background image

 

background image

JERZY SZUMSKI 

 

PAN SAMOCHODZIK I... 

 

FLORENY Z ZALEWA 

  

 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 

kur-rk@o2.pl 

background image

 

SPIS TREŚCI 

ROZDZIAŁ PIERWSZY ............................................................................................5 

ROZDZIAŁ DRUGI..................................................................................................14 

ROZDZIAŁ TRZECI ................................................................................................22 

ROZDZIAŁ CZWARTY...........................................................................................27 

ROZDZIAŁ PIĄTY...................................................................................................36 

ROZDZIAŁ SZÓSTY ...............................................................................................45 

ROZDZIAŁ SIÓDMY...............................................................................................52 

ROZDZIAŁ ÓSMY ...................................................................................................60 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY ........................................................................................67 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY..........................................................................................76 

ROZDZIAŁ JEDENASTY........................................................................................87 

ROZDZIAŁ DWUNASTY........................................................................................97 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY.....................................................................................109 

ROZDZIAŁ CZTERNASTY ..................................................................................117 

ZAKOŃCZENIE .....................................................................................................125 

background image

 

Zbyszku, Drogi, 

piszę  do  Ciebie  z  tej  Strony  Świata,  którą  opuściłeś  na  niedługą  chwilę.  Bo  taką  jest 

prawda, 

Ŝ

niedługo 

wszyscy 

się 

spotkamy. 

Nie 

martw 

się.  

W Naszym Świecie wszystko dzieje się nadal tak, jak byś tego pragnął. Dziki buchtują w 
oparzeliskach,  a  Robin  i  Don  oszczekują  zajęcze  tropy  na  naszych  ścieŜkach.  Wiatry 
Jezioraka nadal sprzyjają odwaŜnym Ŝeglarzom. 

Pan  Tomasz  juŜ  znalazł  spokój  po  tym,  jak  ratując  dzieciom  Ŝycie  stracił  swój 

Samochodzik. Jest pana Tomasza następca, którego nie waham się nazwać jego uczniem: 
Paweł Daniec i jego niepokonany jeep Rosynant. Nie Ŝyje juŜ najgroźniejszy przeciwnik 
pana  Tomasza  Waldemar  Batura,  ale  berło  po  nim  przejął  jego  syn,  Jerzy,  bardziej 
niebezpieczny od swego ojca. 

Nim jednak nie martw się, Zbyszku, bo jak słońce rzuca cień, tak i Pan Samochodzik 

ma  swego  przeciwnika,  z  którym  musi  się  zmagać,  wciąŜ  licząc  się  z  moŜliwością 
poraŜki. 

Czuwaj,  Zbyszku,  z  Odległych  Stron  nad  działaniami  tych,  których  Twój  pisarski 

talent pomógł walczyć po stronie Dobra. Niech wytrwają i zwycięŜają! 

Na złe i dobre i Ty bądź z nimi! 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Jerzy Szumski 

Olsztyn, 2 listopada 1999 roku 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

FLOREN I KUSA MARYNARECZKA * UCIECZKA KLIENTA * O RODZAJACH 

FLORENÓW * AUTOSTOPOWICZ * ŚLEDZĘ BIAŁEGO MERCEDESA * 

RAPORTÓWKA NA SZOSIE * DNI TARGOWE W ZALEWIE * HOTEL “ANDERS” W 

STARYCH JABŁONKACH 

 

- Ile to jest warte? 
W  głosie  chełpliwość  ginęła  pod  niepewnością  i  lekiem.  Złota  moneta  zatoczyła  po 

szkle krzywe koło i znieruchomiała przykryta spoconą dłonią. 

W odpowiedzi antykwariusz lekko wzruszył ramionami. 
- Musiałbym obejrzeć monetę... 
- AleŜ proszę, proszę! 
Chudy męŜczyzna o ptasich rysach twarzy, ubrany w kusą marynareczkę, podkoszulek, 

sprane dŜinsy i tenisówki, nerwowo popchnął monetę, a gdy juŜ prawie spadała z lady, 
skoczył za nią. 

- Przepraszam pana! 
- Nie szkodzi. 
Właściciel sklepu sięgnął po lupę i oglądał monetę przez dłuŜszą chwilę. 
- Musiałbym się jeszcze jej przyjrzeć dokładnie, ale sądzę, Ŝe ten floren wart jest około 

tysiąca złotych. 

- Floren?! 
Z większym zaciekawieniem spojrzałem przez szczelinę w kotarze. 
Drobny klient potarł nerwowo brodę. 
- A czy... Czy gdzie indziej dostałbym?... 
Antykwariusz ponownie wzruszył ramionami. 
- To niech pan idzie gdzie indziej. Choć wątpię, czy uda się panu dostać lepszą cenę. 
-  AleŜ  nie!  -  męŜczyzna  w  marynareczce  zamachał  rękoma.  -  Ja  tylko...  Chciałem... 

Ufam panu. I mam tu jeszcze więcej florenów! 

- Ma pan więcej florenów? - antykwariusz oŜywił się. - Proszę, niech pan pokaŜe... 
Przybysz juŜ sięgał po raportówkę. 
- Przepraszam, czy pan jest moŜe z Zalewa? - spytał od niechcenia właściciel sklepu. 
Reakcja przybyłego była na tyle gwałtowna, co dziwna: chwycił raportówkę i skoczył 

do drzwi. 

-  AleŜ  co  pan?!  -  zawołał  zaskoczony  antykwariusz.  -  Niech  pan  zaczeka!  Nie  ma 

powodu... Pański floren! 

W  odpowiedzi  tylko  drzwi  trzasnęły,  aŜ  zadygotały  szyby.  Przez  wystawowe  okno 

widać było właściciela florenów, jak biegnie, rozpychając się chudymi ramionami, przez 
tłum na Długim Targu. 

Numizmatyk  pokręcił  głową  i  podrzucając  floren  w  ręku  wszedł  na  zaplecze,  gdzie 

oczekiwałem na niego. 

- I co o tym sądzisz, Pawle? - spytał siadając w fotelu i sięgając do lodówki po dzbanek 

z  mroŜoną  herbatą.  Upał  tego  lipcowego  dnia  dawał  się  we  znaki  nawet  we  wnętrzu 
gdańskiej  kamieniczki.  Byłem  w  gościnie  u  Andrzeja  Moździerza,  mego  przyjaciela  i 
znanego “Numizmatyka, właściciela sklepu numizmatycznego “Dukat”. 

Pociągnąłem długi orzeźwiający łyk. 
-  Widzisz,  Andrzeju,  znana  mi  jest,  choć  przyznam,  Ŝe  powierzchownie,  historia 

florenów z Zalewa, ale sądziłem, Ŝe ta sprawa naleŜy juŜ do numizmatycznej przeszłości. 

background image

 

Tymczasem okazuje się, Ŝe nadal ktoś wykopuje w Zalewie floreny! Szkoda tylko, Ŝe ten 
gość  okazał  się  taki  nerwowy,  chociaŜ  wątpię,  Ŝeby  naprawdę  zechciał  nas 
poinformować, gdzie znalazł swoje skarby... 

Andrzej skinął potakująco głową. 
-  Historia  zalewskiego  skarbu  nie  jest  jeszcze  zakończona.  Pamiętam,  jak  do 

ś

rodowiska  numizmatycznego  zaczęły  napływać  pierwsze  wiadomości  o  odkryciu.  Był 

to bodaj rok 1991. Na monety natrafiono podczas stawiania garaŜy w Zalewie (ówczesne 
województwo  olsztyńskie)  przy  ulicy  śeromskiego,  na  łagodnym  stoku  powstałym  po 
zsypaniu gruzów z wyŜej połoŜonego terenu przeznaczonego pod budowę bloków. Teren 
ten  znajdował  się  od  początku  w  obrębie  starego  miasta  i  był  stale  zabudowywany. 
Zapewne do wyjątków w jego historii naleŜy okres po drugiej wojnie światowej, kiedy to 
ruiny  przez  ćwierćwiecze  czekały  na  uprzątnięcie.  To  wraz  z  ich  gruzami  skarb 
najprawdopodobniej  został  przeniesiony  na  wysypisko  i  rozsypmy  na  długości  300 
metrów. Tu takŜe amatorzy, poszukiwacze skarbów znaleźli około stu monet, ale skarb z 
pewnością  zawierał  ich  o  wiele  więcej.  Profesjonalne  badania  archeologiczne 
prowadzone w tym miejscu nie dały rezultatów. 

- Cały skarb zalewski to floreny? 
- Innych monet nie zgłoszono. Na przykład w posiadaniu Muzeum Warmii i Mazur w 

Olsztynie  znajduje  się  39  florenów.  Większość  została  wybita  w  mennicy  florenckiej. 
Kilka  naśladuje  tę  mennicę,  a  trzy  naleŜą  do  emisji  z  południa  Francji,  z  Delfinatu 
Viennois. 

- Wszystko to monety czternastowieczne? 
-  Tak.  Z  pierwszej  połowy  tego  wieku.  Najmłodsze  datowane  floreny  pochodzą  z  lat 

1332 i 1333. 

Przyjrzał się przyniesionemu przez męŜczyznę florenowi. 
- Ten jest nieco wcześniejszy. Datowałbym go na koniec XIII wieku. 
Schyliłem  głowę,  uznając  kompetencje  gospodarza,  i  sięgnąłem  po  monetę.  Miała 

ś

rednicę  około  20  milimetrów.  Na  awersie  widniał  stylizowany  kwiat  lilii,  w  otoku 

napis: + FLOR - ENTIA. Rewers zdobiła postać patrona miasta Florencji, świętego Jana 
Chrzciciela, otoczona napisem: + IOHA - NNES, oraz znak mennicy listek koniczyny. 

-  Piękny  skarb.  Ciekawe,  skąd  się  znalazł  w  takiej  mieścinie  jak  Zalewo?  Całe  to 

miasto  moŜna  było  za  niego  wykupić.  Porządna  kamienica  kosztowała  wówczas  4,5 
florena! 

Andrzej zaśmiał się: 
-  Nie  było  Zalewo  wtedy  taką  mieściną  jak  teraz!  Od  1305  roku  posiadało  juŜ  prawa 

miejskie. 

-  Tak,  wiem.  W  1334  roku  Zalewo  uzyskało  pełne  przywileje  miejskie  na  prawie 

chełmińskim.  Jednak  ponad  100  florenów  to  znaczna  suma,  Ŝeby  nie  powiedzieć 
ogromna, w skali takiego miasta. 

-  Prawdopodobne  jest,  Ŝe  stanowiła  część,  o  ile  nic  całość,  kolejnego  świętopietrza, 

czyli  daniny  kościelnej  przeznaczonej  na  utrzymanie  Watykanu.  Ten  “grosz  świętego 
Piotra”  mógłby  pochodzić  z  wzniesionego  w  Zalewie  w  1480  roku  klasztoru 
franciszkanów. 

Pokręciłem przecząco głową. 
- Nie bardzo mi to pasuje. Nie ma w skarbie monety starszej niŜ z roku 1332, a klasztor 

wzniesiono, jak sam powiadasz, półtora wieku później! 

background image

 

Andrzej rozłoŜył ręce. 
-  MoŜe  to  przypadek,  Ŝe  wśród  monet,  które  trafiły  do  Muzeum  Warmii  i  Mazur  nie 

ma nowszej? 

Pstryknąłem we floren. 
-  Nie  wierzę  w  takie  przypadki.  Szkoda  tylko,  Ŝe  nigdy  nie  dojdziemy,  kto  był 

właścicielem zalewskiego skarbu, dlaczego go ukrył, a takŜe dlaczego do niego juŜ nie 
wrócił. 

Gospodarz popatrzył na mnie spod oka. 
-  Tak  więc  nie  zajmiesz  się  florenami?  śałuję.  Myślałem,  Ŝe  z  otwarciem  przez 

jegomościa  w  kusej  marynareczce  nowego  rozdziału  w  dziejach  zalewskiego  skarbu 
znajdziesz w nich coś ciekawego i dla siebie... ale cóŜ! 

Parsknąłem śmiechem. 
Wygrałeś! Spróbuję znaleźć coś ciekawego w nowej historii florenów, jak to szumnie 

określiłeś. Na razie postaram się odszukać gościa w kusym przyodziewku. 

- Pojedziesz do Zalewa? 
-  Nie  tak  od  razu.  Nie  chciałbym  tam  dotrzeć  przed  naszym  klientem.  Za  jakieś  trzy 

godziny spróbuję rozejrzeć się za nim na szosie warszawskiej. MoŜe będę miał szczęście 
i natknę się na niego, kiedy będzie szukał okazji powrotu do domu stopem? 

- A skąd te trzy godziny? 
-  Tyle  czasu  wyznaczam  gościowi  na  ochłonięcie  ze  zdenerwowania  wywołanego 

twym  pytaniem,  no  i  na  rozejrzenie  się  po  innych  antykwariatach  i  sklepach 
numizmatycznych, bo sądzę, Ŝe skoro juŜ przyjechał do Gdańska ze swym skarbem, to 
chyba tylko po to, Ŝeby jak najszybciej wymienić go na szeleszczące papierki... 

- I na alkohol - wtrącił gospodarz. - Bo do niego, sądząc po drŜeniu rąk i zabarwieniu 

nosa, ma największe zamiłowanie! 

Zmartwiłem się. 
- To byłoby najgorsze zakończenie tej sprawy. Facet moŜe pójść i tango juŜ tutaj... Ale 

jest nadzieja, Ŝe swój wyjazd potraktował powaŜnie. 

- A co ma mu przeszkodzić w powaŜnym upiciu się? 
- Widziałeś, jak przytulał raportówkę? Sądzę, Ŝe ma w torbie jeszcze sporo florenów. 

Po co by ją taskał ze sobą? 

- MoŜe z przyzwyczajenia? 
Zaśmiałem się z Ŝartu Andrzeja, ale planów swoich nie zmieniłem. Tamtego dnia i tak 

miałem  wyjechać  z  Gdańska.  Właśnie  szosą  warszawską,  tyle  Ŝe  nie  do  stolicy,  a  do 
miejscowości  wypoczynkowej  Stare  Jabłonki  połoŜonej  malowniczo  nad  jeziorem 
Szeląg Mały opodal Ostródy, gdzie czekał na mnie zarezerwowany pokój w gościnnym 
hotelu  “Anders”  Wandy  i  Andrzeja  Dowgiałło.  W  bagaŜniku  wiozłem  pisma  opata 
Bohdana  ze  Szczepkowa,  chluby  polskiego  Odrodzenia,  nad  którymi  chciałem 
popracować tropiąc skarb z Wiśnicza. Miałem wiec spędzić w Starych Jabłonkach kilka 
dni  nieco  pracując,  ale  więcej  leniuchując.  Jeśli  w  paradę  moim  szczytnym 
zamierzeniom wchodził skarb z Zalewa, nie miałem nic przeciwko temu, aby poświęcić 
mu dzień czy dwa tym bardziej, Ŝe skarb z Wiśnicza krył się za mgiełką niewiadomego, 
a floren z Zalewa leŜał przede mną! 

Jak  postanowiłem,  tak  zrobiłem.  Około  pół  do  trzeciej  po  południu  wyjeŜdŜałem  z 

Gdańska  szosą  warszawską.  Przyznam,  Ŝe  po  przejechaniu  niewielkiego  odcinka 
zwątpiłem  w  powodzenie  mej  misji  tropicielskiej.  Na  szosie  ruch  panował  ogromny. 

background image

 

Choć  jechałem  najwolniej,  czyli  czterdziestką,  nie  miałem  moŜliwości  skupienia  się  na 
stojących  na  poboczu  autostopowiczach  i  dojrzenia  pośród  nich  interesującego  mnie 
męŜczyzny z Zalewa. 

Jednak  cierpliwi  będą  wynagrodzeni!  Zobaczyłem  wreszcie  na  poboczu  człowieka  w 

szarej  kusej  marynarce,  z  przewieszoną  przez  ramię  raportówką!  Zwolniłem  jeszcze 
bardziej i zachęcająco zjechałem do krawęŜnika, ale Rosynant nie wiedzieć dlaczego nie 
spodobał  się  męŜczyźnie,  nie  wywołując  u  niego  tak  oczekiwanej  przeze  mnie  reakcji, 
czyli machania ręką. Przejechałem obok stojącego obojętnie i właśnie zastanawiałem się 
rozpaczliwie co robić, gdy w lusterku wstecznym dostrzegłem, Ŝe mój klient oŜywia się i 
podnosi  rękę.  Na  ten  znak  z  szeregu  przejeŜdŜających  aut  wysunął  się  biały  mercedes 
najnowszego  modelu  i  uprzejmie  zwolnił,  zatrzymując  się  przed  machającym  dłonią. 
Otworzyły  się  tylne  drzwiczki  i  Kusa  Marynareczka  znikł  w  tajemniczym  wnętrzu  za 
przyciemnionymi szybami auta. Samochód ruszył od razu ostro przyśpieszając. JuŜ mnie 
wyprzedał.  Dodałem  gazu,  aby  go  nie  zgubić,  zafrapowany  tym  co  widziałem. 
Eleganckie  limuzyny  nie  mają  raczej  w  zwyczaju  zatrzymywania  się  na  Ŝyczenie  byle 
autostopowicza,  jakim  był  Kusa  Marynareczka.  Nie  było  teŜ  zwyczajowego  w  takich 
wypadkach  pytania  o  cel  podróŜy.  Zupełnie  jakby  mercedes  był  umówiony  z  Kusym 
MoŜe  naprawdę  jechał  nim  jakiś  znajomy  mego  bohatera?  MoŜe.  Ale  właściciel 
florenów  naprawdę  nie  wyglądał  na  posiadającego  szerokie  znajomości  w  świecie 
drogich samochodów! 

No,  ale  nic!  Zastanawiać  się  nad  tym  rzadkim  w  dziejach  autostopu  wydarzeniem 

będziemy potem! Trzeba jechać. I to jechać szybko, o ile nie chce się zgubić merca. Ten 
bowiem pruł równo dwieście. Tak więc i ja musiałem jechać tyle samo. Co największą 
przyjemność sprawiało Rosynantowi, o czym dawał znać cichutkim mruczeniem silnika. 

-  Jak  się  nie  wpakujemy  w  jakąś  kraksę,  to  skończymy  przynajmniej  mandatem!  - 

odmruknąłem w odpowiedzi na radość wiernego wozu. 

ZbliŜaliśmy się do obwodnicy nowodworskiej, gdy jadąc po łuku zobaczyłem, Ŝe jedno 

z okienek bocznych białego mercedesa otworzyło się i wypadł przez nie jakiś przedmiot. 
Wirując  w  prądzie  powietrza  wzleciał  w  górę  i  spadł  na  szosę,  wprost  pod  koła 
Rosynanta.  Spodziewając  się  nie  wiedzieć  czemu  zamachu  na  moją  skromną  osobę, 
mocniej  uchwyciłem  kierownicę  i  w  tejŜe  chwili  zwolniłem  uchwyt,  rozpoznając  w 
wyrzuconym z mercedesa przedmiocie raportówkę Kusej Marynareczki... 

Rzut oka na śledzone auto... 
Szyba juŜ podniosła się i merc spokojnie jechał dalej. Tak więc wyrzucenie raportówki 

dokonało  się  za  zgodą  prowadzącego  wóz  i  zapewne  jego  kumpli,  którzy  siedzieli  w 
ś

rodku.  MoŜliwość,  by  raportówkę  wyrzucił  sam  Kusy  z  nadmiaru  radości  po 

dokonanych  transakcjach  numizmatycznych,  odrzuciłem  po  krótkim  wahaniu  jako 
nieprawdopodobną. 

Nasuwało to niemiłe przypuszczenie, czy aby właściciele mercedesa nie zechcą w ten 

sam sposób potraktować autostopowicza, jak postąpili z jego bagaŜem! 

Odruchowo, jakbym w ten sposób mógł pomóc Kusemu, przyspieszyłem zbliŜając się 

do mercedesa. Do kogo mógł naleŜeć śledzony samochód i dlaczego tak potraktowano w 
nim  Marynareczkę?  Jeszcze  raz  spojrzałem  na  numer  rejestracyjny  mercedesa.  Tyle  mi 
ta  obserwacja  dała,  Ŝe  utwierdziłem  się  w  przekonaniu,  iŜ  samochód  zarejestrowano  w 
województwie  olsztyńskim  (obecnie  warmińsko-mazurskim).  Mógł  jechać  do  Zalewa. 

background image

 

Tak czy inaczej postanowiłem jechać za nim do momentu, gdy zobaczę wysiadającego z 
niego o własnych siłach Kusego. 

“Paweł  -  pomyślałem  -  a  co  zrobisz,  gdy  pośród  wysiadających  z  merca  nie  będzie 

Kusej  Marynareczki?  Co  wymyślisz,  gdy  merc  skręci  w  jakąś  polną  czy  leśną  drogę? 
Lepiej zostań trochę z tyłu, bo prowadzący mercedesa zainteresuje się wreszcie, co to za 
jeep siedzi mu uparcie na ogonie!” 

Ale  zostając  z  tyłu  mógłbym  przegapić  moment,  w  którym  tamci  będą  zjeŜdŜać  z 

szosy. 

Zaśmiałem się do swego odbicia w lusterku wstecznym. 
“NajwyŜej  się  okaŜe,  Ŝe  Marynareczka  spotkał  znajomków  z  Zalewa.  A  raportówka 

wylądowała na szosie dla głupiego Ŝartu...” 

Coś groziło Kusemu, a ja nie wiedziałam, co ani jak temu zapobiec. 
Na razie mercedes jechał nie budząc nowy podejrzeń. Spokojnie, choć szybko. A ja juŜ 

zdąŜyłem  sam  siebie  przekonać  do  tego,  Ŝeby,  jak  tylko  merc  zwolni,  wyprzedzić  go, 
zajechać mu drogę i zmusić do zatrzymania. Dalej miałem symulować awarię Rosynanta 
i  prosić  zatrzymanych  o  pomoc,  a  przy  okazji  zajrzeć  do  merca  i  przekonać  się,  co  z 
Marynareczką. 

Piękne to były plany, choć przyznam, Ŝe nieco fantazyjne. Ale na ich snuciu czas mijał 

szybko. Przemknęliśmy obok Elbląga, zostawiliśmy za sobą Pasłęk. Jadących tak szybko 
jak my samochodów było na szosie sporo, a ani jednej radarowej kontroli prędkości. 

ZbliŜaliśmy  się  do  Małdyt,  gdzie  krzyŜuje  się  z  szosą  warszawsko-gdańską  szosa 

prowadząca z Olsztyna do Zalewa i dalej. 

“Teraz  zwolnij,  Pawełku  -  nakazałem  sobie  w  myślach.  -  ZałóŜmy,  Ŝe  Kusego  tylko 

podwoŜą. Tu wysiądzie, aby szukać nowej okazji do Zalewa...” 

A jeśli mercedes skręci do Zalewa, to mogłem dogonić go szybko na bocznej szosie. 
Do Zalewa... 
Rzeczywiście przed skrzyŜowaniem mercedes zwolnił i dał znak kierunkowskazem, Ŝe 

skręca w prawo. 

Odetchnąłem z ulgą. Dobrze! Grunt, Ŝe nie powieźli Marynareczki dalej na Warszawę 

czy  nie  skręcili  z  nim  na  Olsztyn.  Nie  wiem  dlaczego,  ale  moŜliwość  wyrządzenia 
powaŜniejszej  krzywdy  Kusemu  przez  współmieszkańców  Zalewa  wydała  mi  się  mało 
prawdopodobna.  Czy  nie  myliłem  się,  miałem  się  przekonać  niebawem.  Do  Zalewa 
zostało 11 kilometrów... 

Pozwoliłem,  aby  mercedes  odjechał  dalej  do  przodu.  Tak,  by  majaczył  tylko  przede 

mną jako biała plamka w prześwitach między przydroŜnymi drzewami. Zobaczymy, czy 
ciekawą  okaŜe  się  w  dalszym  przebiegu  “sprawa”  florenów.  Jak  dotychczas,  początek 
zapowiadał ją obiecująco! 

Do  Zalewa  było  juŜ  blisko.  Biały  mercedes  jechał  tu  wolniej.  DuŜo  wolniej  niŜ  na 

szosie  warszawskiej,  około  stu  czterdziestu,  stu  sześćdziesięciu.  Wystarczająco  jednak 
szybko  na  tę  wąską,  krętą  szosę,  bym  musiał  skupić  się  na  prowadzeniu  Rosynanta, 
odkładając  troskę  o  Kusego  na  później.  Zły  los  zdawał  się  zapomnieć  zresztą  o  mym 
podopiecznym.  Biały  merc  nie  zwalniał,  aby  wyrzucić  ze  swego  wnętrza  zwłoki  czy 
tylko nieprzytomnego... 

I tak to trwało, aŜ zamajaczyły przed nami pierwsze domy Zalewa. I tu stanąłem przed 

wyborem,  skoro  los  pozwolił  mi  doprowadzić  Kusą  Marynareczkę  bezpiecznie  z 
Gdańska  do  Zalewa.  Czy  miałem,  naraŜając  się  na  zbytnie  zainteresowanie  załogi 

background image

 

10 

wiozącego go mercedesa, jechać dalej za białym wozem? Czy teŜ powinienem na razie 
zrezygnować,  ufając,  Ŝe  szczęśliwy  traf  pozwoli  mi  zetknąć  się  z  Kusą  Marynareczką 
jeśli  nie  dziś,  to  jutro.  Więcej  czasu  nie  miałem  zamiaru  poświęcać  florenom. 
Oczywiście  było  to  tylko  ograniczenie  “na  dzisiaj”.  Na  to,  co  o  nowym  etapie  w 
odkryciu skarbu zalewskiego wiedziałem teraz, a nie wiedziałem specjalnie wiele. 

Najprawdopodobniej,  gdyby  nie  dziwne  zachowanie  jadących  mercedesem  -  nader 

uprzejme zabranie autostopowicza (po to tylko, Ŝeby prawie zaraz po tym wyrzucić jego 
raportówkę na szosę) - juŜ dawno byłbym w okolicy Ostródy, moŜe juŜ zjeŜdŜałbym na 
olsztyńską szosę prowadzącą do Starych Jabłonek! 

No,  ale  skoro  juŜ  jesteśmy  w  Zalewie,  to  naleŜałoby  rozejrzeć  się  nieco  po  tej 

szacownej miejscowości, ponad miarę obdarzonej podczas wakacji turystami. 

Biały mercedes juŜ dawno zniknął mi sprzed oczu, gdy zajeŜdŜałem przed kawiarnię i 

restaurację  “Ewingi”  umieszczoną  przez  planistę  i  architekta  w  piętrowym  budynku  w 
centrum Zalewa, w szacownym towarzystwie PKS-u, naprzeciwko piekarni i cukierni. 

Poczuwszy przypływ głodu, który przypomniał mi, Ŝe tego dnia nie miałem jeszcze nic 

w  ustach  oprócz  mroŜonej  herbaty  w  sklepie  “Dukat”  Andrzeja  Moździerza, 
skierowałem swe kroki do restauracji. 

Pomimo obiadowej jeszcze pory bez większych kłopotów udało mi się znaleźć wolny 

stolik  pomiędzy  dojadającą  deser  rodziną,  bodajŜe  z  Niemiec,  a  oczekującymi  na 
realizacje zamówienia czterema w średnim wieku mieszkańcami Zalewa. 

Zamówiłem  TZT,  a  więc  Typowy  Zestaw  Turystyczny,  czyli  smaŜoną  wątróbkę  z 

ziemniakami oraz surówkę i kefir. Zastanawiałem się głęboko nad sytuacją, w jakiej się 
znalazłem, a raczej w jakiej znalazł się Kusa Marynareczka. 

Dogrzebał  się  do  kolejnej  porcji  złota  z  zalewskiego  skarbu.  Do  złotych  florenów!... 

Aby  sprzedać  je  najkorzystniej  wybrał  się  do  Gdańska.  Nigdy  jeszcze  nie  był  w 
“Dukacie”,  Andrzej  by  go  pamiętał.  Ktoś  musiał  nadać  Marynareczce  adres,  Ŝe  tam  go 
nie oszukają... Ale Kusy nie wytrzymał napięcia, wystarczyło, Ŝe Moździerz zapytał, czy 
jest moŜe z Zalewa, a juŜ umknął! Czy jeszcze tego dnia próbował transakcji w innych 
sklepach numizmatycznych? Chyba tak. Andrzej swym pytaniem nie przestraszył go aŜ 
tak  bardzo,  by  się  wycofał  z  podjętej  wyprawy  na  WybrzeŜe.  Tak  więc  załóŜmy,  Ŝe 
Marynareczka  sprzedał  floreny  z  godziwym  zyskiem.  Co  dalej?  Idzie  na  autostoop. 
Przypadkiem lub nie zatrzymuje się mercedes z Zalewa. Prowadzi go lub jedzie w nim 
ktoś,  kto  zna  Kusego,  inaczej  nie  zatrzymałby  się  tak  łatwo.  Marynareczka  jest  juŜ 
zapakowany do wozu... Co dalej? 

Wygadał się albo przyznał, po co był w Gdańsku. W raportówce mógł wieźć pieniądze 

uzyskane  za  sprzedane  floreny.  To  dlatego,  pusta  juŜ,  wyfrunęła  przez  okno. 
Pokonawszy  juŜ  opornego  mam  nadzieję,  Marynareczkę  i  zabrawszy  mu  pieniądze, 
przywieziono go w pozornej zgodzie do Zalewa... 

“MoŜe  floreny  sprzedane  juŜ  przez  Kusego  to  tylko  część  i  to  drobna  tych,  które 

czekają  na  szczęśliwych  znalazców  w  Zalewie.  Kusy  zna  miejsce,  gdzie  ich  szukać, 
tylko z jakichś powodów nie mógł do niego dotrzeć. O plan miejsca ukrycia wszystkich 
florenów  chodzi  właścicielowi  mercedesa.  MoŜe  teŜ  Marynareczka  “wie  za  duŜo”, 
naleŜało go więc nastraszyć, Ŝeby milczał...” 

W zamyśleniu Ŝułem kęs łykowatej wątróbki 
Gdybym  tylko  mógł  porozmawiać  z  Marynareczką!  Ale...  śeby  porozmawiać  z  nim, 

trzeba się z nim zobaczyć. A Ŝeby się z nim zobaczyć, trzeba... 

background image

 

11 

Odwróciłem się do przynoszącej rachunki kelnerki. 
- Proszę pani, kiedy jest w Zalewie rynek? 
- Słucham? 
- Kiedy jest tutaj targ? 
- A choćby jutro, w czwartek. 
- Dziękuję pani. 
Początkowy  plan  działania  miałem  ułoŜony...  Ale  najpierw  do  Starych  Jabłonek, 

odpocząć pod gościnnym dachem “Andersa” i przemyśleć sobie wszystko raz jeszcze. 

Jadąc w stronę Starych Jabłonek rozmyślałem, ileŜ to pracy i wysiłku musieli włoŜyć 

Dowgiałłowie,  aby  z  podrzędnego  ośrodka  PTTK  stworzyć  trzygwiazdkowy  hotel 
“Anders” oraz osadę warmińską “Anders” w Guzowym Piecu. 

Obecnie  zespół  hotelu,  usytuowany  nad  brzegiem  jeziora  Szeląg  Mały,  składa  się  z 

dwóch budynków: zabytkowego pałacu (19 pokoi, restauracja i bar), nowego hotelu z 60 
pokojami  i  Fitness  Centrum  (kryty  basen,  siłownia,  sauna,  solarium,  gabinet  masaŜu) 
oraz kompleksu domków turystycznych o wysokim standardzie. 

Bardzo mi się podobało, Ŝe hotel oprócz normalnych pokoi, w których mogło nocować 

16  gości,  posiada  cztery  pokoje  przystosowane  dla  osób  niepełnosprawnych.  Dla 
bogatszych  “Anders”  ma  dwa  apartamenty,  a  dla  spragnionych  odosobnienia  20  miejsc 
w całorocznych bungalowach i 100 miejsc w domkach turystycznych. 

“A kuchnia «Andersa»? - westchnąłem i odruchowo oblizałem się. - Kierowana przez 

Dariusza  Strucińskiego  (o  którym  jeszcze  będzie  potem)  przyprawiała  o  rozkosze 
najwybredniejsze podniebienia!” 

Kompleks  hotelowy  oferuje  gościom  kort  do  tenisa  ziemnego  i  boisko  do  siatkówki 

plaŜowej,  bilard,  wypoŜyczalnię  rowerów  górskich  oraz  sprzętu  pływającego,  a  takŜe 
przejaŜdŜki  konno  w  siodle  i  bryczkami.  Całość  terenu  hotelu  jest  chroniona  przez 
profesjonalną firmę. 

W  miejscowości  Guzowy  Piec,  dawnej  osadzie  warmińskiej,  w  przebudowanej  byłej 

szkole mieści się pensjonat otoczony przez luksusowo wyposaŜone bungalowy, zwane tu 
“chatami”. Idealne miejsce dla kogoś, kto chce popracować w ciszy i skupieniu. 

AŜ Ŝałowałem, Ŝe gościnni gospodarze “Andersa” zaprosili mnie do Starych Jabłonek, 

a nie do Guzowego Pieca! 

Tymczasem podjeŜdŜałem juŜ do wjazdu na hotelowy parking i znajomy parkingowy 

grzecznie uchyliwszy czapki podnosił szlaban. 

Odetchnąłem głęboko powietrzem, w którym woń sosen mieszała się niepostrzeŜenie z 

zapachem jeziora. Byłem więc w starych Jabłonkach, gdzie obiecywałem sobie odwalić 
solidny  kawał  mej  historycznej  pracy...  Ale  na  razie  cyt!  Praca  rozpocznie  się  dopiero 
jutro. Dziś jeszcze słodkie lenistwo i nic więcej. Nawet o florenach pomyślałem z pewną 
niechęcią. 

Zaszedłem do biura hotelu, które mieściło się o dziwo w budyneczku nocnego klubu. 
Andrzej  Dowgiałło  był  akurat  w  Olsztynie.  Jego  Ŝona  Wanda  powitała  mnie  nader 

uprzejmie obiecując lada chwila powrót męŜa. 

- Co jak co, ale pieczony dzik cię, Pawle, dziś nie minie - zaśmiała się Wanda. 
Musiałem widocznie drugi raz tego dnia oblizać się ukradkiem, bo zawołała: 
- Ech ty, łasuchu, łasuchu! Kawałkiem pieczeni do piekła by cię przywiedli! 
Wstałem i ukłoniłem się. 

background image

 

12 

-  Wypraszam  sobie  podobne  insynuacje!  Nie  za  kawałek  pieczeni,  ale  za  dzika  i  to 

pieczonego na wolnym ogniu w hotelu “Anders”. 

Zaśmialiśmy  się  z  mego  moŜe  nienajzręczniejszego  komplementu,  ale  szczerego 

komplementu. 

Tymczasem nie tylko ja byłem tak wysokiego mniemania o kuchni i w ogóle usługach 

“Andersa”. Na jednym z wielu wiszących na ścianie dyplomów przeczytałem: 

-  Prezes  Urzędu  Kultury  Fizycznej  i  Turystyki  przyznaje  pani  Wandzie  Dowgiałło 

dyplom za wybitne osiągnięcia w dziedzinie rozwoju turystyki. Jacek Dębski. Warszawa, 
27 września 1998 roku. 

Pogawędziliśmy  jeszcze  chwilę,  ja  zwierzyłem  się  z  “tajemnicy  florenów”,  w  którą 

zresztą  Wanda  nie  bardzo  wierzyła  i,  poniewaŜ  Andrzej  nie  nadjeŜdŜał,  poszedłem  do 
przeznaczonego  dla  mnie  pokoju  obmyć  się  z  trudów  przebytej  drogi  i  przebrać  do 
kolacji, po której wiele sobie obiecywałem. 

 
Ręka mistrza wzniosła się, błysnęło w promieniach zachodzącego słońca ostrze noŜa, 

który  pewnym  ciosem  wbił  się  w  dymiące  mięsiwo.  Trysnął  wonny  sok  i  zaskwierczał 
na Ŝarze. 

Pewny siebie, choć skromny głos oświadczył licznie zebranym, Ŝe dzik “juŜ doszedł”. 

Odpowiedział mu pełen radości wielojęzyczny chór i szczęk sztućców. 

Nadeszła  chwila  chwały  pieczonego  dzika,  na  którą  czekał  on  tydzień  kruszejąc  w 

marynacie.  Była  to  teŜ  chwila  chwały  kuchmistrza  Dariusza  Strucińskiego,  którego 
wielki  talent  kulinarny,  choć  jeszcze  nie  znany  Europie  i  światu  (a  był  na  najlepszej 
drodze,  aby  dać  poznać  się  światowym  smakoszom)  odkryła  marynarka  wojenna,  w 
której pan  Dariusz pełniąc  funkcję kucharza  odsługiwał obowiązkowe trzy  lata  “woja”. 
Im  dłuŜej  słuŜył,  tym  bardziej  przygotowanie  efektownych  i  smakowitych  dań  i 
posiłków  dla  coraz  wyŜszych  stopniami  szarŜ  mu  powierzano.  AŜ  wreszcie  nadszedł 
dzień, kiedy to wysoki rangą dowódca powiedział Strucińskiemu: 

- Słuchajcie no, jak ten bankiet wypali, to pójdziecie wcześniej do cywila. 
Wiele pracy i starań poświęcił nasz bohater, aby dogodzić admiralskim podniebieniom. 

A gdy bankiet zachwycił je wszystkie... Nie, sprawiedliwości na tym świecie nie ma! 

-  Zostaniecie  do  końca  słuŜby,  Struciński  -  usłyszał  twórca  bankietu  wśród  wielu 

pochwał.  -  Zbyt  wielką  stratę  poniosłaby  polska  marynarka  wojenna,  gdybyście  teraz 
odeszli. Wyszkolicie przynajmniej następców! 

Ja  tu  rozpisuję  się  o  perypetiach  kuchmistrza  Strucińskiego,  a  Czytelnik  zapewne 

ś

linkę łyka: “JakŜesz to ten dzik smakował?” 

I tu przyznam się do literackiej poraŜki. Nie opiszę. CóŜ, nie kaŜdy jest Mickiewiczem, 

który  potrafił  zwykłego  bigosu  oddać  “woń  cudną”.  A  gdzieŜ  potrawie  z  pospolitej 
kapusty do zapachu i smaku dzika pieczonego na Ŝywym ogniu, skruszałego przez czas 
odpowiedni w marynacie? 

Tak  więc  pozostaje  Ci,  drogi  Czytelniku,  tylko  przy  najbliŜszej  okazji  wybrać  się  do 

hotelu “Anders” w Starych Jabłonkach i tam zapachem i smakiem sprawdzić, czy moje 
zachwyty nie były przesadzone. 

Tymczasem my z państwem Dowgiałło zasiedliśmy nad solennymi porcjami dziczyzny 

i  zacną  butelką  węgierskiego  czerwonego  wina  wytrawnego  “Egri  Bikaver”.  Po 
pierwszych  rozkoszach  podniebienia  pozwoliłem  sobie  wznieść  toast  za  wszystkich 
poszukiwaczy skarbów. 

background image

 

13 

Toast został spełniony w naleŜytym skupieniu. 
- Ty naprawdę wierzysz w te floreny? - uśmiechnęła się Wanda. 
- Jakie floreny? - zaciekawił się Andrzej. - Nic o nich nie wiem. Opowiadaj, Pawle. 
Odpowiedziałem  wiec  o perypetiach Kusej Marynareczki  i  o mych nadziejach z  nimi 

związanych. 

- Powodzenia! - wzniósł toast Andrzej. 
Wychyliłem kieliszek w milczeniu. 
- Nie dziękuje, bo to ponoć przynosi pecha. Ale zaraz... taka ze mnie gapa, to wszystko 

przez  uroki  pieczonego  dzika!  PrzecieŜ  mam  taki  floren  tu  ze  sobą,  mogę  go  wam 
pokazać. 

- Chce ci się fatygować do pokoju? - zdziwiła się Wanda. 
- AleŜ nie muszę fatygować się do pokoju – odpowiedziałem. - Mam go tu ze sobą, w 

kieszonce kurtki. O, zobaczcie... 

I  złota  moneta  potoczyła  się  po  stole.  Tak  jak  rankiem  tego  dnia  po  ladzie  sklepu 

numizmatycznego “Dukat” na Długim Targu w Gdańsku. 

Patrzyłem na nią jak urzeczony. Dokąd “potoczy się” zloty krąŜek. Czy zabierze mnie 

ze sobą? 

background image

 

14 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

POZNAJĘ ŁUKASZA ŁOBOCKIEGO * TARG W ZALEWIE * UCIECZKA JANA 

KOWALIKA * SZAJKA JÓZEFA BAZIAKA * NAD GROBEM ZBIGNIEWA 

NIENACKIEGO * DĘBY PISARZA I ICH TAJEMNICA 

 

Wyruszyłem  ze  Starych  Jabłonek  po  sutym  śniadaniu  przy  stole  “szwedzkim”  nie  za 

wcześnie,  tak,  Ŝeby  na  targu  w  Zalewie  zjawić  się,  Ŝe  tak  powiem,  w  pełnym  jego 
rozkwicie, czyli około jedenastej. 

Niestety  tuŜ  przed  celem  mej  wyprawy,  czyli  Zalewem,  tam  gdzie  przy  boisku 

piłkarskim zbiegają się szosy z Ostródy i Susza Rosynant zaturkotał i ściągnął w prawo. 
Zakląłem z cicha pod nosem, jak to zwykli czynić samochodziarze w takich sytuacjach: 
złapałem  gumę!  Miałem  nad  innymi  kierowcami  tę  przewagę,  Ŝe  mogłem  posłuŜyć  się 
urządzeniem  do  stałego  uzupełniania  powietrza  w  przebitej  dętce,  w  jakie  wyposaŜony 
był  Rosynant.  Ale  wolałem,  skoro  nie  było  ku  temu  potrzeby,  by  wszystko  zostało 
zrobione  “po  staremu”.  To  znaczy  wymiana  dziurawego  koła  na  zapasowe,  znalezienie 
warsztatu  wulkanizacyjnego  i  oddanie  dętki  do  załatania.  Dzień  targowy  oŜywił  moją 
nadzieję,  Ŝe  znajdę  w  Zalewie  przynajmniej  jeden  czynny  warsztat.  Ha,  spodziewałem 
się  sporej  kolejki  i  długiego  czekania  na  naprawę  koła.  Ale  nie  przejmowałem  się  tym 
zbytnio. Ostatecznie niewaŜne, gdzie Rosynant miał czekać na mnie, podczas gdy będę 
szukał Kusej Marynareczki! 

Zjechałem  na  pobocze,  zaciągnąłem  hamulec  ręczny  i  wyskoczyłem  z  Rosynanta.  Z 

bagaŜnika wyciągnąłem klucz do odkręcania śrub koła i podnośnik... 

- Co, kicha poszła? - usłyszałem wypowiedziane Ŝyczliwym, pełnym troski głosem. 
Obejrzałem się przez ramię. 
Obok  Rosynanta  stał  wsparty  o  górski  rower  nastolatek  w  pełnym  kolarskim 

rynsztunku,  na  który  oprócz  kasku,  kostiumu,  ochraniaczy  i  rękawiczek  składała  się 
ogromna  ilość  reklamowych  naklejek  i  naszywek,  które  przyozdabiały  rower  oraz 
barwny juŜ i tak strój młodego cyklisty. 

-  Widzisz  chyba!  -  odpowiedziałem  opryskliwie.  Ale  którego  to  kierowcę  stać  na 

uprzejmość, podczas gdy czeka go rozprawienie się z brudnym kołem, a przypadkowy, 
zadowolony z siebie kibic zadaje mu głupie pytania. 

- MoŜe pomóc? - nie zraził się chłopak i juŜ układał w rowie swego stalowego rumaka. 
- Obejdzie się - odburknąłem, w gruncie rzeczy zadowolony z tej oferty. 
- To i tak pomogę - uśmiechnął się chłopak. 
JuŜ bez komentarza zająłem się podnośnikiem. 
Mój  nieoczekiwany  pomocnik  chwycił  za  klucz,  załoŜył  go  na  pierwszą  ze  śrub 

mocujących  koło  i  stanął  na  nim.  Śruba  “puściła”.  Ten  sam  manewr  powtórzył  jeszcze 
tylko trzy razy. Teraz, śruby odkręcały się juŜ lekko. 

Uniosłem, podnośnikiem bok Rosynanta w górę. 
- Nazywam się Łukasz Łobocki - przedstawił mi się chłopak nie przestając odkręcania 

ś

rub. 

- Miło mi. Paweł Daniec - sapnąłem wytaczając z bagaŜnika zapasowe koło. 
Pomogłem Łukaszowi załoŜyć je na miejsce przedziurawionego. Dokręciliśmy śruby i 

juŜ Rosynant stanął na czterech kołach, a ja mogłem umyć ręce w wodzie z karnisterka, 
który zawsze woŜę ze sobą. Znalazła się teŜ w zbiorniczku benzyna, aby mój pomocnik 
mógł przemyć swe rękawiczki. 

background image

 

15 

-  Piękny  górski  rower  -  obejrzałem  pojazd  Łukasza  -  tymczasem  gór  jakoś  tu  nie 

widzę. 

Chłopak Ŝachnął się. 
- Strome pagórki się znajdą, jak w sam raz na trudną jazdę. No i sama jazda po terenie 

nie jest łatwa. 

- Po terenie? - udałem zdziwienie. - ToŜ tu szosa gładka jak stół! 
Łukasz uśmiechnął się. 
- Ćwiczyłem na niej szybkościówkę. Ale reszta treningu to polne drogi i leśne ścieŜki. 
Zapytałem go, choć odpowiedź mogła być tylko jedna: 
- Jesteś z Zalewa? 
- Tak. 
- Uczysz się tutaj? 
- Właśnie skończyłem drugą klasę gimnazjalną w Morągu. A pan to pewnie turysta, do 

Zalewa na targ po jakieś ciekawostki? 

- To taki słynny targ, Ŝe zjeŜdŜają się na niego turyści? 
Łukasz zdmuchnął jakiś pyłek z ramy swego roweru. 
- Słynny nie słynny, ale ciekawe rzeczy się na nim trafiają. Popatrzyłem na niego spod 

oka. 

- Na przykład floreny? 
Machnął obojętnie ręką. 
- Floreny i cały cyrk z nimi związany to juŜ przeszłość. Tylko symbol. Ja sam trenuję 

do  wyścigu  “O  Złoty  Floren”  i  mam  nadzieję  wybrać  go  w  kategorii  juniorów 
młodszych. 

Zaśmiałem się. 
- To tylu kolarzy jest w Zalewie, Ŝe aŜ opłaca się urządzać dla nich wyścigi? 
Szarpnął kierownicą swego roweru. 
- O, zjedzie się tu nas cała kupa, dołączą wczasowicze. Będzie wyścig jak ta lala! 
Nie mogłem oprzeć się drobnej złośliwości: 
- Dla górskich kolarzy wyścig bez gór? 
Łukasz obruszył się. 
-  I  u  nas  da  się  wytyczyć  trasy,  na  których  niejeden  zaryje  nosem  W  ziemię!  A  “O 

Złoty Floren” zawsze warto powalczyć! 

Udałem zakłopotanego: 
- A na targu nie moŜna go kupić? 
Mój rozmówca roześmiał się: 
- Jeszcze parę lat temu było to łatwe. Teraz to i ludzie ostroŜniejsi, bo dobrze wiedzą, 

Ŝ

e  taki  handel  florenami  jest  zabroniony.  I  co  kto  miał  z  florenów,  to  je  po  cichutku 

wyprzedał. Ale jeśli ma pan szczęście i sporo gotówki, to kto wie... 

Westchnąłem. 
- Szczęście to moŜe i mam. Ale z forsą raczej u mnie krucho. 
Łukasz popatrzył na Rosynanta podejrzliwie. 
- Biedni nie jeŜdŜą takimi wozami. Pokręciłem głową. 
- Bywa, Ŝe jeŜdŜą. To mój wierny Rosynant. 
Coś  kusiło  mnie,  aby  zapytać  chłopca  o  Kusą  Marynareczkę,  ale  powstrzymałem  się. 

Widać teŜ było, Ŝe Łukasz powstrzymuje się od zadania mi jakiegoś, zapewne waŜnego 
dla niego, pytania. 

background image

 

16 

- To do zobaczenia w Zalewie - sięgnął po rower - a gdyby zechciał pan załatać dętkę, 

to najlepszy jest warsztat Sikorskiego na Łąkowej. KaŜdy w Zalewie pokaŜe, jak trafić. 

Wsiadł na rower i skręcił na ścieŜkę wśród zarośli. 
Dopiero  teraz  uświadomiłem  sobie,  Ŝe  nie  podziękowałem  Łukaszowi  Łobockiemu  z 

Zalewa za tak nieoczekiwane wyręczenie mnie w niemiłej robocie. 

Wgramoliłem się do Rosynanta i ruszyłem w strony miasteczka. 
 
Targ  w  Zalewie  nie  róŜnił  się  niczym  od  podobnych  w  innych  miasteczkach.  Tam 

pokwikiwało  prosię,  ówdzie  gdakała  przeraŜona  kura.  Producenci  odzieŜy,  wielce 
kolorowej oczywiście, i obuwia, porozkładali swe skarby i porozwieszali je na zmyślnie 
skonstruowanych  wieszakach.  Wielu  mieszkańców  Zalewa,  a  i  zapewne  turystów, 
tłoczyło  się  przed  straganami.  Wśród  sprzedających  nic  zabrakło  teŜ  gości  zza 
wschodniej granicy. Co raz słyszało się: “Cigarety!” albo “Wodku choczesz?” 

Skierowałem  się  w  ten  rejon  targowiska,  gdzie  bytują  jego  najbardziej  “tajemniczy” 

sprzedawcy. MoŜna tu kupić klucz nie pasujący do Ŝadnego zamka, pękniętą fajkę, starą 
maszynkę do mięsa i zardzewiałe łoŜysko oraz wiele przedmiotów nie wiedzieć do czego 
słuŜących. Czekają w ciszy aŜ nadejdzie ich dzień. I pewne jest, Ŝe taki dzień nadejdzie 
dla niewymiarowej uszczelki czy przekręconego kranu. 

Nie musiałem długo szukać. Nad stertą rupieci, na której królował zegar o pękniętym 

cyferblacie i pozbawiony wskazówek, ujrzałem Kusą Marynareczkę. 

Od niechcenia pogrzebałem w jego “skarbach”. 
- Pan uwaŜa? - oŜywił się od razu. 
- Szukam florenów. Najlepiej w dobrym stanie - popatrzyłem srogo na niego. 
Cofnął się i nerwowo potarł przeguby wystające z przykrótkich rękawów. 
- TeŜ mi Ŝarty! Skąd floreny?! Jeszcze parę lat temu moŜe bym dla pana coś znalazł, 

ale dzisiaj? 

Wyciągnąłem z kieszeni wiatrówki notes i długopis. 
- Imię i nazwisko! 
- Ale... 
- Odpowiadajcie, póki grzecznie pytam. 
Sprawdziłem  wielokrotnie,  Ŝe  zwracanie  się  do  kogoś  przez  “wy”,  a  nie  per  “pan”  w 

dziwny sposób podporządkowuje nagabywanego pytającemu. 

- Kowalik - Kusy nerwowo przełknął ślinę. - Kowalik Jan. 
- Tak więc, Janie Kowaliku, nie zasuwajcie mi tu bajeczek, Ŝe floreny w Zalewie to juŜ 

przeszłość.  Nie  dalej  jak  wczoraj  próbowaliście  sprzedać  jeden  w  sklepie 
numizmatycznym “Dukat” na Długim Targu w Gdańsku. Istnieje podejrzenie, Ŝe złotych 
monet mieliście ze sobą więcej. 

Podskoczył, jakbym go ukłuł. 
- Ale ja tylko tego jednego miałem i jak go sprzedałem, to całą forsę stara wzięła. Jej 

spytajcie - płaczliwie siąknął nosem. 

Udałem, Ŝe zaglądam do notesu. 
-  Znów  kłamiecie,  Kowalik.  Jeden  floren  zostawiliście  bez  zapłaty  w  “Dukacie” 

uciekając ze sklepu. Teraz mówicie, Ŝe sprzedaliście i wasza Ŝona to potwierdzi. To juŜ 
będą  dwa  floreny.  A  coś  mi  się  widzi,  Ŝe  było  ich  jeszcze  więcej.  No,  mówcie,  jak  to 
było  naprawdę  z  pozostałymi  cennymi  monetami...  bo  porozmawiamy  sobie  inaczej  - 
uderzyłem długopisem w notes. 

background image

 

17 

Kątem  oka  dostrzegłem,  Ŝe  opodal  Łukasz  Łobocki  wsparty  o  swój  pojazd  przegląda 

zawartość straganu z częściami rowerowymi. 

“CzyŜby podsłuchiwał?” - pomyślałem. 
Ale  nie  miałem  czasu  zajmować  się  nim,  Kusa  Marynareczka,  czyli  Jan  Kowalik, 

zastosował bowiem swój ulubiony manewr i rzucił się do ucieczki. 

Skoczyłem  za  nim  nadziewając  się  na  rower  Łukasza  i  przewracając  się  z  nim  jak 

długi.  Wokół  rozległy  się  śmiechy.  Poderwałem  się  więc  szybko  na  równe  nogi,  jak 
gdyby  nic  się  nie  stało.  Otrzepałem  spodnie.  Tymczasem  Kusy  zniknął  w  barwnym 
jarmarcznym tłumie. 

-  On  zawsze  tak  -  pokiwał głową  jego  sąsiad  -  narozrabia  i  pryska.  Ale Ŝeby uciekać 

przed władzą, no, no... 

- JuŜ ja go znajdę - godnym ruchem schowałem notes do kieszeni. - A wy przypilnujcie 

tymczasem jego rzeczy - zwróciłem się do podziwiającego odwagę Kusego jego sąsiada. 

- Się robi, panie władzo - zasalutował do wytartej maciejówki. 
- A ty chodź ze mną - kiwnąłem władczo palcem na Łukasza. 
Skręciliśmy między stragany. 
- Ciebie co tu nosi? - warknąłem. - Szpiegujesz, mnie?! 
- Rynek jest dla wszystkich panie... panie władzo - odparł ze śmiechem chłopak i juŜ 

wiedziałem, Ŝe ani przez chwilę nie wierzył w moją mistyfikację z policją. - A juŜ moŜe 
najmniej dla podszywających się pod policję. 

Stłumiłem śmiech. 
- Czy ja się podszywałem? 
- A w jaki to sposób napędził pan tyle strachu Głupiemu Jasiowi? 
- Dlaczego mówisz o Kowaliku “Głupi Jasio”? 
-  Bo  wszyscy  go  tak  nazywają.  Ale  swoją  mądrość  to  on  ma!  Jeszcze  przekonają  się 

zalewiacy! I nie tylko oni. 

Spojrzał na mnie z ukosa. 
- A pan kim jest? Bo to, Ŝe nie policjantem dam sobie rękę uciąć. Dziennikarzem? 
Teraz ja się roześmiałem. 
-  Ciepło,  ale  nie  gorąco.  Owszem,  zdarza  mi  się  pisywać  do  prasy,  ale  są  to  częściej 

specjalistyczne periodyki niŜ dzienniki Jestem historykiem sztuki. 

Na twarzy chłopca odbiło się zmieszanie. 
- To... Czy zna pan pana Tomasza? 
Skinąłem głową. 
- Tak. 
Łukasz klasnął w dłonie. 
-  Jasne!  Jaki  ja  byłem  głupi!  Ten  przerobiony  jeep.  Zainteresowanie  Głupim  Jasiem. 

Pan tropi floreny z Zalewa! Czy pan Tomasz teŜ tu przyjedzie? 

Zaśmiałem się cicho. 
-  Nie.  Pan  Tomasz,  mój  przełoŜony,  ma  inne  sprawy  na  głowie.  Przyznam,  Ŝe  i  ja 

florenami zainteresowałem się przy okazji. A ty skąd znasz pana Tomasza? 

-  Znać  to  nie  znam.  Raz  pokazał  mi  go  Marek  tu  w  Zalewie.  Pan  Tomasz  często 

przyjeŜdŜał do Jerzwałdu za Ŝycia mieszkającego tam pisarza Zbigniewa Nienackiego, z 
którym Marek był w wielkiej przyjaźni. 

-  Kto  to  jest  Marek?  I  dlaczego  mówisz  o  jego  przyjaźni  z  pisarzem  w  czasie 

przeszłym? Pokłócili się? 

background image

 

18 

Łukasz uśmiechnął się niewesoło. 
-  Marek  to  mój  starszy  brat.  A  dlatego  mówię  “był”,  Ŝe  obaj  z  pisarzem  nie  Ŝyją.  W 

miesiąc po śmierci pisarza Marek zabił się jadąc zbyt szybko swoją jawą. Nasze szosy są 
zdradliwe. 

Milczeliśmy przez chwilę. 
Wreszcie Łukasz odezwał się: 
- Ja to tam byłem mały konus, ale z Marka pan Nienacki chciał zrobić pisarza. Swego 

następcę - mówił. - Ale mimo wielkiego szacunku, jaki ten miał do pisarza, stchórzył i 
zamiast  studiować  filologię,  wybrał  weterynarię  na  olsztyńskiej  Akademii  Rolniczo-
Technicznej.  Dziwne,  bo  nauki  pisarza  cenił  mój  brat  wyŜej  niŜ  nauczycieli  w  szkole. 
Ba,  nawet  bardziej  cenił  niŜ  zdanie  rodziców.  KaŜdą  chwilę,  kiedy  tylko  mógł, 
przesiadywał  w  Jerzwałdzie.  Pan  Nienacki  teŜ  bardzo  lubił  Marka  i  rozmowy  z  nim. 
Rozmawiali, jak Marek mówił, o ludzkich myślach, słowach i uczynkach. Ale dopiero na 
pogrzebie pisarza Marek dowiedział się od pana Tomasza, Ŝe Nienacki zamierzał zrobić 
z  niego  tęgiego  pisarza.  O  rany!  Ja  tu  gadam  i  gadam  o  Marku,  a  pan  pewnie  myśli  o 
florenach! 

PołoŜyłem mu rękę na ramieniu. 
- Nie przejmuj się. Zagadka odkrycia nowych florenów przez Jasia Kowalika to nie aŜ 

taka waŜna sprawa. 

Wyszliśmy z rynku. 
Łukasz obejrzał się za przejeŜdŜającym białym mercedesem. 
-  Czasem  szukając  starych  florenów  moŜna  natknąć  się  na  coś  nowego  i  znacznie 

ciekawszego.  Małe  Zalewo  teŜ  moŜe  mieć  swoją  wielką  tajemnicę  -  powiedział 
zagadkowo. 

Popatrzyłem na niego uwaŜnie. 
- No mów, co z tą tajemnicą. 
Łukasz nabrał powietrza w płuca. 
- Bo młody Baziak, Józek, wyprowadził się od starych i wynajął domek na Cichej od 

Andrzejewskich,  co  to  wyjechali  do  Libii  na  staŜ.  Gości  w  nim  trzech  kolesi.  To  jacyś 
obcy. Dziwne, Ŝe dziewczyn sobie nie sprowadzają na balangi. A Ŝe ich forsa pochodzi 
ze sprzedaŜy florenów, to chyba jasne, bo kaŜdy z nich nosi florena na złotym łańcuszku. 
A kaŜdy floren nacięty, tylko kaŜdy w innym miejscu. 

- Masz dobre oko. 
-  Jak  się  chce,  to  duŜo  moŜna  zauwaŜyć.  I  jak  tak  patrzę,  to  myślę  sobie,  Ŝe  dobrze 

byłoby  nie  szukać  juŜ  nowych  florenów,  a  zainteresować  się  tymi,  co  Baziak  i  spółka 
noszą na szyjach. 

- Dlaczego tak sądzisz? 
- Bo myślę, Ŝe mogą one doprowadzić do jakiegoś szwindla, który Baziak szykuje. 
Łypnął na mnie okiem. 
- Pan Tomasz nie przepuściłby takiej okazji - powiedział cicho. 
Trzepnąłem go lekko po kasku. 
- Nie podpuszczaj! 
- Ale ja!... 
-  JuŜ  dobrze,  dobrze.  Mianuję  cię  moim  straŜnikiem  wszystkich  tajemnic  Zalewa,  na 

czele  z  aferą  Baziaka  -  podałem  mu  wizytówkę.  -  Masz  tu  mój  numer  telefonu 
komórkowego, pod który moŜesz dzwonić w dzień i w nocy! 

background image

 

19 

- Pan Ŝartuje, a ja naprawdę! - Ŝachnął się chłopak. 
Uśmiechnąłem się do niego i wyciągnąłem rękę. 
- Ja teŜ nie Ŝartuję. Ale przyznasz chyba sam, Ŝe śledzenie kogoś tylko dlatego, Ŝe nosi 

numizmatyczne wisiorki, to lekka przesada. Dowiedz się czegoś bardziej konkretnego o 
przestępczych planach Baziaka, czy jak tam zwie się ten łotr, a na pewno będziesz mógł 
liczyć na moją pomoc. No, zgoda? 

