background image

                       JOSEPH H. ROSNY 
STARSZY

                                         z Akademii 
Goncourtów

    KOT 

OLBRZYMI

                     TYGRYS 
KZAMÓW

                                ROMANS Z CZASÓW 
PIERWOTNYCH

          z francuskiego przełożył 

Ignacy Mrozowski

Krajowa Agencja Wydawnicza

Wydawnictwo „Białowieża"

Białystok 1990

background image

CZĘŚĆ PIERWSZA

Nowa Ziemia

Aun, syn Tura, miłował podwodną krainę. Łowił tam ślepe ryby lub 

raki   zielonawe.   Czynił   to   zwykle   w   towarzystwie   Zura,   syna   Ziemi, 
ostatniego z Ludzi Bez Ramion, któremu udało się wymknąć z pogromu 
swej rasy, sprawionego przez Czerwonych Karłów.

Aun z Żurem całymi dniami brodzili nad brzegami wód płynących w 

podziemnych jaskiniach. Nieraz trzeba było pełzać przez wąskie korytarze z 
porfiru, gnejsu lub bazaltu. Zur zapalał łuczywa z drzewa terpentynowego. 
Purpurowe   światło   odbijało   się   od   kryształowych   sklepień   i   wód 
niewyczerpanych. Oni zaś nachylali się, aby patrzeć na pływające, sinawe 
zwierzęta, szukali uporczywie przejść lub wędrowali dalej aż pod skalista 
ścianę, skąd wypływała rzeka. Zatrzymywali się długo przed nią. Pragnęli 
przebyć   tę   tajemniczą   zaporę,   z   którą   Ulhamrowie   od   siedmiu   wiosen   i 
sześciu pór gorących nie mogli się uporać.

Aun pochodził od Naoha, syna Lamparta, lecz zgodnie ze zwyczajem 

należał   do brata   matki. Wolał   jednak  Naoha,   do którego  był   podobny z 
budowy ciała i wrażliwości zmysłów. Włosy miał gęste i zmierzwione jak 
grzywa źrebca, oczy koloru gliny. Był niebezpieczny dzięki swej sile, lecz 
bardziej   jeszcze   od   Naoha   był   litościwy   dla   wroga,   gdy   widział   go 
zwyciężonego,   rozciągniętego   na   ziemi.   Ulhamrowie   podziw   dla   niego 
łączyli ze strachem przed nim. Polował przeważnie z Żurem, którego bezsil-
ność, pomimo iż był zręczny w odnajdywaniu kamieni do krzesania ognia i 
w przygotowywaniu hubki, czyniła bezradnym wobec przeciwnika.

Zur miał kształty szczupłe, wydłużone jak jaszczurka, ramiona jego 

spadały tak stromo, że zdawało się, jakoby ręce wyrastały wprost z kadłuba. 
Taką bowiem była budowa Ludzi Bez Ramion od powstania rasy aż do 
czasu,   kiedy   zostali   wytępieni   przez   Czerwonych   Karłów.   Pojmował 
wolniej, lecz wnikliwiej od Ulhamrów. Jednak ta głębia jego rozumu miała 
ulec zanikowi wraz z nim i odżyć dopiero po upływie tysiącleci w innych 
ludziach.

Bardziej   od   Auna   kochał   podwodną   krainę.   Jego   przodkowie 

przebywali   w   okolicach   pełnych   wód,   których   część   ginęła   pod 
wyniosłościami gruntu lub przepadała w górach.

Pewnego poranka znaleźli się znowu na brzegu rzeki, gdzie zastał ich 

wschodzący,   szkarłatny   snop   słoneczny.   Zur   zdawał   sobie   sprawę   z 
przyjemności, jaką mu sprawiał widok toczących  się wód, natomiast dla 
Auna uczucie to nie było jasne. Powędrowali w stronę jaskiń. Zatrzymali się 
przed .pasmem wysokich i niedostępnych gór, których wierzchołki tworzyły 
długą, skalistą ścianę. Ciągnęła się ona z północy na południe, gdzie ginęła 
w przestrzeni i wznosiła zaporę nie do przebycia. Auna z Żurem pochłaniała 
żądza   przedostania   się   przez   nią,   pragnęli/   tego   również   wszyscy 
Ulhamrowie. Przybywali oni z północo-zachodu, dążyli już od łat

background image

ku   wschodowi   i   na   południe.   Przyczyną   tej   wędrówki   były   kataklizmy 
nawiedzające ich dotychczasowe koczowiska. Przekonali się ponadto, iż w 
miarę   pochodu   ziemia   stawała   się   coraz   żyźniej-sza   i   bardziej   obfita   w 
zdobycz, przyzwyczaili się więc do tej włóczęgi. Teraz pasmo gór, które 
stanęło na ich drodze zaczęło niecierpliwić Ulhamrów.

Aun i Zur ułożyli się do odpoczynku w trzcinach pod czarnymi lipami. 

Na   przeciwległym   brzegu   przeszły   trzy   ogromne,   dobroduszne   Mamuty. 
Pomknęły antylopy,  Nosorożec potoczył  się  w pobliżu przylądka.  Jakieś 
nieznane dotąd odruchy wewnętrzne poczęły niepokoić Auna. Jego dusza, 
bardziej   skłonna   do   wędrówek   od   duszy   bocianów,   pragnęła   zwyciężyć 
przestrzeń. I gdy powstał, zwrócił swe kroki w górę rzeki aż do groźnej 
gardzieli, z której wypływały jej nurty. Lot nietoperza przecinał półmrok 
jaskini; jakieś przelotne upojenie owładnęło młodzieńcem, odezwał się do 
Zura:

—Za górami są inne ziemie. Zur 
odpowiedział:
—Rzeka płynie z ziemi słońca.

Jego mętny wzrok, podobny do spojrzenia gadów, zatrzymał  się na 

błyszczących oczach Auna. Zur nadawał pewien konkretny cel pragnieniom 
Ulhamra.   Teraz   również   umysłem   obdarzonym   przenikliwą   wyobraźnią, 
swoistą dla Ludzi Bez Ramion, Zur przeczuwał, iż rzeki i strumienie mają 
swój początek.

Niebieskawy mrok poczerniał. Zur zapalił jedną z gałęzi zabranych ze 

sobą. Mogliby krążyć bez świateł, tak dobrze znali okolicę. Długi czas szli 
naprzód,   przechodzili   przez   korytarze,   przebywali   rozpadliny,   a   po 
zapadnięciu zmroku upiekli raki, posilili się i położyli spać.

Obudził ich jakiś wstrząs. Słychać było staczanie się głazów, po czym 

znowu zaległa cisza. Niepokój ich minął równie szybko, jak powstał, znowu 
zasnęli. A kiedy rankiem ruszyli dalej, znaleźli drogę zawaloną nieznanymi 
im odłamkami skał.

'Wówczas Zura natchnęła fala wspomnień zapadłych niegdyś głęboko 

w pamięć.

background image

— Było trzęsienie ziemi — powiedział.

Aun nie zrozumiał o co chodzi i nawet nie starał się o to. Myśl jego 

była   żywa,   śmiała,   przelotna,   całkowicie   pochłonięta   przez   trudności 
pojawiające się nagle. Ogarnęło go zniecierpliwienie przyspieszające jego 
marsz   tak,   że   ku   końcowi   drugiego   dnia   dotarli   do   ściany,   na   której 
kończyła się podziemna kraina.

Aby   lepiej   widzieć   Zur   zapalił   łuczywo.   Terpentynowe   światło 

unosząc   się   po   ścianie   z   gnejsu   łączyło   życie   płomienia   z   tajemniczym 
życiem minerału.

Towarzysze,  spostrzegłszy szeroką  szczelinę, która utworzyła  się w 

ścianie, wydali radosny okrzyk.

— Nowa ziemia — rzekł Zur.

Aun wysunął się naprzód i zbliżył się do otworu. Chociaż znane mu 

były   niebezpieczeństwa   będące   skutkiem   pękania   bloków   skalnych,   pod 
wpływem gorączki jaka nim owładnęła, zagłębił się w szczelinę.

Pochód ich był uciążliwy, musieli co chwilę to pełzać, to wspinać się 

na  głazy.  Zur  postępował  za synem  Tura,  opanowało  go  jakieś  niejasne 
uczucie   tkliwości,   które   nakazywało   dzielić   trudy   towarzysza   i   które 
przeobrażało jego roztropność w odwagę.

Przejście stało się tak wąskie, iż musieli posuwać się bokiem. Mieli 

wrażenie,   że   skała   wydziela   z   siebie   jakieś   przytłaczające   powietrze. 
Wreszcie   ostry   występ   jeszcze   bardziej   zwęził   przejście,   położenie   ich 
zdawało się bez wyjścia.

Wyciągnąwszy swój topór ciosany z nefrytu Aun jął z wściekłością 

walić nim, jakby raził wroga. Przeszkoda^ drgnęła. Obaj wojownicy pojęli, 
iż można ją było oddzielić od skały.

Zur   wstawił   łuczywo   w   jakąś   szparę   i   połączył   się   z   Aunem   we 

wspólnym wysiłku. Występ zachwiał się silniej, poczęli pchać go z całej 
mocy. Gnejs ustąpił, potoczyły się kamienie, dał się słyszeć głuchy łoskot, 
przejście było wolne.

Stało się szersze, mogli iść bez trudu, powietrze oczyściło się i znaleźli 

się   w   jaskini.   Aun   podniecony   jął   biec   naprzód,   póki   nie   otoczyły   go 
ciemności. Zur bowiem zatrzymał się w tyle z łuczywem. Niedługo jednak 
pozostali   na   miejscu.   Gorączkowa   ciekawość   Ulhamra   owładnęła   i 
Człowiekiem Bez Ramion, jęli pośpieszać dużymi krokami.

Wkrótce   zaczęło   przesączać   się   światło   niby   jutrzenka   ii   w   miarę 

pochodu stawało się coraz jaśniejsze. Otwór jaskini prowadził do przejścia, 
które   ryło   się   pomiędzy   dwiema   ścianami   z   granitu.   Gdzieś   w   "górze 
widniała szafirowa smuga nieba.

— Aun i Zur przebyli górskie pasmo — zawołał radośnie syn Tura.

Wyprostował   swą   wyniosłą   postać,   przejmowało   go   niejasne,   lecz 

głębokie poczucie dumy, unosił niewysłowiony zapał.

Bardziej   skryta   i   bardziej   marzycielska   wrażliwość   Zura   pod-

porządkowywała się wrażliwości towarzysza.

Ale   ten   wąski   wąwóz,   skryty   gdzieś   w   górach,   nadto   jeszcze 

przypominał podziemną krainę pieczar. Aun pragnął ujrzeć znowu wolną 
przestrzeń, nie chciał więc wypoczywać. Wąwóz zdawał się nie mieć końca. 
Kiedy   nareszcie   dotarli   do   wylotu   dzień   chylił   się   ku   końcowi,   lecz 
marzenie ich było ziszczone.

Przed   nimi   widniało   rozległe   pastwisko,   jakby   wrzynające   się   w 

nieboskłon,  z  prawej  i  lewej   strony wznosiły  się  góry.  —  groźny  świat 
głazów, milczenia i burz, na pozór niezniszczalny.

Aun i Zur słyszeli kołatanie swych serc... Wiekuiste życie było przed 

nimi — źródło płodności ziemi; istnienie ludzi było zależne od czarnych 
bloków bazaltu, od szczytów granitowych, od zwałów porfiru, od otchłani, 
w której huczy rwący potok, i od cichych dolin, gdzie strumień snuje swą 
słodką   pieśń,   było   zależne   od   hord   świerków,   od   tłumu   buków,   od 

background image

roślinności   pokrywającej   żłobowiska   po   lodowcach   zabłąkanych   wśród 
szczytów, i od lawin złomów skalnych.

W   tej   krainie,   gdzie   kamień   przyoblekał   niesamowite   kształty, 

zachodziło słońce. Nad brzegiem przepaści ukazały się chyłkiem muflony, 
stary Niedźwiedź na skale z granitu wpatrywał  się w okalającą go ciszę, 
podczas

 

gdy

 

Orzeł

 

łysy

 

zawisł

 

nieruchomo

pod obłokiem o bursztynowych, strzępiastych rębach.

Żądna przygód dusza Auna i marzycielski umysł ostatniego z Ludzi 

Bez Ramion wchłaniały zew nowej ziemi.

background image

Czerwony potwór

Czternaście dni trwał pochód Auna z Żurem. Jakaś wewnętrzna siła nie 

pozwalała im powracać do hordy, zanim nie odkryją sawann i lasów, gdzie 
Ulhamrowie znaleźliby w obfitości mięso i rośliny, jakimi karmią się istoty 
pionowe.

W górach żyć nie można. Wypędzają one człowieka pod koniec lata. 

Tam ziemia zaledwie runią zieloną się pokryje, gdy w tym samym czasie 
dolina już szumi świeżymi trawami lub listowiem.

Niejednokrotnie   zapadał   wieczór,   a   im   nie   udawało   się   upolować 

zdobyczy   lub   znaleźć   dosyć   korzeni   dla   zaspokojenia   głodu.   Szli   ku 
wschodowi i południowi. Dziewiątego dnia buki zaczęły

background image

się   pojawiać   gęściej   od   świerków,   dalej   liczniejszymi   stały   się-dęby   i 
kasztany. Aun i Zur wiedzieli, że zbliżają się do równiny. Zwierzęta krążyły 
w większej ilości, co wieczór mięsiwo i korzenie piekły się przy ognisku, a 
koczownicy zasypiali pod mniej zimnymi niż dotąd gwiazdami.

Czternastego   dnia   zeszli   na   skraj   górskiego   pasma.   Przed   nimi 

roztaczała   się   bezkresna   równina   wzdłuż   olbrzymiej   rzeki.   Stojąc   na 
pochyłości bazaltowego przylądka wrzynającego się w sawannę spoglądali 
towarzysze na nową ziemię, której nigdy nie deptała stopa Ulhamrów ani 
Wahów.   Tam,   nisko,   rosły   nieznane   im   drzewa:   bananowce,   z   których 
każdy stanowił oddzielny gaj, palmy o liściach kształtu ogromnych  piór, 
dęby zielone i wyniosłe bambusy o bujnym listowiu. Niezliczone kwiecie 
rozsiewało   jakąś   dziwną   radość,   płodną   miłość   i   spokojną   rozkosz 
roślinności, na której spoczywa całe życie.

Aun z Żurem najchętniej śledzili zwierzęta. Zjawiały się lub znikały, 

zależnie od falistości powierzchni, wysokości traw, trzcin, paproci, drzew 
lub bambusów. Było widać uciekające, lekkie stado antylop, przebiegające 
konie lub muły, pasące się garbate woły. U skrętu rzeki pokazywały się to 
jelenie, to byki, zgraja rudych psów otaczała antylopę, zdradziecko wśród 
traw   pełzały   grzechotniki,   na   wyniosłości   rysowały   się   szpetne   kontury 
trzech   wielbłądów,   pawie,   bażanty   i   papugi   polatywały   na   brzegu   gaju 
palmowego,  podczas  gdy małpy kryły się między konarami, hipopotamy 
pogrążały się w rzece, a krokodyle unosiły się na niej niby pnie drzewne.

Ulham-rom nigdy już nie zabraknie mięsiwa przy ognisku. Nadzieja 

dostatniego   życia   przejmowała   koczowników   radosnym   dreszczem.   W 
miarę, jak się zniżali z wyniosłości, powietrze stawało się tak gorące, iż 
kamienie paliły im stopy. Myśleli, że od równiny dzieliła ich już niewielka 
przestrzeń, tymczasem zatrzymała ich w drodze stroma skała wrzynająca się 
w równinę niczym przylądek morskiego wybrzeża.

Ulhamr wydał gniewny okrzyk niezadowolenia, lecz Wah rzekł:

background image

— Ziemia ta jest pełna zasadzek! Aun i Zur nie mają dostatecznej 

ilości włóczni. Tu, w tym miejscu, żaden zwierz drapieżny  nie dosięgnie 
nas.

Na przełęczy, z daleka zarysowało się cielsko Lwa. Aun zwrócił się do 

Zura:

— Zur powiedział, co należało! Obrobimy włócznie, maczugi i proce, 

aby razić nim zwierza i zwyciężać Pożeraczy Ludzi.

Na   przylądku   cienie   stawały   się   dłuższe,   światło   przybrało   kolor 

miodu. Aun z Żurem skierowali się ku młodemu dębowi dla zaopatrzenia 
się   w   niezbędną   broń.   Umieli   robić   oszczepy   i   maczugi,   obrabiać   róg, 
zaostrzać kamienie i hartować w ogniu drewno. Odkąd opuścili jaskinię ich 
topory   stępiły   się,   nie   odnawiali   swych   narzędzi.   Jakaś   podświadoma 
mądrość   pobudzała   ich   do   uzbrojenia   się   potężniej,   zanim   wkroczą   w 
tajemniczą i groźną krainę.

Ścinali   gałęzie   aż   do   chwili,   kiedy   słońce   rozpostarło   się   w   głębi 

nieboskłonu na podobieństwo olbrzymiego, czerwonego ogniska. Po czym 
pozbierali rogi, kości i kamienie, z którymi przywędrowali z gór.

— Zapadnie noc — rzekł Aun. — Zaczniemy pracować ze świtem.

Zur  zamierzał   zapalić  przy  pomocy  krzesiwa  stos  nagromadzonego 

chrustu, podczas gdy jego towarzysz nadziewał kawał mięsa ze stepowej 
kozy na ostry koł.

Przeciągły   wrzask,   brzmiący   ni   to   jak   ryk,   ni   to   jak   śmiech   hien, 

przerwał   ich   zajęcie.   Stanęli   jak   wryci   i   ujrzeli   w   odległości   pięciuset 
kroków od przylądka jakieś nie znane im zwierzę. Miało wzrost Lamparta, 
sierść czerwoną, płomykowaną, ślepia szeroko osadzone i bardziej jarzące 
od ślepi Tygrysa, cztery długie, ostre kły wystawały spoza szczęk, budowa 
ciała znamionowała zwinność i szybkość.

Aun z Żurem zdawali sobie sprawę, że było ono z rasy mięsożernych, 

lecz nie przypominało żadnego z płowych zwierząt żerujących po tamtej 
stronie   górskiego   pasma.   Wydawało   im   się   mało   groźne.   Aun 
niejednokrotnie ością, maczugą lub włócznią

background image

pokonywał   podobne   wielkością   zwierzęta.   Był   bowiem   równie   szybki   i 
silny jak Naoh, zwycięzca Szarego Niedźwiedzia i Tygrysa.

Więc krzyknął:

— Aun nie lęka się czerwonego zwierza!

Ryk powtórzył się, bardziej przejmujący i urywany — zadziwiło to 

wojowników.    '

—Głos ma potężniejszy od ciała — zauważył Zur — kły są ostrzejsze 
niż u innych mięsożerców.
—Aun powaliłby go jednym uderzeniem maczugi.

Zwierzę dało susa dwudziestołokciowego. Aun nachylony ujrzał teraz 

inną olbrzymią bestię podążającą kłusem u podnóża przylądka. O skórze 
gładkiej, bez sierści, miało nożyska podobne do młodych wierzb i ogromną 
głupawą   paszczę.  Był  to hipopotam,  groźnie  pomrukując,  zatrzymał  się, 
rozdziawiając paszczę.

— Czerwony zwierz jest za mały, aby ubić hipopotama — rzekł Aun. 

— Hipopotam nie lęka się Lwa.

Zur patrzył w milczeniu. Paląca ciekawość i nienasycona żądza walki, 

tkwiąca w ludziach, rozsadzała piersi towarzyszy.

Nagle,  zebrawszy się w sobie, Macherodus  skoczył.  Spadł  na kark 

hipopotama i wczepił się weń ostrymi pazurami. Gruboskóry, przeraźliwie 
rycząc,   ruszył   cwałem   ku   rzece.   Lecz   wszystko   tnące   kły   przebiły   już 
twardą skórę i dobrały się do warstwy mięsa... Rana w olbrzymim karku 
stawała   się   coraz   głębsza.   Macherodus   z   pomrukiem   radości,   upojony 
zwycięstwem, pił czerwony strumień.

Z początku hipopotam przyśpieszał biegu, nie ryczał więcej, cały jego 

wysiłek zogniskował się w woli,- by dotrzeć do rzeki. Tam, pogrążając się 
w rodzinne ostoje, wyleczy swą ranę i zażyje jeszcze rozkoszy bytowania. 
Jego potworne łapy uderzały w sawannę i pomimo kołysań ciężkiego cielska 
podążał z szybkością równą szybkości jelenia lub stepowego osła...

Rzeka była tuż, jej wilgotny opar podniecał  olbrzyma. Ale okrutne 

zębiska ryły nadal, otworzyła się nowa rana, hipopotam począł się chwiać... 
Krótkie nogi drżały, z paszczy potwornej wydobył się jęk; kły czerwonej 
bestii szarpały nieustannie...

background image

W chwili gdy dobiegał do trzcin, zwyciężony, zakręcił się na miejscu 

— omdlewał... Chrapliwie wyrzucił z siebie powietrze i runął. Wówczas 
Macherodus, uniósłszy się na sprężystych  łapach, wydał ryk, na którego 
echo   zerwały   się   do   ucieczki   bawoły   i   jął   pożerać   swą   żyjącą   jeszcze 
zdobycz.

Aun   i   Zur   przyglądali   się   w   milczeniu.   Czuli   zbliżającą   się 

krwiożerczą   noc.   Ich   członki   ogarniał   bezwład;   zdawali   sobie   niejasno 
sprawę,   iż   nowa   ziemia   była   straszniejsza,   bardziej   pierwotna   w   swej 
naturze niż ta, na której koczowali Ulhamrowie. Była to ziemia, na której 
przebywały   zwierzęta,   które   żyły   jeszcze   za   czasów   pierwszych   ludzi. 
Głęboki mrok przeszłości zapadał wraz z zorzą wieczorną, a prastara rzeka 
toczyła poprzez sawannę swe purpurowe wody.

background image

Ogień wśród nocy

Przygotowanie   broni   zajęło   im   osiem   dni.   Włócznie   zostały 

zaopatrzone w krzemienne groty lub spiczaste zęby; każdy z nich posiadał 
ość   z   rogowym   końcem.   Dwie   proce   służyły   do   miotania   kamieni   na 
odległość, wreszcie dęby dostarczyły maczug, z których cięższa należała do 
Auna

 

i

 

była

 

groźna

 

dla

 

największych

 

na

wet drapieżników.

v

Przy   pomocy   pasów,   wyciętych   ze   skóry   jelenia,   spuścili   się   z 

wierzchołka wzgórza na równinę. Gdy znaleźli się na sawannie, zdało im 
się, że horda Ulhamrów pozostała za nimi gdzieś w nie-

background image

zgłębionej   dali.   Siła   młodości   i   zdobywczy   duch   zwierząt   pionowych 
porywały Auna. Dokoła niego pomykała niezliczona a możliwa zdobycz. 
Wystarczało   przyczaić   się   w   trawie,   aby   upolować   kozła,   jelenia,   lub 
antylopę. Lecz nie zabijał na próżno trawożernych, albowiem mięso narasta 
powoli,   a   człowiek   musi   posilać   się   codziennie;   gdy   horda   miała 
dostateczne zapasy, Naoh, wódz Ulhamrów, zabraniał polować.

Nowość otoczenia czarowała towarzyszy. Podglądali gawiala długości 

dwunastu łokci, z paszczą, co zdawała się nie mieć końca. Kołysał się na 
falach   rzeki   czaił   na   kępie   lub-wśród   trzcin   przybrzeżnych.   Między 
konarami   przebiegały  małpki,   pokazując   swe   czarne   kończyny   i   ludzkie 
torsy. Stadami krążyły byki stepowe, równie potężne jak Tury, nadstawiając 
rogi, zdolne rozpruć pierś Tygrysa i zmiażdżyć Lwa. Gayale, czarne byki 
stepów południowych, pokazywały swe mocarne kształty i wypukłe kłęby. 
Gepard zjawił się i znikł nagle za kępą gęstych krzaków. Sfora wilków w 
pogoni za jeleniem przeniknęła, chyża i złowroga, a rude psy z nosami przy 
ziemi tropiły jakiś ślad lub podnosząc swe wąskie pyski wyły urywanie. 
Niekiedy   przerażony   tapir   porywał   się   ze   swego   błotnego   legowiska   i 
uciekał pod osłonę bananów.

Aun z Żurem zamienili się w słuch i węch, w ciągłej obawie przed 

jadowitymi kobrami i dużymi płowymi zwierzętami, które spały w swych 
kryjówkach łub między bambusami; jedynie ruda pantera w połowie dnia 
wychyliła się z jaskini na skalnej przełęczy, wpatrując się w ludzi swymi 
zielonymi oczyma.

Aun podniósł maczugę, prostując swą muskularną postać, lecz Zur, 

wspomniawszy Macherodusa, powstrzymał ramię towarzysza.

— Syn Tura jeszcze nie powinien walczyć.
Aun   zrozumiał   myśl   Zura.   Skoro   czerwony   zwierz   okazał   się 

groźniejszy od Lwa, to ruda pantera mogła być potężniejsza od Tygrysa. 
Naoh,   Fauhm   i   Goun   Sucha   Kość   uczą   być   równie   roztropnymi,   jak 
odważnymi. Ulhamr jednak nie od razu opuścił maczugę, wykrzyknął:

— Aun nie lęka się pantery! 

background image

A że drapieżnik nie ruszał się z jaskini, ludzie powędrowali w dalszą 

drogę.

Szukali schronienia. W tej gorącej krainie, wśród nocy musiało się 

roić od mięsożerców, nawet przy ognisku wiele niebezpieczeństw groziło 
koczownikom. Ulhamrowie posiadali wprawę i zmysł poszukiwania miejsc 
spoczynku, umieli zabezpieczać jaskinie kamieniami, gałęziami i pniakami 
drzew,   uzupełniać   braki   legowiska   na   odkrytych   miejscach   lub 
wykorzystywać występy skalne.

Jednak codzienne ich poszukiwania terenów dogodnych dla osiedlenia 

się Ulhamrów były, jak dotąd, daremne i co wieczór musieli oddalać się od 
rzeki.

Rozbłysły, pierwsze gwiazdy, gdy stanęli na wyniosłości, gdzie rosły 

jedynie kolczaste krzewy i nędzna trawa. Oparci o cypel szyfrowy, rozłożyli 
półkolem   ognisko.   Zamierzali   czuwać   kolejno.   Aun,   obdarzony 
delikatniejszym   słuchem   i   wrażliwszym   powonieniem,   miał   rozpocząć 
czaty — pierwsza bowiem połowa nocy była bardziej groźna.

Słaby   wietrzyk   przynosił   ostrą   woń   zwierząt   i   upajające   zapachy 

roślinności. Zmysły młodego Ulhamra chwytały w swą lekką sieć wrzawę, 
płomienne blaski i wyziewy.

Pierwsze   pokazały   się   szakale,   skradały   się   ostrożnie.   Ogień 

przyciągał je, a zarazem przestraszał. Stały chwilę nieruchomo, po czym 
skrobiąc lekko ziemię, jęły przybliżać się do tajemniczego zjawiska. Poza 
nimi   słały   się   ich   wydłużone   cienie.   Błyszczące   oczy   napełniały   się 
czerwonym   blaskiem,   a   spiczaste   uszy   prężyły   się   we   wszystkich 
kierunkach.   Przy   najmniejszym   poruszeniu   Auna   cofały   się   wszystkie 
razem. Gdy podnosił ręce, uciekały cicho skomląc. Aun nie lękał się ich, 
nawet gdy były w licznej gro-rnadzie, ale ich ostra woń przeszkadzała mu 
wyczuwać wyziewy innych zwierząt.

Aby nie trwonić swych środków obronnych, nazbierał kamieni, szakale 

rozbiegły   się   przy   pierwszym   pocisku.   Po   nich   pojawiły   się   rude   <psy, 
liczebność   i   nurtujący   głód   mogły   je   uczynić   odważnymi.   Krążyły 
gromadkami, to zatrzymując się nagle,  to znów     rzucając   naprzód     z 
warkotem  podchwytywanym  przez

background image

inne, jakby prowadziły ze sobą rozmowę. Ogień osadził je na miejscu. Z 
ciekawością szakali wietrzyły mięso i woń dwóch ludzi. Pożądliwość ich 
mieszała się ze strachem.

Gdy   Aun   ciskał   kamieniami   cofały   się;   w   mroku   rozległo   się 

złowrogie wycie. Stojąc poza linią rzutu, stawały się coraz zacieklejsze — 
wysyłały wywiadowców, którzy skradając się szukali wejść. Luki pomiędzy 
skrzydłami ogniska a cyplem wydawały się im za wąskie, powracały jednak 
do nich, węszyły z niepokojącą zawziętością. Czasami udawały natarcie lub 
ukryte za skałą wyły, spodziewając się wywołać tym popłoch, który odda 
im mięso w posiadanie.

Powoli powracały szakale, bardziej złowrogie, trzymając się jednak w 

pewnej odległości od rudych psów. Te zaś cofnęły się przed dwunastoma 
wilkami,   które   nadciągnęły   od   wschodu,   po   czym   rozbiegły   się,   by 
przepuścić   hieny   biegnące   niesamowitym   kłusem,   kołyszące   kurczowo 
stromymi zadami, śmiejąc się od czasu do czasu śmiechem starych kobiet. 
Dwa karłowate nietoperze wirowały na swych miękkich skrzydłach, wyżej 
jakiś   nocny   ptak   o   szerokich,   niemal   orlich   skrzydłach   szybował   pod 
gwiazdami. Wokół ogniska roiło się od oślepionych ciem i chmar szelesz-
czących krówek. Oszołomione żuczki padały na szkarłatne głownie. Dwie 
głowy   małp   brodatych   widniały   wśród   bananów,   podczas   gdy   puchacz 
błotny   zawodził   gdzieś   na   pagórku,   a   tukan   swym   ogromnym   dziobem 
rozsuwał pierzaste liście palmy.

Auna ogarniał  niepokój. Wpatrywał  się w rozwarte  paszcze, w kły 

spiczaste,   w   te   wszystkie   rozżarzone   źrenice   mieniące   się   błyskami 
karbunkułu.

Śmierć unosiła się w powietrzu. Wokoło było dość nagromadzonego 

pragnienia   mordu,   by   zgładzić   nawet   pięćdziesięciu   ludzi.   Rude   psy 
posiadały   siłę   całych   hord;   paszczęki   hien   były   równie   groźne   jak 
Tygrysów, wilki rosłe i silnej budowy ukazywały swe muskularne karki, a 
nawet   szakale   mogły   swymi   ostrymi   zębami   rozszarpać   Auna   i   Zura   z 
szybkością,   z   jaką   płomień   spała   drobną   gałązkę.   Osłupienie   wywołane 
ogniem zatrzymywało te wszystkie wygłodzone zwierzęta, istniała w nich 
przebiegłość, lecz nie zuchwalstwo.

background image

Oczekiwały one na jedno z tych wydarzeń, które wynagradza długie 

czuwanie lub wyczekiwanie. Od czasu do czasu nienawiść podszczuwała 
jedne na drugie. Skoro wilki wyły, szakale cofały 

s

ię w cień, natomiast rude 

psy otwierały razem smukłe paszcze — wszystkie jednak ustępowały przed 
hienami.   Nie   były   one   zwolenniczkami   narażania   się   niepotrzebnie   i 
przyzwyczajone  do zdobyczy  obezwładnionej,  omdlałej  lub słabej,  mało 
były   groźne   dla   ludzi;   pozostawały   na   miejscu   podniecone   obecnością 
innych zwierząt i tym dziwnym światłem, które wydobywało się z pełza-
jących po ziemi płomieni.

W   końcu   zjawił   się   Lampart   —   Aun   obudził   Zura.   Drapieżnik 

przysiadł   przed   rudymi   psami.   Jego   oczy   barwy   bursztynu   śledziły 
płomienie, a poza nimi — proste postacie ludzi.

Oburzony Aun zawołał:

— Syn Tura zabił trzy Lamparty!

Zwierz wysunął łapy uzbrojone w pazury, wyciągnął swe gibkie ciało i 

zamiauczał.   Był   on   dużych   rozmiarów,   róślejszy   od   Lampartów 
płomykowanych,   znanych   Ulhamrom.   Skóra   pokrywająca   jego   mięśnie 
tworzyła   szerokie   fałdy.   Mógłby   bez   wysiłku   przeskoczyć   ognisko   i 
dosięgnąć cypla, na którym znajdowali się ludzie. Zaniepokojony, starał się 
rozpoznać   te   pionowe   istoty.   Wyziewy   i   kształt   ich   przypominały   mu 
gibony,  lecz gibon jest mniejszy i inaczej się zachowuje. W czerwonym 
świetle wydawały się wyższymi od byków południa, ich ruchy, dziwaczne 
kształty — nakazywały Lampartowi  rozwagę.  Zresztą był  sam, a Indzie 
zwróceni doń byli w wyzywającej postawie.

Aun   krzyknął   głośniej,   głos   jego   brzmiał   jak   głos   potężnego 

przeciwnika.  Lampart   przeczołgał   się   na  lewo,   zatrzymał   przed  wąskim 
pasmem dzielącym ognisko od skały, po czym uskoczył w bok, cofając się. 
Kamień uderzył go. w łeb. Zamiauczał z wściekłości, lecz oddalił się do 
tyłu. Zebrawszy się w sobie jakby do skoku rył pazurami ziemię, wreszcie 
zawróciwszy na miejscu, oddalił się, groźny, ku rzece. Część szakali poszła 
za nim. Rude psy i wilki okazywały znużenie, hieny zaś, rozszerzając krąg 
swego żerowiska, z rzadka ukazywały się w migocących odblaskach...

background image

Nagle   zwierzęta   jęły   nasłuchiwać,   wszystkie   nozdrza   zwróciły   się   ku 
zachodowi;   nastawiły   się   spiczaste   uszy.   Krótkie   poryki   rozdarły   ciszę, 
przyprawiając o dreszcz ludzi ukrytych na cyplu. Po czym jakieś falujące 
ciało wspięło się w cieniu i spadło w kolisko światła. Rude psy rozbiegły się, 
jakaś zawzięta podnieta unieruchomiła wilki, rozżarzając ich ślepia, hieny 
przybywały kłusem, dwa koty wiewiórkowate darły się w ciemnościach.

Aun z Żurem poznali to czerwone futro i te straszne kły.

Potwór przysiadł przed ogniskiem. Nie był  większy od Lamparta, a 

nawet,   wzrostem   nie   dorównywał   największym   hienom   lecz   jakaś 
tajemnicza   potęga,   uznana   przez   wszystkie   inne   zwierzęta,   biła   z   jego 
ruchów i ogromnych oczu.

Aun z Żurem trzymali broń w pogotowiu. Syn Tura dzierżył! w prawej 

ręce ość, u jego nóg leżała maczuga. Zur, słabszy, wolaa włócznię. Obaj 
uważali   Macherodusa   za   silniejszego   od   Tygrysa  &  może   nawet   za 
groźniejszego   od   owego   olbrzymiego   drapieżnika*   przed   którym   ongiś 
Naohowi,   Gawowi   i   Namówi   udało   siw   umknąć   na   ziemiach   Pożeraczy 
Ludzi. Wiedzieli już, że Macherodus może dawać dwudziestołokciowe susy 
— była to odległości większa od tej, która dzieliła go od cypla. Lecz na 
przeszkodzie   stał   ogień.   Czerwony   ogon   bił   o   ziemię,   grzmiący   ryk 
przeszywaj   powietrze,   natężone   muskuły   obli   ludzi   przybierały   twardość 
grał

background image

nitu.

Aun odchylił się do rzutu ością, Macherodus jakby przewiduj jąc cios 

dał susa w bok, co opóźniło walkę, a Zur szepnął:

— Skoro zwierz zostanie ugodzony, natrze mimo ognia.

Aun, choć równie zręczny jak Naoh, nie mógł jednak ranić śmiertelnie 

wroga z odległości dwudziestu łokci. Posłuchał więc Zura i czekał.

Czerwony potwór stał przed ogniskiem. Z tej odległości była go lepiej 

widać. Sierść miał na piersiach jaśniejszą niż na grzbiecie zębiska lśniły niby 
onyks, a gdy zwracał łeb w kierunku cienią| ..ogień jego ślepi jaśniał jak 
świetliki.

Dwa   sterczące   kraje   skały   przeszkadzały   zwierzęciu   skoczyć   a 

ludziom — miotać pociski.

background image

Trzeba  mu  było   posunąć   się   o  jakieś  trzy  łokcie.   Zamierzał  też   to 

uczynić.   Po  raz   ostatni  obrzucił   spojrzeniem   swych  przeciwników,   pierś 
jego wzbierała wściekłością, przeczuwał bowiem odwagę pionowych istot.

Wtem w szeregach rudych psów podniosła się wielka wrzawa. Wilki 

skłębiły   się,   hieny   cofnęły   pod   bananowce.   Na   gwiezdnym   tle   nieba 
zarysował się kształt potwornych rozmiarów, kierujący się w stronę ogniska. 
Wkrótce w czerwonym świetle ukazał się ciężki łeb z rogiem dłuższym od 
rogu   bawołu.   Skóra   przypominała   korę   starych   dębów,   chropowate   pnie 
podtrzymywały kadłub o ciężarze co najmniej sześciu koni. Zwierzę, krótko 
wzroczne, gniewne, biegło kłusem. Wszystko ustępowało przed nim. Jeden 
z wilków w popłochu rzucony na drogę Nosorożca został zdeptany niby 
owad.   Aun   wiedział,   że   taki   sam   los   spotkałby   Lwa   lub   Niedźwiedzia 
Jaskiniowego. Zdawało się, że nawet ogień nie zatrzyma potwora. A jednak 
zatrzymał. Olbrzymie  cielsko zakołysało się przed szkarłatnymi głowami, 
małe ślepia rozszerzyły się, róg godził w przestrzeń.

Wówczas   Macherodus   zagrodził   mu   drogę.   Przypadłszy   piersią   do 

ziemi,   rozciągnął   się   niby   olbrzymi   gad,   nieustannie   miatjB   cząc. 
Nieuchwytne   wspomnienia   niepokojące   gruboskórego   rozwiały   się, 
ustępując   miejsca  wściekłości.   Na   stepie,   w  puszczy czjl   też  na   pustyni 
żadne istnienie nie mogło się ostać przed jego zwaB tą masą. Wszystko, co 
nie   uciekało   —   zostawało   zmiażdżone.   Róg   nastawił   się   w   stronę 
czerwonego   zwierza,   ciężkie   łapy   znowł   rozpoczęły   bieg.   Niósł   się   jak 
huragan. Jedynie skała lub Mami mogły go zatrzymać. Jeszcze dwa kroki — 
a z Macherodusa pozcł staną strzępy..., lecz Macherodus uskoczył w bok.

Olbrzym,   niezwrotny   cwałował   prosto,   aż   do   bananowcó\ł   a 

tymczasem   czerwony   zwierz   już   siedział   mu   na   łopatce.   Zaryczffl 
złowrogo, wpił się weń pazurami i rozpoczął swe dzieło. Wiad<« ma mu 
arteria — znali ją już od tysiącleci jego przodkowie — była tuż pod fałdą 
skóry Nosorożca, grubszej  od skóry starych  cedrów, równie twardej  jak 
skorupa   żółwia,   nieprzeniknionej   dla   kłów   Tygrysa,   Lwa   iKota 
Olbrzymiego — mieszkańca jaskiń. Je-

background image

dynie ostre, długie zębiska Macherodusa umiały znaleźć do niej drogę.

Skóra i mięso otworzyły się, wytrysnął  strumień krwi na wysokość 

dwóch stóp, potwór usiłował zrzucić z siebie drapieżnika, a nie mogąc tego 
osiągnąć, rzucił się na ziemię.

Macherodus nie dał się zaskoczyć. Usunął się na bok, pomrukując z 

rozkoszy, wyzywał do walki tę siłę. Nieomylny zmysł doświadczenia mówił 
mu,   iż   życie   odpływa   wraz   z   tym   gorącym   strumieniem   i   że   należało 
jedynie czekać. Rude psy, hieny, szakale, koty wiewiórkowate zbliżały się 
do walczących z pożądliwością.

Zwyciężony olbrzym mógł stać się dla wszystkich pożywieniem dnia. 

Ani   jedno   z   wielkich   drapieżnych   zwierząt   nie   dostarczało   tyle   żeru 
zgłodniałym bandom pasożytów podążających ich śladem, co Macherodus.

Jeszcze jeden wysiłek. Straszny róg natarł na wroga, pysk ociekający 

pianą   wydawał   chrapliwe   dźwięki,   rozpacz   wstrząsnęła   słabnącym 
cielskiem. I nadszedł koniec. Potok krwi ustał. Ginące siły pogrążyły się w 
tajemnicy   rzeczy   minionych.   Nosorożec   zwa-.   lił   się   jak   skała,   a 
Macherodus pogłębiając ranę, która powaliła potwora, pożerał ciepłe mięso. 
Szakale   zlizywały   rozlaną   po   ziemi   posokę,   a   rude   psy,   hieny   i   wilki 
oczekiwały pokornie, aż czerwony zwierz nasyci się.

background image

Ludzie i Czerwony Zwierz

Po zwycięstwie Macherodusa Aun i Zur dołożyli gałęzi do ogniska, po 

czym Aun ułożył się do snu, podczas gdy jego towarzysz- stanął na czatach. 
Niebezpieczeństwo oddaliło się, krąg paszcz zagrażający ludziom tłoczył 
się teraz dokoła Nosorożca. Zur śledził gwiazdy, które niedawno świeciły 
ponad szczytami drzew hebanowych, a teraz zachodziły w kierunku rzeki. 
Bardziej trwożliwy od Auna, czuł się dziwnie pogrążony w nieznanym mu 
otoczeniu tej nowej krainy, gdzie płowy zwierz, nie przerastający wzrostem 
Lamparta, zabijał wielkie gruboskóre.

Zwycięzca   nasycał  się  długo.  Dla  zabawy,  z  upodobania  lub też  z 

odziedziczonego nawyku, darł skórę w różnych kierunkach

background image

i   na   coraz   to   innych   miejscach.   Zwierzęta   słabsze,   szakale   i   koty 
wiewiórkowate wślizgiwały się w wyszarpane otwory w ciele Nosorożca, 
nie zwracając uwagi na Macherodusa, lecz pomruk jego stawał się groźny, 
gdy rude psy, wilki, a szczególnie hieny za bardzo zacieśniały swój krąg.

Księżyc   wschodził   po   przeciwległej   stronie   rzeki,   kied^   drapieżnik 

pozostawił swą zdobycz. Wówczas rzuciły się podniecone wilki, rude psy i 
hieny. Zdawało się, że nastąpi ogólny pogrom, kły błyskały jedne tuż obok 
drugich, przeraźliwe wycie rozlewało się po równinie.-"Ale w samym sercu 
tego   żerowiska   zapanowało   zawieszenie   broni,   wilki   znalazły   się   przy 
łopatkach i piersi, hieny kończyły rozpruwać brzuch, rude psy zaś parały się 
z zadem. Szakale i koty widząc, że dla nich nic nie pozostanie, oddaliły się.

