background image

StephenKing 
MAŁPA 
(The Monkey) 
przeł. Paulina Braiter 
 
Kiedy Hal Shelburn ujrzał, jak jego syn 
Dennis wyci

ą

ga j

ą

 z nadgniłego kartonowego 

pudełka po purinie Ralstona, wypchni

ę

tego 

ę

boko w k

ą

t pod uko

ś

nym dachem strychu, 

ogarn

ę

ła go taka groza i rozpacz, 

Ŝ

e przez 

chwil

ę

 wydało mu si

ę

Ŝ

e zacznie krzycze

ć

Uniósł do ust pi

ęść

, jakby chciał wepchn

ąć

 

krzyk z powrotem do gardła... po czym 
zaledwie zakasłał. Terry ani Dennis 
niczego zauwa

Ŝ

yli, lecz Petey obejrzał si

ę

 

ciekawie. 
- Hej, fajna! - rzekł z szacunkiem Dennis. 
Hal niecz

ę

sto ju

Ŝ

 słyszał w głosie chłopca 

podobny ton. Dennis miał 12 lat. 
- Co to? - spytał Peter. Znów zerkn

ą

ł na 

ojca. Potem jednak znalezisko starszego 
brata pochłon

ę

ło go bez reszty. - Co to 

jest, tatusiu?  
- To małpa, pierdoło - odparł Dennis. - 
Nigdy nie widziałe

ś

 małpy?  

- Nie nazywaj brata pierdoł

ą

 - upomniała 

automatycznie Terry i zacz

ę

ła ogl

ą

da

ć

 

pudło zasłon. Dotkn

ą

wszy o

ś

lizgłego od 

ple

ś

ni materiału, upu

ś

ciła je szybko. - 

Fuj. 
  

- Mog

ę

 j

ą

 sobie wzi

ąć

, tatusiu? - 

spytał Petey. Miał dziewi

ęć

 lat. 

- Co to znaczy mog

ę

? - krzykn

ą

ł Dennis. - 

Ja j

ą

 znalazłem! 

- Chłopcy, prosz

ę

 - wtr

ą

ciła Terry. - Boli 

mnie głowa.  
Hal prawie ich nie słyszał. Błyszcz

ą

ce 

oczy małpy patrzyły na niego z r

ą

starszego syna. Jej pysk wykrzywiał stary, 
znajomy u

ś

miech. Ten sam u

ś

miech, który 

nawiedzał jego koszmary w dzieci

ń

stwie i 

n

ę

kał go, póki... 

 

Na zewn

ą

trz zerwał si

ę

 zimny wiatr; z 

bezcielesnych ust uleciało długie 
tchnienie, wpadaj

ą

ce ze 

ś

wistem w star

ą

przerdzewiał

ą

 rynn

ę

. Petey przysun

ą

ł si

ę

 

do ojca, z niepokojem patrz

ą

c na szorstkie 

belki dachu, z których wystawały główki 
gwo

ź

dzi.  

- Co to było, tato? - spytał, gdy 

ś

wist 

zamilkł w gardłowym j

ę

ku. 

 

- To tylko wiatr - odparł Hal, wci

ąŜ

 

przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 małpie.  Jej talerze, w 

ś

wietle nagiej 

Ŝ

arówki bardziej 

przypominaj

ą

ce półksi

ęŜ

yce ni

Ŝ

 pełne 

mosi

ęŜ

ne kr

ę

gi, trwały  

background image

w bezruchu, oddalone od siebie o jak

ąś

 

stop

ę

. Zapatrzony, dodał odruchowo: - 

Wiatr mo

Ŝ

e  

i gwi

Ŝ

d

Ŝ

e, ale nigdy nie 

ś

piewa. - W tym 

momencie u

ś

wiadomił sobie, 

Ŝ

e to 

powiedzonko wujka Willa, i po plecach 
przebiegł mu dreszcz. 
 

D

ź

wi

ę

k rozległ si

ę

 ponownie. Wiatr 

znad jeziora Crystal uderzył w dach i 
zamarł  
w rynnie. Pół tuzina szczelin 
przepuszczało do 

ś

rodka zimne, 

pa

ź

dziernikowe powietrze, które owiało 

twarz Hala. Bo

Ŝ

e, to miejsce tak bardzo 

przypominało tylny składzik w domu w 
Hartford, 

Ŝ

e poczuł si

ę

, jakby cofn

ą

ł si

ę

 

w czasie o 30 lat. 
Nie b

ę

d

ę

 o tym my

ś

lał. 

Lecz oczywi

ś

cie teraz mógł my

ś

le

ć

 

wył

ą

cznie o tym. 

W tylnym składziku, tam wła

ś

nie znalazłem 

t

ę

 przekl

ę

t

ą

 małp

ę

. W tym samym pudle.  

Terry odeszła, aby zbada

ć

 zawarto

ść

 

drewnianej skrzyni, wypełnionej 
przeró

Ŝ

nymi rupieciami. Musiała si

ę

 

schyli

ć

, bo w tym miejscu dach opadał 

nisko.  
- Nie podoba mi si

ę

 - oznajmił Petey i 

zacz

ą

ł maca

ć

 w poszukiwaniu r

ę

ki ojca. - 

Dennis mo

Ŝ

e j

ą

 sobie wzi

ąć

, je

ś

li chce. 

Tatusiu, chod

ź

my ju

Ŝ

.  

- Boisz si

ę

 duchów, tchórzu? - spytał 

Dennis. 
- Dennis, przesta

ń

! - rzuciła z 

roztargnieniem Terry i wyj

ę

ła ze skrzyni 

cieniutk

ą

 fili

Ŝ

ank

ę

, ozdobion

ą

 chi

ń

skim 

wzorem. - Ładna, naprawd

ę

... 

Hal ujrzał, 

Ŝ

e Dennis znalazł kluczyk na 

plecach małpy. Groza w jego sercu 
rozwin

ę

ła czarne skrzydła. 

- Nie rób tego! 
Zabrzmiało to ostrzej ni

Ŝ

 planował: zanim 

zorientował si

ę

, co robi, wyrwał małp

ę

  

z r

ą

k Dennisa. Syn spojrzał na niego ze 

zdumieniem. Terry tak

Ŝ

e obejrzała si

ę

 

przez rami

ę

,  

a Petey uniósł wzrok. Przez chwil

ę

 wszyscy 

milczeli. Wiatr znów zagwizdał, tym razem 
bardzo cicho. Zabrzmiało to jak 
nieprzyjemne zaproszenie.  
- To znaczy, pewnie jest zepsuta - 
wyja

ś

nił Hal. 

  

I była zepsuta. Chyba, 

Ŝ

e akurat 

chciała działa

ć

- Ale nie musiałe

ś

 tak szarpa

ć

 - 

zaprotestował syn.  
- Dennis, zamknij si

ę

!  

background image

Chłopak wzdrygn

ą

ł si

ę

 i przez moment 

sprawiał wra

Ŝ

enie zaniepokojonego. Hal od 

bardzo dawna tak do niego nie mówił - od 
czasu, gdy dwa lata temu stracił prac

ę

 w 

National Aerodyne w Kalifornii i cała 
rodzina przeniosła si

ę

 do Teksasu. 

Chwilowo Dennis postanowił nie dr

ąŜ

y

ć

 

tematu. Odwrócił si

ę

 z powrotem do pudła 

po purinie i zacz

ą

ł w nim grzeba

ć

. Lecz 

odkrył jedynie 

ś

miecie. Zniszczone 

zabawki, brocz

ą

ce g

ą

bk

ą

 i spr

ęŜ

ynami. 

Wiatr stawał si

ę

 coraz gło

ś

niejszy. Ju

Ŝ

 

nie gwizdał, lecz zawodził. Belki strychu 
zatrzeszczały cicho; zabrzmiało to jak 
kroki. 
- Prosz

ę

, tatusiu - powtórzył Peter tak 

cicho, 

Ŝ

e usłyszał go jedynie ojciec.  

- Zgoda - odparł. - Terry, idziemy.  
- Jeszcze nie sko

ń

czyłam...  

-  Powiedziałem: idziemy.  
Tym razem to ona spojrzała na

ń

 ze 

zdumieniem. 
W motelu zaj

ę

li dwa s

ą

siaduj

ą

ce pokoje. O 

dziesi

ą

tej tego wieczoru chłopcy spali ju

Ŝ

 

w swojej sypialni a Terry w pokoju 
dorosłych. W czasie jazdy z domu w Casco 
za

Ŝ

yła dwie tabletki valium, aby ze 

zdenerwowania nie dosta

ć

 migreny. Ostatnio 

łykała mnóstwo valium. Zacz

ę

ło si

ę

 to 

mniej wi

ę

cej wtedy, gdy National Aerodyne 

nie przedłu

Ŝ

yła kontraktu z Halem. Przez 

ostatnie dwa lata pracował w Texas 
Instruments - oznaczało to cztery tysi

ą

ce 

dolarów rocznie mniej, ale przynajmniej 
miał prac

ę

. Powiedział Terry, 

Ŝ

e mieli 

szcz

ęś

cie. Przytakn

ę

ła. Mnóstwo 

projektantów oprogramowania siedzi na 
zasiłku - zauwa

Ŝ

ył. Przytakn

ę

ła. Firmowy 

dom w Arnette jest równie porz

ą

dny, jak 

stary we Fresno - dodał. Przytakn

ę

ła. Lecz 

odniósł wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e za ka

Ŝ

dym razem 

kłamała. 
Tracił te

Ŝ

 kontakt z Dennisem. Czuł, 

Ŝ

dzieciak oddala si

ę

 od niego, osi

ą

gaj

ą

przedwcze

ś

nie pr

ę

dko

ść

 ucieczkow

ą

. To 

tyle, Dennisie. Bywaj, nieznajomy. Miło 
było przejecha

ć

 si

ę

 z tob

ą

. Terry 

twierdziła, 

Ŝ

e chłopak pali trawk

ę

Czasami czuła jej zapach.  B

ę

dziesz musiał 

z nim pomówi

ć

, Hal. A on przytakn

ą

ł. Lecz 

jak dot

ą

d nie znalazł jeszcze stosownej 

okazji.  
Chłopcy spali. Terry spała. Hal poszedł do 
łazienki, zamykaj

ą

c za sob

ą

 drzwi. Usiadł 

na zamkni

ę

tej pokrywie sedesu i spojrzał 

na małp

ę

background image

Nienawidził jej dotyku: mi

ę

kkiego, 

k

ę

dzierzawego, br

ą

zowego futra, miejscami 

zupełnie przetartego. Nienawidził jej 
u

ś

miechu. Ta małpa szczerzy si

ę

 jak 

czarnuch - powiedział kiedy

ś

 wujek Will. 

Ale to nieprawda. Nie u

ś

miechała si

ę

 jak 

czarnuch ani  
w ogóle jak człowiek. Ukazywała jedynie 
wyszczerzone z

ę

by. A je

ś

li nakr

ę

ciło si

ę

 

mechanizm, jej wargi poruszały si

ę

, a kły 

zdawały si

ę

 rosn

ąć

, zmienia

ć

 si

ę

 w z

ę

by 

wampira, wargi wykrzywiały si

ę

, talerze 

uderzały o siebie, głupia małpa, głupia 
nakr

ę

cana małpa, głupia, głupia... 

Upu

ś

cił j

ą

. Trz

ę

sły mu si

ę

 r

ę

ce.  

Kluczyk na plecach z brz

ę

kiem uderzył o 

terakot

ę

. W nocnej ciszy ów d

ź

wi

ę

k wydał 

si

ę

 przera

ź

liwie gło

ś

ny. Małpa szczerzyła 

do niego z

ę

by, jej zamglone bursztynowe 

oczy, oczy lalki patrzyły z idiotyczn

ą

 

rado

ś

ci

ą

. Mosi

ęŜ

ne talerze unosiły si

ę

jakby zaraz miały odegra

ć

 marsza w 

piekielnej orkiestrze. Na spodzie 
wytłoczono napis: made in Hong Kong. 
- Nie mo

Ŝ

e ci

ę

 tu by

ć

 - szepn

ą

ł. - Kiedy 

miałem dziewi

ęć

 lat, wrzuciłem ci

ę

 do 

studni. 
Małpa u

ś

miechała si

ę

 do niego. 

Na zewn

ą

trz, w mroku, czarny podmuch 

wiatru wstrz

ą

sn

ą

ł motelem. 

*     *     * 
Nast

ę

pnego dnia spotkali si

ę

 z bratem Hala 

Billem i jego 

Ŝ

on

ą

 Collette w domu wujka 

Willa i ciotki Idy. 
- Czy kiedykolwiek przeszło ci przez my

ś

l, 

Ŝ

ś

mier

ć

 w rodzinie to kiepski pretekst 

do odnawiania wi

ę

zi? - spytał Bill z 

lekkim u

ś

miechem. Nazwano go na cze

ść

 wuja 

Willa. Will  
i Bill, mistrzowie rodejo, mawiał wujek 
Will, czochraj

ą

c dłoni

ą

 włosy chłopca. To 

było jedno z jego powiedzonek. Tak jak to, 

Ŝ

e wiatr mo

Ŝ

e i gwi

Ŝ

d

Ŝ

e, ale nigdy nie 

za

ś

piewa. Wujek Will umarł przed sze

ś

cioma 

laty i ciotka Ida mieszkała tu sama, a

Ŝ

 w 

ko

ń

cu w zeszłym tygodniu powalił j

ą

 wylew. 

Umarła szybko, powiedział Bill, kiedy 
zadzwonił, by przekaza

ć

 Halowi wiadomo

ść

Tak jakby wiedział. Jakby ktokolwiek mógł 
wiedzie

ć

. Mieszkała sama. 

- Tak - odparł Hal. - Przeszło mi to przez 
my

ś

l.  

Razem przygl

ą

dali si

ę

 domowi, prawdziwemu 

domowi, w którym dorastali. Ich ojciec, 
marynarz ze statku handlowego, znikn

ą

ł z 

powierzchni ziemi, gdy byli bardzo mali: 
Bill twierdził, 

Ŝ

e pami

ę

ta go jak przez 

background image

mgł

ę

, lecz Hal nie miał 

Ŝ

adnych wspomnie

ń

Matka zmarła, kiedy Bill miał 10 lat, a 
Hal 8. Ciotka Ida przywiozła ich tutaj z 
Hartford autobusem Greyhounda. Tu si

ę

 

wychowali. Tu poszli do college'u. Wła

ś

nie 

za tym miejscem t

ę

sknili. Bill został w 

Maine i obecnie prowadził popularn

ą

 

kancelari

ę

 prawnicz

ą

 w Portland.  

Hal dostrzegł, 

Ŝ

e Petey zaw

ę

drował w 

pobli

Ŝ

e g

ą

szczu je

Ŝ

yn po wschodniej 

stronie domu.  
- Nie wchod

ź

 tam, Petey! - zawołał.  

Chłopiec spojrzał na niego pytaj

ą

co. Hal 

poczuł, jak ogarnia go gwałtowna miło

ść

 do 

dziecka. I nagle znów pomy

ś

lał o małpie. 

- Czemu, tato? 
- Gdzie

ś

 tam jest stara studnia - wyja

ś

nił 

Bill. - Ale niech mnie diabli, je

ś

li 

pami

ę

tam gdzie. Twój tato ma racj

ę

, Petey; 

lepiej trzyma

ć

 si

ę

 z dala od tego miejsca. 

Spotkanie z cierniami nie byłoby 
przyjemne. Racja, Hal? 
- Racja - odparł odruchowo Hal. Petey 
odszedł, nie ogl

ą

daj

ą

c si

ę

 za siebie; 

pobiegł w dół zbocza wiod

ą

cego na mały 

skrawek pla

Ŝ

y, gdzie Dennis puszczał 

kaczki. Dławi

ą

cy u

ś

cisk w piersi Hala 

zel

Ŝ

ał lekko. 

*     *     * 
Bill mo

Ŝ

e i zapomniał, gdzie była stara 

studnia, lecz pó

ź

niej tego samego 

popołudnia Hal pomaszerował bezbł

ę

dnie w 

jej stron

ę

, przedzieraj

ą

c si

ę

 przez 

kolczaste zaro

ś

la. Ciernie szarpały 

flanelow

ą

 kurtk

ę

 i si

ę

gały ku jego oczom. 

Dotarłszy na miejsce stan

ą

ł bez ruchu, 

dysz

ą

c ci

ęŜ

ko i przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 

spróchniałym, spaczonym deskom, 
zakrywaj

ą

cym otwór. Po chwili wahania 

ukl

ą

kł (trzask zginanych kolan zabrzmiał 

niczym podwójny wystrzał  
z pistoletu) i odsun

ą

ł dwie z nich. 

Z dna mokrego, tajemnego gardła spojrzała 
na niego ton

ą

ca twarz o szeroko rozwartych 

oczach i ustach wykrzywionych grymasem. 
Hal j

ę

kn

ą

ł cicho. Gło

ś

niejszy, wr

ę

cz 

ogłuszaj

ą

cy był j

ę

k jego serca.  

W ciemnej wodzie ujrzał sw

ą

 własn

ą

 twarz.  

Nie twarz małpy. Przez chwil

ę

 zdawało mu 

si

ę

Ŝ

e widzi małp

ę

.  

Dygotał cały. Wstrz

ą

sały nim dreszcze.  

Wrzuciłem j

ą

 do studni. Wrzuciłem j

ą

 do 

studni. Bo

Ŝ

e, błagam, nie pozwól, bym 

zwariował. Wrzuciłem j

ą

 do studni. 

Studnia wyschła tego samego lata, kiedy 
zgin

ą

ł Johnny McCabe, w rok po tym, jak 

Bill i Hal zamieszkali z wujkiem Willem i 

background image

ciotk

ą

 Id

ą

. Wujek Will po

Ŝ

yczył z banku 

pieni

ą

dze  

i kazał wywierci

ć

 studni

ę

 artezyjsk

ą

pozwalaj

ą

c, by zaro

ś

la je

Ŝ

yn otoczyły 

star

ą

 kopan

ą

 studni

ę

. Wyschni

ę

t

ą

 studni

ę

Tyle 

Ŝ

e woda wróciła, tak jak małpa. 

Tym razem nie mógł ju

Ŝ

 uciszy

ć

 wspomnie

ń

Hal siedział bezradnie, dopuszczaj

ą

c je do 

siebie, próbuj

ą

c da

ć

 si

ę

 unie

ść

, niczym 

surfer uje

Ŝ

d

Ŝ

aj

ą

cy ogromn

ą

 fal

ę

, która 

zmia

Ŝ

d

Ŝ

yłaby go, gdyby spadł z deski. 

