background image

Harry Harrison

Młot i miecz

Część pierwsza - Thrall

The Hammer And The Cross

PrzełoŜył Piotr Szarota

Wydanie oryginalne: 1993

Wydanie polskie: 1995

background image
background image

Qui credit in Filium, habet vitam aeternam; qui autem 

incredulus est Filio, non videbit vitam, sed ira Dei manet 

super eum.

Kto wierzy w Syna, ma Ŝywot wieczny, kto zaś nie słucha 

Syna, nie ujrzy Ŝywota, lecz gniew BoŜy ciąŜy na nim.

- Ewangelia Św. Jana, 3:36

Angusta est domus: utrosque tenere non potent. Non vult 

rex celestis cum paganis et perditis nominetenus regibus 

communionem habere; quia rex ille aeternus regnat in caelis, 

ille paganus perditus plangit in inferno.

Domostwo jest wąskie; nie pomieści wszystkich. Król 

Niebieski nie ma Ŝyczenia wiązać się z tymi, którzy sami 

mienią się królami; jeden tylko nieśmiertelny król włada w 

Niebiesiech, pogańscy królowie niechaj jęczą w Piekle.

- Alcuin, diakon Yorku, A.D. 797

Gravissima calamitas umquam supra Occidentem acci-

dens erat religio Christiana.

Największą plagą, jaka spadła dotąd na Zachód, było 

chrześcijaństwo.

- Gore Vidal, A.D. 1987

background image
background image

Rozdział pierwszy

PÓŁNOCNE WYBRZEśE ANGLII, A.D. 865

Wiosna. Początek wiosny na przylądku Flamborough, gdzie skały Yorkshire 

wcinają się w morze, niczym harpun waŜący miliony ton. Z przylądka rozciąga się 

widok na Morze Północne, skąd nieustannie grozi atak wikingów. W obliczu tego 

zagroŜenia władcy niewielkich królestw anglosaskich zaczęli niechętnie jednoczyć 

swe siły. Niechęć brała początek w naznaczonej zbrodniami i wzajemną nienawiścią 

historii Anglów i Sasów, którzy przybyli na Wyspy przed kilkoma wiekami. Były to 

plemiona dumnych i szlachetnych wojowników, którzy pokonali wojska walijskie i - 

jak powiedziałby poeta - zawładnęli tą ziemią.

WielmoŜny Godwin zaklął cicho okrąŜając drewnianą palisadę otaczającą 

niewielki fort wzniesiony na najdalej wysuniętym krańcu przylądka. Wiosna! Być 

moŜe w innych rejonach tego kraju wydłuŜające się dni i jasne wieczory to zieleń 

traw, kwitnienie jaskrów i krowy z nabrzmiałymi mlekiem wymionami, jednak tu, na 

przylądku Flamborough, wiosna zwiastuje wiatr. Oznacza towarzyszące zrównaniu 

dnia z nocą burze i wichury. Za plecami pozostawił Godwin niskie i powykrzywiane 

drzewa, które stały w szeregu jak ludzie; te na samym początku były najniŜsze, kaŜde 

następne było o kilka cali wyŜsze. Wskazując w ten sposób kierunek wiatru, 

wskazywały jednocześnie morze. Z trzech stron szara toń wznosiła się i opadała 

powoli, Ŝywa i groźna niczym olbrzymie zwierzę. Pojawiające się na powierzchni fale 

rozrywane były po chwili gwałtownymi podmuchami wiatru, tak Ŝe toń znowu 

stawała się płaska. Szare morze, szare niebo, szkwał zacierający linię horyzontu, cały 

ten świat pozbawiony był Ŝywszego koloru, nie licząc chwil, kiedy rozpędzone fale 

rozbijały się o skalne ściany przylądka wzbijając fontanny rozpylonej wody. Godwin 

stał tam juŜ tak długo, Ŝe nie zwracał uwagi na grzmot rozbryzgującej się wody. W 

końcu poczuł jak woda, która zdąŜyła juŜ zmoczyć jego płaszcz i kaptur, zaczyna 

spływać po twarzy. Początkowe uczucie świeŜości zastąpił teraz smak soli.

W sumie to bez róŜnicy - pomyślał zrezygnowany. Tak czy inaczej woda była 

jednakowo zimna. Mógłby wrócić do szałasu, wyrzucić precz niewolników i ogrzać 

background image

przy ogniu zmarznięte stopy i dłonie. W taki dzień nie naleŜało obawiać się najazdu. 

Wikingowie byli Ŝeglarzami, mówiono nawet, Ŝe najlepszymi na świecie, a nie trzeba 

być przecieŜ wielkim Ŝeglarzem, aby wiedzieć, Ŝe wypływanie na morze w taki dzień 

nie ma sensu. Wiatr był wschodni, północno-wschodni - jak zauwaŜył Godwin, 

doskonały gdy płynęło się z Danii, jednak trudno wyobrazić sobie manewrowanie na 

tak wzburzonym morzu. Niepodobna teŜ myśleć o bezpiecznym przybiciu do brzegu. 

Nie, to było zupełnie wykluczone. Równie dobrze mógłby wygrzewać się teraz przy 

ogniu.

Godwin popatrzył z tęsknotą w stronę szałasu i sączącego się stamtąd dymu 

rozwiewanego wciąŜ przez wiatr, odwrócił się jednak i znów zaczął przechadzać się 

wzdłuŜ palisady. Tak jak nauczył go jego władca. „Lepiej nic nie myśl, Godwin” - 

zwykł mawiać. „Nie myśl: moŜe przypłyną dzisiaj, moŜe nie przypłyną. Nie myśl, Ŝe 

lepiej jest czuwać o pewnej porze dnia niŜ o innej. Gdy jest widno, stój na skale. 

Obserwuj morze przez cały czas. W przeciwnym razie, któregoś dnia będziesz myślał 

jedno, a jakiś Stein albo Olaf pomyśli sobie co innego i zdąŜy przybić do brzegu i 

wedrzeć się dwadzieścia mil w głąb lądu, zanim zdołamy go zatrzymać, jeŜeli w 

ogóle nam się to uda. A będzie nas to kosztować sto istnień ludzkich i sto funtów w 

srebrze, naszą trzodę i spalone obejścia. Potem przez lata całe ludzie nie będą płacić 

dzierŜawy. Bądź więc czujny, mój tanie, inaczej ucierpią twoje własne dobra”.

Tak mówił jego władca, Ella, a czarny kruk Erkenbert pochylił się nad 

pergaminem i skrzypiącym piórem począł wypisywać tajemne wersy, których Godwin 

lękał się bardziej niŜ wikingów. „Dwa miesiące słuŜby na przylądku Flamborough - 

odczytał w końcu - powierzam mojemu tanowi Godwinowi. Ma czuwać aŜ do trzeciej 

niedzieli po Ramis Palmarum”.

Kazali mu czuwać, więc będzie im posłuszny. Jednak nie musi się przy tym 

umartwiać. Godwin wrzasnął na niewolników, aby przynieśli mu gorącego piwa z 

przyprawami, które kazał wcześniej przygotować. Natychmiast pojawił się jeden z 

nich niosąc przed sobą kubek. Godwin spojrzał na niewolnika z głęboką niechęcią. 

Przeklęty głupiec. Godwin trzymał go u siebie, miał bowiem ostry wzrok, lecz był to 

powód jedyny. Zwał się Merla. Kiedyś był rybakiem. Raz przyszła cięŜka zima, Merla 

prawie nic nie łowił i popadł w długi u swoich dziedziców, mnichów z opactwa Św. 

Jana w Beverley. Najpierw sprzedał łódź, aby spłacić długi i nakarmić Ŝonę oraz 

przychówek. Potem, kiedy pieniądze się skończyły i nie stać go juŜ było na jedzenie, 

musiał sprzedać swą rodzinę komuś bogatszemu. Na końcu sprzedał się sam swoim 

mnichom, a oni oddali go na słuŜbę Godwinowi. Przeklęty głupiec. Gdyby ten 

niewolnik był człowiekiem honorowym, sprzedałby się na samym początku, a 

pieniądze oddał krewnym Ŝony, tak Ŝe mogliby przyjąć ją do swego domu. Gdyby był 

rozsądny, sprzedałby najpierw Ŝonę i dzieci, a zatrzymał łódź, wtedy miałby jeszcze 

background image

szansę na ich wykupienie. Lecz Merla nie był ani rozsądny, ani honorowy. Godwin 

odwrócił się plecami do wiatru i morza i pociągnął tęgi łyk z wypełnionego po brzegi 

kubka. Przynajmniej widział, Ŝe nikt z niego nie pił. MoŜna ich było wyszkolić 

jedynie porządnym biciem.

Ale na co się teraz gapi ten Ŝałosny rogacz? Na co wskazuje, rozdziawiając usta?

- Statki! - krzyknął wreszcie Merla. - Statki wikingów, dwie mile od brzegu! Są 

tam! Spójrz, panie!

Godwin odwrócił się bez zastanowienia i zaklął, gdy gorące piwo prysnęło na 

dłoń. Usiłował dojrzeć to, co wskazywał niewolnik. Czy to nie jakiś punkt, w miejscu, 

gdzie chmura styka się prawie z falami? Nie, nic tam nie ma. ChociaŜ... Naprawdę 

trudno było dostrzec coś dokładnie, wysokość fal dochodziła chyba do dwudziestu 

stóp, co wystarczyło, aby przesłonić praktycznie kaŜdy statek płynący ze zwiniętymi 

Ŝ

aglami.

- Znowu je widzę - krzyknął Merla. - Dwa statki, jeden niedaleko drugiego.

- Długie łodzie?

- Nie, panie, to knory.

Godwin cisnął za siebie kubek, chwycił rękę niewolnika swoim Ŝelaznym 

uściskiem i spoliczkował go dwukrotnie przemokniętą skórzaną rękawicą. Merla 

stracił oddech i skulił się z bólu, lecz nie miał odwagi zasłonić się przed ciosem.

- Mów po angielsku, ty sobacze pomiotło! I mów do rzeczy.

- Knor, panie, to statek handlowy. Głęboko wydrąŜony, do przewoŜenia towarów 

- zawahał się przez chwilę, bojąc się ujawnić swoją wiedzę, a zarazem wystraszony 

konsekwencjami jej zatajenia. - Mogę je rozpoznać dzięki... dzięki kształtowi ich 

dziobów. To muszą być wikingowie. Nasze statki wyglądają inaczej.

Godwin spojrzał ponownie na morze, jego gniew zaczynał stopniowo ustępować 

wątpliwościom i rosnącemu przeraŜeniu, które ścisnęło zimną obręczą Ŝołądek.

- Merla, słuchaj co teraz powiem - szepnął. - Zastanów się dobrze. JeŜeli to 

wikingowie, muszę postawić na nogi całą naszą straŜ przybrzeŜną. KaŜdego, stąd aŜ 

do Bridlington. W gruncie rzeczy to tylko nędzni kerlowie i niewolnicy. Nic się nie 

stanie, jeśli wyciągniemy ich teraz z wyrek i odciągniemy od nie domytych małŜonek. 

Ale będę musiał zrobić coś jeszcze. Jak tylko straŜe zostaną zwołane, poślę 

posłańców do opactwa w Beverley, do mnichów od Św. Jana, twoich panów, jak 

pewnie pamiętasz.

Urwał wpatrując się w rozszerzone przeraŜeniem oczy Merli, który pamiętał aŜ za 

dobrze swoich opiekunów.

- ...A oni wezwą tanów Elli i ogłoszą werbunek. Nie będzie najlepiej, gdy 

przyjadą tutaj, a piraci zmylą nas i zamiast na Flamborough wylądują na Spurn, 

dwadzieścia mil stąd. Wtedy będzie juŜ za późno, lecz teraz moŜemy się jeszcze 

background image

namyślić, gdzie posłać oddziały. Jeśli przyjadą tu w taką pogodę, w deszcz, zupełnie 

na próŜno, z powodu fałszywego alarmu jakiegoś durnia, a na dodatek jeśli 

wikingowie zajdą ich od tyłu... Oj, będę miał wtedy kłopoty, Merla - Godwin pchnął 

osłabionego z niedoŜywienia niewolnika na ziemię, a jego głos stał się ostrzejszy. - 

Przysięgam jednak na wszechmogącego Boga, Ŝe ty, Merla, będziesz tego Ŝałował do 

końca Ŝycia. Zresztą po laniu, jakie ci sprawię, moŜe nie będzie to trwało tak długo. 

Wiedz jednak, Ŝe jeśli tam są naprawdę statki wikingów, a ty pozwolisz, Ŝebym nie 

wszczął alarmu, oddam cię z powrotem czarnym mnichom i powiem im, Ŝe nic mi po 

tobie.

Odetchnął głęboko i popatrzył na Merlę.

- A teraz, gadaj! Są tam statki wikingów, czy nie?

Niewolnik spojrzał badawczo na morze - na jego twarzy znać było napięcie. 

Pomyślał, Ŝe nie powinien był w ogóle się odzywać. Co to dla niego za róŜnica, czy 

wikingowie zajmą Flamborough, albo Bridlington, albo nawet samo opactwo 

Beverley? Nie wezmą go przecieŜ w gorszą niewolę, a moŜe nawet ci obcy poganie 

okaŜą się lepszymi panami niŜ jego chrześcijańscy władcy. Za późno juŜ jednak na 

takie myśli. Niebo przejaśniło się na chwilę i raz jeszcze dostrzegł statki, których 

Godwin, stary szczur lądowy, wciąŜ jeszcze nie widział. Merla skinął głową.

- Dwa statki wikingów. Dwie mile stąd na południowy wschód.

Po chwili Godwin był juŜ daleko wykrzykując rozkazy, wołając pozostałych 

niewolników, krzycząc aby przyprowadzić mu konia, przynieść róg. Zwoływał swój 

niewielki oddział rycerzy. Merla wyprostował się i rozglądając się uwaŜnie podszedł 

wolno do południowo-zachodniego naroŜa palisady. Co jakiś czas niebo przejaśniało 

się. Merla widział rozbijające się na brzegu fale, najbardziej nieprzyjazny, 

najniebezpieczniejszy dla statków odcinek angielskiego wybrzeŜa. Zebrał z palisady 

kępkę mchu i patrzył jak ulatuje porwana wiatrem. Na jego zatroskanej twarzy 

pojawił się ponury uśmiech.

MoŜe i ci wikingowie to dobrzy Ŝeglarze, ale znaleźli się w złym miejscu, z 

bardzo złym wiatrem wiejącym im prosto w plecy. JeŜeli wiatr nie osłabnie, jeśli nie 

powstrzymają ich nagle pogańskie bóstwa z Walhalli, nie ma dla nich ratunku. Nie 

zobaczą juŜ nigdy swojej Jutlandii.

Dwie godziny później setka ludzi stała juŜ wzdłuŜ piaszczystego wybrzeŜa na 

południe od przylądka. Ubrani byli w grube kamizelki ze skóry i skórzane nakrycia 

głowy, uzbrojeni zaś we włócznie i drewniane tarcze. Jedynie Godwin miał hełm z 

metalu, kolczugę i przypasany u boku miecz z mosięŜną rękojeścią. Ludzie ci byli 

wartownikami, straŜą wybrzeŜa. Ich zadaniem nie miało być odparcie wroga, gdyŜ 

nigdy nie byliby w stanie sprostać świetnie wyszkolonym wojownikom z Danii i 

background image

Norwegii. Gdyby pozostawić ich samych sobie, uciekliby niechybnie zabierając ze 

sobą w pośpiechu dobytek i rodziny. Mieli jednak zostać wkrótce wsparci przez 

zwerbowanych przez tanów Northumbrii rycerzy, dla których walka oznaczała 

moŜliwość powiększenia majątku. TakŜe wartownicy liczyli, Ŝe uda im się w 

odpowiednim momencie włączyć do potyczki i zebrać łupy. Lecz ostatnie łupy wzięte 

zostały przez Anglików aŜ czternaście lat temu, a na dodatek miało to miejsce w 

odległym królestwie Wessex, gdzie działy się róŜne cuda.

Przyznać jednak trzeba, Ŝe pośród wartowników brak było oznak trwogi, 

wydawali się nawet pogodni. Byli to w przewaŜającej większości rybacy, których 

Ŝ

ywiołem stało się Morze Północne, najgorszy zbiornik wodny na świecie, biorąc pod 

uwagę nawiedzające to miejsce mgły, sztormy, olbrzymie fale i zdradzieckie prądy. Z 

biegiem czasu, kiedy statki stały się juŜ bardziej widoczne, wszyscy zaczęli myśleć 

podobnie jak Merla - wikingowie nie mieli szans. Wartownicy byli zgodni, Ŝe szansę 

udanego ataku ze strony nieprzyjaciół były znikome.

- Problem polega na tym - rzekł główny sędzia okręgu zwracając się do Godwina 

- Ŝe jeśli postawią teraz Ŝagiel, mogą poŜeglować w trzy strony: na zachód, północ 

albo na południe. JeŜeli popłyną na zachód - męŜczyzna nakreślił linię na mokrym 

piasku - wpadną w nasze ręce, jeśli popłyną na północ - rozbiją się o przylądek, biada 

jednak jeśli uda im się go wyminąć, wtedy bowiem będą mieli wolną drogę aŜ do 

samego Cleveland. Ale na szczęście wiemy coś, czego oni nie mogą wiedzieć. W 

okolicy przylądka jest silny prąd. Diabelnie silny prąd. Będą mogli co najwyŜej 

posterować swymi... - zawahał się, niepewny jak daleko moŜe się posunąć w 

obecności Godwina.

- Dlaczego nie popłyną więc na południe? - wtrącił Godwin.

- Tego właśnie będą próbować. Myślę, Ŝe ich przywódca, jad, jak go nazywają, 

wie, Ŝe jego ludzie są juŜ wycieńczeni. Mają za sobą koszmarną noc i ponury 

poranek, kiedy zorientowali się gdzie ich wiatry przywiodły - sędzia pokiwał głową 

jakby w geście zrozumienia.

- A więc nie są tak wspaniałymi Ŝeglarzami - wykrzyknął Godwin z satysfakcją. - 

A poza tym Bóg jest po naszej stronie. Parszywi z nich poganie, wrogowie Kościoła.

Zamieszanie, jakie nagle wybuchło w szeregach wojowników, uwolniło sędziego 

od konieczności repliki, na którą nie mógł się jakoś zdobyć. Obaj męŜczyźni 

odwrócili się automatycznie.

Na ścieŜce biegnącej wzdłuŜ linii przypływu zatrzymała się grupka dwunastu 

męŜczyzn. Właśnie zsiadali z koni. CzyŜby to pospolite ruszenie - pomyślał Godwin. 

Tanowie z Beverley? Nie, przecieŜ nie zdąŜyliby przyjechać w tak krótkim czasie. 

Pewnie dopiero dosiadają swych koni. MęŜczyzna kroczący na samym przedzie był z 

pewnością szlachcicem. PotęŜny i krzepki, miał jasne włosy i jasnoniebieskie oczy 

background image

oraz dumną postawę człowieka, który nigdy nie musiał trudnić się orką i siewem. 

Jego szkarłatne nakrycie głowy ozdobione było złotem, złoto połyskiwało teŜ na 

rękojeści miecza. Za plecami męŜczyzny kroczył młodzieniec, który wydawał się jego 

mniejszą i młodszą kopią, z pewnością syn. Obok zaś szedł inny młodzian, wysoki i 

wyprostowany jak wojownik, lecz o ciemnej karnacji, ubrany skromnie w tunikę i 

wełniane spodnie. Parobkowie z trudem utrzymywali w miejscu wierzchowce 

pozostałych sześciu dobrze uzbrojonych wojowników, naleŜących bez wątpienia do 

ś

wity jakiegoś bogatego tana.

Idący na przedzie męŜczyzna w geście powitania wzniósł otwartą dłoń.

- Nie znacie mnie - zaczął. - Jestem Wulfgar, tan króla Edmunda z East Anglii.

Przez oddział wartowników przeszedł szmer dezaprobaty.

- Zastanawiacie się, co tutaj robię. Zaraz wam wytłumaczę. Nienawidzę wikingów 

- szerokim gestem wskazał wybrzeŜe. - Wiem o nich więcej niŜ niejeden człowiek. W 

moim kraju, na północy, jestem straŜnikiem wybrzeŜa z rozkazu króla Edmunda. JuŜ 

dawno zrozumiałem, Ŝe my Anglicy nigdy nie pozbędziemy się tego plugastwa, jeŜeli 

walczyć będziemy osobno. Przekonałem o tym swojego króla, a on wysłał poselstwo 

do waszego władcy. Obaj postanowili, Ŝe powinienem pojechać na północ i 

porozmawiać z mądrymi ludźmi z Beverley i Eoforwich, aby ustalić wspólne plany. 

Zeszłej nocy zmyliłem drogę i spotkałem twoich ludzi niosących posłanie do 

Beverley. Przyjechałem więc na pomoc. Czy dasz mi swe pozwolenie?

Godwin skinął głową. W końcu, któŜ moŜe wiedzieć czy ten prostak sędzia nie 

gada bzdur, pomyślał. MoŜe tym psubratom uda się jednak tu wylądować, a wtedy 

parunastu rycerzy więcej bardzo się przyda.

- Witaj i podejdź bliŜej - rzekł po namyśle.

Wulfgar pokiwał głową z widoczną satysfakcją - Widzę, Ŝe zjawiam się w 

odpowiedniej chwili.

Na morzu miała rozegrać się za chwilę tragedia. Jeden ze statków wyprzedził 

drugi o jakieś pięćdziesiąt jardów i nieuchronnie zbliŜał się do brzegu. Wiatr i fale 

miotały nim na wszystkie strony. Nagle wpłynął na mieliznę i przechylił na bok. 

Załoga zaczęła biegać w popłochu po pokładzie próbując zepchnąć statek z powrotem 

na pełne morze.

Było juŜ jednak za późno. W kierunku statku pędziła ogromna fala. Anglicy 

usłyszeli stłumiony przez wiatr krzyk rozpaczy, który przywitali z entuzjazmem. Była 

to siódma fala, ta która zawsze dochodzi najdalej w stronę lądu. W jednej chwili okręt 

znalazł się na jej wierzchołku, a przez burty posypała się kaskada skrzyń i beczek. 

Potem ze straszliwą siłą statek rzucony został o skaliste nabrzeŜe i oczom Anglików 

ukazały się walczące z Ŝywiołem postacie, rozpaczliwie chwytające się 

wyrzeźbionego w kształcie smoka dziobu. Wkrótce wszystko zakryła kolejna fala, a 

background image

kiedy opadła, widać juŜ było tylko unoszące się na powierzchni deski.

Rybacy pokiwali głowami, kilku się przeŜegnało. JeŜeli to dobry Bóg ocalił ich od

wikingów, to na chwilę tę czekali juŜ od bardzo dawna.

Drugi statek musiał wybrać inną drogę, oznaczało to, Ŝe popłynie z wiatrem na 

południowy wschód. Było jasne, Ŝe wikingowie nie zamierzają biernie czekać na 

ś

mierć. Za sterem pojawił się potęŜny męŜczyzna i zaczął pospiesznie wykrzykiwać 

rozkazy. Jego rudą brodę widać było nawet z brzegu. Załoga zaczęła rozwijać Ŝagiel, 

który natychmiast wypełnił się wiatrem. Statek pomknął nowym kursem i nabierając 

coraz większej szybkości rozcinał teraz powierzchnię wody. Oddalał się wyraźnie od 

Flamborough, kierując się w stronę przylądka Spurn.

- Uciekają nam! Za mną! Na konie! - krzyknął Godwin i odtrącając na bok swego 

giermka ruszył galopem w pościg. TuŜ za nim pogalopował Wulfgar i cała jego 

druŜyna, z wyjątkiem ciemnowłosego chłopca, który zwrócił się w stronę stojącego 

bez ruchu sędziego.

- Czemu zostałeś? Nie chcesz ich schwytać?

Sędzia uśmiechnął się szeroko i przysiadł na piasku.

- Musieli spróbować - rzekł wreszcie rzucając w powietrze garść piasku. - Nie 

pozostało im nic innego. Lecz nie dopłyną daleko.

Rzekłszy to wstał i ruszył ku swoim ludziom. Podzielił ich na trzy oddziały. 

Pierwszy miał zostać na plaŜy i czekać na ewentualnych rozbitków, drugi 

pogalopował w ślad za Godwinem i druŜyną Wulfgara, trzeci zaś zaczął przemierzać 

wybrzeŜe kłusem, śledząc kurs ocalałego statku.

Wkrótce nawet szczury lądowe zdały sobie sprawę z tego, co sędzia dostrzegł od 

razu. Okręt wikingów skazany był na zagładę. Dwukrotnie załoga starała się obrócić 

go dziobem w stronę pełnego morza. Dwóch męŜczyzn pomagało rudobrodemu 

wodzowi przy sterze, pozostali mocowali się z olinowaniem. Za kaŜdym razem fale 

okazywały się silniejsze od ludzi i statek wciąŜ posuwał się równolegle do linii 

wybrzeŜa.

Po kolejnym manewrze sytuacja wikingów uległa jeszcze pogorszeniu. Nawet dla 

niedoświadczonych Godwina i Wulfgara róŜnica była zauwaŜalna. Wiatr wydawał się 

teraz silniejszy, morze bardziej wzburzone, a statek znoszony był wyraźnie przez silny 

prąd zatokowy. Rudobrody męŜczyzna wciąŜ stał u steru wykrzykując bez przerwy 

komendy. Lecz z kaŜdą chwilą, cal po calu, statek zbliŜał się do Ŝółtawej linii 

znaczącej początek mielizny. Było jasne, Ŝe zaraz nastąpi katastrofa.

Płynąc całą naprzód okręt zarył się nagle w twardy Ŝwir. Maszt pękł z trzaskiem i 

upadł pociągając za sobą połowę załogi. W przeciągu jednej chwili statek rozpadł się 

jak łupina orzecha i zniknął pod falami. Na powierzchni pozostało jedynie olinowanie 

i niewielkie kawałki potrzaskanego drewna, które znaczyły miejsce katastrofy.

background image

Pośród nich rybacy dostrzegli ludzką głowę. Rudą głowę wodza wikingów.

- Jak sądzisz, uda mu się, czy nie? - spytał Wulfgar. Widzieli go teraz wyraźnie, 

jakieś pięćdziesiąt jardów od brzegu. Utrzymywał się wciąŜ w tym samym miejscu, 

nie próbując płynąć dalej, odkąd zobaczył zmierzające w swoim kierunku potęŜne 

fale.

- Będzie próbował - odparł Godwin, nakazując swoim ludziom podejść bliŜej do 

brzegu. - Jeśli mu się powiedzie, schwytamy go.

Rudobrody zdecydował się wreszcie i zaczął płynąć rozcinając taflę wody 

potęŜnymi uderzeniami ramion. Wiedział, Ŝe tuŜ za nim nadciąga wielka fala. Nagle 

uniosła go wysoko i poniosła do przodu. Starał się utrzymać na szczycie, jakby chciał 

przy jej pomocy znaleźć się na samej plaŜy i wylądować miękko niczym biała piana 

podchodząca pod podeszwy skórzanych butów Godwina i Wulfgara. Prawie mu się 

udało, jednak tuŜ przed samym brzegiem fala załamała się z przeraŜającym hukiem. 

MęŜczyzna przygnieciony został jej cięŜarem, przetoczony do przodu, a następnie 

uniesiony z powrotem wraz z odpływem.

- Dalej, brać go - krzyknął Godwin. - Ruszajcie się, tchórze! Nic wam nie zrobi.

Dwóch rybaków wystąpiło naprzód i weszło pomiędzy fale. Wzięli rudobrodego 

pod ręce i zaczęli ciągnąć do brzegu. Początkowo bezwładny, wyprostował się nagle.

- On Ŝyje - wymamrotał Wulfgar w osłupieniu. - Ta fala była wystarczająco duŜa, 

aby złamać mu kark.

Kiedy nogi rudobrodego dotknęły wreszcie stałego gruntu, rozejrzał się wokół i 

widząc przed sobą osiemdziesięciu uzbrojonych ludzi wyszczerzył zęby w 

promiennym uśmiechu.

- Co za powitanie - mruknął pogardliwie.

W jednej chwili odwrócił się i zadał jednemu z trzymających go rybaków 

dotkliwy cios krawędzią stopy. Anglik jęknął z bólu i uwolnił ramię wikinga, który 

wyprostował palce i wbił je w oczy drugiego z nich. Tamten krzyknął przeraźliwe, 

zakrył twarz dłońmi i upadł na kolana. Widać było krew spływającą po jego rękach. 

Teraz wiking wyciągnął zza pasa zakrzywiony nóŜ, wychylił się w stronę tłumu, 

błyskawicznie złapał najbliŜej stojącego rybaka i rozpłatał mu brzuch. Kiedy reszta 

cofnęła się przeraŜona, odrzucił nóŜ i wyrwał z rąk trupa włócznię i topór. Minęła 

zaledwie chwila odkąd zjawił się na lądzie, a powalił juŜ trzech męŜczyzn. Nikt nie 

zamierzał pójść w ich ślady.

- No dalej! - parsknął rubasznym śmiechem i odrzucił głowę do tyłu. - Ja jeden, 

was wielu. Kto chce walczyć z Ragnarem - krzyknął gardłowym głosem. - Który z 

was jest wielkim panem, który idzie pierwszy? Ty, czy ty? - wskazał włócznią 

Godwina i Wulfgara, którzy stali teraz osamotnieni, podczas gdy ich ludzie nadal 

cofali się w popłochu.

background image

- Musimy go pojmać - mruknął Godwin dobywając miecza. - Szkoda, Ŝe nie mam 

tarczy.

Wulfgar poszedł za nim, jednak wcześniej krzyknął jeszcze do jasnowłosego 

chłopca, który stał o krok od niego.

- Wracaj, Alfgar. Spróbujemy go rozbroić, resztę zrobią kerlowie.

Dwóch Anglików zaczęło się zbliŜać z obnaŜonymi mieczami, tymczasem wiking 

zdawał się tylko na to czekać, potęŜny niczym niedźwiedź, i z pogardliwym 

uśmiechem na ustach.

Nagle wyskoczył do przodu z szybkością szarŜującego dzika wprost na Wulfgara. 

Ten odskoczył przeraŜony i pośliznąwszy się upadł niezgrabnie. Rudobrody 

zamachnął się toporem i chybił przecinając powietrze, drugi cios wymierzył juŜ 

jednak dokładnie. Lecz nim zdołał dosięgnąć Wulfgara, coś pociągnęło go do tyłu i 

pozbawiło równowagi. Wiking upadł twardo na mokry piasek, bezskutecznie próbując 

uwolnić ręce. Była to sieć, zwykła sieć rybacka. Przyniosło ją dwóch ludzi pod wodzą 

sędziego, a teraz zaciskali ją coraz ciaśniej. Jeden z nich wyrwał z dłoni wikinga 

topór, drugi przygwoździł do ziemi drugą rękę łamiąc za jednym zamachem drzewce 

włóczni i trzymające je palce. Następnie, juŜ bezbronnego, potoczyli po piasku, 

owijając w kolejne zwoje jakby to był pies morski lub rekin.

Wulfgar zbliŜył się do nich kulejąc i wymienił spojrzenia z Godwinem.

- Co my tu mamy? - mruknął. - Coś mi mówi, Ŝe nie jest to tylko zwykły kapitan 

pechowego okrętu.

Następnie nachylił się, przyjrzał szatom wikinga i dotknął delikatnie materiału.

- Kozia skóra, dobrze wyprawiona. Mówił o sobie Ragnar. Złapaliśmy samego 

Lothbroka. Ragnara Lothbroka.

- Nie nam więc decydować o jego losie - zauwaŜył Godwin po chwili milczenia. - 

Musimy go zabrać przed oblicze króla Elli.

Nagle przerwał mu głos młodego, ciemnowłosego chłopca, który przybył z 

Wulfgarem.

- Króla Elli? - spytał. - Myślałem, Ŝe królem Northumbrii jest Osbert.

- Nie wiem jak wychowujecie ludzi w waszym kraju - Godwin zwrócił się do 

Wulfgara z wymuszoną uprzejmością - wiem tylko, Ŝe jeśli mój człowiek 

powiedziałby coś takiego, kazałbym mu wyrwać język. Chyba Ŝe jest to twój krewny.

Nikt nie mógł go zobaczyć w mroku stajni. Ciemnowłosy chłopiec oparł głowę o 

siodło i wybuchnął płaczem. Plecy paliły go jak Ŝywy ogień, a jego wełniana tunika 

lepiła się od krwi. Nikt jeszcze nie wychłostał go tak dotkliwie, a zaznał juŜ w swym 

Ŝ

yciu wiele cierpienia.

Wszystko przez tę wzmiankę, Ŝe są spokrewnieni, był tego pewien. Miał tylko 

background image

nadzieję, Ŝe nie płakał zbyt głośno i nikt obcy go nie usłyszał. Nie pamiętał juŜ dobrze 

ostatnich wypełnionych bólem godzin. Przypominał sobie, Ŝe długo jechał przez 

jakieś pustkowia starając się trzymać prosto w siodle. Czy dotarli aŜ do Eoforwich? 

Nie pamiętał.

Teraz chciałby uciec jak najdalej. Kiedy wreszcie zdoła zmyć z siebie winę ojca? 

Kiedy uwolni się w końcu od nienawiści ojczyma?

Gdy Shef uspokoił się trochę, zaczął rozpinać popręg mocując się z twardą skórą. 

Był pewien, Ŝe Wulfgar uczyni z niego wkrótce swego niewolnika, załoŜy na szyję 

Ŝ

elazną obręcz i nie zwaŜając na nieśmiałe protesty matki sprzeda na jakimś targu, w 

Thetford, albo w Lincoln. Na pewno weźmie za niego spore pieniądze. PrzecieŜ kręcił 

się często koło kuźni, gdzie ukrywał się przed gniewem ojczyma, poza tym lubił 

ogień, pomagał kowalowi, dął w miechy, rozkuwał surowe Ŝelazo, z czasem zaczął 

nawet wyrabiać własne narzędzia. W końcu wykuł swój własny miecz.

Kiedy zostanie niewolnikiem, nie będzie mu wolno go zatrzymać. Kto wie, moŜe 

powinien juŜ teraz uciekać. Niewolnikom udaje się czasem zbiec, zazwyczaj jednak 

nawet nie próbują.

Zdjął siodło i rozejrzał się po obcej stajni w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłby 

je połoŜyć. Drzwi otworzyły się nagle wpuszczając do środka smugę światła i powiew 

zimna.

- Jeszcze nie skończyłeś? - spytał pogardliwie Alfgar. - Lepiej to juŜ zostaw, 

przyślę zaraz giermka. Mój ojciec wezwany został na naradę z królem i moŜnymi. 

Potrzebuje sługi, który czuwałby za jego krzesłem i nalewałby mu piwa. Ja się do tego 

nie nadaję, ty pójdziesz. Czeka juŜ na ciebie jeden z tanów, Ŝeby dać ci dokładne 

instrukcje.

Oto Shef, wychłostany tak, Ŝe ledwo trzymał się na nogach, posłany zostaje do 

zamku króla, wzniesionego niedawno na ruinach rzymskich fortyfikacji. W sercu 

chłopca coś poruszyło się gwałtownie, poczuł nagle przypływ podniecenia. Narada? 

MoŜni ludzie? Pewnie zadecydują o losie jeńca, tego wielkiego wojownika. Będzie 

miał o czym opowiadać Godivie, Ŝaden z mędrków w Emneth nie wymyśli lepszej 

historii.

- I trzymaj język za zębami - ciągnął Alfgar - w przeciwnym razie, naprawdę 

wyrwą ci język. I zapamiętaj raz na zawsze: to Ella jest teraz królem Northumbrii. 

Poza tym nie jesteś krewnym mego ojca.

background image
background image

Rozdział drugi

- Sądzimy, Ŝe to Ragnar Lothbrok, ale skąd niby mamy to wiedzieć - spytał król 

Ella.

Dwunastu męŜczyzn siedziało wokół okrągłego stołu, wszyscy na niskich 

taboretach, wszyscy z wyjątkiem króla, który zasiadał na wielkim rzeźbionym tronie. 

Obecni w większości ubrani byli jak król, bądź jak Wulfgar, który znajdował się po 

jego lewej stronie. Mieli na sobie płaszcze skrojone z jaskrawej materii, których nie 

zdejmowali z uwagi na panujące w sali przeciągi oraz ozdobione złotem i srebrem 

nadgarstki. Złotem połyskiwały takŜe ich klamry, sprzączki i pasy. Zebrał się tu kwiat 

rycerstwa Northumbrii, posiadacze wielkich obszarów ziemskich na południu i 

wschodzie kraju, wierni stronnicy króla, którym udało się wynieść go na tron i obalić 

jego rywala Osberta. Na swych taboretach czuli się nieswojo, jak przystało na ludzi, 

którzy większość Ŝycia spędzili na własnych nogach, bądź w siodle.

Przy stole siedziało jeszcze czterech męŜczyzn, którzy trzymali się razem, jakby 

celowo izolując się od rycerstwa. Trzech z nich miało na sobie czarne szaty i kaptury 

mnichów od Św. Benedykta, czwarty nosił strój biskupi. Siedzieli wygodnie rozparci, 

trzymając w pogotowiu gliniane tabliczki i rylce, gotowi zapisać kaŜde 

wypowiedziane przy stole słowo, przygotowani do forsowania własnych opinii.

Jeden z męŜczyzn zdecydował się odpowiedzieć na pytanie, zadane przez króla. 

Nazywał się Cuthred i był kapitanem straŜy przybocznej.

- Nie moŜemy znaleźć nikogo, kto mógłby go rozpoznać - przyznał. - Wszyscy, 

którzy mieli okazję zmierzyć się kiedyś w otwartej walce z Ragnarem, nie Ŝyją. 

Wszyscy z wyjątkiem walecznego tana króla Edmunda, który dziś tu z nami zasiada. 

Nawet to nie przesądza jednak, Ŝe człowiek ten to rzeczywiście Ragnar Lothbrok. 

Myślę jednak, Ŝe to on. Po pierwsze dlatego, Ŝe nic nie mówi. Nie chwaląc się, 

potrafię skłonić ludzi do mówienia, ten kto mi się opiera, nie moŜe być zwyczajnym 

piratem. To musi być człowiek, któremu się wydaje, Ŝe jest kimś. Po drugie: co robiły 

tutaj te statki? Wiemy, Ŝe wracały z południa i zostały zepchnięte z kursu, tak Ŝe przez 

kilka dni musiały walczyć z Ŝywiołem. Wiemy teŜ, Ŝe były to statki handlowe. Jakie 

background image

towary wiezie się zwykle na południe? Niewolników. Nie chcą tam wełny ani futer, 

nie chcą piwa. Ci ludzie na statkach byli więc handlarzami niewolników wracającymi 

po załatwieniu transakcji. Ragnar jest handlarzem niewolników i jest to na pewno 

ktoś, kto się liczy. Wszystko pasuje, nie mamy tylko dowodów.

Cuthred pociągnął tęgi łyk piwa ze swojego kubka, wyczerpany nieco długą 

przemową.

- Jest jednak coś, co mnie ostatecznie przekonało. Co wiemy o Ragnarze? - 

Cuthred rozejrzał się po twarzach siedzących wokół stołu męŜczyzn. - Z pewnością 

to, Ŝe jest łajdakiem.

- Rabował kościoły i gwałcił zakonnice! - wykrzyknął arcybiskup Wulfhere 

siedzący po przeciwnej stronie stołu. - Dopadły go wreszcie własne grzechy!

- Ośmielam się jednak zauwaŜyć - dodał Cuthred - Ŝe jest jedna rzecz, która 

odróŜnia Ragnara od pozostałych bezboŜników i wrogów Kościoła. Ragnar posiada 

wiele cennych informacji. Jest trochę podobny do mnie, potrafi zmusić ludzi do 

mówienia. Słyszałem, Ŝe ma na to własny sposób - kapitan zniŜył głos. - JeŜeli uda 

mu się kogoś schwytać, pierwszą rzeczą, którą robi jest, bez Ŝadnych wstępnych 

rozmów czy dyskusji, wyłupienie ofierze oka. Potem wciąŜ milcząc znów sięga w 

stronę głowy tamtego człowieka gotowy wyłupić mu drugie. JeŜeli człowiek ma do 

powiedzenia coś, co akurat interesuje Ragnara, jego szczęście. Jeśli nie, trudno, juŜ po 

nim. Mówią, Ŝe Ragnar krzywdzi wielu ludzi, lecz kerlowie nie są przecieŜ na ogół 

wiele warci. Mówią, Ŝe Ragnar bierze to pod uwagę i dzięki takiemu przekonaniu 

oszczędza swój czas i energię.

- Czy znaczy to, Ŝe nasz więzień zapoznał cię ze swoimi poglądami? - spytał 

jeden z mnichów. - Czy wyjawił ci to w trakcie przyjacielskiej pogawędki o sprawach 

zawodowych?

- Nie - Cuthred wychylił kolejny łyk piwa - ale widziałem jego paznokcie. 

Wszystkie krótko spiłowane, wszystkie z wyjątkiem prawego kciuka. Jest na cal długi 

i twardy jak stal. Spójrzcie, przyniosłem go tu ze sobą - Cuthred rzucił na stół 

zakrwawiony szpon.

- A więc to Ragnar - rzekł król Ella przerywając milczenie. - Co z nim teraz 

zrobimy?

