolegów „żydowskim wujkiem”. 

I faktycznie - jak mówili – „szprechał po żydowsku”; wychował się przecież wśród 

Żydów, spędził wśród nich dzieciństwo, wczesną młodość. Bardzo ich lubił - 

sprawiedliwi, solidni, „zarobni”, co bardzo mu imponowało. Więc chociaż jego brat 

Tadeusz kończył wyższe studia, on sam nie chciał się uczyć, wolał handlować z 

kolegami z podwórka czym się dało - papierosami, gęstymi grzebieniami na wszy, 

króliczymi skórkami sprowadzanymi ze wsi.

background image

Zawsze był zatem zorientowany, co się na podwórku dzieje, i dobrze pamięta, 

jak młodsi cieszyli się, że przybył jeszcze jeden chłopak - Jurek Lewinkopf. Nieraz go 

do różnych zabaw namawiali, zagadywali, zawsze jednak zdecydowanie, z wyższością 

odmawiał, odganiał się od nich z pogardą. Mówił, że nie bawi się z Żydami, jest 

bowiem Polakiem - Jurkiem Kosińskim!

Śmiali się oczywiście i nie wierzyli - nazywał się przecież Lewinkopf, mieszkał 

na Zamkowej, wystarczyło zresztą na niego spojrzeć, nie mówiąc już o jego matce! 

Mimo to powtarzał nieustannie, że jest Polakiem - Kosińskim! Żeby to udowodnić, 

pokazywał wiszący na szyi medalik, recytował poprawną polszczyzną cały pacierz. Nie 

tylko Ojcze nasz, ale i Zdrowaś Mario, Wierzę w Boga!

Zupełnie ich tym „zatykał”, patrzyli na niego z wściekłością i podziwem. 

Większość z nich mówiła po polsku bardzo źle - niegramatycznie, z akcentem. I z 

wyjątkiem oczywiście Jasia Lipińskiego, jedynego na podwórku Polaka, nie umiała 

pacierza, bo i skąd?

Zaczepili go kiedyś na podwórku, zachęcali do zabawy, gdy szedł akurat z 

matką, która wcale go od nich nie odciągała, niczego nie zabraniała, powiedziała tylko 

łagodnie: „Jerzyku, pamiętaj o akcencie!” Przypominała mu więc, że bawiąc się z nimi 

może się go nabawić... Nie musiała zresztą przekonywać - nie miał wcale zamiaru się 

do nich przyłączać.

Jesienią i zimą podwórkowe życie przenosiło się na korytarz, codziennie przez 

panią Lipińską sprzątany, pucowany, tak jak i cała kamienica. Pękał wprost w szwach 

od dzieciarni, która szalała, zjeżdżała po poręczy schodów. Byli wszyscy, z wyjątkiem 

Jurka Lewinkopfa, który nigdy nawet do nich nie wyjrzał, choć słyszał przecież przez 

drzwi ich wrzaski. Trzeba przyznać, miał charakterek - był przecież dzieckiem, 

ciągnęło go na pewno do zabaw, rówieśników, nigdy jednak się do nich nie przyłączył, 

nie „urwał” rodzicom.

Żeby mu dokuczyć, zrobić na złość, przezywali go więc „Joskiem”.

„Josek, chodź do nas!” - wołali, co oczywiście jeszcze bardziej go 

rozwścieczało, doprowadzało do szału. Powtarzał, że jest Jurkiem, Jurkiem 

Kosińskim, ale nie wierzyli. Na Zamkowej 8 nie było Żydów o polskich imionach. Był 

Abram, Lejzor, Chaim, Fajwełe, ale Jurek? Myśleli po prostu, że może się 

„przechrzcił”, „przepisał”, jak mówiono, co się przecież wśród Żydów zdarzało, i to 

właśnie tych wykształconych, bogatszych. Niby więc przechrzta oraz maminsynkiem 

pogardzali, przezywali Joskiem, ale w sumie trochę mu zazdrościli - był jednak kimś 

background image

lepszym.

Nie próbował nawet któremuś z nich „podskoczyć”, dokuczał natomiast 

młodszym. Przyłożył kilka razy, oczywiście za „Joska”, małemu Bermanowi, a także 

swojej rówieśnicy i najbliższej sąsiadce - Rebece Blusztajn. A gdy - mimo to - 

wyciągała go kiedyś na korytarz, kopnął ją, opluł, nawymyślał od Żydowic, tak że dała 

mu w końcu spokój.

Państwo Lipińscy -jak pamiętają ich dzieci - komentowali, rzecz jasna, między 

sobą jego zachowanie. Uważali, że się „wyrodził” - rodzice przecież tacy kulturalni, 

sympatyczni! Winili za to ich wiek: Kosińska miała już srebrne nitki we włosach, 

Kosiński - łysinę, brzuszek. Jak na tamte czasy byli zbyt starzy, by mieć kilkuletniego 

zaledwie syna.

Choć mieszkało się z nimi bez problemów. Uprzedzająco grzeczni, czarujący, 

szczególnie on - spokojny, dobroduszny. Interesował się bardzo polityką i wieczorem 

zagadywał zawsze pana Lipińskiego, który prowadził zakład stolarski, co słychać w 

mieście, co mówią ludzie... Był bardzo uczynny - gdy pani Lipińska nie mogła dostać 

mydła, zaproponował, że sam je wyprodukuje z tłuszczu - świetnie się na tym zna, miał 

przed wojną fabrykę chemiczną. Ale pani Lipińska jakoś jeszcze mydło kupiła, kłopoty 

z zaopatrzeniem dopiero się zaczynały.

Najstarsza z córek państwa Lipińskich, Zofia Rogowska, wówczas już 

zamężna, mieszkała w pobliskim Międzygórzu, gdzie jej mąż był administratorem 

majątku. Przyjeżdżała z nim czasem do Sandomierza, do rodziców, poznała nawet 

Lewinkopfów, którzy pytali potem gospodarzy, czy nie dałoby się u ich córki 

zamieszkać. Idą dla Żydów ciężkie czasy, chcieliby przenieść się na prowincję, z dala 

od ludzi, bo Zamkowa to centrum, za bardzo na widoku. Naprawdę dobrze i z góry 

zapłacą, nie zrobią kłopotu.

- Ale szwagier Rogowski - wspomina Tadeusz Lipiński - zbyt mało ich znał. 

Nie mógł też decydować, nie był przecież właścicielem, tylko administratorem, i bał się 

stracić posadę, tym bardziej że miał małe dzieci. Co więcej, nie było to wcale zaciszne 

miejsce, a wręcz przeciwnie - wyjątkowo dużo ludzi: pracowników, mieszkańców.

Myślano po prostu, że szukają sobie kolejnego, spokojniejszego adresu, nie 

mogą siedzieć wiecznie kątem u Lipińskich. Nie przypuszczano, że myślą już może o 

ucieczce, kryjówce? Okupacja dopiero się zaczęła i nikt - przynajmniej wśród 

mieszkańców Zamkowej 8 - nie przeczuwał zbliżającego się Holocaustu, nie zdawał 

sobie sprawy z tego, co się stało. A niektórzy z nich mówili nawet Polakom 

background image

satysfakcją - wasze minęło!

Pan Tadeusz Lipiński pamięta, gdy zatrzymano go kiedyś za przekroczenie 

godziny policyjnej i na gestapo tłumaczami byli Żydzi - członkowie Judenratu.

Cóż zresztą mówić o mieszkańcach Zamkowej, którzy żyli nadal jakby nigdy 

nic, skoro, wydawałoby się, kuci na cztery nogi pośrednicy mieszkaniowi z Rynku, 

„faktory”, jak się tu na nich mówiło, dosłownie kilka miesięcy przed utworzeniem 

getta chcieli jeszcze kupować od państwa Lipińskich dom, dawali grube pieniądze, ci 

jednak nawet nie słuchali, choć wkrótce musieli go opuścić, tułać się po ludziach. Na 

Zamkowej i ulicach sąsiednich - Żydowskiej, Joselewicza - tworzono getto.

*

Pod koniec marca 1941 roku Lewinkopfowie spakowali swoje walizy, 

pożegnali się serdecznie z gospodarzami. Nie mówili, dokąd idą i do kogo, a państwo 

Lipińscy nie pytali, bo już się przecież zaczęło. Gwiazdy Dawida, nakazy, zakazy, 

łapanki do obozów, wkrótce i getto - utworzone wiosną 1942, zamknięte latem, 

wysiedlone pod koniec października.

Znaleźli się w nim wszyscy lokatorzy Zamkowej 8, którzy zginęli razem z 

sandomierskimi Żydami w komorach gazowych Bełżca. Być może ocalał jeden z 

dwunastki tragarza Nusena - komunista, który jeszcze przed wojną wyjechał do 

Związku Radzieckiego - ale tego też przecież nie wiadomo. Mały Nusen miał szczęście 

- na krótko „przed gettem”, przejechał go na ulicy samochód. Bóg się nad nim ulitował 

- mówiono - nie pozwolił mu oglądać śmierci jego jedenastki.

*

Dopiero w 1968, od dziennikarza „Słowa Ludu”, który jakoś do nich dotarł, 

państwo Lipińscy dowiedzieli się, że przeżyli również Lewinkopfowie, a „mały” 

napisał podobno jakąś „antypolską” książkę! Pani Maria Lipińska udzielała nawet o 

nim wywiadu, źle go wspominała.

„[...] „Miał wtedy z siedem czy osiem lat” - mówiła. „Drobny był i 

Lewinkopfowie mieli z nim dużo kłopotów. Podły był. Najbardziej nienawidził Żydów. 

Pamiętam, jak dokuczał staremu Blusztajnowi. Nie cierpiał małej -była chyba jego 

rówieśnicą - Rebeki Blusztajn. Odnosił się z szacunkiem do Polaków, nie znosił 

Żydów”

.

Jej dzieci miały potem do niej żal, bo choć mówiła prawdę, to jednak niecałą. 

Ta zresztą dziennikarza nie interesowała.

background image

- A przecież - mówi pan Tadeusz Lipiński - nie sposób nie dodać, że ocaleli 

właśnie dzięki ucieczce od swego żydostwa, zdecydowanemu odcięciu się. Moim 

zdaniem, Mojżesz Lewinkopf - widzę to dopiero dziś - już wtedy przeczuwał chyba 

Zagładę.

Bo choć był dopiero początek okupacji i większość jego rodaków żyła nadal 

jakby nigdy nic, on jeden wydawał się coś rozumieć. Chociażby to, że Zamkowa 8 nie 

jest dla jego rodziny miejscem bezpiecznym. Już wtedy próbował przecież zamieszkać 

w Międzygórzu, czyli na prowincji. Zmienić nazwisko na polskie - mały Jurek już 

wtedy twierdził, że nazywa się Kosiński!

On też pewnie uświadomił mu, że bycie Żydem to śmiertelne 

niebezpieczeństwo. I ciekawe tylko, co musiał mu powiedzieć, skoro, siedmioletni 

tylko, tak bardzo wziął to sobie do serca. Tak się przestraszył, że omijał z daleka 

swoich małych współrodaków. Bił ich i kopał. I chciał być tylko Jurkiem Kosińskim, a 

nie Joskiem Lewinkopfem.

Gołębicka 3

Z dokumentów meldunkowych znajdujących się w sandomierskim Archiwum 

wynika, że 31 marca 1941 roku „przybyli na pobyt czasowy” do nieżyjącego już dziś 

Wacława Skobla - furmana, malarza pokojowego. Do jego nowego, okazałego wtedy 

drewniaka z gankiem, który stoi zresztą do dziś, tylko bardzo już zniszczony. Na 

Gołębicka 3, obecnie Żeromskiego, zamieszkałą niemal wyłącznie przez Polaków. 

Wynajęli połowę domu, którą Skobel przeznaczył dla lokatorów, drugą pozostawiając 

sobie i swojej rodzinie.

Z tego okresu właśnie pamięta ich rodzeństwo Justyńskich. Mieszkający nadal 

w Sandomierzu - Maria Mędrzak (1932) i Henryk Justyński (1934) - oraz Bogumiła 

Staroń (1931), dziś mieszkanka Łodzi.

Pamiętają dobrze Jerzyka Lewinkopfa, który przychodził niemal codziennie z 

rodzicami do ich kolegi i sąsiada - Stefka Salamonowicza. Salamonowiczowie byli 

bowiem - tak jak i Lewinkopfowie - łódzkimi Żydami, znali się chyba od dawna, w 

każdym razie wyglądali na zaprzyjaźnionych. Oni również, zaraz po wybuchu wojny, 

znaleźli się w Sandomierzu - rodzinnym mieście Salamonowiczowej. Jej rodzice, starzy 

Spirowie, byli jednymi z bogatszych sandomierskich Żydów, właścicielami chyba 

połowy Opatowskiej. Co najmniej pięciu kamienic, sklepu bławatnego. Mieli służące, 

nianię dla Stefana, która chodziła za nim krok w krok.

background image

Mieszkali, jak to Żydzi, oczywiście na Rynku, w swojej kamienicy na 

Opatowskiej 4. Justyńscy natomiast -w sąsiedniej, również żydowskiej, jako jedni z 

nielicznych tutaj Polaków. I w szabas zarabiali zawsze na cukierki, rozpalając 

sąsiadom ogień, zapalając świece w lichtarzach. Wychowywali się więc wyłącznie 

wśród Żydów, a ich rodzice całkowicie to akceptowali - nic nie szkodzi, że ktoś z 

Żydów pochodzi, powtarzali zawsze.

Spirowie, a tym samym i Salamonowiczowie, należeli do sandomierskiej 

śmietanki, bo nie tylko zamożni, ale i kulturalni, zasymilowani. Chyba tylko żyjąca 

jeszcze wtedy babcia Hanki Spiro-Salamonowicz była ortodoksyjną Żydówką w 

peruce, rozmawiającą po żydowsku. Ale już ojciec Hanki, stary Spiro, mówił 

wyłącznie po polsku i w ogóle - światowy, elegancki. A ona sama - prawie że 

„artystka”. Piękna, szykowna, inteligentna, po maturze. Jej mąż, Jerzy Salamonowicz - 

bogaty fabrykant, inżynier chemik z wykształcenia.

Bywali u Spirów i Salamonowiczów chyba wszyscy, którzy się w Sandomierzu 

liczyli, między innymi właśnie Lewinkopfowie - również bardzo kulturalni i zamożni. 

Mieli na przykład dwie służące, które przychodziły do nich codziennie na Gołębicką. 

Jedna tylko do sprzątania, druga do gotowania. Ta ostatnia, Julianna Bajacz, żyje 

zresztą w Sandomierzu do dziś, ale mieszka sama i boi się wpuszczać obcych, nie 

udało mi się więc z nią porozmawiać. Trafiła do Lewinkopfów właśnie przez 

Justyńskich - była wychowanką ich babki, sierotą z przytułku. Justyńska poleciła ją 

Lewinkopfom, którzy - przez Spirów - akurat kogoś na gwałt szukali, bo pani 

Lewinkopf zupełnie sobie nie radziła, zawsze miała służące. Juliannie Bajacz dobrze się 

u niej pracowało - zupełnie się nie wtrącała, była hojna, oddawała stare rzeczy, 

podarowała złoty pierścionek.

Mieszkali u Skoblów tylko jesienią i zimą, gdzieś tak od maja do września 

przenosili się na letnisko na Rokitku, który dziś jest dzielnicą Sandomierza, a wtedy 

był jeszcze poza miastem. Chodziło się tam piechotą - z Ucha Igielnego schodami w 

dół i dalej już wąwozem i polami. Pani Zofia Staroń często tam bywała i do dziś 

pamięta to cudowne miejsce.

Chałupa wprawdzie bardzo zwyczajna, chyba nawet słomą kryta, ale 

przepięknie położona. W dużym ogrodzie, pełnym drzew owocowych, krzewów i 

kwiatów. W kotlinie z pięknym widokiem na Wisłę, wzgórza, wąwozy i doliny.

Naokoło żadnych sąsiadów, odludzie zupełne. Tylko właścicielka domku, 

Marianna Pasiowa, ciotka Justyńskich, która przenosiła się na lato do kuchni, pokój 

background image

od-najmując Lewinkopfom. Wpadał też czasem jej syn, który mieszkał na Podwalu, u 

matki jednak piekł „po cichu” chleb - pracował w piekarni, gdzie kombinował zawsze 

trochę mąki, tak że nie brakowało tam nigdy świeżutkiego, gorącego chleba, po który 

stało się przecież w Sandomierzu godzinami.

*

Mali Justyńscy natomiast reprezentowali zupełnie inny świat. Było ich w sumie 

pięcioro, matka pracowała w mleczarni, ojciec szył buty, i to w domu - wynajem 

warsztatu sporo kosztował. Hodował w piwnicy świnie, oczywiście nielegalnie, pod 

groźbą kary śmierci. Dzierżawił też ogrody, musieli mu pomagać przy zbiorach, ukła-

daniu owoców w piwnicy, potem w sprzedaży. Mimo biedy byli czyści, zadbani, 

chodzili do szkół, ale czyż mogli równać się z Lewinkopfami i Salamonowiczami?

Jednakże zarówno jedni, jak i drudzy rodzice patrzyli łaskawym okiem na ich 

przyjaźń. Ciągle zapraszali, pytali, czy jutro też przyjdą. Lewinkopfowie i 

Salamonowiczowie byli wyraźnie zadowoleni, że ich synowie bawią się z Polakami, a 

nie z Żydami, których przecież na Rynku nie brakowało, i to najbogatszych.

Bawili się wobec tego niemal codziennie, najczęściej u Stefana, choć czasem u 

Justyńskich, gdzie jedli - z jednej miski - egzotyczne dla Stefana oraz Jurka potrawy. 

Zalewajkę, zacierki na mleku, jajecznicę z mąką. Pałaszowali, aż im się uszy trzęsły, 

mimo że za Stefanem i za Jurkiem biegały ciągle ich służące, które nieustannie ich 

„podkarmiały”, podtykały zagraniczne frykasy, choć była przecież okupacja, bieda 

coraz większa.

Oczywiście wychodziło nieraz, że są z dwóch różnych światów. Pan Henryk 

Justyński pamięta na przykład, jak bawili się kiedyś w konie i tak się akurat złożyło, że 

Stefan z Jurkiem byli końmi, on natomiast razem z młodszym bratem Adamem - 

woźnicami poganiającymi ich batem z patyka! Zobaczył to stary Spiro, który wyszedł 

akurat na podwórko, i zdziwił się głośno, dlaczego to jego wnuk oraz Jurek 

Lewinkopf są końmi, Justyńscy zaś woźnicami. Powinno być odwrotnie! Powiedział to 

tak, że natychmiast odwrócili role. Mały Henio Justyński czuł się oczywiście urażony, 

czy mógł jednak dyskutować ze starym Spiro?

Pani Zofia Staroń pamięta natomiast, że i pani Lewinkopf dawała im czasem do 

zrozumienia, kim są, gdzie ich miejsce. Zdarzało się jej wobec innych przybierać 

nieprzyjemny ton, formułować nakazy, zakazy - tam nie wchodźcie, tego nie 

dotykajcie! Salamonowiczowa była o wiele serdeczniejsza, bardziej życzliwa - zawsze 

background image

to jednak sąsiadka, a także szkolna koleżanka matki (kończyły razem szkołę 

powszechną). Mówiła więc do Justyńskiej po imieniu, ta jednak odpowiadała jej 

„proszę pani”, bo to przecież córka starego Spiro, żona inżyniera Sałamonowicza! 

Choć przyjeżdżał do Sandomierza tylko do teściów -bardzo się tu liczył. Podczas 

okupacji został chyba nawet członkiem sandomierskiego Judenratu.

Bawili się z Lewinkopfem tylko dlatego, że przyjaźnił się ze Stefanem. Prawdę 

powiedziawszy, niezbyt go lubili - był inny niż wszystkie dzieci. Dojrzalszy, poważniej-

szy, zamyślony. Zawsze też raczej z boku, bardziej widz niż uczestnik. Stroniący od 

zabaw ruchowych - gonitw, bójek, szaleństwa. Grzebania w piachu i w ogóle wszyst-

kiego, gdzie mógł się pobrudzić - zaraz się otrzepywał, pamiętają do dziś ten jego gest, 

który tak ich śmieszył. Był bardzo czyściutki, „odprasowany”, pięknie ubrany -robione 

na drutach sweterki, krótkie spodenki, eleganckie półbuciki, choć coraz więcej 

żydowskich dzieci biegało w szmatach i na bosaka. Co najważniejsze jednak - bardzo 

inteligentny, ale złośliwy, dominujący, „wywyższający się”, stawiający zawsze na 

swoim.

Bawili się na przykład kiedyś w dzierżawionym przez Justyńskiego sadzie i 

Jurek ze Stefanem - najprawdopodobniej z głupoty oraz braku wyobraźni - wsadzili 

małą Marysię w dziecinny wózek i z całej siły zepchnęli go z góry. Poleciał w dół jak 

strzała, na szczęście zahamował o drzewo i nic się jej nie stało, choć mogło się to źle 

skończyć. Bardzo się tylko popłakała, wystraszyła. Stefan zresztą też, wyraźnie 

żałował, Jurek natomiast śmiał się -wszystko mu było wolno! Zakocham w nim 

rodzice, a już szczególnie matka, nigdy swego Jerzyka nie karcili, nie zwracali mu 

uwagi.

Gdy wychodzili wieczorem do Salamonowiczów na karty, nie chcieli, żeby był 

sam, to znaczy tylko z gospodarzami - w Sandomierzu ze Skoblami, na Rokitniku z 

Pasiową. Prosili więc Zosię Justyńską, żeby dotrzymywała mu towarzystwa - była 

wprawdzie tylko dwa lata starsza, ale poważna, rozsądna, a chętnie się godziła - 

zostawiali zawsze słodycze, owoce. Zosia skończyła już przed wojną pierwszą klasę, 

umiała czytać i pisać, a ponieważ lubiła bawić się w szkołę, próbowała również z 

Jurkiem, co jednak zupełnie nie wychodziło. Choć młodszy od niej, też już czytał i 

pisał, może nawet lepiej?

W ogóle zresztą wszystko wiedział, wszędzie był. Wściekał się więc i złościł, 

skakał niemal do bicia, gdy zwracała mu uwagę, poprawiała, pouczała! Tak samo gdy 

grali w „Piotrusia” - musiał zawsze wygrywać, nie znosił najmniejszej porażki, nawet 

background image

w kartach!

*

Pamiętają głównie zabawy - byli tylko dziećmi, nie zwracali uwagi na to, co się 

działo dookoła. I choć na przykład zakazano już Żydom wstępu do parku, nic sobie z 

tego nie robili. Ile razy, gdy nikt ich akurat nie pilnował, brali Stefana i Jurka za ręce, 

wbiegali szybko za bramę, ganiali się, krzyczeli! I mimo że Jurek miał urodę wybitnie 

semicką, żandarmi nie zwracali jakoś na nich uwagi - na prowincji terror był na pewno 

lżejszy.

Tym bardziej że ani Jurek, ani Stefan, podobnie jak ich rodzice, nie nosili 

gwiazd Dawida. Co do Lewinkopfów, to jeszcze zrozumiałe - nietutejsi, mało komu 

znani - ale Salamonowiczowie? Szczególnie ona, z jednej spośród bardziej znanych tu 

żydowskich rodzin? W każdym razie na pewno nie nosili, co komentowali zresztą 

między sobą rodzice małych Justyńskich.

Bawili się nadal, jakby nigdy nic, gdy na początku 1942 r., w centrum 

Sandomierza - między innymi na Żydowskiej, Zamkowej, Joselewicza - zaczęto 

tworzyć getto, zganiać Żydów z okolicy: Ćmielowa, Połańca, Klimontowa, Ożarowa. 

Dość długo było otwarte, zamknięto je, jak się zdaje, pod koniec sierpnia, 

zlikwidowano pod koniec października tego samego roku, jato jedno z ostatnich - 

sandomierski Judenrat niemal do końca przekupywał Niemców, odraczał wyrok.

Zdaniem rodzeństwa Justyńskich, Lewinkopfowie nie poszli do getta. Trudno 

to już dziś dokładnie ustalić, w każdym razie na długo przed jego zamknięciem nagle 

po prostu zniknęli. Justyńscy nie mieli o nich żadnych wiadomości.

Nie ma także ich nazwisk na znajdujących się w sandomierskim Archiwum 

listach Żydów sandomierskiego getta (nie są one jednak kompletne).

Zniknął również Stefek Salamonowicz oraz jego niania, Polka, Zofia 

Kaczorowska, która - jak się dopiero potem dowiedzieli - udając jego matkę, 

przetrwała z nim okupację w Otwocku pod Warszawą. Zniknął stary Spiro, który też 

się ukrywał i ocalał w Warszawie.

Jerzego Salamonowicza aresztowano - zdaje się, podczas ulicznej łapanki - 

jeszcze „przed gettem”, wywieziono do obozów, które przeżył. Hanka Spiro-

Salamonowicz ukrywała się, ale wpadła, siedziała w areszcie na Rynku, mali Justyńscy 

nosili jej jedzenie i wodę, podawane ukradkiem przez dozorcę Steca - znajomego ich 

rodziców. Podczas transportu do obozu udało się jej wyskoczyć z pociągu, dotrzeć do 

background image

Warszawy, gdzie wynajęła mieszkanie, a w niedzielę odwiedzała w Otwocku Stefana, 

który mówił do niej „ciociu”.

Mieli szczęście, a ludzie - jak to ludzie - mówili, że „to pieniądz sprawił”, 

ocalała przecież cała rodzina. Oprócz nich przeżyło dosłownie kilku sandomierskich 

Żydów. Nusek Fiszman z żoną - również bardzo bogaci. Chilek Las, który poszedł do 

partyzantki, oraz Róża Mała, dziś Rosa Mała, mieszkająca w Stanach, przechowana 

przez jej narzeczonego - Polaka, pana Bażanta, mieszkającego w Sandomierzu do dziś. 

Nie ożenił się z nią jednak, była bowiem - jak mówi - „swojej wiary”, on swojej, a nie 

wróżyło to dobrego małżeństwa. Bo jak to tak -dwie wiary na jednej poduszce?

Za Bramką 4

Według dokumentów meldunkowych z sandomierskiego Archiwum, 16 

sierpnia 1942 roku zameldowali się Lewinkopfowie przy ulicy Za Bramką 4. Jako 

prowadzący książkę meldunkową podpisał się - niezbyt czytelnie - S. Morgen (?).

Ulica Za Bramką, dziś już właściwie zaułek, istnieje nadal, równolegle do 

Zamkowej, skąd trzeba zejść - jak to w Sandomierzu - schodami w dół wąwozów. Stoi 

tu dziś jeszcze tylko drewniana chałupa bez numeru. Jej dwie mieszkanki - staruszki - 

nie chcą wpuścić mnie do środka, boją się obcych. A poza tym i tak nic nie powiedzą. 

Jedna obłożnie chora, druga, z trudem już chodząca, przygłucha. Nie rozumieją 

zupełnie, o co mi chodzi. Kogo właściwie szukam?

Zdaniem wszystkich moich sandomierskich rozmówców, Lewinkopfowie 

najprawdopodobniej Za Bramką nie mieszkali. W każdym razie zupełnie ich z tym 

adresem nie kojarzą. Do końca pobytu w Sandomierzu byli u Skoblów, stamtąd też 

zniknęli.

Dziwi również późna data meldunku -16 sierpnia 1942 r., czyli dwa tygodnie 

przed zamknięciem getta. Czy mogli się jeszcze wtedy meldować poza jego obrębem? 

W sandomierskim Archiwum dowiaduję się, że nie, najwyżej na ulicach wchodzących 

w skład getta, ale oddalona od centrum Za Bramką do nich nie należała.

Co więcej, karta meldunkowa wypełniona jest - w porównaniu z poprzednimi, 

z Zamkowej i Gołębickiej - wyjątkowo niestarannie, w pośpiechu, z błędami i skreśle-

niami. Brak przede wszystkim wymeldowania od Skoblów, choć jest od państwa 

Lipińskich. Pieczątka z datą zameldowania zupełnie nieczytelna, podobnie jak podpis 

„prowadzącego dział ewidencji ruchu ludności”.

W rubryce „u kogo się zatrzymali”, zamiast dokładnego nazwiska, imienia oraz 

background image

adresu nowego gospodarza, napisano „w mieszkaniu własnym”, co na pewno nie było 

prawdą. W rubryce „miejsce stałego zamieszkania”, gdzie w kartach uprzednich 

widniał dokładny adres łódzki, napisano „Sandomierz - Za Bramką”, ale skreślono, 

poprawiono, przerobiono na Łódź, z tym że bez nazwy ulicy. W poprzednich 

miejscach zamieszkania oddzielną kartę meldunkową miał też każdy członek rodziny, 

tutaj natomiast - tylko Mojżesz Lewinkopf.

Pan Henryk Justyński uważa, że zameldowali się tam wyłącznie „na papierze” i 

„dla zmyłki”. Planowali przecież na pewno ucieczkę, mylili więc tropy. Dawno już ich 

w Sandomierzu nie było, oficjalnie jednak mieszkali Za Bramką. „Odciążali” może w 

ten sposób Skobla, bo od niego uciekli i mógłby jeszcze za to odpowiadać?

Albo też cudem się jeszcze jakoś zameldowali, próbowali żyć, ale już się nie 

dało, musieli iść do getta, zdecydowali się więc na ucieczkę?

Bo wybrali miejsce idealne - z dala od centrum, w wąwozie, wśród łąk, pól i 

krów, porozrzucanych od siebie chałup. Znaleźć tam jakiś numer to wielka sztuka, tym 

bardziej że trudno było zgadnąć, czy to jeszcze Za Bramką, czy już niedalekie 

Podwale?

Wory mąki

Pamięta ich też pani Maria Czechowa (1901) oraz jej młodsza siostra, Zofia 

Iżykowska, zamieszkała obecnie w Łodzi, która spędziła okupację w rodzinnym San-

domierzu. Pomagała siostrze i szwagrowi, Aleksemu Czechowi, prowadzić piekarnię 

na Rynku, gdzie przychodzili dosłownie wszyscy, i to nie tylko po chleb, ale również 

po plotki, informacje.

Wpadał także Mojżesz Lewinkopf, z którym nawiązali szybko bliższe stosunki, 

pochodził bowiem - tak jak państwo Iżykowscy - z Łodzi, a ziomkowie zawsze jakoś 

znajdą wspólny język. Aleksy Czech lubił z nim rozmawiać o polityce, którą obaj się 

interesowali. W ogóle lubił Żydów, z którymi pracował - niemal wszystkie sklepy na 

Rynku były żydowskie. Mąż pani Iżykowskiej, Roman, siedział natomiast po uszy w 

konspiracyjnej AK i nie miał z Lewinkopfem kontaktów, raz chyba tylko: prosił go -

wykształconego, znającego języki - o pomoc w kupnie maszyny do pisania. Obiecał 

pomóc, ale koledzy z konspiracji sami sobie jakoś w końcu poradzili.

Odkładali mu zawsze świeże pieczywo, którego ciągle brakowało - mogli piec 

ściśle określoną ilość. Albo też zabierali ze sobą do domu, na Długosza, gdzie czasem 

wpadał. Mieszkał bardzo niedaleko, bo u Skobla, który przywoził im do piekarni 

background image

mąkę.

Przychodził zawsze sam, raz chyba tylko z żoną oraz synem. I trudno się 

dziwić - byli uosobieniem żydowskiej urody, choć Lewinkopfowa próbowała jakoś to 

ukrywać -miała na przykład wtedy na głowie wielką ludową chustę w kwiaty, nie 

pasującą zupełnie do jej miejskiego stroju oraz wyglądu, uwydatniającą jeszcze 

bardziej duży, orli nos.

Mojżesz Lewinkopf natomiast mógł uchodzić za Polaka, bardzo mu więc 

współczuli - miał szanse na przetrwanie, gdyby nie żona i syn, czyli - jak komentowano 

w piekarni - dwa wory mąki, które musiał taszczyć na plecach.

*

Ale jakoś je chyba udźwignął, bo zniknęli nagle całą trójką i nikt nie słyszał, 

żeby poszli do getta, nikt ich tam nie widział. A do końca było właściwie półotwarte i 

wielu Żydów wymykało się do piekarni po chleb, nigdy jednak Lewinkopf, który 

przyszedłby przecież, gdyby tam był.

Pytali oczywiście Skobla, co z jego lokatorami? Twierdził jednak, że nic nie 

wie. Przepadli nagle, jak kamień w wodę!

I chyba dopiero pod koniec wojny, gdy nic mu już nie groziło, powiedział im 

kiedyś, że wywiózł ich z Sandomierza, załadował na swoją furmankę, zawiózł nocą do 

Radomyśla nad Sanem-. Do katolickiego księdza, który miał im znaleźć kryjówkę. 

Dowiózł, chwała Bogu, szczęśliwie, ale nie wiedział nawet, czy przeżyli?