Marzył tylko o tym, by przez to przej

ść

, i 

znów zapomnie

ć

*     *     * 
Zakradł si

ę

 tu z małp

ą

 pó

ź

nym latem tego 

samego roku. Je

Ŝ

yny ju

Ŝ

 dawno dojrzały  

i w powietrzu unosił si

ę

 mocny, lepki 

zapach. Nikt tu nie zbierał owoców, cho

ć

 

ciotka Ida czasami stawała na skraju 
zaro

ś

li i zrywała garstk

ę

 je

Ŝ

yn. Tu, w 

krzakach, je

Ŝ

yny zd

ąŜ

yły ju

Ŝ

 przejrze

ć

Cz

ęść

 z nich gniła, wypuszczaj

ą

c z siebie 

g

ę

sty, biały, przypominaj

ą

cy rop

ę

 płyn, a 

ś

wierszcze 

ś

piewały szale

ń

czym chórem w 

wysokiej trawie pod stopami, bez ko

ń

ca 

powtarzaj

ą

c: r-i-i-i-i.... 

Ciernie kłuły i szarpały jego skór

ę

. Na 

odsłoni

ę

tych r

ę

kach i policzkach wyst

ą

piły 

krople krwi. Nie próbował nawet ich 
unika

ć

. Za

ś

lepił go strach - do tego 

stopnia, 

Ŝ

e o mały włos nie wpadł na  

przegniłe deski, pokrywaj

ą

ce studni

ę

Jeszcze chwila, a run

ą

łby dziesi

ęć

 metrów 

w dół na błotniste dno. Gwałtownie 
zamachał r

ę

kami, próbuj

ą

c utrzyma

ć

 

równowag

ę

, i kolejne kolce odcisn

ę

ły swe 

pi

ę

tno na jego przedramionach. Wła

ś

nie to 

wspomnienie sprawiło, 

Ŝ

e tak ostro zawołał 

Peteya. 
To był dzie

ń

, w którym zgin

ą

ł Johnny 

McCabe - jego najlepszy przyjaciel. Johnny 
wspinał si

ę

 po drabince do domku na 

drzewie. Tego lata obaj chłopcy sp

ę

dzili 

tam mnóstwo czasu, bawi

ą

c si

ę

 w piratów, 

wygl

ą

daj

ą

c wyimaginowanych galeonów na 

jeziorze, przesuwaj

ą

c działa, refuj

ą

grota (cokolwiek to znaczyło) i szykuj

ą

si

ę

 do aborda

Ŝ

u. Johnny wdrapywał si

ę

 do 

domku, jak to czynił tysi

ą

ce razy 

wcze

ś

niej, gdy szczebel tu

Ŝ

 pod klap

ą

 w 

podłodze p

ę

kł mu w r

ę

kach i Johnny spadł 

na ziemi

ę

 z wysoko

ś

ci dziesi

ę

ciu metrów,  

i skr

ę

cił sobie kark, i wszystko to było 

win

ą

 małpy, małpy, tej przekl

ę

tej małpy. 

Kiedy zadzwonił telefon, gdy usta cioci 
Idy otwarły si

ę

 szeroko w niemym o grozy, 

kiedy jej przyjaciółka  Milly z s

ą

siedztwa 

background image

powtórzyła co si

ę

 stało, gdy ciocia Ida 

powiedziała: "Chod

ź

 na werand

ę

, Hal. Mam 

złe wie

ś

ci.", natychmiast pomy

ś

lał z 

obezwładniaj

ą

c

ą

 zgroz

ą

: "Małpa! Co znów 

zrobiła?" 
Tego dnia, gdy wyrzucił małp

ę

, na dnie 

studni nie dostrzegł uwi

ę

zionego odbicia 

własnej twarzy, jedynie kamyki i cuchn

ą

ce, 

mokre błocko. Spojrzał na małp

ę

 le

Ŝą

c

ą

 

po

ś

ród sztywnej trawy, rosn

ą

cej mi

ę

dzy 

spl

ą

tanymi krzakami je

Ŝ

yn. Zabawka unosiła 

swe talerze, wyszczerzone z

ę

by połyskiwały 

pomi

ę

dzy rozchylonymi wargami. Patrzył na 

jej łysiej

ą

ce tu i ówdzie futro. Na 

szkliste oczy.  
- Nienawidz

ę

 ci

ę

! - sykn

ą

ł. Zacisn

ą

ł dło

ń

 

wokół wstr

ę

tnego tułowia małpy, czuj

ą

c, 

jak k

ę

dzierzawe futro ugina si

ę

 pod 

palcami. Uniósł j

ą

 do twarzy; małpa 

u

ś

miechała si

ę

 do niego. 

- No dalej! - rzucił wyzywaj

ą

co. Po raz 

pierwszy tego dnia zacz

ą

ł krzycze

ć

Potrz

ą

sn

ą

ł ni

ą

. Uniesione talerze zadr

Ŝ

ały 

leciutko. Małpa psuła wszystko. Wszystko. 
- No ju

Ŝ

, uderz w nie, uderz! 

U

ś

miechała si

ę

- Dalej, uderz! - Jego głos wzniósł si

ę

 

histerycznie. - No co, tchórzysz? Dalej! 
Uderz  
w nie. Wyzywam ci

ę

. WYZYWAM! 

ś

ółtobr

ą

zowe oczy. Szyderczo wyszczerzone 

z

ę

by. 

I wtedy, oszalały z 

Ŝ

alu i strachu, cisn

ą

ł 

j

ą

 do studni. Ujrzał, jak obraca si

ę

 w 

powietrzu - małpi akrobata, wykonuj

ą

cy 

kolejn

ą

 ewolucj

ę

. Sło

ń

ce po raz ostatni 

zal

ś

niło na gładkiej powierzchni talerzy. 

Z głuchym łoskotem uderzyła o dno. Wstrz

ą

musiał poruszy

ć

 mechanizmem, bo nagle 

talerze istotnie zacz

ę

ły uderza

ć

 o siebie. 

Ich miarowe, rytmiczne, metaliczne d

ź

wi

ę

ki 

wzlatywały ku jego uszom, odbijaj

ą

c si

ę

 

obł

ą

ka

ń

czym echem w kamiennej gardzieli 

martwej studni: d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang... 

Hal przycisn

ą

ł dłonie do ust. Ujrzał j

ą

 

tam, mo

Ŝ

e jedynie oczyma wyobra

ź

ni, le

Ŝą

c

ą

 

w błocie. Szklane oczy wpatrywały si

ę

 w 

male

ń

ki kr

ą

g chłopi

ę

cej twarzy, 

wygl

ą

daj

ą

cej zza cembrowiny (jakby 

zapami

ę

tywały j

ą

 na zawsze) Wargi 

rozszerzały si

ę

 i zw

ęŜ

ały wokół 

wyszczerzonych z

ę

bów, talerze uderzały o 

siebie. 

Ś

mieszna nakr

ę

cana małpka. 

D

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang. Kto umarł? D

Ŝ

ang-

d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang. Czy to Johnny McCabe? 

Spadaj

ą

cy z wytrzeszczonymi oczami, 

kr

ę

c

ą

cy własne salta w jasnym, letnim, 

background image

wakacyjnym powietrzu? Z p

ę

kni

ę

tym 

szczeblem wci

ąŜ

 tkwi

ą

cym w dłoniach. Coraz 

bli

Ŝ

szy ziemi; za chwil

ę

 uderzy w ni

ą

 z 

gorzkim trzaskiem, i krew wytry

ś

nie z jego 

nosa, ust i oczu. Czy to Johnny, Hal? A 
mo

Ŝ

e ty? 

J

ę

cz

ą

c, Hal złapał deski i zasłonił nimi 

wylot studni, nie zwa

Ŝ

aj

ą

c na wbijaj

ą

ce 

si

ę

  

w dłonie drzazgi, nawet ich nie 
dostrzegaj

ą

c. Mimo to wci

ąŜ

 j

ą

 słyszał. 

Drewniana zapora nieco tłumiła d

ź

wi

ę

k, 

który przez to stał si

ę

 jeszcze gorszy. 

Małpa le

Ŝ

ała tam w kamiennej ciemno

ś

ci, 

wal

ą

c w talerze i kr

ę

c

ą

c swym ohydnym 

ciałem z odgłosem przypominaj

ą

cym 

koszmarny hałas ze snu. 
D

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang. Kto umarł tym 

razem? 
Hal rzucił si

ę

 p

ę

dem z powrotem, 

rozpychaj

ą

c gał

ę

zie je

Ŝ

yn. Ciernie 

kre

ś

liły 

ś

wie

Ŝ

e krwawe linie na jego 

twarzy. Li

ś

cie łopianu chwytały mankiety 

d

Ŝ

insów i raz nawet wyło

Ŝ

ył si

ę

 jak długi; 

w uszach wci

ąŜ

 mu dzwoniło, jakby d

ź

wi

ę

go 

ś

cigał. Wujek Will znalazł go pó

ź

niej, 

siedz

ą

cego na starej oponie w gara

Ŝ

u i 

zapłakanego. Uznał, i

Ŝ

 Hal opłakuje 

martwego przyjaciela. Istotnie tak było. 
Jednak

Ŝ

e płakał tak

Ŝ

e, odreagowuj

ą

strach. 
Wyrzucił małp

ę

 pó

ź

nym popołudniem. Jeszcze 

tego wieczoru, gdy zmierzch zakradał si

ę

 

skrycie, pochłaniaj

ą

c migotliwy płaszcz 

wieczornej mgiełki, samochód, jad

ą

cy 

stanowczo zbyt szybko jak na t

ę

 

widoczno

ść

, przejechał kota Manx ciotki 

Idy i nie zatrzymuj

ą

c si

ę

 znikn

ą

ł w dali. 

Na całej drodze walały si

ę

 flaki. Bill 

zwymiotował, lecz Hal jedynie odwrócił 
twarz, blad

ą

, nieruchom

ą

 twarz. Szlochanie 

ciotki Idy (w poł

ą

czeniu z wie

ś

ci

ą

 o 

chłopaku McCabe'ów 

ś

mier

ć

 kota 

doprowadziła j

ą

 do gwałtownego ataku 

płaczu, granicz

ą

cego z histeri

ą

 i wujek 

Will zdołał uspokoi

ć

 j

ą

 dopiero po dwóch 

godzinach) dobiegało go jakby z wielkiej 
oddali. W gł

ę

bi serca czuł zimn

ą

triumfaln

ą

 rado

ść

. To nie była jego kolej, 

tylko kolej kota ciotki. Nie jego, nie 
jego brata. Bila ani wujka Willa (dwóch 
mistrzów rodejo). Małpa odeszła. Le

Ŝ

ała na 

dnie studni. Jeden stary kot Manx z 
kleszczami w uszach był doprawdy niewielk

ą

 

zapłat

ą

. Je

ś

li nadal chciała uderza

ć

 w te 

piekielne talerze, prosz

ę

 bardzo. Mogła na 

nich gra

ć

 robakom i chrz

ą

szczom, mrocznym 

background image

istotom, l

ę

gn

ą

cym si

ę

 w kamiennym brzuchu 

studni. Zgnije tam. Jej paskudne kółka, 
spr

ęŜ

ynki i przekładnie zardzewiej

ą

. I 

umrze w błocie i ciemno

ś

ci. A paj

ą

ki 

wysnuj

ą

 jej całun. 

*     *     * 
Ale wróciła. 
Hal powoli znów zakrył studni

ę

, tak jak 

tamtego dnia, i nagle usłyszał widmowe 
echo talerzy małpy. D

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-

d

Ŝ

ang. Kto umarł, Hal? Czy to Terry? 

Dennis? Czy to Petey, Hal? Jest twoim 
ulubie

ń

cem, prawda? Czy to on? D

Ŝ

ang-

d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang... 

*     *     * 
- Odłó

Ŝ

 to!  

Petey wzdrygn

ą

ł si

ę

 i upu

ś

cił małp

ę

. Przez 

jeden koszmarny moment Hal s

ą

dził, 

Ŝ

e to 

wystarczy, 

Ŝ

e wstrz

ą

s uruchomi mechanizm i 

talerze znów zaczn

ą

 uderza

ć

 o siebie. 

- Tatusiu, przestraszyłe

ś

 mnie. 

- Przepraszam. Po prostu... nie chc

ę

Ŝ

eby

ś

 si

ę

 ni

ą

 bawił. 

Cała trójka pojechała do kina i s

ą

dził, 

Ŝ

pierwszy zd

ąŜ

y wróci

ć

 do motelu. Zabawił 

jednak w starym domu dłu

Ŝ

ej ni

Ŝ

 

przypuszczał. Stare, znienawidzone 
wspomnienia poruszały si

ę

 w swej własnej 

strefie czasowej. 
Terry siedziała obok Dennisa ,ogl

ą

daj

ą

serial "The Beverly Hillbillies". 

Ś

ledziła 

stare, ziarniste obrazy z rozbawionym 
skupieniem, które 

ś

wiadczyło o tym, 

Ŝ

niedawno łykn

ę

ła valium. Dennis czytał 

pismo rockowe z Culture Club na okładce. 
Petey siedział na dywanie, majstruj

ą

c przy 

małpie. 
- I tak nie działa - rzekł.  
"Co wyja

ś

nia, czemu Dennis mu j

ą

 oddał" - 

pomy

ś

lał Hal, i nagle ogarn

ą

ł go wstyd i 

gniew na samego siebie. Coraz cz

ęś

ciej 

odczuwał nieopanowan

ą

 wrogo

ść

 wobec 

starszego syna. Potem jednak czuł si

ę

 

paskudnie winny, poni

Ŝ

ony... bezradny. 

- Nie - rzekł. - Jest stara, zamierzam j

ą

 

wyrzuci

ć

. Daj mi j

ą

Wyci

ą

gn

ą

ł r

ę

k

ę

 i Peter z niespokojn

ą

 min

ą

 

wr

ę

czył mu zabawk

ę

.  

- Ze starego robi si

ę

 niezły schizol - 

mrukn

ą

ł Dennis, zwracaj

ą

c si

ę

 do matki. 

Zanim zd

ąŜ

ył pomy

ś

le

ć

, Hal przebiegł ju

Ŝ

 

przez pokój. Wci

ąŜ

 trzymał w dłoni małp

ę

która u

ś

miechała si

ę

 z aprobat

ą

. Złapał 

koszul

ę

 syna i szarpni

ę

ciem postawił go na 

nogi. Który

ś

 ze szwów pu

ś

cił z cichym 

trzaskiem. Dennis wpatrywał si

ę

 w ojca z 

background image

niemal komicznym zdumieniem. Otwarty numer 
"Rockowej Fali" upadł na podłog

ę

- Hej!  
- Chod

ź

 ze mn

ą

 - polecił ponuro Hal, 

ci

ą

gn

ą

c chłopaka ku drzwiom prowadz

ą

cym  

do drugiego pokoju. 
- Hal! - niemal krzykn

ę

ła Terry. Petey 

jedynie wybałuszył oczy. 
Hal wci

ą

gn

ą

ł Dennisa do 

ś

rodka, zatrzasn

ą

ł 

drzwi i gwałtownie pchn

ą

ł na nie syna. 

Dennis zaczynał wygl

ą

da

ć

 na wystraszonego.  

- Masz zbyt niewyparzony j

ę

zyk - oznajmił 

Hal. 
- Puszczaj! Rozdarłe

ś

 mi koszul

ę

, ty...  

Hal ponownie popchn

ą

ł chłopaka.  

- O tak - powiedział. - Naprawd

ę

 

niewyparzony j

ę

zyk. Nauczyłe

ś

 si

ę

 tego w 

szkole? A mo

Ŝ

e w palarni? 

Dennis zarumienił si

ę

. Przez sekund

ę

 na 

jego twarzy odbiło si

ę

 poczucie winy.  

- Nie musiałbym chodzi

ć

 do tej zasranej 

szkoły, gdyby ci

ę

 nie wylali! - wybuchn

ą

ł.  

Hal raz jeszcze pchn

ą

ł Dennisa na drzwi. 

- Nikt mnie nie wylał. Nie przedłu

Ŝ

yli 

kontraktu. Dobrze o tym wiesz i nie 

Ŝ

ycz

ę

 

sobie słucha

ć

 twojego gl

ę

dzenia. Masz 

jaki

ś

 problem? Witaj na 

ś

wiecie, Dennis. 

Ale nie zwalaj wszystkiego na mnie. 
Jeszcze jesz, wkładasz co

ś

 na tyłek. Masz 

dwana

ś

cie lat i... nie... 

Ŝ

ycz

ę

... 

sobie... wysłuchiwa

ć

... twoich... 

narzeka

ń

. - Podkre

ś

lał ka

Ŝ

de słowo 

przyci

ą

gaj

ą

c chłopca do siebie tak, 

Ŝ

e ich 

nosy niemal si

ę

 stykały i odpychaj

ą

c z 

powrotem. Nie czynił tego do

ść

 mocno, by 

bolało, lecz Dennis wyra

ź

nie si

ę

 bał - od 

czasu przeprowadzki do Teksasu ojciec 
nawet go nie tkn

ą

ł - tote

Ŝ

 w ko

ń

cu 

rozpłakał si

ę

 gło

ś

nym, zdrowym, zawodz

ą

cym 

płaczem. 
- No dalej, zbij mnie! - wrzasn

ą

ł. Na jego 

wykrzywion

ą

 twarz wyst

ą

piły czerwone 

plamy. - Zbij mnie, je

ś

li chcesz! Wiem, 

jak cholernie mnie nienawidzisz! 
- Nie nienawidz

ę

 ci

ę

. Bardzo ci

ę

 kocham, 

Dennis. Ale jestem twoim ojcem i masz 
okazywa

ć

 mi szacunek W przeciwnym razie 

oberwiesz. 
Dennis próbował si

ę

 wyrwa

ć

. Hal 

przyci

ą

gn

ą

ł do siebie syna i obj

ą

ł go. 

Przez chwil

ę

 chłopak jeszcze walczył, 

potem przytulił twarz do piersi Hala i 
zacz

ą

ł płaka

ć

 na dobre. Hal  

od lat nie słyszał, by które

ś

 z jego 

dzieci tak płakało. Zamkn

ą

ł oczy, 

u

ś

wiadamiaj

ą

c sobie,  

i

Ŝ

 czuje ogromne znu

Ŝ

enie.  

background image

Terry zacz

ę

ła dobija

ć

 si

ę

 z drugiej 

strony.  
- Przesta

ń

, Hal! Cokolwiek mu robisz, 

przesta

ń

- Nie zabijam go - rzekł. - Odejd

ź

, Terry! 