Macherodus na krótką chwilę zwrócił łeb w stronę tego roju paszcz. 

Krew ociekała mu z warg, które niedbale oblizywał, pożeranie znużyło jego 
szczęki, ogarnęła go senność. Przemógł ją jednym skokiem, postąpił parę 
kroków w stronę ognia i tego pionowego stworzenia, które drażniło jego 
zmysły, po czym, ufny w swą niezwalczoną siłę, wyciągnął się na sawannie 
i zasnął.

Zur śledził go nieufnie. Zadawał sobie pytanie, czy nie lepiej byłoby 

uciec korzystając z tego snu, ale przypuszczając,- że zwierz będzie spał 
długo, nie budził Auna.

Księżyc  stawał  się  coraz  mniejszy  w miarę,   jak przechodził  ponad 

pagórkami,   gasił   swym   blaskiem   gwiazdy.   Resztki   Nosorożca   znikały 
wśród paszcz. Zbliżał się świt, kiedy syn Ludzi Bez Ramion dotknął piersi 
Auna.

—   Brak   drewien   —   rzekł,   podczas   gdy   jego   towarzysz   roz-r' 

prostowywał członki — czerwony zwierz śpi. Aun i Zur powinni odejść.

Rosły   Ulhamr   rozglądał   się   po   okolicy.   Spostrzegł   nieruchomo 

leżącego   Macherodusa   o   paręset   kroków   od   postoju.   Ogarnęła   go   nagle 
nienawiść.  Przypomniał   sobie  czerwone  zwierzę   ryjące  przed  ogniskiem, 
jego kły zatapiające się w skórę olbrzymiego trawożernego. Istnienie rasy 
ludzkiej   i   stworzeń   służących   jej   za

:  

pożywienie   było   zagrożone   przez 

nieznanego potwora.

background image

,— Czy Aun nie mógłby zabić zwierza podczas jego snu? — zapytał.

— Przebudziłby   się   —   odpowiedział   Zur   —   lepiej   przejdźmy

na drugą stronę skały.*

i Syn Tura wahał się. Moc nakazująca mu walkę była mocą, dzięki 

której   powstał   gatunek.   Ani   Fauhm,   ani.Naoh   nie   znieśliby,   ażeby 
drapieżnik tej miary czyhał na nich jak na zdobycz.

— Naoh   ubił   Tygrysicę   i   Szarego   Niedźwiedzia   —   rzekł   po

nuro Ulhamr.

— Tygrysica i Niedźwiedź byliby uciekli przed Nosorożcem!
Ta odpowiedź uspokoiła wojownika. Przymocował swą broń

i   ujął   prawicą   maczugę.   Rzuciwszy   ostatnie   spojrzenie   na   czerwonego 
zwierza, przekroczyli cypel i zeszli ze skały. Byli przygnębieni, albowiem 
źle spali i myśleli b hordzie zagubionej tam gdzieś za górami.

Świtało, bielił się wschód, głosy drapieżników milkły nad wodami, 

liście i trawy zdawały się bardziej nieruchome.

Jakiś   ryk   rozdarł   ciszę.   Aun   i   Zur,   odwróciwszy   się,   ujrzeli 

Macherodusa. Przypadek lub po prostu odejście ludzi zbudziło go, zmysły 
nakazywały   iść   śladem   tych   istot,   które   wstrząsnęły   jego   niemrawym 
umysłem.

— Aun   powinien   był   zwalczyć   czerwonego   zwierza   podczas

jego snu — rzekł Ulhamr opatrując broń.

Ostry żal przeszył mu pierś. Wah, opuściwszy głowę, pojmował, iż 

ostrożność jego stała się zgubną i spoglądał z pokorą na Auna. Lecz ten nie 
miał   doń   urazy;   jego   szeroką   pierś   rozsadzała   podnieta   walki,   a   Zur 
stanowił jakby cząstkę składową jego osoby. Z początku stali ramię przy 
ramieniu, łącząc swe siły, po czym Aun wydał swój okrzyk wojenny:

— Syn   Tura   i   Zur   przebiją   czerwonego   zwierza   i   połamią   mu

kości!

-

'

Macherodus wcale się nie śpieszył, gdy pionowe zwierzęta zatrzymały 

się i on przystanął; patrzył, gdy odwiązywali proce z włóczniami i gdy 
dziwacznie wyciągali swe członki. Tak, jak poprzednio, dziwiła go wrzawa 
składanych  dźwięków; jął postępować drogą skośną, która go wcale nie 
zbliżała do nich.

background image

— Czerwony   zwierz   boi   się   ludzi!   —   zawył   Aun   i   jednocześ

nie podniósł ość i maczugę.

Odpowiedział mu przeciągły ryk —> Macherodus dał dwa olbrzymie 

susy. Zanim zdążył dać trzeciego, proce Auna i Zura zaświstały. Raniony 
włóczniami w kadłub i kark, drapieżnik runął zaciekle na ludzi. Syn Tura 
cisnął   ością,   która   utkwiła   w   żebrach;   pocisk   Zura   otarł   się   o   twardą 
czaszkę. Zwierz był już na nich.

Jednym uderzeniem powalił Zura i zagłębił swe zębiska w jego piersi. 

Aun puścił w ruch maczugę. Dębowa pałka trafiła w próżnię. Macherodus 
cofnął się. Ulhamr i zwierz znaleźli się oko w oko. Aun uniknął pierwszego 
natarcia uskakując w bok; odparł drugie, zatoczywszy koło maczugą, która 
ześliznęła   się   po   łapach   zwierza.   Kłąb   mięśni   uderzył   weń   gromem, 
przewrócił   i   potoczył   się   sam,   niesiony   rozpędem.   W   chwili   gdy 
Macherodus   wracał   do   natarcia   człowiek   powstał   już   na   jedno   kolano. 
Podczas   gdy   osłabiony   Zur   cisnął   toporem,   Aun   spuścił   maczugę,   bijąc 
oburącz.

Zadudniła   gruba   czaszka,   drapieżnik   jął   się   kręcić   wkoło,   jatól   by 

oślepiony.   Drugi   cios   obezwładnił   mu   kark.   Wtedy   Aun   potrzaskał   mu 
żebra,   połamał   łapy,   zmiażdżył   szczęki.   Długo   jeszcze   drgały   mięśnie, 
tłukło   się   odsłonięte   serce,   trzeba   było   dwóch!   uderzeń   włócznią,   by 
przyśpieszyć skonanie, a Zur chrapliwym I słabym głosem wyszeptał:

— Aun   zabił   czerwonego   zwierza.   Aun   jest   silniejszy   od;

Fauhma.   Aun   jest   równie   silny   jak   Naoh,   który   zdobył   ogień   ii
Pożeraczy Ludzi.

Ulhamr upajał się słowami towarzysza, duma rozdymała mil nozdrza, 

przeminął   już   smutek,   który   go   przytłaczał   podczas   nool   nej   ucieczki. 
Zwycięzca w nim podniecał  się przygodą;  zwróconl ku rannym  zorzom, 
miłował szalenie nieznaną krainę.

Zur bełkotał dalej:

— Syn Tura będzie wodzem wśród ludzi!

Tu   wydał   jęk,   oblicze   jego   stało   się   barwy   gliny   —   omdlał!   Aun 

widząc   krew   obficie   płyhącą   z   piersi   rannego,   zaniepokoił   sil   jakby   na 
widok krwi własnej — nieruchoma twarz przygnębiła gCl

Przywiązanie straszne a słodkie drgało w nim. Czasy wspój

background image

nie przeżyte powracały w chaotycznych obrazach. Widział znowu te lasy, 
pastwiska,   moczary   i   rzeki,   gdzie   łączyli   swe   wysiłki,   gdzie   jeden   dla 
drugiego bywał żywą bronią.

Nazbierawszy   liści   i   traw,   Aun   kamieniem   utłukł   je   na   miazgę   i 

przyłożył na rany towarzysza, powieki Zura uniosły się. Zadziwiło go zrazu, 
że   tu   leżał,   rozejrzał   się   dookoła   szukając   ognia,   po   czym   wróciła   mu 
pamięć — i powtórzył słowa, które poprzedziły jego omdlenie:

—Aun zostanie wodzem wśród ludzi! A czując 
swe osłabienie, wyjęczał:
—Czerwony zwierz przebił pierś Zura...
Aun   nie   przestawał   opatrywać   ran.   Tymczasem   ogromne   słońce 

wschodziłc^źa   rzeką,   pochowały   się   nocne   drapieżniki.   Wśród   konarów 
uganiały   się   małpy,   kruki   o   białych   łbach   krakały   nad   szkieletem 
Nosorożca, dwa sępy zawisły w powietrzu, a trawożerne budziły się, pełne 
sił.   Dla   Ulhamra   i.   Waha   minęła   godzina   niebezpieczeństw,   duże 
drapieżniki-spały w swych legowiskach lub w dżungli.

Lecz i dzień bywa wrogiem, gdy światło jest ostre, a upał pali ziemię. 

Trzeba   było   przenieść   Zura   w   cień.   Aun   jak   wszyscy   Ulham-rOwie 
instynktownie   lubił   jaskinie.   Wzrokiem   zbadał   przestrzeń   w   nadziei 
odkrycia jakichś skał, lecz widział jedynie step, kolczaste krzaki, parę palm, 
grupy bananowców i kępy drzew hebanowych.

Więc umocowawszy liście i trawy na piersiach towarzysza, wziął go 

na plecy i ruszył w drogę. Pochód był uciążliwy, gdyż trzeba było dźwigać i 
broń, lecz Aun odziedziczył siłę Fauhma, Naoha i Włochatych. Szedł długo, 
uporczywie broniąc się przed znużeniem. Często układał Zura w cieniu i nie 
tracąc go z oczu wstępował na wyniosłość gruntu lub głaz, by rozejrzeć się 
po okolicy.

Ranek mijał, upał stawał się nie do zniesienia, a żadne pasmo skaliste 

nie ukazywało się.

— Zur   ma   pragnienie   —   powiedział   Człowiek   Bez   Ramion,   tra

wiony gorączką.

Syn Tura skierował się ku rzece. W tej upalnej godzinie można byłd 

na jakiejś wysepce zobaczyć jedynie długie, łuskowate ciało ga-wiala lub 
hipopotama, na chwilę wychylającego się z żółtych wód.

background image

Rzeka daleko w przestrzeń toczyła swe żyzne wody, wokół których 

wyrosły prastare lasy, bujne trawy i żyły niezliczone zwierzęta. Rodzicielka 
życia miała też niezmordowana ruchliwość, tłumnie rwały jej fale, potoki, 
wodospady.

Aun   garścią   zaczerpnął   wody   i   napoił   rannego.   Zapytał,   za

niepokojony:

k

—Czy Zur cierpi?
—Zur jest bardzo osłabiony, chciałby spać. Muskularna ręka Auna 
łagodnie spoczęła na głowie towarzysza.
—Aun przygotuje schronisko!

Ulhamrowie umieli zabezpieczać się w lasach za pomocą splecionych 

gałęzi. Aun udał się na poszukiwanie lian, które obcinał toporem, po czym 
wybrał   trzy   palmy,   rosnące   na   wzniesieniu,   ponacinał   je   po   bokach   i 
poprzeciągał   pomiędzy   nimi   giętkie   łodygi.   Tworzyło   to   ogrodzenie   o 
trzech bokach, którego ściany, choć przeświecające, były jednak mocne i 
gibkie. Syn Tura pracował gorliwie i gdy spoczął, długie cienie dawno już 
kładły   się   na   rzece.   Trzeba   było   jeszcze   nakryć   schronisko   lianami, 
dostatecznie   grubymi,   by   mogły   utrzymać   ciężar   drapieżnika,   dając 
możność rozpłatania mu kadłuba lub przebicia serca.

Gorączka   Zura   nie   ustępowała,   zielone   błyski   przeszywały   jego 

źrenice,   zasypiał   na   chwilę   i   budził   się   nagle,   wymawiając   słowa   bez 
związku. Zwracał jednak uwagę na pracę Auna i dawał mu rady, albowiem 
Ludzie Bez Ramion byli w tym kierunku bardziej pomysłowi od Ulhamrów 
i innych plemion.

Zanim   znowu   zabrał   się   do   roboty,   Aun   zjadł   kawał   mięsa 

upieczonego   poprzedniego   dnia.   Następnie   przymocował   grube   liany, 
służące   za   przykrycie   kryjówki   i   obciął   dwie   duże   gałęzie,   by   z   nich 
utworzyć zaporę u wejścia.

Słońce   zniżało   się   do   najwyższych   czubów   drzew   hebano-.   wych, 

kiedy   ludzie   schronili   się   do   szałasu.   Schronienie   dawało   możliwość 
obserwacji   okolicy;   przez   wolne   odstępy   między   lianami   było   wyraźnie 
widać rzekę, oddaloną o trzysta łokci.

Była to godzina tętniąca życiem. Potworne hipopotamy wypływały ze 

swych "podwodnych pastwisk i gromadziły się na wy-

background image

żynie. Stado czarnych byków pasło się-na trawach z drugiej strony rzeki. 
Dostrzegało   się   mknące   pod   powierzchnią   wody   duże   węgorze   o   łbach 
spiczastych. Spośród trzcin wysuwał się krokodyl  o dwóch grzebieniach, 
paszcza  jego  zamykała   się   na  smukłej   szyi   karłowatej   antylopy;   śliczne 
stworzenie   konało   w   okrutnym   pysku,   który   ciął   urywanie,   oddzielając 
głowę od kadłuba. Mały małpi lud szalał wśród gałęzi; bażanty, mieniące 
się szmaragdem, szafirem i złotem zapadały w trzciny, a srebrzyste czaple 
śnieżnym obłokiem pokrywały kępy pełne kwiecia.. Czasami jakieś stado 
dużych antylop lub kozłów uciekało w popłochu przed stadem rudych psów 
lub   parą   gepardów.   Następnie   zjawiły   się   konie   o   oczach   szalonych, 
istnienia niepokojące i bujne. Ostrożność prężyła ich mięśnie, zbliżały się, 
często   osadzając   na   zadach,   co   naruszało   porządek   tabunu,   strzygły 
nerwowo uszami, w które każdy hałas bił na trwogę. Gajale wyciągniętą 
linią poważnie posuwały się wzdłuż gaju bambusowego.

Wtem przeleciał przeciągły dreszcz, zakotłowało się od gwałtownych 

susów. Pięć Lwów schodziło ku rzece.

Otoczyła   je   samotność.   Przed   płowymi   drapieżnikami   o   szerokich 

piersiach   odpływały   trawożerne   ,w   głąb   obszaru.   Jedynie   krokodyl 
urwawszy głowę swej zdobyczy pozostał. Nie wiadomo było, czy zwęszył 
niebezpieczeństwo.   Jego   twarde,   łuskowate   cielsko   długości   dwudziestu 
łokci a grubości platanu, jego ślepia bez wyrazu i bezmyślny łeb tworzyły 
jakąś   okropną   mieszaninę   zwierzęcia   i   minerału.   Jednak   wiedziony 
niewytłumaczalnym   czuciem   zwrócił   swą   długą   paszczękę   w   stronę 
nadchodzących. Zawahał się, po czym chwyciwszy strasznymi szczękami 
ciało swej ofiary, pogrążył się wśród lilii wodnych.

Dwa   Lwy   miały  grzywy.  Były  to krępe  samce  o  łbach  niby głazy 

szyfrowe;   ociężałe   w   spokoju,   rozprężały   się   podczas   łowów   w 
dwudziestołokciowych   susach.   Lwice   o   łapach   krótszych   były   bardziej 
gibkie i wydłużone, szły podejrzliwie. Wszystkie miały wielkie żółte oczy, 
patrzące niemal po ludzku. Przypatrywały się niknącym w dali wspaniałym 
stadom. Piersi ich napełniło rozczarowanie,     zatrzymały   się   mrucząc i 
porykując.   Gromkie  głosy

background image

samców   rozlegały   się   po   powierzchni   rzeki   i   dreszczem   przejmowały 
wszystko, co żyło. Popłoch szerzył się wśród gajów palmowych, trzcin i 
bananowców, na skrętach zatok i przylądków aż po zbieg dopływu z rzeką. 
Między konarami chichotały zapamiętale małpy.

Gdy minął gniew drapieżników, powędrowały dalej. Samce wdychały 

słaby podmuch, Lwice, bardziej podniecone, nachylały swe pyski ku ziemi. 
Jedna z nich zwietrzyła ludzi. Przyczołgała się do szałasu, na wpół ukrytego 
w wysokich trawach, inne podążyły za nią, Lwy pozostały w tyle.

Aun patrzył na zbliżające się płowe bestie;
Każda z nich była pięciokrotnie silniejsza od człowieka. Pazury miały 

ostrzejsze   od   włóczni,   kły   —   skuteczniejsze   od   oszczepów.   Pojął   swą 
słabość człowieczą, ohydę samotności, żałował opuszczonej równiny, gdzie 
ludzie mieli potęgę liczebności.

Zur uniósł głowę. W jego ranionej piersi przerażenie mieszało się z 

bólem i rozpaczą, że nie może walczyć.

Pierwsza Lwica stanęła tuż przed nimi. Widziała niewyraźnie osobliwe 

zwierzęta ukryte za lianami, krążyła chytrze wokoło szałasu. Tak bliska, że 
syn   Tura   nie   czuł   już   lęku,   krew   wojowników   umiejących   ginąć   pod 
pazurem, nie przestając walczyć, grała szumnie w jego żyłach; źrenice jego 
płonęły nie mniej silnie, jak ślepia Lwa i wymachując toporem, ,z głębi 
piersi rzucił swe wyzwanie:

— Aun rozrzuci wnętrzności Lwów!
Lecz Zur powiedział mu:
— Niechaj   syn   Tura   zachowa   ostrożność!   Gdy   płynie   krew

Lwów,   nie   boją   się   one   więcej   śmierci.   Trzeba   razić   w   nozdrza,
wydając okrzyk wojenny!

Aun uznał mądrość Waha, wyższą nawet od mądrości Gouna Suchej 

Kości. Przebiegłość przyćmiła ogień jego wzroku.

Lwica,   stojąc   teraz   nieruchomo,   usiłowała   dojrzeć   wyraźniej   istotę 

wydającą   ten   groźny   głos.   Jeden   z   Lwów   zaryczał,   potem   drugi.   Aun 
odpowiedział potężnie, wszystkie drapieżniki znalazły się przed gniazdem z 
lian.   Świadome   podwójnej   siły   swych   członków   i   liczby,   zwlekały   z 
natarciem, • zdobycz bowiem wyzywała je, sama pozostając osłonięta.

background image

Pierwszą   próbę   przebycia   przeszkody   zrobiła   najmłodsza  

z

  Lwic. 

Podeszła zupełnie blisko, powietrzyła i uderzyła łapą. Liana ugięła się, lecz 
nie   zerwała,   tymczasem   tępy   koniec   o-szczepu   uderzył   ją   silnie  po 
nozdrzach. Odskoczyła w tył, miaucząc z wściekłości i bólu, jej towarzysze 
spoglądali  na nią z niespokojnym  zdziwieniem. Nastała chwila przerwy. 
Wszystkie Lwy nieruchome, zdawały się już nie myśleć o ludziach. Lecz 
oto jeden z samców zamiauczał, zebrał się w olbrzymim skoku, i ruda masa 
spadła na pokrycie z lian,  które się opuściło.

Aun,   nachylony,   wyczekiwał   sposobności   uderzenia   w   paszczę   i 

wtedy trzykrotnie palnął po nozdrzach. Oszalały z bólu i jakby oślepiony 
zwierz potoczył się bezradnie i padłszy na step,  oddalił się czołgając.

Syn Tura groził:

—   Jeżeli   który   z   Lwów   jeszcze   raz   skoczy   na   głowy   ludzi,   Aun 

wyłupi im ślepia.

Ale Lwy stały zamyślone. Te, które nie nacierały, cofały się razem z 

nimi. Ukryte zwierzęta wydały się im zagadkowe i naprawdę groźne. Ani 
sposobem walki, ani głosem nie przypominały one tych zdobyczy, na jakie 
Lwy zwykły były wyczekiwać w zasadzkach lub napadać przy wodopoju. 
Nawet zadawane przez nich ciosy były im nieznane i osobliwie dokuczliwe. 
Lwy bały się podejść do szałasu, jednak uraza trzymała je uporczywie w 
pogotowiu.   Przyczajone   w   wysokich   trawach   lub   pod   sklepieniem 
bananowców, czekały z niedbałą, ale straszną cierpliwością. Od czasu do 
czasu ten lub ów szedł napić się do rzeki; w dali poczęły się ukazywać 
trawożerne.

Zaroiło się od ptactwa. Na tle zalewisk, w zatokach widniały ibisy o 

czarnych   głowach,   marabuty   śmiesznie   podskakujące   po   wysepkach, 
kormorany   nurkujące   nagłym   ruchem,   stadko   cyranek   przelatujących 
chyłkiem, klucz żurawi lecących z wrzaskiem ponad gromadą białogłowych 
kruków, podczas gdy papugi, ukryte wśród palm,  darły się przeraźliwie.

Z zachodu nadciągała powoli jakaś wrzawa. Jeden z Lwów wyciągnął 

łeb nadsłuchując, następnie drżąc na całym ciele po-

background image

w

stala   Lwica.   Wszystkie   porykiwały,   grzmot   głosu   samców   rozdzierał 

powietrze.

Z kolei Aun jął nasłuchiwać, miał wrażenie, że nadchodzi jakieś stado, 

lecz   uwagą   znów   powracał   do   drapieżników.   Zaniepokojenie   ich   rosło, 
skupiły się koło szałasu i razem natarły. Głos Auna- zatrzymał je. Te, które 
były   ranione   poprzednio  

w

  nozdrza,   cofnęły   się.   Tętent   idący   z   oddali 

potężniał. Syn Tura wiedział teraz, że istotnie zbliża się ku rzece jakieś o-
gromne   stado.   Myślał   o   Żubrach,   które   pasły   się   na   nizinach,   tam   za 
górami,   następnie   o   Mamutach,   z   którymi   Naoh   zawarł   przymierze   w 
krainie Pożeraczy Ludzi.

Zabrzmiały przenikliwe głosy słoni.

— To są Mamuty — zapewnił Aun.

Zur pomimo gorączki, która go trawiła, począł nadsłuchiwać:

— Tak, to są Mamuty — powtórzył już mniej spokojnie.
Lwy powstawały. Na jedną chwilę duże ich łby zwróciły

się ku zachodowi, po czym powolnym krokiem poszły w dół rzeki.   Ich 
płowe cielska znikły w zaroślach.

Aun   nie   obawiał   się   Mamutów.   Nie   tratują   one   ludzi   -ani 

trawożernych,  a nawet  wilków lub Lampartów.  Należy stać nieruchomo 
podczas ich pochodu i zachować milczenie. Ale czy to schronienie z lian 
nie rozdrażni ich przeciw ukrytym  ludziom? Którykolwiek z olbrzymów 
jednym dotknięciem przerwie ogrodzenie, jednym ruchem zmiażdży syna 
Tura.

—Czy Aun z Żurem mają opuścić szałas? — zapytał Ul-hamr.
—Tak — odpowiedział Człowiek Bez Ramion.

Wówczas Aun odwiązał gałęzie zamykające wejście, wyczołgał się na 

równinę   i   pomógł   wydobyć   się   Żurowi.   Zatrzeszczały   drzewa,   poczęły 
ukazywać się potworne kształty barwy gliny. Ogromne łby ze zwisającymi 
trąbami   miały   wygląd   głazów.   Stado   złożone   było   z   trzech   oddziałów, 
poprzedzanych przez sześć olbrzymich samców. Tratowały ziemię, deptały 
krzewy, rozdzierały zasłony z bananowców. Skóra ich była

background image

podobna do kory starych cedrów, nogi miały obwód ciała Auna, kadłuby — 
objętość dziesięciu Żubrów. Ulhamr rzekł:

—Są   bez   grzyw,   kły   maja   prawie   proste,   wzrostem   przewyższają 
największe Mamuty.
—To nie Mamuty! To są Ojcowie Mamutów! — powiedział Zur.
Ludzie Bez Ramion, znając swą słabość, wierzyli w doskonalszą moc 

życia przodków.

Aun silniej niż wobec Lwów zdawał sobie sprawę ze swej małości. 

Czuł  się równie bezbronny,  jak ibis przed krokodylem.  Tkwiąca  w nim 
duma   ustąpiła,   nieruchomy,   z   opuszczonymi   ramionami   stał   przed 
towarzyszem i czekał.

Przodowniczy oddział znajdował się już blisko. Wodzowie — było ich 

sześciu — podchodzili do schroniska, brunatne ich oczy nie przestawały 
śledzić Auna, lecz nie okazywały nieufności; może znane im było pionowe 
zwierzę...

Zakończenie zbliżało się — śmierć lub życie. Jeżeli przodownicy nie 

zboczą i postąpią jeszcze o dziesięć kroków, ludzie zostaną zgnieceni jak 
ćmy,   a   ogrodzenie   z   lian   zniesione.   Aun   uporczywie   wpatrywał   się   w 
największego   z   samców.   Mógł   mieć   piętnaście   łokci   wysokości,   był   w 
stanie trąbą zdusić bawołu równie łatwo, jak pyton dusił kozła.

Zatrzymał   się   tuż   przed   ludźmi.   Pozostali   zrobili   to   samo.   Tłum 

olbrzymów rozwinął się szerokim, kołyszącym  się łukiem. Z maczugą u 
nóg, zwiesiwszy głowę, Aun oczekiwał swego przeznaczenia.

Wreszcie wódz zadął i zmienił kierunek na prawo od ogrodzenia.
Stado poszło za nim. Prasłonie jeden za drugim usuwały się, żaden z 

nich, nawet najmłodszy, nie dotknął ludzi ani ich schroniska. Długo drżała 
ziemia.   Trawy   zamieniły   się   w   zieloną   miazgę,   trzciny   i   lotosy   ginęły 
stratowane,   hipopotamy   uciekły,   dwu-dziestołokciowy   gawial   został 
odrzucony   niby   żaba;   na   pagórku   pięć   Lwów   zwracało   w   stronę 
purpurowego słońca swe ryczące paszcze.

background image

Stado   weszło   do   rzeki.   Fale   burzyły   się,   trąby   wciągały   wodę  

wyrzucały ją strumieniami, po czym  te ruchome skały jęły się zanurzać, 
potworne   czaszki   i   potężne   grzbiety   wydawały   się   bryłami   głazów 
zatoczonych tu z gór przez lodowce, potoki i nawałnice.

—   Naoh   zawarł   przymierze   z   Mamutami   —   wyszeptał   Aun.   — 

Czyżby syn Tura nie mógł zawrzeć przymierza z Prasłoniami?

Dzień zamierał, Lwy znikły z pagórka, ciężkie czarne byki i lekkie 

kozły śpieszyły do nocnych kryjówek.

Po przeciwległej stronie rzeki, za wzgórzami, zapadało słońce, budziły 

się w swych legowiskach mięsożerne. Aun wszedł do szałasu i pociągnął za 
sobą Człowieka Bez Ramion.

background image

Gad olbrzymi

Upłynęły   trzy   dni.   Lwy   nie   pokazywały   się^więcej,   a   Prasło-nie 

odeszły   w   dół   rzeki.   Pod   prażącymi   promieniami   słońca   i   mgłą   nocną 
pogniecione trawy i ^drzewa odnawiały swój „zielony miąższ. Wiekuiste 
życie, silniejsze od głodu wszystkich trawożer-ców, wytryskiwało z gleby i 
rozlewało się na wodach zatok. Zdobycz  była tak obfita, iż wystarczyło 
Aunowi   miotnąć   włócznią   lub   uderzyć   oszczepem,   by   zapewnić   sobie 
codzienne pożywienie. Miał w'sobie coś z Naoha, co zabraniało mu zabijać 
więcej, niż tego wymagała potrzeba ludzkiego żołądka.

Febra i gorączka towarzysza dłuższy czas niepokoiły Auna. Ale rany 

goiły się i zielonawe błyski ustępowały z oczu chorego. Czwartego dnia był 
już radosny. Cień lian i palm rozlewał łagodną świeżość. Siedząc u wejścia 
do   schroniska,   Ulhamr   i   Człowiek   Bez   Ramion   zażywali   niezmąconego 
spokoju i rozkoszy dostatku. Zycie zwierząt zaciekawiało ich. Wiedzieli, iż 
nie   doznają   głodu,   a   jednocześnie   przyjemnie   było   im   patrzeć   na   moc 
świata. Purpuro-

background image

we   czaple   siadały   wśród   wodnych   kasztanów,   dwa   czarne   bociany 
wzleciały   z   przeciwległego   brzegu,   marabut   wyprawiał   swe   dziwaczne 
podskoki i widać było zwieszające się łapy klucza żółto-głowych żurawi. 
Gęsi   o   grubych   tułowiach   i   karminowe   ibisy   szukały   przygód   między 
lotosami.

Pyton wyłoniwszy się z iłu rozkręcał na brzegu swe gładkie cielsko, 

grube jak ciało człowieka i parę razy dłuższe.

Koczownicy   ze   wstrętem   przyglądali   się   zagadkowemu   potworowi, 

nieznanemu   Ulhamrom.   Choć   mógł   rozwijać   szybkość   dzika,   pełzał 
ociężale, beż celu, jak odrętwiały, lepiej przysposobiony do życia nocnego 
niż do dziennego.

Aun z Żurem schronili się w szałasie z lian. Żadne wspom-nienić nie 

dawało   im   możności   wymiarkowania   siły   gada,   ani   czy   zęby   jego   nie 
zawierają jadu, jak u węży napotykanych na zachodzie. Mógł być równie 
silny,   jak   Tygrys   i   równie   jadowity,   jak   żmije.   Powoli   zbliżał   się   do 
ogrodzenia.   Aun   trzymał   w   pogotowiu   maczugę   i   włócznię;   nie   myślał 
wydawać   okrzyku   wojennego.   W   dużych   drapieżnikach   czuł   życie, 
podobne   do   swego   życia,   lecz   to   długie,   śliskie   cielsko,   pozbawione 
kończyn, ten mały łeb, te oczy nieruchome były mu bardziej obce niż larwy 
łub glisty ziemne.

Naraz   przy   schronisku   pyton   wyprostował   się   i   rozwarł   paszczę   o 

płaskich szczękach.

— Czy należy teraz uderzyć? — zapytał syn Tura.

Zur   zawahał   się.   Ludzie   Bez   Ramion   zabijali   węże   swej   krainy, 

miażdżąc   im   głowy,   lecz   czymże   były   te   węże   w   porównaniu   z   tym 
potworem?

— Zur   nie   wie   —   odrzekł   —   nie   uderzyłby,   zanim   bestia   nie

napadnie na szałas.

Pyton łbem dotknął lian i usiłował wsunąć go przez otwór. Aun kolnął 

go ostrzem włóczni w szczękę. Gad rzucił się w tył, świszcząc przeciągle 
skręcił z zawrotną szybkością i uszedł w stronę rzeki. W tejże chwili młoda 
antylopa przebiegała równinę. Czy dlatego,  że ją ujrzał,  czy też uległ swej 
powolnej naturze,  gad

background image

zn

ieruchomiał.   Antylopa   podniosła   swe   wypukłe   czoło,   wyziewy

ludzi   zaniepokoiły   ją,   więc   oddaliła   się   od   schroniska.   I   wówczas
dopiero   zobaczyła   pytona.   Przejęta   dreszczem   trwogi,   z   oczami
utkwionymi   w   zimne   ślepia,   stanęła   jak   wryta.   Trwało   to   chwilę
___już   gnała   dalej.   Lecz   długie,   miękkie   cielsko   pomknęło   z   szyb
kością   pantery.   Antylopa   potknęła   się   o   kamień,   zachwiała   i   wy
wróciła   kozła   pod   natarciem   gada.   Podniosła   się,   jeszcze   nie   omo
tana   i   popędziła   na   oślep;   nad   krajem   zatoczki   zagrodził   jej   drogę
złowrogi potwór.

Drżąca,   spłoszona,   spojrzała   na   otaczającą   ją   przestrzeń.   Tam   było 

życie, życie traw, życie, które tak radośnie w skok przebiegało jej zwinne 
ciało.   Dwa   szczęśliwe   susy   i   będzie   ocalona.   Usiłowała   przesadzić 
przeszkodę.   W   tym   momencie   ugodziło   ją   straszliwe   uderzenie,   ogon 
pytona   okręcił   się   dookoła   jej   zdyszanego   tułowia.   Trawożerne,   czując 
dokonującą się śmierć, beknęło żałośnie. Chwilę jeszcze wiła się zgrabna 
istota w długim, zimnym uścisku, skarga przeszła w charczenie, zwiesiwszy 
głowę z rozwartym pyskiem i wysuniętym ozorem, ofiara wydała ostatnie 
tchnienie.

Wydarzenie   to   rozbudziło   w   Aunie   osobliwą   nienawiść.   Lampart, 

wilki,   Macherodus   mogłyby   zabić   antylopę,   nie   wzruszając   zupełnie 
Ulhamra,  lecz zwycięstwo  tego  zimnego  potwora  zdawało się godzić w 
samych ludzi.

Dwa   razy   nachylał   się   chcąc   wyjść   ze   schroniska;   Zur   go 

powstrzymał:

-rr-   Syn   Tura   ma   pod   dostatkiem   mięsa.   Co   poczniemy,   jeśli   on 

zostanie z kolei zraniony?

Aun ustąpił; niepojęty dla niego samego był ten gniew, palił go jak 

ogień rany. A cóż wiedział o sile wielkiego węża? Jedno uderzenie ogona 
przewracało antylopę i na pewno wywróciłoby człowieka...

Pozostał jednak ponury i szałas z lian stał mu się nieznośny.

—Aun  z  Żurem  nie  mogą  tu  żyć   dłużej   — powiedział,  gdy pyton 
powlókł swą zdobycz w trzciny. — Ulhamrom potrzebna jest jaskinia.
—Zur wkrótce będzie mógł się podnieść!

background image

CZĘŚĆ DRUGA

Jaskinia kota olbrzymiego

Przeszły jeszcze dwa dni. Zur był osłabiony, ale mógł już iść, jego 

młoda krew szybko goiła rany. Aun na dłużej oddalał się od szałasu, badał 
dół   rzeki.   Przeszedł   około   piętnastu   łokci   nie   znalazłszy   żadnego 
schronienia.   Koło   brzegu,   tu   i   tam,   wznosiły   się   skały,   ale   szczeliny 
pomiędzy nimi były nadto wąskie, by dać przytułek ludziom, a nawet rudym 
psom. Zur przemyśliwał nad wygrzebaniem dołu, jak to czynili Ludzie Bez 
Ramion.   Lecz   była   to   robota   powolna   i   Ulhamrowie   czuli   wstręt   do 
podobnych   jam.   Zadowolił   się   więc   wzmocnieniem   ogrodzenia   z   lian. 
Zręczniejszy'

background image

w tej robocie od Auna, czynił je niedostępnym dla drapieżników, wszelako 
Prasłoń, Nosorożec, hipopotam lub stado dużych tra-wożerców mogło je 
przerwać, poza tym przyciągało ono łazęgów dżungli i zarośli.

Mijały dalsze dni. Zbliżał się koniec wiosny. Straszliwy żar spadał na 

rzekę,   niezdrowe   opary   unosiły   się   ku   gwiazdom   i   długo   jeszcze   po 
świtaniu zasnuwały przestrzeń.

Jednego ranka Zur poczuł w sobie dostateczne siły, by puścić się w 

drogę. Rzekł do towarzysza, który niecierpliwie przyglądał się roślinności 
bujnie rozkrzewionej wokoło schroniska.

— Syn Ziemi może już iść z Aunem.

Ulhamr powstał uradowany.  Ranny, niby liana owinięta wkoło jego 

ramion, krępował dotąd każdy ruch.

Mgły   wlokły   się   jeszcze   po   wodach,   młode   hipopotamy   my-czały, 

igrając   koło   zatoki,   ptaki   wiodły   swe   spieszne   życie;   Aun   z   Żurem 
skierowali się w dół rzeki. W miarę, jak wznosiło się słońce, szukali cienia. 
Należało pilnie baczyć,  by nie nadepnąć na żmije rozbudzone upałem, a 
także   rozpoznawać   wyziewy,   by   nie   natknąć   się   na   śpiącego   w   mroku 
drapieżnika. Koło południa spoczęli pod drzewami terpentynowymi. Mieli 
zapas suszonego mięsa i grzybów, które upiekli na ogniu z gałązek. Sam 
zapach gorącego mięsa radował  Auna. Zur powoli wchłaniał  różnorodne 
wonie.   Ociężałość   owładnęła   wszystkim   stworzeniem.   Słychać   było 
jedynie'przeciągłe odgłosy wód i brzęk owadów, walki były zawieszone. 
Obaj ludzie oddawali się radości życia w poczuciu swej młodości.

Zur, jeszcze osłabiony, drzemał, podczas gdy syn Tura czuwał, lecz 

zmysły jego były wrażliwe na wszystkie zmiany w otoczeniu.

Gdy cienie coraz szerzej kłaść się poczęły na równinie, tworząc jakby 

wyspy,  puścili  się w drogę  zatrzymując  się  aż  o zmroku. Następne  dni 
przeszły   podobnie.   Byli   zmuszeni   przebyć   dżunglę,   obejść   mokradła, 
wpław przeprawić się przez rzekę, krążyć wśród zarośli. Osłabienie Zura 
minęło, szedł cierpliwie za swym barczystym  towarzyszem. Przyjaźń ich 
była głęboka. Nigdy nie

background image

bywało   pomiędzy   nimi   powodów   do   kłótni   lub   urazy;   dopełniali   się 
wzajemnie. Siła Auna dawała Żurowi poczucie bezpieczeństwa i budziła 
podziw,   Aun   lubił   przebiegłość   Zura   i   tajemnice,   które   odziedziczył   po 
przodkach Ludzi Bez Ramion.

Rankiem dziewiątego dnia ukazały się skały. Zdawały się dochodzić 

do   samego   brzegu   rzeki,   tworzyły   pasmo  ciągnące   się   na   wiele   tysięcy 
kroków.   Przecinały.je   dwa   strome   pęknięcia.   Najwyższe   ze   skał   miały 
ponad   trzysta   łokci   wysokości   i   ciągnęły   się   aż   po   kraj   dżungli;   w 
szczelinach wykuwały swe gniazda orły i sępy.

Na ten widok syn Tura wydał radosny okrzyk, albowiem podobnie jak 

przodkowie   miłował-   skały,   zwłaszcza   gdy  te   znajdowały  się   w   pobliżu 
wody. Spokojniejszy od niego Zur przyglądał skj okolicy. Dostrzegli więcej 
granitowych wyniosłości, pod którymi, z braku jaskiń, mogła schronić się 
horda.   Lecz   miejsce,   odpowiednie   dla   dużej   groźnej   gromady,   bywa 
niedogodną kryjówką dla dwóch wojowników. Zatrzymywali się co chwilę i 
bacznie wpatrywali w bazaltowe ściany, świadomi, że nieraz za szczeliną 
ukrywa się obszerna jaskinia.

Nareszcie   bystre   oko   dostrzegło   na   wysokości   człowieka   pęk

nięcie,   u   podstawy   szerokie   na   dwie   dłonie   i   stopniowo   rozszerza
jące   się   ku   górze.   By   je   dosięgnąć   należało   podciągnąć   się   na   wy
stającą   kawędź,   po   czym   wdrapać   się   na   małą   płaszczyznę;   trzech
ludzi mogło na niej stanąć.

'

*

Wojownicy   z   łatwością   dosięgli   krawędzi,   ale   aby   dostać   siej   na 

płaszczyznę, Aun musiał wejść na plecy Zura. Następnie Uli hamr bokiem 
wsunął  się w szczelinę. Prześlizgiwał  się w ten spo-: sób na przestrzeni 
pięciu łokci, dalej przejście stawało się szersze.; Koczownik znalazł się w 
niskiej, obszernej pieczarze. Obchodził ją z wolna. Nagłe załamanie gruntu 
zatrzymało   go,   stroma   pochyłość   staczała   się   w   ciemności.   Przed 
rozpoczęciem   dalszych   poszukiwań   Aun   wolał   mieć   przy   sobie   Zura. 
Wyszedł i rzekł:

— Pieczara jest duża, ma może dwa wyjścia. Aun nie widziafl jeszcze 

jej krańc.a.

Nachyliwszy się, spuścił oszczep, za którego koniec uchwycifl

background image

Zur.   Opierając   się   stopami   o   chropowatości   ściany,   wspiął   się   po   niej, 
podczas gdy Aun cofał się ku szczelinie.

Gdy Zur stanął na płaszczyźnie, Ulhamr zaprowadził go na miejsce, 

gdzie   się   zaczynała   spadzista   pochyłość;   spuścili   się   po  

n

iej   w   dół. 

Gęstniejący   mrok   utrudniał   ich   wysiłek.   Zaniepokojeni  

w

yziewami 

drapieżników już mieli zawrócić, gdy ujrzeli w dole małe światełko.

— Jest drugie wyjście — wyszeptał Zur.

Aun   niecierpliwie   kiwnął   głową,   szli   dalej.   Pochyłość   stawała   się 

łagodniejsza. Światło, zrazu słabe, rosło w miarę posuwania się naprzód. 
Sączyło się ono przez krętą i długą szparę, nadto wąską, by dać przejście 
obu ludziom. Kilka nietoperzy krążyło cicho piszcząc.   ^

— Aun i Zur zawładnęli pieczarą! — zawołał syn Tura.

Zur wsunął głowę w szparę. W tej chwili rozległ się ryk, z obszernego 

legowiska porwał się na nogi jakiś olbrzymi zwierz.

Nie można było powiedzieć, czy bardziej przypominał Lwa, czy też 

Tygrysa.   Czarna   grzywa   porastała   jego   łeb,   piersi   miał   rozłożyste   jak 
czarny byk, długi, wężowaty w ruchach, acz krępy, przewyższał wzrostem i 
grubością mięśni wszystkich mięsożerców. Jego ogromne ślepia rzucały, 
zależnie od natężenia światła, ognie -— to żółte, to zielone.

— Jest to Lew Skalny! — wyszeptał Zur.

Potwór, wspięty przed szczeliną, puszystym  ogonem chlastał się po 

bokach.

Z kolei przyjrzał mu się Aun i rzekł:

— Jest to Tygrys z krainy Kzamów.

Chwycił  oszczep, gotując się do rzutu przez wąski otwór. Już miał 

wydać okrzyk wojenny, lecz Zur zatrzymał jego wzniesioną prawicę.

— Aun   nie   może   tak   silnie   miotać   przez   szczelinę,   by   zabić

Lwa Skalnego, a nawet weń trafić!

Wskazywał na występy, które zmieniłyby kierunek lub zatrzymałyby 

lot   pocisku.   Ulhamr   zrozumiał   niebezpieczeństwo   niepotrzebnego 
drażnienia zwierzęcia. Mógłby wyjść z legowiska

background image

i udać się na poszukiwanie napastników. Jednak potwór uspokajał się i było 
prawdopodobne, że nie wybierze się na łowy w nadcho-J dzącą noc; obfite 
resztki ze stepowego osła ociekały krwią na zidl mi pokrytej szkieletami.