Wojownicy wymienili zdziwione spojrzenia.

- Myślisz, Ŝe nie zasługuje na ścięcie - odwaŜył się spytać Cuthred. - Mamy go 

powiesić?

- A moŜe coś jeszcze gorszego? - włączył się jeden z rycerzy.

- MoŜe potraktujemy go jak zbiegłego niewolnika? A moŜe zrobimy mu to, co 

poganie temu świętemu, no, temu, co go Ŝywcem przypiekali. Jak teŜ on się 

nazywał...

background image

- Mam inny pomysł - przerwał mu Ella. - MoŜemy go po prostu wypuścić.

Na twarzach zebranych pojawiło się osłupienie. Król pochylił się nad stołem i 

przebiegł wzrokiem po sali obdarzając kaŜdego z podwładnych badawczym 

spojrzeniem.

- Pomyślcie, dlaczego jestem królem? Jestem królem, poniewaŜ Osbert - to 

zapomniane imię wywołało wyraźne poruszenie wśród zebranych, a dla stojącego za 

plecami Wulfgara sługi było jak ukłucie bólu - poniewaŜ Osbert nie był w stanie 

obronić królestwa przed najazdami wikingów. Robił po prostu to, co czyniliśmy od 

wieków. Rozkazał kaŜdemu z nas wystawić własne straŜe, a w razie ataku 

organizować samoobronę. Było więc tak, Ŝe dziesięć okrętów uderzało na jakieś 

miasto i grabiło je doszczętnie, podczas gdy ludzie w innych osadach nakładali na 

głowy koce i dziękowali Bogu, Ŝe ich ten los ominął. Co ja w tej sytuacji uczyniłem? 

Wiecie dobrze, jak było. Pozostawiłem na wybrzeŜu tylko punkty obserwacyjne, 

zorganizowałem system wczesnego ostrzegania, a w razie ataku z morza ogłaszałem 

pospolite ruszenie. Teraz, gdy próbują nas atakować, odpowiadamy atakiem z naszej 

strony, zanim jeszcze uda im się zagrozić naszym miastom. To są nowe idee. I sądzę, 

Ŝ

e tu takŜe musimy wymyślić coś nowego. MoŜemy pozwolić mu odejść. MoŜemy 

zawrzeć z nim układ. Będzie musiał pozostawić Northumbrię w spokoju. Odda nam 

zakładników, a my będziemy traktować go jak naszego honorowego gościa, a potem 

wyślemy go z powrotem z masą podarków. Nie będzie nas to drogo kosztować, a 

moŜe przynieść nam duŜo poŜytku. I darujemy mu dalsze rozmowy z Cuthredem. Co 

wy na to?

Rycerze patrzyli po sobie, unosząc brwi i kręcąc z niedowierzania głowami.

- Mogłoby się to udać - mruknął Cuthred.

Wulfgar chrząknął przygotowując się do odpowiedzi, jego twarz było czerwona z 

gniewu. Ubiegł go jeden z mnichów.

- Nie powinieneś tego czynić, mój panie.

- Nie powinienem?

- Nie moŜesz. Musisz dbać nie tylko o sprawy tego świata. Arcybiskup, nasz 

ojciec i niegdysiejszy brat, przypomniał nam o haniebnych czynach, jakich dopuścił 

się Ragnar na szkodę Chrystusowego Kościoła. Czyny, które dotykały nas zarówno 

jako ludzi, jak i chrześcijan - moglibyśmy wybaczyć. Jednak nie zbrodnie wymierzone

w nasz Święty Kościół. Te zbrodnie powinniśmy pomścić z całą stanowczością. Ile 

kościołów spalił Ragnar? Ilu chrześcijan, kobiet i męŜczyzn, sprzedał poganom jako 

niewolników, ilu oddał wyznawcom Mahometa? Ile cennych relikwii zostało 

zniszczonych? Ile skarbców ograbionych? Gdy wybaczysz mu to wszystko, grzech ten 

ciąŜyć będzie na twoim sumieniu. Zagrozić to moŜe takŜe zbawieniu wszystkich 

zebranych przy tym stole ludzi. Nie, królu, to nam powinieneś oddać Ragnara. 

background image

Pozwól, abyśmy pokazali, co spotka kaŜdego kto wystąpi przeciw Kościołowi. A 

kiedy wieść ta dotrze do pogan, do tych morskich rabusiów, niech wiedzą odtąd, Ŝe 

ramię Kościoła jest tak mocne, jak nieskończone jego miłosierdzie. Pozwól, Ŝebyśmy 

wtrącili go do kanału z węŜami. Niech ludzie opowiadają o węŜach króla Elli.

Król zawahał się, widział jaki entuzjazm i podniecenie wzbudziły słowa mnicha u 

jego rycerzy.

- Nie widziałem dotąd człowieka rzucanego gadom na poŜarcie - wykrzyknął z 

zapałem Wulfgar - ale na to zasługuje kaŜdy wiking. I to właśnie powiem mojemu 

królowi, chwaląc mądrość króla Elli.

Mnich, którego przemowa tak się spodobała podniósł się, Ŝeby podsumować 

dyskusję. Był to archidiakon Erkenbert.

- Wszystko jest juŜ przygotowane, czekamy tylko na twój rozkaz, aby 

przyprowadzić więźnia. I pozwól, aby wszyscy, radni, rycerze i słudzy, zobaczyć 

mogli zemstę, jaką król Ella i Święty Kościół zgotowali niewiernemu.

Wszyscy powstali, a między nimi Ella, którego twarz wciąŜ wyraŜała niepewność. 

Rycerze zaczęli juŜ się rozchodzić, nawołując swoich słuŜących, Ŝony i przyjaciół, 

aby przyłączyli się do towarzystwa. Shef podąŜał za swoim ojczymem. Kiedy się 

odwrócił dostrzegł, Ŝe tylko mnisi pozostali na swoich miejscach przy stole.

- Dlaczego to powiedziałeś? - mruknął arcybiskup Wulfhere, zwracając się 

archidiakona. - Mogliśmy wejść w pakt z wikingami, nie odbierając sobie szansy 

zbawienia. Dlaczego zmusiłeś króla, Ŝeby rzucił tego Ragnara węŜom?

Mnich sięgnął do swej sakiewki i podobnie jak wcześniej Cuthred, rzucił na stół 

jakiś przedmiot. Później dołoŜył jeszcze jeden.

- Czy wiesz co to jest, mój panie? - spytał arcybiskupa.

To moneta. Złota. Z inskrypcją podłych czcicieli Mahometa!

- Została odebrana więźniowi.

- Sądzisz więc, Ŝe jest tak zły, Ŝe nie moŜna go puścić Ŝywcem?

- Nie, mój panie. Spójrz teraz na to.

- To pens. Pens z naszej własnej mennicy, tu w Eoforwich. Jest na niej moje imię, 

o tutaj: Wulfhere. Srebrna jednopensówka.

Archidiakon zabrał ze stołu monety i schował je z powrotem do sakiewki.

- To bardzo mamy pieniądz, mój panie. Mało srebra, duŜo ołowiu. To wszystko, 

na co moŜe sobie obecnie pozwolić nasz Kościół. Nasi niewolnicy pouciekali, nasi 

kerlowie oszukują nas na dziesięcinach. Nawet moŜni dają nam coraz mniej. 

Tymczasem sakwy bezboŜników pęcznieją od złota zrabowanego chrześcijanom. 

Kościół znajduje się w niebezpieczeństwie, mój panie. Nie dlatego, Ŝe moŜe zostać 

pokonany bądź doszczętnie ograbiony przez pogan, z tych cięŜkich ran bowiem 

Kościół na pewno się podźwignie. Groźne jest to, Ŝe poganie i chrześcijanie mogą się 

background image

razem pojednać. A wtedy zauwaŜą z pewnością, Ŝe wcale nas juŜ nie potrzebują. Nie 

moŜna więc dopuścić, Ŝeby weszli ze sobą w układy.

Słuchacze pokiwali zgodnie głowami, arcybiskup został przekonany.

- A więc rzucimy go węŜom.

Kanał z węŜami był kamiennym zbiornikiem wodnym pochodzącym jeszcze z 

czasów rzymskich, osłoniętym prowizorycznym dachem. Mnichowie z opactwa Św. 

Piotra w Eoforwich dumni byli ze swoich ulubieńców: mieniących się w słońcu 

gadów. Zeszłego lata rozesłali wiadomość do swoich poddanych z królestwa 

Northumbrii, aby przynosili do opactwa schwytane przez siebie Ŝmije. Nagrodą miało 

być zmniejszenie dziesięciny. Czym dłuŜsza Ŝmija, tym większe ulgi. Nie było 

tygodnia, Ŝeby ktoś nie doręczył worka z wijącą się zawartością, która trafiała zaraz 

do opiekuna węŜy, noszącego dumny tytuł custos viperarum. Gady otoczone były 

troskliwą pieczą, karmione Ŝabami i myszami, wszystko po to, Ŝeby jak najszybciej 

rosły.

Nadszedł wieczór i bracia przynieśli pochodnie, aby ustawić je wokół zbiornika. 

Dno wyłoŜono słomą i ciepłym piaskiem, który miał pobudzić węŜe do większej 

aktywności. Po chwili pojawił się sam custos i zaczął przywoływać z uśmiechem 

swoich pomocników - kaŜdy niósł skórzany worek z Ŝywą zawartością. Opiekun 

podnosił po kolei worki, pokazywał je tłumowi, który tłoczył się juŜ i przepychał 

wokół krawędzi pustego zbiornika. Następnie rozwiązywał worki i wysypywał węŜe 

na piasek. Za kaŜdym razem opróŜniał worek w innym miejscu, chciał bowiem, aby 

węŜe rozpełzły się po całym placu.

Na końcu zjawił się król w otoczeniu radnych i gwardii przybocznej. 

Przyprowadzono więźnia. Pośród wojowników z dalekiej Północy było takie 

powiedzenie: „męŜczyzna nie powinien utykać, dopóki obie jego nogi są tej samej 

długości”. Ragnar rzeczywiście nie utykał, choć z trudem trzymał się na nogach. 

Przesłuchania prowadzone przez Cuthreda nie naleŜały do łagodnych.

Rycerze podeszli do krawędzi zbiornika, a następnie cofnęli się nieco, ustępując 

miejsca więźniowi, Ŝeby mógł zobaczyć co go wkrótce czeka. Ragnar uśmiechnął się 

szeroko, odsłaniając połamane zęby. Miał związane z tyłu ręce, a na sobie koŜuch z 

koziej skóry.

- Wiedz, Ŝe masz wybór - zaczął archidiakon Erkenbert starając się mówić prostą 

handlową angielszczyzną. - JeŜeli przyjmiesz chrzest, będziesz Ŝył. śył jako 

niewolnik.

Wiking wydął pogardliwie wargi.

- Wy, księŜa. Znam ja waszą mowę. Mówicie: będę Ŝył. Ale jak Ŝył? Jako 

niewolnik, mówicie. A ja wiem, jakie to Ŝycie. Bez oczu i języka. Obcięte nogi, 

background image

podcięte ścięgna, nie moŜna chodzić.

Wyprostował się i wziął głęboki oddech.

- Walczę juŜ od trzydziestu wiosen - głos Ragnara wznosił się teraz jak hymn - 

czterystu męŜczyzn zginęło z mej ręki, tysiąc kobiet zgwałciłem, spaliłem wiele 

opactw, sprzedawałem teŜ dzieci. Wielu płakało z mego powodu, ja nie płakałem za 

nikim. Teraz stoję przed wami, jak Gunnar, bogiem urodzony. Czyńcie swą przeklętą 

powinność i niech błyszczący gad ugodzi mnie w samo serce. Nie będę błagał o 

przebaczenie. Całe Ŝycie walczyłem mieczem!

- Brać go - warknął Ella zza pleców wikinga i straŜe zaczęły ciągnąć Ragnara w 

stronę krawędzi.

- Zatrzymajcie się! - krzyknął Erkenbert. - Najpierw trzeba związać mu nogi.

StraŜnicy związali więc Ragnara dokładnie; nie stawiał zresztą oporu. Potem 

ułoŜyli go na krawędzi zbiornika i popchnęli w dół. Upadł w sam środek kłębowiska. 

WęŜe rzuciły się na niego.

Ubrany w swoje grube skórzane szaty wiking śmiał się jednak urągliwie.

- Nie mogą go ukąsić - zawołał ktoś z wyraźnym rozczarowaniem w głosie - jego 

ubranie jest za grube.

- Mogą przecieŜ ukąsić go w ręce albo w twarz - wyjaśnił opiekun węŜy, broniąc 

honoru swych podopiecznych.

Jedna z największych Ŝmij znalazła się rzeczywiście tuŜ koło twarzy Ragnara. 

Przez chwilę wyglądało jakby patrzyli sobie w oczy, przy czym rozwidlony język 

gada dotykał prawie ludzkiego policzka. Widzowie zamarli w oczekiwaniu.

Nagle głowa wikinga wyskoczyła do przodu z rozwartymi zębami. Trysnęła krew 

i wąŜ opadł martwy z odgryzioną głową. Ragnar zaśmiał się tryumfalnie i zaczął 

toczyć się po węŜach, wciskając je w ziemię całym cięŜarem swego potęŜnego ciała.

- On je pozabija! - krzyknął custos zdławionym głosem.

Ella z obrzydzeniem na twarzy podszedł do straŜników i pstryknął palcami.

- Ty i ty. Obaj macie porządne buty. Wyciągniecie go stamtąd i przyniesiecie na 

górę. Zapamiętam to sobie - dodał głucho, zwracając się do Erkenberta. - Zrobiłeś z 

nas wszystkich durniów.

Przyglądał się chwilę w milczeniu.

- A teraz uwolnijcie jego ręce i nogi - krzyknął do powracających straŜników - 

ś

ciągnijcie z niego ubranie i zwiąŜcie na nowo. Ty i ty. Przyniesiecie gorącej wody, 

węŜe lubią gorąco. JeŜeli rozgrzejemy mu skórę będą do niego lgnęły. I jeszcze jedno: 

tym razem będzie starał się leŜeć nieruchomo, aby popsuć nam szyki, więc 

przywiąŜcie mu jedną rękę do ciała, a nadgarstek drugiej owińcie sznurem. Drugi 

koniec będziemy trzymać na górze, w ten sposób zmusimy Ragnara, Ŝeby się 

poruszył.

background image

Więzień został znowu zepchnięty. WciąŜ milczał, uśmiechał się tylko. Tym razem 

sam król kierował całą akcją. Rozkazał, aby rzucić Ragnara w to miejsce, gdzie 

zebrały się największe węŜe. Po kilku sekundach zaczęły one podpełzać do 

parującego w chłodnym powietrzu nagiego ciała, powoli wślizgując się na nie. Przez 

tłum przeszedł pomruk obrzydzenia.

Nagle król pociągnął za sznur, raz i drugi. Ramię poruszyło się, a wystraszone 

węŜe zaczęły syczeć i kąsać, jeden po drugim wypełniały ciało męŜczyzny trucizną. 

Widzowie zauwaŜyli, Ŝe twarz wikinga zaczyna się powoli zmieniać, puchnąć i 

sinieć. Kiedy jego oczy zaczęły wychodzić z orbit, a spuchnięty język sztywnieć 

Ragnar zakrzyknął po raz ostatni.

- Gnythja mundu grisir ef galtar hag vissi!

- Co on tam gada? - mruczał tłum. - Co to moŜe znaczyć?

Nie znam wprawdzie norweskiego, pomyślał Shef, czuję jednak, Ŝe nie wróŜy to 

nic dobrego.

Gnythja mundu grisir ef galtar hag vissi” - słowa te wciąŜ dźwięczały w uszach 

potęŜnego męŜczyzny, który stał wyprostowany na dziobie wojennego okrętu. Statek 

znajdował się kilkaset mil na wschód od wybrzeŜa Anglii i zbliŜał się właśnie do 

duńskiego wybrzeŜa w okolicy Sjaelland. Miał przecieŜ tak znikome szansę, Ŝeby je 

usłyszeć. Czy Ragnar mówił sam do siebie? A moŜe wiedział, Ŝe ktoś zrozumie i 

zapamięta jego słowa. Trudno jednak podejrzewać, Ŝe ktoś z kręgu króla Elli mógłby 

znać norweski, albo przynajmniej zrozumieć te kilka słów, które wyrzekł Ragnar. 

JednakŜe mówi się czasem, Ŝe umierający miewają wizje. Ragnar wiedział, Ŝe słowa 

jego nie pozostaną bez odpowiedzi.

Lecz jeśli były to słowa przeznaczenia, doprawdy przedziwną sobie obrały drogę, 

Ŝ

eby do niego dotrzeć! W tłumie otaczającym wypełniony węŜami zbiornik znalazła 

się kobieta, konkubina jednego z moŜnych Anglików, „lemman”, jak je tam nazywają. 

Zanim jednak jej pan kupił ją na londyńskim targowisku, kobieta ta słuŜyła na dworze 

króla Maelsechnaill w Irlandii, gdzie często mówiło się po norwesku. Zrozumiała 

słowa Ragnara i miała na tyle zdrowego rozsądku, Ŝeby nie powiedzieć o tym swemu 

panu. CóŜ, pozbawione sprytu konkubiny nie doŜywają zazwyczaj wieku, w którym 

mogłyby oglądać zmierzch własnej urody. Zamiast swemu panu wyjawiła ten sekret 

swojemu kochankowi, kupcowi, który wyruszał właśnie na południe, a on przekazał 

go swoim towarzyszom podróŜy. Pomiędzy nimi znalazł się pewien zbiegły 

niewolnik, niegdyś rybak, któremu historia ta wydała się szczególnie bliska, bowiem 

przypadkowo uczestniczył on w pojmaniu Ragnara. W Londynie, gdzie poczuł się juŜ 

zupełnie swobodny, niewolnik ten stworzył własną opowieść, którą powtarzał w 

zamian za kubek piwa albo plaster bekonu. Opowiadał ją w gospodach, gdzie 

background image

przesiadywali marynarze z róŜnych stron Europy: Fryzji, Danii i państwa Franków. 

Wszyscy byli tu bowiem mile widziani, jeśli tylko mieli czym zapłacić. W ten właśnie 

sposób opowieść dotarła w końcu do uszu przybysza z dalekiej Północy.

Niewolnik był głupcem, człowiekiem bez honoru. Opowieść o śmierci Ragnara 

była dla niego tylko wesołą historią, słuŜącą do rozbawienia słuchaczy.

Dla Branda - potęŜnego wojownika, który stał teraz na dziobie statku, opowieść ta 

znaczyła duŜo więcej. Dlatego właśnie chciał opowiedzieć ją swoim rodakom.

Okręt płynął teraz wzdłuŜ długiego fiordu, zbliŜając się do płaskich terenów 

okolic Sjaellandu, najdalej na wschód wysuniętych duńskich posiadłości. Nie było 

wiatru, Ŝagiel został zwinięty, a statek napędzała trzydziestoosobowa ekipa 

doświadczonych wioślarzy. Ich zanurzające się rytmicznie wiosła tworzyły 

zmarszczki na wygładzonej niczym staw powierzchni morza. Na brzegu dostrzec było 

moŜna pasące się na rozległych pastwiskach krowy i pola wschodzących bujnie zbóŜ.

Atmosfera spokoju była jednak pozorna, Brand dobrze o tym wiedział. Znajdował 

się w centrum największej zawieruchy, jaka kiedykolwiek dosięgła Skandynawii. Na 

morzu trwała wojna, a ogień spustoszył część wybrzeŜa. Statek Branda kontrolowany 

był juŜ trzykrotnie przez morskie patrole: potęŜne statki wojenne, które nigdy nie 

wypływały na pełne morze. Za kaŜdym razem puszczali go wolno, radzi zobaczyć 

człowieka, który próbuje swego szczęścia, przydzielono mu jednak potęŜną eskortę 

dwóch okrętów, dwukrotnie przewyŜszających wielkość jego statku. Nie było więc 

ucieczki. Brand wiedział jednak, a wiedzieli to takŜe jego ludzie, Ŝe najgorsze 

znajdowało się jeszcze przed nimi.

W pewnym momencie sternik powierzył ster komuś z załogi i udał się na dziób. 

Podszedł do Branda tak blisko, Ŝe głową dotykał niemal jego łopatki. Przez chwilę 

stał w milczeniu, wreszcie przemówił. Mówił cicho, starając się, aby słów jego nie 

usłyszeli nawet siedzący w pierwszym rzędzie wioślarze.

- Wiesz, Ŝe nie mnie podawać w wątpliwość twoje decyzje - wymamrotał - lecz 

jeśli się juŜ tu znaleźliśmy i wszyscy wsadzamy nasze tyłki w gniazdo os, moŜe 

jednak nie miałbyś mi za złe, gdybym spytał: po co?

- PoniewaŜ przybyłeś tak daleko o nic nie pytając - odparł Brand szeptem - podam 

ci teraz aŜ trzy powody i nie chcę niczego w zamian. Po pierwsze, to nasza szansa na 

zdobycie wiecznej chwały. Naszą historię opisywać będą w sagach i poematach aŜ po 

sądny dzień, gdy bogowie pokonają olbrzymów i plemię demona Lokiego na zawsze 

zniknie z powierzchni ziemi.

Sternik uśmiechnął się tylko.

- Zdobyłeś juŜ wystarczającą chwałę, rycerzu z Halogalandu, a ludzie powiadają, 

Ŝ

e ci, których mamy spotkać, pochodzą od samego demona. Zwłaszcza jeden z nich.

- Dam ci więc drugi powód. Ten angielski niewolnik, ten zbieg, który 

background image

opowiedział nam całą historię... czyś widział jego plecy? Jego panowie zasłuŜyli na 

najgorsze męki. Zamierzam zesłać im je wkrótce.

Tym razem sternik wybuchnął głośnym, lecz serdecznym śmiechem.

- Czy widziałeś kiedyś kogoś, z kim Ragnar kończył właśnie rozmowę? A ci, 

których mamy odwiedzić, są jeszcze gorsi. Zwłaszcza jeden z nich. Myślę, Ŝe on i 

chrześcijańscy mnisi są siebie warci. Ale co z całą resztą?

- A więc, Steinulfie, przejdźmy do trzeciego powodu - Brand uniósł delikatnie 

wiszący na szyi srebrny wisiorek i wyjął go spod swojej tuniki. Był to miniaturowy 

kowalski młot o krótkim trzonku. - Proszono mnie, abym to zrobił, miała być to 

specjalna przysługa.

- Dla kogo?

- Dla kogoś, kogo obaj znamy. W imię tego, który przyjechać ma z Północy.

- Ach tak. To powinno nam obu wystarczyć. Powinno chyba wystarczyć 

wszystkim z nas. Lecz zanim zbliŜymy się zbytnio do brzegu, powinniśmy jednak coś 

zrobić.

Powoli, upewniając się, Ŝe wódz go obserwuje, sternik wziął w palce swój własny 

wisiorek i umieścił go starannie pod tuniką, tak aby kołnierz przesłaniał widok 

łańcuszka.

Brand zszedł z dzioba w ślad za sternikiem i stanąwszy naprzeciw swoich ludzi 

powtórzył tę samą czynność. Załoga odłoŜyła na moment wiosła i kaŜdy z męŜczyzn 

schował posłusznie swój wisiorek. Po chwili znów rozległ się miarowy odgłos 

wiosłowania.

Na nabrzeŜu, które widać było coraz dokładniej, ludzie siedzieli i przechadzali się 

nie zwracając uwagi na zbliŜający się okręt wojenny. Sprawiało to wraŜenie zupełnej 

obojętności. WzdłuŜ brzegu ciągnęły się zabudowania: szopy, szałasy, młyny, kuźnie, 

sklepy i zagrody dla bydła. Było to serce morskiego imperium, ojczyzna bezdomnych 

wojowników.

Człowiek, który siedział przy samym krańcu nabrzeŜa wstał, ziewnął i 

przeciągając się spojrzał badawczo w ich kierunku. Niebezpieczeństwo. Brand zaczął 

pospiesznie wydawać rozkazy. Dwóch z jego ludzi stojących koło fału wciągnęło na 

maszt biały znak pokoju. Dwaj inni pobiegli na dziób i odciągnęli do tyłu rzeźbioną 

głowę smoka, którą następnie zasłonili jeszcze materiałem.

Na brzegu pojawiło się teraz więcej ludzi. Obserwowali uwaŜnie nadpływający 

statek. Nie witali go Ŝadnym gestem ani okrzykiem, Brand wiedział jednak, Ŝe gdyby 

nie poczynił wcześniej odpowiednich „pokojowych” przygotowań, powitanie to 

wyglądałoby znacznie gorzej. Na samą myśl o tym, co mogło się zdarzyć i co wciąŜ 

moŜe go tu spotkać, poczuł mocny ucisk w Ŝołądku, tak jakby cała jego męskość 

chciała się schować w trzewiach. Brand odwrócił na chwilę twarz od nabrzeŜa, aby 

background image

nikt nie mógł ujrzeć jej wyrazu. Odkąd tylko zaczął raczkować mówiono mu: „nigdy 

nie okazuj strachu”, „nigdy nie okazuj bólu”. Te zasady stały się dla niego waŜniejsze 

niŜ samo Ŝycie.

Wiedział dobrze, Ŝe w grze, w której postanowił wziąć udział, nie moŜna sobie 

wyobrazić nic gorszego niŜ okazanie niepewności. Zamierzał zastawić przynętę na 

swych posępnych gospodarzy, wciągnąć ich w swoje plany. Aby to osiągnąć musiał 

być nieustraszony, wyzywający, nie zaś błagać potulnie o wysłuchanie.

Zamierzał rzucić im wyzwanie tak otwarcie i demonstracyjnie, Ŝe nie będą juŜ 

mieli moŜliwości go odrzucić. Nie był to plan, który dopuszczałby jakiekolwiek 

półśrodki.

Kiedy okręt przybijał do nabrzeŜa, załoga rzuciła liny, które zostały złapane przez 

Duńczyków i przywiązane do pachołków z pozorną obojętnością. Stojący najbliŜej 

statku męŜczyzna przyjrzał się Brandowi badawczo. Gdyby znajdowali się w porcie 

handlowym, spytałby pewnie o rodzaj przewoŜonego ładunku i miejsce skąd jest on 

przewoŜony. MęŜczyzna jednak nie spytał o nic, podniósł tylko brew.

- Jestem Brand. Płynę z Anglii.

- Jest wielu, którzy zwą się Brand.

Na dany znak dwóch członków załogi spuściło ze statku kładkę. Brand zszedł po 

niej na stały ląd i podparłszy się pod boki stanął naprzeciw komendanta portu. Mógł 

spoglądać na niego z wysoka i z satysfakcją poczuł, Ŝe Duńczyk podziwia jego 

potęŜną sylwetkę.

- Niektórzy nazywają mnie Viga-Brand. Pochodzę z Halogalandu w Norwegii, 

gdzie męŜczyźni są jeszcze potęŜniejsi niŜ Duńczycy.

- Brand Zabójca. Tak, słyszałem o tobie. Mamy tu jednak niemało zabójców. 

Potrzeba czegoś więcej niŜ samo imię, Ŝeby zasłuŜyć sobie tu na powitanie.

- Mam wieści. Wieści dla moŜnych panów.

- Lepiej, Ŝeby było to wieści warte usłyszenia, jeŜeli przybywasz bez glejtu i bez 

zaproszenia.

- Są to wieści godne usłyszenia - Brand spojrzał męŜczyźnie prosto w oczy. - Ty 

takŜe moŜesz je poznać. Powiedz teŜ swoim ludziom, aby przyszli i posłuchali. 

KaŜdy, komu nie będzie się chciało wysłuchać, co mam do powiedzenia, będzie 

przeklinał swoje lenistwo do końca Ŝycia. Rzecz jasna, jeśli macie teraz coś waŜnego 

do załatwienia w wygódce, nie będę was zmuszał.

Rzekłszy to, Brand zrobił sobie przejście wśród otaczających go ludzi i poszedł 

prosto do wielkiej budowli, okazałego dworu panów tej ziemi: Braethraborgu. Za 

nim, w milczeniu, kroczyli jego ludzie. Jak dotąd Ŝaden wróg nie wyszedł stamtąd 

Ŝ

ywy. śaden nie zdołał podzielić się ze światem swymi wraŜeniami.

Usta komendanta portu wykrzywił uśmiech. Dał znak swoim ludziom, którzy 

background image

wyciągnęli z ukrycia włócznie i ruszyli w głąb lądu.

Ś

wiatło wpadało do wnętrza budowli przez uchylone okiennice, Brand zatrzymał 

się na samym progu, chciał przyzwyczaić wzrok do półmroku i wczuć się w nastrój 

tego miejsca. Wiedział, Ŝe jeśli dobrze to rozegra, scena ta zostanie unieśmiertelniona 

w sagach i pieśniach. Wiedział teŜ, Ŝe następne minuty zadecydują o tym, czy zasłuŜy 

na wieczną chwałę, czy na śmierć w męczarniach.

Wewnątrz dostrzegł wielu ludzi. Stali, siedzieli, przechadzali się, niektórzy zajęci 

byli grą, inni rozmową. Nikt nie spojrzał nawet w jego stronę, Brand wiedział jednak, 

Ŝ

e jego obecność została zauwaŜona. Kiedy jego oczy przywykły do słabego 

oświetlenia dostrzegł, Ŝe chociaŜ w środku panuje pozorny chaos, jest jednak miejsce, 

które wszyscy omijali z szacunkiem. Wojownicy, którzy zasłuŜyli na miano „drengir” 

pozornie tylko byli sobie równi.

Przy niewielkim stole siedziało trzech męŜczyzn. Wydawali się całkowicie 

pochłonięci własnymi sprawami. Obok stał czwarty. Brand skierował się wprost ku 

nim.

- Przynoszę pozdrowienia! - rzekł głośno, tak, Ŝeby jego głos słychać było w 

całym pomieszczeniu. - Mam wieści. Wieści dla synów Ragnara.

Jeden z męŜczyzn, który obcinał sobie noŜem paznokcie, spojrzał przez ramię w 

jego kierunku.

- Muszą to być niezwykłe nowiny, skoro ktoś odwaŜył się przybyć z nimi do 

Braethraborgu bez zaproszenia.

- Istotnie, wieści to niezwykłe - Brand wciągnął powietrze i starał się panować 

nad swym oddechem. - Są to bowiem wieści o śmierci Ragnara.

W pomieszczeniu zapadła zupełna cisza. MęŜczyzna nie przerwał swego zajęcia, 

lecz kiedy nóŜ ślizgał się w okolicy wskazującego palca, nagle trysnęła krew. Ostrze 

wbiło się aŜ po kość. MęŜczyzna nie wydał z siebie Ŝadnego odgłosu, nie poruszył się 

nawet.

Drugi z męŜczyzn, o grubym, potęŜnym karku i posiwiałych włosach, podniósł 

kamienną figurę z leŜącej na stole szachownicy przygotowując się do wykonania 

ruchu.

- Powiedz nam - zaczął po chwili opanowanym głosem, który skrywać miał 

niegodne męŜczyzny emocje - powiedz nam jak umarł Ragnar, nasz staruszek ojciec. 

To, Ŝe umarł, nie dziwi nas wcale, wszak bardzo posunął się juŜ w latach.

- Wszystko zaczęło się na wybrzeŜu Anglii, gdzie rozbił się jego okręt. Według 

historii, którą słyszałem, schwytany został przez ludzi króla Elli. Nie sądzę, aby mieli 

jakieś problemy, skoro, jak powiadacie sami, Ragnar posunął się juŜ mocno w latach. 

Kto wie, moŜe nie próbował się nawet bronić - wypowiadając ostatnie zdanie Brand 

zmienił nieco ton swego głosu, chcąc wystawić na próbę niewzruszoną obojętność 

background image

męŜczyzny.

Tamten wciąŜ trzymał w dłoni swój pionek, jednak jego palce zaczęły zaciskać 

się na nim coraz mocniej i mocniej, aŜ spod paznokci trysnęła krew. W końcu 

męŜczyzna postawił pionek z powrotem na szachownicy i przeskoczył nim o dwa 

pola.

- Biorę, Ivar - mruknął i odłoŜył zbity pion obok szachownicy.

Teraz przyszła kolej na trzeciego męŜczyznę, którego włosy były tak jasne, Ŝe 

niemal białe i ściągnięte do tyłu lnianą przepaską, a twarz chorobliwie blada. Spojrzał 

na Branda oczami koloru zamarzniętej wody, a jego powieki nie drgnęły ani razu.

- Co z nim zrobili, gdy dostał się w ich ręce?

Brand przypatrzył się męŜczyźnie, wytrzymując jego badawcze spojrzenie. 

Wzruszył tylko ramionami, wciąŜ nie okazując Ŝadnych emocji.

- Zabrali go na dwór Elli w Eoforwich - zaczął Brand. - Niezbyt się nim 

przejmowali. Sądzili chyba, Ŝe to zwykły pirat, ktoś bez znaczenia. Myślę, Ŝe zadali 

mu parę pytań, trochę się nim pobawili, lecz później, zmęczeni tym wszystkim, 

zdecydowali, Ŝe równie dobrze mogą go skazać na śmierć.

W ciszy, która po tych słowach zapadła Brand zaczął przyglądać się w skupieniu 

swoim paznokciom. Zdawał sobie sprawę, Ŝe rozgrywka, którą toczy z 

Ragnarssonami, zbliŜa się do niebezpiecznej kulminacji.

- Tak więc zdecydowali się, Ŝe oddadzą go mnichom. Myślę, Ŝe nie wydawał im 

się godny śmierci z rąk rycerza.

Ciemny rumieniec zagościł nagle na twarzy bladego męŜczyzny. Wydawało się, 

Ŝ

e wstrzymał oddech, prawie się dusił. Rumieniec jeszcze się pogłębił, twarz zrobiła 

się szkarłatna, a potem przybrała barwę ciemnego fioletu. Widać było, Ŝe męŜczyzna 

walczy ze sobą. Starał się miarowo oddychać, a krew wolno odpływała z jego twarzy.

Czwarty męŜczyzna stał obok stołu wsparty na włóczni i obserwował braci. Dotąd 

się nie poruszył, ani nie przemówił. Trzymał oczy spuszczone. Teraz podniósł je 

powoli i spojrzał na Branda, który cofnął się odruchowo. Naprawdę było w nich coś 

niesamowitego, słyszał juŜ o tym, ale nie chciał uwierzyć. Źrenice były zdumiewająco 

czarne, wokół nich tęczówki, białe jak świeŜy śnieg, zaś białka zupełnie sczerniałe. 

Oczy te lśniły jak metal oświetlony blaskiem księŜyca.

- W jaki sposób mnisi i król Ella zdecydowali się zgładzić starca? - spytał czwarty 

z Ragnarssonów cichym, niemal łagodnym głosem. - Pewnie nam powiesz, Ŝe nie 

mieli z tym duŜo kłopotów.

Brand odpowiedział szczerze, nic nie pomijając. Nie chciał juŜ podejmować 

ryzyka.

- Wrzucili go do kanału z węŜami. Z tego, co słyszałem, węŜe nie chciały go 

początkowo kąsać i Ragnar rzucił się na nie pierwszy. W końcu jednak musiał ulec i 

background image

umarł. To była powolna śmierć, bez pomocy oręŜa. śadnej rany po mieczu czy 

włóczni. Rany, którą moŜna by obnosić z dumą po Walhalli.

Ani jeden mięsień nie drgnął na twarzy wspartego na włóczni męŜczyzny. 

Zapanowała długa cisza. Wszyscy wpatrywali się w jego oblicze, myśleli, Ŝe podobnie 

jak jego braci, zdradzą go w końcu emocje, czekali tylko na moment, kiedy przestanie 

nad sobą panować. On jednak pozostał niewzruszony. Po chwili wyprostował się, 

przekazał włócznię stojącemu najbliŜej rycerzowi i włoŜył kciuki za pas. Widać było, 

Ŝ

e przygotowuje się do przemowy.

Ciszę przerwało westchnienie męŜczyzny, który otrzymał od Ragnarssona 

włócznię. To westchnienie zdumienia skupiło na nim od razu uwagę zebranych. W 

milczeniu podniósł do góry jesionowe drzewce, na którym widać było odciśnięte 

ś

lady palców. W pomieszczeniu rozległ się pomruk zadowolenia.

Zanim męŜczyzna zdąŜył przemówić, przerwał mu Brand, zgrabnie 

wykorzystując moment wahania.

- Jest jeszcze coś, o czym chciałem powiedzieć - rzekł, podkręcając w zamyśleniu 

wąsa.

- CóŜ to takiego?

- Kiedy pokąsały go juŜ węŜe i leŜał umierający, Ragnar przemówił po raz ostatni. 

Nie zrozumieli go oczywiście, mówił bowiem w naszym języku, w norroent mal, ktoś 

jednak usłyszał, ktoś inny przekazał to dalej, a na końcu słowa te trafiły do mnie. Nie 

mam Ŝadnego glejtu. Ani zaproszenia. Ale wydawało mi się, Ŝe będziecie chcieli 

usłyszeć to z moich ust.

- CóŜ więc takiego powiedział nasz ojciec przed śmiercią?

Brand podniósł głos, Ŝeby kaŜdy kto znajdował się w pomieszczeniu mógł 

usłyszeć jego słowa.

- Powiedział: „Gynthja mundu grisir efgaltar hag vissi”.

Tym razem nie trzeba było tego tłumaczyć. Wszyscy zrozumieli słowa Ragnara. 

„Gdyby moje warchlaczki wiedziały, jak padł odyniec, jakŜe by kwiczały”.

- Oto dlaczego przybyłem bez zaproszenia - rzekł Brand tym samym ostrym i 

donośnym głosem. - Przybyłem tutaj, mimo Ŝe niejeden przestrzegał mnie przed 

niebezpieczeństwem. Niosłem jednak posłanie, sądziłem bowiem, Ŝe właśnie do was 

moŜe być ono skierowane. Przyniosłem je tobie, Halvdanie Ragnarssonie - Brand 

zwrócił się do męŜczyzny z noŜem - tobie, Ubbi Ragnarssonie - wskazał na jednego z 

graczy - tobie, Ivarze Ragnarssonie, który słynny jesteś ze swych białych włosów oraz 

tobie, Sigurcie Ragnarssonie; teraz juŜ wiem, dlaczego ludzie zwą cię Orm-i-auga, 

WęŜowe Oko. Nie spodziewałem się, Ŝe słowa te sprawią wam przyjemność, jednak 

zgodzicie się chyba, Ŝe powinniście byli je usłyszeć.

Czterej męŜczyźni stanęli na wprost Branda. Nie próbowali juŜ udawać 

background image

obojętności. Jego przemowę powitali kiwając głowami, a na ich ustach pojawił się 

uśmiech. Po raz pierwszy ich oblicza wydały się podobne, tak jakby byli braćmi, 

synami jednego człowieka.

W tamtych czasach popularna była modlitwa, którą mnichowie i księŜa 

odmawiali przy kaŜdej niemal okazji: Domine, libera nos a furorę normannorum - 

„BoŜe, zbaw nas przed gniewem Normanów”. Lecz gdyby któryś z mnichów ujrzał te 

cztery twarze, dodałby natychmiast: Sed praespe, Domine, a humore eorum 

„zwłaszcza jednak przed ich wesołością”.

- To są wieści, które powinniśmy byli usłyszeć - zaczął WęŜowe Oko - i dlatego 

dziękujemy ci za to, Ŝeś je tu przywiózł. Na początku sądziliśmy, Ŝe nie mówisz nam 

całej prawdy i był to powód, dla którego wyglądaliśmy na niezadowolonych. Lecz to, 

co powiedziałeś na zakończenie... Do kroćset... To był głos naszego ojca! On 

wiedział, Ŝe ktoś go usłyszy. Wiedział, Ŝe ktoś nam powtórzy. Wiedział teŜ, co wtedy 

zrobimy. Dobrze mówię, chłopcy?

Na jego skinienie ktoś przytoczył do stołu potęŜny, obdarty z kory dębowy 

pieniek. Czterej bracia wydali jednocześnie cięŜkie westchnienie i pień rozpadł się 

nagle pod czterema ciosami zgodnymi jak jeden cios. Bracia zwrócili się teraz 

twarzami w kierunku swych ludzi i rozpoczęli rytuał.

- Oto stoimy teraz na tym dębowym klocu i składamy uroczystą przysięgę... - 

wyrecytowali chórem.

- śe najedziemy Anglię, aby pomścić śmierć naszego ojca - rzekł Halvdan.

- Schwytamy króla Ellę i zgładzimy go okrutnie za to, Ŝe zabił Ragnara - dodał 

Ubbi.

- Pokonamy wszystkich angielskich władców i zawładniemy ich ziemią - 

przyłączył się Sigurth, WęŜowe Oko.

- Zemścimy się teŜ na czarnych krukach, Chrystusowych mnichach - zakończył 

Ivar.

- A jeśli nie dotrzymamy naszej obietnicy - zaczęli znowu razem - niechaj 

bogowie z Asgardy otoczą nas pogardą i napiętnują, tak Ŝe nigdy juŜ nie będziemy 

mogli połączyć się z naszym ojcem i przodkami.

Kiedy skończyli, poczerniałe od dymu drewniane ściany budowli zadrŜały od 

radosnego ryku, który wydobył się nagle z czterystu gardeł: jarlów, sterników, 

kapitanów i szlachty.

