background image

CHARLES BUKOWSKI

LISTONOSZ

Przełożył Michał Ratyński

NOIR SUR BLANC

background image

Tytuł oryginału: Post Office

© 1971 CHARLES BUKOWSKI

For the Polish Edition

© 1994 Noir sur Blanc, Szwajcaria

ISBN 83 - 901283 - 2 - 2

background image

To jest powieść

Nie jest nikomu dedykowana.

background image

Biuro Nadzorcze                                                                                     Los Angeles, Kalifornia
Do wiadomości                                                                                                    1 stycznia 1970

Zarząd Poczt Stanów Zjednoczonych                                                                                742

ZASADY MORALNE PRACOWNIKÓW POCZTY

- ETOS PRACY

Wszyscy  zatrudnieni   zobowiązani   są  do  przestrzegania   zasad  moralnych   (patrz  §  742 

regulaminu pracy) określających postępowanie pracowników Poczty (patrz § 744 tego samego 
regulaminu   pracy).   W   ciągu   wielu   lat   ciężkiej   pracy   urzędów   pocztowych   ich   pracownicy 

udowodnili swoją gotowość do wiernej służby Narodowi tworząc wyjątkową i bezprecedensową 
atmosferę wokół pełnej poświęcenia pracy. Każdy pracownik Poczty może być dumny z tego, że 

jego osobisty wkład pracy nawiązuje do wielowiekowej tradycji służb publicznych. Każdy z nas 
powinien pamiętać, że uczestnicząc w tym wielkim  dziele powinien się także przyczyniać do 

stałego rozwoju i ekspansji potencjału Poczty.

Od wszystkich pracowników oczekuje się pełnej poświęcenia i oddania pracy na rzecz 

wszystkich obywateli naszego państwa, pracy niezłomnej i rzetelnej.

Personel   służb   pocztowych   jest   zobowiązany   do  przestrzegania   najwyższych   wartości 

etycznych   i   działania   na   podstawie   ustawy   o   obyczajach   i   moralności,   respektowania   prawa 
Stanów   Zjednoczonych,   a   także   szczegółowych   instrukcji   prawnych   regulujących   zadania   i 

obowiązki. Na wszystkich szczeblach organizacyjnych Poczty żąda się nieskazitelnej i wyjątkowej 
uczciwości   w   wypełnianiu   ustawowo   określonych   obowiązków.   Przekazane   Poczcie   zadania 

muszą być wypełniane sumiennie i należycie. To właśnie ta Organizacja cieszy się przywilejem 
codziennego   kontaktu   z   obywatelami   naszego   kraju,   a   w   wielu   przypadkach   jest   jedynym 

narzędziem   stanowienia   bliskich   kontaktów   między   mieszkańcami   a   Rządem   Federalnym. 
Dlatego każdy urzędnik tej publicznej służby musi zyskać sobie zaufanie i szacunek pracodawcy, 

a także klientów korzystających z usług służb pocztowych, pracując tym samym dla ciągłego 
polepszania   reputacji   wszystkich   służb   publicznych   i   Rządu   Federalnego.   Wszyscy   urzędnicy 

wszystkich szczebli służb pocztowych są niniejszym zobowiązani do wnikliwego przestudiowania 
paragrafu 742 regulaminu pracy służb publicznych,  który w przypisach  reguluje  podstawowe 

normy w zakresie osobistej odpowiedzialności za wykonywaną pracę, moralne i etyczne strony 
tego zagadnienia, a także ograniczenia w zakresie wszelkiej działalności politycznej każdego z 

pracowników Poczty.

Inspektor Odpowiedzialny

background image

ROZDZIAŁ I

1

Wszystko zaczęło się od... ręki w nocniku, a krótko przed świętami Bożego Narodzenia.
Ten pijaczyna, mieszkający na stoku góry, trochę wyżej ode mnie, pracujący dorywczo dla 

nich, powiedział mi, że oni bardzo często mają kłopoty z pracownikami, i że zatrudniają prawie 

każdego. Więc poszedłem tam. I zanim mogłem się naprawdę zorientować, o co chodzi i jak to 
wszystko wygląda, ta skórzana torba obijała mi już biodra, a ja, prawie szczęśliwy, wyruszyłem w 

trasę. Ale robota - pomyślałem sobie. Przyjemniusieńko. Dali mi jedną, albo może dwie ulice, a 
jeśli   już   je   obleciałeś,   to   kolega   na   pełnym   etacie   mógł,   ale   nie   musiał,   przydzielić   ci   coś 

dodatkowego,   albo   też   wracałeś   do   Centrali,   spokojnie   i   całkiem   rozluźnionym   krokiem,   i 
oczekiwałeś nowych, bardzo odpowiedzialnych zadań.

Myślę, że było to drugiego dnia mojej pracy jako pomocniczego listonosza, w gorącym 

dla   poczty   okresie,   jakim   zawsze   i   wszędzie   są   święta   Bożonarodzeniowe.   Wtedy   właśnie 

zobaczyłem tę tłustą damę wychodzącą z własnego ogródka. Mówiąc „tłusta” mam na myśli jej 
bardzo tłuste dupiszcze i worowate cyce, a także te wszystkie inne bardzo ważne miejsca na ciele 

każdej   kobiety.   Wydawała   mi   się   lekko   zwariowana   i   po   zlustrowaniu   tych   jej   wszystkich 
„tłuszczów” oddałem się zupełnie i beznamiętnie mojej pracy.

A ona szła. I to nie za mną. Obok mnie! I gadała, i gadała, i gadała. Okazało się, że jej 

mąż był oficerem, stacjonującym gdzieś na niezwykle odległej wyspie, więc ona czuła się bardzo 

samotna. Byłem w stanic to zrozumieć, tym bardziej, że mieszkała zupełnie sama w małym 
domku, na ulicy leżącej gdzieś na uboczu wszystkiego.

- W którym małym domku? - zapytałem.
Niezwykle pośpiesznie napisała mi adres na niewielkim strzępie papieru.

- Też czuję się bardzo samotnie - powiedziałem. - Wpadnę dziś wieczorem, to sobie 

pogadamy.

Tak zupełnie sam to nie byłem. Moja obecna dupencja gdzieś się tam szwendała, rzadko 

się widywaliśmy. Problem samotności powoli stawał się więc także i moim problemem. A tym 

bardziej przecież, że to tłuste dupiszcze nadawało mi cały czas do ucha.

- Cudownie - powiedziała. - Więc do wieczora.

Zła to ona nie była. Nawet dobra. W łóżku. Ale jak to już zwykle bywa, po trzeciej czy 

czwartej nocy traci się zainteresowanie. Nagle. Nie odwiedzałem jej już więcej.

O mój Boże! - myślałem sobie coraz częściej - pracując na poczcie musisz tylko roznieść 

swoją działkę i figlować z gospodyniami domowymi. Zajęcie w sam raz dla mnie. Tak! Tak! Nie!?

background image

2

Przystąpiłem więc do egzaminów. I zdałem je. Badania u lekarza.
Niczego się nie doszukał. I po wszystkim.

Byłem pomocnikiem listonosza. Dorywczo.
Na początku było lekko i łatwo. Zostałem przeniesiony do urzędu w West - Avon. I było 

tam dokładnie tak samo, jak w okresie przed świętami Bożego Narodzenia. Brakowało tylko tego 
tłustego dupiszcza. Ciągle jednak myślałem, że ktoś będzie chciał mi jakoś przysrać. Tak się 

jednak nie stało. Szef, kapo, był znośny, a ja łaziłem prawie bez celu, a to miałem ulicę, a potem 
nic. Nawet uniformu nie miałem, tylko czapkę, Chodziłem w trasę w moich zwykłych łachach. A 

ponieważ chleliśmy z moją dupencją Betty ogromniaście, to i na ubranie nigdy nie starczało forsy.

A potem przeniesienie do Oakford.

Kapo, czyli szef, to był taki byczy kark z nazwiskiem Jonstone. Nie dawali sobie rady. Od 

razu wiedziałem, dlaczego Jonstone z lubością paradował w ciemnoczerwonych koszulach - więc 

musiało zajeżdżać krwią i rozróbą! Było nas siedmiu pomocników listonoszy. Tom Moto, Nick 
Pelligrini, Herman Stratford, Rosey Anderson, Bobby Hansen, Harold Wiley i ja, Henry Chinaski. 

Zaczynaliśmy zawsze o piątej nad ranem, a ja byłem jedynym pijącym w tej całej kompanii. 
Chlałem zawsze do północy, a potem, od piątej rano siedzieliśmy wszyscy w urzędzie, czekając na 

jakąś robotę, a może raczej na telefon od kogoś z tych etatowych, co to właśnie zachorowali. 
Chorowali zawsze wtedy, kiedy padało albo żar walił z nieba, albo w następnym dniu po jakimś 

tam urzędowo - państwowym święcie. Wtedy zalewała nas podwójna porcja poczty.

Musieliśmy obsłużyć czterdzieści albo pięćdziesiąt tras, u może nawet i więcej. System 

rozdziału   nadchodzącej   do   urzędu   poczty   ciągle   się   zmieniał,   niczego   nie   można   było   się 
nauczyć, do niczego nawet przyzwyczaić. Wyszukiwało się z tych ton przesyłek listy i paczki do 

własnego rewiru; posortowane lądowały w torbie, która nie przestawała obijać miednicy. O ósmej 
odjeżdżał samochód odstawiający nas na nasze trasy.

Jonstone zawsze dbał, żeby odbywało się to bardzo punktualnie. Chłopaki musieli więc 

kończyć sortowanie na ulicy, nie mieli  czasu, żeby coś przegryźć, zdychali  z pośpiechu i tej 

pierdolonej nerwicy. Dziś mieliśmy opróżniać skrzynki pocztowe. Ten byczy kark opóźnił nasz 
wyjazd w trasę o trzydzieści minut. „Chinaski, trasa 539!” - ryczał w tej swojej ciemnoczerwonej 

koszuli i machał rękoma, kręcąc się w krześle. Zaczęliśmy pół godziny później, ale skończyć 
musieliśmy w normalnym, regulaminowym terminie. Musiało zawsze być punktualnie.

Raz czy może dwa razy w tym tygodniu kazano nam zasuwać także w nocy, nawet i 

wtedy,   kiedy   już   przed   południem   zdychaliśmy   ze   zmęczenia.   I   mimo   że   wszyscy   dobrze 
wiedzieli,   że   samochód   nie   może   lak   szybko   rozwieźć   nas   po   rewirach,   a   potem   pozbierać 
wszystkich do kupy, byczy kark upierał się jednak zawsze przy tym niemożliwym do wykonania 
rozkładzie jazdy. Opuszczaliśmy więc niektóre skrzynki, które jednak opróżniane  następnego 

background image

dnia, wypełnione były po brzegi; pot lał się z nas, a my, cuchnąc nim i klnąc, upychaliśmy te 
pierdolone przesyłki do pocztowych worków.

Te nocne wyprawy zawsze kończyły się nagniotkami na palcach rąk i nóg i jazgotliwym 

trzeszczeniem kręgosłupa. Ten Jonstone już wiedział, co robi.

3

Pomocnicy listonoszy byli dla Jonstone'a takimi frajerami, co to mieli wykonywać jego 

niemożliwe do wykonania polecenia. Nigdy nie mogłem tego pojąć, kto mógł postawić takiego 
człowieka na tym stanowisku, człowieka, z którego wszystkimi otworami ciekła bezduszność, a 
nawet okrucieństwo. Pełnoetatowym nic to nie robiło, człowiek ze związków był na to nieczuły. 
Długo się więc zastanawiałem. W wolnym dniu machnąłem trzydziestostronicowy raport na ten 
temat.   Kopia   dla   byczego   karku,   a   ja   poszedłem   z   oryginałem   do   przedstawiciela   Rządu 
Stanowego. Tam też jedna z tych licznych sił biurowych kazała mi czekać. Więc czekałem i 
czekałem, i czekałem. Czekałem godzinę, godzinę i pół, aż wreszcie zostałem wprowadzony do 
niskiego, szaro owłosionego przedstawiciela, z oczkami koloru popiołu papierosowego.

Nawet nie zaproponował mi krzesła. Zaczął się wydzierać. I nie skończył.

- Pan to taki jeden z tych upierdliwych przemądrzałych, co?
- Wolałbym, żeby mnie pan nie obrażał, Sir.

- Pierdolona mądrala, elegancki w gestach z wielkimi słowami na wardze?
Wywijał moim raportem w powietrzu. I darł się dalej.

- MR JONSTONE JEST DELIKATNYM I WYKWINTNYM MĘŻCZYZNĄ.
- Niech się pan już nie wygłupia, bo wszystko wskazuje na to, że jest tylko pospolitym 

sadystą - powiedziałem.

- Jak długo pracuje pan na poczcie?

- Trzy tygodnie.
- MR JONSTONE PRACUJE JUŻ TRZYDZIEŚCI LAT W TYM RESORCIE.

- A co ma jedno z drugim wspólnego?
-   Powiedziałem   już:   MR   JONSTONE   JEST   DELIKATNYM   I   WYKWINTNYM 

MĘŻCZYZNĄ.

Myślałem już, że ten drący się przedstawiciel Rządu Stanowego chce mnie zamordować. 

Na pewno spał z Jonstonem.

- No już dobrze - powiedziałem. - Jonstone jest delikatny i wykwintny. Pan to musi lepiej 

wiedzieć. Zapomnijmy o wszystkim.

Wyszedłem. Następnego dnia wziąłem wolny dzień, ma się rozumieć, niepłatny.

4

Jak Jonstone zobaczył mnie dwa dni później o piątej nad ranem, zaszamotał się w swoim 

fotelu, a jego twarz nabrała koloru koszuli, albo odwrotnie. Nic nie powiedział. Na mnie nie 
zrobiło to żadnego wrażenia. Do drugiej nad ranem poddaliśmy z Betty, lekko, i nie tylko.

Oparłem się więc o ścianę urzędu i przymknąłem oczy. Koło siódmej zaszamotał się 

Jonstone   znowu.   Wszyscy   dostali   już   pracę   albo   zostali   odesłani   do   innych   urzędów,   nie 

background image

mogących dać sobie rady z nawałem roboty.

- To już wszystko, Chinaski. Dla pana nic dzisiaj nie ma.
Popatrzył mi głęboko w oczy.

Kurwa chcesz se popatrzeć, to se patrz! Bo ja chciałem już leżeć w łóżku i spać.
- Okay, Stone powiedziałem. Pełnoetatowi tak go też przezywali, Stone, ale tylko między 

sobą. Ja byłem jedyny, który tak się do niego zwracał. Wyszedłem. Stary, mocno już zrujnowany 
samochód zaskoczył od pierwszego razu.

Szybko wylądowałem w łóżku, koło Betty.
- Hank! Jak to ładnie!

- Tak, grzechotko - i mocno wtuliłem się w jej rozgrzany jeszcze tyłeczek. Po czterdziestu 

pięciu sekundach zasnąłem.

5

Następnego dnia wszystko odbyło się dokładnie tak samo.
- To już wszystko, Chinaski. Dla pana znowu nic dzisiaj nie ma.
Siedem następnych dni też to samo. Siedziałem każdego ranka od piątej do siódmej i nic 

nie zarabiałem. Wykreślono mnie nawet z listy tych, którzy nocą opróżniali skrzynki pocztowe.

Bobby Hansen, jeden z najstarszych wiekiem i stażem pomocników, powiedział mi wtedy:

- Mnie też chciał wrobić. Chciał mnie zagłodzić!
- Mnie to wisi. Nie będę mu właził w dupę. Nawet jeśli miałbym to czynić w głodowych 

majakach. W każdej chwili mogę rzucić tę cholerną robotę.

- Nic nie musisz rzucać - zamelduj się tylko wieczorem w Prell. Powiedz szefowi, że tu nie 

możesz dostać roboty, a on na pewno przydzieli ci roznoszenie poczty ekspresowej.

- Tak? - zapytałem - i nie będzie to wbrew jakimś tam przepisom?

- Ja, co dwa tygodnie, regularnie i punktualnie dostawałem swoje pieniądze! A ty też nic 

więcej nie chcesz?

- Dziękuję, Bobby!

6

Nie wiem już dokładnie, o której należało się tam zameldować. O szóstej czy o siódmej 

wieczorem. Ale coś koło tego.

Siedziało się z łapą pełną listów i przy pomocy planu miast układało się trasy. To nie było 

bardzo skomplikowane. Ale pozwalało dowolnie rozplanować czas. Rozplanować czas znaczyło 
wykombinować dużo wolnego, a płatnego przecież czasu. Wszyscy to robili. W te gierki ja też 

musiałem się wprawić. Wszyscy opuszczaliśmy urząd pocztowy razem, i umawialiśmy się, kiedy 
wracamy. W ten sposób znajdowało się czas i na wypicie kawy, i na przeczytanie gazety, a i na to, 

że wreszcie mogłeś poczuć, że i ty jesteś człowiekiem.

background image

A wtedy, kiedy chciałeś mieć wolny dzień, brałeś go sobie.

Proste to wszystko i jakże demokratyczne.
Bardzo   często   odwiedzałem   taką   jedną,   dość   przysadzistą   i   krępą,   która   codziennie 

otrzymywała   jakiś   ekspresowy   list.   Przyodziewała   się,   świadomie,   suka,   w   takie   lekkie   i 
przewiewne sexy - coś i obnosiła się w tym od samego rana. Koło jedenastej wieczorem wbiegało 

się po dość stromych schodach do jej drzwi, dzwoniło i oddawało list. Łapała wtedy powietrze, 
gwałtownie, nawet bardzo gwałtownie, o tak mniej więcej:

„OOOOOOOOhhhhhhHHHHH”   i   stawała   bardzo   blisko,   prawie   ocierając   się   o 

klamerkę spodni, nie pozwalając odejść aż nie skończyła czytania listu, a potem znowu dość 
gwałtownie łapała powietrze do swoich płuc:

- OOOOOOOOoooooohhhhh... dobranoc... BARDZO dziękuję.
- Proszę bardzo.

Na nic więcej nie można było się zdobyć, skoro narząd stanął dęba, a ty sam zbiegając 

kłusem, musiałeś pokonać jeszcze drogę w dół po schodach. Wysoki współczynnik tarcia, więc i 

oporu także. Niestety. To trwało bardzo krótko. Po tygodniu wolności nadszedł list:

Bardzo Szanowny Panie Chinaski.
Proszę  o  natychmiastowe  zameldowanie  się  w urzędzie  pocztowym  w Oakford.  Niewykonanie  tego 

polecenia może spowodować konieczność zastosowania kar regulaminowych, łącznie z wymówieniem Panu pracy.

A.E. Jonstone Inspektor U.P. Oakford
I znowu musiałem wrócić do jamy chama.

7

Chinaski - trasa 539.
Najgorsza w całym obwodzie. Stare czynszowe kamienice ze zniszczonymi skrzynkami 

pocztowymi,   na   których   albo   nie   było   żadnych   nazwisk,   albo   były   tak   zamalowane   lub 
wydrapane, że nic już na nich nie pozostało. I te wąskie korytarze, oświetlone małymi, matowymi 

żarówkami. Szeregami stały w nich jakieś nadszarpnięte wiekiem stare ciotki, ciągle pytające o to 
samo i w ten sam sposób, jakby była to jedna i ta sama osoba, ale w wielu egzemplarzach. 

„Listonoszu,   czy   macie   coś   dla   mnie”.   Najchętniej   wydarłbym   się   wtedy:   „A   skąd   ja   mam 
wiedzieć, kim pani jest, a kim ta obok, kim ja jestem, a w ogóle po co tak tu od lat sterczycie?”.

Z wywalonym językiem, opływający potem, z poszarpanymi już pewnie mięśniami, pod 

nieludzkim ciśnieniem czasu i w wiecznym pośpiechu, bez przerwy miałem przed oczami portret 

zadowolonego Jonstone'a w ciemnoczerwonej koszuli, zawsze wszystkowiedzącego, zacierającego 
paluchy.   A   wszystko   najprawdopodobniej   tylko   dlatego,   żeby   cisnąć   w   dół   koszty   działania 

urzędu, którego był głową i „byczym karkiem”. Wszyscy wiedzieli jednak, że tak naprawdę to 
chodziło mu o coś zupełnie innego. No, a cóż to był za delikatny i wykwintny mężczyzna!

O, ludzie! Ludzie! Ludzie! I psy!!!

background image

A skoro już jesteśmy przy psach:

Było to dnia, kiedy z nieba walił żar czterdziestu stopni w cieniu! Prawie na kolanach, 

oślepiany przez nieustanne przypływy słonych fal potu, lepiący się wszędzie, na wpół już, w 

obłędzie, z ostrym bólem w okolicy miednicy, zatrzymałem się przed niskim domkiem. Skrzynka 
wisiała na płocie. Wetknąłem kluczyk, skrzynka otworzyła się. Blaszany szmelc jakoś dziś nie 

stawiał żadnego oporu! I wtedy poczułem, jak coś wpycha się między moje nogi. Odwróciłem się 
i zobaczyłem wyrośniętego niemieckiego owczarka, nachalnie wciskającego swój czarny nos w 

mój tyłek, Jednym kłapnięciem swoich nieobliczalnych przecież szczęk mógłby wyrwać mi jaja z 
korzeniami!!! Postanowiłem, że ci ludzie nie dostaną dziś swojej korespondencji. Więcej że oni 

już nigdy nie będą jej dostawać! Przynajmniej ode mnie. O rany - jak on wwiercał mi się w dupę! 
A wąchał, a węszył! Włożyłem więc listy do torby, a potem, powoli i ostrożnie, odważyłem się 

zrobić pół kroku do przodu. Pies nie odstępował. Więc zrobiłem, tym razem drugą nogą, też pół 
kroku do przodu. Owczarek niuchał dniej! Powoli, bardzo powoli udało mi się zrobić pełen krok. 

A potem następny. Zatrzymałem się. Mój wróg pobiegł na ulicę i przekrzywiwszy łeb, zaczął mi 
się bacznie przyglądać. Przyglądał się i przyglądał! A ja jak stałem, tak stałem dalej. Może nic 

podobnego jeszcze nie wąchał i nie wiedział, jak się wobec czegoś tak specjalnego zachować. 
Ciągle jeszcze patrzył, jak jednym susem zacząłem dawać chodu!

8

I to nie była moja ostatnia przygoda z owczarkiem niemieckim. Inna miała miejsce latem, 

a to zwierzę, olbrzymimi susami nadbiegło z podwórka i zaczęło SKAKAĆ na mnie, celując w 
podbródek.

- BOŻE! BOŻE! - zacząłem wrzeszczeć. - O PANIE! BOŻE W NIEBIE!
MORDERSTWO! POMOCY! MORDERSTWO!

To bydlę zakręciło się wokół własnego ogona i ponawiało ataki. Udało mi się go silnie 

uderzyć torbą tak, że wszystkie gazety i listy zaczęły fruwać w powietrzu. A ten nic. I jak gotował 

się do kolejnego skoku, pojawiły się dwa małolaty, właściciele, i uczepili się jego obroży. W 
towarzystwie grzmotów dobiegających z jego pyska, udało mi się pozbierać rozrzucone przesyłki. 

Musiałem je i tak sortować jeszcze raz na werandzie sąsiedniego domu.

- Wy, kurwa, gówniarze, zupełnie wam już z tym psem odbiło, nie? - krzyczałem do nich. 

- Ten pies to morderca. Albo się go pozbędziecie, albo trzymajcie go przynajmniej na grubym 
łańcuchu!

Miałem ochotę im dowalić, nie za dużo, ale między nimi szalało to krowiaste bydlę. Na 

kolanach, przycupnięty na obcej werandzie, dokończyłem sortowanie przesyłek. I jak zwykle, 

zabrakło mi czasu na obiad i na kawę, a mimo że sam się już popędzałem, wróciłem do urzędu z 
czterdziestominutowym opóźnieniem. Stone oczywiście spojrzał na zegarek.

background image

- Chinaski, pan wraca z czterdziestominutowym opóźnieniem.

- A panu nigdy się coś takiego nie przytrafiło?
- Udzielam panu ostrzeżenia.

- No, jasne, Stone.
Szybko zaczął walić w maszynę do pisania, w której już tkwił odpowiedni formularz. 

Pojawił   się,   jak   zwykle,   cicho   i   nieoczekiwanie,   w   pokoju,   w   którym   sortowałem   listy   i 
zmieniałem kody pocztowe na źle zaadresowanych kopertach - i rzucił mi przed nos papier. Ten 

rodzaj korespondencji  już mnie nie interesował, a po odwiedzinach  u przedstawiciela Rządu 
Stanowego wiedziałem i to, że jakiekolwiek protesty są i pozostaną bezcelowe. Nie spojrzawszy 

nawet wyrzuciłem ten szpargał do kosza.

9

Każda trasa miała swoje ciemne strony i zagadki. I tylko całoetatowi znali je wszystkie. 

Nie było więc ani jednego dnia bez bzdurnych kłótni z odbiorcami przesyłek, bez obscenicznych 
gestów, ciągle można było stać się ofiarą zabójstwa, gwałtu czy tych zajebanych już do końca 
psów, nie licząc innych kretynizmów, których tak dużo w ludzkich łbach.

Oczywiście, że całoetatowi nie zdradzali nikomu tych swoich małych tajemnic. I tylko na 

tym polegała ich przewaga nad nami no może ważne było jeszcze i to, że po dziesiątkach lat 
pracy dokładnie znali, na pamięć!, rozmieszczenie wszystkich skrzynek pocztowych we wszyst-

kich rejonach.

Jako nowy pracownik urzędu pocztowego musiałem liczyć się z tym, że czaiły się wokół 

tej pracy niezliczone niespodzianki na trasie, ale i w samym urzędzie, a tym bardziej na mnie, czyli 
na tego, który ostro tankował cały wieczór, szedł o drugiej spać, a o wpół do piątej rano, po nocy 

pełnej cielesnych cudowności i sprośnych piosenek, niestrudzenie lazł do swego miejsca pracy.

Kiedyś tak mi się udało, że starczyło nawet czasu na obiad, co przy zupełnie nowej trasie 

jest wyczynem co najmniej mistrzowskim. Mój Boże - myślałem - czym sobie zasłużyłem, że po 
raz pierwszy od dwóch lat w miarę spokojnie mogę zjeść coś ciepłego, i w dodatku w czasie 

godzin pracy!.

Po   obiedzie   niewiele   już   mi   zostało,   mała   kupka   listów   adresowanych   do   kościoła. 

Niestety, brakowało numeru posesji, na kopertach widniało tylko jakieś święte imię i nazwa ulicy, 
przy której jakoby miał stać ten kościół.

Znalazłem go. I dopiero teraz poczułem kaca i zawroty głowy. Szukanie skrzynki na listy 

kosztowało  mnie  dużo   wysiłku.   Nie  znalazłem  jej.   Znalazłem   za  to  jakieś   drzwi   wejściowe. 

Otworzyłem je i wszedłem do środka. Ani jednej skrzynki, ani jednego człowieka, przepicie coraz 
mocniej dawało mi się we znaki.  W dali dostrzegłem parę palących się świec, a także małe 

pojemniczki na święconą wodę. Nagle, nad głową pojawiła się ambona. Sprawiała wrażenie jakby 
wytrzeszczała na mnie swoje święte gały, a głębiej stały statuy, jasnoczerwone, bladoniebieskie i 

background image

wytarto - żółtawe, skąpane wszystkie w świetle cuchnącego i gorącego przedpołudnia.

No, i czy ty się w to wczuwasz, Boże?
I szybko wyszedłem na zewnątrz. Obszedłem kościół dokoła, ściskając list w dłoni. Po 

prawej stronie, schodząc schodami w dół, dostrzegłem przymknięte drzwi.

I jak myślicie, co ja zobaczyłem za tymi drzwiami?

Rzędy kiblów! I natryski. Zmrok. Światła były pogaszone. Jak miałem w takim zmroku 

dostrzec te jebane skrzynki? Po chwili walki z ciemnością zobaczyłem kontakt! Przekręciłem go - 

cały kościół i wszystko wokół niego rozświetliło się rzęsiście. Idąc dalej wlazłem do jakiegoś 
pomieszczenia, w którym stał stół, a na nim porozkładane różnokolorowe kapłańskie szaty. Przy 

nodze stała butelka wina.

Do kurwy nędzy - pomyślałem sobie - dlaczego muszę zawsze wdepnąć w taki grząski 

teren?

Przechyliłem butelkę, i to chyba nieraz, rzuciłem listy na te kolorowe szmatki i wróciłem 

do tych znajomych mi już kiblów i natrysków. Zgasiłem światło i w ciemności ulokowałem się na 
jednym ze sraczy. Czerwone wino przyspiesza przemianę materii - to nie było odkrywcze, ale za 

to zgodne z chwilowymi potrzebami mojej ciasnej powłoki. Zapaliłem papierosa i pomyślałem 
sobie o przyjemności i rozkoszy stania pod prysznicem. I dopiero wtedy odkryłem napis na 

podłodze, pod moimi stopami: LISTONOSZU! - TARGNIJ SIĘ NA KREW PAŃSKĄ I ZMYJ 
SZYBKO TEN GRZECH KĄPIĄC SIĘ NAGO W RZYMSKOKATOLICKIM KOŚCIELE.

Propozycja została przyjęta z zadowoleniem, ale dwudziestominutowe spóźnienie zostało 

oczywiście zarejestrowane przez Jonstone'a. Kolejne ostrzeżenie wylądowało w koszu na śmieci.

Dopiero   później   wyniuchałem,  że   pocztę   oddaje   się   proboszczowi   mieszkającemu   za 

rogiem. Jedyna korzyść z tego wszystkiego ta, że już wiem, gdzie mogę się wysrać i wykąpać, jeśli 

nagle poczuję się przyciśnięty do muru. W plenerze.

10

No, a jednak lać zaczęło.
Pieniądze zostały już dawno w większości przechlane, w podeszwach pojawiły się nowe 

dziury, a stary płaszcz przeciwdeszczowy nie dawał się już w żaden sposób pocerować. Nawet po 
krótkim deszczu byłem przemoczony do suchej nitki, tak mokry, że można było wyżymać nie 

tylko skarpetki, ale i własne gacie. Całoetatowi dzwonili i informowali spokojnymi glosami, że są 
bardzo chorzy. I tak było we wszystkich urzędach całego miasta. Roboty więc było po pachy! 

Także pomocnicy padali rażeni nagłą niemocą! A ja nie. Chyba tylko dlatego, że byłem zbyt 
zmęczony, aby jeszcze móc rozsądnie myśleć.

Pewnego razu zostałem oddelegowany do urzędu w Wently. To było wtedy, kiedy nad 

miastem   oberwała   się   chmura   i   sikało   co   najmniej   przez   pięć   dni   bez   przerwy.   System 

background image

kanalizacyjny  nie mógł  dać sobie rady z taką ilością wody, fale przelewały się chodnikami  i 

zalewały piwnice i garaże. Wszystko stało w wodzie.

Chcą tam tylko dobrego pracownika - ryczał za mną Stone, kiedy bohatersko wchodziłem 

już w potok rwącej wody. Drzwi zamknęły się za mną. Byłem już kompletnie mokry. Samochód 
zapalił. Ale to i tak było mało ważne. Gdyby bowiem nie zapalił, wsadziliby mnie do autobusu i 

kazali jechać.

W   Wently   postawiono   mnie   przed   rozdzielczymi   skrzyniami   do   sortowania   listów. 

Wszystkie   były   już   wypchane,   kiedy   ja   z   pomocnikiem   dopychaliśmy   je   do   końca.   Czegoś 
podobnego nie widziałem jeszcze w życiu. W każdej z tych rozdzielczych skrzyń mieściło się 

dwanaście dużych pęków przesyłek. Wyglądało to tak, jakby ten jeden urząd obsługiwał więcej 
niż połowę naszego miasta.

Monstrualna ilość!
Nie  wiedziałem  wtedy  jeszcze,  że   trasy  w  tym   obwodzie,  to   wyłącznie   ulice,   ostro  i 

stromo pnące się do góry.

Padałem już na pysk, kiedy przyszedł czas wyruszenia w teren. Zapakowaliśmy wszystko 

w skórzane  torby  i  kiedy   strwożeni,  ja  i  mój  pomocnik,   zbieraliśmy  odwagę,  żeby  wyjść  na 
zewnątrz, usłyszałem głos szefa, kapo tego urzędu:

Niestety, nie mogę dać panu pomocnika w trasę.
- Ach, nic nie szkodzi - odpowiedziałem.

I właśnie to mi zaszkodziło. Dopiero później dowiedziałem się, że szef urzędu w Wently 

był   najlepszym   kumplem   Jonstone'a.   Trasa   zaczynała   się   za   rogiem,   po   wyjściu   z   urzędu. 

Pierwsza z dwunastu ulic miała kształt pętli wznoszących się ku górze. Dzielnica najuboższych w 
mieście,   gęsto   zabudowana   małymi   domkami,   liczne   podwórza   i   zakamarki,   skrzynki   pełne 

pająków i innego robactwa, wiszące na jednym gwoździu, stare kobiety w oknach, skręcające 
papierosy lub żujące tabakę, nucące kołysanki kanarkom w klatkach i bacznie mnie obserwujące, 

tego jedynego kretyna zagubionego w strugach wody.

Kiedy gacie są mokre, zsuwają się, nieustannie zsuwają się z tyłka, taka mokra zrolowana 

szmata, cudem trzymająca się gdzieś tam między nogawkami spodni a kroczem i nielitościwie 
uwierająca.   Deszcz   rozmazywał   adresy,   papieros   zamieniał   się   po   pierwszym   sztachu   w 

zmiękczoną masę. I cały czas ten sam monotonny ruch - klapa torby do góry, deszcz do środka, 
list do skrzynki, krople wody z nosa. I tak bez końca. Po pierwszej pętli byłem już u kresu sił. 

Buty pełne były błota i zesztywniały pod wpływem wilgoci. Co chwila potykałem się o coś - 
cudem nie rozkwasiłem sobie nawet nosa.

I ciągle te same zaczepki starych bab:

background image

- A co się stało z tym co tu zawsze przychodził?

- Kochana - BŁAGAM - skąd ja to mam też wiedzieć? Do diabła, ja wiem tyle samo co i 

pani! Jeśli ja jestem tu dzisiaj, to on musi być gdzieś indziej, nie!

- Nie jest pan zbyt szarmancki, wie pan!
- Szarmancki?

- Tak jest!
Usta   wykrzywiły   mi   się   w   durnowatym   uśmiechu.   Wcisnąłem   jej   przemoczony   list   i 

ruszyłem   w   stronę   następnego   domu.   Może   tamci   mieszkający   trochę   wyżej,   w   domkach   z 
ogródkami, będą dla mnie bardziej mili - pomyślałem sobie.

Któraś z tych starych ciotek chciała być miła i zaproponowała:
- Nie chce pan na chwilę wpaść, napić się herbaty i wysuszyć?

- Najdroższa, czy pani naprawdę nie widzi, że my nie mamy nawet czasu, żeby własne, 

spadające gacie podciągnąć do góry?

Pańskie gacie do góry, a jak to jest możliwe?
TAK,   NAJMILSZA,   NASZE   SPADAJĄCE   GACIE   PODCIĄGNĄĆ   DO   GÓRY   - 

zacząłem się już wydzierać i pomaszerowałem w deszczu dalej.

Pierwszą z tych ulicznych pętli miałem już za sobą. Zabrało mi to godzinę. Pozostawało 

jeszcze jedenaście takich pokręconych uliczek. Prosty rachunek - jeszcze jedenaście godzin w 
deszczu!

To niemożliwe - pomyślałem. Musieli więc wepchnąć mi najgorszą trasę. Ulice wznosiły 

się ku górze, i mimo że torba powinna być coraz lżejsza, coraz dotkliwiej czułem ją na biodrach.

Czas obiadu nadszedł i odszedł. Bez obiadu! Byłem na piątej czy szóstej ulicy. Nawet 

gdyby nie padało, tej trasy nie  dawało się obsłużyć w ciągu jednego tylko dnia. W deszczu 

przypominała, coraz bardziej i bardziej, piekielną drogę przez mękę, a kiedy przemierzasz takie 
coś, twój mózg zaczyna odmawiać ci współpracy.

I wreszcie byłem już tak mokry, że czułem, iż strugi deszczu i strugi potu zaleją mnie już 

na zawsze, i że to będzie koniec. Udało mi się znaleźć schronienie pod zadaszonym wejściem do 

któregoś z tych ciemnych domów. Przycisnąłem się do muru. Nawet papieros się zapalił. Trzy 
razy mocno wdech w płuca, i wtedy dobiegł mnie z tyłu głos jeszcze jednej takiej starej ciotki.

- LISTONOSZ! LISTONOSZ!
- Co się stało - pytam.

- LISTY SIĘ MOCZĄ!
Popatrzyłem w dół, rzeczywiście, torba była otwarta, a klapa zwisała obok, dotykając 

kałuży. Może dwie a może trzy krople wpadły do torby przez dziurę w daszku nad wejściem.

background image

Dalej! Dalej! Tylko debil może dać się wpuścić w taki kanał. Chciałem poszukać jakiejś 

budki telefonicznej, zadzwonić do tego kapo i powiedzieć mu, żeby sam polatał sobie z tą jebaną 
torbą! Może ją sobie nawet wsadzić w dupę. Razem z listami i gazetami!

Myśl o porzuceniu pracy nastroiła mnie lepiej. Przez strugi deszczu dojrzałem budynek, 

stojący   u   podnóża   któregoś   z   tak   tu   licznych   pagórków   i   wyglądający   z   daleka   tak,   jakby 

znajdowała się tam budka telefoniczna. Oczywiście, przyspieszyłem kroku. Okazało się wkrótce, 
że mieściła się tam mała kafejka, a w niej tłum ociekających ludzi.

Zsunąłem z siebie płaszcz przeciwdeszczowy,  zrzuciłem  czapkę z głowy, postawiłem 

torbę na podłodze i zamówiłem filiżankę czarnej kawy. Najważniejsze jest to, żeby się trochę 

osuszyć - pomyślałem. To była najczarniejsza z czarnych kaw jaką kiedykolwiek piłem. Stare fusy, 
przez które przepuszczano po raz setny, albo i jeszcze więcej, trochę gorącej wody. Ohyda! Ale 

gorąca ohyda! Wypiłem trzy filiżanki, zabrało mi to godzinę. ALE BYŁEM SUCHY!

Jak wychodziłem z tej nory, stwierdziłem, że cuda istnieją. Przestało lać!

Rzuciłem się więc do pracy, przestałem nagle myśleć o wymówieniu. Zmierzch zastał 

mnie na ostatniej, dwunastej uliczce tej trasy. Prawie już w nocy stanąłem przed drzwiami urzędu. 

Drzwi były zamknięte. Jakiś mały i pulchny urzędniczyna pojawił się wreszcie i otworzył drzwi.

- Gdzie pan się podziewał tyle czasu, do cholery! - zaczął krzyczeć.

Poszedłem do siebie, rzuciłem torbę w kąt, pełną listów nie dających się doręczyć, bo 

adres był niepełny, bo adresat nieobecny, bo fałszywy kod. Zamknąłem pokój, a klucz wrzuciłem 

do specjalnej skrzyni. W myśl przepisów, każdorazowe pobieranie i zdawanie klucza należało 
wpisać do książki.

Dzisiaj ten przepis olałem!
Ten mały i pulchny pojawił się nagle. W milczeniu popatrzyłem na niego. Z góry.

- Jeśli wymknie ci się jedno słowo... mały!... nawet nie kichniesz... mały, to wsadzę cię w tę 

ścianę. Na zawsze!

Mały nic nie powiedział. A ja, w poczuciu zwycięstwa, wpisałem się jednak do tej książki.
Następnego dnia czekałem na to, że Jonstone, kręcąc się w tym swoim krześle, warknie. A 

on nic.

Deszcze przestały padać. Wszyscy całoetatowi odzyskali zdrowie. Stone odesłał trzech 

pomocników do domu, nie płacąc im ani grosza. Ja byłem jednym z nich. Polubiłem go nawet za 
to.

Wróciłem do domu i wcisnąłem się w rozgrzany jeszcze tyłek Betty.

11

No, i znowu zaczęło lać!
W   sobotę   Stone   przydzielił   mnie   do   opróżniania   ulicznych   skrzynek   pocztowych. 

background image

Musiałem   pojechać   do  wschodniej   części   miasta   po   samochód   i   tekturową   teczkę,   w  której 

znajdowała się mapa z wykazem ulic, zestawienie godzin opróżniania skrzynek, a także system 
połączeń   między   ulicami   ułatwiający   najszybsze   dotarcie   do   poszczególnych   skrzynek.   Na 

przykład, godzina 14 32 minuty róg Beecher i Awdon L3R2 do godziny 14 minut 35 (za trzecim 
domem mieszkalnym po lewej stronie i za drugim po prawej stronie) - jak można było w ciągu 

trzech tylko minut opróżnić jedną skrzynkę, jechać pięć domów dalej i opróżnić następną, ha!, to 
mógł wiedzieć tylko diabeł! A może nawet i on nie! Samo bowiem opróżnianie skrzynki w sobo-

ty, w soboty są wyładowane po sam brzeg!, zajmowało więcej niż pięć minut. A poza tym, te, 
jakby się mogło wydawać, dokładne informacje o rozlokowaniu skrzynek, były nie najświeższe i 

często okazywało się, że zamiast skrzynki było tylko miejsce po niej. A ona sama, albo została 
gdzieś   przewieszona,   albo   ją   ktoś   tak   sprasował,   że   była   bezużyteczna.   To   nawet   ładnie 

wyglądało.

Jak zaczęło lać, to lało i lało. Nie był to silny deszcz, ale taki, co mógłby już trwać do 

samego końca świata. Okolice były dla mnie zupełnie nowe, ale przynajmniej było jeszcze jasno. 
Nie miałem więc żadnych kłopotów ze śledzeniem przebiegu trasy.

Kłopoty zaczęły się po zachodzie słońca. Coraz trudniej było mi odnaleźć skrzynkę, bo 

coraz większe problemy miałem ze znajdowaniem ich w tekturowej teczce. Jedynym źródłem 

światła w samochodzie były oświetlone cyferblaty deski rozdzielczej.

Woda coraz gwałtowniej zalewała wszystko dookoła, samochód więc też. Coraz częściej 

nic nie widziałem przed sobą i coraz trudniej było mi odnaleźć te poukrywane za strumieniami 
wody kiedyś czerwone skrzynki z blachy.

I nagle wysiadło oświetlenie deski rozdzielczej.
Przestałem już widzieć cokolwiek. Przestałem wiedzieć, gdzie się znajduję. Bez informacji 

zawartych w tekturowej  teczce czułem  się jak  zabłąkany na pustyni.  Ale  szczęście mnie  tak 
zupełnie jeszcze nie opuściło, jeszcze nie! Miałem dwa pudełka zapałek przy sobie, w kieszeni. I 

zanim udawałem się w kierunku nowej skrzynki pocztowej, zapalałem zapałki, uczyłem się trasy 
dojazdu do niej na pamięć i dopiero wtedy naciskałem na pedał gazu. Jeszcze raz udało mi się 

przechytrzyć własny los, no i też tego Jonstone'a, który, jak zaczęło mi się wydawać, siedział tam 
wysoko w niebie, spoglądając na mnie z góry i obserwując mnie, przeklinał swój los i swoje 

grzechy, obciążając nimi moje konto! Skręciłem za róg, wyskoczyłem z samochodu, dopadłem 
skrzynki,   wybrałem   z   niej   wszystko,   wskoczyłem   do   samochodu...   tekturowa   teczka 

ZNIKNĘŁA! Jonstone, siedzący okrakiem na chmurze, miej litość nade mną! Noc, deszcz! Czy 
ja rzeczywiście byłem takim idiotą! Czy zawsze muszę się wpieprzać w tarapaty z własnej winy? 

Czy tylko ja jestem dzieckiem takiego niefartu! To wcale nie było niemożliwe! Niewykluczone jest 

background image

także i to, że natura nie wyposażyła mnie w nadzwyczajne zalety ducha i umysłu, niewykluczone 

jest i to, że żyjąc jeszcze, tak zwykle żyjąc, nawet bez tej tekturowej teczki, mogę mówić o wielkim 
szczęściu, że ja W OGÓLE żyję.

Ta tekturowa teczka przymocowana była krótkimi kawałkami drutu do deski rozdzielczej. 

Przypuszczałem   więc,   że   musiała   wylecieć   z   samochodu,   po   tym   nagłym   i   ostrym   zakręcie. 

Wylazłem   więc   z   samochodu,   zrolowałem   nogawki   spodni   aż   do   samych   kolan   i   zacząłem 
brodzić w wodzie, której poziom przekroczył na pewno trzydzieści centymetrów nad poziomem 

chodnika.

Ciemno. Tej cholernej teczki w takich ciemnościach nie znajdę nigdy - myślałem. Łaziłem 

i łaziłem, chaotycznie i bezładnie, ciągle zapalając bardziej wilgotne zapałki i nic. Nic! Musiała 
odpłynąć   dużo   dalej   pomyślałem.   Mogłem   jeszcze   myśleć?   Potrafiłem?   Skręciłem   za   róg   i 

dopiero tam mogłem stwierdzić, w którą stronę rwały te pierdolone hektolitry wody deszczowej. 
Poszedłem   zgodnie  z  kierunkiem   prądu,   naturalnie   ciągle   osmalając   sobie   palce   nikłym 

płomieniem   zapałek.   Dojrzałem   wkrótce   jakiś   ciemny   przedmiot,   unoszony   kolejnymi 
przypływami kolejnych hektolitrów, coraz dalej i dalej - rzuciłem się w pogoń. Tak! To była 

teczka: Niemożliwe! Niemożliwe! Z radości chciałem ją ucałować. I zrobiłem to!

Biegiem wróciłem do samochodu, nogawki ściągnąłem w dół, a teczkę przymocowałem 

do deski podwójną ilością drutu. Oczywiście, że nie mogłem już dotrzymać czasowego planu 
obsługi tej trasy - ale to było teraz zupełnie nieważne. Najważniejsze było to, że teczka wisiała 

nad moimi kolanami, a ja nie musiałem ślepo kręcić się w nie znanej mi okolicy i pukać do 
obcych ludzi z pytaniem o drogę do pocztowego garażu. Tym bardziej, że z tej rozpaczy, tak, tak, 

rozpaczy,   coraz   częściej   pojawiał   mi   się   przed   oczami   obrazek   jakiegoś   opitego   piwskiem 
półrozebranego miłośnika telewizora, jadliwie odszczekującego: „Zasuwasz na poczcie, co?... i 

nawet nie potrafisz odnaleźć drogi do własnego garażu, debilu!”. Więc lepiej było jechać dalej. 
Jechałem   więc   dalej,   paląc   zapałki,   wdychając   spaleniznę   własnego   ciała,   włażąc   w   potoki 

pędzącej wody, żeby dotrzeć do kolejnej skrzynki pocztowej. No jasne, że byłem zmęczony, 
przemoczony, bezsilny wobec bezmiaru katastrof, spadających na mnie w ciągu jednego tylko 

dnia. Ciągle myślałem o ciepłym łóżku, o lekko krzywych łydkach Betty - i tylko to dawało mi 
siły. Cieszyłem się, że wkrótce, już wkrótce, usiądę w fotelu, ze szklanką czegoś mocnego i 

wytrawnego, wsunąwszy rękę w kędziory leżącego na kolanach psa.

Ale to wszystko było tylko melodią przyszłości.
Liczba skrzynek pocztowych do opróżnienia w tę sobotę wydawała się być nieskończona. 

I kiedy dochodziłem już do ostatniego adresu na pierwszej stronie, mój palec natknął się na 
dodatkową informację, podkreśloną czerwonym ołówkiem: „Proszę odwrócić”... Odwróciłem! 

background image

Lekko krzywe łydki Betty, razem z kędziorami psa i ciepłym łóżkiem stały się czymś prawie już 

więcej nieosiągalnym.

Ostatnia   zapałka.   Wreszcie   ostatnia   skrzynka.   Odwiozłem   pełen   samochód   do 

wskazanego na rozkładzie jazdy w tekturowej teczce adresu urzędu pocztowego w zachodniej 
części miasta. To, co się działo na terenie tego urzędu nie było niczym innym, jak powodzią. 

Kanały odpływowe nie radziły sobie zupełnie z takim nadmiarem wody.

Gdy   wracałem   do   bazy,   wody   przybywało   w   iście   piorunującym   tempie.   Wszędzie 

widziałem opuszczone i zalane samochody. Czy i to miało mnie dzisiaj spotkać? - a już znowu 
wydawało mi się, że siedzę w domu ze szklaną whisky i wbijam się wzrokiem w chybotliwy i 

kiwający się tyłek Betty. Na jednym z tych już prawie niewidocznych, bo zalanych, skrzyżowań 
dobiegł mnie krótki wrzask. To Tom Moto, jeden z pomocników listonosza darł się na cały głos.

- Ty w którą stronę? - pytał Moto.
-   Najkrótszym   połączeniem   dwóch   punktów,   jak   mnie   uczono,   jest   prosta   - 

odpowiedziałem.

- Oszczędź sobie tego - przerwał. - Znam już tę okolicę. To już więcej niż ocean.

- Ach, ty, kurwa - zasyczałem - a gdzie odwaga pocztowca w służbie publicznej! Masz 

ognia?

Zapaliłem papierosa i wcisnąłem gaz. Tom Moto stał na skrzyżowaniu dwóch rwących 

potoków spienionej wody.

Betty! Betty! - nadjeżdżam, nadjeżdżam!
Może   dojadę.   Na   szczęście   samochody   pocztowe   mają   dobre   i   wyżej   zamocowane 

zawieszenie. Ktoś jednak kiedyś pomyślał w tym jebanym  przemyśle samochodowym. Oczy-
wiście, że jechałem jak tylko mogłem najszybciej, do dechy i gaz w rurę, i na skróty. Fontanny 

wody wytryskiwały z obu stron samochodu. Lało już tak jakby miało padać do końca i na wieki. 
Silny szum wody z góry, z boku i z dołu, nieprzyjemne poświsty wiatru. Pusto. Ciemno. I ja 

samotny w ambulansie.

Betty!... Betty!... już niedaleko!

Jakiś wpółwlany aparat, stojący na werandzie, popukał się w czoło, jak zobaczył te moje 

zmagania z przyprawiającą mnie o szaleństwo i sraczkę myśli naturą. Rzuciłem parę mięsistych 

przekleństw w jego stronę, których on jednak nie mógł usłyszeć. Szkoda.

Woda wdzierała się już do szoferki. Moje buty zaczęły piszczeć. Nie polubiły wilgoci. Ale 

ja jechałem ciągle dalej. Jeszcze tylko trzy przecznice!

Motor nagle umilkł.

O kurwa! Twoja niewdzięczna mać! Motor nie chciał zaskoczyć.

background image

Błagania   nic   nie   pomogły.   Łzy   też   nie.   Trochę   chamstwa   tym   bardziej   nie.   Zamilkł 

zupełnie.

Siedziałem   i   patrzyłem   przed   siebie.   Woda.   Woda.   Woda.   Co   najmniej   sześćdziesiąt 

centymetrów.

I co teraz zrobić? - pomyślałem. Czekać aż przyślą łódź ratunkową. A co na to paragrafy 

regulaminu pracy pocztowca w terenie? Czy jest w ogóle jakiś paragraf regulujący tego typu 
sytuację?

Ja nie wiedziałem. Nikt w pobliżu też nie wiedział. Bo nie było nikogo. A ty kurwa twoja 

mściwa mać!

Zamknąłem drzwi. Kluczyki do kieszeni i marsz w wodę. Sięgała mi już do bioder. Lało 

na okrągło.

Nagle poziom wody obniżył się. Wlazłem chyba na jakiś trawnik. Biegiem? Nie! Chyba 

szybciej byłoby kraulem. Pomyślałem jednak, że wyglądałbym zbyt śmiesznie. Nawet sam wobec 

siebie.

Dotarłem wreszcie do pocztowych garaży, skierowałem się do biura. Szef patrzył na mnie 

w milczeniu, a ja czułem się jak nasycona brudną wodą gąbka. Rzuciłem mu kluczyki na biurko. 
Na skrawku papieru napisałem tylko: Mount - view Place 3435.

