Harry Harrison
Młot i miecz
Część pierwsza - Thrall
The Hammer And The Cross
PrzełoŜył Piotr Szarota
Wydanie oryginalne: 1993
Wydanie polskie: 1995
Qui credit in Filium, habet vitam aeternam; qui autem
incredulus est Filio, non videbit vitam, sed ira Dei manet
super eum.
Kto wierzy w Syna, ma Ŝywot wieczny, kto zaś nie słucha
Syna, nie ujrzy Ŝywota, lecz gniew BoŜy ciąŜy na nim.
- Ewangelia Św. Jana, 3:36
Angusta est domus: utrosque tenere non potent. Non vult
rex celestis cum paganis et perditis nominetenus regibus
communionem habere; quia rex ille aeternus regnat in caelis,
ille paganus perditus plangit in inferno.
Domostwo jest wąskie; nie pomieści wszystkich. Król
Niebieski nie ma Ŝyczenia wiązać się z tymi, którzy sami
mienią się królami; jeden tylko nieśmiertelny król włada w
Niebiesiech, pogańscy królowie niechaj jęczą w Piekle.
- Alcuin, diakon Yorku, A.D. 797
Gravissima calamitas umquam supra Occidentem acci-
dens erat religio Christiana.
Największą plagą, jaka spadła dotąd na Zachód, było
chrześcijaństwo.
- Gore Vidal, A.D. 1987
Rozdział pierwszy
PÓŁNOCNE WYBRZEśE ANGLII, A.D. 865
Wiosna. Początek wiosny na przylądku Flamborough, gdzie skały Yorkshire
wcinają się w morze, niczym harpun waŜący miliony ton. Z przylądka rozciąga się
widok na Morze Północne, skąd nieustannie grozi atak wikingów. W obliczu tego
zagroŜenia władcy niewielkich królestw anglosaskich zaczęli niechętnie jednoczyć
swe siły. Niechęć brała początek w naznaczonej zbrodniami i wzajemną nienawiścią
historii Anglów i Sasów, którzy przybyli na Wyspy przed kilkoma wiekami. Były to
plemiona dumnych i szlachetnych wojowników, którzy pokonali wojska walijskie i -
jak powiedziałby poeta - zawładnęli tą ziemią.
WielmoŜny Godwin zaklął cicho okrąŜając drewnianą palisadę otaczającą
niewielki fort wzniesiony na najdalej wysuniętym krańcu przylądka. Wiosna! Być
moŜe w innych rejonach tego kraju wydłuŜające się dni i jasne wieczory to zieleń
traw, kwitnienie jaskrów i krowy z nabrzmiałymi mlekiem wymionami, jednak tu, na
przylądku Flamborough, wiosna zwiastuje wiatr. Oznacza towarzyszące zrównaniu
dnia z nocą burze i wichury. Za plecami pozostawił Godwin niskie i powykrzywiane
drzewa, które stały w szeregu jak ludzie; te na samym początku były najniŜsze, kaŜde
następne było o kilka cali wyŜsze. Wskazując w ten sposób kierunek wiatru,
wskazywały jednocześnie morze. Z trzech stron szara toń wznosiła się i opadała
powoli, Ŝywa i groźna niczym olbrzymie zwierzę. Pojawiające się na powierzchni fale
rozrywane były po chwili gwałtownymi podmuchami wiatru, tak Ŝe toń znowu
stawała się płaska. Szare morze, szare niebo, szkwał zacierający linię horyzontu, cały
ten świat pozbawiony był Ŝywszego koloru, nie licząc chwil, kiedy rozpędzone fale
rozbijały się o skalne ściany przylądka wzbijając fontanny rozpylonej wody. Godwin
stał tam juŜ tak długo, Ŝe nie zwracał uwagi na grzmot rozbryzgującej się wody. W
końcu poczuł jak woda, która zdąŜyła juŜ zmoczyć jego płaszcz i kaptur, zaczyna
spływać po twarzy. Początkowe uczucie świeŜości zastąpił teraz smak soli.
W sumie to bez róŜnicy - pomyślał zrezygnowany. Tak czy inaczej woda była
jednakowo zimna. Mógłby wrócić do szałasu, wyrzucić precz niewolników i ogrzać
przy ogniu zmarznięte stopy i dłonie. W taki dzień nie naleŜało obawiać się najazdu.
Wikingowie byli Ŝeglarzami, mówiono nawet, Ŝe najlepszymi na świecie, a nie trzeba
być przecieŜ wielkim Ŝeglarzem, aby wiedzieć, Ŝe wypływanie na morze w taki dzień
nie ma sensu. Wiatr był wschodni, północno-wschodni - jak zauwaŜył Godwin,
doskonały gdy płynęło się z Danii, jednak trudno wyobrazić sobie manewrowanie na
tak wzburzonym morzu. Niepodobna teŜ myśleć o bezpiecznym przybiciu do brzegu.
Nie, to było zupełnie wykluczone. Równie dobrze mógłby wygrzewać się teraz przy
ogniu.
Godwin popatrzył z tęsknotą w stronę szałasu i sączącego się stamtąd dymu
rozwiewanego wciąŜ przez wiatr, odwrócił się jednak i znów zaczął przechadzać się
wzdłuŜ palisady. Tak jak nauczył go jego władca. „Lepiej nic nie myśl, Godwin” -
zwykł mawiać. „Nie myśl: moŜe przypłyną dzisiaj, moŜe nie przypłyną. Nie myśl, Ŝe
lepiej jest czuwać o pewnej porze dnia niŜ o innej. Gdy jest widno, stój na skale.
Obserwuj morze przez cały czas. W przeciwnym razie, któregoś dnia będziesz myślał
jedno, a jakiś Stein albo Olaf pomyśli sobie co innego i zdąŜy przybić do brzegu i
wedrzeć się dwadzieścia mil w głąb lądu, zanim zdołamy go zatrzymać, jeŜeli w
ogóle nam się to uda. A będzie nas to kosztować sto istnień ludzkich i sto funtów w
srebrze, naszą trzodę i spalone obejścia. Potem przez lata całe ludzie nie będą płacić
dzierŜawy. Bądź więc czujny, mój tanie, inaczej ucierpią twoje własne dobra”.
Tak mówił jego władca, Ella, a czarny kruk Erkenbert pochylił się nad
pergaminem i skrzypiącym piórem począł wypisywać tajemne wersy, których Godwin
lękał się bardziej niŜ wikingów. „Dwa miesiące słuŜby na przylądku Flamborough -
odczytał w końcu - powierzam mojemu tanowi Godwinowi. Ma czuwać aŜ do trzeciej
niedzieli po Ramis Palmarum”.
Kazali mu czuwać, więc będzie im posłuszny. Jednak nie musi się przy tym
umartwiać. Godwin wrzasnął na niewolników, aby przynieśli mu gorącego piwa z
przyprawami, które kazał wcześniej przygotować. Natychmiast pojawił się jeden z
nich niosąc przed sobą kubek. Godwin spojrzał na niewolnika z głęboką niechęcią.
Przeklęty głupiec. Godwin trzymał go u siebie, miał bowiem ostry wzrok, lecz był to
powód jedyny. Zwał się Merla. Kiedyś był rybakiem. Raz przyszła cięŜka zima, Merla
prawie nic nie łowił i popadł w długi u swoich dziedziców, mnichów z opactwa Św.
Jana w Beverley. Najpierw sprzedał łódź, aby spłacić długi i nakarmić Ŝonę oraz
przychówek. Potem, kiedy pieniądze się skończyły i nie stać go juŜ było na jedzenie,
musiał sprzedać swą rodzinę komuś bogatszemu. Na końcu sprzedał się sam swoim
mnichom, a oni oddali go na słuŜbę Godwinowi. Przeklęty głupiec. Gdyby ten
niewolnik był człowiekiem honorowym, sprzedałby się na samym początku, a
pieniądze oddał krewnym Ŝony, tak Ŝe mogliby przyjąć ją do swego domu. Gdyby był
rozsądny, sprzedałby najpierw Ŝonę i dzieci, a zatrzymał łódź, wtedy miałby jeszcze
szansę na ich wykupienie. Lecz Merla nie był ani rozsądny, ani honorowy. Godwin
odwrócił się plecami do wiatru i morza i pociągnął tęgi łyk z wypełnionego po brzegi
kubka. Przynajmniej widział, Ŝe nikt z niego nie pił. MoŜna ich było wyszkolić
jedynie porządnym biciem.
Ale na co się teraz gapi ten Ŝałosny rogacz? Na co wskazuje, rozdziawiając usta?
- Statki! - krzyknął wreszcie Merla. - Statki wikingów, dwie mile od brzegu! Są
tam! Spójrz, panie!
Godwin odwrócił się bez zastanowienia i zaklął, gdy gorące piwo prysnęło na
dłoń. Usiłował dojrzeć to, co wskazywał niewolnik. Czy to nie jakiś punkt, w miejscu,
gdzie chmura styka się prawie z falami? Nie, nic tam nie ma. ChociaŜ... Naprawdę
trudno było dostrzec coś dokładnie, wysokość fal dochodziła chyba do dwudziestu
stóp, co wystarczyło, aby przesłonić praktycznie kaŜdy statek płynący ze zwiniętymi
Ŝ
aglami.
- Znowu je widzę - krzyknął Merla. - Dwa statki, jeden niedaleko drugiego.
- Długie łodzie?
- Nie, panie, to knory.
Godwin cisnął za siebie kubek, chwycił rękę niewolnika swoim Ŝelaznym
uściskiem i spoliczkował go dwukrotnie przemokniętą skórzaną rękawicą. Merla
stracił oddech i skulił się z bólu, lecz nie miał odwagi zasłonić się przed ciosem.
- Mów po angielsku, ty sobacze pomiotło! I mów do rzeczy.
- Knor, panie, to statek handlowy. Głęboko wydrąŜony, do przewoŜenia towarów
- zawahał się przez chwilę, bojąc się ujawnić swoją wiedzę, a zarazem wystraszony
konsekwencjami jej zatajenia. - Mogę je rozpoznać dzięki... dzięki kształtowi ich
dziobów. To muszą być wikingowie. Nasze statki wyglądają inaczej.
Godwin spojrzał ponownie na morze, jego gniew zaczynał stopniowo ustępować
wątpliwościom i rosnącemu przeraŜeniu, które ścisnęło zimną obręczą Ŝołądek.
- Merla, słuchaj co teraz powiem - szepnął. - Zastanów się dobrze. JeŜeli to
wikingowie, muszę postawić na nogi całą naszą straŜ przybrzeŜną. KaŜdego, stąd aŜ
do Bridlington. W gruncie rzeczy to tylko nędzni kerlowie i niewolnicy. Nic się nie
stanie, jeśli wyciągniemy ich teraz z wyrek i odciągniemy od nie domytych małŜonek.
Ale będę musiał zrobić coś jeszcze. Jak tylko straŜe zostaną zwołane, poślę
posłańców do opactwa w Beverley, do mnichów od Św. Jana, twoich panów, jak
pewnie pamiętasz.
Urwał wpatrując się w rozszerzone przeraŜeniem oczy Merli, który pamiętał aŜ za
dobrze swoich opiekunów.
- ...A oni wezwą tanów Elli i ogłoszą werbunek. Nie będzie najlepiej, gdy
przyjadą tutaj, a piraci zmylą nas i zamiast na Flamborough wylądują na Spurn,
dwadzieścia mil stąd. Wtedy będzie juŜ za późno, lecz teraz moŜemy się jeszcze
namyślić, gdzie posłać oddziały. Jeśli przyjadą tu w taką pogodę, w deszcz, zupełnie
na próŜno, z powodu fałszywego alarmu jakiegoś durnia, a na dodatek jeśli
wikingowie zajdą ich od tyłu... Oj, będę miał wtedy kłopoty, Merla - Godwin pchnął
osłabionego z niedoŜywienia niewolnika na ziemię, a jego głos stał się ostrzejszy. -
Przysięgam jednak na wszechmogącego Boga, Ŝe ty, Merla, będziesz tego Ŝałował do
końca Ŝycia. Zresztą po laniu, jakie ci sprawię, moŜe nie będzie to trwało tak długo.
Wiedz jednak, Ŝe jeśli tam są naprawdę statki wikingów, a ty pozwolisz, Ŝebym nie
wszczął alarmu, oddam cię z powrotem czarnym mnichom i powiem im, Ŝe nic mi po
tobie.
Odetchnął głęboko i popatrzył na Merlę.
- A teraz, gadaj! Są tam statki wikingów, czy nie?
Niewolnik spojrzał badawczo na morze - na jego twarzy znać było napięcie.
Pomyślał, Ŝe nie powinien był w ogóle się odzywać. Co to dla niego za róŜnica, czy
wikingowie zajmą Flamborough, albo Bridlington, albo nawet samo opactwo
Beverley? Nie wezmą go przecieŜ w gorszą niewolę, a moŜe nawet ci obcy poganie
okaŜą się lepszymi panami niŜ jego chrześcijańscy władcy. Za późno juŜ jednak na
takie myśli. Niebo przejaśniło się na chwilę i raz jeszcze dostrzegł statki, których
Godwin, stary szczur lądowy, wciąŜ jeszcze nie widział. Merla skinął głową.
- Dwa statki wikingów. Dwie mile stąd na południowy wschód.
Po chwili Godwin był juŜ daleko wykrzykując rozkazy, wołając pozostałych
niewolników, krzycząc aby przyprowadzić mu konia, przynieść róg. Zwoływał swój
niewielki oddział rycerzy. Merla wyprostował się i rozglądając się uwaŜnie podszedł
wolno do południowo-zachodniego naroŜa palisady. Co jakiś czas niebo przejaśniało
się. Merla widział rozbijające się na brzegu fale, najbardziej nieprzyjazny,
najniebezpieczniejszy dla statków odcinek angielskiego wybrzeŜa. Zebrał z palisady
kępkę mchu i patrzył jak ulatuje porwana wiatrem. Na jego zatroskanej twarzy
pojawił się ponury uśmiech.
MoŜe i ci wikingowie to dobrzy Ŝeglarze, ale znaleźli się w złym miejscu, z
bardzo złym wiatrem wiejącym im prosto w plecy. JeŜeli wiatr nie osłabnie, jeśli nie
powstrzymają ich nagle pogańskie bóstwa z Walhalli, nie ma dla nich ratunku. Nie
zobaczą juŜ nigdy swojej Jutlandii.
Dwie godziny później setka ludzi stała juŜ wzdłuŜ piaszczystego wybrzeŜa na
południe od przylądka. Ubrani byli w grube kamizelki ze skóry i skórzane nakrycia
głowy, uzbrojeni zaś we włócznie i drewniane tarcze. Jedynie Godwin miał hełm z
metalu, kolczugę i przypasany u boku miecz z mosięŜną rękojeścią. Ludzie ci byli
wartownikami, straŜą wybrzeŜa. Ich zadaniem nie miało być odparcie wroga, gdyŜ
nigdy nie byliby w stanie sprostać świetnie wyszkolonym wojownikom z Danii i
Norwegii. Gdyby pozostawić ich samych sobie, uciekliby niechybnie zabierając ze
sobą w pośpiechu dobytek i rodziny. Mieli jednak zostać wkrótce wsparci przez
zwerbowanych przez tanów Northumbrii rycerzy, dla których walka oznaczała
moŜliwość powiększenia majątku. TakŜe wartownicy liczyli, Ŝe uda im się w
odpowiednim momencie włączyć do potyczki i zebrać łupy. Lecz ostatnie łupy wzięte
zostały przez Anglików aŜ czternaście lat temu, a na dodatek miało to miejsce w
odległym królestwie Wessex, gdzie działy się róŜne cuda.
Przyznać jednak trzeba, Ŝe pośród wartowników brak było oznak trwogi,
wydawali się nawet pogodni. Byli to w przewaŜającej większości rybacy, których
Ŝ
ywiołem stało się Morze Północne, najgorszy zbiornik wodny na świecie, biorąc pod
uwagę nawiedzające to miejsce mgły, sztormy, olbrzymie fale i zdradzieckie prądy. Z
biegiem czasu, kiedy statki stały się juŜ bardziej widoczne, wszyscy zaczęli myśleć
podobnie jak Merla - wikingowie nie mieli szans. Wartownicy byli zgodni, Ŝe szansę
udanego ataku ze strony nieprzyjaciół były znikome.
- Problem polega na tym - rzekł główny sędzia okręgu zwracając się do Godwina
- Ŝe jeśli postawią teraz Ŝagiel, mogą poŜeglować w trzy strony: na zachód, północ
albo na południe. JeŜeli popłyną na zachód - męŜczyzna nakreślił linię na mokrym
piasku - wpadną w nasze ręce, jeśli popłyną na północ - rozbiją się o przylądek, biada
jednak jeśli uda im się go wyminąć, wtedy bowiem będą mieli wolną drogę aŜ do
samego Cleveland. Ale na szczęście wiemy coś, czego oni nie mogą wiedzieć. W
okolicy przylądka jest silny prąd. Diabelnie silny prąd. Będą mogli co najwyŜej
posterować swymi... - zawahał się, niepewny jak daleko moŜe się posunąć w
obecności Godwina.
- Dlaczego nie popłyną więc na południe? - wtrącił Godwin.
- Tego właśnie będą próbować. Myślę, Ŝe ich przywódca, jad, jak go nazywają,
wie, Ŝe jego ludzie są juŜ wycieńczeni. Mają za sobą koszmarną noc i ponury
poranek, kiedy zorientowali się gdzie ich wiatry przywiodły - sędzia pokiwał głową
jakby w geście zrozumienia.
- A więc nie są tak wspaniałymi Ŝeglarzami - wykrzyknął Godwin z satysfakcją. -
A poza tym Bóg jest po naszej stronie. Parszywi z nich poganie, wrogowie Kościoła.
Zamieszanie, jakie nagle wybuchło w szeregach wojowników, uwolniło sędziego
od konieczności repliki, na którą nie mógł się jakoś zdobyć. Obaj męŜczyźni
odwrócili się automatycznie.
Na ścieŜce biegnącej wzdłuŜ linii przypływu zatrzymała się grupka dwunastu
męŜczyzn. Właśnie zsiadali z koni. CzyŜby to pospolite ruszenie - pomyślał Godwin.
Tanowie z Beverley? Nie, przecieŜ nie zdąŜyliby przyjechać w tak krótkim czasie.
Pewnie dopiero dosiadają swych koni. MęŜczyzna kroczący na samym przedzie był z
pewnością szlachcicem. PotęŜny i krzepki, miał jasne włosy i jasnoniebieskie oczy
oraz dumną postawę człowieka, który nigdy nie musiał trudnić się orką i siewem.
Jego szkarłatne nakrycie głowy ozdobione było złotem, złoto połyskiwało teŜ na
rękojeści miecza. Za plecami męŜczyzny kroczył młodzieniec, który wydawał się jego
mniejszą i młodszą kopią, z pewnością syn. Obok zaś szedł inny młodzian, wysoki i
wyprostowany jak wojownik, lecz o ciemnej karnacji, ubrany skromnie w tunikę i
wełniane spodnie. Parobkowie z trudem utrzymywali w miejscu wierzchowce
pozostałych sześciu dobrze uzbrojonych wojowników, naleŜących bez wątpienia do
ś
wity jakiegoś bogatego tana.
Idący na przedzie męŜczyzna w geście powitania wzniósł otwartą dłoń.
- Nie znacie mnie - zaczął. - Jestem Wulfgar, tan króla Edmunda z East Anglii.
Przez oddział wartowników przeszedł szmer dezaprobaty.
- Zastanawiacie się, co tutaj robię. Zaraz wam wytłumaczę. Nienawidzę wikingów
- szerokim gestem wskazał wybrzeŜe. - Wiem o nich więcej niŜ niejeden człowiek. W
moim kraju, na północy, jestem straŜnikiem wybrzeŜa z rozkazu króla Edmunda. JuŜ
dawno zrozumiałem, Ŝe my Anglicy nigdy nie pozbędziemy się tego plugastwa, jeŜeli
walczyć będziemy osobno. Przekonałem o tym swojego króla, a on wysłał poselstwo
do waszego władcy. Obaj postanowili, Ŝe powinienem pojechać na północ i
porozmawiać z mądrymi ludźmi z Beverley i Eoforwich, aby ustalić wspólne plany.
Zeszłej nocy zmyliłem drogę i spotkałem twoich ludzi niosących posłanie do
Beverley. Przyjechałem więc na pomoc. Czy dasz mi swe pozwolenie?
Godwin skinął głową. W końcu, któŜ moŜe wiedzieć czy ten prostak sędzia nie
gada bzdur, pomyślał. MoŜe tym psubratom uda się jednak tu wylądować, a wtedy
parunastu rycerzy więcej bardzo się przyda.
- Witaj i podejdź bliŜej - rzekł po namyśle.
Wulfgar pokiwał głową z widoczną satysfakcją - Widzę, Ŝe zjawiam się w
odpowiedniej chwili.
Na morzu miała rozegrać się za chwilę tragedia. Jeden ze statków wyprzedził
drugi o jakieś pięćdziesiąt jardów i nieuchronnie zbliŜał się do brzegu. Wiatr i fale
miotały nim na wszystkie strony. Nagle wpłynął na mieliznę i przechylił na bok.
Załoga zaczęła biegać w popłochu po pokładzie próbując zepchnąć statek z powrotem
na pełne morze.
Było juŜ jednak za późno. W kierunku statku pędziła ogromna fala. Anglicy
usłyszeli stłumiony przez wiatr krzyk rozpaczy, który przywitali z entuzjazmem. Była
to siódma fala, ta która zawsze dochodzi najdalej w stronę lądu. W jednej chwili okręt
znalazł się na jej wierzchołku, a przez burty posypała się kaskada skrzyń i beczek.
Potem ze straszliwą siłą statek rzucony został o skaliste nabrzeŜe i oczom Anglików
ukazały się walczące z Ŝywiołem postacie, rozpaczliwie chwytające się
wyrzeźbionego w kształcie smoka dziobu. Wkrótce wszystko zakryła kolejna fala, a
kiedy opadła, widać juŜ było tylko unoszące się na powierzchni deski.
Rybacy pokiwali głowami, kilku się przeŜegnało. JeŜeli to dobry Bóg ocalił ich od
wikingów, to na chwilę tę czekali juŜ od bardzo dawna.
Drugi statek musiał wybrać inną drogę, oznaczało to, Ŝe popłynie z wiatrem na
południowy wschód. Było jasne, Ŝe wikingowie nie zamierzają biernie czekać na
ś
mierć. Za sterem pojawił się potęŜny męŜczyzna i zaczął pospiesznie wykrzykiwać
rozkazy. Jego rudą brodę widać było nawet z brzegu. Załoga zaczęła rozwijać Ŝagiel,
który natychmiast wypełnił się wiatrem. Statek pomknął nowym kursem i nabierając
coraz większej szybkości rozcinał teraz powierzchnię wody. Oddalał się wyraźnie od
Flamborough, kierując się w stronę przylądka Spurn.
- Uciekają nam! Za mną! Na konie! - krzyknął Godwin i odtrącając na bok swego
giermka ruszył galopem w pościg. TuŜ za nim pogalopował Wulfgar i cała jego
druŜyna, z wyjątkiem ciemnowłosego chłopca, który zwrócił się w stronę stojącego
bez ruchu sędziego.
- Czemu zostałeś? Nie chcesz ich schwytać?
Sędzia uśmiechnął się szeroko i przysiadł na piasku.
- Musieli spróbować - rzekł wreszcie rzucając w powietrze garść piasku. - Nie
pozostało im nic innego. Lecz nie dopłyną daleko.
Rzekłszy to wstał i ruszył ku swoim ludziom. Podzielił ich na trzy oddziały.
Pierwszy miał zostać na plaŜy i czekać na ewentualnych rozbitków, drugi
pogalopował w ślad za Godwinem i druŜyną Wulfgara, trzeci zaś zaczął przemierzać
wybrzeŜe kłusem, śledząc kurs ocalałego statku.
Wkrótce nawet szczury lądowe zdały sobie sprawę z tego, co sędzia dostrzegł od
razu. Okręt wikingów skazany był na zagładę. Dwukrotnie załoga starała się obrócić
go dziobem w stronę pełnego morza. Dwóch męŜczyzn pomagało rudobrodemu
wodzowi przy sterze, pozostali mocowali się z olinowaniem. Za kaŜdym razem fale
okazywały się silniejsze od ludzi i statek wciąŜ posuwał się równolegle do linii
wybrzeŜa.
Po kolejnym manewrze sytuacja wikingów uległa jeszcze pogorszeniu. Nawet dla
niedoświadczonych Godwina i Wulfgara róŜnica była zauwaŜalna. Wiatr wydawał się
teraz silniejszy, morze bardziej wzburzone, a statek znoszony był wyraźnie przez silny
prąd zatokowy. Rudobrody męŜczyzna wciąŜ stał u steru wykrzykując bez przerwy
komendy. Lecz z kaŜdą chwilą, cal po calu, statek zbliŜał się do Ŝółtawej linii
znaczącej początek mielizny. Było jasne, Ŝe zaraz nastąpi katastrofa.
Płynąc całą naprzód okręt zarył się nagle w twardy Ŝwir. Maszt pękł z trzaskiem i
upadł pociągając za sobą połowę załogi. W przeciągu jednej chwili statek rozpadł się
jak łupina orzecha i zniknął pod falami. Na powierzchni pozostało jedynie olinowanie
i niewielkie kawałki potrzaskanego drewna, które znaczyły miejsce katastrofy.
Pośród nich rybacy dostrzegli ludzką głowę. Rudą głowę wodza wikingów.
- Jak sądzisz, uda mu się, czy nie? - spytał Wulfgar. Widzieli go teraz wyraźnie,
jakieś pięćdziesiąt jardów od brzegu. Utrzymywał się wciąŜ w tym samym miejscu,
nie próbując płynąć dalej, odkąd zobaczył zmierzające w swoim kierunku potęŜne
fale.
- Będzie próbował - odparł Godwin, nakazując swoim ludziom podejść bliŜej do
brzegu. - Jeśli mu się powiedzie, schwytamy go.
Rudobrody zdecydował się wreszcie i zaczął płynąć rozcinając taflę wody
potęŜnymi uderzeniami ramion. Wiedział, Ŝe tuŜ za nim nadciąga wielka fala. Nagle
uniosła go wysoko i poniosła do przodu. Starał się utrzymać na szczycie, jakby chciał
przy jej pomocy znaleźć się na samej plaŜy i wylądować miękko niczym biała piana
podchodząca pod podeszwy skórzanych butów Godwina i Wulfgara. Prawie mu się
udało, jednak tuŜ przed samym brzegiem fala załamała się z przeraŜającym hukiem.
MęŜczyzna przygnieciony został jej cięŜarem, przetoczony do przodu, a następnie
uniesiony z powrotem wraz z odpływem.
- Dalej, brać go - krzyknął Godwin. - Ruszajcie się, tchórze! Nic wam nie zrobi.
Dwóch rybaków wystąpiło naprzód i weszło pomiędzy fale. Wzięli rudobrodego
pod ręce i zaczęli ciągnąć do brzegu. Początkowo bezwładny, wyprostował się nagle.
- On Ŝyje - wymamrotał Wulfgar w osłupieniu. - Ta fala była wystarczająco duŜa,
aby złamać mu kark.
Kiedy nogi rudobrodego dotknęły wreszcie stałego gruntu, rozejrzał się wokół i
widząc przed sobą osiemdziesięciu uzbrojonych ludzi wyszczerzył zęby w
promiennym uśmiechu.
- Co za powitanie - mruknął pogardliwie.
W jednej chwili odwrócił się i zadał jednemu z trzymających go rybaków
dotkliwy cios krawędzią stopy. Anglik jęknął z bólu i uwolnił ramię wikinga, który
wyprostował palce i wbił je w oczy drugiego z nich. Tamten krzyknął przeraźliwe,
zakrył twarz dłońmi i upadł na kolana. Widać było krew spływającą po jego rękach.
Teraz wiking wyciągnął zza pasa zakrzywiony nóŜ, wychylił się w stronę tłumu,
błyskawicznie złapał najbliŜej stojącego rybaka i rozpłatał mu brzuch. Kiedy reszta
cofnęła się przeraŜona, odrzucił nóŜ i wyrwał z rąk trupa włócznię i topór. Minęła
zaledwie chwila odkąd zjawił się na lądzie, a powalił juŜ trzech męŜczyzn. Nikt nie
zamierzał pójść w ich ślady.
- No dalej! - parsknął rubasznym śmiechem i odrzucił głowę do tyłu. - Ja jeden,
was wielu. Kto chce walczyć z Ragnarem - krzyknął gardłowym głosem. - Który z
was jest wielkim panem, który idzie pierwszy? Ty, czy ty? - wskazał włócznią
Godwina i Wulfgara, którzy stali teraz osamotnieni, podczas gdy ich ludzie nadal
cofali się w popłochu.
- Musimy go pojmać - mruknął Godwin dobywając miecza. - Szkoda, Ŝe nie mam
tarczy.
Wulfgar poszedł za nim, jednak wcześniej krzyknął jeszcze do jasnowłosego
chłopca, który stał o krok od niego.
- Wracaj, Alfgar. Spróbujemy go rozbroić, resztę zrobią kerlowie.
Dwóch Anglików zaczęło się zbliŜać z obnaŜonymi mieczami, tymczasem wiking
zdawał się tylko na to czekać, potęŜny niczym niedźwiedź, i z pogardliwym
uśmiechem na ustach.
Nagle wyskoczył do przodu z szybkością szarŜującego dzika wprost na Wulfgara.
Ten odskoczył przeraŜony i pośliznąwszy się upadł niezgrabnie. Rudobrody
zamachnął się toporem i chybił przecinając powietrze, drugi cios wymierzył juŜ
jednak dokładnie. Lecz nim zdołał dosięgnąć Wulfgara, coś pociągnęło go do tyłu i
pozbawiło równowagi. Wiking upadł twardo na mokry piasek, bezskutecznie próbując
uwolnić ręce. Była to sieć, zwykła sieć rybacka. Przyniosło ją dwóch ludzi pod wodzą
sędziego, a teraz zaciskali ją coraz ciaśniej. Jeden z nich wyrwał z dłoni wikinga
topór, drugi przygwoździł do ziemi drugą rękę łamiąc za jednym zamachem drzewce
włóczni i trzymające je palce. Następnie, juŜ bezbronnego, potoczyli po piasku,
owijając w kolejne zwoje jakby to był pies morski lub rekin.
Wulfgar zbliŜył się do nich kulejąc i wymienił spojrzenia z Godwinem.
- Co my tu mamy? - mruknął. - Coś mi mówi, Ŝe nie jest to tylko zwykły kapitan
pechowego okrętu.
Następnie nachylił się, przyjrzał szatom wikinga i dotknął delikatnie materiału.
- Kozia skóra, dobrze wyprawiona. Mówił o sobie Ragnar. Złapaliśmy samego
Lothbroka. Ragnara Lothbroka.
- Nie nam więc decydować o jego losie - zauwaŜył Godwin po chwili milczenia. -
Musimy go zabrać przed oblicze króla Elli.
Nagle przerwał mu głos młodego, ciemnowłosego chłopca, który przybył z
Wulfgarem.
- Króla Elli? - spytał. - Myślałem, Ŝe królem Northumbrii jest Osbert.
- Nie wiem jak wychowujecie ludzi w waszym kraju - Godwin zwrócił się do
Wulfgara z wymuszoną uprzejmością - wiem tylko, Ŝe jeśli mój człowiek
powiedziałby coś takiego, kazałbym mu wyrwać język. Chyba Ŝe jest to twój krewny.
Nikt nie mógł go zobaczyć w mroku stajni. Ciemnowłosy chłopiec oparł głowę o
siodło i wybuchnął płaczem. Plecy paliły go jak Ŝywy ogień, a jego wełniana tunika
lepiła się od krwi. Nikt jeszcze nie wychłostał go tak dotkliwie, a zaznał juŜ w swym
Ŝ
yciu wiele cierpienia.
Wszystko przez tę wzmiankę, Ŝe są spokrewnieni, był tego pewien. Miał tylko
nadzieję, Ŝe nie płakał zbyt głośno i nikt obcy go nie usłyszał. Nie pamiętał juŜ dobrze
ostatnich wypełnionych bólem godzin. Przypominał sobie, Ŝe długo jechał przez
jakieś pustkowia starając się trzymać prosto w siodle. Czy dotarli aŜ do Eoforwich?
Nie pamiętał.
Teraz chciałby uciec jak najdalej. Kiedy wreszcie zdoła zmyć z siebie winę ojca?
Kiedy uwolni się w końcu od nienawiści ojczyma?
Gdy Shef uspokoił się trochę, zaczął rozpinać popręg mocując się z twardą skórą.
Był pewien, Ŝe Wulfgar uczyni z niego wkrótce swego niewolnika, załoŜy na szyję
Ŝ
elazną obręcz i nie zwaŜając na nieśmiałe protesty matki sprzeda na jakimś targu, w
Thetford, albo w Lincoln. Na pewno weźmie za niego spore pieniądze. PrzecieŜ kręcił
się często koło kuźni, gdzie ukrywał się przed gniewem ojczyma, poza tym lubił
ogień, pomagał kowalowi, dął w miechy, rozkuwał surowe Ŝelazo, z czasem zaczął
nawet wyrabiać własne narzędzia. W końcu wykuł swój własny miecz.
Kiedy zostanie niewolnikiem, nie będzie mu wolno go zatrzymać. Kto wie, moŜe
powinien juŜ teraz uciekać. Niewolnikom udaje się czasem zbiec, zazwyczaj jednak
nawet nie próbują.
Zdjął siodło i rozejrzał się po obcej stajni w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłby
je połoŜyć. Drzwi otworzyły się nagle wpuszczając do środka smugę światła i powiew
zimna.
- Jeszcze nie skończyłeś? - spytał pogardliwie Alfgar. - Lepiej to juŜ zostaw,
przyślę zaraz giermka. Mój ojciec wezwany został na naradę z królem i moŜnymi.
Potrzebuje sługi, który czuwałby za jego krzesłem i nalewałby mu piwa. Ja się do tego
nie nadaję, ty pójdziesz. Czeka juŜ na ciebie jeden z tanów, Ŝeby dać ci dokładne
instrukcje.
Oto Shef, wychłostany tak, Ŝe ledwo trzymał się na nogach, posłany zostaje do
zamku króla, wzniesionego niedawno na ruinach rzymskich fortyfikacji. W sercu
chłopca coś poruszyło się gwałtownie, poczuł nagle przypływ podniecenia. Narada?
MoŜni ludzie? Pewnie zadecydują o losie jeńca, tego wielkiego wojownika. Będzie
miał o czym opowiadać Godivie, Ŝaden z mędrków w Emneth nie wymyśli lepszej
historii.
- I trzymaj język za zębami - ciągnął Alfgar - w przeciwnym razie, naprawdę
wyrwą ci język. I zapamiętaj raz na zawsze: to Ella jest teraz królem Northumbrii.
Poza tym nie jesteś krewnym mego ojca.
Rozdział drugi
- Sądzimy, Ŝe to Ragnar Lothbrok, ale skąd niby mamy to wiedzieć - spytał król
Ella.
Dwunastu męŜczyzn siedziało wokół okrągłego stołu, wszyscy na niskich
taboretach, wszyscy z wyjątkiem króla, który zasiadał na wielkim rzeźbionym tronie.
Obecni w większości ubrani byli jak król, bądź jak Wulfgar, który znajdował się po
jego lewej stronie. Mieli na sobie płaszcze skrojone z jaskrawej materii, których nie
zdejmowali z uwagi na panujące w sali przeciągi oraz ozdobione złotem i srebrem
nadgarstki. Złotem połyskiwały takŜe ich klamry, sprzączki i pasy. Zebrał się tu kwiat
rycerstwa Northumbrii, posiadacze wielkich obszarów ziemskich na południu i
wschodzie kraju, wierni stronnicy króla, którym udało się wynieść go na tron i obalić
jego rywala Osberta. Na swych taboretach czuli się nieswojo, jak przystało na ludzi,
którzy większość Ŝycia spędzili na własnych nogach, bądź w siodle.
Przy stole siedziało jeszcze czterech męŜczyzn, którzy trzymali się razem, jakby
celowo izolując się od rycerstwa. Trzech z nich miało na sobie czarne szaty i kaptury
mnichów od Św. Benedykta, czwarty nosił strój biskupi. Siedzieli wygodnie rozparci,
trzymając w pogotowiu gliniane tabliczki i rylce, gotowi zapisać kaŜde
wypowiedziane przy stole słowo, przygotowani do forsowania własnych opinii.
Jeden z męŜczyzn zdecydował się odpowiedzieć na pytanie, zadane przez króla.
Nazywał się Cuthred i był kapitanem straŜy przybocznej.
- Nie moŜemy znaleźć nikogo, kto mógłby go rozpoznać - przyznał. - Wszyscy,
którzy mieli okazję zmierzyć się kiedyś w otwartej walce z Ragnarem, nie Ŝyją.
Wszyscy z wyjątkiem walecznego tana króla Edmunda, który dziś tu z nami zasiada.
Nawet to nie przesądza jednak, Ŝe człowiek ten to rzeczywiście Ragnar Lothbrok.
Myślę jednak, Ŝe to on. Po pierwsze dlatego, Ŝe nic nie mówi. Nie chwaląc się,
potrafię skłonić ludzi do mówienia, ten kto mi się opiera, nie moŜe być zwyczajnym
piratem. To musi być człowiek, któremu się wydaje, Ŝe jest kimś. Po drugie: co robiły
tutaj te statki? Wiemy, Ŝe wracały z południa i zostały zepchnięte z kursu, tak Ŝe przez
kilka dni musiały walczyć z Ŝywiołem. Wiemy teŜ, Ŝe były to statki handlowe. Jakie
towary wiezie się zwykle na południe? Niewolników. Nie chcą tam wełny ani futer,
nie chcą piwa. Ci ludzie na statkach byli więc handlarzami niewolników wracającymi
po załatwieniu transakcji. Ragnar jest handlarzem niewolników i jest to na pewno
ktoś, kto się liczy. Wszystko pasuje, nie mamy tylko dowodów.
Cuthred pociągnął tęgi łyk piwa ze swojego kubka, wyczerpany nieco długą
przemową.
- Jest jednak coś, co mnie ostatecznie przekonało. Co wiemy o Ragnarze? -
Cuthred rozejrzał się po twarzach siedzących wokół stołu męŜczyzn. - Z pewnością
to, Ŝe jest łajdakiem.
- Rabował kościoły i gwałcił zakonnice! - wykrzyknął arcybiskup Wulfhere
siedzący po przeciwnej stronie stołu. - Dopadły go wreszcie własne grzechy!
- Ośmielam się jednak zauwaŜyć - dodał Cuthred - Ŝe jest jedna rzecz, która
odróŜnia Ragnara od pozostałych bezboŜników i wrogów Kościoła. Ragnar posiada
wiele cennych informacji. Jest trochę podobny do mnie, potrafi zmusić ludzi do
mówienia. Słyszałem, Ŝe ma na to własny sposób - kapitan zniŜył głos. - JeŜeli uda
mu się kogoś schwytać, pierwszą rzeczą, którą robi jest, bez Ŝadnych wstępnych
rozmów czy dyskusji, wyłupienie ofierze oka. Potem wciąŜ milcząc znów sięga w
stronę głowy tamtego człowieka gotowy wyłupić mu drugie. JeŜeli człowiek ma do
powiedzenia coś, co akurat interesuje Ragnara, jego szczęście. Jeśli nie, trudno, juŜ po
nim. Mówią, Ŝe Ragnar krzywdzi wielu ludzi, lecz kerlowie nie są przecieŜ na ogół
wiele warci. Mówią, Ŝe Ragnar bierze to pod uwagę i dzięki takiemu przekonaniu
oszczędza swój czas i energię.
- Czy znaczy to, Ŝe nasz więzień zapoznał cię ze swoimi poglądami? - spytał
jeden z mnichów. - Czy wyjawił ci to w trakcie przyjacielskiej pogawędki o sprawach
zawodowych?
- Nie - Cuthred wychylił kolejny łyk piwa - ale widziałem jego paznokcie.
Wszystkie krótko spiłowane, wszystkie z wyjątkiem prawego kciuka. Jest na cal długi
i twardy jak stal. Spójrzcie, przyniosłem go tu ze sobą - Cuthred rzucił na stół
zakrwawiony szpon.
- A więc to Ragnar - rzekł król Ella przerywając milczenie. - Co z nim teraz
zrobimy?