- A teraz - krzyknął WęŜowe Oko, uciszając zgiełk - wynieście na zewnątrz stoły i 

przygotujcie jadło. Nie moŜna dziedziczyć spadku, dopóki nie wypije się piwa na 

stypie po zmarłym ojcu. Musimy wypić za Ragnara, wypić jak bohaterowie. A rano 

wezwiemy wszystkich ludzi i zbierzemy całą flotę i wyruszymy w drogę do Anglii. 

Tam nigdy juŜ nie zdołają o nas zapomnieć. Nigdy juŜ się od nas nie uwolnią!

background image

- Teraz pora się napić. Ty takŜe usiądź z nami - Sigurth zwrócił się do Branda - 

moŜe opowiesz nam więcej o naszym ojcu. Znajdzie się teŜ dla ciebie miejsce w 

Anglii, najpierw musimy ją jednak podbić.

Daleko stamtąd, Shef, ciemnowłosy chłopak, pasierb Wulfgara, leŜał na słomianej 

macie, okryty tylko cienkim starym kocem. Nad wilgotną ziemią wciąŜ unosiła się 

mgła. Wulfgar leŜał w zaciszu drewnianego domostwa tuŜ obok matki chłopca, lady 

Thryth. W tym samym pokoju w swych ciepłych łoŜach spoczywali Alfgar oraz córka 

Wulfgara i jego konkubiny, Godiva. Od czasu powrotu Wulfgara do rodzinnego domu 

jadało się tu obficie jak nigdy dotąd. Pieczono i gotowano upolowane na moczarach 

kaczki i gęsi, nie gardząc teŜ rybami. Shef musiał zadowolić się jednak owsianką. 

Teraz, gdy leŜał tak z zamkniętymi oczami, znajdował się wciąŜ na krawędzi snu. 

Choć moŜe nie był to tylko sen.

Widział rozległe pole, gdzieś na krańcu świata, pole oświetlone tylko szkarłatnym 

niebem. Na ziemi leŜały bezkształtne stosy ludzkich kości. Widział białe czaszki i 

Ŝ

ebra, które wystawały spod resztek wspaniałych strojów. Wokół stosów skakała cała 

armia ptaków - wielkich czarnych ptaków z czarnymi dziobami, które szukały resztek 

ludzkiego mięsa i szpiku. Kości były juŜ niemal zupełnie oczyszczone i wyschnięte, 

przeto ptaki krakały tylko i dziobały się nawzajem.

Nagle uciszyły się wszystkie i wzbiły w powietrze. Na szkarłatnym niebie ptaki 

połączyły się w wielkie stado i zaczęły krąŜyć nad łąką, niemal zespolone w jeden 

Ŝ

ywy organizm. Shef zorientował się, Ŝe lecą prosto na niego. Widział dokładnie 

bezlitosne złote oczy ptaka, który leciał pierwszy. Dziób wycelowany był prosto w 

jego twarz, lecz chłopak nie mógł się cofnąć, stał przykuty do ziemi. Jakaś siła 

przytrzymywała jego głowę. Nagle poczuł, jak ten czarny dziób wbija się głęboko w 

jego oko.

Shef obudził się z krzykiem, drŜąc jeszcze z przeraŜenia opasał się kocem i 

wyjrzał ze swego szałasu.

- Co się stało, Shef? Co cię tak przeraziło? - zawołał Hund, przyjaciel chłopca.

Przez chwilę Shef nie był w stanie odpowiedzieć. Potem wykrzyknął gwałtownie, 

dziwnym, zmienionym głosem, nie wiedząc nawet, co mówi.

- Kruki! Kruki są juŜ w powietrzu!

background image
background image

Rozdział trzeci

- Czy jesteś pewien, Ŝe wylądowała tam wielka armia? - głos Wulfgara był ostry, 

chociaŜ wyraŜał niepewność. Była to wiadomość, w którą naprawdę trudno uwierzyć, 

nie śmiał jej jednak otwarcie kwestionować.

- Nie ma wątpliwości - odparł Edrich, tan Edmunda, króla East Anglii.

- I powiadasz, Ŝe tę armię prowadzą synowie Ragnara?

Rozmowie tej przysłuchiwał się takŜe Shef. W domostwie Wulfgara zgromadzili 

się wszyscy wolni obywatele osady Emneth, wezwani tam przez przybyłych wraz z 

Edrichem jeźdźców. Gorliwość mieszkańców miała swoje uzasadnienie. JeŜeli nie 

posłuchaliby wezwania do pospolitego ruszenia, to zgodnie z prawem mogli utracić 

wszystko: zarówno ziemię, jak i swoje przywileje stanowe. Z tej samej przyczyny 

mieli jednak prawo uczestniczyć we wszystkich naradach.

Czy Shef miał prawo, aby się do nich przyłączyć - to inna sprawa. Na razie nie 

został skuty jak niewolnik, a obywatel, który sprawdzał wchodzących do budynku 

ludzi, miał u Shef a dług wdzięczności za naprawiony lemiesz. Popatrzył więc tylko z 

powątpiewaniem na schowany w zniszczonej pochwie miecz chłopca i wpuścił go do 

ś

rodka. Shef stanął w najdalszym kącie pomieszczenia wciśnięty pomiędzy ubogich 

kerlów, starając się słuchać nie będąc widzianym.

- Moi ludzie rozmawiali juŜ z wieśniakami, którzy widzieli wikingów - rzekł 

Edrich. - Mówią, Ŝe armię prowadzi czterech wielkich wojowników, synów Ragnara. 

KaŜdego dnia rycerze zbierają się wokół wielkiego sztandaru z godłem czarnego 

kruka. Sztandar ten utkały podobno córki Ragnara w jedną noc. Odtąd Czarny Kruk 

rozwijał swe skrzydła na znak zwycięstwa, a zwijał je w obliczu klęski. Czyny synów 

Ragnara znane były w całej Północnej Europie i wszędzie tam, gdzie przybijały 

dotychczas ich statki: w Anglii, w Irlandii, w kraju Franków i w Królestwie Hiszpanii. 

Znano je nawet w bardziej odległych krajach nad Środkowym Morzem, skąd 

powrócili przed laty obładowani łupami. Dlaczego więc teraz skierowali swój gniew 

na ubogie i słabe królestwo East Anglii?

background image

Na twarzy Wulfgara pojawił się wyraz niepokoju.

- A gdzie mają swoje obozowiska?

- Na łąkach, nad rzeką Stour, na południe od Bedricsward.

Edrich zaczynał wyraźnie tracić cierpliwość. Opowiadał juŜ o tym kilkanaście 

razy w niemal kaŜdej osadzie w okolicy. Za kaŜdym razem miał podobną przeprawę. 

Nie chcieli informacji, szukali tylko sposobu, Ŝeby wymigać się od swego obowiązku. 

Tym razem spodziewał się, Ŝe będzie inaczej, Wulfgar bowiem słynął ze swojej 

nienawiści do wikingów i chwalił się, Ŝe walczył kiedyś oko w oko z samym 

Ragnarem.

- A więc co mamy teraz robić?

- Zgodnie z rozkazem króla Edmunda kaŜdy wolny obywatel East Anglii zdolny 

do noszenia broni ma stawić się w Norwich. KaŜdy męŜczyzna mający więcej niŜ 

piętnaście i mniej niŜ pięćdziesiąt wiosen. W ten sposób będziemy mogli 

przeciwstawić im nasze siły.

- A ilu ich tu przybyło? - spytał jeden z bogatych właścicieli ziemskich stojących 

w pierwszym rzędzie.

- Trzy setki statków.

- Ilu to daje ludzi?

- Na kaŜdym statku mają zazwyczaj trzy tuziny wioślarzy - odparł niechętnie 

królewski herold. Wiedział, Ŝe jest to sprawa draŜliwa. Kiedy kmiotki zorientują się 

przeciw jakiej potędze mają stanąć, cięŜko będzie ich ruszyć z miejsca. Nie miał 

jednak wyboru, musiał powiedzieć prawdę.

W pomieszczeniu zaległa cisza. Pierwszy odezwał się Shef.

- Trzy setki statków i trzy tuziny wioślarzy to daje razem dziewięćset tuzinów. 

Dziesięć tuzinów to ponad setka ludzi, musi więc tam być więcej niŜ dziesięć tysięcy 

wojowników - skończył oszołomiony tym odkryciem.

- Nie jesteśmy w stanie ich pokonać - rzekł Wulfgar stanowczo, odwracając 

wzrok od swego pasierba. - Musimy złoŜyć im daninę.

Cierpliwość Edricha wyczerpała się nagle.

- To rzecz króla Edmunda podejmować decyzje. Poza tym zapłacimy mniej jeśli 

zobaczą, Ŝe moŜemy przeciwstawić im równe siły. Nie jestem tu jednak po to, aby 

słuchać waszych rad. Przynoszę rozkazy, które macie wypełnić. Dotyczy to w 

równym stopniu was, co kaŜdej osady od Ely, aŜ po Wisbech. Z rozkazu króla 

wszyscy mają zebrać się tutaj, a jutro wyruszyć do Norwich. KaŜdy obywatel Emneth 

zdolny do słuŜby wojskowej powinien stawić się na rozkaz, w przeciwnym razie 

spotka go kara. To są rozkazy, którym podlegam na równi z wami - urwał i spojrzał w 

stronę strapionych ludzi. - Obywatele Emneth, co wy na to?

- Jesteśmy gotowi! - wykrzyknął Shef odruchowo.

background image

- On nie jest wolnym obywatelem - warknął stojący obok ojca Alfgar.

- To jakim prawem tu się znalazł! Czy wam, ludzie, nie brakuje czasem 

rozsądku?

Słowa Edricha zginęły w niechętnym pomruku, jaki wydarł się z sześćdziesięciu 

gardeł i oznaczał podporządkowanie się rozkazom króla.

W obozie wikingów rzeczy miały się zupełnie inaczej. Tutaj decyzje podejmowali 

czterej synowie Ragnara, a oni znali się tak dobrze, Ŝe nie potrzebowali długo 

dyskutować.

- W końcu nam zapłacą - rzekł Ubbi. Zarówno on, jak Halvdan przypominali 

bardzo swoich rycerzy, tak fizycznie, jak i z temperamentu. Choć Halvdan był 

młodszy od brata, obaj byli jednakowo potęŜni i niebezpieczni. Z takimi ludźmi nie 

moŜna Ŝartować.

- Musimy zadecydować teraz - mruknął Halvdan.

- Kogo więc wybieramy? - spytał Sigurth.

MęŜczyźni zastanawiali się przez chwilę. Potrzebowali kogoś, kto sprostałby 

zadaniu, kogoś doświadczonego, a jednocześnie kogoś, kogo mogliby utracić bez lęku 

o dalsze losy kampanii.

- Sigvarth - rzekł wreszcie Ivar. Jego twarz nawet się nie poruszyła a 

przeźroczyste oczy nadal wpatrywały się w niebo. Wypowiedział tylko jedno słowo, 

nie była to jednak sugestia, lecz odpowiedź na zadane pytanie. On, którego zwano 

Soplem Lodu, nigdy nie wysuwał sugestii. Jego bracia rozwaŜyli i zaakceptowali ten 

wybór.

- Sigvarth! - wykrzyknął Sigurth WęŜowe Oko.

Sigvarth, jarl Małych Wysp, siedział kilka jardów dalej i grał w kości. Zęby 

zademonstrować swoją niezaleŜność najpierw wykonał rzut, później jednak podniósł 

się posłusznie i podszedł do wodzów.

- Wywołałeś moje imię, Sigurcie.

- Masz pięć statków? Dobrze. Pomyśleliśmy, Ŝe Anglicy i ich mały król Edmund 

chcą wciągnąć nas w głupie gierki. Opierają się, próbują targować. To niedobrze. 

Chcemy Ŝebyś pojechał i pokazał im, z kim mają do czynienia. Zabierz swoje statki i 

popłyń w górę, wzdłuŜ wybrzeŜa, a dalej skieruj się na zachód. Wejdziesz w głąb lądu 

i narobisz tyle spustoszenia, ile będziesz mógł, spal kilka wiosek. PokaŜ im, co moŜe 

się stać, kiedy nas sprowokują. Wiesz, co masz robić.

- Tak, robiłem to juŜ nieraz - Sigvarth zawahał się. - A co ze zdobyczami?

- Wszystko, co zdobędziesz jest twoje. Ale wiedz, Ŝe nie chodzi tutaj o łupy. 

Masz zrobić coś, co będą pamiętać. Postępuj tak, jak postąpiłby Ivar.

Jarl uśmiechnął się niepewnie, jak większość ludzi, kiedy słyszeli imię Ivara 

background image

Ragnarssona.

- Gdzie chcesz wylądować? - spytał Ubbi.

- W miejscu zwanym Emneth. Byłem tam kiedyś. Znalazłem sobie miłą gąseczkę.

Uśmiech jarla zbladł pod spojrzeniem Ivara. Nie spodobała mu się odpowiedź 

Sigvartha. Nie po to przydzielono mu misję, aby powtórzył młodzieńcze eskapady. To 

nie było godne wojownika. Ivar nie myślał nawet z nim dyskutować.

Zapanowała chwila oczekiwania, wreszcie Ivar skierował wzrok na kogoś innego. 

Bracia wiedzieli, Ŝe Sigvarth nie jest najlepszym wojownikiem, był to zresztą jeden z 

powodów, dla którego właśnie jego wybrali.

- Wykonaj zadanie i nie zaprzątaj sobie głowy drobiem - rzekł w końcu Sigurth i 

dał jarlowi znak, Ŝeby się oddalił.

Trzeba jednak przyznać, Ŝe Sigvarth znał swe rzemiosło. Dwa dni później o 

samym świcie pięć jego statków Ŝeglowało juŜ ostroŜnie w kierunku ujścia rzeki 

Ouse. Po godzinie fala przypływu zaniosła ich tak daleko w głąb lądu, jak tylko było 

to moŜliwe bez naraŜania kilów. Statki zostały ukryte, a oddział wyruszył na 

rozpoznanie.

Najmłodszy i najszybszy z ludzi Sigvartha znalazł niewielką stadninę. 

Wikingowie zaszlachtowali stajennego, zabrali konie i w blasku porannego słońca 

wjechali na bagnistą ścieŜkę, która miała ich doprowadzić do celu.

Stu dwudziestu wojowników jechało w zwartym szyku. Trzymali się razem, bez 

zwiadowców i tylnej osłony. Wiedzieli, Ŝe sprzyja im zarówno niemała siła, jak i 

moŜliwość zaskoczenia przeciwnika. Kiedy na ich drodze pojawiała się wioska albo 

jakieś zabudowania gospodarcze, oddział zatrzymywał się na chwilę, a lŜejsi jeźdźcy 

otaczali teren nie pozwalając wymknąć się nikomu, kto mógłby podnieść alarm w 

całej okolicy. Potem oddział ruszał do ataku. Rozkaz był ten sam za kaŜdym razem, 

tak prosty, Ŝe Sigvarth nie trudził się nawet, Ŝeby go powtarzać.

Zabijali kaŜdą napotkaną osobę: męŜczyzn, kobiety, dzieci, nawet niemowlęta w 

kołyskach. Czynili to bez zadawania jakichkolwiek pytań, szybko i sprawnie. Potem 

znowu dosiadali koni i jechali dalej, nie zabierając łupów. Zawsze jednak, trzymając 

się najsurowszego z rozkazów, unikali ognia.

Nie minął dzień, a w środku spokojnej angielskiej okolicy wycięty został korytarz 

ś

mierci. Jeśli ktoś trafił do jakiejś wioski po przejeździe wikingów, dziwił się, Ŝe nie 

widzi sąsiadów, Ŝe brakuje koni, wreszcie odkrywał leŜące w polu trupy. Wtedy 

dopiero zaczynały bić na alarm kościelne dzwony. Lecz najeźdźcy byli juŜ zazwyczaj 

daleko, a w kolejnych, leŜących na ich szlaku wioskach nikt nie miał najmniejszego 

pojęcia o nadciągającym niebezpieczeństwie.

Odział z Emneth wyruszył tamtego dnia znacznie później niŜ ludzie Sigvartha. 

background image

Najpierw czekano na ociągające się druŜyny z Upwell i Outwell i kilku odleglejszych 

jeszcze rejonów. Później zamoŜniejsi posiadacze ziemscy zaczęli się ze sobą witać i 

przekazywać sobie wyrazy szacunku. Wreszcie Wulfgar zdecydował, Ŝe nie mogą 

wyruszyć z pustymi Ŝołądkami i popisując się hojnością zaprosił wszystkich na grzane 

wino. Tak więc, kiedy oddział liczący sobie stu pięćdziesięciu uzbrojonych jeźdźców 

wyruszył w końcu w drogę, słońce stało juŜ wysoko na niebie. Nawet wtedy dołączali 

jednak do nich maruderzy, których zatrzymał bądź pęknięty popręg, bądź chęć 

złoŜenia ostatniej wizyty ukochanej. Oddział jechał bez specjalnych środków 

ostroŜności, nie spodziewając się Ŝadnych niebezpieczeństw. Obecności wikingów 

domyślili się dopiero wtedy, gdy wyjeŜdŜając zza zakrętu zobaczyli przed sobą zwartą 

kolumnę wojowników.

Shef jechał zaraz za grupą dowodzących oddziałem moŜnych panów. Trzymał się 

tak blisko Edricha, jak tylko się mógł odwaŜyć. Fakt, Ŝe odwaŜył się przemówić w 

trakcie narady zyskał mu uznanie tego dostojnego rycerza. Wiedział, Ŝe dopóki Edrich 

jest blisko, nikt nie odeśle go na tył kolumny.

Shef dostrzegł wikingów w tym samym momencie, co wszyscy i usłyszał 

przeraŜone okrzyki wodzów.

- Kim są ci ludzie?

- To wikingowie!

- Nie, to niemoŜliwe. PrzecieŜ są teraz w Suffolk. WciąŜ prowadzimy negocjacje.

- A jednak to wikingowie! A teraz, baranie głowy, zdejmujcie z koni swoje grube 

tyłki i przygotujcie się do bitwy. Wy takŜe, zsiadać, zsiadać! Konie dawajcie do tyłu. 

Zdejmujcie tarcze i formujcie szyk!

Edrich jeździł wokół przeraŜonych ludzi i wykrzykiwał głośno rozkazy. W końcu 

wszyscy zdali sobie sprawę z powagi sytuacji. Zeskakiwali na ziemię i gorączkowo 

przygotowywali broń i tarcze. Potem, w zaleŜności od indywidualnych inklinacji, 

okazując tchórzostwo albo brawurę, wojownicy kierowali się na przód, bądź na sam 

tył bojowego szyku.

Shef nie przygotowywał się zbyt długo, był najbiedniejszym wojownikiem w całej 

kolumnie. Puścił wolno kuca, którego poŜyczył mu ojczym, odpiął z pleców 

drewnianą tarczę i przygotował swój jedyny oręŜ. Za zbroję słuŜył mu skórzany, 

niemiłosiernie podziurawiony kaftan. Zajął pozycję tuŜ za Edrichem. Jego gardło 

ś

cisnęło podniecenie, umysł zaś rozpalała ciekawość. Jak walczą wikingowie? Co 

stanowi istotę walki?

Sigvarth ogarnął całą sytuację w tej samej chwili, kiedy ujrzał przed sobą 

pierwszych jeźdźców. Unosząc się w siodle krzyknął komendę w stronę jadących za 

nim wojowników. Kolumna rozsypała się natychmiast i wszyscy zeskoczyli z koni. 

Część ludzi odprowadziła zwierzęta w bezpieczne miejsce i uŜywając wodzy, 

background image

przywiązała je do wbitych w ziemię kołków. Kiedy rozkaz został wykonany, 

przyłączyli się do innych formując rezerwę.

Wojownicy, którzy pozostali na miejscu, zatrzymali się na krótką chwilę. 

Niektórzy stali w milczeniu, inni ukucnęli, aby poprawić buty, jeszcze inni 

zaspokajali pragnienie. Nagle wszyscy jednocześnie zaczęli wyjmować tarcze, 

mocować drzewca do włóczni i toporów, poluzowywać miecze. Następnie na rozkaz 

Sigvartha utworzyli szyk bojowy w kształcie strzały wycelowanej prosto w oddział 

Anglików. Na czele stanął sam Sigvarth, a za nim jego syn Hjorvarth. Przewodził on 

grupie dwunastu zbrojnych, którzy mieli dostać się na tyły wroga w momencie, kiedy 

linia obronna zostanie przerwana. Ich zadaniem było uniemoŜliwienie Anglikom 

odwrotu i doszczętne rozgromienie ich oddziałów.

Naprzeciwko Anglicy ustawili się w poprzek drogi w potrójnym, miejscami 

poczwórnym szyku. Problem, jaki stwarzały konie rozwiązali w ten sposób, Ŝe 

porzucili zwierzęta, pozwalając aby na nich czekały bądź pokłusowały w nieznane. 

Pomiędzy końmi ukryło się teŜ kilku męŜczyzn, którzy po cichu cofnęli się na koniec 

kolumny, ale tylko kilku. Po ciągnących się od trzech pokoleń najazdach i wojnach, 

było wśród Anglików duŜo wzajemnej urazy, którą odpłacali sobie na róŜne sposoby, 

tak jednak, aby nie narazić przy tym na pośmiewisko sąsiadów. Ci, którzy uwaŜali, Ŝe 

pozycja ich do tego upowaŜnia, nie szczędzili pozostałym okrzyków zachęty, 

zagrzewając wszystkich do walki. Nikt nie wydawał juŜ jednak rozkazów. 

Rozglądając się wokół, Shef, który znalazł się tuŜ za linią doskonale uzbrojonej 

szlachty, poczuł się osamotniony. Kiedy ostrze bojowego szyku wikingów zbliŜało się 

do angielskiej linii, rycerze nieświadomie rozstąpili się nieco na obie strony. Pozostali 

tylko najbardziej zdecydowani i oni właśnie przyjęli na siebie pierwsze uderzenie. 

JeŜeli Wulfgarowi i jego kompanom nie udałoby się powstrzymać natarcia, 

oznaczałoby to rychły koniec bitwy. Szyk klinowy uwaŜany był za wynalazek 

skandynawskiego boga wojny.

Ze strony Anglików zaczęły sypać się włócznie. Niektóre spadały za blisko, inne 

zatrzymywały się na tarczach wroga. Nagle wikingowie przyspieszyli gwałtownie i 

truchtem natarli na pierwszą linię. Tym razem grad oszczepów posypał się w środek 

angielskiego szyku. Shef ujrzał, jak Edrich zręcznie uchyla się przed nimi i broni 

tarczą. Kilka kroków dalej jeden z moŜnych osłaniał właśnie tarczą brzuch, kiedy 

kolejny oszczep przeszył mu gardło. Inny z rycerzy klął głośno próbując oswobodzić 

tarczę od tkwiących w niej trzech włóczni. Zanim mu się to udało, klin przerwał 

angielską linię.

Przed sobą widział teraz Shef wodza wikingówktóry wymierzał cios 

Wulfgarowi. Anglik zdołał przyjąć uderzenie na tarczę, zadając jednocześnie cięcie 

background image

pałaszem. Wiking uchylił się i zaatakował ponownie wkładając w uderzenie całą siłę. 

Raz jeszcze Wulfgarowi udało się odparować cios. Miecze z brzękiem zwarły się ze 

sobą, lecz Anglik stracił juŜ równowagę. Sigvarth, obracając ostrze, uderzył 

rękojeścią w twarz Wulfgara i pchnął go do tyłu nacierając tarczą. Kiedy 

przygotowywał się do zadania ostatecznego cięcia, wyskoczył na niego Shef.

Mimo potęŜnych rozmiarów wiking był zaskakująco szybki. Uskoczył do tyłu i 

wymierzył cios w pozbawioną hełmu głowę chłopca. Na podstawie krótkiej 

obserwacji przebiegu walki Shef zdał sobie juŜ sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, 

wszystkie czynności powinny być wykonywane przy uŜyciu całej siły, nie ma tu 

miejsca na półśrodki. Chłopiec wziął to pod uwagę odparowując cios Sigvartha. Po 

drugie, w walce nie ma miejsca na przerwy pomiędzy kolejnymi uderzeniami. Kiedy 

wiking zaatakował ponownie, Shef był juŜ na to przygotowany. Tym razem udało mu 

się podbić miecz wroga do góry. Usłyszał przy tym brzęk i ostry trzask, kiedy ostrze 

pękło i jego fragment poszybował nad głową chłopca. To nie moje! - pomyślał 

uradowany Shef i złoŜył się do tryumfalnego ataku.

Ktoś pociągnął go jednak gwałtownie do tyłu. Był to Edrich, który krzyczał mu 

coś do ucha. Shef rozejrzał się wokół i dostrzegł, Ŝe w czasie gdy walczył z ich 

wodzem, reszta wikingów zdąŜyła juŜ wedrzeć się głęboko w angielskie szyki. Pół 

tuzina angielskich wielmoŜów leŜało na ziemi, a Wulfgar cofał się w popłochu 

atakowany przez kilkunastu wikingów. W pewnej chwili męŜczyzna pochwycił 

spojrzenie chłopca.

- Uciekaj! - krzyczał Edrich. - Jesteśmy pobici. Nic juŜ się nie da zrobić. Uciekaj, 

moŜe uda nam się ocalić Ŝycie.

- Ale mój ojciec!... - krzyknął Shef.

- Za późno, juŜ go powalili.

Była to prawda. Wulfgar otrzymał właśnie potęŜny cios w hełm i runął do przodu 

prosto pod nadciągającą falę wikingów. Edrich wiedział, Ŝe za chwilę mogą odciąć im 

moŜliwość ucieczki. Chwycił chłopca za kołnierz i pociągnął za sobą.

- Przeklęci głupcy. Niewyszkolona zgraja. Czego się zresztą spodziewać? Bierz 

konia, chłopcze.

Wkrótce Shef cwałował juŜ tą samą drogą, która przywiodła go do wikingów. 

Jego pierwsza bitwa była skończona. Uciekał stamtąd niedługo po tym, jak zadany 

został pierwszy cios.

background image
background image

Rozdział czwarty

Rosnące na krawędzi mokradeł trzciny poruszały się delikatnie na porannym 

wietrze. Musieli iść dalej, więc Shef usiłował rozeznać się w okolicy. Po wikingach 

nie było juŜ śladu. Chłopak wrócił na osłoniętą drzewami suchą wysepkę, gdzie 

obozowali ostatniej nocy. Edrich zajadał właśnie zimne pozostałości ich wspólnej 

biesiady. Widząc chłopca wytarł zatłuszczone palce w trawę i podniósł pytająco brwi.

- Nic nie widać - rzekł Shef. - Cisza. śadnego dymu.

Opuścili pole bitwy, wiedząc, Ŝe jest juŜ przegrana. Chcieli ocalić Ŝycie. Nie było 

pościgu, ale dla pewności porzucili konie i na własnych nogach przedarli się przez 

mokradła. Ostatnia noc była dla Shefa przyjemnym ukojeniem. Myślał o tym teraz z 

mieszanymi uczuciami. Po raz pierwszy nie miał przed sobą Ŝadnej pracy do 

wykonania, Ŝadnych zobowiązań. Jego jedynym obowiązkiem było ukrywać się, nie 

dać się odnaleźć.

Na wysepce udało im się wznieść trzcinowy szałas, a w zawiesistej wodzie łatwo 

było złapać węgorze. Edrich, po chwili wahania zdecydował, Ŝe mogą rozpalić 

ognisko. Wikingowie mieli teraz co innego do roboty niŜ przeszukiwać bagna z 

powodu jakiejś smuŜki dymu. Zresztą zanim jeszcze zapadł zmierzch, moŜna było i 

tak zobaczyć pełno dymów w róŜnych stronach okolicy.

- Najeźdźcy wracają do siebie - rzekł Edrich. - Kiedy się wycofują, przestają 

zwracać uwagę na ostroŜność.

- Panie, czy uciekałeś juŜ kiedy z pola bitwy? - spytał Shef ostroŜnie.

- Wiele razy - odparł szczerze Edrich. - I nie nazywaj tego bitwą, to była zwykła 

potyczka. Uciekałem często, a gdyby robili tak wszyscy, mielibyśmy mniej zabitych. 

Nie tracimy tak wielu ludzi w równej walce, ale kiedy wikingom uda się przebić, 

zaczyna się zwyczajna rzeź. Przez chwilę sam się nad tym zastanów. KaŜdy, kto 

ujdzie cało, moŜe stanąć do walki nawet następnego dnia. Kłopot w tym - Edrich 

uśmiechnął się kwaśno - Ŝe im częściej się to zdarza, tym mniej ludzi ma ochotę 

spróbować po raz kolejny. Tracą ducha. Wczoraj przegraliśmy, bowiem nikt nie był 

przygotowany, ani fizycznie, ani wewnętrznie. JeŜeli jedną dziesiątą czasu, którą 

background image

poświęcą teraz na rozpaczanie, poświęciliby wcześniej na przygotowania, nie byłoby 

mowy o poraŜce. - Edrich zamyślił się na chwilę. - A teraz pokaŜ mi swój miecz. 

Wygląda jak jakieś narzędzie rolnicze - zauwaŜył obracając w dłoniach ostrze. - W 

kaŜdym razie nie jak prawdziwa broń. Widziałem jednak, jak pękło na tym ostrze 

wikinga. Jak to moŜliwe?

- To dobre ostrze - odparł Shef. - MoŜe nawet najlepsze w Emneth. Zrobiłem je 

sam, wykułem z Ŝelaznych łup, które przywieźli nam z Południa. Lecz jest tam teŜ 

warstwa twardej stali. Pewien tan z March dał mi kilka grotów od włóczni jako 

zapłatę za robotę, którą dla niego wykonałem. Przetopiłem je wszystkie, a potem 

połączyłem stal z Ŝelazem i wykułem ostrze. śelazo jest jego spoiwem, a stal daje mu 

siłę.

- Lecz mimo całej tej pracy ostrze jest krótkie i jednosieczne, a rękojeść zrobiona 

ze zwykłej kości. Poza tym pozwoliłeś, aby zamokło i rdzewiało.

- Gdybym chodził po Emneth z prawdziwym połyskującym w słońcu oręŜem przy 

boku, jak sądzisz, czy długo bym się nim cieszył? Rdzy jest tylko tyle, aby zmienić 

kolor ostrza, postarałem się, by nie sięgnęła głębiej.

- No właśnie, jest jeszcze jedno pytanie, które chciałbym ci zadać. Młody tan 

powiedział, Ŝe nie jesteś wolnym człowiekiem. Wygląda jakbyś się ukrywał. W czasie 

potyczki nazwałeś jednak Wulfgara ojcem. Jest w tym jakaś zagadka. Świat pełen jest 

bękartów. Rzecz to wiadoma, Ŝe tanowie mają nieprawych synów, nikt jednak nie 

próbuje uczynić z nich niewolników.

Shef spotykał się juŜ z tym pytaniem wiele razy. W innych okolicznościach na 

pewno by na nie nie odpowiedział, ale teraz, na tej wyspie wśród moczarów, gdy 

rozmawiał jak równy z równym z tanem króla Edmunda, słowa popłynęły same.

- On nie jest mym ojcem, choć go tak nazywam. Osiemnaście wiosen temu 

wikingowie najechali naszą osadę. Wulfgara nie było wtedy w domu, została tylko 

moja matka, lady Thryth, ze swoim nowo narodzonym synem Alfgarem, moim 

przyrodnim bratem. W noc kiedy przybyli wikingowie, słuŜącemu udało się zabrać 

Alfgara w bezpieczne miejsce. Moja matka została jednak pojmana.

Edrich pokiwał głową. Wszystko to znał aŜ za dobrze, znał cały mechanizm, 

przynajmniej wtedy gdy w grę wchodził ktoś z pozycją. MąŜ mógł się spodziewać, Ŝe 

po krótkim czasie dostanie wiadomość z jakiegoś targu niewolników w Hedeby czy 

Kaupang, Ŝe taka a taka pani jest do odkupienia za określoną sumę. JeŜeli takiej 

informacji nie otrzymał, mógł uznać się za wdowca i ponownie oŜenić, przekazując 

srebrne bransolety kolejnej kobiecie, która wychowa mu syna. Przyznać trzeba, Ŝe 

czasem taką sielankę przerywało po latach pojawienie się jakiejś zniszczonej 

starowiny, której udało się wreszcie powrócić do domu. Rzadki to jednak przypadek, 

zresztą i tak nie wyjaśniałby on wcale zagadki młodzieńca, którego Edrich miał przed 

background image

sobą.

- Moja matka powróciła po kilku tygodniach. Była w ciąŜy. Przysięgała, Ŝe moim 

ojcem jest sam jarl wikingów. Kiedy przyszedłem na świat chciała nazwać mnie 

Halfden, poniewaŜ jestem w połowie Duńczykiem, lecz Wulfgar przeklął ją za to. 

Powiedział, Ŝe Halfden to imię bohatera, króla, od którego wywodzi się ród 

Shieldingów, a oni z kolei dali początek panującym dynastiom w Anglii i Danii. To 

nie było imię dla mnie, nazwali mnie więc Shef, tak jak zwykłego psa.

Młodzieniec spuścił oczy.

- I dlatego właśnie mój ojczym tak mnie nienawidzi i chce uczynić niewolnikiem, 

dlatego mój przyrodni brat, Alfgar, opływa we wszystko, podczas gdy ja jestem 

biedakiem.

Shef nie opowiedział jednak całej historii. Nie powiedział, Ŝe Wulfgar naciskał na 

Ŝ

onę, aby pozbyła się płodu i zabiła siedzące w jej łonie dziecko gwałciciela. Nie 

wspomniał, Ŝe dopiero interwencja ojca Andreasa ocaliła mu Ŝycie, ksiądz bowiem 

ostro potępił grzech dzieciobójstwa, nawet w przypadku dziecka wikinga. Nie 

powiedział takŜe, Ŝe Wulfgar w przypływie gniewu i zazdrości wziął sobie konkubinę 

i spłodził z nią piękną Godivę, tak Ŝe było ich w końcu troje: Alfgar - syn prawowity, 

Godiva - córka Wulfgara i niewolnicy oraz Shef - syn lady Thryth i wikinga.

Edrich oddał chłopcu miecz. Historia wciąŜ wydawała mu się tajemnicza. Jak to 

moŜliwe, Ŝe tej kobiecie udało się uciec? Handlarze niewolników nie są zazwyczaj 

tak beztroscy.

- Jak zwał się ten jarl? - spytał po chwili. - Twój...

- Mój ojciec? Matka mówiła, Ŝe zwie się Sigvarth. Jest jarlem Małych Wysp, 

gdziekolwiek się one znajdują.

Chwilę jeszcze siedzieli w milczeniu, a potem ułoŜyli się do snu.

Było juŜ późno, kiedy Shef i Edrich wyszli ostroŜnie z szuwarów, a przed ich 

oczami ukazały się ruiny Emneth.

Wszystkie budynki zostały spalone, z niektórych zostały tylko stosy popiołów, z 

innych stosy poczerniałych belek. Spłonęło domostwo Wulfgara, kościół, kuźnia, 

wszystko. Widać było kilkoro ludzi, którzy chodzili bez celu wokół ruin, grzebiąc w 

popiołach.

Kiedy weszli do wioski, Shef zagadnął jedną z ocalałych, w której rozpoznał 

słuŜącą swej matki.

- Trudo, powiedz mi, co się tu stało.

Kobieta zadrŜała na całym ciele i spojrzała na niego z przeraŜeniem. 

Przypatrywała się jego tarczy i mieczowi dziwiąc się, Ŝe stoi przed nią Ŝywy, nawet 

nie draśnięty.

background image

- Lepiej... lepiej pójdź zobaczyć się z matką.

- Czy ona wciąŜ tu jest? - Shef poczuł przypływ nadziei. MoŜe odnajdzie takŜe 

innych. Czy udało się uciec Alfgarowi i Godivie?

MęŜczyźni podąŜyli za kobietą, która utykała niezdarnie.

- Dlaczego ona chodzi w ten sposób? - szepnął Shef.

- Zgwałcona... - odparł krótko Edrich.

- Ale... ale ona nie była dziewicą.

- Gwałt to coś innego. Czterech męŜczyzn ciągnie kobietę na wszystkie strony, a 

piąty sobie dogadza. Wszyscy są podnieceni, zrywają ścięgna, czasem nawet łamią 

kości. Najgorzej, kiedy kobieta próbuje się wyrywać.

Shef pomyślał znów o Godivie i zacisnął pieści tak mocno, aŜ zbielały palce. 

Zrozumiał, Ŝe nie tylko męŜczyznom przyszło płacić za przegraną bitwę.

Dalej szli juŜ w milczeniu. Truda prowadziła ich do szałasu zbudowanego z 

nadpalonych belek i przykrytego starymi deskami. Szepnęła coś zaglądając do środka, 

a po chwili zaprosiła ich, aby weszli.

W środku, na posłaniu zrobionym ze starych worków, leŜała lady Thryth. Wyraz 

cierpienia na twarzy oraz dziwaczny sposób, w jaki była ułoŜona świadczyły o tym, Ŝe 

przeszła to samo, co Truda. Shef ukląkł przy niej i dotknął ramienia.

- Nie było ostrzeŜenia, nie mieliśmy czasu, aby się przygotować - wyszeptała 

zbolałym głosem. - Nie wiedzieliśmy co robić. Te świnie przyjechały tu zaraz po 

bitwie. Otoczyli nas, zanim ktokolwiek się zorientował.

Kobieta skręciła się z bólu i zamilkła. W jej oczach czaiła się pustka.

- To bestie. Zabili kaŜdego, kto próbował się bronić. Potem zebrali nas przed 

kościołem. Wtedy zaczęło padać. Najpierw wybrali młode i ładne dziewczęta oraz 

niektórych chłopców. Przeznaczyli ich na sprzedaŜ jako niewolników. A potem... 

Potem przyprowadzili swoich jeńców i... - kobieta zasłoniła oczy, jej głos zaczął się 

załamywać.

- Kazali nam patrzeć...

Jej słowa utonęły w szlochu. Chwilę leŜała bez ruchu, wreszcie drgnęła, jakby 

przypomniała sobie nagle coś waŜnego. Ścisnęła wtedy rękę chłopca i po raz pierwszy 

spojrzała mu prosto w oczy.

- Wiesz, Shef, to był on! Ten sam, co poprzednio.

- Jarl Sigvarth? - spytał w napięciu Shef.

- Tak. Twój... twój...

- Jak on wyglądał? Czy był wysoki i ciemnowłosy, z białymi zębami?

- Tak, miał złote bransolety na całym ramieniu.

Shef przywołał z pamięci obraz stoczonej na drodze walki, szczęk pękającego 

oręŜa i moment, kiedy gotował się do decydującego pchnięcia. Czy to moŜliwe, Ŝe 

background image

sam Bóg uchronił go przed straszliwym grzechem? Lecz jeśli to prawda, co w takim 

razie Bóg porabiał potem?

- Czy on nie mógł cię obronić, matko?

- Nawet nie próbował - odparła Thryth panując nad swym głosem. - Kiedy złamali 

szereg po tym... po tym przedstawieniu, powiedział im, Ŝe mogą do woli plądrować i 

uŜywać Ŝycia, mają jednak skończyć, gdy usłyszą głos rogu. Niewolnicy zostali 

związani i odprowadzeni na bok, ale reszta z nas, Truda, ja i inne kobiety, byłyśmy po 

prostu podawane z rąk do rąk.

- Shef, ja wiem, Ŝe on mnie rozpoznał! I pamiętał kim jestem. Lecz kiedy go 

błagałam, Ŝeby przynajmniej zostawił mnie dla siebie, zaśmiał się tylko. Powiedział... 

powiedział, Ŝe teraz juŜ jestem starą gęsią, nie Ŝadną gąską, a gęsi powinny sobie 

same radzić. Zwłaszcza gęsi, które kiedyś miały ochotę sobie odfrunąć. Tak więc 

potraktowali mnie jak Trudę, gorzej nawet, gdyŜ byłam damą, a dla niektórych z nich 

stanowiło to dodatkową rozrywkę - jej twarz wykrzywił grymas gniewu i nienawiści, 

przez chwilę zapomniała nawet o bólu. - Ale zdąŜyłam mu powiedzieć, Shef. 

Powiedziałam, Ŝe ma syna i Ŝe ten syn kiedyś go odnajdzie i zabije!

- Prawie mi się to udało, matko - odparł Shef i zawahał się. Dręczyło go jeszcze 

jedno pytanie, lecz ubiegł go Edrich.

- A co właściwie mieliście oglądać, pani?

Oczy Thryth znowu wypełniły się łzami. Nie mogąc wydobyć głosu przywołała 

ręką swoją słuŜącą.

- Chodźcie za mną - rzekła Truda - pokaŜę wam, jak wygląda miłosierdzie 

wikingów.

MęŜczyźni wyszli z szałasu i podąŜyli za nią w poprzek pogorzeliska w stronę 

kolejnego naprędce zbitego szałasu. Przy wejściu stała niewielka grupka ludzi. Co 

pewien czas ktoś wchodził do środka, a po chwili wychodził pospiesznie. Trudno było 

odczytać rysujące się na twarzach tych ludzi uczucia. Smutek? Gniew? W większości 

przypadków był to chyba po prostu zwyczajny strach.