— Być   może   Aun   z   Żurem   będą   mogli   pozbyć   się   go   podstęp

pem — zamruczał Wah.

Przez chwilę było jeszcze słychać sapanie zwierza, po czym rozciągnął 

się niedbale w Swej kostnicy. Że nie znał strachu, gniew jego mijał szybko. 
Żadne stworzenie nie było dość śmiałe, by go zaczepić, jeden chyba ślepawy 
Nosorożec. Prasłoń nie wal-1 czyłby z nim, choć trwogi przed nim nie znał, 
wodzowie   czaM   nych   byków,   bawołów   i   wielkich   antylop,   broniących 
swych stad przed Tygrysem lub Lwem, pierzchali na jego widok w popło-
chu. Potężną siłą przewyższał wszystkich drapieżników.

Istoty, które zwietrzył za bazaltową ścianą, przypominały! wonią różne 

gatunki   małp,   nędznych   stworzeii,   które   miażdżył   jednym   draśnięciem 
pazura.

Aun   z   Żurem   zawrócili   do   górnej   części   jaskini.   Pomimo   iż' 

niebezpeczeństwo nie było natychmiastowe, a ich zdolność przewidywania 
wydarzeń   nie   sięgała   daleko,   sąsiedztwo   drapieżnika   niepokoiło   ich. 
Wprawdzie legowisko jego  było  po drugiej  stronie! skały i zapewne  nie 
będzie on polował podczas dnia, ale jakiś wyl padek mógł go postawić na 
ich drodze. Tak więc to bezpieczne schronisko, dostępne jedynie dla ludzi, 
nietoperzy i ptaków, staj wało się niepewne.

Postanowili jednak opuścić je dopiero po znalezieniu innego.i

Syn Tura mówił:

—Aun z Żurem nie wyjdą, póki Tygrys Kzamów nie zaśnia w swym 
legowisku.
—Lew Skalny jest za ciężki, aby mógł łazić po drzewach —1 dorzucił 
Zur.  — Dokoła jest dosyć  listowia, w którym  będzieirrja mogli  się 
ukryć.
Zaskoczenia podczas łowów nie obawiali się. Węch Aunal mógł się 

równać z węchem szakali, a przebiegłość Zura nigdy nia drzemała.

background image

Przez kilka dni nic nie zakłóciło im spokoju. Żur, kierując się pysiem 

swej rasy, robił zapasy korzeni i grzybów, Aun chętniej znosił mięso i drwa 
na ogień. Zapalano go na płaskim skalnym  

w

ystępie;  wieczorami  rzucał 

czerwone światło, niepokojące włóczęgów równiny, wampiry, sowy i orły.

Pożywienia   mieli   pod   dostatkiem,   zajadali   radośnie,   bezpieczni   od 

czatujących   na   nich   w   dole,   pełni   wzgardy   dla   drapieżnego   ptactwa, 
unoszącego się nad ich głowarnh

Zur parę razy dziennie podchodził do legowiska drapieżnika. Olbrzymi 

Kot nie okazywał gniewu ani zniecierpliwienia. Woń młodego wojownika 
stawała mu się swojska, nie zakłócała nawet jego snu. Zdarzało się, że w 
ciągu   dnia   wspinał   się   ku   szczelinie   i   wtedy   jego   płomienne   ślepia 
niewyraźnie rozpoznawały postać i twarz człowieka.

Po pewnym czasie syn Ziemi przemówił doń:

— »Aun i Zur nie są wrogami Skalnego Lwa.

Zwierz zdumiony mową składaną zamruczał i porył pazurami bazalt.

— Skalny   Lew   jest   silniejszy   od   Zura   —   mówił   dalej   wojow

nik.   —   Lecz   Zur   jest   przebiegły.   Gdyby   Skalny   Lew,   syn   Ziemi
i   syn   Tura   zawarli   przymierze,   nie   wymknęłaby   się   im   żadna   zdo
bycz.

Przemawiał   tak   pod   wpływem   dawnych   wspomnień.   Ludzie   Bez 

Ramion żyli obok drapieżników, które brały udział w ich łowach, a wśród 
Uihamrów  Naoh,  syn   Lamparta,  ongiś  zawarł   przymierze   z  Mamutami. 
Zur,   potomek   rasy   zanikającej   od   szeregu   pokoleń,   tonął   nieraz   w 
marzeniach.   Miał   wiele   więcej   wspomnień   niż   jego   towarzysze   —   i 
wspomnienia   te   w   okresach   odpoczynku   i   bezpieczeństwa,   podniecane 
młodym życiem, snuły się dziwacznie.

Po   raz   pierwszy   znajdował   się   w   stałym   sąsiedztwie   z   niebez-

piecznym'drapieżnikiem. Na stepie, wśród borów, zwierz był niedostępny 
lub zagrażał istnieniu. Poza tym, gdy Zur przemyśliwał jakby to naśladować 
Naoha  czy  też   któregoś   ze swych  przodków,  Aun oraz  inni  towarzysze 
przerywali jego dumania. Nawet Naoh

background image

nie próbował więcej żyć z Mamutami. Zostawszy wodzem hordy zapomniał 
o   swej   wędrówce   z   Namem   i   Gawem,   troszcząc   się   by   prowadzić 
Ulhamrów na ziemie sprzyjające ich bytowaniu. Horda była zanadto liczna i 
chciwa   łowów,   by   zwierzęta   mogły   w   jej   pobliżu   czuć   się   bezpieczne, 
trzymały się w oddaleniu i jedynie dzięki chytrości udawało się podejść je 
lub złapać w potrzask.

Tu,   nachylając   się   przez   szczelinę   i   wyciągając   rękę,   mógł   Zuri 

dotknąć  pyska  Lwa  Skalnego.  Zapewne  wolałby  mieć   do czynie-f nia  z 
mniej strasznym zwierzem, jednak wyobraźnia nie przesta-j wała pracować. 
Wreszcie przyszło przyzwyczajenie, które łączy stworzenia. Wszystko, co 
powtarzając się nie wyrządza krzywdyj przestaje wydawać się groźne. Ta 
szeroka pierś, ten łeb podobny do głazu z granitu, ruchomy płomień ślepiów 
nie   robiły   więcej   wrażenia   na   Żurze.   Młodymi,   czujnymi   zmysłami 
poznawał, że i on dla mięsożercy przestał być obcy. Stawał się coraz mniej 
zdorj byczą, przestanie nią być zupełnie w miarę, jak jego woń bardziej się 
zmiesza z wyziewami legowiska.

Zbiżało.się   lato.   Nastały   straszliwe   upały.   Spalały   step   na   twardą 

skorupę,   lecz   wzmagały   szaloną   bujność   lasów,   dżungli   i   wilgotnych 
sawann, potęgując bezmierne życie zieloności zagarniającej brzegi wód w 
swe władanie. Wszelkie stworzenia mnożyły się niesłychanie. Robaki, żuki, 
skorpiony, owady i skorupiaki: roiły się wśród liści, łodyg i kwiatów; lepkie 
ciała robaków,  gaj  dów i żab gromadziły się w każdej wklęsłości. Stada 
trawożerJ nych nadciągały z wysuszonych równin, mimo obecności wieli! 
kich drapieżników; Tygrysy i Lwy polowały w pobliżu pasma skalistego.

Aun i Zur wychodzili jedynie wczesnym rankiem i nie omiesz-j kali 

nigdy powracać przed wieczornym zmierzchem. Wyśledzili,! że czarny Lew 
z   dwiema   Lwicami   zajął   północną   dżunglę   widoćzl   ną   z   ich   skały,   że 
para'Tygrysów   wtargnęła   na   obszar   w   widłach,   rzeki.   Gdy   zapadła   noc, 
słyszeli niekiedy przybliżający się ryk Lwa

lub przejmujący krzyk Tygrysa. 

Kot Olbrzymi, zależnie od chwi-' li, ciskał grzmot swego głosu.

Wtedy Zur i Aun przemyśliwali nad opuszczeniem schronie*

background image

nia. Z ranną zorzą zapominali o tych ogłuszających rykach. Zdobycz coraz 
obficiej wpadała w zastawione przez nich zasadzki. Duże drapieżniki pijane 
krwią i mięsem zasypiały ze świtem.

Zur mówił:    :

— Tam dalej są inne Tygrysy, inne Lwy i inne czerwone zwierzę. Czy 

Aun z Żurem znajdą równie dobrą jaskinię?

Syn  Tura milczał. Dusza jego była  bardziej koczownicza od duszy 

Zura, mimo woli pociągała  go chęć oglądania nowych  krain. Popęd ten 
dawał znać o sobie tylko chwilami, jak głód. W niektóre poranki schodził 
samotnie do ujścia dopływu, przyglądał się skałom, gdzie drzemały Lwy. 
Chwytała go nagła żądza walki lub potrzeba poznania sawann, obszarów 
łowieckich, zwierząt ukrytych po tamtej stronie kamiennej ściany. Z czasem 
znów szedł w górę rzeki, oddalając się o dwa do trzech tysięcy łokci od 
legowiska Lwów. Bywało, że przeprawiał się na przeciwległy brzeg, płynąc 
lub   przeskakując   z   kamienia   na   kamień.   Wówczas   ogarniał   go   zapał 
wędrowny,   wpatrywał   się   w   błękitną   smugę   puszczy,   tam,   w   głębi 
widnokręgu.

Podczas  tych   nieobecności  Zur  suszył   na  słońcu  kawały  mięsa  lub 

powiększał zapasy korzeni. Chciał się obficie zaopatrzyć w pożywienie, by 
mieli   zapewnioną   swobodę   ruchów   i   wypoczynku.   W   międzyczasie 
schodził   do   rozszczepionej   ściany   i,   o   ile   Kot   jaskiniowy   nie   spał, 
przyzwyczajał go do swego głosu.

Jednego   popołudnia,  gdy  cienie  skał  rozpostarły  się  aż  poza  rzeką, 

zadziwiło go, że Aun jeszcze nie powrócił. Ogarniała go nuda. Za pomocą 
skórzanych lin, które umożliwiłyby dotęp nawet tam, gdzie jedynie ptactwo 
i wampiry mogły przebywać, spuścił się na dół ku rzece. Stado bawołów 
zagrodziło mu drogę. Zur wiedział, że są one zmiennego usposobienia i że 
przy  najmniejszym   wyczuciu   niebezpieczeństwa   samce   stają   się   groźne. 
Obszedł je kierując się kii zachodowi i już miał zawrócić na południe, gdy 
wtem z wysokich traw wynurzył się Nosorożec. Syn Ziemi wsunął się pod 
sklepienia bananowców. Ciężki potwór ruszył za nim. Wówczas wdrapał 
się na pagórek, okrążył długie bagnisko, pobłądził w zaroślach i znalazł się 
naprzeciw

background image

pasma skał,   lecz od strony,  gdzie  obrał sobie  legowisko  Kot Olbrzymi.

Nosorożec  znikł. Zur  rozglądał  się po miejscu, na które  dotychczas 

żaden z nich nie ośmielił się zapuścić. Pasmo skał ciągnęło się przed nim, 
bardziej dzikie i postrzępione niż od strony rzeki. Dwa sępy niewidocznymi 
prawie ruchami skrzydeł zataczały kręgi wzlatując ku pienistym obłokom. 
Choć miało się ku schyłkowi dnia, jaskrawe światło zalewało ponure bazalty 
i niesamowicie bujną roślinność. Wah leżąc w cieniu usiłował wypatrzeć 
legowisko Kota Olbrzymiego. Powinno ono być tam, w czarnej rozpadlinie, 
gdzie nawet mrok zdawał się z granitu. Z lewej strony za gąszczem trzcin 
kryło się bagnisko, z prawej — poorana wyrwiska-mi ziemia z wysepkami 
pagórków,   a   w   kierunku   skał   —   zwały   bazaltowe,   tworzące   niskie 
grzebienie,   obłamy   ścian   i   stosy   ka-.j   mieni.   Zwierz   prawdopodobnie 
drzemał   w   oczekiwaniu   chwili,   gdy   zaczną   rozbrzmiewać   głosy 
mięsożerców.

Nagle przerażenie zjeżyło włosy Zura. Tam, na najwyższym pagórku 

ukazał się krępy Lew. Nie był to Lew żółty jak te, które napadły na szałas z 
lian, lecz czarny, rosły, nieznanej odmiany. Pod drzewem, gdzie spoczywał 
Zur, była tylko niska trawa. Lew zobaczył człowieka...

Zur leżał jak rażony piorunem. Nie posiadał siły i zwinności Auna, 

jego oszczep nie utkwiłby dość głęboko w twardej piersi, a maczuga nie 
potrafiłaby   zmiażdżyć   członków   lub   pogruchotać   kręgów.   Trzeba   było 
uciekać. Niewielkie drzewo nie mogło służyć  za schronienie. Tam  dalej 
spostrzegł poszczerbioną ścianę, która doprowadziłaby go/wąskim zakrętem 
do skalistego pasma niedostępnego dla mięsożernego.

Zebrał   się   w   sobie,   skoczył   na   najbliższy   zwał,   podczas   gdy   Lew 

rycząc gnał za nim z pagórka. Zur zniknął za głazami, niewidoczny dla 
drapieżnika, pośpieszał chwytając rękoma szczerby i wyłomy. Przebiegł tak 
więcej  niż  tysiąc   łokci   i  wtedy  dopiero  obejrzał  się.  Nikt  go  nie  gonił, 
widocznie   Lew   zawahał   się.   Być   może   przez   lenistwo   właściwe   jego 
gatunkowi   zaniechał   pogoni.   Zur   pokrzepiony   nadzieją   skierował   się,ku 
ścianie. Wtem potężny

background image

ryk wstrząsnął nim do głębi, spojrzawszy z ukosa poznał czarne, ponure 
zwierzę. Zbliżało się doń dużymi susami, bardziej zaciekłe j podniecone niż 
żółte Lwy.  Zur coraz wyraźniej słyszał jego oddech. Było za późno, by 
dotrzeć do skalnego pasma. Jeszcze parę susów i pionowe zwierzę poczuje 
trzeszczenie swych kości...

Lecz oto trzy wystające zręby zwróciły uwagę uciekającego. Sterczały 

niby   odszczepy   drzewa   i   dawały   możliwość   dosięgnąć   przy   pomocy 
czwartego zrębu wierzchołka zwału.

Dostać się tam mogło jedynie zwierzę posiadające ręce lub też lekki 

drapieżnik. Zur podskoczył i uchwycił się prawego zrębu. Pomagając sobie 
nogami   i   rękami   dosięgnął   drugiego,   następnie  trzeciego,   czwartego.   W 
końcu   znalazł   się   na   szczycie.   Lew   nadbiegał.   Dał   olbrzymiego   susa   i 
zsunął się. Prawie pionowa skała nie dawała żadnego oparcia mogącego 
podtrzymać   jego   ciężkie   cielsko.   Trzykrotnie   ponawiał   swój   wysiłek, 
wreszcie rycząc gniewnie zaprzestał. Ustawił swój ogromny łeb na Zura, 
żółte ślepia i oczy brązowe skrzyżowały się, wyrażając nienawiść i trwogę.

Syn   Ziemi   zadawał   sobie   pytanie,   czy  należało  mu  zostać   na   tym 

szczycie,, czy też zejść na drugą stronę zwału.

Aby dogonić człowieka, Lew miał dwie drogi do wyboru: jedną — 

przez równinę, drugą — wijącą się wkoło pasma skalnego.

Zur wahał się tak długo, póki drapieżnik stał nieruchomo. Z chwilą, 

gdy ten począł krążyć. Zur zsunął się ze skały i puścił się na północ. Nie 
biegł   na   oślep,   przyglądał   się   pasmu   skał   w   nadziei   znalezienia   jakiejś 
kryjówki.   W   oszołomionej   głowie   miał   widok   jaskini   i   postać   Kota 
Olbrzymiego...  Tymczasem  czarny Lew  znów  był   niewidoczny.  Może  z 
cierpliwością mięsożernych przyczaił się, a może nie spotrzegł przejść? Zur 
nie zastanawiał się nad tym. Nie znosząca zwłoki konieczność znalezienia 
schroniska zawładnęła jego wrażeniami, bezwiednie zbliżał się do skał.

Znajdował   się   od   nich   jakieś   pięćdziesiąt   kroków,   gdy   odczuł,   że 

pogoń rozpoczęła się na nowo. Czarny Lew zawróciwszy znów dostrzegł 
człowieka, susy jego znaczyły  się w wysokiej  trawie głębokimi  dołami, 
tymczasem wśród skał nic było widać żad-

background image

ncj dogodnej ścieżki. Zur biegł, kierowała nim jedynie podświadomość.

Ściana bazaltowa była tuż. Gromkie sapanie rosło wśród szelestu traw. 

Zur przystanął. Serce w zdyszanej piersi waliło dziko. Przed rozszerzonymi 
źrenicami   wirowały   obrazy   rzeczywistości.   Wokoło   było   życie,   które 
miłował swym młodym ciałem, a które jeszcze tak niedawno zdawało się 
niezniszczalne; i śmierć tu była, możliwa w każdej chwili, gdy zbliżał się 
drapieżnik. Syn Ziemi czuł się słaby jak ibis w szponach orła. Był bez broni, 
miał  jedynie  swe  kończyny,   pozbawione  pazurów.  Kły  Lwa  rozłupią  go 
równie łatwo, jak owoc.

Przeszła chwila wlokąca się jak zmierzch. Zur musi wybierać — tam 

czarny Lew, tu legowisko Kota Olbrzymiego. Czas naglił. Ten, co chce go 
pożreć, jest już tylko o sześć susów. Wówczas porwał się jednym szybkim 
skokiem: jeżeli zginąć, to w jaskini, obok ich schronienia.

Wpadł   w   bazaltową   otchłań   jak   drobny   ptak   w   paszczę   wężową. 

Czarny Lew za nim.

W ciemności najpierw dwa poryki starły się ze sobą. Kątem oka Zur 

dostrzegł w czerwonym świetle rysującą się ciemną bryłę czarnego Lwa, a 
w głębi jaskini prostującą swe członki olbrzymią postać. Po czym nastąpiły 
dwa susy, starcie pazurów, trzask kłów... i Kot Olbrzymi był już zwycięzcą. 
Czarny Lew wywrócił kozła, potoczył się i świadomy, iż tej siły nic pokona, 
czołgając się uciekł z rozprutym bokiem. Zwycięzca, nieruchomy, z wysoko 
wzniesionym   granitowym   łbem,   patrzył   na   ucieczkę   natręta   rzucając   ku 
zachodowi swój grzmiący ryk.

Zur nie widział prawie walki. Wiedział jedynie, że zwyciężył ten, w 

którego legowisku on się znajduje. Nisko pochylony, oparty na dłoniach, 
czekał milczący, nieruchomy. Tak dalece poniechał myśli o walce, że nawet 
jego strach zamarł. Poddał się temu, co ma się stać, tak jak się poddawał 
cierpieniu, gdy Mache-rodus rozszarpał mu pierś. Olbrzym chwilę jeszcze 
pomrukiwał,   po   czym   ociężałym   krokiem,   liżąc   zadraśnięcie   zadane 
pazurem przeciwnika, wrócił do jaskini. Człowiek zgięty ku zieml\ znajdo-

background image

wał się na jego drodze. Kot Olbrzymi obwąchał go, położył nań łapę, grubą 
jak noga czarnego byka. Może poszarpać to dygoczące ciało, człowiek nie 
zrobi żadnego ruchu. Lecz zwierz wcale nie wykazywał agresji, oddech jego 
był spokojny. Zur odgadł, że po-1 znał woń, która codziennie wydzielała się 
z bazaltowej szczeliny.

W Zura wstąpiła nadzieja, w młodym ciele dokonywał się przewrót, 

który budzi życie i jego wiekuiste pragnienia. Spojrzał z dołu na potworną 
paszczę   i   przypominając   sobie,   iż   Kot   nieraz   wsłuchiwał   się   w   mowę 
składaną, wyszeptał:

— Zur jest jak antylopa pod pazurem Skalnego Lwa.

Zwierz sapnął silniej i ostrożnie cofnął łapę. Przyzwyczajenie, które 

istniało już między nimi wtedy, gdy rozdzielała ich skała, przybrało nową 
formę. Wah przeczuwał, że każda chwila pokoju polepsza jego położenie. 
Wszystko   co   trwa,   trwa   przez   powtarzanie   się.   Jeżeli   przed   chwilą- 
mięsożerca nie pożarł człowieka, prawdopodobnie nie pożre go już nigdy. 
Zur nie będzie nadal zdobyczą, zawrze przymierze.

Czas mijał. Purpurowy stos słońca zapadnie wkrótce za, wzgórzami, a 

Kot Olbrzymi nie uderza. Słucha tego cieniowanego głosu, który się doń 
zwraca; przysiadłszy przed synem Ziemi, raz po raz obwąchuje go, by lepiej 
poznać, to znów, wciągnąwszy pazury, dotyka łapą ruchem tak miękkim, jak 
to czynił niegdyś w macierzystym barłogu igrając z równieśnikami. Błyski 
lęku przebiegały jeszcze pierś Zura, lecz każdy następny był słabszy od po-
przedniego.

"   Na   wschodzie   w   obłoki   chyłkiem   wślizgiwał   się   cień,   wejście   do 

pieczary wypełniało się jakby szarofioletowym popiołem, zamigotały dwie 
gwiazdy i słaby podmuch musnął pasmo skał.

Wówczas   Kot   Olbrzymi   powstał.   W   ślepiach   gorzało   straszli-we 

pragnienie łowów, żądza zdobyczy rozdymała mu nozdrza. Zur wiedział, iż 
znowu nadeszła chwila życia lub śmierci. Jeżeli zwierz weźmie go za jedno 
z tych drżących \trawożernych, które kryją się w dżungli, syn Ziemi nie 
ujrzy   więcej   Auna!   Wielkie,   dyszące   cielsko   kilkakrotnie   powracało   w 
stronę człowieka, zielo-nawe płomyki, otulone mrokiem, zatrzymywały się-
ńa drobnej

background image

pionowej postaci. Miauknąwszy raz jeszcze, mięsożerca wypadł 

z

 pieczary i 

znikł zlewając się z nocą. Wojownik rzekł sam do siebie:

—Skalny Lew zawarł przymierze z Żurem! 
Skierował się ku szczelinie i zawołał głośno:
—Aunie!

Niebawem usłyszał kroki towarzysza. Zapalone łuczywo rzucało swe 

rude blaski. Syn Tura dojrzał Zura w jaskini i wydał okrzyk przerażenia:

—Tygrys Kzamów rozszarpie Zura!
—Nie — odrzekł Wah.

Opowiedział   wszystko   o   pogoni   Lwa   i   ucieczce   do   jaskini.   Aun 

słuchał   zdumiony.   Przygoda   była   straszna   i   słodka   zarazem.   Bardziej 
niezwykła od przygody Naoha z wodzem Mamutów. Dusza wędrowna rosła 
w   nieustającym   pragnieniu,   by   iść   naprzód   ku   nowym,   nieznanym 
wydarzeniom.

Rzekł z dumą:

— Aun i Zur równi są wodzowi Ulhamrów!
Niepokój ogarnął go znowu. Oznajmił:
— Zur   nie   może   dłużej   pozostawać   w   jaskini,   wyjdę   na   jego

spotkanie.

Obaj ludzie połączyli się na południowej stronie skalistego pasma, po 

czym   rozpaliwszy   ogień   u   wejścia   do   schroniska,   rozkoszowali   się 
zupełnym   bezpieczeństwem,   a   dookoła   na   każdym   zakręcie   zarośli   czy 
dżungli   mnożyły   się   zasadzki   —   i   trwożne   tra-wożerne   przemykały   w 
ciemnościach,   kryły   się   w   gąszczach   lub   ginęły   pod   pazurami 
drapieżników.

background image

'

:

'

■im

Tygrys i płomień

Odtąd   Aun   z   Żurem   często   schodzili   do   szczeliny.   Gdy   Kot

plbrzymi   nie   spał,   pokazywali   mu   swe   twarze   i   kształty,   przema
wiali   doń   po   kolei.   Zrazu   niepokoiła   go   obecność   Auna,   przyśpie
szała   jego   głęboki   oddech,   czasami   parsknięciem   okazywał   nieuf
ność   lub   gniew.   Wreszcie   przywykł   łączyć   obie   wonie.   Jeżeli   pod
chodził   do   szczeliny,   czynił   to   pociągnięty   jakimś   nieznanym
uczuciem,   a   także   by   uniknąć   nudy,   samotności,   która   nawet   dra
pieżnikom nie jest obca.

V

Pewnego wieczora odezwał się Aun:

—   Czas   odnowić   przymierze.   Aun   z   Żurem   zejdą   do   jaskini,   gdy 

Tygrys Kzamów powróci z pomyślnych łowów.

background image

Zur zgodził się, choć mniej był skory w narażaniu swego życia niż 

towarzysz. Przymierze było jego dziełem, myślał o nim z zadowoleniem i 
mówił sobie, iż wolni będą od niebezpieczeństw, skoro upewnią się, że 
Skalny Lew nie jest dla nich groźny.

Kiedyś z rana zobaczyli w jaskini ciało wielkiej antylopy. Udziec jej 

dostatecznie   nasycił   mięsożercę,   spał   ociężale,   znużony   pogonią   i 
objedzony mięsem.

— Pójdziemy doń, skoro się przebudzi — rzekł Aun — przez dwie 

noce nie potrzebuje świeżej zdobyczy.

Przemyśliwali nad tym włócząc się w pobliżu rzeki lub spoczywając w 

cieniu bazaltów. Straszliwy żar spiekał  piaski, podsycając  nieokiełznane 
życie na nizinach. Z rzadka ukazywały się na równinie jakieś  chyłkiem 
przemykające   kształty  i  wnet   nikły.  Kryły   się   orły  i   sępy,   niewidoczne 
pozostawały   żurawie   i   czaple,   od  czasu   do   czasu   wychylał   się   z   wody 
hipopotam i spiesznie pogrążał z powrotem lub bezwładnie niesione falą 
przepływały ga-wiale...

Koło południa Aun z Żurem spoczęli. Później, siedząc na krawędzi, 

oddali   się   marzeniom.   Skała,   zrazu   rozpalona,   stawała   się   w   miarę 
rosnących cieni coraz chłodniejsza, powiał lekki podmuch głaszcząc nagie 
piersi ludzi. Był w nich nawał nie dających się wyrazić rzeczy — widzeń, 
uczuć.   Więc   rozkosz   młodości   i   dostatku,   nagły   smutek,   tęsknota   za 
oddaloną hordą,  przygody  łowieckie,  wędrówki  Ulhamrów  na południo-
wschód, pasmo gór, podziemna rzeka i podniecające przygody na nieznanej 
ziemi.

Pod przymkniętymi powiekami Aun znów widział rude psy, wilki i 

hieny   w   jaskrawym   świetle   ogniska,   czerwonego   zwierza   pożerającego 
Nosorożca i siebie zabijającego Macherodusa. Żywiej zabiło młode serce, 
zaszumiała   radość   zwycięstwa,   niepohamowana   żądza   nowych   dokonań 
natężyła wszystkie mięśnie Ul-hamra. Widział Lwy krążące wokół szałasu 
z   lian,   Prasłonie   i   stratowaną   przez   nich   ziemię,   pytona   pożerającego 
antylopę.

Podobne,   a   jednak   odmienne,   obrazy   nawiedzały   Zura.   Z 

upodobaniem   rozmyślał   o   Kocie   Olbrzymim.   Aun   też   o   nim   myślał, 
niecierpliwie wyczekując zmroku.

background image

Czerwieniło się słońce, gdy zeszli w głąb jaskini. Zwierz ju| nie spał, 

zabrał się do antylopy, której obgryzał łopatkę.

— Idźmy doń! — rzekł Aun.

Syn Ziemi uległ życzeniu Ulhamra. Odwaga jego zagrzewała się po 

wolniej, umiał jednak raz powziętego postanowienia bronić równie mężnie 
jak   Aun.   Powróciwszy   na   krawędź   skalną,   spuścili   się   na   dół.   Ptactwo 
różnorodne darło się przeraźliwie, samotny gibon wlókł się po ziemi i wnet 
skoczył między czuby palm.

O zachodzie Aun z Żurem, okrążywszy skały, znaleźli się vJ pobliżu 

pieczary.

Wówczas rzekł Aun:

— Pójdę naprzód.

Chciał jak zwykle piersią swą osłonić Zura, pierwszy spotkać się z 

niebezpieczeństwem. Lecz tym razem Zur oparł się, mówiąc:

— Lew   Skalny   zna   mnie   lepiej,   dobrze   będzie,   jeśli   pomiędzy

nim a Aunem stanę ja.

W   ich   wzajemnym   stosunku   nie   było   pychy.   Każdy   lubił   po-

mysłowość drugiego, czerpiąc z niej pewność obrony.

— Idź — wyrzekł.

Lewą ręką ujął maczugę, prawą zaś swój najtwardszy oszczep. W tej 

chwili lepiej od Zura pojmował grożące im niebezpieczeństwo. Spojrzeli na 
siebie.   Z   bazaltowego   szczytu   orzeł   rzucał   swój   krzyk   "wojenny,   sześć 
ogromnych, czarnych byków uciekało za wzgórza. Syn Ziemi szedł powoli, 
jego postać zarysowała  się na chwilę na tle mrocznego  otworu. Znikł. I 
znowu znalazł się oko w oko z przepotężnym zwierzem. Ten przerwał swą 
ucztę,   zielonawe   ognie   spoczęły   na   Człowieku   Bez   Ramion.   Zur   prze-i 
mawiał półgłosem:

— Ludzie   przychodzą   odnowić   przymierze.   Nadejdzie   pora

deszczów,   zdobycz   stanie   się   rzadsza   i   trudniejsza   do   pojmania.
Wówczas   Lew   Skalny   będzie   miał   przy   sobie   przebiegłość   Auna
i Zura.

Kot Olbrzymi przymykał i rozwierał powieki, po czym pod-; szedł do 

człowieka. Łeb jego otarł się o ramię Zura, wojownik

background image

przesunął ręka po szorstkiej grzywie. W najdzikszych zwierzętach, skoro 
legnie na nich ręka, budzi się ufność. W sercu syna Ziemi 

n

ie było już lęku. 

Powtórzył   parokrotnie   ten   sam   ruch,   pogładził   nawet   długi   grzbiet. 
Drapieżnik nie ruszył się z miejsca, mruczał łagodnie.

Jednak Zur wahał się jeszcze z przywołaniem towarzysza, gdy wtem u 

wejścia do pieczary ukazał się cień. Był to Aun, trzymający ciągle maczugę 
i oszczep. Potwór przestał mruczeć, wysunął pysk, błyskając kłami. Skóra 
na jego czaszce zmarszczyła się, mięśnie naprężyły, zielonawe światła oczu 
gorzały...

— Aun jest także sprzymierzeńcem  Lwa  Skalnego  — wymamrotał 

Człowiek Bez Ramion — Aun z Żurem żyją razem w górnej jaskini.

Drapieżnik skoczył. Ulhamr ścisnął maczugę, lecz Zur zasłonił sobą 

towarzysza   i   potężna   płowa   pierś   przestała   falować.   Przymierze   było 
dokonane.

Powracali w następnych dniach, Kot przywykł do ich widoku i pragnął 

ich   obecności.   Ciągła   samotność   była   mu   wstrętna,   był   młody.   Od 
urodzenia aż do ostatniej jesieni bytował z podobnymi sobie. Tam w dole 
rzeki zajmował wraz ze swą samicą legowisko nad brzegiem jeziora. Jego 
małe zaczynały już polować. Pewnej nocy jezioro wyrwało się ze swych 
brzegów.   Wody   hucząc   rozlały   się   po   zaroślach,   nawałnica   zniosła   gaj 
palmowy, rwący potok zmiażdżył matkę z potomstwem. Samiec unoszony 
wraz z dużymi drzewami, rzucony został na suszę. Dawne legowisko było 
pod wodą. Początkowo zwierz szukał go z cierpliwą zaciekłością i uporem. 
Podczas deszczów jesiennych rykiem przywoływał swój gatunek. Świeże 
jeszcze widzenia snuły się po jego niemrawym  mózgu. Dni mijały,  Kot 
Olbrzymi  odnalazł pasmo skaliste i  tu schronił się przed spadającymi  z 
nieba   falami.  Od   ponurego  smutku  zapadły jego   boki.  Po  przebudzeniu 
obwąchiwał pieczarę, a gdy powracał ze zdobyczą rozglądał się wokoło, 
jakby szukając tych, co ongiś razem z nim ją rozdzierali. Z biegiem czasu 
zacierały się wspomnienia, przyzwyczaił się do braku swojskich wyziewów 
koło siebie, lecz ciążyła mu nuda samotności.

background image

Jednego   wieczora   Aun   z   Żurem   towarzyszyli   mu   podczas   łowów. 

Weszli   wszyscy   troje   w   dżunglę,   którą   księżyc   w   połowie   swej   drogi 
oblewał światłem jaspisu. Straszliwa woń Kota budziła trawożerne zaszyte 
w swych barłogach. Wszystko cofało się w niedostępną głębię lub właziło 
na   drzewa.   Trzymające   się   stadami   porozumiewały   się   w   tajemniczy 
sposób. Otoczony żyjącymi istotami, znajdował się jakby na pustyni. Tej 
olbrzymiej   masie   przeciwstawiały   się   czujne   zmysły,   przebiegłość, 
zwinność i lekkość słabych. Mógł jednym  ruchem zabić osła stepowego, 
antylopę,   dzika   czy   jelenia,   jednym   susem   obalić   konia,   a   nawet   byka 
czarnego, lecz one wszystkie umiały zaszywać się w niezgłębione ostępy 
puszcz   lub   wichrem   przebiegać   przestrzeń.   Sprzymierzeńcem   Kota   była 
niesłychana   obfitość   zwierzyny   krążącej   we   wszystkich   kierunkach 
równiny, puszczy i dżungli.

Mimo   to   drapieżnik   często   o   świcie   powracał   na   skaliste   pasmo 

znużony, zmęczony i głodny.

Owej   nocy  na   próżno   usiłował   schwytać   kozła   lub   antylopę.   Jego 

ostra   i   silna   woń,   wzmożona   słabszymi   wyziewami   ludzi,   rozszerzyła 
obszar, którego krańców nie przekraczała zwierzyna.

W   końcu   zaczaił   się   u   zbiegu   dżungli   i   moczaru.   Od   olbrzymich 

kwiatów szły przedziwne zapachy, ziemię czuć było piżmem i próchnicą. 
Ludzie cofnęli się i ukryli, jeden wśród trzcin, drugi w gaju bambusowym. 
Wszystko ucichło. Ogromne żaby skrzeczały niczym gawiale, z oddali niósł 
się szybki pęd jakiegoś stada, puchacz przeleciał na swych bezszelestnych 
skrzydłach, po czym ukazał się dzik ryjący kłami ziemię.

Był  to gruby odyniec  otęgim  karku i cienkich nogach;  posuwał  się 

gniewnie parskając i mrucząc. Znał swą siłę, niemrawa odwaga ożywiała 
jego   ciało   najeżone   lśniącą   szczeciną.   Zmuszał   doj   cofania   Lamparty, 
lekceważył   hieny,   płoszył   wilki   i   rude   psy/   Lwu   nawet   stawiłby   czoła, 
gdyby   ucieczka   okazała   się   niemożliwą   lub   w   rozjuszeniu   wywołanym 
zadaną  raną.   Świadomość  licznych  zwycięstw  nad  napastnikami   osłabiła 
jego czujność.

Odyniec doszedł do trzcin, w których  zaszył  się Zur;  po-| czuwszy 

woń, stanął nagle. Zapach przypominał mu jakąś małpę,

background image

nic   mu   zatem   nie   groziło.   Kwiknął   groźnie   i   zwrócił   się   w   stronę 
bambusów. Wtedy,  chcąc go zagnać ku Kotu Olbrzymiemu, Aun wydał 
okrzyk wojenny, pochwycony natychmiast przez syna Ziemi. Dzik cofnął 
się, nie ze strachu, lecz z przezorności. Zasadzka  tkwi w każdej rzeczy 
nieznanej; ani gibon, ani inne małpy nie miały tak dziwnego głosu. Przy 
drugim okrzyku rzucił się w kierunku czatującego drapieżnika. Porwała się 
olbrzymia bryła, dzik z wściekłością nastawił kły, lecz zwierz, który nań 
spadł   miał   ciężar   niemal   bawołu.   Runął   z   poszarpanym   bokiem,   dwie 
szczęki z granitu utonęły w jego krtani, popłynęły purpurowe strumienie. 
Dzik charczał w trawie.

Gdy zdobycz znalazła się w pieczarze, Aun zapragnął upewnić się, czy 

przymierze było zupełne. Chwycił topór i odrąbał udziec dzika; mięsożerca 
nie okazał sprzeciwu.

Ludzie wiedzieli, że siła ich stała się równą sile hordy.

Niejednokrotnie jeszcze polowali z drapieżnikiem. Często od dalali 

się na znaczną odległość od legowiska, gdyż zdobycz córa bardziej unikała 
zbliżania się do straszliwego gospodarza skał. Ser ce Auna podniecało się. 
Pragnął   wycieczek   jeszcze   dalszych,   tra   wiła   go   gorączka   ciekawości. 
Jednego ranka rzekł do Zura:

— Byłoby   dobrze   poznać   inne   obszary   łowieckie.   Być   moż

dużo   zwierzyny   oddali   się   jesienią.   Czy   Zur   chce   mi   towarzyszy
poza legowisko Tygrysów?

Zur nigdy nie odmawiał swego współudziału. Ciekawość jego, choć 

mniej ruchliwa, była jednak silna, podscycała jego młodość.

— Pójdziemy   na   ziemie,   przez   które   przepływa   rzeka   —   od

powiedział.

Naostrzyli   swą   broń,   uwędzili   suszonego   mięsa,   napiekli   korzeni   i 

powędrowali,   podczas   gdy   słońce   ogromne   i   czerwieńsze   od   miedzi 
wychylało się zza rzeki. Zur z przykrością opuszczał jaskinię. Zażył w niej 
bezpieczeństwa i dostatku, zawarł w niej przymierze z Kotem Olbrzymim. 
Ale dusza Auna. wyprzedzała jego własne kroki ku niezbadanym jeszcze 
ziemiom.

Do połowy dnia i po odpoczynku, niezbędnym wobec ostro-

background image

ści słońca, posuwali się bez troski. Ostry wzrok Auna i jego węch rudego 
psa   odkrywały   obecność   gadów.   Mięsożerne   spały,   jedynie   owady 
zamącały pochód.  Muchy o czerwonych  łebkach  brzęczały nieznośnie i 
tysiącami   leciały   za   wonią   mięsa.   Stepowe   osy   o   kłujących   żądłach 
wzbijały się w cieniu, trzeba było się strzec dużych szerszeni, których sześć 
lub siedem mogło zabić człowieka, a 

n

a postojach obawiać się sąsiedztwa 

termitów.

Było późno, gdy dotarli do miejsca połączenia się dwóch rzek. Aun 

znał dużą rzekę, przeprawiał się przez nią nieraz. Kierował krokami Zura w 
wąwozie   z   głazów   odwiecznych   i   wyprowadził   na   obszar   łowiecki 
Tygrysów. Tu zaczynały się niebezpieczeństwa.

W ciągu dnia Lew spoczywa w swym legowisku, podobnie jak ludzie, 

woli schronienie stałe, które może w każdej chwili odszukać. Tygrys, zaś 
krąży po okolicy;  łowy i włóczęga warunkują wybór leża, zadowala się 
miejscami,   które   wzbudziłyby   wstręt   w   innych   drapieżnikach.   Toteż 
człowiek nie może przewidzieć jego ruchów i nie wie jaką obrać drogę, by 
go uniknąć.

Ulhamr i syn Ziemi postępowali w pewnym od siebie oddaleniu, by 

rozszerzyć   pole   widzenia.   Z   początku   była   im   pomocną   obecność 
trawożernych; ani małe antylopy, ani daniele, ani czarne byki nie pasłyby 
się w pobliżu Tygrysów. Lecz gdy otoczyła ich pustka, koczownicy popadli 
w   gorączkowy   niepokój.   Była   to   okolica   niejednostajna,   gdzie   dżungla 
przechodziła na przemian w szerokie polany, sawannę, bagniste rozłogi łub 
grodziła zwartą ścianą bananowców i palm.

Aun   uważał,   że   lepiej   będzie   skręcić   ku   rzece   pokrytej   licznymi 

wysepkami. Na lądzie samotność stawała się coraz głębsza, roiło się za to 
w   świecie   wód.   Długie   gawiale   pruły   wodę   pomiędzy   wyspami,   hordy 
płetwonogich i brodzących pluskały się, senne pytony rozwijały swe śliskie 
ogony.

— Zbliżyliśmy się do Tygrysów — rzekł cicho Zur.

Aun uważnie, z  wolna szedł  naprzód. Dżungla,  zrazu oddalona  od 

rzeki, zbliżała się do niej, najeżona kolcami i zasnuta lianami.

Syn Ziemi rzekł, zatrzymując się:

background image

— Tędy chodzą Tygrysy poić się w rzece.

Wskazywał   na   rozchylenia   w   zaroślach   i   na   liczne   ślady.   Zu

przyglądał się im badawczo, wydzielała się z nich ostra woń. Wy, szeptał:

— Przeszły tędy.

Przebiegł   go   dreszcz.   Aun   przezornie   odczepił   swój   oszczep.

Zdawało   się,   że   coś   z   drapieżników   pozostało   wraz   z   ich   wyzie
wami.

$

Z   gęstwiny   dochodziły   jakieś   trzaski.   Obaj   ludzie   znierucho

mieli   niby   drzewa.   Wszelka   ucieczka   stawała   się   zbędna.   Jeżeli
drapieżniki   były   blisko,   nie   pozostawało   nic   prócz   walki.   Lecz   nic
się   nie   ukazywało   i   Aun,   wietrząc   lekki   powiew   idący   od   dżungli,
rzekł:

,

— Tygrysy są jeszcze daleko.
Poszli dalej śpiesząc, by jak najrychlej przekroczyć ten niebezpieczny 

pas. Wkrótce dżungla zetknęła się z rzeką i tu stała się tak niedostępna, że 
ludzie zmuszeni byli zboczyć i wejść między bambusy.

Dotarli   wreszcie   do   jakiejś   wydmy,   na   której   pasło   się   kilka 

trawożernych.   Zmrok   zapadał,   więc   poczęli   oglądać   się   za   miejscem 
odpowiednim na obozowisko. Jak okiem sięgnąć nie było widać ani jednej 
skały, przedostanie się na wyspę okazało się nie do pomyślenia; wydma 
otulona była dżunglą — minąłby wieczóiffl zanim by dotarli do wód.