- Nie wa

Ŝ

 si

ę

... 

- Wszystko w porz

ą

dku, mamo - wtr

ą

cił 

Dennis stłumionym głosem, wci

ąŜ

 

przywieraj

ą

c do piersi ojca.  

Przez chwil

ę

 stała tam w milczeniu; 

wyczuwał jej zagubienie. Potem odeszła. 
Hal spojrzał na swego syna. 
- Przepraszam, 

Ŝ

e ci

ę

 tak nazwałem, tato - 

powiedział niech

ę

tnie Dennis. 

- W porz

ą

dku. Przyjmuj

ę

 przeprosiny i 

dzi

ę

kuj

ę

. Kiedy w nast

ę

pnym tygodniu 

wrócimy do domu, odczekam dwa-trzy dni, a 
potem przejrz

ę

 wszystkie twoje szuflady. 

Je

ś

li jest w nich co

ś

, czego nie chciałby

ś

 

mi pokaza

ć

, lepiej si

ę

 tego pozb

ą

d

ź

Znów ta wina winowajcy. Dennis spu

ś

cił 

wzrok i otarł wierzchem dłoni zasmarkany 
nos.  
- Mog

ę

 ju

Ŝ

 i

ść

? - W jego głosie ponownie 

zabrzmiała uraza. 
- Jasne - odparł Hal i pu

ś

cił go. Wiosn

ą

 

musz

ę

 zabra

ć

 go camping. Tylko my dwaj. 

B

ę

dziemy łowi

ć

 ryby jak wujek Will ze mn

ą

 

i z Billem. Musz

ę

 si

ę

 do niego zbli

Ŝ

y

ć

Musz

ę

 spróbowa

ć

Usiadł na łó

Ŝ

ku w pustym pokoju i spojrzał 

na małp

ę

. Ju

Ŝ

 nigdy si

ę

 do niego nie 

zbli

Ŝ

ysz, Hal - zdawał si

ę

 mówi

ć

 jej 

u

ś

miech. Mo

Ŝ

esz mi wierzy

ć

. Wróciłam, aby 

wszystkim si

ę

 zaj

ąć

. Zawsze wiedziałe

ś

Ŝ

tak b

ę

dzie. 

Hal odło

Ŝ

ył j

ą

 na bok i zasłonił dłoni

ą

 

oczy.  
*     *     * 
Stał w łazience i rozmy

ś

lał, szczotkuj

ą

z

ę

by. Była w tym samym pudle. Jak to 

mo

Ŝ

liwe, by była w tym samym pudle? 

Szczoteczka d

ź

gn

ę

ła w gór

ę

, bole

ś

nie 

uderzaj

ą

c w dzi

ą

sło. Skrzywił si

ę

Kiedy pierwszy raz ujrzał małp

ę

, miał 

cztery lata, a Bill sze

ść

. Zanim jeszcze 

zgin

ą

ł, albo zapadł si

ę

 w gł

ą

b dziury na 

ko

ń

cu 

ś

wiata, czy cokolwiek go spotkało, 

ich zaginiony ojciec kupił dom w Hartford, 
który nale

Ŝ

ał do nich - uczciwie, bez 

Ŝ

adnych ale. Matka pracowała jako 

sekretarka w Holmes Aircraft, fabryce 
helikopterów w Westville, i zatrudniała 
cał

ą

 seri

ę

 opiekunek, zajmuj

ą

cych si

ę

 

chłopcami. Tyle 

Ŝ

e w owym czasie tylko Hal 

wymagał całodziennej opieki - Bill był ju

Ŝ

 

du

Ŝ

y i chodził do pierwszej klasy. 

ś

adna 

background image

opiekunka nie zabawiła długo. Zachodziły w 
ci

ąŜę

 i po

ś

lubiały swoich chłopaków, albo 

zatrudniały si

ę

 u Holmesa, albo te

Ŝ

 pani 

Shelburn odkrywała, 

Ŝ

e poci

ą

gaj

ą

 ukradkiem 

z butelki kuchennej sherry czy koniaku, 
przechowywanego na szczególne okazje w 
kredensie. Najcz

ęś

ciej były to głupie 

dziewczyny, które interesowało jedynie 
jedzenie i spanie. 

ś

adna z nich nie 

chciała czyta

ć

 Halowi, jak robiła to 

matka.  
Tej długiej zimy ich opiekunk

ą

 była rosła, 

szczupła czarna dziewczyna imieniem 
Beulah. Kiedy matka Hala przebywała w jej 
pobli

Ŝ

u, Beulah cackała si

ę

 chłopcem; gdy 

jej nie było, czasem go szczypała. Mimo 
wszystko Hal nawet lubił Beulah, która od 
czasu do czasu czytała mu barwne opowie

ś

ci 

z jednego z pism z Prawdziwymi Historiami 

ś

yciowymi b

ą

d

ź

 Detektywistycznymi 

("Zmysłowa Rudowłosa w Obj

ę

ciach 

Ś

mierci" 

- intonowała złowieszczo Beulah w sennej 
południowej ciszy salonu i wsuwała do ust 
kolejny cukierek orzechowy  Reese'a, 
podczas, gdy Hal z uwag

ą

 studiował 

ziarniste zdj

ę

cia w brukowcu i popijał 

mleko ze swego kubeczka dobrych 

Ŝ

ycze

ń

). 

Fakt, 

Ŝ

e j

ą

 lubił, sprawił, i

Ŝ

 jeszcze 

gorzej zniósł to, co si

ę

 stało. 

Znalazł małp

ę

 zimnego, pochmurnego 

marcowego dnia. Od czasu do czasu fala 
deszczu ze 

ś

niegiem zacinała o szyb

ę

Beulah spała na kanapie z egzemplarzem 
"Mojej Historii" otwartym na bujnym 
biu

ś

cie. 

Hal zakradł si

ę

 do składziku, by obejrze

ć

 

rzeczy ojca. 
Składzik był w istocie dodatkow

ą

 komórk

ą

 

na całej długo

ś

ci pierwszego pi

ę

tra po 

lewej stronie, dodatkowym pomieszczeniem, 
którego nigdy nie wyko

ń

czono. Mo

Ŝ

na si

ę

 

było do

ń

 dosta

ć

 małymi drzwiami - jak te w 

ą

b króliczej nory - w sypialni chłopców, 

po stronie Billa. Obaj lubili tam chodzi

ć

cho

ć

 w zimie był tam straszny zi

ą

b, a w 

lecie upał tak wielki, 

Ŝ

e wyciskał z 

młodzie

ń

czej skóry całe wiadra potu. 

Długi, w

ą

ski, czasem duszny składzik p

ę

kał 

w szwach od fascynuj

ą

cych rupieci. 

Niewa

Ŝ

ne jak wiele si

ę

 ich przejrzało, 

nigdy nie obejrzało si

ę

 wszystkich. Raz z 

Billem sp

ę

dzali w nim całej sobotnie 

popołudnia, ledwie odzywaj

ą

c si

ę

 do 

siebie, wyci

ą

gaj

ą

c rzeczy z pudeł, 

ogl

ą

daj

ą

c je, obracaj

ą

c nieustannie tak, 

by r

ę

ce wchłon

ę

ły ka

Ŝ

d

ą

 now

ą

 

rzeczywisto

ść

, i odkładaj

ą

c na miejsce. 

background image

Teraz Hal zastanawiał si

ę

, czy wówczas nie 

próbowali z Billem w jedyny dost

ę

pny im 

sposób nawi

ą

za

ć

 kontaktu z zaginionym 

ojcem. 
Ojciec był marynarzem na statku handlowym. 
Miał patent nawigatora, tote

Ŝ

  

w składziku le

Ŝ

ały całe stosy map, 

cz

ęś

ciowo poznaczonych równymi kółkami 

(po

ś

rodku ka

Ŝ

dego widniał dołek po ostrzu 

cyrkla). Obok nich spoczywało dwadzie

ś

cia 

tomów zatytułowanych "Przewodnik 
nawigacyjny Barrona" i pokrzywiona 
lornetka, która, je

ś

li patrzyłe

ś

 w ni

ą

 

zbyt długo, sprawiała, 

Ŝ

e oczy zaczynały 

piec i dziwnie widzie

ć

. Były tam te

Ŝ

 

turystyczne pami

ą

tki z tuzina ró

Ŝ

nych 

portów - gumowe tancerki hula, czarny 
kartonowy melonik z rozdart

ą

 wst

ąŜ

k

ą

, na 

której napisano: "Jednym dziewczyna 

Ŝ

ycie 

umili, mnie Picadilly", szklana kula, w 
której wn

ę

trzu umieszczono male

ń

k

ą

 wie

Ŝę

 

Eiffela. Były tam koperty z zagranicznymi 
znaczkami, starannie uło

Ŝ

onymi w 

ś

rodku, i 

zagraniczne monety; próbki minerałów z 
hawajskiej wyspy Maui, szklisto czarne, 
ci

ęŜ

kie i dziwnie złowrogie, oraz 

dziwaczne płyty w obcych j

ę

zykach. 

Tego dnia, gdy deszcz hipnotycznie b

ę

bnił 

o dach tu

Ŝ

 na jego głow

ą

, Hal przekopał 

si

ę

 a

Ŝ

 na najdalszy koniec składziku. 

Odsun

ą

ł jaki

ś

 karton i ujrzał za nim 

kolejny - pudełko po  purinie Rolstona. 
Znad tekturowej 

ś

cianki wygl

ą

dała para 

szklanych orzechowych oczu. Ich widok 
przestraszył go, tote

Ŝ

 na moment odskoczył 

z wal

ą

cym sercem, jakby odkrył 

ś

miertelnie 

gro

ź

nego pigmeja. Pó

ź

niej jednak dostrzegł 

ich milczenie, martwy połysk,  
i poj

ą

ł, 

Ŝ

e to jaka

ś

 zabawka. Ponownie 

ruszył naprzód i ostro

Ŝ

nie wyj

ą

ł j

ą

 z 

pudła. 
U

ś

miechała si

ę

 do niego w 

Ŝ

ółtym 

ś

wietle, 

szczerz

ą

c z

ę

by i unosz

ą

c wysoko talerze. 

Zachwycony Hal zacz

ą

ł obraca

ć

 j

ą

 w 

dłoniach. Jego palce muskały k

ę

dzierzawe 

futro. Podobał mu si

ę

 zabawny u

ś

miech 

małpy. Ale czy nie było w niej jeszcze 
czego

ś

? Czy nie poczuł niemal 

instynktownej niech

ę

ci, która pojawiła si

ę

 

i znikn

ę

ła zanim u

ś

wiadomił sobie co 

czuje? Mo

Ŝ

liwe, lecz przy tak starych 

wspomnieniach trzeba bardzo uwa

Ŝ

a

ć

, by nie 

uwierzy

ć

 w zbyt wiele. Stare wspomnienia 

mog

ą

 kłama

ć

... ale czy

Ŝ

 nie dostrzegł tego 

samego grymasu na twarzy Peteya na strychu 
w rodzinnym domu?  

background image

Zauwa

Ŝ

ył kluczyk, wetkni

ę

ty w zw

ęŜ

enie 

pleców, i przekr

ę

cił go. Klucz obracał si

ę

 

stanowczo zbyt łatwo. Nie towarzyszyły mu 
trzaski zapadek. A zatem zepsuta. Zepsuta, 
ale wci

ąŜ

 fajna. 

Zabrał j

ą

Ŝ

eby si

ę

 pobawi

ć

- Co tam masz, Hal? - spytała Beulah, 
budz

ą

c si

ę

 z drzemki. 

- Nic - odparł Hal. - Znalazłem to. 
Postawił małp

ę

 na półce po swej stronie w 

sypialni. Spocz

ę

ła na stercie ksi

ąŜ

eczek 

do kolorowania z Lassie, u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 

szeroko, patrz

ą

c w dal, unosz

ą

c talerze. 

Była zepsuta, ale i tak si

ę

 u

ś

miechała. 

Tej nocy Hal przebudził si

ę

 z 

niespokojnego snu z pełnym p

ę

cherzem i 

wstał, by skorzysta

ć

 z łazienki w 

korytarzu. Po drugiej stronie pokoju Bill 
spał jak kamie

ń

 pod kołdr

ą

Hal wrócił. Ju

Ŝ

 prawie zasypiał, gdy nagle 

w ciemno

ś

ci małpa zacz

ę

ła uderza

ć

 

talerzami. 
D

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang. 

Natychmiast obudził si

ę

, jakby kto

ś

 

uderzył go w twarz zimnym, mokrym 
r

ę

cznikiem. Jego serce szarpn

ę

ło si

ę

 

gwałtownie, z gardła uleciał cichy mysi 
pisk. Szeroko otwieraj

ą

c oczy patrzył na 

małp

ę

. Jego wargi dr

Ŝ

ały.  

D

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang.  

Jej ciało kołysało si

ę

 i podskakiwało na 

półce. Wargi otwierały si

ę

 i zamykały, 

otwierały i zamykały w grymasie potwornej 
rado

ś

ci, ukazuj

ą

c wielkie, drapie

Ŝ

ne 

z

ę

biska. 

- Przesta

ń

 - szepn

ą

ł Hal. 

Brat obrócił si

ę

 na drugi bok i chrapn

ą

ł. 

Poza tym wszystko było ciche... prócz 
małpy. Talerze uderzały o siebie z 
brz

ę

kiem; ich d

ź

wi

ę

k z pewno

ś

ci

ą

 obudzi 

brata, matk

ę

, cały 

ś

wiat. Zbudziłby nawet 

umarłych. 
D

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang. 

Hal ruszył ku niej. Zamierzał jako

ś

 j

ą

 

uciszy

ć

, mo

Ŝ

e wsun

ąć

 dło

ń

 pomi

ę

dzy 

talerze, póki mechanizm si

ę

 nie rozkr

ę

ci, 

gdy małpa sama si

ę

 zatrzymała. Talerze 

ą

czyły si

ę

 po raz ostatni - d

Ŝ

ang! - a 

potem powoli powróciły na swe pierwotne 
pozycje. Mosi

ą

dz połyskiwał w

ś

ród cieni. 

Brudne, 

Ŝ

ółtawe z

ę

by małpy szczerzyły si

ę

 

w u

ś

miechu. 

W domu znów panowała cisza. Matka 
odwróciła si

ę

 w łó

Ŝ

ku i podobnie jak 

wcze

ś

niej Bill, zachrapała. Hal tak

Ŝ

e si

ę

 

poło

Ŝ

ył i naci

ą

gn

ą

ł kołdr

ę

 na głow

ę

. Serce 

background image

waliło mu jak młotem. Jutro odło

Ŝę

 j

ą

 do 

składziku - pomy

ś

lał. Nie chc

ę

 jej. 

Lecz nast

ę

pnego ranka zupełnie zapomniał o 

odło

Ŝ

eniu małpy, bo matka nie poszła do 

pracy. Beulah nie 

Ŝ

yła. Matka nie chciała 

im powiedzie

ć

 co dokładnie si

ę

 stało.  

- To był wypadek. Straszliwy wypadek - 
rzekła jedynie.  
Lecz tego popołudnia Bil w drodze do domu 
ze szkoły kupił gazet

ę

 i przemycił pod 

koszul

ą

 do sypialni czwart

ą

 stron

ę

. Gdy 

matka gotowała kolacj

ę

 w kuchni, zacinaj

ą

si

ę

 przeczytał Halowi artykuł. Lecz Hal 

sam potrafił odczyta

ć

 nagłówek - DWIE 

OFIARY DOMOWEJ STRZELANINY. Beulah 
McCaffery, lat dziewi

ę

tna

ś

cie, i Sally 

Tremont, dwadzie

ś

cia, zostały zastrzelone 

przez chłopaka panny McCaffery, Leonarda 
White'a, lat dwadzie

ś

cia pi

ęć

, po 

sprzeczce, kto ma wyj

ść

 i przynie

ść

 

zamówiony chi

ń

ski posiłek. Panna Tremont 

umarła na izbie przyj

ęć

 w Hartford. Beulah 

McCaffery zgin

ę

ła na miejscu. 

Zupełnie jakby Beulah znikn

ę

ła, przeniosła 

si

ę

 do jednego z jej pism 

detektywistycznych - pomy

ś

lał Hal Shelburn 

i poczuł, jak zimny dreszcz przebiega mu 
po kr

ę

gosłupie i okr

ąŜ

a serce. A potem 

u

ś

wiadomił sobie, i

Ŝ

 do strzelaniny doszło 

mniej wi

ę

cej w czasie, gdy małpa... 

*     *     * 
- Hal? - Senny głos Terry. - Idziesz do 
łó

Ŝ

ka? 

Wypluł past

ę

 do umywalki i przepłukał 

usta. 
- Tak - rzekł. 
Wcze

ś

niej schował małp

ę

 do walizki i 

zamkn

ą

ł na klucz. Za dwa, trzy dni wracali 

do Teksasu. Zanim to jednak nast

ą

pi, 

pozb

ę

dzie si

ę

 tego paskudztwa. Raz na 

zawsze. 
Zrobi to. Jako

ś

.  

- Po południu ostro naskoczyłe

ś

 na Dennisa 

- powiedziała w mroku Terry. 
- My

ś

l

ę

Ŝ

e Dennis od dawna potrzebował, 

by kto

ś

 na niego wskoczył. Zagubił si

ę

Nie chc

ę

, by zacz

ą

ł si

ę

 stacza

ć

- Z punktu widzenia psychologii, zbicie 
chłopca nie jest zbyt produktywn

ą

...  

- Na miło

ść

 bosk

ą

, Terry, ja go nie 

zbiłem! 
- ... metod

ą

 narzucania władzy 

rodzicielskiej... 
- Sko

ń

cz z tym terapeutycznym 

Ŝ

argonem! - 

rzucił gniewnie Hal. 
- Widz

ę

Ŝ

e nie chcesz o tym rozmawia

ć

. - 

Jej głos był zimny. 

background image

- Kazałem mu te

Ŝ

 pozby

ć

 si

ę

 z domu 

prochów. 
- Naprawd

ę

? - Niedowierzanie i obawa. - 

Jak to przyj

ą

ł? Co powiedział? 

- Daj spokój, Terry! Co miał powiedzie

ć

Jeste

ś

 zwolniony? 