Wewnątrz szałasu stał koński Ŝłób do połowy wypełniony sianem. Shef rozpoznał 

od razu jasne włosy Wulfgara i jego brodę, ale twarz, którą ujrzał była twarzą trupa: 

blada, stęŜała, z wystającymi kośćmi. Wulfgar Ŝył jednak.

Przez moment Shef nie mógł zrozumieć tego, co ujrzał. Jak Wulfgar mógł leŜeć 

w Ŝłobie? Był za wysoki. Miał jakieś sześć stóp wzrostu, a Ŝłób, Shef wiedział o tym 

aŜ za dobrze, z własnego doświadczenia, był długości niecałych pięciu stóp... Coś tu 

się nie zgadzało.

Coś było nie tak z nogami Wulfgara. Jego kolana sięgały końca Ŝłobu, a potem 

były juŜ tylko niezdarnie zawiązane i poplamione krwią bandaŜe. Shef poczuł silny 

odór rozkładu i spalenizny.

background image

Z rosnącym przeraŜeniem ujrzał, Ŝe Wulfgar nie ma takŜe rąk. Kikuty, które mu 

zostały, leŜały skrzyŜowane na piersiach, bandaŜe zaczynały się na wysokości łokci.

- Przyprowadzili go i ustawili naprzeciw nas - mruknął ktoś z tyłu. - UłoŜyli go na 

klocu drewna i po kolei obcięli toporem ręce i nogi. Nogi najpierw. Za kaŜdym razem 

przypalali pozostały kikut rozpalonym do czerwoności Ŝelazem, Ŝeby nie umarł z 

upływu krwi. Z początku przeklinał ich i usiłował się bronić, lecz później zaczął 

błagać, aby pozostawili mu chociaŜ jedną rękę, tak, Ŝeby mógł przynajmniej 

samodzielnie jeść. Wyśmiali go. Ten wysoki, jarl, powiedział, Ŝe zostawią mu całą 

resztę. Mówił, Ŝe pozostawią mu oczy, aby mógł oglądać ponętne kobiety, oraz jądra, 

aby mógł ich poŜądać. Ale nigdy juŜ nie będzie mógł zdjąć spodni, nigdy więcej.

Nie będzie w stanie nic dla siebie zrobić, pomyślał Shef. Zupełnie uzaleŜniony od 

innych, począwszy od jedzenia, a na sikaniu kończąc.

- Zrobili z niego „heimnara” - rzekł Edrich, posługując się norweskim 

określeniem - Ŝywego trupa. Słyszałem juŜ o tym, ale nigdy jeszcze nie widziałem na 

własne oczy. Nie zamartwiaj się jednak, chłopcze. Infekcja, ból, utrata krwi. Długo 

nie poŜyje.

Nagle nieruchome oczy otwarły się szeroko i spojrzały z jawną wrogością na 

Shefa i Edricha. Spomiędzy wyschniętych warg dobiegł do nich cichy szept, brzmiący 

niczym syk węŜa.

- Zbiegowie. Uciekłeś i zostawiłeś mnie, chłopcze. Będę ci to pamiętał. A ty, 

królewski tanie... Przyjechałeś, zebrałeś nasze siły i poprowadziłeś do walki. Gdzie 

jednak byłeś, kiedy walka dobiegła końca? Nie bójcie się, poŜyje jeszcze 

wystarczająco długo, aby wziąć odwet na was obu. Nie zapomnę teŜ o twoim ojcu, 

chłopcze. Nie powinienem był opiekować się jego pomiotem, ani przyjmować z 

powrotem jego dziwki.

Oczy zamknęły się, a głos ucichł. Shef i Edrich w milczeniu wyszli z szałasu. Na 

dworze znów zaczęło mŜyć.

- Nie rozumiem - rzekł Shef - dlaczego oni to zrobili?

- Tego i ja, przyznam, nie pojmuję. Coś ci jednak powiem. Kiedy król Edmund o 

tym usłyszy, wpadnie w furię. Najazd i mord w czasie rozejmu, to juŜ rzecz normalna, 

ale coś takiego... Zrobić coś takiego jego człowiekowi, jego dawnemu druhowi. 

Będzie miał umysł podzielony dwiema myślami. Z jednej strony chciał będzie 

uchronić swych ludzi przed czymś takim, z drugiej jego honor podpowie mu zemstę. 

To będzie trudna decyzja. Czy pojedziesz teraz ze mną, chłopcze? - Edrich spojrzał na 

Shefa. - Muszę zawieźć mu wieści. Nie jesteś tutaj wolnym człowiekiem, ale widać 

od razu, Ŝe z ciebie wojownik. Nic tu teraz po tobie. Jedź ze mną, będziesz moim 

sługą, a później znajdziemy dla ciebie odpowiednią broń i ekwipunek. JeŜeli 

potrafiłeś walczyć wystarczająco dobrze, aby powstrzymać wielkiego jarla, król 

background image

weźmie cię do swej druŜyny. Nie ma znaczenia, kim byłeś w przeszłości.

Naprzeciw wyszła im lady Thryth podpierając się z wysiłkiem na kiju. Shef zadał 

jej w końcu pytanie, które nie dawało mu spokoju odkąd ujrzał dymiące pogorzelisko 

Emneth.

- A co się stało z Godiva?

- Zabrał ją Sigvarth. Zabrali ją do obozu wikingów.

Shef odwrócił się do Edricha. Mówił pewnie, bez próby usprawiedliwiania się.

- Słyszałem juŜ, Ŝe jestem zbiegiem i niewolnikiem. Niechaj więc będę i jednym, 

i drugim - Shef odpiął tarczę i rzucił ją na ziemię. - Przedostanę się do obozu 

wikingów. MoŜe wezmą mnie do siebie. Muszę coś zrobić, aby uratować Godivę.

- Nie przeŜyjesz nawet tygodnia - rzekł Edrich ze wzburzeniem. - I umrzesz jako 

zdrajca. Zdradzisz swoich ludzi i króla Edmunda.

MęŜczyzna odwrócił się na pięcie i odszedł, nawet się nie oglądając.

- Zdradzisz teŜ samego Chrystusa Pana - dodał ojciec Andreas, który pojawił się 

właśnie u wejścia do szałasu. - Widzisz, co uczynili nam poganie. Lepiej być 

niewolnikiem wśród chrześcijan niŜ królem wśród takich jak tamci.

Shef zdał sobie sprawę, Ŝe zdecydował się bardzo szybko, zapewne zbyt szybko i 

bez zastanowienia. Teraz jednak nie było juŜ odwrotu. W jego głowie kłębiły się 

myśli: próbowałem zabić ojca, mój ojczym stał się Ŝywym trupem, matka nienawidzi 

mnie za to, co zrobił ojciec, straciłem szansę na odzyskanie wolności, straciłem 

względy człowieka, który mógł zostać moim przyjacielem.

Takie myśli nie mogły mu teraz pomóc. Wszystko to uczynił dla Godivy. Musiał 

zakończyć rozpoczęte dzieło.

Godiva obudziła się z bólem głowy czując wokół siebie swąd dymu. PrzeraŜona 

próbowała wstać i jakoś się wyswobodzić, jednak powstrzymał ją piskliwy jęk 

dziewczyny, na której leŜała.

Kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do półmroku, zorientowała się, Ŝe znajduje się w 

ciągniętym po wyboistej drodze wozie. Wnętrze wozu wypełniały ułoŜone jedna na 

drugiej dziewczęta z Emneth. Słychać było jęki i płacz. Nagle z tyłu wozu pojawiła 

się brodata twarz. Dziewczęta z piskiem starały się ukryć jak najgłębiej, męŜczyzna 

jednak uśmiechnął się tylko ukazując białe zęby i zniknął.

Wikingowie! W jednej chwili Godiva przypomniała sobie wszystko. Falę 

zbliŜających się męŜczyzn, panikę w osadzie, ucieczkę przez mokradła, to jak została 

schwytana i obezwładniającą grozę, kiedy po raz pierwszy w Ŝyciu dostała się w 

objęcia dorosłego męŜczyzny...

Jej dłoń powędrowała bezwiednie wzdłuŜ uda. Co mogło się stać kiedy była 

nieprzytomna? Nie czuła bólu, chyba więc nadal pozostała dziewicą. NiemoŜliwe, 

background image

Ŝ

eby zgwałcili ją i nic teraz nie czuła.

LeŜąca obok dziewczyna, córka jednego z gospodarzy i towarzyszka zabaw 

Alfgara, dostrzegła przestrach na jej twarzy i ruch dłoni pod spódnicą.

- Nic się nie bój - odezwała się, nie bez złośliwości. - Nawet nas nie dotknęli. 

Mamy zostać sprzedane. Nie masz się czego lękać, dopóki nie znajdą na ciebie kupca. 

Później staniesz się taka, jak my wszystkie.

Wspomnienia powracały jedno po drugim. Grupa mieszkańców otoczonych przez 

uzbrojonych wikingów, a pośrodku jej ojciec rozkrzyŜowany na drewnianym pniaku. 

Przeraźliwa trwoga, kiedy ujrzała zbliŜającego się kata z toporem i zrozumiała, co 

zamierzają z nim zrobić. Tak, wybiegła naprzód i z krzykiem rzuciła się na tego 

wysokiego męŜczyznę, lecz inny, ten, którego tamten nazywał synem, zdołał ją 

pochwycić. A co później? OstroŜnie dotknęła głowy i wyczuła guz. Głowa nie 

krwawiła jednak.

Nie była jedyną, z którą postąpiono w ten sposób. Wikingowie uderzyli ją 

wypełnionym piaskiem workiem. Piraci od lat trudnili się handlem i nauczyli się, jak 

postępować z Ŝywym towarem. W czasie najazdu uŜywali najpierw toporów, włóczni 

i mieczy, zabijali gospodarzy i wojowników. Później jednak ostra broń stawała się 

nieporęczna. Zbyt łatwo było uszkodzić jakąś czaszkę, uciąć ucho czy w inny sposób 

uszkodzić kosztowny towar. Nawet zwykły cios pięścią okazać się mógł zbyt potęŜny 

zwaŜywszy na krzepę tych ludzi. Kto kupiłby dziewczynę z pękniętą szczęką albo z 

przetrąconą kością policzkową? MoŜe jakiś sknera ze Skandynawii, ale na pewno nie 

wybredni klienci z Hiszpanii czy Dublina.

Tak więc ludzie znajdujący się pod komendą Sigvartha, jak równieŜ wielu innych, 

którzy trudnili się handlem niewolnikami, nosili za pasem albo ukryte wewnątrz 

tarczy woreczki w kształcie kiełbasy wypełnione po brzegi piaskiem zebranym 

pracowicie na wydmach Jutlandii. Wystarczył jeden zgrabny cios i towar juŜ leŜał 

cicho nie sprawiając kłopotów. A przy tym Ŝadnego ryzyka uszkodzenia.

Dziewczęta zaczęły w końcu do siebie szeptać, choć ich głosy drŜały ze strachu. 

Opowiedziały Godivie, co stało się z jej ojcem, a potem, co spotkało Trudę i Thryth. 

Opowiadały, jak załadowano je na wóz, Ŝadna nie wiedziała jednak, co stanie się z 

nimi dalej.

Pod wieczór następnego dnia Sigvarth, jarl Małych Wysp, poczuł jak ogarnia go 

niepokój, którego przyczyny nie umiał odgadnąć. Siedział w namiocie synów Ragnara 

i wraz innymi jarlami przysłuchiwał się, jak jego syn Hjorvarth opowiada historię 

wyprawy. Choć był to jeszcze młody wojownik, przemawiał dobrze.

Skąd więc to dręczące uczucie? Sigvarth nie był człowiekiem zdolnym do 

głębokiej autoanalizy, Ŝył jednak juŜ wystarczająco długo, aby przekonać się, Ŝe nie 

background image

naleŜy lekcewaŜyć takich objawów.

Powrót z wyprawy był udany. Ciągnął za sobą kolumnę wozów z niewolnikami i 

łupami. NajwaŜniejsze jednak, Ŝe zrobił dokładnie to, o co chodziło WęŜowemu Oku. 

Spalone chaty i wypalone pola, studnie pełne trupów oraz, dla przykładu, kilku 

okaleczonych, którzy będą mogli opowiedzieć wszystkim swoją historię.

Czyń tak, jak uczyniłby to Ivar, mówił WęŜowe Oko. W porządku, nie był moŜe 

tak dobry w zadawaniu cierpień jak Ivar, ale nikt chyba nie powie, Ŝe się nie starał. 

Udało mu się całkiem nieźle. Ta okolica z pewnością nie podźwignie się szybko.

Nie, nie to go niepokoiło, to było dobrze wykonane zadanie. JeŜeli coś było nie 

tak, to stało się to znacznie wcześniej. Powoli Sigvarth uzmysłowił sobie, Ŝe martwiło 

go pewne wspomnienie związane z potyczką. JuŜ ćwierć wieku walczył na pierwszej 

linii, zabił setkę ludzi, zebrał ze dwa tuziny ran. Potyczka powinna być prosta, 

przysporzyła im jednak trudu. Przedarł się przez angielską linię, tak jak wiele razy 

przedtem, zmiótł ze swej drogi jasnowłosego tana i doszedł do drugiej linii 

wyjątkowo zdezorganizowanej i nierównej.

A wtedy wyrósł przed nim ten chłopak. Nie miał nawet hełmu ani porządnego 

miecza. Wyglądał jak wyzwolony właśnie niewolnik albo najbiedniejsze dziecko z 

całej osady. Wystarczyły jednak dwa starcia i miecz Sigvartha rozpadł się na kawałki, 

a on sam stracił równowagę. Sigvarth uświadomił sobie, Ŝe gdyby to był pojedynek, 

czekałaby go niechybna śmierć. Ocalili go wojownicy, którzy pojawili się nagle po 

jego obu stronach. Nie sądził, Ŝeby któryś z nich dostrzegł w jak beznadziejnym 

połoŜeniu się znalazł, lecz jeśli to dostrzegli, ktoś ze starszyzny mógł zgłosić teraz 

jego odwołanie.

Czy będzie mógł spojrzeć im w oczy? Czy jego syn Hjorvarth jest juŜ 

wystarczająco potęŜny, aby ktoś przestraszył się jego zemsty? A moŜe rzeczywiście 

stał się juŜ za stary do zabijania. Jeśli nie potrafił usadzić w miejscu na wpół 

uzbrojonego chłopca, to chyba faktycznie nie był juŜ w dawnej formie.

W kaŜdym razie teraz zrobi coś naprawdę mądrego. NajwaŜniejsze, Ŝeby mieć po 

swojej stronie Ragnarssonów, to się zawsze sprawdzało. Hjorvarth zbliŜał się juŜ do 

końca opowieści. Sigvarth odwrócił się na krześle i skinął głową w stronę dwóch 

giermków, którzy stali obok wejścia. W odpowiedzi obaj kiwnęli głowami i wyszli na 

zewnątrz.

- ...tak więc zapaliliśmy wozy i wrzuciliśmy do środka kilku ludzi, których mój 

ojciec w swej mądrości przywiódł tak daleko, aby złoŜyć ich w ofierze Aegirowi i 

Ranowi. Potem wsiedliśmy na statek, popłynęliśmy w dół rzeki i oto jesteśmy! My, 

ludzie słynnego jarla Sigvartha, w tym ja, jego prawowity syn, Hjorvarth, gotowy 

spełnić wasze dalsze rozkazy, synowie Ragnara!

W namiocie wybuchł aplauz, jedni tupali nogami, inni uderzali o stół naczyniami. 

background image

Wszyscy w znakomitym nastroju, po tak dobrym rozpoczęciu kampanii.

Potem przemówił WęŜowe Oko.

- Dobrze, Sigvarcie, moŜesz zachować swoje łupy, widzimy bowiem, jak cięŜko 

na nie zapracowałeś. Teraz moŜesz nam zdradzić, czy dopisało ci szczęście. Powiedz, 

ile łupów udało ci się zebrać tym razem? Czy stać cię juŜ, aby rzucić wojaczkę i kupić 

sobie letni domek w Sjaellandzie?

- Oj, nie jest tego tak duŜo - odrzekł Sigvarth, a słowa jego powitał pomruk 

niedowierzania. - Nie starczy, abym mógł stać się gospodarzem. To tylko skromne 

łupy, czego zresztą moŜna się spodziewać po takiej okolicy. Trzeba nam poczekać, aŜ 

armia dojdzie do Norwich. Do Yorku, Londynu! - Słowa te wywołały ponowny 

wybuch entuzjazmu. - Musimy odebrać złoto tym, którzy mają go najwięcej. 

KsięŜom. W wioskach nie znajdziemy go wcale. Muszę jednak przyznać, Ŝe coś udało 

nam się zdobyć i chętnie podzielę się tym, co mam najlepszego. Pozwólcie, Ŝe pokaŜę 

wam moją najświetniejszą zdobycz!

Sigvarth odwrócił się i przywołał giermków. Przecisnęli się pomiędzy stołami 

prowadząc ze sobą postać spowitą całkowicie w tkaninę i przewiązaną sznurem. 

Postać została popchnięta w stronę głównego stołu, sznur błyskawicznie przecięty, a 

tkanina odrzucona na bok.

Pośrodku namiotu ukazała się Godiva, która mrugając oczami zaczęła przyglądać 

się otaczającym ją brodatym męŜczyznom. Cofnęła się i chciała odwrócić, lecz stanęła 

nagle oko w oko z najwyŜszym z wojowników. MęŜczyzna miał jasną karnację i oczy 

koloru lodu, jego twarz nie wyraŜała Ŝadnych emocji. Spojrzała w bok i niemal z ulgą 

rozpoznała stojącego tam Sigvartha, jedynego człowieka, którego potrafiła rozpoznać 

w tym tłumie.

W tym ponurym otoczeniu była niczym kwiat wyrastający z podmokłego 

poszycia. Jasne włosy, delikatna skóra, pełne usta, które rozchylone w przestrachu 

wydawały się jeszcze bardziej pociągające. Sigvarth skinął raz jeszcze i jeden z 

męŜczyzn przeciął tył jej sukni, po czym zerwał ją nie zwaŜając na krzyki 

dziewczyny. Stanęła więc przed nimi niemal naga, okryta tylko cienką koszulą, tak Ŝe 

wszyscy mogli podziwiać jej młodzieńcze ciało. W rozpaczliwym geście strachu i 

palącego wstydu Godiva skrzyŜowała na piersiach ramiona i opuściła głowę. 

Przygotowała się na najgorsze.

- Nie mogę się nią podzielić! - wykrzyknął Sigvarth. - Jest na to zbyt cenna. 

Postanowiłem więc, Ŝe ją oddam! Podaruję ją człowiekowi, który wysłał mnie na tę 

wyprawę, w podzięce i w nadziei, Ŝe będzie o mnie pamiętał. Niech mu ona dobrze i 

długo słuŜy. Podaruję ją najmądrzejszemu człowiekowi w całej armii. Przeznaczona 

jest tobie, Ivarze!

Sigvarth zakończył swoją przemowę tryumfalnym okrzykiem i wzniósł do góry 

background image

róg. Powoli zorientował się jednak, Ŝe nie było Ŝadnego odzewu. Wokół panowało 

pełne zakłopotania milczenie. Nawet ludzie, którzy nie znali prawie Ragnarssonów i 

dopiero niedawno dołączyli do armii, pobladli lekko i spuścili oczy.

Serce Sigvartha znów wypełniło nieprzyjemne uczucie chłodu. MoŜe powinienem 

był najpierw spytać, pomyślał z niepokojem. MoŜe stało się coś, o czym nie zdąŜył się 

dowiedzieć. Ale jaką szkodę mógł wyrządzić swoim podarkiem. Dzielił się swoim 

łupem, dzielił się czymś, co kaŜdy męŜczyzna chciałby posiąść. Co w tym złego, Ŝe 

podarował tę dziewczynę, tę piękną dziewicę, Ivarowi? Ivarowi Ragnarssonowi, 

zwanemu... Zaraz... jak oni go nazywają? PrzeraŜająca myśl przebiegła nagle przez 

głowę Sigvartha. Czy to przezwisko naprawdę coś oznaczało? Sopel Lodu...

background image

Rozdział piąty

Pięć dni później Shef i jego towarzysz leŜeli ukryci w cieniu zagajnika i patrzyli 

na ciągnące się aŜ do obozowiska wikingów podmokłe łąki. Była to niemal mila 

odkrytego terenu. Tym razem nie udało im się powstrzymać zdenerwowania.

Nie mieli kłopotów aby wydostać się z Emneth, co w normalnych warunkach 

mogłoby stanowić najtrudniejsze zadanie dla zbiegłego niewolnika. Lecz Emneth Ŝyło 

teraz innymi problemami, nikt zresztą nie uwaŜał Shefa za swoją własność. A Edrich, 

który mógłby powstrzymywać ludzi przed przejściem na stronę wikingów, w tym 

wypadku najwyraźniej umywał ręce. Tak więc nikt nie przeszkodził Shefowi, kiedy 

pakował kilka drobiazgów i trochę jedzenia na drogę, czyniąc wyraźne przygotowania 

do ucieczki.

Ktoś jednak mu się przyglądał. Kiedy stał pośród pogorzeliska niezdecydowany 

czy poŜegnać się z matką, zdał sobie sprawę, Ŝe jakiś człowiek stoi za jego plecami. 

Był to Hund, przyjaciel z dzieciństwa, syn pary niewolników, który był zapewne 

najniŜej stojącą w hierarchii osobą w całym Emneth. Jednak Shef nauczył się juŜ 

cenić go. Nikt nie znał mokradeł tak dobrze jak Hund, nawet Shef mu w tym 

ustępował. W ciasnej chacie, którą dzielił z rodzicami i resztą rodzeństwa, moŜna 

było często pobawić się z młodą wydrą, jego rodzinie nie brakowało teŜ ryb, które 

Hund potrafił łapać ręką, bez pomocy sieci. Znał teŜ wszystkie zioła, które moŜna 

było znaleźć w okolicy: ich nazwy i przeznaczenie. I choć był o dwie wiosny młodszy 

od Shefa, biedniejsi ludzie przychodzili do niego po poradę i leki. Z takim talentem 

mógłby w niedługim czasie stać się waŜną figurą w całym okręgu, powaŜaną nawet 

przez moŜnych. Jego czyny zyskały mu juŜ niezbyt Ŝyczliwe zainteresowanie ojca 

Andreasa, wybawcy Shefa. Kościół najwyraźniej nie lubił konkurencji.

- Chcę pójść z tobą - zaczął Hund.

- To niebezpieczne - odrzekł Shef.

Hund przyjął to w milczeniu, nie miał zwyczaju mówić, gdy uznał to za 

niepotrzebne. Niebezpiecznie było równieŜ pozostać w Emneth, a trzymając się 

razem, obaj zwiększali tylko swoją szansę przeŜycia.

background image

- JeŜeli idziesz ze mną, będziesz musiał zdjąć tę obręcz - zauwaŜył Shef. - Teraz 

jest właściwy moment, nikt się nie będzie nami interesował. Poczekaj tu, przyniosę 

narzędzia.

Ukryli się pośród mokradeł, aby zniknąć z oczu mieszkańców, zdjęcie obręczy 

okazało się jednak bardzo skomplikowane. Shef obwiązał szyję Hunda szmatami, aby 

uratować skórę przed skaleczeniem, a następnie rozpiłował Ŝelazo. Mocował się 

długo ze szczypcami, którymi chciał rozgiąć przepiłowany metal, lecz w końcu stracił 

cierpliwość. Obwiązał sobie wtedy dłonie szmatami, chwycił obręcz i rozgiął ją, 

uŜywając całej swojej siły.

Hund rozmasował pokrytą zgrubieniami i bliznami skórę i spojrzał na leŜącą na 

ziemi rozerwaną obręcz.

- Niewielu ludzi potrafiłoby to zrobić - zauwaŜył.

- Potrzeba uskrzydla człowieka - odparł skromnie Shef, ale w głębi duszy był 

zadowolony. WciąŜ przybywało mu sił, zmierzył się w bitwie z dorosłym męŜczyzną, 

a teraz mógł iść dokąd tylko chciał. Nie wiedział jeszcze w jaki sposób, ale czuł, Ŝe 

wkrótce uda mu się uwolnić Godivę i zostawić za sobą przeklętą przeszłość.

Wyruszyli nie poczyniwszy dalszych uzgodnień, szybko jednak wpadli w 

powaŜne tarapaty. Shef przewidywał, Ŝe będą czasem musieli ukrywać się przed 

ludźmi, nie sądził wszakŜe, Ŝe cała okolica wrzeć będzie jak gniazdo os, które ktoś 

przedziurawił kijem. Jeźdźcy galopowali po wszystkich drogach, a kaŜdą wioskę 

otaczały grupy zbrojnych, patrzących podejrzliwie na kaŜdego obcego przybysza. 

Chłopcy zostali schwytani i kiedy nikt nie chciał uwierzyć w ich zmyśloną historię, 

musieli ratować się ucieczką. Najwyraźniej król wydał juŜ odpowiednie rozkazy i lud 

East Anglii postanowił ściśle ich przestrzegać. W powietrzu czuć było okrutny gniew 

i napięcie.

W ciągu ostatnich dwóch dni Shef i Hund przeszli pas podmokłych łąk i pastwisk 

posuwając się okropnie wolno, czasem po prostu pełznąc na brzuchach. Tak czy 

inaczej natrafili na kilka patroli. Czasem była to grupa jeźdźców prowadzona przez 

jakiegoś tana, innym razem poruszający się niemal bezszelestnie oddział piechoty. 

Shef zrozumiał, Ŝe ich zadaniem jest niedopuszczenie, aby wikingowie wyprawiali się 

ze swego obozu na indywidualne zbójeckie wyprawy. Niemniej ludzie ci nie mieliby 

nic przeciwko temu, aby złapać, a nawet zabić, kaŜdego kogo tylko podejrzewać 

moŜna o wspieranie najeźdźców.

Niebezpieczeństwo ze strony Anglików zaczęło maleć dopiero w bezpośrednim 

sąsiedztwie obozu wikingów, pojawiło się jednak zagroŜenie ze strony patroli wroga. 

W niewielkim lesie chłopcy napotkali oddział około pięćdziesięciu jeźdźców w 

pełnym rynsztunku bojowym. Nietrudno było ich dostrzec, łatwo teŜ ominąć. Lecz 

gdyby jednak odział ten starł się z którymś z mijanych przez chłopców patroli, 

background image

Anglicy nie mieliby Ŝadnych szans.

Shef wiedział, Ŝe są to ludzie, na których łaskę będą niebawem zdani, i wszystko 

nie wydawało mu się juŜ tak łatwe jak w Emneth. Z początku planował, Ŝe przedrze 

się do obozu i kaŜe zaprowadzić przed oblicze Sigvartha. Dzięki niezwykłemu 

zbiegowi okoliczności spotkał się juŜ przecieŜ twarzą w twarz z człowiekiem, który, 

jako jedyny, mógłby go z miejsca przyjąć i zaakceptować. Później Shef odrzucił ten 

pomysł. Chciał teraz za wszelką cenę uniknąć spotkania z ojcem.

Czy wikingowie przyjmowali ochotników? Shef miał niejasną obawę, Ŝe 

potrzebowałby do tego czegoś więcej poza dobrymi chęciami i własnoręcznie 

wykonanym oręŜem. Wiedział natomiast, Ŝe mogą potrzebować niewolników. Shef 

wyobraził sobie, jak pływa po odległych morzach przykuty do galery. Nie było to 

przyjemne uczucie. Z Hundem mogło być łatwiej, nie sprawiał wraŜenia specjalnie 

wartościowego towaru. Wikingowie mogliby go po prostu wypuścić, niczym rybkę, 

która jest zbyt mała, aby się nadać na patelnię. A moŜe piraci wybiorą najprostszy 

sposób poradzenia sobie z niewygodną przeszkodą? Poprzedniego wieczoru chłopcy 

dostrzegli, jak bramy obozu opuszczała grupa ludzi i ciągnięty przez konia niewielki 

wóz. Ludzie wykopali nie opodal spory dół, do którego zrzucono bez ceremonii 

kilkanaście trupów.

- Nie wygląda to lepiej niŜ wczorajszej nocy, ale kiedyś będziemy musieli się stąd 

ruszyć - westchnął Shef z rezygnacją.

Nagle Hund ścisnął go za ramię.

- Poczekaj... Słyszysz?

Dźwięk nabierał siły. Była to pieśń. Wspólny śpiew wielu męŜczyzn. Odgłosy 

dobiegały z odległego o jakieś sto jardów miejsca, gdzie kończyła się podmokła łąka.

- To brzmi jak śpiew mnichów w wielkim klasztorze w Ely - mruknął Shef. 

Głupia myśl. Nie mogło być przecieŜ mowy o Ŝadnych mnichach ani księŜach w 

promieniu dwudziestu mil od tego miejsca.

- MoŜemy popatrzeć? - szepnął Hund.

Shef nie odpowiedział, lecz zaczął czołgać się powoli i bardzo ostroŜnie tam, 

skąd dochodził śpiew. Musieli to być poganie, jednak z pewnością łatwiej podejść do 

małej grupy niŜ do całej armii. Wszystko wydawało się lepsze niŜ spacer po 

odsłoniętej równinie wokół obozu.

Kiedy pokonali juŜ połowę dystansu, Hund chwycił Shefa za nadgarstek. W 

milczeniu wskazał niewielkie wzniesienie. Dwadzieścia jardów od nich, pod starym 

wyrośniętym głogiem stał męŜczyzna, który wsparty na toporze badał wzrokiem 

okolicę. MęŜczyzna miał gruby kark, był tęgi i postawny.

Przynajmniej nie powinien być zbyt szybki - pomyślał z ulgą Shef - poza tym, jak 

na wartownika, stoi w złym miejscu.

background image

Chłopcy wymienili spojrzenia. Wikingowie są być moŜe wielkimi Ŝeglarzami, ale 

muszą się jeszcze sporo nauczyć o sztuce podkradania.

Shef zaczął wolno skradać się do przodu, kryjąc się za kępą paproci i zwinnie 

przesuwając obok rosnących nie opodal ciernistych zarośli. Hund posuwał się 

bezpośrednio za nim. Tymczasem śpiew ucichł, a jego miejsce zajął teraz pojedynczy 

głos. Nie była to zwykła przemowa, lecz jakby natchnione kazanie. Czy to moŜliwe, 

Ŝ

eby wśród pogan ukrywali się jacyś chrześcijanie? - zastanawiał się Shef.

Po przejściu kilku jardów znalazł się na szczycie wzniesienia i rozchyliwszy 

ostroŜnie łodygi paproci spojrzał na niewielką dolinę. Dojrzał tam czterdziestu, moŜe 

pięćdziesięciu męŜczyzn, którzy siedzieli wokół płonącego ogniska. KaŜdy z nich 

trzymał topór bądź miecz, ale ich włócznie i tarcze stały oparte o siebie lub wbite w 

ziemię. Dwanaście włóczni tworzyło wokół męŜczyzn rodzaj ogrodzenia, zaś 

pomiędzy ich grotami rozpięta została gruba nić, z której, w niewielkich odstępach, 

zwieszały się kiście jasnoczerwonych owoców jarzębiny, w całej swojej jesiennej 

krasie. W środku koła, obok ogniska, wbita była jeszcze jedna włócznia, której grot 

lśnił srebrzyście.

Obok włóczni stał męŜczyzna i przemawiał do pozostałych, tak jakby chciał im 

coś narzucić, coś rozkazać. W przeciwieństwie do swoich towarzyszy, jak równieŜ w 

odróŜnieniu od wszystkich znanych Shefowi ludzi, człowiek ten ubrany był nie w 

zieleń, brąz czy naturalny beŜ, lecz w nieskazitelną biel, która przypominała 

ugotowane białko jajka.

W jego prawej ręce chłopiec dostrzegł osadzony na krótkim trzonku młot, taki 

sam, jakiego uŜywają kowale. Shef przyjrzał się teraz uwaŜnie siedzącym wokół 

ognia męŜczyznom i odkrył, Ŝe kaŜdy z nich ma na szyi wisiorek. Niektórzy mieli 

wisiorki w kształcie miecza, rogu, łodzi lub fallusa, lecz przynajmniej połowa 

zebranych nosiła na szyi znak młota.

Shef wstał nagle i wyszedł z ukrycia. Na jego widok męŜczyźni powstali niemal 

jednocześnie i sięgnęli po broń krzycząc ostrzegawczo. Shef usłyszał za sobą odgłos 

kroków i westchnienie zdziwienia. Wiedział, Ŝe wartownik znajduje się teraz za jego 

plecami, nie odwrócił się jednak.

Człowiek w białej tunice odwrócił się powoli i stanął naprzeciw chłopca 

przyglądając mu się uwaŜnie od stóp do głów.

- Skąd przybywasz? - spytał męŜczyzna w bieli. Mówił po angielsku z silnym 

gardłowym akcentem.

Co mam mu odpowiedzieć - zamyślił się Shef. - Z Emneth? Z Norfolk? Te nazwy 

nic dla nich nie znaczą.

- Przybywam z północy - rzekł w końcu.

Twarze męŜczyzn zmieniły się nagle. Czy była to oznaka zdziwienia, a moŜe 

background image

jakieś przeczucie?

MęŜczyzna w bieli gestem ręki uciszył swoich towarzyszy.

- A co sprowadza cię do nas, którzy podąŜamy Asgarthsvegr, Drogą do Asgardu.

Shef wskazał młot, który tkwił wciąŜ w dłoni męŜczyzny.

- Jestem kowalem, podobnie jak ty, a moim celem jest nauka.

Ktoś zaczął tłumaczyć jego słowa, Shef tymczasem zorientował się, Ŝe u jego 

boku pojawił się nagle Hund. Za plecami czuł wciąŜ złowróŜbną obecność 

wartownika, nie spuszczał jednak wzroku z męŜczyzny.

- PokaŜ mi znak twego rzemiosła.

Shef wyjął z pochwy miecz i podał go człowiekowi w bieli, tak jak kiedyś 

Edrichowi. Tamten zwaŜył miecz w dłoniach i długo obracał przed oczami. Patrzył na 

ś

wietlne refleksy, spróbował zeskrobać pokrywającą ostrze rdzę, wreszcie ściął 

delikatnie kosmyk włosów ze swego przedramienia.

- Palenisko nie było dostatecznie rozgrzane - zauwaŜył - albo zbyt szybko 

straciłeś cierpliwość. Te stalowe paski nie były wystarczająco gładkie, kiedy je 

stapiałeś. Ale to dobre ostrze. Z pewnością nie jest takie, na jakie wygląda. Ty takŜe 

jesteś kimś innym, niŜ się wydajesz. Mów prawdę, młody człowieku, i pamiętaj, 

ś

mierć stoi za twymi plecami. Jeśli jesteś tylko zbiegłym niewolnikiem jak twój 

przyjaciel - męŜczyzna wskazał na szyję Hunda, na której wciąŜ widać było ślady po 

obręczy - moŜe puścimy cię wolno. JeŜeli jesteś tchórzem, który chce przyłączyć się 

do zwycięzców, być moŜe cię zabijemy. Lecz moŜe jesteś kimś innym. Powiedz więc: 

po co tu przyszedłeś?

Chcę uwolnić Godivę - pomyślał Shef - potem jednak spojrzał kapłanowi prosto 

w oczy i odpowiedział, starając się, aby jego głos zabrzmiał szczerze.

- Jesteś mistrzem kowalskim. Chrześcijanie nie nauczą mnie juŜ więcej, dlatego 

chciałbym zostać twoim uczniem.

Kapłan chrząknął i podał Shefowi miecz, rękojeścią do przodu.

- Opuść swój topór, Kari - rzekł zwracając się do męŜczyzny stojącego za plecami 

chłopców.

- Wezmę cię na pomocnika, młody człowieku, a jeśli twój przyjaciel coś potrafi, 

on takŜe moŜe się przyłączyć. A teraz usiądźcie z boku i pozwólcie nam dokończyć 

obrządek. Nazywam się Thorvin, co znaczy „przyjaciel Thora”, boga kowali. 

Powiedzcie, jakie są wasze imiona.

Shef zarumienił się ze wstydu i spuścił wzrok.

- Mój przyjaciel zwie się Hund - wyjaśnił. - To znaczy „pies”, ja takŜe mam tylko 

psie imię. Mój ojciec... Nie, nie mam ojca. Nazwali mnie Shef.

Po raz pierwszy na twarzy Thorvina pojawiło się zdziwienie, a moŜe coś więcej.

- Nie masz ojca? - mruknął. - I nazywasz się Shef. Wiedz, Ŝe nie jest to tylko psie 

background image

imię. Musisz się rzeczywiście sporo nauczyć.

Shef poczuł się nieswojo, gdy zaczęli zbliŜać się do obozu. Nie bał się o swoją 

skórę, bał się o Hunda. Thorvin kazał im usiąść z boku i czekać aŜ skończy się to 

dziwne spotkanie. Najpierw przemawiał Thorvin, później zaczęła się dyskusja. Choć 

mówiono po norwesku, Shefowi udało się sporo zrozumieć. Następnie z rąk do rąk 

podawano sobie z powagą bukłak z jakimś napojem. Na koniec męŜczyźni rozbili się 

na kilka grup i złączyli ręce, kaŜda grupa na innym przedmiocie. Shef dostrzegł młot, 

róg, miecz i coś, co wyglądało jak wysuszony koński członek. Nikt nie ośmielił się 

dotknąć srebrzystej włóczni, Thorvin rozłoŜył ją na dwie części i zawinął w kawałek 

materiału. Zaraz potem spotkanie dobiegło końca, wygaszono ogień, zebrano 

włócznie, a ludzie zaczęli się rozchodzić w róŜne strony.

- Jesteśmy kapłanami Drogi - wyjaśnił Thorvin zwracając się do obu 

młodzieńców w swojej starannej angielszczyźnie. - Nie kaŜdy chce, aby o nim 

wiedziano, przynajmniej nie tutaj w obozie Ragnarssonów. Mnie tolerują - wskazał na 

wiszący na szyi amulet - mam swój fach. Ty teŜ będziesz miał swój fach, młody 

człowieku, powinno cię to chronić. Co jednak z twoim przyjacielem? Czy coś 

potrafisz, chłopcze?

- Umiem wyrywać zęby - odparł niespodziewanie Hund.

Stojący wokół ludzie westchnęli z niedowierzaniem.

Tenn draga - odezwał się jeden z nich. - That er ithrott.

- On mówi: „wyrywać zęby - to prawdziwy talent” - przetłumaczył Thorvin. - Czy 

to prawda?

- To prawda - odparł Shef za swego przyjaciela. - On mówi, Ŝe nie potrzeba tu 

wcale wielkiej siły. Trzeba wiedzieć, jak pociągnąć, trzeba wiedzieć, jak zęby są 

osadzone. On potrafi teŜ uleczyć gorączkę.

- Wyrywanie zębów, nastawianie kości, leczenie gorączki: dla medyka zawsze 

znajdzie się praca, zarówno wśród kobiet, jak i wojowników - rzeki Thorvin. - Poślę 

cię do mojego przyjaciela Ingulfa. JeŜeli uda nam się tylko wejść do obozu. Gdy juŜ 

się tam znajdziemy, będziemy bezpieczni, ale przy wejściu moŜemy kogoś spotkać. 

Jest wielu, którzy Ŝyczą mi najgorszego. Zastanówcie się, czy chcecie ryzykować?

Shef i Hund poszli za nim w milczeniu, nie byli jednak pewni, czy postąpili 

rozsądnie. W miarę jak się zbliŜali obozowisko wyglądało coraz potęŜniej, otoczone 

wysokim wałem ziemnym i szeroką fosą. Musiało to ich kosztować wiele pracy - 

pomyślał Shef. Czy to znaczy, Ŝe zamierzają tu długo zabawić, czy czynią tak zawsze, 

gdy przyjadą w nowe miejsce? MoŜe to po prostu rutyna.

Obwałowanie, wzmocnione rzędem zaostrzonych na końcach pali, ciągnęło się 

jakieś dwieście dwadzieścia jardów. Ze wszystkich czterech stron... ChociaŜ nie - 

background image

uświadomił sobie Shef - z jednej obóz sąsiadował z rzeką. Z początku bardzo go to 

zdziwiło, potem zrozumiał, Ŝe wikingowie musieli rozwiązać jakoś problem związany 

ze statkami, które stanowiły dla nich najbardziej drogocenny dobytek. Nawet z tak 

znacznej odległości dostrzegł, Ŝe okręty wciągnięto na mieliznę i ustawiono jeden 

obok drugiego, tak Ŝe tworzyły zwartą i wysoką ścianę, która ciągnęła się nad rzeką 

na długości ponad sześciuset jardów. Shef pojął nagle, Ŝe dla tych ludzi wojna to nie 

tylko chwała zwycięstw i dumne przemowy, lecz prawdziwe rzemiosło. Drobiazgowe, 

fachowe plany, mistrzowskie wykonanie i wielkie zyski.