Wojownicy wymienili zdziwione spojrzenia.
- Myślisz, Ŝe nie zasługuje na ścięcie - odwaŜył się spytać Cuthred. - Mamy go
powiesić?
- A moŜe coś jeszcze gorszego? - włączył się jeden z rycerzy.
- MoŜe potraktujemy go jak zbiegłego niewolnika? A moŜe zrobimy mu to, co
poganie temu świętemu, no, temu, co go Ŝywcem przypiekali. Jak teŜ on się
nazywał...
- Mam inny pomysł - przerwał mu Ella. - MoŜemy go po prostu wypuścić.
Na twarzach zebranych pojawiło się osłupienie. Król pochylił się nad stołem i
przebiegł wzrokiem po sali obdarzając kaŜdego z podwładnych badawczym
spojrzeniem.
- Pomyślcie, dlaczego jestem królem? Jestem królem, poniewaŜ Osbert - to
zapomniane imię wywołało wyraźne poruszenie wśród zebranych, a dla stojącego za
plecami Wulfgara sługi było jak ukłucie bólu - poniewaŜ Osbert nie był w stanie
obronić królestwa przed najazdami wikingów. Robił po prostu to, co czyniliśmy od
wieków. Rozkazał kaŜdemu z nas wystawić własne straŜe, a w razie ataku
organizować samoobronę. Było więc tak, Ŝe dziesięć okrętów uderzało na jakieś
miasto i grabiło je doszczętnie, podczas gdy ludzie w innych osadach nakładali na
głowy koce i dziękowali Bogu, Ŝe ich ten los ominął. Co ja w tej sytuacji uczyniłem?
Wiecie dobrze, jak było. Pozostawiłem na wybrzeŜu tylko punkty obserwacyjne,
zorganizowałem system wczesnego ostrzegania, a w razie ataku z morza ogłaszałem
pospolite ruszenie. Teraz, gdy próbują nas atakować, odpowiadamy atakiem z naszej
strony, zanim jeszcze uda im się zagrozić naszym miastom. To są nowe idee. I sądzę,
Ŝ
e tu takŜe musimy wymyślić coś nowego. MoŜemy pozwolić mu odejść. MoŜemy
zawrzeć z nim układ. Będzie musiał pozostawić Northumbrię w spokoju. Odda nam
zakładników, a my będziemy traktować go jak naszego honorowego gościa, a potem
wyślemy go z powrotem z masą podarków. Nie będzie nas to drogo kosztować, a
moŜe przynieść nam duŜo poŜytku. I darujemy mu dalsze rozmowy z Cuthredem. Co
wy na to?
Rycerze patrzyli po sobie, unosząc brwi i kręcąc z niedowierzania głowami.
- Mogłoby się to udać - mruknął Cuthred.
Wulfgar chrząknął przygotowując się do odpowiedzi, jego twarz było czerwona z
gniewu. Ubiegł go jeden z mnichów.
- Nie powinieneś tego czynić, mój panie.
- Nie powinienem?
- Nie moŜesz. Musisz dbać nie tylko o sprawy tego świata. Arcybiskup, nasz
ojciec i niegdysiejszy brat, przypomniał nam o haniebnych czynach, jakich dopuścił
się Ragnar na szkodę Chrystusowego Kościoła. Czyny, które dotykały nas zarówno
jako ludzi, jak i chrześcijan - moglibyśmy wybaczyć. Jednak nie zbrodnie wymierzone
w nasz Święty Kościół. Te zbrodnie powinniśmy pomścić z całą stanowczością. Ile
kościołów spalił Ragnar? Ilu chrześcijan, kobiet i męŜczyzn, sprzedał poganom jako
niewolników, ilu oddał wyznawcom Mahometa? Ile cennych relikwii zostało
zniszczonych? Ile skarbców ograbionych? Gdy wybaczysz mu to wszystko, grzech ten
ciąŜyć będzie na twoim sumieniu. Zagrozić to moŜe takŜe zbawieniu wszystkich
zebranych przy tym stole ludzi. Nie, królu, to nam powinieneś oddać Ragnara.
Pozwól, abyśmy pokazali, co spotka kaŜdego kto wystąpi przeciw Kościołowi. A
kiedy wieść ta dotrze do pogan, do tych morskich rabusiów, niech wiedzą odtąd, Ŝe
ramię Kościoła jest tak mocne, jak nieskończone jego miłosierdzie. Pozwól, Ŝebyśmy
wtrącili go do kanału z węŜami. Niech ludzie opowiadają o węŜach króla Elli.
Król zawahał się, widział jaki entuzjazm i podniecenie wzbudziły słowa mnicha u
jego rycerzy.
- Nie widziałem dotąd człowieka rzucanego gadom na poŜarcie - wykrzyknął z
zapałem Wulfgar - ale na to zasługuje kaŜdy wiking. I to właśnie powiem mojemu
królowi, chwaląc mądrość króla Elli.
Mnich, którego przemowa tak się spodobała podniósł się, Ŝeby podsumować
dyskusję. Był to archidiakon Erkenbert.
- Wszystko jest juŜ przygotowane, czekamy tylko na twój rozkaz, aby
przyprowadzić więźnia. I pozwól, aby wszyscy, radni, rycerze i słudzy, zobaczyć
mogli zemstę, jaką król Ella i Święty Kościół zgotowali niewiernemu.
Wszyscy powstali, a między nimi Ella, którego twarz wciąŜ wyraŜała niepewność.
Rycerze zaczęli juŜ się rozchodzić, nawołując swoich słuŜących, Ŝony i przyjaciół,
aby przyłączyli się do towarzystwa. Shef podąŜał za swoim ojczymem. Kiedy się
odwrócił dostrzegł, Ŝe tylko mnisi pozostali na swoich miejscach przy stole.
- Dlaczego to powiedziałeś? - mruknął arcybiskup Wulfhere, zwracając się
archidiakona. - Mogliśmy wejść w pakt z wikingami, nie odbierając sobie szansy
zbawienia. Dlaczego zmusiłeś króla, Ŝeby rzucił tego Ragnara węŜom?
Mnich sięgnął do swej sakiewki i podobnie jak wcześniej Cuthred, rzucił na stół
jakiś przedmiot. Później dołoŜył jeszcze jeden.
- Czy wiesz co to jest, mój panie? - spytał arcybiskupa.
To moneta. Złota. Z inskrypcją podłych czcicieli Mahometa!
- Została odebrana więźniowi.
- Sądzisz więc, Ŝe jest tak zły, Ŝe nie moŜna go puścić Ŝywcem?
- Nie, mój panie. Spójrz teraz na to.
- To pens. Pens z naszej własnej mennicy, tu w Eoforwich. Jest na niej moje imię,
o tutaj: Wulfhere. Srebrna jednopensówka.
Archidiakon zabrał ze stołu monety i schował je z powrotem do sakiewki.
- To bardzo mamy pieniądz, mój panie. Mało srebra, duŜo ołowiu. To wszystko,
na co moŜe sobie obecnie pozwolić nasz Kościół. Nasi niewolnicy pouciekali, nasi
kerlowie oszukują nas na dziesięcinach. Nawet moŜni dają nam coraz mniej.
Tymczasem sakwy bezboŜników pęcznieją od złota zrabowanego chrześcijanom.
Kościół znajduje się w niebezpieczeństwie, mój panie. Nie dlatego, Ŝe moŜe zostać
pokonany bądź doszczętnie ograbiony przez pogan, z tych cięŜkich ran bowiem
Kościół na pewno się podźwignie. Groźne jest to, Ŝe poganie i chrześcijanie mogą się
razem pojednać. A wtedy zauwaŜą z pewnością, Ŝe wcale nas juŜ nie potrzebują. Nie
moŜna więc dopuścić, Ŝeby weszli ze sobą w układy.
Słuchacze pokiwali zgodnie głowami, arcybiskup został przekonany.
- A więc rzucimy go węŜom.
Kanał z węŜami był kamiennym zbiornikiem wodnym pochodzącym jeszcze z
czasów rzymskich, osłoniętym prowizorycznym dachem. Mnichowie z opactwa Św.
Piotra w Eoforwich dumni byli ze swoich ulubieńców: mieniących się w słońcu
gadów. Zeszłego lata rozesłali wiadomość do swoich poddanych z królestwa
Northumbrii, aby przynosili do opactwa schwytane przez siebie Ŝmije. Nagrodą miało
być zmniejszenie dziesięciny. Czym dłuŜsza Ŝmija, tym większe ulgi. Nie było
tygodnia, Ŝeby ktoś nie doręczył worka z wijącą się zawartością, która trafiała zaraz
do opiekuna węŜy, noszącego dumny tytuł custos viperarum. Gady otoczone były
troskliwą pieczą, karmione Ŝabami i myszami, wszystko po to, Ŝeby jak najszybciej
rosły.
Nadszedł wieczór i bracia przynieśli pochodnie, aby ustawić je wokół zbiornika.
Dno wyłoŜono słomą i ciepłym piaskiem, który miał pobudzić węŜe do większej
aktywności. Po chwili pojawił się sam custos i zaczął przywoływać z uśmiechem
swoich pomocników - kaŜdy niósł skórzany worek z Ŝywą zawartością. Opiekun
podnosił po kolei worki, pokazywał je tłumowi, który tłoczył się juŜ i przepychał
wokół krawędzi pustego zbiornika. Następnie rozwiązywał worki i wysypywał węŜe
na piasek. Za kaŜdym razem opróŜniał worek w innym miejscu, chciał bowiem, aby
węŜe rozpełzły się po całym placu.
Na końcu zjawił się król w otoczeniu radnych i gwardii przybocznej.
Przyprowadzono więźnia. Pośród wojowników z dalekiej Północy było takie
powiedzenie: „męŜczyzna nie powinien utykać, dopóki obie jego nogi są tej samej
długości”. Ragnar rzeczywiście nie utykał, choć z trudem trzymał się na nogach.
Przesłuchania prowadzone przez Cuthreda nie naleŜały do łagodnych.
Rycerze podeszli do krawędzi zbiornika, a następnie cofnęli się nieco, ustępując
miejsca więźniowi, Ŝeby mógł zobaczyć co go wkrótce czeka. Ragnar uśmiechnął się
szeroko, odsłaniając połamane zęby. Miał związane z tyłu ręce, a na sobie koŜuch z
koziej skóry.
- Wiedz, Ŝe masz wybór - zaczął archidiakon Erkenbert starając się mówić prostą
handlową angielszczyzną. - JeŜeli przyjmiesz chrzest, będziesz Ŝył. śył jako
niewolnik.
Wiking wydął pogardliwie wargi.
- Wy, księŜa. Znam ja waszą mowę. Mówicie: będę Ŝył. Ale jak Ŝył? Jako
niewolnik, mówicie. A ja wiem, jakie to Ŝycie. Bez oczu i języka. Obcięte nogi,
podcięte ścięgna, nie moŜna chodzić.
Wyprostował się i wziął głęboki oddech.
- Walczę juŜ od trzydziestu wiosen - głos Ragnara wznosił się teraz jak hymn -
czterystu męŜczyzn zginęło z mej ręki, tysiąc kobiet zgwałciłem, spaliłem wiele
opactw, sprzedawałem teŜ dzieci. Wielu płakało z mego powodu, ja nie płakałem za
nikim. Teraz stoję przed wami, jak Gunnar, bogiem urodzony. Czyńcie swą przeklętą
powinność i niech błyszczący gad ugodzi mnie w samo serce. Nie będę błagał o
przebaczenie. Całe Ŝycie walczyłem mieczem!
- Brać go - warknął Ella zza pleców wikinga i straŜe zaczęły ciągnąć Ragnara w
stronę krawędzi.
- Zatrzymajcie się! - krzyknął Erkenbert. - Najpierw trzeba związać mu nogi.
StraŜnicy związali więc Ragnara dokładnie; nie stawiał zresztą oporu. Potem
ułoŜyli go na krawędzi zbiornika i popchnęli w dół. Upadł w sam środek kłębowiska.
WęŜe rzuciły się na niego.
Ubrany w swoje grube skórzane szaty wiking śmiał się jednak urągliwie.
- Nie mogą go ukąsić - zawołał ktoś z wyraźnym rozczarowaniem w głosie - jego
ubranie jest za grube.
- Mogą przecieŜ ukąsić go w ręce albo w twarz - wyjaśnił opiekun węŜy, broniąc
honoru swych podopiecznych.
Jedna z największych Ŝmij znalazła się rzeczywiście tuŜ koło twarzy Ragnara.
Przez chwilę wyglądało jakby patrzyli sobie w oczy, przy czym rozwidlony język
gada dotykał prawie ludzkiego policzka. Widzowie zamarli w oczekiwaniu.
Nagle głowa wikinga wyskoczyła do przodu z rozwartymi zębami. Trysnęła krew
i wąŜ opadł martwy z odgryzioną głową. Ragnar zaśmiał się tryumfalnie i zaczął
toczyć się po węŜach, wciskając je w ziemię całym cięŜarem swego potęŜnego ciała.
- On je pozabija! - krzyknął custos zdławionym głosem.
Ella z obrzydzeniem na twarzy podszedł do straŜników i pstryknął palcami.
- Ty i ty. Obaj macie porządne buty. Wyciągniecie go stamtąd i przyniesiecie na
górę. Zapamiętam to sobie - dodał głucho, zwracając się do Erkenberta. - Zrobiłeś z
nas wszystkich durniów.
Przyglądał się chwilę w milczeniu.
- A teraz uwolnijcie jego ręce i nogi - krzyknął do powracających straŜników -
ś
ciągnijcie z niego ubranie i zwiąŜcie na nowo. Ty i ty. Przyniesiecie gorącej wody,
węŜe lubią gorąco. JeŜeli rozgrzejemy mu skórę będą do niego lgnęły. I jeszcze jedno:
tym razem będzie starał się leŜeć nieruchomo, aby popsuć nam szyki, więc
przywiąŜcie mu jedną rękę do ciała, a nadgarstek drugiej owińcie sznurem. Drugi
koniec będziemy trzymać na górze, w ten sposób zmusimy Ragnara, Ŝeby się
poruszył.
Więzień został znowu zepchnięty. WciąŜ milczał, uśmiechał się tylko. Tym razem
sam król kierował całą akcją. Rozkazał, aby rzucić Ragnara w to miejsce, gdzie
zebrały się największe węŜe. Po kilku sekundach zaczęły one podpełzać do
parującego w chłodnym powietrzu nagiego ciała, powoli wślizgując się na nie. Przez
tłum przeszedł pomruk obrzydzenia.
Nagle król pociągnął za sznur, raz i drugi. Ramię poruszyło się, a wystraszone
węŜe zaczęły syczeć i kąsać, jeden po drugim wypełniały ciało męŜczyzny trucizną.
Widzowie zauwaŜyli, Ŝe twarz wikinga zaczyna się powoli zmieniać, puchnąć i
sinieć. Kiedy jego oczy zaczęły wychodzić z orbit, a spuchnięty język sztywnieć
Ragnar zakrzyknął po raz ostatni.
- Gnythja mundu grisir ef galtar hag vissi!
- Co on tam gada? - mruczał tłum. - Co to moŜe znaczyć?
Nie znam wprawdzie norweskiego, pomyślał Shef, czuję jednak, Ŝe nie wróŜy to
nic dobrego.
„Gnythja mundu grisir ef galtar hag vissi” - słowa te wciąŜ dźwięczały w uszach
potęŜnego męŜczyzny, który stał wyprostowany na dziobie wojennego okrętu. Statek
znajdował się kilkaset mil na wschód od wybrzeŜa Anglii i zbliŜał się właśnie do
duńskiego wybrzeŜa w okolicy Sjaelland. Miał przecieŜ tak znikome szansę, Ŝeby je
usłyszeć. Czy Ragnar mówił sam do siebie? A moŜe wiedział, Ŝe ktoś zrozumie i
zapamięta jego słowa. Trudno jednak podejrzewać, Ŝe ktoś z kręgu króla Elli mógłby
znać norweski, albo przynajmniej zrozumieć te kilka słów, które wyrzekł Ragnar.
JednakŜe mówi się czasem, Ŝe umierający miewają wizje. Ragnar wiedział, Ŝe słowa
jego nie pozostaną bez odpowiedzi.
Lecz jeśli były to słowa przeznaczenia, doprawdy przedziwną sobie obrały drogę,
Ŝ
eby do niego dotrzeć! W tłumie otaczającym wypełniony węŜami zbiornik znalazła
się kobieta, konkubina jednego z moŜnych Anglików, „lemman”, jak je tam nazywają.
Zanim jednak jej pan kupił ją na londyńskim targowisku, kobieta ta słuŜyła na dworze
króla Maelsechnaill w Irlandii, gdzie często mówiło się po norwesku. Zrozumiała
słowa Ragnara i miała na tyle zdrowego rozsądku, Ŝeby nie powiedzieć o tym swemu
panu. CóŜ, pozbawione sprytu konkubiny nie doŜywają zazwyczaj wieku, w którym
mogłyby oglądać zmierzch własnej urody. Zamiast swemu panu wyjawiła ten sekret
swojemu kochankowi, kupcowi, który wyruszał właśnie na południe, a on przekazał
go swoim towarzyszom podróŜy. Pomiędzy nimi znalazł się pewien zbiegły
niewolnik, niegdyś rybak, któremu historia ta wydała się szczególnie bliska, bowiem
przypadkowo uczestniczył on w pojmaniu Ragnara. W Londynie, gdzie poczuł się juŜ
zupełnie swobodny, niewolnik ten stworzył własną opowieść, którą powtarzał w
zamian za kubek piwa albo plaster bekonu. Opowiadał ją w gospodach, gdzie
przesiadywali marynarze z róŜnych stron Europy: Fryzji, Danii i państwa Franków.
Wszyscy byli tu bowiem mile widziani, jeśli tylko mieli czym zapłacić. W ten właśnie
sposób opowieść dotarła w końcu do uszu przybysza z dalekiej Północy.
Niewolnik był głupcem, człowiekiem bez honoru. Opowieść o śmierci Ragnara
była dla niego tylko wesołą historią, słuŜącą do rozbawienia słuchaczy.
Dla Branda - potęŜnego wojownika, który stał teraz na dziobie statku, opowieść ta
znaczyła duŜo więcej. Dlatego właśnie chciał opowiedzieć ją swoim rodakom.
Okręt płynął teraz wzdłuŜ długiego fiordu, zbliŜając się do płaskich terenów
okolic Sjaellandu, najdalej na wschód wysuniętych duńskich posiadłości. Nie było
wiatru, Ŝagiel został zwinięty, a statek napędzała trzydziestoosobowa ekipa
doświadczonych wioślarzy. Ich zanurzające się rytmicznie wiosła tworzyły
zmarszczki na wygładzonej niczym staw powierzchni morza. Na brzegu dostrzec było
moŜna pasące się na rozległych pastwiskach krowy i pola wschodzących bujnie zbóŜ.
Atmosfera spokoju była jednak pozorna, Brand dobrze o tym wiedział. Znajdował
się w centrum największej zawieruchy, jaka kiedykolwiek dosięgła Skandynawii. Na
morzu trwała wojna, a ogień spustoszył część wybrzeŜa. Statek Branda kontrolowany
był juŜ trzykrotnie przez morskie patrole: potęŜne statki wojenne, które nigdy nie
wypływały na pełne morze. Za kaŜdym razem puszczali go wolno, radzi zobaczyć
człowieka, który próbuje swego szczęścia, przydzielono mu jednak potęŜną eskortę
dwóch okrętów, dwukrotnie przewyŜszających wielkość jego statku. Nie było więc
ucieczki. Brand wiedział jednak, a wiedzieli to takŜe jego ludzie, Ŝe najgorsze
znajdowało się jeszcze przed nimi.
W pewnym momencie sternik powierzył ster komuś z załogi i udał się na dziób.
Podszedł do Branda tak blisko, Ŝe głową dotykał niemal jego łopatki. Przez chwilę
stał w milczeniu, wreszcie przemówił. Mówił cicho, starając się, aby słów jego nie
usłyszeli nawet siedzący w pierwszym rzędzie wioślarze.
- Wiesz, Ŝe nie mnie podawać w wątpliwość twoje decyzje - wymamrotał - lecz
jeśli się juŜ tu znaleźliśmy i wszyscy wsadzamy nasze tyłki w gniazdo os, moŜe
jednak nie miałbyś mi za złe, gdybym spytał: po co?
- PoniewaŜ przybyłeś tak daleko o nic nie pytając - odparł Brand szeptem - podam
ci teraz aŜ trzy powody i nie chcę niczego w zamian. Po pierwsze, to nasza szansa na
zdobycie wiecznej chwały. Naszą historię opisywać będą w sagach i poematach aŜ po
sądny dzień, gdy bogowie pokonają olbrzymów i plemię demona Lokiego na zawsze
zniknie z powierzchni ziemi.
Sternik uśmiechnął się tylko.
- Zdobyłeś juŜ wystarczającą chwałę, rycerzu z Halogalandu, a ludzie powiadają,
Ŝ
e ci, których mamy spotkać, pochodzą od samego demona. Zwłaszcza jeden z nich.
- Dam ci więc drugi powód. Ten angielski niewolnik, ten zbieg, który
opowiedział nam całą historię... czyś widział jego plecy? Jego panowie zasłuŜyli na
najgorsze męki. Zamierzam zesłać im je wkrótce.
Tym razem sternik wybuchnął głośnym, lecz serdecznym śmiechem.
- Czy widziałeś kiedyś kogoś, z kim Ragnar kończył właśnie rozmowę? A ci,
których mamy odwiedzić, są jeszcze gorsi. Zwłaszcza jeden z nich. Myślę, Ŝe on i
chrześcijańscy mnisi są siebie warci. Ale co z całą resztą?
- A więc, Steinulfie, przejdźmy do trzeciego powodu - Brand uniósł delikatnie
wiszący na szyi srebrny wisiorek i wyjął go spod swojej tuniki. Był to miniaturowy
kowalski młot o krótkim trzonku. - Proszono mnie, abym to zrobił, miała być to
specjalna przysługa.
- Dla kogo?
- Dla kogoś, kogo obaj znamy. W imię tego, który przyjechać ma z Północy.
- Ach tak. To powinno nam obu wystarczyć. Powinno chyba wystarczyć
wszystkim z nas. Lecz zanim zbliŜymy się zbytnio do brzegu, powinniśmy jednak coś
zrobić.
Powoli, upewniając się, Ŝe wódz go obserwuje, sternik wziął w palce swój własny
wisiorek i umieścił go starannie pod tuniką, tak aby kołnierz przesłaniał widok
łańcuszka.
Brand zszedł z dzioba w ślad za sternikiem i stanąwszy naprzeciw swoich ludzi
powtórzył tę samą czynność. Załoga odłoŜyła na moment wiosła i kaŜdy z męŜczyzn
schował posłusznie swój wisiorek. Po chwili znów rozległ się miarowy odgłos
wiosłowania.
Na nabrzeŜu, które widać było coraz dokładniej, ludzie siedzieli i przechadzali się
nie zwracając uwagi na zbliŜający się okręt wojenny. Sprawiało to wraŜenie zupełnej
obojętności. WzdłuŜ brzegu ciągnęły się zabudowania: szopy, szałasy, młyny, kuźnie,
sklepy i zagrody dla bydła. Było to serce morskiego imperium, ojczyzna bezdomnych
wojowników.
Człowiek, który siedział przy samym krańcu nabrzeŜa wstał, ziewnął i
przeciągając się spojrzał badawczo w ich kierunku. Niebezpieczeństwo. Brand zaczął
pospiesznie wydawać rozkazy. Dwóch z jego ludzi stojących koło fału wciągnęło na
maszt biały znak pokoju. Dwaj inni pobiegli na dziób i odciągnęli do tyłu rzeźbioną
głowę smoka, którą następnie zasłonili jeszcze materiałem.
Na brzegu pojawiło się teraz więcej ludzi. Obserwowali uwaŜnie nadpływający
statek. Nie witali go Ŝadnym gestem ani okrzykiem, Brand wiedział jednak, Ŝe gdyby
nie poczynił wcześniej odpowiednich „pokojowych” przygotowań, powitanie to
wyglądałoby znacznie gorzej. Na samą myśl o tym, co mogło się zdarzyć i co wciąŜ
moŜe go tu spotkać, poczuł mocny ucisk w Ŝołądku, tak jakby cała jego męskość
chciała się schować w trzewiach. Brand odwrócił na chwilę twarz od nabrzeŜa, aby
nikt nie mógł ujrzeć jej wyrazu. Odkąd tylko zaczął raczkować mówiono mu: „nigdy
nie okazuj strachu”, „nigdy nie okazuj bólu”. Te zasady stały się dla niego waŜniejsze
niŜ samo Ŝycie.
Wiedział dobrze, Ŝe w grze, w której postanowił wziąć udział, nie moŜna sobie
wyobrazić nic gorszego niŜ okazanie niepewności. Zamierzał zastawić przynętę na
swych posępnych gospodarzy, wciągnąć ich w swoje plany. Aby to osiągnąć musiał
być nieustraszony, wyzywający, nie zaś błagać potulnie o wysłuchanie.
Zamierzał rzucić im wyzwanie tak otwarcie i demonstracyjnie, Ŝe nie będą juŜ
mieli moŜliwości go odrzucić. Nie był to plan, który dopuszczałby jakiekolwiek
półśrodki.
Kiedy okręt przybijał do nabrzeŜa, załoga rzuciła liny, które zostały złapane przez
Duńczyków i przywiązane do pachołków z pozorną obojętnością. Stojący najbliŜej
statku męŜczyzna przyjrzał się Brandowi badawczo. Gdyby znajdowali się w porcie
handlowym, spytałby pewnie o rodzaj przewoŜonego ładunku i miejsce skąd jest on
przewoŜony. MęŜczyzna jednak nie spytał o nic, podniósł tylko brew.
- Jestem Brand. Płynę z Anglii.
- Jest wielu, którzy zwą się Brand.
Na dany znak dwóch członków załogi spuściło ze statku kładkę. Brand zszedł po
niej na stały ląd i podparłszy się pod boki stanął naprzeciw komendanta portu. Mógł
spoglądać na niego z wysoka i z satysfakcją poczuł, Ŝe Duńczyk podziwia jego
potęŜną sylwetkę.
- Niektórzy nazywają mnie Viga-Brand. Pochodzę z Halogalandu w Norwegii,
gdzie męŜczyźni są jeszcze potęŜniejsi niŜ Duńczycy.
- Brand Zabójca. Tak, słyszałem o tobie. Mamy tu jednak niemało zabójców.
Potrzeba czegoś więcej niŜ samo imię, Ŝeby zasłuŜyć sobie tu na powitanie.
- Mam wieści. Wieści dla moŜnych panów.
- Lepiej, Ŝeby było to wieści warte usłyszenia, jeŜeli przybywasz bez glejtu i bez
zaproszenia.
- Są to wieści godne usłyszenia - Brand spojrzał męŜczyźnie prosto w oczy. - Ty
takŜe moŜesz je poznać. Powiedz teŜ swoim ludziom, aby przyszli i posłuchali.
KaŜdy, komu nie będzie się chciało wysłuchać, co mam do powiedzenia, będzie
przeklinał swoje lenistwo do końca Ŝycia. Rzecz jasna, jeśli macie teraz coś waŜnego
do załatwienia w wygódce, nie będę was zmuszał.
Rzekłszy to, Brand zrobił sobie przejście wśród otaczających go ludzi i poszedł
prosto do wielkiej budowli, okazałego dworu panów tej ziemi: Braethraborgu. Za
nim, w milczeniu, kroczyli jego ludzie. Jak dotąd Ŝaden wróg nie wyszedł stamtąd
Ŝ
ywy. śaden nie zdołał podzielić się ze światem swymi wraŜeniami.
Usta komendanta portu wykrzywił uśmiech. Dał znak swoim ludziom, którzy
wyciągnęli z ukrycia włócznie i ruszyli w głąb lądu.
Ś
wiatło wpadało do wnętrza budowli przez uchylone okiennice, Brand zatrzymał
się na samym progu, chciał przyzwyczaić wzrok do półmroku i wczuć się w nastrój
tego miejsca. Wiedział, Ŝe jeśli dobrze to rozegra, scena ta zostanie unieśmiertelniona
w sagach i pieśniach. Wiedział teŜ, Ŝe następne minuty zadecydują o tym, czy zasłuŜy
na wieczną chwałę, czy na śmierć w męczarniach.
Wewnątrz dostrzegł wielu ludzi. Stali, siedzieli, przechadzali się, niektórzy zajęci
byli grą, inni rozmową. Nikt nie spojrzał nawet w jego stronę, Brand wiedział jednak,
Ŝ
e jego obecność została zauwaŜona. Kiedy jego oczy przywykły do słabego
oświetlenia dostrzegł, Ŝe chociaŜ w środku panuje pozorny chaos, jest jednak miejsce,
które wszyscy omijali z szacunkiem. Wojownicy, którzy zasłuŜyli na miano „drengir”
pozornie tylko byli sobie równi.
Przy niewielkim stole siedziało trzech męŜczyzn. Wydawali się całkowicie
pochłonięci własnymi sprawami. Obok stał czwarty. Brand skierował się wprost ku
nim.
- Przynoszę pozdrowienia! - rzekł głośno, tak, Ŝeby jego głos słychać było w
całym pomieszczeniu. - Mam wieści. Wieści dla synów Ragnara.
Jeden z męŜczyzn, który obcinał sobie noŜem paznokcie, spojrzał przez ramię w
jego kierunku.
- Muszą to być niezwykłe nowiny, skoro ktoś odwaŜył się przybyć z nimi do
Braethraborgu bez zaproszenia.
- Istotnie, wieści to niezwykłe - Brand wciągnął powietrze i starał się panować
nad swym oddechem. - Są to bowiem wieści o śmierci Ragnara.
W pomieszczeniu zapadła zupełna cisza. MęŜczyzna nie przerwał swego zajęcia,
lecz kiedy nóŜ ślizgał się w okolicy wskazującego palca, nagle trysnęła krew. Ostrze
wbiło się aŜ po kość. MęŜczyzna nie wydał z siebie Ŝadnego odgłosu, nie poruszył się
nawet.
Drugi z męŜczyzn, o grubym, potęŜnym karku i posiwiałych włosach, podniósł
kamienną figurę z leŜącej na stole szachownicy przygotowując się do wykonania
ruchu.
- Powiedz nam - zaczął po chwili opanowanym głosem, który skrywać miał
niegodne męŜczyzny emocje - powiedz nam jak umarł Ragnar, nasz staruszek ojciec.
To, Ŝe umarł, nie dziwi nas wcale, wszak bardzo posunął się juŜ w latach.
- Wszystko zaczęło się na wybrzeŜu Anglii, gdzie rozbił się jego okręt. Według
historii, którą słyszałem, schwytany został przez ludzi króla Elli. Nie sądzę, aby mieli
jakieś problemy, skoro, jak powiadacie sami, Ragnar posunął się juŜ mocno w latach.
Kto wie, moŜe nie próbował się nawet bronić - wypowiadając ostatnie zdanie Brand
zmienił nieco ton swego głosu, chcąc wystawić na próbę niewzruszoną obojętność
męŜczyzny.
Tamten wciąŜ trzymał w dłoni swój pionek, jednak jego palce zaczęły zaciskać
się na nim coraz mocniej i mocniej, aŜ spod paznokci trysnęła krew. W końcu
męŜczyzna postawił pionek z powrotem na szachownicy i przeskoczył nim o dwa
pola.
- Biorę, Ivar - mruknął i odłoŜył zbity pion obok szachownicy.
Teraz przyszła kolej na trzeciego męŜczyznę, którego włosy były tak jasne, Ŝe
niemal białe i ściągnięte do tyłu lnianą przepaską, a twarz chorobliwie blada. Spojrzał
na Branda oczami koloru zamarzniętej wody, a jego powieki nie drgnęły ani razu.
- Co z nim zrobili, gdy dostał się w ich ręce?
Brand przypatrzył się męŜczyźnie, wytrzymując jego badawcze spojrzenie.
Wzruszył tylko ramionami, wciąŜ nie okazując Ŝadnych emocji.
- Zabrali go na dwór Elli w Eoforwich - zaczął Brand. - Niezbyt się nim
przejmowali. Sądzili chyba, Ŝe to zwykły pirat, ktoś bez znaczenia. Myślę, Ŝe zadali
mu parę pytań, trochę się nim pobawili, lecz później, zmęczeni tym wszystkim,
zdecydowali, Ŝe równie dobrze mogą go skazać na śmierć.
W ciszy, która po tych słowach zapadła Brand zaczął przyglądać się w skupieniu
swoim paznokciom. Zdawał sobie sprawę, Ŝe rozgrywka, którą toczy z
Ragnarssonami, zbliŜa się do niebezpiecznej kulminacji.
- Tak więc zdecydowali się, Ŝe oddadzą go mnichom. Myślę, Ŝe nie wydawał im
się godny śmierci z rąk rycerza.
Ciemny rumieniec zagościł nagle na twarzy bladego męŜczyzny. Wydawało się,
Ŝ
e wstrzymał oddech, prawie się dusił. Rumieniec jeszcze się pogłębił, twarz zrobiła
się szkarłatna, a potem przybrała barwę ciemnego fioletu. Widać było, Ŝe męŜczyzna
walczy ze sobą. Starał się miarowo oddychać, a krew wolno odpływała z jego twarzy.
Czwarty męŜczyzna stał obok stołu wsparty na włóczni i obserwował braci. Dotąd
się nie poruszył, ani nie przemówił. Trzymał oczy spuszczone. Teraz podniósł je
powoli i spojrzał na Branda, który cofnął się odruchowo. Naprawdę było w nich coś
niesamowitego, słyszał juŜ o tym, ale nie chciał uwierzyć. Źrenice były zdumiewająco
czarne, wokół nich tęczówki, białe jak świeŜy śnieg, zaś białka zupełnie sczerniałe.
Oczy te lśniły jak metal oświetlony blaskiem księŜyca.
- W jaki sposób mnisi i król Ella zdecydowali się zgładzić starca? - spytał czwarty
z Ragnarssonów cichym, niemal łagodnym głosem. - Pewnie nam powiesz, Ŝe nie
mieli z tym duŜo kłopotów.
Brand odpowiedział szczerze, nic nie pomijając. Nie chciał juŜ podejmować
ryzyka.
- Wrzucili go do kanału z węŜami. Z tego, co słyszałem, węŜe nie chciały go
początkowo kąsać i Ragnar rzucił się na nie pierwszy. W końcu jednak musiał ulec i
umarł. To była powolna śmierć, bez pomocy oręŜa. śadnej rany po mieczu czy
włóczni. Rany, którą moŜna by obnosić z dumą po Walhalli.
Ani jeden mięsień nie drgnął na twarzy wspartego na włóczni męŜczyzny.
Zapanowała długa cisza. Wszyscy wpatrywali się w jego oblicze, myśleli, Ŝe podobnie
jak jego braci, zdradzą go w końcu emocje, czekali tylko na moment, kiedy przestanie
nad sobą panować. On jednak pozostał niewzruszony. Po chwili wyprostował się,
przekazał włócznię stojącemu najbliŜej rycerzowi i włoŜył kciuki za pas. Widać było,
Ŝ
e przygotowuje się do przemowy.
Ciszę przerwało westchnienie męŜczyzny, który otrzymał od Ragnarssona
włócznię. To westchnienie zdumienia skupiło na nim od razu uwagę zebranych. W
milczeniu podniósł do góry jesionowe drzewce, na którym widać było odciśnięte
ś
lady palców. W pomieszczeniu rozległ się pomruk zadowolenia.
Zanim męŜczyzna zdąŜył przemówić, przerwał mu Brand, zgrabnie
wykorzystując moment wahania.
- Jest jeszcze coś, o czym chciałem powiedzieć - rzekł, podkręcając w zamyśleniu
wąsa.
- CóŜ to takiego?
- Kiedy pokąsały go juŜ węŜe i leŜał umierający, Ragnar przemówił po raz ostatni.
Nie zrozumieli go oczywiście, mówił bowiem w naszym języku, w norroent mal, ktoś
jednak usłyszał, ktoś inny przekazał to dalej, a na końcu słowa te trafiły do mnie. Nie
mam Ŝadnego glejtu. Ani zaproszenia. Ale wydawało mi się, Ŝe będziecie chcieli
usłyszeć to z moich ust.
- CóŜ więc takiego powiedział nasz ojciec przed śmiercią?
Brand podniósł głos, Ŝeby kaŜdy kto znajdował się w pomieszczeniu mógł
usłyszeć jego słowa.
- Powiedział: „Gynthja mundu grisir efgaltar hag vissi”.
Tym razem nie trzeba było tego tłumaczyć. Wszyscy zrozumieli słowa Ragnara.
„Gdyby moje warchlaczki wiedziały, jak padł odyniec, jakŜe by kwiczały”.
- Oto dlaczego przybyłem bez zaproszenia - rzekł Brand tym samym ostrym i
donośnym głosem. - Przybyłem tutaj, mimo Ŝe niejeden przestrzegał mnie przed
niebezpieczeństwem. Niosłem jednak posłanie, sądziłem bowiem, Ŝe właśnie do was
moŜe być ono skierowane. Przyniosłem je tobie, Halvdanie Ragnarssonie - Brand
zwrócił się do męŜczyzny z noŜem - tobie, Ubbi Ragnarssonie - wskazał na jednego z
graczy - tobie, Ivarze Ragnarssonie, który słynny jesteś ze swych białych włosów oraz
tobie, Sigurcie Ragnarssonie; teraz juŜ wiem, dlaczego ludzie zwą cię Orm-i-auga,
WęŜowe Oko. Nie spodziewałem się, Ŝe słowa te sprawią wam przyjemność, jednak
zgodzicie się chyba, Ŝe powinniście byli je usłyszeć.
Czterej męŜczyźni stanęli na wprost Branda. Nie próbowali juŜ udawać
obojętności. Jego przemowę powitali kiwając głowami, a na ich ustach pojawił się
uśmiech. Po raz pierwszy ich oblicza wydały się podobne, tak jakby byli braćmi,
synami jednego człowieka.
W tamtych czasach popularna była modlitwa, którą mnichowie i księŜa
odmawiali przy kaŜdej niemal okazji: Domine, libera nos a furorę normannorum -
„BoŜe, zbaw nas przed gniewem Normanów”. Lecz gdyby któryś z mnichów ujrzał te
cztery twarze, dodałby natychmiast: Sed praespe, Domine, a humore eorum -
„zwłaszcza jednak przed ich wesołością”.
- To są wieści, które powinniśmy byli usłyszeć - zaczął WęŜowe Oko - i dlatego
dziękujemy ci za to, Ŝeś je tu przywiózł. Na początku sądziliśmy, Ŝe nie mówisz nam
całej prawdy i był to powód, dla którego wyglądaliśmy na niezadowolonych. Lecz to,
co powiedziałeś na zakończenie... Do kroćset... To był głos naszego ojca! On
wiedział, Ŝe ktoś go usłyszy. Wiedział, Ŝe ktoś nam powtórzy. Wiedział teŜ, co wtedy
zrobimy. Dobrze mówię, chłopcy?
Na jego skinienie ktoś przytoczył do stołu potęŜny, obdarty z kory dębowy
pieniek. Czterej bracia wydali jednocześnie cięŜkie westchnienie i pień rozpadł się
nagle pod czterema ciosami zgodnymi jak jeden cios. Bracia zwrócili się teraz
twarzami w kierunku swych ludzi i rozpoczęli rytuał.
- Oto stoimy teraz na tym dębowym klocu i składamy uroczystą przysięgę... -
wyrecytowali chórem.
- śe najedziemy Anglię, aby pomścić śmierć naszego ojca - rzekł Halvdan.
- Schwytamy króla Ellę i zgładzimy go okrutnie za to, Ŝe zabił Ragnara - dodał
Ubbi.
- Pokonamy wszystkich angielskich władców i zawładniemy ich ziemią -
przyłączył się Sigurth, WęŜowe Oko.
- Zemścimy się teŜ na czarnych krukach, Chrystusowych mnichach - zakończył
Ivar.
- A jeśli nie dotrzymamy naszej obietnicy - zaczęli znowu razem - niechaj
bogowie z Asgardy otoczą nas pogardą i napiętnują, tak Ŝe nigdy juŜ nie będziemy
mogli połączyć się z naszym ojcem i przodkami.
Kiedy skończyli, poczerniałe od dymu drewniane ściany budowli zadrŜały od
radosnego ryku, który wydobył się nagle z czterystu gardeł: jarlów, sterników,
kapitanów i szlachty.