- Hal, co si

ę

 z tob

ą

 dzieje? Zwykle taki 

nie jeste

ś

 - co si

ę

 stało? 

- Nic - odparł, my

ś

l

ą

c o zamkni

ę

tej w 

walizce małpie. Czy usłyszałby, gdyby 
zacz

ę

ła uderza

ć

 talerzami? Tak, z 

pewno

ś

ci

ą

. Stłumiony, lecz wyra

ź

ny d

ź

wi

ę

k. 

Odgłosy zguby dla kogo

ś

, jak wcze

ś

niej dla 

Beulah, Johnny'ego McCabe'a, Stokrotki, 
suczki wujka Willa. D

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-

d

Ŝ

ang. Czy to ty, Hal? - Ostatnio mam 

wiele na głowie. 
- Mam nadziej

ę

Ŝ

e to minie, bo nie 

podobasz mi si

ę

 takim. 

- Nie? - Nast

ę

pne słowa wymkn

ę

ły mu si

ę

zanim zd

ąŜ

ył je powstrzyma

ć

: tak naprawd

ę

 

jednak, wcale nie chciał ich powstrzyma

ć

- Wi

ę

c łyknij sobie valium i wszystko znów 

b

ę

dzie dobrze. 

Usłyszał, jak gło

ś

no wci

ą

gn

ę

ła powietrze i 

wypu

ś

ciła je z dr

Ŝ

eniem. Zacz

ę

ła płaka

ć

Mógł j

ą

 pocieszy

ć

 (mo

Ŝ

e), lecz nie 

znajdował w sobie słów pociechy. Wyparła 
je groza. Kiedy małpa zniknie, wszystko 
b

ę

dzie lepiej. Je

ś

li zniknie na dobre. 

Prosz

ę

 ci

ę

 Bo

Ŝ

e, na dobre. 

Le

Ŝ

ał w ciemno

ś

ciach nie 

ś

pi

ą

c, póki 

szaro

ść

 poranka nie rozja

ś

niła mroku. 

Wiedział, co musi zrobi

ć

*     *     * 
Za drugim razem to Bill znalazł małp

ę

Było to jakie

ś

 półtora roku po tym, jak 

Beulah McCaffery Zgin

ę

ła Na Miejscu. 

Nadeszło lato. Hal wła

ś

nie sko

ń

czył 

przedszkole. 
Wrócił do domu z podwórka i matka 
zawołała. 
- Senior, umyj r

ę

ce. Jeste

ś

 brudny jak 

ś

winka. - Siedziała na werandzie, s

ą

cz

ą

mro

Ŝ

on

ą

 herbat

ę

 i czytaj

ą

c ksi

ąŜ

k

ę

. Była 

na urlopie: dostała dwa tygodnie. 
Hal przesun

ą

ł pobie

Ŝ

nie r

ę

ce pod 

strumieniem zimnej wody i odcisn

ą

ł na 

r

ę

czniku brudn

ą

 piecz

ęć

- Gdzie jest Bill? 
- Na górze. 
- Powiedz mu, 

Ŝ

e ma posprz

ą

ta

ć

 swoj

ą

 cz

ęść

 

sypialni. Straszny tam bałagan. 
Hal, który uwielbiał przynosi

ć

 podobne 

nieprzyjemne wie

ś

ci, pobiegł na gór

ę

Billy siedział na podłodze. Małe magiczne 

background image

drzwiczki wiod

ą

ce do składziku były 

uchylone.  
W r

ę

kach trzymał małp

ę

- Jest zepsuta - powiedział natychmiast 
Hal. 
Czuł l

ę

k, cho

ć

 ledwie pami

ę

tał, jak owej 

nocy wrócił z łazienki, by ujrze

ć

 małp

ę

 

graj

ą

c

ą

 na talerzach. Jaki

ś

 tydzie

ń

 

ź

niej nawiedził go zły sen, o małpie i 

Beulah - nie pami

ę

tał dokładnie jaki - i 

Hal obudził si

ę

, krzycz

ą

c. Przez moment 

s

ą

dził, i

Ŝ

 mi

ę

kki ci

ęŜ

ar na jego piersi to 

małpa, 

Ŝ

e otworzy oczy i ujrzy jej 

szyderczy u

ś

miech. Lecz, oczywi

ś

cie, 

mi

ę

kkim ci

ęŜ

arem okazała si

ę

 tylko 

poduszka, któr

ą

 przycisn

ą

ł do siebie w 

panice. Po chwili zjawiła si

ę

 matka, 

nios

ą

ca szklank

ę

 wody i dwie biało-

pomara

ń

czowe dzieci

ę

ce aspiryny, owe 

valium na smutki najmłodszych. S

ą

dziła, i

Ŝ

 

to 

ś

mier

ć

 Beulah wywołała koszmary. 

Owszem. Ale nie tak, jak my

ś

lała. 

Teraz ledwie ju

Ŝ

 to pami

ę

tał, ale małpa 

wci

ąŜ

 go przera

Ŝ

ała. Zwłaszcza jej talerze  

i z

ę

by. 

- Wiem. - Bill rzucił małp

ę

 na bok. - Jest 

głupia. - Zabawka wyl

ą

dowała na jego 

łó

Ŝ

ku, patrz

ą

c w sufit i unosz

ą

c talerze. 

Halowi nie spodobał si

ę

 ten widok. - 

Chcesz pój

ść

 do Teddy'ego na mro

Ŝ

ony sok? 

- Ju

Ŝ

 wydałem kieszonkowe - odparł Hal. - 

Poza tym mama kazała ci posprz

ą

ta

ć

 twoj

ą

 

cz

ęść

 pokoju. 

- Mog

ę

 to zrobi

ć

 pó

ź

niej. Je

ś

li chcesz, 

po

Ŝ

ycz

ę

 ci pi

ą

taka - Bill nie miał nic 

przeciw temu, by od czasu do czasu wyci

ąć

 

Halowi kawał. Czasem te

Ŝ

 podstawiał mu 

nog

ę

, albo szczypał bez powodu, 

najcz

ęś

ciej jednak był w porz

ą

dku. 

- Jasne - odparł Hal z wdzi

ę

czno

ś

ci

ą

. - 

Schowam tylko najpierw t

ę

 zepsut

ą

 małp

ę

 do 

składziku. Zgoda? 
- Nie - rzucił Bill i wstał. - Cho-cho-
cho-chod

ź

my. 

Hal poszedł. Nastroje Billa cz

ę

sto si

ę

 

zmieniały i gdyby zwlekał, marnuj

ą

c czas 

na chowanie małpy, mógłby straci

ć

 ulubiony 

przysmak. Poszli do Teddy'ego i kupili 
mro

Ŝ

ony sok na patykach, i to nie taki 

zwykły, lecz rzadk

ą

 gratk

ę

 - jagodowy. 

Nast

ę

pnie pomaszerowali na boisko: grupka 

dzieciaków organizowała wła

ś

nie mecz w 

bejsbola. Hal był za mały, by gra

ć

; usiadł 

daleko na spalonym, li

Ŝą

c mro

Ŝ

ony sok na 

patyku i zaj

ą

ł si

ę

 łapaniem tego, co 

wi

ę

ksi chłopcy nazywali "chi

ń

skimi 

odbiciami". Do domu wrócili tu

Ŝ

 przed 

background image

zmrokiem. Matka trzepn

ę

ła Hala za to, 

Ŝ

zabrudził r

ę

cznik i Billa za to, 

Ŝ

e nie 

posprz

ą

tał swej cz

ęś

ci pokoju. A po 

kolacjo ogl

ą

dali telewizj

ę

 i przez ten 

czas Hal zupełnie zapomniał o małpie. W 
jaki

ś

 sposób pow

ę

drowała na półk

ę

 Billa, 

gdzie stan

ę

ła tu

Ŝ

 obok zdj

ę

cia Billa Boyda 

z autografem. I została tam prawie dwa 
lata. 
Gdy Hal sko

ń

czył siedem lat, opiekunki 

stały si

ę

 kosztownym kaprysem i codzienne 

po

Ŝ

egnalne słowa pani Shelburn brzmiały: 

"Bill, zaopiekuj si

ę

 bratem". 

Tego dnia jednak Bill musiał zosta

ć

 po 

szkole i Hal wrócił do domu sam, 
przystaj

ą

c na ka

Ŝ

dym rogu tak długo, a

Ŝ

 

upewnił si

ę

Ŝ

e z 

Ŝ

adnej strony nie 

nadci

ą

ga samochód, a potem p

ę

dz

ą

c na drug

ą

 

stron

ę

, przygarbiony niczym 

Ŝ

ołnierz 

piechoty, przekraczaj

ą

cy ziemi

ę

 niczyj

ą

Otworzył drzwi kluczem spod wycieraczki i 
natychmiast skierował si

ę

 do lodówki po 

mleko. Wyj

ą

ł butelk

ę

, która nagle wymkn

ę

ła 

mu si

ę

 z palców i roztrzaskała na 

kawałeczki; Wsz

ę

dzie wokół posypały si

ę

 

odłamki szkła. 
D

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang. Z sypialni na 

górze. D

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang. Cze

ść

 Hal! 

Witaj w domu! A przy okazji, Hal, czy to 
ty? Czy to twoja kolei? Czy dzi

ś

 Zginiesz 

na Miejscu? 
Stał tam bez ruchu, patrz

ą

c na stłuczon

ą

 

butelk

ę

 i kału

Ŝę

 mleka. Przepełniała go 

groza, której nie potrafił poj

ąć

 ani 

nazwa

ć

. Po prostu j

ą

 czuł. Zdawała si

ę

 

wylewa

ć

 wszystkimi porami skóry. 

Odwrócił si

ę

 i 

ś

mign

ą

ł po schodach. Małpa 

stała na półce Billa; zdawało si

ę

Ŝ

e na 

niego patrzy. Zrzuciła zdj

ę

cie Billa Boyda 

z autografem, twarz

ą

 w dół, na łó

Ŝ

ko. 

Małpa kołysała si

ę

 i u

ś

miechała, i 

uderzała w talerze. Hal podszedł do niej 
powoli. Nie chciał si

ę

 zbli

Ŝ

a

ć

, lecz nie 

mógł sta

ć

 z boku. Talerze odskoczyły i 

zderzyły si

ę

 gwałtownie, po czym znów 

odskoczyły. Zbli

Ŝ

aj

ą

c si

ę

, usłyszał 

tykanie mechanizmu we wn

ę

trzno

ś

ciach 

zabawki.  
Nagle z okrzykiem grozy i wstr

ę

tu machn

ą

ł 

r

ę

k

ą

 i zrzucił j

ą

 z półki  jak natr

ę

tnego 

owada. Małpa odbiła si

ę

 od poduszki Billa 

i run

ę

ła na podłog

ę

, wci

ąŜ

 uderzaj

ą

c w 

talerze: d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang. Jej wargi 

rozci

ą

gały si

ę

, gdy tak le

Ŝ

ała na plecach 

w plamie pó

ź

nokwietniowego sło

ń

ca. 

Kopn

ą

ł j

ą

 sw

ą

 pionierk

ą

, kopn

ą

ł z całych 

sił, i tym razem w jego krzyku zabrzmiała 

background image

w

ś

ciekło

ść

. Nakr

ę

cana małpa szurn

ę

ła po 

podłodze, odbiła si

ę

 od 

ś

ciany i legła bez 

ruchu. Hal stał, patrz

ą

c na ni

ą

. Zaciskał 

pi

ęś

ci, jego serce waliło. Małpa 

u

ś

miechała si

ę

 wyzywaj

ą

co. Sło

ń

ce płon

ę

ło 

o

ś

lepiaj

ą

co w jednym szklanym oku. Mo

Ŝ

esz 

mnie kopa

ć

 ile chcesz, zdawała si

ę

 mówi

ć

Jestem tylko zbieranin

ą

 spr

ęŜ

yn, z

ę

batek i 

paru zu

Ŝ

ytych przekładni. Kop mnie, je

ś

li 

masz ochot

ę

. Nie jestem prawdziwa. Jestem 

tylko zabawn

ą

, nakr

ę

can

ą

 małp

ą

. A kto nie 

Ŝ

yje? W fabryce helikopterów doszło do 

wybuchu. I co wzlatuje w niebo niczym 
wielka, krwawa kula do gry w kr

ę

gle, z 

oczami w miejscu, gdzie powinny by

ć

 otwory 

na palce? Czy to głowa twojej mamy, Hal? 
Łaaa! Có

Ŝ

 za szalona przeja

Ŝ

d

Ŝ

ka! A mo

Ŝ

na rogu Brook Street? Uwa

Ŝ

aj, kole

ś

Samochód jechał za szybko! Kierowca był 
pijany! I mamy jednego Billa mniej na 

ś

wiecie! Słyszałe

ś

 chrz

ę

st, gdy koła 

mia

Ŝ

d

Ŝ

yły mu czaszk

ę

, a mózg wypływał 

uszami? Tak? Nie? Mo

Ŝ

e? Mnie nie pytaj. Ja 

nie wiem. Nie mam sk

ą

d wiedzie

ć

. Umiem 

tylko uderza

ć

 talerzami. D

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-

d

Ŝ

ang. Kto Zgin

ą

ł na Miejscu, Hal? Twój 

brat? A mo

Ŝ

e to ty, Hal? Mo

Ŝ

e to ty? 

Skoczył ku niej, zamierzaj

ą

c j

ą

 rozdepta

ć

zmia

Ŝ

d

Ŝ

y

ć

, skaka

ć

 po niej, póki spr

ęŜ

yny  

i kółka nie rozsypi

ą

 si

ę

 po pokoju, a 

straszliwe, szklane oczy nie potocz

ą

 si

ę

 

po podłodze. Lecz w chwili, gdy do niej 
dotarł, talerze zderzyły si

ę

 po raz 

ostatni, bardzo cicho... (d

Ŝ

ang). Gdzie

ś

 

wewn

ą

trz spr

ęŜ

yna poruszyła si

ę

 leciutko i 

lodowata drzazga przenikn

ę

ła 

ś

cian

ę

 jego 

serca, unieruchamiaj

ą

c je, wyciszaj

ą

w

ś

ciekło

ść

 i pozostawiaj

ą

c jedynie 

dławi

ą

c

ą

 groz

ę

. Zdawało si

ę

Ŝ

e małpa wie 

- jak

Ŝ

e szyderczo si

ę

 u

ś

miechała! 

Podniósł j

ą

, chwytaj

ą

c jedn

ą

 z jej r

ą

mi

ę

dzy kciuk i palec wskazuj

ą

cy prawej 

r

ę

ki. Jego usta wygi

ę

ły si

ę

 z odraz

ą

jakby trzymał w dłoni trupa. Dotkni

ę

cie 

parszywego, sztucznego futra zdawało si

ę

 

parzy

ć

 skór

ę

. Niezgrabnie otworzył małe 

drzwiczki, prowadz

ą

ce do składziku, i 

ą

czył 

ś

wiatło. Małpa szczerzyła z

ę

by, 

podczas gdy Hal czołgał si

ę

 wzdłu

Ŝ

 

długiego pomieszczenia pomi

ę

dzy stosami 

pudeł i kartonów, mijaj

ą

c komplet ksi

ą

nawigacyjnych i albumy ze zdj

ę

ciami, 

roztaczaj

ą

ce wokół siebie wo

ń

 starych 

ś

rodków chemicznych, pami

ą

tek i znoszonych 

ubra

ń

. Je

ś

li znów uderzy w talerze, 

pomy

ś

lał, i ruszy si

ę

 w mojej dłoni, 

zaczn

ę

 krzycze

ć

. A je

ś

li krzykn

ę

, nie 

background image

b

ę

dzie si

ę

 tylko u

ś

miechała. Zacznie si

ę

 

ś

mia

ć

, wy

ś

miewa

ć

 ze mnie. A wtedy oszalej

ę

 

i znajd

ą

 mnie tutaj za

ś

linionego i 

chichocz

ą

cego obł

ą

ka

ń

czo. B

ę

d

ę

 wariatem. 

Prosz

ę

, dobry Bo

Ŝ

e. Prosz

ę

, Jezu. Nie 

pozwól mi oszale

ć

... 

Wreszcie dotarł do ko

ń

ca. Gwałtownie 

odsun

ą

ł dwa kartony, rozsypuj

ą

c zawarto

ść

 

jednego z nich, i wepchn

ą

ł małp

ę

 z 

powrotem do pudła po purinie, w najdalszym 
k

ą

cie. Le

Ŝ

ała tam wygodnie, jakby w ko

ń

cu 

wróciła do domu, unosz

ą

c talerze i 

u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 szyderczo; wyra

ź

nie z jego 

drwiła. Hal odczołgał si

ę

 tyłem, zlany na 

przemian gor

ą

cym  

i zimnym potem. Ogie

ń

 i lód. Czekał, a

Ŝ

 

talerze zaczn

ą

 dzwoni

ć

, a kiedy zaczn

ą

małpa wyskoczy z pudełka i 

ś

mignie ku 

niemu niczym 

Ŝ

uk, z chrz

ę

stem spr

ęŜ

yn i 

szale

ń

czym brz

ę

kiem talerzy, i... 

... i nic si

ę

 nie stało. Wył

ą

czył 

ś

wiatło. 

Zatrzasn

ą

ł małe, królicze drzwi i oparł 

si

ę

  

o nie dysz

ą

c. Po chwili poczuł si

ę

 nieco 

lepiej. Na mi

ę

kkich nogach wrócił na dół, 

wyj

ą

ł 

ś

wie

Ŝ

y worek i zacz

ą

ł starannie 

zbiera

ć

 szklane drzazgi i odłamki, 

pozostało

ś

ci stłuczonej butelki. 

Zastanawiał si

ę

, czy skaleczy si

ę

 i 

wykrwawi na 

ś

mier

ć

. Czy to wła

ś

nie 

oznaczało dzwonienie  talerzy? Lecz to 
tak

Ŝ

e si

ę

 nie wydarzyło. Przyniósł 

ś

cierk

ę

, starł mleko i usiadł, czekaj

ą

czy matka i brat wróc

ą

 do domu. 

