background image

Margaret Barker 

Dzika plaża 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Jacky zerknęła na nowego lekarza z oddziału ratownictwa medycznego i krew 

odpłynęła   jej   z   twarzy.   Pierre.   Nie   spodziewała   się,   że   spotkają   się   po   tylu 

latach, na dodatek tu, w gabinecie Marcela. Co za początek dnia! 

- Dziwne - mruknęła zaintrygowana, gdy z samego rana Marcel bez uprzedzenia 

zaprosił ją do siebie. - Dzisiaj przekazuję swoje obowiązki na oddziale 

- oznajmił. Zanim zdążyła go o cokolwiek zapytać, 

wszedł nowo przyjęty specjalista. 

Pierre ... Tyle wspomnień, tyle sprzecznych uczuć. 

Pokój zatańczył jej przed oczami. W głowie powstał zamęt. To chyba nie może 

być prawda ... 

- Miło cię widzieć, Pierre. - Marcel uśmiechnął się ciepło i wyciągnął rękę na 

powitanie. 

Jacky   machinalnie   przysunęła   sobie   najbliższe   krzesło.   Bała   się,   że   nogi 

odmówią   jej   posłuszeństwa.   Dlaczego   Marcel   nie   uprzedził   jej,   że   dziś 

odchodzi? A przede wszystkim dlaczego nie powiedział, kto go zastąpi? 

- To jest doktor Jacky Manson. Jacky, to doktor Pierre Mellanger. Jacky przez 

miesiąc pracowała z moją żoną, Debbie, a teraz ją zastępuje w czasie urlopu 

macierzyńskiego ... 

- My się znamy - powiedziała, niepewnie wstając z mIeJsca.

Spojrzała na Pierre'a i zaczerwieniła się trochę bardziej, niżby sobie życzyła. 

Wyciągnęła do niego rękę, czując do siebie niechęć za to, iż wprost nie może się 

doc:zekać,   kiedy   go   dotknie.   Zachowywała   przy   tym   pozory   całkowitego 

spokoju, gdyż nie chciała pokazać, jak bardzo poruszyło ją to spotkanie. To była 

jej tarcza ochronna. Kryła się za nią, odkąd zrozumiała, że Pierre, jej ideał, 

nigdy jej nie pokocha. 

Wymienili krótki uścisk dłoni. 

- Proszę mi przypomnieć, gdzie się poznaliśmy 

- poprosił. Widać było, że jest zaskoczony. 

- W Normandii. Moja matka nalegała, żebym nie 

zdrabniała imienia, więc wszyscy zwracali się do mnie Jacqueline, ty też ... 

- Jacqueline! To naprawdę ty? Ależ się zmieniłaś! Poczuła ulgę. Jednak 

trochę ją pamięta. 

- Oczywiście, że się zmieniłam. Kiedy wyjeżdżałeś do Australii, miałam 

szesnaście lat. 

Uśmiechał   się   do   niej   szeroko,   odsłaniając   mocne   białe   zęby.  Wtedy   ten 

uśmiech wzbudzał w niej zachwyt. 

-  Jak  mogłem od  razu  nie  poznać  tych  pięknych  kasztanowych  włosów  i 

zielonych oczu! Moja mama ciągle powtarzała, że śliczna z ciebie panienka. 

Co z tego, że śliczna, skoro i tak interesowałeś się 

dużo starszymi dziewczynami? 

- Manson? Zmieniłaś nazwisko. Wyszłaś za mąż? 

- Tak, ale ... rozwiedliśmy się· 

background image

- Pamiętam, że jako jedyna w miasteczku nosiłaś 

angielskie nazwisko. Twój ojciec jest Anglikiem, a mama Francuzką, prawda? 
Shaftesbury. Jak na Francję, nazywaliście się bardzo nietypowo.

Jacky uśmiechnęła się sceptycznie. 

-   Kiedy   byłam   mała,   dzieciaki   nie   potrafiły   wymówić   naszego   nazwiska. 

Nawet nauczycielka ze szkoły podstawowej miała problemy. Mimo to czasem 

kusi mnie, żeby wrócić do panieńskiego nazwiska i odciąć się raz na zawsze od 

... trudnej przeszłości. 

- Ciężko zaczynać wszystko od nowa - westchnął. 

W jego niskim, lekko ochrypłym głosie zabrzmiała nuta smutku. 

- Bardzo ciężko - przyznała. 

Popatrzyli   sobie   w   oczy,   a   ona   poczuła   ogromną   radość,   że   pojawiła   się 

między nimi nić porozumienia. Odkąd Pierre opuścił Normandię, słuch o nim 

zaginął. Nie miała pojęcia, co się z nim działo przez te lata. Wyobrażała sobie, 

że jest szczęśliwy u boku pięknej koleżanki ze studiów, którą przywiózł kiedyś 

do miasteczka. Tym bardziej zaskoczył ją bezgraniczny smutek w jego oczach. 

Wprawdzie nie stracił nic ze swego uroku, wciąż był przystojny i pewny siebie, 

lecz nie miał j~ż w sobie tej beztroski, którą tak bardzo ją ujął. 

-   Zycie   przynosi   mnóstwo   niespodzianek   -   stwierdził   sentencjonalnie.   - 

Szkoda, że niektóre są wyjątkowo przykre. 

Uciekła wzrokiem w bok. Czyżby Pierre, podobnie jak ona, dostał surową 

lekcję   życia?   Ona,   mimo   trudnych   doświadczeń,   starała   się   z   optymizmem 

patrzeć w przyszłość. Od rozwodu minęły dwa lata, więc pora, by definitywnie 

zamknąć ten rozdział życia. Może rany szybciej się zabliźnią, jeśli pozbędzie się 

reliktów   przeszłości   i   faktycznie   wróci   do   panieńskiego   nazwiska.   Smutna 

prawda była taka, że z małżeństwa nie wyniosła nic, o czym warto by pamiętać 

... 

Z wyjątkiem ......................

Cóż, gdyby jej ukochane dziecko żyło, 

może wtedy 

Marcel dyskretnie odchrząknął. 

- O ile zrozumiałem, znacie się od dawna, tak? 

- Kiedy widzieliśmy się ostatni raz, Jacqueline by- 

łajeszcze   dzieckiem.   -   Na   ustach   Pierre'a   pojawił   się   chłopięcy   uśmiech.   - 

Bardzo   sympatycznym   i   uroczym.   Mieszkaliśmy   po   sąsiedzku   w   małym 

miasteczku nad morzem, blisko Mont Saint Michel. Jaqueline i jej koledzy łazili 

za mną krok w krok. Zwłaszcza gdy towarzyszyła mi jakaś dziewczyna. 

- Byłeś od nas sporo starszy. - Jacky uśmiechnęła się do wspomnień. Czuła, 

że powoli odzyskuje spokój. - Studiowałeś w Paryżu, a my byliśmy bardzo 

ciekawi życia w wielkim mieście. Ty jednak uważałeś się za dorosłego i nie 

chciałeś zadawać się z małolatami. 

- W tamtym czasie marzyłem tylko o tym, żeby jak najszybciej wyrwać się z 

prowincji - westchnął. A teraz, jak na ironię, uciekam od zgiełku Paryża i z ulgą 

wracam na wieś. Sto Martin sur mer przypomina mi nasze miasteczko. Jestem 

pewien, że zmiana stylu życia dobrze mi zrobi. 

Spojrzał na morze widoczne za oknem i poczuł, jak budzi się w nim energia. 

Choć   przyjechał   do   Sto   Martin   zaledwie   wczoraj,   miał   przeczucie,   że   tu 

szybciej wyleczy zranioną duszę i nabierze dystansu do tego, co przeżył. 

Zerknął   na   Jacky.   Nie   mógł   uwierzyć,   że   ta   piękna   kobieta   była   kiedyś 

rozbrykaną, wesołą dziewczynką, która uganiała się po wsi z bandą dzieciaków. 

Pamiętał,   że   była   bardzo   lubiana.   Żywiołowa,   pomysłowa   i   tryskająca 

energią, wyróżniała się z tłumu 

i   przewodziła   wiejskiej   dzieciarni.   Bardzo   się   od   tamtej   pory   zmieniła, 

pomyślał,   przyglądając   się   jej   dyskretnie.   Sprawiała   wrażenie   zagubionej   i 

background image

bezradnej. Zupełnie jakby czekała na cios, który odbierze jej resztę wiary w 

siebie. 

Piękna kobieta, pomyślał z zachwytem, choć ze względu na trudną sytuację 

osobistą rzadko interesował się kobietami. Pamiętał, że już jako szesnastolatka 

wyróżniała   się   urodą,   ale   on   wtedy   czuł,   że   nie   powinien   oglądać   się   za 

dziewczynami.   Miał   dwadzieścia   pięć   lat   i   wyjeżdżał   do   Australii,   gdzie 

zamierzał   się   ożenić.   Podziwiał   więc   Jacky   z   daleka,   tłumacząc   sobie,   że 

przecież patrzenie to nie grzech. 

- Myślałam, że mieszkasz w Australii - powiedziała. Gdyby podejrzewała, że 

istnieje bodaj cień szansy, iż spotkają się na gruncie zawodowym, nigdy nie 

wróciłaby do Francji. Nieodwzajernniona pierwsza miłość tkwiła w jej sercu 

jak zadra. Łudziła się, że ból kiedyś minie, ale nie. Został i co pewien czas 

dawał 

osobie znać. Nie lubiła o tym myśleć. 

- Mój dom jest tu, we Francji - odparł, nie kryjąc wzruszenia. - Kiedy życie 

daje w kość ... - Umilkł, nie dokończywszy zdania. 

Marcel położył rękę na jego ramieniu. 

- Znamy się ze studiów - wyjaśnił. - Po dyplomie obaj wyjechaliśmy do 

Australii i zaczęliśmy pracować w szpitalu w Sydney. 

- Byliśmy młodzi i ciekawi świata - dodał Pierre. 

Opanował już emocje i jego głos odzyskał siłę. - Ale kiedy człowiekowi wali 

się świat, lepiej być wśród swoich. Prawda, Marcel? 

Ten pokiwał głową. 

Dlatego   wróciliśmy   do   Francji.   Ale   dość   wspomnień,   skupmy   się   na 

sprawach aktualnych. Jak już mówiłem, przekazuję obowiązki Pierre' owi i 

przenoszę się piętro wyżej, na chirurgię· 

- Załatwiłeś to wyjątkowo dyskretnie - zauważyła z przekąsem. - Po co te 

tajemnice?   Wydawało   mi   się,   że   jesteś   zadowolony   z   pracy   na   oddziale 

ratownictwa. 

Marcel wzruszył ramionami. 

_ Jestem zadowolony, a właściwie ... byłem, dopóki nie odkryłem, że chirurgia 

daje mi więcej satysfakcji. - Rozumiem. 

Odwróciła się w stronę Pierre'a. Widok jego przystojnej twarzy obudził w 

niej znajomy dreszcz podniecenia. Co z nią jest nie tak, że nie potrafi uwolnić 

się od dziecinnej miłości? W dodatku niechcianej i niepotrzebnej. Zwłaszcza 

teraz. Nawet gdyby Pierre się nią zainteresował, i tak musiałaby oprzeć się po­

kusie. 

. - Czy to Marcel zaproponował ci, żebyś przejął 

jego stanowisko? - zapytała. 

- Tak. Propozycja przyszła w idealnym momencie, bo akurat musiałem ... 

wyjechać z Paryża. O miejsce po Marcelu starało się kilku kandydatów, ale 

podejrzewam, że dzięki jego rekomendacji zarząd szpitala wybrał właśnie mnie 

.. 

- Po prostu byłeś najlepszy - podkreślił Marcel chociaż fakt, że znamy się i 

przyjaźnimy, nie był bez znaczema. 

-   To   dziwne   uczucie,   tak   niespodziewanie   spotkać   starych   znajomych   - 

powiedział cicho Pierre. - Miałem nadzieję, że gdy wyjadę z Paryża ... 

_ Przepraszam was. - Marcel nacisnął przycisk na interkomie, który brzęczał już 

od kilku sekund. - Tak? - Przez chwilę słuchał w skupieniu. - Już idę. 

Natychmiast wstał zza biurka. 

- Musimy wracać na oddział. Na morzu wydarzył się wypadek, zatonął statek 

wycieczkowy. Karetki z poszkodowanymi już są w drodze. Trochę wam po­

mogę, ale za godzinę mam planową operację. 

Na oddziale rozdzielili się i zajęli badaniem poszkodowanych. Jacky trafiła na 

background image

starszą panią, którą bardzo bolała noga. 

- Pewnie ją złamałam, prawda, pani doktor? 

- Obawiam się, że tak, ale żeby mieć pewność, 

musimy zrobić prześwietlenie, pani ... - Zerknęła do karty, żeby sprawdzić, jak 

nazywa się pacjentka. 

- Marguerite - podpowiedziała starsza pani. 

- Dobrze, pani Marguerite. Ja mam na imię Jacky 

albo, jeśli pani woli, Jacqueline. 

-   O   tak,   zdecydowanie   wolę   Jacqueline.   Tak   ma   na   imię   moja   córka   - 

oznajmiła pani Marguerite i zaczęła opowiadać o swoich dzieciach i wnukach. 

Jacky starała się słuchać, gdyż jak zawsze zależało jej na zdobyciu zaufania 

pacjentki. Jednocześnie przeglądała informacje dostarczone przez ratowników, 

którzy wyciągali rozbitków z wody. 

W drodze na prześwietlenie pani Marguerite opowiedziała, co wydarzyło się 

na statku: 

- Rejs był naprawdę wspaniały, wszyscy tak dobrze się bawili. Właśnie 

dopływaliśmy do małej wyspy, na której mieliśmy urządzić piknik, kiedy nagle 

coś przeraźliwie zatrzeszczało. Nasz statek wpadł na podwodne skały i zaczął 

nabierać wody. Wtedy młodsi pasażerowie powyskakiwali za burtę, ale ja nie 

jestem już tak sprawna jak kiedyś, więc siedziałam i modliłam się, żeby ktoś 

mnie uratował. 

_ Na szczęście pani modlitwy zostały wysłuchane. Przerwały rozmowę na czas 

prześwietlenia, a gdy po kilku minutach radiolog przyniósł klisze, Jacky 

wytłumaczyła pani Marguerite, co wykazał rentgen: _ Złamała pani nogę w 

miejscu, gdzie kość łączy 

się ze stawem biodrowym. 

_ To znaczy kość udową, tak? Jestem emerytowa- 

ną pielęgniarką, więc proszę śmiało powiedzieć, jak 

poważny jest uraz. 

. ,. 

., 

_ Cóż, główka kości przemIescIła SIę l wysunęła 

z panewki. Trzeba będzie wstawić protezę.. 

Pani Marguerite beztrosko Wzruszyła ramiOnami. _ I dobrze. Ostatnio 

często dokuczały mi bóle stawów, nawet wybierałam się do lekarza, żeby 

p~rozmawiać o wstawieniu protezy. No i sprawa załatWiOna. _ Chciałabym, 

żeby wszyscy moi pacjenci mieli 

równie pozytywne nastawienie - uśmiechnęła się Jacky. - Zaraz umieścimy 

panią na ort~pedii. . 

_ Dziękuję, pani doktor. Bardzo miła z pam osoba. 

Zajrzy pani do mnie? 

_ Oczywiście. Zawsze sprawdzam, Jak radzą sobIe 

moi pacjenci. 

Na korytarzu pojawił się kolejny ratowmk z no- 

szami. 

_ Mam tu małe dziecko. Dominie, dwa lata. Przed 

chwilą go przywieziono - raportował pospie.sznie. ~ Bardzo długo przebywał 

pod   wodą.   Rokowama   raczej   kiepskie   -   zaznaczył,   zniżając   głos.   -   Brak 

wyczu.walnego   pulsu,   nie   oddycha.   Próbowaliśmy   go   reammować,   ale   bez 

skutku. 

-   Dajcie   go   tutaj   -   wskazała   jedno   z   wydzielonych   stanowisk   -   a   pani   - 

zwróciła się do pielęgniarki niech się zajmie jego rodzicami. Są w szoku, więc 

proszę im dać coś na uspokojenie, a jeśli to nie pomoże, wezwać któregoś z 

lekarzy   -   poinstruowała,   po   czym   skupiła   się   całkowicie   na   drobnym, 

background image

bezwładnym ciałku okrytym ciepłym kocem. 

Wystająca spod niego blada buzia miała nieziemski, niemal anielski wyraz. 

Malujący się na niej głęboki spokój nasuwał podejrzenie, że chłopczyk znajduje 

się   już   po   drugiej   stronie.   Jacky   zaczerpnęła   głęboko   powietrza.   Nie   mogła 

pozwolić, by niepotrzebne myśli zakłócały jej koncentrację. 

- Jak długo znajdował się pod wodą? 

- Co najmniej pół godziny. Kiedy nurek go wydo- 

był, był już bardzo wychłodzony - odparł ratownik. - Mówi pan, że był 

wychłodzony? To dobrze. Jest szansa, że da się go uratować - powiedział Pierre, 

który wchodząc, usłyszał ich rozmowę. 

Jacky podłączyła chłopca do urządzenia monitorującego parametry życiowe i 

już   po   chwili   mieli   potwierdzenie,   że   temperatura   ciała   jest   rzeczywiście 

niebezpiecznie niska. Jacky jeszcze nigdy nie miała do czynienia z pacjentem w 

stanie tak znacznego wychłodzenia, przypomniała sobie jednak, że w jednym z 

podręczników opisyWano przypadek dziecka, które przeżyło właśnie dlatego, że 

niemal zamarzło w zimnej wodzie. 

- Czy ty też uważasz, że dzięki skrajnemu wychłodzeniu Dominie ma szansę 

przeżyć? - zapytała Pierre'a. 

Skinął głową. 

Tak, spotkałem się z podobnym przypadkiem w Australii. Kiedy ciało opada 

na dno, gdzie panuje niska temperatura, metabolizm staje się wolniejszy, dzięki 

czemu   mózg   lepiej   radzi   sobie   z   niedoborem   tlenu.   Musimy   go   powoli 

rozgrzać. Nie odpuszczę, dopóki nie przywrócimy mu normalnej temperatury. 

Pierre   poprosił   pielęgniarkę,   by   przyniosła   specjalny   pled   dmuchający 

ciepłym powietrzem, po czym on i Jacky zajęli się chłopcem. Po pewnym 

czasie, który wydawał się wiecznością, Jacky zerknęła na monitor. 

_. Spójrz! Pojawił się słaby puls! - zawołała, obejmując palcami przegub 

chłopca. 

W pierwszym momencie nie poczuła nic poza chłodem pozbawionej życia 

kończyny, jednak po chwili pod palcami. wyczuła słabiutkie pulsowanie. 

_ Zaczynam masaż serca - oznajmił Pierre. Minuty przeszły w godziny, a oni 

wciąż nie dawali za wygraną. Rodzice chłopca zostali na wszelki wypadek 

uprzedzeni, że szanse na uratowanie Dominica są niewielkie. 

Po   czterech   godzinach   bezustannych   wysiłków   Jacky   zaczęła   odczuwać 

napięcie. Polubiła to dziecko i nie wyobrażała sobie, że mogliby je stracić. 

_ Jeszcze raz sprawdzę, czy reaguje na światło -powiedziała do Pierre'a i 

skierowała strumień światła prosto w źrenicę. I wstrzymała oddech. - Reaguje! 

Jestem pewna, że źrenica się zmniejszyła. Zresztą 

chodź -i sam zobacz! - zawołała. 

Pierre wziął od niej wziernik i pochylił się nad 

Dominikiem. 

_ Masz rację, Jacky! - oznajmił głosem; w którym 

ulga mieszała się z radością. - Teraz szansa, że przeży je, zwiększa się z każdą 

minutą. Świetnie! ~ Uradowany, obrócił się w jej stronę i spontanicznie przytulił 

ją do siebie. 

Poruszona jego zaraźliwym entuzjazmem, z uśmiechem spojrzała mu w oczy. 

Cudownie było czuć jego dotyk. I strasznie. Czy onw ogóle zdaje sobie sprawę, 

co się z nią teraz dzieje? 

Pierre   zerknął   na   piękną   kobietę,   którą   ku   swemu   zaskoczeniu   znienacka 

porwał w ramiona, i natychmiast się opanował. Demonstracyjne okazywanie u­

czuć nie leżało w jego naturze, dlatego zupełnie nie rozumiał, jaki impuls nim 

powodował. Owszem, on i J acky mieli z czego się cieszyć, ale nie musiał być 

aż tak wylewny. Jeśli Jacky opacznie zrozumie jego intencje, będzie prawdziwa 

katastrofa. 

background image

Pochylił się nad Dominikiem i dokładnie go osłuchał. 

- Serce podjęło pracę. Bije coraz mocniej ... 

- Temperatura ciała wraca do normy - powiedziała 

Jacky, spojrzawszy na monitor. 

- Oddech się stabilizuje. Wydaje mi się, że on próbuje ... Otwiera oczy! 

Jacky chwyciła chłopca za rękę i w napięciu obserwowała gwałtowne ruchy 

jego powiek. Po chwili usłyszała cichutki jęk. Dominic zakrztusił się, a potem 

pisnął żałośnie: 

- Mamusiu! 

Wzruszona pochyliła się nad nim. - Mama zaraz przyjdzie, 

Dominic. 

- A tata? 

- Tata też - zapewniła. - To cud - szepnęła, odwracając się do Pierre'a. 

 Miała w oczach łzy, więc chciał znów ją przytulić, lecz nie zrobił tego. Tylko 

raz widział, jak płakała. Przewróciła się podczas zabawy na plaży i zraniła o 

ostre kamienie. Miała wtedy jakieś pięć lat. On grał z kolegami w piłkę, lecz 

kiedy usłyszał jej płacz, pobiegł zobaczyć, co się stało. Z rozciętego kolana 

ciekła krew, więc oddarł kawałek koszuli i zrobił z niego opatrunek, a potem 

wziął ją na ręce i zaniósł do swojego ojca, który miał w miasteczku gabinet le­

karski. 

Pamiętał,   że   mała   dziewczynka   wydała   się   jemu,   dużemu,   silnemu 

czternastolatkowi, lekka jak piórko. Gdy ją niósł, objęła go za szyję i mocno się 

przytuliła. Wzruszyło go jej bezgraniczne zaufanie i wiara, że będzie umiał jej 

pomóc.   Jego   matka   odnosiła   się   do   Shaftesburych   z   rezerwą,   gdyż   pani 

Shaftesbury była zbyt ekscentryczna, ajej mąż zbyt niekonwencjonalny jak na 

gust   społeczności   małego   miasteczka.   Jednak   gdy   zobaczyła   Pierre'a   przed 

gabinetem, natychmiast przybiegła pomóc mężowi. 

Ojciec   musiał   założyć   Jacky   kilka   szwów.   Była   zaledwie   pięcioletnim 

dzieckiem, ale zniosła to bardzo dzielnie. Cukierki, które ojciec zawsze trzymał 

w szufladzie, osłodziły żal i pomogły ukoić łzy. Pierre gotów był iść o zakład, 

że elegancka pani doktor nawet nie pamięta, jak kurczowo trzymała go za rękę, 

gdy ojciec znieczulał ją przed szyciem. Domyślał się, że w owych czasach był 

dla niej jednym z tych bezimiennych, dużo starszych chłopaków, z którymi nie 

miała nic wspólnego. 

- Tak, to rzeczywiście cud, że udało nam się go odratować - przyznał, 

wracając do rzeczywistości. 

Jacky uśmiechnęła się z ulgą. - Jest co świętować, prawda? 

Natychmiast  pożałowała   swoich  słów.  Pierre  mógł  pomyśleć,  że  po  pracy 

chce pójść z nim na drinka, a przecież nie to miała na myśli. Choć pomysł jest 

rzeczywiście kuszący. 

Pierre wyglądał na zaskoczonego. 

- Faktycznie, po pracy możemy gdzieś pójść rzekł z namysłem. ~ Może ... 

- Źle mnie zrozumiałeś. Ja tylko ... - Nie dokończyła, bo musiała zająć się 

Dominikiem. Ścisnęła go lekko za rękę i zaczęła łagodnie do niego mówić. 

Nagrodą był słaby uśmiech i kilka bezładnych słów. 

- Naprawdę musimy to jakoś uczcić - podchwycił Pierre. - Zaraz uprzedzę ... - 

Nie dokończył, gdyż przyszli wezwani na konsultację lekarze z intensywnej 

terapii i kardiologii, którzy mieli zdecydować o dalszym leczeniu chłopca. 

Choć przekazali Dominica kolegom, i tak nie mieli czasu wracać do rozmowy 

o fetowaniu sukcesu, bo musieli pomóc pozostałym uczestnikom pechowego 

rejsu. Jacky opatrywała starszego pana, który stracił żonę· Zespół reanimacyjny 

długo o nią walczył, lecz nie udało się jej uratować. 

- Do  widzenia, Anne-Marie. Wkrótce  się  zobaczymy - mówił  mężczyzna, 

ściskając rękę kobiety, z którą przeżył życie. 

background image

Jacky patrzyła na niego z boku i połykała łzy. Choć była doświadczonym 

lekarzem i widziała w szpitalu niejedno, rutyna nie zabiła w niej wrażliwości na 

ludzkie nieszczęście. 

- Chcemy zatrzymać pana na obserwacji - powiedziała łagodnie. - Życzy pan 

sobie, żebyśmy poinformowali o tym kogoś z rodziny? 

- Tak, moją córkę. Niestety, nie pamiętam jej numeru. 

- Ja się tym zajmę, pani doktor- powiedziała siostra Marie. - W czwórce czeka 

pacjent ranny w nogę. To już ostatni z poszkodowanych. 

- Muszę iść, ale zostawiam pana w fachowych rękach - powiedziała do 

starszego pana i zniknęła. 

Jej dyżur trwał dzisiaj dłużej niż zazwyczaj. 

- Pora iść do domu, pani doktor - uśmiechnęła się do niej Marie, gdy wyszła z 

sali zabiegowej. - Zaraz zaczyna się nocny dyżur. 

- A pani? Przecież pani też pracowała cały dzień. 

- Ja wytrzymam. 

Idąc do szatni, rozejrzała się po opustoszałym korytarzu. Nie mogła uwierzyć, 

że jeszcze niedawno wyglądał jak pole bitwy. Po drodze rozpuściła włosy, a gdy 

opadły  luźno  na   ramiona,  od  razu  poczuła  ulgę. Ten  rytualny  gest  oznaczał 

koniec pracowitego dnia. 

- Właśnie taką cię pamiętam. 

Słysząc za plecami głos Pierre' a, zatrzymała się. - Chciałem z tobą 

porozmawiać, zanim wyjdziesz 

- powiedział, biorąc ją za rękę. - Musimy przełożyć 

nasze świętowanie na inny dzień, bo ... 

- Och, Pierre! Już ci mówiłam, że wcale nie miałam na myśli ... 

- Ale ja miałem! Zależy mi, żebyśmy uczcili nasz sukces, ale dziś to 

niemożliwe. 

- Pierre, naprawdę nie musimy nigdzie iść. A jeśli juź, to razem z twoją żoną i 

... 

- Przepraszam, powinienem był ci powiedzieć. -. 

Z jego twarzy zniknął pogodny wyraz. - Moja żona zmarła. 

- Tak mi przykro. - Szczerze mu współczuła. Cóż jeszcze mogła 

powiedzieć? 

Pamięć podsunęła jej obraz młodej, ślicznej narzeczonej Pierre'a. Byli w 

siebie   tak   bardzo   zakochani.   Zbliżyła   się   do   niego,   by   dodać   mu   otuchy 

ciepłym gestem, lecz ostatecznie nie zrobiła tego. Rozsądek podpowiadał jej, 

że dla własnego dobra powinna trzymać się na dystans. 

- Dawno odeszła? - zapytała cicho. 

- Pięć lat temu. Wydawałoby się, że to szmat cza- 

su, ale jakość wciąż nie mogę się pozbierać ... Niektóre rany nigdy się nie 

goją. 

- Wiem - szepnęła, przybita nagłym wspomnieniem o własnej tragicznej 

stracie. 

- Muszę zostać dzisiaj dłużej w szpitalu, żeby zorientować się w sytuacji. 

Marcel obiecał, że jak skończy operować, spotka się ze mną i wprowadzi mnie 

w najważniejsze zagadnienia. Miałem nadzieję, że załatwimy to w ciągu dnia, 

ale nie było czasu. 

- Co ty powiesz! - zażartowała. - Swoją drogą, miło pogadać z kimś po 

angielsku. 

- A ja się czuję trgchę dziwnie. Pamiętam, że jako dziecko mówiłaś tylko po 

francusku. 

- Bo matka mi kazała! Nie lubiła, kiedy mówiliśmy po angielsku. 

- Już czuję, jak miło będzie powspominać dawne czasy. Zjedzmy razem 

kolację.   Ja   stawiam.   Poważnie!   Masz   jutro   czas?   Jeśli   tak,   postaram   się, 

background image

żebyśmy skończyli pracę o tej samej porze. 

Chętnie zjem z tobą kolację - uśmiechnęła się do niego - a jeśli chodzi o 

jutro, muszę najpierw zerknąć do kalendarza. Żartuję. Nie jestem zbyt aktywna 

towarzysko. Większość czasu poświęcam pracy. 

- Ja nawet nie muszę sprawdzać, bo i tak wiem, że w moim kalendarzu jest 

pusto. - Uśmiechnął się, biorąc w palce pasmo jej włosów. - Twoje włosy są jak 

złocista   przędza   -   powiedział   miękko.   -   Jak   byłem   mały,   czytałem   bajkę   o 

królewnie, która miała takie włosy. Myślałem, że to tylko fantazja, lecz gdy 

parę lat później zobaczyłem, jak z rozwianymi lokami biegasz po miasteczku, 

zrozumiałem, co autor miał na myśli. 

- Nie sądziłam, że zwróciłeś na mnie uwagę. 

- Owszem, zwróciłem. Wyróżniałaś się·i byłaś ... 

słodka jak cukierek. - Pochylił się i pocałował ją w policzek. - Dobranoc, Jacky. 

Poszła w swoją stronę, a on zawrócił. Przy końcu korytarza zatrzymała się i 

obejrzała. Nagle zdała sobie sprawę, że zjej strony nic się nie zmieniło. Nadal 

była . w nim zakochana. 

Jaka szkoda, że on wciąż nosi w sercu żałobę po kobiecie, która była 

miłością jego życia. 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Następnego dnia w pracy często się spotykali. 

- Tylko pamiętaj, że wieczorem jesteśmy umówieni - zaznaczył na dzień 

dobry. 

Jak by mogła o tym zapomnieć! Tak się przejęła, że z wrażenia nie mogła 

zasnąć.   Zupełnie   jak   wtedy,   gdy   przeżywała   swoją   szczenięcą   miłość.   Gdy 

miała naście lat, intensywne młodzieńcze emocje dały jej się mocno we znaki. 

Dziś jako dwudziestodziewięcioletnia rozwódka, a przez krótki czas również 

matka 

powmna łatwo sobie z nimi poradzić. Po swych do- 

świadczeniach powinna być twarda i odporna, tymczasem była przejęta jak 

przed pierwszą randką. 

W   ~rzerwie.między   badaniem   pacjentów   zgłaszających   SIę   do   szpItala   z 

różnymi   urazami   znalazła   czas,   by   zajrzeć   do   osób,   którym   pomogła 

poprzedniego dnia. 

Mały Dominic dochodził do siebie na oddziale intens~ej terapii, gdzie przez 

okrągłą dobę otaczany był wyjątkowo troskliwą opieką. Badanie tomograficzne 

wykazało,   że   mózg   nie   został   uszkodzony.   Jacky   przyjęła   tę   wiadomość   z 

ogromną ulgą i po raz kolejny uświadomiła sobie, że na jej oczach stał się 

prawdziwy cud. 

Historia o niezwykłym ocaleniu dwuletniego dziecka przeciekła do prasy i 

dziennikarz, który opisał zdarzenie, chciał zrobić zdjęcie jej i Pierre' owi. 

- Co O tym myślisz? - Pierre skonsultował się przedtem z Marcelem. - Nie 

masz nic przeciwko temu? 

- Nie, dlaczego? Niech społeczeństwo dowie się o triumfie medycyny. Może 

dzięki temu jakiś niezadowolony pacjent zastanowi się, zanim nas obsmaruje w 

którejś   z   gazet.   Tylko   proszę,   żebyście   nie   dopuszczali   dziennikarzy   do 

Dominica. Zrobią mu zdjęcia, jak wróci do domu, o ile zgodzą się na to jego 

rodzice. 

I   takim   oto   sposobem   Jacky,   w   nieskazitelnie   białym   fartuchu,   ze 

background image

stetoskopem   wiszącym   na   szyi,   stanęła   obok   Pierre'a   w   samym   środku 

głównego holu. 

- Mamy bardzo mało czasu - uprzedził Pierre reporterów - więc proszę się 

spieszyć. 

- Proszę przysunąć się do uroczej pani doktor - polecił reporter, ustawiając 

kadr. 

- Czy mogłaby pani rozpuścić włosy? - zapytała jego asystentka. - Są bardzo 

piękne, a nasi czytelmcy ... 

Jacky bez słowa rozpięła klamrę, choć pomysł nie przypadł jej do gustu. 

- Dziękuję, pani doktor. Tak, teraz lepiej ... Proszę o uśmiech! 

- Jaka piękna para! - zachwyciła się pielęgniarka, która właśnie przechodziła 

przez hol. 

Jacky   poczuła   się   zażenowana.   Nie   podobało   jej   się   całe   to   zamieszanie 

wokół   jej   osoby.   Rozstrajała   ją   bliskość   Pierre'a.   Nie   mogła   się   skupić! 

Uśmiechała się, ale wewnątrz dygotała ze zdenerwowania. 

- Musimy kończyć - oznajmił Pierre stanowczo. 