Nie śmieli pytać, dlaczego to zrobił. Chciał im po prostu pomóc? Czy też dla 

pieniędzy, bo przecież ryzykował strasznie. Był człowiekiem prostym, porządnym, 

zacnym. Zaradnym i pracowitym - dbał o rodzinę i swój nowy dom, chwytał się 

wszystkiego, żeby zarobić.

*

Dopiero po wojnie dowiedział się, że Lewinkopfowie przeżyli, ocaleli. 

Powiedział mu o tym właśnie Aleksy Czech, którego szwagier, Roman Iżykowski, 

spotkał ich w 1945 r. w Łodzi. Od Czecha też, ale oczywiście dużo później, usłyszał, 

że mały Jerzyk Lewinkopf został pisarzem i „opisał” podobno Polaków!

- Ten mały, śliczny chłopczyk, który bawił się w moim ogródku? - dziwił się 

Skobel. - Którego wywiozłem na wieś? Uratowałem przed zagettowaniem? To chyba 

niemożliwe?

background image

*

Wacław Skobel już nie żyje, jego żona, mieszkająca nadal w ich domu na 

Żeromskiego 33, przeszła niedawno wylew i źle się czuje. A Skobel junior urodził się 

po wojnie i nic o Lewinkopfach nie wie, tyle tylko, że u nich mieszkali.

Ojciec wprawdzie często o nich wspominał, on jednak, jak to chłopak, zupełnie 

go nie słuchał, wołał podwórko, piłkę.

Pamięta tylko, że opowiadał najczęściej, jak ocalił ich przed gettem, wywiózł z 

Sandomierza swoją furmanką. Gdy jechali, wydawało mu się, że poumierali ze strachu 

- przez całą drogę nawet się nie ruszyli, nie powiedzieli ani słowa. Bał się zresztą 

jeszcze bardziej niż oni, szczególnie na moście przez Wisłę - był przekonany, że w 

razie wpadki natychmiast ich potopią!

Tak że cały czas modlił się tylko gorąco i poganiał konika, nie żałował bata, 

żeby szybciej, prędzej! Ale widać Bóg kierował i strzegł, bo dowiózł ich szczęśliwie.

*

Państwo Justyńscy natomiast chyba dopiero w latach pięćdziesiątych 

dowiedzieli się, że Lewinkopfowie przeżyli. Adam Justyński studiował w Łodzi i 

odwiedzał czasem Salamonowiczów, którzy wrócili do swego rodzinnego miasta i 

znów przyjaźnili się z Lewinkopfami, wtedy już Kosińskimi.

U Salamonowiczów właśnie spotkał kiedyś Jerzyka Kosińskiego, ale tylko raz, 

więcej nie miał ochoty. Niewiele się bowiem zmienił. Podczas gry w karty doprowadził 

szybko do spięcia - chciał cały czas wygrywać, decydować, dominować. Być - jak 

kiedyś - wyłącznie woźnicą. Adam Justyński nie musiał już jednak tego znosić.

Dlatego też nie miał zamiaru się z nim zobaczyć, gdy Kosiński po latach, już w 

glorii chwały, przyjechał do Polski. Mimo że reszta rodzeństwa bardzo namawiała, 

wybierała się do Warszawy - był dla nich ciągle Jerzykiem Lewinkopfem, kolegą z 

dzieciństwa. Czytali naturalnie Malowanego ptaka, sądzili jednak, że to na podstawie 

dalszych, nie najlepszych, widać, doświadczeń.

W Sandomierzu przecież nie miał jeszcze najgorzej. Mimo zbliżającej się coraz 

bardziej grozy był nadal - przynajmniej dla nich - eleganckim, małym lordem, obsługi-

wanym, karmionym przez służące, wyjeżdżającym latem na letnisko. Wychuchanym, 

żyjącym w dostatku jedynakiem, którego mądrzy, kochający rodzice ocalili w porę 

przed gettem, losem ich rodaków.

Byli rozczarowani, zdziwieni, że w wywiadach, których tak często udzielał, 

background image

mówił o Kazimierzu nad Wisłą, Krakowie, Tatrach, nigdy natomiast o Sandomierzu, 

gdzie przeżył szczęśliwie - a to przecież najważniejsze - prawie dwa i pół roku 

okupacji!

Nigdy go nie odwiedził, choć zjeżdżają tu Żydzi z całego świata. Odwiedzają 

kirkut, synagogę, dawny dom żydowskiej gminy. Fotografują, szukają śladów, płaczą, 

boleją nad zniszczeniami, zaniedbaniem miasta.

On tymczasem - choć mówił tyle o pamięci, swoich żydowskich korzeniach, 

wzruszeniu, które go nieustannie w Polsce ogarnia - nawet słowa czy gestu. Nic, 

zupełnie nic.

CZARNY PAJĄCZEK

Pan Andrzej Migdałek, emerytowany już dziś inżynier z Bielska-Białej, oraz 

jego siostra Ewa Dziadek, lekarz stomatolog z Żor, pod koniec sierpnia 1939 r. uciekli 

z rodzicami ze Śląska tuż przed wejściem Niemców. Los rzucił ich do Dąbrowy 

Rzeczyckiej koło Rozwadowa, dziś województwo tarnobrzeskie, gdzie dla pana 

Migdałka, nauczyciela, znalazła się praca w tutejszej czteroklasówce, a co więcej - 

mieszkanie.

Znajdowało się w drewnianym, oddalonym trochę od wsi, należącym do gminy 

baraku mieszkalnym. Sąsiedni natomiast, identyczny, był własnością jednego z 

chłopów, Andrzeja Warchoła, który też tam mieszkał, a pozostałe mieszkania 

wynajmował. Jedno z nich stało akurat puste -opuścili je Liebeskindowie, którzy, tak 

jak wszyscy Żydzi z okolicy, latem 1942 r. poszli do punktu zbornego w Zaklikowie, 

gdzie zginęli na miejscu - nie chcieli wsiadać do pociągów do Treblinki.

I chyba jeszcze we wrześniu, najpóźniej zaś październiku, przyprowadził 

Warchoł do mieszkania nowych lokatorów - Kosińskich, jak ich przedstawił.

- Jezus Maria, jedni poszli, drudzy przyszli! - rozpaczała pani Migdałkowa, 

bojąc się o swoje dzieci - siedmioletniego wtedy Andrzejka zwanego Bumkiem (1934) 

oraz dziewięcioletnią Ewkę (1932). Wystarczyło przecież na Kosińskich spojrzeć i 

wiadomo było, że to Żydzi!

Szczególnie Kosińska, najbardziej semicka - kruczowłosa, czarnooka, z 

wydatnym orlim nosem, i Jurek, jej miniatura - chudy, śniady, długonogi. „Czarny 

Pajączek”, jak go nazywali. „Stary” Kosmski mógł właściwie ujść w tłoku, nie rzucał 

się w oczy, choć też miał wygląd żydowskiego inteligenta - zgarbiony, łysiejący, w 

okrągłych okularkach zwracających bardzo uwagę - kto na wsi nosił szkła?

background image

Oprócz nich - trzy-, czteroletni chłopczyk Henio, pulchny, jasny blondyn, ale o 

rysach semickich, oraz jego niania Katarzyna, starsza, siwa Polka, która uratowała go 

podobno w ostatniej chwili. Mówił do Kosińskich „ciociu” i „wujku”, oni natomiast nie

ukrywali, że to dziecko przyjaciół, którzy poszli do Oświęcimia czy Treblinki.

Tak przynajmniej mówiła Kosińska Migdałkowej, szybko bowiem nawiązały 

sąsiedzkie stosunki. Oba baraki dzielił tylko płot z otwartą ciągle furtką, widywały się 

więc codziennie. Pani Migdałkowa zaprosiła ich nawet na pierwszą tutaj Wigilię, chcąc 

pokazać wsi, że wcale się nowych sąsiadów nie boi, a także podkreślić, że wiejscy 

inteligenci powinni się przyjaźnić, trzymać razem.

Pan Andrzej Migdałek pamięta, jak łamali się chlebem zamiast opłatka, a 

jedynym daniem był żur z ziemniakami - bieda aż piszczała, tam właśnie poznał głód. 

Dąbrowa miała ziemie bardzo nieurodzajne, piaszczyste, na których nic nie rosło, 

jadało się więc zupę z lebiody, barszcz, żur, ziemniaki, kartkowy chleb z plewami i 

zmiotkami, marmoladę z buraków.

Nieoczekiwanie jednak wieś przyjęła Kosińskich bardzo dobrze, szczególnie 

Kosińskiego, którego tytułowała „profesorem”, Kosińską, natomiast - „profesorową”. 

Wśród starszych przeważali analfabeci, szanowali więc Kosińskiego, rzeczywiście 

bardzo inteligentnego, wykształconego, zorientowanego w polityce, władającego kil-

koma językami.

Wszyscy oczywiście wiedzieli lub domyślali się, że to Żydzi, nikomu nie 

przyszło jednak do głowy, żeby donieść o tym Niemcom stacjonującym w niedalekim 

Zaklikowie i Radomyślu. Wieś była faktycznie zabita dechami, biedna, ale religijna, 

przyzwoita, rozumiejąca, że „to też ludzie i też chcą żyć”.

Wprawdzie głupi Jaś Chołody przechodząc obok baraku Warchołów zawsze 

darł się głośno: Jude, mus!”, dzieciaki zaś wołały na Jurka i Henia „Żydy, Żydki!”, ale 

cóż to w końcu takiego? Zaraz zresztą wyskakiwała z miotłą Warchołowa, krzyczała, 

żeby się przymknęli, bo wszystkich przecież spalą żywcem, calutką wieś!

Kosińscy natomiast siedzieli niczym myszy pod miotłą, starali się jak najmniej 

rzucać w oczy. Tylko profesor wychodził poza zagrodę Warchołów, a prawdę powie-

dziawszy, niemal się przemykał. Kołnierz zawsze podniesiony, zakrywający twarz, 

spuszczona głowa, wzrok wbity w ziemię. Nikomu się nie kłaniał, mijał bez słowa, 

choć mówiono też, że niedowidzi i faktycznie miał grube szkła. Przemykał się 

najczęściej do sąsiedniej Kępy, która miała bardziej urodzajne ziemie i można było tam 

kupić coś do jedzenia - ziemniaki, warzywa, mleko i masło. W Dąbrowie bowiem mało 

background image

kto trzymał krowę, najczęściej hodowano kozy i króliki, które byle co jadły. A rosło 

tylko proso, żyto, gryka, buraki i ziemniaki.

Szybko jednak przestał się przemykać, chodził na Kępę zupełnie swobodnie - 

widział przecież, jak go przyjęto. I poczuł się chyba pewniej, w każdym razie już na 

wiosnę 1943 r. zaczął pracować w tutejszym punkcie skupu, przy spisywaniu 

kontyngentów, oraz udzielać lekcji z zakresu szkoły średniej, za które płacono mu w 

naturze - mlekiem, masłem, ziemniakami.

„Czarny Pajączek”, profesorowa i niańka z Heniem nie wychodzili prawie z 

zagrody Warchołów, najwyżej za płot, czyli do Migdałków, A Kosińska, o wyglądzie 

„najgorszym”, nawet na podwórku rzadko się początkowo pojawiała, najwyżej do 

ubikacji, i wtedy właśnie pani Migdałkowa podziwiała jej piękne, wydekoltowane 

suknie. Rzadko też pokazywała się w kościele, tymczasem Jurek z ojcem - co 

niedziela. Nigdy jednak nie stali przy ołtarzu, zawsze w kącie, z boku, szybko wracali.

Byli w Dąbrowie do końca kwietnia 1945 r., tak więc „Czarny Pajączek” dwa i 

pół roku spędził w ich mieszkaniu w baraku oraz na podwórku. A dokładniej - na 

płocie, na którym wisiał i „skuczał”, jak mówili mali Migdałkowie, czyli jęczał ciągle:

- Ewka, Bumek! Chodźcie się bawić! A może przyjdę do was?

Mógł bowiem wychodzić tylko do nich, nigdzie indziej, był więc poniekąd na 

nich skazany, w żadnym z baraków nie mieszkały dzieci. Bawili się wobec tego prawie 

codziennie, najczęściej właśnie u Migdałków - ich podwórko było gminne, czyli 

niczyje, jego natomiast należało do Warchoła, który rąbał na przykład drzewo i nie 

chciał, żeby kręcili mu się pod nogami.

Choć lubili też przychodzić do niego - mieszkał w lepszych od nich warunkach. 

W ich nauczycielskim wprawdzie mieszkaniu stały tylko zbite z desek prycze przykryte 

słomą i derkami. U Kosińskich natomiast - zupełnie przyzwoite meble po 

Liebeskindach. W pokoju - otomana, szafa, dwa stojące obok siebie małżeńskie łoża, 

na których spali razem z Jurkiem. W kuchni - stół, krzesła, kredens oraz prycza dla 

niańki i Henia.

Baraki drewniane, ale otynkowane, zwano „tartacznymi” - zbudowano je za 

księcia Lubomirskiego dla robotników tartaku, prowadzonego później przez 

Liebeskindów. Mówiono też o nich „czworaki”, choć mieszkania miały nie najgorsze, 

lepsze na pewno od ciasnych, prymitywnych chłopskich chałup. Duży, wysoki pokój, 

kuchnia ze spiżarką i piwnicą, do której schodziło się po drabinie. Ganek opleciony 

zielenią. Na podwórku studnia oraz rząd - oddzielnych dla każdej rodziny - sławojek 

background image

oraz komórek na opał, króliki.

Z Heniem natomiast nie bawił się Jurek prawie wcale, niezbyt go lubił. Był 

dotychczas jedynakiem, nie przyzwyczajonym zupełnie do obecności jeszcze jednego 

chłopca, tym bardziej że ten miał tylko kilka łat i nieustannie mu przeszkadzał - coś 

zabierał, wyrywał, płakał. Na pewno na skutek swoich przejść, rozłąki z rodzicami był 

dość trudny, „nieusłuchany”, jak narzekała Kosińska. „Urwiesz mu głowę, on swoje!” -

mówiła.

Zupełnie się nim nie zajmowała, miała do niego, jak komentowała Katarzyna, 

dwie lewe ręce i stosunek dość chłodny - nigdy nie przytuliła, nie pocałowała, widać 

było, że to nie jej syn. Ubóstwiała go za to Katarzyna, jego anioł stróż. Chodziła za 

nim krok w krok i nie lubiła Kosińskiej właśnie za brak serca wobec „Heniutka”.

*

Sprowadził ich do Dąbrowy ksiądz Eugeniusz Okoń z Radomyśla nad Sanem, 

znana postać międzywojennego dwudziestolecia. Nie tylko ksiądz, ale i lewicowy 

działacz chłopski, przywódca Chłopskiego Stronnictwa Radykalnego, przez dwie 

kadencje poseł na sejm z listy PSL-Lewica. Mieszkał parę lat w Warszawie, skąd 

właśnie pochodziły jego liczne znajomości i stosunki.

Kochał też karty, dobry alkohol oraz kobiety - miał w Warszawie konkubinę i 

dwie córki, które wychowywał, utrzymywał. I oficjalnie za to właśnie, nieoficjalnie zaś 

za „podburzanie chłopów”, „rewolucjonizowanie wsi”, został zawieszony przez kurię 

biskupią w Przemyślu w czynnościach kapłańskich. Zmuszony później do publicznego 

„pokajania się”, klasztornej pokuty. Przez parę lat nie mógł odprawiać mszy, być 

proboszczem, którym nigdy zresztą nie został. Mieszkał w Radomyślu u matki sta-

ruszki, nie na plebanii, nie otrzymywał też kościelnej emerytury. Miał nieustanne 

kłopoty finansowe, a nawet sprawy sądowe o łapówki, płatne protekcje - faktycznie 

pomagał załatwiać wizy do Ameryki, dzięki niemu właśnie wyjechało pół okolicy.

Ale mimo to, a może właśnie dlatego, cieszył się w swoich rodzinnych stronach 

szacunkiem i sympatią. Podczas okupacji dodawał wszystkim ducha pomagając 

partyzantom, wygłaszając patriotyczne kazania, w których groził okupantom piekłem i 

siarką. Niechętni mu nazywali go wiecownikiem, demagogiem i rzeczywiście potrafił 

porywać wiernych - kładł się na przykład krzyżem podczas kazania, intonował 

zbiorowe głośne modły połączone z biciem kościelnych dzwonów.

Nie wiadomo, w jaki sposób dotarli do niego Kosińscy. Z Sandomierza do 

background image

Radomyśla bardzo niedaleko, mogli więc usłyszeć, że pomaga Żydom. Jak pisze 

bowiem jego biograf:

„[...] „Ksiądz Okoń rozwija w czasie okupacji ożywioną działalność społeczną 

na tzw. Zasaniu, gdzie do kilku znajdujących się tam miejscowości została spędzona 

ludność żydowska po wysiedleniu jej z Tarnobrzega i okolicznych miasteczek. 

Organizuje komitet pomocy wysiedleńcom, zostaje wybranym przewodniczącym tego 

komitetu, który zbiera datki głównie w naturze, a następnie rozdziela je między 

najbardziej potrzebujących.

Ze szczególną troskliwością opiekuje się dwojgiem wysiedleńców: 80-letnim 

lekarzem Reichem z Rozwadowa i jego 75-letnią siostrą, emerytowaną nauczycielką 

wysiedloną z Wiednia, którzy znaleźli czasowy pobyt w Radomyślu. Jednak jego 

podopieczni, nie widząc dla siebie nadziei - popełniają samobójstwo. Siostra zmarła, 

starego lekarza odratowano, ale w czasie kolejnego transportu zastrzelił go niemiecki 

żandarm.

Innym razem ks. Okoń skierowaną do niego przez znajomych rodzinę 

żydowską, która miała fałszywe dokumenty na nazwisko Kosińskich, przyjął u siebie, 

następnie na wynajętej furmance odwiózł do swoich znajomych na Zasaniu i tam ulo-

kował. Rodzinie tej udało się przetrwać wojnę”

.

Właśnie podobno ksiądz Okoń - tak przynajmniej w Dąbrowie mówiono - wziął

od Kosińskich pieniądze, nigdy zresztą nimi nie gardził. Wyrobił im świadectwa chrztu, 

u siebie jednak ukrywać ich nie mógł - był za bardzo „na widoku”. Poprosił więc o 

pomoc kilku tutejszych, obrotnych i niegłupich chłopów. Józefa Stępaka, sołtysa 

Dąbrowy i Kępy, który musiał wiedzieć, co się na „jego” terenie dzieje. Władka 

Pamułę, sołtysa Woli Rzeczyckiej - miał „chody” w gminie w Radomyślu i on właśnie 

załatwił Kosińskim kennkarty. Andrzeja Warchoła -szukał akurat lokatora na wolne, 

umeblowane mieszkanie po Liebeskindach.

Nie śmieli dobrodziejowi odmawiać, tym bardziej że był bezwzględny i uparty. 

I co więcej - bali się, bo straszył, jak zwykle, piekłem, wiecznym potępieniem, przypo-

minał, że dobry chrześcijanin pomaga bliźnim. Obiecywał odpust zupełny.

I grosza im nie „odpalił”, nawet Warchołowi, który ryzykował przecież 

najbardziej, a na pewno mu się nie przelewało. Był i został biedny, zupełnie się nie 

wzbogacił, podobnie zresztą jak jego dzieci. Brał tylko od Kosińskich „lokatorne”, tak 

background image

jak od wszystkich, którzy u niego wynajmowali.

Ksiądz Okoń nadal się nimi interesował, szczególnie podczas pierwszych 

miesięcy, kiedy nie wiadomo było, jak zostaną przyjęci. Przyjeżdżał często do nich na 

rowerze, wpadał też do Warchołów, Migdałków. Wypytywał, jak wieś przyjęła jego 

podopiecznych. Czy nic się aby nie stało? Nie trzeba komuś przypomnieć o sądzie 

ostatecznym i piekle? Potem jednak przestał się pojawiać -w ostatnich miesiącach 1942 

r. przyszło po niego gestapo, cudem uniknął aresztowania, ukrywał się w okolicy nie-

mal do końca wojny.

Zdaniem pana Migdałka, Jurek Kosiński uwiecznił potem księdza w swoim 

Malowanym ptaku jako jedną z nielicznych pozytywnych postaci. Ksiądz z jego powie-

ści jest - tak jak Okoń - mały (miał najwyżej 1,50 m), pulchny, w zakurzonej, 

zniszczonej sutannie. A przede wszystkim - serdeczny, dobroduszny, śpieszący zawsze 

z pomocą. Namawiał między innymi jednego z wieśniaków, żeby wziął Chłopca do 

siebie, odwiedzał go potem i nadzorował, zapraszał do kościoła, jak ksiądz Okoń Ko-

sińskich.

*

- Choć w 1942 roku Jurek miał tylko dziewięć lat - wspomina pan Andrzej 

Migdałek - uświadomiono mu niewątpliwie jego sytuację, niebezpieczeństwo grożące 

nie tylko jego rodzinie, ale i całej wsi. Nigdzie bowiem nie uciekał, nie wymykał się, 

nie trzeba go było nawet pilnować.

I chyba tylko dwa razy wyszedł na podwórko bez zgody rodziców. Trudno już 

dziś ustalić, jak to się w ogóle mogło stać. Gdzie była Kosińska? Katarzyna? W 

każdym razie poleciał razem z Andrzejkiem Migdałkiem nad San, dokąd pędziła 

zresztą cała Dąbrowa, żeby zobaczyć olbrzymiego suma, którego złowił jeden z 

chłopców. Ale tak jak wszyscy, postał trochę, popatrzył i wrócił do domu.

Chyba mu darowano, bo wymknął się bez pozwolenia jeszcze raz. Co więcej, 

nie tylko z Andrzejkiem Migdałkiem, ale i z Heniem - Katarzyna musiała go, widać, 

spuścić na chwilę z oka. Polecieli nad pobliską płytką rzeczkę, w której taplały się 

latem wszystkie dzieciaki, gdzie Andrzejek Migdałek nauczył się pływać. Jurek z 

Heniem przyszli pierwszy raz, ale tez stali tylko i patrzyli. Mimo upału nie kąpali się, 

nie rozbierali tak jak reszta dzieci, stali cały czas w bluzkach i spodniach. Tym razem 

dostali po powrocie tak straszne lanie, że nigdy więcej już bez pytania nie wyszli.

Najgorzej było .zimą - Jurek ubóstwiał zimowe sporty. I tak jak wszyscy z 

background image

Dąbrowy, miał łyżwy - „sierpówki” z drewna podkutego sierpem, przymocowane do 

butów sznurkami - oraz drewniane sanki z metalowymi płozami; jeździło się nimi po 

lodzie, podpierając grubym, metalowym prętem.

Ubłagał więc kiedyś matkę, która puściła go na pobliski zamarznięty staw, 

gdzie ślizgały się wszystkie tutejsze dzieci. Poszedł razem z Andrzejkiem Migdałkiem, 

Kosińska bardzo go lubiła - był spokojny, rozsądny.

Wrócili jednak bardzo szybko. Zaczęli ich gonić, zajeżdżać im drogę starsi, 

świetnie jeżdżący chłopcy z sąsiednich wsi, którzy krzyczeli za Jurkiem: „Żydek! 

Żydziok!” Wystraszył się więc tak, że zaraz chciał wracać.

Ale szybko o tym zapomniał, wyprosił bowiem wyjście kolejne, też oczywiście 

z Andrzejkiem Migdałkiem i na łyżwy. Znów jednak szybko wrócili, tym razem 

naprawdę przerażeni, z duszą na ramieniu. Gonili ich starsi chłopcy z Dąbrowy, na 

czele ze swoim wodzirejem, Świetlikiem, który mieszka dziś w Stanach. Krzyczeli do 

Jurka, żeby zdjął spodnie, pokazał ptaka, udowodnił, że nie jest obrzezańcem! 

Andrzejek Migdałek dogryzał Świetlikowi, żeby najpierw pokazał sam. Wszyscy 

przecież wiedzą, że jest Żydem, tylko przechrzta! Było to zgodne z prawdą, roz-

wścieczyło więc Świetlika, który - razem ze swoją gwardią - dopadł Jurka, przewrócił 

na lód, zaczął mu ściągać spodnie.

Bronił się, szarpał, zasłaniał rękoma, a przede wszystkim - wył wniebogłosy, 

wołał rozdzierająco, skowyczał właściwie: „MameMame!” Pan Migdałek pamięta to 

do dziś - nigdy przedtem nie słyszał u niego słowa po żydowsku.

Próbował mu oczywiście pomóc - ciągnąć za rękę, wyszarpywać spod 

napastników, których bił i kopał! Był jednak sam, nie wiadomo więc, jak by się to 

skończyło, gdyby nie nadjechał nagle w ich kierunku, zaalarmowany pewnie krzykiem 

Jurka, siedemnastoletni Edek Warchoł, syn gospodarza - silny i prawie dorosły. 

Świetlik oraz jego koledzy, znacznie od niego młodsi, momentalnie się oczywiście 

przerazili, rozjechali na wszystkie strony. Jurek tymczasem wstał, uciekł szybko do 

domu.

I długo jeszcze był naprawdę roztrzęsiony, przerażony, w końcu jednak 

doszedł jakoś do siebie, ale nie miał już ochoty na łyżwy.

*

W maju 1943 r. - razem z Andrzejem Migdałkiem oraz tutejszymi rówieśnikami 

- przystąpił do pierwszej komunii. Proboszcz Sebastiański nie robił mu żadnych trud-

background image

ności, choć wiedział oczywiście wszystko od księdza Okonia, wystarczyło zresztą na 

Jurka spojrzeć. Był niemal taki sam jak w swoich późniejszych latach, tylko włosy - 

bujne i kręcone - strzyżono mu króciutko, niemal do skóry.

Musiał więc, tak jak i wszyscy, uczęszczać na katechizację do kościoła 

parafialnego w Woli Rzeczyckiej. Wychodził zawsze z małym Migdałkiem, wracał 

jednak sam. Bo choć Andrzej Migdałek był, jak wspomina, spokojny, nieagresywny, 

nie znosił bójek, ale mimo to - miał tylko dziewięć lat. Po katechizacji zostawał więc 

na drodze razem z kolegami - bawili się w wojnę, czyli obrzucali kamieniami. 

Namawiał oczywiście i Jurka, ten tłumaczył jednak, że nie może - rodzice zabronili mu 

zabaw z tutejszymi chłopcami! Żegnał się i wracał sam, choć Andrzej Migdałek 

przezywał go mazgajem i maminsynkiem. I dopiero dziś widzi jego zdyscyplinowanie, 

dojrzałość. Rozumie ostrożność wobec rówieśników.

Po komunii ksiądz Sebastiański namówił ich na ministranturę, a nie śmieli 

odmówić. Dostali komże, dzwoneczki, zostali pomocnikami starszych ministrantów, 

ale służyli tylko podczas mszy wieczornych, nigdy głównych, do których ich jeszcze 

nie dopuszczano.

Podczas jednej z nich, gdy Jurek stał akurat przed ołtarzem, starsi ministranci 

zaczęli - jak to chłopcy -szturchać się łokciami, śmiać. Bardzo możliwe, że właśnie z 

Jurka. Bądź co bądź Żyda, który służył do mszy. Choć może też - po prostu się 

potknął? Albo zasłabł? Był chudy, „niewybiegany” tak jak wiejscy chłopcy.

W każdym razie rzeczywiście, podobnie jak Chłopak z Malowanego ptaka, 

upadł nagle przed ołtarzem, upuścił mszał, który miał podać księdzu. Ale szybko wstał, 

podniósł go i oddał.

Na pewno bardzo to przeżył, w sumie nic się jednak nie stało. Nadal był 

ministrantem, ksiądz Sebastiański nawet go nie zbeształ, nie zwrócił uwagi. Znał 

przecież i rozumiał jego sytuację, dlatego też zawsze go wyróżniał, uczynił 

ministrantem, a zostawali nimi jedynie chłopcy „lepsi” - czyści, niegłupi, rozgarnięci.

Nie wrzucono go też - jak bohatera Malowanego ptaka - do kloaki. Nie stracił 

wcale głosu. Ani wtedy, ani w żadnych innych okolicznościach. Mały Migdałek i jego 

siostra bawili się z nim przecież do kwietnia 1944 r. i do końca normalnie ze sobą 

rozmawiali.

*

Nie chodził natomiast, jak jego rówieśnicy, do tutejszej czteroklasówki, mimo 

background image

że mieściła się w sąsiednim baraku, prowadził ją ojciec Andrzeja Migdałka. Choć 

prawdę powiedziawszy, rzadko była otwarta - zimą brakowało opału, wiosną 

uczniowie pracowali w polu, a Niemcy wzywali ciągle nauczyciela do pomocy przy 

najróżniejszych spisach, ściąganiu kontyngentów. Czasem jednak lekcje się odbywały, 

ale bez Jurka, którego uczył ojciec, i to codziennie. Mógł bawić się z Migdałkami albo 

„wisieć” na płocie tylko do obiadu, zaraz potem matka wołała go na lekcje. Między 

innymi angielskiego, którym nieźle się już posługiwał. Oprócz tego siedział często na 

ganku z książką - bardzo dużo czytał, przeczytał na przykład całą Trylogię, choć miał 

zaledwie dziesięć lat, był jednak, jak na swój wiek, bardzo dorosły i dojrzały.

Ale mimo to nie przestał oczywiście być dzieckiem, nic więc dziwnego, że 

kiedyś po prostu załamał się i otworzył. Bawił się któregoś dnia na ganku z Ewką 

Migdałek i ni z tego, ni z owego powiedział nagle, że tak naprawdę nie nazywa się 

wcale Kosiński, tylko Lewinkopf. Jest Żydem z Łodzi. Weinreichowie, dziadkowie po 

kądzieli, byli właścicielami fabryki wyrobów skórzanych, matka nosiła zawsze piękne 

rękawiczki... Jest obrzezany, dlatego właśnie nie wolno mu wychodzić, bawić się z 

rówieśnikami...

Ewka Migdałek powtórzyła oczywiście wszystko rodzicom, oni natomiast 

Kosińskim, głównie w trosce o to, żeby nie opowiadał więcej „takich rzeczy”. Tak że 

jeszcze tego samego dnia profesor przyprowadził Jurka na „konfrontację”, a właściwie 

przywlókł go i przyciągnął. „Czarny Pajączek” bronił się bowiem, zapierał rękami i 

nogami. Płakał, szlochał, spazmował. Krzyczał, że niczego nie mówił - to Ewka 

nakłamała! Wszystko wymyśliła i zwala teraz na niego!

Na szczęście profesor rozwiązał zgrabnie sytuację, twierdząc, że Jurek po 

prostu się w Ewce zakochał. Jest jego pierwszą miłością, dlatego właśnie chciał jej 

zaimponować, opowiadając niestworzone historie...

Zdaniem pani Ewy Dziadek, „zemścił” się na niej po latach w Malowanym 

ptaku, nazywając Ewką dziewczynę, w której podkochuje się Chłopiec, ona natomiast 

„zdradza” go, nie tylko z bratem i ojcem, ale także z kozłem.

Choć rzeczywiście lubił imponować, przechwalać się, mądrzyć. Udawać 

dorosłego, obytego, opowiadając kawały, których zupełnie wtedy nie rozumieli i 

dopiero dziś zastanawiają się, skąd mógł je znać? Na pewno nie od rodziców, bardzo 

kulturalnych, na poziomie, troszczących się o jego edukację. Wątpliwe też, czy od 

Katarzyny. Prostej wprawdzie, ale pełnej spokoju, godności, nie pasującej zupełnie do 

świńskich kawałów.

background image

Jeden z nich pani Ewa Dziadek pamięta do dziś. Opowiadał na przykład, sam 

się przy tym zaśmiewając, jak to żołnierz umówił się z panną na randkę i pytał, co ma 

jej zafundować. Powtarzała ciągle, że lody, które oczywiście stawiał, a w końcu 

zdenerwował się i mówi: „Panno Maniu, czy ja na łyżwach będę wjeżdżał?”

Po „aferze” z Ewką jakiś czas się na Migdałków dąsał, boczył, nie przychodził 

na ich podwórko. Wisiał tylko na płocie, obserwując najbliższe otoczenie. Las, bagna, 

kolejowe tory, przejeżdżające często transporty do obozów. Zagrody najbliższych 

sąsiadów, przede wszystkim ptasznika Lecha Tracza, który stał się najprawdopodob-

niej pierwowzorem Lecha z Malowanego ptaka.

Ten z Dąbrowy miał podczas okupacji kilkanaście lat (rocznik 1929), mieszkał 

z rodzicami, rodzeństwem i już wtedy był pomylony. Przeszedł w dzieciństwie 

zapalenie opon mózgowych, na skutek którego został dużym dzieckiem, bardzo 

zresztą przez wszystkich lubianym - łagodnym, spokojnym.