Matka zjawiła si

ę

 pierwsza, pytaj

ą

c: gdzie 

Bill? 
Niskim, bezbarwnym głosem, pewien, 

Ŝ

e Bill 

z pewno

ś

ci

ą

 Zgin

ą

ł ju

Ŝ

 na jakim

ś

 Miejscu, 

Hal zacz

ą

ł opowiada

ć

 o spotkaniu kółka 

teatralnego, doskonale wiedz

ą

c, 

Ŝ

e nawet 

je

ś

li trwało ono bardzo długo, Bill 

powinien był zjawi

ć

 si

ę

 w domu pół godziny 

temu. 
Matka spojrzała na niego dziwnie. Zacz

ę

ła 

pyta

ć

, co si

ę

 stało, gdy nagle drzwi 

otwarły si

ę

 i stan

ą

ł w nich Bill - tyle, 

Ŝ

e nie był to Bill, a jedynie jego zjawa, 

blada i milcz

ą

ca.  

- Co si

ę

 stało?! - wykrzykn

ę

ła pani 

Shelburn. - Bill, co si

ę

 stało? 

Bill rozpłakał si

ę

 i przez łzy wykrztusił 

cał

ą

 histori

ę

. Razem z przyjacielem 

Charliem Silvermanem wracali do domu po 
spotkaniu, kiedy z zza rogu Brook Street 
wynurzył si

ę

 jad

ą

cy zbyt szybko samochód i 

Charlie zamarł. Bill poci

ą

gn

ą

ł go za r

ę

k

ę

ale rozlu

ź

nił uchwyt i samochód... 

background image

Bill zacz

ą

ł zawodzi

ć

 w głos, szlochaj

ą

histerycznie. Matka przytuliła go i 
ukołysała, a Hal wyjrzał na werand

ę

Ujrzał dwóch policjantów. Wóz patrolowy, 
którym dostarczyli Billa do domu, wci

ąŜ

 

stał przy kraw

ęŜ

niku. Wówczas sam zacz

ą

ł 

płaka

ć

... lecz były to łzy ulgi. 

Teraz to Billa dr

ę

czyły koszmary - sny, w 

których wci

ąŜ

 od nowa ogl

ą

dał 

ś

mier

ć

 

Charliego Silvermana, wyrzuconego z 
kowbojskich butów i ci

ś

ni

ę

tego na rdzaw

ą

 

mask

ę

 hudsona horneta, którym kierował 

pijak. Głowa Charliego Silvermana i 
przednia szyba hudsona zderzyły si

ę

 z 

ogromn

ą

 sił

ą

. Obie si

ę

 roztrzaskały. 

Pijany kierowca, wła

ś

ciciel sklepu ze 

słodyczami w Milford, tu

Ŝ

 po aresztowaniu 

dostał ataku serca (mo

Ŝ

e sprawił to widok 

mózgu Charliego Silvermana, zasychaj

ą

cego 

na jego spodniach). Podczas procesu jego 
adwokat z powodzeniem u

Ŝ

ył argumentu: "Ten 

człowiek został ju

Ŝ

 dostatecznie ukarany". 

Pijak dostał sze

ść

dziesi

ą

t dni w 

zawieszeniu i na pi

ęć

 lat odebrano mu 

prawo prowadzenia pojazdów motorowych w 
stanie Connecticut. Pi

ęć

 lat. Mniej wi

ę

cej 

tyle trwały koszmary Billego Shelburna. 
Małpa znów trafiła do składziku. Bill 
nawet nie zauwa

Ŝ

ył, 

Ŝ

e znikn

ę

ła z jego 

półki. A je

ś

li zauwa

Ŝ

ył, nigdy o tym nie 

wspomniał.  
Jaki

ś

 czas Hal czuł si

ę

 bezpieczny. 

Zaczynał powoli zapomina

ć

 o małpie,  czy 

te

Ŝ

 wierzy

ć

Ŝ

e była ona jedynie złym 

snem. Kiedy jednak wrócił do domu, po 
południu w dniu, gdy umarła jego matka, 
małpa znów siedziała na półce, unosz

ą

talerze i u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 szyderczo.  

Podszedł do niej powoli, niemal wbrew 
sobie - jakby jego własne ciało na widok 
małpy zmieniło si

ę

 w nakr

ę

can

ą

 zabawk

ę

Ujrzał, jak jego r

ę

ka si

ę

ga ku niej. 

Poczuł własn

ą

 dło

ń

, zaciskaj

ą

c

ą

 si

ę

 na 

k

ę

dzierzawym futrze. Lecz uczucie to było 

odległe, stłumione, jedynie nacisk, jakby 
kto

ś

 dał mu zastrzyk nowokainy. Słyszał 

własny oddech, szybki, suchy niczym 
szelest wiatru w

ś

ród słomy. 

Odwrócił j

ą

. Chwycił klucz - i wiele lat 

ź

niej my

ś

lał cz

ę

sto, 

Ŝ

e jego t

ę

pa 

fascynacja przypominała zachowanie 
człowieka, który przykłada do zamkni

ę

tego, 

dr

Ŝą

cego oka luf

ę

 sze

ś

ciostrzałowca z 

jednym nabojem i poci

ą

ga spust.  

Nie. Nie. Zostaw j

ą

. Wyrzu

ć

. Nie dotykaj 

jej...  

background image

Przekr

ę

cił klucz i usłyszał w ciszy seri

ę

 

cichych klikni

ęć

 nakr

ę

canego mechanizmu. 

Gdy go wypu

ś

cił, małpa zacz

ą

ł uderza

ć

 w 

talerze. Czuł, jak jej ciało szarpie si

ę

zgina i szarpie, zgina i szarpie, jakby 

Ŝ

yła, ona 

Ŝ

yła, wij

ą

c si

ę

 w jego dłoni, 

niczym ohydny karzeł,  
a wibracji, które czuł przez łysiej

ą

ce 

br

ą

zowe futro, nie wywoływały obracaj

ą

ce 

si

ę

 kółka  

i spr

ęŜ

yny, lecz bicie małego serca.  

Hal z gło

ś

nym j

ę

kiem upu

ś

cił małp

ę

 i 

cofn

ą

ł si

ę

. Przycisn

ą

ł dłonie do ust. 

Paznokcie wbiły mu si

ę

 w skór

ę

 pod oczami. 

Potkn

ą

ł si

ę

 o co

ś

 i niemal stracił 

równowag

ę

 (wówczas wyl

ą

dowałby na podłodze 

tu

Ŝ

 obok niej, jego wybałuszone bł

ę

kitne 

oczy spojrzałyby prosto w szklane 
orzechowe 

ź

renice). Wycofał si

ę

 do 

wyj

ś

cia, przekroczył próg, zatrzasn

ą

ł 

drzwi i oparł si

ę

 o nie. Nagle 

ś

mign

ą

ł do 

łazienki i zwymiotował. 
To pani Stukey z fabryki helikopterów 
przyniosła im wiadomo

ść

 i została z nimi 

przez dwie pierwsze, nie ko

ń

cz

ą

ce si

ę

 

noce, póki ciotka Ida nie przybyła z 
Maine. Ich matka zmarła na zator mózgu 
wczesnym popołudniem. Stała wła

ś

nie przy 

dystrybutorze z kubkiem wody  
w r

ę

ku, gdy zgi

ę

ła si

ę

, jakby kto

ś

 j

ą

 

postrzelił, i upadła, wci

ąŜ

 

ś

ciskaj

ą

c w 

dłoni papierowy kubeczek. Drug

ą

 r

ę

k

ą

 

usiłowała chwyci

ć

 dystrybutor i poci

ą

gn

ę

ła 

za sob

ą

 wielk

ą

 szklan

ą

 butl

ę

 wody Poland. 

Butla rozbiła si

ę

... lecz lekarz 

zakładowy, który zjawił si

ę

 biegiem, 

powiedział pó

ź

niej, i

Ŝ

 według niego pani 

Shelburn zmarła, nim woda zd

ąŜ

yła wsi

ą

kn

ąć

 

w jej sukienk

ę

 i zmoczy

ć

 skór

ę

. Chłopcom 

nigdy o tym nie mówiono, ale Hal i tak 
wiedział. Podczas długich nocy po 

ś

mierci 

matki wci

ąŜ

 o tym 

ś

nił. "Ci

ą

gle masz 

kłopoty ze snem, braciszku?", spytał Bill; 
Hal przypuszczał, i

Ŝ

 według Billa 

wszystkie koszmary, przewracanie si

ę

 na 

łó

Ŝ

ku wi

ą

zały si

ę

 z nagł

ą

 

ś

mierci

ą

 matki, 

i miał racj

ę

... lecz tylko cz

ęś

ciowo. Bo 

było jeszcze poczucie winy. Absolutna, 
złowroga pewno

ść

Ŝ

e zabił sw

ą

 matk

ę

nakr

ę

caj

ą

c małp

ę

 owego słonecznego 

popołudnia po szkole. 
*     *     * 
 

Kiedy Hal w ko

ń

cu zasn

ą

ł, spał 

ę

boko. Obudził si

ę

 tu

Ŝ

 przed południem. 

Petey siedział na krze

ś

le po drugiej 

stronie pokoju, metodycznie zjadaj

ą

background image

cz

ą

stki pomara

ń

czy i ogl

ą

daj

ą

c jaki

ś

 

teleturniej. 
 

Hal usiadł na łó

Ŝ

ku. Czuł si

ę

, jakby 

kto

ś

 u

ś

pił go, zadaj

ą

c ogłuszaj

ą

cy cios, a 

potem drugim ciosem ocucił. Ból pulsował 
mu w skroniach. 
 

- Gdzie twoja mama, Petey? 

 

Chłopiec rozejrzał si

ę

 

- Poszła z Dennisem na zakupy. Ja 

powiedziałem, 

Ŝ

e zostan

ę

 z tob

ą

. Tato, czy 

zawsze mówisz przez sen? 
 

Hal zmierzył syna czujnym 

spojrzeniem. 
 

- Nie. Co mówiłem? 

 

- Nic nie mogłem zrozumie

ć

. Troch

ę

 

mnie wystraszyłe

ś

 

- Ale teraz jestem ju

Ŝ

 przy zdrowych 

zmysłach. - Zmusił si

ę

 do słabego 

u

ś

miechu. W odpowiedzi Petey u

ś

miechn

ą

ł 

si

ę

 szeroko, i Hal znów poczuł, jak 

ogarnia go miło

ść

 do syna, jasna, prosta, 

silna i nieskomplikowana. Zastanawiał si

ę

czemu Petey budzi w nim zawsze podobne 
uczucie, czemu ma wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e rozumie 

Peteya i potrafi mu pomóc, gdy tymczasem 
Dennis pozostaje oknem zbyt ciemnym, by 
przenikn

ąć

 je wzrokiem, tajemnic

ą

 o 

osobliwych zwyczajach i pomysłach, 
chłopakiem z typu, którego Hal nie umie 
zrozumie

ć

, bo sam nigdy nie był tym typem 

chłopaka. To zbyt proste: twierdzi

ć

Ŝ

przeprowadzka do Kalifornii odmieniła 
Dennisa, czy 

Ŝ

e... 

 

Jego my

ś

li zamarły w biegu. Małpa. 

Stała na parapecie, unosz

ą

c talerze. 

Poczuł, jak serce zastyga mu w piersi, po 
czym podrywa si

ę

 do galopu. 

Ś

wiat przed 

oczami zawirował, lekki ból głowy 
przerodził si

ę

 w niezno

ś

ne 

ś

widrowanie. 

 

Uciekła z walizki i stała na 

parapecie, u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 do niego. 

My

ś

lałe

ś

Ŝ

e si

ę

 mnie pozbyłe

ś

, co? Ale 

kiedy

ś

 ju

Ŝ

 tak s

ą

dziłe

ś

, prawda? 

 

Tak, odparł słabo w my

ś

lach. Tak 

s

ą

dziłem. 

 

- Petey, czy wyj

ą

łe

ś

 małp

ę

 z mojej 

walizki? - spytał, cho

ć

 z góry znał 

odpowied

ź

. Zamkn

ą

ł przecie

Ŝ

 walizk

ę

 i 

schował klucz do kieszeni płaszcza. 
 

Petey zerkn

ą

ł na małp

ę

 i co

ś

 dziwnego 

- Halowi wydało si

ę

Ŝ

e niepokój - 

przemkn

ę

ło po jego twarzy. 

 

- Nie - odparł. - To mama j

ą

 tam 

poło

Ŝ

yła. 

 

- Mama? 

 

- Tak. zabrała ci j

ą

Ś

miała si

ę

 

- Zabrała mi j

ą

? O czym ty mówisz? 

background image

 

- Miałe

ś

 j

ą

 w łó

Ŝ

ku. Wła

ś

nie myłem 

z

ę

by, ale Dennis widział. Mówił, 

Ŝ

wygl

ą

dasz jak dziecko z pluszowym misiem. 

 

Spojrzał na małp

ę

. W ustach zaschło 

mu tak, 

Ŝ

e nie mógł przełkn

ąć

 

ś

liny. 

Le

Ŝ

ała z nim w łó

Ŝ

ku? W łó

Ŝ

ku? To ohydne 

futro dotykało mu policzka, mo

Ŝ

e nawet 

ust, zło

ś

liwe oczy obserwowały u

ś

pion

ą

 

twarz, z

ę

by szczerzyły si

ę

 blisko szyi? Na 

szyi? Dobry Bo

Ŝ

e! 

Odwrócił si

ę

 gwałtownie  i zajrzał do 

szafy. Walizka wci

ąŜ

 tam stała, nadal 

zamkni

ę

ta. Kluczyk ci

ą

gle tkwił w kieszeni 

płaszcza. 
Za jego plecami telewizor umilkł nagle. 
Hal powoli zamkn

ą

ł szaf

ę

. Petey patrzył na 

niego z powag

ą

- Tato, nie lubi

ę

 tej małpy - o

ś

wiadczył 

tak cicho, 

Ŝ

e niemal niesłyszalnie. 

- Ja te

Ŝ

 nie - odparł Hal. 

Petey przyjrzał mu si

ę

 uwa

Ŝ

nie, jakby 

sprawdzał, czy ojciec nie 

Ŝ

artuje. 

Przekonawszy si

ę

, i

Ŝ

 mówi serio, podszedł 

do niego i obj

ą

ł z całych sił. Hal odkrył, 

Ŝ

e syn dr

Ŝ

y. 

I wtedy Petey zacz

ą

ł szepta

ć

 mu do ucha, 

bardzo szybko, jakby si

ę

 bał, 

Ŝ

e nie 

starczy mu odwagi, by to powtórzy

ć

... albo 

Ŝ

e małpa mogłaby podsłucha

ć

- Zupełnie jakby na mnie patrzyła. Patrzy 
na mnie, niewa

Ŝ

ne, gdzie jestem. A kiedy 

przechodz

ę

 do drugiego pokoju, ona patrzy 

przez 

ś

cian

ę

. Mam wra

Ŝ

enie, jakby... jakby 

czego

ś

 ode mnie chciała. 

Chłopiec zadr

Ŝ

ał. Hal 

ś

ciskał go mocno. 

- Jakby chciała, 

Ŝ

eby

ś

 j

ą

 nakr

ę

cił - 

doko

ń

czył. 

Petey przytakn

ą

ł gwałtownie. 

- Tak naprawd

ę

 nie jest zepsuta, tato? 

- Czasami jest - Hal ponad ramieniem syna 
zerkn

ą

ł na małp

ę

. - Ale czasem działa. 

- Cały czas miałem ochot

ę

 podej

ść

 tam i j

ą

 

nakr

ę

ci

ć

. Było tak cicho, 

Ŝ

e pomy

ś

lałem 

sobie: Nie mog

ę

, obudz

ę

 tat

ę

, ale ci

ą

gle 

tego chciałem, i podszedłem, i... 
dotkn

ą

łem jej; nienawidz

ę

 jej dotyku... 

ale jednocze

ś

nie podobał mi si

ę

... 

zupełnie jakby mówiła: Nakr

ęć

 mnie, Petey, 

pobawimy si

ę

, ojciec si

ę

 nie obudzi, ju

Ŝ

 

nigdy si

ę

 nie obudzi, nakr

ęć

 mnie, 

nakr

ęć

... 

Chłopiec wybuchn

ą

ł płaczem. 

- Ona jest zła, ja to wiem. Co

ś

 jest z ni

ą

 

nie tak. Nie mogliby

ś

my jej wyrzuci

ć

tato? Prosz

ę

Małpa szczerzyła do Hala z

ę

by w 

nieko

ń

cz

ą

cym si

ę

 u

ś

miechu. Czuł na skórze 

background image

łzy syna. Mosi

ęŜ

ne talerze l

ś

niły w 

przedpołudniowym sło

ń

cu - 

ś

wiatło odbijało 

si

ę

 od nich i rzucało złociste smugi na 

biały stiukowy sufit. 
- Czy mama mówiła, o której wróc

ą

 z 

Dennisem? 
- Koło pierwszej. - Petey otarł 
zaczerwienione oczy r

ę

kawem koszuli, 

wyra

ź

nie zawstydzony swoim płaczem. Nadal 

jednak nie patrzył na małp

ę

. - Wł

ą

czyłem 

telewizor - szepn

ą

ł. - Nastawiłem bardzo 

gło

ś

no. 

- Bardzo dobrze, Petey. 
Jak by si

ę

 to stało? - zastanawiał si

ę

 

Hal. - Atak serca? Zator, jak u matki? 
Jak? A zreszt

ą

 to przecie

Ŝ

 niewa

Ŝ

ne. 

A potem druga, przejmuj

ą

ca chłodem my

ś

l: 

Pozb

ą

d

ź

 si

ę

 jej. Tak powiedział. Wyrzu

ć

 

j

ą

. Ale czy mo

Ŝ

na si

ę

 jej pozby

ć

? Czy to 

si

ę

 kiedy

ś

 uda? 

Małpa u

ś

miechała si

ę

 szyderczo, unosz

ą

oddalone o stop

ę

 talerze. Czy o

Ŝ

yła nagle 

tamtej nocy, gdy umarła ciotka Ida? Czy 
ostatnim d

ź

wi

ę

kiem, jaki usłyszała, było 

stłumione d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang małpich 

talerzy, bij

ą

cych o siebie w ciemno

ś

ciach 

strychu, podczas gdy wiatr gwizdał w 
rynnie? 
- Mo

Ŝ

e to jednak nie wariactwo - 

powiedział wolno. - Petey, id

ź

, przynie

ś

 

torb

ę

 lotnicz

ą

Syn spojrzał na niego niepewnie. 
- Co zrobimy? 
Mo

Ŝ

e jednak zdołamy si

ę

 jej pozby

ć

. Je

ś

li 

nie na zawsze, to na jaki

ś

 czas - dłu

Ŝ

szy 

b

ą

d

ź

 krótszy. Mo

Ŝ

liwe, 

Ŝ

e wci

ąŜ

 b

ę

dzie 

wracała, bez ko

ń

ca... ale mo

Ŝ

e zdołam - 

zdołamy - po

Ŝ

egna

ć

 si

ę

 z ni

ą

 na długo. Tym 

razem powrót zabrał jej dwadzie

ś

cia lat. 