- Artykuł i zdjęcia ukażą się w popołudniowym wydaniu - rzekł fotograf. - 

Przyślemy państwu kilka 

egzemplarzy. 

Pierre spojrzał na nią porozumiewawczo. 

- 'Wprost nie możemy się doczekać - stwierdził. 

- O tak. Umieramy z ciekawości. 

- Zanim dotrzemy do restauracji, będziemy już 

lokalnymi sławami. Dadzą nam najlepszy stolik i poproszą o autografy - 

szydził. 

- Żebym tylko nie zapomniała długopisu! 

Zaraz po spotkaniu z dziennikarzami Jacky wróciła do swoich obowiązków. 

Właśnie porządkowała salę zabiegową po opatrzeniu ostatniego pacjenta; gdy 

przyszedł Pierre. 

- Już skończyłem. Daj znać, jak będziesz gotowa. 

Przyjdę po ciebie i pojedziemy moim samochodem. 

- Dobrze, bo ja nawet nie mam auta. Po pierwsze kupno i utrzymanie to spory 

wydatek, a po drugie na mojej wąskiej uliczce trudno zaparkować. Do szpitala 

mam zaledwie parę kroków, więc po co mi samochód? 

- Na przykład po to, żeby pojechać na wieś. Chyba nie spędzasz całego czasu 

w pracy? 

- Kiedy chcę odpocząć, spaceruję po plaży - od- 

parła. 

- Aha. Słuchaj, Marcel polecił mi małą restaurację na wzgórzach za miastem. 

Zaznaczyłem sobie to miejsce na mapie. Będziesz mnie pilotować? 

Jacky odsunęła wózek z przyrządami i zaczęła myć ręce. 

- Mogę spróbować - odparła. - Chyba nie jedziemy bardzo daleko?

Pierre   stał   tuż   za   nią.   Czuła   na   karku   jego   ciepły   oddech.   Naraz   bez 

uprzedzenia rozpiął klamrę, którą miała we włosach, i na jej ramiona spłynęły 

gęste pasma. 

Odwróciła się zaskoczona. 

- Co z wami jest, faceci? Dlaczego wszyscy się upieracie, żebym nosiła 

rozpuszczone włosy? 

Uniósł do góry brwi. 

- Może dlatego, że wyglądasz wtedy mniej surowo? - powiedział i zniżając 

głos do zmysłowego szep- 

tu, dodał: - I bardziej seksownie. 

Naraz odsunął się od niej i ruszył do wyjścia. Załował, że pozwolił sobie na tę 

niepotrzebną uwagę· To bliskość Jacky tak zamąciła mu w głowie. Poczuł się 

background image

tak, jakby wszystkie trudne lata, które przyszły po jego wyjeździe z miasteczka, 

były tylko złym snem. Cofnął się w czasie do dnia, gdy po raz ostatni widział 

śliczną   szesnastoletnią   dziewczynę   i   uświadomił   sobie,   że   ta   zjawiskowa 

nastolatka dorosła. Jaka szkoda, że spotkali się tak późno. Musi bardziej się 

kontrolować.   Co   będzie,   jeśli   Jacky   źle   zrozumie   jego   intencje?   Przecież 

przysiągł Liliane dozgonną wierność i bezgraniczną lojalność, którą chciał się 

odwdzięczyć za jej ogromne poświęcenie. 

Jego   związki   z   kobietami   ograniczały   się   do   okazjonalnych,   nic 

nieznaczących   erotycznych   przygód.   Czuł   przez   skórę,   że   z   Jacky   będzie 

inaczej. Nie uniknie zaangażowania. Odkąd się spotkali, coraz częściej o niej 

myślał. 

- Jak będziesz gotowa, przyjdź do mojego gabinetu - rzucił sucho i czym 

prędzej wyszedł. 

Odprowadziła go pytającym wzrokiem. Zaskoczył ją tą nagłą zmianą 

zachowania. Przed chwilą był taki 

miły, nawet więcej niż miły... 

To bez znaczenia, stwierdziła. Widocznie ten typ tak ma. Zje z nim tę kolację 

jak ze znajomym z dawnych lat. Powspominają, pośmieją się. I tyle. 

W szatni wzięła szybki prysznic i przebrała się w spodnie i żakiet z białego 

lnu, pod który włożyła czarną bluzkę wykończoną angielskim haftem. Na ko­

niec zrobiła lekki makijaż. Najważniejszy był czarny tusz do rzęs, żeby zielone 

oczy stały się bardziej wyraziste. Hm ... Przejrzała się w lustrze. Dlaczego tak 

się stara, skoro Pierre jest tylko dawnym kolegą? 

Po tym, co przeżyła, nie była gotowa na nic poza przyjaźnią. Tak podpowiadał 

rozsądek, ale serce wiedziało swoje. Tak czy owak sytuacja stawała się nie­

bezpieczna. 

Gdy   weszła,   Pierre   powitał   ją   przyjaznym   uśmiechem.   Ledwie   wstał   zza 

biurka, odezwała się jego komórka. 

- Tak? Ach, to ty, Nadine! O co chodzi? Dobrze, zaraz przyjadę. 

- Po drodze muszę wstąpić do domu - uprzedził, gdy się-rozłączył. - Mały ... 

mam taki mały problem. 

Zaintrygował   ją.   Kim   jest   Nadine?   Gdy   z   nią   rozmawiał,   mówiła 

podniesionym głosem. Jacky miała wrażenie, że była mocno zirytowana. 

Na korytarzu spotkali Marcela, który przyniósł im jeszcze gorące wydanie 

wieczornej gazety. 

-   Kurier   właśnie   to   przywiózł   -   wyjaśnił,   podając   ją   Pierre'   owi.   -   Patrz, 

jesteście na pierwszej stronie. Wyglądacie fantastycznie. Chcecie wiedzieć, co 

piszą? 

"Przystojny doktor Pierre i urocza dokto.r Jacqueline dokonali wczoraj cudu ... 

". 

- Starczy! - jęknął Pierre. - Sam to. przeczytam, później. Proszę - zwrócił się 

do   Jacky,   podając   jej   gazetę.   -   Nie   zapomniałaś   pióra   do   podpisywania   au­

tografów? 

Nic nie mówiąc, zerknęła na zdjęcie. 

,   -   Doskonała   reklama   szpitala   -   cieszył   się   tymczasem   Marcel.   -   Może 

uzmysłowi ludziom, że czasem naprawdę jesteśmy potrzebni. A SWoją drogą, 

dokąd się wybieracie? 

- Do. restauracji, którą mi poleciłeś. 

- Świetnie! - Marcel przyjrzał im się uważniej. 

- Wobec tego. nie będę was zatrzymywał. Wpadnijcie 

do. nas na kolację któregoś dnia. Debbie będzie w siódmym niebie. Usycha z 

tęsknoty za kolegami z pracy. 

- Mam zamiar niedługo. ją odwiedzić - obiecała Jacky. 

background image

Marcel uśmiechnął się. 

- Jacky jest dla nas jak rodzina - wyjaśnił Pierre'o.wi. - Poznały się z moją 

żoną przez internet i zaprzy-

jaźniły. 

- Bardzo się ucieszyłam, kiedy w grudniu ubiegłego roku Debbie zaprosiła 

mnie na wasz ślub. To. była naprawdę piękna uroczystoŚć. 

- Miło, że tak mówisz. Ale nie będę was zatrzymywał. 

- Rzeczywiście, musimy już jechać - przyznał 

Pierre, kładąc dłoń na ramieniu Jacky. - Miłego wieczoru! 

- Dziękujemy. 

Marcel o.dprowadził  ich wzrokiem.  Cieszył się, że  tak  szybko.  się  polubili. 

Gdyby nie znał Pierre'a, przysiągłby, że zanosi się na romans. Mając na uwadze 

jego. przeszłość wątpił jednak, by znajomość z Jacky wyszła kiedykolwiek poza 

ramy   przyjaźni.   Obawiał   się,   że   jego.   kolega   w   ogóle   nie   myśli  Q  stałym 

związku. 

Szkoda, westchnął, bo on i Jacky wyjątkowo do siebie pasują, a Pierre jest 

bardzo spragniony miłości. Gdyby związał się z kobietą taką jak Jacky, jego 

życie zmieniłoby się na lepsze. Marcel chciał jakoś pomóc, ale czuł, że nie ma 

prawa wtrącać się w prywatne sprawy kolegi. Gdyby jednak ten poprosił go Q 

radę, to ze SWoją wiedzą na temat Liliane mógłby skłonić go do zmiany zdania 

... 

Jacky zapięła pas i usadowiła się wygodnie w fotelu pasażera. 

- Fajny samochód - pochwaliła Sportowy kabriolet, który kupił od kolegi z 

Paryża. 

- Mieszkam na wzgórzu, przy tej samej ulicy co. 

Marcel. To on pomógł mi znaleźć dom Tak mi się spodobał, że obejrzałem go 

tylko raz i natychmiast zdecydowałem się na kupno. - ożnajmił, gdy minąwszy 

główną bramę, wyjechali na drogę. 

- Musisz. mieć wspaniały widok z okien - stwierdziła, patrząc na okazałe 

rezydencje   rozlokowane   na   wzgórzu   powyżej   drogi   biegnącej   między 

szpalerem starych drzew. 

- Dlatego. go. kupiłem. Przesądziły piękne widoki i duży ogród, idealny dla 

... - Urwał w pół zdania. Duży ogród to dobra rzecz - dokończył po chwili. 

Znów ją zaintrygował. Nie pierwszy raz odnosiła wrażenie, że Coś przed nią 

ukrywa. Ciekawe, dlaczego? 

- Lubisz pracować w ogrodzie? Zawahał się. 

- Czasami. 

Nie potrafiła odgadnąć, dlaczego nagle przygasł. 

Uznała, że nie ma sensu dociekać i wróciła do podziwiania malowniczych 

widoków. 

Jachty   i   statki   wycieczkowe   kołysały   się   na   lekkiej   fali,   a   promienie 

zachodzącego słońca barwiły morze intensywnym kolorem złota i purpury. Na 

plaży widać było wielu spacerowiczów, którzy z tej odległości wyglądali jak 

ludziki narysowane pojedynczą kreską· 

- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Pierre, zatrzymując samochód na żwirowym 

podjeździe. 

Niemal w tej samej chwili otworzyły się masywne dębowe drzwi i przed dom 

wyszła wysoka, młoda dziewczyna w dżinsach i białym T-shircie. Wyglądała na 

zadowoloną, że Pierre się pojawił. 

- Zaraz wracam - powiedział, wysiadając z samochodu. 

Jacky   obserwowała,   jak   wraz   z   dziewczyną   wchodzi   do   domu.   Ciekawe, 

dlaczego nie zaprosił jej do środka? I kim jest dla niego ta dziewczyna? Nagle 

background image

poczuła   się   jak   nieproszony   gość.   Nie   spodziewała   się   takiego   zachowania, 

Pierre normalnie był przecież otwarty i towarzyski. Widocznie kiepsko go znam, 

stwierdziła, ale musiała przyznać, że jak na jej gust jest 

- zbyt tajemniczy. 

W pewnej chwili z otwartych okien na piętrze dobiegły histeryczne wrzaski 

małego, rozzłoszczonego dziecka. Jacky słyszała, jak Pierre stara się je uspoko­

ić. Nie rozumiała pojedynczych słów, ale słyszała, że mówi stanowczo, lecz 

cierpliwie i ze spokojem. Po chwili dziecko ucichło, a potem zaczęło się śmlac. 

Wtórował mu śmiech Pierre'a i wesoły głos dziew~ czyny. 

Skoro ma dziecko, dlaczego jej o tym nie powiedział? 

Z góry dobiegł już tylko głos dziewczyny rozmawiającej z dzieckiem. Jacky 

spojrzała na zegarek. Minęło zaledwie pięć minut. Niewiele, ale i tak postano­

wiła wysiąść z samochodu i rozprostować nogi. Kiedy stanęła na żwirowym 

podjęździe, do buta wpadł jej mały kamyk, pochyliła się więc, by go wyjąć. 

Właśnie wtedy z dom~ wyszedł Pierre. 

Zmieszała się. Może niepotrzebnie wysiadała? 

Pierre   chciał,   by   zaczekała   w   samochodzie.   W   jej   głowie   pojawiła   się 

irracjonalna myśl, że zaraz usłyszy reprymendę. Nic takiego oczywiście się nie 

stało.   Pierre   miał   znękany   wyraz   twarzy   i   mocno   zaciśnięte   usta,   ale   nie 

powiedział ani słowa o tym, co się stało. 

- Przepraszam, że musiałaś czekać - rzucił sucho i otworzył jej drzwi. 

Była ciekawa, czy powie coś o dziecku. Spoglądała na niego wyczekująco, 

gdy uruchamiał silnik, ale on błądził myślami gdzieś daleko. Odprężył się do­

piero   wtedy,   gdy   dom   zniknął   między   wzgórzami.   Korciło   ją,   żeby   go   o 

wszystko wypytać, ale ugryzła się w język. 

Wiedziała tylko tyle, - że dziewczyna na pewno nie jest jego siostrą, bo nie 

miał   rodzeństwa.   Ani   żoną,   bo   ta   przecież   umarła.   Przyjaciółką?   Mało 

prawdopodobne! Która przyjaciółka zgodziłaby się, żeby jej partner szedł na 

kolację z inną kobietą? 

Intuicja podpowiadała jej, że nie powinna być wścibska. Było' oczywiste, ~e 

Pierre nie ma ochoty tłumaczyć, po co musiał wrócić do domu. Lepiej, żeby 

przestała o tym myśleć i zajęła się czymś konkretnym. Na przykład czytaniem 

mapy, którą trzymała na kola-· nach. Odnalazła zaznaczony przez Pierre' a 

punkt. Znajdował się za następną doliną, na skraju wioski, o której nigdy nie 

słyszała. 

- Jakieś dwieście metrów za skrzyżowaniem będzie ostry skręt w prawo - 

poinformowała. 

-   Dzięki.   -   Zwolnił,   gdyż   droga   stała   się   wąska   i   kręta,   a   widoczność 

ograniczały   gęste   żywopłoty.   -   Piękna   okolica,   prawda?   -   Słychać   było,   że 

odzyskuje spokój. 

- Fantastyczna. Może kiedyś kupię jednak samochód, zwłaszcza jeśli zostanę 

tu dłużej. Na razie podpisałam umowę na rok. .. 

- Powiedz, jeśli będziesz miała ochotę na wycieczkę. Chętnie gdzieś z tobą 

pojadę - powiedział lekkim tonem. 

Jacky odebrała to jak drobną przysługę dla starej znajomej 

- Dziękuję. Byłoby miło gdzieś pojechać ... raz na jakiś czas - odparła cicho. 

Nie chciała się narzucać. 

Obróciła nieco głowę i dyskretnie studiowała jego profil: mocno zarysowana 

szczęka, wyraźne kości policzkowe, gęste ciemne włosy. Gdyby tylko mogła, 

naj   chętniej   przyjeżdżałaby   tu   z   nim   codziennie.   Nareszcie   byliby   sami, 

uwolnieni od absorbujących obowiązków. Skarciła się za takie myśli. Gdyby 

naprawdę zaczęła się z nim spotykać, wpadłaby w niezłe tarapaty. 

Pierre musiał wyczuć, że mu się przygląda, bo spojrzał na nią przelotnie i się 

uśmiechnął.   Zaczerwieniła   się,   dziękując   opatrzności,   że   Pierre   nie   może 

background image

poznać jej myśli. 

- Ładnie ci z rozpuszczonymi włosami - powiedział miękko. - Wiem, że byłaś 

zła, kiedy fotograf zaczął się nimi zachwycać, ale ... 

-   Wszystko   zależy   od   tego,   kto   się   zachwyca.   Nie   mam   nic   przeciwko 

komplementom, o ile słyszę je od ... przyjaciół. 

- Miło mi, że uważasz mnie za przyjaciela. - Zdjął rękę z kierownicy i na 

moment   położył   na   jej   dłoni.   Z   trudem   opanowała   przyjemny   dreszcz. 

Domyślała się, że dla niego był to nic nieznaczący przyjazny gest, ale dla niej 

ten przelotny dotyk znaczył wiele - o wiele więcej, niż powinien. 

Zaczęli zjeżdżać w stronę doliny, więc Pierre skupił się na prowadzeniu. 

Naraz na wąskiej drodze tuż przed nimi pojawiło się stado krów pędzone przez 

gospodarza. 

- Chyba nie ma sensu ich wyprzedzać? - zapytał Pierre, ostro hamując. 

- Niedaleko jest gospodarstwo - powiedziała, patrząc na mapę - więc pewnie 

zaraz tam skręcą. 

-   Utalentowany   z   ciebie   pilot   -   pochwalił,   gdy   stad?   skierowało   się   ku 

widocznym nieopodal zabudowamom. 

- Pilotowanie to nic trudnego - odparła z uśmiechem. - Ojciec nauczył mnie 

czytać mapy. Kiedy mama od nas odeszła, w czasie wakacji jeździliśmy na 

dalekie wycieczki. Tata prowadził, a ja siedziałam z mapą i mówiłam mu, gdzie 

ma jechać. 

- Na pewno bardzo przeżyłaś rozpad rodziny, pra wda? Pamiętam, że moja 

mama wspominała mi o tym, co was spotkało. Ile miałaś wtedy lat? 

Sposępniała,   niechętnie   wspominając   tamto   zagubienie   i   gorycz,   jakie 

narodziły się w porzuconym dziecku. 

_ Dziesięć ... Dopóki rodzice byli razem, moje 

dzieciństwo był piękne i beztroskie. A potem idylla się skończyła, musiałam 

szybko dorosnąć. Ojciec bardzo źle znosił tę sytuację. Myślę, że nigdy nie 

pogodził się z odejściem matki. 

Pierre milczał. Gdy Jacky przeżywała swój dramat, on studiował w Paryżu, 

ale i tak dotarły do niego plotki o skandalu wywołanym przez ekstrawagancką 

panią   Shaftesbury,   która   podobno   miała   w   Paryżu   kochanka.   Miał   ochotę 

porozmawiać   o   tym   z   Jacky,   ale   bał   się,   że   swymi   pytaniami   sprawi   jej 

przykrość. Przeczuwał, że jest bardzo wrażliwa i tylko udaje, iż mówienie o 

tych wydarzeniach jej nie boli. Zwłaszcza że jako dziecko była podobno bardzo 

zżyta z matką· 

- Ojciec bardzo dobrze się mną opiekował. Pierwsza przerwała milczenie. - 

Był taki szczęśliwy, kiedy postanowiłam zostać lekarką i pojechałam na studia 

do   Londynu.   On   też   wrócił   do  Anglii.   Kupił   małe   mieszkanie,   bo   chciał, 

żebyśmy nadal byli blisko siebie. 

- To było chyba najlepsze rozwiązanie. 

_ Rzeczywiście. Nie chciałam zostawiać go samego we Francji. Był sporo 

starszy od mamy, a po jej odejściu bardzo się posunął. Martwiłam się o niego, 

jak się zresztą okazało, nie bez powodu. Kiedy byłam na pierwszym roku, 

zachorował. Od dawna źle się czuł, ale ignorował objawy choroby. Gdy 

wreszcie zdecydował się pójść do szpitala, na ratunek było jill za późno. 

Z trudem przełknęła ślinę. 

- Cieszę się, że mogłam z nim być ... do końca. 

- Bardzo mi przykro. Jego śmierć musiała być dla 

ciebie strasznym' ciosem. - Imponowała mu swoim spokojem, choć przecież 

wiedział, że zawsze była twarda. Przez ułamek sekundy kusiło go, by zjecl,lać 

na pobocze i mocno ją przytulić. Nie zrobił tego, bo się bał, że gdyby wziął ją w 

ramiona,   sytuacja   mogłaby   wymknąć   się   spod   kontroli.   Poza   tym   Jacky 

mogłaby   opacznie   zrozumieć   jego   gest.   Lepiej,   żeby   ich   znajomość   nie 

background image

wykroczyła poza granice przyjaźni. 

Jacky patrzyła w bok, walcząc ze łzami. Spokojny wiejski krajobraz budził w 

niej wspomnienia dzieciństwa; cudownych beztroskich lat, gdy byli zgodną ro­

dziną.   Rodzice   bardzo   ją   kochali,   a   ojciec   darzył   matkę   prawdziwym 

uwielbieniem. Jacky nie zdawała sobie sprawy, że jest to uczucie jednostronne. 

- Ani tata, ani ja nie mieliśmy pojęcia, że mama chce od nas odejść. Zostawiła 

list, ale tata nigdy mi go nie pokazał. Mówił tylko, że mama bardzo mnie kocha. 

To dało mi nadzieję, że kiedyś do nas wróci, ale .. ; 

Głos zaczął jej drżeć, więc wzięła głęboki oddech. - Dwa dni po jej zniknięciu 

przyjechała do nas policja - ciągnęła po chwili. - Powiedzieli nam, że mama i jej 

... kochanek mieli wypadek. Obydwoje zginęli na miejscu. 

Pierre wstrzymał oddech. 

- Serdecznie ci współczuję. Moja mama wspominała, że twoją rodzinę 

spotkała tragedia, ale nie potrafiła powiedzieć, co dokładnie się stało.

-   Och,   miasteczko   trzęsło   się   od   plotek,   ale   nikt   nie   wiedział,   jak   było 

naprawdę.   Nawet   ja   mogę   się   tylko   domyślać.  Tak   czy   owak   ten   pierwszy 

kopniak od życia przygotował mnie na następne. A dostałam ich niemało. 

Gdy   wjechali   do   wioski,   Pierre   zwolnił.   Przemieszczali   się   wolno   wśród 

domów krytych czerwoną dachówką i wypatrywali restauracji. 

- Powinna być już blisko. Marcel dokładnie mi ją opisał. Zdaje się, że to ten 

dom ... U Jules'a. Tak, to tutaj! 

- Wygląda bardzo szykownie - zauważyła. 

- I pewnie taka jest, sądząc po samochodach, które 

przed nią parkują, i naleganiach Marcela, żebym koniecznie zarezerwował 

stolik. . 

Dom był obszerny i bardzo stary, z pewnością pełnił kiedyś funkcję dworu, 

do którego przytuliła się malownicza wioska. Gdy weszli do środka, Jacky z za­

chwytem przyglądała się stylowym wnętrzom. Zdobiły je wspaniałe obrazy oraz 

różne dzieła sztuki, które rozmieszczono ze smakiem w przestronnych salach. 

- Dobry wieczór, jestem Jules -'- powitał ich właściciel, dystyngowany brunet 

w średnim wieku. - Zapraszam na aperitif - dodał i zaprowadził ich do przy­

tulnego baru, który urządzono w rogu głównego holu. 

Jacky wybrała swój ulubiony kir składający się z likieru porzeczkowego i 

białego wina, a Pierre zamówił pastis, czyli aperitif z wódki anyżkowej, wody 

oraz lodu. 

Dostali   stolik   przyoknie,   więc   jedząc   kolację,   mogli   podziwiać 

wypielęgnowany ogród. Z łatwością nawiązali rozmowę, ale starannie unikali 

osobistych wąt ków. Wymieniali uwagi na temat książek, filmów ora sztuk 

teatralnych. Porównywali atrakcje Londynu i Pa ryża. I choć rozmowa toczyła 

się wartko i była in teresująca, Jacky wolałaby, by zeszła na sprawy pry watne. 

- Może wypijemy kawę na tarasie? - zapropono wał Pierre, gdy okazało się, 

że obydwoje rezygnuj. z deseru. 

- Bardzo chętnie. Wieczór jest taki pięklly. Wokół tarasu był ogród różany, więc 

gdy usiedl w wyściełanych poduszkami wiklinowych fotelach otoczyła ich 

słodka woń kwiatów. Słońce schowało sil już za wzgórzami, lecz na 

ciemniejącym niebie pozo stały purpurowo-złote smugi. 

- Wspaniałe miejsce - westchnęła Jacky. 

- Szkoda, że w naszym miasteczku nie mieliśm) 

tak ekskluzywnej restauracji - zauważył Pierre. 

- Obok sklepu była mała kawiarenka - przypo. mniała mu. 

- Która nie słynęła z wykwintnej kuchni - rzek z uśmiechem. 

- To prawda. Mimo to tata ija często tam chodzili. śmy po odejściu mamy. 

Żadne z nas nie miało pojęcia o gotowaniu, a przecież musieliśmy coś jeść. 

Westchnęła ciężko. 

- Biedny tata! Mama strasznie mu namieszała w życiu. Nawet wtedy, kiedy 

background image

byłam jeszcze dzieckiem i z pozoru wszystko toczyło się normalnie, czułam 

przez skórę, że tata nie jest szczęśliwy. 

- Dlaczego? 

- Kiedy byłam mała, często zastanawiałam się, jak 

to się w ogóle stało, że moi rodzice są razem. Kiedy  podrosłam, każde z nich 

opowiedziało mi swoją wersję zdarzeń, a ja na tej podstawie stworzyłam własny 

obraz. - Zamilkła na chwilę, by zebrać myśli. - Myślę, że ojciec, który był już 

wtedy w średnim wieku, przeżył drugą młodość u boku mamy, która słuchała go 

jak   wyroczni.   Ona   była   początkującą   aktorką,   miała   urok   i   charyzmę,   i   co 

ważniejsze, jako jedyna spośród jego studentów autentycznie interesowała się 

jego zawiłymi teoriami dotyczącymi sztuki dramatycznej. Wiem, że była łasa na 

pochwały, których jej nie szczędził... 

Zawahała się. Nigdy dotąd nie rozmawiała z nikim o swoich rodzicach. 

- Ojciec nie powinien był się z nią żenić - stwierdziła w końcu. - Zbyt wiele 

ich różniło. Mniej więcej na tydzień przed śmiercią opowiedział mi, jak się 

poznali. Ona grała wtedy w małym teatrze na przedmieściach Londynu, a on 

wykładał na uniwersytecie. Pewnego wieczoru po spektaklu poszedł za kulisy, 

żeby   porozmawiać   z   zespołem   o   kontrowersyjnym   współczesnym   dramacie, 

który wystawiali. 

Poprawiła   się   w   fotelu,   wspominając,   jak   bardzo   schlebiało   jej,   że   ojciec 

wtajemnicza ją w tak osobiste sprawy. 

- Ojciec mówił, że miłość· spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Po 

prostu nagle zakochał się w kwintesencji kobiecości - jak określił mamę - i za­

nim   zdążył   pomyśleć,   co   robi,   zaprosił   ją   na   drinka.   Przegadali   całą   n.oc   i 

umówili się  na  następne spotkanie. Wkrótce  się  oświadczył,  a ona,  ku jego 

zaskoczeniu, od razu się zgodziła. 

Pierre pochylił się lekko w jej stronę. 

- Pamiętam, że twoja mama była bardzo piękna. 

-  Ale   zdecydowanie   za   młoda   dla   mojego   ojca   Kiedyś,   po   jednej   z   ich 

okropnych kłótni, powiedziah mi, że żałuje, że wyszła za mąż. Ponoć zgodziła 

się, b< ojciec obiecał zabrać ją do Francji. Kiepsko jej Sil wtedy wiodło i miała 

dość pracy w małym, słabYll zespole. Pomysł, żeby uciec i związać się z moin 

ojcem, wydał jej się bardzo romantyczny. Mama wy. obrażała sobie, że życie w 

małym normandzkim mias· teczku będzie bajką. Ojciec miał porzucić pracę aka· 

demicką i zarabiać pisaniem, ona zaś miała spędza< dni na lekturze, a od czasu 

do czasu grywać ambitm role w którymś z paryskich teatrów. Żyła nadzieją, ż~ 

pewnego   dnia   odniesie   wielki   sukces.   Ponieważ   tak   si~   nie   stało,   przeżyła 

wielkie rozczarowanie. Czuła, ż~ znalazła się w potrzasku. 

- Teraz rozumiem, skąd wzięłaś się w naszym mia· steczku. 

Pokiwała głową. 

- Proza życia szybko zabiła miłość moich rodzi· ców. Ciągle brakowało im 

pieniędzy. Ojciec napisaJ kilka podręczników, które wprawdzie przyniosły mu 

uznanie w kręgach akademickich, ale fortuny na nich nie zbił. Próbował swoich 

sił jako powieściopisarz, ale nic z tego nie wyszło. 

- A mnie się zawsze wydawało, że jesteście taką niebanalną rodziną. 

-   Bo   byliśmy   niebanalni.   -   Uśmiechnęła   się.   -   Tylko   biedni   jak   myszy 

kościelne. Nie to co zamożni Mellangerowie. 

- Wcale nie byliśmy tacy bogaci! - zaprotestował. 

- Dziadek miał majątek z dworem i winnicą, na 

której   zarobił   trochę   pieniędzy.   Ojciec   postanowił   wstać   lekarzem,   ale 

odziedziczył ziemię i rodzinny nteres. Dziadek zaznaczył jednak; że połowa 

majątku lależy do mnie. Ojciec uszanował jego wolę. Kiedy ~odzice przeszli na 

background image

emeryturę, przenieśli się do Australii, żeby być bliżej mnie. 

- Nadal tam mieszkają? 

- Tak, nawiązali wiele przyjaźni, więc postanowili 

wstać. Kupili sobie mały dom, a resztę kapitału zalnwestowali, dzięki czemu 

moja   część   spadku   przyno~iła   dochód,   który   bardzo   mi   się   przydał   w 

pierwszych latach pracy. Choć byłem początkującym lekarzem, miałem z czego 

żyć. Po prostu dopisało mi szczęście. 

-   Owszem.   Pamiętam,   że   jako   dziecko   zatrzymywałam   się   czasem   przed 

bramą posiadłości twojego dziadka i wyobrażałam sobie, jak cudownie jest być 

bogatym. 

- Znałaś mojego dziadka? 

- Zetknęłam się z nim tylko raz. Pewnego dnia 

razem z koleżanką zakradłyśmy się do waszego sadu po jabłka. Wisiały tuż przy 

ogrodzeniu, a my jak zwykle byłyśmy głodne. Wspięłam się na mur i zawisłam 

odwrócona   do   niego   twarzą,   szykując   się   do   skoku,   kiedy   nadbiegły   psy   i 

zaczęły okropnie szczekać. Po chwili ktoś złapał mnie za nogi i powiedział, 

żebym się nie ruszała. 

- Dziadek? 

- Tak. Byłam przerażona, kiedy srogim głosem 

zaczął krzyczeć na psy. To swój, powiedział im. Swój? Zdziwiłam się. 

Przyszłam ukraść jego jabłka! 

Pierre się roześmiał. - I co było dalej? 

- Och, twój dziadek odpędził psy i pomógł mi zjeść z muru. A potem dał mi 

kilka dorodnych owoców i odprowadził mnie do bramy. 

- Dziadek był bardzo porządnym człowiekiem. 

Przypuszczam,   że   poczuł   się   rozbawiony   całą   sytuacją·   Pewnie   odetchnął   z 

ulgą, że psy nic ci nie zrobiły - westchnął. - Tak, miałem bardzo szczęśliwe 

dzieciństwo,   za   to   potem   ...   -   Ton   jego   głosu   raptownie   się   zmienił.   -   W 

dorosłym życiu spadło na mnie mnóstwo ... 

- Nieszczęść? - dopowiedziała cicho. Wziął ją za rękę. 

- Tak. Los mi ich nie szczędził. Jak każdy, miałem swoje tłuste lata, ale ... 

Wstał, podszedł do niej i pociągnął ją ku sobie. 

- Nie chcę, żebyś pomyślała, że się nad sobą użalam. Każdy jest kowalem 

swego losu. Zgodzisz się ze mną? 

Spojrzała mu w oczy. Mogłaby przysiąc, że mimo pozornie hardego wyrazu 

widzi w nich zagubienie i bezradność. 

- Na tak wiele spraw nie mamy wpływu - szepnęła. 

Nagle poczuła się tak, jakby w restauracji poza nimi nie było nikogo. Świat 

przestał   istnieć.   Liczyło   się   tylko   to,   że   jest   przy   niej   naj   wspanialszy 

mężczyzna,   jakiego   w   życiu   spotkała.   Jej   książę   z   bajki,   który   po   latach 

wreszcie się zjawił i z którym od tej chwili miała żyć długo i szczęśliwie. Jaka 

szkoda, że takie cudowne zakończenia zdarzają się tylko w bajkach. 

W ułamku sekundy pojęła, co czuł ojciec, gdy pierwszy raz zbliżył się do jej 

matki. To wszystko nie miało sensu ... ale czy miłość może mieć sens? Jest 

uczuciem irracjonalnym, nieziemskim, więc choćby człowiek starał się z nią 

walczyć, i tak musi przegrać. - O tak. Jesteśmy kowalami swego losu - szepnęła. 

Pierre pochylił się i lekko musnął ustami jej usta. 

Z trudem powstrzymała się, by nie jęknąć z rozkoszy. - Panie doktorze? 

Obok nich stanął kelner. 

- Bardzo państwa przepraszam, ale pan Jules kazał zapytać, czy życzą sobie 

państwo jakiś trunek do kawy? 

- Nie, dziękujemy. - Pierre wypuścił ją z' objęć. Usiadła w fotelu, starając się jak 

background image

najszybciej uspokoić przyspieszony oddech. Czar prysnął. Na szczęście, bo 

jeszcze chwila i zrobiłaby z siebie kompletną idiotkę· 

- Poproszę rachunek. - Słowa Pierre' a dotarły do niej jak przez mgłę. 

W   drodze   powrotnej   nawet   nie   próbowali   odtworzyć   atmosfery   tamtej 

magicznej chwili. Jacky miała wrażenie, że Pierre chce jak najszybciej wrócić 

na bezpieczny grunt uprzejmej rozmowy, tak jak było na początku wieczoru. 

Nie próbował też przedłużać spotkania. Odwiózł ją do domu, a gdy wysiedli z 

samochodu, spojrzał na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. 