Od najmłodszych lat kochał las, biegał tam każdego ranka, wracał późnym 

wieczorem. Chodził, patrzył, słuchał ptaków, które były i są jego pasją, szczególnie 

śpiewające - szczygły, kanarki. Łapał je w sidełka z włosia, ziarna, konopi, trzymał 

jakiś czas w wyplatanych własnoręcznie klatkach, uwalniał lub sprzedawał. A chętnie 

kupowano - dzieci nie miały wtedy zabawek. Właśnie głównie dla nich, choć też 

oczywiście dla siebie, malował je czasem wapnem, bo skąd podczas okupacji farba? I 

tak jak Lech z Malowanego ptaka, wypuszczał potem w górę i patrzył, jak stado 

zawzięcie je atakuje.

Lech Tracz żyje zresztą w Dąbrowie do dziś, w chacie obwieszonej klatkami 

pełnymi ptaków, naprzeciwko rozebranych już baraków, w których mieszkali 

Kosińscy. Ciągnie go jeszcze do lasu, ale chodzi tam coraz rzadziej - ma sześćdziesiąt 

parę lat, złamał niedawno poważnie obie nogi i z trudem się porusza. Od śmierci 

rodziców mieszka sam, ale obok pobudowała się siostra z rodziną, która się nim 

opiekuje.

*

Nie byli wcale Kosińscy jedynymi ukrywającymi się w Dąbrowie Żydami. Przez 

półtora roku państwo Migdałkowie trzymali u siebie żydowskie rodzeństwo - dwu-

nastoletnią Lilkę oraz sześcioletniego Jurka, którzy mieli papiery i świadectwa chrztu 

na nazwisko Małaczyńscy. Wyciągnięto ich za pieniądze z krakowskiego getta, byli 

dziećmi przyjaciółki ich ciotki Żydówki, z domu Mandelsztajn, zamężnej z jednym z 

background image

Migdałków.

Przywiozła kiedyś Lilkę i Jurka do Dąbrowy bez słowa uprzedzenia. 

Tłumaczyła, że na wsi bezpieczniej, że wojna już się kończy. Państwo Migdałkowie 

przygarnęli ich więc na jakiś czas, chcieli im pomóc, a co więcej - ciotka obiecała za to 

co miesiąc 500 złotych. Niewiele, zważywszy ryzyko, dla nich jednak sporo - prawie 

że głodowali, a z nauczycielskiej pensji pana Migdałka nie sposób było coś kupić.

A tymczasem sąsiednia Kępa, gdzie właśnie zaopatrywał się Kosiński, miała 

ziemie bardziej urodzajne, więc można było kupić ziemniaki, warzywa, mleko i masło. 

Wprawdzie bardzo drogo, ale jednak.

Wieś musiała oczywiście zauważyć Lilkę i Jurka - wychodzili przecież na 

podwórko, do kościoła, a mieli wygląd bardzo semicki, szczególnie Jurek. Udawała 

jednak, że ich nie dostrzega, tak samo zresztą jak i Kosińskich. Jedynie dzieci wołały 

czasem „Żydy, Żydki!” - nie tylko na Małaczyńskich, ale i na małych Migdałków. 

Musieli zauważyć ich też i Kosińscy - najbliżsi z sąsiadów, rzecz jasna, ale mimo to - 

Jurek nadal odwiedzał Migdałków.

Bardzo długo bowiem była Dąbrowa rzeczywiście cichą przystanią, Niemcy 

rzadko tu zaglądali. Najczęściej tylko granatowi policjanci - chłopcy z Poznańskiego, 

świetnie mówiący po polsku ,,rozstrzelani potem przez partyzantów. Z tym że niezbyt 

gorliwi, nigdy na przykład nie zajrzeli nawet na podwórze Migdałków. A Niemcy sta-

cjonujący w Zaklikowie i Rozwadowie zaglądali - rzadko, ale jednak zaglądali. Pan 

Andrzej Migdałek pamięta do dziś następujący incydent.

Któregoś dnia bawił się na podwórku z siostrą Ewą, Lilką i Jurkiem, a także z 

Jurkiem Kosińskim oraz małym Heniem, pilnowanym oczywiście przez Katarzynę. Co 

więcej - odeszła właśnie z nim pod płot na akcję „siusiu”, która trwała u nich chyba z 

pół godziny.

Nie siusiał bowiem, jak wiejskie maluchy, gdzie popadło, nie krępując się 

otoczeniem. Katarzyna schodziła z nim zawsze do sławojki albo pod płot. Odwracała, 

zasłaniała, długo rozbierała, jeszcze dłużej ubierała. Bo nawet latem chodził, a raczej 

toczył się, w trzech parach spodni. Pierwszych - grubych, zapinanych na paseczek, 

drugich -cienkich i trzecich - obcisłych, typu kalesonki. Dopiero pod nimi majteczki, 

zapinane na mnóstwo guziczków.

I nagle, gdy Katarzyna stała z nim właśnie pod płotem, wjechało na podwórko -

pan Andrzej Migdałek pamięta to do dziś - z dziesięciu Niemców na koniach, z pół-

księżycami z blachy na piersiach. Zatrzymali się i nie schodząc z koni, spytali jego ojca, 

background image

czy nie ma już w okolicy Żydów. Chorował na serce i o mało nie zasłabł, cudem chyba 

zdołał wyszeptać - znał na szczęście niemiecki - że dawno już poszli na Zaklików....

Niemcy tymczasem - trudno wręcz uwierzyć - zupełnie się dziećmi nie 

zainteresowali, nawet im się nie przyjrzeli, choć wygląd Jurka Kosińskiego i 

Małaczyńskiego nie nastręczał żadnych wątpliwości.

Na szczęście też pani Migdałkowa zachowała zimną krew. Wyszła szybko na 

próg i jakby nigdy nic - zawołała dzieci na obiad. Natychmiast oczywiście przybiegły, 

został tylko struchlały Jurek Kosiński, a pod płotem niańka z Heniem. Niemcy jednak 

zdawali się ich nie dostrzegać. Rozejrzeli się jeszcze tylko po podwórku i odjechali.

Właśnie po tym incydencie ojciec Andrzeja Migdałka prosił ciotkę, żeby zabrała 

Lilkę i Jurka. Ich obecność narażała bowiem nie tylko jego dzieci, ale też 

ukrywających się obok Kosińskich. Przyjechał zaraz wuj, zabrał jednak tylko Jurka, 

bardziej semickiego z wyglądu, obrzezanego. Odroczył natomiast wyjazd Lilki - miała 

ze strachu silne, wrzodowe bóle, nie chciał przerzucać jej w kolejne, nowe miejsce, o 

które też nie było łatwo. Została jeszcze w Dąbrowie na kilka miesięcy i w sumie 

spędziła tu półtora roku. Zabrał ją, gdy zaczęły się tu akcje, obławy na partyzantów; 

kocioł po prostu. Już po wojnie dowiedzieli się, że Lilka i Jurek przeżyli szczęśliwie 

okupację, wyjechali do Izraela, jednakże kontakt z nimi się urwał.

*

Ukrywał się też w okolicy Karol Liebeskind, syn tutejszych Żydów 

prowadzących tartak, których mieszkanie zajęli Kosińscy. Na punkt zborny w 

Zaklikowie stawili się jedynie starzy Liebeskindowie, dwudziestoletnią córkę o 

aryjskiej urodzie wywieźli do ciotki, zamężnej z Polakiem, u której ocalała. 

Dwudziestoczteroletni Karol natomiast, student prawa, o semickim wyglądzie, zaczął 

ukrywać się w okolicy, głównie w lasach.

Jego rodzice, jeszcze przed wyjściem do Zaklikowa, błagali sąsiadów oraz 

partyzantów o pomoc dla syna, oczywiście w miarę możliwości. Przygarnęli go więc 

akowcy, ale nie na długo - lekceważyli „Żydka”, który zresztą faktycznie się do 

partyzantki nie nadawał. Był typowym intelektualistą w okularkach, subtelnym, 

delikatnym. Poszedł więc do AL, czyli z deszczu pod rynnę, i trochę się tam plątał, 

choć też niezbyt długo.

Najczęściej tułał się w okolicy Dąbrowy, która lubiła Liebeskindów, 

szczególnie starego, swego pracodawcę, pomagała więc jego synowi. A najbardziej - 

background image

Krawczykowie i Jóźwiakowie, u których siedział zimą za szafą lub W piwnicy.

Nocował zwykle w leśnych ziemiankach, stogach siana. Do wsi przychodził 

jedynie o zmroku, a w umówionych miejscach, w szopach lub stodołach, zostawiano 

mu jedzenie i czyste ubrania.

Nie omijał też państwa Migdałków, którzy przeżyli przez niego kilka chwil 

grozy. Gdy był kiedyś u nich wieczorem, choć zgasili wszystkie światła, ktoś zaczął 

dobijać się głośno do drzwi, krzyczeć po niemiecku. Ukryli Karola szybko w piwnicy, 

otworzyli, ale okazało się, że to pijany niemiecki żołnierz pilnujący mostu kolejowego 

na Sanie, który lubił popić i zapuszczał się często na „bimbrowe popijochy” do wioski; 

pił podobno nawet z partyzantami. Zabłądził po pijanemu i poszedł, gdy pokazali mu 

drogę.

Innym razem Karol był u nich w dzień - nie wyschła jeszcze jego uprana i 

odwszona bielizna. A tymczasem około południa przejechała obok baraków tak zwana 

karna ekspedycja składająca się z ponad stu sań konnych, na których jechali niemieccy 

żołnierze w białych, ochronnych kombinezonach, z karabinami maszynowymi - po-

lowali na partyzantów.

Zginął 20 czerwca 1944 r., tuż przed wejściem Rosjan, gdy słychać już było 

strzały zbliżającego się frontu. Siedział właśnie w stodole u jednego z chłopów, gdy - 

zupełnie przypadkowo - zatrzymali się w sąsiedztwie Niemcy. Gospodarz ostrzegł 

Karola, który zaczął uciekać w stronę lasu. Niemcy go jednak zauważyli, postrzelili, 

ranili w udo. Nie wytrzymał po prostu nerwowo, był też podchmielony - w ostatnim 

czasie, wykończony strachem i niewygodami, tułaczką, chłodem, wszami, zaczął 

popijać bimber, którego na wsi nie brakowało.

Schwytany, nie wydał nikogo, utrzymywał, że jest angielskim skoczkiem, a 

świetnie znał język. Lekarze niemieccy podjęli się więc jego operacji, rozebrali. Gdy 

zobaczyli jednak, że jest obrzezany, uśmiercili go natychmiast zastrzykiem fenolu, tak 

że miał lepszą, szybką śmierć. Niemcy zawołali oczywiście sołtysa, całą Dąbrowę, 

która zgodnie twierdziła, że widzi tego człowieka pierwszy raz, nie ma pojęcia, co to 

za jeden i skąd się wziął. Wojna się już kończyła, Niemcy dawno nie byli tacy jak na 

początku i nie urządzili akcji odwetowej.

Pochowano go za szopą najbliższej z zagród; dopiero dobrych parę lat później 

jego siostra, która przeżyła, przeniosła jego prochy na tutejszy cmentarz w Woli 

Rzeczyckiej, postawiła pomnik. I przyjeżdża zawsze na Zaduszki, pali lampki, 

odwiedza tych, którzy najbardziej mu pomagali - utrzymuje z nimi kontakt.

background image

*

Przez krótki czas Dąbrowa była jednak stosunkowo bezpieczna i spokojna. 

Znajdowała się obok linii kolejowej, relacji Rozwadów-Lublin, którą przechodziły 

transporty wojskowe na front wschodni. Szybko więc w tutejszych lasach, szczególnie 

Janowsko-Lipskich, powstawała coraz silniejsza i liczniejsza partyzantka. Wysadzała 

wojskowe transporty, zdarzało się, że żaden z nich nie miał prawa przejechać bez 

kolizji z minami. Pan Migdałek pamięta, jak razem z Jurkiem Kosińskim wyskakiwali 

na podwórko, oglądali słupy ognia z wybuchających pociągów. Najczęściej na moście 

kolejowym na Sanie, o który toczyły się ciągłe walki.

Za pomoc partyzantom Niemcy palili i rozstrzeliwali całe wsie, chociażby 

niedalekie Lasoki, Kochany, Goliszowiec, Rzeczycę Długą, Kruszynę, Janiki. Mało kto 

zdążył uciec w las. Przeprowadzali akcje pacyfikacyjne, obławy. Wielokrotnie 

wybuchała panika, że znów się coś szykuje, i wszyscy, łącznie oczywiście z 

Kosińskimi, uciekali w las z bydłem i dobytkiem. Chowali się w piwnicach na po-

dwórku, zwanych dołami.

Partyzantka była bardzo różna, przede wszystkim jednak „czerwona”, 

„lewicowa”, tak jak okolica, która lewicowała, a nawet komunizowała przed wojną. 

„Biała”, akowska, przeważająca w okolicach Radomyśla, Rozwadowa, Żabna, była 

tutaj zdecydowanie mniej liczna i słabsza. A oprócz „białych” oraz „czerwonych” nie 

brakowało również zbirów i bandziorów, którzy w dzień spali, w nocy rabowali, 

kradli, załatwiali swoje porachunki.

I oni właśnie, nie wiadomo właściwie dlaczego, zaczęli odwiedzać nocami 

państwa Migdałków. Początkowo udawali partyzantów, prosili na przykład o mapy 

okolicy, szybko jednak przestali zachowywać pozory.

Przychodzili na noc, walili kolbami w drzwi i okna, wpadali pijani, głośno 

przeklinali. Przyszli którejś nocy, gdy pan Migdałek udał się jak zwykle „na żebry”, 

czyli po żywność, do rodziny w niedalekiej Dąbrówce Pniowskiej. Wypytywali, gdzie i 

do kogo pojechał, oskarżali, że donosił na nich do Niemców, grozili, że jeszcze mu 

pokażą! Ładowali ostentacyjnie broń, przetrząsali mieszkanie, choć nie było nic 

cennego poza zegarkiem za łańcuszku, który oczywiście zabrali.

Ewa i Andrzejek Migdałkowie odchorowywali każdą nocną „wizytę” - jąkali 

się, zrywali w nocy z krzykiem, truchleli ze strachu, gdy ktoś zapukał do drzwi.

W kwietniu 1944 r. państwo Migdałkowie - głównie właśnie ze względu na 

background image

dzieci - wyjechali z Dąbrowy do rodziny w Rabce. Pan Migdałek nie mógł jednak 

porzucić pracy, pani Migdałkowa wystarała się wobec tego w urzędzie w Kraśniku o 

zaświadczenie, że prześladują ich partyzanci. I dopiero wtedy Niemcy pozwolili im 

opuścić Dąbrowę zupełnie legalnie.

Bali się oczywiście „wizyt” kolejnych, uciekali więc w pośpiechu i nie 

pożegnali się nawet z Kosińskimi - nie było czasu.

SYNEK PROFESORA

Nie żyje już Andrzej Warchoł ani jego żona Maria, u których mieszkali 

Kosińscy. Żyją natomiast ich dzieci: w sąsiedniej Woli Rzeczyckiej - syn Edward 

Warchoł (1927), który się tam ożenił. W Dąbrowie Rzeczyckiej -na miejscu 

rozebranych już dawno baraków - córka Stefania Wołoszyn (1939) z mężem i dziećmi.

Pamięta Kosińskich przede wszystkim Edward Warchoł, Stefania Wołoszyn, 

zwana „Wołoszynką”, zna ich jedynie z opowiadań rodziców, a często o nich mówili. 

Gdy ojciec przywiózł ich jesienią 1942 r. z Radomyśla, matka-zaraz zaczęła płakać.

- Jędruś, bój się Boga, coś ty narobił? Przecież to Żydzi! Chcesz wytracić nie 

tylko swoje dzieci, ale i całą wieś? Wszystkich nas przecież puszczą z dymem! Czy 

wiesz, ile ta wojna będzie jeszcze trwała?

- Cichaj, Maryś! - uspokajał ją - każdemu życie miłe! Jest akurat wolne 

mieszkanie, niech siedzą! I oni mają dzieci! Czy mogłem też odmówić księdzu 

Okoniowi? Jeszcze go w rękę pocałowałem na pożegnanie!

Ale choć Stefcia miała dopiero trzy latka, Edzio zaś tylko czternaście, jakoś 

jednak przekonał żonę. Była po prostu wszystkim życzliwa, uczynna i serdeczna, a 

przede wszystkim głęboko religijna. Ksiądz Okoń wybrał dla Kosińskich miejsce 

naprawdę idealne - inna kobieta nie zgodziłaby się może przyjąć ich pod swój dach 

albo doszłoby szybko do konfliktów, z „Warchołką” natomiast było to niemożliwe - 

zawsze wszystko łagodziła, wszystkich uspokajała.

Trzy mieszkania w baraku miały wejścia od drogi, polnej wprawdzie, ale jednak 

drogi. Trzy - bardziej tym samym ukryte - od podwórka i o nie właśnie bardzo prosili, 

cieszyli się, gdy je dostali.

- Czy my się wam kiedykolwiek odwdzięczymy, pani Mario? - pytała ciągle 

Warchołową Kosińska.

- Abyśmy wszyscy przeżyli, to najważniejsze - odpowiadała.

Nie wiadomo, czy poszłaby z dymem cała wieś, ale baraki na pewno, bo nie 

background image

„zdały” sąsiada! Mimo to żaden z lokatorów nie przyszedł nigdy do Warchoła z 

awanturą: za co w końcu bierze komorne? Ściąga nieszczęście nie tylko na siebie!

- Trudno - mówili - wleźli, niech siedzą, wola boska!

A Wiesia Bączkowska spod trójki miała przecież dzieci jeszcze mniejsze od 

Kosińskich. Co więcej, mąż przywiózł ich tu z Warszawy, bo na wsi bezpieczniej! 

Choć jednak za ścianą siedzieli Żydzi, czy powiedział Warchołowi choć słowo?

*

Początkowo wszystko się układało. Byli mili, uprzejmi, płacili regularnie, 

zawsze też nowiutkimi banknotami. Zastanawiano się więc, skąd je biorą? Na pewno 

mieli zasoby - złoto? dolary? - nie przeżyliby inaczej okupacji. Tutaj jednak mogli coś 

sprzedać najwyżej za garnek masła czy worek kartom, bo nikt nie miał pieniędzy. A 

prawie się z Dąbrowy nie ruszali, najwyżej do tak samo niemal biednej Kępy czy Woli. 

Później wprawdzie profesor rozpoczął pracę w punkcie skupu, ale i tam przyjeżdżali 

wyłącznie miejscowi, którzy na pewno nie cierpieli na nadmiar gotówki. Tak samo jak 

i partyzanci, z którymi się potem kontaktował. Musieli mieć kogoś z zewnątrz.

Żydzi słynęli z solidarności, nie dziwiło więc, że przygarnęli Henia, choć 

szeptano też, iż właśnie za niego „dostawali pieniądz”. Nie ukrywała tego czasem w 

złości Katarzyna, która darła koty z Kosińską za jej chłód wobec Henia. Choć 

mieszkali pod jednym dachem, wyczuwało się, iż nie są rodziną, czego zresztą 

Kosińscy nie trzymali w tajemnicy, mimo że Henio, a szczególnie Katarzyna poprawiali 

ich „niedobry” wygląd. Katarzyna śmiało kręciła się po obejściu, wychodziła na wieś - 

miała urodę typowo polską; Henio natomiast - rysy wprawdzie semickie, ale blond 

włosy, jasną cerę, pulchną twarz i sylwetkę.

Musieli mieć pieniądze, kupowali żywność, i to niemało, było ich przecież 

pięcioro - troje dorosłych, dwoje dzieci. Kosińska od razu też spytała „Warchołkę”, 

czy nie chciałaby - naturalnie za dodatkową opłatą - sprzątać jej mieszkania, bo sama 

nie potrafi. Warchołowa odmówiła - miała gospodarkę, małe dziecko i kto to widział, 

żeby gospodyni sprzątała lokatorce, która się u niej ukrywa?

Namówiła za to sąsiadki, „Traczkę” oraz „Stelmaczkę”; chętnie się zgodziły - 

liczył się każdy grosz. Kosińska szybko zresztą wzięła na stałe Labinę z Dąbrowy; 

kobieta miała małe dzieci, mieszkała na komornym i chciała zarobić.

Stefania Labina (1910) żyje zresztą w Dąbrowie do dziś i pamięta, że chodziła 

do „Rusińskich” dzień w dzień. Robiła wszystko - szorowała podłogi, gotowała, mełła 

background image

w młynku zboże, piekła chleb, szykowała przyjęcie na komunię Jurka, prała, a z 

praniem było wtedy dużo roboty - nanosić wody ze studni, nagrzać, trzeć na tarze, 

rozwieszać, prasować żelazkiem „na duszę”.

Pani „Rusińska” natomiast - jak prawdziwa pani -kręciła się tylko „przy 

dzieckach”. Albo też - układała włosy, czerniła brwi, rysowała na kartkach sukienki 

(zawsze ze stójeczką zakrywającą chorą na tarczycę szyję), które szyła jej potem 

Stanisława Bogucka z Rzeczycy Okrągłej. Obszywała też „Rusińskiego” oraz Jurka i 

Henia, którzy ze wszystkiego wyrastali, a nic przecież nie można było kupić.

*

Ferdynand Stępak (1930) z Kępy pamięta dobrze „starego” Kosińskiego, który 

przychodził często do jego ojca, nieżyjącego już Józefa Stępaka, sołtysa Dąbrowy i 

Kępy za Niemców. Pomagał ojcu w jego obowiązkach - prowadzeniu rachunków, 

obliczaniu kontyngentów, podatków. Pisał po niemiecku pisma i podania, radził w naj-

różniejszych urzędowych sprawach.

W zamian za to Stępaczka ładowała mu zawsze pełną torbę „życia” - masła, 

sera, śmietany. Stępak natomiast, zadowolony z pomocy, dorzucał jeszcze coś od 

siebie, w tajemnicy przed żoną, która, jak to kobieta, drżała zawsze, żeby starczyło dla 

jej własnej czwórki.

Bardzo często kupował też „życie” u sąsiadów z Kępy i chyba wszyscy 

oddawali mu taniej, opuszczali. Tylko w sklepiku w Dąbrowie, gdzie sprzedawano 

kartkowy chleb i marmoladę z buraków, kupował po cenie państwowej, podobnie jak 

drzewo z lasu. Od chłopów, wyłącznie „po uważaniu”, bo to przecież PROFESOR, 

„uczony”, „wysoko kształcony”, prawie car i Boh!

- Chłop był biedny, ciemny, bez szkół. Analfabet -mówi Stępak. - Czuł się więc 

wobec profesora w uniżeniu, tak samo zresztą jak wobec lekarza czy księdza.

Mimo że był „Żydkiem”, których zawsze się tu co prawda dobrze traktowało, 

ale jednak trochę pogardliwie, z wyższością.

Byli dumni, że przechowują właśnie takiego Żyda! Nie pachciarza, nie 

sklepikarza, ale PROFESORA, który „szwargotał” we wszystkich chyba językach!

Oczywiście, że się bali, żyli - jak wspomina Stępak -”z drżąniem”, „pod 

strachem” - wiedzieli, czym ryzykują. Nikomu nie przyszło jednak do głowy, żeby ich 

„zdać”. Nie było tutaj - podkreślają - „fetniaków”, czyli cwaniaków, ani też judaszów, 

szubrawców, psów - zdrajców po prostu. Tak jak na przykład w Rozwadowie, gdzie 

background image

jeden z nich pędzonym na Zaklików Żydom obiecywał przewóz łódką przez San, a 

potem - ucieczkę do Wiednia! Kilku z nich, oszalałych ze strachu, uwierzyło, zapłaciło 

i wszystkich potopił!

*

Chyba tylko nieżyjący już Adam Szkutnik z Woli pozwolił sobie kiedyś na, 

niegroźną wprawdzie, kpinę z jego żydostwa. Było już po Stalingradzie, gdy Niemcy 

zaczęli przegrywać, dlatego też, tutaj przynajmniej, patrzyli na wiele spraw przez 

palce. Chłopi zaczęli wobec tego, „po cichu” oczywiście, bić świnie, choć nadał 

groziło to karą śmierci; zdejmowali kolczyki z większych sztuk, zakładali młodym, 

wyhodowanym w stogach, leśnych kryjówkach.

„Świeżynkę”, kiełbasę-palcówkę sprzedawali również „po cichu”, jakkolwiek 

w miarę gdy zbliżał się koniec okupacji, coraz odważniej. U Szkutnika chociażby - jak 

wspomina jego syn, Jan - kupowali nawet stacjonujący tutaj Niemcy, i to nie tylko dla 

siebie, ale też przed odwiedzinami u rodzin w Rzeszy, które miały już kartki, 

głodowały. Brali i pół cielaka, schaby, kiełbasy.

Jednym z lepszych klientów był również profesor Kosiński - miał „pieniądz” i 

złoto: obrączki, pierścionki, złote monety, którymi się za mięso płaciło. Kupował dużo 

i często, na ogół kiełbasy, cielęcinę oraz wołowinę, wieprzowinę bardzo rzadko, choć 

podkreślał, że od dawna je absolutnie wszystko! Ale bierze głównie dla żony oraz 

dzieci, a wolą chude mięso.

I kiedyś właśnie, gdy była tylko wieprzowina, kaprysił, wybierał, nie podobał 

mu się odłożony dla niego kawałek. Szkutnik tymczasem chciał jak najszybciej 

skończyć transakcję - miesiąc wcześniej sąsiadka z Woli zabiła na stypę świnię, ale 

ktoś „zdał”, poszła na Majdanek. Zdenerwował się więc i choć byli w izbie inni kupcy, 

krzyknął:

- Kupuj pan wreszcie, to przecież nie „tryfne”. Wojna jeszcze trwa, a pan 

wybredzasz, koszerne chcesz jeść?

Wszyscy się zaśmiali. Kosiński zmieszał się, nic jednak nie powiedział, wziął 

odłożony dla niego kawałek, pożegnał się, wyszedł.

*

Pan Stefan Kochan (1922), emerytowany już dziś urzędnik z Tarnobrzega, 

pochodzi z Rzeczycy Okrągłej i podczas okupacji pracował z profesorem Kosińskim w 

punkcie skupu w Dąbrowie. Był też kilka razy u niego w domu, to znaczy w baraku, 

background image

zaproszony na szachy, które profesor ubóstwiał, ale nie miał z kim grać. Pan Kochan 

należał do nielicznych, którzy potrafili, miał w okolicy opinię „uczonego” - skończył 

trzy klasy gimnazjum! Nie dziwił go więc autorytet, jakim cieszył się profesor - 

wykształcony, inteligentny, zorientowany w polityce - miał mapy, długi kijek, którym 

pokazywał ruchy wojsk niemieckich i alianckich, przewidywał rozwój wojennej 

sytuacji.

A z wizyt u niego pamięta porozwieszane na ścianach, może nawet zbyt liczne, 

święte obrazy. Pan Jezus, Matka Boska, Święta Rodzina z Dzieciątkiem. Bardzo za-

kurzone, z pajęczynami, że niby wiszą od dawna. Oprócz nich - wszystko czyściutkie, 

wszędzie posprzątane, poukładane...

Choć najlepiej oczywiście pamięta przyjęcie z okazji pierwszej komunii Jurka, 

które odbyło się w maju 1943 r. Profesor zaprosił go, pan Kochan miał bowiem - jako 

jedyny chyba w okolicy - aparat fotograficzny. „Kodaka” na harmonijkę kupionego za 

pieniądze zarobione na tzw. junackich robotach budowlanych dla Niemców, na które 

go powołano. Kosiński prosił o zdjęcia Jurka i pan Kochan zrobił mu nawet całą kliszę,

ponieważ jednak uczył się dopiero fotografować, nie najlepiej wyszły. Mimo to oddał 

je profesorowi, ale kliszę, niestety, zniszczył.

Fotografował podczas przyjęcia po komunii, które -trzeba przyznać - zrobiło 

na nim wrażenie, pamięta je do dziś. Właściwie dopiero od niedawna stało się 

zwyczajem powszechnym, wtedy jednak - w Dąbrowie przynajmniej - nikt o czymś 

takim nie słyszał. Urządzała je Kosińska, i to nie tylko dla Jurka, ale dla wszystkich 

dzieci przystępujących z nim do komunii!

Na dziedzińcu naokoło kościoła ustawiła dla nich ławy, podawała świeże 

racuszki, a przede wszystkim -kubki gorącego, pachnącego KAKAO z pianką! Była 

okupacja, bieda, prawie że głód, zdarzył się przypadek śmierci głodowej, którą zmarła 

starsza, samotna kobieta. Nie brakowało wyrobników bez kawałka własnego pola, 

wynajmujących się u bogatszych do roboty.

Pan Edward Madurski, który też przystępował wtedy do komunii, pamięta na 

przykład, że zaraz po uroczystości poleciał do gospodarza, u którego był na służbie, 

oczywiście także i w niedzielę.

Trudno więc po prostu sobie wyobrazić, jakim wydarzeniem było KAKAO, 

które - wstyd przyznać - zaćmiło zupełnie samą komunię, stało się sensacją dnia! Ani 

dzieci, ani dorośli nigdy dotychczas nie próbowali tak egzotycznego napoju! Dorośli 

zresztą nie spróbowali i wtedy - było tylko dla dzieci.

background image

Przyglądano się też profesorowej, która właściwie po raz pierwszy pojawiła się 

publicznie. Prawie nie wychodziła dotychczas z obejścia, najwyżej w niedzielę do ko-

ścioła, ale stała w kącie, wracała szybko do domu. Szczególnie kobiety ciekawe były 

pani, która nawet „na przechowaniu” nie potrafiła obejść się bez sprzątaczek, szwa-

czek, nianiek i służących. Komentowały przede wszystkim jej szokujący tutaj wygląd. 

Bardzo widoczny makijaż - wygolone, pomalowane ołówkiem brwi, umalowane usta, 

czerwony lakier na paznokciach. Elegancki, krótki kostium.

Oczywiście długo jeszcze potem mówiono nie tyle o samej komunii, co o 

przyjęciu. Zastanawiano się przede wszystkim, skąd zdobyli Kosińscy takie luksusy, 

jak kakao i lakier do paznokci? Czyżby jeszcze z przedwojennych zapasów? A jeżeli 

nie, kto i skąd im to dostarczał?

*

Pan Jan Pamuła (1926), emerytowany już inżynier ze Stalowej Woli, rodem z 

Rzeczycy Okrągłej, uchodził w okolicy za chłopca z lepszej rodziny. Jego ojciec, Syl-

wester Pamuła, pracował na kolei, czyli na państwowej posadzie, zarabiał miesięcznie 

200 złotych i mógł pozwolić sobie na luksus kształcenia syna.

Już przed wojną Janek Pamuła skończył sześć klas szkoły powszechnej, a 

ponieważ miał się uczyć dalej, przez cały rok 1943 i 1944 chodził dwa razy w tygodniu 

na lekcje do profesora Kosińskiego. Przerobił z nim pierwszą i drugą klasę gimnazjum, 

tak że po wojnie poszedł od razu do klasy trzeciej gimnazjum w Rozwadowie i nie 

miał problemów, uczył się bardzo dobrze, został później pierwszym w okolicy, który 

zrobił maturę, wyższe studia.

Przyprowadziła go do Kosińskich ciotka Stanisława Bogucka, która im szyła; 

profesor uczył już jej syna Ryśka. Lekcje wiązały się oczywiście z ryzykiem, tak że 

udzielał ich tylko dzieciom osób zaufanych, poleconych.

Zapłatę brał w naturze - ziemniaki, jajka, masło. Uczył wszystkich 

przedmiotów, a kiedyś nawet udzielił mu dodatkowo, nie przewidzianej raczej w 

programie, lekcji anatomii, tłumacząc, jak się „robi dzieci”, choć był to wtedy temat 

tabu. Uczył świetnie - pan Pamuła dobrze go wspomina. Dużo wiedział, potrafił to 

sprzedać, czasem tylko się denerwował, zgrzytał zębami, krzyczał: „Przecież już to 

mówiłem!”

Wtrącała się wtedy profesorowa, którą nazywał „Kosią”, bawiąc się jakby ich 

nazwiskiem. Uspokajała, tłumaczyła, łagodziła, najwyraźniej w tym domu rządziła, 

background image

trzymała dyscyplinę. W ogóle się zresztą wtrącała - ukończyła gimnazjum, miała 

maturę, grała na pianinie, o czym często wspominała. Była oczytana, inteligentna, 

elokwentna, mówiła piękną polszczyzną, bez śladu akcentu, tak jak jej mąż i syn.

