background image
background image
background image

Powieść ta jest fikcją literacką. Wszelkie nazwiska, postacie, miejsca oraz

wydarzenia są owocem wyobraźni autora lub wykorzystane zostały w celach

artystycznych. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń,

miejsc lub osób, żyjących lub nieżyjących, jest całkowicie przypadkowe.

background image

 

Część pierwsza

BILL LAWTON

background image

 

1

To już nie była ulica, ale świat, czas i przestrzeń spadającego popiołu i prawie nocy. Szedł
w  kierunku  północnym  przez  gruzy  i  błoto,  a  obok  przebiegali  ludzie  trzymający  ręczniki
przy twarzach i marynarki naciągnięte na głowy. Do ust przyciskali chusteczki. W dłoniach
mieli  buty,  kobieta  z  butem  w  każdej  ręce  przebiegła  obok.  Biegli,  niektórzy  się
przewracali,  skołowani  i  niezgrabni,  a  wokół  sypały  się  szczątki  i  ludzie  kryli  się  pod
samochodami.

Grzmot wciąż rozbrzmiewał w powietrzu, huk tąpnięcia i upadku. Tym był teraz świat.

Kłęby  dymu  i  popiołu  gnały  po  ulicach,  skręcały  za  rogi,  buchały  zza  rogów,  sejsmiczne
fale  dymu,  migot  papierów  biurowych,  standardowych  arkuszy  o  tnących  brzegach,
przemykających dalej, śmigających, przedmioty z zaświatów w porannej pomroce.

Ubrany  był  w  garnitur  i  niósł  teczkę.  W  twarzy  i  we  włosach  miał  szkło,  żyłkowane

strączki  krwi  i  światła.  Minął  szyld  Breakfast  Special,  a  oni  przebiegli,  policjanci  i
ochroniarze przebiegli, z dłońmi dociśniętymi do kolb, żeby pistolety się nie bujały.

W środku, gdzie powinien się znajdować, wszystko było odległe i nieruchome. To działo

się  wszędzie  dokoła,  auto  do  połowy  zagrzebane  w  gruzie,  strzaskane  okna  i  dolatujące
hałasy, chrapliwe głosy z radia ocierające się o ruiny. Zobaczył ludzi ociekających wodą,
w biegu, ubrania i ciała mokre od spryskiwaczy. Na ulicy leżały porzucone buty, torebki,
laptopy,  mężczyzna  siedzący  na  chodniku  kaszlał  krwią.  Papierowe  kubki  turlały  się
dziwnie w dal.

Świat był też sylwetkami w oknach na wysokości trzystu metrów, spadającymi w wolną

przestrzeń, i odorem płonącego paliwa, i monotonnym rozdzierającym wyciem syren. Hałas
osadzał  się  wszędzie,  dokąd  biegli,  nawarstwiony  dźwięk  gromadzący  się  wokół,  więc
oddalił się i jednocześnie zbliżył.

Było wtedy coś jeszcze, poza tym wszystkim, nieprzynależne, u góry. Patrzył, jak zlatuje.

Z  dymu  na  wysokościach  wyłoniła  się  koszula,  frunęła  w  skąpym  świetle,  uniosła  się  i
zaraz zaczęła spadać ku rzece.

Biegli,  a  potem  się  zatrzymali,  niektórzy,  stali  na  chwiejnych  nogach,  próbując  złapać

oddech  w  płonącym  powietrzu,  i  te  rwane  okrzyki  niedowierzania,  przekleństwa  i
zagubione  wołania,  i  masa  papieru  w  powietrzu,  umowy,  sprawozdania,  przemykające,
nietknięte skrawki przedsiębiorczości, chyże na wietrze.

Szedł dalej. Byli ci biegnący, którzy się zatrzymali, i inni, uciekający w boczne uliczki.

Niektórzy  szli  do  tyłu,  zapatrzeni  w  środek  tego  wszystkiego,  na  te  wszystkie  żywoty
wijące się tam, a rzeczy nieustannie spadały, zwęglone przedmioty, które ciągnęły za sobą
ogon dymu.

background image

Zobaczył  dwie  kobiety  szlochające  w  swoim  marszu  wstecz,  patrzące  ponad  jego

plecami, obie w spodenkach do biegania, twarze w rozpadzie.

Zobaczył członków grupy tai-chi z pobliskiego parku, stojących z rękoma rozpostartymi

na boki mniej więcej na wysokości klatki piersiowej, łokcie zgięte, jak gdyby to wszystko,
razem z nimi, mogło być umieszczone w stanie zawieszenia.

Ktoś  wyszedł  z  baru  i  próbował  podać  mu  butelkę  z  wodą.  Kobieta  w  masce

przeciwkurzowej  i  baseballówce.  Zabrała  butelkę,  odkręciła  ją  i  znów  mu  podsunęła.
Odłożył teczkę, żeby ją wziąć, ledwo świadom, że nie używa lewej ręki, że musi odstawić
teczkę, żeby odebrać butelkę. Zza rogu nadjechały z wyciem syren trzy furgonetki policyjne
i pognały dalej. Zamknął oczy i się napił, czując, jak woda spływająca do ciała zabiera ze
sobą  kurz  i  sadzę.  Kobieta  patrzyła  na  niego.  Powiedziała  coś,  czego  nie  usłyszał,  potem
oddał butelkę i wziął teczkę. Długi łyk wody miał posmak krwi.

Ruszył dalej. Wózek sklepowy, stojący prosto i pusty. Za nim kobieta, zwrócona w jego

stronę, z głową i całą twarzą owiniętą policyjną taśmą, żółtą taśmą służącą za ostrzeżenie,
odgradzającą miejsce przestępstwa. W tej jaskrawej masce jej oczy były cienkimi białymi
krążkami na wodzie; chwyciła wózek za rączkę i stała, patrząc w dym.

Po  pewnym  czasie  usłyszał  odgłos  drugiego  upadku.  Przeszedł  przez  Canal  Street  i

zaczął widzieć wszystko jakby inaczej. Rzeczy nie wydawały się już nasycone w normalny
sposób, wyto brukowana ulica, budynki o szkieletach odlanych z żelaza. Dokoła brakowało
czegoś  fundamentalnego.  Rzeczy  były  niedokończone,  cokolwiek  to  znaczy.  Były
niewidoczne,  cokolwiek  to  znaczy,  witryny  sklepowe,  rampy  załadowcze,  mury
pomalowane sprejem. Może tak właśnie wyglądają, kiedy nie ma nikogo, kto by je widział.

Usłyszał odgłos drugiego upadku albo poczuł go w drżącym powietrzu, północna wieża

runęła, ciche głosy trwogi w oddali. To on padł, gdy padła północna wieża.

Niebo było tutaj jaśniejsze i mógł łatwiej oddychać. Za nim znajdowali się inni, tysiące,

wypełniający średni plan, niemal uformowana masa, ludzie wychodzący z dymu. Szedł, aż
wreszcie musiał przystanąć. Dopadła go szybko, ta świadomość, że nie da rady iść dalej.

Próbował sobie powiedzieć, że żyje, ale ta myśl była zbyt niejasna, by się jej uczepić.

Ani  śladu  taksówki,  ruch  uliczny  prawie  zamarł,  ale  nagle  pojawiła  się  stara
półciężarówka, „Instalacje elektryczne”, Long Island City, zatrzymała się obok, a kierowca
nachylił się do okna po stronie pasażera i przyjrzał temu, co miał przed oczami, mężczyźnie
oblepionemu  popiołem,  startą  na  proch  materią,  i  spytał,  gdzie  chce  jechać.  Dopiero  gdy
wsiadł do samochodu i zatrzasnął drzwi, zorientował się, dokąd szedł od początku.

background image

 

2

Nie  chodziło  tylko  o  te  dni  i  noce  w  łóżku.  Z  początku  seks  był  wszędzie,  w  słowach,
wyrażeniach,  półgestach,  najprostszym  napomknieniu  przekomponowanej  przestrzeni.
Odkładała książkę lub czasopismo i wokół nich od razu zalegało małe wyhamowanie. To
był  seks.  Albo  szli  razem  ulicą  i  widzieli  się  w  zakurzonej  szybie.  Seksem  był  ciąg
schodów, sposób, w jaki ona zbliżała się do ściany, mając go tuż za plecami, dotknąć się
czy nie, otrzeć lekko czy mocno przywrzeć, czując, jak on napiera od dołu, czując jego rękę
poruszającą się po jej udzie, unieruchamiającą ją, sposób, w jaki przesuwał dłoń do góry i
do  przodu,  w  jaki  ona  chwytała  go  za  nadgarstek.  Przekrzywienie  okularów
przeciwsłonecznych, gdy się odwracała i spoglądała na niego, albo film w telewizji, kiedy
kobieta  wchodzi  do  pustego  pokoju  i  nie  ma  znaczenia,  czy  weźmie  telefon,  czy  zdejmie
spódnicę, pod warunkiem że jest sama, a oni we dwoje patrzą. Seksem był wynajęty dom
przy  plaży,  do  którego  weszli  nocą  zdrętwiali  po  długiej  jeździe,  wrażenie  zespawanych
stawów, i słyszała cichy napór fal po drugiej stronie wydm, dudnienie i odwrót, i to była
linia podziału, dźwięki tam w mroku, wyznaczające ziemskie tętno krwi.

Siedziała i dumała o tym. Jej myśli krążyły wokół tego, wokół wczesnego etapu, przed

ośmioma  laty,  tej  ostatecznej  przewlekłej  posępności  zwanej  ich  małżeństwem.  Na
kolanach trzymała pocztę z całego dnia. Były sprawy, którymi należało się zająć, i były też
wydarzenia, które usuwały te sprawy w cień, lecz ona patrzyła za lampę, wprost na ścianę,
na której jakby byli wyświetleni, mężczyzna i kobieta, ciała niepełne, ale jasne i realne.

Z rozmyślań wyrwała ją widokówka leżąca na pliku rachunków i innej korespondencji.

Zerknęła  na  tekst,  typowe  nabazgrane  pozdrowienia,  przysłane  przez  koleżankę
przebywającą  w  Rzymie,  po  czym  znowu  spojrzała  na  przód  kartki.  Widniała  na  niej
reprodukcja  okładki  poematu  Shelleya  w  dwunastu  pieśniach,  pierwszego  wydania
Rewolucji muzułmańskiej. Widokówka pochodziła z muzeum Keatsa i Shelleya przy Piazza
di  Spagna;  zrozumiała  w  ciągu  kilku  napiętych  sekund,  że  kartka  została  wysłana  tydzień
lub dwa wcześniej. To był zwykły przypadek, choć może nie taki zwykły, że widokówka z
reprodukcją okładki tej konkretnej książki dotarła akurat w tym czasie.

To  wszystko  –  zagubiona  chwila  w  piątek  tego  tygodnia  długiego  jak  całe  życie  –

wydarzyło się trzy dni po samolotach.

Powiedziała do matki:

– Wydawało się to niemożliwe, jakby zmartwychwstał, ale to był on, w drzwiach. Całe

szczęście, że wzięłaś Justina do siebie. To byłoby straszne, gdyby zobaczył swojego ojca w

background image

takim  stanie.  Jakby  szara  sadza  po  czubek  głowy,  nie  wiem,  jakby  dym  tam  stał,  krew  na
twarzy i ubraniu.

– Akurat układaliśmy puzzle ze zwierzętami, konie na łące.
Apartament  matki  znajdował  się  niedaleko  Piątej  Alei,  z  pieczołowicie

porozwieszanymi na ścianach dziełami sztuki oraz małymi figurkami z brązu na stolikach i
półkach. Tego dnia w salonie panował radosny nieład. Po podłodze walały się zabawki i
gry  Justina,  zakłócając  bezczasowość  tego  pomieszczenia,  ale  to  miłe,  pomyślała  Lianne,
bo inaczej trudno nie szeptać w takiej scenerii.

– Nie wiedziałam, co robić. No bo wiesz, telefony nie działały. W końcu poszliśmy na

piechotę do szpitala. Krok po kroku, jakbym prowadziła małe dziecko.

– A w ogóle dlaczego przyszedł akurat do ciebie?
– Nie wiem.
– Dlaczego nie poszedł od razu do szpitala? Tam na miejscu, w śródmieściu? Dlaczego

nie poszedł do kogoś znajomego?

„Ktoś  znajomy”  oznaczał  kobietę,  nieunikniony  sztych,  matka  musiała  to  zrobić,  nie

mogła się powstrzymać.

– Nie wiem.
– Nie rozmawialiście o tym? Gdzie on teraz jest?
– Czuje się dobrze. Na razie skończył z lekarzami.
– No to o czym rozmawialiście?
– Nie ma większych urazów, fizycznych znaczy się.
– O czym rozmawialiście?
Jej matka, Nina Bartos, uczyła dawniej na uniwersytetach w Kalifornii i Nowym Jorku,

ale  dwa  lata  temu  odeszła  na  emeryturę,  profesor  Taka-i-Taka  od  tego-i-tego,  jak
powiedział  kiedyś  Keith.  Była  blada  i  chuda,  jej  matka,  w  następstwie  operacji  kolana.
Nareszcie i zdecydowanie stara. Tego właśnie chciała, jak się wydawało, chciała być stara
i zmęczona, chciała wchłonąć starość, wziąć ją na siebie, otoczyć się nią. Były laski, były
lekarstwa, były popołudniowe drzemki, dieta, wizyty u lekarzy.

–  Na  razie  nie  mamy  o  czym  rozmawiać.  On  musi  mieć  teraz  spokój  od  spraw,  od

rozmów też.

– Małomówny.
– Przecież znasz Keitha.
– Zawsze to w nim podziwiałam. Sprawia wrażenie, że jest coś głębszego niż wędrówki

krajoznawcze i jazda na nartach albo gra w karty. Ale co?

– Wspinaczka skałkowa. Nie zapominaj.
– A ty z nim wtedy pojechałaś. Zapomniałam.
Matka  poruszyła  się  w  fotelu,  opierając  stopy  na  podnóżku  od  kompletu,  późnym

rankiem, nadal w podomce, łaknąc papierosa.

– Lubię tę jego małomówność czy co to jest – powiedziała. – Ale uważaj.
–  On  jest  małomówny  przy  tobie,  a  raczej  był,  tych  parę  razy,  kiedy  w  ogóle

background image

rozmawialiście.

– Lepiej uważaj. On się otarł o śmierć, wiem. Byli tam jego przyjaciele. To też wiem.

Ale jeśli pozwolisz, żeby współczucie i życzliwość miały wpływ na twój osąd...

Były  rozmowy  z  przyjaciółkami  i  dawnymi  koleżankami  o  operacji  kolana,  operacji

biodra, o potwornościach krótkoterminowej pamięci i długoterminowej polisy zdrowotnej.
Wszystko  to  tak  obce  wyobrażeniu  Lianne  o  matce,  że  podejrzewała,  iż  może  się  w  tym
kryć element spektaklu. Nina usiłowała oswoić się z rzeczywistymi ingerencjami starości
w jej życie, czyniąc z nich teatr, nabierając pewnego ironicznego dystansu.

– No i Justin. Znów ma ojca w domu.
–  Dziecko  czuje  się  świetnie  –  powiedziała  Lianne.  –  Kto  w  ogóle  wie,  jak  czuje  się

dziecko? Nic mu nie jest, wrócił już do szkoły. Wznowili lekcje.

– Ale ty się martwisz. Wiem, że się martwisz. Lubisz pielęgnować swój strach.
–  Co  będzie  potem?  Nie  zadajesz  sobie  tego  pytania?  Nie  tylko  w  najbliższych

miesiącach, ale latach.

–  Niczego  nie  będzie  potem.  Nie  ma  żadnego  potem.  To  było  potem.  Osiem  lat  temu

podłożyli bombę w jednej z wież. Nikt wtedy nie mówił, co będzie potem. To było potem.
Bać się trzeba wtedy, kiedy nie ma powodu, żeby się bać. Teraz już za późno.

Lianne stanęła przy oknie.
– Kiedy te wieże runęły...
– Wiem.
– Kiedy to się stało...
– Wiem.
– Myślałam, że zginął.
– Ja też – odparła Nina. – Tylu ludzi patrzyło.
– Myśleli, on zginął, ona zginęła.
– Wiem.
– Patrzyłam, jak te budynki się walą.
– Najpierw jeden, potem drugi. Wiem – powiedziała matka.
Miała kilka lasek do wyboru i czasem, w wolnych godzinach albo w deszczowe dni, szła

ulicą do Metropolitan Museum i oglądała obrazy. Przez półtorej godziny oglądania patrzyła
na  trzy  albo  cztery.  Patrzyła  na  to,  co  było  niezawodne.  Lubiła  wielkie  sale,  starych
mistrzów, to, co okazywało się niezawodne w swym oddziaływaniu na oko i umysł, pamięć
i tożsamość. Potem szła do domu i czytała. Czytała i spała.

– Oczywiście, że dziecko to dobrodziejstwo, ale oprócz tego, a ty wiesz o tym lepiej ode

mnie, małżeństwo z nim było ogromnym błędem, tyle że ty tego pragnęłaś, dążyłaś do tego.
Chciałaś  żyć  w  określony  sposób,  bez  względu  na  konsekwencje.  Chciałaś  czegoś
konkretnego i uznałaś, że to Keith.

– Czego niby chciałam?
– Myślałaś, że dzięki Keithowi będziesz to mieć.
– Czego chciałam?

background image

– Chciałaś czuć się niebezpiecznie żywa. Tę cechę wiązałaś z ojcem. Ale tak nie było.

Twój  ojciec  w  głębi  serca  był  ostrożnym  człowiekiem.  A  twój  syn  jest  pięknym  i
wrażliwym dzieckiem. Ale poza tym...

Tak  naprawdę  uwielbiała  ten  pokój,  Lianne  uwielbiała,  w  tej  jego  najbardziej

uporządkowanej  formie,  bez  gier  i  porozrzucanych  zabawek.  Matka  mieszkała  tutaj
zaledwie  od  paru  lat,  a  Lianne  miała  skłonność  do  patrzenia  oczami  gościa:  przestrzeń
cechująca  się  pogodnym  samoopanowaniem,  i  co  z  tego,  że  odrobinę  onieśmiela.
Najbardziej  lubiła  dwie  martwe  natury  na  ścianie  od  północy,  autorstwa  Giorgia
Morandiego, malarza, którego twórczość matka zgłębiała i o której pisała. Były to skupiska
butelek, dzbanków, puszek po herbatnikach, nic więcej, ale w pociągnięciach pędzla kryła
się  jakaś  tajemnica,  której  Lianne  nie  potrafiła  nazwać,  w  nieregularnych  konturach
wazonów  i  dzbanków,  jakiś  rekonesans  w  głąb,  ludzki  i  niejasny,  oddalony  od  światła  i
barw obrazu. Martwa natura. To określenie wydawało się silniejsze niż trzeba, właściwie
złowrogie  nawet,  ale  o  tych  kwestiach  nie  rozmawiała  z  matką.  Niech  utajone  znaczenia
obracają się i falują na wietrze, wolne od kategorycznych komentarzy.

– Jako dziecko lubiłaś zadawać pytania. Uporczywie drążyłaś. Ale ciekawiły cię nie te

sprawy, które powinny.

– To były moje sprawy, nie twoje.
– Keith chciał kobiety, która będzie żałować tego, co z nim zrobi. To jego styl, skłonić

kobietę do zrobienia czegoś, co potem będzie sobie wyrzucała. A to, co ty zrobiłaś, to nie
była jedna noc czy weekend. On był stworzony do weekendów. A co ty zrobiłaś?

– To nie jest odpowiedni moment.
– Wyszłaś za niego.
–  A  potem  wyrzuciłam  go  z  domu.  Miałam  silne  zastrzeżenia,  które  z  czasem  się

wzmogły. Ale ty jesteś przeciwna zupełnie z innego powodu. On nie jest uczonym, nie jest
artystą.  Nie  maluje,  nie  pisze  wierszy.  Gdyby  to  robił,  przymknęłabyś  oko  na  wszystko
inne.  Byłby  nieokiełznanym  artystą.  Wolno  byłoby  mu  zachowywać  się  niepoprawnie.
Powiedz mi coś.

– Tym razem masz jeszcze więcej do stracenia. Szacunek do samej siebie. Zastanów się.
– Powiedz mi jedno. Któremu malarzowi wolno się zachowywać bardziej niepoprawnie,

figuratywnemu czy abstrakcjoniście?

Usłyszała dzwonek i podeszła do interkomu, żeby wysłuchać meldunku portiera. Od razu

wiedziała, o co chodzi. Na górę wjeżdżał Martin, kochanek matki.

background image

 

3

Podpisał  dokument,  potem  drugi.  Na  noszach  leżeli  ludzie,  inni  siedzieli  na  wózkach
inwalidzkich i z trudem napisał swoje nazwisko, i z jeszcze większym trudem zawiązał na
plecach  szpitalny  fartuch.  Lianne  była  z  nim,  żeby  pomóc.  A  później  już  jej  nie  było  i
sanitariusz posadził go na wózku inwalidzkim, i zaczął pchać korytarzem i dalej przez ciąg
pokojów badań, a obok wieziono wymagających natychmiastowej pomocy.

Lekarze w bluzach operacyjnych i papierowych maskach zbadali jego układ oddechowy

i  zmierzyli  ciśnienie  krwi.  Interesowały  ich  potencjalnie  śmiertelne  reakcje  na  uraz,
krwotok, odwodnienie. Szukali zmniejszonego dopływu krwi do tkanek. Dokonali oględzin
stłuczeń na ciele, zajrzeli do oczu i uszu. Zrobiono mu EKG. Przez otwarte drzwi zobaczył
sunące  stojaki  do  kroplówek.  Sprawdzili  chwytliwość  dłoni  i  wykonali  zdjęcia
rentgenowskie. Mówili mu coś, czego nie potrafił zrozumieć, o więzadle albo chrząstce, o
naderwaniu czy zwichnięciu.

Ktoś powyjmował mu szkło z twarzy. Mężczyzna ten przez cały czas mówił, do usuwania

okruchów tkwiących dość płytko używając narzędzia, które nazywał pikapem. Powiedział,
że większość najgorszych przypadków znajduje się w śródmiejskich szpitalach i w ośrodku
psychoterapeutycznym  na  molo.  Stwierdził,  że  osób,  które  przeżyły,  jest  mniej,  niż
oczekiwano. Wydarzenia go nakręcały i nie mógł przestać mówić. Lekarze i wolontariusze
stoją  bezczynnie,  powiedział,  bo  ludzie,  na  których  czekają,  w  większości  są  tam,  w
ruinach. Oznajmił, że do głębiej położonych odłamków użyje szczypiec.

– W miejscach samobójczych ataków bombowych... Ale może pan nie chce tego słuchać.
– Nie wiem.
–  Ludzie,  którzy  przeżyli  w  takim  miejscu,  którzy  zostali  ranni  w  pobliżu,  czasem,  po

miesiącach,  dostają  guzków,  lepszego  słowa  na  to  nie  ma,  i  okazuje  się,  że  są  one
spowodowane  małymi,  maciupkimi  kawałeczkami  ciała  samobójcy.  Zamachowiec  zostaje
rozerwany na kawałki, dosłownie na strzępy, i te fragmenty tkanki i kości fruwają dokoła z
taką  siłą  i  prędkością,  że  się  wbijają,  zagnieżdżają  w  ciele  każdego,  kto  znajduje  się  w
zasięgu  rażenia.  Da  pan  wiarę?  Studentka  siedzi  w  kafejce.  Wychodzi  cało  z  ataku.  A
potem,  po  miesiącach,  znajdują  u  niej  takie  jakby  ziarenka  ciała,  ludzkiego  ciała,  które
utkwiły w jej skórze. Nazywają to organicznym szrapnelem.

Wyjął szczypczykami kolejny okruch szkła z twarzy Keitha.
– Ale u pana chyba tego nie ma.

Dwojgiem  najlepszych  przyjaciół  Justina  byli  brat  i  siostra,  którzy  mieszkali  w  wysokim

background image

bloku  dziesięć  przecznic  dalej.  Z  początku  Lianne  nie  mogła  zapamiętać  ich  imion,  więc
mówiła na nich Rodzeństwo i to określenie szybko przylgnęło. Justin powiedział, że to ich
prawdziwe nazwisko, a ona pomyślała, że z niego potrafi być zabawny dzieciak, kiedy się
postara.

Zobaczyła  na  ulicy  Isabel,  matkę  Rodzeństwa,  i  stanęły  we  dwie  na  rogu,  żeby

porozmawiać.

– Dzieci często tak robią, bez dwóch zdań, ale muszę przyznać, że zaczynam się martwić.
– Bawią się w konspirację.
– No tak, i mówią jakby szyfrem jakimś, i mnóstwo czasu spędzają przy oknie w pokoju

Katie, za zamkniętymi drzwiami.

– Skąd pani wie, że przy oknie?
– Bo słyszę, jak rozmawiają, kiedy przechodzę obok, i wiem, że tam właśnie stoją. Stoją

przy oknie i mówią tym swoim szyfrem. Może Justin coś pani powiedział.

– Raczej nie.
–  Bo  szczerze  mówiąc,  to  się  robi  trochę  dziwne,  że  spędzają  tak  cały  czas,  najpierw

stłoczeni w kupie, a potem, no, sama nie wiem, szwargoczą bez końca w tym swoim języku,
co dzieci oczywiście robią, bez dwóch zdań, ale mimo wszystko.

Lianne  nie  bardzo  wiedziała,  o  co  chodzi.  W  końcu  troje  dzieci  bawiło  się  razem  jak

dzieci.

– Justin zainteresował się pogodą. Chyba uczą się teraz w szkole o chmurach – odparła,

uświadamiając sobie, jak pusto to brzmi.

– Oni nie szepczą o chmurach.
– No może nie.
– To ma związek z tym człowiekiem.
– Jakim człowiekiem?
– Słyszała pani to nazwisko.
– Nazwisko?
– No przecież oni bez przerwy szepczą między sobą to nazwisko. Moje dzieci w ogóle

nie  chcą  ze  mną  o  tym  rozmawiać.  Katie  to  narzuca.  W  zasadzie  to  rozbudza  strach  w
bracie. Myślałam, że może pani coś wie.

– Raczej nie.
– Justin nic o tym nie mówi?
– Nie. Ale o jakiego człowieka chodzi?
– O jakiego? – powtórzyła Isabel. – No właśnie.

Był  wysoki  i  krótko  ostrzyżony,  więc  pomyślała,  że  wygląda  na  wojskowego,  może  na
zawodowego oficera, wciąż w formie i z pierwszymi oznakami zahartowania, nie w boju,
ale w bladych rygorach tego życia, w separacji być może, w tym, że mieszka sam, ojciec na
przychodne.

background image

Teraz leżał w łóżku i patrzył na nią, z odległości paru kroków, jak zapina bluzkę. Spali w

jednym łóżku, bo nie potrafiła mu powiedzieć, żeby korzystał z kanapy, i lubiła mieć go u
boku. Wydawało się, że on nie sypia. Leżał na wznak i mówił, na ogół jednak słuchał, i tak
było  dobrze.  Nie  musiała  znać  męskich  odczuć  wobec  wszystkiego,  już  nie,  i  nie  w
wypadku tego mężczyzny. Lubiła te przerwy, które robił. Lubiła się ubierać na jego oczach.
Wiedziała,  że  zbliża  się  czas,  kiedy  on  przyprze  ją  do  ściany,  zanim  ona  skończy  się
ubierać. Wstanie z łóżka, popatrzy na nią, a ona znieruchomieje, czekając, żeby podszedł i
docisnął ją do ściany.

Leżał na wąskim stole w zamkniętym urządzeniu. Pod kolanami poduszka, nad głową para
reflektorów  na  szynach;  próbował  słuchać  muzyki.  W  donośnym  hałasie  aparatu  skupił
uwagę  na  instrumentach,  oddzielając  jedną  sekcję  od  drugiej,  smyczki,  dęte  drewniane,
dęte  blaszane.  Hałas  był  gwałtownym  bębnieniem  staccato,  metalicznym  jazgotem,
sprawiał, że czuł się, jakby przebywał głęboko w sercu miasta science fiction, które zaraz
się rozpadnie.

Na  nadgarstku  miał  urządzenie,  które  miało  wytworzyć  dokładny  obraz,  a  poczucie

beznadziejnego uwięzienia przypomniało mu o czymś, co powiedziała radiolog, Rosjanka,
której akcent dodał mu otuchy, bo to są poważni ludzie, nadający wagę każdemu słowu, i
może  dlatego  do  słuchania  wybrał  muzykę  klasyczną,  kiedy  poprosiła  go,  by  dokonał
wyboru. Usłyszał ją teraz w słuchawkach, mówiącą, że następna sekwencja hałasów trwać
będzie  trzy  minuty,  a  kiedy  muzyka  rozbrzmiała  na  nowo,  pomyślał  o  Nancy  Dinnerstein,
która  prowadziła  klinikę  leczenia  zaburzeń  snu  w  Bostonie.  Ludzie  płacili  jej  za  to,  by
pomogła  im  zasnąć.  I  o  tej  drugiej  Nancy,  jak-jej-tam,  na  krótko,  między  przygodnymi
zbliżeniami  seksualnymi,  wtedy  w  Portland,  Oregon,  Nancy  bez  nazwiska.  Miasto  miało
nazwisko, kobieta – nie.

Hałas  był  nie  do  zniesienia,  na  zmianę  łoskot-trzaski  i  pulsacja  elektroniczna  o  różnej

wysokości dźwięku. Słuchał muzyki i myślał o tym, co powiedziała radiolog, z rosyjskim
akcentem, że kiedy jest już koniec, natychmiast zapominamy o całym doznaniu, jak straszne
może  być,  a  jemu  przyszło  do  głowy,  że  to  brzmi  jak  opis  umierania.  Ale  to  była  inna
kwestia,  nieprawdaż,  w  innym  hałasie,  a  złapany  w  pułapkę  człowiek  nie  wysunie  się  z
kapsuły. Słuchał muzyki. Starał się wyłowić flety i oddzielić je od klarnetów, o ile w ogóle
grały klarnety, ale nie potrafił, a jedyną siłą równoważącą była Nancy Dinnerstein, pijana
w  Bostonie,  i  doznał  głupawej,  bezradnej  erekcji,  rozmyślając  o  niej  w  tym  smaganym
przeciągiem pokoju hotelowym z ograniczonym widokiem na rzekę.

W słuchawkach usłyszał głos mówiący, że następna sekwencja hałasów potrwa siedem

minut.

Zobaczyła  twarz  w  gazecie,  mężczyzny  z  lotu  11.  Na  tym  etapie  wydawało  się,  że  tylko
jeden  z  tych  dziewiętnastu  ma  twarz  i  patrzył  z  fotografii,  napięte  rysy,  zimne  oczy,  z

background image

których wyzierało zbyt wiele świadomości, by mogły pochodzić ze zdjęcia w prawie jazdy.

Dostała  telefon  od  Carol  Shoup,  redaktor  naczelnej  dużego  wydawnictwa.  Carol  dawała
czasem zlecenia Lianne, która redagowała książki jako wolny strzelec, na ogół pracując w
domu albo bibliotece.

To właśnie Carol przysłała widokówkę z Rzymu, z muzeum Keatsa i Shelleya, a należała

do osób, które po powrocie nieuchronnie zaćwierkają: „Dostałaś ode mnie kartkę?”.

Zawsze  głosem,  który  waha  się  między  rozpaczliwą  niepewnością  a  kiełkującą

pretensją.

Ale tym razem spytała cicho:
– Może to nieodpowiedni moment?
Po tym, gdy stanął w drzwiach, a ludzie o tym usłyszeli, w kolejnych dniach dzwonili do

niej i pytali: „Może to nieodpowiedni moment?”.

Oczywiście na myśli mieli to, czy jesteś zajęta, na pewno jesteś bardzo zajęta, tak dużo

się  dzieje,  może  zadzwonię  później,  może  jakoś  ci  pomóc,  jak  on  się  czuje,  zostanie  u
ciebie na trochę, a może umówimy się na kolację we czworo w jakiejś cichej knajpce?

Aż dziwne, jak oszczędna w słowach się stała i niekontaktowa, zaczynając nienawidzić

tego  pytania,  naznaczonego  niczym  więcej  tylko  własnym  replikującym  się  DNA,
zaczynając podejrzliwie traktować te głosy, tak łagodnie żałobne.

– Bo jeśli tak – dodała Carol – możemy porozmawiać kiedy indziej.
Lianne  nie  chciała  wierzyć,  że  jest  samolubna  w  swej  kurateli  nad  ocalałym,  w  swej

determinacji,  żeby  zachować  prawo  wyłączności.  Przecież  to  właśnie  tutaj  on  chce  być,
poza naporem głosów i twarzy, Boga i ojczyzny, siedzieć samemu w zacisznych pokojach,
mając w pobliżu tych, którzy się dla niego liczą.

– A przy okazji – powiedziała Carol – dostałaś tę kartkę, co ci wysłałam?
Lianne usłyszała muzykę dobiegającą skądś w budynku, z niższego piętra, podeszła dwa

kroki do drzwi i odsunąwszy telefon od ucha, otworzyła je i stała, nasłuchując.

Stanęła  teraz  u  stóp  łóżka,  późnym  wieczorem,  po  skończonej  pracy,  popatrzyła  na  niego,
leżącego, i wreszcie spytała spokojnie:

– Dlaczego przyszedłeś właśnie tutaj?
– To jest pytanie, co?
– Ze względu na Justina, tak?
To właśnie chciała usłyszeć, bo miało największy sens.
– Żeby zobaczył, że żyjesz?
Lecz  to  była  tylko  połowa  odpowiedzi  i  Lianne  uświadomiła  sobie,  że  poza  tym

potrzebuje usłyszeć coś jeszcze, że za tym wyborem krył się jakiś głębszy motyw, intuicja
czy cokolwiek.

Zamyślił się na długą chwilę.

background image

–  Trudno  to  odtworzyć.  Nie  wiem,  jak  pracował  mój  umysł.  Nadjechał  jakiś  facet,

hydraulik  chyba,  w  furgonetce  i  mnie  tu  przywiózł.  Ukradli  mu  radio,  więc  tylko  po
wyjących  syrenach  zorientował  się,  że  coś  się  dzieje,  ale  nie  wiedział  co.  W  pewnym
momencie miał dobry widok na śródmieście, ale zobaczył tylko jedną wieżę. Myślał, że to
ona zasłania drugą albo że dym zasłania. Zobaczył też dym. Odjechał trochę na wschód i
znowu  spojrzał,  ale  cały  czas  była  tylko  jedna  wieża.  Jedna  wieża  to  bez  sensu.  Potem
skręcił  w  kierunku  przedmieść,  bo  tam  jechał,  i  mnie  zobaczył,  no  i  podwiózł.  Wtedy
drugiej wieży też już nie było. Osiem radiów w trzy lata, powiedział. Ukradli. To chyba był
elektryk. Miał butelkę z wodą i ciągle wciskał mi ją w twarz.

– Wiedziałeś, że nie możesz jechać do siebie?
–  Zdawałem  sobie  sprawę,  że  moje  mieszkanie  jest  zbyt  blisko  wież,  więc  może

wiedziałem, że nie mogę tam jechać, a może w ogóle o tym nie myślałem. Tak czy owak, to
nie dlatego tutaj przyszedłem. Chodziło o coś więcej.

Teraz poczuła się lepiej.
–  Ten  facet  w  furgonetce  chciał  mnie  zabrać  do  szpitala,  ale  mu  powiedziałem,  żeby

przywiózł mnie tutaj.

Spojrzał na nią.
– Podałem mu ten adres – powiedział dobitnie, a ona poczuła się jeszcze lepiej.

To  była  prosta  sprawa,  chirurgiczny  zabieg  ambulatoryjny,  więzadło  albo  chrząstka,  a  w
holu  recepcyjnym  siedziała  Lianne,  czekając,  żeby  zabrać  go  do  domu.  Leżąc  na  stole,
pomyślał  przez  chwilę  o  swoim  kumplu  Rumseyu,  tuż  przed  tym  lub  po  tym,  jak  stracił
czucie.  Lekarz,  anestezjolog,  wstrzyknął  mu  sporą  dawkę  środka  uspokajającego  albo
czegoś  innego,  substancję  zawierającą  supresant  pamięci,  a  może  były  dwa  zastrzyki,  ale
Rumsey wciąż siedział na swoim krześle przy oknie, co oznaczało, że pamięć nie została
stłumiona albo środek nie zaczął jeszcze działać, sen, obraz na jawie, cokolwiek to było,
Rumsey w dymie i wszystko walące się dokoła.

Wyszła  na  ulicę,  myśląc  o  zwykłych  sprawach,  kolacja,  pralnia  chemiczna,  bankomat,  to
tyle, teraz do domu.

Czekało  ją  sporo  pracy  przy  książce,  którą  redagowała  dla  oficyny  uniwersyteckiej,  o

starożytnych alfabetach, termin coraz bliższy. To był konkret.

Zastanawiała  się,  jak  chłopiec  zareaguje  na  mango  chutney,  który  kupiła,  a  może  już

próbował, spróbował i nie polubił, u Rodzeństwa, bo Katie mówiła o tym któregoś razu,
albo to może mówił ktoś inny.

Autorem był Bułgar piszący po angielsku.
I  jeszcze  to,  szeroka  kawalkada  taksówek,  po  trzy,  cztery  w  rzędzie,  mknących  ku  niej

spod  świateł  następnej  przecznicy,  kiedy  przystanęła  w  połowie  przejścia,  żeby  połapać
się w swoim losie.

background image

W  Santa  Fé  natknęła  się  w  witrynie  sklepowej  na  reklamę  szamponu  etnicznego.

Podróżowała po Nowym Meksyku z mężczyzną, z którym się spotykała w trakcie separacji,
dyrektorem z telewizji, ostentacyjnie oczytanym, zęby zrobione laserem na biel limonową,
mężczyzną,  który  kochał  jej  pociągłą  twarz  i  leniwo-smukłe  ciało,  jak  powiedział,  aż  po
guzowate  kończyny,  i  ten  sposób,  w  jaki  ją  poznawał,  palec  idący  śladem  załomów  i
wzniesień,  które  nazywał  od  er  geologicznych,  rozśmieszając  ją,  sporadycznie,  przez
półtora  dnia,  a  może  chodziło  o  wysokość  nad  poziomem  morza,  na  której  się  bzykali,
wśród nieba wyżynnej pustyni.

Biegła teraz do odległego krawężnika, czując się jak spódnica i bluzka bez ciała, co za

wspaniałe  doznanie,  ukryta  za  migoczącą  folią  długiego  pokrowca  z  pralni  chemicznej,
który  trzymała  na  wyciągnięcie  ręki,  między  sobą  i  taksówkami,  w  odruchu  samoobrony.
Wyobraziła sobie oczy kierowców, bystre i zmrużone, głowy nachylone ku kierownicom, i
nadal  pozostawała  kwestia,  żeby  sprostała  sytuacji,  jak  powiedział  Martin,  kochanek
matki.

To  i  Keith  pod  prysznicem  tego  ranka,  stojący  drętwo  w  strumieniu  wody,  niewyraźna

sylwetka w dali wewnątrz pleksiglasu.

Ale dlaczego przypomniała sobie o tym, o szamponie etnicznym, i to na środku Trzeciej

Alei,  to  pytanie  prawdopodobnie  nie  znajdzie  odpowiedzi  w  książce  o  starożytnych
alfabetach, żmudnych rozszyfrowaniach, inskrypcjach w wypalonej glinie, korze, kamieniu,
kości, turzycy. Żart, odbywający się jej kosztem, polegał na tym, że tekst napisany został na
starej  ręcznej  maszynie  i  opatrzony  poprawkami,  które  autor  naniósł  głęboko
uduchowionym i nieczytelnym charakterem pisma.

Pierwszy  policjant  kazał  mu  iść  do  punktu  kontrolnego  jedną  przecznicę  w  kierunku
wschodnim,  więc  tak  zrobił,  a  tam  była  żandarmeria  wojskowa,  żołnierze  w  humveech  i
konwój  śmieciarek  i  zamiatarek  zmierzający  na  południe  przez  rozsunięte  barierki  na
kozłach. Pokazał dowód tożsamości z adresem i zdjęciem, ale drugi policjant kazał mu iść
do  następnego  punktu  kontrolnego,  dalej  na  wschód,  więc  zrobił  to  i  zobaczył  zaporę  z
siatki  ogrodzeniowej  rozciągniętą  przez  środek  Broadwayu,  patrolowaną  przez
funkcjonariuszy  w  maskach  przeciwgazowych.  Policjantowi  w  punkcie  kontrolnym
powiedział, że musi nakarmić kota, bo jeśli kot zdechnie, jego dziecko będzie zrozpaczone,
i  facet  okazał  zrozumienie,  ale  poradził  mu  spróbować  w  następnym  punkcie  kontrolnym.
Były jednostki strażackie i ambulanse, radiowozy policyjne, pikapy, dźwigi wysięgnikowe,
i wszystkie jechały przez zapory, w całun piasku i popiołu.

Pokazał następnemu policjantowi dowód tożsamości z adresem i zdjęciem i powiedział

mu, że musi nakarmić koty, trzy, bo jeśli zdechną, jego dzieci będą zrozpaczone, i jeszcze
pokazał  szynę  na  lewej  ręce.  Musiał  ustąpić  z  drogi,  bo  przez  rozsunięte  barierki
nadjechała  kolumna  ogromnych  buldożerów  i  spychaczo-koparek,  wydających  jazgot
machin  piekielnych  o  nieskończonej  skali  dźwięku.  Zrobił  drugie  podejście,  pokazując

background image

policjantowi  szynę  na  nadgarstku,  mówiąc,  że  potrzebuje  tylko  piętnastu  minut,  żeby
nakarmić  koty,  a  potem  wróci  do  hotelu,  tam  nie  wpuszczają  zwierząt,  i  uspokoi  swoje
dzieci.  No  dobra,  powiedział  policjant,  ale  jak  pana  tam  zatrzymają,  to  niech  pan  im
powie, że pan przeszedł przez punkt kontrolny na Broadwayu, a nie tędy.

Przedzierał się przez zamrożoną strefę, na południe i zachód, mijając pomniejsze punkty

kontrolne,  inne  obchodząc.  Widział  oddział  Gwardii  Narodowej  w  kurtkach  polowych,  z
bronią  krótką,  a  potem  zobaczył  postać  w  masce  przeciwkurzowej,  mężczyznę  albo
kobietę,  niewyraźną  i  przemykającą  chyłkiem,  jedyny  cywil  oprócz  niego.  Ulice  i
samochody  pokryte  były  popiołem,  a  przy  krawężnikach  i  ścianach  domów  piętrzyły  się
wysokie  sterty  worków  ze  śmieciami.  Szedł  powoli,  szukając  czegoś,  czego  nie  potrafił
nazwać. Wszystko było szare, scherlałe i przegrane, frontony sklepów za roletami z blachy
falistej, miasto gdzieś indziej, w stanie ciągłego oblężenia, i odór w powietrzu, wnikający
w skórę.

Stanął  przy  ogrodzeniu  National  Rent-A-Fence  i  zajrzał  we  mgłę,  dostrzegając

powyginane  druciki  filigranu,  ostatnie  stojące  elementy,  szkielet  pozostały  po  wieży,  w
której  przepracował  dziesięć  lat.  Martwi  byli  wszędzie,  w  powietrzu,  w  gruzach,  na
pobliskich dachach, w powiewach wiatru od rzeki. Byli zamknięci w popiele i skropleni
na oknach wzdłuż całych ulic, w jego włosach i na jego ubraniu.

Uświadomił  sobie,  że  ktoś  podszedł  do  niego  przy  ogrodzeniu,  mężczyzna  w  masce,

zachowujący rozmyślnie milczenie, żeby zostało przerwane.

– Proszę spojrzeć – rzekł w końcu. – Mówię sobie, że stoję tutaj. Aż trudno uwierzyć, że

człowiek tu stoi i to widzi.

Jego słowa tłumiła maska.
– Poszedłem na Brooklyn, gdy to się stało – powiedział. – Nie mieszkam tam. Mieszkam

dalej  od  centrum,  po  zachodniej  stronie,  ale  pracuję  tutaj,  a  kiedy  to  się  stało,  wszyscy
poszli przez most na Brooklyn, a ja szedłem z nimi. Szedłem przez most, bo oni szli przez
most.

Brzmiało jak wada wymowy, słowa zduszone i bełkotliwe. Wyjął telefon komórkowy i

wybrał numer.

–  Stoję  tutaj  –  powiedział,  ale  musiał  powtórzyć,  bo  osoba,  z  którą  rozmawiał,  nie

usłyszała go wyraźnie. – Stoję tutaj.

Keith ruszył w kierunku swojego apartamentowca. Zobaczył trzech mężczyzn w kaskach i

kurtkach policyjnych, z psami ratowniczymi na krótkich smyczach. Podeszli bliżej, a jeden
z nich przekrzywił głowę pytająco. Keith powiedział mu, dokąd idzie, wspomniał o kotach
i  dzieciach.  Funkcjonariusz  zatrzymał  się,  by  mu  powiedzieć,  że  wieża  przy  One  Liberty
Płaza, pięćdziesiąt kilka pięter, w pobliżu miejsca, do którego szedł Keith, lada chwila się
spierdoli.  Jego  dwaj  koledzy  stali  obok  zniecierpliwieni,  a  pierwszy  powiedział  jeszcze,
że budynek, naprawdę, wymiernie się porusza. Keith skinął głową i zaczekał, aż odejdą, a
potem znowu ruszył na południe i dalej na zachód, na ogół pustymi ulicami. Przed sklepem
z  wybitym  oknem  stało  dwóch  chasydów.  Wyglądali,  jakby  mieli  po  tysiąc  lat.  Kiedy

background image

podszedł  do  swojego  budynku,  zobaczył  robotników  w  maskach  i  kombinezonach
ochronnych, którzy czyścili chodnik za pomocą ogromnej pompy próżniowej.

Drzwi wejściowe były wyważone przez podmuch albo kopniakami. To nie szabrownicy,

pomyślał.  Pomyślał,  że  ludzie  desperacko  szukali  schronienia,  kryli  się,  gdziekolwiek
mogli,  kiedy  wieże  runęły.  W  holu  cuchnęło  śmieciami  niewywiezionymi  z  piwnicy.
Wiedział,  że  włączono  z  powrotem  prąd,  i  nie  było  powodu,  żeby  nie  korzystać  z  windy,
mimo to poszedł pieszo na dziewiąte piętro, zatrzymując się na trzecim i siódmym, stojąc u
wlotu  długich  korytarzy.  Stał  i  nasłuchiwał.  Wydawało  się,  że  budynek  jest  pusty,  tak  to
brzmiało i tak czuł. Gdy wszedł do mieszkania, przystanął na chwilę i rozejrzał się dokoła.
Okna  oblepione  były  piaskiem  i  popiołem,  a  w  tym  brudzie  zagnieździły  się  kawałki
papieru  i  jedna  cała  kartka.  Wszystko  inne  wyglądało  tak  samo  jak  w  tamten  wtorkowy
poranek, gdy wyszedł do pracy. Nie żeby to zauważył. Mieszkał tutaj przez półtora roku od
separacji,  znalazłszy  sobie  miejsce  blisko  biura,  ześrodkowując  swoje  życie,
usatysfakcjonowany najwęższym polem widzenia, tym wykluczającym zauważanie.

Ale teraz patrzył. Pomiędzy rozbryzgami brudu na szybach wpadało trochę światła. Teraz

widział  to  miejsce  inaczej.  Stał  tutaj,  wyraźnie  widoczny,  bez  niczego,  co  miałoby  dla
niego  jakiekolwiek  znaczenie  w  tych  dwóch  i  pół  pokoju,  bezruch  i  półmrok,  w  lekkim
odorze  niezamieszkania.  Był  stolik  karciany,  to  wszystko,  z  mechatym  zielonym  blatem,
ryps  albo  filc,  miejsce  cotygodniowych  partii  pokera.  Jeden  z  graczy  mówił,  że  to  ryps,
czyli  imitacja  filcu,  a  Keith  mniej  więcej  się  z  tym  zgodził.  Był  to  jedyny
nieskomplikowany  antrakt  w  jego  tygodniu,  w  jego  miesiącu,  ta  gra  w  pokera  –  jedyne
wyczekiwane  zdarzenie  nienaznaczone  śladami  krwi  po  zerwanych  więziach.  Wchodzisz
albo pasujesz. Filc albo ryps.

Ostatni raz tutaj stoi. Nie było kotów, były tylko ubrania. Włożył parę rzeczy do walizki,

kilka koszul, spodnie i buty turystyczne ze Szwajcarii, a resztę niech cholera weźmie. To i
tamto, i szwajcarskie buty, bo buty miały znaczenie i stolik karciany też miał znaczenie, ale
jego już nie będzie potrzebował, dwaj gracze nie żyją, trzeci ciężko ranny. Jedna walizka,
to wszystko, i paszport, książeczki czekowe, metryka urodzenia i parę innych dokumentów,
dokumenty tożsamości. Stanął, popatrzył i poczuł coś tak samotnego, że niemal mógł tego
dotknąć ręką. Ocalała kartka na oknie drgnęła od wiatru, a on podszedł, żeby zobaczyć, czy
jest czytelna. Zamiast tego spojrzał na widoczną drzazgę One Liberty Plaza i zaczął liczyć
piętra, ale w połowie mu się odechciało i pomyślał o czymś innym.

Zajrzał do lodówki. Może myślał o mężczyźnie, który tutaj mieszkał, i sprawdził butelki

i  kartony  w  poszukiwaniu  wskazówki.  Papier  szeleścił  na  oknie,  a  on  wziął  walizkę,
wyszedł  i  zamknął  drzwi  na  klucz.  Zrobił  mniej  więcej  piętnaście  kroków  korytarzem,
oddalając się od schodów, i powiedział głosem niewiele donośniejszym od szeptu:

– Stoję tutaj. – A potem głośniej: – Stoję tutaj.
W wersji filmowej ktoś byłby w budynku, niezrównoważona emocjonalnie kobieta albo

bezdomny starzec, nastąpiłby dialog i zbliżenia kadru.

Prawda  była  taka,  że  wystrzegał  się  windy.  Nie  chciał  być  tego  świadomy,  ale  był,

background image

nieuchronnie. Zszedł do holu, z każdym kolejnym krokiem czując narastający smród śmieci.
Mężczyźni z pompą próżniową znikli. Usłyszał warkot i chrzęst ciężkich maszyn na placu,
urządzeń  do  robót  ziemnych,  koparek,  które  ścierały  beton  na  pył,  a  później  sygnał
alarmowy,  zapowiadający  niebezpieczeństwo,  prawdopodobne  zawalenie  się  pobliskiego
budynku. Czekał, wszyscy czekali, a potem znów rozległ się chrzęst.

Poszedł  na  pobliską  pocztę,  by  odebrać  niedoręczoną  korespondencję,  następnie  ruszył

na  północ  w  kierunku  zapór,  myśląc,  że  być  może  niełatwo  będzie  złapać  taksówkę  w
Nowym Jorku w tych czasach, kiedy każdy szofer ma na imię Muhammad.

background image

 

4

Ich  separację  cechowała  pewna  symetria,  stałe  zaangażowanie  się  obojga  w  równoległe
grupy. On miał swojego pokera, sześciu graczy, w śródmieściu, raz w tygodniu. Ona miała
swoje  sesje  literackie  we  wschodnim  Harlemie,  też  cotygodniowe,  popołudniami,
spotkania  pięciu,  sześciu,  siedmiu  kobiet  i  mężczyzn  we  wczesnym  stadium  choroby
Alzheimera.

Partie  pokera  się  skończyły,  gdy  runęły  wieże,  sesje  literackie  zaś  nabrały  nowej

intensywności.  Członkowie  grupy  siadali  na  rozkładanych  krzesełkach  w  pokoju  z
prowizorycznymi drzwiami ze  sklejki w dużym  ośrodku socjalnym. Od  ścian w korytarzu
odbijał  się  jednostajny  łomot  i  gwar.  Dokoła  biegały  dzieci,  dorośli  uczestniczyli  w
specjalnych  zajęciach.  Byli  ludzie  grający  w;  domino  i  ping-ponga,  ochotnicy
przygotowujący posiłki dostarczane starszym mieszkańcom dzielnicy.

Grupę  zapoczątkował  psycholog  kliniczny,  który  z  czasem  pozostawił  Lianne

samodzielne prowadzenie tych spotkań, wymyślonych wyłącznie dla podniesienia morale.
Rozmawiali przez chwilę o wydarzeniach ze świata i z własnego życia, a potem rozdawała
notatniki  w  linię  i  długopisy  i  podsuwała  temat,  na  który  mogliby  coś  napisać,  albo
proponowała,  by  sami  jakiś  wybrali.  Jak  pamiętam  ojca,  tego  rodzaju  rzeczy,  albo  Co
zawsze chciałem zrobić, ale nigdy nie zrobiłem, albo Czy moje dzieci wiedzą, kim jestem.

Pisali mniej więcej przez dwadzieścia minut, a potem każdy po kolei czytał głośno to, co

napisał.  Czasem  ją  to  przerażało,  te  pierwsze  oznaki  upośledzonej  reakcji,  luki  i
potknięcia,  ponure  zwiastuny,  które  co  jakiś  czas  napływały  z  umysłu  zatracającego
czepliwe  tarcie  przesądzające  o  istnieniu  jednostki.  To  się  kryło  w  języku,  w
przestawionych  literach,  zgubionym  słowie  na  końcu  mozolnego  zdania.  W  charakterze
pisma, które rozlewało się w ściek. Lecz członkowie grupy przeżywali też tysiące dobrych
chwil,  zyskawszy  sposobność  doświadczenia  punktów  przecięcia  wglądu  i  pamięci,  co
umożliwia  akt  pisania.  Śmiali  się  często  i  głośno.  Zagłębiali  się  w  siebie,  znajdując
opowieści,  które  toczyły  się  i  kłębiły,  i  jakże  naturalne  wydawało  się,  że  przedstawiają
historie o sobie samych.

Rosellen  S.  zobaczyła,  jak  w  drzwiach  staje  jej  ojciec,  po  trwającym  cztery  lata

zaginięciu. Brodaty, z ogoloną głową, bez jednej ręki. Miała dziesięć lat, kiedy to się stało,
a jego powrót opisała za pomocą zlepka potoczystych słów z intymnością czysto fizycznych
szczegółów i sennych wspomnień, które nie miały ze sobą żadnego oczywistego związku –
audycje radiowe, kuzyni o imieniu Luther, dwaj, i suknia, którą nosiła jej matka na czyimś
weselu  –  i  słuchali,  jak  ona  czyta  półszeptem,  „bez  jednej  ręki”,  a  Benny,  siedzący  po
sąsiedzku, zamknął oczy i bujał się przez cały czas. To jest ich pokój modlitwy, powiedział

background image

Omar H. Przyzywają moc ostatecznego autorytetu. Nikt nie wiedział tego, co oni wiedzieli,
tutaj, w ostatniej jasnej minucie, zanim wszystko im się pozamyka.

Swoje  teksty  podpisywali  imieniem  i  pierwszą  literą  nazwiska.  To  był  pomysł  Lianne,

może  nieco  pretensjonalny,  uznała,  jak  gdyby  byli  postaciami  w  europejskiej  powieści.
Byli zarówno postaciami, jak i autorami, mogli opowiedzieć, co chcieli, a resztę utulić w
ciszy.  Kiedy  Carmen  G.  czytała  swoje  wypracowania,  lubiła  ozdabiać  je  hiszpańskimi
wyrażeniami, aby uchwycić brzmieniowe sedno zdarzenia lub emocji. Benny T. nie znosił
pisania,  uwielbiał  mówić.  Na  spotkania  przynosił  ciasta,  wielkie  wypełnione  galaretką
pęcherze, których nikt oprócz niego nie chciał tknąć. Hałas odbijał się echem w korytarzu,
dzieci grały na pianinie i perkusji, inne jeździły na wrotkach, głosy i akcenty dorosłych, ich
wielojęzyczna angielszczyzna rozchodząca się po budynku.

Członkowie  grupy  pisali  o  trudnych  momentach,  szczęśliwych  wspomnieniach,  córkach

stających  się  matkami.  Anna  –  o  objawieniu  kryjącym  się  w  samym  pisaniu,  jak  to
wcześniej nie wiedziała, że potrafi wydobyć z siebie dziesięć słów, a teraz, proszę, aż się
z  niej  wylewają.  To  była  Anna  C.,  otyła  kobieta  z  sąsiedztwa.  Niemal  wszyscy  byli  z
sąsiedztwa,  Curtis  B.  najstarszy,  lat  osiemdziesiąt  jeden,  wysoki,  milkliwy  mężczyzna  o
więziennej  przeszłości  i  głosie,  w  trakcie  czytania,  mającym  dźwięczność  haseł  w
Encyclopaedia  Britannica,  przez  której  wszystkie  tomy  przebrnął  od  deski  do  deski  w
bibliotece zakładu karnego.

Był  jeden  temat,  o  którym  chcieli  pisać,  stanowczo,  wszyscy  oprócz  Omara  H.  Omar

zareagował nerwowo, ale w końcu się zgodził. Chcieli pisać o samolotach.

Gdy  wrócił,  w  mieszkaniu  nie  było  nikogo.  Przejrzał  pocztę.  Na  kilku  przesyłkach  jego
nazwisko  zostało  błędnie  napisane,  nic  wyjątkowego,  ale  chwycił  długopis  z  kubka  przy
telefonie i popoprawiał. Nie wiedział, kiedy zaczął to robić ani dlaczego to robił. Nie było
powodu. Ale to przecież nie on, z przekręconym nazwiskiem, więc był powód. Zrobił to za
pierwszym  razem  i  potem  robił  dalej  i  może  zrozumiał  na  jakimś  poziomie  gadziej
percepcji,  że  musi  to  robić  i  będzie  robił  przez  następne  lata,  aż  po  dziesięciolecia.  Nie
poukładał  sobie  tej  przyszłości  w  wyraźne  kategorie,  ale  prawdopodobnie  była  obecna,
rezonując  pod  czaszką.  Nigdy  nie  poprawiał  pisowni  na  przesyłkach  będących  wyraźnie
podrzędną reklamową masówką. Niewiele brakowało, aby to zrobił za pierwszym razem,
ale  jednak  nie.  Pocztowe  śmieci  tworzono  właśnie  z  tego  powodu  –  żeby  posortować
tożsamości świata w jedną, z czyimś błędnie napisanym nazwiskiem. W większości innych
wypadków  poprawiał,  najczęściej  jedną  literę  w  pierwszej  sylabie  nazwiska,  które
brzmiało Neudecker, a potem rozcinał kopertę. Nigdy nie robił tego w czyjejś obecności.
Była to czynność, którą starannie ukrywał.

Szła  przez  park  przy  Washington  Square,  za  studentem,  który  mówił  „oby”  do  telefonu
komórkowego. Był jasny dzień, szachiści przy swoich stolikach, pod marmurowym lukiem

background image

sesja  zdjęciowa  mody  w  toku.  Mówili  „oby”.  Mówili  „o  mój  boże”,  z  zachwytem  i
odrobiną  grozy.  Zobaczyła  młodą  kobietę  czytającą  na  ławce,  w  pozycji  lotosu.  Lianne
czytała kiedyś haiku, siedząc po turecku na podłodze, w tygodniach i miesiącach po śmierci
ojca.  Pomyślała  o  wierszu  Bashö,  o  pierwszej  i  trzeciej  linijce.  Drugiej  nie  bardzo
pamiętała. „Nawet w Kioto – tęsknię za Kioto”. Brakowało drugiej linijki, ale uznała, że
się bez niej obejdzie.

Pół  godziny  później  była  już  na  Grand  Central,  żeby  odebrać  matkę  z  pociągu.  Nie

przychodziła  tutaj  ostatnio,  nie  przywykła  więc  do  widoku  policji,  funkcjonariuszy
stanowych w zbitych grupkach i strażników z psami. Inne miejsca, pomyślała, inne światy,
zakurzone  dworce,  główne  skrzyżowania,  to  rutynowe  i  zawsze  takie  będzie.  Nie  była  to
przemyślana refleksja, raczej przebłysk, powiew pamięci, te miasta, które widziała, tłumy i
upał.  Ale  normalny  porządek  też  był  tutaj  widoczny,  turyści  robiący  zdjęcia,  gorączkowa
bieganina  ludzi  dojeżdżających  do  pracy.  Ruszyła  do  punktu  informacyjnego,  żeby
dowiedzieć się o numer peronu, kiedy coś zwróciło jej uwagę przy wylocie na Czterdziestą
Drugą Ulicę.

W pobliżu wejścia cisnęli się ludzie, po obu stronach, inni przepychali się przez drzwi,

nadal  najwyraźniej  pochłonięci  czymś,  co  działo  się  na  zewnątrz.  Przedarła  się  na
zatłoczony  chodnik.  Auta  hamowały,  trąbiło  kilka  klaksonów.  Przesunęła  się  wzdłuż
witryny  sklepowej  i  spojrzała  ku  zielonej  stalowej  konstrukcji,  która  ciągnie  się  nad
Pershing Square, odcinkowi wiaduktu prowadzącego ruch samochodowy w obu kierunkach
wokół dworca.

Wisiał  tam  mężczyzna,  nad  ulicą,  do  góry  nogami.  Miał  na  sobie  urzędowy  garnitur,

jedna  noga  zgięta,  ręce  po  bokach.  Uprząż  zabezpieczająca  była  ledwo  widoczna,
wyłaniając  się  spod  nogawki  wyprostowanej  nogi,  przypięta  do  ozdobnej  balustrady
wiaduktu.

Słyszała o nim, performerze zwanym Spadającym Człowiekiem. Pokazał się kilkakrotnie

w ostatnim tygodniu, niezapowiedziany, w różnych częściach miasta, wisząc na takiej albo
innej konstrukcji, zawsze do góry nogami, w garniturze, krawacie i eleganckich półbutach.
Oczywiście  to  przywoływał,  te  porażające  chwile  w  wieżach,  kiedy  ludzie  spadali  albo
zmuszeni byli skakać. Zwisał z balkonu hotelowego atrium, policja wyprowadziła go też z
sali koncertowej oraz dwóch albo trzech kamienic z tarasami i łatwo dostępnymi dachami.

Samochody ledwo się teraz poruszały. Ludzie krzyczeli na niego, oburzeni widowiskiem,

małpowaniem  ludzkiej  desperacji,  ostatniego  przelotnego  tchnienia  ciała  i  tego,  co
mieściło.  Mieściło  uwagę  świata,  pomyślała.  Była  w  tym  straszna  otwartość,  coś,  czego
nie  widzieliśmy,  pojedyncza  spadająca  postać,  która  ciągnie  za  sobą  zbiorowy  strach,  że
ciało  runie  pośród  nas.  A  teraz  to,  pomyślała,  ten  mały  teatrzyk,  wstrząsający  na  tyle,  by
zatrzymać ruch uliczny, a ją zagnać z powrotem na dworzec.

Matka czekała przy wyjściu z peronu, na niższym poziomie, opierając się na lasce.
– Musiałam wyjechać – powiedziała.
– Myślałam, że zostaniesz jeszcze co najmniej tydzień. Tam jest lepiej niż tutaj.

background image

– Chcę być u siebie.
– A Martin?
– Martin został. Ciągle się sprzeczamy. Chcę usiąść we własnym fotelu i poczytać moich

Europejczyków.

Lianne  wzięła  bagaż  i  pojechały  ruchomymi  schodami  do  głównej  hali,  weszły  w

zakurzone  światło  wpadające  ukosem  przez  wysokie  lunety.  Przy  schodach  wiodących  na
wschodni  balkon  stało  wokół  przewodnika  kilkanaście  osób,  patrzyli  na  sufit  z
nieboskłonem,  pozłacane  konstelacje,  obok  strażnik  z  psem,  i  matka  nie  mogła  się
powstrzymać od komentarza na temat jego munduru, w sercu Manhattanu moro do dżungli?

– Ludzie wyjeżdżają, a ty wracasz.
– Nikt nie wyjeżdża. Ci, którzy wyjeżdżają, nigdy tu tak naprawdę nie byli.
– Muszę przyznać, że o tym pomyślałam. Żeby wziąć Justina i wyjechać.
– Przestań, bo niedobrze mi się robi.
Nawet w Nowym Jorku, pomyślała. Oczywiście pomyliła drugą linijkę haiku. Wiedziała

o tym. Jakkolwiek brzmiała, była kluczowa w całym wierszu. „Nawet w Nowym Jorku –
tęsknię za Nowym Jorkiem”.