Próbowała odnaleźć w jego oczach bodaj cień obietnicy, że mogą przeżyć to 

wszystko jeszcze raz. Ale nie, znów był tylko kolegą z dawnych lat. Starszym 

bratem, o którym zawsze marzyła. Mogła zaprosić go na drinka, ale uznała, że 

to. kiepski pomysł. Po co ryzykować odmowę? 

- Dziękuję za przemiły wieczór - powiedziała, po syłając mu uśmiech, który 

zdawał się mówić: "Nie bój się, nie zamierzam ciągnąć cię do środka" .. 

Ujął jej twarz w dłonie i delikatnie pocałował w usta. Gdy po chwili uniósł 

głowę, w jego lśniących oczach pojawił się wyraz oczekiwania. 

Ona jednak odwróciła się i zdecydowanym krokiem ruszyła do drzwi.

ROZDZIAŁ TRZECI 

Był   bardzo   sfrustrowany.   Odjeżdżając   sprzed   domu   Jacky,   spojrzał   we 

wsteczne lusterko, by sprawdzić, czy weszła do środka. Tak, już jej nie było. 

Dała mu wyrainie do zrozumienia, że nie ma ochoty przedłużać spotkania. 

Nacisnął pedał gazu. Źle to wszystko dziś rozegrał, zwłaszcza przy kawie. 

Nie powinien był jej całować. Problem w tym, że nie mógł się powstrzymać. A 

przecież dobrze wiedział, że musi unikać zaangażowania. 

Jego   frustracja,   fizyczna   i   emocjonalna,   stawała   się   coraz   bardziej 

dokuczliwa. Jęknął zdesperowany. Może nie powinien umawiać się z nią po 

pracy? Tylko jak 

. ma zrezygnować z jej towarzystwa, skoro tak bardzo mu się podoba? Śliczna, 

żywiołowa,   rozbrykana   dziewczynka   z   jego   wspomnień   wyrosła   na 

najpiękniejszą, najbardziej seksowną i mądrą kobietę, jaką w życiu spotkał. 

Po raz pierwszy od śmierci Liliane miał taki kłopot. 

Jego żona zmarła w czasie porodu, wydając na świat jego syna. Początkowo 

wydawało mu się, że wyrzuty sumienia nie pozwolą mu dalej żyć. Z czasem 

nauczył   się   radzić   sobie   z   bólem,   nie   było   jednak   szans,   by   rana   w   sercu 

kiedykolwiek   się   zabliźniła.   Ogarnięty   wspomnieniami   o   Liliane   mocno 

zacisnął   dłonie   na   kierownicy.   Miała   wątpliwości,   czy   dojrzała   do 

macierzyństwa, za to on wciąż powtarzał, że marzy o dziecku. Przekonywał ją, 

że na pewno poradzi sobie w roli matki. Biedna, zapłaciła za jego marzenia 

najwyższą cenę. Trudno o większe poświęcenie. Odkąd odeszła, nie opuszczało 

go poczucie winy. 

Zatrzymał   się   przed   domem,   ale   nie   wysiadł.   Wyłączywszy   silnik,   oparł 

głowę o kierownicę i siedział tak, rozpamiętując swoją sytuację. Od pięciu lat 

dotrzymywał przysięgi złożonej Liliane. Przez pierwszy rok po jej śmierci żył 

jak   mnich   ...   obarczony   odpowiedzialnością   za   dziecko.   Przymknął   oczy, 

pozwalając,   by   przesuwały   się   przed   nimi   obrazy   wspomnień.   Przypomniał 

sobie dzień, w którym musiał skapitulować przed własną cielesnością. Nie był 

w   stanie   dłużej   ignorować   pewnych   potrzeb,   zaczął   więc   spotykać   się   z 

background image

kobietami, jednak w sercu pozostał wiemy zmarłej żonie. 

Obiecał sobie, że będzie wybierał partnerki, które z pewnością nie odegrają 

większej roli w jego życiu. Miał więc na swym koncie kilka przelotnych roman­

sów z kobietami, które, podobnie jak on, nie zamierzały wiązać się na stałe. 

Mimo to natknął się na problem. Gdy po kilku miesiącach znajomości zaczął 

zapraszać jedną z nich do domu, spragniony matczynego ciepła Christophe 

zaczął traktować ją jak przyszywaną mamę. Kiedy związek się rozpadł, chłopiec 

był zrozpa-' czony. To doświadczenie uzmysłowiło mu, że synek nie może 

poznawać jego przyjaciółek. Postanowił więc, że nie będzie im mówił, że ma 

dziecko, a co za tym idzie, nie będzie przyprowadzał ich do domu. 

Jacky   jednak   była   inna.   Dziś   miał   ochotę   opowiedzieć   jej   o   swoich 

nieszczęściach. Bardzo brakowało mu k.og.oś, przed kim mógłby się .otw.orzyć. 

Nie   zrobił   teg.o,   gdyż   nie   chciał   jeszcze   bardziej   kamplikawać   sytuacji. 

Zwierzenia   i   rozm.owy   .o   najbardziej   .os.obistych   sprawach   nieuchrannie 

prowadziłyby   da   uczuci.oweg.o   zaangaż.owania,   przed   którym   się   br.onił. 

Uniósł gł.owę, gdyż nagle p.oczuł, że kt.oś mu się przygląda. 

- Wszystka w p.orządku? - spytała zaniep.ok.oj.ona Nadine. - Usłyszałam, że 

pan przyjechał, ale długa nie wch.odził pan da d~mu, więc ... 

- Niep.otrzebnie się martwiłaś. Nic mi nie jest. Zaraz przyjadę, a ty kładź się 

spać. Jak Christ.ophe? 

- Dabrze. Usp.ok.oił się pa pana wyjściu. 

- Spadziewałem się, że tak będzie. D.obran.oc, Na- 

dine. 

- D.obran.oc. 

Patrzył, jak .opiekunka wch.odzi da domu, zastawiając dla nieg.o uchylane 

drzwi. Zajm.owała się Christ.ophe'em zaledwiead trzech miesięcy i a dziwa, 

zg.odziła   się   przenieść   z   nimi   z   Paryża   da   St.   Martin   sur   mer.   Była   miła, 

rozsądna   i   inteligentna,   miał   więc   nadzieję,   że   zastanie   z   nimi   na   dłużej, 

zwłaszcza że Christ.ophe wyraźnie ją palubił. 

Nianie   ta   był   .os.obny   pr.oblem.   Żadna   z   .opiekunek   nie   zagrzała   dłużej 

miejsca. Dabrze im płacił, a .one i tak .odch.oaziły. Christ.ophe nie był łatwym 

dzieckiem. Na szczęście ch.odził już da przedszk.olna, więc Nadine nie była tak 

.obciążana jak jej p.oprzedniczki, które szybka wypalały się, pracując .od rana 

da n.ocy. 

Zaczekał, aż autamatycznie zasunie się dach, i wysiadł z sam.och.odu. Idąc da 

damu, myślał .o tym, że Nadine prędzej czy później zapragnie wrócić da Paryża. 

Już wsp.ominała, że chciałaby spędzać więcej czasu  ze sw.oim chł.opakiem. 

P.oczątk.ow.o ucieszył się, że kag.oś ma, ba ta znaczyła, że w .odróżnieniu .od 

paru paprzedniczek, nie będzie próbawała z nim flirt.ować. 

Wbiegł na górę, przeskakując pa dwa st.opnie, chciał bawiem jak najszybciej 

zabaczyć syna. Miał wyrzuty sumienia, że pa pracy nie wrócił prasta da damu. 

Obiecał s.obie, że jutra spędzi z cW.opcem cały wieczór. Pa cichu wszedł da 

p.ok.oju synka i usiadł przy łóżku. Z razczuleniem patrzył na jeg.o miękkie 

jasne wł.osy rozrzucane na p.oduszce. Christ.ophe zasnął z kciukiem w buzi. 

Pierre   uśmiechnął   się   i   delikatnie   wyjął   palec   z   jeg.o   ust.   Ssanie   kciuka 

p.omagał.o   cW.opcu   wyciszyć   się   i   usp.ok.oić.   Pierre   dabrze   wiedział,   że 

właśnie sp.ok.oju jeg.o ukachane dziecka p.otrzebuje najbardziej. Gdyby mama 

nie .osierociła g.o w chwili naradzin, gdyby była z nim przez cały czas, czułby 

się bezpieczny i na pewna nie wszczynałby dzikich awantur, które wykańczały 

nerwaw.o .opiekunki. 

P.ochylił się i pacaławał ciepły, gładki paliczek synka. Christ.ophe paruszył 

się, a patem .otw.orzył .oczy i .objął g.o za szyję. 

- K.ocham cię, tatusiu - mruknął i natychmiast 

zasnął. 

background image

Pierre pa czuł dławienie w gardle. 

- Ja też cię k.ocham, synku - szepnął, .okrywając go kałderką· 

P.oszedł da siebie, i zamknąwszy drzwi, .oparł się .o nie plecami. Patrzył na 

p.okój rozjaśniany księŻYc.ową paświatą i wdychał rześkie pawietrze. Letnia 

n.oc, pachnąca kwiatami i m.orzem, była wprost stwarzana da mił.ości. Mógł 

spędzić ją z Jacky, gdyby.odwaŻYI się ją tu zapr.osić. Tyle że z nią nie m.ogł.o 

być   m.owy    o   przygodzie   na   jedną   noc.   Instynkt   ostrzegał   go,   że   jeśli   raz 

spróbuje, nie będzie umiał zapomnieć. A przysięga złożona Liliane wciąż go 

obowiązywała. 

Jaka szkoda, że nie jest kawalerem wolnym od trosk i obowiązków! Kimś, kto 

nie   musi   zmagać   się   z   wiecznym   poczuciem   winy   wobec   kobiety,   która 

poświęciła dla niego życie ... 

Jacky  wbiegła   na   górę.   Nie  chciała  przedłużać  spotkania   -  Pierre  mógłby 

poczuć się niezręcznie. W końcu dał do zrozumienia, że nie zależy mu, by ich 

znajomość przerodziła się w romans. Właściwie to dobrze. Ona też nie szuka 

takich wrażeń. 

W mieszkaniu od razu zrzuciła buty i poszła prosto do sypialni. Jak stała, 

padła na łóżko i zaczęła masować zmęczone stopy; całodzienne bieganie po 

szpitalu nie wyszło im na zdrowie. 

Ułożyła się na poduszkach i zatonęła w rozmyślaniach o Pierze - silnym, 

przystojnym,  wysportowanym  młodym  mężczyźnie,  w  którym  podkochiwała 

się   jako   podlotek,   i   tym   dzisiejszym,   starszym,   ale   wciąż   przystojnym, 

pogrążonym w żałobie wdowcu. Cieszyła się, że w czasie kolacji udało jej się 

go rozweselić. Kiedy zaczęli wspominać stare czasy, rozchmurzył się i przestał 

robić minę zagubionego małego chłopca. Rozmawiali o wszystkim z wyjątkiem 

swoich poprzednich związków. Nadal więc nic nie wiedziała o jego pięknej 

żonie, a on nie usłyszał słowa na temat Paula. 

Na myśl obyłym mężu westchnęła ciężko. Nie lubiła go wspominać. A przecież 

na początku małżeństwa tak bardzo go kochała. Studiowali najednym roku, byli 

biedni jak myszy kościelne, ale szczęśliwi, że się kochają. Pod koniec studiów 

zamieszkali razem w jej mieszkaniu. 

- Wyjdź za mnie - poprosił Paul. - Małżeństwo jest takie romantyczne ... - 

przekonywał: 

Równie romantyczny wydał mu się pomysł posiadania dziecka. 

- Zobaczysz, ono nam w niczym nie będzie przeszkadzało. Będziemy żyli jak 

dawniej - zapewniał. - Weźmiesz urlop macierzyński, a potem wrócisz do pracy. 

Będę ci pomagał w czasie cią:ży i potem przy dziecku. 

. Uwierzyła mu! Zresztą z perspektywy czasu dochodziła do wniosku, :że wtedy 

Paul naprawdę wierzył w to, . co mówi. Ot, jeszcze jeden fajny pomysł, który 

zrodził się w jego ptasim móżdżku. A takie cnoty jak miłość i wierność? Cóż, 

nad tym w ogóle się nie zastanawiał. 

Nie   pojmowała,   jak   mogła   aż   tak   się   na   nim   nie   poznać.   Dlaczego   nie 

przewidziała, że Paul po prostu nie umie być wiemy? Gdy po kilku miesiącach 

euforia opadła i jej ciąża spowszedniała, stał się nerwowy i coraz częściej znikał 

z domu. Mimo to nie przeczuwała naj gorszego. Do głowy jej nie przyszło, że 

Paul ją zostawi. 

Nigdy nie zapomni dnia, w którym to się stało. 

- Poznałem kogoś - przyznał wprost. - To pielęgniarka, pracujemy razem na 

ortopedii. Kocham ją. Tym razem to już na zawsze. 

Była wtedy w szóstym miesiącu ciąży. On przeniósł się' ze swoją dziewczyną 

do innego szpitala. Nie miał wyjścia, bo gdy się rozniosło, że chce zostawić 

ciężarną żonę, wybuchł skandal i koledzy nie zostawili na nim suchej nitki. 

background image

Teraz, gdy emocje dawno opadły, stwierdziła, że laul był po prostu niedojrzały. 

Uczciwie   zapracował   a   swój   wizerunek   Piotrusia   Pana.   Przerosła   go   pers­

,ektywa   rychłego   ojcostwa   i   związanych   z   tym   obo,iązków.   Gdy   w 

dramatycznych okolicznościach zazęła rodzić i cierpiała przez długie godziny, 

koledzy e szpitala zawiadomili go, że jest z nią niedobrze. jawił się następnego 

dnia, gdy ich dziecko już nie yło. ' 

Wciąż go pamiętała, jak stał przy jej łóżku i nie riedział, jak się zachować. A 

ona leżała nieruchomo, rycieńczona przedwczesnym porodem, w czasie któ~go 

omal nie umarła. Odetchnęła, gdy pielęgniarka oprosiła go, by wyszedł. 

- Dam pani kolejną dawkę środków przeciwbóloych - powiedziała. 

Jacky   czekała   na   tę   chwilę   jak   na   zbawienie.   Kiedy   :k   zaczynał   działać, 

przymykała oczy i zapadała się . nicość. Tam znajdowała ukojenie i uwalniała 

się od ieludzkiego cierpienia, które dręczyło ją od śmierci decka. 

Na   wspomnienie   dramatu,   który   przeżyła,   instynk'wnie   położyła   dłoń   na 

brzuchu. Wciąż pamiętała spółczujące spojrzenie lekarza, który odważył się )

wiedzieć jej prawdę. A ta brzmiała jak wyrok. 

- Nie mam dla ciebie dobrych wiadomości - zaczął ;trożnie. - Sama wiesz, jak 

ciężki miałaś poród. Nieety, doszło do poważnego uszkodzenia organów roz­

dczych. - Na moment zawiesił głos. - Powiem otarcie. Twoje szanse na następną 

ciążę są bliskie zeru. śli będzie ci bardzo zależało na urodzeniu dziecka, :dziesz 

musiała poddać się operacji. Powinnaś jed nak wiedzieć, że nawet jeśli uda ci 

się donosić ciążę, następny poród będzie równie skomplikowany. 

- Nie będzie następnego porodu - uspokoiła go. Sięgnęła po chusteczkę i wytarła 

nos. Próbowała odegnać wspomnienia, które często nawiedzały ją w 

koszmarnych snach, jednak wyjątkowo wyraźne obrazy uparcie wypływały z 

mroków niepaInięci. Znów była w ósmym miesiącu ciąży i pracowała na 

oddziale ratownictwa medycznego. Nie wzięła zwolnienia, bo nie chciała 

siedzieć całymi dniami w pustym mieszkaniu, rozmyślając o Paulu i martwiąc 

się, jak sobie poradzi jako samotna matka. Poza tym chciała udowodnić 

kolegom, że traktuje swój zawód poważnie. 

Postanowiła, że po urodzeniu dziecka szybko wróci do pracy. Miała zamiar 

zatrudnić opiekunkę, nawet jeśli miałaby oddawać jej połowę pensji. Tamtego 

dnia, gdy urodził się Simon, w czasie przerwy na lunch też była na rozmowie w 

agencji pośredniczącej w zatrudnianiu fachowych opiekunek. 

Po spotkaniu wróciła na dyżur. Jej pierwszym pacjentem był jakiś pijak, który 

wdał się W bójkę w pubie i oberwał butelką. Wyglądało na to, że delikwentowi 

urWał się film, pochyliła się więc nad nim i zaczęła zszywać ranę na twarzy. 

Wtedy niespodziewanie poderwał się i z całej siły uderzył ją w brzuch. Poczuła 

przeszywający ból i kurczowo chwyciła się za miejsce, z którego promieniował. 

Gorączkowo powtarzała sobie, że nic się nie stało, że wcale nie czuje gorącej, 

lepkiej krwi sączącej się spomiędzy nóg ... 

Obróciła się na bok i wtuliła twarz w poduszkę. 

Przeżyła,  ale   naprawdę   niewiele   brakowało!   Życie  zawdzięczała   fachowości 

kolegów. Gdy było już po wszystkim, znalazła w sobie dość siły, by wziąć na 

ręce swego wytęsknionego synka. Doznał śmiertelnych obrażeń, więc nie było 

dla niego ratunku. Tuliła go, dopóki biło maleńkie serce, a potem zaczęła oswa­

jać się z myślą, że znów została sama ... 

Usiadła na łóżku i otarła łzy. Nigdy się nad sobą nie użalała, więc teraz też 

nie będzie. Rozebrała się i zarzuciwszy na siebie szlafrok, poszła do łazienki. 

Ciepła odprężająca kąpiel na pewno dobrze jej zrobi. 

Na   oddziale   ratownictwa   zawsze   było   mnóstwo   pracy.   Właśnie   dlatego 

wybrała   tę   dziedzinę   medycyny.  Tu   nie   groziła   monotonia.   Nigdy   nie   było 

wiadomo, co przyniesie dzień. Po dwóch tygodniach od wypadku na morzu 

mały Dominic został wypisany do domu. Jego rodzice koniecznie chcieli zrobić 

background image

mu pamiątkowe zdjęcie z lekarzami,. którym zawdzięczał życie. 

- Pojedziesz ze mną do domku? - zapytało dziecko Pierre'a. 

- Bardzo bym chciał, ale dziś nie mogę, bo muszę zostać w pracy - odparł. - 

Chodź, zrobimy sobie razem fajne zdjęcie - zaproponował, a rozbiegany chłop­

czyk wreszcie stanął w miejscu i posłusznie spojrzał w obiektyw. 

- Będzie mi brakowało tego małego urwisa - westchnęła Jacky, gdy wracali 

na oddział. 

- Kochasz dzieci, prawda? - zapytał cicho Pierre. Obserwując ją w czasie pracy, 

zauważył,   że   lubi   dzieci   i   ma   z   nimi   doskonały   kontakt.   Cieszyło   go   to   i 

martwiło   jednocześnie.   Między   innymi   dlatego   nie   proponował   jej   kolejnej 

randki. Prędzej czy później będzie musiał się przyznać do tego, że ma syna. 

Ona na pewno zechce go poznać, a Christophe od razu ją polubi. Nie chciał 

narażać syna na kolejne rozczarowanie, a przecież Jacky pewnego dnia zniknie 

z ich życia. 

- Chodźmy na kawę, póki - na oddziale panuje względny spokój - 

zaproponował. 

- Lepiej chodźmy do mojego gabinetu. Mam tam zaparzarkę i kawę o niebo 

lepszą od tej, którą podają w bufecie. 

-   Nie   mogłem   się   doczekać,   kiedy   mnie   wreszcie   zaprosisz   -   rzekł   z 

uśmiechem.   -   Ludzie   opowiadają   cuda   o   waszym   gabinecie.   Podobno   ty   i 

Debbie wygodnie się urządziłyście. 

- To prawda, jest u nas trochę bardziej po domowemu niż w przeciętnym 

gabinecie. Uznałyśmy, że coś nam się należy od życia. 

- Bardzo tu przytulnie - pochwalił, gdy weszli do środka. 

- Rozumiem, że to eufemizm. Agenci od nieruchomości używają go, kiedy 

chcą ci dać do zrozumienia, że straszna tu ciasnota. 

- Zauważyłem, że lubisz dzieci. Nie chciałaś mieć własnych? - zapytał, 

siadając w fotelu. 

Nie wiedziała, co powiedzieć. Aby zyskać na czasie, zajęła się odmierzaniem 

kawy. Odetchnęła głęboko, i siląc się na spokój, powiedziała: 

- Miałam dziecko, synka, bardzo krótko. Niestety, umarł ... - Przełknęła ślinę, by 

uwolnić się do bolesnego dławienia w gardle. - Jaką pijesz kawę, słabą czy 

mocną? - Głos jej się załamał.

Pierre wstał i ją objął. 

- Przepraszam, nie powinienem był pytać. Nie wiedziałem ... 

W jego oczach było tyle serdeczności i dobroci, że poczuła chę.ć, by skryć 

się w jego ramionach. Potrzebowała jego siły i spokoju. Gdyby mogła pozostać 

w jego objęciach, ból serca trochę by zelżał. Może nawet wstąpiłaby w nią 

nowa nadzieja. 

Delikatnie   pocałował   ją   w   policzek,   a   ona   instynktownie   rozchyliła   usta. 

Pocałował ją więc i poczuł, jak jej ciało się odpręża. Przestała drżeć i wtuliła się 

w niego. Przez chwilę pozwolił sobie rozkoszować się jej bliskością, a potem 

wolno się odsunął. Ona też się cofu.ęła. Wiedziała, że musi natychmiast wrócić 

z obłoków na ziemię. 

Pierre starał się ochłonąć. Usiadł w fotelu i zgnębiony pomyślał o tym, że oto 

sprawdza się czarny scenariusz. Miał już pewność, że jeśli zacznie romansować 

z Jacky, na pewno się zaangażuje. Tego nie wolno mu robić. Poza tym nawet 

nie wie, czy ona chce układać sobie życie na nowo. 

Domyślał się, ile wycierpiała. Nawet nie chciał wiedzieć, co czuje ktoś, komu 

umiera dziecko. A gdyby . takie nieszczęście spotkało jego? Nie potrafił wyob­

razić sobie życia bez swojego ukochanego syna. 

- Już w porządku - powiedziała, podając mu kawę. 

- Zawsze, kiedy myślę albo mówię o Simonie, pusz- 

czają mI nerwy. 

- Ile miał Simon, kiedy ... ? - odważył się zapytać, gdy usiedli naprzeciw 

background image

siebie przy małym stoliku. 

- Trochę ponad dwie godziny. 

Głośno wciągnął powietrze. Co mógł powiedzieć? 

Nic dziwił się już, że Jacky często bywa smutna. Zwłaszcza gdy wydaje jej się, 

że nikt na nią nie patrzy, bo na co dzień pokazywała światu pogodną twarz. 

- Dziękuję, że okazałaś mi zaufanie - powiedział łagodnie. 

Postanowiła wykorzystać sytuację i zadać pytanie, które od dawna ją 

nurtowało. 

- Kiedy czekałam na ciebie w samochodzie przed 

domem, słyszałam dziecięcy głos. To twoje dziecko? 

Zawahał się. 

- Tak. Mam syna. Christophe ma pięć lat. 

- Dlaczego nigdy o nim nie mówiłeś? 

Uciekł spojrzeniem w bok. 

- Dlatego, że ... Kiedyś ci to wytłumaczę. Mam swoje powody, ale to 

skomplikowana historia. 

- Nic mu nie jest? To znaczy, nie ma żadnych problemów ze zdrowiem? - 

Próbowała wyrazić się oględnie. 

Pierre popatrzył jej prosto w oczy. 

- Jest zdrowy jak ryba i bardzo aktywny - odparł .. Zamilkł na moment. 

Prędzej czy później i tak musi to 

nastąpić. Nie może traktować Jacky tak, jak traktował przygodne partnerki, 

które szybko znikały z jego życia. - Musisz go poznać. 

A więc stało się! Już nie ma odwrotu. Nie miał pojęcia, jak poradzi sobie z 

konsekwencjami tej decyzji. Na razie postanowił nie wybiegać zbyt daleko w 

przyszłość. W tej chwili zależało mu na tym, by częściej widywać Jacky. Kilka 

minut w czasie przerwy na kawę zdecydowanie mu nie wystarczało !Pragnienia 

mają swoją cenę. Nic, co w życiu ważne, nie przychodzi łatwo. 

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk pagera. Jacky podała mu słuchawkę, a on 

przez chwilę słuchał w skuplemu. 

- Zaraz tam będę! - rzucił, kończąc rozmowę. 

- Znów wypadek na morzu. Karetki zaraz przy- 

wiozą poszkodowanych. 

Jacky natychmiast odstawiła kubek z niedopitą kawą i razem z nim pobiegła 

na oddział. 

. W pokojach zabiegowych czekali już na nich dwaj pacjenci: młody Anglik, 

który uczył się jeździć na nartach wodnych, i nieco starszy Francuz, jego instru­

ktor. W czasie lekcji niedoświadczony uczeń wykonał niefortunny manewr i 

zranił się w nogę. Instruktor próbował go ratować i również doznał kontuzji. 

Jacky zajęła się Anglikiem, który bardzo się ucieszył, że wreszcie spotkał 

kogoś, z kim może bez trudu się porozumieć. 

- Mój francuski jest bardzo kiepski - przyznał. 

- Zaraz sprawdzimy, co się panu stało. - Delikat- 

nie   dotknęła   uda,  na   którym   zrobił   się   wielki  wylew.  -  Dam   panu   zastrzyk 

przeciwbólowy i dopiero potem pana zbadam. 

- Dziękuję - jęknął, zaciskając zęby. 

Gdy postawiła wstępną diagnozę, zawołała Pierre'a, żeby się z nim 

skonsultować. 

- Zerwał więzadła łączące mięsień z kością udową 

- powiedziała. 

Pierre zbadał chłopaka i potwierdził jej podejrzema. 

- Trzeba zrobić prześwietlenie i sprawdzić, w jakim stanie jest kość. Z kolei 

Franek, wiesz, ten instruktor, zerwał ścięgno Achillesa. Muszę dowiedzieć się 

na ortopedii, czy mogą go dziś zoperować. Mogłabyś na chwilę do niego 

background image

zajrzeć? 

- Co za pech, pani doktor. Co za straszny pe~h 

- skrzywił się instruktor, gdy do niego przyszła. - Ze 

też to się musiało stać akurat teraz, w pełni sezonu, kiedy mam najwięcej pracy. 

Okropnie chce mi się pić. Mógłbym dostać trochę wody? 

-   Raczej   nie,   bo   prawdopodobnie   będzie   pan   dziś   operowany.   Doktor 

Mellanger właśnie ustala termin zabiegu. 

- Koledzy z ortopedii będą gotowi za godzinęoznajmił Pierre, wchodząc do 

pokoju zabiegowego. - Dziękuję, Jacky. Ja już się panem zajmę - powiedział, i 

zaczął tłumaczyć Franekowi, na czym będzie polegała operacja. 

Do końca dyżuru miała wielu pacjentów, ale wygospodarowała chwilę, by 

zajrzeć do młodego Anglika, który został przewieziony na ortopedię· 

- Jak się pan czuje? 

- Kiepsko. Noga okropnie mnie boli, ale nie 

umiem   poprosić,   żeby   dali   mi   coś   przeciwbólowego.   Gapię   się   więc   w 

telewizor, chociaż nic nie rozumiem, ale to mi pomaga zapomnieć o bólu. 

- Nie ma sensu, żeby pan cierpiał. Zaraz poproszę siostrę, aby zrobiła panu 

zastrzyk - powiedziała i poszła poszukać pielęgniarki. 

Na korytarzu spotkała Pierre'a. 

- Idę sprawdzić, jak czuje się Franek. Koledzy z ortopedii mówili, że operacja 

się udała. Powiem mu, że miał pecha. Gdyby sobie tę nogę złamał, przynajmniej 

krócej nosiłby gips - ironizował. 

-:- Nie jestem pewna, czy twój żart przypadnie mu do gustu. 

- Dlaczego? Franck ma poczucie humoru. Poznałem go w zeszłym tygodniu, 

gdy poszedłem do jego wypożyczalni dowiedzieć się o łódź. Chciałbym zabrać 

Christophe'a w krótki rejs po morzu. 

- Myślisz, że mu się spodoba? 

- Na pewno! - Zawahał się. - Jeśli dziś wie- 

czorem masz czas, wpadnij do nas na kolację. Poznasz go. 

-   Bardzo   chętnie!   -   Nie   chciała,   by   zabrzmiało   to   aż   tak   entuzjastycznie. 

Wszystko przez to,- że zaskoczył ją tym zaproszeniem. 

Pierre też się nie spodziewał, że ona natychmiast się zgodzi. Kości zostały 

rzucone, powiedział sobie. Za późno, żeby się wycofać. 

- Nie umawiajmy się na konkretną godzinę. Po prostu przyjdź, kiedy będzie ci 

odpowiadało. Gdybym musiał zostać dłużej w szpitalu, w domu będzie Nadine, 

opiekunka Christophe'a. Do zobaczenia. 

Wróciła   do   swoich   zajęć,   ale   nie   mogła   pozbyć   się   wrażenia,   że   Pierre 

zaprosił   ją   spontanicznie,   a   teraz   tego   żałuje.   Gdyby   naprawdę   chciał,   by 

poznała jego syna, mógł go jej przedstawić, gdy szli do restauracji. Tymczasem 

on kazał jej czekać w samochodzie. Ciekawe dlaczego? 

Źle   zrobiła,   przyjmując   zaproszenie;   Jeszcze   nie   jest   za   późno,   aby   się 

wycofać. Może powiedzieć, że właśnie sobie przypomniała, że jest umówiona. 

Odwróciła się, ale Pierre'a już nie było. Trudno. 

Skoro się zgodziła, musi pójść. Może przy okazji dowie się, dlaczego jest taki 

tajemniczy. Ajeśli poczuje, że jest nieproszonym gościem, pod byle pretekstem 

wróci do domu. 

Nagle przypomniała sobie, co czuła dziś rano, gdy Pierre ją przytulił. Może 

warto zaryzykować jeszcze kilka takich dreszczy w zamian za cały wieczór w 

jego towarzystwie? 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Spojrzała na imponującą fasadę domu Pierre'a. Dobrze, że opowiedział jej o 

ostatniej woli dziadka Mellangera. Spadek pewnie był spory, skoro stać go na 

taką   rezydencję.   Hojny   senior   rodu   musiał   bardzo   kochać   wnuka.   Kiedyś 

wi<f?;iała ich razem w miasteczku - krótko po tym, jak została przyłapapa w 

sadzie. Od razu rzucało się w oczy, że są ze sobą mocno związani. 

Patrzyła na porośnięte bluszczem kamienne mury i podziwiała urodę domu, 

który   dzięki   szeroko   otwartym   dwuskrzydłowym   oknom,   pozwalającym 

ciekawskiemu   przechodniowi   zerknąć   do   środka,   sprawiał   wrażenie 

przyjaznego. Wprawdzie z ulicy nie było widać, co dzieje się w środku, ale i tak 

odnosiło się wrażenie, iż jest to prawdziwe gniazdo rodzinne. 

Idąc tu, z trudem panowała nad radosnym podnieceniem. Czuła się jak mała 

dziewczynka,  która  wreszcie  została zaproszona  na wymarzone  przyjęcie do 

domu, który to.tej pory był dla niej niedostępny. Uspokój się, kobieto, i przestań 

fantazjować! - napominała się surowo. Stanęła przed masywnymi dębowymi 

drzwiami   ze   świeżo   wypolerowaną   mosiężną   kołatką,   która   lśniła   w 

wieczornym słońcu, i jeszcze raz rozejrzała się dokoła. Na podjeździe nie było 

samochodu Pierre' a, za to obok bocznych drzwi stało małe auto, z pewnością 

należące do opiekunki.

Szkoda. Wolałaby, żeby Pierre był już W domu. 

Gdyby uprzedził, że będzie długo pracował, przyszłaby później. W końcu lepiej 

trochę się spóźnić, niż zjawić się za wcześnie. Jeszcze gotów sobie pomyśleć, 

że  nie mogła się doczekać. A może by tak się  wycofać i pospacerować po 

okolicy, dopóki ... Nie bądź infantylna! - zirytowała się. Zachowuj się nor­

malnie. 

Wszystko   dobrze,   tylko   dlaczego   znów   czuła   się   jak   niedoświadczona 

panienka,   którą   była   w   czasach,   gdy   usychała   z   miłości   do   Pierre'a. 

Zniecierpliwiona swoim zachowaniem, podniosła rękę, by zastukać do drzwi. 

Nim jednak zdążyła dotknąć kołatki, te się otworzyły. 

- Dobry wieczór, pani doktor. Proszę wejść. 

To pewnie Nadine, pomyślała, przypatrując się dziewczynie, która zaprosiła ją 

do środka. Była miła i uprzejma, ale Jacky wyczuła, że jest zdenerwowana. 

Zachowywała się jak ktoś, kto został nagle oderwany od ważnych zajęć. 

- Doktor Mellanger jeszcze nie wrócił ze szpitala 

- uprzedziła. - Mam nadzieję, że zechce pani za- 

czekać. 

Zaprowadziła  ją  na  taras,   gdzie  przy  stoliku  siedział  jasnowłosy   chłopiec, 

pochłonięty rysowaniem. Kiedy weszły, zerknął przelotnie na Jacky, po czym 

bez słowa wrócił do swojego zajęcia. 

Natychmiast   pomyślała   o   swoim   małym   Simonie,   który   byłby   teraz   na   tyle 

duży, że też mógłby rysować kredkami. Pewnie zaglądałaby mu przez ramię, 

chwaliłaby postępy. Pomagałaby mu stawiać pierwsze kroki ...

Zdusiła   w   sobie   tęsknotę   i   podeszła   do   Christophe'a.   Chciała   się   z   nim 

przywitać, ale Nadine delikatnie odciągnęła ją na bok. 