W zasięgu wzroku zaczęło pojawiać się coraz więcej ludzi, niektórzy po prostu 

spacerowali, inni siedzieli przy ogniu przygotowując jedzenie, było teŜ kilku, którzy 

rzucali włóczniami do celu. Shef uznał, Ŝe w swych niechlujnych wełnianych strojach 

przypominają bardzo Anglików. Była jednak pewna róŜnica. KaŜda grupa Anglików 

składała się w pewnej części z ludzi, którzy nie nadawali się juŜ do walki. Byli tam 

zawsze kulawi, głusi, niedowidzący bądź w jakimś stopniu zdeformowani. Tutaj nie 

spotkał jeszcze nikogo ułomnego. Nie wszyscy byli potęŜni i wysocy, lecz wyglądali 

na takich, którzy znają swe rzemiosło i w kaŜdej chwili mogliby stanąć do walki. Było 

wśród nich kilku młodzieńców, jednak Ŝadnych chłopców. Niektórzy męŜczyźni byli 

juŜ posiwiali, inni łysi, ale Shef nie dostrzegł zniedołęŜniałych starców.

Były tam takŜe konie. Pasły się na równinie i miały spętane nogi. Dla takiej armii 

potrzeba mnóstwo koni - pomyślał Shef - potrzeba teŜ sporo paszy, Ŝeby je wykarmić. 

To mógł być słaby punkt całej operacji. Shef uświadomił sobie, Ŝe rozumuje jak wróg, 

wróg starający się poznać tajemnice przeciwnika. Nie był wprawdzie królem ani 

tanem, ale własne doświadczenie podpowiadało mu, Ŝe w nocy nikt nie potrafiłby 

upilnować takiego stada zwierząt. Korzystając z osłony mroku mogłaby się tu 

przedostać niewielka grupka angielskich zwiadowców i poprzecinać sznury. 

Zwierzęta rozbiegłyby się po całej okolicy, a wikingowie mieliby powaŜny problem 

do rozwiązania.

Kiedy podeszli do samego wejścia, Shef stracił nagle pewność siebie. Nie było 

tam Ŝadnej bramy, co samo przez się wydało mu się złowieszczym znakiem. Droga 

prowadziła prosto przez szeroki na dziesięć jardów wyłom w obwałowaniu. Było tak, 

jak gdyby wikingowie chcieli powiedzieć: „Nasze mury chronią nasze dobra i strzegą 

niewolników. My nie będziemy się za nimi chować. Jeśli chcesz walczyć, idź prosto 

przed siebie. Zobaczymy, czy uda ci się pokonać straŜe. To nie zaostrzone belki 

bronić nas będą przed wrogiem, lecz topory, które je wyciosały”.

Przy wejściu do obozowiska stała grupa ponad czterdziestu wojowników. W 

przeciwieństwie do ludzi przechadzających się na zewnątrz kaŜdy z nich miał na sobie

kolczugę bądź skórzany kaftan. Byli uzbrojeni i gotowi do walki, niezaleŜnie od tego 

gdzie pojawiłby się przeciwnik. Shefa, Hunda i Thorvina oraz ośmiu towarzyszących 

background image

im ludzi zmierzono badawczym spojrzeniem. Nie wiedzieli, czy zostaną zatrzymani.

Kiedy podeszli bliŜej, drogę zastąpił im ubrany w kolczugę wojownik i spojrzał 

wyczekująco. Było jasne, Ŝe rozpoznał dwóch obcych przybyszów. Po chwili kiwnął 

głową i pokazał kciukiem w stronę wnętrza obozu. Przeszli obok niego, a za plecami 

usłyszeli jeszcze jego słowa.

- Co powiedział? - szepnął Shef.

- Powiedział: „Odpowiadasz za to własną głową”, coś w tym rodzaju.

Wewnątrz opanowało Shefa uczucie bezgranicznego zdumienia. Było to 

zdumienie porządkiem i wspaniałą organizacją, wszystko wydawało się tam mieć 

swój cel i przeznaczenie. Ludzie byli wszędzie, rozmawiali, gotowali, grali w kości. 

Drogi były wytyczone równo, wszystkie tej samej szerokości i mocno ubite. 

Nierówności terenu zasypano Ŝwirem. Ci ludzie naprawdę cięŜko pracują - pomyślał 

Shef.

Prowadzona przez Thorvina grupa męŜczyzn posuwała się wciąŜ naprzód. Gdy 

przeszli juŜ około stu jardów, Shef uznał, Ŝe powinni znajdować się w samym środku 

obozu. W tej samej niemal chwili Thorvin przywołał do siebie obu chłopców.

- Będę mówił szeptem, bo grozi nam wielkie niebezpieczeństwo - wyjaśnił na 

wstępie. - Wielu tutejszych ludzi zna wiele języków. Teraz przetniemy główną drogę, 

która wiedzie z północy na południe. Na południu, niedaleko brzegu rzeki znajdują się 

namioty Ragnarssonów i ich stronników. Rozsądny człowiek nigdy się tam nie 

zapuszcza. Pójdziemy wprost do mojej kuźni, która mieści się przy drugim wejściu do 

obozu. Będziemy iść patrząc przed siebie, nie oglądając się nawet w stronę 

obozowiska Ragnarssonów. Kiedy dojdziemy do kuźni, od razu wejdziemy do środka. 

A teraz śmiało w drogę, jesteśmy juŜ niedaleko.

Shef szedł ze spuszczonymi oczami, Ŝałując, Ŝe nie moŜe się choć trochę 

rozejrzeć. Przyjechał tu z powodu Godivy, lecz jak ją teraz odnajdzie? Czy odwaŜy 

się spytać o jarla Sigvartha?

Powoli przecisnęli się przez tłum i dotarli niemal pod samą palisadę. Oddalony 

nieco od pozostałych zabudowań stał tam prowizorycznie wykonany budynek. W 

ś

rodku Shef zauwaŜył znajome wyposaŜenie: kowadło, miechy i palenisko. Wokół 

kuźni rozciągnięte były grube nici, na których wisiały szkarłatnoczerwone jarzębiny.

- Jesteśmy na miejscu - westchnął Thorvin z wyraźną ulgą, lecz kiedy spojrzał w 

stronę chłopców, jego twarz pobladła gwałtownie. Shef odwrócił się przeraŜony. Za 

nimi stał męŜczyzna. Po raz pierwszy od kilku miesięcy Shef przyglądał się komuś z 

podniesioną głową. Dawno juŜ nie spotkał człowieka tak potęŜnego.

MęŜczyzna ubrany był w takie same samodziałowe spodnie, jak wszyscy w 

obozie, jednak jego klatkę piersiową owijała dziwaczna jaskrawoŜółta tkanina upięta 

na lewym barku, tak Ŝe prawe ramię pozostawało całkowicie odsłonięte. Za jego 

background image

plecami widać było rękojeść olbrzymiego miecza, który zawieszony przy boku 

ciągnąłby się pewnie po ziemi. W lewej ręce męŜczyzna trzymał niewielką okrągłą 

tarczę, z długim Ŝelaznym szpicem pośrodku. Parę kroków za nim tłoczyło się jeszcze 

kilkunastu identycznie odzianych wojowników.

- Co to za jedni? - warknął męŜczyzna. - Kto ich tu wpuścił? - Słowa 

wypowiadane były z dziwacznym akcentem, ale Shef zrozumiał wszystko.

- Wpuścili ich straŜnicy przy bramie - odparł Thorvin. - Nie zrobią nic złego.

- To przecieŜ Anglicy. Enzkir.

- W obozie jest pełno Anglików.

- Aha, ale tamci mają łańcuchy na szyjach. Chcę, Ŝebyś mi ich wydał. Chcę ich 

widzieć w kajdanach.

Thorvin postąpił krok do przodu i znalazł się pomiędzy Shefem a Hundem. Jego 

pięciu towarzyszy stanęło naprzeciw ubranym na Ŝółto wojownikom.

- Biorę tego tutaj - Thorvin ścisnął rękę Shefa - na pomocnika do kuźni.

- Ładna sztuka - zadrwił męŜczyzna - pewnie potrzebujesz go do innych celów. A 

co z tamtym? - wskazał kciukiem Hunda.

- On pójdzie do Ingulfa.

- Ale skoro go tam jeszcze nie ma, trzeba się przekonać, czy nie przyszedł tu na 

przeszpiegi. Widzę, Ŝe miał obręcz na szyi.

Shef postąpił krok do przodu, czując jak Ŝołądek podchodzi mu do gardła. 

Wiedział, Ŝe opór nie ma sensu, nie mógł przecieŜ stawić czoła dwunastu w pełni 

uzbrojonym wojownikom. Lecz nie mógł takŜe pozwolić, aby zabrali jego przyjaciela. 

Kiedy połoŜył dłoń na rękojeści swego krótkiego miecza, stojący na przedzie 

męŜczyzna sięgnął błyskawicznie za siebie i wyciągnął swój potęŜny oręŜ.

- Stójcie! - krzyknął ktoś potęŜnym głosem.

Podczas gdy Thorvin rozmawiał z wysokim męŜczyzną, całe zgromadzenie stało 

się obiektem ogólnego zainteresowania. Otaczała ich teraz grupa sześćdziesięciu, 

moŜe osiemdziesięciu męŜczyzn. Spośród gapiów wyszedł najwyŜszy męŜczyzna 

jakiego Shef kiedykolwiek widział. PrzewyŜszał chłopca o głowę, był teŜ bez 

porównania potęŜniejszy.

- Thorvin - rzekł spokojnie męŜczyzna - Muirtach - kiwnął w stronie dziwacznie 

ubranego wojownika. - Co to za zamieszanie?

- Zabieram ze sobą tego niewolnika.

- Nie - odparł Thorvin ciągnąc Hunda w stronę kuźni i zaciskając jego palce na 

uwiązanych na nici jarzębinach. - On jest pod opieką Thora.

Muirtach podszedł w ich stronę z podniesionym mieczem.

- Stój! - zagrzmiał znowu ten sam głos. - Nie masz prawa, Muirtach!

- A tobie co do tego?

background image

Powoli i bardzo niechętnie potęŜny męŜczyzna włoŜył rękę pod swoją tunikę i 

wyciągnął na wierzch srebrny emblemat w kształcie młota.

Muirtach zaklął i splunął na ziemię.

- MoŜesz ich więc zabrać - rzekł chowając miecz - ale ty, chłopcze... - jego oczy 

zatrzymały się teraz na Shefie. - Ty chciałeś podnieść na mnie rękę. Niedługo cię 

dopadnę, a wtedy będziesz trupem, mój mały. Thor nic dla mnie nie znaczy - zwrócił 

się do Thorvina. - Nie więcej niŜ Chrystus i jego matka-dziwka. Nie ogłupisz mnie 

tak łatwo jak jego - wskazał palcem wybawcę Anglików i odszedł wolno z wysoko 

uniesioną głową, jak ktoś kto doznał poraŜki, lecz wstydzi się to okazać. W ślad za 

nim odeszli jego ludzie.

Shef zdał sobie sprawę, Ŝe przez cały czas wstrzymywał oddech, i z ulgą wypuścił 

powietrze.

- Kim byli ci ludzie? - spytał odprowadzając wzrokiem ubranych na Ŝółto 

wojowników.

Thorvin odpowiedział mu po norwesku, uŜywając jednak słów, które w obu 

językach były podobne.

- To byli gaddgedlarzy. Irlandzcy chrześcijanie, którzy opuścili swój lud i boga i 

stali się wikingami. Ivar Ragnarsson ma wśród nich wielu stronników i przy ich 

pomocy będzie próbował objąć tron Anglii, a później Irlandii. Kiedy mu się to uda, 

powróci pewnie wraz z braćmi w swoje strony, do Danii i Norwegii.

- Lecz moŜe tam juŜ nigdy nie dotrzeć... - wtrącił potęŜny męŜczyzna skinąwszy 

głową Thorvinowi w geście szacunku. Potem zmierzył wzrokiem Shefa. - To było 

odwaŜne, mały. RozdraŜniłeś potęŜnego człowieka. Mnie teŜ się to zresztą udało. 

JeŜeli będziesz mnie jeszcze kiedyś potrzebował, zwróć się do Thorvina. 

Ragnarssonowie trzymają mnie u siebie, bo to ja zaniosłem wiadomość do 

Braethraborgu. Teraz, kiedy pokazałem wszystkim mój amulet, wszystko moŜe się 

zdarzyć. Tak czy inaczej, nie czuję się juŜ dobrze wśród sfory Ivara.

MęŜczyzna odszedł bez poŜegnania.

- Kto to był? - spytał Shef.

- Wielki wojownik z Halogalandu w Norwegii, zwą go Viga-Brand. Brand 

Zabójca.

- Czy jest twym przyjacielem?

- Jest przyjacielem Drogi, przyjacielem Thora, a więc równieŜ przyjacielem 

wszystkich kowali.

Nie mam pojęcia, w co dałem się wciągnąć - pomyślał Shef - ale pod Ŝadnym 

pozorem nie wolno mi zapominać, po co tu przyjechałem. Jego oczy powędrowały 

bezwiednie w kierunku południowego krańca obozu, gdzie znajdowały się kwatery 

synów Ragnara. Ona musi tam być.

background image
background image

Rozdział szósty

Przez pierwszych kilka dni Shef nie miał jednak czasu myśleć o swojej misji. 

Pracował zbyt cięŜko. Thorvin wstawał o świcie, a pracę kończył czasem późną nocą. 

W przypadku tak wielkiej armii było rzeczą zupełnie naturalną, Ŝe kaŜdego dnia 

pojawiali się kolejni ludzie, których topory obluzowały się przy trzonie, ci, którym 

trzeba było znitować tarcze, byli teŜ tacy, którzy chcieli osadzić na nowo swoje 

włócznie. Czasem ustawiała się nawet kolejka, złoŜona z dwudziestu męŜczyzn. 

Niekiedy trafiały się cięŜsze i bardziej skomplikowane zamówienia. Pewnego razu 

przyniesiono im podziurawione i pokrwawione kolczugi, które trzeba było 

przygotować dla nowego właściciela. KaŜde oczko kolczugi musiało być dopasowane 

precyzyjnie do sąsiednich czterech, tamte zaś naleŜało połączyć z następnymi.

- Kolczugę łatwo jest załoŜyć i daje ona swobodę ramionom - stwierdził Thorvin, 

kiedy Shef uporał się wreszcie z pracą. - Nie daje jednak dobrej ochrony przed 

mocnym ciosem, poza tym jest prawdziwym piekłem dla kowali.

Z biegiem czasu Thorvin powierzał Shefowi coraz więcej rutynowych zadań, a 

sam koncentrował się na wyjątkowo cięŜkich, albo bardzo specjalistycznych pracach. 

Był jednak niemal zawsze w pobliŜu. Rozmawiając uŜywał języka norweskiego, 

powtarzając, jeśli było to konieczne, niektóre słowa i wyraŜenia. Na początku 

pomagał sobie teŜ gestykulacją. Shef wiedział, Ŝe Thorvin zna dobrze angielski, ale 

nie chce się nim posługiwać. Co więcej, Shef został nakłoniony do odpowiadania po 

norwesku, choćby miał tylko powtarzać słowa Thorvina. Szybko przekonał się jednak, 

Ŝ

e oba języki są do siebie bardzo podobne i to zarówno pod względem słownictwa, 

jak i samego stylu wypowiedzi. Stopniowo Shef zaczął traktować norweski jak 

dziwaczny dialekt angielski o specyficznej wymowie, dialekt, który moŜna z 

powodzeniem naśladować, jednak trudno uczyć się go od podstaw. Wkrótce potem 

zaczął robić szybkie postępy.

Rozmowa z Thorvinem była poza tym dobrą odtrutką na nudę i zniechęcenie. Za 

sprawą Thorvina i czekających przed kuźnią męŜczyzn Shef nauczył się mnóstwa 

rzeczy, o których wcześniej nie miał pojęcia. Wikingowie wydawali się znakomicie 

background image

poinformowani, jeśli chodzi o wszelkie decyzje bądź zamiary swoich wodzów, nie 

mieli teŜ Ŝadnych oporów, aby sprawy te poddawać dyskusji, a nawet krytykować. 

Jedna rzecz stała się szybko oczywista, wielka armia, której obawiało się całe 

chrześcijaństwo, nie okazała się monolitem. Jej serce stanowili synowie Ragnara i ich 

stronnicy, lecz była to najwyŜej połowa wszystkich Ŝołnierzy. Reszta to przybyłe z 

róŜnych stron kontyngenty, które liczyły na swój udział w zdobyczach wojennych. 

Kontyngenty te były rozmaitej wielkości, tak więc pewien jarl z Orkadów przywiódł 

dwadzieścia statków; nie brakowało jednak niewielkich oddziałów zwerbowanych w 

wioskach Jutlandii i Skandynawii. Część z tych ludzi była wyraźnie rozczarowana 

przebiegiem wydarzeń. Mówili, Ŝe kampania rozpoczęła się wprawdzie dobrze, ale 

zajęcie East Anglii miało być tylko etapem do podboju królestwa Northumbrii, 

prawdziwego celu kampanii. Nie zamierzali zostawać tu tak długo.

- Dlaczego nie wylądowaliście od razu w Northumbrii? - spytał kiedyś Shef 

jednego ze swych klientów. Krępy wiking z zarysowaną wyraźnie łysiną zaśmiał się 

głośno w odpowiedzi. Wyjaśnił, Ŝe najbardziej skomplikowaną częścią kampanii jest 

jej rozpoczęcie, a więc wprowadzenie statków w górę rzeki, znalezienie miejsca, w 

którym moŜna je ulokować, znalezienie koni dla tysięcy jeźdźców, a wreszcie 

zebranie w jednym miejscu wszystkich kontyngentów, które przybywają z 

opóźnieniem i gubią drogę.

- JeŜeli chrześcijanie mieliby choć trochę rozumu - rzekł wreszcie z emfazą, 

spluwając siarczyście - mogliby nas wykurzyć za kaŜdym razem, nawet zanim uda 

nam się zacząć.

- Jednak nie wówczas, gdy dowodzi WęŜowe Oko - dorzucił inny męŜczyzna.

- MoŜe i nie - zgodził się krępy wiking. - MoŜe nie udałoby im się z WęŜowym 

Okiem, ale czy pamiętasz słabszych dowódców? Pamiętasz wyprawę Ulfketila do 

kraju Franków?

Tak więc lepiej jednak trochę przeczekać zanim się w końcu uderzy, zgodzili się 

wszyscy, ale tym razem trwa to juŜ za długo. Pomysł się nie sprawdził. Wszystko to 

wina tego króla Edmunda, „Jatmunda”, jak go nazywali. Co sprawia, Ŝe zachowuje 

się tak głupio? Tak łatwo byłoby im spustoszyć to całe jego królestwo, ale nie mieli 

na to ochoty. Trwałoby to zbyt długo, narzekali klienci Shefa, a łupy byłyby bardzo 

mizerne. Czemu, do czorta, król nie chce im zapłacić i dojść do ugody. Dostał 

przecieŜ ostrzeŜenie.

MoŜe było ono zbyt okrutne - pomyślał Shef, przypominając sobie spojrzenie 

okaleczonego Wulfgara. Przypomniał sobie takŜe atmosferę potęŜnego gniewu, jaki 

opanował całą okolicę, o czym przekonał się na własnej skórze w trakcie wyprawy. 

Kiedy spytał dlaczego wikingowie uparli się, Ŝeby zaatakować właśnie Northumbrię, 

największe wprawdzie, ale na pewno nie najbogatsze z angielskich królestw, jego 

background image

słowa powitał wybuch śmiechu, który potrwał jeszcze dobrą chwilę. W końcu 

opowiedziano mu historię o Ragnarze Lothbroku i królu Elli, o starym odyńcu i jego 

warchlaczkach, o spotkaniu Vigi-Branda z Ragnarssonami w Braethraborgu. Shef 

słuchał w napięciu i czuł przechodzące po plecach ciarki. Przypomniał sobie dziwne 

słowa, które wypowiedział umierający wojownik o siniejącej twarzy i złowrogie 

przeczucie, jakiego wtedy doświadczył.

Teraz zrozumiał juŜ powód zemsty, wiele rzeczy pozostało jednak nie 

wyjaśnionych.

- Dlaczego mówisz czasem o „piekle”? - spytał Thorvina po całym dniu znojnej 

pracy, kiedy usiedli wreszcie przy kuflach piwa. Czy wierzysz, Ŝe jest miejsce, gdzie 

wymierzana jest po śmierci kara za grzechy? Chrześcijanie wierzą w Piekło, ale ty nie 

jesteś przecieŜ chrześcijaninem.

- Naprawdę sądzisz, Ŝe Piekło jest chrześcijańskim słowem? - odrzekł Thorvin. - 

A co to takiego „Niebiosa”?

- To samo co niebo - odparł zdziwiony Shef.

- Ale takŜe miejsce pośmiertnej chwały i błogości, w które wierzą chrześcijanie. 

To słowo istniało jednak zanim powstał Kościół. Zostało poŜyczone i zmieniło się 

wtedy jego znaczenie. To samo z Piekłem. Co oznacza „hulda”? - spytał Shefa tym 

razem uŜywając norweskiego określenia.

- Oznacza: coś chować, przykrywać, podobnie jak słowo „helian” w angielskim.

- A więc Piekło jest tym, co pozostaje zakryte. Tym, co znajduje się pod ziemią. 

Proste słowo, podobnie jak Niebo. MoŜesz podłoŜyć pod nie takie znaczenie, jakie ci 

się tylko podoba. Teraz twoje drugie pytanie. Tak, wierzymy, Ŝe jest miejsce, gdzie po 

ś

mierci ukarane zostaną nasze grzechy. Niektórzy z nas nawet je widzieli. Wierzymy 

więc w karę za grzechy, lecz mamy chyba nieco inne niŜ chrześcijanie wyobraŜenie o 

tym, co jest grzechem, a co nim nie jest.

- O kim mówisz „my”?

- JuŜ czas, Ŝebym ci wszystko powiedział. Wiele razy doznałem wraŜenia, Ŝe 

jesteś powołany, aby poznać naszą historię.

Thorvin zamilkł na chwilę i dotknął swego amuletu.

- Wszystko zaczęło się kilka pokoleń przed nami, moŜe sto pięćdziesiąt lat temu. 

W tamtym czasie wielki jarl Fryzów, który był poganinem, na skutek opowieści, jakie 

przynieśli mu misjonarze z kraju Franków, a takŜe z uwagi na więzy jakie łączyły go z 

chrześcijańską juŜ wtedy Anglią, zdecydował się przyjąć chrzest. Tak jak było w 

zwyczaju, chrzest odbyć się miał w miejscu publicznym, pod gołym niebem w 

specjalnie wy budowanym do tego celu basenie. Postanowiono, Ŝe po tym jak 

ochrzczony zostanie jarl Radbod, w jego ślady pójdą moŜni z jego dworu, a następnie 

całe hrabstwo. Hrabstwo, bowiem Fryzowie byli zbyt dumni, a pozwolić 

background image

komukolwiek spośród siebie na posługiwanie się tytułem króla. Tak więc jarl 

podszedł do krawędzi basenu ubrany w swoje gronostaje i purpury i wszedł na 

prowadzące do wody stopnie. Kiedy umoczył w wodzie jedną stopę odwrócił się 

nagle i zadał pytanie przełoŜonemu misjonarzy, którego Frankowie nazywali 

Wulfhramm, bądź Wolfraven. Spytał go, czy to prawda, Ŝe jeśli on, Radbod, przyjmie 

chrzest, jego przodkowie, którzy wraz z innymi grzesznikami cierpią męki w piekle, 

zostaną uwolnieni i od tej chwili czekać będą na swych potomków, aby wejść z nimi 

do Królestwa Niebieskiego. Nie, odparł Wolfraven, twoi przodkowie byli poganami, 

którzy nigdy nie dostąpili chrztu, nie mogą więc zostać zbawieni. Nie ma zbawienia 

poza Kościołem, dodał i dla większego efektu powtórzył to raz jeszcze po łacinie: 

Nulla salvatio extra ecclesiam. Lecz moich przodków nikt nigdy nie nakłaniał do 

przyjęcia chrztu, rzekł Radbod. Nie mieli nawet okazji się od niego uchylić. Czemu 

więc mają zostać potępieni na wieki za coś, o czym nie mieli pojęcia? Taka jest wola 

boska, rzekł frankoński misjonarz wzruszając ramionami. Słysząc to Radbod wyjął z 

wody swą stopę i złoŜył uroczystą przysięgę, Ŝe nigdy nie zostanie chrześcijaninem. 

JeŜeli miałby wybierać, dodał jeszcze, wolałby juŜ Ŝyć w piekle wraz ze swoimi 

niewinnymi przodkami niŜ iść do nieba ze świętymi i biskupami, którym brak 

poczucia sprawiedliwości. I tak zaczęło się wielkie prześladowanie chrześcijan w 

całym hrabstwie fryzyjskim, które wpędziło w gniew króla Franków.

Thorvin pociągnął głęboki łyk grzanego piwa i dotknął wiszącego na szyi 

amuletu.

- Tak to się wszystko zaczęło. Jarl Radbod był człowiekiem mądrym i 

przewidującym. Zrozumiał, Ŝe jeśli chrześcijaństwo będzie nadal jedyną religią 

dysponującą kapłanami, księgami i pismem, to wkrótce stanie się tak, Ŝe to, co głosi, 

zostanie przez wszystkich przyjęte. Na tym polega siła, a zarazem grzech chrześcijan. 

Nie są w stanie zaakceptować faktu, Ŝe ktoś poza nimi mógłby posiadać choć cząstkę 

Prawdy. Nie zamierzają się z nikim układać. Nie uznają półśrodków. Tak więc, aby 

ich pokonać, albo przynajmniej zatrzymać na długość ramienia, Radbod postanowił, 

Ŝ

e kraje Północy powinny mieć swoich kapłanów i swoje własne podania. W ten oto 

sposób powołana została Droga.

- Droga? - powtórzył Shef, gdy Thorvin zamilkł na chwilę.

- My właśnie jesteśmy kapłanami Drogi, a nasze obowiązki są trojakiego rodzaju. 

Pierwszy, to oddawać cześć starym bogom, całej rodzinie Azów: Thorowi i Odynowi, 

Freyrowi i Ullrowi, Tyrowi i Njordowi, a takŜe Hajmdalowi i Baldurowi. Ci, którzy 

wierzą szczerze, noszą amulety, symbolizujące boga, którego kochają najbardziej. 

Znakiem Tyra jest miecz, róg znakiem Hajmdala, zaś znakiem Thora młot, taki 

właśnie jaki noszę na szyi. Wielu ludzi nosi taki amulet.

Shef dobrze juŜ znał te amulety.

background image

- Naszym drugim obowiązkiem jest utrzymywać się z wykonywania jakiegoś 

rzemiosła, w moim przypadku jest to kowalstwo. Nie wolno nam bowiem postępować 

jak kapłani boga Chrystusa, którzy sami nie pracując pobierają dziesięcinę i datki, 

bogacąc się na cudzej pracy. Trzeci z naszych obowiązków trudno jest wytłumaczyć. 

Musimy troszczyć się o to, co ma nadejść, czuwać nad tym, co ma się dopiero 

wydarzyć. I to nie w przyszłym świecie, lecz tutaj, na ziemi. Widzisz chłopcze, 

chrześcijańscy kapłani wierzą, Ŝe ten świat to tylko krótki etap na wielkiej drodze do 

wieczności i Ŝe najświętszą powinnością człowieka jest przejść przezeń czyniąc jak 

najmniej złego. Nie wierzą, Ŝeby ten świat sam w sobie miał jakąś wartość. Jednak 

my, kapłani Drogi wierzymy, Ŝe na tym właśnie świecie rozegra się wielka bitwa, tak 

wielka, Ŝe Ŝaden człowiek nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Naszym celem jest 

wesprzeć naszą stronę, stronę bogów i ludzi, Ŝeby była silniejsza, gdy nadejdzie ten 

wielki dzień. Dzień ostatecznej walki. Tak więc naszą powinnością jest nie tylko 

wykonywać nasze rzemiosło, ale ulepszać naszą pracę, wprowadzać do niej to 

wszystko, czego moŜemy się sami nauczyć. Najbardziej powaŜani wśród nas 

wymyślają zupełnie nowe rodzaje sztuki i rzemiosła, takie, o których nikt wcześniej 

nie słyszał. CóŜ, daleko mi do nich. Przyznać jednak trzeba, Ŝe wielu nowych rzeczy 

nauczyliśmy się juŜ na Północy od czasów jarla Radboda.

Uśmiechnął się.

- Słyszano juŜ o nas nawet na Południu. W miastach gdzie panują Maurowie, w 

Kordobie i w Kairze, mówi się juŜ o Drodze, opowiada o „czcicielach ognia”, jak nas 

tam nazywają. Wysyłają do nas ludzi, aby patrzyli i słuchali. Chrześcijanie jednak 

nikogo do nas nie posyłają. Są przekonani, Ŝe tylko oni posiedli Prawdę, Ŝe tylko oni 

wiedzą co jest zbawieniem, a co grzechem.

- Czy to nie grzech uczynić z człowieka „heimnara”? - spytał Shef, a Thorvin 

spojrzał na niego badawczo.

- Nie ja nauczyłem cię tego słowa. WciąŜ jednak zapominam, Ŝe wiesz znacznie 

więcej, niŜ mogłem z początku podejrzewać. Tak, to grzech uczynić z człowieka 

„heimnara”, niezaleŜnie od tego, co człowiek ten miałby na swoim sumieniu. To 

sprawa Lokiego, demona, w intencji którego paliliśmy ogień w naszym kręgu, przy 

włóczni jego ojca, Odyna. Niewielu z nas nosi jednak znak Odyna, a Ŝaden nie nosi 

znaku Lokiego... Zrobić z kogoś Ŝywego trupa. Czuję w tym rękę Ivara, niezaleŜnie 

od tego, czy zrobił to sam, czy nie. Istnieją inne sposoby, aby pokonać chrześcijan, a 

sposób, jaki stosuje Ivar Ragnarsson, jest głupi. Do niczego nie doprowadzi. Ale 

dosyć juŜ tego. Pora spać.

Praca dla Thorvina odebrała Shefowi moŜliwość zajęcia się własną misją. Hund 

zabrany został niemal od razu do Ingulfa, który takŜe był kapłanem Drogi. Od tego 

background image

czasu nie mieli okazji się spotkać. Thorvin powtarzał Shefowi, Ŝeby nie wychodził 

poza obręb okalających kuźnię girland z jarzębiny. Wewnątrz jesteś pod ochroną 

Thora - mówił - a tego, kto by cię zabił, dosięgłaby jego zemsta. Muirtach byłby 

niezwykle szczęśliwy, gdyby spotkał cię błąkającego się po obozie.

Następnego ranka w kuźni pojawił się Hund. Shef był sam i klęczał ugniatając 

ciasto na chleb, który zgodnie z umową mieli wypiekać tego dnia dla wojowników.

- Widziałem ją! Widziałem ją tego ranka - szepnął, gdy tylko zobaczył Shefa.

Shef poderwał się na równe nogi wysypując na ziemię mąkę.

- Kogo?! - krzyknął. - Widziałeś Godivę? Gdzie? Kiedy?

- Błagam cię, usiądź - uspokajał go Hund starając się posprzątać z ziemi 

rozsypaną mąkę. - Musimy wyglądać normalnie. Wokół pełno ludzi. Usiądź i słuchaj. 

Najpierw zła wiadomość: Godiva została kobietą Ivara Ragnarssona. Nikt jej jednak 

nie skrzywdził, Ŝyje i ma się dobrze. Wiem to, poniewaŜ jako medyk, Ingulf bywa 

wszędzie, a teraz, kiedy zobaczył juŜ, co potrafię, często mnie Ŝe sobą zabiera. Przed 

kilkoma dniami został wezwany do Ivara. Nie pozwolili mi wejść do środka, wokół 

ich namiotów stoją silne straŜe, ale kiedy czekałem na Ingulfa, widziałem jak tamtędy 

przechodziła. Nie moŜe być mowy o pomyłce. Przeszła w odległości zaledwie pięciu 

jardów ode mnie, choć mnie nie zobaczyła.

- Jak wyglądała? - spytał Shef przypominając sobie niedawne spotkanie z matką i 

Trudą.

- Śmiała się. Wyglądała na szczęśliwą.

Obaj młodzieńcy zamilkli na chwilę. Po tym co do tej pory usłyszeli wydawało im 

się zupełnie nieprawdopodobne, aby ktoś mógł się czuć, lub nawet wydawać się 

szczęśliwy w zasięgu władzy Ivara Ragnarssona.

- Słuchaj, Shef, ona jest w okropnym niebezpieczeństwie, choć sama tego nie 

rozumie. Ona myśli, Ŝe jeśli Ivar jest w stosunku do niej uprzejmy i nie wykorzystał 

jej od razu jak dziwki, to znaczy, Ŝe jest bezpieczna. Ale z Ivarem jest coś nie tak, 

moŜe być chory na ciele, albo na umyśle. Musisz ją stamtąd zabrać, Shef, i to szybko. 

Najpierw jednak pozwól, aby cię zobaczyła. Nie wiem, co zrobimy potem, ale jeśli 

będzie wiedziała, Ŝe jesteś w pobliŜu, moŜe uda jej się przemycić jakąś wiadomość. 

Usłyszałem jeszcze jedno. Wszystkie kobiety Ragnarssonów i wyŜszych dowódców 

mają opuścić dziś namioty. Słyszałem juŜ wcześniej jak narzekały, Ŝe nie ma miejsca, 

gdzie mogłyby się umyć, z wyjątkiem tej brudnej rzeki. Idą więc dzisiaj się umyć poza

terenem obozu. Jest jakiś staw, moŜe o milę stąd.

- Czy moŜemy ją wtedy porwać?

- Nawet o tym nie myśl. W armii są tysiące męŜczyzn, kaŜdy łasy na kobiety. 

Będzie tak wielu straŜników w eskorcie, Ŝe nie dasz rady ich nawet policzyć. Jedyne 

co moŜesz zrobić, to postarać się, aby cię ujrzała. A teraz powiem ci dokładnie, 

background image

którędy będą szli.

I Hund opisał Shefowi całą drogę.

- Ale jak ja stąd wyjdę? Thorvin...

- Pomyślałem juŜ o tym. Kiedy kobiety zaczną wychodzić, przyjdę tu i powiem 

Thorvinowi, Ŝe wzywa go mój pan. Powiem, Ŝe trzeba zaostrzyć narzędzia, których 

Ingulf uŜywa do otwierania ludzkich brzuchów i głów. Ingulf potrafi niezwykle 

rzeczy - dodał Hund kiwając z podziwu głową. - Więcej niŜ jakikolwiek 

chrześcijański medyk. Tak więc Thorvin pójdzie ze mną. Wtedy ty musisz się stąd 

wymknąć, prześliznąć na zewnątrz i starać się jak najbardziej wyprzedzić kobiety i ich 

eskortę. To ma wyglądać, jakbyś spotkał je przypadkowo na drodze.

Thorvin wyszedł zaraz po tym jak Hund przyniósł mu prośbę od Ingulfa, potem 

jednak sprawy przybrały zły obrót. W kuźni było jeszcze dwóch klientów, których 

Shef musiał obsłuŜyć, a kiedy wreszcie sobie poszli - przyszedł jeszcze jeden, który 

najwyraźniej chciał sobie trochę porozmawiać. Trwało długo, zanim Shefowi udało 

się go pozbyć i nie pozostało mu juŜ nic innego, jak wybrać najbardziej niebezpieczny 

sposób wydostania się z zatłoczonego obozu: pośpiech.

Szedł więc szybko nie oglądając się na nikogo, aŜ nagle zboczył w stronę kilku 

opuszczonych namiotów przy samej palisadzie. Wspiął się na nią i dwiema rękami 

podciągnął na jednej z zaostrzonych belek. Usłyszał za sobą krzyk, lecz nie było 

pościgu. Fakt, Ŝe wydostawał się na zewnątrz, a nie wślizgiwał do środka nie 

pozwalał zakwalifikować go jako złodzieja.

Po chwili był juŜ na równinie, gdzie pasły się konie i spacerowali wojownicy. W 

oddali ujrzał rząd drzew, za którymi miała znajdować się woda. Kobiety wybrały 

pewnie drogę wzdłuŜ rzeki, ale byłoby samobójstwem biec teraz za nimi. Musiał 

znaleźć się tam wcześniej i poczekać aŜ nadejdą. Shef podjął decyzję i ruszył na 

przełaj, przez łąkę.

W przeciągu dziesięciu minut Shef dotarł do stawu i zaczął się przechadzać po 

biegnącej w pobliŜu podmokłej ścieŜce. Nie było tam jeszcze nikogo. Wiedział, Ŝe 

powinien wyglądać jak Ŝołnierz odpoczywający na łonie natury. Problem polegał na 

tym, Ŝe było coś, co odróŜniało go od wszystkich innych. Był sam. Poza obszarem 

obozu, a nawet w jego obrębie, wikingowie poruszali się zwykle w gronie towarzyszy 

ze statku, w wyjątkowych przypadkach chodzili we dwóch.

Nie miał jednak wyboru. Musiał po prostu wyjść kobietom na spotkanie łudząc 

się, Ŝe Godiva będzie wystarczająco spostrzegawcza, Ŝeby go rozpoznać i 

dostatecznie sprytna, aby nie powiedzieć słowa.

Wkrótce usłyszał przed sobą głosy, nawoływania i śmiech kobiet, okrzyki 

męŜczyzn. Shef wyszedł zza zakrętu i ujrzał Godivę na samym przedzie nadciągającej 

grupy. Ich oczy spotkały się na chwilę.

background image

W tym samym momencie ujrzał jednak kroczącego z uśmiechem tryumfu 

Muirtacha. Zanim zdołał się poruszyć, ktoś wykręcił mu do tyłu oba ramiona. Wokół 

Muirtacha zebrał się odział jego gwardii w zabarwionych szafranem ubiorach. 

Kobiety pozostawione zostały teraz bez nadzoru.

- Oto nasz zadziomy wróbelek! - wykrzyknął rozradowany Muirtach biorąc się 

pod boki. - Ten sam, który próbował podnieść na mnie rękę. Przyszedłeś popatrzeć na 

niewiasty? Mam rację? Oj, przyjdzie ci drogo zapłacić za ten widok. Dalej, chłopcy, 

zabierzcie go trochę na bok - krzyknął do swoich ludzi, a sam wyciągnął z pochwy 

swój wielki miecz. - Nie chcę, aby nasze panie musiały patrzeć na krew.

- Chcę z tobą walczyć - rzekł hardo Shef.

- Co to, to nie. Ja, wódz gaddgedlarów, mam się zmierzyć ze zbiegłym 

niewolnikiem, który ledwo co zerwał swoją obręcz?!

- Nigdy nie miałem obręczy na szyi! - warknął Shef. Czuł jak narasta w nim 

dziwne gorąco, które wypiera stopniowo lodowate uczucie lęku i przeraŜenia. 

Wiedział, Ŝe jest dla niego tylko jeden ratunek. Musiał ich skłonić, aby traktowali go 

jak równego sobie, a wtedy moŜe uda mu się przeŜyć. W przeciwnym razie za 

moment zostanie z niego tylko bezgłowy korpus.

- Moje pochodzenie jest równie dobre, jak twoje. I lepiej niŜ ty władam 

norweskim - dodał po chwili.

- To prawda - odezwał się ktoś z tyłu. - Muirtach, twoi ludzie powinni pilnować 

kobiet. Chyba nie potrzebujesz ich wszystkich, aby poradzić sobie z tym chłopcem?

Gęsty szereg stojących naprzeciw Shefa męŜczyzn rozstąpił się szybko i chłopak 

stanął oko w oko z tymktóry wypowiedział ostatnie słowa. Człowiek ten wpatrywał 

się w niego jasnymi jak lód oczami. Czekał aŜ Shef spuści wreszcie wzrok. Chłopak 

poczuł, Ŝe śmierć jest bardzo blisko. Z trudem oderwał wzrok od męŜczyzny.

- Czujesz do niego urazę, Muirtach?

- Tak, panie - przyznał Irlandczyk z opuszczonymi oczyma.

- A więc stań z nim do walki.

- Nie, panie. Ja mówiłem wcześniej...

- Jeśli więc sam nie chcesz, wyznacz kogoś ze swych ludzi. Wybierz 

najmłodszego. Niechaj chłopak walczy z chłopakiem. JeŜeli twój człowiek zwycięŜy, 

coś mu podaruję - Ivar zdjął z ramienia srebrną bransoletę i podrzuciwszy ją do góry 

załoŜył z powrotem. - A teraz cofnąć się, dać im miejsce. Pozwólcie teŜ patrzeć 

kobietom. śadnych reguł i nie moŜna się poddać! - dodał po chwili, a jego zęby 

błysnęły w posępnym uśmiechu. - Będziecie walczyć do końca!

Chwilę potem Shefowi raz jeszcze udało się uchwycić spojrzenie Godivy, jej oczy 

były teraz okrągłe ze strachu. Stała w kręgu, który otoczył miejsce, gdzie miała 

rozegrać się walka. Oprócz kobiet stali tam ludzie Muirtacha oraz cała arystokracja 

background image

wikingów, stronnicy Ivara i jarlowie w purpurowych płaszczach. Pośród nich 

dostrzegł Shef znajome oblicze Vigi-Branda. Wiedziony jakimś impulsem Shef 

podszedł w jego stronę.

- Panie, uŜycz mi swego amuletu. Oddam ci go, jeśli tylko będę mógł.

Brand zdjął łańcuch i z kamienną twarzą podał go Shefowi.

- Zrzuć buty, chłopcze. Ziemia jest tu śliska.