Poszły  z  matką  przez  halę  i  dalej  przejściem,  które  wyprowadzi  je  trzy  przecznice  na

północ od głównego wejścia. Tam będzie płynny ruch uliczny, taksówki do złapania i ani
śladu  człowieka  wiszącego  do  góry  nogami,  w  zastygłym  upadku,  dziesięć  dni  po
samolotach.

Ciekawe,  prawda?  Sypia  z  własnym  mężem,  trzydziestoośmioletnia  kobieta  z
trzydziestodziewięcioletnim  mężczyzną,  i  ani  jednego  zdyszanego  odgłosu  współżycia.  To
twój eksmąż, który oficjalnie nigdy nie był eks, obcy człowiek, za którego wyszłaś w innym
życiu.  Ubierała  się  i  rozbierała,  on  patrzył  i  nie  patrzył.  To  było  dziwne,  ale  ciekawe.
Żadne napięcie nie narastało. To było wyjątkowo ciekawe. Chciała go tutaj, obok, ale nie
czuła  dyskomfortu  sprzeczności  ani  samowyrzeczenia.  Tylko  czekała,  to  wszystko,  duże
wyhamowanie  w  uznaniu  tysiąca  cierpkich  dni  i  nocy,  które  niełatwo  odłożyć  ad  acta.
Sprawa  wymagała  czasu.  W  normalnych  warunkach  to  nie  mogłoby  się  potoczyć  w  ten
sposób.  Ciekawe,  prawda,  jak  poruszasz  się  po  sypialni,  rutynowo  prawie  naga,  i  ten
szacunek,  który  okazujesz  przeszłości,  poważanie  wobec  jej  uniesień  błędnego  rodzaju,
namiętności ciosów i ran.

Pragnęła kontaktu i on też.

Teczka była mniejsza niż normalnie, czerwonobrązowa, z mosiężnymi elementami, stała na
podłodze w szafie. Widział ją wcześniej, ale dopiero teraz zrozumiał, że nie jest jego. Nie
jest  jego  żony,  nie  jest  jego.  Widział  ją,  nawet  niby  umieścił  ją  w  dawno  utraconej
przestrzeni  jako  przedmiot  we  własnej  ręce,  prawej,  przedmiot  siwy  od  popiołu,  ale
dopiero teraz się zorientował, jak się tutaj znalazła.

background image

Wziął  ją  i  zaniósł  na  biurko  w  gabinecie.  Znalazła  się  tutaj,  bo  z  nią  przyszedł.  To  nie

jego teczka,  a  jednak zabrał  ją  z wieży  i  trzymał  w dłoni,  gdy  stanął w  drzwiach.  Ona  ją
potem  umyła,  to  oczywiste,  a  teraz  stał  i  patrzył  na  nią,  skóra  licowa  o  gruzłowatej
fakturze, ładnie wyświecona od używania, na jednej klamrze ślad przypalenia. Przeciągnął
kciukiem po grubo podszytej rączce, usiłując sobie przypomnieć, dlaczego wyniósł stamtąd
tę  teczkę.  Wcale  się  nie  spieszył  z  otwarciem.  Zaczął  nawet  myśleć,  że  nie  chce  tego
zrobić,  ale  nie  wiedział  dlaczego.  Przesunął  kłykciami  po  klapie  z  przodu  i  odpiął  jeden
pasek. Słońce padło na mapę gwiazd na ścianie. Odpiął drugi.

Zobaczył  słuchawki  i  odtwarzacz  kompaktowy.  Małą  butelkę  wody  źródlanej.  W

specjalnej kieszonce znajdował się telefon komórkowy, a w przegródce na wizytówki pół
batonu  czekoladowego.  Zauważył  trzy  uchwyty  na  pióra  i  jeden  długopis.  Była  jeszcze
paczka kentów i zapalniczka. W pierwszej przedniej kieszeni znalazł soniczną szczoteczkę
do zębów w podróżnym etui i dyktafon cyfrowy, o bardziej opływowych kształtach niż jego
własny.

Beznamiętnie  obejrzał  przedmioty.  To,  co  robił,  było  z  jakiegoś  powodu  chorobliwie

niewłaściwe,  ale  czuł  się  tak  zdystansowany  do  rzeczy  w  teczce,  do  sytuacji  z  teczką,  że
prawdopodobnie nie miało to znaczenia.

W  jednej  kieszeni  tkwił  czysty  notes  w  okładce  ze  sztucznej  skóry.  Znalazł  kopertę  ze

znaczkiem  zaadresowaną  do  AT&T,  brak  nadawcy,  oraz  książkę  w  zamykanej  na  suwak
komorze,  miękka  oprawa,  przewodnik  dla  kupujących  używane  samochody.  Na  płycie  w
odtwarzaczu była składanka muzyki brazylijskiej.

W  drugiej  przedniej  kieszeni  znajdował  się  portfel  z  pieniędzmi,  karty  kredytowe  i

prawo jazdy.

Tym razem pojawiła się w piekarni, matka Rodzeństwa. Weszła tuż po Lianne i dołączyła
do kolejki, odebrawszy numerek z automatu na ladzie.

– Zastanawia mnie ta lornetka. Z niego nie jest znowu taki towarzyski dzieciak.
Uśmiechnęła  się  do  Lianne,  serdecznie  i  nieszczerze,  dokoła  aromat  lukrowanych

ciastek,  spojrzenie  między  matkami,  że  niby  obie  wiemy,  że  nasze  dzieci  mają  własne
wielkie jaśniejące światy, do których nie dopuszczają rodziców.

–  Bo  ostatnio  w  ogóle  się  z  nią  nie  rozstaje.  Zastanawiałam  się,  czy  może  coś  pani

powiedział, cokolwiek.

Lianne  nie  miała  pojęcia,  o  czym  mówi  ta  kobieta.  Zajrzała  w  czerwoną,  nalaną  twarz

mężczyzny za ladą. Nie znalazła tam odpowiedzi.

– Pożycza ją moim dzieciom, więc nie o to chodzi, poza tym mąż obiecał kupić im taką,

aleśmy  na  razie  nie  mieli  okazji,  wie  pani,  lornetka  nie  jest  najważniejsza,  a  moja  Katie
zrobiła się taka superskryta, jej brat też, jej brat jest lojalny aż do przesady.

– Chodzi pani o to, co podpatrują za zamkniętymi drzwiami?
– Myślałam, że może Justin coś powiedział.

background image

–  To  chyba  nic  ważnego,  co?  Może  obserwują  myszołowy.  Słyszała  pani  o  tych

rdzawosternych.

– Nie, to ma zdecydowanie coś wspólnego z Billem Lawtonem. Jestem tego pewna, bez

dwóch zdań, bo ta lornetka to część tego ich syndromu konspiracji, w który popadli.

– Billem Lawtonem?
– No tak. To ten człowiek, o którym pani mówiłam.
– Nie wydaje mi się – odparła Lianne.
–  To  właśnie  jest  ta  ich  tajemnica.  Słyszałam  to  nazwisko,  ale  nic  więcej.  No  i

myślałam,  że  może  Justin  coś  mówił.  Bo  moje  dzieci  kompletnie  się  zamykają,  kiedy
poruszam ten temat.

Nie  wiedziała,  że  Justin  zabiera  lornetkę  do  Rodzeństwa.  Właściwie  to  nie  była  jego

lornetka,  jednak  Lianne  doszła  do  wniosku,  że  nie  ma  nic  złego  w  tym,  że  używa  jej  bez
pozwolenia. A może jest? – pomyślała, czekając, aż sprzedawca wywoła jej numer.

– Nie uczą się przypadkiem o ptakach w szkole?
– Ostatnim razem mówiła pani, że o chmurach.
–  Pewnie  się  pomyliłam.  Ale  z  całą  pewnością  uczą  się  o  ptakach,  o  ptasich  głosach  i

środowisku – powiedziała Lianne do kobiety. – Chodzą na wycieczki do Central Parku.

Uświadomiła  sobie,  jak  bardzo  nie  cierpi  stania  w  kolejce  z  numerkiem  w  ręku.

Nienawidziła  tego  reżimu  przydzielanych  numerków,  narzuconego  rygorystycznie,  w
ciasnej  przestrzeni,  gdzie  na  końcu  tego  korowodu  nie  czeka  nic  więcej  oprócz  małego
białego pudełka ciasteczek przystrojonego kokardką.

Nie  wiedział,  co  go  obudziło.  Leżał  z  otwartymi  oczami,  myślami  biegnąc  w  mrok.  A
potem  usłyszał,  napływało  od  schodów  korytarzem,  gdzieś  z  niższego  piętra,  muzyka,  i
zaczął  słuchać  uważnie,  ręczne  bębenki  i  instrumenty  strunowe,  i  zmasowane  głosy  w
ścianach,  ale  łagodne,  z  pozoru  odległe,  po  drugiej  stronie  doliny,  jak  się  wydawało,
mężczyźni wyśpiewujący modlitwę, głosy chóralnie chwalące Boga.

Allach-uu Allach-uu Allach-uu

W pokoju Justina do krawędzi stołu przytwierdzona była staroświecka temperówka. Lianne
stała w drzwiach i patrzyła, jak on wkłada po kolei kredki w otwór i kręci korbką. Miał
czerwono-niebieskie,  firmy  Cedar  Pointę,  Dixon  Trimlines,  okazy  retro  od  Eberharda
Fabera.  Były  ołówki  z  hoteli  w  Zurychu  i  Hongkongu.  Były  ołówki  wystrugane  z  kory,
chropawe i guzowate. Miał kredki ze sklepu dla artystów w Muzeum Sztuki Współczesnej.
Miał  Mirado  Black  Warriors.  Miał  kredki  ze  sklepu  w  SoHo,  w  których  oprawie  wyryto
tajemne inskrypcje po tybetańsku.

W  pewien  sposób  to  było  straszne,  wszystkie  te  fragmentaryczne  oznaki  statusu

wypływające w pokoju małego dziecka.

background image

Lubiła patrzeć, jak po temperowaniu zdmuchuje mikroskopijne strużyny z czubka kredki.

Gdyby  robił  to  przez  cały  dzień,  przez  cały  dzień  by  patrzyła,  kredka  za  kredką.  Kręcił  i
dmuchał, kręcił i dmuchał, rytuał bardziej namaszczony i prawy niż oficjalne parafowanie
dokumentów państwowych przez jedenastu ludzi z orderami.

– Co? – spytał, gdy zobaczył, że ona mu się przygląda.
– Dziś rozmawiałam z matką Katie. Katie i tego jak-mu-tam. Powiedziała mi o lornetce.
Wstał i patrzył na nią, z kredką w ręku.
– Katie i tego jak-mu-tam.
– Roberta – rzekł.
–  Matką  jej  młodszego  brata  Roberta.  I  jego  starszej  siostry  Katie.  Mówiła  mi  o  tym

człowieku, o którym we troje rozmawiacie. Czy nie powinnam o czymś wiedzieć?

– Jakim człowieku?
–  Jakim  człowieku.  Jaka  lornetka.  Uważasz,  że  wolno  ci  bez  pozwolenia  wynosić

lornetkę z domu?

Stał  i  patrzył.  Miał  jasne  włosy,  po  ojcu,  i  swoistą  posępność  ciała,  powściągliwość,

swoją własną, która nadawała mu niesamowitą dyscyplinę w grach, w sportach fizycznych.

– Ojciec ci pozwolił?
Stał i patrzył.
– Co jest takiego interesującego w widoku z ich pokoju? Chyba możesz mi powiedzieć?
Oparła  się  o  drzwi,  gotowa  tkwić  tam  przez  trzy,  cztery,  pięć  dni  –  zamknięta  w

kontekście rodzicielskiej mowy ciała – albo do chwili, gdy doczeka się odpowiedzi.

Odsunął  jedną  rękę  od  tułowia,  odrobinę,  tę  bez  ołówka,  wnętrzem  dłoni  do  góry,  i

minimalnie  zmienił  wyraz  twarzy,  tworząc  łukowatą  wklęsłość  między  podbródkiem  i
dolną wargą, jakby starcza niema wersja jego własnej reakcji, którą było pierwsze słowo
„Co?”.

Siedział bokiem przy stole, lewa ręka ułożona wzdłuż krawędzi blatu, dłoń zwisająca nad
prostopadłą krawędzią, zaciśnięta w delikatną pięść. Podniósł samą dłoń, bez podnoszenia
ręki, i trzymał ją w powietrzu przez pięć sekund. Zrobił tak dziesięć razy.

To było ich określenie, „delikatna pięść”, określenie z ośrodka rehabilitacyjnego, użyte

w instrukcjach.

Sesje  okazały  się  skuteczne,  cztery  razy  dziennie,  rozciąganie  nadgarstka,  skręcanie

łokcia.  To  były  rzeczywiste  środki  zaradcze  na  uraz,  którego  doznał  w  wieży,  w
spadającym  chaosie.  To  nie  rezonans  magnetyczny  ani  zabieg  chirurgiczny  przybliżyły  go
do  zdrowia.  To  był  ten  skromny  program  w  domu,  liczenie  sekund,  liczenie  powtórzeń,
pory dnia zarezerwowane na sesje, lód, który stosował po każdym zestawie ćwiczeń.

Byli  martwi  i  okaleczeni.  On  sam  doznał  lekkiego  urazu,  a  powodem  tych  wysiłków

wcale  nie  była  rozerwana  chrząstka.  Był  nim  chaos,  lewitacja  sufitów  i  podłóg,  głosy
duszące  się  w  dymie.  Siedział  w  głębokim  skupieniu,  pracując  nad  pozycjami  ręki,  dłoń

background image

zgięta  ku  podłodze,  dłoń  zgięta  ku  sufitowi,  przedramię  płasko  na  stole,  w  niektórych
układach  kciuk  wyprostowany  do  góry,  niećwicząca  ręka  użyta  do  wykonania  nacisku  na
rękę ćwiczącą. Mył szynę w ciepłej wodzie z mydłem. Nie regulował jej bez konsultacji z
terapeutą. Czytał instrukcje. Zacisnął dłoń w łagodną pięść.

Jack  Glenn,  jej  ojciec,  nie  chciał  się  poddać  długotrwałemu  naporowi  demencji  starczej.
Wykonał kilka telefonów ze swojej chaty w New Hampshire, a potem zabił się z karabinu
sportowego.  Nie  znała  szczegółów.  Miała  dwadzieścia  dwa  lata,  kiedy  to  się  stało,  i  nie
wypytała  miejscowych  policjantów.  Czy  w  ogóle  jakikolwiek  szczegół  byłby  do
zniesienia?  Nieuchronnie  jednak  się  zastanawiała,  czy  to  ten  karabin,  który  znała,  który
pozwalał  jej  brać  do  ręki,  z  którego  pozwalał  jej  mierzyć,  ale  nie  strzelać,  wtedy  gdy
poszła  z  nim  do  lasu,  jako  czternastolatka,  na  podjęte  bez  większego  przekonania
polowanie  na  szkodniki.  Była  dziewczynką  z  miasta  i  nie  za  bardzo  wiedziała,  co  to  są
szkodniki,  ale  wyraźnie  zapamiętała,  co  jej  powiedział  tamtego  dnia.  Lubił  mówić  o
budowie  samochodów  wyścigowych,  motocykli,  sztucerów  myśliwskich,  o  tym,  jak  te
rzeczy  działają,  a  ona  lubiła  słuchać.  To  był  wyraz  dystansu  między  nimi,  że  słuchała  tak
gorliwie, wiecznych mil, tygodni, miesięcy.

Dźwignął broń i rzekł:
– Im krótsza lufa, tym mocniejszy grzmot z rury.
Siła  tego  wyrażenia,  „grzmot  z  rury”,  niosła  się  przez  lata.  Wiadomość  o  śmierci  ojca

zdawała  się  mknąć  na  grzbiecie  tych  trzech  słów.  To  były  okropne  słowa,  ale  próbowała
sobie wmówić, że zdobył się na akt odwagi. O wiele za wcześnie. Jest czas, zanim choroba
weźmie górę, ale Jack zawsze respektował pierdolone niedoróbki w dziele natury i uznał,
że  sprawa  została  przypieczętowana.  Chciała  wierzyć,  że  karabin,  z  którego  się  zabił,  to
ten,  który  oparł  na  jej  ramieniu  pośród  kęp  modrzewi  i  świerków  w  strugach  światła
tamtego dnia na północy.

Martin  objął  ją  w  drzwiach,  uroczyście.  Przebywał  gdzieś  w  Europie,  kiedy  nastąpiły
ataki, a jak wznowiono połączenia, nieregularne, wrócił jednym z pierwszych samolotów.

– Nic już nie wydaje się przesadne – powiedział. – Nic mnie nie zaskakuje.
Matka  była  w  sypialni,  ubierała  się  na  dzień,  wreszcie,  w  południe,  a  Martin

przechadzał  się  po  pokoju,  oglądając  rzeczy,  wkraczając  między  zabawki  Justina,
zauważając zmiany w ułożeniu przedmiotów.

– Gdzieś w Europie. Właśnie tak o tobie myślę.
– Chyba że jestem tutaj – odparł.
Wyprostowana dłoń, mała rzeźba z brązu, zwykle na bambusowym stoliku, stała teraz na

stoliku  z  giętego  żelaza,  obładowanym  książkami,  obok  okna,  a  ścienne  dzieło  Nevelson
zastąpiła fotografia Rimbauda.

– Nawet jak tutaj jesteś, myślę o tobie, że jesteś w drodze z jednego odległego miasta do

background image

innego odległego miasta, a żadne z nich nie ma kształtu ani formy.

– To właśnie ja, człowiek bezkształtny – odrzekł.
Rozmawiali o wydarzeniach. Rozmawiali o tym, o czym rozmawiali wszyscy. Ruszył za

nią do kuchni, gdzie nalała mu piwa. Nalała i rozmawiała.

–  Ludzie  czytają  wiersze.  Ludzie,  których  znam,  czytają  wiersze,  żeby  złagodzić  szok  i

ból, żeby zyskać trochę przestrzeni, żeby coś pięknego w języku przyniosło im otuchę albo
uspokojenie  –  powiedziała.  –  Ja  nie  czytam  wierszy.  Czytam  gazety.  Wciskam  głowę
między strony, złoszczę się, dostaję szału.

–  Jest  inne  podejście,  polegające  na  zgłębieniu  sprawy.  Odsunąć  się  o  krok  i  zbadać

elementy  –  rzekł.  –  Na  zimno,  klarownie,  jeśli  umiemy.  Nie  pozwolić,  żeby  to  nas
powaliło. Zobaczyć to, zmierzyć.

– Zmierzyć.
–  Jest  zdarzenie,  jest  pojedynczy  człowiek.  Zmierzyć  to.  Wyciągnąć  z  tego  naukę.

Zobaczyć to. Stanąć na równi.

Martin  Ridnour  był  marszandem,  kolekcjonerem,  być  może  inwestorem.  Lianne  nie

wiedziała,  co  dokładnie  robi  ani  jak  to  robi,  ale  podejrzewała,  że  kupuje  dzieła  sztuki  i
odsprzedaje  błyskawicznie  z  dużym  zyskiem.  Lubiła  go.  Mówił  z  wyraźnym  akcentem,
posiadał apartament tutaj i biuro w Bazylei. Spędzał czas w Berlinie. Miał żonę w Paryżu
albo nie miał.

Wrócili do salonu, on ze szklanką w jednej ręce, butelką w drugiej.
– Chyba nie wiem, o czym mówię – rzekł. – Ty mów, ja będę pił.
Miał nadwagę, ale nie sprawiał wrażenia, że skapcaniał od wygodnego życia. Na ogół

cierpiał na jet-lag, był bardziej lub mniej nieumyty, w dość znoszonym garniturze, pozując
na  starego  poetę  na  wygnaniu,  jak  powiedziała  matka.  Nie  całkiem  łysy,  z  cieniem  siwej
szczeciny  na  głowie  i  brodą,  która  wyglądała  na  dwutygodniową,  w  większości  siwą  i
niepielęgnowaną.

– Zadzwoniłem do Niny dziś rano, gdy przyjechałem. Wyjeżdżamy na tydzień albo dwa.
– Dobry pomysł.
– Znalazłem ładny stary dom w Connecticut, nad morzem.
– Umiesz załatwiać sprawy.
– Owszem, tym się zajmuję.
– Mam pytanie, bez związku. Nie musisz odpowiadać. Pytanie znikąd.
Spojrzała  na  niego,  stojącego  za  fotelem  przy  przeciwległej  ścianie,  popijającego  ze

szklanki.

– Czy wy uprawiacie seks? To nie moja sprawa. Ale czy możecie? Biorąc pod uwagę, że

miała operację kolana. Ona nie ćwiczy.

Ruszył  ze  szklanką  i  butelką  do  kuchni,  odpowiadając  z  lekkim  rozbawieniem  przez

ramię:

–  Ona  nie  uprawia  seksu  kolanem.  Obchodzimy  kolano.  Jest  bardzo  wrażliwe.  Ale

omijamy je.

background image

Czekała, aż wróci.
–  To  nie  moja  sprawa.  Ale  wydaje  mi  się,  że  u  niej  następuje  wycofanie.  No  i  tak  się

zastanawiam.

– A ty? – spytał. – I Keith? Wrócił do ciebie. To prawda?
– Równie dobrze może jutro odejść. Nikt nie wie.
– Ale mieszka u ciebie.
– Jest za wcześnie. Nie wiem, co będzie. Owszem, śpimy razem, jeśli o to pytasz. Ale

tylko w podstawowym znaczeniu tego słowa.

Okazał żartobliwe zainteresowanie.
– Dzielicie łoże – powiedział. – Niewinnie.
– Tak.
– Podoba mi się. Ile to już nocy?
– Pierwszą spędził w szpitalu na obserwacji. A potem wszystkie, ile ich tam było. Mamy

poniedziałek. Sześć dni, czyli pięć nocy.

– Będę prosił o sprawozdania z rozwoju sytuacji.
Z Keithem rozmawiał zaledwie parę razy. On był Amerykaninem, a nie nowojorczykiem,

nie  należał  do  elity  Manhattanu,  grupy  utrzymywanej  przy  życiu  przez  kontrolowane
rozmnażanie  się.  Martin  usiłował  wyrobić  sobie  pojęcie  o  odczuciach  młodszego
mężczyzny  w  odniesieniu  do  polityki  i  religii,  głosu  i  zachowań  serca  kraju.  Dowiedział
się tylko tyle, że Keith miał kiedyś pitbulla. To zdawało się coś oznaczać, pies, który jest
samymi szczękami i czaszką, amerykańska rasa, stworzona do walki i zabijania.

– Może niedługo będziecie mieli okazję znowu porozmawiać – powiedziała.
– Pewnie o kobietach.
– O matce i córce. O wszystkich nieprzyjemnych szczegółach.
–  Lubię  Keitha.  Opowiedziałem  mu  kiedyś  historyjkę,  która  mu  się  spodobała.  O

karciarzach. On oczywiście też jest karciarzem. O karciarzach, których znałem, o układzie
miejsc, który utrzymywali w swoich cotygodniowych spotkaniach przez prawie pół wieku.
Nawet dłużej tak naprawdę. Spodobała mu się.

Weszła  matka,  Nina,  w  ciemnej  spódnicy  i  białej  bluzce,  wspierając  się  laską.  Martin

objął  ją  na  chwilę,  a  potem  patrzył,  jak  ona  osuwa  się  na  fotel,  powoli,  w  serii
fragmentarycznych ruchów.

– Takie stare wojny toczymy – powiedziała. – W ostatnich dniach straciliśmy tysiąc lat.
Martina nie było przez miesiąc. Widział ostatni etap transformacji, wchłonięcie przez nią

starości, wystudiowaną pozę, która bez trudu przeplata się z samym faktem. Lianne poczuła
smutek  przez  wzgląd  na  niego.  Czy  matka  posiwiała  jeszcze  bardziej?  Może  zażywa  za
dużo  środków  przeciwbólowych?  Czy  miała  mały  udar  na  konferencji  w  Chicago?  I
wreszcie, czy on kłamie w sprawie ich współżycia? Jej umysł jest w świetnej formie. Ona
niełatwo  wybacza  sobie  normalne  przypadki  erozji,  że  czasem  zapomni  nazwiska  albo
gdzie dopiero co, przed paroma sekundami, położyła jakiś przedmiot. Ale jest wyczulona
na to, co ważne, na szeroki kontekst, na inne stany bycia.

background image

– Powiedz nam, co ludzie robią w Europie.
– Są mili dla Amerykanów – odparł.
– Powiedz nam, co kupiłeś i sprzedałeś.
–  Mogę  wam  tylko  powiedzieć,  że  rynek  sztuki  czeka  stagnacja.  Tu  i  ówdzie  coś  się

dzieje w sektorze współczesnych mistrzów. Poza tym perspektywy są ponure.

– Współczesnych mistrzów – rzekła Nina. – Ulżyło mi.
– Dzieło sztuki jako trofeum.
– Ludzie potrzebują trofeów.
Wydawało się, że jej sarkazm dodał mu otuchy.
–  Ledwo  postawiłem  nogę  za  progiem.  Przez  granicę,  właściwie.  I  co  ona  robi?

Przyprawia mnie o żałość.

– Taka jej rola – odpowiedziała Lianne.
Znali  się  oboje  od  dwudziestu  lat,  Martin  i  Nina,  kochankowie  przez  większość  tego

czasu,  Nowy  Jork,  Berkeley,  gdzieś  w  Europie.  Lianne  zdawała  sobie  sprawę,  że
asekurancka  postawa,  którą  niekiedy  przyjmował,  jest  częścią  ich  prywatnego  sposobu
obcowania  ze  sobą,  a  nie  skazą  wynikającą  z  czegoś  głębszego.  Nie  był  człowiekiem
bezkształtnym,  za  jakiego  chciał  uchodzić,  ani  fizyczną  imitacją.  W  rzeczywistości
nieustępliwy,  w  pracy  inteligentny,  ujmujący  wobec  niej,  szczodry  dla  matki.  Te  dwie
martwe  natury  Morandiego  były  prezentem  od  Martina.  Fotografie  paszportowe  na
przeciwległej  ścianie  też  pochodziły  od  niego,  z  jego  kolekcji,  postarzałe  dokumenty,
ostemplowane i wyblakłe, historia mierzona w calach, także piękne.

– Kto chce jeść? – spytała Lianne.
Nina  chciała  palić.  Bambusowy  stolik  stał  teraz  obok  jej  fotela,  z  popielniczką,

zapalniczką i paczką papierosów.

Matka  zapaliła.  Lianne  patrzyła,  doznając  znajomego  i  odrobinę  bolesnego  uczucia,  bo

Nina w pewnym momencie zaczęła ją uważać za niewidzialną. W tym umiejscowiona była
pamięć, w sposobie, w jaki zamknęła i odłożyła zapalniczkę, w geście ręki i snującym się
dymie.

– Martwe wojny, święte wojny. Jutro na niebie może ukazać się Bóg.
– Czyj Bóg by to był? – spytał Martin.
– Kiedyś Bóg był Żydem z miasta. Teraz wrócił na pustynię.
Studia  miały  doprowadzić  Lianne  do  głębszej  wiedzy  naukowej,  poważnej  pracy  w

dziedzinie języka i historii sztuki. Podróżowała po Europie i większości krajów Bliskiego
Wschodu,  ale  koniec  końców  to  była  turystyka,  płytkie  przyjaźnie,  powierzchowne
poznawanie religii, instytucji, języków, sztuki, a przynajmniej tak mówiła Nina Bartos.

– To czysta panika. Atakują z paniki.
–  Tak,  o  tyle  to  może  być  prawda  –  odparł.  –  Bo  uważają,  że  świat  to  choroba.  Ten

świat, to społeczeństwo, nasze. Choroba, która się rozszerza.

–  Nie  mogą  liczyć  na  osiągnięcie  żadnych  celów.  Nie  wyzwalają  narodu,  nie  obalają

dyktatora. Zabijają niewinnych, tylko tyle.

background image

–  Zadają  cios  dominacji  tego  kraju.  Osiągają  to,  pokazują,  jak  bezbronne  może  być

wielkie mocarstwo. Mocarstwo, które się wtrąca, okupuje.

Mówił cicho, patrząc w dywan.
– Jedna strona ma kapitał, siłę roboczą, zaawansowaną technikę, armie, agencje, miasta,

prawa, policję i więzienia. Druga strona ma paru ludzi pragnących umrzeć.

– Bóg jest wielki – powiedziała.
– Zapomnij o Bogu. To kwestia historii. To polityka i ekonomia. Wszystko, co wpływa

na życie, na miliony ludzi, wywłaszczonych, na ich egzystencję, ich świadomość.

– To nie historia zachodniej dominacji niszczy te społeczeństwa. To ich własna historia,

ich  własna  mentalność.  Żyją  w  zamkniętym  świecie,  z  wyboru,  z  konieczności.  Nie
rozwijają się, bo nie chcą albo nie próbują.

– Używają języka religii, owszem, ale nie to ich napędza.
– Napędza ich panika.
Gniew  matki  przytłumiał  jej  własny.  Uległa  temu.  W  twarzy  Niny  zobaczyła  twardą

nieprzejednaną  furię  i  poczuła  tylko  smutek,  słysząc,  jak  tych  dwoje  ludzi,  złączonych
duchem, zajmuje silnie przeciwstawne stanowiska.

Ale potem Martin spuścił z tonu, znów mówiąc cichym głosem:
– Zgoda, tak, może to i prawda.
– Obwiniają nas. Obwiniają nas o własne porażki.
–  Zgoda,  tak.  Ale  to  nie  jest  atak  na  jeden  kraj  ani  jedno  czy  dwa  miasta.  Teraz  celem

jesteśmy wszyscy.

Wciąż  rozmawiali,  kiedy  Lianne  wyszła  z  pokoju  dziesięć  minut  później.  Stanęła  w

łazience i spojrzała w lustro. Ta chwila wydala jej się fałszywa, jak scena z filmu, kiedy to
poprzez patrzenie w lustro bohaterka próbuje zrozumieć, co się dzieje w jej życiu.

Myślała, Keith żyje.
Keith żył od sześciu dni, od chwili, gdy stanął w drzwiach, i co to dla niej znaczy, jaki to

będzie miało wpływ na nią i jej syna?

Umyła  twarz  i  ręce.  Podeszła  do  szafki,  wyjęła  świeży  ręcznik  i  się  wytarła.  Wrzuciła

ręcznik do kosza z brudną bielizną i spuściła wodę w sedesie. Nie dlatego, by tamci dwoje
myśleli,  że  wyszła  z  naglącego  powodu.  W  salonie  nie  było  słychać  spuszczanej  wody.
Zrobiła to, bezsensownie, dla samej siebie. Być może miało to wyznaczyć koniec przerwy,
wyprowadzić ją stąd.

Co ja tu robię? Zachowuję się jak dziecko, pomyślała.
Kiedy wróciła, rozmowa zaczęła przygasać. On miał więcej do powiedzenia, Martin, ale

uznał  zapewne,  że  to  nieodpowiedni  moment,  nie  teraz,  za  wcześnie,  więc  podszedł  do
obrazu Morandiego na ścianie.

Zaledwie  parę  sekund  później  Nina  zapadła  w  lekki  sen.  Zażywała  w  koło  lekarstwa,

mistyczny krąg, rytualny układ godzin i dni wyrażony w tabletkach i kapsułkach, kolorach,
kształtach i dawkach. Lianne ją obserwowała. Niełatwo było patrzeć na matkę tak idealnie
dopasowaną  do  mebla,  zrezygnowaną  i  nieruchomą,  kobietę,  dzięki  której  narodziło  się

background image

słowo „piękno”, energicznego arbitra życia własnej córki, zawsze w pogotowiu, oraz tego,
co  budzi  podziw  w  sztuce,  ideach,  przedmiotach,  twarzach  mężczyzn  i  kobiet,  umyśle
dziecka. Wszystko zwiędło do jednego ludzkiego oddechu.

Matka chyba teraz nie umiera, co? Rozchmurz się, pomyślała.
Wreszcie  Nina  otworzyła  oczy  i  obie  kobiety  patrzyły  na  siebie.  To  była  przeciągła

chwila  i  Lianne  nie  wiedziała,  nie  umiała  ubrać  w  słowa  tego,  co  je  łączyło.  Albo
wiedziała,  lecz  nie  potrafiła  nazwać  nakładających  się  na  siebie  emocji.  To  było  to,  co
istniało między nimi, to znaczy każda minuta spędzona razem i osobno, to, co znały i czuły i
co nadejdzie później, w następnych minutach, dniach, latach.

Martin stał przed obrazem.
–  Patrzę  na  te  przedmioty,  przedmioty  kuchenne,  ale  wyjęte  z  kuchni,  uwolnione  od

kuchni,  od  domu,  wszystkiego  co  praktyczne.  I  chyba  ciągle  przebywam  w  innej  strefie
czasowej.  Chyba  jestem  bardziej  skołowany  niż  zwykle  po  długim  locie  –  powiedział  i
urwał. – Bo ciągle widzę wieże na tym obrazie.

Lianne  podeszła  do  niego.  Obraz  ukazywał  siedem  lub  osiem  przedmiotów,  wyższe

usytuowane na tle ciemnopopielatych maźnięć. Pozostałymi były stłoczone pudełka i puszki
po  herbatnikach,  umieszczone  na  ciemniejszym  tle.  Pełna  kompozycja,  w  zmiennej
perspektywie i przeważnie przygaszonych barwach, tchnęła dziwną oszczędną mocą.

Patrzyli razem.
Dwa wyższe przedmioty były ciemne i ponure, z szarawymi plamkami i smugami, jeden

częściowo  zasłonięty  przez  butelkę  o  długiej  szyjce.  Butelka  była  butelką,  białą.  To
właśnie  o  tych  dwóch  ciemnych  przedmiotach,  zbyt  niewyraźnych,  by  je  nazwać,  mówił
Martin.

– I co widzisz? – spytał.
Widziała to co on. Widziała wieże.

background image

 

5

Wszedł  do  parku  przez  Bramę  Inżynierów,  gdzie  rozciągali  się  i  wyginali  biegacze  przed
wyruszeniem w trasę. Dzień byt ciepły i bezwietrzny; skierował się drogą, która ciągnęła
się  wzdłuż  ścieżki  dla  koni.  Zmierzał  w  konkretne  miejsce,  lecz  wcale  się  nie  spieszył,
żeby  tam  dotrzeć.  Patrzył  na  starszą  kobietę  na  ławce,  która  myślała  o  czymś  odległym,
przyciskając  do  policzka  bladozielone  jabłko.  Droga  była  zamknięta  dla  samochodów  i
pomyślał, że do parku przychodzi się po to, żeby zobaczyć ludzi, tych, którzy na ulicach są
cieniami. Z lewej byli biegacze, na trasie wokół jeziorka, inni z przodu na ścieżce dla koni,
i  jeszcze  więcej  na  drodze,  mężczyźni  z  hantlami,  w  biegu,  i  kobiety  biegnące  za
spacerówkami, pchające dzieci, i biegacze z psami na smyczach. Do parku przychodzi się
po to, żeby zobaczyć psy, pomyślał.

Droga  skręciła  na  zachód  i  minęły  go  trzy  dziewczyny  ze  słuchawkami,  na  rolkach.

Opadła go zwyczajność, normalnie niezauważana, osobliwie, wywołując niemal wrażenie
snu.  Niósł  teczkę  i  teraz  zapragnął  zawrócić.  Przeciął  stok  i  przeszedł  obok  kortów
tenisowych.  Do  ogrodzenia  przywiązane  były  trzy  konie,  hełmy  policyjne  przypięte  do
siodeł. Obok przebiegła kobieta, rozmawiając z kimś, smutno, przez telefon komórkowy, i
chciał rzucić teczkę do jeziorka, i wrócić do domu.

Mieszkała w budynku tuż przy Amsterdam Avenue i pokonał na piechotę sześć pięter w

drodze  do  jej  drzwi.  Sprawiała  wrażenie  niepewnej,  gdy  wpuszczała  go  do  środka,  a
nawet,  o  dziwo,  ostrożnej,  więc  zaczął  tłumaczyć,  tak  samo  jak  przez  telefon  dzień
wcześniej,  że  nie  zamierzał  się  ociągać  z  oddaniem  teczki.  Ona  bąknęła  coś  o  kartach
kredytowych  w  portfelu,  że  ich  nie  unieważniła,  ponieważ,  no  cóż,  wszystko  przepadło,
pogrzebane  pod  gruzami,  i  przestali  mówić,  a  potem  znowu  zaczęli,  jednocześnie,  aż
wreszcie  wykonała  mały  daremny  gest.  Postawił  teczkę  na  krześle  przy  drzwiach  i
podszedł do kanapy, mówiąc, że może zostać tylko chwilę.

Była  Murzynką  o  dość  jasnej  karnacji,  w  jego  wieku  albo  coś  koło  tego,  z  wyglądu

łagodną, przy kości.

Powiedział:
–  Kiedy  znalazłem  pani  nazwisko  w  teczce,  kiedy  już  znalazłem  pani  nazwisko  i

sprawdziłem  w  książce  telefonicznej,  i  zobaczyłem,  że  pani  jest  w  spisie,  i  właśnie
wybierałem numer, wtedy dopiero przyszło mi to do głowy.

– Wiem, co pan chce powiedzieć.
– Pomyślałem, dlaczego ja to robię bez sprawdzenia, czy ta osoba w ogóle żyje?
Nastąpiła  przerwa  i  uświadomił  sobie,  jak  cicho  ona  się  odezwała  w  trakcie  jego

rwanych wyjaśnień.

background image

– Mam herbatę ziołową – powiedziała. – Albo wodę gazowaną, jeśli pan woli.
– Woda gazowana. Woda źródlana. W teczce jest mała butelka. Niech pomyślę. Poland

Spring.

– Poland Spring.
– Nieważne, ale gdyby pani sprawdziła, co jest w środku...
– Ależ skąd. Nie, nie – odparła półszeptem.
Stała w drzwiach do kuchni. Za oknami szumiał cicho ruch samochodowy.
Rzekł:
– Bo widzi pani, nie wiedziałem, że ją mam. To nawet nie chodzi o to, że zapomniałem.

Raczej w ogóle nie wiedziałem.

– Chyba nie znam pańskiego imienia.
– Keith?
– Mówił mi pan?
– Tak, chyba tak.
– Pański telefon tak mnie zaskoczył.
– Mam na imię Keith.
– Pracował pan u Prestona Webba?
– Nie, piętro wyżej. W małej firmie o nazwie Royer Properties.
Stał już, gotów do wyjścia.
– Preston tak się rozwija. Myślałam, że może po prostu nie wpadliśmy na siebie.
– Nie, to Royer. Jesteśmy zdziesiątkowani.
– My czekamy, co będzie, gdy przeniesiemy się do nowej siedziby. Nie myślę o tym za

dużo.

Zapadło milczenie.
Powiedział:
– My byliśmy Royer and Stans. Potem Stans został oskarżony.
Wreszcie ruszył do drzwi i wziął teczkę. Przystanął, sięgnął ręką do klamki i spojrzał na

tę kobietę, a ona się uśmiechnęła z głębi pokoju.

– Dlaczego to zrobiłem?
– Nawyk – odparła.
–  O  mało  nie  wyszedłem  z  pani  własnością.  Znowu  byłoby  to  samo.  Pani  bezcenne,

rodowe dziedzictwo. Pani telefon komórkowy.

– Właśnie. Przestałam go potrzebować, gdy go nie miałam.
– Pani szczoteczka do zębów. Pani papierosy.
– O Boże, nie, moja wstydliwa tajemnica. Ale ograniczam do czterech dziennie.
Zaprosiła go z powrotem na kanapę szerokim gestem ręki, machnięciem ręki gliniarza na

skrzyżowaniu, nakazującego jechać dalej.

Podała  herbatę  i  talerz  cukrowych  ciastek.  Nazywała  się  Florence  Givens.  Postawiła

krzesło kuchenne po drugiej stronie stolika i usiadła na ukos.

Powiedział:

background image

–  Wiem  o  tobie  wszystko.  Soniczna  szczoteczka  do  zębów.  Myjesz  zęby  falami

dźwiękowymi.

– Jestem zwariowana na punkcie gadżetów. Uwielbiam takie rzeczy.
– A dlaczego masz lepszy dyktafon, niż ja miałem?
– Użyłam go chyba ze dwa razy.
– Ja swojego używałem, ale nie odsłuchiwałem nigdy. Lubiłem tylko do niego mówić.
– I co mówiłeś?
– Nie wiem. Moi rodacy...
– Myślałam, że wszystko przepadło z kretesem. Nawet nie zgłosiłam utraty prawa jazdy.

Właściwie to niczego nie zrobiłam, tylko siedziałam w tym pokoju.

Godzinę później wciąż rozmawiali. Ciasteczka były małe i okropne, ale ciągle zagryzał,

nieświadomie,  zjadając  tylko  pierwszy  drobny  kęs  i  zaśmiecając  talerz  rozkruszonymi
kawałkami.

–  Byłam  przy  swoim  boksie  i  usłyszałam  zbliżający  się  samolot,  ale  dopiero  jak  mną

rzuciło. To się stało tak szybko.

– Jesteś pewna, że słyszałaś samolot?
–  Siła  uderzenia  rzuciła  mnie  na  podłogę  i  usłyszałam  samolot.  Myślę,  że  wtedy

zraszacze,  próbuję  sobie  przypomnieć  zraszacze.  Wiem,  że  w  którymś  momencie  byłam
przemoczona, cała mokra.

Zrozumiał,  że  nie  zamierzała  tego  powiedzieć.  Zabrzmiało  intymnie,  to,  że  była  cała

mokra, i musiała zamilknąć na chwilę.

Czekał.
– Zadzwonił mój telefon. Byłam przy biurku, nie wiem, żeby po prostu usiąść, uspokoić

się, no i odbieram telefon. No i rozmawiamy, jakoś tak, cześć, tu Donna. Moja przyjaciółka
Donna. Pytam, słyszałaś to? Dzwoniła z domu, w Filadelfii, żeby porozmawiać o wizycie.
A ja spytałam, słyszałaś to?

Opowiadała powoli, przypominając sobie w trakcie mówienia, przerywając często, żeby

popatrzeć  w  przestrzeń,  zobaczyć  to  od  nowa,  zwalone  sufity  i  zablokowane  klatki
schodowe,  dym,  zawsze  dym,  i  przewrócona  ściana,  z  gipsu,  milknąc,  żeby  znaleźć
właściwe słowo, a on czekał i patrzył.

Była odurzona i zatraciła poczucie czasu, powiedziała.
Gdzieś ciekła czy skapywała woda, płynęła skądś.
Mężczyźni  zrywali  koszule  i  obwiązywali  nimi  twarze,  koszule  jako  maski  chroniące

przed dymem.

Zobaczyła  kobietę  ze  spalonymi  włosami,  spalonymi  i  dymiącymi,  ale  teraz  właściwie

nie jest pewna, czy to widziała, czy słyszała, jak ktoś mówił.

Czasem musieli iść po omacku, dym taki gęsty, ręka na ramieniu osoby z przodu.
Zgubiła buty albo zrzuciła i gdzieś była woda, w pobliżu, jakby strumień spływał z gór.
Na schodach zrobił się tłok, szło się powoli, bo ludzie nadchodzili z innych pięter.
–  Ktoś  powiedział  astma.  Teraz,  gdy  o  tym  mówię,  trochę  mi  się  przypomina.  Astma,

background image

astma.  Kobieta,  jakby  zdesperowana.  Spanikowane  twarze.  I  właśnie  wtedy  chyba
upadłam,  przewróciłam  się.  Zleciałam  pięć,  sześć  schodków,  na  półpiętro,  spadłam,
jakbym się potknęła, i mocno się uderzyłam.

Chciała mu opowiedzieć o wszystkim. Było to dla niego jasne. Może zapomniała, że tam

był, w wieży, albo może właśnie dlatego chciała mu opowiedzieć. Zdawał sobie sprawę,
że nie mówiła o tym, z takim przejęciem, nikomu innemu.

–  Panicznie  się  bałam,  że  mnie  stratują,  chociaż  bardzo  uważali,  pomogli  mi,  ale  to

uczucie,  że  upadłam  w  tłumie,  że  mnie  zadepczą,  ale  mi  pomogli,  i  jeden  mężczyzna,
którego  pamiętam,  pomógł  mi  wstać,  starszy  mężczyzna,  zziajany,  pomógł  mi,  mówił  do
mnie, aż mogłam iść dalej.

W szybach windowych były płomienie.
Jakiś  mężczyzna  mówił  o  gigantycznym  trzęsieniu  ziemi.  Zapomniała  całkiem  o

samolocie i gotowa była uwierzyć w trzęsienie ziemi, chociaż usłyszała samolot. Ale ktoś
inny powiedział: ja przeżyłem trzęsienia ziemi, mężczyzna w garniturze, coś pan, to nijak
trzęsienie, dystyngowany mężczyzna, wykształcony, dyrektor, to nijak trzęsienie, coś pan.

Zwisały druty i poczuła, że jeden dotyka jej ramienia. Dotknął też mężczyzny z tyłu, a ten

podskoczył, zaklął i się roześmiał.

Tłum na schodach, sam napór tłumu, kuśtykający, płaczący, poparzeni ludzie, niektórzy,

ale większość spokojna, kobieta na wózku inwalidzkim, nieśli ją, ludzie zrobili przejście,
usunęli się, ustawiając w pojedynczy rząd na schodach.

Na jej twarzy odmalowało się wołanie, jakby usilna prośba.
– Wiem, że nie mogę siedzieć sobie tutaj, żywa i bezpieczna, i opowiadać, jak spadłam z

kilku schodków, gdy tam cała ta groza, tylu zabitych.

Nie przerywał. Pozwalał jej mówić i nie próbował pocieszyć. Jak tu można pocieszać?

Siedziała oklapnięta na krześle i mówiła do blatu.

–  Przebiegli  strażacy.  I  astma,  astma.  Jacyś  rozmawiający  ludzie  powiedzieli,  że  to

bomba. Próbowali rozmawiać przez komórki. Szli po schodach, stukając w klawisze.

To właśnie wtedy wzdłuż szeregu podano butelki wody z dołu, i napoje, i ludzie nawet

zaczęli trochę żartować, maklerzy giełdowi.

To  właśnie  wtedy  przebiegli  strażacy,  gnając  na  górę,  w  sam  środek  tego,  a  ludzie

schodzili im z drogi.

Wtedy  też  zobaczyła  kogoś  znajomego,  tak  samo  szedł  na  górę,  konserwatora  budynku,

faceta, z którym żartowała, ilekroć się spotykali, minął ją w drodze na górę, niosąc długi
żelazny  pręt,  jakby  może  chciał  wyważyć  drzwi  do  windy,  może,  i  próbowała  sobie
przypomnieć nazwę tego przedmiotu.

Czekał. Patrzyła poza niego, zastanawiając się, i wydawało się, że to dla niej ważne, jak

gdyby usiłowała przypomnieć sobie nazwisko tego człowieka, a nie nazwę narzędzia, które
niósł.

Wreszcie powiedział:
– Łom.

background image

– Łom – powtórzyła, myśląc o tym przedmiocie, widząc go znowu.
Keith pomyślał, że też widział tego mężczyznę, że on minął go w drodze na górę, facet w

kasku i pasie z narzędziami i latarkami, trzymający łom, zakrzywionym końcem do przodu.

Nie byłoby powodu, żeby to pamiętać, gdyby o tym nie wspomniała. To nic nie znaczy,

pomyślał.  A  jednak.  Cokolwiek  stało  się  z  tym  człowiekiem,  wykraczało  poza  fakt,  że
oboje  go  widzieli,  w  różnych  chwilach  swego  marszu  w  dół,  lecz  jakoś  było  ważne,  w
pewien nieokreślony sposób, że krzyżujące się wspomnienia uniosły go, zabrały z wieży do
tego pokoju.

Nachylił się do przodu, łokieć oparty na stoliku, usta przyciśnięte do dłoni, i patrzył na

nią.

–  Szliśmy  dalej  na  dół.  Ciemno,  jasno,  znowu  ciemno.  Mam  wrażenie,  jakbym  ciągle

była  na  tych  schodach.  Chciałam  do  matki.  Nawet  jak  dożyję  setki,  ciągle  będę  na  tych
schodach.  To  trwało  tak  długo,  że  prawie  wydawało  się  normalne.  Nie  mogliśmy  biec,
więc  to  nie  był  jakiś  pęd  w  popłochu.  Trzymaliśmy  się  razem.  Chciałam  do  matki.  Nijak
trzęsienie, coś pan, wyciągam dziesięć milionów dolarów na rok.

Wtedy wychodzili już z najgorszego dymu i właśnie wtedy zobaczyła psa, niewidomego

mężczyznę i psa przewodnika, tuż z przodu, i to coś jak wyjęte żywcem z Biblii, pomyślała.
Wydawali  się  tacy  spokojni.  Jakby  roztaczali  spokój,  pomyślała.  Pies  był  czymś
całkowicie uspokajającym. Wierzyli w tego psa.

– No i wreszcie, nie wiem, jak długo musieliśmy czekać, wszędzie, gdzie byliśmy, było

ciemno,  ale  wreszcie  wyszliśmy,  minęliśmy  kilka  okien,  i  zobaczyliśmy  plac,  tam,  gdzie
teraz  jest  zbombardowane  miasto,  wszystko  w  ogniu,  zobaczyliśmy  ciała,  zobaczyliśmy
ubrania,  kawałki  metalu,  jakby  metalowe  części,  porozrzucane  rzeczy.  To  było  jak  dwie
sekundy.  Patrzyłam  przez  dwie  sekundy,  a  potem  odwróciłam  wzrok  i  ruszyliśmy  przez
podziemną halę, i wyszliśmy na ulicę.

Przez chwilę nic  więcej nie powiedziała.  Podszedł do krzesła  przy drzwiach, odnalazł

jej papierosy w teczce, wyjął jednego z paczki, włożył do ust i wyszukał zapalniczkę.

– W tym dymie widziałam tylko pasy na kurtkach strażaków, te jaskrawe pasy, a potem

jakichś ludzi w gruzach, cała ta stal i szkło, po prostu ranni ludzie siedzieli jakby w stanie
rozmarzenia, zakrwawieni marzyciele.

Odwróciła  się  i  popatrzyła  na  niego.  Zapalił  papierosa,  podszedł  i  podał  go  jej.

Zaciągnęła  się,  przymykając  oczy,  i  wypuściła  dym.  Kiedy  znowu  spojrzała,  siedział  z
powrotem na kanapie, po drugiej stronie stolika, patrząc na nią.

– Sam zapal jednego – powiedziała.
– Ja nie, dziękuję.
– Rzuciłeś.
– Dawno temu – odparł. – Gdy uważałem się za sportowca. Ale dmuchnij parę razy w

moją stronę. To będzie miłe.

Po  chwili  znowu  mówiła.  Nie  wiedział,  od  czego  zaczęła,  chyba  wróciła  prawie  do

początku, pomyślał.

background image

Cała mokra, pomyślał. Była cała mokra.
Ludzie  zewsząd  przepychali  się  na  schody.  Próbowała  sobie  przypomnieć  rzeczy  i

twarze,  chwile,  które  mogłyby  coś  wyjaśnić  albo  uwidocznić.  Wierzyła  w  psa
przewodnika. Pies wyprowadzi ich stamtąd bezpiecznie.

Znowu  opowiadała,  a  on  znowu  gotów  był  słuchać.  Słuchał  uważnie,  chłonąc  każdy

szczegół, próbując odnaleźć siebie w tłumie.

Jej matka powiedziała to wyraźnie, przed laty:

–  Jest  taki  mężczyzna,  archetyp,  wzór  rzetelności  w  oczach  swoich  kolegów,  uosabia

wszystko, czym powinien być przyjaciel, to sprzymierzeniec i zausznik, pożyczy pieniądze,
udzieli rady, lojalny i tak dalej, ale dla kobiety jest piekłem. Prawdziwym żywym piekłem.
Im bardziej kobieta się do niego zbliża, tym wyraźniej on widzi, że nie jest jednym z jego
kolegów.  I  tym  straszniejsze  staje  się  to  dla  niej.  To  Keith.  Za  takiego  mężczyznę  chcesz
wyjść za mąż.

Za takiego mężczyznę wychodzi za mąż.
Stał się dojmującą obecnością. Po pokojach snuło się poczucie, że jest ktoś zasługujący

na  pełną  szacunku  uwagę.  Jeszcze  nie  całkiem  odzyskał  ciało.  Nawet  program  ćwiczeń,
które  wykonywał  po  zabiegu  nadgarstka,  wydawał  się  odrobinę  stonowany,  cztery  razy
dziennie,  dziwny  zestaw  ruchów  rozciągających  i  zgięć,  które  przypominały  modlitwy  w
jakiejś odległej krainie na północy, pośród uciskanego narodu, z regularnym stosowaniem
lodu.  Spędzał  czas  z  Justinem,  zaprowadzał  go  do  szkoły  i  odbierał,  pomagał  przy
odrabianiu lekcji. Przez jakiś czas nosił szynę, potem przestał. Brał chłopca do parku, żeby
pograć w baseball. Justin mógł przez cały dzień rzucać piłką i był absolutnie, niespożycie
szczęśliwy,  nieskalany  grzechem,  niczyim,  od  wieków.  Rzuć  i  łap.  Patrzyła  na  nich  na
boisku, niedaleko muzeum, w zachodzącym słońcu. Gdy Keith wykonywał sztuczkę prawą
ręką, tą zdrową, podrzucając piłkę na wierzch dłoni, potem wykonując gwałtowny ruch do
przodu, żeby nadać piłce wsteczną rotację, wzdłuż przedramienia, wreszcie posyłając ją w
powietrze  uderzeniem  łokcia  i  łapiąc  bekhendem,  widziała  mężczyznę,  którego  nigdy
wcześniej nie znała.

W drodze na Sto Szesnastą podjechała do gabinetu Harolda Aptera przy Osiemdziesiątych
Wschodnich.  Odwiedzała  go  czasem,  żeby  podrzucić  kserokopie  wypracowań  członków
jej  grupy  i  porozmawiać  ogólnie  o  ich  sytuacji.  Tutaj  właśnie  doktor  Apter  przyjmował
pacjentów cierpiących na chorobę Alzheimera i inne.

Był niewysokim mężczyzną o kędzierzawych włosach, który wydawał się stworzony do

mówienia zabawnych rzeczy, ale nigdy tego nie robił. Porozmawiali o gaśnięciu Rosellen
S., wyniosłości Curtisa B. Powiedziała mu, że chciałaby zwiększyć częstotliwość spotkań
do dwóch tygodniowo. Odparł, że to byłby błąd.

–  Od  tej  chwili,  rozumiesz,  to  wszystko  dotyczy  straty.  Mamy  tutaj  nieuchronnie  do

background image

czynienia z malejącym odzewem. Ich sytuacja będzie się stawała coraz bardziej delikatna.
Między  tymi  spotkaniami  musi  być  przestrzeń.  Nie  chcemy,  by  poczuli,  że  zachodzi  pilna
konieczność, by pisali o wszystkim i o wszystkim mówili, zanim będzie za późno. Chcemy,
żeby wyczekiwali tych spotkań, a nie żeby się czuli naciskani albo zagrożeni. Do pewnego
stopnia pisanie to słodka muzyka. Potem co innego stanie się ważniejsze.

Spojrzał na nią bacznie.
– Mówię ci bardzo prostą rzecz. To jest dla nich.
– Jak mam to rozumieć?
– To jest ich – odparł. – Nie przywłaszczaj sobie tego.

Pisali o samolotach. Pisali o tym, gdzie byli, kiedy to się stało. Pisali o ludziach, których
znali i którzy byli wtedy w wieżach albo w pobliżu, i jeszcze pisali o Bogu.

Jak Bóg mógł na to pozwolić? Gdzie był, kiedy to się stało?
Benny T. cieszył się, że jest niewierzący, bo po tym straciłby wiarę.
Jest mi bliżej do Boga niż kiedykolwiek, napisała Rosellen.
To diabeł. To piekło. Cały ten ogień i ból. Bóg się nie liczy. To piekło.
Omar H. bał się wychodzić na ulicę w pierwszych dniach po tym. Myślał, że ludzie mu

się przyglądają.

Nie widziałam, żeby trzymali się za ręce. Chciałam to zobaczyć, napisała Rosellen.
Carmen  G.  chciała  wiedzieć,  czy  wszystko  to,  co  nam  się  przydarza,  jest  nieuchronnie

częścią Bożego zamysłu.

Jest mi bliżej do Boga niż kiedykolwiek, jest bliżej, będzie bliżej.
Eugene A., przychodzący rzadko, napisał, że Bóg wie to, czego my nie wiemy.
Popiół i kości. Tyle zostało z Bożego zamysłu.
Ale kiedy wieże runęły, napisał Omar.
Ciągle słyszę, że trzymali się za ręce, gdy skakali.
Skoro  Bóg  na  to  pozwolił,  na  te  samoloty,  to  czy  sprawił  też,  że  zacięłam  się  w  palec

dziś rano, kiedy kroiłam chleb?

Pisali,  a  potem  czytali  to,  co  napisali,  każdy  po  kolei,  i  były  uwagi,  wymiany  zdań,  a

później monologi.

– Pokaż nam ten palec – powiedział Benny. – Chcemy go pocałować.
Lianne  zachęcała  ich,  żeby  się  wypowiadali  i  dyskutowali.  Chciała  usłyszeć  wszystko,

wszystko,  co  każdy  mówił,  zwykłe  rzeczy  i  nagie  wyznania  wiary,  i  głębię  uczuć,
namiętność,  która  nasycała  pokój.  Potrzebowała  tych  mężczyzn  i  kobiet.  Słowa  doktora
Aptera zaniepokoiły ją, bo zawierały prawdę. Potrzebowała tych ludzi. Możliwe, że grupa
znaczyła dla niej więcej niż dla samych jej członków. Znajdowało się tutaj coś cennego, co
się przesącza i krwawi. Ci ludzie byli żywym tchnieniem tego, co doprowadziło do śmierci
jej ojca.

– Gdy Bóg mówi, że coś ma się stać, to się staje.

background image

– Po tym to ja już Boga nie szanuję.
– Siadamy i słuchamy, a Bóg nam mówi albo nie.
– Szedłem ulicą do fryzjera. I ktoś nadbiegł.
–  Akurat  siedziałem  na  sraczu.  Byłem  potem  na  siebie  zły.  Ludzie  pytają,  gdzie  byłeś,

kiedy to się stało. Nie mówię, gdzie byłem.

– Ale nam nie omieszkałeś powiedzieć. To piękne, Benny.
Przerywali sobie, gestykulowali, zmieniali temat, mówili jeden przez drugiego, zamykali

oczy  w  zadumie  albo  z  zakłopotania,  albo  w  trakcie  ponurego  odtwarzania  samego
wydarzenia.

– A ludzie, których Bóg ocalił? Czy są lepsi od tych, którzy zginęli?
– Nie do nas należy pytać o to. My nie pytamy.
– W Afryce umierają miliony dzieci i nie możemy pytać.
–  Myślałam,  że  to  wojna  –  powiedziała  Anna.  –  Myślałam,  że  to  wojna.  Zostałam  w

domu i zapaliłam świeczkę. To Chińczycy, powiedziała moja siostra, bo ona nigdy im nie
ufała, z tą bombą.

Lianne  zmagała  się  z  ideą  Boga.  Nauczono  ją  wierzyć,  że  religia  czyni  ludzi  uległymi.

Oto  cel  religii,  sprowadzić  nas  z  powrotem  do  poziomu  dziecka.  Strach  i  pokora,
powiedziała  matka.  Dlatego  właśnie  religia  przemawia  tak  donośnie  w  prawodawstwie,
rytuałach  i  karaniu.  Ale  przemawia  też  pięknie,  inspirując  muzykę  i  sztukę,  podnosząc
świadomość u jednych, obniżając ją u innych. Ludzie wpadają w trans, dosłownie rzucają
się  na  ziemię,  czołgają  przez  długie  dystanse  albo  maszerują  w  tłumie,  dźgając  się  i
chłoszcząc.  A  inni,  czyli  reszta  z  nas,  może  bujamy  się  delikatniej,  powiązani  z  czymś
głębokim  w  duszy.  Przemożnym  i  pięknym,  powiedziała  matka.  Chcemy  przekraczać
ograniczenia, chcemy wyjść poza gorset bezpiecznego rozumowania, a czy jest na to lepszy
sposób niż kreacja?

Eugene  A.  miał  siedemdziesiąt  siedem  lat,  włosy  pociągnięte  żelem  i  postawione  w

czub, w uchu kolczyk.

– Akurat raz w życiu szorowałem zlew, gdy nagle dzwoni telefon – powiedział. – Moja

eks, z którą nie rozmawiałem z siedemnaście lat, nawet nie wiem, że żyje, dzwoni skądś,
nie potrafię wymówić tej nazwy, gdzieś na Florydzie. Pytam, o co chodzi. Ona mówi, że o
nic. Ten sam obcesowy ton. Mówi mi, żebym włączył telewizor.

– Ja musiałem oglądać u sąsiada – rzekł Omar.
–  Przez  siedemnaście  lat  ani  znaku  życia.  Widzicie,  co  musi  się  stać,  żeby  wreszcie

przyszło jej do łba, żeby do mnie zadzwonić? Włącz telewizor, mówi mi.

Trwały rozmowy na krzyż.
– Nie wybaczę Bogu tego, co zrobił.
– Jak wytłumaczyć dziecku, którego matka albo ojciec...?
– Dzieci się okłamuje.
– Chciałam to zobaczyć, chciałam zobaczyć tych, którzy trzymali się za ręce.
– Jak widzisz, że coś się dzieje, to ma to być rzeczywistość.

background image

– Ale Bóg. Czy Bóg to zrobił, czy nie?
– Patrzysz na to. Ale to się nie dzieje naprawdę.
– On robi takie wielkie rzeczy – rzekł Curtis B. – Żeby wstrząsnąć światem.
–  Powiedziałbym  komuś  takiemu,  że  przynajmniej  nie  umarł  z  rurką  w  żołądku  albo

nosząc worek na odchody.

– Popiół i kości.
– Jest mi bliżej do Boga, ja to wiem, my to wiemy i oni wiedzą.
– To nasz pokój modlitwy – stwierdził Omar.
Nikt nie napisał słowa o terrorystach. I nikt nie mówił o terrorystach w trakcie rozmów,

które  nastąpiły  po  czytaniu.  Próbowała  ich  skłonić.  Na  pewno  jest  coś,  co  chcielibyście
powiedzieć,  wyrazić  jakieś  uczucia,  przecież  dziewiętnastu  mężczyzn  przyjechało  tutaj,
żeby nas pozabijać.

Czekała,  nie  wiedząc,  co  właściwie  chce  usłyszeć.  I  wtedy  Anna  C.  wspomniała  o

mężczyźnie, którego znała, strażaku zaginionym w jednej z wież.

Przez cały czas Anna była lekko wycofana, wtrąciła się tylko raz albo dwa, rzeczowo.

Siedząc  ciężko,  plackiem,  na  chybotliwym  rozkładanym  krześle,  zaczęła  teraz
gestykulować, aby pomóc sobie w opowieści, i nikt już nie przerywał.

–  Jeśli  dostanie  zawału,  to  będzie  jego  wina.  Obżera  się,  za  dużo,  nie  ćwiczy,  zero

zdrowego  rozsądku.  Tak  powiedziałam  jego  żonie.  Albo  umrze  na  raka.  Palił,  nie  mógł
przestać. Taki był Mike. Jeśli to będzie rak, będzie to rak płuc, i to będzie wyłącznie jego
wina. Ale to, co się stało, jest o wiele za duże, jakby gdzieś na zewnątrz, po drugiej stronie
świata.  Nie  można  dopaść  tych  ludzi  ani  nawet  zobaczyć  ich  na  zdjęciach  w  gazecie.
Widzisz ich twarze, ale co to oznacza? Obrzucanie ich wyzwiskami nic nie znaczy. Lubię
obrzucać wyzwiskami, odkąd się urodziłam. Ale czy teraz wiem, jak ich nazwać?