- Pani doktor, musi pani mi pomóc - wyszeptała nerwowo. - Zostaje pani na 

kolacji? 

- Owszem. A o co chodzi? 

- Właśnie dostałam wiadomość, że mój chłopak, 

który jechał do mnie z Paryża, miał wypadek i został zabrany do szpitala parę 

kilometrów stąd. Prosi, żebym do niego przyjechała. Czy mogłaby pani zająć się 

Christophe'em, dopóki doktor nie wróci? 

- Czy pani chłopak jest ciężko ranny? - zapytała ze współczuciem. 

background image

- Nie wiem. Powiedzieli mi, że jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. 

Błagam, niech się pani zgodzi! 

Jacky chciała jej pomóc, ale uważała, że najpierw powinna zamienić słowo z 

Pierre'em. 

- Zadzwonię do doktora i zapytam, kiedy wróci 

- zaproponowała. 

- Ale ja muszę jechać teraz! - niecierpliwiła się 

dziewczyna. 

Już   miała   powiedzieć   Nadine,   że   skoro   chłopak   nie   odniósł   poważnych 

obrażeń, parę minut jej nie zbawi, ale widząc jej narastające zdenerwowanie, 

dała   za   wygraną.   Jeszcze   biedaczka   wpadnie   w   histerię   i   przestraszy 

Christophe'a, który i tak wyczuł, że dzieje się coś niedobrego. Zaniepokojony, 

odłożył kredki i wstał z krzesła. 

-   Dobrze,   niech   pani   jedzie.  Ale   proszę   skontaktować   się   z   doktorem   i 

powiedzieć mu, kiedy pani wróci, zgoda? 

-Oczywiście, zaraz do niego zadzwonię. Bardzo pani dziękuję! Do widzenia! 

- Nadine! - zawołał Christophe, widząc, że -opiekunka :wYchodzi i zostawia go 

z obcą osobą. - Nadine! - Cześć, Christophe! - zawołała dziewczyna, za­

trzaskując za sobą kuchenne drzwi. Po chwili rozległ się stłumiony warkot 

silnika. 

Chłopiec tupnął nogą i zaczął przeraźliwie krzyczeć. 

Jacky przyklękła przy nim i mocno go objęła. Był tak wzburzony, że cały 

drżał.   Próbował   się   wyrywać,   ale   ona   go   nie   puszczała.   Mówiła   do   niego 

łagodnym głosem, dopóki się nie uspokoił. Dopiero wtedy go puściła. 

- Kim jesteś? - zapytał, wpatrując się w nią z niepokojem. - Znasz mojego 

tatę? 

Mówił z wyraźnym paryskim akcentem, który tak bardzo podobał jej się u 

Pierre'a. Był zresztą bardzo do niego podobny. Miał tak samo wyraziste oczy i 

mocno   zarysowane   kości   policzkowe,   a   jego   rozwichrzone   jasne   włosy   już 

zaczynały   ciemnieć.   Gdy   z   czasem   staną   się   brązowe,   Christophe   będzie 

łudząco podobny do ojca. 

Gwałtowna   reakcja   chłopca   trochę   ją   zdenerwowała,   lecz   nie   zaskoczyła. 

Miał prawo się przestraszyć, zwłaszcza że opiekunka nie wyjaśniła mu, co się 

dzieje. 

- Twój tata i ja pracujemy razem, ale znamy się już bardzo długo. Kiedyś, 

dawno, dawno temu, mieszkaliśmy w tym samym miasteczku - tłumaczyła, 

starając się zdobyć jego zaufanie. Słuchał uważnie, więc nabrała nadziei, że 

uda j ej się z nim porozumieć. - Może chcesz, żebym opowiedziała ci jakąś 

bajkę? - zapytała, siadając w wiklinowym fotelu. 

Christophe spojrzał nieufnie na ręce, które ku niemu wyciągnęła. Wyraźnie 

się wahał. Miał taką minę, jakby zaraz miał się rozpłakać. 

- Mogę opowiedzieć ci o Kopciuszku - zaproponowała. - Lubisz tę bajkę? 

Skinął głową i nieśmiało do niej podszedł. Po chwi- 

li już siedział jej na kolanach. 

- To co? Mam ci opowiedzieć o Kopciuszku? 

- Tak, proszę pani. 

- Mam na imię Jacky. 

- Jacky ... - Wolno powtórzył obco brzmiące sło- 

wo, po czym usadowił się wygodnie, gotowy do słuchania. 

- A więc była sobie raz ... - Jej matka zawsze zaczynała bajkę tymi słowami. 

Miała wrodzony dar opowiadania i umiała to robić w sposób wyjątkowo 

barwny, dając przy okazji upust swoim niewykorzystanym aktorskim talentom. 

- Mamo, a może przebierzemy się i odegramy his- . tonę Kopciuszka? - 

zaproponowała jej pewnego razu. 

background image

- Doskonale! Ja będę Kopciuszkiem, a ty macochą i złymi siostrami! - Matka 

natychmiast zapaliła się do pomysłu. Chyba nigdy nie bawiły się tak dobrze jak 

wtedy. 

Zostawiła   wspomnienia   i   wróciła   do   teraźniejszości.   Spojrzała   na 

Christophe'a.   Oparł   głowę   o   jej   ramię   i   siedział   zasłuchany,   więc   nie 

przerywając opowieści, zerknęła na zegarek. Co się dzieje z Pierre'em? Dla­

czego nie zadzwonił i nie uprzedził, że się spóźni? Ijak zareaguje, kiedy dowie 

się oNadine ... ? 

Nagle zadzwoniła jej komórka. Pierre. Chyba ściągnęła go myślami. 

- Cześć, Jacky. Wstąpię po ciebie, jak będę wracał ze szpitala. - W jego głosie 

słychać było znużenie. 

- Nie musisz. Już tu jestem. To znaczy, u ciebie w domu i ... 

-   Przepraszam,   że   musisz   czekać.  Tuż   przed   końcem   dyżuru   mieliśmy   tu 

straszne urwanie głowy. Na szczęście sytuacja jest już opanowana i właśnie wy­

chodzę. - Zrobił pauzę dla nabrania tchu. - Mam nadzieję, że Nadine zajęła się 

tobą. 

- Wiesz, tak prawdę mówiąc, to jej tu nie ma 

- przyznała i w kilku słowach opowiedziała mu, jak 

wygląda sytuacja. 

- Biedna Nadine. Szczęście, że jej chłopak wyszedł z wypadku cało. Mówiła, 

kiedy wróci? - zapytał, robiąc w pamięci szybki prz_egląd spraw, które musi 

jutro załatwić. 

- Prosiłam, żeby się z tobą skontaktowała, jak dotrze do szpitala. 

- To tata? - zapytał Christophe, wyciągając rękę po telefon. 

- Tak. 

- Tatuś? - zawołał, gdy przyłożyła mu komórkę do 

ucha. - Gdzie jesteś? 

- W szpitalu, ale już stąd wychodzę. Zaraz będę w domu. 

- Jacky opowiada mi bajkę o Kopciuszku. Wracaj szybko, to usłyszysz, jak 

Kopciuszek zamienia się w dynię, czy coś takiego. Zapomniałem, jak to było, 

ale Jacky zaraz mi opowie. 

W telefonie rozległ się śmiech Pierre'a. 

- Cześć, tato! - powiedział Christophe i znów się do niej przytulił. 

Pierre jechał do domu, rozmyślając po drodze o rozmowie z synem. Z jednej 

strony   cieszył   się,   że   mały   zaakceptował   Jacky   i   dobrze   czuł   się   w   jej 

towarzystwie, z drugiej zaś martwił, że stało się to, czego chciał uniknąć. Co za 

pech,   że   akurat   dziś   musiał   zostać   dłużej   w   pracy.   Gdyby   był   w   domu, 

przedstawiłby Jacky Christophe'a, a potem poprosiłby Nadine, żeby położyła 

go spać. 

Westchnął ciężko. Nie miał pojęcia, co pocznie, gdy jego związek z Jacky 

stanie się na tyle zażyły, że będzie musiał się z niego wycofać. To jest przecież 

nieuniknione. Już teraz czuł, że jeszcze chwila i gotów się w niej zakochać. 

Postanowił odłożyć uczuciowe rozterki na potem i skupić się na sprawach 

bardziej   przyziemny<;.h.   Zaprosił   Jacky   na   kolację,   więc   musi   wstąpić   do 

sklepu. Zawrócił na najbliższym rondzie i pojechał w stronę głównej ulicy. Gdy 

zatrzymał się przed delikatesami, Jacques, właściciel, właśnie zamykał sklep. 

- Przepraszam bardzo ... - Pierre wychylił się ze 

swojego kabrioletu. 

- A, pan doktor! - Mężczyzna uśmiechnął się na widok spóźnionego klienta. - 

Zrobimy dla pana wyjątek i popracujemy pięć minut dłużej. Zapraszam do 

środka. Co podać? - zapytał, stając za ladą. 

Pierre chwilę się namyślał, po czym wybrał soczystego pieczonego kurczaka. 

- Doskonały wybór, doktorze. Ma pan dziś gości . na kolacji? - zagadnął. 

- Tylko koleżankę z pracy. 

background image

Jacques uśmiechnął się do siebie. Lubił doktora i bardzo żałował, że taki 

młody,   przystojny   mężczyzna   nie   ma   żony.   Miał   nadzieję,   że   wspomniana 

koleżanka to jakaś ładna pielęgniarka albo sympatyczna pani doktor. 

Droga powrotna zajęła Pierre' owi zaledwie kilka minut. Zdążył zajechać przed 

dom, gdy drzwi otworzyły się z hukiem i na podwórze wybiegł Christophe. - 

Tato! Spóźniłeś się. Jacky już skończyła opowiadać bajkę, ale jak ją poprosisz, 

opowie jeszcze raz .. Prawda, Jacky? 

- Tak, ale nie teraz - odparła z uśmiechem. Pierre jeszcze nigdy nie widział 

jej tak odprężonej. Podniósł Christophe'a wysoko do góry, a potem 

mocno pocałował. Jacky stała z boku. Czuła się trochę jak intruz i nie chciała 

przeszkadzać w czułym powitaniu. Pierre chyba się zorientował, że sytuacja 

jest dla niej niezręczna, bo podszedł i wziął ją za ręce. 

- Bardzo ci dziękuję - powiedział i pocałował ją w oba policzki. 

Był to gest, jakim Francuzi witają swych przyjaciół. 

Pierre   nie   zrobił   dla   niej   żadnego   wyjątku,   a   jednak   te   konwencjonalne 

pocałunki znaczyły dla niej bardzo wiele. Poczuła się zaakceptowana. 

- Synu, czy Nadine dała ci kolację, zanim wyszła? 

- zapytał Pierre, gdy szli do domu. 

- No ... właściwie nie. 

Spodziewał się takiej odpowiedzi. 

- Rozumiem, że kolacja była dawno, więc zdążyłeś już zgłodnieć i chcesz 

zjeść razem ze mną i Jacky, tak? 

Skąd wiesz?! 

- Zawsze jesteś głodny, kiedy trzeba pójść spać. 

- Tato, przecież jutro jest sobota. Nie idę do przed- 

szkola. 

-  Rzeczywiście,  nie  idziesz   - przyznał,  zastanawiając  się  jednocześnie,  co 

zrobi, jeśli Nadine do jutra nie wróci. 

Będzie się o to martwił potem. Teraz musi szybko przygotować coś do 

jedzenia. 

- Na początek kieliszek wina - oznajmił, wyjmując z lodówki butelkę chablis. 

Odwrócił się, by podać kieliszek Jacky, ale ona była na tarasie i oglądała 

rysunki Chrisophe'a. 

Pierre dołączył do nich, zabrawszy ze sobą wino. 

Nic   się   nie   stanie,   jeśli   zjedzą   później.   Widok   rozpromienionej   buzi   syna 

sprawiał  mu ogromną radość. Choć na  moment chciał zapomnieć, iż  ściąga 

sobie na głowę problemy, którym będzie musiał stawić_czoła. 

- Zostańmy na tarasie - zaproponował, podając Jacky kieliszek. - A ty, synku, 

jeszcze coś narysuj. Jak skończysz, pokażesz rysunek Jacky, dobrze? 

- Dobrze. - Chłopiec ochoczo sięgnął po czerwoną kredkę i zaczął rysować 

słońce, które właśnie chowało się za drzewami. 

Pierre ustawił fotele w miejscu, z którego mogli podziwiać ogród oraz 

widoczne w oddali morze. 

- Niesamowity widok - westchnęła z zachwytem, 

sącząc powoli wino. 

- Tak, to największy atut tego domu. Nie licząc tego, że mam stąd blisko do 

pracy. 

Zamilkli i przez chwilę podziwiali zachód słońca. 

Nie krępowała ich cisza, która między nimi zapadła. 

Gdy tarcza słoneczna znikła i zaczęło zmierzchać, Pierre włączył nastrojowe 

oświetlenie ukryte wśród zieleni otaczającej taras. Wieczór był tak piękny, że 

Jacky brakło słów, by opisać jego urodę. Od bardzo dawna nie czuła się tak 

zadowolona z życia. 

- Skończyłem! - Christophe podbiegł do niej, wymachując kartką. 

background image

- Pięknie! - pochwaliła. 

- Daj, powiesimy go w kuchni na ścianie - powie- 

dział Pierre. - A teraz chodźmy przygotować kolację. - Mogę obejrzeć film na 

wideo? - zapytał Christophe, i przewidując, że ojciec dziś się zgodzi, poszedł 

prosto do małej bawialni przylegającej do kuchni. 

- Możesz, ale musisz przyjść, jak cię zawołam dodał Pierre, rozpakowując 

kurczaka. 

- Mogę przygotować sałatę - zaproponowała Jacky. 

- Świetnie. Sałata jest w lodówce, oliwa z oliwek i ocet winny w szafce, a 

świeże zioła na parapecie. Mamy jeszcze zupę ze szpinaku, o ile Christophe i 

Nadine jej nie zjedli ... 

- Nie, jedliśmy omlet! - zawołał chłopiec. - Tato, jestem głodny! 

- Wiem, wiem!" ~ Pierre uśmiechnął się pobłażliwie i otworzył lodówkę, 

żeby wyjąć zupę. 

Jacky skorzystała z okazji i sięgnęła po leżącą na dolnej półce sałatę. Kiedy 

ich dłonie na moment się zetknęły, Pierre spojrzał na nią i wzruszenie ścisnęło 

go   za   serce.   Wyglądała   tak   pogodnie,   krzątając   się   po   jego   kuchni.   Miał 

wrażenie, że nikt przed Jacky nie poruszył równie czułej struny w jego sercu. 

Niewiele myśląc, pochylił się i pocałował ją w poli czek. I natychmiast tego 

pożałował.   Wyprostował   się   i   spojrzał   z   góry   najej   uśmiechniętą   twarz.   Z 

włosami   miękko   opadającymi   na   ramiona   wyglądała   jak   młodziutka 

dziewczyna, którą pamiętał sprzed lat. 

- Wspaniałe jest to, co robisz ... - powiedział cicho. W zruszyła niedbale 

ramionami. 

- Nie przesadzaj, to tylko sałata, a nie badania nuklearne. 

- Nie to miałem na myśli. Dzięki tobie ten wieczór 

jest wyjątkowy. 

Przeraził się, że jeszcze chwila i zdradzi się z tym, co czuje. Bliskość tej 

kobiety   niesamowicie   drażniła   jego   zmysły.   Powinien   się   opanować,   bo 

przecież nie może ulec niebezpiecznej pokusie. Nie wolno mu zbliżać się do 

syreny, która podstępnie rzuciła na niego urok. .. A może jednak powinien dać 

się uwieść? 

Jacky na pewno nie próbuje go omotać. Nie bawi się z nim w żadne damsko-

męskie gry. Nie miął prawa jej o to podejrzewać. Sam musi zdecydować, czy 

jest gotów pokazać jej, co czuje. Problem w tym, że w tej chwili czuł się po 

prostu ... zdezorientowany! 

Jedno jest pewne: niewiele brakuje, by machnął ręką na rozsądek! A wieczór 

dopiero się zaczyna! Pierwsza część  powinna być bezpieczna; zwykłe  spot­

kanie, w czasie którego wystąpi w roli kolegi z dawnych lat. Taki ktoś przecież 

nie będzie rzucał się na dziewczynę z rodzinnego miasteczka, w którym spędzili 

... a raczej zmarnowali pierwszą młodość. 

Tylko co będzie potem, gdy Christophe pójdzie spać, a oni zostaną sami? 

- Ugotowałem tę zupę wczoraj o północy: - Próbował zająć myśli czymś 

konkretnym. 

Mów o rzeczach prozaicznych, nakazał sobie. 

W dodatku po angielsku, bo przynajmniej będziesz musiał myśleć, co gadasz. 

Zignoruj erotyczne pokusy. Skup się na robieniu kolacji, to zapomnisz o głupo­

tach. Potem nadejdzie chwila próby, a teraz po prostu o czymś mów ... 

- Mam nadzieję, że lubisz szpinak. Dodam trochę śmietany, żeby złagodzić 

smak - opowiadał, mieszając zupę w garnku. Z uwagą śledził okrężne ruchy 

łyżki, bo to go uspokajało. A tak swoją drogą, Jacky nigdy by się nie domyśliła, 

jakie myśli snują mu się po głowie! 

- Doktorze Mellanger, jestem pod wrażeniem pańs,.. . kich talentów 

-powiedziała, robiąc winegret. - Widać, że lubisz gotować. 

background image

-  A  początkowo   nienawidziłem.   Mama   nie   dopuszczała   mnie   do   kuchni. 

Obsługiwała mnie i ojca, najwyraźniej uważając, że gotowanie jest wiedzą taje­

mną, której prymitywni mężczyźni nie są w stanie przyswoić. 

Zawahał się. 

- Liliane nie lubiła gotować, więc jadaliśmy w mieście albo zamawialiśmy 

dania na wynos. 

Więc stało się! Wspomniał o żonie, nie czując przy tym wyrzutów sumienia. 

Pierwszy raz! ~ Przełamał tabu. Zachęcony, postanowił pójść za ciosem. Jacky 

umie słućhać, a mówienie o Liliane pomaga mu uwolnić się od mistycznej aury, 

którą otoczył swe małżeństwo. Przez lata nie potrafił zdobyć się na szczerą 

rozmowę o tym, co naprawdę się między nimi wydarzyło. 

- Po śmierci Liliane postanowiłem sprawdzić, jak to jest z tym gotowaniem. 

Wyszedłem z założenia, że przecież ugotowanie zupy nie może być trudniejsze 

niż zrobienie operacji. Nie pretenduję do miana mistrza sztuki kulinarnej. Jeśli 

mam ochotę na coś wykwintnego, idę do dobrej restauracji. Na co dzień, gdy 

jestem zajęty, kupuję na przykład kurczaka. Ale kiedy mam czas albo kogoś, dla 

kogo   warto   się   starać,   lubię   przyTządzić   coś   wyjątkowego.   Musisz   kiedyś 

spróbować mojej kuchni. 

- Często zapraszasz gości? - zapytała z głupia 

frant. 

Nie czuła się komfortowo, gdy opowiadał o życiu z Liliane. To jednak była 

już przeszłość. O wiele bardziej intrygowała ją teraźniejszość, a konkretnie, ko­

go   Pierre   zaprasza   na   kolacje!   Chciała   wiedzieć,   czy   któraś  z  koleżanek   ze 

szpitala już u niego była i - co ważniejsze - czy została na śniadaniu? 

- Jeszcze nie miałem tu żadnych gości. Nie było czasu - wyznał, krojąc 

kurczaka na porcje. 

Odetchnęła z ulgą. 

- Czuję się zaszczycona - powiedziała, nakrywając do stołu. 

- Rzeczywiście, jesteś pierwsza. 

Odłożył nóż i spojrzał na nią ponad stołem. Była dla niego kimś więcej niż 

tylko   miłym   gościem.   Na   razie   nie   potrafił   sprecyzować;   co   do   niej   czuje. 

Wydawało mu się, że znają całe życie. Po wyjeździe z miasteczka często o niej 

myślał. Wspominał rozbrykaną, wesołą dziewczynę, która przykuła jego uwagę 

burzą   rudych   włosów   i  uroczą   niefrasobliwością.   Gdy   spotkał   ją   po   latach, 

wciąż tę samą, choć już nieco inną, nie potrafił jej się oprzeć. 

Obszedł stół i lekko dotknął jej ramienia. Przerwała układanie sztućców i 

spojrzała mu w oczy. 

Zaryzykował i pocałował ją w usta. Zareagowała tak, jakby od bardzo dawna 

na to czekała. Dobry Boże! 

Poczuła, jak pod wpływem pocałunku jej ciało budzi się do życia. Zaskoczyło 

ją to, gdyż nie sądziła, że jeszcze kiedyś doświadczy takich emocji. Rozsądek 

podpowiadał, że to niebezpieczna gra. Jeśli się nie opanuJe ... 

- Tato, co z tą kolacją? - Christophe wszedł do kuchni, trąc zaspane oczy. 

Odskoczyli do siebie, uśmiechając się konspiracyjnie, jak para nastolatków 

przyłapanych  in jlagranti.  Pierre cały czas trzymał ją za rękę, za co była mu 

wdzięczna, gdyż pomogło jej to łagodnie sfrunąć z obłoków na ziemię. Przyszła 

tu na kolację, ale głodu, który ją trawił, nie dało się zaspokoić. Dręczył ją, 

odkąd   pierwszy   raz   zobaczyła   Pierre'a.   Nie   rozumiała,   dlaczego   los,   który 

wreszcie zetknął ich ze sobą i postanowił uczynić kochankami, wciąż rzuca im 

kłody pod nogi? Dlaczego Pierre nie może zapomnieć o zmarłej żonie, a ona 

wciąż rozpamiętuje traumatyczne przeżycia i boi się nowej miłości? 

Jaka szkoda, że nie spotkali się, gdy oboje byli 

. jeszcze wolni; zanim ciężko doświadczeni przez życie zbudowali wokół siebie 

mury, które teraz stanęły na przeszkodzie ich wspólnemu szczęściu. Razem 

background image

mogłoby   im   być   tak   dobrze!   Dziś   jest   już   za   późno.   Gdybanie   nic   tu   nie 

pomoże. 

- Chodź, synu. - Pierre wziął Christophe'a na ręce. 

- Gdzie chcesz siedzieć? 

Przy Jacky. Tylko nie dawaj mi zupy, dobrze? 

Poproszę malutki kawałek kurczaka. 

- Podobno jesteś strasznie głodny - roześmiał się Pierre i nałożył mu niedużą 

porcję. 

W czasie posiłku jak zwykle wspominali stare czasy. W pewnym momencie 

ich oczy się spotkały i nagle zadziałała jakaś magia. Słowa stały się zbędne. 

Pierre niemal fizycznie poczuł, jak budzi się w nim miłość. Czuł się tak, jakby 

spadał   w   dół   z   szaloną   prędkością.   W   rzeczywistości   nigdy   mu   się   to   nie 

zdarzyło, ale mógł przysiąc, że odczuwa się wtedy podobny zawrót głowy. 

W chwili, gdy popatrzyli sobie w oczy, zrozumiała, że kocha go od zawsze. 

Wraz z upływem czasu to uczucie jedynie nabierało mocy. 

- Tatusiu, już się najadłem - jęknął Christophe. 

Włożył   do   buzi   kciuk   i   oparł   się   o   Jacky.   Wzięła   go   na   kolana,   a   on 

spontanicznie przytulił się do niej j zamknął oczy. 

- Jesteś śpiący, synku? 

Nie przestając ssać palca, kiwnął głową. Kiedy 

Pierre brał go na ręce, powiedział sennym głosem: 

- Chciałbym, żeby Jacky poszła ze mną do pokoju. Spojrzała pytająco na 

Pierre'a. 

~ Chodź z nami na górę - szepnął. - Obawiam się, że bez ciebie nie będzie 

chciał zasnąć. Bardzo cię polubił. 

Ledwie to powiedział, ogarnął go niepokój. Źle się stało, że pozwolił, by ten 

wieczór upłynął w tak idyllicznej, rodzinnej atmosferze. Trudno. Później będzie 

myślał o konsekwencjach. Jeśli okaże się, że Jacky też tego chce, nie będzie się 

dłużej bronił. Dziś będzie inaczej. Choć przez chwilę nie będzie się zamartwiał, 

co nastąpi potem ... 

Christophe zasnął, ledwie przyłożył głowę do poduszki. Pierre pocałował go 

na dobranoc i troskliwie okrył kołderką. 

. Gdy szli na dół, Jacky toczyła walkę z samą sobą. 

Przeczuwała, co się za chwilę stanie. Jej ciało było już gotowe, ale rozsądek 

wciąż nie dawał za wygraną. Może powinna powiedzieć Pierre' owi, że musi już 

wracać? 

Zanim zdążyła wymyślić dobry pretekst, Pierre objąłją i zaczął całować. To 

wystarczyło, by wątpliwości znikły. 

- Chciałbym się z tobą kochać - szepnął. - Ale pod warunkiem, że ty ... 

- Chcę, bardzo chcę! 

Zaniósł ją do sypialni i ostrożnie położył na łóżku. 

Miękka pościel przyjemnie chłodziła rozgrzane ciało. Nie mogła się doczekać, 

kiedy wreszcie go dotknie. 

Położyła dłoń na jego policzku. Musi sprawdzić, czy to przypadkiem nie jest 

piękny sen. Czuła się jak podróżnik, który po męczącej drodze dociera wreszcie 

do domu. Zawsze wiedziała, że ta chwila kiedyś przyjdzie, a teraz ogarnął ją 

lęk, że los znów pokrzyżuje im plany. 

Pierre zaczął ją rozbierać, a kiedy wreszcie przytulili się do siebie, zdawało 

im się, że są dwiema połówkami jednego owocu. Poznawał ją, pieszcząc czule 

jej ciało. Nie była przygotowana na taką rozkosz. Chciała krzyczeć, by przestał i 

wreszcie się z nią połączył. Zacisnęła zęby, bo przecież wiedziała, że im dłużej 

pozwoli mu się pieścić, tym większą przeżyją rozkosz, gdy staną się jednością 

...

Otworzyła oczy i spojrzała na nieznajomy sufit. 

W świetle lampki stojącej obok obcego łóżka zobaczyła białą pościel na swoim 

background image

nagim   ciele.   Z   rozkoszą   wyprostowała   nogi.  Ach,   jak   wielką   przyjemność 

znajdowała w każdym ruchu! Zupełnie jakby została stworzona z wyjątkowo 

wrażliwej materii, która reaguje na każdy bodziec milionem słodkich dreszczy. 

Ułożyła   się   wygodnie   i  podłożywszy   rękę   pod  głowę,  zaczęła  wspominać 

cudowną noc. Pierre był dla niej taki czuły. Dobrze, że pamiętał, by się zabez­

pieczyć,   bo   ona   po   odejściu   Paula   nie   stosowała   aIltykoncepcji.  Wprawdzie 

prawie nie miała szans zajść w ciążę, ale ryzyko zawsze istnieje. Gdyby ktoś jej 

powiedział,   że   seks   może   być   rodzajem   ekstazy,   chyba   by   nie   uwierzyła. 

Dopiero Pierre pokazał jej, że w tych słowach nie ma ani odrobiny przesady. 

Jeśli o nią chodzi, tej nocy była w niebie. 

Pierre poruszył się i otworzył oczy. Widzą~ Jacky obok siepie, natychmiast 

wziął ją w ramiona. Zaczął ją pieścić i po chwili znów się kochali, kołysani har­

monijnym rytmem swoich ciał. Jutro nie istniało. Liczyła się tylko ta noc. 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Obudził się, gdy za oknem wstawał świt. Czuł się szczęśliwy i spełniony. 

Czuł,   że   wreszcie   nie   jest   sarn.   Gdyby   tylko   zdołał   pozbyć.   się   wyrzutów 

sumienia   ...   Odwrócił   głowę   i   spojrzał   na   śpiącą   Jacky.   Jest   taka   piękna, 

westchnął, patrząc najej splątane włosy. Co za radość budzić się u boku tak 

niezwykłej kobiety! 

Przymknął   oczy,   lecz   bezlitosna   pamięć   natychmiast   podsunęła   mu   obraz 

Liliane. Tak realny, że niemal słyszał jej głos. 

- Czy na pewno chcesz, żebyśmy już teraz mieli dzieci? - zapytała nerwowo. - 

Bo ja nie czuję się gotowa. Chyba nie mam instynktu macierzyńskiego. 

- Nie martw się, kochanie. Jak urodzisz dziecko, instynkt sam się w tobie 

obudzi - uspokajał ją. - Moja mama, było nie było położna, zawsze powtarzała, 

że miłość przychodzi razem z dziećmi. Zobaczysz, jaka będziesz szczęśliwa, 

gdy zostaniesz matką. 

Uległa jego namowom. A potem ... 

Jęknął, przytłoczony wspomnieniami. Jacky otworzyła oczy i obróciła się w 

jego stronę. 

- Co się stało? - zapytała, dotykając jego twarzy. Przytulił ją mocno i przez 

chwilę delektował się zapachem jej rozgrzanego ciała. Gdyby życie było proste! 

Gdyby mógł bez poczucia winy kochać i być kochanym. 

- Powiedz, co cię dręczy - poprosiła. 

- Nie powinienem był się z tobą kochać. Ja ... 

- Ale ja tego chciałam! Oboje chcieliśmy. 

- Było mi z tobą cudownie. Chciałbym, żeby każda 

noc była taka, ale ... 

- Nie możesz zapomnieć o żonie, prawda? - Wysunęła się zjego objęć i opadła 

na   poduszkę.   Spojrzała   na   sufit   i   dopiero   teraz   spostrzegła   ozdobny   stiuk 

przedstawiający parę gołębi. Co za romantyzm, westchnęła. Idealna scenografia 

dla miłosnej nocy. Szkoda, że już po wszystkim. 

-   Nie   mogę   uwolnić   się   od   poczucia   winy   -   wyznał   matowym   głosem, 

przeczesując palcami włosy. - Liliane umarła przeze mnie. 

- Jak to? Co zrobiłeś? 

- Namówiłem ją, żebyśmy mieli dziecko. 

Poderwał się z łóżka, owinął się szlafrokiem i podszedł do okna. Oparł ręce o 

parapet   i   spojrzał   na   ogród,   który   zaczynał   budzić   się   do   życia.   W   oddali 

sZumiało   morze   wciąż   otulone   poranną   mgią,   przez   którą   przebijały   się 

background image

pierwsze   promienie   słońca.   Patrząc,   jak   powoli   rozjaśniają   posępną   szarość, 

szukał w myślach bodaj jednego promyka nadziei. 

Jacky   uważnie   go   obserwowała.   Był   opanow;my,   ale   nie   zmylił.jej   ten 

pozorny spokój. Czuła, że Pierre zmaga się sam ze sobą, być może stojąc na 

granicy ważnych życiowych zmian. Po chwili odwrócił się i spojrzał jej w oczy. 

- Jestem ci winien wyjaśnienia. - Zawahał się, ale szybko podjął decyzję. - 

Kiedy Liliane zmarła przy porodzie, uznałem, że była to z jej strony największa 

ofiara,   jaką   kobieta   może   złożyć   mężczyźnie.   Poświę   ciła   życie,   dając   mi 

dziecko, na które tak bardzo czekałem. A mnie nawet przy niej nie było ... Nie 

mogłem jej pomóc ... 

Głos zaczął mu się łamać, więc zdesperowany ukrył twarz w dłoniach. Bez 

namysłu odrzuciła kołdrę. 

- Och, Jacky! 

Słońce nie zdążyło jeszcze ogrzać powietrza, więc dygotała z zimna. W stając, 

nawet nie pomyślała o tym, żeby czymś się owinąć. Chciała jak najszybciej zna­

leźć się obok niego i dodać mu otuchy. 

- Zimno ci - stwierdził i otulił ją swoim szlaf~ rokiem. 

- Rozumiem, że twoja żona zapłaciła najwyższą cenę - zaczęła ostrożnie - ale 

przecież   to  nie   twoj  a   wina.  Skąd   mogłeś   wiedzieć,   że   będzie   miała  skom­

plikowany poród? Poza tym zgodziła się na to dziecko. 

- Tak, wiele o tym rozmawialiśmy. Liliane miała silną osobowość, była bardzo 

niezależna, ale ostatecznie poddała się. Powiedziała, że skoro tak bardzo zależy 

mi na dziecku, możemy spróbować. Obiecywałem, że nie będzie żałowała tej 

decyzji. Miałem jej we wszystkim pomagać. Niestety, nie było mi dane ... 

- Wyobrażam sobie, jak się czułeś po jej śmierci. 

- Przysiągłem sobie, że będę jej wiemy do końca 

życia. Że już nigdy nikogo nie pokocham, ale ... 

Czekała w. napięciu, a on tulił ją coraz mocniej. 

Jego ciało zaczęło reagować na jej bliskość. 

- Tej nocy było mi z tobą tak dobrze, za dobrze 

- szepnął. - Prawie uwierzyłem, że znów jestem wolny i... 

Objęła go za szyję i pocałowała. Była gotowa na wszystko, byle go pocieszyć i 

otoczyć miłością, której tak bardzo potrzebował. Chciała, by jego smutne oczy 

znów jaśniały radością, jak w dawnych dobrych czasach, zanim życie obeszło 

się z nim tak okrutnie. 

- Pierre, nie możesz się ciągle obwiniać - zauważyła łagodnie. - Twoja żona 

zgodziła   się   urodzić   dziecko,   a   przecież   jako   kobieta   inteligentna   i   mająca 

własne zdanie, na pewno rozważyła wszystkie za i przeciw. Mówisz, że miała 

silną osobowość. Tym bardziej więc nie zdecydowałaby się na ważne zmiany 

tylko po to, żeby kogoś zadowolić. 