Zur   odkrył   grupę   bambusów.  Było  ich  siedem   rosnących  tuż  obok 

siebie.   Tworzyły  rodzaj  ogrodzenia.  Odstępy  między  trzal   ma  drzewami 
były tak małe, że człowiek nie mógł się przez nil przecisnąć, między dwoma 
innymi  Aun i Zur mogli się bokierjl wśliznąć, ale dla Lwa  lub Tygrysa 
przejście było za wąskie. Ostali nie wreszcie, u podstaw oddalone od siebie 
więcej niż łokieć szal rokości, łączyły się w górze. Należało załatać ten 
otwór gałęziami i lianami na wysokość dwa razy wyższą od Auna.

Pośpiesznie nałamali młodych bambusów i pędów lian — syn' Tura 

obrabiał je, podczas gdy Zur, zręczniejszy, przeplatał je i umocowywał tak, 
jak to czynili jego przodkowie.

background image

Zapadał zmierzch, gdy zakończyli swą pracę. Żadna podejrzana postać 

nie pojawiała się na pustkowiu. Rozniecili ogień i upiekli suszonego mięsa i 
korzeni. Posilali  się zadowoleni. Wysiłek spotęgował  ich głód, czuli się 
dumni i szczęśliwi ze swego człowieczeństwa. Żadne ze zwierząt, nawet te, 
które   najdoskonalej   umiały  urządzać   swe   legowiska,   nie   potrafiłoby   tak 
szybko przygotować schroniska i tak go zabezpieczyć od drapieżników.

Miesiąc przeszedłszy połowę swej drogi zniżał się ku zachodowi, kilka 

gwiazd migotało nad pustkowiem. Zur zadawał sobie pytanie, jacy to ludzie 
zapalali   je   co   wieczór.   Były   zadziwiająco   małe.   Rzekłbyś   koniuszki 
żarzącego   się   łuczywa,   podczas   gdy   słońce   i   księżyc   były   podobne   do 
ogniska z kilku gałęzi. Ale że gorzały tak długo, znaczy to, że ich płomień 
jest bez przerwy podsycany. Zur usiłował dojrzeć tych, co dorzucali drew i 
nie mógł pojąć, dlaczego pozostali niewidoczni. Niekiedy zastanawiał się 
nad   żarem   słońca,   mocniejszym,   gdy   znajduje   się   u   szczytu   nieba   niż 
wieczorem, gdy zniża się ku ziemi i staje się ogromne. Myśli te prędko 
zniechęcały i nużyły Zura. Porzucał je, a nawet zapominał o nich zupełnie. 
Tego wieczora patrzył na obłoki objęte płomieniami zachodzącego słońca. 
Było tam więcej ognia, niż gdyby połączono jednej nocy wszystkie ognie, 
jakie Ulhamrowie rozpalali w ciągu zimy. A jednak tyle ogni daje mniej 
światła i ciepła niż słońce. Zur  ważył  to w swej  myśli, był  tym  prawie 
przerażony.   Nikt   spomiędzy   Ludzi   Bez   Ramion   ani   Ulhamrów   nie 
przejmował się tym zjawiskiem. Odezwał się odruchowo:

— Co   za   ludzie   zapalają   niebo   wieczorem,   gdy   słońce   odcho

dzi?

Aun, gdy przestał rozmyślać o Tygrysach, popadł w odrętwienie, które 

jednak   nie   przeszkadzało   mu   spostrzegać   zmysłami   wszystkich 
niebezpieczeństw nocy. Pytanie Zura obudziło go. Nie było ono dla niego 
od razu zrozumiałe, ale i nie zadziwiło, albowiem Zur  miewał  pomysły 
obce innym ludziom.

Wzniósł głowę ku niebu wpatrując się w gwiazdy.
— Gzy   Zur   mówi   o   małych   ogniach,   które   znajdują   się   tam

w górze?

background image

— Nie.   Zur   mówi   o   dużych   czerwonych   i   żółtych   ogniach,

które   zagaiły.   Czy   to   hordy   je   zapalają?   Wówczas   te   hordy   byłyby
liczniejsze od Ulhamrów, Kzamów i Czerwonych Karłów!

Aun zmarszczył czoło. Począł sobie wyobrażać te istoty, ukryte tam 

wysoko; myśl ta była mu niemiła.

— Noc   gasi   te   ognie   —   wymówił   niechętnie.   —   A   wszak   na-4

sze świecą silniej w nocy!

Odpowiedź ta zakłopotała syna Ziemi, myślał o niej jeszcze wtedy, 

gdy już Aun zapomniał o zgoła nie obchodzącym go pytaniu.

Tymczasem  powiew stawał  się chłodniejszy,  niósł dalsze od-| głosy. 

Chyże   zwierzęta   przebiegały   pustkowie   i   znikały.   Niektóre   zaciekawione 
zatrzymywały   się   przed   ogniskiem,   którego   światło   stawało   się   coraz 
bardziej szkarłatne. Pięć czy sześć rudych psów skradało się wietrząc zapach 
pieczonego mięsa, lecz szybko odeszły. Nagle wypadły z dżungli antylopy, 
pędziły cwałem.

Aun powstał, nastawił uszy i nozdrza, wyszeptał:

—Pora wejść do schroniska! 
Dorzucił jeszcze:
—Tygrys jest blisko!
Wśliznęli   się   przez   wąski   odstęp   pomiędzy   dwoma   bambusa

mi.

,

Rozsunęły   się   zarośla.   W   srebrzysto-popielatym   świetle   uka

zało   się   pręgowate   zwierzę.   Objętości   Lwa,   miało   cielsko   dłuższe,   |
bardziej   gibkie,   osadzone   na   krótszych   łapach.   Ulhamrowie   i   Lu-3
dzie   Bez   Ramion   bali   się   go   więcej   niż   innych   drapieżników.   Lew
był   mniej   przebiegły,   mniej   zawzięty   i   powolniejszy,   Macherodu-
sa   nie   znano   po   tamtej   stronie   skał,   a   spośród   Ulhamrów   jedy
nie   Naoh,   Goun   Sucha   Kość   i   dwóch   postarzałych   wojowników
spotkało Kota Olbrzymiego.

f

Tygrys nie śpieszył się, posuwał się, gibki, wspaniały; widok płomieni 

zatrzymał go. Podniósł swój ciężki łeb, ukazując jasną pierą i ślepia jarzące 
się jak  świetliki. Był  to jeden  z większych  okazów, jakie  Aun z Żurem 
widzieli.   Syn   Tura   pomimo   niepokoju   przyśpieszającego   bieg   krwi, 
podziwiał go, miał bowiem szcze-

background image

I

gólne upodobanie do potężnych zwierząt,  nawet gdy były mu wrogie.

Zauważył jednak:

—Tygrys Kzamówjest silniejszy od niego. Zur 
dodał:
—Jest on zaledwie Lampartem wobec Lwa Skalnego! Bądź co bądź 
czuli, że dla człowieka Tygrys ten był równie

groźny, jak ich płowy towarzysz z pieczary.

Tygrys stał chwilę nieruchomy, zaskoczony sytuacją, po czym zaczął 

podchodzić bokiem. Obawiał się ognia, uciekał przed nim, gdy od pioruna 
płonęła sawanna, ale ten podobny był  do świateł gorejących  pod koniec 
nocy.   Zatrzymał   się   tak   blisko,   że   jął   odczuwać   żar,   zauważył   drganie 
płomieni, słyszał  trzask i szum. Nieufność  zwierza rosła, krążył  wokoło 
ogniska w pewnej odległości i natknął się na bambusy. Zwietrzył i prawie 
równocześnie ujrzał ludzi. Parsknął i wydał  raz za razem  dwa ryknięcia 
brzmiące jak wrzask rudych psów.

Aun   bez   namysłu   odpowiedział   mu   swoim   okrzykiem   wojennym. 

Tygrys zadrżał zdumiony, przypatrywał się przeciwnikom. Wydali mu się 
słabi.   Woń   ich   przypominała   lekką   zdobycz,   a   postaci   zdawały   się   być 
cokolwiek tylko większe od wilków.

Otóż wszystkie stworzenia, które stawiały mu opór były ogromne. Te 

w każdym  razie były mu nie znane. I Tygrys,  w pełni sił, otrzaskany z 
niespodziankami,   kierował   się   rozwagą.   Bliskość   ognia   przydawała 
tajemniczości dziwacznym istotom.

Poszedł z wolna do bambusów, okrążył je. Tylokrotne przebieganie 

dżungli   wydoskonaliło   w   nim   poczucie   odległości,   poczucie,   które 
umożliwiło   mu   jednym   nieomylnym   susem   dosięgnąć   zdobycz.   Znał 
również   odporność   bambusów.   Nie   usiłował   przebić   się   przez   wąską 
przeszkodę, zatrzymał się jedynie przed wiązaniem z lian i gałęzi. Dotknął 
ich  pazurami   próbując   cieńsze   z   nich   zerwać,   lecz   o   mało  nie   raził   go 
oszczep Auna.

Cofnął się porykując, stanął niepewny. Natarcie to czyniło nieznane 

zwierzę bardziej niesamowitym. Jego gniew rósł, wściekłe sapanie rwało 
się do gardzieli. Zebrawszy całą swą szybkość,.

background image

natarł. Tym razem oszczep ugodził go z boku w szczękę, kołysanie gałęzi i 
ruchy   zwierza   utrudniały   celowanie.   Napastnik   zmiarkował   odporność 
przeszkody i odwagę człowieka, ponownie się cofnął, przypadł do ziemi i 
czekał...

Nie była to godzina łowów. Tygrys miał pragnienie. Gdyby nie ogień, 

byłby się najpierw udał do rzeki. Po chwili, gdy mijał gniew, odczuł tę 
suchość gruczołów, którą jedynie mogła uśmierzyć świeża woda...

Miaucząc   przeciągle   wyprostował   swe   członki,   dwukrotnie   obszedł 

schronisko i oddalił się. Aun z Zurem widzieli, jak dążąc do rzeki znikł w 
zaroślach.

—Powróci! — rzekł Zur. — Może z Tygrysicą.
—Ani jedna liana nie została porwana — odrzekł syn Tura. 
Rozmyślali jakiś czas o groźnej przygodzie, lecz dusze ich nie

lękały się przyszłości. Byli pewni, że bezpieczna kryjówka nadal ich osłoni. 
Nawet czuwanie uznali za zbędne, legli na ziemi i zapadli w głęboki sen.

I

background image

Natarcie tygrysa

Aun   przebudził   się   w   środku   nocy.   Księżyc   odchodził   za   dżunglę 

zachodnią.   Jego   blask   różowił   opary   nagromadzone   wśród   listowia, 
popielaty mrok otulał pustkowie, koło siedmiu bambusów ogień zamierał.

Zrazu   wojownik   dostrzegł   jedynie   nieruchomą   roślinność,   ale 

powonienie zwiastowało czyjąś obecność. Po chwili poruszył się jakiś cień, 
oderwał od kępy palm i jął się ostrożnie zbliżać. Aun, skoro tylko otworzył 
oczy, wiedział, że był to Tygrys, patrzył nań z obawą i gniew^em. Pieniło 
się   w   nim   zuchwalstwo   niby   fale   spowodowane   huraganem.   Mimo 
uznawanej przewagi Tygrysa nad człowiekiem i lęku zaczajonego gdzieś w 
głębi duszy, Aun

background image

pragnął walki. Czyż Naoh nie powalił Szarego Niedźwiedzia i Tygrysicy? A 
on sam czyż nie zabił Macherodusa, pogromcę No-■ sorożca? Ogarniający 
go szał mijał, tkwiąca w nim rozwaga przodków chłodziła krew; wiedział 
doskonale, że Naoh, Fauhm i Włochaci jedynie w obronie życia porwaliby 
się na Tygrysa.

Zresztą   obok  niego   budziła   się   druga   rozwaga.   Z  kolei   syn   Ziemi 

dowiedział   się   o   straszliwej   obecności   Tygrysa.   Patrzył   na   towarzysza 
podnoszącego maczugę i rzekł:

— Tygrys nie znalazł zdobyczy.
— Jeżeli się zbliży, Aun ciśnie weń włócznią i oszczepem.

Niebezpiecznie jest ranić Tygrysa.  Wściekłość jego jest

groźniejsza od wściekłości Lwa.

—A jeżeli nie zechce oddalić się od schronienia?
—Aun i Zur mają zapasy na dwa dni.

— Nie   mają   wody.   I   czemużby   Tygrysica   nie   miała   się   połą

czyć z nim?

Zur nie dał odpowiedzi. Myślał o.tym samym, wiedział, że drapieżniki 

nieraz kolejno czatują na nie dającą się łatwo podejść zwierzynę. Po chwili 
wahania rzekł:

— Od   nastania   nocy   Tygrys   jest   sam,   Tygrysica   jest   może

daleko na pustkowiu.

Aun   nie   zdawał   sobie   dostatecznie   sprawy   z   przyszłości,   by   się 

upierać. Całą jego uwagę pochłonął Tygrys, który podszedł na pięćdziesiąt 
łokci od bambusów. Było wyraźnie widać jego krótką paszczę ze sterczącą 
po   bokach   twardą   sierścią,   ślepia   jarzyły   się   silniej   niż   poprzednio.   Od 
czasu do czasu rozlegał się po pustkowiu groźny poryk. Tygrys przysunął 
się   jeszcze   bliżej,   zaczął   chodzić   wzdłuż   i   wszerz,   to   znów   okrążać 
schronisko z cierpliwością przerażającą —jakby oczekując, że rozsunie się 
przeszkoda lub rozluźnią wiązania z lian i bambusów. Obaj ludzie, ilekroć 
się zbliżył, poczynali  drżeć w obawie, że nadzieja Tygrysa  się ziści. W 
końcu przyczaił się wśród suchych traw. Stamtąd śledził wszystko uważnie, 
raz po raz szeroko rozwierając paszczę, w gasnącym świetle ogniska lśniły 
potężne kły.

— Będzie tu jeszcze z rana — mówił Aun.

background image

Zur   milczał.   Spoglądał   na   dwie   małe   gałązki   terpentynowe,   które 

złożył przy ognisku — lubił bowiem mieć zawsze pod ręką suche drzewo. 
Rozłupał wzdłuż najcieńszą z nich i zgarnął źdźbła.

—Zur nie będzie rozniecał ognia! — zawołał syn Tura z naganą.
—Nie ma wiatru, ziemia schroniska jest goła, a bambusy młode — 
zauważył  Zur krzesząc ogień. — Żurowi  potrzebny jest tylko mały 
płomień.

Aun   dalej   nie   nalegał.   Patrzył,   jak   płomyki   ogarniały   źdźbła,   od 

których jego towarzysz zapalał koniec wici terpentynowej, wnet zajęła się 
żywym światłem. Wówczas, nachyliwszy się ku jednemu z otworów, syn 
Ziemi rzucił tym łuczywem w stronę Tygrysa. Płomień opisał łuk i spadł 
między   suche   trawy.   Była   to   część   pustkowia   najbardziej   wysuszona,   a 
nocne opary jeszcze nie osiadły.   ■■

Tygrys   powstał   na   widok   świetlanego   pocisku   znikającego   wśród 

największych  łodyg.  Aun śmiał się z cicha — Zur  wyczekiwał, zadając 
sobie pytanie, czy nie trzeba zapalić nowej wici.

Po trawach biegły czerwone iskierki. Tygrys legł znowu...
Po  krótkim   wahaniu   Zur  przygotował  drugą   gałązkę  terpentynową. 

Ogień począł pożerać jej koniec, gdy opodal wzbił się kłąb sinawego dymu, 
potem   zaznaczyła   się   smuga   światła.   Zwierz   zerwał   się   z   rykiem,   już 
gotował się do skoku, gdy Zur rzucił drugie łuczywo.

Tygrys,   trafiony   w   pierś,   szalał,   to   kręcąc   się   na   miejscu,   to

wyprawiając   dziwaczne   susy.   Ogień   z   suchym   trzaskiem   biegł
wśród   roślinności,   rozsypywał   się   snopami   i   otoczył   drapieżni
ka...   Wtedy   mięsożerca   z   wściekłą   skargą   przesadził   płomienie   i
umknął.

f

— Nie   powróci   więcej   —   twierdził   Zur   —   żadne   zwierzę,,

powtórnie nie. przychodzi na miejsce, gdzie zostało poparzone.

Aun był zachwycony chytrością towarzysza. Śmiech jego nie był teraz 

cichy, rozbrzmiewał po pustkowiu jak okrzyk wojenny.

— Zur   jest   bardziej   przebiegły   niż   Goun   Sucha   Kość   —   mó

wił w uniesieniu.

background image

I jego muskularna ręka spoczęła na ramieniu syna Ziemi.

Tygrys  nie powrócił. Aun z Żurem  spali do świtu. Mgła okrywała 

pustkowie i dżunglę, cisza i spokój trwały do wschodu słońca. Po czym 
ocknęły   się   zwierzęta.   Rozgłośna   wrzawa   szła   od   rzeki   i   niezliczonych 
drzew.   Syn   Tura   wyszedł   ze   schroniska,   rozejrzał   się   po   równinie. 
Powietrze   było   czyste,   wolne   od   wszelkich   podejrzanych   woni;   wolno 
przechodzące stado kóz uspokoiło go.      '

Powrócił do Zura i rzekł:

— Pójdziemy   dalej   w   drogę,   zwrócimy   się   początkowo   ku

zachodowi, by nie spotkać Tygrysa.

Gdy zorza ranna miała się ku końcowi podążyli w obranym kierunku. 

Wiotkie opary rozsuwały się powoli i ginęły w ciemniejących niebiosach. 
Zrazu rzadko spotykane zwierzęta nadciągały teraz liczniej. Aun raz po raz 
wdychał   powietrze.   Szalony   żar   przenikał   przyrodę,   muchy   o   łebkach 
czerwonych dokuczały nie

znośnie, ostre promienie słońca poprzez listowie 

wpijały   się   w   ciało   niby   termity,   małpy   wystawiały   swe   wykrzywione 
twarze, a papugi wrzeszczały przejmująco i zapamiętale.

— Grzmoty zaryczą nad lasem — przemówił syn Ziemi.
Aun zatrzymał się, by spojrzeć na zachód. Przed nimi była

polana, w głębi — bezobłoczny pas nieba barwy lazulitu. Obaj ludzie czuli 
szerzący się w przestrzeni niepokój, lęk przed czymś niewiadomym.

Trwało to dosyć długo. Aun i Zur dążyli skośnie ku rzece, idąc śladem 

utworzonym przez różnorodność roślin. W połowie dnia burza była jeszcze 
daleko. Nie rozniecali ognia, zjedli mięso upieczone poprzedniego dnia i 
spoczęli, lecz napastliwe owady nie dawały im spokoju.

Gdy   ruszali   w   drogę,   na   zachodzie   ukazały   się   pierwsze   mgły. 

Mleczna białość rozlewała się na lazurze, rozległ się trwożny bek baranów 
stepowych i ryk bawołów, grzechotniki mknęły wśród traw...

Przez chwilę wojownicy wahali się, czy iść dalej. Lecz postój nie był 

wskazany.  Tysiącletnie drzewa nadto wysoko wznosiły

background image

swe   czuby,   ziemia   była   gąbczasta,   nie   dostrzegali   żadnego   schronienia 
przed   pociskami   żywiołu,   który   zacznie   niszczyć   puszcza   Od   czasu   do 
czasu   po   wyniosłych   konarach   przebiegały   z   szumem   fal   rzecznych 
świetlane prądy, niekiedy tworzyły wiry szarpiące listowie, następowała po 
nich ciężka, dusząca cisza. Zasłona z oparów wzbijała się w górę niby kłęby 
dymu jaśniejące na skraju. Po czym krainę drzew jęły przeszywać szalone, 
zielonawe   błyskawice.   Tworzyły   się   bardzo   daleko   od   Auna   i   Zura   i 
towarzyszące im grzmoty nie wzmagały łoskotu zawieruchy. W miarę jak 
ołowiana ściana ogarniająca połowę nieba zasnuwać poczęła wschód, rosła 
trwoga, stworzenia kryły się. Czasami przebiegało jakieś spłoszone zwierzę 
szukające osłony lub zabrzęczał owad ulatujący ku swej kryjówce w korze 
drzewa.   Życie   stworzeń   otoczone   było   innym   życiem,   które   rozsiane 
stwarza   i   zasila   puszczę,   lecz   rozpętane   —   niweczy   drzewo,   trawę   i 
zwierzę.

Towarzysze znali to dzikie rozhukanie żywiołu. Aun myślał jedynie o 

schronieniu, Zur od czasu do czasu podnosił głowę przypuszczając, iż jakieś 
potworne bestie rozszalały się wśród obłoków. Dawały się już słyszeć ich 
ryki. Z oddali brzmiały one ponuro, jak głosy Lwów ukrytych za górami. 
Następnie   przechodziły   w   grzmot,   towarzyszyły   im   oślepiające   blaski. 
Szmer źródła wzmagał się do łoskotu rwącego po głazach potoku. Dżungla 
pod naporem deszczu zamieniała się w jezioro,, poprzedzone bagniskiem. 
We mgle oparów nie można było dojrzeć żadnego ukrycia, raz po raz biły 
pioruny. Pod sklepienie bananowca obok ludzi wczołgał się Lampart, małpy 
zawodziły żałośnie. Woda lała się strumieniami, jak gdyby tam w niebio-
sach jakiś ocean porwał swe zapory, nawałnica gnała niosąc zapachy roślin 
i burzy... W ciągu godziny jezioro wezbrało, przepełniły się bagna, jedno z 
nich rozlało się zagarniając puszczę.

Koczownicy musieli się cofać, ale nadbiegały nowe wody.  Ryk fal 

łączył   się   z   łoskotem   gromów,   porwali   się   do   ucieczki,   na   oślep,   ku 
wschodowi.

Rozjuszony  płynny   żywioł   napastował   ich;   gdy  z   trudem   u-niknęli 

jednych   fal,   wnet   niespodzianie   nadlatywały   inne.   Aun   cwałował   jak 
źrebiec, a Zur biegł za nim pochylony, prawie nie

background image

odrywając nóg od ziemi, na sposób Ludzi Bez Ramion. Oddaliwszy się 
dostatecznie   od   powodzi,   powędrowali   znowu   na   wschód   w   nadziei 
odnalezienia rzeki.

Przebyli pustkowie, przemykali poprzez leśne ściany bambusów, palm 

i   lian.   Zatopiony   moczar   zmusił   ich   do   skierowania   się   na   północ. 
Nawałnica   ścichła,   świst   wichury   stawał   się   mniej   gromki   i   nareszcie 
dotarli do polany, gdzie płynął potok, utworzony przez ulewę.

Tu zatrzymali się, chcąc zdać sobie sprawę z głębokości wód.
W tej chwili piorun strzaskał grupę drzew hebanowych.  Po drugiej 

stronie   polany  w   ogromnych   podskokach   porwało   się   jakieś   wydłużone 
cielsko, niby oszalałe, Aun i Zur poznali Tygrysa.  Kręcił się w miejscu 
przerażony, po czym, przystanąwszy ujrzał pionowe stworzenia.

Aun   odgadywał   zmysłami,   że   był   to   ten   sam,   który   krążył

wokoło   ich   schroniska,   a   Zur,   skoro   ujrzał   opaloną   sierść   na   pier
siach,   był   tego   pewien.   Tygrys,   choć   mniej   wyraźnie,   również
rozpoznał   tę   zdobycz,   którą   ogień,   zasłona   z   lian   i   pożar   traw   czy
niły   tak   osobliwą.   Odnajdował   ją   w   chwili,   gdy   inny   ogień   pora
ził   drzewo   hebanowe.   Jej   obraz   w   połączeniu   z   groźnymi   wyda
rzeniami zachwiał zuchwalstwem drapieżnika.

Ludzie i zwierz stali nieruchomo. Dzieliła ich zbyt mała odległość, by 

ucieczka   była   możliwą.   Już   Aun   odczepił   oszczep,   Zur   w   obawie,   by 
odwrót jego nie wywołał pogoni, także gotował się do walki.

I   pierwszy   miotnął   włócznią.   Zaświstała   ponad   wodą   i   ugodziła 

drapieżnika koło prawego ślepia. Z okropnym rykiem zebrał się do skoku, 
ale krew mąciła wzrok, sus nie miał  tej straszliwej  nieomylności,  która 
skazywała  na śmierć  każdą bliską zdobycz.  Długie ciało stoczyło  się w 
potok,   zawirowało   i   uczepiło   się   brzegu.   Aun   pośpieszył,   oszczep   jego 
uderzył w pierś u nasady łopatki. Oszalały potwór wspiął się na brzeg i 
natarł na ludzi. Kulał, bieg jego nie był szybki, druga włócznia Zurą wbiła 
się w jego bok, podczas gdy syn Tura ranił kark.

Po czym z wysoko podniesionymi maczugami czekali. Aun )

background image

przyjął natarcie na wprost i spuścił broń na czaszkę. Wah odskoczywszy w 
bok mierzył w kręgi. Ostry pazur rozdarł pierś Ul-hamra, lecz ten w porę 
cofnął   się.   Maczuga   trzasnęła   po   nozdrzach,   powstrzymując   na   chwilę 
zwierza. Zanim zebrał się do ponownego skoku, zadudniła po raz trzeci z 
taką   siłą,   że   Tygrys   znieruchomiał,   jakby   popadł   w   sen.   Wtedy   obaj 
towarzysze jęli raz za razem miażdżyć jego kręgi i członki.

Ogromne cielsko zwaliło się w straszliwych drganiach, a gdy syn Tura 

wybił mu lewe ślepię, zwierz był już na łasce ludzi.

Ostrze włóczni otworzyło mu serce.

background image

Puszcza Lemuryjska

Następne   dni   przeszły   pogodnie.   Wojownicy   posuwali   się   śmiało 

naprzód;   płynęła   tam   rzeka   szerokości   jeziora.   Czuli   się   szczęśliwi   i 
beztroscy, nie zapominając jednak o przezorności; wspomnienie przeżytych 
niedawno   groźnych   przygód   w   dżungli   i   nad   rzeką   sprawiało   im 
przyjemność. Z łatwości! znajdowali miejsca dla spoczynku to w skałach, 
to w dziuplach drzew prastarych, to wreszcie w gąszczach pełnych kolców 
tak mocnych, że po zabezpieczeniu otworu w przejściu, które sobie toporem 
utorowali, mogli drwić z drapieżników.

background image

Zatrzymało ich dopiero jezioro i zmusiło do oddalenia się od rzeki. 

Znaleźli się u podnóża pasma górskiego. Nie było ono wy-

sokie. Wspinali 

się   nań   przez   ćwierć   dnia   i   dotarli   do   płaskowyżu   zaczynającego   się 
sawanną,   która   dalej   przechodziła   w   las.   Płaskowyż   ów   ciągnął   się   z 
północo-wschodu   na   południo-zachód.   Z   północo-zachodniej   strony 
górowała   nad   nim   skalista   ściana,   skąd   wypływały   dwie   mniejsze   rzeki 
zasilające nowe jezioro.

Aun z Żurem doszli do lasu przed zapadającym zmierzchem. Skała z 

porfiru   dała   im   pewną   kryjówkę   w   jamie,   do   której   dostęp   zagrodzili 
gałęziami. Po czym rozpalili ognisko na sawannie i| upiekli przy nim dużą 
jaszczurkę. Upał był  tu mniejszy niż na równinie, z pobliskich gór szedł 
ochładzający   wietrzyk.   Po   tylu   gorących   wieczorach   obaj   ludzie 
rozkoszowali   się   łagodnym   powietrzem,   wspominając   dawne   z   hordą 
czuwania. Wdyehanie tego powietrza było im jednakowo prawie miłe, jak 
zaspokajanie   głodu.   Rozlewny   poszum   lasu   przypominał   odgłosy   w   dali 
toczących   się   wód.   Dolatywały   miauczenia   drapieżników,   złowieszcze 
śmiechy hien lub wycia rudych psów.

Nagle   wzmogła   się   wrzawa   i   między   drzewami   ukazały   się 

niesamowite postacie. Podobne były do psów i do Czerwonych Karłów. W 
ich niespokojnych twarzach błyszczały okrągłe, blisko osadzone oczy, łapy 
miały zakończone dłońmi.

Aun i Zur poznali je. Były to pawiany o sierści zielonej nai grzbiecie, 

żółtawej na piersiach, z twarzami płonącymi jak zachódl słońca. Przyglądały 
się ogniowi. Syn Ziemi nie czuł do nich nieA nawiści. Uważał je poniekąd 
za podobne sobie istoty, w równej mierze jak Pożeraczy Ludzi.  Aun 
podzielał jego wierzenie.  Od czasu wstąpienia na nową ziemię spotykali je 
prawie codziennie,] wiedzieli, że są nieszkodliwe. Jednak podobieństwo do 
Czerwonych Karłów było niepokojące.

W   ginących   blaskach   dnia   naliczyli   około   dwudziestu   sztuk/; 

Popatrzywszy przez chwilę na płomienie, małpy jęły skakać z ga-| łęzi na 
gałąź,   z   drzewa   na   drzewo   z   zawrotną   szybkością   i   znówj   podglądały 
osobliwe widowisko. Wreszcie jeden duży samiec —< rosły jak wilk — 
zsunął się powoli na ziemię i podszedł do ognia.!

background image

Postąpił   jeszcze   na   jakieś   dziesięć   łokci,   zatrzymał   się   i   wydał   coś   w 
rodzaju cichej skargi czy przywoływania. Aun, pomny zdrad Czerwonych 
Karłów,   nie   wyższych   od   pawianów,   zamierzył   się   oszczepem. 
Usłyszawszy   skargę,   opuścił   go.   Małpa   po   chwili   znowu   zrobiła   parę 
kroków. Po czym stanęła, jak gdyby u celu wędrówki, unieruchomiona w 
równej mierze strachem i ciekawością.

Za   nią   rozległo   się   wycie,   następnie   drugie,   na   szczycie   pagórka 

ukazały się trzy wilki. A że biegły pod wiatr, ani ludzie, ani pawian nie 
zauważyli ich nadejścia.

Małpa chciała powrócić na drzewo. Najszybszy z wilków zagrodził jej 

drogę, dwa inne odcięły odwrót. Wolną jedynie była droga w stronę ognia. 
Rosły   pawian   stał   bezradny,   jego   towarzysze   wrzeszczeli   rozpaczliwie. 
Wtedy zwrócił swą przerażoną twarz ku ognisku i wobec zacieśniającego 
się ostrokąta utworzonego przez wilki, oszalały rzucił się ku ludziom.

Gdy dopadł ogniska, drapieżniki zbiegły się za nim, najzwin-niejszy 

oddalony był już tylko o parę łokci. Pawian wydał jęk jakby przedśmiertny. 
Pomiędzy srogimi płomieniami a pożeraczami mięsa nie było już wolnej 
przestrzeni. Czekała go niechybna śmierć... Zwrócił swój wzrok na las, ten 
szumiący  przestwór   zieleni,  w   którym   z   taką   łatwością   mógłby   umknąć 
przed zębami napastników i powtórnie strwożona jego twarz błagała ludzi.

Zur' powstał, mierząc oszczepem. Poczucie gatunku zawrzało w nim, 

podskoczył   do   małpy.   Wilk   cofnął   się   przed   pionową   postacią.   Z   kolei 
podniósł się Aun, wilki zawyły,  odsunęły się nieco, nie dając jednak za 
wygraną.   Aun   rzucił   pogardliwie   kamieniem:;!   Najbliżej   stojący   wilk, 
ugodzony w łopatkę, połączył się z pozo~ stałymi.

— Wilki nie są godne oszczepu i włóczni — szydził syn Tura.
Wśród konarów tam i z powrotem rzucały się pawiany, podczas gdy 

osaczony bez ruchu patrzył na swych zbawców. Jego długie ręce drżały. 
Przyczajony lęk trwał w jego piersi. Obawiał

background image

się nieznanego ognia, wilków, tych postaci wyniosłych i tego o-sobliwego 
głosu, tak różnego od innych głosów słyszanych w stepie i w puszczy. Z 
wolna ścichło bicie jego serca i okrągłe oczy z upodobaniem spoczęły na 
ludziach. Zaczynał nabierać ufności, Gdy silny nie uderza od razu, słaby po 
pewnym  czasie wierzy,  że nie będzie uderzać wcale. Teraz  pawian czuł 
strach jedynie przed ogniem i wilkami. A nawet widząc, że płomienie nie 
wychodzą poza stos ułożony z gałęzi, oswoił się i z ogniem.

Aun z Żurem, odegnawszy wilki, bacznie przyjrzeli się przybyszowi; 

siedział   jak   dziecko,   małe   ręce   i   płaska   prawie   pierś   uzupełniały   to 
podobieństwo.

— Wilki   nie   pożrą   Zielonego   Karła   —   powiedział   Aun   ze

śmiechem, na którego dźwięk małpa drgnęła.

— Aun i Zur doprowadzą go do drzew — dorzucił Wah.
Gdy się doń zbliżali, począł znów drżeć całym ciałem. Lecz

powolność   ruchów,   głosy,   które   utraciły   grożącą   wilkom   szorst
kość   brzmienia,   uspokoiły   pawiana;   coś   tkliwego   połączyło   te   trzy
istoty.   Dla   Auna   i   Zura   pozyskanie   nowego   towarzysza   było   ra
dością,   która   podniecała   ich   ciekawość   i   czyniła   życie   mniej   dzi
kim,

i

Płynęły   chwile.   Wilki   nie   przestawały   czuwać,   urywanym   wyciem 

wyrażały swą wściekłość na ogień, ludzi i na tę możliwą zdobycz, która im 
się wymykała nie dzięki własnej chytrości lub zwinności,, lecz przez jakiś 
niezrozumiały współudział.

Wreszcie   oddaliły   się,   stopniowo   zlewały   się   z   nocą,   a   ponieważ 

uchodziły pod wiatr, powrót ich nie mógł być niedostrze-żony.

Pawian pozostał. Przywykał do ogniska. Z gór szedł chłodny wiatr, a 

przeczyste niebo chłonęło gorące oddechy, więc zwierz, naśladując ludzi, 
radował się ciepłym tchnieniem płomieni.

Po czym wydał lekki okrzyk, długo popatrzył na ludzi i skoczył ku 

drzewom.

Aun z Żurem żałowali jego odejścia.
Nazajutrz   obaj   ludzie   pogrążyli   się   w   puszczę.   Zadziwiała   ich 

ogromem drzew i gąszczem zarośli. Wężów było mniej niż na

background image

równinie, na wierzchołkach krakały gromady białogłowych kruków; czarne 
byki   przebiegały   polanę,   w   widłach   konarów   ukazywały   się   ciemne 
Niedźwiedzie, niekiedy u schyłku  dnia  pojawił  się  Lampart  — lecz  nie 
ośmielał się napastować ludzi. Dalej ciągnęły się hordy brodatych małp z 
długimi ogonami, zbierały się grupami wśród gałęzi, krzycząc przeraźliwie; 
znana im była radość wspólnego bytowania i uczucie bezpieczeństwa, gdy 
wspólnie broni się swych istnień i obszarów.

Na czwartą noc Aun zwietrzył jakąś osobliwą woń. Odkąd weszli na 

nową ziemię, tak przypominającej  woni człowieka nie spotkali. Zadrżał, 
niepokój   zjeżył   mu   włosy.   Mniej   straszne   wydałyby   mu   się   wyziewy 
Tygrysa, Lwa, Macherodusa i Kota Olbrzymiego.

Zbudził Zura w przewidywaniu  walki, obaj wytężyli  zmysły.  Wah, 

którego   powonienie   było   mniej   wyczulone,   zwietrzył   jedynie   jakiś 
nieokreślony zapach. Aun, szeroko rozdymając nozdrza, orzekł:

— Wyziewy przypominają Kzamów.

Kzamowie   byli   najdzikszymi   spomiędzy   ludzi.   Sierść   lisia   kępami 

obrastała ich twarze i ciała, mieli długie ręce, niczym Ludzie Drzew, uda 
kanciaste i nadmiernie rozwinięte duże palce u stóp. Pożerali zwyciężonych 
Ulhamrów tak, jak ongiś pożerali Ludzi Bez Ramion.

Po pewnym  czasie woń zdawała  się słabnąć,  widocznie tajemnicze 

istoty oddalały się. Lecz nagle zaostrzyła się i Zur wyszeptał:

— Syn Tura mówi prawdę, jest to jakby woń Kzamów.

Trwożliwy niepokój przyśpieszał oddech Auna. Maczuga leżała u jego 

stóp, przygotował procę, by móc miotać włócznią na dalszą odległość.

Teraz upewnił się, że istot było więcej, wyziewy dochodziły z dwóch 

stron. Rzekł:

— Widzą   nas,   a   sami   są   dla   nas   niewidoczni.   Trzeba   abyśmy

ich również dostrzegli!

Zur, powolniejszy od Ulhamra, zawahał się.

— Oświetla nas ogień — ciągnął dalej Aun.

background image

Podniósł   maczugę.   Wah   usiłował   przeniknąć   ciemności,   nie   mógł 

jednak   nic   dojrzeć   i   pojmując,   że   obcy   ludzie   mogli   spaść   na   nich 
niespodziewanie, przyznał towarzyszowi słuszność.

Syn Tura począł oddalać się, Zur szedł za nim w milczeniu. Nachyleni 

badali każdy zakręt przystając od czasu do czasu. Aun zasnuł otaczającą go 
przestrzeń   czułą   siecią   wzroku,   słuchu,   a   szczególniej   powonienia.   W 
jednej   ręce   dzierżył   maczugę,   a   w   drugiej   procę   z   założoną   do   rzutu 
włócznią. Idąc dalej nabierał przekonania, że nie było tam więcej nad dwie 
istoty.

Coś   zaszeleściło,   zakołysał   się   krzak   i   po   ziemi   przeleciało   lekkie 

drganie   czyjegoś   biegu.   Aun   z   Żurem   dostrzegli   poprzez   gałęzie   jakąś 
postać, lecz tak niewyraźną, że nie mogli orzec, czy była ona pozioma, czy 
pionowa. Sądząc jednak po biegu — było to-stworzenie dwunożne; pawian, 
małpa brodata, a nawet gibon nie uciekałby w ten sposób.

Aun, zniżając głos, rzekł:

— To są ludzie.

Zatrzymali   się   przejęci.   Ciemności   nabierały   grozy.   I   nagle   wobec 

niebiezpieczeństwa   Aun   rzucił   swe   wyzwanie   wojenne.   Usłyszeli   drugi 
bieg, równoległy do pierwszego, po czym kroki i wyziewy słabły. Ulhamr 
rzucił się naprzód, Zur zapytał:

—Czemu Aun wydał swój okrzyk wojenny? Może ludzie ci nie chcą z 
nami walczyć.
—Idzie od nich woń Kzamów!
— Woń Ludzi o Błękitnej Sierści też jest podobna do niej.
Ta uwaga uderzyła Ulhamra. Zmysł rozwagi zatrzymał go na

miejscu, długo wietrzył otaczające go ciemności i przemówił:

— Są już daleko!
— Znają   las,   a   my   go   nie   znamy!   —   mówił   Zur   —   tej   nocy

nie pokażą się więcej. Trzeba czekać do rana.

Aun nic nie odpowiedział. Zrobił parę kroków na lewo i przypadł do 

ziemi. Wszelkie rodzaje szmerów stały się bardziej wyczuwalne i wśród 
nich   syn   Tura   z   trudnością   odróżniał   odgłos   biegu   nieznanych   istot. 
Przycichał... już zamarł, podchodziły żerujące rude psy.

background image

— Ludzie Leśni nie odważyli się walczyć! — rzekł wstając —-a może 

poszli powiadomić swych braci?

Koczownicy powrócili do ogniska, podsycili go chrustem, na serca ich 

legł   kamień   niepokoju.   Cisza   ogarnęła   krainę   drzew,   niebezpieczeństwo 
zdało się bardzo dalekie i Ulhamr zasnął. Zur czuwał przy szkarłatnych 
płomieniach.

background image

Ludzie Leśni

Dzień   osiągnął   pełnię,   a   oni   trwali   w   niepewności,   czy   wędrować 

dalej, czy zawrócić. Zur, mniej spragniony przygód, ma» rzył o powrocie 
nad brzeg rzeki, do skalnego pasma, gdzie przymierze zawarte z Kotem 
Olbrzymim   czyniło   ich   niepokonanymi.   Lecz   Aun   porwany   żądzą 
dokonania zapoczątkowanego dzieła wzdragał się przed tym. Przemówił:

—   Jeżeli   stąd   odejdziemy,   czyż   Ludzie   Leśni   nie   będą   umieli   iść 

naszymi śladami? I czyż nie ma ich więcej na ziemiach, które przebyliśmy?

Powody te Zur uważał za słuszne. Wiedział-doskonale, że lu-

background image

dzie   bardziej   od   szakali,   wilków   i   rudych   psów   potrafią   tropić   wroga. 
Jedynie ptaki lotem swym ogarniają większe przestrzenie. Jeżeli dotychczas 
nie natknęli się na żadną hordę, nie oznaczało to, by jej nie było na prawo 
lub na lewo od nich lub by jej nie spotkali w powrotnej drodze.

Zur zdał się na los szczęścia. Bardziej przewidujący od Auna, mniej 

skory do wałki, równy mu był odwagą, a przewyższał w godzeniu się z 
przeznaczeniem.   Ta   ostatnia   cecha   była   swoista   Ludziom   Bez   Ramion. 
Gdyby nie Aun byłby zupełnie samotny, wszystkie radości miały związek z 
ich przymierzem — i żadna trwoga nie dawała się porównać z nudą życia 
bez towarzysza.

Dzień minął spokojnie, obrali miejsce postoju w niczym nie zmąconej 

ciszy.

Znajdowali się w głębi puszczy. Trzy ogromne głazy przedstawiały 

dostateczne schronisko, które należało jedynie opatrzyć cierniami. Aun z 
Żurem upiekli udzieojelenia, którego smak lubili, po czym ułożyli się do 
snu pod gwiaździstym niebem. Świt był bliski, gdy zbudził się Aun. Ujrzał 
Waha nadsłuchującego w kierunku południowym.

—Czy Zur usłyszał przechodzącego Lwa lub Tygrysa? Zur zaprzeczył, 
doleciała go tylko jakaś podejrzana woń. I Aun głęboko wciągnął 
powietrze i oświadczył:
—Ludzie Leśni powrócili!

Odchylił ogrodzenie z cierni i powoli skierował się na południe. Woń 

ulatniała   się,   był   to   ślad   pozostawiony   przez   te   tajemnicze   stworzenia. 
Pościg w ciemnościach był niemożliwy. Obaj ludzie powrócili do kryjówki 
w   oczekiwaniu   dnia.   Rozpoczynał   się   on   na   wschodzie   w   szarawych 
mgłach. Jakieś ptaszę zakwiliło wydymając swe drobne gardziołko-kobzę. 
Rozpłomieniały się stopniowo obłoki. Ognie wschodzącego słońca, zrazu 
niewyraźnie, poczęły wślizgiwać się między chmury; rozlały się w jeziora z 
bursztynu, w rzeki ze szmaragdu. Tworzyły się purpurowe szczyty, które 
ginęły nad krainą drzew. Poprzez gęstwinę ujrzeli szkarłatne słońce.