Zaśmiał się i mocno uścisnął podaną mu dłoń 
- Dokąd się pan teraz wybiera, jeśli moŜna wiedzieć? 
- Do Starych Jabłonek, gdzie jeszcze kilka dni będę mieszkał w hotelu “Anders”. Ale 

najpierw zajadę do Jerzwałdu 

- Na grób pana Nienackiego. 
- Tak. Chciałbym złoŜyć kwiaty od pana Tomasz i od siebie oraz zapalić znicz. 
- Czy mógłbym pojechać z panem? 
- Mógłbyś. Ale chyba nie w tym stroju kolarza i z rowerem. 
Wzruszył ramionami. 
- Strój jak strój. A rower moŜna zapakować na tylne siedzenie pańskiego, jak go pan 

zwie, Rosynanta i nie będzie pan musiał odwozić mnie z powrotem. Popedałuję sobie do 
Zalewa. Chyba, Ŝe boi się pan ubrudzić tapicerkę. 

PoniewaŜ  nie  miałem  takich  obaw,  powędrowaliśmy  do  warsztatu  pana  Sikorskiego, 

gdzie czekało juŜ na nas załatane koło. Kupiwszy po drodze znicze i kwiaty ruszyliśmy 
w niedaleką bo liczącą 11 kilometrów drogę do Jerzwałdu. 

Cmentarz  znajduje  się  po  prawej  stronie  szosy,  u  skraju  wsi.  Do  grobu  Zbigniewa 

Nienackiego idzie się prostą alejką od wejścia aŜ w cień wysokich lip. Na prostej płycie 
z brązowego granitu wyryto krzyŜ i napis: 

 

ś

p. 

Zbigniew Nowicki-Nienacki 

1929-1994 

Pisarz 

 

ZłoŜyłem  bukiet  róŜ  i  zapaliłem  znicze.  W  ciszy  i  skupieniu  pomodliliśmy  się  za 

zmarłego.  Wychodziliśmy  juŜ  z  cmentarza,  gdy  zapytałem  idącego  z  pochyloną  głową 
Łukasza: 

-  Czy  mógłbyś  mi  pokazać  dom,  gdzie  mieszkał  Zbigniew  Nienacki.  Wiem,  Ŝe  były 

plany  urządzenia  tam  muzeum  poświęconego  twórczości  pisarza,  ale  w  ostateczności 
kupił go ktoś na letni wypoczynek... 

- AleŜ chętnie - oŜywił się chłopak - podjedziemy. To kawałeczek, na skraju wsi. 
Rzeczywiście dom Nienackiego był ostatnim domem w Jerzwałdzie. Mały, zbudowany 

z  czerwonej  cegły  i  kryty  dachówką.  Werandę  oplatały  pnące  się  róŜe.  Za  małym 
podwórkiem  stała  szopa  -  garaŜ  na  dwa  samochody  i  rozciągał  się  widok  na  Jezioro 
Płaskie,  odnogę  Jezioraka.  Łąka  po  prawej  prowadziła  do  kanału,  gdzie,  jak  wiem,  w 
swoim czasie cumowała Ŝaglówka “Pan Samochodzik”. Teraz było tam pusto. Na murze 
domu przy wejściu widniała tabliczka z napisem: 

W tym domu w latach 1967-1994 

Ŝ

ył i pracował pisarz Zbigniew Nienacki 

 

WciąŜ w milczeniu, jakby czując obecność ducha pisarza wśród nas, zawróciliśmy do 

Rosynanta. 

background image

 

20 

Wreszcie zdecydowałem się przerwać milczenie i zapytałem Łukasza: 
- Czytałeś ksiąŜki pana Zbigniewa? 
Popatrzył na mnie zdumiony, Ŝe pytam o rzecz tak oczywistą. 
-  AleŜ  tak.  Całą  serię  przygód  Pana  Samochodzika  i  to  po  kilka  razy.  Urządzaliśmy 

konkursy, kto lepiej znał ich treść. A pan? Pan nie czytał “Samochodzików”? 

- W dzieciństwie i wczesnej młodości zaczytywałem się nimi. A i potem, w chwilach, 

gdy  obrzydł  mi  świat  dorosłych,  chętnie  sięgałem  po  przygody  pana  Tomasza.  AŜ  los 
sprawił, ze zostałem jego współpracownikiem. 

Chłopak aŜ podskoczył. 
- To przygody Pana Samochodzika są prawdziwe? 
Skinąłem mu z uśmiechem głową. 
-  Oczywiście.  Ale  nie  moŜesz  zapomnieć,  Ŝe  do  stopnia,  od  jakiego  zaczyna  się 

swobodna  wyobraźnia  pisarska  pana  Nienackiego.  To  co,  poŜegnamy  się  chyba.  Do 
zobaczenia na tropie szajki Baziaka? 

Chłopiec  stał  wpatrzony  w  ziemię.  Wreszcie  odezwał  się  powoli,  jakby  przełamując 

wewnętrzny opór: 

- Jeszcze nie. Skoro jest pan przyjacielem pana Tomasza i tak wysoko ceni twórczość 

pana  Nienackiego,  to  muszę  pokazać  panu  jedną  z  tutejszych  tajemnic,  w  którą 
wprowadził mnie mój brat juŜ po śmierci pisarza. Chyba, Ŝe nie jest jej pan ciekawy? 

-  Być  nieciekawym  tajemnicy?  Za  nisko  mnie  cenisz  brachu.  Dawaj  mi  ją, 

gdziekolwiek ona jest! 

Łukasz roześmiał się. 
-  Zaraz  ją  pan  zobaczy.  Musimy  tylko  kawałek  przejechać  się  samochodem,  choć 

pieszo właściwiej by było do niej iść, ale czasu szkoda. 

- Dokąd mamy jechać? 
- Najpierw prosto szosą za kanał, a potem obok leśniczówki drogą przez las. 
Pojechaliśmy według wskazówek Łukasza. Wreszcie otworzyła się przed nimi polana 

porośnięta młodnikiem. Chłopiec poprosił Ŝebym zatrzymał Rosynanta. 

Wyłączyłem silnik. 
- Pora teraz na twoją tajemnicę. 
Chłopiec wpatrywał się przed siebie skupiony. 
- Nie moją. Ja tylko będę starał się być jej wart. A ma ją pan przed sobą. 
Spojrzałem  przez  przednią  szybę.  Las  jak  las.  Tyle,  Ŝe  na  krawędzi  rosły  cztery 

dorodne dęby. 

Łukasz wysiadł z samochodu. Wysiadłem i ja. 
- O te dęby ci chodzi? - spytałem. 
Z powagą skinął głową. 
- Tak. To dęby pisarza. Tutaj przychodził pan Nienacki szukać natchnienia. Ja byłem 

tutaj  tylko  raz.  JuŜ  po  śmierci  pisarza  przywiózł  mnie  tu  Marek.  Opowiedział  mi  o 
rozmowach  prowadzonych  tu  z  panem  Zbigniewem  i  o  tajemnicy,  która  jest  w  tych 
drzewach  ukryta.  Obiecywał  wprowadzić  mnie  w  nią,  gdy  będę  juŜ  dorosły.  Nauczył 
mnie pierwszych słów jej zaklęcia czy teŜ wprowadzenia. 

- I jak one brzmiały? - zainteresowałem się. 
Popatrzył na dęby, a potem wyrecytował ściszonym głosem: 
- Masz duŜo, dołóŜ i zostaw, aŜ przyjdzie inny... To tylko tyle - Łukasz w zakłopotaniu 

zatarł ręce. - Więcej mi juŜ Marek nie powie. Ale zostały pamiętniki. Na pewno notował 

background image

 

21 

w nich swoje rozmowy z pisarzem. Były przecieŜ dla niego takie waŜne. Dotychczas nie 
zaglądałem do nich, bo, moŜe pan się zaśmieje, to taka nasza rodzinna świętość. Nawet 
tutaj nie przyjeŜdŜałem. Ale teraz, po spotkaniu z panem, zmieniłem zdanie. Przeczytam 
pamiętniki brata. Na pewno znajdę w nich dalszy ciąg zaklęcia czterech dębów. 

Podeszliśmy  do  drzew,  w  których  cieniu  i  szumie  pisarz  szukał  natchnienia,  a  moŜe 

znalazł coś jeszcze, bo przecieŜ powiedział swemu uczniowi tutaj: “Masz duŜo, dołóŜ i 
zostaw, aŜ przyjdzie inny...”. Co teŜ dały, na jakie tory skierowały myśli pisarza cztery 
dęby?  Łukasz  oparł  się  o  jeden  z  nich  i  zapatrzył  w  jego  koronę.  Po  chwili,  jakby 
zawstydzony oderwał się od pnia i spojrzał na mnie. 

- To... to juŜ chyba będziemy wracać. 
Teraz  ja  oparłem  się  o  chropawą,  nagrzaną  słońcem  korę  drzewa  i  dopiero  po  chwili 

odpowiedziałem równie jak Łukasz ściszonym głosem: 

-  MoŜemy.  śegnajcie,  dęby  pisarza.  Kto  wie,  czyim  natchnieniem  jeszcze  będziecie, 

komu wyjawicie swoją tajemnicę? 

 
Rozstaliśmy  się  z  Łukaszem  na  skrzyŜowaniu  szos.  Chłopak  wracał  do  Zalewa,  ja 

jechałem przez Iławę i Ostródę do Starych Jabłonek. 

OdjeŜdŜałem, a Łukasz wciąŜ jeszcze stał wsparty o rower i machał mi na poŜegnanie. 

Coś mi mówiło, Ŝe tylko czeka, bym zniknął za zakrętem, a on sam zawróci i pojedzie do 
czterech  dębów.  Nie  miałem  zamiaru  mu  w  tym  przeszkadzać.  Dobrze  jest  czasem  w 
Ŝ

yciu kierować się marzeniami. A co do spraw “słuŜbowych”, to umówiliśmy się, Ŝe jak 

tylko  Łukasz  zwietrzy  coś  podejrzanego  w  zachowaniu  Baziaka  i  jego  szajki,  od  razu 
zatelefonuje do mnie. 

background image

 

22 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

SZTORM NA JEZIORZE PŁASKIM * CHRISTINE WITTECK - KRYSTYNA WITEK * 

PRACA W HOTELU “ANDERS” 

 

Jechałem  nie  spiesząc  się  szosą  na  Iławę  przez  las  nad  brzegiem  Jeziora  Płaskiego, 

odnogi Jezioraka, najdłuŜszego jeziora w Polsce. A w głowie miałem, tak ktoś kiedyś ten 
stan  umysłu  trafnie  nazwał,  “jak  w  Pikutkowie”,  czyli  niezbyt  szlachetną  plątaninę 
myśli.  Od  raportówki  Głupiego  Jasia  począwszy  na  dębach  pisarza  i  ich  tajemnice 
skończywszy. 

Nic  więc  dziwnego,  Ŝe  gdy  tylko  zobaczyłem  po  lewej  przesiekę  prowadzącą  nad 

jeziorną  polanę,  skręciłem  w  nią  natychmiast,  aby  nad  brzegiem  jeziora,  przy  fajeczce, 
uporządkować myśli. 

Wysiadłem  z  Rosynanta.  Po  jego  klimatyzowanym  wnętrzu  upał  lipcowego  dnia 

zdawał się być jeszcze większy niŜ w rzeczywistości. Zbierało się na burzę. 

Nad  jeziorem  wypiętrzyła  się  ogromna,  sinofioletowa  chmura  w  kształcie  kowadła; 

wysoki  na  kilkanaście  kilometrów  cumulonimbus.  Nadciągał  od  północy,  od  strony 
Likszan. Tafli jeziora, z której, zrzuciwszy Ŝagle, ile sił w pagajach i silnikach umykały 
jachty,  nie  zakłócał  Ŝaden  podmuch  wiatru.  Tylko  słońce  zdawało  się  praŜyć  jeszcze 
mocniej, a niosąca grozę chmura była coraz bliŜej. Gdzieś w jej wnętrzu przewalały się z 
hurkotem grzmoty. 

Perkozy,  łyski  i  kaczki  ukryły  się  w  trzcinach.  Czasem  tylko  przemknęła  samotna 

mewa, ale i w jej krzyku dawało się wyczuć strach. 

Usiadłem  w  cieniu  olchy,  na  jej  korzeniu,  gotów  przy  pierwszych  kroplach  deszczu 

schronić  się  do  kabiny  Rosynanta  i  nabijałem  fajkę.  Ale  zamiast  zająć  się 
porządkowaniem myśli, zacząłem obserwować pustoszejącą taflę jeziora. Zainteresował 
mnie  na  niej  samotny  kajak,  który  pomimo  coraz  sroŜszych  odgłosów  nadciągającej 
burzy nie śpieszył się z ucieczką ku brzegom jeziora, a płynął sobie leniwie, jakby jego 
wioślarz rozkoszował się gorącymi promieniami słońca. 

Przyniosłem  z  samochodu  lornetkę  i  jeszcze  raz  przyjrzałem  się  samotnemu 

kajakarzowi. Dopiero teraz dostrzegłem, Ŝe jest nim kobieta. Kajak był jednoosobowym 
składakiem. Nie zdziwiłbym się, gdyby wyprodukowano go w słynnej niemieckiej firmie 
Keplera.  Wiosło,  którym  posługiwała  się  kajakarka,  miało  kształt  wyczynowy.  Tym 
bardziej  się  zdziwiłem:  taki  fachowy  sprzęt  i  jednocześnie  takie  lekcewaŜenie  zjawisk 
atmosferycznych,  które  zwiastowały  zbliŜanie  się  wielkiego  dla  wątłego  kajaka 
niebezpieczeństwa!  Co  prawda  zauwaŜyłem  teŜ,  Ŝe  płynąca  kajakiem  kobieta  zapięła 
fartuch,  który  łączył  ją  z  łódką  w  szczelną  całość,  pozwalając  w  razie  wywrotki  na  tak 
zwaną  “eskimoskę”,  czyli  ponowne  przywrócenie  kajaka  do  właściwej  pozycji  jednym 
mocnym  pociągnięciem  wiosła.  Nie  byłem  jednak  pewien,  czy  kajakarce  starczy  sił  na 
podniesienie kajaka, gdy wywróci go mierzenie burzy. 

Wszystko  zszarzało,  chmura  pochłonęła  juŜ  bowiem  słońce.  Piorun  uderzył  w 

nadbrzeŜną  topolę  rozszczepiając  ją  na  pół.  Skośnie  od  strony  jeziora  zobaczyłem 
zbliŜającą  się  ścianę  deszczu  i  gradu.  Porywając  gałęzie  i  łamiąc  konary  olch  uderzył 
wicher. Daleko na środku jeziornej szerzy zobaczyłem jeszcze przewracający się kajak, 
który zniknął zaraz za miecioną wiatrem ulewą. 

Wskoczyłem  do  Rosynanta,  błogosławiąc  w  duchu  twórców  jego  “amfibijnych” 

zdolności.  Zapaliłem  silnik  i  wjechałem  w  jezioro  przełączając  napęd  wodny.  Pomimo 
zapalonych reflektorów i włączonych wycieraczek nie widziałem dalej jak na kilkanaście 

background image

 

23 

metrów. W poszukiwaniu kajaka musiałem zdać się na wyczucie, biorąc teŜ pod uwagę 
kierunek,  w  którym  wiatr  niósł  go  po  tafli  jeziora,  gdzie  nie  podniosła  się  jeszcze  fala, 
tak nagłe było uderzenie wichury. 

Płynąłem  po  omacku,  bojąc  się,  Ŝe  minę  kajak.  Log  Rosynanta  wskazywał,  Ŝe 

musiałem  juŜ  minąć  środek  jeziora.  Niedługo  zamajaczył  przede  mną  północny  brzeg 
Jeziora  Płaskiego.  Zawróciłem  i  sterując  bardziej  z  wiatrem  popłynąłem  z  powrotem 
przez jezioro, bacznie się rozglądając. Tym razem miałem szczęście! 

Nieco  w  prawo  od  kursu  zamajaczył  w  strugach  siekącej  wodą  ulewy  jasnoszary 

kadłub  przewróconego  kajaka,  któremu  wyporniki  nie  pozwoliły  na  szczęście  zatonąć. 
Przy nim ciemniała głowa jego lekkomyślnej właścicielki. 

Podpłynąłem  tak,  Ŝeby  osłonić  ich  od  wiatru  i  otworzyłem  górną  połowę  prawych 

drzwiczek,  przystosowanych,  tak  jak  i  pozostałe,  do  posługiwania  się  nimi  podczas 
wodnych przepraw Rosynanta. 

- Niech pani wsiada. 
Podciągnęła się zgrabnie na rękach i wskoczyła do środka. 
- Ojej! Zamoczę tu panu wszystko! 
Uśmiechnąłem się: 
- Wyschnie. No to ruszamy. 
- A kajak? 
- Odnajdziemy go po burzy! 
Chciałem sprawdzić, jak niefortunna wodniaczka dba o swój sprzęt. 
- Nigdy! 
I juŜ była z powrotem w wodzie. 
Po chwili wgramoliła się znów do Rosynanta. Tym razem z linką w ręku. 
-  No,  teraz  mam  kajak  na  cumce.  MoŜemy  holować  -  rozejrzała  się  po  kabinie  i 

zatrzasnęła drzwiczki. - Ale wóz to ma pan pierwsza klasa! Aha, dziękuję panu. 

Ukłoniłem się uprzejmie. 
- Dziękuję w imieniu mojego wozu za pochwałę. A mnie pani dziękować nie ma za co. 
Zerknąłem na nią spod oka. Była ładna i chyba mniej więcej w moim wieku. Smukłe 

ciało opinał jednoczęściowy kostium kąpielowy. 

Roześmiała się: 
- Faktycznie nie ma za co. Ocalił mnie pan przed nieco dłuŜszą kąpielą. A woda teraz 

ciepła. Chyba, Ŝe groziłby mi grad albo uderzenie pioruna... Zresztą, niech pan spojrzy, 
burza juŜ przechodzi... 

Miała  rację.  Wiatr  ucichł,  grad  zniknął  i  tylko  ulewny  deszcz  bębnił  o  powierzchnię 

wody. Niedługo chyba jeszcze, bo gdzieś zza chmur juŜ przebłyskiwało słońce... 

Ale choć odrobina wdzięczności by mi się naleŜała! 
Naburmuszyłem się: 
- Niech pani będzie przynajmniej wdzięczna za to, Ŝe jak dopłyniemy do brzegu, to nie 

przełoŜę pani przez kolano i nie wlepię kilku klapsów. 

- Ciekawa jestem za co? - zmarszczyła śmiesznie nos. 
- Choćby za to, Ŝe pływa pani sobie po wielkim jeziorze na tym luksusowym kajaczku 

jak po małym stawie. Burza jak szafa wyłazi na niebo, a pani tapla się spokojniutko na 
ś

rodku jeziora - uderzyłem ręką po kierownicy. 

Moja  pasaŜerka  w  skupieniu  wiązała  jakiś  węzeł  na  cumce  szarpanej  przez  kajak 

wlokący się za Rosynantem. 

background image

 

24 

-  Przepraszam  -  podniosła  na  mnie  oczy  urocza  kajakarka  -  ale  taka  juŜ  jestem.  Póki 

czego  sama  nie  wypróbuję...  Na  tyle  znam  się  na  meteorologii,  Ŝeby  wiedzieć,  czym 
grozi cumulonimbus. Ale wydawało mi się, Ŝe zawsze zdąŜę ustawić się rufą do wiatru, a 
wtedy nic mi nie grozi oprócz walnięcia kajakiem o brzeg albo zapędzenia w trzciny, a 
wtedy juŜ bym sobie poradziła. Jestem spod znaku Byka, a Byki są, jak wiesz, uparte - 
wyciągnęła do mnie rękę - Krystyna. 

Odwzajemniłem uścisk. 
- Paweł. Spod znaku Skorpiona. Równie upartego znaku. 
Roześmieliśmy się. 
Jakby  dostosowując  się  do  naszych  nastrojów  deszcz  przestał  padać,  a  nad  jeziorem 

rozpięła się przepiękna tęcza. 

Dopłynęliśmy  do  brzegu.  Wyjechałem  przednimi  kołami  na  piasek  i  zatrzymałem 

Rosynanta tak, by Krystyna mogła zająć się kajakiem. 

- Jest! - dobiegł mnie jej wesoły okrzyk. 
- Co? - wyjrzałem z samochodu. 
Krystyna wymachiwała wiosłem. 
-  JuŜ  niewaŜne,  Ŝe  sporo  kosztowało,  bo  to  Mayer,  ale  jakbym  się  dostała  do 

Jerzwałdu. Jak tylko zauwaŜyłam, Ŝe nie dam sobie rady z kajakiem, to włoŜyłam wiosło 
głęboko w dziób i zobacz, nie wypadło podczas holowania Pucha... 

- Czego holowania? 
- No, Pucha. Tak nazwałam swój kajak. 
- W takim razie przedstawiam wam Rosynanta - skinąłem w stronę samochodu. 
Prezentacji  stało  się  zadość.  Mogłem  spokojnie  zdjąć  spodnie  i  wejść  do  wody,  by 

pomóc Krystynie osuszyć kajak. 

- Jesteś kajakarką-samotniczką - zaśmiałem się. - Składaki jedynki rzadko się spotyka. 
Krystyna odpowiedziała mi uśmiechem. 
-  Czy  jestem  samotniczką?  MoŜna  to  i  tak  nazwać.  Ale  po  prostu  uwaŜam,  Ŝe 

niewcześnie  dobrane  towarzystwo  moŜe  tak  samo  zepsuć  spływ  kajakowy,  jak  i  całe 
Ŝ

ycie. Nieprawda? 

Skinąłem potakująco głową. 
-  Spędzasz  więc  urlop  w  Jerzwałdzie?  -  zmieniłem  temat.  -  Nie  wygodniej  byłoby  w 

Siemianach? 

Krystyna powoli odłoŜyła wiosło do kajaka. 
- Widzisz, moi rodzice pochodzą z Jerzwałdu... 
- I przyjechałaś do nich na wakacje? 
- Nie do nich, ale do ich wspomnień. I nie na wakacje, ale dosłownie na jeden dzień, 

drugi podarowałam sobie. A teraz ruszę dalej... MoŜe jak najdalej od Jerzwałdu. 

Popatrzyłem na nią ze zdumieniem. 
- Jak najdalej od Jerzwałdu? Dlaczego? 
- Moi rodzice pochodzą stąd. Są Mazurami, Ale tu nazywano ich Niemcami i robiono 

wszystko, Ŝeby stąd wyjechali do Niemiec na stałe. Wreszcie cała rodzina wyjechała. Ja 
juŜ  przyszłam  na  świat  w  Bonn.  Tam  ukończyłam  studia  i  pracuję  jako  informatyk...  I 
jestem Niemką. 

Zrobiło mi się głupio. 
- Jesteś Niemką czy Mazurką mieszkającą w Niemczech? Mówisz świetnie po polsku, 

Ŝ

e nigdy bym nie pomyślał. 

background image

 

25 

Pokręciła głową. 
- Powiedzmy: Niemką mówiącą dobrze po polsku.    
- A kim się czujesz? 
Uśmiechnęła się niewesoło. 
- Rozczaruję cię. Czuję się Niemką mówiącą dobrze po polsku. 
- Jednak tu przyjeŜdŜasz. 
Spojrzała na mnie spod oka. 
- Jak do wielu krajów w Europie. Macie przepiękne trasy kajakowe. Kiedy tylko mogę, 

wyrywam się do Polski na Krutynię. Trzy razy brałam teŜ udział w spływie Dunajcem. 

- I zawsze na wiernym Puchu? 
Zaśmiała się: 
-  Nie.  WypoŜyczam  najczęściej  kajak  na  miejscu.  Teraz  wzięłam  swój,  bo  w  tej 

okolicy, nad Jeziorakiem jestem pierwszy raz. 

Popatrzyłem na nią zdziwiony. 
-  Pierwszy  raz?  Mówiłaś,  Ŝe  stąd  pochodzi  twoja  rodzina.  Nie  ciągnęło  cię  nigdy  w 

rodzinne strony. 

-  Nie.  Właściwie  dlaczego,  Ŝe  rodzinne,  nie  chciałam  tu  przyjeŜdŜać.  Dopiero  w  tym 

roku  uległam  prośbie  dziadka  i  zajechałam  do  Jerzwałdu,  Ŝeby  nakręcić  na  wideo  ich 
starą  zagrodę.  Ale  staruszek  się  rozczaruje,  bo  jego  dom  przerobiono  od  fundamentów 
po dach. To w zasadzie nowy dom. Tylko obora, stajnia i stodoła zostały takimi, jakimi 
wspominał  je  dziadek.  I  chyba  gniazdo  bocianie  na  kalenicy  stodoły  jest  jak  w  jego 
opowiadaniach. 

- A nie mógł dziadek sam przyjechać do Jerzwałdu? 
Krystyna popatrzyła na mnie uwaŜnie. 
- Mówi, Ŝe to ponad jego siły. Oczywiście, nie w sensie fizycznym. I ja mu wierzę. 
Skinąłem ze zrozumieniem głową. 

 

Upalny  letni  dzień  zdawał  się  juŜ  nie  pamiętać  o  dramacie  burzy.  Z 

charakterystycznym poświstem swych mocarnych skrzydeł przeleciał nad zatoką łabędź. 
Gdzieś znad lasu nawoływał chrapliwie orzeł bielik. Tylko ukryta w koronie sosny zięba 
przypominała swym dzwoniącym głosikiem, Ŝe poprawa pogody nie będzie trwała. 

Coś zaszeleściło w kępie nadbrzeŜnej trawy. 
- śmija! - zawołała z przestrachem Krystyna i zamachnęła się wiosłem. 
Ze śmiechem powstrzymałem ją za rękę. 
-  Bez  obaw!  To  tylko  niegroźny  zaskroniec.  WąŜ  wodny,  którego  bać  się  powinny 

tylko Ŝaby! 

Zaskroniec zsunął się do wody i popłynął między grąŜele wysoko unosząc łepek. 
-  Brr - otrząsnęła  się Krystyna  -  niech  tam  sobie będzie niegroźny i  nie  jadowity,  ale 

wolę oglądać go na odległość wiosła - odwróciła się do mnie. - Ale moŜe powiedziałbyś 
coś o sobie. Tyle juŜ o mnie. 

RozłoŜyłem ręce. 
- Wcale nie tak wiele. Tyle, Ŝe mieszkasz w Bonn i pracujesz jako informatyk. No i Ŝe 

twoich  przodków  zmuszono  do  emigracji  z  Jerzwałdu  do  Niemiec.  Aha,  jeszcze  to,  Ŝe 
twoim  hobby  jest  turystyka  kajakowa...  Ja  zaś  nazywam  się  Paweł  Daniec  i  jestem 
skromnym pracownikiem Ministerstwa Kultury i Sztuki... 

- Nie takim skromnym, sądząc po samochodzie - przerwała mi Krystyna. 
- Powiedzmy, Ŝe jest to wóz słuŜbowy - odparłem spokojnie. 

background image

 

26 

-  I  pozwalają  ci  korzystać  z  niego  podczas  urlopu?  Bo  chyba  wypoczywasz  tu  nad 

Jeziorakiem. 

-  Miałem  tu  małą  sprawę  słuŜbową  do  załatwienia.  (Ani  mi  na  myśl  nie  przyszło 

opowiadać  o  florenach.)  Teraz  jadę  do  Starych  Jabłonek  koło  Ostródy,  do  hotelu 
“Anders”,  gdzie  dzięki  uprzejmości  jego  właścicieli,  państwa  Dowgiałło,  będę  mógł 
popracować kilka dni w ciszy i spokoju nad pewnym starodrukiem. 

-  Stare  Jabłonki,  hotel  “Anders”?  -  zaciekawiła  się  Krystyna.  -  Czy  jest  tam  jakieś 

jezioro? 

OŜywiłem się. - AleŜ tak, Szeląg Mały, o pięknie zalesionych wysokich brzegach. To 

strefa ciszy. MoŜesz dopłynąć stamtąd do Ostródy, no a z Ostródy to juŜ, jakbyś chciała, 
do Elbląga i Zalewu Wiślanego. 

- Trudno tam dojechać? MoŜe i ja wpadłabym na parę dni.. 
-  Z  Jerzwałdu  pojedziesz  na  Iławę  i  Ostródę.  A  potem  kawałek  szosą  na  Olsztyn. 

Samochód, jak się domyślam, masz? 

- Tak, golfa. Zaparkowałam go u obecnych gospodarzy obejścia dziadka. 
-  No  to  do  zobaczenia  w  “Andersie”.  Gdyby  nam  jednak  poplątało  drogi,  proszę,  tu 

masz  mój  adres  i  telefon  -  wyjąłem  z  Rosynanta  wizytówkę.  Ale,  zaraz  -  stropiłem  się  
przecieŜ ona ci rozmoknie. 

- Nie będzie tak źle - zaśmiała się Krystyna. - Mój Puch ma wodoszczelną kieszeń. Nie 

mam  co  prawda  swej  wizytówki,  bo  nie  spodziewałam  się  tak  miłego  spotkania,  ale 
zapisz mój adres. MoŜe kiedyś trafisz do Bonn. 

- Miło mi będzie - sięgnąłem po notatnik. 
- Christine Witteck - dyktowała powoli - przez dwa “t” i “ck” na końcu. 
- Nie ładniej byłoby Krystyna Witek? - zerknąłem na nią spod oka. 
Wzruszyła ramionami. 
- MoŜe. Ale jest jak jest. 
JuŜ bez dalszych komentarzy zapisałem boński adres Krystyny. 
Podała mi smukłą, mocno opaloną dłoń, nad którą pochyliłem się i ucałowałem ją ze 

staroświecką galanterią. 

Krystyna  zepchnęła  kajak  na  wodę,  wsiadła  do  niego  i  pomachawszy  mi  ręką 

popłynęła w kierunku wyjścia z zatoki. Popatrzyłem za nią z przyjemnością, rzadko się 
spotyka  bowiem  takie  połączenie  urody z  umiejętnościami  rasowej  kajakarki. Nawet  to 
zlekcewaŜenie  burzy  dodawało  jej  teraz  uroku.  CzyŜ  cechą  wielkich  podróŜników  i 
odkrywców nie jest właśnie ta chęć zmierzenia się z nieznanym zamiast trwoŜnej przed 
nim  ucieczki.  Kapitan  w  opowiadaniu  “Tajfun”  Conrada  nie  chciał  ominąć  tajfunu, 
którego siły nie znał.  Gdy kajak Krystyny zniknął za trzcinami zawróciłem Rosynanta. 
WłoŜyłem spodnie i adidasy rozmyślając, jakie to dziwne koleje losu doprowadziły mnie 
do spotkania z piękną Niemką. 

I  tak  to  odbyło  się  moje  porządkowanie  myśli  na  Jeziorem  Płaskiem.  Ale  nie  byłem 

zmartwiony. Ostatecznie to, jak potoczy się sprawa florenów nie zaleŜało ode mnie, a od 
Łukasza.  Od  tego,  czy  będzie  miał  z  czym  zadzwonić  do  mnie.  Jeśli  nie  zadzwoni, 
obiecywałem  dać  sobie  spokój  ze  złotymi  numizmatami  z  Zalewa.  Ostatecznie  fakt,  Ŝe 
ktoś wykopał jedną czy dwie monety więcej, nie był aŜ taki waŜny. Z góry cieszyłem się 
za  to,  Ŝe  będę  mógł  opowiedzieć  panu  Tomaszowi  o  dębach  jego  przyjaciela  i  o  ich 
tajemnicy,  którą,  miałem  nadzieję,  Łukasz  wyjaśni  korzystając  z  pomocy  pamiętnika 
swego brata. 

background image

 

27 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

KRYSTYNA W HOTELU “ANDERS” * SPŁYW DO OSTRÓDY * TELEFON “NIE NA 

TELEFON” * POZNAJĘ ANDRZEJA BIENIA * NACIĘCIA NA FLORENACH GANGU 

BAZIAKA * WYZNANIA KOWALIKA * KRYJÓWKA W GARAś

 

Siedziałem  w  swym  pokoju  hotelowym  pogrąŜony  w  pismach  opata  Bohdana  ze 

Szczepkowa, gdy ktoś zastukał do drzwi. 

- Proszę - odpowiedziałem. 
Drzwi otworzyły się. Stała w nich radośnie uśmiechnięta Krystyna. 
- No i jestem - powiedziała wręczając mi bukiecik polnych kwiatów. 
Ucieszyłem się, Ŝe dotrzymała obietnicy. Wstawiłem kwiatki do wazonika i poszliśmy 

do recepcji dowiedzieć się, czy jest wolny pokój. Na szczęście ktoś odwołał rezerwację i 
mogłem  zaprowadzić  Krystynę  do  jej  pokoju.  Zapomniałem  dodać,  Ŝe  w  recepcji 
zaopatrzyła się w przewodniki po Kanale Elbląskim i okolicy. 

Rozstaliśmy się do wieczora, abym mógł dokończyć studiowanie renesansowych pism; 

w  tym  czasie  Krystyna  miała  zrobić  drobną  przepierkę.  Umówiliśmy  się  w  hotelowe 
restauracji. 

Tam okazało się, Ŝe Krystyna mniej zajmowała się praniem, a bardziej studiowaniem 

przewodników.  Przy  kolacji  mało  jadła,  więcej  zaś  mówiła.  Głównie  wprawił  ją  w 
podziw Kanał Elbląski. 

-  Czy  wiesz,  jakie  to  wspaniałe  dzieło?!  -  zakrzyknęła,  budząc  zainteresowanie  przy 

sąsiednich stolikach. 

Uprzejmie skinąłem głową. 
Krystyna opowiadała kiwając widelcem 
- Projekt wyrównania poziomu jezior z okolicy rody z poziomem leŜącego w okolicy 

Iławy i Ostródy z poziomem Elbląga jeziora DruŜno zaprojektował w 1825 roku inŜynier 
Jerzy Steenke, który róŜnicę poziomu wód wynoszącą na odcinku 9,6 kilometrów około 
104  metry  zamierzał  pokonać  za  pomocą  pochylni.  Akceptację  króla  Prus  zdobył  nie 
przy  pomocy  argumentów  gospodarczych,  ale  stwierdzeniem,  Ŝe  nikt  na  świecie  takiej 
budowli nie posiada. 

- I chyba w tym stwierdzeniu poczciwy inŜynier się nie mylił. 
-  Nie  przeszkadzaj  -  skarciła  mnie  Krystyna  -  tylko  słuchaj.  Do  prac  przystąpiono  w 

październiku  1848  roku.  Kopano  połączenia  między  poszczególnymi  jeziorami,  sypano 
wały, budowano pochylnie i obniŜano lustra wody wielu jezior na trasie do poziomu 99,5 
metra.  Pierwszy  statek  popłynął  z  Iławy  przez  Miłomłyn  do  Elbląga  28  października 
1860  roku.  Trasę  łączącą  Miłomłyn  z  Ostródą  ukończono  w  1872  roku,  zaś  odcinek 
między Starymi Jabłonkami a Ostródą oddano do uŜytku w 1876 roku. 

- Nielicha budowla, jeśli moŜna ją tak nazwać - stwierdziłem zgodnie. 
Ale Krystyna zaperzyła się. 
-  A  Ŝebyś  wiedział!  Składa  się  z  trzech  odcinków  zasadniczych:  Ostróda-Elbląg, 

Ostróda-Stare Jabłonki-Staszkowo i Miłomłyn-Iława z odgałęzieniem do Zalewa. Łączna 
długość  szlaków  zasadniczych  wynosi  147,2  kilometra,  a  wraz  z  odgałęzieniami 
bocznymi 187,2 kilometrów. 

- No, no, naczytałaś się. 
Uśmiechnęła się. 
-  Zawsze  to  lepsze  niŜ  pranie.  Mam  dla  ciebie  jeszcze  jedną  informację.  OtóŜ  jutro 

płyniemy kajakiem do Ostródy. 

background image

 

28 

Nie powiem, Ŝebym się nie zdziwił. 
- Twoim jednoosobowym Puchem? 
Roześmiała się. 
- Nie Ŝartuj. WypoŜyczę zwykły dwuosobowy kajak tu, na miejscu. 
Tak więc miałem jeszcze zostać spływowiczem. Ale wystarczyło spojrzeć na Krystynę, 

aby zrozumieć, Ŝe Ŝadne odmowy nie wchodzą w grę. 

 
Na  szlak długości  14 kilometrów  wypłynęliśmy  wcześnie  rano,  biorąc pod uwagę, Ŝe 

będziemy  musieli  nim  powrócić.  Na  wszelki  wypadek,  myśląc  o  wiadomości  od 
Łukasza,  wziąłem  ze  sobą  telefon  komórkowy,  budząc  tym  Ŝarty  Krystyny,  czy  nie 
spodziewam się nagłego wezwania do pracy. 

Popłynęliśmy  jeziorem  Szeląg  Mały  pięknie  otoczonym  wysokimi  zalesionymi 

brzegami.  Następnie  kanałem  pod  nasypem,  którym  biegły  tory  kolejowe  i  szosa  do 
Olsztyna, wypłynęliśmy na jezioro Szeląg Wielki, wzdłuŜ którego brzegów rozciąga się 
kompleks Lasów Jabłonowskich i Lasów Taborskich. Tu rosną słynne sosny uŜywane na 
maszty  okrętów,  tak  zwane  taborskie.  Rzeczka  SzeląŜnica  doprowadziła  nas  do 
pierwszej śluzy komorowej Ruś Mała. Aha zapomniałbym! Cały szlak jest strefą ciszy, 
dostępną tylko dla kajaków, łodzi Ŝaglowych. 

Przed nami otworzyło się Jezioro Pauzeńskie, zamknięte u przeciwległego końca śluzą 

Ostróda. Pokonaliśmy w niej róŜnicę poziomów wynoszącą 1,6 metra i wypłynęliśmy na 
Jezioro Drwęckie. Przed nami otworzyła się panorama Ostródy. 

Krystyna była zachwycona spływem. 
Zaśmiałem się. 
- To dziwne, Ŝe ciebie, znawczynię kajakowych szlaków tak cieszy ta nasza skromna 

wyprawa. 

Odwróciła ku mnie buńczucznie głowę. 
- Masz coś przeciwko mojej radości? 
- AleŜ skąd! TeŜ się cieszę. 
Zacumowaliśmy  kajak  pod  czujnym  okiem  przystaniowego  na  przystani  śeglugi 

Ostródzko-Elbląskiej i ruszyliśmy zwiedzać miasto. 

- Nie spodziewaj się tu pięknych zabytków - ostrzegałem Krystynę.- Miasto nie miało 

szczęścia do historii. JuŜ choćby Rosjanie zniszczyli je w 1945 roku w 60 procentach. 

Krystyna ujęła mnie pod ramię. 
-  Rzeczywiście,  miasteczko  jak  wiele  innych.  Ale  co,  według  ciebie  parającego  się 

przecieŜ historią, miałabym stąd zapamiętać? 

Zastanowiłem się. Moja towarzyszka pociągnęła mnie za rękaw. 
- Nie marudź, tylko mów. Szybko i krótko, bo zabytków to wiele tu nie zobaczę. 
- Interesują więc cię ciekawostki? 
- Jakbyś zgadł! 
-  I  tych  będzie  niewiele.  Ale  spróbuje...  Na  rozkaz  Władysława  Jagiełły  złoŜono  na 

tutejszym  zamku  zwłoki  wielkiego  mistrza  krzyŜackiego  i  komtura  ostródzkiego 
przewoŜone  spod  Grunwaldu  do  Malborka.  ChorąŜym  ostródzkim  był  przywódca 
związku Pruskiego, pierwszy gubernator Prus Królewskich Jan BaŜynski. Urodził się tu 
Fryderyk  Hoffman,  który  był  w  1794  roku  lekarzem  wojsk  Tadeusza  Kościuszki,  a 
następnie  Legionów  Polskich  we  Włoszech  Na  pewno  zaciekawi  cię,  Ŝe  opracował  on 
projekt łodzi podwodnej oraz pasa ratunkowego... Od 21 lutego do l kwietnia 1807 roku 

background image

 

29 

na  zamku  ostródzkim  mieściła  się  kwatera  główna  Napoleona.  zajmował  on  pokój  na 
pierwszym  piętrze  północnego  skrzydła  zamku  (czwarte  i  piąte  okno  od  obecnej  ulicy 
Mickiewicza),  które  mam  zamiar  ci  pokazać.  W  latach  1835-1848  działał  w  Ostródzie 
Gustaw  Gizewiusz.  Był  on  polskim  kaznodzieją  parafii  ewangelickiej  w  Ostródzie, 
gorącym  obrońcą  praw  i  kultury  Mazurów.  Wspólnie  z  Krzysztofem  Celestynem 
Mrongowiuszem  opracował  memoriał  przeciwko  wynaradawianiu  Mazurów,  który 
przedstawił  królowi  pruskiemu.  Został  w  1848  roku  wybrany  na  posła  parlamentu 
pruskiego, ale zmarł przed objęciem mandatu... 

- Tylko tyle? - Krystyna spojrzała na mnie spod oka. 
Wzruszyłem ramionami. 
- MoŜe nie “tylko”, ale “aŜ”. Nie zapominaj, Ŝe Ostróda była małym miasteczkiem. Po 

poŜarze  w  1788  roku  liczyła  zaledwie  400  mieszkańców.  Jej  rozwój  datuje  się  dopiero 
od budowy Kanału Elbląskiego, a później linii kolejowych. 

Powałęsaliśmy  się  po  mieście,  zjedliśmy  obiad  w  restauracji  hotelu  Falcon”  i 

wróciliśmy do oczekującego nas kajaku, którym powiosłowaliśmy dzielnie z powrotem 
do Starych Jabłonek. 

Wieczorem Krystyna wprawiła mnie w lekkie zdumienie oświadczając: 
-  Wiesz,  urządzę  sobie  bazę  wypadową  w  “Andersie”.  Mam  zamiar  popływać  po 

okolicznych jeziorach i dalej Kanałem Elbląskim. 

Nieco  zdziwiło  mnie,  Ŝe  ktoś  zakłada  bazę  wypadową  tam,  gdzie  szlak  kajakowy  się 

kończy. Choć jeśli ten ktoś posiada, jak Krystyna, składany kajak i sprawny samochód, 
w  kaŜdej  chwili  moŜe  przenieść  się  na  dowolne  jezioro.  Pomysł  pochwaliłem  więc  nie 
bez lekkiej ironii Krystyna udała, Ŝe jej nie dostrzega. 

Stosunki  między  nami  jednak  się  ochłodziły  i  kiedy  następnego  dnia  Krystyna 

wyruszyła na pierwszą ze swych wypraw, ostentacyjnie zbyła milczeniem moje pytanie, 
dokąd się wybiera. 

Wzruszyłem  ramionami,  co  moŜe  nie  było  zbyt  grzeczne  i  wróciłem  do  mej  pracy. 

Miałem  teŜ  nadzieję,  Ŝe  Łukasz  wreszcie  zadzwoni,  bo  moŜe  to  dziwne,  ale  chętniej 
zająłbym się niecnymi sprawkami niejakiego Baziaka niŜ dziełami czcigodnego opata. 

Późnym popołudniem wróciła Krystyna. Była w kiepskim humorze. Opowiadała, jak o 

mały włos nie przedziurawiła Pucha na karczu zatopionym w jednym z leśnych jeziorek. 
Siedzieliśmy u mnie w pokoju, gdy zadzwonił telefon. 

Podniosłem go ze stolika. 
- Daniec. Słucham. 
- Tu Łukasz, panie Pawle. Łobocki. Dzwonię, jak się umówiliśmy. 
W  tej  chwili  wolałbym  oczywiście  być  sam  w  pokoju,  ale  Krystyna  nie  zdradzała 

ochoty, aby wyjść. Z drugiej strony sprawiała wraŜenie, Ŝe moja rozmowa całkowicie jej 
nie interesuje. Zajęła się przeglądaniem listów opata Bohdana. 

Odruchowo ściszyłem głos. 
- No, co tam słychać, Łukasz? 
- To jest telefon “nie nie telefon” - tajemniczo zastrzegł się chłopak. 
Roześmiałem się. 
- To po co dzwonisz? 
Nie dał się zbić z tropu. 
- Po to, Ŝeby zechciał pan się ruszyć i przyjechać do Zalewa. Mamy rewelację jak się 

patrzy! 

background image

 

30 

Zdenerwowałem się. 
- Co za “my”? Jaką rewelację? 
- Wszystko wyjaśni się na miejscu - oznajmił tajemniczo Łukasz. - O której moŜe pan 

być w Zalewie? 

- JuŜ mi rozkazujesz? Ale niech ci będzie. Policzymy się na miejscu. Będę za godzinę. 
Łukasz zaśmiał się. 
-  Wyjdę  z  tego  rozliczenia  obronną  ręką.  Grunt,  Ŝe  pan  przyjedzie.  Lepiej  późno  niŜ 

wcale. Będziemy czekać tam, gdzie złapał pan gumę. Tylko niech pan nie nawali! 

- A niech cię! 
- Kto to był? - spytała Krystyna od niechcenia. 
- A taki jeden poznany na trasie. 
Coś powstrzymało mnie od powiedzenia prawdy o Łukaszu. 
- Czego chciał od ciebie? - nie ustawała urocza kajakarka. 
-  Przypomniał  o  umówionym  spotkaniu  -  odparłem  na  odczepnego,  przestraszony,  Ŝe 

zechce jechać ze mną. 

Ale na szczęście Ŝyczyła mi tylko miłego spotkania i wyszła z pokoju. 
Uporządkowałem  swoje  notatki  na  stoliku,  nabiłem  fajkę  i  zapaliłem.  Wyszedłem  z 

hotelu, wsiadłem do Rosynanta i ruszyłem do Zalewa. Przyznam, Ŝe niezbyt zadowolony 
z siebie, Ŝe tak ganiam na kaŜde wezwanie byle nastolatka. Ale tak po prawdzie, Łukasz 
nie wydał mi się “byle” nastolatkiem. 

W  czasie  jazdy,  aby  skrócić  jej  czas  przypominałem  sobie,  co  wiem  o  Zalewie.  Nie 

było tego wiele. 

“Miasto  załoŜono  na  przełomie  XIII  i  XIV  wieku  na  północno-wschodnim  brzegu 

jeziora  Ewingi.  Prawa  miejskie  uzyskało  w  1305  roku.  W  1408  roku  gród  otoczono 
ceglanymi  murami  na  kamiennej  podmurówce,  z  licznymi  basztami  i  dwiema  bramami 
wjazdowymi.  Było  kilkakrotnie  niszczone  przez  poŜary  i  wojny.  W  czasie  epidemii 
dŜumy  w  1710  roku  zostało  w  Zalewie  tylko  7  rodzin.  Od  1554  roku  istniał  tu  kościół 
polski, naboŜeństwa w języku polskim odprawiano do 1770 roku. Zdobyte przez Rosjan 
w 1945 roku miasto zostało zniszczone w 75%, w wyniku czego utraciło prawa miejskie, 
które odzyskało dopiero 1 stycznia 1988 roku. Z zabytków architektonicznych pozostał 
kościół  parafialny  wzniesiony  w  latach  1320-1351  z  wieŜą  z  1407,  przebudowany  w 
1879  roku.  Ocalał  teŜ  fragment  murów  miejskich  wraz  z  basztą  z  XIV  wieku.  Po 
wzniesionym  tu  ponoć  w  1484  loku  klasztorze  franciszkanów,  skąd  mają  pochodzić 
odkopywane  floreny,  nie  ma  juŜ  śladu...”  -  powtarzałem  w  myślach  wiadomości  o 
mieście, do którego zmierzałem. 

W  umówionym  miejscu  juŜ  na  mnie  czekało  dwóch  kolarzy:  Łukasz  i  nie  znany  mi 

chłopak. 

-  A,  to  na  jego  cześć  było  to  “my”  w  telefonie  -  mruknąłem  zły,  Ŝe  Łukasz  nie 

dotrzymuje tajemnicy. 

Łukasz uścisnął mi na powitanie rękę. 
- Andrzej Bień - przedstawił swego kolegę. 
Ten, widząc moją ponurą minę, uśmiechnął się rozbrajająco. 
- Miło poznać sławnego Pana Samochodzika! 
- Nie Pana Samochodzika, tylko jego ucznia! - odpowiedziałem ze śmiechem. 
I  atmosfera  naszego  spotkania  od  razu  stała  się  milsza.  Chłopcy  oparli  rowery  o 

Rosynanta i przysiedli na zwalonej opodal szosy brzozie. 

background image

 

31 

-  Przepraszam,  Ŝe  dołączyłem  do  naszego  zespołu  Andrzeja  -  tłumaczył  się  Łukasz  - 

ale to mój serdeczny przyjaciel, przed którym nie mam tajemnic. Poza tym, we dwójkę 
zawsze  raźniej.  Ma  jeszcze  te  zaletę,  Ŝe  mieszka  w  najbliŜszym  sąsiedztwie  domku 
wynajętego  przez  Baziaka.  Ich  garaŜe  stykają  się  ze  sobą  tylnymi  ścianami.  Daje  to 
moŜliwość  podsłuchiwania,  o  czym  szajka  Józka  gada,  bo  często  coś  dłubią  w  garaŜu 
albo  przesiadują  pod  parasolem  rozpiętym  nad  stolikiem  na  trawniku  obok  garaŜu.  W 
jego pobliŜe łatwo się podkraść za Ŝywopłotem. 

- I coście tam podsłuchali? - spytałem nie bez ironii. 
Ale chłopcy się nie stropili. 
-  Na  razie  niewiele  -  odparł  Łukasz.  -  Jest  ich  tam  czterech:  Józek  Baziak,  Antek, 

Waldek  i  Rysiek.  Ci  trzej  to  obcy,  ale  nie  wiadomo  skąd.  Czasem  przyjeŜdŜają  swymi 
wozami. Mają dwa passaty i beemkę, wszystkie na gdańskich numerach Ale najczęściej 
to jeŜdŜą białym mercem Baziaka... 

-  Śmieszne  -  wtrącił  Andrzej  -  Ŝe  nie  mówią  do  siebie  po  imieniu,  tylko  numerami. 

Baziak  jest  Jedynką,  a  pozostali  to  Dwójka, Trójka i  Czwórka.  Jak  się  który  zapomni  i 
powie  do  drugiego  po  imieniu,  to  reszta  go  ochrzanią  aŜ  miło.  TeŜ  mi  dziecinada  - 
zaśmiał się z wyŜszością piętnastolatek. 

-  MoŜe  nie  taka  znów  dziecinada  -  odparłem.  -  Być  moŜe  zaleŜy  im,  by  w  jakimś 

waŜnym momencie nie zdradzić nawet własnych imion. 

- A widzi pan! - ucieszył się Łukasz. - Sam pan przyznaje, Ŝe w sprawie Baziaka moŜe 

się kryć coś waŜnego! 

- Ale dlaczego noszą ponacinane floreny na łańcuszkach? - zastanawiał się Andrzej. - 

Czy po to, aby ich numery bardziej utkwiły im w pamięci? - zaŜartował. 

- Ponacinane, mówisz? - teraz ja się zaciekawiłem. 
- Tak. KaŜdy w innym miejscu. Jesteśmy tego pewni, bo specjalnie łaziliśmy za nimi i 

przyglądaliśmy się. 

- AŜ nas Baziak pogonił. 
Wyjąłem z kieszeni notes i długopis. 
- Mówicie, Ŝe jest ich czterech. Nacięcia powinny wiec ułoŜyć się w ten sposób: 
Ale, skoro Baziak jest Jedynką, to chyba tak: 
Chłopcy przyjrzeli się rysunkom i pokręcili głowami. 
- Jakby te nacięcia na ich florenach układały się częściej... 
- I z jednej strony monet ich brakowało! 
Zastanowiłem się. 
- Odrzucając przypadkowość nacięć, to mogą one stanowić część wzoru: Ale w takim 

razie brak nam jeszcze Piątki i Szóstki. 

-  O,  to,  to!  -  oŜywił  się  Łukasz.  -  Raz  słyszałem,  jak  jeden  mówił  do  drugiego,  Ŝe 

czekają jeszcze na speca! 

Uśmiechnąłem się. 
-  Spec  to  byłaby,  dajmy  na  to,  Piątka.  Ciekawe,  kto  jest  Szóstką  i  czy  nie  ma  więcej 

liczb we florenowym szyfrze. 

- Tak czy inaczej szykują jakiś grubszy numer - oświadczył zdecydowanie Łukasz. 
- Skąd ta pewność? - spytałem. 
Chłopcy zachichotali. 
-  Podsłuchaliśmy  Kowalika  -  powiedział  wreszcie  Andrzej  -  jak  trzeźwiał  w  rowie  i 

wyrzekał na niesprawiedliwość świata, czyli młodego Baziaka. 

background image

 

32 

Nieoczekiwanie dla samego siebie zirytowałem się: 
- Czy nie moglibyście opuszczać przymiotnika “młody”, kiedy mówicie o Baziaku. 
-  Nijak  nie  moŜemy  -  pokręcił  głową  Andrzej,  a  iskierki  śmiechu  błysnęły  w  jego 

oczach.  -  śyje  przecieŜ  stary  Baziak  i  Baziak  najmłodszy,  Antek,  któremu  dołoŜymy 
podczas  wyścigu  “O  Złoty  Floren”.  Gdybyśmy  nie  mówili  “młody”,  wtedy  pan  nie 
wiedziałby, o którego Baziaka chodzi. 

- A niech was! - zaśmiałem się. - Ale gadajcie, co tam od Głupiego Jasia usłyszeliście! 
-  Ale  z  tym  Antkiem  -  westchnął  niespodziewanie  Łukasz  -  to  teŜ  powaŜna  sprawa. 

Trudno będzie z nim wygrać, bo młody Baziak, przepraszam, Józek ma sprawić swemu 
bratu taki sprzęt, Ŝe mucha nie siada, bo nie zdąŜy. 

Machnąłem ręką. 
-  DajŜe  ty  spokój,  przynajmniej  na  razie,  z  Antkiem  i  wyścigiem  “O  Złoty  Floren”! 

Będziesz miał czas myśleć o nich podczas treningu. Wracamy do wyznań Jana Kowalika 
zwanego przeze mnie Kusą Marynareczką. 

- Kusa Marynareczką! Hi, hi! - chłopakom wyraźnie spodobało się wymyślone przeze 

mnie przezwisko. - Faktycznie, rękawy to mu ledwo za łokcie sięgają. A poły, to nawet 
łat na tyłku nie zakryją! 

Zniecierpliwiłem się. 
- MoŜe dowiem się wreszcie, co usłyszeliście od trzeźwiejącego w rowie Kowalika?! 
Łukasz zatarł ręce. 
- JuŜ mówimy. 
- Tylko sam pan przeszkodził z tą Kusą Marynareczką - zastrzegł się Andrzej. Ale po 

wymierzonym celnie przez przyjaciela kuksańcu umilkł. 

-  No  to  teraz  będzie  relacja  Jana  Kowalika,  zwanego  Głupim  Jasiem  albo  teŜ  Kusą 

Marynareczką, oj! - zawrzasnął, bo tym razem on otrzymał kuksańca i to solidnego ode 
mnie i spadł z pnia brzozy. 

-  Się wie,  się mówi  -  gramolił  się  z powrotem na swoje miejsce  pocierając  stłuczony 

bok i łypiąc ponuro. 

- Tak więc Jasio rzeczywiście dokopał się do florenów, ale nawet w Ŝalu i w rowie nie 

zdradził,  gdzie  je  znalazł.  Wystękał  tylko,  Ŝe  kilka  z  nich  powiózł  do  Gdańska  na 
sprzedaŜ. Przyznał nawet, Ŝe pierwszy stracił, kiedy go “cykor obleciał”, jak sprzedawca 
spytał,  czy  jest  z  Zalewa.  “Od  maleńkości  nerwowy  byłem”  -  tak  skarŜył  się  w  rowie. 
Gdy  po  skończonych  transakcjach  w  innych  sklepach  chciał  wrócić  do  domu,  jak  raz 
podjechał do niego Baziak swym białym mercem, w którym jechało jeszcze dwóch jego 
kumpli,  i  zaproponowali  podwiezienie.  Kowalikowi  wydało  się,  Ŝe  tamten  dobrze  wie, 
po  co  jeździł  do  Gdańska.  Był  więc  zadowolony,  Ŝe  uzyskane  za  floreny  pieniądze 
schował za podszewkę marynarki, bo z takimi jak Baziak to nigdy nic nie wiadomo. 

- Rzeczywiście Jasio nie jest taki głupi - mruknąłem. 
- Ale młody Baziak - ciągnął Łukasz - tylko uprzejmie wypytał, czy ktoś nie dokopał 

się znów do florenów na skarpie za garaŜami. I mówił, Ŝe floreny owszem, sporo grosza 
przyniosą,  ale  on  ma  pomysł,  który  ten  zarobek  by  zwielokrotnił.  Na  to  Jasio, 
oczywiście,  Ŝe  jak  się  tylko  o  nowych  florenach  dowie,  to  zgłosi  się  do  Józka.  Na  to 
zdenerwowali  się  kumple  Baziak  i  powiedzieli,  Ŝe  sami  florenów  poszukają,  Ŝe  zaczną 
od raportówki Kowalika. 

- To było głupie, nie? - wtrącił Andrzej. - Bo gdzieŜby Jasio woził floreny z Gdańska 

do Zalewa? 

background image

 

33 

-  Jasne,  Ŝe  głupie  -  przytaknął  Łukasz.  -  Ale  co  wykombinowali,  to  juŜ  ich  sprawa. 

Grunt, Ŝe wyrwali Kowalikowi raportówkę, a kiedy zobaczyli, Ŝe jest pusta, wyrzucili ją 
przez okno mercedesa. Co miał się biedny Jasio szarpać z dwoma byczkami. Stulił więc 
uszy po sobie i udawał, Ŝe go utrata torby mało obeszła. Zresztą cieszył się, Ŝe pieniądze 
za  floreny  są  bezpieczne,  przynajmniej  na  razie,  pod  podszewką  marynarki.  Jakby  w 
nagrodę Baziak oświadczył, Ŝe mu się taki spokój podoba i Ŝe Kowalik w pełni zasługuje 
na  przyjęcie  do  paczki.  A  z  tego  przyjęcia  to  spodziewać  się  moŜe  tylko  zysków  i  to 
duŜych.  I  tym  złapał  Głupiego  Jasia,  bo  ten  wyjął  spod  podszewki  pieniądze  i  dał  je 
Baziakowi,  za  co  otrzymał  nową  porcję  pochwał.  Grzecznie  juŜ  Kowalika  do  Zalewa 
zawieźli.  Tylko  nie  pod  sam  dom,  na  jaki  honor  Jasio  liczył.  Ale  wytłumaczyli  mu,  Ŝe 
lepiej, Ŝeby go jak najrzadziej ludzie z nimi widzieli, bo to wszystko wielka tajemnica. 
Niech tylko Jasio co wie o nowych florenach im doniesie, albo pokaŜe miejsce, gdzie je 
znaleźć najłatwiej. Następnego dnia wybrał Kowalik miejsce za garaŜami ani lepsze, ani 
gorsze, gdzie florenów moŜna się doszukać i z meldunkiem pobiegł do Baziaka. Ale ten 
uwierzył mu tyle co ja i pognał jak burego kota. O Ŝadnej spółce nie było juŜ mowy. I 
jedyne, co Jasio usłyszał, było to, Ŝe niech się pijaczyna wynosi, a wszystko co gada o 
jakichś  pieniądzach  i  współpracy  musiało  mu  się  po  pijanemu  przyśnić.  I  niech  lepiej 
uwaŜa, Ŝeby ten sen w trwalszy się nie zmienił. 

- Całkiem realna groźba - zastanowiłem się. 
Łukasz skinął głową. 
-  Ale  Kowalik  ją  lekcewaŜy.  Siedział  w  rowie,  podpity  rzeczywiście  i  chwalił  się,  Ŝe 

prawdziwe miejsce z florenami to on zna dobrze, a Baziaka chciał tylko wypróbować. O 
swoje pieniądze teŜ jest spokojny, bo mu je Józek przyniesie w zębach. Tyle juŜ wie o 
planach  Baziaka,  Ŝe  wystarczy,  Ŝeby  zameldował  policji,  a  Baziak  zgnije  w  wiezieniu. 
Tak to ujął trzeźwiejący w rowie Jan Kowalik - zakończył Łukasz. 

- Brednie rozŜalonego po stracie raportówki pijaczka - podsumowałem ten długi raport. 
Łukasz się obruszył. 
-  To  jak?!  Wszystko  brednie?  A  ta  Jedynka,  Dwójka  i  inne  numery,  o  których 

podsłuchaliśmy!? 