Dwadzie

ś

cia lat wyłaziła ze studni... 

- Wybierzemy si

ę

 na wycieczk

ę

 - oznajmił. 

Był całkiem spokojny, lecz wewn

ą

trz czuł 

si

ę

 dziwnie oci

ęŜ

ały. Miał wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

nawet jego oczy przybrały na wadze. - Ale 
najpierw we

ź

 torb

ę

 , id

ź

 na koniec 

parkingu i poszukaj trzech-czterech 
sporych kamieni. Włó

Ŝ

 je do torby i 

przynie

ś

 tutaj. Zrozumiałe

ś

Oczy Peteya zal

ś

niły. 

- Dobrze, tato. 
Hal zerkn

ą

ł na zegarek. Dochodziła 12.15. 

- Pospiesz si

ę

. Chc

ę

 wyjecha

ć

, zanim wróci 

twoja matka. 
- Dok

ą

d jedziemy? 

- Do wuja Willa i ciotki Idy - odparł Hal. 
- Do domu. 
*     *     * 

background image

Hal poszedł do łazienki, zajrzał za muszl

ę

 

i wyci

ą

gn

ą

ł le

Ŝą

c

ą

 tam szczotk

ę

 do 

czyszczenia toalet. Zaniósł j

ą

 do okna i 

przystan

ą

ł, dzier

Ŝą

c szczotk

ę

 w dłoni 

niczym wysadzan

ą

 klejnotami magiczn

ą

 

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

. Obserwował Peteya w grubej 

wełnianej koszulokurtce, maszeruj

ą

cego 

przez parking z torb

ą

 lotnicz

ą

 na 

ramieniu; nawet z daleka mógł wyra

ź

nie 

odczyta

ć

 napis DELTA, drukowany białymi 

literami na niebieskim tle. W górnym roku 
okna bzyczała mucha, powolna i ot

ę

piała od 

chłodów zwiastuj

ą

cych koniec lata. Hal 

wiedział, jak si

ę

 czuje. 

Patrzył, jak Petey wyszukuje trzy spore 
kamienie i rusza z powrotem przez parking. 
Zza rogu motelu wyłonił si

ę

 samochód, 

samochód jad

ą

cy zbyt szybko, stanowczo 

zbyt szybko i Hal bez namysłu, z refleksem 
godnym pierwszorz

ę

dnego futbolisty 

wyci

ą

gn

ą

ł praw

ą

 r

ę

k

ę

, wci

ąŜ

 trzymaj

ą

c

ą

 

szczotk

ę

. Dło

ń

 opadła niczym w ciosie 

karate... i zamarła. 
Talerze zamkn

ę

ły si

ę

 na niej bezszelestnie 

i poczuł w powietrzu co

ś

 nowego. Co

ś

 jakby 

w

ś

ciekło

ść

.  

Hamulce samochodu zapiszczały ogłuszaj

ą

co. 

Petey odskoczył do tyłu. Kierowca 
niecierpliwie machn

ą

ł na niego, jakby to, 

co omal si

ę

 nie wydarzyło, było win

ą

 

Peteya, i chłopiec pu

ś

cił si

ę

 p

ę

dem przez 

parking. Łopocz

ą

c kołnierzem dotarł do 

tylnego wyj

ś

cia hotelu.  

Po piersi Hala spływał pot. Czuł go na 
czole niczym krople tłustego deszczu. 
Zimne talerze zaciskały si

ę

 na jego dłoni, 

zaczynał traci

ć

 w niej czucie. 

No dalej, pomy

ś

lał z ponur

ą

 zawzi

ę

to

ś

ci

ą

Dalej, mog

ę

 zaczeka

ć

. Je

ś

li trzeba, nawet 

do ko

ń

ca 

ś

wiata.  

Talerze rozsun

ę

ły si

ę

 i znieruchomiały. 

Hal usłyszał dobiegaj

ą

ce z wn

ę

trza małpy 

słabe klikni

ę

cie. Cofn

ą

ł r

ę

k

ę

 ze szczotk

ą

 

i obejrzał j

ą

. Cz

ęść

 białych szczecinek 

poczerniała jak przypalona.  
Mucha wci

ąŜ

 bzyczała, d

ąŜą

c niestrudzenie 

do zimnego pa

ź

dziernikowego sło

ń

ca, które 

zdawało si

ę

 takie bliskie. 

Petey wpadł do 

ś

rodka zdyszany, z 

zaró

Ŝ

owionymi policzkami. 

- Przyniosłem trzy pierwszorz

ę

dne 

kamienie, tato. Ja... - urwał. - Wszystko 
w porz

ą

dku? 

- Jasne - odparł Hal. - Daj mi torb

ę

Zahaczył stop

ą

 stół i przeci

ą

gn

ą

ł go na 

miejsce obok kanapy przy oknie tak, by 
stan

ą

ł pod parapetem. Poło

Ŝ

ył na nim torb

ę

 

background image

lotnicz

ą

 która otwarła si

ę

 niczym 

złaknione usta. Widział połyskuj

ą

ce 

wewn

ą

trz kamienie Peteya. Szczotk

ą

 

toaletowa zaczepił małp

ę

 i poci

ą

gn

ą

ł. 

Przez moment zabawka zakołysała si

ę

, a 

potem wpadła do torby. Ze 

ś

rodka rozległo 

si

ę

 cichutkie d

Ŝ

ang!; to jeden z talerzy 

trafił w kamie

ń

 - Tato? Tatusiu! - w głosie Peteya 
zabrzmiał l

ę

k. Hal obejrzał si

ę

 na niego. 

Co

ś

 si

ę

 zmieniło; co

ś

 było inaczej. Ale 

co? 
I wówczas dostrzegł kierunek spojrze

ń

 

Peteya i ju

Ŝ

 wiedział. Bzyczenie muchy 

ucichło. Owad le

Ŝ

ał martwy na parapecie.  

- Czy małpa to zrobiła? - wyszeptał Petey. 
- Chod

ź

. - Hal zaci

ą

gn

ą

ł suwak torby. - 

Opowiem ci w drodze do domu. 
- Jak pojedziemy? Mama i Dennis zabrali 
samochód. 
- Nie martw si

ę

 - Hal zwichrzył włosy 

Peteya. 
*** 
Pokazał recepcjoni

ś

cie prawo jazdy i 

banknot dwudziestodolarowy. Pobrawszy w 
zastaw cyfrowy zegarek Hala z Texas 
Instruments, recepcjonista wr

ę

czył mu 

klucze do jego własnego samochodu - 
sponiewieranego AMC gremlina. Gdy ruszyli 
tras

ą

 302 w stron

ę

 Casco, Hal zacz

ą

ł 

mówi

ć

, z pocz

ą

tku z wahaniem, potem nieco 

szybciej. Najpierw opowiedział Peteyowi, 

Ŝ

e najprawdopodobniej to jego własny 

ojciec przywiózł małp

ę

 z zagranicy w 

prezencie dla swoich synów. Nie była to 
zbyt wyj

ą

tkowa zabawka - nie miała w sobie 

nic osobliwego ani cennego. Na tym 

ś

wiecie 

musz

ą

 istnie

ć

 setki tysi

ę

cy nakr

ę

canych 

małp, cz

ęść

 z nich pochodzi z Hong Kongu, 

inne z Tajwanu, jeszcze inne z Korei. Lecz 
gdzie

ś

 po drodze - mo

Ŝ

e nawet w mrocznym 

składziku domu w Connecticut, gdzie obaj 
chłopcy rozpoczynali swoje dorastanie - 
co

ś

 si

ę

 z ni

ą

 stało. Co

ś

 złego. Mo

Ŝ

liwe, 

powiedział Hal próbuj

ą

c przekona

ć

 wóz 

recepcjonisty, by przyspieszył do 
sze

ść

dziesi

ę

ciu kilometrów na godzin

ę

 - 

Ŝ

jakie

ś

 złe rzeczy - nawet najgorsze - tak 

naprawd

ę

 nie s

ą

 

ś

wiadome tego, czym si

ę

 

stały. Na tym zako

ń

czył temat, bo Petey i 

tak wi

ę

cej by nie zrozumiał, lecz jego 

umysł w

ę

drował utartym szlakiem. Pomy

ś

lał, 

i

Ŝ

 zło mogło w istocie cz

ę

sto przypomina

ć

 

małp

ę

, pełn

ą

 spr

ęŜ

yn i z

ę

batek; 

przekr

ę

casz kluczyk, mechanizm si

ę

 obraca, 

talerze uderzaj

ą

 o siebie, szyderczy 

background image

u

ś

miech, głupie szklane roze

ś

miane oczy... 

a mo

Ŝ

e tylko wydaj

ą

 si

ę

 roze

ś

miane... 

Opowiedział Peteyowi o tym, jak znalazł 
małp

ę

 i niewiele wi

ę

cej - nie chciał 

dodatkowo przera

Ŝ

a

ć

 i tak wystraszonego 

chłopca. Ucierpiała na tym opowie

ść

 - 

stała si

ę

 chaotyczna i niejasna, ale Petey 

nie zadawał pyta

ń

; mo

Ŝ

e sam uzupełniał 

braki, pomy

ś

lał Hal, tak samo jak on wci

ąŜ

 

na nowo 

ś

nił o 

ś

mierci matki, cho

ć

 

przecie

Ŝ

 nie było go tam. 

Wuj Will i ciocia Ida przyjechali na 
pogrzeb. Potem wuj Will wrócił do Maine - 
wła

ś

nie zacz

ę

ły si

ę

 

Ŝ

niwa - a ciocia Ida 

została z chłopcami dwa tygodnie, by 
uporz

ą

dkowa

ć

 sprawy siostry przed 

przeprowadzk

ą

 do Maine. Przede wszystkim 

jednak wykorzystała ten czas 
przyzwyczajaj

ą

c ich do własnej osoby - 

byli tak oszołomieni nagła 

ś

mierci

ą

 matki, 

Ŝ

e sprawiali wra

Ŝ

enie ot

ę

piałych, sennych. 

Gdy nie mogli zasn

ąć

, zjawiała si

ę

 z 

ciepłym mlekiem; kiedy Hal ockn

ą

ł si

ę

 o 

trzeciej nad ranem dr

ę

czony koszmarami 

(koszmarami, w których matka zbli

Ŝ

ała si

ę

 

do dystrybutora nie dostrzegaj

ą

c małpy 

unosz

ą

cej si

ę

 i podskakuj

ą

cej w zimnej 

szafirowej gł

ę

binie, u

ś

miechni

ę

tej, 

wal

ą

cej w talerze; ka

Ŝ

de machni

ę

cie r

ą

pozostawiało za sob

ą

 pasmo b

ą

belków); była 

przy nim; gdy trzy dni po pogrzebie Bill 
najpierw dostał gor

ą

czki, a potem serii 

bolesnych zajadów i wreszcie pokrzywki - 
była przy nim. Oswajała chłopców i nim 
opu

ś

cili Hartford, zmierzaj

ą

c autobusem do 

Portland, zarówno Bill jak i Hal przyszli 
do niej, ka

Ŝ

dy z osobna, i płakali jej na 

kolanach, a ona tuliła ich i kołysała. W 
ten sposób zadzierzgiwały si

ę

 wi

ę

zy. 

Na dzie

ń

 przed ostatecznym wyjazdem z 

Connecticut "w dół, do Maine" (jak to 
wówczas nazywali) przed domem zjawił si

ę

 

ś

mieciarz w rozklekotanej ci

ęŜ

arówce i 

zabrał wielki stos niepotrzebnych rzeczy, 
które Bill z Halem wynie

ś

li na chodnik ze 

składziku. Kiedy wystawili ju

Ŝ

 wszystkie 

ś

mieci, ciotka Ida poprosiła, by raz 

jeszcze przejrzeli składzik i wybrali 
sobie wszystkie pami

ą

tki, suweniry, które 

chcieliby zatrzyma

ć

. Nie mamy miejsca na 

wszystko, chłopcy, oznajmiła, i Hal 
przypuszczał, 

Ŝ

e Bill wzi

ą

ł j

ą

 za słowo i 

przejrzał wszystkie fascynuj

ą

ce pudła, 

które ojciec zostawił tam przed swoim 
znikni

ę

ciem. Hal nie doł

ą

czył do starszego 

brata; stracił ochot

ę

 do grzebania w 

składziku. Podczas pierwszych dwóch 

background image

tygodni 

Ŝ

ałoby przyszła mu do głowy 

straszna my

ś

l: mo

Ŝ

e ojciec nie znikn

ą

ł tak 

po prostu, ani nie uciekł, bo dr

ę

czył go 

niepokój , a on odkrył, i

Ŝ

 mał

Ŝ

e

ń

stwo to 

rzecz nie dla niego.  
Mo

Ŝ

e dostała go małpa.  

Gdy usłyszał ci

ęŜ

arówk

ę

 

ś

mieciarza, z 

rykiem, hukiem i pierdni

ę

ciami zmierzaj

ą

c

ą

 

w ich stron

ę

, Hal spr

ęŜ

ył si

ę

, chwycił z 

półki małp

ę

, która tkwiła tam od dnia 

ś

mierci matki (nie wa

Ŝ

ył si

ę

 jej dotkn

ąć

 

nawet po to, by znów wsadzi

ć

 zabawk

ę

 do 

składziku) i zbiegł z ni

ą

 na dół. Will i 

ciocia Ida zauwa

Ŝ

yli go. Na beczce pełnej 

połamanych pami

ą

tek i zaple

ś

niałych 

ksi

ąŜ

ek tkwił karton po purinie, pełen 

podobnych 

ś

mieci. Hal wepchn

ą

ł małp

ę

 z 

powrotem do pudła, z którego pochodziła, 
histerycznie rzucaj

ą

c jej wyzwanie, by 

zacz

ę

ła bi

ć

 w talerze (no dalej, no dalej, 

wyzywam ci

ę

, wyzywam ci

ę

 na 

ś

mier

ć

 i 

Ŝ

ycie!), ale małpa jedynie czekała, 

nonszalancko opieraj

ą

c si

ę

 o kartonow

ą

 

ś

ciank

ę

, zupełnie jakby wygl

ą

dała 

autobusu, a jej wargi wci

ąŜ

 wykrzywiał ów 

okropny, wszechwiedz

ą

cy u

ś

miech. 

Hal stał obok, drobny chłopiec w starych 
sztruksach i rozdeptanych juniorkach. 
Patrzył, jak 

ś

mieciarz, włoski d

Ŝ

entelmen, 

który nosił na szyi krzy

Ŝ

 i pogwizdywał 

przez szpar

ę

 mi

ę

dzy z

ę

bami, zaczyna 

ładowa

ć

 pudła i beczki na pak

ę

 

ś

redniowiecznej ci

ęŜ

arówki otoczon

ą

 

deskami. Patrzył, jak m

ęŜ

czyzna d

ź

wiga 

beczk

ę

 wraz z balansuj

ą

cym na niej 

kartonem po purinie; patrzył jak małpa 
znika na pace; patrzył jak 

ś

mieciarz 

wdrapuje si

ę

 do kabiny, dono

ś

nie 

wydmuchuje nos w r

ę

k

ę

, wyciera j

ą

 wielk

ą

 

czerwon

ą

 chustk

ą

 i przy akompaniamencie 

ogłuszaj

ą

cego ryku, w oparach tłustego 

ę

kitnego dymu, uruchamia silnik; patrzył 

jak ci

ęŜ

arówka odje

Ŝ

d

Ŝ

a coraz dalej i 

wówczas ogromny ci

ęŜ

ar spadł mu z serca - 

Hal poczuł jak znika. Dwukrotnie 
podskoczył, jak najwy

Ŝ

ej potrafił, 

rozrzucaj

ą

c r

ę

ce, unosz

ą

c je dło

ń

mi do 

góry, i gdyby który

ś

 z s

ą

siadów zauwa

Ŝ

ył 

go, z pewno

ś

ci

ą

 uznałby, 

Ŝ

e to niemal 

blu

ź

nierstwo - czemu ten chłopak 

podskakuje z rado

ś

ci (bo o to wła

ś

nie 

chodziło, trudno ukry

ć

 podskok z rado

ś

ci), 

pytaliby niew

ą

tpliwie, przecie

Ŝ

 nie ma 

jeszcze miesi

ą

ca, odk

ą

d pochowali

ś

my jego 

matk

ę

Robił to, bo małpa znikn

ę

ła, znikn

ę

ła na 

zawsze. 

background image

Albo przynajmniej tak s

ą

dził.  

Niecałe trzy miesi

ą

ce pó

ź

niej ciotka Ida 

posłała go na strych, aby przyniósł pudła 
ozdóbek choinkowych i kiedy czołgał si

ę

poszukuj

ą

c odpowiednich kartonów - kurz 

wgryzał si

ę

 w kolana spodni - nagle znów 

stan

ą

ł z ni

ą

 twarz

ą

 w twarz. Ogarn

ę

ło go 

zdumienie i zgroza tak wielka, 

Ŝ

e musiał 

ugry

źć

 si

ę

 mocno w dło

ń

, by nie 

krzykn

ąć

... albo zemdle

ć

. Stała tam, 

szczerz

ą

c z

ę

by, z talerzami uniesionymi 

stop

ę

 od siebie i gotowymi do gry, 

opieraj

ą

c si

ę

 nonszalancko o 

ś

ciank

ę

 pudła 

od puriny, jakby czekała na autobus. 
Zdawało si

ę

Ŝ

e mówi do niego: My

ś

lałe

ś

Ŝ

e si

ę

 mnie pozbyłe

ś

, prawda? Ale mnie 

niełatwo si

ę

 pozby

ć

, Hal. Lubi

ę

 ci

ę

, Hal. 