Pamięta oczywiście Jurka Kosińskiego - skupionego, poważnego, dojrzałego 

na swój wiek. O wielkich, smolistych, smutnych oczach, rzeczywiście „urocznych”. In-

teligentnego, oczytanego - pracował z nim nie tylko ojciec, ale i matka. Podczas 

którejś lekcji opowiadała na przykład, że przerabiała z nim właśnie - choć miał tylko 

dziesięć lat - zwroty potrzebne w dyskusji, między innymi „temu nie przeczę”, „tego 

nie neguję”, „idę na kompromis”.

Pamięta też zdarzenie, nieźle chyba świadczące o autorytecie, jakim cieszył się 

tu profesor. Podczas jednej z lekcji przybiegł chłop z Dąbrowy - zachorowało ciężko 

jego dziecko, a nie miał pieniędzy na lekarza.

Doktor z Radomyśla, u którego (w rzadkich oczywiście przypadkach) leczyła 

się Dąbrowa, był pochodzenia żydowskiego - o czym wszyscy wiedzieli - jednakże za-

symilowany, żonaty z Polką. Chłop przybiegł pewnie do profesora jako do 

„najmądrzejszego we wsi”, choć być może sądził też, że Żydzi, jak to Żydzi, pewnie 

się znają, co nie było zresztą nieprawdopodobne - Kosińscy przyjechali przecież z 

Radomyśla, od księdza Okonia.

I miał rację, bo faktycznie się znali. Kosińska napisała natychmiast do doktora 

list, polecający mu dziecko sąsiadów. Chłop szybko go złapał, podziękował, załatwił 

furmankę do Radomyśla i wszystko dobrze się skończyło.

*

Zmarła niedawno pani Wiesława Bączkowska, sąsiadka Kosińskich z baraku, 

ale żyje jej syn, Zbigniew (1940), nauczyciel wychowania fizycznego, trener. Był 

wprawdzie podczas okupacji dzieckiem, mimo to sporo pamięta, głównie oczywiście z 

przekazów matki.

Mieszkali przed wojną w Warszawie, ojciec - Zbigniew Feliks Bączkowski - w 

trosce o bezpieczeństwo żony i dzieci wiosną 1943 r. przywiózł ich w rodzinne strony 

matki, do Dąbrowy Rzeczyckiej, ulokował w baraku Warchołów.

Był kapitanem AK (pseudonim „Zbyszek”), zaangażowanym bardzo w 

konspirację - Kedyw, instruktaż dywersji, minerki. Zginął w Powstaniu Warszawskim, 

wspomina o nim Tomasz Strzembosz w Oddziałach Szturmowych konspiracyjnej 

Warszawy 1939-1944.

background image

Matka studiowała rolnictwo, była inteligentna, oczytana, przyjechała z 

Warszawy, łączyły ją jednak z Kosińskimi, też przecież inteligentami, stosunki 

poprawne, ale nie serdeczne. Jakkolwiek byli Żydami, ukrywali się i rozumiała ich 

sytuację, mimo to - choć trudno może uwierzyć - czasem im zazdrościła!

Jej mąż bowiem, zagrzebany po uszy w konspiracji, odwiedzał ją rzadko - 

podróż była ryzykiem. Nieustannie o niego drżała i sama musiała zmagać się z życiem - 

wy-karmić, ubrać i wychować dwóch małych synów; młodszy urodził się już w 

Dąbrowie, w 1943.

Wydzierżawiła nawet kawałek ziemi, uprawiała ją ze Stasia Rybakówną, 

dziewczyną z sąsiedztwa, która, oczywiście za parę złotych, pomagała jej przede 

wszystkim przy dzieciach. Ale mimo tej pomocy Wiesława Bączkowska schudła tak, 

że ważyła z trzydzieści kilogramów, była nieustannie zmęczona.

Posprzedawała na ziemniaki i mleko wszystkie swoje sukienki, biżuterię, złote 

oraz srebrne ruble przywiezione jeszcze przez rodzinę męża z zesłania na Syberii. 

Narzekała na tutejszych chłopów, którzy - nie patrząc zupełnie na jej sytuację - 

zdzierali z niej bez serca, żądając za garnek masła czy kawałek mięsa złotego 

pierścionka lub obrączki.

Zazdrościła Kosińskiej zaradnego, opiekuńczego i dobrego męża, dzięki 

któremu ta nie musiała się martwić, co da jutro dzieciom jeść, targować się z chłopami, 

tyrać w polu. Wszystko było na jego głowie. I choć chłopi z nich również na pewno 

zdzierali, Kosińskim niczego nie brakowało!

Zazdrościła też ładnych mebli, sama miała byle jakie, sklecone przez 

miejscowego stolarza. A przede wszystkim - dość sporej, bogatej biblioteki; jej 

warszawskie mieszkanie spłonęło doszczętnie.

Początkowo prosiła kilkakrotnie Kosińskiego o sąsiedzką pomoc, ale szybko z 

tego zrezygnowała. Kosińska, zazdrosna może o ładną, młodą, samotną w gruncie 

rzeczy sąsiadkę, nigdy na to nie pozwalała. A to mąż nie ma czasu, to nie wybiera się 

wcale do Kępy czy Woli, nie może się narażać itd. Choć wychodził przecież codzien-

nie - na pewno się bowiem nie afiszowali, ale żyli niemal jak wszyscy, normalnym 

okupacyjnym życiem. A trafili na miejsce wyjątkowo bezpieczne - w sumie jednak 

Niemcy rzadko tu zaglądali, mieli posterunek tylko na stacji oraz moście na Sanie i 

polowali głównie na partyzantów.

Mimo to któregoś dnia Kosińska wpadła do Bączkowskich zapłakana, 

roztrzęsiona, z pretensjami. - My się przecież ukrywamy! - szlochała. - Pani 

background image

tymczasem mówi swoim dzieciom, że jesteśmy Żydami! Powiedzą komu nie trzeba i 

nieszczęście gotowe!

- A matka rzeczywiście - wspomina Zbigniew Bączkowski - rozmawiała o nich 

ze Stasia, z ojcem, gdy przyjeżdżał, a w małym mieszkaniu trudno o tajemnice. Posze-

dłem więc kiedyś do nich po książki i ni z tego, ni z owego powiedziałem nagle: - A ja 

wiem, że jesteście Żydami!

Matka uspokajała oczywiście Kosińską jak mogła, łagodziła sytuację. Z ich 

strony nic im nie grozi, może być pewna. A Dąbrowa i tak przecież wie, ale jej 

mieszkańców też się nie powinna obawiać. Dobrze tych ludzi zna i wie, że są może 

chciwi i gdy mogą zedrzeć - zedrą, ale to wszystko. Nie przyjdzie im do głowy, że 

mogą na przykład szantażować, denuncjować. Może spać spokojnie i dziękować 

losowi, że właśnie tu ją rzucił!

- W chwilach załamania, zmęczenia - wspomina Zbigniew Bączkowski - miała 

zawsze żal do ojca. Zostawił ją przecież samą z małymi dziećmi, narażał się, podczas 

gdy inni, chociażby Kosiński, wygodnie sobie żyli, ani myśleli się angażować, choć byli 

przecież w sile wieku!

Ojciec bowiem, do którego zadań należało między innymi zakładanie komórek 

AK, zaproponował to także profesorowi - poznał go podczas przyjazdów do 

Dąbrowy, rozmawiał z nim o polityce, wojennej sytuacji. Początkowo obiecywał, że 

tak, potem się jednak wykręcił - nic się nie dało zrobić! Bączkowski nie miał do niego 

pretensji, spotykał się już z odmową, nie wszyscy przecież chcieli pracować w 

konspiracji.

Matka jednak miała do nich cichy żal, szczególnie po śmierci ojca w Powstaniu.

Tym bardziej że gdy walczył i ginął, gdy jeździła szukać jego grobu, witali z kwiatami 

czerwonoarmistów. Urządzali dla nich uroczyste kolacje - odgłosy zabawy słychać 

było na cały barak.

Czyż mogła więc utrzymywać z nimi kontakty? Przestała nawet chodzić do 

nich po książki, których było jej brak, wysyłała więc syna, dlatego właśnie zapamiętał 

ich bibliotekę. I tylko czasem rozmawiała z Heniem - bardzo go lubiła, bo taki 

„gorszy”, mniej kochany, widać, że nie swój.

*

Jan Szkutnik z Woli, rówieśnik Jurka Kosińskiego, pamięta, że nie tylko on, ale 

wszyscy tutejsi chłopcy, chociażby Mietek Tracz, Maniek Krawczyk, Władek Papka, 

background image

interesowali się bardzo synkiem profesora. Ale nie mieli z nim żadnej „styczności”, nie 

wychodził prawie z zagrody, rodzice mu nie pozwalali.

Obserwowali go tylko z daleka, gdy wisiał na płocie, bawił się na podwórku 

piłką albo z Miśkiem, psem Warchołów - wesołym, „łaskawym”, za którym wszyscy 

przepadali.

Jurek przypominał czarne ptaszysko, czarnego ptasiora. Suchy, marny, z 

długim, ptasim nosem, ptasią twarzą. Czarnymi, gorejącymi oczami. Czarnymi, 

kędzierzawymi, krótko strzyżonymi włosami.

Zawsze pięknie „przystrojony”, obuty a to w sandałki, to pantofelki, latem - w 

śmiesznych krótkich spodniach; oni natomiast, nawet w największy upał, paradowali 

wyłącznie w długich spodniach, na bosaka lub w drewnianych człapakach.

Byli jednak przede wszystkim ciekawi, jak wygląda jego obrzezany ptak, który 

- jak słyszeli - mieli wszyscy Żydzi. Nie wiedzieli zupełnie, na czym to polega, jak 

wygląda. I mieli wielką ochotę, żeby sprawdzić, bo taka okazja!

Zaczajali się więc za płotem, nigdy jednak nie siusiał jak oni, to znaczy gdzie 

popadło, zupełnie się nie krępując. Biegał zawsze do sławojki, wymyślili więc sposób!

Gdy tylko tam wchodził, ciskali w drzwi płonącymi „wiuczkami” - puszkami po 

konserwach wypełnionymi karbidem. Liczyli oczywiście, że przerażony hukiem i 

ogniem wybiegnie ze spuszczonymi gaciami, spodniami! Ale choć kilkakrotnie go w 

ten sposób wykurzyli, zawsze je zdążył podciągnąć, chwycić w garść i niczego nie zo-

baczyli!

Zauważyli jednak, że wymyka się czasem ukradkiem z obejścia, biegnie na 

„ługi”, czyli na pastwiska, z których widział lepiej tory, przejeżdżające pociągi, 

największą tutejszą atrakcję. I tu właśnie kiedyś go „capli”, przewrócili na ziemię, 

zaczęli ściągać spodnie. Bronił się, szamotał, krzyczał, ale mało brakowało, a 

zobaczyliby wreszcie obrzezanego ptaka!

Ale jak na złość przechodził akurat sąsiad, Stanisław Rybak. Gdyby szarpali się 

i bili wyłącznie tutejsi chłopcy, nie zwróciłby na nich uwagi. Zobaczył jednak „synka 

profesora”, posłyszał jego krzyki, złapał więc kij, porozganiał ich, postraszył! Mało 

tego, poleciał do Kosińskich na skargę, bo Jurek przecież ich nie znał, nie wiedział, 

gdzie mieszkają; dzięki Rybakowi jeszcze tego samego dnia chodził z ojcem po 

okolicy i „wskazywał” tych, którzy go dopadli. Jan Szkutnik dobrze ich wizytę 

pamięta.

- Szkutnik! - wołał profesor od progu (mówił chłopom po nazwisku, oni zaś 

background image

zwracali się do niego „panie profesorze”!). - Twój syn krzywdzi mojego!

Ojciec sprawił mu więc takie lanie, że omijał już „synka profesora” z daleka, 

tak samo jak i jego koledzy, którzy również nieźle dostali.

Ale mimo to bardzo mu współczuli.

Miał wprawdzie uczonego ojca, matkę z pomalowanymi paznokciami, służącą. 

Przyjęcie z okazji pierwszej komunii. Lekcje angielskiego. Piłkę, książki, podobno na-

wet globus! Siedział sobie na ganeczku, jadł kiełbaskę i cielęcinkę, pił kakao.

Niby więc synek profesora, choć tak naprawdę -biedna, mama chłopaczyna!

Nie mogła przecież wychodzić z zagrody, kąpać się w rzece, chodzić za 

krowami i do lasu, rzucać płonącymi „wiuczkami”, piec przy ognisku ziemniaków.

Wisiała tylko na płocie, pilnowała tego swego ptaka, którego nikt nie mógł 

zobaczyć.

Tak że gdy gruchnęło po latach, iż napisała, zdaje się, Malowanego ptaka, 

myślano początkowo, że to może o „tym”? Tyle było przecież z tego powodu bójek, 

akcji, szarpaniny!

Ale nie - chodziło o wrony Lecha Tracza.

PROFESOR KUSIŃSKI

Stanisław Miętus z Woli (1907) pamięta dobrze profesora „Rusińskiego” - robił

z nim za Niemca w punkcie skupu w Dąbrowie, gdzie chłopi z okolicy zwozili nało-

żone na nich kontyngenty zboża, ziemniaków. Magazynier z pomocnikami, między 

innymi Miętusem, ważyli, sortowali, ładowali, a profesor „Kusiński” spisywał, 

wydawał kwity, siedział w biurze, jak to pan.

Żyd, że olaboga, tak samo jak jego żona, „dziecka”, wszyscy więc oczywiście 

wiedzieli, udawali jednak, że nie wiedzą, nie widzą. Nie „zdali” Niemcom - to 

wprawdzie Izraele, ale też ludzie, prawda? Zagryzłoby zresztą sumienie, bo jak potem 

żyć?

Choć wiedzieli, rzecz jasna, czym ryzykują. Niemcy się przecież nie 

patyczkowali, puszczali zaraz z dymem całą wioskę. Spalili Goliszowiec, Kruszynę, 

Janiki, Świdry, Rzeczycę Długą. Głównie wprawdzie za partyzantów, ale mogliby i za 

Żydów!

Mieli więc do niego żal, bo był za odważny. Łaził po okolicy w biały dzień, w 

niedzielę z rodziną do kościoła w Woli, gdzie też przychodzili Niemcy, uczestniczyli w 

nabożeństwach, przystępowali do komunii. I jakby tego było mało, zaczął pracę w 

background image

punkcie skupu, gdzie również wpadali!

Tym bardziej że „bieda na pewno go nie przygnietła”, a płacili grosze. Drugą 

pensję wynosiło się w kieszeniach, nogawkach, gaciach wyładowanych żytem, psze-

nicą, ziemniakami. „Kusiński” był jednak na to za bardzo na widoku, a do tego w 

biurze, przy papierach.

Zachodzono więc w głowę, po co tam poszedł? Kusił los? Ściągał nieszczęście 

na siebie, Warchołów, całą wieś?

*

Emerytowany już dziś inżynier Adam Latawiec (1922) z Gdańska, rodem z 

Woli Rzeczyckiej, oraz Stefan Kochan z Rzeczycy Okrągłej również pracowali z 

profesorem w punkcie skupu w Dąbrowie, z tym że w biurze. Wypisywali chłopom 

pokwitowania uprawniające do kupna kontyngentowej wódki, tłuszczów, niektórych 

towarów przemysłowych. Sporządzali zestawienia zbiorcze, w których celował 

profesor - w mgnieniu oka podliczał bezbłędnie długie kolumny cyfr.

Namówił go na pracę tutaj kierownik skupu, niejaki Treczko, zwany 

„Theczką”, bo grasejował. Podobno makler giełdowy z Gdyni, który nie wiadomo 

właściwie dlaczego i jak się tu znalazł, nie pasował do zapadłej wsi. Przystojny, 

elegancki - w bryczesach, pod krawatem. Inteligentny, niegłupi, lubił rozmawiać z 

profesorem o polityce.

Panowie Kochan i Latawiec, młodzi wtedy wiejscy chłopcy, zaczepili się w 

skupie wyłącznie dla „papierów”, stempelka zatrudnienia, chroniącego przed wywózką 

na roboty do Niemiec. Zarabiali bowiem grosze, a pracowali ciężko. Gdy było akurat 

wyjątkowo dużo dostaw, pracowali do rana i przy łopacie, bo nic się nie mogło zmar-

nować. Wołano nawet czasem do pomocy partyzantów z lasu, którzy przychodzili 

nocą, ładowali, wozili i brali swoją dolę - też musieli jeść.

Dziwili się profesorowi, któremu - ze względu na wiek - nie groziły już raczej 

roboty w Niemczech, a mimo to zdecydował się tu pracować z własnej nieprzymuszo-

nej woli. Zarabiał niewiele, a ryzykował - ich zdaniem - ogromnie. Wszyscy przecież 

wiedzieli, że był Żydem, ukrywał się. Miał też nie najlepszy wygląd, nie taki oczy-

wiście, jak jego żona i syn, ale jednak. I choć starał się nie wyróżniać, ubierać byle jak, 

wyglądał na nietutejszego, na inteligenta, który prowokował wręcz pytanie - co tutaj 

robi?

A tymczasem do punktu skupu wpadali często żandarmi z pobliskiego 

background image

Zaklikowa, z dalszego trochę Rozwadowa. Rozmawiali niby głównie z Treczką, ale 

kręcili się wszędzie - w biurze, na podwórku.

Kiedy na przykład spłonął jeden z magazynów, przyjechało ich chyba z 

dziewięciu, spisywali protokół. Rozmawiali z Treczką, któryś z nich zagadnął jednak o 

coś Kosińskiego, ten natomiast odpowiedział tak piękną i płynną niemczyzną, że 

żandarm stanął jak wryty - skąd tak dobrze zna język? Kim jest? Co tutaj robi? 

Kosiński zbladł, nogi się pod nim ugięły, ale coś odpowiedział i jakoś się, widać, 

wykręcił, bo Niemiec przestał się nim interesować, odjechał z kolegami.

Innym znów razem miała miejsce scena, którą pan Kochan pamięta do dziś. 

Siedział kiedyś w biurze razem z Adamem Latawcem i profesorem Kosińskim, gdy 

wszedł nagle jeden z żandarmów z Zaklikowa. Chodzili zwykle w dwójkę, bali się 

partyzantów, których było tu coraz więcej. Ale tym razem jeden z nich przyszedł sam, 

tylko z psem - wilczurem. Nie spytał nawet o Treczkę, nie spojrzał na Kochana ani na 

Latawca, podszedł do profesora. Zapytał go o coś ostro po niemiecku, ale o co, pan 

Kochan nie wie - nie znał języka. Kosiński zbladł, zaniemówił, nic nie odpowiedział, 

spuścił tylko głowę i pochylał ją coraz niżej, tak że leżała prawie na biurku. Niemiec 

natomiast trzymał cały czas rękę na kaburze pistoletu. Pan Kochan, zdrętwiały ze 

strachu, był przekonany, że za chwilę rozlegnie się strzał, ale żandarm postał jeszcze 

jakiś czas, a potem nagle wyszedł. Kosiński odczekał trochę, ale po chwili, choć do 

końca pracy brakowało kilku godzin, wybiegł bez słowa. Sądzili, ze nigdy już nie 

wróci, następnego dnia przyszedł jednak jakby nigdy nic i nie wspominał nawet o 

„incydencie”. Pracował do lata 1944, czyli do frontu, do „bezhołowia”.

Zastanawiano się oczywiście nieraz, dlaczego żandarm nie strzelił? 

Najprawdopodobniej się bał - był sam. Dlaczego jednak później się Kosińskim nie 

interesował? I czego właściwie od niego chciał?

*

W ogóle zresztą miał do Niemców nieprawdopodobne wręcz szczęście. 

Uchodził cało z sytuacji, wydawałoby się, beznadziejnych.

Mało brakowało, a zginąłby kiedyś w Kępie. Szedł właśnie drogą ze Stępakiem 

i Warchołem, ale nagle przejechała obok bryczka - powoził któryś z tutejszych chło-

pów, a wiózł samego Fulnera, szefa zaklikowskiej żandarmerii! Tego samego, który 

kazał wystrzelać - i to na weselu - jaśnie panów Horodyńskich, właścicieli pięknego, 

bogatego Zbydniowa, za co zlikwidowało go później podziemie.

background image

Zeskoczył szybko z bryczki, podszedł do nich.

- Co robicie? Dokąd idziecie? - pytał.

- Kupiłem właśnie owies i wracam do domu - tłumaczył zgodnie z prawdą 

Warchoł, który mówił trochę po niemiecku.

- A ty? - zwrócił się nagle do Kosińskiego, przyglądając mu się podejrzliwie. - 

Ty Jude! Jude!

I wyjął z kieszeni pistolet, wycelował w jego kierunku.

- To żaden Jude, tylko Polak, profesor, który uczy nasze dzieci! - zaczął 

szybko Warchoł.

- Polak, profesor, przyjechał z miasta! - bronił go Stępak, który również znał 

trochę niemiecki.

- Profesor? - zdziwił się Fulner. - To co tutaj robi? Dlaczego nie uczy? Nie jest 

w szkole? To przecież Jude!

Kosiński natomiast, choć mówił biegle po niemiecku, nie wykrztusił w swojej 

obronie nawet słowa, stał sparaliżowany ze strachu.

Warchoł i Stępak byli przekonani, że Fulner go rozwali. Patrzył na niego 

podejrzliwie, cały czas trzymał wycelowany w jego kierunku pistolet. Ale w końcu go 

schował, wsiadł bez słowa do bryczki, odjechał. Bał się, widać, strzelać - był sam, 

wśród Polaków, blisko lasu, pełnego może partyzantów? Niemcy byli ostrożni - 

rzadko zapuszczali się w głąb wsi, a tym bardziej lasu, jeżeli już, to najwyżej 

uzbrojonym po zęby oddziałem, na motorach.

Dlaczego jednak Fulner, szef tutejszego gestapo, nie zainteresował się później 

kimś, kogo uznał za Jude, chciał zabić? Nie urządził na niego obławy? Sądząc 

chociażby po zbrodni w Zbydniowie, nie był raczej dobrym Niemcem?

*

Ferdynand Stępak z Kępy pamięta z kolei inne, jeszcze bardziej cudowne 

wydarzenie. Profesor z żoną i Jurkiem wpadali czasem do jego ojca, wracając w 

niedzielę z kościoła w Woli. I raz weszli tylko do kuchni, usiedli przy stole, gdy na 

podwórko wjechali Niemcy, stacjonujący w Kępie, pilnujący mostu kolejowego na 

Sanie.

Profesor zdążył tylko krzyknąć: „Pamiętajcie, że się znamy!” Ale Stępak i jego 

żona nie wykrztusili ze strachu nawet słowa, zupełnie ich zamurowało.

Niemcy weszli jednak tylko do kuchni, zapytali o coś Stępaka, postali chwilę i 

background image

poszli. Rzucili wprawdzie okiem na struchlałych również Kosińskich, mimo to - choć 

trudno w to uwierzyć - zupełnie się nimi nie zainteresowali! Choć wygląd Kosińskiej i 

Jurka nie nastręczał żadnych wątpliwości.

Sołtys Stępak twierdził zawsze, że mieli po prostu do niego zaufanie i nie 

dochodzili już, kim są jego goście. Nie przyszło im też pewnie do głowy, że skoro 

Żydów dawno już tu nie ma, jedni z nich, jakby nigdy nic, siedzą sobie w niedzielne 

popołudnie u sołtysa!

*

Przeżyli też szczęśliwie, wszystkie patrole, obławy, akcje pacyfikacyjne 

urządzane przez Niemców w odwecie za akcje coraz silniejszej partyzantki, walczącej 

głównie o transporty na front wschodni.

Zawsze byli jakoś w porę uprzedzeni, zdążyli uciec, ukryć się - w piwnicy 

położonej w kuchni lub na podwórku, zwanej „dołem”, w której przechowywano wa-

rzywa i ziemniaki.

Pan Jan Pamuła pamięta na przykład, jak w styczniu 1944 przyszedł do 

profesora na lekcje, ale postawił tylko na podłodze teczkę, gdy wbiegł nagle ktoś od 

sąsiadów -Warchołów? Jóźwiaków? - i krzyknął: „Niemcy!” Kosiński schował się 

natychmiast za szafą w pokoju, Kosińska z Jurkiem i niańka z Heniem zbiegły po 

drabinie do piwnicy. Ledwo zatrzasnęły za sobą drzwi, wpadli Niemcy, a właściwie 

mówiący po polsku Ślązacy w niemieckich mundurach.

- Gdzie gospodarz? - krzyczeli.

- Nie mam pojęcia, sam do niego przyszedłem, wysłali mnie z punktu skupu - 

wyszeptał i kropla potu spłynęła mu ze strachu po plecach. Za chwilę nogi się po 

prostu pod nim ugięły, ale opanował się, zaczął szurać po podłodze butami. Kosiński 

się bowiem ruszył, szafa zaskrzypiała, a w piwnicy pisnął nagle Henio, natychmiast 

jednak uciszony. Na szczęście Ślązacy nic jakoś nie usłyszeli, w każdym razie wyszli i 

nie wrócili.

Jedną z akcji przeczekali w domu Janka Pamuły. Profesor dowiedział się jakoś, 

że coś się podobno w Dąbrowie szykuje, prosił więc jego ojca o kilka dni 

„przechowania” -Rzeczyca Okrągła była najbardziej na uboczu. Sylwester Pamuła 

zgodził się - Kosiński uczył przecież jego syna, przyjaźnił się z jego siostrą, Stanisławą 

Bogucką, Pamułówną z domu, która im szyła.

Spędził więc u Pamułów - oczywiście razem z Jurkiem oraz Heniem - kilka dni. 

background image

Wuj Bogucki przywiózł ich nawet furmanką i odwiózł, zawsze to kawałek drogi. 

Pamułowa natomiast podawała lepszy obiad, Pamuła wódkę, bo przecież tacy goście!

*

Latem 1943 r. miała miejsce jedna z większych akcji -pacyfikacja wsi 

podejrzanych o udzielanie pomocy partyzantom. Aresztowano wielu mężczyzn, 

spalono Gwizdów, Kochany, Goliszowiec - zginęli wszyscy, którzy nie zdążyli uciec w 

las. Dąbrowa nie była wprawdzie najbardziej „partyzancka”, mimo to mogła 

spodziewać się ataku.

Ferdynand Stępak z Kępy pamięta, że wtedy właśnie przybiegł do nich 

profesor, prosił ojca o „przechowanie” - idą jednak na Dąbrowę! Kosińska z Jurkiem i 

niańka z Heniem pobiegły z kobietami w las, on natomiast z Warchołem - w chruściny 

nad rzekę, ale w ostatniej chwili doszedł jednak do wniosku, że to za słaba kryjówka.

Stępak struchlał ze strachu - miał czworo małych dzieci, był sołtysem, 

odpowiadał za całą wieś. Nie potrafił mu jednak odmówić, nie chciał też, żeby wpadł - 

odpowiedziałby wtedy za Żyda na „swoim” terenie, którego nie „zdał” Niemcom.

Schował go szybko na strychu, gdzie suszyło się akurat siano; siedział tam jakiś 

czas, dzieci sołtysa nosiły mu jedzenie. Ale zaczął zaraz jęczeć, że dusi się, słabnie, bo 

duszno, gorąco - dach niski, żadnego okienka, a zapach siana zbija wprost z nóg! 

Stępak sprowadził go wobec tego ze strychu, ukrył w ogródku za domem, w 

wysokich, gęstych grochowinach.

I choć cała wieś pobiegła w las, został w domu -był przecież sołtysem. 

Przekazał tylko żonie, żeby nagotowała rosołu, postawił na stół kontyngentową 

wódkę. Gdy Niemcy wpadli na podwórko, zaprosił grzecznie do stołu, ugościł.

- Pojadły za wieprza, popiły, nie mogły się wprost ojca nachwalić - wspomina 

jego syn. - „Jaki sołtys, taka wieś!” - mówiły.

Wyglądało, że wszystko dobrze się skończy, ale dwóch z nich chciało się 

wysiusiać i poszło do ogródka, prosto w grochowiny, dwa kroki od Kosińskiego! I 

długo tam stali, rwali groszek, śmiali się. Stępak, sparaliżowany ze strachu, siedział już 

tylko czekając na najgorsze. Na szczęście „Stępaczka” nie straciła zimnej krwi, złapała 

wiadro z mokrą bielizną, poleciała do ogrodu, zaczęła rozwieszać sznury, rozstawiać 

miski, hałasować, zaganiać tym samym Niemców do chałupy, co się jej w końcu udało.

Kosiński natomiast opowiadał później, że stali dosłownie tuż obok niego i mało 

brakowało, a zapadłby się ze strachu pod ziemię. Po raz pierwszy chyba puściły mu 

background image

nerwy, chciał wstać, uciekać przed siebie, opanował się ostatkiem sił.

*

Przeżyli też szczęśliwie akcję w lipcu 1944 r., tuż przed wejściem Rosjan, kiedy

Niemcy, cofając się, zostawili dywizję „wałasowców” - Kałmuków z pochodzenia, o 

żółtych twarzach, skośnych oczach. Niemal cała Dąbrowa, łącznie oczywiście z 

Kosińskimi, pognała w las, gdzie koczowała chyba kilka dni. Niektórzy jednak uciec 

nie zdążyli. Franciszek Krawiec z Dąbrowy ukrył się na przykład w „dole” - piwnicy na 

podwórku.

- Pijani, rozbujażeni - opowiada - strzelali i tam, tak że musiałem wyjść!

Złapali go, kazali biec po ludzi, wywołać ich z lasu, bo będą „horyć” - 

wykurzać partyzantów. Pobiegł, krzyczał, ale nikt oczywiście nie wystawił nawet nosa. 

Mimo to nic mu nie zrobili, nie spalili lasu, plądrowali tylko wieś - rabowali z dołów 

żywność, przewracali do góry nogami chałupy - między innymi barak, w którym 

mieszkali Kosińscy - powybijali okna, długo jeszcze potem zasłaniane stolnicami.

Prawdę powiedziawszy, z Dąbrową obeszli się najłagodniej - żadnych ofiar 

śmiertelnych, tylko zniszczenia. A w Rzeczycy Okrągłej gwałcili kobiety, Rzeczycę 

Długą spalili niemal całą, zginęli wszyscy, którzy nie zdążyli uciec.

Stacjonowali w okolicy już od dawna, mieszkali między innymi w Rzeczycy 

Okrągłej, u Pamułów. I o dziwo -zachowywali się przyzwoicie, nie podejmowali na 

własną rękę żadnych akcji. Ruszali wyłącznie na rozkaz Niemców, którzy wysyłali ich 

tam, gdzie najbardziej niebezpiecznie, przede wszystkim do leśnych walk z 

partyzantami.

Przed akcją w lipcu 1944 r. dowódca Kałmuków, Borys Naminzonj oddał 

Jankowi Pamule wszystkie ruble. Im już niepotrzebne, szykują się na śmierć, są na nią 

przygotowani! Wiedzą dobrze, co zrobią z nimi Sowieci, i nie pójdą do niewoli, wolą 

zginąć.

Została po nich pamiątka - jedna ze zgwałconych kobiet z Rzeczycy Okrągłej 

zaszła w ciążę. Chciała usunąć, miała dzieci, męża, ten jednak nie pozwolił - to też 

boże stworzenie, niczemu niewinne, niech chowa się z ich trójką. Urodziła chłopca o 

płaskiej twarzy, skośnych oczach, śniadej cerze, kruczoczarnych oczach, który 

mieszkał tutaj jeszcze do niedawna.

*

Pan Antoni Madurski (1929), emerytowany pułkownik Wojska Polskiego z 

background image

Warszawy, rodem z Dąbrowy Rzeczyckiej, podziwiał zawsze „starego” Kosińskiego. 

Za wyzwanie rzucone Niemcom. Mądrość i odwagę, dzięki której ocalił nie tylko 

siebie, swoją rodzinę, ale też małego Henia.

Nie poszedł przecież, jak jego rodacy, do getta i obozu. Nie siedział za szafą 

czy w piwnicy, nie czekał, aż ktoś odda mu kawałek chleba, wyniesie kubeł. Mimo nie 

najlepszego „wyglądu”, fatalnego w przypadku żony i syna, przeszło dwa i pół roku 

spędził z rodziną w warunkach, mimo wszystko, wyjątkowych.

Oczywiście, w strachu przed donosem, Niemcami, partyzantami, 

podszywającymi się pod nich bandziorami, zachowując ostrożność, ale nawet się nie 

ukrywając, żyjąc prawie normalnie! W ograniczonej na pewno, ale jednak swobodzie. 

Pracował, udzielał lekcji, chodził do sąsiednich wsi po żywność, politykował, wpadał 

nawet na wiejskie zebrania!

Kosińska i „mały”, o wyglądzie „gorszym”, siedzieli wprawdzie w obejściu, ale 

nie za szafą czy w ziemiance! Wychodzili zresztą do kościoła, odwiedzali sąsiadów z 

baraku. Żyli - jak na warunki wojenne - w dobrobycie, otoczeni szacunkiem wsi.