Specjalnie, Ŝeby go rozzłościć, wzruszyłem ramionami. 
-  Ot,  nadali  sobie  ksywki.  To  przecieŜ  było  i  jest  w  modzie.  A  Ŝe  numery?  Równie 

dobre jak kaŜde inne określenia. 

-  To  co  teraz?  -  spytał  Andrzej.  -  UwaŜa  pan,  ze  Baziak  niczego  nie  knuje?  Mamy 

przestać śledzić jego szajkę? 

Pokręciłem głową. 
- Tego nie powiedziałem. Skoro macie takie znakomite miejsce podsłuchu bandy, to go 

kontynuujcie.  Postarajcie  się  tylko  zebrać  jak  najwięcej  faktów  i  zadzwońcie  do  mnie. 
Jeszcze kilka dni pobędę w Starych Jabłonkach. W razie czego podskoczy do Zalewa. A 
teraz, jak to się mówi, to by było na tyle. Wy wracajcie na swój posterunek, ja jadę do 
hotelu “Anders”. 

ś

artowałem sobie z młodych przyjaciół, ale w głębi mej duszy odezwał się alarmowy 

dzwonek,  który  juŜ  kilka  razy  mnie  nie  zawiódł.  CzyŜby  i  tym  razem  było  podobnie? 
CzyŜby poszukiwania nowych miejsc ukrycia florenów miało doprowadzić do znalezisk 
o zawartości jak najbardziej współczesnej i równie jak one cennej? 

W kaŜdym razie, moŜecie się śmiać ze mnie, wszystko stało się od tej chwili w mych 

oczach podejrzane. Nawet Krystyna i jej niewinne pytanie, gdzie to wędrowałem. 

background image

 

34 

 
Zadzwonił  znów  telefon.  Łukasz.  Tym  razem  sprawa  wyglądała  na  powaŜniejszą  niŜ 

poprzednia relacja na temat skarg w rowie pijanego Kowalika. 

Podsłuchując w garaŜu chłopcy usłyszeli, Ŝe tamci mówią coś o jakiejś wystawie, która 

ma się niedługo rozpocząć. Więcej nie powiedzieli, ale mądrej głowie dość dwie słowie. 
Chłopcy zajrzeli do “Gazety Olsztyńskiej” i wyczytali, Ŝe w Muzeum Warmii i Mazur w 
Olsztynie ma być wystawiona sztuka sakralna ze zbiorów Muzeum Narodowego, część 
wystawy zorganizowanej na przyjazd papieŜa do Polski. 

Łukasz  zaprosił  mnie  do  Zalewa.  Według  niego  mieliśmy  niepowtarzalną  szansę 

schwytania  szajki  Baziaka  na  przygotowaniach  się  do  skoku  na  wystawę  i  oddania 
łotrów w ręce policji. 

Zamieszkać  miałem,  a  raczej  ukryć  się  w  gościnnym  domu  państwa  Bieniów,  którzy 

wybrali się z dłuŜszą wizytą do rodziny, zostawiając dom pod opieką syna. 

- A co będzie Rosynantem? - zaniepokoiłem się o ukochany wóz. - PrzecieŜ tak łatwo 

go  rozpoznać!  Co  się  mam  ukrywać  w  domu  Bieniów,  kiedy  pod  domem  będzie  moja 
wizytówka, którą baziakowcy nie omieszkają się zainteresować. 

- Rozumiem - odparł Łukasz - ma pan zamiar wykorzystać jeszcze Rosynanta w akcji. 
- Jakbyś zgadł - odpowiedziałem. 
W słuchawce słychać było szepty. Pewnie Łukasz naradzał się z Andrzejem. Wreszcie 

usłyszałem, jak sapnął z ulgą. 

- Wie pan co, panie Pawle... 
- Nie. Nie wiem. 
- Ojej, pan Ŝartuje, a ja powaŜnie! 
- No juŜ dobrze, przepraszam. Mów. 
- Z Rosynantem to zrobimy tak: jak szajka Baziaka wyniesie się gdzieś z Zalewa (co 

jej się często zdarza) pan przyjedzie i ukryjemy Rosynanta w pustym garaŜu Bieniów. 

Zaśmiałem się. 
- Jeśli dom państwa Bieniów nie ma połączenia z garaŜem, to będę musiał zamieszkać 

w  garaŜu,  bo  inaczej  mógłbym  nie  zauwaŜony  przez  tamtych  podsłuchiwać  ich 
rozmowy. Ale dobra, dajcie mi znać, kiedy mam przyjechać do Zalewa. 

-  To  fajnie!  -  ucieszył  się  Łukasz  i  nagle  głos  jego  spowaŜniał.  -  Pamięta  pan,  co 

mówiłem  o  tajemnicy  dębów  pisarza  i  o  tym,  Ŝe  będę  jej  szukał  w  pamiętniku  Marka? 
Wydaje mi się, Ŝe znalazłem dalszy ciąg zaklęcia: “Z pierwszego patrz na trzeci...” 

Zasępiłem się. 
- Tylko tyle? 
-  Tylko  -  odpowiedział  ze  smutkiem  Łukasz  -  ale  mam  nadzieję  znaleźć  dalszy  ciąg 

bądź wyjaśnienie tego, co juŜ mamy. To do zobaczenia. Zadzwonimy, jak tylko przejazd 
będzie wolny. 

- Czekam waszego telefonu z utęsknieniem. Cześć! 
 
Wreszcie  Łukasz  zadzwonił.  Mogłem  spokojnie  przyjeŜdŜać  do  Zalewa.  Młodszy 

Baziak  starannie  zamknął  dom  i  zatankowawszy  swego  mercedesa  do  pełna  zniknął 
gdzieś w sinej dali. A jego kompani wraz z nim. 

PoŜegnałem  się  z  Krystyną  pod  pretekstem  nagłego  wezwania  z  ministerstwa. 

Wyraziła Ŝal i nadzieję, Ŝe jeszcze się spotkamy. 

background image

 

35 

Gdy jechałem do Zalewa wydawało mi się, Ŝe w lusterku wstecznym widzę daleko w 

tyle za Rosynantem samochód przypominający golfa Krystyny. Ale jaki miałaby powód, 
aby  mnie  śledzić?  Dodałem  lekko  gazu  i  domniemany  “prześladowca”  zniknął  z  pola 
widzenia. 

 
Chłopcy czekali na mnie w poprzednim miejscu, abym niepotrzebnie nie kręcił się po 

Zalewie.  Kierowany  przez.  nich  dojechałem  bez  przeszkód  do  domu  Bieniów  i 
umieściłem  Rosynanta  w  garaŜu.  RozłoŜyłem  siedzenia  w  Rosynancie  i  miałem  gdzie 
spać. Ponadto ku mojej radości garaŜ był wyposaŜony komfortowo w małą łazienkę. 

Rzuciło mi się teŜ w oczy, Ŝe w szczytowej, stykającej się z garaŜem Baziaka ścianie, 

wystaje jedna luźna cegła. Spytałem o nią Andrzeja. 

Podszedł do ściany. 
-  Tędy  planowano  przeprowadzić  przejście  łączące  dwa  garaŜe,  ale  potem  stosunki 

moich starych z sąsiadami popsuły się i przejście zamurowano. 

Ucieszyłem się. 
- Czyli bez większej szkody dla konstrukcji, a z poŜytkiem dla naszego słuchu moŜemy 

kilka cegieł wydłubać, tak ze zostanie tylko cienka ściana od strony Baziaka. 

Dwa razy nie trzeba było tego chłopcom powtarzać. W mig znaleźli łom i młot, a juŜ 

po chwili w rogu garaŜu piętrzył się stosik cegieł. Trzeba było juŜ tylko czekać, aŜ wróci 
szajka Baziaka i sprawdzić, czy naprawdę słyszalność poprawiła się. 

background image

 

36 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

SPORY WŚRÓD BAZIAKOWCÓW * PLAN NAPADU NA KANTOR * WIZYTA W 

KOMENDZIE POLICJI W MORĄGU * KOMENDANT KMITA I JEGO HISTORYCZNE 

HOBBY * “NA GORĄCYM UCZYNECZKU” 

 

Gdyby  baziakowcy  nie  rozmawiali  w  garaŜu,  a  tylko  pod  rozstawionym  na  trawniku 

parasolem, sprawa byłaby jeszcze łatwiejsza, bo wystarczyło otworzyć szeroko drzwi do 
garaŜu Bieniów, które przylegały do Ŝywopłotu, i nasłuchiwać za nimi. 

Oczywiście  nie  mogliśmy  słyszeć,  o  czym  Baziak  i  spółka  rozmawiają  w  domu.  Ale 

liczyłem na to, Ŝe podczas upalnych dni będą woleli spędzać więcej czasu pod parasolem 
na świeŜym powietrzu. 

Wrócili wreszcie i rozparli się na leŜakach w cieniu parasola. 
- Trójka, skocz do lodówki po piwo - zakomenderował, jak się domyślałem, Baziak. 
I Antek, czyli Trójka, posłusznie poczłapał do domu. 
OstroŜnie podkradłem się pod osłoną szeroko otwartych drzwi garaŜu i przycupnąłem 

za Ŝywopłotem. 

Długo  musiałem  wysłuchiwać  byle  gadaniny,  aŜ  przyniesione  przez  Trójkę  dobrze 

schłodzone piwo rozwiązało języki. 

- Ciekawe, czy ten spec od urządzeń alarmowych z Warszawy - zaczął ten, którego juŜ 

w  myślach  nazywałem  Czwórką,  czyli  chyba  Rysiek,  piegowaty  drobny  blondyn  o 
rozbieganych oczach - jest naprawdę taki dobry? 

- I ta cała tajemniczość, którą się otacza - wtrącił kręcąc głową rudawy chyba Waldek, 

Dwójka. 

-  Komu  się  nie  podoba,  niech  się  wynosi  -  spokojnie  odpowiedział  znad  oszronionej 

szklanki blondyn. - No nie, Trójka? - skinął szklanką na niedźwiedziowato zbudowanego 
osiłka. 

-  To  Józek  Baziak  -  usłyszałem  szept  za  sobą.  Łukasz  i  Andrzej  przycupnęli  tuŜ  za 

mną. 

-  Jasne,  szefie!  Za  uszy  takiego  i  won,  hę,  hę!  -  zaniósł  się  rechotliwym  śmiechem 

Trójka, czyli Antek. 

Dwójka i Czwórka nic nie odpowiedzieli. 
“Tak  więc  w  tej  małej  bandzie  jest  podział  -  pomyślałem.  -  Baziak  i  Antek  kontra 

Waldek i Rysiek. To moŜe się przydać”. 

Po  raz  ostatni  nazwałem  w  myśli  członków  gangu  po  imieniu.  Odtąd  byli  dla  mnie 

tylko numerami. No, moŜe z wyjątkiem szefa bandy, Józka Baziaka. 

- Bo coś mi się wydaje, Ŝe ten osławiony spec - ciągnął Czwórka - nie jest zbytnio nam 

potrzebny.  Fanty  z  wystawy  wyłoŜone  jak  na  tacy,  to  po  co  jeszcze  jedna  kieszeń  do 
podziału? 

Baziak ziewnął. 
-  Przestań  marudzić. Zwłaszcza,  Ŝe  tyle  znasz  się  na  urządzeniach  alarmowych,  co  ja 

na pielęgnowaniu pomidorów. 

- Hę, hę! - przypochlebnie zarechotał Trójka. 
-  Tak  więc,  chłopcy  -  głos  Jedynki  złagodniał  -  spec  przyjedzie.  Poznamy  go  po 

florenie piątce. Bez speca nie dalibyśmy sobie rady, wpadlibyśmy jak śliwka w kompot. 

-  O  Piątce  cokolwiek  wiemy  -  sięgnął  po  piwo  Dwójka  -  ale  ciekawi  mnie,  kim  jest 

Szóstka. 

background image

 

37 

Słysząc  o  Piątce  i  Szóstce  Łukasz  u  mego  boku  nie  wytrzymał  i  poruszył  się 

niespokojnie. Trzasnęła gałązka. 

Siedzący przy stoliku jak na komendę odwrócili się w naszą stronę. 
- Co to? - odstawił szklankę Józek. - Sprawdź, Trójka, co tam łazi po krzakach. 
- Ee tam - zlekcewaŜył polecenie szefa niedźwiedziowaty Trójka, któremu bardziej niŜ 

innym  dokuczał  upał  -  koty.  Starzy  Bieniowie  wyjechali,  młodemu  nie  chce  się  ich 
doglądać,  to  łaŜą  głodne  po  całym  ogrodzie,  Ŝeby  jakiego  ptaka  upolować  albo  mysz. 
Widziałem  przed  chwilą  jednego  kocura.  O,  tam  właśnie  -  skłamał  wskazując  w  naszą 
stronę. Tak bardzo nie chciało mu się ruszać z miłego cienia parasola! 

- No to co z tą Szóstką? - nie ustawał Dwójka. 
Baziak zaśmiał się. 
- Dowiesz się we właściwym czasie. Na razie niech ci wystarczy, Ŝe ja wiem. 
- A ty to niby taki waŜny?! - Ŝachnął się Dwójka. 
Józek zaśmiał się. 
- Szef, dziecino, szef. I to teŜ powinno ci wystarczyć - sięgnął spokojnie po piwo, ale w 

jego głosie brzmiała ostra nuta. 

Pod parasolem zapanowała cisza. 
- Wieczór blisko, a my głodni - odezwał się wreszcie polubownym głosem Dwójka. - 

Niech Trójka zrobi jakieś szamańsko, bo w brzuchu piszczy. 

-  Faktycznie,  wypadałoby  coś  przetrącić  -  Baziak  wstał  od  stolika,  a  za  nim  reszta  i 

ruszyli do domu. 

Wycofaliśmy się do garaŜu. 
- Łaj - masował obolałe mięśnie Łukasz - ale mi nogi ścierpły. 
Zaśmiałem się. 
-  To  po  co  pchasz  się,  gdzie  cię  nie  proszą?  W  dodatku  o  mały  włos  zostalibyśmy 

przez ciebie odkryci. Ciekawe, jak byś się tłumaczył, gdyby Trójka nie był taki leniwy?! 

Chłopak ponuro zwiesił głowę. 
- No, najwaŜniejsze, Ŝe nas nie odkryto! - pocieszyłem go. - A jeśli nasi przyjaciele zza 

Ŝ

ywopłotu nie zapomnieli o Piątce i Szóstce, a nie wspomnieli o na przykład Siódemce, 

tak znak, Ŝe schemat, według którego zrobione są nacięcia na florenach przedstawia się 
jak myślałem! 

- I co z tego? - zapytał Andrzej. 
- Dobrze wiedzieć - odparłem. 
- Dlaczego? - spytał Łukasz. 
Roześmiałem się. 
- Bo moŜe przyjdzie mi udawać Piątkę lub Szóstkę. 
- Pan naprawdę myśli... - zawołał Andrzej. 
PołoŜyłem mu uspokajająco rękę na ramieniu. 
- Tak. Myślę. Ale tylko myślę. A od myśli do czynu jeszcze droga daleka... 
 
Następnego  dnia  dyŜurowałem  właśnie  sam  w  garaŜu,  bo  Łukasz  z  Andrzejem 

pojechali  na  trening  przed coraz  bliŜszym  wyścigiem  “O Złoty  Floren”. Siedziałem tak 
sobie, nudziłem się, aŜ tu usłyszałem, Ŝe otwierają się drzwi garaŜu Baziaka. 

Przyskoczyłem  do  miejsca,  gdzie  wyjęliśmy  cegły  ze  ściany  i  przyłoŜyłem  ucho  do 

nadwątlonego muru. 

background image

 

38 

Najpierw  usłyszałem  szczęk  narzędzi,  a  potem,  oprócz  niego,  taką  oto  rozmowę 

przeprowadzoną, jak się zorientowałem, przez Dwójkę i Czwórkę: 

- śe teŜ Józek akurat teraz wpadł na ten pomysł z kantorem - Dwójka był wyraźnie zły. 
-  Nie  Józek,  tylko  Jedynka  -  poprawił  mówiącego  Czwórka.  -  Od  przybytku  forsy 

głowa nie zaboli. 

- Ale teraz? Kiedy czeka nas tyle szmalu za fanty z olsztyńskiego zamku? 
Szczęknęły jakieś narzędzia. 
-  śeby  zdobyć  duŜą  forsę  w  Olsztynie,  musimy  najpierw  dorwać  sporą  w  Morągu. 

Józek, przepraszam, Jedynka mówił, Ŝe jego pieniądze są na wykończeniu, a tu potrzeba 
i to nie byle grosza na zaliczkę dla speca z Warszawy. Ponoć on bez niej nawet palcem 
nie kiwnie. 

- PrzecieŜ będzie miał swoją działkę, do licha! - znów rozzłościł się Dwójka. 
-  Działka  działką,  ale  taki  ma  zwyczaj,  Ŝe  bez  zaliczki  i  to  sporej  do  roboty  się  nie 

weźmie. Widocznie musiał go ktoś kiedyś porządnie wyrolować. Ale co tu kombinować. 
W piątek punkt o dwunastej składamy wizytę w kantorze w Morągu. 

- Dlaczego właśnie w piątek? Pechowy dzień. 
- Ech, głupi jak but z lewej nogi. Piątek pechowy dla kmiotków i ciułaczy. Ale przed 

niedzielą obroty w kantorze największe. 

- O obrotach gadasz? To nie moŜna zrobić skoku w takim powiedzmy Olsztynie? Tam 

w kaŜdym kantorze forsy pewnie więcej niŜ w całym Morągu. 

-  Ale  i  zabezpieczenie  lepsze.  Zresztą  nie  nasza  w  tym  głowa  -  Morąg  czy  Olsztyn. 

Szef mówił, Ŝe ma dokładnie namierzony Morąg. Niech więc będzie ta mieścina. Prawie 
pod  bokiem,  a  jednocześnie  na  tyle  daleko,  Ŝe  policja  nie  zacznie  od  razu  za  nami 
węszyć. 

- Kombinujesz, Ŝe nam się uda? 
- Pewne jak w szwajcarskim banku. Józek, sorry, Jedynka nie takie numery wykręcał, 

jak obróbka kantoru na prowincji. 

- Jak taki kozak, to dlaczego stulił uszy w swym rodzinnym Zalewie? 
-  Głupiś.  Właśnie  dlatego,  Ŝe  z  niego  taki  kozak,  to  zaczęło  być  mu  gorąco.  Policaje 

węszyli  tuŜ,  tuŜ.  No  więc  dlatego  przyczaił  się  w  Zalewie.  Ale  główką  pracować  nie 
przestał. No i dlatego jesteśmy tutaj. A słuchać się go naleŜy, bo raz, Ŝe łeb ma nic od 
parady  i  dwa,  Ŝe  nie  posłuchać  go,  jak  się  juŜ  zaczęło  robotę,  moŜe  okazać  się 
niezdrowo. Bardzo niezdrowo dla nieposłusznego... - złowrogo zawiesił głos. 

-  A  dlaczego  w  ogóle  ma  policja  za  nami  węszyć?  Trzeba  to  przyznać,  Ŝe  Jedynka 

starannie robotę przygotowuje. Na beemce zmieni się numery i przebije te na silniku, do 
tego  dowodzik  rejestracyjny  nie  za  stary,  nie  za  nowy,  Ŝadna  kontrola  drogowa 
niegroźna!  Pojedzie  się  teŜ  wolniutko,  dziewięćdziesiątką,  Ŝeby  nie  prowokować 
drogówki  do  zatrzymania,  które  mogłoby  być  dla  nas  bardzo  szkodliwe  przy  zbytniej 
dociekliwości władzy. A tak tylko jechać i pieniąŜki z kantoru brać, wybierać! 

Dalsza rozmowa Dwójki i Czwórki dotyczyła uroków i zalet pewnej Oli. Ale to juŜ nie 

temat naszej opowieści. 

 
Gdy  Łukasz  i  Andrzej  wrócili  z  treningu  odczekałem  w  swej  garaŜo-kryjówce.  (Nie 

mogłem  swobodnie  w  dzień  chodzić  do  domu  Bieniów,  bo  baziakowcy  zwróciliby  na 
mnie uwagę albo po prostu zapamiętali, a tego chciałem uniknąć). Tak więc odczekałem 
spokojnie,  aŜ  Łukasz  pojedzie  do  domu  umyć  się  i  przebrać,  i  wróci,  a  Andrzej  takŜe 

background image

 

39 

doprowadzi  się  do  porządku.  Dopiero  wtedy,  gdy  zgromadziliśmy  się  w  garaŜu, 
opowiedziałem  chłopakom  usłyszane  rewelacje  na  temat  groźby  zawisłej  nad  kantorem 
w Morągu. 

PoniewaŜ  -  jak  mówią  -  gdzie  dwóch  Polaków,  tam  trzy  zdania  (a  nas  było  trzech), 

Andrzej  chciał  telefonować  do  właściciela  kantoru,  by  go  ostrzec;  Łukasz  proponował, 
abyśmy  juŜ  teraz  “uderzyli”  na  szajkę  Baziaka.  A  potem  obaj  zaproponowali 
zorganizowanie zasadzki na ponumerowanych bandytów podczas ich napadu na kantor. 

Bardzo się zdziwili, kiedy ja zarządziłem zawiadomienie morąskiej policji. 
- Boi się pan, Ŝe nie damy Baziakowi rady? - westchnął Łukasz. 
- A ich jest tylko czterech! - z pogardą skrzywił się Andrzej. 
Skinąłem głową. 
-  Tak,  czterech.  Czterech  zbirów,  na  dodatek  z  okazji  skoku  na  kantor  na  pewno 

uzbrojonych. A ja mam... 

- Dwóch szczeniaków? - mruknął Łukasz. 
Uśmiechnąłem się zgodnie. 
-  Nie  formułowałbym  tego  aŜ  tak  ostro...  Ale  w  zasadzie  zgadzam  się.  Mam  do 

pomocy dwóch nastolatków, którzy rwą się do walki, a w razie czego uciekną z płaczem 
do mamusi... 

- Do mamusi?! My?! Nigdy! Jak pan moŜe?! - zawrzeli oburzeniem chłopcy. 
Roześmiałem się. 
-  No  juŜ  dobrze.  Przepraszam.  śartowałem.  W  potrzebie  będziecie  walczyć  jak 

Ryszard Lwie Serce. Tylko rzecz w tym, Ŝeby do tej potrzeby nie dopuszczać. Ale moja 
w tym głowa. 

Wstałem i podszedłem do motocykla pod ścianą. 
- Ta jawa jeszcze na chodzie? 
-  AleŜ  oczywiście  -  poderwał  się  Andrzej  -  ojciec  bardzo  lubi  od  czasu  do  czasu 

przejechać się na niej. No i ja przygotowuję się do zrobienia prawa jazdy. 

Rzeczywiście.  Od  trzeciego,  jak  to  się  mówi,  kopnięcia  motor  zaskoczył.  Napełnił 

garaŜ  kłębami  spalin,  ale  wydawał  się  być  w  porządku.  Ryczał  -  Ŝe  powtórzę  za 
Szekspirem - jak “z bólu ryczy ranny łoś”. 

- A nie ma przypadkiem twój tata jakiegoś kombinezonu motocyklowego? Taki, wiesz: 

od dołu po górę cały w skórę? 

- Tata ma i to nie przypadkiem - z dumą odparł Andrzej. - W naszej rodzinie przypadki 

eliminujemy! 

Roześmieliśmy się. 
- Chce pan wyjść z garaŜu? - pokręcił głową z niezadowoleniem Łukasz. - Baziakowcy 

zobaczą pana. 

Wzruszyłem ramionami. 
-  Nie  zobaczą  mnie  konkretnie  ani  nikogo,  kogo  mogliby  zapamiętać.  ZauwaŜą  tylko 

kombinezon i kask. A w pogawędki z nimi wdawać się nie mam zamiaru. Gdyby moja 
skromna postać zainteresowała gang, w co wątpię, to zawsze Andrzej moŜe opowiedzieć 
im o kuzynie, który wpadł z odwiedzinami, a nic zastawszy państwa Bieniów zadowolił 
się  przejaŜdŜką  jawą.  No,  Andrzeju,  przynoś  kombinezon.  Powinienem  dojechać  do 
Morąga  przed  czternastą,  a  więc  jeszcze  w  pełni  urzędowania  naszej  dzielnej  policji. 
Jedziesz ze mną? 

- A dlaczego on, nie ja? - zaperzył się Łukasz. 

background image

 

40 

Poklepałem go po ramieniu. 
- Dlatego Andrzej, Ŝe dziwnie by wyglądało, gdybyś to ty wybrał się na przejaŜdŜkę z 

jego  kuzynem,  a  on  pozostał  w  domu.  Siedź  tu  i  uwaŜaj  na  naszych  ponumerowanych 
przyjaciół. Coś mi się zdaje, Ŝe przygotowują na morąską akcję jakieś skradzione BMW. 
Ale wolałbym być tego pewien. Musisz dowiedzieć się czegoś wcześniej o kolorze auta 
oraz jego nowych numerach. Jasne? 

- Jasne! - rozpogodził się Łukasz. 
Andrzej poszedł do domu i po niedługim czasie wrócił przebrany juŜ w kombinezon. 

W rękach trzymał drugi i dwa kaski. Obawiałem się, czy przypadkiem kombinezon ojca 
Andrzeja nie będzie na mnie za mały, ale okazał się nawet zbyt luźny. Pan Bień to kawał 
chłopa! 

Wyciągnąłem jawę z garaŜu. Andrzej pobiegł i otworzył bramę. 
Zapaliłem  motor  i  wsiadłem  na  niego.  Ruszyłem.  Andrzej  w  biegu  wskoczył  na 

siodełko. Od strony siedziby gangu Baziaka nie zauwaŜyłem Ŝadnego ruchu. Nikt teŜ nie 
wyglądał przez Ŝadne z okien. Nie niepokojeni wyjechaliśmy na śeromskiego i dalej w 
kierunku szosy na Małdyty i Morąg. 

Na  szosie  wypróbowałem  “talenty”  jawy.  Musiano  o  nią  rzeczywiście  dbać,  bez 

wysiłku wyciągała bowiem 140 na godzinę. 

Niewiele - zauwaŜycie - w porównaniu do moŜliwości BMW, które miało grać główną 

rolę  w  napadzie  na  kantor.  Ale  cóŜ,  jak  się  nie  ma,  co  się  lubi,  to  się  lubi,  co  się  ma! 
Rosynanta chciałem zachować na powaŜniejsze okazje. 

 
Zajechaliśmy  pod  Komendę  Miejską  Policji  w  Morągu.  Zaparkowałem  jawę  i 

weszliśmy do budynku. DyŜurny policjant nie miał nic przeciwko temu, aby zameldować 
nas komendantowi. Radził jednak poczekać - komendant był zajęty. 

Usiedliśmy  na  krzesełkach  pod  ścianą  i  czekaliśmy  w  naboŜnym  skupieniu,  w  jakie 

wprawia cywila wizyta w siedzibie policji. Wreszcie trzasnęły gdzieś otwierane drzwi i 
tubalny głos zawołał: 

- Tak trzeba! Na gorącym uczyneczku! 
Korytarzem, w towarzystwie dwóch policjantów przeszedł skuty osobnik, dla którego 

dokładniejszego określenia słowo “oprych” byłoby komplementem. 

Za nim zobaczyliśmy oficera policji w mundurze z dystynkcjami komisarza. Oficera o 

postaci  wysokiej  i  chudej,  jako  Ŝywo  przypominającej  pana  Longinusa  Podbipiętę. 
Komisarz w radosnym nastroju zacierał ręce powtarzając: 

- Na gorącym uczyneczku! 
Tak oto poznaliśmy dowódcę morąskiej policji, komisarza Jana Kmitę. 
-  Aa,  panowie  rockersi  do  mnie?  -  odebrał  meldunek  od  wypręŜonego  jak  struna 

(dbano tu o dyscyplinę!) dyŜurnego. 

- Tak jest! - wypręŜyliśmy się odruchowo. 
- Niech Ŝyją polskie motory! - zasalutował ze śmiechem komisarz. - Proszę bardzo. 
W  swoim  gabinecie  juŜ  po  kilku  moich  stówach  spowaŜniał.  Wstał  zza  biurka  i 

podszedł do okna. 

-  Kantor.  Tak  więc  przyszła  kolej  na  kantor  w  Morągu  -  odwrócił  się  ku  nam.  - 

Przepraszam,  Ŝe  tak  to  sobie  powtarzam,  ale  właśnie  niedawno  sporządziłem  listę 
najbardziej  naraŜonych  na  napad  obiektów  w  Morągu.  Kantor  umieściłem  na  niej,  jak 
panowie się domyślają, na wysokim miejscu. 

background image

 

41 

(Andrzejowi strasznie imponowało zwracanie się do niego przez “pan”, ale nie dał tego 

poznać  po  sobie,  jeśli  nic  wspomnieć  lekkiego  zaczerwienienia  policzków,  w  które 
nabrał powietrza.) 

-  Co,  według  panów,  powinien  zrobić  w  takiej  sytuacji  komendant  ubogiej  morąskiej 

policji? 

Popatrzyłem na Andrzeja. 
- Sądzę, Ŝe zasadzkę... - bąknął nieśmiało i poczerwieniał jeszcze bardziej. 
-  O,  to,  to!  -  zatarł  ręce  komisarz.  -  To  lubię  najbardziej!  Schwytać  na  gorącym 

uczyneczku! 

Zerknął  wesoło  przez  okno,  jakby  juŜ  tam  widział  doprowadzających  do  komendy 

członków szajki. 

-  A  wiedzą  panowie,  jakie  przeszkody  wodne  broniły  w  średniowieczu  dostępu  do 

Morąga? 

Przyznam,  Ŝe  jeśli  chodzi  o  zaskoczenie  czymś  niespodziewanym,  to  w  pełni  się 

komisarzowi udało. Przypadkiem jednak wiedziałem: 

- Jezioro Morąskie, potok zwany Młyńskim, staw Młyński, a dodatkowo od wschodu 

dwa wypełnione wodą rowy. 

Kmita spojrzał na mnie przyjaźnie. 
- O, to się nazywa rozpoznanie terenu przed akcją! Ale, wracając do niej... Zasadzkę... 

powiada  pan,  młody  panie.  Ale  gdzie?  Wewnątrz  kantoru  czy  na  zewnątrz?  Wewnątrz 
raczej nie. Wchodzący przestępcy od razu zorientowaliby się, Ŝe w kantorze pracuje coś 
za duŜo kasjerów. Zaatakujemy skubańców w momencie, gdy będą przekonani, Ŝe cały 
plan im się powiódł! Kiedy będą wsiadać do czekającego na nich samochodu! 

- A czy nie moŜna wcześniej? - spytałem nieśmiało. 
- Wcześniej? - komendant popatrzył na mnie nieufnie. 
- To znaczy juŜ teraz. Aresztować przestępców w ich melinie. 
-  Jeśli  ujmiemy  ich  juŜ  teraz,  to  za  co  będą  odpowiadać?  Za  kradzieŜ  samochodu. 

MoŜe  jeszcze  za  nielegalne  posiadanie  broni.  O  ile  ją  u  nich  dzisiaj  znajdziemy.  I  nie 
minie  wiele  czasu,  a  bujać  będą  na  wolności!  Co  innego  napad  z  bronią  w  ręku.  Tu  i 
najlepszy adwokat im nie pomoŜe. Dostaną wyroki jak się patrzy! 

Grzecznie  skłoniłem  się  komendantowi.  Zrozumiałem,  Ŝe  mam  przed  sobą  człowieka 

czynu. 

Ten  chwilę  milczał,  jakby  w  oczekiwaniu  na  niedopuszczalny  sprzeciw,  wreszcie 

sapnął i mówił dalej: 

-  Wystarczy  jeden  nasz  samochód,  oczywiście  “cywilny”,  by  w  razie  próby  ucieczki 

zablokować  drogę  samochodowi  opryszków.  Do  tego  kilku  funkcjonariuszy  po 
cywilnemu,  którzy  będą  stali  opodal  i  włączą  się  we  właściwym  momencie  do  akcji.  I 
mamy ptaszki w garści! 

Ośmieliłem się wtrącić. 
-  Chce  pan  uŜyć  do  akcji  miejscowych  funkcjonariuszy?  Nie  wiem  jak  pozostała 

trójka, bo są tu ponoć obcymi, ale Baziak moŜe znać któregoś z pańskich chłopców. 

Komisarz skinął głową. 
- Co do tego, to się zgodzę. Dlatego poproszę o pomoc kolegów z Olsztyna - zerknął 

na  Andrzeja.  -  Kto  i  kiedy  ukrył  się  w  Morągu  przed  niespodziewanym  atakiem 
Prusaków w sianie? 

background image

 

42 

Ku  memu  i  chyba  teŜ  komendanta  zdumieniu  Andrzej  odpowiedział  cicho,  ale 

spokojnie. 

- Marszałek napoleoński Jean Baptiste Bernadotte, późniejszy król Szwecji, załoŜyciel 

dynastii, która do dzisiaj tam panuje. 

-  Zuch  chłopiec!  -  klasnął  w  dłonie  komisarz.  -  A  mówią,  Ŝe  nasza  młodzieŜ  do 

niczego! 

Popatrzyliśmy  z  dumą  na  Andrzeja,  który  w  tym  momencie  pod  wpływem  barwy 

policzków mógł juŜ rywalizować z burakiem. Komisarz odwrócił się w moją stronę. 

-  Mówi  więc  pan,  Ŝe  rozmowę  bandytów  podsłuchaliście  przypadkiem?...  -  zawiesił 

pytająco  głos,  co  mogło  oznaczać:  “Gadaj  zdrów.  Ani  ociupinę  nie  wierzę  w  takie 
przypadki”. 

Uderzyłem  się  pięścią  w  pierś  jednocześnie  kopiąc  Andrzeja  pod  krzesłem  w  kostkę, 

bo  coś  mi  się  zdawało,  Ŝe  ten  ma  ogromną  ochotę  pochwalić  się  przed  komisarzem  z 
rozszyfrowania dalszych tajemnic ponumerowanego gangu. Ja zaś miałem inne plany. 

-  Daję  słowo,  panie  komendancie,  Ŝe  podsłuchaliśmy  bandziorów  zupełnie 

przypadkowo, wypoczywając nad jeziorem Ewingi. Równie przypadkowe i moŜe mylne 
jest  skojarzenie  rozmawiających  w  nadjeziornych  zaroślach  z  sąsiadem  Andrzeja, 
niejakim  Józefem  Baziakiem.  Dlatego  teŜ  będę  prosił  o  wyłączenie  nas  z  dalszego 
ś

ledztwa. Dla dobra chłopca - pogłaskałem Andrzeja po głowie, na co on odpowiedział 

wściekłym spojrzeniem. - Obawia się zemsty wzmiankowanego Józefa Baziaka lub jego 
kumpli. Nasze doniesienie proszę potraktować jako anonimowe. 

Komisarz popatrzył na mnie z niechęcią. 
-  Anonimowe,  powiada  pan?  A  moŜe  w  ogóle  w  strachu  przed  zemstą  chce  pan 

wycofać  doniesienie?  Ale  niestety  juŜ  na  to  za  późno!  -  wybuchnął  ironicznym 
ś

miechem.  -  Ja  wycofać  się  nie  mam  zamiaru.  I  Baziak,  czy  jak  mu  tam,  będzie  juŜ 

pojutrze o tej porze za kratkami. Do widzenia panom. Miło było poznać i pogawędzić o 
historii  Morąga.  Szkoda,  Ŝe  nieco  róŜniły  się  nasze  zdania  co  do  rozwiązywania 
dzisiejszych problemów. Jeszcze raz do widzenia panom!... 

Ze zwieszonymi głowami wyszliśmy z gabinetu. 
- Co, przepytywał was stary z historii Morąga? - przywitał nas dyŜurny policjant. 
- Troszeczkę - uśmiechnąłem się wymuszenie. 
- Tak - pokiwał głową policjant - to jego hobby... Jeśli nie liczyć słuŜby. 
Wyszliśmy z budynku. 
Jak  się  spodziewałem,  Andrzej  zaatakował  mnie.  Gromkim  głosem  zaprotestował 

przeciwko  potraktowaniu  go  jak  dziecko  oraz  wyraził  zdumienie,  Ŝe  nie 
poinformowałem  komisarza  o  innych,  odkrytych  przez  nas  sekretach  gangu  Baziaka, 
głównie o tym, Ŝe chce zagrozić wystawie w olsztyńskim muzeum. 

Uśmiechnąłem się. 
-  Jeśli  odniosłeś  wraŜenie,  Ŝe  cię  traktuję  jak  dziecko,  to  przepraszam.  Ale  nigdy  nie 

miałem nawet takiego zamiaru. 

- A to kopanie pod krzesłem? - nie ustawał Andrzej. 
-  Wybacz,  ale  w  tamtej  sytuacji  kopnąłbym  nawet  dorosłego.  Dyskrecja  przede 

wszystkim. 

-  UwaŜa  więc  pan,  Ŝe  nie  naleŜy  informować  policji  o  planowanym  przez  złodziei 

włamie do olsztyńskiego zamku? 

background image

 

43 

-  AleŜ  naleŜy!  Tylko  uwaŜam,  Ŝe  informacja  taka  musi  opierać  się  na  konkretnych 

faktach.  Tak  jak  nasza  dzisiejsza:  “W  piątek  o  godzinie  dwunastej  ci  i  ci  planują 
dokonanie napadu na kantor w Morągu”. Natomiast uwaŜam informowanie policji tylko 
o zamiarze dokonania włamania za przedwczesne, zwłaszcza gdy informator znajduje się 
w  sytuacji  umoŜliwiającej  uzyskanie  dodatkowych  cennych  informacji.  A  my  w  takiej 
się  znajdujemy.  Musimy  zebrać  tylko  jeszcze  nieco  faktów,  aby  zatrzymany  przez 
policję  Baziak  na  oskarŜenie:  “Słyszeliśmy,  Ŝe  ma  pan  zamiar  włamać  się  do 
olsztyńskiego  zamku”  nie  roześmiał  się  oskarŜającym  w  nos.  “Słyszeliśmy,  Ŝe  ma  pan 
zamiar...” Drogi chłopcze, gdyby na podstawie tylko takich oskarŜeń aresztowano ludzi, 
w  przepełnionych  więzieniach  zabrakłoby  miejsca  dla  prawdziwych  przestępców!  Poza 
tym,  jak  udowodnić  winę  komuś,  o  kim  tylko  się  słyszało,  Ŝe  ma  zamiar  dokonać 
włamania? 

Wsiedliśmy na jawę i ruszyliśmy z powrotem do Zalewa. 
 
Łukasz przywitał nas z ponurą miną. 
- Coście narozrabiali w Morągu? 
Zdziwiłem się. 
- Nic. A co moŜna narozrabiać w komendzie policji nie naraŜając się na aresztowanie? 
Chłopiec pokręcił głową. 
- To w takim razie Baziak jest jasnowidzem! 
Popatrzyłem na niego ze wzrastającym zdziwieniem. 
- Dlaczego tak sądzisz? 
Łukasz przeciągnął się z satysfakcją. 
-  JuŜ  mówię.  Jeśli  Baziak  nie  jest  jasnowidzem,  to  ktoś  musiał  was  widzieć 

wchodzących do komendy i doniósł o tym Józkowi. MoŜe zresztą on sam był wtedy w 
Morągu, gdy zajechaliście na policję. NiewaŜne. Grunt, Ŝe gdy minęła jakaś godzina od 
waszego  wyjazdu,  a  Dwójka,  Trójka  i  Czwórka  raczyli  się  piwkiem  pod  parasolem 
wpadł  Jedynka,  czyli  po  naszemu  mówiąc  młody  Baziak,  kazał  natychmiast  zabierać 
BMW z garaŜu i wynosić się z nim w diabły. Do akcji na kantor mają uŜyć, jak to sam 
nazwał,  “podłapanego”  w  ostatniej  chwili  samochodu,  którego  numery  podmienia. 
Dopiero tamci podnieśli krzyk, Ŝe beemka wyszykowana, a numery ma juŜ nowe i nawet 
dowód rejestracyjny. Ale Jedynka nie ustąpił. Coś im tylko burknął o przeczuciu i o tym, 
Ŝ

e przeczucie w robocie rzecz waŜna. Na to oni, Ŝe skoro juŜ tak nalega, to rzeczywiście 

do napadu moŜna uŜyć innego wozu, ale beemki Ŝal porzucić. MoŜna ją przetrzymać do 
niedzieli  i  opchnąć  na  giełdzie.  A  za  taki  wóz  sporo  grosza  wpadnie.  Na  to  Baziak,  Ŝe 
jeśli wóz jest trefny, to nie ma o czym gadać, tylko trzeba pozbyć się go. Kazał Trójce 
zabierać  BMW  z  garaŜu  i  porzucić  gdzieś,  ale  tak,  Ŝeby  nikt  nie  widział,  Ŝe  to  on 
prowadzi beemkę. No i Trójka pojechał, a Dwójka i Czwórka ciągle narzekali, Ŝe szkoda 
takiego wozu, bo jak trzeba będzie uciekać, to trudno morąskiej policji znaleźć szybszy 
do pościgu. Wreszcie Baziak zdenerwował się i wrzasnął na nich, Ŝeby stulili dzioby. No 
i na tym skończyła się przyjacielska pogwarka naszych sąsiadów - skończył Łukasz. 

- Co pan na to? - spytał Andrzej. - Ktoś widział nas w Morągu? 
Pokręciłem głową. 
- Raczej nie. Gdyby Baziak wiedział, Ŝe ktoś ma jego szajkę na oku, to po pierwsze, w 

ogóle  zrezygnowałby  z  napadu  na  kantor,  a  po  drugie,  przestałby  myśleć  o  skoku  na 
olsztyńską wystawę, tylko wysłał swoje numerowe towarzystwo do domu, tak jak pozbył 

background image

 

44 

się  BMW.  MoŜe  rzeczywiście  kieruje  nim  przeczucie  albo  jakiś  złodziejski  przesąd. 
Grunt, Ŝe z napadu na kantor nie zrezygnował! 

- Co pan zamierza? - spytał Andrzej. 
-  Po  pierwsze,  wyrazić  ubolewanie,  Ŝe  tak  zajęła  nas  kłótnia  w  Morągu,  iŜ 

zapomnieliśmy  obejrzeć  dokładnie kantor. A  nawet  nie  wiem,  gdzie  on  jest.  Po  drugie, 
zadzwonię do komendanta Kmity i powiem mu, Ŝe BMW jest juŜ nieaktualne i złodzieje 
podjadą  pod  kantor  sami  jeszcze  nie  wiedzą  jakim  samochodem.  A  reszta  rozstrzygnie 
się w piątek. 

- W samo południe... - zaśpiewał Łukasz song z westernu. 

background image

 

45 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

AKCJA “KANTOR” * POLICJA NA POSTERUNKU * NIEOCZEKIWANA UCIECZKA 

OPLA * TAJEMNICZY PAKUNEK * LOT NA JAWIE * PRZESZUKANIE U BAZIAKA * 

TRZY P-64 * ROZPOZNANY POLICJANT 

 

Nadszedł piątek. Baziakowcy z samego rana zapakowali się do mercedesa i odjechali 

“w siną dal”. AŜ nabrałem ochoty - wiedząc, Ŝe nie wrócą prędzej aŜ po udanym lub nie 
skoku  na  kantor  -  włamać  się  do  ich  siedziby  i  rozejrzeć.  Być  moŜe  trafiłoby  się  coś 
ciekawszego.  Ale  zrezygnowałem  z  pomysłu.  Na  razie  sprawa  kantoru  była 
najwaŜniejsza! Owszem, w pełni ufałem morąskiej policji, ale chciałem przyjrzeć się, jak 
poradzi sobie ona z gangiem Baziaka. 

Przejrzałem jeszcze raz jawę i zatankowałem do pełna. 
-  Wybiera  się  pan  do  Morąga  -  stwierdzili  moi  pomocnicy,  nie  wiedzieć  czemu  z 

ponurymi minami. 

- Tak - uśmiechnąłem się. - Powiadają, Ŝe pańskie oko konia tuczy. 
- To teraz ja pojadę z panem - kategorycznie oświadczył Łukasz. 
- A dlaczego właśnie ty?! - zaperzył się Andrzej. 
-  Bo  moja  kolej.  Ty  jeździłeś  na  policję.  A  ktoś  musi  panu  Pawłowi  pokazać,  gdzie 

kantor, no i najlepsze drogi dojazdu do niego, a takŜe miejsce, w którym moŜna zaczaić 
się na bandytów. 

Andrzej machnął ze złością ręką. 
- Baziak cię rozpozna i zrezygnuje ze skoku! 
Łukasz wzruszył ramionami. 
- W kombinezonie i kasku nie rozpozna mnie ani ciebie, gdybyś pojechał do Morąga! 
W  skupieniu  myłem  ręce  po  oględzinach  motoru  i  dawałem  wygadać  się  chłopcom, 

którzy wreszcie zawołali jednym głosem: 

- Panie Pawle! 
- Słucham? 
Łukasz pociągnął mnie za rękaw. 
- No to który z nas jedzie z panem? 
Andrzej miał inny pomysł: 
- Dlaczego szykuje pan ten gruchot - kopnął jawę - a nie chce wziąć Rosynanta? Pan 

Samochodzik bez swego samochodu? PrzecieŜ tam moŜe zdarzyć się okazja do pościgu 
za bandytami! 

Wytarłem ręce. 
- Po kolei! Po pierwsze, nie zamierzam zabrać ze sobą Ŝadnego z was... 
- Ale dlaczego?! 
- Panie Pawle! 
- Nie zasłuŜyliśmy? 
- PrzecieŜ tropimy od początku szajkę Baziaka! 
Skinąłem głową. 
- Nikt nie podwaŜa waszych zasług. Tylko tam moŜe dojść do strzelaniny, a ja nie chcę 

naraŜać was bez potrzeby. 

Chłopcy spochmurnieli. Łukasz aŜ walnął pięścią w mur. 
-  No  tak!  Szpiegować  Baziaka  to  jesteśmy  dobrzy,  ale  do  schwytania  go  na  gorącym 

uczynku, to juŜ nie! 

PołoŜyłem mu rękę na ramieniu. 

background image

 

46 

- I ja nie będę go chwytał. Od tego jest policja. Ja tylko jadę przyjrzeć się całej akcji. A 

z  waszego,  jak  to  nazywasz,  “szpiegowania”  nie  kpij,  bo  gdyby  nie  ono,  Jedynka 
działałby sobie bezkarnie, a tak wpadnie juŜ na swym pierwszym “numerze” w Morągu. 
A jeśli uda mu się ujść z zasadzki policji pod kantorem, będziemy musieli przecieŜ starać 
się  zapobiec  skokowi  na  wystawę w  olsztyńskim  zamku.  Roboty  będzie  po  uszy,  ręczę 
wam. Zresztą wierzę, Ŝe wszystko skończy się pod kantorem. I przyznaję się, Ŝe jadę tam 
z  czystej  ciekawości.  Na  pewno  komendant  Kmita  i  jego  chłopcy  poradzą  sobie  z 
ponumerowaną czwórką. 

- A czemu nie jedzie pan Rosynantem? - upierał się Andrzej. 
Zastanowiłem się. 
-  Widzisz.  Zawsze  istnieje  (odpukać)  cień  szansy,  Ŝe  mój  wóz  będzie  jeszcze 

potrzebny.  Dlatego  nie  chciałbym  zdradzać  jego  istnienia  i  jego  moŜliwości  przed 
czasem. Niech lepiej nikt z gangu nie wie, Ŝe Rosynant garaŜuje tuŜ pod ich meliną. 

Łukasz popatrzył na mnie. 
- Bierze więc pan pod uwagę, Ŝe “numerowcy” uciekną policji? 
- Nie. Jestem pewien, Ŝe wszyscy biorący udział w skoku na kantor wpadną. Ale moŜe 

nie  wszyscy  wezmą  w  nim  bezpośredni  udział  i  któryś  z  nich  uniknie  aresztowania. 
MoŜe  będzie  próbował  odbudować  bandę?  Nigdy  nic  nie  wiadomo.  Pamiętajmy,  Ŝe 
jeszcze  pozostały  “floreny”  Pięć  i  Sześć!  Nie  zapominajmy,  Ŝe  wystawa  w  Muzeum 
Warmii  i  Mazur  wciąŜ  jeszcze  będzie  kusić.  Mam  dziwne  przeczucie,  drodzy  moi  - 
objąłem  chłopaków  -  Ŝe  nasza  rola  w  tej  sprawie  jeszcze  się  nie  skończyła!  A  teraz 
wytłumaczcie  mi,  gdzie  w  Morągu  znajdę  kantor  i  gdzie  w  pobliŜu  niego  będę  mógł 
spokojnie i nie rzucając się w oczy zaparkować jawę... 

 
Za  dwadzieścia  dwunasta  zajechałem  pod  kantor.  Rozejrzałem  się.  Na  ulicy  panował 

wzmoŜony  ruch,  jak  to  w  targowy  dzień.  Samochody  jechały  jeden  za  drugim,  a  na 
chodnikach grupki pieszych potrącały się prawie spychając na jezdnię. AŜ dziwiło to w 
tak niewielkim mieście jak Morąg. 

MoŜe to przeczulenie, ale spomiędzy zaparkowanych samochodów od razu wybrałem 

policyjny  “cywilny”  polonez.  MoŜe  dlatego,  Ŝe  był  jedynym  samochodem,  w  którym 
siedzieli  pasaŜerowie  -  czterej  męŜczyźni,  niby  zajęci  lekturą  gazet.  Poza  tym  polonez 
stał prawie naprzeciw wejścia do kantoru, pozostawiając za sobą akurat tyle miejsca, ile 
trzeba  na  zaparkowanie  jednego  samochodu.  Miałem  nadzieję,  Ŝe  miejsca 
przewidzianego dla Baziaka nie zajmie inny wóz. 

-  Mam  nadzieję,  Ŝe  ten  polonez  ma  podrasowany  silnik,  bo  nie  sądzę,  Ŝeby  Baziak 

ukradł  na  skok  byle  grata  i  w  razie  pościgu  policja  moŜe  mieć  duŜe  kłopoty  - 
zamruczałem pod nosem. 

Nie zdejmowałem kasku. Kombinezon tylko rozpiąłem. Było mi gorąco jak diabli. 
“Po  co  ja  tu  przyjechałem?”  -  pomyślałem.  “ZłoŜyłem  doniesienie  na  policji  i  niech 

ona teraz się martwi o bezpieczeństwo kantoru!” 

Oczywiście  chciałem,  Ŝeby  podwładni  Kmity  schwytali  bandytów  podczas  napadu. 

Ale,  wybaczcie,  chciałem  teŜ  schwytać  “na  gorącym  uczyneczku”,  jakby  powiedział 
Kmita,  ten  sam  gang  Baziaka  podczas  ich  włamu  do  olsztyńskiego  zamku.  Oczywiście 
wiedziałem,  Ŝe  takie  “podwojenie”  bandy  jest  niemoŜliwe,  choć  cóŜ,  czy  tylko  dzieci 
mają prawo do marzeń? 

Popatrzyłem w kierunku wejścia do kantoru. 

background image

 

47 

Opodal  niego  stało  trzech  męŜczyzn  pogrąŜonych  w  leniwej  pogawędce.  Byli  dobrze 

zbudowani i wyglądali na szybkich w razie czego. 

 “Gliny  -  pomyślałem  nie  bez  sympatii.  -  Tak  więc  Kmita  rzeczywiście  dba  o 

zabezpieczenie akcji.” 

Pozostało  więc  tylko  czekać  na  głównych  aktorów  naszego  dramatu:  Baziaka  i  jego 

“numery”. 

“Ciekawe - zastanawiałem się - moŜe podjadą mercedesem Baziaka? Coś ty, Jedynka 

nie jest taki głupi, Ŝeby zostawiać ślad, uŜywając swego samochodu, zapewne znanego w 
Morągu.  Owszem,  gdzieś  na  trasie  moŜe,  a  nawet  na  pewno,  mają  przygotowaną 
przesiadkę z trefnego, uŜytego do skoku wozu, do mercedesa, ale Ŝeby ryzykować jego 
bezpośredni udział w skoku, o tym nic moŜe być mowy!” 

Obejrzałem się wkoło... 
Ulicą  wolno  nadjeŜdŜał  kremowy  opel  o  przyciemnionych,  tak  ulubionych  przez 

wszelkiej maści przestępców, szybach. Jechał wolno. Jakby wahając się, jakby szukając 
miejsca do zaparkowania. To nadjeŜdŜał gang Baziaka! 

ZbliŜała się dwunasta. 
Zaraz samochód zatrzyma się i wysiądą z niego bandyci. 
Trójka stojąca pod kantorem męŜczyzn poruszyła się leniwie. Ale mnie wydawało się, 

Ŝ

e widzę, jak napinają się ich mięśnie. Czwórka w polonezie złoŜyła gazety. 

Opel  jeszcze  zwolnił,  jakby  się  przymierzał  do  wolnego  miejsca  przy  krawęŜniku  za 

polonezem,  ale  potem  leciutko  przyśpieszył  i  potoczył  się  ulicą  dalej  niknąc  za 
pierwszym  skrzyŜowaniem.  Policjanci  pod  kantorem  gestykulowali  i  sprzeczali  się. 
Załoga poloneza rozglądała się zdumiona. Chcieli wycofać wóz, ale akurat wjazd został 
zatarasowany przez olbrzymiego pontiaca. 

Kopnąłem rozrusznik i wrzuciłem jedynkę. Jawa skoczyła do przodu. 
- Za nimi! - krzyknąłem w głąb poloneza podnosząc szybę kasku. 
Kierowca  policyjnego  wozu  bezradnie  rozłoŜył  ręce.  Z  tyłu  miał  nie  ustępującego 

przejazdu pontiaca. Z przodu drzewa uniemoŜliwiające wyjazd przez trawnik. 

Nie miałem czasu. Za zakrętem dostrzegłem wóz Baziaka gwałtownie przyśpieszający 

na wąskich ulicach. Nie znalem trasy, ale byłem pewien, Ŝe kierują się w stronę wyjazdu 
z  Morąga  na  szosę  do  Małdyt  i  dalej  najprawdopodobniej  do  Zalewa...  Wypadliśmy  z 
miasta. 

Daleko przede mną był kremowy tył opla. Białego mercedesa nigdzie nie było widać. 

Ale  spokojnie.  PokaŜe  się  we  właściwym  momencie!  Na  razie  miałem  kłopot  z 
utrzymywaniem się jawą za oplem. Na szczęście dla mnie bandyci przestrzegali danego 
sobie  słowa  i  jechali  w  miarę  wolno,  aby  nie  prowokować  drogówki.  Ale  i  tak  na 
szybkościomierzu było 140. 

Nagle  zobaczyłem  na  poboczu  znajomą  sylwetkę  z  rowerem.  Łukasz!  Zahamowałem 

odruchowo. 

- Wiedziałem, Ŝe będzie pan tędy przejeŜdŜał - sapnął chłopak. 
- Pakuj się z tym rowerem na motor. 
Łukasz posłusznie przełoŜył rower przez ramię i wskoczył na siodełko. 
- Gazu! - zawołał, a po chwili krzyknął: - Uwaga! 
Zobaczyłem, Ŝe przez okno opla wypadł jakiś pakunek i zniknął w przydroŜnym rowie. 
- Łukasz! Z motoru! I znajdź mi to, co wyrzucili. 

background image

 

48 

Sam  nie  mam  czasu  na  poszukiwania,  opel  bowiem  przyśpieszył  i  ja  spróbowałem 

wydusić  jeszcze  trochę  z  jawy.  Miałem  juŜ  sto  pięćdziesiąt  na  liczniku,  ale  opel 
odjeŜdŜał mi spokojnie. 

Przede mną znalazł się traktor z przyczepami załadowanymi deskami. Szykowałem się 

do wyprzedzenia i wtedy... Wtedy burta jednej z przyczep otworzyła się i deski poleciały 
na asfalt. Nawet nie miałem co marzyć o hamowaniu! Nadziałbym się na deski jak amen 
w pacierzu. Ucieczkę w rów utrudniały gęsto rosnące drzewa... 

I wtedy zobaczyłem drogę ucieczki! 
Jedna  z  desek  oparła  się  końcem  o  szosę,  drugim  celując  w  niebo...  Wąska  to  i 

niebezpieczna  trampolina,  ale  trudno!  Dodałem  jeszcze  gazu  i  wjechałem  na  deskę 
mocno ujmując kierownicę. Gdzieś z boku mignęła przeraŜona twarz kierowcy traktora. 
Ś

cisnąłem kolanami zbiornik paliwa i uniosłem się na siodełku. Jawę i mnie wystrzeliło 

na  jakieś  dwa  metry  w  powietrze.  Nie  wiem,  jak  długo  lecieliśmy.  Wreszcie  motor 
przechylił  się  do  tyłu  i  spadł.  Nabrałem  powietrza  w  płuca.  Uderzenie  tylnego  koła  o 
asfalt  w  jęku  szprych  i  zgrzycie  dobitych  do  końca  amortyzatorów  wtłoczyło  mnie  w 
siodełko,  podnóŜki  uderzyły  o  stopy.  JuŜ  i  przednie  koło  opadło  na  szosę:  kierownica 
wyrywała  się  z  rąk.  Ale  jakimś  cudem  opanowałem  motor,  który  z  wyciem  silnika 
wyprostował się z głębokiego wychylenia na lewą stronę. Tylko po oplu ani śladu. 

Całe szczęście, Ŝe jechałem bez Łukasza! 
Przyśpieszyłem  ile  mocy  w  silniku.  Nic  musiałem  śpieszyć  się:  po  prawej  stronie 

szosy,  elegancko  zaparkowany,  stał  poszukiwany  przeze  mnie  opel.  Zsiadłem  z 
motocykla i podszedłem do auta. Wszystko w porządku. Nawet kluczyki w stacyjce. O 
dranie! Tutaj musieli przesiąść się do mercedesa... 

Wsiadłem  na  jawę  i  odjechałem  w  samą  porę,  widać  juŜ  było  bowiem  nadjeŜdŜający 

polonez  policyjny.  Chyba  musiał  mieć  rzeczywiście  podrasowany  silnik,  Ŝe  tak  się 
uwinął! Nie miałem teraz ochoty na pogawędki z policjantami o ich nieudanej akcji. Oni 
zresztą chyba teŜ. 

Pojechałem do Zalewa. Do swej kryjówki, która, sądząc po fiasku policyjnej akcji pod 

kantorem,  jeszcze  się  przyda.  Swoją  drogą  ciekawe,  co  spłoszyło  bandytów.  Wątpię, 
Ŝ

eby moja skromna osoba. Chyba, Ŝe Baziak pamiętał numer rejestracyjny jawy. Ale nie. 

Mnie minęli spokojnie, szukali miejsca do parkowania. Dopiero, gdy minęli wejście do 
kantoru...  Ale  Kmita  obiecał  uŜyć  do  akcji  policjantów  z  Olsztyna,  których  Baziak  nie 
mógł znać! 

Zajechałem pod gościnny dom państwa Bieniów. Andrzej wybiegł mi naprzeciw. 
- No i co? Baziakowcy przyjechali przed kwadransem. 
- Co z tego? - rozzłościłem się. 
- Ale ja tylko pytam... - stropił się chłopak. - Jak to jest, Ŝe policja ich aresztowała, a 

oni chodzą sobie swobodnie i to w świetnych humorach. 

Opanowałem się. 
- Drogi Andrzeju, policja nikogo nie aresztowała, a cała akcja to klapa. 
- Jak to? 
- Nie było Ŝadnego skoku na kantor. Komendant Kmita pewnie zmyje mi głowę. 
- To co było? - chłopak ze zdziwienia aŜ siadł na kupie starych szmat. 
-  KradzieŜ,  a  w  zasadzie  wypoŜyczenie  sobie  na  przejaŜdŜkę  kremowego  opla,  który 

juŜ  się  odnalazł.  Wątpię  czy  uczynni  sąsiedzi  pozostawili  w  nim  odcisk  choć  jednego 
palca... odcisk... odcisk... Hura, Andrzeju! Jeszcze nie wszystko stracone! 

background image

 

49 

- Ma pan nadzieję?! - poderwał się chłopak. 
- Tak! Jak najbardziej! 
I  opowiedziałem  o  spotkaniu  Łukasza  oraz  o  tym,  jak  go  zostawiłem  w  rowie  w 

poszukiwaniu  tajemniczego  pakunku.  Andrzej  pokręcił  głową,  ale  widać  było,  Ŝe  się 
cieszy. 

- Ech, ten Łukasz. Nie mógł to pojechać ze mną? 
- Na tylnym siodełku jawy nie zmieścilibyście się ze swymi rowerami - oświadczyłem. 