Zostali

ś

my dla siebie stworzeni, chłopiec 

i jego małpka, para starych kumpli. A 
gdzie

ś

 na południe st

ą

d, głupi stary 

włoski 

ś

mieciarz le

Ŝ

y w wannie, stoj

ą

cej 

na szponiastych nogach, oczy wyła

Ŝą

 mu z 

głowy, sztuczna szcz

ę

ka wypada z ust, 

stary 

ś

mieciarz, cuchn

ą

cy jak wyczerpana 

bateria. Zatrzymał mnie dla swojego wnuka, 
Hal, ustawił mnie na półce w łazience 
razem z mydłem, maszynk

ą

 i wod

ą

  po 

goleniu, a tak

Ŝ

e radiem Philco, w którym 

słuchał meczów brookli

ń

skich Dodgersów, a 

ja zacz

ę

łam gra

ć

, jeden z moich talerzy 

trafił stare radio, które wpadło do wanny, 
a wówczas ja wróciłam do ciebie, Hal, 
w

ę

drowałam noc

ą

 wiejskimi drogami, o 

trzeciej nad ranem promienie ksi

ęŜ

yca 

odbijały si

ę

 w moich z

ę

bach. Pozostawiłam 

za sob

ą

 wielu ludzi, którzy Zgin

ę

li w 

licznych Miejscach. Przyszłam do ciebie, 
Hal, jestem twoim prezentem gwiazdkowym, 
wi

ę

c nakr

ęć

 mnie, kto nie 

Ŝ

yje? Czy to 

Bill? Czy to wuj Will? A mo

Ŝ

e ty? 

Hal cofn

ą

ł si

ę

 z szale

ń

czo wykrzywion

ą

 

twarz

ą

. Nie mógł skupi

ć

 wzroku i schodz

ą

na dół omal nie upadł. Powiedział cioci 
Idzie, 

Ŝ

e nie udało mu si

ę

 znale

źć

 ozdóbek 

choinkowych - było to jego pierwsze 
kłamstwo i ciotka dostrzegła je na twarzy 
chłopca, ale dzi

ę

ki Bogu nie naciskała - z 

potem, gdy Bill wrócił, poprosiła, by on 
tak

Ŝ

e poszukał. Bill przyniósł ozdóbki. 

ź

niej, gdy zostali sami, sykn

ą

ł, 

Ŝ

e Hal 

to t

ę

pak, który maj

ą

c dwie r

ę

ce i latark

ę

 

nie znalazłby nawet własnego tyłka. Hal  
nie odpowiedział. Był blady i milcz

ą

cy, 

ledwie rozgrzebał kolacj

ę

. Tej nocy znów 

przy

ś

niła mu si

ę

 małpa; jeden z jej 

talerzy uderzył o radio Philco, z którego 
wydobywał si

ę

 wła

ś

nie głos Deana Martina, 

background image

ś

piewaj

ą

cego: Kiedy ksi

ęŜ

yc ci w twarz 

wtem po

ś

wieci, 

Ŝ

e a

Ŝ

, wtedy dobrze ju

Ŝ

 

wiesz, 

Ŝ

e to amoooore; a potem radio 

wpadło do wanny, a małpa u

ś

miechała si

ę

 

szyderczo uderzaj

ą

c w talerze, z kolejnym 

d

Ŝ

ang i d

Ŝ

ang i d

Ŝ

ang; tyle, 

Ŝ

e kiedy woda 

w wannie stała si

ę

 elektryczna, nie 

siedział w niej włoski 

ś

mieciarz.  

Tylko on sam.  

Hal i jego syn zbiegli niezgrabnie po 
zboczu za domem i skierowali si

ę

 do szopy 

na łodzie, stercz

ą

cej nad wod

ą

 na swych 

starych palach. Hal w prawej r

ę

ce trzymał 

torb

ę

. W gardle mu zaschło, uszy nastroiły 

si

ę

 na odbiór nienaturalnie wysokich 

tonów. Torba była bardzo ci

ęŜ

ka. 

Odło

Ŝ

ył j

ą

 na ziemi

ę

- Nie dotykaj - uprzedził. Zacz

ą

ł maca

ć

 w 

kieszeni w poszukiwaniu kółka kluczy, 
które dostał od Billa. Jeden z nich 
opisano starannie SZ-PA na kawałku ta

ś

my 

klej

ą

cej. 

Dzie

ń

 był jasny, zimny i wietrzny, niebo 

miało barw

ę

 jaskrawego bł

ę

kitu. Li

ś

cie 

drzew, stłoczonych na brzegu, tu

Ŝ

 nad 

wod

ą

, przybrały wszelkie mo

Ŝ

liwe jesienne 

odcienie - od krwistej czerwieni po 
kanarkow

ą

 

Ŝ

ół

ć

. Rozmawiały ze sob

ą

 na 

wietrze. Wokół adidasów Peteya tak

Ŝ

ta

ń

czyły li

ś

cie. Hal czuł w powietrzu wo

ń

 

listopada, któremu po pi

ę

tach depcze zima. 

Klucz obrócił si

ę

 w kłódce i Hal pchn

ą

ł 

wahadłowe drzwi. Wspomnienia powróciły; 
nie musiał nawet patrze

ć

, by kopni

ę

ciem 

podsun

ąć

 podtrzymuj

ą

cy drzwi kloc drewna. 

Tu panowała wo

ń

 lata: płótno, kolorowe 

drewno, resztki bujnego, zmysłowego 
ciepła. 
Łód

ź

 wuja Willa wci

ąŜ

 tam była; le

Ŝ

ała ze 

starannie zło

Ŝ

onymi wiosłami, jakby 

zaledwie wczoraj załadował na ni

ą

 puszk

ę

 z 

przyn

ę

t

ą

 i dwie szóstki piwa Black Label. 

Bill i Hal wiele razy chodzili na ryby z 
wujkiem Willem, ale nigdy obaj naraz. 
Wujek Will utrzymywał, 

Ŝ

e łód

ź

 jest za 

mała dla trojga. Czerwona farba, któr

ą

 

wujek uzupełniał ka

Ŝ

dej wiosny, wyblakła i 

odłaziła całymi płatami; paj

ą

ki utkały na 

dziobie misterne sieci. 
Hal złapał łód

ź

 i poci

ą

gn

ą

ł j

ą

 po pochylni 

na male

ń

ki prostok

ą

t pla

Ŝ

y. Wyprawy 

w

ę

dkarskie stanowiły jedno z 

najprzyjemniejszych prze

Ŝ

y

ć

 dzieci

ń

stwa, 

sp

ę

dzonego w domu wujka Willa i ciotki 

Idy. Podejrzewał, 

Ŝ

e Bill my

ś

li tak samo. 

Wujek Will był zazwyczaj niezwykle 

background image

małomówny, kiedy jednak ustawił ju

Ŝ

 łódk

ę

 

tak, jak lubił, jakie

ś

 sze

ść

dziesi

ą

t-

siedemdziesi

ą

t metrów od brzegu, gdy 

zarzucili w

ę

dki, a spławiki ta

ń

czyły na 

wodzie, wówczas otwierał dwa piwa - jedno 
dla siebie, drugie dla Hala (który rzadko 
wypijał wi

ę

cej ni

Ŝ

 pół dozwolonej przez 

wujka puszki i zawsze czynił to przy 
akompaniamencie rytualnych ostrze

Ŝ

e

ń

, by 

nigdy nie wspomniał o tym ciotce Idzie, bo 
"gdyby wiedziała., 

Ŝ

e daj

ę

 wam piwo, 

zastrzeliłaby mnie jak psa") i rozgadywał 
si

ę

 niepomiernie. Opowiadał wtedy 

najró

Ŝ

niejsze historie, odpowiadał na 

pytania, kiedy trzeba nakładał now

ą

 

przyn

ę

t

ę

 na haczyk Hala, a łód

ź

 dryfowała 

swobodnie, unoszona przez wiatr i łagodny 
pr

ą

d. 

- Czemu nigdy nie wypływasz na 

ś

rodek, 

wujku? - spytał pewnego dnia Hal.  
- Spójrz tutaj - odparł wujek Will. 
Hal posłuchał. Ujrzał bł

ę

kitn

ą

 wod

ę

 i 

Ŝ

yłk

ę

 własnej w

ę

dki, znikaj

ą

ca w czerni w 

dole. 
- Patrzysz na najwi

ę

ksz

ą

 gł

ę

bi

ę

 jeziora 

Crystal - oznajmił wujek Will, zgniataj

ą

w jednej dłoni pust

ą

 puszk

ę

 po piwie. 

Drug

ą

 r

ę

k

ą

 si

ę

gn

ą

ł po nast

ę

pn

ą

. - Sto 

stóp, bez dwóch zda

ń

. Gdzie

ś

 tam le

Ŝ

stary studebaker Amosa Culligana. 
Kompletny dure

ń

, zabrał go na jezioro w 

grudniu, kiedy lód nie zd

ąŜ

ył jeszcze 

stwardnie

ć

. Miał szcz

ęś

cie, 

Ŝ

e wyszedł z 

tego 

Ŝ

ywy. Nigdy nie zdołali wyci

ą

gn

ąć

 

jego wozu i nie zobacz

ą

 go a

Ŝ

 do dnia, gdy 

zagraj

ą

 tr

ą

by na S

ą

d Ostateczny. W tym 

miejscu ten kurwi syn jest najgł

ę

bszy, 

Hal. Tu s

ą

 najwi

ę

ksze ryby. Nie ma sensu 

płyn

ąć

 dalej. Poka

Ŝ

, jak wygl

ą

da twój 

robak. Dawaj tu tego kurwiego syna. 
Hal posłuchał, i podczas gdy wujek Will 
wyci

ą

gał ze starej puszki po smarze, która 

słu

Ŝ

yła mu za pojemnik z przyn

ę

t

ą

ś

wie

Ŝ

ego robaka, on zafascynowany 

wpatrywał si

ę

 w wod

ę

, próbuj

ą

c wypatrzy

ć

 

studebakera Amosa Culligana, pordzewiał

ą

 

skorup

ę

, zasnut

ą

 wodorostami, które 

wpływały do 

ś

rodka przez otwarte okno od 

strony kierowcy (t

ę

dy wła

ś

nie, w 

absolutnie ostatniej chwili, Amosowi udało 
si

ę

 uciec). Wodorosty oplatały kierownic

ę

 

niczym gnij

ą

cy naszyjnik, zwisały z 

lusterka i kołysały si

ę

 jak niezwykły 

Ŝ

ywy 

Ŝ

aniec. Widział jednak tylko bł

ę

kit, 

przechodz

ą

cy w czer

ń

, i d

Ŝ

d

Ŝ

ownic

ę

 

owini

ę

t

ą

 wokół haczyka wujka Willa, 

wisz

ą

ca po

ś

rodku 

ś

wiata w swej własnej 

background image

rozsłonecznionej rzeczywisto

ś

ci. W umy

ś

le 

Hala pojawiła si

ę

 na moment oszałamiaj

ą

ca 

wizja - wisiał bezwładnie nad bezdenn

ą

 

otchłani

ą

 - i musiał zamkn

ąć

 oczy, aby 

pozby

ć

 si

ę

 nagłego l

ę

ku wysoko

ś

ci. Je

ś

li 

dobrze pami

ę

tał, tego dnia wypił cał

ą

 

puszk

ę

 piwa. 

...najwi

ę

ksza gł

ę

bia jeziora Crystal... 

sto stóp bez dwóch zda

ń

*     *     * 
 Na moment przystan

ą

ł, zdyszany, i 

spojrzał na Peteya, który obserwował go z 
l

ę

kiem. 

- Pomóc ci, tato? 
- Za minutk

ę

Złapał oddech i znów zacz

ą

ł ci

ą

gn

ąć

 łód

ź

 

przez w

ą

ski pas piasku do wody, 

zostawiaj

ą

c za sob

ą

 gł

ę

boki 

ś

lad. Farba 

si

ę

 łuszczyła, ale łód

ź

 przechowywano w 

zamkni

ę

ciu. Wygl

ą

dała solidnie. 

Kiedy wypływali z wujkiem Willem, wuj 
przeci

ą

gał łód

ź

 po pochylni i pla

Ŝ

y, a gdy 

dziób zanurzył si

ę

 w wodzie, gramolił si

ę

 

do 

ś

rodka, chwytał wiosło, gotów si

ę

 

odepchn

ąć

, i mówił: 

- Popchnij mnie, Hal... tak zarobisz na 
utrzymanie. 
- Podaj mi torb

ę

, Petey, a potem popchnij 

- polecił Hal, i z lekkim u

ś

miechem dodał: 

- tak zarobisz na utrzymanie. 
Petey nie odpowiedział u

ś

miechem. 

- Ja nie płyn

ę

- Nie tym razem. Kiedy

ś

 zabior

ę

 ci

ę

 na 

ryby, ale nie dzi

ś

Chłopiec zawahał si

ę

. Wiatr zmierzwił jego 

br

ą

zowe włosy. Kilka 

Ŝ

ółtych li

ś

ci, 

sztywnych, wyschni

ę

tych, wiruj

ą

c w 

powietrzu przeleciało nad jego ramieniem i 
wyl

ą

dowało w wodzie, gdzie zakołysały si

ę

 

jak miniaturowe łódeczki. 
- Trzeba było je zapcha

ć

 - powiedział 

cicho. 
- Słucham? - Halowi był niema pewien, 

Ŝ

rozumie, co miał na my

ś

li syn. 

- Obwi

ą

za

ć

 wat

ą

 talerze. Obklei

ć

 ta

ś

m

ą

ś

eby nie mogła... robi

ć

 hałasu. 

Hal przypomniał sobie nagle Stokrotk

ę

zbli

Ŝ

aj

ą

c

ą

 si

ę

 ku niemu - nie szła, lecz 

potykała si

ę

 chwiejnie. Nagle z jej oczu 

trysn

ę

ła krew, strumienie krwi, które 

zmoczyły sier

ść

 na szyi i rozlały si

ę

 po 

podłodze stodoły, a ona osun

ę

ła si

ę

 na 

przednie łapy... i Hal usłyszał nios

ą

cy 

si

ę

 w nieruchomym, deszczowym, porannym 

powietrzu, dziwnie wyra

ź

ny odgłos, 

dobiegaj

ą

cy z odległego o pi

ęć

dziesi

ą

metrów strychu: D

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang! 

background image

Zacz

ą

ł histerycznie krzycze

ć

, upuszczaj

ą

nar

ę

cz drew, które miał zanie

ść

 do domu. 

Pobiegł do kuchni po wujka Willa, który 
jadł wła

ś

nie grzanki i jajecznic

ę

, i nie 

zd

ąŜ

ył jeszcze nawet naci

ą

gn

ąć

 szelek na 

ramiona. 
- Była star

ą

 suk

ą

, Hal - powiedział wujek 

ze zbolał

ą

, nieszcz

ęś

liw

ą

 min

ą

; sam 

równie

Ŝ

 wygl

ą

dał staro. - Miała dwana

ś

cie 

lat; to du

Ŝ

o, jak na psa. Tylko si

ę

 nie 

ma

Ŝ

. Starej Stokrotce by si

ę

 to nie 

spodobało. 
- Stara - powtórzył weterynarz, ale i tak 
wygl

ą

dał na zdumionego, bo psy nie 

zdychaj

ą

 z powodu gwałtownych wylewów do 

mózgu, nawet je

ś

li maj

ą

 dwana

ś

cie lat. 

(Jakby kto

ś

 wsadził jej w głow

ę

 fajerwerk 

- powiedział do wuja weterynarz; Hal 
podsłuchał te słowa. Wujek Will wykopał 
dół za stodoł

ą

 tu

Ŝ

 obok miejsca, gdzie w 

1950 pochował matk

ę

 Stokrotki. - "Nigdy 

czego

ś

 takiego nie widziałem, Will.") 

ź

niej, przera

Ŝ

ony do szale

ń

stwa, nie 

mógł si

ę

 powstrzyma

ć

. Zakradł si

ę

 na 

strych. 
Witaj, Hal, co słycha

ć

? Małpa u

ś

miechała 

si

ę

 z mrocznego k

ą

ta. Jej talerze unosiły 

si

ę

, oddalone od siebie o stop

ę

. Poduszka 

z kanapy, któr

ą

 Hal wsun

ą

ł miedzy nie, 

le

Ŝ

ała po przeciwnej stroni strychu. Co

ś

jaka

ś

 siła, odrzuciło j

ą

 tam tak mocno, ze 

z rozerwanego obicia wysypała si

ę

 g

ą

bka. 

Nie martw si

ę

 o Stokrotk

ę

, szeptała małpa 

w jego głowie; szklane orzechowe oczy 
patrzyły wprost w niebieskie oczy Hala 
Shelburna. Nie przejmuj si

ę

, Stokrotka 

była stara, Hal, nawet weterynarz tak 
mówił, a przy okazji, widziałe

ś

, jak krew 

popłyn

ę

ła jej z oczu? Nakr

ęć

 mnie, Hal. 

Nakr

ęć

, pobawimy si

ę

, i kto nie 

Ŝ

yje? Czy 

to ty? 
Kiedy znów zacz

ą

ł jasno my

ś

le

ć

,  odkrył, 

i

Ŝ

 jak zahipnotyzowany czołga si

ę

 ku 

małpie, wyci

ą

gaj

ą

c r

ę

k

ę

, gotow

ą

 pochwyci

ć

 

klucz. Szarpn

ą

ł si

ę

 w tył; w po

ś

piechu 

omal nie spadł ze schodów; prawdopodobnie 
tak by si

ę

 to sko

ń

czyło, gdyby klatka 

schodowa nie była za w

ą

ska. Z jego gardła 

dobywały si

ę

 ciche j

ę

ki. 

Teraz siedział w łodzi, patrz

ą

c na Peteya. 

- Wytłumienie talerzy nic nie daje - 
rzekł. - Ju

Ŝ

 kiedy

ś

 próbowałem. 

- I co si

ę

 stało? - Petey zerkn

ą

ł nerwowo 

na torb

ę

- Nic, o czym chciałbym mówi

ć

, i nic, co 

chciałby

ś

 usłysze

ć

. No dalej, popchnij 

mnie. 

background image

Petey nachylił si

ę

; rufa łodzi ze zgrzytem 

ruszyła po piasku. Hal wsparł si

ę

 na 

wio

ś

le - i nagle uczucie zwi

ą

zania z 

ziemi

ą

 znikn

ę

ło. Łód

ź

 poruszała si

ę

 lekko, 

po tylu latach sp

ę

dzonych w ciemnej szopie 

znów była sob

ą

. Hal podniósł drugie wiosło 

i wsun

ą

ł w dulki. 

- B

ą

d

ź

 ostro

Ŝ

ny, tato! - rzucił Petey. 

- To nie potrwa długo - obiecał Hal, potem 
jednak spojrzał na torb

ę

 i nie miał ju

Ŝ

 

tej pewno

ś

ci. 