Lianne domyślała się, co to jest. To była odpowiedź zdefiniowana w kategoriach zemsty,

i  przyjęła  to  z  zadowoleniem,  małe  intymne  życzenie,  jakkolwiek  bezużyteczne  podczas
burzy piekielnej.

–  Jak  zginie  w  wypadku  samochodowym  albo  przechodząc  przez  ulicę,  bo  go  potrąci

samochód, to można taką osobę tysiąc razy zabić we własnym umyśle, tego kierowcę. Tak z
ręką na sercu, nie możemy zrobić tego naprawdę, bo nie mamy możliwości, ale możemy o
tym  pomyśleć,  możemy  to  zobaczyć  we  własnej  głowie  i  czerpać  z  tego  jakąś  pociechę.
Ale teraz, z tymi ludźmi, nie możemy nawet o tym pomyśleć. Nie wiadomo, co robić. Bo
oni są miliony kilometrów od naszego życia. A poza tym nie żyją.

Była religia i był Bóg. Lianne chciała nie wierzyć. Niewiara to wędrówka prowadząca

do jasności myśli i celu. A może to kolejna forma zabobonu? Chciała pokładać ufność w
siłach  i  procesach  świata  naturalnego,  tylko  w  tym,  w  dostrzegalnej  rzeczywistości  i
naukowym wysiłku, mężczyźni i kobiety sami na tej planecie. Zdawała sobie sprawę, że nie
ma konfliktu pomiędzy nauką a Bogiem. Transakcja wiązana. Ale nie chciała tej transakcji.
Byli uczeni i filozofowie, o których dowiadywała się w szkole, książki, które czytała jako
ekscytujące  ekspedycje,  osobiste,  od  których  czasem  aż  drżała,  i  była  uświęcona  sztuka,

background image

którą zawsze kochała. Wątpiący stworzyli to dzieło i gorliwi wyznawcy, a także ci, którzy
najpierw  wątpili,  a  potem  wierzyli,  i  wolno  jej  było  myśleć,  wątpić  i  wierzyć
jednocześnie. Ale nie chciała. Bóg ją przytłoczy, odbierze jej siły. Bóg byłby obecnością,
która  pozostałaby  niewyobrażalna.  A  ona  chciała  tylko  tego,  chciała  wywąchać  tętno  tej
chwiejnej wiary, którą miała przez większość swego życia.

Zaczął  wnikać  myślą  w  dzień,  w  minutę.  Działo  się  tak  dlatego,  że  był  tutaj,  sam  w
przeciągu  czasu,  z  dala  od  rutynowych  bodźców,  wszystkich  tych  zlewających  się  form
biurowego dyskursu. Rzeczy wydawały się nieruchome, wyraźniejsze dla oka, osobliwie,
w  sposób,  którego  nie  rozumiał.  Zaczynał  widzieć,  co  robi.  Zauważał  rzeczy,  wszystkie
drobne  ulatujące  przebłyski  dnia  i  minuty,  jak  liże  kciuk,  podnosi  na  nim  okruch  chleba  z
talerza  i  wkłada  gnuśnie  do  ust.  Tyle  że  to  już  nie  było  gnuśne.  Nic  nie  wydawało  się
swojskie, gdy był tutaj, znowu w rodzinie, i czuł się dziwnie ze sobą, a może zawsze tak
się czuł, ale teraz było inaczej, bo patrzył.

Były  spacery  z  Justinem  do  szkoły  i  z  powrotem  do  domu,  w  pojedynkę,  albo  dokądś

indziej, po prostu chodzenie, a potem odbierał chłopca po lekcjach i znów w domu. W tych
porach zawierało się poskromione rozradowanie, uczucie niemalże ukryte, coś, co znał, ale
ledwo, szept samodemaskacji.

Chłopiec próbował mówić wyłącznie monosylabami, przez długie okresy. Robili tak w

klasie,  poważna  gra  mająca  nauczyć  dzieci  czegoś  o  strukturze  słów  i  dyscyplinie
niezbędnej do klarownego formułowania myśli. Lianne powiedziała, półżartem, że to brzmi
totalitarnie.

–  Pomaga  mi  zwolnić,  gdy  myślę  –  rzekł  Justin  do  ojca  i  dodał,  mierząc  każde  słowo,

licząc sylaby: – Myśl, po niej myśl, po niej myśl.

Keith  też  zwolnił,  zagłębiał  się  w  siebie.  Dawniej  pragnął  uciekać  od

samoświadomości, dzień i noc, być ciałem w surowym ruchu. Teraz przyłapuje się na tym,
że popada w długie chwile refleksji, nie myśląc za pomocą czystych elementów, wyraźnych
i powiązanych, lecz wchłaniając to, co nadchodzi, wyciągając rzeczy z czasu i pamięci w
jakąś zamgloną przestrzeń, która nosi jego nagromadzone przeżycia. Albo stoi i patrzy. Stoi
przy  oknie  i  obserwuje,  co  się  dzieje  na  ulicy.  Zawsze  coś  się  wydarzy,  nawet  w
najspokojniejszy dzień i o późnej porze, jeśli postoisz chwilę i popatrzysz.

Pomyślał o czymś znikąd, o wyrażeniu, „organiczny szrapnel”. Brzmiało znajomo, ale nic

dla  niego  nie  znaczyło.  A  potem  zobaczył  naprzeciwko  samochód  zaparkowany  obok
drugiego i pomyślał o czymś innym, a później jeszcze o czymś.

Były  spacery  do  szkoły  i  z  powrotem,  posiłki,  które  gotował,  co  robił  rzadko  przez

ostatnie  półtora  roku,  bo  czuł  się  wtedy  jak  ostatni  żyjący  człowiek,  rozbijając  jaja  na
kolację. Był park, najrozmaitsza pogoda i kobieta, która mieszkała naprzeciw parku. Ale to
inna sprawa, spacer przez park.

– Czas już iść – powiedział Justin.

background image

Leżała obudzona, środek nocy, oczy zamknięte, rozpędzone myśli, czując napierający czas i
zagrożenie, jakby pulsację w głowie.

Czytała wszystko, co pisano o atakach.
Rozmyślała  o  ojcu.  Zobaczyła  go  zjeżdżającego  ruchomymi  schodami,  być  może  na

lotnisku.

Keith  przestał  się  golić  od  jakiegoś  czasu,  cokolwiek  to  znaczy.  Wydawało  się,  że

wszystko  coś  znaczy.  Ich  życie  znajdowało  się  na  etapie  przejściowym  i  poszukiwała
znaków. Nawet jeśli w danej chwili była ledwo świadoma jakiegoś zdarzenia, powracało
później w myślach, z dodanym znaczeniem, w przypływach bezsenności trwających minuty
albo godziny, nie wiedziała jak długo.

Mieszkali na ostatnim piętrze kamienicy z czerwonej cegły, cztery kondygnacje, i teraz,

w  ostatnich  dniach,  gdy  schodziła  na  dół,  często  słyszała  muzykę,  zawodzącą,  lutnie  i
tamburyny i czasem skandujące głosy, napływała z mieszkania na drugim piętrze, ciągle ta
sama płyta kompaktowa, pomyślała, grana na okrągło, i zaczynało ją to złościć.

Czytała relacje w gazetach, aż wreszcie zmusiła się, żeby przestać.
Ale było też zwyczajnie. Było tak zwyczajnie, jak zwyczajnie było zawsze.
Tamto  mieszkanie  zajmowała  kobieta  o  imieniu  Elena.  Może  Elena  jest  Greczynką,

pomyślała.  Ale  muzyka  nie  była  grecka.  Lianne  słyszała  inne  korzenie,  bliskowschodnie,
północnoafrykańskie, być może pieśni Beduinów albo tańce sufich, muzykę umiejscowioną
w tradycji islamu, i pomyślała, że zapuka do drzwi i coś jej powie.

Powtarzała  ludziom,  że  chce  wyjechać  z  miasta.  Wiedzieli,  że  nie  mówi  poważnie,  i

dawali temu wyraz, i trochę ich nienawidziła, i własnej przejrzystości, i tej małej paniki,
która sprawiała, że chwile na jawie przypominały czasem te gorączkowe błąkaniny nocną
porą, wciąż rozpędzone myśli.

Pomyślała o swoim ojcu. Nosiła jego nazwisko. Nazywała się Lianne Glenn. Ojciec był

tradycyjnym niepraktykującym katolikiem, zwolennikiem łacińskiej mszy – pod warunkiem
że  nie  musiał  wysłuchać  całej  w  kościele.  Nie  czynił  różnicy  między  katolikami  i
niepraktykującymi  katolikami.  Liczyła  się  tylko  tradycja,  ale  nie  w  jego  pracy,  tam  nigdy,
nie  w  projektach  domów  i  innych  budowli,  przeważnie  usytuowanych  w  odległych
okolicach.

Pomyślała,  że  mogłaby  przyjąć  pozę  fałszywej  grzeczności,  jako  taktykę,  jako  sposób

odpowiedzi obrazą na obrazę. Słyszą to głównie na schodach, powiedział Keith, w drodze
na górę i na dół, poza tym to tylko muzyka, więc lepiej dajmy spokój.

Nie byli właścicielami, tylko wynajmowali, jak ludzie w średniowieczu.
Chciała  zapukać  do  drzwi  i  powiedzieć  coś  Elenie.  Spytać,  jaki  to  ma  sens.  Przyjąć

określoną postawę. Już samo to byłoby odwetem. Spytać, dlaczego gra taką muzykę w tej
wysoce drażliwej sytuacji. Użyć języka zatroskanej współlokatorki.

Czytała w gazetach sylwetki zabitych.
Kiedy  była  dziewczynką,  chciała  być  swoją  matką,  ojcem,  niektórymi  koleżankami  ze

szkoły,  jedną  albo  drugą,  tymi,  które  zdawały  się  poruszać  ze  szczególną  swobodą,  które

background image

mówiły  słowa  niemające  znaczenia  poza  tym,  jak  zostały  wypowiedziane,  lekko,  jak  lot
ptaka.  Spała  z  jedną  z  tych  koleżanek,  dotykały  się  trochę,  raz  nawet  pocałowały,  i
pomyślała o tym jak o śnie, z którego przebudzi się w umyśle i ciele drugiej dziewczyny.

Zapukaj do drzwi. Powiedz o hałasie. Nie nazywaj tego muzyką, tylko hałasem.
To  są  ci,  którzy  myślą  tak  samo,  mówią  to  samo,  jedzą  to  samo  o  tej  samej  porze.

Wiedziała,  że  to  nieprawda.  Odmawiają  te  same  modlitwy,  słowo  w  słowo,  w  tej  samej
modlitewnej postawie, dzień i noc, podążając za ruchem Słońca i Księżyca.

Musi teraz zasnąć. Musi powstrzymać hałas we własnej głowie, przekręcić się na prawy

bok, do męża, wciągnąć w płuca jego oddech i zasnąć jego snem.

Elena  była  kierowniczką  w  biurze  albo  restauracji,  rozwiedziona,  mieszkała  z  dużym

psem i kto wie co jeszcze.

Lubiła  jego  zarost,  zarost  był  w  porządku,  ale  niczego  nie  mówiła.  Powiedziała  tylko

jedno,  coś  nieinteresującego,  i  patrzyła,  jak  on  przeciąga  kciukiem  po  szczecinie,
zaznaczając jej obecność dla samego siebie.

Wyjechać  z  miasta?  –  pytali.  Po  co?  Dokąd?  To  był  lokalnie  wyszlifowany,

kosmocentryczny  idiom  Nowego  Jorku,  donośny  i  bezceremonialny,  ale  czuła  go  w  sercu
tak samo mocno jak oni.

Zrób to. Zapukaj do drzwi. Przyjmij pozę. Wspomnij o hałasie jako o hałasie. Zapukaj,

powiedz  o  hałasie,  przyjmij  pozę  otwartej  grzeczności  i  opanowania,  wykonaj  parodię
kulturalnego współlokatora, która dla każdego innego lokatora jest oczywista, i spokojnie
wspomnij  o  hałasie.  Ale  powiedz  o  hałasie  tylko  jako  o  hałasie.  Zapukaj  do  drzwi,
powiedz o hałasie, przyjmij pozę pełną uprzejmości i opanowania, jawnie nieszczerą, i nie
napomykaj  o  tym,  że  w  podtekście  muzyka  jest  wypowiedzią  o  charakterze  religijnym  i
politycznym,  zwłaszcza  w  tym  czasie.  Stopniowo  przybieraj  język  zasmuconej  lokatorki.
Spytaj, czy ona wynajmuje, czy jest właścicielką.

Odwróciła się na prawy bok, do męża, i otworzyła oczy.
Myśli znikąd, zewsząd, kogoś obcego.
Otworzyła  oczy  i  była  zaskoczona,  nawet  teraz,  że  widzi  go  tutaj  w  łóżku,  obok,  cicha

niespodzianka  tym  razem,  piętnaście  dni  po  samolotach.  Kochali  się  tej  nocy,  wcześniej,
nie  była  pewna  kiedy,  dwie,  trzy  godziny  temu.  Zachowała  się  gdzieś  tutaj,  ta  otwartość
leżących  ciał,  a  także  czasu,  jedyna  przerwa  w  tych  dniach  i  nocach,  która  była
niewymuszona, niezniekształcona, nieograniczona naporem zdarzeń. To był najczulszy seks,
jakiego  z  nim  zaznała.  W  kąciku  ust  poczuła  odrobinę  śliny,  w  części  wciśniętej  w
poduszkę,  i  patrzyła  na  niego,  leżącego  na  wznak,  wyraźny  profil  głowy  na  tle  bladej
poświaty z latarni ulicznej.

To  określenie  zawsze  ją  peszyło.  Mój  mąż.  Nie  był  mężem.  Słowo  „małżonek”

wydawało się w odniesieniu do niego komiczne, a „mąż” po prostu nie pasowało. Był kimś
innym gdzie indziej. Lecz teraz ona używa tego określenia. Wierzy, że on dorasta do niego,
do męża, choć wiedziała, że dawniej to słowo znaczyło coś innego.

To jest już w powietrzu, w ciałach młodych łudzi i w tym, co nadejdzie potem.

background image

W  tej  muzyce  zdarzały  się  chwile  brzmiące  jak  wymuszone  oddychanie.  Usłyszała  to

jednego  dnia  na  schodach,  interwał  wypełniony  oddechem  mężczyzn  w  naglącym  rytmie,
liturgia  wdechów  i  wydechów,  kiedy  indziej  inne  głosy,  transowe,  głosy  recytujące,
kobiety  w  dewocyjnym  lamencie,  zmieszane  wiejskie  głosy  dochodzące  zza  brzmienia
ręcznych bębenków i klaskania.

Patrzyła  na  swojego  męża,  twarz  pozbawiona  wyrazu,  neutralna,  niewiele  się  różniąca

od oblicza na jawie.

No  dobrze,  muzyka  jest  piękna,  ale  dlaczego  akurat  teraz,  jaki  to  ma  sens,  i  jak  się

nazywa ten instrument podobny do lutni, na którym gra się orlim piórem.

Wyciągnęła rękę do jego bijącej piersi.
Pora wreszcie zasnąć, podążając za ruchem Słońca i Księżyca.

Wróciła z porannego biegania i stała spocona przy oknie w kuchni, pijąc wodę z litrowej
butelki i patrząc, jak Keith je śniadanie.

– Jesteś jedną z tych szalonych kobiet, które biegają po ulicach. Biegaj dokoła jeziorka.
– Uważasz, że wyglądamy bardziej zwariowanie niż mężczyźni.
– Tylko na ulicach.
–  Lubię  ulice.  O  tej  porze  rano  w  mieście  jest  coś  szczególnego,  tam  przy  rzece,  ulice

prawie puste, samochody śmigające po Drive.

– Oddychaj głęboko.
– Lubię biec obok samochodów po Drive.
– Bierz głębokie wdechy – powiedział. – Żeby spaliny wtłoczyły ci się do płuc.
– Lubię spaliny. Lubię bryzę od rzeki.
– Biegaj nago.
– Jak ty będziesz biegać nago, to ja też.
– Będę, jeśli mały będzie – odparł.
Justin  był  w  swoim  pokoju,  sobota,  nanosił  ostatnie  retusze,  ostatnie  pociągnięcia

kolorem,  na  portret  swojej  babci,  wykonany  kredkami.  Albo  to,  albo  rysował  ptaka  do
szkoły, a to jej o czymś przypomniało.

– Chodzi z lornetką do Rodzeństwa. Wiesz może po co?
– Obserwują niebo.
– Po co?
– Wypatrują samolotów. Jedno z nich, chyba ta dziewczynka...
– Katie.
– Katie twierdzi, że widziała samolot, który uderzył w pierwszą wieżę. Mówi, że była w

domu,  zwolniona  ze  szkoły,  bo  zachorowała,  i  akurat  stała  przy  oknie,  kiedy  samolot
przeleciał.

Blok, w którym mieszkało Rodzeństwo, zwany był przez niektórych Godzilla Apartments

albo  po  prostu  Godzilla.  Miał  ze  czterdzieści  pięter,  w  otoczeniu  miejskich  domów  i

background image

innych  niewysokich  budynków,  i  tworzył  własne  warunki  pogodowe,  z  silnymi  prądami
powietrznymi gnającymi niekiedy po fasadzie i przewracającymi starsze osoby na chodnik.

– Zwolniona ze szkoły z powodu choroby. Mam w to uwierzyć?
– Mieszkają chyba na dwudziestym siódmym piętrze – powiedział.
– I patrzą na zachód nad parkiem. Przynajmniej to jest prawdą.
– Czy samolot przeleciał nad parkiem?
–  Może  nad  parkiem,  może  nad  rzeką  –  odparła.  –  Może  była  w  domu,  chora,  albo  to

zmyśliła.

– Tak czy owak.
– Tak czy owak, mówisz, że oni wypatrują kolejnych samolotów.
– Czekają, żeby to się znowu stało.
– To mnie przeraża – rzekła.
– Tym razem z lornetką, żeby móc wypatrzyć.
– To mnie piekielnie przeraża. Boże, w tym jest coś okropnego. Cholerne dzieciaki z tą

ich cholerną pokręconą wyobraźnią.

Podeszła  do  stołu  i  wzięła  truskawkę  z  jego  miski  z  płatkami.  Potem  usiadła

naprzeciwko, żując i rozmyślając.

Wreszcie powiedziała:
– Z Justina udało mi się wyciągnąć tylko to, że wieże nie runęły.
– Ja mu powiedziałem, że runęły – rzekł.
– Ja też.
– On mówi, że zostały trafione, ale nie runęły.
–  Nie  widział  tego  w  telewizji.  Nie  chciałam,  żeby  widział.  Ale  powiedziałam  mu,  że

upadły. Wydawało mi się, że dotarło to do niego. Ale w sumie to nie wiem.

– Wie, że runęły, bez względu na to, co mówi.
– Na pewno wie, prawda? I wie, że tam byłeś.
– Rozmawialiśmy o tym – odparł Keith. – Ale tylko raz.
– I co mówił?
– Niewiele. Ja zresztą też.
– Obserwują niebo.
– Owszem.
Zdawała  sobie  sprawę,  że  chce  coś  powiedzieć  od  samego  początku,  i  wreszcie  to  się

odcedziło w wyrażalną świadomość.

– Czy on coś ci mówił o tym człowieku o nazwisku Bill Lawton?
– Tylko raz. Nie wolno mu o tym mówić.
– Matka tamtych dwojga wspomniała o tym człowieku. Ciągle zapominam, żeby ci o tym

powiedzieć.  Zawsze  zapominam  to  nazwisko.  Bo  zapominam  proste  nazwiska.  A  kiedy
sobie przypomnę, to ciebie akurat nie ma.

–  Małemu  się  wyrwało.  To  nazwisko  mu  się  wypsnęło.  Powiedział,  że  samoloty  to

tajemnica.  Nie  wolno  mi  nikomu  mówić  o  tym,  że  we  troje  obserwują  niebo  z

background image

dwudziestego siódmego piętra. Ale przede wszystkim powiedział mi, że nie wolno mówić
o Billu Lawtonie. I wtedy uświadomił sobie, co zrobił. Ze się wygadał. Chciał, żebym mu
obiecał, drugi raz, trzeci. Że nikomu nie powiem. Nikt nie może się dowiedzieć.

– Nawet jego matka, która wydała go na świat po czteroipółgodzinnym porodzie pełnym

bólu i krwi. Dlatego właśnie kobiety biegają po ulicach.

– Amen. Ale chodzi o to, że ten drugi dzieciak, ten mały brat...
– Robert.
–  To  nazwisko  wzięło  się  od  Roberta.  Tyle  wiem.  Reszty  się  tylko  domyślam.  Robert

chyba wierzy, że usłyszał to nazwisko w szkole, telewizji czy gdziekolwiek. Może usłyszał
tylko  raz,  może  się  przesłyszał,  w  każdym  razie  potem  nałożył  tę  swoją  wersję  na  nowe
sytuacje. Innymi słowy, nigdy nie skonfrontował tego, co niby usłyszał, z tym, co mówiono.

– A co usłyszał?
– Słyszał, że mówią Bill Lawton. A mówili bin Laden.
Lianne  się  zamyśliła.  W  pierwszej  chwili  wydało  się  jej,  że  w  brzmieniu  słów

przetworzonych  błędnie  przez  małego  chłopca  zawarte  jest  jakieś  istotne  znaczenie.
Spojrzała  na  Keitha,  szukając  u  niego  jednomyślności,  czegoś,  co  pomogłoby  jej
przytrzymać własne ulotne poczucie grozy. Wzruszył ramionami, przeżuwając jedzenie.

– A więc razem stworzyli mit o Billu Lawtonie – powiedział.
– Katie na pewno zna właściwe nazwisko. Jest za mądra. Prawdopodobnie podtrzymuje

to drugie w obiegu właśnie dlatego, że jest niewłaściwe.

– Na tym to chyba polega. Na tym chyba polega mit.
– Bill Lawton.
–  Wypatrują  Billa  Lawtona  na  niebie.  Powiedział  mi  jeszcze  parę  rzeczy,  zanim  się

zreflektował.

– Jedno mi się w tym podoba. Że rozwikłałam zagadkę wcześniej niż Isabel.
– Kim jest Isabel?
– To matka Rodzeństwa.
– A jej poród pełen krwi i bólu?
Roześmiała się na te słowa. Ale myśl o dzieciach przy oknie, za zamkniętymi drzwiami,

obserwujących niebo, nadal ją niepokoiła.

– Bill Lawton ma długą brodę – powiedział. – I nosi długie szaty. Lata odrzutowcami i

mówi  w  trzynastu  językach,  ale  po  angielsku  wyłącznie  do  swoich  żon.  Co  jeszcze?  Ma
moc zatruwania naszego jedzenia, lecz tylko określonych potraw. Rozwijają listę.

– Oto skutki tego, że chronimy nasze dzieci, trzymając je z dala od wiadomości.
– Tyle że tak naprawdę nie chronimy. Nie bardzo.
– Z dala od masowych morderców.
– Aha, jeszcze chodzi wszędzie boso, ten Bill Lawton.
–  Zabili  twojego  najlepszego  przyjaciela.  To  są  zwykli  pierdoleni  mordercy.  Dwóch

przyjaciół, dwóch przyjaciół.

–  Niedawno  rozmawiałem  z  Demetriusem.  Chyba  nigdy  go  nie  poznałaś.  Pracował  w

background image

drugiej wieży. Wysłali go do kliniki dla poparzonych w Baltimore. Ma tam rodzinę.

Patrzyła na niego.
– Dlaczego ciągle tu jesteś?
Zadała to pytanie tonem najdelikatniejszej ciekawości.
– Zamierzasz zostać? Bo uważam, że powinniśmy o tym porozmawiać. Zapomniałam, jak

się z tobą rozmawia. To jest nasza najdłuższa rozmowa.

– Szło ci z tym lepiej niż innym. Rozmawiaj ze mną. Może to był nasz problem.
–  Chyba  się  tego  oduczyłam.  Bo  tylko  siedzę  tu  i  myślę,  że  mamy  tak  dużo  do

powiedzenia.

–  Nie  mamy.  Kiedyś  mówiliśmy  wszystko,  przez  cały  czas.  Przemiędliliśmy  wszystko,

wszystkie pytania, wszystkie kwestie.

– No tak.
– To nas praktycznie wykończyło.
– No tak. Ale czy to możliwe? Oto moje pytanie. Czy to możliwe, że między nami nie ma

już  konfliktu?  Wiesz,  o  co  mi  chodzi.  O  te  codzienne  tarcia.  O  tę  mobilizację  w  każdym
słowie  i  każdym  oddechu,  w  której  trwaliśmy,  zanim  wreszcie  doszło  do  rozstania.  Czy
możliwe, że mamy to już za sobą? Nie potrzebujemy już tego. Możemy bez tego żyć. Mam
rację?

– Jesteśmy gotowi osunąć się w nasze małe życie – powiedział.

background image

 

PRZY MARIENSTRASSE

Stali  w  wejściu,  patrząc  na  padający  zimny  deszcz,  młodszy  i  starszy  mężczyzna,  po
wieczornych  modłach.  Po  chodniku  ślizgały  się  gnane  wiatrem  śmiecie  i  Hammad  stulił
dłonie  przy  ustach  i  chuchnął  sześć  albo  siedem  razy,  powoli,  z  namysłem,  czując  szept
ciepłego oddechu na palcach. Obok przejechała kobieta na rowerze. Skrzyżował teraz ręce
na piersi, zagnieżdżając dłonie pod pachami, słuchając opowieści starszego mężczyzny.

Tamten  był  strzelcem  nad  Szatt  al-Arab,  piętnaście  lat  temu,  i  patrzył,  jak  nadchodzą

błotnistą równiną, tysiące krzyczących chłopców. Niektórzy mieli karabiny, większość nie,
a  broń  prawie  przygniatała  tych  mniejszych,  kałasznikowy,  za  ciężkie,  żeby  nieść  daleko.
Był żołnierzem w armii Saddama, należał do męczenników Allacha, gotowych tam polec.
Wydawało się, że tamci wyłaniają się z mokrej ziemi, fala za falą, więc mierzył i strzelał, i
patrzył,  jak  padają.  Po  obu  jego  stronach  znajdowały  się  stanowiska  karabinów
maszynowych i ostrzał tak się nasilił, że zaczął myśleć, iż oddycha rozpalonym do białości
żelazem.

Hammad słabo znał tego człowieka, tutejszego piekarza, w Hamburgu już z dziesięć lat.

Modlili  się  w  tym  samym  meczecie,  tyle  wiedział,  na  drugim  piętrze  rudery  o  murach
pomazanych graffiti, a wokół wałęsały się miejscowe kurwy.

Chłopcy  nacierali  i  padali  od  kul  z  karabinów  maszynowych.  Po  pewnym  czasie

mężczyzna  zorientował  się,  że  nie  ma  sensu  dłużej  strzelać,  nie  dla  niego.  Choć  to
Irańczycy,  szyici,  heretycy,  to  nie  dla  niego  patrzeć,  jak  przeskakują  dymiące  ciała
własnych  braci,  niosąc  swoje  dusze  w  rękach.  Zrozumiał  jeszcze,  że  to  była  taktyka
wojskowa,  dziesięć  tysięcy  chłopców  ziszczających  chwałę  samoofiary,  aby  odciągnąć
irackie oddziały i sprzęt od prawdziwej armii, gromadzącej się za linią frontu.

Większością krajów rządzą szaleńcy, rzekł.
A potem powiedział, że żal mu było podwójnie, raz, bo widział śmierć tych chłopców,

wysłanych, żeby detonowali sobą miny przeciwpiechotne, wbiegali pod czołgi i w zaporę
ogniową,  a  dwa,  bo  myślał,  że  zwyciężają,  te  dzieci,  zadając  nam  klęskę  swoim
umieraniem.

Hammad słuchał w milczeniu, czując do niego wdzięczność. Tamten należał do tych, co

nie są jeszcze starzy wiekiem, ale noszą w sobie coś cięższego niż brzemię trudnych lat.

Te  wrzaski  chłopców,  ich  piskliwe  wołania.  Mężczyzna  powiedział,  że  to  właśnie

słyszał na tle odgłosów bitwy. Chłopcy wydawali okrzyk historii, legendy o dawnej klęsce
Shi’a i lojalności żywych wobec tych, którzy polegli i zostali pokonani. Ten okrzyk ciągle
jest  przy  mnie,  powiedział.  Nie  tak  jak  coś,  co  wydarzyło  się  wczoraj,  ale  jak  coś,  co
dzieje się bez przerwy, dzieje się przez tysiąc lat, zawsze rozbrzmiewa w powietrzu.

background image

Hammad stał i kiwał głową. Poczuł chłód w kościach, dokuczliwość mokrych wiatrów i

północnych nocy. Przez chwilę stali w milczeniu, czekając, aż deszcz ustanie, a on wciąż
myślał, że pojawi się inna kobieta na rowerze, ktoś dla oka, mokre włosy, pedałujące nogi.

Wszyscy zapuszczali brody. Jeden z nich nawet powiedział własnemu ojcu, żeby zapuścił
brodę. Do mieszkania przy Marienstrasse przychodzili mężczyźni, jedni z wizytą, inni, żeby
zamieszkać, wchodzili i wychodzili przez cały czas i zapuszczali brody.

Hammad jadł i słuchał, siedząc w kucki. Rozmowa iskrzyła ogniem i światłem, emocje

były zaraźliwe. Przebywali w tym kraju, żeby zdobyć wykształcenie politechniczne, ale w
tych pomieszczeniach mówili tylko o walce. Tutaj wszystko było wypaczone, dwulicowe,
Zachód  przegniły  na  ciele  i  umyśle,  zdeterminowany,  by  zetrzeć  islam  na  okruchy  dla
ptaków.

Studiowali architekturę i inżynierię. Studiowali planowanie przestrzenne, a jeden z nich

obwiniał  Żydów  o  wady  konstrukcyjne.  Żydzi  budują  za  cienkie  ściany,  za  wąskie
przejścia. Żydzi zamontowali w tym mieszkaniu sedes za blisko’ podłogi, w efekcie czego
strumień cieczy opuszczający ciało mężczyzny spada z tak wysoka, że rozlega się donośny
plusk, który słyszą ludzie siedzący w sąsiednim pokoju. Przez cienkie żydowskie ściany.

Hammad nie wiedział, czy to jest śmieszne, prawdziwe czy głupie. Słuchał wszystkiego,

co  mówili,  chłonął.  Był  masywny,  niezgrabny  i  przez  całe  życie  myślał,  że  w  jego  ciele
zamknięta jest jakaś nienazwana energia, zbyt natężona, by ją wypuścić.

Nie  wiedział,  który  z  nich  kazał  swemu  ojcu  zapuścić  brodę.  Powiedz  ojcu,  żeby

zapuścił brodę. Zwykle się tego nie zaleca.

Mężczyzna, który kierował rozmowami, nazywał się Amir, człowiek zacięty, niewysoki,

chudy,  żylasty,  i  zwracał  się  do  Hammada,  mówiąc  prosto  w  twarz.  On  geniusz,  mówili
pozostali, i powiedział im, że człowiek może zostać na zawsze w pokoju, układając plany,
jedząc i śpiąc, nawet modląc się, nawet spiskując, ale w pewnym momencie musi wyjść.
Jeśli  nawet  pomieszczenie  jest  miejscem  modlitwy,  nie  może  w  nim  pozostać  przez  całe
życie. Świat poza miejscem modlitwy to tak samo islam jak sury w Koranie. Islam to walka
z  wrogiem,  wrogiem  bliskim  i  dalekim,  najpierw  Żydzi,  za  te  wszystkie
niesprawiedliwości i krzywdy, a potem Amerykanie.

Potrzebowali  przestrzeni  dla  siebie,  w  meczecie,  w  przenośnym  pokoiku  do  modlitwy  na
uniwersytecie, tutaj, w mieszkaniu przy Marienstrasse.

Przed drzwiami stało kilka par butów. Hammad wszedł, a oni rozmawiali i dyskutowali.

Jeden z nich walczył w Bośni, inny wystrzegał się kontaktu z psami i kobietami.

Oglądali  na  wideo  dżihad  w  innych  krajach  i  Hammad  powiedział  im  o  młodocianych

żołnierzach  biegnących  w  mule,  o  minoskoczkach  niosących  na  szyjach  klucze  do  raju.
Uciszyli  go  spojrzeniami  i  potokiem  słów.  To  się  działo  dawno  temu,  odparli,  a  tamci  to
byli tylko chłopcy, nie warto marnować czasu, żeby pożałować choćby jednego.

background image

Kiedyś późnym wieczorem musiał przejść ponad bratem, postacią skuloną w modlitwie,

idąc do toalety, żeby się brandzlować.

Świat najpierw zmienia się w umyśle człowieka, który chce go zmienić. Nadchodzi czas,
nasza  prawda,  nasz  wstyd,  i  każdy  z  nas  staje  się  drugim,  a  drugi  trzecim,  i  jesteśmy
jednością.

Amir mówił mu prosto w twarz. Jego pełne nazwisko brzmiało Mohamed Mohamed el-

Amir el-Sajed Atta.

Było  poczucie  utraconej  ciągłości  dziejów.  Zbyt  długo  przebywali  w  izolacji.  O  tym

właśnie rozmawiali, o przytłoczeniu przez inne kultury, inną przyszłość, wszechogarniającą
wolę rynków kapitałowych i polityki zagranicznej.

To  mówił  Amir,  jego  umysł  w  wyższych  sferach  niebieskich,  nadając  sens  rzeczom,

wiążąc rzeczy w całość.

Hammad znał kobietę, która była Niemką, Syryjką i kim tam jeszcze, trochę Turczynką.

Miała  ciemne  oczy  i  zwiotczałe  ciało,  które  lubiło  kontakt.  Dreptali  przez  pokój  do  jej
łóżka, gnieździli się, a jej współlokatorka uczyła się angielskiego za drzwiami. Wszystko
toczyło się w ciasnych segmentach miejsca i czasu. Jego sny wydawały się ścieśnione, jak
małe pokoje, niemal nagie, śnione szybko. Czasem grał z dwiema kobietami w prymitywne
gry słowne, wymyślając nonsensowne rymy w czterech łamanych językach.

Nie  znał  nazwy  niemieckiego  urzędu  bezpieczeństwa  w  żadnym  języku.  Niektórzy

mężczyźni przewijający się przez mieszkanie stanowili zagrożenie dla państwa. Przeczytaj
tekst,  wystrzel  z  broni.  Prawdopodobnie  ich  obserwowano,  podsłuchiwano  rozmowy
telefoniczne,  przechwytywano  sygnały.  Zresztą  i  tak  woleli  rozmawiać  twarzą  w  twarz.
Zdawali  sobie  sprawę,  że  wszelkie  sygnały  przesyłane  powietrzem  mogą  być
przechwycone.  Państwo  ma  radary  mikrofalowe.  Państwo  ma  stacje  naziemne  i  latające
satelity,  punkty  wymiany  ruchu  internetowego.  Prowadzi  rozpoznanie  fotograficzne,  może
zrobić zdjęcie gnojaka z wysokości stu kilometrów.

My  obcujemy  ze  sobą  twarzą  w  twarz.  Pojawia  się  mężczyzna  z  Kandaharu,  inny  z

Rijadu.  Obcujemy  bezpośrednio,  w  mieszkaniu  albo  meczecie.  Państwo  ma  światłowody,
ale  potęga  jest  bezradna  wobec  nas.  Im  większa  potęga,  tym  bardziej  bezradna.  My
obcujemy przez oczy, poprzez słowo i patrzenie.

Hammad i dwaj inni poszli odnaleźć jednego mężczyznę przy Reeperbahn. Było późno i

wściekle zimno i wreszcie zobaczyli go, jak wychodzi z domu między przecznicami. Jeden
z  tych  dwóch  zawołał  go  po  imieniu,  potem  drugi.  Tamten  popatrzył  na  nich  i  czekał,  a
Hammad  ruszył  i  uderzył  go  trzy  albo  cztery  razy,  i  mężczyzna  upadł.  Ci  dwaj  podeszli  i
zaczęli  go  kopać.  Hammad  usłyszał,  jak  tamten  ma  na  imię,  dopiero  gdy  krzyknęli,  i  w
ogóle nie wiedział, o co chodzi, czy facet płacił albańskiej kurwie za seks, czy może nie
zapuszczał brody. Bo nie miał brody, zauważył Hammad tuż przed zadaniem ciosu.

background image

Jedli  szaszłyki  w  tureckiej  restauracji.  Pokazał  jej  specyfikację  wymiarową  z  zajęć,  na
których  bez  większego  zapału  uczył  się  rysunku  technicznego.  Gdy  był  z  nią,  czuł  się
inteligentniejszy,  bo  właśnie  to  wydobywała,  zadając  pytania  albo  będąc  po  prostu  sobą,
interesowały ją różne sprawy, w tym jego przyjaciele z meczetu. To oni sprawiali, że był
tajemniczy,  a  ta  okoliczność  rozbudzała  jej  ciekawość.  Współlokatorka  słuchała  w
słuchawkach  spokojnych  głosów  mówiących  po  angielsku.  Hammad  nękał  ją,  pytając  o
lekcje, o słowa i wyrażenia, gramatykę można sobie darować. Był pośpiech, popychająca
go  energia,  która  utrudniała  wybieganie  myślą  poza  daną  minutę.  Pędził  przez  minuty,
czując  przyciąganie  jakiegoś  ogromnego  przyszłego  krajobrazu,  który  się  otwierał,  same
góry i niebo.

Wystawał przed lustrem, patrząc na swoją brodę, wiedząc, że nie wolno mu jej strzyc.
Nabrał lekkiej ochoty na współlokatorkę, kiedy zobaczył ją jadącą rowerem, ale starał

się  nie  przynosić  tej  pożądliwości  do  domu.  Jego  dziewczyna  lgnęła  do  niego  i  popsuli
łóżko. Chciała, żeby poznał całą jej obecność, na wskroś. Jedli falafele zawinięte w pitę i
czasem pragnął się z nią ożenić i mieć dzieci, ale tak było tylko w chwilach, gdy wychodził
od  niej,  czując  się  jak  piłkarz  mknący  przez  boisko  po  strzeleniu  bramki,  w  uniesieniu,  z
rękami rozpostartymi na boki.

Nadchodzi czas.
Mężczyźni  bywali  w  kafejkach  internetowych,  żeby  uczyć  się  o  szkołach  pilotażu  w

Stanach Zjednoczonych. Nikt nie zapukał do ich drzwi w środku nocy, nikt ich nie zatrzymał
na  ulicy  i  nie  kazał  wywrócić  kieszeni  na  lewą  stronę,  nie  zrewidował  w  poszukiwaniu
broni. Ale zdawali sobie sprawę, że islam jest celem ataku.

Amir patrzył na niego, przenikając do dna jaźni. Hammad wiedział, co powie. Jesz przez

cały czas, wpychasz żarcie do ust, jesteś leniwy w modlitwie. Na tym nie koniec. Zadajesz
się  z  bezwstydną  kobietą,  przygniatasz  ją  swoim  ciałem.  Czym  się  różnisz  od  wszystkich
innych, poza naszą przestrzenią?

Kiedy Amir wypowiadał słowa, prosto w twarz, zarażał je sarkazmem.
Czy  mówię  po  chińsku?  Czy  się  jąkam?  Czy  poruszam  ustami,  ale  nie  wydobywają  się

żadne dźwięki?

Hammad  uważał,  że  w  pewien  sposób  to  jest  niesprawiedliwe.  Ale  im  bardziej

przyglądał  się  samemu  sobie,  tym  prawdziwsze  były  te  słowa.  Musiał  zdusić  potrzebę
bycia  normalnym  człowiekiem.  Musiał  walczyć  sam  ze  sobą,  najpierw,  a  potem  z
niesprawiedliwością, która prześladuje ich życie.

Czytali wersety miecza z Koranu. Mieli silną wolę, determinację, żeby stać się jednym

umysłem.  Odrzuć  wszystko  prócz  tych,  z  którymi  jesteś.  Stańcie  się  nawzajem  krwią  w
swoich żyłach.

Czasem przed drzwiami do mieszkania stało dziesięć par butów, jedenaście. To był dom

naśladowców, tak go nazywali, dar al-ansar, i tym właśnie byli, naśladowcami Proroka.

Broda  wyglądałaby  lepiej,  gdyby  ją  przystrzygł.  Ale  teraz  obowiązywały  zasady  i

postanowił ich przestrzegać. Jego życie nabrało struktury. Sprawy były wyraźnie określone.

background image

Stawał się jednym z nich, uczył się wyglądać i myśleć jak oni. To nieodłączne od dżihadu.
Modlił się z nimi, żeby być z nimi. Stawali się niepodzielnymi braćmi.

Kobieta miała na imię Leyla. Ładne oczy i świadomy dotyk. Powiedział jej, że wyjeżdża

na jakiś czas, ale na pewno wróci. Wkrótce ona będzie zawodnym wspomnieniem, a potem
przestanie istnieć.

background image

 

Część druga

ERNST HECHINGER

background image

 

6

Gdy  stanął  w  drzwiach,  to  było  niemożliwe,  mężczyzna,  który  wyszedł  z  burzy  popiołu,
sama  krew  i  żużel,  cuchnący  spaloną  materią,  w  twarzy  punktowe  migotanie  okruchów
szkła.  Wyglądał  przytłaczająco,  w  tych  drzwiach,  z  nieprzytomnym  spojrzeniem.  Stał  z
teczką w ręku, kiwając powoli głową. Pomyślała, że może jest w szoku, ale nie wiedziała,
co to precyzyjnie oznacza, w kategoriach medycznych. Wyminął ją i ruszył do kuchni, a ona
próbowała  zatelefonować  po  swojego  lekarza,  potem  na  911,  potem  do  najbliższego
szpitala, lecz słyszała tylko szum przeciążonych linii. Wyłączyła telewizor, właściwie nie
wiedząc  dlaczego,  chcąc  go  ochronić  przed  doniesieniami  o  tym,  z  czego  właśnie  się
wydostał, oto dlaczego, a później też poszła do kuchni. Siedział przy stole, więc nalała mu
wody  do  szklanki  i  powiedziała,  że  Justin  jest  u  babci,  bo  wypuścili  go  wcześniej  ze
szkoły, i też jest chroniony przed wiadomościami, przynajmniej o swoim ojcu.

– Wszyscy dają mi wodę – rzekł.
Pomyślała, że to niemożliwe, by pokonał taką odległość czy wszedł po schodach, gdyby

odniósł poważne obrażenia lub stracił dużo krwi.

A  potem  powiedział  coś  jeszcze.  Teczka  stała  obok  stołu  jak  przedmiot  wyciągnięty  z

wysypiska śmieci. Powiedział, że z nieba sfrunęła koszula.

Polała ścierkę wodą i wytarła mu ręce, twarz i głowę z kurzu i popiołu, uważając, aby

nie  dotykać  kawałków  szkła.  Było  więcej  krwi,  niż  się  wydawało  na  początku,  a  potem
uświadomiła  sobie  coś  jeszcze,  że  jego  skaleczenia  i  otarcia  nie  są  na  tyle  poważne  ani
liczne,  żeby  wyjaśniały  taką  ilość  krwi.  To  nie  była  jego  krew.  Większość  pochodziła  od
kogoś innego.

Okna były otwarte, żeby Florence mogła palić. Siedzieli tam gdzie ostatnim razem, po obu
stronach stolika, usytuowani na ukos.

– Dałem sobie rok – powiedział.
– A nie aktorem? Ja widzę cię jako aktora.
– Ale tylko na studiach. Dalej się nie posunąłem.
–  W  tobie  coś  jest,  w  tym,  jak  sytuujesz  się  w  przestrzeni.  Nie  za  bardzo  wiem,  co  to

znaczy.

– Ale brzmi dobrze.
– Chyba to gdzieś słyszałam. Co to znaczy?
–  Dałem  sobie  rok.  Myślałem,  że  to  będzie  ciekawe.  Skróciłem  do  pół  roku.

Pomyślałem, co innego mogę robić? Przecież w college’u uprawiałem dwa sporty. No ale

background image

koniec z tym. Pół roku, co tam, cholera. Potem skróciłem do czterech miesięcy, po dwóch
było już po wszystkim.

Wpatrywała się w niego, siedziała i patrzyła, i coś w tym było, tak szczera i niewinna

otwartość bycia, że po chwili przestał czuć podenerwowanie. Patrzyła i rozmawiali, tutaj,
w pokoju, którego nie potrafiłby opisać minutę po wyjściu.

– Nie udało się – powiedziała. – Nie udaje się. I co zrobiłeś?
– Poszedłem na prawo.
– Dlaczego? – wyszeptała.
– No bo co innego mogłem zrobić? Co innego?
Wyprostowała się i przyłożyła papierosa do ust, rozmyślając o czymś. Na twarzy miała

drobne brązowe piegi, które sypały się z dolnej części czoła na nasadę nosa.

– Pewnie jesteś żonaty. Nie żeby mnie to obchodziło.
– Tak, jestem.
– Nie obchodzi mnie – powtórzyła i po raz pierwszy w jej głosie usłyszał ton pretensji.
– Rozstaliśmy się, a teraz zeszliśmy, albo raczej zaczynamy schodzić.
– Oczywiście.
Przeszedł  przez  park  drugi  raz.  Wiedział,  dlaczego  jest  tutaj,  ale  nie  potrafiłby  tego

nikomu wyjaśnić, jej zaś wyjaśniać nie musiał. Nie było ważne, czy rozmawiają, czy nie.
Mogliby  się  obejść  bez  rozmowy,  byleby  oddychali  tym  samym  powietrzem,  albo  ona
mówi, on słucha, albo dzień to noc.

Powiedziała:
–  Poszłam  wczoraj  do  świętego  Pawła.  Chciałam  pobyć  z  ludźmi,  zwłaszcza  tam.

Wiedziałam, że tam będą ludzie. Popatrzyłam na kwiaty i na te osobiste rzeczy, które ludzie
zostawiają, te pamiątki własnej roboty. Nie patrzyłam na zdjęcia zaginionych. Nie mogłam.
Siedziałam  w  kaplicy  przez  godzinę,  ludzie  przychodzili  i  się  modlili  albo  spacerowali
dokoła,  patrząc  tylko,  czytając  marmurowe  płyty.  Pamięci  tego,  pamięci  tamtego.  Weszli
ratownicy, trzej, i próbowałam nie patrzeć, a potem jeszcze dwaj.

Była  krótko  mężatką,  przed  dziesięcioma  laty,  błąd  tak  przelotny,  że  nie  zostawił  po

sobie  żadnych  blizn.  Tak  mówiła.  Ten  mężczyzna  umarł  kilka  miesięcy  po  rozpadzie
małżeństwa,  zginął  w  wypadku  samochodowym,  a  jego  matka  obwinia  Florence.  To  jest
blizna, która pozostała.

– Powtarzam sobie, że śmierć jest czymś zwykłym.
– Nie wtedy, kiedy chodzi o nas. Albo kiedy chodzi o kogoś, kogo znamy.
–  Nie  mówię,  że  nie  powinniśmy  czuć  żalu.  Tylko  dlaczego  nie  oddamy  tego  w  ręce

Boga?  Dlaczego  się  tego  nie  nauczyliśmy,  po  tych  wszystkich  świadectwach  tych
wszystkich  zmarłych?  Podobno  wierzymy  w  Boga,  ale  w  takim  razie  dlaczego  nie
przestrzegamy  praw  Bożego  wszechświata,  które  uczą  nas,  jak  jesteśmy  mali  i  gdzie
wszyscy skończymy?

– To nie takie proste.
–  Ci,  którzy  to  zrobili.  Występują  przeciw  wszystkiemu,  za  czym  się  opowiadamy.  Ale

background image

oni też wierzą w Boga.

– Czyjego Boga? Którego Boga? Nawet nie wiem, co znaczy wierzyć w Boga. Nigdy o

tym nie myślę.

– Nigdy o tym nie myślisz.
– Czy to cię martwi?
–  To  mnie  przeraża  –  odparła.  –  Zawsze  czułam  obecność  Boga.  Czasem  z  Nim

rozmawiam.  Nie  muszę  być  w  kościele,  żeby  rozmawiać  z  Bogiem.  Chodzę  do  kościoła,
ale wiesz, nie tak co tydzień, jak to się nazywa, szukam słowa.

– Gorliwie – powiedział.
Potrafił ją rozśmieszyć. Gdy się śmiała, wydawało się, że przenika go spojrzeniem, oczy

żywe, widzące coś, czego się nawet nie domyślał. We Florence zawsze było coś bliskiego
emocjonalnego  cierpienia,  jak  pamięć  o  zadawnionej  krzywdzie  lub  uporczywe  poczucie
straty, obecne prawdopodobnie  przez całe życie,  a śmiech był  zrzuceniem martwej  skóry,
fizycznym wybawieniem od starej niedoli, choćby na chwilę.

Z  pokoju  w  głębi  dobiegała  muzyka,  coś  klasycznego,  znanego,  ale  nie  pamiętał  tytułu

utworu  ani  nazwiska  kompozytora.  Nigdy  nie  pamiętał  takich  rzeczy.  Pili  herbatę  i
rozmawiali.  Mówiła  o  wieży,  znowu  to  odtwarzając,  klaustrofobia,  dym,  zapadające  się
ciała,  i  zrozumiał,  że  mogą  o  tym  rozmawiać  tylko  ze  sobą,  w  najdrobniejszych  i
najnudniejszych szczegółach, które nigdy nie będą nudne ani zbyt szczegółowe, bo to teraz
w nich tkwi, i on musi usłyszeć o tym, co utracił w meandrach pamięci. To był szczyt ich
delirium,  odurzona  rzeczywistość,  którą  przeżyli  wspólnie  na  schodach,  w  głębokich
szybach pełnych spadających kobiet i mężczyzn.

Rozmowa  trwała,  zahaczając  o  temat  małżeństwa,  przyjaźni,  przyszłości.  Był  w  tym

amatorem, ale rozmawiał chętnie. Na ogół jednak słuchał.

– Chodzi o to, co niesiemy. W końcu o to chodzi – powiedziała rozkojarzonym tonem.
Uderzył samochodem w mur. Jego matka obwiniała Florence, bo gdyby nadal byli razem,

nie  jechałby  tym  samochodem  tamtą  drogą,  a  ponieważ  to  ona  doprowadziła  do  rozpadu
małżeństwa, ona ponosiła winę i to jest jej blizna.

– Był ode mnie starszy o siedemnaście lat. Brzmi tak tragicznie. Starszy mężczyzna. Miał

dyplom inżyniera, ale pracował na poczcie.

– Pił.
– Tak.
– Pił tego wieczoru, kiedy się rozbił.
– Tak. Po południu. W biały dzień. Nie było żadnego innego samochodu.
Powiedział, że musi już iść.
– Oczywiście. Musisz. Tak to się właśnie dzieje. Każdy to wie.
Wydawało  się,  że  ma  mu  za  złe,  że  wychodzi,  że  się  ożenił,  że  wykonał  ten  bezmyślny

gest  pojednania,  a  jednocześnie,  że  w  ogóle  nie  zwraca  się  do  niego.  Mówi  do  swojego
pokoju,  do  samej  siebie,  pomyślał,  mówi  w  przeszłość  do  jakiejś  wersji  siebie,  osoby,
która może potwierdzić  posępną swojskość tej  chwili. Chciała, żeby  jej odczucia zostały

background image

dostrzeżone,  oficjalnie,  więc  musiała  wypowiedzieć  słowa,  nawet  jeśli  nie  były
skierowane do niego.

Siedział jednak dalej na krześle.
– Co to za muzyka? – spytał.
–  Chyba  powinnam  się  jej  pozbyć.  Brzmi  jak  z  tych  starych  filmów,  kiedy  kobieta  i

mężczyzna biegną po wrzosowisku.

– Powiedz prawdę. Uwielbiasz te filmy.
– I muzykę też. Ale tylko w filmach.
Spojrzała na niego i wstała. Minęła frontowe drzwi i ruszyła w głąb przedpokoju. Była

przeciętną  kobietą  poza  chwilami,  gdy  się  śmiała.  Jak  ktoś  widziany  w  metrze.  Nosiła
luźne spódnice i zwykłe buty, miała pełną figurę i może była trochę nieporadna, ale kiedy
się  śmiała,  rozpalał  się  płomień  w  naturze,  odsłaniało  coś  na  wpół  skrytego  i
olśniewającego.

Murzynka  o  jasnawej  karnacji.  Jedno  z  tych  dziwnych  ucieleśnień  niejednoznacznej

mowy  i  niezłomnej  rasy,  lecz  dla  niego  znaczenie  miały  tylko  te  słowa,  które  mówiła  i
które jeszcze wypowie.

Rozmawiała  z  Bogiem.  Być  może  Lianne  też  miewała  takie  rozmowy.  Nie  wiedział.

Albo  długie  niespokojne  monologi.  Albo  nieśmiałe  myśli.  Kiedy  poruszała  ten  temat  lub
wypowiadała  to  słowo,  miał  pustkę  w  głowie.  Sprawa  była  zbyt  abstrakcyjna.  A  tutaj,  z
kobietą,  którą  ledwie  znał,  sprawa  wydawała  się  nieuchronna,  inne  sprawy,  inne  pytania
też.

Usłyszał,  że  muzyka  zmieniła  się  w  gwar  i  pęd,  głosy  rapujące  po  portugalsku,

śpiewające, gwiżdżące, z gitarami i bębnami w tle, z szaleńczymi saksofonami.

Najpierw  na  niego  spojrzała,  a  potem  patrzył,  jak  mija  drzwi  i  idzie  znowu

przedpokojem, i zorientował się, że chce, by poszedł za nią.

Stała przy oknie, klaszcząc do muzyki. To była mała sypialnia, bez krzesła, więc usiadł

na podłodze i patrzył.

– Nigdy nie byłam w Brazylii – powiedziała. – Myślę czasem o tym kraju.
–  Prowadzę  z  kimś  rozmowy.  Na  wczesnym  etapie.  Chodzi  o  pracę  dla  brazylijskich

inwestorów. Być może będę potrzebował trochę portugalskiego.

–  Wszystkim  nam  przydałoby  się  trochę  portugalskiego.  Wszystkim  przydałoby  się

pojechać do Brazylii. To płyta z odtwarzacza, który stamtąd wyniosłeś.

– Śmiało – rzekł.
– Co?
– Tańcz.
– Co?
– Tańcz – powiedział. – Chcesz tańczyć. A ja chcę patrzeć.
Wysunęła stopy z butów i zaczęła tańczyć, klaszcząc cicho w dłonie do rytmu, poruszając

się  w  jego  stronę.  Wyciągnęła  dłoń,  ale  pokręcił  głową,  z  uśmiechem,  i  cofnął  się  pod
ścianę. Nie miała w tym wprawy. Nie pozwala sobie na to w samotności, pomyślał, ani w

background image

towarzystwie  nikogo  innego,  ani  dla  nikogo  innego,  przynajmniej  do  tej  chwili.
Przemieszczała  się  z  powrotem  przez  pokój,  jakby  zatracając  się  w  muzyce,  oczy
zamknięte.  Przez  moment  tańczyła  w  serii  powolnych  ruchów,  już  nie  klaszcząc,  ręce  w
górze, odsunięte od tułowia, prawie jak w transie, i zaczęła się obracać w miejscu, jeszcze
wolniej, teraz zwrócona twarzą do niego, usta otwarte, oczy powoli też.

Siedząc tam i patrząc, zaczął ściągać ubranie.

To przydarzyło się Rosellen S., żywiołowy strach rodem z najgłębszego dzieciństwa. Nie
mogła  sobie  przypomnieć,  gdzie  mieszka.  Stała  na  rogu  w  pobliżu  wiaduktu  kolejowego,
coraz bardziej zdesperowana, oddzielona od wszystkiego. Wypatrywała sklepu albo nazwy
ulicy, która stanowiłaby wskazówkę. Świat się cofał, znikały najprostsze znaki. Zatracało
się  poczucie  jasności,  wyrazistość.  Nie  tyle  się  zgubiła,  co  upadała,  gasła.  Dokoła  była
tylko cisza i dystans. Wróciła tam, skąd przyszła, albo przynajmniej tak się jej zdawało, do
budynku,  i  stanęła  w  wejściu,  nasłuchując.  Ruszyła  za  brzmieniem  głosów  i  dotarła  do
pokoju, w którym kilkanaście osób czytało książki, a właściwie jedną książkę, Biblię. Na
jej  widok  przerwali  recytację  i  czekali.  Próbowała  wyjaśnić,  co  się  stało,  i  jedna  z  tych
osób zajrzała do jej torebki i znalazła numery telefoniczne, i w końcu zadzwonili do kogoś,
siostry z Brooklynu, jak się okazało, w notesie figurującej jako Billie, żeby przyjechała do
wschodniego Harlemu i zabrała ją do domu.

Lianne dowiedziała się tego od doktora Aptera dzień później. Obserwowała to powolne

przygasanie,  od  miesięcy.  Rosellen  nadal  czasem  się  śmiała,  ironia  niestępiona,  drobna
kobieta  o  delikatnych  rysach  i  kasztanowej  skórze.  Zbliżali  się  do  tego,  co  nieuchronnie
nadchodziło,  każdy  z  osobna,  z  kurczącą  się  przestrzenią,  w  której  mogli  stać  i  się  temu
przyglądać.

Benny T. powiedział, że w niektóre ranki ma kłopot z wkładaniem spodni.
–  To  lepiej  niż  ze  zdejmowaniem  –  powiedziała  Carmen.  Dodała:  –  Dopóki  możesz  je

ściągnąć, kochanieńki, jesteś tym samym seksownym Bennym.

Roześmiał  się,  tupnął  nogami,  waląc  się  w  głowę  dla  efektu,  i  odparł,  że  nie  w  tym

problem.  Nie  mógł  się  upewnić,  że  spodnie  leżą  jak  trzeba.  Wkładał,  zdejmował.
Sprawdzał, czy rozporek jest z przodu. Sprawdzał długość w lustrze, mankiety sięgają do
butów, tyle że nie było mankietów. A przecież pamiętał mankiety. Wczoraj te spodnie miały
mankiety, więc jak to jest, że nie mają ich dzisiaj?

Powiedział, że zdaje sobie sprawę, jak to brzmi. Dla niego to też brzmiało dziwacznie.

Użył  słowa  „dziwaczny”,  unikając  dosadniejszych  określeń.  Ale  kiedy  coś  takiego  się
dzieje, rzekł, nie potrafi się z tego wyrwać. Przebywa w obcym umyśle, w obcym ciele i
patrzy na spodnie. A te najwyraźniej nie pasują. Wkłada, zdejmuje. Wytrzepuje. Zagląda do
środka.  Zaczął  myśleć,  że  to  spodnie  kogoś  innego,  w  jego  domu,  przewieszone  przez
krzesło.

Czekali, by Carmen coś powiedziała. Lianne czekała, by Carmen wskazała, że Benny nie

background image

jest żonaty. Dobrze, że nie jesteś żonaty, Benny, no bo wtedy to wiesz, gacie obcego faceta
u ciebie w domu. Zona musiałaby się gęsto tłumaczyć.

Ale tym razem Carmen milczała.
Omar  H.  mówił  o  podróżowaniu  po  mieście.  Jako  jedyny  członek  grupy  mieszkał  poza

dzielnicą, na Lower East Side, a więc metro, i plastikowa karta, którą musiał przeciągnąć
przez  rowek,  sześć  razy,  żeby  odblokowały  się  kołowrotki  w  bramkach,  „Proszę
przeciągnąć  powtórnie”,  i  długa  jazda  przez  miasto,  i  ta  chwila,  kiedy  wylądował  na
jakimś obskurnym rogu  w Bronksie, nie  wiedząc, gdzie się  podziały brakujące przystanki
metra.

Curtis  B.  nie  mógł  znaleźć  zegarka.  A  gdy  wreszcie  znalazł,  w  apteczce,  nie  mógł  go

zapiąć na ręku. Proszę bardzo, jest zegarek. Powiedział to grobowym głosem. Jest zegarek,
trzymam  go  w  prawej  dłoni.  Ale  prawa  dłoń  jakoś  nie  może  znaleźć  drogi  do  lewej.
Zaistniała przestrzenna pustka albo pustka wzrokowa, rozstęp w polu widzenia, i trochę to
trwało,  zanim  wreszcie  udało  mu  się  połączyć  jedno  z  drugim,  dłoń  do  nadgarstka,
spiczasty  koniec  paska  w  klamerkę.  Dla  Curtisa  była  to  skaza  moralna,  grzech  zdrady
samego  siebie.  Kiedyś  podczas  sesji  przeczytał  tekst,  który  napisał,  o  wydarzeniu  sprzed
pięćdziesięciu  lat,  gdy  w  bójce  barowej  zabił  rozbitą  butelką  człowieka,  masakrując  mu
twarz  i  oczy  i  przecinając  tętnicę  szyjną.  Podniósł  wzrok  znad  kartki,  kiedy  wymówił  te
słowa: „przecinając tętnicę szyjną”.

O  zagubionym  zegarku  opowiedział  tym  samym  dobitnym  tonem,  mrocznym  i

kategorycznym.

W  drodze  na  dół  powiedziała  coś  i  zaledwie  parę  sekund  po  tym,  gdy  Keith  to  zrobił,
powiązała jedno z drugim. Kopnął w drzwi, które mijali na schodach. Przystanął, odchylił
się i kopnął mocno, trafiając podeszwą buta.

Gdy  powiązała  swoje  słowa  z  jego  działaniem,  to  najpierw  zrozumiała,  że  jego  gniew

nie  był  skierowany  przeciw  muzyce  ani  kobiecie,  która  ją  puszczała.  Skierowany  był
przeciw niej, Lianne, za jej pretensje, za słowa, które wypowiedziała, za ich uporczywość,
irytującą powtarzalność.

Potem zrozumiała, że nie ma gniewu. Był całkowicie spokojny. Odgrywał tylko emocje,

jej  emocje,  w  jej  imieniu,  na  jej  konto.  To  prawie  jak  w  zen,  pomyślała,  gest  mający
poruszyć, pobudzić czyjąś medytację albo odwrócić jej kierunek.

Nikt  nie  podszedł  do  drzwi.  Muzyka  rozbrzmiewała  dalej,  powtarzający  się  powoli

motyw grany na piszczałkach i bębnach. Spojrzeli na siebie i parsknęli śmiechem, twardym
i donośnym, mąż i żona, w drodze na dwór.

Na pokera spotykali się u Keitha, bo tam był stolik. Sześciu karciarzy, stałych bywalców w
środowe  wieczory,  dziennikarz  od  biznesu,  agent  reklamowy,  akwizytor  kredytów
hipotecznych  i  tak  dalej,  mężczyźni  kręcący  ramionami,  poprawiający  sobie  jaja,  gotowi

background image

zasiąść do gry, z miną pokerzysty, poddać sprawdzianowi siły rządzące biegiem zdarzeń.

Na  początku  grali  w  różne  mutacje  i  odmiany,  lecz  z  czasem  zaczęli  ograniczać

możliwości  rozdającego.  Zakaz  wyboru  określonych  wariantów  pojawił  się  jako  żart  w
imię  tradycji  i  samodyscypliny,  jednak  z  upływem  dni  wszedł  w  życie  i  wytoczono
argumenty  przeciw  nędzniejszym  wynaturzeniom  pokera.  Wreszcie  najstarszy  gracz,
Dockery,  pod  pięćdziesiątkę,  zaczął  orędować  za  straight  pokerem,  tylko  i  wyłącznie,
klasyczną wersją retro, five-card draw, five-card stud, seven-card stud, a zawężaniu opcji
towarzyszyło podbijanie stawki, co ożywiło rytuał wypisywania czeków przez przegranych
u końca długiego wieczoru.

Każde rozdanie rozgrywali w szklistej gorączkowości. Cała akcja toczyła się gdzieś za

oczami,  w  naiwnym  oczekiwaniu  i  wyrachowanym  oszustwie.  Każdy  usiłował  złapać  w
pułapkę pozostałych i poskromić własne złudne marzenia, makler, prawnik, drugi prawnik,
a  gra  była  skumulowaną  esencją,  czystym  i  intymnym  wyciągiem  z  ich  działań  podczas
dnia.  Karty  ślizgały  się  po  zielonym  rypsie  okrągłego  stolika.  Wykorzystywali  intuicję  i
zimnowojenną analizę ryzyka. Wykorzystywali spryt i ślepe szczęście. Czekali na proroczą
chwilę,  na  porę,  w  której  mogliby  podjąć  ryzyko,  bo  wiedzieli,  że  nadejdzie  konkretna
karta.  „Poczułem,  że  jest  dama,  no  i  była”.  Dorzucali  żetony  i  wpatrywali  się  w  oczy  po
drugiej  stronie  stolika.  Zniżali  się  do  ludowych  sposobów  z  czasów  przedpiśmiennych,
apelując do zmarłych. Były elementy zdrowej rywalizacji i bezczelnej kpiny. Były elementy
intencji, żeby odrzeć drugiego z kruchej męskości.