Dostrzegła   błysk   nadziei   w   jego   oczach.   Uznała   to   za   dobry   znak   i 

postanowiła pójść dalej tym tropem. Zależało jej, by Pierre spojrzał na swoją 

sytuację obiektywnie. 

- Zadręczasz się już od pięciu lat. Wycierpiałeś swoje, odpokutowałeś. Nie 

sądzisz, że pora zacząć żyć normalnie? 

Próbowała się od niego odsunąć, ale ją zat!zymał. 

A potem wziął ją za rękę i zaprowadził z powrotem do łóżka. 

- Dziś w nocy naprawdę uwierzyłem, że mam prawo do szczęścia - wyznał. 

- Więc nie przestawaj wierzyć! 

Pociągnął ją ku sobie i zaczął czule gładzić jej twarz l ramIOna. 

- Tak mi z tobą dobrze - mruknął. - Chyba jesteśmy dla siebie stworzeni. 

Pożądanie   okazało   się   skutecznym   lekarstwem   na   wyrzuty   sumienia. 

Przyjdzie na nie czas później, dużo, dużo później, pomyślał Pierre. 

Gdy obudził . się po raz drugi, sypialnię zalewał słoneczny blask. Tym razem 

czuł się niezwykle spokojny. Przypomniał sobie, w jak kiepskim był nastroju, 

background image

zanim zaczęli się kochać. Gdyby zdołał uwolnić się od poczucia winy, on i 

Jacky mogliby zostać kochankami. Najgorsze, że prędzej czy później musieliby 

się rozstać, a przecież nie chciał, by przez niego cierpiała. 

Zależało mu, by zapomniała o smutku, żeby przestała rozdrapywać stare rany. 

Chciałby   jej   w   tym   pomóc,   ale   obawiał   się,   że   tylko   pogorszyłby   sytuację· 

Gdyby zaczęli regularnie się spotykać, po pewnym czasie zapragnęłaby tego, 

czego on nie mógł jej dać. Wątpił, by odpowiadał jej status jego kochanki. 

Zresztą zasługiwała na lepszy los. Ma prawo chcieć więcej od życia, dlatego 

powinna związać się z mężczyzną, który byłby w stanie dać jej wszystko, co 

najlepsze. 

Westchnął   ciężko.   Powoli   docierało   do   niego,   że   nigdy   nie   pozbędzie   się 

wątpliwości. A ponieważ nie chce, by Jacky przez niego cierpiała, musi być z 

nią szczery. Nie ma prawa robić jej złudnych nadziei. 

Zaczekał, aż się obudzi, i przytulił się do niej. 

- Cudownie było - westchnął. - To, co mówiłaś o poczuciu winy, ma sens, 

obawiam się jednak ... 

Słuchała go w milczeniu. 

- Obawiam się, że nie jestem w stanie złamać przysięgi, którą złożyłem. Chcę 

z tobą być, nasz związek jest dla mnie ważny, ale wiem, że będziemy musieli 

się rozstać ... 

- Nie szukam stałego związku. To nie dla mnie 

- powiedziała cicho. - Jak widzisz, mamy ten sam 

problem. Nie będę miała dzieci, więc byłoby z mojej strony nie w porządku 

wiązać się kimś na stałe ... 

- Nie mów tak, kochanie! - Przygarnął ją do siebie. 

- Życie toczy się dalej. Z czasem żałoba minie i znów zapragniesz mieć dziecko 

... 

- Nie o to chodzi - szepnęła i łykając łzy, opowiedziała mu o okolicznościach, 

w jakich urodziła Simona. 

- Boże, tak mi przykro, że cię to spotkało - rzekł poruszony. Czule gładził jej 

włosy, czekając, aż się uspokoi. 

- Tato! - Zza ściany dobiegło wołanie Christo- 

phe'a. 

Zwinnie wysunęła się z jego objęć. - Na mnie już czas. 

Chwycił ją za ręce. 

- Dobrze się czujesz? Nie idź, jeśli ... 

- Wolę już pójść. 

- Odwiozę cię. 

- Nie trzeba. Nie martw się, poradzę sobie. 

Zebrała z podłogi swoje rzeczy i zamknęła się w przylegającej do sypialni 

łazience. Ubrała się, rezygnując z prysznica, który postanowiła wziąć w domu. 

Gdyby została na śniadaniu, sytuacja stałaby się niezręczna, a ona nie chciała 

komplikować i tak niełatwych spraw. Byłoby miło spędzić więcej czasu z Pier­

re'em   i   jego   synem,   ale   nie   czuła   się   na   siłach   odpowiadać   na   dociekliwe 

pytania pięciolatka. 

Domyśliła się, że Pierre poszedł do pokoju syna. 

Słyszała   przez   ścianę   ich   śmiech.   Wyjrzała   ostrożnie   na   korytarz,   a   gdy 

upewniła się, że droga jest wolna, szybko zbiegła po schodach i wyszła przez 

kuchenne drzwi. 

Właśnie wychodziła zza rogu, gdy przyjechała Nadine.

-   Dzień   dobry,   pani   doktor!   -   zawołała,   wysiadając   z   samochodu.   Nie 

wyglądała na zaskoczoną, że widzi ją o tak wczesnej porze. Jacky postanowiła, 

że   ona   również   będzie   zachowywała   się   tak,   jakby   nie   było   w   tym   nic 

nadzwyczajnego. 

background image

- Dzień dobry, Nadine. Jak się czuje pani chłopak? 

- Dziś o wiele lepiej. Złamał nogę, ale za parę dni 

wyjdzie ze szpitala. 

- Dobrze, że to tylko złamanie. Pierre ucieszy się, że pani wróciła. 

- Doktor Mellańger może na mnie polegać - oświadczyła opiekunka i 

pospieszyła do domu. 

Jacky ruszyła w swoją stronę. Ma przed sobą cały wolny weekend, za to 

Pierre musi pracować, więc nie ma szans, żeby mogli się spotkać. 

Przez dwa tygodnie widywali się wyłącznie w szpitalu. Nic się nie zmieniło 

w   ich   wzajemnych   relacjach,   ale   żadne   z   nich   nie   przejawiało   ochoty   na 

spotkania po pracy. 

Podczas  bezsennych nocy  Jacky powtarzała  sobie, że  prędzej czy później 

sytuacja się wyklaruje. W końcu los nie bez powodu zetknął ją po tylu latach z 

mężczyzną,   którego   kochała   od   dziecka.   Na   razie   mogła   się   pocieszać 

wspomnieniami ich miłosnej nocy .. 

Pewnego   sierpniowego   poranka,   gdy   szpitalna   klimatyzacja   zaczęła 

przegrywać   walkę   z   upałem,   musiała   zająć   się   dwoma   pacjentami   naraz. 

Pierwszym z nich był młody mężczyzna, który wpadł pod autobus i został ranny 

w   głowę.  Właśnie   oglądała   prześwietlenie   jego   czaszki,   gdy   do   sali   weszła 

Marie. 

-   Pani   doktor,   niech   pani   zbada   pacjenta,   którego  właśnie   przywiozło 

pogotowie, dobrze? - poprosiła. - Ja  się tym zajmę  - dodała, wskazując  na 

klisze. Przewiozę tego pana na intensywną terapię· 

Jacky   skinęła   głową   i   przeszła   do   sali   obok.   Ratownicy   umieścili   tam 

mężczyznę, który w trakcie malowania kuchni spadł z drabiny tak niefortunnie, 

że nadział się na nogę odwróconego krzesła. 

Jacky odchyliła prześcieradło i spojrzała na obrażenia. Widok był tak 

wstrząsający, że po plecach przebiegł jej dreszcz. Szczęście, że biedak stracił 

przytomność, pomyślała, przystępując do szczegóło~ wych oględzin. We 

wstępnej diagnozie ustaliła, że' doszło do perforacji pęcherza moczowego i 

uszkodzenia odbytu. Jedynym ratunkiem była natychmiastowa operacJa. 

Drzwi otworzyły się i do sali wszedł Pierre, który właśnie skończył operować. 

Jacky poczuła ulgę, że może się z nim skonsultować i niezwłocznie przekaza- 

ła mu wszystkie informacje. 

- Zadzwonię do Marcela i zapytam, o której może operować. Im szybciej 

wezmą go na stół, tym większa szansa, że przeżyje - powiedział Pierre, sięgając 

po telefon. 

Podczas gdy rozmawiał, pielęgniarka przyniosła wyniki badania krwi. 

- W  laboratorium akurat  mieli  odpowiednią  grupę·  Na  razie  dali  mi  dwie 

dawki, więc możemy zaczynać - mówiła zdyszana. 

- Świetnie! - Jacky podłączyła do kroplówki zbior- 

nik z krwią. W tej samej chwili mężczyzna otworzył oczy. 

- Co się dzieje? -wychrypiał słabym głosem. 

- Jest pan w szpitalu. Miał pan wypadek. Jak się pan czuje? 

- Sam nie wiem. Co z moimi nogami? Czuję się tak, jakbym ich w ogóle nie 

miał. 

-   Z   nogami   wszystko   w   porządku,   ale   ma   pan   poważne   obrażenia   dolnej 

części ciała. Za chwilę będzie pan operowany. 

- Operowany? Co mi się stało? 

Pierre, który właśnie' skończył rozmawiać przez telefon, położył dłoń na jej 

ramieniu. 

- Ja panu wszystko wytłumaczę - powiedział. 

- Czy jest tu gdzieś moja żona? - zapytał mężczyz- 

na, coraz bardziej przerażony sytuacją. 

background image

- Nie. Pojechała do domu zająć się dziećmi, ale obiecała, że wróci, jak tylko 

znajdzie kogoś do opieki - odparła J acky. Gdy do sali wszedł wezwany na 

konsultację neurolog, wróciła do innych pacjentów. 

, Z utęsknieniem wyczekiwała końca dyżuru, choć nie miała żadnych planów na 

wieczór. Przed wyjściem do domu zajrzała jeszcze do gabinetu i sprawdziła 

pocztę w komputerze. Odpowiedziała na najważniejsze maile, a potem po prostu 

oparła się, na łokciach i siedziała nieruchomo. Po długim i męczącym dniu czuła 

się wyjątkowo znużona. U ulgą położyła głowę na skrzyżowanych ramionach. 

Nawet nie miała czasu zjeść lunchu. I jeszcze ten upał! Oby szybko naprawili 

klimatyzacj ę. 

O tak! W domu weźmie chłodny prysznic, zrobi sobie coś zimnego do picia i 

poczyta książkę, którą kupiła rano w drodze do pracy. A na kolację zje bagietkę 

z camembertem. Nie miała siły gotować. 

- - Jacky, dobrze się czujesz? 

Otworzyła oczy i wolno uniosła głowę. 

- Pierre?! Przepraszam, nie słyszałam, jak wszedłeś. Jestem trochę zmęczona, 

poza tym wszystko w porządku. 

Podszedł do niej i uważnie się jej przyjrzał. 

- Chcesz, żebym się pobawił w doktora? Boże, co ja wygaduję! Nie to miałem 

na myśli. - Roześmiał się· - Chciałem tylko powiedzieć, że mogę cię zbadać, 

jeśli chcesz. 

- Ajuż myślałam, że coś z tego będzie! - Uśmiechnęła się swawolnie. - 

Szkoda. 

Wziął ją za ręce i pociągnął ku sobie. Gdy stanęła naprzeciw niego, popatrzył 

na nią tak przenikliwie, że z wrażerua ugięły się pod nią nogi. Nie mogła dłużej 

znieść napięcia. Uznała, że dwa tygodnie bez pocałunku to o wiele za długo i 

pierwsza zaczęła go całować. 

- I co pan na to, doktorze? - zapytała lekko zdyszana. - Nadal chce pan 

lIillie badać? 

-   Oczywiście!  I  to   jak   najszybciej.   Może   dziś   wieczorem?Chciałbym 

sprawdzić, jak bije pani serce, więc zalecam spacer po plaży, a potem lekką 

kolację połączoną z oglądaniem zachodu słońca ... - Niespodziewanie urwał. - 

Przepraszam, pewnie masz plany na wieczór. Powinienem był najpierw zapytać. 

- Nie zaplanowałam na dziś niczego, co nie mogłoby zaczekać - mruknęła, 

przytulając się do niego. Zapomniała o zmęczeniu, skuszona perspektywą wie­

czornego pikniku na plaży. 

- Jeśli ostatnio byłem zamknięty w sobie, to dlatego, że sporo o nas myślałem. 

Doszedłem do wniosku, że w uczuciu takim jak nasze ... 

Przerwał, bo znienacka pocałowała go w usta. 

- Proszę kontynuować, doktorze - zachęciła go. 

- W uczuciu takim jak nasze nie może być ni, 

złego. 

Wierzył w to, co mówi, ale gdzieś na dnie dusz: odezwało się poczucie winy. 

Musi nauczyć się z tyn żyć, bo wiedział ponad wszelką wątpliwość, że nie jes w 

stanie zrezygnować z Jacky. Nawet jeśli ich miłosn: przygoda skazana jest na 

krótki   żywot,   gotów   by   zrobić   wszystko,   by   Jacky   nie   żałowała   ani   jedn~ 

spędzonej z nim minuty. 

Dotknęła palcami jego czoła, próbując wygładzie pionową zmarszczkę, która 

często pojawiała się, gd; byli razem. 

- Przestań się zadręczać - poprosiła i wróciła z, biurko. 

- Za ile będziesz gotowa? - zapytał. 

- Daj mi pół godziny. A ty nie musisz wrócić d( 

domu, żeby zająć się Christophe'em? 

-   Nie.   Mówiłem   ci,   że   chłopak   Nadine   wyszedł   jw   ze   szpitala? 

background image

Zaproponowałem, żeby na czas rekonwalescencji zamieszkał z nią u mnie. 

- Dobry pomysł. Przynajmniej nie ma obawy, że będzie chciała wracać z nim 

do Paryża. 

- Właśnie - potaknął. - Christophe pojechał dziś z nimi do parku wodnego, 

więc mamy cały wieczór dla siebie. 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

W drodze na plażę wstąpili do delikatesów. 

- Weź wszystko, na co masz ochotę. Ja płacę - powiedział Pierre, wyjmując 

kartę kredytową. 

- Tylko żebyś potem hie żałował. Uprzedzam, że na jedzenie potrafię wydać 

majątek. Pewnie kupię za dużo. 

- Nie szkodzi. Umieram z głodu. 

- Nie tylkó ty - westchnęła i zaczęła przyglądać się 

regałom pełnym smakołyków. Ostatecznie zdecydowała się na pasztet z gęsich 

wątróbek i świeżo upieczoną tartę ze szparagami. 

Pierre obserwował ją z boku, ciesząc się, że zakupy sprawiają jej taką radość. 

W pewnej chwili przypomniał sobie scenę sprzed lat: mała Jacky stoi z nosem 

przyklejonym do sklepowej szyby i przygląda się produktom na wystawie. Jak 

to   dobrze,   pomyślał,   że   nawet   teraz,   będąc   poważną   panią   doktor,   potrafi 

czerpać radość z prostych rzeczy. 

Gdy po kilku minutach wychodzili ze sklepu, niosąc oprócz jedzenia butelkę 

wina   i   kieliszki   pożyczone   od   właścicieli,   Jacky   miała   zadowoloną   minę 

dziecka, które roztrwoniło na łakocie całe kieszonkowe. 

-   Ale   będzie   uczta!   -   cieszyła   się,   pomagając   mu   włożyć   zakupy   do 

samochodu. - Musimy jeszcze kupić bagietkę i jakieś owoce. 

Zrobili to w sklepiku obok. 

- Upał nareszcie zelżał - powiedziała z ulgą, gdy w końcu ruszyli. Oparła się 

wygodnie o fotel i pozwoliła sobie na luksus całkowitego relaksu. Nie dalej jak 

godzinę temu padała z nóg, teraz zaś była radosna i ożywiona. 

- To będzie piękny zachód słońca - obiecał Pierre, kładąc dłoń na jej dłoni. - 

Bardzo lubię letnie wieczory, a ty? 

- Ja też ... 

Kiedy jestem z tobą,· kocham każdą porę dnia, pomyślała, patrząc na 

połyskujące w słońcu morze. 

Skręcili w boczną drogę, która po pewnym czasie zmieniła się w piaszczysty 

trakt prowadzący do podnóża wydm. 

Pierre, który dobrze znał ten fragment plaży, wskazał ręką miejsce pomiędzy 

dwoma pagórkami. 

- Podoba ci się? 

- Tak, jest idealne. Tego mi było trzeba: ciszy 

i spokoju - westchnęła, z rozkoszą wdychając morskie powietrze. 

- Spójrz, ani żywego ducha. Tylko my i morze. 

Słyszysz, jak szumi? - Otoczył ją ramieniem i lekko pocałował. - Chodźmy, 

szkoda czasu! - zawołał, i wyskoczywszy z samochodu, pomógł jej wysiąść. 

Zabrali pakunki i brnąc przez ciepły piasek, ruszyli w stronę upatrzonego 

miejsca pomiędzy wydmami. 

- Rozpakowywanie jedzenia jest niemal tak samo przyjemne jak kupowanie - 

zauważyła, układając rzeczy na papierowym obrusie. - Kiedy jest się biednym w 

dzieciństwie,   w   dorosłym   życiu   bardziej   docenia   się   korzyści,   jakie   daje 

background image

posiadanie pieniędzy. 

- Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że jesteście biedni - przyznał. - 

Pamiętam, że wyglądałaś na zadowoloną z życia. 

- To były pozory. Nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział, jak bardzo mi 

smutno, zwłaszcza po odejściu matki - przyznała. - Niestety, w dorosłym życiu 

trudniej o optymizm, zwłaszcza po tym, jak los daje w kość. Przepraszam, nie 

chcę psuć nastroju, więc lepiej zmieńmy temat. Dziś wolę nie oglądać się za 

siebie, tylko myśleć o tym, co dopiero przed nami. 

- A więc cieszmy się chwilą! Odkorkował butelkę i napełnił kieliszki. 

- Na zdrowie! - powiedział, wznosząc toast. 

- Sante! 

-Ciekawe, dlaczego na świeżym powietrzu wszys~ tko lepiej smakuje - 

zastanowiła się na głos, ścierając z palców krople soku brzoskwini. - W życiu 

nie jadłam tak smacznej kolacji. Spójrz! Słońce za- chwilę schowa się w morzu. 

Jak byłam mała, święcie wierzyłam, że naprawdę nurkuje i siedzi pod wodą aż 

do rana. Nie mogłam tylko zrozumieć, czemu o świcie wynurza. się w innym 

miejscu. Dopiero ojciec wyjaśnił mi, że zachód słońca nad morzem to piękne 

złudzenie. Byłam rozczarowana, bo odarł to zjawisko z tajemniczości. A ja lubię 

tajemnice ... 

Zawiesiła   głos   i   spojrzała   mu   w   oczy.   -   Może   ciebie   też   lubię 

dlatego, że ... 

- Jestem dla ciebie zagadką? 

- Nie potrafię cię rozszyfrować. Skomplikowany 

z ciebie człowiek! 

- Myślisz, że o tym nie wiem! - westchnął. - Chciałbym cofuąć czas i wrócić do 

tych lat, gdy wszystko było cudownie proste. Kiedy życie otwierało się przede 

mną i czułem, że mogę robić, co zechcę. 

Przytuliła się do niego. 

- Pomyśl sobie marzenie. Właśnie teraz, kiedy słońce znika w morzu. To 

magiczna chwila. Czujesz tę magię? Może mityczny bóg słońca złoży wizytę 

Nep'tunowi i ... 

Pierre uśmiechnął się czule. 

- Jesteś niesamowita! Jeśli kiedyś uznasz, że traktuję siebie zbyt poważnie, 

opowiedz mi taką zabawną historię - poprosił. 

- I już po wszystkim! - zasmuciła się, gdy fale przykryły ostatni skrawek 

słonecznej tarczy. - Czar prysł. 

- Chodź! - Pociągnął ją do góry. - Przejdźmy się 

w stronę morza. 

- Będziemy szukali słońca? - zażartowała. 

- Tak, czemu nie. 

- To już lepiej poszukajmy księżyca. - Nagle wy- 

rwała dłoń z jego ręki i zaczęła biec w stronę wody. - Kto pierwszy, ten lepszy! - 

zawołała. - Nie dogonisz mnie! 

Za   plecami   słyszała   głuchy   tupot   jego   stóp,   powiew   wiatru   przyjemnie 

chłodził jej twarz. Wspaniale było biec po pustej plaży. Czuła się tak, jakby 

skrzydła rosły jej u ramion. Chwilami odnosiła wrażenie, że to tylko sen. Czysta 

fantazja. Ona i on sami na pustej plaży. 

Pierre złapał ją i wziął na ręce. 

- Mój książę z bajki - szepnęła, gdy zaczął ją całować. Oto spełnia się jej 

największe marzenie! 

Napawała się tą cudowną chwilą, próbując zapomnieć, że kiedyś będzie musiała 

wrócić do rzeczywistości. 

Pierre zrzucił buty i zaczął powoli wchodzić do morza. 

background image

- Naprawdę będziemy szukali słońca - roześmiała się, chwytając go mocniej 

za szyję - czy po prostu wrzucisz mnie do wody? 

-   To   zależy   wyłącznie   od   ciebie   -   powiedział,   zatrzymując   się.   -   Jeśli 

obiecasz, że mnie do siebie zaprosisz, zaniosę cię na brzeg. Umowa nie podlega 

negocJacJom. 

Ogarnęła ją fala młodzieńczej radości. 

- Zgadzam się na takie warunki - szepnęła, bez trudu odczytując jego intencje. 

- Wracajmy! 

Gdy,   pozbierawszy   swoje   rzeczy,   wrócili   do   samochodu,   Pierre   wyjął 

komórkę, by sprawdzić, czy nie ma sms-ów od Nadine. 

- Jak mawiają Anglicy, brak wiadomości to dobra wiadomość - powiedział, 

chowając telefon. - Wygląda na to, że Nadirte i jej chłopakowi odpowiada rola 

rodziców. Czuję, że zanosi się na ślub. 

- I co? Będziesz musiał szukać nowej opiekunki? 

- Nawet mi o tym nie mów. Nadine jest świetna. 

Wolę nie myśleć, jak zareagowałby Christophe, gdyby odeszła. 

- Pewnie się martwisz, że wychowuje go tyle różnych osób. 

- Owszem, to jedno z największych zmartwień samotnego ojca - przyznał. - Z 

jednej strony cieszę się, kiedy Christophe kogoś polubi, lecz kiedy ta osoba 

znika z jego życia ... 

- To dlatego nie chciałeś, żebym od razu go poznała, i zostawiłeś mnie samą 

w samochodzie? 

-   Przepraszam   cię   za   to   -   odparł,   dotykając   jej   dłoni.   -   Wiedziałem,   że 

Christophe od razu cię polubi. I nie myliłem się. 

- W porządku. Rozumiem. 

- Często cię wspomina. Nie dalej jak wczoraj py- 

tał, kiedy znów do nas przyjdziesz. 

- Ja też go polubiłam. Jak przestaniemy się spotykać ... 

-   Daj   spokój!   Na   razie   jesteśmy   razem   i   tylko   to   się   liczy.   Odkąd   cię 

spotkałem, przestałem wybiegać myślami zbyt daleko w przyszłość. 

- Ja też. 

- Na pewno chcesz, żebym wszedł na górę? - zapytał, gdy zatrzymali się 

przed jej domem. 

- Tak, ale pod warunkiem, że porządnie wytrzesz buty i nie naniesiesz mi 

piasku z plaży. 

- Dla ciebie mogę pójść nawet boso. 

Rozbawieni, wzięli się za ręce i poszli do jej mieszkania. Gdy byli już w 

środku, niespodziewanie poczuła się skrępowana. 

- Mieszkam raczej skromnie, ale nie mogłam być wybredna - tłumaczyła. - 

Zaraz cię oprowadzę po moim królestwie. Tu jest pokój, tu kuchnia ... 

Chwycił ją w ramiona. 

- Nie przyszedłem tu podziwiać wystroju wnętrz. 

Interesujesz mnie tylko ty, kochanie. 

- Skoro tak, zapraszam do sypialni - szepnęła, biorąc go za rękę. 

Tej nocy kochali się dużo bardziej namiętnie niż za pierwszym razem. Ich 

ciała powoli przestawały być dla nich tajemnicą, a w miarę jak je poznawali, 

uczyli się dawać sobie nawzajem coraz większą przyjemność. 

Jacky starała się nie myśleć, jak zniesie nieuchronne rozstanie. Patrząc na 

śpiącego spokojnie Pierre'a, marzyła o tym, żeby został z nią na zawsze. 

- Nie śpisz? - mruknął, patrząc na jej twarz w jasnym świetle księżyca. 

- Nie. Musisz już iść? - zapytała, gdy ją do siebie 

przytulił. 

.' 

- Jeszcze nie. Nadine ma zadzwonić, gdyby coś się stało. Poza tym nie chcę 

background image

odchodzić bez pożegnania. - Uśmiechnął się znacząco i zaczęli kochać się po 

raz drugi. 

Gdy pod koniec długiej miłosnej sesji Jacky krzyczała w obezwładniającej 

rozkoszy, w myślach błaga- 

ła go, by jej nie opuszczał... 

Wstał z łóżka i zaczął zbierać swoje rzeczy rozrzucone po podłodze. 

- Ale mi się spieszyło! - roześmiał się. 

- Zjesz śniadanie? - zapytała, przeciągając SIę 

z rozkoszą. 

- Teraz? Skarbie, jest druga w nocy. 

- To co? 

- Muszę wracać. Ale obiecaj mi, że jak się spot- 

kamy w pracy, zaprosisz mnie do siebie na kawę. 

Ubrał się i na chwilę przysiadł obok niej na brzegu łóżka. Jego zapach, który 

odtąd miał jej się kojarzyć z największą namiętnością, natychmiast podziałał na 

jej zmysły. Zaczęli się całować, ale tym razem słodycz pocałunku podszyta była 

goryczą, bowiem Jacky próbowała sobie wyobrazić, że jest to ich pożegnanie. Z 

przerażeniem   uświadomiła   sobie,   że   gdyby   naprawdę   miała   go   więcej   nie 

zobaczyć, chyba umarłaby z tęsknoty. 

Delikatnie wysunęła się z jego objęć. Pora przestać udawać, że ta miłość 

nigdy się nie skończy. 

- Nie zapiąłeś guzika - stwierdziła rzeczowym tonem i zrobiła to za niego, 

muskając opuszkiem palca jego brzuch. 

-Wszystko w porządku? - zapytał, zaskoczony tą nagłą zmianą nastroju. 

- Tak, ale idź już. Niedługo się zobaczymy. Niemal wypchnęła go z sypialni i 

szybko wyprawiła z mieszkania. Kiedy wyszedł, oparła się o drzwi i chwilę 

oddychała ciężko, jak po męczącym biegu. 

-I coja mam teraz zrobić? - pomyślała zdesperowana. Rozsądek ostrzegał, że 

na własne życzenie pakuje. się w poważne kłopoty, za to wrodzony optymizm 

nakazywał iść za głosem serca, cieszyć się chwilą i nie myśleć o jutrze. 

Czuła,   że   sama   nie   znajdzie   rozsądnego   rozwiązania,   postanowiła   więc 

poradzić się kogoś, kto też był w podobnej sytuacji. Debbie. Ona na pewno coś 

jej zasugeruje. 

Przyjaciółka już kilka razy próbowała zagadnąć ją o Pierre'a, ale za każdym 

razem ją zbywała. Uważała, że nie jest gotowa do szczerej rozmowy o swojej 

trudnej miłości. Dopiero teraz zrozumiała, że nie poradzi sobie bez pomocy 

kogoś życzliwego. Mam dziś wolne .popołudnie, więc rano zadzwonię do 

Debbie i zapytam, czy może się ze mną spotkać, postanowiła, wracając do 

łóżka. 

- Mam nadzieję, że nie musia}aś zmieniać przeze mnie planów. 

- Ależ skąd! Tak się cieszę, że przyszłaś! - Debbie pocałowała ją na 

powitanie. 

- Jak malutki Thiery? Nie mogę się doczekać, kiedy go zobaczę. 

- Śpi na górze. Jeśli chcesz, możemy do niego zajrzeć. 

-   Oczywiście,   że   chcę.   Przepiękny   jest   ten   wasz   dom   -   westchnęła, 

rozglądając się po gustownie urządzonym jasnym wnętrzu. 

-   Jest   dziełem   tego   samego   architekta,   który   projektował   dom   Pierre'a. 

Widzisz, ma identyczne schody i rozkład pokoi. 

-   Dlaczego   myślisz,   że   znam   dom   Pierre'a?   -   Jacky   uśmiechnęła   się   z 

przekąsem. - Aha, znoWu próbujesz mnie wybadać, tak? 

- W porządku, poddaję się. O nic już nie będę pytać. - Debbie uniosła ręce w 

geście kapitulacji. 

background image

- Wręcz przeciwnie, pytaj. Między innymi po to tu przyszłam. Muszę z tobą 

pogadać o mnie i o Pierze, ale najpierw chciałabym zobaczyć twoje maleństwo. 

Weszły na palcach do dziecięcego pokoju i chwilę stały nad kołyską. Jacky 

popatrzyła   na   słodką   buzię   niemowlęcia   i   boleśnie   zatęskniła   za   swoim 

zmarłym synkiem. Oddałaby wszystko, byle go odzyskać! 

- Będę mogła wziąć go na ręce? - szepnęła do Debbie. 

- Jak się obudzi. A teraz chodźmy do ogrodu. Napijemy się herbaty. 

Lewie usiadły na tarasie, Debbie natychrriiast zaczęła wypytywać ją o 

Pierre'a. 

- Powiedz, zaczęliście się spotykać? To coś poważnego? 

Jacky bezradnie wzruszyła ramionami. 

- Rzeczywiście, od pewnego czasu się spotykamy. 

I jest nam wspaniale. Tyle że ja nie mogę w nieskończoność rywalizować z jego 

zmarłą żoną. Pierre ustawił ją na piedestale i niemal się do niej modli. Ona to 

ideał, a ja jestem tylko kochanką, jedną z wielu. 

- Posłuchaj, Liliane nie była takim ideałem, za jaki Pierre ją uważa. - Debbie 

popatrzyła jej znacząco w oczy. 

- Jak to? 

- Nie jestem pewna, czy powinnam ci o tym mó- 

wić. - Zawahała się. - Zresztą sama niewiele wiem. Marcel wspomniał kiedyś, 

że Pierre nie miał z Liliane łatwego życia. Podobno go zdradzała. 

- Nie! - Jacky oniemiała ze zdumienia. - Przecież Pierre mówi o niej tak, 

jakby była uosobieniem wszelkich cnót! 

- Pierre nie miał pojęcia, że jest zdradzany. Do dziś o niczym nie wie. Marcel 

strasznie się z tą tajemnicą czuje, ale nic nie mówi, żeby go nie dobijać. 

- Wiesz coś więcej? 

- Nie. Marcel nie chciał mi powiedzieć. Stwierdził, 

że i tak nie mamy prawa wtrącać się w prywatne sprawy Pierre'a. Tylko że teraz 

sytuacja jest inna. Nie sądzisz, że pora, aby Pierre dowiedział się prawdy o 

swojej żonie?

- Nie! Nie możemy mu tego zrobić! - zawołała poruszona. 

- Ale dlaczego? - zdziwiła się Debbie. 

- Bo ta prawda by go zabiła - odrzekła Jacky. - 

Pomyśl tylko, od pięciu lat idealizuje Liliane, czci jej pamięć i wierzy w jej 

bezgraniczne poświęcenie. Nie wolno nam niszczyć tej wiary. Nie zniosłabym, 

gdyby poczuł się jeszcze bardziej nieszczęśliwy. 

- Bardzo go kochasz, prawda? - Debbie delikatnie dotknęła jej dłoni. 

- Owszem, i to już od wielu lat - przyznała. - Jestem zazdrosna o Liliane, ale 

nie chcę pozbawiać go złudzeń. 

-   Przecież   miałabyś   wymarzoną   okazję,   żeby   go   pocieszyć!   -   Debbie 

próbowała przemówić jej do rozsądku. - Na pewno potrzebowałby wsparcia, 

więc szybko stałabyś się niezastąpiona. 

- Nie, Debbie. To, o czym mówisz, jest po prostu niemożliwe. Istnieją inne 

poważne powody, dla których nie mogę wiązać się na stałe z Pierre' em. 

- Jakie znowu powody? 

- Nie mogę mieć dzieci. Nawet gdyby udało mi się 

lajść   w   ciążę,   poród   mógłby   skończyć   się   źle.   Nie   chcę   ryzykować.   Sama 

rozumiesz, że w tej sytuacji nie jestem odpowiednią partnerką dla Pierre'a. 

- Ale Jacky ... 

- Proszę cię, zostawmy to ... - Urwała w pół zdania. 

- Zdaje się, że Thiery się obudził. Chyba płacze. 

- I to jak! 

- Mogę po niego pójść? 

- Oczywiście. Masz taki świetny kontakt z dziećmi. 

- Cudzymi! - rzuciła cierpko i poszła na górę. Chodź do mnie, słoneczko! No 

background image

powiedz, co się stało? - szepnęła do maluszka, biorąc go na ręce. 

Od   razu   przestał   płakać   i   ufnie   przytulił   buzię   do   jej   policzka. 

Charakterystyczny zapach niemowlęcia obudził w niej wspomnienia o Simonie. 

Wydawało jej się, że dawno pogodziła się z tym, że już nigdy nie będzie matką. 

Jednak   ilekroć   brała   na   ręce   czyjeś   dziecko,   zaczynała   marzyć   o   własnym. 

Wiedziała, że nie pozbędzie się tej tęsknoty, więc musi nauczyć się z nią żyć. 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Jacky wyjrzała przez okno swojego gabinetu. Lejący się z nieba żar stopił 

asfalt na szpitalnym podjeździe, 'dlatego teraz kręcili się po nim robotnicy i na­

prawiali szkody. Ruszali się jak przysłowiowe muchy w smole i widać było, że 

praca im nie idzie. 