- A teraz - krzyknął WęŜowe Oko, uciszając zgiełk - wynieście na zewnątrz stoły i
przygotujcie jadło. Nie moŜna dziedziczyć spadku, dopóki nie wypije się piwa na
stypie po zmarłym ojcu. Musimy wypić za Ragnara, wypić jak bohaterowie. A rano
wezwiemy wszystkich ludzi i zbierzemy całą flotę i wyruszymy w drogę do Anglii.
Tam nigdy juŜ nie zdołają o nas zapomnieć. Nigdy juŜ się od nas nie uwolnią!
- Teraz pora się napić. Ty takŜe usiądź z nami - Sigurth zwrócił się do Branda -
moŜe opowiesz nam więcej o naszym ojcu. Znajdzie się teŜ dla ciebie miejsce w
Anglii, najpierw musimy ją jednak podbić.
Daleko stamtąd, Shef, ciemnowłosy chłopak, pasierb Wulfgara, leŜał na słomianej
macie, okryty tylko cienkim starym kocem. Nad wilgotną ziemią wciąŜ unosiła się
mgła. Wulfgar leŜał w zaciszu drewnianego domostwa tuŜ obok matki chłopca, lady
Thryth. W tym samym pokoju w swych ciepłych łoŜach spoczywali Alfgar oraz córka
Wulfgara i jego konkubiny, Godiva. Od czasu powrotu Wulfgara do rodzinnego domu
jadało się tu obficie jak nigdy dotąd. Pieczono i gotowano upolowane na moczarach
kaczki i gęsi, nie gardząc teŜ rybami. Shef musiał zadowolić się jednak owsianką.
Teraz, gdy leŜał tak z zamkniętymi oczami, znajdował się wciąŜ na krawędzi snu.
Choć moŜe nie był to tylko sen.
Widział rozległe pole, gdzieś na krańcu świata, pole oświetlone tylko szkarłatnym
niebem. Na ziemi leŜały bezkształtne stosy ludzkich kości. Widział białe czaszki i
Ŝ
ebra, które wystawały spod resztek wspaniałych strojów. Wokół stosów skakała cała
armia ptaków - wielkich czarnych ptaków z czarnymi dziobami, które szukały resztek
ludzkiego mięsa i szpiku. Kości były juŜ niemal zupełnie oczyszczone i wyschnięte,
przeto ptaki krakały tylko i dziobały się nawzajem.
Nagle uciszyły się wszystkie i wzbiły w powietrze. Na szkarłatnym niebie ptaki
połączyły się w wielkie stado i zaczęły krąŜyć nad łąką, niemal zespolone w jeden
Ŝ
ywy organizm. Shef zorientował się, Ŝe lecą prosto na niego. Widział dokładnie
bezlitosne złote oczy ptaka, który leciał pierwszy. Dziób wycelowany był prosto w
jego twarz, lecz chłopak nie mógł się cofnąć, stał przykuty do ziemi. Jakaś siła
przytrzymywała jego głowę. Nagle poczuł, jak ten czarny dziób wbija się głęboko w
jego oko.
Shef obudził się z krzykiem, drŜąc jeszcze z przeraŜenia opasał się kocem i
wyjrzał ze swego szałasu.
- Co się stało, Shef? Co cię tak przeraziło? - zawołał Hund, przyjaciel chłopca.
Przez chwilę Shef nie był w stanie odpowiedzieć. Potem wykrzyknął gwałtownie,
dziwnym, zmienionym głosem, nie wiedząc nawet, co mówi.
- Kruki! Kruki są juŜ w powietrzu!
Rozdział trzeci
- Czy jesteś pewien, Ŝe wylądowała tam wielka armia? - głos Wulfgara był ostry,
chociaŜ wyraŜał niepewność. Była to wiadomość, w którą naprawdę trudno uwierzyć,
nie śmiał jej jednak otwarcie kwestionować.
- Nie ma wątpliwości - odparł Edrich, tan Edmunda, króla East Anglii.
- I powiadasz, Ŝe tę armię prowadzą synowie Ragnara?
Rozmowie tej przysłuchiwał się takŜe Shef. W domostwie Wulfgara zgromadzili
się wszyscy wolni obywatele osady Emneth, wezwani tam przez przybyłych wraz z
Edrichem jeźdźców. Gorliwość mieszkańców miała swoje uzasadnienie. JeŜeli nie
posłuchaliby wezwania do pospolitego ruszenia, to zgodnie z prawem mogli utracić
wszystko: zarówno ziemię, jak i swoje przywileje stanowe. Z tej samej przyczyny
mieli jednak prawo uczestniczyć we wszystkich naradach.
Czy Shef miał prawo, aby się do nich przyłączyć - to inna sprawa. Na razie nie
został skuty jak niewolnik, a obywatel, który sprawdzał wchodzących do budynku
ludzi, miał u Shef a dług wdzięczności za naprawiony lemiesz. Popatrzył więc tylko z
powątpiewaniem na schowany w zniszczonej pochwie miecz chłopca i wpuścił go do
ś
rodka. Shef stanął w najdalszym kącie pomieszczenia wciśnięty pomiędzy ubogich
kerlów, starając się słuchać nie będąc widzianym.
- Moi ludzie rozmawiali juŜ z wieśniakami, którzy widzieli wikingów - rzekł
Edrich. - Mówią, Ŝe armię prowadzi czterech wielkich wojowników, synów Ragnara.
KaŜdego dnia rycerze zbierają się wokół wielkiego sztandaru z godłem czarnego
kruka. Sztandar ten utkały podobno córki Ragnara w jedną noc. Odtąd Czarny Kruk
rozwijał swe skrzydła na znak zwycięstwa, a zwijał je w obliczu klęski. Czyny synów
Ragnara znane były w całej Północnej Europie i wszędzie tam, gdzie przybijały
dotychczas ich statki: w Anglii, w Irlandii, w kraju Franków i w Królestwie Hiszpanii.
Znano je nawet w bardziej odległych krajach nad Środkowym Morzem, skąd
powrócili przed laty obładowani łupami. Dlaczego więc teraz skierowali swój gniew
na ubogie i słabe królestwo East Anglii?
Na twarzy Wulfgara pojawił się wyraz niepokoju.
- A gdzie mają swoje obozowiska?
- Na łąkach, nad rzeką Stour, na południe od Bedricsward.
Edrich zaczynał wyraźnie tracić cierpliwość. Opowiadał juŜ o tym kilkanaście
razy w niemal kaŜdej osadzie w okolicy. Za kaŜdym razem miał podobną przeprawę.
Nie chcieli informacji, szukali tylko sposobu, Ŝeby wymigać się od swego obowiązku.
Tym razem spodziewał się, Ŝe będzie inaczej, Wulfgar bowiem słynął ze swojej
nienawiści do wikingów i chwalił się, Ŝe walczył kiedyś oko w oko z samym
Ragnarem.
- A więc co mamy teraz robić?
- Zgodnie z rozkazem króla Edmunda kaŜdy wolny obywatel East Anglii zdolny
do noszenia broni ma stawić się w Norwich. KaŜdy męŜczyzna mający więcej niŜ
piętnaście i mniej niŜ pięćdziesiąt wiosen. W ten sposób będziemy mogli
przeciwstawić im nasze siły.
- A ilu ich tu przybyło? - spytał jeden z bogatych właścicieli ziemskich stojących
w pierwszym rzędzie.
- Trzy setki statków.
- Ilu to daje ludzi?
- Na kaŜdym statku mają zazwyczaj trzy tuziny wioślarzy - odparł niechętnie
królewski herold. Wiedział, Ŝe jest to sprawa draŜliwa. Kiedy kmiotki zorientują się
przeciw jakiej potędze mają stanąć, cięŜko będzie ich ruszyć z miejsca. Nie miał
jednak wyboru, musiał powiedzieć prawdę.
W pomieszczeniu zaległa cisza. Pierwszy odezwał się Shef.
- Trzy setki statków i trzy tuziny wioślarzy to daje razem dziewięćset tuzinów.
Dziesięć tuzinów to ponad setka ludzi, musi więc tam być więcej niŜ dziesięć tysięcy
wojowników - skończył oszołomiony tym odkryciem.
- Nie jesteśmy w stanie ich pokonać - rzekł Wulfgar stanowczo, odwracając
wzrok od swego pasierba. - Musimy złoŜyć im daninę.
Cierpliwość Edricha wyczerpała się nagle.
- To rzecz króla Edmunda podejmować decyzje. Poza tym zapłacimy mniej jeśli
zobaczą, Ŝe moŜemy przeciwstawić im równe siły. Nie jestem tu jednak po to, aby
słuchać waszych rad. Przynoszę rozkazy, które macie wypełnić. Dotyczy to w
równym stopniu was, co kaŜdej osady od Ely, aŜ po Wisbech. Z rozkazu króla
wszyscy mają zebrać się tutaj, a jutro wyruszyć do Norwich. KaŜdy obywatel Emneth
zdolny do słuŜby wojskowej powinien stawić się na rozkaz, w przeciwnym razie
spotka go kara. To są rozkazy, którym podlegam na równi z wami - urwał i spojrzał w
stronę strapionych ludzi. - Obywatele Emneth, co wy na to?
- Jesteśmy gotowi! - wykrzyknął Shef odruchowo.
- On nie jest wolnym obywatelem - warknął stojący obok ojca Alfgar.
- To jakim prawem tu się znalazł! Czy wam, ludzie, nie brakuje czasem
rozsądku?
Słowa Edricha zginęły w niechętnym pomruku, jaki wydarł się z sześćdziesięciu
gardeł i oznaczał podporządkowanie się rozkazom króla.
W obozie wikingów rzeczy miały się zupełnie inaczej. Tutaj decyzje podejmowali
czterej synowie Ragnara, a oni znali się tak dobrze, Ŝe nie potrzebowali długo
dyskutować.
- W końcu nam zapłacą - rzekł Ubbi. Zarówno on, jak Halvdan przypominali
bardzo swoich rycerzy, tak fizycznie, jak i z temperamentu. Choć Halvdan był
młodszy od brata, obaj byli jednakowo potęŜni i niebezpieczni. Z takimi ludźmi nie
moŜna Ŝartować.
- Musimy zadecydować teraz - mruknął Halvdan.
- Kogo więc wybieramy? - spytał Sigurth.
MęŜczyźni zastanawiali się przez chwilę. Potrzebowali kogoś, kto sprostałby
zadaniu, kogoś doświadczonego, a jednocześnie kogoś, kogo mogliby utracić bez lęku
o dalsze losy kampanii.
- Sigvarth - rzekł wreszcie Ivar. Jego twarz nawet się nie poruszyła a
przeźroczyste oczy nadal wpatrywały się w niebo. Wypowiedział tylko jedno słowo,
nie była to jednak sugestia, lecz odpowiedź na zadane pytanie. On, którego zwano
Soplem Lodu, nigdy nie wysuwał sugestii. Jego bracia rozwaŜyli i zaakceptowali ten
wybór.
- Sigvarth! - wykrzyknął Sigurth WęŜowe Oko.
Sigvarth, jarl Małych Wysp, siedział kilka jardów dalej i grał w kości. Zęby
zademonstrować swoją niezaleŜność najpierw wykonał rzut, później jednak podniósł
się posłusznie i podszedł do wodzów.
- Wywołałeś moje imię, Sigurcie.
- Masz pięć statków? Dobrze. Pomyśleliśmy, Ŝe Anglicy i ich mały król Edmund
chcą wciągnąć nas w głupie gierki. Opierają się, próbują targować. To niedobrze.
Chcemy Ŝebyś pojechał i pokazał im, z kim mają do czynienia. Zabierz swoje statki i
popłyń w górę, wzdłuŜ wybrzeŜa, a dalej skieruj się na zachód. Wejdziesz w głąb lądu
i narobisz tyle spustoszenia, ile będziesz mógł, spal kilka wiosek. PokaŜ im, co moŜe
się stać, kiedy nas sprowokują. Wiesz, co masz robić.
- Tak, robiłem to juŜ nieraz - Sigvarth zawahał się. - A co ze zdobyczami?
- Wszystko, co zdobędziesz jest twoje. Ale wiedz, Ŝe nie chodzi tutaj o łupy.
Masz zrobić coś, co będą pamiętać. Postępuj tak, jak postąpiłby Ivar.
Jarl uśmiechnął się niepewnie, jak większość ludzi, kiedy słyszeli imię Ivara
Ragnarssona.
- Gdzie chcesz wylądować? - spytał Ubbi.
- W miejscu zwanym Emneth. Byłem tam kiedyś. Znalazłem sobie miłą gąseczkę.
Uśmiech jarla zbladł pod spojrzeniem Ivara. Nie spodobała mu się odpowiedź
Sigvartha. Nie po to przydzielono mu misję, aby powtórzył młodzieńcze eskapady. To
nie było godne wojownika. Ivar nie myślał nawet z nim dyskutować.
Zapanowała chwila oczekiwania, wreszcie Ivar skierował wzrok na kogoś innego.
Bracia wiedzieli, Ŝe Sigvarth nie jest najlepszym wojownikiem, był to zresztą jeden z
powodów, dla którego właśnie jego wybrali.
- Wykonaj zadanie i nie zaprzątaj sobie głowy drobiem - rzekł w końcu Sigurth i
dał jarlowi znak, Ŝeby się oddalił.
Trzeba jednak przyznać, Ŝe Sigvarth znał swe rzemiosło. Dwa dni później o
samym świcie pięć jego statków Ŝeglowało juŜ ostroŜnie w kierunku ujścia rzeki
Ouse. Po godzinie fala przypływu zaniosła ich tak daleko w głąb lądu, jak tylko było
to moŜliwe bez naraŜania kilów. Statki zostały ukryte, a oddział wyruszył na
rozpoznanie.
Najmłodszy i najszybszy z ludzi Sigvartha znalazł niewielką stadninę.
Wikingowie zaszlachtowali stajennego, zabrali konie i w blasku porannego słońca
wjechali na bagnistą ścieŜkę, która miała ich doprowadzić do celu.
Stu dwudziestu wojowników jechało w zwartym szyku. Trzymali się razem, bez
zwiadowców i tylnej osłony. Wiedzieli, Ŝe sprzyja im zarówno niemała siła, jak i
moŜliwość zaskoczenia przeciwnika. Kiedy na ich drodze pojawiała się wioska albo
jakieś zabudowania gospodarcze, oddział zatrzymywał się na chwilę, a lŜejsi jeźdźcy
otaczali teren nie pozwalając wymknąć się nikomu, kto mógłby podnieść alarm w
całej okolicy. Potem oddział ruszał do ataku. Rozkaz był ten sam za kaŜdym razem,
tak prosty, Ŝe Sigvarth nie trudził się nawet, Ŝeby go powtarzać.
Zabijali kaŜdą napotkaną osobę: męŜczyzn, kobiety, dzieci, nawet niemowlęta w
kołyskach. Czynili to bez zadawania jakichkolwiek pytań, szybko i sprawnie. Potem
znowu dosiadali koni i jechali dalej, nie zabierając łupów. Zawsze jednak, trzymając
się najsurowszego z rozkazów, unikali ognia.
Nie minął dzień, a w środku spokojnej angielskiej okolicy wycięty został korytarz
ś
mierci. Jeśli ktoś trafił do jakiejś wioski po przejeździe wikingów, dziwił się, Ŝe nie
widzi sąsiadów, Ŝe brakuje koni, wreszcie odkrywał leŜące w polu trupy. Wtedy
dopiero zaczynały bić na alarm kościelne dzwony. Lecz najeźdźcy byli juŜ zazwyczaj
daleko, a w kolejnych, leŜących na ich szlaku wioskach nikt nie miał najmniejszego
pojęcia o nadciągającym niebezpieczeństwie.
Odział z Emneth wyruszył tamtego dnia znacznie później niŜ ludzie Sigvartha.
Najpierw czekano na ociągające się druŜyny z Upwell i Outwell i kilku odleglejszych
jeszcze rejonów. Później zamoŜniejsi posiadacze ziemscy zaczęli się ze sobą witać i
przekazywać sobie wyrazy szacunku. Wreszcie Wulfgar zdecydował, Ŝe nie mogą
wyruszyć z pustymi Ŝołądkami i popisując się hojnością zaprosił wszystkich na grzane
wino. Tak więc, kiedy oddział liczący sobie stu pięćdziesięciu uzbrojonych jeźdźców
wyruszył w końcu w drogę, słońce stało juŜ wysoko na niebie. Nawet wtedy dołączali
jednak do nich maruderzy, których zatrzymał bądź pęknięty popręg, bądź chęć
złoŜenia ostatniej wizyty ukochanej. Oddział jechał bez specjalnych środków
ostroŜności, nie spodziewając się Ŝadnych niebezpieczeństw. Obecności wikingów
domyślili się dopiero wtedy, gdy wyjeŜdŜając zza zakrętu zobaczyli przed sobą zwartą
kolumnę wojowników.
Shef jechał zaraz za grupą dowodzących oddziałem moŜnych panów. Trzymał się
tak blisko Edricha, jak tylko się mógł odwaŜyć. Fakt, Ŝe odwaŜył się przemówić w
trakcie narady zyskał mu uznanie tego dostojnego rycerza. Wiedział, Ŝe dopóki Edrich
jest blisko, nikt nie odeśle go na tył kolumny.
Shef dostrzegł wikingów w tym samym momencie, co wszyscy i usłyszał
przeraŜone okrzyki wodzów.
- Kim są ci ludzie?
- To wikingowie!
- Nie, to niemoŜliwe. PrzecieŜ są teraz w Suffolk. WciąŜ prowadzimy negocjacje.
- A jednak to wikingowie! A teraz, baranie głowy, zdejmujcie z koni swoje grube
tyłki i przygotujcie się do bitwy. Wy takŜe, zsiadać, zsiadać! Konie dawajcie do tyłu.
Zdejmujcie tarcze i formujcie szyk!
Edrich jeździł wokół przeraŜonych ludzi i wykrzykiwał głośno rozkazy. W końcu
wszyscy zdali sobie sprawę z powagi sytuacji. Zeskakiwali na ziemię i gorączkowo
przygotowywali broń i tarcze. Potem, w zaleŜności od indywidualnych inklinacji,
okazując tchórzostwo albo brawurę, wojownicy kierowali się na przód, bądź na sam
tył bojowego szyku.
Shef nie przygotowywał się zbyt długo, był najbiedniejszym wojownikiem w całej
kolumnie. Puścił wolno kuca, którego poŜyczył mu ojczym, odpiął z pleców
drewnianą tarczę i przygotował swój jedyny oręŜ. Za zbroję słuŜył mu skórzany,
niemiłosiernie podziurawiony kaftan. Zajął pozycję tuŜ za Edrichem. Jego gardło
ś
cisnęło podniecenie, umysł zaś rozpalała ciekawość. Jak walczą wikingowie? Co
stanowi istotę walki?
Sigvarth ogarnął całą sytuację w tej samej chwili, kiedy ujrzał przed sobą
pierwszych jeźdźców. Unosząc się w siodle krzyknął komendę w stronę jadących za
nim wojowników. Kolumna rozsypała się natychmiast i wszyscy zeskoczyli z koni.
Część ludzi odprowadziła zwierzęta w bezpieczne miejsce i uŜywając wodzy,
przywiązała je do wbitych w ziemię kołków. Kiedy rozkaz został wykonany,
przyłączyli się do innych formując rezerwę.
Wojownicy, którzy pozostali na miejscu, zatrzymali się na krótką chwilę.
Niektórzy stali w milczeniu, inni ukucnęli, aby poprawić buty, jeszcze inni
zaspokajali pragnienie. Nagle wszyscy jednocześnie zaczęli wyjmować tarcze,
mocować drzewca do włóczni i toporów, poluzowywać miecze. Następnie na rozkaz
Sigvartha utworzyli szyk bojowy w kształcie strzały wycelowanej prosto w oddział
Anglików. Na czele stanął sam Sigvarth, a za nim jego syn Hjorvarth. Przewodził on
grupie dwunastu zbrojnych, którzy mieli dostać się na tyły wroga w momencie, kiedy
linia obronna zostanie przerwana. Ich zadaniem było uniemoŜliwienie Anglikom
odwrotu i doszczętne rozgromienie ich oddziałów.
Naprzeciwko Anglicy ustawili się w poprzek drogi w potrójnym, miejscami
poczwórnym szyku. Problem, jaki stwarzały konie rozwiązali w ten sposób, Ŝe
porzucili zwierzęta, pozwalając aby na nich czekały bądź pokłusowały w nieznane.
Pomiędzy końmi ukryło się teŜ kilku męŜczyzn, którzy po cichu cofnęli się na koniec
kolumny, ale tylko kilku. Po ciągnących się od trzech pokoleń najazdach i wojnach,
było wśród Anglików duŜo wzajemnej urazy, którą odpłacali sobie na róŜne sposoby,
tak jednak, aby nie narazić przy tym na pośmiewisko sąsiadów. Ci, którzy uwaŜali, Ŝe
pozycja ich do tego upowaŜnia, nie szczędzili pozostałym okrzyków zachęty,
zagrzewając wszystkich do walki. Nikt nie wydawał juŜ jednak rozkazów.
Rozglądając się wokół, Shef, który znalazł się tuŜ za linią doskonale uzbrojonej
szlachty, poczuł się osamotniony. Kiedy ostrze bojowego szyku wikingów zbliŜało się
do angielskiej linii, rycerze nieświadomie rozstąpili się nieco na obie strony. Pozostali
tylko najbardziej zdecydowani i oni właśnie przyjęli na siebie pierwsze uderzenie.
JeŜeli Wulfgarowi i jego kompanom nie udałoby się powstrzymać natarcia,
oznaczałoby to rychły koniec bitwy. Szyk klinowy uwaŜany był za wynalazek
skandynawskiego boga wojny.
Ze strony Anglików zaczęły sypać się włócznie. Niektóre spadały za blisko, inne
zatrzymywały się na tarczach wroga. Nagle wikingowie przyspieszyli gwałtownie i
truchtem natarli na pierwszą linię. Tym razem grad oszczepów posypał się w środek
angielskiego szyku. Shef ujrzał, jak Edrich zręcznie uchyla się przed nimi i broni
tarczą. Kilka kroków dalej jeden z moŜnych osłaniał właśnie tarczą brzuch, kiedy
kolejny oszczep przeszył mu gardło. Inny z rycerzy klął głośno próbując oswobodzić
tarczę od tkwiących w niej trzech włóczni. Zanim mu się to udało, klin przerwał
angielską linię.
Przed sobą widział teraz Shef wodza wikingów, który wymierzał cios
Wulfgarowi. Anglik zdołał przyjąć uderzenie na tarczę, zadając jednocześnie cięcie
pałaszem. Wiking uchylił się i zaatakował ponownie wkładając w uderzenie całą siłę.
Raz jeszcze Wulfgarowi udało się odparować cios. Miecze z brzękiem zwarły się ze
sobą, lecz Anglik stracił juŜ równowagę. Sigvarth, obracając ostrze, uderzył
rękojeścią w twarz Wulfgara i pchnął go do tyłu nacierając tarczą. Kiedy
przygotowywał się do zadania ostatecznego cięcia, wyskoczył na niego Shef.
Mimo potęŜnych rozmiarów wiking był zaskakująco szybki. Uskoczył do tyłu i
wymierzył cios w pozbawioną hełmu głowę chłopca. Na podstawie krótkiej
obserwacji przebiegu walki Shef zdał sobie juŜ sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze,
wszystkie czynności powinny być wykonywane przy uŜyciu całej siły, nie ma tu
miejsca na półśrodki. Chłopiec wziął to pod uwagę odparowując cios Sigvartha. Po
drugie, w walce nie ma miejsca na przerwy pomiędzy kolejnymi uderzeniami. Kiedy
wiking zaatakował ponownie, Shef był juŜ na to przygotowany. Tym razem udało mu
się podbić miecz wroga do góry. Usłyszał przy tym brzęk i ostry trzask, kiedy ostrze
pękło i jego fragment poszybował nad głową chłopca. To nie moje! - pomyślał
uradowany Shef i złoŜył się do tryumfalnego ataku.
Ktoś pociągnął go jednak gwałtownie do tyłu. Był to Edrich, który krzyczał mu
coś do ucha. Shef rozejrzał się wokół i dostrzegł, Ŝe w czasie gdy walczył z ich
wodzem, reszta wikingów zdąŜyła juŜ wedrzeć się głęboko w angielskie szyki. Pół
tuzina angielskich wielmoŜów leŜało na ziemi, a Wulfgar cofał się w popłochu
atakowany przez kilkunastu wikingów. W pewnej chwili męŜczyzna pochwycił
spojrzenie chłopca.
- Uciekaj! - krzyczał Edrich. - Jesteśmy pobici. Nic juŜ się nie da zrobić. Uciekaj,
moŜe uda nam się ocalić Ŝycie.
- Ale mój ojciec!... - krzyknął Shef.
- Za późno, juŜ go powalili.
Była to prawda. Wulfgar otrzymał właśnie potęŜny cios w hełm i runął do przodu
prosto pod nadciągającą falę wikingów. Edrich wiedział, Ŝe za chwilę mogą odciąć im
moŜliwość ucieczki. Chwycił chłopca za kołnierz i pociągnął za sobą.
- Przeklęci głupcy. Niewyszkolona zgraja. Czego się zresztą spodziewać? Bierz
konia, chłopcze.
Wkrótce Shef cwałował juŜ tą samą drogą, która przywiodła go do wikingów.
Jego pierwsza bitwa była skończona. Uciekał stamtąd niedługo po tym, jak zadany
został pierwszy cios.
Rozdział czwarty
Rosnące na krawędzi mokradeł trzciny poruszały się delikatnie na porannym
wietrze. Musieli iść dalej, więc Shef usiłował rozeznać się w okolicy. Po wikingach
nie było juŜ śladu. Chłopak wrócił na osłoniętą drzewami suchą wysepkę, gdzie
obozowali ostatniej nocy. Edrich zajadał właśnie zimne pozostałości ich wspólnej
biesiady. Widząc chłopca wytarł zatłuszczone palce w trawę i podniósł pytająco brwi.
- Nic nie widać - rzekł Shef. - Cisza. śadnego dymu.
Opuścili pole bitwy, wiedząc, Ŝe jest juŜ przegrana. Chcieli ocalić Ŝycie. Nie było
pościgu, ale dla pewności porzucili konie i na własnych nogach przedarli się przez
mokradła. Ostatnia noc była dla Shefa przyjemnym ukojeniem. Myślał o tym teraz z
mieszanymi uczuciami. Po raz pierwszy nie miał przed sobą Ŝadnej pracy do
wykonania, Ŝadnych zobowiązań. Jego jedynym obowiązkiem było ukrywać się, nie
dać się odnaleźć.
Na wysepce udało im się wznieść trzcinowy szałas, a w zawiesistej wodzie łatwo
było złapać węgorze. Edrich, po chwili wahania zdecydował, Ŝe mogą rozpalić
ognisko. Wikingowie mieli teraz co innego do roboty niŜ przeszukiwać bagna z
powodu jakiejś smuŜki dymu. Zresztą zanim jeszcze zapadł zmierzch, moŜna było i
tak zobaczyć pełno dymów w róŜnych stronach okolicy.
- Najeźdźcy wracają do siebie - rzekł Edrich. - Kiedy się wycofują, przestają
zwracać uwagę na ostroŜność.
- Panie, czy uciekałeś juŜ kiedy z pola bitwy? - spytał Shef ostroŜnie.
- Wiele razy - odparł szczerze Edrich. - I nie nazywaj tego bitwą, to była zwykła
potyczka. Uciekałem często, a gdyby robili tak wszyscy, mielibyśmy mniej zabitych.
Nie tracimy tak wielu ludzi w równej walce, ale kiedy wikingom uda się przebić,
zaczyna się zwyczajna rzeź. Przez chwilę sam się nad tym zastanów. KaŜdy, kto
ujdzie cało, moŜe stanąć do walki nawet następnego dnia. Kłopot w tym - Edrich
uśmiechnął się kwaśno - Ŝe im częściej się to zdarza, tym mniej ludzi ma ochotę
spróbować po raz kolejny. Tracą ducha. Wczoraj przegraliśmy, bowiem nikt nie był
przygotowany, ani fizycznie, ani wewnętrznie. JeŜeli jedną dziesiątą czasu, którą
poświęcą teraz na rozpaczanie, poświęciliby wcześniej na przygotowania, nie byłoby
mowy o poraŜce. - Edrich zamyślił się na chwilę. - A teraz pokaŜ mi swój miecz.
Wygląda jak jakieś narzędzie rolnicze - zauwaŜył obracając w dłoniach ostrze. - W
kaŜdym razie nie jak prawdziwa broń. Widziałem jednak, jak pękło na tym ostrze
wikinga. Jak to moŜliwe?
- To dobre ostrze - odparł Shef. - MoŜe nawet najlepsze w Emneth. Zrobiłem je
sam, wykułem z Ŝelaznych łup, które przywieźli nam z Południa. Lecz jest tam teŜ
warstwa twardej stali. Pewien tan z March dał mi kilka grotów od włóczni jako
zapłatę za robotę, którą dla niego wykonałem. Przetopiłem je wszystkie, a potem
połączyłem stal z Ŝelazem i wykułem ostrze. śelazo jest jego spoiwem, a stal daje mu
siłę.
- Lecz mimo całej tej pracy ostrze jest krótkie i jednosieczne, a rękojeść zrobiona
ze zwykłej kości. Poza tym pozwoliłeś, aby zamokło i rdzewiało.
- Gdybym chodził po Emneth z prawdziwym połyskującym w słońcu oręŜem przy
boku, jak sądzisz, czy długo bym się nim cieszył? Rdzy jest tylko tyle, aby zmienić
kolor ostrza, postarałem się, by nie sięgnęła głębiej.
- No właśnie, jest jeszcze jedno pytanie, które chciałbym ci zadać. Młody tan
powiedział, Ŝe nie jesteś wolnym człowiekiem. Wygląda jakbyś się ukrywał. W czasie
potyczki nazwałeś jednak Wulfgara ojcem. Jest w tym jakaś zagadka. Świat pełen jest
bękartów. Rzecz to wiadoma, Ŝe tanowie mają nieprawych synów, nikt jednak nie
próbuje uczynić z nich niewolników.
Shef spotykał się juŜ z tym pytaniem wiele razy. W innych okolicznościach na
pewno by na nie nie odpowiedział, ale teraz, na tej wyspie wśród moczarów, gdy
rozmawiał jak równy z równym z tanem króla Edmunda, słowa popłynęły same.
- On nie jest mym ojcem, choć go tak nazywam. Osiemnaście wiosen temu
wikingowie najechali naszą osadę. Wulfgara nie było wtedy w domu, została tylko
moja matka, lady Thryth, ze swoim nowo narodzonym synem Alfgarem, moim
przyrodnim bratem. W noc kiedy przybyli wikingowie, słuŜącemu udało się zabrać
Alfgara w bezpieczne miejsce. Moja matka została jednak pojmana.
Edrich pokiwał głową. Wszystko to znał aŜ za dobrze, znał cały mechanizm,
przynajmniej wtedy gdy w grę wchodził ktoś z pozycją. MąŜ mógł się spodziewać, Ŝe
po krótkim czasie dostanie wiadomość z jakiegoś targu niewolników w Hedeby czy
Kaupang, Ŝe taka a taka pani jest do odkupienia za określoną sumę. JeŜeli takiej
informacji nie otrzymał, mógł uznać się za wdowca i ponownie oŜenić, przekazując
srebrne bransolety kolejnej kobiecie, która wychowa mu syna. Przyznać trzeba, Ŝe
czasem taką sielankę przerywało po latach pojawienie się jakiejś zniszczonej
starowiny, której udało się wreszcie powrócić do domu. Rzadki to jednak przypadek,
zresztą i tak nie wyjaśniałby on wcale zagadki młodzieńca, którego Edrich miał przed
sobą.
- Moja matka powróciła po kilku tygodniach. Była w ciąŜy. Przysięgała, Ŝe moim
ojcem jest sam jarl wikingów. Kiedy przyszedłem na świat chciała nazwać mnie
Halfden, poniewaŜ jestem w połowie Duńczykiem, lecz Wulfgar przeklął ją za to.
Powiedział, Ŝe Halfden to imię bohatera, króla, od którego wywodzi się ród
Shieldingów, a oni z kolei dali początek panującym dynastiom w Anglii i Danii. To
nie było imię dla mnie, nazwali mnie więc Shef, tak jak zwykłego psa.
Młodzieniec spuścił oczy.
- I dlatego właśnie mój ojczym tak mnie nienawidzi i chce uczynić niewolnikiem,
dlatego mój przyrodni brat, Alfgar, opływa we wszystko, podczas gdy ja jestem
biedakiem.
Shef nie opowiedział jednak całej historii. Nie powiedział, Ŝe Wulfgar naciskał na
Ŝ
onę, aby pozbyła się płodu i zabiła siedzące w jej łonie dziecko gwałciciela. Nie
wspomniał, Ŝe dopiero interwencja ojca Andreasa ocaliła mu Ŝycie, ksiądz bowiem
ostro potępił grzech dzieciobójstwa, nawet w przypadku dziecka wikinga. Nie
powiedział takŜe, Ŝe Wulfgar w przypływie gniewu i zazdrości wziął sobie konkubinę
i spłodził z nią piękną Godivę, tak Ŝe było ich w końcu troje: Alfgar - syn prawowity,
Godiva - córka Wulfgara i niewolnicy oraz Shef - syn lady Thryth i wikinga.
Edrich oddał chłopcu miecz. Historia wciąŜ wydawała mu się tajemnicza. Jak to
moŜliwe, Ŝe tej kobiecie udało się uciec? Handlarze niewolników nie są zazwyczaj
tak beztroscy.
- Jak zwał się ten jarl? - spytał po chwili. - Twój...
- Mój ojciec? Matka mówiła, Ŝe zwie się Sigvarth. Jest jarlem Małych Wysp,
gdziekolwiek się one znajdują.
Chwilę jeszcze siedzieli w milczeniu, a potem ułoŜyli się do snu.
Było juŜ późno, kiedy Shef i Edrich wyszli ostroŜnie z szuwarów, a przed ich
oczami ukazały się ruiny Emneth.
Wszystkie budynki zostały spalone, z niektórych zostały tylko stosy popiołów, z
innych stosy poczerniałych belek. Spłonęło domostwo Wulfgara, kościół, kuźnia,
wszystko. Widać było kilkoro ludzi, którzy chodzili bez celu wokół ruin, grzebiąc w
popiołach.
Kiedy weszli do wioski, Shef zagadnął jedną z ocalałych, w której rozpoznał
słuŜącą swej matki.
- Trudo, powiedz mi, co się tu stało.
Kobieta zadrŜała na całym ciele i spojrzała na niego z przeraŜeniem.
Przypatrywała się jego tarczy i mieczowi dziwiąc się, Ŝe stoi przed nią Ŝywy, nawet
nie draśnięty.
- Lepiej... lepiej pójdź zobaczyć się z matką.
- Czy ona wciąŜ tu jest? - Shef poczuł przypływ nadziei. MoŜe odnajdzie takŜe
innych. Czy udało się uciec Alfgarowi i Godivie?
MęŜczyźni podąŜyli za kobietą, która utykała niezdarnie.
- Dlaczego ona chodzi w ten sposób? - szepnął Shef.
- Zgwałcona... - odparł krótko Edrich.
- Ale... ale ona nie była dziewicą.
- Gwałt to coś innego. Czterech męŜczyzn ciągnie kobietę na wszystkie strony, a
piąty sobie dogadza. Wszyscy są podnieceni, zrywają ścięgna, czasem nawet łamią
kości. Najgorzej, kiedy kobieta próbuje się wyrywać.
Shef pomyślał znów o Godivie i zacisnął pieści tak mocno, aŜ zbielały palce.
Zrozumiał, Ŝe nie tylko męŜczyznom przyszło płacić za przegraną bitwę.
Dalej szli juŜ w milczeniu. Truda prowadziła ich do szałasu zbudowanego z
nadpalonych belek i przykrytego starymi deskami. Szepnęła coś zaglądając do środka,
a po chwili zaprosiła ich, aby weszli.
W środku, na posłaniu zrobionym ze starych worków, leŜała lady Thryth. Wyraz
cierpienia na twarzy oraz dziwaczny sposób, w jaki była ułoŜona świadczyły o tym, Ŝe
przeszła to samo, co Truda. Shef ukląkł przy niej i dotknął ramienia.
- Nie było ostrzeŜenia, nie mieliśmy czasu, aby się przygotować - wyszeptała
zbolałym głosem. - Nie wiedzieliśmy co robić. Te świnie przyjechały tu zaraz po
bitwie. Otoczyli nas, zanim ktokolwiek się zorientował.
Kobieta skręciła się z bólu i zamilkła. W jej oczach czaiła się pustka.
- To bestie. Zabili kaŜdego, kto próbował się bronić. Potem zebrali nas przed
kościołem. Wtedy zaczęło padać. Najpierw wybrali młode i ładne dziewczęta oraz
niektórych chłopców. Przeznaczyli ich na sprzedaŜ jako niewolników. A potem...
Potem przyprowadzili swoich jeńców i... - kobieta zasłoniła oczy, jej głos zaczął się
załamywać.
- Kazali nam patrzeć...
Jej słowa utonęły w szlochu. Chwilę leŜała bez ruchu, wreszcie drgnęła, jakby
przypomniała sobie nagle coś waŜnego. Ścisnęła wtedy rękę chłopca i po raz pierwszy
spojrzała mu prosto w oczy.
- Wiesz, Shef, to był on! Ten sam, co poprzednio.
- Jarl Sigvarth? - spytał w napięciu Shef.
- Tak. Twój... twój...
- Jak on wyglądał? Czy był wysoki i ciemnowłosy, z białymi zębami?
- Tak, miał złote bransolety na całym ramieniu.
Shef przywołał z pamięci obraz stoczonej na drodze walki, szczęk pękającego
oręŜa i moment, kiedy gotował się do decydującego pchnięcia. Czy to moŜliwe, Ŝe
sam Bóg uchronił go przed straszliwym grzechem? Lecz jeśli to prawda, co w takim
razie Bóg porabiał potem?
- Czy on nie mógł cię obronić, matko?
- Nawet nie próbował - odparła Thryth panując nad swym głosem. - Kiedy złamali
szereg po tym... po tym przedstawieniu, powiedział im, Ŝe mogą do woli plądrować i
uŜywać Ŝycia, mają jednak skończyć, gdy usłyszą głos rogu. Niewolnicy zostali
związani i odprowadzeni na bok, ale reszta z nas, Truda, ja i inne kobiety, byłyśmy po
prostu podawane z rąk do rąk.
- Shef, ja wiem, Ŝe on mnie rozpoznał! I pamiętał kim jestem. Lecz kiedy go
błagałam, Ŝeby przynajmniej zostawił mnie dla siebie, zaśmiał się tylko. Powiedział...
powiedział, Ŝe teraz juŜ jestem starą gęsią, nie Ŝadną gąską, a gęsi powinny sobie
same radzić. Zwłaszcza gęsi, które kiedyś miały ochotę sobie odfrunąć. Tak więc
potraktowali mnie jak Trudę, gorzej nawet, gdyŜ byłam damą, a dla niektórych z nich
stanowiło to dodatkową rozrywkę - jej twarz wykrzywił grymas gniewu i nienawiści,
przez chwilę zapomniała nawet o bólu. - Ale zdąŜyłam mu powiedzieć, Shef.
Powiedziałam, Ŝe ma syna i Ŝe ten syn kiedyś go odnajdzie i zabije!
- Prawie mi się to udało, matko - odparł Shef i zawahał się. Dręczyło go jeszcze
jedno pytanie, lecz ubiegł go Edrich.
- A co właściwie mieliście oglądać, pani?
Oczy Thryth znowu wypełniły się łzami. Nie mogąc wydobyć głosu przywołała
ręką swoją słuŜącą.
- Chodźcie za mną - rzekła Truda - pokaŜę wam, jak wygląda miłosierdzie
wikingów.
MęŜczyźni wyszli z szałasu i podąŜyli za nią w poprzek pogorzeliska w stronę
kolejnego naprędce zbitego szałasu. Przy wejściu stała niewielka grupka ludzi. Co
pewien czas ktoś wchodził do środka, a po chwili wychodził pospiesznie. Trudno było
odczytać rysujące się na twarzach tych ludzi uczucia. Smutek? Gniew? W większości
przypadków był to chyba po prostu zwyczajny strach.