Hovanis, nieżyjący już, uznał w którymś momencie, że nie potrzebują seven-card studa.

Liczba  kart,  stosunek  szans  i  zakres  możliwości  wydawały  się  przesadne,  inni  się
roześmieli  i  wprowadzili  zasadę  ograniczającą  grę  do  pięciu  kart:  five-card  stud  i  five-
card draw.

Odpowiadało temu podbicie stawek.
Potem  ktoś  poruszył  kwestię  jedzenia.  To  był  żart.  Jedzenie  znajdowało  się  na

przygotowanych naprędce tacach na blacie w kuchni. Co to za samodyscyplina, powiedział
Demetrius,  skoro  marnujemy  czas,  żeby  odejść  od  stołu  i  napchać  japy  chemicznie
obrobionym  chlebem,  mięsem  i  serem?  Był  to  żart,  który  potraktowali  poważnie,  bo  na
odejście  od  gry  powinno  się  zezwolić  tylko  w  wypadku  najokrutniejszych  katuszy
przepełnionego  pęcherza  lub  uporczywego  pecha,  który  wymaga,  żeby  pokerzysta  stanął
przy oknie z widokiem na nieustanny napór gęstniejącej nocy.

A  więc  jedzenie  odpadło.  Zero  jedzenia.  Rozdawali  karty  i  wchodzili  albo  pasowali.

Potem  zaczęli  mówić  o  alkoholu.  Wiedzieli,  że  to  głupie,  zastanawiali  się  jednak,  dwóch
albo  trzech,  czy  byłoby  wskazane  ograniczenie  spożycia  do  ciemnawych  gatunków,
szkockiej,  bourbona  i  brandy,  do  bardziej  męskich  odcieni  i  wyrazistszych,  pełniejszych
trunków. Żadnego dżinu ani wódki, żadnych bladych alkoholi.

Czerpali  z  tego  przyjemność,  większość  z  nich.  Lubili  rozmyślnie  tworzyć  strukturę  z

błahostek. Ale nie Terry Cheng, który grał najsłodszego pokera pod słońcem, który czasem
grał  w  Internecie  nieprzerwanie  przez  całą  dobę.  Terry  Cheng  powiedział,  że  są

background image

powierzchownymi ludźmi wiodącymi kapryśne życie.

A potem ktoś zauważył, że five-card draw daje nawet więcej możliwości niż seven-card

draw  i  zaczęli  się  zastanawiać,  dlaczego  wcześniej  na  to  nie  wpadli,  bo  przecież  gracz
może  dobrać  aż  trzy  karty,  zakrzyknąć  „zdrów!”  lub  spasować,  jeśli  uzna  za  stosowne,  i
umówili się, że się ograniczą do jednej tylko odmiany, five-card stud, i te duże sumy, które
stawiali,  stosiki  jaskrawych  żetonów,  blefy  i  kontrblefy,  wymyślne  przekleństwa  i
nienawistne  spojrzenia,  ciemne  trunki  w  przysadzistych  szklankach,  dym  z  cygar
gromadzący  się  warstwami,  skomasowane  ciche  pretensje  do  samych  siebie  –  te
swobodnie unoszące się energie i gesty uszeregowane zostały w konfrontacji z pojedynczą
przeciwsiłą,  faktem  samoograniczeń,  o  tyle  bardziej  niewzruszonych,  że  nałożonych  z
własnej woli.

Żadnego jedzenia. Jedzenie odpada. Żadnego dżinu ani wódki. Żadnego piwa, chyba że

ciemne.  Wydali  dekret  przeciw  każdemu  piwu,  które  nie  jest  ciemne,  i  przeciw  każdemu
ciemnemu piwu, którym nie jest Beck’s Dark. Zrobili tak, bo Keith opowiedział im pewną
historię,  którą  słyszał,  o  cmentarzu  w  Niemczech,  w  Kolonii,  gdzie  czterech  przyjaciół,
pokerzystów przez czterdzieści czy pięćdziesiąt lat, pochowano w tym samym porządku, w
którym  niezmiennie  zasiadali  do  stolika,  dwa  nagrobki  naprzeciw  dwóch  pozostałych,
każdy gracz na swoim miejscu, uświęconym upływem czasu.

Uwielbiali  tę  historię.  To  była  piękna  opowieść  o  przyjaźni  i  dalekosiężnych

konsekwencjach  tuzinkowego  nawyku.  Dała  im  do  myślenia  i  napełniła  szacunkiem,  i
uznali, że muszą wybrać Beck’s Dark jako jedyne dozwolone piwo, bo jest z Niemiec, tak
jak gracze w tej historii.

Ktoś  chciał  zakazać  rozmów  o  sporcie.  Zakazali  więc  rozmów  o  sporcie,  o  telewizji,

tytułach filmów. Keith pomyślał, że to się staje coraz głupsze. Zasady są dobre, odparli, a
im  głupsze,  tym  lepiej.  Rumsey,  mistrz  pierdzenia,  nieżyjący  już,  chciał  unieważnić
wszystkie zakazy. Papierosów nie zabronili. Był tylko jeden papierosiarz i mógł palić, ile
dusza  zapragnie,  jeśli  nie  przeszkadzało  mu,  że  wygląda  bezradnie  i  marnie.  Większość
pozostałych  paliła  cygara  i  czuła  się  imponująco,  wielkopańsko,  sącząc  szkocką  albo
bourbona, wynajdując synonimy zakazanych słów, takich jak „mokry” i „suchy”.

Z was są niepoważni ludzie, powiedział Terry Cheng. Spoważniejcie albo gińcie.
Rozdający  suwał  karty  po  zielonym  rypsie,  zawsze  ogłaszając,  w  którą  odmianę  grają,

„five-card  stud”,  mimo  że  teraz  była  jedyna.  Po  pewnym  czasie  wywietrzała  drobna
kwaśna  ironia  tych  obwieszczeń,  a  słowa  stały  się  dumnym  rytuałem,  formalnym  i
niezbędnym,  każdy  kolejny  rozdający  mówił,  „five-card  stud”,  i  uwielbiali  to  robić,  z
poważną miną, bo gdzie indziej zetknęliby się z taką dojrzałą tradycją ucieleśnioną przez
zbędne wypowiadanie kilku archaicznych słów?

Grali  asekurancko  i  potem  żałowali,  ryzykowali  i  przegrywali,  popadali  w  stany

księżycowego przygnębienia. Ale zawsze znalazło się coś, czego można było zakazać, oraz
jakaś reguła do wprowadzenia.

A  potem  pewnego  wieczoru  wszystko  się  rozpadło.  Ktoś  zgłodniał  i  zażądał  jedzenia.

background image

Ktoś  inny  walnął  pięścią  w  stół  i  powiedział  „jeść,  jeść”.  Te  słowa,  skandowane,
wypełniły  pokój.  Odwołali  zakaz  jedzenia  i  zaczęli  się  dopominać  o  polską  wódkę,
niektórzy.  Chcieli  jasnych  alkoholi  schłodzonych  w  lodówce  i  serwowanych  bez
rozcieńczania  w  małych  oszronionych  kieliszkach.  Upadły  inne  zakazy,  przywrócono
wyklęte  słowa.  Stawiali  zakłady  i  podnosili  stawkę,  jedli  i  pili,  i  odtąd  grali  w  takie
odmiany  jak  high-low,  acey-deucy,  Chicago,  Omaha,  Texas  hold  ‘em,  anaconda  i  jeszcze
parę  innych  bocznych  linii  z  rodu  pokera.  Ale  tęsknili,  każdy  kolejny  rozdający,  za
wymówieniem  nazwy  tej  jedynej  gry,  five-card  stud,  z  wyłączeniem  wszystkich  innych,  i
próbowali  się  nie  zastanawiać,  co  myślą  czterej  pozostali,  pławiąc  się  w  rozpasanym
pokerze, nagrobek w nagrobek w Kolonii.

Przy kolacji rozmawiali o podróży do Utah, w którą mogliby się wybrać, podczas przerwy
w  szkole,  do  wysokich  dolin  i  czystych  wiatrów,  do  powietrza,  którym  można  oddychać,
stoków  narciarskich,  a  chłopiec  siedział  z  herbatnikiem  w  garści,  patrząc  na  jedzenie  na
swoim talerzu.

– Co myślisz? Utah. Powiedz to. Utah. Duży skok do przodu w porównaniu z sankami w

parku.

Spojrzał na kolację przygotowaną przez ojca, dziki łosoś i gumowaty brązowy ryż.
– Nie ma nic do powiedzenia – odrzekł Keith. – Wyszedł poza monosylaby. Pamiętasz,

jak mówił monosylabami. Trochę to trwało.

– Dłużej, niż się spodziewałam.
– Poszedł dalej. Jest na kolejnym etapie rozwoju.
– Duchowego – powiedziała.
– Całkowite milczenie.
– Zupełne i nieprzerwane.
– Utah to miejsce dla milczków. Będzie żył w górach.
– W jaskini z robactwem i nietoperzami.
Chłopiec powoli podniósł głowę znad talerza i popatrzył na ojca albo raczej w ojcowski

obojczyk, przenikając spojrzeniem smukłe kości pod koszulą.

–  A  skąd  wiecie,  że  monosylaby  były  ze  szkoły?  –  spytał.  –  Może  wcale  nie.  Może

chodziło o Billa Lawtona. Może Bill Lawton mówi monosylabami.

Lianne aż usiadła prosto, wstrząśnięta tymi słowami, wstrząśnięta, że słyszy to nazwisko

z jego ust.

–  Myślałem,  że  Bill  Lawton  to  tajemnica  –  powiedział  Keith.  –  Między  tobą  i

Rodzeństwem. No i między tobą i mną.

– I tak pewnie jej powiedziałeś. Pewnie już wie.
Keith  spojrzał  na  Lianne,  a  ona  próbowała  dać  mu  sygnał,  że  nie,  że  nic  nie  mówiła  o

Billu  Lawtonie.  Posłała  mu  srogie  spojrzenie,  oczy  zmrużone,  usta  zaciśnięte,  żeby
wwiercić w jego przodomózgowie to swoje „nie”.

background image

– Nikt niczego nie mówił – powiedział Keith. – Jedz rybę.
Chłopiec znów zaczął patrzeć w talerz.
– Bo on właśnie mówi monosylabami.
– No dobrze. A co mówi?
Nie było odpowiedzi. Usiłowała sobie wyobrazić, co chłopiec myśli. Jego ojciec wrócił

do domu, mieszka z nimi, śpi, mniej więcej tak jak dawniej, a on myśli, że jemu nie można
wierzyć, prawda? Postrzega go jako postać, która snuje się po domu, jako mężczyznę, który
odszedł,  a  potem  wrócił,  i  który  powiedział  kobiecie,  śpiącej  z  nim  w  jednym  łóżku,
wszystko o Billu Lawtonie, więc jak można mu wierzyć, że będzie tutaj jutro?

Jeśli twoje dziecko uważa, słusznie czy nie, że jesteś czemuś winny, to jesteś winny. A

tak się składa, że w tym wypadku chłopiec ma rację.

– Mówi takie rzeczy, o których wiem tylko ja i Rodzeństwo.
– To nam powiedz – rzekł Keith napiętym głosem. – Monosylabami.
– Nie chce mi się.
– On tak mówi czy to tylko twoja odpowiedź?
–  Chodzi  o  to  –  odparł  Justin,  cedząc  słowa  wyraźnie  i  wyzywająco  –  że  on  mówi  o

samolotach.  Wiemy,  że  nadlatują,  bo  on  to  mówi.  Ale  więcej  nie  wolno  mi  powiedzieć.
Mówi, że tym razem wieże upadną.

– Wieże upadły – rzekła łagodnie. – Wiesz o tym.
– On mówi, że tym najbliższym razem naprawdę upadną.
Rozmawiali  z  nim.  Próbowali  łagodnie  przemówić  do  rozsądku.  Słuchając  go,

odczuwała  zagrożenie,  którego  nie  potrafiła  umiejscowić.  Jego  wersja  przetasowanych
wydarzeń  przerażała  ją  w  niewytłumaczalny  sposób.  Przecież  wymyślił  coś  lepszego  od
tego, co wydarzyło się naprawdę, wieże nadal stoją, ale przestawiona sekwencja czasowa,
mroczność  ostatecznego  uderzenia  i  to,  jak  lepsze  staje  się  gorszym,  to  wszystko  były
elementy  poronionej  baśni,  całkowicie  upiorne,  choć  niespójne.  Baśni,  którą  dzieci
opowiadają,  a  nie  tej,  której  słuchają,  baśni  niewymyślonej  przez  rodziców,  i  Lianne
zmieniła temat na Utah. Narty i szlaki, niebo i stoki.

Patrzył w talerz. Czym różni się ptak od ryby? Jedno fruwa, drugie pływa. Może o tym

myśli. Nie zjadłby ptaka, prawda? Szczygła albo sójki. Więc dlaczego ma jeść rybę, która
pływała sobie dziko w oceanie i została złapana razem z dziesięcioma tysiącami innych ryb
w gigantyczną sieć na kanale 27?

Jedno fruwa, drugie pływa.
To właśnie w nim wyczuwała, te uparte myśli, gdy siedział z herbatnikiem w garści.

Keith  przeciął  park  i  wyszedł  na  Dziewięćdziesiątą  Zachodnią,  i  to  było  dziwne,  co
zobaczył  przy  ogrodzie  miejskim,  zbliżała  się,  kobieta  pośrodku  ulicy,  jadąca  konno,  na
głowie  żółty  toczek,  w  ręku  palcat,  podskakując  nad  samochodami,  i  dopiero  po  dłuższej
chwili zrozumiał, że ona i koń wzięli się z jakiejś pobliskiej stadniny i kierują na ścieżkę w

background image

parku.

To był widok, który pochodził z innego krajobrazu, coś wklejonego, wyczarowanego, co

przez najkrótszą sekundę przypomina na wpół widziany obraz, któremu tylko w połowie się
dowierza, kiedy to patrzący zastanawia się, co się stało z sensem rzeczy, z drzewem, ulicą,
kamieniem, wiatrem, z prostymi słowami zatraconymi w spadającym popiele.

Do domu wracał późno, wyglądając schludnie i trochę zwariowanie. Był to okres, krótko
przed separacją, kiedy najprostsze pytanie odbierał jako nieprzyjazne śledztwo. Wydawało
się,  że  staje  w  drzwiach,  czekając  na  jej  pytania,  gotów  patrzeć  przez  nie  na  wskroś,  ale
nie miała ochoty niczego mówić. Sądziła, że wie. Zrozumiała już wtedy, że to nie picie, a
przynajmniej nie tylko, prawdopodobnie też nie zabawy z kobietą. Kryłby się z tym lepiej,
powtarzała sobie. Bo taki właśnie był, jego prawdziwa twarz bez elementu gry, wolna od
wymogów społecznego konwenansu.

W tamte noce wydawało się czasem, że on jest o krok od powiedzenia czegoś, urywka

zdania,  tylko  tyle,  i  to  zakończy  wszystko  między  nimi,  wszelki  dyskurs,  wszelką  formę
uzgodnionego układu, wszelkie porywy miłości, jakie się jeszcze ostały. W oczach miał to
szkliste spojrzenie, na ustach mokry uśmiech, wyzwanie wobec samego siebie, chłopięcy i
straszny. Jednak nie ubrał tego w słowa, cokolwiek to było, tak bezwzględnie i brawurowo
okrutne,  że  przerażało  ją  niezależnie  od  tego,  czy  zostało  powiedziane,  czy  nie.  To
spojrzenie ją przerażało, pochylenie ciała. Szedł przez mieszkanie przekrzywiony odrobinę
w jedną stronę, w jego uśmiechu spaczone poczucie winy, gotów połamać stół i spalić go,
żeby tylko móc wyjąć fiuta i naszczać na płomienie.

Siedzieli  w  taksówce  jadącej  do  śródmieścia  i  zaczęli  się  obściskiwać,  zaczęli  się
obmacywać  i  całować.  Powiedziała,  mrucząc  natarczywie,  „to  film,  to  film”.  Na
skrzyżowaniach  ludzie  przechodzący  przez  ulicę  zatrzymywali  się,  żeby  popatrzeć,  dwie,
trzy  osoby,  wydawało  się,  że  przez  krótką  chwilę  unoszą  się  nad  oknami,  czasem  tylko
jedna. Inni po prostu przechodzili, ci, których to nic nie obchodziło.

W  indyjskiej  restauracji  mężczyzna  na  podwyższeniu  powiedział:  Dosadzamy  gości  do

zajętych stolików.

Pewnego  wieczoru  spytała  go  o  przyjaciół,  których  stracił.  Zaczął  o  nich  mówić,  o

Rumseyu i Hovanisie, i o tym ciężko poparzonym, którego nazwiska nie pamiętała. Jednego
z  nich  poznała  kiedyś,  Rumseya  chyba,  ledwo,  gdzieś.  Mówił  tylko  o  ich  cechach,  ich
osobowościach,  żonaty,  kawaler,  dzieci  lub  nie,  i  wystarczyło.  Więcej  nie  chciała
wiedzieć.

Ciągle było ją słychać, przeważnie, tę muzykę na schodach.
Pojawiła się oferta pracy, którą najprawdopodobniej przyjmie, przygotowywanie umów

handlowych  dla  brazylijskich  inwestorów,  którzy  obracają  nieruchomościami  w  Nowym
Jorku. W jego ustach zabrzmiało to jak lot paralotnią, całkowicie na łasce wiatru.

background image

Na  początku  prała  jego  rzeczy  oddzielnie.  Nie  miała  pojęcia,  dlaczego  tak  robi.  Jakby

nie żył.

Słuchała, co mówi, i dawała mu poznać, że słucha, ciałem i umysłem, bo tym razem to

słuchanie ich uratuje, uchroni od pogrążenia się w wynaturzeniach i urazie.

Zapominała  proste  nazwiska.  Ale  to  jedno  imię  nie  było  proste,  brzmiało  butnie  jak

nazwisko  jakiegoś  futbolisty  z  Alabamy,  i  tak  właśnie  je  zapamiętała,  Demetrius,  ciężko
poparzony w drugiej wieży, w wieży południowej.

Kiedy  spytała  go  o  teczkę  w  szafie,  dlaczego  jednego  dnia  tam  stała,  a  następnego  już

znikła, powiedział, że istotnie zwrócił ją właścicielowi, bo nie była jego, i właściwie nie
wiedział, dlaczego zabrał ją z budynku.

To, co było zwyczajne, nie było zwyczajne bardziej niż normalnie, ani mniej.
To słowo „istotnie” skłoniło ją do myślenia o tym, co powiedział na temat teczki, choć

tak naprawdę nie było o czym myśleć, nawet jeżeli często używał tego słowa, bardziej lub
mniej  niepotrzebnie,  w  tamtych  dawniejszych  czasach,  kiedy  ją  okłamywał  albo
podpuszczał, albo nawet popełniał jakieś drobne świństwo.

Był  mężczyzną,  który  nie  chciał  poddać  się  jej  potrzebie  sondującej  intymności,

nadintymności,  pragnienia,  żeby  zadawać  pytania,  badać,  zgłębiać,  wyciągać  na  światło
dzienne,  zwierzać  się  sobie,  mówić  o  wszystkim.  To  była  potrzeba  mająca  własne  ciało,
ręce,  stopy,  genitalia,  gęste  wonie,  skrzepnięty  brud,  nawet  jeśli  sprowadzało  się  to
wyłącznie  do  słów  albo  sennych  pomruków.  Chciała  chłonąć  wszystko,  jak  dziecko,  kurz
zbłąkanych doznań, wszystko, co mogła wdychać z porów innych ludzi. Kiedyś myślała, że
jest innymi ludźmi. Inni ludzie mają prawdziwsze życie.

„To  film”,  powtarzała,  jego  dłoń  w  jej  majtkach,  to  film,  jęk  w  formie  słów,  a  ludzie

patrzyli  na  skrzyżowaniach,  kilkoro,  i  taksówkarz  patrzył,  skrzyżowanie  czy  nie,  wzrok
prześlizgujący się po lusterku wstecznym.

Ale być może myliła się co do tego, co jest zwyczajne. Może nic nie było. Być może w

usłojeniu  rzeczy  kryła  się  głęboka  fałda,  w  tym,  jak  rzeczy  przechodzą  przez  umysł,  jak
czas kołysze się w umyśle, czyli jedynym miejscu, w którym sensownie istnieje.

Słuchał taśm do nauki południowoamerykańskiej odmiany portugalskiego i praktykował

na  chłopcu.  Powiedział:  Słabo  znam  portugalski,  mówiąc  to  po  angielsku,  z  łacińskim
akcentem, a Justin starał się nie uśmiechnąć.

Czytała  w  gazetach  sylwetki  zmarłych,  wszystko,  co  drukowali.  Nie  czytać  ich,

wszystkich,  byłoby  obrazą,  sprzeniewierzeniem  się  odpowiedzialności  i  zaufaniu.  Ale
czytała też dlatego, że musiała, z potrzeby, której nawet nie próbowała określić.

Po tym, gdy kochali się po raz pierwszy, był w łazience, o brzasku, a ona wstała, żeby

się ubrać do porannego biegania, lecz przywarła naga do dużego lustra, twarz odwrócona,
ręce  uniesione  mniej  więcej  na  wysokość  głowy.  Przycisnęła  ciało  do  szkła,  oczy
zamknięte,  i  stała  tak  przez  długą  chwilę,  niemal  zapadając  się  w  chłodną  powierzchnię,
oddając się jej. Później wciągnęła szorty i top i właśnie zawiązywała buty, gdy wyszedł z
łazienki, gładko ogolony, i zobaczył zamglone ślady jej twarzy, rąk, piersi i ud odciśnięte

background image

na lustrze.

Siedział bokiem przy stole, lewa ręka ułożona wzdłuż krawędzi blatu, dłoń zwisająca nad
prostopadłą krawędzią. Pracował nad pozycjami ręki, dłoń zgięta ku podłodze, dłoń zgięta
ku sufitowi. Niećwiczącej ręki używał do wykonania nacisku na rękę ćwiczącą.

Przegub był już zdrowy, przegub był normalny. Wyrzucił szynę i przestał stosować lód.

Siadał  jednak  przy  stole,  dwa,  trzy  razy  dziennie,  zwijając  lewą  dłoń  w  delikatną  pięść,
przedramię  płasko  na  stole,  w  niektórych  układach  kciuk  wyprostowany  do  góry.  Nie
potrzebował instrukcji. To było machinalne, rozciąganie nadgarstka, skręcanie łokcia, dłoń
uniesiona, przedramię płasko. Liczył sekundy, liczył powtórzenia.

Tajemnice  słowa  i  spojrzenia,  lecz  także  to,  że  za  każdym  razem  gdy  się  widzieli,  na
początku było nieswojo, trochę sztywno.

– Czasem widuję ich na ulicy.
– Stanąłem jak wryty – powiedział. – Koń.
–  Mężczyzna  na  koniu  –  rzekła  Florence.  –  Kobieta  na  koniu.  Sama  bym  raczej  czegoś

takiego nie zrobiła. Za żadne skarby. Nieważne. Na konia nie wsiądę.

Przez pewien czas czuli nieśmiałość, a potem coś rozładowywało atmosferę, spojrzenie

albo dowcipna uwaga, albo jak zaczynała nucić, parodiując salonowe zażenowanie, łypiąc
dziko  oczami  po  pokoju.  Lecz  ciche  zakłopotanie  tych  pierwszych  chwil,  poczucie  źle
dobranej pary, nie ulatniało się całkowicie.

–  Czasem  sześć  albo  siedem  koni  idzie  gęsiego,  ulicą  –  powiedziała.  –  Jeźdźcy  patrzą

wprost przed siebie. Zwykły nowojorczyk mógłby się obrazić.

– Powiem ci, co mnie zadziwia.
– Moje oczy? Moje usta?
– Twój kot – odparł.
– Nie mam kota.
– No właśnie to mnie zadziwia.
– Uważasz mnie za kociarę?
– Zdecydowanie widzę cię z kotem. Pod ścianami powinien się szwendać kot.
Tym razem siedział w fotelu, a ona postawiła obok kuchenne krzesło i usiadła obrócona

w jego stronę, z ręką na jego przedramieniu.

– Powiedz mi, że nie weźmiesz tej pracy.
– Muszę.
– To co będzie z naszymi spotkaniami?
– Coś wykombinujemy.
– Chciałabym zwalić winę na ciebie. Ale nadchodzi moja kolej. Wygląda na to, że cała

firma przenosi się za rzekę. Na stałe. Będziemy mieć ładny widok na Dolny Manhattan. Na
to, co z niego zostało.

background image

– I znajdziesz sobie mieszkanie gdzieś bliżej?
Spojrzała na niego.
– Naprawdę tak myślisz? Nie wierzę, że to powiedziałeś. Myślisz, że odgrodziłabym się

od ciebie taką odległością?

– Most, tunel, nie ma znaczenia. Piekło na ziemi, to dojeżdżanie.
– Nie obchodzi mnie. Myślisz, że mnie obchodzi? Puszczą znowu pociągi. A jak nie, to

będę jeździć samochodem.

– Dobrze.
– To tylko Jersey.
– Dobrze – powtórzył.
Myślał,  że  ona  się  rozpłacze.  Myślał,  że  takie  rozmowy  są  przeznaczone  dla  innych.

Ludzie  cały  czas  prowadzą  takie  rozmowy,  pomyślał,  w  takich  pokojach  jak  ten,  siedzą,
patrzą.

Potem rzekła:
– Uratowałeś mi życie. Wiesz o tym?
Usiadł prosto, spoglądając na nią.
– Uratowałem ci teczkę.
Czekał na jej śmiech.
– Nie umiem tego wyjaśnić, ale tak, uratowałeś mi życie. Po tym, co się stało, tylu ludzi

zginęło,  ludzi,  z  którymi  pracowałam,  ja  sama  prawie  zginęłam,  prawie  umarłam,  w  inny
sposób. Nie umiałam się z nikim spotykać, rozmawiać, przejść stąd tam bez zmuszenia się
do tego, żeby wstać z krzesła. A potem ty stanąłeś w drzwiach. Ciągle wydzwaniałam do
koleżanki,  zaginęła,  jej  zdjęcia  są  na  murach  i  oknach,  wszędzie,  Davia,  oficjalnie
zaginiona,  z  trudem  mogę  wymówić  jej  imię,  w  środku  nocy  wybieram  numer,  dzwonię.
Bałam się, że w dzień będą tam inni i odbiorą, ktoś, kto wie to, czego nie chcę usłyszeć. I
wtedy  ty  stanąłeś  w  drzwiach.  Pytasz  siebie,  dlaczego  wyniosłeś  teczkę  z  budynku.  No
właśnie  dlatego.  Żeby  ją  tu  przynieść.  Żebyśmy  się  poznali.  Dlatego  ją  zabrałeś  i  tutaj
przyniosłeś. Żeby mnie utrzymać przy życiu.

Nie wierzył w to, ale wierzył jej. Ona tak czuła i myślała.
– Pytasz siebie, co to za historia z tą teczką – powiedziała. – To ja jestem tą historią.

background image

 

7

Dwa ciemne przedmioty, biała butelka, ścieśnione puszki. Lianne odwróciła się od obrazu i
zobaczyła pokój jako martwą naturę, przez moment. Dopiero potem pojawiają się ludzkie
postacie, Matka i Kochanek, Nina wciąż w fotelu, rozmyślająca o czymś odległym, Martin
przygarbiony na kanapie, zwrócony ku niej twarzą.

Wreszcie matka powiedziała:
–  Architektura  tak,  może,  ale  z  zupełnie  innych  czasów,  z  innego  stulecia.  Biurowce

wykluczone.  Te  kształty  nie  dają  się  przełożyć  na  nowoczesne  biurowce,  na  dwie
bliźniacze wieże. To dzieło, które wyklucza tego rodzaju rozwinięcie, projekcję. Prowadzi
człowieka  w  głąb,  do  środka.  Właśnie  coś  takiego  widzę,  na  wpół  pogrzebanego,
głębszego niż rzeczy albo ich kształty.

Lianne wiedziała, w rozbłysku światła, co matka zamierza powiedzieć.
– Chodzi o śmiertelność, czy nie tak?
– O bycie człowiekiem – odparła Lianne.
– Bycie człowiekiem, bycie śmiertelnikiem. Będę chyba patrzeć na te obrazy, kiedy już

przestanę  patrzeć  na  wszystko  inne.  Będę  patrzeć  na  butelki  i  dzbanki.  Będę  siedziała  i
patrzyła.

– Będziesz musiała przysunąć trochę fotel.
–  Fotel  przystawię  do  samej  ściany.  Zawołam  administratora,  żeby  go  przesunął.  Będę

zbyt  słaba,  żeby  sama  to  zrobić.  Będę  patrzeć  i  dumać.  Albo  tylko  patrzeć.  Po  pewnym
czasie nie będę już nawet potrzebowała obrazu. Obraz będzie zbyteczny. Będę patrzyła na
ścianę.

Lianne podeszła do kanapy i puknęła Martina lekko w ramię.
– A twoje ściany? Co na nich jest?
– Moje ściany są gołe. W domu i w biurze. Mam gołe ściany.
– Nie całkiem – powiedziała Nina.
– No dobrze, nie całkiem.
Patrzyła na niego.
– Mówisz nam, żebyśmy zapomniały o Bogu.
Sprzeczka  trwała  przez  cały  czas,  w  powietrzu  i  na  skórze,  ale  zmiana  tonu  była

zaskakująca.

– Mówisz nam, że to historia.
Nina  patrzyła  na  niego,  wpatrywała  się  uporczywie,  ton  jej  głosu  zabarwiony

oskarżeniem.

– Przecież nie możemy zapomnieć o Bogu. Oni wzywają Boga bez przerwy. To jest ich

background image

najstarsze  źródło,  najstarsze  słowo.  Owszem,  jest  coś  jeszcze,  ale  to  nie  historia  ani
ekonomia. Tylko ludzkie odczucia. To, co dzieje się wśród ludzi, krew, która się przelewa,
gdy idea zaczyna się rozprzestrzeniać, to, co się za nią kryje, wszelka ślepa siła albo tępa
siła,  albo  gwałtowna  potrzeba.  To  bardzo  wygodne  znaleźć  system  wierzeń,  który
usprawiedliwia te odczucia i to zabijanie.

– Ale przecież system tego nie usprawiedliwia – odparł Martin. – Islam to odrzuca.
– Jeśli możesz coś nazwać Bogiem, to jest to Bóg. Bóg jest tym, na co pozwala.
–  Nie  widzisz,  jakie  to  dziwaczne?  Nie  widzisz,  czemu  zaprzeczasz?  Zaprzeczasz

wszelkiemu  ludzkiemu  poczuciu  krzywdy  wobec  innych,  wszelkim  siłom  historii,  które
rodzą konflikt między ludźmi.

– Rozmawiamy o tych ludziach, tu i teraz. Nimi kieruje niesłuszne poczucie krzywdy. To

infekcja wirusowa. Ten wirus reprodukuje się poza historią.

Siedział przygarbiony, zerkając, nachylony ku niej.
– Najpierw cię zabijają, a potem ty próbujesz ich zrozumieć. Może, w końcu, nauczysz

się ich nazwisk. Ale najpierw oni muszą cię zabić.

Ciągnęło się to przez pewien czas, a Lianne słuchała, zaniepokojona żarliwością w ich

głosach.  Martin  siedział  okutany  w  swoje  racje,  jedna  ręka  trzymająca  drugą,  mówił  o
utraconych  ziemiach,  przegranych  państwach,  obcych  interwencjach,  pieniądzach,
imperium,  ropie  naftowej,  narcystycznym  sercu  Zachodu,  i  zastanawiała  się,  jak  to
możliwe,  że  on  zajmuje  się  tym,  czym  się  zajmuje,  zarabia  na  życie  tak,  jak  zarabia,
handlując sztuką, czerpiąc zyski. No i były te gołe ściany. Martwiły ją.

– Zapalę papierosa – rzekła Nina.
To  złagodziło  napiętą  atmosferę,  sposób,  w  jaki  wypowiedziała  te  słowa,  poważnym

tonem,  komunikat  i  będące  stosowną  konsekwencją  zdarzenie,  dopasowane  do  poziomu
dyskusji.  Martin  się  roześmiał,  wyrywając  ciało  ze  zwartej  pozy  i  ruszając  do  kuchni  po
kolejne piwo.

– A gdzie mój wnuczek? Rysuje mój portret kredkami.
– Paliłaś dwadzieścia minut temu.
– Muszę się odprężyć. Przecież pozuję do portretu.
– Kończy lekcje za dwie godziny. Keith go odbierze.
– Justin i ja. Musimy porozmawiać o kolorze skóry, jej karnacjach.
– On lubi biel.
– On myśli na biało. U niego to białe jak papier.
– Używa jaskrawych kolorów dla oczu, włosów, może ust. Ale tam, gdzie my widzimy

ciało, on widzi biel.

–  On  myśli,  że  to  papier,  nie  ciało.  Dzieło  to  fakt  sam  w  sobie.  Tematem  portretu  jest

papier.

Wszedł Martin, zlizując pianę z brzegu szklanki.
– Ma białą kredkę?
– Nie potrzebuje białej kredki. Ma biały papier.

background image

Zatrzymał się, żeby popatrzeć na dawne fotografie paszportowe wiszące na południowej

ścianie, naznaczone upływem czasu, a Nina go obserwowała.

–  Co  za  piękno  i  dostojeństwo  –  rzekła.  –  W  tych  ludziach  i  tych  zdjęciach.  Właśnie

wyrobiłam sobie nowy paszport. Dziesięć lat poszło, jak łyk herbaty. Nigdy się zbytnio nie
przejmowałam,  jak  wyglądam  na  zdjęciach.  A  przynajmniej  nie  tak  jak  niektórzy.  Ale  to
zdjęcie mnie przeraża.

– A dokąd się wybierasz? – spytała Lianne.
– Nie muszę się donikąd wybierać, żeby mieć paszport.
Martin podszedł z boku, stanął za fotelem i nachyliwszy się, powiedział łagodnie:
–  Powinnaś  gdzieś  pojechać.  W  daleką  podróż,  gdy  wrócimy  z  Connecticut.  Nikt  teraz

nie podróżuje. Powinnaś o tym pomyśleć.

– To niezbyt dobry pomysł.
– Gdzieś daleko.
– Gdzieś daleko.
– Do Kambodży. Zanim dżungla zagarnie wszystko, co tam zostało. Pojadę z tobą, jeśli

chcesz.

Matka  paliła  papierosa  jak  kobiety  w  latach  czterdziestych,  w  filmach  gangsterskich,

sama nerwowa popędliwość, w czerni i bieli.

– Patrzę na zdjęcie w paszporcie i myślę, kim jest ta kobieta?
– Ja podnoszę głowę znad umywalki – powiedział Martin.
–  Kim  jest  ten  mężczyzna?  Myślimy,  że  widzimy  siebie  w  lustrze.  Ale  to  nie  my.

Wyglądamy  inaczej.  To  nie  jest  dosłowna  twarz,  jeśli  coś  takiego  w  ogóle  istnieje.  To
twarz poskładana. To twarz w stanie przeobrażenia.

– Nie mów mi tego.
–  Widzimy  co  innego,  niż  widzimy.  To,  co  widzimy,  jest  rozkojarzone  przez  pamięć,

przez bycie tym, kim jesteśmy, przez cały ten czas, wszystkie przeżyte lata.

– Nie chcę tego słuchać – powiedział Martin.
–  Widzimy  żywą  prawdę.  Lustro  łagodzi  efekt  przez  zanurzenie  rzeczywistej  twarzy.

Nasza twarz to nasze życie. Ale nasza twarz jest też zanurzona w naszym życiu. Dlatego jej
nie widzimy. Widzą ją tylko inni ludzie. I obiektyw, oczywiście.

Uśmiechnął  się  do  szklanki.  Nina  zgasiła  drugiego  papierosa,  ledwo  nadpalonego,

odgarniając dłonią smugi tłustej mgiełki.

– No i jest broda – powiedziała Lianne.
– Broda pomaga ukryć twarz.
– Nie jest znowu taka duża.
– Na tym polega sztuka – odparła Nina.
– Sztuka, żeby wyglądać na niechluja.
– Niechluja i zarazem głęboko wrażliwego człowieka.
– To są amerykańskie kpiny – powiedział. – Mam rację?
– Broda to sympatyczny wynalazek.

background image

– Mówi do niej – rzekła Nina. – Co rano, przed lustrem.
– A co konkretnie mówi?
– Mówi po niemiecku. Broda jest niemiecka.
– Pochlebia mi to, tak? – spytał. – Że jestem celem takich kpin.
– A nos jest austro-węgierski.
Nachylił się do Niny, wciąż stojąc za jej plecami, i dotknął jej twarzy wierzchem dłoni.

Następnie  zaniósł  pustą  szklankę  do  kuchni,  a  dwie  kobiety  siedziały  przez  chwilę  w
milczeniu. Lianne chciała pójść do domu i zasnąć. Jej matka chciała spać, ona chciała spać.
Chciała  pójść  do  domu  i  porozmawiać  przez  chwilę  z  Keithem,  a  potem  położyć  się  do
łóżka,  położyć  się  spać.  Porozmawiać  z  Keithem  albo  nie  rozmawiać  w  ogóle.  Chciała
jednak, żeby był w domu, gdy wróci.

Martin odezwał się z drugiego końca pokoju, zaskakując obie:
– Chcą własnego miejsca w świecie, własnej globalnej jedności, nie naszej. Mówisz, że

to stara martwa wojna. Ale jest wszędzie i jest racjonalna.

– Mnie ogłupiła.
– Nie daj się ogłupić. Nie myśl, że ludzie umierają tylko w imię Boga.
Zadzwonił jego telefon  komórkowy, więc zmienił  postawę, odwracając się  do ściany i

mówiąc jakby do własnej klatki piersiowej. Takie urywki rozmowy, które Lianne słyszała
wcześniej, z pewnej odległości, zawierały wyrażenia po angielsku, francusku i niemiecku,
w zależności od dzwoniącego, czasem też małą szlachetną sylabę, taką jak „Braque” albo
„Johns”.

Skończył szybko i odłożył aparat.
–  Podróż,  tak,  powinnaś  się  nad  tym  zastanowić  –  rzekł.  –  Doprowadź  kolano  do

porządku i wyjedziemy, poważnie.

– Daleko.
– Daleko.
– Do ruin.
– Do ruin.
– Mamy własne ruiny. Ale chyba nie chcę ich oglądać.
Ruszył przy ścianie do drzwi.
– Przecież właśnie dlatego postawiliście te wieże, prawda? Czy nie zostały zbudowane

jako  sen  o  bogactwie  i  potędze,  który  pewnego  dnia  stanie  się  snem  o  zniszczeniu?
Budujecie  takie  rzeczy,  żeby  potem  oglądać,  jak  się  walą.  Ta  prowokacja  jest  oczywista.
Czy  istnieje  jakikolwiek  inny  powód,  żeby  sięgać  tak  wysoko,  a  potem  to  zdublować,
zrobić  to  dwukrotnie?  To  fantazja,  więc  dlaczego  nie  zrobić  tego  dwa  razy?  Tym  samym
mówicie: Proszę bardzo, stoi tutaj, zburzcie to.

Otworzył drzwi i wyszedł.

Oglądał  pokera  w  telewizji,  zbolałe  twarze  w  kompleksie  kasyn  na  pustyni.  Patrzył  bez

background image

zainteresowania. To nie był poker, to była telewizja. Wszedł Justin i zaczął oglądać razem
z  nim,  więc  nakreślił  chłopcu  zasady,  urywkami,  w  miarę  jak  gracze  pasowali  albo
podbijali  stawkę  i  ujawniały  się  strategie.  Potem  weszła  Lianne  i  usiadła  na  podłodze,
obserwując  syna.  Półleżał  na  krześle,  wyciągnięty,  ledwo  się  z  nim  stykając,  patrząc
bezradnie w poświatę, ofiara porwana przez kosmitów.

Spojrzała  na  ekran,  twarze  w  zbliżeniu.  Sama  gra  tchnęła  drętwotą,  nuda  stu  tysięcy

dolarów wygranych lub przegranych za odsłonięciem pojedynczej karty. Nic nie znaczyła.
Wykraczała  poza  jej  zainteresowanie  i  współczucie.  Ale  pokerzyści  byli  interesujący.
Patrzyła  na  nich;  wciągali  ją,  kamienne  oblicza,  niemrawość,  przygarbione  sylwetki,
mężczyźni w niedoli, pomyślała, przeskakując jakoś do Kierkegaarda, przypominając sobie
długie  noce,  które  spędzała  z  nosem  w  książce.  Patrzyła  na  ekran  i  wyobraziła  sobie
posępność północnej krainy, twarze zabłąkane na pustyni. Czy to nie są duchowe katusze,
czy  to  nie  jest  poczucie  nieustannego  dylematu,  nawet  w  tym  drobnym  zwycięskim
mrugnięciu okiem zwycięzcy?

Nic nie powiedziała o tym Keithowi, bo obróciłby się do niej półprofilem i popatrzył w

przestrzeń  w  udawanej  kontemplacji,  usta  otwarte,  powoli  opadające  powieki,  głowa
wreszcie osuwająca się na pierś.

Myślał o tym, że tu jest, Keith myślał, a właściwie nie myślał, tylko czuł, przebudził się

na  to.  Widział  odbicie  jej  twarzy  w  rogu  ekranu.  Patrzył  na  pokerzystów,  zauważając
szczegóły natarć i kontrnatarć, ale zarazem patrzył na nią i czuł to, czuł, że jest tutaj razem z
nimi.  W  garści  ściskał  słodową  whisky.  Usłyszał  alarm  samochodowy  rozlegający  się  na
ulicy. Wyciągnął rękę i popukał Justina w głowę, puk, puk, aby go wyczulić na dokonującą
się odsłonę, bo kamera skupiła się na zakrytych kartach gracza, który nie wiedział, że jest
ugotowany.

– Jest ugotowany – powiedział Keith do swojego syna, a chłopiec siedział w milczeniu,

w  swojej  niedbałej  pozie,  połową  ciała  na  krześle,  połową  na  podłodze,  jakby
zahipnotyzowany.

Uwielbiała  Kierkegaarda  za  jego  niedzisiejszość,  za  tchnący  dramatyzmem  przekład,

który  miała,  starą  antologię  złożoną  z  kruchych  kartek  z  podkreśleniami  pod  linijkę
naniesionymi czerwonym atramentem, odziedziczoną po kimś z rodziny matki. To właśnie
ją  czytała  wielokrotnie  w  akademiku  do  późnej  nocy,  dryfująca  masa  papierów,  ubrań,
książek  i  sprzętu  do  tenisa,  o  których  lubiła  myśleć  jako  o  obiektywnym  korelacie
nieposkromionego  umysłu.  Co  to  jest  obiektywny  korelat?  A  co  to  jest  dysonans
poznawczy?  W  tamtych  czasach  znała  odpowiedzi  na  wszystkie  pytania,  tak  jej  się  teraz
zdawało,  i  uwielbiała  Kierkegaarda  nawet  za  pisownię  jego  nazwiska.  Twarde
skandynawskie „k” i cudownie podwojone „a”. Matka przez cały czas przysyłała książki,
gęstą, wymagającą, wybitną beletrystykę, hermetyczną i nieustępliwą, ale ta nie zaspokoiła
silnej  potrzeby  odnalezienia  własnego  „ja”,  czegoś  bliższego  sercu  i  umysłowi.  Lianne
czytała  swojego  Kierkegaarda  z  gorączkową  nadzieją,  aż  po  protestanckie  przedpiekle
choroby  na  śmierć.  Jej  współlokatorka  pisała  teksty  do  punkowych  piosenek  dla

background image

wyimaginowanego  zespołu  o  nazwie  Naszczaj  Mi  Do  Ust,  a  Lianne  zazdrościła  jej
twórczej desperacji. Dzięki Kierkegaardowi zyskała poczucie niebezpieczeństwa, bycia na
duchowej krawędzi. „Wszelkie istnienie napawa mnie trwogą”, napisał. Zobaczyła siebie
w  tym  zdaniu.  Sprawiał,  że  czuła,  iż  jej  wtargnięcie  w  życie  nie  jest  płytkim
melodramatem, jak niekiedy sądziła.

Patrzyła  na  twarze  pokerzystów,  a  potem  dostrzegła  oko  swego  męża,  na  ekranie,

odbicie, patrzące na nią, i się uśmiechnęła. W dłoni miał bursztynowy trunek. Gdzieś przy
ulicy  rozbrzmiewał  alarm  samochodowy,  pokrzepiająca  cecha  swojskości,  zapadała
bezpieczna noc. Lianne sięgnęła ręką i ściągnęła chłopca z jego grzędy. Zanim poszedł do
łóżka, Keith spytał go, czy chciałby dostać zestaw żetonów i talię kart.

Odpowiedział, że może, co znaczyło, że tak.

Musiała  to  zrobić,  więc  wreszcie  zrobiła,  zapukała  do  drzwi,  mocno,  i  czekała,  aż  Elena
otworzy, a głosy wewnątrz wibrowały, cichy chór kobiet śpiewających po arabsku.

Ma  psa,  który  wabi  się  Marko,  przypomniała  sobie  Lianne  w  chwili,  gdy  zastukała  do

drzwi. Marko, pomyślała, przez „k”, cokolwiek to może znaczyć.

Znów walnęła, tym razem rozpłaszczoną dłonią, no i wreszcie kobieta stanęła w progu,

w dopasowanych dżinsach i T-shircie z cekinami.

– Ta muzyka. Przez cały czas. W dzień i w nocy.
Elena wpatrywała się w nią, tchnąc organiczną czujnością na obrazę.
– Nie uświadamia sobie pani? Słyszymy ją na schodach, słyszymy w mieszkaniach. Przez

cały czas, w dzień i w pieprzoną noc.

–  No  i  co  z  tego?  To  tylko  muzyka.  Lubię  ją.  Jest  piękna.  Uspokaja  mnie.  Lubię  ją,  to

puszczam.

– Ale dlaczego teraz? Dlaczego akurat w te dni?
– Teraz, później, co za różnica? To tylko muzyka.
– Ale dlaczego teraz i dlaczego tak głośno?
– Nikt się nie skarży. Pierwszy raz słyszę, że głośno. Wcale nie tak głośno.
– Owszem, głośno.
– To tylko muzyka. Jak pani bierze to do siebie, to co mogę powiedzieć?
Do  drzwi  podszedł  Marko,  sześćdziesiąt  kilogramów  wagi,  czarny,  o  bujnej  sierści  i

płetwiastych łapach.

–  Oczywiście,  że  biorę  to  do  siebie.  Każdy  by  brał.  W  obecnych  okolicznościach.  Są

określone okoliczności. Chyba pani to przyzna, co?

– Nie ma okoliczności. To muzyka. Uspokaja mnie.
– Ale dlaczego puszcza ją pani akurat teraz?
– Muzyka nie ma nic wspólnego z tym, czy teraz, czy później, czy jeszcze kiedy indziej. I

nikt mi nie mówił, że jest głośno.

– Kurewsko głośno.

background image

–  Pani  jest  chyba  przewrażliwiona,  czego  bym  się  nie  domyśliła,  sądząc  po  pani

słownictwie.

– Całe miasto jest w tej chwili przewrażliwione. Gdzie się pani uchowała?
Ilekroć  Lianne  widziała  psa  na  ulicy,  w  połowie  drogi  między  przecznicami,  z  Eleną

niosącą foliową torebkę, do której zbierała jego gówno, myślała Marko, przez „k”.

–  To  muzyka.  Lubię  ją,  więc  puszczam.  Jak  pani  uważa,  że  za  głośno,  to  niech  pani

szybciej schodzi na dół.

Lianne przyłożyła kobiecie dłoń do twarzy.
– Uspokaja cię – powiedziała.
Wbiła palce w twarz, pod lewym okiem, i pchnęła Elenę do środka.
– Uspokaja cię.
Marko  zaszczekał,  cofając  się  do  mieszkania.  Lianne  wcisnęła  dłoń  w  oko,  a  kobieta

wzięła  zamach  i  uderzyła  na  oślep  prawą  ręką,  trafiając  w  krawędź  framugi.  Lianne
zdawała  sobie  sprawę,  że  zachowuje  się  po  wariacku,  już  w  chwili,  gdy  się  odwróciła  i
odeszła,  zatrzaskując  za  sobą  drzwi,  słysząc  szczekanie  psa  na  tle  grającej  solo  lutni  z
Turcji, Egiptu albo Kurdystanu.

Rumsey pracował w boksie blisko północnej fasady, z kijem hokejowym stojącym w kącie.
Grał  z  Keithem  w  meczach  skrzykiwanych  o  drugiej  w  nocy  przy  Chelsea  Piers.  W
cieplejsze  miesiące  wałęsali  się  podczas  przerwy  na  lunch  po  ulicach  i  placach,  w
falującym cieniu wież, patrząc na kobiety, rozmawiając o kobietach, opowiadając historie,
czerpiąc otuchę.

Keith  żył  w  separacji,  mieszkając  w  pobliżu  dla  wygody,  jedząc  dla  wygody,

sprawdzając  długość  filmów,  zanim  wziął  któryś  z  wypożyczalni.  Rumsey  sam,
zaangażowany  w  romans  z  mężatką,  niedawno  przybyłą  z  Malezji,  sprzedawała  T-shirty  i
pocztówki przy Canal Street.

Rumsey  miał  natręctwa.  Przyznał  się  do  tego  przyjacielowi.  Przyznawał  się  do

wszystkiego,  niczego  nie  ukrywał.  Liczył  samochody  zaparkowane  na  chodniku,  okna  w
budynku  przy  następnej  przecznicy.  Liczył  schody,  po  których  szedł,  stąd  tam.
Zapamiętywał  rzeczy,  które  przepływały  przez  jego  świadomość,  strumienie  informacji,
bardziej  lub  mniej  mimowolnie.  Potrafił  wyrecytować  dane  osobowe  kilkudziesięciu
przyjaciół  i  znajomych,  adresy,  numery  telefonów,  daty  urodzenia.  Miesiące  po  tym,  gdy
dokumenty  jakiegoś  klienta  przewinęły  się  przypadkiem  przez  jego  biurko,  pamiętał
nazwisko panieńskie jego matki.

To  nie  wyglądało  dobrze.  W  tym  człowieku  był  jawny  tragizm.  Na  lodowisku  i  w

pokerze  łączyło  ich  porozumienie,  jego  i  Keitha,  intuicyjne  wyczucie  wzajemnej
metodologii  jako  członków  jednej  drużyny  albo  przeciwników.  Pod  wieloma  względami
był  zwyczajnym  człowiekiem,  Rumsey,  duże,  krępawe  ciało,  powściągliwy  temperament,
ale swoją zwyczajność czasem doprowadzał do skrajności. Miał czterdzieści jeden lat, w

background image

garniturze  i  pod  krawatem,  chodził  promenadami,  w  falach  uderzającego  gorąca,
wypatrując kobiet w sandałach.

No dobrze. Coś mu kazało liczyć rzeczy, w tym palce składające się na kobiecą stopę.

Przyznał się do tego. Keith się nie śmiał. Keith próbował widzieć w tym rutynowe ludzkie
zajęcie,  coś  niezrozumiałego,  co  robią  ludzie,  my  wszyscy,  w  takiej  lub  innej  formie,  w
jałowych  chwilach  życia,  które  według  innych  wiedziemy.  Nie  śmiał  się,  a  potem  śmiał.
Rozumiał  jednak,  że  fiksacja  nie  jest  ukierunkowana  na  cele  seksualne.  Chodziło  o  samo
liczenie, mimo że wynik był z góry wiadomy. Palce u jednej stopy, potem palce u drugiej.
W sumie zawsze dziesięć.

Keith,  wysoki,  dwanaście,  piętnaście  centymetrów  wyższy  od  Rumseya,  podczas

południowych  spacerów  zauważał  u  niego  oznaki  typowego  męskiego  łysienia,  jakby
postępujące  z  tygodnia  na  tydzień,  albo  Rumsey  oklapnięty  w  swoim  boksie,  albo
trzymający kanapkę oburącz, głowa pochylona, żeby jeść. Wszędzie zabierał butelkę wody.
Zapamiętywał numery na tablicach rejestracyjnych, nawet gdy prowadził samochód.

Keith  spotykający  się  z  matką  dwojga  dzieci,  cholera  jasna.  Mieszkała  w  pierdolonym

Far Rockaway.

Kobiety  na  ławkach  lub  schodach,  czytające  albo  rozwiązujące  krzyżówki,

wygrzewające  się  na  słońcu,  z  głową  odrzuconą  do  tyłu,  albo  wygarniające  jogurt
niebieskimi łyżeczkami, kobiety w sandałach, niektóre miały odsłonięte palce.

Rumsey ze spuszczonym wzrokiem, podążający za krążkiem na lodzie, ciało grzmocące o

bandę,  uwolnione  od  dziwacznej  potrzeby  przeżycia  paru  szczęśliwych  godzin  brutalnego
sportu.

Keith  biegnący  w  miejscu,  na  bieżni  w  siłowni,  głosy  w  głowie,  przeważnie  własny,

nawet  jeśli  miał  walkmana,  słuchający  książek  nagranych  na  taśmę,  naukowych  albo
historycznych.

Liczenie  zawsze  kończyło  się  na  dziesięciu.  Ale  to  nie  było  nic  zniechęcającego  ani

żadna  przeszkoda.  Całe  piękno  polega  na  tym,  że  to  dziesięć,  powiedział  Rumsey.
Prawdopodobnie  dlatego  to  robię.  Żeby  wyszło  to  samo.  Coś  się  utrzymuje,  coś  tkwi  w
miejscu.

Dziewczyna Rumseya chciała, żeby zainwestował w interes, który prowadziła z dwoma

krewnymi  i  mężem.  Zamierzali  poszerzyć  asortyment,  dodać  buty  sportowe  i  elektronikę
osobistą.

Palce nic nie znaczyły, jeśli nie były zdefiniowane przez sandały. Bose kobiety na plaży

nie były atrakcyjne ze względu na stopy.

Za  używanie  kart  kredytowych  zbierał  premię  w  postaci  dodatkowych  mil  i  latał  do

miast  wybranych  ze  względu  na  ich  odległość  od  Nowego  Jorku  tylko  po  to,  żeby
wykorzystać te mile. Zaspokajało to jakąś potrzebę kredytu emocjonalnego.

Tu i ówdzie trafiali się mężczyźni w sandałach, na ulicach i w parkach, jednak Rumsey

nie  liczył  ich  palców.  A  więc  może  to  jednak  nie  o  samo  liczenie  chodziło.  Należało
wkalkulować czynnik kobiecy. Przyznał to. Przyznawał się do wszystkiego.

background image

Uporczywość jego potrzeb cechował pewien kaleki urok. Który otwierał Keitha na mniej

wyraziste rzeczy, widziane z osobliwszych perspektyw, na coś skarlałego i niepoprawnego
w  ludziach,  zarazem  zdolnego  obudzić  w  nim  cieplejsze  uczucia,  rzadki  posmak
pokrewieństwa.

Łysienie  u  Rumseya,  w  miarę  postępowania,  stało  się  łagodną  melancholią,  cichą

zgryzotą niespełnionego chłopca.

Pobili  się  raz  na  lodzie,  na  krótko,  koledzy  z  drużyny,  przez  pomyłkę,  w  zbiorowej

burdzie,  i  Keith  pomyślał,  że  to  zabawne,  Rumsey  jednak  był  zły,  ciche  oskarżycielskie
piski, twierdził, że Keith zadał parę dodatkowych ciosów, gdy już uświadomił sobie, kogo
tłucze, ale to nieprawda, odparł Keith, lecz pomyślał, że może jednak tak było, bo gdy coś
takiego się zacznie, to do czego można się odwołać?

Szli teraz w kierunku wież, w strumieniu i krzyżujących się dopływach ludzkiej masy.
No dobrze. A co, jeśli suma palców nie zawsze daje dziesięć? Powiedzmy, rzekł Keith,

że  jedziesz  metrem,  siedzisz  ze  spuszczoną  głową,  nieobecnym  wzrokiem  patrzysz  na
przejście  i  dostrzegasz  parę  sandałów  i  liczysz,  liczysz  jeszcze  raz,  i  znowu  jest  tylko
dziewięć palców, albo jedenaście.

Rumsey  zabrał  to  pytanie  ze  sobą  do  podniebnego  boksu,  gdzie  wrócił  do  pracy  nad

mniej zajmującymi kwestiami, pieniądze albo własność prywatna, umowy i tytuły.

Następnego dnia powiedział: Poprosiłbym ją o rękę.
A  jeszcze  później:  Bo  zrozumiałbym,  że  jestem  wyleczony,  jak  w  Lourdes,  więc

mógłbym teraz przestać liczyć.

Keith patrzył na nią zza stołu.

– Kiedy to było?
– Z godzinę temu.
– Ten pies.
– No wiem. To było wariactwo.
– I co teraz? Przecież będziecie się spotykały na klatce.
– Nic teraz. Nie przeproszę jej.
Siedział i kiwał głową, wpatrując się w nią.
– Przykro mi, ale gdy przed chwilą wchodziłem po schodach...
– Nie musisz mi tego mówić.
– ...to muzykę było słychać.
– No to chyba ona wygrała.
– Ani ciszej, ani głośniej.
– No to wygrała.
– Może nie żyje – powiedział. – Tylko tam leży.
– Żyje czy nie żyje, wygrała.
– Ten pies.

background image

– Wiem. To było zupełne wariactwo. Słyszałam sama siebie. Jakby mój głos pochodził

od kogoś innego.

– Widziałem tego zwierzaka. Mały się go boi. Nie mówi tego, ale się boi.
– Co to za rasa?
– Nowofundland.
– To jak cała prowincja – rzekła.
– Miałaś szczęście.
– Miałam szczęście i napad szału. Marko.
– Zapomnij o tej muzyce.
– Jego imię pisze się przez „k”.
– Moje też. Zapomnij o tej muzyce. To nie żaden przekaz ani nauczka.
– Ale ciągle ją słychać.
– Słychać, bo ona nie żyje. Leży tam. Obwąchiwana przez wielkiego psa.
– Muszę się wyspać. Potrzeba mi więcej snu.
– Wielki pies obwąchuje krocze kobiety.
– Budzę się co noc. Myślę bez przerwy. Nie mogę przestać.
– Zapomnij o tej muzyce.
– Myśli, których nie mogę rozpoznać, których nie mogę nawet uznać za własne.
– Zażyj coś. Twoja matka się na tym zna. Ludzie tak robią, żeby zasnąć.
–  Mam  już  doświadczenia  z  tym,  co  ludzie  biorą.  Wariuję  od  tego  jeszcze  bardziej.

Głupieję i robię się zapominalska.

– Pogadaj z matką. Ona się na tym zna.
– Nie mogę tego powstrzymać, nie mogę zasnąć – powiedziała. – To trwa bez końca. A

potem jest rano.

Prawda nakreślona była w powolnym, nieubłaganym zaniku. Każdy członek grupy żył z tą
świadomością.  Lianne  najtrudniej  było  to  zaakceptować  w  przypadku  Carmen  G.
Wydawało  się,  że  istnieją  dwie  kobiety  równocześnie,  jedna  siedząca  tutaj,  z  upływem
czasu  coraz  mniej  wojownicza,  coraz  słabiej  zdefiniowana,  przeciągająca  słowa,  oraz
druga,  młodsza,  szczuplejsza,  szałowo  atrakcyjna,  taka  jaką  Lianne  sobie  wyobrażała,
pełna werwy kobieta w brawurowym rozkwicie, zabawna i bezceremonialna, wirująca na
parkiecie.

Sama  Lianne,  nosząca  ojcowskie  piętno,  potencjalne  żniwo  płytek  i  splecionych

włókien,  kiedy  patrzyła  na  Carmen,  nieuchronnie  widziała  zbrodnię,  utratę  pamięci,
osobowości  i  tożsamości,  osuwanie  się  w  ostateczne  proteinowe  otępienie.  Carmen
napisała  tekst,  który  potem  przeczytała  na  głos,  mający  być  relacją  z  jej  całego  dnia,  z
wczoraj.  Nie  było  to  wypracowanie  zadane  wszystkim  za  powszechną  zgodą.  To  było
wypracowanie Carmen.

Obudziłam  się  i  pomyślałam,  gdzie  są  wszyscy.  Jestem  sama,  bo  taka  jestem.  Myślę,

background image

gdzie  są  pozostali,  całkiem  obudzona,  ale  nie  chcę  wstać.  Jakbym  potrzebowała
dokumentów  tożsamości,  żeby  się  podnieść  z  łóżka.  Prueba  de  ingreso.  Prueba  de
dirección. Tarjeta de seguro social. Dowód ze zdjęciem. Mój ojciec opowiadał dowcipy i
nie  obchodziło  go,  czy  są  kulturalne,  czy  sprośne,  dzieci  muszą  się  dowiedzieć  o  tych
sprawach. Miałam dwóch mężów, którzy byli inni, z wyjątkiem rąk. Ciągle przypatruję się
męskim dłoniom. Bo ktoś powiedział, że chodzi o to, który mózg funkcjonuje danego dnia,
ponieważ  każdy  ma  dwa.  Dlaczego  wstanie  z  łóżka  to  najtrudniejsza  rzecz  na  świecie.
Hoduję  roślinę,  którą  bez  przerwy  trzeba  podlewać.  Nigdy  nie  myślałam,  że  hodowanie
rośliny może być harówką.

– Ale gdzie ten twój dzień? – spytał Benny. – Powiedziałaś, że to będzie o twoim dniu.
–  To  jakby  pierwszych  dziesięć  sekund.  Ciągle  w  łóżku.  Jak  może  przyjdziemy  tu

następnym  razem,  to  wreszcie  wstanę.  A  jeszcze  następnym  może  umyję  ręce.  To  dzień
trzeci. Czwarty, myję twarz.

– Żyjemy tak długo? – odparł Benny. – Zanim zrobisz siusiu, wykitujemy.
A potem przyszła kolej na Lianne. Prosili, namawiali. Wszyscy coś napisali, coś mówili

o samolotach. To Omar H. poruszył znowu ten temat, gorliwie, jak to on, podnosząc prawą
rękę.

– Gdzie byłaś, kiedy to się stało?
Przez  prawie  dwa  lata,  odkąd  zaczęły  się  sesje  literackie,  a  jej  małżeństwo  gasło  w

mroku  nocy,  słuchała  tych  kobiet  i  mężczyzn,  jak  mówią  o  swoim  życiu,  zabawnie,
kąśliwie, bez ogródek, wzruszająco, nabierając zaufania do siebie nawzajem.

Jest im winna historię, prawda?
W drzwiach stał Keith. Zawsze to, musi być, ten rozpaczliwy widok, on, żywy, jej mąż.

Próbowała  przedstawić  kolejność  zdarzeń,  widząc  go,  w  miarę  jak  opowiadała,  postać
falująca  w  odbitym  świetle,  Keith  w  kawałkach,  w  drobnych  odsłonach.  Słowa
przychodziły  szybko.  Przypominała  sobie  to,  co  zapamiętała  całkowicie  nieświadomie,
połyskujący  okruch  szkła  na  jego  powiece,  jakby  przyszyty,  i  że  szedł  do  szpitala,
dziewięć,  dziesięć  przecznic,  niepewnym  krokiem  po  prawie  wyludnionych  ulicach,  w
najgłębszym milczeniu, i ten młody mężczyzna, który im pomógł, dostawca pizzy, chłopak
właściwie,  jedną  ręką  podtrzymywał  Keitha,  na  drugiej  niósł  pudełko  z  pizzą,  i  niewiele
brakowało, a spytałaby go, jak to możliwe, że ktoś zadzwonił po pizzę, skoro telefony nie
działają,  wysoki  Latynos,  a  może  nie  Latynos,  trzymał  pudełko  od  spodu,  niosąc  je  na
dłoni, odsunięte od ciała.

