background image

DIANA PALMER

BIAŁY ŚLUB

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- W życiu nie wyjdę za mąż! - zawodziła Vivian. - On nigdy mi nie pozwoli zaprosić 

tu Whita. Chciałam tylko, żeby przyszedł na kolację, a teraz muszę do niego zadzwonić i 

wszystko odwołać! Mack jest wstrętny!

-   No,   uspokój   się,   wszystko   będzie   dobrze...   -   Natalie   Brock   objęła   młodszą 

przyjaciółkę. - On nie jest wstrętny. Po prostu nie rozumie, co czujesz do Whita. Poza tym 

musisz pamiętać, że od siedmiu lat Mack jest za ciebie całkowicie odpowiedzialny.

- Ale on jest moim bratem, a nie ojcem. - Vivian otarła z policzków łzy.  - Mam 

dwadzieścia dwa lata - dodała. - Nie może mi mówić, co mam robić!

-   Może,   na   ranczu   Medicine   Ridge   Mack   wszystko   może   -   odpowiedziała   lekko 

drwiącym tonem Natalie. - On jest tu wielkim wodzem.

- Tylko dlatego, że tata mu je zostawił!

- No niezupełnie. Twój ojciec zostawił mu ranczo zadłużone do tego stopnia, że bank 

starał się przejąć całą ziemię. - Powiodła wzrokiem po okazałym salonie, urządzonym w stylu 

wiktoriańskim. - To wszystko Mack zdobył swoją ciężką pracą.

- Więc McKinzey Donald Killain może robić, co mu się podoba, i wszystkimi rządzić, 

tak?

Dziwnie zabrzmiało jego pełne imię i nazwisko. Od lat wszyscy z okolic Medicine 

Ridge  w  Montanie   nazywali   go  Mack.  To  było   zdrobnienie  pierwszego   imienia,  którego 

większość z jego szkolnych kolegów nie potrafiła wymówić.

- On tylko chce, żebyś była szczęśliwa - powiedziała łagodnie Natalie, całując Vivian 

w rozpalony policzek. - Pójdę z nim porozmawiać.

- Zrobisz to? Naprawdę? - W jasnoniebieskich oczach Vivian zapłonęła nadzieja.

- Naprawdę.

- Nat, jesteś moją jedyną prawdziwą przyjaciółką - powiedziała z żarem w głosie. - 

Nikt inny w tym domu nie ma odwagi powiedzieć mu cokolwiek.

- Bob i Charles czuliby się niezręcznie, mówiąc mu, co ma robić. - Natalie stanęła w 

obronie   chłopców.   -   Mack   miał   niewiele   ponad   dwadzieścia   lat,   kiedy   przyjął 

odpowiedzialność za całą waszą trójkę.

Teraz   był   dwudziestoośmioletnim   mężczyzną,   szorstkim   i   niecierpliwym,   którego 

większość ludzi po prostu się bała. A Natalie, już jako kilkunastoletnia dziewczyna, potrafiła 

żartować z Macka i droczyć się z nim. Uwielbiała go, pomimo jego porywczości i częstych 

napadów złego humoru, które w dużej mierze brały się stąd, że widział tylko na jedno oko. 

background image

Ona o tym wiedziała.

Wkrótce   po   wypadku,   w   którym   łatwo   mógł   zginąć   albo   zupełnie   stracić   wzrok, 

powiedziała mu, że w opasce założonej na lewe oko wygląda jak zabójczo przystojny pirat. 

Kazał jej iść do domu i pilnować własnego nosa.

Nie   przejęła   się   tym   i   nadal,   również   po   powrocie   Macka   ze   szpitala   do   domu, 

pomagała   Vivian   opiekować   się   nim.   Nie   było   to   łatwe.   Natalie   kończyła   wtedy   szkołę 

średnią. Rok wcześniej przeprowadziła się z sierocińca, w którym spędziła większość życia, 

do swojej niezamężnej ciotki. Pani Barnes nie przepadała za Mackiem Killainem, chociaż nie 

odmawiała mu szacunku. Natalie, chcąc opiekować się Mackiem, musiała codziennie błagać 

swoją   ciotkę,   żeby   zawiozła   ją   do   szpitala,   a   potem   na   ranczo   Killainów.   Starsza   pani 

uważała, że to zadanie Vivian, a nie Natalie - ale Vivian nie miała na swojego brata żadnego 

wpływu. Pozostawiony samemu sobie, Mack zamiast leżeć w łóżku, zabrałby się ze swoimi 

ludźmi pod północną granicę, żeby pomóc im znakować cielęta.

Na początku lekarze obawiali się, że stracił całkowicie wzrok. Potem okazało się, że 

jego   prawe   oko   wciąż   funkcjonuje.   W   dniach   niepewności   Natalie,   lekceważąc   protesty 

Macka,   nie   odstępowała   go   na   krok.   Paplała   jak   najęta,   kiedy   wpadał   w   przygnębienie, 

rozweselała, go, kiedy chciał uciekać. Robiła wszystko, żeby nie pozwolić mu się poddać, i 

wkrótce stan jego zdrowia zaczął się wyraźnie poprawiać.

Pozbył się jej towarzystwa, gdy tylko stanął na nogi, a ona nie protestowała. Znała go 

jak swoje pięć palców, z czego on zdawał sobie sprawę i czuł się z tym nieswojo. Nie chciał 

mieć w niej przyjaciółki i wyraził to dostatecznie jasno. Nie nalegała. Jako sierota miała wiele 

okazji, żeby się zahartować. Jej ciotka wzięła ją do siebie dopiero wtedy, gdy przeszła zawał 

serca i potrzebowała kogoś, kto by się nią zaopiekował. Natalie chętnie skorzystała z pro-

pozycji, nie tylko dlatego, że miała dosyć życia w sierocińcu, ale również i z tego powodu, że 

ciotka   mieszkała   w   sąsiedztwie   rancza   Killainów.   Odtąd   Natalie   odwiedzała   niemal 

codziennie swoją nową przyjaciółkę, Vivian. Dopiero kiedy umarła niespodziewanie stara 

pani Barnes, zostawiając jej w spadku pokaźne oszczędności, mogła sobie pozwolić na studia 

w college'u i utrzymanie małego domu, który odziedziczyła po ciotce.

Żyła   skromnie   i   radziła   sobie   zupełnie   nieźle.   Pieniądze   już   prawie   wydała,   ale 

kończyła studia z dobrymi ocenami i miała obiecaną posadę nauczycielki w miejscowej szko-

le podstawowej. Musiała tylko zdać końcowe egzaminy, żeby uzyskać dyplom. W wieku 

dwudziestu dwóch lat żyło jej się znacznie lepiej niż kiedy była sześcioletnim dzieckiem, 

zabranym do sierocińca, po tym, jak oboje rodzice zginęli w pożarze. Podobnie jak Mackowi, 

los nie oszczędził jej cierpień i zgryzot.

background image

Ale   uczenie   dzieci   było   cudowne.   Uwielbiała   pierwszaków,   takich   otwartych, 

kochanych i ciekawych życia. To miała być jej przyszłość. Od kilku tygodni spotykała się z 

Dave'em   Markhamem,   wychowawcą   szóstej   klasy.   Nikt   nie   wiedział,   że   byli   bardziej 

przyjaciółmi   niż   romantyczną   parą.   Dave   stracił   głowę   dla   urzędniczki   agencji   ubez-

pieczeniowej, która, niestety, robiła słodkie oczy do jednego z kolegów z pracy. Natalie nie 

była zainteresowana małżeństwem, przynajmniej w najbliższym czasie. Raz tylko, w ostatniej 

klasie szkoły średniej, zadurzyła się w starszym od siebie nastolatku. Kiedy właśnie zaczął ją 

zauważać, zginął w kraksie samochodowej, w drodze powrotnej z wyprawy na ryby. Utrata 

rodziców, a potem jedynego bliskiego jej chłopaka nauczyła ją, że miłość jest niebezpieczna. 

A ona pragnęła czuć się bezpiecznie. Chciała być sama.

Poza tym, w przeciwieństwie do wielu nowoczesnych młodych kobiet, nie wyobrażała 

sobie związku, którego jedynym celem byłby seks. Nie miała zamiaru zakochiwać się i nie 

szukała partnera do łóżka, więc przed poznaniem Dave'a w ogóle nie chodziła na randki.

Raz tylko namówiła Macka, żeby zabrał ją na potańcówkę, ale on był o wiele starszy 

od chłopców z jej college'u. Mimo to czuła się w jego towarzystwie jak królowa balu. Mack 

był bardzo atrakcyjnym mężczyzną, chociaż nie grzeszył salonowymi manierami. W kilka 

godzin udało mu się wyprowadzić z równowagi mnóstwo ludzi. Sprawiał wtedy wrażenie, 

jakby   złościł   go   cały   świat,   a   szczególnie   Natalie.   Nigdy   więcej   nie   zaproponowała   mu 

wspólnego wyjścia.

Tak   naprawdę,   jego   irytujący   sposób   bycia   zupełnie   Natalie   nie   przeszkadzał. 

Podziwiała go za nazywanie rzeczy po imieniu, za to, że mówił bez ogródek, co myśli, nawet 

gdy było to źle widziane. Ona też potrafiła otwarcie bronić swoich racji, a zawdzięczała to 

Mackowi. Uczył ją odwagi, odkąd zaprzyjaźniła się z jego siostrą. Zmuszał, żeby chodziła z 

podniesioną głową, żeby walczyła  o swoje, zamiast  użalać się nad sobą i płakać. Dzięki 

niemu stała się wystarczająco silna, żeby nie ugiąć się pod byle ciosem.

Pamiętała, że tamtego wieczoru, kiedy wracali z zabawy, okropnie się pokłócili. Mack 

zostawił ją przed domem, sztyletując wściekłym wzrokiem i raniąc jakąś zgryźliwą uwagą. O 

jedną za dużo. Miała ochotę go wtedy zabić, ale zbyt dużo ich łączyło, żeby z powodu jednej 

awantury obrazić się na dobre.

Mack   miał   dwadzieścia   osiem   lat,   ale   wyglądał   na   o   wiele   starszego.   Brzemię 

odpowiedzialności,   które   dźwigał   na   swoich   barkach,   pozbawiło   go   prawdziwego 

dzieciństwa. Jego matka umarła młodo, a ojciec pogrążył się w pijaństwie i zaczął dręczyć 

dzieci. Mack stawiał mu się hardo, często biorąc na siebie razy przeznaczone dla pozostałej 

trójki. W końcu ojciec dostał wylewu i został umieszczony w zakładzie opiekuńczym, a Mack 

background image

zajął się młodszym rodzeństwem. Aby utrzymać dom, pracował jako mechanik w mieście. 

Miał dwadzieścia jeden lat, kiedy zmarł jego ojciec, zostawiając mu trójkę nastolatków do 

wychowania.

I zupełnie nieźle sobie radził. Inwestował rozsądnie w farmę, kupił stado dobrego 

bydła i zaczął hodować własną odmianę rasy czerwony angus. Udawało mu się wszystko, do 

czego się zabrał. Przyszłość jawiła się w coraz jaśniejszych kolorach, aż do pechowego dnia, 

kiedy koń zrzucił go na pastwisku z grzbietu - prosto pod kopyta potężnego byka, który go 

natychmiast zaatakował. Gdy Mack, próbując się ratować, chwycił zwierzę za rogi, został 

ugodzony rogiem w twarz. Stracił, niestety, jedno oko. Jego męska uroda nie poniosła innego 

uszczerbku. Nadal robił oszałamiające wrażenie na kobietach... dopóki nie otworzył ust. To 

przez swój brak towarzyskiej ogłady utrzymał się tak długo w kawalerskim stanie.

Natalie zostawiła płaczącą Vivian w salonie i poszła do stajni, gdzie spodziewała się 

znaleźć   jej   brata.   Weszła   cicho   do   środka,   oparła   się   o   drzwi   i   przez   chwilę   patrzyła   z 

uśmiechem, jak Mack bawi się na klęczkach ze szczeniakiem collie. Uwielbiał swoje psy, i 

była to miłość odwzajemniona.

- Pani pedagog podgląda farmerskie życie? - Podniósł głowę, jak gdyby wyczuł jej 

obecność.

Uśmiechnęła się pobłażliwie, przyzwyczajona do jego uwag.

- Patrzę, jak żyją bogacze, panie wielki hodowco bydła - odparowała. - Vivian mówi, 

że nie pozwolisz jej ukochanemu przestąpić progu waszego domu.

- A ty co, robisz za dziewicę ofiarną, żeby mnie zmiękczyć? - spytał, zbliżając się do 

niej niebezpiecznie szybkim krokiem.

- Nie możesz mieć bladego pojęcia, czy jestem dziewicą - odpowiedziała z duszą na 

ramieniu, kiedy podszedł do niej na wyciągnięcie ręki.

Odburknął coś grubiańsko i z drwiącym uśmieszkiem czekał na jej reakcję.

Natalie, nie dając się sprowokować, odpowiedziała mu takim samym uśmiechem.

Wyraźnie zbity z tropu, przeczesał palcami kruczoczarne włosy i wcisnął na głowę 

kapelusz.   Potem   zmierzył   ją   wyzywającym   wzrokiem.   Była   w   luźnych   dżinsach   i 

bladożółtym swetrze z trójkątnym dekoltem. Miała krótkie ciemne włosy, lekko kręcone, i 

szmaragdowozielone   oczy.   Nie   była   bardzo   ładna,   ale   jeśli   mogła   być   za   coś   naprawdę 

wdzięczna naturze, to za te oczy, i delikatne, pięknie wykrojone usta. Czuła się skrępowana, 

bo uwagę Macka najbardziej przyciągała teraz jej figura.

- W zeszłym roku z tym jej ukochanym córka Henry'ego zaszła w ciążę - powiedział, 

patrząc jej w oczy.

background image

Natalie zaniemówiła z wrażenia.

- Do głowy by ci nie, przyszło, prawda? Ty i Viv jesteście takie same.

- Słucham?

- Macie fatalny gust w wyborze mężczyzn.

- A już ci miałam powiedzieć, że jesteś taki pociągający!

- Przestań chrzanić - wycedził lodowatym tonem.

- O, strasznie jesteś dzisiaj przewrażliwiony.

- Czego chcesz? Jeśli chodzi o zaproszenie na kolację tego faceta, zgadzam się pod 

warunkiem, że ty też przyjdziesz.

Zaskoczył ją. Zwykle nie mógł się doczekać chwili, kiedy zniknie z jego domu.

- W trójkę będzie bezpieczniej? - mruknęła pod nosem.

- W czwórkę. Nie policzyłaś mnie. A właściwie w szóstkę. Jest jeszcze Bob i Charles.

- Rozumiem, że moja obecność jest ci potrzebna do tego, żeby liczba była parzysta.

- Przyjdź w sukience. - Jego głos, podobnie jak wyraz twarzy, nie zdradzał żadnych 

emocji.

- Słuchaj, czy ty planujesz jakiś pogański obrzęd ofiarny?

- Włóż coś z głębokim dekoltem.

- Przestań się gapić na mój biust! - krzyknęła, oburzona, krzyżując ręce na piersi.

- To noś biustonosz.

- Noszę biustonosz! - Czuła, jak pąsowieje jej twarz.

- Noś grubszy biustonosz.

- Nie wiem, co w ciebie wstąpiło!

Uniósł brew i prześliznął taksującym wzrokiem po jej ciele.

- Chuć - odparł rzeczowo. - Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem z kobietą w łóżku.

Natalie zdrętwiała. Łączyło  ich zbyt intymne  wspomnienie,  żeby mogła  zachować 

spokój. Kiedy Mack zniżył głos o oktawę, słowa uwięzły jej w gardle. To było tak zmysłowe, 

że ugięły się pod nią nogi.

-  I całą  tę  udawaną  przemądrzałość  diabli  wzięli   - westchnął teatralnie,  patrząc  z 

satysfakcją na jej zarumienione policzki.

- Nie powinieneś mówić mi takich rzeczy.

- Może i nie powinienem. - Wyciągnął do niej rękę i wsunął za ucho kosmyk  jej 

włosów. Kiedy wzdrygnęła się na jego dotknięcie, przysunął się jeszcze bliżej. - Nigdy bym 

cię nie skrzywdził, Natalie - powiedział cicho.

- Chciałabym to dostać na piśmie. - Uśmiechnęła się nerwowo, próbując wymknąć się, 

background image

a jednocześnie nie okazać strachu.

Za plecami miała jednak zamknięte wrota stajni i ucieczka była niemożliwa. Mack o 

tym wiedział. Dostrzegła to na jego twarzy, kiedy wsunął rękę za jej głowę.

Serce   podeszło   jej   do   gardła.   Patrzyła   na   niego   szmaragdowymi   oczami,   które 

zdradzały wszystkie jej najgorsze obawy.

- Z Carlem nigdy nie byłabyś szczęśliwa - powiedział nagle. - Jego rodzice mieli forsę. 

Nie pozwoliliby mu ożenić się z sierotą bez grosza przy duszy.

- Skąd wiesz? - Oczy pociemniały jej z bólu.

- Wiem. Powiedzieli to na pogrzebie, kiedy ktoś wspomniał, jaka jesteś zrozpaczona. 

Nie mogłaś nawet pójść na pogrzeb.

Pamiętała. Również to, że Mack przyszedł do niej tamtej nocy, kiedy zginął Carl. Była 

całkiem sama, bo jej ciotka wyjechała na weekend na zakupy.  Zastał ją rozszlochaną, w 

nocnej koszuli i szlafroku. Bez słowa wziął ją na ręce, zaniósł na fotel przy łóżku i trzymał na 

kolanach dotąd, aż wypłakała wszystkie łzy. O włos uniknęli czegoś, co mogło dramatycznie 

skomplikować życie im obojgu - do dziś, na tamto wspomnienie, Natalie zapierało dech. A 

potem   Mack   siedział   przy   niej   całą   długą,   niespokojną   noc,   patrząc,   jak   śpi.   Dzięki 

szacunkowi, jakim darzyli go wszyscy w okolicy, nawet ciotka Natalie, dowiedziawszy się o 

jego   wizycie,   nie   powiedziała   złego   słowa.   Swoją   drogą,   Natalie   miała   dar   budzenia   w 

ludziach   najlepszych   instynktów.   Jej   delikatność   sprawiała,   że   nawet   ci   o   najtwardszych 

sercach dziwnie przy niej łagodnieli.

- Miałam wtedy ciebie - szepnęła miękko. - Pocieszałeś mnie.

- Tak. A kiedy ja straciłem wzrok, miałem ciebie.

- Nie tylko ja próbowałam podtrzymać cię na duchu.

- Przygryzła do bólu drżącą wargę.

- Vivian płakała, jak tylko na nią warknąłem, a chłopcy chowali się pod łóżko. Ty nie. 

Od razu się odszczekiwałaś. To dzięki tobie chciało mi się dalej żyć.

Opuściła   wzrok   na   jego   tors.   Mack,   barczysty   i   wąski   w   biodrach,   miał   budowę 

jeźdźca rodeo. Bez koszuli, a nie raz widziała go rozebranego do połowy, wyglądał jak grecki 

posąg. Wiedziała nawet, jaka była w dotyku jego muskularna pierś...

- Byłeś dla mnie bardzo dobry, kiedy zginął Carl. Zapadła cisza i Natalie dostrzegła w 

oczach Macka błysk gniewu.

-   Wracając   do   twojego   gustu   w   wyborze   mężczyzn...   Co   ty   widzisz   w   tym 

lalusiowatym Markhamie? - spytał obcesowo.

- Dave jest moim przyjacielem. - Uniosła dumnie głowę.

background image

- I na pewno nie jest w niczym gorszy od twojej sympatii, która wygląda, jakby się 

urwała z sabatu czarownic!

- Glenna nie jest czarownicą.

- Ani świętą. Więc jeśli brakuje ci seksu, to zapewniam cię, że to nie jej wina! - 

palnęła bez zastanowienia, i natychmiast tego pożałowała.

-  Nie   możecie  rozmawiać   trochę  ciszej?   -  burknął  Bob  Killain,   uchyliwszy  drzwi 

stajni. - Jeśli Saddie Marshall usłyszy was z kuchni, rozpowie w swojej niedzielnej szkółce, 

że żyjecie tu w grzechu!

Natalie wsparła obie ręce na biodrach i spojrzała na niego z oburzeniem.

- Na twoim miejscu martwiłabym się raczej o Glennę!

- zapewniła młodszego brata Macka, sympatycznego rudzielca. - Jej imię wypisane 

jest na tylu budkach telefonicznych, że może uchodzić za atrakcję turystyczną!

Mack nie był w stanie pohamować śmiechu. Nasunął na oczy kapelusz i wycofał się 

do stajni.

- Wracam do pracy. A ty nie masz nic do roboty?

- spytał brata.

Bob chrząknął kilka razy, podobnie jak Mack rozpaczliwie starając się nie roześmiać.

- Idę do Mary Burns pomóc jej w trygonometrii.

- Nie zapomnij o zabezpieczeniu.

Twarz Boba upodobniła się kolorem do jego włosów.

- Nie wszyscy cały dzień na okrągło gadają o seksie!

- mruknął wściekle.

-   Nie   wszyscy   -   zgodziła   się   drwiąco   Natalie.   -   Niektórzy   szukają   imion   swoich 

sympatii na budkach telefonicznych!

- Ucisz się, Nat - powiedział zimno Mack, wyprowadziwszy konia z boksu. Potem 

zaczął go siodłać, ignorując Natalie i Boba.

- Wrócę koło północy! - zawołał Bob, szykując się do odwrotu.

- Słyszałeś, co powiedziałem!

Bob mruknął coś pod nosem i wyszedł.

- Mack, on ma dopiero szesnaście lat. - Natalie, w miarę opanowana, podeszła do 

niego, kiedy dociągał popręg.

- Ty miałaś tylko siedemnaście, kiedy spotykałaś się ze swoim mistrzem futbolu.