Na pewno mieli szczęście, pieniądze, ale zginęło przecież tylu Żydów znacznie 

od nich bogatszych. Tak że -przynajmniej jego zdaniem - oprócz oczywiście postawy 

wsi, najważniejsza była mądrość profesora, który potrafił po prostu stworzyć swojej 

rodzinie egzystencję niemal idealną.

A jak? Jakim sposobem? Za jaką cenę? - to już tylko jego tajemnica.

*

Choć większość tutejszych uważa, że musiał mieć „kupioną” żandarmerię w 

Zaklikowie, to ws2ystko. Pewnie się jej nieźle „opłacał”, wszedł w jakieś układy, 

interesy. Czy inaczej odważyłby się żyć tak jawnie? Wychodzić cało ze wszystkich 

spotkań z Niemcami? Cudów przecież nie ma. Musiał mieć asekurację.

Ale cóż, chciał przetrwać, miał na głowie dwie kobiety, dwoje dzieci. I ciekawe 

tylko, jak to załatwiał? Przez kogo? „Na Zaklikowie” pracowali również Polacy, a 

Niemcy, szczególnie po Stalingradzie, byli już bardzo skorumpowani i - tutaj 

przynajmniej - załatwiali „za pieniądz” naprawdę wszystko. Byli zresztą różni, bardziej 

czy mniej obowiązkowi albo zupełnie niesumienni.

I może go krzywdzą, ale zastanawiali się też, czy nie opłaca się również 

informacjami, na których Niemcom bardziej chyba zależało. Może dlatego właśnie 

chronili go i tolerowali? Pozwalali tak żyć?

background image

Tym bardziej że był dosłownie wszędzie - w skupie, kościele, na zebraniach, u 

sołtysa i szewca. A Niemcy musieli mieć informatorów - czy inaczej wpadłoby tylu 

partyzantów, „komuniścin” i chłopów „za świnie”?

A tych ostatnich miał naprawdę w ręku, znał wszystkich, i to nie tylko dlatego, 

że był ich klientem. Przyjeżdżali przecież często do Warchoła, który skupował świnie 

od hodowców, miał z nimi ciągle interesy.

Michał Tryka (1911) z Woli Rzeczyckiej, który „szewcował” trochę, pamięta 

na przykład, gdy „Kusiński” wpadł kiedyś do niego, przyniósł buty do naprawy. I 

użalał się przy okazji, że jest słaby, nie ma siły, bo nie je mięsa! Gdyby tak codziennie 

choć kawałek jak wróbla łeb, już czułby się inaczej! I podpytywał Trykę, czy nie wie 

przypadkiem, kto z sąsiadów bije i sprzedaje wieprze. Kupiłby parę kilogramów, 

„wzmocnił się”! Tryka wiedział oczywiście, nieskory był jednak chlapać językiem - 

sąsiadka z Woli zabiła akurat nie na sprzedaż, a na stypę po ojcu i już ktoś „zdał”, 

poszła na Majdanek.

Oczywiście, to żaden dowód, mógł naprawdę szukać sobie kupca. Ale 

prowokował jednak pytania i podejrzenia, chociażby dlatego, że ukrywał się też w 

Dąbrowie inny Żyd, ale jakże inaczej! Karol Liebeskind był wprawdzie od niego 

młodszy, mniej doświadczony i zamożny, mimo to porównywano ich losy, choć tak 

bardzo odmienne.

Karol był przecież stąd - znał wszystko i wszystkich. Lubiła go cała wieś, 

pomagała jak mogła. Musiał jednak zginąć, i to głupio, niepotrzebnie, a przedtem 

męczyć się przez kilka lat, kryjąc się jak zwierzę, przerażone, zawszone, w 

ziemiankach, stogach siana. Zaczął pić bimber, ale czy mógł inaczej znieść swoje 

upokorzenie i strach?

„Kusiński” tymczasem, co prawda o wyglądzie od niego „lepszym”, za to z 

żoną i synem o wyglądzie chyba „najgorszym”, nie znający początkowo nikogo, nawet 

się właściwie nie ukrywał. A żył jak pleban, jak król, „Rusińska” zaś - jak królowa, 

komenderująca tylko służbą.

Co więcej - właśnie w mieszkaniu Liebeskindów! Spali na ich łóżkach, jedli na 

ich stole, używali ich garnków. Jurek przeglądał kiedyś na ganeczku znaleziony w 

kącie indeks Karola.

Czy można się więc dziwić, że spoglądali na odwagę i zaradność „Rusińskiego” 

coraz podejrzliwiej? Ze strachem nawet?

background image

*

Pan Jan Pamuła, dawny uczeń profesora, nie dziwi się wcale jego pracy w 

punkcie skupu, tutejszym oku cyklonu. Na pewno bardzo ryzykował - żandarmi się 

przecież zmieniali, mógł sprzątnąć go ktoś nie przekupiony i nie uprzedzony. Ale tu 

właśnie organizował prawdopodobnie egzystencję swojej rodziny - kontaktował się z 

całą tutejszą społecznością, chłopami, partyzantami, Niemcami. Wchodził w różne 

układy, załatwiał interesy. Słuchał najnowszych plotek i wiadomości, przecieków o 

akcjach, obławach.

Ma o nim oczywiście swoje zdanie, ale widzi też niewątpliwie tragizm tej 

postaci. Typowego Żyda - tułacza, walczącego nieustannie o przetrwanie, zdolnego 

poradzić sobie w warunkach najtrudniejszych. Wieki diaspory wiele ten naród 

nauczyły, Kosiński był chyba najlepszym tego przykładem.

Ma go zresztą przed oczyma do dziś. Niski, zgarbiony, ukrywający twarz za 

wysokim kołnierzem. Wyruszający codziennie nie tylko po żywność, ale też po 

wiadomości, kontakty, bo one właśnie, a nie „szafa”, zapewniły im przetrwanie.

KOMUNIŚCINY

Nie tylko Dąbrowa, ale i wsie sąsiednie - Kępa, Wola, Rzeczyca Długa i 

Okrągła - lewicowały, a nawet komunizowały już w okresie międzywojennym. Z biedy 

przede wszystkim, która wyganiała ich do okolicznych tartaków, huty w Stalowej 

Woli, dokąd chłopi chodzili codziennie piętnaście kilometrów w jedną stronę, 

poznawali działaczy robotniczych, hasła ze Wschodu, obiecujące ziemię, równość i 

sprawiedliwość.

Na 1 Maja urządzali już więc w najbardziej chyba robotniczej Woli 

pierwszomajowe pochody, maszerowali z czerwonymi sztandarami, śpiewali 

Międzynarodówkę, Na barykady. W tartaku w Kępie nieustannie strajkowali, aż 

zbankrutował zupełnie.

Było paru członków KPP, z Franciszkiem Delbasem na czele, radykalni 

ludowcy ze Stronnictwa Ludowego, pepeesowcy, między innymi właśnie Andrzej 

Warchoł, wyrzucony z tartaku w Kępie za organizowanie związków zawodowych.

Podczas okupacji działała tu więc przede wszystkim lewicowa, ludowa 

partyzantka, a pod przykrywką Spółdzielni Spożywców - „młotowcy” z „Sierpa i 

Młota”, ale krótko - aresztowano ich przywódcę, Delbasa, który zginął na Majdanku. 

A gdzieś tak na wiosnę 1942 r., po wizytach jakichś panów, podobno z samej 

background image

Warszawy, „delbasy”, jak się czasem na „czerwonych” mówiło, coraz bardziej się 

kręciły, knuły i znów podobno coś założyły, jak się potem okazało - PPR.

Zakładali oczywiście sami najważniejsi, w Woli na przykład - Michał i Ludwik 

Pawelcowie, Delbaska (wdowa po Delbasie), Michał Stelmach, Roman Wojtala; w 

Rzeczycy Okrągłej - Roman Turek; w Dąbrowie - Kazimierz Tracz, Franciszek 

Jóźwiak.

Wszyscy, trzeba przyznać, przedwojenni, ideowi jeszcze komuniści, niegłupi, 

światlejsi od większości tutejszych chłopów.

Ale choć namawiali, obiecywali złote góry, zwerbowali samych najgorszych. 

Ciemnotę, dziadów, analfabetów. I to głupich, niebezpiecznych.

Antoniego B. na przykład, który chciał strzelać kiedyś do własnego wuja, bo 

nie podobały mu się jego poglądy; odciągnięto go dosłownie w ostatniej chwili. An-

drzeja Ch., który - już po wojnie - przemawiając kiedyś na jakimś wiecu, zamiast „my, 

patrioci” powiedział „my, idioci” i nie rozumiał, dlaczego wszyscy pokładają się ze 

śmiechu. Michała R., który zawracał siłą kobiety niosące na targ masło i mleko, bo to 

„dla panów”.

W ogóle zresztą tych wszystkich, co to - jeszcze przed wojną - wchodzili do 

kościoła w Woli z czerwonym sztandarem, próbowali zawiesić go na ołtarzu, szamotać 

się z proboszczem Sebastiańskim, który nie dopuszczał oczywiście do profanacji, 

urządzał nawet specjalne misje piętnujące „bolszewicką zarazę”; zapraszał wówczas 

najlepszych misjonarzy. Bez większego jednak rezultatu - kościół w Woli nie był 

nigdy, nawet podczas świąt, tłumny i „nabity” jak w innych wsiach, choć zapewne 

powodem tego stanu rzeczy była również bieda. Wypadało się przecież porządniej 

ubrać, mieć buty, z 5 groszy na tacę.

Nazywano więc pepeerowców „komuniścinami” lub „durakami”, śmiano się, że 

choć Armia Czerwona jeszcze daleko, już szykują sobie stołki, lepsze życie, lżejszy 

chleb! Ale cóż, ludzie są tylko ludźmi, ustawiają się do wiatru.

*

Ze względów konspiracyjnych nie urządzali zebrań, a jeżeli już, to w lesie. 

„Knuli” najwyżej w parę osób. Ci z Dąbrowy na przykład - u Kazimierza T., 

najważniejszej z „komuniścin”.

Któregoś dnia jednak zdziwiony Andrzej Warchoł zauważył, że wychodzą z 

jego baraku, a dokładniej - z mieszkania Kosińskich!

background image

Myślał, że to przypadek, lecz kiedy zobaczył ich po raz któryś z kolei, nie 

wytrzymał, rzecz jasna, i zdrowo pogonił. Był przecież gospodarzem, miał prawo. To 

jego podwórko, jego barak i - w pewnym sensie oczywiście - jego Żyd, dla którego 

ryzykuje, więc powinien chyba wiedzieć, kto do niego przychodzi, ściąga nieszczęście!

Odcinali się równie ostro, odgrażali, że ci, którzy nie z nimi, jeszcze kiedyś 

odpowiedzą! Zupełnie go to nie zdziwiło - od dawna miał z nimi na pieńku. 

Proponowali mu wstąpienie do PPR, przyłączenie do nich swego oddziału PPS. 

Odmówił jednak i chyba za ostro. Bo owszem, lewicował, ale nie komunizował! Był 

pepeesowcem, a nie „komuniściną”! Jego PPS skupiała wiejską arystokrację, a nie 

dziadów, jak PPR!

Nie chciał więc nawet z nimi gadać. Wyrzec się Boga? Propagować kołchozy, 

a może nawet i wspólne żony? Mieć centralę w Moskwie i dyrektywy też stamtąd? A 

nigdy w życiu!

*

Kosiński, nagabywany o nowych „kumotrów”, wykręcał się, twierdził, że gra w 

szachy z jednym z nich, a reszta przygląda się, kibicuje - to wszystko.

I faktycznie, zaczęło się podobno od szachów z Kołodziejem z Woli, który 

świetnie grał, bo choć chłop, to z wiejskiej arystokracji - z najbogatszej tu chyba od 

pokoleń rodziny. Oprócz tego - wykształconej, religijnej; to stary Kołodziej kupił plac 

pod budowę kościoła w Woli. Wyrodził się jedynie Stach, który plątał się z 

„komuniścinami” i przy szachach właśnie ciągnął do nich Kosińskiego.

Szybko jednak wykręcać się przestał, bo choć mieli pseudonimy, działali niby w 

konspiracji, na wsi trudno coś „skryć”, wkrótce więc wszyscy wiedzieli, że „skumał 

się” z „komuniścinami”, „durakami”. Został „komuniściną”!

*

Według relacji Edwarda i Antoniego Madurskich, ich ojca, Józefa z Dąbrowy 

Rzeczyckiej, namówił do PPR Franciszek Jóźwiak. Pochodził bowiem z tej samej wsi 

co Madurska, był kiedyś - tak jak i Madurscy - granatowym policjantem. Naobiecywał 

złotych gór - ziemię, darmowe szkoły dla synów - Józef Madurski dał się więc przeko-

nać i poszedł nawet na pierwsze spotkanie. Był na nim między innymi Kosiński, który, 

już podczas powrotu do domu, skutecznie mu PPR odradzał.

- To partia nie dla Madurskiego! - tłumaczył. - Z sąsiada człowiek porządny, 

spokojny, religijny, praktykujący! Były granatowy policjant, co też ma swoje 

background image

znaczenie! Tam natomiast - trudno ukryć, wiadomo, jakie towarzystwo! Ja to zupełnie 

co innego! Ja jestem mózgiem partii!

I wcale się nie przechwalał - był rzeczywiście najtęższym, najbardziej światłym 

umysłem w całą okolicy.

Dziwiono się oczywiście, że się z nimi „zszedł”. Niby mądry, wykształcony - 

razem z „analfabetem”, „durakami” marzącymi o kołchozach i rewolucji? Sięgającymi 

po cudzą własność - majątki Lubomirskich, Tarnowskich, Dolańskich?

Czyżby uwierzył nagle w ich „religię”, skoro wcześniej, w rozmowach o 

wojennej sytuacji, podkreślał zawsze, że dobrze ją zna? Wie, jakie niesie dla Polski 

zagrożenie? Mówił przecież, że był w Rosji podczas rewolucji, w każdym razie 

świetnie znał język.

Nikt nie wątpił więc, że „skumał się” z nimi ze względu na swoją religię, czyli 

przetrwanie. Wojna jeszcze się nie skończyła, a on chciał żyć, ocalić rodzinę, szukał 

więc oparcia choćby i u „duraków”, ale za to z własną partyzantką.

A także z przyszłością, z której zdawał już sobie chyba sprawę. Bo choć 

wszyscy tylko z nich drwili, śmiali się, nic sobie z tego nie robił, był z nimi do końca - 

do swego wyjazdu, a raczej ucieczki, w kwietniu 1945 r.

Choć może też poszedł do nich właśnie ze strachu? Był przecież 

pomieszczykiem, bogatym fabrykantem, „krwiopijcą” i „wrogiem ludu”. Chciał się więc

zabezpieczyć? Asekurować? Układać z nową władzą?

*

Większość pepeerowców z tamtych lat już nie żyje, z nielicznymi wyjątkami. 

Jeden z nich to pan Ludwik Pawelec (1925) z Woli Rzeczyckiej, zamieszkały dziś w 

Warszawie, który zrobił chyba największą w okolicy karierę, bo w dyplomacji.

Jak podaje Kto jest kim w Polsce z roku 1984, w latach 1946-1961 był 

pracownikiem administracji państwowej, od 1961 - w dyplomacji; konsul generalny 

PRL w Szwecji, członek PPR -1942-1948, PZPR - od 1948 r., odznaczony m. in. 

Srebrnym i Brązowym Krzyżem Zasługi.

Pamięta oczywiście Mieczysława Kosińskiego, pseudonim wypadł, niestety, z 

pamięci, członka PPR, komórki w Dąbrowie Rzeczyckiej.

I to aktywnego, wyróżniającego się, choć oczywiście nie tak jak organizatorzy, 

chociażby brat pana Pawelca, Michał, Ignacy Moskal, Michał Stelmach, czy też ci z 

placówek w lesie - słynni bracia Paleniowie, Andrzej, pseudonim „Jastrząb”, i Jan, 

background image

„Sokół”, przywódcy oddziałów GL, potem AL.

Zwerbował Kosińskiego jego brat, Michał, z tym że z polecenia komórki 

centralnej w sąsiednim Skowierzynie, która od dawna już zwróciła na niego uwagę. 

Profesor z Łodzi, o lewicowych poglądach - może przydałby się w partii? Zlecili więc 

Michałowi Stelmachowi przeprowadzenie rozpoznania - kim właściwie jest? Skąd? 

Wysłał nawet, zdaje się, kogoś do Łodzi, gdzie mieli kontakt, czyli swego człowieka, 

nie ryzykowali nigdy z kimś niepewnym.

Wywiad był pomyślny, a sam Kosiński chętny do współpracy - mądry, 

zorientowany w polityce, rozumiał, że są tu siłą najważniejszą, a wkrótce decydującą. 

Został więc zaprzysiężony na wierność partii, przydzielony do komórki w Dąbrowie, 

gdzie mieszkał; główna mieściła się w Woli.

Na pewno ryzykował, choć czy tak bardzo? Był jednym z wielu członków, 

mało komu znanym, nietutejszym. NSZ polowało głównie na przywódców, 

organizatorów -brata Ludwika Pawelca, żonę Delbasa - i oni właśnie zginęli.

Ze względów konspiracyjnych kontaktowali się najczęściej tylko z sekretarzami 

komórek, zbierali najwyżej trójkami, piątkami, grupą jedynie podczas akcji. Zdarzało 

się nawet, że nie wszyscy koledzy (per „towarzyszu” zaczęli sobie mówić dopiero po 

wejściu Rosjan) o sobie wiedzieli, oczywiście do czasu.

Pan Ludwik Pawelec miał jednak kontakt z każdym -kolportował ulotki i prasę: 

„Gwardzistę”, „Trybunę Wolności”, które odbierał w Janikach, chował za pazuchą, w 

siodełku roweru i dostarczał między innymi właśnie Kosińskiemu. Zjawiał się u niego 

w Dąbrowie, gdzieś tak o trzeciej, czwartej rano, gdy wszyscy już spali, nikt ich nie 

widział. Przed akcjami zostawiał mu też broń, którą miał - tak jak i prasę - 

rozprowadzić dalej.

Choć u nich również był przede wszystkim profesorem - uczył, dokształcał, z 

tym że głównie tych, którzy mieli predyspozycje do dalszej kariery. Urządzał dla nich - 

chłopów po paru klasach, otartych najwyżej trochę po więzieniach i aresztach - 

specjalne wykłady. Tłumaczył po prostu podstawowe pojęcia - marksizm, walka klas, 

internacjonalizm.

Kilku z nich jednak, a także spośród tych z placówek w lesie miało szkołę 

powszechną, przygotowywał ich więc do matur. I chyba nieźle, skoro zdawali potem 

w Lublinie bez problemów. Pan Pawelec miał również być jego uczniem, ale wpadł w 

wir działalności, odłożył maturę na później.

Co najważniejsze - pomógł im bardzo w pracy nad reformą rolną, którą 

background image

zamierzali przeprowadzić zaraz po wyjściu Niemców, przed wkroczeniem Rosjan, ale 

nie zdążyli. Wykonał - i to świetnie - projekt parcelacji majątku Charzewice, w którego

skład wchodziły między innymi Dąbrowa, Kępa, Wola, Rzeczyca Długa i Okrągła. Był 

wprawdzie nietutejszy, zapewnili mu jednak materiały, dojście do majątku, który 

rozparcelowali po wojnie, właśnie według jego planów, tak że jest po nim pamiątka.

Wiedzieli oczywiście o jego pochodzeniu i sytuacji, dlatego też otaczali go 

nieustannie swego rodzaju parasolem. Mieli nawet partyjne polecenie, żeby - gdzie 

tylko możliwe - opowiadać, że jest Polakiem, że spalił się jego dom w Łodzi, dlatego 

przyjechał tu do krewnych itd.

Pan Pawelec pamięta również, jak był kiedyś w Woli i któryś z towarzyszy 

kazał mu biec natychmiast do Dąbrowy, ostrzec profesora, bo jadą Niemcy!

Ocalał więc także dzięki PPR, która go chroniła, osłaniała, bo choć ludzie byli 

przyzwoici, mogła się znaleźć czarna owca - ale czy śmiałaby zadenuncjować ich 

członka?

Choć oczywiście ochronili go przede wszystkim przed Niemcami, którzy 

zapuszczali się tu jedynie na akcje, na co dzień zaś zaglądali naprawdę rzadko - bali się 

partyzantki; GL, potem AL, tu właśnie miała swój sztab główny.

Tak że ocaliła ich nie tylko Dąbrowa, ale i partia oraz jej partyzantka. Krótko 

mówiąc - PPR, GL, AL.

Dla jego syna, Jerzego Kosińskiego nie było to bez wątpienia najwygodniejsze. 

Ale cóż, zgodne jednak z prawdą.

*

Wkrótce po wojnie rozsypywali się, rozpraszali - do wojska, milicji, 

bezpieczeństwa. Marysia Korga z organizacji w Skowierzynie została pierwszym 

sekretarzem partii w Tarnobrzegu i ciągnęła oczywiście swoich.

Pan Ludwik Pawelec poszedł natomiast -już w sierpniu 1944 r. - do wojska i 

nie wie nawet, jak potoczyły się dalsze losy towarzysza Kosińskiego. Gdzie się 

znalazł? Czy dostał jakieś zadania?

Nigdy bowiem nie dał potem o sobie znaku życia, nie odezwał się, choć tutejsi 

pepeerowcy organizowali zjazdy, spotkania - do dziś nieliczni, którzy żyją, utrzymują 

ze sobą kontakty.

Niedługo właśnie znów przyjedzie do niego z Danii Marek, a właściwie Motełe 

Immerglück, Żyd z Radomyśla, pepeerowiec z Woli, choć dopiero od 1944 r. - pod-

background image

czas okupacji musiał uciekać do Związku Radzieckiego. Będą wspominać, wyliczać, 

kto umarł, kto miał zawał, a przede wszystkim śpiewać, bo Motełe, wielki zapiewajło, 

śpiewał kiedyś w Woli na 1 Maja, dziś - w kopenhaskiej bożnicy.

Kosiński natomiast, choć był z nimi przecież kawałek czasu, nigdy nawet 

słowem się nie odezwał, mieli więc nawet do niego żal, tak samo zresztą jak później do 

jego syna.

*

- Gdy trwała noc okupacji - wspomina Edward Warchoł - nie było z Kosińskim 

problemów, nie wydawało się nawet, że kiedykolwiek do nich dojdzie. Ale w miarę 

upływu czasu czuł się coraz pewniej, szczególnie gdy od Wschodu zaczynało 

„trzeszczeć” i został „komuniściną”.

„Rozpaniał” więc tak, że przestał płacić Warchołowi za mieszkanie. Najpierw 

obiecywał, że jutro, pojutrze, a potem nie ukrywał, że nie da, bo z czego? Skończyły 

mu się pieniądze!

Wracał też coraz częściej od „komuniścin” mocno pod gazem, szczególnie z 

popijaw po zrzutach radzieckich „paraszucistów”, jak się potem okazywało - najczę-

ściej agentów NKWD. Gdy któregoś dnia nie chciało mu się, widać, iść do lasu po 

chrust, porąbał na podpałkę kawałek płotu okalającego barak! Za parę dni chciał to 

powtórzyć, wyrąbał nawet parę sztachet, tym razem jednak Warchoł go przyuważył, 

wyleciał, nawymyślał. Jak śmie niszczyć cudzą własność?

On natomiast, zamiast milczeć jak dotychczas, krzyczał jeszcze głośniej. Że ten 

płot już wcale nie Warchoła! Sowieci się przecież zbliżają i kto wie - może faktycznie 

wszystko będzie wspólne? Więc po co awantura?

W ogóle zresztą „dostał zębów” - zadarł również wtedy z Migdałkami, 

sąsiadami z baraków. A poszło o maślankę.

Państwu Migdałkom lepiej się już powodziło - pani Migdałkowa zaczęła 

handlować materiałami oraz tytoniem. Wyjeżdżała w Rzeszowskie po towar, który 

sprzedawała później w Dąbrowie oraz okolicy. Kupowali zatem więcej żywności, 

pozwolili sobie na luksus - mleko i masło, które przynosiła im gospodyni z Kępy, 

zostawiała na progu, kiedy nie było ich w domu. Ale gdy wrócili któregoś dnia, stało 

tylko mleko. Pytali sąsiadów, co z maślanką, którą pijał pan Migdałek, i okazało się, że 

zabrał profesor Kosiński!

Pan Migdałek poszedł zaraz; do niego z pretensjami. - jak można? Drobiazg 

background image

niby, ale jednak cudzy! Kosiński natomiast, że ma prawo, że im się też należy! Musi 

być sprawiedliwość - gdy jeden ma masło, to drugi maślankę! Jurek z Heniem również 

za nią przepadają!

- To komunistyczne myślenie - skwitował pan Migdałek i więcej już z nim nie 

rozmawiał.

Tak samo jak pan Zbigniew Feliks Bączkowski, kapitan AK, który zginął 

później w Powstaniu Warszawskim, a przyjeżdżał do Dąbrowy odwiedzić żonę i 

dzieci, przywiezione tu z Warszawy na okres okupacji.

Kosiński bowiem - jak wspomina Bączkowski junior - nie ukrywał już zupełnie 

swoich sympatii. Po co dalsza działalność AK? Powstanie? Przed kim się bronimy i po 

co? Jesteśmy po prostu skazani na radziecką dominację! Musimy się z tym pogodzić, 

czy chcemy, czy nie.

Pan Jan Pamuła pamięta z kolei, jak podpytywał go czasem na lekcjach o 

poglądy. Ale cóż - ojciec związany był z AK, cudem uniknął wywózki, matka bardzo 

religijna, czego oczywiście jako trzynastolatek nie ukrywał, martwił więc profesora, 

który ostrzegał go, że w Polsce, jaka powstanie, czekają go same kłopoty. Na 

szczęście jest jeszcze bardzo młody, ma czas na zmianę poglądów.

*

Wiadomo przecież, co za niego groziło, on tymczasem - choć miał na służącą, 

na mięso - nie płacił komornego, rąbał płoty, „zszedł się z komuniścinami”. Tak że 

Warchoł, gospodarz przecież, związany do tego z AK, dawno już mógł mu 

podziękować, wymówić po prostu mieszkanie. Wystawić jego graty, tak jak wszystkim

lokatorom, którzy nie płacili!

Ale bał się, bo mimo groźby kary śmierci handlował świniami - jeździł po 

wsiach, skupował od tych, którzy hodowali. Obawiał się więc, że Kosiński może do-

nieść na niego „na Zaklików”, z którym - jak szeptano -był podobno za pan brat, bo 

czy inaczej łaziłby po okolicy tak odważnie? Wystarczyłoby przecież, żeby wpadł do 

baraku granatowy policjant czy byle żandarm, zobaczył Jurka i Kosińską!

Co więcej, szybko nawiązał kontakty z czerwonymi partyzantami, i to nie byle 

jakimi, którym mógł się przecież poskarżyć. Chociażby z Romanem Jóźwiakiem, 

synem sąsiadów, dowódcą oddziału, niegłupim, wykształconym - po kilku klasach 

gimnazjum - który zginął zresztą potem w lesie. Romanem Rybakiem, partyzantem 

różnych maści, najpierw białym, potem czerwonym, rozstrzelanym w 1945 r. przez 

background image

NSZ. Wpadali bardzo często, zwykle pod wieczór, podobno na lekcje niemieckiego. 

Zawsze też z czerwoną prasą, ulotkami, pożyczanymi potem Warchołowi, gdy między 

nim a Kosińskim było jeszcze dobrze. Odwdzięczał mu się za to akowską „Wolnością i 

Szczerbcem”, którą rozprowadzał.

A później nie było już o czym mówić - „zszedł się” przecież z 

„komuniścinami”, którzy mieli w lesie nie tylko przyjaciół, ale i całe oddziały. 

Partyzanci zaś z nikim się nie cackali, załatwiali nocą swoje porachunki. To były czasy, 

gdy życie ludzkie zupełnie się nie liczyło - palono całe wsie, rozwalano ludzi w biały 

dzień. Rządził ten, kto miał broń i mógł bezkarnie mścić się na swoich wrogach, 

których lepiej było wtedy nie mieć, siedzieć jak mysz pod miotłą. W dzień wpadali 

przecież Niemcy, nocą partyzanci - najpierw biali, potem czerwoni, a po nich 

bandziory, które kradły ostatnią koszulę.

Czyż mógł więc Kosińskiego wyrzucić? Tym bardziej że dostał już raz od 

„partyzantów” nauczkę i nie chciał jej powtarzać.

Trudno już dziś ustalić, kiedy się to dokładnie stało, w każdym razie obudził go 

którejś nocy straszliwy hałas. Uzbrojona banda rozwaliła kolbami drzwi, wywlokła go 

z domu, pociągnęła na moczary, zbiła do nieprzytomności. Błagał o litość - mówił o 

żonie, dzieciach, gospodarce. Prowadzący go młodzi chłopcy twierdzili jednak, że o 

niczym nie decydują - to sprawa dowódcy! Prosił go więc o zmiłowanie, ale, 

niewzruszony, kazał strielat' - był Rosjaninem. Strzelili; na szczęście kula tylko 

Warchoła drasnęła, przeszła obok, mimo to upadł, udawał, że nie żyje. Złapali go za 

ręce, wlekli po błocie do pobliskiego stawu, gdzie - jak rozmawiali między sobą - 

chcieli go utopić. Ponieważ jednak był ciężki, wielki, zmęczyli się i dali spokój, 

zostawili na moczarach. Gdy odeszli, spróbował wstać, dowlókł się do najbliższych 

domów, gdzie opatrzono mu ranę, zmyto krew.

I potem długo jeszcze nie nocował we własnym domu. Pan Andrzej Migdałek 

pamięta, jak przychodził do nich nocą, siadał przy stole, podpierał twarz dłońmi i 

drzemał do świtu. Dopiero wtedy wracał do siebie. Migdałkowie zresztą uciekli z 

Dąbrowy właśnie przez „partyzantów”.

Nigdy się naprawdę nie dowiedział, kto chciał go rozwalić - albo tylko 

postraszyć. Na pewno nie bandziory, nie wzięli bowiem nic. Jasne było natomiast, że 

to czerwona „partyzantka” - jedynie wśród niej znajdowali się Rosjanie, najczęściej - 

zrzucani ze spadochronów paraszuciści, uciekinierzy z transportów. Mówiono, że to 

podobno chłopcy Palenia, „Jastrzębia” z Lipy, dowódcy oddziałów GL, potem AL. 

background image

Tylko o co im chodziło? O kontakty z AK? Pepeesowską przeszłość? Odmowę 

współpracy z „komuniścinami”?

Bardzo możliwe, choć trudno ukryć, kogo podejrzewał. Bo kto miał z nimi 

kontakty? Kto chciałby go zastraszyć? Uniemożliwić wygnanie? Pokazać swoje 

możliwości?

I faktycznie pokazał, w rezultacie bowiem zaczął się Kosińskiego bać. Bał się 

człowieka, którego przecież przechowywał. Bo a nuż znów na niego naskarży? I tym 

razem gorzej się już skończy? Znosił więc jego „lokatorstwo”, czekał tylko 

zbliżającego się, na szczęście, końca okupacji. Jeszcze trochę i wreszcie sobie pójdzie!

Ale cóż, człowiek jest tylko człowiekiem, doszło więc między nimi do 

kolejnego starcia. Do kłótni o drzewo, a opał był sprawą podstawową. Zdaje się, 

wiosną 1944 r. załatwił sobie zgodę na wyrąb i kupno drewna z lasu, nie miał jednak 

transportu. Kosiński natomiast, który dowiedział się o tym od lokatorów baraku, 

przywiózł jego drzewo, załatwił też kupców. Warchoł jednak nie myślał o sprzedaży, 

to jego sprawa i on będzie decydował! Nie chce z nim żadnych interesów!

Oczywiście mu to wygarnął, a jak na złość - akurat trochę wypił, Kosiński 

zresztą też! Tak że obaj tylko krzyczeli, „sklinali się”, mówili sobie „po imieniu”.

Warchoł w końcu go wygonił, kazał natychmiast się wynosić. I jak to w złości - 

nawymyślał od Żydków. Kosiński natomiast wyzwał go od chamów i głośno krzyczał, 

że mu jeszcze pokaże. Jeszcze go popamięta!

Na drugi dzień, gdy obaj ochłonęli, wytrzeźwieli, ani myślał się jednak wynosić, 

a Warchoł go wyrzucać. Tyle tylko, że przestał już z nim rozmawiać, omijał z daleka - 

bał się. Pocieszał się jedynie, że bliski koniec kłopotów - Niemcy już uciekali, słychać 

było front, zbliżała się Czerwona Armia.

*

Wkroczyła do Dąbrowy 28 lipca 1944 r., zaraz po żniwach. Większość wsi, 

goniąc krowy i kozy, uciekła już wcześniej w las - bo to wiadomo, co będzie?