- I kto by teraz szukał w rowie paczki. 

- A dlaczego tak cieszy pana ten wyrzucony z auta pakunek? - spytał Andrzej. 
- Dlatego, Ŝe w pośpiechu wyrzuca się rzeczy nie bardzo dbając, czy są na nich odciski 

palców.  Taka  paczuszka  mogłaby  być  niezłym  dowodem  rzeczowym.  A  swoją  drogą 
ciekawe, czego pozbyto się tak gwałtownie po skoku, do którego nie doszło! No pomyśl, 
Andrzeju. 

- Sądzę, Ŝe sprzętu - nieśmiało odpowiedział chłopak - który nie jest juŜ potrzebny... 
- I który - podsunąłem - moŜe dostarczyć... 
- Kłopotów! - roześmiał się chłopak. 
- Jasne! 
Zapaliłem fajkę. 
- A teraz pomyśl, kiedy to najprędzej będziemy chcieli pozbyć się trefnych rzeczy? No, 

mądra głowo! 

-  Wtedy,  gdy  pogoń  jest  blisko!  -  szybciutko  odpowiedział  zadowolony  z  pochwały 

chłopak. 

Puściłem ozdobne kółko z dymu. 
- Taak! Nasi przeciwnicy czuli, Ŝe pogoń jest juŜ blisko. Dlatego pakunek wylądował 

w  rowie.  Nie  na  tyle  jednak  obawiali  się  ścigającej  ich  policji,  by  po  prostu  pryskać  z 
ukradzionego  samochodu.  Liczyli,  Ŝe  zdąŜą  dojechać  na  miejsce,  gdzie  mieli  przesiąść 
się  do  mercedesa.  A  teraz,  poniewaŜ  nie  mam  tu  mej  ulubionej  zielonej  herbaty,  bądź 
uprzejmy Andrzeju i zaparz mi kawy. 

Andrzej podreptał spełnić me Ŝyczenie, a ja pogrąŜyłem się w spekulacjach: 
“Czego  chciał  pozbyć  się  Baziak  z  kremowego  opla?  Broni,  masek  i  tym  podobnego 

sprzętu.” Nic innego nie przychodziło mi do głowy. 

-  Kawa  dla  pana!  -  oznajmił  Andrzej  i  sam  przycupnął  na  stercie  starych  opon  z 

parującym kubkiem w dłoni. 

- A ty co tam masz? - zainteresowałem się. 
- Kawę, jak i pan - odpowiedział buńczucznie. 
- Ja ci dam kawę, małolacie! - krzyknąłem tłumiąc śmiech. - Będę musiał wypić dwie. 
- Ale... 
- śadne “ale”! 
-  A  teraz  moŜesz  iść  i  zrobić  sobie  herbaty  -  zgodziłem  się  łaskawie  i  Andrzej 

poczłapał do domu. 

 
Piliśmy “kaŜdy swoje”, gdy od drzwi garaŜu rozległo się triumfalne: 
- A kuku! 
Poderwaliśmy się z miejsc. Łukasz oparł rower o ścianę i merdał reklamówką. 
- No, co jest? - spytałem ostro. 
Ale chłopak umiał się postawić. 

background image

 

50 

- Nie tak się wita zwiastunów wielkich wydarzeń! 
Roześmiałem się. 
- A jakie to wydarzenia nam wieścisz? 
Odpowiedział triumfalnym śmiechem. 
- Takie, Ŝe lada chwila Baziak i jego kompani trafią za kratki. 
- Skąd ta pewność? 
Chłopak  nadął  się.  -  Z  powodu  trzech  par  kajdanek,  czterech  kominiarek  i,  nade 

wszystko, trzech pistoletów P-64. 

- O rany - jęknąłem - a ty wszystko brałeś do ręki?! 
- Boi się pan, Ŝe się pobrudziłem? 
- Zgłupiałeś! Chodzi mi o to, czyś nie zatarł odcisków palców któregoś z nich. 
-  Za  kogo  mnie  pan  ma  -  wydął  wargi  Łukasz  -  patyczkiem  tylko  pogrzebałem.  A  tu 

proszę, cała torba nie ruszona. Niech pan zaciera ślady... 

Tymczasem  u baziakowców  panowała  przyjemna  atmosfera.  Tak przyjemna,  Ŝe  piwo 

zastąpił  szampan.  Pojawiły  się  teŜ  dziewczyny  z  Zalewa,  którym  imponowało 
zaproszenie na  to  popołudniowe party. Zadzwoniłem do  Kmity.  Po  wysłuchaniu,  co on 
ma do powiedzenia na temat nie sprawdzonych doniesień, nic omieszkałem powiedzieć, 
co ja sądzę o organizowaniu pułapek widocznych dla całego miasta. 

- Ale to byli ludzie z Olsztyna - jęknął Kmita. - Najlepsi, jakich mogłem dostać. Sam 

diabeł nie wie... 

-  Ktoś  jednak  wiedział  -  przerwałem  biadolenie.  -  Ścigałem  tych  z  opla  swoją  jawą. 

Dogonić  nie  dogoniłem,  ale  mam  tu  dla  pana  ciekawostkę.  I  opisałem  zawartość 
reklamówki. 

- Królu złoty! - ucieszył się komisarz. - To ja zaraz przysyłam do pana ludzi. A przy 

okazji od razu z nakazem przeszukania domu tego Baziaka czy jak mu tam. 

-  O  nie  -  nie  zgodziłem  się  -  obiecana  tajemnica  przede  wszystkim.  Torbę  z  bronią  i 

resztą przekaŜe policjantom chłopak stojący przed wjazdem do Zalewa. Potem moŜe pan 
robić  co  chce.  Ale  nas  proszę  trzymać  od  tego  z  daleka.  Zresztą  więcej  niŜ  panu 
powiedzieliśmy nie wiemy i wiedzieć nie chcemy. 

-  I  to  się  nazywa  obywatelska  postawa  -  mruknął  Kmita,  ale,  jak  sądzę,  odłoŜył 

słuchawkę dość zadowolony. 

- No, Łukasz, ruszaj na rogatki - klepnąłem chłopca. 
- Eee - skrzywił się. 
-  Nie  “eee”,  tylko  ty  znalazłeś  torbę,  tobie  więc  przypada  zaszczyt  przekazania  jej 

policji. Chłopak z ponurą miną wsiadł na rower i pojechał. 

Party  u  Baziaka  rozkręcało  się  na  dobre,  gdy  pod  dom  podjechał  radiowóz  i  cywilny 

samochód, z których wysiadło kilku męŜczyzn. Baziak wybiegł ich witać, krzycząc: 

- Gość w dom, Bóg w dom! 
Nie  przejął  się  nawet  okazywanymi  mu  jakimiś  papierami.  Szerokimi  gestami 

zapraszał wszystkich do środka, tytułując kaŜdego komisarzem, a nawet nadkomisarzem. 

Przyznam, Ŝe przyglądaliśmy się temu zza Ŝywopłotu dość bezczelnie. 
Dziewczyny,  którym  wizyta  policji  jeszcze  bardziej  imponowała  niŜ  zwykłe  party, 

zostały  po  spisaniu  personaliów  odesłane  do  domu.  Policjanci  zajęli  się  natomiast 
przeszukaniem. Trzech policjantów wpakowało baziakowców do radiowozu, zostawiając 
tylko Baziaka, i odwiozło ich gdzieś w dal, zapewne do Morąga. 

- Dlaczego Baziak został? - zdziwił się Andrzej. 

background image

 

51 

- Dlatego, Ŝe w jego domu odbywa się przeszukanie, czyli rewizja. Skończą z tym, to 

wywiozą stąd i naszego przyjaciela. 

- A dokąd tamtych powieźli? - spytał Łukasz. 
-  Najprawdopodobniej  zdjąć  odciski  palców.  Sfotografować  jak  naleŜy  do  policyjnej 

kartoteki, o ile jeszcze w niej nie figurują. Sprawdzić, czy nie są podejrzani o udział w 
jakich przestępstwach. No i spisać Ŝyciorysy, wierząc, Ŝe są w miarę prawdziwe. 

- No, a co będzie potem z nimi? 
-  Jeśli  nie  będzie  o  co  się  zaczepić,  to  nasze  “numery”  znajdą  się  na  wolności 

wcześniej niŜ wam się wydaje. Bójcie się. 

- Nie boimy się - powaŜnie odpowiedzieli chłopcy. 
Westchnąłem  z  ulgą.  -  To  dobrze.  Bo  ja  odczuwam  pewien  niepokój.  Pamiętajcie,  Ŝe 

wyszedłszy  na  wolność  Baziak  zacznie  zastanawiać  się,  komu  to  zawdzięcza  fiasko 
napadu na kantor i szybko zainteresuje się tą osobą. 

Ale  przynajmniej  jedna  wątpliwość  zaraz  się  wyjaśniła.  Podczas  gdy  policja 

przeszukała garaŜ, Baziak stał przy Ŝywopłocie. Usłyszałem, jak mruczy do siebie: 

-  A  co  byłoby,  gdybym  nie  wyczuł  tego  menta?  Strach  pomyśleć.  A  tak  powęszą, 

powęszą i pójdą stąd, burki zatracone... 

Odsunąłem się od Ŝywopłotu. 
- Co on gadał? - spytał Łukasz. 
Roześmiałem się. - Tajemnica klęski przed kantorem wyjaśniona. Baziak rozpoznał w 

jednym  ze  stojących  przed  kantorem  wywiadowcę,  z  którym  miał  juŜ  do  czynienia.  I 
zwinął majdan. 

- Ale przecieŜ do akcji mieli być uŜyci policjanci z Olsztyna - nie ustawali chłopcy. 
Parsknąłem śmiechem. 
-  A  wy  myślicie,  Ŝe  taki  Baziak  to  nosa  poza  Zalewo  nie  wychylił?  Musi  mieć  na 

pieńku i z olsztyńską policją. 

-  Rozpoznał  policjanta  -  ucieszył  się  Andrzej  -  to  my  juŜ  nie  musimy  niczego  się 

obawiać! 

Pokręciłem głową. 
-  Mam  dziwne  przeczucie,  Ŝe  nasze  kłopoty  jeszcze  się  nie  skończyły.  Baziak 

policjanta rozpoznał, ale to rozpoznanie nie wytłumaczyło, dlaczego policjant znalazł się 
pod kantorem. Ręczę, Ŝe Baziak nie przestanie sobie łamać głowy próbując doszukać się, 
kto to przyczynił się do jego poraŜki. Niewykluczone, Ŝe podejrzewa, iŜ wsypał któryś z 
kumpli. Byłoby to nam na rękę. Banda, w której jeden podejrzewa drugiego nie moŜe juŜ 
działać tak sprawnie, jak ta, w której wszyscy mają do siebie zaufanie. 

-  Sprawnie  działać?  -  zdziwił  się  Łukasz.  -  To  policja  nie  aresztuje  Baziaka  i  jego 

koleŜków? 

Uśmiechnąłem się niewesoło. 
-  Obawiam  się,  Ŝe  nie.  Bo  jeśli  któryś  z  ponumerowanych  nie  zostawił  odcisków 

palców w oplu albo na pistoletach, to nie ma dowodów na to, Ŝe gang szykował napad na 
kantor. 

- Ale przecieŜ pan słyszał, jak się umawiali. 
Wzruszyłem ramionami. 
-  To  prawda,  ale  gdzie  znajdę  świadka  tego  mego  “słyszenia”.  Dwójka  i  Czwórka 

zaprą się, Ŝe o niczym takim nie rozmawiali. Zakpią, Ŝe w ogóle z sobą nie rozmawiają, 
a co dopiero o czymś takim jak skok, którego przecieŜ nie było. 

background image

 

52 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Z WIZYTĄ U KOMENDANTA KMITY * PODEJRZENIA I PLANY GANGU * CZY 

FLORENY KOWALIKA PODREPERUJĄ FINANSE PRZESTĘPCÓW 

 

Następnego dnia, choć była to sobota, zadzwonił z rana komendant Kmita i uprzejmie 

zaprosił  na,  jak  to  się  wyraził,  pogawędkę.  Mówił  grzecznie,  ale  głos  drgał  mu  od 
powstrzymanego gniewu. 

- Czy moi młodzi przyjaciele mogą przyjechać ze mną? - spytałem jak najuprzejmiej. 
-  AleŜ  proszę,  proszę  -  Kmita  był  uosobieniem  grzeczności.  -  Gdyby  miał  pan  takŜe 

jakieś dowody planowanego przez złodziei nowego skoku na dowolnie wybrany kantor, 
to  proszę  się  nie  krępować  i  przywieźć  je  ze  sobą.  Tak  ze  dwa  worki...  -  odłoŜył 
słuchawkę. 

Korzystając z tego, Ŝe cały gang siedzi w areszcie wyjechałem Rosynantem z garaŜu i 

pomknęliśmy do Morąga. 

W  gabinecie  komendanta  Kimity  panowała  cisza  jak  przed  burzą.  Siedzieliśmy 

potulnie na krzesłach, a komendant stał przy oknie i wyglądał na zewnątrz sapiąc cięŜko. 
Minęła minuta owego sapania, gdy komisarz odwrócił się ku nam. Przez chwilę wodził 
po naszych twarzach ponurym wzrokiem, wreszcie wybuchnął śmiechem i wyciągnął w 
moją stronę kościsty palec. 

- W co mnie pan wpakował? 
- Ja? - udałem zdumienie. 
- A kto? - oskarŜycielski palec nie cofnął się ani o milimetr. 
- Ale... - poruszyłem się na krześle niespokojnie. 
Komendant opadł cięŜko na fotel za biurkiem. 
-  śadne  “ale”.  Przychodzi  pan  tutaj  z  rewelacyjną  wiadomością  o  planowanym 

napadzie  na  kantor.  Ja,  głupi,  wierzę  panu  na  słowo.  AngaŜuję  powaŜne  siły,  aby 
przestępców  schwytać  na  gorącym  uczyneczku  (nie  mógł  się  powstrzymać  przed 
uŜyciem  swego  ulubionego  zwrotu,  a  to  juŜ  świadczyło,  Ŝe  burza  w  sercu  komendanta 
mija). I co się okazuje, proszę pana? śe Ŝadnego napadu nic ma, a podejrzani są niewinni 
jak  szczypiorek  na  grządce!  Aresztowaliśmy  ich  i  owszem,  ale  teraz  trzeba  będzie 
wypuścić.  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  zaŜądają  uroczystych  przeprosin,  co  ja  bym  na  ich 
miejscu zrobił! 

Wyprostowałem się. 
- Panie komendancie, śledzimy gang wraz z Łukaszem i Andrzejem juŜ od dłuŜszego 

czasu - powiedziałem z pewną przesadą. - Sam słyszałem, jak jego członkowie omawiali 
skok  na  kantor,  z  którego  pieniądze  miały  im  słuŜyć  do  rozwoju  przestępczej 
działalności. UwaŜam, Ŝe spełniłem obywatelski obowiązek donosząc o planie napadu na 
kantor. śe do niego nie doszło, to juŜ nie nasza wina. 

- A czyja?! - poderwał się komendant. - PrzecieŜ nawet posiłki z Olsztyna ściągnąłem! 
-  I  w  tym  sęk.  Szef  gangu  rozpoznał  jednego  z  policjantów,  co  po  cywilnemu  ubrani 

stali przed wejściem do kantoru. 

- Skąd pan wie? 
- Słyszałem, jak mówił. 
- No i? 
-  Przestraszył  się  i  zrezygnował  z  napadu.  To  chyba  proste.  Kto  napada  na  kantor 

obstawiony policją? 

Komendant zasępił się. 

background image

 

53 

-  Tak.  To  co  pan  mówi  ma  ręce  i  nogi.  Ostatecznie  Olsztyn  nie  leŜy  tak  daleko  od 

Morąga  i  Zalewa  -  rozłoŜył  ręce  -  ale  zrobiłem  co  mogłem,  aby  akcja  się  udała.  Nie 
mogłem  przecieŜ  ścigać  posiłków  z  Nowego  Targu.  A  i  stamtąd  mógł  się  trafić  jakiś, 
którego by bandziory rozpoznały. CóŜ, klapa! 

-  Ale  ma  pan  samochód,  ten  ukradziony  opel.  Czy  policja  nie  widziała,  kto...  - 

nieśmiało odezwał się Łukasz. 

-  Policja  nie  widziała,  bo  dranie  uŜyli  wozu  z  przyciemnionymi  szybami.  To  ich 

zwykły numer - Kmita westchnął cięŜko. 

- A odciski palców? 
Komendant uśmiechnął się mimo woli na taką dociekliwość. 
- W wozie nie ma odcisków Ŝadnego z czwórki. Musieli pracować w rękawiczkach. 
-  Ale  jest  jeszcze  broń,  którą  znalazłem  w  torbie  w  rowie  -  juŜ  śmielej  odezwał  się 

Łukasz. 

Komendant westchnął ponownie. 
-  Gratuluję  odnalezienia  broni.  Pistolety  zostaną  zbadane,  czy  zostały  uŜyte  podczas 

jakiegoś napadu. 

Oczy Łukasza rozszerzyły się. 
-  Tylko  tyle?  PrzecieŜ  to  broń  Baziaka  i  spółki!  Chyba  juŜ  tylko  za  jej  posiadanie 

powinni dranie posiedzieć! 

Komendant przesunął ręką po włosach i odezwał się z tłumioną złością: 
-  A  masz,  chłopcze,  dowód,  Ŝe  to  broń  Baziaka?  Bo  ja  nie.  Brak  odcisków  palców. 

Znowu. Ot, mówiąc szczerze, znalazłeś w rowie torbę z pistoletami. A do kogo naleŜą? 
Do Baziaka? Spróbuj to udowodnić w sądzie! 

Łukasz poderwał się z krzesła. 
-  Ale  ja  widziałem,  jak  pakunek,  tę  reklamówkę,  wyrzucili  z  pędzącego  opla.  Pan 

Paweł potwierdzi! 

Skinąłem głową. 
- Zgadza się. Chłopiec ma rację. 
Nadeszła pora kolejnego westchnienia komendanta. 
- Przykro mi, panowie. Ale Ŝeby rzecz ująć najprościej: widzieliście, jak pozbywają się 

trefnego ładunku niezidentyfikowani osobnicy jadący oplem. Czy któryś z was widział w 
oplu jednego choćby z naszych podejrzanych? 

Spuściliśmy głowy. 
- Ale informować, Ŝe bandyci zamierzają wykorzystać w napadzie niezidentyfikowany 

jeszcze, kradziony samochód to potrafiliście! - nie ustawał komendant. 

Poderwałem się do obrony. 
- Właśnie! Wystarczyło zatrzymać opla pod kantorem! 
Komendant zaśmiał się ironicznie. 
-  Taak?  A  skąd  mogliśmy  wiedzieć,  Ŝe  o  tego  opla  chodzi?  Gdybyśmy  zatrzymywali 

kaŜdy samochód jadący ulicą, powstałby korek na cały Morąg! Poza tym zatrzymywać, 
ale  pod  jakim  pretekstem?  Opel  jechał  w  zgodzie  z  przepisami!  Tak  więc,  drodzy 
panowie,  śledztwo  utknęło  w  martwym  punkcie.  Bo  pomyślcie,  co  mamy:  skradziony 
przez  niewiadomych  sprawców  samochód,  który  miał  słuŜyć  sprawcom  napadu, 
samochód zresztą juŜ odzyskany, ale nikomu nie moŜemy udowodnić kradzieŜy. Nawet 
pan Daniec, który nas poinformował o przygotowaniach do napadu, nie wiedział, o jaki 
samochód  będzie  chodziło.  Mamy  trzy  pistolety,  równieŜ  nie  wiadomo  do  kogo 

background image

 

54 

naleŜące,  bo  i  na  nich  brak  odcisków  palców.  Przeszukanie  w  miejscu  zamieszkania 
domniemanego szefa gangu Józefa Baziaka teŜ nie przyniosło Ŝadnych rezultatów. I co 
panowie na to? 

Milczeliśmy ze spuszczonymi głowami. 
- Ale mamy przecieŜ - zaśmiał się zgryźliwie komendant - wiele podsłuchanych przez 

panów rozmów szajki! Tylko Ŝe na podstawie takich “dowodów winy” Ŝaden prokurator 
nie  wyda  nakazu  aresztowania.  I  wasi  przyjaciele  znajdą  się  na  wolności  szybciej  niŜ 
wam się wydaje - milczał przez chwilę. Wreszcie odezwał się spokojnym juŜ tonem. - A 
jak  się  nazywał  wielki  przyjaciel  Polaków,  niemiecki  pisarz  i  filozof  pochodzący  z 
Morąga? 

Łukasz popatrzył na komendanta oszołomiony, ale Andrzej odpowiedział spokojnie: 
- Johann Gottried Herder. 
- Urodzony w 1744, a zmarły w 1803 roku - wszedł w słowo przyjacielowi Łukasz. 
Nie musiałem wstydzić się za chłopaków! 
Swoją  drogą  to  dobry  znak,  Ŝe  komisarz  wrócił  do  swego  hobby  historycznego. 

Widocznie burza w jego sercu juŜ mijała. 

-  Tak  więc  -  komendant  podniósł  się  zza  biurka  -  miło  było  mi  was  poznać.  śywię 

nadzieję,  Ŝe  się  jeszcze  spotkamy.  Tylko  proszę,  zanim  zgłosicie  się  na  policję  z 
doniesieniem  o  domniemywanym  przestępstwie,  zbierzcie  trochę  więcej  informacji  o 
nim,  najlepiej  faktów,  a  nie  tylko  podsłuchiwanie  rozmów,  których  w  dodatku  Ŝaden 
ś

wiadek potwierdzić nie moŜe. Do widzenia panom. 

Poczerwieniałem i poderwałem się z krzesła. Nie cierpię, gdy ktoś robi ze mnie durnia. 
-  A  panu,  komendancie,  Ŝyczę  lepszego  doboru  współpracowników.  Nie  takich,  Ŝeby 

znało ich całe województwo. MoŜe wtedy uda się zakończyć panu jakąś akcję sukcesem. 
Bo to, Ŝe nie wypaliła wczorajsza, to nie nasza wina, tylko rozpoznania przez przestępcę 
policjanta!  O  czym  wie  pan  równie  dobrze  jak  i  my.  Gdyby  bandyci  przeprowadzili 
napad  na  kantor,  zostaliby  obezwładnieni  przez  policję  i  wtedy  Ŝaden  “brak  odcisków” 
by im nie pomógł! 

- Jasne! - potwierdzili chłopcy. 
Komendant  nie  rozzłościł  się  na  moją  replikę,  a  nawet,  ku  memu  zdumieniu, 

uśmiechnął się. 

- Ot, takich jak wy trzeba w policji. Myślących i nie bojących się powiedzieć w oczy 

szarŜy tego, co myślą. Nie ma pan czasem ochoty wstąpić do policji? - zapytał mnie. 

Ukłoniłem się grzecznie. 
- Pozwoli pan, Ŝe pozostanę przy swoim zawodzie. 
Kmita odpowiedział ukłonem. 
- Jak pan woli. Choć i w policji znalazłoby się sporo roboty dla historyka sztuki. I to 

ciekawszej niŜ w Ministerstwie Kultury i Sztuki. 

Przyznam,  Ŝe  komendant  trafił  w  sedno.  Zaraz  po  studiach  nosiłem  się  z  myślą 

wstąpienia do policji, ale wtedy jeszcze nazywała się ona milicją. A to juŜ zupełnie inna 
historia,  jakby  powiedział  Kipling.  Teraz  byłem  pracownikiem  Ministerstwa  Kultury  i 
Sztuki i dobrze mi z tym, choć niebogato, było. 

- Ale na was, panowie, będę mógł chyba w przyszłości liczyć? - zwrócił się komendant 

do chłopców. 

Łukasz i Andrzej poderwali się z krzeseł, poczerwieniawszy jak ja przed chwilą. 
- Niewykluczone, panie komendancie. 

background image

 

55 

- To się zobaczy, proszę pana! 
Gdyby  mogli,  wstąpiliby  juŜ  dzisiaj  do  policji!  Tak  podziałało  na  nich  nazwanie 

“panami” i powaga w głosie komendanta. 

Kmita odprowadził nas aŜ do wyjścia z gmachu komendy. Uścisnęliśmy sobie dłonie; 

komendant  zapewnił,  Ŝe  jakby  co,  to  do  niego  moŜemy  jak  w  dym.  Wsiedliśmy  do 
Rosynanta i Ŝegnaj, Morągu! 

 
Impreza  zorganizowana  u  Baziaka  z  okazji  powrotu  z  krótkotrwałego  pobytu  w 

areszcie przebiegała hucznie, choć bez przesady. Owszem, strzelały korki od szampana i 
kręciły  się  znane  mi  juŜ  z  widzenia  panienki,  ale  coś  się  nie  kleiło.  Widać  to  było  po 
spojrzeniach, jakimi obrzucali się od czasu do czasu członkowie gangu: “Ty wsypałeś?” 

Choć  inni  próbowali  nawet  tańczyć  z  panienkami,  szef  siedział  pod  parasolem 

samotnie. Panienkę, która mu się pchała na kolana, odtrącił sycząc: “Poszszła!” 

Co  chwila  podchodzili  do  niego  członkowie  gangu  z  (jak  to  usłyszałem  za 

Ŝ

ywopłotem) wiernopoddańczymi deklaracjami i donosami na kumpli. A on zachowywał 

się tak, jakby tego nie słyszał. Sączył tylko Ŝywca i milczał zapatrzony gdzieś nad dachy 
domów. 

Na próŜno jego podwładni wznosili co raz zdrowie ukochanego szefuńcia, bez którego 

gniliby teraz za kratkami. 

Wreszcie Baziak poderwał się ze swego fotelika: 
- Dziewczyny, do domu! A wy wszyscy siadać tu! 
Dopijając w biegu szampana nadbiegli wierni podwładni. Szef rozsiadł się, kładąc nogi 

na stolik. Oczywiście nikt z pozostałych nie ośmielił się powtórzyć tego gestu. 

- Nie muszę gadać - mówił Baziak - Ŝe ktoś nas wsypał, bo dobrze o tym wiecie. Rzecz 

w  tym,  gdzie  uwiła  sobie  gniazdeczko  owa  ptaszyna,  co  tak  ochotnie  śpiewa 
mundurowym. Czy wśród nas? 

- AleŜ skąd! 
- Nigdy! 
Szef skinął głową. 
- I ja tak myślę. Bo albo zapuszkowaliby nas juŜ dawno, albo czekaliby, aŜ zabierzemy 

się za robotę w zamku. Czyli kapuś jest z zewnątrz. Ciekawe, gdzie tu w okolicy zalągł 
się  szpicel  albo  ktoś  zbyt  ciekawski.  Ale  jeden  i  drugi  nie  dowiedziałby  się  niczego, 
gdybyście  nie  kłapali  dziobami  bez  potrzeby!  -  zakrzyknął  Baziak,  a  cała  trójka 
struchlała. 

Przyznam się, Ŝe i ja lekko się przestraszyłem. Odkrycie mojej kryjówki to naprawdę 

nic trudnego. Właśnie o jej okolicach mówił Baziak: 

-  Starzy  Bieniowie  wyjechali,  został  młody,  ale  on  po  całych  dniach  nie  zsiada  z 

roweru trenując z tym Łobockim do wyścigu “O Złoty Floren”. 

-  Ponoć  mają  się  ścigać  z  twoim  braciachą?  -  zagadnął,  chcąc  rozchmurzyć  szefa, 

Czwórka. 

Ś

ciągnięte rysy twarzy Baziaka rozluźniły się. 

- A niech chłopak wygra. Dałem mu forsę na sprzęt taki, Ŝe zawodowcy nie mają. Musi 

wygrać, bo jak nie, to ma u mnie przechlapane. Ale do rzeczy... 

-  Mały  teŜ  moŜe  dokapować  -  mruknął  Dwójka  myśląc  o  Andrzeju,  ale  na  szczęście 

Baziak lekcewaŜąco machnął ręką. 

background image

 

56 

-  Od  tej  chwili  panowie  będą  łaskawi  mieć  gęby  zamknięte  na  kłódkę,  a  uszy  i  oczy 

dookoła głowy. 

- Hę, hę! - zaśmiali się w odpowiedzi. 
Ale Baziak pogroził im palcem i śmiech ucichł jak ucięty noŜem. 
- Jak co podejrzanego, to meldować! 
Czwórka odchrząknął nieśmiało. 
- Ale my, szefie, sami tu najbardziej podejrzani, bo obcy. 
Baziak przygryzł wargi. 
- Masz rację. Ale jakby kto coś dostrzegł, to zaraz dać mi znać. 
Przeciągnął się. 
- Kantor to był szczeniak. Kiepsko tylko, Ŝe straciliśmy na tym niby skoku trzy gnaty. 

Teraz  trzeba  będzie  kupić  nowe.  A  wiecie  dobrze,  ile  byle  spluwa  stoi  na  giełdzie. 
Mówiłem,  by  nie  wyrzucać  pistoletów  z  opla,  ale  wyście  tak  się  spietrali,  Ŝe  mało 
brakowało, a sami byście wyskoczyli! Hi, hi! No, ale nic. Nie przejmować się chłopaki, 
uszy  do  góry  i  od  jutra  do  roboty.  Wystawa  w  Olsztynie  nie  będzie  trwać  wiecznie.  Ja 
mam  większe  zmartwienie,  bo  w  kasie  puchy,  a  tu  trzeba  na  zaliczkę  dla  speca  z 
Warszawy. Poradźcie, co robić? 

-  Hm  -  odchrząknął  Trójka  -  to  moŜe  podpuścimy  tego  Kowalika  od  florenów,  Ŝe 

przyjmiemy go do paczki. MoŜe nam pokaŜe, gdzie wtedy tych florenów się dokopał? 

Baziak roześmiał się. 
-  A  mówią,  Ŝe  lepiej  z  mądrym  zgubić  niŜ  z  głupim  znaleźć.  Ale  kto  wie?  Dwójka, 

podpijesz jutro Kowalika. Ale nie zanadto, Ŝeby kontaktował. Resztę się zobaczy. 

Dwójka ziewnął. 
- Forsa, szefie. 
- A na co ci ona? 
- Na jutrzejsze picie z Kowalikiem. 
- Ech, płać człowieku, ciągle płać - wystękał Baziak, ale sięgnął do kieszeni i grubszy 

banknot zmienił właściciela. 

- No, bawmy się! - Baziak niespodziewanie klasnął w dłonie. 
- Szampan wypity, dziewczyny rozegnane. 
-  E  tam,  nie  marudźcie!  Masz  tu  forsę,  Trójka.  Na  kilka  win  ci  wystarczy.  A  z 

dziewczynami  jeszcze  sobie  odbijecie.  Zobaczycie.  Niech  tylko  uda  się  skok  na 
olsztyński zamek! 

Dwójka pokręcił się niespokojnie. 
-  Jak  tu  skakać,  skoro  nas  dopiero  co  puszczono  z  aresztu,  a  domu  jeszcze  nikt  nie 

sprzątnął po rewizji? 

Baziak wzruszył ramionami. 
- Byli tu i nic nie znaleźli. Prędko nie wrócą. Rutynowa rewizja. Teraz policaje myślą, 

Ŝ

e tak nas nastraszyli, Ŝe miesiącami nosa nie wyściubimy z domu. Ale najciemniej jest 

pod latarnią i zanim się obejrzą, zginie ślad po nas w szerokim świecie, jak powiedział 
poeta. 

OstroŜnie  wycofałem  się  z  mej  kryjówki  za  Ŝywopłotem,  aby  rozprostować  nogi.  Bo 

po powrocie Trójki czekał mnie długi, ale ciekawy dyŜur w zaroślach. 

Trójka wrócił z dwiema torbami wina i zaczęła się libacja. 
- Szefie, Jedynko ty nasza kochana - Dwójka udał bardziej pijanego niŜ był w istocie - 

bez  ciebie  zginęlibyśmy  marnie!  Ale  i  teraz  śmierć  głodowa  zagląda  nam  w  oczy.  Czy 

background image

 

57 

nie  masz  na  oku  podobnego  skoku  na  kantor  w  Morągu?  Gdzie  zresztą  twoja  bystrość 
ocaliła nas od krat więziennych. Wymyśl coś, bo chyba sam przyznasz, Ŝe uganianie się 
za Głupim Jasiem po skarpie i dłubanie w ziemi, gdzie najprawdopodobniej nie ma juŜ 
florenów, to niezbyt powaŜne zajęcie. 

Baziak zmarszczył czoło. 
-  Co  powiedziałem,  to  powiedziałem.  Ty,  Dwójka,  masz  jutro  podpić  Kowalika. 

MoŜesz  go  nawet  ściągnąć  tutaj.  Potraktujemy  go  powaŜnie,  a  zobaczycie,  Ŝe  pokaŜe 
nam miejsce, gdzie dokopał się florenów. 

-  A  moŜe  zrobilibyśmy  jakiś  skok  na  wariata.  Bez  przygotowania.  Sklep 

elektrotechniczny albo komis. Fanty by się upłynniło i forsa by była! 

Baziak pokręcił przecząco głową. 
-  śadnych  numerów  na  wariata.  Z  jednego  -  i  to  dobrze  przygotowanego  -  ledwo  się 

wywinęliśmy.  Gdyby  nie  moje  rozpoznanie  gliniarza  i  przeczucie,  które  nakazało  mi 
pozbyć się BMW, marnie byśmy teraz wyglądali. 

Trójka smętnie kiwnął szklanką. 
- To skąd teraz forsa na zaliczkę dla tego warszawskiego speca? 
Baziak wzruszył ramionami z rezygnacją. 
-  Spróbuję  się  z  nim  skontaktować.  MoŜe  w  drodze  wyjątku  odstąpi  od  swych 

zwyczajów. Taki skok nie trafia się codziennie. 

- A co będzie, jeśli ten warszawista się nie zgodzi? - spytał Czwórka. 
Baziak ścisnął szklankę w dłoniach, aŜ się rozprysła. 
- To wtedy będziemy robić włam sami! 
- Hura! - zakrzyknęli jednogłośnie jego podwładni. 
Baziak uśmiechnął się oglądając pokaleczoną dłoń. 
-  Przynieś  mi,  Trójka,  jakiś  plaster.  A  wy  nie  cieszcie  się  tak  na  robotę  bez  pomocy 

specjalisty.  Bo  ja,  przyznaję,  z  prostą  aparaturą  zabezpieczającą  sobie  poradzę,  ale 
zamku  i  zwłaszcza  wystawy  na  pewno  nie  chroni  byle  badziewie.  A  wy  znacie  się  na 
takim sprzęcie wysokiej klasy? 

Odpowiedziało mu milczenie. 
-  Musi  się  udać  -  bąknął  wreszcie  Czwórka.  -  Wyłączymy  przecieŜ  prąd  w  całym 

zamku. 

Baziak popatrzył na niego. 
- A jeśli zabezpieczenie będzie miało własne źródło zasilania? 
I znów milczenie. 
Trójka  przyniósł  plaster  i  zebrał  resztki  potłuczonej  szklanki.  Baziak  opatrzył  sobie 

dłoń. 

- Kto nie ryzykuje, ten w kozie nie siedzi! - machnął opatrzoną ręką. 
- Racja! - z entuzjazmem odpowiedzieli mu podwładni. 
Baziak spowaŜniał. 
- Ale od tej chwili nie kłapcie dziobami o skoku na zamek. Ten, który doniósł policji o 

skoku na kantor... 

- O niczym nie wie - mocował się z korkiem od butelki Czwórka - inaczej by nas tak 

łatwo nie wypuścili, a i przesłuchaliby dokładnie, nie tak po łebkach. 

- Wie czy nie wie - Baziak łyknął wina - a jeśli to pułapka glin? Jeśli chcą dorwać nas 

dopiero  na  włamie  do  zamku,  Ŝebyśmy  zahaczyli  solidne  wyroki?  UwaŜajcie,  bo  moŜe 
gdzieś w pobliŜu kręci się szpicel. 

background image

 

58 

- Coś mi się wydaje, Ŝe ty i nam nie ufasz - zauwaŜył Dwójka. 
Baziak uśmiechnął się krzywo. 
- Wam? Których sam wybrałem? 
Odpowiedział  mu  śmiech.  Ale  niezbyt  szczery.  Atmosfera  balangi  wyraźnie  się 

popsuła. 

Pewien, Ŝe tego dnia nie dowiem się juŜ niczego istotnego, odczołgałem się do garaŜu, 

gdzie czekali juŜ na mnie Łukasz z Andrzejem i, zdawszy im raport ułoŜyłem się do snu 
w Rosynancie. 

 
Następnego  dnia  skacowana  banda  ponuro  snuła  się  wokół  domku  i  wylegiwała  pod 

parasolem. AŜ wreszcie Baziak pogonił Dwójkę na poszukiwanie Kowalika. 

Łukasz z Andrzejem pojechali na trening, a ja zostałem w garaŜu, oczekując, tak jak i 

baziakowcy, powrotu Dwójki z Kowalikiem. 

Co  do  powrotu  i  sukcesu  finansowego,  jaki  miał  po  nim  nastąpić,  to  zdania  były 

podzielone.  Trójka  uznał,  Ŝe  to  genialny  pomysł  i  juŜ  przeliczał  floreny  na  złotówki. 
Natomiast Czwórka uwaŜał za dziecinadę kopanie na zalewskiej skarpie. A juŜ na pewno 
nie  wierzył,  Ŝe  uda  się  wykopać  taką  solidną  ilość  florenów,  która  wystarczyłaby  na 
zapłacenie zaliczki specowi z Warszawy. 

Baziak milczał. 
Minęło duŜo czasu, zanim radosne okrzyki dobiegające zza Ŝywopłotu dały mi znać, Ŝe 

oto  nadchodzą  Dwójka  i  jego  ofiara.  Prędko  zająłem  miejsce  w  swym  punkcie 
obserwacyjnym w Ŝywopłocie. 

Rzeczywiście alejką wzdłuŜ domu szli pod rękę Dwójka z Kowalikiem. Ale to on miał 

spić  lub  przynajmniej  podpić  Głupiego  Jasia!  Tymczasem  sam  sprawiał  wraŜenie 
zdrowo podciętego i wieszał się na ramieniu Kowalika. 

- Szefie, jest Kowalik - wybełkotał i padł na fotelik, na którym zresztą zaraz zasnął. 
- Janku, witaj! - poderwał się Baziak. 
Kowalik lekko się ociągając uścisnął wyciągające się do niego dłonie. 
-  Mam  nadzieję,  Ŝe  zapomniałeś  nam  te  wygłupy  w  drodze  z  Gdańska  -  Baziak  juŜ 

otwierał piwo. 

- Wygłupy? - parsknął Kowalik i rozparł się w foteliku. - Sporo mnie one kosztowały! 

- siorbnął piwa. 

-  Ale  były  konieczne  -  łgał  Baziak  ani  mrugnąwszy  okiem  -  Ŝeby  sprawdzić,  czy  nie 

jesteś kapusiem. Pieniądze, które wtedy nam dałeś, są w kaŜdej chwili do odzyskania - to 
mówiąc klepnął się po (jak wiedziałem) pustej kieszeni. 

- Aha! - mruknął Kowalik nie wiadomo, zgadzając się czy przecząc. 
- Tak więc, drogi Janku - Baziak “kadził” Kowalikowi - postanowiliśmy przyjąć cię do 

naszej paczki. Takiego jak ty nam trzeba. OdwaŜnego, pomysłowego... 

- To niby ja mam być? - nie dowierzał Kowalik. 
-  Właśnie,  Janku  -  nie  ustawał  Baziak.  -  A  Ŝe  kaŜdy  nowy  członek  paczki  musi  się 

wkupić... 

- JuŜ się wkupowałem w drodze z Gdańska - mruknął Kowalik. 
- Tamto teŜ się liczy - Baziak był wcieleniem łagodności - ale, widzisz, nasza paczka 

znalazła się w przejściowych kłopotach finansowych. I pomyślałem sobie, Ŝe taki jak ty 
specjalista od florenów pomoŜe nam w trudnościach, które są teraz i jego trudnościami. 

background image

 

59 

- Na floreny macie chrapkę! - odezwał się Kowalik nad podziw trzeźwym głosem, ale 

zaraz zapadł znów w pijackie rozczulenie. - Kochani! Od razu trzeba było mówić: “Jasiu, 
dawaj floreny”. śycia bym wam nie Ŝałował, a co dopiero kilku monet. Ale nie mam, nie 
mam Ŝadnej... 

-  To  co  teraz,  szefie  będzie?  -  rozzłościł  się  Czwórka.  -  Po  co  było  tu  taskać  tego 

durnia? 

- Tylko nie durnia - Ŝachnął się półsennie Kowalik. - Jestem takim samym członkiem 

paczki jak ty! 

- Jasiu, nie masz juŜ florenów? - Baziak nie tracił cierpliwości. - Nie wiesz, gdzie one 

są? 

- Mieć to nie mam, przysięgam! - uderzył się Kowalik w chudą pierś. - Ale gdzie ich 

szukać, to Janek Kowalik wie dobrze! 

Poczwórne westchnienie ulgi dobyło się z piersi baziakowców. 
-  Janek  wie  i  swych  przyjaciół  zaprowadzi  -  monologował  Kowalik.  -  Niech  tylko 

przygotują łopaty i worki. 

- A kiedy pójdziemy po floreny? - niecierpliwił się Trójka. 
Kowalik kiwnął się na foteliku. 
- Dziś w nocy. Najlepiej koło północka, jak wszyscy będą spać. 
- O północy? - skrzywił się Trójka. - Dlaczego tak późno? 
-  A  co,  chciałbyś  mieć  całe  Zalewo  na  głowie  -  trzepnął  w  ucho  Baziak  swego 

najwierniejszego druha. 

- A tak, tak. Trzeba po cichutku - stęknął Kowalik. 
- Ale na co te worki? - teraz wątpliwości ogarnęły Czwórkę. 
Jasio popatrzył na niego krzywo. 
-  Ziemię  będziemy  w  nie  ładować.  Nie  będziesz  chyba  grzebał  w  niej  po  ciemku  za 

florenami. Trzeba wszystko przenieść w jakieś widne miejsce. Jak raz wasza piwnica mi 
się widzi. 

- To całą skarpę będziemy tu targać? - oburzył się Trójka. 
Kowalik ziewnął i dopił swoje piwo. 
-  Nie  całą,  tylko  ziemię  z  tego  miejsca,  gdzie  są  floreny.  Na  sztych  łopaty  głęboko. 

Będzie tego ze cztery worki. 

(Nie wiem dlaczego, ale znów odniosłem wraŜenie, Ŝe Kowalik nie jest aŜ tak bardzo 

pijany, na jakiego wyglądał). 

Tymczasem wstał podtrzymując się stolika i wymruczał: 
- No to do północy. 
Chwiejnym krokiem wymaszerował na ulicę podtrzymując się ściany domku. 
- No i co teraz, szefie? - spytał niepewnie Trójka. 

background image

 

60 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

WORKI Z TAJEMNICZYM ŁUPEM * ZEMSTA KOWALIKA * WYJAZD DO 

OLSZTYNA * DZIEJE OLSZTYŃSKIEGO ZAMKU 

 

Baziak popatrzył po swojej ekipie. Oj, niewesołe to było spojrzenie. 
- Dwójka i Czwórka do piwnicy. Przygotować łopaty i znaleźć jakieś worki. 
-  A  jeŜeli  to  wszystko  na  nic?  -  wymruczał  Czwórka  próbujący  dobudzić  śpiącego 

Dwójkę. W końcu to mu się udało i klnąc pod nosem powlekli się do piwnicy. 

- A ty, Trójka, zrobiłbyś coś do jedzenia. Która to juŜ godzina, a my bez obiadu. 
 
Nie było mowy, Ŝeby udać się tropem baziakowców bez udziału Andrzeja i Łukasza. 

Andrzej  nie  musiał  tłumaczyć  się  przed  nikim  ze  swej  nocnej  wyprawy,  Łukasz 
natomiast zełgał rodzicom, Ŝe nocuje u Andrzeja. 

TuŜ  po  północy  nadszedł  Kowalik  i  objuczona  workami  i  łopatami  grupa  ruszyła  w 

stronę  cmentarza.  Tam,  na  skarpie  pod  garaŜami  znajdowano  floreny.  My  cichutko 
ruszyliśmy  za  nimi.  Cichutko?  Raptem  nie  wiadomo  kto  kopnął  pustą  puszkę,  która  z 
hałasem potoczyła się ulicą. Przycupnęliśmy za naroŜnikiem ogrodzenia, ale nie na wiele 
by się nam to zdało, gdyby nie: 

- Miauu! - zamiauczał Łukasz i uspokojeni bandyci ruszyli dalej. 
- Ty masz talent - ścisnąłem rękę Łukasza. 
- KaŜdy stara się jak umie - odszepnął skromnie. - W końcu miało się koty... 
Doszliśmy do skarpy i schowaliśmy się w cieniu garaŜy. 
Kowalik zachowywał się jak szaman lub pomylony radiesteta. KrąŜył w kółko. Dreptał 

to w jedną, to w drugą stronę. Wreszcie odezwał się głucho brzmiącym w ciszy nocnej 
głosem: 

- To tutaj! Kopcie. 
Niewierny Dwójka chciał rozkruszyć ziemie w świetle latarki, ale łagodna perswazja w 

postaci kopnięcia przez szefa zagnała go do łopaty. Kilka chwil i cztery worki stały po 
brzegi wypełnione ziemią. 

Czwórką  baziakowców  zarzuciła  je  sobie  stękając  na  ramiona  i  podreptała  między 

garaŜe. 

Nie przeszli nawet kilku kroków, gdy zapaliły się reflektory i gromki głos zawołał: 
- Stać! Ręce do góry! Policja! 
Nie  trzeba  chyba  dodawać,  Ŝe  cała  piątka  prysnęła  w  ciemność.  Za  nimi  zatupotały 

buty ścigających. 

-  Nawiali  na  cmentarz,  panie  aspirancie  -  usłyszeliśmy  meldunek  -  bez  porządnych 

latarek  cięŜko  ich  będzie  ścigać.  Zobaczymy,  co  oni  tu  nakradli,  bo  wory  pełne  aŜ  po 
brzegi. 

- Znalazły się worki, znajdą się ich właściciele. 
- O rany, szefie, toŜ to ziemia! 
- Gdzie? 
- W workach. 
Coś zaszeleściło w cmentarnych zaroślach. 
- Stój, bo strzelam! - rozległ się ostry głos policjanta. 
- Ale po co kochanej władzuni od razu strzelać? Jak się strzela, to moŜna jeszcze kogoś 

niechcący  zabić!  A  to  ja,  Kowalik.  I  jest  ze  mną  jeszcze  młody  Baziak  i  jego  koledzy. 
Nieładnie strzelać do takich porządnych ludzi... - zza cmentarnego płotu wygramolił się 

background image

 

61 

Kowalik,  a  zaraz  za  nim  Baziak  i  spółka.  Wszyscy  trzymali  profilaktycznie  ręce 
podniesione do góry. 

-  Twarzami  do  muru.  Ręce  oprzeć  o  mur.  Nogi  rozstawić  szeroko.  O,  tak  dobrze  - 

zabrzmiała ostra policyjna komenda. 

- Melduję, szefie, Ŝe zatrzymani nie posiadają przy sobie broni. Albo w ogóle nie mieli, 

albo ukryli w czasie ucieczki na cmentarzu! - usłyszeliśmy meldunek policjanta. 

- Broń? A na cóŜ nam takie śmiercionośne narzędzie?! - prawie rozpłakał się Kowalik, 

budząc  radość  Łukasza  i  Andrzeja.  -  My  jesteśmy  tylko  hobbyści.  Niewinni  hobbyści, 
panie władzo! 

- No to dajcie zajrzeć w swoje oblicza, hobbyści - zachichotał policjant. - Kogo my tu 

widzimy.  Oprócz  Jana  Kowalika  i  Józefa  Baziaka,  zwanym  młodszym,  widzę  tu  trójkę 
nie znanych mi młodzieńców. Mam nadzieję, Ŝe przysporzą nam ciekawych informacji. 

- Niestety, obawiam się, Ŝe ciekawość pana nie będzie zaspokojona. Moi przyjaciele to 

zwykli  hobbyści,  których  tak  jak  mnie  i  pana  Kowalika  ściągnęła  tutaj  o  nocnej  porze 
chęć  znalezienia  jak  największej  ilości  florenów.  A  Ŝe  przystąpiliśmy  do  poszukiwań 
nocą,  to  łatwo  daje  się  wytłumaczyć  niechęcią  wobec  konkurencji,  która  czeka  tylko, 
Ŝ

eby ktoś zaczął szukać florenów - tłumaczył Baziak. 

Policjant zastanawiał się długo, a nas, przycupniętych za murkiem, ogarnął lęk. 
Wreszcie dowódca policyjnego patrolu odezwał się, nie bez wahania w głosie: 
- No cóŜ, Kowalik i Baziak. Nie powiem, Ŝe się cieszę. Ale dobrze mieć was obu na 

oku. I resztę kolegów, którzy, mam nadzieję, będą uprzejmi się wylegitymować. 

-  Nie  mamy  dowodów  przy  sobie  -  jęknął  Dwójka.  -  Tylko  wyskoczyliśmy  po  te 

floreny czy jak je zwał. Dowody zostawiliśmy u Baziaka. No nie, chłopcy? 

- Ma się rozumieć - odparli Trójka i Czwórka. 
- Ja za nich gwarantuję! To moi przyjaciele - wtrącił się Baziak. 
-  No,  skoro  ty  za  nich  gwarantujesz  -  zaśmiał  się  policjant  -  to  nie  będę  się  czepiał 

twoich przyjaciół. Ale tak nawiasem mówiąc, co robi Kowalik w waszym towarzystwie? 

- To moi serdeczni przyjaciele - gromko oznajmił Kowalik. Policjanci roześmieli się i 

nadmieniwszy,  Ŝe  wszystkie  znalezione  podczas  poszukiwań  drogocenności  naleŜą  do 
skarbu państwa, odjechali. 

Baziak krzyknął: 
- Worki chwyć! 
I postękując czwórka podrzuciła sobie worki na plecy i uginając się pod ich cięŜarem 

ruszyła w stronę Cichej. 

Pomrukując  i  klnąc  pod  nosem  poszukiwacze  dotarli  wreszcie  do  swojej  siedziby. 

Tam,  w  świetle  Ŝarówki  nad  drzwiami  pozbyli  się  swego  cięŜaru.  Kowalik  był  wesoły 
jak  szczygiełek.  Zresztą,  gdyby  nie  fakt,  Ŝe  baziakowcy  byli  dobrze  zbudowani  (no, 
moŜe z wyjątkiem Dwójki) i niejedną godzinę spędzili na siłowni, musieliśmy kursować 
z ziemią po kilkakroć. AŜ zastałby ich podczas wędrówki z workami wczesny świt. 

- No to dotarliśmy - sapnął Trójka. - Dalej nie idę, choć skarz mnie chiński bóg! 
- Przychylam się do zdania kolegi - Czwórka otarł pot z czoła. 
-  Czyście  powariowali  -  Ŝachnął  się  Baziak  -  tyle  roboty  na  nic.  Chcecie  tutaj  przed 

domem rozbebeszać te worki?! 

- To co z nimi zrobimy? - potulnie odezwał się Trójka. 
- Do garaŜu z nimi i to szybko! 

background image

 

62 

-  Ale  po  co  tyle  pośpiechu  -  odezwał  się  Dwójka,  któremu  dźwiganie  wora  dało  się 

najbardziej w kość. 

-  Musowo,  musowo  do  garaŜu  -  poderwał  się  Kowalik  -  inaczej  podpatrzą  i  ukraść 

floreny mogą. 

Baziakowcy chwycili worki i podźwigali je w stronę garaŜu, w którym zaraz rozbłysło 

ś

wiatło. Szajka zabrała się do łowów na floreny. 

Przycisnąłem  ucho  do  nadwątlonej  ściany  i  zamarłem  w  bezruchu,  nie  bacząc,  Ŝe 

Łukasz z Andrzejem próbują wcisnąć mi się pod pachy i kopią po kostkach. 

Rozmowy słychać było wyraźnie. 
- I co będzie z tą ziemią z worków? - zatroszczył się Dwójka. - PrzecieŜ nie zostawimy 

jej w garaŜu. 

Baziak ziewnął. 
- Taczką wysypie się ją na grządki. Ale dość juŜ gadania. Czas zabrać się za floreny. 

Tu macie ogrodnicze sito i ostroŜnie, pomalutku przesiewamy ziemię. 

- Hi, hi! - zaśmiał się Kowalik. 
- A ty czego rechoczesz? - ofuknął go Baziak. 
- Ja tylko tak - potulnie odezwał się Kowalik. - Cieszę się na znalezione floreny. 
- No juŜ dobrze, dobrze - uspokoił się szef. - Zaczynamy od tego worka. 
Rozległ się szmer przesypywanej ziemi. 
JakŜe było moje zdumienie, gdy nagle usłyszałem głos Czwórki. 
- Jest, szefie! Jeden floreny czy inna moneta, ale to chyba floren! 
CzyŜby  Kowalik  rzeczywiście  znał  miejsce,  gdzie  floreny  występują  w  duŜej  ilości  i 

chciał  się  swą  tajemnicą  podzielić  z  Baziakiem  i  spółką?  Zwłaszcza  po  tym,  jak 
potraktowano go w drodze z Gdańska, wyłudzając pieniądze zarobione za floreny? Nie, 
to nie wydawało mi się prawdopodobne. Ale floren znaleziono juŜ na pierwszym sicie! I 
bądź tu mądry! 

Baziakowcy podnieśli radosny krzyk i, sądząc po szuraniu, wzięli się. do intensywnego 

poszukiwania florenów. Przeszukali drugi worek, trzeci. Florenów nie było. Gdy kończył 
się czwarty, Baziak odezwał się przez zaciśnięte zęby tłumiąc pasję: 

- Kowalik, w coś ty nas wrobił? Jak cię zamaluję w tę parszywą gębę, to cię rodzona 

matka nie pozna! 

- I my dołoŜymy swoje - dopowiedzieli zdyszani baziakowcy. 
- Ale ja naprawdę jestem niewinny - płaczliwie powiedział Kowalik - zaprowadziłem 

was tam, gdzie znajdowałem floreny. 

- Nie wierzę - krzyknął Baziak. 
I nagle głos Kowalika się zmienił, stwardniał: 
-  A  dlaczego  obrabowaliście  mnie  z  pieniędzy,  wyłudziliście  je  ode  mnie,  gdy 

wracaliśmy z Gdańska? Miałem naleŜeć do waszej paczki i co z tego? Jeszcze wczoraj 
wysłaliście  jednego  z  was,  by  mnie  podpił.  Myśleliście,  Ŝe  wygadam  się,  gdzie  są 
zakopane floreny. Teraz więc wam mówię, Ŝe zaprowadziłem was w byle jakie miejsce. 
Znajcie Głupiego Jasia czy jak mnie nazywacie! 

Trzasnęły drzwi od garaŜu. 
- No i co z takim draniem zrobić? - krzyknął Trójka. - Bić i patrzeć czy Ŝyje! 
Ale Baziak wybuchnął śmiechem. 
- Zostawcie go. Ma chłopak charakter, kto by to przewidział. Rzeczywiście, wracając z 

Gdańska  potraktowaliśmy  go  podle.  Nic  dziwnego,  Ŝe  teraz  chciał  się  zemścić.  Co  mu 

background image

 

63 

się zresztą udało. Ale charakter charakterem... Wy się do Kowalika macie nie wtrącać. A 
juŜ ja się postaram, Ŝe Głupi Jasio zgłupieje do reszty. 

Wielka  cisza  zapanowała  w  garaŜu  państwa  Bieniów.  Ostatecznie  zwycięstwo 

Kowalika nad Baziakiem i spółką było teŜ i naszym zwycięstwem! 

-  Pamiętajcie  tylko  ostrzec  Kowalika  -  szepnąłem  do  chłopców  -  Ŝe  Baziak  ma  na 

niego oko. I choć zapewniał, Ŝe to tylko jego sprawa, do której podwładni nie mogą się 
wtrącać, zabrzmiało to groźnie. Baziak udawał przed swymi ludźmi, Ŝe Kowalik mało go 
obchodzi, ale załoŜę się, Ŝe tak nie jest i Baziak będzie starał się zemścić na Kowaliku. 

- To co mamy robić? - równie szeptem zapytał Łukasz. 
- Jesteśmy bezradni - westchnąłem. - Baziak dopadnie Kowalika kiedy i gdzie będzie 

chciał. Ale sądzę, Ŝe nie nastąpi to przed włamaniem do olsztyńskiego zamku. A potem, 
o  ile  skok  się  uda,  Baziak  pryśnie  za  granicę  i  nie  będzie  mu  w  głowie  zemsta  na 
Kowaliku. 

- To sądzi pan, Ŝe skok się uda? - spytał szeptem Andrzej. 
- Nie. 
- To dlaczego nas pan denerwuje. 
Zaśmiałem się cicho. 
- Ot tak, Ŝebyście nie byli zbytnio pewni siebie. 
- To jak będzie z tym włamaniem do olsztyńskiego zamku? 
- Nie uda się. 
Łukasz popatrzył niespokojnie. 
PołoŜyłem mu rękę na ramieniu. 
- Nie uda się, bo my tu jesteśmy. 
Chłopcy sapnęli z dumą. 
Tymczasem w sąsiednim garaŜu wrzała, przerywana przekleństwami, praca. To ekipa 

Baziaka  wywoziła  na  taczkach  tak  pracowicie  przydźwiganą  ze  skarpy  pod  garaŜami 
ziemię  i  rozsypywała  ją  po  grządkach  ogródka.  Wydawało  mi  się,  Ŝe  w  ten  sposób 
Baziak  chce  zatrzeć  wspomnienie  klęski  poniesionej  za  przyczyną  Kowalika  do  czasu, 
gdy będzie mógł zemścić się na nim. W końcu baziakowcy wynieśli się z garaŜu i poszli 
spać do domu. 

I my poszliśmy spać. Chłopcy do domu, ja na siedzenia Rosynanta. 
Ciekawiło mnie, czy tajemniczy spec z Warszawy zechce choć raz odstąpić od swego 

zwyczaju  i  wziąć  udział  w  skoku  bez  uprzedniej  zaliczki.  Nie  miałem  pojęcia,  jakich 
form perswazji uŜyje Baziak, wiedziałem jednak, Ŝe jego kasa jest pusta. I nawet jeśliby 
dołoŜyli się do niej wspólnicy, to nie sądzę, Ŝe uzyskano sumę zadowalającą wybitnego 
specjalistę  od  urządzeń  alarmowych.  Mogliby  sprzedać  mercedesa,  ale  jak  tu 
przeprowadzać napad bez niezawodnego samochodu. 

 
-  No  chłopaki!  Pakuję  się  do  merca  i  nawiewam  -  obudził  mnie  z  rana  zza  ściany 

garaŜu dziarski głos Baziaka. 

-  To  jak  to  będzie?  -  pociągnął  nosem  Trójka.  -  Zostawisz  nas  z  glinami  na  karku,  a 

sam pryskasz?! 

-  Co  będzie  z  włamem  do  muzeum?  -  zatroszczył  się  Dwójka.  -  Oj  głupi,  głupi!  - 

zaśmiał  się  Baziak.  -  Nawiewam  tylko  do  Warszawy,  Ŝeby  przez  pośrednika  złapać 
kontakt na speca. MoŜe da się namówić na robotę bez zaliczki. I nie bójcie się, wrócę ze 

background image

 

64 

stolicy  do  Zalewa  jak  najszybciej  będę  mógł,  aby  cieszyć  oko  widokiem  waszych 
twarzyczek. 

- A nie moglibyśmy pojechać z tobą? - podejrzliwie zapytał Dwójka. 
Baziak znów wybuchnął śmiechem. 
-  A  co  ty,  dzidziusiu,  smoczka  jeszcze  ssać  nie  przestałeś?  To  nie  wiesz,  Ŝe  takie 

rozmowy odbywam bez świadków. Chcecie jechać do Warszawy ze mną, proszę bardzo. 
Ale tam się rozstaniemy i spotkamy się dopiero o wyznaczonej godzinie. Najlepiej niech 
to będzie czwarta, przy wejściu na Cmentarz Bródnowski. Tam będę miał blisko. 

- Jedynko ty nasza droga - nie ustawał Dwójka - ale moŜe przyda ci się obstawa. Strach 

strachem, ale tamten moŜe nabrać większego szacunku do ciebie, jak cię zobaczy z naszą 
trójką. MoŜe wtedy obniŜy cenę. 

Baziak zachichotał. 
-  Ile  razy  mam  wam  powtarzać,  Ŝe  nie  jadę  na  spotkanie  ze  specem,  tylko  z 

pośrednikiem,  który  moją  uprzejmą  prośbę  przekaŜe  albo  teŜ  nie  przekaŜe  naszemu 
wybitnemu specjaliście? 