Chciała  pozostać  skupiona,  żeby  jedno  logicznie  prowadziło  do  drugiego.  Zdarzały  się

chwile,  kiedy  prawie  nic  nie  mówiła,  tylko  odpływała  w  czas,  wpadała  z  powrotem  w
skanalizowany  wir  niedawnej  przeszłości.  Siedzieli  bez  ruchu  i  patrzyli  na  nią.  Ludzie
ostatnio  często  na  nią  patrzyli.  Najwyraźniej  tego  potrzebowała.  Ci  tutaj  liczyli,  że  ukaże
im sens. Czekali na słowa zza linii podziału, stamtąd, gdzie to, co stałe, się nie rozpuszcza.

Opowiedziała  im  o  swoim  synu.  Gdy  znajdował  się  w  pobliżu,  w  zasięgu  ręki  albo

wzroku, w sobie, w ruchu, strach malał. Kiedy indziej nie potrafiła o nim myśleć bez lęku.

background image

To był Justin bezcielesny, dziecko będące jej wymysłem.

Bezpańskie pakunki, powiedziała, groźba kryjąca się w papierowej torebce z lunchem,

albo metro w godzinie szczytu, pod ziemią, ludzie zamknięci w puszkach.

Gdy spał, nie potrafiła na niego patrzeć. Stał się dzieckiem w jakiejś wysforowującej się

przyszłości.  Co  wiedzą  dzieci?  Wiedzą,  kim  są,  powiedziała,  w  sposób,  którego  my  nie
znamy, a którego one nie umieją nam przekazać. Są chwile zamrożone w biegu rutynowych
godzin.  Nie  umiała  patrzeć  na  niego,  gdy  spał,  bez  myślenia  o  tym,  co  nadejdzie.  Były
częścią jego bezruchu, postacie w niemej oddali, przylepione do okien.

Uprasza się o zgłaszanie wszelkiego podejrzanego zachowania i bezpańskich pakunków.

Tak brzmi ta formułka, prawda?

Niewiele brakowało, a opowiedziałaby im o teczce, o jej pojawieniu się i zniknięciu, i

co to znaczy, jeśli znaczy cokolwiek. Chciała, ale tego nie zrobiła. Chciała im opowiedzieć
wszystko, wszystko przekazać. Potrzebowała słuchaczy.

Dawniej Keith chciał od świata tak dużo, że nie starczyłoby czasu i środków, by to zdobyć.
Teraz  już  tego  nie  chciał,  cokolwiek  to  było,  w  kategoriach  konkretu,  w  kategoriach
konkretnych rzeczy, bo tak naprawdę nigdy nie wiedział, czego chce.

Teraz  zastanawiał  się,  czy  urodził  się  po  to,  żeby  być  starym  i  samotnym  człowiekiem,

zadowolonym  z  samotnej  starości,  i  czy  cała  reszta,  wszystkie  jego  spojrzenia  i  tyrady,
które odbijały się od tych ścian, miały po prostu doprowadzić go do tego stanu.

To  jego  ojciec  się  przesączał,  siedzący  w  domu  w  zachodniej  Pensylwanii,  czytający

poranną gazetę, wychodzący na spacer po południu, mężczyzna wpleciony w słodką rutynę,
wdowiec jedzący kolację, niezagubiony, żywy we własnej skórze.

W partiach high-low kryło się drugie dno. To Terry Cheng dzielił pulę na dwie połowy, po
jednej dla każdego ze zwycięzców, tego, który miał najmocniejsze karty, i tego, który miał
karty najsłabsze. Robił to w parę sekund, układał żetony o różnych kolorach i nominałach
w  dwa  stosiki  albo  dwie  grupy  stosików,  zależnie  od  wielkości  puli.  Nie  chciał  mieć
stosików  tak  wysokich,  że  mogłyby  się  przewrócić.  Nie  chciał  stosików  wyglądających
identycznie.  Zasada  polegała  na  tym,  by  mieć  dwa  zbiory  o  takiej  samej  wartości
pieniężnej,  ale  nigdy  o  tak  samo  lub  choćby  podobnie  ułożonych  kolorach.  Kładł  sześć
niebieskich  żetonów,  cztery  złote,  trzy  czerwone  i  pięć  białych,  a  potem  dobierał
odpowiednio, z szybkością zatrzaskujących się wnyków, palce rozbiegane, dłonie czasem
się  krzyżujące,  szesnaście  białych,  cztery  niebieskie,  dwa  złote  i  trzynaście  czerwonych,
stawiając  swoje  stosiki,  następnie  splatał  ręce  na  piersi  i  patrzył  w  tajemną  przestrzeń,
pozwalając  obu  zwycięzcom  zgarnąć  żetony  w  atmosferze  niemego  szacunku  i  na  wpół
grozy.

Nikt nie wątpił w umiejętności jego ręki-oka-umysłu. Nikt nie próbował liczyć razem z

nim i nikomu nie przyszło do głowy, nawet w trakcie najgłębszych nocnych rozmyślań, że

background image

Terry Cheng mógłby choć raz się pomylić w swych pokerowych rozstrzygnięciach.

Keith  rozmawiał  z  nim  przez  telefon  dwukrotnie,  krótko,  po  samolotach.  A  potem

przestali do siebie dzwonić. Wydawało się, że nie mają nic do powiedzenia o pozostałych
kolegach od pokera, tych nieżyjących i tego rannego, a nie znalazł się żaden ogólny temat,
który  mogliby  swobodnie  omówić.  Poker  stanowił  jedyny  kodeks,  który  wspólnie
wyznawali, a z tym był już koniec.

Koleżanki przez pewien czas wołały na nią Wytrzeszcz. Potem Chuchro. To niekoniecznie
było  złośliwe  przezywanie,  bo  często  robiły  tak  przyjaciółki,  i  to  za  jej  przyzwoleniem.
Lubiła  parodiować  modelkę  na  wybiegu,  same  łokcie,  kolana  i  odrutowane  zęby.  Kiedy
zaczęła  wyrastać  z  kościstości,  zdarzało  się,  że  ojciec  zawijał  do  miasta,  opalony  Jack,
rozpościerał  ramiona  na  jej  widok,  pięknie  rozkwitającej  istoty,  którą  uwielbiał  w
cielesnej  postaci,  póki  znów  nie  odjechał.  Ale  pamiętała  te  chwile,  jego  postawę  i
uśmiech,  przykucnięcie,  układ  szczęki.  Otwierał  ramiona,  a  ona  wpadała  nieśmiało  w
zamykające się objęcia. To był cały Jack, zawsze tulił ją i ściskał, zaglądał tak głęboko w
oczy, że czasami się wydawało, iż próbuje ją umieścić w odpowiednim kontekście.

Była  śniada,  inaczej  niż  on,  o  dużych  oczach  i  szerokich  ustach,  miała  zapał,  którym

potrafiła  zaskakiwać  innych,  gotowość  do  podchwytywania  okazji  lub  pomysłów.  Kopia
matki.

Ojciec mawiał o matce: „Seksowna z niej babka, tylko dupa chuda”.
Lianne  ekscytowała  ta  kumplowska  wulgarność,  zachęta,  żeby  uczestniczyć  w  jego

szczególnym sposobie patrzenia, w mówieniu bez ogródek i gruboskórności.

To sposób patrzenia Jacka na architekturę pociągał Ninę. Poznali się na małej wyspie w

północnej  części  Morza  Egejskiego,  gdzie  Jack  zaprojektował  skupisko  białych
otynkowanych  domków  dla  artystów  przyjeżdżających  na  odosobnienie.  Usytuowana  nad
zatoczką  kolonia,  widziana  od  strony  morza,  była  fragmentem  czystej  geometrii,  która  się
lekko przekrzywiła – Euklidesowy rygor w przestrzeni kwantowej, jak napisałaby Nina.

Tam  właśnie  na  twardej  pryczy,  podczas  drugiej  wizyty,  została  poczęta  Lianne.  Jack

powiedział jej o tym, gdy miała dwanaście lat, a potem milczał na ten temat aż do chwili,
gdy  zadzwonił  z  New  Hampshire,  dziesięć  lat  później,  mówiąc  to  samo  tymi  samymi
słowami,  morska  bryza,  twarda  prycza,  muzyka  płynąca  z  nadbrzeża,  taka  jakby  grecko-
orientalna. Parę minut albo godzin później spojrzał w wylot lufy. Grzmot z rury.

Oglądali telewizję bez dźwięku.

– Mój ojciec się zastrzelił, żebym nigdy nie musiała przeżyć dnia, w którym już by mnie

nie poznał.

– Wierzysz w to.
– Tak.
– No to ja też – rzekł.

background image

– Pewnego dnia przestałby mnie poznawać.
– Wierzę.
– Na pewno właśnie dlatego to zrobił.
Była  lekko  pijana  po  dodatkowym  kieliszku  wina.  Oglądali  późnowieczorne

wiadomości, a on pomyślał, żeby włączyć głos, kiedy skończyły się reklamy, a jednak tego
nie  zrobił,  więc  patrzyli  w  ciszy,  jak  korespondent  na  jakimś  pustkowiu,  Afganistan  albo
Pakistan, wskazuje ręką za siebie na odległe góry.

– Musimy mu kupić atlas ptaków.
– Justinowi – odparł.
–  Uczą  się  o  ptakach.  Każde  dziecko  musi  wybrać  sobie  ptaka,  o  którym  będzie  się

uczyło.  Swojego  opierzonego  kręgowca.  Jego  albo  jej.  Jego,  jak  to  jest  chłopiec,  jej,  jak
dziewczynka.

Na  ekranie  pojawiły  się  archiwalne  zdjęcia  myśliwców  startujących  z  pokładu

lotniskowca. Czekał, żeby go poprosiła, by włączył głos.

– Mówił mi o pustułce – rzekła. – Co to jest pustułka, do cholery?
–  To  taki  mały  sokół.  Widzieliśmy  je  siedzące  na  liniach  wysokiego  napięcia,  całymi

kilometrami, jak wybraliśmy się wtedy na zachód, w poprzednim życiu.

–  W  poprzednim  życiu  –  powtórzyła  i  się  roześmiała,  a  potem  dźwignęła  z  krzesła  i

ruszyła do łazienki.

– Wróć ubrana – rzekł – żebym mógł się przyglądać, jak się rozbierasz.

Florence Givens patrzyła na materace, czterdzieści albo pięćdziesiąt, ułożone w rzędach na
końcu dziewiątego piętra. Ludzie, przeważnie kobiety, testowali łóżka, podskakując lekko
na siedząco albo leżąc na wznak, sprawdzając elastyczność i miękkość. Dopiero po chwili
uświadomiła sobie, że Keith stoi obok i patrzy razem z nią.

– W samą porę – powiedziała.
–  To  ty  przyszłaś  w  samą  porę.  Ja  tu  jestem  od  dwóch  godzin.  Jeździłem  sobie

ruchomymi schodami.

Ruszyli  przejściem,  ona  przystając  kilkakrotnie,  żeby  przyjrzeć  się  metkom  i  cenom,

nacisnąć materac nasadą dłoni.

– No, dalej, połóż się – rzekł.
– Chyba nie chcę.
– To skąd będziesz wiedziała, czy ci odpowiada? Popatrz. Wszyscy tak robią.
– Położę się, jeśli ty się położysz.
– To nie ja potrzebuję materaca, tylko ty.
Przechadzała  się  wzdłuż  przejścia.  On  stał  i  patrzył,  z  dziesięć,  jedenaście  kobiet

leżących  na  łóżkach,  podskakujących,  kobieta  i  mężczyzna  podskakujący  i  turlający  się,
para w średnim wieku, zdeterminowana, próbująca się zorientować, czy gdy jedno będzie
się wiercić, to zakłóci sen drugiego.

background image

Trafiały  się  nieśmiałe  kobiety,  które  podskoczyły  tylko  raz  lub  dwa,  stopy  wystawione

poza  łóżko,  ale  były  i  takie,  które  zdejmowały  palta  i  buty,  padały  na  plecy,  materac
Posturepedic albo Beautyrest, podskakiwały beztrosko, najpierw na jednej połowie łóżka,
potem  na  drugiej,  i  uznał,  że  to  widok  wart  zobaczenia,  dział  materaców  w  Macy’s,  i
spojrzał na koniec przejścia, i tam też podskakiwali, kolejnych osiem albo dziewięć kobiet,
jeden  mężczyzna,  jedno  dziecko,  testując  komfort  i  współczynnik  odkształcalności,
podparcie dla pleców i wrażenie w zetknięciu z pianką.

Florence siedziała na skraju łóżka po drugiej stronie; uśmiechnęła się do niego i padła

na plecy. Podskoczyła do góry i znów padła, okazując teatralnie onieśmielenie w otoczeniu
publicznej  intymności.  Niedaleko  Keitha  stali  dwaj  mężczyźni  i  jeden  z  nich  powiedział
coś  do  drugiego.  To  była  uwaga  na  temat  Florence.  Keith  nie  usłyszał  słów,  lecz  to  nie
miało znaczenia. Z ich postawy i spojrzeń wynikało jasno, że to Florence jest obiektem ich
zainteresowania.

Keith znajdował się dziesięć kroków od nich.
– Ej, ty pojebańcu – rzekł.
Umówili się, że spotkają się tutaj, zjedzą szybki lunch gdzieś w pobliżu i każde ruszy w

swoją stronę. On musiał odebrać syna ze szkoły, ona miała wizytę u lekarza. To była randka
bez jednego szeptu i dotyku, umiejscowiona pośród upadających obcych ludzi.

Powtórzył,  tym  razem  głośniej,  i  czekał,  aż  słowa  dotrą  do  adresata.  To  było

interesujące, jak zmieniła się przestrzeń między nimi. Tamci dwaj patrzyli teraz na niego.
Ten, który się odezwał, był mocno zbudowany, w połyskliwej puchówce przypominającej
folię bąbelkową. Ludzie snuli się po przejściu, w rozmazanych kolorach. Tamci patrzyli na
niego.  Przestrzeń  była  gorąca  i  roziskrzona,  a  ten  w  folii  bąbelkowej  wyraźnie  się
zastanawiał. Kobiety podskakiwały na łóżkach, lecz Florence widziała i słyszała wszystko,
i teraz patrzyła ze skraju materaca.

Tamten  słuchał  kolegi,  nie  poruszając  się.  Keith  stał  i  patrzył,  i  to  mu  wystarczyło,  a

potem  przestało  wystarczać.  Podszedł  i  uderzył  mężczyznę.  Podszedł,  spiął  się  i
wyprowadził szybko prawy prosty. Trafił go w kość policzkową, tylko jeden cios, a potem
cofnął się o krok i czekał. Był teraz wściekły. Fizyczny kontakt go pobudził; chciał więcej.
Rozłożył  ręce,  pokazując  dłonie,  no,  proszę  bardzo,  jestem  tu,  pokaż,  co  potrafisz.  Bo
jeżeli  ktokolwiek  powiedziałby  Florence  ostre  słowo,  podniósł  na  Florence  rękę  albo
obraził ją w jakikolwiek sposób, Keith gotów był zabić.

Mężczyzna  oparł  się  o  swojego  kolegę,  a  potem  odwrócił  i  zaszarżował,  głowa

pochylona,  łokcie  wystawione  na  boki,  jak  facet  na  motocyklu,  i  wszyscy  podskakujący
zamarli na łóżkach.

Keith znów trafił go prawym, tym razem w oko, ale tamten podniósł go do góry, na parę

centymetrów,  a  wtedy  on  zadał  kilka  ciosów  w  nerki,  zamortyzowanych  w  dużej  mierze
przez  folię  bąbelkową.  Wszędzie  teraz  byli  ludzie,  sprzedawcy  i  ochroniarze  biegnący
przejściem,  pracownik,  który  pchał  wózek  ręczny.  To  było  dziwne,  jak  w  ogólnym
zamieszaniu,  gdy  już  ich  rozdzielono,  Keith  poczuł  dłoń  na  swoim  ramieniu,  tuż  nad

background image

łokciem, i od razu się zorientował, że to Florence.

Ilekroć  oglądała  ujęcia  nadlatujących  samolotów,  przesuwała  palec  do  wyłącznika  na
pilocie  do  telewizora.  Wciąż  jednak  patrzyła.  Drugi  samolot,  wyłaniający  się  z
zimnobłękitnego  nieba,  ten  widok  wrażał  się  w  ciało,  wydawało  się,  że  mknie  pod  jej
skórą,  przelotny  sprint,  niesie  życie  ludzi  i  ich  historie,  ich  i  jej,  każdego,  gdzieś  w  inną
przestrzeń, poza wieżami.

Niebo,  które  zachowała  w  pamięci,  było  spektaklem  chmur  i  burzy,  albo  elektrycznym

błyskiem  na  sekundę  przed  letnim  grzmotem  w  mieście,  zawsze  należało  do  energii
warunków atmosferycznych, do tego, co jest tam, mas powietrza, pary wodnej, zachodniego
wiatru.  A  tutaj  było  inne  niebo,  czyste;  niosło  ludzkie  przerażenie  w  opływowych
samolotach,  najpierw  jeden,  potem  drugi,  moc  ludzkich  zamiarów.  Patrzył  razem  z  nią.
Każdy  przejaw  bezradnej  desperacji  usytuowany  na  tle  nieba,  ludzkie  głosy  wzywające
Boga, to straszne, gdy sobie wyobrazić, imię Boga na ustach zarówno zabójców, jak i ofiar,
najpierw  jeden  samolot,  potem  drugi,  ten  drugi  prawie  karykaturalnie  ludzki,  z
błyszczącymi oczami i zębami, drugi samolot, południowa wieża.

Obejrzał  z  nią  tylko  raz.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  nigdy  nie  czuła  takiej  bliskości

innego człowieka jak wtedy, gdy patrzyli na samoloty lecące po niebie. Stojąc przy ścianie,
sięgnął  po  krzesło  i  wziął  ją  za  rękę.  Przygryzła  wargę  i  patrzyła.  Wszyscy  zginą,
pasażerowie  i  załoga,  i  tysiące  ludzi  w  wieżach,  i  czuła  to  w  swoim  ciele,  głębokie
wyhamowanie, i pomyślała, że on tam jest, to niewiarygodne, w jednej z tych wież, a tutaj
trzyma  ją  za  rękę,  w  bladym  świetle,  jak  gdyby  chciał  ją  pocieszyć  z  powodu  własnej
śmierci.

– Ten pierwszy wygląda jak katastrofa lotnicza – powiedział. – Nawet patrząc z takiego

dystansu, już spoza tego, tyle dni później, stoję tutaj i myślę, że to katastrofa.

– Bo inaczej nie można.
– Nie można – powtórzył.
– Nawet kamera jest jakby zdziwiona.
– Ale tylko pierwszy.
– Tylko pierwszy.
– Gdy jest ten drugi – rzekł – gdy ten drugi samolot się pojawia, wszyscy już jesteśmy

trochę starsi i mądrzejsi.

background image

 

8

Spacery  przez  park  nie  były  rytuałami  oczekiwań.  Droga  skręcała  na  zachód;  minął  korty
tenisowe,  nie  myśląc  za  dużo  o  pokoju,  w  którym  będzie  czekała,  ani  o  sypialni  w  głębi
korytarza. Sprawiali sobie nawzajem erotyczną rozkosz, ale to coś innego gnało go do niej
z  powrotem.  Gnało  go  to,  co  oboje  wiedzieli,  w  bezczasowym  spiralnym  spadaniu,  więc
wracał,  mimo  że  spotkania  z  nią  przeczyły  temu,  co  ostatnio  uznał  za  prawdę  o  swoim
życiu, a mianowicie, że powinien je przeżyć poważnie i odpowiedzialnie, a nie chwytać z
niego chciwie garściami.

Potem mówiła to, co zawsze ktoś mówi.
– Musisz już iść?
Stał nago obok łóżka.
– Zawsze będę musiał iść.
–  A  ja  zawsze  będę  musiała  nadawać  twojemu  wychodzeniu  inny  sens.  Romantyczny

albo seksowny. Żeby to nie była pustka ani samotność. Czy umiem to zrobić?

Przecież  nie  była  zaprzeczeniem.  Nie  była  czymś,  co  można  chwytać  garściami,

przeciwieństwem  jakiejś  prawdy,  na  którą  być  może  się  natknął  w  długie  dziwne  dni  i
noce, w tych dniach po.

To są dni po. Miernikiem wszystkiego było teraz po.
Rzekła:
– Czy umiem z czegoś zrobić coś innego, tak bez udawania? Czy mogę zostać tą, którą

jestem, czy muszę się stać tymi wszystkimi ludźmi, którzy patrzą, jak ktoś wychodzi? Nie
jesteśmy innymi ludźmi, prawda?

Ale patrzyła na niego w taki sposób, że czuł się jak ktoś inny, stojąc tam, obok łóżka, i

był gotów powiedzieć to, co mówią inni.

Siedziały przy stole w kącie, mierząc się wzrokiem. Carol Shoup miała na sobie jedwabną
bluzkę w paski, która wyglądała na mauryjską albo perską, fiolet i biel.

– A czego się spodziewałaś w obecnej sytuacji?
– Spodziewałabym się, że zadzwonisz i spytasz.
– Ale w takiej sytuacji jak w ogóle mogłam o tym wspomnieć?
– Przecież właśnie wspomniałaś – odparła Lianne.
– Ale dopiero po fakcie. Nie mogłam cię prosić, żebyś redagowała taką książkę. Po tym,

co  przeżył  Keith,  no  i  w  ogóle,  po  tym  wszystkim.  Nie  myślałam,  że  chciałabyś  się  tym
zająć. No bo to książka mocno zaangażowana, o tym, od czego to się zaczęło, co do tego

background image

doprowadziło. Poza tym strasznie trudna, niewiarygodnie nużąca.

– Ale ją wydajecie.
– Musimy.
– Mówiłaś, że ile lat krąży w obiegu?
– Musimy wydać. Cztery albo pięć. Bo wygląda na to, że w tej książce przewidziano, co

się stanie.

– Przewidziano.
–  Dane  statystyczne,  raporty  korporacyjne,  plany  architektoniczne,  trasy  lotów

terrorystów. Co jeszcze...

– Wydajecie tę książkę.
–  Jest  źle  napisana,  źle  ułożona  i,  powiedziałabym,  że  okropnie,  strasznie  nudna.  Była

odrzucana wiele razy. Stała się legendą wśród agentów i wydawców.

– Wydajecie ją.
– Robimy redakcję merytoryczną tego cholerstwa.
– Kto jest autorem?
–  Emerytowany  inżynier  lotnictwa.  Nazywamy  go  Unaflyer.  Wprawdzie  nie  mieszka  w

chacie  na  odludziu,  z  chemikaliami  do  konstruowania  bomb  i  rocznikami  statystycznymi,
ale zajmuje się tym obsesyjnie od piętnastu, szesnastu lat.

Można  było  zarobić  dużo  pieniędzy,  jak  na  standardy  niezależnych  redaktorów,  gdyby

książka  okazała  się  poważnym  przedsięwzięciem.  Ale  tu  liczył  się  pośpiech,  czas,
aktualność przekazu, nawet wizjonerstwo, przynajmniej w zaplanowanych przez wydawcę
zapowiedziach  –  książka  przedstawiająca  szczegółowo  powiązania  globalnych  sił,  które
zdają  się  zbiegać  i  eksplodować  w  konkretnym  miejscu  i  czasie,  być  może  w  przestrzeni
Bostonu,  Nowego  Jorku  albo  Waszyngtonu  późnym  latem  o  poranku  na  początku  XXI
wieku.

– Redagowanie tego cholerstwa mogłoby cię uwalić na lata. To same dane. Same fakty,

mapy, harmonogramy.

– Ale jakby przepowiednia.
Książka  wymagała  udziału  niezależnego  redaktora,  osoby  mogącej  ślęczeć  nad  tekstem

długimi  godzinami  z  dala  od  biurowego  zamieszania  –  telefonów,  e-maili,  spotkań  w
przerwie  na  lunch  i  zebrań,  którym  musi  podołać  redaktor  zatrudniony  na  etacie  –
składającego się na tę pracę.

–  Tam  jest  taki  jakby  długi  traktat  o  porywaniu  samolotów.  Zawiera  mnóstwo

dokumentów  mówiących  o  słabym  zabezpieczeniu  niektórych  lotnisk.  Wymienione  są
Dullesa  i  Logan.  Jest  tam  mowa  o  wielu  rzeczach,  które  się  faktycznie  wydarzyły  albo
właśnie się dzieją. Wall Street, Afganistan, to, tamto. W Afganistanie teraz się dzieje.

Lianne  nie  obchodziło,  jak  skondensowany,  pogmatwany  i  przytłaczający  jest  ten

materiał  oraz  czy  ostatecznie  okaże  się  proroczy.  Bo  czegoś  takiego  właśnie  chciała.
Zorientowała  się,  że  chce  czegoś  podobnego  dopiero  wtedy,  gdy  Carol  wspomniała  o
książce, ironicznie, mimochodem. Myślała, że została zaproszona na lunch, aby pomówiły

background image

o  jakimś  zleceniu.  Okazało  się,  że  spotkanie  ma  charakter  całkowicie  prywatny.  Carol
chciała  porozmawiać  o  Keicie.  Napomknęła  tylko  o  jednej  książce  –  tej,  która  nie  była
przeznaczona dla Lianne i którą Lianne akurat miała ochotę zredagować.

– Zjesz deser?
– Nie.
Odsuń  się  o  krok.  Patrz  naukowo,  bez  emocji.  Tak  mówił  Martin.  Zmierz  elementy.

Powiąż razem. Wyciągnij naukę z tego, co się stało. Sprostaj sytuacji.

Carol  chciała  rozmawiać  o  Keicie,  usłyszeć  coś  o  nim.  Chciała  poznać  jego  historię,

historię  ich  dwojga,  chwila  po  chwili,  zeszli  się  przecież.  Bluzka,  w  którą  była  ubrana,
należała  do  ciała  innego  typu,  o  innej  karnacji,  imitacja  szaty  mauryjskiej  albo  perskiej.
Lianne  to  zauważyła.  Nie  miała  nic  ciekawego  do  powiedzenia  o  Keicie,  bo  jeśli
cokolwiek ciekawego się wydarzyło, było to zbyt intymne, by o tym mówić.

– Chcesz kawy?
– Niedawno uderzyłam kobietę w twarz.
– Za co?
– A za co bije się ludzi?
– Zaraz, jak to? Uderzyłaś kobietę?
– Bo cię wkurzają. Za to.
Carol patrzyła na Lianne.
– Chcesz kawy?
– Nie.
– Odzyskałaś męża. Twój syn ma teraz ojca w domu.
– Nic nie wiesz.
– Okaż trochę szczęścia, ulgę, cokolwiek. Okaż coś.
– To dopiero początek. Nie rozumiesz?
– Odzyskałaś go przecież.
– Nic nie wiesz.
Obok stał kelner, czekając, aż ktoś poprosi o rachunek.
– No dobrze, posłuchaj – rzekła Carol. – Jeśli coś się wydarzy, nie wiem, redaktorka nie

poradzi sobie z materiałem albo będzie się spóźniała, to... Ona uważa, że ta książka niszczy
jej  życie,  które  pieczołowicie  budowała  przez  dwadzieścia  siedem  lat.  Jakby  coś,
zadzwonię do ciebie.

– Zadzwoń – odparła Lianne. – W przeciwnym razie nie dzwoń.

Rosellen  S.  nie  przyszła  na  spotkanie  grupy  po  tym  dniu,  kiedy  nie  mogła  sobie
przypomnieć, gdzie mieszka.

Pozostali chcieli o niej pisać i Lianne patrzyła, jak pracują, pochyleni nad notesami. Co

jakiś czas podnosiła się głowa, ktoś zapatrzył się we wspomnienie albo słowo. Wydawało
się, że w pomieszczeniu tłoczą się wszystkie słowa opisujące to, co nieuchronne, i Lianne

background image

przyłapała się na rozmyślaniach o starych fotografiach paszportowych wiszących na ścianie
w  mieszkaniu  matki,  tych  ze  zbiorów  Martina,  twarze  patrzące  z  sepiowej  przestrzeni,
zagubione w czasie.

Okrągła urzędowa pieczątka w rogu fotografii.
Status i miejsce wyjazdu okaziciela.
Royaume de Bułgarie.
Ambasada Królestwa Haszymidzkiego.
Türkiye Cumhuriyeti.
Zaczęła widzieć ludzi siedzących przed nią, Omara, Carmen i pozostałych, w tak samo

odosobnionej scenerii, z podpisem okaziciela widniejącym czasem na fotografii, kobieta w
kapeluszu 

kształcie 

hełmu, 

młodsza 

kobieta 

wyglądająca 

na 

Żydówkę,

Staatsangehörigkeit, jej twarz i oczy ukazujące głębszy sens, niż wynikałoby z samotnego
przepłynięcia  oceanu,  twarz  tej  kobiety  prawie  wchłonięta  przez  cień,  drukowane  słowo
„Napoli” zawinięte przy brzegu okrągłej pieczątki.

Zdjęcia wykonane anonimowo, wizerunki utrwalone przez maszyny. W tych fotografiach

była  premedytacja,  jakiś  biurokratyczny  zamysł,  prostolinijne  pozy,  które  paradoksalnie
wprowadzały Lianne w życie tych ludzi. Być może widziała ludzkie dramaty nakreślone na
tle  bezduszności  państwa.  Zobaczyła  uciekających  ludzi,  stamtąd  tutaj,  kontury  zdjęcia
uginające się pod naporem najmroczniejszych przeciwności losu. Odciski kciuka, godła z
przekrzywionymi  krzyżami,  mężczyzna  z  podkręconym  wąsem,  dziewczynka  z
warkoczykami.  Przyszło  jej  do  głowy,  że  prawdopodobnie  sama  wymyśla  kontekst.  Nie
wiedziała  przecież  niczego  o  tych  ludziach.  Znała  ich  tylko  z  fotografii.  W  nich  właśnie
znajdowała  niewinność  i  bezbronność,  w  charakterze  starego  paszportu,  w  głębokiej
fakturze  samej  przeszłości,  ludzie  w  długiej  podróży,  dziś  już  nieżyjący.  Ileż  piękna  w
wyblakłym życiu, pomyślała, w obrazach, słowach, językach, podpisach, wstemplowanych
decyzjach.

Cyrylica, greka, chiński.
Dati e connotati del Titolare.
Les Pays Etrangers.
Patrzy, jak piszą o Rosellen S. Unosi się głowa, potem opada, siedzą i piszą. Wie, że nie

spoglądają  z  barwionej  mgły,  tak  jak  okaziciele  paszportów,  tylko  zagłębiają  się  w  nią.
Kolejna głowa się unosi, później następna, a ona unika spojrzenia jednej i drugiej osoby.
Niedługo wszyscy podniosą wzrok. Po raz pierwszy od zorganizowania tych sesji boi się
usłyszeć, co powiedzą, kiedy zaczną czytać z notesów w linię.

Stał  z  przodu  dużej  sali  i  patrzył,  jak  ćwiczą.  Dwudziesto-,  trzydziestoparolatkowie,
uszeregowani  rzędami  na  stair  climberach,  trenażerach  eliptycznych.  Ruszył  bliższym
przejściem, czując więź z tymi mężczyznami i kobietami, nie wiedząc właściwie dlaczego.
Mozolili się na obciążonych metalowych ławkach, pedałowali na stacjonarnych rowerach.

background image

Były  symulatory  wiosłowania  i  pająkowate  maszyny  izotoniczne.  Zatrzymał  się  przy
wejściu  do  sali  dla  siłaczy  i  zobaczył  ciężarowców  tkwiących  między  podpórkami,
stękających  w  przysiadach.  Obok  kobiety  przy  gruszkach  refleksówkach,  młócące
sierpowymi  i  prostymi,  i  jeszcze  inni,  ze  skakanką,  wykonujący  ćwiczenia  na  nogi,  jedna
podkurczona, ramiona skrzyżowane.

Towarzyszył mu asystent, młody mężczyzna w białym ubraniu, z personelu. Keith stanął

na końcu wielkiej otwartej przestrzeni, wszędzie ludzie w ruchu, krew tętniąca w żyłach.
Szli szybko po bieżniach albo biegli w miejscu, ale wcale nie byli zestrojeni, sztywno ze
sobą  powiązani.  Scena  przesycona  była  celowością  i  jakby  żywiołowym  seksem,  seksem
pierwotnym, kobiety pochylone albo wygięte, same łokcie i kolana, na szyjach uwydatnione
żyły.  Lecz  było  coś  jeszcze.  Ludzie,  których  znał,  jeśli  w  ogóle  kogokolwiek  znał.  Tutaj,
razem,  ci,  z  którymi  wytrzymywał  w  dniach  po.  Może  to  właśnie  czuł,  duchowe
pokrewieństwo i zaufanie.

Ruszył dalszym przejściem, asystent za nim, czekając na pytania. Przypatrywał się temu

miejscu. Będzie musiał porządnie poćwiczyć, gdy wróci do pracy, zaledwie za kilka dni.
Niedobrze  jest  spędzić  w  biurze  osiem,  dziesięć  godzin,  a  potem  iść  prosto  do  domu.
Trzeba  będzie  spalić  co  nieco,  poddać  ciało  sprawdzianowi,  pokierować  sobą  w  głąb,
popracować  nad  siłą,  wytrzymałością,  sprawnością,  zdrowym  rozsądkiem.  Będzie
potrzebował  równoważącej  dyscypliny,  formy  kontrolowanego  zachowania,  przyjętej
dobrowolnie, która uchroni go od przyłażenia do domu z nienawiścią do wszystkich.

Matka znowu spała. Lianne poszłaby do domu, ale wiedziała, że nie może. Martin wyszedł,
zaledwie  przed  pięcioma  minutami,  a  nie  chciała,  żeby  Nina  obudziła  się,  będąc  sama.
Poszła  do  kuchni  i  znalazła  trochę  owoców  i  sera.  Stała  przy  zlewie,  myjąc  gruszkę,  gdy
usłyszała  odgłos  w  salonie.  Zakręciła  kran  i  zaczęła  nasłuchiwać,  a  potem  wróciła  do
pokoju. Matka mówiła do niej:

– Miewam sny, kiedy zasypiam nie tak do końca, kiedy nie całkiem jestem odgrodzona,

no i wtedy coś mi się śni.

– Musimy zjeść lunch, obie.
– Czuję się tak, jakbym prawie mogła otworzyć oczy i zobaczyć to, co mi się śni. Brzmi

nonsensownie, prawda? Sen jest nie tyle w mojej głowie, co dokoła.

– To leki przeciwbólowe. Za dużo ich bierzesz, bez powodu.
– Fizjoterapia bywa bolesna.
– Przecież przerwałaś fizjoterapię.
– Co niechybnie oznacza, że nie biorę już leków.
–  Mało  śmieszne.  Jeden  z  tych  środków,  które  zażywasz,  prowadzi  do  nałogu.  Co

najmniej jeden.

– Gdzie jest mój wnuk?
–  Dokładnie  tam,  gdzie  był,  kiedy  pytałaś  o  niego  ostatnim  razem.  Nie  o  niego  chodzi.

background image

Chodzi o Martina.

– Aż trudno sobie wyobrazić, że niedługo nadejdzie taki dzień, kiedy przestaniemy się o

to sprzeczać.

– Był bardzo przejęty.
–  Nie  widziałaś  go  jeszcze  naprawdę  przejętego.  To  stara  sprawa,  sprzed  wielu  lat,  z

czasów, zanim się poznaliśmy.

– Czyli sprzed dwudziestu lat, tak?
– Tak.
– No dobrze, a co było przedtem?
– Zaangażował się w tamtych czasach. W całe to zamieszanie. Był aktywistą.
– Gołe ściany. Marszand mający gołe ściany.
– Prawie gołe. Tak, to właśnie Martin.
– Martin Ridnour.
– Tak.
– Czy ty mi kiedyś mówiłaś, że to nie jest jego prawdziwe nazwisko?
– Nie wiem – odparła Nina. – Może.
– Skoro słyszałam coś takiego, to na pewno od ciebie. Prawdziwe nazwisko czy nie?
– Nie.
– A jak brzmi prawdziwe? Bo chyba mi nie mówiłaś.
– Bo może nie wiem.
– Dwadzieścia lat.
– Ale nie ciurkiem. Z częstymi przerwami. On jest gdzieś, ja gdzie indziej.
– Ma żonę.
– Ona jest jeszcze gdzie indziej.
– Dwadzieścia lat. Wspólne podróże. Sypianie razem.
– A co mi po jego nazwisku? To Martin. Czy wiedziałabym o nim coś więcej, gdybym

znała jego nazwisko, którego teraz nie znam?

– Znałabyś nazwisko.
– Na imię ma Martin.
– Znałabyś jego nazwisko. Miło jest znać nazwisko.
Matka wskazała kiwnięciem głowy dwa obrazy na północnej ścianie.
–  Kiedy  się  poznaliśmy,  rozmawiałam  z  nim  o  Giorgiu  Morandim.  Pokazałam  mu

książkę.  Piękne  martwe  natury.  Forma,  kolor,  głębia.  Dopiero  zaczynał  w  branży  i  o
Morandim  ledwie  coś  słyszał.  Pojechał  do  Bolonii,  żeby  na  własne  oczy  zobaczyć  jego
dzieła.  Wrócił,  kręcąc  głową.  Nie,  nie,  nie.  Drugorzędny  artysta.  Pustka,  zaabsorbowanie
samym  sobą,  drobnomieszczaństwo.  W  zasadzie  Martin  wygłosił  wtedy  krytykę  w  duchu
marksizmu.

– A dwadzieścia lat później...
– Widzi formę, kolor, głębię, piękno.
– Czy to postęp w estetyce?

background image

– Widzi światło.
–  A  może  to  zdrada  ideałów,  samooszukiwanie  się.  Tamte  to  słowa  właściciela

nieruchomości.

– Widzi światło – powtórzyła Nina.
– Widzi też pieniądze. To drogie dzieła.
–  Owszem,  są  drogie.  Z  początku  całkiem  poważnie  się  zastanawiałam,  jak  je  zdobył.

Podejrzewam, że we wczesnych latach obracał kradzioną sztuką.

– Ciekawy facet.
– Kiedyś mi powiedział, że parał się tym i owym. Powiedział, że to jednak nie znaczy,

by jego życie było ciekawsze od mojego. Może tylko wyglądać ciekawiej. Ale w pamięci,
w  tych  głębiach,  powiedział,  nie  ma  wielu  wyrazistych  barw  ani  dzikiej  ekscytacji.
Wszystko  jest  szare  i  czeka.  Siedzi,  czeka.  Powiedział,  że  to  takie  jakby  neutralne,  no
wiesz.

Nina rzekła to po cwaniacku, może trochę wrednie.
– Na co czekał?
– Na wydarzenia historyczne, jak sądzę. Na sygnał do działania. Wizytę policji.
– Którego wydziału?
– Na pewno nie tych odzyskujących skradzione dzieła sztuki. Wiem jedno. Pod koniec lat

sześćdziesiątych  był  członkiem  jakiejś  grupy.  Komuny  Jeden.  Demonstrowali  przeciw
państwu  niemieckiemu,  przeciw  państwu  faszystowskiemu.  Tak  przynajmniej  to  państwo
postrzegali.  Najpierw  rzucali  jajami.  Potem  detonowali  bomby.  Potem  to  nie  wiem  za
bardzo,  co  robił.  Chyba  przez  chwilę  siedział  we  Włoszech,  w  tym  całym  zamieszaniu,
kiedy działały Czerwone Brygady. Ale nie wiem.

– Nie wiesz.
– Nie.
– Dwadzieścia lat. Razem jecie i śpicie. A ty nie wiesz. Pytałaś go? Naciskałaś?
– Pokazał mi raz pewien afisz, parę lat temu, kiedy spotkaliśmy się w Berlinie. Ma tam

apartament.  To  list  gończy.  Za  niemieckimi  terrorystami  z  początku  lat  siedemdziesiątych.
Dziewiętnaście nazwisk i twarzy.

– Dziewiętnaście.
–  Byli  poszukiwani  za  morderstwa,  ataki  bombowe,  napady  na  banki.  Przechowuje  ten

afisz, nie wiem dlaczego. Ale wiem, dlaczego mi go pokazał. Nie ma go na nim.

– Dziewiętnaście nazwisk.
–  Tak,  dziewiętnaście,  mężczyźni  i  kobiety.  Policzyłam.  Być  może  należał  do  jakiejś

grupy wspierającej tych ludzi albo do nieaktywnej komórki. Nie wiem.

– Nie wiesz.
–  On  uważa,  że  ci  ludzie,  dżihadyści,  mają  coś  wspólnego  z  radykałami  z  lat

sześćdziesiątych  i  siedemdziesiątych.  Uważa,  że  rządzi  nimi  ta  sama  klasyczna
prawidłowość. Mają własnych teoretyków. Mają swoje wizje światowego braterstwa.

– Czy to budzi w nim tęsknotę?

background image

– Nie myśl, że o to nie spytam.
– Gołe ściany, prawie gołe, jak mówisz. Czy to wyraz tęsknoty za dawnymi czasami? Za

dniami  i  nocami  w  odosobnieniu,  gdzieś  w  ukryciu,  gdy  wyrzekał  się  najmniejszej
odrobiny  materialnej  wygody?  Może  zabił  kogoś.  Pytałaś  go?  Naciskałaś  go  w  tej
sprawie?

–  Posłuchaj,  gdyby  miał  na  sumieniu  coś  poważnego,  gdyby  przyczynił  się  do  czyjejś

śmierci albo tragedii, to czy myślisz, że chodziłby sobie dzisiaj na wolności? Przecież już
się nie ukrywa, jeśli w ogóle kiedykolwiek to robił. Jest tutaj, tam, wszędzie.

– Działa pod fałszywym nazwiskiem – odpowiedziała Lianne.
Siedziała na kanapie, zwrócona do matki, patrzyła na nią. Nigdy nie dostrzegła słabości

u Niny, a przynajmniej żadnej nie potrafiła sobie przypomnieć, żadnej ułomności charakteru
ani zachwiania twardego, klarownego osądu. Teraz chciała wykorzystać swoją przewagę i
to ją zaskoczyło. Chciała utoczyć krew z tej chwili, wedrzeć się, rwać na strzępy.

– Tyle lat. I nigdy nie drążyłaś tej kwestii. Przyjrzyj się, kim się stał i jakiego go znamy.

Czy  nie  jest  człowiekiem,  którego  oni  traktowaliby  jak  wroga?  Tamci  z  listu  gończego.
Porwijmy skurwiela. Spalmy mu te jego obrazy.

– Och, myślę, że on zdaje sobie z tego sprawę. Ty tak nie myślisz?
– Ale ile ty wiesz? Czy nie płacisz ceny za to, że nie wiesz?
– To ja płacę – odparła matka. – Więc bądź cicho.
Wyjęła  papierosa  z  paczki  i  trzymała  go  w  palcach.  Wydawało  się,  że  wnika  myślą  w

jakąś dawną sprawę, nie tyle ją wspominając, ile mierząc, określając zasięg albo stopień
czegoś, znaczenie.

– Jedyna ściana, na której coś wisi, znajduje się w jego berlińskim mieszkaniu.
– List gończy?
– Listu nie powiesił. List trzyma w szafie, w tubie pocztowej. Nie, tam wisi małe zdjęcie

w  zwykłej  ramce.  Nad  łóżkiem.  On  i  ja,  fotka.  Stoimy  przed  kościołem  w  jednym  z
górskich  miasteczek  Umbrii.  Poznaliśmy  się  zaledwie  dzień  wcześniej.  Poprosił
przechodzącą obok kobietę, by zrobiła nam zdjęcie.

– Dlaczego ta historia mnie mierzi?
–  Nazywa  się  Ernst  Hechinger.  Mierzi  cię,  bo  myślisz,  że  przynosi  mi  wstyd.  Czyni  ze

mnie  współsprawczynię  ckliwego  gestu,  gestu  żałosnego.  Głupawa  mała  fotka.  Jedyny
przedmiot, który powiesił.

–  Nie  próbowałaś  ustalić,  czy  mężczyzna  o  nazwisku  Ernst  Hechinger  nie  jest

poszukiwany  przez  policję  w  Europie?  Tylko  po  to,  żeby  wiedzieć?  Żebyś  przestała
mówić, że nie wiesz.

Chciała ukarać matkę, ale nie za Martina, a przynajmniej nie tylko. To było coś bardziej

swojskiego  i  głębszego,  w  ostateczności  bowiem  chodziło  tylko  o  jedno.  Wszystko
sprowadzało  się  do  jednego:  tego,  kim  były,  do  zapiekłego  splotu,  jak  dłonie  złączone  w
modlitwie, teraz i na zawsze.

Nina zapaliła papierosa i wypuściła dym z płuc. Sprawiała wrażenie, jakby ta czynność

background image

kosztowała  ją  dużo  wysiłku,  wydmuchnięcie  dymu.  Znowu  zrobiła  się  senna.  Jeden  z  jej
leków zawierał fosforan kodeiny; do niedawna stosowała go z rozwagą. Dopiero parę dni
temu,  może  tydzień,  przestała  wykonywać  zalecane  ćwiczenia,  zażywania  środków
przeciwbólowych jednak nie ograniczyła. Lianne uważała, że ta słabość woli jest klęską, w
której środku stoi Martin. To była jego dziewiętnastka, ci porywacze, ci dżihadyści, nawet
jeśli istnieli tylko w umyśle matki.

– Nad czym pracujesz?
– Nad książką o starożytnych alfabetach. O różnych formach, które przybierał akt pisania,

i różnych tworzywach, których używano.

– Brzmi interesująco.
– Powinnaś przeczytać.
– Brzmi interesująco.
–  Jest  interesująca,  trudna,  ale  czasem  bardzo  przyjemna.  Są  też  rysunki.  Pismo

piktograficzne. Dam ci egzemplarz, gdy się ukaże.

– Piktogramy, hieroglify, pismo klinowe.
Wydawało się, że Nina śni na głos.
– Sumeryjczycy, Asyryjczycy i tak dalej... – ciągnęła.
– Dam ci egzemplarz, zdecydowanie.
– Dziękuję.
– Proszę bardzo – odparła Lianne.
Owoce i ser leżały na tacy w kuchni. Posiedziała z matką jeszcze chwilę, a potem poszła

po jedzenie.

Na trzech z ich grona wołali tylko po nazwisku, Dockery, Rumsey, Hovanis, na dwóch po
imieniu, Demetrius i Keith. Terry Cheng był Terrym Chengiem.

Pewnego  wieczoru  ktoś,  konkretnie  zgrywus  Dockery,  agent  reklamowy,  powiedział

Rumseyowi, że w jego życiu, to znaczy Rumseya, wszystko byłoby inaczej, gdyby zmienił
jedną  literę  w  nazwisku.  „U”  na  „a”.  W  efekcie  byłby  Ramseyem.  Bo  to  właśnie  „u”  w
sylabie  „rum”  ukształtowało  jego  życie  i  umysł.  Jego  chód  i  sposób  mówienia,
przygarbione pozy, wielkość ciała i sylwetkę, powolność i ociężałość, które od niego biją,
i  to,  jak  wsuwa  rękę  pod  koszulę,  żeby  podrapać  się  w  swędzące  miejsce.  Wszystko
byłoby inaczej, gdyby urodził się jako Ramsey.

Siedzieli, czekając na odpowiedź R., patrząc, jak tkwi w aurze swojego zdefiniowanego

istnienia.

Zeszła do piwnicy z koszem pełnym prania. Znajdowało się tam małe szare pomieszczenie,
wilgotne i zatęchłe, z pralką, suszarką i metalicznym chłodem, który czuła w zębach.

Usłyszała  pracującą  suszarkę,  a  w  środku  zobaczyła  Elenę,  opartą  o  ścianę,  z  rękami

założonymi na piersi i papierosem w dłoni. Elena nie raczyła na nią spojrzeć.

background image

Przez  chwilę  obie  słuchały,  jak  porcja  prania  obija  się  w  bębnie.  Następnie  Lianne

odstawiła koszyk i podniosła pokrywę pralki. Na filtrze widniały kłaczki z prania Eleny.

Patrzyła przez chwilę, po czym wyjęła filtr z pralki i bez słowa podsunęła go Elenie. Ta

zawahała się, po czym wzięła go i spojrzała. Nie zmieniając pozycji, stuknęła mocno dwa
razy filtrem w ścianę, o którą się opierała. Spojrzała znowu, zaciągnęła się papierosem i
oddała  filtr,  a  Lianne  go  odebrała,  sprawdziła  i  położyła  na  suszarce.  Wrzuciła  swoje
pranie do pralki, garście ciemnych kolorów, i nasadziła z powrotem filtr na mieszadło albo
mieszalnik,  czy  jak  to  się  nazywa.  Wlała  detergent,  wybrała  program  na  panelu,  ustawiła
czas  na  zegarze  po  przeciwległej  stronie  i  zamknęła  pokrywę.  Następnie  przekręciła
włącznik, żeby rozpocząć pranie.

Nie wyszła jednak. Uznała, że czas pracy suszarki dobiega końca, w przeciwnym razie

po co Elena stałaby i czekała? Lianne pomyślała, że tamta zeszła tutaj zaledwie parę minut
wcześniej,  zobaczyła,  że  suszarka  jeszcze  działa,  więc  postanowiła  zaczekać,  zamiast
wracać na górę, potem schodzić znowu do piwnicy i znowu iść na górę. Ze swego miejsca
nie  widziała  wyraźnie  zegara,  a  wolała  nie  pokazywać,  że  patrzy.  Nie  zamierzała  wyjść.
Stanęła  pod  ścianą  prostopadłą  do  tej,  o  którą  opierała  się  przygarbiona  Elena.  Ich
skierowane  przed  siebie  spojrzenia  krzyżowały  się  mniej  więcej  na  środku  pralni.  Stała
wyprostowana, czując na swoich łopatkach odcisk starej chropowatej ściany.

Pralka  zaczęła  dudnić,  suszarka  wirowała  i  postukiwała,  guziki  od  koszuli  uderzały  o

bęben. Nie ulegało kwestii, że Lianne przetrzyma tamtą. Kwestia polegała na tym, co tamta
zrobi z petem, jeśli skończy palić, zanim suszarka przestanie pracować. Kwestia polegała
na tym, czy popatrzą na siebie, zanim tamta wyjdzie z pralni. Pomieszczenie przypominało
mniszą celę, z dwoma gigantycznymi kołami modlitewnymi wybijającymi litanię. Kwestia
polegała na tym, czy spojrzenie doprowadzi do słów, a potem co?

Na świecie był deszczowy poniedziałek, a Lianne szła do Godzilla Apartments, gdzie mały
spędzał po lekcjach czas z Rodzeństwem, grając w gry wideo.

Gdy jeszcze chodziła do szkoły, w takie dni pisała wiersze. W deszczu i wierszach coś

się  kryje.  Wiersze  na  ogół  mówiły  o  deszczu,  jak  to  jest,  gdy  człowiek  siedzi  w  domu  i
patrzy na samotne krople spływające po szybie.

Parasolka  była  bezużyteczna  z  powodu  wiatru.  Dął  wiatr  zacinający  deszczem,  który

wyludnia ulice, a dzień i miejsce odziera z tożsamości. To była pogoda wszechobecna, stan
ducha,  źródłowy  poniedziałek,  i  Lianne  szła  blisko  budynków  i  przebiegała  szybko  przez
ulice, a kiedy dotarła do wysokiego piętrowca z czerwonej cegły, poczuła, jak wiatr uderza
pionowo z góry.

Wypiła  szybko  filiżankę  kawy  z  matką  Rodzeństwa,  Isabel,  potem  oderwała  syna  od

komputera  i  wcisnęła  go  na  siłę  w  kurtkę.  Chciał  zostać,  oni  też  chcieli,  żeby  został.
Powiedziała, że nic z tego, bo jest okrutniejsza niż najgorsze postacie z gier wideo.

Katie  odprowadziła  ich  do  drzwi.  Miała  na  sobie  czerwone  dżinsy  z  podwiniętymi

background image

nogawkami i zamszowe buty do kostek, połyskujące neonowym blaskiem przy podeszwie,
gdy stawiała kroki. Jej brat Robert trzymał się z tyłu, ciemnooki chłopiec, który wyglądał
na zbyt nieśmiałego, żeby się odezwać, jeść lub wyprowadzić psa na spacer.

Zadzwonił telefon.
Lianne odezwała się do dziewczyny:
– Chyba już nie obserwujecie nieba, co? Nie pilnujecie dzień i noc? Nie? Czy tak?
Katie spojrzała na Justina, uśmiechając się z chytrą pobłażliwością. Milczała.
– On nie chce mi powiedzieć – rzekła Lianne. – Pytam go bez przerwy.
– Wcale nie pytasz – odparł Justin.
– Ale gdybym pytała, to i tak byś mi nie powiedział.
Oczy  Katie  rozbłysły.  Rozkoszowała  się  sytuacją,  ożywiona  perspektywą  udzielenia

zręcznej odpowiedzi. Jej matka rozmawiała przez telefon wiszący na ścianie w kuchni.

–  Ciągle  czekacie  na  sygnał?  –  dopytywała  się  Lianne.  –  Ciągle  wypatrujecie

samolotów? Przez cały dzień i noc przy oknie? Nie, nie wierzę.

Nachyliła się do dziewczyny, mówiąc scenicznym szeptem:
– Ciągle rozmawiacie z tym człowiekiem? Z tym, którego nazwiska niektórzy z nas nie

mogą znać?

W małego brata jakby piorun strzelił. Stał cztery metry za Katie, skamieniały, wpatrzony

w parkiet między stopami siostry.

–  Czy  on  ciągle  gdzieś  tam  jest  i  dlatego  pilnujecie  nieba?  Ten  człowiek,  którego

nazwisko być może znamy wszyscy, chociaż niektórzy z nas nie powinni?

Justin pociągnął ją za kurtkę na łokciu, co znaczyło: chodźmy już do domu.
– Może, może. Tak sobie myślę. Może już czas, żeby on zniknął. Ten człowiek, którego

nazwisko wszyscy znamy.

Wyciągnęła ręce i ujęła twarz Katie w dłonie, zamykając ją, więżąc, od ucha do ucha. W

kuchni matka mówiła podniesionym głosem, rozmawiając o problemie z kartą kredytową.

– Może już czas? Nie myślisz tak? Może to już nie jest takie ciekawe. Tak czy nie? Może,

ale  tylko  może,  pora  przestać  obserwować  niebo,  pora  przestać  rozmawiać  o  tym
człowieku, o którym teraz mówię. Jak myślisz? Tak czy nie?

Dziewczynce zrzedła mina. Próbowała zerknąć w lewo, na Justina, jakby chciała spytać:

ej,  co  tu  się  dzieje?,  ale  Lianne  trzymała  ją  mocno  i  prawą  dłonią  zasłoniła  widok,
uśmiechając się drwiąco.

Mały brat próbował stać się niewidzialny. Byli zdezorientowani i trochę przestraszeni,

ale  nie  dlatego  Lianne  zabrała  ręce  z  twarzy  Katie.  Była  już  gotowa  do  wyjścia,  tylko
dlatego  to  zrobiła,  i  przez  całą  drogę  na  dół,  dwadzieścia  siedem  pięter,  rozmyślała  o
mitycznej postaci, która powiedziała, że samoloty powrócą, o człowieku, którego nazwisko
wszyscy znają. Sęk w tym, że ona je zapomniała.

Deszcz  trochę  zelżał,  wiatr  osłabł.  Szli  bez  słowa.  Próbowała  sobie  przypomnieć  to

nazwisko, ale nie mogła. Mały nie chciał iść pod parasolką i wlókł się cztery kroki z tyłu.
To proste nazwisko, tyle wiedziała, ale to właśnie proste nazwiska zawsze ją wykańczały.

background image

 

9

Tego  dnia,  jak  żadnego  innego,  było  jej  trudno  pożegnać  się  z  nimi.  Wyszła  z  ośrodka
socjalnego  i  ruszyła  na  zachód,  myśląc  o  innym  dniu,  który  nadejdzie  niedługo,  gdy
nieodwołalnie skończą się sesje literackie. Grupa zbliżała się do tej chwili, a ona doszła
do  wniosku,  że  drugi  raz  jej  na  to  nie  stać,  żeby  zacząć  od  nowa,  sześć,  siedem  osób,
długopisy  i  notesy,  piękno  w  tym,  owszem,  w  tym,  jak  wyśpiewują  swoje  życie,  ale  też
nieroztropność,  którą  wnoszą  w  to,  co  wiedzą,  dziwna  śmiała  niewinność,  i  jej  własne
poszukiwania ojca.

Chciała  wrócić  do  domu,  a  kiedy  się  tam  znajdzie,  chciała,  żeby  czekała  na  nią

wiadomość od Carol Shoup. Oddzwoń jak najszybciej, proszę. To było tylko uczucie, ale
pokładała w nim ufność, wiedziała, co taka wiadomość by oznaczała, że tamta redaktorka
zrezygnowała  z  pracy.  Weszłaby  do  domu,  wysłuchała  czterech  słów  wiadomości  i
zrozumiała, że redaktorka nie radzi sobie z książką, z tekstem tak nasyconym obsesyjnymi
szczegółami,  że  ugrzęzła  w  nim  z  kretesem.  Chciała  wejść  do  środka  i  zobaczyć
podświetloną  cyfrę  na  telefonie.  Mówi  Carol,  oddzwoń  jak  najszybciej.  Wiadomość
złożona  z  pięciu  słów,  zapowiadająca  o  wiele  więcej.  To  była  obietnica,  to  ostatnie
przynaglające słowo, oznaka pomyślnej wróżby.

Szła  bez  planu  na  zachód,  Sto  Szesnastą,  mijając  zakład  fryzjerski,  sklep  z  płytami,

stragany  z  owocami  i  piekarnię.  Skręciła  i  ruszyła  na  południe,  pięć  przecznic,  a  potem
zerknęła w prawo i zobaczyła wysoki mur ze zwietrzałego granitu, podpierający nadziemne
torowisko, po którym pociągi wożą ludzi dojeżdżających do miasta. Od razu pomyślała o
Rosellen  S.,  choć  nie  wiedziała  dlaczego.  Szła  dalej  w  tym  samym  kierunku  i  dotarła  do
budynku  z  napisem  Świątynia  Wielkiej  Radosnej  Drogi  do  Pana.  Przystanęła  na  moment,
chłonąc tę nazwę, zauważając ozdobne pilastry nad wejściem i kamienny krzyż na brzegu
dachu.  Od  frontu  znajdowała  się  tablica  informująca  o  działalności  świątyni.  Szkółka
niedzielna,  niedzielne  nabożeństwo  poranne,  radosna  ewangelizacja  w  piątki  i  czytanie
Biblii.  Stała  i  rozmyślała.  Przypomniała  sobie  rozmowę  z  doktorem  Apterem  o  tym  dniu,
kiedy  Rosellen  zapomniała,  gdzie  mieszka.  To  zdarzenie  prześladowało  Lianne,  ta
pozbawiająca tchu chwila, kiedy świat zanika, ulice, nazwy, wszelkie poczucie kierunku i
miejsca,  wszelkie  trwałe  koordynaty  pamięci.  Nagle  zrozumiała,  dlaczego  ta  ulica  tchnie
obecnością  Rosellen.  To  tutaj,  w  tej  świątyni,  której  nazwą  był  okrzyk  alleluja,  znalazła
ona wtedy schronienie i pomoc.

Znów  stała  i  rozmyślała.  Pomyślała  o  słownictwie,  jakiego  Rosellen  używała  podczas

ostatnich  sesji,  na  które  zdołała  przyjść,  jak  rozwijała  rozciągnięte  wersje  pojedynczego
słowa,  odmieniane  formy  i  spójniki,  być  może  swoista  osłona,  mobilizacja  przeciwko

background image

ostatniemu  stanowi  ogołocenia,  gdzie  nawet  najgłębszy  jęk  nie  jest  już  wyrazem  żałości,
tylko samym jękiem.

Żegnamy się, tak, idziemy, ja idę, będę szła, ostatni raz szła, pójdę.
Tyle udało się jej przypomnieć z bezładnych zapisków na ostatnich stronach Rosellen.

Wrócił na piechotę przez park. Wydawało się, że biegacze są wieczni, okrążali jeziorko, i
starał  się  nie  myśleć  o  ostatniej  półgodzinie,  spędzonej  z  Florence,  gdy  rozmawiał  z  jej
milczeniem. To była inna wieczność, bezruch w jej twarzy i ciele, poza czasem.

Odebrał  chłopca  ze  szkoły  i  ruszyli  na  północ  pod  wiatr,  który  niósł  ze  sobą  lekkie

drgnięcia deszczu. Poczuł ulgę, że ma o czym mówić, szkolne życie Justina, jego koledzy i
nauczyciele.

– Gdzie? Tu, tam?
–  Tędy.  Mama  mówiła,  że  będzie  wracała  ze  spotkania.  Chcemy  ją  przechwycić  po

drodze.

– Po co?
– Żeby jej zrobić niespodziankę. Zaczaimy się na nią. Sprawimy jej przyjemność.
– Wiesz, gdzie ona jest?
–  Na  tym  polega  trudność.  Najkrótszą  drogą  albo  naokoło,  będzie  szła  szybko  albo

będzie szła wolno.

Mówił do wiatru, a nie do Justina. Ciągle tam był, z Florence, podwójny w swoim ciele,

przychodził i wychodził, trasa przez park i z powrotem, głęboka wspólna jaźń, w dół przez
dym, a potem znów tutaj, bezpieczny teren, rodzina, następstwa własnego postępowania.

Za  mniej  więcej  sto  dni  skończy  czterdzieści  lat.  To  był  wiek  jego  ojca.  Ojciec  miał

czterdzieści  lat,  wujowie.  Zawsze  będą  mieli  czterdzieści  lat  i  zawsze  będą  patrzeć  na
niego  z  ukosa.  Jak  to  możliwe,  że  za  chwilę  stanie  się  kimś  jasno  i  wyraźnie
zdefiniowanym, mężem i ojcem, wreszcie, zajmującym pokój w trzech wymiarach na modłę
swoich rodziców?

W ostatnich minutach stał przy oknie, patrząc na przeciwległą ścianę, na której wisiało

zdjęcie, Florence jako dziewczynka, w białej sukience, z matką i ojcem.

– Gdzie? – spytał chłopiec. – Tu czy tam?
Ledwo  zauważał  wcześniej  to  zdjęcie,  a  jej  widok  w  tej  scenerii,  nietkniętej  przez

konsekwencje tego, co przyszedł powiedzieć, wywołał ucisk w piersi. Ona potrzebowała
jego pozornego spokoju, nawet jeśli go nie rozumiała. Wiedział, że jest wdzięczna za to, że
on  potrafi  odczytywać  poziomy  jej  cierpienia.  Był  nieruchomą  postacią,  patrzył,  zawsze
słuchał, mówił mało. Tego właśnie chciała się uczepić. Ale teraz to ona milczała, patrząc
na niego przy oknie, słuchając cichego głosu, który mówił jej, że to już skończone.

Zrozum, powiedział.
Bo ostatecznie co innego można powiedzieć? Widział, jak światło gaśnie w jej twarzy.

Odwieczne  unicestwienie,  które  zawsze  znajdowało  się  zaledwie  o  krok,  teraz

background image

nieuchronnie  zawitało  znów  w  jej  życiu,  rana  wcale  nie  mniej  bolesna  przez  to,  że
nieunikniona.

Przez  dłuższą  chwilę  stała  przed  świątynią.  Nieco  dalej,  naprzeciw  torowiska,  rozlegały
się  głosy  na  boisku  szkolnym.  Na  rogu  tkwił  strażnik  przeprowadzający  dzieci  przez
jezdnię, z założonymi rękoma, prawie żadnych samochodów na wąskim jednokierunkowym
odcinku między chodnikiem a szańcem poszarpanych kamiennych bloków.

Przemknął pociąg.
Ruszyła ku rogowi ulicy, wiedząc, że gdy wróci do domu, nie będzie żadnej wiadomości

w telefonie. Prysło już, to uczucie, że wiadomość będzie czekać. Trzy słowa. Oddzwoń jak
najszybciej. Lianne powiedziała Carol, żeby nie dzwoniła, chyba że po to, by zlecić jej tę
książkę. Nie było książki, nie dla niej.