Zostały tylko „komuniściny” z rodzinami, między innymi Kosińscy, choć 

opustoszał cały barak. Witali krasnoarmiejców z kwiatami, przemówieniami, 

czerwonymi flagami z sierpem i młotem. A najbardziej gorąco właśnie profesor 

„Kusiński”, pijany wręcz z radości, szczęśliwy jak nigdy!

Z miejsca zresztą zaskarbił sobie ich sympatię - witał ich razem z Heniem, 

którego ubrał w - przygotowany już widać wcześniej - mundurek krasnoarmiejca - 

background image

koszulkę gimnastiorkę, zieloną rubaszkę ze stójką, przewiązaną wojskowym pasem, 

zielone spodnie, furażerkę z czerwoną gwiazdą. Do paska przywiązał mu sznurkiem 

wystruganą z drewna pepeszkę, z którą chłopiec się nie rozstawał, celował i wołał: 

„Ura, ura, bojcy!” Myślano, że to może tylko na powitanie, ale nie - nosił swój 

mundurek cały czas, zachwycając oczywiście krasnoarmiejców, którzy brali go na 

ręce, ściskali, całowali! Został ich maskotką, synem pułku.

Nie zabijali, nie palili, Dąbrowa wyszła więc z lasu, wróciła do domów. I 

prawdę mówiąc, też witała ich z radością, bo to jednak oswobodziciele, zwycięzcy, 

nareszcie koniec wojny! I nikt ich, tak jak w Malowanym ptaku, nie zabijał, „nie było 

zdarzenia”. Przeciwnie, odnoszono się do nich z sympatią, którą odwzajemniali. 

Częstowali dzieci konfietami, dorosłych spinem, a w domu Pamułów w Rzeczycy 

Okrągłej utworzyli gospitalnyj sztab, gdzie ich wracz leczył również miejscowych. W 

Dąbrowie natomiast, blisko baraków, w których mieszkali Kosińscy, wykopali 

głębokie doły przeciwczołgowe, maskowane gałęziami.

Większość lepszych chałup zajęli oczywiście na kwatery, niewiele zresztą 

potrzebowali - rozesłana na noc słoma, jakieś szmaty, na których kładli się pokotem. 

Zajęli również cały barak Warchoła, gdzie były lepsze warunki niż w chłopskich 

chatach. W jednym z wolnych akurat mieszkań urządzili kuchnię polową, gotowali 

zupę z tuszonką, częstowali dzieci z baraków - Stefcię i Edzia oraz Jurka i Henia 

Kosińskich, Zbyszka Bączkowskiego. Robili im też zdjęcia, bo któryś z nich miał 

aparat; pan Zbigniew Bączkowski miał je nawet u siebie wiele lat, ale w końcu 

zniszczył - kto to wiedział, że będą ważne?

W mieszkaniach natomiast ulokowała się starszyzna - komandiry, majory, 

wyżsi rangą enkawudziści, którzy przyszli razem z armią. Gdzie front, tam i my, 

mówili. U Warchoła - enkawudzista z kilkoma belkami, pilnującą go dzień i noc 

obstawą. U Kosińskich - dwóch majorów. U Bączkowskiej - też ważny jakiś 

komandir, bo z ordynansem.

Przemieszkał jednak u niej tylko kilka dni, stanęła bowiem na głowie i szybko 

go wyrzuciła. Chodziła dosłownie wszędzie - do Warchoła, bo nie było gospodarza, do 

sołtysa, wszystkich chyba komandirów. Krzyczała, szlochała - jest młoda, sama, tylko 

z dziećmi, więc jak to wygląda, żeby mieszkał u niej i nocował mężczyzna? Nie 

dodawała oczywiście, ze po prostu go sobie nie życzy. Mąż przecież w Powstaniu 

Warszawskim, a u niej komandiry!

I jakoś go wykurzyła, poszedł wreszcie gdzie indziej, a podczas tych kilku dni, 

background image

które u niej spędził, dbała nieustannie o dystans. Zachowywała się jak typowa dumna 

Polka: rozmawiała z nim tylko tyle, ile musiała, nocował z ordynansem w kuchni, tam 

też się stołował, sam oczywiście, nie mogła zresztą patrzeć, gdy jadł kurczaka - 

ordynansowi rzucał kości!

I cóż, trudno ukryć, że patrzyła z niesmakiem na Kosińskich, którzy bratali się 

po prostu ze swoimi lokatorami. Rozmawiali, jadali, spacerowali. A wieczorem urzą-

dzali dla nich uroczyste, suto zakrapiane kolacje, które słychać było w całym baraku, 

bo śpiewali Katiuszę. Zrobili z Henia ich zabawkę, pośmiewisko wsi.

Pani Bogumiła Jóźwiak z Dąbrowy, zwana Bośką, pamięta właśnie związaną z 

tym scenę. Pracowała akurat z całą Dąbrową przy zniszczonym przez Niemców, 

odbudowanym przez Ruskich moście na Sanie. Rosjanie nadzorowali pracę, jeździli 

swoimi „ziłami”, a w tych z odkrytą szoferką wozili Henia - małego krasnoarmiejca w 

mundurku, którym się pysznili, chwalili, przekazywali sobie z rąk do rąk.

Dąbrowa natomiast nie najlepiej to komentowała. Dlaczego bowiem nie zrobili 

syna pułku z Jurka, tylko z Henia - sieroty, który niewiele jeszcze rozumiał? Gdy jego 

nowych „przyjaciół” nie było akurat w pobliżu, chłopcy ciskali w niego kamieniami, 

wołali: „Komunista, co mu w dupie śwista!”

Jurek natomiast wisiał jak zwykle na płocie, nie wysadzał nosa z obejścia. 

„Stary” paradował wszędzie tylko z Heniem.

To znaczy prawie wszędzie, na wieczorne popijawy do leśniczówki chodził 

oczywiście sam. Bo tam właśnie urządzili krasnoarmiejcy swój „sztab główny” - mieli 

miejsce, swobodę, nie byli tak bardzo na widoku. A gajowy Libera musiał ich gościć - 

pracował w lesie, czyli najbardziej newralgicznym tutaj punkcie, przyzwyczaił się już, 

że musi żyć ze wszystkimi - partyzantami wszystkich maści, Niemcami, potem 

Sowietami. A poza tym, cóż, za kołnierz nie wylewał, Sowieci natomiast pili nie-

wąsko, przyprawiali nawet samogon karbidem dla „krzep-kości”. W prazdnik z okazji 

rewolucji październikowej pili chyba parę dni. „Towariszcz profiesor”, jak tytułowali 

Kosińskiego, był w leśniczówce częstym gościem, jak zresztą większość „komuniścin”, 

które szły przecież z krasnoarmiejcami ręka w rękę.

Bywał też - tak zresztą jak i oni - w komandirowce w Jastkowicach, głównej, 

obok Zaklikowa, siedzibie enkawudzistów, których bali się nawet sami krasnoarmiejcy,

odsyłani przez nich za byle co do karnoj roty - na front, na pierwszą linię!

Krasnoarmiejcy jednak, nawet wyżsi rangą, byli prostymi chłopami, 

enkawudziści natomiast - inteligentni, wykształceni, przebiegli. Chodzili po domach 

background image

niby to pogadać, pomóc, a tak naprawdę - podpytać tego czy tamtego. Taki Alek 

Saszka na przykład, który chodził często z profesorem, miał podobno wyższe 

wykształcenie i rzeczywiście nieźle poukładane w głowie.

Stanisław Temporale (1926) z Dąbrowy Rzeczyckiej był wtedy młodym 

chłopcem i mimo nakazu Sowietów dotyczącego natychmiastowego oddania broni 

schował ją w stogu siana. Wyłącznie z głupoty, imponowało mu, że ma spluwę, może 

pochwalić się dziewczynie. Ktoś go jednak, widać, podejrzał i „zdał”, bo przyjechało 

NKWD, znalazło spluwę, zabrało Temporalę do Jastkowie.

Myślał, że już po nim - za nielegalne posiadanie broni mogli wywieźć na Sybir 

albo rozwalić w głogowskich lasach. I to bez patyczkowania się - działały wojskowe 

sądy. Ale gdy prowadzący przesłuchanie dowiedział się, ze jest z Dąbrowy, posłali 

zaraz po towariszcza profiesora. Gdy przyszedł, serdecznie się z nim witali - 

zdrawstwujtie, zdrawstwujtie! Pytali o Temporalę, ale nie ukrywał, że to porządny 

chłop, nie zamieszany w żadną politykę, co zresztą było prawdą. - Absolutnie za niego 

ręczę! -mówił. Liczyli się, widać, z jego zdaniem, Temporalę zaraz bowiem zwolniono 

i do dziś jest za to „Kusińskiemu” wdzięczny, wychwala go pod niebiosy. - Porządny 

gość! - mówi wszystkim. - Tylko dzięki niemu enkawudzisty mnie wróciły!

W ogóle był wtedy aktywny, jak wszystkie zresztą „komuniściny”, które 

organizowały od razu z Sowietami ludową władzę. Pan Antoni Madurski, również 

rodem z Dąbrowy, pamięta, jak gdzieś tak we wrześniu, październiku 1944 r., w 

każdym razie zaraz po wejściu Rosjan, woził go ciągle swoją furmanką do 

Tarnobrzega, do powiatu. Czekał na niego przed powstającymi już urzędami - powia-

tową radą narodową, milicją, gdzie załatwiał jakieś interesy. Ale jakie, nie śmiał 

oczywiście pytać, był wtedy tylko Tośkiem z Dąbrowy, który woził, czekał, to 

wszystko.

Pamięta również profesora tłumaczącego na żywo, bo świetnie znał rosyjski, 

odezwy i obwieszczenia przyklejane przez Sowietów na słupach. Organizował również 

z nimi, tak przynajmniej mówiono, przyjazd samej Wandy Wasilewskiej, której 

obecność miała uświetnić uroczyste otwarcie odbudowanego mostu na Sanie. Ale nie 

przyjechała i trudno się dziwić - do takiej dziury? Może przewidziała też, że odbędzie 

się z tej okazji uroczysta msza święta, poświęcenie mostu?

*

Pani Migdałkowa wróciła jeszcze do Dąbrowy pod koniec lipca 1944 r., żeby 

background image

zebrać proso, które wcześniej zasiała.

I szła akurat przez wieś, gdy zobaczyła nagle profesora Kosińskiego z dwoma 

enkawudzistami. Nigdy go jeszcze takim nie widziała - radosny, uśmiechnięty, roz-

mawiał głośno i z ożywieniem, gestykulował, tłumaczył, a tamci słuchali.

Nie ukłonił się, specjalnie się jednak nie zdziwiła, przedtem też mu się to 

zdarzało - miał słaby wzrok. Ale gdy spytała potem o niego sąsiadów, mówili, że 

nikogo już nie poznaje. Chodzi tylko z „wierchuszka” - enkawudzistami, 

komandirami. Strasznie jest teraz ważny i lepiej na niego uważać - kto wie, co im tak 

opowiada?

JUDASZOWE NAJDUCHY

Gdzieś na początku października 1944 r. enkawudzista, który mieszkał u 

Warchoła na kwaterze, powiedział mu nagle, ni z tego, ni z owego:

Choziain, tiebia nada idti na rabotu!

Gdzie? - zdziwił się Warchoł - i niby dlaczego?

Gdie, nie znaju - tłumaczył tamten - no uchodi i na dołgo! Potom 

wiernioszsia, no tiepier uchodi!

Warchoł jednak ani myślał - roboty miał jak zwykle do licha i trochę, więc jak 

może uchodit”! I niby dlaczego?

Zlekceważył więc ostrzeżenie, a nawet śmiał się, bo, chwała Bogu, Niemcy już 

dawno poszli, wojna się już skończyła!

Był co prawda, tak jak kilku sąsiadów, członkiem AK, ale szeregowym tylko. 

Nie siedział w lesie i sympatyzował raczej - pomagał partyzantom: karmił, 

przeprowadzał przez las, rozprowadzał gazetki.

Szeptano już wprawdzie, że „Rusiny” zaczynają wsadzać, wywozić na Sybir, 

wydawało się jednak, iż dotyczy to wyłącznie „wierchuszki” AK - oficerów, 

dowódców partyzantki, komendantów obwodów. Po cóż im zwykli chłopi, którzy 

powinni obrabiać pole?

*

Za kilka dni obudził go łomot do drzwi, harmider, krzyki. Otworzył, wpadli 

enkawudziści z pepeszami, kazali sobirat'sia! Ściągnęli z ręki kolco czasy! Jeden z 

nich wyjął z kieszeni jakiś papier, odczytał „oskarżenie”, zarzucające Warchołowi 

współpracę z Niemcami, czyli udział w komisji kontyngentowej, której rzeczywiście 

był członkiem, oraz „wrogi stosunek do partii i Armii Czerwonej”.

background image

Podpisały dwie „komuniściny”, co Sowieci od razu podkreślali. - Żałko nam 

tiebie - mówili - no eto nie nasze dieło, tolko waszych ludiej!

Oni przecież nikogo nie znają, nic o nikim nie wiedzą, bo skąd? Realizują tylko 

ludową sprawiedliwość! Zabierają wrogów ludu!

Chciał tłumaczyć, że gdyby współpracował z Niemcami, nie przechowywałby 

Żydów, ale wepchnęli go szybko do budy, która stała przed domem - siedziało w niej 

już wielu sąsiadów z Dąbrowy i okolicy.

*

Większość faktycznie związana z AK, „ścinająca się” z „komuniścinami”, 

chociażby Adam Szkutnik z Woli, uczestnik wojny w 1920. W ogóle zresztą sam 

kwiat - najzamożniejsi, najinteligentniejsi, najbardziej aktywni. Wszyscy, którzy się 

jakoś liczyli, chociażby sołtysi - Józef Stępak z Kępy, Władysław Pamuła z Woli, Jan 

Surma z Rzeczycy Okrągłej. A także Wojciech Świątek - jeden z bogatszych, Józef 

Gugała z Dąbrowy - jeden z inteligentniejszych, znający niemiecki, pracujący w hucie 

w Stalowej Woli, gdzie nie przyjmowano analfabetów. Andrzej Rachwalski z Rzeczycy

Długiej. Większość komisji kontyngentowej, do której oprócz sołtysów, członków z 

urzędu, należeli co bardziej piśmienni i obrotni, między innymi Warchoł.

Zawieziono ich do Jastkowie, do polowych więzień -wykopanych dołów 

przykrytych belkami. Po kilku dniach - do więzienia w Rzeszowie, w listopadzie - 

bydlęcymi wagonami do obozu przejściowego w Bokończycach koło Przemyśla, a 

stamtąd na Sybir, do łagrów w okolicy jeziora Ładoga w Borowiczach i Jegolsku, 

których większość z nich - między innymi Stępak, Gugała, Świątek -nie przeżyła. 

Kilku jednak wróciło, chociażby Szkutnik, Surma.

*

Jan Szkutnik z Woli, syn wywiezionego Adama, pamięta oczywiście tę noc. 

„Ty burżuj, kotoryj żdiosz polskich panow z Londona?” - pytali ojca. „Ty borołsia z 

Piłsudskim?”

I pobiegli na strych, przynieśli jego portret - nieźle byli poinformowani! 

Przeczytali też „oskarżenie” zarzucające mu przynależność do „tzw. AK - organizacji 

faszystowskiej”. Podpisało dwóch ledwo pełnoletnich synów jednego z „komuniścin”, 

którzy wpadli kilka dni wcześniej do Szkutnika, wyciągnęli mu z obory jałówkę, niby 

dla krasnoarmiejców. Po kłótni, szarpaninie w końcu ją oddał - mieli broń, ich ojciec 

był już ludową władzą i wszyscy schodzili mu z drogi. Gdy odjeżdżali, nie wytrzymał -

background image

nawymyślał od złodziei, bolszewików. I, widać, nie przeboleli, bo poszedł do łagru w 

Borowiczach, który przeżył, wrócił w 1947 r.

*

Po Józefa Stępaka - wspomina jego syn, Ferdynand - „przyszły dwie 

enkawudzisty” oraz Jan P., który żyje jeszcze - nowy, mianowany już przez Sowietów, 

„czerwony” sołtys. Sąsiadował ze Stępakiem przez płot i od dawna się ścinali - Jan P. 

wieszał czerwone flagi, Stępak - sołtys przecież - zdejmował. Jan P. odczytał mu 

„oskarżenie” o „tzw. AK” i „kolaborację”, czyli „kontyngent”, choć musiał w nim - 

jako sołtys - uczestniczyć. Niewywiązywanie się groziło sankcjami, siedział zresztą 

kilka razy, a gdy opóźnienie było wyjątkowo duże, posadzono całą komisję.

Podpisały dwie „komuniściny”, największe chyba „duraki”, oraz Jan P., który - 

gorliwy bardzo - wyprowadzał Stępaka; żona i dzieci widziały go wtedy ostatni raz. 

Nie przeżył łagru, zmarł podobno głównie z powodu załamania psychicznego - 

zostawił żonę, czworo małych dzieci.

*

Jan P. (1907), który dożywa swoich lat, wykręca się niby wiekiem, ale co chce 

- jednak pamięta.

Owszem, chodził wtedy z enkawudzistami, ale sołtysem już był, więc „kazały”! 

Nikogo jednak nie „zdawał”, a bronił! Bo „zdawali” nie tylko „komunisty”, ale i zwy-

kli, wsiowi ludzie - judasze, judaszowe najduchy! Biegali do Sowietów, do 

„naczalstwa”, skarżyli na sąsiadów, do których od dawna mieli złość. Najczęściej na 

tych, co chodzili „za kontyngentem” i rzeczywiście zabierali ostatni litr mleka!

Nareszcie mogli im odpłacić, zemścić się - jak kto mnie na palec, ja mu na rękę! 

- cieszyli się. Kto wiedział, że będzie aż tak? Sybir, łagier, śmierć? Może trzymaliby 

wtedy język za zębami?

*

W rezultacie pojechało też kilka osób przypadkowych - biednych, 

niepiśmiennych, nie interesujących się polityką, najprawdopodobniej - ofiary donosów. 

Aresztowano nawet w Kępie jedną z „komuniścin”, szybko ją jednak zwolniono, choć 

najadła się strachu.

„Stępaczka” wybiegła oczywiście za mężem, chciała wiedzieć, gdzie go 

prowadzą, ale „wrócili”, pogonili -wspomina jej córka, Leokadia Nieznalska ze 

Stalowej Woli. Odczekała trochę, poleciała do Dąbrowy, do Warchołki, której męża 

background image

też właśnie zabrano. A gdy się dobrze rozwidniło, pobiegły do Kosińskiego po 

ratunek. Najmądrzejszy we wsi, a co najważniejsze - „naczalstwo” bardzo się z nim 

przecież liczy, dzięki niemu wyszedł Temporale, może więc wstawi się jeszcze raz?

Ale nie zastały go w domu, a profesorowa - blada, przerażona - przyjęła je w 

progu, tłumacząc, że wyszedł, nie wiadomo, kiedy wróci, a poza tym - nie ma z tym 

nic wspólnego!

Doczekały jednak jego powrotu i płakały, prosiły. Tylko on może pomóc - wie, 

do kogo pójść, kto decyduje! Umie napisać pismo, zanieść, komu trzeba.

Przyjął je chłodno, słowem nawet nie pocieszył, twierdził, że to pewnie jakaś 

pomyłka i chłopcy zaraz wrócą do domu, jest tego pewny! Oczywiście nie wierzyły, 

nie chciały wychodzić, obiecał więc w końcu, że się dowie, o co chodzi, postara się 

pomóc, o ile będzie mógł.

Gdy przyszły, jak prosił, za parę dni, rozłożył ręce -nic się nie dało zrobić. Już 

zresztą za późno, już przepadło! I rzeczywiście - wywieźli ich od razu.

*

A jednak spotkał Warchoła los wyjątkowy - nie pojechał, jak inni, na Sybir, 

zostawiono go w więzieniu w Rzeszowie i ludzie szeptali, że to może dzięki 

Kosińskiemu, który się za nim wstawił. Ruszyło sumienie?

Choć sam Warchoł - jak pamiętają jego dzieci - uważał zawsze, że było 

odwrotnie. Że choć pod jego „oskarżeniem” widnieli inni, on też mu się pewnie 

„przysłużył”. Był przecież z tymi, którzy brali, a czyż mu się nie odgrażał? Nie 

krzyczał, że go jeszcze popamięta? Nie był z nim od dawna skłócony?

Co więcej - podczas jednego z przesłuchań przed rozprawą widział swoje 

„oskarżenie” pisane jego ręką, jego pismem, które dobrze przecież znał - tyle czasu 

razem mieszkali.

A nie poszedł na Sybir, czyli w nieznane, bo miał pewnie - tak przynajmniej 

uważał - być ukarany natychmiast, na miejscu. Kto mógł przewidzieć, że w tak strasz-

nych czasach trafią mu się porządni sędziowie? Wysłuchają świadków, którzy 

zeznawali jak jeden mąż, że „chodził wprawdzie z kontyngentem”, ale należało to do 

obowiązków wsi, a poza tym - był związany z PPS, z AK, roznosił podziemną prasę, a 

przede wszystkim: „ryzykował życiem swoim i swojej rodziny, przechowując na 

lokatorstwie obywatela Mieczysława Kosińskiego pochodzenia żydowskiego, 

pracującego na rzecz ZSRR razem z naszą partyzantką”.

background image

W rezultacie został uniewinniony, zwolniony, przesiedział tylko półtora roku 

czekając na rozprawę, a co to jest w porównaniu z losem, który spotkał sąsiadów?

*

Choć wojna się już niby skończyła, znów żyli „z drżeniem”. I bali się nawet o 

„tym” mówić, ale oczywiście mówili, a właściwie szeptali. Bo było to niewątpliwie 

dzieło Sowietów, wykonane jednak tak szybko i sprawnie dzięki pomocy swoich. 

Wprawdzie na ogół „komuniścin”, ale jednak swoich. Sąsiadów, kumotrów, swatów, 

szwagrów, zięciów - tu większość jakoś przez małżeństwa skoligacona, Kępa na 

przykład to jeden wielki klan.

Ale szeptano i o profesorze, który pisał podobno oskarżenia. „Komuniściny” 

bardzo go prosiły - bo kto potrafiłby tak wszystko pięknie ująć? O „reakcyjnych ele-

mentach”? „Sympatykach prolondyńskiego podziemia”? „Tak zwanej AK”? Żaden 

przecież z nich, choćby i po kilku klasach!

Zawsze był zresztą w pisaniu najlepszy, pisał listy oraz podania także i 

sołtysowi Stępakowi. Od urzędowych pism był tu właśnie on, najmądrzejszy we wsi!

Ferdynand Stępak z Kępy miał wtedy czternaście lat, został - po wywózce ojca 

- najstarszym mężczyzną w rodzinie, czuł się więc niejako za nią odpowiedzialny. I pa-

mięta, że nie wiedział zupełnie, jak się zachować, gdy to wszystko słyszał, powinien 

chyba jakoś Kosińskiemu „odpłacić”, zrobić coś, tylko co? Albo pójść chociaż i spytać, 

czy to prawda.

Ale był przecież jeszcze chłopcem i nie śmiał, bał się. „Stary” zresztą nigdy nie 

był sam, tylko z „tamtymi” -”komuniścinami”, komandirami - a potem szybko uciekł, 

„wywinął się”.

Matka natomiast znosiła swój los z pokorą. „W każdym kąciku po krzyżyku - 

mówiła - wszędzie ból i cierpienie”. A spotkały w końcu nie tylko ją, ale tyle sąsiadek 

z okolicy i w porównaniu z nimi nie miała najgorzej, bo zostało jej spore pole, dzięki 

któremu wychowała jakoś czwórkę dzieci. Pracowała na nim razem z nimi, pchała 

biedę, milczała i zazdrościła tym, których bliscy zginęli z rąk Niemców - mieli ich 

groby, mogli głośno o nich mówić, starać się o renty, odszkodowania.

Ona zaś dopiero w 1961 r. odważyła się wyrobić świadectwo zgonu męża - 

pomógł sąsiad Surma, który był z nim w łagrze i nie bał się zeznać w sądzie, że jako 

obozowy grabarz osobiście go pochował, a dobrze to pamiętał - kładł swoim gazetę na 

twarz, tyle tylko mógł dla nich zrobić.

background image

*

„Biali”, choć przetrzebieni wywózkami, też jednak nie spali - powyjmują ich 

przecież wszystkich jak króliki! I choć dowództwo tutejszego AK było przeciwne 

odwetowi, rwali się wprost, zwłaszcza młodzi, do działań na własną rękę. Rozpoczęła 

się na dobrą sprawę wojna kolejna, a właściwie czas porachunków. Szczególnie od 

wiosny 1945 r., bo wcześniej ciągle siedzieli Sowieci, niektóre służby nawet do marca.

Początkowo polowano przede wszystkim na aktyw PPR, zginął między innymi 

główny założyciel - Michał Pawelec, „Delbaska” - wdowa po Delbasie, potem ubowcy, 

milicjanci.

Stefan Tracz z Dąbrowy Rzeczyckiej, mieszkający do dziś niedaleko dawnych 

baraków, miał wuja w partyzantce akowskiej, który gdzieś tak pod koniec 1944 r. czy 

na początku 1945 przyszedł do jego rodziców z sekretną prośbą.

Jego oddział miał sprzątnąć Kosińskiego z Dąbrowy - „czerwonego”, 

„pepeerowca”. On właśnie miał ich do niego zaprowadzić, prosił więc kuzynów o 

pomoc - mieli pokazać, gdzie mieszka, itd.

- Rodzice jednak, szczególnie matka - wspomina Stefan Tracz - nie chcieli 

pomagać w likwidacji człowieka, podejrzanego nawet o najgorsze. Nikt go za rękę nie 

złapał, a poza tym - szkoda! Tyle przeszedł, ocalał, żeby ginąć po wyzwoleniu? 

Szkoda też wysiłku wsi - tyle lat go przechowywała, narażała się, żeby teraz zabić? 

Zginął Karol Liebeskind, więc niech przeżyje chociaż on! Niech wyjeżdża jak 

najszybciej, ale po co samosądy! Mało było tragedii?

Ojciec Emilii Stec i Jana Pamuły - Sylwester Pamuła z Rzeczycy Okrągłej - był 

członkiem AK, cudem uniknął wywózki. Pracował na kolei i miał akurat nocną zmianę, 

nie zastali go w domu. On również dowiedział się o wyroku wydanym na Kosińskiego 

i ostrzegł go - Kosiński wszak uczył jego syna, bywał u niego w domu i vice versa, byli 

więc w pewnym sensie zaprzyjaźnieni. Uważał więc, że obowiązuje go wobec niego 

lojalność. Nie słyszał jeszcze wtedy o wysuwanych wobec niego podejrzeniach -

pojawiły się znacznie później.

Najwięcej miałby tu do powiedzenia przyjaciel księdza Okonia - Julian 

Jędrzejewski, nauczyciel z Radomyśla, ważna postać tutejszego AK - on podobno 

wydał wyrok, a wkrótce sam musiał stąd uciekać.

Tak jak i Stanisław Kołodziej z Woli, który wciągnął Kosińskiego do PPR. 

Dostał ostrzeżenie, przeraził się i wycofał z działalności, wyjechał na Ziemie 

background image

Zachodnie, do Prudnika - wspomina jego bratowa, wdowa po Józefie Kołodzieju. 

Szybko zresztą przestał komunizować, rozczarował się właściwie zaraz po wkroczeniu 

Rosjan, którzy dosłownie pierwszego dnia ściągnęli mu z ręki złoty zegarek.

*

Pod koniec kwietnia 1945 r. wpadła którejś nocy do baraków uzbrojona grupa, 

wywaliła drzwi do mieszkania Kosińskich. Słychać było krzyki, harmider, ryk Henia 

oraz Jurka. Kosińskiego nie zastali, wyjechał do Łodzi, szykował już podobno 

przenosiny. Nie wiadomo, czego od mego chcieli, w każdym razie nie czekali, 

wyskoczyli jak z procy.

Gdy się rozwidniło, wybiegła Kosińska, poleciała w kierunku torów, skąd miał 

wracać. Czekała na stacji do południa, bo wtedy dopiero przyjechał. Coś mu po drodze

z ożywieniem tłumaczyła, a potem naradzali się, gestykulowali, prawie że biegli. Ona 

do baraku, on natomiast od razu do Krawców, którzy - jako jedni z nielicznych - trzy-

mali konia, inni dawno się ich pozbyli (Niemcy nakładali na właścicieli specjalne 

kontyngenty - obowiązkowe wywózki drewna). Ciągle też wpadali najróżniejszej 

barwy partyzanci, pożyczali konia, oddawali, kiedy chcieli.

Nie zastał akurat starego Krawca, tylko jego syna Franciszka, który żyje w 

Dąbrowie do dziś i wszystko pamięta.

- „Stary” wbiegł niczym po ogień - opowiada - od razu wciskał pieniądz i 

wołał: „Krawiec, szykuj konika, jedziemy do Rozwadowa!”

Zaprzągł więc natychmiast, wskoczyli na furmankę, pojechali pod barak, gdzie 

czekała już na progu Kosińska z Jurkiem i Heniem oraz pakowanymi, widać, naprędce 

tobołami, węzełkami, walizami. Rzucili wszystko na furmankę, posadzili dzieci, wsiedli 

sami i wio!

Jechał najszybciej jak mógł, mimo to przynaglali, co chwila więc trzaskał 

batem, poganiał konika!

Nie mówili oczywiście, co się stało, a Krawiec, młody wtedy chłopak, nie śmiał 

pytać. Czuł jednak, że coś nie tak, że uciekają!

Ale cóż, zawiózł, dokąd chcieli, to znaczy do Rozwadowa, do Kani, którego 

poznali u Warchoła - handlował z nimi świniami, przyjeżdżał często do niego do Dą-

browy. Niedługo jednak posiedzieli - Kania mówił potem, że tylko jedną noc. Rano 

wsiedli w pociąg, pojechali do Łodzi - bardzo się im śpieszyło.

Franciszek Ziarno z Dąbrowy, który mieszkał niedaleko Kosińskich, widział, 

background image

jak jeszcze po ich wyjeździe znów wpadali do baraków jacyś z lasu, ale kto - nie wia-

domo. Lepiej było wtedy nie wiedzieć.

*

Edward Warchoł pamięta tylko, że „stary” wbiegł nagłe do kuchni, rzucił na 

stół klucze i poleciał. Kosińska z dziećmi nawet nie weszła, siedziała na furmance 

Krawca. Choć spędzili tu przeszło dwa i pół roku, bo od września 1942 r. do kwietnia 

1945 r., nie powiedzieli Warchołowej nawet „do widzenia”, bo Warchoł już wtedy 

siedział.

Z nikim się zresztą nie pożegnali, bo i z kim?

Wszyscy, z którymi byli bliżej, którzy najbardziej im pomagali, pojechali już 

przecież na białe niedźwiedzie. I sołtys Stępak, który ukrywał profesora w 

grochowinach, osłaniał swoim urzędem. I Adam Szkutnik z Woli, u którego Kosiński 

kupował mięso. Józef Gugała z Dąbrowy, najbliższy chyba sąsiad, z którym często 

rozmawiał. Władysław Pamuła z Woli, który - jeszcze na prośbę księdza Okonia - 

wyrobił im wszystkim kennkarty.

*

Do dziś nie wiadomo, kto ich wtedy „odwiedził”. AK? NSZ? W każdym razie 

eneszetowcy dosłownie na drugi dzień, czyli 30 kwietnia, urządzili w Dąbrowie i 

okolicy „pucówkę” przedstawicielom nowej władzy, a szczególnie organizatorom 

zbliżającego się pierwszomajowego pochodu.

Choć mieli broń, ośmieszyli ich tylko i upokorzyli. Wpadali do domów, 

wywlekali na podwórko, spuszczali na goły tyłek serię pasów. Dostał między innymi 

Jan P., nowy sołtys Dąbrowy i Kępy, a wraz z nim niemal wszyscy „czerwoni” sołtysi. 

Sołtys Rzeczycy Okrągłej zdążył uciec, „skrył się”, złapali wobec tego jego żonę, 

zadarli spódnicę, spuścili manto.

Kosiński natomiast miał szczęście, w porę się „wywinął”, nie dostał nawet 

lania, jak większość co aktywniejszych „komuniścin”.

A dostałby na pewno, chociażby za mundur krasnoarmiejca, w którym ciągle 

paradował Henio i kłuł w oczy, ściągał nieszczęście!

*

Rysiek Bogucki z Rzeczycy Okrągłej wyjechał po wojnie z rodzicami do 

Puław, a jeszcze przedtem do Łodzi, gdzie, najzupełniej przypadkowo, spotkał 

profesora na dworcu. I jak to były uczeń - ukłonił się, podszedł, spytał, co słychać. 

background image

Kosiński był jednak najwyraźniej ze spotkania niezadowolony, interesowało go tylko, 

czy na pewno spotkali się przypadkowo, czy też wieś go tu przysłała. Rzucił chyba „do 

widzenia” i szybko odszedł.