Wtedy Wah i Ulhamr wyruszyli w drogę. Skierowali się na

background image

południe.   Zdecydowali   się   na   pościg   za   tajemniczym   wrogiem/   mimo 
grożącego im niespodziewanego napadu. Rozumieli, że na-J leży poznać 
naturę i siłę tych istot, by móc przygotować obronę; i tu ostrożność Zura 
zgadzała się z zapałem Auna.

Szli szybko nie zatrzymywani przez przeszkody. Napotykali ścieżki 

wydeptane przez pojedyncze osobniki lub hordy.  Aun  m  dalszym  ciągu 
badał   wyziewy,   które   przez   dłuższy   czas   ledwie   wyczuwalne,   koło 
południa stały się znów ostre. Aun niecierpli-.' wie przyśpieszał kroku. Las 
był teraz rzadszy. Ukazało się pustko-; wie z rozrzuconymi gdzieniegdzie 
pojedynczymi   drzewami,   krzakami,   kępami   paproci   i   zdradliwymi 
bagnami. Ulhamr zawahał się chwilę, lecz doleciała go wzmożona woń i 
nagle   krzyknął;   na   miękkiej   ziemi   ujrzał   świeże   zupełnie   ślady, 
Pozostawiły je stopy rozszerzone, o pięciu równych palcach, były bardziej 
podobne doj stóp ludzkich niż do małpich.

Nachylony ku ziemi syn Tura długo przyglądał się tym śla-

;  

dom i 

rzekł:

— Ludzie Leśni są w pobliżu, nie dotarli jeszcze do lasu.

f

Towarzysze poszli dalej.   Byli niespokojni,   okrążali każdy

krzak, nim się do niego zbliżyli. Po przebyciu trzech do czterech tysięcy 
kroków Aun wskazał na gąszcz zarośli, mówiąc cicho:

— Są tam!
Przejmował ich dreszcz, a w serca ogarnięte uczuciem wzajemnego 

zrozumienia, wzmocnionym  wspólnie przeżytymi  dnia-i mi, wdzierał się 
głęboki niepokój. Nic nie zdradzało siły wroga.; Wiadome było tylko, że 
wrogów   jest   dwóch.   Aun   uważał   siebie   za   siłę   równą   Naohowi, 
najmocniejszemu   ze   wszystkich   Ulham-rów,   ale   Zur   był   jednym   z 
najsłabszych;  prawie każdy z wojowni^ ków wywijał cięższą maczugą i 
ruchy   miał   szybsze.   Należało   z|9   tem   tak   pokierować   walką,   by   ją 
prowadzić z pewnego oddalenia.;;' O ile przeciwnicy nie posiadają proc 
przewaga będzie po stronie Ulhamra i Waha:

—Czy   Zur   jest   gotów   do   walki?   —   spytał   Aun   z   zaniepokojoną 
troskliwością.
—Zur jest gotów... ale trzeba spróbować, czy riie dałoby się

background image

zawrzeć przymierza z Ludźmi Leśnymi, jak to niegdyś uczynili Wahowie z 
Ulhamrami.

'— Obie hordy walczyły z Czerwonymi Karłami.

Aun   szedł   na   przedzie,   miał   bowiem   lepsze   powonienie   i   pragnął 

wytrzymać   pierwsze   natarcie.   Domagało   się   tego   wrodzone   mu, 
nieustraszone męstwo oraz obawa utracenia towarzysza.

Zbliżywszy   się   o   sto   kroków   jęli   okrążać   zarośla,   zatrzymując   się 

niekiedy,   by   uważnie   badać   rzadziej   porośnięte   przestrzenie.   Pomiędzy 
łodygami   i   wśród   listowia   nie   mogli   dojrzeć   żadnych   kształtów 
zwierzęcych.

W końcu Ulhamr zawołał donośnym głosem:

— Ludzie   Leśni   myślą,   iż   się   ukryli,   ale   my   znamy   ich   kry

jówkę. Aun i Zur są silni, zabili czerwonego potwora i Tygrysa.

Gęstwina strzegła swej tajemnicy, żaden szelest nie przerwał ciszy, 

słychać było jeno lekkie poszumy drzew, brzęczenie czerwonych much i 
daleki śpiew jakiegoś ptaka. Aun tracił cierpliwość:

— Ulhamrowie   mają   węch   szakali,   a   słuch   wilków.   Dwóch

Ludzi Leśnych ukryło się tam w krzakach!

Klucz żółtogłowych żurawi zleciał w pobliże moczaru porośniętego 

lotosami.   Nad   szczytami   drzew   na   skrzydłach   nieruchomych   ważył   się 
sokół, a w dali, w jarzącym- świetle spalającym trawy, przemknęło stado 
antylop.   Strach,   rozwaga,   a   może   przebiegłość   doradzały   nieznanym 
istotom zachować milczenie.

Aun przygotował włócznię i procę, lecz po chwili jął zbierać cienkie 

gałęzie i prostować je. Zur go naśladował.

Zakończyli te przygotowania, niepewni, co począć dalej. Zur wolałby 

czekać,   nawet   Aun   był   pełen   wątpliwości...   Myśl   o   czyhającym 
niebezpieczeństwie   była   mu   coraz   bardziej   nieznośna,   założył   jedną   z 
gałązek na procę i wprawił ją w ruch; pocisk poleciał, lecz nie wywołał 
wrażenia.   Trzykrotnie   ponawiali   miotanie   —   równie   bezskutecznie.   Po 
piątym rzucie dał się słyszeć przytłumiony krzyk, rozchyliły się gałęzie 1 
spoza krzaków wyskoczyło jakieś obrośnięte stworzenie.

Podobnie jak Aun i Zur trzymało się na dwóch nogach,

background image

grzbiet miało pałąkowaty, ramiona równie strome jak Waha, wysuwały się 
ku   przodowi,   pierś   miało   wystającą   —   psią,   głowę   grubą   z   ciężką 
paszczęką i niskim czołem, spiczaste uszy przypominały jednocześnie uszy 
psów   i   ludzi;   kępa   włosów   'tworzyła   na   głowie   rodzaj   czuba,   boki   jej 
pokryte były krótką, najeżoną szczeciną, długość rąk była mniejsza niż u 
małp. Przybysz trzymał w garści ostro zakończony kamień...

Był   niższy   od   Ulhamrów,   lecz   wyższy   od   Czerwonych   Karłów, 

odznaczał   się   suchymi   wydatnymi   mięśniami.   Jego   okrągłe   oczy 
zatrzymały się przez chwilę na wojownikach, gniewnie na-marszczył czoło, 
słychać było zgrzyt silnych szczęk.

Aun z Żurem przypatrywali się tej postaci śledząc jej ruchy. Ostatnie 

ich wątpliwości rozproszyły się. Istota stojąca przed nimi była człowiekiem. 
Kamień trzymany w dłoni był obrobiony. Stała na tylnych łapach pewniej 
od Ludzi o Błękitnej Sierści. W ruchach jej było coś nieuchwytnego, czego 
nie posiadały żadne gatunki małp...

Zur   stał   w   niepewności,   ale   rosły   Ulhamr,   porównując   broń 

przeciwnika   ze   swoją   maczugą,   włóczniami   i   oszczepem,   a   własną 
wyniosłą postać — z tym krępym kształtem, pojął swą przewagę. Postąpił 
parę kroków naprzód, wołając:

— Syn Tura i syn Ziemi nie chcą zabijać Człowieka Leśnego!
Odpowiedział  mu  głos  chrapliwy,   podobny  do  pomruku

Niedźwiedzia; były w nim jednak zaczątki mowy składanej. Jednocześnie 
rozległ się inny głos, cieńszy, i ukazała się druga postać. Drobniejsza, o 
wąskiej   piersi,   wydętym   brzuchu   i   pałąkowatych   nogach,   patrzyła 
okrągłymi,   -ruchliwymi   oczami;   pod   wpływem   lękliwej   napastliwości 
rozchylała szczęki.

Auna ogarnęła  wesołość. Wskazał  na swą  broń, uniósł  muskularne 

ramiona.

— Czy   człowiek   i   kobieta   o   dużej   sierści,   mogliby   walczyć

przeciw Aunowi?

Śmiech   jego   zadziwił   tamtych   —   trwoga   powoli   ustępowała.   Na 

obrzękłych   twarzach   pojawiło   się   zaciekawienie,   wtedy   łagodnie   zaczął 
przemawiać Zur:

background image

— Czemużby   Ludzie   Włochaci   nie   mieli   zawrzeć   przymierza

z   Ulhamrem   i   Wahem?   Puszcza   ciągnie   się   bezkresna,   żer   jest   ob
fity. ..

Czuł, że nie mogli go rozumieć, ale tak jak Aun, wierzył w potęgę 

słowa składanego. Nie omylił się. Włochaci ciekawie nadstawiali uszu i z 
wolna zrodziła się w nich ufność.

Gdy   Zur   zamilkł,   nadsłuchiwali   jeszcze   chwilę,   po   czym   kobieta 

wydała dźwięki, które, choć mało różniące się do zwierzęcych, posiadały 
jednak  rytm  mowy ludzkiej. Aun zaśmiał  się  dobrodusznie i  złożywszy 
broń u swych stóp, jął im dawać przyjazne znaki. Teraz śmiała się i kobieta 
śmiechem suchym, urywanym, niewprawnym; mężczyzna zawtórował jej 
niezdarnie.

Wówczas   Ulhamr   i   Wah   podeszli   do   krzaków.   Szli   wolno, 

zatrzymując się, dźwigali jedynie maczugi. Włochaci patrzyli na idących, to 
cofając, to gotując się do ucieczki; na śmiech Ulhamra wracali z powrotem. 
Nareszcie znaleźli się o dwa kroki od siebie.

Była   to   chwila   rozstrzygająca.   Tępe   twarze   tubylców   wykrzywiała 

podejrzliwość,   przewracali   oczyma,   a   czoła   ich   pokrywały   się   falą 
zmarszczek. Mężczyzna odruchowo podniósł kamień, lecz Aun wskazując 
na swą ogromną maczugę rzekł śmiejąc się: -;

— Co   znaczy   ten   mały   kamień.Człowieka   Włochatego   w   po

równaniu z wielką maczugą?,

A Wah głosem śpiewnym dodał:

— Aun i Zur nie są Lwami ani Tygrysami!

Obawy pierzchły. Kobieta uczyniła pierwszy krok. Dotknęła ramienia 

Zura,   coś   przy   tym   bełkocąc.   A   że   żaden   czyn   wrogi   nie   nastąpił, 
niebezpieczeństwo wydawało się już nieprawdopodobne. Zwierzęca ufność, 
którą rodzi każde nieszkodliwe zbliżenie, powoli wzmagała się. Zur podał 
kawał   szuszonego   mięsa,   które   chwycił   i   pożarł   mężczyzna,   kobieta 
otrzymała od Auna pieczone korzenie.

Nim skończył  się dzień była już między nimi zażyłość sprawiająca 

wrażenie długich miesięcy wspólnego bytowania.

Ogień zgoła nie przeraził nowych towarzyszy, patrzyli, jak

background image

pełzał wzdłuż gałęzi i prędko przywykli ogrzewać przy nim swe! członki. 
Powiał  chłodny wiatr, od nagrzanej  ziemi szły ku niebio- ! som poprzez 
czyste powietrze promienie ciepła. Koczownicy ra- < dowali się widząc te 
dziwne   istoty   przykucnięte   koło   ogniska.   Przypominało   im   to   wieczory 
spędzane   z   hordą.   Czuli   płynące   '   z   liczebności   gromady   współbraci 
poczucie bezpieczeństwa...

Zur   usiłował   zrozumieć   nieokreślone   dźwięki   i   znaki,   którymi- 

posiłkowali   się   nowi   towarzysze..   Doszedł,   iż   coś   w   rodzaju   słowa   Rah 
mogło oznaczać imię, a kobieta wabiła się Wao; chciał i też dowiedzieć się 
od   nich,   czy   w   lesie   byli   jeszcze   inni   ludzie   i   czy   tworzyli   hordę. 
Wielokrotnie wymieniane znaki miały ze sobą pewną łączność, lecz częściej 
te błyski porozumienia rozpraszały się, gubiły...

Podczas  następnych  dni  zażyłość  złączyła  ich silniej.  Włochata  para 

pozbyła się obaw. W ich mózgach, znacznie słabiej rozwiniętych, jak u Auna 
i   Zura,   ustaliło   się   przyzwyczajenie.   Posiadali   wrodzoną   łagodność, 
skłonność do ulegania, która ustępowała objawom brutalności jedynie wtedy, 
gdy   ogarniał   ich   gniew   lub   strach.   Poddawali   się   przewadze   Ulhamra   i 
zmyślnej   cierpliwości   Zura.   Wrażliwością   zmysłów   dorównywali   synowi 
Tura.   Pewna   właściwość   wzroku   pozwalała   im   widzieć   w   nocy   równie 
dobrze jak Panterze. Łazili po drzewach ze zręcznością małp. Mięso spo- ; 
żywali   chętnie,   lecz   umieli   poprzestawać   na   młodych   liściach,   łodygach, 
trawach, surowych korzeniach i grzybach.

Ongiś w puszczach trzeciej epoki ich lemuryjscy przodkowie

wynaleźli- mowę i z grubsza obrabiali kamienie. Rozproszyli się po świecie. 
I podczas gdy jedni nauczyli się posługiwać ogniem, gdy inni odkryli 
umiejętność wydobywania go z kamienia i suchego drzewa, a narzędzia i 
broń udoskonalały zręczniejsze ręce, oni, by- j tując w bardziej 
umiarkowanych i obfitych w zdobycz okolicach, pozostali takimi samymi 
Lemuryj czy kami jak dawniej. Ich mowaj nie ulegając poprzez tysiąclecia 
żadnym zmianom zatraciła może niektóre dźwięki, jednak porozumiewawcze 
ruchy rąk, choć za-i wsze podobne, objawiały zdolność przystosowania się 
do nowych Warunków.

background image

W razie potrzeby stawiali czoła nawet Lampartowi, Panterze, wilkom 

lub   rudym   psom,   które   rzadko   ich   zaczepiały.   Zwinność   w   łażeniu   po 
drzewach chroniła ich często przed Lwem i Tygrysem, których obecność 
wyczuwali  z daleka. Różnorodność pożywienia sprawiała, że prawie nie 
znali   głodu.   Nawet   w   zimie   z   łatwością   odnajdywali   korzenie   i   grzyby 
jadalne.   O   dojmujących   chłodach,   które   znosić   musieli   Ulhamrowie, 
Wahowie, Czerwone Karły i Kzamowie po tamtej stronie gór, na ziemiach 
północy i zachodu, nie mieli pojęcia.

Był   to   jednak   zmierzch   gatunku,   niegdyś   licznie   zamieszkującego 

dżunglę   i   puszczę.   Na   wschodzie   i   południu   wytępiły   ich   jakieś 
tajemnicze.przyczyny.   Inni   ludzie,   silniejsi   od   nich,   lepiej   władający 
słowem, bronią i ogniem, wyparli Ludzi Lemuryjskich na płaskowyż. Od 
tysiąca  lat zwycięzcy z rzadka, dwa, trzy razy w ciągu  trwania jednego 
pokolenia, nachodzili ten obszar; nie zatrzymywali się tu jednak dłużej. Gdy 
się   zjawiali,   pierwotni   ludzie   zapadali   w   głąb   puszczy.   Były   to   okresy 
trwogi, której wspomnienie wżerało się w ich zmysły i jedyne chwile, w 
których życie Ludzi Lemuryjskich stawało się smutne.

Rahowi i Wao obcą dotąd była ta zmienność losu. Byli młodzi, nie 

ucierpieli   od   najścia.   Parę'razy   widzieli   na   skraju   płaskowyżu   ognie 
obozowisk. To niewyraźne  wspomnienie przekazywane- przez przodków 
odżyło u ogniska Auna i Zura.

Tymczasem Zur i Wao coraz lepiej zaczęli się rozumieć. Wah. już 

wiedział, że w puszczy jest więcej Lemuryjczyków i uprzedził o tym Auna. 
Syn Tura przyjął tę wiadomość obojętnie. Sądził, że przez przymierze 
zawarte z Rahem uniknie walk z innymi ludźmi jego plemienia i że oni nie 
odważą się go zaczepić.

Zur   nie   podzielał   tej   pewności.   Lemuryjczyków   uważał   za   mało 

skłonnych do walki — Rah i Wao nić polowali na drapieżne zwierzęta — 
ale obawiał się, by ludzie ich hordy nie myśleli, że wojownicy chcą ich 
napaść.

Był  wieczór, płomienie pląsały wzdłuż suchych gałęzi. Rah z Wao 

przyglądali się z błogim zadowoleniem i nauczeni przez Zura, bawili się 
dorzucaniem chrustu do ogniska. Myśliwi byli

background image

zajęci   obracaniem   nadzianego   na   pałkę   uda   daniela.   Rozkoszny   zapach 
pieczonego   mięsa   już   się   rozchodził.   Na   płaskim   kamieniu   prażyły   się 
grzyby.   Poprzez   sklepienia  konarów  widniały  w  otoczeniu  gwiazd   ostre 
rożki księżyca.

Kiedy   pożywienie   było   już   gotowe,   Aun   podsunął   jedną   część 

Lemuryjczykom,   resztą   zaś   podzielił   się   z   towarzyszem.   Chociaż 
schronisko nie było specjalnie przygotowane, czuli się bezpieczni. Dookoła 
rosły drzewa o pniach zbyt wysokich, by Tygrys mógł się na nie wdrapać, 
na których zaś zdążyliby się ukryć przed natarciem drapieżnika.

Ogarnął   ich   słodki   spokój.   Żaden   brak   ufności   nie   rozdzielał   tych 

pierwotnych istot. Nieszkodliwi jedni dla drugich, gotowi wspólnie bronić 
się   przed   zasadzkami   świata,   zażywali   wielkiej   radości,   wypoczynku   i 
obfitego pokarmu.

Nagle Aun z Rahem, a po chwili Wao zadrżeli. Powiała jakaś ulotna 

woń.   Lemuryjczycy   wydali   dźwięk   podobny   do   śmiechu.   Ulhamr 
zaniepokojony rzekł do Zura:

— Oto nowi ludzie są w pobliżu.

Wah   zwrócił   się   do   kobiety.   Wysunęła   głowę,   jej   widzące   w 

ciemnościach oczy wpatrywały się w mrok. Dotknął jej ramienia i głosem 
oraz znakami pytał. Zadawane pytanie było jasne, wydarzenia czyniły go 
jeszcze   bardziej   przejrzystym.   Wao,   podniósłszy   głowę,   wyciągnęła 
ramiona i skinęła twierdząco.

— Aun   ma   słuszność   —   powiedział   syn   Ziemi   —   inni   Ludzie

Leśni przybyli!

Ulhamr   powstał,   Rah   poczołgał   się   w   trawy,   nastąpiło   lekkie 

zamieszanie. Podejrzenie zacisnęło szczęki Auna, zmarszczyło brwi Zura. 
Tymczasem Rah posuwał się dalej. Zur odwołał go; twarz Lemuryjczyka 
wyrażała niepewność istot chwiejnych, pragnął biec do swoich, lecz lękał 
się Auna.

Po   krótkiej   przerwie   syn   Tura   chwycił   broń   i   poszedł   w   kierunku 

wzmagających się i coraz liczniejszych wyziewów. Wojownik liczył, że w 
zaroślach znajduje się sześciu lub siedmiu ludzi, przyśpieszył biegu. Nagle 
uderzyła   go   woń   zupełnie   bliska   i   równie   nagle   rozproszyła   się.   W 
szarawym świetle, sączącym się przez

background image

konary.Ulhamr ujrzał przelotne zarysy jakichś postaci. Wojownik puścił się 
ze   zdwojoną   szybkością,   hamowany   niekiedy   w   swym   pędzie   przez 
splątane zarośla. Naraz przystanął. Przed nim na szerokości dwustu łokci 
rozpościerała   się   wodna   powierzchnia;   poruszył   się   świat   żab,   jedne 
porywały   się   do   skoku,   inne   między   lotosami   zawodziły   starczymi, 
rozbitymi głosami; miesiąc rzucał długie drgające smugi światła.

Na przeciwległy brzeg jęły wyskakiwać niewyraźne kształty ludzkie, 

wynurzały się jakby spośród wodorostów. Aun zwrócił się do nich:

— Syn   Tura   i   syn   Ziemi   są   sprzymierzeńcami   Ludzi   Leś

nych!

Na   ten   potężny   głos   nieznane   istoty   stanęły,   by   przyjrzeć   się 

wołającemu. Następnie zaczęły wydawać ponure okrzyki i potrząsać swymi 
ostrymi   kamieniami.   Już   zamierzały   dalsze   natarcie   na   południe,   gdy   z 
kolei pokazał się Rah. Przemówił do ludzi swego plemienia, wskazał na 
Auna   kładąc   ręce   na   jego   piersi.   Odpowiedziały   skrzeczące   głosy   i 
gwałtowne   ruchy   rąk.   Widzącymi   w   ciemnościach   oczami   dokładnie 
rozróżniali Lemuryjczyka i Ulhamra; dla Raha ani jeden z ich ruchów nie 
był stracony.

Wrzawa doszła do szczytu,  gdy ujrzeli  Wao z Żurem.  Zapanowała 

przerwa.

— W   jaki   sposób   Ludzie   Włochaci   przebyli   moczar?   —   za

wołał Aun.

Wahowi  udało  się  wytłumaczyć  to pytanie  Wao, która  śmiejąc  się 

poszła na lewo i pociągnęła go za sobą. Wtedy pod przezroczystą tonią Zur 
ujrzał ciemniejszą smugę.  Wao weszła do wody pogrążając się powyżej 
kolan, powędrowała tym podwodnym szlakiem. Aun bez wahania poszedł 
za nią, Rah kroczył przed Żurem.

Na Lemuryjczyków napłynęła nowa fala lęku, w ślad za jedną z kobiet 

rzucili   się   do   ucieczki.   Przenikliwym   głosem   przemówił   do   nich   Rah. 
Samiec, osobliwy wśród innych ze względu na krępą budowę, opamiętał się 
pierwszy; stopniowo wszyscy przestali umykać. Ustawili się długą łamaną 
linią.

background image

Wylądowaniu Auna towarzyszył nowy popłoch — szybko przerwany. 

Rah dotarłszy do brzegu wysunął się naprzód. Krępy czekał. Chwila była 
przejmująca, oczy Lemuryjczyków zbiegły się na rosłej postaci Ulhamra. 
Niektórzy z nich spotykali Ludzi Ognia i pamiętali, że żaddn z nich nie był 
tak ogromny. Przypominali sobie obrazy nieubłaganych pogromców. Rah 
po   swojemu   dodawał   im   otuchy   i   Krępy   po   chwili   wzdragania   zniósł 
dotknięcie   dłoni  Auna   na  swym  ramieniu.   Nadciągnął  Zur,   dawał  znaki 
przymierza, których wyuczył się od Wao. Wtedy poryw radości ogarnął te 
biedne istoty, a może i niejasne uczucie dumy płynące z tego przymierza. 
Olbrzym   był   potężniejszy   od   wszystkich   dotychczas   napotkanych 
wojowników. Kobiety skupiły się koło Krępego. Aun śmiał się rozgłośnie i 
w śmiechu tym była radość hordy, tym milsza po tylii dniach przeżytych z 
dala od Ulham-rów.

Koniec tomu pierwszego

background image

Tom II

background image

CZĘŚĆ PIERWSZA

Ludzie Ognia

Aun,   Zur   i   ich   sprzymierzeńcy   dłuższy   czas   błądzili   po   puszczy. 

Pożywienie  było  obfite i  zdobywało  się łatwo. Lemuryjczycy  bez  trudu 
odnajdywali źródła, wyczuwali z daleka drapieżniki, wykopywali jadalne 
korzenie   i   wydobywali   miąższ   drzewny.   Wieczorami,   zebrani   dookoła 
ogniska,   zażywali   radości   bezpieczeństwa.   Mała   horda   nie   obawiała   się 
napaści. Aun z Żurem obrobili maczugi i topory dla swych towarzyszy; ci 
po pewnym czasie posługiwali się nimi dość zręcznie. Pod wodzą Ulhamra 
gotowi byli porwać się na każdego drapieżnika. Tak jak małpy mieli dusze 
stworzone do życia gromadnego i zaufanie do przewodnika

background image

mogło   uczynić   ich   groźnymi.   Aunowi   wierzyli   ślepo,   miłowali   go   i 
podziwiali. Jego grzmiący głos wprawiał ich w radosny zachwyt. O zmroku, 
gdy miedziane blaski ognia pląsały po trawach lub rzucały snopy światła aż 
pod sklepienia drzew, zbierali się, szczęśliwi, wokół syna Tura. Wszystko, 
co   ich   przerażało   w   Ludziach   Ognia,   tu   zamieniło   się   w   poczucie 
bezpieczeństwa. Obecność Zura była im prawie równie miła. Poznali jego 
zmyślną! przebiegłość, wiedzieli, że olbrzym słucha jego rad,

v

 przy tym ro-i 

zumiał ich znaki i niewyraźne słowa. Mieli go poniekąd za równe-, go sobie 
i tak, jak swojego  miłowali; natomiast w stosunku do Auna było  coś w 
rodzaju czci...

W   miarę   posuwania   się   na   południe   Lernuryjczycy   wykazy-!   wali 

chwiejność, graniczącą nieraz z lękiem. Wao objaśniła, iż do-, chodzą do 
końca puszczy. Wędrowali po stokach, gorąco było coraz bardziej, palmy, 
liany, bananowce i bambusy stawały się liczniejsze.

Jednego popołudnia pochód ich został wstrzymany przez pio-j nowe 

niemal obsunięcie się ziemi. W rwącej dolinie szumiał wart-j ki potok. Po 
tamtej stronie brzeg znów się wznosił, był jednak niższy od tego, na którym 
zatrzymali   się   koczownicy.   Dalej   otwierała   się   sawanna   poprzerzynana 
wysepkami drzew. Lernuryjczycy, długo przyczajeni wśród krzaków, badali 
przestrzeń drga*-; jącymi źrenicami. Zur, porozumiawszy się z Wao, rzekł 
do syna| Tura:

— Jest to kraina Ludzi Ognia!

Aun wpatrywał się z dziką ciekawością. Zur-
dodał:

— Gdy   przybywają   do   puszczy   zabijają   Ludzi   Włochatych  Ą

pożerają tak, jak jelenia lub antylopę!

W   piersi   Auna   zawrzał   gniew,   przypomniał   sobie   Kzamów,   tych 

Pożeraczy Ludzi, którym Naoh odebrał ogień.

Miejsce było dogodne na obozowisko. W skale znajdowała! się długa 

pieczara,   łatwa   do   obronienia   bądź   to   przed   ludźmi,   bądź   to   przed 
drapieżnikami;   wychodziła   na   polankę,   na   której   można   było   rozniecić 
ogień niewidoczny z oddalenia dzięki okalającej ją;

background image

gęstwinie. Aun i Zur, wspomagani przez Lemuryjczyków, umocnili wejście 
do pieczary. Gdy nadszedł wieczór, była silnie zabezpieczona — mogła 
wytrzymać natarcie trzydziestu ludzi. '    Syn Tura rzekł:

— Aun, Zur i Ludzie Włochaci razem są silniejsi od Ludzi Ognia.

I zaśmiał się śmiechem niezwyciężonych — radość jego udzieliła się 

innym. Słońce, podwójne przez odbicie w rzece, płonęło, obłoki wypełniły 
się czarodziejską chwałą, stając się podobne do szkarłatnych skał północnej 
krainy Wahów, otwierały się na kwietne doliny i na siarczane otchłanie. W 
zapadającym  mroku piękny również był ogień ogniska, świeży podmuch 
dopomagał   mu   pożerać   korę   i   gałęzie;   dla   hordy   piekł   się   cały   jeleń; 
Lemuryj-czycy, nauczeni przez Zura, prażyli korzenie, fasolę i grzyby.

Pod koniec posiłku Rah, siedzący w pobliżu zarośli, zerwał  się na 

równe   nogi  wydając   chaotyczne  dźwięki. Ręką  wskazywał  przeciwległy 
brzeg.

Aun z Żurem weszli w gęstwinę i zadrżeli. Na lewo od ich obozowiska 

po tamtej stronie rzeki płonął ogień. Był jeszcze słaby, blask jego niepewnie 
sunął po konarach i gałęziach. Wreszcie ożywił się, buchnęły gwałtownie 
płomienie. Unosił się czerwonawy dym. Wzrastające płomienie walczyły z 
ciemnością,   chciały   ją   pokonać,   ich   trzask   rozchodził   się   po   stepie. 
Przesuwały się jakieś postacie, to czarne, to miedziane, zależnie od tego, czy 
przecho-' dziły przed, czy poza ogniskiem.

Wszyscy Lemuryjczycy udali się za Aunem. Poprzez rozchylenia w 

gąszczu   trwożnie   przypatrywali   się   ruchom   nieprzyjaciela,   co   chwila 
wstrząsał  nimi dreszcz. W pamięci  starszych  odżyły popłochy ucieczek, 
rozpłatane oszczepem lub toporem ciała towarzyszy.

Aun, pilnie śledząc, coraz lepiej dostrzegał, co się tam działo. Ludzie 

Ognia piekli duże kawały zwierzyny. Było ich siedmiu, samych mężczyzn; 
prawdopodobnie   stanowili   wywiadowczy   oddział   łowiecki.   Ulhamrowie, 
Czerwone Karły, Kzamowie, a ongiś i Wahowie nieraz wysyłali podobne.

background image

Jeden  z mężczyzn  hartował  w płomieniu jakieś  ostrze. Zdawali  się 

nieświadomi, że drugie ognisko znajduje się w pobliżu. Obozowisko ich 
było   położone   niżej   i   zarośla   tworzyły   między   nimi   zasłonę   prawie 
nieprzeniknioną.   Lecz   Aun   wkrótce   odgadł,   iż   coś   ich   zastanawiało, 
zwróceni ku skalnej polanie uważnie patrzyli.

— Widzą łunę naszego ognia — powiedział Zur.

Ich spokój dziwił go. Może przypuszczali, że to drugie obozowisko 

było także zajęte przez ludzi z ich hordy. Zagadnął Wao Ta wskazała na 
rzekę, na jej bieg górny i dolny, i dała do zrozumienia, że przejście było 
gdzieś daleko. Prąd był tak wartki, że człowiek ani zwierzę nie mogli go 
przebyć wpław. By dojść do wrogiego obozowiska, należałoby wędrować 
aż do rana. Jedna jak i druga strona miały na razie zapewniony spokój.

Aun długo jeszcze przyglądał się tym istotom, bardziej zbliżonym do 

jego rasy od Lemuryjczyków. Byli jednak podobniejsi do Kzamów niż do 
Ulhamrów. Z odległości dostrzegł krótkie nogi, piersi raczej głębokie niż 
szerokie,   ich   czaszki   były   węższe   niż   u   Pożeraczy   Ludzi,   z   ciężkimi 
paszczami i ogromnymi oczodołami.

— Ludzie   Ognia   nie   napadną   na   nas   tej   nocy!   —   twierdził

Aun. — Czy ośmielą się zaczepić nas jutro?

Jego   mężne   serce   nie   obawiało   się   walki,   nosił   w   sobie   wiarę   w 

zwycięstwo. Lemuryjczycy, słabsi od wroga, przeważali liczebnością, poza 
tym Ulhamr polegał na własnej sile i przebiegłości Zura. Zapytał:

— Czy Ludzie Ognia mają włócznie i ości?
Wao  po  dość  długim   wysiłku  zrozumiała   pytanie   zadane   jej   przez 

Zura, zwróciła się do najstarszego ze swych towarzyszy.

—Ciskają kamieniami! — odgadł odpowiedź z pomieszanych znaków 
zamienianych pomiędzy Lemuryjczykami.
—I  nie  umieją  wydobyć   ognia  z  kamieni!  —  radośnie  podchwycił 
Aun.

Dostrzegł bowiem w pewnej odległości od ogniska dwa nikłe płomyki 

tlące się w klatkach kamiennych. Gdyby udało się zabić

background image

ich ogień, jak to niegdyś wydarzyło się u Ulhamrów, zanim jeszcze Naoh 
przyniósł jego tajemnicę od Wahów, byliby zmuszeni powrócić do hordy.

Noc   przeszła   spokojnie.   Aun,   sprawujący   pierwsze   czaty,   mógł   z 

łatwością   mieć   baczenie   na   wroga,   gdyż   księżyc   zachodził   później   niż 
poprzedniej nocy, razem z nim czuwali dwaj Lemuryj-czycy. Nauczyli się 
być   ostrożnymi   i   gdy   czuli,   że   im   coś   zagraża,   kolejno   czatowali.   Ze 
wszystkich   niebezpieczeństw   bliskość   Ludzi   Ognia   podniecała   ich 
najsilniej.

Gdy Auna zamienił Zur, księżyc już odszedł. Tam w dali ogień rzucał 

już tylko słabe blaski. Wojownicy spali z wyjątkiem jednego. Było widać, 
jak krążył w półmroku. Po jakimś czasie Zur przestał go odróżniać, ale oczy 
Raha przenikające ciemności śledziły go nadal. Ciągnęła się noc. Tysiące 
gwiazd zapadało na .wschodzie, inne nadciągały w wędrówce ku szczytowi 
nieba.   Jed--   na   tylko   czerwona   gwiazda   Małej   Niedźwiedzicy   trwała 
nieruchomo.   Przed   samym   świtem   opary   rzeczne   zaczęły  spowijać   prze-
ciwległy brzeg.

Obozowisko Ludzi Ognia przestało być widoczne.

Dzień   rozpoczął   się   we   mgłach.   Poranny   powiew   czynił   w   nich 

wyrwy,   wreszcie   pochłonęło   je   słońce.   Powoli   okolica   stawała   się 
widoczna. Zarysowały się wierzchołki gór, a gdy poszarpane kłęby oparów 
rozwiały się całkowicie, ujrzano ich stoki pokryte bujną zielenią.

Z   piersi   Lemuryjczyków   wydobył   się   krzyk,   w   którym   brzmiała 

skarga. Ludzie Ognia zniknęli!

Popielisko i trochę poczerniałych głowni znaczyło miejsce ich postoju.

background image

Niewidoczny wróg

Aun   z   towarzyszami   spędzili   większą   część   dnia   na   umacnianiu 

pieczary,   chcieli   ją   uczynić   niedostępną.   Stosowane   przez   nich   środki 
ostrożności,   dostateczne,   by   chronić   przed   dzikimi   zwierzętami,   były 
niewystarczające,   gdy   chodziło   o   ludzi.   Ulhamr   i   Wah   wiedzieli,   że 
Czerwone Karły i Kzamowie potrafią nieraz oblegać całymi  tygodniami. 
Zamykanie się w .pieczarze wobec licznego wroga równało się dobrowolnej 
śmierci; o ile jednak chodziło o jakiś dziesiątek przeciwników — naliczyli 
ich siedmiu — jaskinia mogła służyć jako zasadzka.

Po południu upolowali kilka antylop, których mięso miało

background image

być suszone na słońcu i ogniu; Lemuryjczycy gromadzili zapasy roślinne.

Jednocześnie wszyscy zwracali baczną uwagę na otoczenie. Czynili to 

odruchowo, tak jak zwykły czynić szakale i rude psy. Dostęp na polanę, 
zamknięty  od   południa   rzeką   i   skałami,   ze  wschodu   długą   wydmą,   a   z 
zachodu   trzęsawiskami,   był   ciężki.   Pozostawała   tylko   droga   przez   bór 
położony za skałami, oddzielony jednak od nich pasmem ziemi łatwej do 
strzeżenia.  Tak  więc  żaden  niespodziewany  napad  nie  był   możliwy.  By 
dotrzeć do schroniska drogą przez bór, musieliby Ludzie Ognia przebiec 
pięćset do dziewięciuset łokci pod sypiącymi się pociskami proc, włóczni i 
ości.

Do   samego   wieczora   nic   nie   zdradzało,   by   wróg   zbliżał   się.   O 

zmierzchu Lemuryjczycy rozbiegli się w promieniu trzech tysięcy kroków. 
Aun   wspiął   się   na   najwyższą   skałę.   Nie   zauważono   nic   podejrzanego. 
Nieprzyjaciel, o ile nadszedł, nie podchodził blisko, Ulhamr uspokojony 
rzekł do Zura:

— Ludzi Ognia było tylko siedmiu. Odeszli!

Chciał   przez   to   wyrazić,   że   widok   dużego   ognia   musiał   w   nich 

wzbudzić przekonanie o liczniejszej obecności, a więc mogącej się obronić, 
gromady. Zur nie podzielał tej myśli. Bardziej przewidujący od Ulhamrów, 
a może nawet od wszystkich innych ludzi, zachował na skutek wytępienia 
Wahów   przez   Czerwonych   Karłów   niewygasającą   nieufność. 
Odpowiedział:

—Nie przyszli, bo udali się do hordy po wojowników.
—Ich   horda   daleko!   —   utrzymywał   beztroski   Ulhamr.   —   Po   co 
mieliby wracać?
—Zechcą przekonać się, co za nowi ludzie przebywają  w puszczy, 
wszak wiedzą, że Ludzie Leśni nie umieją rozniecać ognia.

Odpowiedź   ta   zastanowiła   Auna.   Rozmieściwszy   straże   tak,   by 

uniknąć napaści znienacka, objął jak zwykle pierwszą kolej czuwania. Jasny 
świetlany półksiężyc  zachodził dopiero w połowie nocy.  Okoliczność ta, 
sprzyjająca   dla   Auna,   nie   miała   znaczenia   dla   Lemuryjczyków,   którzy 
równie dobrze widzieli w nocy;

background image

mrok   dawał   im   nawet   pewną   przewagę.   W   ciszy   nocnej   dochodziły 
oddalone głosy żerujących drapieżników. Aun siedział u ogniska bez myśli 
i   marzeń,   czuwały   jedynie   jego   zmysły.   Trzej   lemu-ryjscy   czatownicy 
bardziej   jeszcze   od   niego   pogrążeni   byli   w   o-drętwieniu,   ale   najlżejszy 
podejrzany wyziew byłby ich postawił na nogi. Ich słuch i nieomylne, jak u 
rudych psów, powonienie zarzuciły na otaczającą przestrzeń swą czułą sieć.

Półksiężyc przebył już dwie trzecie swej drogi, gdy Aun uniósł głowę. 

Widząc,  że ognisko zamieniło się  w stos  żarzących  głowni,  odruchowo 
dorzucił  chrustu.  Po czym,   wietrząc   dookoła, spojrzał   na wartowników. 
Dwóch powstało, trzeci wkrótce uczynił to samo.

Od strony lasu dochodziły jakieś słabe wyziewy.

Były   tak   podobne   do   wyziewów   Lemuryjczyków,   że   Aun   począł 

przypuszczać bliskość łazęgów tego plemienia. Podszedł do Raha; ten stał 
drżący z nastawionymi uszami i szeroko rozwartymi nozdrzami. Gdy Aun 
znalazł się obok niego, wyciągnął rękę w kierunku puszczy i wybełkotał 
kilka   niezrozumiałych   dźwięków.   Aun   jednak   zrozumiał.   Chelejowie 
nadeszli!

Zaszyci w gąszczu widzieli ogień, widzieli Ulhamra, a sami pozostali 

niewidoczni.

Napaść   znienacka   zdawała   się   niemożliwą.   Dookoła   jaskini   ziemia 

była porośnięta trawą, gdzieniegdzie tylko jakieś samotne drzewo lub kępa 
krzaków przerywały jednostajność krajobrazu.

W   srebrzystej,   księżycowej   poświacie   ostry   wzrok   Auna   chwytał 

wszystkie   szczegóły   otoczenia.   Pierś   jego   wzbierała   nieustraszonym 
męstwem,   z   trudem   powstrzymywał   wyrywający   się   z   gardła   okrzyk 
bojowy. Zawrzała w nim nienawiść. Wszak Ludzie Ognia przeszli przez 
rzekę, otoczyli  pustkowie po to, by napaść na obozowisko. Dawali  tym 
dowód zawziętości, odwagi i wrogich zamierzeń.

Przed   obudzeniem   Zura   obszedł   polanę   koło   jaskini,   usiłując 

dokładniej określić, skąd nadciągają wyziewy oraz liczebność przeciwnika. 
Trzymał   w   ręku   procę,   z   ramienia   zwieszały   się   dwie   włócznie   i   ość. 
Pragnął wywabić Chelejów z głębi lasu,

background image

rachując, że wobec przewagi  miotanej broni zrani łub zabije wielu, mm 
zbliżą się na tyle, by skutecznie móc ciskać kamie-; mami.

Lemuryjczycy,   poczuwszy   niezwykłą   obecność,   jęli   wychodzić   z 

pieczary jeden za drugim, towarzyszył im Zur. Dzięki Wao poznał od razu. 
rodzaj niebezpieczeństwa.

Ró,śiy Ulhamr śledził to swoich sprzymierzeńców, to falujący gąszcz 

gałęzi. Ukrywający się tam mogli być w liczbie siedmiu..; Tu iii było ośmiu 
Lemuryjczyków mężczyzn, cztery kobiety, prawie równe im siłą, oraz Aun i 
Zur.   O   ile   Lemuryjczycy   okażą   ii   rwo   —   przewaga   będzie   po   stronic 
sprzymierzonych. Ale było widbi nc, że większość jest tak przerażona, że 
nie   wytrzyma   silniejszego   natarcia.   Jedynie   Krępy,   Rah,   Wao   i   jeden 
podrostek o żyv> yeti qczaćh wykazywali odwagę.

Czy wojownicy są równie liczni, jak wczoraj? — pytał

ZlUl".

'.

'

■ Nie ma ich więcej! — odparł Aun. — Czy należy wydać: akr:' ) k 

(sojowy?

Zur przedkładał przymierze nad walkę. Odparł po chwili:

.... Puszcza jest rozległa,  żeru starczy dla wszystkich.   Czy

Zur może przemówić do Ludzi Ognia?

Pomimo   podniecenia   Aun   ustąpił   i   Wah   począł   mówić   miękko   i 

śpiewnie:  '

--- 'Syn Tura i syn Ziemi nigdy nie walczyli z Ludźmi Ognia. Nie są 

ich wrogami.

Bór stal cichy. Teraz przemówił Aun:

Syn Tura ubił Czerwone Zwierzę! Aun ż Żurem pobili Tygrysa, 

posiadają maczugi, ości i włócznie. Jeżeli Ludzie Ognia chcą wojny, żaden 
z nich nie powróci do swej hordy!

Odezwał się tyłko lekki podmuch wietrzyka. Koczownik po-' stąpił ku 

gęstwinie na sto kroków, głos jego zabrzmiał mocniej:

■•■-• Czy Ludzie Ognia nie chcą odpowiadać?

7

J

  tej   odległości   lepiej   wyczuwał   wyziewy.   I   wiedząc,   że   jest 

śledzony, wpadał w coraz większy gniew. Bijąc się pięściami w piersi, wył 
niczym wilk:

background image

— Aun   rozpłata   'wasze   piersi   i   brzuchy,   rzuci   wasze   ciała   hie

nom na pożarcie...