-   To   jest   ulica,   przy   której,   jeżeli   nie   odpłynął,   stoi   samochód.   Możecie   go   sobie 

sprowadzić.

- Czy chce pan powiedzieć, że opuścił pan samochód?
- Chce tylko to powiedzieć, że to on mnie puścił kantem!

Podstemplowałem   wszystko,   co   należało   podstemplować,   rozebrałem   się   do   gaci   i 

wcisnąłem się w kaloryfer. Moje ubranie starannie na nim ułożyłem. Popatrzyłem na prawo. 

Niedaleko ode mnie, też wciśnięty w kaloryfer grzał się Tom Moto. Też tylko w gaciach.

Zaczęliśmy rechotać ze śmiechu.

- Po byku nas urządziło, co? - stwierdził. - Nie do wiary!
- To wszystko robota Stone'a, nie?

- Bez wątpienia. Ten buc się już o to postarał. Wymodlił ten deszcz! Ugrzązłeś?
- No jasne - odpowiedział.

- Ja też.

background image

- Słuchaj - powiedziałem - mój samochód ma już ze dwanaście lat, a twój o te kilkanaście 

mniej. Mógłbyś mnie trochę popchnąć? Bo inaczej ten gruchot nie zaskoczy.

- Okay!

Ubraliśmy się i opuściliśmy te gościnne pokoje.
Moto kupił przed trzema tygodniami nowiuteńki samochód. Ale i on się zborsuczył. Nie 

wydał z siebie ani jednego dźwięku. Ach, ty wszechpotężny Boże - pomyślałem tylko.

Woda zalała nowiuteńkie dywaniki w nowiuteńkim samochodzie Mota.

- Zabity - stwierdził świeży właściciel.
Bez   żadnych   nadziei   przekręciłem   kluczyk   w   stacyjce   w   moim   starym   zardzewiałym 

trupie.

Akumulator wydał z siebie jakby jęk, ale iskra była za słaba. Parę razy wcisnąłem pedał 

gazu. Zaskoczyło! Chcąc go rozgrzać, dałem jeszcze do dechy. Zawył. I ja też. Podgrzałem 
jeszcze trochę i pchnąłem milczące cacuszko Toma. Mijały metry, a ten nawet nie pierdnął. 

Dopchałem go więc do stacji benzynowej i zostawiłem Toma w jego cudzie techniki, a sam 
ruszyłem do domu. Przyrzekłem to przecież Betty i jej wdziękom!

12

Ulubionym listonoszem Stone'a był Mathew Bettles.
Jego koszule były zawsze świeże i wyprasowane. Prawie wszystko co miał na sobie zawsze 

wyglądało   jak   nowe,   dopiero   kupione.   Buty.   Koszula.   Spodnie.   Czapka.   Buty   były   zawrze 

wypolerowane  na najwyższy błysk i połysk...  Chyba niczego nie  prał  dwa razy. Najmniejsza 
plamka na koszuli czy spodniach musiała powodować grymas jego niesmaku...! wdzięczny wyrzut 

którejś z kończyn górnych w stronę kubła z „aż tak zapaskudzoną” częścią garderoby.

Kiedykolwiek pojawiał się Mathew na horyzoncie, bądź przechodził w dali, Stone szeptał:

- Przypatrujcie się mu, to prawdziwy listonosz.
Mówił to zawsze niezwykle dramatycznie, a na pewno serio. Oczy zachodziły mu prawie 

łzami z tej miłości do tak wzorowego urzędnika amerykańskiej poczty.

A   Mathew   stał   przed  tym   swoim   pulpitem  rozdzielczym,  dniami,   a  często  i  nocami, 

wyprostowany i czysty, w uroczyście i odświętnie lśniących butach, pełen animuszu i niepojętej 
radości wpychał amerykańskie przesyłki w odpowiednie przegródki.

- Pan jest przykładem dla wszystkich listonoszy, Mathew!
- Dziękuję , dziękuję bardzo, Mr. Jonstone.

Pewnego ranka, o wpół do piątej rano, pojawiłem się jak zwykle w biurze Jonstone'a. 

Siedział przy biurku, w tej swojej ciemnoczerwonej koszuli, złamany w pół, z wbitym w blat stołu 

czołem. Moto podszedł do mnie i wyszeptał:

background image

- Mathew został wczoraj aresztowany!

- Aresztowany?
-   No,   wybierał   pieniądze.   Otwierał   listy   kierowane   do   świątyni   Nekalayla   i   wyciągał 

gotówkę. I to przez piętnaście lat.

- Jak go przyskrzynili? Kto na to wpadł?

- Te stare ciotki. Te szajbuski wysyłały banknoty w listach i nigdy nie otrzymywały słów 

podzięki ani żadnej informacji zwrotnej o nadejściu datku.

- Nekalayla zameldowała o tym policji, a policja zaczęła obserwować Mathew. Złapali go 

w końcu, jak otwierał listy i kasował szmalec.

- I ja mam w to uwierzyć?
- No. Złapali go wczoraj, w samo południe.

Musiałem oprzeć się o ścianę.
Nekalayla zbudował tę olbrzymią świątynię i kazał pomalować ją na ohydny zielonkawy 

kolor, myśląc chyba przy tym o kolorze amerykańskich nominałów. Trzydziesto - czy nawet 
czterdziestoosobowy team nie zajmował się niczym innym jak otwieraniem kopert, wyciąganiem 

z nich banknotów i czeków, wpisywaniem w księgi datków sum jakie wpłynęły, dat ich nadejścia 
oraz   nadawców   z   adresami.   Inna   grupa,   tej   samej   chyba   wielkości,   zajmowała   się   tylko 

wysyłaniem broszur i informacji o Nekalayli, i ciężko harując pod olbrzymim portretem mistrza, 
powiększonym   do   niebotycznych   rozmiarów,   na   którym   on,   otulony   kapłańskimi   szatami   i 

ozdobiony brodą, spoglądał w dół, kontrolując pracę swoich wyznawców.

Nekalayla rozprzestrzeniał naukę, w myśl której, chodząc po pustyni miał jakoby spotkać 

Jezusa Chrystusa, z którym uciął sobie wyczerpująca pogawędkę. Mieli zasiąść na skale, a Jezus 
Chrystus jakoby miał wypaplać mu wszystko z najdrobniejszymi detalami. Te tak zwane tajem-

nice   mistrz   Nekalayla   puszczał   teraz   w  obieg,   z  jednym   tylko   zastrzeżeniem,   że   mogły  one 
docierać tylko do tych, którzy mogli sobie na to pozwolić. W każdą sobotę odprawiał mszę 

świętą,   w   trakcie   której   jego   pomocnicy,   będąc   także   jego   zwolennikami,   uruchamiali   przy 
każdym wejściu oraz każdym wyjściu każdego uczestnika mszy zegar kontrolny, wychodząc ze 

słusznego założenia, że czas to pieniądz.

I  czy  wobec  takich  faktów  możliwa  byłaby jakakolwiek   próba  przechytrzenia   takiego 

Nekalayli,   mądrzejszego   o   tajemnice   Jezusa   Chrystusa   wypowiedziane   na   pustyni,   przez 
niejakiego Mathew Bettlesa, nawet jeśli ten ostatni wyczyści sobie buty na superglanc?

Czy ktoś już ze Stone'em o tym rozmawiał? spytałem cicho.
Urwałeś się czy jak?

Więc siedzieliśmy tak razem. Godzinę chyba. W zupełnym milczeniu. Ja i Stone.

background image

Ktoś zajął miejsce Mathew przy stole rozdzielczym, ktoś inny dostał już też robotę. Tylko 

ja nic. Więc po godzinie tego cholernego milczenia, wstałem i podszedłem do biurka Jonstone'a.

- Mr. Jonstone?
- Tak, Chinaski.

- Gdzie jest Mathew? Czy on jest dzisiaj chory?
Stone spuścił głowę. Popatrzył na jakiś papier leżący przed nim, a potem podał mi go. 

Przeczytałem i wróciłem na moje stare miejsce. Usiadłem. Godzinę później Jonstone odwrócił 

się do mnie.

- Nic nie mam dziś dla pana, Chinaski.

Więc wstałem i chciałem wyjść. W drzwiach zatrzymałem się.
- Do widzenia Mr Jonstone. Myślę, że mimo wszystko będzie to pogodny dzień także i dla 

pana.

Nie odpowiedział nic.

Zszedłem na dół, do sklepu z alkoholem i kupiłem sobie butelkę marki Grandad.
Na śniadanie.

13

Ludzie, widząc roznoszącego  pocztę listonosza,  reagowali  zawsze w ten sam sposób. 

Zawsze.

- Trochę się dziś spóźniamy, co?
- A gdzie jest ten listonosz, który zawsze tu przychodził?

- Hej, wuj Sam!
- Listonosz! Listonosz! To nie do mnie!

Ulice kłębiły się od nudnych i skretyniałych typów. Tacy mieszkali najczęściej w pięknych 

domach, nie chodzili codziennie do pracy - zastanawiałem się często, jak to robili. Jednym z 

takich typów był jeden, co to nigdy nie pozwalał zbliżyć się do swojej skrzynki pocztowej. Stał 
przed nią i z oddali obserwował nadchodzącego listonosza, zajętego jeszcze, trzy czy cztery domy 

dalej, napełnianiem skrzynek pocztowych sąsiadów. Stał i trzymał przed sobą wyciągniętą rękę.

Moi koledzy, także obsługujący tę trasę, na moje pytanie, kim jest ten człowiek, stojący 

przed własną skrzynką pocztową z wyciągniętą ręką, odpowiadali mi takim samym pytaniem:

- Kto to jest, stoi przed skrzynką pocztową i żebrze o przesyłki dla siebie?

Pewnego dnia ten żebrzący o przesyłki dla siebie stał na ulicy, oddalony o jakieś dwa 

domy   od   miejsca,   gdzie   wisiała   na   płocie   skrzynka   pocztowa,   jego   skrzynka   pocztowa,   i 

rozmawiał   z   sąsiadem.   Rozmawiając   z   nim   nie   spuszczał   mnie   z   oka.   Wiedział,   że   muszę 
odwiedzić   jeszcze   dwa   domy,   zanim   dojdę   do   jego   miejsca   zamieszkania.   W   chwili,   kiedy 

zobaczyłem, że odwrócił się do mnie plecami, tracąc ze mną kontakt wzrokowy, zacząłem biec w 
stronę jego domu. Nigdy jeszcze w takim tempie nie pracowałem. Olbrzymimi krokami, bez 

background image

zatrzymania   się,   rzuciłem   się   w   stronę   skrzynki...   i   już   wetknąłem   list   do   otworu,   kiedy   on 

odwrócił się, zobaczył co się święci i zaczął drzeć się.

- NIE! NIE! NIE! - ryczał - NIE WRZUCAĆ! NIE WRZUCAĆ!

Jego bieg zadziwił mnie, a nawet przeraził. Zasuwał, jakby chciał pokonać sto metrów w 

czasie krótszym niż dziesięć sekund.

Wcisnąłem mu listy w dłoń. Widziałem jeszcze, jak ciężko dysząc otwierał je, przechodził 

przez werandę i znikł za drzwiami.

Co to wszystko miało oznaczać, tego do dziś nie wiem.

14

I znowu nowa trasa.
Stone zawsze dawał mi najtrudniejsze. Czasami, przez przypadek, załapywałem się na coś 

lżejszego. Ale to tylko czasami i tylko przez przypadek.

Trasa 511 nie należała do morderczych. Cieszyłem się więc już na małą przerwę z kawą i 

gazetami, na obiad - na obiad, który zawsze w ostatniej chwili jakoś się ulatniał, dematerializował!

Zupełnie   przeciętna   okolica.   Żadne   kamienice   czynszowe,   tylko   małe   domki,   stojące 

obok siebie w dobrze utrzymanych ogródkach.

Ale przecież to była nowa trasa - musiałem więc postawić sobie pytanie: gdzie tu był i jaki 

to   miał   być   ten   hak!   Jeden   czy   może   parę?   Jakie   niespodzianki   mogłyby   powalić   mnie   na 
chodnik?

Z bożą pomocą dam sobie jakoś radę - pocieszałem się. Obiad - a potem punktualnie z 

powrotem do urzędu. Punktualnie!

Kiedyś to życie musi dać się polubić, nie!
Ludzie   tu   mieszkający   nie   mieli   nawet   psów.   Nie   dostrzegłem   nikogo,   kto   by   nie 

dopuszczał   listonosza   do   skrzynki   pocztowej.   Cisza   i   spokój.   Nawet   żadnych   złośliwych 
komentarzy pod moim adresem.

Być może osiągnąłem już pewną dojrzałość w tym zawodzie i to wszystko, co się pod tym 

pojęciem kryje - spekulowałem sobie w myślach.

Więc od jednej skrzynki do drugiej, bez pośpiechu, jak w masło - można by powiedzieć, 

zupełnie oddany sprawie, uczciwy i porządny listonosz. Przypomniała mi się wtedy rozmowa z 

takim jednym całoetatowym w podeszłym wieku. Położył sobie wtedy rękę na serce i wyszeptał:

- Chinaski, pewnego dnia, rypnie ci się to tu, dokładnie tu!

- Co, zawał?
- ODDANIE SŁUŻBIE! Zobaczysz - będziesz jeszcze z tego dumny.

Stary, pobełtany pierdziel!
Wtedy powiedział to bardzo serio. Był nawet wzruszony.

background image

Teraz nagle powróciła ta rozmowa. Musiałem o tym myśleć. I o nim. A w ręku pojawił się 

list polecony z potwierdzeniem odbioru.

Stałem   pod   drzwiami   i   dzwoniłem.   Małe   okienko   w   drzwiach   otworzyło   się.   Nie 

widziałem, kto stał po drugiej stronie.

- Polecony.

- Cofnąć się jeden krok - wydobył się damski głos. - Niech pan się cofnie o jeden krok... 

do tyłu. Chcę zobaczyć pańską twarz.

Aha - pomyślałem - no to mamy jakąś kolejną wariatkę.
- Nie sądzę, by było to konieczne wpatrywać się w oczy listonosza wtedy, kiedy on ma 

pani wręczyć tylko polecony. Wrzucę awizo do skrzynki, a pani może sobie to odebrać jutro rano. 
Proszę nie zapomnieć zabrać ze sobą dowodu osobistego.

Wrzuciłem więc awizo do skrzynki i odwróciłem się plecami do drzwi, oddalając się od 

domu.

Drzwi się nie otworzyły, ale rozwarły, powodując silny hałas. Kobieta, jak oszalała furia, 

rzuciła się za mną w pogoń. Miała na sobie jeden z tych zupełnie prześwitujących szlafroków, a 

pod nim ani śladu biustonosza. Tylko ciemnoniebieskie majteczki. Jej włosy chyba nigdy nie były 
czesane. Sprawiały raczej wrażenie, jakby chciały umknąć z tego łba gdziekolwiek. Twarz była 

pokryta bardzo tłustym kremem, szczególnie grube jego warstwy zalegały okolice oczu.

Skóra była tak biała, jakby nigdy nie widziała słońca - a jej twarz nie była ani zmęczona, 

ani   sfatygowana,   a  mokre   usta   były   cały   czas   otwarte.   Na   wargach   rozpoznawalny   był   ślad 
szminki - a ona sama była jednak fantastycznie zbudowana... ta kobieta! Wszystko to udało mi się 

dostrzec w ułamku sekundy, kiedy ona pędziła susami w moją stronę.

Szybko wsunąłem list do torby...

- Niech pan mi odda list do mnie! - zaskrzeczała.
- Szanowna pani - nie dawałem się zastraszyć - pani musi...

Wyrwała list z torby i pocwałowała do drzwi. Zatrzymała się w nich na chwilę, rozerwała 

kopertę, a potem wbiegła do środka.

Pierdolona adresatka pomyślałem. Muszę mieć ten list, albo jej podpis! Za doręczanie 

przesyłek poleconych odpowiadałem prawie głową. Sam musiałem podpisać odbiór tej przesyłki 

w urzędzie, a teraz ktoś musi poświadczyć jej odbiór ode mnie.

- HEEJJJ!!! - wydarłem się.

Pobiegłem za nią i dosłownie w ostatniej chwili udało mi się wsunąć nogę między drzwi i 

próg.

- HEEJJJ - I CO TO WSZYSTKO MA ZNACZYĆ DO KURWY NĘDZY, CO?!

background image

- Jazda stąd! Jazda! Pan jest złym człowiekiem - zasyczała.

- Niech pani to wreszcie zrozumie! Pani musi poświadczyć własnym podpisem odbiór 

tego listu! Inaczej nie mogę go pani wydać! Pani okrada służby publiczne Stanów Zjednoczonych 

Ameryki Północnej!

- Niech pan stąd zmiata - zły człowieku!

Całym ciężarem ciała rzuciłem się na drzwi i znalazłem się w przedpokoju. Wszędzie było 

ciemno.   Żaluzje   i   firany   nie   wpuszczały   ani   jednego   promienia   świata.   Dom   był   zupełnie   i 

szczelnie wyciemniony.

-   PAN   NIE   MA   PRAWA   WDZIERAĆ   SIĘ   DO   MOJEGO   DOMU!   PROSZĘ 

NATYCHMIAST GO OPUŚCIĆ!

- A pani myśli, że nie uprawia bezprawia? Co? Pani okrada mnie z listów. Albo mi go pani 

odda, albo potwierdzi jego odbiór! A dopiero wtedy sobie pójdę!

- No, dobra już, dobra - zaćwierkała nagle - chętnie podpiszę.

Pokazałem   jej   miejsce,   gdzie   ma   złożyć   podpis   i   dałem   długopis.   Cały   czas   nie 

spuszczałem oka z jej piersi i tego wszystkiego, co wokół nich. Jaka szkoda - pomyślałem - że to 

taka kompletna idiotka, jaka szkoda, jaka szkoda - nic tylko żal i boleść.

Oddała   mi   długopis   i   potwierdzenie   odbioru.   Podpis   przypominał   bazgraniny   dzieci 

niskiej grupy wiekowej, na klatkach schodowych.

Zaczęła czytać list, a ja powoli zbierałem się do odejścia.

Nagle   rzuciła   list   i   z   rozpostartymi   rękami   stanęła   przede   mną;   przestała   też   nagle 

napierać, żebym opuścił jej domostwo.

- Zły, zły człowiek. Pan tu przyszedł, żeby mnie zgwałcić, co?
- Proszę zejść na bok, ja chcę wreszcie stąd wyjść!

- PAN MA WYPISANIE ZŁO W RYSACH TWARZY!
- A pani myśli, że ja tego nie wiem? A teraz proszę pozwolić mi dalej wykonywać moją 

pracę.

Spróbowałem ją odsunąć, delikatnie, jedną tylko ręką.

Wbiła się pazurami w mój lewy policzek. Zaczęła sączyć się krew. Rzuciłem torbę na 

ziemię,   czapka   sama   spadła   mi   z   głowy   i   kiedy   próbowałem   chustką   zatamować   krew, 

zaatakowała mnie ponownie, rozdrapując i to głęboko, prawy policzek.

- TY DURNA PIZDO! ZWARIOWAŁAŚ, CZY CO!

- Aha, aha - no i miałam rację, pan jest złym człowiekiem.
Stanęła blisko mnie, chyba za blisko. Chwyciłem ją za tyłek i zacząłem całować. Jej cycki 

prawie wwiercały się we mnie, całe jej ciało silnie parło na mnie. Wyrzuciła głowę do tyłu i 

background image

zaczęła się znowu drzeć: - Potwór, potwór! Diabelskie nasienie!

Ona się darła, a ja już miałem jej sutki w ustach.
- Potwór! Pomocy! Gwałcą! - krzyczała niezmordowanie dalej.

A ja przyznawałem jej rację, zsunąłem jej majtki na dół, otworzyłem własny rozporek i 

silnie wdarłem się w nią. Dziwnym, nietanecznym krokiem, udało się nam dojść do kanapy i 

upaść na nią. Wyrzuciła szybko nogi do góry, ale nie przestawała drzeć ryja.

- GWAŁT! GWAŁT! - skrzeczała coraz donośniej, z nogami cały czas w górze. Zrobiłem 

wszystko, co było w mojej mocy i na co mnie było wtedy stać, zapiąłem rozporek, przerzuciłem 
torbę, tym razem na lewe ramię, nałożyłem czapkę na głowę i wyszedłem z domu, zostawiając ją 

w ciszy, wpatrzoną w sufit.

Musiałem zrezygnować z obiadu, a mimo to, nie pojawiłem się punktualnie w urzędzie.

- Spóźnił się pan piętnaście minut - skonstatował chłodno Stone.
Nic nie odpowiedziałem.

I dopiero teraz dostrzegł zadrapania na twarzy.
- Na miłość boską, co się panu stało? - zdziwił się.

- O TO JA TEŻ CHCIAŁEM PANA WIELOKROTNIE ZAPYTAĆ. OD DAWNA.
- Nie rozumiem!

- Ach, wszystko jedno!

15

Jak nie ulewa, to żar z nieba.
Przez cały tydzień temperatura nie spadała poniżej czterdziestu stopni. Każdego wieczora 

wypompowany,   pompowałem   w   siebie   całkiem   nieźle   żeby   następnego   dnia,   w   piekielnym 
słońcu cierpieć na myśl o Jonstonie, o ostatnim ochlaju i o szeregach butelek zgromadzonych 

skrzętnie przez Betty. Niektórzy wciskali na głowy korkowe tropikalne hełmy, a co najmniej 
słoneczne okulary na nosy - ale ja się tak nie przystrajałem. Mnie było wszystko jedno - zawsze 

miałem na sobie strzępki czegoś, co kiedyś mogło być ubraniem, a buty już tak były stare, że 
paznokcie z łatwością torowały sobie przez nie drogę na zewnątrz. Czasami wymaszczałem sobie 

buty kawałkami starych gazet, ale to nie pomagało na długo.

Piwo i whisky ściekały wszystkim porami skóry, pot zalewał mi oczy, a ja zdychałem 

ciężko obładowany, jakbym niósł krzyż na własnych plecach, wyciągałem z torby poplamione 
gazety, dostarczałem pomięte listy, klnąc na słońce, zataczając się na lewo i na prawo.

Jakiś kobiecy głos dotarł do moich prawie już drewnianych pleców.
- LISTONOSZ! LISTONOSZ! TO NIE JEST TEN ADRES! TO NIE TUTAJ!

Odwróciłem się. W odległości jednego domu stała kobiecina i krzyczała. Niemiły to był 

krzyk, tym bardziej, że już wiedziałem, iż dzisiejszego opóźnienia nie będę w stanie nadrobić.

background image

- Proszę położyć ten list na skrzynce. Jutro go zabiorę!

- NIE! NIE! PROSZĘ TO ZABRAĆ NATYCHMIAST!
Zamachała czymś w powietrzu.

- CZY PANI JEST GŁUCHA!
- PROSZĘ TO ZABRAĆ, TO NIE JEST TEN ADRES!

Boże, dlaczego tolerujesz jeszcze takie monstra!
Postawiłem torbę na chodniku. Zdjąłem czapkę z głowy i grzmotnąłem ją na trawnik. 

Potoczyła się na ulicę. Olałem to. Podszedłem do tej wrzeszczącej w taki pieprzony upał kobiety.

Skąd ona ma jeszcze tyle siły?

Wyrwałem jej to coś z ręki, odwróciłem się bez słowa, odszedłem. To była tylko ulotka 

reklamowa, wydrukowana w milionach egzemplarzy, coś o obniżce cen w jakimś tekstylnym 

sklepie! Wściekły wcisnąłem czapkę na czubek głowy, przerzuciłem torbę tym razem na prawą 
stronę, z trudnościami!, i ruszyłem przed siebie w tym ujebliwym upale.

Przechodziłem właśnie jakieś skrzyżowanie, gdy dobiegł mnie z tyłu, znowu z tyłu!, po 

raz drugi!, i znowu głos kobiety!

- Listonoszu! Listonoszu! Czy nie ma pan listu dla mnie?
- Szanowna pani, skoro przeszedłem już obok pani skrzynki na listy, nie wrzucając tam 

niczego, znaczy to tylko tyle, że dziś nic dla pani nie ma!

- Ja jednak wiem, że coś pan dla mnie ma.

- A jak pani na to wpadła?
- Siostra dzwoniła do mnie i powiedziała, że napisze do mnie list.

- Tak, jak już pani powiedziałem, nic dla pani nie ma.
- A ja wiem, że pan ma! Pan musi mieć! Wiem, że jest w torbie.

Wpakowała łapy do torby i chwyciła plik kopert.
NIECH   SIĘ   PANI   NIE   WAŻY   DOTYKAĆ   PRZESYŁEK   POCZTOWYCH 

POWIERZONYCH POCZCIE STANÓW ZJEDNOCZONYCH! NIC DLA PANI NIE MA!!!

Odwróciłem się i przyspieszyłem kroku.

- A JA WIEM, ŻE PAN MA! Przechodząc kolejną przecznicę, natknąłem się na jej 

sąsiadkę.

- Pan się spóźnia dzisiaj.
- Wiem.

- A gdzie jest ten, co normalnie roznosi w tej dzielnicy pocztę nie spóźniając się?
- Kończy się na raka!

- Na raka! Harald umiera na raka?

background image

- Nie inaczej - powiedziałem słodkawo i rzeczowo wręczyłem jej to, co dla niej miałem.

- Rachunki! - krzyknęła. - SAME RACHUNKI! I to już wszystko, czym chce mnie pan 

uszczęśliwić. TYMI RACHUNKAMI!!!

- Szanowna pani, to jest wszystko, czym dzisiaj dysponuję.
Odwróciłem się na pięcie i poszedłem dalej.

A co ja mogłem poradzić na to, że gadają godzinami przez telefon, że pichcą na gazie i że 

zapalają wszystkie żarówki w swoich domach. Za to się płaci. A one rozdziawiają pyski, jak bym 

to ja zmusił je wszystkie do instalowania telefonów czy kupna telewizora za 350 dolarów na 
długoterminowy kredyt?

Obok   stał   dwupiętrowy,   prawie   nowy   dom,   z   dziesięcioma   czy   dwunastoma 

mieszkaniami. Wszystkie skrzynki, zamykane na kluczyki, stały przed domem, osłonięte lekkim 

zadaszeniem. Wreszcie trochę cienia. Zacząłem napełniać skrzynki listami.

- HEJ! WUJ SAM! NO I JAK TAM, WSZYSTKO NA CHODZIE!

Zrobiło   się   nagle   za   głośno.   Nie   byłem   przygotowany   na   taki   wrzask   i   harmider. 

Poczułem   się  tak,  jak   by  ktoś  chciał  mnie  obrugać  i   za  coś  objechać.   Za  co?  Nawet  prze-

straszyłem się. Byłem tak samo nerwowy jak mój kot.

Miałem już tego wszystkiego po dziurki w nosie. Obejrzałem się za siebie. Nikogo. Tylko 

jedno okno, z siatką przeciwko muchom i komarom, drżało jeszcze trochę. Aha. Ktoś jednak tam 
był. Niewidoczny, ale za to w przyjemnie chłodnym, klimatyzowanym mieszkaniu.

- Przestań pan nazywać mnie wujem, to mi się źle rymuje - krzyknąłem - i nie rób z 

chama Sama!

- Aha - padła odpowiedź - ty jesteś na pewno jednym z tych opierdalaczy na państwowej 

posadzie w przedemerytalnym wieku! Gdyby ktoś dał mi na piwo, za te pieniądze chętnie bym ci 

nogi z dupy powyrywał!

I znowu musiałem rzucić torbę na trawnik, listy i przesyłki rozsypały się na sąsiednich 

rabatach. Trzeba będzie to wszystko jeszcze raz sortować i układać. Czapka też poleciała, tym 
razem w stronę szklanych drzwi wejściowych.

- NO TO WYŁAŹ, TY SKURWYSYNU! NO, CHODŹ! DAWAJ TU TEGO RYJA, 

BĘDZIE KONFITURA, TY PIERDOLONY TCHÓRZU!

Byłem zdecydowany ukatrupić tego kogoś.
Nikt się jednak nie pojawił. Żaden dźwięk nie dochodził do moich uszu. Kompletna 

cisza. Nic. Stałem wpatrzony w to okno z siatką na muchy i komary. Nawet i ono przestało się 
już poruszać. Przez chwilę myślałem, żeby tam iść i spuścić manto. Na szczęście byłem zbyt 

leniwy.

background image

Klęcząc na trawniku, sortowałem i zbierałem listy i przesyłki. Bez stołu do sortowania nie 

było to najłatwiejsze zajęcie. Straciłem dwadzieścia minut.

Wrzuciłem   pozostałe   listy   do   skrzynek,   czasopisma   ułożyłem   przed   drzwiami 

wejściowymi, rzuciłem okiem w stronę tego okna i poszedłem sobie. W tej zupełnej ciszy. Nikt 
więcej się już nie odzywał. Pozostała część trasy przebiegała bez zakłóceń. Ale to też nieprawda. 

Myślałem, że ten nieznajomy zza okna dzwoni teraz do Jonstone'a i skarży się, że urzędnik służb 
publicznych groził mu i go lżył, że naruszyłem prawo do prywatności. Musiałem więc liczyć się, 

chociażby tylko teoretycznie, z najgorszym, po powrocie do urzędu.

Stone jeszcze siedział. Przy swoim biurku, na tym swoim obrotowym krześle i coś czytał.

A ja czekałem.
A on czytał.

- No - powiedziałem wreszcie - dlaczego pan jeszcze nie zaczyna?
- A co ja mam zaczynać - odpowiedział Stone.

- CO BYŁO Z TYM TELEFONEM? NIECH PAN TO WRESZCIE WYRZYGA, 

NIECH   JUŻ   PAN   MI   PRZYPIERDOLI,   ZAMIAST   TAK   TU   TYLKO   SIEDZIEĆ   Z 

NOSEM W PULPICIE!

- O jaki telefon chodzi?

- Czy nikt nie dzwonił i nie skarżył się na mnie?
- Dzwonił? O czym pan mówi? Co pan znowu narozrabiał?

Gdzie?
- Już nic.

Przeszedłem obok niego jak niewinna owieczka i zdałem to, co mi pozostało.
Ten   cwaniak   zza   okna   nie   zadzwonił.   Chyba   trochę   byłem   rozczarowany. 

Prawdopodobnie pomyślał, że wrócę tam, jak się dowiem, że stać go było na ten heroiczny czyn 
donosiciela przez telefon.

Wychodząc z urzędu musiałem przejść obok pokoju Stone'a.
- No, więc co tam znowu pan narozrabiał, Chinaski?

- Nic.
Moje   zachowanie   tak   go   skonfundowało,   że   nawet   zapomniał   mnie   ochrzanić   za 

półgodzinne spóźnienie i tym samym odebrałem mu przyjemność wymierzenia mi kolejnego 
ostrzeżenia.

16

Któregoś ranka siedziałem półdrzemiąc przy stole rozdzielczym obok G.G. Wszyscy go 

tak przezywali - G.G. Jego nazwisko i imię brzmiało coś jak George Green. Ale już od lat 
wszyscy znali go jako G.G. - a on sam nawet zaczął już i tak wyglądać. G.G. był G.G. i koniec.

background image

Od czterdziestu lat był już listonoszom, teraz kończył chyba sześćdziesiątkę. Jego głos nie 

należał do przeciętnych i normalnych. On nie mówił. On jęcząc skrzeczał. A jak już coś jęcząc 
wyskrzeczał, to dużo nie powiedział. Ani się go lubiło, ani się go nie lubiło. Był tu i to wszystko.

Twarz   pomarszczona,   pełna   krzywolinijnych   bruzd   i   niezbyt   atrakcyjnych   wzniesień. 

Brakowało jej połysku i jasności. Był jednym z tych, co to wykonywali ciężką pracę... i nic więcej. 

G.G. - oczy głęboko osadzone i wymarłe, przypominały matowe grudki gliny. Najlepiej było nie 
myśleć o nim, ani mu się przypatrywać.

Po   wielu   latach   ciężkiej   pracy   w   służbie   publicznej   cieszył   się   G.G.   przywilejem 

obsługiwania najlżejszej i najprzyjemniejszej trasy w naszym dystrykcie. Dzielnicy bogaczy, leżącej 

na samym skraju podlegającego nam pocztowego obwodu. Mimo że domy były tam stare, to 
jednak duże, pojemne, najczęściej dwupiętrowe. Duże ogrody i trawniki były pielęgnowane przez 

japońskich ogrodników. Kilka gwiazd filmowych mieszkało tam. Słynny karykaturzysta. Autor 
książkowych bestsellerów, a także dwóch byłych gubernatorów stanowych.

Nikt   tutaj   na   nikogo   nie   krzyczał,   nikt   nikogo   nie   zaczepiał.   Może   tylko   na   samym 

obrzeżu   dzielnicy,   tam,   gdzie   stały   trochę   tańsze   domy,   widziało   się   wrzeszczące   dzieciaki, 

niekiedy ostro zachodzące za skórę. G.G. był kawalerem. Ale nie to było powodem jego sławy. 
Sławna stała się jego fajka z wibrującym gwizdkiem.

Zaczynając swoją pracę, stawał wyprostowany na skraju chodnika, wyjmował fajkę, miała 

duże rozmiary i dmuchał w nią tak silnie, że ślina rozpryskiwała się na wszystkie strony.

Dzieci tylko na to czekały. Biegły jak oszalałe, a on rozdawał im cukierki.  Jedząc te 

słodkości, towarzyszyły mu w czasie jego pracy, aż miały ich dość i przesłodzone wracały do 

swoich mam.

Dobry, stary G.G.

Za pierwszym razem, kiedy dostałem jego trasę, nic nie wiedziałem o tych cukierkach. A 

zresztą Stone niechętnie dawał mi taką trasę. Tylko wtedy, kiedy już nie miał żadnego innego 

wyjścia. Chodziłem więc od domu do domu, nie uprzedzając jednak mojej bytności dźwiękami 
jakiejś fajki z gwizdkiem. Nie miałem takiej.

Z jednego z tych bogatych domów wybiegł do mnie chłopak i powiedział:
Ty, a gdzie jest dla mnie cukierek?

- Jaki cukierek? - ja na to.
- O tej porze należy mi się cukierek od umundurowanych!

- Mój mały - postawiłem natychmiast diagnozę - chyba zwariowałeś! Dlaczego twoja 

matka nie przymknęła cię w zakładzie dla psychicznych? Chłopak przypatrzył się mi bardzo 

szczególnie i bardzo osobliwie.

background image

Pewnego dnia G.G. naraził się na grube nieprzyjemności. Jak zwykle, dobry i poczciwy, 

rozdzielał te już swoje słynne cukierki. Dając je jednej dziewczynce, powiedział: „Jesteś bardzo 
śliczna, mała panienko. Bardzo bym chciał mieć taką”. Matka dziecka, siedząca w oknie usłyszała 

to i krzycząc w niebogłosy, wpadła do urzędu, oskarżając G.G. o próbę uwiedzenia nieletniej. Nie 
znała G.G., widywała go tylko z daleka, ale jak usłyszała to, co on powiedział do jej dziecka i do 

tego wszystkiego zobaczyła, że daje jej cukierka, matczyne ślepe szaleństwo wzięło górę nad 
rozsądkiem.

Stary i poczciwy G.G. oskarżony o uwiedzenie nieletniej?
Skończyłem właśnie trasę i wczłapałem się do biura, gdzie Stone, chyba po raz kolejny 

któryś,   starał   się   przekonać   matkę,   żeby   dała   sobie   spokój   z   adwokatami,   że   G.G.   jest 
człowiekiem zasługującym na szacunek i że to wszystko nie może być prawdą. G.G. siedział 

obok niego, prawie sparaliżowany, z martwym spojrzeniem. Jak Stone skończył te przepychanki 
na argumenty, powiedziałem:

- Nie musi pan jej lizać tyłka! One wszystkie mają zafajdane fantazje i chore wyobrażenia. 

Szczególnie na punkcie dzieci, ale nie tylko. Cha, cha, cha, cha. Połowa wszystkich amerykańskich 

matek, razem z ich wspaniałymi i niepowtarzalnymi małymi córeczkami i razem z ich własnymi, 
wspaniałymi i niepowtarzalnymi wielkimi piździochami, powtarzam raz jeszcze, połowa takich 

matek ma niezdrowe i odjazdowe wyobrażenia o wszystkim! A szczególnie o swoich córeczkach! 
Niech pan nie pozwoli robić sobie z własnego mózgu cuchnącej gnojówki. Przecież jemu pewno 

już od lat nic nie staje ani tym bardziej nie furczy. I to chyba też pan już wie, co?

Stone kiwał tylko głową:

- Nie, nie, ostrożnie, opinia publiczna jest zbyt niebezpieczna. Gorsza niż dynamit!
I to było wszystko, co on miał w tej sprawie do powiedzenia. Wszystko! Wielokrotnie 

jeszcze słyszałem, jak Stone rozmawiał z którymś kolejnym idiotą, dzwoniącym do urzędu z nic 
nie wartymi skargami. Błagał ich, żebrał, prawie płakał, przechylając się do tyłu i do przodu, na 

lewą i prawą stronę, podskakując i podrygując wokół własnego biurka...

Siedziałem właśnie obok G.G., sortując trasę 501. Dużo tego nie było, a sama trasa nie 

zaliczała się do bardzo skomplikowanych i niebezpiecznych. Ale tak, jak to już bywa, niczego bez 
pracy nie ma!

Cha, cha, cha, cha!
Mimo, że G.G. mógł z zawiązanymi oczami wykonywać prace sortownicze, zauważyłem, 

że jego ręce stawały się coraz wolniejsze. Chyba za dużo nasortował się już w swoim życiu - 
pomyślałem - nawet jego ciało było coraz mniej ruchliwe, jakby przytępione i zobojętniałe. Parę 

razy tego przedpołudnia byłem świadkiem, jak walczy ze słabością, jak traci siły. Kiwał się przy 

background image

tym lekko, wpadał w stany braku kontaktu z otoczeniem, a nagle podrywał się do pracy, wstając 

przy tym na nogi.

Nie mogłem powiedzieć, że go lubiłem. Nic nie zrobił ze swoim życiem, a ono samo nie 

warte było nawet funta kłaków. Ale ilekroć stojąc tak obok mnie, tracąc świadomość, zamykał się 
nagle przed światem, tylekroć ogarniał mnie niepokój. Sam byłem tym zdziwiony. Przypominał 

wtedy starą i wymęczoną chabetę, nie mogącą zrobić już ani jednego kroku do przodu, albo stare 
auto,   okradzione   z   silnika   i   wszystkich   opon.   Dużo   było   pracy   tego   dnia,   i   jak   niekiedy, 

ukradkiem, spoglądałem w jego stronę, zimny strumień potu wolno spływał mi po karku. Po raz 
pierwszy od czterdziestu lat G.G. mógł się nie wyrobić z czasem i nie załapać na samochód 

rozwożący listonoszy. Dla takiego człowieka jak on, dumnego ze swojej pracy i zawodu, mogło 
to być katastrofą. Dla mnie, mającego na szczęście inny stosunek do pracy, przegapienie odjazdu 

samochodu nie było niczym szczególnym. Ładowałem worki do mojego grata i sam wyruszałem 
na podbój adresatek. Cha, Cha, Cha, Cha!

I   znowu   zaczynał   się   niebezpiecznie   kiwać!   A   jak   straci   równowagę!   Mój   Boże   - 

pomyślałem   -   czy   tylko   ja   sam   jestem   świadkiem   tego   rozpadu?   Rozejrzałem   się   dookoła. 

Wszyscy byli zajęci własnymi sprawami. Kiedyś, i to wszyscy zgodnym chórem, wyrażali się o nim 
- G.G. stary, ale dobry kumpel. Ale teraz, ten stary i dobry kumpel, rozkładał się na części i nikt 

tego nie chciał dostrzec.

Liczba   przesyłek   leżących   przede   mną   zmniejszała   się   szybko,   pomyślałem   więc,   że 

pomogę G. G. posortować przynajmniej czasopisma. Nagle ktoś dorzucił nową porcję.

Nie miałem więc już teraz żadnej szansy, żeby wesprzeć sąsiada. Ale nadziei nie traciłem. 

Zacisnąłem zęby, zwarłem pośladki i rzuciłem się w wir opętańczej roboty. Dwie minuty przed 
odjazdem samochodu G.G. i ja byliśmy gotowi - przesyłki posortowane, gazety też, worki i torby 

popakowane, przesyłki lotnicze oddzielone na specjalnym regale. Zamartwiałem się więc bez 
powodu.   A   tu   nagle   zjawił   się   Stone   z   dwoma   tłustymi   plikami   jakichś   mniej   lub   bardziej 

urzędowych okólników. Jeden był dla mnie, a drugi dla G.G.

- Trzeba posortować i włączyć do dzisiejszych tras - powiedział i poszedł.

Stone musiał wiedzieć, że w ten sposób nie wyrobimy się z pracą do odjazdu samochodu.
Zmęczony,  ale nieźle  wkurwiony  rozciąłem  sznurki  związujące paczkę  tych druków i 

usiłowałem  szybko  zrobić  z  tym  porządek.  G.G.  siedział  bez ruchu, wpatrzony  w związaną 
jeszcze sznurkami swoją paczkę. Jego głowa pochyliła się ku przodowi, chwycił ją rękoma i cicho 

zapłakał. Tego się po nim nie spodziewałem.

Obejrzałem się w stronę pozostałych. Ci sprawiali wrażenie, że nic nie dostrzegają, zajęci 

swoimi torbami i workami, dowcipami i półsłówkami.

background image

- Hej, wy tam - krzyknąłem parę razy - hej!
Żaden z nich nie zareagował.
Poszedłem więc do G. G., położyłem rękę na jego ramieniu i zapytałem:

- G.G., czy można ci w czymś pomóc?
Podskoczył nagle i wybiegł na schody prowadzące do przebieralni męskich urzędasów 

pocztowych. Popatrzyłem za nim. Nikt chyba, poza mną, niczego nie dostrzegł. Wróciłem do 
pracy, ale po chwili udałem się tam, gdzie prawdopodobnie był G.G.

Siedział przy stole, ręce splątane wokół twarzy. Nie płakał już cicho. Teraz głośno łkał i 

szlochał. Całe jego ciało, w regularnych odstępach czasu, drgało i dygotało. Mogło to jeszcze 

długo potrwać.

Zbiegłem więc na dół, prosto do Stone'a.

- Hej, hej, Stone - na miłość Boga - Stone!
- Co jest? - spytał.

- G.G. oklapł zupełnie! Nikt się o niego nie troszczy! Jest na piętrze i płacze! Trzeba mu 

pomóc!

- Kto przejmie dzisiaj jego trasę!
- Ja to pierdolę! Mówię panu raz jeszcze, że on jest CHORY! Jemu trzeba pomóc!

- Natychmiast trzeba znaleźć kogoś, kto obejmie jego trasę.
Stone wstał od biurka i zniknął wśród ludzi, chyba w tej bezdennej głupiej nadziei na to, 

że znajdzie jakiegoś frajera, który zgodzi się odbębnić dwie trasy w tym samym czasie.

Pobiegłem za nim.

- Niech pan mnie wysłucha, Stone - ktoś musi odwieźć tego człowieka do domu. Niech 

pan   mi   powie,   gdzie   on   mieszka,   a  ja   już   go   odwiozę!   Ten   czas   może   pan   sobie   odliczyć, 

buchalterze! A potem mogę się zająć jego trasą, dla dobra pańskiej kariery!

Stone zamachał ślepkami.

- A kto się zajmie pańskimi skrzynkami?
- Teraz, to ja to pierdolę i nic więcej!

- NIECH PAN SIĘ ZAJMIE SWOIMI SKRZYNKAMI!
Rzucił się do telefonu. Usłyszałem tylko jeszcze jego słodkie i przesłodzone:

- Eddie, potrzebuję jednego z twoich ludzi...
Dzieci nie dostały tego dnia cukierków.

Wróciłem do stołu. Wszyscy już dawno pojechali. Dokończyłem ten plik druków. Tam 

dalej, leżał taki sam plik przydzielony G.G. Oczywiście, że już miałem olbrzymie spóźnienie. 

Samochód pocztowy nie zawiózł mnie do dzielnicy, gdzie miałem roznosić korespondencję. Jak 
wróciłem   wieczorem,   otrzymałem,   zgodnie   zresztą   z   moimi   przewidywaniami,   kolejne 

background image

ostrzeżenie wyrażone na piśmie.

G.G. nie widziałem już nigdy więcej. Nikt nie mógł powiedzieć, co się z nim stało. Nikt 

nigdy więcej nie wymienił ani jego imienia, ani nazwiska. „Dobry kumpel, mimo że tak stary!”. 

„Pełen oddania listonosz!”. Nie potrafił pokonać jednej przeszkody, którą okazało się być pismo 
okólne   Stowarzyszenia   Hodowców   Warzyw   do   swoich   klientów,   proponując   gratisowe 

opakowania mydła za zakup towarów o wartości nie mniejszej niż trzy dolary.

17

Po   trzech   latach   pracy,   dochrapałem   się   wreszcie   statutu   „całoetatowca”.   To   znaczy 

płatny urlop (pomocnicy listonosza nie mieli prawa do płatnego urlopu), czterdziestogodzinny 
tydzień pracy z dwoma dniami wolnymi. A oprócz tego Stone był zmuszony dać mi także prawo 
do wyboru pięciu dodatkowych tras, które mogłem obsługiwać, gdyby kolegom przydzielonym 
na te trasy, coś się stało. Chodziło tu przede wszystkim o pewne urozmaicenie tej monotonnej 
acz   „szlachetnej”   roboty.   Z   czasem   mogłem   już   perfekcyjnie   opiniować   te   wszystkie   trasy, 
poznać skróty i ich pułapki. Zawsze to ułatwia pracę, czyni ją znośniejszą i pozwala skuteczniej 
manipulować czasem. Mam tu na myśli krótkie, ale zawsze bardzo miłe przerwy na kawę czy 
wreszcie na obiad.

Mogłem   więc   powiedzieć,   że   szło   na   lepsze.   Ale   nie   eksplodowałem   szczęściem. 

Brakowało mi połysku, niepokoju, podniecenia, tamtych dni, kiedy pracowałem jako zatrudniony 
na godziny pomocnik listonosza - jak się nie wiedziało, co jeszcze może mi się przytrafić, z której 

strony ci przywalą.

Koledzy podchodzili do mnie z minami dalekimi od zadowolenia i dukali:

„Gratulujemy”, albo „mhmmm!”

Gratulować?   Czego?   Nic   nadzwyczajnego   przecież   się   nie   stało.   Stałem   się   tylko 

człowiekiem ich klubu, takiej małej mafii. Teraz byłem jednym z nich. Za parę lat miałem prawo 

do wyboru własnej trasy. Własnej i tylko mojej. Mógłbym nawet dostawać prezenty od ludzi. A 
gdybym zachorował, pytaliby pewnie, ocepiałego i znerwicowanego mojego zastępcę. „A gdzie 

jest ten, który zawsze tu przychodził” - albo „spóźnił się pan. Ten, co tu jest zawsze, nigdy się nie 
spóźniał”. Tak więc dochrapałem się.

W samym środku tygodnia kierownictwo urzędu wydało „bardzo potrzebne” zarządzenie, 

zabraniające   kładzenia   służbowych   czapek   na   stołach   sortowniczych.   Wszyscy   to   robili.   Nie 

dlatego, że nikomu to nie przeszkadzało, ale oszczędzało czas. Nie trzeba było biegać na piętro 
do szatni, żeby je tam deponować. A teraz, po trzech latach kładzenia czapki, co było przecież 

odruchem naturalnym, najbliżej miejsca pracy, zabroniono mi tego!

Miałem   głowę   pełną   innych   rzeczy   niż   przestrzeganie   tego,   powiedzmy   sobie 

najdelikatniej, pokręconego przepisu.

Następnego dnia wpadł Stone do mnie. Oczywiście, z kolejnym ostrzeżeniem. Zarzucano 

mi w nim, że świadomie łamię przepisy, zabraniające kładzenia czapek służbowych w miejscu lub 

background image

w pobliżu miejsca pracy. Chodziło o stół sortowniczy.

Wsadziłem je do kieszeni i nie komentując, udałem się na trasę. Stone kręcił się w swoim 

krześle   bacznie   mnie   obserwując.   Wszyscy   koledzy   skwapliwie   wykonywali   polecenia   szefa. 

Czapki   leżały   równo   na   szafkach   w   przebieralni.   Wyjątkiem   był   niejaki   Marty.   I   Stone   nie 
omieszkał bluznąć mu prosto w twarz:

- Marty, pan zapoznał się z moimi poleceniami. Proszę się do nich stosować!
-   Przepraszam   pana   bardzo,   panie   Jonstone.   To   tylko   siła   przyzwyczajenia,   pan   to 

przecież rozumie, bardzo mi jest przykro - złamał się Marty.

Chwycił swoją czapkę, leżącą na krześle i pobiegł na górę do szatni.

Następnego   dnia   zapomniałem   także.   Natomiast   Stone   nie   zapomniał.  Wręczono   mi 

kolejne  ostrzeżenie w sprawie świadomego łamania przepisów  odnośnie  nowego zarządzenia 

regulującego miejsce czapki służbowej w trakcie pobytu listonosza na terenie urzędu pocztowego. 
Wsadziłem je więc znowu do kieszeni i bez słowa komentarza opuściłem urząd.

Dwa dni później dostrzegłem, że Stone obserwuje mnie coraz pilniej. Czekał tylko, żeby 

zobaczyć,   co   zrobię   z   czapką.   Pozwoliłem   trochę   mu   jeszcze   poczekać.   A   potem   zupełnie 

machinalnie ściągnąłem czapkę ze łba i położyłem obok.

Oczywiście, natychmiast przybiegł z kolejnym ostrzeżeniem. Nawet nie rzuciłem na nie 

okiem. W jego obecności wrzuciłem papier do kosza - czapki nie ruszyłem, leżała jak leżała, 
zrobiłem swoje... i usłyszałem zawzięte walenie w maszynę do pisania. Urząd wypełnił się jękiem 

maltretowanego przyrządu. Jak to się stało, że on, taki Stone, do takiej perfekcji opanował kunszt 
obchodzenia się z takim urządzeniem?

Stone pojawił się znowu. Z kolejnym ostrzeżeniem.
Więc powiedziałem mu:

- Nie muszę tego czytać. Wiem, co pan znowu wypichcił - to mianowicie, że lekceważę 

pańskie ostrzeżenia. Te dzisiejsze także. Prawda?

Papier wyładował w koszu.
Stone   wyleciał   jak   z   katapulty.   I   tak   samo   pojawił   się   znowu.   Otrzymałem   trzecie 

ostrzeżenie.

- Człowieku - powiedziałem mu - ja wiem, co tym tam wypisujesz. Pierwsze ostrzeżenie 

otrzymałem dlatego, że łamię twoje przepisy w sprawie czapek służbowych. Drugie ostrzeżenie 
otrzymałem dlatego, że pierwsze wylądowało w koszu, a trzecie, że pierwsze i drugie miało 

smutny koniec - w obecności kierownika urzędu zostały świadomie umieszczone w koszu na 
odpadki! Zgadza się?

Popatrzyłem chwilę na niego i wrzuciłem trzecie ostrzeżenie też do kosza.

background image

- Szybszy jestem w rzucaniu do kosza na odpadki niż pan w waleniu w maszynę do 

pisania. Jeśli pan sobie tego życzy, jestem gotów stanąć do zawodów. Tylko, że to wszystko 
wygląda dość błazeńsko! A teraz pański ruch.

Stone wrócił do swojego biura i zasiadł godnie w krześle. Przestał jednak mordować 

maszynę do pisania. Głupio gapił się tylko w moją stronę i na moją czapkę.

Następnego   dnia   nie   poszedłem   do   pracy.   Pospałem   sobie   do   południa.   Nie 

zadzwoniłem do urzędu. Oni do mnie też nie! Wolno pospacerowałem sobie w stronę gmachu 

Zarządu Poczt. Tam wyjaśniłem im swoją sprawę.

Posadzono mnie przed biurkiem pani, w mocno podeszłym wieku, niezwykle szczupłej, 

albo lepiej, wysuszonej na wiór. Miała siwe włosy i bardzo cienką, bardzo smukłą szyję, która 
nagle, w samym jej środku, sprawiała wrażenie niezwykle podatnej na złamanie. Głowa więc 

lekko wychylała się ku przodowi, przez co dama patrzyła na mnie nad oprawkami okularów, 
siedzących niedbale na jej nosie.