O tym, że przeniósł się z rodziną do Jeleniej Góry, wiedzieli, zdaje się, od 

Tracza, który poszedł tam do wojska i spotkał po prostu Kosińskich na ulicy. 

Oczywiście opowiedział o tym, gdy przyjechał do domu na przepustkę.

Pojechał wtedy do Jeleniej Góry kowal Rudolf Magrys z Dąbrowy, który 

mieszkał obok baraków Warchoła. Według Magrysiowej - za pracą i możliwościami, 

które się na Ziemiach Zachodnich otwierały. Według Dąbrowy - dowiedzieć się, co u 

Kosińskiego słychać; był na niego „cięty”, przekonany, że pomagał Sowietom wysyłać 

ich „na wczasy”.

I opowiadał potem, że podszedł do „starego” na ulicy, grzecznie się przywitał, 

przypomniał, tamten udał jednak, że go nie poznaje. I po prostu uciekł! Magryś 

natomiast wrócił, nic sobie jakoś nie znalazł, choć pracy przecież tam nie brakowało - 

to brygady pracy socjalistycznej, to junackie Służby Polsce.

Od niego właśnie dostał adres Kosińskiego Antoni Madurski z Dąbrowy, który 

też chciał się wyrwać na Ziemie Zachodnie. Pojechał więc do Jeleniej, zadzwonił do 

profesora - nie wiedział jednak, czy zechce z nim rozmawiać. Ale profesor zaraz go do 

siebie zaprosił; był zawsze z Madurskimi w dobrych stosunkach - staremu odradzał 

PPR, Antek Madurski woził go do Tarnobrzega.

Przyjął go serdecznie, wypytywał, co tam na wsi. Kosińska nawet czymś 

poczęstowała, Jurek i Henio mignęli tylko w tle. Był dyrektorem któregoś z 

jeleniogórskich zakładów, mieszkali w ładnie urządzonej willi z ogrodem i najwyraźniej

nieźle się im powodziło.

Znał oczywiście dyrektora „Celwiskozy”, napisał więc do niego list polecający, 

który bardzo panu Madurskiemu pomógł - dostał od razu pracę. Podziękował za to 

Kosińskiemu telefonicznie i to wszystko, więcej się nie widzieli.

I jest właściwie jedynym z okolicy, z którym „stary” chciał się jeszcze potem 

zobaczyć, dla którego zrobił wyjątek - ciekawe właściwie dlaczego?

Chciał pewnie wiedzieć, co się tam dzieje, bo jednak podpytywał.

*

A tam, na wiosnę 1946 r., wyszedł z więzienia Warchoł, w latach 1947-1949 

zaś wróciło kilku łagierników -Pamuła i Szkutnik z Woli, Surma z Rzeczycy Okrągłej. 

background image

Cieszyli się, że żyją, doczekają swoich lat z rodziną, we własnej chałupie. I bali się 

nawet opowiadać o tym, jak było, a co dopiero mówić o zemście.

Tym bardziej że ci, którzy „zdawali”, nie byli już „komuniścinami”, a 

komunistami, ludową władzą, „obsiedli” wszystko - urzędy, milicję, bezpieczeństwo, 

zostawali przewodniczącymi powiatów, wójtami gmin, komendantami milicji - i kto 

śmiałby coś pisnąć?

Kto by zresztą chciał? Trudno ukryć, ale i dzieci łagierników, choć oczywiście 

nie wszystkie, tez się powoli w „nowe” włączały - wstępowały do partii, chciały ukła-

dać się z władzą, od której, jak to na wsi, wszystko zależało - zgoda na materiały 

budowlane, na budowę domu, na traktor.

I chyba tylko Szkutnik miał ciągle sporo ognia i siły - drugi raz się ożenił, 

działał w ruchu ludowym, mówił wszystkim prawdę w oczy. W rezultacie siedział 

jeszcze kilka razy, między innymi we Wronkach - niby za broń w stodole, za obrazę 

władzy ludowej.

*

Może dlatego przed nim właśnie nowa władza zaczęła się „czyścić”? Na 

odpuście na świętego Jana kilku tych, którzy „oskarżali”, „podpisywali” (mniejsza 

może o nazwiska - żyją ich dzieci, wnuki), dosiadło się nagle do ojca Władysława 

Pamuły, tez łagiernika - wspomina Jan Szkutnik.

- Sąsiedzi kochani! - mówili. - Jacy z nas judasze czy judaszowe najduchy? 

Podpisywaliśmy, ale Sowiety „kazały”, co mogliśmy zrobić? Ale czy słuchały nas, 

chłopców po dwóch klasach? „Rusińskiego” słuchały i radziły się! Bo mózg partii, 

profesor, najmądrzejszy we wsi! On pisał „oskarżenia”, „zdawał”, „wskazywał” ludzi.

I nosili się wysoko, jakby nigdy nic, bo to przecież on, nie oni!

Jan Szkutnik oraz jego siostra Bronisława Markut, również z Woli, pamiętają, 

jak przychodził do ich ojca Władysław Pamuła i często o tym rozmawiali.

- Patrz no, kumoter - mówił Pamuła, bo byli skoligaceni - komunisty się 

czyszczą, na „Rusińskiego” zwalają! A na oskarżeniach, które nam czytano, były ich 

nazwiska! I na śledztwie w Rzeszowie też nam je czytano! Więc jak to możliwe, żeby 

jednak on? Przechowaliśmy go, a on nas „zdał”? Za co? Dobrze ze sobą żyliśmy, 

krzywdy nie miał.

I nawet rozmawiać o tym przestali, bo to przecież nie do uwierzenia, nie mieści 

się wprost w głowie!

Swoi ich „zdali”, a teraz wstyd gryzie i zwalają na może Bogu ducha winnego 

background image

człowieka?

*

Choć prawdę powiedziawszy, dawał powody.

Bo czyż nie był wtedy z tymi, którzy brali? Nie stracił dla nich głowy? Nie witał 

ich z kwiatami? Nie ubrał Heńka w mundur? I może uwierzył - jak zresztą wtedy 

wielu, i to znacznie mądrzejszych - w „nowe”, w którym nie ma miejsca dla „wrogów 

ludu” i „kułaków”? Może nie uważał wcale, że „zdaje”, tylko pomaga?

Czy nie chodził z „naczalstwem”, które istotnie się z nim liczyło, czego 

dowodem przypadek Temporali? I dziwne nawet byłoby, gdyby w tej, najważniejszej 

przecież, sprawie nie prosiło o pomoc „mózgu partii”. I rzeczywiście, podpisywały 

czasem najgorsze „duraki”, a nie ci ważniejsi, mądrzejsi.

Czy nie był też z „komuniścinami”, członkami PPR, która oficjalnie i jawnie z 

Rosjanami współpracowała, i to nie tylko tu? Jej rola została chyba oceniona 

jednoznacznie.

A Warchoł, chłop niegłupi, który twierdził zawsze, że widział jego pismo na 

swoim oskarżeniu? A „uczony” styl oskarżeń pozostałych?

I „biali” przyszli jednak „za nim” w kwietniu 1945, ale zdążył uciec. I potem 

tez od nich uciekał - w Łodzi od Ryśka Boguckiego, w Jeleniej Górze od Magrysia. I 

nigdy - ani on, ani „młody” - nie dał potem nawet znaku życia.

*

Choć oczywiście mógł chodzić z „naczalstwem” i wcale nie „zdawać”. Być z 

„komuniścinami” wyłącznie dla przetrwania. A uciec przed tymi, którzy chcieli mu 

zabrać spod podłogi ostatnie złoto, dziwne tylko, ze tak późno, gdy wszyscy wiedzieli, 

że nie ma już pieniędzy.

Ale jeżeli tak, dlaczego potem milczał?

Tym bardziej że pojechali na Sybir ci, którym zawdzięczał najwięcej - sołtys 

Stępak, Pamuła, Szkutnik. A Warchoł poszedł „tylko” do więzienia.

Nigdy się jednak nie odezwał, nie napisał, nie przyjechał. Nie porozmawiał jak 

człowiek. Nie próbował jakoś się tłumaczyć, usprawiedliwiać, a uwierzyliby we 

wszystko, bo bardzo chcieli.

Sowieci bowiem mogli go szantażować, grozić mu! Byli przecież panami życia 

i śmierci, nowymi okupantami. „Na Sybir pojedziesz i nikt twojej mogiły nie znajdzie!” 

-rzucali często. Albo: „Żyt' budiesz, no j... nie zachoczesz!”

background image

I nie byty to tylko pogróżki, bo wywozili, a w więzieniu w Rzeszowie siedziało 

więcej ludzi niż za Niemców.

Wojna wcale się jeszcze nie skończyła, szczególnie dla Żydów. I może właśnie 

to była cena ich przetrwania? Tajemnica „starego”, a potem „młodego”, który dźwigał 

ją przez całe życie?

*

A może „stary” ich znienawidził? I chciał się mścić, jak zresztą wtedy wielu? 

Bo choć krzywdy nie miał, żył jednak w „uniżeniu”, na ich łasce, zależny od jednego 

ich słówka, jednego judasza!

Nareszcie więc mógł podnieść głowę - odegrać się, mścić. Odbić sobie tamte, 

na pewno jednak straszne lata!

A wcale ich to nie dziwi. Tak już jest, że człowiek „ma złość” do swoich 

dobroczyńców. I bardzo często złem odpłaca za dobro. Ile razy pożyczasz komuś 

pieniądz -masz wroga zamiast kumotra! Hodujesz dzieci - wrogów największych!

*

Dionizy Garbacz, współautor (z Andrzejem Zagórskim) książki W kleszczach 

czerwonych (Brzozów-Rzeszów, 1991), poświęconej losom AK podokręgu Rzeszów 

po wkroczeniu Armii Czerwonej, to najlepszy w okolicy znawca problemu.

- To były pierwsze wywózki - mówi - i żadnych dokumentów - archiwów, akt. 

Potem było już „lepiej”, więcej śladów, ale w pierwszych - ładowano w budy, 

wywożono, to wszystko.

Na umieszczonej w książce liście wywiezionych do łagrów od sierpnia 1944 r. 

do stycznia 1945 r. widnieją między innymi nazwiska Stępaka, Pamuły, Szkutnika, 

Surmy - „żołnierzy AK obwodu Tarnobrzeg”.

Sporządzali ją przez wiele lat na podstawie relacji świadków, meldunków AK, 

ksiąg parafialnych, w których notowano czasem nazwiska wywiezionych. Jest na 

pewno niekompletna, ciągle uzupełniana.

Nie ma nazwisk wszystkich ofiar, a co mówić o denuncjatorach?

„[...] W przeważających wypadkach - pisali - dużą pomoc okazywali 

enkawudzistom sami Polacy, związani zwykle z PPR, milicją, UB”.

*

Kto zresztą dojdzie dziś, jak naprawdę było?

I czy to w ogóle możliwe?

background image

Wymiera już przecież pokolenie „młodego”, a co dopiero mówić o „starym”?

Tak że pewne jest już tylko, iż złą zostawił po sobie pamięć.

Bo cóż, był jednak z tymi, którzy „brali”. I z tymi, którzy „zdawali”, czyli w 

tym pomagali. Z Sowietami i pepeerowcami, a to wystarczy.

„Przechował się i uciekł”, choć „za profesora się miał”.

I nawet po latach, gdy emocje już opadły, nigdy się w żaden sposób nie 

odezwał. Nie zainteresował się nawet, czy żyją - wrócili z Syberii, a Warchoł z 

więzienia? Oni tymczasem wiedzieli, że nie wyjechał, że mieszka w Polsce.

Co potęgowało oczywiście podejrzenia, że „coś było”, że „był wmieszany”, 

„wstydził się stanąć z nimi twarzą w twarz”.

*

Starali się więc o nim zapomnieć.

Choć oczywiście nie od razu. W pierwszych powojennych latach, gdy wracali 

łagiernicy, wyszedł z więzienia Warchoł, jeszcze o nim wspominali, mówili.

Ale cóż mogli zrobić? To były przecież tylko przypuszczenia i domysły. Nie 

mieli zresztą we krwi żądzy zemsty ani odwetu. Rzucali więc najwyżej:

- A niech mu Bóg w dzieciach odpłaci!

- W dzieciach wytrąci! I wytraci!

I w złą chyba mówili godzinę.

*

Jan P., który nie tylko „zdawał” wtedy sąsiadów, ale i wyprowadzał do bud, w 

dzieciach właśnie pokarany. Bo choć jest już stary, niedołężny, mieszka po śmierci 

żony sam, co uważa się tu za nieszczęście, dopust boski - na starość powinno się być 

wśród dzieci, wnuków.

Choć ma ich kilkoro, żadne nie chce go u siebie dochować ani przyjść do 

niego. Wiedzą, jaki był, co mówią o nim ludzie. I siedzi sam jak puchacz. „Pokutuje” - 

mówią ludzie.

Bóg czeka nieraz długo, ale karze mocno.

*

Ksiądz Jan Butrym, proboszcz tutejszej parani, którą właśnie opuszcza, nie 

ukrywa, że nie miał tu najłatwiej. I nie tylko dlatego, że to od dawna teren 

„czerwony”, wiele osób niewierzących, świeckie pogrzeby itd.

Tragedia, którą przeszli, żywa jest do dziś. Oczywiście nie na co dzień, 

background image

jednakże czasem jej echo odzywa się w nieoczekiwanych, wydawałoby się, sytuacjach. 

Nie będą na przykład odnawiać kościoła z tym czy tamtym, bo to syn zdrajcy! A ten z 

kolei oskarża innych! Oni zaś „starego” Kosińskiego!

Tak że słyszał o wysuwanych wobec niego podejrzeniach. Dziwne jednak, że 

powiedzieli o nich dziennikarce. Do dziś bowiem noszą piętno „tamtego”, są nieufni, 

boją się nowej zdrady, zemsty i Syberii. „Solidarność” powstała tu bardzo późno, gdy 

należała do niej już cała Polska.

Pewnie czarę goryczy przelał „młody”, który nigdy o nich nie wspomniał. Nie 

przyjechał. A co więcej - odepchnął, gdy do niego pojechali. Bardzo ich to zabolało, 

dotknęło.

Może to on odnowił ranę?

MAŁY RUSIŃSKI

Mijały lata, wydawało się, że rozdział pod tytułem „Kosiński” jest już dawno 

zamknięty. Lecz chyba gdzieś tak w 1968 r., kiedy to pisano o Żydach tyle złego, ktoś 

gdzieś przeczytał, ktoś usłyszał w radio, że Jurek „Rusiński”, ten mały czarny ptasior, 

który wisiał cały czas na płocie, napisał podobno jakąś książkę! Zdaje się, Niebieskiego 

ptaka, „obczerniającego” tych, którzy przechowywali Żydów!

Zupełnie się tym jednak nie przejęli, nie wzięli do siebie. Ich bowiem dotyczyć 

nie mogło. U nich przecież przeżył okupację niczym u Pana Boga za piecem i nie mógł 

im mieć nic do zarzucenia. Może pisał o latach sprzed Dąbrowy? Zjawił się tu z 

rodzicami dopiero jesienią 1942 r., o ile im jednak wiadomo, wcześniej też nie miał 

chyba najgorzej. Przyjechał tak wychuchany, zadbany, że inaczej być nie mogło.

Niby więc coś o jego Niebieskim ptaku słyszeli, choć w sumie niewiele. Tym 

bardziej że nikt go nie czytał, nie widział, a co najważniejsze - kto wierzył wtedy 

gazetom?

Cieszyli się więc, że został pisarzem, czyli „kimś”! Ich wysiłek i ryzyko nie 

poszły na marne. Przechowywali nie byle kogo! To również chyba dowód, że nie miał 

u nich źle - nie wypaczył się, zdrowo na ich mleku wychował.

- Dąbrowa go przechowała, Kępa wykarmiła, wypasła! - mówili z dumą.

Potem było o nim kilka łat ciszy i dopiero za „Solidarności” znów coś o nim 

czytali, słyszeli, tym razem już bardzo dobrze. Że znany w świecie, ale nie u nas, gdzie 

wciąż nie ma jego Niebieskiego ptaka oraz innych książek. A w kwietniu 1988 r., 

niespodziewanie, przyjechał na krótko do Polski, widzieli go w telewizji!

background image

Pierwsze wrażenie - wykapana „Kusińska”! Z biegiem lat jeszcze bardziej do 

niej podobny. Do „starego” -natomiast ani trochę, i to pod żadnym względem. „Stary” 

bowiem, zanim nie zdumiał dla „komuniścin”, był człowiekiem poważnym, statecznym. 

Mówił mało, ale mądrze, z godnością, ważył każde słowo.

„Młody” natomiast trajkotał niczym karabin maszynowy, przeskakiwał z 

tematu na temat, nie odpowiadał na pytania, mówił, co chciał. Nie patrzył też 

rozmówcom w oczy, tylko - szklanym wzrokiem - przed siebie lub ponad głowami, nie 

najlepsze więc zrobił na nich wrażenie.

Co najważniejsze, mówił ciągle o Żydach i Polakach, potrzebie polsko-

żydowskiego pojednania, o nich jednak nawet nie wspomniał, nie „wzmocnił”, nie 

„dźwignął” choćby jednym słowem. Nie pozdrowił, nie powiedział: „Dąbrowo 

Rzeczycka, dziękuję ci!”

A wystarczyłoby, mógł już nie wymieniać nazwisk, albo tylko Warchoła, 

należało mu się.

Nie znali jeszcze Malowanego ptaka, myśleli więc, że to pewnie przez 

„starego”.

Tylko kto by go, smarka przecież wtedy, za niego winił? Kto by coś wyciągał, 

gdyby jednak przyjechał, zjawił się tu niczym król? Przeszedł swoje, oni też przeszli, 

wystarczy, żeby po latach paść sobie w objęcia! Zapomnieć o wszystkim, co złe.

Ale przemknął niczym meteor i znikł, wyjechał, „ucięło się”.

*

Wizytę drugą zapowiadano już dużo wcześniej. Edward Warchoł oraz jego 

szwagier, Bronisław Wołoszyn, przeczytali o tym w miejscowej popołudniówce. 

Napisano w niej, że 21 kwietnia 1989 r. w warszawskiej księgarni „Czytelnika” na 

Wiejskiej podpisywał będzie swego Malowanego ptaka. Postanowili wobec tego do 

niego pojechać, po jego zachowaniu podczas pierwszej wizyty stracili nadzieję, że 

sobie o nich przypomni.

Zastanawiali się naturalnie, czy powinni? Po tym wszystkim, co się stało? Ale 

on przecież niewinny, był wtedy dzieckiem, może w ogóle nic o niczym nie wie? 

Rodzice mu nie mówili? Nie pamięta nawet nazwy wsi? A jeżeli tak, to niejako w 

ramach rekompensaty jakoś się wobec nich zachowa? Zaprosi na przykład do 

Ameryki? Lub choćby na wódkę do „Marriotta”? W ogóle zresztą chcieli go zobaczyć, 

porozmawiać, dostać wreszcie Malowanego ptaka, o którym tyle niepokojącego 

background image

słyszeli.

Historię ich spotkania z „młodym Kusińskim” zna oczywiście cała okolica, 

każdy był ciekaw, opowiadali ją więc mnóstwo razy, dla mnie jednak powtórzą jeszcze 

raz.

Ubrali się elegancko, czyli w garnitury, krawaty, pojechali nocnym pociągiem, 

przekomarzając się podczas drogi, że już są właściwie jedną nogą w Ameryce, bo Ju-

rek ich przecież zaraz zaprosi! Wysiedli rano w Warszawie, kupili kwiaty, wzięli 

taksówkę, nie trafiliby inaczej na Wiejską. Zjawili się przed ósmą, sądząc, że będą 

pierwsi, ale kłębiła się już przed nimi spora kolejka - zaczęła się podobno ustawiać o 

czwartej rano.

W miarę upływu czasu gęstniała i rosła, liczyła podobno kilka tysięcy osób, 

zajęła ulice sąsiednie, ciągnęła się aż do placu Trzech Krzyży. Od razu działał tez 

społeczny komitet kolejkowy, który wręczył im numery -Edwardowi 304, jego 

szwagrowi - 305.

Nigdy jeszcze czegoś podobnego nie widzieli - ekipy telewizyjne z całego 

świata, prasa, radio, elegancki tłum, pilnujący porządku milicjanci! A wszystko, trudno 

ukryć, dzięki nim! Starym Warchołom, Dąbrowie, całej okolicy! Wystarczyłoby 

przecież podczas okupacji jedno ich słówko i nie byłoby dziś ani Kosińskiego, ani tego 

tłumu. Ale mimo to tłoczyli się w kolejce tak jak wszyscy, ściskali numerki, bez 

których nie mogliby do niego podejść.

Na krótko przed jedenastą zaczęto krzyczeć, że jedzie, wiele osób runęło więc 

natychmiast w kierunku jezdni. Bronisław Wołoszyn stał jednak nadal, pilnował 

kolejki, do której mogliby ich jeszcze potem nie wpuścić. Edward Warchoł natomiast 

pobiegł razem z tłumem, stanął obok budki „Ruchu” i miał szczęście! Tuż obok zapar-

kowała piękna, czarna, ozdobiona amerykańską flagą limuzyna, z której wyskoczył 

Jurek Kosiński. Zupełnie taki sam jak w Dąbrowie, tylko trochę starszy. Stojący 

najbliżej szczęśliwcy witali się z nim, podawali ręce, coś krzyczeli. Edward Warchoł 

też się wśród nich znalazł i też nawet krzyknął:

- Tu Warchoł z Dąbrowy, czy pan mnie poznaje?

Ale skinął tylko potakująco głową i poszedł, a właściwie popłynął dalej, 

holowany przez swoją asystę w kierunku „Czytelnika”.

Widzieli, że nie ma zupełnie warunków do rozmowy - podpisywał tylko swoją 

książkę, zamieniając z każdym najwyżej pół słowa, bo już pchali się następni, wyczy-

tani przez komitet kolejkowy, który pilnował, żeby nikt za długo przy nim nie zabawił. 

background image

Napisali więc do niego kartkę - przedstawili się, przypomnieli, prosili o rozmowę. Po-

dali mu ją, gdy odczytano wreszcie ich numerek, podeszli do jego stolika.

Dostawał jednak prawie że tony wizytówek, zaproszeń, listów, więc nawet na 

nią nie spojrzał, oddał - tak jak i inne - siedzącemu obok towarzystwu, zdaje się -

dwóm panom i paniom; jedna z nich, jak mówiono w kolejce, była jego żoną. Edward 

Warchoł znów się wobec tego przedstawił:

- Dzień dobry, panie Jurku! - powiedział, choć mówili sobie kiedyś po imieniu. 

- Jestem Edward Warchoł z Dąbrowy Rzeczyckiej, syn Andrzeja, u którego przecho-

wywał się pan z rodzicami podczas okupacji! - I pierwszy wyciągnął rękę.

Kosiński uścisnął ją, ale chłodno, urzędowo, bez cienia uśmiechu. Nie wstał, 

żeby się z nimi serdecznie przywitać, uściskać. Spojrzał tylko na nich lodowatym 

wzrokiem i takim samym tonem powiedział:

- Moi rodzice już nie żyją! (Co zabrzmiało tak, jakby nie miał z nimi nic 

wspólnego).

- A nasza mama, chwalić Boga, żyje nadal, choć już dobrze po osiemdziesiątce 

- ciągnął jednak niezrażony Warchoł. Kosiński skwitował to milczeniem, słowem jej 

nie pozdrowił, choć była już stara, chora, miesiąc później zmarła.

- Żyje jeszcze tylko mój brat - powiedział po chwili, przerywając wreszcie 

milczenie.

- Brat? - zdziwił się niepotrzebnie Warchoł, tracąc cenny czas, ale pamiętał, że 

mały Henio nie był dzieckiem Kosińskich, czego zresztą nie ukrywali.

- Tak, brat, jadę do niego do Łodzi

 - powiedział, po czym podpisał im 

Malowanego ptaka, którego kupili, choć liczyli, że im podaruje, ale jakoś o tym nie 

pomyślał. I przez moment, który wydawał się wiecznością, stali bez słowa - oczywiście 

z nerwów i zmęczenia, on natomiast - zawsze taki wygadany - z nimi akurat nie miał 

ochoty na rozmowę.

Szczęście się jednak do nich na chwilę uśmiechnęło - siedząca obok niego pani 

przeczytała widać ich kartkę, spytała go bowiem, bardzo zainteresowana:

- Jurek, ci ludzie ukrywali cię podczas wojny?

- Tak! - rzucił tylko, powiedziała więc wtedy coś po angielsku do reszty 

towarzystwa, które zasypało go pytaniami, ale również po angielsku, nic zatem nie 

rozumieli, tylko: Jeny, Jeny!”

I wówczas właśnie zdarzył się jedyny miły moment wizyty. Żona Kosińskiego 

bowiem wstała, serdecznie, po ludzku się do nich uśmiechnęła, skinęła przyjaźnie ręką, 

background image

zapraszając do stolika, robiąc szybko miejsce. Jednocześnie spytała go o coś po 

angielsku, ale - wściekły, niezadowolony - ostro jej odburknął i zrobił gest 

najwyraźniej ich oddalający.

- Dajcie adresy! - rzucił szybko. - Zaraz do was napiszę! Przyjadę!

Oczywiście napisali, schował kartkę do kieszeni, wyciągnął rękę, ale nadal bez 

cienia uśmiechu.

- Do widzenia - powiedział tylko, oni natomiast:

- Do widzenia, panie Jurku!

Chcieli coś jeszcze dodać, powiedzieć, tylko co? I jak? Komitet kolejkowy już 

krzyczał, ze za długo, że skandal! Wszyscy mają równe prawa!

*

Wracali smutni, przygnębieni. Nie przypuszczali, że nawet się z nimi 

serdeczniej nie przywita ani nie pożegna, nie pozdrowi ich matki ani całej wsi. Nie 

spyta -co u nich? Co porabiają? Jak żyją? Może czegoś potrzebują? Nie powie 

cieplejszego słowa. Nie zrobi żadnego gestu, przeciwnie, oddali, chcąc się ich jak 

najszybciej pozbyć! I nawet na Malowanym ptaku nie napisze nic więcej, tylko swoje 

imię i nazwisko.

Cud, że się w ogóle do nich przyznał, mógł przecież śmiało powiedzieć - jaki 

Warchoł? Jaka Dąbrowa? Nie znam panów! Ale skąd wiedział, czy przed „Czytel-

nikiem” nie czeka z widłami cała wieś? Bał się pewnie, że mogą zrobić wtedy jakiś 

szum - krzyczeć, opowiadać, udowadniać, a naokoło przecież pełno dziennikarzy, ra-

dio, telewizja! Wolał pozbyć się ich kulturalnie i po cichu, obiecując, że napisze i 

przyjedzie!

Mieli oczywiście do siebie pretensje, że się nie najlepiej zachowali, nie 

powiedzieli chociażby - jak to tak, panie Jurku? Nie poczęstuje nas pan nawet herbatą? 

Ale byli zmęczeni, zdenerwowani - jechali całą noc, stali potem tyle godzin. Dobrze, że 

w ogóle coś powiedzieli, liczyli zresztą głównie na niego, wszystko zależało od tego, 

jak się zachowa. A skoro nie chciał ich znać - trudno, mają przecież swój honor. Swoje 

domy, gospodarki, dzieci i wnuki, nie muszą go o nic prosić.

Liczyli jeszcze trochę, że może jednak napisze, przyjedzie, ale skąd? Znów też 

nie wspomniał o nich w żadnym z wywiadów, których wszędzie udzielał, nawet w 

„Dzienniku Telewizyjnym”!

Co więcej, wielu sąsiadów śmiało się z nich, że „Rusiński”, tym razem mały, 

background image

jeszcze raz ich wykołował! Jak zwykle się wywinął! Choć większość jednak 

współczuła, uważała, że nie powinien tak ich „zbyć”.

Taki mądry, wykształcony pan z telewizji? Pisarz, prezes czegoś tam?

*

Antoni Madurski z Dąbrowy Rzeczyckiej, zamieszkały od dawna w 

Warszawie, emerytowany pułkownik Wojska Polskiego, również chciał się z nim 

zobaczyć. Porozmawiać przede wszystkim o Malowanym ptaku, którym, jako sąsiad z 

Dąbrowy, czuł się upokorzony, urażony. Przyszedł więc na Wiejską, ale dość późno - 

nie spodziewał się aż takich tłumów - i stał niemalże na końcu.

Po paru godzinach miał dość czekania, a właściwie powolnego przesuwania się 

krok po kroczku. Jeszcze bardziej zaś - tłumu, który, jak się zorientował, przyszedł 

wyłącznie z ciekawości. Ludzie, którzy go tworzyli, niczego o Kosińskim nie wiedzieli 

- poza tym, że zrobił na Zachodzie karierę. Niczego nie czytali, bo zresztą skąd? A 

chcieli kupić Malowanego ptaka tylko dlatego, że „wszyscy kupowali”. Miał więc tego 

dość, nie mógł już dłużej stać.

Przedtem jednak napisał do Kosińskiego list. Przedstawił się - jest jego byłym 

sąsiadem z Dąbrowy Rzeczyckiej, ma nadzieję, że pamięta tę nazwę? Chciałby się z 

nim spotkać, porozmawiać o Ptaku. Interesuje go, dlaczego jest w nim tylko zło, skoro

doświadczył jednak głównie dobra? Dlaczego nigdy publicznie o Dąbrowie nie wspo-

mniał? Czy nie przyszło mu do głowy, że wieś na to czeka?

Podpisał się, podał swój adres, numer telefonu. Oddał list stojącemu przed nim, 

który obiecał go przekazać, był zdecydowany doczekać swojej kolejki. Nie wiadomo 

oczywiście, czy dotrzymał słowa, w każdym razie Kosiński nie zadzwonił ani nie 

odpisał.

Niespecjalnie zresztą na to liczył - spotkał pod „Czytelnikiem” Edka Warchoła 

ze szwagrem, którzy właśnie od niego wychodzili i nie ukrywali, jak ich przyjął. A 

skoro zbył syna człowieka, który go przechowywał, co dopiero mówić o nim, sąsiedzie 

tylko?

*

Po powrocie z Warszawy Edward Warchoł i jego szwagier próbowali czytać 

Malowanego ptaka. Kilku sąsiadów z Dąbrowy, pracujących w Stalowej Woli, 

również go kupiło, przerzuciło, pożyczyło. Tak że większość wsi zna książkę, choć 

mało kto dobrnął do końca - nie dało się. Reszta natomiast tylko o niej „słyszała”.

background image

I dopiero zawrzało!

Wpuść wilka, to cię zje! - mówili.

Nigdy nawet o nich nie wspomniał, odprawił Warchołów, nie tylko ze względu 

na „starego”, ale i swoją książkę! Czy mógł spojrzeć im po niej w oczy? Dziwne, że w 

ogóle przyjechał, nie bał się.

Wprawdzie w „uczonym”, trudnym do przebrnięcia wstępie, w wywiadach 

wyjaśniał niby, że rzecz się dzieje w „krainie mitycznej”, „nieumiejscowionej”. Że nie 

ma miejsca akcji - nazwy kraju, a tym bardziej wsi, żadnych nazwisk, konkretów! Ale 

to tłumaczenie dobre dla wszystkich, tylko nie dla nich! Jaka kraina mityczna, skoro to 

kubek w kubek Dąbrowa i okolica? Zupełnie prawie nie zmieniona?

Akcja Ptaka toczy się w kilku położonych obok siebie wsiach, czyli tak samo 

jak historia Kosińskich. Mieszkali wprawdzie w Dąbrowie, ale chodzili do kościoła do 

Woli. Kępa ich żywiła, Rzeczyca Okrągła przechowywała podczas akcji i obław, 

Rzeczyca długo milczała, jak wszyscy.

Oczywiście krajobraz książki to głównie Dąbrowa właśnie - tak jak wsie z 

Ptaka, leży przecież obok wielkich lasów, w których również „ukrywał się miejscowy 

Żyd”, czyli Karol Liebeskind. Były „opuszczone wojskowe bunkry o potężnych 

ścianach ze zbrojonego betonu”, pełne może nie tyle szczurów, co zwykłych kretów. 

Walczyła „biała” oraz „czerwona” partyzantka i „biali” mścili się na wszystkich 

podejrzanych o sprzyjanie „czerwonym”, „czerwoni” karali wioski, które sprzyjały 

„białym”, a czasem „oba ugrupowania napadały na siebie mordując się wzajemnie”

.