Nie winiła ich za to, gdyż sierpniowe upały dawały się we znaki wszystkim. 

Sarna   była   ledwie   żywa,   gdy   z   rana   przyjmowała   pacjentów   w   salach 

położonych blisko drzwi wejściowych. Ponieważ były prawie cały czas otwarte, 

klimatyzacja w tej części szpitala praktycznie nie działała. 

Gdy przestała być potrzebna w salach zabiegowych, z ulgą zaszyła się w 

swoim   chłodnym   gabinecie   i   zajęła   papierkami.   Właśnie   skończyła   ostatni 

raport i wyłączyła komputer, po czym wstała i podniósłszy do góry ręce, zaczęła 

się rozciągać. 

- Proszę, proszę, poranna gimnastyka. Aż miło popatrzeć! - zawołał Pierre. 

Minęło zaledwie parę godzin, odkąd rozstali się po kolejnej spędzonej razem 

nocy. Od pamiętnej kolacji na plaży spotykali się regularnie i z każdym dniem 

byli sobie coraz bliżsi. Jacky po raz pierwszy w życiu czuła się tak szczęśliwa. 

Wystarczyło jednak, że przypomniała sobie, jak kruche jest to szczęście, i jej 

oczy traciły blask.

Stało się coś? - Pierre potrafił czytać w niej jak w otwartej księdze. 

- Nie. - Uśmiechnęła się, odsuwając od siebie czarne myśli. - Jak sytuacja na 

oddziale? 

- W miarę spokojnie - odparł, a wyjrzawszy przez okno, dodał: -  I  całe 

szczęście, bo ci panowie zamiast pracować, urządzili sobie solarium akurat w 

miejscu,   gdzie   podjeżdżają   karetki.   Jedni   się   opalają,   a   inni   ...   Człowieku, 

uważaj! Rany boskie! 

- Co się stało? 

- Rozpędzona karetka wpadła prosto na jednego 

z nich. A tuż za nią nadjeżdża następna. Chodźmy! 

Wybiegli przed budynek, gdzie już czekał portier z noszamI. 

- Trzeba natychmiast zabrać go do środka - zawołał Pierre i pochylił się nad 

zakrwawionym robotnikiem, by sprawdzić, czy można go przenieść na nosze. 

-  Panie  doktorze,  mam  poszkodowanego  z  wypadku! -  krzyknął  kierowca 

drugiej   karetki.   -   Zawaliła   się   stara   kawiarnia   na   plaży.   Jest   co   najmniej 

dziesięciu   rannych.   Zaraz   będą   tu   następne   dwie   karetki   -   relacjonował, 

wyciągając z ambulansu nosze z pacjentem. 

Ustalili, że Pierre zajmie się robotnikiem, a Jacky ofiarami katastrofy. Marie 

miała w tym czasie ściągnąć kogoś do pomocy. 

Jako pierwszy do sali zabiegowej trafił sześcioletni chłopiec, który przez cały 

czas rozpaczliwie wołał mamę· 

- Przywieźli nas razem, ale potem gdzieś ją zabrali. Mamusia usnęła i nie 

mogłem jej obudzić .,-- mówił, krztusząc się łzami. 

- Obiecuję, że zaraz poszukam twojej marny - uspokajała go Jacky - ale 

background image

najpierw muszę cię zbadać. Spróbuj się przez chwilę nie ruszać, dobrze ... 

Na podstawie pobieżnego badania stwierdziła, że chłopiec ma złamaną rękę i 

możliwe obrażenia wewnętrzne. Starała się obchodzić z nim jak najostrożniej, 

by nie sprawiać mu dodatkowego bólu. 

- Jedliśmy z mamą lody na tarasie, kiedy to się stało. - O nic go nie pytała, ale 

i tak bez przerwy mówił o wypadku. - Nagle powiał wiatr i z dachu spadła 

belka. Mama dostała nią w głowę i wtedy ... zasnęła. Prosiłem ją, żeby się 

obudziła,   bo   musimy   uciekać,   ale   ona   cały   czas   spała.   Dach   się   zawalił... 

Wszyscy tak strasznie krzyczeli. Na mnie też coś spadło. Przewróciłem się i ... 

- Odnalazłam twoją mamę - wysapała pielęgniarka, którą Jacky wcześniej 

poprosiła, by się tym zajęła. - Jeszcze nie odzyskała przytomności, ale zaraz 

zbada ją neurolog. 

- Co się stało mojej mamusi? - Wystraszony chłopiec spojrzał na Jacky 

oczami pełnymi łez. 

- Cały czas śpi, ale lekarze pomogą jej się obudzić. 

Nie martw się, wszystko będzie dobrze. A teraz zrobimy ci prześwietlenie ręki i 

dokładnie obejrzymy kość. - Jest złamana? 

- Chyba tak. Powiem ci, jak zobaczę rentgen. 

- Pewnie założą mi gips. Tylko żeby nie był brą- 

zowy! 

-   :ty1am   pomysł   -   powiedziała,   uśmiechając   się   do   niego.   -   Poproś   pana 

technika o niebieski albo jakiś mny~ 

- Tylko nie brązowy! 

- Wykluczone! - odparła z powagą.

Gdy   pielęgniarka   zabrała   chłopca   na   prześwietlenie,   Jacky   zajęła   się 

kolejnymi poszkodowanymi. Dwie naj ciężej ranne osoby zmarły, a pozostałe 

miały liczne złamania i wymagały natychmiastowej operacji. Jacky miała cichą 

nadzieję, że mama dzielnego sześciolatka nie powiększy listy śmiertelnych ofiar 

wypadku. 

Do końca dnia pracowała bez chwili wytchnienia. 

Po dyżurze nie poszłajednak do domu, tylko do swojego gabinetu. Z ulgą zdjęła 

buty i zaparzywszy świeżą kawę, ciężko usiadła w fotelu. Zastanawiała się, czy 

Pierre   zajrzy   do   niej,   czy   pojedzie   prosto   do   domu.   Chyba   ściągnęła   go 

myślami, bo po chwili stanął w drzwiach. 

- Wpadłem na kawę - oznajmił. 

- Dobrze trafiłeś, właśnie zaparzyłam. 

- Mam dla ciebie dobrą wiadomość. Są wyniki 

szczegółowych badań tego chłopca, którego rano ratowałaś. Nie ma żadnych 

obrażeń wewnętrznych. 

- Całe szczę.ście. Wiadomo, co z jego mamą? 

- Niestety, jeszcze nie odzyskała przytomności. 

Jest pod stałą opieką neurologów. 

Przymknęła oczy. 

- Modlę się, żeby z tego wyszła. 

Poczuła, że Pierre bierze ją za rękę. Jego ciepłe, pełne zrozumienia spojrzenie 

dodało jej otuchy. Wiedziała, że lekarz, aby mógł być skuteczny, nie powinien 

nadmiernie wczuwać się w sytuację pacjentów. Jednak temu małemu chłopcu 

współczuła z całego serca. 

- Mam nadzieję, że ta kobieta nie umrze - powie działa ledwie słyszalnym 

głosem. - Dla dziecka to niewyobrażalny dramat, gdy matka ... 

Urwała, spłoszona myślą, że przecież Christophe jest półsierotą. 

- Przepraszam - powiedziała szybko, próbując naprawić gafę. - Miałam na 

myśli własne doświadczema. 

background image

- Wiem. - Delikatnie -ścisnął jej dłoń. - Odczułaś na własnej skórze, jak to 

jest,   kiedy   dzieciństwo   kończy   się   zbyt   szybko.   Christophe   nigdy   nie   miał 

mamy. W pewnym sensie tak jest dla niego lepiej, choć z drugiej strony ... 

Westchnął i odchyliwszy głowę, oparł się o fotel. - Najgorsze - rzekł po chwili - 

że jutro nie ma kto się nim zająć. Nadine ijej chłopak chcą jechać na kilka dni 

do Paryża. Przecież siłą jej nie zatrzymam. 

- Nie możesz wziąć urlopu? W końcu ty tu jesteś szefem. 

- Rano mam ważne spotkanie, którego nie -mogę odwołać. Będę miał wolne 

popołudnie   i   cały   następny   dzień,   ale   na   rano   muszę   wziąć   jakąś   nianię   z 

agencji. Nie wiem, jak Christophe zareaguje. Nie znosi obcych ... 

- Biedny dzieciak. - Zastanowiła się przez chwilę. 

- Gdybyś zmienił plan moich dyżurów, mogłabym się 

nim zająć. 

- Bardzo bym chciał, ale ... 

.  - Ale  co?   -  Podeszła  do   okna   i  wyjrzała   na  dziedziniec.   Czekała,  co   jej 

odpowie, choć doskonale wiedziała, skąd bierze się jego rezerwa. Zaoferowała 

pomoc. Nic więcej zrobić nie mogła. Uznała, że lepiej będzie zmienić temat. 

Co z tym robotnikiem, w którego wjechała karetka? 

-   Musieliśmy   amputować   mu   nogę.   Nie   wiadomo,   czy   uda   się   :uratować 

drugą. - Zamilkł  i spojrzał jej  w oczy.  - W  porównaniu  z  tym,  co  spotyka 

naszych pacjentów, moje problemy wydają się błahe, prawda? 

- Ja wcale tak nie myślę! Posłuchaj, naprawdę chę- 

tnie popilnuję Christophe'a. 

- Wiem, że byłby tym zachwycony, ale ... 

- Jesteś okropnie uparty! 

- Nie jestem! Po prostu nie chcę, żeby przeżył 

wielkie rozczarowanie, jeśli ... - Rozstaniemy się? Przytulił ją 

do siebie mocno. 

- Nie chcę tego! Wiesz, od pewnego czasu męczy mnie ten sam koszmarny 

sen. Dziś w nocy też mi się śnił. Liliane rodzi, woła mnie, a mnie przy niej nie 

ma! 

Zaczerpnął powietrza. 

- Nie było mnie przy niej, kiedy rodziła. I kiedy umarła. To niewybaczalne - 

wyrzucił z siebie jednym tchem. 

- Nie istnieją winy, których nie da się wybaczyć. 

Skoro cię z nią nie było, musiałeś mieć ważny powód. Co wtedy robiłeś, 

Pierre? 

-   Brałem   udział   w   konferencji   medycznej.   Wygłaszałem   wykład,   więc 

musiałem   wyłączyć   komórkę.   Liliane   była   w   siódmym   miesiącu.   Czuła   się 

dobrze,   dziecko   rozwijało   się   prawidłowo.   Naprawdę   nie   było   żadnych 

powodów   do   niepokoju.   -   Umilkł,   jakby   wahał   się,   czy   mówić   dalej.   - 

Ginekolog nie stwierdził żadnych wad wrodzonych, które mogłyby spowodo­

wać przedwczesny poród ... 

Słuchała go w skupieniu, nie przerywając pytaniami. Miała ochotę podejść 

do niego, objąć, dodać otuchy, lecz nie ruszyła się z miejsca. Podświadomie 

wyczuwała, że Pierre nie mówi jej wszystkiego. 

- Tak naprawdę nie wiem, co dokładnie stało się tamtego dnia - przyznał. - Z 

karty informacyjnej, którą przekazał mi szpital, wynika, że rano Nadine poczuła 

się źle. Albo nie zorientowała się, że zaczął się poród, albo ... Wiadomo, że 

dostała krwotoku. Próbowała wezwać pogotowie, ale zemdlała, zanim zdążyła 

podać adres. Dyspozytor zdołałjąjakoś namierzyć, ale kiedy załoga przyjechała 

na miejsce i wyważyła drzwi, było już po wszystkim. Znaleźli ją w łazience, 

nie- . przytomną. Obok niej na podłodze leżał Christophe, którego zdołała 

urodzić. Cudem udało się go uratować. Liliane zmarła w drodze do szpitala ... 

Otuliła go ramionami i delikatnie głaskała po głowie, szepcząc do niego po 

background image

francusku, choć doskonale wiedziała, że w żadnym języku nie istnieją śłowa, 

które   mogłyby   przynieść   mu   ulgę.   On   nigdy   nie   zapomni.   Bo   czy   można 

zapomnieć o takim koszmarze? 

Chyba że ktoś wyjawiłby mu całą prawdę o ... Nie, gdyby Marcel powiedział 

mu o niewierności Liliane, tylko pogorszyłby sytuację. Trzeba zostawić go w 

spokoju. Niech pamięta swoje małżeństwo jak najlepiej. Nikt nie ma prawa 

odbierać mu tych bezcennych wspomnień. 

- Niesamowite, że Christophe przeżył - powiedziała, gdy Pierre nieco się 

uspokoił. 

- Ratownicy dali z siebie wszystko. Na szczęście mieli w karetce inkubator. 

Poza tym mój syn to twardy gość, nigdy się łatwo nie poddaje.  

- Zupełnie jak jego ojciec. 

Odwróciła się od niego, gdyż bała się, że się rozpłacze. Jego opowieść 

poruszyła ją do żywego. 

Pierre stanął tuż za nią. 

- Doceniam, że chcesz się nim zająć - powie. dział, otaczając ją ramionami. - 

Mogę na ciebie liczyć? 

- Jasne! - Poczuła, jak wraca jej nadzieja. - Tylko musisz najpierw zapytać 

mojego szefa, czy zgodzi się przesunąć mój dyżur. Uprzedzam, że facet jest 

cholernie uparty. 

- Nie zawsze. - Odetchnął głęboko. Właśnie podjął jedną z najważniejszych 

decyzji. - To co? Przyjdziesz do nas jutro na śniadanie? 

Idąc nazajutrz do jego domu zastanawiała się, co go skłoniło do zmiany 

zdania.   Miała   wrażenie,   że   w   chwili,  gdy   opowiedział   jej   o   śmierci   żony, 

przeżył katharsis. Być może dzięki zwierzeniom poczuł się oczyszczony. Nie 

miała pojęcia, co wywołało w nim taką reakcję, ale czuła ogromną ulgę. 

Żwir   zaskrzypiał   pod   jej   sandałkami   na   płaskim   obcasie,   gdy   weszła   na 

podjazd przed domem. Ruszyła do drzwi lekkim krokiem, niosąc na ramieniu 

dużą torbę, a w niej kostium kąpielowy, wodę mineralną i herbatniki, czyli 

niezbędnik plażowicza. Zamierzała bowiem pójść z Christophe'em nad morze. 

- Cześć, Jacky! - zawołał chłopczyk, biegnąc jej na spotkanie. 

- Cześć, Christophe. - Przykucnęła, by mógł ją pocałować na dzień dobry. 

- Śniadanie jest gotowe. Chodź szybko, bo jestem okropnie głodny! - ponaglał, 

ciągnąc ją za rękę do kuchni. 

- Mmm, jak pięknie pachnie! Uwielbiam świeże rogaliki - westchnęła, 

delektując się ich zapachem. 

- Ja też. - Pierwszy usiadł przy stole i sięgnął po morelowy dżem. - Sam 

odkręcę, dobrze? To przecież nic trudnego. Ojej, przepraszam, nie chciałem - 

jęknął skruszony, gdy słoik wyśliznął mu się z rąk i dżem poplamił czysty obrus. 

- Nic się nie stało - uspokoiła go. - Zaraz posprzątamy. 

- Wiedziałem, że przesadzam z tym obrusem. 

- Pierre uśmiechnął się do niej porozumiewawczo 

i zaczął ścierać plamę; - Ale cóż, w końcu nie co dzień gości się na śniadaniu 

VIP-a - stwierdził, wracając na swoje miejsce. 

- • A co to jest VIP? - zainteresował się Christophe. 

- Bardzo ważna osoba - wyjaśnił, podając jej ko- 

szyczek z pieczywem. 

- Jacky jest bardzo ważna? - ciągnął chłopiec. 

- Dla mnie tak. 

- Dla mnie też! Bo dziś ze mną zostaje. Co będzie- 

my robili? - zapytał, patrząc na nią wyczekująco. Może pogramy w piłkę w 

ogrodzie? 

- A nie lepiej na plaży? - podrzuciła. 

background image

- Super! I popływamy w morzu, dobrze? Ja już 

umiem ... no, prawie. Tata każe mi zakładać rękawki, bo mówi, że może porwać 

mnie fala ... 

Christophe   z   podniecenia   trajkotał   jak   katarynka,   a   oni   słuchali   go, 

uśmiechając się pobłażliwie. W pewnej chwili spojrzeli sobie w oczy. Jacky 

miała wspaniałe poczucie, że panuje między nimi pełna harmonia. 

- Uważaj, mam ręce lepkie od dżemu - szepnęła, gdy Pierre nakrył dłonią jej 

dłoń. 

- Ja też. Będziemy się do siebie kleić. Uśmiechnęła się, czując w całym ciele 

rozkoszne mrowienie. Było jej z nimi tak dobrze. Chwilami zdawało się, że są 

najprawdziwszą rodziną. Nie chciała pamiętać o problemach, które na nich 

czyhały. Chwilo, jesteś piękna. Trwaj! - pomyślała wzruszona. 

- Nie wyłączaj komórki na plaży - poprosił Pierre, całując ją przed wyjściem 

do pracy. 

-'-- Myślałam, że jedziesz na ważne spotkanie. Będziesz miał możliwość do 

nas dzwonić? 

- Nie w czasie spotkania, bo będę rozmawiał z radą gubernatorów, ale potem 

teoretycznie jestem wolny. Jeśli skończymy w miarę wcześnie, przyjadę do was. 

- Świetnie! 

~ Jacky! Nie mogę znaleźć kąpielówek! - zawołał z góry Christophe. - 

Pomożesz mi szukać? 

- Już do ciebie idę! - odkrzyknęła. 

- Sprawdź w górnej szufladzie komody - zasuge- 

rował Pierre. - Pewnie nie może sam dosięgnąć. Zobaczymy się później. 

- Powodzenia. - Pocałowała go w policzek, a potem stała w drzwiach, dopóki 

nie odjechał. 

- Już idę, kochanie! - zawołała do Christophe'a i pobiegła na górę. 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Christophe biegł przodem, kopiąc piłkę. Co chwila odwracał się i wykonywał 

efektowne   podanie,   zmuszając   Jacky   do   karkołomnych   wyczynów.   Szybko 

odkryła, że sandały zdecydowanie nie nadają się do gry w piłkę, zdjęła je więc i 

szła boso, grzęznąc po kostki w gorącym piasku. Pierwszy raz od bardzo dawna 

czuła niczym niezmącony wewnętrzny spokój i radość. 

Polubiła Christophe'a i cieszyła się, że mogą spędzić razem przedpołudnie. 

Gdyby los był dla niej łaskawszy, pewnie chodziłaby na takie spacery z włas- 

nym dzieckiem. 

- Christophe, może zostawimy tu nasze rzeczy 

i popłyWamy? - zaproponowała. 

- A umiesz pływać? - upewnił się. 

- Tak. I bardzo lubię. 

Przebrali się w kostiumy i trzymając się za ręce, pobiegli do morza. 

- Ale zimna woda! - Wzdrygnął się. - Dlaczego jest taka lodowata, a piasek 

parzy w stopy? 

- Dlatego, że morze jest ogromne i mimo upału bardzo długo się nagrzewa. 

- To znaczy, że nawet gdybym wlał do niego wiadro gorącej wody, nie 

zrobiłoby się cieplejsze? 

- Niestety, nie. 

- Pokazać ci, jak pływam? - ożywił się. 

background image

- Chwileczkę. Najpierw poprawię ci rękawki. 

Wskoczył   do   wody,   która   w   tym   miejscu   sięgała   dorosłemu   do   kolan,   i 

przepłynął   kilka   metrów   pieskiem,   po   czym   zalała   go   fala.   Wynurzył   się, 

parskając i prychając, ale roześmiany. 

- Spróbuję jeszcze raz! - zawołał, niezrażony niepowodzeniem. 

Szło mu coraz lepiej, więc poprosił Jacky, by do niego dołączyła. Wprawdzie 

woda była dla niej zdecydowanie za płytka, ale udało jej się nie poobcierać 

kolan. - Ale fajnie! Pływamy sobie razem jak dwa delfiny! - cieszył się. - 

Widziałaś kiedyś żywego delfina? - Tutaj nie, ale na południu ... - Opowiedziała 

mu o wszystkich delfinach, jakie w życiu widziała, budząc tym jego podziw. 

- Chciałbym być podróżnikiem, wiesz? - wyznał. 

- Będę jeździł po świecie i oglądał lwy i tygrysy, i .. 

- Lista stworzeń, które zamierzał zobaczyć na własne 

oczy, była imponująca. 

Jeszcze chwilę gawędzili o jego planach na przyszłość, pluskali się w wodzie 

i ćwiczyli pływanie pieskiem, a potem wrócili na koc, by się wytrzeć i przebrać 

w suche stroje. 

Jacky położyła się na gorącym piasku i przyglądała się, jak Christophe buduje 

zamek. Myślała o tym, jak bardzo jest mądry i wrażliwy. Choć nie miał mamy, 

wyrósł na pogodnego i bardzo sympatycznego chłopca, co z pewnością była 

zasługą kochającego i tros.kliwego ojca. 

W torbie zabrzęczała komórka, sięgnęła więc po nią, by sprawdzić, kto 

dzwoni. 

- Pierre! Jak spotkanie? Już się skończyło? 

- Tak, na szczęście trwało nadspodziewanie krót- 

ko. Ku mojemu zaskoczeniu gubernatorzy bez większego oporu zgodzili się 

wyasygnować dodatkowe pieniądze na szpital. 

- Świetnie! 

- Zaraz do was przyjadę. 

- To tata'? - zapytał Christophe. 

- Tak. Chcesz z nim porozmawiać? Proszę. - Po- 

dała mu telefon. 

- Cześć, tato. Buduję zamek. Mógłbyś przyjechać i mi pomóc? Naprawdę?! 

Super! Dobrze. Jacky, tata chce z tobą rozmawiać. 

- Tak? 

- Gdzie was szukać? 

Wytłumaczyła mu, gdzie są, a gdy skończyli rozmawiać, wstała i przyłączyła 

się do Christophe'a. 

Właśnie szukała kamyków do ozdobienia wieży, gdy usłyszała głos Pierre'a. 

Serce zabiło jej radośnie. Uśmiechnięta patrzyła, jak zbiega z wydm, trzymając 

w ręku dużą plastikową torbę. W dżinsach i koszulce polo wyglądał bardzo 

młodo, wręcz chłopięco, jak w dawnych beztroskich latach pierwszej młodości. 

- Tatuś! - zawołał Christophe i rzucił mu się na SZYJę· 

- Proszę, kupiłem ci nowe łopatki. 

- Ale super! Dzięki, tatusiu! - Chłopiec ucieszył 

się, wyciągając je z torby. 

- Jak tam? - Pierre spojrzał ponad jego głową na Jacky. 

- Doskonale. Nie nudzimy się. 

- Właśnie widzę. - Czule pogładził jej dłoń. 

-   Tato,   no   chodź!   Obiecałeś,   że   mi   pomożesz   budować.   -   Christophe 

pociągnął go za rękę, nie mogąc się doczekać wspólnej zabawy. 

- Więc do dzieła! - Pierre zatarł ręce i wszyscy troje żabrali się do pracy. 

-   Jacky,   gdzie   się   nauczyłaś   układać   takie   fajne   wzory   z   kamyków?   --.: 

zapytał Christophe, przyglądając się jej dziełu. 

- Jak byłam mała, mieszkałam nad morzem - odparła, wciskając w piasek 

białoszary kamyk. 

background image

- A rodzice pomagali ci budować zamki, tak jak wy pomagacie mnie? 

- Raczej nie. Nie lubili chodzić na plażę. Budowałam zamki z innymi 

dziećmi. 

Zauważyła, że Pierre przestał kopać i przysłuchuje się ich rozmowie. 

- Kiedy byłem chłopcem, mieszkałem blisko Jacky - powiedział Christophe' 

owi. 

- Naprawdę? I co, bawiliście się razem? 

- Nie. - Uśmiechnęła się. - Twój tata był ode mnie 

starszy i nie chciał bawić się z. małymi dziewczynkami. Wolał grać z kolegami 

w piłkę. 

- Ale kilka razy spotkaliśmy się na plaży, pamiętasz? - wtrącił Pierre. - Na 

przykład wtedy, kiedy się przewróciłaś i rozcięłaś kolano. 

- A ty mnie zaniosłeś do swojego ojca. Pamiętam to tak dokładnie, jakby 

zdarzyło się wczoraj. 

- Miałaś wtedy tyle lat, co Christophe - powiedział zaskoczony. 

- To prawda, ale wszystko pamiętam. 

Wymienili spojrzenia pełne czułości i wzajemnego zachwytu. Christophe musiał 

wyczuć ogarniającą ich falę miłości, bo wcisnął się między nich. Przytulili go 

do siebie i przez jeden niezapomniany moment byli prawdziwą rodziną. Jacky 

odsunęła   się   pierwsza   i   wróciła   do   przebierania   kamieni.   Po   chwili   znów 

zgodnie budowali zamek, ale łącząca ich ciepła więź nie zniknęła. 

Gdy ich zamek był tak~doskonały, że nie było już czego poprawiać, Pierre 

stwierdził, że pora zjeść lunch~. 

- Niedaleko stąd jest mała restauracja, o której mówił mi Marcel. Możemy 

pójść tam pieszo - powiedział. - Zaniosę rzeczy do samochodu, a wy się w tym 

czasie ubierzcie. 

Wrócił po paru minutach i ruszyli w stronę baru. 

Christophe jak zwykle pobiegł przodem. 

- Nie miałaś z nim żadnych problemów? - zapytał Pierre, przyglądając jej się 

dyskretnie. Ucieszył się, że wygląda na odprężoną i wypoczętą. 

- Nie. Twój syn to fantastyczny dzieciak. Świetnie nam się rozmawiało. 

- A o czym, jeśli wolno spytać? 

- Och, o tysiącu ważnych rzeczy. O zwierzętach, 

ptakach, książkach,'które ty albo Nadine czytacie mu 

na dobranoc. 

Wziął ją za rękę· 

- Christophe lubi być traktowany po partnersku 

- wyjaśnił. - Niektóre z opiekunek nie umiały się 

z nim dogadać. Krzyczały na niego, kiedy był niegrzeczny, i nie rozumiały, że 

jego złe zachowanie to nic innego jak błaganie o pomoc. 

- Jakoś nie mogę sobie wyobrazić Christophe'a sprawiającego problemy 

wychowawcze. Szkoda, że ... 

Urwała w pół słowa. Miała zamiar powiedzieć, że to niedobrze, iż chłopiec 

ma tylu różnych opiekunów, ale doszła do wniosku, że lepiej nie poruszać tego 

tematu. Gdyby zaczęli o tym rozmawiać, nieuchronnie dotknęliby problemów, o 

których wolała nie pamiętać. 

- Zaczęłaś coś mówić - przypomniał jej Pierre. 

- Chciałam zapytać, czy idziemy do tego baru - 

skłamała, wskazując widoczne nieopodal stoliki. 

- Chciałaś powiedzieć coś zupełnie innego - zaprotestował cicho. - Martwi 

mnie, że mojemu synowi brakuje poczucia bezpieczeństwa, ale nie chcę o tym 

teraz rozmawiać. Po co psuć miły nastrój. Cieszmy się słońcem i tym, że mamy 

dla siebie cały dzień. 

Właściciele małej restauracji, Henri i Antoinette, przywitali ich serdecznie i 

posadzili przy stoliku przy oknie. Z rozmowy wynikało, że Pierre zrobił Vi cześ­

background image

niej   rezerwację.   Widocznie   Marcel   uprzedził   go,   że   restauracja   cieszy   się 

popularnością.   Rzeczywiście,   wszystkie   stoliki   były   zajęte,   a   dobra   opinia 

wśród   gości   w   pełni   uzasadniona,   gdyż   potrawy,   które   wybrali,   smakowały 

wyśmienicie. Nawet Christophe zjadł wszystko z wielkim apetytem. 

- Ryba nie zawsze mi smakuje - przyznał, połykając ostatni kęs soli w sosie 

cytrynowym - ale ta była bardzo dobra. I ładnie pachniała. Czasem w przed­

szkolu   dają   nam   na   lunch   rybę,   która   okropnie   śmierdzi.  Wtedy   zostawiam 

swoją porcję. 

- I nie jesteś potem głodny? - zapytała Jacky. 

- Jestem. I co z tego? - Wzruszył ramionami z tYpową galijską nonszalancją. 

Zupełnie jak ojciec, pomyślała Jacky i uśmiechnęła się do siebie. 

- Co chciałbyś na deser? - zapytała go Antoinetle. 

- Szarlotkę czy lody? Mamy cytrynowe, waniliowe, 

czekoladowe i truskawkowe. 

Christophe   długo   nie   mógł   zdecydować,   więc   restauratorka   rozwiązała 

problem, proponując mu po małej kulce.każdego. 

- Mają państwo uroczego synka - pochwaliła go, kładąc mu rękę na ramieniu. 

Jacky już miała sprostować, że nie jest jego mamą, ale Pierre ją uprzedził. 

- Miło nam. to słyszeć. Jesteśmy z niego bardzo dumni - oznajmił. 

Popatrzyła   na   Pierre'a   znad   filiżanki   kawy,   ale   nic   nie   wyczytała   z 

zagadkowego   spojrzenia   jego   ciemnych   oczu.  Wiedziała,   że   chwila   nie   jest 

odpowiednia, by pytać, dlaczego nie wyprowadził Antoinette z błędu. Może 

wolał udawać, że czasem marzenia się spełniają? 

Uśmiechnęła   się   do   niego,   a   on   odpowiedział   beztroskim   uśmiechem,   z 

którym   było   mu   wyjątkowo   do   twarzy.   Podziwiała   jego   urodę,   czując,   jak 

powoli budzi się w niej pożądanie. Nie miałaby nic przeciwko temu, by zrobili 

sobie gdzieś sjestę, u niej czy u niego ... 

Wystarczyło jedno spojrzenie i już wiedziała, że Pierre myśli o tym samym. 

-- Tato! - Christophe pociągnął go za rękaw. - Czy możemy wrócić na plażę, 

tam, gdzie zbudowaliśmy zamek? Chciałbym zbudować jeszcze jeden. Pójdzie­

my? 

- Jasne, że tak. 

Musieli skończyć swą rozmowę bez słów, ale pozo stały im gesty. Kiedy Pierre 

odsuwał jej krzesło, czule pogładził jej ramiona, a ona pocałowała go w 

policzek. - Mam nadzieję, że nie zachowujemy się niestosownie - szepnęła. 

Otoczył ją ramieniem. 

- A kto powiedział, że w restauracji nie wolno okazywać czułości? - zapytał i 

posłał jej tak gorące spojrzenie, że aż ugięły się pod nią nogi. - Masz jakieś 

plany na wieczór? 

- Muszę zajrzeć do kalendarza. 

- Dlaczego szepczecie? - zainteresował się Chris- 

tophe. Zeskoczył z krzesełka i podszedł do nich. 

- Ustalamy, co będziemy robili po południu - odparł Pierre. - A teraz chodźmy 

na plażę. Zbudujemy ogroIlflle zamczysko. 

- Super! - Uradowany chłopiec wszedł między nich i wziął ich za ręce. - A 

potem popływamy, zagramy w piłkę, pobawimy się i ... 

Pod koniec dnia Jacky tryskała radością. Po wspólnej zabawie na plaży jej i 

Pierre'owi udzielił się doskonały nastrój Christophe'a. Na myśl, że gdy cWopiec 

zaśnie, będą mieli wieczór dla siebie, dostawała rozkosznej gęsiej skórki. Fakt, 

że muszą trochę poczekać, tylko zaostrzył jej apetyt na miłość. 

- Jesteś taka małomówna - zauważył Pierre. O czym myślisz? 

Zerknęła na Christophe'a, który przekładał kamyki z wiaderka do plastikowej 

torby. 

- Później ci powiem - odparła. 

- Chyba się domyślam. - Pierre uśmiechnął się. - I chciałbym. się nie 

background image

mylić. 

Musnął dłonią jej ramię, a ona poczuła się tak, akby przepłynął przez nią prąd. 

Po powrocie z plaży spędziła dużo czasu z chłop;em. Usiadła z nim na tarasie 

i trochę mu poczytała,  l  potem patrzyła, jak maluje nowymi farbami, które 

iostał od ojca. 

Kiedy   skończył,   zjedli   kolację,   na   którą   Pierre   u;mażył   omlet,   a   ona 

przygotowała sałatę. Potem sieizieli chwilę przy kuchennym stole, pijąc wino. 

- To był dzień pełen wrażeń - podsumował Pierre, Jpierając się wygodnie o 

krzesło. - Jesteś śpiący? - zapytał Christophe'a, któremu powieki same opaiały. 

- Nie. To znaczy ... trochę. Jacky, połoiysz rnnie ;pać? 

- Oczywiście. Z wielką chęcią. 

- Wobec tego ja sprzątnę po kolacji - oświadczył 

Pierre. 

Minęło sporo czasu, zanim Christophe wreszcie się położył. Najdłużej trwała 

kąpiel,   gdyż   leżąc   w   wanilie,   pokazywał   Jacky   swoją   imponującą   kolekcję 

i":abawek. 

- Masz ich tak dużo, że niedługo zabraknie dla ::;iebie miejsca - żartowała. 

- Jak wam idzie? - Pierre wszedł do łazienki, a widząc ich w tak doskonałej 

komitywie, uśmiechnął się i": czułością. - Wszystko w porządku, Jacky? 

Klęczała na podłodze i wyglądała na szczęśliwą· Policzki miała zaróżowione i 

wilgotne od parującej wody. 

- Tak, wszystko dobrze. - Uśmiechnęła się· 

-   Nie   jesteś   zbyt   zmęczona?   -   zapytał,   ale   szczególny   błysk   w   jego   oku 

podpowiedział jej, do czego naprawdę zmierza. 