- Tak, ale poza kilkoma niewinnymi pocałunkami nic się nie działo... Dlaczego masz 

taką rozbawioną minę?

background image

- Przeprowadziłem z nim długą rozmowę, kiedy się dowiedziałem, że przyjęłaś jego 

zaproszenie na świąteczną zabawę.

- Co zrobiłeś...?

Mack włożył nogę w strzemię i jednym zręcznym ruchem wskoczył na siodło. Potem 

oparł dłonie na przednim łęku i spojrzał Natalie prosto w oczy.

- Powiedziałem, że jeśli cię uwiedzie, będzie miał do czynienia ze mną. To samo 

powtórzyłem jego rodzicom.

- Jak mogłeś... - Była tak zdumiona, że zabrakło jej tchu.

- W sierocińcu wychowywały cię stare panny, potem mieszkałaś z ciotką, która bladła 

na słowo „pocałunek” - powiedział bez cienia uśmiechu. - Nie wiedziałaś nic o mężczyznach, 

o seksie ani o hormonach. Ktoś musiał cię chronić, a nie było nikogo innego.

- Nie miałeś prawa!

- Miałem większe prawo, niż ci się wydaje - powiedział cicho. - I nie usłyszysz ode 

mnie na ten temat ani słowa więcej. - Ściągnął wodze i ruszył do wyjścia.

- Mack! - wrzasnęła Natalie.

- Powiedz Viv... - Zatrzymał się i odwrócił głowę.

-   Powiedz   jej,   że   może   zaprosić   swojego   przyjaciela   na   sobotę   wieczorem,   pod 

warunkiem, że ty też przyjdziesz.

- Nie chcę!

Wahał się przez moment, ale zawrócił konia i podjechał do niej.

- W pewnych sprawach nigdy nie będziemy się zgadzali. Ale łączy nas więcej, niż 

myślisz. Ja znam ciebie - dodał tonem, który przyprawiał ją o drżenie kolan. - A ty znasz 

mnie.

Nigdy   nie   była   bardziej   poruszona   jego   słowami,   i   bardziej   zmieszana.   Jej   oczy 

musiały zdradzać, jak bardzo go pragnęła.

Wziął długi, głęboki oddech, i nagle jego twarz straciła surowy wyraz.

- Będę na ciebie czekał.

-   Nie   należę   do   twojej   rodziny,   Mack   -   powiedziała   szorstkim   głosem.   -   Możesz 

rozkazywać Viv i swoim młodszym braciom, ale nie mnie!

- Kochanie, ja ci nie rozkazuję. - Uśmiechnął się łagodnie, w taki sposób, w jaki 

rzadko uśmiechał się do kogokolwiek innego.

- I nie mów do mnie „kochanie”!

- Tyle ognia i namiętności... Co za strata.

- Naprawdę nie rozumiem, co cię dzisiaj napadło!

background image

- Nie. Nie rozumiesz. - Zgodził się, poważniejąc. - Ale masz w tym swój udział. - 

Zawrócił z powrotem konia i odjechał.

Miała ochotę cisnąć czymś  o ścianę. Nie mogła uwierzyć,  że powiedział jej takie 

rzeczy, i że kiedy podszedł do niej tak blisko, przez moment miała wrażenie, że chce ją 

pocałować. A on nawet nie musnął jej policzka, choćby niewinnie, tak jak na świątecznych 

zabawach pod jemiołą.

Usiłowała wyobrazić sobie twarde, piękne usta Macka na swoich wargach, i przeszył 

ją dreszcz. Nie powinna! Nie powinna wspominać tamtej deszczowej nocy, kiedy cienkie 

ramiączko jej nocnej koszuli ześliznęło się i...

Och, nie, powiedziała sobie stanowczo. Tylko nie to! Nie zacznie śnić o nim na jawie i 

znowu żyć jak w malignie. Już przez to przeszła, a konsekwencje były okropne.

Wróciła do domu, by podzielić się z Viv złą wiadomością.

- Ale to cudownie! - wykrzyknęła jej przyjaciółka. - Przyjdziesz, prawda?

- On próbuje mną manipulować. Nie pozwolę mu na to!

- Ale jeśli ty nie przyjdziesz, nie będę mogła zaprosić Whita! Musisz się zgodzić, Nat, 

chyba że nie jesteś już moją przyjaciółką.

Natalie certowała się jeszcze trochę, ale w końcu dała za wygraną.

- Wiedziałam, że mi nie odmówisz! - Vivian uścisnęła ją mocno. - Chyba się nie 

doczekam tej soboty! Zobaczysz, Nat, od razu go polubisz. Mack też.

Natalie wahała się, ale gdyby nie powiedziała tego przyjaciółce, zrobiłby to Mack, i na 

pewno mniej delikatnie.

- Viv, wiesz, że on wpędził w tarapaty jakąś dziewczynę?

- Tak, wiem. Ale to jej wina. Uganiała się za nim, a kiedy go zaciągnęła do łóżka, nie 

pozwoliła mu się zabezpieczyć. Whit sam mi o tym powiedział.

Natalie zaczerwieniła się po raz drugi tego dnia. Nie mogła zrozumieć ludzi, którzy 

tak chętnie rozmawiali o swoich najintymniejszych sprawach.

-   Przepraszam   -   powiedziała   Viv   z   uprzejmym   uśmiechem.   -   Jesteś   okropnie 

nieżyciowa.

- To samo usłyszałam od twojego brata - mruknęła pod nosem.

- Tak? - Vivian przyglądała się jej ciekawie przez dłuższą chwilę. - Wiesz, co ci 

powiem? On niechętnie zaakceptuje Whita, ale jeszcze mniej podoba mu się twoja przyjaźń z 

Dave'em Markhamem.

-  Czemu  akurat  on  krytykuje  moje   życie  towarzyskie,   kiedy  sam włóczy się  z  tą 

puszczalską Glenną! Przestań się śmiać. To nie jest zabawne!

background image

- Przepraszam. Ale ona jest naprawdę w porządku. Po prostu lubi mężczyzn.

- Zmienia ich jak rękawiczki. I z tego, co o niej mówią, nie zawsze zadowala się 

jednym. Jeśli twój brat złapie jakąś paskudną chorobę, powinien mieć pretensję wyłącznie do 

siebie. To też wydaje ci się zabawne?

- Jesteś zazdrosna - powiedziała Vivian, tłumiąc śmiech.

- Chyba żartujesz! - prychnęła, odwracając oczy. - Idę do domu.

- On wyszedł z nią tylko dwa razy do kina i nawet nie miał śladów szminki na koszuli, 

kiedy wrócił do domu.

- Jestem pewna, że twój brat zdążył się już nauczyć usuwać plamy ze szminki.

- Chyba podoba się kobietom.

- Dopóki czegoś nie palnie. Jedyne argumenty, jakich potrafi używać w dyskusji, to 

uśmiech albo spluwa. Jeżeli podoba się Glennie, to tylko dlatego, że ona zamyka mu usta!

- Pewnie masz rację. Ale może właśnie o to chodzi, że Mack jest bardziej interesujący 

od tych wszystkich politycznie poprawnych facetów, którzy na wszelki wypadek w ogóle nie 

otwierają ust.

- Coś w tym jest.

- Natalie? - Vivian wstała z krzesła.

- Tak?

-  Ty  ciągle  jesteś   w  nim   zakochana,  prawda?   Odwróciła  się  do  drzwi,   nie  mając 

zamiaru odpowiadać.

- Naprawdę muszę już iść. W przyszłym tygodniu mam egzaminy i powinnam wziąć 

się ostro do nauki.

Vivian chciała powiedzieć przyjaciółce, że się domyśla, co wydarzyło się między nią a 

Mackiem kilka lat temu, ale Natalie była taka zamknięta w sobie, że lepiej było nie wprawiać 

jej w zakłopotanie.

- Nie wiem, co się wtedy stało - skłamała - ale pamiętaj, że miałaś siedemnaście lat. A 

on dwadzieścia trzy.

- On... ci powiedział? - Natalie odwróciła się raptownie, blada jak ściana.

-   Niczego   mi   nie   powiedział.   Ale   wyglądałaś   jak   zbity   pies  i   nigdy  do   mnie   nie 

przychodziłaś, kiedy on był w domu. Mack też unikał cię jak ognia. Pomyślałam, że musiał 

powiedzieć ci coś naprawdę przykrego i pokłóciliście się na serio.

-   Lepiej   nie   odgrzebywać   przeszłości   -   odpowiedziała   Natalie   z   nieprzeniknioną 

twarzą. - Przyjdę w sobotę, ale tylko dla ciebie.

- Nie wspomnę o tym nigdy więcej. Przepraszam, Nat, jeśli sprawiłam ci przykrość.

background image

- Nic się nie stało. Już dawno wyrzuciłam to z pamięci. - Kłamstwo gładko przeszło 

jej przez gardło. Uśmiechnęła się po raz ostatni do Vivian i zniknęła za drzwiami.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Następnego ranka Natalie przyszła na lekcję ze swoimi pierwszakami zmęczona, z 

zaczerwienionymi od niewyspania oczami. Nie miała wyjścia - musiała każdego wieczoru 

powtórzyć porcję materiału egzaminacyjnego ze wszystkich przedmiotów. Nawet nie miała 

czasu myśleć, ale z tego akurat była zadowolona. Nie pragnęła myśleć o niczym innym poza 

nauką i pracą. Nie chciała nigdy więcej wspominać tamtej nocy, kiedy miała siedemnaście lat 

i Mack trzymał ją na kolanach w ciemnym pokoju.

Łagodny   głos   pani   Ringgold,   oznajmujący,   że   nadeszła   pora   na   pisanie   literek, 

przywołał   ją   do   rzeczywistości.   Uśmiechnęła   się   i   podzieliła   klasę   na   dwie   grupy,  które 

usiadły z zeszytami  przy oddzielnych  stołach. Jedną z nich zajęła się wychowawczyni,  a 

drugą Natalie, znajdując czas dla każdego dziecka, rozdając pochwały i poprawiając błędy, 

kiedy to było konieczne.

W porze lunchu spotkała się w kolejce do bufetu z Dave'em Markhamem.

- Wyglądasz dzisiaj na zadowoloną z siebie - powiedział z uśmiechem.

Był wysoki i szczupły, ale w niczym innym nie przypominał Macka. Dave był typem 

myśliciela,   interesowała   go   muzyka   klasyczna   i   literatura.   Nie   potrafił   jeździć   konno   i 

zupełnie nie znał się na rolnictwie. Był  jednak sympatyczny,  a co najważniejsze, Natalie 

mogła   spotykać   się   z   nim   bez   obaw,   że   po   deserze   będzie   zmuszona   opędzać   się   od 

natrętnych zalotów.

- Pani Ringgold uważa, że świetnie sobie radzę. Jutro będzie przyglądał się mojej 

pracy profesor Bailey. A potem, za tydzień, mam końcowe egzaminy. - Wzdrygnęła się z 

udawanym przerażeniem.

- Nie przejmuj się, zdasz na pewno. Wszyscy boją się egzaminów, ale jeśli codziennie 

czytasz notatki z wykładów, poradzisz sobie bez problemu.

- Ba, żebym tak mogła odczytać te notatki - przyznała ściszonym głosem. - Gdyby 

profesor Bailey zobaczył moje bazgrały, jak nic poszłabym na zieloną trawkę.

- I ty uczysz dzieci pisać? - spytał z żartobliwym błyskiem w oczach.

-  Słuchaj,  umiem   tłumaczyć  ludziom,  jak  się  robi  rzeczy, których  sama  robić  nie 

potrafię. Cała sztuka polega na dostatecznie przekonującym sposobie mówienia.

-   Muszę   przyznać,   że   nieźle   tę   sztukę   opanowałaś.   Słyszałem,   że   miałaś   dobrego 

mistrza.

- Co?

- McKinzeya Killaina.

background image

- Macka. Nikt nie nazywa go McKinzey.

- Wszyscy, oprócz ciebie, mówią do niego po nazwisku. I z tego, co wiem, większość 

ludzi stara się w ogóle do niego nie zwracać.

- On nie jest taki zły. Ma tylko pewne problemy z obyciem towarzyskim.

- Tak. Chyba nie wie nawet, co to znaczy.

- W jego pracy to nie jest konieczne. - Natalie zaśmiała się cicho. - Naprawdę będziesz 

jadł wątróbkę z cebulą?

- Skrzywiła się, zerkając na jego talerz.

- Podroby są zdrowe. Dużo zdrowsze niż to. - Spojrzał z równym niesmakiem na jej 

taco - meksykańską tortillę z pikantnym farszem. - Żołądek ci wysiądzie od tych ostrych 

papryczek.

- Ja mam strusi żołądek. Nic mi nie będzie.

- Co byś powiedziała na wspólny wypad do kina, w sobotę wieczorem? Podobno 

wszedł już na ekrany ten nowy film science fiction.

- Chętnie... Och, nie, przepraszam, w sobotę nie mogę. Obiecałam Vivian, że przyjdę 

do niej na kolację.

- To jakaś szczególna okazja?

- W pewnym sensie - odparła z ponurym uśmiechem.

- Vivian chce zaprosić do domu swojego nowego chłopaka. A Mack jej powiedział, że 

jeśli ja nie przyjdę, to nici z kolacji.

- Dlaczego? - Dave spojrzał na nią zdumiony. Zatrzymała się z tacą, szukając wolnego 

miejsca przy stole.

- Dlaczego? Nie wiem. Po prostu postawił taki warunek. Może pomyślał, że się nie 

zgodzę i będzie miał problem z głowy. On bardzo nie lubi tego chłopaka.

- Aha, rozumiem.

- Skąd tu nagle tyle ludzi? - spytała zaciekawiona, nie widząc ani jednego wolnego 

miejsca przy stole dla nauczycieli.

-   Przyjechała   komisja   wizytacyjna   z   rady   szkolnictwa.   Mają   rozpatrzyć   problem 

warunków lokalowych naszej szkoły - odpowiedział z rozbawieniem.

- No to powinni zauważyć, że trochę tu ciasno.

- Mamy nadzieję, że zgodzą się sfinansować dobudówkę i że w końcu pozbędziemy 

się przyczep, które służą za sale lekcyjne.

- Ciekawe, czy coś wyniknie z tej wizytacji.

- Diabli wiedzą. Za każdym razem, kiedy mówią o podniesieniu lokalnego podatku, 

background image

kończy się na fali protestów właścicieli nieruchomości, którzy nie mają dzieci.

- To prawda.

Znaleźli dwa miejsca na samym końcu stołu. Uśmiechnęli się do członków komisji i 

zjadłszy   posiłek,   resztę   godziny   przeznaczonej   na   lunch   spędzili   na   rozmowie   o   nowym 

wyposażeniu boiska, które rada szkolnictwa już im obiecała. Natalie była wdzięczna losowi, 

że ma coś, o czym może myśleć - a co nie ma nic wspólnego z Mackiem Killainem.

Maleńki domek Natalie znajdował się tuż za ranczem Killainów, i jego właścicielka 

często narzekała, że jej frontowe podwórze wygląda jak część pastwiska. Ale z tyłu było 

ogrodzone patio, porośnięte ze wszystkich stron pnącymi różami. Uwielbiała na nim siedzieć 

i przyglądać się ptakom przyfruwającym do małych karmników, zawieszonych na wszystkich 

gałęziach jej jedynego drzewa - wysokiej topoli amerykańskiej. Czasami zerkała za płot, na 

pasące się w oddali stado rudego bydła Killainów. Na zewnątrz było naprawdę pięknie.

Wnętrze domu pozostawiało wiele do życzenia. Kuchnia była wyposażona w piecyk, 

lodówkę i zlewozmywak. Nic więcej. W pokoju, służącym za salon i jadalnię, znajdowała się 

stara   kanapa,   równie   wysłużony   fotel   i   postrzępiony,   wyleniały   dywan,   a   w   sypialni   - 

pojedyncze   łóżko,   komoda   z   lustrem,   fotel   i   proste   krzesło.   Mała   weranda   wymagała 

generalnego remontu. Nie był to szczyt luksusu, obiektywnie rzecz biorąc, ale dla Natalie, 

która spędziła większość życia w sierocińcu, luksusem było posiadanie własnego kąta.

Miała dwie oprawione fotografie: portret swoich rodziców i zdjęcie grupowe czwórki 

Killainów, które zrobiła kiedyś na ich ranczu, zaproszona przez Vivian na grilla. Podeszła do 

komody   i   spojrzała   ponurym   wzrokiem   na   najwyższego   mężczyznę.   Patrzył   prosto   w 

obiektyw i Natalie przypomniała sobie z rozbawieniem, że był tak pochłonięty tłumaczeniem 

jej, jak powinna ustawić aparat, że uwieczniła go na tym zdjęciu z otwartymi ustami.

Zawsze taki był. Znał się na wielu rzeczach i chętnie udzielał rad, nawet gdy nikt go o 

to nie prosił. Kiedyś w restauracji wpadł do kuchni i usiłował nauczyć francuskiego szefa, jak 

się prawidłowo robi sos barbecue. Na szczęście wyszli na zewnątrz na męską rozmowę i 

obyło się bez strat materialnych.

Odłożyła zdjęcie i poszła zrobić sobie kanapkę. Mack ciągle mówił, że nie odżywia się 

prawidłowo i musiała się z nim zgodzić. Potrafiła gotować, ale uważała, że to zbyt duża strata 

czasu bawić się w robienie obiadu tylko dla siebie. Poza tym wracała po zajęciach w college' 

u tak zmęczona, że nie miała na to siły.

Chleb,   na   to   szynka,   sałata,   ser   i   majonez.   Wszystko,   czego   trzeba,   pomyślała. 

Zadowolona   z   siebie,   włączyła   mały   telewizor,   który  dostała   na  gwiazdkę   od  Killainów. 

Zaczęła od kanału informacyjnego, ale na świecie, jak zwykle, działy się same złe rzeczy, 

background image

znalazła   więc   satyryczny   program   animowany.   Wolała   posłuchać   dowcipów   Marvina   i 

Martiana niż jakichkolwiek wiadomości z Waszyngtonu.

Kiedy zjadła kanapkę, zrzuciła z nóg buty i wyciągnęła się na kanapie z filiżanką 

kawy. Nie ma to jak prawdziwy dom, pomyślała z uśmiechem. Był piątek. Zwykle przed 

południem   pracowała   dorywczo   w   sklepie   spożywczym,   ale   zamieniła   się   na   dni   z   inną 

kasjerką, dzięki czemu miała wolny weekend. Byłby to weekend jej marzeń, gdyby w sobotę 

nie musiała iść na kolację do Killainów. Miała nadzieję, że Vivian nie traktuje zbyt poważnie 

młodego człowieka, którego zaprosiła. Ludzie, których  nie  akceptował Mack, zwykle  nie 

przekraczali progu jego domu po raz drugi.

Natalie miała tylko jeden wizytowy strój - prostą czarną sukienkę do kostek z cienkimi 

ramiączkami.   Kupiła   pasujący   do   niej   koronkowy   szal   i   gładkie   aksamitne   czółenka. 

Zrobiwszy   mocniejszy   niż   zwykle   makijaż,   skrzywiła   się   do   swojego   odbicia   w   lustrze. 

Wciąż nie wyglądała na swój wiek - dałaby sobie osiemnaście lat, nie więcej.

Wsiadła   do   małego   wysłużonego   samochodu   i   pojechała   na   ranczo   Killainów, 

podziwiając po drodze świeżo odmalowane ogrodzenie wokół rozłożystego wiktoriańskiego 

domu, z kolorowymi ornamentami na fasadzie i kratkowaną werandą. Z tyłu był przylegający 

do niego garaż, w którym Mack trzymał swojego lincolna i wielką ciężarówkę z podwójną 

kabiną, służącą mu do pracy na ranczu. Traktory, kombajn i inne maszyny rolnicze mieściły 

się w ogromnej i nowoczesnej stodole, a jeszcze większe było pomieszczenie dla byków. 

Oddzielną   stajnię   miały   konie   wierzchowe.   Był   też   kort   tenisowy,   rzadko   używany, 

olimpijskich rozmiarów kryty basen i oranżeria, w której Mack hodował mnóstwo gatunków 

orchidei - miejsce najchętniej odwiedzane przez Natalie.

Spodziewała się, że wyjdzie jej na spotkanie Vivian, ale na werandzie czekał na nią 

sam Mack. Był w ciemnym garniturze i wyglądał na zdenerwowanego.

- Nie masz innej sukienki? - spytał poirytowanym głosem. - Zawsze przychodzisz w 

tej samej.

-   Pracuję   sześć   dni   w   tygodniu,   żeby   zarobić   na   studia   i   skromne   utrzymanie   - 

odparowała z dumnie podniesioną głową. - Za to, co mi zostaje, nie kupiłabym materiału na 

sukienkę dla lalki.

- Przepraszam - mruknął. - Ale nie podoba mi się ten dekolt. Za bardzo odsłania piersi.

- Słuchaj... - Uniosła wysoko obie ręce. - Skąd ci się raptem wzięła ta obsesja na 

punkcie moich piersi?

- Celowo prowokujesz facetów.

- Bzdura!

background image

- Nie mam nic przeciwko temu, żebyś  prowokowała mnie, ale nie chcę, żeby ten 

maniak seksualny gapił się przy kolacji na twój dekolt.

- Nie przyciągam uwagi tego rodzaju...

- Z takim ciałem przyciągnęłabyś uwagę faceta na łożu śmierci. Samo patrzenie na 

ciebie doprowadza mnie do bólu.

Nie przychodziła jej do głowy żadna cięta odpowiedź. Mack, w typowy dla siebie 

bezceremonialny sposób, wyraził to, o czym myślała.

- Zamurowało cię? - Uśmiechnął się prowokująco.

- Nie wyglądasz na człowieka obolałego.

- A co ty możesz o tym wiedzieć? Nie rozumiesz nawet, o czym mówię.