- A jeśli nie przekaŜe - zatroszczył się Trójka - albo tamten nie zechce pracować bez 

zaliczki? To co wtedy? 

-  To  wtedy  -  głos  Baziak  stwardniał  -  tak  jak  juŜ  mówiłem:  sami  bierzemy  się  do 

roboty. 

 
Korzystając z tego, Ŝe banda Baziaka udała się do Warszawy, postanowiłem wyjechać 

z  Łukaszem  i  Andrzejem  do  Olsztyna,  aby  zobaczyć  wystawę  w  Muzeum  Warmii  i 
Mazur, a takŜe przestrzec kogo trzeba o niebezpieczeństwie, które zagroziło zbiorom. 

Chłopcy przyjęli zaproszenie na wycieczkę z radością. 
Minęliśmy juŜ Ostródę, gdy spytałem: 
- A nie wiecie moŜe, skąd wywodzi się nazwa Olsztyn? 
-  Nie  bardzo  -  odpowiedział  Andrzej.  Przybrałem  powaŜny,  godny  historyka  wyraz 

twarzy. 

-  OtóŜ  nazwa  ta  pochodzi  od  pruskiej  nazwy  Łyny  (Alna,  Alina)  i  kamienia  (po 

niemiecku Stein): niemiecka nazwa Allenstein - Łyński Kamień. Nazwa polska Olsztyn 
jest  więc  spolszczeniem  na  poły  staropruskiej  i  na  poły  niemieckiej  nazwy  miasta. 
Długosz nazywał Olsztyn Holstenem, a Kopernik Olstynem. 

Minęliśmy słynące cudami sanktuarium Maryjne w Gietrzwałdzie, gdy Łukasz zwrócił 

uwagę na wiele krzyŜy ustawionych przy szosie. 

- To pamiątki pielgrzymek? - spytał. 
Roześmiałem się. 
-  Nie.  To  miejscowy  wójt  odstrasza  w  ten  sposób  kierowców  od  zbyt  szybkiej  jazdy, 

bo  szosa  tu  rzeczywiście  kręta  i  wypadków  na  niej  duŜo.  Wypowiedział  wiec  wojnę 
psychologiczną wypadkom. Widząc krzyŜe od razu kierowca zdejmuje nogę z gazu. 

- I to pomaga? - spytał Andrzej. 
- Nie wiem. Ale chyba tak. Zresztą nikt tego nie badał. 
Szeroką obwodnicą wjechaliśmy do Olsztyna, podjechaliśmy na parking pod Wysoką 

Bramę i dalej ruszyliśmy pieszo. 

Choć  historię  zamku  olsztyńskiego  moi  młodzi  przyjaciele  znali,  postanowiłem 

poprowadzić ich ulubioną przez siebie trasą, zanim osiągniemy bryłę zamku. 

background image

 

65 

Schodząc  w  dół  ku  dolinie  Łyny  doszliśmy  do  wyspy,  gdzie  znajdował  się  budynek 

młyna, rozebrany w latach pięćdziesiątych. 

- E tam, stare młyniszcze, w dodatku juŜ nie istniejące - skrzywił się Andrzej. 
Popatrzyłem na niego z uwagą. 
-  Niejednokrotnie  wielki  skarb  pozostawał  ukryty  przez  wieki  w  najskromniejszym 

ukryciu. 

Wystarczyło moje zdanie, a juŜ chłopcy zaczęli rozglądać się po okolicy, jakby tutaj, 

tuŜ spod ziemi miały się ukazać skarby. Tymczasem to co widzieli było jak najbardziej 
prozaiczne. 

Zeszliśmy  ku  Łynie,  mijając  po  prawej  pałacyk,  w  którym  przed  wojną  mieściła  się 

loŜa masońska, a obecnie jest hotelik. Stąd widoczne były mury obwodowy i kurtynowy, 
spinające północne skrzydło zamku z jego wieŜą. 

- Tego Kopernika to juŜ znamy! - oświadczył na widok pomnika słynnego astronoma 

Andrzej. 

A Łukasz wyrecytował: 
-  Obrońcy  grodu  olsztyńskiego  przed  najeźdźcą  krzyŜackim,  wielkiemu  Polakowi 

Mikołajowi Kopernikowi, wdzięczni rodacy. 

- Czy wiesz, jaki fakt ten pomnik upamiętnia? - spytałem. Łukasz wzruszył ramionami. 
-  Jasne!  To  na  pamiątkę  przygotowania  zamku  do  obrony  podczas  wojny  polsko-

krzyŜackiej w latach 1519-1521. 

Weszliśmy na wąski most spinający wysokie brzegi Łyny. W tym miejscu znajdował 

się  dawniej  most  zwodzony,  jedyny  wjazd  do  zamku.  Za  mostem,  u  podnóŜa 
czterdziestometrowej  wieŜy  zamkowej,  ujrzeliśmy  mury  obwodowe  i  budynek  dawnej 
kuchni  zamkowej  zaadaptowany  na  siedzibę  Związku  Polskich  Artystów  z  galerią 
wystawową.  Dalej  w  lewo  widać  było  północną,  zewnętrzną  ścianę  skrzydła  zamku  ze 
ś

redniowiecznymi urządzeniami, zwanymi hurdycjami. 

Moi towarzysze zaczęli delikatnie ziewać. Uspokoiłem ich gestem ręki. 
-  Jeszcze  tylko  kilka  słów  o  wznoszącym  się  nad  nami  zamku.  Budowę  najstarszego 

skrzydła  rozpoczęto  około  1346  roku.  W  latach  następnych  podwyŜszono  budynek  o 
jedną  kondygnację,  a  w  XV  wieku  dobudowano  skrzydło  południowe  i  górną  część 
wieŜy.  Skrzydło  wschodnie  zbudowano  w  latach  1756-1758,  a  przedłuŜono  w  latach 
1909-1911. Najstarsze, północne, składało się dawniej z dwóch komnat i kaplicy, którą 
później  przeniesiono  do  skrzydła  południowego.  Obie  sale  o  pięknych  kryształowych 
sklepieniach (kaplica posiada sklepienie gwiaździste) stanowiące mieszkanie i kancelarię 
administratorów  kapitulnych,  połączono  w  czasie  przebudowy  w  1909  roku.  Noszą 
nazwę Sal Kopernikowskich. Tu mieszkał i pracował wielki astronom podczas pobytu w 
Olsztynie.  Do  dziś  moŜna  dostrzec  nad  wejściem  do  komnaty  zachowany  fragment 
tablicy  astronomicznej,  sporządzonej  w  1517  roku  przez  Kopernika  i  słuŜącej  mu  do 
badania zrównania dnia z nocą. 

- Nareszcie coś o Koperniku, a nie tylko mury i mury - sarknął Andrzej. 
Uśmiechnąłem się. 
- Mikołaj Kopernik był nie tylko wielkim astronomem, ale i administratorem Olsztyna. 

Przyczynił  się  do  zagospodarowania  podległych  mu  komornictw  olsztyńskiego  i 
pienięŜnieńskiego. 

- Był teŜ niezłym lekarzem - wtrącił Łukasz. 

background image

 

66 

-  A  teraz  zwróćcie  uwagę  na  fragment  ściany  dawniej  rozdzielającej  dwie  komnaty. 

Zobaczycie  na  niej  tablicę  z  fragmentem  listu  Mikołaja  Kopernika  do  króla  Zygmunta 
Starego.  List  pisany  był  po  łacinie,  tu  zobaczymy  jego  polskie  tłumaczenie.  Czytaj, 
Andrzeju. 

Chłopiec zaczął czytać wolno, z namaszczeniem: 
-  Pragniemy  czynić,  co  przystoi  ludziom  szlachetnym  i  uczciwym  oraz  bez  reszty 

oddanym  Waszemu  Majestatowi,  nawet  jeśliby  przyszło  nam  zginąć,  pod  TegoŜ 
Majestatu  opiekę  się  uciekając  całość  naszego  mienia  i  nas  samych  polecamy  i 
powierzamy... 

- Piękny list - westchnął Łukasz. 
Uśmiechnąłem się niewesoło. 
-  List  ten  odnaleziono  w  Niemczech.  W  imieniu  kapituły  Kopernik  prosił  w  nim  o 

pomoc w czasie ostatniej wojny Zakonu z Polską. List ten do króla nie dotarł, poniewaŜ 
przejęli go KrzyŜacy. 

- A szkoda - mruknął Andrzej. 
-  Nie  przejmuj  się  -  pocieszałem  zmartwionego  chłopca  -  wojna  i  tak  zakończyła  się 

zwycięstwem Polski. 

Chłopcy popatrzyli na mnie. 
- I co teraz? 
- Teraz pozwiedzacie sobie Muzeum Warmii i Mazur, ja zaś pójdę do jego dyrektora. 

MoŜe mnie przyjmie. Chcę ostrzec go przed groŜącym włamaniem. 

- A my? Pójdzie pan bez nas? - chłopcy posmutnieli. 
Uśmiechnąłem się. 
- Nikt nie zabierze wam zaszczytu w tropieniu szajki Baziaka. Ale musicie zrozumieć, 

Ŝ

e gdy znajdę się w gabinecie dyrektora w towarzystwie, nie gniewajcie, nastolatków i w 

dodatku  powołam  się  na  ich  opowieści,  to  dyrektor  moŜe  to  zlekcewaŜyć.  A  tego  nie 
chcielibyście, no nie? 

Łukasz z Andrzejem popatrzyli na siebie. 
- No chyba nie... 
- Tylko będę miał jeszcze małą prośbę - odezwał się Łukasz. 
- O co chodzi? - spytałem. 
- O parę groszy na bilet do muzeum. 
- AleŜ słuŜę uprzejmie - wyciągnąłem z kieszeni garść bilonu. 
- Tyle wystarczy? 
- AŜ nadto - ucieszył się Łukasz - będziemy mogli kupić sobie jeszcze przewodniki. 
-  MoŜe  one  pomogą  nam  odkryć,  którędy  chce  włamać  się  szajka  Baziaka  -  ucieszył 

się Andrzej. 

background image

 

67 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

SPOTKANIE Z DYREKTOREM CYGAŃSKIM * PODEJRZANI LITWINI * KOWALIK W 

OLSZTYNIE * KOMENDA WOJEWÓDZKA POLICJI I NADKOMISARZ SUŚWIŁŁO * 

NA CZYJĄ POMOC MOśEMY LICZYĆ 

 

Szatniarz w muzeum wskazał mi drogę na pierwsze piętro i zaanonsował telefonicznie 

sekretarce dyrektora, który akurat miał chwilę wolnego czasu. Tak trafiłem do gabinetu 
Janusza Cygańskiego, dyrektora Muzeum Warmii i Mazur. 

Zostałem  przyjęty  uprzejmie,  ale  chłodno.  To,  Ŝe  pracuję  w  Ministerstwie  Kultury  i 

Sztuki,  wcale  nie  ociepliło  atmosfery.  Cygański,  szczupły,  szpakowaty  męŜczyzna  o 
przenikliwych oczach,  spoglądał na mnie uwaŜnie,  jakby chciał wysondować,  co  teŜ  tu 
mnie przyniosło. 

Poczułem  się  nieswojo,  jakbym  zakradł  się nieproszony  na  czyjś prywatny  teren.  Nie 

wiedząc co robić powołałem się na pana Tomasza i pracę pod jego kierownictwem. 

Dopiero wtedy smagła twarz Cygańskiego rozjaśniła się. AleŜ tak! Znał pana Tomasza. 

Spotykał  się  z  nim  na  wielu  konferencjach  i  sympozjach.  Słyszał  o  jego  przygodach  i 
podziwiał  za  skuteczność  działania.  Tak  więc,  nie  po  raz  pierwszy  zresztą,  imię  pana 
Tomasza otworzyło mi drogę do ludzkiego serca. 

-  Co  pana,  ucznia  tak  sławnego  mistrza  -  dyrektor  spojrzał  na  mnie  spod  oka  - 

sprowadza do Olsztyna? CzyŜbyśmy mieli spodziewać się odkrycia nowych skarbów? - 
uśmiechnął się. 

Choć odpowiedziałem uśmiechem, to przecząco pokręciłem głową. 
Dostrzegłem,  Ŝe  mięśnie  Cygańskiego  napięły  się  pod  nienagannie  skrojonym 

garniturem. Mimo to spytał spokojnie i uprzejmie: 

- Kawa czy herbata? A moŜe coś zimnego? 
- Herbata, jeśli moŜna. 
Odczekałem, aŜ stosowne dyspozycje zostaną wydane sekretarce, zapatrzony w zieleń 

wiekowych  drzew  za  oknami  naroŜnego  gabinetu  i  dopiero  wtedy  odpowiedziałem 
dyrektorowi siląc się na uśmiech: 

-  Sprowadza  mnie  do  grodu  nad  Łyną  troska  o  powierzone  pańskiej  pieczy  zbiory. 

Szczególnie chodzi tu o wystawę sztuki sakralnej. 

Dyrektor bawił się w zamyśleniu linijką. 
-  Taak...  Na  wystawie  jest  wiele  bardzo  cennych  przedmiotów,  które  mogłyby  skusić 

włamywaczy. Ale niech pan nie obawia się o nasze zbiory! Są dobrze chronione! 

- Ikony... - mruknąłem. 
Cygański  Ŝachnął  się.  Widać  sprawa  zuchwałej  kradzieŜy  zbioru  ikon, 

przechowywanych  w  Muzeum  Warmii  i  Mazur,  pomimo  upływu  czasu  pozostała  nie 
zabliźnioną raną na dyrektorskim sercu. 

-  Od  tego  czasu  unowocześniliśmy  nasz  system  alarmowy  oraz  częściowo 

wymieniliśmy na lepszy! 

Tu dyrektor poderwał się z fotela. 
- A panu skąd wiadomo o groźbie kradzieŜy, która zawisła nad wystawą? 
Powoli łyknąłem herbaty. 
- OtóŜ, doprowadziły mnie do niej floreny... 
Cygański z ulgą machnął ręką i opadł z powrotem na fotel. 
- Aa, jeśli to floreny... Zalewo... JuŜ myślałem, Ŝe to dawno skończona sprawa... 
Znów łyknąłem herbaty. 

background image

 

68 

- MoŜe sprawa jest juŜ nieaktualna w sensie poszukiwań skarbu. Ma jednak i to wiele 

nader aktualnych aspektów... 

- Co więc pan radzi - dyrektor z trudem zachowywał spokój. - Zawiadomić policję? 
- Właśnie wybieram się na komendę - odpowiedziałem dyrektorowi. 
Uśmiechnął się, aŜ pojaśniało zastawione antykami wnętrze gabinetu. 
- Taak. Niech i policja przyłączy się do naszej pracy i naszych zmartwień. Ale cóŜ to? 

Wydaje się pan wątpić w pomoc policji? Ostatecznie to jej święty obowiązek! 

Obruszyłem się. 
- AleŜ skąd! Wysoko cenię pracę policji. Wolałbym tylko móc przedstawić jej więcej 

faktów, a nie tylko same, tak jak tu panu, przypuszczenia. 

- Ale ja panu uwierzyłem! 
Skłoniłem głowę. 
- I za to jestem panu dyrektorowi wdzięczny. Ale czy policja mi uwierzy, to juŜ inna 

sprawa. 

- Mnie wystarczy i tych przypuszczeń, by uwaŜać sprawę za nader waŜną. Jeszcze dziś 

wezwę  fachowca  z  Warszawy,  niech  jak  najszybciej  przyjedzie  i  sprawdzi  aparaturę 
alarmową naszego zamku... 

“Fachowiec z Warszawy wzywany przez Cygańskiego i «spec», dla którego pieniądze 

zbiera  Baziak.  Źle  by  było,  gdyby  okazało  się,  Ŝe  to  jedna  i  ta  sama  osoba!”  - 
pomyślałem. 

Podzieliłem się swymi złymi myślami z Cygańskim. Zasępił się. 
-  Wie  pan,  to  moŜe  wyglądać  na  prawdopodobne.  Facet  jako  specjalista  powaŜnej 

firmy  zakłada  w  róŜnych  miejscach,  gdzie  go  wyślą,  aparaturę  alarmową,  a  potem 
wchodzi  tam  jak  do  swojego  domu,  doskonale  orientuje  się  bowiem,  gdzie  i  jak 
wyłączyć aparaturę antywłamaniową! 

- I nikt go nie podejrzewa - dodałem. - MoŜe jeszcze wzywa się go jako eksperta, gdy 

włamanie jest rozszyfrowywane przez policję. 

Popatrzyliśmy  na  siebie  z  dyrektorem  i  wybuchnęliśmy  śmiechem.  Niewesołym,  ale 

zawsze... 

Pokręciłem głową. 
- Nie. To byłby prawie nieprawdopodobny zbieg okoliczności. 
Dyrektor uderzył linijką w biurko. 
- A jeśli? Na wszelki wypadek, dzwoniąc do Warszawy, poproszę, by przysłano tutaj 

naprawdę sprawdzonego pracownika. 

- Na nie wiele się to przyda. Jeśli to jest aŜ taki wielki spec, jak mówi o nim Baziak, 

nie tak łatwo będzie go wykryć. 

- A więc? 
-  CóŜ,  niech  go  tam  sprawdzą  w  Warszawie.  Ale  przydałoby  się,  by  takŜe  rzuciła  na 

niego okiem policja. I warszawska, i moŜe wasza, olsztyńska. 

Odstawiłem filiŜankę i wstałem od stolika. 
-  W  kaŜdym  razie,  gdy  tylko  dowiem  się  czegoś  nowego  w  tej  sprawie  natychmiast 

dam panu dyrektorowi znać. 

Cygański uścisnął podaną mu rękę. 
- Będę panu szczerze zobowiązany. 
PoŜegnałem  się  z  dyrektorem  i  wyszedłem  na  dziedziniec  zamku,  gdzie  na  ławce 

czekali juŜ na mnie Łukasz i Andrzej. 

background image

 

69 

- I co? I co? - pytali zaniepokojeni. 
-  Dyrektor  muzeum  został  przeze  mnie  zawiadomiony  -  odpowiedziałem.  -  Zresztą  i 

bez mojego ostrzeŜenia zrobił juŜ wszystko, co było w jego mocy, by wystawa, tak jak i 
reszta  zbiorów  muzealnych  otrzymała  odpowiednią  ochronę.  Ba,  na  czas  trwania 
wystawy środki ostroŜności podwojono. 

Uspokojeni  chłopcy  pogrąŜyli  się  w  zachwycie  nad  wystawą,  co  uzmysłowiło  mi,  Ŝe 

sam jej jeszcze nie widziałem. 

- Poczekajcie tu na mnie. 
- Dlaczego? - spytał Andrzej. 
- Pójdę do muzeum i obejrzę wystawę. Przy okazji podziwiania piękna jej eksponatów 

moŜe wpadnę na pomysł, którędy to do zamku ma zamiar dostać się Baziak i spółka. 

-  Idziemy  z  panem!  -  poderwali  się  z  ławki  chłopcy.  -  Nie  co  dzień  zdarza  nam  się 

zobaczyć coś tak pięknego. 

Zawróciliśmy do muzeum. 
W  Salach  Kopernikowskich,  gdzie  rozmieszczono  eksponaty  wystawy,  nie 

dostrzegałem  niczego  podejrzanego,  oprócz  tego,  Ŝe,  jak  w  kaŜdym  muzeum, 
włamywacze,  o  ile  uporaliby  się  z  aparaturą  alarmową  i  straŜnikami,  mieli  kilka 
moŜliwości dotarcia do skarbów. Gdzie spojrzeć, złoto i drogie kamienie. Monstrancje, 
kielichy  mszalne,  pateny,  trybularze,  mszały  w  drogocennych  oprawach,  ornaty  i  szaty 
liturgiczne... 

Nic dziwnego, Ŝe wystawa kusiła włamywaczy. MoŜe nawet nie tylko tych z Zalewa. 

Zgromadzono  tu  tak  wiele  sakralnych  drogocenności  z  róŜnych  wieków  tysiąclecia 
chrześcijaństwa  na polskich  ziemiach.  Były  jedynym  pozostałym,  często  anonimowym, 
ś

ladem  po  ich  twórcach.  Świątynie,  dla  których  je  wykonano,  czas  i  wojny 

niejednokrotnie obróciły w ruinę, a one trwały “Ad maiorem Dei gloriam” (“Na większą 
chwałę Boga”). 

Rozejrzałem  się  wśród  zwiedzających.  Moją  uwagę  zwrócili  dwaj  jasnowłosi  młodzi 

męŜczyźni  bardziej,  jak  mi  się  wydało,  zainteresowani  oknami  niŜ  wyłoŜonymi  w 
gablotach  eksponatami.  Ściszonymi  głosami  wymieniali  między  sobą  jakieś  uwagi. 
Powoli podszedłem w ich stronę. Ku memu rozczarowaniu nic nie mogłem zrozumieć z 
ich rozmowy. 

- Po jakiemu oni mówią? - szeptem zapytał Andrzej. 
- Po litewsku - odpowiedziałem równieŜ szeptem. 
MęŜczyźni, jakby spłoszeni naszym widokiem wyszli szybko z sali. 
- Ej, chłopaki - przywołałem moją dwójkę (nie mylić z Dwójką od Baziaka) - idźcie za 

tymi dwoma! 

- Obaj? - Łukasz wyraźnie nie chciał rozstać się z wystawą. 
Pstryknąłem go w ucho. 
-  Obaj.  Bo  tamci  mogą  się  rozdzielić.  Jakby  wsiadali  do  jakiegoś  samochodu  czy  teŜ 

dwóch, to zapiszcie ich numery. 

Andrzej wzruszył ramionami. 
- Nie mamy czym pisać. 
- To zapamiętajcie. 
- Ale... 
- śadne “ale”. Biegiem. Tamci juŜ wychodzą z muzeum! 

background image

 

70 

Po obejrzeniu wszystkich eksponatów wyszedłem z muzeum i usiadłem na ławce pod 

wiekową lipą zadając sobie pytanie, dlaczego to podejrzewam tamtych dwóch i co moŜe 
mi  dać  znajomość  numeru  ich  samochodu  w  czasach,  gdy  o  fałszywy  numer 
rejestracyjny  jest  bodajŜe  łatwiej  niŜ  o  autentyczny.  Zresztą,  równie  dobrze  Litwini 
mogli  przyjść  do  zamku  pieszo.  Poza  tym,  co  to  za  podejrzenie:  Ŝe  rozglądali  się  po 
salach  i  oknach?  Ostatecznie  kaŜdy  ma  prawo  patrzeć  tam,  gdzie  ma  ochotę.  MoŜe 
akurat podziwiali architekturę zamku? 

- A ty byś juŜ ich widział za kratkami! - mruknąłem niezbyt zadowolony z siebie. 
Wrócili moi wysłańcy, równieŜ z ponurymi minami. Łukasz relacjonował: 
-  Tamte  dwa  blondasy  wsiadły  do  łady  na  litewskich  numerach  rejestracyjnych  i 

spokojnie odjechały. Proszę, to numer rejestracyjny tego samochodu - podał mi kartkę. 

-  Jednak  mieliście  czym  pisać  -  nie  mogłem  powstrzymać  się  od  drobnej 

uszczypliwości. 

-  PoŜyczyłem  kartkę  i  ołówek  od  jakiejś  wycieczki  -  spokojnie  odparł  Łukasz.  -  Ale 

wątpię, czy na coś się panu ten numer przyda. 

- I ja wątpię - odpowiedziałem, ale kartkę starannie złoŜyłem i schowałem do portfela. 

Nigdy nic nie wiadomo, moŜe się jeszcze przydać. Przez chwilę myślałem nawet, czy nie 
powiedzieć Cygańskiemu o podejrzanych gościach z Litwy, ale postanowiłem zmilczeć. 
Trudno,  Ŝeby  dyrektor  muzeum  sprawdzał  numer  kaŜdego  samochodu,  który  podjedzie 
pod zamek! To juŜ sprawa policji, moja i moich przyjaciół. 

Uśmiechnąłem  się  w  duchu:  “Tylko  jak  będę  aŜ  w  Zalewie  czuwał  nad 

bezpieczeństwem  wystawy?  Owszem,  przed  szajką  Baziaka  jako  tako  mogę  ją  chronić, 
ale przed kaŜdym, komu zamarzy się włamanie do zamku? Nie ma mowy!” 

- I co pan planuje teraz? - spytał po chwili milczenia Andrzej. 
Przeciągnąłem się na niezbyt wygodnej ławce. 
- Teraz planuję małą przejaŜdŜkę do Wojewódzkiej Komendy Policji. 
- Mam nadzieję, Ŝe tam nas pan zabierze - mruknął Łukasz. - Nie damy się spławić jak 

przed rozmową z dyrektorem muzeum. 

Andrzej nadął się: 
- Jesteśmy świadkami. Bardzo waŜnymi świadkami. 
Wstałem z ławki. 
- JuŜ dobrze, waŜniacy. Idziemy do Rosynanta. 
- A potem razem na policję? - nie ruszył się ze swego miejsca Łukasz. 
Zaśmiałem się. 
- Oczywiście, Ŝe razem. 
- Słowo? 
- Słowo. 
 
Zatrzymaliśmy  się  przed  pasami  na  skrzyŜowaniu  pod  ratuszem,  gdy  nagle  Łukasz 

szarpnął mnie za rękaw. 

- Kowalik! 
- Gdzie? 
- Tam, właśnie schodzi z pasów na chodnik. Idzie w stronę ratusza. 
-  Ech,  porozmawiałbym  z  nim  chwilę  -  uderzyłem  ręką  w  kierownicę  -  a  tu  nie  ma 

gdzie zaparkować! 

Andrzej oŜywił się. 

background image

 

71 

-  Za  ratuszem  jest  parking.  Trzeba  tylko  zrobić  małą  rundkę  wokół  tego  szacownego 

budynku. Serio, na Ratuszowej jest parking. 

- A w tym czasie Kowalik... - powątpiewałem. 
Chłopaki wzruszyli ramionami. 
-  Jeśli  Głupi  Jasio  idzie  w  inną  stronę,  to  trudno,  ale  jeśli  w  ulicę  1  Maja,  to  będzie 

miał go pan jak na widelcu! 

Z  lekka  nadwyręŜając  przepisy  drogowe  okrąŜyliśmy  ratusz  i  zaparkowaliśmy 

Rosynanta na wysypanym Ŝwirem placyku, szumnie nazwanym parkingiem strzeŜonym. 

- No i gdzie Kowalik? - spytałem ze złością. 
- Nie ma co się pieklić - odparł z flegmą Łukasz. - Tam idzie. 
- A, rzeczywiście, jest! No to zostańcie w wozie... 
W Rosynancie wybuchła burza: 
- śadnego zostawania! - krzyczał Łukasz. 
- A dane słowo?! - wtórował mu Andrzej. Zatkałem dłońmi uszy. 
- Spoko! Spoko! Kowalik to nie komenda, więc dane przeze mnie słowo nie liczy się! 

To  po  pierwsze.  Po  drugie,  Kowalik  na  targu  w  Zalewie  wziął  mnie  za  policjanta  i 
chciałbym go w  tym mniemaniu utwierdzić.  Jakby zobaczył  mnie  z  wami,  nici z  mego 
udawania. Rozumiecie? 

Na  szczęście  zrozumieli  i  mogłem  juŜ  bez  przeszkód  pobiec  śladem  Kowalika,  który 

tymczasem dotarł do przystanku autobusowego pod pomnikiem Stefana Jaracza. 

Dogoniłem go i połoŜyłem rękę na ramieniu. 
- A dokąd to wędrujecie, Kowalik? 
Ten obejrzał się na mnie kurcząc ze strachu. 
Pamiętając o jego “talencie” do ucieczek, mocniej zacisnąłem palce. 
- Poznajecie mnie, Kowalik? 
-  A  tak,  tak,  panie  władzo  -  gorliwie  pokiwał  głową,  która  aŜ  się  zatrzęsła  na  chudej 

szyjce. - Ale co do wędrowania, to chyba kaŜdemu wolno chodzić, gdzie mu się Ŝywnie 
podoba?! - próbował unieść się honorem. 

Zacisnąłem jeszcze mocniej palce na jego kościstym ramieniu. 
-  Chodzić  kaŜdemu  wolno,  ale  handlować  monetami,  które  stanowią  własność 

państwa,  to  juŜ  nie.  A  wyście  -  zaryzykowałem  -  przyjechali  do  Olsztyna  sprzedać 
kolejną partię florenów ze skarbu odkrytego przez was w Zalewie! 

Głupi Jasio próbował wzruszyć ramionami. 
-  Jaki  skarb?  Te  kilka  pieniąŜków,  które  człowiek  grzebiąc  na  skarpie  od  czasu  do 

czasu znajdzie? 

- Ile teraz przywieźliście do Olsztyna? 
- Ee tam - machnął ręką - wszystkiego dwie sztuki. 
- Macie je tutaj? 
-  A  nie,  panie władzo!  Sprzedałem.  Takiemu  jednemu na  targu pod  OZOS-em.  Zdarł 

ze mnie skórę, Ŝe lepiej i w sklepach nie potrafią. Dał po 80 złotych. O tu, proszę. MoŜe 
pan władza... - zerknął na mnie przymilnie i chytrze. 

- Co wam, Kowalik?! - podniosłem głos. - Nie wiecie, co grozi za próbę przekupienia 

funkcjonariusza?! 

Głupi Jasio skulił się jeszcze bardziej. 
- To co teraz będzie, panie władzo, ze mną? Na komendę? 
NasroŜyłem się. 

background image

 

72 

- No, wasze szczęście, Ŝe nie mam dziś czasu zajmować się dłuŜej takimi płotkami jak 

wy. Ale opowiecie mi, co tam słychać w Zalewie. 

- Opowiedzieć? Ja? - Kowalik odzyskiwał rezon. - AleŜ chętnie, bardzo chętnie. Tu za 

rogiem, na Mrongowiusza jest piwiarnia. MoŜe by pan władza piwko pozwolił? 

- Ja ci dam piwko - pogroziłem mu palcem. - UwaŜaj, bo wylądujesz na 48 godzin w 

pace.  Tu  siadaj  -  popchnąłem  go  w  kierunku  ławki  za  pomnikiem  wielkiego  aktora  -  i 
opowiadaj. Tylko nie próbuj uciekać - dodałem, widząc, Ŝe oczka Kowalika zabłysły. 

- AleŜ skąd, panie władzo, ja miałbym uciekać? 
- To dobrze. Powiesz swoje i jesteś wolny. Na razie - znów pogroziłem mu palcem. 
- A co by pan władza chciał wiedzieć? 
Udałem zastanowienie. 
- Słyszałem, Ŝe narobiliście sobie wrogów w Zalewie. Niejaki Baziak... 
Kowalik aŜ podskoczył na ławce. - To pan władza wie? 
- Policja wie wszystko - odparłem z głębokim przekonaniem. 
- Musiałem się odgryźć za swoje - mruknął powaŜniejąc Kowalik. 
-  Czyli  podaliście  mu  fałszywe  miejsce  wykopywania  florenów.  Bo  o  tym,  Ŝe  znacie 

takie miejsce, świadczy fakt, iŜ przywieźliście kilka monet dzisiaj do Olsztyna. 

Kowalik aŜ złoŜył dłonie jak do modlitwy. 
-  Panie  władzo,  jak  Bozię  kocham,  nie  znam  Ŝadnego  takiego  specjalnego  miejsca. 

Naprawdę grzebię sobie to tu, to tam i czasem się trafi jaki floren. Wtedy co mnie Baziak 
obrobił z forsy jak wracałem z Gdańska, to akurat największy fart miałem. Taki się juŜ 
nie powtórzy - westchnął ze smutkiem. 

-  I  to  wszystko,  co  macie  mi  do  powiedzenia,  Kowalik?  -  popatrzyłem  na  niego 

groźnie. - Co wiecie o młodym Baziaku? 

-  O,  młody  Baziak  -  Kowalik  podniósł  znaczącym  ruchem  palec  w  górę.  -  Wy  tu  w 

Olsztynie uwaŜajcie na niego i jego ponumerowanych drani! 

- A dlaczego przestrzegasz akurat nas, z Olsztyna? 
-  Zośka,  jedna  z  dziewczyn  co  z  baziakowcami  czasem  baluje,  mówiła  mi,  tylko  w 

sekrecie,  panie  władzo,  Ŝe  raz  Waldek,  czyli  Trójka,  polał  im  wszystkim  po  kielichu  i 
powiedział, Ŝe to będzie toast za olsztyńskie fanty. Baziak go sklął jak diabli, Ŝe gębę po 
próŜnicy  rozdziawia  i  Ŝe  zaraz  mu  ją  zamknie.  Trójka  się  spietrał,  Ŝe  o  rany,  ale  co 
powiedział,  to powiedział.  I  to  będzie  wszystko,  co ciekawego  mam  do  powiedzenia,  a 
czego by policja nie wiedziała - mrugnął na mnie chytrze. 

Wstałem  z  ławki  i  wyciągnąłem  rękę  do  Kowalika,  który  podrywając  się  ujął  ją  z 

naboŜną czcią. 

-  No,  Kowalik,  sprawdzimy  wasze  doniesienie  -  powiedziałem  najbardziej  ponurym 

głosem, na jaki było mnie stać, krztusiłem się bowiem ze śmiechu. - I módlcie się, Ŝeby 
nie mijało się z prawdą, bo wtedy pogadamy o waszych florenowych skarbach. A jak się 
orientujecie, na zdrowie to wam nie wyjdzie! 

Kowalik uwiesił się mej dłoni. 
- To ja jeszcze, jeszcze coś sobie przypomniałem. To nie będzie złe, Ŝe dopiero teraz? 

Co, panie władzo? 

- Nie - z trudem powstrzymywałem śmiech. - Mówcie. 
- No więc, panie władzo, oni czekają na kogoś waŜnego z Warszawy. Złoszczą się, Ŝe 

nie  przyjeŜdŜa,  ale  i  martwią,  bo  nie  mają  forsy  na  zaliczkę  dla  niego  czy  coś  w  tym 
rodzaju. Ale póki jego nie ma, to olsztyńskiego skoku nie zrobią. 

background image

 

73 

-  A  to  wszystko  skąd  wiesz?  Wymyśliłeś  sobie,  draniu!  śeby  zaskarbić  łaski  policji! 

JuŜ  ja  to  sprawdzę!  Niech  no  się  tylko  okaŜe,  Ŝe  łŜesz!  PoŜałujesz  dnia,  w  którym  się 
narodziłeś! 

-  Panie  władzo...  ja...  panie  władzo...  ja...  -  bełkotał  Kowalik  ściskając  moją  rękę  w 

spoconych chudych dłoniach. 

- No dobrze juŜ, Kowalik. Wierzę wam - oswobodziłem rękę. - To znaczy uwierzę, jak 

mi  powiecie,  skąd  macie  te  wiadomości  o  jakimś  waŜnym  dla  Baziaka  facecie,  na 
którego  przyjazd  oni  czekają,  a  jednocześnie  boją  się,  Ŝe  nie  będzie  ich  stać  na 
zapłacenie temu gościowi honorarium. PrzecieŜ skok w Olsztynie... Jaki skok? Gadajcie 
mi  tu  zaraz!  -  podniosłem  głos  do  krzyku,  aŜ  obejrzeli  się  przechodzący  alejką 
spacerowicze. 

-  Ale  ja  naprawdę  -  wystękał  Kowalik  ze  swej  udręczonej  i  przeraŜonej  duszy  -  ja 

naprawdę, panie władzo, nie wiem! 

Jasne, Ŝe nie wiedział! Zgodziłem się, ale jedną jeszcze sprawę musiałem wyjaśnić. 
-  Dobrze.  Wierze  wam,  Ŝe  o  skoku  nic  nie  wiecie.  Ale  skąd  te  wiadomości  o  tym 

facecie. Pytam po raz drugi i klnę się na mój mundur (tak mogłem się zakląć, bo Ŝadnego 
munduru nie mam!), Ŝe po raz ostatni! 

Kowalik spuścił głowę. 
- Zośka powiedziała. 
- Ta, co baluje z szajką Baziaka? 
- Tak. 
- A co ona tak wam o wszystkim mówi? Córka wasza czy moŜe przyjaciółka? 
Kowalik Ŝachnął się. 
- Bratanica, co mi po zmarłym bracie została i u rodziny swej matki się chowa. AŜ mi 

dziwno, Ŝe Baziak pozwala jej balować na tych bankietach... 

Ponownie wstałem z ławki, poderwał się i Kowalik. 
- To co ze mną będzie, panie władzo? 
Poklepałem go po ramieniu. 
- No to wędrujcie dalej, Kowalik, do swoich zmartwień w Zalewie. Coś mi się wydaje, 

Ŝ

e niedługo to nie policja was, a wy będziecie szukać jej ochrony. Baziak tak łatwo wam 

nie przepuści. 

Kowalik westchnął cięŜko i rozłoŜył ręce. 
-  CóŜ  robić,  panie  władzo.  Nazywają  mnie  Głupim  Jasiem,  ale  nawet  Głupi  Jaś  ma 

swój honor i podarować, jak go ktoś sponiewiera, nie moŜe. Do widzenia panu, ludzki z 
pana człowiek. 

Głupio mi się zrobiło na tę nieoczekiwaną pochwałę, udzieloną mnie, podszywającemu 

się  pod  policjanta.  Stałem  tak  na  środku  alejki  patrząc  za  Kowalikiem,  który  skręcił  za 
róg. 

-  Nie  taki  głupiec  z  ciebie,  Głupi  Jasiu  -  mruknąłem  -  ale  to  za  mało,  Ŝeby  zrobić  z 

ciebie wspólnika w tak powaŜnej sprawie. 

Wróciłem  do  Rosynanta,  gdzie  oczywiście  musiałem  zdać  sprawę  z  rozmowy  z 

Kowalikiem. 

O dziwo, chłopcy teŜ wysoko cenili Głupiego Jasia. 
- Gdyby tylko mniej pił... - powiedział w zamyśleniu Łukasz. 
- ...byliby z niego ludzie - dokończył Andrzej. 
 

background image

 

74 

Zapłaciłem za parking i pojechaliśmy do Komendy Wojewódzkiej Policji. 
-  Niech  no  tylko  pan  nie  zostawi  nas  “przypadkiem”  w  samochodzie  -  przypomniał 

Łukasz. 

-  Gdyby  nie  my,  siedziałby  pan  sobie  teraz  spokojnie  w  Starych  Jabłonkach  albo  w 

Warszawie, a Baziak... - pouczył mnie Andrzej. 

- MoŜe robiłby podkop pod murem olsztyńskiego zamku? - wtrąciłem. 
-  Kto  go  tam  wie  -  kiwnęli  zgodnie  głowami  i  wybuchnęli  śmiechem,  do  którego 

dołączyłem. 

Ale  do  gmachu  Komendy  Wojewódzkiej,  gdzie  najbliŜszą  trasą  skierowali  mnie  moi 

towarzysze,  zgodnie  wkroczyliśmy  we  trójkę.  Wylegitymowano  nas,  po  czym  szybko  i 
sprawnie  skontaktowano  z  nadkomisarzem  Suświłło,  czyli  oficerem  kompetentnym  w 
sprawach podobnych do naszej. 

Nadkomisarz  Suświłło  był  fizycznym  przeciwieństwem  komisarza  Kmity  z  Morąga. 

Niewysokiego  wzrostu,  z  początkami  brzuszka  i  łysiny.  WyraŜał  się  krótko  i  takich 
wymagał  odpowiedzi  na  stawiane  przez  siebie  pytania.  Gdy  tylko  dowiedział  się,  co  i 
skąd nas sprowadza, przeprosił nas na moment i wyszedł z pokoju. Rzeczywiście juŜ po 
chwili był z powrotem trzymając w ręku teczkę z aktami. 

- Pan i pańscy młodzi przyjaciele twierdzicie więc... - zawiesił głos. 
Starając  się  mówić  krótko,  popędzany  bębnieniem  palców  nadkomisarza  o  biurko, 

wyjaśniłem, co twierdzimy. 

Nadkomisarz zajrzał do akt. 
- To pan poinformował policję morąską o mającym nastąpić napadzie na kantor... 
- Tak, ja. Wraz z obecnym tu kolegą. 
-  ...napadzie  na  kantor,  który  nigdy  nie  nastąpił  -  wzrok  nadkomisarza  daleki  był  od 

Ŝ

yczliwości. 

Ale postanowiłem nie poddawać się tak łatwo. 
- Nie nastąpił. Tłumaczyłem to juŜ policji morąskiej. śe stało się tak dlatego, bo jeden 

z waszych funkcjonariuszy został rozpoznany przez bandytów tuŜ przed napadem. 

Nadkomisarz uśmiechnął się krzywo. 
- Znam całą tę historię, aŜ po znalezienie samochodu i broni bez i odcisków palców, Ŝe 

o przeszukaniu rzekomej meliny nie wspomnę. 

- Ale... 
- Chwileczkę - nadkomisarz uniósł w górę teczkę z aktami. - Teraz przychodzi pan do 

nas  z  doniesieniem,  Ŝe  ta  sama  banda,  która  miała  napaść  na  kantor  szykuje  skok  na 
Wystawę  Sztuki  Sakralnej.  Niech  się  pan  przyzna,  podpadł  panu  w  czymś  ten,  jak  mu 
tam, Baziak czy co? 

Obruszyłem się. 
- Jako pracownik Ministerstwa Kultury i Sztuki domagam się powaŜnego traktowania! 

Na  zamku  olsztyńskim  zagroŜone  są  skarby  nieoszacowanej  wartości  historycznej,  nie 
mówiąc juŜ o ich wycenie materialnej! 

Nadkomisarz poczerwieniał z lekka. 
- AleŜ tu nikt inaczej nie traktuje pana, jak tylko powaŜnie. Przyzna pan jednak... 
- My moŜemy poświadczyć, Ŝe pan Paweł ma rację - poderwał się Łukasz. 
Nadkomisarz uspokoił go gestem ręki. 

background image

 

75 

- O właśnie. Większość pana relacji opiera się na informacjach zdobytych od pańskich 

młodych  przyjaciół.  A  chyba  nie  będzie  nic  obraźliwego,  jeśli  zauwaŜę,  Ŝe  w  pewnym 
wieku widzi się prawdę nieco inaczej niŜ wygląda ona w rzeczywistości. 

Zmilczeliśmy tę zniewagę. Tymczasem nadkomisarz kontynuował: 
-  Nie  uwaŜa  pan,  Ŝe  za  mało  tu  faktów,  które  moglibyśmy  sprawdzić.  Wątpię,  czy 

znalazłby  się  prokurator,  który  zechciałby  wnieść  oskarŜenie  na  tak  kruchej  podstawie. 
No cóŜ. Wypada mi podziękować za wasz trud i troskę o zabytki - wstał zza biurka. 

Podnieśliśmy się z krzeseł. Nie mogłem sobie darować. 
- Czyli wypada nam teraz czekać, aŜ nastąpi włamanie do olsztyńskiego zamku? 
Nadkomisarz udał uśmiech. 
-  Mam  nadzieję,  Ŝe  nastąpi  ono  tak,  jak  napad  na  kantor  w  Morągu,  który  pan 

przewidział... 

Łukasz mruknął coś pod nosem. 
Nadkomisarz skinął mu teczką z aktami. 
- Bez obaw, młody człowieku. Naprawdę potraktujemy wasze doniesienie powaŜnie. Z 

całą  powagą,  na  jaką  stać  tak  pogardzaną  w  tej  chwili  przez  ciebie  policję.  ChociaŜ 
przyznać musisz, Ŝe historia o ponumerowanym gangu brzmi nieco fantastycznie. 

 
- I co teraz? - zapytał Andrzej, gdy wychodziliśmy z komendy. 
Wzruszyłem ramionami. 
- Ano nic. Policja swoją drogą, my swoją. Musimy liczyć na siebie, chłopcy! 
- Hura! - odpowiedział mi zgodny okrzyk. 
- Czy to znaczy, Ŝe na policję nie mamy co liczyć? - zatroszczył się Andrzej. 
-  PrzecieŜ  to  skandal  -  zawtórował  mu  Łukasz.  -  Tam  na  zamku  zagroŜone  skarby 

sztuki, a tu policjant ma pretensje, Ŝe tylko się słyszało o planach włamywaczy. Nawet 
gdybyśmy  przydźwigali  komplet  wytrychów,  to  wydziwiano  by,  Ŝe  nie  ma  na  nich 
wyraźnych odcisków palców. 

Roześmiałem się. 
- Tak źle z naszą policją nie jest. Wydaje mi się, Ŝe nadkomisarz w pełni powaŜnie (jak 

sam  powiedział)  potraktował  naszą  informację.  Tyle  Ŝe  w  stosunku  do  nas,  jako  do 
cywili, próbował zastosować manewr odstraszania. 

- Manewr czego? Odstraszania? - zdziwili się chłopcy. 
-  Po  prostu  nie  chce,  Ŝeby  cywile  plątali  mu  się  pod  nogami  i  przeszkadzali  w 

ś

ledztwie. 

- Ale my będziemy się plątać? - Łukasz uchwycił mnie za rękę. 
- I to jeszcze jak! - odpowiedziałem ze śmiechem. 

background image

 

76 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

BATURA I RUDOWŁOSA PIĘKNOŚĆ * WĄSACZ I DWIE IDENTYCZNE DYPLOMATKI 

W HOTELU “PARK” * ŁUKASZ WYNOSI WALIZECZKĘ Z PIENIĘDZMI * MUSIMY 

ODDAĆ DYPLOMATKĘ * UCZTA NA KOSZT BATURY * WRACAMY DO ZALEWA * 

ROWERY GÓRSKIE I TERENOWE * PREZENT DLA ANTKA BAZIAKA * CZYJ ROWER 

JEST NAJLEPSZY * STRATEGIA WYŚCIGU “O ZŁOTY FLOREN” 

 

Jak  niepyszni  odjechaliśmy  spod  Komendy  Wojewódzkiej  Policji.  Na  skrzyŜowaniu 

ulic Kętrzyńskiego i Kościuszki - jak dowiedziałem się od Łukasza - doszło do małego 
karambolu  kilku  samochodów.  Więcej  przy  tym  było  biegania  i  wygraŜania  sobie 
wzajemnie  niŜ  rzeczywistych  strat.  Musieliśmy  jednak  zaczekać,  aŜ  zawezwana  policja 
zaprowadzi porządek na skrzyŜowaniu. 

Z  nudów  przyglądałem  się  stojącym  przed  nami  samochodom,  gdy  nagle  poczułem, 

jakby  przeszył  mnie  prąd  elektryczny.  W  białym  oplu  kabriolecie,  kilka  samochodów 
przed  nami,  siedział  Batura,  obejmując  jedną  ręką  rudego  kociaka.  Dziewczyna 
wdzięczyła się do niego. Tak więc znów skrzyŜowały się nasze ścieŜki z Jerzym Baturą. 

KtóŜ to taki Baturą? 
Ci,  którzy  czytali  o  przygodach  pana  Tomasza  wiedzą,  Ŝe  Waldemar  Baturą,  były 

kolega  ze  studiów  Pana  Samochodzika,  stał  się  z  czasem  jego  wrogiem  numer  jeden. 
Gdy  zginął  ja  “odziedziczyłem  w  spadku”  jego  syna,  przeciwnika  równie  groźnego  jak 
jego  ojciec.  Znaliśmy  się  krótko,  a  juŜ  kilkakroć  o  mało  nie  pokrzyŜował  mi  planów. 
Działał  tak  sprytnie,  Ŝe  nie  mogłem  przedstawić  organom  ścigania  Ŝadnego  dowodu 
przeciw niemu. 

Pierwszą  moją  myślą  było,  Ŝe  to  Batura  jest  specem  oczekiwanym  przez  bandę 

Baziaka. Ale zaraz odrzuciłem ten pomysł ze śmiechem. 

PrzecieŜ Batura jest w Olsztynie, a Baziak pojechał układać się z pośrednikiem speca 

do Warszawy. Poza tym nie słyszałem nigdy, by Jerzy Ŝądał zaliczki za pracę, którą miał 
wykonać.  Nic  mi  teŜ  nie  było  wiadomo  o  tym,  Ŝe  wśród  licznych  talentów  Baturą 
posiadał wyjątkowe zdolności unieszkodliwienia aparatury alarmowej. ChociaŜ, kto wie, 
mógł się nauczyć. 

Przypomniałem sobie jednak, jak to z dyrektorem Cygańskim juŜ, juŜ podejrzewaliśmy 

fachowca od aparatury alarmowej i wybuchnąłem śmiechem. 

- Z czego pan się śmieje? - spytał Andrzej. 
- Z tego, Ŝe właśnie przed nami widzę swego wroga numer jeden. 
- I to napawa pana tak dobrym humorem - zdziwił się Łukasz. 
-  Spójrzcie,  opel  kabriolet,  o  tam,  przed  nami,  widzicie?  Z  czule  objętą  parką  w 

ś

rodku? 

- Widzimy! - odpowiedzieli chórem chłopcy. 
- OtóŜ, męŜczyzna w tym wozie to Jerzy Batura, mój wróg nad wrogami. Kobiety nie 

znam. 

- Myśli pan, Ŝe on ma coś wspólnego z Baziakiem? - spytał Łukasz. 
Skinąłem  z  uznaniem  głową.  Chłopak  myślał  zupełnie  tak  samo  jak  ja  przed  chwilą. 

Niestety musiałem pozbawić go złudzeń. 

-  Batura  to  łotr,  jakich  mało.  Choć  trzeba  przyznać,  Ŝe  elegancki  i  nie  pozbawiony 

poczucia humoru. Do Baziaka jednak nie pasuje. 

Tu wyjaśniłem chłopcom, dlaczego nie naleŜy łączyć Jerzego z Baziakiem. 
- Jerzy? - zdziwił się Łukasz. - To jest pan ze swoim wrogiem po imieniu? 

background image

 

77 

Kiwnąłem głową. 
-  Co  nie  przeszkadza  nam  walczyć  przy  kaŜdej  okazji,  jakby  się  to  powiedziało,  na 

ś

mierć  i  Ŝycie.  A  jestem  na  ty  z  Jerzym,  los  kilkakrotnie  bowiem  nas  połączył  i 

pomagaliśmy jeden drugiemu. 

Tu pokrótce opowiedziałem historię moich zmagań z Baturą. 
- I co, wypuści go pan teraz? - zdenerwował się Łukasz. 
- Nie mam kompetencji ani powodów, Ŝeby go zatrzymywać. Chyba Ŝe chcecie, abym 

naraził się na śmieszność. Ale przejedźmy się kawałek za nim, moŜe zobaczymy, gdzie 
kwateruje. 

Tymczasem policji udało się rozładować karambol i mogliśmy jechać dalej. 
Batura  skręcił  w  ulicę  Kościuszki.  Przepuściłem  kilka  samochodów  przed  siebie,  tak 

Ŝ

eby zakryły Rosynanta z jego charakterystyczną sylwetką przed Baturą. Ja za to dobrze 

widziałem biały kabriolet. 

Batura  przejechał  całą  Kościuszki  i  skręcił  w  prawo,  w  Niepodległości.  Przed 

skrzyŜowaniem  na  placu  Roosevelta  zjechał  na  lewy  pas,  kierujący  go  ku  Warszawie. 
Zatrzymałem się za oddzielającym nas TIR-em. 

-  Coś  mi  się  wydaje,  Ŝe  nasze  śledzenie  na  nic  -  mruknąłem.  -  Jerzy  wraca  do 

Warszawy. 

- To co, zostawimy go? - spytał ze smutkiem Andrzej. 
Roześmiałem się: 
- Nie tak od razu! Odprowadzimy mego przyjaciela do granic Olsztyna. MoŜe będzie 

chciał się gdzieś zatrzymać. 

Ś

wiatła zmieniły się i skręciliśmy w lewo. Przejechaliśmy obok jednostki wojskowej, 

bodajŜe  Wojskowej  Szkoły  Uzbrojenia,  i  następnie  zostawiliśmy  po  prawej  wjazd  do 
pięknie  połoŜonej  Akademii  Rolniczo-Technicznej,  trzonu  nowo  powstałego 
Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. 

Nie  wydawało  się,  Ŝe  Batura  jedzie  do  Warszawy.  Jechał  wolno,  wciąŜ  obejmując 

rudowłosą  piękność.  Wreszcie  dał  znak  kierunkowskazem  i  zjechał  na  lewy  pas. 
Odczekał, aŜ droga będzie wolna i wjechał na zjazd. 

Przed nim była srebrzystoszara sylwetka hotelu “Park”. Batura wjechał na parking i z 

gracją  pomógł  wysiąść  z  opla  swej  towarzyszce.  Z  tylnego  siedzenia  wziął  jeszcze 
dyplomatkę. I prowadząc rudą damę pod rękę wszedł do restauracyjnej części hotelu. 

Patrzyłem na to z drugiej strony szosy przez lornetkę, co pozwoliło mi zorientować mi 

się, Ŝe do hotelu i do restauracji jest jedno wejście. 

Co dalej? 
Nie  mogliśmy  pozostać  tak  na  szosie.  Nie  dowiedzielibyśmy  się  niczego  nowego  o 

poczynaniach Batury. 

CóŜ  było  robić!  Zajechałem  na  parking  hotelowy,  przezornie  kryjąc  Rosynanta  w 

cieniu turystycznego mercedesa. 

Weszliśmy do hotelu. Pierwsze kroki skierowałem do recepcji. 
- Który pokój zajmuje pan Batura? 
Recepcjonista zdziwił się. 
- Pan Batura... owszem znam, ale tym razem nie zaszczycił nas swoją obecnością... To 

znaczy, spoŜywa teraz obiad w naszej restauracji “Panorama”... 

- W towarzystwie rudowłosej piękności... - przerwałem recepcjoniście. 

background image

 

78 

- Nie tylko - podniósł znacząco palec ku górze. - Pan Batura obiaduje w towarzystwie 

pięknej  damy  oraz  pewnego  biznesmena.  Zajmują,  jak  to  zwykle,  kiedy  pan  Batura 
przyjeŜdŜa, stolik przy północnym rogu. 

Podziękowałem  recepcjoniście  i  wróciłem  do  chłopców.  Obsługa  hotelu  ubrana  w 

wiśniowo-czarne  uniformy  przypatrywała  się  im  zza  szklanych  drzwi  wejściowych 
otwieranych za pomocą fotokomórki. 

Pokrótce  wyjaśniłem  partnerom,  jakie  są  trudności  z  dotarciem  do  Batury.  O  dziwo, 

nie zmieszało to moich przyjaciół. 

- Wszystko da się zrobić, panie Pawle - uspokajająco uścisnął mi rękę Łukasz. 
Niby  od  niechcenia,  Ŝeby  nie  budzić  podejrzenia  czujnej  słuŜby  hotelowej, 

podeszliśmy  do  oddzielającej  restaurację  “Panorama”  od  holu  misternie  wykonanej  w 
drewnie i połączonej z donicami palm i agaw bariery. Nie chcąc być rozpoznanym przez 
Baturę, jako swoje “oko” wysłałem Łukasza. Wrócił dosłownie po kilku sekundach. 

-  DŜentelmen  nazywany  przez  pana  Batura  rzeczywiście  zajmuje  północno-zachodni 

stolik.  Siedzi  przy  nim  oczywiście  ruda  piękność.  Ale  właśnie  w  tym  momencie 
przysiadł  się  do  nich  jakiś  wąsaty.  Na  odległość  wyczułem  od  niego  grubą  forsę  - 
zaśmiał się. 

- Jak ci się to udało? 
- Tak mi się wydało. Bo przydźwigał do stolika dyplomatkę, nad którą, jak zdąŜyłem 

zauwaŜyć, roztaczał szczególną pieczę. Nie muszę chyba dodawać, Ŝe obie dyplomatki, 
wąsacza i Batury, są do siebie podobne jak dwie krople wody! - zakończył triumfalnie. 

-  Uwaga  -  odezwał  się  ściszonym  głosem  Andrzej,  który,  nie  bacząc  na  nasze 

przekomarzanie się z Łukaszem, śledził stolik Batury - wąsacz wstaje od stolika, Ŝegna 
się wylewnie z Batura i jego towarzyszką, podnosi dyplomatkę i odchodzi. O, rany! 

Wzruszyłem ramionami. 
-  CóŜ  w  tym  dziwnego,  Ŝe  po  dokonanej  transakcji  jeden  z  jej  uczestników  odchodzi 

od stołu obrad? 

- Tak - szepnął dość głośno Andrzej - ale on odchodzi z dyplomatką Batury! 
Łukasz machnął lekcewaŜąco ręką: 
- Pomyłka! 
Andrzej szarpnął się ku niemu. 
- Spoko, panowie. Spoko i cicho, bo juŜ personel hotelu zaczyna nam się przyglądać. 

Andrzej, skąd wiesz, Ŝe wąsacz (akurat mijał nas pogwizdując) wziął teczkę Batury? 

- Dyplomatka wąsacza stała po lewej stronie stolika, Batury po prawej. Widziałem teŜ, 

jak obaj zaglądali sobie wzajemnie do teczek. Potem zamknęli je i wyraźnie zadowoleni 
z siebie odstawili na miejsca. Uścisnęli teŜ sobie ręce. 

- Znaczy to, Ŝe transakcja przebiegła po myśli obu - powiedziałem w zamyśleniu. - A 

numer  z  zmianą  bagaŜy  jest  chyba  tak  stary  jak  świat.  Nie  uwaŜacie,  Ŝe  warto  byłoby 
zajrzeć do teczki Batury, to znaczy do tej, którą odziedziczył po wąsaczu. 

- Jasne, Ŝe warto by było, ale jak się do niej dostać? - zmartwił się Andrzej. 
- Spokój - uśmiechnął się Łukasz. - Niech no tylko podadzą im danie. 
Rzeczywiście po  spałaszowaniu zupy  Jerzy  i  jego rudowłosa  towarzyszka  przeszli  do 

barku sałatkowego nabrać sobie na talerzyki sałatek do drugiego dania. 

Tę chwilę wykorzystał Łukasz. Błyskawicznie znalazł się przy stoliku Batury, podniósł 

z podłogi dyplomatkę i jak gdyby nigdy nic wyszedł z restauracji i hotelu. 

Pośpieszyliśmy za nim. 

background image

 

79 

Chłopak stał oparty o Rosynanta i cięŜko dyszał. Na czole perliły mu się krople potu. 

Przed nim na asfalcie stała dyplomatka. 

Otworzyłem drzwi samochodu. Weszliśmy pośpiesznie do środka i (mój błąd) zamiast 

zmiatać gdzie pieprz rośnie, zaczęliśmy manipulować przy zamku dyplomatki. Wreszcie 
poddał się. Uchyliliśmy wieka. Wewnątrz były starannie poukładane pliki stuzłotowych 
banknotów. 

- Fiu! - gwizdnął Łukasz. - Ciekawe, za co Batura dostał tyle szmalu. 
- Dla ciebie, młody człowieku, nie Batura, ale pan Batura. 
Przed  Rosynantem  stał  Batura  we  własnej,  nieco  zdyszanej  osobie.  Sięgnął  po 

dyplomatkę. 

- Skoro juŜ się napatrzyliście, to pozwólcie, Ŝe odbiorę swoją własność. 
- A ty tu skąd? - zadałem głupie pytanie. 
Jerzy ukłonił się z uśmiechem. Ale jego jasne oczy rzucały złe błyski. 
-  To  raczej  ja  powinienem  zapytać,  skąd  ty  się  tu  wziąłeś.  Muszę  powiedzieć,  Ŝe 

bardzo zmartwiła mnie utrata dyplomatki zawierającą honorarium za pewną transakcję, o 
której  juŜ  nie  ma  co  wspominać.  Gdy  tylko  dowiedziałem  się  od  słuŜby  hotelowej,  Ŝe 
widziano  wychodzącego  z  nią  młodego  człowieka,  od  razu  pomyślałem,  Ŝe  będzie  to 
ktoś  z  twej  szajki,  przepraszam,  paczki,  Pawle.  Wybiegłem  na  parking,  nie  bardzo 
wierząc, Ŝe cię tu jeszcze zastanę. Tymczasem patrzę, a tu Rosynant w całej okazałości, 
no i wy w środku. Ale co tam, między przyjaciółmi zdarzają się nieporozumienia, a co 
dopiero między przeciwnikami. Było, minęło! Zapraszam na obiad. 

ś

achnąłem się. 

- Myślisz, Ŝe będziemy jedli obiad za twoje złodziejskie pieniądze?! 
Batura z Ŝalem rozłoŜył ręce. 
-  Od  razu  złodziejskie!  Zapraszam  za  pieniądze  jak  najbardziej  uczciwie  zarobione. 

Słowo. I bardzo proszę, nie odrzucajcie mego zaproszenia. 

Uśmiechnąłem się mimo woli. Jerzy, jeśli chciał potrafił być ujmujący. 
Popatrzyłem  na  moich  towarzyszy.  Widać  było,  Ŝe  zaproszenie  przez  tak  groźnego 

przeciwnika wyraźnie im imponuje. 