- Nigdy nie jestem zbyt zmęczona! 

- Cieszę się. - Wsunął dłoń w jej włosy i musnął 

palcami kark. - Skończyłem już w kuchni, ale widzę, że nieprędko będziesz 

wolna. 

- Nie lubię się spieszyć. 

- Słusznie. - Posłał jej pocałunek i wyszedł. 

Spotkali się kilka minut później w pokoju Christophe'a. 

- Narzekał, że mu gorąco, więc przykryłam go samym prześcieradłem - 

powiedziała. 

- Dobrze. - Objął ją w pasie i pochylił 'się, by pocałować syna. - Dobranoc, 

synku. Kocham cię. 

- Dobranoc. Kocham cię, tatusiu. I ciebie też, Jacky -mruknął sennie. 

- I ja cię kocham, malutki - szepnęła wzruszona. Nie potrafiła opisać, jak wiele 

znaczą dla niej te proste słowa. Poczuła się tak, jakby nagle odzyskała swojego 

maleńkiego Simona. Jak ona przeżyje dzień, w którym będzie musiała odejść; 

raz na zawsze zniknąć z ich życia? Skąd weźmie siłę, by zostawić tego 

kochanego chłopca i tego wspaniałego mężczyznę? 

Pierre przytulilją do siebie i wyprowadził z dziecięcego pokoju. 

Ledwie zamknął drzwi swojej sypialni, zasypał ją tysiącem wytęsknionych 

'pocałunków. 

Noc wciąż była młoda i należała tylko do nich ... 

- Dlaczego nie chcesz zostać? - Pierre zmrużył oczy i próbował dojrzeć, która 

jest godzina. Zaczynało świtać. - Mam dziś wolny dzień. Jest za wcześnie, żeby 

... 

- Muszę iść - odparła i szybko zapięła bluzkę. Mam dziś poranny dyżur. 

- Zadzwonię do szpitala i powiem, żeby ktoś cię zastąpił. Przecież nic się nie 

stanie, jeśli się z kimś zarmemsz. 

W stał z łóżka i podszedł do niej. 

- Naprawdę muszę iść - powtórzyła. - Christophe na pewno się ucieszy, że 

background image

przez cały dzień będzie cię miał tylko dla siebie. 

Położył dłonie na jej ramionach i z niepokojem spojrzał w oczy. 

- Ale co się stało? Spędziliśmy razem cudowny dzień. Dlaczego nagle tak się 

spieszysz? 

Spojrzała mu w oczy iod razu wiedziała, że to błąd. 

Ciało zaczęło buntować się przeciw nakazom rozsądku. Nie, tym razem się nie 

złamie. Przecież podjęła decyzję. Kiedy minęło miłosne uniesienie, w ogóle nie 

mogła zasnąć. Leżała obok Pierre'a, myśląc o tym, że czuje się bezgranicznie 

szczęśliwa, lecz, to szczęście jest wyjątkowo kruche i nietrwałe. Co gorsza, 

zdarzało jej się o tym zapominać. Od czasu do czasu odzywał się w niej instynkt 

samozachowawczy i podpowiadał, że musi się ratować, bo rozstanie z Pierre' 

em po prostu złamie jej serce. 

Wiedziała, że prędzej czy później ich drogi muszą się rozejść, ale nie zamierzała 

niczego przyspieszać. Nadal chciała spotykać się z Pierre'em, tyle że byłoby 

nierozsądnie   z   jej   strony   angażować   się   w   ten   związek   bez   reszty.   Dlatego 

uznała,   że   kolejny   dzień   zabawy   w   rodzinę   absolutnie   nie   wchodzi   w   grę. 

Choćby dlatego, że jest to nie fair wobec chłopca. Martwiło ją, że tak szybko się 

do niej przywiązał. Dręczyło pytanie, czy pięcioletnie dziecko będzie w stanie 

zrozumieć, że wszystko kiedyś się kończy? 

- Martwisz się - stwierdził Pierre. - Czy naprawdę nie możemy żyć chwilą, nie 

wybiegając zbyt daleko w przyszłość? Jacky, proszę cię ... Jeszcze nigdy nie 

czułem się tak szczęśliwy! 

- Ja też - szepnęła. - Mimo to muszę wrócić do rzeczywistości. Choćby tylko 

na moment. - Uśmiechnęła się smutno. - Spokojnie, przecież jeszcze się nie 

rozstajemy! Po prostu uważam, że spędziliśmy dostatecznie dużo czasu, bawiąc 

się w ... 

- Rodzinę? - dokończył za nią. Skinęła głową. 

- Rozumiem. Sam do niedawna uważałem, że nie powinniśmy angażować w 

to Christophe' a. Ale cóż, stało się. 

- Owszem. I przyjdzie dzień, kiedy on będzie musiał zrozumieć, że ... 

- Jacky, będziemy się o to martwili w swoim czasie. Razem na pewno 

znajdziemy rozwiązanie. 

- Tak myślisz? - Wzięła głęboki oddech. - Muszę iść. 

- Skoro tak postanowiłaś - westchnął zrezygnowany i pocałował ją w 

policzek. 

Odsunęła się od niego i wyszła. Rozsądek mówił jej, że postępuje właściwie, 

za to serce wyrywało się do niego i do Christophe'a. 

Posłuchała głosu rozsądku, wierząc, że tak będzie lepiej dla nich w~zystkich. 

Wydawało jej się oczywiste, że im bardziej się do siebie zbliżą, tym gorzej 

zniosą   rozstanie.   Ich   sytuacja   przypominała   błędne   koło.   Dlatego   uznała,   że 

musi zachować minimum niezależności i dopóki może, powinna przynajmniej 

próbować postępować racjonalnie. 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Przez następne tygodnie trzymała się z dala od Pierre'a. Ponieważ spotykali 

się tylko w szpitalu, nie było okazji, by wrócić do ostatniej rozmowy. Jacky była 

jednak pewna, że przemyślał to, co zostało wtedy powiedziane. 

Sama   starała   się   ostudzić   emocje   i   zdystansować   wobec   trapiących   ich 

problemów.   Nie   mogła   jednak   udawać,   że   nie   wyczuwa   napięcia,   które 

background image

pojawiało się między nimi nawet wtedy, gdy tak jak dziś, pełnili razem dyżur. 

Właśnie oglądali zdjęcia rentgenowskie złamanej nogi chłopaka, który miał 

wypadek samochodowy. 

-   Brakuje   fragmentów   kości   -   stwierdził   Pierre,   zerkając   na   uśpionego 

dwudziestolatka, który dzięki silnym środkom przeciwbólowym był nieświadom 

tego, co się z nim dzieje. 

- Kości piszczelowa i strzałkowa są poważnie uszkodzone. Widzisz, tu i tu. - 

Wskazała miejsca na kliszy. 

- Na szczęście kość udowa jest cała. Mam nadzieję, że uda się uratować całą 

nogę i nawet stopę. Ortopedzi będą go operować jeszcze przed południem. 

- Może chcecie zrobić sobie krótką przerwę? - zapytała Marie, która właśnie 

weszła   do   pokoju   zabiegowego.   -   Na·   razie   ,mamy   spokój,   więc   trzeba   to 

wykorzystać.   Sama   mogę   przygotować   pacjenta   do   operacji,   bo   ortopedzi 

właśnie mi powiedzieli, że będą zaczynać za godzinę. 

-   Dziękujemy,   siostro.   Chętnie   skorzystamy   z   pani   uprzejmości   -   odparł 

Pierre. - Myślisz, że Marie próbuje nas wyswatać? - zapytał żartobliwym tonem, 

gdy szli do gabinetu Jacky. 

- Wątpię - odpowiedziała ze śmiechem. 

- Czy wiesz, że nie słyszałem twojego śmiechu 

od ... - zawiesił głos - od bardzo dawna - dokończył pośpiesznie. 

- Od tego poranka, gdy wyszłam do ciebie, choć prosiłeś, żebym została? - 

rzekła, otwierając drzwi gabinetu. 

Ledwie zostali sami, Pierre od razu przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił. 

Jak za dotkńięciem czarodziejskiej różdżki obudziły się w niej pragnienia i 

emocje, które w ostatnich 

dniach usiłowała stłumić. 

- Rzeczywiście, długo się nie śmiałam ,--- przyznała. 

- Cieszę się, że wreszcie pozwoliłaś mi się dotknąć. 

- Przecież nawet nie próbowałeś. 

- Dziwisz się? Zachowywałaś się jak Miss Sopel 

Lodu. Bałem się, że coś sobie odmrożę. 

- Miss Sopel Lodu? Ciekawe porównanie. Skąd ci to przyszło do głowy? 

- Nie wiem. Ale pasowało do ciebie. Byłaś strasznie niedostępna. 

- Tylko udawałam, jeśli już musisz wiedzieć przyznała, mówiąc ze sztuczną 

wyniosłością.

- Tak myślałem. Nie potrafisz blefować. Ale i tak cię kocham - szepnąłjej do 

ucha. 

Spojrzała na niego, czując nagły skok adrenaliny. 

Jeszcze nigdy nie mówił, że ją kocha. Marzyła, by to od niego usłyszeć, a teraz, 

gdy upragnione słowa wreszcie padły, nie mogła w nie uwierzyć. 

Brzmiało   to   paradoksalnie,   ale   jej   pozorny   chłód   najwyraźniej   podgrzał 

temperaturę jego uczuć. Tyle że Pierre, wyznając jej miłość, jeszcze bardziej 

skomplikował ich sytuację. Po pierwsze, nie wyobrażała sobie życia w trójkącie, 

gdzie miałaby za rywalkę cień zmarłej żony. Po drugie, nawet gdyby Pierre z 

czasem zapomniał o Liliane, i tak nie mogła związać się z nim na stałe. 

Byłoby to z jej strony nieuczciwe, bo przecież nie miała prawa odbierać mu 

szansy na posiadanie dzieci. Jeśli kiedyś uda mu się uwolnić od brzemienia 

przeszłości, powinien ułożyć sobie życie z kobietą, z którą stworzy prawdziwą 

rodzinę. 

- Nie mówiłem ci dotąd, że cię kocham - szepnął - ale w ciągu ostatnich 

tygodni, kiedy naprawdę bałem się, że cię stracę, dokładnie wszystko 

przemyślałem. 

Wstrzymała oddech. - I? - zawiesiła głos. 

- Zastanawiałem się, dokąd-zmierza nasz związek. .. 

background image

- Też o tym myślałam - weszła mu w słowo. - Postanowiłam nie wybiegać 

zbyt daleko w przyszłość. Jest mi z tobą bardzo dobrze, ale ... 

- Nie kochasz mnie? 

- Oczywiście, że cię kocham! - zawołała i natych- miast zasłoniła dłonią usta.

- Nie chciałaś się do tego przyznać. Dlaczego? 

- Istnieje mnóstwo przeszkód, których nie zdoła- 

my   ominąć   -   odparła.   -   Nie   zamierzam   odwoływać   tego,   co   powiedziałam. 

Kocham cię, ale nie widzę możliwości, żebyśmy ... 

W tym momencie zadzwonił telefon, więc musieli 

przerwać rozmowę. 

- Tak, Marie, proszę mówić. Chwilę· słuchala uważnie. 

- Wspaniale! - zawołała. - Zaraz tam będziemy! 

- Co się stało? - zapytał. 

- Pamiętasz tego chłopca, którego przywieźli po 

katastrofie   w   starej   kawiarni   na   plaży?   Jego   mama   odzyskała   przytomność. 

Marie mówi, że mały bardzo prosi, żebyśmy· do niej przyszli. 

- Więc chodźmy! - powiedział Pierre, puszczając ją przodem. - Zaglądałem do 

niej kilka razy, gdy była w śpiączce. Neurolodzy nie dawali jej zbyt dużych 

szans, a jednak cuda się zdarzają. 

-   I   całe   szczęście   -   odparła,   przyspieszając,   by   dotrzymać   mu   kroku.   - 

Pamiętasz małego Dominica? 

- Jak-mógłbym go zapomnieć!  . 

Kiedy weszli do sali, w której leżała kobieta, jej synek zerwał się z krzesła i 

zawołał radośnie: 

- Popatrzcie na moją mamę! 

Kobieta· próbowała unieść rękę i uśmiechnąć się, ale Pierre natychmiast ją 

powstrzymał. 

- Proszę oszczędzać siły - polecił. - Nie powinna pani wykonywać zbędnych 

mchów. Koledzy z neurologii zaraz poinformują panią o dalszym leczeniu. 

Na ustach kobiety pojawił się blady uśmiech. 

- Wszyscy byliście dla mnie tacy dobrzy - szep nęła ledwie słyszalnym głosem.- 

Od   pewnego   czasu   miałam   świadomość,   że   obok   mnie   są   ludzie,   ale   nie 

mogłam otworzyć oczu ani mówić ... 

- Na pewno wyzdrowiejesz, mamusiu - oświadczył chłopiec, całując ją w 

policzek. - Tak się bałem, że już nigdy się nie obudzisz! 

Z oczu kobiety popłynęły łzy. 

- Nie potrafię powiedzieć, jak bardzo się cieszę, że jednak się obudziłam. 

- Pójdziemy już - odezwał się Pierre. - Życzę szybkiego powrotu do zdrowia. 

Chłopiec wyszedł z nimi i odprowadził ich do drzwi 

oddziału. 

- Jak twoja ręka? - zapytała go Jacky. 

- Widzi pani? Już nie mam gipsu. 

- Tego niebieskiego? 

- A skąd pani wie? 

- Ode mnie - wtrącił Pierre. - Mówiłem pani dok- 

tor, że masz bardzo fajny gips. 

-   Mnie   też   się   podobał!   Nawet   go   nie   wyrzuciłem,   tylko   powiesiłem   na 

ścianie w pokoju - pochwalił się chłopiec. - Lepiej już pójdę. Mama może mnie 

potrzebować. Do widzenia. 

-   Kochany   dzieciak-   zauważyła   Jacky,   gdy   wracali  do   jej  gabinetu.   -  Jak 

myślisz, zdążymy wypić kawę? 

- Marie wie, gdzie nas szukać. Wezwie nas, jeśli będziemy potrzebni. 

-Gdy kawa była gotowa, Jacky usiadła wygodnie w swoim ulubionym· fotelu. 

- Lato minęło nie wiadomo kiedy ... - westchnęła. 

- Ludzie zaczynają wracać z urlopów, a ja ...

- Właśnie, a propos wakacji - przypomniał sobie Pierre. - Miałem powiedzieć 

background image

ci o tym już w zeszłym tygodniu, ale byłaś taka najeżona, że nie miałem od­

wagi. Dzwonił Marcel i mówił, że jak wrócą z Bordeaux, chcieliby zaprosić nas 

do siebie na kolację· Wracają w pierwszym tygodniu września. 

- To już w przyszłym tygodniu. 

- Wiem. - Uśmiechnął się skonsternowany. - Mia- 

łem dać Debbie odpowiedź, ale tego nie zrobiłem, więc wczoraj zadzwoniła 

jeszcze raz i nagrała wiadomość. Nie mam pojęcia, dlaczego to takie ważne, że­

byśmy spotkali się, jak tylko wrócą· 

Jacky miała niejasne przeczucie, że wie, skąd ten pośpiech. No ładnie! Oby 

tylko nie skończyło się wielką awanturą, jeśli Marcel zdecyduje się powiedzieć 

Pierre' owi prawdę o Liliane. Jacky miała nadzieję, że Marcel nie zrobi tego 

swojemu   najlepszemu   koledze.   Westchnęła   ciężko,   tknięta   riiedobrym 

przeczuciem,   i   na   wszelki   wypadek   postanowiła   spotkać   się   wcześniej   z 

Debbie. 

- Co się stało? - Pierre był zdezorientowany. Myślałem, że ucieszysz się ze 

spotkania. Przecież Debbie to twoja przyjaciółka. 

- Ależ cieszę się! - skłamała gładko. - Sprawdzę w kalendarzu, kiedy mam 

wolny wieczór. 

-   Jacky,   daj   spokój.   Przecież   wiem,   że   nie   udzielasz   się   towarzysko. 

Powinienem był oddzwonić do Debbie już wczoraj, więc nie chcę z tym dłużej 

zwlekać. Pamiętam, że w przyszłą środę nie masz dyżuru. Zgadza się? 

- Sam wiesz najlepiej. W końcu to ty układasz grafik. 

-   Dobrze.   W   takim   razie   umówię   nas   na   środę,   tak?   Spróbowała   się 

uśmiechnąć, choć W sercu czuła lęk. - W porządku, niech będzie środa - 

odparła. 

- Jakoś nie słyszę entuzjazmu w twoim głosie. 

Naprawdę nie rozumiem, o co ci chodzi. Przecież to tylko zwykła kolacja z 

przyjaciółmi. - 

Jeśli Marcel zdecyduje się wyjawić pewien sekret, ta kolacja z pewnością nie 

będzie taka zwykła, pomyślała ponuro. Z zamyślenia wyrwał ją'kolejny telefon. 

- Tak, Marie? Dobrze, już idziemy. 

W  następną środę z samego rana zadzwoniła do Debbie. Niestety, nikt nie 

odbierał telefonu, więc zostawiła wiadomość, że wieczorem przyjdzie trochę 

wcześniej,   a   Pierre   dołączy   później.  W  pewnym   sensie   cieszyła   się,   że   nie 

zastała przyjaciółki i nie musiała jej tłumaczyć, skąd taka zmiapa. 

Gdy   wczesnym   wieczorem   szła   w   stronę   domu   Marcela,   rosło   jej 

zdenerwowanie. Żeby odegnać czarne myśli, zaczęła bacznie przyglądać się 

otoczeniu. 

Dom   stał   na   początku   ulicy,   którą   młodzi   lekarze   ze   szpitala   żartobliwie 

nazywali "aleją dyrektorów". Rzeczywiście, ulokowane przy niej rezydencje 

zostały   zbudowane   według   indywidualnych   projektów   i   prezentowały   się 

wyjątkowo okazale. Agenci od nieru- 

. chomości określiliby taką lokalizację mianem "prestiżowej" lub "cieszącej się 

zainteresowaniem   wymagających   klientów".   Pokoje   z   widokiem   na   morze, 

duże ogrody, wszelkie możliwe wygody ... Czegóż 

chcieć więcej? 

Odruchowo spojrzała na dom Pierre' a, ukryty w gąszczu starych drzew. 

Niepotrzebnie, bo od razu zaczęła się stresować. Gdy wychodziła ze szpitala, 

zamienili tylko kilka zdań, gdyż Pierre był akurat zajęty. 

- Chciałabym wyjść dziś trochę wcześniej - oznajmiła, wsuwając głowę do 

pokoju zabiegowego. 

- Nie ma problemu - odparł, nie pytając o powody, dla których nie chce 

jechać razem z nim. 

Zwolniła kroku i po chwili stanęła przed domem Debbie. A więc jestem, 

background image

pomyślała z westchnieniem. Wzięła kilka głębokich uspokajających oddechów, 

a potem zaczęła wchodzić po szerokich kamiennych 

schodach. 

Debbie otworzyła jej niemal natychmiast. 

- Cześć. Odebrałam twoją wiadomość - rzekła na powitanie. 

- Fajnie, że już wróciliście. Jak się udały wakacje? 

- Było cudownie, tylko sama wiesz, jak to jest: 

wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Stęskniłam się za tobą i za Pierre'em - 

mówiła przyjaciółka, prowadząc ją do salonu. - Co się stało, że przyszłaś sama? 

- zapytała, gdy usiadły w miękkich fotelach. 

- Pomyślałam, że może przydam się do pomocy. 

- Ej, nie zmyślaj! Przecież wiesz, że kiedy mamy 

mieć gości, Fran~oise nie pozwala mi zbliżać się do . kuchni.- Debbie zawiesiła 

głos. - Przede mną nie musisz niczego udawać. Mów, o co chodzi? 

- Nie domyślasz się? - zapytała Jacky, kręcąc się nerwowo. 

- Pewnie, że się domyślam, ale chcę to usłyszeć od ciebie. Dobrze, niech 

zgadnę ... Chcesz się dowiedzieć, czy udało mi się wyciągnąć z Marcela jakieś 

informacje na temat żony Pierre'a. Mam rację? 

Jacky skinęła głową. 

- I co? Powiedział ci coś? - spytała z nadzieją. 

- Nie, słówka nie pisnął. 

- Niemożliwe! Nie było żadnych intymnych roz- 

mów przed zaśnięciem? 

- Były, ale akurat nie o tym. J acky odetchnęła z ulgą. 

- To dobrze. Cieszę się, że temat przestał być aktualny. 

Debbie miała dziwną minę. 

- Niezupełnie - przyznała po chwili. - Wspomniałam Marcelowi, że narzekasz, 

że musisz rywalizować z mitem rzekomo idealnej żony, na co on stwierdził, że 

już najwyższy czas, aby Pierre poznał prawdę. Postanowił... - Urwała, gdyż 

Marcel właśnie wszedł do pokoju. 

- Cześć, kochanie. Witaj, Jacky. Miło cię widzieć 

- powiedział, całując ją w policzek. 

- Daj, potrzymam Thiery'ego. - Jacky wyciągnęła 

ręce, żeby wziąć od niego dziecko. - Oj, czy mi się zdaje, czy zaczynają mu 

wychodzić ząbki? 

- Owszem, przez całą noc słuchaliśmy, jak rosną, prawda, kochanie? - 

zwróciła się Debbie do męża. 

-   Niestety.   Co   za   szczęście,   że   zostało   mi   jeszcze   parę   dni   urlopu   i   nie 

musiałem iść dziś do pracy - westchnął Marcel, przyłączając się do nich. - Gdzie 

Pierre? 

- Niedługo będzie. Przyszłam wcześniej, żeby pomóc Debbie, ale widzę, że 

wszystko jest pod kontrolą. 

- Jeśli chcesz, możesz wziąć małego na górę i pobawić się trochę z nim i z 

Emmą - podsunął. - Emma uwielbia bawić się z Thierym na macie edukacyjnej, 

ale musi przy tym być- ktoś z dorosłych. Musimy pilnować, żeby z miłości nie 

zrobiła mu niechcący krzywdy. 

- Bardzo chętnie do niej pójdę-powiedziała Jacky, wstając. - Gdybyście mnie 

potrzebowali, będę w którymś z dziecięcych pokoi - uprzedziła i poszła na górę. 

Emma rysowała w swoim pokoju. . - O, Jacky! Chcesz zobaczyć mój rysunek? 

To jest mały Thiery, to ja, a to mama i Marcel. 

- Ślicznie! Słuchaj, może pójdziemy do pokoju Thiery'ego i pobawimy się 

nim? 

- Super! Uwielbiam się z nim bawić. 

Po chwili ułożyły maluszka na miękkiej, kolorowej macie i z rozbawieniem 

obserwowały, jak energicznie kopie nóżkami. 

background image

Siedmioletnia   Emma,   córka   Debbie   z   poprzedniego   związku,   była   bardzo 

gadatliwą i nad wiek rozwiniętą dziewczynką. Korzystając z okazji, że ma w 

Jacky wdzięczną słuchaczkę, opowiedziała jej o tyrp, jak jej prawdziwy tata 

odszedł od mamy, kiedy ona, Emma, miała dwa latka. A potem mama wyszła za 

mąż za Marcela i teraz onjestjej prawdziwym tatusiem. Jacky wiedziała o tym 

wszystkim od Debbie, ale Emma nie pozwoliła sobie przerwać. 

- Marcel mnie adoptował, wiesz? - powiedziała z dumą, wyraźnie napawając 

się mądrym słowem, którego użyła. - Teraz jestem jego prawdziwą córką. Bo 

mama mówi, że mój pierwszy tata już do nas nie wróci. 

Po pewnym czasie do pokoju zajrzała Debbie. - Jak wam idzie, 

dziewczęta? - zapytała. 

- Doskonale. Tylko Thiery chyba trochę się zmęczył - odparła Jacky, biorąc 

chłopczyka na ręce. 

- Bardzo mi pomogłyście - pochwaliła je Debbie. 

- Nie wiem, jak bym sobie dała radę bez mojej dużej, 

mądrej córeczki. Kochanie, zaraz siadamy do stołu, więc przebierz się i umyj 

rączki - poprosiła. 

- Dobrze, mamusiu. A poradzisz sobie beze mnie? 

- Myślę, że tak. Jacky na pewno mi pomoże - po- 

wiedziała Debbie, biorąc na ręce Thiery'ego. 

Kiedy Emma wyszła, Jacky nabrała głęboko powietrza i wyrzuciła z siebie 

jednym tchem: 

- Debbie, musimy poważnie porozmawiać. Jak ci mówiłam, nie chcę, żeby 

Pierre został brutalnie pozbawiony złudzeń. Nie mogę zgodzić się na to, aby 

cierpiał. Dlatego proszę cię, przekonaj Marcela ... 

- Jacky, mój mąż nie jest dzieckiem, więc nie mogę mu niczego zabronić. 

Zrobi to, co uważa za stosowne. I co jego zdaniem jest dobre dla Pierre'a. I dla 

ciebie. 

- To wszystko nie jest takie proste, jak myślisz 

- rzekła ze smutkiem. - Jeśli Pierre dowie się prawdy 

o swojej żonie, być może poczuje się wreszcie wolny i będzie chciał ułożyć 

sobie życie  od  nowa.  A  ja  nie  jestem  dla  niego  odpowiednią  partnerką.  On 

potrzebuje kobiety, która ... 

- O wilku mowa - przerwała jej Debbie, słysząc donośny gong. - Nakarmię 

teraz Thiery'ego, a ty wracaj na dół. 

- Biedny Pierre! - jęknęła. - Nie wie, biedak, co go tu dzisiaj czeka. 

Debbie usiadła na niskim fotelu do karmienia, który dostała w prezencie od 

Jacky. Uważała ją za swoją najlepszą koleżankę i było jej przykro, że widzi ją 

tak zestresowaną i nieszczęśliwą. 

- Debbie, może jednak ... - Jacky wciąż stała w drzwiach. 

- Obiecuję ci, że nie pozwolę, żeby Marcel zepsuł nam wszystkim wieczór. 

Poza   tym   będzie   z   nami   Emma,   więc   przy   niej   nie   będzie   poruszał   takich 

tematów.   Podejrzewam,   że   dopiero   po   kolacji   poprosi   Pierre'a   na   słowo   na 

osobności. 

Jacky   zaczęła   schodzić   na   dół.   Nie   chciała   myśleć   o   tym,   co   ich   czeka. 

Zrobiła wszystko, co mogła, by nie dopuścić do ujawnienia mrocznych sekretów 

Liliane. Miała jeszcze nadzieję, że po kolacji wszyscy będą w tak doskonałych 

humorach, że Marcel nie będzie chciał psuć nastroju i odłoży rozmowę na kiedy 

indziej. 

- Cześć, Jacky! - powitał ją ciepło Pierre, który stał z Marcelem w holu. 

Pierre z podziwem obserwował każdy jej ruch, gdy schodziła na dół. Zawsze 

wyglądała pięknie, lecz dziś miała na sobie wyjątkowo kobiecą sukienkę, która 

podkreślała   jej   zgrabną   sylwetkę   i   niezwyklą   urodę·   Szkoda,   że   tak   rzadko 

ubiera śię w taki sposób, pomyślał, biorąc ją za rękę. Pocałował ją na powitanie 

background image

i natychmiast wyczuł, że jest skrępowana. Pewnie peszy ją obecność Marcela, 

który pierwszy raz jest świadkiem ich zażyłości. Obiecał sobie, że gdy tylko 

zostaną sami, pomoże jej się odprężyć. 

- Pierre! Pierre! - Emma zbiegła po schodach i zawisła mu na szyi. - Gdzie 

Christophe? 

-Został   w   domu.   Pierwszy   dzień   w   przedszkolu   bardzo   go   zmęczył,   więc 

chciał pójść wcześniej spać - wyjaśnił. 

- No tak, on ma dopiero pięć lat - stwierdziła Emma wyrozumiale.

- Zapraszam na drinka! - zawołał Marcel i ruszył do salonu. 

Jacky ucieszyła się, że Emma będzie jadła z dorosłymi. Marcel musi poczekać 

ze swoimi rewelacjami. 

-   Kolacja   była   pyszna,   Fran90ise.   Istne   mistrzostwo   świata,   zwłaszcza 

zapiekane mięso i flan owocowy. - Jacky, która pomagała Debbie sprzątnąć ze 

stołu, nie mogła hachwalić się gosposi. 

- Tak, Fran90ise to prawdziwy skarb - potaknęła Debbie. - Może napije się 

pani z nami kawy na tarasie? - zapytała. 

- O nie, dziękuję. - Gosposia energicznie pokręciła głową. - Nie mogłabym 

potem spać. Zrobię sobie gorącej czekolady i pójdę do siebie oglądać telewizję. 

- Ja też chcę czekoladę! - zawołała Emma. - Mogę pooglądać telewizję z 

Fntn90ise? 

- Kochanie, jutro idziesz do szkoły, musisz rano wstać - przypomniała Debbie. 

- Lepiej będzie, jeśli wypijesz czekoladę w swoim pokoju, a potem umyjesz się i 

położysz spać. 

- Jeśli chcesz, pójdę z tobą na górę - zaproponowała Jacky. Przeczuwała, że 

Marcel niebawem wyjawi swoje sensacje i nie chciała być tego świadkiem. 

- O, jak fajnie! - Emma z entuzjazmem złapała ją za rękę. - Już nie chcę 

czekolady. Jacky, poczytasz mi książkę? 

- A może to ty mi poczytasz? Słyszałam, że świetnie ci idzie. 

- Dobrze - zgodziła się dziewczynka i pociągnęła ją w stronę schodów. - 

Uwielbiam czytać. I mam nowe książki. 

- Tylko nie męcz Jacky za długo! - napomniała ją Debbie. 

- Nie będę, mamusiu. Obiecuję· 

.   -   Przecież   wiesz,   że   Emma   nigdy   mnie   nie   męczy   -   powiedziała   Jacky, 

przechylając się przez poręcz. 

- Lubię spędzać z nią czas. 

- Wiem - odparła Debbie. - Tylko że dziś ... Pierre 

może cię potrzebować! 

- 'Oby nie - westchnęła. - Zaraz wrócę. 

Pomogła Emmie umyć się, a potem wybrała bajkę, którą dziewczynka 

przeczytała jej z wielkim zapałem. - Pięknie czytasz! - pochwaliła ją· 

- Dziękuję - odparła Emma, ziewając. - Poczyta- 

łabym ci jeszcze, ale bardzo chce mi się spać. Dobranoc, Jacky! 

- Słodkich snów, kochanie. - Pogłaskała ją po buzi i wyszła z pokoju. Przed 

pójściem na dół zajrzała jeszcze do łazienki i przejrzała się w lustrze. Szybko 

poprawiła   włosy,   choć   i   tak   pewnie   nikt   by   nie   zauważył,   że   jest   trochę 

potargana. - No to do boju! - mruknęła, zaciskając dłoń na poręczy schodów. 

Zanim zrobiła pierwszy krok, chwilę stała i w skupieniu nasłuchiwała. Cisza. 

Pewnie wyszli na taras, pocieszyła się, ale ze zdenerwowania aż jej zaschło w 

gardle. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Na dole panowała nienaturaIna cisza. Aha, zdaje się, że bomba wybuchła, 

domyśliła się Jacky, bezbłędnie wyczuwając napiętą atmosferę. 

Marcel i Debbie siedzieli na tarasie, ale miny mieli grobowe i w ogóle się do 

siebie nie odzywali. Gdy do nich podeszła, rzucili jej spłoszone spojrzenia. 

- Gdzie Pierre? - Rozejrzała się niespokojnie. 

- Gdzieś w ogrodzie - odparła Debbie. 

Zbliżyła się do krawędzi tarasu i zaczęła wpatrywać się w mrok rozjaśniony 

nikłym światłem ogrodowych lamp. Dopiero po chwili dostrzegła jego sylwetkę. 

Stał przy końcu ścieżki, nieruchomy jak posąg. Nie wiedziała, czy do niego 

podejść, czy raczej zostawić go w spokoju. Ostatecznie doszła do wniosku, że w 

tej chwili powinien być sam. 

- Zrobię ci kawę - zaproponował jej Marcel. 

- Dziękuję· 

Kiedy wszedł do środka, przysiadła się do Debbie. - Jak poszło? - zapytała 

cicho. 

- Sama nie wiem. Pierre prawie nic nie mówił, ale 

widać było, że ta wiadomość nim wstrząsnęła. - Co mu powiedział 

Marcel? 

Debbie zawahała się. 

- Chyba wszystko, co wiedział o romansie Liliane. 

Aż przykro było słuchać. Tylko nie pytaj mnie o szcze góły. Najlepiej jeśli 

Pierre sam ci powie tyle, ile uzna za stosowne. Myślę, że ... jesteś mu teraz 

bardzo potrzebna. Nie zostawiaj go samego z tym balastem. 

Jacky chciała coś powiedzieć, ale nie zdążyła. 

- Na nas już czas - stwierdził Pierre, wchodząc na taras. - Dziękujemy za 

kolację. 

- Naprawdę musicie już iść? Marcel zaraz przyniesie kawę. Zostańcie jeszcze 

- prosiła Debbie. 

- Dziękujemy, ale lepiej będzie, jak już pójdziemy 

- odparła Jacky, całując ją w policzek. 

- Nie napijecie się kawy? - zapytał Marcel, z któ- 

rym minęli się w drzwiach. - Pierre, posłuchaj, usiądźmy i spokojnie 

porozmawiajmy ... 

- Dzięki, stary, ale w tej chwili chcę zostać sam 

- odparł Pierre. - Kiedyś pewnie będę ci wdzięczny za 

to, co dla mnie zrobiłeś, ale na razie ... Co tu dużo gadać, jestem w szoku! - 

Zawahał się. - Nie powiem, że twoje rewelacje były dla mnie całkowitym zasko­

czeniem. Miałem pewne podejrzenia, ale nie 'spodziewałem się po Liliane aż 

tylu kłamstw. 