- Trudno cię zrozumieć.

- Doświadczona  kobieta zrozumiałaby  mnie  w pięć  sekund. Jesteś  nie tylko  mało 

domyślna, Nat, ale i ślepa.

- Słucham?

- Och, szlag by to trafił... Dajmy temu spokój - westchnął ze złością i odwrócił się na 

pięcie. - Wchodzisz czy nie?

- Jesteś dzisiaj bardzo drażliwy. Co się z tobą dzieje? Czy Glenna nie może ukoić 

tego... bólu?

Zatrzymał się, zrobił gwałtowny obrót i chwycił Natalie za nadgarstek. Drugą ręką 

objął ją w talii i przyciągnął do siebie.

- Glenna nic nie może poradzić na mój ból, bo to nie ona go powoduje - powiedział 

drwiąco. - Teraz rozumiesz?

- McKinzey!

- Jesteś w szoku?

- To naprawdę boli? - spytała zdławionym szeptem.

- Kiedy się poruszasz.

Patrzyła, jak oddycha nierówno, zafascynowana nie tylko ich intymną bliskością, ale 

odkryciem, że tak łatwo może go podniecić. I wcale nie czuła się zażenowana. Pragnęła go i 

była o niego zazdrosna. Od zawsze.

- Na Markhama też tak działasz? - spytał bez cienia uśmiechu na twarzy.

- Dave jest moim przyjacielem. Nie przyszłoby mu do głowy trzymać mnie... w ten 

sposób.

- Pozwoliłabyś mu, gdyby jednak zechciał?

- Nie - przyznała po chwili zastanowienia.

background image

- Dlaczego?

- Z nim to byłoby... obrzydliwe.

- Naprawdę? Ale dlaczego?

- Nie wiem. Po prostu tak mi się wydaje. Przygarnął ją mocniej, zamknął oczy i oparł 

czoło o jej głowę.

- Natalie... - szepnął i zaczął poruszać jej biodrami w powolnym, jednostajnym rytmie. 

Jęknął przez zaciśnięte zęby.

- Mack? - Uniosła się ku niemu bezwiednie, czując, jak jej ciało przeszywa błogi, 

nieznany   dreszcz   rozkoszy.   Mała   wieczorowa   torebka   leżała   na   podłodze   werandy, 

kompletnie zapomniana. Odpłynął gdzieś cały świat. Nie czuła, nie widziała i nie słyszała 

niczego poza Mackiem.

Jego ręce posuwały się śmiało w górę. Kiedy poczuła szorstkie palce wślizgujące się 

za koronkę biustonosza, wstrzymała oddech.

- To bardzo niedobry pomysł - powiedział łagodnie.

- Oczywiście, że nie - zgodziła się niepewnie. Jej ciało nie poddawało się głosowi 

rozsądku.

- Przestań - wymruczał cicho.

- Mack?

- Jeżeli dotknę cię tak, jak tego chcesz, nie będę w stanie się pohamować. W domu jest 

czworo ludzi, a troje z nich zemdlałoby, gdyby nas teraz zobaczyli.

- Tak myślisz? - spytała, łapiąc z trudem oddech.

- Naprawdę tego chcesz?

- Tak!

- Na tym się nie skończy. Będziesz chciała więcej.

- Nie, Mack! Proszę cię!

- Dużo więcej... Masz cudowne piersi, Natalie - szeptał jej do ucha, błądząc kciukami 

po aksamitnej skórze. - Dałbym teraz wszystko, żeby móc je całować.

Krzyknęła cicho, porażona cudowną wizją, jaką wywołały te słowa w jej wyobraźni.

- Chodź, Nat... - Poprowadził ją w najciemniejszy kąt werandy, daleko od drzwi i od 

okien.

Chwilę później rozpiął suwak sukienki i jego usta znalazły się tam, gdzie pragnęła je 

czuć, gorące i czułe, zachłannie sycące swój głód. Natalie poruszała się rytmicznie, na wpół 

przytomna, bezwiednie wbijając paznokcie w kark Macka.

Gwałtowność, z jaką Mack ją odepchnął, omal nie powaliła jej z nóg. Odsunął się i 

background image

oparł plecami o ścianę, dysząc jak sprinter po biegu. Zobaczyła, że jego muskularnym ciałem 

wstrząsają dreszcze. Nie była w stanie nic powiedzieć, i nie wiedziała, co robić. Była jak w 

malignie. Nie mogła się nawet poruszyć, żeby zapiąć sukienkę.

Po kilku sekundach Mack wziął kilka głębokich oddechów i odwrócił do niej głowę. 

Uśmiechnął się posępnie. Od chwili, kiedy się od niej oderwał, nie zrobiła nawet kroku. Jest 

niewinna jak dziecko, pomyślał.

-   No,   chodź!   Nie   możesz   wejść   do   środka   w   tym   stanie.   Patrzyła   na   niego   z 

zaciekawieniem małego kociaka, kiedy ją ubierał i poprawiał jej fryzurę, jak gdyby to było 

coś naturalnego.

- Natalie - zaśmiał się gardłowo - nie rób takiej miny. Wyglądasz jak ofiara wypadku.

- Z nią też to robisz?

- Przestań zajmować się Glenną - mruknął z wściekłością. - To nie twoja sprawa.

- Ach tak! Więc ty możesz wypytywać o moje życie a ja o twoje nie?

- Glenna nie jest dojrzewającą na drzewie brzoskwinką. To dorosła, znająca życie 

kobieta, której chwila przyjemności nie kojarzy się ze ślubną obrączką.

- Mack!

- Znowu się czerwienisz. Nat, masz dwadzieścia dwa lata, ale nie wydoroślałaś ani 

trochę od tamtej nocy, kiedy pocieszałem cię po śmierci Carla.

- Patrzyłeś na mnie - szepnęła.

- Miałaś szczęście, że tylko patrzyłem.

- To znaczy, że mnie... pragnąłeś?

- Tak. Ale miałaś wtedy siedemnaście lat.

- Teraz mam dwadzieścia dwa.

- Niewielka różnica - westchnął z uśmiechem. - Poza tym nie widzę dla nas żadnej 

przyszłości.

- Bo tacy jak ty potrzebują się tylko od czasu do czasu zabawić, prawda?

- Ty w każdym razie nie należysz do tej kategorii... Mam pod opieką dwóch braci i 

siostrę. Nie widzę w tym układzie miejsca na żonę.

- W porządku. Po prostu zapomnij o mojej propozycji.

- Obowiązki to jedno... - Musnął palcem jej wargi. - Ale nie jestem jeszcze gotów do 

założenia rodziny.

- Myślę, że przyjmą ode mnie pierścionek zaręczynowy, który kupiłam.

- Słucham? - Mack otworzył szeroko oczy. - Czy ja się nie przesłyszałem?

- Kupiłam ci tani pierścionek. Zresztą pewnie i tak by nie pasował, więc nie musisz się 

background image

martwić.

Zaczął się śmiać. Po prostu nie mógł się powstrzymać. Ona była naprawdę nie z tej 

ziemi.

- Do diabła, Natalie! - powiedział z czułością i mocno ją objął.

- Tak bywa z małymi kaczkami - mruknęła jakby do siebie, zamykając oczy.

- Jak to?

- Naznaczenie. Piętno pierwszego doświadczenia. Świeżo wyklute pisklęta kaczek idą 

za pierwszą ruchomą rzeczą, którą zobaczą, zakładając, że to ich matka. Może tak samo jest z 

mężczyznami i kobietami. Jesteś pierwszym mężczyzną, z którym byłam tak blisko, więc 

pewnie dlatego nie mogę się od ciebie wyzwolić.

- Świat pełen jest mężczyzn, którzy chcą się ożenić i mieć dzieci... - powiedział Mack 

ze ściśniętym sercem.

- I kiedyś znajdę kogoś dla siebie - dokończyła za niego. - Niech ci będzie. Ale jeśli 

naprawdę chcesz, żebym zaczęła szukać, obłapywanie mnie w ciemnych kątach nie świadczy 

najlepiej o twoich intencjach.

Mack zaniósł się tak gwałtownym śmiechem, że musiał wypuścić ją z objęć.

- Poddaję się - wysapał.

- Za późno. - Odwróciła się, żeby podnieść z podłogi torebkę. - Powiedziałeś, że nie 

interesuje cię małżeństwo.

- Wejdźmy w końcu do środka.

-   Poczekaj!   -   Stanęła   w   najlepiej   oświetlonym   miejscu   i   zerkając   w   lusterko 

puderniczki, poprawiła szybko włosy i umalowała usta. - Ty też doprowadź się do ładu - 

mruknęła, obejrzawszy jego twarz. - Ten odcień szminki zdecydowanie ci nie pasuje.

Łypnął na nią groźnie, ale podał Natalie chusteczkę i pozwolił zetrzeć sobie różowe 

ślady z policzków i szyi.

- Następnym razem nie pacykuj się tak mocno - poradził jej rzeczowym tonem.

- Następnym razem trzymaj ręce w kieszeniach.

- Nie ma mowy! - Zachichotał. - Jeśli się będziesz upierała przy takich dekoltach...

Owinęła się szalem i spojrzawszy na niego wyniośle, czekała, aż otworzy drzwi.

- Pierwsza sukienka, jaką kupię, będzie z kołnierzykiem zapinanym pod szyją. Masz 

to załatwione.

-   To   sprawdź,   czy   przypadkiem   nie   ma   guzików   -   szepnął   zjadliwie,   naciskając 

klamkę.

Weszła   do   salonu   z   opanowaną   miną,   choć   w   środku   wszystko   w   niej   dygotało. 

background image

Uśmiechnęła się przyjaźnie do Boba i Charlesa, a potem do Vivian i wysokiego blondyna, 

który, podobnie jak chłopcy, wstał na jej widok.

- Natalie, to jest Whit.

Kiedy   Vivian   przedstawiła   ich   sobie   z   rozpłomienionym   wzrokiem,   jej   chłopak 

spojrzał na Natalie, jak gdyby odkrył właśnie złoże ropy naftowej.

Zapowiadały się niespodziewane komplikacje.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Sytuację   pogarszał   jeszcze   fakt,   że   Whit   skończył   ten   sam   miejscowy   college,   w 

którym studiowała Natalie, i że mieli zajęcia z tymi samymi profesorami. Vivian nigdy nie 

chciała iść do college'u i sama nie wiedziała, co zrobić ze swoim życiem. Kilka miesięcy temu 

Mack postawił sprawę na ostrzu noża, żądając, żeby znalazła pracę albo poszła do jakiejś 

szkoły.   Przerażona   jedną   i   drugą   perspektywą,   zgodziła   się   w   końcu   zapisać   na   kurs 

programowania   w   miejscowej   szkole   zawodowej.   Tam   poznała   Wbita,   który   był 

nauczycielem angielskiego.

Przy obiedzie Natalie delikatnie naprowadziła rozmowę na kurs komputerowy, po to, 

żeby Vivian mogła się do niej włączyć.  Ale Vivian była  wściekła  i z minuty na minutę 

stawała się coraz bardziej osowiała. A Natalie chętnie udusiłaby Macka za to, że postawił ją w 

takiej sytuacji. Gdyby tak pozwolił Vivian zaprosić Whita bez żadnych warunków!

- Vivian, dlaczego nie zapisałaś się do college'u na wydział informatyczny? - spytał 

protekcjonalnym tonem Whit.

- Kiedy się na to zdecydowałam, nie było już miejsc - odpowiedziała z wymuszonym 

uśmiechem.  -  Poza  tym  nie   spotkałabym   ciebie,  gdybym   poszła  do  college'u  zamiast   do 

szkoły zawodowej.

-   Przypuszczam,   że   nie.   -   Uśmiechnął   się   do   niej,   ale   natychmiast   powrócił   do 

rozmowy z Natalie. - Którą klasę chcesz uczyć?

- Pierwszą albo drugą. I muszę, niestety, wracać do domu. W przyszłym  tygodniu 

mam egzaminy i będę się dzisiaj uczyć do późna w nocy.

- Nie poczekasz nawet na deser?

- Nie. Przykro mi.

- Odprowadzę cię do samochodu - powiedział Mack, uprzedzając propozycję Whita.

Whit uśmiechnął się, wyraźnie zmieszany, i poprosił Vivian o drugą filiżankę kawy.

Na dworze panowała gęsta ciemność. Mack szedł pierwszy, prowadząc Natalie za 

rękę.

- No i co? Kompletna katastrofa - wycedził przez zęby.

- To twoja katastrofa! Gdybyś się nie upierał, żebym przyszła na tę kolację...

- Katastrofy to ostatnio moja specjalność - mruknął z udawanym rozbawieniem.

- Whit nie jest złym człowiekiem. Przeciętny facet, z tych, co skaczą z kwiatka na 

kwiatek. Wcześniej czy później Viv zauważy, że on ma rozbiegane oczy, i w końcu go rzuci. 

Chyba że - dodała z naciskiem - ty zaczniesz go niszczyć. Wtedy wyjdzie za niego z czystej 

background image

przekory!

- Nie zrobi tego, jeśli będziesz się tu pojawiać. - Zatrzymał się przy samochodzie i 

wypuścił jej rękę.

- Nie mam najmniejszego zamiaru! On mnie przyprawia o gęsią skórkę. Gdybym nie 

miała na sobie tego szala, musiałabym się schować pod obrus!

- Prosiłem, żebyś się wystrzegała takich dekoltów.

- Włożyłam  tę sukienkę, żeby zrobić ci na złość - przyznała. - Następnym  razem 

przyjdę w płaszczu. Poza tym mówiłeś, że to chłopak. Jaki chłopak? On jest nauczycielem.

- W porównaniu ze mną to szczeniak.

- W porównaniu z tobą wszyscy mężczyźni są szczeniakami - powiedziała z irytacją. - 

Gdybyś miał służyć Viv za wzór męskości, w życiu by się z nikim nie umówiła!

- Nie zabrzmiało to jak komplement.

- Bo to nie jest komplement. Uważasz, że wszyscy mężczyźni powinni być tacy jak ty.

- Do czegoś w życiu doszedłem.

- Tak, jesteś człowiekiem  sukcesu.  Ale jeśli  chodzi  o współżycie  z ludźmi, jesteś 

tragiczny!

- Czy to moja wina, że ludzie nie wykonują porządnie swoich obowiązków? Zresztą 

staram się nikogo nie czepiać, dopóki nie zobaczę, że ktoś popełnia naprawdę poważny błąd.

- Kelnerki, które przynoszą za słabą kawę... - Natalie zaczęła liczyć na palcach. - 

Kapele, które wkładają w grę za mało serca, strażacy, którzy nieprawidłowo trzymają węże...

- Może czasami niepotrzebnie się wtrącam, ale...

- Jesteś okropny - przerwała mu, zrezygnowana. - Jadę do domu.

- Dobry pomysł. Może ten anglista też się w końcu zmyje.

- Jeśli się będzie ociągał, zacznij wytykać mu jego błędy. - Natalie otworzyła drzwi i 

wsiadła do samochodu.

- Niezła myśl! - Pochylił się z uśmiechem do otwartego okna. - Nie spiesz się. Jest 

gęsta mgła. Jedź spokojnie do domku i zamknij drzwi na zasuwę.

- Przestań traktować mnie jak dziecko.

- I kto to mówi! Ja też jestem dorosły.

- Ale nie dbasz o siebie.

- Bo robisz to świetnie za mnie. Będziesz miała wolny wieczór w przyszły piątek?

- Bo co?

- Moglibyśmy zabrać Vivian i jej profesora do Billingsa na obiad, a potem obejrzeć 

nową sztukę.

background image

- Nie wiem... W piątek mam egzamin.

- Ale po południu będziesz wolna. Stać cię na jedną nową sukienkę?

- Kupię sobie gustowną kolczugę - obiecała.

- Przyjedziemy po ciebie o piątej.

Uśmiechnął się i odsunął od samochodu, czekając, aż Natalie uruchomi silnik, a potem 

pomachał jej na pożegnanie i ruszył w stronę werandy. Patrzyła na niego bezradnie jeszcze 

przez kilka sekund. Coś się odmieniło w ich stosunkach. Była tym przerażona, a jednocześnie 

dawno nie czuła tak radosnego podniecenia.

Tej nocy Natalie śniła, że kocha się z Mackiem w jakimś ogromnym, podwójnym 

łóżku. Obudziła się spocona i nie mogła znów zasnąć.

Od rana padał rzęsisty deszcz. Gdyby temperatura trochę spadła, ulewa, mimo późnej 

wiosny, mogłaby się zamienić w śnieżycę. Pogoda w Montanie była trudno przewidywalna.

Natalie wyjęła skrypt do biologii i krzywiąc się, usiłowała przeczytać swoje notatki z 

wykładów. Myśl o zbliżającym się egzaminie przerażała ją. Genetyka była jej piętą achille-

sową,   a   anatomia   zwierząt   -   czystym   koszmarem.   Profesor   radził   jej   i   reszcie   swoich 

studentów, żeby więcej czasu poświęcili ćwiczeniom w laboratorium, bo będzie wymagał do-

kładnej znajomości układów naczyniowych.

Kuła przez całe popołudnie i tuż przed zmrokiem, kiedy poczuła się strasznie głodna, 

usłyszała pukanie do drzwi. Spodziewając się jedynie Vivian, poszła jej otworzyć na bosaka, 

w dżinsach i luźnej sportowej koszuli, bez makijażu i z nieuczesanymi włosami. Otworzyła 

drzwi i zobaczyła Macka - z wielką torbą jedzenia pod pachą.

- Ryba z frytkami - powiedział krótko.

- Dla mnie?

- Dla nas. - Wszedł do środka, nie czekając na zaproszenie. - Przyszedłem podszkolić 

cię w biologii.

- Podszkolić...?

- A może nie potrzebujesz pomocy?

- Zastanawiam się, czy nie zdać się na modlitwę... Albo pójdę  na ten egzamin  o 

kulach, żeby wzbudzić w profesorze litość.

- Znam twojego profesora i wiem, że nawet kontuzjowany kociak nie wzbudziłby w 

nim litości, gdyby próbował wymigać się od egzaminu. Mam zostać?

- Jasne - odparła ze śmiechem.

Wszedł do kuchni i zaczął rozstawiać talerze.

- Zaparzę świeżą kawę - zaproponowała nieśmiało.

background image

- Masz ketchup?

- Chcesz jeść rybę z ketchupem?

- Nie jadam niczego, co nie pasuje do ketchupu.

- Lodów też nie?

- Z ketchupem dobre są waniliowe. - Fuj!

- A gdzie twój głód przygody? - zakpił. - Trzeba próbować nowych rzeczy, bo to 

człowieka wzbogaca.

- Nie będę jeść lodów z ketchupem za żadne skarby, ale ty mógłbyś wzbogacić moją 

wiedzę biologiczną. Znasz się na genetyce? - spytała z ponurą miną, siadając przy małym 

kuchennym stole.

- Oczywiście! Przecież hoduję bydło.

- Boże, jak ja kocham tę biologię! - westchnęła.

- Najważniejsze, że kochasz dzieci. I chcesz je uczyć.

- Chyba masz rację. - Spojrzała na niego z wdzięcznością. - Ciągniesz jakoś te swoje 

studia internetowe?

-   Tak.   W   tym   semestrze   zaliczam   archeologię   antropologiczną.   Ludzkie   kości. 

Opowiedzieć ci, czego się nauczyłem?

- Nie przy rybie i frytkach - odpowiedziała z niesmakiem. - Powiedz, w jakim nastroju 

jest Viv.

-   Jest   wściekła.   Romeo   sobie   poszedł,   nie   umawiając   się   na   następne   spotkanie. 

Zastanawiała się, czy nie zadzwoni do ciebie.

- Nie zadzwoni! Spokojna głowa! Poza tym on nie jest w moim typie.

- A kto jest? Niejaki Markham? - spytał jadowitym głosem.

- Dave jest miły.

- Miły. - Mack przełknął ostatni kęs ryby i sięgnął po kawę. - A ja jestem miły?

-   Jak   kłębowisko   grzechotników.   -   Z   zadziorną   miną   wytrzymała   jego   drwiące 

spojrzenie.

-   Tak   też   myślałem.   -   Poprawił   się   na   krześle   i   nie   odrywając   od   niej   wzroku, 

przechylił   na   bok   głowę.   -   Jesteś   jedyną   znaną   mi   kobietą,   która   wygląda   najlepiej   bez 

makijażu.

- Nie spodziewałam się towarzystwa.

- Zauważyłem. Ile lat ma ta bluzka? - spytał z pobłażliwym uśmiechem.

- Trzy. Ale jest wygodna.

Zmarszczył czoło i przyglądał się wypłowiałym wzorom podejrzanie długo.

background image

- Zapewniam cię, że mam na sobie biustonosz! - wycedziła przez zęby.

- Naprawdę?

- Przestań się gapić.

- Tak jest, proszę pani! Zabieramy się do roboty. Opowiedz mi o grupach krwi.

Nie   zdawała   sobie   sprawy,   ile   już   umiała,   dopóki   nie   zaczęła   odpowiadać   na 

konkretne pytania.

Przenieśli   się   do   pokoju.   Mack   zdjął   buty   i   wyciągnął   się   na   kanapie,   a   Natalie 

wręczyła mu książkę i usiadła w fotelu. Czytał jej kolejne opisy, kazał powtarzać, a potem 

formułował pytania. Powtórzyli też anatomię ssaków - najdokładniej układy krążenia, które 

należały do żelaznego repertuaru egzaminacyjnego profesora. O dziesiątej Natalie zaczęła 

ziewać.

- Jesteś zmęczona. Powinnaś się dobrze wyspać, żeby pójść na ten egzamin w dobrej 

formie.

- Dzięki za pomoc.

- Od czego ma się sąsiadów? - zapytał z uśmiechem. - Co byś powiedziała na gorącą 

czekoladę, zanim sobie pójdę?

- Już się robi.