Wewnątrz szałasu stał koński Ŝłób do połowy wypełniony sianem. Shef rozpoznał
od razu jasne włosy Wulfgara i jego brodę, ale twarz, którą ujrzał była twarzą trupa:
blada, stęŜała, z wystającymi kośćmi. Wulfgar Ŝył jednak.
Przez moment Shef nie mógł zrozumieć tego, co ujrzał. Jak Wulfgar mógł leŜeć
w Ŝłobie? Był za wysoki. Miał jakieś sześć stóp wzrostu, a Ŝłób, Shef wiedział o tym
aŜ za dobrze, z własnego doświadczenia, był długości niecałych pięciu stóp... Coś tu
się nie zgadzało.
Coś było nie tak z nogami Wulfgara. Jego kolana sięgały końca Ŝłobu, a potem
były juŜ tylko niezdarnie zawiązane i poplamione krwią bandaŜe. Shef poczuł silny
odór rozkładu i spalenizny.
Z rosnącym przeraŜeniem ujrzał, Ŝe Wulfgar nie ma takŜe rąk. Kikuty, które mu
zostały, leŜały skrzyŜowane na piersiach, bandaŜe zaczynały się na wysokości łokci.
- Przyprowadzili go i ustawili naprzeciw nas - mruknął ktoś z tyłu. - UłoŜyli go na
klocu drewna i po kolei obcięli toporem ręce i nogi. Nogi najpierw. Za kaŜdym razem
przypalali pozostały kikut rozpalonym do czerwoności Ŝelazem, Ŝeby nie umarł z
upływu krwi. Z początku przeklinał ich i usiłował się bronić, lecz później zaczął
błagać, aby pozostawili mu chociaŜ jedną rękę, tak, Ŝeby mógł przynajmniej
samodzielnie jeść. Wyśmiali go. Ten wysoki, jarl, powiedział, Ŝe zostawią mu całą
resztę. Mówił, Ŝe pozostawią mu oczy, aby mógł oglądać ponętne kobiety, oraz jądra,
aby mógł ich poŜądać. Ale nigdy juŜ nie będzie mógł zdjąć spodni, nigdy więcej.
Nie będzie w stanie nic dla siebie zrobić, pomyślał Shef. Zupełnie uzaleŜniony od
innych, począwszy od jedzenia, a na sikaniu kończąc.
- Zrobili z niego „heimnara” - rzekł Edrich, posługując się norweskim
określeniem - Ŝywego trupa. Słyszałem juŜ o tym, ale nigdy jeszcze nie widziałem na
własne oczy. Nie zamartwiaj się jednak, chłopcze. Infekcja, ból, utrata krwi. Długo
nie poŜyje.
Nagle nieruchome oczy otwarły się szeroko i spojrzały z jawną wrogością na
Shefa i Edricha. Spomiędzy wyschniętych warg dobiegł do nich cichy szept, brzmiący
niczym syk węŜa.
- Zbiegowie. Uciekłeś i zostawiłeś mnie, chłopcze. Będę ci to pamiętał. A ty,
królewski tanie... Przyjechałeś, zebrałeś nasze siły i poprowadziłeś do walki. Gdzie
jednak byłeś, kiedy walka dobiegła końca? Nie bójcie się, poŜyje jeszcze
wystarczająco długo, aby wziąć odwet na was obu. Nie zapomnę teŜ o twoim ojcu,
chłopcze. Nie powinienem był opiekować się jego pomiotem, ani przyjmować z
powrotem jego dziwki.
Oczy zamknęły się, a głos ucichł. Shef i Edrich w milczeniu wyszli z szałasu. Na
dworze znów zaczęło mŜyć.
- Nie rozumiem - rzekł Shef - dlaczego oni to zrobili?
- Tego i ja, przyznam, nie pojmuję. Coś ci jednak powiem. Kiedy król Edmund o
tym usłyszy, wpadnie w furię. Najazd i mord w czasie rozejmu, to juŜ rzecz normalna,
ale coś takiego... Zrobić coś takiego jego człowiekowi, jego dawnemu druhowi.
Będzie miał umysł podzielony dwiema myślami. Z jednej strony chciał będzie
uchronić swych ludzi przed czymś takim, z drugiej jego honor podpowie mu zemstę.
To będzie trudna decyzja. Czy pojedziesz teraz ze mną, chłopcze? - Edrich spojrzał na
Shefa. - Muszę zawieźć mu wieści. Nie jesteś tutaj wolnym człowiekiem, ale widać
od razu, Ŝe z ciebie wojownik. Nic tu teraz po tobie. Jedź ze mną, będziesz moim
sługą, a później znajdziemy dla ciebie odpowiednią broń i ekwipunek. JeŜeli
potrafiłeś walczyć wystarczająco dobrze, aby powstrzymać wielkiego jarla, król
weźmie cię do swej druŜyny. Nie ma znaczenia, kim byłeś w przeszłości.
Naprzeciw wyszła im lady Thryth podpierając się z wysiłkiem na kiju. Shef zadał
jej w końcu pytanie, które nie dawało mu spokoju odkąd ujrzał dymiące pogorzelisko
Emneth.
- A co się stało z Godiva?
- Zabrał ją Sigvarth. Zabrali ją do obozu wikingów.
Shef odwrócił się do Edricha. Mówił pewnie, bez próby usprawiedliwiania się.
- Słyszałem juŜ, Ŝe jestem zbiegiem i niewolnikiem. Niechaj więc będę i jednym,
i drugim - Shef odpiął tarczę i rzucił ją na ziemię. - Przedostanę się do obozu
wikingów. MoŜe wezmą mnie do siebie. Muszę coś zrobić, aby uratować Godivę.
- Nie przeŜyjesz nawet tygodnia - rzekł Edrich ze wzburzeniem. - I umrzesz jako
zdrajca. Zdradzisz swoich ludzi i króla Edmunda.
MęŜczyzna odwrócił się na pięcie i odszedł, nawet się nie oglądając.
- Zdradzisz teŜ samego Chrystusa Pana - dodał ojciec Andreas, który pojawił się
właśnie u wejścia do szałasu. - Widzisz, co uczynili nam poganie. Lepiej być
niewolnikiem wśród chrześcijan niŜ królem wśród takich jak tamci.
Shef zdał sobie sprawę, Ŝe zdecydował się bardzo szybko, zapewne zbyt szybko i
bez zastanowienia. Teraz jednak nie było juŜ odwrotu. W jego głowie kłębiły się
myśli: próbowałem zabić ojca, mój ojczym stał się Ŝywym trupem, matka nienawidzi
mnie za to, co zrobił ojciec, straciłem szansę na odzyskanie wolności, straciłem
względy człowieka, który mógł zostać moim przyjacielem.
Takie myśli nie mogły mu teraz pomóc. Wszystko to uczynił dla Godivy. Musiał
zakończyć rozpoczęte dzieło.
Godiva obudziła się z bólem głowy czując wokół siebie swąd dymu. PrzeraŜona
próbowała wstać i jakoś się wyswobodzić, jednak powstrzymał ją piskliwy jęk
dziewczyny, na której leŜała.
Kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do półmroku, zorientowała się, Ŝe znajduje się w
ciągniętym po wyboistej drodze wozie. Wnętrze wozu wypełniały ułoŜone jedna na
drugiej dziewczęta z Emneth. Słychać było jęki i płacz. Nagle z tyłu wozu pojawiła
się brodata twarz. Dziewczęta z piskiem starały się ukryć jak najgłębiej, męŜczyzna
jednak uśmiechnął się tylko ukazując białe zęby i zniknął.
Wikingowie! W jednej chwili Godiva przypomniała sobie wszystko. Falę
zbliŜających się męŜczyzn, panikę w osadzie, ucieczkę przez mokradła, to jak została
schwytana i obezwładniającą grozę, kiedy po raz pierwszy w Ŝyciu dostała się w
objęcia dorosłego męŜczyzny...
Jej dłoń powędrowała bezwiednie wzdłuŜ uda. Co mogło się stać kiedy była
nieprzytomna? Nie czuła bólu, chyba więc nadal pozostała dziewicą. NiemoŜliwe,
Ŝ
eby zgwałcili ją i nic teraz nie czuła.
LeŜąca obok dziewczyna, córka jednego z gospodarzy i towarzyszka zabaw
Alfgara, dostrzegła przestrach na jej twarzy i ruch dłoni pod spódnicą.
- Nic się nie bój - odezwała się, nie bez złośliwości. - Nawet nas nie dotknęli.
Mamy zostać sprzedane. Nie masz się czego lękać, dopóki nie znajdą na ciebie kupca.
Później staniesz się taka, jak my wszystkie.
Wspomnienia powracały jedno po drugim. Grupa mieszkańców otoczonych przez
uzbrojonych wikingów, a pośrodku jej ojciec rozkrzyŜowany na drewnianym pniaku.
Przeraźliwa trwoga, kiedy ujrzała zbliŜającego się kata z toporem i zrozumiała, co
zamierzają z nim zrobić. Tak, wybiegła naprzód i z krzykiem rzuciła się na tego
wysokiego męŜczyznę, lecz inny, ten, którego tamten nazywał synem, zdołał ją
pochwycić. A co później? OstroŜnie dotknęła głowy i wyczuła guz. Głowa nie
krwawiła jednak.
Nie była jedyną, z którą postąpiono w ten sposób. Wikingowie uderzyli ją
wypełnionym piaskiem workiem. Piraci od lat trudnili się handlem i nauczyli się, jak
postępować z Ŝywym towarem. W czasie najazdu uŜywali najpierw toporów, włóczni
i mieczy, zabijali gospodarzy i wojowników. Później jednak ostra broń stawała się
nieporęczna. Zbyt łatwo było uszkodzić jakąś czaszkę, uciąć ucho czy w inny sposób
uszkodzić kosztowny towar. Nawet zwykły cios pięścią okazać się mógł zbyt potęŜny
zwaŜywszy na krzepę tych ludzi. Kto kupiłby dziewczynę z pękniętą szczęką albo z
przetrąconą kością policzkową? MoŜe jakiś sknera ze Skandynawii, ale na pewno nie
wybredni klienci z Hiszpanii czy Dublina.
Tak więc ludzie znajdujący się pod komendą Sigvartha, jak równieŜ wielu innych,
którzy trudnili się handlem niewolnikami, nosili za pasem albo ukryte wewnątrz
tarczy woreczki w kształcie kiełbasy wypełnione po brzegi piaskiem zebranym
pracowicie na wydmach Jutlandii. Wystarczył jeden zgrabny cios i towar juŜ leŜał
cicho nie sprawiając kłopotów. A przy tym Ŝadnego ryzyka uszkodzenia.
Dziewczęta zaczęły w końcu do siebie szeptać, choć ich głosy drŜały ze strachu.
Opowiedziały Godivie, co stało się z jej ojcem, a potem, co spotkało Trudę i Thryth.
Opowiadały, jak załadowano je na wóz, Ŝadna nie wiedziała jednak, co stanie się z
nimi dalej.
Pod wieczór następnego dnia Sigvarth, jarl Małych Wysp, poczuł jak ogarnia go
niepokój, którego przyczyny nie umiał odgadnąć. Siedział w namiocie synów Ragnara
i wraz innymi jarlami przysłuchiwał się, jak jego syn Hjorvarth opowiada historię
wyprawy. Choć był to jeszcze młody wojownik, przemawiał dobrze.
Skąd więc to dręczące uczucie? Sigvarth nie był człowiekiem zdolnym do
głębokiej autoanalizy, Ŝył jednak juŜ wystarczająco długo, aby przekonać się, Ŝe nie
naleŜy lekcewaŜyć takich objawów.
Powrót z wyprawy był udany. Ciągnął za sobą kolumnę wozów z niewolnikami i
łupami. NajwaŜniejsze jednak, Ŝe zrobił dokładnie to, o co chodziło WęŜowemu Oku.
Spalone chaty i wypalone pola, studnie pełne trupów oraz, dla przykładu, kilku
okaleczonych, którzy będą mogli opowiedzieć wszystkim swoją historię.
Czyń tak, jak uczyniłby to Ivar, mówił WęŜowe Oko. W porządku, nie był moŜe
tak dobry w zadawaniu cierpień jak Ivar, ale nikt chyba nie powie, Ŝe się nie starał.
Udało mu się całkiem nieźle. Ta okolica z pewnością nie podźwignie się szybko.
Nie, nie to go niepokoiło, to było dobrze wykonane zadanie. JeŜeli coś było nie
tak, to stało się to znacznie wcześniej. Powoli Sigvarth uzmysłowił sobie, Ŝe martwiło
go pewne wspomnienie związane z potyczką. JuŜ ćwierć wieku walczył na pierwszej
linii, zabił setkę ludzi, zebrał ze dwa tuziny ran. Potyczka powinna być prosta,
przysporzyła im jednak trudu. Przedarł się przez angielską linię, tak jak wiele razy
przedtem, zmiótł ze swej drogi jasnowłosego tana i doszedł do drugiej linii
wyjątkowo zdezorganizowanej i nierównej.
A wtedy wyrósł przed nim ten chłopak. Nie miał nawet hełmu ani porządnego
miecza. Wyglądał jak wyzwolony właśnie niewolnik albo najbiedniejsze dziecko z
całej osady. Wystarczyły jednak dwa starcia i miecz Sigvartha rozpadł się na kawałki,
a on sam stracił równowagę. Sigvarth uświadomił sobie, Ŝe gdyby to był pojedynek,
czekałaby go niechybna śmierć. Ocalili go wojownicy, którzy pojawili się nagle po
jego obu stronach. Nie sądził, Ŝeby któryś z nich dostrzegł w jak beznadziejnym
połoŜeniu się znalazł, lecz jeśli to dostrzegli, ktoś ze starszyzny mógł zgłosić teraz
jego odwołanie.
Czy będzie mógł spojrzeć im w oczy? Czy jego syn Hjorvarth jest juŜ
wystarczająco potęŜny, aby ktoś przestraszył się jego zemsty? A moŜe rzeczywiście
stał się juŜ za stary do zabijania. Jeśli nie potrafił usadzić w miejscu na wpół
uzbrojonego chłopca, to chyba faktycznie nie był juŜ w dawnej formie.
W kaŜdym razie teraz zrobi coś naprawdę mądrego. NajwaŜniejsze, Ŝeby mieć po
swojej stronie Ragnarssonów, to się zawsze sprawdzało. Hjorvarth zbliŜał się juŜ do
końca opowieści. Sigvarth odwrócił się na krześle i skinął głową w stronę dwóch
giermków, którzy stali obok wejścia. W odpowiedzi obaj kiwnęli głowami i wyszli na
zewnątrz.
- ...tak więc zapaliliśmy wozy i wrzuciliśmy do środka kilku ludzi, których mój
ojciec w swej mądrości przywiódł tak daleko, aby złoŜyć ich w ofierze Aegirowi i
Ranowi. Potem wsiedliśmy na statek, popłynęliśmy w dół rzeki i oto jesteśmy! My,
ludzie słynnego jarla Sigvartha, w tym ja, jego prawowity syn, Hjorvarth, gotowy
spełnić wasze dalsze rozkazy, synowie Ragnara!
W namiocie wybuchł aplauz, jedni tupali nogami, inni uderzali o stół naczyniami.
Wszyscy w znakomitym nastroju, po tak dobrym rozpoczęciu kampanii.
Potem przemówił WęŜowe Oko.
- Dobrze, Sigvarcie, moŜesz zachować swoje łupy, widzimy bowiem, jak cięŜko
na nie zapracowałeś. Teraz moŜesz nam zdradzić, czy dopisało ci szczęście. Powiedz,
ile łupów udało ci się zebrać tym razem? Czy stać cię juŜ, aby rzucić wojaczkę i kupić
sobie letni domek w Sjaellandzie?
- Oj, nie jest tego tak duŜo - odrzekł Sigvarth, a słowa jego powitał pomruk
niedowierzania. - Nie starczy, abym mógł stać się gospodarzem. To tylko skromne
łupy, czego zresztą moŜna się spodziewać po takiej okolicy. Trzeba nam poczekać, aŜ
armia dojdzie do Norwich. Do Yorku, Londynu! - Słowa te wywołały ponowny
wybuch entuzjazmu. - Musimy odebrać złoto tym, którzy mają go najwięcej.
KsięŜom. W wioskach nie znajdziemy go wcale. Muszę jednak przyznać, Ŝe coś udało
nam się zdobyć i chętnie podzielę się tym, co mam najlepszego. Pozwólcie, Ŝe pokaŜę
wam moją najświetniejszą zdobycz!
Sigvarth odwrócił się i przywołał giermków. Przecisnęli się pomiędzy stołami
prowadząc ze sobą postać spowitą całkowicie w tkaninę i przewiązaną sznurem.
Postać została popchnięta w stronę głównego stołu, sznur błyskawicznie przecięty, a
tkanina odrzucona na bok.
Pośrodku namiotu ukazała się Godiva, która mrugając oczami zaczęła przyglądać
się otaczającym ją brodatym męŜczyznom. Cofnęła się i chciała odwrócić, lecz stanęła
nagle oko w oko z najwyŜszym z wojowników. MęŜczyzna miał jasną karnację i oczy
koloru lodu, jego twarz nie wyraŜała Ŝadnych emocji. Spojrzała w bok i niemal z ulgą
rozpoznała stojącego tam Sigvartha, jedynego człowieka, którego potrafiła rozpoznać
w tym tłumie.
W tym ponurym otoczeniu była niczym kwiat wyrastający z podmokłego
poszycia. Jasne włosy, delikatna skóra, pełne usta, które rozchylone w przestrachu
wydawały się jeszcze bardziej pociągające. Sigvarth skinął raz jeszcze i jeden z
męŜczyzn przeciął tył jej sukni, po czym zerwał ją nie zwaŜając na krzyki
dziewczyny. Stanęła więc przed nimi niemal naga, okryta tylko cienką koszulą, tak Ŝe
wszyscy mogli podziwiać jej młodzieńcze ciało. W rozpaczliwym geście strachu i
palącego wstydu Godiva skrzyŜowała na piersiach ramiona i opuściła głowę.
Przygotowała się na najgorsze.
- Nie mogę się nią podzielić! - wykrzyknął Sigvarth. - Jest na to zbyt cenna.
Postanowiłem więc, Ŝe ją oddam! Podaruję ją człowiekowi, który wysłał mnie na tę
wyprawę, w podzięce i w nadziei, Ŝe będzie o mnie pamiętał. Niech mu ona dobrze i
długo słuŜy. Podaruję ją najmądrzejszemu człowiekowi w całej armii. Przeznaczona
jest tobie, Ivarze!
Sigvarth zakończył swoją przemowę tryumfalnym okrzykiem i wzniósł do góry
róg. Powoli zorientował się jednak, Ŝe nie było Ŝadnego odzewu. Wokół panowało
pełne zakłopotania milczenie. Nawet ludzie, którzy nie znali prawie Ragnarssonów i
dopiero niedawno dołączyli do armii, pobladli lekko i spuścili oczy.
Serce Sigvartha znów wypełniło nieprzyjemne uczucie chłodu. MoŜe powinienem
był najpierw spytać, pomyślał z niepokojem. MoŜe stało się coś, o czym nie zdąŜył się
dowiedzieć. Ale jaką szkodę mógł wyrządzić swoim podarkiem. Dzielił się swoim
łupem, dzielił się czymś, co kaŜdy męŜczyzna chciałby posiąść. Co w tym złego, Ŝe
podarował tę dziewczynę, tę piękną dziewicę, Ivarowi? Ivarowi Ragnarssonowi,
zwanemu... Zaraz... jak oni go nazywają? PrzeraŜająca myśl przebiegła nagle przez
głowę Sigvartha. Czy to przezwisko naprawdę coś oznaczało? Sopel Lodu...
Rozdział piąty
Pięć dni później Shef i jego towarzysz leŜeli ukryci w cieniu zagajnika i patrzyli
na ciągnące się aŜ do obozowiska wikingów podmokłe łąki. Była to niemal mila
odkrytego terenu. Tym razem nie udało im się powstrzymać zdenerwowania.
Nie mieli kłopotów aby wydostać się z Emneth, co w normalnych warunkach
mogłoby stanowić najtrudniejsze zadanie dla zbiegłego niewolnika. Lecz Emneth Ŝyło
teraz innymi problemami, nikt zresztą nie uwaŜał Shefa za swoją własność. A Edrich,
który mógłby powstrzymywać ludzi przed przejściem na stronę wikingów, w tym
wypadku najwyraźniej umywał ręce. Tak więc nikt nie przeszkodził Shefowi, kiedy
pakował kilka drobiazgów i trochę jedzenia na drogę, czyniąc wyraźne przygotowania
do ucieczki.
Ktoś jednak mu się przyglądał. Kiedy stał pośród pogorzeliska niezdecydowany
czy poŜegnać się z matką, zdał sobie sprawę, Ŝe jakiś człowiek stoi za jego plecami.
Był to Hund, przyjaciel z dzieciństwa, syn pary niewolników, który był zapewne
najniŜej stojącą w hierarchii osobą w całym Emneth. Jednak Shef nauczył się juŜ
cenić go. Nikt nie znał mokradeł tak dobrze jak Hund, nawet Shef mu w tym
ustępował. W ciasnej chacie, którą dzielił z rodzicami i resztą rodzeństwa, moŜna
było często pobawić się z młodą wydrą, jego rodzinie nie brakowało teŜ ryb, które
Hund potrafił łapać ręką, bez pomocy sieci. Znał teŜ wszystkie zioła, które moŜna
było znaleźć w okolicy: ich nazwy i przeznaczenie. I choć był o dwie wiosny młodszy
od Shefa, biedniejsi ludzie przychodzili do niego po poradę i leki. Z takim talentem
mógłby w niedługim czasie stać się waŜną figurą w całym okręgu, powaŜaną nawet
przez moŜnych. Jego czyny zyskały mu juŜ niezbyt Ŝyczliwe zainteresowanie ojca
Andreasa, wybawcy Shefa. Kościół najwyraźniej nie lubił konkurencji.
- Chcę pójść z tobą - zaczął Hund.
- To niebezpieczne - odrzekł Shef.
Hund przyjął to w milczeniu, nie miał zwyczaju mówić, gdy uznał to za
niepotrzebne. Niebezpiecznie było równieŜ pozostać w Emneth, a trzymając się
razem, obaj zwiększali tylko swoją szansę przeŜycia.
- JeŜeli idziesz ze mną, będziesz musiał zdjąć tę obręcz - zauwaŜył Shef. - Teraz
jest właściwy moment, nikt się nie będzie nami interesował. Poczekaj tu, przyniosę
narzędzia.
Ukryli się pośród mokradeł, aby zniknąć z oczu mieszkańców, zdjęcie obręczy
okazało się jednak bardzo skomplikowane. Shef obwiązał szyję Hunda szmatami, aby
uratować skórę przed skaleczeniem, a następnie rozpiłował Ŝelazo. Mocował się
długo ze szczypcami, którymi chciał rozgiąć przepiłowany metal, lecz w końcu stracił
cierpliwość. Obwiązał sobie wtedy dłonie szmatami, chwycił obręcz i rozgiął ją,
uŜywając całej swojej siły.
Hund rozmasował pokrytą zgrubieniami i bliznami skórę i spojrzał na leŜącą na
ziemi rozerwaną obręcz.
- Niewielu ludzi potrafiłoby to zrobić - zauwaŜył.
- Potrzeba uskrzydla człowieka - odparł skromnie Shef, ale w głębi duszy był
zadowolony. WciąŜ przybywało mu sił, zmierzył się w bitwie z dorosłym męŜczyzną,
a teraz mógł iść dokąd tylko chciał. Nie wiedział jeszcze w jaki sposób, ale czuł, Ŝe
wkrótce uda mu się uwolnić Godivę i zostawić za sobą przeklętą przeszłość.
Wyruszyli nie poczyniwszy dalszych uzgodnień, szybko jednak wpadli w
powaŜne tarapaty. Shef przewidywał, Ŝe będą czasem musieli ukrywać się przed
ludźmi, nie sądził wszakŜe, Ŝe cała okolica wrzeć będzie jak gniazdo os, które ktoś
przedziurawił kijem. Jeźdźcy galopowali po wszystkich drogach, a kaŜdą wioskę
otaczały grupy zbrojnych, patrzących podejrzliwie na kaŜdego obcego przybysza.
Chłopcy zostali schwytani i kiedy nikt nie chciał uwierzyć w ich zmyśloną historię,
musieli ratować się ucieczką. Najwyraźniej król wydał juŜ odpowiednie rozkazy i lud
East Anglii postanowił ściśle ich przestrzegać. W powietrzu czuć było okrutny gniew
i napięcie.
W ciągu ostatnich dwóch dni Shef i Hund przeszli pas podmokłych łąk i pastwisk
posuwając się okropnie wolno, czasem po prostu pełznąc na brzuchach. Tak czy
inaczej natrafili na kilka patroli. Czasem była to grupa jeźdźców prowadzona przez
jakiegoś tana, innym razem poruszający się niemal bezszelestnie oddział piechoty.
Shef zrozumiał, Ŝe ich zadaniem jest niedopuszczenie, aby wikingowie wyprawiali się
ze swego obozu na indywidualne zbójeckie wyprawy. Niemniej ludzie ci nie mieliby
nic przeciwko temu, aby złapać, a nawet zabić, kaŜdego kogo tylko podejrzewać
moŜna o wspieranie najeźdźców.
Niebezpieczeństwo ze strony Anglików zaczęło maleć dopiero w bezpośrednim
sąsiedztwie obozu wikingów, pojawiło się jednak zagroŜenie ze strony patroli wroga.
W niewielkim lesie chłopcy napotkali oddział około pięćdziesięciu jeźdźców w
pełnym rynsztunku bojowym. Nietrudno było ich dostrzec, łatwo teŜ ominąć. Lecz
gdyby jednak odział ten starł się z którymś z mijanych przez chłopców patroli,
Anglicy nie mieliby Ŝadnych szans.
Shef wiedział, Ŝe są to ludzie, na których łaskę będą niebawem zdani, i wszystko
nie wydawało mu się juŜ tak łatwe jak w Emneth. Z początku planował, Ŝe przedrze
się do obozu i kaŜe zaprowadzić przed oblicze Sigvartha. Dzięki niezwykłemu
zbiegowi okoliczności spotkał się juŜ przecieŜ twarzą w twarz z człowiekiem, który,
jako jedyny, mógłby go z miejsca przyjąć i zaakceptować. Później Shef odrzucił ten
pomysł. Chciał teraz za wszelką cenę uniknąć spotkania z ojcem.
Czy wikingowie przyjmowali ochotników? Shef miał niejasną obawę, Ŝe
potrzebowałby do tego czegoś więcej poza dobrymi chęciami i własnoręcznie
wykonanym oręŜem. Wiedział natomiast, Ŝe mogą potrzebować niewolników. Shef
wyobraził sobie, jak pływa po odległych morzach przykuty do galery. Nie było to
przyjemne uczucie. Z Hundem mogło być łatwiej, nie sprawiał wraŜenia specjalnie
wartościowego towaru. Wikingowie mogliby go po prostu wypuścić, niczym rybkę,
która jest zbyt mała, aby się nadać na patelnię. A moŜe piraci wybiorą najprostszy
sposób poradzenia sobie z niewygodną przeszkodą? Poprzedniego wieczoru chłopcy
dostrzegli, jak bramy obozu opuszczała grupa ludzi i ciągnięty przez konia niewielki
wóz. Ludzie wykopali nie opodal spory dół, do którego zrzucono bez ceremonii
kilkanaście trupów.
- Nie wygląda to lepiej niŜ wczorajszej nocy, ale kiedyś będziemy musieli się stąd
ruszyć - westchnął Shef z rezygnacją.
Nagle Hund ścisnął go za ramię.
- Poczekaj... Słyszysz?
Dźwięk nabierał siły. Była to pieśń. Wspólny śpiew wielu męŜczyzn. Odgłosy
dobiegały z odległego o jakieś sto jardów miejsca, gdzie kończyła się podmokła łąka.
- To brzmi jak śpiew mnichów w wielkim klasztorze w Ely - mruknął Shef.
Głupia myśl. Nie mogło być przecieŜ mowy o Ŝadnych mnichach ani księŜach w
promieniu dwudziestu mil od tego miejsca.
- MoŜemy popatrzeć? - szepnął Hund.
Shef nie odpowiedział, lecz zaczął czołgać się powoli i bardzo ostroŜnie tam,
skąd dochodził śpiew. Musieli to być poganie, jednak z pewnością łatwiej podejść do
małej grupy niŜ do całej armii. Wszystko wydawało się lepsze niŜ spacer po
odsłoniętej równinie wokół obozu.
Kiedy pokonali juŜ połowę dystansu, Hund chwycił Shefa za nadgarstek. W
milczeniu wskazał niewielkie wzniesienie. Dwadzieścia jardów od nich, pod starym
wyrośniętym głogiem stał męŜczyzna, który wsparty na toporze badał wzrokiem
okolicę. MęŜczyzna miał gruby kark, był tęgi i postawny.
Przynajmniej nie powinien być zbyt szybki - pomyślał z ulgą Shef - poza tym, jak
na wartownika, stoi w złym miejscu.
Chłopcy wymienili spojrzenia. Wikingowie są być moŜe wielkimi Ŝeglarzami, ale
muszą się jeszcze sporo nauczyć o sztuce podkradania.
Shef zaczął wolno skradać się do przodu, kryjąc się za kępą paproci i zwinnie
przesuwając obok rosnących nie opodal ciernistych zarośli. Hund posuwał się
bezpośrednio za nim. Tymczasem śpiew ucichł, a jego miejsce zajął teraz pojedynczy
głos. Nie była to zwykła przemowa, lecz jakby natchnione kazanie. Czy to moŜliwe,
Ŝ
eby wśród pogan ukrywali się jacyś chrześcijanie? - zastanawiał się Shef.
Po przejściu kilku jardów znalazł się na szczycie wzniesienia i rozchyliwszy
ostroŜnie łodygi paproci spojrzał na niewielką dolinę. Dojrzał tam czterdziestu, moŜe
pięćdziesięciu męŜczyzn, którzy siedzieli wokół płonącego ogniska. KaŜdy z nich
trzymał topór bądź miecz, ale ich włócznie i tarcze stały oparte o siebie lub wbite w
ziemię. Dwanaście włóczni tworzyło wokół męŜczyzn rodzaj ogrodzenia, zaś
pomiędzy ich grotami rozpięta została gruba nić, z której, w niewielkich odstępach,
zwieszały się kiście jasnoczerwonych owoców jarzębiny, w całej swojej jesiennej
krasie. W środku koła, obok ogniska, wbita była jeszcze jedna włócznia, której grot
lśnił srebrzyście.
Obok włóczni stał męŜczyzna i przemawiał do pozostałych, tak jakby chciał im
coś narzucić, coś rozkazać. W przeciwieństwie do swoich towarzyszy, jak równieŜ w
odróŜnieniu od wszystkich znanych Shefowi ludzi, człowiek ten ubrany był nie w
zieleń, brąz czy naturalny beŜ, lecz w nieskazitelną biel, która przypominała
ugotowane białko jajka.
W jego prawej ręce chłopiec dostrzegł osadzony na krótkim trzonku młot, taki
sam, jakiego uŜywają kowale. Shef przyjrzał się teraz uwaŜnie siedzącym wokół
ognia męŜczyznom i odkrył, Ŝe kaŜdy z nich ma na szyi wisiorek. Niektórzy mieli
wisiorki w kształcie miecza, rogu, łodzi lub fallusa, lecz przynajmniej połowa
zebranych nosiła na szyi znak młota.
Shef wstał nagle i wyszedł z ukrycia. Na jego widok męŜczyźni powstali niemal
jednocześnie i sięgnęli po broń krzycząc ostrzegawczo. Shef usłyszał za sobą odgłos
kroków i westchnienie zdziwienia. Wiedział, Ŝe wartownik znajduje się teraz za jego
plecami, nie odwrócił się jednak.
Człowiek w białej tunice odwrócił się powoli i stanął naprzeciw chłopca
przyglądając mu się uwaŜnie od stóp do głów.
- Skąd przybywasz? - spytał męŜczyzna w bieli. Mówił po angielsku z silnym
gardłowym akcentem.
Co mam mu odpowiedzieć - zamyślił się Shef. - Z Emneth? Z Norfolk? Te nazwy
nic dla nich nie znaczą.
- Przybywam z północy - rzekł w końcu.
Twarze męŜczyzn zmieniły się nagle. Czy była to oznaka zdziwienia, a moŜe
jakieś przeczucie?
MęŜczyzna w bieli gestem ręki uciszył swoich towarzyszy.
- A co sprowadza cię do nas, którzy podąŜamy Asgarthsvegr, Drogą do Asgardu.
Shef wskazał młot, który tkwił wciąŜ w dłoni męŜczyzny.
- Jestem kowalem, podobnie jak ty, a moim celem jest nauka.
Ktoś zaczął tłumaczyć jego słowa, Shef tymczasem zorientował się, Ŝe u jego
boku pojawił się nagle Hund. Za plecami czuł wciąŜ złowróŜbną obecność
wartownika, nie spuszczał jednak wzroku z męŜczyzny.
- PokaŜ mi znak twego rzemiosła.
Shef wyjął z pochwy miecz i podał go człowiekowi w bieli, tak jak kiedyś
Edrichowi. Tamten zwaŜył miecz w dłoniach i długo obracał przed oczami. Patrzył na
ś
wietlne refleksy, spróbował zeskrobać pokrywającą ostrze rdzę, wreszcie ściął
delikatnie kosmyk włosów ze swego przedramienia.
- Palenisko nie było dostatecznie rozgrzane - zauwaŜył - albo zbyt szybko
straciłeś cierpliwość. Te stalowe paski nie były wystarczająco gładkie, kiedy je
stapiałeś. Ale to dobre ostrze. Z pewnością nie jest takie, na jakie wygląda. Ty takŜe
jesteś kimś innym, niŜ się wydajesz. Mów prawdę, młody człowieku, i pamiętaj,
ś
mierć stoi za twymi plecami. Jeśli jesteś tylko zbiegłym niewolnikiem jak twój
przyjaciel - męŜczyzna wskazał na szyję Hunda, na której wciąŜ widać było ślady po
obręczy - moŜe puścimy cię wolno. JeŜeli jesteś tchórzem, który chce przyłączyć się
do zwycięzców, być moŜe cię zabijemy. Lecz moŜe jesteś kimś innym. Powiedz więc:
po co tu przyszedłeś?
Chcę uwolnić Godivę - pomyślał Shef - potem jednak spojrzał kapłanowi prosto
w oczy i odpowiedział, starając się, aby jego głos zabrzmiał szczerze.
- Jesteś mistrzem kowalskim. Chrześcijanie nie nauczą mnie juŜ więcej, dlatego
chciałbym zostać twoim uczniem.
Kapłan chrząknął i podał Shefowi miecz, rękojeścią do przodu.
- Opuść swój topór, Kari - rzekł zwracając się do męŜczyzny stojącego za plecami
chłopców.
- Wezmę cię na pomocnika, młody człowieku, a jeśli twój przyjaciel coś potrafi,
on takŜe moŜe się przyłączyć. A teraz usiądźcie z boku i pozwólcie nam dokończyć
obrządek. Nazywam się Thorvin, co znaczy „przyjaciel Thora”, boga kowali.
Powiedzcie, jakie są wasze imiona.
Shef zarumienił się ze wstydu i spuścił wzrok.
- Mój przyjaciel zwie się Hund - wyjaśnił. - To znaczy „pies”, ja takŜe mam tylko
psie imię. Mój ojciec... Nie, nie mam ojca. Nazwali mnie Shef.
Po raz pierwszy na twarzy Thorvina pojawiło się zdziwienie, a moŜe coś więcej.
- Nie masz ojca? - mruknął. - I nazywasz się Shef. Wiedz, Ŝe nie jest to tylko psie
imię. Musisz się rzeczywiście sporo nauczyć.
Shef poczuł się nieswojo, gdy zaczęli zbliŜać się do obozu. Nie bał się o swoją
skórę, bał się o Hunda. Thorvin kazał im usiąść z boku i czekać aŜ skończy się to
dziwne spotkanie. Najpierw przemawiał Thorvin, później zaczęła się dyskusja. Choć
mówiono po norwesku, Shefowi udało się sporo zrozumieć. Następnie z rąk do rąk
podawano sobie z powagą bukłak z jakimś napojem. Na koniec męŜczyźni rozbili się
na kilka grup i złączyli ręce, kaŜda grupa na innym przedmiocie. Shef dostrzegł młot,
róg, miecz i coś, co wyglądało jak wysuszony koński członek. Nikt nie ośmielił się
dotknąć srebrzystej włóczni, Thorvin rozłoŜył ją na dwie części i zawinął w kawałek
materiału. Zaraz potem spotkanie dobiegło końca, wygaszono ogień, zebrano
włócznie, a ludzie zaczęli się rozchodzić w róŜne strony.
- Jesteśmy kapłanami Drogi - wyjaśnił Thorvin zwracając się do obu
młodzieńców w swojej starannej angielszczyźnie. - Nie kaŜdy chce, aby o nim
wiedziano, przynajmniej nie tutaj w obozie Ragnarssonów. Mnie tolerują - wskazał na
wiszący na szyi amulet - mam swój fach. Ty teŜ będziesz miał swój fach, młody
człowieku, powinno cię to chronić. Co jednak z twoim przyjacielem? Czy coś
potrafisz, chłopcze?
- Umiem wyrywać zęby - odparł niespodziewanie Hund.
Stojący wokół ludzie westchnęli z niedowierzaniem.
- Tenn draga - odezwał się jeden z nich. - That er ithrott.
- On mówi: „wyrywać zęby - to prawdziwy talent” - przetłumaczył Thorvin. - Czy
to prawda?
- To prawda - odparł Shef za swego przyjaciela. - On mówi, Ŝe nie potrzeba tu
wcale wielkiej siły. Trzeba wiedzieć, jak pociągnąć, trzeba wiedzieć, jak zęby są
osadzone. On potrafi teŜ uleczyć gorączkę.
- Wyrywanie zębów, nastawianie kości, leczenie gorączki: dla medyka zawsze
znajdzie się praca, zarówno wśród kobiet, jak i wojowników - rzeki Thorvin. - Poślę
cię do mojego przyjaciela Ingulfa. JeŜeli uda nam się tylko wejść do obozu. Gdy juŜ
się tam znajdziemy, będziemy bezpieczni, ale przy wejściu moŜemy kogoś spotkać.
Jest wielu, którzy Ŝyczą mi najgorszego. Zastanówcie się, czy chcecie ryzykować?
Shef i Hund poszli za nim w milczeniu, nie byli jednak pewni, czy postąpili
rozsądnie. W miarę jak się zbliŜali obozowisko wyglądało coraz potęŜniej, otoczone
wysokim wałem ziemnym i szeroką fosą. Musiało to ich kosztować wiele pracy -
pomyślał Shef. Czy to znaczy, Ŝe zamierzają tu długo zabawić, czy czynią tak zawsze,
gdy przyjadą w nowe miejsce? MoŜe to po prostu rutyna.
Obwałowanie, wzmocnione rzędem zaostrzonych na końcach pali, ciągnęło się
jakieś dwieście dwadzieścia jardów. Ze wszystkich czterech stron... ChociaŜ nie -
uświadomił sobie Shef - z jednej obóz sąsiadował z rzeką. Z początku bardzo go to
zdziwiło, potem zrozumiał, Ŝe wikingowie musieli rozwiązać jakoś problem związany
ze statkami, które stanowiły dla nich najbardziej drogocenny dobytek. Nawet z tak
znacznej odległości dostrzegł, Ŝe okręty wciągnięto na mieliznę i ustawiono jeden
obok drugiego, tak Ŝe tworzyły zwartą i wysoką ścianę, która ciągnęła się nad rzeką
na długości ponad sześciuset jardów. Shef pojął nagle, Ŝe dla tych ludzi wojna to nie
tylko chwała zwycięstw i dumne przemowy, lecz prawdziwe rzemiosło. Drobiazgowe,
fachowe plany, mistrzowskie wykonanie i wielkie zyski.
W zasięgu wzroku zaczęło pojawiać się coraz więcej ludzi, niektórzy po prostu
spacerowali, inni siedzieli przy ogniu przygotowując jedzenie, było teŜ kilku, którzy
rzucali włóczniami do celu. Shef uznał, Ŝe w swych niechlujnych wełnianych strojach
przypominają bardzo Anglików. Była jednak pewna róŜnica. KaŜda grupa Anglików
składała się w pewnej części z ludzi, którzy nie nadawali się juŜ do walki. Byli tam
zawsze kulawi, głusi, niedowidzący bądź w jakimś stopniu zdeformowani. Tutaj nie
spotkał jeszcze nikogo ułomnego. Nie wszyscy byli potęŜni i wysocy, lecz wyglądali
na takich, którzy znają swe rzemiosło i w kaŜdej chwili mogliby stanąć do walki. Było
wśród nich kilku młodzieńców, jednak Ŝadnych chłopców. Niektórzy męŜczyźni byli
juŜ posiwiali, inni łysi, ale Shef nie dostrzegł zniedołęŜniałych starców.