Skinąłem głową. 
-  No  dobrze.  Prowadź  do  restauracji.  ChociaŜ  wydaje  mi  się,  Ŝe  jesteś  juŜ  ze  swoją 

towarzyszką po obiedzie. 

Jerzy zaśmiał się. 
-  AleŜ  skąd,  przerwałeś  go  nam  przed  drugim  daniem.  Ruszyliśmy  w  stronę  hotelu. 

ZdąŜyłem jeszcze szepnąć swoim: 

- Ani słowa o Baziaku. 
I  juŜ  wchodziliśmy  do  restauracji,  gdzie  zostaliśmy  przedstawieni  rudowłosej 

piękności.  Na  imię  miała  Kinga.  Przenieśliśmy  się  do  większego  stolika  i  kelner  w 
wiśniowej kamizelce podawał karty menu. 

-  Tylko  proszę  nie  oszczędzajcie.  Czym  chata  bogata!  -  Batura  poklepał  czule 

dyplomatkę. 

Na  przekąskę  zaordynowałem  łososia  ze  szparagami,  co  spotkało  się  z  uznaniem 

Jerzego. Potem była zupa morska i polędwica Wellington w sosie Beamaise. Obiad starsi 
zakończyli kawą i kieliszkiem Napoleona, a młodzi pucharem lodów Venezia. 

Batura  był  czarującym  gospodarzem.  Między  jednym  kęsem  a  drugim  sypał 

dykteryjkami  i  opowieściami  z  Ŝycia  poszukiwaczy  skarbów.  Nie  wstydził  się  nawet 

background image

 

80 

przyznać  do  poraŜek,  takŜe  tych,  które  poniósł  w  walce  ze  mną.  Gdy  przerwał,  Kinga 
raczyła  na  opowieściami  ze  świata  mody,  jako  Ŝe  była  modelką.  Moim  przyjaciołom  z 
wraŜenia czerwieniały uszy i zapominali nawet o jedzeniu. 

Ale i najprzyjemniejszy i najsmakowitszy obiad ma swój koniec. 
Wyszliśmy przed hotel na parking. Uścisnęliśmy rękę Baturze dziękując za królewskie 

przyjęcie i ucałowaliśmy rączkę Kingi. 

- A ty teraz dokąd? - spytałem Jerzego, gdy wsiadał do swego kabrioletu. 
Roześmiał się szeroko. 
- Nad Jeziorak, bracie! Nie masz pojęcia, jak tam pięknie! 
Wskoczył do auta, przekręcił kluczyk w stacyjce i dał gazu, ostro ruszając z parkingu. 

Kinga pomachała nam ręką. Wyjechali na szosę i pomknęli w stronę Olsztynka. W nim 
pewnie zamierzali skręcić na Ostródę i dalej na Iławę, nad Jeziorak. 

-  Myśli  pan,  Ŝe  to  przypadek?  -  spytał  Łukasz.  -  Wszystkich  ciągnie  nad  Jeziorak. 

MoŜe gdybyśmy spytali go o floreny... MoŜe wtedy by się wygadał? Mówił tyle... 

Poklepałem go po ramieniu. 
- Dobrze, Ŝe nie wygadaliście się o florenach. Dobrze, Ŝe nie wspomnieliście nawet, Ŝe 

jesteście z Zalewa. Jerzy mówił to, co chciał powiedzieć. Wierzcie mi, Ŝe nie wymknęło 
mu  się  Ŝadne  zbyteczne  słowo.  PrzecieŜ  oprócz  was  ja  słuchałem  jego  opowieści!  A 
przede  mną  musiał  się  mieć  na  baczności.  Wyjazd  nad  Jeziorak  to  przypadek. 
Ostatecznie mamy piękne lato, kaŜdy moŜe je spędzać tam, gdzie ma ochotę. Batura jest 
zbyt  przebiegły  i  ostroŜny,  Ŝeby  prowokować  nas  do  tropienia  go  nad  Jeziorakiem, 
gdyby  naprawdę  miał  tam  coś  waŜnego  do  załatwienia.  Sądzę,  Ŝe  po  prostu  zajmie  się 
opróŜnianiem dyplomatki z pieniędzy, w czym panna Kinga wielce mu będzie pomocna. 
A  moŜe  wcale  nie  pojechał  nad  Jeziorak,  tylko  skręcił  na  Bartąg  i  tamtędy  wrócił  do 
Olsztyna. 

- A my co? - spytał Andrzej. 
-  My  pojedziemy  sobie  spokojnie  do  Zalewa  i  znów  będę  musiał  kryć  się  w  garaŜu. 

Baziakowcy mogą lada chwila wrócić z Warszawy i jak wtedy dostanę się do kryjówki? 
Poza tym dobrze wam zrobi, jak choć na moment przestaniecie myśleć o włamaniach i 
zajmiecie się przygotowaniem do wyścigu “O Złoty Floren”. Chętnie dowiedziałbym się, 
jaka jest róŜnica między rowerem górskim a rowerem terenowym, bo chyba nie byłbym 
w stanie ich odróŜnić. 

-  Się  robi!  -  ucieszył  się  Andrzej,  ale  zaraz  spowaŜniał.  -  To  znaczy  nie  teraz,  a  w 

garaŜu. PokaŜemy panu róŜnicę na przykładzie rowerów mojego i Łukasza... 

 
Baziak  i  jego  kompani  nie  wrócili  jeszcze  z  Warszawy,  mogliśmy  więc  spokojnie 

wprowadzić Rosynanta do garaŜu i oddać się (po przyjeździe Andrzeja na jego rowerze z 
domu,  gdzie  musiał  się  zameldować)  rozwaŜaniom  na  temat  rowerów  górskich  i 
terenowych. 

- Rowery terenowe, crossowe - rzekł Andrzej - stworzono specjalnie po to, by zapełnić 

lukę między rowerem wyścigowym i górskim, łącząc ich największe zalety. DuŜe koła i 
gładkie  opony zmniejszają  opór  toczenia,  dzięki  czemu  rower crossowy  sunie lekko  po 
asfalcie. Jeśli tylko skręci się na wyboiste drogi wymagające ostrzejszej jazdy, rower ten 
odkrywa  swą  drugą,  ryzykancką  i  awanturniczą  naturę.  I  ja  właśnie  mam  taki  rower 
Cross  Giant  X-9800.  Jak  pan  widzi,  przód  i  tył  roweru  są  amortyzowane.  Ramę 
wykonano z aluminium. Przerzutki dwudziestosiedmiobiegowe, przerzutka tylna SRAM 

background image

 

81 

ESP  7.0,  przerzutka  przednia  Alivio.  Hamulce  i  piasty  -  nowy  model  Alivio,  hamulce 
typu V. Obręcze Rigida Zac-19 ze ściankami frezowanymi CNC. 

- Rzeczywiście wybitny to rower - odpowiedziałem z uśmiechem, bo juŜ mi się kręciło 

w  głowie  od  tych  terminów.  Ale  czekałem  na  mnie  jeszcze  rower  Łukasza  i  jego 
przytupujący  ze  zniecierpliwienia  właściciel,  który  aŜ  się  palił,  Ŝe  zademonstrować 
swoje cacko. 

Łukasz przetarł i tak błyszczącą ramę roweru. 
- Mój rower jest produktem firmy Wheeler Worldwide. Nosi kolejny numer 1880 ZX. 

Przedni  widelec  amortyzator  Wheeler  o  skoku  60  mm.  Przerzutki  liczą  21  biegów.  Tył 
Shimano  Mega  Rangę  MR40,  przód  Shimano  Altus  CT92.  Obręcze  i  piasty  typ  Alloy. 
Hamulce  ProMax  Ally  V-brake.  Kierownica  Steel  profilowana,  wspornik  kierownicy 
Acor  Alloy,  wspornik  siodła  Acor  Alloy,  amortyzowany,  siodełko  Wheeler.  Mój  rower 
jest  rowerem  górskim,  ale  na  szosie  niewiele  ustępuje  Giantowi  Andrzeja.  Za  to  w 
terenie!... 

Jeszcze raz przyjrzałem się rowerom. 
- To muszą być bardzo drogie maszyny! 
Zaśmieli się. 
- Zgadł pan. Ale jak się na wszystkim oszczędza... No i rodzice pomogą! 
Tymczasem z rykiem silnika i piskiem hamulców zajechał przed wynajmowany przez 

siebie dom Baziak. 

Łukasz  z  Andrzejem  wyjrzeli  przez  szczeliny  w  Ŝywopłocie  i  nagle  usłyszałem  ich 

chóralny jęk. 

Co się mogło stać?! 
I ja podskoczyłem do Ŝywopłotu kuląc się przy ziemi, aby mnie nie zauwaŜono. 
Nawet  takiemu  laikowi  w  sprawach  kolarskich  jak  ja  wystarczyło  spojrzeć  na  tył 

mercedesa,  by  zauwaŜyć,  Ŝe  spod  klapy  wystaje  rower,  zapewne  górski,  jak  mogłem 
stwierdzić po niedawnej lekcji. 

- Psia kość! - zaklął Andrzej. 
- A Ŝeby to! - zawtórował mu Łukasz. 
-  Co  się  stało?  -  zawołałem,  ściągając  jednocześnie  obydwu  pod  bezpieczną  osłonę 

garaŜowych drzwi. 

- A to, Ŝe Józek kupił Antkowi jakąś superwyczynową maszynę. 
-  I  to  wtedy,  gdy  twierdzi,  Ŝe  nie  stać  go  na  zaliczkę  dla  speca!  Niezła  to  musi  być 

zaliczka! 

- Jaki Józek? Jaki Antek? - próbowałem zorientować się w zagmatwanych zalewskich 

sprawach. 

Tymczasem chłopcy ochłonęli. Choć przyznam, Ŝe bardzo zgrzytali zębami. 
Pierwszy uspokoił się Łukasz: 
- Rzecz w tym, panie Pawle, Ŝe Józek, czyli młodszy, ale nie najmłodszy z Baziaków, 

przywiózł  najmłodszemu  z  rodziny,  czyli  Antkowi,  jakiś  superaśny  rower  górski.  W 
Warszawie  jest  kilkanaście  sklepów,  gdzie  moŜna  je  dostać,  a  juŜ  ze  trzy  to  firmowe, 
licencjonowane. A jasne jest, Ŝe Józek, młodszy Baziak czyli Jedynka, jak kto woli, nie 
woziłby dla swego brata badziewia z bazaru. Zwłaszcza, Ŝe zbliŜa się najwaŜniejszy dla 
nas tu wszystkich wyścig. 

Zastanowiłem się. śal mi było Andrzeja i Łukasza. 

background image

 

82 

-  Myślicie,  Ŝe  dzięki  tej  “maszynie”  Antek  Baziak  będzie  nie  do  pokonania.  PrzecieŜ 

trenowaliście tyle. Macie rowery, Ŝe pozazdrościć. MoŜe więc po prostu jesteście słabi? 

- My? Słabi?! - ryknęli Łukasz z Andrzejem. 
- My tu kaŜdego, oczywiście juniora młodszego, przejedziemy pociągiem. 
- Przejedziecie pociągiem? - zdziwiłem się. - Co to znaczy? 
- To znaczy, Ŝe będzie mógł nam tylko nagwizdać - roześmiał się Andrzej. 
Zatroskałem się. 
- Ale co będzie, jak przyjadą tu kolarze z innych stron? PrzecieŜ nie znacie ich siły. 
Łukasz machnął ręką. 
-  PrzecieŜ  wyścig  jest  dla  nie  zrzeszonych.  A  teraz  kto  tylko  ma  parę  w  nogach,  juŜ 

zasuwa do klubu. 

Pozwoliłem sobie na uszczypliwość: 
- Czyli wy, skoro nie naleŜycie do Ŝadnego klubu, pary w nogach nie macie? 
Wielce oburzyli się na mnie. 
- Jasne, Ŝe mamy. Tylko klubiki tu takie mizerne. A dojeŜdŜać do Morąga czy Iławy na 

trening to chyba bezsens?! 

Musiałem przyznać im rację, ale... 
-  Ale...  tylko  przyznajcie  mi  się  z  ręką  na  serce...  jak  wygląda  sprawa  z  Antkiem 

Baziakiem. Trenował? 

Łukasz niechętnie odgarnął włosy z czoła. - Trenował. 
- MoŜe więcej od was? 
- Tego nie da się sprawdzić - wtrącił sprawiedliwy Andrzej - ale Ŝe się przykładał do 

pedałów, to niejeden raz widzieliśmy, no nie, Łukasz? 

- Widziało się go nie raz i nie dwa na trasie - niechętnie przyznał Łukasz. 
- Tak więc trenuje jak kaŜdy z was. MoŜe, przepraszam, jest od was lepszy? Pojutrze 

wyścig. Co planujecie? 

Łukasz podrapał się w głowę. - NajwaŜniejsze to zobaczyć, co za rower ma Antek. 
Zakpiłem z niego. 
-  Czy  od  patrzenia  na  czyjś  rower  przybyło  siły  kolarzowi?  A  moŜe  szuka  on  tylko 

wykrętu, dlaczego przegrał? 

Andrzej i Łukasz obruszyli się na mnie: 
- Jak pan moŜe?! 
-  Mogę.  Bo  widzę  tu  wyposaŜonych  we  wspaniały  sprzęt  młodych  kolarzy,  którzy 

tylko  na  widok  wystającego  z  bagaŜnika  roweru  konkurenta  najchętniej  juŜ  by  się 
poddali. 

- My i poddanie się?! 
- Nigdy! 
- Nigdy! To rozumiem. 
Uścisnąłem ich spocone dłonie. 
-  Ale  z  drugiej  strony  -  zafrasował  się  Łukasz,  dobrze  byłoby  wiedzieć,  jaką 

niespodziankę szykuje klan Baziaków. 

Andrzej popatrzył na niego. 
- Naprawdę myślisz, Ŝe dzięki rowerowi Antek będzie nie do pokonania? 
Łukasz skrzywił się. 
- śe nie do pokonania... nie powiem. Ale Ŝe da mu to pewną przewagę nad nami, rym 

większą, o ile lepszego typu jest rower, to pewne. 

background image

 

83 

Przysłuchiwałem  się  “fachowemu”  sporowi  z  naboŜnym,  jak  przystało  na  laika, 

skupieniem. Wreszcie ośmieliłem się zabrać głos: 

- Od kilku dni juŜ słyszę o treningu siłowym i wytrzymałościowym młodego kolarza. 

Dzisiaj  zostałem  wprowadzony  w  tajniki  skomplikowanej  maszyny,  na  której  on  się 
porusza,  zwanej  rowerem.  Nawiasem  mówiąc,  pozwolę  sobie  zauwaŜyć,  Ŝe  rower 
nazywany jest tak tylko w Polsce. Na całym świecie ma on bardziej lub mniej pokrewne 
nazwy  z  bicyklem.  Polska  nazwa  “rower”  wzięła  się  stąd,  Ŝe  angielska  firma 
produkująca rowery na tyle nasyciła nasz rynek, aŜ przyjęła się nazwa bicykla - rower. 
Do  dziś  zresztą  firma  Rover  produkuje  w  Anglii  cieszące  się  dobrą  sławą  samochody 
Rover  i  nie  wiem,  czy  ktoś  w  jej  zarządzie  orientuje  się,  Ŝe  w  Polsce  jeździ  się  na 
zupełnie innych rowerach... 

Moi słuchacze odchrząknęli niecierpliwie. 
-  Tyle  zatem  mojej  dygresji  czy  bardziej  dywagacji  -  kontynuowałem.  -  Chciałem 

mówić  bowiem  o  tym,  Ŝe  nie  słyszałem  z  waszych  ust  ni  słowa  na  temat  taktyki  czy 
strategii wyścigu. Ba, nie wiem nawet, którędy przebiegać będzie jego trasa! 

Chłopcy popatrzyli na siebie stropieni. 
Wreszcie odezwał się Łukasz: 
-  Trasa  to  nic  skomplikowanego.  Dla  naszej  kategorii  wiekowej,  czyli  juniorów 

młodszych,  przewidziano  sześciokrotne  okrąŜenie  jeziora  Ewingi.  A  co  do  taktyki  i 
strategii, to moŜe ty, Andrzeju... - zwrócił się w stronę przyjaciela. 

Ten w zakłopotaniu podrapał się za uchem. 
- Noo... mieliśmy jechać w grupie do piątego okrąŜenia, a potem zaatakować. 
-  Wszystko  to  piękne,  ale  czy  przesadą  byłoby,  gdybym  na  waszym  miejscu 

rozrysował  sobie  trasę?  Zaznaczył  na  niej  najtrudniejsze  miejsca,  podjazdy,  zjazdy, 
przeszkody terenowe? A narysowawszy juŜ trasę, wkułbym ją na pamięć? 

Chłopcy milczeli stropieni. 
Wreszcie odezwał się Andrzej z pretensją w głosie: 
-  Pan  tu  nam  zawraca  głowę  jakimś  wyścigiem,  a  tymczasem  Baziak  szykuje  się  do 

włamania do olsztyńskiego zamku, Ŝeby zgarnąć co się da z Wystawy Sztuki Sakralnej! 

- Jakimś wyścigiem nazywasz wyścig “O Złoty Floren”? To wy zawracacie mi nim i 

treningami  do  niego  głowę,  nie  pozwalając  się  skupić  na  robocie  Józka  Baziaka  w 
Olsztynie! - obruszyłem się 

Odpowiedziało mi milczenie. 
Dopiero  po  dłuŜszej  chwili  Andrzej  podniósł  się  z  siodełka  swego  Gianta  opartego  o 

jawę. 

- Pan Paweł ma rację. Sami juŜ nie wiedzieć jak zaplątaliśmy się to w tropienie szajki 

Baziaka, to w przygotowania do wyścigu “O Złoty Floren”. 

-  Pan  Paweł  ma  teŜ  jeszcze  jedną  rację  -  skrzywił  wargi  Łukasz  -  czysto  kolarską. 

Faktycznie,  Andrzeju,  trenowaliśmy  do  upadłego,  a  na  myśl  nam  nie  przyszło 
rozpracowanie trasy. 

-  JuŜ  dobrze  -  mruknął  Andrzej  -  jutro  na  ostatnim  treningu  pospisujemy  sobie  co 

trudniejsze odcinki trasy. 

- Jasne - zgodził się Łukasz. 
Andrzej wyjrzał z garaŜu przez Ŝywopłot. 
-  Przyszedł  Antek  Baziak  i  ściska  starszego  brata  za  szyję.  Ja  się  nie  dziwię.  Za  taką 

maszynę sam bym uścisnął Józka. 

background image

 

84 

- Co to za rower? - zaciekawiłem się. 
Andrzej patrzył przez Ŝywopłot dłuŜszą chwilę. 
- Nie mogę poznać. Ale wygląda na jakiś z najnowszych Giantów górskich. Wiecie co? 

Niech pan Paweł tu zostanie, a ty, Łukasz, chodź ze mną podziwiać to cudo. 

-  A  jak  was  Baziak  pogoni?  Jeszcze  moŜe  solidnie  po  uszach  przetrzepać  - 

zaniepokoiłem się. 

Łukasz zmruŜył oko. 
- Antek dostał od brata nowy rower, na którym ma nam zamiar dołoŜyć w jutrzejszym 

wyścigu. Jak nas teraz zobaczy, na pewno, jak znam Antka, będzie chciał się pochwalić 
prezentem.  Wie  przecieŜ,  Ŝe  podobnych  maszyn  nie  zdąŜymy  sprowadzić.  Nawet 
gdybyśmy mieli forsę na takie cacka. 

Chłopcy  wyszli,  by  okręŜną  ścieŜką  dostać  się  na  ulicę  Cichą,  gdzie  Antek  Baziak 

popisywał się wypróbowując nowy rower, który nawet z tej odległości i przez szparę w 
Ŝ

ywopłocie prezentował się znakomicie. Pomalowany był na Ŝółto i czerwono. Pod ramą 

widać było amortyzator, tylne zawieszenie pomalowane było na ciemnoniebiesko. A na 
nim i na Ŝółtej ramie pysznił się napis: GIANT. 

Łukasz  dobrze  znał  psychikę  nowobogackich,  Baziakowie  bowiem  ani  nie  schowali 

roweru,  ani  nie  pogonili  Łukasza  i  Andrzeja.  Owszem  zdawali  się  pysznić  nowym 
nabytkiem. Rozpoczęło się oglądanie roweru, cmokanie nad nim i próbne jazdy, choć po 
płaskiej uliczce górski rower nie mógł wykazać wszystkich swoich zalet. 

- A niech to! - burknął wprowadzający mercedesa do garaŜu Dwójka. - Nie ma forsy na 

zaliczkę  dla  speca,  a  Józek,  przepraszam  Jedynka,  funduje  swemu  braciakowi 
wyczynowy rower. I to za taką forsę! 

-  Daj  spokój  -  próbował  uspokoić  kumpla  Czwórka  -  znajdzie  się  forsa  i  dla  speca. 

Słyszałeś, co mówił Jedynka, tamten moŜe zgodzić się pracować bez zaliczki. Z czystej 
sympatii dla nas, jak ponoć powiedział pośrednikowi. Niech no tylko wróci z zagranicy. 

- I oby mu ta sympatia do nas nie wywietrzała z łba po drodze - zaśmiał się Czwórka. 
Tymczasem  pokaz  roweru  przed  domem  młodszego  Baziaka  dobiegał  końca  i 

najmłodszy  Baziak,  Antek,  odjechał  na  nim  z  dumną  miną  pochwalić  się  prezentem 
rodzicom. 

Łukasz i Andrzej wrócili do naszego garaŜu. O dziwo, w duŜo lepszych humorach, niŜ 

stąd wyszli. 

- A cóŜ to się stało? - spytałem równie wesoło. - CzyŜby Giant okazał się przerobioną 

damką? 

- AleŜ nie - zaśmieli się obydwaj. 
- To Giant najnowocześniejszego typu - Łukasz nie wiedzieć czemu zatarł ręce. 
-  Nie  rozumiem  w  takim  razie  waszej  radości  -  Ŝachnąłem  się.-  Jutro  przyjdzie  wam 

zmierzyć się z groźnym przeciwnikiem, wyposaŜonym na dodatek w wyśmienity sprzęt. 

- Właśnie ten sprzęt! - chłopcy wybuchnęli śmiechem. 
Andrzej klepnął swój rower po siodełku. 
-  OtóŜ  Józek  Baziak  przedobrzył!  Nie  dość,  Ŝe  kupił  swemu  bratu  rower  górski  nie 

najlepszy na naszym terenie, to jeszcze w wersji zjazdowej. 

Zdziwiłem się: 
- To jest i wersja zjazdowa rowerów górskich? 
-  A  jakŜe!  Zjazd  to  cięŜka  dyscyplina.  Wymaga  stalowych  nerwów  i  mięśni  oraz 

maszyn  na  najwyŜszym  poziomie.  Znakomitym  przykładem  jest  tu  rower  ATH-ONE 

background image

 

85 

Team, na którym jeździ sam Rob Werner. Oczywiście jest to rower firmy Giant. O jego 
doskonałości w zjazdach świadczy słynna rama ATX-One CU-92 z wahaczem typu DX 
Rocker  Arm,  pełna  amortyzacja  RockShox,  a  wszystko  to  zaprojektowane  z  myślą  o 
Pucharze Świata. 

-  Jednak  rower  zjazdowy  jest  cięŜszy  i  wolniejszy  od  typowego  górskiego  -  wtrącił 

Łukasz. 

Zdziwiłem się. 
-  Dlaczego  więc  Józek  kupił  Antkowi  rower  zjazdowy?  Czy  nie  pozbawił  go  w  ten 

sposób szans na zwycięstwo. 

Andrzej zaśmiał się. 
- Tak źle to nie będzie. Antek to silny i szybki kolarz. A rower, który kupił Józek, to 

naprawdę klasa maszyna. MoŜe tylko odrobinę za cięŜka na nasze ścieŜki. 

Zirytowałem się. 
- Dowiem się wreszcie, jaki rower kupił Józek Antkowi? 
- JuŜ mówię - wtrącił Łukasz. - Józek kupił Gianta ATX-ONE DH. Rama ze słynnego 

aluminium  z  wahaczem  typu  DH  Rocker  Arm.  Amortyzator  tylny  RockShox  Deluxe. 
Widelec  RockShow  Boxxer.  Przerzutka  ośmiobiegowa  (to  najsłabszy  punkt  roweru) 
Sram ESP 9.0. Hamulce hydrauliczne tarczowe Formuła. Pedały WPD, zatrzaskowe. 

- Co to znaczy zatrzaskowe? - spytałem. 
Łukasz popatrzył na mnie z politowaniem, Ŝe nie wiem takiej oczywistej rzeczy. 
- To znaczy, Ŝe trzeba uŜywać specjalnych butów SPD, które wpinają się w specjalne 

uchwyty. 

- Ale to niebezpieczne w razie upadku. MoŜna sobie nogi połamać albo, w najlepszym 

razie, skręcić. 

-  Tak  źle  nie  będzie.  Przy  najmniejszym  skręceniu  nogi  w  dowolną  stronę  buty 

automatycznie wypinają się - rzekł Łukasz. 

Odetchnąłem z ulgą. 
Andrzej zaśmiał się ironicznie: 
-  Coś  mi  się  widzi,  Ŝe  pan  Paweł  bardziej  się  troszczy  o  Baziaka  niŜ  o  nas.  Kiedy 

pokazywaliśmy  mu  nasze  rowery,  nawet  nie  zainteresował  się,  dlaczego  mają  takie 
dziwne uchwyty przy pedałach. A przecieŜ teŜ mogłyby zagrozić nam w czasie upadku 
buty, których nie moglibyśmy wypiąć. 

Uniosłem ręce do góry. 
-  Zgoda.  Przepraszam.  Po  prostu  nie  zwróciłem  uwagi  na  charakterystyczny  kształt 

pedałów.  Teraz  juŜ  będę  wiedział  i,  jak  chcecie,  dokonam  dokładnego  przeglądu 
waszego sprzętu. Obawiam się tylko, Ŝe zanudzę was pytaniami. 

Na  szczęście  chłopcy  uznali,  Ŝe  w  “rowerowej”  materii  jestem  juŜ  wystarczająco 

podszkolony. Przysiedliśmy w Rosynancie. 

-  No,  pora  chyba,  o  ile  juŜ  nie  za  późno,  pogadać  o  jutrzejszym  wyścigu,  który 

chciałbym zobaczyć. 

Łukasz Ŝachnął się. 
- Jak to? Ukrywa się pan tyle dni w garaŜu przed Baziakami, a tu nagle chce się pan 

zdekonspirować? 

-  O  mojej  obserwacji  potem,  a  wracając  do  wyścigu  sądzę,  Ŝe  rano  przed  startem 

musicie przejechać całą trasę i starać się zapamiętać nie tylko miejsca niebezpieczne, ale 
i te, które będą nadawały się do ataku. 

background image

 

86 

- My teŜ tak sądzimy - odpowiedzieli chórem. 
- Poza tym objedziemy trasę dwukrotnie - odezwał się Łukasz. 
Andrzej zawtórował mu: 
-  Wezmę  nawet  notes,  aby  narysować  sobie  co  ciekawsze  miejsca,  choć  przyznam, 

panie Pawle, Ŝe cała trasę znamy jak własną kieszeń! 

Łukasz poruszył się na siedzeniu. 
-  Martwi  mnie  tylko,  Ŝe  baziakowcy  zapamiętają  pana,  jak  będzie  pan  obserwował 

wraz z publicznością przebieg wyścigu. 

- A skąd wyścig startuje i gdzie jest jego meta? - spytałem zaciekawiony. 
Chłopcy popatrzyli na siebie rozbawieni nie wiedzieć czym. 
Łukasz odchrząknął: 
- Uroczysty start wyścigu “O Złoty Floren” odbędzie się w miejscu, które nazywamy 

amfiteatrem, tam znajduje się bowiem zadaszona estrada. Meta teŜ będzie tam. 

- A jaki będzie początek wyścigu? - spytałem, jako Ŝe często juŜ pierwsze kilometry, 

zwłaszcza w wyścigach terenowych, potrafią przesądzić o końcowym wyniku. 

Andrzej zastanowił się. 
-  Początek  wyścigu  będzie  prowadził  uliczkami  miasta,  a  potem  peleton  zjedzie  na 

polne drogi i bezdroŜa i tak dookoła jeziora Ewingi. 

- A jak przejedziecie kanał Ewingi-Jeziorak? - zaciekawiłem się. 
Chłopak zaśmiał się. 
-  Zwyczajnie,  przez  mostek.  Tam  będzie  kawałek  szosówki.  I  wtedy  zaatakujemy. 

Baziak będzie dość wolny na swoim rowerze. 

Pyknąłem z fajeczki. 
- Mówicie tylko o Baziaku. A inni konkurenci? 
- Zalewiacy to mała pestka dla nas. 
Pyknąłem po raz drugi. 
-  Ale,  jak  słyszałem,  spodziewacie  się  tu  wielu  przybyszów.  Nie  bierzecie  ich  pod 

uwagę. Co będzie, jak jakiś obcy okaŜe się lepszy od was? 

Spochmurnieli. Wreszcie odezwał się Łukasz. 
-  To  trudno.  Wszystkiego  nie  da  się  przewidzieć.  Jedyna  nadzieja  w  tym,  Ŝe  wyścig 

jest dla nie zrzeszonych. Gdyby startowali klubowicze, moglibyśmy być bez szans. 

Andrzej potargał swoją czuprynę. 
- Nie ma co rozpaczać przed czasem. Grunt, Ŝebyśmy dołoŜyli Antkowi. 
- I wygrali wyścigi “O Złoty Floren” - uśmiechnąłem się do zawziętych chłopaków. 
Podobali mi się w tej swej zaciekłości. 
- A jak pan się ukryje? - ponowił pytanie Łukasz. 
Zaśmiałem się. 
-  Skorzystam  z  kombinezonu  taty  Andrzeja,  kasku  i  jawy.  Oczywiście  nie  będę  tak 

ubrany kręcił się wśród odświętnie zapewne wystrojonej publiczności na starcie i mecie. 
Ale  pojadę  sobie  na  trasę.  Mostek,  o  którym  wspomnieliście  wydaje  mi  się  dobrym 
punktem obserwacyjnym. 

- Jasne - zgodzili się ze mną chłopcy - będzie pan widział kawałek szosy i potem zjazd 

na łąki. Zobaczy pan, jak dołoŜymy Antkowi! 

background image

 

87 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

START DO WYŚCIGU * SPOTKANIE NA TRASIE Z KRYSTYNĄ * KOLCZASTY DRUT 

ROZSTRZYGA WYŚCIG * PRZYJĘCIE NA CZEŚĆ ZWYCIĘZCY * BAL W 

RESTAURACJI “EWINGI” * PODSŁUCHUJĘ ROZMOWĘ KRYSTYNY I JERZEGO * 

PANOWIE ZERO I PIĄTKA * ZAKLĘCIE DĘBÓW PISARZA 

 

Nadszedł  wreszcie  oczekiwany  dzień  wyścigu!  Ekipa  Baziaka  juŜ  od  rana  wyjechała 

na trasę, aby sprawdzić ją raz jeszcze. 

- Widzicie - powiedziałem do chłopców - nie tylko wy objeŜdŜacie trasę... Wsiadać mi 

na rowery i jazda! 

- A pan? 
-  Zaraz  przebieram  się  w  tę  skórzaną  zbroję,  wdziewam  kask  i  jadę  przyjrzeć  się 

odświętnemu Zalewu. 

Jeszcze  raz  spytałem  Andrzeja  o  drogę  do  mostku.  Okazała  się  ona  szosą  na  Susz, 

którędy  juŜ  jeździłem  na  grób  Zbigniewa  Nienackiego.  Wysłałem  chłopców  na  trasę 
sprawdzając, czy moje dwa asy mają pełne napojów bidony i torby z kanapkami. 

Spakowałem  na  wszelki  wypadek  apteczkę,  przebrałem  się  w  kombinezon  i 

wyprowadziłem  jawę  z  garaŜu.  W  cichym  miasteczku  dawała  się  odczuć  świąteczna 
atmosfera. Z daleka dobiegały dźwięki orkiestry straŜackiej, a na wielu domach widniały 
flagi narodowe i w innych barwach - zapewne mieszkali tam ci kolarze, których barwy 
widniały na flagach. 

Miasto  udekorowano,  oprócz  flag,  róŜnorodnymi  plakatami.  Trasę  przejazdu  kolarzy 

wytyczały biało-czerwone taśmy. Porządku pilnowali policjanci w galowych mundurach, 
równieŜ  dodatkowe  siły  z  Morąga  i  Iławy.  A  wszyscy,  jak  naleŜy,  w  białych 
rękawiczkach. 

Na  znak  policjantki  zatrzymałem  się  i  przepuściłem  kawalkadę  eleganckich 

samochodów.  Na  jej  czele  jechał  kabriolet,  a  w  nim  stał  promiennie  uśmiechnięty 
Stanisław  Szozda,  honorowy  starter  i  jednocześnie  przewodniczący  jury  wyścigu. 
Pozdrawiał on licznie zgromadzonych mieszkańców Zalewa i turystów na lewo i prawo. 

Przejechałem obok amfiteatru, na którym zawieszono ogromny napis w złoto-czarnych 

barwach: “Niech Ŝyje zwycięzca Antek Baziak!” 

- Trochę przedwczesna radość - mruknąłem. - A poza tym Antek startuje, jak i moi, w 

kategorii juniorów młodszych. A najwaŜniejszy będzie tu zwycięzca kategorii seniorów. 

Widocznym  jednak  było,  Ŝe  rodzina  Baziaków  cieszy  się  powaŜaniem  zwłaszcza 

wśród młodszych mieszkańców Zalewa, najczęstsze w tłumie były bowiem chorągiewki 
w  złoto-czarnych  barwach  i  coraz  to  piskliwe  głosy  wznosiły  okrzyki  sławiące  Antka 
Baziaka. 

Uśmiechnąłem się. 
- CóŜ w tym złego, Ŝe dzieciaki z miejscowego gimnazjum dopingują swojego! 
Ale  zaraz  uświadomiłem  sobie,  Ŝe  nigdzie  nie  widać  chorągiewek  w  zielonej  barwie 

Łukasza i czerwonej Andrzeja. No, w jednym miejscu było ich trochę, ale zapewne stała 
tam rodzina państwa Łobockich. 

Widząc,  Ŝe  juŜ  dygnitarze  przygotowują  się  do  przemówień,  a  młodzicy  do  startu, 

zrobiłem jeszcze jedną rundkę wokół amfiteatru i wyjechałem z Zalewa kierując się na 
Susz. Mostek nad kanałem znalazłem szybko, nie był zresztą połoŜony daleko od miasta. 

Oparłem  jawę  na  podpórku,  a  sam  przysiadłem  na  betonowej  balustradzie  mostku 

nabijając i zapalając moją ulubioną fajeczkę. 

background image

 

88 

Ze  smutkiem  patrzyłem  na  zaniedbany  kanał  Ewingi-Jeziorak.  Oczyma  duszy 

widziałem tu spływy kajakowe i wolno sunące na silnikach bądź holowane jachty. 

Z marzeń wyrwała mnie zbliŜająca się od strony Zalewa wrzawa, nieomylny znak, Ŝe 

młodzicy są juŜ na trasie i zbliŜają się ile sił w nogach. 

Najpierw  nadjechał  na  hondzie  policjant  i  zamknął  ruch  na  i  tak  pustej  szosie,  przy 

czym kazał mi przetoczyć jawę dalej, co teŜ uczyniłem. Nie zdejmowałem jeszcze kasku, 
choć było mi w nim niewygodnie palić fajkę, udawało mi się to tylko dzięki podnoszonej 
szybce. 

Gwar narastał. Wreszcie dał się widzieć peleton, na którego czele dzielnie pedałowali 

dwaj  kolarze  w  biało-czerwonych  trykotach.  Jeden  aŜ  wysunął  język  z  wysiłku,  nie 
bacząc,  Ŝe  na  wybojach  moŜe  go  sobie  przygryźć.  Takich  wysuniętych  języków 
naliczyłem  w  około  dwudziestoosobowej  grupie  jeszcze  sporo.  Widocznie  wśród 
najmłodszych kolarzy panuje przekonanie, Ŝe wysunięcie języka znakomicie przyczynia 
się do uzyskanie większej prędkości. 

Młodzicy  zahamowali  z  fasonem  przed  wskazującym  im  drogę  policjantem  i  zjechali 

na łąki pnące się łagodnie wzdłuŜ brzegu kanału. Część z nich pojechała ścieŜką, a część 
próbowała  objechać  konkurentów  na  przełaj,  po  łące.  Ci  ostatni  zagrzebali  się  w 
miękkim po deszczu gruncie i tylko z rozpaczą patrzyli, jak oddala się od nich czołówka, 
której przewodzili dwaj biało-czerwoni kolarze. Policjant wskoczył na hondę i popędził 
ś

ladem maruderów z zamiarem wyprzedzenia peletoniku i pilotowania młodzików dalej. 

Kilka  samochodów,  którymi  przyjechały  rodziny  dopingujące  kolarzy  i  działacze, 

zawróciło do Zalewa. 

Mogłem  spokojne  zdjąć  kask.  Białego  mercedesa  Józka  nie  dostrzegłem.  A  po 

Kowaliku trudno wymagać, Ŝeby okazał się aŜ takim miłośnikiem kolarstwa i fatygował 
się kawałek drogi za Zalewo. 

Miałem duŜo czasu, zanim nadjadą juniorzy młodsi. 
Zamyśliłem się. 
Niegdyś  nie  było  rowerów  górskich.  Na  takich  trasach  jak  ta  królowało  kolarstwo 

przełajowe charakteryzujące się tym, Ŝe rower znaczną część trasy przebywał na plecach 
kolarzy. Przyznam, Ŝe nie darzyłem tego sportu zbytnią sympatią. Ostatecznie rower jest 
od tego, Ŝeby na nim jeździć. Ale wszystko się zmieniło z chwilą wynalezienia rowerów 
górskich  i  terenowych.  Zapewne  niebawem  rowery  górskie  trafią  jako  pełnoprawna 
dyscyplina na olimpiadę. 

NadjeŜdŜali  wreszcie,  pilotowani  przez  policję,  juniorzy  młodsi.  WłoŜyłem  z 

powrotem  kask,  bo  juŜ  teraz  na  pewno  mogłem  się  spodziewać  mercedesa  Józka 
Baziaka.  Dostrzegłem  zieloną  koszulkę  Łukasza  i  czerwony  trykot  Andrzeja.  Trzymali 
się  na  czele  około  dwudziestoosobowego  peletonu.  Mieli  nawet  czas  pomachać  mi 
rękoma. Antek w złotym trykocie prowadził grupę. A gdy zjechali z mostku na ścieŜkę 
oznaczoną czerwono-białą taśmą nacisnął mocniej na pedały i odskoczył od reszty. Ale 
ku chwale moich chłopców trzeba zaznaczyć, Ŝe nie tracili do niego dystansu. I w takim 
porządku zniknęli za wzniesieniem, wyprzedzając peleton o kilkanaście długości roweru. 

Dalsze  okrąŜenia  jeziora  Ewingi  nie  przyniosły  zasadniczych  zmian  wśród  jadących. 

Tylko  Baziak  w  złotym  trykocie  wyprzedził  bardziej  peleton,  w  którym  dostrzegłem, 
mniej więcej pośrodku Andrzeja i Łukasza. 

“Zbierają siły przed ostatecznym atakiem” - pomyślałem. 

background image

 

89 

I  wtedy  wśród  kolarzy  nastąpiła  kraksa.  Dwaj,  jadący  z  tyłu  peletonu,  chcieli  jak 

najwęŜej objechać mostek i jeden z nich wpadł na betonową barierę. Mimo ochronnego 
kasku uderzył skronią w beton i upadł. 

Z  jadących  za  kolarzami  samochodów  wybiegli  ludzie.  Ale  ja  z  zabraną  z  bagaŜnika 

jawy apteczką byłem szybszy. 

Tyle Ŝe nie bacząc juŜ na ewentualny przyjazd Baziaka zdjąłem kask. I juŜ pochylałem 

się nad leŜącym. 

Od  strony  Susza  usłyszałem  pisk  hamulców  i  kątem  oka  zobaczyłem  hamującego 

golfa,  ale  nie  zwróciłem  na  niego  uwagi,  zaabsorbowany  leŜącym  nieruchomo 
chłopakiem. 

Przyklęknąłem i połoŜyłem sobie głowę leŜącego na kolanie. 
W powietrzu krzyŜowały się róŜne “dobre rady”. 
-  Trzeba  mu  odpiąć  kask,  tylko  ostroŜnie  -  usłyszałem  znajomy  kobiecy  głos. 

Odwróciłem się. 

- Krystyna! 
- Paweł! 
- Co ty tu robisz? 
- O tym potem. Teraz zajmijmy się rannym - Krystyna pochyliła się nad chłopcem. Ale 

na szczęście odzyskiwał on juŜ przytomność i aŜ rwał się na trasę. 

Sprawdziłem  wypróbowanym  w  podobnych  przypadkach  sposobem,  czy  powrót 

przytomności u młodego kolarza nie jest pozorny. 

- Jak się nazywasz? 
- Jan Kozłowski. 
- W jakim wyścigu startujesz? 
- “O Złoty Floren”. W grupie juniorów młodszych. 
- W porządku! 
Nie było sensu zatrzymywać dłuŜej chłopaka, choć przybyli samochodziarze twierdzili 

inaczej. Jedynym śladem po wypadku był guz na skroni młodego kolarza, który poprawił 
kask i wskoczył na rower, by pognać za peletonem, który zniknął juŜ za wzgórzem. 

Samochody z kibicami zawróciły. 
Mieliśmy z Krystyną czas dla siebie. 
- Co ty, dziewczyno, tu robisz? 
- Wybrałam się na wycieczkę po okolicznych szosach. Nie wiedziałam, Ŝe trafię na tak 

dramatyczny  wyścig.  Ale  ja  jestem  na  urlopie,  za  to  ty,  Pawle,  powinieneś,  jak  mi 
mówiłeś przy poŜegnaniu, siedzieć teraz w ministerstwie w Warszawie! Co ty tu robisz? 

- Widzisz - zająknąłem się - teŜ dostałem kilka dni urlopu i postanowiłem zwiedzić te 

piękne tereny. 

- Ale skąd taki strój - wybuchnęła śmiechem Krystyna - i gdzie twój sławny Rosynant? 
Odpowiedziałem jej śmiechem. 
-  Mój  sławny,  jak  go  nazywasz,  wierzchowiec  rozchorował  się  i  leczy  się  teraz  w 

warsztacie u dobrego mechanika. Ja zaś poŜyczyłem od znajomego motor i ten, budzący 
ś

miech, kombinezon i kontynuuję wycieczkę. Jechałem dalej, do Susza, ale zatrzymałem 

się,  aby  popatrzeć  na  wyścig.  Ostatecznie  wyścig  rowerów  górskich  na  nizinach  to 
rzadkość. 

- Chętnie zostałabym z tobą dłuŜej, ale się spieszę - Krystyna podała mi dłoń wsiadając 

do golfa. - Do zobaczenia na szlaku. 

background image

 

90 

- Do widzenia! Odjechała. 
Oparłem się o poręcz mostku. 
- A więc jeszcze jedna, oprócz Batury, podejrzana - mruknąłem. 
Zostawiłem  ją  w  “Andersie”  w  Starych  Jabłonkach,  a  tymczasem  pojawia  się  pod 

Zalewem,  kawał  drogi  od  hotelu.  I,  co  zauwaŜyłem,  w  golfie  nie  było  worka  z  jej 
ukochanym kajakiem Puchem. 

CzyŜby coś ją łączyło z Baziakiem? 
W  zaznaczonych  florenach  nie  rozszyfrowaliśmy  jeszcze  Szóstki  (o  ile  spec  z 

Warszawy jest Piątką). Ale nigdy nie widziałem, by Krystyna nosiła na szyi złotą monetę 
na łańcuszku. 

Tymczasem nadjeŜdŜali kolarze. Złoty trykot Antka Baziak oczywiście na czele! 
Ale  Łukasz  i  Andrzej  tylko  niedaleko  z  tyłu.  W  ścisłej  czołówce  peletonu,  który 

podzielił się juŜ na kilka grupek. 

Niedobrze! 
Moi  chłopcy  ruszyli  w  pościg  za  Antkiem,  ale  dołączył  do  nich  jakiś  w  czarnym 

trykocie z czerwonymi lampasami. Miał parę w nogach! W kilkanaście sekund dociągnął 
z końca peletonu do czołówki. 

Tymczasem  na  podjeździe,  gdzie  zawsze  uciekał  rywalom,  Antek  jakby  zwolnił. 

Obejrzał  się  raz  i  drugi  za  siebie.  Andrzej  z  Łukaszem  siedzieli  mu  na  kole!  Czarno-
czerwony znów został w tyle! 

Nagle  Andrzej,  a  potem  Łukasz  zwolnili...  Wreszcie  zsiedli  z  rowerów.  Impulsywny 

Andrzej cisnął swoim o trawę. Za nimi w peletonie teŜ zapanowało zamieszanie. Andrzej 
podniósł swój rower z ziemi i razem z Łukaszem zawrócili w stronę mostku. 

Wybiegłem im naprzeciw. 
- Co się stało?! PrzecieŜ juŜ dochodziliście Antka. 
Chłopcy byli wściekli. 
Łukasz wyciągnął ku mnie dłoń. 
- A to się stało! Antek nas załatwił. 
Na dłoni chłopca leŜały równo pocięte kawałki kolczastego drutu. Andrzej kopnął koło 

swego roweru, w którego oponie faktycznie nie było powietrza. 

- Bez powietrza nie pojedziesz! 
- MoŜe to nie Antek? - próbowałem załagodzić sprawę. 
Łukasz zaperzył się. 
-  Nie  Antek?  To  dlaczego  spokojnie  przejechał,  a  cała  reszta  się  skotłowała.  Teraz 

będą  musieli  przed  następnymi  wyścigami oczyścić  trasę.  Bo  nie  nazywam  się Łukasz, 
jak  nie  zostanie  złoŜony  protest.  Ja  zresztą  nie  będę  się  do  tego  mieszał,  ale  Ŝe  to 
sprawka  Antka,  to  rzecz  pewna.  Kiedy  go  dochodziliśmy,  to  widziałem,  jak  sięgnął  do 
kieszeni koszulki. Wtedy musiał wyjąć te parszywe druty i rozrzucić je na ścieŜce. 

Oburzyłem się. 
-  To  teraz  z  tymi  pociętymi  drutami  do  jury.  I  zgłoście,  Ŝe  widzieliście,  jak  Antek 

wysypywał druty na ścieŜkę! 

Chłopcy popatrzyli jeden na drugiego. 
- Widzieć jak sypie, to po prawdzie nie widzieliśmy. Ja widziałem tylko, jak sięga do 

kieszonki i coś wyjmuje. Ale co, nie wiem. 

Andrzej podrapał się w głowę. 

background image

 

91 

-  Ja  nawet  dokładnie  nie  widziałem,  czy  coś  wyjmuje  z  kieszonki.  Wiadomo,  trasa 

nierówna i trzeba patrzeć pod koła. 

Nie wytrzymałem: 
- Ale, do diabła, tam więcej kolarzy poprzebijało opony. 
Łukasz rozłoŜył ręce. 
- Trudno się mówi. 
- Ale Antek przejechał?! - Widocznie miał szczęście. 
- A wy nie? 
- My nie. 
Andrzej zauwaŜył: 
- MoŜe te druty dzieci porozrzucały, aby się cieszyć naszymi kłopotami. Antek jest na 

tyle dobrym kolarzem i to w dodatku wyposaŜonym w świetną maszynę, by nie musiał 
uciekać się do numerów z, drutami. Ja tam świadczyć przeciwko niemu nie będę. 

- Ani ja! - poparł przyjaciela Łukasz. 
Wzruszyłem ramionami. 
- Nie rozumiem was. 
Popatrzyli po sobie. 
- Nie rozumie pan? 
- Powiedziałem juŜ, Ŝe nie. 
Łukasz z zawstydzeniem zatarł dłonie: 
- Bo widzi pan, my chcemy wygrać z Antkiem na trasie. A nie, jak to dorośli mówią, 

przy zielonym stoliku. 

Andrzej poruszył się niespokojnie. 
- Za rok znów będzie wyścig “O Złoty Floren”. Przygotujemy się do niego lepiej niŜ 

do tegorocznego. 

Zaśmiałem się. 
- A jeśli Antek przygotuje jeszcze ciekawszy numer niŜ dzisiejsze pocięte druty? 
Łukasz machnął rękę. 
- śaden podstęp nic mu nie da. Urwiemy się mu zaraz po starcie. 
Słowo daję, zaimponowali mi chłopcy! 
Wsiadłem na jawę, Andrzej na tylne siodełko z rowerem przewieszonym przez ramię. 

Odwiozłem  chłopaka  do  domu  i  wróciłem  po  Łukasza.  MoŜe  to  wydać  się  dziwne,  ale 
dalsze wyścigi  kolarskie  tego  dnia  juŜ nas nie obchodziły.  Nie  interesowaliśmy  się  teŜ, 
jak organizatorzy poradzą sobie z drutami rozsypanymi na wzgórzu. 

 
Tymczasem  na  posesji  wynajętej  przez  Józka  Baziaka,  zwanego  “młodszym”  i 

Jedynką,  wrzało  huczne  obchodzenie  zwycięstwa  najmłodszego  Baziaka.  Wystawiono 
stoły  do  ogrodu,  a  co  na  nich  ciastek,  ciasteczek,  cukierków.  TuŜ  obok  piętrzyły  się 
skrzynki  z  colą  i  innymi  napojami  (oczywiście  bezalkoholowymi).  Poczesne  miejsce 
przy głównym stole zajęli rodzice Antka, państwo Władysław i Anna Baziakowie. Obok 
nich siedział dumny jak paw Antek, wciąŜ w złocistym trykocie i przepasującej go biało-
zielonej wstędze. 

Od  czasu  do  czasu  jednak  wstawał  i  wchodził  między  bawiących  się  doskonale  i  bez 

niego  dotychczasowych  rywali.  Rzekłbyś:  “Król  brata  się  z  pospólstwem!”  Dostrzegł 
przez Ŝywopłot głowy Andrzeja i Łukasza i podszedł do nich (ja, na szczęście, zdołałem 
się ukryć). 

background image

 

92 

- Dlaczego nie przyszliście na moje małe przyjątko? - spytał uśmiechając się do nich. 
Andrzej podrzucił w górę i złapał kawałek kolczastego drutu. 
-  JuŜ  ty,  Antek,  wiesz  dlaczego  -  powiedział  Łukasz.  -  Za  rok  będzie  znów  wyścig  i 

zabawimy się po nim, ale wątpię, czy wtedy będzie ci się chciało bawić... 

Antek zwiesił głowę i miętosząc w ręku biało-zieloną szarfę zawrócił na swoje miejsce 

za stołem, na którym stał puchar, a z niego zwieszał się na złotym łańcuszku floren tak 
wypolerowany, Ŝe blask bił z niego w oczy. 

“Trójce”  Józka  Baziaka  przypadła  rola  kelnerów,  z  której  nie  byli  zbyt  zadowoleni. 

Sam Józek rozparł się wygodnie w foteliku i dłubał wykałaczką w zębach. Tymczasem 
na  przyjęciu  musiały  być  i  mocniejsze  trunki  dla  dorosłych,  Józek  wstał  bowiem  nieco 
chwiejnie  z  fotelika  i  objąwszy  brata  za  szyję  podszedł  z  nim  do  Ŝywopłotu  akurat 
naprzeciw naszej kryjówki. 

- Wiesz, Antek - pochylił się nad bratem - gdybyś z tym wyścigiem poczekał jeszcze 

parę dni, to taką nagrodę bym ci ufundował, Ŝe niech się schowa ten pucharek i floren. 
Floren  powiesiłbym  na  dwa  razy  grubszym  łańcuszku.  Co  ja  mówię?  Na  łańcuchu  ze 
szczerego złota, hę, hę - zaniósł się pijackim śmiechem. 

- I tak jestem najlepszy - Ŝachnął się Antek. 
-  Owszem,  najlepszy  przy  małej  pomocy  brata  -  zmruŜył  oko  Józek  i  wsparty  na 

ramieniu Antka pomaszerował za dom. 

Obudziły  mnie  płynące  z  oddali  dźwięki  tanecznego  zespołu.  Solistka  nieco  tylko 

fałszująca  przekonywała,  Ŝe  jak  juŜ  kogoś  pokocha,  to  na  zawsze.  Spojrzałem  na 
zegarek. Dochodziła północ. 

- W sam raz pora na nocną duchów przechadzkę - przetarłem oczy i wyskoczyłem ze 

ś

piwora.  Ubrałem  się  i  błogosławiąc  zawiasy  garaŜu,  Ŝe  nie  skrzypią,  wyszedłem  na 

dwór.  Przez  chwilę  podziwiałem  rozgwieŜdŜone  niebo,  a  potem  przeskakując  furtkę 
ruszyłem  w  stronę  restauracji  “Ewingi”,  gdzie  odbywał  się  bal  kończący  wyścig  “O 
Złoty  Floren”.  Byłem  pewien,  Ŝe  Baziaka  i  jego  kompanię  najprędzej  zastanę  właśnie 
tam. Chyba Ŝeby szef im tego zabronił. I tak było w istocie! Ani Józka Baziaka, ani jego 
podwładnych nie było na sali, co sprawdziłem zaglądając przez okno. 

JakieŜ jednak było moje zdumienie, gdy w jednej z par snujących się w rytm tanga po 

parkiecie rozpoznałem Krystynę i Jerzego. Witteck i Batura? No, no! 

Przywarłem  w  cieniu  do  szyby,  ale  nie  zobaczyłem  nic  ciekawego.  Taniec  skończył 

się. Jerzy z galanterią odprowadził Krystynę do stolika, gdzie oczekiwała go rudowłosa 
Kinga. 

Nagle poczułem na ramieniu cięŜką łapę. 
- Co ty tu myszkujesz, koleś? 
Nie  chciałem  wdawać  się  w  bójkę,  która  mogła  zaalarmować  Krystynę  albo  Jerzego. 

Przybrałem płaczliwy ton: 

-  Nie  myszkuję,  tylko...  widzi  pan  ten  stolik?  Wskazałem  facetowi  stolik  z  Kingą  i 

Jerzym.  Tam  moja  Ŝona...  Pan,  jako  bramkarz  tego  lokalu  orientuje  się  w  takich 
sprawach... 

-  Się  wie!  -  zaśmiał  się  grubas.  -  To  co,  moŜe  wywołać  gościa  i  mu  delikatnie...  - 

potrząsnął pięścią - wytłumaczyć, Ŝe podrywanie cudzych Ŝon nie kalkuluje się. 

Udałem przeraŜonego. 
- AleŜ nie, nie trzeba. Ona wtedy by mnie naprawdę rzuciła! 
- Jak pan uwaŜa - mruknął bramkarz, ale słyszałem jak odchodząc sapnął: - Ciapciak! 

background image

 

93 

Tymczasem  zagrano  nową  “trójkę”,  czyli  wiązankę  trzech  tańców,  po  której  zespół 

robi przerwę. Jakiś facet poprosił Kingę do tańca, na co Jerzy zgodził się i sam teŜ wstał 
od  stolika,  Ŝe  niby  się  chce  przewietrzyć.  Krystyna  teŜ  wstała  ze  swego  krzesła  i  tak 
razem oddzielnie wyszli przed restaurację. 

Pstryknęła zapalniczka Jerzego. 
-  Ja  dziękuję,  nie  palę  -  odezwała  się  Krystyna.  Powoli  podeszła  do  krzewów,  w 

których się kryłem. 

- Uspokój się, Krystyno - łagodnym głosem, którym tak umiał czarować, odezwał się 

Jerzy  -  wyskoczę  tylko  na  trzy  dni  i  wracam.  Wtedy  zabierzemy  się  za  tę  wystawę  i 
będziesz mogła wywieźć fanty do Berlina i dalej, do Bonn. 

- Wiesz, mam przeczucie, Ŝe wpadnę tym razem na granicy. 
-  AleŜ  skąd  takie  przeczucia  -  Jerzy  otoczył  ją  ramieniem  -  kto  będzie  podejrzewał 

zasłuŜoną turystkę i grzebał w worku z jej ukochanym kajakiem! A poza tym, wszyscy 
ryzykujemy  wpadką.  JuŜ  ja  chyba  najbardziej  pracując  z  tymi  “geniuszami”  z  Zalewa! 
Wyobraź sobie, Ŝe w uznaniu zasług ich szef przyznał mi numer Zero i nie muszę nosić, 
jak wy wszyscy, florena na łańcuszku. 

- Ja teŜ go nie noszę! 
- Harda dziewczyna! 
- A Ŝebyś pan wiedział, panie Zero. 
- Przyznasz, Ŝe ładnie to brzmi: pan Zero. Obawiam się tylko, Ŝe ściągnęli to z jakiegoś 

kryminału.  Pan  Zero...  niech  i  tak  będzie.  Spodziewałem  się,  Ŝe  ponumerują  mnie  jako 
Siódemkę. 

- A co z Piątką? Bez niego akcja moŜe się nie powieść! 
- Speca nie ma chwilowo w kraju. Ale chyba juŜ wrócił. 
- Spec? TeŜ mi ksywa. 
- Równie dobra, jak kaŜda inna. Poza tym znać, Ŝe facet się ceni. 
Krystyna roześmiała się. 
- Tak się ceni, Ŝe Ŝąda zaliczek za robotę? 
Jerzy odpowiedział jej śmiechem. 
- Zaliczki to juŜ mój pomysł. W ogóle przyznam ci w tajemnicy, Ŝe Piątkę i Zero duŜo 

łączy. 

- EjŜe, zaczynam się domyślać. 
-  Nadmiar  domyślności  jest  szkodliwy  dla  zdrowia.  Weź  przykład  z  Baziaka.  Ten  za 

duŜo się nie domyśla i Ŝyje sobie szczęśliwie. A ty co teraz porabiasz? 

-  Siedzę  sobie  w  Starych  Jabłonkach  w  hotelu  “Anders”  obsługiwana  po  królewsku, 

opływam wszystkie okoliczne jeziora moim Puchem i czekam na telefon od Baziaka? A 
ty? 

-  Ja  załoŜyłem  kwaterę  główną  w  Olsztynie  w  hotelu  “Park”.  Musiałem,  co  prawda, 

przed  jednym  gościem  udawać,  Ŝe  tam  nie  mieszkam,  ale  to  stara  historia,  niewarta 
wspomnienia. 

Struchlałem  w  swym  ukryciu,  pewien,  Ŝe  zaraz  dogadają  się  co  do  mojej  osoby.  Ale 

nie nastąpiło  nic  takiego.  Zespół  przestał  grać  i  Jerzy  musiał  wracać  do  swej  partnerki. 
ZdąŜył tylko powiedzieć: 

- A ja tu patrzę, jak spisują się Baziak i spółka. 
- Nie rozpoznają cię? 

background image

 

94 

-  Na  balu  ich  nie  ma,  co  się  chłopakom  chwali.  Zresztą  odrobina  charakteryzacji 

jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Trzymaj się! - i wbiegł do restauracji. Krystyna powoli 
poszła za nim. 

 
Goliłem się rano w garaŜu czekając, aŜ Andrzej przyniesie w koszyku śniadanie, gdy 

wpadł rozgorączkowany Łukasz machając plikiem kartek. 

- Znalazłem! Znalazłem! - wołał. - Niech pan patrzy, co znalazłem w notatkach, które 

zostały po Marku! 

Zaśmiałem się. 
-  Zaraz  z  największą  chęcią  obejrzę  twoje  znalezisko,  tylko  proszę  cię,  daj  mi  się 

ogolić! 

Elegancko  ogolony  zasiadłem  z  przyjaciółmi  -  bo  doszedł  juŜ  i  Andrzej  -  nad 

notatkami  świętej  pamięci  brata  Łukasza.  Zawierały  się  one  na  kilku  kartkach 
zapisanych równym pismem. 

PoniewaŜ  nie  są  długie,  a  mają  związek  z  florenami,  pozwolę  sobie  ową  notatkę  czy 

teŜ szkic przytoczyć w całości: 

“Tak  oto  w  wojennej  gwarze  dobiegał  kresu  jeszcze  jeden  rok  XV  wieku.  Jeszcze  jeden 

krwawy  rok  dla  Zalewa  nad  jeziorem  Ewingi.  NajniŜsze  piętro  podziemi  klasztoru  braci 
mniejszych roz
świetlał w jednym miejscu nikły blask łojowego kaganka, płoszący szczury i 
odstraszaj
ący  nietoperze.  Kaganek  trzymał  stary  zakonnik  przypatrujący  się,  jak  drugi 
franciszkanin,  młody  braciszek  z  nowicjatu,  wmurowuje  w  
ścianę  sporych  rozmiarów 
kamie
ń, na którym wyryty był krzyŜ widoczny tylko dla wtajemniczonego oka. Jeszcze kilka 
ruchów  kielni
ą  i  kamień  nie  dawał  się  odróŜnić  od  otaczających  go  w  wilgotnej  ścianie. 
Chłopiec podniósł wzrok na starca. 