Wyciągnął   się   leniwie   na   dywanie,   a   gdy   Natalie   wróciła   z   kuchni   z   dwiema 

filiżankami parującego napoju, usiadła obok niego, opierając się plecami o kanapę.

- Myślisz, że poukładałaś sobie to wszystko w głowie? Czujesz się pewniej?

- Jestem obkuta na blachę! Dzięki.

- To samo zrobiłabyś  dla mnie. - Wyjął  jej z ręki pustą filiżankę i postawił obok 

swojej na stoliku.

- Tak, oczywiście.

- A jak z innymi przedmiotami?

-   W   porządku!   Najbardziej   bałam   się   tej   koszmarnej   genetyki.   Nie   wiem,   jak   to 

zrobiłeś, ale naprawdę dzięki tobie zaczęłam coś łapać.

- To jest to, na czym się znam, Nat. Bez wiedzy genetycznej nie zajmowałbym się 

specjalistyczną hodowlą.

- Chyba nie... - Mimowolnie utkwiła wzrok w jego twarzy, przyglądając się szerokim 

kościom policzkowym, prostej linii nosa, zmysłowym ustom. Podniecający dreszcz przebiegł 

jej po plecach.

- Dlaczego się tak wpatrujesz? Mam plamę na nosie? - Nie, zamyśliłam się...

- Nad czym?

background image

-   Zastanawiałam   się,   dlaczego   nigdy   mnie   nie   pocałowałeś   -   odpowiedziała   ze 

spuszczoną głową.

- Nieprawda. Całowałem cię w Boże Narodzenie pod jemiołą.

- To miał być pocałunek?

- Jedyny rodzaj pocałunku, na jaki mogłem sobie pozwolić, wiedząc, że moi bracia i 

siostra cały czas się na nas gapią.

- Pewnie daliby ci popalić, gdybyś poważnie spróbował się kimś zainteresować.

-   Kilka   razy   próbowałem   poważnie   zainteresować   się   tobą   -   odpowiedział   bez 

uśmiechu. - Zdaje się, że tego nie zauważasz.

- Zauważam. - Zasłoniła dłońmi rozpalone policzki.

-   Uciekasz   -   poprawił   ją   ciepłym   głosem.   -   Chciałbym   cię   całować,   Nat.   Ale 

pocałunek to tylko początek. Rzadko się na nim kończy.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Ja nie mam zamiaru się żenić - powiedział bez ogródek. - A ty nie chcesz mieć 

stosunku.

- McKinzey! - krzyknęła oburzona.

- Jest na to inne słowo, jeśli wolisz...

- Spróbuj je wymówić, to palnę cię w łeb twoim własnym butem!

Sięgnęła   po   zapowiedzianą   broń,   ale   on   był   szybszy.   Złapał   ją   za   rękę   i 

błyskawicznym ruchem powalił na dywan, przytrzymując jej tułów nogą. Leżała na plecach i 

patrzyła w jego napiętą, ponurą twarz. Spodziewała się wybuchu śmiechu, może kpiących 

żartów, ale w jego wzroku nie było odrobiny rozbawienia.

Czuła   jego   napięte   mięśnie,   mocne   bicie   serca   i   jego   oddech   na   swoich   ustach. 

Zamknęła  oczy, walcząc   z  ogarniającym  ją  podnieceniem.   Nie wiedziała,   czy  spróbować 

obrócić wszystko w żart, czy próbować się wyrwać.

Mack jak gdyby wyczuł jej rozterkę, bo przesunął dalej nogę, zacieśniając jeszcze 

uchwyt. Szarpnęła ręką i uniosła w górę biodra.

-   Nie   rób   tego   -   powiedział   Mack   niskim   głosem   -   chyba   że   jesteś   w   bardzo 

lekkomyślnym nastroju.

Znieruchomiała.

Ułożył się koło niej na boku i spojrzał jej prosto w oczy.

- Wiesz, jak to na mnie działa? Czy tylko eksperymentujesz?

- Nie wiem, jak to działa na ciebie - mruknęła, łapiąc oddech. - Ja czuję się dziwnie.

- Jak dziwnie?

background image

- Czuję się... spuchnięta - szepnęła cicho, jak gdyby wyznawała mu najgłębszy sekret.

- Gdzie? Tutaj? - Uniósł jej biodra i przycisnął do swoich.

Wstrzymała   oddech,   ale   nie   próbowała   się   wyrywać.   Patrzyła   na   niego 

rozpłomienionym wzrokiem.

- Pragnę cię - wyznał szeptem. - I teraz wiesz, co się dzieje, kiedy mężczyzna pragnie 

kobiety. Czujesz mnie, prawda? - Przygarnął ją mocniej i poruszył biodrami. - Lepiej, żebyś 

była pewna, Nat, czego naprawdę chcesz, zanim doprowadzisz mnie do szaleństwa.

Miała wrażenie, że topnieje w jego objęciach. Wyprężyła się jak struna i z jej gardła 

wydobył się cichy, gardłowy jęk.

- Powinien piorun we mnie strzelić - mruknął w jej rozchylone usta.

- Dlaczego?

- Nat...

Całował  ją z niepohamowanym  głodem, spełniając  najskrytsze  marzenie  jej  życia. 

Przestała myśleć i zapomniała o wszystkich lękach. Owinęła ręce wokół jego szyi i zatraciła 

się w tym pierwszym pocałunku bez reszty. Kiedy Mack uniósł się gwałtownie na łokciach i 

spojrzał w jej zamglone oczy, wiedział, że może mieć ją całą.

- Nie - szepnął cicho, kiedy wyciągnęła błagalnie ręce.

- Dlaczego? - spytała tonem rozżalonego dziecka. - Nie lubisz się ze mną całować?

- A jak ci się wydaje? - zaśmiał się ironicznie. Patrzyła na niego bez słowa, lekko 

zmieszana, ale jakby zupełnie nie rozumiejąc.

- Nie mam niczego w portfelu. Jeżeli chcesz się ze mną kochać, muszę skoczyć do 

miasta i kupić coś, co uchroni cię przed ciążą. Czy teraz wyraziłem się jasno?

- Masz na myśli.... seks?

- Mężczyźni uprawiają seks z dziewczynami na jedną noc. Ty do nich nie należysz.

- Nie? - Przyglądała mu się spokojnie, z nieukrywanym zaciekawieniem.

-   Bardzo   cię   pragnę,   Nat   -   szepnął   -   ale   zagryzłyby   cię   wyrzuty   sumienia,   z 

zabezpieczeniem czy bez.

- Może...

- A może nie - powiedział weselszym tonem, kładąc palec na jej ustach. - Przyszedłem 

nauczyć cię biologii, a nie reprodukcji.

- Nie chcesz mieć dzieci...

- Nie chcę ich teraz. Kiedyś pewnie zechcę. - Musnął dłonią jej brwi. - Nat, masz 

niewielkie doświadczenie w kontaktach z mężczyznami.

- Robię, co mogę, żeby je zdobyć - mruknęła oschle.

background image

- Powiem ci, co masz robić, kiedy przyjdzie na to czas.

- Jesteś pewien? - Zmrużyła oczy jak kotka.

- Jestem pewien.

- W porządku. Jeśli nie ma innego wyjścia, będę dalej żyć marzeniami.

- Mogę zapytać, jak o mnie marzysz?

- Oszczędzę ci zakłopotania. - Usiadła i przeczesała palcami zmierzwione włosy.

- A więc to takie marzenia... - zachichotał.

- Nie sądzę, żebyś ty marzył o mnie.

Milczał   przez   długą   chwilę,   w   końcu   podniósł   się   zwinnym   ruchem   i   zbył   ją 

uśmiechem.

- Idę sobie, póki nie jest za późno.

-   Tchórz!   -   mruknęła.   -   Zupełnie   nie   nadajesz   się   na   nauczyciela.   Nie   masz 

cierpliwości do dociekliwych uczniów.

- Twojej dociekliwości wystarczy dla nas dwojga. Odprowadź mnie do drzwi.

- Jeśli muszę...

Zatrzymał się w otwartych drzwiach.

- Krok po kroczku, Nat - powiedział czule. - Bez pośpiechu. Spotkamy się w piątek, a 

teraz idź spać. Dobranoc.

Rozdygotana, na chwiejnych nogach, odprowadziła go wzrokiem do samochodu.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Natalie,   całą   siłą   woli   próbując   opanować   zdenerwowanie,   przeczytała   wszystkie 

pytania testu egzaminacyjnego z biologii, i nagle opadł z niej cały strach. Była pewna, że zda, 

że skończy ze swoim rokiem studia, i że będzie mogła pracować w szkole! Wyszła z sali pięć 

minut   przed   czasem   i   niemal   tańcząc   z   radości,   pobiegła   do   samochodu.   Nie   mogła   się 

doczekać piątku i chwili, w której podzieli się dobrą wiadomością z Mackiem.

Tydzień minął bardzo szybko. Była pewna swojego dyplomu, bo powiodło jej się na 

wszystkich   egzaminach,   a   jedyną   prawdziwą   niespodzianką   miał   być   końcowy   stopień   - 

uwzględniający również ocenę z praktyki nauczycielskiej - od którego w znacznym stopniu 

zależała   jej   przyszła   kariera.   Kiedy   w   piątek   postawiła   ostatnią   kropkę   na   teście   z 

angielskiego, poczuła się wolna. Wiedziała, że będzie jej brakowało koleżanek, kolegów i 

profesorów, ale to były męczące cztery lata.

Przez cały tydzień nie miała wiadomości od Macka. Vivian zadzwoniła w czwartek, 

żeby   zapytać   ją,   czy   nadal   planuje   spędzić   z   nimi   piątkowy   wieczór.   Nie   wydawała   się 

zachwycona perspektywą randki we czwórkę. Natalie próbowała ją udobruchać, czuła jednak, 

że   jej   przyjaciółka   jest   zazdrosna,   i   zupełnie   nie   wiedziała,   co   z   tym   fantem   zrobić. 

Postanowiła zadzwonić do Macka. Zawahała się, usłyszawszy jego władczy głos.

- Mack...?

- Nat? - spytał, wyraźnie zdziwiony, i natychmiast zmienił ton. - Myślałem, że nie 

pamiętasz już numeru mojego telefonu - powiedział łagodnie. - Co słychać?

- Muszę z tobą porozmawiać.

- Poczekaj chwilę.

Usłyszała, jak zakrywa ręką słuchawkę i zwraca się do kogoś tonem, który usłyszała, 

gdy odebrał telefon.

- Okay. Mów.

- Nie przez telefon.

- Dobrze. Zaraz do ciebie przyjadę.

- Ale ja właśnie wychodzę z domu. Muszę pojechać do miasta, żeby kupić na wieczór 

jakiś ciuch.

- Brawo - odpowiedział po chwili milczenia.

- To przez ciebie. Wyśmiewasz jedyną sukienkę, którą mam.

- Będę u ciebie za dziesięć minut.

- Powiedziałam ci, że muszę...

background image

-   Jadę   z   tobą   -   powiedział   stanowczo.   Połączenie   zostało   przerwane.   Boże,   ratuj, 

pomyślała, przewidując jakąś katastrofę. Mack zacznie rozstawiać po kątach ekspedientki, 

zrobi awanturę i w końcu ochroniarze będą musieli go obezwładnić.

Ale gdyby wskoczyła teraz do samochodu i pojechała na zakupy sama, wiedział, gdzie 

ją znaleźć. Będzie, co ma być - w końcu nie musiała kupować tej sukienki dzisiaj. Mogła 

włożyć tę, której nie lubił.

Zjawił się dokładnie po dziesięciu minutach. Nie gasząc silnika, otworzył drzwi od 

strony pasażera   i  czekał, aż  Natalie  zamknie  dom  na  klucz.  Był  w  nienagannie  czystym 

ubraniu, przypuszczała więc, że tylko instruował swoich pracowników, a nie pomagał im 

spędzać bydło.

-   Ilu   twoich   ludzi   zrezygnowało   dzisiaj   z   pracy?   -   spytała   z   uśmiechem,   kiedy 

wyjechał na główną drogę.

- Skąd ci przyszło do głowy, że ktoś zrezygnował?

- Spęd bydła. - Oparła się o drzwi i patrzyła na jego profil z ironicznym uśmiechem. - 

Zawsze wtedy ktoś odchodzi. Zwykle jest to człowiek, który myśli, że zna się lepiej od ciebie 

na szczepieniach i komputerowej identyfikacji byków.

Poprawił się na fotelu i ostro dodał gazu.

- Odszedł Jones - przyznał po jakiejś minucie. - Ale już dawno miał zamiar to zrobić. 

Uważa, że jest zbyt dobrym programistą, żeby marnować swoje umiejętności dla hodowcy 

bydła.

- Na pewno nie podobał ci się sposób, w jaki oprogramował twój komputer.

- Bo zrobił to źle! - zawołał Mack. - Cholera, ten facet tak namieszał w rejestrze stada, 

że w ogóle nie byłem w stanie kontrolować przyrostu wagi!

- Rozumiem. - Zaśmiała się.

- Wrzucał do jednego worka dane o cielakach i reszcie bydła, a to jest kompletnie bez 

sensu!

- No tak... - Natalie z trudem pohamowała kolejny wybuch śmiechu.

- Powiedz lepiej, jak ci poszły egzaminy.

-  Dużo  lepiej,   niż  się   spodziewałam.   Dzięki   za  korepetycje   z  biologii.  Nawet  nie 

wiesz, jak mi pomogłeś.

- Sprawiło mi to przyjemność.

Nie   była   pewna,   jak   potraktować   to   wyznanie,   i   kiedy   Mack   zerknął   na   nią   z 

szatańskim uśmiechem, zaczerwieniła się po uszy.

- Jaką sukienkę chcesz kupić?

background image

- Najlepiej czarną.

-   Podobno   modny   jest   aksamit.   Byłoby   ci   dobrze   w   zielonym   aksamicie. 

Szmaragdowozielonym.

- Czyżby Glenna ubierała się w aksamity? - zapytała bez zastanowienia.

- Nie. - Patrzył na nią tak długo, na ile miał odwagę oderwać wzrok od drogi. Potem 

uśmiechnął się. - Podoba mi się to.

- Co ci się podoba?

- Że jesteś zazdrosna.

Odwróciła głowę do okna, zastanawiając się gorączkowo, co powiedzieć.

- To nie był zarzut - odezwał się po minucie.

-   Tak   czy   inaczej,   nie   zamierzam   być   niczyją   kochanką,   gdybyś   miał   jakieś 

wątpliwości.

- Będę o tym pamiętał.

Kiedy dotarli do miasta, powiedziała mu, dokąd chce iść, i Mack zatrzymał się tuż 

przed wejściem do upatrzonego przez nią butiku.

-   Nie   musisz   ze   mną   wchodzić   -   zaprotestowała,   kiedy   wysiadł   pospiesznie   z 

samochodu.

-  I  wyjdziesz  z  tego   sklepu  z  jakimś  czarnym  workiem   na  ramiączkach?   Nie  ma 

mowy! Idę z tobą. Wyobraź sobie, że jestem twoim osobistym konsultantem w sprawie mody.

- Dobrze - poddała się. - Ale jeśli zaczniesz pouczać sprzedawczynie, wychodzę.

- W porządku! Będę grzeczny jak aniołek.

W sklepie były dwie klientki, szperające wśród obrotowych stojaków z przecenionymi 

ubraniami.   Gdy   Natalie   ruszyła   w   tamtą   stronę,   Mack   wziął   ją   dyskretnie   za   rękę   i 

poprowadził do ekskluzywnej części sklepu.

- Ale ja nie mogę...

- Chodź - szepnął, kładąc jej palec na ustach. Dotąd przesuwał wieszaki, aż znalazł 

piękną aksamitną suknię z rozkloszowanymi rękawami i dyskretnym trójkątnym dekoltem. 

Przyłożył ją do stojącej nieruchomo Natalie.

-   Tak   -   powiedział   cicho.   -   Ten   kolor   robi   coś   niesamowitego   z   twoimi   oczami. 

Zmieniają odcień.

- Tak, to prawda - odezwała się zza jego pleców sprzedawczyni, kobieta w starszym 

wieku. - To niepowtarzalny model, i jest przeceniony - dodała z uśmiechem. - Zamówiliśmy 

tę suknię dla panny młodej, która niespodziewanie zaszła w ciążę i musiała ją zwrócić.

Natalie spojrzała na Macka z niepewną miną.

background image

- W porządku - mruknął. - Ciąża nie jest zaraźliwa. Sprzedawczyni odeszła szybko na 

bok.   Młoda   kobieta   w   drugim   końcu   sklepu   nie   mogła   się   powstrzymać   i   wybuchnęła 

śmiechem.

- Przymierz ją, Nat. Proszę cię, tak dla żartów. Natalie, lekko oszołomiona, bez słowa 

protestu pomaszerowała do przymierzami.

Nie   chciała   zgadywać,   jakim   cudem   Mack   tak   bezbłędnie  ocenił   jej   rozmiar.  Ale 

suknia leżała na niej doskonale, i rzeczywiście zmieniała kolor jej oczu. Natalie wyglądała w 

niej elegancko, tajemniczo, nawet seksownie...

- No i jak? - spytał niecierpliwie Mack. Walczyła ze sobą przez moment, ale w końcu 

otworzyła wahadłowe drzwi i wyszła się pokazać.

Nic nie powiedział. Nie musiał. Z zaciśniętymi szczękami wpatrywał się w młodą, 

pociągającą   kobietę,   w   przepięknym   stroju,   który   oblekał   jej   ciało   jak   szyta   na   miarę 

rękawiczka.

- No i jak? - powtórzyła jak echo.

Spojrzał jej w oczy. Nie odezwał się ani słowem. Nie wyjął nawet rąk z kieszeni. Po 

prostu nie mógł przestać na nią patrzeć.

- Ta suknia została uszyta dla ciebie, moje dziecko - westchnęła sprzedawczyni.

- Bierzemy ją - powiedział cicho Mack.

- Ale nie jestem pewna... - Nie znalazła nigdzie metki z ceną i nie wiedziała, czy może 

sobie na ten luksus pozwolić.

- A ja jestem. - Odwrócił się na pięcie i odszedł ze sprzedawczynią do kasy.

Kiedy Natalie przebierała się we własne dżinsy i bluzkę, Mack podpisywał paragon 

rozliczeniowy. Wręczył go uśmiechniętej starszej pani wraz z długopisem, odebrał kartę i 

odwrócił się do Natalie, która wynurzyła się z przebieralni z sukienką przewieszoną przez 

ramię i pustym wieszakiem.

- Pozwól, kochanie, że ją zapakuję. Mam nadzieję, że będziesz z niej zadowolona.

- Dziękuję - powiedziała Natalie, niepewna, czy dziękuje sprzedawczyni, czy swojemu 

upartemu „konsultantowi”.

W samochodzie Mack położył suknię na tylnym siedzeniu.

- Przydałyby ci się do niej jakieś buty...

- Mam czarne skórzane pantofle, całkiem znośne, i pasującą do nich torebkę. Mack, 

jak mogłeś zapłacić za moją sukienkę? Wszyscy pomyślą, że...

- Nikt nie będzie wiedział, że nie kupiłaś jej sama, chyba że im o tym powiesz. - 

Uśmiechnął się i wziął ją za rękę. - Nat, ona naprawdę została uszyta dla ciebie. Możesz 

background image

włożyć ją dzisiaj, kiedy pójdziemy poszaleć do nocnego klubu.

- Wybieramy się do nocnego klubu?

- Wybieramy się do różnych miejsc. Pracę w szkole zaczniesz dopiero od jesieni, a to 

znaczy, że będziesz  teraz  miała mnóstwo wolnego czasu. Możemy jeździć na wycieczki, 

pikniki...

Leciutki dreszcz przebiegł po jej ciele. Patrzyła na jego piękne, długie palce zaciśnięte 

na jej dłoni.

- Wszyscy czworo?

- Ty i ja, Nat.

Po kilku minutach jazdy skręcił z głównej drogi w boczny trakt i zatrzymał się pod 

ogromnym drzewem pekanowym. Zgasił silnik.

- Z tym Markhamem to coś poważnego?

- Mówiłam ci, że jesteśmy przyjaciółmi.

- Jakiego rodzaju przyjaciółmi? Całowałaś się z nim?

- Nie... - odpowiedziała z irytacją w głosie.

- Dlaczego nie?

- Bo nie mam ochoty się z nim całować. Mack...

- Lubisz całować się ze mną.

- Denerwujesz mnie! - krzyknęła. - Nie rozumiem, dlaczego nagle zadajesz mi tyle 

pytań.

Odpiął obydwa pasy bezpieczeństwa i przyciągnął ją do siebie, układając na kolanach 

jak dziecko, plecami do kierownicy.

- Chciałbym wiedzieć - odezwał się po długiej chwili - czy masz jakieś dalekosiężne 

plany związane ze swoim kolegą nauczycielem.

- Nie takie, o jakich myślisz.

Zsunął rękę z jej ramienia i odpiął guziki bluzki. Westchnęła i dopiero wtedy kiedy 

poczuła ciepłą dłoń zamykającą się na jej piersi, chwyciła go za nadgarstek.

- Nie musisz udawać świętego oburzenia. Dotykałem cię tak niedawno.

- Nie powinieneś - szepnęła.

- Dlaczego? Twoje ciało to lubi, nawet jeśli rozsądek protestuje.

- Moje ciało jest głupie.

-   Nie.   Ma   dobry   gust   w   wyborze   mężczyzn   -   zażartował,   muskając   językiem   jej 

policzek.

- Straciłeś rozum? Jest biały dzień i ktoś może tędy jechać.

background image

-   Powiemy,   że   pszczoła   wleciała   ci   za   bluzkę   i   musiałem   ją   wyjąć   -   mruknął, 

pochylając głowę. - Przestań się martwić głupstwami i pocałuj mnie.