Shef usłuchał rady. Świadomie zaczął kontrolować oddech, starając się wciągać 

powietrze głęboko do płuc. Wiedział z doświadczenia, Ŝe zapobiega to atakom 

chwilowego odrętwienia, w jaki wpadają nieraz walczący wojownicy. Potem zdjął 

koszulę, zawiesił na szyi amulet i dobył miecza, odrzucając na bok swój pas. 

Przeczuwał, Ŝe w tej walce decydująca moŜe okazać się szybkość.

Jego przeciwnik był takŜe gotowy. Rozebrany do pasa, podobnie jak Shef, w 

jednej ręce trzymał miecz gaddgedlarów, którego ostrze było cieńsze, ale za to niemal 

o stopę dłuŜsze od normalnego, w drugiej zaś okrągłą tarczę z kolcem po środku. Na 

głowę nasunięty miał hełm.

Nie wyglądał na duŜo starszego i Shef nie bałby się stanąć naprzeciw niego w 

zapasach. Młodzieniec miał jednak potęŜny miecz i tarczę, broń w kaŜdej ręce. Poza 

tym był wojownikiem, który zaznał juŜ walki, brał udział w niejednej potyczce.

Naraz pojawił się przed oczami Shefa obraz przemawiającego śpiewnie Thorvina. 

Pochylił się, podniósł z ziemi gałązkę i rzucił ją w stronę swego przeciwnika, niczym 

oszczep.

- Strącę cię do piekła! - zapowiedział uroczyście.

Tłum zawrzał z podniecenia, słychać było okrzyki zachęty, nikt jednak nie 

dodawał otuchy Shefowi.

Irlandzki wojownik natarł i zaatakował błyskawicznie. Zamarkował cios w głowę, 

który przeszedł później w długie cięcie wymierzone prosto w szyję. Shef schylił się i 

miecz przeszedł nad jego głową. Gaddgedlar natarł jednak ponownie zadając dwa 

cięcia, z prawej i lewej strony. Shef cofnął się do tyłu i udając, Ŝe odskoczy w prawo, 

rzucił się na lewą stronę. Mógł teraz zadać cios w odsłonięty bark przeciwnika, 

zamiast tego cofnął się błyskawicznie na sam środek placu. Wiedział juŜ jaką obrad 

taktykę, wiedział teŜ, Ŝe moŜe polegać na swoich mięśniach. Czuł pulsowanie krwi i 

ogarniającą go lekkość.

Flann, bo tak nazywał się irlandzki wojownik, podszedł teraz do Shefa 

wymachując szybko mieczem. Chciał zepchnąć go w stronę kręgu widzów i 

uniemoŜliwić dalszą ucieczkę. Był naprawdę szybki, ale po raz pierwszy zdarzyło mu 

się walczyć z kimś, kto nie ma zamiaru odparowywać ciosów, lecz ich po prostu 

unika. Shefowi znowu udało się uskoczyć, a kiedy się odwrócił zobaczył, Ŝe Flann 

zaczyna juŜ dyszeć. Armia wikingów była armią Ŝeglarzy i jeźdźców, mocnych w 

background image

barach i ramionach, nie przyzwyczajonych jednak do chodzenia, nie mówiąc juŜ o 

bieganiu.

Kiedy widzowie pojęli w końcu taktykę Shefa, zaczęli pokrzykiwać gniewnie w 

jego kierunku. Gdyby trwało to dłuŜej, mogliby zacząć zacieśniać pierścień wokół 

walczących. Kiedy Flann po raz kolejny spróbował swojego popisowego cięcia 

idącego skosem ku dołowi, tym razem wolniej niŜ poprzednio, Shef natarł pierwszy i 

odparował gwałtownie, uderzając szeroką klingą swego miecza w sam koniec 

wymierzonego w siebie ostrza. Ostrze nie pękło wprawdzie, ale Irlandczyk osłupiał na 

moment i Shef zdecydował się błyskawicznie na zadanie ciosu. Z ramienia Flanna 

trysnął strumień krwi.

Przez długą chwilę młodzieńcy stali na środku placu jeden naprzeciw drugiego. 

Prawe ramię Flanna broczyło dość mocno, chłopak wiedział więc, Ŝe jeśli chce 

przeŜyć - musi działać szybko. Ruszył do przodu próbując teraz ostrych pchnięć i 

nacierając tarczą. Shef stosował uniki i odparowywał ciosy starając się wytrącić miecz 

z zakrwawionej ręki przeciwnika.

W pewnej chwili poczuł, Ŝe ciosom Irlandczyka zaczyna brakować pewności. 

Shef znów zaczął krąŜyć po placu, pełen energii, niepomny zmęczenia. Flann z 

trudem chwytał powietrze, nagle wyrzucił do przodu tarczę celując kolcem w twarz 

Shefa, po czym wymierzył w niego cios mieczem. Shef błyskawicznie przykucnął 

uchylając się od ostrza i równie szybko wstał zagłębiając swój oręŜ w brzuchu 

Irlandczyka. Flann zatoczył się do tyłu, lecz Shef nie pozwolił mu upaść. Zacisnął 

lewe ramię na szyi przeciwnika i zamierzył się do kolejnego ciosu.

Pośród panującej wokół wrzawy Shef usłyszał nagle głos Branda Zabójcy.

- Przyrzekłeś zrzucić go do Nastrónd - krzyknął. - Musisz z nim skończyć!

Shef spojrzał w dół na poszarzałą, skręconą z bólu i przeraŜenia twarz i 

niespodziewanie ogarnęła go furia. Wepchnął miecz w pierś Flanna i poczuł jak ciało 

Irlandczyka skręca spazm śmierci. Powoli opuścił nieruchome juŜ zwłoki i uwolnił 

tkwiący w nich miecz. Potem rozejrzał się dookoła i ujrzawszy pobladłą z gniewu 

twarz Muirtacha, podszedł prosto do Ivara, u którego boku stała Godiva.

- Wyjątkowo pouczające - rzekł Ivar. - Lubię obserwować kogoś, kto potrafi 

walczyć nie tylko ręką, ale teŜ głową. Ocaliłeś teŜ mój srebrny naramiennik. 

Kosztowało mnie to jednak wojownika. Jak zamierzasz mi za niego zapłacić?

- Ja takŜe jestem wojownikiem, panie.

- Skoro tak, dołącz do moich ludzi. Zostaniesz jednym z wioślarzy. Ale nie w 

druŜynie Muirtacha. Przyjdziesz dziś wieczór do mego namiotu. Mój marszałek 

znajdzie dla ciebie odpowiednie miejsce. Ivar zamilkł i przyjrzał się uwaŜnie Shefowi.

- Twój miecz jest w jednym miejscu wyszczerbiony, nie zrobił tego Flann. 

Powiedz, czyj oręŜ to uczynił.

background image

Shef zawahał się przez chwilę, zdecydował jednak, Ŝe wikingowie najbardziej 

docenią brawurę.

- To był miecz jarla Sigvartha!

Rysy Ivara ściągnęły się wyraźnie.

- Rozumiem. Kończmy jednak ten turniej. Inaczej kobiety nigdy się nie wykąpią.

Ivar odwrócił się i popchnął przed sobą Godivę, ale przez chwilę jej spojrzenie 

raz jeszcze spoczęło na Shefie.

Gdy odeszli, chłopak podszedł do Vigi-Branda i zdjął z szyi amulet.

- W normalnych okolicznościach powiedziałbym: „Zatrzymaj go chłopcze, boś na 

to zasłuŜył. Pewnego dnia zostaniesz moŜe wielkim wodzem”. Coś mi jednak mówi, 

Ŝ

e młot Thora nie jest dla ciebie właściwym znakiem, mimo Ŝe jesteś przecieŜ 

kowalem. Wydaje mi się, Ŝe naleŜysz do Odyna, którego nazywają takŜe Bileyg, lub 

Bolverk.

- Bolverk? - zdziwił się Shef. - CzyŜ jestem sprawcą zła i niedoli?

- Jeszcze nie teraz. Ale moŜesz stać się powolnym instrumentem w czyichś 

rękach. Miej się na baczności. Dziś jednak spisałeś się świetnie, zwłaszcza jak na 

początkującego. Dziś zabiłeś chyba po raz pierwszy, mówię to jako znawca. Spójrz, 

zabrali juŜ ciało, zostawili jednak ekwipunek. Miecz, tarcza i hełm naleŜą teraz do 

ciebie. Tak nakazuje zwyczaj.

Brand mówił jakby próbował go sprawdzić. Shef zdał sobie z tego sprawę i 

pokręcił głową.

- Nie mogę czerpać korzyści z kogoś, kogo posłałem do Nastrónd, Miejsca 

Umarłych Ludzi - rzekł uroczyście, następnie zaś cisnął w krzaki hełm i tarczę, miecz 

zaś zgiął nogą i zostawił na ziemi.

- Sam widzisz - powiedział Brand. - Thorvin nigdy by cię tego nie nauczył. To 

znak Odyna.

background image

Rozdział siódmy

Thorvin nie okazał zdziwienia kiedy Shef powrócił do kuźni i opowiedział mu, co 

się wydarzyło. Chrząknął tylko z powątpiewaniem, gdy chłopak pochwalił się, Ŝe 

dołączy do kontyngentu Ivara.

- A więc dobrze, nie idź tam jednak tak jak stoisz. Zostałbyś od razu wyśmiany, a 

wtedy mogłyby cię ponieść nerwy i doprowadzić do nieszczęścia.

Z leŜącego na tyłach kuźni stosu uzbrojenia Thorvin wyciągnął świeŜo osadzoną 

włócznię i obitą skórą tarczę.

- Z tym wzbudzisz większy szacunek.

- Czy to twoja własność?

- Czasami ludzie zostawiają u mnie rzeczy do reperacji, ale nie przychodzą po nie 

z powrotem.

Shef przyjął podarki i stanął zakłopotany.

- Muszę ci podziękować, za wszystko coś dla mnie uczynił.

- Zrobiłem to, gdyŜ tak nakazywała mi moja wiara. Tak mi się przynajmniej 

wydaje. Nie jestem jednak głupcem, wiem, Ŝe przyszedłeś tu w jakiejś innej sprawie. 

Nie wiem co to za sprawa, ale mam nadzieję, Ŝe nie wpędzi cię w kłopoty. MoŜe 

kiedyś nasze drogi znowu się skrzyŜują.

Rozstali się bez dalszych słów. Shef dopiero drugi raz przestępował krąg, w 

którym chroniła go moc Thora, lecz tym razem czynił to bez strachu. Z podniesioną 

głową przeszedł pomiędzy namiotami kierując się nie do kwatery synów Ragnara, 

lecz do Ingulfa.

Jak zwykle obok jego domostwa stała gromadka ludzi. Gdy pojawił się Shef, 

rozeszli się powoli, a chłopak ujrzał, Ŝe zabierają kogoś na noszach. Hund wyszedł na 

spotkanie przyjaciela.

- Co robiłeś?

- Pomagałem Ingulfowi. To niezwykłe, jakie cuda on potrafi. Tamten człowiek 

wdał się w bójkę, upadł niezgrabnie i złamał nogę. Co byś z nim zrobił, gdyby się to 

stało u nas w Emneth?

background image

- ZabandaŜowałbym go - wzruszył ramionami Shef. - Nic innego nie da się 

zrobić. W końcu wszystko się zrośnie.

- Ale ten człowiek nigdy nie mógłby juŜ chodzić jak przedtem. Kości zrosłyby się 

całkiem przypadkowo, noga byłaby pokrzywiona i guzowata. Pamiętasz, jak zrosła się 

noga Crubby, po tym jak spadł z konia? Ingulf naprostowuje nogę, rozciąga mocno, 

aŜ złamane końcówki kości znowu się spotkają, unieruchamiając ją potem pomiędzy 

dwiema deseczkami, tak Ŝeby mogła się spokojnie goić, i dopiero bandaŜuje. Ingulf 

potrafi czynić jeszcze większe cuda. Widziałeś tego człowieka na noszach? W tym 

przypadku złamanie było tak niebezpieczne, Ŝe kości wyszły przez skórę. Ingulf 

otworzył ostrzem nogę i wepchnął kość do środka, od razu ją nastawiając. Nigdy bym 

nie uwierzył, Ŝe moŜna przeŜyć taki zabieg, jednak Ingulf jest szybki i zwinny, poza 

tym zawsze wie, co trzeba zrobić.

- Czy moŜesz się tego nauczyć? - spytał Shef, widząc wielki entuzjazm na 

nieruchomej zazwyczaj twarzy przyjaciela.

- Owszem. Mając nieco praktyki i dostatecznie duŜo wskazówek. I jeszcze coś. 

Ingulf studiuje ciała zmarłych, patrzy jak połączone są kości. Pomyśl, co by na to 

powiedział ojciec Andreas?

- A więc chciałbyś zostać z Ingulfem?

Hund skinął z wahaniem głową, a następnie wyjął spod swej tuniki łańcuch. 

Wisiał na nim niewielki srebrny amulet w kształcie jabłka.

- Dał mi to Ingulf. To jabłko Ithuna-Uzdrowiciela. Jestem teraz jednym z 

wiernych. Wierzę w Ingulfa i Drogę, choć trochę mniej w samego Ithuna.

Hund spojrzał teraz na szyję swego przyjaciela.

- Widzę, Ŝe ciebie Thorvin nie nawrócił. Nie nosisz znaku młota.

- Nosiłem go przez chwilę - Shef wyjaśnił pokrótce, co mu się przydarzyło. - 

Teraz mam szansę, aby uratować Godivę i uciec. MoŜe Bóg będzie dla mnie łaskawy.

- Bóg?

- Bóg albo Thor. MoŜe Odyn. Zaczynam sądzić, Ŝe jest to dla mnie bez róŜnicy. 

Zapewne któryś z nich nas teraz obserwuje.

- Czy mogę coś dla ciebie zrobić?

- Nie - Shef ścisnął ramię przyjaciela. - Niewykluczone, Ŝe nigdy się juŜ nie 

zobaczymy. Lecz jeśli kiedyś opuścisz wikingów, znajdę dla ciebie jakieś schronienie. 

Nawet jeśli będzie to tylko chata na moczarach.

Potem Shef odwrócił się i skierował w stronę miejsca, na które nie ośmielił się 

dotąd nawet przelotnie spojrzeć: do głównej kwatery dowództwa.

Kwatery te ciągnęły się wzdłuŜ rzeki na przestrzeni ponad dwustu jardów. W 

samym środku znajdował się wielki namiot przeznaczony do spotkań. Przy 

ustawionych wewnątrz stołach pomieścić się mogło około stu osób. Niedaleko stały 

background image

namioty braci Ragnarssonów, kaŜdy z nich otoczony zabudowaniami dla kobiet, 

straŜników i słuŜby. Nieco dalej rozciągał się obóz wojowników, zazwyczaj na załogę 

jednego statku przypadały trzy, czasem cztery namioty.

Ludzie Sigurtha byli przewaŜnie Duńczykami. W armii mówiło się otwarcie, Ŝe z 

czasem Sigurth powróci do Danii, aby objąć naleŜne mu po ojcu królestwo Sjaellandu 

i Skaane, a później spróbuje przejąć władzę nad całą Danią - od Bałtyku aŜ po Morze 

Północne. Ubbi i Halvdan, którzy sami nie zgłaszali na razie pretensji do Ŝadnego 

tronu, otoczyli się wojownikami pochodzącymi z całej niemal Skandynawii: ze 

Szwecji, Norwegii, Gotlandii, Bornholmu i rozmaitych wysepek.

Wokół Ivara zgromadzili się natomiast wszelkiego rodzaju wygnańcy i 

uciekinierzy. Wielu z nich było bez wątpienia pospolitymi mordercami uciekającymi 

przed czyjąś zemstą bądź przed prawem. Większość stanowili jednak Norwegowie, 

którzy od wieków przemieszczali się w rejony wysp Morza Północnego, opanowując 

najpierw Orkady i Szetlandy, później Hebrydy i północną Szkocję. Ludzie ci 

zaprawieni juŜ byli w walkach w Irlandii i szczerze wierzyli, Ŝe pewnego dnia Ivar 

zawładnie całą wyspą i zasiądzie na zamku Dubh Linn.

W tym właśnie podzielonym i skorym do waśni otoczeniu Ragnarssonów pojawił 

się nagle Shef. Marszałek wysłuchał uwaŜnie jego opowieści i przyjrzał się z 

dezaprobatą skromnemu ekwipunkowi, który chłopak dostał od Thorvina. Potem 

zawołał swego giermka, aby pokazał Shefowi namiot, miejsce do spania i wiosło oraz 

wyjaśnił obowiązki. Człowiek ten, którego imienia Shef nawet nie zapamiętał, 

objaśnił, Ŝe wykonywał będzie na zmianę z innymi cztery rodzaje obowiązków: wartę 

przy statkach, wartę przy bramie, wartę przy zabudowaniach, gdzie więziono 

niewolników, i, jeśli zajdzie taka konieczność, wartę przy namiocie Ivara.

- Sądziłem, Ŝe to gaddgedlarowie chronią Ivara - rzekł Shef.

- Tylko jeśli jest tutaj. Jeśli wychodzi, idą wraz z nim, a tu zostają kobiety i 

kosztowności. Ktoś musi tego pilnować.

- Czy nie trzeba być zaufanym człowiekiem, Ŝeby pilnować namiotu Ivara?

- A co, ty nie jesteś? - giermek popatrzył na Shefa z ukosa. - Powiem ci jedno, 

Enzkir, jeŜeli myślisz o kosztownościach Ivara, daj sobie z tym spokój. Od razu zrobi 

ci się lepiej. Słyszałeś chyba co Iv ar zrobił w Knowth z irlandzkim królem?

Kiedy przechadzali się po obozie, Shef bez specjalnego zainteresowania 

wysłuchiwał opowieści o okrutnych czynach Ivara. Wiedział, Ŝe mają one tylko jeden 

cel, wywołać strach, wolał więc przyglądać się uwaŜnie okolicy.

Upewnił się, Ŝe najsłabszym punktem obozowiska były statki. Nie było wokół 

nich Ŝadnych fortyfikacji, gdyŜ odgrodziłoby to statki od rzeki. Okręty stanowiły 

wprawdzie rodzaj przeszkody, ale równocześnie były przecieŜ najcenniejszą 

własnością wikingów. JeŜeli komuś udałoby się ominąć stojących nad rzeką 

background image

wartowników, i znalazłby się wśród statków z pochodnią i toporem, niełatwo byłoby 

się go pozbyć.

Trudniej byłoby z wartownikami przy bramie. Nie sposób ich zaskoczyć. Trzeba 

by stoczyć z nimi regularną walkę, w czasie której mieliby przewagę dzięki swoim 

wielkim toporom i osadzonym na Ŝelaznych trzonach oszczepom. Poza tym kaŜdy, 

kto mimo wszystko zdołałby sobie z nimi poradzić, musiałby stawić czoło kolejnym 

jednostkom, które nadciągałyby z obozu z odsieczą.

Kiedy przechodzili obok zabudowań, w których więzieni byli niewolnicy, Shef 

dostrzegł nagle znajomą twarz. Na ziemi, skuty kajdanami leŜał jego przyrodni brat 

Alfgar. Jego jasne kręcone włosy zlepione były brudem, a oblicze wyraŜało krańcową 

rozpacz. Czując na sobie czyjeś spojrzenie chłopak podniósł głowę, Shef 

błyskawicznie odwrócił wzrok.

- Czy sprzedaliście juŜ jakichś niewolników od czasu przyjazdu?

- Nie. Za duŜo kłopotu, aby wywieźć ich teraz na morze. Anglicy czają się 

wszędzie. Większość z nich naleŜy do Sigvartha - giermek splunął na ziemię. - Czeka, 

Ŝ

eby ktoś inny przetarł za niego drogę.

- Przetarł drogę?

- Za dwa dni Ivar weźmie pół armii i wyruszy na spotkanie temu królikowi, 

Jatmundowi, czy Edmundowi, jak wy Anglicy go nazywacie. Chce wyzwać go do 

walki, albo zniszczyć cały jego kraj. Wybralibyśmy najprostszą drogę, ale i tak 

zmarnowaliśmy juŜ mnóstwo czasu. Oj, nie będzie to miłe spotkanie dla Jatmunda.

- Jedziemy z nim, czy zostajemy tutaj?

- Nasza załoga zostaje - raz jeszcze giermek spojrzał na Shefa z ukosa. Na poły z 

ciekawością, na poły z gniewem. - A jak myślisz, po co bym ci to wszystko 

opowiadał? Będziemy stać na warcie i cały czas pilnować obozu. śałuję, Ŝe nie mogę 

pojechać. Chciałbym zobaczyć, co zrobią królowi, gdy go w końcu pojmają. 

Opowiadałem ci juŜ o Knowth. Byłem tam, gdy Ivar plądrował groby dawnych 

królów, a mnisi próbowali nam przeszkodzić. Widziałem, co Ivar zrobił...

Temat ten powracał jeszcze kilkakrotnie podczas wspólnej biesiady, na którą 

złoŜyły się: bulion, solona wieprzowina i kapusta. Była teŜ beczka piwa, z której 

wszyscy czerpali do woli. Shef wypił więcej niŜ mu się wydawało i jego myśli zaczęły 

wirować, nie pozwalając mu na stworzenie planu działania. Wyczerpany połoŜył się 

na posłaniu. Obraz konającego w jego ramionach Irlandczyka wydał mu się teraz 

mało istotnym szczegółem z zamierzchłej przeszłości.

Wyczerpanie owładnęło nim i powiodło w sen. W coś więcej niŜ sen nawet.

Wyglądał na zewnątrz przez wpół zasłonięte okno. Była noc. Jasna, księŜycowa 

background image

noc. Było tak jasno, Ŝe przesuwające się po niebie chmury rzucały na ziemię swe 

cienie. I nagle coś zabłysło.

Obok niego stał męŜczyzna, próbował wytłumaczyć to dziwne zjawisko. On jednak 

nie potrzebował wyjaśnień. JuŜ wiedział. Narastało w nim poczucie zguby, zatracenia. 

Wzbierała teŜ gwałtowna furia.

- To nie są promienie jutrzenki - rzekł Shef, który nie był Shefem. - Nie jest to 

takŜe latający smok, ani łuna poŜaru. To błysk dobywanej broni. Nasi wrogowie chcą 

nas zaskoczyć w czasie snu. Nastała bowiem nowa wojna, wojna, która przyniesie 

wszystkim zniszczenie. Powstańcie więc, moi rycerze, pomyślcie o waszej odwadze, 

pilnujcie bram i walczcie dzielnie.

I wtedy Shef usłyszał potęŜny głos, tak potęŜny, Ŝe nie mógł naleŜeć do człowieka. 

Był to głos boga, nie taki jednak, jakiego ktoś mógłby się po bogu spodziewać. Nie był 

to głos pełen godności i dumy, lecz sardoniczny chichot.

- Pół-Duńczyku, który nie jesteś z rodu Pół-Duńczyków - rzekł bóg. - Nie słuchaj 

tego, co mówi dzielny wojownik. Nie idź do walki. Pozostań z boku. Trzymaj się blisko 

ziemi.

Shef obudził się raptownie i poczuł odór spalenizny. Przez kilka chwil, wciąŜ 

nieprzytomny ze zmęczenia, próbował poskładać myśli: dziwna draŜniąca woń, jak 

smoła. Skąd mógł się tu wziąć taki zapach? Później rozpoczęła się szaleńcza 

bieganina, ludzie potykali się o jego posłanie, deptali po jego nogach, aŜ w końcu 

obudził się całkowicie. W namiocie roiło się od męŜczyzn, szukających nerwowo 

ubrań, butów, broni. Wszystko w głębokim mroku rozświetlonym jedynie poświatą 

płonącego gdzieś na zewnątrz ognia. Shef zdał sobie nagle sprawę, Ŝe w tle słychać 

przez cały czas potęŜny łoskot. Krzyki ludzi, trzask drewna, a ponad tym wszystkim 

ogłuszający brzęk metalu, nacierających na siebie mieczów i odpierających ataki 

tarczy. Odgłosy prawdziwej bitwy.

MęŜczyźni w namiocie krzyczeli i pchali się jeden na drugiego. Na zewnątrz 

takŜe słychać było okrzykiniektóre w odległości zaledwie kilku jardów. Były to 

okrzyki Anglików. Nagle Shef wszystko zrozumiał. W uszach wciąŜ jeszcze 

brzęczały mu wypowiedziane potęŜnym głosem słowa. Rzucił się na ziemię i zaczął 

posuwać się w stronę środka namiotu, jak najdalej od ścian. Kilka chwil później jeden 

bok zapadł się, a poprzez materiał wtargnęło do środka ostrze włóczni. Giermek, 

który niedawno oprowadzał Shefa po obozowisku, obrócił się w tamtą stronę i 

włócznia trafiła go w sam środek piersi. Shef pochwycił padające ciało i podtrzymał 

je w ramionach. Po raz drugi w przeciągu kilkunastu zaledwie godzin oglądał ludzką 

agonię.

Wkrótce namiot się zawalił, przygniatając sobą Shefa i kilku pozostałych w 

background image

ś

rodku ludzi. Na płótno namiotu wbiegli Anglicy przebijając włóczniami 

szamoczących się w środku ludzi. Shef leŜał nieruchomo, jednak w pewnym 

momencie jedna z włóczni otarła się o jego kolano. Potem Anglicy odeszli, a odgłosy 

ucichły nieco. Walka przeniosła się najwyraźniej do samego środka obozu.

Shef wiedział, co się stało. Angielski król przyjął wyzwanie wikingów. Natarł na 

ich obóz w środku nocy i jakimś cudem udało mu się sforsować palisady i wtargnąć 

do środka. Szedł teraz w kierunku statków i namiotów dowództwa, siejąc po drodze 

krwawe spustoszenie. Shef wciągnął spodnie, włoŜył buty i przypasawszy miecz 

wyczołgał się na zewnątrz po trupach swoich niedawnych towarzyszy. Potem pobiegł, 

pochylony nisko nad ziemią.

Nie dostrzegł nikogo w promieniu dwudziestu jardów. Pomiędzy nim a palisadą 

ciągnął się pas zrównanych z ziemią namiotów, a obok nich stosy trupów i garstka 

rannych. Niektórzy z nich wzywali pomocyinni próbowali wstać o własnych siłach. 

Angielscy najeźdźcy starali się rozpłatać mieczami wszystko, co tylko się rusza, mało 

komu udało się więc uratować.

Shef wiedział, Ŝe jeśli wikingom nie uda się szybko przyjść do siebie i połączyć 

sił, najeźdźcy mogą wedrzeć się juŜ bardzo głęboko i rozstrzygnąć o losach bitwy.

WzdłuŜ rzeki widać było błysk ognia i gęsty dym. Natarcie Anglików na straŜe 

wokół statków spotkało się z niewielkim oporem, lecz przy samej wodzie napotkali 

najeźdźcy znacznie silniejszą i lepiej zorganizowaną obronę. Co jednak działo się 

przy namiotach Ragnarssonów? Czy nastał juŜ odpowiedni moment? Czy nadeszła 

chwila, aby uwolnić Godivę?

Nie, zdecydował Shef po chwili zastanowienia. Zbyt zacięta była trwająca wokół 

walka. JeŜeli wikingowie odeprą natarcie, Godiva pozostanie nadal niewolnicą, 

nałoŜnicą Ivara. Jeśli jednak atak się powiedzie, powinien być na miejscu, aby ją 

uratować...

Shef zaczął biec, jednak nie w stronę, gdzie rozgrywała się walka, tam bowiem na 

wpół uzbrojony człowiek znaleźć mógł tylko pewną śmierć. Początkowo sądził, Ŝe nie 

ma tam nikogo, jednak zorientował się, Ŝe istnieją dwa ogniska bitwy, jedno 

wewnątrz obozu, w rejonie rzeki, i drugie bardzo rozległe, wokół całej palisady. Król 

Edmund zaatakował obóz jednocześnie ze wszystkich stron.

Shef niczym cień podąŜał w stronę zabudowań niewolników. Kiedy był juŜ 

blisko, drogę przeciął mu wojownik. W ognistej poświacie dostrzec moŜna było jego 

czarne od krwi udo.

- Fraendi! - krzyknął męŜczyzna. - PomóŜ mi, zatamuj krew...

Shef powalił go mieczem. To pierwszy - pomyślał, podnosząc z ziemi oręŜ 

wikinga.

Przy zabudowaniach nadal stali wartownicy. Zbici w gęstą gromadę przy samych 

background image

wejściu przygotowani byli do odparcia kaŜdego ataku. Poprzez grube Ŝerdzie, z 

których zbudowane zostało ich więzienie, wystawały głowy niewolników. Próbowali 

zorientować się, co dzieje się na zewnątrz. Shef przerzucił swój nowy miecz poprzez 

boczną ścianę, odbił się z całej siły i skoczył, przerzucając ciało ponad przeszkodą. 

Usłyszał za sobą krzyk wartowników, jednak nikt nie ruszył w pościg. Nie wiedzieli 

czy mają pilnować bramy, czy próbować wyciągnąć Shefa ze środka.

Kiedy znalazł się wewnątrz, otoczyły go i zaczęły szarpać cuchnące postacie. 

Odepchnął je od siebie przeklinając po angielsku. Szybko przeciął skórzane więzy na 

rękach i nogach najbliŜszego męŜczyzny i przekazał mu miecz.

- Dalej, zacznij ich uwalniać! - syknął, wyjmując z pochwy własny oręŜ i 

oswobodzając nim kolejnego człowieka. Niewolnicy widząc, co się dzieje, wyciągali 

do niego ręce. W niedługim czasie udało mu się oswobodzić dziesięciu.

Nagle ściana runęła z jednej strony i do środka wkroczyli wikingowie, 

zdecydowawszy najwyraźniej, Ŝe muszą schwytać intruza. Pierwszego z nich Anglicy 

powalili gołymi rękami wyrywając mu topór i włócznię, następnie rzucili się z furią 

na jego towarzyszy. Shef nadal przecinał więzy. W pewnej chwili spostrzegł przed 

sobą ręce Alfgara. Jego oczy wyraŜały zdumienie, a twarz wykrzywiała wściekłość.

- Musimy uwolnić Godivę - rzekł Shef, a Alfgar skinął głową. - Chodź ze mną.

- Niech pójdą za mną wszyscy, którzy mają broń i chcą walczyć za króla 

Edmunda! - wykrzyknął zwracając się do pozostałych.

Ludzie zaczęli wydostawać się na zewnątrz. Część z nich usiłowała schronić się 

w bezpiecznej ciemności, inni rzucili się z wściekłością na resztę straŜników. Shef 

pobiegł w stronę zrównanych z ziemią namiotów, prowadząc za sobą grupkę 

kilkunastu męŜczyzn.

Broni było pod dostatkiem, leŜała obok martwych wojowników, część zaś tam, 

gdzie odłoŜono ją poprzedniego wieczora. Shef podniósł do góry kawałek płótna i 

wyciągnął włócznię i tarczę. Chwilę trwało, zanim uzbroili się wszyscy jego ludzie i 

Shef mógł się im uwaŜniej przyjrzeć. Ocenił, Ŝe są to przewaŜnie kerlowie, 

rozsierdzeni i gotowi na wszystko, jednak tylko jeden z nich sylwetką przypominał 

wojownika.

Shef wskazał w kierunku namiotów dowództwa.

- Tam jest król Edmund. Próbuje zabić Ragnarssonów. JeŜeli mu się to uda, 

wikingowie nie zdołają się juŜ pozbierać i zostaną rozgromieni. Jeśli nie, schwytają 

nas wszystkich i wszystkie wioski w okolicy znajdą się w niebezpieczeństwie. 

Jesteśmy wypoczęci i uzbrojeni. Przyłączymy się do nich, aby razem pokonać wroga!

Uwolnieni niewolnicy rzucili się do walki. Alfgar został z tyłu i podszedł do 

Shefa.

- Nie przybyłeś tu chyba z Edmundem, półnagi i na wpół uzbrojony. Skąd wiesz, 

background image

gdzie szukać Godivy?

- Zamknij się i biegnij za mną - krzyknął Shef i pobiegł w stronę namiotu, gdzie 

mieszkały kobiety Ivara.

background image

Rozdział ósmy

Edmund, syn Edwolda, potomek Raedwalda Wielkiego, ostatniego z 

Wuffingasów, a teraz z BoŜej łaski król East Anglii, spoglądał z bezsilną wściekłością 

poprzez otwory w ozdobnej przyłbicy.

Muszą się przebić! Jeszcze jedno natarcie i wreszcie przerwą ich linię. Wszyscy 

Ragnarssonowie zginą skąpani w krwi i ogniu, a reszta wielkiej armii wycofa się w 

popłochu... Ale jeśli wytrzymają... Jeśli wytrzymają, to w przeciągu następnych paru 

minut wikingowie zorientują się w końcu, Ŝe palisadę atakują tylko rozwścieczeni 

wieśniacy, którymi moŜna się nie przejmować, a wtedy zbiorą ludzi i uderzą prosto na 

nich... Jego Ŝołnierze zostaną wówczas wyłapani jak szczury. On, król Edmund nie 

miał synów. Cała przyszłość jego dynastii i królestwa zaleŜała teraz od wyniku tej 

potyczki. Po kaŜdej ze stron walczyła chyba setka ludzi: najlepsi rycerze East Anglii i 

przyboczna świta Ragnarssonów.

Edmund zacisnął dłoń na rękojeści swojego zakrwawionego miecza i ruszył do 

przodu. Po jego obu stronach pojawili się od razu kapitanowie gwardii przybocznej. 

Zagrodzili mu drogę tarczami nie pozwalając, aby znalazł się w centrum szalejącej 

bitwy.

- Spokojnie, mój panie - mruknął Wigga. - Spójrz, Totta i jego chłopcy juŜ tam 

poszli. Zaraz przebiją się przez tych łotrów.

Tymczasem fala natarcia kołysała się raz w jedną, raz w drugą stronę. Najpierw 

kilka kroków do przodu, kiedy Anglikom udało się odeprzeć wikingów i zająć na 

chwilę ich miejsce, potem jednak zaczęła się znowu cofać. Edmund dostrzegł postać 

ogromnego wojownika, który wymachiwał toporem i zachęcał Anglików, Ŝeby się 

zbliŜyli.

- Musieliśmy zabić juŜ z tysiąc tych świń - rzekł Eddi, stojący po lewej stronie 

króla. Edmund wiedział, Ŝe zaraz któryś z nich powie: „Czas juŜ, aby się stąd 

wycofać, panie” i zostanie odesłany do diabła. Większość armii, tanowie i 

zwerbowani przez nich naprędce wojownicy, i tak zaczęła juŜ się cofać. Wykonali, co 

do nich naleŜało. Wraz ze swym królem przedarli się przez palisadę, zmasakrowali 

background image

ś

piących, rozbili warty przy rzece i podpalili tyle statków, ile tylko zdołali. Ani przez 

chwilę jednak nie sądzili, Ŝe będą musieli stanąć w otwartej walce z najlepszymi 

wojownikami Północy i nie mieli wcale zamiaru tego robić. To była rzecz, którą 

powinien zająć się ktoś lepszy.

Tylko jeden wyłom, modlił się Edmund. Wszechmogący BoŜe, jeden wyłom w tej 

linii, a przebijemy się do środka i zaatakujemy ze wszystkich stron. Wojna będzie 

zakończona, poganie pobici. Nie będzie juŜ porozrzucanych po polach ciał i 

dziecięcych trupów wrzucanych do studni. Lecz jeśli uda im się wytrzymać jeszcze 

minutę, to wystarczy, aby kosiarz naostrzył swe narzędzie... Wtedy to my zostaniemy 

zmiaŜdŜeni, a mnie czeka los Wulfgara.

Wspomnienie umęczonego tana zakłuło jego serce. Król odepchnął na bok Wiggę 

i ruszył do walki z podniesionym oręŜem.

- Przebijać się! Przebijać! - krzyknął ile tchu w płucach, a jego potęŜny głos 

wibrował w metalowej przyłbicy. - Temu, kto przebije się pierwszy, obiecuję skarb 

Raedwalda. I pięć setek dla tego, kto przyniesie mi głowę Ivara!

Dwadzieścia kroków dalej Shef zebrał swój oddział uciekinierów. WzdłuŜ 

wybrzeŜa płonęły uszczelniane smołą statki wikingów rzucając swój trupi blask na 

walczących. Wszędzie wokół namioty zostały zrównane z ziemią, a ich mieszkańcy 

zabici bądź ranni. Tylko w jednym miejscu wciąŜ stało osiem czy dziesięć 

zabudowań, siedziby Ragnarssonów, wszystkich dowódców, oraz ich gwardii i kobiet. 

Wokół tego właśnie miejsca trwała zaciekła walka.

Shef odwrócił się do Alfgara oraz muskularnego rycerza stojącego na czele grupy 

pół uzbrojonych i cięŜko dyszących wieśniaków.

- Musimy przedostać się do tamtych namiotów. Tam właśnie znajdziemy 

Ragnarssonów.

A takŜe Godivę - pomyślał w duchu. Łuna oświetliła wykrzywioną ponurym 

uśmiechem twarz rycerza.

- Spójrz - zwrócił się do Shefa wskazując coś palcem.

Chłopak dostrzegł sylwetki dwóch wojowników. Ich miecze wręcz wirowały. 

KaŜdy cios był natychmiast odparowywany, uderzenia precyzyjne, dokładnie 

wymierzone. Rycerze stosowali uniki, pomagali sobie tarczami, błyskawicznie 

zmieniali pozycje.

- Popatrz na nich. Z jednej strony zaprawieni w boju wojownicy naszego króla, z 

drugiej najlepsi z piratów. Mówią o nich „drengir”, twardzi, „herechempan”. Czy 

sądzisz, Ŝe uda nam się stawić im czoło? Mnie moŜe udałoby się sprawić jednemu z 

nich trochę kłopotu przez minutę. Ciebie nie znam, ale oni... - wskazał kciukiem 

wieśniaków - zostaną od razu poszatkowani, jak mięso na kiełbasę.

background image

- Lepiej stąd chodźmy - włączył się nagle Alfgar, a jego słowa wywołały 

poruszenie wśród wieśniaków.

- Nie - krzyknął rycerz chwytając Alfgara za ramię. - Posłuchajcie, to głos 

waszego króla. Wzywa swoich wiernych ludzi. Posłuchajcie, czego od nich Ŝąda.

- Chce głowy Ivara - krzyknął jeden z wieśniaków.

Nagle wszyscy rzucili się naprzód potrząsając włóczniami, pośród nich takŜe 

rycerz.

On wie dobrze, Ŝe nic z tego nie wyjdzie, lecz ja znalazłem chyba sposób - 

pomyślał naraz Shef i rzucił się w pogoń za swymi ludźmi. Zabiegł im drogę i 

gestykulując zmusił, aby stanęli. Wspólnie pobiegli w stronę najbliŜszego z płonących 

statków.

Mimo brzęku metalu wikingowie takŜe usłyszeli słowa króla. Wielu zrozumiało 

je bez trudu, część wikingów od lat utrzymywała angielskie nałoŜnice, podobnie 

zresztą jak wcześniej ich ojcowie.

- Król Jatmund Ŝąda twej głowy! - krzyknął jeden z jarlów.

- Lecz ja nie chcę jego! - odkrzyknął Ivar. - Pojmijcie go Ŝywego.

- Co chcesz z nim zrobić?

- Muszę nad tym pomyśleć. Będzie to jednak coś zupełnie nowego. Coś bardzo 

pouczającego.

Coś, co natchnęłoby ludzi otuchą, dokończył w myśli. WciąŜ nie mógł się 

nadziwić, Ŝe król takiego małego państewka jak to, miał tyle śmiałości, Ŝeby 

zaatakować wielką armię w jej własnym obozie.

- W porządku - zwrócił się do gaddgedlarów, którzy wciąŜ jeszcze nie włączyli 

się do walki, tworząc ostateczną rezerwę. - Nie ma juŜ na co czekać. I tak się nie 

przebiją. W kaŜdym razie nie tutaj, przy namiotach. Teraz, na mój rozkaz pójdziecie 

do natarcia. Nie włączajcie się jednak do walki. Macie pojmać króla Jatmunda. 

Widzicie, jest tam. Ten niski człowiek w wojennej masce na twarzy.

Ivar nabrał powietrza w płuca, aby krzyknąć parodiując króla Edmunda: 

„Dwadzieścia uncji, dwadzieścia uncji złota dla człowieka, który przyprowadzi mi 

angielskiego króla! Nie zabijajcie go! Chcę go mieć Ŝywego!”.

Zanim jednak otworzył usta, dostrzegł jak znowu otaczają go Irlandczycy, a 

Muirtach wskazuje coś z przeraŜeniem.

- Spójrz, panie!

- Spada na nas płonący krzyŜ!

- Mac na hoige slan!

- Matko Boska, zmiłuj się nad nami.

- Na Odyna, co to takiego?

background image

Ponad głowami walczących męŜczyzn zamajaczył olbrzymi kształt podobny do 

krzyŜa, monstrualnego płonącego krzyŜa, który rósł w oczach. Szeregi Anglików 

rozstąpiły się nagle, Brand Zabójca skoczył do przodu z podniesionym toporem. 

PotęŜny krzyŜ runął na ziemię.

W jednej chwili ściany namiotów stanęły w płomieniach, a do odgłosów bitwy 

dołączył teraz przeraźliwy krzyk kobiet. Gaddgedlarowie rozpierzchli się na wszystkie 

strony.