Były tam takŜe konie. Pasły się na równinie i miały spętane nogi. Dla takiej armii
potrzeba mnóstwo koni - pomyślał Shef - potrzeba teŜ sporo paszy, Ŝeby je wykarmić.
To mógł być słaby punkt całej operacji. Shef uświadomił sobie, Ŝe rozumuje jak wróg,
wróg starający się poznać tajemnice przeciwnika. Nie był wprawdzie królem ani
tanem, ale własne doświadczenie podpowiadało mu, Ŝe w nocy nikt nie potrafiłby
upilnować takiego stada zwierząt. Korzystając z osłony mroku mogłaby się tu
przedostać niewielka grupka angielskich zwiadowców i poprzecinać sznury.
Zwierzęta rozbiegłyby się po całej okolicy, a wikingowie mieliby powaŜny problem
do rozwiązania.
Kiedy podeszli do samego wejścia, Shef stracił nagle pewność siebie. Nie było
tam Ŝadnej bramy, co samo przez się wydało mu się złowieszczym znakiem. Droga
prowadziła prosto przez szeroki na dziesięć jardów wyłom w obwałowaniu. Było tak,
jak gdyby wikingowie chcieli powiedzieć: „Nasze mury chronią nasze dobra i strzegą
niewolników. My nie będziemy się za nimi chować. Jeśli chcesz walczyć, idź prosto
przed siebie. Zobaczymy, czy uda ci się pokonać straŜe. To nie zaostrzone belki
bronić nas będą przed wrogiem, lecz topory, które je wyciosały”.
Przy wejściu do obozowiska stała grupa ponad czterdziestu wojowników. W
przeciwieństwie do ludzi przechadzających się na zewnątrz kaŜdy z nich miał na sobie
kolczugę bądź skórzany kaftan. Byli uzbrojeni i gotowi do walki, niezaleŜnie od tego
gdzie pojawiłby się przeciwnik. Shefa, Hunda i Thorvina oraz ośmiu towarzyszących
im ludzi zmierzono badawczym spojrzeniem. Nie wiedzieli, czy zostaną zatrzymani.
Kiedy podeszli bliŜej, drogę zastąpił im ubrany w kolczugę wojownik i spojrzał
wyczekująco. Było jasne, Ŝe rozpoznał dwóch obcych przybyszów. Po chwili kiwnął
głową i pokazał kciukiem w stronę wnętrza obozu. Przeszli obok niego, a za plecami
usłyszeli jeszcze jego słowa.
- Co powiedział? - szepnął Shef.
- Powiedział: „Odpowiadasz za to własną głową”, coś w tym rodzaju.
Wewnątrz opanowało Shefa uczucie bezgranicznego zdumienia. Było to
zdumienie porządkiem i wspaniałą organizacją, wszystko wydawało się tam mieć
swój cel i przeznaczenie. Ludzie byli wszędzie, rozmawiali, gotowali, grali w kości.
Drogi były wytyczone równo, wszystkie tej samej szerokości i mocno ubite.
Nierówności terenu zasypano Ŝwirem. Ci ludzie naprawdę cięŜko pracują - pomyślał
Shef.
Prowadzona przez Thorvina grupa męŜczyzn posuwała się wciąŜ naprzód. Gdy
przeszli juŜ około stu jardów, Shef uznał, Ŝe powinni znajdować się w samym środku
obozu. W tej samej niemal chwili Thorvin przywołał do siebie obu chłopców.
- Będę mówił szeptem, bo grozi nam wielkie niebezpieczeństwo - wyjaśnił na
wstępie. - Wielu tutejszych ludzi zna wiele języków. Teraz przetniemy główną drogę,
która wiedzie z północy na południe. Na południu, niedaleko brzegu rzeki znajdują się
namioty Ragnarssonów i ich stronników. Rozsądny człowiek nigdy się tam nie
zapuszcza. Pójdziemy wprost do mojej kuźni, która mieści się przy drugim wejściu do
obozu. Będziemy iść patrząc przed siebie, nie oglądając się nawet w stronę
obozowiska Ragnarssonów. Kiedy dojdziemy do kuźni, od razu wejdziemy do środka.
A teraz śmiało w drogę, jesteśmy juŜ niedaleko.
Shef szedł ze spuszczonymi oczami, Ŝałując, Ŝe nie moŜe się choć trochę
rozejrzeć. Przyjechał tu z powodu Godivy, lecz jak ją teraz odnajdzie? Czy odwaŜy
się spytać o jarla Sigvartha?
Powoli przecisnęli się przez tłum i dotarli niemal pod samą palisadę. Oddalony
nieco od pozostałych zabudowań stał tam prowizorycznie wykonany budynek. W
ś
rodku Shef zauwaŜył znajome wyposaŜenie: kowadło, miechy i palenisko. Wokół
kuźni rozciągnięte były grube nici, na których wisiały szkarłatnoczerwone jarzębiny.
- Jesteśmy na miejscu - westchnął Thorvin z wyraźną ulgą, lecz kiedy spojrzał w
stronę chłopców, jego twarz pobladła gwałtownie. Shef odwrócił się przeraŜony. Za
nimi stał męŜczyzna. Po raz pierwszy od kilku miesięcy Shef przyglądał się komuś z
podniesioną głową. Dawno juŜ nie spotkał człowieka tak potęŜnego.
MęŜczyzna ubrany był w takie same samodziałowe spodnie, jak wszyscy w
obozie, jednak jego klatkę piersiową owijała dziwaczna jaskrawoŜółta tkanina upięta
na lewym barku, tak Ŝe prawe ramię pozostawało całkowicie odsłonięte. Za jego
plecami widać było rękojeść olbrzymiego miecza, który zawieszony przy boku
ciągnąłby się pewnie po ziemi. W lewej ręce męŜczyzna trzymał niewielką okrągłą
tarczę, z długim Ŝelaznym szpicem pośrodku. Parę kroków za nim tłoczyło się jeszcze
kilkunastu identycznie odzianych wojowników.
- Co to za jedni? - warknął męŜczyzna. - Kto ich tu wpuścił? - Słowa
wypowiadane były z dziwacznym akcentem, ale Shef zrozumiał wszystko.
- Wpuścili ich straŜnicy przy bramie - odparł Thorvin. - Nie zrobią nic złego.
- To przecieŜ Anglicy. Enzkir.
- W obozie jest pełno Anglików.
- Aha, ale tamci mają łańcuchy na szyjach. Chcę, Ŝebyś mi ich wydał. Chcę ich
widzieć w kajdanach.
Thorvin postąpił krok do przodu i znalazł się pomiędzy Shefem a Hundem. Jego
pięciu towarzyszy stanęło naprzeciw ubranym na Ŝółto wojownikom.
- Biorę tego tutaj - Thorvin ścisnął rękę Shefa - na pomocnika do kuźni.
- Ładna sztuka - zadrwił męŜczyzna - pewnie potrzebujesz go do innych celów. A
co z tamtym? - wskazał kciukiem Hunda.
- On pójdzie do Ingulfa.
- Ale skoro go tam jeszcze nie ma, trzeba się przekonać, czy nie przyszedł tu na
przeszpiegi. Widzę, Ŝe miał obręcz na szyi.
Shef postąpił krok do przodu, czując jak Ŝołądek podchodzi mu do gardła.
Wiedział, Ŝe opór nie ma sensu, nie mógł przecieŜ stawić czoła dwunastu w pełni
uzbrojonym wojownikom. Lecz nie mógł takŜe pozwolić, aby zabrali jego przyjaciela.
Kiedy połoŜył dłoń na rękojeści swego krótkiego miecza, stojący na przedzie
męŜczyzna sięgnął błyskawicznie za siebie i wyciągnął swój potęŜny oręŜ.
- Stójcie! - krzyknął ktoś potęŜnym głosem.
Podczas gdy Thorvin rozmawiał z wysokim męŜczyzną, całe zgromadzenie stało
się obiektem ogólnego zainteresowania. Otaczała ich teraz grupa sześćdziesięciu,
moŜe osiemdziesięciu męŜczyzn. Spośród gapiów wyszedł najwyŜszy męŜczyzna
jakiego Shef kiedykolwiek widział. PrzewyŜszał chłopca o głowę, był teŜ bez
porównania potęŜniejszy.
- Thorvin - rzekł spokojnie męŜczyzna - Muirtach - kiwnął w stronie dziwacznie
ubranego wojownika. - Co to za zamieszanie?
- Zabieram ze sobą tego niewolnika.
- Nie - odparł Thorvin ciągnąc Hunda w stronę kuźni i zaciskając jego palce na
uwiązanych na nici jarzębinach. - On jest pod opieką Thora.
Muirtach podszedł w ich stronę z podniesionym mieczem.
- Stój! - zagrzmiał znowu ten sam głos. - Nie masz prawa, Muirtach!
- A tobie co do tego?
Powoli i bardzo niechętnie potęŜny męŜczyzna włoŜył rękę pod swoją tunikę i
wyciągnął na wierzch srebrny emblemat w kształcie młota.
Muirtach zaklął i splunął na ziemię.
- MoŜesz ich więc zabrać - rzekł chowając miecz - ale ty, chłopcze... - jego oczy
zatrzymały się teraz na Shefie. - Ty chciałeś podnieść na mnie rękę. Niedługo cię
dopadnę, a wtedy będziesz trupem, mój mały. Thor nic dla mnie nie znaczy - zwrócił
się do Thorvina. - Nie więcej niŜ Chrystus i jego matka-dziwka. Nie ogłupisz mnie
tak łatwo jak jego - wskazał palcem wybawcę Anglików i odszedł wolno z wysoko
uniesioną głową, jak ktoś kto doznał poraŜki, lecz wstydzi się to okazać. W ślad za
nim odeszli jego ludzie.
Shef zdał sobie sprawę, Ŝe przez cały czas wstrzymywał oddech, i z ulgą wypuścił
powietrze.
- Kim byli ci ludzie? - spytał odprowadzając wzrokiem ubranych na Ŝółto
wojowników.
Thorvin odpowiedział mu po norwesku, uŜywając jednak słów, które w obu
językach były podobne.
- To byli gaddgedlarzy. Irlandzcy chrześcijanie, którzy opuścili swój lud i boga i
stali się wikingami. Ivar Ragnarsson ma wśród nich wielu stronników i przy ich
pomocy będzie próbował objąć tron Anglii, a później Irlandii. Kiedy mu się to uda,
powróci pewnie wraz z braćmi w swoje strony, do Danii i Norwegii.
- Lecz moŜe tam juŜ nigdy nie dotrzeć... - wtrącił potęŜny męŜczyzna skinąwszy
głową Thorvinowi w geście szacunku. Potem zmierzył wzrokiem Shefa. - To było
odwaŜne, mały. RozdraŜniłeś potęŜnego człowieka. Mnie teŜ się to zresztą udało.
JeŜeli będziesz mnie jeszcze kiedyś potrzebował, zwróć się do Thorvina.
Ragnarssonowie trzymają mnie u siebie, bo to ja zaniosłem wiadomość do
Braethraborgu. Teraz, kiedy pokazałem wszystkim mój amulet, wszystko moŜe się
zdarzyć. Tak czy inaczej, nie czuję się juŜ dobrze wśród sfory Ivara.
MęŜczyzna odszedł bez poŜegnania.
- Kto to był? - spytał Shef.
- Wielki wojownik z Halogalandu w Norwegii, zwą go Viga-Brand. Brand
Zabójca.
- Czy jest twym przyjacielem?
- Jest przyjacielem Drogi, przyjacielem Thora, a więc równieŜ przyjacielem
wszystkich kowali.
Nie mam pojęcia, w co dałem się wciągnąć - pomyślał Shef - ale pod Ŝadnym
pozorem nie wolno mi zapominać, po co tu przyjechałem. Jego oczy powędrowały
bezwiednie w kierunku południowego krańca obozu, gdzie znajdowały się kwatery
synów Ragnara. Ona musi tam być.
Rozdział szósty
Przez pierwszych kilka dni Shef nie miał jednak czasu myśleć o swojej misji.
Pracował zbyt cięŜko. Thorvin wstawał o świcie, a pracę kończył czasem późną nocą.
W przypadku tak wielkiej armii było rzeczą zupełnie naturalną, Ŝe kaŜdego dnia
pojawiali się kolejni ludzie, których topory obluzowały się przy trzonie, ci, którym
trzeba było znitować tarcze, byli teŜ tacy, którzy chcieli osadzić na nowo swoje
włócznie. Czasem ustawiała się nawet kolejka, złoŜona z dwudziestu męŜczyzn.
Niekiedy trafiały się cięŜsze i bardziej skomplikowane zamówienia. Pewnego razu
przyniesiono im podziurawione i pokrwawione kolczugi, które trzeba było
przygotować dla nowego właściciela. KaŜde oczko kolczugi musiało być dopasowane
precyzyjnie do sąsiednich czterech, tamte zaś naleŜało połączyć z następnymi.
- Kolczugę łatwo jest załoŜyć i daje ona swobodę ramionom - stwierdził Thorvin,
kiedy Shef uporał się wreszcie z pracą. - Nie daje jednak dobrej ochrony przed
mocnym ciosem, poza tym jest prawdziwym piekłem dla kowali.
Z biegiem czasu Thorvin powierzał Shefowi coraz więcej rutynowych zadań, a
sam koncentrował się na wyjątkowo cięŜkich, albo bardzo specjalistycznych pracach.
Był jednak niemal zawsze w pobliŜu. Rozmawiając uŜywał języka norweskiego,
powtarzając, jeśli było to konieczne, niektóre słowa i wyraŜenia. Na początku
pomagał sobie teŜ gestykulacją. Shef wiedział, Ŝe Thorvin zna dobrze angielski, ale
nie chce się nim posługiwać. Co więcej, Shef został nakłoniony do odpowiadania po
norwesku, choćby miał tylko powtarzać słowa Thorvina. Szybko przekonał się jednak,
Ŝ
e oba języki są do siebie bardzo podobne i to zarówno pod względem słownictwa,
jak i samego stylu wypowiedzi. Stopniowo Shef zaczął traktować norweski jak
dziwaczny dialekt angielski o specyficznej wymowie, dialekt, który moŜna z
powodzeniem naśladować, jednak trudno uczyć się go od podstaw. Wkrótce potem
zaczął robić szybkie postępy.
Rozmowa z Thorvinem była poza tym dobrą odtrutką na nudę i zniechęcenie. Za
sprawą Thorvina i czekających przed kuźnią męŜczyzn Shef nauczył się mnóstwa
rzeczy, o których wcześniej nie miał pojęcia. Wikingowie wydawali się znakomicie
poinformowani, jeśli chodzi o wszelkie decyzje bądź zamiary swoich wodzów, nie
mieli teŜ Ŝadnych oporów, aby sprawy te poddawać dyskusji, a nawet krytykować.
Jedna rzecz stała się szybko oczywista, wielka armia, której obawiało się całe
chrześcijaństwo, nie okazała się monolitem. Jej serce stanowili synowie Ragnara i ich
stronnicy, lecz była to najwyŜej połowa wszystkich Ŝołnierzy. Reszta to przybyłe z
róŜnych stron kontyngenty, które liczyły na swój udział w zdobyczach wojennych.
Kontyngenty te były rozmaitej wielkości, tak więc pewien jarl z Orkadów przywiódł
dwadzieścia statków; nie brakowało jednak niewielkich oddziałów zwerbowanych w
wioskach Jutlandii i Skandynawii. Część z tych ludzi była wyraźnie rozczarowana
przebiegiem wydarzeń. Mówili, Ŝe kampania rozpoczęła się wprawdzie dobrze, ale
zajęcie East Anglii miało być tylko etapem do podboju królestwa Northumbrii,
prawdziwego celu kampanii. Nie zamierzali zostawać tu tak długo.
- Dlaczego nie wylądowaliście od razu w Northumbrii? - spytał kiedyś Shef
jednego ze swych klientów. Krępy wiking z zarysowaną wyraźnie łysiną zaśmiał się
głośno w odpowiedzi. Wyjaśnił, Ŝe najbardziej skomplikowaną częścią kampanii jest
jej rozpoczęcie, a więc wprowadzenie statków w górę rzeki, znalezienie miejsca, w
którym moŜna je ulokować, znalezienie koni dla tysięcy jeźdźców, a wreszcie
zebranie w jednym miejscu wszystkich kontyngentów, które przybywają z
opóźnieniem i gubią drogę.
- JeŜeli chrześcijanie mieliby choć trochę rozumu - rzekł wreszcie z emfazą,
spluwając siarczyście - mogliby nas wykurzyć za kaŜdym razem, nawet zanim uda
nam się zacząć.
- Jednak nie wówczas, gdy dowodzi WęŜowe Oko - dorzucił inny męŜczyzna.
- MoŜe i nie - zgodził się krępy wiking. - MoŜe nie udałoby im się z WęŜowym
Okiem, ale czy pamiętasz słabszych dowódców? Pamiętasz wyprawę Ulfketila do
kraju Franków?
Tak więc lepiej jednak trochę przeczekać zanim się w końcu uderzy, zgodzili się
wszyscy, ale tym razem trwa to juŜ za długo. Pomysł się nie sprawdził. Wszystko to
wina tego króla Edmunda, „Jatmunda”, jak go nazywali. Co sprawia, Ŝe zachowuje
się tak głupio? Tak łatwo byłoby im spustoszyć to całe jego królestwo, ale nie mieli
na to ochoty. Trwałoby to zbyt długo, narzekali klienci Shefa, a łupy byłyby bardzo
mizerne. Czemu, do czorta, król nie chce im zapłacić i dojść do ugody. Dostał
przecieŜ ostrzeŜenie.
MoŜe było ono zbyt okrutne - pomyślał Shef, przypominając sobie spojrzenie
okaleczonego Wulfgara. Przypomniał sobie takŜe atmosferę potęŜnego gniewu, jaki
opanował całą okolicę, o czym przekonał się na własnej skórze w trakcie wyprawy.
Kiedy spytał dlaczego wikingowie uparli się, Ŝeby zaatakować właśnie Northumbrię,
największe wprawdzie, ale na pewno nie najbogatsze z angielskich królestw, jego
słowa powitał wybuch śmiechu, który potrwał jeszcze dobrą chwilę. W końcu
opowiedziano mu historię o Ragnarze Lothbroku i królu Elli, o starym odyńcu i jego
warchlaczkach, o spotkaniu Vigi-Branda z Ragnarssonami w Braethraborgu. Shef
słuchał w napięciu i czuł przechodzące po plecach ciarki. Przypomniał sobie dziwne
słowa, które wypowiedział umierający wojownik o siniejącej twarzy i złowrogie
przeczucie, jakiego wtedy doświadczył.
Teraz zrozumiał juŜ powód zemsty, wiele rzeczy pozostało jednak nie
wyjaśnionych.
- Dlaczego mówisz czasem o „piekle”? - spytał Thorvina po całym dniu znojnej
pracy, kiedy usiedli wreszcie przy kuflach piwa. Czy wierzysz, Ŝe jest miejsce, gdzie
wymierzana jest po śmierci kara za grzechy? Chrześcijanie wierzą w Piekło, ale ty nie
jesteś przecieŜ chrześcijaninem.
- Naprawdę sądzisz, Ŝe Piekło jest chrześcijańskim słowem? - odrzekł Thorvin. -
A co to takiego „Niebiosa”?
- To samo co niebo - odparł zdziwiony Shef.
- Ale takŜe miejsce pośmiertnej chwały i błogości, w które wierzą chrześcijanie.
To słowo istniało jednak zanim powstał Kościół. Zostało poŜyczone i zmieniło się
wtedy jego znaczenie. To samo z Piekłem. Co oznacza „hulda”? - spytał Shefa tym
razem uŜywając norweskiego określenia.
- Oznacza: coś chować, przykrywać, podobnie jak słowo „helian” w angielskim.
- A więc Piekło jest tym, co pozostaje zakryte. Tym, co znajduje się pod ziemią.
Proste słowo, podobnie jak Niebo. MoŜesz podłoŜyć pod nie takie znaczenie, jakie ci
się tylko podoba. Teraz twoje drugie pytanie. Tak, wierzymy, Ŝe jest miejsce, gdzie po
ś
mierci ukarane zostaną nasze grzechy. Niektórzy z nas nawet je widzieli. Wierzymy
więc w karę za grzechy, lecz mamy chyba nieco inne niŜ chrześcijanie wyobraŜenie o
tym, co jest grzechem, a co nim nie jest.
- O kim mówisz „my”?
- JuŜ czas, Ŝebym ci wszystko powiedział. Wiele razy doznałem wraŜenia, Ŝe
jesteś powołany, aby poznać naszą historię.
Thorvin zamilkł na chwilę i dotknął swego amuletu.
- Wszystko zaczęło się kilka pokoleń przed nami, moŜe sto pięćdziesiąt lat temu.
W tamtym czasie wielki jarl Fryzów, który był poganinem, na skutek opowieści, jakie
przynieśli mu misjonarze z kraju Franków, a takŜe z uwagi na więzy jakie łączyły go z
chrześcijańską juŜ wtedy Anglią, zdecydował się przyjąć chrzest. Tak jak było w
zwyczaju, chrzest odbyć się miał w miejscu publicznym, pod gołym niebem w
specjalnie wy budowanym do tego celu basenie. Postanowiono, Ŝe po tym jak
ochrzczony zostanie jarl Radbod, w jego ślady pójdą moŜni z jego dworu, a następnie
całe hrabstwo. Hrabstwo, bowiem Fryzowie byli zbyt dumni, a pozwolić
komukolwiek spośród siebie na posługiwanie się tytułem króla. Tak więc jarl
podszedł do krawędzi basenu ubrany w swoje gronostaje i purpury i wszedł na
prowadzące do wody stopnie. Kiedy umoczył w wodzie jedną stopę odwrócił się
nagle i zadał pytanie przełoŜonemu misjonarzy, którego Frankowie nazywali
Wulfhramm, bądź Wolfraven. Spytał go, czy to prawda, Ŝe jeśli on, Radbod, przyjmie
chrzest, jego przodkowie, którzy wraz z innymi grzesznikami cierpią męki w piekle,
zostaną uwolnieni i od tej chwili czekać będą na swych potomków, aby wejść z nimi
do Królestwa Niebieskiego. Nie, odparł Wolfraven, twoi przodkowie byli poganami,
którzy nigdy nie dostąpili chrztu, nie mogą więc zostać zbawieni. Nie ma zbawienia
poza Kościołem, dodał i dla większego efektu powtórzył to raz jeszcze po łacinie:
Nulla salvatio extra ecclesiam. Lecz moich przodków nikt nigdy nie nakłaniał do
przyjęcia chrztu, rzekł Radbod. Nie mieli nawet okazji się od niego uchylić. Czemu
więc mają zostać potępieni na wieki za coś, o czym nie mieli pojęcia? Taka jest wola
boska, rzekł frankoński misjonarz wzruszając ramionami. Słysząc to Radbod wyjął z
wody swą stopę i złoŜył uroczystą przysięgę, Ŝe nigdy nie zostanie chrześcijaninem.
JeŜeli miałby wybierać, dodał jeszcze, wolałby juŜ Ŝyć w piekle wraz ze swoimi
niewinnymi przodkami niŜ iść do nieba ze świętymi i biskupami, którym brak
poczucia sprawiedliwości. I tak zaczęło się wielkie prześladowanie chrześcijan w
całym hrabstwie fryzyjskim, które wpędziło w gniew króla Franków.
Thorvin pociągnął głęboki łyk grzanego piwa i dotknął wiszącego na szyi
amuletu.
- Tak to się wszystko zaczęło. Jarl Radbod był człowiekiem mądrym i
przewidującym. Zrozumiał, Ŝe jeśli chrześcijaństwo będzie nadal jedyną religią
dysponującą kapłanami, księgami i pismem, to wkrótce stanie się tak, Ŝe to, co głosi,
zostanie przez wszystkich przyjęte. Na tym polega siła, a zarazem grzech chrześcijan.
Nie są w stanie zaakceptować faktu, Ŝe ktoś poza nimi mógłby posiadać choć cząstkę
Prawdy. Nie zamierzają się z nikim układać. Nie uznają półśrodków. Tak więc, aby
ich pokonać, albo przynajmniej zatrzymać na długość ramienia, Radbod postanowił,
Ŝ
e kraje Północy powinny mieć swoich kapłanów i swoje własne podania. W ten oto
sposób powołana została Droga.
- Droga? - powtórzył Shef, gdy Thorvin zamilkł na chwilę.
- My właśnie jesteśmy kapłanami Drogi, a nasze obowiązki są trojakiego rodzaju.
Pierwszy, to oddawać cześć starym bogom, całej rodzinie Azów: Thorowi i Odynowi,
Freyrowi i Ullrowi, Tyrowi i Njordowi, a takŜe Hajmdalowi i Baldurowi. Ci, którzy
wierzą szczerze, noszą amulety, symbolizujące boga, którego kochają najbardziej.
Znakiem Tyra jest miecz, róg znakiem Hajmdala, zaś znakiem Thora młot, taki
właśnie jaki noszę na szyi. Wielu ludzi nosi taki amulet.
Shef dobrze juŜ znał te amulety.
- Naszym drugim obowiązkiem jest utrzymywać się z wykonywania jakiegoś
rzemiosła, w moim przypadku jest to kowalstwo. Nie wolno nam bowiem postępować
jak kapłani boga Chrystusa, którzy sami nie pracując pobierają dziesięcinę i datki,
bogacąc się na cudzej pracy. Trzeci z naszych obowiązków trudno jest wytłumaczyć.
Musimy troszczyć się o to, co ma nadejść, czuwać nad tym, co ma się dopiero
wydarzyć. I to nie w przyszłym świecie, lecz tutaj, na ziemi. Widzisz chłopcze,
chrześcijańscy kapłani wierzą, Ŝe ten świat to tylko krótki etap na wielkiej drodze do
wieczności i Ŝe najświętszą powinnością człowieka jest przejść przezeń czyniąc jak
najmniej złego. Nie wierzą, Ŝeby ten świat sam w sobie miał jakąś wartość. Jednak
my, kapłani Drogi wierzymy, Ŝe na tym właśnie świecie rozegra się wielka bitwa, tak
wielka, Ŝe Ŝaden człowiek nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Naszym celem jest
wesprzeć naszą stronę, stronę bogów i ludzi, Ŝeby była silniejsza, gdy nadejdzie ten
wielki dzień. Dzień ostatecznej walki. Tak więc naszą powinnością jest nie tylko
wykonywać nasze rzemiosło, ale ulepszać naszą pracę, wprowadzać do niej to
wszystko, czego moŜemy się sami nauczyć. Najbardziej powaŜani wśród nas
wymyślają zupełnie nowe rodzaje sztuki i rzemiosła, takie, o których nikt wcześniej
nie słyszał. CóŜ, daleko mi do nich. Przyznać jednak trzeba, Ŝe wielu nowych rzeczy
nauczyliśmy się juŜ na Północy od czasów jarla Radboda.
Uśmiechnął się.
- Słyszano juŜ o nas nawet na Południu. W miastach gdzie panują Maurowie, w
Kordobie i w Kairze, mówi się juŜ o Drodze, opowiada o „czcicielach ognia”, jak nas
tam nazywają. Wysyłają do nas ludzi, aby patrzyli i słuchali. Chrześcijanie jednak
nikogo do nas nie posyłają. Są przekonani, Ŝe tylko oni posiedli Prawdę, Ŝe tylko oni
wiedzą co jest zbawieniem, a co grzechem.
- Czy to nie grzech uczynić z człowieka „heimnara”? - spytał Shef, a Thorvin
spojrzał na niego badawczo.
- Nie ja nauczyłem cię tego słowa. WciąŜ jednak zapominam, Ŝe wiesz znacznie
więcej, niŜ mogłem z początku podejrzewać. Tak, to grzech uczynić z człowieka
„heimnara”, niezaleŜnie od tego, co człowiek ten miałby na swoim sumieniu. To
sprawa Lokiego, demona, w intencji którego paliliśmy ogień w naszym kręgu, przy
włóczni jego ojca, Odyna. Niewielu z nas nosi jednak znak Odyna, a Ŝaden nie nosi
znaku Lokiego... Zrobić z kogoś Ŝywego trupa. Czuję w tym rękę Ivara, niezaleŜnie
od tego, czy zrobił to sam, czy nie. Istnieją inne sposoby, aby pokonać chrześcijan, a
sposób, jaki stosuje Ivar Ragnarsson, jest głupi. Do niczego nie doprowadzi. Ale
dosyć juŜ tego. Pora spać.
Praca dla Thorvina odebrała Shefowi moŜliwość zajęcia się własną misją. Hund
zabrany został niemal od razu do Ingulfa, który takŜe był kapłanem Drogi. Od tego
czasu nie mieli okazji się spotkać. Thorvin powtarzał Shefowi, Ŝeby nie wychodził
poza obręb okalających kuźnię girland z jarzębiny. Wewnątrz jesteś pod ochroną
Thora - mówił - a tego, kto by cię zabił, dosięgłaby jego zemsta. Muirtach byłby
niezwykle szczęśliwy, gdyby spotkał cię błąkającego się po obozie.
Następnego ranka w kuźni pojawił się Hund. Shef był sam i klęczał ugniatając
ciasto na chleb, który zgodnie z umową mieli wypiekać tego dnia dla wojowników.
- Widziałem ją! Widziałem ją tego ranka - szepnął, gdy tylko zobaczył Shefa.
Shef poderwał się na równe nogi wysypując na ziemię mąkę.
- Kogo?! - krzyknął. - Widziałeś Godivę? Gdzie? Kiedy?
- Błagam cię, usiądź - uspokajał go Hund starając się posprzątać z ziemi
rozsypaną mąkę. - Musimy wyglądać normalnie. Wokół pełno ludzi. Usiądź i słuchaj.
Najpierw zła wiadomość: Godiva została kobietą Ivara Ragnarssona. Nikt jej jednak
nie skrzywdził, Ŝyje i ma się dobrze. Wiem to, poniewaŜ jako medyk, Ingulf bywa
wszędzie, a teraz, kiedy zobaczył juŜ, co potrafię, często mnie Ŝe sobą zabiera. Przed
kilkoma dniami został wezwany do Ivara. Nie pozwolili mi wejść do środka, wokół
ich namiotów stoją silne straŜe, ale kiedy czekałem na Ingulfa, widziałem jak tamtędy
przechodziła. Nie moŜe być mowy o pomyłce. Przeszła w odległości zaledwie pięciu
jardów ode mnie, choć mnie nie zobaczyła.
- Jak wyglądała? - spytał Shef przypominając sobie niedawne spotkanie z matką i
Trudą.
- Śmiała się. Wyglądała na szczęśliwą.
Obaj młodzieńcy zamilkli na chwilę. Po tym co do tej pory usłyszeli wydawało im
się zupełnie nieprawdopodobne, aby ktoś mógł się czuć, lub nawet wydawać się
szczęśliwy w zasięgu władzy Ivara Ragnarssona.
- Słuchaj, Shef, ona jest w okropnym niebezpieczeństwie, choć sama tego nie
rozumie. Ona myśli, Ŝe jeśli Ivar jest w stosunku do niej uprzejmy i nie wykorzystał
jej od razu jak dziwki, to znaczy, Ŝe jest bezpieczna. Ale z Ivarem jest coś nie tak,
moŜe być chory na ciele, albo na umyśle. Musisz ją stamtąd zabrać, Shef, i to szybko.
Najpierw jednak pozwól, aby cię zobaczyła. Nie wiem, co zrobimy potem, ale jeśli
będzie wiedziała, Ŝe jesteś w pobliŜu, moŜe uda jej się przemycić jakąś wiadomość.
Usłyszałem jeszcze jedno. Wszystkie kobiety Ragnarssonów i wyŜszych dowódców
mają opuścić dziś namioty. Słyszałem juŜ wcześniej jak narzekały, Ŝe nie ma miejsca,
gdzie mogłyby się umyć, z wyjątkiem tej brudnej rzeki. Idą więc dzisiaj się umyć poza
terenem obozu. Jest jakiś staw, moŜe o milę stąd.
- Czy moŜemy ją wtedy porwać?
- Nawet o tym nie myśl. W armii są tysiące męŜczyzn, kaŜdy łasy na kobiety.
Będzie tak wielu straŜników w eskorcie, Ŝe nie dasz rady ich nawet policzyć. Jedyne
co moŜesz zrobić, to postarać się, aby cię ujrzała. A teraz powiem ci dokładnie,
którędy będą szli.
I Hund opisał Shefowi całą drogę.
- Ale jak ja stąd wyjdę? Thorvin...
- Pomyślałem juŜ o tym. Kiedy kobiety zaczną wychodzić, przyjdę tu i powiem
Thorvinowi, Ŝe wzywa go mój pan. Powiem, Ŝe trzeba zaostrzyć narzędzia, których
Ingulf uŜywa do otwierania ludzkich brzuchów i głów. Ingulf potrafi niezwykle
rzeczy - dodał Hund kiwając z podziwu głową. - Więcej niŜ jakikolwiek
chrześcijański medyk. Tak więc Thorvin pójdzie ze mną. Wtedy ty musisz się stąd
wymknąć, prześliznąć na zewnątrz i starać się jak najbardziej wyprzedzić kobiety i ich
eskortę. To ma wyglądać, jakbyś spotkał je przypadkowo na drodze.
Thorvin wyszedł zaraz po tym jak Hund przyniósł mu prośbę od Ingulfa, potem
jednak sprawy przybrały zły obrót. W kuźni było jeszcze dwóch klientów, których
Shef musiał obsłuŜyć, a kiedy wreszcie sobie poszli - przyszedł jeszcze jeden, który
najwyraźniej chciał sobie trochę porozmawiać. Trwało długo, zanim Shefowi udało
się go pozbyć i nie pozostało mu juŜ nic innego, jak wybrać najbardziej niebezpieczny
sposób wydostania się z zatłoczonego obozu: pośpiech.
Szedł więc szybko nie oglądając się na nikogo, aŜ nagle zboczył w stronę kilku
opuszczonych namiotów przy samej palisadzie. Wspiął się na nią i dwiema rękami
podciągnął na jednej z zaostrzonych belek. Usłyszał za sobą krzyk, lecz nie było
pościgu. Fakt, Ŝe wydostawał się na zewnątrz, a nie wślizgiwał do środka nie
pozwalał zakwalifikować go jako złodzieja.
Po chwili był juŜ na równinie, gdzie pasły się konie i spacerowali wojownicy. W
oddali ujrzał rząd drzew, za którymi miała znajdować się woda. Kobiety wybrały
pewnie drogę wzdłuŜ rzeki, ale byłoby samobójstwem biec teraz za nimi. Musiał
znaleźć się tam wcześniej i poczekać aŜ nadejdą. Shef podjął decyzję i ruszył na
przełaj, przez łąkę.
W przeciągu dziesięciu minut Shef dotarł do stawu i zaczął się przechadzać po
biegnącej w pobliŜu podmokłej ścieŜce. Nie było tam jeszcze nikogo. Wiedział, Ŝe
powinien wyglądać jak Ŝołnierz odpoczywający na łonie natury. Problem polegał na
tym, Ŝe było coś, co odróŜniało go od wszystkich innych. Był sam. Poza obszarem
obozu, a nawet w jego obrębie, wikingowie poruszali się zwykle w gronie towarzyszy
ze statku, w wyjątkowych przypadkach chodzili we dwóch.
Nie miał jednak wyboru. Musiał po prostu wyjść kobietom na spotkanie łudząc
się, Ŝe Godiva będzie wystarczająco spostrzegawcza, Ŝeby go rozpoznać i
dostatecznie sprytna, aby nie powiedzieć słowa.
Wkrótce usłyszał przed sobą głosy, nawoływania i śmiech kobiet, okrzyki
męŜczyzn. Shef wyszedł zza zakrętu i ujrzał Godivę na samym przedzie nadciągającej
grupy. Ich oczy spotkały się na chwilę.
W tym samym momencie ujrzał jednak kroczącego z uśmiechem tryumfu
Muirtacha. Zanim zdołał się poruszyć, ktoś wykręcił mu do tyłu oba ramiona. Wokół
Muirtacha zebrał się odział jego gwardii w zabarwionych szafranem ubiorach.
Kobiety pozostawione zostały teraz bez nadzoru.
- Oto nasz zadziomy wróbelek! - wykrzyknął rozradowany Muirtach biorąc się
pod boki. - Ten sam, który próbował podnieść na mnie rękę. Przyszedłeś popatrzeć na
niewiasty? Mam rację? Oj, przyjdzie ci drogo zapłacić za ten widok. Dalej, chłopcy,
zabierzcie go trochę na bok - krzyknął do swoich ludzi, a sam wyciągnął z pochwy
swój wielki miecz. - Nie chcę, aby nasze panie musiały patrzeć na krew.
- Chcę z tobą walczyć - rzekł hardo Shef.
- Co to, to nie. Ja, wódz gaddgedlarów, mam się zmierzyć ze zbiegłym
niewolnikiem, który ledwo co zerwał swoją obręcz?!
- Nigdy nie miałem obręczy na szyi! - warknął Shef. Czuł jak narasta w nim
dziwne gorąco, które wypiera stopniowo lodowate uczucie lęku i przeraŜenia.
Wiedział, Ŝe jest dla niego tylko jeden ratunek. Musiał ich skłonić, aby traktowali go
jak równego sobie, a wtedy moŜe uda mu się przeŜyć. W przeciwnym razie za
moment zostanie z niego tylko bezgłowy korpus.
- Moje pochodzenie jest równie dobre, jak twoje. I lepiej niŜ ty władam
norweskim - dodał po chwili.
- To prawda - odezwał się ktoś z tyłu. - Muirtach, twoi ludzie powinni pilnować
kobiet. Chyba nie potrzebujesz ich wszystkich, aby poradzić sobie z tym chłopcem?
Gęsty szereg stojących naprzeciw Shefa męŜczyzn rozstąpił się szybko i chłopak
stanął oko w oko z tym, który wypowiedział ostatnie słowa. Człowiek ten wpatrywał
się w niego jasnymi jak lód oczami. Czekał aŜ Shef spuści wreszcie wzrok. Chłopak
poczuł, Ŝe śmierć jest bardzo blisko. Z trudem oderwał wzrok od męŜczyzny.
- Czujesz do niego urazę, Muirtach?
- Tak, panie - przyznał Irlandczyk z opuszczonymi oczyma.
- A więc stań z nim do walki.
- Nie, panie. Ja mówiłem wcześniej...
- Jeśli więc sam nie chcesz, wyznacz kogoś ze swych ludzi. Wybierz
najmłodszego. Niechaj chłopak walczy z chłopakiem. JeŜeli twój człowiek zwycięŜy,
coś mu podaruję - Ivar zdjął z ramienia srebrną bransoletę i podrzuciwszy ją do góry
załoŜył z powrotem. - A teraz cofnąć się, dać im miejsce. Pozwólcie teŜ patrzeć
kobietom. śadnych reguł i nie moŜna się poddać! - dodał po chwili, a jego zęby
błysnęły w posępnym uśmiechu. - Będziecie walczyć do końca!
Chwilę potem Shefowi raz jeszcze udało się uchwycić spojrzenie Godivy, jej oczy
były teraz okrągłe ze strachu. Stała w kręgu, który otoczył miejsce, gdzie miała
rozegrać się walka. Oprócz kobiet stali tam ludzie Muirtacha oraz cała arystokracja
wikingów, stronnicy Ivara i jarlowie w purpurowych płaszczach. Pośród nich
dostrzegł Shef znajome oblicze Vigi-Branda. Wiedziony jakimś impulsem Shef
podszedł w jego stronę.
- Panie, uŜycz mi swego amuletu. Oddam ci go, jeśli tylko będę mógł.
Brand zdjął łańcuch i z kamienną twarzą podał go Shefowi.
- Zrzuć buty, chłopcze. Ziemia jest tu śliska.
Shef usłuchał rady. Świadomie zaczął kontrolować oddech, starając się wciągać
powietrze głęboko do płuc. Wiedział z doświadczenia, Ŝe zapobiega to atakom
chwilowego odrętwienia, w jaki wpadają nieraz walczący wojownicy. Potem zdjął
koszulę, zawiesił na szyi amulet i dobył miecza, odrzucając na bok swój pas.