Próbowała   powiedzieć,   że   to   nie   jest   dobry   pomysł,   ale   nie   zdążyła.   Wróciło 

wspomnienie deszczowej nocy, kiedy zginął Carl, i Mack przyszedł ją pocieszyć. Trzymał ją 

w ramionach, tak jak teraz, a ona wsunęła dłoń za jego koszulę i dotykała nagiego torsu. 

Pamiętała, jak nagle stracił nad sobą panowanie...

Odsunęła się gwałtownie i spojrzała na niego wylęknionym wzrokiem.

- Nat... Co się stało?

- Nie chcę... żebyś się dręczył. Nie mogę komplikować ci życia.

- Już się skomplikowało. - Wsunął rękę za jej plecy i rozpiął biustonosz.

- Nie powinniśmy - szepnęła.

-   W   zasięgu   wzroku   nie   ma   żadnego   samochodu   -   powiedział,   rozejrzawszy   się 

dookoła. - Poza tym nie mam zamiaru cię gwałcić w takim miejscu.

- O to cię nie podejrzewałam.

- Powiedz, że tego nie chcesz, i dam ci spokój - powiedział bez ogródek, choć ton jego 

głosu zdradzał wahanie.

Chciała. Naprawdę tego chciała. Powinna powiedzieć, żeby dał jej spokój. Ale on 

błądził delikatnie palcami po jej nagiej skórze, dając ledwie przedsmak pieszczoty,  jakiej 

domagało się jej zdradzieckie ciało. Przylgnęła do niego bezradnie, wstrzymując oddech.

- Tak myślałem - powiedział cicho. Potem delikatnie odsłonił jej piersi.

Uwielbiała dotyk jego palców. Kochała też sposób, w jaki na nią patrzył - żarliwie, z 

niemym zachwytem, jak gdyby była dziełem sztuki. Nie mogła czuć wstydu.

- Nigdy, z nikim innym nie czułem tego, co czuję z tobą - wyszeptał, ogrzewając 

swoim   oddechem   jej   nabrzmiałą   brodawkę.   -   Czasami   w   nocy   boję   się,   że   kompletnie 

oszaleję...

Prawie go nie słyszała. Kiedy głodnymi wargami przywarł do jej piersi, wyprężyła się 

i przyciągnęła mocniej jego głowę.

- Ostrożnie - powiedział czule. - Nie chcę zrobić ci krzywdy.

- Nie zrobisz mi krzywdy. Proszę cię... - mruczała nieprzytomnie - jeszcze...

- Dobrze, kochanie, mógłbym to robić bez końca...

Warkot nadjeżdżającego samochodu przywrócił ich do rzeczywistości. Mack spojrzał 

w lusterko, skrzywił się i pomógł Natalie usiąść.

- Myślałem, że jesteśmy sami na tej planecie - powiedział z wymuszonym uśmiechem. 

- Ale to było tylko pobożne życzenie. Pomóc ci?

background image

- Poradzę sobie.

Patrzył, jak Natalie drżącą ręką zapina pas. Zrobił to samo i włączył stacyjkę.

- Z taką kobietą jak ty człowiek może zapomnieć o bożym świecie.

- To nie moja wina, że nie potrafię ci się oprzeć. Gdybyś przestał mnie rozbierać...

-   Nie   ma   mowy.   Nie   miałbym   już   po   co   żyć.   Poza   tym   -   dodał   z   szatańskim 

uśmieszkiem - w jaki sposób zdobyłabyś doświadczenie?

- Zastanawiam się, czy nie zdobywam go za intensywnie.

-   Nie   martw   się,   nie   namówię   cię   do   zrobienia   czegoś,   do   czego   nie   jesteś   tak 

naprawdę gotowa.

- Myślisz, że mógłbyś?

- Wiem, że mógłbym.  Ale znienawidziłabyś  mnie za to. Może ja sam siebie bym 

znienawidził. Cokolwiek się stanie, musimy chcieć tego oboje. Żadnych podstępów, żadnych 

uwodzicielskich sztuczek.

- Nie będę z tobą spała - powiedziała stanowczym tonem.

-   Zmieniłabyś   zdanie.   Ale   ja   też   nie   chcę,   żeby   do   tego   doszło.   Na   razie   mam 

dostatecznie dużo obowiązków. Chłopcy dają sobie radę sami, ale Viv... Lepiej nie mówić. 

Wiesz, jaka jest teraz wściekła na ciebie?

- Dlatego, że Whit poświęcał mi za dużo uwagi... - powiedziała Natalie rozżalonym 

tonem.

- Właśnie.

- Przecież to nie moja wina.

- Wiem. Ale Vivian w to nie wierzy. Zapomniałaś, jak się zachowywała po śmierci 

Carla? Nigdy nie uważała ciebie za jego dziewczynę. Była przekonana, że umawiał się z tobą 

tylko   po   to,   żeby   być   blisko   niej.   Kocham   swoją   siostrę,   ale   swoim   zarozumialstwem 

mogłaby obdzielić kilka kobiet.

- Vivian jest bardzo ładna. W przeciwieństwie do mnie.

- Nat? - Spojrzał na nią z łagodnym uśmiechem. - Jesteś warta więcej niż dziesięć 

pięknych królewien. Masz rozum i dobre serce. Czasami za dobre. Nie potrafisz odmawiać 

ludziom i dajesz się im wykorzystywać.

- Tak, zauważyłam to. Tylko dlatego, że pozwoliłam ci się pocałować...

-   Nie   zagalopuj   się   -   ostrzegł   ją.   -   To   jest   wzajemne   pożądanie.   Kochasz   moje 

pocałunki, prawda? Drżysz z podniecenia, kiedy cię dotykam. Nie potrafisz nawet tego ukryć.

Skrzyżowała nogi i odwróciła się do okna.

- Nie znałam wielu mężczyznach, więc łatwo mnie omotać.

background image

- Naprawdę? W takim razie dlaczego nie pozwalasz się dotykać swojemu koledze 

nauczycielowi?

- Pojawiłeś się w moim życiu wówczas, kiedy byłam bardzo wrażliwa i naiwna. W 

tym   wieku   to   zrozumiałe.   Pamiętasz,   co   mówiłam   o   kaczych   pisklętach   i   pierwszym 

doświadczeniu?

- Nie jesteś kaczym pisklęciem.

- Ale jestem naznaczona tamtym doświadczeniem - powiedziała ze złością. - Jestem 

też stracona dla innych mężczyzn z powodu jednej nocy. Nie powinieneś był się do mnie 

zbliżać. Wiedziałeś, w jakim jestem stanie!

- Nie mogłem zostawić cię wtedy samej i pozwolić, żebyś rozpaczała w pustym domu. 

Zresztą... może byłaś zrozpaczona, ale nie za bardzo protestowałaś.

- Zostawiłeś mi za mało oddechu, żebym mogła protestować! Może byłam kompletną 

idiotką   w   tych   sprawach,   ale   tobie   nie   brakowało   doświadczenia!   I   skutecznie   je 

wykorzystałeś!

- Przykro mi z powodu Carla, ale on nie był chłopakiem dla ciebie. Lubił bardziej 

rozrywkowe dziewczyny, i nie miał zamiaru się żenić przed ukończeniem college'u. Złamałby 

ci serce.

- To jest moje serce i mogłam robić z nim, co chciałam! Zatrzymał się na czerwonym 

świetle i spojrzał w jej pałające gniewem oczy.

- Jak na inteligentną kobietę, jesteś nieprawdopodobnie naiwna. Naprawdę myślałaś, 

że Carl jest w tobie zakochany? Że dlatego się z tobą umawiał?

- Tak, powiedział mi to!

- Opowiadał swoim koleżkom, że spotyka się z tobą, bo jego brat założył się z nim, że 

mu z tobą nie pójdzie. To łagodna wersja - dodał ponuro - szczegółów ci oszczędzę.

- Skąd o tym wiesz? - spytała z furią w głosie.

- Jego młodszy brat przyjaźnił się z Bobem. Kiedy Bob to usłyszał, przyszedł do mnie. 

Dlatego uprzedziłem Carla - i jego rodziców - co mu zrobię, jeśli spróbuje cię uwieść.

Była zdruzgotana. Cztery miesiące opłakiwała Carla, a teraz dowiaduje się, że on jej 

nigdy   nie   kochał.   Prowadził   grę.   Bawił   się   nią.   Oparła   się   o   szybę,   powstrzymując   łzy. 

Dlaczego się nie domyśliła? I dlaczego Mack nie powiedział jej o tym kilka lat temu?

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

- Przepraszam. Niepotrzebnie ci to powiedziałem.

- Powinieneś to zrobić wiele lat temu. - Natalie wyjęła z torebki chusteczkę, żeby 

wytrzeć oczy. - Boże, jaką ja byłam idiotką!

- Byłaś naiwna. Widziałaś to, co chciałaś widzieć. Mówił łagodnym tonem, ale Natalie 

czuła, że jest wściekły. Zastanawiała się, co jeszcze Carl powiedział Bobowi, ale bała się o to 

zapytać. Mack bębnił nerwowo palcami w kierownicę.

- Miałaś siedemnaście lat, wyobrażałaś go sobie jako partnera na całe życie. Nic by z 

tego nie wyszło.

Wyczuła w jego głosie zakłopotanie. Odwróciła się i zobaczyła w jego twarzy coś, 

czego wolałaby nie widzieć.

- Tamtej nocy... robiłeś to ze mną specjalnie.

- Tak - przyznał cicho. - Chciałem... żebyś miała przynajmniej jakieś porównanie z 

tym, czego już doświadczyłaś. - Zacisnął nerwowo szczęki. - Nie zdawałem sobie sprawy, jak 

bardzo jesteś niewinna, a potem było za późno.

- Za późno?

Zwolnił przed zakrętem. Wyglądał na tak przejętego, że nie powiedziała nic więcej.

- Może to rzeczywiście było jak naznaczenie - westchnął ciężko. - Nie powinienem 

był cię dotykać. Byłaś o wiele za młoda.

- Myślisz, że cię za to obwiniam?

- Sam się obwiniam. Od tamtej pory żyjesz jak odludek.

-  Nie  było  szansy,  żeby  ktoś zrobił   na mnie   większe  wrażenie  niż  ty -  odparła  i 

uśmiechnęła się smutno.

- Wzajemnie - wydusił z siebie po chwili. - Tak naprawdę nie spodziewałem się, że 

jesteś zupełnie niedoświadczona... Byłem w szoku, kiedy się zorientowałem.

- Skąd miałeś taką pewność? - zapytała z irytacją.

-   Nat,   doświadczona   kobieta   daje   tyle,   ile   dostaje.   Ty   byłaś   oszołomiona, 

zafascynowana wszystkim, co robiłem - i wpadłem po uszy szybciej, niż się spodziewałem. 

Od lat śni mi się tamta noc - dodał ze ściśniętym gardłem.

- Szczerość za szczerość: mnie też.

- Powinienem był wrócić do domu, zanim mnie podkusiło.

Obrzuciła   wzrokiem   jego   twarz.   Nigdy   nie   poznała   kogoś   takiego   jak   on.   Nie 

wierzyła, że istnieje ktoś taki jak Mack. Od tamtej niewiarygodnej nocy nadawał barwę jej 

background image

snom, był całym jej światem.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, parsknął śmiechem.

- Szczerość szczerością, ale nic nie cofnie przeszłości, i dalej nie wiemy, jak z tego 

wybrnąć. Ty nie jesteś wyzwoloną kobietą, ja pozostaję zaprzysięgłym kawalerem.

- Naprawdę? Myślałam, że to przez swojego ojca boisz się małżeństwa. Z tego, co 

wszyscy mówią, twoi rodzice zupełnie do siebie nie pasowali.

- Ci wszyscy to pewnie moja siostra. Vivian nie pamięta naszej matki.

- A ty ją pamiętasz? - zdziwiła się.

- Umarła i zostawiła ojca z czwórką dzieci. Nie czuł się na siłach wychować choćby 

jedno z nas. Myślę, że zaczął pić z bezradności, a potem nie mógł przestać.

- Mack, czy ty naprawdę myślisz, że jesteś taki jak on?

-   Podobno   tyranizowane   dzieci   stają   się   rodzicami   tyranami   -   powiedział   bez 

zastanowienia, i natychmiast tego pożałował.

- Podobno. - Natalie kiwnęła głową, jak gdyby spodziewała się tej odpowiedzi. - Ale 

od każdej reguły są wyjątki. Gdybyś miał zadatki na tyrana, Vivian, Bob i Charles już dawno 

zgłosiliby się do kuratora i poprosili o umieszczenie ich w rodzinie zastępczej.

- Vivian za nic by nie zrezygnowała z luksusu szastania pieniędzmi - zakpił gorzko.

-   Przestań.   Wiesz,   że   ona   cię   kocha.   Tak   samo   jak   chłopcy.   Jesteś   najlepszym 

człowiekiem, jakiego znam.

- Zebrało ci się na pochlebstwa?

- Nie, to fakt. - Wolnym, delikatnym ruchem pogładziła jego rękę. - Jesteś...

- Nie rób tego.

- Przepraszam. - Zaśmiała się, żeby rozładować atmosferę, ale jej twarz oblała się 

rumieńcem.

- Nie chciałem cię urazić - powiedział gniewnie. - Ale nie prowokuj mnie, Nat.

Otworzyła szeroko oczy.

- Dalej nie masz bladego pojęcia, jak na mnie działasz, prawda? Co się ze mną dzieje, 

kiedy mnie tak dotykasz? - spytał zniecierpliwionym głosem. - Ten mój zewnętrzny spokój to 

poza.   Ciągle   cię   widzę   w   tej   aksamitnej   sukni   i   nawet   nie   wiesz,   jak   mnie   korci,   żeby 

zatrzymać   samochód   i...   -   Zacisnął   szczęki.   -   Mam   za   sobą   długi   okres   postu.   Nie 

doprowadzaj mnie do szaleństwa.

- A Glenna?

- Dobrze wiesz, jak się między nami układa. Jest ładna i bardzo chętna. Ale nie jest 

tobą.

background image

- Biedna Glenna.

- Biedny Dave - odparował z kpiącym uśmiechem.

- Wszyscy mówią, że jest bardzo przystojny.

- Wszyscy mówią, że Glenna jest bardzo ładna. Natalie potrząsnęła głową i odwróciła 

się do okna.

- Vivian prawie się do mnie nie odzywa - powiedziała, żeby zmienić temat. - Wiem, że 

jest zazdrosna, i czuję, że Whit celowo wlepia we mnie oczy, żeby ją denerwować.

- Jasne, że tak. To stara sztuczka, ale bardzo skuteczna.

- Nie rozumiem.

- Udaje, że nie jest nią zainteresowany, żeby się bardziej o niego starała. Do momentu, 

kiedy będzie tak zdesperowana, że zrobi dla niego wszystko. - Mack zmrużył wściekle oczy. - 

Ona jest bogata, Nat. A on nie. Nieźle zarabia jak na nauczyciela, ale przepuszcza wszystko 

na automatach do gry.

- Biedna Viv...

-   Byłaby   biedna,   gdyby   za   niego   wyszła.   Dlatego   go   nie   polubię.   Ten   facet   jest 

nałogowym hazardzistą i nie widzi w tym żadnego problemu. Viv o tym nie wie.

- A gdybyś jej powiedział?

- Nie uwierzy mi. Pomyśli, że się na niego uwziąłem. Stacją na to, żeby wyjść za 

niego po kryjomu. - Wzruszył ramionami. - Jestem między młotem a kowadłem.

- Może powinnam go ośmielić...

- Nie.

- Ale to mogłoby...

- Powiedziałem, że nie - powtórzył stanowczo. - Sam to jakoś załatwię. A ty bądź 

gotowa o piątej.

- Tak jest, szefie!

Była gotowa dużo wcześniej. Kiedy Mack wysiadł z lincolna i wszedł na werandę, 

drżącą ręką zamykała drzwi na klucz.

-  Ty  też  dobrze   wyglądasz  -  odpowiedziała  na  jego   powłóczyste,   pełne  zachwytu 

spojrzenie. - Chyba po raz pierwszy widzę cię w smokingu.

- To nawet dobrze, że nie będziemy dzisiaj sami - mruknął, prowadząc ją za rękę do 

samochodu. - W tej sukni nawet świętego sprowadziłabyś z drogi cnoty.

- Nie zdejmę jej dla ciebie. Jesteś zaprzysiężonym kawalerem.

- Spróbuj zmienić moje zdanie.

- To coś nowego! - Natalie zaśmiała się swobodnie, chociaż jej serce zaczęło bić jak 

background image

oszalałe.

- Dzisiejszy wieczór to też coś nowego, Nat. To nasza pierwsza randka.

- Uhm... - Kiedy Mack otwierał drzwi, przyłożyła rękę do gorącego policzka.

Na   tylnym   siedzeniu   Vivian   i   Whit   odsunęli   się   od   siebie   raptownie,   a   Vivian 

roześmiała się perliście, odrzucając do tyłu jasne włosy.

- Część, Nat! Wyglądasz bosko!

- Ty też - odpowiedziała szczerze. Jej przyjaciółka, w błękitnej jedwabnej kreacji, 

naprawdę porażała swoją urodą.

Whit,   chociaż   był   w   wieczorowym   stroju   jak   Mack,   wyglądał   przy   niej   jak 

prowincjusz. Vivian jednak tego nie zauważała.

- Mam czarną aksamitną sukienkę, naprawdę niezłą, ale wolałam włożyć coś, co mniej 

krępuje ruchy.

- Aksamit jest bardzo ładny - zgodziła się Natalie.

- I bardzo drogi...

-   Nawet   studentkom   college'u   udzielają   kredytów   -   odpowiedziała   tonem,   jakiego 

rzadko zdarzało jej się używać.

- Oczywiście. - Vivian spąsowiała.

- Nie wszyscy są bogaci, Vivian - dodał chłodnym tonem Whit. - To fajnie, że masz 

kasę, na co tylko chcesz, ale my, zwykli śmiertelnicy, musimy płacić comiesięczne rachunki.

- Powiedziałam: przepraszam.

- Tak? To może nie dosłyszałem.

- Jaką sztukę obejrzymy? - spytała szybko Natalie, próbując ratować sytuację.

-   „Arszenik   i   stare   koronki”   -   odpowiedział   Mack.   -   Przygotowali   ją   studenci   z 

college'u Billingsa. Podobno świetne przedstawienie.

- College Medicine Ridge też ma niezły wydział teatralny, prawda, Natalie? - Whit 

podjął towarzyską rozmowę. - Miałem nawet zajęcia aktorskie, ale nie radziłem sobie z tremą.

- Ja też. Zupełnie się do tego nie nadawałam.

- W ostatniej klasie szkoły grałam główną rolę - wtrąciła chłodno Vivian.

- Pamiętam, grałaś Stellę! Byłaś fantastyczna - powiedziała z uśmiechem Natalie. - 

Nawet stary profesor Blake nie mógł wyjść z podziwu dla twojej roli.

- Stellę? - zdziwił się Whit.

- W „Tramwaju zwanym pożądaniem” Williamsa.

- To jeden z moich ulubionych dramatów. - Odwrócił się do Vivian. - Grałaś główną 

rolę? Nigdy mi o tym nie mówiłaś!

background image

Vivian rozpromieniła się natychmiast i przez kilka następnych minut raczyła Whita 

opowieścią o swojej przygodzie aktorskiej. Natalie i Mack wymienili dyskretne uśmiechy. 

Przy odrobinie szczęścia refleks Natalie mógł ocalić ten wieczór.

Po przedstawieniu, które wszystkim szczerze się podobało, poszli do nocnego klubu 

na późną kolację. Natalie i Mack zamówili stek z sałatą, natomiast Vivian i Whitowi udało się 

wybrać najdroższe dania z karty.

W każdy piątkowy wieczór grał do tańca jakiś zespół i po zjedzeniu deseru Natalie 

znalazła się na parkiecie w ramionach Macka.

- Warto było na to czekać cały długi dzień - szepnął jej do ucha. - Wiedziałem, że ta 

sukienka będzie cudowna w dotyku.

- Myślałam, że Vivian zapyta wprost, jak mogłam sobie na nią pozwolić - westchnęła, 

zamykając oczy. - Nie powinieneś był...

- Powinienem... - Zrobił obrót, przyciskając jeszcze mocniej do siebie jej biodra.

Poczuła, jak gwałtownie reaguje jego ciało. Zmyliła krok i omal nie upadła.

- Przepraszam - powiedziała. Zaśmiał się tylko, nie przerywając tańca.

-   To   są   właśnie   nieuniknione   konsekwencje   pewnego   zdarzenia   sprzed   lat.   Nie 

przejmuj się. Nikt tego nie zauważy. Jesteśmy tu sami.

Zerknęła   na   kilkanaście   par   kołyszących   się   leniwie   w   rytm   muzyki   i   też   się 

roześmiała.

- Właśnie widzę.

-   Nie   wykonuj   tylko   żadnych   nieostrożnych   ruchów.   Niewiele   trzeba,   żebyśmy 

wywołali skandal.

- Tak myślisz? - Poczuła jego ciepłe wargi na czole i uśmiechnęła się sennie.

- Pamiętasz, co ci powiedziałem tamtej nocy?

- Mówiłeś mi różne rzeczy.

- Powiedziałem, że kiedy będziesz dostatecznie dorosła, nauczę cię wszystkiego, co 

powinnaś   wiedzieć   o   mężczyznach.   -   Zwolnił   krok   i   przytulił   ją   mocniej.   -   Jesteś   już 

dostatecznie dorosła, Nat. Czujesz, co ze mną robisz...?

- Przestań - wyszeptała.

- Przepraszam. Ale to nie działa w ten sposób. Pomógłby mi zimny prysznic, ale tutaj 

jest to raczej niemożliwe. Nat... Zawieźmy Vivian i jej profesora do domu...

- A potem?

- Moglibyśmy robić to, co robiliśmy tamtej nocy.