- Słucham.
- Chciałbym zrezygnować z pracy na poczcie.

- Zrezygnować?
- Tak. Rzucić!

- Pan był listonoszem etatowym?
- Tak - odpowiedziałem.

- Tsk, tsk, tsk, tsk - wydobywało się z jej trochę za suchych warg.
- Podała mi jakieś formularze, które musiałem wypełnić.

- Jak długo pracował pan na poczcie?
- Trzy i pół roku.

- Tsk, tsk, tsk, tsk - wydobywało się dalej.
No więc i to miałem już za sobą. Szybko pojechałem do Betty i razem rozwaliliśmy parę 

butelek.

Nie przypuszczaliśmy wtedy, że za parę lat wrócę do pracy na poczcie i że pozostanę tam, 

siedząc na krześle, dłużej niż dwanaście lat.

background image

ROZDZIAŁ II

1

W międzyczasie wydarzyło się wiele i różnie. Nawet szczęśliwie długo nowa passa na 

torach wyścigów konnych. Dopiero tam czułem, jak obrasta mnie ufność w siebie i wiara we 
własne siły. Za każdym razem, dokładnie i precyzyjnie, wyznaczałem sobie, sam sobie, ilość 
gotówki, jaką miałem zamiar zainwestować. Przeciętnie  wychodziło między 15 a 40 dolarów 
dziennie. Nie wolno nigdy chcieć za dużo! Jeśli początek gier okazywał się dla mnie katastrofalny, 
stawiałem troszkę więcej, i to tak, żeby w przypadku wygrania obstawionych przeze mnie koni 
inkasować   zysk,   także,   za   każdym   kolejnym   razem,   dokładnie   kalkulowany   i   przewidywany. 
Chodziłem tam codziennie, wygrywałem dość regularnie, a kiedy wracałem do domu, głośnym 
wrzaskiem komunikowałem o tym Betty.

Któregoś dnia zachciało się jej iść do pracy. Chciała zostać „siłą piszącą - maszynistką”. A 

kiedy taka jak ona zaczyna po raz pierwszy pracować, wtedy wszystko nagłe zaczyna się zmieniać. 

Może nie wszystko!

Dalej   opróżnialiśmy   te   tak   liczne   butelki   wieczorami,   a   nad   ranem,   ona   jak   zwykle 

obrażona   i   jak   zwykle   na   bezmiernym   kacu,   demonstracyjnie   szła   do   siebie,   żeby   później 
poczłapać do pracy. Dopiero teraz dowiadywała się, czym jest regularna praca i jak to smakuje!

Wstawałem około jedenastej, w ciszy i spokoju delektowałem się pierwszą filiżanką kawy 

i paroma jajkami, baraszkowałem z psem, nawiązywałem bliższe kontakty z młodą żoną ślusarza, 

mieszkającą w  tylnej   części  domu  i  rozbudowywałem   przyjaźń  ze  striptizerką   mieszkającą w 
przedniej części domu. O pierwszej byłem już na wyścigach, wracałem z wygraną do domu, 

zabierałem   psa   i   razem   szliśmy   do   przystanku   autobusowego,   żeby   powitać   Betty.   Nie 
narzekałem. Życie było całkiem przyjemne.

Pewnego wieczoru zaraz po wypiciu pierwszego kieliszka, moja ukochana, moja jedyna, 

pracująca przyjaciółka wyjęczała:

- Hank, ja tego nie zdzierżę!
- Czego nie zdzierżysz, dziewuszko?

- Tego wszystkiego.
- Czego wszystkiego, którego wszystkiego, jakiego wszystkiego?

- Że ja zasuwam i haruję, a ty wygniatasz tyłek pod kołdrą. Wszyscy już myślą że jesteś 

moim utrzymankiem!

- No, gówniana sprawa! Ale przypominam sobie, że wtedy, kiedy JA pracowałem, ty też 

wdzięczyłaś się do piernat! I jakoś wtedy nie narzekałaś!

- Ach, ale to zupełnie co innego! Ty jesteś mężczyzną, a ja ciągle jeszcze kobietą!
- No tak, właśnie odkryłaś Amerykę i otarłaś się o Kolumba, nie! Ale czy to nie wy 

drzecie się o równouprawnienie?!

- Ty myślisz, że ja nie wiem, co tu się wyrabia... co ty wyrabiasz z tym wycieruchem z tyłu 

background image

domu... co tu nieustannie spaceruje tobie pod nosem, z cyckami wywalonymi na wierzch!

- Z cyckami na wierzchu?
- Tak jest!... JEJ CYCE JAK DONICE NA STRAGANIE PO PRZECENIE!... jej duże, 

białe wymiona, podobne do tych, co chlaszczą między nogami krów!

- Hm... Czy wiesz, że masz rację? One są rzeczywiście całkiem wspaniale olbrzymie?

- Aha! Przyznajesz się więc?
- Co jest? W co ty grasz do diabła?!

- Mam tu jeszcze paru przyjaciół... i to oni właśnie dokładnie widzą, co tu się wyrabia!
- To nie są przyjaciele! To są tylko zacietrzewieni i objebani kapusie! Oszołomy!!!

- A ta dziwa, co to udaje, że jest tancerką? - To ona jest dziwą?
- No, przywala się do wszystkiego, co macha ogonem...

- Jakaś jesteś dziś za bardzo odjazdowa, używasz nawet przenośni?
-  Jednego, czego  nie chcę,  to tego, żeby  ludzie  sądzili,  że  ja cię utrzymuję. Wszyscy 

sąsiedzi...

- Sram na nich! Od kiedy tak ważne jest to, co oni o nas myślą?

A tak naprawdę, to JA jestem tym, który płaci za komorne, a także tym samym JA, który 

buli za żarcie! Ja za to płacę, z moich pieniędzy wygranych na torze wyścigowym. Ty masz swoje 

pieniądze! Nigdy jeszcze nie miałaś ich aż tyle.

- Nie, Hank! Koniec! Ja tego nie zniosę!

Wstałem i podszedłem do niej.
- No, chodź już, dość dziewuszko... troszkę dzisiaj pojebało ci się w główce, co?

Próbowałem utulić ją w ramionach, ale odepchnęła mnie. Dość brutalnie.
- Dobra, dobra. Już cudnie, do kurwy nędzy - powiedziała sucho. Usiadłem. Wypiłem 

szklaneczkę. Napełniłem szybko ją ponownie.

- Koniec - powiedziała nie będę z tobą spała ani jednej nocy więcej!

- Dobra, już dobra. Zabieraj tę swoją cipę. Tak nadzwyczajna to ona już i tak nie jest!
- Chcesz tu zostać, czy to ja mam się wyprowadzić?

- Wyprowadzam się!
- A co zrobimy z psem?

- Zostanie u ciebie - odpowiedziałem.
- Będzie tęsknił!

- Cieszę się, że przynajmniej jedno z was będzie o mnie myślało.
Wsiałem.   Wsiadłem   do   samochodu.   Wynająłem   pierwsze   lepsze   mieszkanie.   Tego 

samego wieczoru zabrałem wszystkie swoje klamoty. I tak oto, za jednym zamachem straciłem 

background image

trzy kobiety i jednego psa.

2

Zanim się skapowałem, o co właściwie chodzi, ta młoda dziewczyna z Teksasu, siedziała 

mi już okrakiem na brzuchu. Nie chcę opowiadać z detalami, jak doszło do tego spotkania.

Teraz była u mnie. Miała dwadzieścia trzy lata, a ja trzydzieści sześć. Jej długie włosy 

ocierały się o mój nos, a jędrne i młode ciało ładnie pachniało.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że miała furę pieniędzy. Ona nie piła. Ja zawsze.
Na początku śmieliśmy się i chodziliśmy na wyścigi konne. Była niezwykle atrakcyjna i 

zawsze, kiedy wracałem do rzędów z ławkami, jakiś fagas lepił się do niej, wytrzeszczając gały. I 
tak było parę razy dziennie. Jakoś dziwnie udawało im się mnie przechytrzyć. Coraz częściej 

wpadałem w furię!

A Joyce siedziała na ławce, i chyba jej się to podobało. Miałem dwa warianty wyboru - 

poszukać nowego miejsca i tam ją przesadzić albo burknąć na takiego: „hej, ty koleś, ta pani jest 
ze mną. Więc zrób coś ze sobą!”

A jednak nie potrafiłem koncentrować się jednocześnie i na tych hienach, i na wyścigach. 

Troszkę tego było naraz za dużo. Profesjonalista nigdy nie pojawia się na wyścigach z kobietą. To 

też   już   wiedziałem.   Ale   zawsze   myślałem,   że   mnie   to   nie   dotyczy,   ja   jestem   kimś   zupełnie 
wyjątkowym i szczególnym. A teraz okazywało się, że to nie była prawda. Że nie jestem wcale 

szczególny. Traciłem przecież pieniądze jak i inni. Pewnego dnia Joyce zażądała, żeby się z nią 
ożenić.

O,   kurwa!   Dlaczego   nie   -   pomyślałem   -   wszystko,   co   miałem   stracić,   to   już   dawno 

straciłem.   Pojechaliśmy   do   Las   Vegas,   i   tam,   za   tanie   pieniądze,   dokonaliśmy   wszystkich 

niezbędnych ceremonii i szybko wróciliśmy do domu.

Sprzedałem samochód za dziesięć dolarów i zanim zorientowałem się, co jest w tym 

nowym małżeństwie grane, siedzieliśmy już w autobusie mknącym do Teksasu - a jak wysiedliśmy 
z niego, to okazało się, że mam tylko 75 centów w tylnej kieszeni. To była bardzo mała mieścina, 

nie więcej niż dwa tysiące mieszkańców. W jakiejś gazecie przeczytałam, że eksperci od spraw 
wojskowych zaliczali ją do tych obiektów na mapie Stanów Zjednoczonych, co to nie musiały się 

obawiać nuklearnego ataku przeciwnika z powietrza.

I to natychmiast zrozumiałem, jak rozejrzałem się dokoła.

Ruszyliśmy w jakąś stronę, i okazało się, że to w kierunku poczty.
Kurwa, zajebane pocztowe służby publiczne!

Joyce miała tutaj taki mały domek. Leżeliśmy więc w nim, leniuchowaliśmy, jedliśmy i 

spaliśmy ze sobą. Karmiła mnie zupełnie nieźle, pozwoliła, żebym przybrał na wadze i cieszyła 

się, że nieustannie traciłem siły... bo ona była ostra w łóżku. Joyce, moja żona, moja nimfomanka.

background image

Często wychodziłem na małe spacery po tej mieścinie, sam, bo uciekałem przed nią, ze 

śladami zębów na mojej klatce piersiowej, na szyi, na ramionach - no i tam też! Te ślady „tam” 
były bardzo bolesne, trochę się więc niepokoiłem. Żarła mnie żywego po kawałku!

Więc   tak   coraz   widoczniej   już   dla   wszystkich   kulałem,   kuśtykając   po   tej   dziurze,   a 

mieszkańcy gapili się na mnie. Wiedzieli o niej wszystko! O jej niezmiernych chuciach, ojej ojcu i 

dziadku, którzy mieli więcej pieniędzy, ziemi, jezior i terenów łowieckich niż oni wszyscy razem. 
Współczuli, ale i nienawidzili jednocześnie.

Przysłano jednego ranka jakiegoś karła do mnie, który wyciągnął mnie z łóżka, zaciągnął 

do samochodu, żeby pokazać mi, co należało, a co jeszcze nie należało do ojca i dziadka Joyce.

I tak siedzieliśmy całymi popołudniami. Chyba chciał mi napędzić stracha. A ja nudziłem 

się potwornie. Siedziałem z tyłu, a ten karzeł dawał mi nieustannie do zrozumienia, że uważa 

mnie   za   niezwykle   cwanego   łobuza,   który   właśnie   ożenił   się   z   milionami.   Nie   wiedział,   że 
wszystko   było   dziełem   przypadku,   i   że   ja   posiadałem   tylko   75   centów,   i   że   byłem   tylko 

ekslistonoszem.

Ten karzeł, w gruncie rzeczy biedny człowiek, musiał mieć jakieś nerwowe kłopoty ze 

sobą,   bo   nieobliczalnie   nagle   przyspieszał,   i   wtedy   zaczynał   się   trząść   na   całym   ciele, 
niebezpiecznie tracąc kontrolę nad kierownicą.

Myliły mu się wtedy kierunki jazdy, a ja dziękowałem Bogu, że okoliczne drogi były 

wyjątkowo rzadko uczęszczane.

Tak. To było jasne. Oni chcieli mnie zabić!
Ten karzeł był ożeniony z niebywale piękną blondynką, a tej pięknej osobie, jak była 

małolatą, utknęła w cipie butelka Coca - Coli. Musieli więc iść do lekarza, i jak to już jest w takich 
zadupiach, wszyscy nagle wszystko wiedzieli. Biedną dziewczynę przestano nagle dostrzegać, a 

karzeł się nad nią ulitował. Jak to karzeł! I w ten sposób wpadła mu w ręce wyjątkowej urody 
osoba, której by nigdy nie dostał.

Przypaliłem sobie cygaro, poranny prezent od Joyce i huknąłem:
- To mi już wystarczy. Jedziemy z powrotem. I wolno! Nie miałem ochoty stracić znowu 

wszystkiego przez jakiś tam głupi przypadek. I żeby go jeszcze więcej nie rozczarować, dalej 
grałem cwaniaka w pogoni za milionami.

- Oczywiście, panie Chinaski. Natychmiast zawracamy.
Podziwiał   mnie.   Ciągle   jeszcze   uważał   mnie   za   pędziwiatra   i   lekkoducha.   Kiedy 

wracaliśmy z takich wypadów, Joyce zawsze pytała: - No, i już wszystko zobaczyłeś?

Coraz więcej i wystarczająco dużo, jeśli nie za dużo!

Powiedziałem to tak, bo chciałem jej dać do zrozumienia, że rodzina próbuje mnie zabić. 

background image

Nie wiedziałem, czy i ona maczała w tym palce!

A potem zaczęła mnie rozbierać i ciągnąć do łóżka.
- Chwileczkę, baby, właśnie dwie rundy przedpołudniowe mamy za sobą, a nie ma nawet 

jeszcze drugiej po południu!

Zachichotała tylko i robiła swoje.

3

Jej ojciec nienawidził mnie całym sercem i duszą. Myślał, że lecę na jego pieniądze. A ja 

nawet nie chciałem ich oglądać. Nawet powoli miałem już i dosyć tej ich tak niezwykle cennej 
córki.

Ojca widziałem tylko raz, kiedy to nagle zjawił się o dziesiątej rano w naszej sypialni. 

Byliśmy oczywiście  w łóżku, w trakcie  przerwy.  Na szczęście przed  sekundą oddzwoniliśmy 

koniec kolejnej rundy.

Popatrzyłem na niego zasłaniając sobie połowę twarzy kołdrą. W milczeniu. No, ale jak 

długo mogło to tak trwać. Coś nagle złapało mnie w okolicy dołka, i zacząłem robić jakieś miny i 
grymasy, zapraszając go do tego jeszcze do nas, do łóżka. Z rodziną!

Szczerząc swoje zęby i klnąc wybiegł z pokoju.
No, to teraz już na pewno chwyci się każdej sposobności, żebym mu więcej nie wlazł w 

drogę.

Dziadek był zupełnie inny. Ciągle pił whisky i słuchał płyt z kowbojskimi piosenkami. 

Starość zredukowała jego emocje prawie do zera. Nie był mi życzliwy, ale też nie pomiatał mną. 
Taka sama była i jego żona - może z jednym wyjątkiem, często kłóciła się z Joyce, i to tak 

zapiekłe, że raz czy nawet dwa razy musiałem stanąć po stronie własnej żony. W ten sposób 
chyba zaczęła darzyć mnie sympatią, no, prawie sympatią. Dziadkowi sympatia kojarzyła się już 

tylko z kolejnym wlewem whisky z kolejnej szklanki. Pozostawał zimny i oschły. Wydaje mi się, 
że należał do grona sprzysiężonych, chcących wyprawić mnie na inny świat.

Zjedliśmy obiad w tym „gościnnym” domu, w którym zastępy służby zginały kark przed 

nami, wpatrując się intensywnie w ten wyjątkowy zestaw ludzi przemieszczających się z pokoju 

do pokoju.

Mnie zabijali wzrokiem. A potem wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy przed siebie.

- Widziałeś już kiedyś bizony, Hank? - spytał nagle dziadek.
- Nie, Wally, jeszcze nigdy. Nazywałem go Wally. Wally to było okoliczne przezwisko na 

tych   wszystkich,   co   to   nieustannie   musieli   być   na   fleku!   Chciałem,   żeby   zabrzmiało   coś 
swojskiego między nami, coś bliskiego, prawie rodzinnego.

- Mamy tutaj parę.
- Myślałem, że wszystkie zostały już dawno wystrzelane!

background image

- Nie, nie - jakaś setka jeszcze się znajdzie!

- Coś ci nie wierzę, Wally!
- Pokaż mu je dziadku - wcięła się Joyce.

Głupia i durna gęś. Nazwała go dziadkiem - a on nim wcale nie był. Tak mówili okoliczni, 

niechętni rodzinie mojej żony, mieszkańcy.

- No to jazda!
Jechaliśmy   parę   minut   aż   dotarliśmy   do   pustego,   ogrodzonego   pastwiska.   Teren   był 

pagórkowaty i tak olbrzymi, że wydawało się, że płot nigdzie się nie kończy. Kilometry płotów 
we wszystkich kierunkach. I nic poza tym! Tylko niska, zielona trawa.

- Nigdzie nie widzę tych bizonów - krzyknąłem.
- Kierunek wiatru jest w porządku - zawyrokował Wally.

- Przeskocz przez ten płot i przejdź się parę metrów. A już niedługo je zobaczysz!
Niczego nie mogłem dostrzec. Chyba uważali mnie za idiotę z miasta, któremu można, 

należy, wcisnąć kawał ostrego kitu. Przeskoczyłem ten płot i zacząłem maszerować.

- No dobrze, wszystko się zgadza, tylko gdzie są te bizony - wydarłem się.

- Zobaczysz je na pewno, idź tylko przed siebie!
Ale mają ubaw po pachy, myślałem, pierdolone chłopskie poczucie humoru. Odczekają 

aż oddalę się od nich te parę setek metrów, i pokładając się ze śmiechu odjadą, zostawiając mnie 
na tym pustkowiu. Proszę bardzo! Mogę wrócić na piechotę! Sam! Mnie to nic nie robi. A jeśli to 

im coś robi, to ja proszę bardzo!

Coraz   szybciej   przemierzałem   te   metry   kwadratowe   pustkowia,   czekając   na   odgłos 

odjeżdżającego   samochodu.   Nic   jednak   nie   dochodziło   do   moich   uszu.   Cisza   kompletna. 
Złożyłem ręce w trąbkę, i nawet nie odwracając się w ich stronę, ryknąłem:

I CO JEST Z TYMI BIOZONAMI!!!
Odpowiedź nadeszła, ale z innego kierunku. Nagle usłyszałem pęd racic, walących w 

ziemię niczym bęben. Trzy sztuki, wielkie, potężne niczym na filmie, wściekle pędziły w moją 
stronę, na mnie, piekielnie szybko. Chyba trochę za szybko! Jeden z nich już wysforował się na 

czoło. Nie było żadnej wątpliwości, kogo miały ochotę rozdeptać.

- Aż ty jebana przyrodo - powiedziałem w ich stronę.

I zacząłem uciekać. Płot zniknął za horyzontem. Nie mogłem się już za nim schronić, a 

najgorsze było to, że nawet nie mogłem już sobie pozwolić na to, żeby obejrzeć się w ich stronę. 

To mogło kosztować sekundy, nie do odrobienia w tym życiu.

Wydawało   mi   się,   że   nie   biegnę,   lecz   lecę,   ledwo   dotykając   trawy,   frunę   z 

wytrzeszczonymi oczyma, jakby ten właśnie wytrzeszcz miał przyspieszyć pracę nóg! Jezu - ale ja 

background image

leciałem! A te potwory były coraz bliżej. Czułem jak wokół mnie trzęsie się ziemia, i za chwilę 

wbiją   mnie   w   nią   parzystokopytne   racice   -   słyszałem   za   plecami   ich   oddech,   czułem   ślinę 
skapującą im z wywalonego jęzora. Ostatnim wysiłkiem odbiłem się od ziemi i przeskoczyłem 

płot. Przeskoczyłem?! Przefrunąłem nad nim?! Wylądowałem w jakimś rowie, na plecach, i zanim 
zamknąłem oczy w oczekiwaniu cudu, ujrzałem ich ogromne łby ubrane w wełniaste turbany, 

zawisłe nad parkanem, z oczyma wlepionymi w moje oczy.

Samochód skręcał się ze śmiechu - tak, jakby właśnie to było czymś najzabawniejszym, co 

udało im się kiedykolwiek zobaczyć. A Joyce dusiła się prawie, charkała, przestępowała z nogi na 
nogę, rechocząc najdonośniej. Bizony przez chwilę pospacerowały sobie jeszcze w okolicy, a po-

tem spokojnie pogalopowały tam, skąd przygalopowały.

Z trudem wykaraskałem się z rowu i wsiadłem do wesołego samochodu.

No,   i   w   ten   oto   sposób   mogłem   przyjrzeć   się   lej   waszej   chlubie   -   skonstatowałem 

spokojnie. - A teraz coś bym się nachlał!

Oczywiście, że ryje nie zamykały się im od śmiechu przez całą powrotną drogę. Ataki 

śmiechu   nadchodziły   falami   i   falami   odchodziły.   Raz   to   Wally   nawet   musiał   zatrzymać 

samochód. Tak się porobiło! Nie mógł utrzymać kierownicy, otworzył drzwiczki i wytoczył się z 
samochodu, śmiejąc się dalej, skręcając się na asfalcie, a był w dość podeszłym już wieku. Babcia 

sobie też nie żałowała. Ale Joyce była najgłośniejsza.

Rozniosło się to wszystko po mieścinie i zobaczyłem, że wytykają mnie już palcami. 

Postanowiłem się więc maskować i zmienić fryzurę. Tylko to mogło mnie jeszcze uratować. 
Powiedziałem to Joyce. A ona na to:

- To idź do fryzjera!
- Nie mogę. On już też wie wszystko.

- Co, boisz się ich? - zapytała podejrzanie słodko.
- Ich się nie boję - bizonów się boję!

Sama więc obcięła mi włosy.
I jak zwykłe do dupy.

4

Nagle Joyce zachciało się wracać do domu. Przy wszystkich nieprzyjemnych stronach 

pobytu tutaj, włączając oczywiście do dupy fryzurę, z którą musiałem ciągle jeszcze paradować 
polubiłem jakoś to małe miasteczko. Było tu niezwykle spokojnie. Mieliśmy własny dom, Joyce 
karmiła wyśmienicie. Prawie tylko mięcho. Pachnące, świeże, cudownie chude mięso. Całe góry 
steków i befsztyków. W tym to ona była dobra. Gotowała lepiej niż wszystkie znane mi do tej 
pory moje kobiety. A jedzenie uspokaja! Łagodzi napięcia i koi duszę. Ona to też wiedziała. 
Jucha!

Odwaga powstaje w brzuchu - a wszystko inne to tylko zwątpienie!
Joyce   się   jednak   uparła.   I   koniec.   Do   tego   jeszcze   te   nieustanne   potyczki   z   babcią, 

background image

doprowadzające obie o zwierzęcego wręcz szału.

A ja czułem się coraz lepiej, coraz swobodniej w skórze gangstera polującego na forsę 

ojca własnej żony! Cha! Cha! Ci wszyscy kuzynowie, trzęsący całym tym pipidówkiem, nagle 

nabrali do mnie respektu. Tęgo dawali tego dowody! To się jeszcze nikomu nie udało - mówili 
okoliczni.

Nadszedł dzień Niebieskich Dżinsów. W tym dniu ten, kto nie miał ich na dupie, lądował 

w jeziorze.

Założyłem więc swój jedyny garnitur, koszulę z krawatem i wyszedłem na główną, jedyną 

w tym mieście ulicę. Spacerowałem wolno, jak Billy Kid, wolno, w towarzystwie bacznych i 

skupionych   spojrzeń   tych   wszystkich   bubków   w   niebieskich   gaciach   na   tyłkach,   oglądając 
nieliczne i nudne wystawy i kupując cygara, których i tak przecież nie paliłem.

Nikt się do mnie nie przychromolił, nikt nie odważył się zaszumieć. Miałem wrażenie, że 

podzieliłem miasto na dwie części, niczym zapałkę. A na nich musiało to zrobić duże wrażenie.

Trochę później natknąłem się na miejscowego lekarza. Lubiłem go. On był zawsze czymś 

naćpany, wrzucał w siebie jakieś speedy, produkujące permanentny haj! To nie był jednak typowy 

ćpun. Miał coś takiego w sobie, że od początku naszej znajomości wiedziałem, że zawsze mogę 
na niego liczyć, na jego pomoc w każdej sprawie.

- Musimy już zmiatać stąd - powiedziałem mu.
- Pan powinien tu zostać - odpowiedział. - Tu się żyje przyjemnie. Poluje się jeszcze 

lepiej. Ryb w bród. Dobre powietrze. Jest się własnym panem. Całe miasto należy już do pana!

- Co mi po takim mieście, gdzie niebieskie dwurury świętsze są od najświętszych krów!

5

Dziadek wypisał więc ten wielozerowy czek. Joyce nie wahała się ani sekundy i wsadziła 

go do tylnej kieszeni spodni. Dla niej to normalka! Wynajęliby mały domek pod miastem. I 
zaczęło się znowu, to serwowanie umoralniających, dumnych tekstów:

- Musimy zacząć pracować kombinowała Joyce. Musimy im udowodnić, że damy sobie 

radę bez ich pieniędzy, że ty olewasz ich szmalec.

- Kochana, przecież ty już dawno przestałeś chodzić do żłobka, nie! Każdy kretyn załapie 

się na jakąś robotę - a co mądrzejsi zdolni są do dobrego życia bez harowania. Nie! Takich się tu 

nazywa artystami. Ja chcę, jak jeden z nich, czegoś artystycznego dokonać w moim życiu. Z twoją 
oczywiście pomocą!

To wszystko tylko po niej spłynęło!
Wyjaśniłem więc jej, że znaleźć pracę bez samochodu, to rzecz niemożliwa. Uwiesiła się 

więc na telefonie, a ojciec natychmiast zrewanżował się kolejnym czekiem. Nawet nie zdążyłem 
się   obejrzeć,   a  już   siedziałem   w   najnowszym   modelu   plymoutha   odziany   w   porządny   nowy 

background image

garnitur i pantofle za 40 dolarów. I tak opakowanego wypchnęła mnie z domu, jędza wściekła, 

nie dając powiedzieć sobie ani jednego słowa... Postanowiłem rozciągnąć całą tę sprawę trochę w 
czasie...

Pakowacz - to była dla mnie zawsze bardzo duża sprawa. Tym bardziej, że nic innego nie 

umiałem, niczego się w życiu nie nauczyłem. Tak?! Pakowacz! Robotnik magazynowy! Chłopak 

do wszystkiego. Specjalista od niczego do specjalnych poruczeń!

Wpadły  mi  w  oko   dwie  oferty  pracy.   Odwiedziłem   więc  obie  te  firmy.  I   obie   mnie 

zatrudniły.   Wybrałem   tę   pierwszą,   bo   w   tej   drugiej   zbyt   nachalnie   pieniła   się   gorączkowa 
zachłanność na pracę, potrzeba tejże. Horror! Stałem więc w sklepie z antykami, przy maszynie 

drukującej adresy i inne nalepki, łatwe to i proste. Roboty wystarczało na dwie godziny dziennie. 
Słuchałem więc radia, zbudowałem sobie nawet z odpadowego drewna coś w rodzaju kantoru 

czy biura, ustawiłem mały stolik, na nim telefon i siedziałem czytając sprawozdania z wyścigów 
konnych. A kiedy dopadała mnie nuda, szedłem do kafejki przy rogu, i znowu siedziałem, pijąc 

kawę i jedząc ciastka, zarzucając komplementami kobiecą obsługę lokalu.

Kierowcy samochodów ciężarowych wiedzieli już, że jak mnie nie ma w biurze, to na 

pewno siedzę w kafejce. Przychodzili więc do niej. Po paru filiżankach wracaliśmy do sklepu, 
lądowaliśmy jakieś skrzynie, czasami nawet y, lotniczym biletem przewozowym.

Właściciele interesu nie mieli ochoty, żeby mnie zwolnić za opierdalanie się czy też płacić 

tylko   za   efektywnie   wykonaną   pracę.   Sprzedawcy   też   polubili   mnie   na   swój   sposób.   Kradli 

wszystko, czego nie dało się ani przyśrubować, ani przybić. Ale ja trzymałem język za zębami. To 
ich zabawy mnie nie interesowały. Nigdy nie chciałem należeć do klanu małych złodziejaszków. 

Ja chciałem zdobyć albo cały świat, albo nic.

6

Dom,   gdzie   mieszkaliśmy,   pełen   był   zapachu   czy   fetoru   śmierci.   Poczułem   to   już 

pierwszego dnia, a upewniłem się, Juk zobaczyłem roje much, unoszących się podczas otwierania 
i   zamykania   drzwi   wejściowych.   Zawsze   witał   mnie   dziwny   odgłos   brzęczenia,   szumienia, 
bzyczenia, wirowania milionów much unoszących się ku górze. Chmury much. Za domem była 
łąka z wysoką zieloną trawą i tam były ich gniazda lęgowe.

No i tak, Panie Boże, i zapomniałeś zesłać nam chociaż jednego pająka! I to ma być ta 

twoja niezwykła harmonia gatunków?

I kiedy tak stałem w oczekiwaniu na reakcję Boga, te miliony much zaczęły wracać na 

ziemię, lądując w trawie, na płocie, w moich włosach, oblepiając mi ramiona i uda. Były więc 
znowu wszędzie. A jedna z nich, chyba najgorsza piekielnica, ukąsiła mnie boleśnie. Zakląłem, 

popędziłem do sklepu i kupiłem największy spray przeciwko insektom i wszelkiej gadzinie. Parę 
godzin trwało polowanie na nie, wydałem im prawdziwą bitwę, bezlitosną i bezpardonową, dziką 

i bezwzględną - kaszląc i dusząc się, trując się oparami chemii. Skończyłem. Obejrzałem się 

background image

wokół i zobaczyłem znowu te same milionowe roje tych samych much. Miałem wrażenie, że 

śmierć   jednej   z   nich   powodowała,   w   boski   zaiste   sposób,   narodziny   kilkunastu   innych. 
Zarzuciłem pomysł ich totalnej likwidacji. Bóg znowu był górą!

Nasze małżeńskie łoże oddzielone było od reszty sypialni czymś w rodzaju kolumnady. 

Na kolumnach i między nimi ustawione były malowniczo doniczki z geranium. W trakcie naszych 

pierwszych   miłosnych   wędrówek   w   nowym   wspólnym   domu   i   w   nowym   wspólnym   łożu, 
zauważyłem, że kolumny dziwnie się trzęsą, wykonując dość zabawne w istocie ruchy wokół 

własnej osi. Dał się posłyszeć także lekki chrobot.

- Auuu - wrzasnąłem.

- Co się dziej? - zapiszczała Joyce. - I nie waż się teraz zatrzymać. Dalej! Dalej! Nie wolno 

ci teraz ustawać!

- Panienko najsłodsza - właśnie na mojej dupie roztrzaskała się glina z twoimi kwiatkami.
- Nie wolno ci teraz ustawać. Nie możesz mi tego zrobić!

- No dobra, już dobra - robię, co mogę!
Wdarłem się w nią głębiej, a nawet udało mi się odnaleźć właściwy rytm ku małżeńskim 

pożytkom cielesnym.

- Auuu, kurwa! - wrzasnąłem znowu.

- Co jest grane?- Co znowu się stało?
- Kolejna donica rozkwasiła mi tyłek i krzyż, podrapała mi pośladki i stoczyła się na 

podłogę!

- Pierdolę te kwiaty - skwitowała małżonka. - A ty skoncentruj się może na tym, co teraz 

robisz!

- Proszę bardzo... proszę bardzo!

Przez cały czas wypełniania obowiązków małżeńskich, donice regularne spadały mi na 

tyłek   i   plecy.   Czułem   się   tak,   jakbym   pierdolił   się   z   kimś   w   czasie   nocnego,   dywanowego, 

zmasowanego bombardowania. Wreszcie nadszedł finał.

- Musimy coś z tymi geraniami zrobić - powiedziałem po paru minutach ciszy i spokoju, 

zbolały i tu, i tam.

- Nie waż się ich dotknąć!

- Dziewczynko, a dlaczego nie?
- Są rozkoszne, jak się patrzy na nie z dołu - i pełne rozkoszy jak spadają ci na twój tyłek!

- I to ci się tak podoba?
- I to jak!

- Czy tobie nic nie odbiło? Zaśmiała się jak zwykle filuternie. Doniczki z geranium stały 

background image

się moim wrogiem. Ale do wszystkiego można się jakoś przyzwyczaić.

7

I wtedy zaczęło się to, że wracałem do domu nieźle wkurzony.
- Co się stało, Hank?
Ilość alkoholu spożywanego każdego wieczoru rosła W diabelnym tempie. Wszystkiemu 

był winien właściciel, Freddy. Nieustannie gwiżdże te same takty tej samej piosenki. Gwiżdże 
rano,   kiedy   przychodzę   do   pracy,   gwiżdże   przez   cały   dzień,   nie   odczuwając   zmęczenia,   a 

wieczorem, na pożegnanie gwiżdże to samo, tylko dwa razy szybciej niż rano. I tak od dwóch 
tygodni.

- Co to za piosenka?
- Z filmu Osiem dni dookoła świata. Rzygam już tym. I tą piosenką, i tym filmem, którego 

jeszcze nie oglądałem.

- To szukaj sobie innej pracy.

- Właśnie taki mam zamiar!
- Nie możesz jednak rzucić pracy, zanim  nie znajdziesz  drugiej. Musimy im przecież 

udowodnić, gdzie mamy ich szmal!

- No już dobrze - to powiedz mi, gdzie MY MAMY ICH SZMAL! Bo ja myślałem, że 

najgłębiej w dupie, tylko nie wiedziałem czy w twojej czy w mojej!!!

8

Spotkałem nieoczekiwane tego ochlajmordę. Znałem go jeszcze z czasów, kiedy byłem z 

Betty i razem w trójkę dwa razy w tygodniu, regularnie, dokonywaliśmy obchodu wszystkich 
barów w dzielnicy. Opowiedział mi, że pracuje na poczcie, że ma już etat, i że praca jest łatwa i 
bardzo przyjemna.

Bez żadnych wątpliwości,  było to największe,  najbardziej podłe i ohydne kłamstwo i 

bujda tego stulecia!

Zawsze chciałem się z nim spotkać, ale obawiałem się, że tym razem spotkał już jakiegoś 

nieudanego   cukiernika,   który   ugarnirował   go   zestarzałym   lukrem.   A   czy   ja   musiałem   i   tego 
kosztować?

Ano musiałem. Złożyłem więc po raz drugi papiery i podanie o przyjęcie w zwarte szeregi 

urzędników   państwowych,   tym   razem   nie   zakreślając   rubryki   „doręczyciel,”   lecz   „służby 

wewnętrzne”.

W tym samym dniu, kiedy wręczono mi zaproszenie na uroczyste złożenie przysięgi nowo 

przyjętych do służb publicznych, Freddy nagle przestał gwizdać tę upiorną już piosenkę z filmu 
W osiem dni dookoła świata. Na szczęście nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Cieszyłem się 

na „lekką pracę u Wuja Sama”.

Moje prawie ostatnie zdanie, jakie wypowiedziałem do chlebodawcy brzmiało:

background image

- Mam coś osobistego do załatwienia na mieście, nie będzie więc mnie godzinę albo góra 

półtorej!

- Okay, Hank.

I tak, jak zmiana jego repertuaru nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia, tak i on nie 

dowiedział się, którą to godzinę tak naprawdę miałem na myśli.

9

Dużo nas stało. Cała kupa. 150 i 200 chłopa. Wszyscy wypełniali jakieś piekielnie nudne 

dodatkowe   formularze.   A   potem,   z   oczami   wlepionymi   w   narodową   flagę,   wypowiadaliśmy 
głośno słowa przysięgi już raz przeze mnie deklamowane.

Po ceremonii, jakiś umundurowany wariat, podszedł do nas i powiedział:
-   No   i   wreszcie   macie   dobrą   pracę.   Jeżeli   nie   będziecie   się   zbyt   oszczędzać,   macie 

zapewniony chleb do końca waszych dni.

Trochę przesadził. W więzieniu ma się dużo lepiej. I nie musisz nic robić. Nie trzeba 

płacić komornego, żadnych rachunków za gaz i elektryczność, żadnych podatków, nic nie wydaje 
się na żarcie, nie płacisz podatków od samochodów, żadnych kar i odszkodowań, nikt się ciebie 

nie czepia za parę nic nie wartych promili, nie przegrywa się na wyścigach, konnych, bezpłatne 
leczenie, a nawet dentysta, przyjaźń i koleżeństwo z równymi sobie, dają nawet msze święte, nie 

grożą ci żadne choroby weneryczne, no i pogrzeb masz na koszt państwa.

Z tych 150 czy 200 ochotników, po dwunastu latach pracy, odnajdywałeś na poczcie góra 

dwóch. I tak, jak niektórzy nie nadawali się na taksówkarza czy alfonsa, czy nawet naganiacza, tak 
bardzo wielu, i kobiety, i mężczyźni nie przetrzymywało rygorów pracy na poczcie. Co jak co, ale 

to ja już wiem najlepiej.

Rok w rok 200 składało przysięgę. Bezwzględna poczta wypluwała średnio 198. Dwóch 

pozostawało, ale to za mało, ciągle za mało, żeby Wuj Sam był zadowolony czy nawet szczęśliwy.

10

Jakiś inny umundurowany, też wariat, oprowadzał nas po budynku. Nasza grupa była tak 

liczna, że trzeba było podzielić ją na mniejsze. Poruszaliśmy się za pomocą wewnętrznej windy. 
Pokazywano nam stołówkę, składy i magazyny, i inne mało interesujące rzeczy.

To trwa już wieczność - pomyślałem. Freddy oszaleje, a ja też oszaleję wiedząc, że on już 

oszalał z mojego powodu!

A potem demonstrowano nam karty do stemplowania. Ustawiliśmy się grzecznie przed 

zegarem.

- I tak to się odbywa.

Umundurowany zademonstrował nam niezwykle skomplikowaną operację stemplowania 

kart pracy.

- A teraz każdy sobie spróbuje!

background image

Po dwóch i pół godzinie przyszła kolej i na mnie.

Była to gigantyczna i potężna ceremonia składania przysięgi, w obecności narodowej flagi.

11

Po dziewięciu czy dziesięciu godzinach pracy, ludzie stawali się ospali i leniwi, i cudem 

tylko  udawało  się  im  chronić   głowę  przed  gwałtownym  i  bardzo  bolesnym  „spotkaniem” z 
zielonkawą metalową kratą wózka rozdzielczego. Sortowaliśmy pocztę według dzielnic. Jeśli adres 
zawierał numer 28, to trzeba było przesyłkę umieścić w wózku rozdzielczym z takim samym 
numerem. I proste to, i głupie!

Jakiś   czarny   chłopak   zaczął   nagle   podskakiwać   i   wymachiwać   ramionami.   Typowa   i 

klasyczna walka ze snem, po której zawsze cierpi się na silne zawroty głowy.

- Boże Przenajświętszy, dłużej tego nie wytrzymam! - gardłował.

A był silny i mocny jak byk.
Powtarzać w nieskończoność ciągle te same ruchy - to nie tylko,  że bolało,  to było 

morderczo bolesne.

W samym końcu korytarza stał wartownik - taki drugi Stone, z ciągle taką samą miną 

przylepioną   do   ryja   -   spróbujcie   kiedyś   tego   przed   lustrem,   to   wcale   nie   jest   tak   łatwo 
zniekształcić własną twarz, żeby wiedzieć, że cały, bez wyjątku cały świat ma wiedzieć, że ten 

wartownik czy też właściciel i kreator tej miny uważał i będzie uważać wszystko i wszystkich za 
nic nie wartą kupę gówna. Kiedyś byli listonoszami albo zasuwali w sortowni, a teraz... Nigdy nie 

mogłem   tego   pojąć.   Bez   wątpienia   jednak   wartownikami   zostawali   specjalnie   dobierani 
beznadziejni debile.

Jedną   nogę   trzeba   było   postawić   na   krawędzi   wózka,   a   drugą   gdzie   tylko   się   dało. 

Rozmowy były zabronione. Dwie krótkie dziesięciominutowe przerwy w ciągu ośmiogodzinnego 

dnia pracy. Dokładnie zapisywano czas wejścia do toalety i wyjścia z niej. Zostawało się w niej 
dłużej niż trzynaście minut, draka murowana. Kara też.

Ale płacili lepiej niż w sklepie z antykami, Myślałem, że za takie pieniądze można się do 

wszystkiego przyzwyczaić.

Nigdy mi się to nie udało.

12

A   potem   poprowadził   nas   wartownik   do   innego   oddziału.   Zostaliśmy   tam   dziesięć 

godzin.

- Zanim  zaczniecie,  muszę wam zwrócić na coś uwagę - zaczął  wartownik.  - Poczta 

znajdująca się w koszu tego rodzaju, co stoi właśnie przed wami, musi być posortowana w ciągu 
23 minut. To jest dopuszczalna dolna granica waszej wydajności pracy. A teraz spróbujcie sami, 

ilu z was posortuje przesyłki w czasie krótszym niż 23 minuty! Uwaga! Start!

- Co on wyprawia, z byka spadł - pomyślałem jako były pracownik z doświadczeniem. 

background image

Mnie   zawody   i   konkursy   zawsze   męczyły!   Każdy   z   tych   koszyków   miał   sześćdziesiąt 

centymetrów długości, ale każdy z nich zawierał różną liczbę przesyłek. Niektóre z nich miały 
dwa, a nawet trzy razy więcej niż pozostałe.

Nowi   koledzy   rzucili   się   na   to   jak   oszołomy.   Obawa   przed   kompromitacją?   Tępota 

umysłu? Wstyd klęski?

Ja nie dałem się zwariować. Z moim doświadczeniem?
- Jeśli skończyliście pierwszy kosz, możecie natychmiast zacząć następny - usłyszałem 

pełne walorów motywacyjnych słowa wartownika.

A ci wysilali się jakby byli na katordze. Prawie wyrywali sobie kosze z przesyłkami. A ja 

poczułem w pewnej chwili wzrok wartownika na karku.

- Widzicie, ten człowiek już czegoś dokonał - i wskazał na mnie palcem. - Właśnie kończy 

już drugi kosz!

A to był ciągle pierwszy, i to dopiero w połowie. Nie wiedziałem, po co i dlaczego on to 

powiedział.   Ta   intryga   wydawała   mi   się   zbyt   prostacka.   Po   chwili   jednak   sam   musiałem 
stwierdzić, że taki „komplement,” nawet prostacki, powoduje zwiększenie prędkości pracy rąk. I 

to własnych rąk! Zaczęły one nawijać jakieś zupełnie diabelskie tempo, a oczy mokre były od łez 
czy od potu?

13

O wpół do czwartej nad ranem miałem koniec pracy. Dwanaście godzin harówy non 

stop.   Wtedy   nie   otrzymywało   się   ekstra   stawek   za   nadgodziny.   Płacono   zwykłą   stawkę 
godzinową.   O   ile   dostąpiło   się   zaszczytu   bycia   zatrudnionym   jako   „tymczasowy   urzędnik 
pomocniczy na czas nieokreślony”.

Nastawiłem budzik tak, żebym mógł być o godzinie ósmej rano w antykwariacie.
- No, co jest, Hank? Myśleliśmy, że miałeś wypadek. Wszyscy się już zamartwiali!

- Odchodzę!
- Odchodzisz?

- Tak. A co, chcecie mi może powiedzieć, że trzeba sobie zasłużyć, żeby wolno było 

zmienić chujową pracę na jeszcze gorszą?

Poszedłem do Freddy'ego. Otrzymałem czek.
Tak więc, znowu wylądowałem w pocztowej służbie publicznej Stanów Zjednoczonych.

14

I ciągle jeszcze nie opuszczała mnie Joyce, z tymi jej geraniami i milionami po ojcu i 

dziadku. Bo udawało się mi sprostać jej oczekiwaniom! Joyce i muchy, i geranie!

Pracowałem   na   nocną   zmianę,   przez   dwanaście   godzin,   a   ta   całymi   dniami   dreptała 

wokół   mnie,   grzebała w  spodniach,   chcąc mnie  już  wyssać  zupełnie  ze  wszystkiego.   Nawet 

budziłem się z najgłębszego snu, kiedy jej nieostrożna ręka głaskała mnie i pieściła. O żadnej 

background image

odmowie nie było mowy. Figlowaliśmy więc godzinami, a ona szalała i była szczęśliwa.

Wróciłem pewnego ranka do domu, a ona przemówiła do mnie:
- Hank, tylko nie bądź zły!

Byłem zbyt zmęczony, żeby jeszcze pozwolić sobie na cokolwiek.
- Co jest, baby? spytałem.

- Mamy psa, młodego szczeniaka, przyprowadziłam go do domu!
- Okay. Psy są w porządku. Może być nam z nim bardzo przyjemnie. Gdzie on jest?

- W kuchni. Nazywa się Picasso.
Poszedłem więc do kuchni, żeby przypatrzeć się naszemu nowemu nabytkowi. Chyba nic 

nie mógł widzieć. Włosy całkowicie zakrywały mu oczy. Przez chwilę przypatrywałem się mu, 
obserwowałem, jak się porusza. Wziąłem go na ręce. Biedny Picasso!

- Baby, czy ty aby wiesz, co ty narobiłaś?
- Już go nie lubisz, tak?

- Nie powiedziałem, że go nie lubię. Ale ten pies to przygłup! Przytachałaś idiotę, a nie 

psa!

- A skąd ty możesz wiedzieć?
- Bo mu się bardzo uważnie przyjrzałem!

I właśnie w tym momencie Picasso zaczął sikać. I trwało to dość długo. Picasso był pełen 

moczu. Długi żółty strumyk przecinał kuchenną podłogę. A kiedy skończył, obejrzał się za siebie 

i nieruchomo wpatrywał się w to, co właśnie z niego wyciekło.

Chwyciłem go za kark i podniosłem do góry.

- A teraz to wycieraj, pojemniku na szczyny!
Picasso   stał   się   więc   jeszcze   jednym,   dodatkowym   problemem.   Nawet   po 

dwunastogodzinnej harówce na nocnej zmianie, kiedy to Joyce pieszczotami zmuszała mnie pod 
geraniami do tego, do czego nie miałem siły i ochoty, to ja właśnie musiałem pamiętać jeszcze o 

tym biednym zwierzaku.

- Gdzie jest Picasso?

- Ach, do cholery z nim - niecierpliwie odpowiadała wtedy Joyce.
A ja wyłaziłem wtedy z łóżka, z tą sterczącą długą tyką pod brzuchem i udawałem się na 

poszukiwania psa.

I tylko nic mi już nie, mów, że pies znowu jest na zewnątrz. Mówiłem ci już tyle razy, że 

nie powinnaś wypuszczać go na podwórko.

I lazłem na podwórko, nagi, zbyt zmęczony, żeby się ubrać. A on położył się pod jakimś 

wyłomem  w ścianie  domu. Leżał  tam, ten biedny  Picasso,  a pięćset much  nad nim, a parę 

background image

milionów na nim. Rzuciłem się biegiem w jego stronę, tyczka pod brzuchem, mimo że już dawno 

mniejsza, waliła mnie po miednicy, ale pędziłem dalej, przeklinając te wstrętne muchy. Siedziały 
mu w oczach, we włosach, w uszach, na siusiaku, w pysku... wszędzie. A on spokojnie leżał i 

uśmiechał się do mnie. Uśmiechał się do mnie, a muchy wżerały mu się w ciało. I ciągle jeszcze 
uśmiechał się. Może wiedział więcej niż my wszyscy razem do kupy? Wziąłem go na ręce i 

wniosłem do domu.

... the little dog laughed

to see such sport;
And the dish ran away
with the spoon.

- Na miłość Boga, Joyce, jak często muszę ci to powtarzać i powtarzać, i powtarzać.
- To ty zrobiłeś z niego pokojowego stwora. Zapominasz, że nawet taki pokojowy stwór 

musi czasami wyjść na dwór. Bo to sika i sra też!

- Ale kiedy się już wysikał i wysrał też, mogłabyś wpuścić go do domu. Sam sobie drzwi 

przecież nie otworzy. Na to jest za głupi. I pamiętaj też, żeby jego odchody zakopywać. No, 

chyba że chcesz stworzyć muchom raj na ziemi!

I ledwo udało mi się zamknąć oczy, poczułem głaskającą mnie i moje uda rękę Joyce. Ta 

droga do tych kilkunastu milionów nie była ani lekka, ani łatwa.

15

Kimając już, siedziałem w fotelu i czekałem na jedzenie. Jak zwykle trwało to dość długo. 

Wstałem więc, żeby przynieść sobie szklankę wody, a kiedy wchodziłem do kuchni, zobaczyłem, 
że Picasso liże stopy Joyce. Ponieważ byłem mi bosaka, nie wiedziała, że jestem prawie za jej 
plecami, Na nogach, jak zwykle, miała buty na bardzo wysokich obcasach. Picasso nie ustawał w 
okazywaniu   jej   swoich   uczuć,   ona   zaś   patrzyła   na   niego   z   małomiasteczkową   nienawiścią, 
zaczynała prawie jarzyć się ze wściekłości. Nagle kopnęła psa gwałtownie w bok, prawie wbijając 
obcas w skórę. Biedny pies, nie wiedząc,  co się dzieje,  zaczął skamleć i piszczeć,  goniąc za 
własnym ogonem. Siuśki zaczęły skapywać na podłogę. Stałem przez chwilę z pustą szklanką w 
dłoni i nie napełniwszy jej już niczym, walnąłem nią w lodówkę na lewo od umywalki. Kawałki 
szkła rozleciały się we wszystkich kierunkach. Joyce, na szczęście, zakryła sobie twarz rękami. Nie 
zastanawiając się już nad niczym, chwyciłem psa i wybiegłem z kuchni. Usadowiliśmy się w 
ogródku. Łagodnie przeczesywałem palcami jego sierść. Popatrzył na mnie, wysunął ostrożnie 
jęzor i polizał mój nadgarstek. Ogon zaczął wibrować coraz szybciej, myślałem nawet przez 
chwilę, że może mu nagle odpaść! W tym samym czasie Joyce, na kolanach, zbierała resztki szkła 
do dużej papierowej torby. Cichutko chlipała, próbując to ukryć przede mną. Odwróciła się 
nawet do mnie plecami, ale ja i tak wiedziałem, co się dzieje. Drgania jej ramion były aż za 
jednoznaczne.

Postawiłem Picassa na ziemi i wróciłem do kuchni.

- No, już nie, już nie, baby.
Stanąłem za nią. Uniosłem ją do góry. Była lekka, jak z waty.

- Baby, jest mi bardzo przykro!
Przytuliłem się do niej, swoją rękę położyłem na jej brzuchu. Delikatnie starałem się 

background image

rozmasować. Dreszcze powoli ustępowały.

- Tylko spokojnie, spokojnie, baby!
Joyce uspokoiła się. Odsunąłem jej włosy i pocałowałem w ucho. Poczułem ciepło jej 

ciała. Gwałtownie wyrzuciła głowę do przodu. Ale jak całowałem jej drugie ucho, głowa nie 
wykonała już żadnego gwałtownego ruchu więcej. Poczułem jak ostrożnie wciąga powietrze do 

płuc, jak delikatnie wzdycha. Podniosłem ją znowu do góry i przeniosłem do drugiego pokoju. 
Usiedliśmy na krześle, ona bardzo blisko mnie. Nie patrzyła w moją stronę. Całowałem jej szyję i 

koniuszki uszu. Jedna ręka dotykała jej ramion, a druga opierała się na jej biodrach. Wolno ją 
głaskałem, dokładnie w rytmie jej wdechów i wydechów, żeby przejąć te wszystkie „złośliwe 

energie”.   Wreszcie   spojrzała   na   mnie,   z   tym   swoim   prawie   niedostrzegalnym   uśmieszkiem. 
Schyliłem głowę w jej stronę i ugryzłem ją lekko w brodę.