Przejechał pociąg, tym razem w kierunku południowym, i usłyszała kogoś wołającego po

hiszpańsku.

Po  tej  stronie  torowiska  ciągnął  się  rząd  budynków  mieszkalnych,  osiedle,  a  kiedy

dotarła do rogu, spojrzała w prawo, poza boisko szkolne, i zobaczyła wystające skrzydło
budynku,  głowy  w  oknach,  może  z  pięć,  na  dziewiątym,  dziesiątym,  jedenastym  piętrze,  i
znów  usłyszała  ten  głos,  ktoś  wołał,  kobieta,  i  zobaczyła  uczniów,  paru,  którzy  przerwali
grę, patrząc do góry i wokół.

Do  ogrodzenia  podszedł  wolno  nauczyciel,  wysoki  mężczyzna  bujający  gwizdkiem  na

sznurku.

Czekała  na  rogu.  Z  osiedla  dobiegało  teraz  więcej  głosów  i  znów  zerknęła  w  tamtą

stronę, dostrzegając kierunek spojrzeń. Patrzyli z góry na torowisko, na północną stronę, w
miejsce  niemal  bezpośrednio  nad  nią.  A  potem  zobaczyła  znowu  uczniów,  niektórzy
wycofali się przez boisko w stronę budynku szkolnego, i zrozumiała, że chcą mieć lepszy
widok na tory.

Przejechał samochód, z dudniącym radiem.
Dopiero  po  chwili  się  ukazał,  tylko  górna  połowa  ciała,  mężczyzna  po  drugiej  stronie

barierki  ochronnej,  która  biegła  obok  szyn.  Nie  był  robotnikiem  torowym  w
jaskrawopomarańczowej kamizelce. Tyle widziała. Widziała go od pasa w górę i usłyszała
teraz uczniów, wołających do siebie nawzajem, wszystkie gry na boisku w zawieszeniu.

Jakby  wziął  się  znikąd.  Tam  na  górze  nie  było  stacji,  kasy  biletowej  ani  peronu  dla

pasażerów,  i  nie  miała  pojęcia,  jak  zdołał  w  ogóle  dotrzeć  do  tego  odcinka  torów.  Biały
mężczyzna, pomyślała. W białej koszuli i ciemnej marynarce.

Dokoła na ulicy panowała cisza. Przechodnie zerkali i szli, kilku przystanęło, na krótko,

inni,  młodsi,  ociągali  się.  Najbardziej  zainteresowani  byli  uczniowie  na  boisku  i  twarze
wysoko po prawej stronie, coraz ich więcej, majaczące w oknach budynków.

Biały mężczyzna w garniturze i pod krawatem, jak się teraz wydawało, kiedy zszedł po

krótkiej drabince przez rozstęp w ogrodzeniu.

background image

Wtedy oczywiście zrozumiała. Patrzyła, jak on zsuwa się na pomost roboczy, wystający

nad  ulicą,  na  południe  od  skrzyżowania.  Wtedy  się  zorientowała,  choć  poczuła  coś
wcześniej,  zanim  pierwszy  raz  ukazał  się  na  torowisku.  Bo  były  twarze  w  oknach,  to
właśnie te twarze w oknach, jak zwiastun, jak wtedy, gdy wiemy coś, zanim to dostrzeżemy
bezpośrednio. To musiał być on.

Stał  na  pomoście,  mniej  więcej  trzy  piętra  ponad  nią.  Wszystko  było  pomalowane  na

rdzawy  brąz,  wyższe  kondygnacje  z  porowatego  granitu,  barierka,  przez  którą  właśnie
przeszedł,  i  sam  pomost,  żeberkowa  konstrukcja  z  metalu  przypominająca  duże  schody
ewakuacyjne, długa na trzy i pół metra, szeroka prawie na dwa, normalnie dostępna tylko
dla robotników torowych albo tych, którzy przyjeżdżają ulicą pojazdami wyposażonymi w
podnośnik hydrauliczny z koszem.

Przemknął pociąg, znów na południe. Dlaczego on to robi? – pomyślała.

Myślał, nie słuchał. Zaczął słuchać dopiero, gdy oddalili się od śródmieścia, rozmawiając
krótkimi zrywami, i uświadomił sobie, że mały znów mówi monosylabami.

– Wrzuć na luz, co? – powiedział Keith.
– Że co?
– No i jak? Ładne monosylaby mi wyszły?
– Co?
– Wrzuć na luz. Ładne monosylaby?
– No co?
– Mów normalnie.
– Mów, nie mów, sam już nie wiem.
– To mama zakazała ci tak mówić, nie ja.
Szło mu coraz lepiej, Justinowi, ledwo robił przerwy między słowami. Na początku to

była forma kształcącej gry, ale teraz ćwiczenia te niosły ze sobą coś innego, namaszczony
upór, niemal rytualny.

–  Posłuchaj,  nie  obchodzi  mnie  to.  Możesz  mówić  po  eskimosku,  jeśli  chcesz.  Mają

alfabet złożony z sylab, a nie liter. Możesz mówić po jednej sylabie. Półtorej minuty zajmie
ci wypowiedzenie jednego długiego słowa. Ja mam czas, ja poczekam. Nie spiesz się. Rób
długie przerwy między sylabami. My będziemy jedli mięso morsa, a ty będziesz mówił po
eskimosku.

– Mors jest ble. Nie dla mnie. To tłuszcz.
– Mięso, nie tłuszcz.
– To jak tłuszcz.
– Powiedz mięso. Powiedz kotlet.
– To jak tłuszcz. Stek, zraz.
Łebski dzieciak.
–  Chodzi  o  to,  że  mama  nie  lubi,  gdy  mówisz  w  ten  sposób.  To  ją  denerwuje.  Nie

background image

chcemy, żeby się martwiła. Chyba możesz to zrozumieć. A jeśli nawet nie możesz, przestań
tak mówić.

Zbełtane  niebo  ciemniało.  Zaczął  myśleć,  że  to  kiepski  pomysł  spotkać  się  z  nią  w

drodze do domu. Poszli jedną przecznicę na wschód, a potem znowu na północ.

Było  coś  jeszcze,  co  dotyczyło  Lianne  i  o  czym  rozmyślał.  Uznał,  że  powie  jej  o

Florence. Tak będzie słusznie. To był ten rodzaj ryzykownej prawdy, która doprowadzi do
zrozumienia  o  czystych  i  harmonijnych  proporcjach,  długotrwałego,  z  uczuciem
odwzajemnionej  miłości  i  zaufania.  Wierzył  w  to.  To  był  sposób,  żeby  skończyć  z
podwójnością  w  swoim  ciele,  przestać  ciągnąć  za  sobą  napięty  cień  tego,  co  jest
przemilczane.

Powie  jej  o  Florence.  Ona  na  to,  że  zdawała  sobie  sprawę,  iż  coś  się  dzieje,  lecz  ze

względu na całkowicie niecodzienny charakter tego związku, z jego początkami w dymie i
ogniu, nie jest to zbrodnia niewybaczalna.

Powie jej o Florence. Ona na to, że rozumie intensywność tego związku, ze względu na

jego  całkowicie  niecodzienne  początki,  w  dymie  i  ogniu,  i  to  spowoduje,  że  będzie
okropnie cierpiała.

Powie jej o Florence. Ona chwyci za nóż do mięsa i go zabije.
Powie jej o Florence. Ona zamknie się przed nim w swojej udręce.
Powie  jej  o  Florence.  Ona  na  to:  Akurat  teraz,  gdy  odratowaliśmy  nasze  małżeństwo?

Akurat teraz, gdy przerażający dzień z samolotami znowu nas połączył? Jak to możliwe, że
ta  sama  potworność?  Ona  na  to,  jak  to  możliwe,  że  ta  sama  potworność  zagraża
wszystkiemu,  co  czuliśmy  do  siebie  nawzajem,  wszystkiemu,  co  czułam  w  ostatnich
tygodniach?

Powie jej o Florence. Ona na to, że chce ją poznać.
Powie  jej  o  Florence.  Jej  okresowa  bezsenność  przejdzie  w  stan  ciągły  i  wymagać

będzie  długotrwałego  leczenia,  na  które  składa  się  określona  dieta,  leki  i  wizyty  u
psychiatry.

Powie  jej  o  Florence.  Ona  zacznie  spędzać  więcej  czasu  u  matki,  razem  z  chłopcem,

zostawać tam aż do wieczora, a on będzie wałęsał się po pustych pokojach po powrocie z
biura, tak samo jak w mizernym okresie swego wygnania.

Powie jej o Florence. Będzie chciała mieć pewność, że to już skończone, a on da jej tę

pewność, bo to prawda, całkowicie i na zawsze.

Powie  jej  o  Florence.  Ona  jednym  spojrzeniem  każe  mu  iść  do  cholery  i  zadzwoni  do

adwokata.

Usłyszała  odgłos  i  spojrzała  w  prawo.  Na  boisku  szkolnym  chłopiec  kozłował  piłkę.
Dźwięk  nie  należał  do  tej  chwili;  chłopiec  nie  grał,  szedł  tylko,  z  piłką,  machinalnie  ją
odbijając,  gdy  zbliżał  się  do  ogrodzenia,  głowa  uniesiona,  wzrok  utkwiony  w  postaci  na
torowisku.

background image

Pozostali  ruszyli  jego  śladem.  Widząc  teraz  mężczyznę  w  całej  okazałości,  uczniowie

szli  w  kierunku  ogrodzenia  z  drugiego  krańca  boiska.  On  przymocował  uprząż
zabezpieczającą  do  poręczy  pomostu.  Dzieci  zbliżały  się  teraz  ze  wszystkich  stron,  żeby
lepiej zobaczyć, co się dzieje.

Cofnęła  się.  Poszła  w  przeciwnym  kierunku,  cofając  się  do  narożnego  budynku.  Potem

popatrzyła  dokoła,  żeby  wymienić  spojrzenie  z  kimkolwiek.  Szukała  strażnika
przeprowadzającego  dzieci  przez  jezdnię,  ale  nigdzie  nie  było  go  widać.  Pragnęła
uwierzyć,  że  to  jakiś  błazeński  teatr  uliczny,  spektakl  absurdu,  który  zachęca  widzów,  by
wspólnie  rozumieli  to,  co  jest  irracjonalne  w  wielkim  planie  istnienia  albo  w  następnym
małym kroku.

To było nazbyt bezpośrednie i głębokie, nazbyt osobiste. Chciała tylko pochwycić czyjeś

spojrzenie,  dostrzec  czyjeś  oczy,  zobaczyć  to,  co  sama  czuje.  Nie  przyszło  jej  do  głowy,
żeby stąd odejść. On znajdował się bezpośrednio nad nią, ona jednak ani nie patrzyła, ani
nie odeszła. Spojrzała na nauczyciela po drugiej stronie jezdni, gwizdek ściśnięty w garści,
dyndający sznurek, druga ręka wczepiona w sploty siatki ogrodzeniowej. Usłyszała kogoś
w górze, w piętrowcu, który stał na rogu ulicy, kobietę w oknie.

– Co pan robi?
Jej  głos  dobiegł  sponad  pomostu  roboczego.  Lianne  nie  podniosła  głowy.  Na  ulicy  po

lewej stronie nie było nikogo z wyjątkiem łachmaniarza, który wyłonił się z przejścia pod
torowiskiem,  niosąc  w  ręku  koło  od  roweru.  Na  niego  spojrzała.  A  potem  znowu  głos
kobiety:

– Bo zadzwonię na policję.
Lianne  usiłowała  zrozumieć,  dlaczego  on  jest  tutaj,  a  nie  gdzie  indziej.  To  była

całkowicie  lokalna  sceneria,  ludzie  w  oknach,  grupka  uczniów  na  boisku.  Spadający
Człowiek  słynął  z  tego,  że  pojawiał  się  wśród  tłumów  albo  w  miejscach,  gdzie  tłumy
szybko  się  zbierają.  A  tutaj  był  tylko  bezdomny  starzec  toczący  koło  po  ulicy.  Tutaj  była
tylko kobieta w oknie, niemająca pojęcia, kim on jest.

Teraz  kolejne  głosy,  z  bloków  i  boiska,  i  znów  spojrzała  w  górę.  Stał  na  poręczy

pomostu  jak  na  równoważni.  Poręcz  miała  szeroki  i  płaski  wierzch,  a  on  stał,  granatowy
garnitur,  biała  koszula,  granatowy  krawat,  czarne  buty.  Wznosił  się  nad  chodnikiem,  nogi
lekko rozstawione, ramiona rozsunięte i ugięte w łokciach, asymetrycznie, człowiek zdjęty
lękiem, patrzący z jakichś głębokich pokładów skupienia w zagubioną, martwą przestrzeń.

Prześlizgnęła  się  za  róg  budynku.  Bezsensowny  gest  ucieczki,  zwiększający  odległość

między nimi zaledwie o parę metrów, ale mimo wszystko to nie było takie dziwne, gdyby
naprawdę  spadł,  gdyby  uprząż  nie  wytrzymała.  Patrzyła  na  niego,  ramię  wbite  w  mur
budynku. Nie przyszło jej do głowy, by odwrócić się i odejść.

Wszyscy czekali. Nie spadł. Stał na poręczy przez całą minutę. Potem przez drugą.
Kobieta wołała coraz głośniej.
– Idź pan stąd!
Dzieci krzyczały, „skacz!” – podjudzały nieuchronnie, ale tylko dwoje lub troje, a potem

background image

to  się  skończyło,  i  było  słychać  jedynie  głosy  z  budynków,  żałobne  okrzyki  w  wilgotnym
powietrzu.

Wtedy Lianne zaczęła rozumieć. Performance, owszem, ale on nie przyszedł tutaj po to,

by występować dla tych, którzy stali na ulicy albo w oknach na piętrach. Tkwił tutaj, z dala
od personelu stacji i funkcjonariuszy ochrony kolei, czekając na pociąg jadący w kierunku
północnym,  tego  właśnie  chciał,  widowni  w  ruchu,  przemykającej  zaledwie  parę  kroków
od jego stojącej postaci.

Pomyślała o pasażerach. Pociąg wypadnie z tunelu i zacznie zwalniać, zbliżając się do

stacji przy Sto Dwudziestej Piątej, niecały kilometr stąd. Przejedzie, a on skoczy. Niektórzy
ludzie  w  pociągu  zobaczą  go,  jak  stoi,  a  inni  zobaczą  jego  skok,  wszyscy  wyrwani
gwałtownie  z  rozmyślań  i  lektury  gazet  albo  z  apatycznych  rozmów  przez  telefon
komórkowy.  Ci  ludzie  nie  będą  wiedzieli,  że  przymocował  uprząż  do  poręczy.  Zobaczą
tylko, jak spada. Wtedy, pomyślała, ci, którzy rozmawiają przez telefon, i ci, którzy dopiero
chwycą gorączkowo za telefony, będą próbowali opisać, co widzieli albo co widzieli inni
znajdujący się w pobliżu, którzy teraz próbują im to opisać.

W  zasadzie  do  powiedzenia  było  tylko  jedno.  Ktoś  spada.  Widziałem  spadającego

człowieka. Zastanawiała się, czy jemu właśnie na tym zależy, żeby rozpuścić wieść w ten
sposób,  za  pomocą  telefonów  komórkowych,  intymnie,  tak  samo  jak  w  wieżach  i
porwanych samolotach.

A  może  tylko  wyobrażała  sobie  jego  zamiary.  Może  to  zmyśliła,  tak  mocno  rozpięta  w

obrębie tej chwili, że nie potrafiła myśleć sama za siebie.

– Powiem ci, co próbuję zrobić.

Minęli witrynę supermarketu upstrzoną afiszami. Chłopiec wciągnął dłonie w rękawy.
–  Próbuję  czytać  w  jej  myślach.  Pójdzie  alejami,  Pierwszą,  Drugą,  Trzecią,  czy  może

powałęsa się trochę tu i tam?

– Już to mówiłeś.
Robił tak ostatnio,  rozciągał rękawy swetra,  żeby zakrywały dłonie.  Dłonie zaciskał w

pięści,  co  pozwalało  mu  przytrzymywać  sweter  końcami  palców.  Czasem  wystawała
opuszka kciuka i prześwitywały kłykcie.

– No dobrze, mówiłem. Ale nie mówiłem, że próbuję czytać w jej myślach. Ty też tego

spróbuj i powiedz mi, co myślisz.

– Może się rozmyśliła i jedzie taksówką.
Miał plecak, w którym nosił podręczniki i przybory szkolne, dzięki czemu mógł chować

ręce  w  rękawy.  Była  to  maniera,  która  Keithowi  kojarzyła  się  ze  starszymi  chłopcami,
chcącymi się wyróżniać czymś osobliwym.

– Powiedziała, że wróci pieszo.
– Może wsiadła do metra.
– Już nie jeździ metrem. Powiedziała, że wróci pieszo.

background image

– A co jest złego w metrze?
Zauważył nastrój ponurego sprzeciwu, ociągający się krok chłopca. Szli teraz na zachód,

gdzieś  poniżej  Setnej  Ulicy,  zatrzymując  się  przy  każdym  skrzyżowaniu,  żeby  spojrzeć  w
kierunku Harlemu, usiłując ją wypatrzyć pośród twarzy i sylwetek. Justin udawał, że traci
zainteresowanie,  przysuwał  się  do  krawężników,  żeby  przyglądać  się  kurzowi  i  drobnym
śmieciom. Nie spodobało mu się, że został pozbawiony swej monosylabicznej mocy.

–  Nie  ma  nic  złego  w  metrze  –  odparł  Keith.  –  Może  masz  rację.  Może  pojechała

metrem.

Powie jej o Florence. Ona będzie patrzeć na niego i czekać. Powie jej, że tak naprawdę

to nie była taka relacja, jaką ludzie na ogół określają słowem „romans”. To nie był romans.
Owszem,  był  seks,  ale  to  nie  był  romans.  Owszem,  były  uczucia,  ale  wytworzone  przez
warunki zewnętrzne, nad którymi nie miał kontroli. Ona będzie milczeć i czekać. On powie,
że czas spędzony z Florence już teraz wydaje mu się aberracją – to trafne słowo. Powie, że
to sprawa tego rodzaju, na którą człowiek patrzy z perspektywy czasu jako na coś, co tak
naprawdę nie było rzeczywiste, a on już właśnie tak czuje i to wie. Ona będzie siedziała i
patrzyła na niego. On powie o przelotności tego związku, łatwo policzalnych spotkaniach.
Nie  był  adwokatem,  lecz  formalnie  przecież  był  prawnikiem,  chociaż  sam  ledwo  w  to
wierzył,  i  uczciwie  oceni  swoją  winę,  przedstawi  fakty  towarzyszące  tej  krótkiej
znajomości,  wskazując  istotne  okoliczności,  które  tak  często  i  trafnie  określane  są  jako
łagodzące. Ona będzie siedziała na krześle, na którym nikt nigdy nie siada, tym ż mahoniu,
stojącym między biurkiem i półkami z książkami, a on będzie na nią patrzył i czekał.

–  Mama  pewnie  już  jest  w  domu  –  powiedział  chłopiec,  idąc  jedną  nogą  rynsztokiem,

drugą po krawężniku.

Minęli  aptekę  i  biuro  podróży.  Keith  dostrzegł  coś  z  przodu.  Zauważył  kobietę

przechodzącą  przez  ulicę,  niepewnym  krokiem,  na  najbliższym  skrzyżowaniu.  Wydawało
się,  że  ona  przystaje  na  środku  jezdni.  Przez  chwilę  taksówka  zasłaniała  mu  widok,  ale
mimo  to  zorientował  się,  że  coś  niedobrego  się  dzieje.  Nachylił  się  i  puknął  chłopca  z
bekhendu  w  ramię,  nie  odrywając  wzroku  od  sylwetki  z  przodu.  Zanim  dotarła  do  rogu
ulicy po tej samej stronie, już obaj ku niej biegli.

Usłyszała  pociąg  nadjeżdżający  z  południa  i  patrzyła,  jak  on  napręża  ciało  w  gotowości.
Odgłosem  był  basowy  tusz,  dyskretna,  nieciągła,  nawracająca  pulsacja,  jak  tętniące
odliczanie, ona prawie mogła odmierzać ułamki sekundy, gdy narastało.

Mężczyzna  patrzył  w  mur  narożnego  budynku,  ale  go  nie  widział.  W  jego  twarzy  była

pustka, pustka głęboka, jakby zagubione spojrzenie. No bo co on tak naprawdę ostatecznie
robił?  Bo  czy  naprawdę  ostatecznie  wiedział?  Pomyślała,  że  naga  przestrzeń,  w  którą
mężczyzna  patrzy,  jest  jego  własną;  to  nie  żadna  ponura  wersja  upadku  innych  ludzi.  Ale
dlaczego  ona  stoi  i  się  przygląda?  Bo  gdzieś  w  pobliżu  zobaczyła  swojego  męża.
Zobaczyła jego przyjaciela, tego, którego poznała, może tego drugiego też, albo go zmyśliła

background image

i ujrzała, wysoko w oknie, w kłębach wydobywającego się dymu. Bo czuła się zmuszona
albo tylko bezradna, ściskając na ramieniu pasek torebki.

Pociąg nadjeżdża z łoskotem, on przekręca głowę i patrzy w niego (i we własną śmierć

w ogniu), a potem znów odwraca wzrok i skacze.

Skacze  albo  spada.  Przechyla  się,  ciało  sztywne,  i  spada  bezwładnie,  głową  w  dół,

wywołując  pomruk  grozy  na  boisku  szkolnym,  z  odosobnionymi  okrzykami  trwogi,  które
jedynie częściowo zagłusza ryk przemykającego pociągu.

Poczuła wiotczenie w ciele. W tym wszystkim to nie upadek był najgorszy. Szarpnięcie

zatrzymało go w locie, do góry nogami, sześć metrów nad chodnikiem. Szarpnięcie, jakby
drgnięcie i podskok w powietrzu, odrzut, a teraz bezruch, ręce po bokach, jedna noga zgięta
w  kolanie.  W  tej  wystylizowanej  pozie  było  coś  strasznego,  w  ciele  i  kończynach,  w
figuralnym podpisie tego człowieka. Najgorszy jednak był sam bezruch i bliskość, Lianne
tutaj,  wszyscy  inni  znacznie  dalej  niż  ona.  Mogła  się  do  niego  odezwać,  ale  to  była  inna
płaszczyzna  istnienia,  poza  zasięgiem.  Trwał  nieruchomo,  w  jej  umyśle  wciąż  rozmazana
smuga  toczącego  się  pociągu,  a  dokoła  opadający  deszcz  huczącego  echa,  krew
napływająca do jego głowy, odpływająca z jej skroni.

Spojrzała  wprost  do  góry,  ale  nie  zobaczyła  ani  śladu  kobiety  w  oknie.  Ruszyła,

trzymając  się  ściany  budynku,  z  opuszczoną  głową,  po  omacku,  przesuwając  dłoń  po
chropawej  powierzchni  muru.  On  miał  oczy  otwarte,  ale  ona  i  tak  posługiwała  się  ręką  i
wtedy,  już  poza  zasięgiem  wiszącej  postaci,  skręciła  na  środek  chodnika,  poruszając  się
szybko.

Niemal  natychmiast  natknęła  się  na  bezdomnego  starca  w  wyświechtanym  ubraniu,

patrzącego w przeciwnym kierunku, na sylwetkę zawieszoną w powietrzu. Wydawało się,
że  sam  też  przybrał  pozę,  przytwierdzony  do  tego  miejsca  na  połowę  życia,  wiotka  jak
papier ręka ściskająca koło od roweru. Jego twarz ukazywała intensywne zawężenie myśli
i  możliwości.  Zobaczył  coś  wyrafinowanie  innego  niż  wszystko,  co  napotykał  krok  po
kroku w zwykłym biegu godzin. Musiał się nauczyć właściwego patrzenia na to, co widzi,
musiał znaleźć w świecie pękniecie, w które mógłby ten widok wpasować.

Nie dostrzegł jej, gdy przechodziła obok. Miała wrażenie, że sama wciąż idzie za wolno,

mijając kolejne budynki albo to samo rozległe osiedle, jedną ulicę, drugą. Głowę trzymała
opuszczoną,  widząc  rzeczy  jako  ulotny  migot,  zwoje  drutu  kolczastego  na  niskim
ogrodzeniu  i  policyjny  radiowóz  jadący  na  północ,  tam,  skąd  przyszła,  biało-niebieski
błysk  z  twarzami.  Na  ten  widok  znów  sobie  o  nim  przypomniała,  zawieszony,  ciało
usidlone w miejscu, i o niczym więcej oprócz tego nie mogła myśleć.

Zorientowała  się,  że  biegnie,  torebka  obijała  się  o  biodro.  Przechowywała  to,  co

napisali,  członkowie  grupy  we  wczesnym  stadium,  wkładała  kartki  do  segregatora,  który
nosiła w torebce, a po powrocie do domu wpinała wszystkie, dziurkowała i nakładała na
kółka.  Ulica  była  prawie  pusta,  po  lewej  magazyn.  Pomyślała,  że  radiowóz  policyjny
zatrzymuje się bezpośrednio pod wiszącym mężczyzną. Biegła teraz dość szybko, kartki w
segregatorze  i  imiona  członków  grupy  przemykały  przez  jej  głowę,  imię  i  pierwsza  litera

background image

nazwiska,  takich  ich  znała  i  tak  ich  widziała,  torebka  wystukuje  tempo,  obijając  się  o
biodro, nadaje takt, rytm, który należało utrzymać. Teraz biegła na tym samym poziomie co
pociągi,  pod  górę,  w  prążkowane  niebo,  na  którym  wypiętrzone  i  skłębione  chmury
wykrwawiały się na szeregi niższych.

Zginął z własnej ręki, pomyślała.
Potem  się  zatrzymała,  stanęła  pochylona,  ciężko  dysząc.  Patrzyła  w  chodnik.  Biegając

rankiem,  pokonywała  długie  dystanse,  ale  nigdy  nie  czuła  się  tak  wyczerpana,  tak
wycieńczona. Stała zgięta wpół, jak gdyby się rozdwoiła, jedna biegła ulicami, druga nie
wiedziała dlaczego. Czekała, by jej oddech się uspokoił, a potem wyprostowała plecy. Na
schodach  przed  kamienicą  siedziało  kilka  dziewcząt,  które  się  jej  przyglądały.  Poszła
powoli na szczyt stromej ulicy i znów się zatrzymała, spędzając chwilę z pociągami, które
wyłaniały się z jednej dziury i znikały w drugiej, gdzieś na południe od Setnej.

Zaniesie  kartki  do  domu,  to,  co  napisali,  i  dopnie  je  do  tych  starszych,

przedziurkowanych  i  nasadzonych  na  kółka,  uzbierało  się  ich  już  kilkaset.  Ale  najpierw
sprawdzi wiadomości w telefonie.

Przeszła  ulicę  na  czerwonym  świetle  i  stała  teraz  na  zatłoczonym  rogu,  gdy  nagle

zobaczyła  ich,  zbliżających  się  w  jej  stronę,  biegnących.  Byli  jaśni  i  niezakamuflowani,
mijali  ludzi  wtłoczonych  w  rutynową  anonimowość.  Niebo  wydawało  się  takie  bliskie.
Byli jaśni od naglącego życia, dlatego biegli, więc podniosła rękę, by wyraźnie ją widzieli
w natłoku twarzy, trzydzieści sześć dni po samolotach.

background image

 

W NOKOMIS

Miał  swoją  kartę  Visa,  miał  numer  stałego  pasażera  linii  lotniczych.  Używał  mitsubishi.
Stracił dwadzieścia dwa kilogramy i przeliczył to na funty, mnożąc przez 2,2046. Upał nad
Zatoką  Meksykańską  był  czasami  piekielny,  ale  Hammad  to  lubił.  Wynajęli  mały
otynkowany dom przy West Laurel Road, a Amir odrzucił ofertę darmowego korzystania z
telewizji kablowej. Dom był różowy. Pierwszego dnia usiedli przy stole i zobowiązali się
wypełnić  swoją  powinność,  która  w  wypadku  ich  wszystkich,  złączonych  ufnością  w
braterstwo krwi, oznaczała zabijanie Amerykanów.

Hammad pchał wózek przez supermarket. Był niewidzialny dla tych ludzi i oni zaczynali

być niewidzialni dla niego. Czasem spoglądał na kobiety, owszem, na dziewczynę w kasie,
o imieniu Meg albo Peg. Wiedział to, czego ona nie wyobraziłaby sobie nawet za dziesięć
żywotów.  W  rzęsistym  świetle  zobaczył  nikły  ślad  jedwabistego  puszku  na  jej  ramieniu  i
raz powiedział coś, co wywołało u niej uśmiech.

Nauka  pilotażu  nie  szła  mu  dobrze.  Siedział  w  rozbujanym  symulatorze  i  usiłował

dostosować odpowiednio reakcje do warunków. Pozostali, większość, radzili sobie lepiej.
Zawsze oczywiście był Amir. Amir latał małymi samolotami i zaliczał dodatkowe godziny
na  symulatorach  boeinga  767.  Czasem  płacił  gotówką,  używając  pieniędzy  przesłanych  z
Dubaju. Myśleli, że państwo przeczyta ich zaszyfrowane e-maile. Państwo sprawdzi bazy
danych  linii  lotniczych  i  transakcje  na  określone  kwoty.  Amir  tego  nie  potwierdził.
Otrzymywał sumy przesyłane na Florydę na jego nazwisko, pierwszy i ostatni jego człon,
Mohamed Atta, bo w zasadzie był nikim znikąd.

Teraz  chodzili  gładko  ogoleni.  Nosili  T-shirty  i  bawełniane  spodnie.  Hammad  pchał

wózek alejką do kasy, a kiedy się odezwał, kasjerka się uśmiechnęła, lecz go nie widziała.
Rzecz polegała na tym, by pozostawać niewidocznym.

Znał  swoją  wagę  w  funtach,  ale  nie  oznajmił  tego  innym  ani  nie  gloryfikował  jej  w

duchu.  Przeliczał  metry  na  stopy,  mnożąc  przez  3,28.  W  domu  siedziało  ich  dwóch  albo
trzech,  inni  przychodzili  i  wychodzili,  ale  już  nie  z  taką  częstotliwością  ani  płomiennym
entuzjazmem jak w dniach spędzonych przy Marienstrasse. Posunęli się dalej, etap pełnych
i zdecydowanych przygotowań. Tylko Amir teraz płonął. Amir był elektrycznością, a z jego
oczu tryskał ogień.

Kilogramy  stracił  w  Afganistanie,  w  obozie  szkoleniowym,  gdzie  zaczął  rozumieć,  że

śmierć jest silniejsza od życia. Tam właśnie porwał go krajobraz, wodospady zamrożone w
przestrzeni, bezkresne niebo. To wszystko było islamem, rzeki i strumienie. Podnieś kamyk
i  potrzymaj  go  w  garści,  to  jest  islam.  Imię  Boga  na  ludzkich  językach  w  całym  kraju.
Nigdy  wcześniej  w  swoim  życiu  Hammad  nie  czuł  czegoś  podobnego.  Nosił  kamizelkę  z

background image

ładunkami  wybuchowymi  i  wiedział,  że  teraz  jest  mężczyzną,  gotowym  pokonać  dystans
dzielący go od Boga.

Jechał  mitsubishi  sennymi  ulicami.  Pewnego  dnia,  jakie  to  dziwne,  zobaczył  samochód  z
tłoczącymi się w środku sześcioma lub siedmioma osobami, śmiech i papierosy, młodzież,
może z college’u, chłopcy i dziewczęta. Jak łatwo byłoby wysiąść ze swojego samochodu i
dołączyć do nich? Otworzyć drzwi jadącego mitsubishi i przejść przez jezdnię do drugiego
auta, iść w powietrzu, otworzyć drzwi drugiego samochodu i wsiąść.

Amir przeskoczył z angielskiego na arabski, cytując.
„Nigdy nie zgładziliśmy narodu, którego kres nie byłby z góry przesądzony”.
To całe życie, ten świat trawników wymagających podlewania i sprzętów ułożonych na

niekończących  się  półkach,  to  jest  totalne  złudzenie,  na  zawsze.  W  obozie  na  smaganej
wiatrem  równinie  przemieniono  ich  w  mężczyzn.  Strzelali  z  broni  i  detonowali  materiały
wybuchowe. Otrzymali wtajemniczenie w najwyższy dżihad, od którego popłynie krew, ich
własna  i  innych.  Ludzie  podlewają  trawniki  i  jedzą  w  barach  szybkiej  obsługi.  Hammad
czasem zamawiał jedzenie z dostawą, nie da się zaprzeczyć. Każdego dnia modlił się pięć
razy, czasem mniej, czasem w ogóle. Oglądał telewizję w barze niedaleko szkoły pilotażu i
lubił  sobie  wyobrażać,  że  pojawia  się  na  ekranie,  zarejestrowana  na  wideo  postać
przechodząca przez bramkę wykrywającą metale w drodze do samolotu.

Nie znaczy to, że zabrną aż tak daleko. Państwo dysponuje listami osób podejrzanych i

tajnymi  agentami.  Państwo  wie,  jak  odczytywać  sygnały,  które  wychodzą  z  telefonu  i  za
pośrednictwem  stacji  przekaźnikowych  i  orbitujących  satelitów  trafiają  do  telefonu
komórkowego kogoś jadącego samochodem po pustynnej drodze w Jemenie. Amir przestał
mówić  o  Żydach  i  krzyżowcach.  Teraz  liczyła  się  już  tylko  taktyka,  rozkład  lotów  i
tankowanie, podróż z jednego miejsca do drugiego, na czas, do celu.

Ci ludzie biegający po parku, światowa dominacja. Ci starzy mężczyźni, którzy wylegują

się  na  leżakach,  pożyłkowane  białe  ciała  i  czapki  baseballowe,  to  oni  kontrolują  nasz
świat. Hammad zastanawia się, czy oni kiedykolwiek o tym myślą. Zastanawia się, czy oni
go widzą, jak stoi, gładko ogolony, w adidasach.

Nadeszła pora zaprzestania kontaktów z matką i ojcem. Napisał do nich list, informując,

że  przez  pewien  czas  będzie  podróżował.  Pracuje  dla  firmy  inżynieryjnej  i  wkrótce
awansuje.  Tęskni  za  nimi,  napisał,  a  potem  podarł  list  i  patrzył,  jak  strzępy  znikają  w
odpływie wspomnień.

W obozie szkoleniowym dali mu długi nóż, który kiedyś należał do saudyjskiego księcia.

Stary  poganiacz  zmusił  batem  wielbłąda  do  klęknięcia,  potem  chwycił  za  uzdę  i  odchylił
mu łeb ku niebu, a Hammad poderżnął zwierzęciu gardło. Wydali odgłos, kiedy to zrobił,
obaj, mężczyzna i wielbłąd, ryk, a on poczuł głęboką radość wojownika i cofnął się o krok,
żeby zobaczyć, jak wielbłąd się przewraca. Stał tam, Hammad, ręce szeroko rozpostarte, a
potem  ucałował  zakrwawiony  nóż  i  podniósł  go  ku  tym,  którzy  patrzyli,  mężczyznom  w

background image

szatach i turbanach, okazując im swój szacunek i wdzięczność.

Jeden  z  tych  przyjezdnych  nawet  nie  znał  nazwy  miasta,  w  którym  się  znajdowali,

niedaleko  innego,  o  nazwie  Venice.  Zapomniał  tę  nazwę  albo  się  jej  nigdy  nie  nauczył.
Hammad uważał, że to bez znaczenia. Nokomis. Co to ma za znaczenie? Niech to wszystko
rozpadnie się w pył. Zostawmy to za sobą, nawet jeśli śpimy tutaj i jemy. Wszystko to pył.
Samochody, domy, ludzie. Wszystko to pyłek w ogniu i świetle nadchodzących dni.

Przewijali się tutaj, jeden, dwóch, raz na jakiś czas, i niekiedy mówili mu o kobietach,

którym płacili za seks, no dobra, ale nie chciał słuchać. Ze wszystkich rzeczy, które robił w
swoim  życiu,  z  tej  jednej  jedynej  zapragnął  wywiązać  się  należycie.  Będąc  tutaj,
przebywali w świecie niewiary, w krwiobiegu kufr. Czuli razem, on i jego bracia. Czuli,
że  niebezpieczeństwo  i  odosobnienie  roszczą  sobie  do  nich  prawo.  Czuli  magnetyzujący
wpływ zmowy. Zmowa spajała ich bardziej niż kiedykolwiek. Zmowa zawęziła cały świat
do najcieńszej linii wzroku, gdzie wszystko zbiega się w jednym punkcie. Los rościł sobie
do nich prawo, bo urodzili się właśnie po to, żeby tego dokonać. Bo zostali wybrani, tam,
na  wietrze  i  pod  niebem  islamu.  Było  orzeczenie  śmierci,  najsilniejsze  prawo  ze
wszystkich, najwyższy dżihad.

Lecz czy człowiek musi się zabić, żeby coś osiągnąć w świecie?
Mieli symulatory lotu. Grali na komputerze. Autopilot wychwytuje każde zejście z kursu.

Szyba  jest  odporna  na  ptaki.  Miał  duży  diagram  na  tekturze,  przedstawiający  kabinę
pilotów w boeingu 767. Uczył się go w swoim pokoju, zapamiętując usytuowanie dźwigni i
zegarów.  Pozostali  nazywali  ten  plakat  jego  żoną.  Przeliczał  litry  na  galony,  gramy  na
uncje. Siedział we fryzjerskim fotelu i patrzył w lustro. Nie było go tutaj, to nie on.

W zasadzie przestał się przebierać. Aż do następnego tygodnia codziennie nosił tę samą

koszulę  i  spodnie,  i  bieliznę  też.  Golił  się  wprawdzie,  ale  nie  rozbierał  ani  nie  ubierał,
często spał w ubraniu. Raz zabrał swoje rzeczy do pralni, mając na sobie ubranie jednego z
pozostałych. Nosił to ubranie przez tydzień i chciał, żeby tamten nosił jego rzeczy, skoro są
już czyste, choć, czyste czy brudne, to nie miało znaczenia.

Kobiety i mężczyźni o złych oczach, śmiejący się w telewizji, ich siły zbrojne brukające

Ziemię Dwóch Świętych Miejsc.

Amir  odbył  pielgrzymkę  do  Mekki.  Był  hadżim,  bo  wypełnił  obowiązek,  odmówił

modlitwę pogrzebową, salat al-dżanaza, ogłaszając, że jest towarzyszem wszystkich tych,
którzy  zmarli  podczas  wędrówki.  Hammad  nie  czuł  się  gorszy.  Wkrótce  wypełnią  inną
powinność, niepisaną, wszyscy razem, męczennicy.

Ale czy człowiek musi się zabić, żeby się liczyć, żeby być kimś, żeby znaleźć drogę?
Hammad rozmyślał o tym. Przypomniał sobie, co mówił Amir. Amir myślał klarownie,

za pomocą prostych linii, bezpośrednio i systematycznie.

Amir mówił mu prosto w twarz.
Kres  naszego  życia  jest  naznaczony  z  góry.  Wiedzeni  jesteśmy  ku  niemu  od  pierwszej

chwili, gdy przyszliśmy na świat.

Żadne  święte  prawo  nie  sprzeciwia  się  temu,  co  zamierzamy  zrobić.  To  nie  jest

background image

samobójstwo  w  żadnym  sensie  ani  w  żadnej  interpretacji  tego  słowa.  To  tylko  coś  od
dawna zapisanego. Odnajdujemy drogę, która i tak jest dla nas wytyczona.

Gdy  człowiek  patrzy  na  Amira,  widzi  życie  zbyt  intensywne,  by  mogło  trwać  choćby

minutę dłużej, ale to może dlatego, że nigdy nie wydymał kobiety.

Ale co z tym? – pomyślał Hammad. Nie liczy się człowiek, który odbiera sobie życie w

tej sytuacji. Ale co z życiem innych, których zabiera ze sobą?

Nie kwapił się, żeby zadać to pytanie w rozmowie z Amirem, ale w końcu to zrobił, gdy

byli tylko we dwóch w domu.

A co z innymi, z tymi, którzy umrą?
Amir się zniecierpliwił. Powiedział, że zasadniczo mówili o tych sprawach, kiedy byli

w Hamburgu, w meczecie i w mieszkaniu.

Co z innymi?
Amir  odparł  po  prostu,  że  nie  ma  innych.  Inni  istnieją  tylko  do  tego  stopnia,  w  jakim

wypełniają rolę, którą dla nich przeznaczyliśmy. To jest ich funkcja jako innych ludzi. Ci,
którzy umrą, nie mogą sobie rościć prawa do swego życia poza tym, że umierają.

Hammadowi to zaimponowało. Brzmiało jak filozofia.

Dwie  kobiety  idące  przez  park  wieczorem,  w  szeleszczących  długich  spódnicach,  jedna
boso. Hammad siedział na ławce, sam, patrzył, a po chwili wstał i ruszył za nimi. To po
prostu  się  stało,  w  taki  sposób,  w  jaki  mężczyzna  jest  wydobyty  ze  swej  skóry,  a  zaraz
potem  nadąża  ciało.  Doszedł  tylko  do  ulicy,  przy  której  kończył  się  park,  patrząc,  jak  te
dwie znikają, w mgnieniu oka, jak przewracane kartki.

Szyba  jest  odporna  na  ptaki.  Lotka  to  ruchoma  powierzchnia  sterowa  statku

powietrznego.

Modli się i śpi, modli się i je posiłki. To podłe jedzenie, często spożywane w milczeniu.

Zmowa kształtuje każdy jego oddech. To prawda, której zawsze poszukiwał, nie wiedząc,
jak ją nazwać ani gdzie jej szukać. Są razem. Każde słowo, które wypowiadają, on i oni,
prowadzi tylko do tego.

Jeden z nich obiera pomarańczę i zaczyna ją dzielić.
Za dużo myślisz, Hammad.
Ludzie spędzili całe lata na tajnym organizowaniu tej roboty.
Tak, dobrze.
Sam widziałem tych ludzi, jak szli przez obóz, kiedy tam byliśmy.
Dobrze. Ale koniec z myśleniem.
I z gadaniem.
Dobrze. Teraz do dzieła.
Podaje cząstkę pomarańczy Hammadowi, który prowadzi samochód.
Mój  ojciec,  mówi  ten  drugi,  gotów  byłby  umrzeć  trzysta  razy,  żeby  tylko  wiedzieć,  co

robimy.

background image

Umieramy tylko raz.
Umieramy raz, za to popisowo.
Hammad  myśli  z  radością  o  uzbrojonych  materiałach  wybuchowych  przyczepionych  do

jego klatki piersiowej i talii.

Ale nie zapomnij, w każdej chwili może nas zatrzymać CIA, mówi ten drugi.
Mówi  to,  a  potem  parska  śmiechem.  Może  to  już  nieprawda.  Może  to  tylko  historyjka,

którą opowiadali sobie tak wiele razy, że przestali w nią wierzyć. A może wtedy wcale w
nią  nie  wierzyli  i  zaczynają  wierzyć  dopiero  teraz,  kiedy  czas  się  zbliża.  Tak  czy  owak,
Hammad nie widzi w tym nic zabawnego.

Ludzie,  na  których  patrzy,  spacerujący  z  psami,  oni  powinni  się  wstydzić  swego

przywiązania  do  życia.  Wystarczy  pomyśleć,  psy  grzebiące  w  ziemi,  syk  spryskiwaczy
trawników.  Kiedy  zobaczył  burzę  nadciągającą  znad  zatoki,  chciał  rozpostrzeć  ramiona  i
wejść  prosto  w  jej  objęcia.  Ci  ludzie,  to,  co  dla  nich  jest  takie  drogie,  my  widzimy  jako
pustą przestrzeń. Nie myślał o celu misji. Widział tylko szok i śmierć. Nie ma celu, to jest
cel.

Idąc  jasną  alejką  między  półkami,  w  jednej  sekundzie  myśli  tysiąc  razy  o  tym,  co

nadchodzi.  Gładko  ogolony,  zarejestrowany  na  wideo,  mija  bramkę  wykrywającą  metal.
Dziewczyna w kasie przetacza puszkę zupy przez czytnik, a on myśli o czymś zabawnym, co
mógłby powiedzieć, najpierw wypowiadając zdanie w duchu, żeby ułożyć właściwy szyk.

Patrzył  poza  chaty  z  suszonej  cegły  w  kierunku  gór.  Kamizelka  z  materiałami

wybuchowymi i czarny kaptur. My jesteśmy gotowi na śmierć, oni nie. To jest nasza siła,
miłość  do  śmierci,  zew  zbrojnego  męczeństwa.  Stał  z  innymi  w  starej  rosyjskiej  kopalni
miedzi, teraz to afgański obóz, ich, i słuchali głosu ze wzmacniacza, rozchodzącego się po
równinie.

Kamizelka  była  z  niebieskiego  nylonu  i  miała  krzyżujące  się  patki.  W  pas  wszyte  były

puszki  z  materiałem  wybuchowym.  Były  też  kostki  plastiku  wysoko  na  piersi.  To  nie  jest
metoda, którą pewnego dnia on i jego bracia zastosują, ale to ta sama wizja nieba i piekła,
zemsty i zniszczenia.

Stali i słuchali nagranego wołania, wzywającego ich do modłów.

Teraz siedzi w fotelu fryzjerskim, mając na sobie pasiastą pelerynę. Fryzjer jest drobnym
mężczyzną mającym niewiele do powiedzenia. W radiu podają wiadomości, pogoda, sport
i  warunki  na  drogach.  Hammad  nie  słucha.  Znowu  myśli,  patrzy  poza  twarz  widoczną  w
lustrze, ona nie należy do niego, i czeka na ten dzień, czyste niebo, lekki wiatr, kiedy nie
będzie już o czym myśleć.

background image

 

Część trzecia

DAVID JANIAK

background image

 

10

Przeszli  całą  trasę,  dwadzieścia  przecznic  na  północ,  a  potem  przez  śródmieście,  i
wreszcie  na  Union  Square,  ileś  kilometrów  w  parnym  upale,  policja  w  hełmach
udaroodpornych i kuloodpornych kamizelkach, małe dzieci na ramionach rodziców. Szli z
pięciuset  tysiącami  innych,  raźna  ludzka  chmara  rozciągająca  się  na  szerokość  jezdni,
plakaty  i  transparenty,  koszulki  z  nadrukami,  trumny  przykryte  kirem,  marsz  przeciwko
wojnie, przeciwko prezydentowi, przeciwko polityce.

Czuła  się  oddzielona  od  tego  wydarzenia,  choć  zewsząd  na  nią  napierało.  Nad  głową

dudniły  policyjne  śmigłowce,  jacyś  mężczyźni  stali  w  szyku,  krzycząc,  skandując  do
demonstrantów. Justin wziął ulotkę od kobiety w czarnej chuście na głowie. Dłonie miała
nakrapiane  henną  i  patrzyła  gdzieś  w  przestrzeń,  unikając  kontaktu  wzrokowego.  Ludzie
przystawali, żeby popatrzeć na płonącą platformę, zapadającą się pod własnym ciężarem, z
papier mâché, a tłum gęstniał. Chciała wziąć syna za rękę, ale to już była przeszłość. Miał
dziesięć lat; zachciało mu się pić, odskoczył więc na drugą stronę ulicy, gdzie mężczyzna
sprzedawał  napoje  ze  sterty  skrzynek.  Obok  stało  kilkunastu  policjantów;  zajęli  pozycje
przed czerwoną siatką rozpiętą poniżej budowlanego rusztowania. Tam mieli zatrzymywać
nadgorliwych i nieopanowanych.

Podszedł  do  niej  mężczyzna,  wysunąwszy  się  z  tłumu,  Murzyn,  z  dłonią  na  sercu,  i

powiedział:

– Dzisiej som urodziny Charliego Parkera.
Patrzył  prawie  na  nią,  ale  nie  całkiem,  potem  ruszył  dalej,  mówiąc  to  samo  do

mężczyzny  w  T-shircie  z  pacyfką,  a  w  jego  tonie  pełnym  wyrzutu  złowiła  aluzję,  że
wszyscy  ci  ludzie,  pół  miliona,  w  butach  sportowych  i  kapeluszach  od  słońca,  z
symbolicznymi  akcesoriami,  to  obesrani  głupcy,  bo  zgromadzili  się  w  parnym  upale  z
jakiegoś  tam  powodu,  który  ich  tutaj  przygnał,  podczas  gdy  powinni  zapełnić  te  ulice,
dokładnie  w  takiej  samej  liczbie,  po  to,  żeby  okazać  cześć  Charliemu  Parkerowi  w  dniu
jego urodzin.

Gdyby jej ojciec Jack tu był, prawdopodobnie przyznałby mu rację. Owszem, czuła się

wyobcowana,  czuła  dystans.  Ten  tłum  nie  rewanżował  się  poczuciem  przynależności.
Przyszła  tutaj  ze  względu  na  syna,  aby  mógł  pobyć  w  środku  dysydenckiej  demonstracji,
aby to zobaczył i poczuł, poznał racje przemawiające przeciw wojnie i złej władzy. Sama
chciała być jak najdalej od tego wszystkiego. W ciągu tych trzech lat, od tamtego dnia we
wrześniu,  całe  życie  nabrało  charakteru  publicznego.  Zraniona  społeczność  gardłuje,  a  w
samotne  noce  umysł  kształtowany  jest  przez  ten  donośny  lament.  Czerpała  zadowolenie  z
mikroświata,  który  ostatnio  zbudowała,  aranżując  dni,  dopracowując  szczegóły,  nie

background image

wychylając się, trzymając z dala. Uwolniona od wściekłości i złych przeczuć. Uwolniona
od  nocy,  które  rozpościerają  się  przez  niekończące  się  łańcuchy  samopiekła  na  jawie.
Maszerowała  z  dala  od  trzymanych  w  rękach  haseł  i  tekturowych  trumien,  policji  konnej,
anarchistów  rzucających  butelkami.  To  wszystko  było  spektaklem,  który  można
zdemaskować w ciągu kilku sekund.

Chłopiec odwrócił się, patrząc za kluczącym w tłumie Murzynem, który zatrzymywał się

tu i ówdzie, żeby obwieścić swój komunikat.

–  Chodzi  o  muzyka  jazzowego  –  wyjaśniła.  –  Nazywał  się  Charlie  Parker.  Umarł

czterdzieści,  pięćdziesiąt  lat  temu.  Jak  wrócimy  do  domu,  spróbuję  wygrzebać  jego  stare
analogi. Longplaye. Charlie Parker. Zwany Bird. Nie pytaj dlaczego. Zanim spytasz, to ci
mówię,  żebyś  nie  pytał,  bo  nie  wiem.  Znajdę  płyty  i  posłuchamy.  Ale  przypomnij  mi,  bo
zapomnę.

Wziął kolejne ulotki. Ludzie stali na obrzeżach maszerującej kolumny, rozdając materiały

w imieniu pokoju, sprawiedliwości, na rzecz rejestracji wyborców, paranoicznych ruchów
pacyfistycznych. Czytał i szedł jednocześnie, kiwając głową, żeby widzieć demonstrantów
przed sobą i chłonąć wydrukowane słowa.

Opłakujmy zmarłych. Zaleczmy rany. Zakończmy wojnę.
– Nie rób tak. Idź uważnie, później sobie poczytasz.
– Taaa, jasne – odparł.
–  Gdy  próbujesz  dopasować  to,  co  czytasz,  do  tego,  co  widzisz,  to  nie  zawsze  się

zgadza.

– Taaa, jasne.
Coś  nowego,  te  dwa  przeciągłe  słowa  rześkiego  lekceważenia.  Pchnęła  go  w  kierunku

chodnika, a on oparł się o ścianę budynku i wypił napój. Stała obok niego, świadoma, że
Justin  powoli  osuwa  się  po  murze,  ruchowy  komentarz  na  temat  upału  i  długiego  marszu,
bardziej teatr niż skarga.

Wreszcie  zastygł  w  małym  przysiadzie  sumity.  Przekartkował  zebrane  materiały,

spędzając  parę  minut  na  czytaniu  jakiejś  ulotki.  Na  górze  środkowej  strony,  w  zgięciu,
zobaczyła słowo „islam”, a dalej liczbę 800. To prawdopodobnie była ulotka, którą wziął
od  kobiety  w  chuście.  Dostrzegła  słowa  napisane  tłustym  drukiem,  opatrzone
wyjaśnieniami.

Obok przeszła grupa starszych kobiet śpiewających dawny protest song.
– Hadż – powiedział.
– Tak.
– Szahadah.
– Tak.
– Nie ma boga nad Allacha, a Mahomet jest Jego prorokiem.
– Tak.
Znowu wyrecytował te słowa, powoli, z większym namaszczeniem, przygarniając je do

siebie, próbując w nie wniknąć. Ludzie stali obok albo przesuwali się dalej, demonstranci

background image

odbijali na chodnik.

Teraz  zaczął  recytować  po  arabsku.  Wyrecytował,  ona  powiedziała  mu,  że  to  arabski,

transliteracja.  Ale  nawet  to  było  za  dużo,  ta  odosobniona  chwila  w  cieniu,  z  synem,  i
poczuła  się  nieswojo.  Przeczytał  definicję  kolejnego  słowa,  dotyczącego  corocznego
obowiązkowego  postu  podczas  ramadanu.  To  jej  o  czymś  przypomniało.  Czytał  dalej,
przeważnie  po  cichu,  trzymając  ulotkę  w  powietrzu,  czekając,  by  ją  wzięła,  kiedy
potrzebował pomocy przy wymawianiu jakiegoś słowa. Tak się stało dwa albo trzy razy, a
gdy  się  więcej  nie  powtórzyło,  przyłapała  się  na  tym,  że  myśli  o  Kairze,  mniej  więcej
sprzed  dwudziestu  lat,  w  umyśle  zamazane  kształty,  ona  wśród  nich,  wysiada  z  autokaru
wycieczkowego wprost w wielki tłum.

Ta podróż była prezentem, po skończonych studiach, ona i jej dawna koleżanka jechały

autokarem,  potem  wysiadły  w  sam  środek  jakiegoś  świętującego  tłumu.  Tłumu  tak
wielkiego,  że  każda  jego  część  wydawała  się  środkiem.  Był  gęsty  i  ukierunkowany,  ku
zachodowi słońca, dwie koleżanki pod naporem ludzi, mijały kioski i stragany z jedzeniem
i w ciągu pół minuty straciły się z oczu. Wtedy, oprócz bezradności, pojawiło się nasilone
poczucie  tego,  kim  jest  w  stosunku  do  innych,  całych  tysięcy,  spokojnych,  ale
wszechogarniających. Idący obok dostrzegali ją, uśmiechali się, niektórzy, odzywali się do
niej,  jeden  albo  dwóch,  i  nieuchronnie  widziała  siebie  w  zwierciadlanej  powierzchni
tłumu. Stała się tym, co ku niej wysyłali. Stała się swoją własną twarzą i rysami, karnacją,
białą  kobietą,  biel  jej  podstawowym  sensem,  jej  stanem  istnienia.  Oto  kim  jest,  nie
naprawdę,  ale  jednocześnie  tak,  właśnie  tak,  bo  czemu  nie?  Była  uprzywilejowana,
wyobcowana,  zaabsorbowana  sobą,  biała.  To  wyzierało  z  jej  twarzy,  twarzy  kobiety
wykształconej,  nieświadomej,  zdjętej  strachem.  Poczuła  całą  gorzką  prawdę,  którą
zawierają  stereotypy.  Tłum  wiedział,  jak  być  tłumem.  To  była  ich  prawda.  Są  u  siebie,
pomyślała, w naporze ciał, w skumulowanej masie. Być tłumem to religia sama w sobie,
niemająca związku z tym, że przyszli tutaj świętować z określonego powodu. Pomyślała o
tłumach  gnanych  paniką,  rozlewających  się  na  boki.  To  były  myśli  białego  człowieka,
przetwarzanie  danych  białej  paniki.  Pozostali  nie  mieli  takich  myśli.  Debra  myślała  to
samo,  jej  koleżanka,  jej  zaginiony  sobowtór,  gdzieś  tam  pośród  nich,  też  biała.  Lianne
próbowała  się  rozglądać  za  Debrą,  ale  to  nie  było  łatwe,  poruszyć  ramionami  i  się
odwrócić.  Obie  znajdowały  się  w  środku  tłumu,  każda  była  środkiem,  sama  dla  siebie.
Ludzie do niej mówili. Jakiś starzec zaproponował jej cukierka i powiedział, jak nazywa
się to święto, wyznaczające koniec ramadanu. Tutaj wspomnienie się urwało.

Wyrecytował  zdanie  po  arabsku,  sylabicznie,  powoli,  a  ona  sięgnęła  po  ulotkę  i

wymówiła  to  we  własnej  wersji,  tak  samo  niepewnie,  tylko  szybciej.  Były  jeszcze  inne
słowa,  które  jej  podsuwał,  więc  wypowiadała,  poprawnie  lub  błędnie,  czując  się
nieswojo,  odrobinę,  recytując  zdanie,  wyjaśniając  charakter  rytuału.  To  była  część
dyskursu  publicznego,  tego  gardłowania,  islam  z  liczbą  800.  Nawet  twarz  starca,  ze
wspomnień,  z  Kairu,  przywiodła  ją  tutaj  z  powrotem.  Lianne  znajdowała  się  we
wspomnieniu i jednocześnie stała na tym chodniku, duch jednego miasta, frontalny grzmot

background image

drugiego, a ona musi uciekać przed oboma tłumami.

Dołączyli do śródmiejskiej części manifestacji i posłuchali chwilę, jak ktoś przemawia

na zaimprowizowanej platformie na Union Square. Następnie poszli do pobliskiej księgami
i przechadzali się długimi alejkami, w chłodzie i spokoju. Tysiące książek, połyskujących
na  stołach  i  półkach,  cisza  w  środku,  niedziela  latem,  i  chłopiec  zaczął  udawać
bloodhounda,  łypał  na  książki  i  wąchał,  ale  ich  nie  dotykał,  rozciągając  palcami  skórę
twarzy, żeby przypominała obwisłe fafle. Nie wiedziała, co to znaczy, ale rozumiała, że on
nie  próbuje  jej  rozbawić  ani  rozzłościć.  To  zachowanie  pozostawało  poza  obrębem  jej
wpływów, usytuowane tylko pomiędzy nim a książkami.

Wjechali ruchomymi schodami na piętro i przez pewien czas oglądali książki naukowe,

przyrodnicze, przewodniki zagraniczne i ficción.

–  Czego  najlepszego  nauczyłeś  się  do  tej  pory  w  szkole?  Od  samego  początku,  od

pierwszych dni.

– Najlepszego?
– Najważniejszego. No, słucham, mądralo.
– Mówisz jak tata.
– Zastępuję go. Działam w podwójnej roli.
– Kiedy wraca?
– Za osiem, dziewięć dni. No więc, najlepsza rzecz.
– Słońce to gwiazda.
– To jest najlepsze ze wszystkiego, czego się nauczyłeś?
– Tak, że Słońce to gwiazda.
– A czy to przypadkiem nie ja cię tego nauczyłam?
– Nie wydaje mi się.
– Mamy mapę gwiazd na ścianie.
– Słońca na niej nie ma. Jest gdzieś poza nią. Nie w górze. Nie ma góry ani dołu. Ono

gdzieś tam jest.

–  Albo  może  to  my  gdzieś  tam  jesteśmy  –  powiedziała.  –  Być  może  to  bliższe

faktycznemu stanowi rzeczy. Ze to my gdzieś tam jesteśmy.

Sprawiło im to przyjemność, odrobina przekomarzania się i kpin, i stanęli przy wysokim

oknie, patrząc na koniec kolumny marszowej, transparenty opuszczone albo schowane, tłum
pękający, rozproszony, ludzie kierujący się do parku, do metra albo w boczne ulice. To w
pewien  sposób  było  zdumiewające,  co  powiedział,  jedno  zdanie,  trzy  słowa,  i  tylko
pomyśleć, że one mówią wszystko o wszystkim, co istnieje. Słońce to gwiazda. Kiedy ona
sama to sobie uświadomiła i dlaczego nie pamięta, kiedy to się stało? Słońce to gwiazda.
Jakby  objawienie,  świeży  sposób  myślenia  o  tym,  kim  jesteśmy,  najczystszy  sposób,
dopiero teraz ostatecznie się uwidaczniający, swoisty mistyczny dygot, przebudzenie.

Może jest po prostu zmęczona. Czas wracać do domu, zjeść coś, coś wypić. Osiem albo

dziewięć dni, może dłużej. Trzeba kupić małemu książkę i wracać do domu.

Tego wieczoru przejrzała ojcowską kolekcję jazzowych płyt i puściła jedną, dwie strony

background image

Justinowi. Kiedy położył się spać, pomyślała o czymś innym i z zakurzonej wysokiej półki
zdjęła  Encyklopedię  jazzu,  no  i  proszę,  jest,  napisane  grubą  czcionką,  nie  tylko  rok,  ale
miesiąc i dzień. Tego dnia rzeczywiście były urodziny Charliego Parkera.

Liczyła od stu w dół, za każdym razem odejmując siedem. Dobrze się z tym czuła. Co jakiś
czas zdarzały się potknięcia. Liczby nieparzyste były trudne, jak jakiś gwałtowny fikołek w
przestrzeni,  opór  wobec  płynnego  pochodu  tego,  co  da  się  podzielić  przez  dwa.  Dlatego
właśnie chcieli, żeby odejmowała siedem, bo to niełatwe. Na ogół potrafiła zejść poniżej
dziesięciu  bez  pomyłki.  Najbardziej  niepokojący  był  przeskok  z  dwudziestu  trzech  do
szesnastu.  O  mało  nie  mówiła  siedemnaście.  Zawsze  o  krok  od  tego,  by  przejść  z
trzydziestu  siedmiu  do  trzydziestu,  potem  do  dwudziestu  trzech  i  siedemnastu.  Ta
nieparzysta liczba panoszyła się w głowie. W ośrodku medycznym lekarz uśmiechnął się w
reakcji  na  pomyłkę  albo  jej  nie  zauważył,  bo  patrzył  na  wydruk  z  wynikami  badań.
Niepokoiły ją luki w pamięci, zakorzenione w historii jej rodziny. Ale była zdrowa. Mózg
funkcjonuje  prawidłowo  jak  na  ten  wiek.  Ma  czterdzieści  jeden  lat  i  w  ramach
ograniczonego protokołu obrazowania za pomocą rezonansu wszystko wygląda normalnie,
komory  wyglądały  normalnie,  pień  mózgu  i  móżdżek,  podstawa  czaszki,  okolice  zatok
jamistych, przysadka mózgowa. Wszystko w normie.

Robiła  badania  i  testy,  wykonała  rezonans  magnetyczny,  zaliczyła  psychometrykę,

łączenie słów w pary, odpamiętywanie, koncentrację, przeszła po linii od ściany do ściany,
liczyła od stu w dół, za każdym razem odejmując siedem.

Czuła się z tym dobrze, z liczeniem, i czasem liczyła w zwykłych godzinach dnia, idąc

ulicą  albo  jadąc  taksówką.  To  była  jej  forma  osobistej  liryki,  subiektywna  i  pozbawiona
rymów,  trochę  jak  piosenka,  ale  ujęta  w  karby,  tradycja  ustalonego  porządku,  tyle  że
wspak,  aby  sprawdzić,  czy  uobecnia  się  inny  rodzaj  odwróconego  kierunku,  który  lekarz
ładnie nazwał retrogenezą.

W Race & Sports Book, u bukmacherów w starym śródmiejskim kasynie, ciągnęło się pięć
rzędów  długich  stołów,  każdy  ustawiony  nieco  wyżej  od  poprzedniego.  Usiadł  na  końcu
ostatniego  stołu  w  najwyższym  rzędzie,  twarzą  do  sali,  mając  nad  głową  pięć  ściennych
ekranów pokazujących gonitwy konne w różnych strefach czasowych na świecie. Przy stole
bezpośrednio  poniżej  mężczyzna,  z  zapalonym  papierosem  w  ręku,  czytał  książkę  w
miękkiej oprawie. Po drugiej stronie sali, przy stole na poziomie najniższym, rosła kobieta
w bluzie z kapturem siedziała przed wachlarzem gazet. Wiedział, że to kobieta, bo kaptur
miała opuszczony, poza tym i tak by się zorientował, jakoś, dzięki gestom albo postawie,
po  sposobie,  w  jaki  rozkładała  gazety,  wygładzając  strony  obiema  dłońmi,  usuwając
pozostałe z pola widzenia w bladym świetle i unoszących się kłębach dymu.