- Proszę cię, przestań... - Czuła, że ma nogi jak z waty.

background image

- Nie da się zatrzymać lawiny słowami - szeptał. - Opętałaś mnie, Nat. To jest nie do 

wytrzymania.

- To pożądanie - odparła. - Co z nami będzie, kiedy je zaspokoisz?

-   Tego   się   nie   da   zaspokoić   raz   na   zawsze.   Nie   wiesz,   jak   to   jest.   Lubisz   moje 

pocałunki, pieszczoty, ale nie wiesz, czym jest prawdziwe pożądanie.

- To ty się zawsze wycofujesz.

- Muszę. - Zacisnął dłoń na jej talii. - Nie masz pojęcia, co by było, gdybym się nie 

wycofał.

- Ja mam dwadzieścia dwa lata, Mack. Prawie dwadzieścia trzy. W tym wieku każda 

normalna kobieta, nawet z małego miasteczka, powinna mieć jakieś pojęcie o stosunkach z 

mężczyznami...

- Ja mówię o stosunkach fizycznych. To nie jest coś, co można mieć raz, a później o 

tym zapomnieć. To nałóg. - Słysząc, że muzyka  cichnie, zaczerpnął głęboko powietrza. - 

Niebezpieczny nałóg. Z tobą to byłoby coś zupełnie innego.

- Nie rozumiem.

- Wiem. I tym mnie właśnie dobijasz!

- To irracjonalne - mruknęła pod nosem. Przycisnął ją do siebie szybkim ruchem i ze 

złośliwą satysfakcją patrzył, jak pąsowieje.

- A to, co teraz czujesz, jest racjonalne?

- Nie. Ale wciąż starasz się mnie uchronić przed czymś, co musi się kiedyś wydarzyć.

- Być może. - Zacisnął jeszcze mocniej szczęki. - Ale mówiłem ci, że nie nadaję się do 

małżeństwa. Dlatego musiałbym najpierw stracić rozum, żeby wziąć cię do łóżka.

- Dave by nie musiał. Whit raczej też nie... - Zerknęła na partnera Vivian, który patrzył 

na nią z takim samym zainteresowaniem jak na swoją dziewczynę.

- Radzę ci z nim nie zaczynać - wycedził Mack przez zęby, zaciskając kurczowo rękę 

na jej talii. - Vivian nigdy by ci nie wybaczyła. Ja też nie.

- Żartowałam.

- Ale ja nie żartuję.

-   Traktujesz   mnie   jak   dziecko,   a   potem   nagle   masz   pretensję,   że   cię   prowokuję! 

Przecież to ty masz doświadczenie.

- Jesteś dla mnie za młoda. - Uwolnił ją raptownie z uścisku i odsunął się.

- Jestem tylko o sześć lat młodsza od ciebie.

- Powiedz, czego ty ode mnie oczekujesz? - spytał aroganckim tonem.

- Chcę, żebyś był moim przyjacielem - odpowiedziała po długiej chwili.

background image

- Jestem nim.

- Więc nie rozumiem, w czym problem.

- Przed chwilą to czułaś.

- Mack!

Chwycił ją za rękę i poprowadził do ich stolika.

Natalie była rozdygotana i wściekła na Macka, że igrał z nią w ten sposób. Wiedząc, 

że ma rozpalone policzki, starała się uniknąć wzroku Vivian.

- Nie siadaj. - Whit złapał ją za rękę, zanim podeszła do krzesła. - Ten taniec jest mój.

Zaciągnął ją na parkiet, ku jawnemu niezadowoleniu rodzeństwa McKillainów, i kiedy 

zaczął się wolny taniec, porwał ją zachłannie w objęcia.

- Możesz mnie tak nie ściskać? - zapytała z furią w głosie.

- Przepraszam. - Odsunął się i spojrzał na nią z ironicznym uśmiechem. - Wielki brat 

tańczył   z   tobą   w   ten   sposób.   Ale   on   to   prawie   twój   krewny,   nieprawdaż?   Podobno 

chodziłyście z Vivian do tej samej szkoły.

- Tak. Przyjaźnimy się od dawna.

- Ona jest o ciebie zazdrosna.

- Bzdura! - Natalie roześmiała się głośno. - Ona jest piękna i ma tego świadomość.

-  Nie   o  to  mi   chodziło.  Vivian  zazdrości  ci   dobrego  charakteru  i   inteligencji.   Jej 

brakuje   jednego   i   drugiego.   -   Dziwny   sposób   rozmawiania   o   dziewczynie,   na   której   ci 

podobno zależy.

- Bardzo lubię Vivian. Ale ona jest taka jak mnóstwo innych - zapatrzona w siebie, 

rozpuszczona, żądająca od życia wszystkiego, na co przyjdzie jej ochota. Założę się, że nie 

trafiła jeszcze na faceta, który powiedziałby jej „nie .

- Myślę, że nikt jej tego nie powie - odparła Natalie z uśmiechem. - Jest bardzo ładna i 

sympatyczna, a wady mają wszyscy.

- Jest ładna i bogata. Większości mężczyzn to wystarczy. Kiedy zaczynasz uczyć?

- Na jesieni. Jeśli zdałam egzaminy.

-   Nie   wolałabyś   się   gdzieś   przenieść?   Przeglądałem   w   Internecie   oferty   dla 

nauczycieli. Mnóstwo wakatów jest w północnym Teksasie, najwięcej w Dallas. Mnie zawsze 

ciągnęło do Teksasu.

- Nie chciałabym mieszkać tak daleko od domu.

- Ale ty nie masz tu rodziny, prawda? Vivian mi mówiła, że straciłaś rodziców w 

dzieciństwie.

- Tutaj urodziła się moja mama, babcia i prababcia. Tu są moje korzenie.

background image

- Oby nie stały się pułapką, jak to bywa z poduszkami bezpieczeństwa. Naprawdę 

chcesz spędzić resztę życia w takiej dziurze?

- Dziwne pytanie jak na kogoś, kto przyjechał do tej dziury z Los Angeles.

- Z Newady - powiedział, nie patrząc jej w oczy. - Miałem dosyć wyścigu szczurów. 

Szukałem jakiegoś spokojnego miejsca, ale to jest trochę za spokojne.

- Lubisz uczyć?

-   Nie   za   bardzo.   Szczerze   mówiąc,   miałem   większe   ambicje.   Marzyło   mi   się 

budowanie domów i zarabianie pieniędzy, ale nie dostałem się na architekturę.

- To przykre.

- Więc uczę angielskiego - dodał z gorzkim uśmiechem.

- Vivian mówi, że jesteś bardzo dobrym nauczycielem.

- Nie  stać mnie  na porządny garnitur.  Kiedy sobie przypomnę,  jak  kiedyś  żyłem, 

skręcam się ze złości.

- Co robiłeś, zanim zostałeś nauczycielem?

- Handlowałem nieruchomościami. To bardzo lukratywany interes.

- Nie mógłbyś postarać się o licencję tutaj, w Montanie, i wrócić do tego zajęcia?

- Dzisiaj nikt nie kupuje ziemi w Montanie.

- Chyba nie.

Kiedy odprowadził ją na miejsce, Vivian zerwała się na równe nogi.

- Teraz moja kolej - powiedziała z uśmiechem na ustach i gniewem w oczach.

- Jasne!

- O czym rozmawialiście? - spytał niecierpliwie Mack.

-   Próbowałam   z   niego   wyciągnąć,   czym   się   przedtem   zajmował.   Powiedział,   że 

handlował nieruchomościami w Newadzie.

- Akurat! Wypij drinka i zaraz jedziemy. Jutro rano mam ważne spotkanie.

- Tak jest, szefie! - odpowiedziała Natalie.

Mack odwiózł najpierw do domu Natalie i odprowadził ją do drzwi.

- Spróbuj nie wplątać się w kłopoty - ostrzegł. - Wpadnę jutro do twojego sklepu.

- Sadie zajmuje się zakupami, a nie ty.

- Mogę ją wyręczyć, jeśli przyjdzie mi na to ochota. - Poczekał, aż Natalie spojrzy na 

niego. - Pamiętasz, że najpierw chciałem odwieźć do domu Vivian i Whita.

- Dzięki za dobre chęci - powiedziała z uśmiechem.

- To nie jest odpowiedni dzień. Jeszcze nie. - Pochylił się i musnął pocałunkiem jej 

czoło. - Ale następny wspólny wieczór zakończymy inaczej.

background image

Natalie poczekała, aż wróci do samochodu i pomachała mu na pożegnanie. Marzyła o 

jego pocałunkach... O niczym  innym  nie była  w stanie myśleć.  I całą długą noc śniła  o 

Macku.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

W środku tygodnia, akurat tego dnia, kiedy Natalie mogła dłużej pospać, zadzwonił 

rano telefon. To był Mack.

- Chodzi  o Viv - powiedział, darując  sobie  formalne powitanie.  - Z samego  rana 

musiałem ją zawieźć na ostry dyżur. Stwierdzili grypowe zapalenie płuc. Nie zgodziła się 

zostać   w   szpitalu,   a   ja   muszę   polecieć   do   Dallas   w   bardzo   ważnej   sprawie.   Za   półtorej 

godziny mam samolot. Bob i Charles są na polowaniu. Krótko mówiąc, chciałem cię prosić o 

pomoc. Możesz pobyć z Viv do mojego powrotu?

- Oczywiście, że tak. Jak długo cię nie będzie?

- Jeśli wszystko dzisiaj załatwię, wrócę koło północy. W najgorszym razie jutro.

- Do pracy idę dopiero jutro po południu. Bardzo chętnie zostanę z Vivian. Pewnie 

lekarz dał ci receptę. Odebrałeś w aptece lekarstwa?

- Nie. Muszę to zrobić...

- Daj spokój! Wpadnę po nie po drodze. Jedź spokojnie na lotnisko. Będę u Vivian za 

pół godziny.

- Zadzwonię do apteki i podam im numer swojej karty. Nie będziesz musiała za nic 

płacić.

- Dzięki.

- To ja ci dziękuję. Viv bardzo źle się czuje, ale nie powinna ci sprawić specjalnych 

kłopotów. Aha, jest tylko jeden problem - powiedział ze złością. - Whit u niej jest.

- To powinno poprawić jej nastrój.

- Wiem, że go nie lubisz, ale ona myśli inaczej. Nie zawracałbym ci głowy, gdybym 

miał inne wyjście. Naprawdę wolę jej z nim nie zostawiać.

- Nie ma sprawy, Mack. Uważaj na siebie.

- Spokojna głowa!

- I tak trzymaj.

- Ty też na siebie uważaj. I włóż płaszcz. Zaczęło siąpić.

- Zgoda, jeśli ty też włożysz swój.

- Poddaję się. - Parsknął śmiechem. - Postaram się Wrócić jak najszybciej.

Viv wyglądała na wycieńczoną i obolałą, ale zdobyła się na blady uśmiech, kiedy 

Natalie weszła do jej sypialni z torbą lekarstw i zimnym napojem. Whit siedział rozparty w 

fotelu przy łóżku. Miał znudzoną minę. Na widok Natalie wyraźnie zapłonęły mu oczy.

- Cześć! Świetnie wyglądasz.

background image

Obie jednocześnie zmroziły go wzrokiem.

- Whit, mógłbyś zaparzyć dla nas kawę? - spytała gniewnie Viv.

- Z przyjemnością. - Wstał leniwie z fotela. - Nat, używasz cukru albo mleka?

- Nikt poza Mackiem nie nazywa mnie Nat. - Odwróciła się i spojrzała mu prosto w 

oczy. - Przyjmij to do wiadomości.

- Przepraszam - powiedział z nerwowym śmiechem.

- Pójdę zaparzyć tę kawę.

Gdy zamknął za sobą drzwi, Viv rzuciła przyjaciółce lodowate spojrzenie.

- Nie musisz na niego napadać. Był po prostu uprzejmy.

- Tak ci się wydaje? - Natalie uniosła ze zdumienia brwi.

- Mack niepotrzebnie do ciebie zadzwonił. Wiedział, że jest ze mną Whit.

-   Uważał,   że   potrzebujesz   opieki   -   powiedziała   łagodnie,   choć   poczuła   się   jak 

nieproszony gość.

- Żartujesz! Uważał, że potrzebuję przyzwoitki. A mnie wystarczy Whit.

- W porządku, już sobie idę. - Zmusiła się do uśmiechu.

- Tu są twoje lekarstwa, o resztę, mam nadzieję, zadba Whit. Przepraszam za najście. - 

Odwróciła się i ruszyła do drzwi.

- Och, Nat, proszę cię, zostań! - Viv jęknęła żałośnie.

- Przepraszam! Jestem okropna. Wróć, błagam!

- Masz Whita... - Natalie zatrzymała się w otwartych drzwiach.

- Zostań...

Zamknęła drzwi, wolnym krokiem podeszła do łóżka i usiadła w fotelu.

- Posłuchaj... Whit mnie nie lubi. Flirtuje ze mną, żeby wzbudzić w tobie zazdrość. 

Naprawdę tego nie widzisz? Nie jestem ani ładna, ani bogata. W przeciwieństwie do ciebie.

- To znaczy, że nie lubiłabyś mnie, gdybym była biedna?

-   Viv,   wiem,   że   źle   się   czujesz,   ale   zdobądź   się   na   trochę   rozsądku.   Jesteśmy 

przyjaciółkami od tylu lat. Nie wiem, co się z tobą dzieje, ale ostatnio bardzo się zmieniłaś.

- On ciągle o tobie mówi, nawet kiedy jesteśmy sami.

- To nie jest to, o czym myślisz. Whit nigdy nie zrobił ani nie powiedział niczego, co 

mogłoby uzasadnić twoje podejrzenia.

- On jest bardzo atrakcyjny.

- Ty też. Ale w tej chwili jesteś chora i nie powinnaś się niczym przejmować. Mack 

prosił, żebym się tobą zaopiekowała i po to tu przyszłam.

- Wiesz, że Glenna poleciała z nim do Dallas? - zapytała Vivian z jadem w głosie.

background image

- Po co? - Natalie próbowała zachować kamienną twarz.

- Diabli wiedzą! Pewnie miała tam coś do załatwienia. Swoją drogą, nie wierzę, żeby 

Mack wrócił dzisiaj w nocy. A ty?

Natalie patrzyła na nią przez chwilę nieruchomym wzrokiem.

- Viv, ty naprawdę jesteś potworem - wysyczała przez zaciśnięte zęby.

- Tak, chyba masz rację - zgodziła się Vivian po minucie. - Mack powiedział, że nie 

mógłby obarczyć żony odpowiedzialnością za naszą trójkę. Wiem, że Glenna by na to nie 

poszła. Ona mnie nie znosi.

- Ja wiem tylko, że Mack was bardzo kocha - odpowiedziała Natalie, poruszona tym, 

co usłyszała od Viv.

- Ale nie jest moim ojcem. Bob i Charles kończą za dwa lata szkołę średnią. Bob 

wybiera się do wojska, Charles chce studiować prawo na Harvardzie. Jeśli ja wyjdę za Whita 

- a mam taki zamiar - Mack będzie miał cały dom dla siebie - mówiła lodowatym tonem, nie 

patrząc Natalie w oczy. - Wyszłabyś za niego, gdyby ci to zaproponował?

- Nie zaproponuje.

- Jesteś tego pewna?

-   Tak   -   odpowiedziała   cicho.   -   Mack   nie   chce   się   z   nikim   wiązać.   Wiele   razy 

powtarzał, że małżeństwo jest nie dla niego. Prawdopodobnie Glenna też się do tego nie rwie, 

więc powinni być ze sobą szczęśliwi.

- Może masz rację. - Viv mierzyła teraz przyjaciółkę zaciekawionym wzrokiem. - Ale 

on jest wobec ciebie taki opiekuńczy.

- Dlaczego miałby nie być opiekuńczy? Traktuje mnie jak swoją drugą siostrę.

Vivian zmarszczyła czoło i nic nie powiedziała. Po chwili zaczęła gwałtownie kasłać. 

Natalie podała jej kilka chusteczek i pomogła usiąść, z poduszką przyciśniętą do piersi.

- Prawda, że tak mniej boli? - spytała łagodnie, kiedy minął atak.

- Gdzie się tego nauczyłaś?

- W domu dziecka. Jedna z naszych opiekunek często zapadała na zapalenie płuc.

Viv opuściła wzrok. W napadzie zazdrości zapomniała, jak trudne było życie Natalie, 

zanim   przyjechała   do   Medicine   Ridge.   Wiedziała,   co   Nat   czuje   do   Macka,   i   sama   nie 

rozumiała,  co ją nagle podkusiło, by dręczyć  przyjaciółkę, która  nigdy w  niczym  jej  nie 

zawiodła.   Była   zazdrosna   o   Whita,   bo   sprawiał   wrażenie,   jakby   Natalie   bardzo   mu   się 

podobała. W swojej  bezsilnej złości i upokorzeniu zaczynała  tracić rozum. Czuła  się tak 

okropnie,   że   nie   mogła   znieść   samej   siebie.   I   wiedziała,   że   gdyby   Whit   poważnie 

zainteresował się Natalie, zrobiłaby coś strasznego, i że byłby to koniec ich długiej przyjaźni.

background image

Godziny snuły się leniwie. Natalie starała się, na ile mogła, trzymać z dala od sypialni 

Viv. Dla zabicia czasu zajęła się porządkami w salonie, przepędzając Whita, kiedy wpadał 

tam nie wiadomo po co, wlepiając w nią maślane oczy. I on, i Viv działali jej coraz bardziej 

na nerwy.

Kiedy   wybiła   ósma,   nie   miała   już   nic   do   zrobienia   i   marzyła   tylko   o   tym,   żeby 

pojechać do domu. Whit kręcił się koło niej od piętnastu minut i nic nie wskazywało na to, 

żeby zbierał się do wyjścia. Była na granicy wytrzymałości, kiedy niespodziewanie pojawił 

się Mack.

Spojrzał na nich pytającym wzrokiem. Whit pochylał się właśnie nad Natalie, gorliwie 

jej coś tłumacząc.

- Zaparzyłbyś jeszcze jeden dzbanek kawy? - spytała szybko.

- Jak tylko wrócę - obiecał. - Muszę wyskoczyć po papierosy.

Mack nie powiedział ani słowa. Z furią w oczach czekał, aż Whit zamknie za sobą 

drzwi, ale potem zdjął płaszcz i uśmiechnął się.

- Jak tam Viv?

- Jako tako. Nic złego się nie dzieje.

- To dobrze. - Wziął ją za rękę i zaprowadził do swojego gabinetu. - Posiedź ze mną 

chwilę. Zrobię porządek z papierami, a potem pójdziemy do Viv.

- Whit nie będzie wiedział, gdzie jesteśmy.

- To mój dom.

- Racja. - Natalie usiadła po drugiej stronie biurka i patrzyła, jak Mack wyjmuje z 

teczki plik dokumentów, rozkłada je, a potem wpina do segregatorów.

Przyglądała się jego dłoniom, myśląc o tamtej nocy, kiedy Carl zginął w wypadku...

Na zewnątrz szalała burza. Błyskawice, jedna za drugą, rozświetlały okna domu, w 

którym mieszkała ze swoją ciotką. To były jej siedemnaste urodziny. Spędzała je samotnie, 

zrozpaczona, opłakując śmierć jedynego chłopca, którego kiedykolwiek kochała. Wiadomość 

o   wypadku   podano   w   wieczornych   wiadomościach.   Carl   zginął   na   miejscu,   a   oficjalną 

przyczyną   wypadku   była   zbyt   szybka   jazda   w   ulewnym   deszczu   i   nie   zapięte   pasy. 

Samochód, którym  wracał ze swoim kuzynem  z weekendowego wypadu na ryby,  zjechał 

gwałtownie z szosy i runął w dół ze stromego zbocza. Natalie dowiedziała się o tragedii od 

koleżanki ze szkoły, która zadzwoniła do niej przed audycją.

Przystojny,   jasnowłosy   Carl   Barkley   był   gwiazdą   drużyny   futbolowej   i   jednym   z 

najlepszych uczniów w szkole. Ku zazdrości wszystkich koleżanek z klasy, zaprosił Natalie 

na świąteczną zabawę i odtąd uchodziła za jego dziewczynę.

background image

Jej ciotka wyjechała na weekend i miała wrócić następnego dnia rano. Była jeszcze 

Vivian Killain, jej najlepsza przyjaciółka. Ale Vivian też przyjaźniła się z Carlem i była zbyt 

zrozpaczona, żeby do niej przyjechać i ją pocieszać. Carl był powodem jedynej kłótni między 

Natalie i Vivian, która miała z nim wcześniej randkę i uważała, że Natalie rozmyślnie odbiła 

jej chłopaka.

Grzmot wstrząsnął całym domem i dopiero kiedy ucichło dudnienie, Natalie usłyszała, 

że   ktoś   puka   do   drzwi.   Zdziwiona,   narzuciła   szlafrok   na   cienką   różową   koszulę   poszła 

sprawdzić, czy się nie przesłyszała. Patrzył na nią wysoki, szczupły mężczyzna w płaszczu 

przeciwdeszczowym   i   kowbojskim   kapeluszu.   -   Vivian   mi   powiedziała,   że   twoja   ciotka 

wyjechała jesteś sama. Przykro mi z powodu twojego chłopaka.

Nie odezwała się. Bezwiednie uniosła ręce i zaniosła się szlochem. Mack podniósł ją 

jak dziecko i zamknąwszy nogą drzwi, zaniósł do jej sypialni i posadził w ogromnym fotelu 

koło łóżka.

Kiedy zdjął płaszcz i kapelusz, zauważyła przez łzy, że nie zmienił roboczego ubrania. 

Był w skórzanych spodniach, butach z ostrogami i w niebieskiej koszuli w kratę. Na czole 

miał   odciśnięty   ślad   od   kapelusza.   Kosmyk   prostych   kruczoczarnych   włosów   opadał   na 

elastyczną opaskę zasłaniającą lewe oko.