- Wściekłe babiszcze - powiedziałem.
Zaczęła się śmiać, a potem całowaliśmy się. Nasze głowy mocno stukały o siebie. I wtedy 

znowu się rozbeczała. Cofnąłem głowę do tyłu i powiedziałem:

- PRZESTAŃ, TERAZ PRZESTAŃ!

I znowu całowaliśmy się. A potem przeniosłem ją do naszej sypialni, położyłem na łóżku 

i   błyskawicznie   ściągnąłem   spodnie,   majtki   i   buty.   Z   jej   majteczkami   nie   miałem   żadnego 

kłopotu,   z   butami   cholerne.   A   potem   waliliśmy   się   tak   wspaniale,   jak   jeszcze   nigdy   dotąd. 
Wszystkie geranie spadły na mnie z regału. Kiedy skończyliśmy te nasze ceremonie w kwiatach i 

doniczkach, spokojnie i długo rozmawialiśmy, a ja wczepiony w jej długie włosy, opowiadałem 
wszystko to, co tylko ślina przyniosła mi na język. Ona tylko mruczała i mruczała, a potem nagle 

wstała i poszła do łazienki. Długo tam była. Długo. W kuchni zdążyłem wszystko posprzątać i* 
pozmywać. Śpiewałem chyba nawet jakieś piosenki. Nawet sam Steve McQueen nie potrafiłby 

lepiej. Od tego dnia musiałem sam sobie dawać radę z dwoma Picassami.

16

- Słuchaj - powiedziałem kiedyś nagle, bez chwili namysłu - słuchaj mnie, ten cholerny 

nocny job doprowadza mnie już do szaleństwa. Czasami nie wiem już, kim jestem, co robię i po 
co ja tak zasuwam. Powinniśmy skończyć z tym. Moglibyśmy tak sobie tylko leżeć obok siebie, 
pokochać   się   trochę,   chodzić   na   spacery,   rozmawiać.   Moglibyśmy   częściej   odwiedzać   ogród 
zoologiczny, oglądać zwierzęta. Robić wycieczki na plażę i gapić się w wodę. Nawet godzinami. 
To jest przecież tylko czterdzieści  pięć kilometrów. Moglibyśmy pograć sobie trochę w tych 
salonach   z   automatami,   iść   na   mecz   bokserski,   do   muzeum,   na   wyścigi   konne.   Na   pewno 
poznalibyśmy nowych ludzi, może nawet przyszłych przyjaciół. Śmiać się razem. A nasze obecne 
życie jest takie samo, jak życie wielu innych ludzi. Nasze życie odbiera nam radość życia, zabija 
życie w nas.

- Nie, Hank - my musimy im udowodnić, my powinniśmy im udowodnić...

I tak to, po raz kolejny któryś ta mała dziewczynka z Teksasu, nastawiła znaną mi już 

płytę.

background image

Przestałem roztaczać przed nią uroki „innego życia”.

17

Każdego wieczoru przed moim wyjściem do pracy, Joyce kładła mi ubranie na łóżku. 

Były to najdroższe łachy, jakie można było kupić w okolicznych sklepach. Nigdy nie wolno mi 
było nosić tych samych spodni, koszul czy butów w następujących po sobie nocach. Miałem 
dziesiątki różnych kombinacji koszul z krawatami, koszul z marynarkami, butów ze spodniami. 
Ubierałem to, co ona mi własnoręcznie „skomponowała”. Zupełnie jak przed laty mamuśka. No 
tak   -   myślałem   wtedy   zawsze   -   dużo   to   ja   jej   jeszcze   nie   nauczyłem.   Nigdy   niczego   nie 
komentując, pokornie wciągałem na siebie to, co ona mi „przyrządziła”.

18

Często   odbywały   się   takie   przerwy   w   pracy,   które   oni   nazywali   „szkoleniem 

zawodowym”. Trwało to przeciętnie po trzydzieści minut, a w tym czasie nie musieliśmy wyko-
nywać   naszej   ogłupiającej   roboty,   tylko   słuchać   mądrzejszych.   Jakiś   kolosalnych   wymiarów 
Italiano wlazł na podium, żeby wprowadzić nas w nowe zagadnienia pracy poczty amerykańskiej.

- ...nic nie pachnie tak przyjemnie jak dobry, czysty i świeży pot, nic nie pachnie bardziej 

wstrętnie i nieprzyjemnie niż stary i przenoszony pot.

Rany   Boga,   czy   ja   słyszę   to,   co   właśnie   słyszę?   I   coś   takiego   akceptuje   nasz 

demokratyczny rząd! Ten kretyn chce mi powiedzieć, że byłoby dobrze, gdybym codziennie mył 

własne pachy. Inżynierom czy dyrygentom nie opowiadałby takich bzdur. To nas poniża.

- ...i kąpcie się codziennie. Nie tylko zyska na tym wasza wydajność pracy, ale także wasz 

wygląd zewnętrzny.

Wydawało mi się przez chwilę, że chciałby użyć słowa „higiena”, ale w wyuczonych na 

pamięć zdaniach nie znalazł dla „higieny” miejsca.

Z tyłu sceny wyciągnął stojak, a na nim olbrzymiej wielkości mapę kraju. Rzeczywiście 

monstrualna. Zajmowała więcej niż połowę sceny. Jakiś strumień światła nagle padł na nią, a 
kolosalnych wymiarów Italiano chwycił długi kij do wskazywania, jak to było kiedyś w szkołach 

podstawowych, i stanął przed mapą.

- Czy widzicie tę dużą zieloną plamę? To jest cholernie duża plama, bo to jest piekielnie 

duży obszar. Przypatrzcie się dokładnie!

Długim kijem do wskazywania zaczął dość chaotycznie jeździć po mapie. Wtedy nastroje 

antysowieckie były niezwykle silne. Chiny jeszcze nie zaczęły napinać swoich mięśni. Wietnam 
wydawał   się   nam   wszystkim   wtenczas   tylko   niewielkim   piknikiem,   ale   za   to   ze   sztucznymi 

fajerwerkami. A mimo wszystko wydawało mi się, że śnię, jak usłyszałem, co ten olbrzym nam 
opowiadał. Nikt nic nie mówił. Nikt nie reagował. Nikt nie protestował. No tak, potrzebowaliś-

my   pracy.   Wszyscy.   Nawet   Joyce   sądziła,   że   ja   potrzebuję   zapierdalać.   A   potem   ten   goliat 
powiedział: - Tu, patrzcie tutaj! To jest Alaska. A tam są oni! Wygląda to tak, że mogliby z 

łatwością przeskoczyć na tę stronę, no nie?, na naszą stronę!

- Tak - powiedział jakiś wzorowy uczeń w pierwszej ławce i w pierwszym rzędzie. Italiano 

background image

zrolował szybko mapę i rzucił ją gdzieś w kąt, sycząc coś przez zęby.

Gumową końcówkę kija do wskazywania skierował teraz w naszą stronę.
- Chciałbym, żebyście panowie zrozumieli to, że my wszyscy, w takich warunkach, skazani 

jesteśmy na przymus oszczędzania tam, gdzie tylko się da. I stawiam sprawę jasno: KAŻDY LIST 
PRZEZ   WAS   SORTOWANY,   KAŻDA   SEKUNDA,   KAŻDA   MINUTA,   KAŻDA 

GODZINA, KAŻDY DZIEŃ I KAŻDY TYDZIEŃ WASZEJ PILNEJ PRACY, KAŻDY 
LIST   SORTOWANY   PONAD   NORMĘ   PRZYPADAJĄCĄ   NA   KAŻDEGO   Z   WAS, 

PRZYCZYNIA SIĘ DO ZDŁAWIENIA RUSKA!

Cisza.

- I to byłoby tyle na dzisiaj. Ale zanim się rozejdziecie do pracy, każdy z was otrzyma 

tabelę z przydzielonym okręgiem pocztowym.

Co to za tabela? Co znowu wpadło im do łbów! Jeden już zaczął łazić między nami i 

rozdzielać jakieś papierzyska.

- Chinaski - zapytał.
- Tak.

- Masz okręg numer dziewięć.
- Dziękuję - odpowiedziałem.

Podziękowałem,   tylko   nie   wiedziałem,   że   nie   powinienem   tego   był   uczynić.   Okręg 

dziewiąty był największy w całym mieście. Inni dostali okręgi o połowę mniejsze, a nawet więcej. 

Dokładnie powtórzyła się sytuacja z tym słynnym już sześćdziesięciocentymetrowym koszykiem, 
opróżnianym   w   ciągu   dwudziestu   trzech   minut   -   ja   nie   miałem   szansy   w   konkurowaniu   z 

kimkolwiek. Przez sekundę poczułem się zamordowany.

19

Kiedy następnego dnia szliśmy grupą na kolejne szkolenie do głównego gmachu poczty, 

odłączyłem się od tego tłumu półidiotów i zacząłem rozmawiać z Gusem, starym listonoszem. 
Gus był kiedyś trzeci w boksie, w wadze półśredniej. A potem przyszły same porażki. Nie miał 
łatwo, bo był praworęczny, a tacy na ringu nie mają najłatwiej. Muszą perfekcyjniej opanować 
sztukę obrony przed tymi leworęcznymi. A to kosztuje i czas, i wysiłek. Więc po co się zamęczać? 
Powoli wysączyliśmy parę łyków z jego butelczyny i postanowiliśmy się przyłączyć do grupy. 
Italiano  czatował   już  przy   drzwiach.   Widząc   mnie   nadchodzącego  zrobił  trzy  kroki   w  moją 
stronę.

- Chinaski?

- Tak.
- Pan się spóźnił!

Nic mu nie odpowiedziałem. Razem weszliśmy do gmachu.
- Wie pan co, miałbym wielką ochotę skierować na pańskie ręce ostrzeżenie - powiedział 

ni z gruchy, ni z pietruchy.

background image

- Proszę bardzo, bardzo proszę, niech pan tego nie robi - zaskomlałem. On rzucił tylko 

na mnie spojrzenie tymi swoimi ślepiami kombinatora i aferzysty.

- Dobra - tym razem daruję.

- Bardzo dziękuję - powiedziałem.
Zgodnym krokiem przekroczyliśmy próg gmachu.

I wiecie co? Smród jego potu zatkał na chwilę cały mój układ oddechowy. I on chce 

walczyć z Ruskimi? A jak wygra?

20

Od paru dni musieliśmy się więc uczyć na pamięć danych z tabel okręgów. Dawali nam 

całe kupy jakiejś „teoretycznej korespondencji” i kazali sortować. Żeby mieć egzamin, należało 
sto jednostek przesyłek posortować w ściśle określonym czasie ośmiu minut, z prawem błędu do 
pięciu nieprawidłowo posortowanych przesyłek. Można było próbować trzy razy. Przekroczenie 
progu błędu lub limitu czasu dyskwalifikowało. Inaczej mówiąc, wywalano z pracy.

Nie wszyscy dadzą sobie z tym radę grzmiał Italiano - bo przeznaczeni są może do innych 

zadań. Być może pewnego dnia będą prezesami General Motors.

Italiano gdzieś zniknął, a na jego miejsce pojawił się mały, przyjemny dość instruktor 

naszej grupy.

- Na pewno dacie sobie radę - pompował w nas odwagę i zapał.
- To nie jest aż tak trudne, jak wam się, koledzy, wydaje. Każdej grupie przydzielono 

instruktora, który był także oceniany według liczby jego podopiecznych przechodzących przez 
egzamin. Ten przyjemny, miły, tak dodający nam odwagi i animuszu nasz instruktor plasował się 

na samym końcu tabeli  kwalifikacyjnej  instruktorów.  U niego przepadli  na egzaminie  prawie 
wszyscy. Sam się tym denerwował trochę.

- To nie jest nic strasznego. To wymaga tylko odrobinę koncentracji i nic więcej.
Niektórzy trzymali już w łapach pliki „egzaminacyjnej korespondencji” - były to małe 

albo niewielkie pliki przesyłek, a ja miałem tego oczywiście najwięcej, bo ten kopany dziewiąty 
rejon był największy.

Stałem więc lekko  ocepiały w moim eleganckim  i drogim  stroju. Ręce bezmyślnie  w 

kieszeniach.

- Chinaski, czy czegoś panu brakuje? - spytał instruktor. - Ja wiem, że pan śpiewająco 

przejdzie przez ten egzamin.

- No jasne. To pewne jak w banku. Właśnie myślę teraz o tym.
- A nad czym konkretnie pan tak teraz myśli?

- Nic takiego.
Odwróciłem się plecami do niego.

Tydzień później stałem znowu w moim szykownym garniturze z rękami w kieszeniach. 

background image

Jakiś nieprzytomny pomocnik listonosza podbiegł prawie bezszelestnie do mnie.

- Sir, myślę, że opanowałem już moją tabelę!
- Jesteście tego pewni? - zapytałem chłodno.

- Ćwicząc sortowanie miałem na sto listów 97, 98, 99, a nawet parę razy sto trafień.
-   Pan   musi   zrozumieć,   że   poczta   amerykańska   wydaje   duże   pieniądze   na   szkolenie 

własnych pracowników. Oczekujemy więc od pana, że opanuje pan swoją tabelę na więcej niż 
tylko piątkę.

- Sir, jestem gotowy do złożenia egzaminu.
-   To   wspaniale   -   chwyciłem   jego   rękę   i   pogratulowałem   -   nic   więc   nie   stoi   na 

przeszkodzie, żeby odbębnił pan wreszcie ten egzamin, młody człowieku. Dużo szczęścia.

- Dziękuję, Sir.

Pobiegł potem do pomieszczenia gdzie odbywały się egzaminy, oszklonego ze wszystkich 

stron jak akwarium, żeby ci z komisji mogli dokładnie patrzeć na ręce egzaminowanego. Biedne 

wypłoszone   płotki   za   szkłem.   A   ja   byłem   jedną   z   nich.   I   trzeba   tak   nisko   upaść,   kiedy 
postanowiło się nie być więcej takim małomiasteczkowym nic - nierobem! Poszedłem do sali, w 

której odbywały się szkolenia, rzuciłem egzaminacyjne rekwizyty w kąt i popatrzyłem na swoje 
lustrzane odbicie.

- Ale siedzisz po pachy w gównie!
Usłyszałem   śmiejących   się   kolegów.   A   potem   któryś   z   instruktorów   zakomunikował 

głośno: - Minęło trzydzieści minut. Wracamy na stanowiska pracy.

To oznaczało powrót do dwunastu godzin potwornie monotonnej i ogłupiającej pracy.

Ponaglali tych, którzy się dawali jeszcze ponaglać! Ale tych ostatnich było coraz mniej. 

Ludzie nie wytrzymywali i odchodzili. Ci, co zostawali, musieli zasuwać ostro i bez wytchnienia.

Regulamin pracy przewidywał, że po dwóch tygodniach roboty, należało się cztery dni 

wolnego. I tylko perspektywa czterodniowego nieróbstwa trzymała ludzi w pracy, motywując ich 

do diabelskiego wysiłku i wydajności. Ostatniej nocy, przed tą oczekiwaną przez wszystkich czte-
rodniową pauzą, usłyszeliśmy komunikat nadany przez głośnik:

- UWAGA, UWAGA, WSZYSCY CZŁONKOWIE GRUPY 409!
Ja byłem członkiem tej grupy.

-   WASZE   CZTERY   DNI   WOLNE   ZOSTAŁY   SKREŚLONE.   JUTRO 

KONTYNUUJECIE NORMALNY PROGRAM WASZYCH OBOWIĄZKÓW!

21

Joyce znalazła pracę w zarządzie dystryktu i to w oddziale miejscowej policji. Ożeniony 

byłem więc z gliną.

Ona   pracowała   dniem,   a   ja   nocą,   więc   miałem   trochę   więcej   spokoju   od   tych   jej 

background image

obłapiających   mnie   rąk.   Kupiła   za   to   dwie   papużki   i   te   cholerne   ptaszyska   nie   tyle,   że   nie 

rozmawiały ze sobą, co całymi dniami wydzierały się na siebie, i chyba także na nas.

Oglądaliśmy się z Joyce tylko przy śniadaniach, a ponieważ ona ciągle pędziła, były to 

więc dla mnie bardzo miłe chwile. I mimo, że udawało się jej mnie gwałcić od czasu do czasu, to 
moje położenie w tym względzie bardzo się polepszyło... tylko te papugi zakłócały harmonię i 

spokój.

- Słuchaj, baby!...

- Co znowu nowego?
-  Więc  do spadających  geranii,  much i  Picassa przyzwyczaiłem  się już,  ale ty musisz 

zdawać sobie sprawę także z tego, że każdej nocy zasuwam dwanaście godzin, że muszę się uczyć 
jebanych tabel na pamięć, a ta resztka energii zostająca we mnie... to mnie fatyguje i zamęcza!

- Zamęcza?
- Wyraziłem się niewłaściwie. Przepraszam, baby!

- Jak ty to rozumiesz - zamęcza i fatyguje?
- Jak to właśnie powiedziałem. Przejęzyczyłem się. Zapomnijmy o tym. Ale te pieprzone 

papugi...!

- Aha, więc teraz chodzi o papugi? One też cię nagabują i się naprzykrzają?

- Tak. Dokładnie tak! Posłuchaj!
- A kto przy nich śpi! Ja śpię na górze!

- Och, przestań się wygłupiać!
- A teraz chcesz mi powiedzieć, jaka to ja mam być, co?

- Koniec! Mordy na skobel! Kurwa! To ty leżysz, na workach z pieniędzmi! Ty, nie ja! - 

więc chociaż pozwól mi się wygadać do samego końca, co?! Tak czy nie!

- Dobrze, małe baby - wygadaj się.
- Więc małe baby mówi: Mama! Mama! Te upierdliwe papugi doprowadzają mój mózg do 

stanu wrzenia!

- A teraz powiedz, proszę, mamie, jak to się dzieje, że te małe ptaki stanowią zagrożenie 

dla twojego mocarnego przecież mózgu?

- To jest tak, mamusiu, że te stworki paplają, plotą, bajdurzą, bredzą i ględzą całymi 

dniami, nigdy nie zmęczone, a ja ciągle czekam, że one wreszcie coś do mnie powiedzą, ale one 
tego nie chcą, a ja nie mogę spać, bo muszę wsłuchiwać się w ten idiotyczny dialog takiego duetu.

- No to małe baby, jeśli nie możesz usnąć, to je wynieś stąd.
- Wynieść je, mamulku?

- Tak, wynieść.

background image

- Dobrze, mamuśka!

Pocałowała mnie w czoło i ostro zarzucając biodrami zbiegła schodami na dół, żeby już 

wkrótce zamienić się w przedstawiciela prawa i porządku. Gliny i polipy! A ona jedna z nich!

Rzuciłem   się   do   łóżka,   próbowałem   zasnąć.   Ale   one   nawijały   i   nawijały.   Każdy 

najmniejszy muskuł w nogach i rękach pełen był bólu i cierpienia. Wszystko jedno, czy leżałem 

na prawym boku, czy na lewym, na plecach. Drogą usilnych prób i błędów stwierdziłem, że ból 
stawał się najmniej dokuczliwy, kiedy leżałem na brzuchu. Ale było to piekielnie niewygodne. 

Wytrzymywałem na nim nie dłużej niż dwie do trzech minut. Kotłowałem się na tym wyrze raz 
tak, raz inaczej, klnąc, krzycząc, śmiejąc się rozpaczliwie. Przyznawałem sam sobie, że cała ta 

moja sytuacja była w najwyższym stopniu niebywale śmieszna. A te nawijały, jakby nigdy nic. 
Załatwiały   mnie,   jak   tylko   chciały.   Bo   co   one   mogły   w   swojej   klatce   wiedzieć   o   mękach 

zjebanego pracą człowieka? Same pióra i nic więcej. Mózg tak duży, jak główka szpilki.

Kompletnie zmachany i odmóżdżony wstałem z łóżka, poszedłem do kuchni, napełniłem 

szklankę wodą i wylałem im to wszystko na łby.

- Pierdolone ptactwo - obrzuciłem je jeszcze przekleństwami.

Popatrzyły na mnie smętnie spod tych swoich piór. Ale milczały! Cisza! Terapia wodna 

zawsze odnosi skutek. Ci wszyscy lekarze rozwalonych ludzkich dusz wiedzą, co czynią!

A potem ta zielona z żółtą plamą skubnęła się we własną pierś, spojrzała na mnie i 

zaczęła nawijać do tej czerwonej z zieloną plamą. Wszystko zaczęło się od początku.

Usiadłem  na brzegu łóżka i wsłuchiwałem się w ten trajkot  nocny i wtedy nadbiegł 

Picasso i ugryzł mnie w stopę.

No   -   to   teraz   miałem   już   tego   wszystkiego   naprawdę   dosyć.   Chwyciłem   klatkę   i 

wyniosłem ją na zewnątrz. Picasso podążał za mną. Dziesięć tysięcy much spokojnie uniosło się 

do góry. Postawiłem klatkę na ziemi, otworzyłem ją i usiadłem na schodach.

Ptaki jak zamurowane siedziały wpatrzone w otwarte drzwi klatki. Niczego nie kapowały i 

kapowały wszystko. Miałem wrażenie, że dostrzegam, jak te ich małe mózgi nabierały coraz 
szybszych obrotów. Dostrzegały przed sobą pojemniki z wodą i żarciem, a otwarte drzwi klatki 

wprawiały je w coraz większe zakłopotanie i bezradność.

Zielony   z   żółtą   plamką   ruszył   pierwszy.   Zeskoczył   z   drążka   i   usiadł   w   otworze 

drzwiowym. Siedział tak i siedział, kurczowo obejmując łapkami metalowe pręty klatki. Reagował 
tylko na muchy i ich brzęk. Więcej niż jedną minutę trwało to, żeby podjąć decyzję. I nagle coś 

zaskoczyło w tej łepetynie. Jego czy jej? Nie odleciał - wystrzelił jak z katapulty pionowo w 
stronę nieba. Do góry! Prosto jak strzała! Picasso i ja siedzieliśmy dalej i wpatrywaliśmy się w to 

przedstawienie. Jedno uskrzydlone bydlę już mieliśmy z głowy!

background image

A potem przyszła kolej na czerwonego z zieloną plamką. Ten wahał się dużo dłużej. 

Nerwowo przemierzał klatkę.

Ciężko mu było podjąć decyzję. Ludzie, ptaki, wszyscy musimy podejmować decyzje. 

Życie jest jednak kurewsko ciężkie.

A ten czerwony spacerował, spacerował i prawdopodobnie rozmyślał. Żółte promienie 

słońca, bzyczące muchy, człowiek i pies wpatrzeni w niego i całe niebo nad nami!

To wszystko chyba dla niego za dużo. Wskoczył na drzwiczki  klatki,  a trzy sekundy 

później już go nie było. Odleciał.

Picasso i ja wróciliśmy z pustą klatką do domu.

Od wielu już tygodni nie spałem tak spokojnie. Zapomniałem nawet nastawić budzik. Na 

białym  koniu  galopowałem   przez   Brodway  w  Nowym   Jorku.  Zostałem   właśnie  wybrany   na 

burmistrza   tego   miasta.   Podniecenie   rozwalało   mi   majtki.   A   potem   ktoś   rzucił   we   mnie 
kawałkiem błota... A to Joyce potrząsała moimi ramionami.

- Co się stało z ptakami?
- Pierdołę papugi. Zostałem burmistrzem Nowego Jorku!

- Gdzie są ptaki? Chcę wiedzieć! Nie ma ich w klatce!
- Ptaki? Ptaki? Co za ptaki?

- Obudź się wreszcie do jasnej cholery!
- Miałaś problemy w pracy? Coś kiepsko jesteś nastrojona?

- GDZIE SĄ PTAKI?
- Powiedziałaś, że mogę je wystawić.

- Powiedziałam, że możesz je wystawić w klatce na werandę albo na podwórku, ty mule!
- Muł?

- Tak, ty mule! Czy wypuściłeś ptaki z klatki? Czy naprawdę to chcesz mi powiedzieć?
- Chcę ci powiedzieć to, że na pewno nie zamknęły się w łazience ani że nie schowały się 

pod łóżkiem!

- Przecież one pozdychają z głodu!

- One mogą łapać robaczki, listki, jeść owoce... i dużo innych rzeczy!
- Tego właśnie nie mogą. Tego nie potrafią. One pozdychają.

-   Niech   więc   zdychają   ci,   którzy   niczego   się   nie   nauczyli   -   powiedziałem   to   dość 

stanowczo i wolno, prawie demonstracyjnie przekręciłem się na drugi bok. Zasnąłem. Niewy-
raźnie dochodziły mnie tylko jakieś głosy z kuchni, jej przekleństwa, spadające na podłogę łyżki i 
przykrywki. Na szczęście Picasso leżał na łóżku przy mnie. Mogłem go więc ochronić przed 
długimi, ostrymi i czerwonymi obcasami jego pani. Musiał to już wiedzieć, bo pilnie lizał moją 
dłoń. I nagle film się urwał.

Ale tylko na krótko. Poczułem jak ktoś dobiera się do mnie. Wolno otworzyłem oczy, a 

to Joyce, jak oszalała psychopatka wpatrywała się we mnie. Była naga, jej piersi dyndały nad 

background image

moim   nosem,   a   jej   włosy   łachotały   mnie   w   podbródek.   Pomyślałem   więc   o   jej   milionach, 
wrzuciłem pod siebie... i z całej siły wepchnąłem się w nią.

22

Nie. Joyce nie była prawdziwą „gliną” czy „polipem” - ona tylko z takimi pracowała. Po 

powrocie z pracy opowiadała coraz częściej o takim jednym, który nosił czerwoną szpilkę do 
krawata i miał być „prawdziwym dżentelmenem”.

- Ach, ten to jest naprawdę miły i dobry dla mnie.

Każdego wieczora musiałem coś o nim usłyszeć.
- No, jak się powodzi tej „czerwonej szpilce”?

- Ach, wiesz co - powiedziała. - Wiesz, co się dzisiaj stało?
- No nie wiem, dlatego pytam.

- Ach, on jest naprawdę prawdziwym dżentelmenem!
- To pięknie, to pięknie. A co się stało?

- Wiesz, on już tyle przeżył!
- Ty i ja też mamy już sporo za sobą!

- Umarła jego żona. Twoja jeszcze żyje, wiesz?
- Moja nie umarła i prędko mi tego nie zrobi!

- Nie bądź taki dowcipny! Powiedziałam tylko, że jego żona umarła i kosztowało go to 

piętnaście tysięcy dolarów - rachunki lekarzy i firm pogrzebowych.

- No i co?
- Schodziłam właśnie korytarzem na dół, kiedy on nadchodził z przeciwnego kierunku. 

Spotkaliśmy się. On popatrzył na mnie i powiedział z tym swoim tureckim akcentem: „Ahhha, 
ale pani jest śliczna!” I wiesz, co on zrobił?

- No nie wiem, maleńka. Ale ty mi to powiesz?
- On pocałował mnie w czoło, lekko, lekko, delikatnie. I poszedł sobie dalej!

- To teraz ja ci coś powiem, mała. On oglądał za dużo filmów.
- A skąd ty wiesz?

- Jak to skąd?
- Bo on jest właścicielem samochodowego kina. Po skończonej pracy w biurze obsługuje 

projektor filmowy!

- Niczemu się więc już nie dziwię.

- Ale on jest prawdziwym dżentelmenem, co?
- Wiesz mała, ja nie chcę cię obrażać, ale...

- Co, ale!
- No wiesz, ty pochodzisz  z małego miasteczka. Ja już pracowałem  w pięćdziesięciu 

różnych miejscach, może nawet stu. Nigdzie nie chciałem zagrzać miejsca zbyt długo. To, co 

background image

chcę ci powiedzieć, to tylko to, że w tych biurach, w całej Ameryce, urzędasy wymyślają sobie 

takie gierki i zabawy. I to wszystko z nudy, bo nie wiedzą co mają ze sobą zrobić, kombinują 
sobie,   ogryzając   paznokcie,   takie   różne   podchody   pod   samice,   nazywające   się   „biurowymi 

romansami”. W większości  przypadków  nie oznacza to nic innego,  jak tylko zabijanie  czasu 
pracy. Może, czasami, uda się takiemu jednemu czy drugiemu przewalić na biurko koleżankę z 

pracy - ale to i tak nie jest niczym więcej jak zapełnianiem czasu w godzinach służbowych. Tak 
samo jak wolny od pracy czas spędzony przy telewizorze czy graniu w kręgle, przy piciu piwa na 

sylwestrowym party. Ty musisz wreszcie pojąć, że to nic nie znaczy. Jeśli to pokapujesz, to te 
wszystkie   incydenty   nie   będą   więcej   rozpalały   twojej   fantazji   i   nie   pozostawią   żadnych 

spustoszeń. Czy ty to rozumiesz?

- Ja myślę, że pan Patisian jest uczciwym człowiekiem.

- No, uważaj, bo nadziejesz się na tę jego czerwoną szpilkę od krawata i nie zapominaj, że 

ja tu jeszcze jestem. Lepiej nie chodź korytarzami, po których łażą te oślizłe jak węgorze typki. 

Oni są fałszywi, tak jak fałszywe są studolarówki.

- On nie jest fałszywy. On jest dżentelmenem. Prawdziwym dżentelmenem. Chciałabym, 

żebyś i ty był taki.

Nie miałem już ochoty na takie rozmowy. Usiadłem na łóżku z tabelą w ręku i zacząłem 

się uczyć Babcock Boulevard na pamięć.

Dzieliło się go na sekcje o numerach 14, 39, 51, 62.

Ale by się śmieli, gdybym oblał ten egzamin.

23

No i wreszcie wolny dzień. Wiecie, co zrobiłem! Wstałem wcześnie, przed powrotem 

Joyce do domu i poszedłem do sklepu, żeby coś kupić do zjedzenia... i chyba coś mi odbiło. 
Zamiast kupić piękne czerwone steki czy nawet kurczaki do upieczenia, wpadłem na pomysł, 
żeby   przyrządzić   coś   niezwykłego.   Poszedłem   więc   tam,   gdzie   sprzedawano   wszystko,   co 
najbardziej orientalne i egzotyczne. Napakowałem w koszyk ośmiornice, morskie węże, ślimaki, 
kraby i morszczynę. Człowiek obsługujący kasę spojrzał na mnie dość szczególnie i wolno zaczął 
dodawać.

Kiedy   Joyce   wieczorem   wróciła   do   domu,   wszystko   było   już   na   stole,   przybrane   i 

odświętne.   Ugotowana   morszczyna   z   krabami,   cała   fura   złocistych,   w   maśle   upieczonych 
ślimaków.

- To wszystko jest na twoją cześć - powiedziałem. Sam kupiłem, sam ugotowałem, sam 

przyrządziłem... żeby uczcić naszą miłość!

- A co tu leżą takie małe kupki? - zapytała.
- Ślimaki!

- Ślimaki!
- Tak, nie wiedziałaś, że od stuleci ci wielcy smakosze na Wschodzie rozkoszowali się 

background image

takimi   przysmakami.   Radości   jedzenia   im   nie   brakowało,   więc   nam   też   jej   dzisiaj   nie   może 

brakować. Te ślimaki są upieczone na maśle.

Joyce podeszła do stołu i ostrożnie usiadła.

Chwyciłem kilka ślimaków, wydłubałem, co było do wydłubania i wrzuciłem smakowite 

mięsko na język.

- To jest wspaniałe, baby, SPRÓBUJ CHOCIAŻ JEDNEGO!
Joyce wyskrobała jednego z muszli i wsadziła w usta, nie przestając gapić się na pozostałe 

leżące w złocistym tłuszczu i pachnące przyprawami. Ja w tym czasie miałem już pełne usta 
niezwykle smakowitej i kruchej morszczyny.

- Dobre, nie?
Wolno i długo przeżuwała tego pierwszego ślimaka.

- Na złoto upieczone w maśle.
Chwyciłem palcami parę krabów i położyłem je na język.

- To są już setki lat tradycji, ta kuchnia ma już swoją historię. A teraz właśnie my jej 

kosztujemy. Jest niezwykła i bardzo smaczna!

Wreszcie   przełknęła   tego   ślimaka.   Pierwszego.   Teraz   grzebała   w   talerzu   i   się   im 

przyglądała.

- To jest okropne!  Okropne! One mają takie małe, skulone  otwory odbytowe! Takie 

śmieszne małe tyłki!

- Baby, a co jest w tym takiego okropnego, co? Przycisnęła serwetkę do ust, wstała i 

wybiegła do łazienki. Wymiotowała, a ja z kuchni darłem się jak opętany:

-   A   CO   TY   MOŻESZ   MIEĆ   PRZECIWKO   TYŁKOM   I   DUPOM!   TY   MASZ 

TYŁEK, I JA GO TEŻ MAM! ŁAZISZ PO TYCH SKLEPACH I KUPUJESZ STEKI, ONE 

TEŻ KIEDYŚ MIAŁY DUPY I TO JAKIE! TE DUPIASTE STWORZENIA POKRYWAJĄ 
CAŁY GLOB! NIE JEST KŁAMSTWEM NAWET I TO, ŻE I DRZEWA MAJĄ DUPY! 

MAJĄ! TYLKO MY ICH NIE POTRAFIMY ODNALEŹĆ! JESIEŃ BYŁABY NAJLEPSZĄ 
PORĄ, BO WTEDY GUBIĄ ONE LIŚCIE! TWÓJ TYŁEK, MOJA DUPA, CAŁY ŚWIAT 

SKŁADA SIĘ TYLKO Z TAKICH UDUPIONYCH I Z TYŁKAMI!!! PREZYDENT TEŻ 
MA   TYŁEK   I   ŚMIECIARZ   TEŻ!   SĘDZIA   I   MORDERCA   TEŻ   MUSZĄ   MIEĆ   PO 

JEDNYM...   NAWET   TEN   Z   CZERWONĄ   SZPILKĄ   DO   KRAWATA   TEŻ   MA,   A 
JAKŻE!!!

- Zaniknij się! Zamknij się wreszcie!!!
Wymiotowała   dalej.   Była   nieodpartym   produktem   małomiasteczkowej   mentalności. 

Otworzyłem butelkę sake... i przełknąłem parę artyleryjskich łyków.

background image

24

Tydzień  później,  bo   znowu  udało   mi  się  mieć  wolny   dzień,  leżałem   po  podwójnym 

numerze przy tyłku Joyce i starałem się zasnąć. Ona spała już dawno. Zupełnie nagle rozległ się 
dzwonek   u   drzwi,   wstałem,   żeby   je   otworzyć.   Przed   drzwiami   stał   niewielkiego   wzrostu 
mężczyzna w krawacie. Wręczył mi kopertę i poszedł sobie.

Była to sądowa informacja o rozpoczęciu przewodu rozwodowego. Moje miliony, tym 

razem zdecydowanie i ostatecznie, oddalały się ode mnie. Nie powodowało to mojego smutku 
czy żalu - bo tak naprawdę nigdy na nie nie liczyłem.

Obudziłem Joyce.
- Co się stało? Czy nie mógłbyś mnie obudzić o rozsądniejszej porze dnia?

Pokazałem jej pismo.
- Bardzo jest mi przykro, Hank!

- Nic się takiego nie stało, ale powinnaś mnie chociaż o tym uprzedzić. Nie wyrażałbym 

żadnego   sprzeciwu.   Właśnie   skończyliśmy   seksualną   ekwilibrystykę,   powtórzyliśmy   ją   także 

skutecznie,   pośmieliśmy   się...   pocieszyliśmy   się   sobą.   Jednak   ja   tego   nie   potrafię   pojąć   -   ty 
wyczyniałaś te numery ze mną, wiedząc że występujesz o rozwód? Nawet, gdybym miał skończyć 

sto lat, nie pojmę was, kobiet, chyba już nigdy!!!

-   To   nie   jest   skomplikowane.   Wystąpiłam   o   rozwód   po   naszej   ostatniej   kłótni. 

Pomyślałam sobie, że jeśli będę jeszcze czekać, to znowu pogodzimy się i nigdy tego nie zrobię.

- Okay, baby. Podziwiam was, te wszystkie tak piekielnie szczere kobiety. Czy to aby nie 

ten z czerwoną szpilką przy krawacie?

- To jest ten - z tą czerwoną szpilką do krawata.

Zaśmiałem się. Ale nie był to śmiech ani wesoły, ani przyjemny, ani radosny. Przyznaję 

to. Ale nie stać mnie było na inną reakcję.

- Wiem, to wiem, że jeden samiec może łatwo krytykować innego samca, ale ty będziesz 

miała z nim niemałe kłopoty i zmartwienia. Życzę tobie szczęścia, mała! I jak to już dawno wiesz, 

dużo było w tobie tego, co naprawdę bardzo kochałem. I nie były to wyłącznie twoje pieniądze.

Zaczęło się na dobre. Szlochanie, łzy, okrzyki duszone poduszką, histeria na brzuchu, 

histeria na plecach, całe ciało w drgawkach, tylko drgające kończyny górne albo dolne, albo 
wszystkie naraz. Nie była przecież nikim więcej, jak tylko dziewczyną z małego miasteczka, do 

tego  rozpieszczoną,   do  tego  zagubioną,   i  w  świecie,  i   w  sobie.   Leżała  na  łóżku  płacząc,   w 
spazmach   i   w   hektolitrach   łez.   Taki   mały   teatr.   Okropne   i   okrutne.   Kołdra   zsunęła   się   na 

podłogę, ja siedziałem gapiąc się w jej białe plecy, jej łopatki wystawały, jakby chciały przemienić 
się w skrzydła, przebijając skórę. Niewielkie, kościste łopatki.

Była bezradna i bezbronna.
Usiadłem koło niej, zacząłem głaskać i masować jej plecy, głaskałem, uspokajałem - a 

background image

potem przyszło następne załamanie, rozpacz i łzy.

- Hank, tak cię kocham, ja cię naprawdę kocham, ja cię kocham, jest mi tak przykro, tak 

bardzo przykro!

Cierpiała rzeczywiście niebywale. Po chwili miało się wrażenie, jakbym to ja chciał tego 

rozwodu, a nie ona.

A   potem,   jak   za   starych   dobrych   czasów,   trzasnęliśmy   parę   numerów.   Ona   miała 

pozostać w domu, zatrzymać geranie, psa i muchy. Nawet pomogła mi się spakować. Troskliwie 

układała spodnie w walizce, mościła w niej moje majtki, włożyła przybory do golenia. Kiedy 
byłem już spakowany, znowu beczała i wyła. Ugryzłem ją więc w ucho prawe i wyniosłem bagaże 

z  domu.  Wsiadłem   do samochodu  i  wolno   ruszyłem. Jeździłem   ulicami  tam   i  z powrotem, 
szukając   szyldu   z   napisem   „wolne   pokoje   do   wynajęcia”.   Nie   było   to   dla   mnie   nic 

nadzwyczajnego ani nowego.

background image

ROZDZIAŁ III

1

Postanowiłem nie robić Joyce żadnych kłopotów z tym rozwodem, nie poszedłem także 

na rozprawę sądową. Joyce dała mi w prezencie stary i zużyty już samochód. I tak nie miała 
przecież prawa jazdy. Trzy czy cztery miliony przeszły mi koło nosa, no, ale praca w urzędzie 
pocztowym była jeszcze moja. Na ulicy spotkałem Betty.

- Widziałam cię kiedyś z tą twoją nową flamą. Ty, to nie jest kobieta dla ciebie!
- Chyba już żadna nie jest dla mnie!

Opowiedziałem jej, że właśnie przeprowadzamy rozwód.
Wypiliśmy   po   piwie.   Betty   zestarzała   się.   I   stało   się   to   bardzo   szybko.   Roztyła   się. 

Zmarszczki pokryły już całe jej ciało. Fałdy tłuszczu zwisały jej z gardła. Tak. To było smutne. 
Smutne było także i to, że ja także posunąłem się w latach. Betty straciła pracę. Pies wpadł pod 

samochód i zginął. Pracowała także jako kelnerka, ale straciła i tę pracę, kiedy knajpę rozwalono, 
a na jej miejscu postawiono biurowiec. Mieszkała w wynajmowanym w rozwalającym się hotelu 

pokoju. Czyściła w nim toalety i zmieniała pościel. Piła wino w dużych ilościach. Dała mi do 
zrozumienia, że moglibyśmy znowu żyć i mieszkać razem. Ja dawałem jej do zrozumienia, że 

może warto by było trochę jeszcze poczekać. Muszę dojść do siebie po tej wpadce z Joyce.

Kazała na siebie poczekać i poszła do swojego mieszkania. Wróciła w swojej najlepszej 

sukni,   oczywiście   w   butach   na   wysokich   obcasach,   wymalowana   i   wypindrzona   jak   nigdy. 
Wszystkie te jej wysiłki nie dawały dobrego efektu, wręcz przeciwnie, były przerażająco żałosne i 

tragiczne.

Kupiliśmy butelkę whisky, trochę piwa i poszliśmy do mojego mieszkania na czwartym 

piętrze starej czynszowej kamienicy. Zadzwoniłem na pocztę i poinformowałem tych tam, że 
niedobrze   się   czuję   i   że   prawdopodobnie   będę   chory.  Usiadłem   vis   -   a   -   vis   Betty.  Ona 

przerzuciła   lewą   nogę   na   prawą,   wydawała   mi   się   być   trochę   zakłopotana.   Uśmiechała   się. 
Przypominały mi się wtedy nasze dobre stare czasy. Prawie. Bo jakby czegoś teraz brakowało.

Zarząd urzędów pocztowych pielęgnował starą tradycję, że wysyłał do swoich chorych 

pracowników pielęgniarkę, która miała się upewnić, czy chory jest rzeczywiście chory, czy też 

może szwenda się po nocnych klubach i rżnie w pokera. Moje mieszkanie było bardzo blisko 
siedziby Głównego Urzędu Poczt, więc bardzo niewielkim nakładem czasu i pracy mogłem być 

skontrolowany. Dwie godziny gaworzyliśmy i piliśmy z Betty, kiedy nagle ktoś zastukał do drzwi.

- Co jest?

-   Spokojnie   -   wyszeptałem   -   nic   nie   mów!   Ściągaj   te   swoje   obcasy,   idź   do   kuchni   i 

wstrzymaj oddech!

- IDĘ... IDĘ! - darłem się w stronę drzwi.

background image

Szybko  zapaliłem  papierosa, żeby przytłumić mój alkoholowy  oddech, poszedłem do 

drzwi i otworzyłem je, ale nie na całą szerokość. Oczywiście, że była to pielęgniarka. Ta sama co 
zawsze. Ona znała mnie, a ja ją.

- Co dolega tym razem? - spytała rzeczowo.
Wypuściłem dym w okolice jej nosa.

- Kłopoty z żołądkiem.
- Jest pan tego pewien?

- To jest chyba mój żołądek, nie?
- Czy mógłby pan podpisać ten formularz, stwierdzając, moją tu obecność, a także i to, że 

zastałam pana chorego w domu?

- No, jasne.

Pielęgniarka wsunęła jakiś papier. Podpisałem to i szybko wypchnąłem na zewnątrz.
- Czy będzie pan mógł dzisiaj pracować?

- Tego, nawet gdybym bardzo chciał, nie mogę jeszcze powiedzieć. Jeśli będę czuł się 

lepiej, pójdę do pracy. Jeśli nie, to chcę zostać w domu.

Spojrzała na mnie z dezaprobatą i niezadowoleniem i poszła. Wiedziałem, że musiała 

poczuć mój przepity oddech. Czy mogła to wykorzystać przeciwko mnie? Prawdopodobnie nie, 

za dużo różnych papierów musiałaby wypisywać, a może pokładała się ze śmiechu teraz, z tego 
wszystkiego, co tu zobaczyła, wsiadając do samochodu z tą swoją małą czarną walizeczką.

- Wszystko w porządku - powiedziałem - zakładaj buty i wyłaź.
- Kto to był?

- Pielęgniarka pocztowa.
- Poszła?

- Mhmmm!
- I chce się tak im łazić po godzinach pracy?

- O mnie nie zapomniała! A teraz chlapniemy sobie po całym!
Poszedłem więc do kuchni, nalałem po pełnym. Wręczyłem szklankę Betty.

- Salut - powiedziałem.
Podnieśliśmy szklanki i stuknęliśmy się. I wtedy właśnie zaterkotał budzik. A była to 

niebywała   maszyna.   Hałas   spowodował   skurcz   wszystkich   moich   mięśni   na   plecach.   Betty 
podskoczyła w górę - prawie pół metra. To metalowe cholerstwo ledwo dało się wyłączyć.

- O rany - powiedziała - pewnie posikałam się ze strachu! Wybuchnęliśmy oboje gromkim 

wrzaskliwym śmiechem, a raczej rechotem.

- Miałam przyjaciela - powiedziała nagle. - Pracował w zarządzie dzielnicy. Ci, którzy 

background image

wysyłali specjalnego inspektora, nie lubili, jak pracownicy brali wolne czy chorowali. Wieczorem 

siedzieliśmy z Harrym w jego mieszkaniu, lekko już na, gazie, a tu ktoś puka do drzwi. Harry 
krzyknął tylko: „o, Boże”! i wskoczył w ubraniu i w butach pod kołdrę. Ja schowałam butelkę i 

kieliszki pod łóżko. Ten typ wlazł już do mieszkania i usiadł przy Harrym na łóżku: „Jak się więc 
pan czuje, Harry?”. Harry spokojnie odpowiedział: „Nieszczególnie. A ona jest tutaj, żeby mnie 

pielęgnować”. Wskazał na mnie trzęsącym się palcem, a ja, pijana, ledwo mogłam się do niego 
mile   uśmiechnąć.   „Mam   nadzieję,   że   wkrótce   odzyska  pan   zdrowie   i   pojawi   się   w   pracy”   - 

stwierdził  inspektor,  i nic  więcej  nie mówiąc ulotnił  się. Jestem  pewna, że widział  butelkę i 
kieliszki pod łóżkiem, a także Harry'ego obute nogi pod kołdrą. Ja siedziałam jak na rozgrzanych 

węglach.

- To takie ich gównianie gierki, nie chcą dać nikomu nawet jednej chwili wytchnienia, nie? 

Chcieliby wszystkich widzieć usranych ze zmęczenia.

- Masz rację.

Oczywiście, że popiliśmy zdrowo i oczywiście, że poszliśmy razem do wyra. Ale to już nie 

było   tak   jak   wtedy.   Nie!   To   już   nie   było   to   samo.   Coś   się   stało   z   nami   w   międzyczasie. 

Popatrzyłem na nią, jak szła do łazienki.  Zmarszczki i fałdy na pośladkach.  Biedna. Biedne 
stworzenie. Joyce była jędrna i sprężysta, chwytając ręką jej ciało czuło się życie. Betty już tego 

nie dawała. To było smutne. To było smutne. To było smutne! A jak wróciła z łazienki, to nie 
śmialiśmy się, nie mieliśmy ochoty do śpiewania sprośnych piosenek, nawet nie kłóciliśmy się. 

Siedzieliśmy w ciemności, paliliśmy papierosy i piliśmy w milczeniu, a kiedy kładliśmy się spać, 
ani ja nie dotykałem jej ciała stopami, ani ona mojego, tak jak to zawsze było wtedy, kiedyś 

wcześniej - spaliśmy więc razem, nie dotykając się! Tak - coś straciliśmy, z czegoś nas okradziono.

2

Zadzwoniłem do Joyce.
- No i jak leci ta afera z czerwoną szpilką do krawata?

- Nie rozumiem - odpowiedziała.
- Jak on zareagował, jak mu powiedziałaś, że rozwodzisz się ze mną?

- Siedzieliśmy w kantynie naprzeciwko siebie.
- I co dalej?

- Wypuścił widelce i nie mógł zamknąć ust. A potem zapytał: „co?”.
- To znaczy zrozumiał, że ty podchodzisz do sprawy poważnie.

- Ale ja tego wszystkiego nie rozumiem. On unika mnie teraz. Kiedy widzi  mnie na 

korytarzu, ucieka. Nie spotykamy się już nawet i w kantynie. Wydaje mi się... no tak... on jest 

chłodny... nawet zimny.

- Baby, chłopów jest na kopy! Zapomnij tego palanta. Obierz kurs na innego!

background image

- Nie jest tak łatwo wybić go sobie z głowy.

- Wiedział, że masz forsę?
- Nie. Nic mu nie opowiadałam. Nic nie wie.

- No więc, jeśli ty go jeszcze chcesz...
- O nie, nie. W ten sposób na pewno nie.
- No, to powodzenia, Joyce.
- Powodzenia tobie także, Hank.

Niedługo po tej rozmowie dostałem od niej list. Była znowu w Teksasie. Ciotka ciężko 

zachorowała i  chyba  będzie  musiała umierać.  Znajomi   pytali  o  mnie.  I  tak dalej.   Serdeczne 

pozdrowienia - Joyce. Rzuciłem ten list na stół. Przed moimi oczami stanął ten teksański karzeł, 
dziwiący się, jaki to błąd musiałem popełnić, skoro tyle forsy wyciekło mi między palcami. Ten 

złośliwy   liliput   uważał   mnie   za   niekiepskiego   cwaniaka.   Nagle   zrobiło   mi   się   przykro,   że 
musiałem go rozczarować w ten banalny sposób.

3

Poproszono mnie o złożenie wizyty w starym budynku przedstawicielstwa federacji.
Jak to zwykle bywało, kazano mi czekać trzy kwadranse albo i jeszcze dłużej. A potem.
- Mr Chinaski? - spytał ten głos.

- Tak - odpowiedziałem.
- Proszę wejść do środka.

Jakiś urzędas wprowadził mnie do pokoju i kazał usiąść przed zupełnie mi obcą kobietą. 

Nie była seksowna, miała 38 albo 39 lat. Odniosłem wrażenie, że jej seksualne ambicje albo 

zostały stłamszone przez nią samą, albo też były zupełnie przez nią samą ignorowane, czy też 
może zaniedbywane.

- Niech pan usiądzie, Mr Chinaski.
Oczywiście, że usiadłem.

Laleczko - pomyślałem - ciebie to ja mogę na wszystkie sposoby.
-   Mr   Chinaski   -   oznajmiła   -   mamy   prawo   przypuszczać,   że   pański   kwestionariusz 

osobowy nie jest rzetelnie i uczciwie wypełniony.

- Co?

- Chodzi nam o dane dotyczące pańskiej karalności.
Podała mi ten kwestionariusz osobowy. W jej oczach nie stwierdziłem ani śladu, ani też 

cienia czegoś, co umownie określamy mianem seksapilu czy kokieterii, czy pożądania, czy też 
ochoty na wzajemne nawiązanie bliższego kontaktu.

Przyznałem się do ośmiu czy dziesięciu przypadków, kiedy to zostałem umieszczony w 

izbach wytrzeźwień wielu stanów. Były to oczywiście szacunki, a nie dokładne dane. Nie miałem 

background image

już pojęcia, co kryło się za każdym pojedynczym przypadkiem mojego pijaństwa.

- No więc, czy wszystko pan wymienił w tym formularzu? - spytała.
- Hm, hm, hm - niech pani łaskawie pozwoli, że trochę pomyślę.

Wiedziałem, czego ode mnie chciała. Chciała, żebym powiedział tak, i wtedy by mnie już 

miała.

- Chwileczkę... Hm, hm...
- Tak? - zapytała.

- Aha! Rany boskie, o jednym zapomniałem!
- O czym pan zapomniał?

- Nie wiem już czy to było pijaństwo w trakcie jazdy samochodom, czy zamroczenie 

alkoholowe  przy kierownicy.  To coś miało miejsce  przed czterema laty albo  coś koło tego. 

Dokładnie już sobie nie przypominam.

- I to uszło panu z, pamięci?

- Tak, dokładnie tak - gdyby mi nie uszło, byłoby to wymienione w kwestionariuszu 

osobowym.

- Proszę więc to wpisać teraz!
Nic innego mi nie pozostawało, jak to wpisać w te rubryki.

- Mr Chinaski - to jest przerażająca lista. Bardzo bym chciała, żeby pan opisał każdy 

przypadek z osobna, a dodatkowo prosiłabym pana o pisemne wytłumaczenie powodów, dla 

jakich pan chce dalej pracować w naszej instytucji.