Pod   mrocznymi   sklepieniami   echo   pochwyciło   jakiś   ryk.   Ul   hamr 

znów  podszedł   bliżej.  Od pobrzeża  boru  dzieliła  go   przestrzeń  zaledwie 
trzystu łokci. Zawołał na Zura, by nie szedł za nim, i groził:

— Syn Tura zgniecie wasze oblicza!
Miał nadzieję, że tamci, widząc go samotnym, ruszą do walki.
Wyziewy, przez chwilę jakby bliskie, oddaliły się. Wojownik postąpił 

jeszcze   na   sto   pięćdziesiąt   kroków   i   wyprostował   swą   wyniosłą   postać; 
procą mógłby stąd miotać włócznie aż na skraj puszczy.

Wtedy   odezwały   się   głośne   nawoływania.   Na   lewo   zza   krzaka 

wysunęło   się   trzech   ludzi.   Ruszyli   cwałem   na   ukos,   by   uniemożliwić 
Aunówi odwrót. Nie uszło to uwagi koczownika. Z drwiącym  śmiechem 
cofał się powoli, gotując procę i włócznię. W tejisamej chwili trzej inni 
przeciwnicy ukazali się z prawej strony.  Serca Lemuryjczyków  kurczyło 
przerażenie. Połowa gromady rozbiegła  się, lecz Rah, Wao, podrostek o 
żywych oczach, Krępy i jeden ze starców trzymali się dzielnie i nawet Wao 
w pogoni  za którąś  z uciekających  w  przerażeniu  kobiet  porwała  się w 
stronę puszczy.

Chelejowie   usiłowali   wspólnie   zagrodzić   drogę   Ulhamrowi.   Lecz 

proca  została  puszczona  w wir  i   włócznia  wbiła  się  w  ramię  jednego  z 
napastników. Zur z Rahem udali zamiar natarcia. Zdumieni odległością, z 
której   miotał   Ulhamr,   zadziwieni   widokiem   Waha   prowadzącego 
Lemuryjczyków, Ludzie Ognia, obawiając jię zasadzek, odstąpili.

Idącym z prawej strony udało się porwać Wao.

background image

Pościg

Rah   wył   żałośnie.   Dla   Auna   myśl   o   uprowadzeniu   Wao   była 

nieznośna,   równała   się   porażce.   Nawet   Zur   zapomniał   o   zwykłej 
ostrożności. Rzucili się w pogoń.

Wiatr znosił wyziewy. W jakiś czas rozproszyły się zupełnie. Gdy je 

znowu   zwietrzono,   Ludzie   Ognia   oddalili   się   znacznie.   Za   śladem 
odnalezionym wśród gąszczu i trzęsawisk trudno było postępować, stał się 
wyraźny dopiero po licznych skrętach.

Wściekły zapał unosił Ulhamra. Ufny w swą zwinność, wy-

background image

przedził znacznie towarzyszy. Zur i Rah z trudem podążali za nim. Krępy 
wykazywał dużo odporności i zawziętości.

Wreszcie wyziewy zaostrzyły się i ślad biegnący początkowo w głąb 

lasu skręcił ku rzece. Tu rozdzielili się i syn Tura, chwilę niepewny, wybrał 
ostatecznie kierunek, w którym wyziewy Wao mieszały się z wyziewami 
Chelejów.   Las   był   teraz   niniej   zwarty,   ukazała   się   polana   .porośnięta 
zeschłą trawą. Nagle błysnął płomień szybko biegnący po ziemi; Aun był 
zmuszony zawrócić  do Zura.  Usłyszeli  ostry krzyk,  pełen  skargi.  Ogień 
przeleciał, wybuchnął i zgasł.

Aun wraz z towarzyszami poszli na południe; ślad był zgubiony. Las 

przeszedł w ponure pustkowie. Wtem na wschodzie, w odległości dwóch 
tysięcy kroków, zamigotało słabe światło ogniska. Na kamieniu siedział, 
czuwając, wojownik. Zobaczywszy nadciągających  porwał się z miejsca. 
Jednocześnie powstało sześciu innych, ciągnęli za sobą Wao. Jeden z nich 
szedł z trudem trzymając rękę na ramieniu.

Aun popędził ku nim, przebiegł około tysiąca pięciuset kroków i naraz 

z gniewnym okrzykiem stanął. Przed nim była otchłań, szerokie pęknięcie 
w   ziemi,   w   którego   głębi   szumiały   wody.   Ludzie   Ognia   jęli   wyć, 
natrząsając się z niego.

Ognisko leżało- daleko, niemal czterokrotnie poza zasięgiem procy. 

Bezmierna   rozpacz   owładnęła   koczownikiem,   okrzykiem   nienawiści 
odpowiedział szydzącym wrogom.

Oni   stali   ufni   w   swe   siły,   liczniejsi   i   pełni   pogardy   dla   sprzy-

mierzeńców Auna. Lemuryjczyków uważali za mniej groźnych od wilków, 
Zur   wyglądał   nędznie   ze   swą   budową   i   krótkimi   rękami,   jedynie   rosły 
Ulhamr wprawiał ich w podziw. Lecz i oni, dotychczas niepokonani, czyż 
nie byli obdarzeni siłą Niedźwiedzia? Ich wódz, niższy od Auna, wyróżniał 
się szeroko rozwiniętą piersią i długimi rękoma zdolnymi zadusić Panterę. 
Zwrócił swą ogromną twarz ku synowi Tura, chichocząc złowieszczo.

Duże   głazy,   sterczące   wokoło   ogniska,   znakomicie   osłaniały 

stanowisko   Chelejów.   Mieli   wszelkie   warunki   przewagi,   brak   im   było 
jedynie broni miotanej. Aun, a bardziej jeszcze Zur doskona-

background image

le zdawali sobie z tego sprawę, lecz obaj byli wzburzeni. Wah odczuwał 
pewną   tkliwość   w   stosunku   do   Lemuryjki.   Ulhamr   nie   mógł   znieść 
doznanej porażki. Czekali na odpowiednią chwilę. Nadciągały ciemności. 
Czerwony   miesiąc   ginął   w   chmurach   nagromadzonych   na   zachodzie, 
chwilami ciął ostry wiatr.

Syn Tura nagle coś postanowił, poszedł brzegiem przepaści i zagłębił 

się z powrotem w las. Tam stopniowo zwężała się rozpadlina i w końcu nie 
pozostało z niej śladu.

— Pójdę   naprzód   —   rzekł   Aun   do   towarzysza   —   będziecie

szli   za   mną,   dopóki   ogień   będzie   widoczny.   Ludzie   Ognia   nie   za
skoczą Auna, ich bieg nie jest dość szybki.

Gdy   znowu   wyszedł   na   pustkowie,   Chęlejowie   nie   ruszyli   się   z 

miejsca. Trzech, stojąc pomiędzy głazami, uważnie badało okolicę, reszta 
pozostała przy ognisku. Wszyscy trzymali w pogotowiu oszczepy, topory i 
kamienie.   Ujrzawszy   Auna   zawyli   jak   rude   psy,   a   wódz,   wzniósłszy 
oszczep,  uczynił  ruch  wyrażający  gotowość  do  napaści.  Ulhamr  zwolnił 
kroku. Wiedział, że walka z tej odległości była niemożliwa, zawołał:

— Jeżeli   oddacie   nam   Wao,   pozwolimy   wam   wrócić   na   wa

sze obszary łowieckie!

Nie rozumieli jego  słów, lecz  znaki, jednakie u wszystkich  prawie 

koczowników, jasno mówiły, iż żąda zwrotu porwanej. Odpowiedziały mu 
gburowate   śmiechy.   Wódz   o   głębokiej   piersi   chwycił   Wao   za   włosy   i 
uderzeniem pięści rozciągnął na ziemi. Po czym, wskazując na leżące ciało, 
ogień i własne szczęki, zaznaczył, że Chęlejowie upieką i po*żrą kobietę.

Aun skoczył niby Lampart. Ludzie Ognia skryli się za głazami.
Tymczasem nadciągał Zur. Gdy towarzysze zbliżyli się na odległość 

rzutu procą, Wah powiedział:

— Niech   Aun   przesunie   się   bardziej   na   prawo,   niektórzy   z

osłoniętych będą wtedy widoczni.

Ulhamr usłuchał rady. Dwaj Chęlejowie, widząc, że zostali odkryci, 

chcieli   się   cofnąć.   Świsnęła   włócznia   —   głośna   skarga   przeleciała   nad 
pustkowiem.

background image

Z kolei Wah puścił w ruch procę, drugi z Chelejów, ugodzony w udo, 

padł na ziemię.

— Ludzie Ognia mają już trzech rannych — donośnie głosił Ulhamr.

Czarną chmurą nadciągała burza; wiekuiste moce„ zaklęte w ziemi i w 

niebiosach,   otoczyły   ludzi   złowrogimi,   nieuchwytnymi   falami.   Księżyc 
odszedł, pozostał jedynie zamierający płomień ogniska i oślepiające światło 
sinawych   błyskawic.   Chelejowie   nie   wychylali   się   spoza   swych   zasłon, 
obawiali   się   pocisków.   Ulhamr,   Wah   i   Lemuryjczycy   rozumieli 
bezcelowość napaści na ukrytego za głazami wroga.

,   W   tajemniczym   poszumie   burzy   nastąpiła   cisza.   Wiatr   nalegał   na 

pustkowie,   grzmotów   nie   było   jeszcze   słychać.   Zwierzęta   zaszyte   w 
puszczy   milczały.   I   nagle   niby   stado   Żubrów   ryknęły   chmury,   woda, 
pramatka   życia,   spłynęła   ciężkimi   kroplami.   Chelejów   ogarnął   szał, 
zagaśnie   ich   ogień.   Nie   mogli   czuwać   nad   klatkami,   w   których   go 
przechowywali.

Wódz wydał rozkazy. Z głośnym okrzykiem Ludzie Ognia rzucili się 

naprzód. Czterech, z których dwóch było rannych, zwróciło się ku Żurowi i 
Lemuryjczykom. Barczysty wódz i najsilniejszy z wojowników skoczyli w 
stronę Auna. Dwie włócznie przeszyły powietrze, potem jeszcze dwie, ale 
ciemności i bieg napastników sprawiły, że nie osiągnęły celu. Aby zyskać 
czas niezbędny dla miotania ością, Aun cofnął się ku rzece, Zur zaś i Le-
muryjczycy — w kierunku puszczy.

Ości zadały tylko lekkie zadraśnięcia, Chelejowie, wyjąc zwycięsko, 

przyśpieszyli biegu. Ulhamr jeszcze ustępował, Wah tymczasem zbliżał się 
do   zarośli.   Nagle   puściły   się   z   niebios   strumienie   wody   niby   tysiące 
wodospadów!   Płomień   ogniska   począł   drgać.   W   obozowisku   jedynie 
wojownik ugodzony w udo pozostał dla ochrony klatki z ogniem.

Zur z towarzyszami został otoczony. Najmłodszy z Lemuryj-czyków, 

przejęty   trwogą,   chciał   ukryć   się   na   drzewie   —   uderzenie   oszczepem 
otworzyło mu brzuch, krzemień zmiażdżył skroń. Rah i Krępy bronili się 
maczugami zrobionymi dla nich przez Ulham-

background image

ra. Zur toporem rozciągnął Chelejczyka ranionego poprzednio w ramię, lecz 
indy,   zaszedłszy   ukradkiem   od   tyłu,   chwycił   Waha   za   kark   i   cisnął   o 
ziemię.

Skoro   Aun   spostrzegł,   że   od   napastników   dzieli   go   już   tylko 

piętnaście,kroków, dał trzy susy w ich stronę stając do walki z maczugą.

Pierwszym   uderzeniem   strzaskał   oszczep,   drugim   rozwalił   jakąś 

czaszkę.   Wódz   Chelejów   i   Ulhamr   znaleźli   się   oko   w   oko.   Obaj   byli 
potężnej   budowy.   Wódz   przypominał   Niedźwiedzia   i   zarazem   dzika. 
Kędzierzawe kudły pokrywały jego tułów, okrągłe oczy ciskały płomienie. 
Aun przewyższał go wzrostem i szerokością piersi, niepodobnej do żadnej 
piersi   zwierzęcej,   osadzony   prosto   'na   krągłych   udach,   trzymał   oburącz 
maczugę.   Oszczep   przeciwnika   obrobiony   z   hebanu,   ciężki   i   ostry,   z 
łatwością mógł rozpłatać ciało i zmiażdżyć kości.

Chelej  rozpoczął walkę, jego broń musnęła syna Tura. Zawirowała 

maczuga.   Trafiła   w   pustkę,   równocześnie   z   rozwartych   ust   Chelej   a 
wydobył się pomruk, straszne oblicze wyrażało nienawiść, żądzę mordu i 
wyzwanie.

Odskoczyli od siebie i przez chwilę śledzili wzajemnie. Otaczała ich 

mgła   deszczu.   Obaj   w   rozlegających   się   grzmotach   i   drganiach   ziemi 
wyczuwali zbliżanie się .śmierci.

Teraz natarł Aun. Maczuga puszczona w ruch, rozdarła płową pierś 

Cheleja,   podczas   gdy   ostry   koniec   oszczepu   rozorał   ramię   Ulhamra. 
Splątały się bronie. Oszczep dotknął piersi Auna w chwili, gdy ten cofał się. 
Krew   broczyła   z   dwóch   ran.   Aun,   wydając   okrzyk   bojowy,   jedną   ręką 
chwycił   oszczep   przeciwnika,   drugą  

:

—   zadał   cios.   Chelej   ugodzony   w 

czaszkę, znieruchomiał, drugie uderzenie złamało mu obojczyk, następne — 
zmiażdżyły żebra.

Ogień   zagasł   zupełnie,  ciemności   wypełniły  przestrzeń,   błyskawice 

coraz rzadsze i mniej jaskrawe z trudem przebijały opary. Aun na próżno 
szukał Zura i Lemuryjczyków, burza rozpraszała wszelkie wyziewy.

Zawołał:

background image

— Gdzie ukrywa się Zur? Syn Tura pobił wrogów!
Z   głębi   puszczy   odpowiedział   mu   oddalony   pomruk,   wcale 

niepodobny do głosu Człowieka Bez Ramion. Aun szedł po o-macku, pędził 
jedynie   przy   świetle   błyskawic.   Gdy   znalazł   się   na   pobrzeżu   puszczy, 
wychyliła się postać Raha i wnet wsiąkła w cień. Lemuryjczyk coś bełkotał 
— Aun pojął, że Wah znikł. Chwilami, gdy jaśniała błyskawica, spostrzegał 
jakiś znak,'bardziej wymowny od słów. Potem przyłączył się do nich Krępy. 
Tłumaczenia jego były jeszcze mętniejsze od poprzednich.

Niepodobieństwem   było   cośkolwiek   przedsięwziąć.   Nieprzebrane 

potoki deszczu otaczały ludzi, czuli się słabi jak owady przyczajone pod 
listowiem lub w popękanej korze drzew. Mocarny Ulhamr przeżywał chwile 
wielkiej boleści. Z piersi jego wyrywały się gromkie skargi i gwałtowne 
łkania.   Łzy   mieszały   się   z   deszczem.   Całą   przeszłością   był   związany   z 
Żurem. Kochał  go od chwili, gdy-, ten wraz z Naohem  przywędrował z 
krainy Czerwonych Karłów. A ponieważ Zur przedkładał go nade wszystko, 
więc i on wolał syna Ziemi od innych. Od czasu do czasu rozlegały się jego 
nawoływania, ramionami wstrząsał dreszcz nadziei. 

v

Mijały godziny, deszcz ustał, na wschodzie ukazało się blade światło. 

Można   było   odróżnić   Człowieka   Ognia,   zabitego   przez   Zura   i   młodego 
Lemuryjczyka z wy prutymi jelitami. Znaleźli też ciała wodza i wojownika, 
których   powalił   Aun.   Koło   zgaszonego   ogniska   odnaleźli   jęczącego 
młodego Cheleja z przebitym udem i Wao, skurczoną za głazem. Leżała tak 
długo nieprzytomna, że nie słyszała nawoływań Auna i Raha. Osłabiona i 
drżąca, ujrzawszy swego towarzysza z Aunem, zaśmiała się chrapliwie.

Chelej padł na ziemię przed synem Tura, błagał o życie. Łagodność, 

którą Ulhamrowie zarzucali Aunowi, skłoniła go, by okazać łaskę. Lecz w 
tej chwili dwie maczugi Lemuryjczyków spadły na leżącego, zmiażdżyły 
mu kark i otworzyły czaszkę. Aun oburzył się — wiedział jednak, iż takie 
jest prawo wojny.

Wao lepiej od Raha przyswoiła sabie pewną ilość znaków, używanych 

przez   Ulhamrów   i   pamiętała   parę   słów,   zasłyszanych   od   Zura. 
Wysłuchawszy Lemuryjczyków dała do zrozumienia

background image

Aunowi, że Chelejowie uprowadzili syna Ziemi w głąb puszczy. Z powodu 
deszczu nawet oni niewyraźnie i jeno przez chwilę widzieli uprowadzenie, 
przy   tym   Rah   i   na   wpół   omdlały   od   ran   Krępy   zabłądzili.   Los   Waha 
pozostawał niewyjaśniony, nadzieja i rozpacz na przemian ogarniały Auna. 
Cały ranek szukał śladów. Brak takowych na dalszej przestrzeni nie znaczył 
jeszcze, że go zabito.

Lemuryjczycy rozbiegli się na różne strony, powracali też ci, którzy 

wczoraj uciekli. Bezcenna była pomoc tych wnikliwych oczu i wrażliwych 
powonień. Utworzyli dwa oddziały, jedni udali się w górę, a drudzy — w 
dół   rzeki,   mieli-ją   przejść   w   bród,   syn   Tura   poszedł   z   pierwszymi. 
Wędrowali przez dwie trzecie dnia i przebyli rzekę. Nagle Wao radosnym 
piskiem   oznajmiła,   że   ślad   został   odnaleziony.   Na   rozmazanych   glinach 
widoczne były odbicia stóp, stwierdzono obecność Zura.

Radość   zapanowała   w   sercu   Ulhamra,   szybko   jednak   rozwiała   się. 

Trop nie był świeży. Chelejowie przeszli tędy wczesnym rankiem, dogonić 
ich nie można było przed następnym dniem. Chyba że Aun pośpieszyłby 
sam. Lemuryjczycy nie byli w stanie tak szybko podążać za nim. Sprawdził 
stan swych broni, miał trzy włócznie zabrane z pola walki, dwie oście, topór 
i maczugę. Nie zapomniał też o krzesiwie.

Stał   chwilę   z   bijącym   sercem,   pełen   niepojętej   tkliwości   dla   tych 

słabych,   źle   uzbrojonych   ludzi   o   ledwie   kształtującej   się   mowie   i 
pierwotnych znakach, którzy razem z nim polowali, żyli u jego ogniska, i z 
których wielu wykazało tyle odwagi  w walce z napastnikiem. Przemówił 
łagodnie:

— Rah, Wao i Ohn są sprzymierzeńcami Ulhamrów, ale Ludzie Ognia 

wyprzedzili nas i biegną szybko. Jeden tylko Aun może ich dogonić.

Wao zrozumiała go i objaśniła innym. Ponury smutek zacią-

v

  żył na 

Lemuryjczykach.

Gdy Aun począł wspinać się po zboczu, Wao rozpłakała się, a Rah 

skarżył  się  głosem  ranionego   rudego   psa.  Podążali  za  nim   aż   na  szczyt 
płaskowyżu.   Ulhamr   gnał   jak   wilk.   Wołania   Lemuryj-czyków   biegły   za 
nim. Zatrzymał się i rzucił na pocieszenie:

background image

— Syn Tura zobaczy znowu Ludzi Włochatych!

I popędził dalej. Niekiedy ślad zacierał się, by za chwilę stać się znów 

wyraźniejszy.   W   miejscach,   na   których   uciekająca   przed   nim   banda 
przystawała, ziemia była silniej przesiąknięta jej wyziewami i Aun odróżnił 
garście   traw,   które   Zur   długo   trzymał   w   ręku   i   rzucił   potem   na   szlak. 
Ulhamr   poznawał   w   tym   przedziwną   chytrość   Waha.   Dziwiło   go,   że 
Chelejowie pozostawili przy życiu Zura, który jako mniej chyży utrudniał 
im odwrót.

Biegł cały dzień prawie bez przerwy, dwa krótkie postoje stanowiły 

cały jego wypoczynek. Nawet wieczorem nie zaprzestał poszukiwań przy 
blasku księżyca i gwiazd. Ślady ukazywały się coraz świeższe. Jednak gdy 
znużony legł pośród skał, daleko był jeszcze od uciekających.

O świcie okrążył małe jezioro i wszedł w puszczę. Niejednokrotnie 

miał wątpliwości, kilka razy pobłądził, ale w połowie dnia, kiedy zamierzał 
wytchnąć,  przejął  go  dreszcz. Ślad stał  się zupełnie wyraźny,  ale  liczba 
Chelejów zdwoiła się, widocznie jakiś mały oddziałek będący na łowach 
przyłączył się do tych, którzy uprowadzili Zura. Aun mógł nawet określić 
drogę, którą nadeszli. Miał teraz sześciu przeciwników do pokonania, przy 
tym zbliżał się prawdopodobnie do ziem hordy.

Wszyscy   Ulhamrowie,   z   wyjątkiem   Auna   i   Naoha,   zaprzestaliby 

pogoni. Uczucie przyjaźni, silniejsze od wszelkiej ostrożności, przeważyło 
w   nim   —   ufał   też   swej   szybkości   równej   szybkości   osłów   stepowych. 
Chelejowie o krótkich nogach nie dogoniliby go nigdy!

Płynęły   godziny.   Wieczór   zapadał,   a   wszystkie   jego   usiłowania 

pozostały   daremne.   Wtedy   znużony,   smutny,   usiadł,   nie   chciało   mu   się 
nawet rozniecić ognia.

Po   krótkim   odpoczynku   ruszył   dalej.   Okolica   była   nierówna, 

następowały   po   sobie   polany   i   zarośla.   Niespodziewanie   doszły   go 
wyziewy, które wzmagał sprzyjający powiew. Poznawał, że pochodziły od 
Ludzi   Ognia,   lecz   uderzyła   go   pewna   ich   odrębność.   Nie   zdradzały 
obecności Zura.

Przesuwał się ostrożnie między krzakami i bambusami, czół-

background image

gał się wśród wysokich traw i znalazł się w pobliżu tych, których 
szukał.   Niespodziewany   groźny  pomruk   przyprawił   go   o   wstrząs, 
dwie pionowe postacie, których  obecności nie zdradził wiatr zno-
szący wyziewy, stanęły przed nim.

Odkryto go. Trzeba było przyjąć walkę. Księżyc będący w pełni 

doskonale   oświetlał   kształty   ludzi.   Aun   poznał,   że   nie   byli   to 
mężczyźni,   lecz   kobiety.   Krępe,   o   krótkich   nogach,   szerokich 
piersiach i mocnych szczękach Chelejów, trzymały w rękach długie, 
ciężkie oszczepy.

W hordzie Ulhamrów kobiety rzadko posługiwały się bronią. 

Widział Lemuryjki, równe prawie w walce z mężczyznami, jednak 
zadziwiła go groźna postawa tych kobiet. Widok ich nie obudził w 
nim gniewu, przemówił przyjaźnie:

— Aun nie przyszedł tu, by zabić kobiety...

Słuchały...  Ich  skurczone  twarze  wypogadzały się  stopniowo. 

By uspokoić je jeszcze bardziej, syn  Tura począł się śmiać.  Pod-
chodził wolno z opuszczoną maczugą. Jedna z kobiet cofnęła się i 
dała   susa,   wnet   obie   popędziły   cwałem,»gnał   je   strach,   a   może 
pragnienie uprzedzenia swoich. Ale krótkie ich nogi nie mogły iść w 
zawody   z   nogami   Ulhamra.   Dopędził   je   i   wyprzedził.   Wówczas, 
stanąwszy ramię przy ramieniu z gotowymi oszczepami, czekały...

Potrząsnął niedbale maczugą i szeptał:

— Maczuga z łatwością strzaskałaby oszczepy.

-Ruchem wyrażającym raczej trwogę niż wrogie zamiary, jedna 

z kobiet nadstawiła broń. Aun wyrwał ją, połamał groty, lecz sam nie 
nacierał, ciągnął dalej:

— Czemu walczycie przeciwko synowi Tura?

Pojęły,   że   nie   będzie   się   mścił,   patrzyły   zdumione   i   coraz 

bardziej   ufne.   Ta   z   kobiet,   która   nie   wszczynała   walki,   opuściła 
pszczep i dała znak pojednania, wkrótce to samo uczyniła druga. Po 
chwili oddaliły się; Aun, wierząc w swą siłę i zręczność — poszedł 
za nimi. Tak, we troje, idąc pod wiatr, przeszli koło czterech tysięcy 
kroków. Dotarli do miejsca porosłego paprocią i tu w księżycowej 
poświacie Ulhamr ujrzał więcej kobiet.  Na widok

background image

mężczyzny zerwały się wymachując rękami, podniósł się wrzask.

Aun   zaniepokoił   się   możliwością   zasadzki,   zdołałby   jeszcze   uciec, 

lecz   z   głębi   duszy   wypłynęła   obojętność,   zrodzona   z   samotności, 
bezmiernego   utrudzenia   i   boleści.   Gdy   powrócił   niepokój,   stał   już   w 
obozowisku otoczony kobietami.

Było ich dwanaście razem z tymi, które przyprowadziły koczownika. 

Kilkoro dzieci kręciło się między nimi, dwoje czy troje; zupełnie drobnych, 
spało opodal. Kobiety, po większej części młode, posiadały silną budowę i 
potężne  szczęki.   Widok  jednej  z   nich   wstrząsnął   Aunem,  miała  bowiem 
gibką postać cór Gamli, najpiękniejszych wśród Ulhamrów. Lśniąca grzywa 
spływała   na   jej   ramiona,   zęby   miały   połysk   kości   słoniowej.   Serce 
wojownika przepełniła jakaś moc słodka a lękliwa; fala jaskrawych wspom-
nień zlała się ze świeżym obrazem tej obcej dziewczyny.

Kobiety   zacieśniły   swój   krąg.   Przed   nim   stanęła   wojownica   o 

muskularnych ramionach i szerokich barach. Stanowczość i siła biły z jej 
oczu   błyszczących   i   surowej   twarzy.   Pojął,   iż   pragnie   zawrzeć   z   nim 
przymierze, a ponieważ nie znał plemion, w których kobiety i mężczyźni 
tworzyli oddzielne hordy, wzrokiem szukał samców. Nie dostrzegając ich, 
dał znak. zgody. Wówczas zaśmiały się radośnie, czyniąc przyjazne ruchy 
rękami; rozumiał je lepiej niż Lemuryjczyków.

Nie   przestawały   okazywać   zdumienia.   Dotychczas   nie   spotkały 

wojownika o podobnej postawie i mowie, tak różnej od ich gwary. Znały 
jedynie trzy gatunki ludzkie: Chelejów, na których oddział łowiecki natknął 
się Aun, a którzy uprowadzili Zura, Lemuryjczyków, widywanych rzadko 
— i z którymi nie walczyły, wreszcie mężczyzn swego plemienia, żyjących 
oddzielnie.   Zawieraniu   związków   między   nimi   towarzyszyły   dzikie 
obrządki. Aun, nawet należąc do ich plemienia, nie byłby przyjęty do hordy 
bez srogich prób. Lecz w tym wypadku rozstrzygnęła osobliwość przygody 
i groza przeżywanego okresu. Połowa wojownic wyginęła skutkiem klęsk 
lub pod ciosami Chelejów, większość dzieci wymarła.

Poza tym utraciły ogień, błąkały się nędznie po świecie, przy-

background image

gnębione poczuciem swego upadku i przepełnione nienawiścią dla swych 
wrogów.

Przymierze z tym rosłym i silnym jak Tur obcoplemieńcem radowało 

je niezmiernie. Zgromadzone koło niego długo usiłowały porozumieć się z 
nim i ostatecznie doszły, że szuka towarzysza, którego ślad zagubił. Chętnie 
wyobrażały sobie, że przeciwnikami Ulhamra byli ci sami, znienawidzeni 
przez nie ludzie.

Syn   Tura,   domyślając   się,   że   zniszczono   ich   ogień,   zaczął   zbierać 

suche   trawy.   Przy   pomocy   wici   i   krzesiwa   powołał   do   życia   płomień. 
Najmłodsze kobiety z okrzykami zachwytu skakały dookoła, wymawiając 
słowa,   które   powtarzane   chórem   tworzyły   rodzaj   pieśni.   Gdy   czerwone 
życie objęło gałęzie, wpadły w szał. Jedynie dziewczyna o smagłych licach 
nie krzyczała, wpatrywała się w ogień i w koczownika, gdy mówiła, głos jej 
był cichy, jakby zalękniony i dziwnie pociągający.

background image

Na przylądku jeziora

Aun   nie   przestawał   co   rano   poszukiwać   śladów   Zura.   Kobiety,   z 

każdym   dniem   ufniejsze,   podążały   za   nim.   Powtarzanie   tych   samych 
czynności   i   znaków   doprowadziło   je   do   jasnego   zrozumienia   usiłowań 
Ulhamra. On również oswajał się z ich sposobami porozumiewania się i z 
mową.   Jego   siła   i   zręczność   zdumiewały   je,   podziwiały   też   broń, 
szczególnie ości i włócznie, które z oddali zabijały zwierzęta. Osłabione 
biedą i klęskami, pokornie gromadziły się koło tego nieznanego, słuchały go 
chętnie. Pomoc ich nie była do pogardzenia. Cztery z nich przewyższały 
Zura budową, zręcznością i szybkością, wszystkie wykazywały dużą odpór-

background image

ność na zmęczenie. Matki bez trudu nosiły przez cały dzień swe dzieci. 
Podrostki i dziewczęta posiadały wytrzymałość szakali.

Słodycz wieczorów i poranków zamącała jedynie nieobecność Waha. 

Gdy Aun krzesał ogień, kobiety zawsze jednako okazywały radość — i to 
szczęśliwe wzruszenie podobało się dużemu Ulham-rowi. Szczególnie lubił 
patrzeć   na   odbicie   szkarłatnych   płomieni   w   jasnych   oczach   długowłosej 
Dżei. Marzył, by wraz z nią powrócić do rodzinnej hordy.

Po kilku dniach wspólnej  wędrówki  okolica stała się jeszcze mniej 

zadrzewiona, ciągnął się step, gdzieniegdzie przerywany gęstymi krzakami, 
gajami i rozrzuconymi zaroślami. Zapuścili się weń, myśląc, że natrafią na 
wyniosłość, z której będą mogli zbadać okolicę. Ku środkowi dnia, w porze 
wypoczynku,  jedna z kobiet  idąca  bardziej  na wschód, zawołała na swe 
towarzyszki. Zbędnymi okazały się wszelkie tłumaczenia, poznali wszyscy 
zgliszcza ogniska.

— Ludzie Ognia! — rzekł Aun.,

Kobiety   zdawały   się   być   bardzo   przejęte.   Ukr,   dowodząca   nimi, 

zwróciła się do Auna, gniewnie poruszając rękami. Pojął, iż Chelejowie byli 
wrogami   jego   towarzyszek.   Oni   to   zdziesiątkowali   ich   hordę   i 
prawdopodobnie   zabili   sprzymierzonych   z   nimi   mężczyzn,   których   od 
jesieni nie widziały.

Ślad obozowiska był sprzed kilku dni, wszelkie wonie rozproszyły się. 

Po   długich   badaniach   upewnili   się,   że   oddział   nie   był   liczny,   nic   nie 
wykazywało obecności Zura. Jednak dzięki pewnym drobnym wskazówkom 
Aun   z   towarzyszkami   mogli   zarządzić   dalszy   pościg.   Trop   stawał   się 
wyraźniejszy,   a   postępować   za   nim   było   tym   łatwiej,   że   Chelejowie 
kierowali  się wprost na północ. Dwa razy jeszcze natrafili  na spopielałe 
zgliszcza, świadczące o niedawnym postoju.

Na trzeci dzień młoda kobieta, wyprzedzająca resztę hordy, zwróciła 

się do pozostałych, przywołując ich głośno. Zbliżywszy się, Aun ujrzał na 
miękkiej ziemi odbicie ludzkich stóp, było ich kilkanaście i między nimi z 
radosnym dreszczem rozpoznał ślad Zura. Dalsza pogoń nie przedstawiała 
trudności. Tego wieczoru

background image

szli dalej pomimo mroku — księżyc jeszcze się nie ukazał — spomiędzy 
kobiet   dwie   widziały   w   ciemnościach,   jednak   nieco   słabiej   od 
Lemuryjczyków. Pasmo wzgórz zagrodziło im drogę. Pięli się na najwyższe 
z nich i w połowie drogi Aun w napotkanym wyżłobieniu rozpalił ognisko.

Kobiety  zabrały  się   do  pieczenia   poćwiartowanego   jelenia,   którego 

upolował Aun. Mała horda, czując się spokojna w tym schronisku, cieszyła 
się obfitością pożywienia i jaskrawym życiem płomieni.

Była to chwila szczęścia, jedna z tych, które pozwalają zapomnieć o 

srogich prawach walki i zasadzkach świata.

Ulhamr poddałby się chwilowemu urokowi wieczoru, gdyby miał przy 

sobie Zura. Dżeja o wielkich oczach siedziała obok niego. Miał nadzieję, że 
Ukr, kobieta-wódz, odda mu ją na własność. Surowa dusza Ulhamra pełna 
była wewnętrznej  tkliwości. Przy Dżei czuł jakiś nieokreślony lęk, który 
przyśpieszał   kołatanie   jego   serca.   Pragnął   być   dla   swej   towarzyszki   tak 
łagodny, jak Naoh dla Gamłi.

Po skończonym posiłku, kiedy dzieci i najbardziej znużone z gromady 

zasnęły,   Aun   jął   wdrapywać   się   na   górę.   Ukr   poszła   za   nim,   to   samo 
uczyniła Dżeja i trzy inne wojownice. Zbocze nie było zbyt strome, wkrótce 
stanęli   na   wierzchołku.   By   widzieć   przeciwległy   stok   góry,   trzeba   było 
przedrzeć się przez zarośla. Pod gwiezdnym niebem roztaczała się rozległa 
równina, a w dole, u ich stóp, lśniła migotliwa powierzchnia jeziora.

Na północnym brzegu płonęło ognisko, na nim skupiła się cała uwaga 

syna Tura. W prostej linii oddalone było o cztery do pięciu tysięcy kroków, 
ale by dostać się do niego, należało okrążyć jezioro, przebyć istniejące może 
przeszkody.

Wiatr   wiał   od   południa,   co   pozwalało   niepostrzeżenie   podejść   do 

samego   prawie   obozowiska.   Trzeba   było   koniecznie   uczynić   to   przed 
wschodem księżyca. Tak szybko mógł się tam dostać jedynie Aun.

Przypatrywał się ogniowi i krzątającym się wkoło niego postaciom, to 

purpurowym, to czarnym. Naliczył ich pięć. Ulhamr

background image

odróżniał od pozostałych Waha siedzącego od strony jeziora i jeszcze 
jednego mężczyznę leżącego w pobliżu. Przemówił więc do Ukr:

— Aun   podejdzie   do   Ludzi   Ognia   i   zażąda   oswobodzenia.

Zura!

Ukr zrozumiała i odparła:

—Nie oddadzą go!

<• 

Syn Tura rzekł jeszcze:
—Zabrali go jako zakładnika z obawy przed Aunem.

— Gdy   nie   będą   mieli   zakładnika   obawiać   się   będą   jeszcze

więcej.

Koczownik   stał   przez   chwilę   w   niepewności.   Rozważał   sposoby 

uwolnienia Zura. Mógł to uczynić przechytrzając przeciwnika, względnie 
gwałtem lub łagodnością. W każdym jednak razie trzeba było podejść do 
obozowiska Chelejów.

— Aun   musi   wydostać   od   nich   swego   towarzysza   —   rzekł

ponuro. '

Ukr   rozumiała   to   równie   dobrze   jak   on.   Nic   nie   odpowiedziała. 

Ulhamr dorzucił jeszcze:

—Aun musi zbliżyć się do ogniska!
—Ukr i Kobiety-Wilczyce pójdą za nim.

Aun   przeciągłym   spojrzeniem   objąwszy   równinę   dał   znak   zgody   i 

dorzucił:

— Syn   Tura   będzie   tam   oczekiwać   przybycia   kobiet.   Pójdzie

sam,   ale   Ludzie   Ognia   nie   dorównają   mu   w   biegu,   on   zaś   może
ich razić z odległości.

Ukr   rozkazała   najmłodszej   z   wojownic   wezwać   pomoc.   Ulhamr 

schodził  już na równinę. Pochyłość  była  łagodna,  gładka,  bez rozpadlin, 
porośnięta trawami. Gdy zstąpił na równinę, wiatr znosił jego wyziewy ku 
północy, a falistość powierzchni sprzyjała jego zamierzeniom. W trwających 
jeszcze ciemnościach Aun szybko znalazł się na tym samym brzegu jeziora 
co Chelejowie o mniej niż tysiąc kroków od ich obozowiska. Kępy drzew, 
wysokie trawy i kilka pagórków pozwoliły mu postąpić jeszcze o czterysta 
kroków, dalej był już zupełnie odkryty step. Nic już nie mogło

background image

ukryć jego ruchów przed wnikliwym wzrokiem wroga. Ogarnięty obawą o 
Zura,   nie   o   siebie,   znieruchomiał   wśród   otaczającej   go   roślinności.   Co 
uczynią Chelejowie, gdy go dostrzegą? Zabiją Waha, czy też przeciwnie, 
oszczędzą   go,   by   zapewnić   sobie   zmiłowanie?   A   jeżeli   ofiaruje   im 
przymierze, czy nie będą zeń szydzić?

Zastanawiał   się   długo.   Tymczasem   w   głębi   sawanny   ukazał   się 

zamglony czerwony księżyc.  Pięciu Chelejów ułożyło  się do snu, szósty 
czuwał, od czasu do czasu powstawał i z wytężonym słuchem, drgającymi 
nozdrzami   i   ruchliwymi   źrenicami   badał   otoczenie.   Po   drugiej   stronie 
ogniska, koło jeziora czuwał również Zur. Chelejowie nie zwracali uwagi na 
jeńca, był słaby, powolny, nie mógł myśleć o ucieczce.

W głowie Auna zrodził się pomysł dziwnie nęcący. Pamiętał, że Zur, 

mało   szybki   w   biegu,   był   jak   wszyscy   zresztą   Ludzie   Bez   Ramion 
doskonałym pływakiem. W rzece i na bagnisku prześcigał nazwinniejszych 
Ulhamrów, nurkował jak krokodyl i mógł długo pozostawać pod wodą. Tak 
więc   dopadłszy  jeziora  mógłby z  łatwością  przepłynąć  na  tamten  brzeg, 
niezbyt   w   tym   miejscu   oddalony.   On   zaś   wciągnie   napastników   w   bój. 
Trzeba   tylko,   by  Wah   go   dostrzegł   i   zrozumiał   dany   znak,   najmniejszy 
fałszywy krok uniemożliwiłby ratunek.

Otóż z powodu kierunku wiatru Chelej najczęściej zwracał się w stronę 

krzaka, za którym ukrywał się syn Tura. Nad sawanną płynął księżyc, coraz 
wyraźniejszy   i   bardziej   świetlany.   Szalone   zniecierpliwienie   rozsadzało 
pierś wojownika, ogarniała go już rozpacz, gdy wtem od południa grzmiący 
ryk   przeszył   ciszę.   Na   wzgórzu   zarysowała   się   postać   Lwa.   Wartownik 
skoczył, porwali się inni Chelejowie i skupieni koło ogniska zwrócili twarze 
ku drapieżnikowi.

Zur prawie nieruchomy rzucał wzrokiem we wszystkich kierunkach.
Nagle ukazał się Aun, wyciągniętą ręką wskazywał  jezioro. Chwila 

była sprzyjająca, odległość trzydziestu kroków dzieliła Waha od najbliżej 
stojącego Cheleja, wszyscy oni zajęci byli płowym zwierzem.

background image

Jezioro znajdowało się o jakieś dwadzieścia kroków od Zura. Jeżeli w 

odpowiednim momencie zerwie się do biegu, dopadnie -wody prędzej od 
któregokolwiek ze swych wrogów.

Człowiek  Bez   Ramion  ujrzał   Auna.  Niepewny,   olśniony,'  chyłkiem 

zamierzał ruszyć w stronę krzaka; Aun po raz drugi wskazał jezioro. Wah 
zrozumiał   i   zrazu   jakby   niedbale;   potem   dużymi   susami   rzucił   się   ku 
wodzie.

Gdy się w nią pogrążył, obejrzał się jeden z Chelejów. Był bardziej 

zdziwiony  niż   zaniepokojony,   zawiadomił   towarzyszy   dopiero   wówczas, 
gdy ujrzał oddalającego się od brzegu Zura. Dwóch wojowników popędziło 
za nim. Jeden z nich daremnie usiłował doń podpłynąć, powrócił na brzeg i 
jął ciskać kamienie. Lecz Wah płynący pod wodą stał się niewidoczny.

Bliskość Lwa krępowała ruchy oddziału. Do pogoni wyznaczono tylko 

jednego wojownika, który miał okrążyć część jeziora i nieomylnie spotkać 
się z Żurem, słabym, bezbronnym, powolnym, a więc łatwym do pojmania.

Na widok zbliżającego się wojownika Aun, sam niewidoczny, zaśmiał 

się cichym, szyderczym śmiechem. Tamten nadbiegał, znaleźli się oko w 
oko. Aun był  gotowy do walki. Chelej  należał  do tych,  którzy walczyli 
podczas nocnej burzy. Z przerażeniem poznał rosłego koczownika, który 
zabił ich wodza i z ostrzegawczym krzykiem pocwałował z powrotem do 
swoich.

Syn Tura, niespokojny o los towarzysza, nie pobiegł za wojownikiem. 

Zawrócił   i   ruszył   do   miejsca,   gdzie   zmierzał   jego   przyjaciel.   Wah   nie 
dopłynął jeszcze do brzegu, było widać, jak płynął wężowymi ruchami. Gdy 
wylądował,  Ulhamr podniósł  go  pomrukując  radośnie.  Przez  chwilę  stali 
zapatrzeni jeden na drugiego, uniesieni dokonanym czynem. Wreszcie Aun 
obwieścił zwycięstwo:

— Aun z Żurem drwią z Ludzi Ognia.

Lew oddalił się. Chelejowie spoglądali jeszcze jakiś czas na pagórek, 

po czym na znak wodza pośpieszyli na północ.

— Biegną   prędzej   od   Zura   —   smutnie   rzekł   Wah   —   ich

wódz siłą dorównuje Lampartowi!

background image

— Aun nie lęka się ich... mamy sprzymierzeńców!
Pociągnął za sobą towarzysza, a kiedy ścigający dobiegli do

zakrętu, na wzgórzu podniosła się wrzawa. Były tam Ukr i siedem Kobiet-
Wilczyc. Chelejowie zniechęceni zaprzestali pogoni. Kobiety zeszły do 
Auna i Ukr przemówiła:

— Jeżeli   nie   pozabijamy   Ludzi   Rudych   Psów,   powrócą   ze

swą hordą.