- Mack, ja nawet nie mogłam się z nim pożegnać... - powiedziała przez łzy.

- A kto mógł? - Wcisnął się na fotel i wziął ją na kolana. Otulona silnymi męskimi 

ramionami, położyła głowę na jego ramieniu i znowu zaczęła płakać.

Ten chłopak zawsze budził w niej trochę lęku, chociaż robiła wszystko, żeby tego nie 

okazać. To ona opiekowała się nim po wypadku, kiedy jeden z jego byków ubódł go w twarz. 

Vivian zupełnie się do tego nie nadawała - po prostu mdlała na widok rany. A Bob i Charles 

swojego starszego brata panicznie się bali. Natalie wiedziała, że Mack liczy się z całkowitą 

utratą   wzroku,   dlatego   robiła   wszystko,   żeby   nie   pozwolić   mu   się   załamać.   Z   żelaznym 

uporem wybijała mu z głowy czarne myśli i powtarzała w kółko, że nie może się poddać. 

Przez cały tydzień, kiedy lekarze walczyli o jego oko, nie chodziła do szkoły i tkwiła przy 

nim dzień i noc.

Potem, kiedy wrócił do domu, wpadała do niego codziennie i pilnowała, żeby robił to, 

co kazał mu lekarz, a przede wszystkim - żeby odpoczywał. Vivian, Bob i Charles nie mogli 

uwierzyć, że ich brat, który dotąd tylko wydawał rozkazy, pozwala jej sobą rządzić.

- Mieliśmy iść razem na bal - powiedziała ochrypłym głosem, ocierając łzy. - Rano 

zastanawiałam się, co zrobić z włosami i jak się ubrać... a on nie żyje.

- Ludzie umierają, Nat. Ale przykro mi, że umarł właśnie on.

background image

- Nie znałeś go, prawda?

- Rozmawiałem z nim raz... może dwa razy - odpowiedział powściągliwym tonem.

- On był taki przystojny... Inteligentny i odważny. Wszyscy go kochali.

- Oczywiście.

Poprawiła się na jego kolanach i wtedy niechcący wsunęła rękę za rozpiętą do połowy 

koszulę.   Zauważyła   z   zakłopotaniem,   że   wzdrygnął   się   na   jej   dotyk   i   naprężył   mięśnie. 

Zauważyła   też   inne   rzeczy.   Pachniał   końmi,   mydłem   i   wyprawioną   skórą.   Oddechem 

ogrzewał jej policzek i poczuła w nim zapach kawy. Miała rozchylony szlafrok, a cieniutkie 

ramiączko jej nocnej koszuli ześliznęło się z ramienia. Pod piersią przyciśniętą do jego torsu 

czuła napięty muskuł i szorstkie włosy. Z jej ciałem działo się coś dziwnego. Miała ochotę 

zsunąć koszulę i przytulić się do Macka mocniej.

- Nie zmieniłeś ubrania. - Również jej głos brzmiał dziwnie. - Dlaczego?

- Spieszyłem się. Zawalił się kawał płotu i dwie godziny zajęło nam zagonienie z 

drogi bydła. Dlatego tak późno przyjechałem. Vivian dzwoniła do mnie od paru godzin, ale 

pracowałem daleko od ciężarówki.

- Nie nosisz komórki przy sobie?

- Zazwyczaj tak, ale dziś akurat ładowała się w domu.

- Dziękuję, że przyszedłeś. Musisz być wykończony po takim dniu.

-   Nie   mógłbym   zostawić   cię   samej.   A   Vivian   nie   przyjechała,   bo   też   nie   jest   w 

najlepszym stanie. - Pogładził jej czarne, puszyste włosy. - Myśli, że odbiłaś jej Carla, ale ona 

już taka jest.

- Wiem - westchnęła  Natalie.  - Jest  tak ładna,  że  nie wyobraża  sobie,  żeby jakiś 

chłopak jej nie chciał.

- Jest rozpuszczona. Byłem twardy dla Boba i Charlesa, a Viv na wiele pozwalałem, 

bo była jedyną dziewczyną w rodzinie. Może to był błąd.

- Być dobrym dla ludzi to nie jest błąd.

- Podobno. Chcesz się czegoś napić?

- Nie, dziękuję. - Kiedy mimowolnie przesunęła palce po jego torsie, usłyszała, jak 

gwałtownie wciąga powietrze.

Znowu wyprężył się i znieruchomiał. Całowała się z Carlem, ale nie pozwalała mu na 

nic więcej. Tak naprawa;:, nie miała ochoty na nic więcej, co było dziwne, biorąc pod uwagę, 

jak wiele dla niej znaczył. Przy Macku działo się z nią coś takiego, czego nigdy przedtem nie 

doznała. Czuła się rozpalona i była tym zdumiona, podobnie jak reakcją Macka na dotyk jej 

dłoni. Nic nie mówił, ale czuła, że serce bije mu coraz szybciej, słyszała jego ciężki oddech.

background image

Odwróciła   głowę   i   odważyła   się   spojrzeć   na   jego   twarz.   Powędrowała   za   jego 

wzrokiem w dół, na swój rozchylony szlafrok, i dopiero teraz zauważyła, że jej koszula zsu-

nęła się z piersi.

- Nie robiłaś tego ze swoim chłopakiem? - spytał.

- Nie.

- Dlaczego nie, jeśli go kochałaś?

- Z nim tego nie czułam - wyznała drżącym szeptem. Zacisnął usta i odchylił do tyłu 

głowę. Potem przygarnął ją do siebie zachłannie. Zapomniała o dobru i o złu, o przyzwoi-

tości,   o   wszystkim   poza   rozkoszą,   którą   sobie   dawali,   straceni   dla   świata,   w   mrocznym 

pokoju pogrążonym w ciszy, którą zakłócał tylko ich oddech i szum deszczu za oknem.

- Będę się za to smażyć w piekle - powiedział Mack przez zaciśnięte zęby - a ty za to, 

że mi pozwalasz... - Wolną ręką zsunął do talii jej szlafrok i koszulę. Wpatrywał się w jej 

nagie piersi, a potem przytulił ją delikatnie i musnął torsem napiętą, twardą brodawkę.

Jęknęła.   Zagarnięta   silnymi   ramionami,   wbiła   paznokcie   w   jego   plecy.   Drżała   z 

podniecenia, nie czując wstydu ani lęku, tuląc się do niego rozpaczliwie, pragnąc, żeby ta 

chwila trwała bez końca.

Mack czuł, jak twardnieje jego ciało. Gdyby przysunął Natalie choć trochę bliżej, ona 

też   mogłaby   to   poczuć.   Nie   chciał.   Miała   siedemnaście   lat.   Była   za   młoda   i   za   mało 

doświadczona, żeby wiedzieć, do czego to zmierza. On wiedział. Nie mógł wykorzystać jej w 

ten sposób. Musiał natychmiast się opanować i przerwać to szaleństwo, póki jeszcze był w 

stanie to uczynić.

Zerwał się z fotela i postawił Natalie przed sobą. Przez długą chwilę patrzył na jej 

nagie piersi, potem owinął ją szlafrokiem i zawiązał pasek.

- Co się stało? - zapytała łagodnie. - Zrobiłam coś złego?

- Czy w domu dziecka nie mieliście zajęć z wychowania seksualnego?

Jej twarz pokryła się szkarłatnym rumieńcem. Oczy, okrągłe jak spodki, robiły się 

coraz większe i większe...

Mack pokręcił głową. Ta dziewczyna była tak słodko naiwna. Miał wrażenie, że dzieli 

ich przepaść doświadczeń całego pokolenia, a nie tylko sześciu lat.

- Mężczyźni mają ograniczoną wytrzymałość, Nat. Muszą coś w takiej sytuacji zrobić 

- powiedział cichym głosem. - Samo patrzenie nie wystarcza.

Była zmieszana, ale nie spuściła z niego wzroku.

- Nigdy nie mogłabym tego robić z Carlem - wyznała z poczuciem winy. - Lubiłam się 

z nim całować, ale nie chciałam niczego więcej. Nawet kiedy próbował... Nie lubiłam tego.

background image

- Masz dopiero siedemnaście lat - powiedział zduszonym głosem, zaciskając dłonie na 

jej   ramionach.   -   Wiem,   że   Carl   dużo   dla   ciebie   znaczył,   ale   na   fizyczne   kontakty   -   z 

kimkolwiek - jesteś jeszcze za młoda.

- Moja mama urodziła mnie, kiedy miała osiemnaście lat.

-   To   były   inne   czasy...   Zresztą   jak   na   niewinną   dziewczynę,   jesteś   wyjątkowo 

nieuświadomiona.

- A ty byłeś taki uświadomiony w moim wieku? - spytała, wyraźnie urażona.

- W twoim wieku miałem już pierwszą kobietę. Była ode mnie dwa lata starsza i 

bardzo doświadczona. Dużo mnie nauczyła.

Serce łomotało w niej jak oszalałe. Nie spodziewała się, że jest niewinny, ale fakt, że 

mówił o tym tak swobodnie, był dla niej szokujący.

- Kiedy będziesz naprawdę dorosła - powiedział dziwnym, pieszczotliwym tonem - 

nauczę cię.

Te niezapomniane słowa z przeszłości dźwięczały jej w głowie, kiedy siedziała przy 

nim w mrocznym gabinecie. Nauczę cię. Nauczę cię.

Pogrążona we wspomnieniach, nie drgnęła nawet, gdy Mack wstał, okrążył biurko, 

oparł się o blat i ze skrzyżowanymi rękami, już bez marynarki i krawata, patrzył na nią.

- Och, przepraszam, zamyśliłam się. - Uśmiechnęła się pogodnie.

- Chodź tu, Nat.

Oceniła odległość do drzwi i zaśmiała się w duchu z własnego tchórzostwa. Szalała za 

nim od tylu lat, że stało się dla niej rzeczą niewyobrażalną, żeby pozwoliła się kiedykolwiek 

dotknąć   innemu   mężczyźnie.   Poza   tym   on   miał   Glennę   do   zaspokajania   przelotnych 

zachcianek, o których mówił kiedyś tak otwarcie. Na pewno chciał z nią porozmawiać, a bał 

się, że może ich podsłuchać Whit, dlatego poprosił, żeby podeszła bliżej.

Podeszła na wyciągnięcie ręki, z uśmiechem... który zgasł na jej ustach, gdy tylko na 

niego spojrzała.

-   Nie   powinnam   zostawiać   Viv   na   zbyt   długo...   Dotknął   jej   twarzy,   przeciągając 

kciukiem po rozchylonych wargach.

- Zamknij drzwi - powiedział tonem, jakiego nie używał wobec niej od tamtej nocy, 

kiedy zginął Carl.

Nikt nie będzie mi rozkazywał, pomyślała z gniewem. Nawet Mack!

I ku własnemu zdumieniu podeszła bez słowa do drzwi i przekręciła gałkę. Drżała z 

podniecenia. Oparła czoło o zimne drewno, słysząc własny urywany oddech.

Poczuła na plecach ciepło bijące od Macka, potem przysunął się bliżej i przywarł do 

background image

niej całym ciałem.

- Teraz wiesz, dlaczego musiałem to przerwać tamtej nocy?

- Tak.

Zsunął ręce na jej płaski brzuch i objął ją mocniej.

- Czułeś się wtedy tak samo? - szepnęła.

- Tak. Kiedy byłem młodszy, zdobywałem doświadczenie dość intensywnie. Ale od 

pewnego czasu seks stał się dla mnie czymś poważniejszym. Byłaś niewinna i chętna, z czy-

stej ciekawości, a ja prawie straciłem głowę. Nie chciałem, żebyś zauważyła, co się ze mną 

dzieje. Czułem się zażenowany, bo byłaś taka młoda, nie mówiąc o okolicznościach.

- Dalej jestem naiwna.

- I równie chętna... z ciekawości - dopowiedział z uśmiechem. - Ale dzisiaj zaspokoję 

twoją ciekawość. Do końca, - I odwrócił Natalie twarzą do siebie.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Natalie   wstrzymała   oddech.   W   jego   twarzy   było   coś,   co   ją   prawie   przeraziło. 

Zauważył to i pogładził jej policzek.

- Nie bój się mnie - powiedział łagodnie. - Wolałbym sobie strzelić w łeb niż cię 

skrzywdzić.

- Wiem. Ale ja nie mogę...

Zamknął jej usta delikatnym, czułym pocałunkiem, zmysłowym jak wolny taniec, jak 

poemat, jak symfonia. Oparta o drzwi, poczuła jego nogę, wślizgującą się między jej uda 

ostrożnym ruchem, który był równie podniecający jak pieszczota jego warg, i jak dotyk dłoni, 

które gładziły jej nagą rękę, w dół i w górę, od ramion po czubki palców.

Westchnęła, oszołomiona rosnącym w niej pożądaniem, i odwróciła głowę.

- To naturalne - powiedział cicho. - Nie walcz z tym.

- Wyjechałeś... z Glenną.

- Leciała tylko tym samym samolotem. Nie była ze mną. - Ustami zamknął jej powieki 

i przytulił ją do piersi jak dziecko.

Ugięły się pod nią nogi. Nigdy dotąd nie czuła się w jego ramionach tak dobrze. Mack 

obejmował ją i patrzył na nią tak, jak gdyby do niego należała, jakby była jego największym 

skarbem.

Otworzyła oczy, kiedy podniósł głowę. Było w nich zdziwienie, głód i niemy zachwyt.

- Nat... Tyle lat czekałem na takie spojrzenie. Tyle lat. Czuła, jak jej pożąda, jak drżą 

jego mięśnie napięte do granic wytrzymałości. Trzymał w ramionach kobietę, a nie dziecko. 

Był czuły, ale wiedziała, że pragnie jej całej, tak jak ona jego.

-   Pocałuj   mnie   -   szepnęła.   Nie   chciała   już   słów,   lęków,   wątpliwości.   Nareszcie 

przestała myśleć i błagała go o to samo.

- Nat, kochanie...

Całował   ją   gwałtownie,   jakby   po   raz   pierwszy   i   ostatni.   Natalie   zatracała   się   w 

cudownej świadomości, że tej lawiny nic nie powstrzyma. Była bezsilna wobec rosnącej siły 

Macka i podniecona własną uległością. Nie było rzeczy, której by mu odmówiła.

Wziął ją na ręce i zaniósł na skórzaną kanapę. Westchnęła z ulgą, tonąc na powrót w 

jego   ramionach,   zagarnięta   mocnymi   udami.   Mack,   wsparty   na   łokciu,   poruszał   się 

rytmicznie, patrząc w jej zamglone oczy. Żar przenikał ją do szpiku kości. Drżała, unosząc 

biodra i błądząc palcami po jego plecach.

Nagle odsunął się gwałtownie, zaciskając palce na jej ramieniu.

background image

- Proszę cię... - jęknęła, przyciągając go rozpaczliwie do siebie.

- Nie. Nie ruszaj się. Na miłość boską, nie ruszaj się!

- Ale ja chcę... - Wtuliła twarz w jego koszulę, drżąca z pożądania i nienasycona.

- Boże, myślisz, że ja nie chcę? Pragnę cię do szaleństwa. Ale nie tak, Natalie! - 

Przycisnął jej głowę do piersi i pogładził po włosach.

- Dlaczego? - szepnęła żałośnie, kiedy już była w stanie mówić.

- Bo nie mogę się z tobą ożenić. A nie byłabyś szczęśliwa, żyjąc ze mną bez ślubu.

Wszystkie jej marzenia pierzchły. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak daleko się 

posunęli. Gdyby Mack nie zapanował nad sobą w porę, byliby już kochankami. Na nic by się 

zdały zasady i siła woli, pomyślała smętnie. Wyglądało na to, że jej ciało kieruje się własną 

wolą, o wiele silniejszą niż rozsądek.

Nawet nie zauważyła, że płacze, dopóki nie poczuła, że koszula pod jej policzkiem 

jest mokra.

- Gdybym  wierzył,  że to w czymś  pomoże, też bym  płakał - mruknął z bezradną 

obojętnością.

- Jak mogłeś mi to zrobić? - Uderzyła go pięścią w ramię.

- Wiesz, jaki mam stosunek do małżeństwa. Powtarzałem to dosyć często.

- Ale to ty zacząłeś! - zawołała z furią.

- Tak, ja - westchnął. - Od nieszczęsnego wieczoru w nocnym klubie o niczym innym 

nie byłem  w stanie myśleć. To był chyba  największy błąd, jaki popełniłem od wielu lat. 

Igranie z ogniem grozi wybuchem pożaru. Nie wiedziałaś o tym?

Odsunęła   się   na   bezpieczną   odległość   i   patrzyła   na   niego   w   milczeniu,   z 

zaciekawieniem.  Miał rozpalone  policzki,  zmierzwione  włosy,  opuchnięte od pocałunków 

usta. Wyglądał jak po upojnej miłosnej nocy. Ona pewnie też... Nowy dreszcz podniecenia 

przebiegł jej po plecach.

- Lepiej, żebyś stąd wyjechała - powiedział z krzywym uśmiechem. - Dla własnego 

dobra.

Położyła rękę na jego torsie i powolnym, kuszącym ruchem rozsunęła palce.

- Przestań. - Chwycił ją za nadgarstek. - Naprawdę mam ochotę cię zgwałcić.

- Podniecające...

-   Szybko   zmieniłabyś   zdanie.   I   miałabyś   wyrzuty   sumienia,   nawet   gdyby   ci   się 

spodobało.

- Chyba tak. Nie jestem stworzona do wolnej miłości.

- A ja nie jestem stworzony do sakramentalnych więzów.

background image

- Z powodu twojego rodzeństwa?

-   Zebrałaby   się  cała   lista   powodów.   Ale   dajmy  temu   spokój.   Mimo   wszystko...   - 

szepnął - oddałbym wszystko, co mam, żeby cię mieć, chociaż raz.

- Może byłbyś zawiedziony. - Zdobyła się na blady uśmiech.

- Może ty też... - Pochylił się i pocałował jej przymknięte powieki. - Wtedy było tak 

samo. Trzymałem cię w ramionach, pocieszałem i pragnąłem jak szaleniec.

- Ale miałam siedemnaście lat.

Pocałował ją w czoło, odsunął delikatnie i wstał z kanapy.

- Niewiele się zmieniłaś.

- Jestem starsza.

- Gdybyś była nowoczesną kobietą, mielibyśmy mniej kłopotów.

- Ale nie jestem nowoczesna - odpowiedziała ze smutkiem. - I nie ma na to rady.

Usłyszeli odgłos otwieranych i zamykanych drzwi.

- To pewnie nasz Romeo - powiedział Mack z drwiną. - Czy on musi kręcić się koło 

ciebie w tak bezczelny sposób?

- Lubi mnie. - Natalie wzruszyła ramionami. - Ja też go lubię. Co w tym złego?

- Vivian nie podziękuje ci, jeśli zawrócisz w głowie jej chłopakowi.

- Nawet gdybym spróbowała, tobie nie powinno to przeszkadzać. Nie lubisz go. Może 

to otworzyłoby Vivian oczy? - Nie myślała tak, ale była zła na Macka i coś ją podkusiło, żeby 

go zdenerwować.

- Nie rób tego - ostrzegł ją niskim, chrapliwym głosem.

- Bo...?

Nie odpowiedział. Spojrzał na nią z wściekłością, podszedł do drzwi i otworzył je z 

hukiem, pokazując Natalie ręką drogę do wyjścia.

Zawahała się, ale tylko na moment. Jeśli naprawdę tego chce, proszę bardzo! Wyszła, 

nic nie mówiąc i nie patrząc na niego.

Poszła do kuchni, żeby sprawdzić, czy jest tam Whit. Był. Nalewał do dwóch filiżanek 

świeżo zaparzoną kawę.

- Nie wiesz, gdzie jest jakaś taca? - spytał, rozglądając się dookoła.

- Nie mam pojęcia. - Zajrzała do szafek, ale nie znalazła ani jednej tacy.

- Nieważne. Ja wezmę filiżanki, a ty śmietankę dla Vivian i poradzimy sobie bez tacy.

- Dobrze.

Zmierzył ją taksującym spojrzeniem, i nagle dotarło do niej, że musi wyglądać niezbyt 

świeżo. Chciała pójść do łazienki i poprawić makijaż, ale Whit był już za drzwiami. Ruszyła 

background image

za nim do pokoju Vivian. Nie pomyślała o tym, że Whit był na dworze i wiatr potargał mu 

włosy.   Vivian   na   ich   widok   skojarzyła   bezładną   fryzurę   i   opuchnięte   wargi   Natalie   ze 

zmierzwionymi włosami Whita i wpadła w szał.

- Wynoś się stąd! - syknęła złowieszczo. - Wynoś się natychmiast i nigdy nie wracaj!

- Viv! O co ci chodzi?

- Nie udawaj, że nie wiesz!

Whit nie odezwał się, ale miał bardzo dziwną minę.

- Lepiej idź - powiedział łagodnie. - Sam zajmę się Viv.

Spojrzała   na   Vivian,   ale   ta   odwróciła   głowę,   milcząc   jak   zaklęta.   Natalie, 

zrezygnowana, postawiła na stoliku śmietankę i wyszła z pokoju.

Z pustką w głowie, wykończona psychicznie, wróciła do domu i rzuciła się na łóżko.

-   Zdradziłeś   mnie   z   nią!   -   krzyczała   Vivian.   -   Mój   chłopak   i   moja   najlepsza 

przyjaciółka! Jak mogłeś?

Whit   wahał   się   przez   chwilę,   patrząc   na   nią   spokojnie,   z   rękami   wciśniętymi   w 

kieszenie.   Vivian   była   miłą,   niekłopotliwą   dziewczyną   do   łóżka   i   źródłem   pieniędzy   na 

hazard.   Ale  stała   się  chorobliwie  zazdrosna,   i  zaczynało   go  to  męczyć.  Na  świecie   było 

przecież wiele kobiet.