- W porządku.

- Ma pan na to dziesięć dni.
Tu trochę przesadziła. Tak bardzo to mi nie zależało na tej pracy. Nie, nie - ona mnie 

irytuje jednak.

Kupiwszy ryzę poliniowanego i ponumerowanego papieru, zadzwoniłem wieczorem do 

pracy i zakomunikowałem suchym i rzeczowym głosem o mojej przedłużającej się chorobie. 
Wrzuciłem do torby także butelkę whisky, niebieską niezwykle urzędowo wyglądającą okładkę do 

akt, sześć puszek piwa. Mając to wszystko przed sobą, zasiadłem do maszyny i zacząłem pisać. 
Słownik z wyrazami obcymi trzymałem na kolanach. Od czasu do czasu przerzucałem w nim 

strony, odnajdywałem  jakieś kompletnie  niezrozumiałe i długie słowo, i budowałem na nim 
zdanie,   a   niekiedy   nawet   cały   fragment   moich   dodatkowych   wyjaśnień.   Koniec   końców 

wypichciłem   około   42   stron.   Na   samym   końcu   podpisałem:   „Nie   wyraża   się   zgody   na 
publikowanie nawet zdania z załączonego dzieła ani w prasie, ani tym bardziej w telewizji”.

Moja głowa pękała, a mózg przyjął już płynną formę istnienia, którą można było nazwać 

background image

rozwodnionym pierdem przeforsowanego intelektu członka klasy robotniczej.

Ona stała przed swoim biurkiem i przyjęła moje pismo osobiście.
- Mr Chinaski?

- Tak.
Była   godzina   dziesiąta   rano.   Dwanaście   godzin   temu   żądała   ode   mnie   złożenia   tych 

papierów dopiero za dziesięć dni.

- Chwileczkę, proszę.

Z moim dziełem w rękach zasiadła za swoim biurkiem. Czytała, czytała i czytała. Jakiś typ 

pojawił się za jej plecami i rzucał spojrzenia nad jej ramieniem na poliniowane kartki. Potem ich 

przybywało.

Przez moment ośmiu takich stało za nią i gapiło się w te moje wypociny.

Co tu jest grane - myślałem coraz częściej.
Nagle dotarł do mnie okrzyk: - No jasne, wszyscy geniusze to opoje i moczymordy!!!

No i wtedy wszystko stało się dla mnie jasne. Oni musieli w swoich tych urzędniczych 

żyćkach oglądać za dużo filmów.

Nagle ona wstała, trzymając w rękach te 42 strony.
- Mr. Chinaski?

- Tak?
- Zajmiemy się jeszcze pańskim przypadkiem. O ostatecznych wnioskach powiadomimy 

pana. - Czy do tego czasu mam kontynuować swoje zadania?

- Do tego czasu będzie pan wykonywać swoje obowiązki.

- No to życzę przyjemnego przedpołudnia - tylko na to było stać mnie.

4

Tego dnia przydzielono mi miejsce obok Butchnera. On nie zajmował się sortowaniem 

poczty.   On   siedział   i   gadał.   Młoda   panienka   usiadła   przy   stole   w   samym   jego   końcu.   Też 
sortowała. I wtedy usłyszałem Butchnera:

- Ty jebana ruro! Ty chcesz, żebym swojego kutasa wkręcił w twoją mufkę. Nie! Ty 

chciałabyś, żebym ją sfryzował, nie!

Nie zareagowałem na to. Sortowałem dalej. Jakiś kontrolujący nas kapo mignął w oddali. 

Butchner nie przepuścił jemu także:

- Ty też stoisz na mojej liście, ty pedale jeden! Ja już cię dopadnę, ty obesrany palancie! 

Kutasina pierdolona! Liż, liż te pokrzywione wały!

Nikt nie zwracał na to uwagi. Nawet przełożeni udawali, że nic nie słyszą. Ale Butchner 

nie miał zamiaru kończyć:

- No, no ty uważaj, baby! Wyraz twojej twarzy przestaje mi się podobać. Uważaj, bo cię 

background image

umieszczę na mojej liście - i to na samej górze! Tak! Tak! Do ciebie mówię! Co, a może mnie nie 

słyszysz!

Tego było już dla mnie za dużo. Rzuciłem przesyłki na stół.

- Ty słuchaj - powiedziałem do niego - biorę cię za słowo. Zobaczymy, ile prawdy jest w 

tym, co ty gadasz! Robimy to tu, czy też chcesz gdzie indziej?

Spojrzałem na Butchnera, a ten dalej konwersował z sufitem. Zupełnie już chyba oszalał.
- Powiedziałem ci już, stoisz na samej górze mojej listy. Ja już cię dopadnę. I wtedy 

będziesz zgrzytać!

Ach ty, Boże Przenajświętszy, jak mogłem się dać nabrać na takie coś! Inni siedzieli jak 

myszy   pod   miotłą,   a   ja   wyczyniałem   jakieś   skandale.   Wstałem,   żeby   przepłukać   gardło. 
Przepłukałem to wszystko, co siedziało mi na języku i zaraz wróciłem na miejsce. Dwadzieścia 

minut   później,   zgodnie   z   regulaminem,   odszedłem   od   stołu,   żeby   nacieszyć   się 
dziesięciominutową pauzą. A tu staje przede mną strażnik, tłusty pięćdziesięcioletni czarnuch i 

zaczyna drzeć ryja:

- CHINASKI!!!

- Gdzie to się pali, człowieku? - zapytałem.
- W ciągu ostatnich trzydziestu minut opuścił pan dwukrotnie miejsce pracy.

- No jasne, za pierwszym razem trwało to tylko trzydzieści sekund, żeby przepłukać sobie 

uzębienie! A potem nastąpiła regulaminowa pauza!

- A gdyby stał pan przy maszynie pracującej w systemie ciągłym? Przecież pan nie mógłby 

zostawić dwa razy maszyny, i to w ciągu trzydziestu minut! Samej!!!

Na jego twarzy gotowała się wściekłość i agresja. Z takim czymś spotkałem się pierwszy 

raz w życiu. Nic z tego nie kapowałem.

-   ZA   OPUSZCZENIE   MIEJSCA   PRACY   NALEŻY   SIĘ   PANU   PISEMNE 

OSTRZEŻENIE.

- Proszę bardzo, niech pan mnie ostrzega - powiedziałem spokojnie.
Wróciłem na swoje miejsce obok Butchnera. Strażnik przybiegł z jakimś papierzyskiem. 

Odręcznie   pisane   ostrzeżenie.   Nie   mogłem   tego   nawet   przeczytać,   bo   jego   złość   i   szał 
wyprodukowały parę kleksów i zupełnie nieczytelne krzywe szeregi wyrazów.

Zmiąłem to natychmiast i wsadziłem do kieszeni na tyłku.
Temu humoryście rozpieprzę kiedyś łeb - skomentował Butchner.

- Oby to miało miejsce jak najwcześniej, oby to miało miejsce jak najwcześniej - dodałem 

spokojnie.

background image

5

Więc zasuwało się dwanaście godzin na nocnej zmianie, a do tego pilna obecność tych 

„podglądaczy” i tak zwanych kolegów, brak powietrza wśród licznych, zapoconych cielsk, no i 
zupełnie rozgotowane, ledwo ciepłe żarcie w pracującej „nie dla zysku” kantynie.

A szczytem tego wszystkiego była tabela CP I. City Primary. Każda z tych znanych mi aż 

za dobrze pocztowych tabel była niczym w porównaniu z City Primary I. Zawierała ona wykaz 
jednej trzeciej wszystkich ulic w mieście z podziałem na numery odpowiadające każdemu rejono-

wi pocztowemu. Mieszkałem w jednym z największych miast w USA. Tych ulic było tu jak 
mrówek. A wkrótce potem dowalili jeszcze CP II i CP III. W ciągu dziewięćdziesięciu dni trzeba 

było   zdać   egzamin   w   trzech   podejściach,   co   najmniej   95   procent   trafnych   rzutów   do   od-
powiednich przegródek ze stu egzaminacyjnych przykładów, ciągle w tej samej szklanej klatce, w 

ciągu ośmiu minut, a kiedy oblałeś kolejne podejście, mogłeś ciągle jeszcze marzyć o posadzie 
szefa General Motors jak to z uśmiechem powtarzał jeden z tych egzaminujących. Tych, którym 

się udało przejść przez egzamin z CP I, następne tabele nie przyprawiały o aż taki zawrót głowy. 
Ale dla większości, pracującej przecież w dwunastogodzinnych szychtach i bez wolnych dni, bo te 

były ciągle skreślane, oznaczało to całkiem niezłą sraczkę w głowie. Z tych 150 czy 200, którzy 
zaczynali razem z nami, teraz pociło się na poczcie tylko 17 czy 18.

„I jak ja mam pogodzić dwanaście godzin pracy na nocnej zmianie, spanie, jedzenie, 

kąpanie   się,   jeżdżenie   z   pracy   i   do   pracy,   odbieranie   ubrania   z   pralni,   tankowanie,   płacenie 
czynszu za mieszkanie, wymienianie opon, dawanie sobie rady z tym milionem małych rzeczy, 

jakie   muszą   być   zrobione   z   wkuwaniem   na   pamięć   tych   tabel”   -   zapytałem   jednego   z   tych 
instruktorów w pokoju szkoleniowym.

„Zrezygnować trzeba ze spania” - odpowiedział.

Popatrzyłem   na   niego.   Nie.   On   nie   żartował.   Ten   obesrany   kundel   powiedział   to 

najzupełniej serio.

6

I tak się jakoś porobiło, że uczyć się mogłem tylko w łóżku i tylko przed zaśnięciem. 

Ciągle byłem zbyt zmęczony - zmęczony, żeby przygotować sobie śniadanie, zmęczony, żeby 
wpychać   w   siebie   jedzenie,   ale   jeszcze   nie   tak   zmęczony,   żeby   odmówić   sobie   kartonu 
podwójnych puszek z piwem, kupowanych po drodze do domu. Stawiałem karton na krześle 
obok   łóżka,   wolno   otwierałem   wytęskniony   pojemnik   z   piwem   i   po   „mocarnym”   łyku, 
nabierałem sił i dopiero wtedy, nigdy wcześniej, sięgałem po tabelę. Po trzeciej puszce, to już też 
wiedziałem, odkładałem tabelę na kołdrę. Bezsens uczenia się stawał się boleśnie coraz bardziej 
oczywisty. Wypijałem więc to, co jeszcze było w kartonie i oparty o poduszkę gapiłem się przed 
siebie lub też wlepiałem organy wzroku w sąsiednią ścianę. Po szóstej podwójnej puszce, to już 
też znałem na blachę, zasypiałem. A kiedy wstawałem tego samego dnia o świcie, starczało mi 
ledwie   czasu,   żeby   wbiec   do   klopa,   umyć   się,   coś   zjeść,   ale   nie   zawsze,   i   jechać   do   pracy. 
Jakakolwiek zmiana w moim rozkładzie jazdy coraz bardziej wydawała mi się niemożliwa - a 
wszystko przez to pieprzone zmęczenie. Przepraszam! - raz spróbowałem kupić karton z piwem, 
naturalnie sześć podwójnych puszek, już w drodze do pracy, wszelako ten pomysł mógł mnie 

background image

ostatecznie   wykończyć.   Bardzo   bliski   byłem   orania   publicznych   chodników   moim   jedynym, 
wyjątkowym nosem. W takim właśnie stanie, a może podobnym, wracałem kiedyś do domu, 
prawie na kolanach leząc po schodach do góry (windy nie było), cudem udało się odnaleźć 
dziurkę od klucza. Otworzyłem. Ktoś poprzestawiał meble, położył nawet nowy dywan. Zaraz, 
zaraz, meble też były nowe. Na łóżku siedziała kobita. Źle nie wyglądała. Młoda. Dobre nogi. 
Blondynka.

- Witam - powiedziałem - po piwku, co?

- Hallo - odpowiedziała - skoro tak być musi!
- Mieszkanie wygląda zdecydowanie lepiej - wymruczałem.

- Wszystko zrobiłam sama.
- No, ale po co?

- Miałam na to ochotę - odpowiedziała.

„Mocarny” łyk z jej strony, w towarzystwie takiego samego „mocarnego” łyka z mojej 

strony.

- Pani jest bardzo w porządku - powiedziałem. Odstawiłem puszkę i dał jej siarczystego 

buziaka.   A   potem   położyłem   rękę   na   jej   kolanie.   Też   było   niezłe.   Następna   porcja   piwa 

smakowała dużo lepiej.

- Tak jest, mieszkanie wygląda zdecydowanie lepiej, prawie fantastycznie!

- Cieszę się bardzo. Mój mąż powiedział mi to samo.
- A dlaczego pani mąż przebywa w tym mieszkaniu... co? Pani mąż?

Tutaj!!! Sekundę! A jaki tu jest numer?
- 309.

- 309? - Boże Miłosierny!!! To nie to piętro! Ja mieszkam w 409!!!
Musimy mieć takie same zamki!!!

- Siadaj, siadaj, słodki - powiedziała.
- Nie! Nie!!!

Chwyciłem cztery puszki z piwem. Po chamsku, gwałtownie, łapczywie, chciwie.
- A dlaczego chcesz zmykać tak od razu? - spytała delikatnie.

- Niektórzy mężowie, to szaleńcy! - powiedziałem w drodze ku drzwiom.
- A skąd ty to już wiesz?

- No... niektórzy mężowie kochają jeszcze swoje własne kobiety!
Roześmiała się.

- I nie zapomnij numeru tego mieszkania!
Zamknąłem drzwi za sobą. Udało mi się wejść na moje piętro. Otworzyłem drzwi. Nikt 

nie siedział na łóżku. Meble były stare i sfatygowane, dywan wypłowiały i brudny. Puste puszki 
po   piwie   walały   się   wszędzie.   Tak.   Teraz   byłem   w   swoich   czterech   zapyziałych   ścianach. 

background image

Rozebrałem się, wlazłem do łóżka i otworzyłem następną puszkę.

7

Paru weteranów z urzędu pocztowego w Dorsey powiedziało mi, jak nauczyli Dużego 

Daddy'ego Granstone'a posługiwać się magnetofonem do nauki tych jebanych tabel. Duży Daddy 
nagrał adresy wszystkich obsługiwanych przez siebie ulic w swoim obwodzie, a potem puszczał 
taśmę i słuchał własnego głosu nieustannie powtarzającego adresy i numery kodów. Duży Daddy 
nazywał się Duży nie bez przyczyny. Trzy kobietki wylądowały w szpitalu, i to tylko z powodu 
wielkości jego męskiego przyrodzenia. Niedawno przykumał sobie jakiegoś chłopaczka, pedałka. 
Carter, bo tak on się nazywał, też wylądował w klinice. Później przewieźli go aż do Bostonu. 
Artystycznie usposobieni weterani natychmiast puścili w obieg dowcip, dlaczego Carter musiał 
być przetransportowany do Bostonu... - bo na całym Zachodnim Wybrzeżu nie znalazłoby się aż 
tyle nici, żeby po rozkoszach z Dużym Daddym można go było nimi wycerować. Tak czy owak, 
postanowiłem wypróbować metodę z magnetofonem. Miałem nadzieję, że rozwiążą się problemy 
z   wciskaniem   tabel   do   mózgu.   Mógłbym   uruchamiać   magnetofon   przed   zaśnięciem.   Gdzieś 
wyczytałem, że we śnie, korzystając z darów podświadomości, można uczyć się szybko i trwale. 
Wydawało   mi   się   to   niezwykle   przyjemne,   a   nawet   bardzo   atrakcyjne.   Kupiłem   sobie   i 
magnetofon, i parę kaset. Nagrałem wszystko, co trzeba na taśmy, ustawiłem puszki z piwem w 
zasięgu ręki, wskoczyłem ochoczo do łóżka i zacząłem się wsłuchiwać.

NO, A POTEM HIGGINS DZIELĄCA SIĘ NA 42 HUNTER, 67 MARKLEY, 71 

HUDSON,   84   EVERGLADES!  CHINASKI   -   SŁUCHAJ   DOBRZE!!!   -   PITTS   -   FIELD 

DZIELI SIĘ NA 21 ASHSGROVE, 33 SIMMONS, 46 NEEDLES - CHINASKI, CZY TY 
JESZCZE SŁUCHASZ? - CHINASKI!!! - WESTHAVEN DZIELI SIĘ NA 11 EVERGREEN, 

24 MARKHAM, 55 WOOD - TREE - CHINASKI! - UWAGA!!! –

CHINASKI!!! - PARCHBLEAK DZIELI SIĘ...

To też nie zaskoczyło. Mój własny głos usypiał mnie natychmiast. Po trzeciej puszce 

piwa, co już wiedziałem od dawna, nic, koniec, ciemność, poruta i odjazd!

Po kilku jeszcze próbach przestałem zamęczać się moim fatygującym mnie głosem, a 

wymięte tabele miąchnąłem o ścianę. Zgodnie z codziennym rytuałem dopiłem szóstą, podwójną 

puszkę i zasnąłem.

Nie   dawało   mi   to   spokoju.   Myślałem   nawet,   żeby   odwiedzić   psychiatrę.   Nawet 

wyobrażałem sobie, jak mogłoby to wyglądać.

- No i co młody człowieku!

- Problem jest taki...
- Proszę mówić dalej. A może chce się pan położyć na kozetce?

- Nie! Nie! Bo jak zasnę?
- Proszę mówić dalej.

- No... ja muszę mieć tę pracę.
- To bardzo rozsądne!

- Ale ja muszę wyryć jeszcze te trzy tabele na pamkę i zdać egzamin! Inaczej lecę na 

mordę!

background image

- Tabele? A co to są za tabele?

- Więc to jest tak, że ludzie bardzo często nie piszą kodu pocztowego. A my te wszystkie 

listy musimy sortować na okręgi. I dlatego powinniśmy znać wszystkie, nawet najmniejsze ulice w 

jednym okręgu, wbijać to wszystko do głowy... i to po dwunastu godzinach pracy, w nocy!

- No i co?

- A ja już nie mogę utrzymać tych papierów w palcach. Same lecą na ścianę!
- Pan nie może się tego nauczyć na pamięć?

-  Nie  mogę!  Siedzę   całą noc  w  takiej  szklanej  klatce,  i  muszę  w  ciągu  ośmiu  minut 

posortować   prawie   sto   listów,   z   czego   95   procent   musi   być   prawidłowo   umieszczonych   w 

odpowiednich przegródkach, bo jak nie, to wywalają mnie na bruk! A ja muszę mieć tę pracę!!!

- A dlaczego nie może pan nauczyć się tych tabel na pamięć?

- Po to jestem tutaj. Pan mi to powie. Chyba jestem jakiś przygłup! Cały ten system ulic, 

który dzieli się jeszcze na system ulic podrzędnych!!! Nie ma ani jednej takiej samej!!! Wszystkie są 

inne!!! Niech pan popatrzy.

I teraz dałbym mu tę sześciostronicową tabelę, zepniętą od góry spinaczem, zapisaną po 

obu   stronach   ledwo   czytelnym   maczkiem.   On   przejrzałby   to   szybko.   Psychiatrzy   są   bardzo 
zdolni.

- Żąda się od pana, żeby to wszystko wcisnąć do głowy?
- Tak jest, panie doktorze.

- No, młody człowieku - dopiero teraz oddałby kartki z powrotem - to nie jest prawdą, że 

jest pan jakimś przygłupem, bo nie może się pan tego nauczyć. Raczej powiedziałbym, że byłby 

pan przygłupem, gdyby chciał się pan tego nauczyć. Moje honorarium wynosi 25 dolarów.

I dlatego, i tylko dlatego, postanowiłem sam analizować własne problemy, a honoraria 

przeznaczać na inne, bardziej ucieszne cele. No, ale coś trzeba było z tym zrobić. I zrobiłem. 
Miało to miejsce przed południem, za dziesięć dziesiąta.

Zadzwoniłem do działu kadr.
- Pani Graves? Chciałbym mówić z panią Graves!

- Halo!
To była ona. Ta baba! Zawsze się z nią przekomarzałem, kiedy musiałem  z nią coś 

załatwić.

-   Pani   Graves?   Tu   Chinaski.   Skierowałem   do   pani   pismo   w   odpowiedzi   na   zarzuty 

skierowane   przez   nią   samą,   w   związku   z   danymi   o   karalności   w   moich   aktach   osobowych 
znajdujących się u pani w szafie. Nie wiem, czy pani sobie coś przypomina?

- O, tak! My o tym pamiętamy, panie Chinaski.

background image

- Czy została już podjęta decyzja w tej sprawie?

- Jeszcze nie. W odpowiednim czasie zostanie pan powiadomiony.
- Cudownie! Ale mój problem ciągle pozostaje problemem!

- Nie rozumiem, panie Chinaski?
- Powinienem wkuwać tabelę CP I.

Zawiesiłem głos i pozwoliłem sobie na krótką pauzę.
- Panie Chinaski? - zapytała.

- Bo mnie się wydaje, że uczenie się tej tabeli na pamięć jest czymś, co przekracza moją 

najlepszą wolę!!! Pożera to tyle czasu, a do tego wszystkiego, może się okazać, że to wszystko 

będzie na próżno!... daremny trud! Przecież pani może mnie w każdej chwili wywalić z pracy. 
Niech pani nie udaje, że tego pani nie wie! Nie byłoby więc fair, żeby w takich okolicznościach 

żądano ode mnie świadomego nadwerężania własnego mózgu, i to może na próżno!

- Pięknie pan to powiedział, panie Chinaski. Powiadomię jeszcze dzisiaj Biuro Szkolenia, 

że do czasu ostatecznej decyzji jest pan zwolniony z przymusu znajomości na pamięć tabeli CP I.

- Równie pięknie pani dziękuję, pani Graves.

- Dobrego popołudnia - powiedziała i odłożyła słuchawkę.
I   było   to   rzeczywiście   bardzo   dobre   popołudnie.   Po   tych   gierkach   telefonicznych   z 

kadrową, postanowiłem pomylić pietra i odwiedzić siedzącą na łóżku sąsiadkę. W ostatniej jednak 
chwili odeszła mi chęć na ryzykowne eksperymenty. W nagrodę wrzuciłem jajka i szynkę na 

patelnię i zafundowałem sobie dodatkową butelkę piwa.

8

A ludzie odchodzili i odchodzili. Pozostało nas sześciu czy siedmiu. Tabela CP1 była dla 

wielu z nas przeszkodą nie do pokonania.

- Jak ty dajesz sobie radę z tabelami, Chinaski - pytali coraz częściej.

- U mnie jest wszystko w porządku, nawet bardziej niż pysznie!
Okay - to jak się dzieli Woodburn Ave?

- Woodburn?
- Woodburn!!!

- Koledzy, w godzinach pracy, kiedy umieram z nudów, nie dobijajcie mnie waszymi też 

nudnymi pytaniami. Chcę wam powiedzieć tylko tyle, że wszystko kiedyś ma swój koniec!

9

Święta Bożego Narodzenia Betty spędzała u mnie. Indyk został umieszczony w piecyku, a 

my   chłodziliśmy   się   różnymi   napojami.   Betty   ubóstwiała   wielkie,   ponadwymiarowe   choinki. 
Drzewko musiało być smukłe i wysokie, nie niższe niż dwa metry i rozłożyste przynajmniej na 
jeden metr, upstrzone elektrycznymi świecami i lampkami, anielskim włosem i wszystkimi tymi 
lśniącymi rupieciami. Wokół niej skomponowaliśmy miły, nie tylko dla oka, krąg butelek różnych 

background image

gatunków whisky, a pod nią jedliśmy indyka i kochaliśmy się, zalewając każdy orgazm tak obficie, 
jak to tylko się dało. W czasie tych świąteczno - miłosnych zapasów, dostrzegłem, że śruba w za 
małym   stojaku   choinki   obluzowała   się,   a   przeciążona   zabawkami   drzewko   chyliło   się 
niebezpiecznie na nas. Musiałem wielokrotnie korygować jego położenie. Betty rozwaliła się na 
tapczanie. Odjechała. Ja siedziałem w gaciach na podłodze i piłem sam do siebie. Kiedy mnie 
powaliło, nie pamiętam. Wiem tylko to, że jakiś chrobot wybił mnie ze snu. Otworzyłem oczy. 
Gałęzie upindrzone gorącymi lampkami prawie przekłuwały mi oczy, a srebrne gwiazdy, niby 
srebrzyste   ostrza   mieczy,   zbliżały   się   coraz   niebezpieczniej.   Nic   nie   rozumiałem.   Nic   nie 
kapowałem. Wyglądało na to, że koniec świata miał nastąpić lada chwila. Nie mogłem się ruszyć. 
Drzewko przywaliło mnie do podłogi na amen.

O   BOŻE,   O   BOŻE,   O   BOŻE...   LITOŚCI   BOŻE   ZMIŁUJ   SIĘ...   O   BOŻE...   O 

BOŻE!!!... POMOCY!... KURWA!!!

Słodkie i kolorowe żaróweczki wypalały mi już skórę. Żadna zmiana ułożenia ciała nie 

była możliwa. Każdy najmniejszy ruch oznaczał bolesne poparzenia w nowych miejscach.

- AUUUUUUU!!!

Nie   pamiętam,   jak   to   się   stało,   że   udało   mi   się   wyczołgać   spod   tego   świątecznego 

monstrum. Pamiętam tylko, że Betty przebudziła się i bezradnie podskakiwała na jednej nodze.

- Co się stało! Co się stało! - darła się wniebogłosy.
-   NIE   WIDZISZ,   CO   SIĘ   STAŁO!   TO   PIERDOLONE   DRZEWKO   CHCIAŁO 

MNIE UBIĆ!!!

- Co?

- TAK! POPATRZ NA MNIE!
Całe ciało pokryte było czerwonymi planikami.

- Ach, ty biedny chłoptasiu - zakwiliła.
Wyrwałem kable z kontaktu. Lampki zgasły.

- Ach, jakie to drzewko jest teraz biedne i smutne, prawie jak ty.
- Biedne i smutne?

- Tak, a było takie piękne!
- Włączymy je jutro rano. Teraz nie mam odwagi zbliżyć się do niego.

Betty skrzywiła się. Wiedziałem, że to się jej nie podoba. Czułem, że zaraz wybuchnie 

awantura.  Chcąc   jej   zapobiec,  

ustawiłem

  wok  choinki  wszystkie   krzes

ウ a i dopiero wtedy 

zapali

ウem 忤iece. Tylko 忤iece. Gdyby nadpalone byウy jej cycki albo jej tyウek, drzewko dawno 

le

ソaウoby na chodniku przed domem.

Uznałem, że jestem dobroduszny i bardzo łaskawy.
Parę dni później odwiedziłem Betty w jej mieszkaniu. Siedziała pod ścianą urżnięta w 

trupa, mimo że była dopiero dziewiąta rano. Nie wyglądała dobrze. Ale i ja nie wyglądałem lepiej. 
Na podłodze stało kilkanaście flaszek. Wyglądało to tak, jakby wszyscy sąsiedzi zmówili się i 

każdy z nich podarował jej po jednej butelce każdego gatunku. Było tam wino i wódka, brandy, 
scotch i whisky, same najtańsze sikacze.

background image

- Kupa parszywych morderców! Gzy oni nie zdają sobie sprawy z tego, że jeśli wlejesz to 

wszystko w siebie, to cię nie ma!

Betty wreszcie spojrzała na mnie. To jedno, krótkie spojrzenie wyjaśniło mi wszystko. Nie 

po raz pierwszy, zresztą! Betty miała dwoje dzieci, które nigdy jej nie odwiedzały, nigdy nie pisały 
do niej. Była sprzątaczką w tanim hotelu. Kiedy ją poznałem, nosiła drogie kiecki i bardzo drogie 

buty na małych i piekielnie zgrabnych stopach. Była prawie piękną dupą, śmiejącą się, z dzikimi 
oczami, smukłą i wyprostowaną. Odeszła od jakiegoś bogatego samca, potem rozwiodła się, a on 

wkrótce spalił się w wypadku samochodowym. Po dużej wódzie. W Connecticut.

- Tej nigdy nie oswoisz, nigdy - mówili często do mnie.

- Betty - powiedziałem - wezmę ten cały skład do siebie, od czasu do czasu będę ci 

wydzielać z tych zapasów po jednej butelce. Ja czegoś takiego nie używam!

- Nie dotykaj tego - odpowiedziała, nawet nie patrząc na mnie.
Jej pokój znajdował się na najwyższym piętrze hotelu, w którym pracowała. Siedziała 

teraz na krześle, wpatrzona w okno, obserwując poranny ruch uliczny. Podszedłem do niej.

- Padam na pysk ze zmęczenia. Muszę iść do domu. Spróbuj, na Boga, nie wypić tego 

wszystkiego naraz, co?

- Bądź spokojny - mruknęła.

Pochyliłem   się   nad   nią   i   pocałowałem.   Po   dziesięciu   chyba   dniach   postanowiłem   ją 

odwiedzić. Moje pukanie do drzwi pozostawało długo bez odpowiedzi.

- Betty! Betty! Czy wszystko w porządku?
Przekręciłem   gałkę.   Drzwi   nie   były   zamknięte.   Łóżko   nie   było   pościelone,   a   na 

prześcieradle widniała duża krwawa plama. O kurwa - pomyślałem. Rozejrzałem się dokoła. 
Butelek nie było. Chciałem wyjść, a wtedy w drzwiach pojawiła się ta Francuzka w średnim 

wieku, właścicielka hotelu.

- Ona jest w szpitalu. Była bardzo chora. Odwieziono ją wczoraj.

- Czy ona to wszystko wypiła sama?
- Nie zawsze sama.

Wybiegłem z hotelu. Pojechałem samochodem do szpitala. W recepcji siedziała znajoma 

mi osoba, więc szybko  i bez ceregieli  dowiedziałem  się, gdzie Betty leży.  W ciasnej i małej 

przestrzeni   stały   trzy   czy   cztery   łóżka.   Jakaś   kobieta   jedząca   jabłko   śmiała   się   do   dwóch 
odwiedzających ją osób. Zasunąłem zasłony wiszące wokół łóżka Betty, usiadłem na krześle i 

pochyliłem się nad nią.

- Betty? Betty!

Położyłem rękę na jej ramieniu.

background image

- Betty?

Otworzyła oczy. I znowu były piękne, spokojne, bardzo niebieskie i lśniące.
- Wiedziałam, że przyjdziesz.

Wolno zamknęła oczy. Wysuszone wargi nie dawały znaku życia. Żółta ślina kleiła się w 

kącikach ust. Małą ściereczką wytarłem jej spoconą twarz, ręce i szyję. Z gąbki wycisnąłem parę 

kropel wody. Zwilżyłem jej wargi. Odrzuciłem z twarzy włosy. Pogładziłem ją. Przez cały ten 
czas dochodziły mnie śmiechy tych trzech bab za zasłoną.

- Betty! Betty! Betty! Bardzo byłoby dobrze, gdybyś napiła się trochę wody. Nie za dużo. 

Mały łyczek. Mały.

Nie reagowała. Próbowałem jeszcze przez dziesięć minut. Nic. Tylko w kącikach ust 

pojawiła się ślina. Ja ją wycierałem, a orni pojawiała się znowu. Rozsunąłem szybko zasłony, 

popatrzyłem na te trzy wiedźmy, wyskoczyłem z pokoju i zwróciłem się do pełniącej dyżur 
siostry.

- Proszę mi powiedzieć, dlaczego nikt nie troszczy się o pacjentkę z pokoju 45, panią 

Betty Wiliams?

- To robimy, co możemy.
- Przy niej nie ma nikogo?

- Obchody w naszym szpitalu odbywają się w regularnych odstępach czasu.
- A gdzie są lekarze? Dlaczego nie widzę ani jednego lekarza!

- Lekarz już tam był dzisiaj.
- To dlaczego każecie jej leżeć jak kłoda, co?

- To, co trzeba robić, jest robione.
- ALE TO NIE WYSTARCZA!!! Zakładam się, że gdyby to był prezydent albo jakiś 

gubernator,   albo   burmistrz,   albo   srający   pieniędzmi   gangster,   to   cały   pokój   zapchany   byłby 
lekarzami i sprzętem, pielęgniarkami i wszystkim, co trzeba. Oni by coś robili!!! Dlaczego każecie 

ludziom umierać? Czy to już jest grzech, że się jest biednym?

- Powiedziałam panu, że to, co trzeba, zostało wykonane.

- Pojawię się tu znowu, za dwie godziny.
- Czy pan jest mężem?

- Mieszkaliśmy razem, w luźnym związku, ale prawie jak mąż z żoną.
- Proszę zostawić adres i numer telefonu.

Wszystko to jej zapisałem i wyszedłem ze szpitala.

10

Uroczystości pogrzebowe wyznaczono na godzinę wpół do jedenastej, a z nieba lał się już 

żar. W największym pośpiechu kupiłem najtańszy czarny garnitur. Był to mój pierwszy, nowy 

background image

garnitur od bardzo wielu lat. Udało mi się odszukać syna Betty Jechaliśmy właśnie jego nowym 
mercedesem   benz.   Przypadkowo   wpadła   mi   w   ręce   kartka   papieru   z   adresem   jego   teścia. 
Wykonałem chyba dwa telefony i już go miałem namierzonego. Jak przyjechał do szpitala, matka 
już nie żyła. Umierała, kiedy ja kłóciłem się z telefonistkami, szukając jej syna. Chłopak miał na 
imię Larry, nie mógł jakoś znaleźć sobie nigdzie miejsca. Nagminnie kradł samochody. I to nie 
jakieś tam samochody, lecz wyłącznie samochody swoich przyjaciół. A inni przyjaciele pomagali 
mu zawsze wyjść z sądowych tarapatów. Po tym zwinęli go do woja, tam zrobił jakieś kursy, a po 
ukończeniu służby załapał się do wcale dobrej roboty. I wtedy przestał odwiedzać matkę.

- A gdzie jest pańska siostra - zapytałem go.

- Nie wiem.
- Niezły samochodzik, nie? Wcale nie słychać pracy silnika.

Larry śmiał się. Lubił rozmowy o dobrych samochodach.
Trzy osoby odprowadzały Betty: syn, kochanek i mocno upośledzona na umyśle siostra 

właścicielki hotelu, Marcia. Marcia uporczywie milczała. Nigdy nie słyszałem, żeby powiedziała 
choć jedno słowo. Na ustach ciągle ten sam kretyński uśmieszek. Na głowie kępka suchych, 

żółtych włosów i kapelusz, zawsze krzywo spadający jej na czoło. Reprezentowała właścicielkę 
hotelu, pracodawcę Betty. Francuzka musiała pilnować interesów. Ja oczywiście, na niezłym kacu. 

Musiałem napić się kawy. Uroczystość jeszcze się nie zaczęła, ale za to pojawiły się pierwsze 
kłopoty. Larry odbył pokazową pyskówkę z katolickim księdzem. Pojawiły się wątpliwości, czy 

Betty   rzeczywiście   była   prawdziwą   katoliczką.   Ksiądz   zagroził   odmową   wykonania   ostatniej 
posługi.   Po   długich,   głośnych,   kupieckich   zmaganiach   zawarto   kompromis.   Ksiądz 

zaproponował   skróconą   wersję   obrządku.   Lepsza   skrócona   niż   żadna.   Nawet   z   kwiatami 
mieliśmy niezły burdel. Zamówiłem krzyż, z różnych rodzajów róż. Kwiaciarka pracowała nad 

zamówieniem całe popołudnie. Ekspedientka znała Betty bardzo dobrze. Przed paru laty, jak 
mieszkałem z Betty i z psem w tej okolicy, obie panie spotykały się często i obalały po niejednej 

butelczynie. To była Delsie. Zawsze miałem na nią ochotę, ale jakoś nic z tego nie wyszło.

Delsie zadzwoniła do mnie:

- Hank, w co oni pogrywają?
- A kto ma w co grać?

- Te typy z kostnicy!
- Co jest z nimi?

- Chłopcy chcieli zawieźć zamówiony przez ciebie wieniec, ale nie wpuszczono ich do 

środka. Powiedziano im, że kostnica pracuje tylko do osiemnastej. Ty wiesz, jaki to cholerny 

kawał drogi trzeba tam jechać, nie?

- I co dalej, Delsie?

- Pozwolono oprzeć wieniec na drzwiach wjazdowych, od środka. Zakazali wnosić kwiaty 

do lodówki. Czy im wszystkim już poodbijało, czy dopiero zaczyna im odbijać, tym zmrożonym 

background image

kutasom, co?

- Nie mam pojęcia, co się wyrabia w świecie cmentarnych hien.
- Nie mogę przyjść na pogrzeb. U ciebie wszystko w porządku?

- Przyjdź! Przyjdź! Pociesz mnie trochę.
- Musiałabym targać ze sobą Paula.

Paul był mężem Delsie.
- To zapomnijmy o tym!

A teraz jechaliśmy samochodem na cmentarz, gdzie miała się odbyć skrócona ceremonia 

pogrzebowa Betty. Larry spojrzał na mnie.

- Sprawę pomnika załatwimy później. Teraz jestem zupełnie goły.
- Dobra, dobra - odpowiedziałem.

Larry zapłacił za kawę. Wyszliśmy z baru i wsiedliśmy do mercedesa.
- O rany, chwileczkę - zawołałem.

- Co jest - spytał Larry.
- Chyba czegoś zapomnieliśmy.

Wróciłem do baru.
- Marcia!!!

Siedziała dalej przy stole, wpatrzona w puste filiżanki.
- Marcia, jedziemy!!!

Wstała i uśmiechając się, poczłapała za mną.
Ksiądz coś czytał. Nie słuchałem tego wcale. Patrzyłem na trumnę. To coś, co teraz było 

w środku, było, jest jeszcze, dobrze mi znaną kobietą. Żar, słońce, oślepione muchy właziły 
wszędzie,  szukając schronienia  przed  bezlitosnymi  promieniami.  W połowie  skróconej  wersji 

ceremonii pogrzebowej pojawiły się dwa typy w roboczych ubraniach, niosąc zamówiony przeze 
mnie wieniec w kształcie krzyża. Róże zwiędły zupełnie, dogorywały w piekielnym skwarze. Ci 

dwaj „lordowie” delikatnie ułożyli wieniec przy sąsiednim drzewie, opierając go o pień. Przy 
końcu ceremonii krzyż z róż złamał się w pół, a martwe kwiaty rozsypały się dokoła. Na napis na 

szarfie nikt już nie mógł zwrócić uwagi. A potem był koniec. Zbliżyłem się do księdza i podałem 
mu rękę: „Dziękuję”. On uśmiechnął się. Teraz już na dwóch twarzach dostrzegłem podobne 

uśmiechy: Marcii i księdza.

W drodze powrotnej Larry powiedział:

- Napiszę do pana w sprawie pomnika. Wkrótce.
To wkrótce trwa do dzisiaj.

background image

11

Szybko wpadłem do mieszkania, przechyliłem butelkę whisky, duży łyk z wodą, jeszcze 

większy bez wody, z górnej szuflady zgarnąłem trochę forsy, i jeszcze szybciej zbiegłem na dół, 
do samochodu, a po chwili byłem już na wyścigach konnych. Właśnie zaczynały się pierwsze 
biegi, nie obstawiałem ich, bo nie miałem zielonego pojęcia ani o startujących koniach, ani o 
dżokejach.   W   barze   dostrzegłem   tę   jasno   -   kakaową   Murzynkę   w   starym,   nieprzemakalnym 
płaszczu.   Rzeczywiście,   ubierać   to   ona   się   nie   umiała.   Ale   uległem   własnemu   dobremu 
nastrojowi i wyszeptałem jej imię, kiedy przechodziła niedaleko mnie.

- Vi, baby!

Zatrzymała się i podeszła do mnie.
- Co, i gdzie, i jak, i jak ci leci, Hank!

Znałem   ją   z   pracy   na   poczcie,   Pracowała   w   innym   urzędzie   pocztowym,   przy 

wodociągach miejskich, była, a może tak mi się tylko wtedy wydawało, milsza, sympatyczniejsza 

niż pozostałe jej koleżanki.

-   Trzeci   pogrzeb   w   ciągu   dwóch   ostatnich   lat.   Moja   matka,   później   ojciec,   a   dziś 

przyjaciółka.

Zamówiła coś do picia. Rzuciłem okiem na informację o biegach i typowaniach.

- Popatrzymy sobie na drugi bieg.
Przywarła   do   mnie,   a   ja   do   blatu   baru.   Te   jej   nogi!   Te   jej   piersi,   niczym   sterczące 

ostrosłupy! Pod nieprzemakalnym płaszczem wyczuwało się wszystko, co trzeba, a nawet i trochę 
więcej.

Zawsze stawiałem na nieznane konie, mogące pobić faworytów. Jeżeli takich fuksów nie 

było, obstawiałem konia z największymi szansami na zwycięstwo. Po pogrzebie matki, a także po 

pogrzebie ojca, wygrywałem na wyścigach wcale przyjemne sumki. Te smutne ceremonie mają 
jednak   i  jaśniejsze  strony   -  świat  wydawał  się  być   klarowniejszy   i  głośniej   brzęczał   monetą. 

Numer sześć, na dystansie trochę dłuższym niż jedna mila, przegrał z faworytem biegu o długość 
łba, ale wychodząc z zakrętu na prostą, był co najmniej dwie długości przed pozostałymi końmi. 

Przegrał na ostatnich centymetrach przed metą. Numer sześć obstawiano w tym biegu 35:1, a 
faworyta 9:2. I teraz te konie miały iść razem. Faworyt ważył dwa funty więcej, 118, a waga 

szóstki pozostała taka sama, 116. Zmieniono mu tylko dżokeja, na gorszego, bo przez nikogo nie 
lubianego. Dystans biegu miał wynosić jedną milę i jedną szesnastą. Tłum grających krzyczał, że 

skoro faworyt wygrał z szóstką na dłuższym dystansie, to te marne dodatkowe metry nie powinny 
stanowić żadnego problemu. Wydawać by się mogło, że jest to logiczna kalkulacja. Ale biegi koni 

nie zawsze przebiegają w zgodzie z prawami logiki. Trenerzy każą startować koniom w pozornie 
tylko niekorzystnych kombinacjach, unikając gonitw ze zbyt dużą liczbą startujących. Zmieniona 

długość biegu oraz wymiana dżokeja dawały nadzieję na bardzo interesujący bieg po dobrej cenie. 
Popatrzyłem na tablicę. W przedbiegu numer sześć był obstawiony 5:1, a w tym biegu już 7:1.

background image

- Szóstka wygra - powiedziałem Vi.

- Nie wytrzyma - odpowiedziała sucho Vi.
- Wygra jak w banku - stwierdziłem i postawiłem dziesięć dolarów na zwycięstwo szóstki.

Szóstka obejmuje prowadzenie od startu, w pierwszym zakręcie, ocierając się o krzewy 

rosnące wzdłuż toru, przechodzi na przeciwległą prostą, i tam nie naciskana, utrzymuje się w 

przodzie na jedną i jedną trzecią długości. Reszta na razie w tyle. Przyjmowano, że do ostatniego 
zakrętu szóstka pozostanie w przodzie, a wychodząc z niego, zacznie finiszować. Na ostatniej 

prostej,   przed   metą,   można   z   łatwością   wyprzedzić   zmęczonego   prowadzeniem   konia.   Tak 
mógłby wyglądać ten bieg. Ale trener zmienił taktykę. U wierzchołka zakrętu dżokej popuścił 

cugle, a koń skokiem pociągnął do przodu. Zanim pozostali jeźdźcy zdążyli spiąć swoje konie 
ostrogami, szóstka była już w przodzie na cztery długości. Na wejściu na ostatnią prostą dżokej 

trzymał konia „na ostro,” rozglądał się za siebie na lewo i prawo i cisnął na tempo. Szóstka to 
wytrzymała. Z tyłu doszedł gwałtownie do przodu faworyt, było 9:5, i to w piekielnym galopie. 

Odległość do prowadzącego konia zmniejszyła się w błyskawicznym tempie. Wyglądało na to, że 
faworyt bez żadnych kłopotów połknie będącą jeszcze na czele szóstkę. Faworyt miał numer 

dwa. W połowie ostatniej prostej dwójka zmniejszyła dystans do połowy długości i dopiero 
wtedy dżokej szóstki chwycił za szpicrutę. Dżokej dwójki okładał konia od samego startu, koń 

nie reagował więc na bolesne razy. Szóstka utrzymała swoją pozycję do mety, a ja popatrzyłem na 
tablicę zakładów.

Wzrosły one dla mojego konia do 8:1.
Wróciliśmy do baru.

- Tym razem nie wygrał najlepszy koń - stwierdziła Vi.
- Nie interesuje mnie, czy jest lepszy czy najlepszy. Ja tylko lubię, kiedy mój koń jest 

pierwszy na mecie. Zamów coś!

Wypiliśmy.

- No cwaniaczku, to teraz sprawdzimy teraz, czy uda ci się jeszcze raz ograć tych innych 

cwaniaków!

- Powiedziałem ci już, że po pogrzebie nie ma na mnie żadnej siły.
Wbiła   swoją   klatkę   piersiową   w   moją.   Incydent   ten   został   uroczyście   uhonorowany 

czystym scotchem. W międzyczasie udało mi się rzucić okiem na kolejność następnych gonitw. 
Bieg trzeci. I właśnie wtedy nastąpił start. Ci macherzy od organizacji gonitw wciskają w ten 

sposób niezłą manianę grającym. Ludzie gorączkują się jeszcze po ostatnim biegu, przeklinają 
własne błędy w typach, liczą pieniądze albo chleją. Niepostrzeżenie te dwudziestopięciominutowe 

przerwy między biegami zawsze zamieniają się w czas roztrząsania tego, co już się stało, co już 

background image

minęło, a nigdy w umysłową pracę nad ustalaniem taktyki typowania następnych, euforycznych 

zwycięstw.   Trzecia   gonitwa   odbywała   się   na   dystansie   sześć   razy   jedna   ósma   mili.   Faworyt, 
słynący ze swojej prędkości, był już na czele peletonu. Ostatni swój bieg, siedem razy jedna ósma 

mili przegrał na długość chrapów w ostatniej sekundzie, mimo że prowadził od samego startu. 
Ósemką   był   oznakowany   koń   podziwiany   za   szybkość   finiszowania.   Wystartował   nieźle, 

uplasował się na trzeciej pozycji, a na prostej odrobił trzy długości do faworyta. Cwaniaki za 
lornetkami   rozgorączkowali   się,   dywagując,   czy   skoro   ósemka   nie   dała   rady   faworytowi   na 

dłuższym dystansie, może dać mu radę na krótszym?

Dywagując tak i bijąc pianę, tracili resztki zdrowego rozsądku i zazwyczaj przegrywali. Bo 

koń, który wygrał siedem razy jedną milę, nie startował w tym biegu.

- Obstawiamy ósemkę - powiedziałem do Vi.

- Za krótki dystans. Jego zryw na finiszu nic mu nie da - rzeczowo strzeliła Vi.
Ósemkę obstawiano 6:1, a teraz, w połowie dystansu, doszło do 9:1. Zainkasowałem 

wygraną z ostatniej gonitwy i postawiłem dziesięć dolarów na ósemkę. Przegrywa się zawsze, jak 
stawia się za wysoko albo wycofuje pieniądze, zanim bieg się skończy. Bo nagły strach i mokro w 

gaciach! Dziesięć dolarów było stawką bezpieczną i jakoś urokliwą. Faworyt walił do przodu. 
Pierwszy   wyszedł   ze   startu,   pierwszy   doszedł   do   bandy   i   miał   już   dwie   długości   przewagi. 

Ósemka biegła za bardzo na zewnątrz na przedostatnim miejscu, wolno nabierając tempa. W 
ostatnią prostą faworyt wszedł pierwszy, ósemka na piątym miejscu wyszła na zewnątrz jeszcze 

bardziej   i   dopiero   teraz   dżokej   zaczął   okładać   zady  konia.   Galop   faworyta   stawał   się   coraz 
krótszy, koń stracił siły, ale w połowie ostatniej prostej faworyt ciągle jeszcze miał dwie długości 

przewagi. Ósemka, niczym z podwójnym dopalaczem, przefrunęła obok faworyta, odbijając się 
od niego na dwie i pół długości na stumetrowym odcinku przed metą. Popatrzyłem na tablicę. 

Stawka nie zmieniała się 9:1. I znowu do baru. Vi zawiesiła się na mnie i przylgnęła. Wygrałem 
trzy z pięciu ostatnich biegów. Wtedy jeszcze przeprowadzano ich osiem, a nie dziewięć, jak to 

dziś ma miejsce. A zresztą osiem i tak było za dużo na tej jeden „pogrzebowy” dzień. Kupiłem 
sobie parę cygar i wsiedliśmy do samochodu. Vi nie miała auta, przyjeżdżała zawsze autobusem, 

ale nigdy nim nie odjeżdżała. Po drodze kupiliśmy butelczynę whisky i pojechaliśmy do mnie.

12

Vi rozejrzała się.
- I jak taki mężczyzna jak ty może mieszkać w takim „krajobrazie”?

- O to pytają mnie wszystkie.
- To jest gorsze niż skład złomu!

- Troszczę się o to, żeby żyć najskromniej.
- No to chodźmy do mnie.

background image

- Okay.

Znowu umościliśmy się w samochodzie, a ona wskazywała mi drogę. Kupiliśmy jeszcze 

dwie buteleczki, steki, jarzyny, dodatki do sałaty, kartofle, chleb i parę jeszcze butelek.

Nad   wejściem   do   czynszowej   kamienicy,   gdzie   mieszkała   Vi,   wisiała   pokaźnych 

rozmiarów tablica, pomalowana czerwoną farbą.

HAŁASY   I   WRZASKI,   WSZELKIEGO   RODZAJU,   SĄ   NIEDOZWOLONE. 

APARATY   TELEWIZYJNE   NALEŻY   WYŁĄCZAĆ   O   GODZINIE   22.   CIĘŻKO 

PRACUJĄCY   MIESZKAŃCY   TEGO   DOMU   POTRZEBUJĄ   CISZY   I   NOCNEGO 
SPOKOJU.

- To o telewizorach bardzo mi się podoba - powiedziałem jej.
Wsiedliśmy do windy. Vi miała śliczne i małe mieszkanko. Zakupy zaniosłem do kuchni, 

znalazłem dwie szklanki, nalałem.

- Wypakuj to wszystko. Ja zaraz się pojawię.

Wypakowałem więc wszystko, położyłem na stole. Wypiłem. Nalałem sobie znowu. I 

wtedy pojawiła się ona. Odwaliła się w wcale gustowną kieckę. Klipsy. Wysokie obcasy. Bardzo 

mini. Była w porządku. Trochę może, no ciut, za nisko osadzona, ale „chrupiący” tyłek, kształtne 
uda i ostre piersi robiły wrażenie. Na pewno długodystansowa w łóżku.

- Witam panią serdecznie - powiedziałem. Jestem znajomym Vi. Ona zaraz się tu pojawi. 

Może coś do picia? Głośno śmiała się, a ja chwyciłem ją w pasie i przyciągnąłem to silne ciało do 

siebie. Całowaliśmy się. Jej usta były zimne jak diamenty, ale smakowały całkiem w porządku.

- Głodna jestem, pozwól, że coś ugotuję.

- Też jestem głodny. Pożarłbym ciebie. Natychmiast.
I znowu się głośno zaśmiała. Szybki, krótki pocałunek, moje ręce na jej jędrnych i małych 

pośladkach, a potem poszedłem do pokoju, usiadłem, wyrzuciłem przed siebie szeroko nogi i 
głośno westchnąłem.

Mógłbym tu już zostać na zawsze - pomyślałem - a na wyścigach zarabiać forsę. Ona by 

się mną chętnie opiekowała, masowałaby mnie, nacierała olejkami, gotowała, rozmawiałaby ze 

mną, kochała mnie i kochała się ze mną. Oczywiście, że kłótni nie dałoby się uniknąć. Taka to 
już jest ta kobieca natura! Trochę pokrzyczeć, teatralnie pogestykulować, zawsze wyciągać na 

wierzch to, co najbardziej brudne a nie najpotrzebniejsze, a później te kaskady przyrzeczeń i 
uroczystych zapewnień. W tym byłem najsłabszy. Wypite w kuchni drinki rozgrzały mnie na tyle, 

że myśl o wyprowadzeniu się stąd zaczynała się wydawać co najmniej niestosowna i tym bardziej 
nieprzyzwoita.