Kilkakrotnie powtarzała słowa i znaki, wreszcie zrozumiał ją.

— Czy mówili o swojej hordzie? — spytał Waha.

— Jest oddalona o dwa dni pochodu.
A popatrzywszy na kobiety dodał:

— Jeżeli   ich   teraz   napadniemy,   zabiją   w   walce   kilka   kobiet,   a

niektórym z nich uda się wymknąć i sprowadzić hordę.

Ulhamr   czuł   wrzenie   własnej   krwi,   lecz   obawa   ponownej   utraty 

towarzysza wstrzymywała go od decyzji zaatakowania Chelejów. Był też 
skłonny do pobłażliwości — bo wszak Chelejowie nie zabili swego jeńca.

background image

Ucieczka przed Chelejami

Aun, Zur i kobiety uciekali. Horda Chelejów już od tygodnia gnała za 

nimi. Pierwsza dojrzała ich jedna z kobiet i dała znak o tym. Aun ze szczytu 
skalnego naliczył trzydziestu ludzi. Z powodu Waha musieli biec wolniej, 
ale   Ukr   znała   kręte   ścieżyny   poprzez   puszczę   i   moczary,   Zur   zaś 
wynajdywał sposoby zmylenia pogoni. Ile razy przecinała im drogę płytka 
bieżąca woda, szli jej korytem w górę lub w dół. Kilkakrotnie Aun czy Ukr 
podpalali suche trawy na miejscach, przez które przechodzili. Toteż Chele-
jowie często tracili ich ślady; liczni i zawzięci rozsypywali się, by

background image

je odnaleźć. Ósmego dnia oddział przeprawił się przez pocok, na którego 
brzegu Aun rozstał się z Lemuryjczykami. Ulhamr chciał skierować się w 
górę   potoku,   Ukr   wskazała   drogę   pewniejszą.   Zwrócili   się   więc   ku 
południowej stronie płaskowyżu.

Nastał   nów.   Chelejowfe   nie   pokazywali   się   i   postój   był   radosny. 

Znajdowali  się  w   dżungli,  uciekając  bowiem  kierowali   się  ku  równinie, 
zbliżali się do rzeki. Wyniosłe bambusy okalały polanę, było jeszcze widno. 
Mężczyźni i kobiety przygotowywali stos oraz schronisko z cierni, lian i 
łodyg. Na niebie bursztyn jutrzenki ustąpił purpurze, łagodny i dobrotliwy 
podmuch   wiatru   ulatywał   pod   obłoki,   szumiała   niezliczona   roślinność   i 
dusza   Auna   pełna   była   niewysłowionego   spokoju.   Z   jednego   źródła 
wypływała jego łaskawość dla pokonanych i tkliwość dla Dżei o gibkich 
ramionach.   Siła   jego   czuła   się   zalękniona   wobec   ciężkich   splotów   jej 
włosów  i   cudnego   blasku   jej   źrenic   —  i   lęk  ten  upajał  go  bardziej  niż 
zwycięstwo.   Sunęły   pod   powiekami   lotne   marzenia,   których   słowo   nie 
wyrazi.   Lecz   na   myśl   o   konieczności   uzyskania   przyzwolenia   Ukr, 
popędliwość   rozsadzała   mu   żebra   i   buntował   się   przeciw   możliwości 
odmowy.   Jednak   poddał   się   zwyczajom   tych   kobiet,   które   dzieliły   jego 
niebezpieczeństwa.

Gdy   wśród   bambusów   ukazały   się   gwiazdy   podszedł   do   ko-biety-

wodza kończącej posiłek i spytał:

— Czy Ukr odda mi Dżeję na własność?

Ukr, zrozumiawszy, ociągała się z odpowiedzią. Prawa jej plemienia 

były   przedawne,   przez   ciągłe   powtarzanie   nabrały   mocy   i   wyrazistości. 
Kobiety należące do hordy nie mogły łączyć się ani z Lemuryjczykami, ani 
z  Chelejami.  Ale przeżyte  klęski  budziły poważne wątpliwości. Ukr  nie 
wiedziała,   czy   mężczyźni   jej   plemienia   pozostali   jeszcze   przy   życiu,   a 
wszak Aun był ich sprzymierzeńcem.

Wreszcie rzekła:
— Oto   najpierw   musimy   się   pozbyć   wroga.   Wówczas   Ukr

uderzy Dżeję w piersi i Dżeja zostanie kobietą Auna.   .

Ulhamr   zrozumiał   jedynie   część   przemówienia,   płomienna   radość 

napełniła jego serce. Nie zauważył, że Ukr była smutna.

background image

Nie pojmowała dlaczego przedkładał tę młodą, smukłą dziewczynę nad nią, 
kobietę-wodza, o muskularnych ramionach i potężnych szczękach.

Dwa dni nieprzerwanie trwała ucieczka, rzeka była już bliska. Ukazało 

się   pasmo   skał,   podobne   do   tych,   gdzie   obrał   sobie   legowisko   Kot 
Olbrzymi.   Nic   nie   zdradzało   obecności   wrogów,   nawet   Ukr   zaczynała 
wierzyć,  że zaniechali  pogoni. Chcąc  się w tym  upewnić, wspięła się z 
Żurem i Aunem na wyniosłą skałę, która górowała nad okolicą. Stanąwszy 
na szczycie ujrzeli rzekę wijącą się wśród stepów, a za nią, na pobrzeżu 
dżungli, idące ku nim pionowe postacie.

— Ludzie Rude Psy! — rzekła Ukr.

Aun widząc, że ich liczba nie zmniejszyła się, zauważył:

—Nie idą naszym tropem.

,

—Odnajdą go! — zapewniła Ukr. Zur, 
zamyślony, dorzucił:
—Powinniśmy przejść przez rzekę!

Było   to   przedsięwzięcie   dla   najtęższych   nawet   pływaków   prawie 

niewykonalne,   poza   tym   w   mule,   na   kępach   i   przylądkach   roiło   się   od 
krokodyli.   Lecz   Wah   znał   sposób   przeprawiania   się   przez   wody   przy 
pomocy grubych gałęzi lub rozłupanych pni, powiązanych ze sobą lianami i 
łodygami. Poprowadził całą gromadę nad brzeg rzeki, gdzie rosły bujne, 
czarne topole. Dwa powalone pnie, leżące w zatoce, przyśpieszyły pracę. 
Do południa tratwa była ukończona. Lecz wróg znajdował się niedaleko. Na 
zakręcie o jakieś trzy do czterech tysięcy kroków ukazał się jego czołowy 
oddział.

Kiedy odbijali od brzegu, Chelejowie podnieśli gromką wrzawę. Aun 

odpowiedział okrzykiem bojowym, kobiety wyły niczym wilczyce. Płynęli 
skośnie pod prąd. W pewnej chwili zniosło ich w stronę przeciwnika i dwie 
hordy znalazły się naprzeciw siebie, dzieliło je zaledwie jakieś  dwieście 
kroków.  Chelejowie   staji  na   przylądku,   było  ich   dwudziestu  dziewięciu, 
wszyscy   krępi,   o   szczękach   wilczych   i   muskularnych   ramionach.   Z 
okrągłych oczu patrzyło okrucieństwo, gwałt i nienawiść. Niektórzy chcieli

background image

rzucić się wpław, wstrzymał ich pyton i parę -krokodyli, które się 
wyłoniły spośród lotosów.

Tymczasem   Aun,   Zur   i   kobiety   grubymi   gałęziami   nadawali 

tratwie   przeciwny  kierunek.   Przeszła   między   dwiema   wysepkami, 
zakręciła na miejscu, podpłynęła do przylądka, gdzie stali Chelejo-
wie,   potem   pomknęła   na   południo-zachód   i   wreszcie   przybiła   do 
przeciwległego brzegu; kobiety jęły urągać wrogowi.

Mała   horda   zagłębiła   się   w   dżunglę.   Szli   wciąż   naprzód,   aż 

zatrzymała ich odnoga rzeki. Był to płytki strumień, którego korytem 
śmiało mogli postępować. Przedtem jednak Zur powykrawał kawałki 
jeleniej skóry i wytłumaczył, że zanim wyjdą z wody muszą owinąć 
nimi   stopy.   Wylądowali   na   skalistym   występie.   Wszyscy   mieli 
owinięte   nogi,  a   miejsce,   na   którym  się  zatrzymali,  obficie  polali 
wodą.

—   Zur   jest   najchytrzejszy   z   ludzi!   —   wykrzyknął   Aun.   — 

Ludzie Rude Psy pomyślą, że tędy przechodziło stado.

Ponieważ jednak Chelejowie nieraz już odnajdywali ich ślady, 

szli nie zatrzymując się aż do nocy.

background image

CZĘŚĆ DRUGA

W wąwozie

Ziemia stawała się bagnista. Trzeba było przemykać się między 

trzęsawiskami lub wlec nad brzegiem rzeki. Przez dwa dni posuwali 
się naprzód z powolnością płazów. Dalej rzeka traciła na szerokości, 
koryto jej było ujęte w dwie strome ściany. Ogromna skała szyfrowa 
zagradzała   drogę.   Miała   trzy   tysiące   stóp   długości   i   sześćset 
wysokości.   Jej   krańce   tonęły   na   zachodzie   w   głębi   wód,   a   na 
wschodzie w niedostępnych mokradłach. Jedynym przejściem okazał 
się wąwóz na wysokości dwustu stóp, do którego dostęp był możliwy 
przez zbocza najeżone rudymi  głazami. Gdy Aun idący na samym 
końcu dotarł do wylotu wąwozu, przysta-

background image

nął, by zbadać okolicę, Ukr, która szła na czele, zawróciła mówiąc:

—Po tamtej stronie skał są moczary.
—Musimy z powrotem przeprawić się przez rzekę — powiedział Zur 
idący z kobietą-wodzem. — Drzewa jest sporo, możemy przygotować 
tratwę.

Wtem Aun krzyknął, wskazując ręką. Tam, między bagnami, ukazali 

się   ludzie.   Naliczyli   ich   siedmiu.   Osobliwy   wygląd   nie   pozostawiał 
wątpliwości.

— Ludzie Rude Psy! — zawołała Ukr.

Przybywało'ich  coraz  więcej.   Serce  Auna   gwałtownie   zabiło,  silnie 

wdychał niezdrową woń tych błotnych wód, badał głębinę.

— Zanim   tratwa   będzie   gotowa   —   wyszeptał   —   nieprzyjaciel

nadciągnie!

Dookoła   leżały   ciężkie   kamienie,   zawalili   nimi   otwór   wąwozu. 

Większe   zataczał   Aun;   Ukr,   Wah   i   kobiety   znosili   mniejsze.   Ujrzeli 
Chelejów czołgających się pomiędzy szeroko rozlanymi kałużami. Z tymi 
złowrogimi istotami zbliżała się śmierć.

Aun rzekł:

— Syn   Tura   i   trzy   kobiety   będą   bronić   wąwozu.   Zur   z   pozo

stałymi zbudują tratwę.

Człowiek Bez Ramion zawahał się, spod drżących powiek patrzył na 

swego towarzysza. Tamten zdając sobie sprawę z jego obaw, dodał:

— Mamy   cztery   włócznie   i   dwie   ości,   nie   licząc   mej   maczugi

i   oszczepów   kobiet.   Jeżeli   nie   będziemy   mogli   dać.   sobie   rady,
przywołam   was   na   pomoc.   Idź,   jedynie   tratwa   może   nas   urato
wać.

Zur ustąpił. Ulhamrowi miała towarzyszyć Ukr i jedna z kobiet o silnej 

budowie. Gdy namyślał się, którą wybrać, zobaczył  zbliżającą się Dżeję. 
Szła potrząsając bujną grzywą. Chciał ją usunąć, ale spotkał wzrok pełen 
tkliwego  niepokoju.  Zbudziła się w nim  miłość, zrozumiał  tajemną  moc 
wyboru, którą spośród Ul-hamrów znał tylko jeden Naoh. Zatracił pojęcie 
czasu, zapomniał o niebezpieczeństwie i śmierci...

background image

Ludzie   Ognia   nadchodzili.   Utorowawszy   sobie   drogę   przez   bagna, 

rozsypali   się   po   skalistym   wybrzeżu.   Jeden   z   nich,   obrośnięty   jak 
Niedźwiedź,   o   potężnych   barach,   bez   trudu   wywijał   bronią   cięższą   od 
maczugi Auna. W miarę, jak się przybliżali do skał, zataczali coraz szerszy 
łuk, szukając przejść. Kilka ścieżyn ryło się w skałach, wszystkie jednak 
kończyły się u stromych ścian. Jedyną drogą był wąwóz.

Aun, Ukr, Dżeja i trzecia kobieta kończyły go umacniać; gromadziły 

jednocześnie kamienie, by miażdżyć nimi napastników. Do wąwozu można 
było dotrzeć prosto korytem utworzonym przez wiosenne i jesienne wody 
lub skośnie poprzez nieprzeliczone zakręty skalne. W pierwszym przypadku 
walczący mogli wstępować trzema, citerema rzędami; w drugim — tylko 
jeden przeciw jednemu, natomiast dawało im to możność rażenia z góry.

Chelejowie zatrzymali się o sto kroków od skał. Śledzili ruchy Auna i 

kobiet.   Ich   szerokie   twarze   wykrzywiał   szyderczy   śmiech,   a   przez 
rozchylone   sinawe   wargi   połyskiwały   spiczaste   zę-biska.   Nagle   zawyli 
złowrogo, brzmiało to jak wycie wilków lub rudych psów. Aun, potrząsając 
maczugą i włócznią, zawołał:

— Ulhamrowie   zabiorą   Ludziom   Ognia   ich   obszary   łowiec

kie!

Ukr głosem chrapliwym dorzuciła:

— Ludzie   Rude   Psy   wymordowali   braci   naszych   i   siostry.

Nasi sprzymierzeńcy wybiją ich do nogi!

Nastała chwila milczenia. Od bagien szedł wilgotny, ciepły podmuch. 

Nad szczytami szybowały orły i sępy. Potworne jaszczury wylegiwały się 
na   kępach,   w   bezkresnej   dali   rozlegał   się   odgłos   wód,   orzeźwiający, 
żywotny, nieprzebrany, jak za pierwszych dni świata.

Chelejowie rozdzielili  się na dwie grupy.  Pierwszą poprzez głazy i 

obłamy   poprowadził   wódz;   druga   usiłowała   dostać   się,   idąc   prosto   w 
kierunku wąwozu, pod osłoną wyżłobień i występów skalnych.

Aun płomiennym wzrokiem liczył wroga, uniósł procę z na-

background image

łożoną   włócznią.   Ukr   z   towarzyszkami   miały   na   dany   znak   zarzucić 
nadchodzących kamieniami. Lecz ci ukrywali się lub ukazywali ukradkiem 
pomiędzy rozsianymi przeszkodami tak, że nie można było ich dosięgnąć. 
Gdy jeden  z  Chelejów  odsłonił  się  niebacznie,  wnet  zawirowała   proca  i 
włócznia   utkwiła   między   żebrami   wojownika.   Podniosły   się   ryki,   ranny 
znikł. Ulhamr, skupiony, miał już drugi pocisk w pogotowiu.

Wkrótce napastnicy ruszyli naprzód. Najliczniejszy zastęp puścił się 

okrężną drogą, kilku dochodziło na wysokość wąwozu. By rozpocząć walkę 
z   oblężonymi,   musieli   wydźwignąć   się   jeszcze   wyżej   i   wspiąć   się   na 
wysoką krawędź, z której mogliby zeskakiwać pojedynczo.

W międzyczasie ożywił się również pochód idących prosto; zabrzmiał 

potężny   głos   i   we   wściekłym   porywie   pognało   ku   wąwozowi   piętnastu 
ludzi.   Świsnęła   włócznia,   potoczyły   się   głazy.   Krzyki   dzikie   i   żałosne 
odbijały się od skał. Chelejowie nie zwolnili biegu, mimo gęsto lecących 
kamieni i ości.przybliżyli się na osiem kroków od wylotu. Trzech potoczyło 
się   z   urwiska,   dwóch   było   rannych.   Aun   widział   już   rozkołysaną   falę 
ludzkich twarzy, gorejące źrenice, słyszał przyśpieszone oddechy. Natężył 
swe mięśnie i zepchnął ogromny głaz, kobiety z rozpaczliwym wysiłkiem 
staczały   mniejsze   odłamy.   Rozlegały   się   ponure   wycia,   nacierający 
skłębieni, cofnęli się nieco. Ulhamr przystępował do drugiego głazu, gdy 
wtem odłamek szyfrowy ugodził go w czaszkę.

Podniósł głowę i ponad sobą ujrzał złośliwie rozchichotaną rudą twarz, 

jeden po drugim zeskakiwało czterech napastników. Syn Tura cofnął się. 
Oburącz chwycił maczugę, Ukr i Dżeja nadstawiły oszczepy. Pomieścić się i 
walczyć mogło tu po trzech Wo- ■ jowników z każdej strony.

Zapanowało jakby zawieszenie broni. Lęk przed nieznanym 

powstrzymywał Ludzi Rudych Psów. Aun rozważał, czy przywołać innych 
na pomoc. Przed nim stał wraży wódz o potężnych ba-' rach. Jego oszczep 
był o parę stóp dłuższy od broni innych, cała postać tchnęła siłą i pewnością 
zwycięstwa.

Wódz uderzył pierwszy i wnet bok Ulhamra spłynął krwią.

background image

Jednak   Aun   potężnym   ciosem   odbił   wroga   i   zmiażdżył   ramię 
przyskakującego doń wojownika.

Człowiek runął na ziemię, miejsce jego zajął drugi, za nim nadciągali 

inni napastnicy. Wówczas Ukr jęła wołać o pomoc, ten krzyk powtórzyły za 
nią   Dżeja   i   towarzysząca   im   kobieta.   Chele-jowie,   warcząc   jak   wilki, 
wracali do natarcia. Syn Tura trzema uderzeniami odbił trzy oszczepy, u 
dwu potrzaskał groty. Ukr raniła w pierś jednego z Ludzi Rudych Psów, 
lecz walcząca razem z nią wojownica padła z rozpłatanym brzuchem.

Przed olbrzymią maczugą pierzchali wszyscy. Skupili się u wejścia do 

wąwozu,   wódz   podniósłszy   wytrącony   sobie   oszczep,   o   pół   kroku 
wyprzedził swych ludzi. Ci, których broń została uszkodzona usunęli się 
przepuszczając następnych.

Wódz Chelejów znów rzucił się w wir walki, śmiał się przy tym dziko 

i zgrzytał zębami, a bystry wzrok chwytał każdy ruch przeciwnika. Ulhamr 
odskoczył w bok, jednak oszczep rozdarł mu biodro, zachwiał się. Tamten 
już wydawał okrzyk zwycięstwa, gdy nagle spadła maczuga. Zatrzeszczała 
gruba czaszka, z chrapliwym jękiem wódz przechylił się w tył i legł pośród 
swoich.

Między Chelejami zapanowała chwila zamieszania, lecz coraz silniejsi 

liczbą parli naprzód. Groźna maczuga trzaskała oszczepy, miażdżyła piersi, 
Ukr   i   Dżeja   raziły   nieustannie.   Jednak   wobec   ciągle   przybywających 
napastników   należało   rozpocząć   odwrót,   tym   bardziej,   że   dochodzili   do 
miejsca, w którym wąwóz, rozszerzając się, ułatwiłby Chelejom dalszy bój.

Syn   Tura   bezmiernym   wysiłkiem,   łamiąc   dookoła   oszczepy,   zdołał 

powstrzymać   napór   wroga.   Wśród   dzikiej   wrzawy   i   wyzwisk   na   końcu 
wąwozu ukazały się Wilczyce. Proca Zura dwukrotnie wyrzuciła włócznie, 
które   dziurawiły   ramiona,   a   maczuga   Auna   raz   po   raz   wznosiła   się   do 
nieomylnych, niszczących ciosów.

Popłoch ogarnął Chelejów, cofnęli się na całej linii, unosząc ze sobą 

rannych i zabitych. Roztrącali głazy, staczali się po zboczach,   chronili  w 
napotykanych wyżłobieniach lub  pod zręby

background image

skalne.   Na   pobojowisku   pozostawili   jednego   zabitego   i   rannego,   który 
charczał przeraźliwie. Dobiły go kobiety.

Oblegani   stali   jakiś   czas   u   wejścia   do   wąwozu.   Chelejowie   byli 

niewidoczni,   wśród   sterczących   odłamów   skał   leżały   trupy.   Odniesione 
zwycięstwo podniecało kobiety. Nachylone nad głazami głosiły swą chwałę. 
Aun,   choć   ranny,   odczuwał   dumę   i   radość.   Czyż   nie   on   zmiótł   ścianę 
oszczepów, powalił wroga i grozą przejął Ludzi Rudych Psów? Uratował też 
Dżeję, w której pierś godziła włócznia; wtedy oczy ich spotkały się i wobec 
czaru spojrzenia tych wielkich oczu, fala nowych wzruszeń napłynęła do 
jego serca.

Wah mówił:
—Zur i kobiety znaleźli dosyć drzewa. Tratwa jest prawie gotowa.
—Dobrze.   Syn   Tura   z   sześcioma   Wilczycami   zostanie   dla   obrony 
wąwozu. Zur i reszta kobiet niech kończą robotę.
Rozległ   się   żałosny   jęk   -—   skarżyła   się   ranna   wojownica,   czując 

zbliżającą   się   śmierć.   W   twarzy,   zwróconej   ku   niebiosom,   rozszerzone 
źrenice   widziały   niby   przez   lekką   mgłę   duże   sępy   i   białogłowe   kruki 
polatujące   nad   martwymi   ciałami.   Jej   prostą   duszę   wypełniło   jedno 
bezmierne pragnienie. Sunęły przed oczami obrazy puszczy, rannej zorzy, 
dni  tętniących  życiem,  wieczorów u ogniska, od którego  rozchodziło się 
życiodajne ciepło. Była w niej pamięć trwania, której nie mają byki, psy ani 
Lwy,   pamięć   zrodzona   z   mowy,   która   wskrzesza   dni   minione.   Potem 
przyszła krótka chwila gorzkiego żalu, gorączkowego zatopienia w przesz-
łość...   i   wreszcie.mrok.   Błyskawica   oświetlająca   oblicze   śmierci   zgasła, 
pozostało już tylko nędzne ciało, tonące w nieskończoności, twarz stała się 
martwą.   Towarzyszki,   zebrane   koło   niej,   jęły   zawodzić   smutnymi 
monotonnymi   głosami;   było   to   jakieś   nieokreślone   pienie,   w   którym 
zarysowywał się rytm i śpiew człowieka.

Czas upływał. Zdawało się, że Chelejowie odeszli, lecz Aun usłyszał 

podejrzane szmery domyślając się, że tam, po lewej stronie, torują sobie 
drogę, by przedostać się przez szczyty i zamknąć

background image

wąwóz, uniemożliwiając broniącym się odwrót. Jeżeli dopną celu, 
nie minie ich zwycięstwo.

Pomimo   poniesionych   strat   Chelejowie   zachowali   przewagę 

liczby, siły i szybkości. Potężniejszy od nich był jednak Aun i jedna 
tylko   Ukr   mogła   się   równać   z   ich   wojownikami,   lecz   oboje   byli 
osłabieni   przez   otrzymane   rany.   I   syn   Tura   z   wzrastającym 
niepokojem wsłuchiwał się w ruchy nieprzyjaciela.

Wreszcie ujrzano kilku Chelejów. Dotarli na odległość pięciu 

kroków od jednego ze zrębów skalnych, wspinając się po ramionach 
towarzyszy lub ryjąc  stopnie  w kruchym  łupku.  By dostać się  na 
występ, wystarczy im w gładkiej, lekko pochyłej powierzchni wykuć 
pięć, sześć takich stopni. Ulhamr, chcąc ich powstrzymać, miotnął 
ostatnią ością, lecz pocisk odbił się od skały, cisnął parę kamieni, 
oddalenie uczyniło je nieszkodliwymi.

Bezpośrednie   starcie   na   razie   jeszcze   im   nie   groziło.   Istotna 

walka toczyła się w tej chwili pomiędzy budującymi tratwę a ryją-
cymi skałę.

Wobec ciszy w wąwozie Aun posłał dwie kobiety Wahowi na 

pomoc.

Trzeci stopień, a za nim czwarty były już gotowe. Jeszcze jeden, 

a   Ludzie   Rude   Psy   dosięgną   występu   i   zawładną   szczytem.   Ten 
ostatni   stopień   wydawał   się   być   trudniejszy   do   wykucia   od 
poprzednich, ale jeden z Chelejów, stojąc na ramionach towarzysza, 
kuł go z wściekłością.

Wtedy Aun rzekł do wojownic:

—   Idźcie   do   Zura.   Trzeba,   by   tratwa   była   ukończona.   Aun 

będzie sam bronił wylotu.

Ukr,   wzrokiem   zbadawszy   skały,   zwołała   swe   towarzyszki. 

Dżeja odeszła z cichą skruchą. Aun, nachylony, poprzez szczerby w 
skale próbował rzucać kamienie, lecz Chelejowie parli dalej; czołgał 
się nawet wódz, niedawno ogłuszony maczugą syna Tura. W kilku 
susach Aun dopadł wylotu wąwozu spuszczając się na dół, ku rzece. 
Równocześnie na szczycie ukazali się pierwsi Chelejowie.

background image

— Tratwa nie skończona — rzekł Zur — ale doniesie nas na

drugi brzeg.

Na   skinienie   Auna   kobiety  chwyciły   bezkształtne   wiązania   z 

lian i gałęzi i spuściły je na wodę. Podniósł się przeciągły wrzask. 
Nadbiegali Chelejowie. Wojownice bezładnie rzuciły się ku tratwie. 
Gdy Aun z Żurem podążyli za nimi, wróg był oddalony od nich już 
tylko o pięćdziesiąt kroków.

— Zanim   upłynie   osiem   poranków,   wytępimy   Ludzi   Ru

dych Psów! — ryknął syn Tura.

Woda unosiła wątłą tratwę.

background image

Powrót do jaskini

Tratwa nie płynęła równo, porywały ją wiry lub unosił z niepokojącą 

szybkością   wartki   prąd.   Kilkakrotnie   Wilczyce,   chcąc   ulżyć   ciężarowi, 
rzucały się do wody. Wiązana w pośpiechu tratwa mogła się łatwo rozpaść.

Jednak powoli zbliżali się^do brzegu. Tam w dali dostrzegano postacie 

nieprzyjaciół.   Jeżeli   będą   chcieli   wznowić   pogoń   muszą   przeprawić   się 
przez rzekę, a uczynić to mogą jedynie, idąc za przykładem uciekających.

Aun rzekł do Zura:

background image

— Będziemy   szli   bez   zatrzymania   aż   do   wieczora.   Przed   koń

cem czwartego dnia dojdziemy do jaskini.

Spojrzeli na siebie. Ta sama myśl zrodziła się w ich czaszkach.

— Aun i Ukr są ranni — zauważył smutnie Wah.
Ulhamr odrzekł:

— Jeżeli ich nie wyprzedzimy, Ludzie Rude Psy wytępią nas!

Ukr   pogardliwie   wzruszyła   ramionami,   jej   rana   nie   była   głęboka. 

Zerwała   trochę   traw   i   zatamowała   nimi   krew,   Zur   opatrywał   rany 
towarzysza. Po czym, obrawszy kierunek, ruszyli w drogę.

Pochód przez moczary był uciążliwy, ale ku wieczorowi Aun z Żurem 

już rozpoznawali okolicę. Połowę drogi odbyli  spokojnie. Od pasma gór 
bazaltowych dzieliły małą hordę jeszcze dwa dni. Zur mnożył  wybiegi  i 
pomysły, by mylić ślady.

Nad ranem piątego dnia ujrzeli upragnione skały. Ze szczytu pagórka u 

skrętu rzeki  widniał  podłużny cypel  ich przełęczy.  Aun, którego  trawiła 
gorączka,   zwrócił   swój   rozpalony   wzrok   ku   ponurym   skałom 
zagradzającym widnokrąg i chwycił Waha za ramię, szepcząc:

— Zobaczymy znowu Tygrysa Kzamów!
Gardłowy niski śmiech rozchylał jego wargi. Schronisko, gdzie przeżyli 

tyle bezpiecznych dni, ogromny, przyjazny dla nich ' zwierz, jasne poranki i 
wieczory oświetlone purpurą ogniska płonącego u wejścia jaskini, wszystko 
to powracało w obrazach bezładnych, lecz radosnych. Więc nachylając ku 
Dżei twarz zbielałą od utraty krwi, ciągnął dalej:

— W pieczarze będziemy mogli stawić czoła i stu Chelejom!
W tej chwili Ukr wydała przytłumiony okrzyk. Ramię jej

było   wyciągnięte   w   kierunku   ujścia   rzeki.   Wszyscy   wyraźnie   ujrzeli 
nadciągających Chelejów. Rzucono się do ucieczki. Jeżeli nie będą pierwsi 
u   pasma   skał   bazaltowych,   ratunek   będzie   niemożliwy.   A   mieli   do 
przebycia koło dwudziestu tysięcy łokci.

Gdy połowę tej odległości mieli już poza sobą, Chelejowie znacznie 

się zbliżyli, biegli jak szakale. Ten, którego obawiali się

background image

więcej   od   wszystkich   innych   razem   wziętych,   był   osłabiony,   ranny, 
widzieli,  że  szedł   na  końcu   hordy  mocno  utykając,   więc   w  zwycięskim 
podnieceniu rzucali swe okrzyki bojowe.

Ścigani przystanęli na krótką chwilę. Źrenice Auna, płonące gorączką i 

niepokojem, znów szukały oczu Waha; pociągnął go za ramię... Wycia były 
coraz bliższe, Aun spojrzał na Dżeję,' wskazał na swe krwawiące biodro, na 
odległość dzielącą ich od Ludzi Rudych Psów. Westchnął głęboko i puścił 
rękę   towarzysza,   ten   zaś   cwałem   popędził   w   stronę   legowiska   Kota 
Olbrzymiego.

Ulhamr, kobiety i dzieci dochodzili do jaskini.

background image

Kot Olbrzymi

Gdy  Aun   i   wojownice   stanęli   pod  jaskinią,   wyprzedzali   Che-lejów 

zaledwie o dwa tysiące kroków. Ulhamr i Ukr pierwsi wspięli się na płaski 
występ,   by   innym   ułatwić   wchodzenie.   Wciągnięto   najpierw   dzieci, 
następnie kobiety. Gdy trzy ostatnie znajdowały się w połowie wysokości, 
Ludzie Rude Psy jęli obrzucać je ostrymi kamieniami, które odskakiwały od 
skał.   Aun   miot-nął   ostatnią   włócznią,   Ukr   z   towarzyszkami   ciskała 
odłamkami   bazaltu.   Chelejowie,   zbyt   jeszcze   nieliczni,   by   rozpocząć 
natarcie,

background image

cofnęli się poza linię zasięgu pocisków. Gdy przyłączyła się reszta hordy, 
Wilczyce zajęły już jaskinię.

Była   nie   do   zdobycia.   Dostać   się   na   krawędź   można   było   tylko 

pojedynczo,   aby   Stamtąd   wznieść   się   na   płaski   występ,   trzeba   było 
wchodzić   na   ramiona   stojącego   towarzysza.   Tak   więc   proste   uderzenie 
oszczepem   mogło   udaremnić   wszelką   próbę   dostania   się   do   schroniska. 
Rozumieli to Chelejowie. Badali pasmo bazaltowe w nadziei odkrycia innej 
równoległej drogi, lecz wokół jaskini wznosiły się niedostępne ściany.

Ludzie Rude Psy wobec tego postanowili czekać. Głód i pragnienie 

wydadzą im oblężonych. Tam w wąwozie mogli uciekać i przeprawić się 
przez   rzekę.   Tu   dzień,   w   którym   zejdą   na   równinę,   będzie   dniem   ich 
śmierci.   Czyż   dwanaście   kobiet   i   dwóch   wojowników   mężczyzn   może 
sprostać dwudziestu wojownikom w pełni sił?

Gdy wszystkie kobiety znalazły się w schronisku, Aun dwie z nich 

postawił   na   czatach.   Po   czym   zapalił   łuczywo   i   zszedł   w   głąb   jaskini, 
zabroniwszy komukolwiek iść za sobą. Targał nim niepokój. Zdawało mu 
się   niemożliwe,   by   Kot   Olbrzymi   nie   poznał   Zura,   a   jednak   chwilami 
powątpiewał.

Ryk zwierza przyśpieszył jego bieg. Stanął przed szczeliną, za którą 

tak często śledził potwora. I nagle odetchnął z ulgą: drapieżnik i Zur byli 
razem. Urywane sapanie drapieżnika witało Człowieka Bez Ramion.

— Lew     Skalny   jest   zawsze     sprzymierzeńcem   syna   Tura   i   .

.syna Ziemi — rzekł Wah.

Była to chwila niemej radości.

— Czy Ludzie Rude Psy nie poszli po tropie Zura?
— Nie   widzieli,   gdy   Zur   się   odłączył.   Zur   ukrył   się   pomię

dzy głazami.

Zwierz pilnie obwąchiwał Auna przez szczelinę w skałach, wreszcie 

legł sennie. Aun przemówił:

— Zur   wyjdzie,   gdy   nastanie   noc   i   to   razem   z   Tygrysem

Kzamów.   Zostawi   Ludzi   Rudych   Psów   w   spokoju,   dopóki   Aun
nie powróci do sił.

background image

— W   ciągu   dnia   Zur   nie   odejdzie   poza   moczary,   moczary   są

blisko. Aun i kobiety będą potrzebowali wody.

Ulhamr   westchnął.   Widział   moczary,   rzekę,   źródła.   Pragnienie 

podniecone gorączką paliło go. Jakby mimo woli rzekł:

—Pragnienie pali Auna, ale on poczeka do wieczora.
—Woda   jest   w   pobliżu   —   powtórzył   Zur.   —   By   wyzdrowieć   i 
walczyć Aun musi pić. Pójdę po nią.

Skierował   się   do   wyjścia.   Drapieżnik   leniwie   uniósł   powieki,   nie 

wyczuwał   nic   podejrzanego.   Wah   przemknął   się   do   moczaru.   Faliste 
położenie czyniło go niewidocznym z daleka. Ugasił własne pragnienie, po 
czym zanurzył w wodę miech sporządzony ze skóry kozła spiętej kolcami. 
Zawartość jego wystarczała, by napoić kilku ludzi. Zur napełnił go i wrócił 
do   jaskini.   Aun   pił   wolno   długimi   łykami   odżywczą   wodę,   która 
przywracała moc, świeżość i otuchę.

— Ukr jest też ranna — rzekł. — Inne będą piły w nocy.
Zabrał miech i udał się do górnej jaskini. Gdy Ukr zaspokoiła

pragnienie, resztę wody oddał Dżei.

Spał do wieczora i podczas tego snu odbywała się tajemnicza praca 

młodych sił. Gorączka spadła, tkanki spragnione wypoczynku zasklepiały 
brzegi ran. Gdy nad dżunglą konał zmierzch, Ulhamr powstał, by śledzić 
wrogów.  Chelejowie  rozpalili  duże  ognisko. Ich  z gruba  ciosane  twarze 
zwracały się ku skałom, wyczuwało się, że noszą wyraz niezłomnej woli, by 
pokonać i zniszczyć.

Trwożliwy nastrój ogarniał kobiety. Znużone długą ucieczką zasnęły. 

Obudziło   je   pragnienie   silniejsze   od   głodu.   Oczami   pełnymi   rozpaczy 
patrzyły na Auna, myślały o wodzie, którą przyniósł w skórze kozła, a którą 
piły jedynie Ukr i Dżeja. Ufność, którą budzi silny w istotach słabych, raz 
po raz ustępowała lękowi.

Ukr spytała:

—Gdzie poszedł Zur? Syn 
Tura odrzekł:
—Zur da nam mięsa i wody przed końcem nocy.
—Czemu nie jest z nami?

background image

— Ukr dowie sję później.

A widząc, że kobieta-wódz kierowała się w stronę mroku, dodał:

— Aun   sam   zejdzie   w   głąb   jaskini!   Inaczej   będziemy   głodni   i

spragnieni.

Tajemnica   podnieciła   te   ciemne   umysły,   poddały   się   jednak   woli 

Auna,   pokrzepione   nadzieją.   Wilczyce   znały   czasy   głodu   i   posuchy. 
Wszystkie,   nawet   dzieci,   przetrwały   już   nieraz   dotkliwe   braki   i   okrutne 
wyczekiwania.

Gwiazdy pogrążyły się w bezmiar, Ludzie Rude Psy spali. Większość 

kobiet zasnęła z powrotem. Aun również wypoczywał.

W   połowie   nocy   w   głębi   jaskini   wzniósł   się   zew,   który   zbudził 

Ulhamra. Zapalił łuczywo i zszedł na dół. Kot Olbrzymi i Wah powrócili z 
łowów.   Cielsko   ogromnego   jelenia   leżało   w   pieczarze.   Człowiek   Bez 
Ramion   zdążył   już   odrąbać   jedno   udo,   które   wsunął   przez   szczelinę. 
Następnie pobiegł po wodę.

Kiedy Aun powrócił z mięsem i wodą, wszystkie wojownice przejął 

dreszcz, zrodziło się w nich coś w rodzaju bałwochwalczej czci. W jaskini 
znajdowało   się   jeszcze   nieco   suchych   gałęzi,   pozostawionych   przez 
koczowników przed ich długą wędrówką. Aun raz jeszcze przyniósł wody, 
po   czym   rozpalił   ognisko   i   rozkazał   piec   mięso.   Było   to   wyzwaniem   i 
zarazem nieostrożnością. Che-lejscy czatownicy zawiadomili wodza, który 
zerwawszy   się,   patrzył   na   to   ze   zdumieniem.   Całe   wydarzenie   nie 
przedstawiało się prosto. Wódz odgadł, że drzewo znajdowało się w jaskini; 
co   do   mięsa   —   wierzył,   że   pochodziło   ze   zwierzyny,   ubitej   podczas 
ucieczki. Gdyby istniało jeszcze inne przejście, byliby się nim wymknęli. 
Niemniej posłał kilku wojowników na drugą stronę pasma bazaltowego.

Obeszli   je   od   południa,   starali   się   przy   świetle   księżyca   rozróżnić 

wszystkie rozpadliny i pieczary. Nie dostrzegli nic prócz wąskich szczelin, 
załamań  i   wgłębień   pod urwiskami.  Przesmyk,   którym  Zur  ongiś  zbiegł 
przed Lwem, zatrzymał ich na chwilę; gdy go mijali, ukazała się im czarna 
jama. Powietrze nocne przenikała silna woń. Wojownicy, czując bliskość 
jakiegoś drapieżni-

background image

ka, przystanęli, Lecz z kolei wyziewy ludzi dotarły do legowiska. Wysunęły 
się jakieś potworne kształty, ryk wstrząsnął powietrzem, przerażeni rzucili 
się do bezładnej ucieczki. Poznali bowiem najgroźniejszego z mięsożerców.

Wódz   nabrał   pewności,   że   do   oblężonych   prowadzi   jedynie   droga 

strzeżona   przez   jego   ludzi.   Codzienne   pojawianie   się   Auna   i   kobiet   na 
płaskim   występie   rozwiało   ostatnie   wątpliwości,   u-cieczka   była 
niemożliwa. Wystarczało zatem czekać i czuwać. Czas pogromu niechybnie 
nastąpi.

Ulhamr szybko powrócił do zdrowia. Młoda krew goiła ranę, gorączka 

przygasła   tak   dalece,   że   uczył   nadal   kobiety   doskonalszego   obrabiania 
kamieni  służących  za pociski. W  dolnej  pieczarze Zur  w dalszym  ciągu 
zaopatrywał oblężonych w mięso i wodę. Kot Olbrzymi przyzwyczaił się 
chodzić z nim, na wpół świadomy wybiegów człowieka, chętnie poddawał 
się   temu   kierownictwu.   Zur   przewidywał   jego   odruchy,   odgadywał 
zachowanie się zależnie od wydarzeń, wyczuwał odcienie nastroju i stoso-
wał   się   do   nich   tak   zręcznie,   że   w   drapieżniku   budzić   się   poczęło 
przywiązanie   dla   człowieka   o   wiele   trwalsze   niż   dla   zwierzęcia   jego 
gatunku.

Na ósmą noc Aun, zabierając zapasy, rzekł:

— Rana   się   zamknęła.   Syn   Tura   może   już   walczyć   z   Cheleja-

mi.   Jutrzejszej   nocy   Zur   poprowadzi   Tygrysa   Kzamów   na   drugą
stronę skał.

Wah milczał chwilę, po czym rzekł:

— Oto   Zur   dziś   rano   zauważył,   że   w   szczelinie   chwieje   się

jeden   kamień.   Jeżeli   będziemy   mogli   go   oderwać,   to   przejście   bę
dzie   dostatecznie   szerokie,   by   przepuścić   człowieka,   a   za   wąskie
dla Lwa Skalnego.

Położył   rękę   na   głazie   wystającym   u   dołu   szczeliny   i   z   początku 

ledwie dostrzegalnie, potem coraz wyraźniej chwiał nim.

Aun, zachwycony, złączył się z Wahem we wspólnym wysiłku, jego 

muskularne ramię podważyło kamień. Wówczas pociągnął go z całej mocy, 
podczas gdy Zur pchał oburącz. Oberwał się jeden odłam, potem dwa inne. 
Ulhamr odrzucił je poza siebie i

background image

rozpłaszczony na ziemi wsunął się do pieczary. Kot Olbrzymi, podrażniony 
tymi poczynaniami, przestał pożerać swą zdobycz i skoczył niemal groźnie. 
Łagodna pieszczota Zura uspokoiła go, przyjaźnie ob wąchał Auna.

— Będziemy mogli znienacka podejść Ludzi Rudych Psów!

— zawołał Ulhamr.

Wah   wskazał   na   leżący   u   wejścia   dziesiątek   włóczni,   które 

przygotował w ciągu długich samotnych dni.

— Będziemy mogli utrzymać Chelejów na odległość rzutu.

W ciągu następnych dni obaj wojownicy przygotowali jeszcze kilka 

włóczni. O zmierzchu Ulhamr zawiadomił Ukr i towarzyszki:

— Aun   z   Żurem   będą   tej   nocy   walczyli   z   Ludźmi   Ognia.

Niechaj Wilczyce będą w pogotowiu!

Ukr słuchała go z zadziwieniem.

— W jaki sposób Aun połączy się z Żurem?
Począł się śmiać.

—Rozszerzyliśmy przejście pomiędzy jaskinią a pieczarą. Przejdziemy 
na drugą stronę skał i razem ze sprzymierzeńcem napadniemy na Ludzi 
Rudych Psów.
—Czy Aun i Zur mają sprzymierzeńca?
—Tak, jest nim Tygrys Kzamów.

Ukr osłupiała. Lecz w prostocie swej duszy nie zastanawiała się nad 

tym długo. Ufność, jaką w niej wzbudził rosły Ulhamr, była silniejsza nad 
wszelkie zdumienie.