Kasyno  rozpościerało  się  przed  nim  i  po  bokach,  akry  powierzchni  zastawionych

automatami do gry, w tej chwili w większości pozbawionymi tętna ludzkich emocji. Mimo

background image

to  czuł  się  oskrzydlony,  osaczony  przez  półmrok  i  niski  sufit,  przez  gęsty  osad  dymu,
lepiący się do jego skóry, niosący ze sobą całe dziesięciolecia tłumów i hazardu.

Była  ósma  rano,  o  czym  wiedział  tylko  on.  Zerknął  na  koniec  sąsiedniego  stołu,  gdzie

siedział  starszy  mężczyzna  z  siwym  kucykiem,  wysunięty  bokiem  nad  podłokietnikiem
swego  krzesła,  zapatrzony  na  konie  w  biegu,  gorączkowy  przechył  ciała  będący  oznaką
postawionych  pieniędzy.  Poza  tym  pozostawał  w  bezruchu.  Był  tylko  ten  przechył,  nic
więcej,  a  potem  głos  spikera  na  torach,  jak  karabin  maszynowy,  pojedyncza  łagodna
ekscytacja: „Yankee Gal pierwsza przekracza linię mety”.

Oprócz tego przy stołach nie było nikogo. Gonitwy się kończyły, inne rozpoczynały, albo

to  te  same,  powtarzane  na  jednym  lub  kilku  ekranach.  Nie  patrzył  uważnie.  Z  innego
zestawu  ekranów,  we  wnęce  na  niższym  poziomie,  ponad  budką  krupiera,  dobiegły  echa
jakiegoś  działania.  Keith  patrzył,  jak  w  dłoni  mężczyzny  czytającego  książkę  dopala  się
papieros,  tuż  poniżej.  Znów  spojrzał  na  zegarek.  Znał  godzinę  i  dzień  tygodnia  i
zastanawiał się, kiedy takie strzępy danych przestaną mu być potrzebne.

Mężczyzna  z  kucykiem  wstał  i  wyszedł  w  trakcie  finiszu  kolejnej  gonitwy,  zwijając

gazetę  w  ciasną  tutkę  i  chłoszcząc  się  nią  po  udzie.  Całe  pomieszczenie  cuchnęło
odtrąceniem. Po pewnym czasie Keith podniósł się i ruszył do sali pokera, gdzie dokupił
żetonów i usiadł na swoim miejscu, gotów do rozpoczęcia turnieju, tak zwanego.

Zajęte były tylko trzy stoliki. Mniej więcej w siedemdziesiątej siódmej partii hold ‘em

zaczął  w  tym  wszystkim  wyczuwać  życie,  nie  dla  siebie,  ale  dla  innych,  nikłe  zaranie
skanalizowanego  sensu.  Patrzył  na  mrugającą  oczami  kobietę  po  drugiej  stronie  stołu.
Chuda,  pomarszczona,  ledwo  widoczna,  a  przecież  siedziała  tam,  metr  od  niego,  włosy
posiwiałe. Nie zastanawiał się, kim jest ani dokąd pójdzie, gdy to się skończy, do jakiego
pokoju gdzieś, i co będzie myśleć. To się nigdy nie kończy. W tym rzecz. Poza grą nie ma
niczego oprócz wyblakłej przestrzeni. Mrugała oczami i wchodziła, mrugała i pasowała.

Z  głębi  kasyna  dobiegł  zadymiony  głos  spikera,  powtórka.  Yankee  Gal  pierwsza

przekracza linię mety.

Tęskniła  za  nocami  w  towarzystwie  przyjaciółek,  kiedy  rozmawia  się  o  wszystkim.  Nie
utrzymała  bliskiego  kontaktu,  nie  miała  ani  poczucia  winy,  ani  potrzeby.  Były  godziny
wypełnione  rozmowami  i  śmiechem,  odkorkowywane  butelki.  Tęskniła  za  komicznymi
monologami  chronicznie  zaabsorbowanych  sobą  kobiet  w  wieku  średnim.  Jedzenie  się
kończyło, wino nie, a kim był ten mały mężczyzna w czerwonej apaszce, który naśladował
efekty  dźwiękowe  ze  starych  filmów  z  łodziami  podwodnymi?  Rzadko  teraz  wychodziła,
zawsze sama, i wracała wcześnie. Tęskniła za jesiennymi weekendami u kogoś za miastem,
spadające  liście  i  futbol  w  zabawowej  wersji,  dzieci  fikające  po  trawiastych  stokach,
przywódcy  czeredki  i  reszta,  wszystkie  obserwowane  przez  dwa  smukłe  psy  siedzące  na
zadach jak postacie z mitu.

Nie czuła tego dawnego powabu, nie czuła, że to coś, czego się wyczekuje. Była to także

background image

kwestia myślenia o Keicie. Nie chciałby tego zrobić. Nigdy nie czuł się swojsko w takim
otoczeniu,  a  niemożliwe,  żeby  teraz  miał  się  poczuć  inaczej.  Ludzie  mają  kłopot  z
dotarciem  do  niego  na  najprostszej  towarzyskiej  płaszczyźnie.  Myślą,  że  się  od  niego
odbiją. Natrafią na mur i się odbiją.

Matka, to za nią tęskniła. Nina wciąż była wokół, ale tylko w atmosferze wyciszenia, jej

twarz i oddech, obecność krążąca gdzieś w pobliżu.

Po  nabożeństwie  żałobnym,  przed  czterema  miesiącami,  poszli  małą  grupką  na  późny

lunch.  Martin,  jak  zwykle,  przyleciał  skądś  w  Europie  i  zjawiło  się  dwoje  dawnych
przyjaciół matki.

Było  to  spokojne  półtorej  godziny,  opowieści  o  Ninie  i  inne  sprawy,  praca,  którą

wykonują, miejsca, które ostatnio widzieli. Kobieta, biografka, jadła niewiele, za to sporo
mówiła.  Mężczyzna  prawie  się  nie  odzywał.  Był  dyrektorem  biblioteki  sztuk  pięknych  i
architektury.

Popołudnie dogasało przy kawie. I wtedy Martin powiedział:
– Mamy wszyscy dość Ameryki i Amerykanów. Niedobrze nam się od tego robi.
Przez ostatnie dwa i pół roku życia Nina rzadko się z nim widywała. Dowiadywali się,

co  u  każdego  z  nich  słychać,  przez  wspólnych  znajomych  albo  od  Lianne,  która
utrzymywała z Martinem sporadyczny kontakt, e-mailowy i telefoniczny.

– Ale coś wam powiem – dodał.
Popatrzyła  na  niego.  Miał  tę  samą  trzynastodniową  brodę  i  opadające  powieki  będące

objawem  chronicznego  jet-lagu.  Ubrany  był  w  obowiązkowy  niewyprasowany  garnitur,
swój uniform, koszula wyglądała, jakby w niej spał, bez krawata. Ktoś wykorzeniony albo
mocno  rozkojarzony,  zagubiony  w  czasie.  Przytył,  twarz  stała  się  nalana,  pojawiły  się
oznaki obrzmienia i obwisłości, których nie mogła skryć broda. Miał to napięte spojrzenie
mężczyzny, którego oczy zmalały w głowie.

–  Mimo  całej  bezmyślnej  potęgi  tego  kraju,  całego  tego  zagrożenia,  które  przynosi  on

światu, pozwólcie, że jedno wam powiem. Ameryka przestanie się liczyć. Dacie wiarę?

Właściwie to nie wiedziała, dlaczego podtrzymywała z nim kontakt. Zahamowania były

przecież  silne.  Po  pierwsze,  coś  o  nim  wiedziała,  nawet  jeśli  obraz  był  niepełny,  no  i
jeszcze  to,  o  wiele  wymowniejsze,  co  w  końcu  zaczęła  myśleć  o  nim  Nina.  Kiedy  runęły
wieże, pojawiło się poczucie winy wskutek powiązań, jego powiązań.

–  W  niemieckim  jest  takie  słowo,  Gedankenübertragung.  Przesyłanie  myśli.  No  i  my

wszyscy zaczynamy mieć tę myśl, o nieistotności Ameryki. To trochę jak telepatia. Wkrótce
nadejdzie  taki  dzień,  kiedy  już  nikt  nie  będzie  musiał  myśleć  o  Ameryce,  chyba  że  ze
względu na niebezpieczeństwo, jakie stanowi. Ameryka schodzi ze środka sceny. Staje się
środkiem własnego gówna. Tylko taki środek teraz zajmuje.

Nie  wiedziała,  co  wywołało  te  słowa,  może  ktoś  coś  wcześniej  powiedział,

mimochodem.  A  może  Martin  toczył  spór  ze  zmarłą,  z  Niną.  Wyraźnie  chcieli  już  iść  do
domu, jej przyjaciele z pracy, zanim podano kawę i ciasteczka. To nie jest dobra chwila,
powiedziała  kobieta,  na  dyskusje  o  polityce  światowej.  Nina  potrafiła  to  robić  znacznie

background image

lepiej niż ktokolwiek z nas, dodała, ale Niny tu nie ma, a ta rozmowa bezcześci jej pamięć.

Martin  machnął  lekceważąco  ręką,  odrzucając  wąskie  ramy  dyskursu.  Jest  ogniwem

łączącym  mnie  z  matką,  uznała  Lianne.  Dlatego  utrzymała  z  nim  kontakt.  Nawet  jeszcze
wtedy,  gdy  matka  żyła,  coraz  mniej,  Martin  pomagał  Lianne  myśleć  o  niej  w
wyraźniejszych kategoriach. Dziesięcio-, piętnastominutowa rozmowa z nim przez telefon,
mężczyzną zastygłym w żalu, ale także miłości i wspomnieniach, albo i dłuższa, ciągnąca
się prawie godzinę, a potem Lianne czuła się lepiej, ale też była smutniejsza, widząc Ninę
zatrzymaną  w  swoistej  stop-klatce,  wyrazistą  i  czujną.  Mówiła  matce  o  tych  telefonach,
obserwując jej twarz, bacznie wypatrując śladu światła.

Teraz obserwowała jego.
Tamtych dwoje uparło się, że zapłacą rachunek. Martin nie wyrażał sprzeciwu. Skończył

z nimi. Ucieleśniali asekurancki takt, który byłby odpowiedni na pogrzebach państwowych
w  autorytarnych  krajach.  Przed  wyjściem  dyrektor  biblioteki  wziął  słonecznik  z  wazonu
stojącego  na  stole  i  włożył  go  do  kieszeni  na  piersi  Martina.  Zrobił  to  z  uśmiechem,
prawdopodobnie  wrogim,  a  może  nie.  Potem  wreszcie  przemówił,  stojąc  nad  stołem  i
naciągając płaszcz na swoje długie ciało.

–  Jeśli  zajmujemy  środek  sceny,  to  dlatego,  że  wyście  nas  tam  ustawili.  To  jest  wasz

faktyczny  dylemat.  Mimo  wszystko  my  ciągle  jesteśmy  Ameryką,  a  wy  ciągle  Europą.
Chodzicie na nasze filmy, czytacie nasze książki, słuchacie naszej muzyki, mówicie naszym
językiem. Jak więc możecie przestać o nas myśleć? Ciągle nas widzicie i słyszycie. Niech
pan zada sobie pytanie. Co przyjdzie po Ameryce?

Martin odezwał się cichym głosem, beznamiętnie, jakby do siebie:
– Ja już nie znam tej Ameryki. Nie poznaję jej. Tam, gdzie kiedyś była Ameryka, teraz

jest pusta przestrzeń.

Zostali dłużej, ona i on, jedyni klienci w wąskiej sali, pod poziomem ulicy, rozmawiając

jeszcze trochę. Opowiedziała mu o ostatnich trudnych miesiącach życia matki, pękających
naczyniach krwionośnych, obniżonej sprawności mięśniowej, bełkotliwej mowie i pustym
spojrzeniu. Pochylił się nad stolikiem, oddychając głośno. Chciała posłuchać, jak on mówi
o Ninie, i w końcu to zrobił. Wydawało się, że od dłuższego czasu Lianne zna ją jedynie
jako Ninę w fotelu, Ninę w łóżku. On zabrał ją na poddasza artystów, do bizantyjskich ruin,
sal, w których wygłaszała wykłady, do Barcelony i Tokio.

–  Gdy  byłam  mała,  wyobrażałam  sobie,  że  nią  jestem.  Czasem  stawałam  na  środku

pokoju  i  mówiłam  do  krzesła  albo  kanapy.  Mówiłam  bardzo  mądre  rzeczy  o  malarzach.
Wiedziałam,  jak  się  wymawia  każde  nazwisko,  wszystkie  te  trudne  nazwiska,  znałam  ich
obrazy z albumów i wizyt w muzeach.

– Często byłaś sama.
–  Nie  potrafiłam  zrozumieć,  dlaczego  rodzice  się  rozstali.  Matka  nigdy  nie  gotowała.

Wydawało się, że mój ojciec nigdy nie je. Co więc było nie tak?

– Ty chyba na zawsze pozostaniesz córką. Przede wszystkim zawsze jesteś córką.
– A tym kim?

background image

–  Ja  jestem  zawsze  kochankiem  twojej  matki.  Byłem  nim  na  długo  przedtem,  zanim  ją

poznałem. Zawsze tak było. I tylko musiało się wreszcie ziścić.

– Mówisz to tak, że prawie ci wierzę.
Chciała  uwierzyć  również  w  to,  że  jego  wygląd  nie  jest  oznaką  jakiejś  choroby  ani

dużych  niepowodzeń  finansowych,  wpływających  na  samopoczucie.  To  kres  długiej
historii, jego i Niny, doprowadził go do tego stanu przygnębienia. Tylko tyle i aż tyle. W to
starała się uwierzyć i to obudziło w niej współczucie.

– Niektórzy ludzie to szczęściarze – powiedział. – Stają się tymi, którymi mają się stać.

Mnie  się  to  przydarzyło  dopiero  wtedy,  gdy  poznałem  twoją  matkę.  Pewnego  dnia
zaczęliśmy ze sobą rozmawiać i to już się nigdy nie zmieniło. Ta rozmowa.

– Nawet na samym końcu.
– Nawet wtedy, gdy nie mieliśmy już sobie do powiedzenia żadnych miłych rzeczy ani w

ogóle niczego. Rozmowa nigdy się nie skończyła.

– Wierzę ci.
– Tak było od pierwszego dnia.
– We Włoszech.
– Tak, to prawda. We Włoszech.
–  I  drugiego  dnia  –  powiedziała.  –  Przed  kościołem.  Wy  dwoje.  Ktoś  zrobił  wam

zdjęcie.

Podniósł głowę i wbił spojrzenie w Lianne, zastanawiając się, co jeszcze ona wie. Nie

zamierzała  mu  powiedzieć,  co  wie,  ani  tego,  że  nie  starała  się  dowiedzieć  więcej.  Nie
chodziła do bibliotek, żeby poznawać dzieje organizacji podziemnych w tamtych czasach, i
nie szukała w Internecie śladów mężczyzny o nazwisku Ernst Hechinger. Jej matka tego nie
robiła, ona też nie.

– Muszę zdążyć na samolot.
– Co ty byś zrobił bez tych swoich samolotów?
– Zawsze się znajdzie jakiś samolot, na który trzeba zdążyć.
– Gdzie byś wtedy był? – dopytywała się. – Które miasto byś wybrał?
Przyleciał  tylko  na  jeden  dzień,  bez  walizki  czy  choćby  torby  na  ramię.  Sprzedał

apartament w Nowym Jorku i ograniczył zakres swoich tutejszych zobowiązań.

–  Nie  jestem  chyba  gotowy  na  takie  pytanie  –  odparł.  –  W  jednym  mieście  byłbym  w

potrzasku.

Znali  go  w  tym  lokalu,  więc  kelner  przyniósł  gratisowe  kieliszki  brandy.  Posiedzieli

jeszcze chwilę, do zmierzchu. Uświadomiła sobie, że już nigdy go nie zobaczy.

Respektowała  jego  sekret,  ustąpiła  wobec  jego  tajemnicy.  Cokolwiek  zrobił,  nie

wykraczało  to  poza  ramy  reakcji.  Potrafiła  sobie  wyobrazić  jego  życie,  wtedy  i  teraz,
wyczuć niewyraźne tętno wcześniejszej świadomości. Może i był terrorystą, ale jeśli tak,
to jednym z naszych, pomyślała, a na tę myśl aż ją zmroziło, aż poczuła wstyd – jednym z
naszych, to znaczy tych bezbożnych, zachodnich, białych.

Wstał  i  wyjął  kwiat  z  kieszeni  na  piersi.  Następnie  powąchał  go  i  rzucił  na  stół,

background image

uśmiechając się do niej. Podali sobie szybko dłonie i wyszli na ulicę, a potem patrzyła, jak
on idzie na róg, ręka uniesiona ku kawalkadzie przejeżdżających taksówek.

background image

 

11

Rozdający dotknął zielonego przycisku i na blat wjechała nowa talia.

W tych miesiącach poświęconych doskonaleniu gry większość czasu spędzał na the Strip

w  Las  Vegas,  odpoczywając  w  rozkładanych  skórzanych  fotelach  w  salonach
bukmacherskich  albo  siedząc  zgarbiony  pod  baldachimami  w  salach  pokera.  Wreszcie
zarabiał, umiarkowane sumy, które powoli wykazywały stałość. Regularnie latał do domu,
na trzy, cztery dni, miłość, seks, ojcostwo, domowe jedzenie, ale czasem nie miał pojęcia,
co mówić. Wydawało się, że brakuje języka, w którym mógłby im opowiedzieć, jak spędza
dni i noce.

Szybko  odczuwał  potrzebę,  żeby  znów  tam  wrócić.  Kiedy  samolot  schodził  do

lądowania  nad  pustynią,  bez  trudu  mógł  uwierzyć,  że  to  jest  miejsce,  które  znał  zawsze.
Były ustalone metody i sposoby postępowania. Taksówką do kasyna, taksówką do hotelu.
Wystarczały mu dwa posiłki dziennie, nie potrzebował więcej. Skwar wciskał się w metal
i szkło, wydawało się, że ulice od tego migoczą. Przy stoliku nie obserwował graczy, żeby
wypatrywać  wskazówek,  nie  obchodziło  go,  czy  kaszlą,  czy  mają  znudzone  miny  albo
drapią  się  po  ramieniu.  Studiował  karty,  znał  tendencje.  Tylko  to  i  mrugająca  kobieta.
Pamiętał  ją  ze  śródmiejskiego  kasyna,  niewidzialna  z  wyjątkiem  strapionych  oczu.
Mruganie nie stanowiło wskazówki. Taka po prostu była, matka jakiegoś dorosłego faceta
dorzucająca  żetony  do  puli,  mrugająca  za  sprawą  wyroku  samej  natury,  jak  robaczek
świętojański na łące. Pił mocne alkohole, oszczędnie, właściwie prawie wcale, i pozwalał
sobie  na  pięć  godzin  snu,  ledwo  świadom  narzucanych  ograniczeń  i  obostrzeń.  Nigdy  nie
przyszło  mu  do  głowy,  żeby  zapalić  cygaro,  jak  za  dawnych  dni,  przy  dawnej  grze.
Maszerował  przez  zatłoczone  hole  hotelowe,  pod  ręcznie  malowanymi  sykstyńskimi
sklepieniami,  wprost  w  ostry  blask  tego  lub  tamtego  kasyna,  nie  patrząc  na  ludzi,  w
zasadzie nie widząc nikogo, natomiast za każdym razem gdy wsiadał do samolotu, zerkał na
twarze  po  obu  stronach  przejścia,  wypatrując  mężczyzny  albo  mężczyzn,  którzy  mogliby
stanowić zagrożenie dla nich wszystkich.

Gdy  to  się  stało,  zaczął  się  zastanawiać,  dlaczego  tego  nie  przewidział.  Stało  się  w

jednym  z  kasyn  dla  wybranych,  pięciuset  graczy  zgromadzonych  na  turnieju  hold  ‘em,
wysokie ante, żadnych ograniczeń. Właśnie tam, na drugim końcu sali, ponad głowami przy
zsuniętych stolikach, ukazał się pewien mężczyzna, który się podniósł, żeby wykonać parę
ćwiczeń rozciągających, rozluźnić szyję i mięśnie ramion, odblokować krew w żyłach. W
jego  ruchach  krył  się  element  czystego  rytuału,  coś  poza  samą  efektywnością.  Wziął
głębokie,  pełne  oddechy  przeponowe,  następnie  wysunął  rękę  nad  stolik  i  najwyraźniej
dorzucił  żetony  do  puli,  nie  patrząc  nawet  na  grę,  w  której  teraz  postawił  pieniądze.

background image

Mężczyzna  ten  wyglądał  osobliwie  znajomo.  Dziwne  było  to,  że  po  upływie  kilku  lat
człowiek może się aż tak zmienić fizycznie i zarazem tak jednoznacznie pozostać sobą. To
musiał być Terry Cheng, ten mężczyzna osuwający się teraz na krzesło, znikający Keithowi
z  pola  widzenia,  i  oczywiście  okazało  się,  że  to  on,  no  bo  jak  to  wszystko  mogłoby  się
dziać,  ten  pokerowy  cykl,  te  grzmiące  strugi  pieniędzy,  pokoje  hotelowe  za  premie  oraz
wysokie stawki, bez obecności Terry’ego Chenga?

Jednak  dopiero  następnego  dnia,  kiedy  kobieta  na  podium  wygłaszała  komunikat  o

wolnych miejscach przy niektórych stolikach, stanęli we dwóch za balustradą.

Terry  Cheng  zdobył  się  na  blady  uśmiech.  Miał  przyciemnione  okulary  i  marynarkę  w

oliwkowym kolorze, z  dużymi klapami i  błyszczącymi guzikami. Marynarka  była za duża,
zwisała mu z ramion. Do tego ubrany był w luźne spodnie i hotelowe kapcie, z weluru, oraz
jedwabną koszulę, nieświeżą od noszenia.

Keith prawie się spodziewał, że Terry przemówi mandaryńskim z piątego wieku.
– Byłem ciekaw, kiedy wreszcie mnie zauważysz.
– Rozumiem, że ty zauważyłeś mnie pierwszy.
– Z tydzień temu.
– I nic nie mówiłeś.
– Byłeś pochłonięty grą. A co miałbym powiedzieć? Gdy następnym razem podniosłem

głowę, już cię nie było.

– Chodzę do salonów bukmacherskich, żeby się rozluźnić. Jem kanapkę, wypijam piwo.

Lubię,  jak  dokoła  coś  się  dzieje,  na  tych  wszystkich  ekranach,  te  wszystkie  dyscypliny
sportowe. Piję piwo i w zasadzie nie zwracam na nic uwagi.

–  Ja  lubię  siedzieć  przy  wodospadzie.  Zamawiam  słabego  drinka.  Wokół  dziesięć

tysięcy  ludzi.  W  przejściach,  w  akwarium,  w  ogrodzie,  przy  automatach.  Sączę  sobie
słabego drinka.

Wydawało się, że Terry przechyla się w lewo, jak człowiek, który zaraz przesunie się do

wyjścia. Schudł, wyglądał starzej, mówił nieswoim głosem z chrapliwą barwą.

– Mieszkasz tutaj?
– Jak jestem w mieście – odparł Terry. – Pokoje są wysokie i wielkie. Cała jedna ściana

to okno.

– Nic cię nie kosztuje?
– Grosze.
– Jesteś poważny gracz.
– Jestem w ich komputerze. Wszystko mają w komputerze. Wszystko wprowadzają. Jak

weźmiesz coś z minibaru i nie zwrócisz w ciągu minuty, naliczą ci od razu, bezpośrednio
na twoim koncie.

Podobało mu się to, Terry’emu. Keith nie mógł się zdecydować.
–  Gdy  się  meldujesz,  dają  ci  mapę.  Ja  ciągle  muszę  jej  używać,  nawet  po  tak  długim

czasie.  Nigdy  nie  wiem,  gdzie  jestem.  Obsługa  hotelowa  przynosi  torebki  herbaty  w
kształcie  piramid.  Wszystko  jest  bardzo  geometryczne.  Mówię  im,  żeby  mi  nie  przynosili

background image

gazet. Jak nie czytasz gazet, to zawsze jesteś na czasie.

Rozmawiali  jeszcze  przez  minutę,  a  potem  poszli  do  wyznaczonych  stolików,  nie

ustaliwszy późniejszego spotkania. Później było czymś nieuchwytnym.

Chłopiec  stał  u  końca  stołu,  rozsmarowując  musztardę  na  chlebie.  Nie  zobaczyła  śladu
jedzenia w innej postaci.

– Miałam porządne pióro. Takie srebrnawe. Może widziałeś?
Zastygł  i  zaczął  się  zastanawiać,  oczy  zmrużone,  twarz  coraz  bardziej  kamienna.  To

oznaczało,  że  widział  pióro,  może  go  używał,  zgubił,  dał  komuś  albo  wymienił  na  coś
idiotycznego.

– Nie mamy w tym domu żadnych porządnych przyborów do pisania.
Zdawała sobie sprawę, jak to zabrzmiało.
– Ty masz sto ołówków, a my mamy kilkanaście kiepskich długopisów.
Brzmiało  to  jak  zanik  i  ostateczny  kres  porozumiewania  się  za  pomocą  pisma  na

powierzchniach w rodzaju papieru. Patrzyła, jak on zanurza koniec noża w słoiku, a potem
rozsmarowuje starannie musztardę na brzegach kromki.

– Co jest złego w długopisach? – spytał.
– Są kiepskie.
– A co złego w ołówkach?
– No tak, ołówki. Drewno i ołów. Ołówki to poważna rzecz. Drewno i grafit. Tworzywa

rodem z ziemi. Szanujemy to w ołówkach.

– Dokąd tata jedzie tym razem?
– Do Paryża. Na jakiś duży turniej. Może dojadę do niego na parę dni.
Zastygł i znów się zamyślił.
– A co będzie ze mną?
– Będziesz żył normalnie. Tylko pamiętaj, żebyś zamknął drzwi na klucz, gdy wrócisz do

domu po całonocnym piciu i hulankach.

– Taaa, jasne.
– Wiesz, co to jest hulanka?
– Tak jakby.
– Ja też – odparła. – Wiem tak jakby. I nigdzie się nie wybieram.
– A ty myślałaś, że uwierzyłem?
Stała  przy  oknie  i  patrzyła,  jak  składa  kromkę  i  gryzie.  To  był  chleb  pełnoziarnisty,

dziewięć,  dziesięć  rodzajów  ziarna,  żadnych  kwasów  tłuszczowych  trans,  dobre  źródło
błonnika. Nie wiedziała, co jest w musztardzie.

– Co zrobiłeś z piórem? Ze srebrnym piórem. Wiesz, o czym mówię.
– Wydaje mi się, że tata wziął.
– Co ci się wydaje? Tata nie wziął. On nie potrzebuje pióra.
– Musi pisać różne rzeczy. Jak każdy.

background image

– Tata nie wziął.
– Ja na niego nie zwałam. Tylko mówię.
– Nie wziął tego pióra. No więc gdzie ono jest?
Wpatrywał się w stół.
– Wydaje mi się, że wziął. Może nawet nie wie, że wziął. Ale ja nie zwalam na niego.
Nadal tam stał, z kromką chleba w ręce, unikając jej wzroku.
– Naprawdę wydaje mi się, że to on wziął – powiedział.

Wszędzie ludzie, wielu z aparatami fotograficznymi.

– Podszkoliłeś się w grze – powiedział Terry.
– Tak jakby.
– Sytuacja się zmieni. Całe to zainteresowanie, pokazy w telewizji, armie żółtodziobów,

to wszystko niedługo przeminie.

– To dobrze.
– To dobrze – powtórzył Terry.
– Ale my ciągle tu będziemy.
– W końcu jesteśmy pokerzystami.
Siedzieli  w  salonie  przy  wodospadzie,  z  napojami  i  przekąskami.  Terry  Cheng  miał  na

nogach hotelowe kapcie, bez skarpetek; nie zwracał uwagi na papierosa, który dopalał się
w jego popielniczce.

–  Organizują  się  podziemne  rozgrywki,  prywatnie,  wysokie  stawki,  w  wybranych

miastach. To jak zakazana religia znowu podnosząca głowę. Five-card stud i draw.

– Nasza stara gra.
– Są dwie. W Phoenix i Dallas. Jak się nazywa ta bogata dzielnica w Dallas?
– Highland Park.
– Zamożni ludzie, starsi, lokalna elita. Znają grę, respektują grę.
– Five-card stud.
– Stud i draw.
– Dobrze sobie radzisz. Zgarniasz duże pule.
– Posiadłem ich dusze – odparł Terry.
Dokoła otwartego salonu przesuwały się tłumy, co przypominało trochę karuzelę, goście

hotelowi,  hazardziści,  turyści,  ludzie  kierujący  się  do  restauracji,  luksusowych  sklepów,
galerii sztuki.

– Paliłeś wtedy, gdy razem graliśmy? – spytał Keith.
– Nie wiem. Ty mi powiedz.
– Wydaje mi się, że byłeś jedynym, który nie palił. Paru paliło cygara i jeden papierosy.

Ale to chyba nie ty.

Zdarzały się takie odosobnione chwile, raz na jakiś czas, kiedy tu siedzieli i wydawało

mu się, że Terry Cheng znów jest tym mężczyzną przy stoliku w jego mieszkaniu, szybko i

background image

wprawnie  dzielącym  żetony  po  partiach  high-low.  Był  jednym  z  nich,  tylko  lepszym  w
kartach, i zarazem wcale nie był jednym z nich.

– Widziałeś tego faceta przy moim stoliku?
– Tego w masce chirurgicznej?
– Ostry zawodnik – rzekł Terry.
– Wyobrażam sobie, że to się może upowszechnić.
– Maska? Tak.
– Jednego dnia przyjdzie troje, czworo ludzi, wszyscy w maskach chirurgicznych.
– I nikt nie będzie wiedział dlaczego.
–  A  potem  kolejnych  dziesięciu,  potem  następnych  dziesięciu.  Jak  ci  rowerzyści  w

Chinach.

– Wszystko jedno. Otóż to.
Podążali  nawzajem  za  tokiem  swych  myśli,  ale  tylko  najwęższym  torem.  Dokoła

bezsłowny  gwar  tak  mocno  wrósł  w  powietrze,  ściany  i  meble,  w  poruszające  się  ciała
mężczyzn i kobiet, że trudno go było oddzielić od ciszy.

–  To  przerwa  w  cyklu.  Piją  wieloletniego  bourbona  i  mają  żony  gdzieś  w  sąsiednim

pokoju.

– Dallas, mówisz.
– Tak.
– No nie wiem.
– Szykuje się też gra w Los Angeles. To samo, stud i draw. Ale młodsza klientela. Jak

pierwsi chrześcijanie w ukryciu. Zastanów się.

– Nie wiem. Nie wiem, czy potrafię przetrwać kilka nocy w takim układzie towarzyskim.
– To chyba Rumsey – rzekł Terry. – To chyba Rumsey jako jedyny palił papierosy.
Keith patrzył na wodospad, z odległości czterdziestu metrów. Uświadomił sobie, że nie

wie, czy wodospad jest prawdziwy, czy sztuczny. Struga nie miała żadnych zmarszczek, a
chlupot  spadającej  wody  równie  dobrze  mógł  być  efektem  cyfrowym,  podobnie  jak  sam
wodospad.

– Rumsey palił cygara – odparł.
– Rumsey palił cygara. Chyba masz rację.
Mimo  swobody  bycia  i  niedopasowanego  ubrania,  mimo  skłonności  do  gubienia  się  w

zakamarkach  przepastnych  hoteli  i  na  okolicznych  promenadach  Terry  był  sztywno
osadzony w tym życiu. Nie zachodziło prawo symetrii. Tego nie równoważyło żadne tamto.
Nie  było  elementu,  który  można  postrzegać  w  świetle  innego  elementu.  Wszystko  było
jednym, nieważne który to lokal, które miasto, jak duża pula do wygrania. Keith widział w
tym sens. Wolał to od prywatnych rozgrywek z bezpośrednią gadką i żonami układającymi
kwiaty, od formatu, który przemawia do próżności Terry’ego, pomyślał, nie potrafił jednak
sprostać  zasadniczej  anonimowości  tych  dni  i  tygodni,  mieszania  się  niezliczonych  ludzi
pozbawionych biografii.

– Przyjrzałeś się kiedykolwiek temu wodospadowi? Możesz się upewnić, że patrzysz na

background image

wodę, prawdziwą wodę, a nie na jakiś efekt specjalny?

– Nie myślę o tym – odrzekł Terry. – To nie jest coś, o czym mamy myśleć.
Jego papieros dopalił się do filtra.
–  Pracowałem  blisko  śródmieścia.  Nie  czułem  tego  szoku,  który  czuli  inni,  tam,  w

centrum, gdzie ty byłeś. Słyszałem, ktoś mi powiedział, że matka Rumseya... Co się dzieje?
Ze wzięła but. Wzięła jeden z jego butów i brzytwę. Poszła do jego mieszkania i wzięła to,
wzięła  wszystko,  co  mogło  zawierać  materiał  genetyczny,  włos,  strzępek  naskórka.
Zaniosła to do laboratorium, żeby zidentyfikowali go na podstawie DNA.

Keith patrzył w wodospad.
–  Wróciła  tam  dzień,  dwa  później.  Kto  mi  to  mówił?  Zaniosła  coś  jeszcze,  nie  wiem,

szczoteczkę do zębów. Potem znowu wróciła. Z czymś nowym. Potem znowu. A potem się
przenieśli. Wtedy przestała chodzić.

Terry  Cheng,  ten  stary  Terry,  nigdy  nie  był  tak  rozmowny.  Opowiedzenie  choćby

najkrótszej historii wykraczało poza to, co uważał za wyniosłą powściągliwość.

–  Mówiłem  wszystkim.  Ludzie  mówili,  gdzie  byli,  gdzie  pracowali.  Ja  mówiłem,  że

blisko  śródmieścia.  Te  słowa  brzmiały  pusto.  Brzmiały  neutralnie,  jakby  to  było  nigdzie.
Słyszałem, że wyskoczył z okna. Rumsey.

Keith  wpatrywał  się  w  wodospad.  Tak  było  lepiej.  Gdyby  zamknął  oczy,  coś  by

zobaczył.

– Wróciłeś na jakiś czas do pracy w kancelarii. Pamiętam, że rozmawialiśmy o tym.
– To była inna firma i wcale nie kancelaria.
– Wszystko jedno – odparł Terry.
– Tak właśnie było. Wszystko jedno.
– Ale teraz jesteśmy tutaj i tutaj będziemy, kiedy ten szał przeminie.
– Ciągle grasz w Internecie?
– Gram, ale z kasyn nie potrafię zrezygnować. Będziemy tutaj.
– I ten facet w masce chirurgicznej też.
– Tak, on też.
– I mrugająca kobieta.
– Nie widziałem mrugającej kobiety – powiedział Terry.
– Któregoś dnia odezwę się do niej.
– Karła widziałeś?
– Tylko raz. Potem zniknął.
–  Karzeł  o  imieniu  Carlo.  Kiepski  zawodnik.  Jedyny  gracz,  którego  znam  z  imienia

oprócz ciebie. Znam to imię, bo należy do karła. W przeciwnym razie po co miałbym znać?

Za nimi gulgotały rzędy automatów.

Kiedy  usłyszał  wiadomości  w  radiu,  szkoła  numer  jeden,  mnóstwo  dzieci,  wiedział,  że
musi  do  niej  zadzwonić.  Terroryści  wzięli  zakładników,  oblężenie,  wybuchy,  to  w  Rosji,

background image

gdzieś tam, setki zabitych, mnóstwo dzieci.

Mówiła cicho.
– Na pewno wiedzieli. Doprowadzili do takiej sytuacji, że musiało się tym skończyć, z

dziećmi. Na pewno wiedzieli, absolutnie. Poszli tam, żeby umrzeć. Doprowadzili do takiej
sytuacji,  z  dziećmi,  umyślnie,  i  na  pewno  wiedzieli,  jak  to  się  skończy.  Na  pewno
wiedzieli.

Po  drugiej  stronie  zaległo  milczenie.  Po  chwili  powiedziała,  że  jest  ciepło,  prawie

trzydzieści stopni, i dodała, że z chłopcem wszystko w porządku, że ma się dobrze. W jej
głosie było napięcie, a potem znów zapadła cisza. Próbował się w nią wsłuchać, znaleźć
ogniwo  w  jej  słowach.  W  tej  głębokiej  ciszy  zobaczył  siebie,  stojącego  dokładnie  tam,
gdzie stał, w pokoju gdzieś, w hotelu gdzieś, z telefonem w ręku.

Powiedziała  mu,  że  wyniki  są  w  normie.  Nie  ma  oznak  pogorszenia.  „W  normie”,
powtarzała  raz  za  razem.  Uwielbiała  to  słowo.  Wyrażało  ogromną  ulgę.  Nie  ma  zmian
patologicznych,  nie  ma  krwotoku  ani  zawału.  Przeczytała  mu  wyniki,  a  on  stał  w  swoim
pokoju  i  słuchał.  Mnóstwo  do  przekazania,  a  wszystko  w  normie.  Uwielbiała  słowo
„zawał”.  A  potem  stwierdziła,  że  sama  nie  wie,  czy  wierzy  w  te  wyniki.  Na  razie  jest
dobrze,  ale  co  będzie  potem?  Powiedział  jej,  tak  jak  mówił  wcześniej  wielokrotnie,  że
sama wymyśla powody do strachu. To nie strach, odparła, tylko sceptycyzm. Jest zdrowa.
Ma normalną morfologię, powiedziała, przytaczając wyniki. Uwielbiała to określenie, ale
nie mogła do końca uwierzyć, że odnosi się do niej. To kwestia sceptycyzmu, powiedziała,
z greki, słowo oznaczające sceptyka. A potem zaczęła mówić o swoim ojcu. Była podpita,
nie mocno, odrobinę, czyli nie bardziej niż zwykle. Mówiła o swoim ojcu, a potem spytała
o jego ojca. Wreszcie się roześmiała i rzekła:

– Posłuchaj.
Zaczęła  wypowiadać  ciąg  liczb,  robiąc  krótkie  przerwy  między  kolejnymi,  mówiąc  z

radosnym zaśpiewem.

Sto, dziewięćdziesiąt trzy, osiemdziesiąt sześć, siedemdziesiąt dziewięć.

Tęsknił  za  chłopcem.  Żaden  z  nich  nie  lubił  rozmawiać  przez  telefon.  Jak  rozmawiać  z
dzieckiem przez telefon? Rozmawiał z nią. Czasem łączyli się w środku nocy jej czasu albo
w  środku  nocy  jego  czasu.  Opisywała,  jak  leży  w  łóżku,  skulona,  dłonie  między  nogami,
albo ciało rozłożone na kołdrze, telefon na poduszce, i słyszał jej pomruki z podwójnego
oddalenia,  ręka  do  piersi,  ręka  na  cipę,  widząc  ją  tak  wyraźnie,  że  myślał,  iż  głowę  mu
rozsadzi.

background image

 

12

W  galerii  w  Chelsea  otwarto  wystawę  twórczości  Morandiego,  sześć  obrazów,  martwa
natura,  i  parę  rysunków,  też  martwa  natura,  no  i  oczywiście  Lianne  poszła.  Miała
wprawdzie mieszane uczucia, ale poszła. Bo nawet to, butelki i dzbanki, wazon, szklanka,
proste kształty wykonane farbą olejną na płótnie i ołówkiem na papierze, sprowadzało ją z
powrotem  w  sam  środek  tego  wszystkiego,  siła  różnych  racji,  spostrzeżenia,  śmiertelna
polityka, matka i kochanek matki.

Nina  uparła  się,  żeby  oddać  dwa  obrazy  wiszące  na  ścianie  w  jej  salonie.  Wróciły  do

Martina  na  wczesnym  etapie  ochłodzenia  ich  wzajemnych  stosunków,  tak  samo  jak  stare
fotografie  paszportowe.  Te  dzieła,  obrazy,  namalowano  pięćdziesiąt  lat  wcześniej,
fotografie  były  znacznie  starsze,  większość  w  każdym  razie;  obie  uwielbiały  te  dzieła.
Jednak Lianne uszanowała wolę Niny; zaaranżowała wysyłkę, wyobrażając sobie wartość
tych  płócien  w  dolarach,  przyklaskując  matczynej  rzetelności,  myśląc  o  obrazach
wyekspediowanych  do  Berlina,  o  tym,  że  będą  przedmiotem  targów  i  zostaną  sprzedane
przez telefon komórkowy. Bez nich salon przypominał grobowiec.

Galeria  znajdowała  się  w  starym  budynku  przemysłowym  z  windą  ukrytą  w  żelaznej

konstrukcji,  wymagającą  obsługi  przez  istotę  ludzką,  na  pełny  etat,  kręcenie  korbą  przy
kołowrocie, z gośćmi podskakującymi w drodze na górę i w dół szybu.

Lianne poszła długim, słabo oświetlonym korytarzem i odnalazła galerię. W środku nie

było nikogo. Stanęła przed pierwszym płótnem i patrzyła. Wystawa była mała, obrazy były
małe.  Zrobiła  krok  do  tyłu,  potem  przysunęła  się  bliżej.  Spodobało  się  jej,  sama  w
pomieszczeniu oglądała obrazy.

Na  trzeci  patrzyła  bardzo  długo.  Był  wersją  tego,  który  miała  kiedyś  Nina.  Lianne

dostrzegła  charakter  i  kształt  każdego  przedmiotu,  aranżację,  wysokie  ciemne  prostokąty,
białą butelkę. Nie mogła przestać patrzeć. W tym obrazie coś się kryło. Był w nim salon
Niny, pamięć i ruch. Przedmioty widoczne na obrazie stały się postaciami wypływającymi
z  tła,  kobietą  palącą  papierosa  w  fotelu,  stojącym  mężczyzną.  Po  pewnym  czasie
przesunęła się do następnego obrazu, wytrawiając każdy w umyśle, potem przyjdzie kolej
na rysunki. Nie dotarła jeszcze do nich.

Wszedł mężczyzna. Najpierw był bardziej zainteresowany nią niż obrazami. Może uznał,

że  tutaj  obowiązują  swobodniejsze  reguły  zachowania,  bo  są  dwojgiem  podobnie
myślących ludzi, którzy przyszli do rudery, żeby obcować ze sztuką.

Przez  otwarte  drzwi  weszła  do  części  biurowej,  w  której  wisiały  rysunki.  Przy  biurku

siedział  młody  mężczyzna  pochylony  nad  laptopem.  Zaczęła  patrzeć.  Nie  wiedziała,
dlaczego  patrzy  aż  tak  uważnie.  Powoli  przyjemność  przechodziła  w  swoistą  asymilację.

background image

Usiłowała  wchłonąć  to,  co  widzi,  zabrać  to  do  domu,  otulić  się  tym,  wyspać  jak  w
pościeli. Było tyle do zobaczenia. Obróć to w żywą tkankę, w to, kim jesteś.

Wróciła  do  głównej  sali,  lecz  w  obecności  mężczyzny  nie  potrafiła  odbierać  obrazów

tak samo jak przedtem, bez względu na to, czy się jej przypatrywał, czy nie. Nie patrzył już
na  nią,  jednak  tam  był,  zasuszony  pięćdziesięciolatek,  monochromatyczność  policyjnego
zdjęcia, zapewne malarz, więc wyszła i ruszyła korytarzem, a potem wcisnęła guzik windy.

Uświadomiła  sobie,  że  nie  wzięła  katalogu,  ale  nie  wróciła.  Nie  potrzebowała  go.

Nadjeżdżająca  winda  załoskotała  w  szybie.  Najmniejszego  dystansu  w  tych  dziełach,
całość wypełniona osobistym rezonansem. Wszystkie obrazy i rysunki nosiły ten sam tytuł.
Martwa natura. Nawet to, tylko te dwa słowa, przywoływało ostatnie dni z życia matki.

Zdarzało  się,  w  salonach  bukmacherskich,  że  zerkał  na  ekran  i  nie  wiedział,  czy  ogląda
fragment zawodów pokazywanych na żywo, czy to powtórka w zwolnionym tempie. Takie
zaćmienia  powinny  go  niepokoić,  to  przecież  kwestia  podstawowego  funkcjonowania
mózgu,  jedna  rzeczywistość  kontra  druga,  lecz  wszystko  wydawało  się  tylko  sprawą
fałszywych  rozróżnień,  szybko,  wolno,  teraz,  potem,  więc  pil  piwo  i  słuchał
przemieszanych dźwięków.

Nigdy  nie  obstawiał  tych  zawodów.  Przyciągał  go  efekt  oddziaływania  na  zmysły.

Wszystko działo się w oddali, nawet najbliższy hałas. Wysoka sala była słabo oświetlona,
mężczyźni  siedzieli  z  uniesionymi  głowami  albo  stali  lub  przechodzili,  a  z  ukradkowego
napięcia  w  powietrzu  dobiegają  okrzyki,  koń  wyrywa  się  ze  stawki,  jeden  biegacz  mija
drugiego,  i  akcja  przenosi  się  na  pierwszy  plan,  stamtąd  tutaj,  życie  albo  śmierć.  Lubił
słuchać tych trzewiowych reakcji, ludzie zrywający się na nogi, wołający, nierówna salwa
głosów,  która  przenosi  żar  i  szczere  emocje  w  miękką  atmosferę  sali.  A  potem  wszystko
dobiegało końca, przemijało w parę sekund, a to też lubił.

Pokazał  pieniądze  w  sali  pokera.  Karty  padały  przypadkiem,  bez  wyraźnie  określonej

przyczyny,  ale  pozostawał  panem  wolnego  wyboru.  Szczęście,  przypadek,  nikt  nie
wiedział,  co  to  jest.  Tylko  zakładano,  że  wpływają  na  bieg  wypadków.  On  miał  pamięć,
osąd,  zdolność  oceny,  co  jest  prawdziwe,  co  pozorne,  kiedy  zaatakować,  kiedy  się
wycofać.  Miał  pewną  dozę  spokoju,  rozmyślnego  wyizolowania,  i  obowiązywała  też
pewna  logika,  na  której  mógł  się  oprzeć.  Terry  Cheng  powiedział,  że  jedyna  prawdziwa
logika w tej grze to logika osobowości. Ale gra miała strukturę, wiodące zasady, słodkie i
łatwe  interwencje  sennej  logiki,  kiedy  gracz  wie,  że  karta,  której  potrzebuje,  to  ta,  którą
zaraz  niechybnie  dostanie.  A  potem,  zawsze,  w  kluczowej  chwili  powtarzanej  w
nieskończoność rozdanie po rozdaniu, wybór między tak lub nie. Wchodzisz albo podbijasz
stawkę,  wchodzisz  albo  pasujesz,  małe  dwubiegunowe  tętno  umiejscowione  za  oczami,
wybór,  który  przypomina  ci,  kim  jesteś.  Tak  lub  nie,  to  była  jego  własność,  a  nie  konia
pędzącego gdzieś po błocie w New Jersey.

background image

Żyła w duchu tego, co wciąż nadciągało.

Objęli się, nic  nie mówiąc. Później  rozmawiali przyciszonymi głosami,  które niosły ze

sobą  niuans  taktu.  Przeżyli  wspólnie  prawie  cztery  dni  niezdecydowania,  zanim  wreszcie
zaczęli mówić o sprawach naprawdę ważnych. To był stracony czas, skazany od pierwszej
godziny na to, żeby przeminął niezapamiętany. Będzie pamiętała piosenkę. Noce spędzali w
łóżku, przy otwartych oknach, hałasy miasta, niosące się głosy, pięć albo sześć dziewczyn
idących  ulicą  o  drugiej  w  nocy,  śpiewających  starą  balladę  rockową,  którą  zaczęła
śpiewać  razem  z  nimi,  cicho,  z  miłością,  słowo  w  słowo,  dopasowując  akcenty,  pauzy,
przerwy, z przykrością słysząc, że głosy cichną. Słowa, ich własne, nie były niczym więcej
niż  dźwiękami,  strumieniami  powietrza  bezkształtnych  oddechów,  mową  rozmawiających
ciał.  Wiała  bryza,  jeśli  dopisało  szczęście,  ale  nawet  w  parnym  skwarze  na  najwyższym
piętrze,  pod  dachem  z  papy,  ona  trzymała  wyłączoną  klimatyzację.  On  musi  poczuć
prawdziwe  powietrze,  powiedziała,  w  prawdziwym  pokoju,  a  powyżej  przetaczał  się
grzmot.

W te noce zdawało się jej, że wyślizgują się ze świata. To nie była forma erotycznego

złudzenia. Nadal się wycofywała, ale spokojnie, zachowując kontrolę. On był odgrodzony,
jak  zawsze,  ale  teraz  z  dozą  przestrzeni,  własność  mil  lotniczych  i  miast,  wymiar
dosłownego dystansu między nim a innymi.

Zabrali chłopca do paru muzeów, a potem patrzyła, jak grają w baseball w parku. Justin

rzucał mocno. Nie tracił czasu. Chwytał piłkę w powietrzu, ściskał w gołej dłoni, wbijał ją
w rękawicę, odchylał się i rzucał mocno, a potem następny rzut, może jeszcze mocniejszy.
Był  jak  automat  treningowy  z  włosami  i  zębami,  ustawiony  na  największą  moc.  Keitha
najpierw to bawiło, potem mu zaimponowało, potem zbiło go z tropu. Powiedział chłopcu,
żeby ochłonął, żeby odpuścił trochę. Powiedział mu, żeby wykonywał pełny rzut. Najpierw
zamach,  potem  wypuszczenie  piłki  i  wychył.  Powiedział  mu,  że  wypala  piłką  dziury  w
dłoni swojego staruszka.

Natknęła się na turniej pokerowy w telewizji. Keith znajdował się w sąsiednim pokoju,

przeglądając  lawinę  nagromadzonej  korespondencji.  Zobaczyła  trzy  albo  cztery  stoły,  w
długim  ujęciu,  pomiędzy  nimi  siedzący  kibice,  ścieśnieni  we  wnękach,  w  upiornym
niebieskim  świetle.  Stoły  ustawione  były  na  lekkim  podwyższeniu,  gracze  skąpani  w
jarzeniowym blasku, pochyleni w śmiertelnym napięciu. Nie wiedziała, gdzie to się dzieje
ani kiedy, nie miała też pojęcia, dlaczego nie pokazują tego w normalny sposób, zbliżenia
kciuków,  kłykci,  kart  i  twarzy.  Ale  patrzyła.  Wyłączyła  głos  i  patrzyła  na  graczy
usadowionych  wokół  stołów,  kiedy  kamera  powoli  omiatała  salę,  i  nagle  sobie
uświadomiła,  że  czeka,  aby  zobaczyć  Keitha.  Kibice  siedzieli  w  lodowatym  fioletowym
świetle,  widząc  niewiele  albo  nic.  Chciała  zobaczyć  swojego  męża.  Kamera  wyławiała
teraz  twarze  pokerzystów,  dotąd  niewidoczne,  i  Lianne  patrzyła  uważnie,  jeden,  drugi.
Ujrzała  siebie  w  stylistyce  kreskówki,  kompletna  idiotka  biegnąca  do  pokoju  Justina,  z
rozwianymi  włosami,  wyciąga  go  z  łóżka,  stawia  na  nogi  przed  ekranem,  żeby  zobaczył
swojego ojca, patrz! w Rio, Londynie albo Las Vegas. Jego ojciec znajdował się dziesięć

background image

metrów  dalej,  przy  biurku  w  sąsiednim  pokoju,  czytał  wyciągi  bankowe  i  wypisywał
rachunki. Patrzyła jeszcze przez chwilę, wciąż go szukając, a potem przestała.

Czwartego dnia zaczęli rozmawiać, w dużym pokoju, późną porą, z gzem przyklejonym

do sufitu.

– Potrafię co nieco zrozumieć.
– Dobrze.
– Rozumiem, że bywają mężczyźni, którzy tylko w połowie są w domu. Nie mężczyźni,

ludzie. Powiedzmy, że ludzie. Ludzie, którzy czasem się maskują.

– Rozumiesz to.
– W ten sposób chronią siebie, siebie i innych. Rozumiem to. Ale jest też coś innego, to

znaczy rodzina. O to mi właśnie chodzi, że powinniśmy się trzymać razem, że rodzina musi
razem  żyć.  Tylko  my,  we  troje,  na  długi  dystans,  pod  jednym  dachem,  może  nie  każdego
pojedynczego  dnia  w  roku  czy  miesiącu,  ale  przynajmniej  z  poczuciem,  że  jesteśmy  stale
razem. W takich czasach jak te rodzina jest niezbędna. Nie uważasz tak? Nie uważasz, że
powinniśmy być razem, trzymać się razem? Właśnie w ten sposób potrafimy przetrwać to
wszystko, co nas śmiertelnie przeraża.

– Dobrze.
–  Potrzebujemy  siebie  nawzajem.  Ludzi  oddychających  tym  samym  powietrzem,  tylko

tyle.

– Dobrze – powtórzył.
–  Ale  ja  wiem,  co  się  dzieje.  Znowu  się  odsuwasz.  Jestem  na  to  przygotowana.  Zaraz

wyjedziesz, nie będzie cię dłużej, gdzieś odpłyniesz. Wiem, czego chcesz. Nie chodzi o to,
że  pragniesz  zniknąć.  Chodzi  o  to,  co  do  tego  prowadzi.  Zniknięcie  jest  tylko
konsekwencją. Albo może to kara.

– Ty wiesz, czego ja chcę. Bo ja nie wiem. Ale ty wiesz.
– Ty chcesz kogoś zabić.
Nie patrzyła na niego, mówiąc te słowa.
– Chcesz tego już od dawna – ciągnęła. – Nie wiem, jak to działa ani co się wtedy czuje.

Ale ty to w sobie nosisz.

Teraz, gdy to powiedziała, straciła pewność, że w to wierzy. Była jednak przekonana, że

on  nigdy  nie  zakwestionował  tego  pomysłu.  To  tkwiło  w  jego  skórze,  może  w  pulsującej
skroni, najlżejszym drganiu cieniutkiej niebieskiej żyłki. Zdawała sobie sprawę, że w grę
wchodzi  zaspokojenie  jakiejś  potrzeby,  materia  dopominająca  się  całkowitego
rozładowania, i uznała, że to jest samo sedno jego nieoswojenia.

–  Szkoda,  że  nie  mogę  wstąpić  do  wojska  –  powiedział.  –  Za  stary  jestem.  Bo  wtedy

mógłbym zabić bezkarnie, wrócić do domu i być mężem i ojcem.

Pił szkocką, sączył, nierozcieńczoną, uśmiechając się lekko do swoich słów.
– Nie możesz wrócić do dawnej pracy. Rozumiem to.
– Praca. Ona wcale nie różniła się tak bardzo od tamtej, którą miałem wcześniej, zanim

to wszystko się stało. Ale tamto było przedtem, a teraz jest potem.

background image

–  Wiem,  że  najczęściej  życie  nie  ma  sensu.  No  bo  co  w  tym  kraju  ma  sens?  Nie  mogę

usiąść  tutaj  i  powiedzieć:  wiesz  co,  wyjedźmy  na  miesiąc.  Nie  zniżę  się  do  powiedzenia
czegoś takiego. Bo to jest całkiem inny świat, ten, który ma sens. Ale posłuchaj mnie. Byłeś
silniejszy niż ja. Pomogłeś mi przetrwać. Nie wiem, co by się ze mną stało.

– Nie umiem mówić o sile. Co to za siła?
– Tak czułam i tak to widziałam. To ty byłeś w wieży, a to ja dostałam obłędu. A niech

to, cholera, sama już nie wiem.

Po chwili milczenia rzekł:
– Ja też nie.
Roześmieli się oboje.
–  Obserwowałam  cię,  jak  śpisz.  Wiem,  że  to  brzmi  dziwnie.  Ale  nie  było  dziwne.  Bo

byłeś  sobą,  żywy  i  znowu  z  nami.  Patrzyłam  na  ciebie.  Miałam  poczucie,  że  znam  cię  w
sposób, w jaki nie znałam przedtem. Byliśmy rodziną. Tak to było. Tak funkcjonowaliśmy.

– Posłuchaj, zaufaj mi.
– Dobrze.
–  Nie  nastawiłem  się  na  nic  stałego  –  odparł.  –  Wyjeżdżam  na  trochę,  wracam.  Nie

zamierzam  zniknąć.  Nie  zamierzam  zrobić  nic  drastycznego.  Jestem  tu  teraz  i  wrócę.
Chcesz, żebym wrócił, tak?

– Tak.
– Wyjeżdżam, wracam. Tylko tyle.
– Będą pieniądze – powiedziała. – Transakcja jest prawie gotowa.
– Będą pieniądze.
– Tak.
Pomógł  jej  dopracować  szczegóły  sprzedaży  mieszkania  matki.  Przeczytał  umowy,

doprecyzował  to  i  owo,  wysłał  e-mailem  wskazówki  z  kasyna  w  jakimś  rezerwacie
indiańskim, gdzie odbywał się turniej.

–  Będą  pieniądze  –  powtórzył.  –  Wykształcenie  małego.  Aż  do  studiów,  jedenaście,

dwanaście  lat,  bajońskie  sumy.  Ale  ty  nie  o  tym  mówisz.  Ty  mówisz,  że  zamortyzujemy
moją ewentualną porażkę przy kartach. To się nie stanie.

– Skoro ty w to wierzysz, to ja też.
– Do tej pory się nie stało i się nie stanie.
– A Paryż? Paryż się stanie?
– Paryż zmienił się w Atlantic City. Za miesiąc.
– A co strażnik myśli o wizycie żony?
– Wolałabyś tam nie być.
–  Masz  rację,  wolałabym  –  odparła.  –  Bo  myśleć  o  tym  to  jedno.  Gdybym  to  jednak

zobaczyła na własne oczy, wpadłabym w depresję. Ludzie siedzą przy stole i tasują, tasują.
Tydzień za tygodniem. Biegną na samolot, żeby dokądś polecieć i zagrać w karty. Chodzi
mi o to, że oprócz całej absurdalności tego wszystkiego, tego opętania, czy to nie jest po
prostu bardzo smutne?

background image

– Sama powiedziałaś, że najczęściej życie nie ma sensu.
– Ale czy to nie jest demoralizujące? Czy to cię nie wykańcza? Na pewno zżera twojego

ducha.  Oglądałam  to  wczoraj  w  telewizji.  To  jak  seans  w  piekle.  Tik-tak,  tik-tak.  Co  się
dzieje po miesiącu czegoś takiego? Albo po latach? Kim się stajesz?

Spojrzał na nią i kiwnął głową, jakby się zgadzał, a potem kiwał dalej, przenosząc ten

ruch  na  inną  płaszczyznę,  swoisty  głęboki  sen,  narkolepsja,  oczy  otwarte,  umysł
zatrzaśnięty.

Była jeszcze jedna, ostatnia sprawa, zbyt oczywista, żeby wymagała słów. Ona chciała

się czuć bezpiecznie w tym świecie, a on nie.

background image

 

13

Parę miesięcy wcześniej dostała wezwanie do pełnienia funkcji ławnika, a gdy stawiła się
w sądzie okręgowym z pół tysiąca innych potencjalnych ławników i usłyszała, że sprawa,
w związku z którą ich ściągnięto, dotyczy prawniczki oskarżonej o wspieranie terroryzmu,
wypełniła  czterdziestopięciostronicowy  kwestionariusz  litanią  prawd,  półprawd  i
szczerych kłamstw.

Przedtem,  przez  pewien  czas,  dostawała  do  redakcji  książki  o  terroryzmie  i  na  tematy

pokrewne. Każdy temat wydawał się pokrewny. Nie rozumiała, dlaczego tak rozpaczliwie
chce  redagować  podobne  teksty,  całymi  tygodniami  i  miesiącami,  w  okresie,  kiedy  nie
mogła zasnąć, a na klatce schodowej rozbrzmiewały pieśni mistyków z pustyni.

Proces już się toczył, lecz nie śledziła jego przebiegu w gazetach. Była ławnikiem numer

121, zwolnionym z obowiązku uczestnictwa w następstwie swych pisemnych odpowiedzi.
Nie wiedziała, czy powodem były odpowiedzi zgodne z prawdą, czy kłamstwa.

Wiedziała,  że  ta  prawniczka,  Amerykanka,  związała  się  z  radykalnym  muzułmańskim

duchownym, który odsiadywał dożywocie za działalność terrorystyczną. Wiedziała, że ten
mężczyzna  jest  niewidomy.  Wiadomo  było  powszechnie.  Ślepy  Szejk.  Nie  znała  jednak
szczegółowo  zarzutów  postawionych  prawniczce,  ponieważ  nie  czytała  artykułów  w
gazetach.

Redagowała książkę o wyprawach dawnych polarników i drugą, o sztuce renesansowej,

poza tym liczyła od stu w dół, za każdym razem odejmując siedem.

Zginął z własnej ręki.

Przez dziewiętnaście lat, odkąd oddał samobójczy strzał, raz na jakiś czas wypowiadała

to  zdanie,  ku  pamięci,  piękne  słowa,  mające  archaiczny  wydźwięk.  Wyobrażała  sobie,  że
są wyryte w starym przekrzywionym nagrobku na zaniedbanym cmentarzu przykościelnym
w Nowej Anglii.

To  dziadkowie  piastują  święte  oficjum.  To  oni  mają  najdawniejsze  wspomnienia.  Ale

dziadków  już  prawie  nie  ma.  Justinowi  pozostał  tylko  jeden,  ojciec  Keitha,  nieskory  do
podróżowania  człowiek,  którego  wspomnienia  usadowiły  się  w  ciasnym  kręgu  jego  dni,
poza długim promieniem dziecka. Dziecko musi jeszcze wrosnąć w głęboki cień własnych
wspomnień.  Ona  sama,  matka-córka,  znajduje  się  gdzieś  na  środku  tej  osi,  wie,  że
przynajmniej jedno wspomnienie jest bezwarunkowo bezpieczne, wspomnienie dnia, kiedy
stała się świadoma, kim jest i jak żyje.

Jej  ojca  nie  pochowano  pod  nagimi  drzewami  na  smaganym  wiatrem  przykościelnym

background image

cmentarzu. Jack znajdował się w marmurowej krypcie, wysoko w ścianie mauzoleum pod
Bostonem, wraz z kilkuset innymi, wszyscy zamurowani warstwami, od posadzki po sufit.

Na  nekrolog  natknęła  się  któregoś  późnego  wieczoru,  przeglądając  gazetę  sprzed  sześciu
dni.

Umierają codziennie, powiedział kiedyś Keith. To nic nowego.
Znowu  przebywał  w  Las  Vegas,  a  ona  leżała  w  łóżku,  przerzucając  strony,  czytając

nekrologi.  Siła  tego  konkretnego  nie  od  razu  ją  poraziła.  David  Janiak,  lat  trzydzieści
dziewięć. Życiorys przedstawiony pokrótce, w zarysie, napisany w pośpiechu, żeby zdążyć
na czas, pomyślała. Przyszło jej do głowy, że pełniejsze informacje znajdą się w gazecie z
następnego dnia. Nie było zdjęcia, ani tego mężczyzny, ani jego wyczynów, które na pewien
czas  okryły  go  złą  sławą.  Wyczyny  te  wymieniono  w  jednym  zdaniu,  wskazując,  że  był
artystą performerem znanym jako Spadający Człowiek.

Upuściła  gazetę  na  podłogę  i  zgasiła  światło.  Leżała  w  łóżku,  z  głową  opartą  na  kilku

poduszkach.  Na  ulicy  rozbrzmiał  alarm  samochodowy.  Sięgnęła  po  najbliższą  poduszkę  i
rzuciła ją na gazetę, a potem znów się wyciągnęła, oddychając równo, z otwartymi oczami.
Po chwili zamknęła oczy. Sen gdzieś tam był, za krzywizną ziemi.