Vi nie miała takich problemów. Pojawiła się ze szklanką w dłoni, usadowiła się na moich 

background image

dolnych   kończynach,   zaczęła   całować,   językiem   dotykając   tylną   część   mojego   podniebienia. 

„Baczność” w rozporku zaskoczyło mnie samego. Chwyciłem jej pośladki i zacząłem je gnieść, 
ugniatać, masować i miesić jak ciasto.

- Chciałabym coś ci pokazać - powiedziała cicho.
- Ojej, ojej,.. nie tak szybko... nie tak szybko... poczekajmy jeszcze trochę... tak może 

godzinę po jedzeniu, co?

- Nie o tym myślę.

Przytuliłem się do niej i pozwoliłem jej robić wszystko, na co tylko miała ochotę.
Nagle wstała.

- Chciałam ci pokazać zdjęcie mojej córki. Ona mieszka teraz w Detroit u mojej matki. 

Jesienią tu wraca. Musi iść do szkoły.

- Ile ma lat?
- Sześć.

- A co z ojcem?
- Rozwiodłam się. Bezwartościowy palant. Chlał na umór i przegrywał na wyścigach.

- Rzeczywiście?
Przyniosła   zdjęcie   i   wcisnęła   mi   między   palce.   Długo   się   w   nie   wpatrywałem.   Tło 

wydawało mi się za ciemne. I nie tylko tło.

- Słuchaj Vi - ona jest naprawdę czarna! Na miłość Boga, nie mogłaś zrobić tego zdjęcia 

na trochę jaśniejszym tle?

- To po ojcu. Czarny dominuje. I czarny charakter też!

- Mhmmm. To jednak się widzi!
- To zdjęcie zrobiła moja matka.

- Musi być całkiem miłym stworzeniem, ta twoja córka, prawda?
- Tak... tak!... ona jest bardzo miła... i bardzo słodka!

Vi położyła mi zdjęcie na kolanach i wyszła do kuchni. Te zdjęcia, te albumy, te matki ze 

zdjęciami własnych dzieci. Ciągle to samo, ciągle i wiecznie. Vi pojawiła się na krótko w drzwiach 

kuchni.

- Nie pij tyle! Wiesz, co nas jeszcze czeka!

- Tylko bez paniki, baby, dla ciebie coś się zawsze znajdzie. A i ja na tym też skorzystam! 

Wiesz,   byłoby   to   bardzo   wzruszające,   gdybyś   ty,   własnymi   rączkami,   zmieszała   wodę   ze 

scotchem, dla kogoś, kto ma bardzo ciężki dzień za sobą.

- Zamieszaj sobie sam, blagierze i pyszałku!!!

Wykonałem więc zamaszysty obrót i włączyłem telewizor.

background image

- Jeśli chcesz przeżyć raz jeszcze tak wspaniałe chwile, jak na wyścigach, to przynieś temu 

blagierowi i pyszałkowi coś do picia. I to natychmiast!

Vi postawiła na mojego konia w ostatniej gonitwie. Obstawiano go 5:1, mimo, że od 

dwóch lat nie wygrał żadnego biegu. Zdecydowałem się postawić na niego tylko dlatego, bo tak 
na zdrowy rozum zakłady powinny być zawierane 20:1, a nigdy 5:11. Koń wygrał sześcioma 

długościami, i to bez padania na pysk. Nie wiem, jak to się stało, czy jak to pokombinowano, ale 
zwierzak zaprezentował fantastyczną klasę, od pracy zadów po chrapy. Spojrzałem w górę, a nad 

moją głową wisiała szklanka ukochanej cieczy.

- Dziękuję ci, baby!

- Tak jest, mistrzu - zaśmiała się Vi.

13

W łóżku wszystko odbywało się niby normalnie. Organ osiągnął niebotyczne wysokości, 

a ja próbowałem tego nie lekceważyć, ale... mocowałem się i mocowałem, „dorzucałem polan do 
ognia i dorzucałem,” Vi cierpliwie wszystko znosiła. Dręczyłem więcej siebie niż ją, bez wątpienia 
dużo wypiłem.

- Bardzo mi jest przykro, baby - powiedziałem.

I nawet nie czekając na słowa najmniejszej pociechy, sturlałem się z niej na materac. I 

oczywiście usnąłem. W nocy sen urwał się nagle, jakby ścięty gilotyną. Vi radykalnymi metodami 

wyrywała mnie z objęć pijackiego półsnu, półdrzemania, siadając okrakiem na jajach.

- A teraz uderz w galop! - krzykliwie zagrzewała. W galop, baby!

Od czasu do czasu, ale tylko od czasu do czasu, udawało mi się silnym  pchnięciem 

wedrzeć w ciało Vi. Jej szeroko otwarte oczy, rozpalone pragnieniem i pożądaniem, patrzyły na 

mnie zwycięsko, a ja pozwalałem się gwałcić jasnokakaowej Murzynce i wściekłej babie w jednej 
osobie! Muszę teraz przyznać, że to podniecało mnie, ale tylko na krótko.

A potem poddałem się:
- Złaź, baby, mamy jednak bardzo ciężki dzień za sobą. Dobre czasy jeszcze przed nami!

Vi odwróciła się do mnie plecami, a organ, po rekordowych wysokościach, w rekordowo 

szybkim czasie zmarszczył się i skurczył.

14

Rankiem, pierwsze, co zarejestrowały moje uszy, to były kroki. Jej kroki. Łaziła z pokoju 

do kuchni i z kuchni do pokoju. Może było wpół do jedenastej. Czułem się bardzo nędznie i 
marnie. Nie miałem ochoty spojrzeć jej w twarz. Udam, że jeszcze śpię, jakieś piętnaście minut, a 
potem coś się musi stać - pomyślałem szybko.

Ale ona była jeszcze szybsza! Zaczęła tarmosić mnie za ramiona.
- Słyszysz mnie, chciałabym, żebyś zapakował się w gacie i zmiatał. Moja przyjaciółka 

pojawi się tu zaraz.

- No to co? Ją też mogę zwalić!

background image

-   Oczywiście...   natychmiast...   fantastycznie   -   bardzo   głośno   roześmiała   się   Vi   - 

...oczywiście!

Bardzo   powoli   wstawałem   na   nogi.   Wszystko   odbijało   się   we   mnie   niemiłosiernie, 

czkałem i chciało mi się rzygać. Udało mi się wejść w ubranie.

- Powodujesz teraz to, że zaczynam czuć się jak niewypał, awaria i defekt - powoli i 

stanowczo wydusiłem z siebie. To nie jest prawda, że nic we mnie nie ma! Coś dobrego musi być 
w każdym człowieku, więc i we mnie!

Byłem ubrany. Wolno udałem się do łazienki, ochlapałem twarz wodą, uczesałem włosy.
Gdybym mógł, choć trochę, uczesać także i tę twarz - pomyślałem sobie, gapiąc się w 

lustro - ale to się nie da.

Wyszedłem z łazienki.

- Vi?
- Tak.

- To był tylko alkohol. Tylko. To nie ma nic wspólnego z tobą. Ja to wiem. Przeżyłem to 

już parę razy. Twoje siwe włosy na pewno nie staną się bardziej siwe... z tego powodu. Nie wolno 

im.

- No to nie chlej tyle! Żadna kobieta nie lubi być wymieniana na butelkę scotcha!

- Słuchaj, przestań już robić z tego Waterloo, ty czarna emanco!
- Pieprz teraz, Hank!

- Potrzebujesz trochę pieniędzy, mała?
Z portfela wyjąłem dwadzieścia dolarów i dałem jej.

- Heeeee... jak chcesz być słodki, to nawet potrafisz, słodki!
Wolno przesunęła ręką po moich wargach, a ja pocałowałem ją najdelikatniej tam, gdzie 

kończy się górna warga a zaczyna dolna, albo odwrotnie.

- Jedź ostrożnie!

- No jasne, mała!
Jechałem ostrożnie, nawet bardzo ostrożnie, w stronę torów wyścigowych.

15

Zaproszono mnie do biura, na pierwszym piętrze, gdzieś na zadupiu korytarza. Kadry.
- Czy mogę się panu przyjrzeć, Chinaski?
Zaczął się przyglądać.

- Au... au... au... ale pan kiepsko wygląda. Najlepiej będzie jak sobie coś zaaplikuję.
I rzeczywiście zaaplikował sobie coś z niewielkiej buteleczki.

- Drogi pani Chinaski, bardzo bylibyśmy panu wdzięczni, gdyby zechciał pan opowiedzieć 

nam, gdzie spędził ostatnie dwa dni?

background image

- Opłakiwałem kogoś i nosiłem żałobę.

- Opłakiwał pan?
-   Pogrzeb.   Stara   przyjaciółka.   Pierwszy   dzień   -   kupa   różnych   dziwnych   spraw   do 

załatwienia, łącznie z rzucaniem grudek ziemi na wieko trumny. Dzień drugi - ścisła żałoba.

- I nie miał pan czasu na wykonanie jednego telefonu do nas, Chinaski?

- Zgadza się.
- A ja chciałbym coś panu powiedzieć, Chinaski, i mam nadzieję że to pozostanie między 

nami...

- Bardzo proszę.

- Jeżeli pan nas nie informuje, co się z panem dzieje... czy pan już wie, co chcę przez to 

powiedzieć?

- Niestety, nie.
-  Panie  Chinaski,  jeżeli  pan  nas nie   informuje,  co  się z  panem  dzieje,  to  znaczy,  że 

przekazuje pan nam informację, że sra pan na pocztę!!!

- Rzeczywiście?

- A teraz, panie Chinaski, czy pan zdaje sobie sprawę, co to oznacza?
- Nie. A co?

Pochylił się nad stołem, wysunął twarz do przodu i wycedził:
- To oznacza, panie Chinaski, że poczta amerykańska może też osrać pana!!!

Wycofał swój łeb, ale dalej gapił się w moją stronę.
- Panie Feathers - powiedziałem - pan mnie może... czy pan już wie, co?

- Henry, tylko niech pan nie próbuje być bezczelny. Ja mogę pańskie żyćko tu... tu!... 

tu!!!... zamienić w piekło.

- Proszę zwracać się do mnie moim pełnym imieniem i nazwiskiem. Nie wydaje mi się, że 

zbyt dużo żądam od pana!

- Pan żąda respektu?...
- Tak jest. Żądam dokładnie tego! Pan chyba jeszcze pamięta, gdzie zaparkował pan swój 

samochód?

- A co to ma do rzeczy?! A może to szantaż???

- Czarni z tej dzielnicy ubóstwiają mnie, Feathers. Chyba będę musiał się im jakoś za to 

odwdzięczyć?!

- Czarni ubóstwiają pana?
- Dają mi wody, kiedy mam pragnienie. Ja nawet walę ich kobiety. Czy też usiłuję to robić!

- Wspaniale... wspaniale... odchodzimy od naszego tematu, Chinaski. A teraz do pracy.

background image

Wręczył mi jakiś świstek, zaświadczający, że byłem u niego. Chyba „pogoniłem” mu 

trochę strachu. Z czarnymi nigdy nie stałem na stopie wojennej, a z Feathersem właśnie zaczyna-
łem. To, że on się przeraził, to było dla mnie jasne. Liczyłem przecież na to. Jednego takiego 

inspektora   zrzucono   ze   schodów,   drugiego   przeciągnęli   nożem   po   dupie,   podobno   komuś 
otworzyli brzuch, jak czekał na skrzyżowaniu na zielone światło, i to przed głównym wejściem do 

Stanowego Urzędu Pocztowego. Sprawców nigdy nie odnaleziono.

Feathers, niedługo po naszej rozmowie, odszedł. Nie wiem, gdzie on teraz pracuje. Na 

pewno nie jest już urzędnikiem Głównego Urzędu Pocztowego.

16

O dziesiątej po południu zadzwonił telefon.
- Pan Chinaski?

Natychmiast rozpoznałem ten kobiecy głos, i uruchomiłem te swoje gierki.
- Mmmmmm - odpowiedziałem.

To była Graves, ten przykład nie adorowanego przeze mnie gatunku kobiety.
- Czy pan spał?

- Tak. Tak, Ale proszę śmiało mówić dalej, pani Graves. Nic nie szkodzi.
Trudno! Skoro się już stało!

- Wszystko zostało właśnie wyjaśnione. Nie mamy do pana żadnych zastrzeżeń.
- Hmmm... hmmmmmm... hmmmmmm.
- Dokładnie za dwa tygodnie jest termin pańskiego egzaminu.
Tabela CP I.

- Co? Chwileczkę!... zaraz?... chwileczkę!!!
- I to wszystko na dzisiaj, panie Chinaski. Życzę przyjemnego dnia.

Odłożyła słuchawkę.

17

Nic   innego   mi   nie   pozostało,   jak   chwycić   palcami   te   tabele   i...   Postanowiłem   sobie 

ułatwić naukę i podzieliłem wszystkie dane na dwie grupy: wiek i płeć. Na przykład: jeden facet 
mieszkał z trzema kobietami. Jedną okładał pejczem (jej nazwisko było nazwą ulicy, a jej wiek 
numerem okręgu pocztowego), z drugą uprawiał tylko miłość francuską (jak wyżej), a z trzecią 
wiał się klasycznie (jak wyżej). W ten mój system włączyłem także grupy ryzyka, na przykład 
homos, a jeden z nich miał 33 lata (nazywał się Manfred Avenue)... i. tak dalej... i tak dalej. Jestem 
pewien, że nie wpuściliby mnie pod ten szklany klosz, gdyby wiedzieli, co ja sobie myślę, patrząc 
na egzaminacyjne przykłady. Ci wymyśleni przeze mnie ludzie stawali się coraz bliżsi i coraz lepiej 
mi znani. Mimo wszystko, czasami nie mogłem opanować tych wszystkich „orgii” pętających się 
po mojej głowie. Przy pierwszym podejściu udało mi się tylko w 94 procentach. Dziesięć dni 
później,  przy  egzaminie  poprawkowym  wiedziałem  już bezbłędnie,  kto  kogo i  jak pierdoli  - 
osiągnąłem maksimum. Sto procent właściwie posegregowanej korespondencji w ciągu pięciu 
minut.   Wręczono   mi   nawet   kiepsko   skopiowany   dyplom   z   życzeniami   pomyślnej   pracy   od 
samego szefa naszego urzędu.

background image

18

Wkrótce po egzaminie zostałem zaangażowany na stały etat, co oznaczało tylko osiem 

godzin pracy w nocy, cztery godziny krócej niż bez etatu, oraz płatny urlop i wszystkie święta 
państwowe. Z dwustu osób starających się o stały etat na poczcie, dotrwało do końca tylko 
dwóch. Ja byłem jednym z nich.

W pracy poznałem Dawida Janko, młodego białego dwudziestolatka. Błąd polegał na 

tym, że zacząłem z nim gadać, a tak się jakoś stało, że zahaczyliśmy o muzykę klasyczną. To był 
jedyny rodzaj muzyki, o którym miałem jako takie pojęcie, przez przypadek, a może nie, bo tylko 
tego mogłem słuchać, jak rano, po powrocie z pracy, leżałem w wyrze i wlewałem w siebie piwo. 
A jeśli taka muzyka wypełnia małżowinę uszną o poranku, to nie wiem, co należałoby zrobić, 
żeby o niej zapomnieć. Ona zostawała na zawsze. Po rozwodzie z Joyce zapakowałem do walizki, 
i to chyba nie był przypadek, dwa tomy dzieła „Życie kompozytorów dawnych i współczesnych”. 
Ci mężczyźni cierpieli potwornie przez całe swoje życie, podobnie jak ja, więc cieszyłem się, że 
mogłem się o tym dowiedzieć, że nie byłem w tym piekle osamotniony, ale na szczęście, na moje 
szczęście, nie potrafiłem i nie potrafię napisać ani jednej nuty. No, i wtedy zachciało mi się 
pouczestniczyć w dyskusji. Janko i jakiś drugi wszczęli ordynarną kłótnię w niezwykle subtelnym 
temacie   muzycznym,   postanowiłem   więc,   całkiem   spontanicznie,   załagodzić   spór,   podając 
dokładną datę urodzin Beethovena, pierwszego wykonania jego III Symfonii i szkicując mały esej 
(chyba tak trochę po łebkach) o relacjach krytyków na to dzieło. Tego biedny Janko nie mógł 
strawić! Zaczął mnie uważać za wykształconego, kulturalnego człowieka. Siedząc obok mnie na 
taborecie oskarżał się i lamentował nad swoją kulturalną nędzą, która, siedząc gdzieś tam głęboko 
w jego duszy, miała siać tam prawic morowe spustoszenie. Mówił o tym potwornie głośno, 
bardzo chciał być słyszany, i to przez wszystkich. Sortowałem przesyłki i musiałem słuchać i 
słuchać, i słuchać! Prawie bez końca! Coraz częściej łapałem się na tym, że wysilałem łeb do 
granic jego skromnych możliwości, poszukując metody ukrócenia tego potoku tematów i wątków 
albo jak zmusić tego biednego szczeniaka, żeby odkrył urok i powaby ciszy i błogiego spokoju - 
tym bardziej, że wychodziłem z nocnej szychty z cholernym bólem głowy, a dochodziłem do 
domu w połowie chory. Jak nie więcej! On mnie zabijał tym swoim głosem.

19

Pracę zaczynałem o 18.10, a Janko o 23.36 - czyli dobrze nie było, ale mogłoby być dużo 

gorzej. A ponieważ o 22.06 miałem półgodzinną pauzę, Janko siedział już na taborecie, kiedy ja 
wracałem najedzony i po kawie. Zawsze podstawiał mi krzesło pod tyłek. Janko uważał się nie 
tylko za wybitnego pięknoducha, ale także za wyjątkowego samca. Z jego zadręczających już mnie 
relacji wynikało niezbicie, że jest napadany w ciemnych korytarzach przez same tylko wspaniałe 
kobiety,   że   jest   przez   nie   śledzony   całymi   tygodniami,   że   nie   dają   mu   spokoju.   Biedny 
chłopczyna! A ja jeszcze nigdy nie widziałem, żeby wykrztusił z siebie choć jedno słowo do 
naszych koleżanek z pracy, albo żeby chociaż jedna napadła na niego, kiedy wychodzi z kibla 
zapinając rozporek.

Zawsze witał mnie wrzaskiem:

- HEJ! HANK! CZŁOWIEKU, CO ZA RURA PODSTAWIAŁA MI SIĘ DZISIAJ!!!
On nie mówił. On krzyczał  albo darł  się. I to przez  osiem godzin  pracy na nocnej 

zmianie.

- BOŻE! - WGRYZAŁA SIĘ WE MNIE!!! MÓWIĘ CI, MŁODE TO, I TAK JUŻ 

DOŚWIADCZONE!!! ODJAZD TOTALNY!!!

A potem zapalał papierosa i wtykał mi go w usta. Spowiadał się ze  wszystkich detali i 

szczegółów. Wszystkie wymyślone! A ja musiałem tego słuchać.

background image

-   WIESZ,   MUSIAŁEM   WYJŚĆ   Z   DOMU,   WIESZ!   TYLKO   PO   CHLEB... 

ROZUMIESZ!!!...

Dowiadywałem się, co powiedziała ona, i dlaczego tak, co on jej/odpowiedział, i dlaczego 

nie inaczej, co robili, a czego zaniechali, i dlaczego zaniechali...

Przegłosowano,   że   nieetatowi   pracownicy   pomocniczy   mieli   otrzymywać   za   każdą 

nadliczbową   godzinę   dodatek   w   wysokości   pięćdziesięciu   procent   ich   wynagrodzenia 
zasadniczego.

Nasi bossowie poradzili sobie z tym znakomicie, obciążając dodatkową pracą etatowych. 

Osiem albo dziesięć minut przed końcem pracy, około 2.48 nad ranem, rozlegał się komunikat z 

głośnika:

„Prosimy   wszystkich   o   uwagę.   Pracownicy   etatowi,   którzy   zaczęli   o   godzinie   18.18. 

pracują dzisiaj jedną godzinę dłużej”.

Janko piał z radości, przysuwał się do mnie bliżej i sączył mi dalej te swoje „trucizny”.
Prawie   godzinę   później,   po   dziewiątej   godzinie   pracy,   ciepły   głos   z   głośnika 

komunikował:

„Prosimy wszystkich o uwagę. Pracownicy etatowi, którzy zaczęli pracę o godzinie 18.18, 

pracują dziś dłużej o dwie godziny”.

To samo powtórzyło się raz jeszcze, po upływie godziny:

„Prosimy wszystkich o uwagę. Pracownicy etatowi, którzy zaczęli pracę o godzinie 18.18, 

pracują dziś trzy godziny dłużej”.

Janko nie zdawał chyba sobie sprawy, że gęba nie zamyka mu się ani na pół sekundy.
- SIEDZIAŁEM WŁAŚNIE W KANTYNIE, ROZUMIESZ!, A TU WALĄ TAKIE 

DWIE CAŁKIEM W PORZĄDKU UFRYZOWANE MUFKI!!! NO, MÓWIĘ CI, SIADAJĄ 
OBOK,   JEDNA   PO   PRAWEJ,   A   TA   DRUGA   PO   LEWEJ...   ROZUMIESZ... 
KLIMATYZACJA SIADA!

Wykańczał   mnie,   a   ja   nie   potrafiłem   temu   zapobiec.   Myślałem   wtedy   o   własnej 

przeszłości, ratowałem się zamykaniem się w sobie, aż tu pewnego dnia oświeciło mnie, tak, 
wszystkie mocno walnięte pijusy ciągnęły do mnie. Ja byłem im potrzebny. Tylko po co? Aż 
wreszcie nadszedł dzień, w którym Janko wręczył mi... swoją właśnie ukończoną powieść. Nie 
potrafił pisać na maszynie, oddał więc manuskrypt do biura przepisywania na maszynie. Powieść 
zapakowana była w niezwykle elegancką skórzaną okładkę. Tytuł piekielnie romantyczny.

- CIESZYŁBYM SIĘ, GDYBYŚ TO PRZECZYTAŁ - głośno skwitował.

Aż do tego stopnia... - nie chciało mi się kończyć zdania.

20

Powieść zawiozłem do domu. Otworzyłem piwo, ulokowałem się wygodnie w wyrze i 

zanurzyłem w dziele.

Początek   był   wcale   niezły.   Autor   opisywał   siebie,   małego   chłopca,   mieszkającego   w 

ciasnym pokoju i często cierpiącego głód, bez pracy, bez szansy odwiedzania szkoły. Miał duże 

background image

tarapaty   z   pośrednikami   mającymi   załatwić   mu   jakąś   pracę,   aż   tu   nagle   poznaje   w   barze 

jegomościa,   robiącego   na   chłopcu   dobre   wrażenie.   Bohater   zaczyna   darzyć   tego   jegomościa 
przyjaźnią. Ten przyjaciel pożycza od małego Janko jakieś niewielkie sumy pieniężne, których 

chłopczyna   ma   nigdy   więcej   nie   zobaczyć.   Bardzo   uczciwy,   rzetelny   i   poczciwy,   mocno 
autobiograficzny początek. Może źle oceniam tego „autora” - myślałem coraz częściej o koledze 

z pracy. Postanowiłem więc opowiedzieć się po stronie bohatera powieści. Ale dzieło zaczynało 
się rozpadać, a kiedy autor zaczął opisywać swoje przeżycia dziejące się w znanym też i mnie 

urzędzie pocztowym, to wtedy cała sprawa rozmydliła się, a gęste sosy banalności czyniły ją 
ciężko strawną.

Im dalej, tym gorzej. Ostatni rozdział dzieje się w operze, właśnie wszyscy opuszczają 

loże,  żeby   zapalić   papierosa  w  kuluarach,  a  nasz  bohater   chce  umknąć  niejakiemu  Mobowi, 

głupiemu   i   wulgarnemu   naciągaczowi.   To   też   mogłem   jakoś   jeszcze   pokapować.   Ale   kiedy 
omijając jedną z licznych kolumn korytarza, zderzył się z niezwykłej urody damską, i oczywiście 

zniewalającą wdziękami istotą, która to istota o mało co nie byłaby przez niego staranowana, to 
wszystko nagle zaczyna się dziać za szybko i za bezboleśnie. Tym bardziej, że autor serwuje nam 

taki oto dialog:

- „Och, bardzo mi przykro!

- Nic nie szkodzi.
- Naprawdę nie chciałem, mam nadzieję, że... jest mi bardzo przykro...

- Zapewniam pana, że nic się nie stało.
- Rzeczywiście... czy aby pani tak myśli?”

I taki dialog wali autor prawie na dwie strony! Musiało mu ostro odbić! Okazało się dalej, 

że ta kobietka, mimo że zdążyła już sama obejść wszystkie kolumny na wszystkich piętrach 

gmachu operowego, była ze swoim mężem, lekarzem, nie czującym się najlepiej w przybytku 
operowej   muzy,   a   nawet   nie   rozróżniającym   „Bolera”   Ravela   od   de   Falli   „Trójgraniastego 

kapelusza”. I w tym momencie poczułem sympatię do lekarza.

Zderzenie przy kolumnie miało swoje reperkusje. Te dwie niezwykle wrażliwe i delikatne 

dusze spotykały się, wykorzystując różne  muzyczno - koncertowe okazje,  aż wreszcie kiedyś 
odwiedziły   hotel   w   celu...   (ten   cel   został   przez   autora   jedynie   zasugerowany,   bowiem   takie 

eteryczno  - liryczne  istoty nie  mogły spotykać się w hotelu  w zamiarze popierdolenia  sobie 
odrobinę). A potem to już tylko z góry na tępe pazury... piękna kobietka kochała swojego nie 

douczonego muzycznie lekarza, ale i zakochała się w bohaterze (Janko) powieści. A ponieważ nie 
znalazła pomysłu na rozwiązanie takiego równoramiennego trójkąta, musiała się zabić. Janko i 

lekarz zostali sami, każdy w swojej kałuży własnych łez.

background image

Autorowi powiedziałem:

-   Początek   jest   wcale,   wcale...   ale   dialog   przy   kolumnie   musisz   albo   wyrzucić   albo 

radykalnie zmienić. Tej kupy nikt nie będzie chciał wąchać...

- NIE - darł się jak zwykłe - NIC NIE BĘDZIE ZMIENIANE!!!
Miesiące płynęły, a w regularnych odstępach czasu wpływały na moje ręce coraz to inne 

wersje autobiograficznej powieści Janko.

-   JUŻ   NIE   PIERDOL   -   darł   się   jak   zwykle   autor.   NIE   BĘDĘ   JEŹDZIŁ   DO 

NOWEGO YORKU, ŻEBY LIZAĆ DUPY JAKIMŚ TAM WYDAWCOM!

- Słuchaj przyjacielu, dlaczego nie rzucisz w diabły tej roboty na poczcie! Wynajmij sobie 

skromny pokoik i pisz, szlifuj te swoje talenty!

- TAKI TYP JAK TY MÓGŁBY TO ZROBIĆ - odpowiedział. - Z TAKIM PIJACKIM 

RYJEM. CIEBIE ZATRUDNIĄ ZAWSZE, BO MYŚLĄ: TAKI NIGDZIE ROBOTY NIE 
ZNAJDZIE,   WIĘC   BĘDZIE   CICHO   SIEDZIAŁ   U   NAS.   A   ZE   MNĄ   JEST   DUŻO 

GORZEJ.   POPATRZĄ   NA   MNIE,   NA   MOJĄ   INTELIGENTNĄ   TWARZ,   I   ZARAZ 
ZACZYNAJĄ KOMBINOWAĆ, ŻE TAKI INTELIGENT DŁUGO U NICH NIE ZOSTA-

NIE, WIĘC NIE OPŁACA SIĘ GO W OGÓLE ZATRUDNIAĆ.

- Mówię ci jeszcze raz, mały pokoik, dużo papierów i ołówków. To jest moja rada.

- JA POTRZEBUJĘ POCZUCIA PEWNOŚCI I BEZPIECZEŃSTWA!
- Nie wszyscy artyści tak głośno się tego domagali. Van Gogh nawet o tym nie myślał.

-   ALE   FARBY   DOSTAWAŁ   BEZPŁATNIE   OD   BRATA!   -   zakrzyczał   mnie   mój 

młodszy kolega.

background image

ROZDZIAŁ IV

1

I stało się to, co się stać musiało. Wymyśliłem własny system obstawiania koni. I mimo że 

grałem tylko dwa czy trzy razy w tygodniu, zainkasowałem w ciągu półtora miesiąca ponad trzy 
tysiące dolarów. Zacząłem marzyć o małym domku nad morzem, widziałem się już w eleganckich 
garniturach,   śpiącego   do   południa,   bez   stresów   i   neuroz,   jeżdżącego   importowanym 
samochodem  na tor wyścigowy, biorącego  udział  w licznych  biesiadach  i  spotkaniach,  gdzie 
podawano kilogramowe  steki,  a przed i  po nich  zimne  drinki  w kolorowych  szklankach.  W 
marzeniach rzucałem już kelnerowi sute napiwki, paląc bardzo drogie cygara i wspierałem się o 
najpiękniejsze kobiety. Takie myśli zbyt szybko niepokoją głowę każdego gracza stojącego przed 
zakratowaną kasą, skąd powoli wysuwają się banknoty o dużych nominałach. Takie myśli tym 
bardziej   niepokoją   głowę  każdego   gracza,   moją   też!,   jeśli   zdamy   sobie   sprawę  z   tego,   że  w 
przeciągu jednej  minuty i sześciu sekund, bo tyle trwa gonitwa na trzy czwarte mili, można 
zarobić równowartość miesięcznego wynagrodzenia za pracę na poczcie!

Stałem właśnie w biurze pełniącego dyżur inspektora.  On siedział po drugiej stronie 

biurka. Trzymałem w ręku cygaro i wydmuchiwałem z siebie opary whisky z ostatniej popijawy.

Pachniałem pieniędzmi. Czułem, że on to czuje.
- Panie Witers - łagodnie otworzyłem naszą rozmowę - poczta traktowała mnie zawsze 

bardzo dobrze. Niestety, mam ostatnio liczne zobowiązania, które muszę załatwić błyskawicznie. 
Jeżeli nie da mi pan długoterminowego urlopu, będę zmuszony prosić o przeniesienie mnie na 

emeryturę.

- Czy pan, panie Chinaski, nie korzystał już z przysługującego mu urlopu?

- Nie. Moje podanie zostało odrzucone. Tym razem nie powinien się pan posuwać aż tak 

daleko. Albo urlop, albo emerytura!

- Proszę wypełnić ten formularz, a potem ja go podpiszę. W ramach przysługujących mi 

kompetencji mogę dać panu dziewięćdziesiąt dni roboczych urlopu.

- No, i bosko! - powiedziałem, powoli wypuszczając niebieski dym spalanego przeze mnie 

bardzo wytwornego, więc i drogiego cygara.

2

Wyścigi konne odbywały się teraz na wybrzeżu, sto pięćdziesiąt kilometrów na południe. 

Dalej opłacałem czynsz za mieszkanie w mieście, wsiadałem w samochód i jechałem wybrzeżem 
w tamtą stronę. Raz czy dwa razy w tygodniu wpadałem do mieszkania, przeglądałem pocztę, 
spałem i wracałem na tor. Pyszne życie. Może dlatego, że zaczynałem naprawdę wygrywać. Po 
ostatnim   biegu   dnia   fundowałem   sobie   w  barze   drinka,   a   potem   piwo,   nie   oszczędzając   na 
napiwkach dla obsługi. Nowe życie - tak to sobie nazwałem. Nic nie może mi go zakłócić.

Pewnego   popołudnia   odechciało   mi   się   siedzieć   na   torze   i   przed   ostatnim   biegiem 

ulokowałem się przy barze. Obstawiałem pięćdziesiąt dolarów za wygraną. Jeśli się ma pieniądze, 

a do tego się jeszcze wygrywa, to jest to dokładnie to samo, jakby stawiało się pięć czy dziesięć 
dolarów na wygraną.

- Scotch z sodą - powiedziałem barmanowi. Ostatniego biegu posłuchamy sobie przez 

background image

głośnik.

- Jakiego konia pan obstawił?
- Blue Stocking pięćdziesiąt za wygraną.

- Dużo za ciężki i za tłusty.
- Jeśli się nie mylę, to miał być dowcip? Tak? Dobry koń w biegu o sześć tysięcy dolarów 

może z palcem w dupie ważyć więcej niż 110 funtów! Jest jeden tylko warunek - pozostałe konie 
powinny być dużo cięższe.

Naturalnie, że nie była to przyczyna, dla której postanowiłem postawić na Blue Stocking. 

Starałem   się   puszczać   w   obieg   fałszywe   informacje,   i   uwolnić   się   od   pewnego   typu   ludzi, 

nazwanych   przeze   mnie   „podrabiaczami”.   Nie   było   wtedy   jeszcze   transmisji   telewizyjnych. 
Słuchało się sprawozdania radiowego.

Tego dnia wygrałem już 380 dolarów. Wpadka na ostatnim biegu zmniejszyłaby mój utarg 

dzienny   netto   tylko   o   pięćdziesiąt   dolarów,   trzysta   trzydzieści   dolarów   na   czysto,   to   dobry 

zarobek na jeden dzień.

Słuchaliśmy.   Sprawozdawca   wymieniał   imiona   wszystkich   koni,   ale   mojego   nie   było. 

Myślałem, że może upadł i został wycofany z wyścigu. Konie wbiegły na ostatnią prostą, zbliżały 
się do celu, sprawozdawca wył do mikrofonu. Zła sława tego toru polegała na tym, że ostatnia 

prosta   była   niezwykle   krótka   i   wymuszała   na   koniach   i   dżokejach   maksimum   sprawności   i 
skuteczności.   Ale   zanim   konie   przebiegły   linię   mety,   sprawozdawca   zdartym   już   głosem 

zaanonsował: „i nagle na czoło wysuwa się Blue Stocking... mknie po przeciwległym torze, zbliża 
się do celu... nikt nie jest w stanie mu zagrozić... i wygrywa Blue Stocking!”.

-   Przepraszam   pana  na  chwilę  -   powiedziałem  do  barmana.  -  Zaraz  wracam.  Proszę 

przygotować podwójną whisky z wodą.

- Natychmiast - odpowiedział barman, jakby to on wygrał ten bieg.
Poszedłem do kasy. Blue Stocking obstawiano 9:2. Mogłoby być trochę więcej, jakieś 

100:10, ale tak naprawdę, to tym razem chodziło mi o zwycięstwo tego konia, a nie o szmalec. 
Mimo wszystko chętnie zainkasowałem 250 zielonych i parę mniejszych banknotów.

- Jak będzie pan obstawiał jutro? spytał barman po moim powrocie.
- Do jutra mamy jeszcze dużo czasu. No i przyjdą na świat zupełnie nowe konie! I to jest 

najważniejsze!!!

Wypiłem i zostawiłem mu dobry napiwek. Jednego dolara.

3

Wszystkie   wieczory   wyglądały   podobnie.   Jechałem   wybrzeżem,   wyszukując   sobie 

restauracje, gdzie można było spokojnie i w ciszy zjeść kolację. Tam, gdzie było cicho, było też i 
dość   drogo.   W   trakcie   tych   wieczornych   wypraw   wykształciłem   w   sobie   ekstra   zmysł 

background image

podpowiadający mi gdzie warto, a gdzie nie warto bywać.

Nie wszędzie można było dostać stolik z widokiem na ocean, chyba, że było się gotowym 

odczekać przy barze czasami godzinę, a bardzo często dłużej. Ja bardzo lubiłem te stoliki. Ocean 
i księżyc zawsze nastrajały mnie romantycznie, wpatrzony w nie cieszyłem się życiem i tym, że 

potrafiłem żyć. Bardzo często więc czekałem przy barze na wolny stolik przy oknie. Mała sałata i 
duży stek, bo to ciągle zamawiałem, smakowały wtedy najlepiej. Obsługa, odpowiadając na moje 

uśmiechy,   też   się   uśmiechała,   ocierając   się   w   przelocie   o   mnie,   co   dodatkowo   podnosiło 
temperaturę   spożywanych   potraw.   Tę   sztukę   uwodzenia   obsługi   w   knajpach   opanowałem 

perfekcyjnie w czasach, kiedy pracowałem w rzeźniach albo przemierzałem kraj, układając tory 
kolejowe, albo lepiłem z odpadów mięsnych ciastka dla psów, spałem na ławkach w licznych 

parkach, czy też wykonując wszelkie prace we wszystkich możliwych stanach Ameryki.

Po kolacji udawałem się na poszukiwanie motelu. I to zawsze trwało dość długo. Po 

drodze zatrzymywałem się w barach, piłem piwo i whisky. Omijałem motele oferujące pokoje z 
telewizorami. Szukałem prostego wyposażenia, wygodnego i czystego łóżku, gorącego natrysku, 

Komfortu, nigdy luksusu.

Życie może być cudowne. I tych jego cudowności było mi zawsze za mało.

4

Właśnie   czekałem   w   barze   na   kolejny   bieg   i   zobaczyłem   tę   kobietę.   Bóg,   czy   coś 

podobnego, tworzy bez przerwy kobiety i wyrzuca je na ulice. Jedna ma za duży tyłek, druga za 
oszczędnościowe cycki, są bardzo szalone i mniej zwariowane, religijne i te, co wróżą z fusów, 
takie, które nie trzymają na wodzy swoich „wiatrów,” a także z za długimi nosami czy zbyt 
szczupłymi udami...

Ale od czasu do czasu pojawia się istota... boska? Kobieta pękająca w szwach... seks - 

maszyna, przekleństwo, początek i koniec Wszechrzeczy. Właśnie usiadła przy barze. Niestety, 

nie obok mnie! Była mocno wstawiona. Barman nie chciał już jej niczego podawać. Zaczęła 
szemrać i głośno ryczeć, nawet kląć. Zadzwoniono na policję i te umundurowane polipy chwyciły 

ją za ramiona i ściągnęły ze stolika.

Wypiłem swojego drinka i zwróciłem się spokojnie do nich:

- Panowie! Panowie!
Popatrzyli się na mnie.

- Czy moja żona w czymś przesadziła?
- Przypuszczamy tylko, że jest bardzo mocno wstawiona. Chcieliśmy ją wyprowadzić na 

zewnątrz!

- Ma brać udział w następnej gonitwie?

Zaśmieli się z mojego durnego „cha cha cha - dowcipu”.
- Nie. Nie. Odstawimy ją na parking za torami.

background image

- Ja sam to zrobię. Od tego jestem jej mężem. Także od tego!

- Nie zgłaszamy sprzeciwów. Prosimy zwrócić tylko uwagę na samopoczucie pańskiej 

żony.

Nie bawiłem się z nimi dłużej. Chwyciłem ją za ręce i usadziłem na stoliku.
- Niech Bogu będzie chwała, a i panu, skoro uratowaliście moje życie westchnęła.

Jej biodra musnęły okolice mojego pępka.
- Fantastycznie! Nazywam się Hank!

- A ja Mary Lou.
- Mary Lou - powiedziałem - kocham panią.

Roześmiała się.
- I mam nadzieję, że nie chowa się pani za kolumnami w operach?

- Nigdy niczego nie chowam - powiedziawszy to, zdecydowanym ruchem wypięła piersi 

do przodu.

- Chciałaby się pani czegoś napić?
- Zawsze! Ale ci tu nie chcą mnie już obsługiwać!

- Tu mają więcej barów, Mary Lou. Chodźmy na pierwsze piętro. Tylko nie krzycz i nie 

klnij. To płoszy konie. Co pijemy?

- Wszystko i zawsze!
- Scotch z wodą?

- Natychmiast!
Piliśmy do końca biegów. Przyniosła mi szczęście. Wygrałem dwie gonitwy z trzech.

- Przyjechała pani samochodem?
- Tak. Z jakimś pokręconym, w krostach. Możemy o nim zapomnieć.

- Jeśli pani to potrafi, to ja tym bardziej.
W samochodzie rzuciliśmy się na siebie, a jej język wił się jak zagubiona żmija nerwowo 

szukająca   wyjścia   z   pułapki.   Jechaliśmy   wybrzeżem   w   poszukiwaniu   lokalu.   Tego   wieczora 
miałem szczęście. Stolik z widokiem na wodę był wolny. Wypiliśmy parę drinków, czekając na 

sałatę i steki. Wszyscy wlepiali w nią swoje ślepia. Zapaliłem cygaro, wiedząc już, że wyszukałem 
sobie kogoś rzeczywiście bardzo szczególnego. Każdy z gapiących się w naszą stronę wiedział, o 

czym ja myślę, Mary Lou też to wiedziała, a ja uśmiechałem się do samego siebie nad palącą się 
zapałką.

- Ocean - patrz, jak napiera, jak dobiera się do brzegu, i jak go zdradza, odpływając. A w 

nim miliony gatunków ryb, biednych stworzeń zwalczających się i pożerających się nawzajem. My 

chyba jesteśmy też takie rybki, tylko trochę wyżej, nad powierzchnią tej cudownej wody. A mimo 

background image

to, jeden fałszywy krok, i po tobie. Czasami dobrze jest się nad tym zastanowić, nawet i przez 

krótką chwilę. Czasami wydaje się nam, że też opanowaliśmy sztukę pływania.

Wyciągnąłem następne cygaro i zapaliłem.

- Jeszcze raz to samo, Mary Lou?
- Tak jest, Hank.

5

Dojechaliśmy  do hotelu.  Stary budynek,  elegancki,  wlepiony  w skarpę nad Oceanem. 

Dostaliśmy   pokój   na   parterze,   mogliśmy   więc   wsłuchiwać   się   w   oceaniczną   kąpiel,   fale 
odchodzące i nadchodzące, mogliśmy wdychać zapach oceanu.

Nie przystępowałem do rzeczy od razu. Długo rozmawialiśmy, ostro grzejąc w żyłę. A 

potem usiadłem blisko niej i zaczęło się: rozebrałem się do naga, nie pozwoliłem zdjąć jej ani 

jednego własnego łaszka, zaniosłem ją do łóżka, wlazłem na nią, policzyłem wszystkie jej żebra i 
najmniejsze chrząstki, rozbierając ją powoli, bez pośpiechu. A potem byłem w środku. Łatwe to 

nie było. Stawiała opór, na szczęście taktyczny, na szczęście długo to nie trwało. Dawno nie było 
tak wspaniale. Słyszałem wodę, słyszałem fale, słyszałem ją. Wydawało mi się, że robimy to tam, 

pod wodą. Trwało to wieczność. A potem stoczyłem się z niej, spocony i zmachany.

O  ty Boże,  co  ty czynisz   z  ludźmi  -  wzdychałem  -  co  ty  z nami  wyrabiasz!  Kiedyś 

chciałbym się dowiedzieć, dlaczego właśnie w takich momentach Bóg zawsze pojawia się na 
samym końcu języka.

6

Następnego   dnia   pojechaliśmy   zabrać   jej   rzeczy.   Zostawiła   je   w   którymś   z   bardzo 

licznych tu hoteli. Podejrzany typ z brodawką na nosie wyszedł nam naprzeciw. Nie powiem, że 
wyglądał miło i ujmująco.

- I zabierasz się teraz z tym tu - zapytał Mary Lou, wskazując na mnie.
- Tak.

- Proszę! Proszę! Więc życzę ci dużo szczęścia!
Zapalił papierosa.

- Dziękuję ci, Hektor.
- Hektor, a co to za osrane imię?

- Po piwku - zapytał krótko.
- A jak - odpowiedziałem jeszcze krócej.

Hektor siedział na tapczanie. Poszedł do baru i przyniósł trzy butelki piwa. Niemieckie. 

Importowane. Nietanie. Nalał do szklanki i podał Mary Lou.

- Ty też ze szklanki? - zapytał.
- Nie, dziękuję.

Po chwili milczenia przecisnął przez ściśnięte wargi:

background image

- Słuchaj, czy ty aby jesteś jednym z tych, co to wyobrażają sobie, że są wściekle samczo - 

męscy, a więc mogą pozwalać sobie na wszystko, nawet na wyryw obcej baby?

- Człowieku, nie mnie o tym sądzić. To jej sprawa. Jeśli woli być z tobą, to zostanie z 

tobą. Spytaj jej się sam!

- Mary Lou, zostajesz!?

- Nie, zmiatam z nim - odpowiedziała Mary Lou.
I wskazała na mnie palcem. Nagle poczułem się dowartościowany. Zwykle to ja musiałem 

odstępować   innym   kobiety.   Tym   razem   było   inaczej.   Nie   przeczę,   było   mi   bardzo,   bardzo 
przyjemnie.   I   dlatego   postanowiłem   uczcić   to   jeszcze   jednym   cygarem.   Rozejrzałem   się   po 

pokoju w poszukiwaniu popielniczki. Stała na toaletce.

Tylko przez przypadek zerknąłem w lustro, żeby zobaczyć jak dalece kac zdeformował mi 

twarz, i ujrzałem, jak on rzuca się na mnie, wymachując groźnymi pięściami. Na szczęście miałem 
w ręku butelkę z piwem. Zawirowałem nią i przywaliłem mu prosto w skrzywiony ryj. Poszły 

zęby, pociekła krew. Hektor upadł na kolana i zaczął wyć, trzymając ręce przy twarzy. I dopiero 
wtedy zobaczyłem sztylet. Nogą podsunąłem go do siebie i podniosłem. Długi. 22 centymetry. 

Nacisnąłem przycisk w rękojeści i ostrze wsunęło się do środka. Wsadziłem go do kieszeni. Silny 
kop w dupę powalił na podłogę cały czas wrzeszczącego Hektora. Przeszedłem koło niego i 

wypiłem resztki piwa z jego butelki. Zbliżyłem się do milczącej Mary Lou i odwaliłem jej w 
twarz. Zaskrzeczała.

- Tandetna zdziro! Zwabiłaś mnie w pułapkę, tak! Chciałaś mnie sprzątnąć, razem z tym 

cuchnącym gorylem, co! Za te marne i liche czterysta czy pięćset dolarów w moim portfelu, tak!

- Nie! Nie! - krzyczała.
Nagle obydwoje zaczęli drzeć się wniebogłosy.

Odwaliłem jej jeszcze jednego sierpa.
-   Dziergasz   się   tak   przez   życie,   szmirusko!   Więcej   wyobraźni,   suko!   Za   parę   setek 

rozprułabyś każdemu brzuch!

- Nie! Nie! JA CIĘ KOCHAM! HANK! JA CIĘ KOCHAM!

Chwyciłem kołnierz jej niebieskiej sukni i pociągnąłem z całej siły. W strzępach pokazały 

się jej biodra. Nie nosiła biustonosza. Jak się ma taki cyc, jest to zupełnie zbędne.

Wyszedłem z hotelu, wsiadłem do samochodu i pojechałem na tory wyścigowe. Przez 

dwa czy też trzy tygodnie nerwowo oglądałem się za siebie. Myślałem, że znowu ujrzę jakiś 

sztylet. Nie ujrzałem. Mary Lou nie pojawiła się też więcej w barze. Hektora nie spotkałem nigdy 
więcej.

background image

7

Gra na wyścigach przestała przynosić  dochody. Wycofałem  się z końskiego  hazardu. 

Siedziałem   w   domu   i   czekałem   na   koniec   mojego   trzy   miesiące   trwającego   urlopu.   Nerwy 
nawalały  bez  przerwy.  To  wszystko  przez   te liczne  pijaństwa.  A i  kobiety  poczyniły   mocne 
spustoszenie. One robią to bardzo skutecznie. I nawet wtedy, kiedy postanawiam sobie zamrozić 
na czas nieokreślony intensywność damsko - męskich podchodów, zawsze narobi się tak, że 
pojawia się taka jedna, i to właśnie ona nie daje nam odsapnąć. Wszystko zaczyna się raz jeszcze, 
ciągle od tego samego początku.

Wróciłem do pracy, a w kilka dni później natknąłem się na następną. Fay. Fay miała siwe 

włosy i zawsze była ubrana na czarno. Kolor ten miał stanowić wyraz jej protestu przeciwko 
wojnie.  Nie miałbym nic przeciwko  takim antywojennym  demonstracjom, gdyby... Uprawiała 

pisarstwo, uczęszczała na odpowiednie kursy, a przede wszystkim zajmowała się tworzeniem 
własnej teorii ratowania od zagłady tego świata. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby ten 

świat chciała ratować dla mnie i tylko dla mnie... Żyła z alimentów przyznanych jej przez sąd na 
mocy wyroku w sprawie rozwodowej z jej byłem mężem. Mieli troje dzieci. Były mąż łożył na nie 

i na byłą żonę, czyli Fay. Jej matka od czasu do czasu wspomagała córkę przekazem pieniężnym 
albo czekiem. Fay pracowała może dwa czy trzy razy w całym swoim dotychczasowym życiu.

Janko, jak zwykle, zalewał mnie tonami swojego romantycznego i gównianego pisarstwa i 

potokami „intelektualnych” wynurzeń. Do domu wracałem z rozsadzoną od środka głową, którą 

bardzo trudno było mi donieść do łóżka. Do tego wszystkiego, prawie codziennie wyciągałem 
zza wycieraczek kary za niewłaściwe parkowanie. Wpadłem już w taką paranoję, że zaczęło mi się 

wydawać,   że   za   samo   spojrzenie   w   boczne   lusterko   zostanę   ukarany   mandatem,   albo   też 
wyprzedzony   przez   ciemny   mundur   na   motocyklu,   będę   zaproszony   do   złożenia   egzaminu 

kontrolnego.

Pewnej nocy wróciłem późno do domu. Waliłem się z nóg. Nigdy jeszcze wyjęcie klucza 

z kieszeni i wsadzenie go w zamek nie kosztowało mnie aż tyle. Ostatkiem sił dotarłem do 
sypialni   i   zobaczyłem   leżącą   na   łóżku   Fay   z   buzią   wyładowaną   pralinkami,   czytającą   „New 

Yorkera”. Nawet się nie ruszyła. Nie powiedziała ani jednego słowa. Cudem dobiłem do kuchni, 
żeby wrzucić coś na język. Lodówka była opróżniona ze wszystkiego. Na stole i w całej kuchni 

przewalały   się   stosy   brudnych   garnków   i   naczyń.   Odpływ   w   umywalce   zatkany   kompletnie. 
Wszystko pływało w ciemnej mazi resztek i odpadków, szklanki, kieliszki, przykrywki, a nawet 

papierowe talerze. Kwaśny smród wisiał w powietrzu.

Wróciłem do sypialni, gdzie Fay właśnie spożywała kolej nią pralinkę.

- Słuchaj, Fay - odważyłem się - ja wiem, że chcesz ratować świat. A czy nie mogłabyś 

zacząć tej wspaniałej akcji od własnej kuchni?

- Kuchnie nie mieszczą się w mojej koncepcji - odpowiedziała.
Chyba   nie   potrafię   zdzielić   po   mordzie   kobiety   z   siwymi   włosami   na   głowie, 

background image

usprawiedliwiałem się sam przed sobą. Poszedłem do łazienki. Napełniłem wannę wodą, gorąca 

kąpiel powinna uspokoić moje skołatane nerwy. I kiedy miałem już wejść do wanny, obleciał 
mnie nagle strach. Moje wymęczone ciało zesztywniało i zdrętwiało, i to tak, że nie odważyłem 

się wejść do wody. Bałem się, że utonę. W pokoju z trudnością udało mi się ściągnąć z siebie 
wszystko.   Poczłapałem   do   sypialni   i   położyłem   się   koło   Fay.   Nie   mogłem   znaleźć   sobie 

wygodnego miejsca. Najmniejszy ruch ciałem powodował niebotyczny ból.

Chinaski - wiesz o tym, że sam to ty możesz być tylko w drodze z pracy do domu i z 

domu do pracy.

Na brzuchu bolało najmniej, ale boleć nie przestawało. I tak zaraz będę musiał wstawać i 

znowu do roboty - myślałem - żeby chociaż zamknąć oczy, żeby przestały szczypać powieki, 
chociaż troszkę snu! Od czasu do czasu dochodził moich uszu szelest przerzucanych kartek i 

donośne mlaskanie językiem. Fay miała znowu jakiś wieczorny kurs. Czy ona wyłączy wreszcie to 
światło!