Przeczuwał, Ŝe w tej walce decydująca moŜe okazać się szybkość.
Jego przeciwnik był takŜe gotowy. Rozebrany do pasa, podobnie jak Shef, w
jednej ręce trzymał miecz gaddgedlarów, którego ostrze było cieńsze, ale za to niemal
o stopę dłuŜsze od normalnego, w drugiej zaś okrągłą tarczę z kolcem po środku. Na
głowę nasunięty miał hełm.
Nie wyglądał na duŜo starszego i Shef nie bałby się stanąć naprzeciw niego w
zapasach. Młodzieniec miał jednak potęŜny miecz i tarczę, broń w kaŜdej ręce. Poza
tym był wojownikiem, który zaznał juŜ walki, brał udział w niejednej potyczce.
Naraz pojawił się przed oczami Shefa obraz przemawiającego śpiewnie Thorvina.
Pochylił się, podniósł z ziemi gałązkę i rzucił ją w stronę swego przeciwnika, niczym
oszczep.
- Strącę cię do piekła! - zapowiedział uroczyście.
Tłum zawrzał z podniecenia, słychać było okrzyki zachęty, nikt jednak nie
dodawał otuchy Shefowi.
Irlandzki wojownik natarł i zaatakował błyskawicznie. Zamarkował cios w głowę,
który przeszedł później w długie cięcie wymierzone prosto w szyję. Shef schylił się i
miecz przeszedł nad jego głową. Gaddgedlar natarł jednak ponownie zadając dwa
cięcia, z prawej i lewej strony. Shef cofnął się do tyłu i udając, Ŝe odskoczy w prawo,
rzucił się na lewą stronę. Mógł teraz zadać cios w odsłonięty bark przeciwnika,
zamiast tego cofnął się błyskawicznie na sam środek placu. Wiedział juŜ jaką obrad
taktykę, wiedział teŜ, Ŝe moŜe polegać na swoich mięśniach. Czuł pulsowanie krwi i
ogarniającą go lekkość.
Flann, bo tak nazywał się irlandzki wojownik, podszedł teraz do Shefa
wymachując szybko mieczem. Chciał zepchnąć go w stronę kręgu widzów i
uniemoŜliwić dalszą ucieczkę. Był naprawdę szybki, ale po raz pierwszy zdarzyło mu
się walczyć z kimś, kto nie ma zamiaru odparowywać ciosów, lecz ich po prostu
unika. Shefowi znowu udało się uskoczyć, a kiedy się odwrócił zobaczył, Ŝe Flann
zaczyna juŜ dyszeć. Armia wikingów była armią Ŝeglarzy i jeźdźców, mocnych w
barach i ramionach, nie przyzwyczajonych jednak do chodzenia, nie mówiąc juŜ o
bieganiu.
Kiedy widzowie pojęli w końcu taktykę Shefa, zaczęli pokrzykiwać gniewnie w
jego kierunku. Gdyby trwało to dłuŜej, mogliby zacząć zacieśniać pierścień wokół
walczących. Kiedy Flann po raz kolejny spróbował swojego popisowego cięcia
idącego skosem ku dołowi, tym razem wolniej niŜ poprzednio, Shef natarł pierwszy i
odparował gwałtownie, uderzając szeroką klingą swego miecza w sam koniec
wymierzonego w siebie ostrza. Ostrze nie pękło wprawdzie, ale Irlandczyk osłupiał na
moment i Shef zdecydował się błyskawicznie na zadanie ciosu. Z ramienia Flanna
trysnął strumień krwi.
Przez długą chwilę młodzieńcy stali na środku placu jeden naprzeciw drugiego.
Prawe ramię Flanna broczyło dość mocno, chłopak wiedział więc, Ŝe jeśli chce
przeŜyć - musi działać szybko. Ruszył do przodu próbując teraz ostrych pchnięć i
nacierając tarczą. Shef stosował uniki i odparowywał ciosy starając się wytrącić miecz
z zakrwawionej ręki przeciwnika.
W pewnej chwili poczuł, Ŝe ciosom Irlandczyka zaczyna brakować pewności.
Shef znów zaczął krąŜyć po placu, pełen energii, niepomny zmęczenia. Flann z
trudem chwytał powietrze, nagle wyrzucił do przodu tarczę celując kolcem w twarz
Shefa, po czym wymierzył w niego cios mieczem. Shef błyskawicznie przykucnął
uchylając się od ostrza i równie szybko wstał zagłębiając swój oręŜ w brzuchu
Irlandczyka. Flann zatoczył się do tyłu, lecz Shef nie pozwolił mu upaść. Zacisnął
lewe ramię na szyi przeciwnika i zamierzył się do kolejnego ciosu.
Pośród panującej wokół wrzawy Shef usłyszał nagle głos Branda Zabójcy.
- Przyrzekłeś zrzucić go do Nastrónd - krzyknął. - Musisz z nim skończyć!
Shef spojrzał w dół na poszarzałą, skręconą z bólu i przeraŜenia twarz i
niespodziewanie ogarnęła go furia. Wepchnął miecz w pierś Flanna i poczuł jak ciało
Irlandczyka skręca spazm śmierci. Powoli opuścił nieruchome juŜ zwłoki i uwolnił
tkwiący w nich miecz. Potem rozejrzał się dookoła i ujrzawszy pobladłą z gniewu
twarz Muirtacha, podszedł prosto do Ivara, u którego boku stała Godiva.
- Wyjątkowo pouczające - rzekł Ivar. - Lubię obserwować kogoś, kto potrafi
walczyć nie tylko ręką, ale teŜ głową. Ocaliłeś teŜ mój srebrny naramiennik.
Kosztowało mnie to jednak wojownika. Jak zamierzasz mi za niego zapłacić?
- Ja takŜe jestem wojownikiem, panie.
- Skoro tak, dołącz do moich ludzi. Zostaniesz jednym z wioślarzy. Ale nie w
druŜynie Muirtacha. Przyjdziesz dziś wieczór do mego namiotu. Mój marszałek
znajdzie dla ciebie odpowiednie miejsce. Ivar zamilkł i przyjrzał się uwaŜnie Shefowi.
- Twój miecz jest w jednym miejscu wyszczerbiony, nie zrobił tego Flann.
Powiedz, czyj oręŜ to uczynił.
Shef zawahał się przez chwilę, zdecydował jednak, Ŝe wikingowie najbardziej
docenią brawurę.
- To był miecz jarla Sigvartha!
Rysy Ivara ściągnęły się wyraźnie.
- Rozumiem. Kończmy jednak ten turniej. Inaczej kobiety nigdy się nie wykąpią.
Ivar odwrócił się i popchnął przed sobą Godivę, ale przez chwilę jej spojrzenie
raz jeszcze spoczęło na Shefie.
Gdy odeszli, chłopak podszedł do Vigi-Branda i zdjął z szyi amulet.
- W normalnych okolicznościach powiedziałbym: „Zatrzymaj go chłopcze, boś na
to zasłuŜył. Pewnego dnia zostaniesz moŜe wielkim wodzem”. Coś mi jednak mówi,
Ŝ
e młot Thora nie jest dla ciebie właściwym znakiem, mimo Ŝe jesteś przecieŜ
kowalem. Wydaje mi się, Ŝe naleŜysz do Odyna, którego nazywają takŜe Bileyg, lub
Bolverk.
- Bolverk? - zdziwił się Shef. - CzyŜ jestem sprawcą zła i niedoli?
- Jeszcze nie teraz. Ale moŜesz stać się powolnym instrumentem w czyichś
rękach. Miej się na baczności. Dziś jednak spisałeś się świetnie, zwłaszcza jak na
początkującego. Dziś zabiłeś chyba po raz pierwszy, mówię to jako znawca. Spójrz,
zabrali juŜ ciało, zostawili jednak ekwipunek. Miecz, tarcza i hełm naleŜą teraz do
ciebie. Tak nakazuje zwyczaj.
Brand mówił jakby próbował go sprawdzić. Shef zdał sobie z tego sprawę i
pokręcił głową.
- Nie mogę czerpać korzyści z kogoś, kogo posłałem do Nastrónd, Miejsca
Umarłych Ludzi - rzekł uroczyście, następnie zaś cisnął w krzaki hełm i tarczę, miecz
zaś zgiął nogą i zostawił na ziemi.
- Sam widzisz - powiedział Brand. - Thorvin nigdy by cię tego nie nauczył. To
znak Odyna.
Rozdział siódmy
Thorvin nie okazał zdziwienia kiedy Shef powrócił do kuźni i opowiedział mu, co
się wydarzyło. Chrząknął tylko z powątpiewaniem, gdy chłopak pochwalił się, Ŝe
dołączy do kontyngentu Ivara.
- A więc dobrze, nie idź tam jednak tak jak stoisz. Zostałbyś od razu wyśmiany, a
wtedy mogłyby cię ponieść nerwy i doprowadzić do nieszczęścia.
Z leŜącego na tyłach kuźni stosu uzbrojenia Thorvin wyciągnął świeŜo osadzoną
włócznię i obitą skórą tarczę.
- Z tym wzbudzisz większy szacunek.
- Czy to twoja własność?
- Czasami ludzie zostawiają u mnie rzeczy do reperacji, ale nie przychodzą po nie
z powrotem.
Shef przyjął podarki i stanął zakłopotany.
- Muszę ci podziękować, za wszystko coś dla mnie uczynił.
- Zrobiłem to, gdyŜ tak nakazywała mi moja wiara. Tak mi się przynajmniej
wydaje. Nie jestem jednak głupcem, wiem, Ŝe przyszedłeś tu w jakiejś innej sprawie.
Nie wiem co to za sprawa, ale mam nadzieję, Ŝe nie wpędzi cię w kłopoty. MoŜe
kiedyś nasze drogi znowu się skrzyŜują.
Rozstali się bez dalszych słów. Shef dopiero drugi raz przestępował krąg, w
którym chroniła go moc Thora, lecz tym razem czynił to bez strachu. Z podniesioną
głową przeszedł pomiędzy namiotami kierując się nie do kwatery synów Ragnara,
lecz do Ingulfa.
Jak zwykle obok jego domostwa stała gromadka ludzi. Gdy pojawił się Shef,
rozeszli się powoli, a chłopak ujrzał, Ŝe zabierają kogoś na noszach. Hund wyszedł na
spotkanie przyjaciela.
- Co robiłeś?
- Pomagałem Ingulfowi. To niezwykłe, jakie cuda on potrafi. Tamten człowiek
wdał się w bójkę, upadł niezgrabnie i złamał nogę. Co byś z nim zrobił, gdyby się to
stało u nas w Emneth?
- ZabandaŜowałbym go - wzruszył ramionami Shef. - Nic innego nie da się
zrobić. W końcu wszystko się zrośnie.
- Ale ten człowiek nigdy nie mógłby juŜ chodzić jak przedtem. Kości zrosłyby się
całkiem przypadkowo, noga byłaby pokrzywiona i guzowata. Pamiętasz, jak zrosła się
noga Crubby, po tym jak spadł z konia? Ingulf naprostowuje nogę, rozciąga mocno,
aŜ złamane końcówki kości znowu się spotkają, unieruchamiając ją potem pomiędzy
dwiema deseczkami, tak Ŝeby mogła się spokojnie goić, i dopiero bandaŜuje. Ingulf
potrafi czynić jeszcze większe cuda. Widziałeś tego człowieka na noszach? W tym
przypadku złamanie było tak niebezpieczne, Ŝe kości wyszły przez skórę. Ingulf
otworzył ostrzem nogę i wepchnął kość do środka, od razu ją nastawiając. Nigdy bym
nie uwierzył, Ŝe moŜna przeŜyć taki zabieg, jednak Ingulf jest szybki i zwinny, poza
tym zawsze wie, co trzeba zrobić.
- Czy moŜesz się tego nauczyć? - spytał Shef, widząc wielki entuzjazm na
nieruchomej zazwyczaj twarzy przyjaciela.
- Owszem. Mając nieco praktyki i dostatecznie duŜo wskazówek. I jeszcze coś.
Ingulf studiuje ciała zmarłych, patrzy jak połączone są kości. Pomyśl, co by na to
powiedział ojciec Andreas?
- A więc chciałbyś zostać z Ingulfem?
Hund skinął z wahaniem głową, a następnie wyjął spod swej tuniki łańcuch.
Wisiał na nim niewielki srebrny amulet w kształcie jabłka.
- Dał mi to Ingulf. To jabłko Ithuna-Uzdrowiciela. Jestem teraz jednym z
wiernych. Wierzę w Ingulfa i Drogę, choć trochę mniej w samego Ithuna.
Hund spojrzał teraz na szyję swego przyjaciela.
- Widzę, Ŝe ciebie Thorvin nie nawrócił. Nie nosisz znaku młota.
- Nosiłem go przez chwilę - Shef wyjaśnił pokrótce, co mu się przydarzyło. -
Teraz mam szansę, aby uratować Godivę i uciec. MoŜe Bóg będzie dla mnie łaskawy.
- Bóg?
- Bóg albo Thor. MoŜe Odyn. Zaczynam sądzić, Ŝe jest to dla mnie bez róŜnicy.
Zapewne któryś z nich nas teraz obserwuje.
- Czy mogę coś dla ciebie zrobić?
- Nie - Shef ścisnął ramię przyjaciela. - Niewykluczone, Ŝe nigdy się juŜ nie
zobaczymy. Lecz jeśli kiedyś opuścisz wikingów, znajdę dla ciebie jakieś schronienie.
Nawet jeśli będzie to tylko chata na moczarach.
Potem Shef odwrócił się i skierował w stronę miejsca, na które nie ośmielił się
dotąd nawet przelotnie spojrzeć: do głównej kwatery dowództwa.
Kwatery te ciągnęły się wzdłuŜ rzeki na przestrzeni ponad dwustu jardów. W
samym środku znajdował się wielki namiot przeznaczony do spotkań. Przy
ustawionych wewnątrz stołach pomieścić się mogło około stu osób. Niedaleko stały
namioty braci Ragnarssonów, kaŜdy z nich otoczony zabudowaniami dla kobiet,
straŜników i słuŜby. Nieco dalej rozciągał się obóz wojowników, zazwyczaj na załogę
jednego statku przypadały trzy, czasem cztery namioty.
Ludzie Sigurtha byli przewaŜnie Duńczykami. W armii mówiło się otwarcie, Ŝe z
czasem Sigurth powróci do Danii, aby objąć naleŜne mu po ojcu królestwo Sjaellandu
i Skaane, a później spróbuje przejąć władzę nad całą Danią - od Bałtyku aŜ po Morze
Północne. Ubbi i Halvdan, którzy sami nie zgłaszali na razie pretensji do Ŝadnego
tronu, otoczyli się wojownikami pochodzącymi z całej niemal Skandynawii: ze
Szwecji, Norwegii, Gotlandii, Bornholmu i rozmaitych wysepek.
Wokół Ivara zgromadzili się natomiast wszelkiego rodzaju wygnańcy i
uciekinierzy. Wielu z nich było bez wątpienia pospolitymi mordercami uciekającymi
przed czyjąś zemstą bądź przed prawem. Większość stanowili jednak Norwegowie,
którzy od wieków przemieszczali się w rejony wysp Morza Północnego, opanowując
najpierw Orkady i Szetlandy, później Hebrydy i północną Szkocję. Ludzie ci
zaprawieni juŜ byli w walkach w Irlandii i szczerze wierzyli, Ŝe pewnego dnia Ivar
zawładnie całą wyspą i zasiądzie na zamku Dubh Linn.
W tym właśnie podzielonym i skorym do waśni otoczeniu Ragnarssonów pojawił
się nagle Shef. Marszałek wysłuchał uwaŜnie jego opowieści i przyjrzał się z
dezaprobatą skromnemu ekwipunkowi, który chłopak dostał od Thorvina. Potem
zawołał swego giermka, aby pokazał Shefowi namiot, miejsce do spania i wiosło oraz
wyjaśnił obowiązki. Człowiek ten, którego imienia Shef nawet nie zapamiętał,
objaśnił, Ŝe wykonywał będzie na zmianę z innymi cztery rodzaje obowiązków: wartę
przy statkach, wartę przy bramie, wartę przy zabudowaniach, gdzie więziono
niewolników, i, jeśli zajdzie taka konieczność, wartę przy namiocie Ivara.
- Sądziłem, Ŝe to gaddgedlarowie chronią Ivara - rzekł Shef.
- Tylko jeśli jest tutaj. Jeśli wychodzi, idą wraz z nim, a tu zostają kobiety i
kosztowności. Ktoś musi tego pilnować.
- Czy nie trzeba być zaufanym człowiekiem, Ŝeby pilnować namiotu Ivara?
- A co, ty nie jesteś? - giermek popatrzył na Shefa z ukosa. - Powiem ci jedno,
Enzkir, jeŜeli myślisz o kosztownościach Ivara, daj sobie z tym spokój. Od razu zrobi
ci się lepiej. Słyszałeś chyba co Iv ar zrobił w Knowth z irlandzkim królem?
Kiedy przechadzali się po obozie, Shef bez specjalnego zainteresowania
wysłuchiwał opowieści o okrutnych czynach Ivara. Wiedział, Ŝe mają one tylko jeden
cel, wywołać strach, wolał więc przyglądać się uwaŜnie okolicy.
Upewnił się, Ŝe najsłabszym punktem obozowiska były statki. Nie było wokół
nich Ŝadnych fortyfikacji, gdyŜ odgrodziłoby to statki od rzeki. Okręty stanowiły
wprawdzie rodzaj przeszkody, ale równocześnie były przecieŜ najcenniejszą
własnością wikingów. JeŜeli komuś udałoby się ominąć stojących nad rzeką
wartowników, i znalazłby się wśród statków z pochodnią i toporem, niełatwo byłoby
się go pozbyć.
Trudniej byłoby z wartownikami przy bramie. Nie sposób ich zaskoczyć. Trzeba
by stoczyć z nimi regularną walkę, w czasie której mieliby przewagę dzięki swoim
wielkim toporom i osadzonym na Ŝelaznych trzonach oszczepom. Poza tym kaŜdy,
kto mimo wszystko zdołałby sobie z nimi poradzić, musiałby stawić czoło kolejnym
jednostkom, które nadciągałyby z obozu z odsieczą.
Kiedy przechodzili obok zabudowań, w których więzieni byli niewolnicy, Shef
dostrzegł nagle znajomą twarz. Na ziemi, skuty kajdanami leŜał jego przyrodni brat
Alfgar. Jego jasne kręcone włosy zlepione były brudem, a oblicze wyraŜało krańcową
rozpacz. Czując na sobie czyjeś spojrzenie chłopak podniósł głowę, Shef
błyskawicznie odwrócił wzrok.
- Czy sprzedaliście juŜ jakichś niewolników od czasu przyjazdu?
- Nie. Za duŜo kłopotu, aby wywieźć ich teraz na morze. Anglicy czają się
wszędzie. Większość z nich naleŜy do Sigvartha - giermek splunął na ziemię. - Czeka,
Ŝ
eby ktoś inny przetarł za niego drogę.
- Przetarł drogę?
- Za dwa dni Ivar weźmie pół armii i wyruszy na spotkanie temu królikowi,
Jatmundowi, czy Edmundowi, jak wy Anglicy go nazywacie. Chce wyzwać go do
walki, albo zniszczyć cały jego kraj. Wybralibyśmy najprostszą drogę, ale i tak
zmarnowaliśmy juŜ mnóstwo czasu. Oj, nie będzie to miłe spotkanie dla Jatmunda.
- Jedziemy z nim, czy zostajemy tutaj?
- Nasza załoga zostaje - raz jeszcze giermek spojrzał na Shefa z ukosa. Na poły z
ciekawością, na poły z gniewem. - A jak myślisz, po co bym ci to wszystko
opowiadał? Będziemy stać na warcie i cały czas pilnować obozu. śałuję, Ŝe nie mogę
pojechać. Chciałbym zobaczyć, co zrobią królowi, gdy go w końcu pojmają.
Opowiadałem ci juŜ o Knowth. Byłem tam, gdy Ivar plądrował groby dawnych
królów, a mnisi próbowali nam przeszkodzić. Widziałem, co Ivar zrobił...
Temat ten powracał jeszcze kilkakrotnie podczas wspólnej biesiady, na którą
złoŜyły się: bulion, solona wieprzowina i kapusta. Była teŜ beczka piwa, z której
wszyscy czerpali do woli. Shef wypił więcej niŜ mu się wydawało i jego myśli zaczęły
wirować, nie pozwalając mu na stworzenie planu działania. Wyczerpany połoŜył się
na posłaniu. Obraz konającego w jego ramionach Irlandczyka wydał mu się teraz
mało istotnym szczegółem z zamierzchłej przeszłości.
Wyczerpanie owładnęło nim i powiodło w sen. W coś więcej niŜ sen nawet.
Wyglądał na zewnątrz przez wpół zasłonięte okno. Była noc. Jasna, księŜycowa
noc. Było tak jasno, Ŝe przesuwające się po niebie chmury rzucały na ziemię swe
cienie. I nagle coś zabłysło.
Obok niego stał męŜczyzna, próbował wytłumaczyć to dziwne zjawisko. On jednak
nie potrzebował wyjaśnień. JuŜ wiedział. Narastało w nim poczucie zguby, zatracenia.
Wzbierała teŜ gwałtowna furia.
- To nie są promienie jutrzenki - rzekł Shef, który nie był Shefem. - Nie jest to
takŜe latający smok, ani łuna poŜaru. To błysk dobywanej broni. Nasi wrogowie chcą
nas zaskoczyć w czasie snu. Nastała bowiem nowa wojna, wojna, która przyniesie
wszystkim zniszczenie. Powstańcie więc, moi rycerze, pomyślcie o waszej odwadze,
pilnujcie bram i walczcie dzielnie.
I wtedy Shef usłyszał potęŜny głos, tak potęŜny, Ŝe nie mógł naleŜeć do człowieka.
Był to głos boga, nie taki jednak, jakiego ktoś mógłby się po bogu spodziewać. Nie był
to głos pełen godności i dumy, lecz sardoniczny chichot.
- Pół-Duńczyku, który nie jesteś z rodu Pół-Duńczyków - rzekł bóg. - Nie słuchaj
tego, co mówi dzielny wojownik. Nie idź do walki. Pozostań z boku. Trzymaj się blisko
ziemi.
Shef obudził się raptownie i poczuł odór spalenizny. Przez kilka chwil, wciąŜ
nieprzytomny ze zmęczenia, próbował poskładać myśli: dziwna draŜniąca woń, jak
smoła. Skąd mógł się tu wziąć taki zapach? Później rozpoczęła się szaleńcza
bieganina, ludzie potykali się o jego posłanie, deptali po jego nogach, aŜ w końcu
obudził się całkowicie. W namiocie roiło się od męŜczyzn, szukających nerwowo
ubrań, butów, broni. Wszystko w głębokim mroku rozświetlonym jedynie poświatą
płonącego gdzieś na zewnątrz ognia. Shef zdał sobie nagle sprawę, Ŝe w tle słychać
przez cały czas potęŜny łoskot. Krzyki ludzi, trzask drewna, a ponad tym wszystkim
ogłuszający brzęk metalu, nacierających na siebie mieczów i odpierających ataki
tarczy. Odgłosy prawdziwej bitwy.
MęŜczyźni w namiocie krzyczeli i pchali się jeden na drugiego. Na zewnątrz
takŜe słychać było okrzyki, niektóre w odległości zaledwie kilku jardów. Były to
okrzyki Anglików. Nagle Shef wszystko zrozumiał. W uszach wciąŜ jeszcze
brzęczały mu wypowiedziane potęŜnym głosem słowa. Rzucił się na ziemię i zaczął
posuwać się w stronę środka namiotu, jak najdalej od ścian. Kilka chwil później jeden
bok zapadł się, a poprzez materiał wtargnęło do środka ostrze włóczni. Giermek,
który niedawno oprowadzał Shefa po obozowisku, obrócił się w tamtą stronę i
włócznia trafiła go w sam środek piersi. Shef pochwycił padające ciało i podtrzymał
je w ramionach. Po raz drugi w przeciągu kilkunastu zaledwie godzin oglądał ludzką
agonię.
Wkrótce namiot się zawalił, przygniatając sobą Shefa i kilku pozostałych w
ś
rodku ludzi. Na płótno namiotu wbiegli Anglicy przebijając włóczniami
szamoczących się w środku ludzi. Shef leŜał nieruchomo, jednak w pewnym
momencie jedna z włóczni otarła się o jego kolano. Potem Anglicy odeszli, a odgłosy
ucichły nieco. Walka przeniosła się najwyraźniej do samego środka obozu.
Shef wiedział, co się stało. Angielski król przyjął wyzwanie wikingów. Natarł na
ich obóz w środku nocy i jakimś cudem udało mu się sforsować palisady i wtargnąć
do środka. Szedł teraz w kierunku statków i namiotów dowództwa, siejąc po drodze
krwawe spustoszenie. Shef wciągnął spodnie, włoŜył buty i przypasawszy miecz
wyczołgał się na zewnątrz po trupach swoich niedawnych towarzyszy. Potem pobiegł,
pochylony nisko nad ziemią.
Nie dostrzegł nikogo w promieniu dwudziestu jardów. Pomiędzy nim a palisadą
ciągnął się pas zrównanych z ziemią namiotów, a obok nich stosy trupów i garstka
rannych. Niektórzy z nich wzywali pomocy, inni próbowali wstać o własnych siłach.
Angielscy najeźdźcy starali się rozpłatać mieczami wszystko, co tylko się rusza, mało
komu udało się więc uratować.
Shef wiedział, Ŝe jeśli wikingom nie uda się szybko przyjść do siebie i połączyć
sił, najeźdźcy mogą wedrzeć się juŜ bardzo głęboko i rozstrzygnąć o losach bitwy.
WzdłuŜ rzeki widać było błysk ognia i gęsty dym. Natarcie Anglików na straŜe
wokół statków spotkało się z niewielkim oporem, lecz przy samej wodzie napotkali
najeźdźcy znacznie silniejszą i lepiej zorganizowaną obronę. Co jednak działo się
przy namiotach Ragnarssonów? Czy nastał juŜ odpowiedni moment? Czy nadeszła
chwila, aby uwolnić Godivę?
Nie, zdecydował Shef po chwili zastanowienia. Zbyt zacięta była trwająca wokół
walka. JeŜeli wikingowie odeprą natarcie, Godiva pozostanie nadal niewolnicą,
nałoŜnicą Ivara. Jeśli jednak atak się powiedzie, powinien być na miejscu, aby ją
uratować...
Shef zaczął biec, jednak nie w stronę, gdzie rozgrywała się walka, tam bowiem na
wpół uzbrojony człowiek znaleźć mógł tylko pewną śmierć. Początkowo sądził, Ŝe nie
ma tam nikogo, jednak zorientował się, Ŝe istnieją dwa ogniska bitwy, jedno
wewnątrz obozu, w rejonie rzeki, i drugie bardzo rozległe, wokół całej palisady. Król
Edmund zaatakował obóz jednocześnie ze wszystkich stron.
Shef niczym cień podąŜał w stronę zabudowań niewolników. Kiedy był juŜ
blisko, drogę przeciął mu wojownik. W ognistej poświacie dostrzec moŜna było jego
czarne od krwi udo.
- Fraendi! - krzyknął męŜczyzna. - PomóŜ mi, zatamuj krew...
Shef powalił go mieczem. To pierwszy - pomyślał, podnosząc z ziemi oręŜ
wikinga.
Przy zabudowaniach nadal stali wartownicy. Zbici w gęstą gromadę przy samych
wejściu przygotowani byli do odparcia kaŜdego ataku. Poprzez grube Ŝerdzie, z
których zbudowane zostało ich więzienie, wystawały głowy niewolników. Próbowali
zorientować się, co dzieje się na zewnątrz. Shef przerzucił swój nowy miecz poprzez
boczną ścianę, odbił się z całej siły i skoczył, przerzucając ciało ponad przeszkodą.
Usłyszał za sobą krzyk wartowników, jednak nikt nie ruszył w pościg. Nie wiedzieli
czy mają pilnować bramy, czy próbować wyciągnąć Shefa ze środka.
Kiedy znalazł się wewnątrz, otoczyły go i zaczęły szarpać cuchnące postacie.
Odepchnął je od siebie przeklinając po angielsku. Szybko przeciął skórzane więzy na
rękach i nogach najbliŜszego męŜczyzny i przekazał mu miecz.
- Dalej, zacznij ich uwalniać! - syknął, wyjmując z pochwy własny oręŜ i
oswobodzając nim kolejnego człowieka. Niewolnicy widząc, co się dzieje, wyciągali
do niego ręce. W niedługim czasie udało mu się oswobodzić dziesięciu.
Nagle ściana runęła z jednej strony i do środka wkroczyli wikingowie,
zdecydowawszy najwyraźniej, Ŝe muszą schwytać intruza. Pierwszego z nich Anglicy
powalili gołymi rękami wyrywając mu topór i włócznię, następnie rzucili się z furią
na jego towarzyszy. Shef nadal przecinał więzy. W pewnej chwili spostrzegł przed
sobą ręce Alfgara. Jego oczy wyraŜały zdumienie, a twarz wykrzywiała wściekłość.
- Musimy uwolnić Godivę - rzekł Shef, a Alfgar skinął głową. - Chodź ze mną.
- Niech pójdą za mną wszyscy, którzy mają broń i chcą walczyć za króla
Edmunda! - wykrzyknął zwracając się do pozostałych.
Ludzie zaczęli wydostawać się na zewnątrz. Część z nich usiłowała schronić się
w bezpiecznej ciemności, inni rzucili się z wściekłością na resztę straŜników. Shef
pobiegł w stronę zrównanych z ziemią namiotów, prowadząc za sobą grupkę
kilkunastu męŜczyzn.
Broni było pod dostatkiem, leŜała obok martwych wojowników, część zaś tam,
gdzie odłoŜono ją poprzedniego wieczora. Shef podniósł do góry kawałek płótna i
wyciągnął włócznię i tarczę. Chwilę trwało, zanim uzbroili się wszyscy jego ludzie i
Shef mógł się im uwaŜniej przyjrzeć. Ocenił, Ŝe są to przewaŜnie kerlowie,
rozsierdzeni i gotowi na wszystko, jednak tylko jeden z nich sylwetką przypominał
wojownika.
Shef wskazał w kierunku namiotów dowództwa.
- Tam jest król Edmund. Próbuje zabić Ragnarssonów. JeŜeli mu się to uda,
wikingowie nie zdołają się juŜ pozbierać i zostaną rozgromieni. Jeśli nie, schwytają
nas wszystkich i wszystkie wioski w okolicy znajdą się w niebezpieczeństwie.
Jesteśmy wypoczęci i uzbrojeni. Przyłączymy się do nich, aby razem pokonać wroga!
Uwolnieni niewolnicy rzucili się do walki. Alfgar został z tyłu i podszedł do
Shefa.
- Nie przybyłeś tu chyba z Edmundem, półnagi i na wpół uzbrojony. Skąd wiesz,
gdzie szukać Godivy?
- Zamknij się i biegnij za mną - krzyknął Shef i pobiegł w stronę namiotu, gdzie
mieszkały kobiety Ivara.
Rozdział ósmy
Edmund, syn Edwolda, potomek Raedwalda Wielkiego, ostatniego z
Wuffingasów, a teraz z BoŜej łaski król East Anglii, spoglądał z bezsilną wściekłością
poprzez otwory w ozdobnej przyłbicy.
Muszą się przebić! Jeszcze jedno natarcie i wreszcie przerwą ich linię. Wszyscy
Ragnarssonowie zginą skąpani w krwi i ogniu, a reszta wielkiej armii wycofa się w
popłochu... Ale jeśli wytrzymają... Jeśli wytrzymają, to w przeciągu następnych paru
minut wikingowie zorientują się w końcu, Ŝe palisadę atakują tylko rozwścieczeni
wieśniacy, którymi moŜna się nie przejmować, a wtedy zbiorą ludzi i uderzą prosto na
nich... Jego Ŝołnierze zostaną wówczas wyłapani jak szczury. On, król Edmund nie
miał synów. Cała przyszłość jego dynastii i królestwa zaleŜała teraz od wyniku tej
potyczki. Po kaŜdej ze stron walczyła chyba setka ludzi: najlepsi rycerze East Anglii i
przyboczna świta Ragnarssonów.
Edmund zacisnął dłoń na rękojeści swojego zakrwawionego miecza i ruszył do
przodu. Po jego obu stronach pojawili się od razu kapitanowie gwardii przybocznej.
Zagrodzili mu drogę tarczami nie pozwalając, aby znalazł się w centrum szalejącej
bitwy.
- Spokojnie, mój panie - mruknął Wigga. - Spójrz, Totta i jego chłopcy juŜ tam
poszli. Zaraz przebiją się przez tych łotrów.
Tymczasem fala natarcia kołysała się raz w jedną, raz w drugą stronę. Najpierw
kilka kroków do przodu, kiedy Anglikom udało się odeprzeć wikingów i zająć na
chwilę ich miejsce, potem jednak zaczęła się znowu cofać. Edmund dostrzegł postać
ogromnego wojownika, który wymachiwał toporem i zachęcał Anglików, Ŝeby się
zbliŜyli.
- Musieliśmy zabić juŜ z tysiąc tych świń - rzekł Eddi, stojący po lewej stronie
króla. Edmund wiedział, Ŝe zaraz któryś z nich powie: „Czas juŜ, aby się stąd
wycofać, panie” i zostanie odesłany do diabła. Większość armii, tanowie i
zwerbowani przez nich naprędce wojownicy, i tak zaczęła juŜ się cofać. Wykonali, co
do nich naleŜało. Wraz ze swym królem przedarli się przez palisadę, zmasakrowali
ś
piących, rozbili warty przy rzece i podpalili tyle statków, ile tylko zdołali. Ani przez
chwilę jednak nie sądzili, Ŝe będą musieli stanąć w otwartej walce z najlepszymi
wojownikami Północy i nie mieli wcale zamiaru tego robić. To była rzecz, którą
powinien zająć się ktoś lepszy.
Tylko jeden wyłom, modlił się Edmund. Wszechmogący BoŜe, jeden wyłom w tej
linii, a przebijemy się do środka i zaatakujemy ze wszystkich stron. Wojna będzie
zakończona, poganie pobici. Nie będzie juŜ porozrzucanych po polach ciał i
dziecięcych trupów wrzucanych do studni. Lecz jeśli uda im się wytrzymać jeszcze
minutę, to wystarczy, aby kosiarz naostrzył swe narzędzie... Wtedy to my zostaniemy
zmiaŜdŜeni, a mnie czeka los Wulfgara.
Wspomnienie umęczonego tana zakłuło jego serce. Król odepchnął na bok Wiggę
i ruszył do walki z podniesionym oręŜem.
- Przebijać się! Przebijać! - krzyknął ile tchu w płucach, a jego potęŜny głos
wibrował w metalowej przyłbicy. - Temu, kto przebije się pierwszy, obiecuję skarb
Raedwalda. I pięć setek dla tego, kto przyniesie mi głowę Ivara!
Dwadzieścia kroków dalej Shef zebrał swój oddział uciekinierów. WzdłuŜ
wybrzeŜa płonęły uszczelniane smołą statki wikingów rzucając swój trupi blask na
walczących. Wszędzie wokół namioty zostały zrównane z ziemią, a ich mieszkańcy
zabici bądź ranni. Tylko w jednym miejscu wciąŜ stało osiem czy dziesięć
zabudowań, siedziby Ragnarssonów, wszystkich dowódców, oraz ich gwardii i kobiet.
Wokół tego właśnie miejsca trwała zaciekła walka.
Shef odwrócił się do Alfgara oraz muskularnego rycerza stojącego na czele grupy
pół uzbrojonych i cięŜko dyszących wieśniaków.
- Musimy przedostać się do tamtych namiotów. Tam właśnie znajdziemy
Ragnarssonów.
A takŜe Godivę - pomyślał w duchu. Łuna oświetliła wykrzywioną ponurym
uśmiechem twarz rycerza.
- Spójrz - zwrócił się do Shefa wskazując coś palcem.
Chłopak dostrzegł sylwetki dwóch wojowników. Ich miecze wręcz wirowały.
KaŜdy cios był natychmiast odparowywany, uderzenia precyzyjne, dokładnie
wymierzone. Rycerze stosowali uniki, pomagali sobie tarczami, błyskawicznie
zmieniali pozycje.
- Popatrz na nich. Z jednej strony zaprawieni w boju wojownicy naszego króla, z
drugiej najlepsi z piratów. Mówią o nich „drengir”, twardzi, „herechempan”. Czy
sądzisz, Ŝe uda nam się stawić im czoło? Mnie moŜe udałoby się sprawić jednemu z
nich trochę kłopotu przez minutę. Ciebie nie znam, ale oni... - wskazał kciukiem
wieśniaków - zostaną od razu poszatkowani, jak mięso na kiełbasę.
- Lepiej stąd chodźmy - włączył się nagle Alfgar, a jego słowa wywołały
poruszenie wśród wieśniaków.
- Nie - krzyknął rycerz chwytając Alfgara za ramię. - Posłuchajcie, to głos
waszego króla. Wzywa swoich wiernych ludzi. Posłuchajcie, czego od nich Ŝąda.
- Chce głowy Ivara - krzyknął jeden z wieśniaków.
Nagle wszyscy rzucili się naprzód potrząsając włóczniami, pośród nich takŜe
rycerz.
On wie dobrze, Ŝe nic z tego nie wyjdzie, lecz ja znalazłem chyba sposób -
pomyślał naraz Shef i rzucił się w pogoń za swymi ludźmi. Zabiegł im drogę i
gestykulując zmusił, aby stanęli. Wspólnie pobiegli w stronę najbliŜszego z płonących
statków.
Mimo brzęku metalu wikingowie takŜe usłyszeli słowa króla. Wielu zrozumiało
je bez trudu, część wikingów od lat utrzymywała angielskie nałoŜnice, podobnie
zresztą jak wcześniej ich ojcowie.
- Król Jatmund Ŝąda twej głowy! - krzyknął jeden z jarlów.
- Lecz ja nie chcę jego! - odkrzyknął Ivar. - Pojmijcie go Ŝywego.
- Co chcesz z nim zrobić?
- Muszę nad tym pomyśleć. Będzie to jednak coś zupełnie nowego. Coś bardzo
pouczającego.
Coś, co natchnęłoby ludzi otuchą, dokończył w myśli. WciąŜ nie mógł się
nadziwić, Ŝe król takiego małego państewka jak to, miał tyle śmiałości, Ŝeby
zaatakować wielką armię w jej własnym obozie.
- W porządku - zwrócił się do gaddgedlarów, którzy wciąŜ jeszcze nie włączyli
się do walki, tworząc ostateczną rezerwę. - Nie ma juŜ na co czekać. I tak się nie
przebiją. W kaŜdym razie nie tutaj, przy namiotach. Teraz, na mój rozkaz pójdziecie
do natarcia. Nie włączajcie się jednak do walki. Macie pojmać króla Jatmunda.
Widzicie, jest tam. Ten niski człowiek w wojennej masce na twarzy.
Ivar nabrał powietrza w płuca, aby krzyknąć parodiując króla Edmunda:
„Dwadzieścia uncji, dwadzieścia uncji złota dla człowieka, który przyprowadzi mi
angielskiego króla! Nie zabijajcie go! Chcę go mieć Ŝywego!”.
Zanim jednak otworzył usta, dostrzegł jak znowu otaczają go Irlandczycy, a
Muirtach wskazuje coś z przeraŜeniem.
- Spójrz, panie!
- Spada na nas płonący krzyŜ!
- Mac na hoige slan!
- Matko Boska, zmiłuj się nad nami.
- Na Odyna, co to takiego?
Ponad głowami walczących męŜczyzn zamajaczył olbrzymi kształt podobny do
krzyŜa, monstrualnego płonącego krzyŜa, który rósł w oczach. Szeregi Anglików
rozstąpiły się nagle, Brand Zabójca skoczył do przodu z podniesionym toporem.
PotęŜny krzyŜ runął na ziemię.
W jednej chwili ściany namiotów stanęły w płomieniach, a do odgłosów bitwy
dołączył teraz przeraźliwy krzyk kobiet. Gaddgedlarowie rozpierzchli się na wszystkie
strony.