Nagle po płonącej belce nadbiegł jeden z wyzwolonych niewolników potrząsając 

włócznią. Wymierzył ją niezręcznie w twarz Ivara. Ten zdołał ją odepchnąć ściągając 

grot z drzewca. Wieśniak ponowił atak drzewcem i tym razem udało mu się trafić 

wikinga w bok głowy. Cios był ogłuszający. Ivar zachwiał się i runął na ziemię, oczy 

przesłoniła mu ciemność.

Przez szalejące wokół płomienie przeskoczyło jeszcze kilka postaci. Ivar 

rozpoznał jedną z nich. To ten, który wygrał pojedynek przy stawie - pomyślał 

odzyskując świadomość. - A ja sądziłem, Ŝe to jeden z naszych...

W tym samym momencie czyjaś stopa spadła na jego krocze.

Shef biegł po tlącym się maszcie. Czuł, Ŝe poparzone ręce pokrywać zaczynają 

pęcherze, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Maszt udało im się wyciągnąć 

przy pomocy wieśniaków z jednego z płonących statków, a następnie zanieść w stronę 

obozowiska Ragnarssonów i zwalić prosto na ich ludzi. Wiedział, Ŝe teraz wkroczyć 

tam mógł wreszcie król Edmund wraz ze swą druŜyną. Jemu, Shefowi, pozostało 

jednak jeszcze uratowanie Godivy.

Minął wieśniaka próbującego rozprawić się z wikingiem, któremu pękła właśnie 

włócznia i kilku biegających w panice gaddgedlarów, przekonanych najwyraźniej, Ŝe 

płonący krzyŜ to zemsta za ich odszczepieństwo. Wreszcie dobiegł do namiotu, z 

którego dochodziły krzyki i zawodzenia kobiet. Wtedy wyciągnął miecz i przeciąwszy 

płótno na wysokości kolan, rozerwał je z całej siły rękami.

Ze środka wydobył się przeraźliwy lament. Kobiety stały zbite w jedną masę, 

jedne w sukniach, inne w bieliźnie, a kilka wciąŜ jeszcze nagich. Gdzie Godiva?! 

MoŜe tamta odwrócona plecami z chustą na głowie? Złapał ją za ramię i odwrócił 

gwałtownie. Zobaczył rozsierdzone spojrzenie nieznajomych oczu, a kobieca dłoń 

wymierzyła mu siarczysty policzek.

Kobiety rozbiegły się nagle i Shef dostrzegł wreszcie wśród nich znajomą 

sylwetkę. Biegła lekko jak młoda sarna, wprost na zatracenie. Anglicy byli teraz 

wszędzie. Wiedzieli, Ŝe zaraz nadciągnie odsiecz z drugiej części obozu, szlachtowali 

więc wszystko, co się ruszało, rozglądając się wciąŜ za Ivarem i jego braćmi.

Shef dopędził Godivę i chwytając od tyłu przewrócił na ziemię. Oboje potoczyli 

background image

się po ziemi, później Shef pociągnął dziewczynę w bezpieczne miejsce.

- Shef!

- Tak, to ja - potwierdził zatykając jej usta. - Teraz posłuchaj. Musimy stąd uciec. 

Taka szansa się juŜ nie powtórzy. Wrócimy tą samą drogą, którą przyszedłem, nie 

został tam juŜ nikt Ŝywy. Zrozumiałaś? A więc w drogę.

Bitwa dobiegła końca - pomyślał Edmund. Wiedział, Ŝe poniósł klęskę. Dzięki 

pomocy wieśniaków pod wodzą tego półnagiego młodzieńca udało im się przełamać 

ostatni bastion wikingów. Udało im się dokonać spustoszenia wśród najlepszych 

wojowników, wśród Ŝołnierskiej elity wielkiej armii, która nigdy juŜ nie odzyska 

dawnego blasku. CóŜ jednak z tego, skoro Ragnarssonowie nadal Ŝyli. Dopiero gdyby 

udało mu się pozabijać ich wszystkich, byłby pewny, Ŝe odniósł ostateczne 

zwycięstwo Nie ma juŜ jednak na to szansy. W sercu Edmunda wygasał powoli gniew 

i entuzjazm, zaczęła się chłodna kalkulacja. Dostrzegł, Ŝe poza obrębem płomieni 

zaczynają zbierać się wikingowie. Najwyraźniej wydane zostały juŜ jakieś rozkazy. 

Czuł, Ŝe niedługo zacznie się kontruderzenie.

- Czas wracać, panie - mruknął Wigga.

Edmund skinął głową, wiedział, Ŝe jest to rzeczywiście ostatni moment. Droga 

ucieczki była wciąŜ wolna, poza tym pozostała jeszcze grupka zaufanych 

wojowników, którzy osłania go podczas odwrotu w stronę wschodniej palisady.

- Wracamy! Wracamy tam, skąd przyszliśmy! Zabijajcie kaŜdego, kto znajdzie się 

na drodze. NiewaŜne, nasz czy obcy. Nie chcę ich zostawić dla Ivara. I nie 

pozostawiajcie niedobitków!

Ivar poczuł, jak powraca mu świadomość. Wracała jednak stopniowo i nie od razu

udało mu się pozbierać myśli. Czuł, Ŝe zbliŜa się coś straszliwego. Słyszał zbliŜające 

się kroki. To był draugr - gigant, spuchnięty i siny jak rozkładający się trup, lecz tak 

potęŜny jak dziesięciu męŜczyzn. Wrócił na ziemię, aby niepokoić swoich potomków 

albo pomścić ich śmierć.

Ivar przypomniał sobie to oblicze. To irlandzki król Maelguala, którego zabił 

przed wieloma laty. Pamiętał dobrze tę wykrzywioną wściekłością i cierpieniem 

twarz. Pamiętał przekleństwa rzucane nawet wtedy, kiedy koła zaczęły rozciągać jego 

ciało. Rozciągali go aŜ nagle - Ivar przypomniał sobie trzask pękającego kręgosłupa i 

w jednej chwili oprzytomniał całkowicie. Poczuł, Ŝe ma coś na twarzy, chyba kawałek 

tkaniny. Czy zawinęli go juŜ w całun?

Prawe ramię było zupełnie bezwładne. Ivar usiadł i poczuł teraz ból z lewej strony 

głowy. O dziwo, nie z prawej, tam gdzie otrzymał cios, lecz właśnie z przeciwnej. A 

więc to wstrząs, pomyślał. Powinien się teraz połoŜyć i nie poruszać głową, nie mógł 

background image

sobie jednak na to pozwolić.

Powoli podniósł się z ziemi. Wysiłek ten spowodował przypływ nudności i 

zawrotów głowy. W dłoni wciąŜ dzierŜył miecz. Spróbował go podnieść, jednak ręka 

odmówiła posłuszeństwa. Opuścił więc broń i podparłszy się na niej popatrzył na 

zdewastowane obozowisko. Pośród namiotów wciąŜ walczyło kilkudziesięciu 

wojowników. I nagle dostrzegł nadciągającą zgubę.

Nie był to draugr. Kilkanaście kroków od niego stanęła nagle niska postać w 

zaciągniętej na oczy wojennej masce. Angielskie królewiątko. Jatmund. Z obu jego 

stron oraz za jego plecami kroczyło sześciu męŜczyzn, potęŜnych jak wikingowie, 

potęŜnych jak Viga-Brand. Z pewnością jego gwardia przyboczna. Samo serce i dusza 

angielskiego rycerstwa, „the chempan”, jak ich tam nazywają. Było ich sześciu, a on, 

Ivar, nie mógł nawet unieść miecza. Zrobił jednak krok w ich kierunku, Ŝeby nikt nie 

ś

miał powiedzieć, Ŝe on, wielki wojownik Północy, schwytany został przy próbie 

ucieczki.

Edmund rozpoznał go nagle i z jego ust wyrwał się okrzyk tryumfu. W kierunku 

Ivara ruszyło teraz sześciu rycerzy z podniesionymi mieczami.

Tymczasem Shef przemykał się właśnie w ciemności i widząc lukę pomiędzy 

namiotami popchnął do przodu Godivę, aby pobiegła pierwsza. Dziewczyna wyrwała 

się z jego uścisku i ruszyła pędem w stronę jakiegoś męŜczyzny. Potem chwyciła go 

za rękę, a on, najwyraźniej ranny, wsparł się na jej ramieniu. Chryste, to przecieŜ Ivar! 

Shef nie mógł uwierzyć własnym oczom.

Chłopak zagryzł wargi i zaczaj zbliŜać się ostroŜnie jak lampart, z uniesionym na 

wysokości bioder mieczem. Wiedział juŜ, Ŝe ostrze skieruje pod samą brodę, gdzie 

ciała nie krył Ŝaden pancerz.

Nagle naprzeciw niego znalazła się Godiva przytrzymując jego prawą rękę. 

Chciał ją odtrącić, lecz przywarła do niego z całej siły oplatając rękami i zaczęła 

przeraźliwie krzyczeć.

- UwaŜaj! Z tyłu!

Shef rzucił ją na bok, a sam odwrócił się i w ostatniej chwili odparował cios 

wymierzony we własną szyję. Drugi cios przyszedł jednak zaraz po pierwszym, 

uchylił się przed nim i usłyszał świst przecinanego powietrza. W tej samej chwili 

uświadomił sobie, Ŝe Godiva stoi za jego plecami. Musiał ją ocalić.

Zaczął się powoli cofać wąskim korytarzem między namiotami, a wraz z nim 

Godiva i Ivar. Przed nim kroczyło sześciu potęŜnych męŜczyzn, a wśród nich jeden 

niski w kunsztownie ozdobionej przyłbicy. To musiał być król. On, Shef, niewolnik i 

nędzny pies stał teraz naprzeciw króla East Anglii.

- Zejdź mi z drogi - rzekł Edmund postępując jeszcze krok naprzód. - Jesteś 

Anglikiem. Zwaliłeś maszt. Przerwałeś ich linię. Widziałem, Ŝe to ty. Za tobą jest 

background image

Ivar. Zabij go albo pozwól, Ŝebym ja to zrobił, a nie ominie cię nagroda, którą ci 

obiecałem.

- Ta kobieta... - zaczął Shef. Chciał powiedzieć, aby zostawili w spokoju kobietę, 

ale nie starczyło mu czasu.

Przerwa między namiotami rozszerzyła się nagle i na Shefa rzucili się ludzie 

Edmunda. Jeden wysunął się naprzód tnąc na odlew, raz za razem i wyrzucając do 

przodu tarczę. Shef cofał się, uskakiwał, kucał, nie przyjmując ciosów, lecz uciekając 

przed nimi, jak podczas pojedynku z młodym Irlandczykiem.

Nagle z ciemności wyłoniło się kilkunastu wikingów prowadzonych przez 

samego Vigę-Branda. Anglicy cofnęli się, aby chronić swego króla. Broniąc go ginęli 

jeden po drugim, podczas gdy Ivar napominał bez przerwy swoich ludzi, aby 

pozostawili przy Ŝyciu Jatmunda.

Shefowi udało się tymczasem wymknąć i pociągnąć za sobą przeraŜoną Godivę. 

Pobiegli w stronę dopalających się okrętów i błotnistego brzegu rzeki Stour. 

Angielskie królestwo legło w gruzach, Godiva wyszła jednak bez szwanku. Udało mu 

się ją ocalić.

Lecz ona ocaliła Ivara.

background image

Rozdział dziewiąty

Gwiazdy zaczęły juŜ blednąc na niebie, kiedy Shef i Godiva przedzierali się 

ostroŜnie przez leśną gęstwinę. NajwyŜsze gałęzie poruszał lekki wietrzyk, którego 

nie czuć było na dole. Gdy przebiegli przez niewielką polankę rozpościerającą się 

wokół przewróconego dębu, ich stopy zmoczyła rosa. To będzie upalny dzień - 

pomyślał Shef - jeden z ostatnich dni tego pełnego wydarzeń lata.

Na razie było im jednak zimno. Shef miał na sobie jedynie buty i wełniane 

spodnie, które wciągnął w pośpiechu podczas ataku Anglików, Godiva zaś cienką 

koszulę. Zdjęła długą suknię, gdy wchodziła do rzeki. Pływała dobrze niczym wydra, i 

jak wydra musiała nurkować i przepływać długie odcinki pod wodą. Płynęli bardzo 

ostroŜnie, starając się nie robić najmniejszego hałasu i śledząc uwaŜnie brzeg, czy nie 

ma na nim patroli. Oboje zanurkowali głęboko, gdy rzeka wpłynęła w zakole przy 

krańcu palisady. Było to miejsce, gdzie zawsze czuwały straŜe.

Shef nie poczuł chłodu, gdy wchodził do wody, jedynie uczucie pieczenia na 

poparzonych dłoniach, teraz jednak ciałem wstrząsały bez przerwy dreszcze. 

Wiedział, Ŝe długo tak nie wytrzyma. Musiał koniecznie się połoŜyć, rozluźnić 

mięśnie i poukładać sobie w głowie wydarzenia ostatnich dwudziestu czterech godzin. 

Zabił człowieka, nie, dwóch ludzi. Widział króla, co zdarzyć się moŜe raz, czasem 

dwa razy w Ŝyciu. Tym razem jednak król takŜe go dostrzegł, a nawet przemówił do 

niego! Stał teŜ oko w oko z Ivarem Ragnarssonem. Wiedział, Ŝe mógłby go zabić, 

gdyby nie Godiva. Mógłby zostać bohaterem całej Anglii, całego chrześcijaństwa.

Powstrzymała go jednak. I wtedy zdradził swego króla, zatrzymał go, oddał go w 

ręce pogan. JeŜeli ktoś kiedyś się o tym dowie... Nie chciał o tym teraz myśleć. 

WaŜne, Ŝe udało im się uciec. Kiedy tylko nadarzy się okazja zapyta Godivę, co 

naprawdę łączyło ją z Ivarem.

Gdy zrobiło się juŜ zupełnie widno, Shef odnalazł zarośnięty trawą szlak, 

najwyraźniej nikt nie przechodził tamtędy od tygodni. Był to dobry znak, zwłaszcza 

Ŝ

e na końcu tej drogi odnaleźć powinni jakąś chatę albo szałas, gdzie mogliby znaleźć 

schronienie.

background image

Istotnie, drzewa zaczęły się wkrótce przerzedzać i oboje zobaczyli zbudowany z 

gałęzi szałas. Zbudowali go zapewnię drwale, którzy pracowali nie opodal przy 

wyrębie lasu.

Teraz nie było tam nikogo. Shef i Godiva stanęli na wprost siebie objęci rękami.

- Pewnego dnia - zaczął Shef patrząc dziewczynie głęboko w oczy - będziemy 

mieli prawdziwy dom. Miejsce, gdzie będziemy mogli mieszkać oboje przez nikogo 

nie niepokojeni. Dlatego właśnie przyszedłemaby odebrać cię wikingom. Nie 

powinniśmy podróŜować w czasie dnia, to zbyt niebezpieczne. Zostaniemy tutaj i 

odpoczniemy sobie aŜ do wieczora.

Shef obudził się, kiedy słońce zaczęło przeświecać między ścianami szałasu. 

Podniósł się ostroŜnie, aby nie obudzić dziewczyny i wyszedł na zewnątrz. W szparze 

pomiędzy gałęziami znalazł ukrytą hubkę i krzesiwo. Czy moŜna rozpalić ogień? Shef 

zastanawiał się chwilę i postanowił nie ryzykować. Mieli pod dostatkiem wody, ale 

nic do jedzenia. Powinien był o tym pomyśleć.

Nie sądził, aby ktoś mógł im przeszkodzić, jeszcze nie tego dnia. Znajdowali się 

wciąŜ w zasięgu patroli wikingów, które widział, gdy podkradał się wraz z Hundem w 

pobliŜe obozu. Teraz jednak wikingowie mieli chyba inne zmartwienia. Wszyscy 

zebrali się pewnie w obozie, szacując straty, zastanawiając się co dalej robić i 

spierając się o dowództwo nad pozostałością wielkiej armii. Czy udało się ocaleć 

Sigurthowi - WęŜowemu Oku? JeŜeli nawet ocalał, nawet jemu trudno będzie 

utrzymać nadszarpnięty ostatnimi wydarzeniami autorytet.

Shef połoŜył się w słońcu i poczuł, jak rozluźnia się jego ciało. Patrzył jak 

mięsień uda kurczy się nierytmicznie, aby po chwili uspokoić się zupełnie, potem 

przyjrzał się pęcherzom na swoich dłoniach.

- Czy nie będzie lepiej, jak je przebiję? - spytała Godiva, która pojawiła się nagle 

u jego boku trzymając w dłoni długi kolec. Shef skinął głową.

Kiedy pochyliła się nad nim i zajęła się jego lewą dłonią, objął ją drugim 

ramieniem, tuląc do siebie jej rozgrzane snem ciało.

- Powiedz mi - spytał - dlaczego stanęłaś pomiędzy mną a Ivarem? Co było 

między wami?

Dziewczyna spuściła oczy, wydawało się, Ŝe nie wie, co ma odpowiedzieć.

- Czy wiesz, Ŝe zostałam mu ofiarowana? Przez... przez Sigvartha.

- Przez mego ojca. Tak wiem. Lecz co stało się potem?

Godiva nadal nie podnosiła wzroku przypatrując się uwaŜnie pęcherzom.

- On mnie ofiarował w trakcie biesiady, przy wszystkich. Tylko to miałam na 

sobie. Niektórzy z nich robią ze swymi kobietami okropne rzeczy, na przykład Ubbi. 

Powiadają, Ŝe kocha się z nimi na oczach swoich ludzi, a kiedy nie potrafią go 

background image

zadowolić, oni je dostają i korzystają z nich jeden po drugim. Wiesz, Ŝe byłam 

dziewicą... Jestem nią nadal. Bardzo się bałam.

- WciąŜ jesteś dziewicą?

Godiva skinęła głową.

- Ivar nic do mnie powiedział w trakcie przyjęcia, ale kazał, aby przywiedli mnie 

do jego namiotu tej samej nocy. Wtedy ze mną rozmawiał. Powiedział mi... 

Powiedział, Ŝe jest inny niŜ reszta męŜczyzn. Nie jest wałachem, to coś innego. 

Spłodził juŜ dzieci, przynajmniej tak mówił. Powiedział mi jednak, Ŝe podczas gdy 

inni męŜczyźni czują przypływ poŜądania na sam widok kobiecego ciała, on 

potrzebuje czegoś innego.

- Czy wiesz, co jest tym czymś? - spytał Shef bez ogródek przypominając sobie 

wskazówki, jakie dał mu Hund.

- Nie wiem - Godiva potrząsnęła głową. - Nie mogę tego zrozumieć. Ale on 

mówił, Ŝe jeśli męŜczyźni dowiedzieliby się, jak jest z nim naprawdę, kpiliby z niego. 

W młodości koledzy przezywali go Sopel Lodu, poniewaŜ nie potrafił tego, co oni. 

Mówił mi, Ŝe zabił wielu męŜczyzn, którzy z niego kpili i sprawiło mu to 

przyjemność. Dziś wszyscy, którzy się z niego śmiali, nie Ŝyją i tylko najbliŜsi 

podejrzewają, Ŝe jest jakiś inny. JeŜeli wszyscy by o tym wiedzieli, Sigvarth nie 

odwaŜyłby się ofiarować mnie otwarcie, tak jak to uczynił. Ivar powiada, Ŝe teraz 

nazywają go Soplem Lodu, poniewaŜ się go boją. Mówią, Ŝe nie zamienia się w nocy 

w wilka czy niedźwiedzia, jak jego bracia, lecz w smoka. Wielkiego, długiego smoka.

- A co ty o tym myślisz? - spytał Shef. - Czy pamiętasz, co zrobili z twym ojcem? 

Twoim ojcem, nie moim, lecz nawet ja poczułem Ŝałość na jego widok. Wprawdzie 

Ivar nie zrobił tego osobiście, wydał jednak odpowiednie rozkazy. To są właśnie 

rzeczy, jakimi się trudni. Mógł oszczędzić ci gwałtu, ale kto wie, jakie miał w 

stosunku do ciebie zamiary. Powiadasz, Ŝe ma dzieci. Czy ktokolwiek widział ich 

matki?

Godiva pochyliła się nad dłonią i zaczęła przebijać pęcherze.

- Nie wiem. Jest na pewno okrutny i pełen nienawiści w stosunku do męŜczyzn, 

ale to dlatego, Ŝe się ich obawia. Boi się, Ŝe są bardziej męscy od niego. Ale jak oni 

pokazują tę męskość? Znęcając się nad słabszymi, czerpiąc przyjemność z ich 

cierpienia. MoŜe Ivar zesłany został przez Boga, jako kara za męskie grzechy.

- Czy Ŝałujesz, Ŝe cię od niego zabrałem? - Głos Shefa zrobił się nagle ostrzejszy.

Godiva pochyliła się nad nim, poczuł na piersi jej policzek i przesuwające się 

wzdłuŜ ciała dłonie. Przyciągnął ją do siebie. Ramiączko jej koszuli opadło nagle 

odsłaniając nagą, dziewczęcą pierś. Jedyną kobietąktórą widział dotąd rozebraną, 

była potęŜna, grubo ciosana Truda o ziemistej, niezdrowej cerze. Jego stwardniałe 

dłonie zaczęły pieścić ciało Godivy z niewiarygodną delikatnością. JeŜeli sądził, Ŝe 

background image

kiedyś to nastąpi, a rozmyślał o tym często siedząc samotnie w kuźni, spodziewał się, 

Ŝ

e będzie to dopiero w dalekiej przyszłości, kiedy juŜ na nią zasłuŜy, kiedy znajdzie 

miejsce, gdzie razem będą bezpieczni. Nie tak jak teraz, w środku lasu, pod gołym 

niebem, bez błogosławieństwa księdza ani zgody rodziców.

- Jesteś lepszym człowiekiem niŜ Ivar, czy Sigvarth, czy ktokolwiek, kogo 

spotkałam w Ŝyciu - powiedziała ze szlochem Godiva. - Wiedziałam, Ŝe po mnie 

przyjdziesz. Bałam się tylko, Ŝe mogą cię za to zabić.

Podciągnął jej koszulę i powoli obrócił na plecy.

- Oboje powinniśmy juŜ nie Ŝyć. Jestem tak szczęśliwy, Ŝe jestem tutaj wraz z 

tobą... Nie łączy nas krew, pochodzimy od róŜnych ojców i róŜnych matek.

Posiadł ją w blasku słońca. Ten, który obserwował ich z ukrycia, wstrzymał z 

zazdrości oddech.

Godzinę później Shef leŜał na miękkiej trawie w przedzierających się poprzez 

konary dębów promieniach słońca. Był senny i całkowicie rozluźniony. Nie spał 

jednak. Myślał o przyszłości, o tym gdzie mogą teraz pójść, moŜe na mokradła, tam 

gdzie nocował wspólnie z tanem Edrichem. Czuł na twarzy ciepło słońca i miękkość 

darni, na której leŜał, lecz wszystko zaczęło się powoli oddalać. Doznał juŜ wcześniej 

podobnego uczucia. W obozie wikingów. Jego myśli zaczęły błądzić gdzieś bardzo 

daleko, opuszczając leśną polanę i uśpione ciało.

- PotęŜni są panowie, którym odebrałeś kobietę - przemówił do niego głos, 

twardy, szorstki i pełen dostojeństwa.

Shef zdał sobie sprawę, Ŝe znalazł się nagle w kuźni. Wszystko było znajome: 

napięcie mięśni, kiedy wyjmował z ognia rozgrzany do czerwoności kawał metalu, i 

automatyczne odchylenie głowy, gdy iskry wzbiły się ku jego włosom. Nie była to 

wszakŜe kuźnia w Emneth, ani kuźnia Thorvina w obozie wikingów. Shef poczuł 

rozciągającą się wokół olbrzymią przestrzeń, wytyczoną gigantycznymi kolumnami, 

które ginęły wysoko w górze.

Wziął do ręki młot i zaczął wykuwać kształt z połyskującej na kowadle bryły 

metalu. Nie wiedział, jaki to ma być kształt. Wiedziały jednak jego ręce, poruszały się 

bowiem szybko i bez wahania. Nie było to ostrze włóczni ani topór, nie był to takŜe 

lemiesz. Wyglądało tak jak koło, lecz koło z wieloma zębami, ostrymi jak u psa. Shef 

patrzył w zdumieniu, w głębi serca wiedział, Ŝe to co właśnie robił, jest niemoŜliwe. 

Nikomu nie udałoby się wykonać czegoś takiego za jednym zamachem. Najpierw 

naleŜałoby wykuć obręcz i osobno kaŜdy z zębów, dopiero wtedy moŜna by połączyć te 

elementy w całość. Jednak po co to wszystko? Być moŜe, gdyby mieć jedno takie koło, 

ustawione nad ziemią jak ściana, koło, które poruszałoby się w jedną stronę i drugie 

koło umocowane płasko, to jedno z nich nadawaćby mogło pęd drugiemu.

background image

Lecz jaki miałoby to sens? Z pewnością istniał powód. Miało to coś wspólnego z 

dziwnym urządzeniem majaczącym w oddali, potęŜną konstrukcją znajdującą się pod 

jedną ze ścian.

W pewnej chwili Shef zdał sobie sprawę, Ŝe wokół niego stoi jeszcze kilka postaci 

i to postaci równie gigantycznych rozmiarów, co całe pomieszczenie. Nie widział ich 

dokładnie, zresztą nie ośmielił się otwarcie podnieść na nie wzroku, rzucał więc 

jedynie ukradkowe spojrzenia. Postacie stały jedna obok drugiej i obserwując go 

wymieniały uwagi, takie przynajmniej odniósł wraŜenie. Były to bóstwa Thorvina, 

bóstwa Drogi.

NajbliŜej stojąca postać przypominała jeszcze potęŜniejszą i wyŜszą replikę Vigi-

Branda. Pod krótkimi rękawami tuniki widać było napinające się gigantyczne bicepsy.

To musi być Thor, pomyślał Shef. Twarz bóstwa wyraŜała pogardą, wrogość i jakiś 

niepokój. Zaraz za nim stała inna postać o uwaŜnym spojrzeniu i ostrych rysach, 

która spoglądała na Shef a ze zręcznie skrywaną aprobatą, tak jakby był koniem 

wystawionym na sprzedaŜ przez głupiego kupca, nie orientującego się w jego 

rzeczywistej wartości.

Ten jest po mojej stronie, pomyślał Shef, lub teŜ myśli, Ŝe ja jestem po jego.

Za plecami tych dwóch stała grupa innych postaci, z których najwyŜsza, a 

zarazem najdalej oddalona podpierała się na potęŜnej włóczni o trójkątnym grocie.

Shef zdał sobie sprawę z jednej jeszcze rzeczy: ktoś podciął mu ścięgna w 

kolanach. Poruszał się po kuźni przy pomocy swoich ramion, wlokąc za sobą 

bezuŜyteczne juŜ nogi. Wokół niego porozstawiane były stołki, ławki, leŜały sterty 

drewna, wszystko to sprawiało wraŜenie bałaganu, lecz w istocie pomagało mu 

przemieszczać się z jednego miejsca na drugie. Mógł dźwignąć się na rękach i stanąć 

wyprostowany, niczym człowiek starający się złapać równowagę na szczudłach, w 

nogach nie było jednak Ŝycia, jedynie tępy ból rozchodzący się od kolan w górę.

Był jeszcze ktoś, kto go obserwował, tym razem ktoś bardzo mały, gdzieś przy 

samej ziemi. To Thorvin! Choć nie, to nie był Thorvin, lecz ktoś jeszcze mniejszy i 

drobniejszy, z wysokim czołem odsłoniętym i przerzedzonymi włosami. Postać ta 

miała jednak biały strój Thorvina oraz naszyjnik z kiści jarzębiny.

- Kim jesteś, chłopcze? - spytała. - Czy jesteś wędrowcem z krainy ludzi? Jak tu 

trafiłeś? W jaki sposób udało ci się odnaleźć Drogę?

Shef potrząsnął głową, udając, Ŝe chroni oczy przed iskrami.

Wrzucił gotowe juŜ koło do stojącego obok kubełka z wodą i zaczął pracować nad 

następnym kawałkiem metalu. Pracował z zapałem człowieka, który wie, Ŝe któregoś 

dnia zwrócona mu zostanie wolność, nie chce jednak, aby prześladowcy odkryli 

rosnącą w jego sercu radość.

Nagle Shef zorientował się, Ŝe jedna z olbrzymich postaci zaczyna poruszać się w 

background image

jego kierunku. Była to ta najwyŜsza, ta, która dzierŜyła włócznię. Palec niczym konar 

dębu uniósł do góry brodę Shef a. Twarz wydała się chłopcu ostrzem topora: prosty 

nos, wystająca szczęka, szpiczasta, siwa broda i wystające, szerokie kości policzkowe. 

W dół spoglądało na niego jedno nieruchome oko. W tym zestawieniu oblicze Ivara 

mogłoby napełnić otuchą, jako coś co przynajmniej ogarnąć moŜna rozumem, było 

mimo wszystko ludzkie. Ta twarz była inna. Shef czuł, Ŝe mogłaby przywieść człowieka 

do szaleństwa.

Teraz nie wyraŜała jednak wrogości, raczej koncentrację, skupienie.

- DuŜo ci jeszcze zostało do przejścia, karle - rzekł w końcu. - Dobrze jednak 

zacząłeś. Módl się, abym nie musiał cię wezwać zbyt szybko.

- Dlaczego miałbyś mnie wzywać, NajwyŜszy? - spytał Shef oszołomiony własną 

zuchwałością.

- Nie pytaj. Mądry człowiek nie podpatruje i nie podgląda, jak panna szukająca 

swego kawalera.

Wielka dłoń spadła nagle na kuźnię roztrącając ławy, wiadra i narzędzia, niczym 

człowiek strząsający z serwety łupiny orzecha. Shef został ciśnięty w powietrze, a 

unosząc się zdołał jeszcze zauwaŜyć badawcze spojrzenie wychylającej się z cienia 

maleńkiej, ubranej na biało postaci.

W przeciągu sekundy znalazł się znowu na trawie, pod gołym niebem. Słońce 

przesunęło się trochę, pozostawiając go w cieniu.

Gdzie Godiva? Shef zaniepokoił się nagle. Odeszła na chwilę na bok, ale co 

potem...

Shef zerwał się na nogi i zaczął rozglądać się wokół w poszukiwaniu wroga. Z 

krzaków doszedł go zgiełk, trzask gałęzi i krzyk kobiety, której usta zasłonił ktoś 

szybko dłonią.

Shef skoczył w tamtym kierunku, lecz zza drzew wyrośli nagle męŜczyźni i 

otoczyli go szczelnie niczym zaciśnięte palce Przeznaczenia. Na czele ich stał 

Muirtach, z przecinającą twarz świeŜą pręgą i wyrazem niepohamowanej furii.

- Prawie ci się udało, chłopcze - rzekł. - Powinieneś był dalej uciekać, ale ty 

wolałeś się zatrzymać i wypróbować kobietę Ivara. CóŜ, gorący kutas nie zna co to 

rozum, wkrótce jednak będzie zupełnie zimny.

Silne ramiona ścisnęły Shefa, który wciąŜ się wyrywał w stronę zarośli. Czy juŜ ją 

pojmali? Jak udało im się ich znaleźć? Czy zostawili jakiś ślad?

Szyderczy śmiech wybuchł nagle pośród głosów gaddgedlarów. Shef rozpoznał 

go od razu. Był to śmiech Anglika. Jego przyrodniego brata, Alfgara.

background image
background image

Rozdział dziesiąty

Kiedy Shef znalazł się z powrotem w obrębie palisady, bliski był załamania. 

Przyczynę stanowiło ogromne wyczerpanie oraz głęboki wstrząs związany z nagłą i 

niespodziewaną utratą wolności. Wikingowie obchodzili się z nim bardzo surowo, 

popychając i szturchając boleśnie przez całą drogę powrotną. Shef czuł jednak, Ŝe 

sami są mocno wystraszeni. Wracali do Ivara tylko z jednym trofeum, co nie 

stanowiło z pewnością właściwej przeciwwagi wobec poniesionych szkód. Było jasne,

Ŝ

e gaddgedlarowie chcą się na nim odegrać. Został uwięziony w miejscu, gdzie 

trzymano niewolników i pobity do nieprzytomności.

LeŜał tak aŜ do wieczora, a kiedy wreszcie się ocknął i otworzył zlepione krwią 

powieki, czuł się obolały i odrętwiały. Był takŜe zziębnięty oraz osłabiony z 

pragnienia i głodu. Podczas gdy wokół zapadała noc rozglądał się desperacko, 

oceniając perspektywy ucieczki bądź ocalenia. Nie było jednak Ŝadnego ratunku. 

ś

elazne obręcze spinające jego stopy przymocowane były do wbitych w ziemię 

grubych kołków, ręce zaś miał związane z przodu. Być moŜe z czasem udałoby mu 

się przegryźć pęta na nadgarstkach, lecz najmniejszy ruch z jego strony prowokował 

straŜnika do wymierzenia kolejnego kopniaka. Shef uświadomił sobie, Ŝe straŜnicy 

nie mieli teraz zbyt wielu więźniów do pilnowania. Niemal wszystkim pojmanym w 

czasie kampanii Anglikom udało się uwolnić i zniknąć pod osłoną nocy.

Oprócz Shefa pod straŜą przebywało tylko kilku rycerzy króla Edmunda, którzy 

zdecydowali się walczyć do samego końca. Wszyscy byli cięŜko ranni, przygotowani 

na śmierć i rozmawiali cicho czekając na swoją kolej. Zgodzili się w końcu, Ŝe 

powinni byli najpierw zaatakować obóz Ragnarssonów, uznali jednak, Ŝe tak czy 

owak, zasłuŜyli na wielką chwałę. Spalili przecieŜ statki i mocno przerzedzili zastępy 

wroga.

- Szkoda tylko, Ŝe schwytali naszego króla - rzekł jeden z nich po chwili 

milczenia. Pozostali pokiwali smutno głowami i spojrzeli w kierunku odległego 

naroŜnika.

Shef poczuł ciarki na plecach. Król Edmund był ostatnią osobą, z którą chciałby 

background image

się teraz spotkać. Pamiętał chwilę, kiedy król podszedł do niego, marnego niewolnika 

z prośbą, aby odsunął się z jego drogi. Gdyby go posłuchał, ta noc zakończyłaby się 

całkowitym zwycięstwem, a on, Shef, nie musiałby znosić teraz gniewu Ivara. Słyszał 

juŜ rozmowy straŜników opowiadających z rozbawieniem, co go wkrótce czeka. 

Pamiętał teŜ słowa giermka, który oprowadzał go po obozie nie dalej jak 

poprzedniego wieczoru. Zbrodnia, jakiej się dopuścił, była cięŜka. Zabrał Ivarowi 

kobietę, uprowadził ją i posiadł, tak Ŝe nigdy juŜ nie mogła być mu zwrócona. Co się 

z nią stało? Nie została zawleczona z powrotem do obozu. Ktoś musiał ją porwać. 

Shef nie był jednak w stanie długo nad tym rozmyślać, zbyt pochłonięty własnym 

losem. Gniew Ivara wydawał mu się straszniejszy niŜ śmierć i dojmujący wstyd z 

powodu zdrady. Gdyby tak mógł umrzeć z zimna i nie doczekać poranka. Niczego nie 

pragnął bardziej.

Nad ranem obudziło go uderzenie buta. Usiadł i pierwszą rzeczą, z której zdał 

sobie sprawę, była suchość w ustach. Wokół niego uwijali się straŜnicy przecinając 

niektórym więźniom pęta i wywlekając trupy na zewnątrz. Udało im się, pomyślał 

Shef.

Przed sobą ujrzał kucającą postać w brudnej poplamionej tunice. Był to Hund. W 

rękach trzymał dzban z wodą. Przez pewien czas Shef nie był w stanie o niczym 

innym myśleć, Hund tymczasem ostroŜnie i powoli pozwolił mu pić, robiąc nieznośne 

przerwy po kaŜdym jego łyku. Dopiero gdy poczuł, Ŝe woda wypełniła mu juŜ cały 

brzuch, Shef zaczął rozkoszować się jej smakiem. W tym samym momencie zdał 

sobie sprawę, Ŝe Hund coś do niego mówi.

- Shef, Shef, mówię do ciebie. Musisz mi coś powiedzieć. Gdzie jest Godiva?

- Nie wiem. Uprowadziłem ją. Potem ktoś inny musiał ją porwać. Pojmali mnie 

zanim mogłem coś na to poradzić.

- Jak ci się wydaje, kto mógł ją porwać?

Shef przypomniał sobie śmiech w zaroślach, przeczucie, które kiedyś oddalił od 

siebie, przeczucie, Ŝe w lesie są jeszcze inni uciekinierzy.

- To Alfgar. Musiał nas śledzić.

Shef zamyślił się starając odegnać od siebie zmęczenie.

- Wydaje mi się, Ŝe to on przyprowadził do nas Muirtacha i jego ludzi. Być moŜe 

zawarli jakiś układ. Oni wzięli mnie, a on ją. MoŜe udało mu się po prostu ją porwać, 

podczas gdy wszyscy zajęli się mną. Nie było ich dostatecznie duŜo, aby ryzykować 

dalsze poszukiwania.

- Widać więc, Ŝe Ivarowi bardziej zaleŜy na tobie niŜ na niej. Wie jednak, Ŝe to ty 

uprowadziłeś ją z obozu. To nie wróŜy dobrze - Hund pogładził się po swojej rzadkiej 

brodzie. - Zastanów się, czy ktoś widział cię, jak zabijałeś któregoś z wikingów 

własnymi rękami.

background image

- Zabiłem tylko jednego. To było w ciemności i nikt tego nie zauwaŜył. Ktoś mógł 

jednak widzieć, jak uwolniłem niewolników, jak uwolniłem Alfgara - twarz Shefa 

wykrzywił grymas. - Poza tym to właśnie ja rozbiłem umocnienia wokół obozu 

Ragnarssonów spuszczając na nie płonący maszt. Zrobiłem to, czego nie udało się 

dokonać towarzyszom króla.

- No tak, ale nie powinno to być jeszcze powodem do krwawej zemsty. Ingulf i ja 

zrobiliśmy wiele w ciągu ostatniego dnia. Wielu dowódców pozostałoby kalekami do 

końca Ŝycia, gdyby nie nasza pomoc. Ingulf potrafi nawet zaszyć z powrotem jelita, 

które wydostały się z rozprutego brzucha. Jeśli ktoś jest dostatecznie silny, aby 

wytrzymać ból, powinien przeŜyć.

- Staracie się wybłagać moje Ŝycie? Wstawiliście się za mnie u Ivara?

- Tak.

- Ty i Ingulf? Ale cóŜ ja dla niego znaczę?

Hund zamoczył w dzbanie kawał chleba i podał go przyjacielowi.

To zasługa Thorvina. Mówi, Ŝe to sprawa Drogi. Mówi, Ŝe musimy cię uratować. 

Nie wiem dlaczego, ale on całkowicie poświęcił się dla ciebie. Wczoraj ktoś z nim 

rozmawiał. Potem Thorvin przybiegł prosto do nas. Czy zrobiłeś coś, o czym mi nie 

wiadomo?

- Wiele rzeczy, Hund. Jednego jestem wszak pewien. Nikt nie zdoła uchronić 

mnie przed gniewem Ivara. Zabrałem jego kobietę, co mogę mu ofiarować w zamian?

- Warto o tym pomyśleć - rzekł Hund napełniając dzban wodą ze skórzanego 

bukłaka. Postawił dzban na ziemi, obok zaś resztę chleba i kupon brudnego 

samodziału, który przyniósł ze sobą na ramieniu.

- W obozie brakuje jedzenia, a połowa koców uŜyta została jako całuny. To 

wszystko, co mogłem ci teraz przynieść. Postaraj się, aby starczyło na dłuŜej. Jeśli 

chcesz odpłacić się Ivarowi, rozejrzyj się, moŜe król ci pomoŜe.

- Czy jest jakaś nadzieja? - szepnął Thorvin.

Viga-Brand popatrzył na niego ze zdziwieniem.

- Czy tak powinien mówić kapłan Drogi? Nadzieja... JeŜeli zaczniemy robić 

pewne rzeczy tylko dlatego, Ŝe jest jakaś nadzieja, skończymy nie lepiej jak 

chrześcijanie śpiewający hymny do swego Boga łudząc się, Ŝe da im lepsze Ŝycie po 

ś

mierci. Zapominasz się, Thorvinie.

Brand urwał i spojrzał na swoją prawą dłoń, nad którą nachylał się właśnie Ingulf. 

Była rozcięta prawie do nadgarstka, a cięcie przechodziło równo pomiędzy drugim a 

trzecim palcem.

Ingulf przemył ranę ciepłą wodą, z której unosił się zapach ziół, a później rozwarł 

ostroŜnie jej brzegi. Przez chwilę widać było białą kość, wkrótce jednak wszystko 

background image

zalała krew.

- Byłoby znacznie lepiej, gdybyś przyszedł z tym do mnie od razu, zamiast czekać 

półtora dnia - powiedział medyk. - Mogłem wyczyścić ranę póki była świeŜa, teraz 

brzegi zaczęły juŜ się zasklepiać, muszę więc ją rozerwać na nowo. Mógłbym ją 

zaszyć bez tego, ale kto wie, co było na tamtym ostrzu.