Wojownik mówił dalej:

/■,

— Kobiety   nie   powinny   zejść   na   równinę,   dopóki   Aun   nie

zawoła! Tygrys Kzamów poszarpałby je!

Dżeja,   zachwycona   bardziej   od   innych   kobiet,   spojrzała   na   Auna 

oczami iskrzącymi się od ciekawości.

— Czy Tygrys nie może przejść z jednej jaskini do drugiej?

— zapytała.

— Otwór jest dla niego za mały.

Mrok, twórca złudzeń, bladł między obłokami, drżącym, migotliwym 

światłem jaśniała gwiazda. Aun zszedł do pieczary.

background image

Ognisko   Chelejów   rzucało   słabe   tylko   blaski.   Trzech   ludzi   jeszcze 

czuwało, reszta spała w kotlinie otoczonej głazami, co dawało im pewność, 
że unikną niespodziewanej napaści. Dwóch wartowników drzemało, trzeci 
stosownie do rozkazu wodza chodził dookoła ogniska, często spoglądając 
ku jaskini.

Właśnie   pochylony   dorzucał   drew   do   ognia,   gdy   się   wyprostował, 

ujrzał na skalnej krawędzi postać kobiecą, śledziła go u-ważnie. Wojownik 
pogroził jej oszczepem, śmiejąc się z cicha. Urwał nagle. U stóp pasma 
bazaltowego ukazała się druga postać. Tego wyniosłego wzrostu i szerokiej 
piersi trudno było nie poznać. Człowiek Rudy Pies przyglądał się jej przez 
chwilę zdumiony, pytając w duchu, jak tamtem mógł i ważył się zejść na 
równinę.   Przywołał   wartowników   i   wszyscy   trzej,   wywijając   bronią, 
krzyknęli na trwogę.

Tymczasem Aun odchodził od skał i śmiało zbliżał się do ogniska. 

Gdy   znalazł   się   na   odległość   rzutu,   cisnął   ostrym   kamieniem.   Ugodził 
jednego z nich w głowę, lekko raniąc, było bowiem jeszcze zbyt daleko. 
Drugi kamień zdarł innemu skórę z ramienia. Podniosła się wrzawa i ze 
wszystkich   stron   kamiennego   koliska   zaczęli   ukazywać   się   Chelejowie. 
Wówczas Aun, śmigły, potężny, odpowiedział okrzykiem bojowym.

Nastała krótka przerwa, podczas której Ludzie Ognia przyglądali się 

na przemian to Ulhamrowi, to otoczeniu. Tam w górze do pierwszej kobiety 
przyłączyły się jeszcze dwie inne. Na równinie widoczny był jedynie Aun 
uzbrojony w maczugę i parę kamieni. Wraży wódz, przerażony, starał się 
zrozumieć   położenie.   Nieokreślone   podejrzenia   mieszały   się   z 
przeświadczeniem, że Ul-hamr jest sam. Przemogła  w nim  żądza walki, 
gardłowy   głos   rzucił   rozkaz   natarcia   —   skoczyli   tłumnie.   Dwadzieścia 
zwinnych ciał biegło półkolem na syna Tura, chcąc go otoczyć.

Posłał im ostatni kamień i zaczął uciekać. Szybkość jego zdawała się 

zmniejszać.   Paru   napastników,   bardziej   chyżych,   wysunęło   się   naprzód, 
pędzili zaciekle, podnieceni pewnością zwycięstwa. Chwilami Ulbamr jak 
gdyby się potykał, to znów szalonym wysiłkiem słabnących sił odsądzał się 
od ścigających, by wkrótce

background image

znowu stracić zyskaną odległość. Między wodzem a uciekającym pozostało 
zaledwie   trzydzieści   kroków,   zbliżali   się   do   pasma   bazaltowych   skał, 
zakończonego ostrym cyplem. Chelejowie wyciem witali swe zwycięstwo.

Aun z trwożnym okrzykiem skręcił w bok i skrył się wśród głazów. 

Tworzyły one szereg przejść, które w kierunku południowym zbiegały się w 
jeden szeroki wąwóz.

Wódz przystanął, bystrym wzrokiem obrzucił otoczenie i wysłał kilku 

wojowników dla obsadzenia wylotu, ośmiu innnym rozkazał gonić dalej.

Wtem   rozległ   się   dziki   śmiech,   a   po   nim   straszliwy   ryk.   Ujrzano 

potworne cielsko spadające pomiędzy głazy.

— Ludzie Rude Psy zginą!

Kot Olbrzymi natarł już na Chelejów. Trzech ludzi potoczyło się na 

ziemię z rozprutymi  brzuchami, czwarty padł  z przegryzionym  gardłem. 
Aumz Żurem wydźwignęli się na płaską skałę. Zawirowały proce, włócznie 
wbijały się w piersi, przeszywały ramiona i uda, a drapieżnik wynurzając 
się z przesmyków miażdżył i rwał...

Ludzie   Rude   Psy   pędzili   w   popłochu.   W   ich   ciemnych   mózgach 

niepojęta tajemnica łączyła się z ohydą śmierci. Sam wódz uciekał. Ulhamr 
odzyskał właściwą sobie szybkość, w lamparcich susach dopadł tyłowego 
oddziału i maczuga znów zadudniła na twardych czaszkach.

Kiedy Chelejowie dobiegli do kamienistej kotliny, było ich już tylko 

ośmiu, zabici i niezdolni do walki zostali na pobojowisku.

— Niech Zur zatrzyma Tygrysa! — zawołał Aun.

Zwyciężeni, ukryci w swym umocnieniu, mogli stać się niebezpieczni. 

Owładnęła nimi rozpacz, ich oszczepy miotane zza głazów mogły poranić 
drapieżcę.   

x

Zwierz  dał się zatrzymać  bez  trudu. Dookoła widział  porozrzucaną 

zdobycz. Uspokojony, chwycił w paszczę jedno z leżących ciał i poniósł do 
swej pieczary.

Przez chwilę syn Tura stał wahając się, po czym rzekł:

background image

— Zur   pójdzie   wraz   z   Tygrysem   Kzamów.   Powróci   przez

górną jaskinię i powie kobietom, by były w pogotowiu.

Wah   z   Kotem   Olbrzymim   zniknęli   za   skałami.   Aun   zajął   się 

zbieraniem włóczni z pola walki, niektóre wyciągać musiał z ran, następnie 
zwrócił się ku Ghelejom. Widział ich w przerwach między kamieniami, w 
niektórych   mógł   nawet   mierzyć,   ale   posiadał   duszę   Naoha,   przepojoną 
nieświadomym uczuciem litości.

— Czemu   Ludzie   Rude   Psy   napadli   Ludzi   Włochatych?   Cze

mu chcieli zabić Auna i Kobiety-Wilczyce?

W   głosie   jego   brzmiał   smutek.   Chelejowie   słuchali   w   milczeniu. 

Ulhamr   rozpoznał   wodza   o   głębokiej   piersi,   znakami   wypowiadał 
pragnienie walki. Aun, wznosząc procę, mówił dalej:

— Aun   jest   silniejszy   i   bardziej   szybki   od   wodza   Chelejów   i

może go zabić nie zbliżając się.

Tam w górze, na skale, kobiety radowały się porażką wroga. Śledziły 

przebieg walki, pojawienie się potwornego zwierza i o-garnęło ich dusze 
nadzmysłowe uczucie ufności.

Dżeja   zeszła   pierwsza,   potem   Ukr,   wreszcie   inne   z   wyjątkiem   tej, 

która miała pilnować jaskini.

Zebrane   koło  Auna,   spoglądały   na   kotlinę   z   ponurą   zawziętością   i 

pomne   swych   cierpień,   obrzucały   Chelejów   obelgami.   Tamci   milczeli, 
srodzy, zawzięci, trzymali w pogotowiu swe długie oszczepy. W ukryciu 
głazów bronić się mogli z łatwością i gdyby nie obecność Auna, przewaga 
byłaby po ich stronie. Prócz Ukr żadna z kobiet nie wytrzymałaby boju z 
nimi. Wiedziały o tym, więc pomimo nienawiści zachowywały ostrożność.

Znajdujące się w pobliżu ogniska bawiły się podsycaniem go trawami 

i   chrustem.   Ogień   odżył   i   oświecił   sawannę   wspaniałym   płomieniem. 
Kobiety ze wszystkich stron znosiły drwa, niektóre wołały:

— Ludzie   Rude   Psy   nie   mają   odwagi   walczyć.   Zginą   z   głodu

i pragnienia.

W miarę zwracania się gwiazd ku północy lub ukazywania się ich na 

wschodzie rosły obawa i zniecierpliwienie. Oblężeni wydawali  się znów 
groźni, lękano się zasadzek, kobiety obawiały

background image

się zasnąć.  Aun i Zur rozumieli konieczność walki. Wah rzekł:

— Trzeba zmusić Chelejów do opuszczenia schroniska.
Gdy tak rozważał, przyszła mu nagle myśl.
— Wyjdą   w   obawie   przed   ogniem.   Aun,   Zur   i   kobiety   zacz

ną w nich ciskać zapalonymi głowniami! — zawołał.

Ulhamr  wydał  radosny okrzyk.   Obaj   zabrali  się  do nacinania   wici, 

których   końce   zapalali.   Przywołano   kobiety   i   gdy   zrozumiały   podstęp 
Waha, rzuciły się wszystkie z gorejącymi łuczywami ku kotlinie.

Deszcz   ognia   spadł   na  Chelejów.   Z  początku   nie   reagowali,  ale   w 

końcu   strach   i   wściekłość   zatrzęsły   nimi.   Dym   zapierał   oddechy, 
oparzelizny doprowadzały do szału, żadne niebezpieczeństwo nie wydawało 
się im tak straszne, jak to obecne, grożące śmiercią bez walki.

Krępe cielsko wodza wspięło się na głaz, zawył chrapliwie i rzucił się 

w  bój,  siedmiu  wojowników   skoczyło  za  nim.  Na  rozkaz   Auna  kobiety 
cofnęły się. Dwa razy zawirowała proca dwóch Ludzi Rudych Psów runęło 
na ziemię; z sześciu pozostałych pięciu napadło na Waha i kobiety, szósty 
zwrócił się ku Aunowi stojącemu na uboczu. Syn Tura miotnął włócznią, 
godząc go w ramię, po czym  prostując swą wyniosłą po'stać, oczekiwał. 
Mógł   uciekać,   zmęczyć   wroga,   lecz   wolał   przyjąć   ostateczną   rozprawę. 
Nadbiegającym był wódz o szerokich barach i czaszce z granitu, dzierżył 
nadstawiony oszczep niby potężny róg. Broń spotkała maczugę, zachwiała 
się, cofnęła i wróciła piorunem. Pierś Auna spłynęła krwią, lecz w tej samej 
chwili w odwet spadła maczuga, miażdżąc kości wodza. Padł na kolana 
wypuszczając   broń   z   ręki,   poddawał   się   jak   pokonany   drapieżnik, 
świadomy,   że   nadszedł   koniec.   Aun   podniósł   maczugę,   lecz,nie   uderzył 
więcej. Dziwny kurcz ścisnął mu piersi, była to litość — jemu i Naohowi 
wspólna była ta słabość.

Tam   na   sawannie   legły   dwie   wojownice,   lecz   włócznie   Zura   i 

oszczepy również niosły zniszczenie. Trzech Chelejów, którym Wilczyce 
wypruły wnętrzności, wyło przeraźliwie. Czwarty, najmłodszy, oszalały z 
przerażenia, biegł ku Aunowi. Kiedy znalazł

background image

się   pod   groźną   maczugą,   siły   opuściły   go,   przypadł   twarzą   do   ziemi. 
Kobiety już nadbiegały, by go zamordować... Syn. Tura wyciągnąwszy rękę 
zawołał:

— Jego życie należy do Auna!

Wojownice zatrzymały się, nienawiść wykrzywiła ich twarze, lecz jęki 

ranionych w pierwszej utarczce rozległy się po równinie. Aun słuchał, w 
duszy czuł radość, że Dżei nie było między nimi.

background image

Horda

Aun, Zur i Kobiety-Wilczyce przez trzydzieści dni pozostawali wśród 

pasma skał bazaltowych. Z kobiet umarła tylko jedna, cztery były ranne. 
Zadraśnięcia Auna nie były groźne. Pozbywszy się Chelejów, zawładnęli 
dżunglą,   sawanna   i   rzeką.   Obecność   Kota   Olbrzymiego   trzymała   w 
odległości wielkie drapieżniki.

Zycie ich było bujne i łatwe. Aun z Żurem  w całej pełni zażywali 

wypoczynku po  ciężkich trudach.   Zur lubił ciche chwile

background image

powtórnego wewnętrznego przeżywania wspomnień i obrazów przeszłości. 
Jego* dusza znała urok skupienia się w sobie, była to cecha gatunku powoli 
gasnącego,   przekazywana   od   całego   szeregu   pokoleń.   Budził   się   z   tych 
półsnów   jedynie,   by   przygotowywać   nowe   zasadzki   lub   zbierać   jadalne 
korzenie.

Aun zaś nawet w dni spokojne żył w ciągłym zmaganiu się bujnych 

zmysłów   i   nieuchwytnych   pragnień.   Wprawiały   go   w   zachwycone 
zdumienie lekkie kształty młodego ciała, falowanie spadających  włosów, 
mieniący się blask źrenic Dżei. Wszystko w niej było świeże jak poranek 
nad   rzeką,  jak  kwiaty  na  sawannie.  Niekiedy  znów   przychodziła  chwila 
buntu, stawał się wtedy podobny do innych, pogardzał słabością, a tkliwość 
jego zamieniała się w wojowniczą srogość. Wówczas zwracał się do Ukr, 
gotów   żądać,   by   odprawiła   istniejący   Wśród   jej   plemienia   obrządek: 
chwyciła Dżeję za włosy, zraniła jej piersi kamieniem i cisnęła mu ją do 
nóg.

Kobiety   myślały   jedynie   o   sytym,   bezpiecznym   życiu.   Zatraciły 

zupełnie poczucie samodzielności, losy swe złożyły w ręce Ulhamra. Myśl 
o   przyszłości   nie   mieściła   się   w   obrębie   ich   ograniczonej   wyobraźni. 
Przetrwawszy ciężką niedolę, nie miały innego pragnienia nad tę spokojną, 
co dnia powtarzającą się obfitość. Zgodziły się nawet na wypuszczenie obu 
jeńców. Aun odprowadził'ich aż po rozwidlenie rzeki.

Nadchodziła   pora   deszczów.   Aun   coraz   częściej   myślał   o   hordzie, 

Naohu — pogromcy Kzamów, Czerwonych Karłów i Ag-hoo Włochatego, 
o wieczornych ogniskach i surowych towarzyszach, których okrucieństwa 
nie lubił.

Jednego rana rcekł do Ukr:

—   Aun   i   Zur   wkrótce   połączą   się   ze   swą   hordą,   niech   Wilczyce 

wybiorą dla siebie jaskinię w pobliżu gór. Gdy miną chłody, przywędrują 
Ulhamrowie, zostaną sprzymierzeńcami Wilczyc.

Ukr i jej wojownice poczuły groźny ciężar świata. Znajdowali się na 

równinie w pobliżu rzeki. Gromadą otoczyły syna Tura, najmłodsze głośno 
zawodziły. Dżeja porwała się drżąca, z

background image

oczami pełnymi łez. Aun odurzony patrzył na nią przez chwilę i rzekł:

— Ukr   przyrzekła,   iż   Dżeja   zostanie   kobietą   Auna.   Dżeja

musi być posłuszną.

Zwróciwszy się do Ukr, wyszeptał z lekkim drżeniem w głosie:

— Daj mi Dżeję ża towarzyszkę!

Ukr   rzuciła   na   niego   spojrzenie,   w   którym   przebijał   bezmierny 

smutek,   po   czym   chwyciła   Dżeję   za   kark   i   cisnęła   o   ziemię,   ostrym 
kamieniem przecięła jej skórę przez całą szerokość piersi. Trysnęła krew. 
Aun umoczył w niej usta, a kobieta-wódz wymawiała rytualne słowa, które 
wymawiali jeszcze jej przodkowie, gdy oddawali  kobietę mężczyźnie na 
własność.

Nazajutrz   mały   oddział   wyruszył   w   drogę.   Aun   i   Zur   niechętnie 

rozstawali się z Kotem Olbrzymim. Wah, nie mając w sercu miłości do 
kobiety, bardziej od towarzysza był zasmucony, gorzko żałował jaskini i 
dokonanego przymierza z drapieżcą. Był ostatnim ze swego gatunku i nic 
nie łączyło go z hordą, młodzi Ulhamrowie pogardzali nim.

Powracali przez miejsca, gdzie żółte Lwy umknęły przed Pra-słoniami, 

minęli cypel granitowy, na którym  Macherodus pożarł Nosorożca i gdzie 
sam został ubity przez Auna, następnie dotarli do stromego pasma skalnego 
wrzynającego się w ziemię Chele-jów.

Z   jednego   z   tych   szczytów   odkryli   wtedy   rzekę   i   niesamowite 

czerwone zwierzę, które istniało już w zamierzchłych czasach, kiedy nie 
było jeszcze Lwa i Tygrysa.

Tu   Wilczyce   wybrały   sobie   obszerną   jaskinię,   by   przeczekać   porę 

deszczów,   po   czym   pomogły   Aunowi   i   Żurowi   odszukać   szlak   między 
górami.

Rozstanie było bolesne. Wilczyce traciły siłę, która wybawiła je od 

Chelejów. Odtąd żyć będą smutne, w świecie pełnym  zasadzek. Żegnały 
oddalających się głośnym zawodzeniem. Aun pocieszał je:

— Powrócimy na brzeg wielkiej rzeki!

background image

I on czuł ciężar na sercu. Opuszczał ziemie, na których pokonał liczne 

niebezpieczeństwa i przeszkody, gdzie ludzie i zwierzęta uległy jego mocy, 
gdzie zdobył Dżeję.

Zur marzył o powrocie do skał bazaltowych.

Mijały poranki i wieczory. Aun, Zur i Dżeja wspinali się po stromych, 

górskich ścieżkach, synowi Tura spieszno było ujrzeć hordę. Każdy dzień, 
zbliżający go do niej, napełniał jego młodą duszę niewysłowioną radością.

Przyszła   chwila,   kiedy   znaleźli   się   przed   wąskim   wąwozem, 

ciągnącym się na końcu pasma górskiego i przed szczeliną. Była obecnie 
szersza   i   przebyli   ją   znacznie   łatwiej.   Powrócili   do   jaskiń   i   wód 
podziemnych. W jednej z nich spędzili noc.

Minęły dalsze dwa dni zanim odnaleźli hordę.

Było to przed zmierzchem, u stóp pagórka, w cieniu wysokiej skały z 

porfiru. Kobiety gromadziły chrust i układały stos, Naoh miał go rozpalić. 
Dał   się   słyszeć   głos   wartowników.   Przed   synem   Lamparta   stanął   Aun. 
Zaległo milczenie. Kobiety nieżyczliwymi spojrzeniami obrzuciły Dżeję.

Naoh przemówił surowo:

—Od chwili kiedy wyruszyliście minęła jedna pora.
—Przebyliśmy pasmo gór i odkryliśmy obszerne ziemie łowieckie —■ 
odpowiedział Aun.

Oblicze   Naoha   rozjaśniło   się.   Wspomniał   te   srogie   czasy,   kiedy   z 

Namem i Gawem udali się na poszukiwanie i zdobycie ognia. Przeżywał 
powtórnie walkę z Szarym Niedźwiedziem i Tygrysicą, pogoń Pożeraczy 
Ludzi,   przymierze   z   Mamutami,   zdradliwość   Czerwonych   Karłów   i 
łagodność   Wahów,   puszczę   Ludzi   o   Błękitnej   Sierści,   niespodziewane 
spotkanie   z   Niedźwiedziem   Jaskiniowym   i   okrutną   utarczkę   z   Aghoo 
Włochatym.   Przyniósł   wtedy   ogień,   a   także   tajemnicę   dobywania   go   z 
kamieni, którą odkryli mu Ludzie Bez Ramion.

Rzekł więc:

— Mów. Naoh słucha syna Tura!

Zapalił stos i słuchał opowiadań syna. Zbudziła się w nim dusza żądna 

przygód. Czerwony zwierz zadziwił go, lecz oburzył

background image

się, gdy Aun oświadczył, że Prasłonie były większe od Mamutów.

— Nie   ma   zwierząt   większych   od   Mamutów,   z   którymi

Naoh przebywał w krainie Kzamów!

Potwór, który obrał sobie legowisko wśród gór bazaltowych, był mu 

znany, zwrócił się do Nama:

—- Zabija on Tygrysa równie łatwo, jak Lew zabija panterę!

Przymierze z Kotem Olbrzymim wywołało w nim zachwyt. Spojrzał 

łaskawie na Zura.

— Wahowie   byli   najbardziej   przebiegłymi   spomiędzy   ludzi.

Oni   to   znaleźli   ogień   w   kamieniach.   Przeprawiali   się   przez   wody
na   powiązanych   ze   sobą   gałęziach   i   znali   wody   płynące   pod   zie
mią.

Walka   z   Chelejami   poruszyła   go   silnie,   rozpaliła   płomień   źrenic, 

wyciągniętą rękę położył na ramieniu młodego wojownika i rzekł:

— Aun posiada serce i siłę wodza!

Zebrani  koło nich Ulhamrowie słuchali  nieufnie.  Uważali, że Naoh 

owego czasu dokonał bohaterskich czynów, zdobył ogień i uratował hordę 
ginącą   wśród   chłodnych   skał.   Aun   zaś   powracał   jedynie   z   tą   obcą 
dziewczyną i nędznym towarzyszem, którego nikt nie lubił.

Kuam, syn Jelenia Jaskiniowego, zawołał:

— Aun   powiedział,   że   tamte   ziemie   są   cieplejsze   od   naszych.

Ulhamrowie   nie   mogliby   żyć   na   nich.   Podczas   naszego   pochodu
poprzez   spopielała   równinę   wojownicy   i   kobiety   ginęli   jak   owady
w porze deszczów.

'

Niechętne głosy potakiwały. Aun pojął, że horda bardziej jeszcze niż 

przed wyruszeniem na wędrówkę jest mu nieżyczliwa.

Aun przez osiem dni zażywał  rozkoszy obcowania z ludźmi swego 

plemienia. Chodził z innymi  na łowy lub pozostawał z Dżeją, do której 
kobiety hordy nie zwracały się wcale. Powoli ogarniał go smutek. Czuł, że 
dokonał   rzeczy   równie   doniosłych   jak   Naoh.   Nie   zdobył   ognia,   lecz 
przyniósł  wieść o rozległej, przebogatej  krainie leżącej po tamtej stronie 
gór. Był świadomy

background image

swej  przewagi  nad młodzieżą i siły stawiającej  go na równi z wodzem. 
Ulhamrowie   nie   mieli   dlań   uznania,   nie   podziwiali   go,   wszyscy   woleli 
Kuama,   którego   maczuga   i   włócznia   nie   mogły   się   równać   z   broniami 
Auna. W razie, śmierci  syna  Lamparta  Kuam zostanie wodzem, Kuama 
trzeba   słuchać;   a   będą   to   rozkazy   twarde   dla   Auna   i   będzie   podsycał 
przeciw Żurowi i Dżei tłumioną obecnie nienawiść hordy.

Od dawna zarzucano mu przyjaźń z Wahem, teraz przez połączenie się 

z tą obcą dziewczyną sam stał się prawie obcy. Szczególnie nienawidziły go 
kobiety. Od Dżei uparcie stroniły, a gdy przechodziła koło nich, głośnymi 
pomrukami wyrażały swą niechęć, unikały jej nawet siostry Auna.

O zmierzchu odosobniony z Wahem i Dżeją czuł się upokorzony.

Po kilku dniach zrodził się w nim gniew. Nie starał się już więcej o 

zbliżenie z innymi, zawziął się w odosobnieniu z Żurem i Dżeją. Podczas 
łowów, o ile rozkazy Naoha nie zatrzymywały go przy hordzie, usuwał się 
na   stronę.   Przepędzał   całe   dni   nad   rze*-ką,   a   często   gnany   jakąś 
niewytłumaczalną siłą stawał przed szczeliną, która otwierała się na krainę 
przygód.

Jednego ranka udał się na poszukiwanie Lamparta. Obfitowały w nie 

lasy ciągnące się w pobliżu. Rosłe, przebiegłe i śmiałe, żarłoczne i zwinne, 
trzebiły jelenie, antylopy,  osły stepowe, a nawet młode Żubry.  Naoh nie 
polował   na   nie,   były   one   dlań   nietykalne   wskutek   wierzeń   wspólnoty 
pochodzenia, wyrażonej imieniem. Wielu Ulhamrów obawiało się ich, gdyż 
ranione broniły się z zaciekłością. Mało kto, polując w pojedynkę, ośmielał 
się je zaczepić.

Aun długo krążył po lesie, nie mógł natrafić na ślad zwierza. Strumyk 

sączył   się   leniwie   w   krzemiennym   łożysku.   Koczownik   poczuł   woń 
lamparcią, zapadł wśród paproci i znieruchomiał.

Nad górnym biegiem strumienia wznosiło się urwisko skalne, tworząc 

jakby pieczarę. Drzemał w niej jakiś zwierz z łbem wsuniętym pod łapy, 
czuł się zupełnie bezpiecznie. Aun pomimo znacznej odległości i słabego 
oświetlenia poznał w nim Lamparta.

background image

Dzieliło go od niego około tysiąca dwustu kroków. Wojownik podszedł na 
osiemset kroków, zwierz nie poruszył się. Kiedy zanurzył się w gąszczu 
wysokich   traw,   podniósł   się   okrągły   łeb,   wśród   skalnych   pomruków 
zapaliły się dwa płomienie z bursztynu i szmaragdu.

Aun   przypadł   do   ziemi,   drapieżnik   jął   wietrzyć.   Przez   chwilę 

błyszczące ślepia badały przestrzeń, po czym paszcza pochyliła się, czarno i 
żółtawo   cętkowane   cielsko   zastygło   w   bezruchu.   Aun   przeczekał   dobrą 
chwilę,   zanim   zaczął   posuwać   się   dalej.   Musiał   przejść   jeszcze   około 
dwustu kroków, by móc miotnąć włócznią. Z tej odległości pocisk nawet 
celny nie mógł ranić śmiertelnie, ale Aun spodziewał się, iż rozwścieczony 
zwierz przyjmie walkę.

Powiał lekki wietrzyk, unosząc woń łowcy. Skorzystał z tego czym 

prędzej i posunąwszy się o sto pięćdziesiąt kroków naprzód, ukrył się za 
drzewem.

Lampart   znowu   podniósł   łeb,   nasłuchiwał,   wreszcie   wyszedł   z 

legowiska, by lepiej zwietrzyć podejrzane wyziewy.

Nagle rozległ się bek. Spośród drzew wyskoczyła sarna. Lampart w 

susach puścił się za nią. Bezbronne stworzenie skoczyło w stronę drzewa, 
za którym ukrywał  się Aun. Wojownik powstał i wprawił procę w ruch. 
Lampart   ugddzony   w   kark   zamiau-czał   przeraźliwie.   Zaskoczony 
znienacka, zawahał się. Przez chwilę śledził przeciwnika, po czym wśliznął 
się pomiędzy paprocie.

By   uniknąć   niespodziewanego   napadu,   Aun   stanął   na   odkrytym 

miejscu, trzymając w jednej ręce maczugę, w drugiej włócznię. Zwierz nie 
ważył   się   jakoś   zaczepić   człowieka.   Poprzez   roślinność   widział   go 
doskonale,   szukał   sposobu,   by   niepostrzeżenie   podejść   i   spaść   mu   na 
grzbiet.

Szał jego minął, nie czuł prawie rany.  Dotychczas  udawało mu się 

uniknąć   zasadzek   Ulhamrów.   Tym   razem   przeczuwał   groźnego   wroga. 
Próbował   obejść   stanowisko,   ale   gdziekolwiek   się   obrócił,   wszędzie   na 
odległość  kilku susów widział człowieka. Alin, spostrzegłszy nakrapiane 
futro, cisnął włócznią. Zboczyła w paprociach, Lampart cofnął się w głąb 
puszczy.

Po lesie od jakiegoś czasu prócz Auna krążyły inne istoty; ło-

background image

wca poczuł, iż zbliżał się oddział ludzi. Wydał porozumiewawczy okrzyk i 
pobiegł śladem zwierza. Tu i tam ukazały się głowy, posypały włócznie, ale 
bez skutku. Nagle wyłoniła się muskularna postać Kuama, który wypuścił 
ość z procy.  Lampart  trafiony w bok podskoczył, zawrócił  na miejscu i 
stanął,   gotów   do   walki.   Kuam   znikł,   wszystkie   głowy   pochowały   się, 
jedynie Aun był widoczny."

Lampart przestał się wahać, w trzech susach znalazł się przy synu Tura 

i natarł. Maczuga zatrzymała go i powaliła na ziemię druzgocząc czaszkę, 
zwierz potoczył się, wydając chrapliwy dźwięk skonał!

Wówczas   podbiegli   Kuam   z   towarzyszami.   Aun,   wsparty   na 

maczudze, sądząc, iż będą podziwiali jego siłę, patrzył na nich z łagodną 
życzliwością,   odczuwał   urok   wspólnego   pochodzenia.   Lecz   otaczały   go 
twarze surowe. Jeden z towarzyszy Kuama, oddany mu tak, jak Zur oddany 
był Aunowi, zawołał:

— Kuam powalił Lamparta!

Potakiwał mu głośny pomruk. Kuam stanął nad martwym cielskiem, 

wskazując na grot tkwiący głęboko między żebrami. Aun oburzył się.

— Kuam nie zabił Lamparta!

Ulhamrowie zawyli szyderczo, pokazując na grot. Mężczyzna, który 

poprzednio ogłosił zwycięstwo swego przyjaciela, rzekł:

— To właśnie Kuam! Aun tylko dobił Lamparta!

Syn Tura podniósł do góry maczugę, gniew zawrzał w jego piersi, 

zawołał z pogardą:

— Co   znaczy   jeden   Lampart!   Aun   pokonał   czerwonego

zwierza,   Tygrysicę   i   Ludzi   Rudych   Psów.   Jeden   tylko   Naoh   rów
ny mu jest siłą.

Kuam nie ustępował. Czuł dokoła siebie piersi i ramiona oddanych mu 

towarzyszy.

— Kuam nie lęka się ani Lwa, ani Tygrysa.

Smutne rozczarowanie zaciążyło na sercu Auna. Był obcy wśród ludzi 

własnego plemienia. Chwyciwszy ubitego zwierza cisnął go im pod nogi!

background image

— Bierzcie!   Syn   Tura   nie   będzie   walczył   z   Ulhamrami,   po-

darowuje im Lamparta.

Nie szydzili więcej, ich okrutne oczy wpatrywały się nieruchomo w 

wyniosłą  postać  i  groźną  maczugę.  Skrycie  uznawali  tę siłę,  równą  sile 
wielkich   drapieżników.   Ale   nienawidzili   jej   i   gardzili   zawartą   w   niej 
łagodnością.

Aun,   rozdrażniony   i   pełen   zniechęcenia,   powrócił   do   obozo

wiska.   Pod   osłoną   wysokiej   skały   porfirowej   zastał   samotnie   sie
dzącą   przygnębioną   Dżeję.   Ujrzawszy   go,   powstała   z   cichą   skar
gą. Policzek jej broczył krwią.

.\

— Czy   Dżeja   skaleczyła   się?   —   zapytał,   obejmując   ją   ramie

niem.

Odpowiedziała szeptem:

v

—Kobiety obrzuciły Dżeję kamieniami.
—Obrzuciły Dżeję kamieniami?

Skinęła głową, dreszcz przebiegł koczownika, a nie widząc nikogo w 

obozowisku, spytał:

—Dokąd poszły?
—Nie wiem.

Opuścił głowę nasrożony. Nurtujący go ból stawał się nieznośny. W 

ciszy,  która nastąpiła,  pojął,  iż  dalsze  przebywanie  w hordzie  było  dlań 
niemożliwe.

— Czy   Dżeja   wolałaby   powrócić   do   Wilczyc   z   Aunem   i   Żu

rem?

Spojrzała na Auna, oblicze jej wyraziło radość, była istotą potulną i 

bojaźliwą.   Cierpiała   wśród   Ulhamrów,   znosiła   nienawiść,   pogardę   i 
szyderstwa  kobiet,  przygnębienie   jej  zwiększało  się przez   nierozuniienie 
mowy hordy.  Nie śmiała się skarżyć  i byłaby zamilczała  o skaleczeniu, 
gdyby nie pytanie Auna. Krzyknęła:

—Dżeja pójdzie, dokąd pójdzie Aun!
—A czyż nie woli ona żyć pośród swej hordy?
—Tak — wyszeptała.
—Powrócimy więc na brzeg wielkiej rzeki.

Westchnęła z ulgą i przycisnęła głowę do ramienia mężczyzny.

background image

Kiedy znaleźli się we troje z Wahern, który przyszedł z wycieczki do 

podziemnej   krainy,   syn   Tura   odciągnął   go   na   stronę   od   obozowiska, 
nadeszli bowiem myśliwi i kobiety.

— Otóż   —   rzekł   stanowczym   głosem   —   Aun   pragnąłby   zno

wu zobaczyć Wilczyce, Tygrysa Kzamów i wysoką jaskinię.

Zur   podniósł   swój   błędny   wzrok,   uśmiech   rozchylił   jego   usta. 

Wiedział, iż towarzysz przeżywał smutne dni wśród hordy, jemu również 
ciężko było na sercu.

— Zur będzie szczęśliwy w wysokiej jaskini!

Te słowa rozproszyły ostatnie wątpliwości koczownika. Udał się więc 

do   Naoha   wypoczywającego   na   ustroniu   pod   porfirowym   urwiskiem   i 
oświadczył:

— Wojownicy   nie   lubią   syna   Tura.   Chce   on   powrócić   na

drugą   stronę   gór.   Będzie   żył   z   Kobietami-Wilczycami   i   pozostanie
sprzymierzeńcem Ulhamrów.

Naoh słuchał z powagą. Miał do młodzieńca słabość, ale wiedział o 

wstręcie, jaki żywiła doń horda, przewidywał ciężkie walki.

— Tak,   horda   jest   niezadowolona,   iż   Aun   przebywa   jedynie

z   obcymi   —   zgodził   się   z   nim.   —   Nie   wybaczy   mu,   jeżeli   zostanie
tutaj.   Ale   Ulhamrowie   szanują   sprzymierzeńców.   Walczyli   obok
Ludzi   Bez   Ramion.   Będą   woleli   Auna,   gdy   ich   opuści.   Otóż   na
wiosnę   Naoh   poprowadzi   swoich   na   drugą   stronę   góry,   zajmie
płaskowyż,   podczas   gdy   Wilczyce   pozostaną   na   równinie.   Jeżeli   z
nastaniem   chłodów   zajdzie   w   dolinę,   nie   będzie   polował   na   jed
nym   brzegu   z   Aunem.   W   taki   sposób   przymierze   zostanie   zapew
nione!

Położył rękę na ramieniu młodzieńca i dodał:

—- Syn Tura mógł być wielkim wodzem wśród Ulhamrów,

gdyby nie przedkładał Waha nad innych, ludzi, a obcą dziewczynę

— nad kobiety swego plemienia.

Aun pojął całą głębię tych słów. Ale niczego nie żałował, Zur

i Dżeja drożsi mu byli ponad wszystko. Bolesny tylko będzie brak
Naoha.

— Aun   przyniesie   kły   i   błyszczące   kamienie   dla   syna   Lam

parta!

background image

Zmierzch zapadał. Cichy smutek spłynął na obu mężczyzn. Dusze ich 

były jednakie, lecz jakże odmienne przeznaczenie! Obaj poświęcili swe siły 
i   odwagę   na   odkrywanie   ziem   dalekich   i   wysiłki   równej   niemal   miary 
uczyniły ojca — wodzem, syna — wy-gnańcem.

background image

Zakończenie

Od wczorajszego rana para Macherodusów osiedliła się pośród skał, 

oddalonych   o   trzysta   kroków   od   pieczary   Wilczyc.   Zręczność,   siła, 
przebiegłość   i   odwaga   tych   pożeraczy   gruboskórych   zwierząt   była   im 
znana. Żadna nie ośmieliła się wyjść z jaskini. Poprzedniej nocy czerwony 
zwierz   długo   krążył   wokół   schroniska.   Od   czasu   do   czasu   zbliżał   się, 
słychać było miauczenie i chrapliwy oddech. Wówczas wszystkie kobiety 
poczynały   wyć   ciskając   ostrymi   kamieniami.   Głazy,   ciernie   i   gałęzie 
nagromadzone dla obrony, przeszkadzały w miotaniu, pociski chybiały. Na 
szczęście  zwierza  nęciła  inna  zdobycz,   lecz   w  dzień  bądź  samiec,   bądź 
sami-

background image

ca pomiędzy jednym a drugim snem powracały, by śledzić te tajemnicze 
istoty.

Nadchodziła pora deszczów.

Kobiety   ukryte   za   umocnieniem,   w   cieniu   skał   porfirowych, 

rozmyślały   o   koczowniku,   który   pokonał   Ludzi   Rudych   Psów.   To 
wspomnienie wzmagało ich troskę. Swoimi włóczniami i maczugą byłby 
pozabijał czerwone potwory.

Wczorajsze   łowy  Macherodusów   musiały   być   liche,   bowiem   przed 

zmierzchem   przyszły   podpatrywać   jaskinię.   Ciemne   obłoki   zasnuły 
niebiosa, dzień był pochmurny, przejmujący wiatr dął od równiny, wyjąc 
wśród   skał.   Dzieci   płakały.   Wilczyce   stłoczone   u   wyjścia   spoglądały. 
ponuro na świat. Ukr zaczęła już przypuszczać, że drapieżniki nie opuszczą 
tak prędko swego legowiska w skałach.

Wiatr   szalał   coraz   silniej.   Oba   Macherodusy   pojawiły   się   przed 

schroniskiem,   złowrogo   porykując.   Ukr   z   rozpaczą   w   sercu   wystąpiła 
naprzód, by zarządzić przygotowania do obrony.

Nagle podłużny pocisk przeszył powietrze. Jedno ze zwierząt, samiec, 

ugodzony   w   kark,   gwałtownym   susem   rzucił   się   ku   Wilczycom.   Przez 
otwory wysunęły się oszczepy. Drugi pocisk wbił się w czerwone cielsko, 
przejmujący  ryk  zagłuszył  łoskot  wiatru,   skoczyła   jakaś  ogromna   masa, 
zawirowała straszliwa maczuga.

Kobiety bezładnie rzuciły się, by usuwać głazy, zagradzające wejście 

do schroniska. Macherodus leżał martwy, jego samica, przerażona krzykiem 
śmierci i ukazaniem się tylu istot, uciekła ku rzece.

Wilczyce, radując się głośno, otoczyły wybawcę. Ich ogromne twarze 

promieniały, szeroko rozwarte oczy wpatrywały się w Auna z zabobonnym 
zachwytem.   Wraz   z   nim   wracało   bezpieczeństwo,   pewność   zwalczania 
żywiołów, zwierząt i ludzi. I syn Tura czuł, że nigdy już nie rozpocznie 
życia z Ulhamrami.

— Aun i Zur powrócili do Wilczyc. Nie opuszczą ich więcej. Będą żyć 

razem w wielkiej jaskini, w pobliżu której pokonali Ludzi Rudych Psów.

W miarę, jak mówił, ogarniał je szał radości. Wilczyce po-

background image

chyliły się przed nim na znak posłuszeństwa i miłowania. Serce tłukło mu w 
piersi, zapomniał o goryczy powrotu do ludzi swego plemienia, marzył o 
nowej hordzie, która się rozrośnie pod jego przewodnictwem.

—Ukr i Wilczyce będą twymi wojownicami — rzekła ko-bieta-wódz. 
— Gdzie ty żyć będziesz, tam i one żyć będą! Będą wypełniać twoją 
wolę i stosować się do twych zwyczajów.
—Zostaną   groźnymi   —   zapewnił   Aun.   —   Nauczą   się   władać   i 
przygotowywać ości, włócznie, topory i proce. Nie będą się obawiały 
Ludzi Rudych Psów, ani czerwonego zwierza!

Kobiety   nazbierały   gałęzi,   wspaniały   ogień   przemówił   w 

ciemnościach,   trwoga   przed   zasadzkami   nocy   odeszła.   Te   młode   istoty 
przepełniła szczęśliwość rozlewna, bezkresna.

Jeden   tylko  Zur  zachował  pewien   smutek.   Radość  ogarnie  go,  gdy 

ujrzy pasmo skał bazaltowych i Kota Olbrzymiego.

Poprzez zawieruchę na dwunasty dzień mała horda dotarła do jaskini. 

Nietoperze,   które   szukały   tu   schronienia,   pierzchły,   ze  świstem   wzleciał 
jastrząb.   Aun,   stojąc   na   szerokiej,   płaskiej   krawędzi,   wyciągnął   rękę   w 
kierunku   sawanny   i   dżungli.   Wszędzie   roiło   się   od   zwierząt,   wody 
dostarczały   pożywienia   niezliczonym   rzeszom   sumów,   żółwi,   krokodyli, 
hipopotamów,   pytonów,   purpurowych   czapli,   żółtogłowych   żurawi, 
czarnych   bocianów,   ibi-sów,   kormoranów   i   kaczek.   Sawanna,   dżungla   i 
puszcza   były   krainą   łosi,   jeleni,   antylop,   danieli,   osłów,   koni,   mułów, 
byków, bizonów. Papugi, gołębie, ptactwo przelotne, bażanty obsiadały ga-
łęzie.   Mnoga,   różnorodna   roślinność   przynosiła   w   darze   swe   korzenie, 
łodygi i owoce. Aun czuł, iż potęgą przewyższa największe z drapieżców i 
że jest obdarzony bujnymi sokami zdobywczej rasy.

Wah powoli szedł do dolnej pieczary. Stanął koło szczeliny i zajrzał w 

głąb — była pusta. Drżący, wyczołgał się przez otwór i jął rozglądać się w 
mrokach. Świeże jeszcze szczątki leżały obok starych kości, wyziewy Kota 
Olbrzymiego trwały w ciemnościach. Syn Ziemi opuścił jaskinię i rozpoczął 
poszukiwania z niepokojem w sercu, myśląc o drapieżnikach, które mogły 
się kryć

background image

wśród   zarośli.   Ale   już   na   pobrzeżu   puszczy   oblicze   jego   zajaśniało 
radością.

— Skalny Lew!

Tam,   pomiędzy   bambusami,   na   cielsku   muflona   siedział   ogromny 

zwierz. Na głos człowieka podniósł swój potworny łeb, zamruczał z cicha i 
pognał ku niemu.

Zur  był  szczęśliwy.  I kiedy Tygrys  Kzamów znalazł  się przy nim, 

Wah obie ręce zanurzył w gęstej grzywie.

Duma, nie mniejsza od dumy Auna, rozsadzała jego wątłą pierś.

Koniec