Nagle po płonącej belce nadbiegł jeden z wyzwolonych niewolników potrząsając
włócznią. Wymierzył ją niezręcznie w twarz Ivara. Ten zdołał ją odepchnąć ściągając
grot z drzewca. Wieśniak ponowił atak drzewcem i tym razem udało mu się trafić
wikinga w bok głowy. Cios był ogłuszający. Ivar zachwiał się i runął na ziemię, oczy
przesłoniła mu ciemność.
Przez szalejące wokół płomienie przeskoczyło jeszcze kilka postaci. Ivar
rozpoznał jedną z nich. To ten, który wygrał pojedynek przy stawie - pomyślał
odzyskując świadomość. - A ja sądziłem, Ŝe to jeden z naszych...
W tym samym momencie czyjaś stopa spadła na jego krocze.
Shef biegł po tlącym się maszcie. Czuł, Ŝe poparzone ręce pokrywać zaczynają
pęcherze, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Maszt udało im się wyciągnąć
przy pomocy wieśniaków z jednego z płonących statków, a następnie zanieść w stronę
obozowiska Ragnarssonów i zwalić prosto na ich ludzi. Wiedział, Ŝe teraz wkroczyć
tam mógł wreszcie król Edmund wraz ze swą druŜyną. Jemu, Shefowi, pozostało
jednak jeszcze uratowanie Godivy.
Minął wieśniaka próbującego rozprawić się z wikingiem, któremu pękła właśnie
włócznia i kilku biegających w panice gaddgedlarów, przekonanych najwyraźniej, Ŝe
płonący krzyŜ to zemsta za ich odszczepieństwo. Wreszcie dobiegł do namiotu, z
którego dochodziły krzyki i zawodzenia kobiet. Wtedy wyciągnął miecz i przeciąwszy
płótno na wysokości kolan, rozerwał je z całej siły rękami.
Ze środka wydobył się przeraźliwy lament. Kobiety stały zbite w jedną masę,
jedne w sukniach, inne w bieliźnie, a kilka wciąŜ jeszcze nagich. Gdzie Godiva?!
MoŜe tamta odwrócona plecami z chustą na głowie? Złapał ją za ramię i odwrócił
gwałtownie. Zobaczył rozsierdzone spojrzenie nieznajomych oczu, a kobieca dłoń
wymierzyła mu siarczysty policzek.
Kobiety rozbiegły się nagle i Shef dostrzegł wreszcie wśród nich znajomą
sylwetkę. Biegła lekko jak młoda sarna, wprost na zatracenie. Anglicy byli teraz
wszędzie. Wiedzieli, Ŝe zaraz nadciągnie odsiecz z drugiej części obozu, szlachtowali
więc wszystko, co się ruszało, rozglądając się wciąŜ za Ivarem i jego braćmi.
Shef dopędził Godivę i chwytając od tyłu przewrócił na ziemię. Oboje potoczyli
się po ziemi, później Shef pociągnął dziewczynę w bezpieczne miejsce.
- Shef!
- Tak, to ja - potwierdził zatykając jej usta. - Teraz posłuchaj. Musimy stąd uciec.
Taka szansa się juŜ nie powtórzy. Wrócimy tą samą drogą, którą przyszedłem, nie
został tam juŜ nikt Ŝywy. Zrozumiałaś? A więc w drogę.
Bitwa dobiegła końca - pomyślał Edmund. Wiedział, Ŝe poniósł klęskę. Dzięki
pomocy wieśniaków pod wodzą tego półnagiego młodzieńca udało im się przełamać
ostatni bastion wikingów. Udało im się dokonać spustoszenia wśród najlepszych
wojowników, wśród Ŝołnierskiej elity wielkiej armii, która nigdy juŜ nie odzyska
dawnego blasku. CóŜ jednak z tego, skoro Ragnarssonowie nadal Ŝyli. Dopiero gdyby
udało mu się pozabijać ich wszystkich, byłby pewny, Ŝe odniósł ostateczne
zwycięstwo Nie ma juŜ jednak na to szansy. W sercu Edmunda wygasał powoli gniew
i entuzjazm, zaczęła się chłodna kalkulacja. Dostrzegł, Ŝe poza obrębem płomieni
zaczynają zbierać się wikingowie. Najwyraźniej wydane zostały juŜ jakieś rozkazy.
Czuł, Ŝe niedługo zacznie się kontruderzenie.
- Czas wracać, panie - mruknął Wigga.
Edmund skinął głową, wiedział, Ŝe jest to rzeczywiście ostatni moment. Droga
ucieczki była wciąŜ wolna, poza tym pozostała jeszcze grupka zaufanych
wojowników, którzy osłania go podczas odwrotu w stronę wschodniej palisady.
- Wracamy! Wracamy tam, skąd przyszliśmy! Zabijajcie kaŜdego, kto znajdzie się
na drodze. NiewaŜne, nasz czy obcy. Nie chcę ich zostawić dla Ivara. I nie
pozostawiajcie niedobitków!
Ivar poczuł, jak powraca mu świadomość. Wracała jednak stopniowo i nie od razu
udało mu się pozbierać myśli. Czuł, Ŝe zbliŜa się coś straszliwego. Słyszał zbliŜające
się kroki. To był draugr - gigant, spuchnięty i siny jak rozkładający się trup, lecz tak
potęŜny jak dziesięciu męŜczyzn. Wrócił na ziemię, aby niepokoić swoich potomków
albo pomścić ich śmierć.
Ivar przypomniał sobie to oblicze. To irlandzki król Maelguala, którego zabił
przed wieloma laty. Pamiętał dobrze tę wykrzywioną wściekłością i cierpieniem
twarz. Pamiętał przekleństwa rzucane nawet wtedy, kiedy koła zaczęły rozciągać jego
ciało. Rozciągali go aŜ nagle - Ivar przypomniał sobie trzask pękającego kręgosłupa i
w jednej chwili oprzytomniał całkowicie. Poczuł, Ŝe ma coś na twarzy, chyba kawałek
tkaniny. Czy zawinęli go juŜ w całun?
Prawe ramię było zupełnie bezwładne. Ivar usiadł i poczuł teraz ból z lewej strony
głowy. O dziwo, nie z prawej, tam gdzie otrzymał cios, lecz właśnie z przeciwnej. A
więc to wstrząs, pomyślał. Powinien się teraz połoŜyć i nie poruszać głową, nie mógł
sobie jednak na to pozwolić.
Powoli podniósł się z ziemi. Wysiłek ten spowodował przypływ nudności i
zawrotów głowy. W dłoni wciąŜ dzierŜył miecz. Spróbował go podnieść, jednak ręka
odmówiła posłuszeństwa. Opuścił więc broń i podparłszy się na niej popatrzył na
zdewastowane obozowisko. Pośród namiotów wciąŜ walczyło kilkudziesięciu
wojowników. I nagle dostrzegł nadciągającą zgubę.
Nie był to draugr. Kilkanaście kroków od niego stanęła nagle niska postać w
zaciągniętej na oczy wojennej masce. Angielskie królewiątko. Jatmund. Z obu jego
stron oraz za jego plecami kroczyło sześciu męŜczyzn, potęŜnych jak wikingowie,
potęŜnych jak Viga-Brand. Z pewnością jego gwardia przyboczna. Samo serce i dusza
angielskiego rycerstwa, „the chempan”, jak ich tam nazywają. Było ich sześciu, a on,
Ivar, nie mógł nawet unieść miecza. Zrobił jednak krok w ich kierunku, Ŝeby nikt nie
ś
miał powiedzieć, Ŝe on, wielki wojownik Północy, schwytany został przy próbie
ucieczki.
Edmund rozpoznał go nagle i z jego ust wyrwał się okrzyk tryumfu. W kierunku
Ivara ruszyło teraz sześciu rycerzy z podniesionymi mieczami.
Tymczasem Shef przemykał się właśnie w ciemności i widząc lukę pomiędzy
namiotami popchnął do przodu Godivę, aby pobiegła pierwsza. Dziewczyna wyrwała
się z jego uścisku i ruszyła pędem w stronę jakiegoś męŜczyzny. Potem chwyciła go
za rękę, a on, najwyraźniej ranny, wsparł się na jej ramieniu. Chryste, to przecieŜ Ivar!
Shef nie mógł uwierzyć własnym oczom.
Chłopak zagryzł wargi i zaczaj zbliŜać się ostroŜnie jak lampart, z uniesionym na
wysokości bioder mieczem. Wiedział juŜ, Ŝe ostrze skieruje pod samą brodę, gdzie
ciała nie krył Ŝaden pancerz.
Nagle naprzeciw niego znalazła się Godiva przytrzymując jego prawą rękę.
Chciał ją odtrącić, lecz przywarła do niego z całej siły oplatając rękami i zaczęła
przeraźliwie krzyczeć.
- UwaŜaj! Z tyłu!
Shef rzucił ją na bok, a sam odwrócił się i w ostatniej chwili odparował cios
wymierzony we własną szyję. Drugi cios przyszedł jednak zaraz po pierwszym,
uchylił się przed nim i usłyszał świst przecinanego powietrza. W tej samej chwili
uświadomił sobie, Ŝe Godiva stoi za jego plecami. Musiał ją ocalić.
Zaczął się powoli cofać wąskim korytarzem między namiotami, a wraz z nim
Godiva i Ivar. Przed nim kroczyło sześciu potęŜnych męŜczyzn, a wśród nich jeden
niski w kunsztownie ozdobionej przyłbicy. To musiał być król. On, Shef, niewolnik i
nędzny pies stał teraz naprzeciw króla East Anglii.
- Zejdź mi z drogi - rzekł Edmund postępując jeszcze krok naprzód. - Jesteś
Anglikiem. Zwaliłeś maszt. Przerwałeś ich linię. Widziałem, Ŝe to ty. Za tobą jest
Ivar. Zabij go albo pozwól, Ŝebym ja to zrobił, a nie ominie cię nagroda, którą ci
obiecałem.
- Ta kobieta... - zaczął Shef. Chciał powiedzieć, aby zostawili w spokoju kobietę,
ale nie starczyło mu czasu.
Przerwa między namiotami rozszerzyła się nagle i na Shefa rzucili się ludzie
Edmunda. Jeden wysunął się naprzód tnąc na odlew, raz za razem i wyrzucając do
przodu tarczę. Shef cofał się, uskakiwał, kucał, nie przyjmując ciosów, lecz uciekając
przed nimi, jak podczas pojedynku z młodym Irlandczykiem.
Nagle z ciemności wyłoniło się kilkunastu wikingów prowadzonych przez
samego Vigę-Branda. Anglicy cofnęli się, aby chronić swego króla. Broniąc go ginęli
jeden po drugim, podczas gdy Ivar napominał bez przerwy swoich ludzi, aby
pozostawili przy Ŝyciu Jatmunda.
Shefowi udało się tymczasem wymknąć i pociągnąć za sobą przeraŜoną Godivę.
Pobiegli w stronę dopalających się okrętów i błotnistego brzegu rzeki Stour.
Angielskie królestwo legło w gruzach, Godiva wyszła jednak bez szwanku. Udało mu
się ją ocalić.
Lecz ona ocaliła Ivara.
Rozdział dziewiąty
Gwiazdy zaczęły juŜ blednąc na niebie, kiedy Shef i Godiva przedzierali się
ostroŜnie przez leśną gęstwinę. NajwyŜsze gałęzie poruszał lekki wietrzyk, którego
nie czuć było na dole. Gdy przebiegli przez niewielką polankę rozpościerającą się
wokół przewróconego dębu, ich stopy zmoczyła rosa. To będzie upalny dzień -
pomyślał Shef - jeden z ostatnich dni tego pełnego wydarzeń lata.
Na razie było im jednak zimno. Shef miał na sobie jedynie buty i wełniane
spodnie, które wciągnął w pośpiechu podczas ataku Anglików, Godiva zaś cienką
koszulę. Zdjęła długą suknię, gdy wchodziła do rzeki. Pływała dobrze niczym wydra, i
jak wydra musiała nurkować i przepływać długie odcinki pod wodą. Płynęli bardzo
ostroŜnie, starając się nie robić najmniejszego hałasu i śledząc uwaŜnie brzeg, czy nie
ma na nim patroli. Oboje zanurkowali głęboko, gdy rzeka wpłynęła w zakole przy
krańcu palisady. Było to miejsce, gdzie zawsze czuwały straŜe.
Shef nie poczuł chłodu, gdy wchodził do wody, jedynie uczucie pieczenia na
poparzonych dłoniach, teraz jednak ciałem wstrząsały bez przerwy dreszcze.
Wiedział, Ŝe długo tak nie wytrzyma. Musiał koniecznie się połoŜyć, rozluźnić
mięśnie i poukładać sobie w głowie wydarzenia ostatnich dwudziestu czterech godzin.
Zabił człowieka, nie, dwóch ludzi. Widział króla, co zdarzyć się moŜe raz, czasem
dwa razy w Ŝyciu. Tym razem jednak król takŜe go dostrzegł, a nawet przemówił do
niego! Stał teŜ oko w oko z Ivarem Ragnarssonem. Wiedział, Ŝe mógłby go zabić,
gdyby nie Godiva. Mógłby zostać bohaterem całej Anglii, całego chrześcijaństwa.
Powstrzymała go jednak. I wtedy zdradził swego króla, zatrzymał go, oddał go w
ręce pogan. JeŜeli ktoś kiedyś się o tym dowie... Nie chciał o tym teraz myśleć.
WaŜne, Ŝe udało im się uciec. Kiedy tylko nadarzy się okazja zapyta Godivę, co
naprawdę łączyło ją z Ivarem.
Gdy zrobiło się juŜ zupełnie widno, Shef odnalazł zarośnięty trawą szlak,
najwyraźniej nikt nie przechodził tamtędy od tygodni. Był to dobry znak, zwłaszcza
Ŝ
e na końcu tej drogi odnaleźć powinni jakąś chatę albo szałas, gdzie mogliby znaleźć
schronienie.
Istotnie, drzewa zaczęły się wkrótce przerzedzać i oboje zobaczyli zbudowany z
gałęzi szałas. Zbudowali go zapewnię drwale, którzy pracowali nie opodal przy
wyrębie lasu.
Teraz nie było tam nikogo. Shef i Godiva stanęli na wprost siebie objęci rękami.
- Pewnego dnia - zaczął Shef patrząc dziewczynie głęboko w oczy - będziemy
mieli prawdziwy dom. Miejsce, gdzie będziemy mogli mieszkać oboje przez nikogo
nie niepokojeni. Dlatego właśnie przyszedłem, aby odebrać cię wikingom. Nie
powinniśmy podróŜować w czasie dnia, to zbyt niebezpieczne. Zostaniemy tutaj i
odpoczniemy sobie aŜ do wieczora.
Shef obudził się, kiedy słońce zaczęło przeświecać między ścianami szałasu.
Podniósł się ostroŜnie, aby nie obudzić dziewczyny i wyszedł na zewnątrz. W szparze
pomiędzy gałęziami znalazł ukrytą hubkę i krzesiwo. Czy moŜna rozpalić ogień? Shef
zastanawiał się chwilę i postanowił nie ryzykować. Mieli pod dostatkiem wody, ale
nic do jedzenia. Powinien był o tym pomyśleć.
Nie sądził, aby ktoś mógł im przeszkodzić, jeszcze nie tego dnia. Znajdowali się
wciąŜ w zasięgu patroli wikingów, które widział, gdy podkradał się wraz z Hundem w
pobliŜe obozu. Teraz jednak wikingowie mieli chyba inne zmartwienia. Wszyscy
zebrali się pewnie w obozie, szacując straty, zastanawiając się co dalej robić i
spierając się o dowództwo nad pozostałością wielkiej armii. Czy udało się ocaleć
Sigurthowi - WęŜowemu Oku? JeŜeli nawet ocalał, nawet jemu trudno będzie
utrzymać nadszarpnięty ostatnimi wydarzeniami autorytet.
Shef połoŜył się w słońcu i poczuł, jak rozluźnia się jego ciało. Patrzył jak
mięsień uda kurczy się nierytmicznie, aby po chwili uspokoić się zupełnie, potem
przyjrzał się pęcherzom na swoich dłoniach.
- Czy nie będzie lepiej, jak je przebiję? - spytała Godiva, która pojawiła się nagle
u jego boku trzymając w dłoni długi kolec. Shef skinął głową.
Kiedy pochyliła się nad nim i zajęła się jego lewą dłonią, objął ją drugim
ramieniem, tuląc do siebie jej rozgrzane snem ciało.
- Powiedz mi - spytał - dlaczego stanęłaś pomiędzy mną a Ivarem? Co było
między wami?
Dziewczyna spuściła oczy, wydawało się, Ŝe nie wie, co ma odpowiedzieć.
- Czy wiesz, Ŝe zostałam mu ofiarowana? Przez... przez Sigvartha.
- Przez mego ojca. Tak wiem. Lecz co stało się potem?
Godiva nadal nie podnosiła wzroku przypatrując się uwaŜnie pęcherzom.
- On mnie ofiarował w trakcie biesiady, przy wszystkich. Tylko to miałam na
sobie. Niektórzy z nich robią ze swymi kobietami okropne rzeczy, na przykład Ubbi.
Powiadają, Ŝe kocha się z nimi na oczach swoich ludzi, a kiedy nie potrafią go
zadowolić, oni je dostają i korzystają z nich jeden po drugim. Wiesz, Ŝe byłam
dziewicą... Jestem nią nadal. Bardzo się bałam.
- WciąŜ jesteś dziewicą?
Godiva skinęła głową.
- Ivar nic do mnie powiedział w trakcie przyjęcia, ale kazał, aby przywiedli mnie
do jego namiotu tej samej nocy. Wtedy ze mną rozmawiał. Powiedział mi...
Powiedział, Ŝe jest inny niŜ reszta męŜczyzn. Nie jest wałachem, to coś innego.
Spłodził juŜ dzieci, przynajmniej tak mówił. Powiedział mi jednak, Ŝe podczas gdy
inni męŜczyźni czują przypływ poŜądania na sam widok kobiecego ciała, on
potrzebuje czegoś innego.
- Czy wiesz, co jest tym czymś? - spytał Shef bez ogródek przypominając sobie
wskazówki, jakie dał mu Hund.
- Nie wiem - Godiva potrząsnęła głową. - Nie mogę tego zrozumieć. Ale on
mówił, Ŝe jeśli męŜczyźni dowiedzieliby się, jak jest z nim naprawdę, kpiliby z niego.
W młodości koledzy przezywali go Sopel Lodu, poniewaŜ nie potrafił tego, co oni.
Mówił mi, Ŝe zabił wielu męŜczyzn, którzy z niego kpili i sprawiło mu to
przyjemność. Dziś wszyscy, którzy się z niego śmiali, nie Ŝyją i tylko najbliŜsi
podejrzewają, Ŝe jest jakiś inny. JeŜeli wszyscy by o tym wiedzieli, Sigvarth nie
odwaŜyłby się ofiarować mnie otwarcie, tak jak to uczynił. Ivar powiada, Ŝe teraz
nazywają go Soplem Lodu, poniewaŜ się go boją. Mówią, Ŝe nie zamienia się w nocy
w wilka czy niedźwiedzia, jak jego bracia, lecz w smoka. Wielkiego, długiego smoka.
- A co ty o tym myślisz? - spytał Shef. - Czy pamiętasz, co zrobili z twym ojcem?
Twoim ojcem, nie moim, lecz nawet ja poczułem Ŝałość na jego widok. Wprawdzie
Ivar nie zrobił tego osobiście, wydał jednak odpowiednie rozkazy. To są właśnie
rzeczy, jakimi się trudni. Mógł oszczędzić ci gwałtu, ale kto wie, jakie miał w
stosunku do ciebie zamiary. Powiadasz, Ŝe ma dzieci. Czy ktokolwiek widział ich
matki?
Godiva pochyliła się nad dłonią i zaczęła przebijać pęcherze.
- Nie wiem. Jest na pewno okrutny i pełen nienawiści w stosunku do męŜczyzn,
ale to dlatego, Ŝe się ich obawia. Boi się, Ŝe są bardziej męscy od niego. Ale jak oni
pokazują tę męskość? Znęcając się nad słabszymi, czerpiąc przyjemność z ich
cierpienia. MoŜe Ivar zesłany został przez Boga, jako kara za męskie grzechy.
- Czy Ŝałujesz, Ŝe cię od niego zabrałem? - Głos Shefa zrobił się nagle ostrzejszy.
Godiva pochyliła się nad nim, poczuł na piersi jej policzek i przesuwające się
wzdłuŜ ciała dłonie. Przyciągnął ją do siebie. Ramiączko jej koszuli opadło nagle
odsłaniając nagą, dziewczęcą pierś. Jedyną kobietą, którą widział dotąd rozebraną,
była potęŜna, grubo ciosana Truda o ziemistej, niezdrowej cerze. Jego stwardniałe
dłonie zaczęły pieścić ciało Godivy z niewiarygodną delikatnością. JeŜeli sądził, Ŝe
kiedyś to nastąpi, a rozmyślał o tym często siedząc samotnie w kuźni, spodziewał się,
Ŝ
e będzie to dopiero w dalekiej przyszłości, kiedy juŜ na nią zasłuŜy, kiedy znajdzie
miejsce, gdzie razem będą bezpieczni. Nie tak jak teraz, w środku lasu, pod gołym
niebem, bez błogosławieństwa księdza ani zgody rodziców.
- Jesteś lepszym człowiekiem niŜ Ivar, czy Sigvarth, czy ktokolwiek, kogo
spotkałam w Ŝyciu - powiedziała ze szlochem Godiva. - Wiedziałam, Ŝe po mnie
przyjdziesz. Bałam się tylko, Ŝe mogą cię za to zabić.
Podciągnął jej koszulę i powoli obrócił na plecy.
- Oboje powinniśmy juŜ nie Ŝyć. Jestem tak szczęśliwy, Ŝe jestem tutaj wraz z
tobą... Nie łączy nas krew, pochodzimy od róŜnych ojców i róŜnych matek.
Posiadł ją w blasku słońca. Ten, który obserwował ich z ukrycia, wstrzymał z
zazdrości oddech.
Godzinę później Shef leŜał na miękkiej trawie w przedzierających się poprzez
konary dębów promieniach słońca. Był senny i całkowicie rozluźniony. Nie spał
jednak. Myślał o przyszłości, o tym gdzie mogą teraz pójść, moŜe na mokradła, tam
gdzie nocował wspólnie z tanem Edrichem. Czuł na twarzy ciepło słońca i miękkość
darni, na której leŜał, lecz wszystko zaczęło się powoli oddalać. Doznał juŜ wcześniej
podobnego uczucia. W obozie wikingów. Jego myśli zaczęły błądzić gdzieś bardzo
daleko, opuszczając leśną polanę i uśpione ciało.
- PotęŜni są panowie, którym odebrałeś kobietę - przemówił do niego głos,
twardy, szorstki i pełen dostojeństwa.
Shef zdał sobie sprawę, Ŝe znalazł się nagle w kuźni. Wszystko było znajome:
napięcie mięśni, kiedy wyjmował z ognia rozgrzany do czerwoności kawał metalu, i
automatyczne odchylenie głowy, gdy iskry wzbiły się ku jego włosom. Nie była to
wszakŜe kuźnia w Emneth, ani kuźnia Thorvina w obozie wikingów. Shef poczuł
rozciągającą się wokół olbrzymią przestrzeń, wytyczoną gigantycznymi kolumnami,
które ginęły wysoko w górze.
Wziął do ręki młot i zaczął wykuwać kształt z połyskującej na kowadle bryły
metalu. Nie wiedział, jaki to ma być kształt. Wiedziały jednak jego ręce, poruszały się
bowiem szybko i bez wahania. Nie było to ostrze włóczni ani topór, nie był to takŜe
lemiesz. Wyglądało tak jak koło, lecz koło z wieloma zębami, ostrymi jak u psa. Shef
patrzył w zdumieniu, w głębi serca wiedział, Ŝe to co właśnie robił, jest niemoŜliwe.
Nikomu nie udałoby się wykonać czegoś takiego za jednym zamachem. Najpierw
naleŜałoby wykuć obręcz i osobno kaŜdy z zębów, dopiero wtedy moŜna by połączyć te
elementy w całość. Jednak po co to wszystko? Być moŜe, gdyby mieć jedno takie koło,
ustawione nad ziemią jak ściana, koło, które poruszałoby się w jedną stronę i drugie
koło umocowane płasko, to jedno z nich nadawaćby mogło pęd drugiemu.
Lecz jaki miałoby to sens? Z pewnością istniał powód. Miało to coś wspólnego z
dziwnym urządzeniem majaczącym w oddali, potęŜną konstrukcją znajdującą się pod
jedną ze ścian.
W pewnej chwili Shef zdał sobie sprawę, Ŝe wokół niego stoi jeszcze kilka postaci
i to postaci równie gigantycznych rozmiarów, co całe pomieszczenie. Nie widział ich
dokładnie, zresztą nie ośmielił się otwarcie podnieść na nie wzroku, rzucał więc
jedynie ukradkowe spojrzenia. Postacie stały jedna obok drugiej i obserwując go
wymieniały uwagi, takie przynajmniej odniósł wraŜenie. Były to bóstwa Thorvina,
bóstwa Drogi.
NajbliŜej stojąca postać przypominała jeszcze potęŜniejszą i wyŜszą replikę Vigi-
Branda. Pod krótkimi rękawami tuniki widać było napinające się gigantyczne bicepsy.
To musi być Thor, pomyślał Shef. Twarz bóstwa wyraŜała pogardą, wrogość i jakiś
niepokój. Zaraz za nim stała inna postać o uwaŜnym spojrzeniu i ostrych rysach,
która spoglądała na Shef a ze zręcznie skrywaną aprobatą, tak jakby był koniem
wystawionym na sprzedaŜ przez głupiego kupca, nie orientującego się w jego
rzeczywistej wartości.
Ten jest po mojej stronie, pomyślał Shef, lub teŜ myśli, Ŝe ja jestem po jego.
Za plecami tych dwóch stała grupa innych postaci, z których najwyŜsza, a
zarazem najdalej oddalona podpierała się na potęŜnej włóczni o trójkątnym grocie.
Shef zdał sobie sprawę z jednej jeszcze rzeczy: ktoś podciął mu ścięgna w
kolanach. Poruszał się po kuźni przy pomocy swoich ramion, wlokąc za sobą
bezuŜyteczne juŜ nogi. Wokół niego porozstawiane były stołki, ławki, leŜały sterty
drewna, wszystko to sprawiało wraŜenie bałaganu, lecz w istocie pomagało mu
przemieszczać się z jednego miejsca na drugie. Mógł dźwignąć się na rękach i stanąć
wyprostowany, niczym człowiek starający się złapać równowagę na szczudłach, w
nogach nie było jednak Ŝycia, jedynie tępy ból rozchodzący się od kolan w górę.
Był jeszcze ktoś, kto go obserwował, tym razem ktoś bardzo mały, gdzieś przy
samej ziemi. To Thorvin! Choć nie, to nie był Thorvin, lecz ktoś jeszcze mniejszy i
drobniejszy, z wysokim czołem odsłoniętym i przerzedzonymi włosami. Postać ta
miała jednak biały strój Thorvina oraz naszyjnik z kiści jarzębiny.
- Kim jesteś, chłopcze? - spytała. - Czy jesteś wędrowcem z krainy ludzi? Jak tu
trafiłeś? W jaki sposób udało ci się odnaleźć Drogę?
Shef potrząsnął głową, udając, Ŝe chroni oczy przed iskrami.
Wrzucił gotowe juŜ koło do stojącego obok kubełka z wodą i zaczął pracować nad
następnym kawałkiem metalu. Pracował z zapałem człowieka, który wie, Ŝe któregoś
dnia zwrócona mu zostanie wolność, nie chce jednak, aby prześladowcy odkryli
rosnącą w jego sercu radość.
Nagle Shef zorientował się, Ŝe jedna z olbrzymich postaci zaczyna poruszać się w
jego kierunku. Była to ta najwyŜsza, ta, która dzierŜyła włócznię. Palec niczym konar
dębu uniósł do góry brodę Shef a. Twarz wydała się chłopcu ostrzem topora: prosty
nos, wystająca szczęka, szpiczasta, siwa broda i wystające, szerokie kości policzkowe.
W dół spoglądało na niego jedno nieruchome oko. W tym zestawieniu oblicze Ivara
mogłoby napełnić otuchą, jako coś co przynajmniej ogarnąć moŜna rozumem, było
mimo wszystko ludzkie. Ta twarz była inna. Shef czuł, Ŝe mogłaby przywieść człowieka
do szaleństwa.
Teraz nie wyraŜała jednak wrogości, raczej koncentrację, skupienie.
- DuŜo ci jeszcze zostało do przejścia, karle - rzekł w końcu. - Dobrze jednak
zacząłeś. Módl się, abym nie musiał cię wezwać zbyt szybko.
- Dlaczego miałbyś mnie wzywać, NajwyŜszy? - spytał Shef oszołomiony własną
zuchwałością.
- Nie pytaj. Mądry człowiek nie podpatruje i nie podgląda, jak panna szukająca
swego kawalera.
Wielka dłoń spadła nagle na kuźnię roztrącając ławy, wiadra i narzędzia, niczym
człowiek strząsający z serwety łupiny orzecha. Shef został ciśnięty w powietrze, a
unosząc się zdołał jeszcze zauwaŜyć badawcze spojrzenie wychylającej się z cienia
maleńkiej, ubranej na biało postaci.
W przeciągu sekundy znalazł się znowu na trawie, pod gołym niebem. Słońce
przesunęło się trochę, pozostawiając go w cieniu.
Gdzie Godiva? Shef zaniepokoił się nagle. Odeszła na chwilę na bok, ale co
potem...
Shef zerwał się na nogi i zaczął rozglądać się wokół w poszukiwaniu wroga. Z
krzaków doszedł go zgiełk, trzask gałęzi i krzyk kobiety, której usta zasłonił ktoś
szybko dłonią.
Shef skoczył w tamtym kierunku, lecz zza drzew wyrośli nagle męŜczyźni i
otoczyli go szczelnie niczym zaciśnięte palce Przeznaczenia. Na czele ich stał
Muirtach, z przecinającą twarz świeŜą pręgą i wyrazem niepohamowanej furii.
- Prawie ci się udało, chłopcze - rzekł. - Powinieneś był dalej uciekać, ale ty
wolałeś się zatrzymać i wypróbować kobietę Ivara. CóŜ, gorący kutas nie zna co to
rozum, wkrótce jednak będzie zupełnie zimny.
Silne ramiona ścisnęły Shefa, który wciąŜ się wyrywał w stronę zarośli. Czy juŜ ją
pojmali? Jak udało im się ich znaleźć? Czy zostawili jakiś ślad?
Szyderczy śmiech wybuchł nagle pośród głosów gaddgedlarów. Shef rozpoznał
go od razu. Był to śmiech Anglika. Jego przyrodniego brata, Alfgara.
Rozdział dziesiąty
Kiedy Shef znalazł się z powrotem w obrębie palisady, bliski był załamania.
Przyczynę stanowiło ogromne wyczerpanie oraz głęboki wstrząs związany z nagłą i
niespodziewaną utratą wolności. Wikingowie obchodzili się z nim bardzo surowo,
popychając i szturchając boleśnie przez całą drogę powrotną. Shef czuł jednak, Ŝe
sami są mocno wystraszeni. Wracali do Ivara tylko z jednym trofeum, co nie
stanowiło z pewnością właściwej przeciwwagi wobec poniesionych szkód. Było jasne,
Ŝ
e gaddgedlarowie chcą się na nim odegrać. Został uwięziony w miejscu, gdzie
trzymano niewolników i pobity do nieprzytomności.
LeŜał tak aŜ do wieczora, a kiedy wreszcie się ocknął i otworzył zlepione krwią
powieki, czuł się obolały i odrętwiały. Był takŜe zziębnięty oraz osłabiony z
pragnienia i głodu. Podczas gdy wokół zapadała noc rozglądał się desperacko,
oceniając perspektywy ucieczki bądź ocalenia. Nie było jednak Ŝadnego ratunku.
ś
elazne obręcze spinające jego stopy przymocowane były do wbitych w ziemię
grubych kołków, ręce zaś miał związane z przodu. Być moŜe z czasem udałoby mu
się przegryźć pęta na nadgarstkach, lecz najmniejszy ruch z jego strony prowokował
straŜnika do wymierzenia kolejnego kopniaka. Shef uświadomił sobie, Ŝe straŜnicy
nie mieli teraz zbyt wielu więźniów do pilnowania. Niemal wszystkim pojmanym w
czasie kampanii Anglikom udało się uwolnić i zniknąć pod osłoną nocy.
Oprócz Shefa pod straŜą przebywało tylko kilku rycerzy króla Edmunda, którzy
zdecydowali się walczyć do samego końca. Wszyscy byli cięŜko ranni, przygotowani
na śmierć i rozmawiali cicho czekając na swoją kolej. Zgodzili się w końcu, Ŝe
powinni byli najpierw zaatakować obóz Ragnarssonów, uznali jednak, Ŝe tak czy
owak, zasłuŜyli na wielką chwałę. Spalili przecieŜ statki i mocno przerzedzili zastępy
wroga.
- Szkoda tylko, Ŝe schwytali naszego króla - rzekł jeden z nich po chwili
milczenia. Pozostali pokiwali smutno głowami i spojrzeli w kierunku odległego
naroŜnika.
Shef poczuł ciarki na plecach. Król Edmund był ostatnią osobą, z którą chciałby
się teraz spotkać. Pamiętał chwilę, kiedy król podszedł do niego, marnego niewolnika
z prośbą, aby odsunął się z jego drogi. Gdyby go posłuchał, ta noc zakończyłaby się
całkowitym zwycięstwem, a on, Shef, nie musiałby znosić teraz gniewu Ivara. Słyszał
juŜ rozmowy straŜników opowiadających z rozbawieniem, co go wkrótce czeka.
Pamiętał teŜ słowa giermka, który oprowadzał go po obozie nie dalej jak
poprzedniego wieczoru. Zbrodnia, jakiej się dopuścił, była cięŜka. Zabrał Ivarowi
kobietę, uprowadził ją i posiadł, tak Ŝe nigdy juŜ nie mogła być mu zwrócona. Co się
z nią stało? Nie została zawleczona z powrotem do obozu. Ktoś musiał ją porwać.
Shef nie był jednak w stanie długo nad tym rozmyślać, zbyt pochłonięty własnym
losem. Gniew Ivara wydawał mu się straszniejszy niŜ śmierć i dojmujący wstyd z
powodu zdrady. Gdyby tak mógł umrzeć z zimna i nie doczekać poranka. Niczego nie
pragnął bardziej.
Nad ranem obudziło go uderzenie buta. Usiadł i pierwszą rzeczą, z której zdał
sobie sprawę, była suchość w ustach. Wokół niego uwijali się straŜnicy przecinając
niektórym więźniom pęta i wywlekając trupy na zewnątrz. Udało im się, pomyślał
Shef.
Przed sobą ujrzał kucającą postać w brudnej poplamionej tunice. Był to Hund. W
rękach trzymał dzban z wodą. Przez pewien czas Shef nie był w stanie o niczym
innym myśleć, Hund tymczasem ostroŜnie i powoli pozwolił mu pić, robiąc nieznośne
przerwy po kaŜdym jego łyku. Dopiero gdy poczuł, Ŝe woda wypełniła mu juŜ cały
brzuch, Shef zaczął rozkoszować się jej smakiem. W tym samym momencie zdał
sobie sprawę, Ŝe Hund coś do niego mówi.
- Shef, Shef, mówię do ciebie. Musisz mi coś powiedzieć. Gdzie jest Godiva?
- Nie wiem. Uprowadziłem ją. Potem ktoś inny musiał ją porwać. Pojmali mnie
zanim mogłem coś na to poradzić.
- Jak ci się wydaje, kto mógł ją porwać?
Shef przypomniał sobie śmiech w zaroślach, przeczucie, które kiedyś oddalił od
siebie, przeczucie, Ŝe w lesie są jeszcze inni uciekinierzy.
- To Alfgar. Musiał nas śledzić.
Shef zamyślił się starając odegnać od siebie zmęczenie.
- Wydaje mi się, Ŝe to on przyprowadził do nas Muirtacha i jego ludzi. Być moŜe
zawarli jakiś układ. Oni wzięli mnie, a on ją. MoŜe udało mu się po prostu ją porwać,
podczas gdy wszyscy zajęli się mną. Nie było ich dostatecznie duŜo, aby ryzykować
dalsze poszukiwania.
- Widać więc, Ŝe Ivarowi bardziej zaleŜy na tobie niŜ na niej. Wie jednak, Ŝe to ty
uprowadziłeś ją z obozu. To nie wróŜy dobrze - Hund pogładził się po swojej rzadkiej
brodzie. - Zastanów się, czy ktoś widział cię, jak zabijałeś któregoś z wikingów
własnymi rękami.
- Zabiłem tylko jednego. To było w ciemności i nikt tego nie zauwaŜył. Ktoś mógł
jednak widzieć, jak uwolniłem niewolników, jak uwolniłem Alfgara - twarz Shefa
wykrzywił grymas. - Poza tym to właśnie ja rozbiłem umocnienia wokół obozu
Ragnarssonów spuszczając na nie płonący maszt. Zrobiłem to, czego nie udało się
dokonać towarzyszom króla.
- No tak, ale nie powinno to być jeszcze powodem do krwawej zemsty. Ingulf i ja
zrobiliśmy wiele w ciągu ostatniego dnia. Wielu dowódców pozostałoby kalekami do
końca Ŝycia, gdyby nie nasza pomoc. Ingulf potrafi nawet zaszyć z powrotem jelita,
które wydostały się z rozprutego brzucha. Jeśli ktoś jest dostatecznie silny, aby
wytrzymać ból, powinien przeŜyć.
- Staracie się wybłagać moje Ŝycie? Wstawiliście się za mnie u Ivara?
- Tak.
- Ty i Ingulf? Ale cóŜ ja dla niego znaczę?
Hund zamoczył w dzbanie kawał chleba i podał go przyjacielowi.
To zasługa Thorvina. Mówi, Ŝe to sprawa Drogi. Mówi, Ŝe musimy cię uratować.
Nie wiem dlaczego, ale on całkowicie poświęcił się dla ciebie. Wczoraj ktoś z nim
rozmawiał. Potem Thorvin przybiegł prosto do nas. Czy zrobiłeś coś, o czym mi nie
wiadomo?
- Wiele rzeczy, Hund. Jednego jestem wszak pewien. Nikt nie zdoła uchronić
mnie przed gniewem Ivara. Zabrałem jego kobietę, co mogę mu ofiarować w zamian?
- Warto o tym pomyśleć - rzekł Hund napełniając dzban wodą ze skórzanego
bukłaka. Postawił dzban na ziemi, obok zaś resztę chleba i kupon brudnego
samodziału, który przyniósł ze sobą na ramieniu.
- W obozie brakuje jedzenia, a połowa koców uŜyta została jako całuny. To
wszystko, co mogłem ci teraz przynieść. Postaraj się, aby starczyło na dłuŜej. Jeśli
chcesz odpłacić się Ivarowi, rozejrzyj się, moŜe król ci pomoŜe.
- Czy jest jakaś nadzieja? - szepnął Thorvin.
Viga-Brand popatrzył na niego ze zdziwieniem.
- Czy tak powinien mówić kapłan Drogi? Nadzieja... JeŜeli zaczniemy robić
pewne rzeczy tylko dlatego, Ŝe jest jakaś nadzieja, skończymy nie lepiej jak
chrześcijanie śpiewający hymny do swego Boga łudząc się, Ŝe da im lepsze Ŝycie po
ś
mierci. Zapominasz się, Thorvinie.
Brand urwał i spojrzał na swoją prawą dłoń, nad którą nachylał się właśnie Ingulf.
Była rozcięta prawie do nadgarstka, a cięcie przechodziło równo pomiędzy drugim a
trzecim palcem.
Ingulf przemył ranę ciepłą wodą, z której unosił się zapach ziół, a później rozwarł
ostroŜnie jej brzegi. Przez chwilę widać było białą kość, wkrótce jednak wszystko
zalała krew.
- Byłoby znacznie lepiej, gdybyś przyszedł z tym do mnie od razu, zamiast czekać
półtora dnia - powiedział medyk. - Mogłem wyczyścić ranę póki była świeŜa, teraz
brzegi zaczęły juŜ się zasklepiać, muszę więc ją rozerwać na nowo. Mógłbym ją
zaszyć bez tego, ale kto wie, co było na tamtym ostrzu.
- Rób swoje, Ingulfie. Widziałem zbyt wiele ran, które nie chciały się goić, aby
samemu ryzykować. To tylko ból, a zgorzel to pewna śmierć.