Czekała, żeby alarm ucichł. Kiedy to się stało, zapaliła światło, wstała z łóżka i poszła

do  dużego  pokoju.  W  wiklinowym  koszu  leżała  sterta  starych  gazet.  Zaczęła  szukać  tej
sprzed  pięciu  dni,  czyli  z  dnia  następnego,  ale  nie  mogła  znaleźć,  ani  całej,  ani  części,
przeczytanej  lub  nieprzeczytanej.  Usiadła  na  krześle  obok  kosza,  czekając,  żeby  coś  się
wydarzyło  albo  przestało  dziać,  odgłos,  warkot  jakiegoś  urządzenia,  po  czym  poszła  do
komputera w sąsiednim pokoju.

Zaawansowane szukanie dało natychmiastowy wynik. Był, David Janiak, teksty i zdjęcia.
Zwisający z balkonu apartamentowca przy Central Park West.
Zawieszony pod dachem budynku z loftami w Williamsburgu, części Brooklynu.
Wiszący nad sceną podczas koncertu w Carnegie Hall, sekcja smyczków w rozsypce.
Wiszący nad East River, na moście Queensboro.
Siedzący na tyle policyjnego radiowozu.
Stojący na balustradzie tarasu.
Wiszący na dzwonnicy kościoła w Bronksie.
Zmarły  w  wieku  trzydziestu  dziewięciu  lat,  wszystko  wskazuje  na  to,  że  z  przyczyn

naturalnych.

Aresztowano go wielokrotnie za wtargnięcie na teren prywatny, lekkomyślne stwarzanie

zagrożenia i zakłócanie porządku. Pobity przez grupę mężczyzn przed barem w Queens.

Kliknęła dalej, do zapisków z dyskusji panelowej w New School. „Spadający Człowiek.

Pozbawiony uczuć ekshibicjonista czy odważny kronikarz czasów terroru?”.

Przeczytała kilka wypowiedzi, a potem zrezygnowała. Kliknęła dalej, do odnośników po

rosyjsku i w innych słowiańskich językach. Przez chwilę wpatrywała się w klawiaturę.

background image

Sfotografowany  z  uprzężą  zabezpieczającą,  jego  asystent  usiłujący  zasłonić  go  przed

obiektywem.

Sfotografowany z zakrwawioną twarzą w holu hotelowym.
Wiszący pod gzymsem kamienicy w Chinatown.
Wszystkie skoki wykonywał głową w dół, nigdy ich nie zapowiadając. Jego występy nie

były  przeznaczone  do  upamiętniania  przez  fotografa.  Istniejące  zdjęcia  wykonali  ludzie,
którzy  akurat  znajdowali  się  na  miejscu,  albo  zawodowy  fotoreporter  powiadomiony  o
wydarzeniu przez przechodnia.

Studiował aktorstwo i sztukę dramatyczną w Institute for Advanced Theatre Training w

Cambridge  w  stanie  Massachusetts.  Jego  nauka  obejmowała  trzymiesięczny  pobyt  w
moskiewskiej Akademii Sztuki Teatralnej.

Zmarły  w  wieku  trzydziestu  dziewięciu  lat.  Żadnych  śladów  przestępstwa.  Cierpiał  na

niewydolność serca i nadciśnienie.

Pracował bez bloczków, kabli, lin. Tylko ta uprząż. Nie używał nawet liny bungee, która

zamortyzowałaby  wstrząs  po  spadaniu  z  dużej  wysokości.  Wyłącznie  splot  pasów  pod
koszulą  i  granatowym  garniturem,  z  jednym  sznurem  wyłaniającym  się  z  nogawki,
przymocowanym do miejsca skoku.

Większość zarzutów oddalono. Wymierzano grzywny i udzielano upomnień.
Natrafiła  na  kolejną  falę  języków  obcych,  wiele  liter  opatrzonych  symbolem  akcentu

silnego i przeciągłego oraz innymi znakami, których nazw nie potrafiła sobie przypomnieć.

Patrzyła w ekran, czekając na jakiś odgłos z ulicy, pisk hamulców, alarm samochodowy,

coś, co zagnałoby ją z pokoju z powrotem do łóżka.

Jego  brat,  Roman  Janiak,  programista  komputerowy,  pomagał  mu  przy  większości

skoków,  ukazując  się  widzom  tylko  wtedy,  gdy  było  to  nie  do  uniknięcia.  Jego  zdaniem
plany ostatecznego upadku nie uwzględniały uprzęży zabezpieczającej.

Pomyślała, że tak mogłaby się nazywać karta w talii tarota, Spadający Człowiek, litery

napisane gotykiem, postać osuwająca się po burzowym nocnym niebie.

Toczyły  się  dyskusje  na  temat  pozycji,  którą  przyjmował  podczas  spadania,  pozycji,

którą  utrzymywał  w  stanie  zawieszenia.  Czy  miała  odwzorowywać  ułożenie  ciała
konkretnego  mężczyzny,  którego  sfotografowano,  gdy  spadał  z  północnej  wieży  World
Trade  Center,  głową  w  dół,  ręce  po  bokach,  jedna  noga  ugięta,  mężczyzny  na  zawsze  w
akcie swobodnego spadania na majaczącym tle paneli kolumnowych wieży?

Swobodne  spadanie  oznacza  spadanie  ciała  w  atmosferze,  bez  żadnego  urządzenia

powodującego  hamowanie,  takiego  jak  spadochron.  To  idealny  ruch  spadającego  ciała,
które podlega wyłącznie działaniu ziemskiego pola grawitacyjnego.

Nie czytała dalej, ale od razu się zorientowała, o jakim zdjęciu mówi relacja. Przeżyła

wstrząs,  gdy  po  raz  pierwszy  je  zobaczyła.  Mężczyzna  spadający  głową  w  dół,  z  tyłu
wieże.  Masywność  budynków  wypełniała  kadr.  Mężczyzna  spada,  wieże  się  stykają,
pomyślała,  w  tle.  Ogromne  unoszące  się  linie,  pionowe  kolumnowe  pasy.  Mężczyzna  w
zakrwawionej koszuli, pomyślała, albo ze śladami ognia, i ten efekt kolumn z tyłu, cała ta

background image

kompozycja,  ciemniejsze  pasy  dla  bliższej  wieży,  północnej,  jaśniejsze  dla  drugiej,  i
masywność,  ogrom,  i  ten  mężczyzna,  usytuowany  niemal  dokładnie  między  rzędami
ciemniejszych  i  jaśniejszych  pasów.  Głowa  naprzód,  bezwład,  pomyślała,  to  zdjęcie
wypaliło  dziurę  w  jej  umyśle  i  sercu,  dobry  Boże,  to  spadający  anioł,  a  jego  piękno  jest
straszliwe.

Kliknęła  dalej  i  zobaczyła  to  zdjęcie.  Wbiła  wzrok  w  klawiaturę.  Idealny  ruch

spadającego ciała.

Pierwsze  ustalenia  mówiły  o  śmierci  naturalnej,  sekcja  zwłok  i  raport  toksykologiczny

wkrótce. Cierpiał na chroniczną depresję z powodu choroby kręgosłupa.

Jeśli to zdjęcie było elementem jego występów, to nie powiedział o tym słowa, kiedy po

jednym z zatrzymań dopadli go dziennikarze. Milczał, gdy spytano go, czy w atakach zginął
ktoś z jego bliskich. Nie miał mediom nic do powiedzenia na żaden temat.

Zawieszony na balustradzie ogrodu na dachu budynku w Tribeca.
Wiszący pod kładką dla pieszych nad FDR Drive.
BURMISTRZ: SPADAJĄCY CZŁOWIEK TO KRETYN.
Odrzucił zaproszenie, żeby przez trzy tygodnie o określonych porach spadać z wyższych

pięter Muzeum Guggenheima. Odrzucił zaproszenie, żeby wygłosić przemówienie w Japan
Society,  nowojorskiej  Bibliotece  Publicznej  i  w  siedzibach  organizacji  kulturalnych  w
Europie.

Jego upadki były podobno bolesne i wysoce ryzykowne z powodu używania wyłącznie

podstawowego zabezpieczenia.

Zwłoki  znalazł  brat,  Roman  Janiak,  programista  komputerowy.  Zakład  medycyny

sądowej  okręgu  Saginaw  donosi,  że  przyczyną  zgonu  była  najprawdopodobniej  choroba
wieńcowa, dalsze badania w toku.

Nauka obejmowała zajęcia formalne przez sześć dni w tygodniu, zarówno w Cambridge,

jak  i  w  Moskwie.  W  Nowym  Jorku  aktorzy  kończący  studia  dają  występy  dla
organizatorów castingów, dyrektorów artystycznych, agentów i innych. David Janiak, jako
Brechtowski  karzeł,  zaatakował  drugiego  aktora,  najwyraźniej  chcąc  mu  wyrwać  język  z
ust w trakcie pokazu, który był improwizacją ustrukturyzowaną.

Kliknęła  dalej.  Próbowała  powiązać  tego  człowieka  z  chwilą,  kiedy  stała  pod

torowiskiem kolei nadziemnej, prawie trzy lata wcześniej, patrząc, jak ktoś przygotowuje
się  do  skoku  z  pomostu  roboczego,  obok  przemykającego  pociągu.  Nie  było  zdjęć  tego
upadku. To ona jest fotografią, fotoczułą powierzchnią. Bezimienne ciało lecące ku ziemi,
to ona ma je upamiętnić i wchłonąć.

Na początku 2003 roku zaczął ograniczać liczbę performance’ów i na ogół pojawiał się

w odludnych zakątkach miasta. Potem występy dobiegły końca.

Podczas jednego z nich doznał tak silnego urazu pleców, że trafił do szpitala. W szpitalu

aresztowała  go  policja  za  zablokowanie  ruchu  samochodowego  i  spowodowanie
zaistnienia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego obrażeniami ciała.

Według jego brata, Romana Janiaka, lat czterdzieści cztery, który tuż po zidentyfikowaniu

background image

zwłok  rozmawiał  z  prasą,  plany  dotyczące  ostatniego  skoku  w  jakiejś  nieokreślonej
przyszłości nie uwzględniały uprzęży zabezpieczającej.

Studenci  aktorstwa  tworzą  własny  program  operowania  ruchem,  którego  trzymają  się

przez całą karierę. Nauka obejmuje ćwiczenia psychofizyczne, biomechanikę Meyerholda,
szkołę  Grotowskiego,  trening  plastyczności  Wachtangowa,  akrobatykę  indywidualną  i  w
parze,  taniec  klasyczny  i  historyczny,  zgłębianie  stylów  i  gatunków,  rytmikę  Dalcroze’a,
pracę z impulsami, zwolniony ruch, szermierkę, sceniczną walkę z bronią i bez broni.

Aktualnie  nie  wiadomo,  co  przywiodło  Davida  Janiaka  do  motelu  w  pobliżu  małego

miasteczka położonego osiemset kilometrów od World Trade Center.

Patrzyła w klawiaturę. Ten człowiek się jej wymykał. Wiedziała tylko to, co zobaczyła i

poczuła tamtego dnia w pobliżu boiska szkolnego, chłopiec kozłujący piłkę i nauczyciel z
gwizdkiem  na  sznurku.  Mogła  uwierzyć,  że  zna  tych  ludzi,  i  wszystkich  innych,  których
widziała i słyszała tamtego popołudnia, ale nie tego mężczyznę, który stał nad nią, wyraźny
i górujący.

Wreszcie zasnęła na połowie łóżka należącej do męża.

background image

 

14

Zdarzały  się  nieczęste  chwile,  między  rozdaniami,  kiedy  siedział  i  słuchał  odgłosów
wokół.  Za  każdym  razem  zaskakiwało  go,  ile  wysiłku  trzeba,  aby  usłyszeć  to,  co  zawsze
jest  obecne.  Żetony.  Oprócz  hałasu  w  tle  i  bezpańskich  głosów  był  dźwięk  żetonów,
rzucanych,  zagarnianych,  czterdzieści,  pięćdziesiąt  stolików  pełnych  ludzi  układających
żetony,  palce  czytają  i  liczą,  utrzymują  stosiki  w  równowadze,  gliniane  żetony  o  gładkich
brzegach, pocierane, ślizgające się, grzechoczące, dni i noce odległego chrzęstu, jak owad
trący skrzydłami.

Dopasowywał  się  do  czegoś,  co  skrojone  było  na  jego  miarę.  Nigdzie  indziej  nie  był

bardziej sobą niż tutaj, w tych pomieszczeniach, z wołaniem rozdającego, że zwolniło się
miejsce  przy  stoliku  numer  siedemnaście.  Patrzył  na  dziesiątki  z  rozdania,  czekając  na
licytację.  W  takich  chwilach  świat  na  zewnątrz  przestawał  istnieć,  żadnego  mgnienia
przeszłości  czy  pamięci,  które  mógłby  nieświadomie  przywołać  w  rutynowym  pochodzie
kart.

Ruszył  szerokim  przejściem,  słysząc  pomruk  krupierów  przy  stolikach  do  gry  w  kości,

raz  na  jakiś  czas  okrzyk  z  salonu  bukmacherskiego.  Czasem  przechodził  gość  hotelowy
ciągnący  walizkę  na  kółkach,  wyglądający  jak  zagubiony  turysta  w  Suazi.  W  wolnych
godzinach  rozmawiał  z  krupierkami  od  blackjacka,  zawsze  kobiety,  czekające  w  jakiejś
strefie  oczyszczonych  doznań.  Czasem  być  może  zagrał  przez  chwilę,  ostentacyjnie  nie
interesując  się  samą  kobietą,  tylko  rozmową  z  nią,  strzępy  życia  z  zewnątrz,  problem  z
samochodem, córka Nadia uczy się jeździć konno. W pewien sposób był jednym z nich, z
personelu, spędzając towarzysko mało pamiętne chwile, zanim gra znów się rozpocznie.

U  kresu  nocy  to  wszystko  stawało  się  bezbarwne,  wygrana  lub  przegrana,  ale  to  część

procesu,  czwarta  wspólna  karta,  ostatnia  karta,  mrugająca  kobieta.  Dni  bledną,  noce  się
wloką,  czekasz-i-podbijasz,  budzisz-się-i-śpisz.  Pewnego  dnia  mrugająca  kobieta  znikła  i
to  był  jej  koniec.  Była  zatęchłym  powietrzem.  Nie  potrafił  wyobrazić  jej  sobie  nigdzie
indziej, na przystanku autobusowym, w supermarkecie, nie widział nawet sensu próbować.

Zastanawiał  się,  czy  staje  się  samoczynnym  automatem,  jak  robot,  który  przypomina

człowieka, rozumiejący dwieście poleceń głosowych, widzący daleko, wrażliwy na dotyk,
ale całkowicie, nieodwołalnie kontrolowany.

Ocenia siłę asa i wysokiej blotki, ten mężczyzna w lustrzankach po drugiej stronie stołu.
Albo  psem-robotem  z  czujnikami  podczerwieni  i  przyciskiem  pauzy,  reagującym  na

siedemdziesiąt pięć poleceń głosowych.

Podbij stawkę przed wyłożeniem wspólnej karty. Zaatakuj wcześnie i mocno.
W jego hotelu nie było klubu fitness. Znalazł siłownię w pobliżu i ćwiczył tam, ilekroć

background image

miał czas. Nikt nie używał wioseł. Połową serca nienawidził tego urządzenia, złościło go,
ale  czuł  intensywność  ćwiczeń,  potrzebę,  żeby  rozciągać  się,  napinać,  ułożyć  ciało  w
obrębie tego głupiego, opływowego, morderczego kawałka stali i lin.

Wynajął samochód i wybrał się na wycieczkę po pustyni, ruszając w drogę powrotną po

zmroku, wjeżdżając na wzniesienie i płaskowyż. Dopiero po chwili uświadomił sobie, na
co patrzy, wiele kilometrów w dali, miasto unoszące się w nocy, rozgorączkowany gejzer
świateł  tak  szybkich  i  niewytłumaczalnych,  że  wydawały  się  swoistym  delirium.
Zastanawiał  się,  dlaczego  nigdy  nie  pomyślał  o  sobie,  że  znajduje  się  w  środku  czegoś
takiego,  że  żyje  tam,  tak  jakby.  Żył  w  pomieszczeniach,  dlatego.  Żył  i  pracował  w  tym
pomieszczeniu  i  w  tamtym.  Poruszał  się  tylko  marginalnie,  z  pomieszczenia  do
pomieszczenia. Jeździł taksówką w obie strony, do śródmieścia, gdzie znajdował się jego
hotel,  przybytek  bez  mozaik  podłogowych  i  podgrzewanych  wieszaków  na  ręczniki,  i
dopiero  teraz  zrozumiał,  patrząc  na  to  rozległe  pasmo  drżącego  pustynnego  neonu,  jak
dziwne  życie  wiedzie.  Ale  tylko  z  tego  miejsca  to  rozumiał,  stojąc  z  dala.  W  środku,  w
głębi, w zmrużonych oczach dokoła stołu, nie ma niczego, co byłoby nienormalne.

Unikał  Terry’ego  Chenga.  Nie  chciał  z  nim  rozmawiać  ani  go  słuchać,  ani  patrzeć,  jak

dopala się jego papieros.

Szczęśliwy walet nie padł.
Nie  słuchał  rozmów  toczących  się  dokoła,  zrywów  przelotnego  dialogu,  od  gracza  do

gracza.  Na  stół  wjechała  świeża  talia.  Czasem  był  wykończony  zmęczeniem,  bliski  stanu
zdziczenia, oczy omiatające stół, zanim rozdano karty.

Dawniej  codziennie  myślał  o  Florence  Givens.  Robił  to  nadal,  prawie  każdego  dnia,

nawet  dziś,  w  taksówce,  gdy  patrzył  na  billboard.  Ale  nigdy  nie  zadzwonił.  Nigdy  nie
przyszło  mu  do  głowy,  żeby  znów  przejść  przez  park  i  się  z  nią  zobaczyć,  porozmawiać
chwilę,  dowiedzieć  się,  jak  sobie  radzi.  Myślał  o  tym  w  abstrakcyjny  sposób,  jak  o
pejzażu,  jak  się  myśli  o  wizycie  w  rodzinnych  stronach,  żeby  się  przejść  dróżkami  z  tyłu
domu i po wysokiej łące, tego rodzaju sprawa, gdy się wie, że nigdy się tego nie zrobi.

Liczyło się ostatecznie to, kim jest, nie łut szczęścia ani czyste umiejętności. Siła umysłu,

mentalna  przewaga,  ale  nie  tylko.  Było  coś  jeszcze,  coś  trudniejszego  do  nazwania,
skanalizowanie  potrzeby  albo  pragnienia,  albo  to,  jak  charakter  danego  człowieka
determinuje kierunek patrzenia. To przesądzi o jego wygranej, ale nie przesadnie wysokiej,
nie było wygranych tak dużych, żeby wślizgnął się w cudzą skórę.

Wrócił  karzeł,  Carlo,  a  on  cieszy  się  z  tego,  patrzy,  jak  tamten  zajmuje  miejsce  dwa

stoliki  dalej.  Nie  rozgląda  się  jednak  po  sali  za  Terrym  Chengiem,  żeby  być  może
wymienili kwaśne uśmiechy.

Mężczyźni  w  akcie  wystylizowanego  ziewania,  z  uniesionymi  rękami,  mężczyźni

patrzący w martwą przestrzeń.

Może  Terry  jest  w  Santa  Fe  albo  w  Sydney,  albo  w  Dallas.  Albo  w  swoim  pokoju,

martwy.  Dwóch  tygodni  było  trzeba,  by  Terry  się  zorientował,  że  sprzęt  wiszący  na
przeciwległej  ścianie  długiej  sali,  oznaczony  słowami  CIENKA  i  GRUBA,  służy  do

background image

obsługiwania dwóch kurtyn po drugiej stronie, do rozsuwania i zasuwania cienkiej kurtyny
wewnętrznej  i  grubej  kurtyny  zewnętrznej.  Pewnego  razu  Terry  próbował  ręką  odchylić
kurtynę, a potem uświadomił sobie, że to i tak nie ma znaczenia, zasunięte, rozsunięte. Za
nimi nie było niczego, o czym musiałby wiedzieć.

Nigdy  nie  powiedział  Lianne  o  spacerach  przez  park.  Jego  związek  z  Florence  trwał

krótko,  cztery,  może  pięć  spotkań  w  ciągu  piętnastu  dni.  Czy  to  możliwe,  że  tylko  tyle?
Próbował  policzyć,  siedząc  w  taksówce,  która  zatrzymała  się  na  czerwonym  świetle,  i
patrząc  na  billboard.  To  wszystko  zbiegło  się  teraz  razem,  została  tylko  niewyraźna
ziarnista  faktura  czegoś  odczuwanego  i  zachowanego.  Zobaczył  ją  w  wieży,  tak  jak
opowiadała,  w  wymuszonym  marszu  schodami  na  dół,  i  zdawało  mu  się,  że  czasem
dostrzega  też  siebie,  w  rozszczepionych  chwilach,  nieukształtowanego,  wspomnienie
fałszywe albo zbyt zniekształcone i ulotne, żeby mogło być fałszywe.

Pieniądze  miały  znaczenie,  ale  nie  aż  tak  wielkie.  Liczyła  się  gra,  szorstkość  filcu  pod

palcami,  sposób,  w  jaki  rozdający  odrzuca  jedną  kartę,  podaje  drugą.  Nie  grał  dla
pieniędzy. Grał dla żetonów. Żetony miały jedynie mglistą wartość. Liczył się sam krążek,
jego kolor. Na końcu sali siedział śmiejący się człowiek. No i jeszcze to, że pewnego dnia
oni wszyscy umrą. Chciał zgarnąć żetony i ułożyć je w stosiki. Ważny był poker, układanie
żetonów, liczenie na oko, gra, taniec dłoni i oka. Był z nimi tożsamy.

Ustawił  wysoki  stopień  oporu.  Wiosłował  mocno,  ręce  i  nogi,  ale  przede  wszystkim

nogi, próbując nie opuszczać ramion, nienawidząc każdego kolejnego szarpnięcia. Czasem
nie było tutaj nikogo innego, no może ktoś na bieżni, wpatrzony w telewizor. Zawsze siadał
do wioseł. Wiosłował i brał prysznic, woda pachniała pleśnią. Po pewnym czasie przestał
tam  chodzić,  ale  potem  wrócił,  ustawiając  jeszcze  wyższy  stopień  oporu,  tylko  raz  się
zastanawiając, dlaczego musi to robić.

Patrzył na dwójkę i piątkę z różnych kolorów. Przez moment pomyślał, że mógłby wstać i

odejść.  Pomyślał,  że  może  wyjść  i  złapać  pierwszy  samolot,  spakować  się  i  wyjechać,
wziąć  miejsce  przy  oknie,  opuścić  zasłonkę  i  zasnąć.  Złożył  karty  i  usiadł  prosto.  Gdy
wyłoniła się świeża talia, znów był gotowy do gry.

Czterdzieści  stolików,  dziewięć  osób  przy  każdym,  inni  czekający  przy  balustradzie,

ekrany  wysoko  na  trzech  ścianach  pokazujące  piłkę  nożną  i  baseball,  rygorystycznie
nastrojowe.

CIENKA i GRUBA.
Nie chciał słuchać Terry’ego Chenga, z tą jego konwersacyjną swobodą, w jego nowym

wcieleniu, pytlującego przy niebieskim wodospadzie, trzy lata po samolotach.

Starsi  mężczyźni  o  spękanych  twarzach,  powieki  opuszczone.  Czy  rozpoznałby  ich,

gdyby zobaczył w knajpce, jedzących śniadanie przy sąsiednim stoliku? Przez całe długie
życie oszczędny ruch, jeszcze oszczędniejsze słowa, licytuj, podbij stawkę, dwie, trzy takie
twarze każdego dnia, mężczyźni prawie niezauważalni. Ale dawali grze niszę w czasie, w
tradycji pokerowej twarzy i ręki nieboszczyka

1

, oraz tchnienie poczucia własnej wartości.

Wodospad był teraz niebieski, a może zawsze taki był, albo to inny wodospad, albo inny

background image

hotel.

Trzeba  się  wyrwać  ze  struktury  własnego  pancernego  nawyku,  aby  się  zmusić  do

słuchania. Jest, brzęk żetonów, rzucone, rozsypane, grający i rozdający, masa i stos, ciche
dzwonienie tak integralne z tym, co się dzieje, że znajduje się poza obrębem słyszalności,
we własnym strumieniu powietrza, i nikt inny tego nie słyszy, tylko ty.

O,  jest  Terry,  przygarbiony  w  bocznej  alejce  o  trzeciej  nad  ranem,  i  ledwo  na  siebie

spoglądają, a Terry Cheng mówi:

– Muszę wrócić do swojej trumny przed wschodem słońca.
Kobieta, skądkolwiek jest, w czarnej skórzanej czapce, z Bangkoku, Singapuru albo Los

Angeles.  Czapkę  nosi  lekko  na  bakier,  a  on  wie,  że  wszyscy  są  tak  zobojętniali  przez
jednostajne  tętno  wchodzę  lub  pasuję,  że  niewiele  się  dzieje  przy  stołach  w  popularnej
sztuce erotycznych fantazji.

Pewnej nocy siedział w swoim pokoju, wykonując dawne ćwiczenia, rehabilitacja ręki,

dłoń  zgięta  ku  podłodze,  dłoń  zgięta  ku  sufitowi.  Obsługa  hotelowa  kończyła  pracę  o
północy.  Nocna  telewizja  pokazywała  soft  porno  z  nagimi  kobietami  i  mężczyznami  bez
penisów. Nie był zagubiony ani znudzony, ani szalony. Czwartkowy turniej zaczynał się o
trzeciej, zapisy w południe. Piątkowy zaczynał się w południe, zapisy o dziewiątej.

Stawał  się  powietrzem,  którym  oddychał.  Poruszał  się  w  fali  hałasu  i  rozmów

skrojonych  na  jego  miarę.  Spojrzenie  pod  kciuk  na  asa  i  damę.  Wzdłuż  alejek  klekotały
koła ruletek. Usiadł w salonie bukmacherskim, nieświadom wyników, typów, kombinacji.
Patrzył na kobiety w minispódniczkach serwujące drinki. Na dworze, na the Strip, martwy i
ciężki  upał.  Spasował  w  ośmiu  lub  dziewięciu  rozdaniach  z  rzędu.  Stanął  w  sklepie  z
artykułami sportowymi, zastanawiając się, co mógłby kupić dla chłopca. Nie było żadnych
dni ani pór poza harmonogramem turniejów. Nie zarabiał dostatecznie dużo, żeby uzasadnić
ten tryb życia względami praktycznymi. Ale nie było takiej potrzeby. Powinna być, ale nie
było, i w tym rzecz. Chodziło o unieważnienie. Nic innego się nie liczyło. Tylko to miało
siłę  wiążącą.  Spasował  w  kolejnych  sześciu  rozdaniach,  a  potem  wszedł  za  wszystko.
Niech się wykrwawią. Niech się poleje drogocenna krew przegranych.

To  były  dni  po,  teraz  już  lata  po,  tysiąc  falujących  snów,  człowiek  w  potrzasku,

unieruchomione  kończyny,  sen  o  paraliżu,  dyszący  człowiek,  sen  o  śmierci  wskutek
uduszenia, sen o bezradności.

Nowa talia wjechała na stół.
Odważnym  szczęście  sprzyja.  Nie  znał  łacińskiej  wersji  tego  porzekadła,  a  to  wstyd.

Tego właśnie zawsze mu brakowało, ostrza zaskakującej erudycji.

Była tylko dziewczynką, na zawsze córką, a jej ojciec pił martini tanqueray. Pozwolił jej
dodać  skórkę  cytryny,  udzielając  w  komiczny  sposób  bardzo  szczegółowych  instrukcji.
Ludzka egzystencja, oto jego temat tamtego wieczoru, na werandzie czyjegoś ruderowatego
domu  w  Nantucket.  Pięcioro  dorosłych,  dziewczynka  z  brzegu.  Ludzka  egzystencja  musi

background image

mieć głębsze źródło niż tylko nasze błotniste płyny ustrojowe. Błotniste albo wodniste. Za
tym musi się kryć jakaś moc, fundamentalny byt, który był, jest i zawsze będzie. Spodobało
się  jej  brzmienie  tej  rozmowy,  jak  recytowane  wersety,  i  pomyślała  o  tym  teraz,  w
samotności,  przy  kawie  i  toście,  i  o  czymś  jeszcze,  istnieniu,  które  szemrało  w  samych
słowach, był i jest, i jak chłodny wiatr ustał z zapadnięciem nocy.

Ludzie  czytali  Koran.  Znała  trzy  osoby,  które  to  robiły.  Z  dwiema  rozmawiała,  a  o

trzeciej  słyszała.  Kupili  anglojęzyczne  wydania  i  z  uporem  próbowali  się  czegoś
dowiedzieć,  znaleźć  coś,  co  pomogłoby  im  wniknąć  głębiej  w  sprawę  islamu.  Nie
wiedziała,  czy  są  wytrwali  w  swych  staraniach.  Wyobrażała  sobie,  że  sama  tak  robi,
stanowcze działanie przemieniające się w pusty gest. Może jednak są wytrwali. To chyba
poważni  ludzie.  Dwóch  z  nich  znała,  choć  nie  za  dobrze.  Jeden,  lekarz,  wyrecytował
pierwszy werset Koranu w swoim gabinecie:

„Oto Księga, w którą nie należy wątpić”.
Wątpiła w różne rzeczy, miała swoje wątpliwości. Pewnego dnia wybrała się na długi

spacer poza śródmieście, do wschodniego Harlemu. Tęskniła za swoją grupą, za śmiechem
i  krzyżującymi  się  rozmowami,  ale  od  samego  początku  zdawała  sobie  sprawę,  że  to  nie
jest  tylko  spacer,  kwestia  dawnych  dni  i  miejsc.  Pomyślała  o  niewzruszonej  ciszy,  która
zalegała  w  pomieszczeniu,  gdy  członkowie  grupy  brali  długopisy  i  zaczynali  pisać,
nieświadomi  pobliskich  hałasów,  raperów  w  korytarzu,  ledwie  w  wieku  szkolnym,
dopracowujących  teksty  swoich  piosenek,  albo  robotników  wiercących  i  walących
młotkami na piętrze. Przyszła tutaj, żeby poszukać kościoła, w okolicy ośrodka socjalnego,
katolicki,  pomyślała,  może  ten,  do  którego  chodziła  Rosellen  S.,  uznała,  że  ten,
powiedziała,  że  ten.  Tęskniła  za  twarzami.  Twoja  twarz  to  twoje  życie,  mówiła  matka.
Tęskniła za szczerymi głosami, które zniekształcały się i cichły, za życiem, które uwiędło
do szeptu.

Morfologię  miała  w  normie.  Uwielbiała  to  słowo.  Ale  co  się  mieści  w  formie  i

strukturze? Ten umysł i dusza, jej i wszystkich, nieustannie marzą o czymś nieosiągalnym.
Czy  to  znaczy,  że  tam  coś  jest,  u  kresu  materii  i  energii,  siła  odpowiedzialna  w  jakiś
sposób za samą naturę, za dynamiczność naszego życia biorącego się z umysłu, umysłu w
drobnych  gołębich  mrugnięciach,  które  rozszerzają  płaszczyznę  istnienia  poza  logikę  i
intuicję?

Chciała  nie  wierzyć.  Była  niewierną  zgodnie  z  aktualnym  żargonem  geopolitycznym.

Pamiętała,  jak  po  dniu  spędzonym  na  słońcu  twarz  Jacka,  jej  ojca,  jaśniała  światłem  i
ciepłem, aż wydawało się, że bzyczy od prądu elektrycznego. Rozejrzyj się dokoła, tu, tam,
ocean, niebo, noc, i pomyślała o tym, przy kawie i toście, że on wierzył, iż Bóg nasyca czas
i przestrzeń czystym istnieniem, sprawia, że gwiazdy emitują światło. Jack był architektem,
artystą,  przez  większość  swego  życia  smutnym  człowiekiem,  pomyślała,  i  to  właśnie  ten
smutek  łaknie  czegoś  nieuchwytnego  i  nieogarnionego,  jedynej  pociechy,  która  może
osłodzić nędzny los.

Ale przecież to bzdura, prawda? nocne niebo i natchnione przez Boga gwiazdy. Gwiazda

background image

emituje  własne  światło.  Słońce  to  gwiazda.  Pomyślała  o  Justinie  z  przedwczoraj,  jak
śpiewał  pracę  domową.  To  oznaczało,  że  jest  znudzony,  sam,  w  swoim  pokoju,  układał
monotonne  piosenki  z  dodawanych  i  odejmowanych  liczb,  z  nazwisk  prezydentów  i
wiceprezydentów.

Inni  czytali  Koran,  ona  chodziła  do  kościoła.  Jeździła  taksówką,  do  Harlemu,  w  dni

robocze,  dwa,  trzy  razy  na  tydzień,  i  siadała  w  pustym  kościele,  kościele  Rosellen.
Naśladując innych, wstawała i klękała, patrzyła, jak ksiądz odprawia mszę, chleb i wino,
ciało  i  krew.  Nie  wierzyła  w  to,  w  transsubstancjację,  ale  w  coś  wierzyła,  na  wpół  się
lękając, że nią zawładnie.

Biegała  nad  rzeką,  o  świcie,  zanim  chłopiec  się  budził.  Pomyślała,  że  mogłaby

potrenować  do  maratonu,  jeszcze  nie  w  tym  roku,  ale  w  następnym,  ból  i  rygor,  bieg
długodystansowy jako wysiłek ducha.

Pomyślała o Keicie z dziewczyną na telefon w pokoju, seks człowieka z bankomatem.
Po mszy próbowała złapać taksówkę. W tej okolicy taksówek było mało, autobus wlókł

się w nieskończoność, a wciąż nie była gotowa do jazdy metrem.

Oto Księga, w którą nie należy wątpić.
Grzęzła  w  swoich  wątpliwościach,  ale  lubiła  siedzieć  w  kościele.  Przychodziła

wcześnie, przed rozpoczęciem mszy, żeby pobyć sama przez chwilę, poczuć spokój, który
wyznacza  obecność  z  dala  od  nieprzerwanego  szumu  przytomnego  umysłu.  Nie  czuła  nic
boskiego, czuła po prostu obecność innych. Inni nas przybliżają. Kościół nas przybliża. Co
tutaj  czuła?  Czuła  zmarłych,  swoich  i  innych,  nieznanych.  To  właśnie  zawsze  czuła  w
kościołach,  w  wielkich  nadętych  katedrach  Europy,  w  małych  kościołach  parafialnych
takich  jak  ten.  Czuła  zmarłych  w  tych  murach,  sprzed  dekad  i  stuleci.  Nie  było  w  tym
żadnego  przygnębiającego  chłodu.  To  pokrzepienie  czuć  ich  obecność,  zmarłych,  których
kochała, i tych innych, bezimiennych, wypełniających tysiąc kościołów. Wnosili intymność
i  swobodę,  ludzkie  resztki  leżące  w  kryptach  i  podziemiach  albo  pochowane  na
cmentarnych  kwaterach.  Siedziała  i  czekała.  Wkrótce  ktoś  wejdzie  i  minie  ją,  idąc  nawą.
Zawsze była pierwsza, zawsze zajmowała miejsce z tyłu, wdychając zmarłych w wosku i
kadzidle.

Pomyślała o Keicie, a potem zadzwonił. Powiedział, że uda mu się wpaść do domu na

parę dni mniej więcej za tydzień, a ona odparła okej, dobrze.

Zobaczyła  siwiznę,  która  wsączała  się  w  jej  włosy  przy  skórze.  Nie  chciała  się

farbować.  Bóg,  pomyślała.  Co  oznacza  wymawianie  tego  słowa?  Czy  rodzimy  się  z
Bogiem?  Czy  jeżeli  nigdy  nie  usłyszymy  tego  słowa  ani  nie  będziemy  odprawiać
obrządków,  i  tak  poczujemy  tchnienie  w  naszym  ciele,  w  falach  mózgowych  i  bijącym
sercu?

Pod  koniec  matka  miała  szopę  białych  włosów,  ciało  ostatecznie  pokonane,

prześladowane  przez  udary,  krew  w  oczach.  Przepływała  z  wolna  w  życie  duchowe.
Właściwie  już  wtedy  była  duchem,  ledwo  zdolna  wydać  z  siebie  odgłos,  który  mógł
uchodzić za słowo. Leżała pokurczona w łóżku, wszystko, co z niej pozostało, obramowane

background image

długimi prostymi włosami, przyprószonymi bielą w słońcu, pięknymi i nie z tego świata.

Siedziała  w  pustym  kościele,  czekając,  aż  wejdzie  kobieta  w  ciąży  albo  może  ten

starzec, który zawsze kiwał do niej głową na powitanie. Jedna kobieta, potem druga, albo
jedna kobieta, a potem ten mężczyzna. Ustanowili prawidłowość, tych troje, lub byli bliscy
tego, a potem wchodzili inni i rozpoczynała się msza.

Ale czy to nie sam świat prowadzi nas do Boga? Piękno, smutek, przerażenie, bezludna

pustynia,  kantaty  Bacha.  Inni  nas  przybliżają,  kościół  przybliża,  kościelne  witraże,
barwniki  znajdujące  się  w  szybkach,  tlenki  metali  wtopione  w  szkło,  Bóg  wyobrażony  w
glinie i kamieniu, czy może ona bełkocze sama do siebie dla zabicia czasu?

Gdy  się  nie  spieszyła,  szła  na  piechotę  z  kościoła  do  domu,  kiedy  indziej  próbowała

znaleźć  taksówkę,  próbowała  rozmawiać  z  kierowcą,  który  tyrał  już  dwunastą  godzinę  i
myślał tylko o tym, żeby dotrwać żywy do końca zmiany.

Trzymała się z dala od metra, nadal, i ciągle zauważała betonowe zapory przed stacjami

i innymi potencjalnymi celami.

Biegała wcześnie rano, potem wracała do domu, rozbierała się i brała prysznic. Bóg ją

strawi.  Bóg  ją  zdekonstruuje,  a  ona  jest  zbyt  mała  i  potulna,  żeby  stawić  opór.  Dlatego
właśnie teraz się opierała. No bo tylko się zastanówmy. Gdy już uwierzy się w coś takiego,
że Bóg jest, to jak można uciec, jak zdzierżyć tę moc, jest, był i zawsze będzie.

Siedział  bokiem  przy  stole,  twarzą  do  zakurzonego  okna.  Położył  lewą  rękę  wzdłuż
krawędzi  blatu,  zwieszając  dłoń  nad  prostopadłą  krawędzią.  To  był  dziesiąty  dzień,  dwa
razy  dziennie,  rozciąganie  nadgarstka,  skręcanie  łokcia.  Liczył  dni,  liczył  sesje  każdego
dnia.

Nie wyniknął żaden problem z nadgarstkiem. Nadgarstek był sprawny. Jednak on siedział

w  pokoju  hotelowym,  twarzą  do  okna,  dłoń  zaciśnięta  w  delikatną  pięść,  w  niektórych
układach  kciuk  wyprostowany  do  góry.  Przypominał  sobie  określenia  z  instrukcji  i
recytował je cicho, pracował nad pozycjami ręki, dłoń zgięta ku podłodze, dłoń zgięta ku
sufitowi, niećwiczącej ręki używał do wykonania nacisku na rękę ćwiczącą.

Siedział  w  głębokim  skupieniu.  Przypominał  sobie  układy,  wszystkie  po  kolei,  liczbę

sekund  w  każdym  ćwiczeniu  i  liczbę  powtórzeń.  Dłoń  w  dół,  zgięta  ku  podłodze.
Przedramię  oparte  na  skos,  dłoń  zgięta  ku  podłodze.  Rozciąganie  nadgarstka,  skręcanie
łokcia.

Po każdej nocy, kiedy wracał, niezawodnie nachodził ranek. Patrzył w zakurzoną szybę,

recytując  fragmenty  instrukcji.  Utrzymać  pozycję,  licząc  do  pięciu.  Powtórzyć
dziesięciokrotnie.  Zawsze  wykonywał  pełny  zestaw  ćwiczeń,  ręka  uniesiona,  przedramię
płasko,  ręka  w  dół,  przedramię  na  skos,  odrobinę  zwalniając  tempo,  z  dnia  do  nocy,  i
potem znowu nazajutrz, przeciągając to, żeby trwało. Liczył sekundy, liczył powtórzenia.

Tego  dnia  na  mszy  było  dziewięć  osób.  Patrzyła,  jak  wstają,  siadają,  klękają,  robiła  to

background image

samo co oni, ale nie umiała odpowiadać razem z nimi, gdy ksiądz czytał fragmenty liturgii.

Pomyślała,  że  unosząca  się  możliwa  obecność  Boga  jest  tym,  co  tworzy  samotność  i

zwątpienie  w  duszy,  i  pomyślała  też,  że  Bóg  to  właśnie  to,  byt  istniejący  poza  czasem  i
przestrzenią, który rozwiewa to zwątpienie tonalną mocą słowa, głosu.

Bóg to głos, który mówi: „Mnie tu nie ma”.
Sprzeczała się ze sobą, lecz to nie była sprzeczka, tylko szum, który powoduje mózg.
Morfologię  miała  w  normie.  A  potem  pewnego  późnego  wieczoru,  rozbierając  się,

ściągnęła  czysty  zielony  T-shirt  przez  głowę  i  to  nie  woń  potu  poczuła,  no,  może  leciutki
powiew, ale na pewno nie kwaśny odór po porannym biegu. To była po prostu ona, ciało na
wskroś.  To  było  ciało  i  wszystko  to,  co  ono  w  sobie  niesie,  wewnątrz  i  na  wierzchu,
tożsamość,  pamięć  i  ludzkie  gorąco.  Nawet  nie  tyle  poczuła  nosem,  co  wiedziała.
Wiedziała zawsze. Było w tym dziecko, dziewczynka chcąca być innymi ludźmi, i niejasne
sprawy, których nie potrafiła nazwać. Krótka chwila, już przemijająca, w rodzaju tych, co
od zapomnienia dzieli zawsze ledwie parę sekund.

Była  gotowa  na  życie  w  samotności,  w  niezawodnym  spokoju,  ona  i  chłopiec,  tak  jak

przedtem, zanim tamtego dnia pojawiły się samoloty, srebro przecinające błękit.

background image

 

W KORYTARZU HUDSONU

Samolot  został  już  opanowany,  a  on  zajął  siedzenie  stewardesy  na  wprost  przedniego
przedziału i trzymał straż. Miał trzymać straż tutaj, przed kabiną pilotów, albo patrolować
przejście, z nożykiem do papieru w ręku. Nie był zdezorientowany, próbował tylko złapać
oddech, zyskać chwilę. Wtedy właśnie to poczuł, w ramieniu, ostry, piekący ból rozciętej
skóry.

Siedział zwrócony twarzą w stronę przegrody, mając za plecami toaletę, tylko dla klasy

biznes.

Powietrze  było  gęste  od  gazu  łzawiącego,  który  rozpylił,  do  tego  czyjaś  krew,  jego

własna,  nasiąkający  nią  mankiet  koszuli.  To  była  jego  krew.  Nie  szukał  rany,  zobaczył
jednak  więcej  krwi,  przesączającej  się  przez  rękaw  na  ramieniu.  Pomyślał,  że  być  może
ból był już wcześniej, ale on dopiero teraz przypomniał sobie, żeby go czuć. Nie wiedział,
gdzie jest nożyk.

Jeśli  wszystko  inne  potoczyło  się  normalnie,  to,  zgodnie  z  jego  rozumieniem  planu,

samolot  kierował  się  teraz  do  korytarza  Hudsonu.  Słyszał  to  określenie  wiele  razy  z  ust
Amira. Nie było żadnego okna, przez które mógłby wyjrzeć, nie wstając z miejsca, lecz nie
czuł potrzeby, żeby to zrobić.

Telefon komórkowy nastawił na wibrację.
Wszystko zastygło. Nie było wrażenia lotu. Usłyszał hałas, ale nie czuł ruchu, sam hałas

zaś był tego rodzaju, że pochłaniał wszystko i wydawał się całkowicie naturalny, silniki i
systemy stawały się samym powietrzem.

Zapomnij o świecie. Nie zwracaj uwagi na to, co nazywa się światem.
Cały zmarnowany czas twojego życia dobiega teraz końca.
Miał  rwany  oddech.  Oczy  go  paliły.  Kiedy  spoglądał  w  lewo,  na  ukos,  widział  pusty

fotel  w  klasie  biznes,  przy  przejściu.  Tuż  z  przodu  przegroda.  A  jednak  widok  był,
wyobrażał sobie wyraźnie, że tyłem głowy ogląda scenę.

Nie  wiedział,  jak  został  zraniony.  Zapewne  przez  jednego  ze  swoich  braci,  no  bo  jak

inaczej, przypadkiem, w trakcie walki, witał tę krew, ale nie ból, który coraz trudniej było
znieść.  A  potem  pomyślał  o  czymś,  o  czym  dawno  zapomniał.  Pomyślał  o  szyickich
chłopcach  na  polu  walki  nad  Szatt  al-Arab.  Zobaczył  ich  wyłaniających  się  z  okopów  i
schronów,  biegnących  przez  błotnistą  równinę  w  kierunku  pozycji  nieprzyjaciela,  usta
otwarte  w  śmiertelnym  krzyku.  Czerpał  z  tego  siłę,  widząc  ich  padających  pokotem  od
strzałów z karabinów maszynowych, setki chłopców, potem tysiące, brygady samobójcze,
na szyjach czerwone chusty, pod spodem plastikowe klucze, którymi otwiera się wrota do
raju.

background image

Odmów święte słowa.
Naciągnij mocno ubranie na siebie.
Skup spojrzenie.
Nieś duszę w dłoni.
Wierzył,  że  patrzy  wprost  w  wieże,  choć  odwrócony  był  do  nich  plecami.  Nie  znał

położenia  samolotu,  wierzył  jednak,  że  patrzy  wprost  ze  swojej  potylicy  przez  stal  i
aluminium  kadłuba  w  długie  sylwetki,  kształty,  formy,  postacie  coraz  bliższe,  przedmioty
materialne.

Pobożni  przodkowie  naciągali  mocno  szaty  na  siebie  przed  bitwą.  To  oni  wskazali

drogę. Czy jakakolwiek inna śmierć może być lepsza?

W nadchodzących sekundach odpuszczone będą wszystkie grzechy twego żywota.
W nadchodzących sekundach nic już nie oddzieli cię od życia wiecznego.
W nadchodzących sekundach przyjdzie do ciebie śmierć, której pragniesz.
Zaczął dygotać. Nie wiedział, czy to wskutek drgań samolotu, czy to on sam. Kiwał się

na  siedzeniu,  z  bólu.  Usłyszał  jakieś  hałasy  dochodzące  z  głębi  kadłuba.  Ból  stawał  się
coraz  silniejszy.  Usłyszał  głosy,  okrzyki  podekscytowania  dobiegające  z  części
pasażerskiej  albo  kabiny  pilotów,  nie  był  pewien  skąd.  Coś  spadło  z  blatu  w  przednim
przedziale.

Zapiął pas.
Z blatu spadła butelka, po drugiej stronie przejścia, i patrzył, jak turla się w tę i we w tę,

butelka po wodzie, pusta, zakreślając łuk w jedną stronę, tocząc się z powrotem, a później
patrzył,  jak  wiruje  coraz  szybciej  i  ślizga  się  po  podłodze,  na  sekundę  przed  tym,  gdy
samolot uderzył w wieżę, gorąco, potem ropa, potem ogień i podmuch przetoczył się przez
budynek,  wyrzucając  Keitha  Neudeckera  z  fotela  na  ścianę.  Wpadł  na  ścianę  i  to  poczuł.
Telefon  upuścił  dopiero  wtedy,  gdy  grzmotnął  w  twardą  powierzchnię.  Podłoga
wyślizgnęła mu się spod nóg, stracił równowagę i osunął się przy ścianie na wykładzinę.

Zobaczył, jak fotel podskakuje w zwolnionym tempie po korytarzu. Wydawało mu się, że

widzi,  jak  sufit  zaczyna  falować,  unosić  się  i  falować.  Zakrył  głowę  rękoma  i  siedział  z
podkulonymi nogami, twarz wciśnięta między kolana. Był świadom szybkiego ruchu i tego,
że  inne  rzeczy,  mniejsze,  niewidoczne,  suną  i  wpadają  w  poślizg,  i  te  dźwięki,  które  nie
były  tym  albo  tamtym,  ale  samym  dźwiękiem,  przetasowaniem  w  fundamentalnym
rozkładzie części i elementów.

Ruch  najpierw  był  niżej,  potem  wokół,  masywny,  coś  niewyobrażalnego.  Wieża  się

przechylała.  Teraz  to  zrozumiał.  Zaczęła  się  mocno  przekrzywiać  w  lewo,  a  on  podniósł
głowę.  Wysunął  głowę  spomiędzy  kolan  i  zaczął  nasłuchiwać.  Usiłował  siedzieć
całkowicie  nieruchomo,  usiłował  oddychać  i  słuchać.  Wydawało  mu  się,  że  w  pierwszej
fali bladego dymu i kurzu, za drzwiami do biura, zobaczył mężczyznę na kolanach, postać
w  głębokim  skupieniu,  głowa  uniesiona,  marynarka  w  połowie  ściągnięta,  zwisająca  z
jednego ramienia.

Po  pewnym  czasie  poczuł,  że  wieża  przestaje  się  przechylać.  Niekończące  się  i

background image

nieprawdopodobne, takie się wydawało, siedział i słuchał, i po chwili wieża zaczęła się z
powrotem  wyprostowywać.  Nie  wiedział,  gdzie  jest  telefon,  ale  słyszał  głos  z  drugiego
końca linii, ciągle gdzieś tam. Zobaczył, że sufit faluje. Wszędzie było czuć jakiś znajomy
smród, ale nie miał pojęcia, co to jest.

Kiedy wieża wreszcie powróciła do pozycji pionowej, dźwignął się z podłogi i ruszył

do  drzwi.  Sufit  na  drugim  końcu  korytarza  jęknął  i  się  rozstąpił.  Słychać  było  napór,  a
potem  się  rozstąpił,  zaczęły  spadać  przedmioty,  panele  i  płyty  gipsowe.  Pył  wypełnił
pomieszczenie, w korytarzu rozbrzmiały głosy. Wszystko umykało mu w tej samej chwili,
gdy się działo. Czuł, że wszystko jednocześnie pojawia się i znika.

Mężczyzna  wciąż  tam  był,  klęczał  w  drzwiach  biura  naprzeciwko,  myśląc  o  czymś  z

wytężeniem,  krew  ukazująca  się  spod  koszuli.  Był  klientem  albo  radcą  prawnym,  Keith
znał  go  trochę  i  teraz  popatrzyli  na  siebie.  Zagadka,  co  znaczyło  to  spojrzenie.  Ludzie
wołali w korytarzu. Zdjął marynarkę z drzwi. Sięgnął za drzwi i zdjął marynarkę z haczyka,
nie wiedząc, dlaczego to robi, ale nie czując się głupio z tego powodu, zapominając o tym,
by poczuć się głupio.

Ruszył  na  korytarz,  wkładając  marynarkę.  Ludzie  sunęli  do  wyjścia,  w  przeciwnym

kierunku,  poruszali  się,  kasłali,  pomagali  sobie  nawzajem.  Stąpali  przez  gruz,  twarze
ukazujące  czysty  pośpiech.  Z  każdej  wyzierała  świadomość,  dystans  do  pokonania,  żeby
znaleźć się na parterze. Odezwali się do niego, jeden albo dwóch, a on kiwnął głową lub
nie.  Mówili  i  patrzyli.  On  był  tym  facetem,  który  uważa,  że  wymagana  jest  marynarka,
facetem, który idzie w złą stronę.

Ten  odór  to  była  ropa,  teraz  to  rozpoznał,  przeciekająca  z  wyższych  pięter.  Dotarł  do

gabinetu  Rumseya,  na  końcu  korytarza.  Musiał  się  wedrzeć  do  środka.  Przełazi  przez
krzesła, rozsypane książki i szafkę kartotekową, leżącą na boku. Zobaczył nagą konstrukcję
ścian,  kratownicę  w  miejscu,  gdzie  wcześniej  był  sufit.  W  ręku  Rumseya  tkwił  rozbity
kubek. On nadal trzymał kawałek, palec w porcelanowym uchu.

Tyle  że  nie  wyglądał  jak  Rumsey.  Siedział  w  swoim  fotelu,  z  głową  przekrzywioną  na

bok. Został uderzony przez coś wielkiego i twardego, kiedy sufit się załamał, a może nawet
wcześniej,  podczas  pierwszego  wstrząsu.  Twarz  miał  wciśniętą  w  ramię,  trochę  krwi,
niedużo.

Keith odezwał się do niego.
Przykucnął obok i wziął go za rękę, spojrzał i przemówił. Coś zaczęło kapać z kącika ust

Rumseya,  jakby  żółć.  Jak  wygląda  żółć?  Zobaczył  ślad  na  jego  głowie,  wgniecenie,
wklęsłość, głęboką, odsłaniającą surową tkankę i włókna nerwowe.

Gabinet  był  mały  i  prowizoryczny,  boks  wciśnięty  w  kąt,  z  ograniczonym  widokiem

porannego nieba. Poczuł zmarłych w pobliżu. Zwietrzył ich, w wiszących kłębach kurzu.

Patrzył,  jak  Rumsey  oddycha.  Oddychał.  Wyglądał  jak  ktoś  sparaliżowany  przez  całe

życie, jakby się taki urodził, głowa wprasowana w ramię, żyjący w fotelu dzień i noc.

Gdzieś  w  górze  był  pożar,  płonęła  ropa,  z  szybu  wentylacyjnego  buchał  dym,  a  potem

dym za oknem, pełzający po ścianie budynku.

background image

Wyprostował Rumseyowi palec wskazujący i wyjął z ręki rozbity kubek.
Wstał i spojrzał na niego. Odezwał się. Powiedział, że nie może go wytoczyć w fotelu na

zewnątrz, czy są kółka, czy nie, bo wszędzie jest gruz, mówił szybko, gruz blokuje drzwi i
korytarz, mówił szybko, żeby w ten sam sposób myśleć.

Rzeczy  zaczęły  spadać,  jedna,  potem  druga,  najpierw  pojedynczo,  sypały  się  przez

wyrwę  w  suficie,  i  spróbował  podnieść  Rumseya  z  fotela.  Potem  coś  na  zewnątrz,
przeleciało  za  oknem.  Przemknęło  za  oknem  i  wtedy  to  zobaczył.  Najpierw  przeleciało  i
już, a dopiero wtedy zobaczył i aż zastygł na chwilę, i patrzył, na nic, trzymając Rumseya
pod pachy.

Ciągle  to  widział,  nie  mógł  przestać,  w  odległości  sześciu  metrów,  przebłysk  czegoś,

bokiem,  przepłynęło  za  oknem,  biała  koszula,  ręka  w  górze,  spadała,  i  dopiero  potem  to
zobaczył.  Gruz  sypał  się  teraz  zbitymi  kawałkami.  Po  piętrach  odbijało  się  echo,  druty
chłostały  go  w  twarz  i  wszędzie  biały  pył.  Stał  w  środku  tego  wszystkiego,  trzymając
Rumseya. Szklana przegroda trzasnęła. Coś spadło i rozległ się huk, a potem szkło zadrżało
i pękło, rozstąpiła się ściana z tyłu.

Dopiero po chwili przecisnął się do wyjścia. W twarzy czuł sto punktowych ogników i

coraz  trudniej  było  oddychać.  W  dymie  i  pyle  odnalazł  Rumseya,  który  leżał  twarzą  w
gruzie i krwawił obficie. Spróbował go podnieść i odwrócić, czując, że nie może używać
lewej ręki, udało mu się jednak przekręcić go na bok.

Chciał  wziąć  Rumseya  na  plecy;  lewym  przedramieniem  podpierając  mu  tułów,  prawą

ręką chwycił go za pasek, żeby zaczepić i go podnieść.

Zaczął  go  ciągnąć  do  góry,  twarz  ciepła  od  krwi  na  koszuli  Rumseya,  krew  i  pył.  Ten

podskoczył  w  jego  rękach.  Z  gardła  wydobył  się  dźwięk,  nagły,  pół  sekundy,  na  poły
westchnienie,  a  potem  krew  skądś,  płynęła,  i  Keith  się  odwrócił,  nadal  trzymając  go  za
pasek.  Czekał,  próbując  oddychać.  Spojrzał  na  Rumseya,  który  się  osuwał,  tułów
zwiotczały, twarz jakby nie jego. Całe bycie Rumseyem nagle się rozpadło. Keith trzymał
mocno za sprzączkę od paska. Stał i patrzył na niego, a tamten otworzył oczy i umarł.

Wtedy zaczął się zastanawiać, co się tutaj dzieje.

Papier fruwał po korytarzu, łopocząc na wietrze, który nawiewał z góry.

Byli zabici, ledwo widoczni, w biurach po obu stronach.
Przelazł przez zwaloną ścianę i powoli brnął w kierunku głosów.
Na klatce schodowej, prawie w ciemnościach, kobieta niosła mały trójkołowy rowerek,

przyciskając go mocno do piersi, to dla jej trzylatka, kierownica obejmująca żebra.

Szli na dół, tysiące, a on był tam razem z nimi. Kroczył w długim śnie, jedna noga, druga.
Gdzieś płynęła woda i głosy dobiegały z dziwnej oddali, z innej klatki schodowej albo

od wind, gdzieś tam w mroku.

Było gorąco i tłoczno, a ból w twarzy zdawał się ściskać mu głowę. Pomyślał, że jego

oczy i usta wtapiają się w skórę.

background image

Zaczęły  powracać  w  formie  mglistych  wizji,  jakby  patrzył  połową  oka.  To  były  te

chwile,  które  mu  umknęły  w  tej  samej  sekundzie,  gdy  się  działy,  i  musiał  się  zatrzymać,
żeby przestać to widzieć. Stanął i nie patrzył na nic. Kobieta z rowerkiem, obok, odezwała
się, mijając go.

Poczuł posępną woń czegoś i zrozumiał, że to on sam, rzeczy lepiące się do jego skóry,

cząsteczki pyłu, dym, jakiś tłusty grysik na twarzy i rękach, mieszający się z wydzielinami
ciała, jak maź, z krwią, śliną i zimnym potem, to swoją woń czuł, i Rumseya.

Wielkość tego, zwykły fizyczny wymiar, zobaczył siebie w tym wszystkim, masa i skala,

i jak się chwiało, ten powolny i upiorny przechył.

Ktoś wziął go za ramię i poprowadził przez parę metrów, a dalej szedł już o własnych

siłach, we własnym śnie, i na moment znów to zobaczył, za oknem, i tym razem pomyślał,
że to Rumsey. Pomylił to z Rumseyem, mężczyzna spadający bokiem, ręce w górze, jakby
wskazujące, jakby dlaczego jestem tutaj, a nie tam.

Czasem  musieli  przystawać  i  czekać,  długie  przeciągające  się  chwile,  i  wtedy  patrzył

wprost przed siebie. Kiedy szereg znowu ruszał, robił jeden krok, potem drugi. Mówili do
niego  kilka  razy,  różni  ludzie,  a  gdy  to  się  działo,  zamykał  oczy,  może  dlatego,  że  to
znaczyło, że nie musi odpowiadać.

Z  przodu  na  półpiętrze  był  mężczyzna,  stary,  niepozorny,  siedział  w  cieniu,  z

podkulonymi nogami, odpoczywając. Jacyś ludzie się odezwali, a on kiwnął głową, że tak,
ruchem głowy każąc im iść dalej.

Obok leżał kobiecy but, podeszwą do góry. I przewrócona teczka; mężczyzna musiał się

pochylić, żeby jej dosięgnąć. Wyciągnął rękę i z wysiłkiem pchnął teczkę w stronę szeregu
nadchodzących ludzi.

– Nie wiem, co mam z tym zrobić – powiedział. – Upadła i ją zostawiła.
Ludzie  tego  nie  słyszeli  albo  nie  przyswajali,  albo  nie  chcieli,  i  szli  dalej,  Keith  też,

szereg powoli docierał do jakiegoś miejsca ze światłem.

Wcale  nie  wydawało  mu  się,  że  to  trwa  wiecznie,  to  schodzenie  na  parter.  Nie  miał

poczucia  tempa  ani  czasu.  Na  schodach  jarzyła  się  smuga  poświaty,  której  wcześniej  nie
zauważył, a z tyłu, w szeregu, ktoś się modlił, po hiszpańsku.

Z dołu nadszedł mężczyzna, szybkim krokiem, w kasku, i ludzie zrobili miejsce, a potem

pojawili się strażacy, w pełnym rynsztunku, i znów zrobiono miejsce.

Rumsey to człowiek w fotelu. Teraz to rozumiał. Posadził go z powrotem, a oni znajdą

go i zabiorą na dół, innych też.

Z  tyłu  dobiegały  głosy,  na  schodach,  jeden,  potem  drugi,  prawie  echo,  głosy  z  fugi,

śpiewne głosy w rytmie naturalnej mowy.

To idzie na dół.
To idzie na dół.
Proszę podać na dół.
Znowu przystanął, drugi albo trzeci raz, a ludzie przepychali się obok, patrzyli na niego,

mówili,  by  szedł.  Kobieta  wzięła  go  za  ramię,  żeby  pomóc,  ale  się  nie  poruszył,  więc

background image

poszła dalej.

Proszę podać na dół.
To idzie na dół.
To idzie na dół.
Teczka dotarła na dół po schodach, z ręki do ręki, ktoś to zostawił, ktoś zgubił, to trzeba

zabrać,  a  on  stał  i  patrzył  wprost  przed  siebie,  a  kiedy  przywędrowała  do  niego,  sięgnął
prawą dłonią do lewego boku, żeby ją wziąć, machinalnie, a potem znów ruszył schodami.

Były chwile długiego czekania i inne, krótsze, i wreszcie dobrnęli na poziom hali, pod

placem, i szli obok pustych sklepów, pozamykanych, teraz już biegli, niektórzy, a skądś lała
się woda. Wyłonili się na ulicy, oglądając się za siebie, obie wieże w ogniu, i zaraz potem
usłyszeli  wysoki  dudniący  grzmot  i  zobaczyli  dym  tłoczący  się  ze  szczytu  jednej  z  wież,
buchający, w dół, metodycznie, piętro po piętrze, i padła, południowa wieża zanurkowała
w dym, i znowu biegli.

Podmuch rzucił ludzi na ziemię. Cumulus dymu i popiołu spadł w ich kierunku. Światło

wyciekło, biały dzień znikł. Biegli i padali, próbowali wstawać, mężczyźni z ręcznikami na
głowach, kobieta oślepiona pyłem, druga wołająca kogoś. Pozostały tylko szczątki światła,
światło tego, co przychodzi potem, niesione w osadzie strzaskanej materii, w spopielonych
ruinach różnorodności i człowieczeństwa, unoszące się w powietrzu.

Zrobił krok, potem drugi, w przetaczającym się po nim dymie. Pod stopami poczuł gruz, i

wszędzie był ruch, biegnący ludzie, rzeczy przemykające. Minął szyld Easy Park, Breakfast
Special  i  Three  Suits  Cheap,  a  oni  przebiegali  obok,  gubiąc  buty  i  pieniądze.  Zobaczył
kobietę z ręką wyrzuconą do góry, jakby pędziła za odjeżdżającym autobusem.

Minął  rząd  wozów  strażackich;  stały  puste,  błyskając  reflektorami.  Nie  potrafił  się

odnaleźć w tym, co widział i słyszał. Przemknęło dwóch mężczyzn z noszami, ktoś leżał na
brzuchu, z włosów i ubrania sączył się dym. Patrzył, jak wbiegają w zdruzgotaną dal. Tam
właśnie  wszystko  się  znajdowało,  dokoła,  odpadało,  szyldy,  ludzie,  rzeczy,  których  nie
potrafił nazwać.

I  wtedy  zobaczył  koszulę  sfruwającą  z  nieba.  Szedł  i  zobaczył,  że  spada,  machając

rękoma jak nic z tego świata.

background image

Spis treści

Część pierwsza. BILL LAWTON

1
2
3
4
5
PRZY MARIENSTRASSE

Część druga. ERNST HECHINGER

6
7
8
9
W NOKOMIS

Część trzecia. DAVID JANIAK

10
11
12
13
14
W KORYTARZU HUDSONU

Przypisy


Document Outline