- Rób swoje, Ingulfie. Widziałem zbyt wiele ran, które nie chciały się goić, aby 

samemu ryzykować. To tylko ból, a zgorzel to pewna śmierć.

- Nadal jednak twierdzę, Ŝe przyszedłeś za późno.

- Przez pół dnia leŜałem pośród trupów, aŜ pewien bystry człowiek zauwaŜył 

wreszcie, Ŝe wszyscy z wyjątkiem mnie ostygli. A kiedy wreszcie się pozbierałem i 

upewniłem, Ŝe to najgroźniejsza z moich ran, byłeś zajęty duŜo powaŜniejszymi 

rzeczami.

Thorvin westchnął i przesunął kufel piwa bliŜej lewej dłoni Branda.

- Twoja mowa była dla mnie wystarczającą karą. Teraz moŜesz mi juŜ 

powiedzieć, czy jest jakaś szansa.

Twarz Branda pobladła gwałtownie, gdyŜ Ingulf wyciągał właśnie z rany odłamek 

kości, odpowiedział jednak spokojnym tonem.

- Nie sądzę. Wiesz sam jak to jest z Ivarem.

- Wiem - przyznał Thorvin.

- To sprawia, Ŝe nie potrafi zachować rozsądku w pewnych sytuacjach. Nie 

mówię o „przebaczeniu”, nie jesteśmy chrześcijanami, aby puszczać w niepamięć 

wyrządzane nam krzywdy. Lecz Ivar nie zechce nawet nas wysłuchać. Chłopak 

uprowadził jego kobietę. Porwał kobietę, w stosunku do której Ivar miał pewne plany. 

Gdyby ten głupiec Muirtach przyprowadził ją z powrotem, wtedy być moŜe udałoby 

się coś zrobić. Ale nie sądzę, gdyŜ najgorsze jest to, Ŝe kobieta odeszła z własnej woli.

To znaczy, Ŝe chłopakowi udało się to, czego Ivar nie mógł dokonać. Krew musi się 

polać.

- Musi być jednak coś, co sprawi, Ŝe Ivar zmieni zdanie i przyjmie to, co 

proponujemy w zamian.

Ingulf rozpoczął właśnie zszywanie rany. Thorvin połoŜył dłoń na srebrnym 

młocie, który wisiał na jego piersi, i zwrócił się do Branda.

- Przysięgam, Ŝe to prawdopodobnie największa przysługa, jaką moŜemy oddać 

Drodze. Wiesz chyba, Ŝe są wśród nas tacy, którzy mają Widzenia?

- Pamiętam, Ŝe kiedyś o tym mówiłeś - przyznał Brand.

- Ludzie ci podróŜują do krainy bogów, a później wracają stamtąd i opowiadają, 

co widzieli. Niektórzy uwaŜają, Ŝe to tylko wizje, podobne do tych, jakie miewamy w 

snach, rodzaj poezji. Lecz ludzie ci widzą te same rzeczy. Przynajmniej niekiedy się 

to zdarza. Najczęściej jest tak, jakby wszyscy oni widzieli tylko część jakiegoś obrazu 

background image

czy wydarzenia, tak Ŝe mogą go po kolei uzupełniać.

Brand chrząknął, nie wiadomo czy z niedowierzania, czy pod wpływem bólu.

- Jesteśmy pewni, Ŝe ten inny świat istnieje i ludzie mogą się tam dostać. Nie 

dalej jak wczoraj miał miejsce dziwny wypadek. Odwiedził mnie Farman, który jest 

kapłanem Freyra, tak jak ja jestem kapłanem Thora. Z tą jednak róŜnicą, Ŝe Farman 

juŜ kilkakrotnie odwiedzał tamten świat, podczas gdy ja nie byłem tam ani razu. 

Mówił, Ŝe był w Wielkiej Sali, tam gdzie spotykają się bogowie, aby decydować o 

losach dziewięciu światów. Stał przy samej ziemi, niczym mysz szukająca okruchów. 

Widział jak obradują bogowie, ujrzał teŜ mojego ucznia Shefa. Nie miał wątpliwości

Ŝ

e to on, widział go nieraz w kuźni. Ubrany był dziwnie, niczym myśliwy w lasach 

Halogalandu i z trudem utrzymywał równowagę, jakby został okaleczony. Farman 

widział, jak przemówił do niego ojciec bogów i ludzi. Gdyby Shef przypomniał sobie, 

co wtedy usłyszał...

- Rzadko się zdarza, Ŝeby jeden podróŜnik do tamtego świata zobaczył drugiego. 

Rzadko teŜ bogowie zwracają się do podróŜników, zwykle nie zauwaŜają nawet ich 

obecności. I jest jeszcze jedna rzecz. Ktokolwiek dał chłopcu imię, nie wiedział co 

czyni. Teraz jest to imię nadawane psom, nie było tak jednak zawsze. Czy słyszałeś 

kiedyś o Skioldzie?

- To załoŜyciel dynastii Skioldungów, królów Danii. Przodek królów, których 

Ragnar i jego synowie wygnaliby najchętniej z kraju, gdyby tylko mogli.

- Anglicy nazywają go „Scyld Sceafing - Shield with the Sheaf, czyli Tarcza ze 

Snopem i opowiadają bzdurną historię jak dryfował przez ocean na swojej tarczy, 

mając za Ŝagiel snop zboŜa, stąd właśnie miał wziąć się jego przydomek. Nie wiedzą 

jednak, Ŝe „Sceafing” to znaczy takŜe „Syn Sheafa”. Kim więc był Sheaf? 

Kimkolwiek był, to on właśnie posłał za morze najpotęŜniejszego z królów i 

powiedział mu jak uczynić Ŝycie ludzkie szczęśliwym i pełnym chwały. Sheaf to imię 

zwiastujące wielkie szczęście, zwłaszcza gdy zostanie nadane bezwiednie. Sheaf lub 

Shef, bo tak właśnie wymawiają to imię mieszkańcy tych stron.

- Musimy wyrwać chłopca z rąk Ivara. Jego takŜe ludzie widzieli w tamtym 

ś

wiecie. Nie miał jednak ludzkiej postaci.

- To człowiek o wielu obliczach.

- To jeden z rodu demona Lokiego, zesłany na ziemię, aby siał na niej 

spustoszenie. Musimy uchronić przed nim mego ucznia. Ale jak moŜemy tego 

dokonać? JeŜeli nie powstrzymają go twoje perswazje, Brand, ani moje prośby, czy 

zdołamy go jakoś przekupić? Czy jest coś, czego Ivar pragnie bardziej niŜ zemsty?

- Nie wiem, co sądzić o tej historii o innych światach - rzekł Brand. - Znalazłem 

się wśród was, poniewaŜ mogę przy waszej pomocy zdobyć wiele róŜnych 

umiejętności, poza tym, podobnie jak wy, nie lubię chrześcijan i szaleńców w rodzaju 

background image

Ivara. Ten chłopak dokonał niezwykłej rzeczy przychodząc do obozu po dziewczynę. 

Trzeba mieć ikrę, Ŝeby coś takiego zrobić. Wiem o tym dobrze. Pamiętam, jak za 

namową waszych towarzyszy przyjechałem do Braethraborgu, aby wciągnąć 

Ragnarssonów w tę wojnę. śyczę chłopcu jak najlepiej. Nie znam zamiarów Ivara, 

nikt ich pewnie nie zna. Powiem wam jednak, czego mu potrzeba. Być moŜe i on 

zdaje sobie z tego sprawę, mimo swego szaleństwa. Lecz jeśli nie, WęŜowe Oko 

powinien przemówić mu do rozsądku.

Kiedy wypowiadał te słowa, pozostali męŜczyźni pokiwali ze zrozumieniem 

głowami.

Shef zorientował się od razu, Ŝe to nie ludzie Ivara przyszli po niego. Nie byli to 

takŜe gaddgedlarowie, nie wyglądali teŜ na przybyszów z Norwegii. Ludzie, którzy po 

niego przyszli, byli potęŜnie zbudowani i w sile wieku, włosy mieli juŜ posiwiałe.

Shef zauwaŜył srebrne pasy i złote naramienniki, świadczące o odnoszonych w 

przeszłości sukcesach. Kiedy dowódca straŜy zastąpił im drogę, Shef nie dosłyszał 

wyjaśnienia, jakiego jeden z nich udzielił szeptem. StraŜnik zaczął wykrzykiwać coś 

w odpowiedzi gestykulując w stronę zrujnowanych zabudowań obozu. Zanim jednak 

zdołał dokończyć zdanie, rozległ się jęk poprzedzony głuchym odgłosem. Przybysz 

spojrzał na ziemię upewniając się, czy sprawa została zakończona, a następnie 

schował do rękawa worek z piaskiem.

Po chwili męŜczyźni rozcinali juŜ krępujące Shefa więzy. Jego serce zaczęło 

walić jak szalone. Czy czeka go śmierć? Czy wyciągają go stąd, aby poprowadzić na 

ś

cięcie? Shef zagryzł wargi. Nie mógł pozwolić sobie na błaganie o litość, zaraz by go 

wyśmiali.

Zaciągnęli go kilka jardów dalej w stronę innych zabudowań, gdzie 

przetrzymywano więźniów. Zatrzymali się przed wejściem do niewielkiej komórki. 

Shef zorientował się, Ŝe jeden z przybyłych wojowników, zapewne ich przywódca, 

przypatruje mu się niezwykle uwaŜnie, jakby chciał coś wyczytać z jego twarzy.

- Rozumiesz po norwesku?

Shef skinął głową.

- Zrozum więc, Ŝe jeśli ty będziesz mówił, to bez znaczenia, lecz jeśli on się 

odezwie, być moŜe uda ci się zachować Ŝycie. Całkiem niewykluczone. Jest coś, co 

ciebie moŜe uratować, dla mnie zaś znaczy jeszcze więcej. NiezaleŜnie od tego, czy 

masz umrzeć czy nie, niedługo będziesz potrzebował przyjaciela. Przyjaciela na 

dworze Ragnarssonów. Jest wiele sposobów, w jakie stracić moŜna Ŝycie.

Potem Shef wepchnięty został do ciemnej komórki. W ścianę wbite były dwa 

metalowe pierścienie, przez które przeciągnięto łańcuchy. Shef poczuł jak męŜczyźni 

zakładają mu na szyję obręcz, obręcz połączoną z łańcuchami. Nogi pozostawili nie 

background image

związanejednak jego ręce były wciąŜ skrępowane. Mógł wstać i przechadzać się po 

kilka kroków w kaŜdą stronę, tyle na ile pozwalał łańcuch.

Wkrótce Shef zorientował się, Ŝe w celi znajduje się ktoś jeszcze. Widział 

zwieszający się ze ściany łańcuch, ginący gdzieś w ciemności. WyobraŜając sobie 

leŜącą na ziemi postać poczuł nagle przypływ lęku i wstydu.

- Panie? - spytał niepewnie. - Panie, czyś jest królem?

Postać wzdrygnęła się nerwowo.

- Jestem król Edmund, syn Edwolda, władca East Anglii. Lecz kim ty jesteś, 

skoro mówisz jak człowiek z Norfolku? Nie jesteś Ŝadnym z mych rycerzy. Czy 

przybyłeś wraz z pospolitym ruszeniem? Zostałeś schwytany w lesie? ZbliŜ się trochę, 

abym mógł ujrzeć twe oblicze.

Shef odwrócił się w stronę króla, a promień słońca oświetlił nagle jego twarz.

- A więc to ty. Ty, który stanąłeś pomiędzy mną a Ivarem. Pamiętam cię dobrze. 

Nie miałeś pancerza ani broni, lecz powstrzymałeś przez dobrą chwilę jednego z 

moich najlepszych ludzi, Wiggę. Gdyby nie ty, to byłyby ostatnie chwile w Ŝyciu 

Ragnarssona. Dlaczego Anglik miałby ratować Ivara? Uciekłeś swemu panu? Byłeś 

niewolnikiem u zakonników?

- Moim panem był twój tan, Wulfgar - rzekł Shef. - Wiesz panie, co zrobili z nim 

wikingowie.

Król skinął głową. Oczy Shefa przyzwyczaiły się do słabego oświetlenia i chłopak 

mógł juŜ przypatrzeć się obliczu swego władcy. Oblicze to nie wyraŜało litości, było 

skupione i powaŜne.

- Zabrali teŜ jego córkę, moją mleczną siostrę. Przyszedłem tutaj, aby ją odzyskać. 

Nie zamierzałem chronić Ivara, lecz twoi ludzie, panie, zamierzali zabić ich oboje. 

Chciałem tylko, abyś pozwolił mi zabrać ją na bok. Wtedy przyłączyłbym się do 

ciebie. Nie jestem wikingiem. Dwóch z nich zabiłem własnymi rękami. Poza tym 

zrobiłem coś dla ciebie, mój panie, coś co usiłowali wcześniej twoi ludzie...

- Zrobiłeś to, widziałem. Wołałem, aby ktoś przełamał pierścień i tobie się to 

udało. Tobie i garstce wieśniaków, przy pomocy masztu. Gdyby Wigga o tym 

pomyślał, albo Totta, albo Eddi, zrobiłbym z nich najbogatszych ludzi w królestwie. 

Co teŜ ja wtedy obiecywałem?

Edmund pokręcił w milczeniu głową i spojrzał na Shefa.

- Czy wiesz, co oni chcą ze mną zrobić? Budują teraz ołtarz ku czci swoich 

pogańskich bogów. Jutro przyjdą po mnie i połoŜą mnie na nim. Wtedy wkroczy Ivar. 

Zabijanie królów to jego rzemiosło. Powiedzieli mi, Ŝe na jutro przygotował on coś 

specjalnego. Chciał zostawić to dla króla Northumbrii, Elli, zabójcy jego ojca, lecz 

zdecydował, Ŝe ja takŜe na to zasługuję. PołoŜą mnie na ołtarzu, twarzą do ziemi. W 

ś

rodek moich pleców Ivar wbije swój miecz. Wiesz, jak Ŝebra przylegają ściśle do 

background image

kręgosłupa i tworzą na piersiach kościaną klatkę? Ivar będzie nacinał je po kolei 

zaczynając od tych na samym dole. Mówią, Ŝe uŜyje miecza tylko do pierwszego 

cięcia, potem korzystać będzie z młota i dłuta. Potem wykroi w plecach wielką dziurę, 

włoŜy do środka ręce i będzie wyciągać stamtąd Ŝebra, jedno po drugim.

Król mówił spokojnie.

- Sądzę, Ŝe powinienem wtedy umrzeć. Mówią, Ŝe potrafi pozostawić człowieka 

przy Ŝyciu, aŜ do tego momentu, jeŜeli tylko uda mu się ciąć nie zbyt głęboko. Lecz 

kiedy wyciąga Ŝebra na zewnątrz, serce musi pęknąć. Na koniec wyciągają teŜ twoje 

płuca i ustawiają Ŝebra w ten sposób, Ŝe wyglądają jak skrzydła kruka lub orła. 

Dlatego nazywają to „wycinaniem krwawego orła”. Zastanawiam, jakie to będzie 

uczucie, kiedy zatopi ostrze w moich plecach. Wiesz chłopcze, wydaje mi się, Ŝe jeśli 

uda mi się zachować zimną krew do tego momentu, reszta pójdzie juŜ łatwo. Ale 

dotyk tej zimnej stali na plecach, zanim jeszcze nastąpi ból... Nigdy nie sądziłem, Ŝe 

coś takiego moŜe mnie spotkać. Chroniłem mój lud, nigdy nie złamałem Ŝadnej 

przysięgi, byłem hojny dla sierot. Czy wiesz, chłopcze, co powiedział Chrystus, kiedy 

wisiał umierający na krzyŜu?

Shef potrząsnął głową. Nauki ojca Andreasa ograniczały się zazwyczaj do 

przypominania o obowiązku daniny na rzecz Kościoła.

- „Mój BoŜe, czemuś mnie opuścił?”

Król zamilkł na chwilę.

- Wiem dobrze, dlaczego on chce to zrobić. W końcu jestem władcą, tak jak on. 

Wiem, czego potrzebują teraz jego ludzie. Ostatnie miesiące nie były dobre dla jego 

armii. Wydawało im się, Ŝe będą mieli łatwy początek kampanii, zanim zdecydują się 

ruszyć na York. I tak mogło się stać, gdyby nie to, co zrobili z twoim opiekunem. 

Niewiele udało im się zebrać łupów, ot garstkę niewolników, a teraz jeszcze 

przerzedziły im się szeregi. Widzieli swoich przyjaciół, jak umierali z ran, a wielu 

czeka jeszcze na śmierć ze zgorzeli. JeŜeli nie zobaczą czegoś naprawdę krzepiącego, 

gotowi są stracić ducha. Ivar potrzebuje jakiegoś tryumfu. Egzekucji. Albo...

Shef przypomniał sobie ostrzeŜenie, jakie usłyszał przy wejściu do celi.

- Nie mów zbyt otwarcie, panie. Oni chcą, Ŝebyś mówił. Chcą teŜ, Ŝebym ja 

słuchał.

Edmund zaśmiał się krótko. Słońce było juŜ nisko i w celi panowała niemal 

zupełna ciemność.

- Słuchaj więc. Obiecałem ci połowę skarbu Raedwalda, jeśli rozbijesz linię 

wikingów. Zrobiłeś to. MoŜesz mieć nawet cały skarb, powierzę ci sekret, a ty 

zrobisz, co będziesz uwaŜał. Ten, kto przekaŜe im tę wiadomość, uratować moŜe 

Ŝ

ycie i sporo zyskać. Gdybym to ja im o tym powiedział, mógłbym zostać jarlem. Nie 

jest jednak rzeczą króla kierować się lękiem. Ale ty, chłopcze, zyskać moŜesz 

background image

niejedno. Słuchaj więc uwaŜnie i dobrze zapamiętaj. Zdradzę ci sekret skarbu 

Wuffingasów.

Król zamilkł, a po chwili zaczął mówić półgłosem:

Gdzie bród u wierzb, drewniany most

Tam królów ród w swych łodziach śpi

Cztery pagórki w ziemi tkwią;

Patrz na północ i omiń trzy.

W czwartym spoczywa tajemny skarb,

StrzeŜe go Wuffa, z Wehhy krwi.

Odszukaj go, jeśli masz hart.

Głos zamarł nagle.

- To moja ostatnia noc, chłopcze. Być moŜe twoja takŜe. Pomyśl co zrobić, aby 

uratować Ŝycie. Nie sądzę, by angielska zagadka okazała się prosta dla wikingów. 

Lecz jeśli z ciebie tylko zwykły prostaczek, ty takŜe nie pojmiesz ni słowa.

background image

Rozdział jedenasty

Wielka armia gnębiona była niepokojem i niepewna swej siły, dokładnie jak 

przewidział to król Edmund. Została zaskoczona i częściowo rozbita przez władcę 

niewielkiego państewka, królika, o którym nawet nie słyszeli i choć wszystko 

skończyło się pomyślnie, w głębi serca wikingowie wiedzieli, Ŝe nie są jeszcze zdolni 

do następnej bitwy. Wprawdzie zabici zostali juŜ pochowani, ranni przychodzili do 

zdrowia, a dowódcy poszczególnych kontyngentów porozumieli się w sprawie 

wymiany ludzi i sprzętu, jednak wojownicy potrzebowali czegoś, co przywróciłoby 

im wiarę we własne siły. Jakiegoś rytuału, który pomógłby im uwierzyć, Ŝe nadal są 

wielką armią - postrachem chrześcijan, niezwycięŜonymi zastępami Północy.

Od samego rana ludzie tłoczyli się wokół wytyczonego poza obrębem obozu 

terenu, gdzie miało odbyć się wielkie zebranie. Zgodnie z tradycją, aplauz miano 

wyraŜać uderzeniami mieczy o tarcze. W tym samym czasie trwała narada 

przywódców.

Shef był przygotowany na przyjście Ŝołnierzy. Odczuwał silny głód i silne 

pragnienie, które wysuszyło mu język i usta, był jednak w pełni świadomy i czujny. 

Edmund takŜe juŜ się obudził, nie zdradzał jednak tego Ŝadnym ruchem. Shef nie 

odwaŜył się do niego przemówić.

Ludzie WęŜowego Oka zjawili się z tą samą pewnością siebie, co poprzedniego 

dnia. W przeciągu kilku sekund zdjęli Shefowi Ŝelazną obręcz i wyprowadzili go na 

zewnątrz w półmrok jesiennego poranka. Nad rzeką wciąŜ wisiała mgła, kropelki 

wody zebrały się teŜ na krawędzi dachu. Shef wpatrywał się w nie intensywnie, 

zastanawiając się, czy udałoby mu się je zlizać.

- Rozmawialiście wieczorem. Co ci powiedział?

Shef potrząsnął głową i wskazał skrępowanymi rękami w kierunku pasa 

męŜczyzny, do którego przywiązany był skórzany bukłak. MęŜczyzna podał mu go w 

milczeniu. W środku było piwo, gęste i zawiesiste, zaczerpnięte bez wątpienia z 

samego dna beczki. Shef wypił je duszkiem przechylając głowę do tyłu. Kiedy 

skończył, wytarł usta rękami i poczuł jak piwo zaczyna wypełniać całe jego ciało 

background image

niczym skórzany worek. Wikingowie obserwowali go z rozbawieniem.

- Dobre, co? Piwo jest dobre. śycie takŜe. Jeśli chcesz spróbować więcej obu tych 

rzeczy, lepiej nam opowiedz, co usłyszałeś.

Dolgfinn obserwował twarz Shefa z niezwykłą uwagą. W jego oczach czaiła się 

wątpliwość, był w nich jednak takŜe upór. MęŜczyzna odwrócił się i przywołał ręką 

jednego ze stojących w pobliŜu wojowników. Shef od razu go rozpoznał. Ten 

człowiek ze złotym łańcuchem na szyi i mieczem o srebrnej rękojeści był jego ojcem.

Kiedy ruszył w stronę Shefa, pozostali cofnęli się nieco, aby pozostawić obu 

męŜczyzn sam na sam. Przyglądali się sobie przez kilka selcund, badając wzrokiem 

od stóp do głów. Patrzy na mnie w ten sam sposób w jaki ja patrzę na niego - 

pomyślał Shef. Próbuje rozpoznać się w moim ciele, ja zaś w jego. Wie juŜ, Ŝe jestem 

jego synem.

- Spotkaliśmy się juŜ kiedyś - zaczął Sigvarth - na pewnej drodze. Muirtach 

powiedział, Ŝe w obozie jest pewien młody Anglik, który przechwala się, Ŝe mnie 

pokonał w walce. Teraz mówią mi, Ŝe jesteś mym synem. Twierdzi tak ten pomocnik 

medyka, chłopak, który przybył tu wraz z tobą. Czy to prawda?

Shef skinął głową.

- To świetnie. Tęgi z ciebie zuch, dobrze walczyłeś. - Sigvarth podszedł jeszcze 

bliŜej i dotknął bicepsów Shefa. - Stoisz jednak po złej stronie, synu. Wiem, Ŝe twoja 

matka to Angielka, ale tak samo jest z połową wojowników naszej armii. MoŜna by 

powiedzieć, Ŝe są Anglikami, Frankami, Irlandczykami albo Finami, lecz krew 

dziedziczy się po ojcu. Wiem oczywiście, Ŝe ciebie wychowali Anglicy, chował cię 

ten głupiec, którego chciałeś ocalić. Ale co oni dla ciebie właściwie zrobili? JeŜeli 

wiedzieli, Ŝe jesteś moim synem, śmiem twierdzić, Ŝe cięŜkie było twoje Ŝycie. Czy 

się mylę?

Sigvarth spojrzał na chłopca, świadom, Ŝe słowami tymi powinien go sobie 

zjednać.

- UwaŜasz pewnie, Ŝe zostawiłem cię tam na pastwę losu. Masz rację, tak było. 

Lecz nie wiedziałem wtedy o twoim istnieniu, nie znałem cię. Teraz jest inaczej. 

Widzę, jak wyrosłeś, widzę, Ŝe mógłbyś stać się moją chlubą. Powiedz tylko słowo, a 

uznam cię swoim prawowitym synem. Będziesz miał takie same prawa i przywileje 

jakbyś się narodził w moim domu. Porzuć Anglików. Porzuć chrześcijan. Zapomnij o 

swojej matce. Pójdę do Ivara i porozmawiam z nim o tobie, jako o moim synu, a 

słowa moje poprze WęŜowe Oko. Masz kłopot, synu, i trzeba cię z niego wyciągnąć.

Shef spojrzał w górę ponad ramieniem ojca. Przypomniał sobie koński Ŝłób i 

znoszone z pokorą razy. Przypomniał sobie klątwę, jaką rzucił na niego ojczym i 

oskarŜenie o tchórzostwo. Przypomniał sobie niekompetencję, ocięŜałość i powolność 

angielskich oddziałów, rozdraŜnienie Edricha z powodu ich niezdecydowania. Czy 

background image

moŜna odnosić zwycięstwa mając przy boku takich ludzi? Później dostrzegł stojącego 

kilka kroków za plecami Sigvartha młodzieńca o jasnej cerze i wystających jak u 

konia siekaczach. On takŜe jest synem Sigvartha - pomyślał Shef. Jeszcze jeden 

przyrodni brat. W dodatku wyraźnie nierad z obrotu sprawy.

Shef przypomniał sobie śmiech Alfgara dochodzący z zarośli.

- Co powinienem uczynić? - spytał w końcu.

- Opowiedz nam, co usłyszałeś od króla Jatmunda. Albo wyciągnij z niego to, co 

chcielibyśmy wiedzieć.

Shef przyjął wyzwanie i splunął prosto na skórzany but ojca błogosławiąc w myśli 

wypite piwo.

- Odrąbałeś ręce i nogi Wulfgara, podczas gdy przytrzymywali go twoi ludzie. 

Potem pozwoliłeś im zgwałcić moją matkę, nie zwaŜając na to, Ŝe urodziła ci syna. 

Nie jesteś Ŝaden „drengir”. Jesteś niczym. Przeklinam krew, którą od ciebie dostałem.

W jednej chwili pomiędzy nimi stanęli ludzie Sigurtha, próbowali powstrzymać 

Sigvartha, który chwytał juŜ za miecz. Nie opierał się jednak zbyt silnie. Kiedy 

odciągali go do tyłu, wciąŜ wpatrywał się w syna z jakąś tęsknotą w oczach. Myśli 

pewnie, Ŝe pozostało jeszcze coś do powiedzenia - zreflektował się Shef. Stary 

głupiec.

- A więc zrobiłeś, co chciałeś - mruknął Dolgfinn, wysłannik Sigurtha, 

popychając chłopca do przodu. - Twoja sprawa. Wyprowadźcie go na zewnątrz, za 

palisadę - zwrócił się do swoich ludzi. - Przyprowadzicie tam teŜ tego króla, 

wcześniej jednak upewnijcie się, czy aby nie nabrał rozumu. Ci Anglicy nie potrafią 

walczyć ani się poddać, kiedy trzeba. Teraz Ŝycie Jatmunda naleŜy do Ivara, a przed 

zmierzchem stanie przed obliczem Odyna.

Armia wikingów zebrała się juŜ za wschodnią palisadą. Ludzie tłoczyli się po 

trzech stronach pustego kwadratu, wzdłuŜ czwartego boku stali jedynie jarlowie oraz 

całe najwyŜsze dowództwo z Ragnarssonami na czele.

W chwili, gdy podchodził tam eskortowany przez grupkę wojowników Shef, z 

gardeł zebranych popłynął nagle tryumfalny okrzyk, któremu towarzyszył brzęk 

metalu. Sekundę później miecz odrąbał głowę stojącemu w rogu wysokiemu 

męŜczyźnie o kredowobiałej twarzy. Shef patrzył z niedowierzaniem, widział juŜ w 

swoim Ŝyciu wiele trupów, ale taka scena była dla niego nowością. Nie dadzą mi 

wiele czasu na przygotowanie, pomyślał. Muszę być gotowy, jak tylko usłyszę brzęk 

mieczy.

- Co to za jeden? - spytał Shef wskazując w stronę rzucanej właśnie na stos 

głowy.

- To jeden z angielskich rycerzy. Ktoś mówił, Ŝe walczył naprawdę dobrze i 

background image

wiernie bronił swego pana, więc powinniśmy dostać za niego okup. Lecz 

Ragnarssonowie postanowili, Ŝe nie czas teraz na branie okupów. Trzeba dać 

Anglikom lekcję. Teraz twoja kolej.

ś

ołnierze wypchnęli go do przodu, niemal na sam środek kwadratu, tak Ŝe znalazł 

się o dziesięć kroków od najwyŜszych dowódców.

- Kto ma ochotę przedstawić tę sprawę? - odezwał się jeden z męŜczyzn 

donośnym głosem.

Gwar zaczął wyraźnie słabnąć. Z szeregu wyszedł Ivar Ragnarsson. Jego prawe 

ramię unieruchomione było na temblaku. To dlatego nie mógł walczyć przeciw 

rycerzom Edmunda - pomyślał Shef.

- Ja ją przedstawię - rzekł Ivar. - Stoi przed wami nie wróg, lecz zdrajca. Nie jest 

to jeden z ludzi Jatmunda, lecz jeden z moich. Przyjąłem go do swego oddziału, 

nakarmiłem, dałem schronienie. Kiedy przyszli Anglicy, nie walczył dla mnie. W 

ogóle nie walczył. Przybiegł do mojego obozu i uprowadził moją kobietę. Skradł mi 

ją, a ona nigdy juŜ nie moŜe mi zostać zwrócona. Nie naleŜy juŜ do mnie, choć została 

mi ofiarowana w majestacie prawa przez jarla Sigvartha. Wyznaczyłem okup za tę 

dziewczynę, lecz on nie moŜe go spłacić. Nawet jednak gdyby mógł, zabiłbym go za 

wyrządzoną mi zniewagę. Poza tym nasza armia powinna ukarać go za zdradę. Kto 

jest za?

- Popieram - zawołał posiwiały męŜczyzna stojący obok Ivara, zapewne Ubbi lub 

Halvdan. W kaŜdym razie któryś z Ragnarssonów, jednak nie ich wódz, Sigurth, który 

stał bez ruchu w samym środku szeregu. - Popieram cię - ciągnął męŜczyzna. - Ten 

człowiek miał szansę wykazać się lojalnością, odrzucił ją jednak. Przyszedł do 

naszego obozu jako szpieg i złodziej.

- Jaką karę proponujesz? - spytał herold.

- Śmierć to zbyt mało - wykrzyknął Ivar. - śądam jego oczu za zniewagę, jaką mi 

wyrządził, Ŝądam jego jaj za to, Ŝe zabrał mi kobietę. śądam jego rąk za zdradę, jakiej 

dopuścił się w stosunku do armii. Kiedy będzie po wszystkim, niechaj zachowa swe 

Ŝ

ycie.

Shef poczuł jak przeszywa go dreszcz. Jego kręgosłup zamienił się nagle w kawał 

lodu. Zaraz rozlegnie się okrzyk i brzęk stali, pomyślał z przeraŜeniem, a potem 

pójdzie prosto w ręce kata.

Z tłumu stojących po przeciwległej stronie męŜczyzn wyszedł jednak potęŜny 

wojownik z przewiązaną zaplamionym bandaŜem ręką.

- Jestem Brand. Zna mnie tutaj wielu.

Jego słowom towarzyszył okrzyk poparcia i aprobaty.

- Chciałem powiedzieć o dwóch rzeczach. Po pierwsze, powiedz nam Ivarze, skąd 

wziąłeś tę dziewczynę? Albo skąd wziął ją Sigvarth? JeŜeli ją porwał, a chłopak 

background image

zabrał ją z powrotem, co jest w tym złego? Powinieneś był go zabić w czasie 

kradzieŜy. Jeśli tego nie zrobiłeś, zbyt późno juŜ, Ŝeby wzywać do zemsty. Jest 

jeszcze druga rzecz. Przyszedłem ci pomóc, Ivarze, kiedy otoczyli cię rycerze 

Jatmunda. Walczę juŜ od dwudziestu lat i nigdy się nie cofnąłem przed atakiem. Tę 

oto ranę dostałem, gdy walczyłem za ciebie. Przerwij mi, jeśli to nieprawda! 

Widziałem jak angielski król wraz ze swymi wyszedł prosto na ciebie. Byłeś ranny i 

nie mogłeś nawet unieść miecza. Twoi ludzie byli martwi, a ja miałem tylko lewą 

rękę, aby cię bronić. Kto wtedy zasłonił cię swoim ciałem, jeśli nie ten młodzieniec? 

To on właśnie powstrzymał Anglików dopóki nie wróciłem tam wraz z Arnketilem i 

jego druŜyną. Powiedz, Arnketilu, czy ja kłamię?

- Było tak jak powiedziałeś, Brandzie - odezwał się ktoś z tłumu. - Widziałem 

Ivara, widziałem Anglików, widziałem teŜ chłopca. Pomyślałem, Ŝe zaraz zabiją go w 

tej potyczce i zrobiło mi się. przykro, bowiem walczył dzielnie.

- Tak więc oskarŜenie o porwanie upada. OskarŜenie o zdradę nie jest prawdziwe, 

bowiem właśnie temu chłopcu zawdzięczasz Ŝycie. Nie wiem, co łączyć go moŜe z 

Jatmundem, chcę jednak powiedzieć, Ŝe jeśli jest dobry w porywaniu kobiet, mam dla 

niego miejsce w swojej druŜynie. Potrzeba nam paru nowych ludzi. A jeśli ty nie 

potrafisz sam strzec swoich kobiet, Ivarze, w porządku, twoja sprawa, ale nie mieszaj 

do tego armii.

Shef zobaczył, jak Ivar podchodzi do Branda wpatrując się w niego z nienawiścią 

i oblizując wargi językiem niczym wąŜ. Wokół rozległ się pomruk zainteresowania. 

Nie był to objaw wrogości, Ŝołnierze lubili takie przedstawienia.

Brand nie poruszył się nawet, oparł tylko lewą dłoń na rękojeści miecza. Ivar 

stanął jakieś trzy kroki od niego i podniósł do góry zabandaŜowaną rękę, tak Ŝeby 

wszyscy mogli ją zobaczyć.

- Kiedy twoja dłoń będzie juŜ sprawna, przypomnę sobie, co mi teraz 

powiedziałeś, Brandzie - syknął Ivar.

- Ja teŜ ci o tym przypomnę, kiedy wyleczysz juŜ swój bark - odparował Brand.

Ich spór przerwał nagle potęŜny i lodowaty głos Sigurtha Ragnarssona, zwanego 

WęŜowym Okiem.

- Armia ma przed sobą znacznie powaŜniejsze rzeczy niŜ dyskusje o chłopcach. 

Słuchajcie więc. Mój brat Ivar musi dostać zapłatę za uprowadzoną kobietę. W 

zapłacie za własne Ŝycie, Ivar musi zwrócić chłopcu jego Ŝycie, i nie okaleczyć go 

zbyt dotkliwie. Chłopiec musi Ŝyć, lecz musi takŜe zostać ukarany. Przyszedł tu jako 

jeden z nas, lecz nie zachował się jak nasz prawdziwy towarzysz. Gdy nas 

zaatakowano, myślał o własnym zysku. JeŜeli miałby przyłączyć się do załogi Vigi-

Branda, musimy dać mu lekcję. Nie obetniemy mu ręki, bo nie będzie mógł walczyć, 

nie pozbawimy jąder, bo nie chodziło tu naprawdę o kradzieŜ kobiety. Armia zabierze 

background image

mu jednak oko.

Shefowi z trudem udało się ustać na swoim miejscu, kiedy usłyszał okrzyk 

aprobaty.

- Nie dwoje oczu. Jedno. Co na to armia?

Jego słowa powitał ryk entuzjazmu i brzęk ostrzy. Shef popchnięty został w 

naroŜnik kwadratu. MęŜczyźni rozstąpili się i chłopiec ujrzał metalowy kosz z 

rozgrzanymi do czerwoności węglami i Thorvina dmuchającego w miechy. Do Shefa 

podszedł pobladły ze zdenerwowania Hund.

- Trzymaj się - mruknął po angielsku, podczas gdy męŜczyźni przewrócili Shefa 

na ziemię i odchylili do tyłu jego głowę. Shef zorientował się, Ŝe brązowe ramiona, 

które obejmują go jak kleszcze, naleŜą do Thorvina. Próbował się wyrwać, krzyczeć, 

oskarŜyć ich o zdradę, ale ktoś wepchnął mu w usta kawał szmaty. Do jego twarzy 

zbliŜała się rozŜarzona do białości igła, czuł naciskający na gałkę oczną kciuk. 

Zacisnął mocno oczy i raz jeszcze spróbował przekrzywić głowę, krzyknąć.

Czuł bezustanny, nieubłagany uścisk. Opalony nad ogniem szpic igły zbliŜał się 

wciąŜ do prawego oka. Ból, paroksyzm bólu ogarniający niczym rozszalały ogień 

wszystkie zakamarki mózgu. Po chwili łzy i krew zmieszane razem i spływające 

wolno po policzku, a gdzieś w tle syk rozgrzanego metalu zanurzanego w wodzie.

Unosił się w powietrzu, właściwie wisiał nogami ku ziemi. Jego oko przebite było 

ostrzem, a przeraźliwy ból wykrzywił twarz. Ból nie zmniejszał się wcale, nie zanikał. 

Umysł jednak był jasny i skupiony.

Nietknięte było takŜe jego drugie oko. Pozostało otwarte i nie mrugało nawet. 

NiezaleŜnie, w którym ze światów się akurat znajdował, mógł się przyglądać 

wszystkiemu. Teraz był bardzo, bardzo wysoko. W dole widział góry, równiny, rzeki i 

morza, na których bieliły się czasem Ŝagle wikingów. Po równinach maszerowały 

wielkie armie wzbijając w górę tumany kurzu: to chrześcijańscy królowie Europy i 

pogańscy nomadowie przygotowywali się do kolejnej wojny. Zorientował się, Ŝe jeśli 

zwęził odpowiednio oczy, a właściwie oko, dostrzec mógł co tylko zapragnął. Mógł 

czytać z ust dowódców i Ŝołnierzy, z ust cesarza Greków i tatarskiego chana.

Pomiędzy nim a rozpościerającym się w dole światem szybowały ptaki. Dwa z 

nich minęły go całkiem blisko, tak Ŝe dostrzec mógł Ŝółty błysk ich inteligentnych 

oczu. Ich pióra były połyskliwie czarne, a dzioby ostro zakrzywione. To kruki, kruki, 

które wydziobywały ludziom oczy. Przyjrzał im się nieruchomym wzrokiem, a one 

zwinęły skrzydła i odleciały pospiesznie.

Igła przeszywająca oko, czy to ona utrzymywała go w powietrzu? Na to 

wyglądało. W takim jednak razie powinien był juŜ dawno nie Ŝyć. Nikt nie mógł Ŝyć z 

ostrzem przechodzącym przez mózg i czaszkę i wbitym w drzewo. Znowu przeszył go 

background image

ból. Twarz wykrzywił grymas, ręce zwieszały się w dół, bezwładne jak u trupa. 

Zobaczył nadciągające kruki: zaciekawione, tchórzliwe, sprytne i wyczulone na kaŜdy 

objaw słabości. Szybowały w jego stronę, trzepotały skrzydłami. Były coraz bliŜej. W 

końcu kilka wylądowało na jego barkach. Tym razem wiedział jednak, Ŝe nie powinien 

obawiać się ich dziobów. Przyleciały do niego, aby dodać mu otuchy, podtrzymać na 

siłach. ZbliŜał się król.

Postać uniosła się z tego punktu na ziemi, od którego odwrócił właśnie wzrok i 

zatrzymała się tuŜ przed nim. Była naga, a twarz wykrzywiało jej nieludzkie 

cierpienie. Ujrzał lejącą się po biodrach krew, sterczące z pleców krwawe skrzydła i 

całkowicie zapadniętą pierś. W dłoni trzymała własny kręgosłup.

Przez moment wisieli tak twarzą w twarz, oko w oko. Postać rozpoznała go, 

zmierzała jednak ku swemu odległemu przeznaczeniu, poza obrębem dziewięciu 

ś

wiatów. Tam gdzie nikt prawie się nie zapuszcza. Poczerniałe wargi poruszyły się 

nieznacznie.

- Nie zapomnij. Nie zapomnij słów, których cię nauczyłem.

Ból w oku Shefa podwoił się jeszcze, chłopak krzyknął i potrząsnął głową chcąc 

uwolnić się od przytrzymującego go szpikulca. Nagle poczuł wokół siebie delikatny 

dotyk czyichś rąk. Powoli otworzył oko. Nie był to juŜ panoramiczny krajobraz 

dziewięciu światów rozciągający się z wierzchołka wielkiego dębu, lecz pochylająca 

się nisko twarz Hunda. Hunda trzymającego igłę. Shef krzyknął ponownie i starał się 

wyswobodzić z uścisku, ręce jednak zacisnęły się na nim jeszcze mocniej.

- Spokojnie, spokojnie - szeptał Hund. - JuŜ po wszystkim. Nikt cię juŜ nie tknie. 

NaleŜysz do armii, do druŜyny Branda z Halogalandu. Przeszłość została zapomniana.

- Muszę sobie przypomnieć... - krzyknął Shef.

- Co takiego?

Łzy wypełniły jego oczy, to zdrowe i to, które właśnie stracił.

- Nic juŜ nie pamiętam... - szepnął. - Zapomniałem sekretne słowa 

wypowiedziane przez króla.