- Czy tak dobrze, ojcze Janie? 
- Dobrze, bracie Benedykcie. 
-  Ale  czy  my  dobrze  czynimy  nie  wysyłaj
ąc  świętopietrza  do  Rzymu,  a  zamurowując  je 

tutaj? 

Stary pokręcił głową
-  Bierz  kubeł  i  kielni
ę  i  chodźmy  stąd.  Wierz  mi,  Ŝe  nie  inaczej  postąpiłby  ojciec  nasz, 

ś

więty Franciszek. 

Ruszyli  schodami  w  górę.  Gdzieś  nad  nimi  rozległ  się  huk  i  aŜ  tutaj  dobiegła  stłumiona 

wrzawa. 

Ojciec Jan połoŜył rękę na ramieniu braciszka. 
-  Słyszysz?  Nieprzyjaciel  w  mie
ście,  a  pewnie  juŜ  i  w  klasztorze.  Chciałbyś,  Ŝeby  jemu 

przypadł  ten  mozolnie  zbierany  grosz  świętego  Piotra?  Te  floreny,  na  których  zda  się 
błyszcz
ą krople potu ubogich darczyńców? 

Chłopiec milczał. 
Nad nimi trzasn
ęły wywaŜone drzwi i schody zadudniły pod cięŜkimi krokami. Knechci w 

półpancerzach  i  kolczugach  zbryzganych  krwią  zbiegali  w  głąb  piwnic  wymachują
pochodniami i ci
ęŜkimi mieczami. Przewodzący im potęŜny chłop widząc przed sobą starca i 
chłopca zatrzymał si
ę cięŜko dysząc. 

- Złoto! Gdzie schowaliście złoto?! 
Ojciec Jan rozło
Ŝył ręce. 
- Ubodzy jeste
śmy. 
-  Znajd
ę  i  bez  ciebie,  mnichu!  -  wrzasnął  knecht  i  pchnął  mieczem.  Jednym  ciosem 

przebił zakonnika i próbującego zasłonić go swym ciałem chłopca. Przeskoczył upadających 
i pop
ędził w głąb piwnic. Jego kompani pohukując biegli za nim depcząc po konających. 

background image

 

95 

Starzec ostatkiem sił podniósł głowę i  wtedy dostrzegł w świetle przewróconego kaganka 

zaciągające  się  mgłą  cierpienia  i  śmierci,  ale  wciąŜ  jeszcze  przytomne,  spojrzenie 
nowicjusza. Zmusił wargi do u
śmiechu i szeptu: 

- Dobrze, chłopcze. Dobrze. Pan nasz i Bóg nasz...” 

PoniŜej tekstu Marka widniał dopisek cudzą ręką: 

 

Tylko tak trzymaj, a reszta przyjdzie sama. Z.N. 

 

- To musiał dopisać pan Nienacki, prawda? - spytał Andrzej. 
Spojrzałem na kartkę. 
-  Nie  znam  charakteru  pisma  pana  Nienackiego,  ale  nie  sądzę,  Ŝe  to  sam  Marek 

sporządził ów dopisek, aby podnieść w sobie literackiego ducha. 

-  To  tylko  taka  wprawka  literacka  twego  brata  -  Andrzej  machnął  kartkami  przed 

nosem Łukasza, który juŜ podrywał się do bójki w obronie honoru zmarłego brata. 

-  Co  ty  moŜesz  wiedzieć  o  literaturze,  jak  trzy  minus  to  najwyŜszy  stopień,  jaki  z 

wypracowania dostałeś! 

- Spoko, panowie, spoko - uchwyciłem ich za ręce. - Bić się moŜecie później, choćby 

po to, by przysporzyć radości Baziakowi, ale na razie pokaŜcie mi te kartki. 

Najbardziej  interesowała  mnie  ostatnia.  Wyszedłem  przed  garaŜ  i  podniosłem  ją  ku 

słońcu... 

Delikatne nakłucia igły czy teŜ szpilki układały się w napis: 

 

Potrzebujesz - weź. Masz duŜo - dołóŜ. I zostaw, aŜ przyjdzie inny. Z pierwszego patrz na 

trzeci. Pamiętaj, coś ślubował. 

 

Odczytałem go i zapanowała cisza. 
Wreszcie odezwał się Łukasz: 
- Zaklęcie dębów pisarza. 
Andrzej wtrącił się: 
- Nie bardzo je rozumiem. 
Podrapałem się w brodę. 
- Tyle zrozumiałem z tego zaklęcia, Ŝe istnieje miejsce bogate, skąd potrzebujący, ale 

tylko on, moŜe zaczerpnąć bogactwa. Człowiek bogaty, o ile tam trafi, jest zobowiązany 
do  znalezionego  bogactwa  dołoŜyć  coś  od  siebie,  aby  pomnoŜone  dobro  czekało  na 
potrzebującego.  Nie  wiem,  gdzie  się  znajduje  to  miejsce,  ale  wskazówką,  gdzie  go 
szukać, jest zapewne wers: “Z pierwszego patrz na trzeci”. Być moŜe chodzi tu o dęby 
pisarza. 

- Nigdy tam nie trafimy - zmartwił się Łukasz. 
-  Na  pewno  będziemy  próbowali  -  starałem  się  go  pocieszyć.  -  Ostatecznie  duŜo  nie 

mamy, posiadamy więc pełne prawa zaczerpnąć ze skarbca Marka i pana Nienackiego. 

Andrzej zaśmiał się. 
-  Baziak  teŜ  uwaŜa  się  za  jednego  z  tych  potrzebujących.  Gdyby  trafiła  mu  w  łapy 

kartka  z  tym  tajemniczym  zaklęciem  czy  zaleceniem,  to  głowę  sobie  daję  uciąć,  Ŝe 
wykarczowałby pół lasu, Ŝeby się tylko do bogactwa dokopać! 

Pokręciłem głową. 
-  Z  tym  bogactwem  u  pana  Nienackiego  to  teŜ  moŜe  być  róŜnie.  To  był  naprawdę 

niezwykły człowiek. MoŜe rozumiał bogactwo w sensie symbolicznym, jako na przykład 
dobro lub mądrość? 

- W takim razie musisz lecieć w te pędy pod dęby pisarza i się ubogacić, bo mądrości 

raczej ci brakuje - przyciął Andrzejowi Łukasz. 

background image

 

96 

- Niech się pan schowa - pociągnął mnie za rękę Andrzej. - Właśnie wyszedł na taras 

Baziak  i  bacznie  się  rozgląda  po  okolicy.  Zdziwiłby  się  bardzo  widząc,  jakiego  to 
sublokatora goszczę w naszym garaŜu. 

Cofnąłem się do garaŜu. 
-  Dzięki  ci,  Andrzeju,  za  ostrzeŜenie  w  porę.  Ale,  swoją  drogą,  co  zwojujemy 

ukrywając  się  w  garaŜu  i  podsłuchując  rozmowy  opryszków?  -  zastanawiałem  się  na 
głos. 

- Nawet wyścig “O Złoty Floren” przegraliśmy - powiedział smutnym głosem Łukasz. 

background image

 

97 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

WALKA DWÓCH DUCHÓW * SPOTKANIE ZE SPECEM * UWIĘZIENIE I 

CHARAKTERYZACJA * W GOŚCINIE U BAZIAKA * ROZKAZ PANA ZERO * HOTEL 

“POD ZAMKIEM” * “ZWIEDZANIE” ZAMKU * “STYPEDIUM” BAZIAKA 

 

Nocą  nie  dawały  mi  spokojnie  spać  dwa  duchy.  Jednym  z  nich  był  anioł  Paweł, 

zapewne z któregoś z waŜnych chórów niebiańskich, ubrany w białą szatę, której krój i 
fason  znamionowały  rękę  świetnego  krawca.  Drugi,  diabeł  Pawlucha,  okopcony  był  i 
usmolony.  Nawet  ogonek  miał  przypieczony  na  końcu,  na  który  to  koniec  od  czasu  do 
czasu dmuchał z wielką troską. Biały chciał, Ŝebym zostawił chłopców w spokoju i nie 
naraŜał ich Ŝycia, a o zamierzonym przestępstwie jeszcze raz powiadomił policję. Czarny 
-  przeciwnie:  widział  w  strzelaninie  z  udziałem  bezbronnych  nastolatków  pyszną 
zabawę.  Mnie  zaś  zalecał  tylko  działanie  na  dwie  strony.  Najlepiej  ukrycie  dla  siebie 
skarbów,  a  wydanie  w  ręce  policji  moich  wspólników.  Taka  to  diabla  natura!  Gdyby 
mógł, wsadziłby takŜe mnie za kratki. Nie dlatego, bym poniósł zasłuŜoną karę, a tylko 
dlatego,  Ŝeby  zrobić  mi  na  złość.  Na  razie  jednak  walcząc  z  Pawłem  o  mą  duszę, 
Pawlucha  bił  na  alarm,  Ŝe  moŜe  włamanie  powiedzie  się  przestępcom  i  jeszcze  jedna 
zbrodnia pozostanie bez kary. 

Namieszały w mojej głowie duszki co niemiara i zasnąłem dopiero nad ranem. Byłem 

zmęczony, ale przynajmniej wiedziałem, jak mam postąpić! 

Rankiem,  gdy  chłopcy  pojechali  na  trening,  spakowałem  manatki  i  wyjechałem  z 

garaŜu.  Miałem  zamiar  ponownie  dotrzeć  do  Komendy  Wojewódzkiej  Policji  w 
Olsztynie i przynaglić nadkomisarza Suświłło do energiczniejszego działania w sprawie 
“Baziak kontra zamek”. Chłopcom zostawiłem kartkę następującej treści: 

 

Z pozdrowieniami! 
Walka  z  bandytami  to  nie  zaj
ęcie  dla  nastolatków  i  historyków  sztuki.  Doszedłszy  do 

takiego wniosku wycofuję się z akcji “Floren” i wam nakazuję zrobić to samo. Jeszcze dziś 
b
ędę na policji i spróbuję namówić ją, aby czujniej zajęła się Baziakiem. SądzęŜe mi się to 
uda. Gdybym poniósł kl
ęskę w gmachu organów ścigania, wtedy pomyślimy, co robić dalej. 

Bądźcie cierpliwi 

Paweł 

 

Liczyłem  na  to,  ba,  byłem  przekonany,  Ŝe  jeśli  jeszcze  raz  i  to  dokładnie  zreferuję 

nadkomisarzowi sprawę Baziaka, dni tego łotra będą policzone! 

WyjeŜdŜałem  juŜ  z  Zalewa,  gdy  zobaczyłem,  Ŝe  stojący  obok  toyoty  corolli  na 

warszawskich numerach rejestracyjnych młody męŜczyzna z bródką daje mi rozpaczliwe 
znaki, aby się zatrzymał. 

Stanąłem. 
Gość podbiegał i juŜ z daleka krzyczał: 
- Jak to miło spotkać warszawiaka! 
(Zdradziły mnie numery rejestracyjne). 
- Tu nikt nie chce udzielić najprostszej informacji! Uwzięli się na nas czy co? 
Wysiadłem z Rosynanta. 
- Czym mogę panu słuŜyć? TeŜ jestem tu obcy, ale moŜe... 
- Szukam ulicy Cichej numer 14 - brodaty spojrzał na kartkę trzymaną w ręku. 
Nagła myśl przemknęła mi przez głowę: “Masz przed sobą Piątkę, speca!” 
Gdzieś  tam  aniołek  Pawełek  załamywał  ręce,  a  diabełek  Pawlucha  z  radości 

wymachiwał ogonkiem. “NiewaŜne. Do dzieła, Pawle.” 

background image

 

98 

- MoŜe zechce pan zerknąć tutaj. Mam plan miasteczka - uczyniłem zapraszający gest 

ręką w stronę Rosynanta. 

Rozejrzałem się wokół. Pusto! 
Facet  zareagował  tak  jak  zareagowałoby  dziewięciu  na  dziesięciu  na  jego  miejscu: 

zajrzał do Rosynanta... 

Gdy  się  pochylał  włączyłem  przycisk  z  gazem  paraliŜującym.  Padł,  tak  to  się  kiedyś 

mówiło, “jak kawka”. 

-  Mała  dawka  ci  nie  zaszkodzi  -  wymruczałem  -  a  przedwczesne  przebudzenie  moŜe 

przynieść duŜo kłopotów i nam, i tobie. 

Stanąłem  na  zewnątrz  samochodu  i  potraktowałem  rzeczywiście  małą  dawką  gazu 

Piątkę.  Zostawiłem  z  szeroko  otwartymi  drzwiami  Rosynanta  i  poszedłem  do  corolli. 
Kluczyki tkwiły w stacyjce. Wyjąłem je i zamknąłem samochód. 

-  Jeszcze  się  przydasz,  o  ile  cię  nie  ukradną  lub  nie  obrobią  dokładnie  -  skończyłem 

znając  chorobliwą  wręcz  miłość  naszego  narodu  do  samochodów  i  motocykli, 
szczególnie cudzych. 

Wróciłem  do  Rosynanta.  OstroŜnie  powąchałem  powietrze  w  jego  wnętrzu,  ale  nie 

wyczułem  zapachu  gazu.  Piątka  spał  za  to  spokojnie  jak  niemowlę.  Przepchnąłem 
bezwładnego na siedzenie obok i ruszyłem modląc się, Ŝeby w maleńkim Zalewie pech 
nie zesłał mi patrolu drogówki, który mógłby się zainteresować męŜczyzną leŜącym na 
siedzeniu jeepa. 

Na  szczęście  pech  tego  dnia  zdawał  się  być  daleko.  Spokojnie  zajechałem  pod  dom 

państwa Bienów. 

Wybiegli z niego Andrzej i Łukasz. 
- To tak się pan nas pozbywa? - wymachiwał kartką, zapewne moim listem. 
-  Dlaczego  pan  jeździ  tak  jawnie  po  mieście,  chce  pan,  Ŝeby  go  rozpoznali?  - 

zatroszczył się Łukasz. 

-  A  myśmy  juŜ  myśleli,  Ŝe  pana  porwali!  -  nie  dał  się  wyprzedzić  w  trosce  o  mnie 

Andrzej. 

Zaśmiałem się. 
-  Przepraszam,  później  wszystko  wytłumaczę.  Na  razie  niech  wam  wystarczy,  Ŝe  nie 

mnie porwali, tylko ja porwałem! 

- Pan? 
- Kogo? 
- Piątkę, czyli speca. 
- A niech to! - chłopcy nie mogli wyjść z podziwu. 
-  Dobrze  juŜ,  dobrze!  -  przerwałem  zachwyty.  -  Andrzej,  jest  w  waszym  domu  jakaś 

pusta piwnica? 

- Jasne. Nawet dwie, póki jeszcze nie sezon na ziemniaki. 
- No to chodźcie tutaj. PomóŜcie mi drania zataskać do piwnicy. 
- Tylko nie wiem... - zająknął się Andrzej. 
Rozzłościłem się. 
- Czego nie wiesz?! 
- Czy rodzice będą zadowoleni, Ŝe w naszej piwnicy bandyta... 
Zmierzwiłem mu włosy. 
- Ech, ty! Akurat rodzice mu w głowie. Nie martw się. Kiedy wrócą, po specu juŜ tu 

ś

ladu nie będzie. NajwyŜej dostaną od władz nagrodę za obywatelską postawę! 

background image

 

99 

- Chyba, Ŝe tak. 
- śadne chyba, tylko na pewno. No, bierzcie się chłopaki za klienta, póki ulica pusta. 

Niczego tak nam nie potrzeba, jak świadków! 

Chwyciłem speca pod ramiona, chłopcy za nogi i raz, dwa wnieśliśmy go na werandę 

domku. 

- No, to teraz, korzystając, Ŝe baziakowców nigdzie nie widać, wstawiamy Rosynanta 

do garaŜu, a przy okazji poszukamy kilka łańcuchów i kłódek. 

- A na co one panu? 
-  PosłuŜą  nam  do  skonstruowania  czegoś  w  rodzaju  kajdan,  które  utrzymają  speca  w 

miejscu, jakie dla niego wyznaczyliśmy. 

Jak  postanowiłem,  tak  zrobiliśmy:  Rosynant  skrył  się  w  garaŜu,  a  spec  w  chłodnej, 

suchej  piwnicy,  gdzie  przykuliśmy  go  za  nogę  do  rury  wodociągowej  systemem 
przemyślnych  kajdan.  CóŜ,  nie  było  to  moŜe  najprzyjemniejsze  miejsce  na  świecie,  ale 
kaŜdy czasem ma to, na co zasługuje. A coś mi się wydaje, Ŝe spec zasługiwał na pobyt 
w miejscu znacznie mniej miłym niŜ piwnica państwa Bieniów. 

Tymczasem spec spał słodko na przywleczonym przez Andrzeja materacu, a ja miałem 

inne zajęcie niŜ troskę o jego sen. 

W  kieszeni  speca  znalazłem  portfel  z  jego  dokumentami:  dowód  osobisty,  prawo 

jazdy. Nie interesowało mnie w tej chwili, czy są to dokumenty prawdziwe czy fałszywe. 
Interesowały mnie przyklejone do nich zdjęcia. 

Wysłałem Andrzeja do garaŜu, aby przyniósł mi walizeczkę, którą znajdzie pod tylnym 

siedzeniem. Chwila i chłopak był juŜ z powrotem. 

-  Proszę.  Oto  walizka,  o  którą  pan  prosił  -  powiedział  z  dumą  stawiając  walizkę  na 

stole. 

Otworzyłem ją. 
- O rany - wyrwał się jednoczesny okrzyk z ust chłopców. 
Walizeczka  zawierała  bowiem  komplet  akcesoriów  charakteryzatora:  sztuczne  wąsy, 

włosy, brwi i brody oraz barwne szkła kontaktowe, szminki, konturówki, pudry i tusze, a 
takŜe farby do włosów. 

Zszedłem  do  piwnicy  (trudno,  czasem  trzeba  być  okrutnym)  i  uciąłem  noŜyczkami 

pukiel włosów naszego śpiącego podopiecznego. Ufarbowałem sobie włosy na podobny 
kolor  (niektóre  barwniki  i  kleje  były  wodoodporne),  po  czym  przymierzyłem  i 
przykleiłem otaczającą podbródek i policzki wąską bródkę, zwaną podwodniacką. 

Na koniec “wyposaŜyłem” oczy w szkła kontaktowe o ciemnobrązowych tęczówkach. 
Teraz porównałem swoją podobiznę z lusterka z kolorowymi zdjęciami z dokumentów. 

Podobieństwo  było  ogromne.  Po  czym  zszedłem  z  chłopcami  do  piwnicy,  gdzie  spał 
jeszcze  pan  Witold  Tyński  (zapomniałem  powiedzieć,  Ŝe  wedle  dokumentów  tak 
nazywał  się  spec).  I  lustro,  i  wraŜenie,  jakie  wywarłem  na  chłopcach,  potwierdziły,  Ŝe 
moja praca nie poszła na darmo. Mogłem zabrać się do następnego etapu. Zanim jednak 
on nastąpił ostrzegłem chłopców: 

-  Widzicie,  dokąd  sięga  leŜący  i  przykuty  do  rury  spec.  Zaznaczcie  to  miejsce  na 

ś

cianie... No, dodajcie jeszcze 20 centymetrów. Dotąd wolno wam się zbliŜać najdalej do 

Tyńskiego  czy,  jak  kto  woli,  Piątki.  Jedzenie  dalej  przysuwajcie  mu  na  desce  i  teŜ 
bądźcie  gotowi  odskoczyć  w  kaŜdej  chwili.  Nie  dajcie  się  podpuścić  na  Ŝadne  nagłe 
choroby  czy  ataki.  Odkręcimy  ten  zawór.  Tu  będzie  mógł  sobie  zrobić  siusiu  i  co  tam 

background image

 

100 

chce. Mówcie mu zawsze, Ŝe ktoś dorosły jest na górze, tylko nie chce mu się fatygować 
na dół. I Ŝe jeszcze z nim pogada, i to ostro. Zrozumieliście? 

- Tak - niezbyt pewnie odpowiedział Andrzej. 
- Pewnie! - szarpnął głową Łukasz. 
- No to trzymajcie się! Pilnowanie tego klienta nie potrwa długo. NajwyŜej dzień, dwa. 
- A pan? - spytał Andrzej. 
-  Dokąd  pan  się...  -  zaczął  Łukasz  i  przerwał  ze  śmiechem.  -  Po  co  ja  głupi  pytam? 

PrzecieŜ  po  całej  tej  maskaradzie  to  jasne  jak  słońce!  Wybiera  się  pan  w  gościnę  do 
Baziaka jako ten, jak mu tam, Tyński, spec. 

Roześmiałem się. 
- Tylko dziwi mnie, dlaczego zrezygnował pan z Rosynanta - ciągnął Łukasz - przecieŜ 

taki wyjątkowy samochód bardzo by się panu mógł przydać? 

-  Rezygnuję  właśnie  dlatego,  Ŝe  jest  taki  wyjątkowy.  Ja  się  zmieniłem  dzięki  tej 

charakteryzacji,  ale  samochód  pozostał  taki sam,  a juŜ niektórzy mówią o  mnie “uczeń 
Pana  Samochodzika”.  Zresztą  dziedziczę  po  specu  wcale  niezły  samochód  -  toyotę 
corollę. Spakuję teraz trochę swoich rzeczy (fajkę i puszkę z zieloną herbatą zostawiam 
pod szczególną waszą opieką) i ruszam do toyoty, aby zajechać nią z fasonem pod dom 
Baziaka.  ChociaŜ  z  tym  fasonem  to  moŜe  nie  wyjść,  bo  naszych  przyjaciół  gdzieś 
poniosło.  Wyjrzyj,  Andrzej,  przed  dom,  czy  ulica  pusta.  Nie  powinien  nikt  zwracać  na 
mnie uwagi, ostatecznie niczym się nie wyróŜniam, ale strzeŜonego Pan Bóg strzeŜe. 

- Ulica pusta - wrócił z meldunkiem Andrzej. 
- No to cześć - uścisnąłem ręce chłopców. - Pamiętajcie w razie czego, Ŝe telefon mam 

ze sobą. 

-  Tak  -  nieśmiało  odezwał  się  Andrzej  -  tylko,  Ŝe  swój  telefon  zostawił  pan  w 

Rosynancie, a numeru telefonu speca nie znamy... 

Uderzyłem  się  pięścią  w  czoło,  aŜ  zadudniło!  Faktycznie!  Jeszcze  raz  sięgnąłem  do 

portfela odziedziczonego po specu. Na szczęście była tam i wizytówka. 

- No, macie numer: 0 601644245. 
- A hasło? PrzecieŜ moŜe się zdarzyć, Ŝe wpadnie im pan w łapy, Ŝe pana rozszyfrują i 

co wtedy. Pod lufą pistoletu będzie pan mówił, co mu kaŜą - zaniepokoił się Łukasz. 

Uśmiechnąłem się. 
- Dobrze. Niech będzie hasło: “Głupek”. 
- Jak? - oburzyli się chłopcy. 
- “Głupek”. 
- TeŜ mi hasło?! 
-  Lepsze  niŜ  inne!  -  teraz  ja  się  oburzyłem.  -  Im  słowo  mniej  znaczące,  tym 

bezpieczniej  go  uŜywać.  Przeciwnik  nie  domyśli  się,  Ŝe  hasło  zostało  juŜ  przekazane 
dzwoniącemu lub odbierającemu telefon. 

- Ma pan rację - zgodził się Andrzej. 
- Zgoda - uścisnąłem jego rękę - czasem mam. 
- Niech się pan trzyma i nie wstydzi dzwonić o pomoc - podał mi dłoń Łukasz. 
- Obiecuję, Ŝe nie będę się wstydził - odpowiedziałem patrząc mu powaŜnie w oczy. 
Chciałem coś jeszcze powiedzieć do Andrzeja, gdy dostrzegłem, Ŝe ten wpatruje się w 

drzwi prowadzące w głąb domu, jakby miał ukazać się w nich Potwór z Siedmiu Wysp. 

Rozśmieszył mnie. 
- Co tak stoisz? 

background image

 

101 

Chłopak wzdrygnął się. 
- Usłyszałem brzęk łańcuchów z piwnicy. 
- No i co z tego? 
Chłopak zdenerwował się. 
- A to, Ŝe spec się obudził! 
Wzruszyłem ramionami. 
- Jeszcze raz powtarzam: co z tego? Broni gość nie ma, bo go obszukałem. Zresztą nie 

w  zwyczaju  tego  typu  fachowców  chodzić  ze  spluwą.  Poza  tym  to  on  jest  przykuty  do 
rury, nie my. Fakt, Ŝe trzeba gościa odwiedzić przed moim zniknięciem. Andrzej, dawaj 
kominiarki! 

- Ja? Kominiarki? 
-  Tylko  nie  udawaj,  Ŝe  ich  nie  masz  w  domu!  No,  dawaj,  nie  będę  cię  oskarŜał  o 

chuligaństwo na spokojnych ulicach Zalewa. 

Kominiarki się znalazły, ale tylko dwie. 
- Łukasz, zostaniesz tutaj. Masz “odpędzać” nieproszonych gości. 
- Znów ja zostaję - jęknął chłopak. 
- Trudno. Kominiarki są tylko dwie - klepnąłem Andrzeja po ramieniu. - Ani słowa do 

speca.  Choćby  ubliŜał,  błagał  lub  obiecywał  złote  góry.  Ani  słowa  i  cały  czas  w 
kominiarkach.  Będziesz  wyglądał  na  starszego,  a  poza  tym  taki  wygląd  “opiekunów” 
napędzi  mu  stracha.  Tak  więc  schodzić  do  piwnicy  zawsze  we  dwójkę,  ten  drugi  ma 
mieć  klucze  od  kłódek,  nie  odzywać  się  ani  do  siebie  wzajemnie,  ani  do  speca.  No, 
Andrzej, kominiarka na głowę i schodzimy. 

Spec siedział na materacu i juŜ próbował kawałkiem drucika otworzyć kłódkę. Nasze 

pojawienie się wywołało u więźnia wybuch wściekłości: 

-  Ech  wy,  ciecie  prowincjonalne!  Nawet  nie  wiecie,  na  kogo  się  porywacie.  Macie 

przechlapane. Da się Ruskim parę groszy, przyjadą i was sprzątną! 

- Nie dokablujesz im na nas - powiedziałem obojętnie. 
- A to niby dlaczego? - oburzył się spec. - Ty mi zabronisz. 
Skinąłem głową. 
- Zabronię i pochowam cię do tego czasu. 
Podszedłem  i  wyrwałem  ze  znieruchomiałej  dłoni  speca  drucik.  Machnąłem  ręką  na 

Andrzeja. 

-  Widzisz,  do  czego  doprowadza  dobre  serce.  Bierz  mi  ten  materac  i  dokładnie 

przeszukaj, czy nie ma w nim jeszcze jakiś drutów. Dopiero wtedy daj temu biedaczkowi 
- kopnąłem speca niezbyt mocno, ale dotkliwie w chudy tyłek. 

- Łoj! - potwierdził celność kopnięcia. 
- Ty mi tu nie jęcz - powiedziałem - tylko siedź cicho, bo jak na górze usłyszę, Ŝe coś 

kombinujesz,  to biedny będziesz. śarło  będzie ci przynosić  ten małolat i jeszcze jeden. 
Im moŜesz się skarŜyć. 

Obejrzałem jeszcze łańcuch i kłódkę. 
-  No.  Nie  powinieneś  tak  łatwo  z  tych  kajdan  wyleźć,  choć  to  prowizorka.  Dla  twej 

pamięci  podaję,  Ŝe  na  górze  zawsze  ktoś  będzie  czuwał  ze  spluwą  -  kiwnąłem  na 
Andrzeja. - Idziemy! 

W  holu  jeszcze  raz  zwróciłem  uwagę,  Ŝeby  materac  był  dokładnie  przejrzany,  zanim 

podrzucą go specowi. 

background image

 

102 

- Tak. Macie go podrzucić, a nie podejść i połoŜyć. Pamiętajcie o odległości, na jaką 

do pana Tyńskiego moŜecie się zbliŜyć. 

Podjechałem  pod  dom  Baziaka.  Białego  mercedesa  nigdzie  nie  mogłem  dostrzec. 

Wysiadłem z toyoty i podszedłem do furtki. Okazała się zamkniętą. Na wciskanie guzika 
dzwonka teŜ nikt w domu nie reagował. Wróciłem do toyoty i rozsiadłem się wygodnie 
pogrąŜając się w literaturze sportowych gazet, których spory plik wiózł w samochodzie 
pan  Witold  Tyński.  Szczególnie  interesowały  go  te,  które  podawały  wyniki 
totalizatorów, od totka i piłkarskich poczynając, a na końskich wyścigach kończąc. 

Wreszcie  odłoŜyłem  gazety  czując  miły  dreszczyk  emocji  przebiegający  mi  wzdłuŜ 

kręgosłupa. W uliczkę wjechał biały mercedes. Podjechał blisko i zatrzymał się maska w 
maskę z toyotą. 

Zza  kierownicy  przybyłego  wozu  wyskoczył  Baziak  i  ruszył  w  moją  stronę. 

Wysiadłem  i  ja  z  samochodu  przeciągając  się  lekko,  jakbym  długo  czekał  na 
upragnionego znajomego. 

Baziak wyciągnął rękę, którą serdecznie uścisnąłem. 
- Pan tu na kogoś czeka? 
Sięgnąłem  bez  słowa  za  kołnierzyk  koszuli  i  wydobyłem  złoty  łańcuszek  ze 

zwieszającym  się  florenem,  przełoŜyłem  go  przez  głowę  i  podałem,  wciąŜ  milcząc, 
Baziakowi. 

Ten chwycił łańcuszek i podniósł floren do oczu. 
“Sprawdza  nacięcia”  -  pomyślałem.  Wreszcie  rozpromieniony,  machnął  ręką  na 

swoich, którzy wysypali się z mercedesa i podbiegli ku nam. 

- Niech pan pozwoli - głos Baziaka nabrzmiał patosem - Ŝe mu przedstawię... 
- Dwójkę, Trójkę i Czwórkę - przerwałem mu ku jego zmieszaniu. - Pan zapewne jest 

Jedynką - uścisnąłem raz jeszcze rękę Baziaka. - Ja natomiast jestem spec, czyli Piątka - 
i juŜ wymieniałem uściski dłoni: smukłej Dwójki, twardej Czwórki i prawie zgniatającej 
moją Trójki. 

Zaproponowałem,  abyśmy  przeszli  na  “ty”,  co  zostało  przyjęte  z  entuzjazmem. 

Mercedes schowano w garaŜu, a toyota stanęła na podjeździe przed domem. 

Z okazji mego przyjazdu Baziak chciał zorganizować małą balangę, ale ja, pamiętając 

o Zośce, która wszystko donosiła Kowalikowi, stanowczo się sprzeciwiłem. 

- Dziewczyny mają za długie języki! 
Trójka podrapał się zmartwiony w głowę. 
- To moŜe chociaŜ po małym kieliszeczku za szczęśliwy przebieg akcji? 
Skrzywiłem się. 
- Podczas pracy nie piję. 
Teraz posmutnieli wszyscy. 
- Ale wy, jeśli macie ochotę, proszę bardzo! - uśmiechnąłem się do otaczających mnie 

ponurych twarzy. 

Jasne,  Ŝe  mieli  ochotę!  I  to  jaką!  Od  razu  urządzono  zrzutkę,  podczas  której  Baziak 

chcąc  pokazać,  kto  jest  tu  szefem,  rzucił  na  stół  znaczny  banknot,  któremu  mój  nie 
ustąpił  wartością.  Spowodowało  to,  Ŝe  jak  dotychczas  mnie  szanowano,  to  teraz 
pokochano  prawie,  jako  swego  chłopaka,  który  co  prawda  podczas  roboty  nie  pije,  co 
jest godne szacunku, ale od zrzutki się nie uchyla, czyli jest człowiekiem jak naleŜy. A ja 
po prostu kombinowałem, Ŝe podpici wygadają się czymś, czego po trzeźwemu nigdy by 
nie powiedzieli. 

background image

 

103 

Trójka chwycił torby i popędził do sklepu. Dwójka zaczął rozstawiać na stole kieliszki 

i talerzyki, jako Ŝe jednym z zakupionych artykułów miała być świeŜutka kaszanka. 

Baziakowcy okazywali mi tyle szacunku, Ŝe rozmowa się nie kleiła. Wreszcie Trójka 

wrócił z zapasem wódki, napoju Hoop i jeszcze ciepłą kaszanką. 

-  Kaszaneczką  nie  pogardzisz?  -  spytał  mnie  Baziak.  -  Takiej  to  i  w  Warszawie  nie 

dostaniesz! 

Oburzyłem się. 
-  AleŜ  skąd  miałbym  gardzić  takimi  pysznościami.  Od  dzieciństwa  przepadam  za 

ś

wieŜą kaszanką! 

To  oświadczenie  wywołało  kolejny  wybuch  entuzjazmu  baziakowców  i  dało  pretekst 

do  wypicia  pierwszego  toastu:  “Za  równych  chłopaków  z  Warszawy”.  Dalej  nastąpił 
toast za udaną robotę. 

Doszedłem do wniosku, Ŝe sytuacja dojrzała do zabrania głosu. 
-  Rozmawiamy  tu  tyle  o  akcji  w  olsztyńskim  zamku,  pozwólcie,  Ŝe  odpukam  w 

niemalowane  drewno  -  sięgnąłem  pod  stół  -  moŜe  więc  Jedynka  jako  szef  przypomni 
nam jeszcze raz jej przebieg, dając tym samym okazję do jeszcze jednego toastu... 

Baziak  popatrzył  na  mnie  i  przyznam  się,  Ŝe  się  nieco  przestraszyłem.  Jego  oczy  nie 

były wcale tak pijane, jakbym chciał! Ale popatrzył tylko przez chwilę, po czym sięgnął 
do  szuflady,  skąd  wyjął  odręczny  plan  zamku  w  Olsztynie.  Wypił  jeszcze  kieliszek  i 
dopiero wtedy zaczął mówić: 

-  Do  skoku  uŜyjemy  samochodu  pogotowia  energetycznego  z  drabinami.  Zwinięcie 

upatrzonego  wozu  bierzemy  z  Trójką  na  siebie.  Ja  teŜ  wyłączę  oświetlenie  zamku.  O 
pierwszej  w  nocy  podjeŜdŜamy  pod  zamek  od  północnej  strony,  gdzie  czeka  na  nas 
Dwójka, Czwórka i ty, Piątko. Dwójka i Czwórka uzbrojeni w P-64, które udało nam się 
zdobyć  w  miejsce  straconych  w  akcji  w  Morągu,  mają  nie  dopuścić,  Ŝeby  się  ktoś  tam 
pętał. 

-  Będziecie  strzelać?  -  przerwałem  niby  w  trosce  o  powodzenie  akcji.  -  Jeszcze  ktoś 

usłyszy... 

Baziak machnął ręką. 
- Nie. Wystarczy, jak się klienta ogłuszy. 
- To niech dobiorą sobie miotacze gazu - doradziłem. 
- Niezła myśl - poparł mnie Dwójka. 
Baziak skinął głową i mówił dalej: 
-  Ustawimy  drabiny.  Najpierw  wchodzi  Piątka  na  pierwszy  mur,  potem  dalej  i 

unieszkodliwia  alarm  w  oknie.  Otwiera  je  i  załatwia  instalację  alarmową  w  salach. 
Wchodzę z Trójką i pakujemy fanty, co cenniejsze i drobniejsze do worków. Znosimy je 
na dół. PodjeŜdŜa Szóstka i do jej wozu ładujemy towar. 

- A straŜnicy w zamku? - udałem zaniepokojenie. 
-  Nie  ma  strachu.  Obchodzą  zamek  co  pół  godziny.  Jeśli  będziemy  punktualni,  czasu 

mamy aŜ nadto. Spod zamku odjeŜdŜamy mercem, Szóstka swoim golfem. 

Skrzywiłem się. 
- Samochód pogotowia, merc, golf i moja toyota. ToŜ to będzie parking pod zamkiem. 

Byle przejeŜdŜający patrol zwróci na niego uwagę. 

Baziak się Ŝachnął. 
- A co ma tam robić twoja toyota? 
Łyknąłem Hoopu: 

background image

 

104 

- Czekać na mnie, bo ja teŜ mam ochotę pryskać spod zamku jak najszybciej. 
- Pojedziesz z nami mercem do Zalewa, a tam sobie weźmiesz corollę i Ŝegnaj! 
-  Nie  uśmiecha  mi  się  jazda  z  wami  do  Zalewa,  kiedy  wszystkie  drogi  będą  juŜ 

obstawione  z  powodu  alarmu,  jaki  spowoduje  wykrycie  włamania  do  zamku.  Wolę 
uchodzić za turystę z Warszawy niŜ za kumpla podejrzanych z Zalewa. Albo będę miał 
swój wóz pod zamkiem, albo się wycofuję z roboty! 

Zapadła cisza. 
Wreszcie  odezwał  się  Baziak:  -  Ostatecznie...  Opodal  północnej  strony  zamku  są 

parkingi.  Jeden  nawet  ponoć  strzeŜony,  ale  ten  nie  będzie  cię  interesował.  Za  to  na 
innych moŜesz postawić wóz i nikogo nie będzie dziwił. 

- Ale ktoś moŜe mi go gwizdnąć, gdy my będziemy przy robocie. 
- Ja się ustawię tak, Ŝe będę miał na oku i parking, i podejście pod zamek - zaofiarował 

się Dwójka budząc swą decyzją radość kompanów. 

- No widzisz - objął mnie Baziak - z nami wszystko moŜna, byle z cicha i ostroŜna. 
Wybuchnęliśmy śmiechem. Konflikt został zaŜegnany. 
Ale wiedziałem, co moŜe mi grozić, gdy okaŜe się, Ŝe nie umiem rozbroić alarmu i swą 

nieudolną  dłubaniną  spowoduję  jego  pobudzenie  i  prawie  natychmiastowy  przyjazd 
policji. 

- Święty Pawle, miej mnie w opiece - westchnąłem cichutko. 
-  Ale  słuchaj,  Piątka,  dlaczego  ty  tak  bez  zaliczki?  My  tu  juŜ  na  głowie  stawali,  za 

florenami ryli w ziemi jak krety (no, dorwę jeszcze ja tego, co nas w te floreny wrobił), 
na  kantor  chcieli  napaść,  z  roboty  zrezygnować  albo  samym,  bez  specjalisty  jej 
spróbować, a tu nagle ty przyjeŜdŜasz i tak bez forsy się do roboty zgłaszasz. Dziwne to, 
nie? Nie powiem, Ŝe dla glin robisz, ale moŜe na swój albo kolesiów rachunek. My się 
naharujemy,  a  jak  juŜ  będzie  po  wszystkim,  to  ktoś  zajedzie  Szóstce  drogę  i  powie: 
“Dawaj fanty”. No, gadaj, jak to jest? Bo inaczej poprosimy... 

Wszyscy  jakby  nagle  otrzeźwieli.  Wstali  z  krzeseł  i  rozstawili  się  tak,  bym  nie  miał 

drogi ucieczki. 

Na takich był tylko jeden sposób: siła na siłę. Poderwałem się z krzesła. 
- A wam co?! Szajba odbiła?! Siadać mi tu na tyłki i to grzecznie, bo wam pokaŜe, jak 

się takich u nas załatwia, chociaŜ was czterech kozaków, a ja jeden. A ty tam nie sięgaj 
po  kosę  (to  było  do  Czwórki)  bo  ci  tak  łapę  przetrącę,  Ŝe  po  nic  nią  w  Ŝyciu  nie 
sięgniesz! 

Poskutkowało. 
Usiedli na krzesłach grzecznie. A Baziak nawet z aprobatą pokiwał głową. 
- Tak z wami trzeba. Ale ja się jeszcze nauczę - powiedział. 
Wyciągnął do mnie rękę. 
- Daj grabę, stary, przepraszam, ale wiesz, Ŝe jak swego nie upilnujesz, to obcy ci o to 

nie zadba. 

Wymieniliśmy  nie  wiem  juŜ  które  tego  dnia  uściski  dłoni  z  Baziakiem  i  całą  resztą. 

Wreszcie wzniosłem szklankę z napojem Hoop. 

- No to, bracia, za jutrzejszą robotę! 
Naraz zadzwonił telefon komórkowy Baziaka. Ten obojętnym i lekcewaŜącym ruchem 

sięgnął po niego i nagle zesztywniał. Ba, prawie poderwał się z fotela. 

-  Tak.  Jest,  proszę  pana.  Oczywiście,  nie  zapomnimy.  Tak,  o  dzień  później.  Nie  ma 

sprawy. Dla pana wszystko. Zawsze moŜe pan na mnie liczyć. Do widzenia... 

background image

 

105 

Ocierając pot z czoła jedną ręką, drugą odłoŜył telefon na szafkę. 
Wokół panowało milczenie. 
Przerwał je dopiero sam Baziak mówiąc: - Dzwonił pan Zero. 
Podobnie musiało wyglądać mrowisko, gdy ktoś wetknie w nie kij: bezładna bieganina 

tu ubogacona o równie bezładne okrzyki. Wreszcie cisza i bezruch. 

Pierwszy odezwał się drŜącym głosem Trójka: 
- Czego chciał pan Zero? Baziak usiłował się uśmiechnąć. 
-  Niczego  szczególnego.  Po  prostu  przesunął  termin  akcji  o  jeden  dzień.  Tak  więc 

startujemy nie jutro w nocy, ale pojutrze. Aha - odwrócił się do mnie - ciebie szczególnie 
przeprasza za zwłokę. Na razie Ŝyczy połamania gnatów nam wszystkim. 

- Hura! - odpowiedzieliśmy zgodnie i sięgnęliśmy kto po kieliszek, kto po szklankę z 

napojem Hoop. 

-  Aha,  jeszcze  jedno  -  przetarł  zachodzące  juŜ  pijacką  mgłą  oczy  Baziak  -  pan  Zero 

chce,  Ŝebyśmy  jutro  odwiedzili  olsztyński  zamek.  Mamy  jeszcze  raz  przyjrzeć  się, 
którędy nawiewać w razie czego, a Piątka sprawdzi aparaturę alarmową, czy nie sprawi 
mu zbytniego kłopotu. A teraz wszyscy... - tu potoczył zdumionym okiem po kolesiach, 
którzy  juŜ  rozparci  w  rozmaitych  pozach  spali  pochrapując  z  lekka  na  stole  -  spać  - 
dokończył i padł nosem w szczególnie urodziwe pęto kaszanki. Po chwili salon zatrząsł 
się od chrapania Baziaka. 

Spokojnie  zadzwoniłem  do  niepokojących  się  o  mój  los  chłopców.  Uspokoiłem  ich  i 

zdałem  krótką  relację  z  popijawy  baziakowców.  Ostrzegłem  teŜ,  Ŝe  akcja  włamania  do 
olsztyńskiego  zamku  przesuwa  się  o  dzień.  Tak  więc  i  dzień  później  mają  zawiadomić 
policję, gdybym się nie zgłosił i wtedy dopiero przekazać władzy speca. No i zaleciłem, 
Ŝ

eby się nie denerwowali, na co Łukasz odpowiedział: 

- Zdenerwować się, ale nie ma czym? Niech lepiej pan doradzi, jak uspokoić speca, bo 

on ciągle błaga nas o łaskę i darowanie mu Ŝycia. Inna sprawa, Ŝe Andrzej co raz schodzi 
do niego i złoŜonymi jak pistolet palcami celuje w niego. 

-  A  Ŝeby  was!  Skończcie  z  tymi  głupimi  Ŝartami  z  człowieka,  który  myśli,  Ŝe  jego 

Ŝ

ycie jest w ciągłym zagroŜeniu! 

- Będziemy juŜ grzeczni - odpowiedział Andrzej. 
- Trzymajcie się. Na razie. 
- Do zobaczenia, szefie. Ale Andrzej juŜ idzie, Ŝeby dręczyć speca! 
- A róbcie co chcecie! - wyłączyłem telefon. 
Moi  wspólnicy  spali  nadal.  Przez  chwilę  przemknął  mi  przez  głowę  charytatywna 

myśl, Ŝeby ich poukładać na kanapach, ale zaraz ją odrzuciłem kierując się inną myślą: 
“Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz!” 

Znalazłem  łazienkę  z  rzadka  tylko  uŜywaną  wanną  i  zakosztowałem  kąpieli,  jakŜe 

róŜnej  od  prysznicu  w  garaŜu!  Po  wyszukaniu  pokoju  z  w  miarę  czystą  pościelą 
poczułem się jak król i pogrąŜyłem w słodkim śnie. 

 
- Wstawaj, wstawaj - ktoś jęczał mi nad uchem i jednocześnie szarpał za rękę. 
Otworzyłem  oczy.  Szarpiącym  okazał  się  Baziak,  którego  bladoziemista  cera  i 

przekrwione  oczy  były  najlepszym  dowodem,  Ŝe  pić  wódki  nie  naleŜy,  a  zwłaszcza  w 
większych ilościach. Udałem nieświadomego i spytałem: 

- Co jest? 
Baziak z trudem oblizał spierzchnięte wargi. 

background image

 

106 

- Jest kac. A poza tym musimy jechać do Olsztyna, do tego parszywego zamku. Oj! -

jęknął  łapiąc  się  za  głowę.  -  Ale  łupie.  śe  teŜ  mi  się  zachciało  wczoraj  tego  picia.  To 
przez ciebie - skierował ku mnie oskarŜycielski, ale drŜący palec. 

-  Przeze  mnie?  -  rześko  jak  skowronek  wyskoczyłem  z  łóŜka  i  wykonałem  kilka 

przysiadów. - JuŜ się ubieram - zaświergotałem. - MoŜesz zaczekać na mnie na dole? 

Baziak  zszedł  po  schodach  krokiem,  w  porównaniu  z  którym  krok  słonia  jest  tańcem 

baletnicy. 

Zszedłem zaraz za nim nucąc: 
- A mówiłem, nie pijcie przed weselem, a prosiłem, przynajmniej nie za wiele. 
Przywitały  mnie  cztery  pary  przekrwionych  ponurych  oczu  i  rozliczne  kartoniki  i 

pudełeczka z kefirem i jogurtem. 

-  Oj  za  późno  na  te  leki,  za  późno  -  pogroziłem  baziakowcom  palcem.  -  No  nic  - 

postanowiłem nie przeciągać struny - jedziemy? Kto prowadzi u panów? 

- Ja - ponuro odezwał się Baziak. - Ale co to znaczy: “u panów”? Zostajesz? 
Wzruszyłem ramionami. 
- AleŜ skąd. Jadę. Tylko nie z takimi szoferakiem jak ty. Jedzie od ciebie wódą na dwa 

metry.  Po  pierwsze,  cenię  swoje  zdrowie,  a  ty  coś  mi  nie  wyglądasz  teraz  na  kierowcę 
zdolnego  bezpiecznie  prowadzić  wóz;  po  drugie,  w  razie  kontroli  drogówki  od  razu 
wzbudzisz jej zainteresowanie. Nie, dziękuję! Jadę sam. Oczywiście tuŜ za wami. 

Po oczach Dwójki i Czwórki poznałem, Ŝe i oni woleliby jechać ze mną, ale cóŜ, szef 

to szef. Wsiedli do mercedesa. 

Dojechawszy, na szczęście, bez przeszkód do Olsztyna zaparkowaliśmy samochody na 

strzeŜonym  parkingu  przy  Nowowiejskiego  i  ruszyliśmy  do  zamku.  Po  drodze  zwrócił 
moją  uwagę  stylowy  budynek,  niedawno  widać  otynkowany  na  beŜowo,  prezentujący 
czystą secesję. 

- Co tu się mieści? - spytałem Baziaka. 
- Hotel “Pod Zamkiem”. Niedawno otworzyli. 
Uśmiechnąłem się triumfalnie. 
- Sprawdzimy więc, czy są w nim wolne miejsca. 
- Ale... - jęknął Baziak. 
Spojrzałem mu w przekrwione oczy. 
- A moja zaliczka? 
Spuścił wzrok. 
- No tak... 
Okazało się, Ŝe w hoteliku jest jeszcze jeden wolny pokój, co prawda dwuosobowy, ale 

moŜe go wynająć takŜe jedna osoba juŜ za 140 złotych razem ze śniadaniem. 

-  Oczywiście  biorę.  Na  trzy  dni  -  popatrzyłem  znacząco  na  Baziaka.  Ten  stęknął,  ale 

sięgnął do portfela. Tak więc miałem kwaterę o kilkaset metrów od miejsca włamania. I 
to miejsce... 

- Przepraszam, czy jest tu parking? 
- Niewielki, ale jest - uśmiechnęła się recepcjonistka. 
To mnie urządzało! 
Zapytałem jeszcze: 
- Ten hotelik prezentuje się uroczo. Czy pani nie wie, co mieściło się tutaj wcześniej? 
- Po wojnie szkoła muzyczna, a przed wojną, to źródła róŜnie podają. Według jednych 

był tu klub myśliwski, według innych loŜa masońska... 

background image

 

107 

Chętnie  pogawędziłbym  dłuŜej  z  młodą  panienką  o  przeszłości  hoteliku.  Ale  nie 

chciałem  wzbudzać  podejrzenia  wśród  mych  towarzyszy  nagłym  zainteresowaniem 
historią  sztuki.  Mnie  miała  interesować  najnowsza  aparatura  alarmowa  i  elektronika  w 
ogóle. 

Przestawiłem  toyotę  na  parking  hotelowy  i  ruszyliśmy  do  zamku  -  siedziby  Muzeum 

Warmii i Mazur. 

Odstawszy grzecznie w kolejce kupiliśmy bilety i oto Muzeum Warmii i Mazur wraz z 

jego najcenniejszą perłą - Wystawą Sztuki Sakralnej - stało przed nami otworem. 

Bóg jeden wie, ile kosztowało mnie, by nie zakrzyknąć: 
- Złodzieje! W zamku są złodzieje! Chwytajcie ich! 
“Wiem, co cię powstrzymało, Pawełku. To, co tak kocha komisarz Kmita z Morąga - 

chęć złapania przestępcy «na gorącym uczyneczku». Poza tym, boli cię niechęć okazana 
dla  amatora  w  Komendzie  Wojewódzkiej  Policji,  niezbyt  pewny  jesteś  tego,  czego 
pewne  są  władze  muzealne  -  elektronicznych  zabezpieczeń  i  straŜy.  Chcesz  wszystkim 
pokazać, Ŝe racja jest po twojej stronie i ty zwycięŜysz! 

Dlatego  chodź  teraz  po  komnatach,  jakbyś  je  wymierzał  krokami.  Częściej  niŜ  na 

eksponaty  patrz  na  przewody  aparatury  alarmowej,  zerkaj  od  czasu  do  czasu  na  jej 
czujniki, sprawiaj wraŜenie, jakbyś chciał sprawdzić skuteczność zabezpieczenia okien... 

Niech  twoi  nowi  przyjaciele  nie  wątpią  ani  chwili,  Ŝe  zaangaŜowali  zawodowca.  Oni 

muszą być pewni, Ŝe pracuje z nimi fachowiec nad fachowcami!” 

Wreszcie  przyjaciele  stwierdzili,  Ŝe  musimy  jeszcze  dokładnie  przejrzeć  podzamcze. 

CóŜ  było  robić?  Zamiast  w  ciszy  i  spokoju  zwiedzać  wystawę,  musiałem  gramolić  się 
wraz ze złodziejami po stoku przyzamkowego wzgórza. 

Udzieliłem  kilka  mniej  lub  bardziej  sensownych  rad.  Zostały  one  wysłuchane  z 

szacunkiem.  Co  prawda  jedna  z  nich  prowadziła  przyszłych  uciekinierów  wprost  do 
wytrysku ścieku. Ale skoro oni nie widzieli błędu w mej wskazówce, ja miałem się nad 
nimi litować? 

Nadeszła pora mojego rozstania z baziakowcami, aŜ do chwili gdy wezwą mnie przez 

telefon.  Hasło,  bo  o  nim  nie  zapomniano,  godne  było  tej  wspaniałej  akcji:  “Rubin  na 
szafirze”. Co prawda kusiło mnie zapytać, czemu jeszcze nie dodano podnóŜka z pereł, 
ale zmilczałem. 

Wyciągnąłem natomiast rękę leniwym gestem. 
- No, Jedynka, forsa, forsa... 
- AleŜ... - zajakał się Baziak - przecieŜ hotel, a ty mówiłeś, Ŝe Ŝadnej zaliczki... 
-  Posłuchaj,  Baziak  -  odezwałem  się  pełnym  wstrętu  głosem  -  ja  nie  mówię  o 

pieniądzach. Mówię o głupich  trzech,  czterech  bańkach, które pomogą mi przeŜyć  dwa 
dni w tym pięknym mieście. 

- AleŜ... - stęknął Baziak. 
-  Zmilcz,  człowieku  -  starannie  wytarłem  nos  w  chustkę  -  podjąłem  się  pracy  bez 

zaliczki,  bo  czasem  kolega  jest  w  potrzebie,  co  moŜe  spotkać  i  mnie.  Ale  wybacz,  dla 
Ŝ

ebraja pracować nie będę. 

- AleŜ... - stęknął po raz drugi Baziak. 
-  Ty...  słuchaj,  co  do  ciebie  mądrzejszy  mówi  -  syknęli,  ku  memu  zdumieniu, 

baziakowcy. 

Nie zdąŜyłem nawet zauwaŜyć kiedy, a juŜ w lewej ręce trzymałem cztery stuzłotowe 

banknoty. 

background image

 

108 

Jeszcze  kilka  uścisków  dłoni,  zapewnień  o  czuwaniu  przy  telefonie  i...  byłem  wolny! 

To znaczy wolny do czasu, gdy mnie wezwie przez telefon Baziak albo tajemniczy pan 
Zero, w którym domyślałem się... Tak, ale mogłem się tylko domyślać. 

Wróciłem do hotelu “Pod Zamkiem”, gdzie przez długie chwile cieszyłem się kąpielą. 

A potem udałem się przez ulicę do Yu-Grill-Boro - restauracji, która pod dachem, a o tej 
porze  roku  najczęściej  pod  gołym  niebem,  podejmuje  gości  pysznościami 
jugosłowiańskiej  kuchni.  Ja  zamówiłem  korzystając  ze  “stypendium”  Baziaka  jako 
główne danie obiadowe gurmańską pljeskavicę i wierzcie mi, Ŝe po dodaniu do tego na 
deser  parzonej  po  turecku  kawy  ze  śmietanką,  wyszedłem  z  restauracji  czując  się  jak 
młody bóg! 

background image

 

109 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

 

WYPAD NAD JEZIORO KRZYWE * MAKSI JEGO “DZIEWIĄTA FALA” * WYWROTKA 

KINGI * RATUJĘ NARZECZONĄ PRZECIWNIKA * NAGŁE ZEBRANIE 

BAZIAKOWCÓW W ZALEWIE * KRYSTYNA OKAZUJE SIĘ SZÓSTKĄ * GANG 

WYRUSZA NA ROBOTĘ * KOWALIK I CHŁOPCY UWALNIAJĄ MNIE 

 

Rankiem  po  orzeźwiającej  kąpieli  dziękowałem  opatrzności  za  tak  piękny  lipcowy 

dzień, który zapowiadał się upalnie i bezwietrznie. 

Następnie składałem dzięki: panu Zero, Ŝe odłoŜył o jeden dzień włamanie do zamku, 

obdarowując  mnie  w  ten  sposób  jeszcze  jednym  dniem  bez  trosk;  Baziakowi,  Ŝe 
wydobyte od jego bandy czterysta złotych nie pozwolą mi się nudzić; specowi, Ŝe dzięki 
niemu mam sprawny i szybki samochód, który nikomu nie rzuca się w oczy. 

Zszedłem do recepcji, gdzie spotkałem tę samą co wczoraj dziewczynę. 
- Dzień dobry pani. 
- Dzień dobry panu. 
- Byłbym pani wdzięczny za radę, gdzie najprzyjemniej mógłbym tu spędzić dzień nad 

wodą lub na wodzie. 

Dziewczyna, Alina Roztocka, co wyczytałem z jej identyfikatora, popatrzyła na mnie z 

uśmiechem. 

- Jezior u nas duŜo. Sam Olsztyn otacza siedem. A pan bardziej do wody czy do ludzi? 

- zerknęła przekornie. 

- I do tego, i do tego. 
-  W  takim  razie  radzę  panu  wyjechać  nad  Krzywe,  zwane  teŜ  Ukiel.  To  największe 

olsztyńskie jezioro. Mieści się nad nim plaŜa miejska i przystanie klubów, z przystanią 
Yacht-Klubu na czele... 

Skinąłem  głową  na  takie  wyróŜnienie  tej  przystani,  sam  bowiem  byłem  członkiem 

Yacht-Klubu. 

-  ...ludzi  to  tam  pan  znajdzie  aŜ  zbyt  wielu,  ale  za  to  będzie  pan  mógł  wypoŜyczyć 

sobie jakąś Ŝaglówkę czy choćby kajak. 

“WypoŜyczyć łódź! BoŜe, cały dzień pod Ŝaglem!” 
Z radości uniosłem ręce i zaraz je opuściłem. 
Nie wypoŜyczę Ŝadnej łajby, choć stać mnie na to. Moje dokumenty, wśród nich patent 

sternika,  leŜały  teraz  spokojnie  w  schowku  Rosynanta  w  Zalewie.  Jedyne,  co  obecnie 
mogłem wypoŜyczyć, to kajak lub rower wodny. Nie dla mnie Ŝagle. 

Ale  nad  Krzywe  postanowiłem  jechać.  Panna  Alina  wyrysowała  mi  mapkę,  którędy 

mam jechać, i wyruszyłem w drogę. 

Najpierw jechałem ulicą Nowowiejskiego przez most nad pięknie tu spiętrzoną Łyną, a 

potem  w  górę  obok  neogotyckiego  kościoła  garnizonowego.  Następnie  obok  dworca 
kolejowego Olsztyn Zachodni i do skrzyŜowania obok targowiska, gdzie skręciłem pod 
tunel  na  prawo  w  ulicę  Bałtycką  i  nią  aŜ  do  świateł,  gdzie  skręciłem  w  wysadzaną 
przystrzyŜonymi  klonami  uliczkę  Jeziorną  prowadzącą  przez  przejazd  kolejowy  nad 
jezioro. 

Zaparkowałem toyotę na płatnym parkingu i poszedłem na pomost Yacht-Klubu. 
Choć  wiatru  nie  było  prawie  wcale,  na  całej  przystani  wrzał  ruch.  Szykowano  jachty 

do zbliŜających się regat “O Błękitną Wstęgę Jeziora Krzywego”. 

Stałem  tak  dumając,  gdy  podszedł  do  mnie  staruszek  odziany  w  wypłowiałe  do  bieli 

dŜinsy i opalony na ciemny mahoń. 

background image

 

110 

- Co, popływałoby się? 
- Ano popływałoby się. 
- To czego stoi? 
Opowiedziałem na pół zmyśloną historię o delegacji słuŜbowej, która skierowała mnie 

do Olsztyna i nagle dała dzień wolnego, a ja nie wziąłem patentu sternika z domu. 

Staruszek wyciągnął do mnie rękę: 
- No to, bracie Ŝeglarzu, Kącki jestem. Mów mi Maks. 
- Daniec. Mów mi Paweł. 
- Mówisz więc, Paweł, Ŝebyś popływał? Ale tu wiatru ani za grosz! 
- Ech, byle tylko znaleźć się na wodzie! - westchnąłem. 
Stary zerknął na mnie spod oka. 
- Jak takiś na wodę zawzięty, to chodź! 
I ruszył przodem. 
Między  rzędami  zacumowanych  nowoczesnych  plastykowych  jachtów  przycupnęła 

stareńka omega, o poszyciu słomkowym z cieniutkich listewek. śagle miała bawełniane 
odbijające swym Ŝółtawym kolorem od bieli dakronowych Ŝagli innych jachtów. 

Wiedziałem, Ŝe mam przed sobą jacht zabytek. Gdy podszedłem bliŜej i zobaczyłem, 

w jakim idealnym stanie łódź jest utrzymana, zaświeciły mi się oczy. 

- No i jak ci się widzi stareńka? - Maks zatarł ręce. 
- Cudo! - zamknąłem cały zachwyt w tych dwóch głoskach. 
- No to ładuj się na to cudo (nawiasem mówiąc “Dziewiąta Fala” się nazywa) i płyń. 
Radość i zaŜenowanie zakłębiły się we mnie. 
-  Ale  jak  to?  Dajesz  obcemu  swą  ukochaną  łódź  nie  wziąwszy  nawet  dowodu 

osobistego w zastaw. 