I w Dąbrowie „ciągnęły się lasem tory kolejowe”, którymi przejeżdżały - tak 

jak w Ptaku - transporty wojskowe oraz Żydów do Majdanka. Dąbrowa, tak jak 

wieśniacy z Ptaka, biegła je oglądać. Wcale jednak nie z ciekawości czy też żeby 

„pomachać wesoło do maszynisty”, tylko dowiedzieć się, co się dzieje - kogo tym 

razem wywożą, dokąd. Nie było przecież radia, telewizji, gazet i tory właśnie stawały 

się swoistym źródłem informacji. Biegali więc patrzeć, ale z przerażeniem, ze 

ściśniętym sercem, wiedzieli, że po Żydach przyjdzie kolej na nich! „Mały Rusiński” 

też zresztą latał - barak Warchołów znajdował się tuż obok torów.

W sąsiedniej Kępie był też most kolejowy na Sanie, strzeżony dniem i nocą 

przez Niemców, czyli tak jak w Ptaku, gdzie: „W pobliżu wioski most kolejowy spinał 

strome skalne zbocza, pomiędzy nimi płynęła szerokim korytem rzeka [...] Żołnierze w 

hełmach warowali przy działach, a zwisający ze zwieńczenia żelaznej konstrukcji 

kanciasty znak swastyki, wyszyty na fladze, skręcał się na wietrze”.

background image

W Dąbrowie były i są do dziś „moczary i trzęsawiska”, choć wcale nie takie 

„rozległe” i groźne”, jak przesadzał w Ptaku. Miejscowi, którzy je znają, chodzą po 

nich, a raczej skaczą bez problemów.

Dąbrowa miała również i ma „ziemie marne”, była przed wojną „biedna i 

nędzna” - morga piachu to było coś - dlatego właśnie nie hodowała krów, tylko - tak 

jak wieśniacy z Ptaka - kozy oraz króliki, które byle co jadły. „Wygłodzona”, niczym 

oni, też „witała z radością porę grzybobrania” - żyła nie tylko z piaszczystej ziemi, ale i 

z lasu - grzybów, malin, jagód.

Na pewno była również - trudno ukryć - „zacofana”, choć miała czteroklasową 

szkółkę, a klasy wyższe i gimnazjum - w niedalekim Radomyślu oraz Rozwadowie, 

gdzie chodziły dzieci zamożniejszych gospodarzy. Rzeczywiście jednak większość 

dorosłych nie umiała czytać ani pisać, leczyła się ziołami, pijawkami, „zamawianiem”, 

ale nie z ciemnoty, tylko z braku pieniędzy - lekarz kosztował.

I tak jak w Ptaku, „nie znano elektryczności”, a „bite drogi stanowiły 

rzadkość”. „Chaty zbudowane były z bali, oblepiane z obu stron gliną zmieszaną ze 

słomą. Ściany głęboko zapadłe w ziemię, podtrzymywały kryte strzechą dachy 

zwieńczone kominami wykonanymi z gliny i wierzbowych witek”.

I tak jak w Ptaku również, wieś była „odległa”, „izolowana od świata”, choć 

właściwie bez przesady - niedaleko przecież Radomyśl, Rozwadów, Stalowa Wola. Do 

czasów partyzantki - rzeczywiście niewielka, cicha przystań - przed wojną tylko 

trzydzieści kilka numerów, czyli „dymów”, jak się tu mówi.

Ludzie też może i „ciemni”, „wyjątkowo zabobonni”, „mówiący dziwnym 

narzeczem”, „nie rozumiejący języka warstwy wykształconej, jakim posługiwał się 

Chłopiec” -ciemnowłosy, czarnooki, śniady, niczym „mały Kusiński”.

Ale co chyba najważniejsze - przyzwoici, bogobojni, uczciwi. Czy narażaliby 

się inaczej dla nie znanej im przecież, nietutejszej żydowskiej rodziny? Trzymaliby ją - i 

to bezinteresownie - dwa i pół roku?

*

Jest też w Ptaku niemal autentyczna postać z Dąbrowy - ptasznik Lech, 

którego pierwowzorem był niewątpliwie sąsiad Kosińskich - Lech Tracz. Żyjący 

zresztą do dziś w chacie obwieszonej klatkami pełnymi ptaków. Jego również, jak tego 

z książki, „ciągnęło do kniei”. On także „spędzał młodość w lasach pośród ptaków”, 

które kochał od dziecka. Zastawiał sidełka, łapał, potem uwalniał, czasem też malował 

background image

wapnem, bo skąd podczas okupacji farba?

Malował głównie wrony, których było najwięcej. Przede wszystkim dla 

tutejszych dzieci, które nie miały przecież zabawek ani specjalnych rozrywek, choć 

także i dla siebie. Jest pomylony, ale niegroźnie - wszyscy go lubią i współczują, że 

„mały Kusiński” nie zmienił mu nawet imienia, bo ciągle go ktoś teraz pyta: gdzie jest 

głupia Ludmiła?

Zapamiętał też widać Labinę, która u nich służyła. Jedną z bohaterek Ptaka 

nazwał bowiem niemal identycznie, bo Łabiną, która również „chodziła do co 

bogatszych gospodarzy pracować jako służąca”. Labinę też zresztą nazywają często 

Łabiną, jej syna - Łabą, to jedno z popularniejszych tutaj nazwisk; żona Józefa Stępaka 

z Dąbrowy i Kępy za Niemców - również z domu Laba.

Stefania Labina (1910), była służąca Kosińskich, żyje w Dąbrowie do dziś, ale 

już stara, chora. Laba, jej mąż, który urodą zupełnie się nie wyróżniał, zginął na torach 

już ze dwadzieścia lat temu, a złośliwcy dokuczają jej teraz pytając, czy faktycznie był 

„krasny”, tak jak ten z książki.

W ogóle jest w Ptaku sporo tutejszych nazwisk, może nie tyle z Dąbrowy, co z 

okolic. Tęcza na przykład lub Makar, o którym było swego czasu bardzo głośno. 

Julian Makar z niedalekiej Kuryłówki udusił się w domu podpalonym przez Sowietów 

podczas akcji przeciw „białej” partyzantce.

Wspomina też w Ptaku o „Lilce, żydowskiej dziewczynce”, oddanej pod 

opiekę jednemu z wieśniaków, który „bił ją i gwałcił, zmuszał do różnych bezeceństw, 

a w końcu zniknęła”. A imię Lilki nosiła właśnie żydowska dziewczynka, przygarnięta 

na kilka miesięcy przez Migdałków - sąsiadów Kosińskich z baraku; „mały Rusiński” 

nieraz się z nią bawił, z tym że nikt jej nie bił i nie gwałcił, przeciwnie, przekazywana z 

rąk do rąk, przetrwała wojnę, żyje podobno do dziś w Izraelu. Dąbrowa była jednym z 

etapów jej wojennej wędrówki.

Jest także w powieści ksiądz - kopia księdza „Okunia”, który sprowadził 

Kosińskich do Dąbrowy. Tak jak i on - „mały, pulchny, ubrany w postrzępioną, 

spłowiała sutannę”. Serdeczny” i dobry, śpieszący zawsze Chłopcu z pomocą - 

umieszcza go u jednego z wieśniaków, odwiedza potem i nadzoruje, tak jak ksiądz 

„Okuń” swoich podopiecznych.

Jest również „ukrywający się w okolicy miejscowy Żyd”, czyli Karol 

Liebeskind, którego też „znała cała wioska, gdyż jego dziad był właścicielem dużego 

ziemskiego majątku”; w rzeczywistości tartaku. I faktycznie „wszyscy go lubili; 

background image

powiadano: Żyd, ale porządny człowiek”.

Jest też, jak w rzeczywistości - przybrany brat. Tyle że w Ptaku Chłopiec 

poznaje go dopiero po połączeniu się z rodzicami. Tymczasem mały Henio przyjechał 

już z nimi do Dąbrowy razem ze swoją niańką. I tak jak ten z Ptaka, był „czteroletnim 

chłopczykiem, sierotą, uratowanym przez wiekową niańkę w trzecim roku wojny”.

Są dobrzy Niemcy, którzy dwa razy ratują Chłopcu życie - elegancki, 

„nadludzki” oficer oraz żołnierz, który nie zastrzelił go w lesie, kazał uciekać. I 

faktycznie, tacy Niemcy nieustannie się „Rusińskim” trafiali - „staremu” przecież w 

skupie, w Kępie, gdzie spotkał samego szefa gestapo, „Rusińskiej” oraz „małemu” u 

sołtysa Stępaka. I każdej też właściwie niedzieli, podczas mszy w kościele w Woli, w 

której Niemcy również uczestniczyli, przystępowali do komunii. Stali wprawdzie koło 

ołtarza, „Rusińscy” zaś przy wejściu, ale - mimo wszystko - pod jednym dachem!

*

Jest masa dąbrowskich szczegółów, konkretów, które mogliby mnożyć.

Chociażby własny ogień, czyli race lub wiuczki, które - nie wiadomo dlaczego - 

nazwał w Ptaku kometami. Wypełnione trocinami, podziurawione po bokach, płonące 

puszki po konserwach, z przymocowanym drutem, dzięki czemu wymachiwano nimi 

niczym lassem. Nie służyły wcale, jak przesadzał, „do przetrwania”, tylko do zabawy. 

Chłopcy pasący krowy rozpalali przy ich pomocy ogień, piekli ziemniaki.

Bawili się też, jak ci z książki, „niebezpiecznym mydłem”, to znaczy „sprzętem 

wojskowym znalezionym w lesie - nabojami karabinowymi lub minami lądowymi”. I 

jedni, i drudzy ślizgali się na „sierpówkach” - własnoręcznie wykonanych, 

przymocowanych do butów łyżwach z sierpa oraz drewna; przywiązywali do pleców 

„żagle” -kawałki płótna, dzięki którym płynęli z wiatrem.

*

Są sceny, które faktycznie miały miejsce, ale podmalował je na czarno, 

„wzbogacił” o okrucieństwo, którego nie było.

Rzeczywiście służył przez jakiś czas do mszy i w trakcie jednej z nich upuścił 

mszał, nikt go jednak za to nie wrzucił do kloaki, w wyniku czego miał stracić głos.

Rzeczywiście tutejsi chłopcy, jak to chłopcy, kilka razy go dopadli, próbowali 

zdjąć spodnie, zobaczyć ptaka, ale wyłącznie z ciekawości. Nigdy jednak do tego nie 

doszło, zawsze jakoś uciekł. I nikt go przy okazji - jak Chłopca z Ptaka - nie topił w 

przerębli, nie bił.

background image

Rzeczywiście też „pewnego pogodnego poranka wyciągnęli z wody 

ogromnego suma o długich, sterczących wąsach. Była to potężna ryba monstrualnych 

rozmiarów”. Do dziś ją pamiętają - złowił ją stary Tracz i - tak jak w Ptaku - cała wieś 

biegała oglądać, nawet „mały Rusiński”!

Ale stał tylko, tak jak wszyscy, patrzył, wrócił potem do domu. Nikt go - jak 

Chłopca - nie wrzucał do wody, nie topił, ciskając jeszcze za nim kamieniami!

*

Są całe rozdziały niemal identyczne z tym wszystkim, co się działo w 

Dąbrowie.

Chociażby ten o najeździe Kałmuków, którzy - tak jak w Ptaku - zjawili się 

zaraz po ucieczce Niemców, „ubrani w zielone, niemieckie mundury z lśniącymi gu-

zikami i w naciągnięte na oczy furażerki”. Oni też „łupili i gwałcili”, choć głównie w 

sąsiedniej Rzeczycy Okrągłej. Dąbrowa razem z Kosińskimi uciekła w las, przeczekała 

najazd, w baraku, w którym mieszkali, wybito tylko okna.

A rozdział o wkroczeniu Armii Czerwonej? Tak jak w Ptaku, przyszła przecież,

gdy „lato się skończyło, snopki pszenicy stary rzędem na polach”. Witała ją grupa 

chłopów niosących czerwone flagi, na których niezdarnie wymalowano „sierpy i 

młoty”. Witał między innymi „stary” Kosiński, zafascynowany Czerwoną Armią 

niczym Chłopiec z Ptaka, który był - jak mały Henio - synem pułku w mundurku 

krasnoarmiejca. Przyjaźnił się z bojcem Mitką, oficerem politycznym Gawryłą, niczym 

„stary” z „wierchuszka” i „naczalstwem”.

*

Więc jaka to - przynajmniej dla nich - „kraina mityczna”, której „nie można 

umiejscowić na mapie”?

To przecież Dąbrowa, z wyjątkiem oczywiście sady-zmów, zboczeń, 

okrucieństw.

CZARNY PTASIOR

I w Dąbrowę - tory, bunkry, kozy, wiuczki, ptasznika Lecha, Labinę - wrzucił 

dzikie bestie w ludzkiej skórze. Sadystów, którzy topili dziecko w kloace, szczuli 

psami, wieszali, wydłubywali łyżką oczy. Hieny czatujące na żydowskie transporty. 

Zboczeńców współżyjących z kozłami, królicami. Morderców głupiej Ludmiły.

I dla wszystkich to tylko książka, powieść, „baja”, ale nie dla nich. Oni chyba 

mogli to wziąć do siebie? Czuć się „opisani”, „obczernieni”? Bo skoro tu wszystko z 

background image

Dąbrowy, to chyba i ludzie?

Na dobrą sprawę skoro zrobił już z nich dzicz, powinni złapać widły, wsiąść 

wszyscy w autokar, pojechać za nim do Warszawy, spytać głośno:

- A ty smarku! - bo choć już nie żyje, ciągle jest dla nich mały albo młody. - Co 

to ma znaczyć? Ty pisarzem jesteś? A nie mogłeś tych swoich oprawców powrzucać w 

jakieś góry? Nad morze? Pozmieniać im nazwisk?

I spytać tez, jak mógł? Tak im odpłacić?

Widzą przecież w telewizji Żydów, którzy przyjeżdżają, odwiedzają, ubierają w 

złote buty - odnawiają kamienice, podają do gazet, do Jerozolimy, do medalu! Niczego 

od niego nie chcą, niech idzie z Bogiem, nie dla wdzięczności go przechowali! Ale 

niech choć nie „obczernia”, nie „opisuje”!

Tym bardziej też że krzywdy nie miał, siedział jak u pana Boga za piecem, jak 

żadne chyba żydowskie dziecko - czy mają jeszcze raz wszystko opowiedzieć?

Pewnie, że się bał, ale czy tylko on? Poszłaby przecież z dymem cała wieś - oni 

sami, ich dzieci, dobytek.

Nie mają jednak we krwi żądzy zemsty ani odwetu. Ma szczęście, że na nich 

trafił, bo tacy górale nigdy by mu nie przepuścili, dopadliby i w Ameryce. A tu na 

pewno nie anioły, ale ludzie spokojni, bogobojni, przyzwoici, dlatego tak sobie 

pozwalał!

Gdyby byli tacy sami jak ci z Ptaka, odmówiliby księdzu „Okuniowi” - po co 

im na głowę taki mól? Albo wzięliby, żeby „zdać” za kilogram cukru lub litr spirytusu, 

bo tyle płacono za jednego Żyda. I trafiali się szubrawcy, ale nie u nich, najlepszy 

dowód, że Kosińscy przeżyli, przesiedzieli tu przeszło dwa i pół roku!

Co więcej, rozpusty, którą im teraz wszyscy wytykają, również tu nie było. 

Bieda tak, ale nie takie sceny! Na nędznej, zapadłej, przedwojennej wsi?

Czy wiejska kobieta, która obrobiła dom, obejście, pole, miała jeszcze na to siły 

i czas? A chłop, który chodził codziennie do huty piętnaście kilometrów w jedną stronę 

i też pracował potem w polu? „Posiudał” najwyżej w niedzielę żonę, spełnił małżeński 

obowiązek, to wszystko. I nawet nie widział jej nigdy nagiej, bo wszystko oczywiście 

po ciemku, jak pan Bóg przykazał.

*

Zastanawiali się nieraz, co w niego wstąpiło. Jaki zły duch?

Może to za „starego”? Za wydany tu jednak na niego wyrok? Za ich ucieczkę z 

Dąbrowy?

background image

Może też - tak jak i on - ich znienawidził? I też chciał się wreszcie odegrać, 

odbić sobie tamte, na pewno jednak straszne lata?

A może to tylko „dla Ameryki”, którą też znają, pracują tam przecież na 

czarno. Chciał się wybić, robić karierę, tymczasem Ameryka to Ameryka, byle czym 

nie zadziwisz! Nawymyślał więc „bajów” i wsadził w Dąbrowę, bo najlepiej ją 

pamiętał, znał. Skąd mógł przewidzieć, że komuna jednak padnie? Że to wyjdzie po 

polsku? Że tu przyjedzie? Stanie z Edkiem Warchołem twarzą w twarz?

Zaplątał się, zamotał, a potem przepadło - już nie mógł spojrzeć im w oczy.

A może to jego chora wyobraźnia? Źle ustawiona psychika? Ale to nie ich 

wina, tylko Kosińskich!

Niepotrzebnie trzymali go tylko w domu lub na obejściu, nie pozwalali bawić 

się z tutejszymi chłopakami. Oczywiście, że się o niego bali, szybko chyba jednak zro-

zumieli, iż nic im ze strony wsi nie grozi. I mógłby pobawić się czasem z miejscowymi, 

zaprosić ich do siebie. Zrozumiałby, że nie są potworami, oni natomiast - że to chłopak 

jak wszyscy. Zobaczyliby może wtedy jego ptaka i nie byłoby wreszcie tajemnic, bójek, 

szarpaniny.

Ale bawił się najwyżej z dziećmi nauczyciela Migdałka, nigdy z miejscowymi. 

Najczęściej jednak wisiał tylko na płocie, niczym czarny ptasior, pilnował tej swojej 

„kality” i nic dobrego z tego nie wyszło. „Nabrał do głowy”, „wypaczył się”, „skrzywił 

sobie psychikę” i już jej chyba nie wyprostował.

Bo jak inaczej mógłby ich tak „opisać”? „Obczernić”? Narazić na 

pośmiewisko?

*

Pani Emilia Stec z Rzeczycy Okrągłej, siostra Jana Pamuły, rozmawiała kiedyś 

ze znajomymi o Kosińskim i pochwaliła się oczywiście, że go znała - spędziła w tej 

okolicy okupację, jego ojciec uczył jej brata. Zupełnie jednak nie wierzyli, patrzyli na 

nią podejrzliwie - tułał się przecież, zdaje się, na Ukrainie, nie wspominał nigdy o 

żadnej Rzeczycy ani Dąbrowie - czy to tam stracił mowę?

Pod „Czytelnikiem” Warchoł ze szwagrem też wspominali, że u nich właśnie, w 

Dąbrowie Rzeczyckiej, przechowali się Kosińscy. Szybko jednak zamilkli, bo wszyscy 

śmiali się i drwili. Jacy Kosińscy, skoro wędrował samotnie? A naokoło okrutna, 

ciemna czerń - czyżby ją reprezentowali?

Pan Stefan Kochan, rodem z Rzeczycy Okrągłej, przyznaje, że nie jest wcale 

background image

lokalnym patriotą. Nie lubi swoich stron - typowa galicyjska nędza, skąd zawiść, 

chciwość, nieżyczliwość, komuna, która miała tu i ma tylu zwolenników. Żadnego 

porównania z ciepłymi, serdecznymi Poleszukami, wśród których spędził przed wojną 

kilka lat.

Prawdę mówiąc, dziwił się zawsze, że się tak podczas okupacji zachowali. 

Przechowali - i to bezinteresownie - nie tylko przecież Kosińskich, ale i Karola 

Liebeskinda. Udawali, że nie widzą, gdy nauczyciel Migdałek trzymał u siebie jakiś 

czas dwójkę nietutejszych, żydowskich dzieci.

Mimo to nie mogą się dziś nawet do Kosińskiego przyznać, pochwalić, że 

proszę - przechowali nie byle kogo!

Zaraz słyszą - nieraz tego doświadczył - że kłamią, podszywają się, udają 

bohaterów. Dlaczego bowiem Kosiński nigdy się do nich publicznie nie przyznał? Nie 

wspomniał nawet? Może pomylili go z kimś innym? Może to tylko „baje” ciemnych 

chłopów? Czy mają w ogóle jakieś dowody?

A jeden nawet jest - zdjęcie profesora przed punktem skupu w Dąbrowie, które 

zrobił mu właśnie pan Kochan, i to wyraźne, udane; siedzi na nim obok Adama 

Latawca, który również tam pracował.

Poza tym już tylko pamięć łudzi starszych, przedwojennych. I to większości z 

nich - Kosińscy właściwie się nie ukrywali, „stary” był bardzo aktywny, pamięta ich 

więc sporo osób.

Nie tylko zresztą z Dąbrowy, Kępy, Woli Rzeczyckiej, Rzeczycy Długiej i 

Okrągłej, ale i tych, którzy się „wybili” - wykształcili, wyjechali. Jana Pamuły ze 

Stalowej Woli, Stefana Kochana z Tarnobrzega, Adama Latawca z Gdańska, Ludwika 

Pawelca z Warszawy. A także i tych, którzy spędzili tu tylko okupację - Zbigniewa 

Bączkowskiego, syna Wiesi Bączkowskiej, Andrzeja Migdałka oraz Ewy Dziadek - 

dzieci nauczyciela Migdałka.

- Będzie komu świadczyć - mówią - niech się pani nie martwi, tylko pisze.

Jest również siostra Karola Liebeskinda, która wolałaby zachować 

anonimowość - nie chce wracać do tych lat, Kosińskich zresztą nie znała, wyjechała z 

Dąbrowy, gdy przyjechali. Dowiedziała się o nich od ludzi stamtąd, z którymi nadal 

utrzymuje kontakty. Zawsze jednak potwierdzi, że to dzięki nim - przede wszystkim 

czerwonym partyzantom, Dąbrowie, okolicy - mało brakowało, a jej brat, o wyglądzie 

„nie najlepszym”, przeżyłby okupację - zginął dosłownie parę dni przed wejściem 

Rosjan, w czerwcu 1944.

background image

*

Starali się o nim zapomnieć, tak jak kiedyś o „starym”. Ale chyba w maju 1991 

gruchnęło nagle, że „pomarł”! A właściwie - popełnił samobójstwo, zakładając na 

głowę plastikową torbę, zanurzając się w wannie!

Zdziwili się początkowo jak wszyscy - z takiego dobrobytu? Wielkiego świata?

I żałowali przede wszystkim „starego” - tak się starał, kręcił, z diabłem był 

gotów paktować, żeby tego smarka ocalić, a ten tak mu odpłacił! Zamiast modlić się 

za niego do końca życia!

Nie byli jednak zaskoczeni - pamiętali przecież, jak rzucili kiedyś w rozpaczy za

„starym”: - Niech ci Bóg w dzieciach odpłaci! W dzieciach wytrąci!

I w złą chyba godzinę. Bo jednak po latach stało się. Spełniło? Bóg często 

właśnie w dzieciach karze, w tym, co najważniejsze.

Choć może zagryzło go też sumienie?

Ich zdaniem - rusza przecież w końcu każdego, najgorszego nawet grzesznika, 

chociażby i Judasza, który oddawał potem arcykapłanom srebrniki za Jezusa, ale nie 

chcieli. Srebrniki za Ptaka też widać nie przyniosły na dłużej szczęścia ani spokoju.

Nie chodzi zresztą tylko o Ptaka, bo gdyby na nim był koniec, to pal sześć! Kto 

by się wiecznie przejmował książką?

Ale podczas swoich wizyt w Polsce, występów w telewizji traktował ich jak 

powietrze, udawał Greka, śmiał się im w twarz!

Choć widział przecież w Warszawie Warchołów, Madurskiego, dostał jego list, 

wiedział więc, że żyją, że oglądają go w telewizji - mimo to zachowywał się tak, jakby 

nie istnieli.

Był w każdej gazecie, w „Dzienniku Telewizyjnym” nawet, i mówił o 

wszystkim, tylko nie o nich! Wielkie słowa o swoich „więziach z krajem rodzinnym”, o 

tym, że „płacze tylko po polsku”, oni natomiast śmiali się i mówili:

- A Edzia Warchoła poczęstowałeś choć herbatą? Pozdrowiłeś starą 

Warchołkę, która cię przechowała - jeszcze wtedy żyła? A całą Dąbrowę i okolicę - 

milczałeś jak grób!

Wyliczał też, ile będzie dla Polski robił - chociażby w Kazimierzu nad Wisłą, 

który zamierza restaurować. Ale tego również słuchać nie mogli.

- Czy to ludzie z Kazimierza go przechowali? Krowy z Kazimierza wykarmiły ?

I był wszędzie - w Warszawie, Łodzi, Krakowie, Kazimierzu, Oświęcimiu. Na 

background image

Zamku Królewskim, spotkaniach autorskich, tylko nie w Dąbrowie, gdzie ocalał, choć 

sama do niego pojechała, ale jak ją przyjął? I jeszcze okłamał, że przyjedzie, napisze.

*

Do dziś zresztą jedzą kwaśne jabłka.

Pani Bogumiła Jóźwiak z Dąbrowy przeczytała gdzieś niedawno: „spędził 

wojenne dzieciństwo w świecie gwałtu i przemocy, wśród okrutnych, ciemnych 

chłopów prześcigających się w sadyzmie, wyuzdaniu”.

I było jej oczywiście bardziej niż przykro, bo w Dąbrowie się przecież 

przechował, więc to o nich! Chciała nawet razem z mężem, który jeszcze wtedy żył, 

pisać do ambasady amerykańskiej w Warszawie - był ich obywatelem. W końcu jednak 

nie napisali, nie mieli adresu, nie wiedzieli, skąd go zdobyć. A poza tym - właściwie po 

co? Kto weźmie pod uwagę list chłopów z Dąbrowy?

Pisał już przecież w jego sprawie, i to do „Polityki”, Adaś Latawiec rodem z 

Woli Rzeczyckiej, dziś inżynier w Gdańsku, oraz pan Andrzej Migdałek, syn 

nauczyciela Migdałka.

„[...] Stwierdzam z całą stanowczością i odpowiedzialnością - pisał Adam 

Latawiec („Polityka” nr 224/1992) - że [...] żył wśród nas, włos mu z głowy nie spadł, 

nie dotknęła go najmniejsza przykrość”.

W „Polityce” również (10/1993) poparł go pan Andrzej Migdałek:

„[...] W swoim artykule o Jerzym Kosińskim Dave Smith przytacza fragment 

życiorysu Jerzego Kosińskiego - jakoby stracił mowę w wieku lat 9 na okres 6-letni, 

po wrzuceniu go przez chłopów do zbiornika z ludzkimi nieczystościami.

Jest to wymysł spaczonej fantazji Jerzego Kosińskiego, nigdy bowiem mowy 

nie stracił. Rozmawiał z nami poprawną polszczyzną, mieszkał stale z rodzicami, nigdy 

też nie przebywał w sierocińcu, gdyż wyzwolenie zastało ich w Dąbrowie Rzeczyckiej, 

skąd wrócili potem do Łodzi.

Wieś ukrywała Kosińskich i pomagała ile była w stanie -mam na to wielu 

świadków. Zasłużyła na medal «Sprawiedliwego wśród Narodów Świata». Uchroniła 

bowiem przed niechybną śmiercią pisarza Jerzego Kosińskiego”.

Choć jednak „Polityka” wydrukowała fragmenty ich listów, nic się nie zmieniło. 

background image

Nadal pisano:

„[..] Opuszczony podczas wojny, rzucony w pozbawioną uczuć prymitywną 

tłuszczę, gdzieś na obrzeżach polskiej cywilizacji”.

*

Choć dziś nie dziwią się już, że ani o nich nie wspomniał, ani nie przyjechał. Bo 

czyż mógł?

Okazałoby się przecież, że żadne „kresy”, żaden chłopiec-tułacz, tylko 

kochający, zamożni rodzice. Żadna dzicz - ludzie może i prości, ale przyzwoici, którzy 

pomagali jak mogli. Żadnych tortur, których stał się symbolem, wręcz przeciwnie - los, 

na pewno jednak wyjątkowy.

A „stary”? Jego sprawa? Bo może o niego chodziło? O jego tajemnicę? Cenę 

przetrwania?

I może właśnie przeraził się, że Dąbrowa przestaje już być ich sekretem, 

tajemnicą?

Zobaczył przecież w Warszawie upiory, o których wolałby zapomnieć - 

Warchołów, Madurskiego, być może dostał jego list. Może też czytał listy Migdałka i 

Latawca?

Może zatem przeraził się, że podczas kolejnej wizyty w Polsce, którą akurat 

zapowiedziano, przyjdą „za nim” już nie tylko Warchoły i Madurski, ale cała Dąbrowa, 

Kępa, Wola?

Zapytają o „starego” - dlaczego uciekał?

Przeczytali też Malowanego ptaka i tym razem nie dadzą się tak łatwo 

odprawić i zbyć.

Ktoś ich wreszcie zauważy i dopiero będzie!

Tylko po co wobec tego w ogóle do Polski przyjeżdżał? Kusił los? Myślał 

pewnie, że poumierali, że nie będą śmieli „za nim” przyjechać, bo gdzie - taka 

gwiazda? A poza tym, choć dla nich ciągle mały albo młody, też mu latka szły i może 

jednak ciągnęło?

*

Zawsze myśleli, iż z czasem przestanie błaznować, udawać, że nie istnieją. 

Nareszcie ich odwiedzi, powie, że Malowany ptak to „baja”, a ocalał dzięki nim! I bę-

dzie jak w telewizji, która pokazuje często filmy o Żydach przyjeżdżających po latach 

do miejsc, gdzie szczęśliwie przeżyli. Witają się z ludźmi, płaczą, wspominają, cieszą 

background image

się, że żyją, bo to przecież najważniejsze.

Ale do końca „szedł w zaparte”.

Choć kilka osób z Dąbrowy przysięga na wszystko, że to żadne „baje”, że tu 

jednak był, że go widziały i to na pewno on! „Mały Rusiński”!

Przyjechał podczas swojej drugiej wizyty w Polsce, późnym wieczorem, gdy się 

już dobrze ściemniło, dużą czarną limuzyną z kierowcą. Przejechał wolno, i to kilka 

razy, całą okolicę - Dąbrowę, Kępę, Wolę. Patrzył tylko przez okna, obserwował. 

Liczne jeszcze drewniane, przedwojenne chaty, które może pamiętał. Obwieszoną klat-

kami pełnymi ptaków chatę ptasznika Lecha. Skromne zagrody, niewielkie pola - to 

nadal biedne strony. Studnie - żurawie - drewniane płoty, przed nimi ławeczki. Na 

polnych drogach - gęsi, kaczki, czasem furmanki.

Nie wychodził z limuzyny, bał się pewnie, że jeszcze poznają, wylecą? Kilka 

osób jednak go widziało i wszyscy tam, gdzie były kiedyś baraki Warchoła.

Choć siostra Karola Liebeskinda, kiedy przyjeżdża na grób brata, idzie zawsze 

tylko na cmentarz, a potem do Krawczyków, którzy najbardziej mu pomagali - nigdy 

tam, gdzie były baraki, gdzie mieszkała z rodzicami i bratem. Minęło wprawdzie tyle 

lat, ale to ciągle zbyt bolesne, boi się swoich reakcji, wspomnień, które i tak tam 

osaczają.

On natomiast objechał to miejsce kilka razy i może właśnie tam - stało się? 

Dopadły zmory i nie dawały już żyć ani spać? Dręczyły w dzień i w nocy? Odebrały 

rozum?

*

A może już dość? Już wystarczy? I tak pewnie za dużo o nim powiedzieli, żeby 

tylko nie było z tego nowych kłopotów.

Co więcej, już przecież nie żyje, a zginął tak tragicznie, tak strasznie, że jego 

śmierć każe patrzeć na niego inaczej - może jednak zagryzło sumienie?

To przykre też, że nie mogą mówić dobrze o zmarłym, ale czy to ich wina? 

Więc już naprawdę dość, niech spoczywa w spokoju.

On już zresztą na sądzie boskim, już nie im go sądzić. Mogą się najwyżej za 

niego pomodlić, był w końcu ich parafianinem - w kościele w Woli przyjął pierwszą 

komunię, przed którą ksiądz Sebastiański musiał go pewnie ochrzcić.

Pokutującej duszy zaraz po modlitwie lżej, krócej się wtedy w czyśćcu męczy. 

A najbardziej pomaga różaniec, szczególnie część druga, bolesna, przerywana stacją:

background image

O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy,

zachowaj od ognia piekielnego.

Zaprowadź wszystkie dusze do nieba

i pomóż szczególnie tym,

którzy najbardziej potrzebują Twego miłosierdzia.

SPIS TREŚCI

OD AUTORKI

5

JOSEK LEWINKOPF

8

Zamkowa 8

8

Gołębicka 3

14

Za Bramką 4

18

Wory mąki

19

CZARNY PAJĄCZEK

23

SYNEK PROFESORA

37

PROFESOR KUSIŃSKI

47

KOMUNIŚCINY

56

JUDASZOWE NAJDUCHY

69

MAŁY RUSIŃSKI

82

CZARNY PTASIOR

92