- Nadal jednak twierdzę, Ŝe przyszedłeś za późno.
- Przez pół dnia leŜałem pośród trupów, aŜ pewien bystry człowiek zauwaŜył
wreszcie, Ŝe wszyscy z wyjątkiem mnie ostygli. A kiedy wreszcie się pozbierałem i
upewniłem, Ŝe to najgroźniejsza z moich ran, byłeś zajęty duŜo powaŜniejszymi
rzeczami.
Thorvin westchnął i przesunął kufel piwa bliŜej lewej dłoni Branda.
- Twoja mowa była dla mnie wystarczającą karą. Teraz moŜesz mi juŜ
powiedzieć, czy jest jakaś szansa.
Twarz Branda pobladła gwałtownie, gdyŜ Ingulf wyciągał właśnie z rany odłamek
kości, odpowiedział jednak spokojnym tonem.
- Nie sądzę. Wiesz sam jak to jest z Ivarem.
- Wiem - przyznał Thorvin.
- To sprawia, Ŝe nie potrafi zachować rozsądku w pewnych sytuacjach. Nie
mówię o „przebaczeniu”, nie jesteśmy chrześcijanami, aby puszczać w niepamięć
wyrządzane nam krzywdy. Lecz Ivar nie zechce nawet nas wysłuchać. Chłopak
uprowadził jego kobietę. Porwał kobietę, w stosunku do której Ivar miał pewne plany.
Gdyby ten głupiec Muirtach przyprowadził ją z powrotem, wtedy być moŜe udałoby
się coś zrobić. Ale nie sądzę, gdyŜ najgorsze jest to, Ŝe kobieta odeszła z własnej woli.
To znaczy, Ŝe chłopakowi udało się to, czego Ivar nie mógł dokonać. Krew musi się
polać.
- Musi być jednak coś, co sprawi, Ŝe Ivar zmieni zdanie i przyjmie to, co
proponujemy w zamian.
Ingulf rozpoczął właśnie zszywanie rany. Thorvin połoŜył dłoń na srebrnym
młocie, który wisiał na jego piersi, i zwrócił się do Branda.
- Przysięgam, Ŝe to prawdopodobnie największa przysługa, jaką moŜemy oddać
Drodze. Wiesz chyba, Ŝe są wśród nas tacy, którzy mają Widzenia?
- Pamiętam, Ŝe kiedyś o tym mówiłeś - przyznał Brand.
- Ludzie ci podróŜują do krainy bogów, a później wracają stamtąd i opowiadają,
co widzieli. Niektórzy uwaŜają, Ŝe to tylko wizje, podobne do tych, jakie miewamy w
snach, rodzaj poezji. Lecz ludzie ci widzą te same rzeczy. Przynajmniej niekiedy się
to zdarza. Najczęściej jest tak, jakby wszyscy oni widzieli tylko część jakiegoś obrazu
czy wydarzenia, tak Ŝe mogą go po kolei uzupełniać.
Brand chrząknął, nie wiadomo czy z niedowierzania, czy pod wpływem bólu.
- Jesteśmy pewni, Ŝe ten inny świat istnieje i ludzie mogą się tam dostać. Nie
dalej jak wczoraj miał miejsce dziwny wypadek. Odwiedził mnie Farman, który jest
kapłanem Freyra, tak jak ja jestem kapłanem Thora. Z tą jednak róŜnicą, Ŝe Farman
juŜ kilkakrotnie odwiedzał tamten świat, podczas gdy ja nie byłem tam ani razu.
Mówił, Ŝe był w Wielkiej Sali, tam gdzie spotykają się bogowie, aby decydować o
losach dziewięciu światów. Stał przy samej ziemi, niczym mysz szukająca okruchów.
Widział jak obradują bogowie, ujrzał teŜ mojego ucznia Shefa. Nie miał wątpliwości,
Ŝ
e to on, widział go nieraz w kuźni. Ubrany był dziwnie, niczym myśliwy w lasach
Halogalandu i z trudem utrzymywał równowagę, jakby został okaleczony. Farman
widział, jak przemówił do niego ojciec bogów i ludzi. Gdyby Shef przypomniał sobie,
co wtedy usłyszał...
- Rzadko się zdarza, Ŝeby jeden podróŜnik do tamtego świata zobaczył drugiego.
Rzadko teŜ bogowie zwracają się do podróŜników, zwykle nie zauwaŜają nawet ich
obecności. I jest jeszcze jedna rzecz. Ktokolwiek dał chłopcu imię, nie wiedział co
czyni. Teraz jest to imię nadawane psom, nie było tak jednak zawsze. Czy słyszałeś
kiedyś o Skioldzie?
- To załoŜyciel dynastii Skioldungów, królów Danii. Przodek królów, których
Ragnar i jego synowie wygnaliby najchętniej z kraju, gdyby tylko mogli.
- Anglicy nazywają go „Scyld Sceafing - Shield with the Sheaf, czyli Tarcza ze
Snopem i opowiadają bzdurną historię jak dryfował przez ocean na swojej tarczy,
mając za Ŝagiel snop zboŜa, stąd właśnie miał wziąć się jego przydomek. Nie wiedzą
jednak, Ŝe „Sceafing” to znaczy takŜe „Syn Sheafa”. Kim więc był Sheaf?
Kimkolwiek był, to on właśnie posłał za morze najpotęŜniejszego z królów i
powiedział mu jak uczynić Ŝycie ludzkie szczęśliwym i pełnym chwały. Sheaf to imię
zwiastujące wielkie szczęście, zwłaszcza gdy zostanie nadane bezwiednie. Sheaf lub
Shef, bo tak właśnie wymawiają to imię mieszkańcy tych stron.
- Musimy wyrwać chłopca z rąk Ivara. Jego takŜe ludzie widzieli w tamtym
ś
wiecie. Nie miał jednak ludzkiej postaci.
- To człowiek o wielu obliczach.
- To jeden z rodu demona Lokiego, zesłany na ziemię, aby siał na niej
spustoszenie. Musimy uchronić przed nim mego ucznia. Ale jak moŜemy tego
dokonać? JeŜeli nie powstrzymają go twoje perswazje, Brand, ani moje prośby, czy
zdołamy go jakoś przekupić? Czy jest coś, czego Ivar pragnie bardziej niŜ zemsty?
- Nie wiem, co sądzić o tej historii o innych światach - rzekł Brand. - Znalazłem
się wśród was, poniewaŜ mogę przy waszej pomocy zdobyć wiele róŜnych
umiejętności, poza tym, podobnie jak wy, nie lubię chrześcijan i szaleńców w rodzaju
Ivara. Ten chłopak dokonał niezwykłej rzeczy przychodząc do obozu po dziewczynę.
Trzeba mieć ikrę, Ŝeby coś takiego zrobić. Wiem o tym dobrze. Pamiętam, jak za
namową waszych towarzyszy przyjechałem do Braethraborgu, aby wciągnąć
Ragnarssonów w tę wojnę. śyczę chłopcu jak najlepiej. Nie znam zamiarów Ivara,
nikt ich pewnie nie zna. Powiem wam jednak, czego mu potrzeba. Być moŜe i on
zdaje sobie z tego sprawę, mimo swego szaleństwa. Lecz jeśli nie, WęŜowe Oko
powinien przemówić mu do rozsądku.
Kiedy wypowiadał te słowa, pozostali męŜczyźni pokiwali ze zrozumieniem
głowami.
Shef zorientował się od razu, Ŝe to nie ludzie Ivara przyszli po niego. Nie byli to
takŜe gaddgedlarowie, nie wyglądali teŜ na przybyszów z Norwegii. Ludzie, którzy po
niego przyszli, byli potęŜnie zbudowani i w sile wieku, włosy mieli juŜ posiwiałe.
Shef zauwaŜył srebrne pasy i złote naramienniki, świadczące o odnoszonych w
przeszłości sukcesach. Kiedy dowódca straŜy zastąpił im drogę, Shef nie dosłyszał
wyjaśnienia, jakiego jeden z nich udzielił szeptem. StraŜnik zaczął wykrzykiwać coś
w odpowiedzi gestykulując w stronę zrujnowanych zabudowań obozu. Zanim jednak
zdołał dokończyć zdanie, rozległ się jęk poprzedzony głuchym odgłosem. Przybysz
spojrzał na ziemię upewniając się, czy sprawa została zakończona, a następnie
schował do rękawa worek z piaskiem.
Po chwili męŜczyźni rozcinali juŜ krępujące Shefa więzy. Jego serce zaczęło
walić jak szalone. Czy czeka go śmierć? Czy wyciągają go stąd, aby poprowadzić na
ś
cięcie? Shef zagryzł wargi. Nie mógł pozwolić sobie na błaganie o litość, zaraz by go
wyśmiali.
Zaciągnęli go kilka jardów dalej w stronę innych zabudowań, gdzie
przetrzymywano więźniów. Zatrzymali się przed wejściem do niewielkiej komórki.
Shef zorientował się, Ŝe jeden z przybyłych wojowników, zapewne ich przywódca,
przypatruje mu się niezwykle uwaŜnie, jakby chciał coś wyczytać z jego twarzy.
- Rozumiesz po norwesku?
Shef skinął głową.
- Zrozum więc, Ŝe jeśli ty będziesz mówił, to bez znaczenia, lecz jeśli on się
odezwie, być moŜe uda ci się zachować Ŝycie. Całkiem niewykluczone. Jest coś, co
ciebie moŜe uratować, dla mnie zaś znaczy jeszcze więcej. NiezaleŜnie od tego, czy
masz umrzeć czy nie, niedługo będziesz potrzebował przyjaciela. Przyjaciela na
dworze Ragnarssonów. Jest wiele sposobów, w jakie stracić moŜna Ŝycie.
Potem Shef wepchnięty został do ciemnej komórki. W ścianę wbite były dwa
metalowe pierścienie, przez które przeciągnięto łańcuchy. Shef poczuł jak męŜczyźni
zakładają mu na szyję obręcz, obręcz połączoną z łańcuchami. Nogi pozostawili nie
związane, jednak jego ręce były wciąŜ skrępowane. Mógł wstać i przechadzać się po
kilka kroków w kaŜdą stronę, tyle na ile pozwalał łańcuch.
Wkrótce Shef zorientował się, Ŝe w celi znajduje się ktoś jeszcze. Widział
zwieszający się ze ściany łańcuch, ginący gdzieś w ciemności. WyobraŜając sobie
leŜącą na ziemi postać poczuł nagle przypływ lęku i wstydu.
- Panie? - spytał niepewnie. - Panie, czyś jest królem?
Postać wzdrygnęła się nerwowo.
- Jestem król Edmund, syn Edwolda, władca East Anglii. Lecz kim ty jesteś,
skoro mówisz jak człowiek z Norfolku? Nie jesteś Ŝadnym z mych rycerzy. Czy
przybyłeś wraz z pospolitym ruszeniem? Zostałeś schwytany w lesie? ZbliŜ się trochę,
abym mógł ujrzeć twe oblicze.
Shef odwrócił się w stronę króla, a promień słońca oświetlił nagle jego twarz.
- A więc to ty. Ty, który stanąłeś pomiędzy mną a Ivarem. Pamiętam cię dobrze.
Nie miałeś pancerza ani broni, lecz powstrzymałeś przez dobrą chwilę jednego z
moich najlepszych ludzi, Wiggę. Gdyby nie ty, to byłyby ostatnie chwile w Ŝyciu
Ragnarssona. Dlaczego Anglik miałby ratować Ivara? Uciekłeś swemu panu? Byłeś
niewolnikiem u zakonników?
- Moim panem był twój tan, Wulfgar - rzekł Shef. - Wiesz panie, co zrobili z nim
wikingowie.
Król skinął głową. Oczy Shefa przyzwyczaiły się do słabego oświetlenia i chłopak
mógł juŜ przypatrzeć się obliczu swego władcy. Oblicze to nie wyraŜało litości, było
skupione i powaŜne.
- Zabrali teŜ jego córkę, moją mleczną siostrę. Przyszedłem tutaj, aby ją odzyskać.
Nie zamierzałem chronić Ivara, lecz twoi ludzie, panie, zamierzali zabić ich oboje.
Chciałem tylko, abyś pozwolił mi zabrać ją na bok. Wtedy przyłączyłbym się do
ciebie. Nie jestem wikingiem. Dwóch z nich zabiłem własnymi rękami. Poza tym
zrobiłem coś dla ciebie, mój panie, coś co usiłowali wcześniej twoi ludzie...
- Zrobiłeś to, widziałem. Wołałem, aby ktoś przełamał pierścień i tobie się to
udało. Tobie i garstce wieśniaków, przy pomocy masztu. Gdyby Wigga o tym
pomyślał, albo Totta, albo Eddi, zrobiłbym z nich najbogatszych ludzi w królestwie.
Co teŜ ja wtedy obiecywałem?
Edmund pokręcił w milczeniu głową i spojrzał na Shefa.
- Czy wiesz, co oni chcą ze mną zrobić? Budują teraz ołtarz ku czci swoich
pogańskich bogów. Jutro przyjdą po mnie i połoŜą mnie na nim. Wtedy wkroczy Ivar.
Zabijanie królów to jego rzemiosło. Powiedzieli mi, Ŝe na jutro przygotował on coś
specjalnego. Chciał zostawić to dla króla Northumbrii, Elli, zabójcy jego ojca, lecz
zdecydował, Ŝe ja takŜe na to zasługuję. PołoŜą mnie na ołtarzu, twarzą do ziemi. W
ś
rodek moich pleców Ivar wbije swój miecz. Wiesz, jak Ŝebra przylegają ściśle do
kręgosłupa i tworzą na piersiach kościaną klatkę? Ivar będzie nacinał je po kolei
zaczynając od tych na samym dole. Mówią, Ŝe uŜyje miecza tylko do pierwszego
cięcia, potem korzystać będzie z młota i dłuta. Potem wykroi w plecach wielką dziurę,
włoŜy do środka ręce i będzie wyciągać stamtąd Ŝebra, jedno po drugim.
Król mówił spokojnie.
- Sądzę, Ŝe powinienem wtedy umrzeć. Mówią, Ŝe potrafi pozostawić człowieka
przy Ŝyciu, aŜ do tego momentu, jeŜeli tylko uda mu się ciąć nie zbyt głęboko. Lecz
kiedy wyciąga Ŝebra na zewnątrz, serce musi pęknąć. Na koniec wyciągają teŜ twoje
płuca i ustawiają Ŝebra w ten sposób, Ŝe wyglądają jak skrzydła kruka lub orła.
Dlatego nazywają to „wycinaniem krwawego orła”. Zastanawiam, jakie to będzie
uczucie, kiedy zatopi ostrze w moich plecach. Wiesz chłopcze, wydaje mi się, Ŝe jeśli
uda mi się zachować zimną krew do tego momentu, reszta pójdzie juŜ łatwo. Ale
dotyk tej zimnej stali na plecach, zanim jeszcze nastąpi ból... Nigdy nie sądziłem, Ŝe
coś takiego moŜe mnie spotkać. Chroniłem mój lud, nigdy nie złamałem Ŝadnej
przysięgi, byłem hojny dla sierot. Czy wiesz, chłopcze, co powiedział Chrystus, kiedy
wisiał umierający na krzyŜu?
Shef potrząsnął głową. Nauki ojca Andreasa ograniczały się zazwyczaj do
przypominania o obowiązku daniny na rzecz Kościoła.
- „Mój BoŜe, czemuś mnie opuścił?”
Król zamilkł na chwilę.
- Wiem dobrze, dlaczego on chce to zrobić. W końcu jestem władcą, tak jak on.
Wiem, czego potrzebują teraz jego ludzie. Ostatnie miesiące nie były dobre dla jego
armii. Wydawało im się, Ŝe będą mieli łatwy początek kampanii, zanim zdecydują się
ruszyć na York. I tak mogło się stać, gdyby nie to, co zrobili z twoim opiekunem.
Niewiele udało im się zebrać łupów, ot garstkę niewolników, a teraz jeszcze
przerzedziły im się szeregi. Widzieli swoich przyjaciół, jak umierali z ran, a wielu
czeka jeszcze na śmierć ze zgorzeli. JeŜeli nie zobaczą czegoś naprawdę krzepiącego,
gotowi są stracić ducha. Ivar potrzebuje jakiegoś tryumfu. Egzekucji. Albo...
Shef przypomniał sobie ostrzeŜenie, jakie usłyszał przy wejściu do celi.
- Nie mów zbyt otwarcie, panie. Oni chcą, Ŝebyś mówił. Chcą teŜ, Ŝebym ja
słuchał.
Edmund zaśmiał się krótko. Słońce było juŜ nisko i w celi panowała niemal
zupełna ciemność.
- Słuchaj więc. Obiecałem ci połowę skarbu Raedwalda, jeśli rozbijesz linię
wikingów. Zrobiłeś to. MoŜesz mieć nawet cały skarb, powierzę ci sekret, a ty
zrobisz, co będziesz uwaŜał. Ten, kto przekaŜe im tę wiadomość, uratować moŜe
Ŝ
ycie i sporo zyskać. Gdybym to ja im o tym powiedział, mógłbym zostać jarlem. Nie
jest jednak rzeczą króla kierować się lękiem. Ale ty, chłopcze, zyskać moŜesz
niejedno. Słuchaj więc uwaŜnie i dobrze zapamiętaj. Zdradzę ci sekret skarbu
Wuffingasów.
Król zamilkł, a po chwili zaczął mówić półgłosem:
Gdzie bród u wierzb, drewniany most
Tam królów ród w swych łodziach śpi
Cztery pagórki w ziemi tkwią;
Patrz na północ i omiń trzy.
W czwartym spoczywa tajemny skarb,
StrzeŜe go Wuffa, z Wehhy krwi.
Odszukaj go, jeśli masz hart.
Głos zamarł nagle.
- To moja ostatnia noc, chłopcze. Być moŜe twoja takŜe. Pomyśl co zrobić, aby
uratować Ŝycie. Nie sądzę, by angielska zagadka okazała się prosta dla wikingów.
Lecz jeśli z ciebie tylko zwykły prostaczek, ty takŜe nie pojmiesz ni słowa.
Rozdział jedenasty
Wielka armia gnębiona była niepokojem i niepewna swej siły, dokładnie jak
przewidział to król Edmund. Została zaskoczona i częściowo rozbita przez władcę
niewielkiego państewka, królika, o którym nawet nie słyszeli i choć wszystko
skończyło się pomyślnie, w głębi serca wikingowie wiedzieli, Ŝe nie są jeszcze zdolni
do następnej bitwy. Wprawdzie zabici zostali juŜ pochowani, ranni przychodzili do
zdrowia, a dowódcy poszczególnych kontyngentów porozumieli się w sprawie
wymiany ludzi i sprzętu, jednak wojownicy potrzebowali czegoś, co przywróciłoby
im wiarę we własne siły. Jakiegoś rytuału, który pomógłby im uwierzyć, Ŝe nadal są
wielką armią - postrachem chrześcijan, niezwycięŜonymi zastępami Północy.
Od samego rana ludzie tłoczyli się wokół wytyczonego poza obrębem obozu
terenu, gdzie miało odbyć się wielkie zebranie. Zgodnie z tradycją, aplauz miano
wyraŜać uderzeniami mieczy o tarcze. W tym samym czasie trwała narada
przywódców.
Shef był przygotowany na przyjście Ŝołnierzy. Odczuwał silny głód i silne
pragnienie, które wysuszyło mu język i usta, był jednak w pełni świadomy i czujny.
Edmund takŜe juŜ się obudził, nie zdradzał jednak tego Ŝadnym ruchem. Shef nie
odwaŜył się do niego przemówić.
Ludzie WęŜowego Oka zjawili się z tą samą pewnością siebie, co poprzedniego
dnia. W przeciągu kilku sekund zdjęli Shefowi Ŝelazną obręcz i wyprowadzili go na
zewnątrz w półmrok jesiennego poranka. Nad rzeką wciąŜ wisiała mgła, kropelki
wody zebrały się teŜ na krawędzi dachu. Shef wpatrywał się w nie intensywnie,
zastanawiając się, czy udałoby mu się je zlizać.
- Rozmawialiście wieczorem. Co ci powiedział?
Shef potrząsnął głową i wskazał skrępowanymi rękami w kierunku pasa
męŜczyzny, do którego przywiązany był skórzany bukłak. MęŜczyzna podał mu go w
milczeniu. W środku było piwo, gęste i zawiesiste, zaczerpnięte bez wątpienia z
samego dna beczki. Shef wypił je duszkiem przechylając głowę do tyłu. Kiedy
skończył, wytarł usta rękami i poczuł jak piwo zaczyna wypełniać całe jego ciało
niczym skórzany worek. Wikingowie obserwowali go z rozbawieniem.
- Dobre, co? Piwo jest dobre. śycie takŜe. Jeśli chcesz spróbować więcej obu tych
rzeczy, lepiej nam opowiedz, co usłyszałeś.
Dolgfinn obserwował twarz Shefa z niezwykłą uwagą. W jego oczach czaiła się
wątpliwość, był w nich jednak takŜe upór. MęŜczyzna odwrócił się i przywołał ręką
jednego ze stojących w pobliŜu wojowników. Shef od razu go rozpoznał. Ten
człowiek ze złotym łańcuchem na szyi i mieczem o srebrnej rękojeści był jego ojcem.
Kiedy ruszył w stronę Shefa, pozostali cofnęli się nieco, aby pozostawić obu
męŜczyzn sam na sam. Przyglądali się sobie przez kilka selcund, badając wzrokiem
od stóp do głów. Patrzy na mnie w ten sam sposób w jaki ja patrzę na niego -
pomyślał Shef. Próbuje rozpoznać się w moim ciele, ja zaś w jego. Wie juŜ, Ŝe jestem
jego synem.
- Spotkaliśmy się juŜ kiedyś - zaczął Sigvarth - na pewnej drodze. Muirtach
powiedział, Ŝe w obozie jest pewien młody Anglik, który przechwala się, Ŝe mnie
pokonał w walce. Teraz mówią mi, Ŝe jesteś mym synem. Twierdzi tak ten pomocnik
medyka, chłopak, który przybył tu wraz z tobą. Czy to prawda?
Shef skinął głową.
- To świetnie. Tęgi z ciebie zuch, dobrze walczyłeś. - Sigvarth podszedł jeszcze
bliŜej i dotknął bicepsów Shefa. - Stoisz jednak po złej stronie, synu. Wiem, Ŝe twoja
matka to Angielka, ale tak samo jest z połową wojowników naszej armii. MoŜna by
powiedzieć, Ŝe są Anglikami, Frankami, Irlandczykami albo Finami, lecz krew
dziedziczy się po ojcu. Wiem oczywiście, Ŝe ciebie wychowali Anglicy, chował cię
ten głupiec, którego chciałeś ocalić. Ale co oni dla ciebie właściwie zrobili? JeŜeli
wiedzieli, Ŝe jesteś moim synem, śmiem twierdzić, Ŝe cięŜkie było twoje Ŝycie. Czy
się mylę?
Sigvarth spojrzał na chłopca, świadom, Ŝe słowami tymi powinien go sobie
zjednać.
- UwaŜasz pewnie, Ŝe zostawiłem cię tam na pastwę losu. Masz rację, tak było.
Lecz nie wiedziałem wtedy o twoim istnieniu, nie znałem cię. Teraz jest inaczej.
Widzę, jak wyrosłeś, widzę, Ŝe mógłbyś stać się moją chlubą. Powiedz tylko słowo, a
uznam cię swoim prawowitym synem. Będziesz miał takie same prawa i przywileje
jakbyś się narodził w moim domu. Porzuć Anglików. Porzuć chrześcijan. Zapomnij o
swojej matce. Pójdę do Ivara i porozmawiam z nim o tobie, jako o moim synu, a
słowa moje poprze WęŜowe Oko. Masz kłopot, synu, i trzeba cię z niego wyciągnąć.
Shef spojrzał w górę ponad ramieniem ojca. Przypomniał sobie koński Ŝłób i
znoszone z pokorą razy. Przypomniał sobie klątwę, jaką rzucił na niego ojczym i
oskarŜenie o tchórzostwo. Przypomniał sobie niekompetencję, ocięŜałość i powolność
angielskich oddziałów, rozdraŜnienie Edricha z powodu ich niezdecydowania. Czy
moŜna odnosić zwycięstwa mając przy boku takich ludzi? Później dostrzegł stojącego
kilka kroków za plecami Sigvartha młodzieńca o jasnej cerze i wystających jak u
konia siekaczach. On takŜe jest synem Sigvartha - pomyślał Shef. Jeszcze jeden
przyrodni brat. W dodatku wyraźnie nierad z obrotu sprawy.
Shef przypomniał sobie śmiech Alfgara dochodzący z zarośli.
- Co powinienem uczynić? - spytał w końcu.
- Opowiedz nam, co usłyszałeś od króla Jatmunda. Albo wyciągnij z niego to, co
chcielibyśmy wiedzieć.
Shef przyjął wyzwanie i splunął prosto na skórzany but ojca błogosławiąc w myśli
wypite piwo.
- Odrąbałeś ręce i nogi Wulfgara, podczas gdy przytrzymywali go twoi ludzie.
Potem pozwoliłeś im zgwałcić moją matkę, nie zwaŜając na to, Ŝe urodziła ci syna.
Nie jesteś Ŝaden „drengir”. Jesteś niczym. Przeklinam krew, którą od ciebie dostałem.
W jednej chwili pomiędzy nimi stanęli ludzie Sigurtha, próbowali powstrzymać
Sigvartha, który chwytał juŜ za miecz. Nie opierał się jednak zbyt silnie. Kiedy
odciągali go do tyłu, wciąŜ wpatrywał się w syna z jakąś tęsknotą w oczach. Myśli
pewnie, Ŝe pozostało jeszcze coś do powiedzenia - zreflektował się Shef. Stary
głupiec.
- A więc zrobiłeś, co chciałeś - mruknął Dolgfinn, wysłannik Sigurtha,
popychając chłopca do przodu. - Twoja sprawa. Wyprowadźcie go na zewnątrz, za
palisadę - zwrócił się do swoich ludzi. - Przyprowadzicie tam teŜ tego króla,
wcześniej jednak upewnijcie się, czy aby nie nabrał rozumu. Ci Anglicy nie potrafią
walczyć ani się poddać, kiedy trzeba. Teraz Ŝycie Jatmunda naleŜy do Ivara, a przed
zmierzchem stanie przed obliczem Odyna.
Armia wikingów zebrała się juŜ za wschodnią palisadą. Ludzie tłoczyli się po
trzech stronach pustego kwadratu, wzdłuŜ czwartego boku stali jedynie jarlowie oraz
całe najwyŜsze dowództwo z Ragnarssonami na czele.
W chwili, gdy podchodził tam eskortowany przez grupkę wojowników Shef, z
gardeł zebranych popłynął nagle tryumfalny okrzyk, któremu towarzyszył brzęk
metalu. Sekundę później miecz odrąbał głowę stojącemu w rogu wysokiemu
męŜczyźnie o kredowobiałej twarzy. Shef patrzył z niedowierzaniem, widział juŜ w
swoim Ŝyciu wiele trupów, ale taka scena była dla niego nowością. Nie dadzą mi
wiele czasu na przygotowanie, pomyślał. Muszę być gotowy, jak tylko usłyszę brzęk
mieczy.
- Co to za jeden? - spytał Shef wskazując w stronę rzucanej właśnie na stos
głowy.
- To jeden z angielskich rycerzy. Ktoś mówił, Ŝe walczył naprawdę dobrze i
wiernie bronił swego pana, więc powinniśmy dostać za niego okup. Lecz
Ragnarssonowie postanowili, Ŝe nie czas teraz na branie okupów. Trzeba dać
Anglikom lekcję. Teraz twoja kolej.
ś
ołnierze wypchnęli go do przodu, niemal na sam środek kwadratu, tak Ŝe znalazł
się o dziesięć kroków od najwyŜszych dowódców.
- Kto ma ochotę przedstawić tę sprawę? - odezwał się jeden z męŜczyzn
donośnym głosem.
Gwar zaczął wyraźnie słabnąć. Z szeregu wyszedł Ivar Ragnarsson. Jego prawe
ramię unieruchomione było na temblaku. To dlatego nie mógł walczyć przeciw
rycerzom Edmunda - pomyślał Shef.
- Ja ją przedstawię - rzekł Ivar. - Stoi przed wami nie wróg, lecz zdrajca. Nie jest
to jeden z ludzi Jatmunda, lecz jeden z moich. Przyjąłem go do swego oddziału,
nakarmiłem, dałem schronienie. Kiedy przyszli Anglicy, nie walczył dla mnie. W
ogóle nie walczył. Przybiegł do mojego obozu i uprowadził moją kobietę. Skradł mi
ją, a ona nigdy juŜ nie moŜe mi zostać zwrócona. Nie naleŜy juŜ do mnie, choć została
mi ofiarowana w majestacie prawa przez jarla Sigvartha. Wyznaczyłem okup za tę
dziewczynę, lecz on nie moŜe go spłacić. Nawet jednak gdyby mógł, zabiłbym go za
wyrządzoną mi zniewagę. Poza tym nasza armia powinna ukarać go za zdradę. Kto
jest za?
- Popieram - zawołał posiwiały męŜczyzna stojący obok Ivara, zapewne Ubbi lub
Halvdan. W kaŜdym razie któryś z Ragnarssonów, jednak nie ich wódz, Sigurth, który
stał bez ruchu w samym środku szeregu. - Popieram cię - ciągnął męŜczyzna. - Ten
człowiek miał szansę wykazać się lojalnością, odrzucił ją jednak. Przyszedł do
naszego obozu jako szpieg i złodziej.
- Jaką karę proponujesz? - spytał herold.
- Śmierć to zbyt mało - wykrzyknął Ivar. - śądam jego oczu za zniewagę, jaką mi
wyrządził, Ŝądam jego jaj za to, Ŝe zabrał mi kobietę. śądam jego rąk za zdradę, jakiej
dopuścił się w stosunku do armii. Kiedy będzie po wszystkim, niechaj zachowa swe
Ŝ
ycie.
Shef poczuł jak przeszywa go dreszcz. Jego kręgosłup zamienił się nagle w kawał
lodu. Zaraz rozlegnie się okrzyk i brzęk stali, pomyślał z przeraŜeniem, a potem
pójdzie prosto w ręce kata.
Z tłumu stojących po przeciwległej stronie męŜczyzn wyszedł jednak potęŜny
wojownik z przewiązaną zaplamionym bandaŜem ręką.
- Jestem Brand. Zna mnie tutaj wielu.
Jego słowom towarzyszył okrzyk poparcia i aprobaty.
- Chciałem powiedzieć o dwóch rzeczach. Po pierwsze, powiedz nam Ivarze, skąd
wziąłeś tę dziewczynę? Albo skąd wziął ją Sigvarth? JeŜeli ją porwał, a chłopak
zabrał ją z powrotem, co jest w tym złego? Powinieneś był go zabić w czasie
kradzieŜy. Jeśli tego nie zrobiłeś, zbyt późno juŜ, Ŝeby wzywać do zemsty. Jest
jeszcze druga rzecz. Przyszedłem ci pomóc, Ivarze, kiedy otoczyli cię rycerze
Jatmunda. Walczę juŜ od dwudziestu lat i nigdy się nie cofnąłem przed atakiem. Tę
oto ranę dostałem, gdy walczyłem za ciebie. Przerwij mi, jeśli to nieprawda!
Widziałem jak angielski król wraz ze swymi wyszedł prosto na ciebie. Byłeś ranny i
nie mogłeś nawet unieść miecza. Twoi ludzie byli martwi, a ja miałem tylko lewą
rękę, aby cię bronić. Kto wtedy zasłonił cię swoim ciałem, jeśli nie ten młodzieniec?
To on właśnie powstrzymał Anglików dopóki nie wróciłem tam wraz z Arnketilem i
jego druŜyną. Powiedz, Arnketilu, czy ja kłamię?
- Było tak jak powiedziałeś, Brandzie - odezwał się ktoś z tłumu. - Widziałem
Ivara, widziałem Anglików, widziałem teŜ chłopca. Pomyślałem, Ŝe zaraz zabiją go w
tej potyczce i zrobiło mi się. przykro, bowiem walczył dzielnie.
- Tak więc oskarŜenie o porwanie upada. OskarŜenie o zdradę nie jest prawdziwe,
bowiem właśnie temu chłopcu zawdzięczasz Ŝycie. Nie wiem, co łączyć go moŜe z
Jatmundem, chcę jednak powiedzieć, Ŝe jeśli jest dobry w porywaniu kobiet, mam dla
niego miejsce w swojej druŜynie. Potrzeba nam paru nowych ludzi. A jeśli ty nie
potrafisz sam strzec swoich kobiet, Ivarze, w porządku, twoja sprawa, ale nie mieszaj
do tego armii.
Shef zobaczył, jak Ivar podchodzi do Branda wpatrując się w niego z nienawiścią
i oblizując wargi językiem niczym wąŜ. Wokół rozległ się pomruk zainteresowania.
Nie był to objaw wrogości, Ŝołnierze lubili takie przedstawienia.
Brand nie poruszył się nawet, oparł tylko lewą dłoń na rękojeści miecza. Ivar
stanął jakieś trzy kroki od niego i podniósł do góry zabandaŜowaną rękę, tak Ŝeby
wszyscy mogli ją zobaczyć.
- Kiedy twoja dłoń będzie juŜ sprawna, przypomnę sobie, co mi teraz
powiedziałeś, Brandzie - syknął Ivar.
- Ja teŜ ci o tym przypomnę, kiedy wyleczysz juŜ swój bark - odparował Brand.
Ich spór przerwał nagle potęŜny i lodowaty głos Sigurtha Ragnarssona, zwanego
WęŜowym Okiem.
- Armia ma przed sobą znacznie powaŜniejsze rzeczy niŜ dyskusje o chłopcach.
Słuchajcie więc. Mój brat Ivar musi dostać zapłatę za uprowadzoną kobietę. W
zapłacie za własne Ŝycie, Ivar musi zwrócić chłopcu jego Ŝycie, i nie okaleczyć go
zbyt dotkliwie. Chłopiec musi Ŝyć, lecz musi takŜe zostać ukarany. Przyszedł tu jako
jeden z nas, lecz nie zachował się jak nasz prawdziwy towarzysz. Gdy nas
zaatakowano, myślał o własnym zysku. JeŜeli miałby przyłączyć się do załogi Vigi-
Branda, musimy dać mu lekcję. Nie obetniemy mu ręki, bo nie będzie mógł walczyć,
nie pozbawimy jąder, bo nie chodziło tu naprawdę o kradzieŜ kobiety. Armia zabierze
mu jednak oko.
Shefowi z trudem udało się ustać na swoim miejscu, kiedy usłyszał okrzyk
aprobaty.
- Nie dwoje oczu. Jedno. Co na to armia?
Jego słowa powitał ryk entuzjazmu i brzęk ostrzy. Shef popchnięty został w
naroŜnik kwadratu. MęŜczyźni rozstąpili się i chłopiec ujrzał metalowy kosz z
rozgrzanymi do czerwoności węglami i Thorvina dmuchającego w miechy. Do Shefa
podszedł pobladły ze zdenerwowania Hund.
- Trzymaj się - mruknął po angielsku, podczas gdy męŜczyźni przewrócili Shefa
na ziemię i odchylili do tyłu jego głowę. Shef zorientował się, Ŝe brązowe ramiona,
które obejmują go jak kleszcze, naleŜą do Thorvina. Próbował się wyrwać, krzyczeć,
oskarŜyć ich o zdradę, ale ktoś wepchnął mu w usta kawał szmaty. Do jego twarzy
zbliŜała się rozŜarzona do białości igła, czuł naciskający na gałkę oczną kciuk.
Zacisnął mocno oczy i raz jeszcze spróbował przekrzywić głowę, krzyknąć.
Czuł bezustanny, nieubłagany uścisk. Opalony nad ogniem szpic igły zbliŜał się
wciąŜ do prawego oka. Ból, paroksyzm bólu ogarniający niczym rozszalały ogień
wszystkie zakamarki mózgu. Po chwili łzy i krew zmieszane razem i spływające
wolno po policzku, a gdzieś w tle syk rozgrzanego metalu zanurzanego w wodzie.
Unosił się w powietrzu, właściwie wisiał nogami ku ziemi. Jego oko przebite było
ostrzem, a przeraźliwy ból wykrzywił twarz. Ból nie zmniejszał się wcale, nie zanikał.
Umysł jednak był jasny i skupiony.
Nietknięte było takŜe jego drugie oko. Pozostało otwarte i nie mrugało nawet.
NiezaleŜnie, w którym ze światów się akurat znajdował, mógł się przyglądać
wszystkiemu. Teraz był bardzo, bardzo wysoko. W dole widział góry, równiny, rzeki i
morza, na których bieliły się czasem Ŝagle wikingów. Po równinach maszerowały
wielkie armie wzbijając w górę tumany kurzu: to chrześcijańscy królowie Europy i
pogańscy nomadowie przygotowywali się do kolejnej wojny. Zorientował się, Ŝe jeśli
zwęził odpowiednio oczy, a właściwie oko, dostrzec mógł co tylko zapragnął. Mógł
czytać z ust dowódców i Ŝołnierzy, z ust cesarza Greków i tatarskiego chana.
Pomiędzy nim a rozpościerającym się w dole światem szybowały ptaki. Dwa z
nich minęły go całkiem blisko, tak Ŝe dostrzec mógł Ŝółty błysk ich inteligentnych
oczu. Ich pióra były połyskliwie czarne, a dzioby ostro zakrzywione. To kruki, kruki,
które wydziobywały ludziom oczy. Przyjrzał im się nieruchomym wzrokiem, a one
zwinęły skrzydła i odleciały pospiesznie.
Igła przeszywająca oko, czy to ona utrzymywała go w powietrzu? Na to
wyglądało. W takim jednak razie powinien był juŜ dawno nie Ŝyć. Nikt nie mógł Ŝyć z
ostrzem przechodzącym przez mózg i czaszkę i wbitym w drzewo. Znowu przeszył go
ból. Twarz wykrzywił grymas, ręce zwieszały się w dół, bezwładne jak u trupa.
Zobaczył nadciągające kruki: zaciekawione, tchórzliwe, sprytne i wyczulone na kaŜdy
objaw słabości. Szybowały w jego stronę, trzepotały skrzydłami. Były coraz bliŜej. W
końcu kilka wylądowało na jego barkach. Tym razem wiedział jednak, Ŝe nie powinien
obawiać się ich dziobów. Przyleciały do niego, aby dodać mu otuchy, podtrzymać na
siłach. ZbliŜał się król.
Postać uniosła się z tego punktu na ziemi, od którego odwrócił właśnie wzrok i
zatrzymała się tuŜ przed nim. Była naga, a twarz wykrzywiało jej nieludzkie
cierpienie. Ujrzał lejącą się po biodrach krew, sterczące z pleców krwawe skrzydła i
całkowicie zapadniętą pierś. W dłoni trzymała własny kręgosłup.
Przez moment wisieli tak twarzą w twarz, oko w oko. Postać rozpoznała go,
zmierzała jednak ku swemu odległemu przeznaczeniu, poza obrębem dziewięciu
ś
wiatów. Tam gdzie nikt prawie się nie zapuszcza. Poczerniałe wargi poruszyły się
nieznacznie.
- Nie zapomnij. Nie zapomnij słów, których cię nauczyłem.
Ból w oku Shefa podwoił się jeszcze, chłopak krzyknął i potrząsnął głową chcąc
uwolnić się od przytrzymującego go szpikulca. Nagle poczuł wokół siebie delikatny
dotyk czyichś rąk. Powoli otworzył oko. Nie był to juŜ panoramiczny krajobraz
dziewięciu światów rozciągający się z wierzchołka wielkiego dębu, lecz pochylająca
się nisko twarz Hunda. Hunda trzymającego igłę. Shef krzyknął ponownie i starał się
wyswobodzić z uścisku, ręce jednak zacisnęły się na nim jeszcze mocniej.
- Spokojnie, spokojnie - szeptał Hund. - JuŜ po wszystkim. Nikt cię juŜ nie tknie.
NaleŜysz do armii, do druŜyny Branda z Halogalandu. Przeszłość została zapomniana.
- Muszę sobie przypomnieć... - krzyknął Shef.
- Co takiego?
Łzy wypełniły jego oczy, to zdrowe i to, które właśnie stracił.
- Nic juŜ nie pamiętam... - szepnął. - Zapomniałem sekretne słowa
wypowiedziane przez króla.