-  Jak  dają,  to  bierz,  a  jak  biją,  to  uciekaj!  Więc  nie  gadaj  wiele,  tylko  płyń,  bo  coś 

jakby  wiaterek  się  oŜywił.  A  papiery?  One  mi  na  wodzie  niepotrzebne.  Raz  spojrzę  na 
człowieka  i  swoje  wiem.  Co  do  zapłaty,  to  daję  ci  łódź  za  darmo.  Chyba  Ŝe,  jak  sobie 
popływasz,  i  bardzo  ci  się  moja  staruszka  spodoba,  dorzucisz  jakiś  grosz  na  jej 
utrzymanie, bo kosztuje sporo. Ale to, powtarzam, zrobisz z własnej woli i dasz tyle, na 
ile cię stać. A teraz idź do steru. Łap za rogatnicę i szoty, ja cię wypchnę na wiatr. 

- Jestem gotów. 
- No to ruszaj! Stopy wody pod kilem i pomyślnych wiatrów! 
Ja  odpychałem  się  od  burty  oriona  po  prawej,  Maks  pchając  za  wanty  “Dziewiątej 

Fali” szedł po pokładzie sportiny zacumowanej po lewej i tak wypchnęliśmy omegę na 
wolną wodę basenu, gdzie jej Ŝagle złapały juŜ lekki podmuch wiatru i łódź ruszyła do 
przodu. 

Wielki tego dnia był ruch na jeziorze: kajaki, jachty, motorówki, windsurfery, skutery 

wodne  i  statek  “Cyranka”  opływający  z  pasaŜerami  jezioro.  To  wszystko  co  porusza 
wiatr  prawie  stało  w  miejscu,  za  to  silnikowcy  i  posługujący  się  siłą  swych  mięśni 
szaleli. 

Tak słabo wiało, Ŝe puściłem szoty, a rogatnicę przytrzymywałem stopą, cały oddając 

się kąpieli słonecznej. 

Nagle  z  hałasu  (bo  i  głośniki  grały  na  plaŜach,  i  dzieci  wrzeszczały,  i  wiele  silników 

pracowało na wodzie) wyodrębniłem jeden, szybko zbliŜający się do mnie. Spojrzałem w 
jego stronę i błyskawicznie dałem nura na dno łodzi, chowając się za burtą... 

background image

 

111 

Oto  na  skuterze  wodnym  Yamaha  GP  1200  do  burty  “Dziewiątej  Fali”  zbliŜał  się 

bowiem całym pędem Jerzy Batura ubrany w piankowy kombinezon. Za nim widoczna 
była  przytulona  do  niego  równieŜ  ubrana  w  piankę  kobieta,  sądząc  po  jej  rozwianych 
pędem powietrza rudych włosach zapewne Kinga. 

Przemknęli  tuŜ  obok  oblewając  bryzgami  wody  mój  jacht.  Śmiech  ich  było  słychać 

mimo warkotu silnika. 

OstroŜnie  wyjrzałem  znad  burty.  Skuter  Jerzego  połoŜył  się  w  łagodnym  skręcie  i 

pomknął do przystani - tu spojrzałem na plan wyrysowany przez recepcjonistkę - aha, ku 
przystani LOK-u, skąd zapewne wypłynęli. 

Wziąłem  kurs  na  przystań  Klubu  Sportowego  MOS  i  pozwoliłem  się  nieść 

podmuchom wiatru. Niewielkie fale pochodziły od motorówek i skuterów wodnych. 

Przyglądałem  się  jednemu,  który  wyczyniał  teraz  rozmaite  ewolucje  polegające 

głównie na jak najbliŜszym opływaniu innych skuterów i zalewaniu wodą co mniejszych 
łódek, rowerów wodnych i kajaków. 

Z  przystani  LOK-u  wypłynął  tymczasem  drugi  skuter  prowadzony  wyraźnie 

niewprawną  ręką.  Choć  był  jeszcze  daleko,  poznałem  po  rudym  błysku  w  promieniach 
słońca,  Ŝe  skuter  prowadziła  Kinga.  Płynęła  sama.  Zobaczyłem,  Ŝe  dziób  jej  skutera 
unosi się, a po jej bokach wykwitają białe wąsy piany. Kinga wyraźnie przyśpieszała. 

Ku swemu przeraŜeniu zauwaŜyłem, Ŝe kursy obu skuterów mogą się przeciąć. Jeden z 

nich powinien skręcić, o ile prowadzący go chciał uniknąć zderzenia. Kinga skręciła. Na 
szczęście schodziła tamtemu z drogi. Ale ten z plaŜy uznał widocznie manewr Kingi za 
objaw  tchórzliwości  czy  słabości  i  pognał  za  nią  całą  mocą  silnika.  Przeleciał  blisko 
mnie,  połyskując  w  skręcie  czerwienią  dna  i  wznosząc  stromą  falę.  Gnał  na  przecięcie 
kursu skutera Kingi. 

Kinga  widząc  czy  moŜe  tylko  przeczuwając,  Ŝe  jest  ścigana,  zatoczyła  łuk  w  moją 

stronę.  Niewiele  to  pomogło.  Ścigający  wciąŜ  szedł  pozornie  na  zderzenie  lub  chciał 
wymusić na Kindze uderzenie w moją łajbę. JuŜ, juŜ uderzał w skuter Kingi, gdy nagle 
wykonał ostry zwrot ginąc za pióropuszem wzburzonej jego manewrem wody. 

Kinga teŜ skręciła ostro, ale tak nieudanie, Ŝe jej skuter zarył dziobem w wodę, a ona 

sama wyleciała w powietrze i koziołkując upadła płasko na fale, twarzą do wody. LeŜała 
tak  nieruchomo  na  falach,  a  jej  skuter  opodal.  Jego  silnik  zgasł.  Spowodowała  to  tak 
zwana  zrywka,  czyli  linka  łącząca  manetkę  gazu  z  ręką  kierowcy.  W  momencie,  gdy 
prowadzący oddalił rękę zbyt daleko od kierownicy, jak na przykład Kinga spadając ze 
skutera, automatycznie silnik gasł. 

Rozejrzałem  się.  śadnej  łódki  w  pobliŜu.  I  to  na  tak  zatłoczonym  jeziorze!  Nie 

namyślając  się  długo  zdarłem  tylko  przyklejoną  brodę  i  skoczyłem  płaskim  łukiem  do 
jeziora pozostawiając “Dziewiątą Falę” na łasce bardzo łaskawego tego dnia wietrzyka. 

Podpłynąłem  do  Kingi  tak  szybko,  na  ile  starczyło  mi  sił.  Odwróciłem  ją  twarzą  do 

góry  i  podłoŜyłem  swoje  ramię  pod  jej  głowę.  Zakrztusiła  się,  ale  na  szczęście  złapała 
oddech.  Tylko  wciąŜ  nie  odzyskiwała  przytomności!  Co  robić?  Postanowiłem 
doholować  nieprzytomną  do  “Dziewiątej  Fali”,  która  dryfowała  na  bezwietrzu.  Ale 
wtedy  usłyszałem  silnik  idący  na  pełnych  obrotach.  Nie,  nie  był  to  sprawca  wypadku, 
który  zniknął  gdzieś  między  łodziami  snującymi  się  po  jeziorze.  To  nadpływała 
motorówka WOPR-u. Z ulgą przekazałem Kingę fachowym ratownikom. 

W  chwili  podnoszenia  z  wody  i  układania  w  motorówce  Kinga  otworzyła  oczy  i 

spojrzała na mnie. 

background image

 

112 

- Ja pana skądś znam - powiedziała półprzytomnie. 
- Na pewno mnie pani z kimś myli - stwierdziłem i odepchnąłem się od motorówki. - 

ś

yczę zdrowia i szczęśliwszej jazdy! 

Nie  słuchając  podziękowań  i  gratulacji  ratowników  popłynąłem  do  swej  omegi  znów 

ile  sił.  Tym  razem  dlatego,  Ŝe  od  przystani  LOK-u  usłyszałem  zbliŜający  się  gang 
skuterowego silnika, a domyślałem się, kto nim płynął. MoŜecie zgadywać, ale powiem 
od  razu:  Jerzy  Batura.  Zobaczył  wypadek  swej  ukochanej  i  teraz  płynął  z  pomocą.  Na 
pewno ratownicy wskaŜą mu tego, który pierwszy znalazł się przy kontuzjowanej, a on 
przypłynie  do  omegi  podziękować  jej  sternikowi.  Zrobi  to  tym  szybciej,  im  wcześniej 
Kinga powie, Ŝe skądś zna swego ratownika. 

I  rzeczywiście.  Ledwo  zdołałem  wgramolić  się  do  omegi  (dogoniwszy  ją  wpierw,  bo 

mimo  leciutkiego  wiaterku  dość  Ŝwawo  posuwała  się  z  wiatrem),  a  juŜ  przy  burcie 
zawarczał silnik skutera. Dobrze chociaŜ, Ŝe zdąŜyłem wyjąć z oczu szkła kontaktowe o 
brązowych tęczówkach. Liczyłem, Ŝe na przyciemnienie moich włosów Jerzy nie zwróci 
uwagi  albo  weźmie  je  za  przelotny  kaprys.  Ukrywanie  się  nie  miało  sensu.  Usiadłem 
więc wygodnie na burcie. 

Przyznam, Ŝe Jerzy dobrze umiał maskować zdziwienie. 
- Ach, to ty. CóŜ, jestem ci wiele winien. Ta dziewczyna... 
- CóŜ - przerwałem mu - z tego co o tobie wiem i co opowiadają inni, gdybyś się chciał 

odwdzięczać za kaŜdą dziewczynę, z którą kręciłeś... 

Popatrzył na mnie długo. 
- Ja z nią nie kręcę. Ja się z nią Ŝenię. 
Dodał  gazu  i  odpłynął  zostawiając  mnie,  jak  to  się  mówi  nieładnie,  ale  słusznie:  “z 

rozdziawioną gębą”. 

Oddając  “Dziewiątą  Falę”  nie  omieszkałem  wręczyć  jej  właścicielowi  banknotu  o 

najwyŜszym  nominale  na  konserwację  tak  cudownie  utrzymanego  jachtu.  I  zaprosiłem 
się juŜ z góry na Ŝeglowanie nim przy silniejszym wietrze. 

-  Masz  rację  -  powiedział  Maks  chowając  banknot.  -  Poznasz  wtedy  całe  nasze 

Krzywe.  Od  Zatoki  Miłej  przez  Zatokę  Grunwaldzką  aŜ  po  Cieśninę  Lwiej  Paszczy, 
Pacyfik i Łabędzią Szyję. A potem Jezioro Gutkowskie z Zatoką Kopernika. 

 
Wracałem juŜ do hotelu, gdy odezwał się telefon komórkowy. Dzwonił Baziak. 
- Pan Zero wzywa wszystkich dziś do Zalewa. Mamy rozpatrzyć plan akcji. Wynikły 

jakieś nowe przeszkody. PrzyjeŜdŜaj koniecznie. Początek spotkania o siódmej - mówił 
powaŜnym, zdenerwowanym nawet głosem. 

Co było robić? Pojechałem. 
W  salonie  willi  wynajętej  przez  Baziaka  ciemno  było  od  dymu.  Wszyscy  palili 

zawzięcie.  śałując,  Ŝe  nie  mam  swojej  fajki  usiadłem  na  fotelu  pod  ścianą  obok 
kominka. 

Baziak  podszedł  do  mnie.  Jednocześnie  pozostała  trójka  ustawiła  się  przy  drzwiach  i 

oknach. 

- Gdzie jest pan Zero? - spytałem. 
Baziak zaśmiał się. 
- A Szóstki nie chciałbyś poznać? Piękna dziewczyna. 
Było coś takiego w jego głosie... 
Wcisnął ze złością do połowy spalony papieros do popielniczki. 

background image

 

113 

Powiodłem  odruchowo  wzrokiem  za  jego  ręką  i  nagle  wszystko  zrozumiałem:  w 

popielniczce  leŜały  zgaszone  niedopałki  o  znajomym  mi  wąskim  kształcie  i 
pomarańczowej barwie. 

Poprawiłem się wygodnie w fotelu. Baziakowcy poruszyli się niespokojnie. Dwójka i 

Czwórka włoŜyli ręce do kieszeni. 

Ale ja tylko ziewnąłem. 
- No, wychodź, Krystyna, nie czaj się! Rozumiem, Ŝe twoje wyprawy kajakowe mają 

łączyć przyjemne z poŜytecznym! 

Otworzyły się drzwi i stanęła w nich Krystyna. 
-  Skąd...  -  zaczęła  i  spojrzała  do  popielniczki  -  ach  prawda,  jesteś  bystrym 

człowiekiem. 

-  Ale  mimo  całej  swej  bystrości  nie  rozumiem,  dlaczego  ty  udawałaś  potomkinię 

mieszkańców Jerzwałdu. W Jerzwałdzie nigdy nie mieszkała rodzina o nazwisku Witek 
czy Witteck - strzeliłem. 

Popatrzyła na mnie ze złością. Strzał był celny, choć oddany na oślep. 
- CóŜ, cieszy mnie, Ŝe nie przyznajesz się do polskości, byłby to wątpliwy zaszczyt dla 

naszego narodu. Ale odwagi ci nie brak, przyznaję. To lekcewaŜenie burzy na jeziorze. 
No, no. Zresztą i udział we włamaniu do zamku teŜ wymaga odwagi. 

Zaśmiała się z ironią. 
- Nic mi nie grozi od chwili, w której się tu znalazłeś. 
- Masz więc zamiar mnie zabić? 
-  To  się  zobaczy  -  powiedziała  cicho,  ale  stanowczo.  -  Jest  jeszcze  mały  pomocnik. 

Jeden albo dwóch: Łukasz i Andrzej. 

- Skąd wiesz? 
- Z twoich podsłuchanych rozmów telefonicznych. 
- To dlaczego nie kazałaś mnie zwinąć tym bandziorom wtedy? 
- Tak było weselej. Wiesz, lubię ryzyko. 
-  O  mały  włos  nie  przesadziłaś.  Ciekawe,  co  byś  zrobiła,  gdyby  twoi  wpadli  przy 

napadzie na kantor. 

- Nic im nie groziło. 
- Tak? Miałem ich na widelcu. Tylko przypadek ich uratował. 
Baziak podrapał się w zamyśleniu w głowę. 
-  Łukasz  i  Andrzej...  To  mi  wygląda  na  małego  Bienia  i  jego  kumpla  Łobockiego. 

Ostatnio faktycznie coś tu zanadto się kręcili, aŜ ich przegoniłem. 

Czwórka  wyszarpnął  z  kieszeni  dłoń,  w  której  trzymał  P-64.  Skierował  jego  lufę  w 

moją stronę. 

- Niech juŜ będzie po nim, jak jest po nas. Zakapują nas gówniarze, o ile juŜ tego nie 

zrobili! 

Krystyna podbiła lufę pistoletu. 
- Spoko. Gdyby było jak myślisz, juŜ by was i mnie zwinęli. Coś w tym musi być. No, 

Paweł? 

Udałem, Ŝe staczam wewnętrzną walkę: powiedzieć czy nie? Krystyna wyjęła pistolet 

z rak Czwórki. 

-  Albo  powiesz,  co  jest  grane,  albo  zaraz  będzie  po  tobie,  a  za  parę  minut  i  po  tych 

gówniarzach. 

- Mają speca. Coś nie troszczycie się o niego? 

background image

 

114 

Krystyna i Baziak zaśmieli się, ale w ich śmiechu dało się wyczuć napięcie. 
- Jeszcze zdąŜymy - powiedział Baziak. - Na razie zatroszczymy się o nas i o ciebie, 

kochanieńki! 

- Czego chcecie? 
Krystyna zakręciła młynka pistoletem. 
- śebyś powiedział, co za numer kryje się za tym, Ŝe jeszcze nie garujemy. 
-  Po  prostu  miałem  taki  pomysł,  Ŝeby  samemu  was  załatwić.  Wolność  swą 

zawdzięczacie  temu,  Ŝe  pogardzani  przez  was  gówniarze  (z  którymi  kaŜdy  z  was 
zamieniając  się  na  rozum  tylko  by  zyskał)  mają  w  swych  rękach  speca,  a  poza  tym 
wezwą policję, jeśli jeszcze przez dzień się nie zgłoszę telefonicznie lub sam do nich nie 
przyjdę. 

- Odbijemy speca, a gnojom łby poukręcamy - krzyknął Trójka. 
-  Nie  pójdzie  wam  z  tym  tak  łatwo.  Cały  czas  jeden  z  nich  siedzi  z  ręką  na 

bezpieczniku,  aby,  jak  tylko  się  coś  złego  zacznie  dziać,  dać  znać  drugiemu,  który  ze 
spętanym  specem  siedzi  w  piwnicy,  a  drzwi  do  niej  tak  łatwo  nie  ustąpią.  A  ma  przy 
sobie  telefon  komórkowy  i  w  kaŜdej  chwili  wezwie  policję.  Jeśli  nawet  uciekniecie,  to 
gliny w całej Polsce będą wiedziały kogo szukać. 

- I co zrobimy z tym fantem? - Baziak popatrzył pytająco na Krystynę. 
Ta wzruszyła ramionami. 
- Co pękasz? Nie słuchałeś, jak Paweł mówił? Mamy jeszcze dzisiejszą noc i jutrzejszy 

dzień dla siebie, zanim te małolaty zawiadomią gliny. Tej nocy skok, a potem chodu do 
Berlina.  Papiery  przecieŜ  macie  w  porządku.  A  w  Berlinie  dostaniecie  nowe.  Jeszcze 
lepsze. Z którymi cały świat przed wami otworem, bo będą na nowe nazwiska. 

- A nie lepiej temu tu dać w łeb i potem spróbować załatwić tych małych? - upierał się 

Baziak. 

-  Jeśli  tak  kombinujesz,  to  ja  wysiadam  -  Krystyna  odłoŜyła  pistolet  na  stół.  -  Co 

innego być pod sądem za włam do muzeum, a co innego za potrójne zabójstwo, w tym 
dwóch małoletnich. Sorry. 

- Ona ma rację - odezwał się milczący dotychczas Dwójka i połoŜył swój pistolet obok 

broni  Krystyny.  -  Godziłem  się  na  włam  i  o  nim  cały  czas  szła  gadka,  a  tu  wychodzi 
mokra robota. Beze mnie! 

- Ale tracimy taką fuchę! - biadolił Baziak. 
- Nie tracicie, jak zrobicie według mego planu - odezwała się Krystyna. - Dziś włam i 

chodu do Niemiec. A potem niech sobie gnojki zawiadamiają kogo chcą! 

- Ale co będzie ze specem? - zatroskał się Baziak. 
Krystyna zapaliła papierosa z obojętną miną. 
- CóŜ, przy kaŜdej robocie jest ryzyko. Poza tym, co to za spec, który dal się zaskoczyć 

amatorowi - dmuchnęła w moją stronę dymem. - No więc jak? 

- A nie uzgodnicie tego planu z panem Zero? - wtrąciłem, bo coś mi w ich rozmowie 

nie pasowało. 

Krótkie  spojrzenie,  które  wymienili  Krystyna  z  Baziakiem  potwierdziły  moje 

przypuszczenia.  Domniemany  szef  nie  wiedział  nic  o  wpadce  jego  szajki,  którą  była 
afera ze mną i moimi przyjaciółmi. 

- Ach tak - usiłowałem ich rozzłościć - kombinujecie wszystko bez wiedzy szefa. 
Baziak się wściekł. 
- Zatkać mu gębę, a jak się będzie bronił, strzelać! 

background image

 

115 

Jasne,  Ŝe  pod  lufami  dwóch  P-64  nie  miałem  zamiaru  stawiać  oporu  poza  granice 

przyzwoitości.  Po  chwili  byłem  skuty  i  przykuty  kajdankami  do  poręczy,  a  w  usta 
wepchnięto mi jakiś niezbyt mile pachnący szalik. 

- Za godzinę ruszamy - powiedziała Krystyna. 
- Ale jak sobie poradzimy z wyłączeniem alarmu? - spytał nerwowo Baziak. 
- To ja biorę na siebie - nie traciła spokoju Krystyna. 
- PrzecieŜ jesteś informatyczką - powątpiewał Dwójka. 
- Elektronik bardziej byłby tu na miejscu, ale przy zbieraniu informacji teŜ dobrze jest 

wiedzieć,  jak  do  nich  dotrzeć  najpewniej  -  Krystyny  nic  nie  mogło  wyprowadzić  z 
równowagi. 

- Kto zawiadomił pana Zero? - spytał drŜącym głosem Baziak. 
Zapadło  milczenie.  Krystyna  zmięła  kolejny  papieros.  Ale  odezwała  się  pierwsza, 

zdecydowanym głosem. 

- Teraz juŜ jest za późno konsultować się z szefem czy zasięgać jego rady. Po prostu 

zawiadomimy go, Ŝe przystępujemy do akcji! Potem wyjaśni mu się resztę. 

- A jeśli będzie nalegał? - Baziak nadal bał się. 
Krystyna była bez litości. 
- To jeszcze masz godzinę na wytłumaczenie, o co chodzi. Tylko tłumacz mądrze, bo 

na pewno cię nie pobłogosławi za numer z Pawłem. 

- A ciebie, któraś najwcześniej wiedziała, Ŝe on jest trefny? 
Zapadła  cisza.  Nikt  nie  miał  odwagi  zadzwonić  do  szefa.  Wreszcie  Baziak  jęknął, 

wziął telefon komórkowy i krokiem skazańca wyszedł z salonu. 

Znów cisza. 
Wreszcie Baziak wrócił czerwony po czubki uszu. 
- Powiedział, Ŝe moŜna robić - burknął. 
Na Ŝadne pytania nie chciał odpowiedzieć. 
Zresztą  nikt  się  nie  palił  do  ich  zadawania.  Baziakowcy  stali  się  dziwnie  milczący. 

Krystyna  nuciła  jakąś  tęskną  melodię.  Jak  twierdziła,  bawarską.  Baziak  co  kilka  minut 
patrzył na zegarek. 

Wreszcie  wstał,  wyciągnął  z  kieszeni  P-64  i  milcząc  zarepetował  pistolet.  To  samo 

zrobili ze swoimi Dwójka i Czwórka. Dla Trójki widocznie nie udało się zdobyć broni. 

Baziak podszedł do mnie. 
- A ty dziękuj Bogu i Krystynie, Ŝe z tego z Ŝyciem wychodzisz. Bo ja inaczej bym z 

tobą pogadał. A tu masz kluczyki - rzucił kluczyki od kajdanek na stół. - MoŜesz sobie 
skracać czas próbując je dosięgnąć. No, rebiata - odwrócił się do pozostałych - jedziemy! 

Zostałem sam. 
Dla  zabawy  raczej  niŜ  wierząc  w  powodzenie  próby,  spróbowałem  wyłamać  z 

konstrukcji pręt schodów, do którego byłem przykuty. 

Nic z tego! 
Siedziałem  rozmyślając  nad  niesprawiedliwością  losu,  który  tak  mi  odpłacił  za 

ratowanie Krystyny na Jeziorze Płaskim, gdy usłyszałem, Ŝe ktoś próbuje dostać się do 
domu. Zamek w drzwiach wejściowych zgrzytnął raz i drugi. 

Wreszcie zaskrzypiały drzwi. Obojętnie kto wdarł się do domu, nie mógł to być wróg, 

bo wróg miałby klucze od Baziaka. 

background image

 

116 

JakieŜ  było  moje  zdziwienie,  gdy  w  drzwiach  salonu  zobaczyłem  Łukasza,  za  nim 

Andrzeja,  a  na  końcu...  nie,  ja  chyba  śnię!...  na  końcu  Jasia  Kowalika  chwiejnie,  ale  z 
godnością opartego o framugę. 

Niewdzięcznicy  zamiast  przystąpić  od  razu  do  uwalniania  mnie,  musieli  swoje 

odeśmiać, tak ich bawił mój widok, jak czule obejmowałem wspornik poręczy. 

Wreszcie Łukasz chwycił klucze ze stołu i byłem wolny. 
- Jakim cudem domyśliliście się, Ŝe tu siedzę? - zawołałem po wyjęciu szalika z nut. 
Łukasz  spojrzał  na  Andrzeja,  Andrzej  na  Łukasza.  Tylko  Kowalik  na  nikogo  nie 

patrzył zajęty penetrowaniem barku. 

- Nakazał nam pan “ciszę w eterze”, ale nie zabronił śledzić Baziaka. No i dziś, akurat 

był mój dyŜur, patrzę, zajechał niebieski golf, z którego wysiadła zgrabna blondynka i od 
razu do Baziaka, który stał przed domem. Gadka była krótka, bo Baziak szybko wstawił 
golfa  do  garaŜu;  jego  merc  został  przed  domem.  Patrzy  później  Andrzej,  bo  to  był  juŜ 
jego dyŜur, a tu pan podjeŜdŜa toyotą. W porządku. Ale czekamy, co będzie dalej. Było 
juŜ późno, po dziesiątej patrzymy, towarzystwo wychodzi. Wychodzi - w porządku, ale 
czekamy,  kiedy  pan  wyjdzie  z  nimi,  a  tymczasem  pana  nie  widać.  Tamci  wsiadają  do 
merca  i  do  golfa  i  odjeŜdŜają.  Pana  toyota  zostaje.  No  więc,  tylko  sprawdziliśmy,  czy 
spec nie rozrabia, ale spał spokojnie, jak do niego zaglądaliśmy, no i my tutaj. Ale drzwi 
domu zamknięte. JuŜ Andrzej się szykował, jak tu najciszej wybić szybę, ale w kaŜdym 
oknie  alarmy  pozakładane.  No  więc  kombinujemy,  a  tu  patrzymy  kogo  bogi  niosą? 
Samego Jasia Kowalika we własnej, lekko zawianej osobie. 

- Coś mnie tknęło - wtrącił Andrzej - Ŝeby Jasia zapytać, czy drzwi by nie otworzył. 
- Na to ja, Ŝe zaleŜy jaki zamek - odezwał się Kowalik znad barku, gdzie zlewał resztki 

z butelek - jak zwykły patentowy, to dam radę. Jak jeszcze chłopaki powiedzieli, Ŝe pana 
władzę, dobroczyńcę mojego, te dranie tu więŜą, to od razu się wziąłem do roboty. A Ŝe 
od dzieciństwa talent w rękach mam, to raz, dwa i drzwi były otwarte. Ale się te bandyty 
od Baziaka zdziwią, jak pana tu nie znajdą, hi, hi! 

-  No  dobrze,  dziękuję  wam  Kowalik  -  nie  wychodziłem  z  roli  “pana  władzy”.  -  Tym 

razem  daruje  się  wam  to  włamanie,  bo  było  zrobione  w  celach  wyŜszych,  ale  teraz 
chodźmy  stąd.  A  wy,  Kowalik,  zamknijcie  drzwi  tak  jak  je  otworzyliście.  Niech  Ŝaden 
złodziej z waszej pracy nie skorzysta. 

Wyszliśmy  z  willi.  Jaś  zamknął  drzwi,  poŜegnał  się  z  nami  serdecznie  i  ruszył  dalej 

lekko  zygzakując  i  śpiewając  im  dalej  od  nas,  tym  głośniej  -  o  dzieweczce,  co  szła  do 
laseczka, do zielonego. 

background image

 

117 

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

 

WALKA POD OLSZTYŃSKIM ZAMKIEM * BATURA W ROLI WYBAWCY * 

ZAGROśENIE śYCIA * POGODZENIE Z BATURA * GONITWA SAMOCHODÓW PO 

STARYM MIEŚCIE * ŚLEPA ULICZKA * BAZIAKOWI BRAKUJE AMUNICJI * 

WKROCZENIE POLICJI 

 

- Co teraz? - spytał Andrzej. 
- Wsiadam do Rosynanta i gnam do Olsztyna. Jest dwunasta, to zdąŜę akurat na czas. 

Włam mieli zacząć o pierwszej. 

- A my? - jęknął Łukasz. 
- Znów nas pan zostawia - dodał ponurym głosem Andrzej. 
- PrzecieŜ ktoś musi pilnować speca - odparłem bez przekonania. 
- Tak go pan przykuł, Ŝe za Chiny nie uwolni się. Zresztą, będzie myślał, Ŝe czuwamy 

na górze. Nie wiedział, Ŝe wyszliśmy. Spał. 

- No dobrze - odpowiedziałem po krótkim wahaniu, co chłopcy uczcili krótkim tańcem 

wojennym. 

Poszliśmy  do  garaŜu  po  Rosynanta.  Przy  okazji  zgromadziliśmy  sporo  mocnych 

sznurów i linek oraz szmat do kneblowania. 

Wyjechaliśmy z Zalewa. 
Po drodze odebrałem jeszcze od chłopców solenną przysięgę, Ŝe będą robić tylko to, co 

im  kaŜę  lub  to,  na  co  im  pozwolę.  Za  pięć  pierwsza  byliśmy  juŜ  w  Olsztynie. 
Dojechałem ulicą Bałtycką do skrzyŜowania z Konopnickiej. 

I  tu  złamałem  przepisy  o  ruchu  drogowym  skręcając  pod  prąd  w  jednokierunkową 

ulicę. Ale na swoje usprawiedliwienie podam, Ŝe musiałem tak zrobić. Tędy prowadziła 
najkrótsza  droga  pod  zamek,  jednocześnie  wartością  jej  było  to,  Ŝe  wiodła  z  góry,  co 
pozwalało  podjechać  pod  zamek  na  wyłączonym  silniku,  a  więc  bezszelestnie.  No  i 
właśnie  ze  względu  na  jednokierunkowość  ta  stroma  ulica,  skąd  mieliśmy  nadjechać, 
była mniej pilnowana. 

Wyłączyłem silnik i na luzie, cichutko potoczyliśmy się w dół. Przejechałem most na 

Łynie. Wjechałem na chodnik, by skorzystać z osłony krzaków. 

Ś

wiatło mające oświetlać zamek było wyłączone. Baziak działał. 

Zatrzymałem Rosynanta i włączyłem noktowizor w szperaczu. Na ekranie zobaczyłem 

merca  i  golfa,  które  były  podobnie  jak  Rosynant  schowane  w  krzakach.  Blisko  murów 
obronnych  stał  Ŝuk  pogotowia  energetycznego,  z  którego  dwóch  męŜczyzn,  zapewne 
Baziak  i  Trójka,  zdejmowało  drabiny.  Ktoś  jeszcze,  zapewne  Krystyna,  stał  z  boku. 
Przesunąłem  pokrętłem  szperacz  bardziej  w  prawo  i  zobaczyłem  kryjącego  się  za 
drzewem  Czwórkę.  Dwójki  nie  musiałem  szukać,  bo  z  powtarzania  planu  akcji  u 
Baziaka wiedziałem, gdzie się czai. 

- Brać sznurki i idziemy - powiedziałem do chłopców. 
Wziąłem ze schowka miotacz gazu i ruszyliśmy nisko kuląc się w cieniu krzaków. Noc 

była  ciemna,  ale  rozświetlona  w  okolicy  zamku  latarniami.  Z  rosnącej  na  dziedzińcu 
zamkowym lipy nawoływała sowa pójdźka. 

Wezwałem chłopców do siebie. 
-  Teraz  się  rozdzielimy.  Andrzej  idzie  dziesięć  metrów  za  mną,  Łukasz  dziesięć 

metrów  za  Andrzejem.  Masz  tu,  Łukasz,  telefon  komórkowy.  Jak  zobaczysz,  Ŝe 
wpadłem, wzywaj policję. Jasne? 

- Jasne - odpowiedzieli chłopcy. 

background image

 

118 

Nadal  pod  osłoną  krzaków  wolno  ruszyłem  do  przodu.  Wreszcie  usłyszałem  przed 

sobą  szelest.  Tam  stał  Czwórka.  Podniosłem  z  ziemi  spory  kamień  i  rzuciłem  przed 
siebie.  Upadł  z  łoskotem  w  krzaki.  Usłyszałem,  Ŝe  Czwórka  idzie  w  tamtą  stronę. 
Wyskoczyłem  z  kryjówki  i  podbiegłem  do  niego.  Ledwo  się  odwrócił,  a  juŜ 
potraktowałem  go  gazem.  Padł  na  ziemię  bez  jednego  słowa.  Machnięciem  ręki 
przywołałem chłopców. - Skrępować i zakneblować - rozkazałem szeptem. 

Chłopcy uporali się błyskawicznie z tym zadaniem. 
Zabrałem broń bandyty. 
Ruszyliśmy dalej w stronę, gdzie oczekiwałem Dwójki. Siedział na wtulonej w krzewy 

ławce.  Rzuciłem  kamieniem  raz  i  drugi.  Nie  zareagował.  Widocznie  przysnął  na 
posterunku! 

Powoli, starając się iść bezszelestnie, podszedłem do niego. 
Gdy stanąłem przed ławką zawołałem cicho: 
- Dwójka! 
Poderwał się. Akurat pod pięść. Trafiony podbródkowym opadł na ławkę. Związanego 

i zakneblowanego odciągnęliśmy w krzaki. 

“No - pomyślałem sobie - dobrze idzie. Dwóch juŜ mamy z głowy.” 
Zachowując uprzedni szyk ruszyliśmy w stronę zamku. 
Wspiąłem  się  na  drabinę  opartą  o  mur  obronny  zamku  i  ostroŜnie  wyjrzałem  znad 

wierzchołka muru. Obok mnie druga drabina prowadziła na dziedziniec między murem a 
zamkiem.  Trzecia  była  wsparta  o  mur  tuŜ  pod  jednym  z  okien.  Na  jej  szczycie  stała 
Krystyna  i  dłubała  we  framudze  jakimś  narzędziem.  Wreszcie  okno  otworzyło  się  z 
cichym  zgrzytem.  Jednocześnie  rozległ  się  dźwięk  brzęczyków  aparatury  alarmowej 
napełniając ciszę hałasem. Wnętrze zamku rozbłysło światłem. 

- Chodu! - krzyknął Trójka. 
- Spaprałaś robotę! - dodał Baziak podrywając się do ucieczki. 
- To ty schrzaniłeś - odcięła się Krystyna. - Mieli dodatkowe zasilanie! 
I juŜ cała trójka przepychając się biegła w stronę drabiny prowadzącej na mur. 
Zeskoczyłem ze swojej i przyczaiłem się w krzakach. Przepuściłem Trójkę i Krystynę 

biegnących w stronę samochodów, a gdy na drabinie ukazał się Baziak rzuciłem się na 
niego, chcąc go powalić jednym ciosem. Ale nie doceniłem przeciwnika. Błyskawicznie 
zeskoczył z drabiny i padając na ziemię przeturlał się w bok. W jego ręku błysnął ciemną 
oksydacją pistolet. Celnym kopnięciem wytrąciłem mu broń z ręki. 

- O Ŝesz ty! - syknął i rzucił się do ucieczki. 
Chciałem  biec  za  nim,  ale  z  cienia  za  mną  ktoś  wyskoczył.  Uchyliłem  się  przed 

pierwszym ciosem, ale drugi trafił mnie w szczękę. Przed oczyma rozbłysły setki gwiazd 
i ogarnęła mnie ciemność. 

Obudził mnie ból szczęki i szum w głowie. 
Choć związany, siedziałem na miękkim, najprawdopodobniej samochodowym fotelu. 
- Nie wygłupiajcie się, tylko pryskajcie stąd póki czas! Gliny zaraz tu będą! 
Ku swemu zdumieniu usłyszałem głos Batury. Otworzyłem oczy. 
Siedziałem  na  fotelu  obok  kierowcy  w  Rosynancie.  Przed  autem  stali  baziakowcy  i 

facet w kominiarce, który nie mógł być nikim innym jak tylko Jerzym Baturą. 

- Pan tu rozkazuje, panie Zero - odezwał się Baziak. - Chłopaki, zmywamy się. 
Baziakowcy niezgrabnie uścisnęli dłoń Jerzego i podreptali do stojącego opodal merca. 

Po chwili odjechali. 

background image

 

119 

Jerzy wsiadł do Rosynanta na miejsce kierowcy i zdjął kominiarkę. Popatrzył na mnie. 

Nasze spojrzenia się spotkały. 

- Ty draniu - powiedziałem z całym spokojem, na jaki w tej sytuacji było mnie stać. 
Jerzy wzruszył ramionami i spokojnie zapalił papierosa. 
- Oj, co ja robię - zmartwił się - jeszcze wylecimy w powietrze. Nachlapałem tu i tam 

trochę benzyny. 

- Pociągnąłem nosem. Rzeczywiście czuć było benzynę. 
- Ty podły draniu - warknąłem. 
- To tak nazywasz swego zbawcę? Przed chwilą uratowałem tobie i to po raz drugi tej 

nocy, Ŝycie. 

- Gdzie są chłopcy? - szarpnąłem się w więzach. - Co z nimi zrobiłeś?! 
-  Są  w  Rosynancie.  LeŜą  cicho  na  tylnym  siedzeniu.  Zakneblowałem  ich.  Teraz  to 

niepotrzebne,  ale  w  przyzamkowym  parku  mogli  narobić  wrzasku,  który  mógłby 
ś

ciągnąć nam kogoś na głowy, na przykład patrol. 

- A tamtych łotrów wypuściłeś z bronią! 
Ziewnął. 
- Został im tylko jeden P-64. Dwa, które znalazłem przy tobie, zaraz ci wręczę, a przy 

okazji  uwolnię  z  więzów.  Dogadywaliśmy  się  juŜ  nie  raz,  dogadamy  się  i  tym  razem. 
Ten  sierpowy,  którym  cię  zwaliłem,  wybacz,  ale  nie  było  czasu  na  dyskusje.  Teraz 
moŜemy porozmawiać. 

- Porozmawiać? PrzecieŜ policja... 
-  Czyś  ty  naprawdę  tak  zgłupiał,  Ŝe  myślisz,  iŜ  serio  wzywałbym  policję?  A  propos, 

masz  tu  telefon  komórkowy,  który  znalazłem  przy  jednym  z  twoich  muszkieterów. 
Zaraz... 

Błysnął spręŜynowym noŜem i poczułem, jak spadają ze mnie krępujące mnie sznury. 
- Uwolnij i chłopców. 
- Pod jednym warunkiem, Ŝe nie będą wrzeszczeć! 
Odwróciłem  się.  Chłopcy  juŜ  odzyskali  przytomność,  o  czym  dali  znać  gwałtownym 

szamotaniem. 

- Będziecie cicho? 
Pokiwali głowami. 
- MoŜesz ich uwolnić - powiedziałem do Jerzego. 
Raz jeszcze błysnął spręŜynowiec i chłopcy juŜ byli wolni. 
- Proszę pana - zaczął Łukasz - nie dało się. Od tyłu nas zachodził. Po kolei. 
- Inaczej bym się nie dał - dodał Andrzej. 
Zaśmiałem się. 
-  Przegrać  na  pięści  z  Baturą,  to  Ŝaden  wstyd.  Spójrzcie,  czy  ja  wyglądam  na 

zawstydzonego? 

- No nie, ale... 
- Dość. śadnych “ale”. Macie siedzieć cicho. Sądzę, Ŝe nasz poskromiciel i wybawca 

w  jednej  osobie  ma  nam  duŜo  do  powiedzenia.  Musiały  się  tu  dziać  rzeczy  ciekawe, 
podczas gdy my leŜeliśmy nieprzytomni. Interesuje mnie na przykład, jak to się stało, Ŝe 
oto trzymam dwa pistolety bandytów. CzyŜby Baziak oddał je z dobrej woli? 

- SkądŜe - zaśmiał się Jerzy - po prostu powiedziałem mu, gdy o nie pytał, Ŝe leŜą juŜ 

na  dnie  Łyny,  gdzie  ty  je  wyrzuciłeś,  zanim  cię  “uspokoiłem”.  Jesteście  tu  cali  i  Ŝywi 
dlatego,  Ŝe  w  pewnym  momencie  ingerencja  Pawła  w  zaplanowaną  przeze  mnie  akcję 

background image

 

120 

“Wystawa” doprowadziła do tego, Ŝe moi - wstyd tak powiedzieć, ale trudno - podwładni 
postanowili was zabić, co mnie zmusiło do działania na waszą rzecz. Niech cię, Pawle, 
nie zmyli obrona twojej osoby przez Krystynę. Nie wiem, dlaczego cię broniła, ale kto 
zrozumie kobietę. Tutaj z kolei ona była najgorętszą zwolenniczką zlikwidowania ciebie 
i  tych  młodych  ludzi.  Motywowała  to  zagroŜeniem  nas  wszystkich  i  koniecznością 
uwolnienia  speca.  Nie  dziwne  to,  Pawle?  Bo  u  Baziaka  pogodziła  się  ponoć  z  wpadką 
speca, czyli Witolda (choć jakie jest jego prawdziwe imię, nikt nie wie). 

- Skończyło się jego szczęście - mruknąłem. 
-  Wątpię.  Na  zbyt  długo  zostawiliście  go  samego  bez  opieki.  A  to  zdolny  człowiek  - 

zaśmiał się Jerzy cicho - bardzo zdolny... Ale wracając do tematu. Wierz mi, Pawle, Ŝe 
dopiero dzisiaj dowiedziałem się od Baziaka, Ŝe jesteś zamieszany w naszą akcję. A Ŝe 
za uratowanie Kindze Ŝycia byłem ci winien wiele, słysząc o zagroŜeniu Ŝycia twojego i 
chłopców, postanowiłem was ratować. Ale ratując was skazywałem jednocześnie siebie 
na  utratę  wolności.  Jedynym  wyjściem  było  odwołanie  włamania  do  zamku.  Dopiero 
wtedy uratowanie was niczym nie groziło, a i to jeszcze zaleŜało od waszej dobrej woli. 
Tak,  tylko  wy  stanowiliście  dla  mnie  zagroŜenie.  Bo  nikt  z  baziakowców  ani  Krystyna 
nie  zna  mego  prawdziwego  nazwiska  ani  adresu.  Jedynie  Krystyna  widziała  mnie  jako 
tako  “prawdziwego”.  Na  przykład  dzisiaj  wystąpiłem  w  kominiarce,  co  zresztą 
zwiększyło  szacunek  bandy  do  mnie.  CóŜ,  akcję  trzeba  było  odwołać...  ZajeŜdŜałem 
właśnie  pod  zamek,  gdy  z  daleka  zobaczyłem  charakterystyczny  kształt  Rosynanta. 
Zrozumiałem, Ŝe jakimś sposobem udało ci się uwolnić. Jesteś tu i działasz. Powolutku i 
nie  rzucając  się  w  oczy  wędrowałem  pod  zamek,  gdy  natknąłem  się  na  ostatniego  z 
twych przyjaciół. Po ojcowsku skarciłem dłonią, aby swym zachowaniem nie zepsuł mi 
pracy. 

- Patałach - stęknął Andrzej kiwając palcem na Łukasza. 
- A ty niby lepszy? - Ŝachnął się Łukasz. - Kto dostał w łeb następny? 
- Cicho! - nakazałem. - Ja teŜ dostałem, a nie wrzeszczę. 
-  Potem  udało  mi  się  uciszyć  drugiego  młodzieńca  -  ciągnął  Jerzy.  -  A  na  koniec, 

rzekłbym na deser - zaśmiał się - trafiłem na samego mistrza zeskakującego z drabiny. I 
dobrze, Ŝe go załatwiłem jednym ciosem, bo pewnie czekałaby mnie cięŜka walka. 

- Jakbyś zgadł - mruknąłem - ale gadaj dalej. 
Jerzy skłonił się uprzejmie. 
-  JuŜ  mówię.  Uciszywszy  ciebie  ruszyłem  nie  kryjąc  się  zbytnio  w  kierunku,  dokąd 

uciekli  Józek  z  Trójką.  Gdy  mnie  zobaczyli,  to  tylko  wrodzonej  tępocie  Baziaka 
zawdzięczam, Ŝe mnie od razu nie zastrzelił. ZdąŜyłem wykrzyknąć hasło. Przyznam, Ŝe 
z wielką uwagą Baziak i Trójka przyjęli wiadomość o twoim uwolnieniu się z kajdanek 
w  Zalewie.  Tylko  Szóstka  zachowała  spokój  i  powiedziawszy:  “To  ja  Ŝegnam!” 
szykowała  się  do  odejścia  do  swego  golfa.  Pocieszałem  ich,  Ŝe  jesteście  juŜ  uciszeni  i 
związani. “A gdzie Dwójka i Czwórka?” - krzyknął Baziak. “Zapewne Paweł uciszył ich 
po  drodze  -  odparłem.  -  Niech  Trójka  idzie  na  miejsce,  gdzie  mieli  czuwać  i  poszuka. 
Ręczę,  Ŝe  coś  znajdzie”.  Poczekaliśmy.  Trójka  wrócił  z  dwoma  pozostałymi  numerami 
lekko  się  jeszcze  zataczającymi  od  zamroczenia.  Wstałem  z  ławki:  “Teraz,  kiedy 
jesteście  juŜ  w  kupie  -  powiedziałem  -  dowiedzcie  się  najwaŜniejszego.  Trzeba  zwijać 
interes. Za dziesięć minut będą tu gliny.” 

“To  ja  Ŝegnam”  -  powtórzyła  Krystyna  i  ruszyła  do  swego  wozu.  “A  my,  co  mamy 

robić?” - spytał zrozpaczony Baziak. “TeŜ się zmywać i to szybko” - doradziłem. “Ale 

background image

 

121 

przecieŜ  ten  Paweł  i  gówniarze  nas  wsypią”  -  jęknął.  “Nie  wsypią  -  odparłem  -  bo  nie 
będą juŜ Ŝyli. Spalę ich w samochodzie, którym przyjechali. Upozoruję zwarcie.” 

- Kiepski pomysł - powiedziałem. - Rosynant to ropniak. 
Jerzy skinął głową. 
- Zapewne trzeba być Baziakiem, aby w to wszystko uwierzyć. Mieli co prawda pewne 

wątpliwości, ale kiedy kazałem przenieść was do Rosynanta, wątpliwości znikły. Jeszcze 
tylko drobne ponaglenie i baziakowcy odjechali narzekając, Ŝe taka fucha przepadła. 

- A co będzie z tobą? - spytałem niepewnie. 
Jerzy popatrzył na mnie spod oka. 
-  No  cóŜ.  Zdałem  się  na  twoją  dobrą  wolę.  Jeśli  zechcesz  wziąć  pod  uwagę,  Ŝe 

uratowałem wam Ŝycie... 

-  Ale  tamci,  którym  darować  nie  zamierzam?  W  razie  wpadki  tak  samo  nie  darują 

tobie. 

Jerzy spokojnie przypalił kolejny papieros. 
-  List  gończy  sporządzony  na  podstawie  ich  zeznań  będę  mógł  sobie  powiesić  na 

drzwiach swego mieszkania. 

- A Szóstka, czyli Krystyna? Nie obawiasz się jej? 
- Musiałby znaleźć się ktoś, kto by jej podał moje dane. Tak moŜe słuŜyć policji tylko 

mym dość mglistym opisem, bo nawet wąsów, jak widzisz, juŜ nie noszę. Tak więc moje 
- bo to ja je wymyśliłem - dziecinne numery i ponarzynane floreny nie były tak zupełnie 
bez sensu. 

- Twierdzisz więc, Ŝe mogę spokojnie napuszczać policję na całą resztę gangu, a tobie 

nic nie grozi. 

Kiwnął głową. 
- A jeśli... jeśli ci daruję, to co zamierzasz? 
Udał zdziwionego. 
- Czy nie mówiłem ci na jeziorze? śenię się z Kingą. 
- No to Ŝyczę wam szczęścia - wyciągnąłem do mego przeciwnika dłoń. 
Uścisnął  ją  serdecznie.  Przyjął  jeszcze  jakby  wymuszone  gratulacje  i  Ŝyczenia  od 

Andrzeja i Łukasza. I juŜ go nie było. Opodal zawarczał silnik opla, błysnęły światła... 

- Pan rzeczywiście mu daruje? - spytał ze zdziwieniem Łukasz, który wietrzył w moim 

zachowaniu podstęp. 

Oburzyłem się. 
- A co ty myślisz?! PrzecieŜ gdyby nie on, juŜ byśmy nie Ŝyli! 
Chłopcy pokręcili głowami. 
- PrzecieŜ on najpierw nas pokonał - odezwał się Andrzej - a dopiero potem darował 

Ŝ

ycie. 

- Tak - dodał Łukasz. - Gdyby nie on, pokonałby pan Baziaka, Trójkę, Ŝe o Krystynie 

nie wspomnę. I nikt nie musiałby darować nam Ŝycia, bo cała szajka siedziałaby juŜ za 
kratkami. 

- Głupio gadasz - obruszyłem się. - Jerzy bronił swojej wolności, a zrobił to w sposób, 

na który stać byłoby niewielu: uratował nam Ŝycie. CzegóŜ chcieć więcej? 

- No niby tak - mruknął Łukasz. 
-  Cieszę  się,  Ŝe  zgadzacie  się  ze  mną  -  odpowiedziałem  ironicznie  i  sięgnąłem  po 

telefon komórkowy. - Pora zająć się resztą szajki. PoniewaŜ damy mają pierwszeństwo, 
zaczniemy od Krystyny, czyli Szóstki. 

background image

 

122 

Wystukałem numer szefa. Chwilę trwało, zanim rozległ się w aparacie zaspany głos: 
- Słucham... 
- To ja, panie Tomaszu, Paweł. 
- Czy wiesz, Pawełku, która godzina? - wysapał szef. 
-  Wiem.  I  dlatego  dzwonię.  Proszę,  Ŝeby  pan  uczulił  straŜ  graniczną  i  policję  na 

Krystynę,  przepraszam,  Christine  Witteck,  podającą  jako  miejsce  zamieszkania  Bonn, 
Kóniginstrasse 6z4. Samochód: błękitny golf rocznik 1997 na niemieckich numerach BN 
SB 907. 

- I o co mam oskarŜyć tę Christine, alarmując po nocy wysokie władze tych zacnych 

słuŜb? 

Zatkało mnie. 
W  rzeczywistości  oskarŜenie  moje  było  kruche:  udział  w  uwięzieniu  mnie,  próba 

włamania  do  zamku.  No  i  wreszcie,  teŜ  tylko  zamierzony,  przemyt  skradzionych  dzieł 
sztuki. 

- Niech ją zatrzymają za próbę włamania do olsztyńskiego zamku. 
- Takiś pewny tej próby? - szef, jeszcze nie rozbudzony, był w złym humorze. 
- Tak. I proszę podać moje dane jako świadka. - A my? 
- I proszę dodać jeszcze dwóch świadków: Łukasza Łobockiego i Andrzeja Bienia. 
- I kogo jeszcze? 
-  Czterech  członków  gangu,  z  których  tylko  jednego  znam  z  nazwiska:  Józef  Baziak. 

Ale wszyscy potwierdzą po schwytaniu udział Witteck w próbie włamania, no i udział w 
uwięzieniu mnie... 

- Niech ci będzie - sapnął szef - ale jak mi jeszcze raz zginiesz na tydzień bez śladu, a 

potem będziesz mnie budził po nocy... - nie dokończył, tylko odłoŜył słuchawkę. 

Byłem mu wdzięczny za tę delikatność. 
- A baziakowcy? - poderwał się Łukasz. - Wezwie pan teraz policję na nich? 
Uśmiechnąłem się. 
- Spoko. Odjechali stąd kilkanaście minut temu. Nie będą jechać szybko, bo nie chcą 

narazić się drogówce. Ruszymy za nimi! 

- Jak długo będziemy ich gonić? - spytał Andrzej. 
-  AŜ  do  samego  Zalewa.  Jeśli  nie  dogonimy  ich  po  drodze,  to  w  Zalewie  wezwiemy 

policję. Nie wcześniej! 

- A co zrobimy, jak ich dogonimy? - spytał nieco drŜącym głosem Łukasz. 
Faktycznie, nie pomyślałem o tym, bardziej licząc na swoje umiejętności walki wręcz 

niŜ  na  broń  palną,  a  bandyci  mieli  jeden  pistolet.  Myśmy  mieli  dwa,  ale  czy  moŜna 
naraŜać chłopców na udział w strzelaninie? 

Mimo to postanowiłem zaryzykować. 
- Słuchajcie - odwróciłem się do chłopców - jeden pistolet będzie dla mnie. Drugi dla 

ochotnika. Jest zarepetowany, a tu jest bezpiecznik. Wystarczy go przesunąć i broń jest 
gotowa do strzału. No, który bierze pistolet? 

Łukasz pierwszy wyciągnął rękę. 
- Brawo - podałem mu P-64. - Tylko ostroŜnie, Ŝebyś się nie postrzelił albo nie trafił 

któregoś z nas. 

- A co mam robić, jak juŜ dogonimy Baziaka. 
-  Jeśli  się  zatrzymamy,  wyskoczysz  i  przyklękniesz  za  otwartymi  drzwiami. 

Najgłośniej jak moŜesz krzykniesz: “Ręce do góry, bo strzelam!” 

background image

 

123 

- A jeŜeli oni nie posłuchają? 
- Jeśli zaczną uciekać, wtedy nic nie rób. Jeśli spróbują zaatakować, wtedy musisz juŜ 

strzelać. Celuj nisko, najlepiej w nogi... 

Przesiadłem się na miejsce kierowcy. Łukasz zajął moje. 
- A teraz w drogę! 
Zawróciłem ostro i popędziliśmy w górę ulicą Nowowiejskiego, a potem Konopnickiej 

i skręciliśmy pod wiadukt na Bałtyckiej. Byliśmy juŜ na prostej drodze do Morąga i dalej 
do Zalewa. 

WyjeŜdŜaliśmy z Olsztyna... JuŜ w Gutkowie zobaczyłem biały mercedes ruszający z 

pętli MPK. Zatrzymał się, aby nas przepuścić... 

- To Baziak! Poznaję numer! - wrzasnął Łukasz. 
Wcisnąłem hamulec. 
Mercedes wyskoczył z pętli i pomknął w stronę Olsztyna. 
- Za nim! - krzyknął Andrzej. 
Cofnąłem Rosynanta do pętli i zawróciłem w ślad za mercem. Pełen gaz i juŜ po chwili 

mieliśmy światła uciekających przed sobą... 

Baziak nie dawał się wyprzedzić. Cały czas jechał środkiem szosy. 
Nagle przez otwarte okno usłyszałem z przodu głuchy trzask i jęk rykoszetującego na 

karoserii pocisku. 

- Strzelają do nas - powiedziałem do chłopców. 
- A jak trafią - zaniepokoił się Andrzej. 
- Nie martw się. Rosynant jest kuloodporny. Przynajmniej jeśli chodzi o pociski tego 

kalibru. 

Naliczyłem  dziewięć  strzałów.  Baziakowcy  byli  więc  bezbronni,  bo  raczej 

nieprawdopodobne  było,  Ŝeby  na  taką  spokojną  robotę  jak  włamanie  do  zamku  brali 
zapasowe  magazynki.  Dwójka  i  Czwórka,  których  obszukałem  zabierając  im  pistolety, 
nie mieli dodatkowej amunicji. 

-  Bałtycka,  Grunwaldzka  -  Łukasz  monotonnie  wyliczał  ulice,  którymi  pędziliśmy.  - 

Uwaga! 

Baziak  łamiąc  wszelkie  przepisy  przeciął  ulicę,  którą  jechał  i  pognał  w  górę  Prostej, 

przeznaczonej dla pieszych. 

Co było robić? Pojechałem za nim. 
Baziak wodził nas po Starym Mieście, które kilkanaście razy objechaliśmy w kółko, aŜ 

wreszcie z tyłu dala się słyszeć syrena radiowozu. Baziak wyprysnął ze Starego Miasta 
zablokowaną  dla  ruchu  Staromiejską  (widocznie  ktoś  odsunął  blokujące  przejazd 
betonowe  donice  z  kwiatami).  Skręcił  pod  prąd  z  ulicy  11  Listopada  w  Curie-
Skłodowskiej.  Odskoczył  od  nas  kawałek  i  pewnie  myślał,  Ŝe  juŜ  go  nie  widzimy,  bo 
skręcił w lewo, w wąską uliczkę. 

- To ulica Karola i Roberta Małłków - zawołał Łukasz. - Ona jest ślepa. Nie wyjadą z 

niej! 

Rzeczywiście merc Baziaka miotał się po placyku, próbując znaleźć wyjazd. Wreszcie 

ruszył w naszą stronę. Zajechałem mu drogę. 

- Łukasz i Andrzej - krzyknąłem - zablokujcie drzwi ze swej strony! - i wyskoczyłem z 

Rosynanta.  Baziak  i  jego  kompani  tak  samo  szybko  wyskoczyli  z  merca.  JuŜ 
podbiegali... 

- Stać, bo strzelam! - skierowałem w ich stronę mój P-64. 

background image

 

124 

Zatrzymali się. 
- OdłóŜ tego gnata - warknął Baziak groŜąc swoim pistoletem - jeśli chcesz być Ŝywy. 
- To strzelaj - odpowiedziałem spokojnie. 
W ciszy, która zapadła, wyraźnie dał się słyszeć szczęk spustu pistoletu Baziaka. Strzał 

nie padł. Zabrakło amunicji. 

-  Ciekawe,  czy  ty  strzelisz?  Lepiej  odłóŜ  broń,  pókim  dobry  -  Baziak  postąpił  krok 

naprzód. 

Wycelowałem w trzymany przez niego pistolet i nacisnąłem spust. Padł strzał. Pocisk 

zrykoszetował  od  broni  Baziaka  i  płyty  chodnikowej.  Broń  wypadła  z  ręki  bandyty  na 
chodnik z głośnym stukiem. 

Baziak cofnął się odruchowo. 
-  No,  dalej  -  zawołałem.  -  Wszyscy  ręce  do  góry.  I  nie  próbować  ucieczki,  bo  i  tak 

wiadomo, gdzie was szukać. Stanąć tu przed mercedesem... 

Niechętnie, ale posłuchali. 
U wylotu uliczki juŜ było słychać syrenę policyjnego radiowozu. Chwila i otaczali nas 

policjanci. 

-  A  mówił  pan,  Ŝe  ja  teŜ  będę  strzelał  -  z  pretensją  w  głosie  odezwał  się  Łukasz, 

podczas gdy policjanci nas rewidowali i czekaliśmy na drugi pojemniejszy radiowóz, do 
którego miano nas zapakować. 

-  Dziękuj  Bogu,  Ŝe  tak  się  skończyło.  I  módl  się,  abyś  nigdy  nie  musiał  strzelać  do 

człowieka, a nawet do zwierzęcia. 

 
TejŜe  nocy  ujęto  w  Zalewie  speca,  jak,  mimo  tego,  Ŝe  skuty  łańcuchem,  próbował 

otworzyć  swoją  toyotę  corollę.  Nad ranem na przejściu w  Kołbaskowie  straŜ  graniczna 
zatrzymała Szóstkę, czyli Krystynę. 

Tylko po panu Zero wszelki ślad zaginął... 

background image

 

125 

ZAKOŃCZENIE 

 

Pewnego  lipcowego  wieczora  siedzieliśmy  z  Łukaszem  w  jerzwałdzkim  lesie  pod 

dębami  pisarza.  Zachodzące  słońce  barwiło  złotem  i  czerwienią  otaczające  nas  drzewa. 
Gdzieś zastukał dzięcioł. Na niedalekiej porębie zaszczekał sarni koziołek. 

W zamyśleniu rozwaŜaliśmy słowa: “Potrzebujesz - weź. Masz duŜo - dołóŜ i zaczekaj 

aŜ przyjdzie inny. Z pierwszego patrz na trzeci...” 

- MoŜe tu chodzi o kolejność dębów? - zastanowił się Łukasz. 
Podszedł do pierwszego dębu i wpatrzył się w trzeci. 
- Tak ze cztery metry nad ziemią, powyŜej gałęzi, widzę dziuplę. 
Stanąłem obok niego. 
Rzeczywiście w szarosrebrnym pniu widniał ciemny otwór. 
Przeszliśmy  pod  trzeci  dąb.  Podsadziłem  Łukasza.  Wgramolił  się  na  gałąź  i  sięgnął 

dziupli. 

- Mam! - sapnął. W ręku trzymał jakieś zawiniątko. 
Opuścił się po pniu na ziemię. 
- Niech pan zobaczy. 
Wziąłem do ręki wilgotny skórzany woreczek. Taki kapciuch uŜywany przez fajczarzy 

na  tytoń.  OstroŜnie  rozsupłałem  zawiązujący  go  rzemień.  Kapciuch  był  cięŜki  jak  na 
swoje rozmiary. Rozszerzyłem jego otwór i przechyliłem nad dłonią... 

Posypały się złote pieniąŜki. 
- Floreny - szepnął Łukasz. - Floreny z Zalewa. 
 
 
 
 
 
 

KONIEC