Zacz

ą

ł wiosłowa

ć

, prostuj

ą

c si

ę

 i 

pochylaj

ą

c. Stary, znajomy ból w krzy

Ŝ

u i 

mi

ę

dzy łopatkami powrócił. Brzeg oddalał 

si

ę

, Petey, jak w magicznej sztuczce, znów 

stał si

ę

 o

ś

miolatkiem, sze

ś

cio-, 

czterolatkiem, stoj

ą

cym tu

Ŝ

 nad wod

ą

Niemowl

ę

c

ą

 dłoni

ą

 osłaniał oczy. 

Hal zerkn

ą

ł przelotnie na brzeg, ale 

wiedział, 

Ŝ

e nie mo

Ŝ

e sobie pozwoli

ć

 na 

to, by uwa

Ŝ

nie zbada

ć

 go wzrokiem. Min

ę

ło 

prawie pi

ę

tna

ś

cie lat, i je

ś

li przyjrzy 

si

ę

 brzegowi, miast podobie

ń

stw dostrze

Ŝ

Ŝ

nice, a wtedy nigdy nie trafi. Sło

ń

ce 

pra

Ŝ

yło mu kark; wkrótce zacz

ą

ł si

ę

 poci

ć

Zawadził wzrokiem o torb

ę

 i na moment 

zgubił rytm wiosłowania. Torba jakby... 
jakby si

ę

 wybrzuszała. Przyspieszył. 

Silniejszy powiew wiatru osuszył pot i 
ochłodził skór

ę

 Hala. Łód

ź

 uniosła si

ę

opadaj

ą

cy dziób uderzył z pluskiem w wod

ę

Czy wiatr nie wzmógł si

ę

 przypadkiem przez 

ostatni

ą

 minut

ę

? I czy Petey czego

ś

 nie 

krzyczał? Tak. Hal nie zdołał rozró

Ŝ

ni

ć

 

słów po

ś

ród szumu wiatru. Niewa

Ŝ

ne. Pozby

ć

 

si

ę

 małpy na nast

ę

pnych dwadzie

ś

cia lat - 

albo mo

Ŝ

(błagam, Bo

Ŝ

e, na zawsze) 

na zawsze - oto, co si

ę

 liczyło. 

Łód

ź

 wierzgn

ę

ła i opadła. Zerkn

ą

wszy w 

lewo Hal spostrzegł pierwsze nie

ś

miałe 

białe grzywy. Obejrzał si

ę

 na brzeg: oto 

Hunter's Point i zwalona ruina, która 
kiedy

ś

 była szop

ą

 na łodzie Burdonsów. A 

zatem niemal dotarł do celu, w miejsce, w 
którym słynny studebaker Amosa Culligana 
zapadł si

ę

 pod lód pewnego dnia dawno 

minionego grudnia. Był prawie nad 
najwi

ę

ksz

ą

 gł

ę

bi

ą

 jeziora. 

Petey cos krzyczał: krzyczał i wskazywał; 
Hal wci

ąŜ

 go nie słyszał. Łód

ź

 kołysała 

si

ę

 i podskakiwała, spod jej obła

Ŝą

cego z 

farby dziobu tryskała piana. W chmurze 
wodnego pyłu na moment zal

ś

niła t

ę

cza, 

natychmiast jednak rozwiała si

ę

. Plamy 

ś

wiatła i cienia 

ś

migały po wodzie, 

szybkie jak błysk migawki, fale nie były 

background image

ju

Ŝ

 łagodne; ich grzywy wyra

ź

nie urosły. 

Pot zasechł na pokrytej g

ę

si

ą

 skórk

ą

 

skórze Hala; kurtka na plecach nasi

ą

kła 

wod

ą

. Wiosłował z ponur

ą

 determinacj

ą

jego wzrok w

ę

drował bez przerwy mi

ę

dzy 

brzegiem, a torb

ą

. Łód

ź

 znów si

ę

 uniosła - 

tym razem tak wysoko, 

Ŝ

e jedno wiosło 

miast wody zgarn

ę

ło powietrze. 

Petey wskazywał r

ę

k

ą

 niebo; jego krzyki 

były ju

Ŝ

 tylko cichutkim, d

ź

wi

ę

cznym 

szmerem. 
Hal obejrzał si

ę

 przez rami

ę

.. 

Jezioro burzyło si

ę

. Przybrało teraz 

złowieszczy ciemnoniebieski odcie

ń

 - 

szale

ń

czo faluj

ą

ca niebieska kapa, 

ozdobiona pl

ą

tanin

ą

 białych szwów. Po 

wodzie sun

ą

ł ku łodzi cie

ń

; w jego 

kształcie było co

ś

 znajomego, co

ś

 

straszliwie znajomego. Hal uniósł wzrok i 
nagle we jego 

ś

ci

ś

ni

ę

tym gardle wezbrał 

krzyk. 
Skryte za chmur

ą

 sło

ń

ce zmieniło j

ą

 w 

zgarbion

ą

 posta

ć

, unosz

ą

c

ą

 dwa półksi

ęŜ

yce 

o złocistych brzegach. Przez dwie wybite w 
chmurze dziury przenikały smugi 

ś

wiatła. 

Gdy chmura przepłyn

ę

ła nad łodzi

ą

, talerze 

małpy, niemal nie wyciszone przez 

ś

cianki 

torby, zacz

ę

ły uderza

ć

 o siebie. D

Ŝ

ang-

d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang, to ty, Hal, to w ko

ń

cu 

ty, jeste

ś

 teraz nad najwi

ę

ksz

ą

 gł

ę

bin

ą

 

jeziora i nadeszła twoja kolej, twoja 
kolej, twoja kolej... 
Wszystkie konieczne elementy zaskoczyły na 
miejsce. Gdzie

ś

 w dole spoczywały gnij

ą

ce 

ko

ś

ci studebakera Amosa Culligana. Tutaj 

Ŝ

yj

ą

 najwi

ę

ksze ryby. To wła

ś

nie było to 

miejsce. 
Hal jednym szarpni

ę

ciem uniósł wiosła w 

dulkach, schylił si

ę

, lekcewa

Ŝą

c gwałtowne 

chybotanie łodzi, i chwycił torb

ę

. Talerze 

odgrywały sw

ą

 dzik

ą

, poga

ń

sk

ą

 melodi

ę

ś

cianki torby wydymały si

ę

 i kurczyły, 

jakby poruszane mrocznym oddechem. 
- Wła

ś

nie tutaj, ty kurwi synu! - rykn

ą

ł 

Hal. - WŁA

Ś

NIE TUTAJ! 

Wyrzucił torb

ę

 za burt

ę

Ton

ę

ła szybko. Przez chwil

ę

 wydało mu si

ę

Ŝ

e wci

ąŜ

 

Ŝ

yje, jej 

ś

cianki poruszały si

ę

i przez t

ę

 bezczasow

ą

 chwil

ę

 nadal słyszał 

uderzenia talerzy. Czarne wody na sekund

ę

 

poja

ś

niały i ujrzał potworn

ą

 gł

ę

bi

ę

miejsce, w którym 

Ŝ

yły najwi

ę

ksze ryby. 

Oto studebaker Amosa Culligana, tyle 

Ŝ

e za 

o

ś

lizgł

ą

 kierownic

ą

  siedziała matka Hala 

- u

ś

miechni

ę

ty szkielet; niewielki oko

ń

 

wygl

ą

dał oboj

ę

tnie z pustego oczodołu. 

Obok niej unosili si

ę

 ciotka Ida i wujek 

background image

Will. Siwoszare włosy ciotki zafalowały, 
gdy obok wiruj

ą

c przemkn

ę

ła torba w obłoku 

srebrzystych b

ą

belków. D

Ŝ

ang-d

Ŝ

ang-

d

Ŝ

ang...  

Hal błyskawicznie opu

ś

cił wiosła, przy 

okazji zadrapuj

ą

c do krwi kostki (o Bo

Ŝ

e, 

na tylnym siedzeniu studebakera Amosa 
Culligana było pełno martwych dzieci! 
Charlie Silverman... Johnny McCabe...) i 
zacz

ą

ł zawraca

ć

 łód

ź

Pomi

ę

dzy jego stopami cos trzasn

ę

ło, 

sucho, gło

ś

no jak wystrzał z pistoletu, i 

nagle mi

ę

dzy dwiema deskami wezbrała woda. 

Łód

ź

 była stara; drewno bez w

ą

tpienia si

ę

 

rozeschło. To tylko drobny przeciek. Ale 
Hal mógłby przysi

ą

c, 

Ŝ

e kiedy wypłyn

ą

ł, 

nie było go tam. 
Brzeg i jezioro zamieniły si

ę

 miejscami. 

Teraz siedział tyłem do Peteya. Nad jego 
głow

ą

 upiorna małpia chmura rozpływała 

si

ę

. Hal zacz

ą

ł wiosłowa

ć

. Dwadzie

ś

cia 

sekund wystarczyło, by uwierzył, 

Ŝ

e toczy 

wy

ś

cig o 

Ŝ

ycie. Był do

ść

 przeci

ę

tnym 

pływakiem, a wzburzone wody wystawiłyby na 
ci

ęŜ

k

ą

 prób

ę

 nawet mistrza. 

Nagle jeszcze dwie deski skurczyły si

ę

 z 

tym samym ogłuszaj

ą

cym trzaskiem. Do 

ś

rodka naciekło wi

ę

cej wody, zalewaj

ą

c mu 

buty. Usłyszał ciche metaliczne chrz

ę

sty - 

to p

ę

kały gwo

ź

dzie. Fragment dulki 

odprysn

ą

ł i wpadł do jeziora - czy cała 

dulka b

ę

dzie nast

ę

pna? 

Wiatr dmuchał mu w plecy, jakby chciał go 
spowolni

ć

, albo nawet zepchn

ąć

 na 

ś

rodek 

jeziora. Hal był przera

Ŝ

ony, lecz oprócz 

grozy czul szale

ń

cz

ą

 rado

ść

. Tym razem 

małpa na dobre odeszła. Sk

ą

d

ś

 to wiedział. 

Cokolwiek si

ę

 z nim stanie, małpa nie 

wróci, nie rzuci swego cienia na 

Ŝ

ycie 

Dennisa i Peteya. Znikn

ę

ła; mo

Ŝ

e le

Ŝ

teraz na dachu albo masce studebakera 
Amosa Culligana na dnie jeziora Crystal. 
Pozbył si

ę

 jej. Raz na zawsze. 

Wiosłował, pochylaj

ą

c si

ę

 naprzód i 

prostuj

ą

c plecy. Znów usłyszał suchy 

trzask; zardzewiała puszka po smarze, 
le

Ŝą

ca na dziobie, unosiła si

ę

 w gł

ę

bokiej 

na trzy cale wodzie. Hal poczuł na twarzy 
dotyk wodnego pyłu. Nagle ławeczka 
dziobowa p

ę

kła w pół. Oba kawałki 

podpłyn

ę

ły tuz do pojemnika na robaki. Z 

lewej burty odpadła deska, potem druga, po 
prawej, na samej linii wodnej. Hal 
wiosłował. Z jego ust z j

ę

kiem ulatywał 

suchy, rozgrzany oddech, w gardle wzbierał 
miedziany posmak zm

ę

czenia. Wiatr unosił 

mokre od potu włosy.  

background image

W samym dnie łodzi otwarła si

ę

 zygzakowata 

szczelina, biegn

ą

ca od jego stóp a

Ŝ

 po 

dziób. Do 

ś

rodka chlusn

ę

ła woda; najpierw 

si

ę

gała mu po kostki, potem do połowy 

łydek. Wiosłował, lecz łódka poruszała si

ę

 

bardzo opornie. Nie 

ś

miał zerkn

ąć

 przez 

rami

ę

, by przekona

ć

 si

ę

, jak bardzo si

ę

 

zbli

Ŝ

ył. 

Odpadła kolejna deska. Szczelina biegn

ą

ca 

ś

rodkiem łodzi wypuszczała gał

ę

zie, jak 

drzewo. Do wn

ę

trza wlewała si

ę

 woda. 

Hal wiosłował coraz szybciej, gwałtownie 
chwytaj

ą

c powietrze. Poci

ą

gn

ą

ł raz... 

drugi... przy trzecim obie dulki odpadły. 
Zgubił jedno wiosło i cudem uratował 
drugie. Zerwał si

ę

 z miejsca i zacz

ą

ł 

młóci

ć

 nim wod

ę

. Łód

ź

 zakołysała si

ę

 i o 

mało nie wywróciła; ostre chybniecie 
cisn

ę

ło go z głuchym łomotem z powrotem na 

ławeczk

ę

W chwil

ę

 pó

ź

niej stracił kolejne deski. 

Ławka zapadła si

ę

, i Hal le

Ŝ

ał w wodzie, 

wypełniaj

ą

cej dno łódki, zaskoczony tym, 

jak bardzo jest zimna. Próbował d

ź

wign

ąć

 

si

ę

 na kolana, desperacko powtarzaj

ą

c w 

duchu: Petey nie mo

Ŝ

e tego zobaczy

ć

, nie 

mo

Ŝ

e widzie

ć

, jak ojciec tonie na jego 

oczach, b

ę

dziesz płyn

ą

ł, pieskiem, je

ś

li 

trzeba, byle naprzód, zrób co

ś

... 

Rozległ si

ę

 kolejny gło

ś

ny trzask - niemal 

huk - i znalazł si

ę

 w wodzie, płyn

ą

c do 

brzegu tak, jak jeszcze nigdy w 

Ŝ

yciu - a 

brzeg był zdumiewaj

ą

co bliski. Po minucie 

Hal stał ju

Ŝ

 na dnie, zanurzony do pasa, 

pi

ęć

 metrów od płazy. 

Petey z pluskiem rzucił si

ę

 ku niemu, 

wyci

ą

gaj

ą

c r

ę

ce; krzyczał, płakał i 

ś

miał 

si

ę

 równocze

ś

nie. Hal, brodz

ą

c w wodzie, 

ruszył w stron

ę

 syna. Petey, zanurzony po 

pier

ś

, tak

Ŝ

e parł naprzód. 

W ko

ń

cu si

ę

 złapali. 

Hal, oddychaj

ą

c ci

ęŜ

ko ze zm

ę

czenia, mimo 

wszystko d

ź

wign

ą

ł chłopca i zaniósł go na 

pla

Ŝę

. Tam obaj padli na piasek, dysz

ą

c. 

- Tato? Ju

Ŝ

 jej nie ma? Tej brzydkiejzłej 

małpy? 
- Tak. My

ś

l

ę

Ŝ

e chyba si

ę

 jej pozbyli

ś

my. 

Tym razem na dobre. 
- Łód

ź

 si

ę

 rozpadła. Tak po prostu - 

rozleciała si

ę

 wokół ciebie. 

Hal zerkn

ą

ł na deski, unosz

ą

ce si

ę

 na 

wodzie jakie

ś

 dwadzie

ś

cia stóp dalej. 

Zupełnie nie przypominały solidnej łódki, 
któr

ą

 niedawno wyci

ą

gn

ą

ł z szopy na 

przystani. 

background image

- Ju

Ŝ

 wszystko dobrze. - Oparł si

ę

 na 

łokciu. Zamkn

ą

ł oczy pozwalaj

ą

c, by sło

ń

ce 

ogrzało mu twarz. 
- Widziałe

ś

 chmur

ę

? - szepn

ą

ł Petey. 

- Tak. Ale teraz jej nie dostrzegam. A ty? 
Spojrzeli na niebo. Tu i ówdzie pływały na 
nim białe obłoczki, lecz ani 

ś

ladu 

wielkiej czarnej chmury. Znikn

ę

ła, tak po 

prostu. 
Hal poci

ą

gn

ą

ł Peteya. 

- W domu b

ę

d

ą

 r

ę

czniki. Chod

ź

. - 

Przystan

ą

ł, patrz

ą

c na syna. - To 

wariactwo tak biec do wody. 
Petey spojrzał na niego z powag

ą

- Byłe

ś

 bardzo odwa

Ŝ

ny, tato. 

- Naprawd

ę

? - Ani przez moment nie my

ś

lał 

o odwadze. Czuł wył

ą

cznie strach, strach 

tak wielki, 

Ŝ

e przesłaniał cały 

ś

wiat. 

Je

ś

li ów 

ś

wiat w ogóle istniał. - Chod

ź

Pete. 
- Co powiemy mamie? 
- Nie wiem, olbrzymie. - Hal u

ś

miechn

ą

ł 

si

ę

 do syna. - Co

ś

 wymy

ś

limy. 

Przystan

ą

ł na moment, patrz

ą

c na pływaj

ą

ce 

w wodzie deski. Jezioro znów si

ę

 

uspokoiło; małe zmarszczki migotały w 
sło

ń

cu. Nagle Hal pomy

ś

lał o 

wczasowiczach, których nawet nie znał - 
mo

Ŝ

e ojcu i synu, zasadzaj

ą

cych si

ę

 na 

wielk

ą

 ryb

ę

. Mam cos, tato! - krzyczy 

chłopak. Wyci

ą

gnij, to zobaczymy - 

odpowiada ojciec i z gł

ę

bin, ci

ą

gn

ą

c za 

sob

ą

 zapl

ą

tane w talerze wodorosty, 

szczerz

ą

c z

ę

by w upiornym powitalnym 

u

ś

miechu wynurza si

ę

... małpa. 

Zadr

Ŝ

ał. Ale to w ko

ń

cu tylko jedna z 

mo

Ŝ

liwo

ś

ci. 

- Chod

ź

 - powtórzył i razem ruszyli 

ś

cie

Ŝ

k

ą

 przed płomienisty pa

ź

dziernikowy 

las, do domu. 
 
Notatka z Nowin Bridgo

ń

skich, 

24 pa

ź

dziernika, 1980. 

 
TAJEMNICA MARTWYCH RYB 
Betsy Moriarty 
 
SETKI martwych ryb zauwa

Ŝ

ono w zeszłym 

tygodniu na jeziorze Crystal w s

ą

siednim 

miasteczku Casco. Najwi

ę

cej z nich zgin

ę

ło 

w pobli

Ŝ

u Hunter's Point, cho

ć

 pr

ą

dy w 

jeziorze nieco utrudniaj

ą

 dokładn

ą

 

lokalizacj

ę

. W

ś

ród martwych ryb znaleziono 

wszystkie gatunki, wyst

ę

puj

ą

ce w 

tutejszych wodach: samogłowy, szczupaki, 
mi

ę

tusy, karpie, br

ą

zowe i t

ę

czowe 

pstr

ą

gi, a nawet zabł

ą

kanego łososia. 

background image

Władze łowieckie i w

ę

dkarskie s

ą

 równie 

zdumione...