Urwał, zbyt wzburzony, by mówić dalej. Jacky ścisnęła go lekko za 

ramię. 

- Wracajmy do domu, Pierre. 

W samochodzie uzmysłowiła sobie, że nawet nie wie, do czyjego domu mają 

jechać. 

- Może wstąpisz do mnie na kawę? - zaproponowała, patrząc na jego posępną 

twarz. 

Na sekundę oderwał wzrok od drogi i spojrzał na nią. Dopiero gdy w świetle 

ulicznych latami zobaczyła jego twarz, dotarło do niej, jak bardzo jest 

przybity. 

- Zastanawiasz się pewnie, co się stało. Zaraz ci 

o wszystkim opowiem - obiecał. - Nie musisz. 

background image

- Ale chcę. 

Objechali  rondo  i  skręcili  w  drogę   biegnącą  wzdłuż   morza.  Widzieli jego 

czarną toń srebrzącą się w świetle księżyca. 

- Może chciałbyś przejść się po plaży? Zerknął w tamtym kierunku. 

- Dobry pomysł. Morze jest dziś takie spokojne. Zjechali na parking, a potem 

wzięli się za ręce 

i ruszyli wąską ścieżką w stronę wydm. Nie rozmawiali ze sobą. Pierre był 

mocno zamyślony, a ona nie chciała mu przeszkadzać. Wolała, by sam zaczął 

mówić. 

W bladej księżycowej poświacie pusta plaża wydawała się jeszcze bielsza niż 

w dzień. W innej sytuacji uznałaby taką scenerię za wyjątkowo romantyczną, 

dziś jednak nie była w nastroju do kontemplowania piękna księżycowej nocy. Za 

bardzo martwiła się o Pierre'a. 

Usiedli na skałach nad samym brzegiem i przez chwilę trwali w.milczeniu. 

Nie pytała o nic. Cierpliwie czekała, aż poczuje się gotowy do zwierzeń. 

- Jak się zapewne domyślasz, Marcel wyjawił mi pewne fakty z życia mojej 

żony, o których jego zdaniem powinienem wiedzieć. - Sięgnął po kamień i z 

całej siły cisnął nim: w morze, próbując rozładować napIęCIe. 

Spojrzał na nią, a ona zauważyła, że z jego twarzy zniknął wyraz udręki. 

Znów był- tym silnym, zdecydowanym mężczyzną, którego znała. 

- W czasie naszego pobytu w Australii Liliane wpadła w depresję - ciągnął po 

chwili.   -   Zrezygnowała   z   pracy   w   szpitalu,   bo   twierdziła,   że   ją   to   męczy. 

Prosiła, żebyśmy wrócili do Paryża, bo ma dość życia na obczyźnie i bardzo 

tęskni   za   domem.   Zgodziłem   się,   gdyż   byłem   pewny,   że   ze   swoimi 

kwalifikacjami   bez   trudu   znajdę   dobrą   pracę.  Wróciliśmy   -   westchnął   -   ale 

depresja mojej żony nie minęła. 

- Domyślałeś się, co ją wywołało? 

- Nie - rzucił sucho. - Dopiero dziś, dzięki Mar- 

celowi,   zorientowałem   się,   o   co   naprawdę   chodziło.   Podobno   po   naszym 

powrocie do Francji jeden z kolegów lekarzy przyznał mu się, że miał romans z 

Liliane. 

- Niczego nie podejrzewałeś? 

- Wtedy jeszcze nie - przyznał. - Dopiero potem 

coś mnie tknęło. Według informacji Marcela Liliane zaszła w ciążę z tym 

lekarzem. 

- Nie! To okropne . 

. Pierre zniżył głos do przejmującego szeptu: 

- Zdecydowała się usunąć ciążę i zrobiła to po kryjomu w małej prywatnej 

klinice z dala od Sydney. Nie chciała, żeby dowiedział się o tym ktoś z naszego 

szpitala.   Marcel   podał   mi   daty,   które   niestety   pokrywają   się   z   terminami 

urlopów Liliane. 

- Skąd wiedziała, że to nie twoje dziecko? Nie odpowiedział od razu. 

- Nasze małżeństwo przechodziło wtedy poważny kryzys. Przestaliśmy ze 

sobą sypiać. Chciałem nawet zaproponować, żebyśmy się rozstali, ale właśnie 

wtedy wpadła w depresję. Wiedziałem, że nie poradzi sobie beze mnie. Nie 

mogłem jej tak zostawić. 

- Zawsze myślałam, że byliście szczęśliwi! 

Westchnął ciężko. 

- Byliśmy, dopóki nie wdała się w ten romans. 

Marcel mówił, że nasz "przyjaciel" zostawił ją wkrótce po tym, jak zrobiła 

zabieg. 

Jacky wzięła garść piasku i obserwowała, jak wysypuje się z jej zaciśniętej 

dłoni i rozbija o głaz, na którym siedziała. Piach był zimny i wilgotny. Lato się 

kończy, pomyślała, czując, że głęboki smutek Pierre'a przenika wprost do jej 

background image

duszy. 

-Myślisz, że wpadła w depresję, bo rzucił ją kochanek? - zapytała po chwili. 

- Nie wiem. Pewnie tak. Po powrocie do Paryża poszła do psychiatry, ale ten 

uznał, że nic jej nie dolega. Zasugerował, że problem bierze się z nadmiaru 

wolnego czasu i zapytał, czy myślała o powiększeniu rodziny. 

Jacky słuchała go w napięciu. 

- Doskonale pamiętam dzień, gdy po którejś z wizyt zapytała, co ja na to, 

żebyśmy zaczęli starać się o dziecko. Uprzedziła jednak, że nie widzi siebie w 

roli matki. 

- Więc to jednak nie ty pierwszy zacząłeś mówić o dziecku? 

- Nie, ale od razu zapaliłem się do tego pomysłu. 

Nie kryłem, że zawsze chciałem zostać ojcem. - Ale nie naciskałeś na nią? 

- Nie. Podejrzewam natomiast, że gdybym się nie 

zgodził,   nie   upierałaby   się   przy   swoim.   Miała   ambiwalentny   stosunek   do 

macierzyństwa. Jestem pewny, że przekonał ją mój entuzjazm. 

Chwyciła go mocno za ramiona. 

- Nie możesz brać na siebie odpowiedzialności za to, CO się stało - powiedziała 

z mocą. - To nie twoja wina, że Liliane zmarła w czasie porodu. 

- To straszne, ale przestałem czuć się winny. Po tym, co usłyszałem dziś od 

Marcela, jestem przerażony, bo ... 

Urwał i na długo zapatrzył się w morze. O tym, jak bardzo jest wzburzony, 

świadczyły nerwowe ruchy dłoni, które bezwiednie splatał i rozplatał. 

- Kiedy o tym wszystkim myślę ... Marcel dowiedział się, że klinika, w której 

Liliane usunęła ciążę, została wkrótce potem zamknięta. Podobno personel nie 

miał odpowiednich kwalifIkacji do przeprowadzania takich zabiegów. Kiedy po 

jej śmierci przeglądałem wyniki sekcji zwłok, uderzyło mnie stwierdzenie, że 

przyczyną śmierci był krwotok spowodowany pęknięciem macicy, która została 

poważnie uszkodzona podczas poprzedniego porodu lub zabiegu przerywania 

ciąży. 

- Nie kwestionowałeś tych wyników? 

- Oczywiście, że kwestionowałem. Patolog stano- 

wczo   podtrzymał   swoją   opinię,   uznałem   więc,   że   Liliane   musiała   przerwać 

ciążę,   zanim   się   poznaliśmy.   Nie   byłem   zachwycony   tym   odkryciem,   ale 

postanowiłemjak najszybciej o tym zapomnieć. Tłumaczyłem sobie, że kiedy 

zdecydowała się na aborcję, nie byliśmy jeszcze małżeństwem. Dopiero Marcel 

otworzył mi dziś oczy. Chciał mi o wszystkim powiedzieć dużo wcześniej, jak 

tylko dowiedział się o śmierci Liliane. Doszedł jednak do wniosku, że akurat w 

tamtym momencie wyjawianie prawdy w niczym by nie pomogło. 

- Tak długo żyłeś w nieświadomości. Powiedz, co teraz czujesz? - zapytała 

łagodnie. 

Nic - wyznał cicho: - Dziękuję, że mnie wy~ słuchałaś. To, że tu ze mną 

jesteś ... - Nie mógł dalej mówić. - Odwiozę cię do domu - rzekł po chwili. 

Wstali więc i powolnym krokiem wrócili do samochodu. Gdy dojechali na 

miejsce, pomógł jej wysiąść, a potem ścisnął jej dłonie i powiedział: 

-  Nie  będę  wchodził  na  górę.  I  tak  nie  miałabyś  dziś   ze  mnie  żadnego 

pożytku. Przeżyłem spory szok i po prostu chcę być sam. 

- Rozumiem. 

Pocałował ją lekko w usta, ale dla niej ten pocałunek trwał o wiele za krótko. 

Gdy Pierre odsunął się, poczuła się tak, jakby straciła go na zawsze. 

Wziął od niej klucze i otworzył drzwi, więc przez moment łudziła się, że 

zmienił zdanie i mimo wszystko wejdzie. Jednak on wrócił do samochodu. 

Szła na górę z ciężkim sercem, pocieszając się, że jutro znów się zobaczą. 

Rozumiała, że w tej chwili nie może mu się narzucać. Musi uszanować jego 

żałobę po straconych złudzeniach. 

background image

Podczas   dni,   które   nastąpiły   po   pamiętnym   wyznaniu   Marcela,   Pierre 

funkcjonował   w   pracy   nad   wyraz   sprawnie.   Mimo   osobistego   dramatu, 

zawodowo osiągał wyżyny swych możliwości, czym wprawiał Jacky w niemałe 

zdumienie. Nikt, kto widział go w akcji, nie uwierzyłby, że kilka dni temu 

zawalił mu się świat. 

Jacky   nie   próbowała   umawiać   się   z   nim,   czekając,   aż   sam   wystąpi   z   tą 

propozycją.   On   jednak   milczał.   Był   jak   zawsze   uprzejmy   i   czarujący,   ale 

wyraźnie   zachowywał   dystans.   Gdy   zostawali   na   chwilę   sami,   sprawiał 

wrażenie   nieobecnego   duchem.   Często   miała   ochotę   zbliżyć   się   do   niego, 

przytulić,   zapewnić,   że   gdyby   chciał   porozmawiać,   ona   zawsze   chętnie   go 

wysłucha. Nie zrobiła tego jednak. 

Półtora   tygodnia   później   Pierre   wyjechał   na   kilkudniową   konferencję 

medyczną. Nie  dzwonił  do niej,  ona też  się  z  nim nie  kontaktowała.  Czuła 

wokół siebie straszliwą pustkę, której nie umiała niczym wypełnić. Intensywna 

praca była jedynym lekarstwem na tęsknotę i samotność, a także obawę, że ich 

romans należy już do przeszłości. 

Czasem górę brał jej wrodzony optymizm. Pocieszała się wtedy, że wyjazd i 

zmiana otoczenia dobrze mu zrobią. Liczyła na to, że Pierre odzyska siłę ducha 

i wróci do niej podbudowany wewnętrznie. I znów będzie takim człowiekiem, 

jakiego pokochała. 

Siedziała przy biurku w swoim gabinecie i sporządzała dzienny raport. Gdy 

wpisała do komI)Utera aktualną datę, uzmysłowiła sobie, że nazajutrz kończy 

się konferencja. Pierre wróci do St. Martin przed weekendem. Ciekawe, czy się 

spotkamy? - pomyślała. I, co ważniejsze, czy uporał się ze swoimi problemami 

... 

- Proszę! - zawołała, gdy rozległo się pukanie. Usłyszała, że ktoś wszedł, ale 

nie przerwała pracy. 

Wpatrzona w ekran, opisywała obrażenia, których doznał jej ostatni pacjent. 

- Jeszcze pracujesz?! Już dawno miało cię tu nie 

 ' 

yc. 

- Pierre! 

Spojrzała na niego i od razu poczuła ogromną ulgę.

Znów się uśmiechał, więc najgorsze miał już chyba za sobą· 

- Myślałam, że wrócisz dopiero na weekend. 

- Główna część konferencji skończyła się w porze 

lunchu. Potem były już tylko spotkania towarzyskie i rozmowy. A ponieważ ja 

miałem na głowie o wiele ważniejsze sprawy, od razu wsiadłem w samochód i 

wróciłem do domu. 

Pociągnął ją ku sobie, a potem podniósł do góry 

i zaczął się z nią kręcić w miejscu. 

- Pierre, czy ty coś piłeś? Roześmiany, postawił ją na ziemi. 

- Ani kropli. Przecież mówię, że właśnie przyjechałem z Paryża - powtórzył. - 

Ale   czuję   się   tak,   jakbym   był   pijany.   Ze   szczęścia.   Przepraszam,   że   nie 

dzwoniłem,  ale  potrzebowałem czasu,  żeby  pogodzić się z  trudną prawdą  o 

swoim małżeństwie. 

Znów spoważniał. 

-   Kiedy   byłem   teraz   w   Paryżu,   poszedłem   do   mieszkania,   które 

wynajmowaliśmy z Liliane. Zadzwoniłem z dołu domofonem, przedstawiłem 

się i powiedziałem, że kiedyś tu mieszkałem i że jeśli to możliwe, chciałbym 

odwiedzić   stare   kąty.   O   dziwo,   młody   mężczyzna,   z   którym   rozmawiałem, 

zaprosił   mnie   na   górę.   Okazało   się,   że   mieszka   tam   ze   swoją   dziewczyną. 

Obydwoje   byli   bardzo   sympatyczni,   zaproponowali   mi   coś   do   picia,   ale 

b

background image

podziękowałem. Powiedziałem im, że chcę tylko powspominać przeszłość. 

- Bardzo przeżyłeś tę wizytę? 

- Nowi lokatorzy zupełnie zmienili wystrój wnętrz. 

Pokój   dzienny   w   niczym   nie   przypominał   naszego   pokoju.   Rozejrzałem   się 

wokół i nagle poczułem, że ogarnia mnie bezgraniczny spokój i dziwna radość. 

Od bardzo dawna nie doświadczałem tak pozytywnych uczuć. Kiedy w końcu 

stamtąd wyszedłem, miałem pewność, że pożegnałem się z przeszłością. Razem 

z nią znikły lęki, które mnie prześladowały. 

Odetchnął z ulgą, jak ktoś, kto pozbył się ogromnego ciężaru. 

- Moje małżeństwo to już zamknięty rozdział. Czuję się wolny, chcę zacząć 

normalnie żyć. Chcę, żebyśmy już zawsze byli razem. 

Umilkł i spojrzał jej w oczy. Nigdy dotąd nie widziała go w takiej euforii. 

Miał w sobie radość człowieka, który wreszcie pogodził się z samym sobą· 

-   Chodźmy   gdzieś   wieczorem   -   zaproponował.  Chcę   z   tobą   świętować 

odzyskaną wolność. Pomyśl tylko, koniec z wyrzutami sumienia! Koniec z roz­

drapywaniem   starych   ran.   Nareszcie   możemy   być   razem.   Musimy   wszystko 

omówić, podjąć jakieś decyzje. Bardzo bym chciał, żeby to był niezapomniany 

wieczór. Najpiękniejszy, jaki dotąd nam się zdarzył... 

- Tak się cieszę, że wróciła ci chęć do życia! Objęła go za szyję, a on przytulił ją 

mocno i zaczął całować. Zamknęła oczy i poddała się miłosnej magii, ale jej 

szczęście nie trwało długo. Choć w ramionach Pierre'a zapominała o bożym 

świecie, to jednak z tyłu głowy kołatała się myśl, że przecież takie szczęście, o 

jakim mówił, jest dla niej nieosiągalne. Co prawda nie musi już zmagać się z 

mitem idealnej żony, ale nie ma prawa myśleć o stałym związku. I nie wolno jej 

udawać, że jest inaczej. 

- Rozmawiałem już z Christophe' em i N adine  mówił tymczasem Pierre. - 

Zgodzili się dać mi wolny wieczór, więc zarezerwowałem dla nas stolik w wy­

jątkowym   miejscu.   Pojedziemy   tam   taksówką,   żebyśmy   mogli   napić   się 

szampana ... 

Urwał i przyjrzał jej się badawczo. 

- Dlaczego nic nie mówisz? Czy wszystko jest w porządku? 

Trudno było pozostać obojętną wobec jego entuzjazmu, ale lęk zabił w niej 

całą radość. Pierre chce, by ten wieczór był wyjątkowy, tymczasem ona będzie 

musiała sprawić mu ogromny zawód. Nie miała pojęcia, skąd weźmie siłę, by 

powiedzieć "nie", gdy zada jej pytanie, którego się spodziewała. A przecież od­

powiedź nie może być inna. Dla jego własnego dobra. 

Przeczuwała, że czeka ich wyjątkowo trudna rozmowa, ale nie wyobrażała 

sobie, żeby mogli mówić o tak trudnych i osobistych sprawach w restauracji 

pełnej ludzi. 

-   Jestem   zmęczona   -   odparła   wymijająco.   -   Miałam   dziś   ciężki   dzień. 

Szczerze mówiąc, nie mam ochoty nigdzie iść. Co ty na to, żebyśmy zjedli 

kolację u mnie? Powiedzmy za godzinę? 

- Nie ma sprawy, będzie, jak chcesz. Ale i tak przymosę szampana. 

Ledwie zdążyła kupić coś na kolację, wziąć prysznic i nakryć do stołu, gdy 

przyszedł Pierre. Nadal tryskał energią i był w doskonałym humorze. 

Zgodnie z obietnicą, zaczęli wieczór od szampana. 

Kiedy wznieśli toast, z przerażeniem zdała sobie sprawę, że być może już za 

chwilę będzie musiała rozwiać jego' nadzieje na stały związek. 

- Wiesz co? Zostaw to gotowanie, bo z emocji i tak hie mogę nic przełknąć. 

Lepiej usiądźmy i porozmawiajmy - zaproponował, wyciągając ją z kuchni. 

U siedli na kanapie, lecz zamiast rozmawiać, od razu zaczęli się całować. Od 

tak dawna nie byli sami, tylko we dwoje ... 

- Rozlałam szampana - powiedziała, gdy zrobili przerwę na złapanie 

background image

oddechu. 

- Nic nie szkodzi. - Poszedł do kuchni i wrócił z butelką. - Mam nadzieję, że 

nie zapomnimy tego wieczoru - rozmarzył się, nalewając jej następny kieliszek. 

- Jacky, pewnie domyślasz się, że chcę ci zadać ważne pytanie ... 

Odstawiła szampana na stolik obok kanapy. Serce bilo jej tak mocno, że aż 

czuła pulsowanie w skroniach. 

- Mam zamiar zrobić to jak Bóg przykazał - uprzedził i przykląkł na jedno 

kolano. - Jacky, czy zo- 

staniesz moją żoną? 

-   Pierre,   ja   ...   -   Urwała,   rozpaczliwie   szukając   słów,   które   złagodziłyby 

odmowę· - Nie mogę za ciebie wyjść. Naprawdę. Nie mam prawa ci tego robić - 

szepnęła przez łzy. 

Usiadł przy niej i otoczył ją ramieniem. 

- Ale dlaczego? Wytłumacz mi, bo nic z tego nie rozumIem. 

- Po tym, co przeżyłeś, powinieneś ożenić się z kobietą, która urodzi ci dzieci. 

Przecież nie chcesz, żeby Christophe nigdy nie miał brata ani siostry. Ja nie 

jestem odpowiednią kobietą dla ciebie. 

- Co ty mówisz? Sam wiem najlepiej, kto jest dla mnie odpowiedni, a kto nie. 

Chcę być z tobą! 

- Pierre, przecież wiesz, że nie mogę mieć dzieci. 

- Skąd ci przyszło do głowy, że ja chcę je mieć? 

Zależy mi wyłącznie na tobie. Do głowy by mi nie przyszło, żeby narażać cię na 

jeszcze   jeden   ciężki   poród.   Przecież   mamy   Christophe'a,   a   on   ze   swoimi 

pomysłami   wystarczy   za   dziesięć   pociech.   Poza   tym   jest   jeszcze   twój 

chrześniak, Thiery, no i Emma. Po co nam więcej dzieci? 

Sięgnął po chusteczkę i delikatnieotarl jej łzy. 

- Mamy wszystkó, czego trzeba do szczęścia. Jedyne, o czym marzę, to żebyś 

za mnie wyszła. Żebyś ze mną była na dobre i na złe. W zdrowiu i chorobie. W 

dostatku i biedzie. Dopóki śmierć nas nie rozdzieli. 

- Proszę cię, przestań! Zaraz znów się rozpłaczę 

- szepnęła, czując na policzkach ciepłe łzy. Tym ra- 

zem   jednak   były   to   łzy   szczęścia.   -   Jesteś   pewny,   że   nie   będziesz   kiedyś 

żałował, że nie stworzyliśmy prawdziwej rodziny? 

-   Jak   to   nie   stworzyliśmy?   Przecież   jest   nas   troje:   ty,   ja   i   Christophe.  I 

wystarczy.   Nie   chcę   się   tobą   dzielić   zjakimś   bobasem!   -   Uśmiechnął   się 

ironicznie. - Jeśli bardzo chcesz, żeby było nas więcej, możemy sobie kupić psa 

albo kota. A dodatkowo papużki nierozłączki, kilka złotych rybek, chomika ... 

- Jesteś niemożliwy! - Roześmiała się przez łzy. 

- Tak bardzo cię kocham - wyznała po chwili waha- 

nia. - Chcę~ żebyś był szczęśliwy. 

- Słońce moje, ja jestem szczęśliwy! Ale tylko z tobą - rzekł, poważniejąc. - 

Mnie też zależy na tym, żeby było ci dobrze. Nawet nie potrafię powiedzieć, jak 

mi przykro, że straciłaś dziecko. Rozumiem, że pogodziłaś się z tym, że nie 

będziesz matką. Szanuję twoją decyzję, choć wiem, że wymusiły ją na tobie 

okoliczności.   Przecież   my   nie   będziemy   bezdzietni,   bo   mamy   Christophe'a. 

Widzisz chyba, że mój ~yn kocha cię jak rodzoną matkę. Ja też cię kocham. 

Zycie bez ciebie nie ma dla mnie sensu. 

Przyjrzała się jego poważnej twarzy. Patrząc w jego oczy, nie miała cienia 

wątpliwości, że jest z nią szczery. 

- Przekonałeś mnie - powiedziała cicho. - Nawet nie więsz, jak wielki ciężar 

spadł mi z serca. 

-   Świetnie.   Zacznijmy   więc   od   początku.   -   Ożywił   się   i   znów   przed   nią 

klęknął. - Potraktujmy moje pierwsze oświadczyny jak próbę generalną. - Od­

background image

chrząknął. - Jacky, czy zostaniesz moją żoną? 

- Tak. Tak! Tak, tak, tak!!! - zawołała, nie posiadając się ze szczęścia. 

- Co ty na to, żebyśmy zerwali z tradycją i od razu zrobili próbę generalną 

nocy poślubnej? - zapytał, wstając i biorąc ją na ręce. 

- Genialna myśl! - Uśmiechnęła się, obejmując go 

za SzyJę. 

. Tak jak obiecał, była to najpiękniejsza noc w ich życiu. Jacky uśmiechała się 

z rozkoszą na myśl o tych, które jeszcze są przed nimi. 

Czuła,   że   rozpiera   ją   radość   i   energia,   postanowiła   więc   niezwłocznie 

przystąpić do organizowania ślubu. U siadła na łóżku i sięgnęła po leżący na 

nocnej szafce notatnik. 

- Co ty robisz? - zdziwił się Pierre. Uniósł się na łokciu i obserwował ją z 

wyrazem czułości w oczach. - Planuję nasz ślub. Jak chcesz, możesz mi pomóc. 

- Po pierwsze, trzeba ustalić datę - zauważył przy tomille. - Jeśli o mnie chodzi, 

to im szybciej, tym lepiej. Powiedz, kiedy będziesz mogła przeprowadzić się do 

mojego   domu?   Chciałem   powiedzieć,   do   naszego   domu.   Oczywiście   pod 

warunkiem, że ci odpowiada. Jeśli wolisz inny ... 

- Twój dom jest piękny, ale nie tak wspaniały jak ty! - odparła, odkładając 

notatnik. - Wiesz, co mnie cieszy? Że  nie będę musiała kupować zasłon do 

sypialni. - Uśmiechnęła się, wskazując głową okno. 

- Jak zawsze praktyczna. 

- O, przepraszam, nie zawsze! - zaprotestowała. 

- Potrafię być też romantyczna. 

- Mhm ... Zauważyłem ... 

Pobrali się pod koniec października w małym kościółku w Sto Martin sur mer 

w obecności licznie przybyłych przyjaciół, kolegów z pracy i krewnych. 

Marcelowi przypadł zaszczyt poprowadzenia panny młodej do ołtarza. Jacky 

szła, trzymając go pod ramię, a tuż za nimi dreptali Emma i Christophe w roli 

druhny i drużby. Gdy ich mały orszak przystanął w szeroko otwartych drzwiach 

kościoła, z góry popłynęły dźwięki organów. Jacky spojrzała przed siebie i na 

końcu szerokiego przejścia między ławkami dostrzegła Pierre'a stojącego przed 

ołtarzem. Uświadomiła sobie, że oto przed jej oczami rozgrywa się scena wyjęta 

z jej dziewczęcych marzeń. 

-   Jak   dobrze,   że   tym   razem   nie   przydepnęłam   sobie   sukienki   -   szepnęła 

Emma,   poprawiając   fałdy   różowej   satyny.   -   Jacky,   pamiętasz,   jak   musiałaś 

spinać mi sukienkę szpilkami na ślubie mojej mamy? 

- Pamiętam. Byłaś prześliczną druhną.

- Bardzo podoba mi się twoja suknia - pochwaliła dziewczynka. - To jedwab? 

- Tak. Jedwab i koronki - odrzekła Jacky, zerkając na Christophe'a, który był 

wyjątkowo blady i milczący. Biedactwo, chyba przytłoczył go nadmiar wra-żeń, 

pomyślała   ze   współczuciem.   -   Dobrze   się   czujesz,   skarbie?   -   zapytała, 

pochylając się nad nim. 

- Ten kołnierzyk jest okropnie ciasny - jęknął, wciskając palec między brzeg 

sztywnej stójki a szyję· - Poczekaj, zaraz go rozluźnimy - pocieszyła go 

i odpięła haftkę. - Teraz lepiej? - O tak. Dzięki! 

- Jacky, czekają na nas - przypomniał Marcel. 

- Wiem. Jeszcze sekundę - poprosiła, chcąc się 

upewnić, czy Christophe na nic się już nie skarży. 

- Bardzo się cieszę, że zostaniesz moją mamą ~ szepnął, obejmując ją za 

szyję. 

- A ja się cieszę, że będę miała takiego kochanego 

synka - odszepnęła. 

background image

Potem   wyprostowała   się,   wzięła   Marcela   pod   rękę   i   z   radością   w   sercu 

ruszyła   w   stronę   ołtarza,   gdzie   czekał   na   nią   naj   wspanialszy   mężczyzna, 

jakiego mogła sobie wymarzyć ... 

EPILOG 

-   Mogę   teraz   wziąć   ją   na   ręce?   -  zapytała   Debbie,   gdy   Jacky   skończyła 

przewijać dwutygodniową Suzanne. 

- Tak, ale pod warunkiem, że dasz mi swoją Marguerite - odparła z 

uśmiechem. 

- Zgoda. No to się zamieńmy! 

Trzytygodniowa Marguerite zamknęła oczy i spokojnie zasnęła w ramionach 

Jacky. 

- Wiesz, że jutro -mija pierwsza rocznica naszego ślubu? - zapytała Jacky 

przyjaciółkę.   -   Pierre   chce,   żebyśmy   świętowali   tylko   we   czwórkę,   ale   ja 

zamie- 

.   rzam   go   namówić   na   wielką   imprezę.   Chciałabym   zaprosić   kolegów   ze 

szpitala, zwłaszcza tych z ginekologii i położnictwa, bo przecież to dzięki nim 

mam moją śliczną córeczkę - mówiła, obserwując morze widoczne z okien 

sypialni. - Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, byłam w szoku. Naprawdę nie 

sądziłam, że to się może zdarzyć. A potem, kiedy wyniki testów potwierdziły 

moje przypuszczenia, myślałam, że oszaleję z radości. 

-   Pamiętam,   kiedy   mi   o   tym   powiedziałaś.   Byłaś   w   siódmym   nIebie   - 

potaknęła Debbie. - Widziałam jednak, że się martwisz, czy wszystko będzie 

dobrze. Nic ci wtedy nie mówiłam, ale ... 

- Boże, jak ja się bałam tej ciąży i porodu! - przyznała Jacky. - A Pierre chyba 

jeszcze bardziej. Chuchał na mnie i dmuchał, jakbym była z porcelany. Nadal 

tak się o mnie troszczy. Jest przeciwny urządzaniu dużego przyjęcia, bo uważa, 

że   jeszcze   nie   odzyskałam   sił.  W  sumie   chyba   ma   rację.   Przecież   możemy 

zaprosić gości trochę później. 

-' Co za piękny widok! - zawołał Marcel, który właśnie wszedł do pokoju i 

chwilę przyglądał im się z wyraźną przyjemnością. - I wcale nie mam na myśli 

ogrodu ani morza. Ślicznie wyglądacie wy, moje panie. Dwie mamy i ich nowo 

narodzone córeczki. 

- Przyznaj się, podsłuchiwałaś! - rzekła Debbie. 

- Ależ skąd! - Pierre pośpieszył w sukurs koledze. 

- Mówiłyście tak głośno, że słychać was było na dole. 

- Podszedł do Jacky i położył dłonie na jej ramionach. 

- Jeśli czujesz się na siłach urządzić przyjęcie, nie 

będę się sprzeciwiał. 

- Zastanowimy się nad tym później. 

- Na nas już czas - powiedziała Debbie. 

Pierre ostrożnie wziął' od niej Suzanne, a ona od razu przytuliła się do niego. 

Popatrzył na nią z ogromną tkliwością· 

- Chodź, królewno, tata położy cię do łóżeczka 

- szepnął, całując ją w główkę. - O czymplotkowałyś- 

cie, dziewczyny? - zapytał, siadając obok Jacky, gdy Debbie już wyszła. 

- O tym, jak wiele może zmienić się przez rok. Kto by wtedy pomyślał, że 

zostanę matką? 

- Byłaś bardzo dzielna, kochanie! - westchnął. A ja się tak o ciebie bałem. 

background image

- Wiem. - Z czułością zmierzwiła mu włosy. - Byłeś dla mnie ogromnym 

wsparciem, choć czasem prze sadzałeś! Jak sobie pomyślę o tych wszystkich 

bada- 

niach, które kazałeś mi robić! 

- Musiałem się upewnić, że nic ci nie grozi. Dlatego zgodziłem się z opinią 

twojego lekarza, że dwa ostatnie miesiące powinnaś spędzić w szpitalu. 

- Bardzo się przed tym broniłam. Nie chciałam zostawać tam bez ciebie. Gdy 

na to patrzę z dzisiejszej perspektywy, cieszę się, że mnie przekonałeś. Kiedy 

zaczął się poród ... 

- To musiało być dla ciebie traumatyczne, prawda? 

- Tak, ale wszystko poszło niesamowicie szybko. 

Spodziewałam się najgorszego, tymczasem ... - Urwała, szukając słów, które w 

pełni oddałyby to, co wtedy czuła. 

- Kiedy przyszedłem do sali porodowej, mówiłaś, że' strasznie cierpisz - 

przypomniał. 

- Tak mówiłam? Nic nie pamiętam. Dostałam końską dawkę środków 

znieczulających. 

- Dobrze, że poród zaczął się w szpitalu. Gdyby karetka musiała zabrać cię z 

domu, niepotrzebnie stracilibyśmy cenny czas. Gdyby coś się stało tobie albo 

Suzanne .... 

Wolał nawet o tym nie myśleć. 

- Nie potrafię powiedzieć, jak bardzo jestem z tobą szczęśliwy - szepnął, tuląc 

ją do siebie. - Tak bardzo cię kocham. 

- Ja ciebie też. 

Dobiegające z dołu głosy wyrwały ich z transu. - Zdaje się, że wrócili 

Christophe i Nadine. 

- Mamo! Narysowałem dla ciebie Suzanne! - wołał 

chłopiec, biegnąc na górę. - Tata? Już wróciłeś z pracy?! - ucieszył się, 

wpadając do pokoju. - Popatrz, podoba ci się mój rysunek? Powiedz, czy 

Suzanne jest podobna? 

- Spójrz, kochanie. - Pierre podał kartkę Jacky. 

- Uderzająco - powiedziała, podchodząc z rysun- 

kiem do łóżeczka. - Oprawię go w ramki. W końcu to . pierwszy portret 

Suzanne. 

- Narysowany przez prawdziwego, choć jeszcze nie odkrytego artystę - dodał 

Pierre z powagą. 

- Pójdziemy na plażę? - zapytał Christophe. 

- My możemy pójść, ale dla mamy i twojej sio- 

strzyczki jest dziś trochę za chłodno. 

- Ubiorę się ciepło i pójdę z wami. A Suzanne będzie teraz spała, więc 

zostawię ją z Nadine. 

- Jesteś pewna, że spacer nie będzie zbyt męczący? 

- zaniepokoił się Pierre. 

- Nie martw się, naprawdę świetnie się czuję. Jesz- 

cze trochę i będę jak nowa. 

Uśmiechnęła się do niego, a on spojrzał na nią z taką czułością, że przebiegł 

ją rozkoszny dreszcz. Wciąż są w sobie bezgranicznie zakochani. Jacky była 

pewna, że ten płomień nigdy nie zgaśnie ... 

________________________________