- Byłaś na kursie - spytałem, wciskając z bólu brzuch w materac:
- Martwię się Robbym.

- Aż tak kiepsko z nim - zapytałem. Co się stało?
Robby dochodził do czterdziechy i całe życie mieszkał z mamusią. Wyspecjalizował się w 

strasznie śmiesznych, jak to mi opowiadano, nowelkach o katolickim kościele. Robb dowalał 
katolikom, jak tylko i gdzie tylko potrafił. Mimo że jakieś kanadyjskie pismo opublikowało już te 

jego   opowiadania,   wojujące   opowiadania,   to   gazety   amerykańskie   nie   bardzo   kwapiły   się   do 
wydzierania sobie prac tego autora. Jakoby nie dorosły jeszcze do tego! Raz widziałem Robba, w 

trakcie jakiegoś literackiego spotkania, gdzie Fay i on czytali na głos te swoje zapisane kartki, 
„Och, tam jest Robby - krzyknęła Fay - to właśnie on pisze te strasznie śmieszne i komiczne 

historyjki o katolikach”. Pokazała mi go palcem. Robby stał odwrócony do nas plecami. Szeroko 
dupiasty, z miękkimi pośladkami i zwisającymi gaciami. Czy oni tego nie widzą - pomyślałem.

- Może pójdziesz jeszcze raz na taki literacki wernisaż - obojętnie zachęcała mnie Fay.
- Może w przyszłym tygodniu...

Donośne mlaskanie znowu rozeszło się po pokoju.
- Robby ma problemy. Stracił pracę. Nie jest już kierowcą ciężarówek. Powiedział mi, że 

nie potrafi pisać, od kiedy wie, że nie ma stałej pracy. Potrzebuje bezpieczeństwa i finansowej 
niezależności. Nie może pisać!

- Jak niczego nie znajdzie - odpowiedziałem - mogę zapytać u nas.
- Co? co!

- W jednym z urzędów pocztowych, wiesz, tam na dole, zatrudniają ciągle nowych ludzi. 

background image

Płacą całkiem w porządku!

-   W   URZĘDZIE   POCZTOWYM!!!   ROBBY   JEST   NA   TO   ZA   WRAŻLIWY,   ZA 

DELIKATNY! PRACA NA POCZCIE! NO WIESZ - TO DOWCIP!

- Nie, to szkoda - powiedziałem. - Myślałem, że mogę mu jakoś pomóc. Dobranoc!
Fay milczała. Czuła się dotknięta.

8

Piątki i soboty miałem wolne. Niedziela stawała się najgorszym dniem tygodnia. Także 

dlatego, że w niedzielę zamiast o 18.18 musiałem zaczynać pracę o 15.30.

W   ostatnią   niedzielę   przenieśli   mnie   do   sortowni   gazet,   oznaczało   to   osiem   godzin 

harówy na nogach bez żadnej szansy wsunięcia sobie pod tyłek taboretu chociaż na chwilę. Nie 

tylko,   że   nie   ustały   bóle   w   całym   ciele,   to   przypałętały   się   coraz   częstsze   zawroty   głowy. 
Wszystko nagle zaczynało się kręcić, robiło się coraz czarniej przed oczami, a potem mijało. W 

domu   też   nie   było   najprzyjemniej.   A   już   ostatniej   niedzieli   szczególnie.   Był   to   rzeczywiście 
bardzo brutalny dzień. Przyjaciele Fay zjawili się z wizytą; usadowili się na łóżku i świergotali, 

jakimi są wspaniałymi pisarzami i literatami, a nawet poetami, bez wątpienia najlepszymi w kraju. 
Zgodnym   chórem   uważali,   że   nie   publikowano   ich   tylko   i   wyłącznie   dlatego,   bo   nie   słali 

błagalnych listów z maszynopisami, do tych wyzyskiwaczy, wydawców. Przyjrzałem się im! Jeżeli 
tak pisali, jak wyglądali, jeżeli tworzyli tak, jak pili kawę i maczali w niej bułki, to naprawdę byłoby 

wszystko jedno, czy słaliby te swoje błagalne listy do wydawców czy też od razu wieszaliby te 
swoje dzieła w publicznych sraczach. A nuż ktoś by rzucił na to okiem przed podtarciem tyłka! 

Trzeba walczyć o czytelnika! Więc w niedzielę sortowałem gazety. Nagłe zachciało mi się kawy, a 
i głód też dawał znać o sobie. „Pilnowacze” stali w drzwiach. Czy tych nigdy nic nie boli? No 

jasne, że uniemożliwiali mi spokojny spacer do kantyny. Ukradkiem udało mi się jednak wymknąć 
ostatnimi,   najrzadziej   uczęszczanymi   drzwiami   w   tyle   korytarza.   Musiałem,   do   kurwy   nędzy, 

zrobić coś z tym „poniedzielnym” kacem. Kantyna była na pierwszym piętrze, ja na trzecim. W 
końcu korytarza, za sraczami, było wyjście na schody. Nad nimi zauważyłem duży napis:

OSTRZEŻENIE!

PROSZĘ NIE KORZYSTAĆ Z TYCH SCHODÓW!
Bawili się z nami. Grali w kotka i myszkę. Jebany trik. Ja i tak byłem od tych psów 

bardziej   przebiegły.   Przygwoździli   to   ostrzeżenie   tylko   dlatego,   żeby   takim   cwaniakom   jak 
Chinaski zabronić chodzenia do kantyny w czasie godzin pracy. Otworzyłem drzwi i zszedłem na 
dół. Drzwi trzasnęły za mną. Stanąłem przed drzwiami prowadzącymi do korytarza na pierwszym 
piętrze. Chwyciłem klamkę. Kurwa! Zamknięte. Wróciłem schodami na trzecie piętro. Nawet nie 
próbowałem podejść do drzwi prowadzących na korytarz drugiego piętra. Wiedziałem, że muszą 
być zamknięte. Podobnie jaki te na parterze. Tych parę lat przepracowało się przecież na poczcie. 
Jeśli już zabawiali się z nami w stawianie pułapek, to robili to bardzo solidnie i dokładnie. Szanse 
na kawę malały do zera. Kac zmienił mi przełyk w żwirową pustynię. Byłem na trzecim piętrze. 
Drzwi były też zamknięte. Na szczęście sracz był bardzo blisko. Zwykle ruch tam jak na targu. 
Co chwilę ktoś wchodził i wychodził. Tylko teraz wszystko zamarło. Czekałem. Dziesięć minut! 

background image

Piętnaście minut! Dwadzieścia! NAPRAWDĘ NIKOMU NIE CHCIAŁO SIĘ ANI SRAĆ, ANI 
SIKAĆ,   ANI   POSIEDZIEĆ   TROCHĘ   NA   KIBLU!!!   NIKOMU!   Po   dwudziestu   pięciu 
minutach pojawiła się wreszcie pierwsza twarz. Zacząłem stukać w metalową kratę.

- Hej, kolego! Kolego!

Nie słyszał albo udawał, że nie słyszy. Wlazł do sracza. Siedział tam z siedem minut. 

Krótko?!

Potem nadbiegł ktoś inny.
Stukałem coraz energiczniej:

Hej... kolego... ty!... PIERDOLONY GŁUCHY ONANISTO!
Musiał to usłyszeć, bo nawet popatrzył tym swoim tępym i rozlazłym wzrokiem w moją 

stronę.

Powiedziałem:

- OTWÓRZ TE DRZWI! NIE WIDZISZ, ŻE STOJĘ ZA NIMI! NIE MOGĘ WEJŚĆ 

DO ŚRODKA! WALE TY! OTWIERAJ TE JEBANE KRATY!

Otworzył. Byłem na korytarzu trzeciego piętra. Facet wpadł w jakiś nie znany mi stan 

duchowego uniesienia i zachwytu. Ścisnąłem go za łokieć.

- Dziękuję koledze, dziękuję.
I znowu stałem przed sortownicą.

Po   chwili   przechodził   obok   mnie   jeden   z   tych   pilnowaczy,   którzy   biorą   pensje   za 

pilnowanie   nas   i   egzekwowanie   godzin   naszej   pracy.   Zatrzymywał   się   na   chwilę,   a   mnie 

zdrętwiały palce.

- Wszystko w porządku, Chinaski?

Coś   mu   warknąłem,   pomachałem   gazetami,   jakbym   odpędzał   nieobecne   muchy, 

rozmawiałem sam ze sobą, uśmiechałem się nawet, ale nie do niego, aż sobie wreszcie poszedł.

9

Fay była w ciąży. Ale ten fakt nie zmienił ani jej, ani tym bardziej tak wyjątkowego stworu 

jakim była poczta amerykańska.

Ci,   którzy   naprawdę   pracowali,   pracowali   nieustannie   i   bez   przerwy,   a  ci,   którzy   nie 

pracowali,   to   rozprawiali   wyłącznie   o   sporcie.   Różnokolorowa   drużyna   składała   się   przede 

wszystkim z wielkich, czarnych postaci, zbudowanych jak zapaśnicy wagi ciężkiej, a ich głównym 
zajęciem   były   luzackie   koci   -   koci   -   łapci   ze   sportem   w   roli   głównej.   Nowego   zawsze 

przydzielano do tej drużyny. W ten sposób oszczędzono życie paru pilnowaczom. Zajmowali się, 
ale i tak nie przeszkadzało im to w międleniu ciągle takich samych tekstów, odbieraniu worków z 

listami z dowożących ciężarówek i transportowaniu ich przy pomocy wózków lub windy na 
wyższe   piętra.   To   zabierało   im   pięć   minut,   pozostałe   pięćdziesiąt   pięć   minut   opierdalali   się 

totalnie,   wykrzykując   cytaty   ze   sportowych   gazet.   Niekiedy,   bardzo   jednak   rzadko,   liczyli 

background image

przesyłki, albo udawali że liczą. Robili to z zimną krwią i wyrachowaniem. Ale muszę przyznać, 

że długie ołówki, wsuwane przez nich za własne uszy, dodawały im czegoś szlachetnego, nawet 
intelektualnego. Sprzeczki i kłótnie wybuchały bardzo gwałtownie co parę minut. Każdy z nich 

uważał się za eksperta we wszystkich dziedzinach sportu, a wszyscy czytali z umiłowaniem ciągle 
tę samą gazetę sportową.

- Chłopczyk, obsraj te trzy klasy szkoły podstawowej i powiedz nam, kto był najlepszym 

na świecie graczem na polu zewnętrznym?

- Powiedziałbym, że Willie Mays, Ted Williams, Cobb.
- Co? Co?

- To jest jasne, jak dwieście jest trzysta, nie!
- A Babe Ruth? Tego już olewacie bokiem, tak!

- Okay, okay! A ty kogo typujesz, macherku!
- Bez żadnych zgrzytów Mays, Ruth i Di Maggio.

- Wam już wszystkim trzepnęło zdrowo w manianę!  A Hank Aaron!  Czy któryś z was 

słyszał to nazwisko?

Pewnego   dnia   ukazały   się   anonsy   rekrutujące   nowych   ludzi   do   prac   dotychczas 

wykonywanych przez tę kolorowo mieszaną drużynę. Wszystkie anonsy, plakaty i afisze znikały 

błyskawicznie   ze  ścian  i   tablic   ogłoszeniowych.  Kolorowo   mieszana  drużyna   wysyłała  swoje 
bojówki  z zadaniem  mszczenia wszelkich  inicjatyw dyrekcji,  mogących zaszkodzić  żywotnym 

interesom ugrupowania. Informacje wywieszano wielokrotnie, a one znikały też wielokrotnie w 
najbardziej tajemniczy sposób. Dyrekcja nabierała wody w usta i przestała werbować. Wszyscy 

dobrze wiedzieli, że droga z budynku na parking samochodowy była długa i ciemna. Szczególnie 
w nocy.

10

Zawroty   głowy   wracały   regularnie.   Czułem,   jak   nadchodzą.   Stół   zaczynał   się   wtedy 

kręcić. Trwało to minutę albo trochę dłużej. Listy stawały się jakoś ciężkie i nieporęczne. Ludzie 
wyglądali blado, szaro, coraz siniej. Ciągle spadałem ze stołka. Nogi odmawiały posłuszeństwa. 
Ta kurewska praca zabijała mnie. Ponieważ przestałem kapować, co jest grane, poszedłem do 
lekarza i opowiedziałem mu wszystko. Postanowił zmierzyć ciśnienie krwi. I zmierzył.

- Nie. Nie. Ciśnienie jest w normie.
Przystawił też stetoskop do moich piersi.
- Nic godnego uwagi nie mogę znaleźć.
Postanowił wykonać specjalne badanie krwi. Polegać to miało na tym, że pobierano krew 

trzy razy w powiększających się odstępach czasu.

- Chce pan poczekać w poczekalni?

- Nie, nie. Nigdy! Wolę rozruszać trochę moje nogi. Zjawię się punktualnie.
- Tylko na pewno punktualnie!

background image

Do drugiego badania krwi stawiłem się bardzo punktualnie. Trzecie miało mieć miejsce za 

dwadzieścia pięć minut. Wyszedłem na ulicę. Pusto.  Martwo. Drętwo, Zajrzałem do kiosku i 
przerzuciłem parę gazet. Odłożyłem je i spojrzałem na zegarek. Przechodząc obok przystanku 

autobusowego   zarejestrowałem   kobietę   siedzącą   na   ławce.   Dziwne   to   było   zjawisko   i   jakie 
niecodziennie! Niezwykle wspaniałomyślnie, i jak „hojnie,” rozwaliła te swoje niezłe nogi! Nie 

mogłem na to nie patrzeć! Wyhamowało mnie tak, że stanąłem i bezczelnie wpatrywałem się w tę 
kobiecą figurę nożną. Cóż za głębia obrazu - pomyślałem. Nagle wstała. Z wlepionym w jej 

mięsisty tyłek  oczami  maszerowałem  za  nią.  Oślepiony?  Zahipnotyzowany?  Wszystko  jedno! 
Weszła do budynku poczty. Ja za nią. Stanęła w długiej kolejce. Ja za nią. Kupiła dwie kartki 

pocztowe. Ja dwanaście kopert i znaczki za dwa dolary. Wyszła, i niestety nadjechał autobus. 
Udało mi się przez ułamek sekundy zobaczyć resztki tych wybornych kończyn dolnych w pełnej 

harmonii   z   kształtną   pupką   znikające   za   zamykającymi   się   drzwiami   pojazdu   komunikacji 
miejskiej.

Lekarz czekał.
- Dlaczego spóźnia się pan aż pięć minut.

- Nie wiem. Mój zegarek nawala.
- TO BADANIE KRWI WYMAGA NIEZWYKŁEJ DOKŁADNOŚCI I PRECYZJI.

- Nie mam nic przeciwko temu. A teraz niech już się pan dobiera do moich żył.
Dobrał się.

Kilka dni później dowiedziałem się, że test niczego nie wykazał. Nie wiedziałem, czy 

mam winić siebie za to pięciominutowe spóźnienie czy nie. Tak czy owak napady zawrotów 

głowy nachodziły mnie coraz częściej, a ich przebieg przyprawiał mnie o dodatkowy, bardzo silny 
ból głowy. Po czterech godzinach pracy miałem wszystkiego po dziurki w nosie, stemplowałem 

kartkę   i   wychodziłem,   zaniedbując   wielu   czynności   służbowych.   Kiedyś   byłem   już   o   11 
wieczorem w domu. Fay, z brzuchem, leżała w łóżku.

- Co się stało?
- Nie wytrzymuję - powiedziałem - chyba jestem... za wrażliwy i za delikatny.

11

Chłopaki z urzędu pocztowego w Dorscy nie mieli naturalnie pojęcia, że ze mną nie było 

zbyt   tęgo.   Wchodziłem   tylnym   wejściem,   chowałem   sweter   w   urzędowym   koszu   do 
transportowania przesyłek i tak „zamaskowany” przesuwałem się możliwie najciszej do głównego 
wejścia, żeby ostemplować kartę.

- Bracia i siostry - darłem się do każdego spotkanego na korytarzu.
- Bracie Hank - odpowiadano mi.

Czasami też nie odpowiadano.
- Dobrej nocy w pracy!, bracie Hank - padało jakby przez przypadek.

background image

Często graliśmy ze sobą w takie gierki. Czarni z białymi i odwrotnie. Musiało nas to 

bawić. Boyer podchodził do mnie, chwytał za łokieć i powtarzał ciągle to samo:

- Stary, gdyby mnie przemalowano na biało, dawno już byłbym milionerem  i to bez 

długów w bankach.

- Jasne, Boyer, to, co jest rzeczywiście niezbędne, żeby móc rozrzucać banknoty przez 

okno samochodu, to jest biała skóra. Wszystko inne możesz wsadzić sobie w odbyt!

Hasła   Boyera   przyciągały   zawsze   małego,   przysadzistego   Hadleya.   Opowiadał   wtedy 

dowcipy: „Na statku mieli czarnego kucharza. To był jedyny czarnuch na pokładzie. Dwa czy trzy 
razy w tygodniu gotował na deser budyń z tapioki, a potem leciał ostro w konia nad garnkiem. 

Biała załoga jadła desery z tapioki bardzo chętnie chi, chi, chi. Pytali się go, jak on to gotuje, a on 
im opowiadał, że ma swój własny, okryty tajemnicą przepis chi, chi chi!!!.” Wszyscy śmieli się. 

Nie pamiętam już, ile razy musieli tego słuchać...

- Hej, ty tam... biała mętna szumowino... chłopaczku ujebliwy!

- Słuchaj człowieku, gdybym ja przemówił do ciebie „chłopaczku,” miałbym już dawno 

nóż w jelitach. Więc nie wal tej piany i oszczędź sobie i mnie tych tytułów, kumasz!

- Biały człowieku, czy nie mamy ochoty pospacerować sobie troszkę w sobotę. Jakaś 

biała, z blond włosami, wisi mi na pasku od tygodnia, i co ty na to!

-   Na  mnie   leci   czarna,   też   w  porządku   kobietka.   Nie   muszę   ci   nic   opowiadać   o   jej 

zaroście, nie?

- Ty zdajesz sobie sprawę z tego, że ci twoi biali kolesie rżnęli nasze kobiety od samego 

początku historii naszej rasy na tym kontynencie. Teraz my stajemy w zawody, z wami, o wasze 

białe   i   wilgotne   dupy,   trzeba   wreszcie   nadrobić   i   powetować   sobie   straty.   Nie   masz   chyba 
obciachu, że ja pukać będę te wasze białe dziewczyny swoim grubym i czarnym narzędziem?

- Jak chce być pukana, to se pukaj, ile wlezie!
- Wypędziliście i wytrzebiliście wszystkich Indian.

- Jasne, że i w tym brałem udział!
- Nie zapraszacie nas nigdy do waszych domów, a jeśli nawet tak się już stanie, musimy 

wychodzić tylnym wejściem, żeby nikt nie dostrzegł koloru naszej skóry.

- Rzucę ci świeczkę, żebyś nie rozwalił sobie własnych jaj!

Z  czasem  stało   się  to  nudne,   nikt   się  więcej   nie   śmiał,  ale  nikt  też  nie  odważył   się 

powiedzieć, że ten „intelektualno - historyczny” boks ma głęboko w dupie.

12

Fay czuła się dobrze z brzuchem. Na jej wiek zdecydowanie wspaniale. Siedzieliśmy na 

kanapie i czekaliśmy na rozwiązanie. Ten dzień właśnie nadszedł.

background image

- To nie będzie trwało długo - mówiła - nie chcę być tam za wcześnie.

Wychodziłem wtedy przed dom i sprawdzałem, czy samochód nie zrobi nam dowcipu 

wtedy, kiedy wszystko będzie musiało odbywać się w szybkim tempie. Jęczała, ale ciągle mówiła 

„nie”. Z tym jej spokojem, zimną krwią i opanowaniem może rzeczywiście mogłaby uratować 
świat. Tylko przed czym?

Byłem  z  niej   dumny.  Wybaczyłem   jej   stosy  nieumytych  garnków,  „New  Yorkera,”  a 

nawet i to, że łaziła na te kursy pisarzy i autorów. Ta stara dziewczynka, targająca przed sobą 

brzuch, była tak naprawdę jedną z wielu samotnych istot w obojętnym i bezwzględnym kotle 
ludzkich potworów.

- Powinniśmy już jechać - odważyłem się.
- Nie, nie, nie chcę tam siedzieć i bezczynnie czekać. Ty też ostatnio nie czujesz się 

najlepiej, co?

- Zejdź ze mnie. Musimy już jechać!

- Nie, proszę, Hank.
Siedziała i nie ruszała się.

- Czy mogę zrobić coś dla ciebie?
- Nic!

I znowu minęło dziesięć minut. W kuchni napiłem się zimnej wody, a jak wróciłem, 

zapytała:

- Możesz jechać?
- No, jasne!

- Czy wiesz, gdzie jest szpital?
- Oczywiście!

Pomogłem ulokować się jej w samochodzie. Trasę do szpitala miałem opanowaną na 

pamięć,   bowiem   w   zeszłym   tygodniu   przejechałem   ją   dwa   razy   na   próbę.   A   teraz,   kiedy 

wjeżdżaliśmy w bramę szpitala, nie miałem pojęcia, gdzie mógłbym zaparkować samochód.

Fay wskazała mi podjazd:

- Podjedź tam! Zaparkuj obok! A tu przejdziemy na piechotę.
- Natychmiast - odpowiedziałem.

Leżała   w   pokoju   z   widokiem   na   ulicę.   Jej   twarz   marszczyła   się   i   kurczyła   z   bólu   i 

niecierpliwości.

- Trzymaj mnie za rękę - rozkazała.
Chwyciłem, jak pilny uczeń, jej dłoń.

- I to się teraz stanie, teraz? - zapytała pokornie.

background image

Stanie się.

- A mnie się cały czas zdaje, że tobie jest wszystko jedno.
- Miły jesteś. Ale to pomaga.

- Byłbym jeszcze milszy, gdyby nie ten zapyziały urząd pocztowy...
- Wiem. Wszystko wiem.

Popatrzyliśmy w milczeniu przez chwilę na ulicę.
- Widzisz  tych ludzi  za szybą. Oni nie mają najmniejszego pojęciu,  co tu i teraz się 

rozgrywa. Idą i idą, po raz tysięczny tą samą drogą... czy to nie jest śmieszne?... że oni też zostali 
kiedyś urodzeni?... każde z nich... pojedynczo!

Nieoczekiwanie przyznała mi rację.
Trzymając ją za rękę coraz  silniej  i intensywniej  czułem  wszystkie,  nawet nieznaczne 

ruchy, jakie wstrząsały jej ciałem.

- Ściśnij mnie mocniej - poprosiła nagle.

- Tak.
- Bardzo by mi się nie podobało, gdybyś odszedł...

- Gdzie jest lekarz? Gdzie oni wszyscy są? Dlaczego wszyscy tak się tu opierdalają?
- Oni zaraz tu będą.

I właśnie wtedy pojawiła się w drzwiach siostra. To był katolicki szpital. Pracowały w nim 

same niezwykle urokliwe Hiszpanki i Portugalki. Ciemne, ogorzałe słońcem twarze. Ta też była 

śliczna.

- Pan... proszę opuścić salę... musi pan natychmiast wyjść - powiedziała.

Ze sztucznie naciągniętym uśmiechem na twarzy, udało mi się jeszcze pokazać Fay, jak 

mocno będę trzymać kciuki. Nie sądzę, żeby dostrzegła to. Windą zjechałem na dół.

13

Lekarz   niemieckiego   pochodzenia,   ten   sam,   który   opieprzył   mnie   za   spóźnienie   na 

badanie krwi, podszedł do mnie, uśmiechając się.

- Gratuluję - powiedział i uścisnął mi dłoń. - Dziewczynka. Waga osiem i pół funta.
- A matka?

- Matka wspaniała. Żadnych trudności i komplikacji.
- Kiedy będę ją mógł zobaczyć?

- Niedługo panu powiem. Proszę zaczekać aż wywołają pańskie nazwisko.
I poszedł sobie.

Wcisnąłem nos w matową szybę. Siostra uniosła dziecko do góry. Było bardzo czerwone i 

wydawało mi się, że głośniej się drze niż pozostałe bachory. Cały pokój pełen był takich samych 

czerwonych i krzyczących niemowlaków. Aż tyle się ich narodziło? Chyba siostrze też podobało 

background image

się moje dziecko. Moje dziecko? No, chyba było moje, chociaż kto wie? Trzymała dziecko, ta też 

śliczna siostra, dość długo w górze. A ja tylko się śmiałem. Nie wiedziałem, co mam z sobą 
zrobić. A dziecko jak się darło , tak się darło. Biedny - pomyślałem - biedny, mały, zdany na łaskę 

i niełaskę człowieczek. Skąd mogłem wtedy wiedzieć, że pewnego dnia z tej pieluchy wyrośnie 
kawał niezłej dziewuchy, i w dodatku podobnej do mnie - cha! cha! cha! cha! cha!. Machając 

zawzięcie rękoma, poprosiłem siostrę, żeby położyła dziecko do łóżeczka. Przed odejściem od 
szyby przesłałem obu paniom buziaka. Siostra była zachwycająca. Nogi dobre. Okrągłe biodra. 

Cyc w sam raz!

Fay miała kropelkę krwi w lewym kąciku ust. Wilgotnym ręcznikiem wytarłem ją. Tak. 

Kobiety stworzone są, żeby cierpieć. I nie ma w tym nic odkrywczego, skoro stale i bez przerwy 
żądają słów wyznaczających im wieczną i trwałą miłość.

-   Chciałabym   ,  żeby  dali  mi  dziecko  -   powiedziała   Fay.  -   To  niedobrze,  że   oni   nas 

rozdzielają.

- A jeśli mają te swoje medyczne powody, żeby tak robić...
- Wydaje mi się, że to nie jest ani słuszne, ani mądre!

- Tak, tak. Masz rację. Dziecko wyglądało wspaniale.  Postaram  się, żebyś najszybciej 

mogła   je   utulić   w   ramionach.   Tych   nowo   narodzonych   szczeniaków   było   ze   czterdzieści. 

Wszystkie   matki   czekają.   Prawdopodobnie   dlatego,   żeby   mogły   odpocząć   przez   chwilę   po 
porodzie. Nasz szczyl czy raczej sikawica ma bardzo solidny wygląd. I to jest nasz sukces! Niczym 

nie zawracaj sobie teraz głowy!

- Byłabym tak okropnie szczęśliwa, gdyby dziecko mogło być już ze mną.

- Wiem także i to. Ja już prawie wszystko wiem. A ty musisz być cierpliwsza.
Tłusta, meksykańska siostra wtoczyła się do środka:

- Proszę natychmiast wyjść. Pańska żona musi odpoczywać.
Ścisnąłem dłoń żony i pocałowałem. Nawet! W policzki! Zamknęła oczy, natychmiast 

zapadła w sen. Nie zaliczała się już do najmłodszych. I jeśli teraz nie zajmowała się ratowaniem 
świata,   to   na   pewno,   w   istotny   sposób   przyczyniła   się   do   tego,   że   poczułem   się   w   nim 

zdecydowanie lepiej. Ściągam czapkę z głowy, przed tobą, Fay, bo to, co zrobiłaś, jest tego warte.

14

Marina Luisa. Tak Fay ochrzciła nasze dziecko. W domu pojawiła się więc Marina Luisa 

Chinaski. Zajmowała łóżeczko pod oknem. Mogła wpatrywać się w liście drzew nad sobą i ich 
jasne słoneczne cienie, tańczące na suficie. No i darła się. „Przewiń dziecko! Porozmawiaj z nią!” 
Dziecko chciało cyca mamy, mama nie zawsze miała na to ochotę, a ja, mimo że nie płakałem, 
też byłem trzymany przez mamę na dystans. Cyc był dla nas nieosiągalny. Praca obrzydła mi już 
ostatecznie, a do tego wszystkiego w mieście wybuchały zamieszki i rozruchy. Jedna dziesiąta 
miasta stała w ogniu...

background image

15

W windzie jadącej do góry byłem jedynym białym. Wokół mnie rozmawiano szeptem o 

awanturach   na   ulicy,   odwracając   się   ostentacyjnie   ode   mnie.   Czułem   się   nieswojo   i   dość 
osobliwie.

- Na rany Boga - rzucił przez białe siekacze kruczoczarny typ - no i jest ostra sprawa! 

Tamci zataczają się pijani! Wymachują butelkami whisky. Gliny przejeżdżają obok i nawet się nie 
zatrzymują. Te uwalone wywłoki nie przeszkadzają im! Oni im nie przeszkadzają! Ludzie w biały 

dzień jak oszaleli latają po ulicach z telewizorami, odkurzaczami i całym tym kramem... to jest 
ostra sprawa!

- Człowieku, masz rację.
- Czarni właściciele sklepów powywieszali w wystawach sklepów szyldy: „JESTEŚMY 

WASZEJ KRWI”. A biali robią to samo. Ale nasi nie dadzą się na to nabrać. Wszyscy doskonale 
wiedzą, które sklepy do kogo należą. Tych należących do BIAŁYCH należy unikać!

- Człowieku, i znowu masz rację.
Winda zatrzymała się na trzecim piętrze. Wysiedliśmy, każdy z nas poszedł w inną stronę. 

Postanowiłem nie komentować nikogo i niczego.

Parę dni później szef naszego urzędu miejskiego wygłosił przemówienie. Przez radio.

„Uwaga. Cała południowo - wschodnia część miasta została odcięta. System barykad 

uniemożliwia  jakąkolwiek   komunikację.  Tylko   osoby  zamieszkujące  te  dzielnice,   po  okazaniu 
odpowiednich   dokumentów,   będą   przepuszczane.   Po   godzinie   19.00   nie   wolno   opuszczać 

domów. Przejścia do zabarykadowanych części miasta będą zamknięte. Barykady rozciągają się od 
Indiana St. do Hoover Street i od Washington Boulevard do 135 Place. Wszyscy pracownicy 

mieszkający w południowo - wschodniej części miasta, mogą opuścić stanowiska pracy i udać się 
już do domów”.

Wszyscy zaczęli gadać. Czarni porzucali pracę i wychodzili. Zostało nas paru. Oznaczało 

to kolejne godziny nadliczbowe.

Wychodzący stemplowali swoje karty pracy i opuszczali budynek. Postanowiłem zrobić to 

samo.

- Hej, ty! A ty dokąd?! - krzyknął jeden z pilnowaczy.
- Nie słyszał pan komunikatu - ja mu na to.

- Głuchy to ja nie jestem, ale pan nie jest... przecież nie!
Lewą ręką chwyciłem torbę.

- Co nie jestem? Co nie jestem?
Spojrzał na mnie.

- I co ty możesz wiedzieć, BLADZIUCHU!!!

background image

Wyciągnąłem kartę, podstemplowałem w drzwiach wyjściowych i wyszedłem.

16

Bunt   rozlazł   się  po   kościach,   dziecko   uspokoiło   się,   a  ja   wypracowałem,   w  mozole, 

metodę   unikania   Janko   i   jego   monologów.   Tylko   zawroty   głowy   dręczyły   mnie   zawzięcie   i 
uporczywie. Lekarz zaaplikował mi długookresową kurację pastylkami librium. Pomagały, ale cud 
nie   następował.   Podczas   którejś   z   nocnych   szycht,   wstałem   i   poszedłem   napić   się   wody. 
Wróciłem, odwaliłem kawał roboty, po czym zrobiłem sobie regulaminową przerwę w pracy. 
Dziesięć minut wolnego! Po trzydziestu minutach zapieprzania! Kiedy zasuwałem odświeżony po 
tym parominutowym nieróbstwie, przybiegł do mnie Chambers, jasnokakaowy murzyn.

- Chinaski! Tym razem ukręciliście sobie stryczek na własny łeb! Przez czterdzieści minut 

nie było was na stanowisku!

Parę dni temu Chambers zwalił się nagle na podłogę, zaczął machać nogami i łapami 

wokół siebie, a z ust ciekła mu gęsta piana. Przyjechało pogotowie i wynieśli go na noszach. 

Następnego dnia, jakby nigdy nic, pojawił się znowu. W tym swoim pierdolonym krawacie, ale za 
to w nowej koszuli. A teraz próbuje grać ze mną w bambuko!

-   Może   pan   się   skupi   przez   chwilę,   Chambers,   i   przez   chwilę,   nie   dłużej,   pozwoli 

popracować   swoim   własnym   szarym   komórkom.   Wypiłem   łyk   wody,   wróciłem   do   pracy, 

przepracowałem trzydzieści minut i zrobiłem sobie przerwę. Nie było mnie tu, w tym miejscu, 
tylko przez dziesięć minut!

- Ukręciliście sobie stryczek na własny czerep, Chinaski! Nie było cię tu przez czterdzieści 

ostatnich minut. Siedmiu świadków może to potwierdzić.

- Tylko siedmiu?
- Dokładnie siedmiu! TAK JEST!

- Powtarzam jeszcze raz, przerwa trwała tylko dziesięć minut!
- Chinaski, teraz mamy pana! I dobierzemy się do pańskiego tyłka!

Nie chciałem już więcej słuchać ani tego bełkotu, ani oglądać tej facjaty, ani paprać się w 

takiej plugawej intrydze.

- W porządku. Nie było mnie przez czterdzieści minut. Proszę to zanotować w tym 

pańskim kapowniku. I proszę dobrać mi się do tyłka!

Chambers ulotnił się.
Po   kilkunastu   minutach   pojawił   się   jednak   znowu,   tym   razem   w   towarzystwie   szefa 

dozoru, szczupłego małego chłopaka z małymi kępkami siwych włosów za uszami. Popatrzyłem 
na nich, a potem bezczelnie odwróciłem się, dalej sortując przesyłki.

- Panie Chinaski, zakładam, że znane są panu przepisy regulujące pracę na poczcie. Każdy 

zatrudniony tutaj ma prawo do dwóch dziesięciominutowych przerw, pierwsza przed główną 

pauzą   przeznaczoną   na   spożywanie   posiłków,   a   druga   po   głównej   pauzie   przeznaczonej   na 
spożywanie posiłków. To jest panu gwarantowane przez Zarząd Poczty Amerykańskiej. Dwie 

background image

przerwy po dziesięć minut! Te dziesięć minut...

- NA RANY CHRYSTUSA! - strzeliłem przesyłkami o blat. - Przyznałem się już do tych 

czterdziestu minut, ale tylko dlatego, żeby ten nadłamany kutas dał mi święty spokój i odwalił się 

ode mnie. Ale ten namolny, nadłamany kutas pojawił się znowu i bruździ dalej! Cofam wszystko, 
co powiedziałem! Opuściłem to miejsce tylko na dziesięć minut! A teraz chcę zobaczyć tych 

siedmiu świadków. Dawać mi ich tutaj!

Dwa   dni   później   byłem   na   torze   wyścigowym.   Rozglądałem   się   po   twarzach   tych 

wszystkich małych kombinatorów, i nagle dostrzegłem białe, znane mi uzębienie i znaną mi 
szerokość i serdeczność „przyjaznego uśmiechu,” a także gapiące się na mnie ślepka. Zaraz! 

Zaraz! Kogo przypominały mi te szeregi białych trzonowych? Popatrzyłem jeszcze raz. To był 
Chambers, stojący w kolejce do automatu z kawą i mrugającymi gałami. Do mnie. Wstałem z 

krzesła, trzymając piwo w ręku podszedłem do kosz na śmieci i nie odrywając od niego oczu 
splunąłem   tak   głośno   i   tak   obficie,   jak   tylko   mogłem.   Wyszedłem   z   baru.   Od   tego   czasu 

Chambers nie wyrażał już nigdy więcej ochoty, żeby dobrać się do mojego tyłka.

17

Dziecko pełzało po całym mieszkaniu i odkrywało świat. W nocy spało razem z nami. 

Pod kołdrą było więc nas teraz troje. Kot też nie chciał rezygnować ze swoich przywilejów. 
Często w nocy siadałem na łóżku i mówiłem sobie: „Ale ci przyszło, musisz wykarmić teraz te 
trzy gęby”. Lubiłem się wpatrywać w tę całą trójkę.

Dwa razy, jeden za drugim, zastawałem rano, po powrocie z pracy, siedzącą w łóżku Fay, 

studiującą gazety, a szczególnie strony z mieszkaniami do wynajęcia.

- To wszystko jest tak cholernie drogie - wzdychała.

- A jak może być inaczej - odpowiadałem.
Kiedyś, kiedy tak siedziała wśród tych gazet, zapytałem ją nagle:

- Wyprowadzasz się?
- Tak.

- W porządku. Jak chcesz mogę ci w tym nawet pomóc. Pojedziemy jutro samochodem, 

może coś znajdziemy w tej dzielnicy.

Zobowiązałem   się   do   łożenia   określonej,   miesięcznie   płatnej   sumy   na   dziecko.   Fay 

zaakceptowała to.

Ona zabierała dziecko, a ja zostawałem z kotem.
Szybko i bez problemów znaleźliśmy pokój, osiem czy dziesięć ulic dalej od miejsca, gdzie 

teraz mieszkaliśmy.

Pomogłem im w przeprowadzce, pożegnałem obie panie i wróciłem do siebie. Marinę 

odwiedzałem dwa czy trzy razy w tygodniu, czasami nawet i cztery. Czułem, że jeśli będę mógł 

background image

odwiedzać dziecko, fakt ich wyprowadzki nie będzie zbyt boleśnie wpływał na samopoczucie 

porzuconego ojca.

Fay   ciągle   jeszcze   ubierała   się   na   czarno,   protestując   w   ten   sposób,   ciągle   jeszcze, 

przeciwko wojnie. Namiętnie uczestniczyła w pokojowych demonstracjach, również w love - ins, 
zaciekle organizowała wieczory poetyckie, odwiedzała to swoje wieczorne i wieczne już kursy 

nauki   „pisarstwa,”   a   także   aktywnie   pracowała   na   rzecz   partii   komunistycznej.   Jednakoż 
najchętniej przesiadywała godzinami w jednej z tych bardzo modnych hippisowskich kawiarni. 

Dziecko zawsze zabierała ze sobą. Jeśli zostawała w domu, co zdarzało się bardzo rzadko, paliła 
dziesiątki   papierosów,   z   nosem   w   ulotkach   i   odezwach.   Czarna   bluzka   coraz   bardziej   była 

upstrzona niezliczonymi plakietkami i znaczkami, mającymi oznaczać protest, sprzeciw, opór i 
rewolucję. Aż tu pewnego dnia, zupełnie dla mnie nieoczekiwanie, drzwi do mieszkania nie były 

zamknięte, a ja zobaczyłem Fay jedzącą jogurt z pestkami słonecznika. Nauczyła się piec chleb, 
ale nie był to rekord świata.

- Poznałam Andy'ego - wyznała. - Jest kierowcą ciężarówek. Ale maluje obrazy. To jedna 

z jego prac.

Byłem zajęty dzieckiem, tylko na krótko spojrzałem na ścianę, na której Andy powiesił 

swoje dzieło. Nie umiałem wyrazić zachwytu.

- Wiesz - nagle przerwała ciszę - jego penis jest gigantycznych rozmiarów. Niedawno był 

tutaj wieczorem i zapytał mnie, czy chciałabym się z nim przespać, z nim i jego penisem. A ja mu 

odpowiedziałam: „Jeśli mam się kochać, to raczej z osobą kochaną przeze mnie, a nie z kutasem 
mierzonym na kilometry”.

- Propozycja godna niekwestionowanego światowca.
Pobawiłem się jeszcze trochę z Mariną i poszedłem do domu. Musiałem się jeszcze uczyć 

nowych tabel do następnego egzaminu.

Wkrótce po mojej ostatniej wizycie otrzymałem list od Fay. Informowała mnie w nim, że 

jest razem z dzieckiem w Nowym Meksyku i żyje w hippisowskiej wspólnocie, czy komunie? 
Słowo „pięknie” pojawiało się wielokrotnie, a Marina mogła wreszcie korzystać ze wspaniałego 

powietrza. Do listu dołączyła mały rysunek, narysowany przez córkę dla tatusia.

background image

ROZDZIAŁ V

1

ZARZĄD POCZT

DOTYCZY: OSTRZEŻENIE

ODBIORCA: Pan Henry Chinaski

Zostaliśmy zawiadomieni o zatrzymaniu Pana przez policję miasta Los Angeles w dniu 12 

marca   1968   roku.   Powodem   zatrzymania   było   zakłócenie   spokoju   publicznego   w   stanie 

nietrzeźwym.

W związku z tym incydentem jesteśmy zmuszeni przypomnieć Panu jeden z przepisów 

regulaminu pracy numer ustępu 744.12 w brzmieniu następującym: „Urzędnicy służb pocztowych 
wykonują   publiczne   zadania   wynikające   ze   Statusu   Poczty   Amerykańskiej   na   rzecz   całego 

społeczeństwa  Stanów   Zjednoczonych,   i  jako   tacy  podlegają  niezwykle  surowej   dyscyplinie  i 
kontroli   przez   powołane   do   tego   organa.   Kryteria   i   miary,   jakie   są   stosowane   w   zakresie 

rozstrzygnięć dyscyplinarnych, nie ustępują podobnym kryteriom i miarom, jakie są stosowane w 
podobnych przypadkach w całym systemie prywatnej gospodarki narodowej. Od pracowników 

Poczty Amerykańskiej oczekuje się, że w procesie pracy i poza nią, zachowywać się będą w 
sposób nie powodujący szkodliwych i niekorzystnych następstw dla reputacji pracodawcy. Mimo 

że  pracodawca  nie  ma  prawa ingerować  w  sferę  prywatnego i  osobistego   życia  pracobiorcy, 
stwierdza się kategorycznie, że cały personel Poczty Amerykańskiej powinien cieszyć się sza-

cunkiem   i   respektem   naszych   klientów,   być   rzetelnym,   niezawodnym   i   godnym   zaufania 
partnerem,   a   także   być   przykładem   bezwzględnego   podporządkowania   się   podstawowym 

zasadom współżycia społecznego”.

Jeśli nawet pański konflikt z policją miał miejsce z błahych i mało istotnych powodów, to 

nie   ulega   żadnej   wątpliwości,   że   nabrał   on   charakteru   takiego   rodzaju   zachowań,   jakich   nie 
możemy inaczej określić jak tylko szkodzące naszej reputacji. Tym samym prosimy potraktować 

to pismo jako napomnienie i ostrzeżenie; jeśli będzie miało miejsce kolejne złamanie przepisów 
tworzących nasz regulamin pracy czy też jakakolwiek nowa konfliktowa sytuacja z policją, Zarząd 

Poczt będzie zmuszony zastosować energiczne środki dyscyplinarne.

Jeśli pan sobie tego życzy, może pan przesłać na nasze ręce pisemne wyjaśnienie faktów, 

jakie legły u podstaw skierowania naszego ostrzeżenia pod pańskim adresem.

background image

2

ZARZĄD POCZT

DOTYCZY: O ZAMIARZE PODJĘCIA KROKÓW DYSCYPLINARNYCH

ODBIORCA: Pan Henry Chinaski

Zgodnie z przewidzianym  ustawowo terminem, informujemy, że zamierzamy zawiesić 

Pana w czynnościach pracownika Poczty na okres trzech dni, bez finansowego odszkodowania, a 
także   o   podjęciu   innych   środków   dyscyplinarnych,   jeżeli   uzna   się   je   za   konieczne.   Wyżej 

wymienione kroki będą podjęte w celu podwyższeniu wydajności pracy Poczty. Wchodzą one w 
życie w 35 dniu kalendarzowym po otrzymaniu tego pisma przez odbiorcę. Oskarżenie przeciwko 

Panu, a także powody formułowanego oskarżenia, brzmią jak następuje:

PUNKT PIERWSZY OSKARŻENIA.

Oskarża się Pana, że w dniach 13 maja 1969 roku, 14 maja 1969 roku i 15 maja 1969 roku 

nie był Pan obecny w pracy. Przyczyny tej nieobecności nie są nam znane.

Przyjmując,   że   wyżej   wymienione   oskarżenie   będzie   utrzymane   w   mocy,   dodatkowa 

informacja   z   pańskich   akt   osobowych,   o   której   niżej,   będzie   stanowiła   część   materiału 

obciążającego Pana i będzie skierowana przeciwko Panu.

Informacja ta brzmi:

Z powodu nie usprawiedliwionej nieobecności w pracy w dniu 1 kwietnia 1969 roku 

wystosowano do Pana ostrzeżenie w formie pisemnej.

Przysługuje   Panu   prawo   odwołania   się   w   formie   pisemnej   albo   ustnej,   albo   w   obu 

formach. Ma Pan również prawo korzystania z pomocy adwokata lub innego przedstawiciela 

prawnego. Wybór należy do Pana.

Odpowiedź  na  oskarżenie  powinna   nastąpić   nie   później   niż   w  ciągu  10   dni   od  dnia 

otrzymania  tego  pisma.  Przysługuje  Panu również   prawo  do dołączenia  wszelkich  wyjaśnień 
dotyczących sprawy, złożonych pod przysięgą.

Jeżeli zdecyduje się Pan na pisemną formę odwołania, należy je przesłać pod adresem: 

Los Angeles, Kalifornia 90052, Zarząd Poczt.

W   sprawie   przedłużenia   terminu   złożenia   odwołania   należy   przedstawić   oddzielne 

podanie, wyliczając wszystkie powody, dla których jest to prawnie dopuszczalne.

Jeśli wybierze Pan ustną formę odwołania, proszę ustalić terminy spotkań z odpowiednim 

czasowym wyprzedzeniem - albo z p. Edwinem R. Gallaschem, przedstawicielem Kierownictwa 

background image

Działu Kadr, albo z p. Donaldem J. Lucasem, specjalistą do spraw zatrudnienia. Obaj Panowie są 
osiągalni pod numerem telefonu 688 - 1240.

Po upływie dziesięciu dni wszystkie dostępne w pańskiej sprawie materiały, łącznie z 

odwołaniem,  jeżeli   wpłynie,  będą  skrupulatnie   zbadane,  po  czym  zostanie  ogłoszony  wyrok. 
Treść tego wyroku będzie Panu przesłana w formie pisemnej, a jeżeli zostanie uznana pańska 
wina, do sentencji wyroku zostanie dołączone uzasadnienie.

3

ZARZĄD POCZT

DOTYCZY: ZAWIADOMIENIE O WYROKU

ODBIORCA: Pan Henry Chinaski

Niniejszym, powołując się na pismo skierowane do Pana w dniu 17 sierpnia 1969 roku 

informujące o naszym zamiarze zawieszenia Pana w obowiązkach pracownika na okres trzech dni 
bez   finansowego   odszkodowania,   a   także   o   możliwości   podjęcia   innych   środków 

dyscyplinarnych, jeżeli będą uznane za konieczne, a to w oparciu o punkt pierwszy oskarżenia 
zawarty   w   tym   liście,   stwierdzamy,  że   do   dnia   dzisiejszego   nie   wpłynęło   do   nas   pańskie 

odwołanie.

Po   wnikliwym   rozpatrzeniu   sprawy   zdecydowano   utrzymać   w   mocy   punkt   pierwszy 

oskarżenia   i   zawiesić   Pana   w   obowiązkach   pracownika   na   trzy   dni,   bez   finansowego 
odszkodowania. Tym samym dzień 17 listopada 1969 roku będzie pierwszym dniem zawieszenia 

Pana w obowiązkach pracownika, a 19 listopada 1969 roku dniem ostatnim.

W kwestii orzeczenia wyroku informujemy, że na prawach dodatkowej informacji, zostały 

wciągnięte   do   materiałów   sprawy   dane   z   pańskich   akt   osobowych   dotyczące   nie 
usprawiedliwionej nieobecności w pracy w miesiącu marcu 1969 roku.

Przysługuje   panu   prawo   do   odwołania   się   od   wyżej   wymienionego   wyroku   albo   w 

Zarządzie Poczt, albo w Zarządzie Nadzoru Służb Pocztowych bądź też najpierw w Zarządzie 

Nadzoru Służb Pocztowych, w myśl następujących przepisów:

- jeśli zdecyduje się Pan odwołać od wyroku w Zarządzie Nadzoru Służb Pocztowych, nie 

przysługuje Panu prawo odwoływania się od wyroku w Zarządzie Poczt.

Odwołanie   w   takim   przypadku   należy   kierować   do   Okręgowego   Dyrektora   Zarządu 

Nadzoru   Służb   Pocztowych   dla   okręgu   San   Francisco,   450   Golden   Gate   Avenue,   skrzynka 
pocztowa 36010, San Francisco, Kalifornia 94102, spełniając następujące warunki:

- odwołanie musi być przedstawione w formie pisemnej;
-   odwołanie   musi   określać   przyczyny   kwestionowania   wyroku   i   zawierać   dowody 

uwiarygodniające prawomocność kwestionowania orzeczonego wyroku;

background image

- odwołanie musi wpłynąć najpóźniej piętnaście dni przed datą orzeczonego zawieszenia 

Pana w obowiązkach pracownika, to znaczy przed 2 listopada 1969 roku.

Zgodnie   z   obowiązującymi   przepisami   prawnymi   odwołanie   od   wyroku   zostanie 

przeanalizowane   przez   Zarząd   Nadzoru   Służb   Pocztowych   z   punktu   widzenia   formalno-
prawnego   przebiegu   postępowania,   chyba   że   złoży   Pan   oświadczenie   pod   przysięgą, 

stwierdzające   w   sposób   jednoznaczny,   że   została   Panu   wyrządzona   krzywda   z   powodów 
politycznych, nie jednak tych, o jakich stanowi Ustawa Zasadnicza, powodów rodzinnych lub też 

kalectwa, uniemożliwiającego Panu swobodę ruchu, mowy czy słuchu.

Jeżeli zdecyduje się Pan wnieść odwołanie do Zarządu Poczt, przysługuje Panu prawo 

wniesienia   odwołania   także   do   Zarządu   Nadzoru   Służb   Pocztowych,   ale   tylko   wtedy,   kiedy 
odwołanie okaże się zasadne, a decyzja o tym zapadnie na najniższym szczeblu odwoławczym 

Zarządu   Poczt.   Dopiero   po   rozstrzygnięciu   pańskiego   odwołania   na   najniższym   szczeblu 
odwoławczym Zarządu Poczt przysługuje Panu prawo albo skierowania odwołania do wyższych 

instancji Zarządu Poczt, albo skierowanie odwołania do Zarządu Nadzoru Służb Pocztowych. 
Jeżeli w ciągu dziesięciu dni od daty złożenia odwołania od wyroku nie zapadnie żadna decyzja na 

najniższym szczeblu odwoławczym Zarządu Poczt, ma Pan prawo zwrócić się bezpośrednio do 
Zarządu   Nadzoru   Służb   Pocztowych,   z   pominięciem   instancji   odwoławczych   Zarząd   Poczt. 

Jeżeli   w   ciągu   dziesięciu   dni   kalendarzowych,   po   otrzymaniu   tego   pisma,   przedstawi   Pan 
odwołanie   od   wyroku,   zawieszenie   Pana   w   czynnościach   i   obowiązkach   pracownika   będzie 

prolongowane   do   dnia   orzeczenia   decyzji   przez   Dyrektora   Zarządu   Poczt   o   przyjęciu   lub 
odrzuceniu pańskiego odwołania od wyroku.

W innych  przypadkach procedura dopuszcza przedstawienie  odwołania od wyroku w 

dowolnym czasie, osobiście czy przez przedstawiciela prawnego. Ta sama procedura gwarantuje 

Panu dowolność w wyborze swojego przedstawiciela prawnego, nieograniczony dostęp do akt 
sprawy,   bezstronność   i   obiektywizm   przewodu   sądowego,   zaniechanie   działania   na   pańską 

niekorzyść, a także przyznaje się Panu prawo do przygotowań, określając rozsądną liczbę dni 
koniecznych do ich zakończenia.

Odwołanie od wyroku orzeczonego  przez Zarząd Poczt może nastąpić w dowolnym 

terminie,   nie   później   jednak  niż  piętnaście  dni  od  daty  wejścia   w  życie  zawieszenia  Pana  w 

prawach i obowiązkach pracownika.

Do odwołania od rzeczonego wyroku należy dołączyć podanie z prośbą o umożliwienie 

złożenia   dodatkowych   ustnych   zeznań   lub   oświadczenie,   że   rezygnuje   Pan   z   dodatkowych 
ustnych zeznań.

Odwołanie od wyroku należy przesłać pod adresem:

background image

Okręgowa Dyrekcja Zarządu Poczt

631 Howard Street
San Francisco, Kalifornia 94106.
Własnoręcznie podpisany odpis odwołania od wyroku proszę przesłać w tym samym 

terminie i to niezależnie od tego, czy odwołanie zostanie złożone w Zarządzie Poczt czy też w 
Zarządzie Nadzoru Służb Pocztowych.

W sprawie dodatkowych informacji i pytań w materii procedury odwoławczej prosimy 

zwracać się do Roberta C. Jonesa, asystenta w biurze spraw kadrowych, pokój 2205, Budynek 
Zarządu Poczt, Przedstawicielstwo Stanowe, 300 North Los Angeles Street, w godzinach od 8.30 

do 16,00, w dni robocze.

4

ZARZĄD POCZT

DOTYCZY:   ZAWIADOMIENIE   O   POCZYNIONYCH   KROKACH 

DYSCYPLINARNYCH

ODBIORCA: Henry Chinaski

Zgodnie  z  przewidzianym   ustawowo  terminem,  informujemy,  że  zamierzamy  zwolnić 

Pana z pracy, a także o podjęciu innych kroków dyscyplinarnych, jeżeli będą konieczne. Wyżej 

wymienione środki będą zastosowane w celu podwyższenia wydajności pracy Poczty. Wchodzą 
one w życie w 35 dniu kalendarzowym po otrzymaniu tego pisma przez odbiorcę.

Oskarżenie przeciwko Panu, a także powody oskarżenia brzmią jak następuje:

PUNKT PIERWSZY OSKARŻENIA

Oskarża się Pana, że bez podania przyczyn był Pan nieobecny w pracy w dniach
25 września 1969                                                        4 godziny

28 września 1969                                                        8 godzin
29 września 1969                                                        8 godzin

5 października 1969                                                    8 godzin
6 października 1969                                                    4 godziny

7 października 1969                                                    4 godziny
13 października 1969                                                  5 godzin

15 października 1969                                                  4 godziny
19 października 1969                                                  8 godzin

4 listopada 1969                                                          8 godzin

background image

6 listopada 1969                                                          4 godziny

12 listopada 1969                                                        4 godziny
13 listopada 1969                                                        8 godzin

Przyjmując,   że   wyżej   wymienione   oskarżenie   będzie   utrzymane   w   mocy,   dodatkowe 

informacje z pańskich akt osobowych, o których to informacjach niżej, będą stanowiły część 

materiału obciążającego Pana i skierowane będą przeciwko Panu.

Informacje te brzmią:

Z   powodu   nie   usprawiedliwionej   nieobecności   w   dniu   1   kwietnia   1969   roku, 

wystosowano do Pana ostrzeżenie w formie pisemnej.

W   dniu   17   sierpnia   1969   roku   doręczono   Panu   zawiadomienie   o   podjęciu   kroków 

dyscyplinarnych   w   związku   z   nie   usprawiedliwioną   nieobecnością   w   pracy.   W   wyniku   prze-

prowadzonego   dochodzenia   został   Pan   zawieszony   w   prawach   i   obowiązkach   pracownika 
Poczty, bez finansowego odszkodowania, w dniach od 17 listopada 1969 do 19 listopada 1969 

roku.

Przysługuje   Panu   prawo   odwołania   się   w   formie   pisemnej   albo   ustnej,   albo   w   obu 

formach. Ma Pan również prawo korzystania z pomocy adwokata lub innego przedstawiciela 
prawnego. Wybór należy do Pana.

Odpowiedź  na  oskarżenie  powinna   nastąpić   nie   później   niż   w  ciągu  10   dni   od  dnia 

otrzymania  tego  pisma.  Przysługuje  Panu również   prawo  do dołączenia  wszelkich  wyjaśnień 

dotyczących sprawy, złożonych pod przysięgą.

Jeżeli zdecyduje się Pan na pisemną formę odwołania, należy je przesłać pod adresem: 

Los Angeles, Kalifornia 90052, Zarząd Poczt.

W   sprawie   przedłużenia   terminu   złożenia   odwołania   należy   przedstawić   oddzielne 

podanie, wyliczając wszystkie powody, dla których jest to prawnie dopuszczalne.

Jeśli wybierze Pan ustną formę odwołania, proszę ustalić terminy spotkań z odpowiednim 

czasowym wyprzedzeniem - albo z p. Edwiem R. Gallaschem, przedstawicielem Kierownictwu 
Działu Kadr, albo z p. Donaldem J. Lucasem, specjalistą do spraw zatrudnienia. Obaj Panowie są 

osiągalni pod numerem telefonu 688 - 1240.

Po upływie dziesięciu dni, wszystkie dostępne w pańskiej sprawie materiały łącznie z 

odwołaniem,  jeżeli   wpłynie,  będą  skrupulatnie   zbadane,  po  czym  zostanie  ogłoszony  wyrok. 
Treść tego wyroku będzie Panu przesłana w formie pisemnej, a jeżeli zostanie uznana pańska 

wina, do sentencji wyroku zostanie dołączone uzasadnienie.

background image

ROZDZIAŁ VI

1

Siedziałem   obok   młodej   dziewczyny,   której   podobnie   jak   mnie,   nie   udało   się   nigdy 

opanować słynnych tabel bezbłędnie i na zawsze.

- A 2900 Roteford - pytała.
- Przegródka 33 - podpowiedziałem.

Pilnowacz stał przy niej i rwał ją, przeginając w tym pałę.
- Czy nie mówiła pani wczoraj, że urodziła się pani w Kansas City? Moi rodzice pochodzą 

z tamtych okolic!

- Niemożliwe!

Zwróciła się do mnie:
- A gdzie mam wetknąć 8400 Meyers?

- Wrzuć do osiemnastki.
Była trochę rozkojarzona i rozdygotana, czując obecność dwóch samców obok siebie. 

Była też ponętna i kusząca, tak jak ponętne i kuszące są dojrzałe i soczyste owoce spadające do 
pazernych łap ogrodnika. Postanowiłem spasować. Nie miałem ochoty, na razie, wdawać się w te 

przepychanki samczo - samicze. Pilnowacz dostawiał się do niej coraz nachalniej.

- Mieszka pani w pobliżu poczty?

- Nie.
- A podoba się pani u nas?

- Tak. Nie narzekam. Jeszcze.
Zwróciła się do mnie:

- A co z 6200 Albany?
- Do szesnastki.

Mój kosz, był pusty, wstałem i wtedy pilnowacz pokazał mi swoje prawdziwe zamiary.
- Chinaski, zmierzyłem czas! Posegregowanie przesyłek z tego kosza zabrało wam 28 

minut!

Nie dawałem się sprowokować.

- Czy normy wam są znane, Chinaski?
- Nie.

- Chinaski, jak długo tu pracujecie?
- 11 lat.

- Jesteś tu 11 lat i nie znasz norm?
- Tak jest. Nie znam.

- Sortujecie przesyłki, ale wszystko inne macie w dupie, tak?

background image

Dziewczyna   siedząca   obok   mnie   zaczęła  razem   ze   mną,   a  jej   kosz   nie   był   nawet   w 

połowie posortowany.

- I przeszkadzacie innym w pracy, zabawiając głupawymi rozmówkami tę siedzącą obok 

was damę.

Zapaliłem papierosa.

- Chinaski, podejdźcie tu na chwilę!
Pilnowacz wbił swoje obleśne ślepia w jakąś metalową puszkę, dając mi do zrozumienia, 

że powinienem  zrobić to samo. W sali  powstał lekki  szum, przesyłki zaczęły szybciej,  dużo 
szybciej niż zwykle, lądować w odpowiednich przegródkach, ramiona kolegów coraz zamaszyściej 

i dynamiczniej cięły martwo dotąd wiszące nad nimi powietrze. Nawet moja sąsiadka dała się 
ponieść   temu   nagłemu   przyśpieszeniu,   musiała   sobie   nawet   przypominać   dane   z   tabeli,   bo 

przestała już mnie o nie pytać.

- Chinaski, widzisz tę liczbę w rogu, tu, na dole?

- No, jasne!
- Ta liczba, jak dobrze wiesz, określa liczbę przesyłek, które należy posortować w ciągu 

jednej minuty. Kosz o długości 60 centymetrów musi być pusty po 23 minutach. Pan, panie 
Chinaski, potrzebował pięciu minut więcej!

Wskazał palcem cyfrę 23.
- 23 minuty jest normą!

- To nic nie znaczy.
- A co to ma znaczyć?

- To znaczy tylko tyle, ze jakiś przypadkowy gość przechodził tędy bawiąc się tubką pasty 

i z nudów wymalował to cudo!

- Nie, nie, Chinaski, takim przygłupem to chyba jeszcze nie jesteś. Ta norma jest całkiem 

nieźle wykombinowana. Oni to wiedzą. Ja to wiem i ty też to wiesz. A jak nie wiesz, to się 

dowiesz!

- I na co te przysrywy?

To pytanie pozostało bez odpowiedzi.
- Muszę to zanotować, Chinaski. Czymś muszę zapełnić te rubryki w moich codziennych 

raportach, prawda? Zasłużyliście na naganę, właśnie udzielam jej tobie, a oprócz tego będziecie 
dodatkowo pouczeni na specjalnym spotkaniu z przełożonymi. W bardzo bliskiej przyszłości!

Wróciłem   do   stołu   i   usiadłem   na   nim.   Jedenaście   lat!   Miałem   dokładnie   tyle   samo 

pieniędzy w kieszeni, co wtedy, kiedy tu zaczynałem przed jedenastu laty. I mimo że każda z tych 

wielu nocy wydawała mi się piekielnie długa, to te jedenaście lat minęło błyskawicznie, albo 

background image

jeszcze szybciej.  Może właśnie dlatego, że odwalałem  tę robotę  nocami, a może dlatego, że 

wykonywałem ciągle te same monotonne i wiecznie się powtarzające ruchy górnymi kończynami. 
Kiedyś, na samym początku, jak pracowałem u Stone'a, nie miałem nigdy pojęcia, co mi się nagle 

zwali na głowę. Tu, na etacie, nie było żadnych odlotowych zaskoczeń i niespodzianek.

Te jedenaście lat przekotłowało mi się przez głowę. Ci nieliczni, którzy zaczynali jeszcze 

ze   mną,   przypominali   teraz   wypatroszone   indory,   wiszące   na   hakach   w   przedśmiertnych 
drgawkach łysych odwłoków. Jimmy Potts z urzędu w Dorsey! Kiedy widziałem go pierwszy raz, 

był dobrze zbudowanym chłopakiem w podkoszulku. Teraz, wykończony i załatwiony, kiwał się 
na   taborecie,   żeby   raz   jeszcze   nie   zwalić   się   na   pysk,   zapierał   się   stopami   o   nogi   stołu 

sortowniczego.   Od   trzech   lat   miał   na   tyłku   te   same   spodnie,   zmieniał   koszulę   dwa   razy   w 
tygodniu, chodził coraz ślamazarniej, był zbyt zmęczony, żeby iść do fryzjera i obciąć sobie 

włosy. Poczta powoli zabijała go. Miał dopiero pięćdziesiąt pięć lat, do emerytury zostało mu 
jeszcze siedem. - Nie dociągnę - powiedział kiedyś. Albo przypominali wypatroszone indory, albo 

tłuszcz   wciskał   się   im   we   wszystkie   możliwe   zakamarki   ich   sflaczałych   ciał,   szczególnie   w 
okolicach tyłków i brzuchów. Powód był bardzo prosty, ciągłe siedzenie na taboretach, ciągle te 

same ruchy, ciągle te same głupie gadanie i paplanie. Ja nie byłem od nich gorszy, ale za to 
bogatszy w zawroty głowy, bóle ramion,  pleców,  w piersiach, prawie wszędzie.  Spałem cały 

dzień, żeby móc zasuwać w nocy, a w niedziele musiałem jeszcze dodatkowo chlać, żeby nie 
myśleć o tym więcej. Przed jedenastu laty ważyłem 84 kilogramy, a teraz prawie dwadzieścia 

więcej. Brak ruchu nas wykańczał, jedyną częścią ciała poruszającą się przez te jedenaście lat, i to 
bez przerwy, było prawe ramię.

2

Wszedłem   do   biura.   Miano   mnie   pouczać.   Za   biurkiem   siedział   Eddie   Beaver.   Miał 

szpiczastą głowę, szpiczasty nos, szpiczasty podbródek. Cały przypominał raczej psa rasy szpic, a 
nie człowieka.

- Proszę usiąść, Chinaski.
Trzymał w ręku jakieś papiery, czytał je cicho pod nosem.

- Chinaski, pan podobno potrzebuje 28 minut, żeby opróżnić kosz z przesyłkami. Jak pan 

dobrze wie, na tę czynność została ustalona norma 23 minut.

- Człowieku, jeśli chce pan mieszać łapą w nocniku pełnym gówna i udawać, że tak 

pachną bzy, to rób se pan to sam! Ja jestem zbyt zmęczony i nie mam na to ochoty.

- Słucham!
- Powiedziałem: „Człowieku, jeśli chce pan mieszać łapą w nocniku pełnym gówna i 

udawać, że tak pachną bzy, to rób se pan to sam!” Jeśli mam coś podpisać, podpisuję, a jeśli nie, 
to nie. Nie mam nic więcej do powiedzenia.

background image

- Chinaski, pan jest tutaj, ponieważ zarobił pan sobie naganę. Ja jestem po to, żeby pana 

pouczyć i udzielić nagany.

- No, dobra - westchnąłem już wal pan to wszystko naraz, aby szybko, zamieniam się w 

słuch.

-   Chinaski,   każdy   z   nas   ma   określoną   dolną   granicę   wydajności   pracy,   związaną   z 

rodzajem zajęcia jakie wykonujemy...

- Jasne!

- Jeśli pan zejdzie poniżej tej granicy, oznacza to, że ktoś inny będzie musiał sortować 

przesyłki, jakie powinien pan, w ramach ustalonych godzin i norm, wyjąć z kosza i wetknąć w 

odpowiednią przegrodę. Jeśli tak się stanie, powstaje konieczność uruchomienia dodatkowego, 
droższego systemu - to się nazywa nadgodziny!

- Czy chce mi pan teraz powiedzieć, że to JA jestem winny temu, że każdej nocy, bez 

pytania nas o zdanie, każecie nam pracować trzy i pół godziny dłużej, w ramach, jak wy to 

nazywacie, planu godzin nadliczbowych?

-   Chinaski   -   tu   chodzi   tylko   o   to,   że   norma   przewiduje   23   minuty   na   opróżnienie 

standardowego kosza, a wy potrzebujecie na to aż pięciu minut dłużej! To jest dowiedzione i 
zostało zanotowane w raportach dozoru.

- Chwileczkę! Tak pięknie to nie wygląda! I pan to też wie! Każdy kosz ma sześćdziesiąt 

centymetrów długości, ale w niektórych jest trzy, a nawet cztery razy więcej przesyłek niż w 

pozostałych. Kolesie łapią zawsze te „odtłuszczone”, jak oni je nazywają, kosze - a co się dzieje z 
tymi   trochę   pełniejszymi,   z   których   przesyłki   nawet   się   wysypują?   Ktoś   przecież   musi   je 

posortować,   nie?   Ale   wy   tego   nie   chcecie   dostrzec,   wy   tylko   wiecie,   że   kosz   musi   zostać 
posortowany w ciągu 23 minut, tak! Chcę panu tylko przypomnieć, że my nie wpychamy koszy w 

przegródki, tylko pojedyncze przesyłki!

- Nie... nie!... Chinaski, to wszystko zostało dokładnie przeanalizowane i obliczone!

- Być może! Ale ja te wasze analizy i koncepty... to pan już wie, gdzie ja to mam! Dlaczego 

sterczycie ze stoperem, odmierzając zawsze czas dla jednego tylko kosza... dlaczego nie mierzycie 

czasu wtedy, kiedy sortowacz posegregował już piętnaście koszy albo jest już po siódmej godzinie 
pracy... dlaczego tego nie robicie... bo to komplikuje wam życie... zmusza do wysiłku i myślenia... 

te wasze liczby stają się wtedy... nie tak optymistyczne?... co?

- Chinaski, wygadaliście się już? Więc może ja teraz coś powiem! Pan potrzebował 28 

minut,   żeby   wykonać   pracę,   dla   której   norma   przewiduje   23   minuty!   DLA   NAS   to   jest 
decydujące!   Jeżeli   jeszcze   raz   dotrą   do   nas   informacje,   że   nie   mieści   się   pan   w   granicach 

dopuszczalnej   normy,   będziemy   zmuszeni   zaprosić   pana   na   ROZSZERZONY   CYKL 

background image

ROZMÓW   WYJAŚNIAJĄCYCH,   POŁĄCZONY   Z   UDZIELENIEM   PANU   NAGANY 

DRUGIEGO STOPNIA.

- Brzmi to fascynująco, ale pozwoli pan, że zadam jedno pytanie.

- Słucham.
- Zakładając, że uda mi się dopaść „odtłuszczony” kosz. Czasami to się udaje. Wtedy 

trzeba   mi   tylko   pięciu   albo   ośmiu   minut.   W   myśl   wykombinowanych   przez   was   norm, 
oszczędzam na takim koszu piętnaście minut. Czy mam wtedy prawo zejść do kantyny i zjeść 

ciastko   z   kremem,   a   może   nawet   rzucić   okiem   na   telewizor,   a   potem   dalej   odrabiać   tę 
pańszczyznę, czy...

-   NIE!   POWINIEN   PAN   NATYCHMIAST   ZACZĄĆ   SORTOWAĆ   NASTĘPNY 

KOSZ!!!

Podpisałem jakiś papierek, na którym stało, że pouczenie odbyło się i że nagana została 

przyjęta. Czy ja ją przyjąłem, nikt się nie pytał. Szpic - Beaver zanotował czas mojego pobytu w 

jego gabinecie i kazał mi wyjść.

Odetchnąłem!

3

Koszmarna monotonia pracy dobijała nas, więc tym dłużej i intensywniej wspominaliśmy 

te krótkie chwile wydarzeń nieprzewidzianych i nieoczekiwanych. Jednego chłopaka nakryli na 
klatce schodowej, tej samej, w której zamknięto mnie kiedyś, z głową pod spódnicą dziewczyny 
ze stołówki. Po paru dniach ta sama dupodajka oskarżyła trzech sortowaczy i jednego pilnowacza 
o to, że pomimo wykonania usług doustnego zaspokojenia ich samczych chuci, nie uiszczono 
należnego jej honorarium.

Dziewczynę i trzech sortowaczy wywalono na zbity ryj, a pilnowacza zdegradowano o 

kilka stawek w dół w uposażeniu.

A potem podpaliłem urząd pocztowy!
Sortowałem cholerną liczbę  masowych przesyłek, te miliony przeróżnych  katalogów i 

reklam,   na   których   poczta   nabijała   sobie   nieźle   kabzę.   Chcąc   sobie   umilić   walkę   z   tym 
„żywiołem”, paliłem dość kosztowne cygaro. Przerzucając te „luksusowe” szmaty z podręcznego 

wózka do odpowiednich przegród, usłyszałem nagle krzyk:

TY, TE TWOJE KATALOGI IDĄ Z DYMEM!

Odwróciłem   się.   Rzeczywiście.   Mały,   ale   jary   płomyczek   ognia   przeskakiwał   coraz 

szybciej   z   jednej   paczki   na   drugą,   dobierając   się   do   powierzonych   Poczcie   Amerykańskiej 

przesyłek. Prawdopodobnie popiół cygara musiał się gdzieś tam zawieruszyć.

O kurwa!

Płomień buchnął całkiem w porządku. I mimo, że starałem się go zdusić, waląc na oślep 

tymi powierzonymi poczcie katalogami, ogień przerzucał się coraz szybciej. Iskry unosiły się do 

background image

góry i opadały na coraz to inne paczki, wywołując rzadko tu widziane spustoszenie.

O kurwa!
Z tyłu dobiegł mnie współczujący głos kolegi:

- Ty, tu cuchnie ogniem!
-   TO   NIE   CUCHNIE   OGNIEM   -   wykrzyczałem..   -   TO   CUCHNĄ   TE 

SKATALOGOWANE SUPEROKAZJE PO OBNIŻONYCH CENACH!

- O, kurwa, trzeba spierdalać - zawył drugi współczujący mi kolega.

- To spierdalaj - powiedziałem spokojnie. - TO SPIERDALAJ, I TO JUŻ!
Ogień parzył mi dłonie. Całym sercem oddawałem się ratowaniu tych bezwartościowych, 

luksusowych gówien, dzięki którym Poczta Amerykańska mogła mi płacić marne pieniądze.

Jakoś udało mi się opanować ten pożar. Nie poparzonymi jeszcze stopami zdusiłem 

resztki tlących się, sczerniałych katalogów z drogiego, kredowego papieru.

Któryś z pilnowaczy pojawił się nagle na horyzoncie. Chciał mi coś powiedzieć. Ale nie 

powiedział nic. Bo co on mógłby powiedzieć, widząc mnie stojącego w kupie dymu, z palącymi 
się resztkami przesyłek w rękach? To, co się spaliło, odkładałem na bok, to, co można było 

przesłać,   lądowało   w   odpowiedniej   przegrodzie.   Dopiero   teraz   cygaro   wypadło   mi   z   ust. 
Postanowiłem nie palić więcej cygar.

Dłonie zaczynały bardzo nieprzyjemnie szczypać i dokuczać. Zimna kąpiel w wodzie nie 

przyniosła oczekiwanego uśmierzenia bólu. Postanowiłem iść do pielęgniarki. Zgodę na to musiał 

wydać pilnowacz. I wydał!

Tej  nocy  dyżur  miała taka jedna,   co to  często  zaglądała do  mnie,  ni  z  gruchy,  ni  z 

pietruchy,  pytając: „A na co  dzisiaj  mamy ochotę,  Chinaski?”.  I jak  pojawiłem  się u niej  w 
gabinecie, naturalnie, że zadała to samo pytanie.

- Pani mnie sobie przypomina, co?
- No jasne, kilka samotnych nocy ma pan już za sobą, co?

- To prawda - odpowiedziałem.
- Przechowuje pan jeszcze jakieś baby u siebie w mieszkaniu?

- No, a jak! A pani chodzi jeszcze na targ i targa koszyk pełen chłopów?
- Panie Chinaski, na co pan właściwie cierpi?

- Spaliłem sobie dłonie.
- Proszę podejść bliżej. A jak to się stało? Kobieta?

- Czy to jest teraz aż tak ważne? Dłonie są spalone!
Czymś wysmarowała mi ręce, ocierając się o mnie wcale dobrze wyrośniętymi cycami.

- Więc jak to się stało, Henry?

background image

- Cygaro. Sortowałem masówkę, popiół musiał gdzieś spaść, no i buchnęło!

Jej wcale niezłe cyce otarły się znowu o mnie.
- Proszę nie ruszać teraz rękami, proszę!

A potem prawie położyła się na mnie, wcierając w dłonie jakąś nieprzyjemnie wyglądającą 

maź.

Siedziałem na krześle.
- Co jest Henry, nerwy schowajcie na później!

- A to się da schować... no, Marthę... wiesz, jak to jest!
- Ja się nie nazywam Marthę. Ja jestem Helen.

- No to kiedy wychodzisz za mnie, Helen?
- Co!

- Pytam się, kiedy znowu będę mógł używać rąk?
- Jak się ma na to ochotę, zawsze można ich użyć!

- Co?
- W pracy! W pracy!

Przewiązała mi dłonie bandażem.
- Zdecydowanie lepiej - westchnąłem, patrząc jej głęboko w oczy.

- Nie powinien pan więcej podpalać własnego miejsca pracy.
- To była ta bezwartościowa masówka. Same reklamy!

- Wszystko musi dojść do adresata.
- No jasne, Helen.

Podeszła do biurka, a ja za nią. Wypełniła jakieś tam papiery. Śmiesznie wyglądała z tym 

czymś na głowie. Będę musiał coś wymyśleć, żeby znowu tu wpaść.

Przyłapała mnie na tym, jak łapczywie lustrowałem jej palce.
- No, panie Chinaski, mam wrażenie, że pan się śpieszy!

- Ach, tak?... dziękuję za wszystko.
- To są moje obowiązki.

- No jasne!
Tydzień później pojawiły się wszędzie napisy: PALENIE ZABRONIONE. Palić można 

było dalej, ale pod jednym warunkiem - w pobliżu musiała być popielniczka. Popielniczki były, 
ale   pojawiły   się   także   zupełnie   nowe.   Całkiem   zgrabne.   Nawet   kłujący   w   oczy   napis: 

WŁASNOŚĆ   RZĄDU   STANÓW   ZJEDNOCZONYCH   nie   budził   żadnych   zastrzeżeń.   W 
bardzo   krótkim   czasie   zniknęły.   Używane   były   teraz   w   domach   pracowników   Poczty 

Amerykańskiej. Ja, Henry Chinaski, spowodowałem niezłą rewolucję w amerykańskiej instytucji 

background image

rządowej.

4

Pojawili się nagle i poodkręcali co drugi kran i to te, z których piliśmy wodę.
- Co do kurwy nędzy tu jest grane - pytałem się.
Nikogo to nie interesowało.

- I co tak trzymacie ryje na kłódki - krzyczałem do kolegów z działu przesyłek masowych. 

- Ci kradną nam wodę!

Wszyscy nabrali wody w usta. Nie potrafiłem tego pojąć. Kategorycznie poprosiłem, żeby 

przysłali do mnie przedstawiciela związków zawodowych.

Po paru dniach zjawił się Parker Anderson. Przed objęciem tej zaszczytnej funkcji Parker 

spał   w   porzuconych   samochodach,   a   golił   się   i   mył   w   sraczach   na   stacjach   benzynowych. 

Próbował także robić jakieś niejasne interesy, bez sukcesu kantując paru też łotrów i szalbierzy. 
Nie wiem, kiedy zaczął pracę na poczcie, wiem tylko to, że chodził na zebrania, awansował do 

funkcji szefa zmiany, zbratał się z aktywistami związków zawodowych i został nieoczekiwanie 
wybrany do Zarządu Głównego Związku Zawodowego Pracowników Poczt.

- Co to za afera, Hank! Dobrze wiem, że z pilnowaczami sam dajesz sobie dobrze radę.
- Tych tanich pochlebstw możesz sobie zaoszczędzić, baby. Od dwunastu łat płacę na 

was, nieroby, składki i niczego jeszcze nie chciałem.

- I tak powinno być! Hank, w czym jest problem?

- Chodzi o wodę.
- Brakuje jej wam?

- Jeszcze jej nie brakuje, ale wkrótce może. Odkręcają krany! Obejrzyj się za siebie i 

zobacz!

- Co mam oglądać? Gdzie?
- Tu!

- Niczego nie widzę!
- No właśnie. Tu był kran, a teraz go nie ma.

- Został odkręcony? Ach, Hank, jeden więcej, jeden mniej!
- Słuchaj Parker, oni likwidują co drugi kran, a jeśli nie będziemy się bronić, wkrótce 

zabiją dechami co drugi sracz!... a jak się jeszcze bardziej rozzuchwalą i rozochocą...

- Pięknie to ci się ułożyło na języku, Hank - stwierdził Parker. - Ale czego ty chcesz ode 

mnie? Co ja mam z tym wspólnego?

-   Prosiłbym   cię,   żebyś   nabrał   powietrza   w   płuca,   zreanimował   ten   swój   martwy   z 

bezczynności   płat   mózgowy   i   wyniuchał,   w   czyim   interesie   leży   niszczenie   tych   kranów   i 
umywalek!

background image

- To się da zawsze zrobić - skonstatował rzeczowo Parker.

- Więc napij się i wypnij! Od dwunastu lat uzbierało się 624 dolary z moich składek. Mogę 

was pozbawić tych pieniędzy!

Następnego dnia musiałem długo szukać Parkera. On, ze swojej strony, długo szukał w 

myślach, jak coś powiedzieć, żeby nic nie powiedzieć. Takich spotkań odbyło się kilka. Wreszcie 

powiedziałem mu, że mam tego dość, i że daję mu tylko jeden dzień czasu.

Tym razem on szukał mnie, i odnalazł w kantynie.

- No, i udało ci się przeniuchać całą sprawę?
- W 1912 roku, kiedy budowano ten dom...

- 1912? Przed pięćdziesięciu laty? Zawsze miałem wrażenie, że nie pracuję na poczcie 

tylko jestem w jednym z tych słynnych domów kobiecych figlów dla któregoś z cesarzy!

- Dobra, dobra, Chinaski! W 1912 roku architekt przewidział określoną liczbę ujęć wody. 

I dopiero teraz, podczas ostatniej kontroli stanu budynków, okazało się, że wykonano dwa razy 

więcej kranów, odpływów, umywalek i tych wszystkich innych urządzeń sanitarnych.

-   I  komu  przeszkadza   podwójna   liczba  kranów?  Przecież   zużycie  wody   przez  to   nie 

wzrasta!

- Oni też tak myślą, wiesz! Ale... jest jedno ale... krany odstają za bardzo od ścian! Ludzie 

często się o nie zaczepiają.

- To niech ludzie więcej uważają, gdzie lezą...

- Dobra, dobra! Ale wyobraź sobie, że jeden z naszych pracowników, namówiony przez 

szczwanego adwokata ubezpieczyć się gdziekolwiek i to wysoko, na okoliczność zagrażających 

jego życiu wszelkich urządzeń sanitarnych, montowanych w ścianach, a odstających od tych ścian 
i utrudniających mu jego drogi służbowe. To nie wszystko! Wyobraź sobie, że taki ubezpieczony 

zasuwa pchając przed sobą wózek pełen przesyłek i zahacza o kran albo inną rurę...

Powoli zaczynałem to rozumieć. Kranów nie powinno być w ogóle, a poczta, za budowę 

wykonaną   niezgodnie   z   planem,   mogłaby   być   zaskarżona   i   musiałaby   bulić   niezłe 
odszkodowania.

- Dokładnie tak!
-   Parker,   składam   ci   podziękowanie   za   spóźnione,   lecz   wyczerpujące   wyjaśnienie 

dręczącego mnie problemu.

- Związki zawodowe zawsze stoją do twoich usług, Hank!

Jeśli on tę bzdurę wymyślił, to była ona warta te 624 dolary! W „Playboyu” drukują 

słabsze i o ileż głupsze!

background image

5

Po długim  okresie doświadczeń na samym  sobie doszedłem do wniosku,  że zawroty 

głowy mijają, jeśli w regularnych odstępach czasu wstaję z taboretu i prostuję dolne kończyny. 
Mały spacerek też robił swoje, i to bardzo skutecznie.

Fazzio, jeden z tych ambitnych pilnowaczy, zobaczył, jak w ramach uzdrawiającego mnie 

rozprostowywania kości, udałem się niby po wodę do jednego z bardzo już nielicznych kranów.

- Ty, Chinaski - huknął jak zwykle - zawsze kiedy civ widzę, leziesz na jakiś spacer!

- No i co z tego - odpowiedziałem. - A ja też odnoszę wrażenie, że pan nic nie robi tylko 

szwenda się dokoła.

-   To   jest   część   mojej   pracy.   Ja   robię   obchód   i   jestem   za   to   opłacany.   To   są   moje 

regulaminowe obowiązki.

- A wie pan co! - też huknąłem. - To, że ja teraz lezę w tamtą stronę, jest także częścią 

mojej pracy. Ja to muszę robić. Bo jeśli za długo kiwam się na tym taborecie, to nagle wskakuję 

na te jebane przegródki, zaczynam po nich biegać, czasami uda mi się wcisnąć w jedną z nich, a 
wtedy gwiżdżę na palcach te wszystkie świńskie piosenki jakie poznałem w dzieciństwie. Wydaje 

mi się wtedy, że jestem bardzo groźny, może nawet za bardzo! Chyba odbija mi niezła szajba, 
co!!! A wydajność też cierpi na tym!

-   Chinaski,   nie   mówmy   już   więcej   o   tym   -   zawsze   odpowiadał   tonem   psychologa 

znającego wszystkie tajemnice każdej pracowniczej osobowości. Mojej chyba też!

6

Kiedyś nad ranem, wracałem z kantyny, do której udało mi się wśliznąć niepostrzeżenie 

po paczkę papierosów, cały napięty i skupiony na tym, żeby stać się niewidzialny i niesłyszalny, i 
nagle przed nosem zjawiła się znajoma twarz.

Tom Moto! Ten sam, z którym zaczynałem pracę pomocnika za czasów Stone'a.
- Moto, stary chuju - wyszeptałem.

- Hank! - odpowiedział.
Podaliśmy sobie ręce.

- Słuchaj, właśnie myślałem o tobie. Jonstone odchodzi w tym miesiącu na emeryturę. 

Chcemy mu zrobić pożegnalny bal. Wiesz, to ten, który tak chętnie łowił ryby. Wynajmujemy 

łajbę i wypływamy na jezioro. Może pojechałbyś z nami. Mógłbyś wreszcie popchnąć go za 
burtę! Może by utonął! Wybraliśmy już jedno bardzo piękne i bardzo głębokie jezioro.

- Ach, nie, nie rób mi tego stary, na tego wała nie mogę więcej patrzeć.
- Ale ty jesteś też ZAPROSZONY!

Moto wyszczerzył się w tym swoim długim i wąskim uśmiechu, sięgającym od tyłka aż po 

sterczące nad oczami brwi. I dopiero teraz spojrzałem na jego koszulę, a raczej na oznakę na niej. 

Był pilnowaczem!

background image

- Tom - spytałem - to prawda!

- Hank - jak się ma czworo dzieci... a te ciągle są głodne!
- No to - strapiłem się, czy też tylko udałem strapienie! Odwróciłem się do niego plecami 

i odszedłem.

7

Przestałem się już zastanawiać, jak ludzie ciągnęli do końca miesiąca. Ja wiedziałem tylko 

tyle,   że   muszę   płacić   regularnie   na   dziecko,   że   potrzebuję   forsy   na   picie,   czynsz,   koszule, 
skarpetki i te inne duperele. Tak jak wszyscy pozostali nie mogłem obejść się bez jedzenia, bez 
używanego samochodu i paru innych rzeczy, jak kobiety i zakłady na wyścigach konnych. Lecz w 
chwili, kiedy postanawia się ryzykować wszystkim, wiedząc że innego wyjścia nie ma, przestajemy 
się nad tym zastanawiać, bo to staje się mało ważne, a nawet zupełnie nieważne.

Zaparkowałem samochód naprzeciwko budynku Stanowego Zarządu Poczt, poczekałem 

chwilę   na   zielone   światło   i   przeszedłem   na   drugą   stronę.   Obrotowe   drzwi   przeraziły   mnie 
prędkością ruchu. Przylgnęły do mnie, jakbym miał wszyty kawałek magnesu. Przez chwilę nie 

potrafiłem   się   z   tym   uporać.   Wkroczyłem   na   pierwsze   piętro,   otworzyłem   kolejne   drzwi,   i 
pojawili się oni. Urzędnicy tej instytucji. Pierwsza kobieta, którą tam namierzyłem, była młodą 

dziewczyną, biedne stworzenie bez jednej ręki, chyba zostanie tu już do końca - pomyślałem. 
Przegwizdana sprawa! No cóż - jak to mówili moi koledzy - gdzieś trzeba ten szmalec tłuc! I tacy 

jak ona, i jak ja, najczęściej nie mają wyboru. Muszą akceptować to, co im się daje!

- Ach, to taka przypadkowa refleksja białego niewolnika - pomyślałem sobie, i chyba 

byłem już pewien, że ja sam zaliczyłem się do tych niewolników. Młoda, czarna dziewczyna 
podeszli   do   mnie.   Była   bardzo   dobrze   ubrana   i   prawdopodobnie   świetnie   się   czuła   w   tym 

urzędniczym   świecie.   Ja   bym   zwariował,   ale   ucieszyłem   się,   jak   zobaczyłem   jej   szczerze 
zadowolony wyraz twarzy.

- Słucham pana - spytała wdzięcznie.
- Jestem pracownikiem jednego z urzędów pocztowych - odpowiedziałem. - Chciałbym 

złożyć wymówienie z pracy.

Wyciągnęła z biurka kupę jakichś formularzy.

- I ja mam to wszystko wypełnić?
Uśmiechnęła się.

- Mogę panu pomóc!
- Nie, nie, dam sobie jakoś radę sam.

8

Trzeba było wypełnić więcej papierów rezygnując z pracy niż podejmując pracę!
Na   samym   wierzchu   leżał   kiepsko   skopiowany   pożegnalny   list   szefa   tej   instytucji, 

zaczynający się od słów: „Bardzo żałujemy, że rezygnuje Pan z pracy z nami... itp... itp... itp...”.

background image

A czego może on tak żałować? Nawet nigdy mnie nie widział!

A potem jakiś kwestionariusz z samymi pytaniami.

„Czy   praca   naszych   służb   kontrolnych   w   urzędach   pocztowych   znalazła   pańską 

akceptację, czy nie? Czy nawiązał pan rzeczowy i przyjazny kontakt z przedstawicielami służb 

kontrolnych, nadzorującymi sprawność i wydajność pracy urzędników pocztowych?”

Tak - odpowiedziałem.

„Czy   przedstawiciele   służb   kontrolnych,   nadzorujący   sprawność   i   wydajność   pracy 

urzędników pocztowych, demonstrowali postawy rasistowskie, ranili uczucia religijne, publicznie 
wykorzystywali dane zawarte w kartotekach osobowych każdego urzędnika poczty?”

Nie - odpowiedziałem.

„Czy będzie pan radził swoim przyjaciołom i znajomym, żeby podjęli pracę na poczcie?”

Oczywiście - napisałem.

„Jeżeli ma pan jakieś uwagi, skargi, spostrzeżenia czy zażaleniu odnośnie pracy w naszej 

instytucji, proszę przedstawić je na odwrocie tego formularza, w możliwie jasny i krótki sposób”.

Żadnych skarg ani zażaleń - odpowiedziałem.

A potem ta uśmiechająca się, czarna dziewczyna zjawiła się znowu.
- Już pan wszystko wypełnił?

- Tak.
- Nikt tego w takim tempie jeszcze nie zrobił!

- Prędko.
- Prędko? - zapytała. - Nic nie rozumiem.

- To znaczy, co robimy dalej?
- Proszę za mną.

Wcale nie szedłem za nią, tylko za jej tyłeczkiem, zwinnie przemieszczającym się między 

biurkami, w przeciwległą stronę, tam gdzie stało jeszcze jedno biurko.

- Proszę siadać - zaprosił mnie jakiś mężczyzna.
Wczytywał się pilnie w wypełnione przez mnie formularze. A potem skierował swoje 

szeroko otwarte oczy na mnie.

- Czy mogę pana zapytać, dlaczego składa pan wymówienie? Czy powodem  pańskiej 

decyzji są dyscyplinarne kary, jakie zostały panu słusznie wymierzone?

- Nie.

- Więc jaki jest powód, że pan nas opuszcza?
- Umówiłem się z karierą, a ona czeka na mnie jeszcze!

- Kariera?

background image

Popatrzył na mnie. Do moich pięćdziesiątych urodzin brakowało jeszcze ośmiu miesięcy. 

Wiedziałem, co on tam sobie pomyślał.

- Czy wolno mi pana zapytać, jaka to ma być kariera?

-  Mogę panu wszystko opowiedzieć.  Sezon  na zastawianie  pułapek u ujścia Missisipi 

rozpoczyna się w grudniu, a kończy się w lutym. Jeden miesiąc mam już, niestety, do tyłu.

- Jeden miesiąc? Przecież pan pracował tu jedenaście lat!
- Nie będę się z panem kłócić. Zgadzam się z panem, zmarnowałem te jedenaście lat. 

Tam, na Południu, w trzy miesiące, mogę zarobić parę tłustych tysięcy!

- Ale co pan chce tam robić?

- ZASTAWIAĆ SIDŁA! Piżmowce, nutrie, norki i wydry... potrzebuję tylko małej łodzi. 

Dwadzieścia procent od moich dochodów płacę za prawo odłowu. Za jedną skórkę piżmowca 

inkasuję 1,2 dolara, 3 dolary za skórkę norki, 4 dolary za skórkę młodej norki, 1,5 dolara za nutrię, 
a 25 dolarów za wydrę. Za obdartego ze skóry piżmowca, od jednej sztuki minimum 30 cm 

długości, płacą 5 centów w fabryce żarcia dla kotów, od nutrii można nawet dostać 25 centów. W 
ogródku potrzymam prosiaki, kury i kaczki. Łowię ryby. Panie, żyć nie umierać. Ja...

- Chinaski, wystarczy, już wszystko wiem.
Wkręcił formularz do maszyny i zaczął walić w klawisze.

Na karku poczułem, że ktoś stoi za mną i gapi się w moją łysinę. Odwróciłem się. To był 

Parker   Anderson,   przedstawiciel   mojego   związku   zawodowego,   wieloletni   mieszkaniec 

rozwalonych samochodowych trupów, obszczywacz bezpłatnych toalet, i nie tylko!, uśmiechał się 
do mnie, jak wielu z tych głupowatych polityków, wykorzystujących każdą, nawet najmniejszą 

okazję do łapania zwolenników i wyborczych głosów.

- Dajesz stąd dyla, Hank? Ty już nam grozisz tym od jedenastu lat!!!

- Nhmmm... „bierę kiecę i lecę”... do Luizjany... pozbierać, trochę banknotów!
- Mają tam tor wyścigów konnych?

- Co ty, w durnia grasz? Fair Graunds jest najstarszym torem konnym w tym kraju!
Obok Parkera stał jakiś biały chłopaczyna, jeden z tych neurotycznych przedstawicieli 

klanu bezradnych i zagubionych, z oczami pełnymi łez. Te łzy można było policzyć na palcach, w 
lewym   i   w   prawym   oku   była   ich   taka   sama   ilość.   One   nie   spływały   po   policzkach.   One 

nieustannie nabrzmiewały. To było fascynujące i magiczne. Prawdopodobnie chłopak wpadał w 
pułapki, chętnie zastawiane przez wiarusów poczty amerykańskiej, nie mógł dać sobie rady i 

szukał pomocy u Parkera. Już Parker coś wymyśli pomyślałem, współczując chłopaczynie.

Mężczyzna za biurkiem dał mi jeszcze jeden papier do podpisania, a ja chętnie złożyłem 

ostatni autograf... i z radością opuściłem pokój.

background image

- Niech ci się wiedzie, stary gracie - krzyknął Parker, kiedy przechodziłem obok niego.

- Dziękuję ci, baby!
To,   że   wziąłem   rozwód   z   Pocztą   Amerykańską   nie   spowodowało   we   mnie   żadnych 

emocjonalnych trzęsień ziemi. Czułem się tak, jakby nic się nie stało. Mimo to wiedziałem, że 
wkrótce, tak jak nurek za szybko wyciągnięty z głębi morza, będę poddany bardzo szczególnemu 

procesowi wyrównywania się ciśnień wewnętrznych i zewnętrznych, i że to może być bolesne, a 
na pewno nie zawsze przyjemne. A teraz wiedziałem, że jestem jak ta przeklęta przez Joyce 

papużka falista, która spędziwszy całe życie w klatce, ma w sobie tyle odwagi, a może i braku 
wyobraźni, żeby skorzystać z przypadkowo otworzonych drzwiczek od klatki i wyfrunąć, jak 

strzała w stronę nieba. Nieba?

9

Chlanie. Chlanie. Chlanie. Rano i wieczorem. Tygodniami upierdolony do samego końca. 

Pewnej nocy przyłożyłem sobie już nóż do gardła, ale trzęsła mi się ręka i chyba tylko dlatego 
zacząłem myśleć, chociaż wcale tego nie chciałem, że może kiedyś moja jedyna córka będzie 
chciała iść ze mną do ogrodu zoologicznego.  Budki  z lodami,  szympanse, tygrysy, zielone  i 
czerwone ptaki, promienie słońca padające na jej główkę, jasne włosy pełne moich pocałunków... 
czekaj, czekaj, trzeba dać sobie szansę... czekaj, ty stary uchlany kutasino!

I jak udało mi się otworzyć oczy, co nie było wcale takie proste, zobaczyłem, że jestem w 

jakimś pokoju, zupełnie mi nie znanym. Palący się papieros zgasiłem na własnym nadgarstku, 
splunąłem zdrowo na dywan i wtedy wstrząsnął mną potężny wybuch śmiechu. Śmiałem się i 

śmiałem. Zwariowałem? A potem znowu się śmiałem i tak rzucany o ściany kolejnymi falami 
śmiechu, dostrzegłem tego młodego studenta medycyny. Między nami, na nocnym stoliku, stał 

słoik po konfiturach, a w nim było serce jakiegoś człowieka. Na szkle była widoczna etykietka z 
imieniem   byłego   właściciela   organu,   Francis,   a   dokoła,   wszędzie,   piętrzyły   się   puste   butelki 

whisky,   olbrzymi   zbiór   opakowań   szklanych   po   innych   trunkach   oraz   puszki   po   piwie, 
popielniczki i masa różnych śmieci i resztek. Od dwóch tygodni nie miałem nic w ustach. Nie 

kończące  się tłumy ludzi  przewalały się przez  ten pokój.  Osiem  czy dziesięć  orgiastycznych 
przyjęć zostawiło swoje widoczne ślady na podłodze i wszystkich ścianach, a ja darłem się na cały 

głos: „Dolewać! Dolewać! Zalać mnie! Może się utopię w tym boskim nektarze!”. Wydawało mi 
się, że jestem w drodze do nieba. Tamci gadali, dyskutowali, krzyczeli, obmacywali się, jęczeli z 

rozkoszy, a ja ciągle byłem w drodze do nieba.

- Chyba w nim byłem - powiedziałem studentowi. - Czy masz do mnie jakąś sprawę?

- Zostanę pana osobistym, domowym lekarzem.
- Nie mam nic przeciwko temu, panie doktorze, żądam tylko, żeby natychmiast sprzątnął 

pan ten słoik z resztką Francisa!

- Nie. Nie.

background image

- Co?

Serca się nie tyka!
- Ja nawet nie wiem, jak pan się nazywa.

- Wilbert.
- Słuchaj, ty, Wilbert, ja nie wiem, jak się tutaj przyplątałeś i po co, ale tego Francisa 

zabierz ze sobą.

- On zostanie z panem.

Zaczął majsterkować przy małym, ciemnym pudełku, a potem wyciągnął z niego gumową 

rurę z gruszką na końcu, podwinął moje rękawy od koszuli do góry i wpompowywał powietrze w 

gumowy pas wokół przedramienia.

- Ma pan ciśnienie jak dziewiętnastolatek - powiedział.

- Sram na to. Czy to jest zgodne z prawem i zwyczajem, żeby ludzkie serce zamykać w 

wecku i nosić w lekarskiej walizce?

- Pojawię się tu znowu i wtedy go zabiorę. A teraz zrób głęboki wdech!
- Zawsze myślałem, że to poczta zrobiła ze mnie oszołoma. Teraz patrząc na ciebie, 

zmieniam zdanie.

- Wdech!

- To, czego ja teraz potrzebuję, to jest kawał chrupiącej dupy, panie doktorze, i nic więcej.
- Czternasty krąg nie jest tam, gdzie powinien być, Chinaski. Zmiana położenia tego kręgu 

powoduje napięcia, nieoczekiwane i nieprzewidywane napady szału, często prowadzące do stanu 
zwanego imbecylizmem.

- Sram na to - powiedziałem.
Nie   mogłem   sobie   przypomnieć,   kiedy   ten   dżentelmen   opuścił   moje   mieszkanie. 

Obudziłem się o 13.10. Było bardzo gorąco. Śmierć stała przede mną i siedziała za mną, a 
promienie słońca przenikały przez porwane żaluzje padając na słoik po konfiturach. „Francis” 

spędził  ze mną całą noc, chłodząc się w roztworach substancji  konserwujących,  pływając w 
lepkich wydzielinach, będących produktem rozkurczu serca. I to wszystko pod moim nosem!

Biedny   „Francis”   wyglądał   jak   kupa   nieszczęścia   albo   jeszcze   gorzej.   Ostrożnie 

chwyciłem słoik, przeniosłem go do szafy i zakryłem podartą koszulą. Potem musiałem szybko 

pobiec do łazienki, bo chwyciły mnie wymioty. A jak skończyłem rzygać, a szybko to się nie 
stało, popatrzyłem na własną twarz, pokrytą coraz gęściejszą, czarną szczeciną. I wtedy złapał 

mnie skurcz żołądka, ledwo zdążyłem usiąść na kiblu... czym miałbym srać, skoro od dwóch 
tygodni nic nie jadłem. Trwanie na klopie zaliczyłem do jednych z najmilszych przeżyć w moim 

życiu. To było zawsze odprężające, człowiek czuł się lżejszy i czystszy od środka.

background image

Rozległ się dzwonek u drzwi. Wytarłem sobie szybko tyłek, założyłem jakieś stare łachy i 

otworzyłem drzwi.

- Tak, proszę!

Jakiś młody gość z długimi jasnymi włosami, sztywno się ukłonił, a obok niego czarne 

dziewczę,   nieprzerwanie   czkające   i   śmiejące   się   na   przemian,   jak   mocno   zaawansowana   w 

przypadłości wariatka.

- Hank!

- Hnnn. A wy kto jesteście?
- Nie przypominasz sobie? Byliśmy na party. A teraz przynieśliśmy ci kwiaty.

- No coś podobnego. Właźcie, właźcie!
Wnieśli  te  swoje   kwiaty  do  środka,   czerwone  i   pomarańczowe   na  jednej  zielonkawej 

łodydze. Udało mi się odnaleźć jakiś wazon, wstawiliśmy kwiaty do niego, cudem było w domu 
trochę wina, które postawiłem na nocnym stoliku.

- Nie możesz sobie jej przypomnieć? Mówiłeś przecież, że miałbyś ochotę przelecieć ją 

czy nawet puknąć!

Śmiała się.
- Pomysł wcale dobry, tylko błagam, nie teraz.

- Chinaski, a jak ty dasz sobie radę bez poczty? Czy ty to wytrzymasz?
- Nie wiem. A może cię jednak puknę! Co? Albo ty mnie, co? Kurwa, już sam nie wiem.

- Zawsze się możesz u nas przekimać, wiesz, z braku laku dobra i podłoga, co?
- To będę mógł was podglądać, jak się tam gzicie?

- No jasne!
Wino wypiliśmy bardzo szybko. Jej imię przypomniałem sobie, a później zapomniałem. 

Pokazałem   im   serce   w   słoiku.   Prosiłem,   żeby   wzięli   z   sobą   ten   pływający   eksponat.   Nie 
potrafiłem go, ot tak, wyrzucić na śmietnik. Może ten student potrzebuje go jeszcze na jakimś 

egzaminie   albo   zgłosi   się   do   mnie,   kiedy   upłynie   termin   oddania   „pomocy   naukowej”   do 
pracowni preparatów anatomicznych, albo sam już nie wiem co. A potem zeszliśmy na dół do 

nocnego   klubu,   obejrzeliśmy   striptiz,   tankowaliśmy,   śmieliśmy   się,   wrzeszczeliśmy.   Nie 
pamiętam, kto płacił za to wszystko, ale myślę, że to on miał forsę. Wreszcie udało mi się 

pochlać za cudze pieniądze! Rechotaliśmy wszyscy bez ustanku, ja dowiedziałem się wszystkiego 
o   zgrabnym   tyłku   i   foremnych   łydkach   dziewczyny,   całowaliśmy   się,   nikomu   to   nie 

przeszkadzało. Tak długo jak masz pieniądze, tak długo nic nikomu nie przeszkadza!

Odprowadzili   mnie   do   domu.   Ona   nie   została   ze   mną.   Bo   i   po   co!   W   drzwiach 

pożegnałem się z nimi, włączyłem radio, znalazłem butelkę scotcha, wlałem wszystko w siebie, 

background image

śmiałem się coraz głośniej, czułem się coraz lepiej, mogłem się wreszcie rozluźnić i uspokoić 

nerwy, byłem  wolny, nadpaliłem  sobie palce niedopałkiem  papierosa,  udało mi się odnaleźć 
tapczan, doszedłem do jego krawędzi i upadłem ryjem w poprzek materaca i spałem, spałem, 

spałem...

Następnego ranka, po nocy nie było już ani śladu, a ja jeszcze żyłem.

Może napiszę książkę - pomyślałem.
I napisałem.


Document Outline