- No to co? Ona nie jest tak ładna ani tak bogata jak ty, ale jest miła i nie czepia się 

mnie z byle powodu.

Vivian wpatrywała się w niego, purpurowa ze złości i upokorzenia.

- To idź do niej! Wynoś się! I nie pokazuj mi się więcej na oczy!

-   Z   przyjemnością.   Nie   jesteś   moim   ideałem   kobiety,   Viv.   Tak   naprawdę,   jesteś 

zepsutą, bogatą pannicą, która chce mieć ludzi na własność. To nie jest tego warte...

- Nie warte czego?

Mierzył ją cynicznym, pełnym pogardy wzrokiem.

- Lubię hazard, a ty masz pieniądze. Myślałem, że dobraliśmy się jak w korcu maku. 

Ale są inne bogate dziewczyny, aniołku.

Zaśmiał   się   drwiąco   i   wyszedł,   zamykając   za   sobą   drzwi.   Vivian   wpadła   w   szał. 

Ciskała wszystkim, co miała pod ręką i krzyczała rozpaczliwie, dopóki nie przyszedł Mack. 

Przerażony, podniósł ją z podłogi i ułożył na łóżku.

- Na litość boską, co się z tobą dzieje?!

- Whit i Natalie - wydusiła z siebie, łkając. - Oni... kochali się... Whit powiedział, że 

woli ją... - Szlochała przez kilka sekund, połykając słowa, podczas gdy Mack stał przy jej 

łóżku jak sparaliżowany. - Jak ja ich nienawidzę. Nienawidzę ich oboje!

background image

- Skąd wiesz, że się kochali? - spytał schrypniętym głosem.

- Widziałam ich! - skłamała. - Whit się nawet przyznał. Śmiał się z tego!

Mack, ze skamieniałą twarzą, poprawił jej pościel.

- Spróbuj się uspokoić - powiedział. - Rozchorujesz się jeszcze bardziej.

- Powiedziałam, żeby się tu nie pokazywali. I jeśli któreś z nich zadzwoni, nie chcę z 

nimi rozmawiać.

- Nie przejmuj się. Załatwię to jakoś.

- Ja już wszystko załatwiłam - odburknęła. - I nie mów nic Bobowi ani Charlesowi. 

Nikt inny nie powinien o tym wiedzieć!

- Dobrze, Viv. Spróbuj zasnąć. Powiem jutro Sadie, żeby tu posprzątała.

- Dzięki, Mack - wydusiła przez łzy. - Jesteś kochany. Nie odpowiedział. Wyszedł i 

zamknął cicho drzwi.

Czuł się, tak jakby ulatywało z niego życie. Natalie z chłopakiem Vivian? Prosił, żeby 

z nim nie flirtowała, a ona się rozzłościła. To dlatego? Dlatego rzuciła się w objęcia innego 

mężczyzny?

Jeżeli chciała w nim wzbudzić zazdrość, to się przeliczyła. Czuł do niej tylko pogardę. 

Tak   jak   Vivian   nie   chciał   jej   więcej   widzieć.   Wykreślił   ją   ze   swojego   życia.   Wrócił   do 

gabinetu i zabrał się do papierkowej roboty, usiłując nie widzieć skórzanej kanapy.

Może to i dobrze. Nie mógł się ożenić z Nat. Zbyt wiele było przeszkód. Ale nie mógł 

ścierpieć myśli, że ona z tym hazardzistą... Albo kimkolwiek innym.

Przeklął   uporczywe   wspomnienia   i   odłożył   ołówek.   Natalie   od   tylu   lat   była 

nieodłączną częścią jego życia. Jeździła konno z nim i z Vivian, przychodziła na przyjęcia, 

grille,   aukcje   bydła.   Zawsze   była   blisko.   Nie   zobaczy  jej   więcej   biegnącej   po   schodach, 

śmiejącej się w taki naturalny, nieafektowany sposób. Nie będzie się z nim droczyć, flirtować, 

nie będzie go pouczała. Zostanie sam.

Podszedł   do   barku.   Rzadko   pił,   ale   miał   butelkę   szkockiej   dla   gości.   Nalał   sobie 

szklaneczkę i wypił jednym haustem. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek czuł się tak bezsilny. 

Spojrzał na butelkę i zaniósł ją na biurko. Na wszelki wypadek przekręcił w drzwiach zamek.

Vivian nie mogła zasnąć. Wstała i zarzuciła na plecy szlafrok. Wciąż miała przed 

oczami twarz Macka, kiedy powiedziała mu o Natalie i Whicie. Nigdy go takim nie widziała. 

Dręczyło ją to na tyle, że postanowiła go poszukać.

Nie było go nigdzie na piętrze. Wolno, z trudem oddychając, zeszła na dół, prosto do 

jego gabinetu. Próbowała otworzyć drzwi, ale były zamknięte od wewnątrz. Mack nigdy tak 

nie robił.

background image

Wahała   się,   ale   tylko   przez   moment.   Skojarzyła   wyraz   jego   twarzy   z   dziwnym 

zachowaniem, przypomniała sobie, jak obejmował w tańcu Natalie... Na chwiejnych nogach 

podeszła do intercomu i wezwała nadzorcę rancza.

- Proszę tu natychmiast  przyjść - powiedziała.  - Czy ma pan wśród swoich ludzi 

jakiegoś ślusarza?

- Tak, proszę pani.

- Niech pan go przyprowadzi. I proszę się pospieszyć!

- Dobrze, proszę pani!

Usiadła   na   krześle,   przygryzając   nerwowo   wargę.   Skłamała,   mówiąc,   że   widziała 

Whita i Natalie, ale oboje wyglądali tak, jakby się chwilę wcześniej całowali. A Whit nie 

zaprzeczył. Ale Mack był zakochany w Natalie... Och, Boże, niech ci ludzie się pospieszą!

Na dźwięk dzwonka, mimo trudności z oddychaniem, rzuciła się pędem do drzwi.

-   Chcę,   żeby   pan   otworzył   drzwi   gabinetu   -   zwróciła   się   do   mężczyzny,   którego 

przyprowadził nadzorca.

- Nie ma pani klucza? - spytał z wyraźnym wahaniem.

- Nie, Mack ma klucz, ale zamknął się od środka. Proszę... Mieliśmy pewne... kłopoty. 

On tam na pewno jest. Ale nie odpowiada.

Bez słowa komentarza ślusarz wyjął z torby narzędzia i w kilka minut odblokował 

zamek.

- Chwileczkę... - powiedziała Vivian, kiedy nacisnął klamkę. - Proszę tu zaczekać. 

Zawołam panów, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Nie chciała narażać brata na niepotrzebne plotki. Widok, który ukazał się jej oczom, 

był wstrząsający. Poczucie winy dławiło jej gardło. Mack leżał nieprzytomny, z głową na 

biurku,   i   z   przewróconą,   prawie   pustą   butelką   whisky   w   ręku.   Nigdy   się   nie   upijał; 

wspomnienia   związane   z   alkoholizmem   ich   ojca   zniechęcały   go   skutecznie   do   mocnych 

trunków.

Wróciła do drzwi i lekko je uchyliła.

- Wszystko w porządku. Mój brat śpi. Dziękuję i przepraszam za kłopot.

- Jest pani pewna, panno Killain?

- Tak, jestem pewna.

-   W   takim   razie   życzę   dobrej   nocy.   Proszę   nas   wezwać,   gdyby   pani   czegoś 

potrzebowała.

Mężczyźni wyszli, a ona zwinęła się w kłębek w wielkim fotelu stojącym koło biurka i 

przesiedziała tam całą noc. Po raz pierwszy w życiu zdała sobie sprawę, jaką była egoistką.

background image

Mack obudził się wczesnym świtem. Usiadł i skrzywił się z bólu, nim zobaczył swoją 

siostrę. Odgarnął z czoła włosy i spojrzał na butelkę.

- Viv? Co ty, do diabła, tu robisz?

- Martwiłam się o ciebie - powiedziała cicho, z trudem otwierając oczy. Czuła się 

niewiele lepiej niż poprzedniego dnia, kiedy Mack zawiózł ją do szpitala. - Ty nigdy nie piłeś.

- I nigdy więcej nie będę... - Ścisnął rękami skronie.

- Mogę ci to obiecać.

- Mack... dobrze się czujesz? - Wyprostowała nogi i powoli, oddychając ciężko, wstała 

z fotela.

- W porządku. - Wzruszył nerwowo ramionami. - A ty?

- Jakoś to przeżyję. - Zdobyła się na uśmiech.

- Zdaje się, że oboje kiepsko znamy się na ludziach - powiedział ponuro.

- To, co ci wczoraj powiedziałam... Powinnam ci coś wytłumaczyć...

- Zasługują na siebie - przerwał jej ostro, krzywiąc się z niesmakiem. - Do tego, żeby 

się od czasu do czasu rozerwać, mam Glennę. Nie interesują mnie żadne trwałe związki, a już 

na pewno nie z jakąś puszczalską, fałszywą, a do tego biedną nauczycielką!

Vivian była wściekła na Natalie, ale miała okropne przeczucie, że Mack nigdy się z 

tym nie pogodzi. Jej też zajmie to trochę czasu... a jednak czuła się winna.

- Może nie byli w stanie się powstrzymać - odparła i westchnęła ciężko.

- Może nie chcieli. I to jest wszystko, co mam na ten temat do powiedzenia. Nie chcę 

nigdy więcej słyszeć w tym domu jej imienia.

- Dobrze, Mack.

Spojrzał ze wstrętem na butelkę whisky i cisnął ją do kosza.

- Wracamy na górę - powiedział z uśmiechem. - Muszę się tobą zająć, bo wyglądasz 

kiepsko.

- W końcu jesteś moim bratem. - Objęła go w pasie.

- Kocham cię.

- Dzięki. - Mack pocałował ją w czoło i przytulił jak dziecko.

- Nigdy się nie poddajemy.

- Jasne! Wracaj do łóżka.

Odprowadził ją i poszedł do stajni, by zająć się zwierzętami. Nie myślał o minionym 

wieczorze. Kiedy Bob i Charles wrócili do domu, Vivian zdołała ich wziąć na stronę i ostrzec, 

żeby nie wspominali przy Macku o Natalie.

- Ale dlaczego? - próbował dowiedzieć się Bob. - Ona jest jak członek rodziny.

background image

- Jasne, że tak - poparł go Charles. - Przecież wszyscy ją kochamy.

- To długa historia. - Vivian nie patrzyła im w oczy.

- Natalie zrobiła coś, co zraniło mnie i Macka. I nie chcemy o tym rozmawiać.

Chłopcy mieli niepewne miny, ale jakoś ich przekonała. Gdyby tak jeszcze potrafiła 

przekonać własne sumienie. Nie mogła zapomnieć o tym, co powiedział jej Whit. Natalie była 

od   lat   jej   najlepszą   przyjaciółką.   Czy   to   możliwe,   żeby   próbowała   uwieść   jej   chłopaka? 

Zrobiła to z Carlem, pomyślała gorzko, ale w tej samej chwili przypomniała sobie, że Carl 

umawiał   się   z   Natalie   tylko   ze   względu   na   zakład.   I   nawet   jej   o   tym   nie   powiedziała. 

Uświadomiła sobie, jak bardzo była nielojalna. Przez całe życie była rozpieszczana, niczego 

jej nie brakowało. Natalie nie miała nawet jednej setnej takich możliwości, jakie stworzył jej 

Mack,  a  jednak  nigdy nie   była   zazdrosna.  Vivian   czuła  się  coraz   podlej.   Ale  nie   mogła 

zmienić tego, co się stało. Jeżeli Whit mówił prawdę, pomyślała, wkrótce wszyscy się o tym 

dowiedzą, bo Natalie zacznie się z nim pokazywać. A wtedy koniec z wyrzutami sumienia.

Ale   nic   takiego   się   nie   wydarzyło.   Co   więcej,   Whita   zaczęto   widywać   z   córką 

miejscowego biznesmena, który miał mnóstwo pieniędzy i słabość do hazardu.

A Natalie? Po awanturze u Killainów wróciła do domu i wypłakawszy się w poduszkę, 

przespała, o dziwo, całą noc i połowę następnego dnia. Ledwie zdążyła na swoją zmianę w 

sklepie spożywczym. Była wdzięczna losowi za pracę, która pozwalała jej nie myśleć o kłótni 

z Mackiem i o tym, jak potraktowała ją Vivian. Po raz pierwszy od wielu lat naprawdę czuła 

się jak sierota. Martwiła się też o wynik egzaminów. Miała wrażenie, że w ten nieszczęsny 

weekend świat zawalił się jej na głowę.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

W następnym tygodniu Natalie dowiedziała się, uszczęśliwiona, że zdała wszystkie 

egzaminy. Była już pewna swojego dyplomu.

Ale kiedy jej koleżanki i koledzy zamawiali zaproszenia na uroczyste rozdanie owych 

dyplomów, zdała sobie sprawę, że tylko ona nie ma kogo zaprosić. Nikt z Killainów z nią nie 

rozmawiał, a własnej rodziny nie miała. To naprawdę bolało, chociaż nadrabiała miną i nikt 

by się nie domyślił, że ma jakiekolwiek powody do smutku. Nawet w pracy udawała, że jest 

bezgranicznie szczęśliwa.

Tuż przed swoim wielkim dniem spotkała Dave'a Markhama. Prawie się nie widywali, 

odkąd zakończyła praktyki w szkole, i szczerze się na jego widok ucieszyła.

- Chodzą słuchy,  że zakończyłaś  szczęśliwie  swoją edukację - powiedział  Dave z 

błyskiem w oczach, kiedy sumowała jego zakupy.

-   Jakoś   mi   się   udało   -   westchnęła   z   uśmiechem.   -   Nie   masz   pojęcia,   ile   mnie 

kosztowały końcowe egzaminy.

- Wszyscy przez to przechodzą, lecz niektórzy załamują się nerwowo. W każdym razie 

masz to z głowy. Moje gratulacje! Ale słyszałem też inną plotkę.

- Mianowicie? - Podniosła głowę znad kasy.

- Że pokłóciłaś się z Killainami. Nie chciało mi się w to wierzyć. Przyjaźnisz się z 

Vivian od tylu lat...

- Niestety, to prawda - westchnęła, czekając, aż Dave odliczy pieniądze.

- Co się stało? Możesz mi powiedzieć?

- Raczej nie, Dave. To bardzo bolesna sprawa.

- Właśnie dlatego powinnaś to z siebie wyrzucić. - Zmrużył oczy. - Słyszałem, że 

Whit Moore prowadza się z nową dziewczyną, a Vivian zrezygnowała ze swojego kursu.

- Naprawdę? Nie wiedziałam.

Nie mogła potępiać swojej  byłej  przyjaciółki  za taką decyzję.  Trudno by jej było 

chodzić  na   zajęcia   z  Whitem   po   tak   koszmarnym   zerwaniu.   Swoją   drogą,   Natalie   zasta-

nawiała się, czy ona sama zrobiła wszystko, żeby wyjaśnić to absurdalne nieporozumienie - i 

doszła do wniosku, że nie. Brakowało jej nie tylko przyjaźni Vivian, ale i sympatii młodszych 

chłopców. Nie mówiąc o Macku. Podejrzewała, że Vivian przedstawiła mu własną wersję 

wydarzeń. Miała nadzieję, że Mack jej nie uwierzył. Ale to była tylko nadzieja. Vivian nigdy, 

przynajmniej od czasu, kiedy się poznały, nie okłamała rozmyślnie Macka.

- Pani Ringgold często o ciebie pyta. - Dave zmienił temat, żeby ją nieco rozweselić. - 

background image

Ma nadzieję, że od jesieni będziesz uczyła w naszej szkole. Ja również. Z nikim mi się tak 

dobrze nie rozmawiało.

- To samo mogę powiedzieć o tobie. - Natalie uśmiechnęła się promiennie. - Ale może 

jeszcze nic straconego.

Dave   wyszedł,   obiecując,   że   do   niej   zadzwoni,   a   Natalie   zajęła   się   następnym 

klientem, usiłując nie myśleć o tym, czego się dowiedziała. Modliła się, żeby Mack do niej 

zatelefonował  i  pozwolił  wyjaśnić całe  nieporozumienie.  Ale  nie  zadzwonił.  Mogła  mieć 

tylko nadzieję, że jeśli zachowa cierpliwość, sprawa sama się jakoś rozwiąże.

Późnym   popołudniem   w   czwartek,   wychodząc   z   banku,   wpadła   prosto   na   Macka 

Killaina. Odsunął się od niej z niechęcią. Była już pewna, co powiedziała mu Natalie, i nie 

miała wątpliwości, że jej uwierzył. Jakiekolwiek tłumaczenia nie miały sensu.

- Jak mogłaś zrobić coś takiego Vivian, swojej najlepszej przyjaciółce? - syknął.

- Zrobić... co?

- Wiesz co! Ty fałszywa, podstępna...! Serce zamarło jej ze zgrozy.

- Mack...

- Zakpiłaś sobie z nas wszystkich! - Mack podniósł głos, nie zwracając uwagi na 

postronnych słuchaczy. - Vivian ci ufała! I kiedy ona leżała w łóżku z zapaleniem płuc, ty się 

obściskiwałaś z jej ukochanym!

Łzy zamgliły jej wzrok.

- Nieprawda! - krzyknęła, zachłystując się powietrzem.

- Nie próbuj się wykręcać. Vivian was widziała - powiedział z pogardą.

Więc jednak uwierzył w kłamstwo Vivian. Może chciał w nie uwierzyć. Powiedział, 

że nie widzi dla nich przyszłości, więc wykorzystał pierwszy pretekst, żeby się jej pozbyć. 

Cokolwiek by powiedziała, nie miałoby to teraz żadnego znaczenia.

Ból stawał się nieznośny i myślała już tylko o tym, żeby uciec albo zapaść się pod 

ziemię.

- Wszyscy ci ufaliśmy, traktowaliśmy cię jak członka rodziny. I tak nam odpłaciłaś, 

zdradzając   Vivian,   która   nigdy   nie   zrobiła   ci   przykrości.   -   Mack   mówił   coraz   bardziej 

zjadliwym, pełnym wściekłości tonem. - Mało tego, nawet nie próbowałaś jej przeprosić.

- Nie mam jej za co przepraszać.

- Więc nie mamy sobie nic do powiedzenia.

- Mack, może jednak pozwolisz mi wytłumaczyć... - powiedziała cicho. - Uspokój się i 

porozmawiaj ze mną...

- Jestem spokojny. Na co jeszcze liczysz? Na propozycję małżeństwa? - Zaśmiał się 

background image

szyderczo. - Nawet gdyby mi to kiedyś przyszło do głowy, nie ożeniłbym się z kobietą, która 

wystawiłaby mnie do wiatru w minutę po założeniu obrączki. Poszłaś do Whita zaraz potem... 

Nawet mi powiedziałaś, że tak zrobisz... Ale jeśli myślisz, kotku, że jestem zazdrosny, to 

grubo się mylisz. Byłaś przyjaciółką Vivian, ale nigdy nie chciałem, żebyś przebywała w 

moim domu. Tolerowałem cię ze względu na Vivian.

- Rozumiem. - Była blada jak ściana i czuła na sobie litościwe, zakłopotane spojrzenia 

przechodniów.

- To pewnie rozumiesz i to, że nie masz wstępu na nasze ranczo. Nigdy więcej.

- Oczywiście, Mack. - Pokiwała wolno głową. - Rozumiem doskonale.

Nie wiedziała, jak zniesie  to, co w  swoim szaleństwie  zrobiła jej  Vivian. Straciła 

Macka, którego kochała ponad życie. A on jej nienawidził. Nienawidził jej!

W drodze do domu, a potem przez długie godziny bezsennej nocy zastanawiała się, jak 

będzie dalej żyć w jednym mieście z Killainami - spotykać ich na ulicy, w sklepie... Czy Bob 

i   Charles   też   jej   nienawidzili?   Vivian   skłamała.   Dziewczyna,   którą   uważała   za   swoją 

najlepszą przyjaciółkę, potraktowała ją z takim okrucieństwem. Czym sobie na to zasłużyła? 

Czy los ją skazał na dożywotnie sieroctwo, na życie bez uczucia? Nikt jej nigdy nie kochał. 

Ciotka sprowadziła ją do siebie tylko dlatego, że potrzebowała na starość pomocy domowej i 

opiekunki. Nat chciała, żeby pokochał ją Mack. Były nawet takie chwile, kiedy wierzyła, że 

patrzy na nią z miłością. Ale ta nienawiść w jego wzroku była przerażająca. Gdyby ją kochał, 

przyznałby jej chociaż prawo do obrony, zawahałby się wobec tak absurdalnego oskarżenia.

Ale on uwierzył Vivian bez wahania. Wszystkie jej marzenia o dozgonnej miłości 

uleciały jak dym. Pozostało jej tylko zdecydować, co teraz zrobić. Na pewno nie mogła zostać 

w Medicine Ridge. Po rozdaniu dyplomów powinna porozmawiać z jednym z wykładowców, 

który powiedział jej kiedyś o wakatach nauczycielskich w Dallas, w szkole, której dyrektorem 

był jego kuzyn. Może być Dallas. Co za różnica!

Nadszedł dzień rozdania dyplomów. Dzień, który byłby jednym z najwspanialszych 

dni w jej życiu, gdyby Killainowie dalej byli jej przyjaciółmi, a nie wrogami. Uśmiechała się 

do kamer,  marząc w  duchu o chwili,  kiedy zostanie  sama. Tuż  po uroczystości  spotkała 

nauczyciela, który zaoferował jej pomoc w zdobyciu pracy w Dallas. Powiedziała mu, że jest 

poważnie zainteresowana tą ofertą.

W niedzielę, po raz pierwszy od wielu dni, cała czwórka Killainów zebrała się na 

obiedzie. Bardziej przypominało to stypę niż świąteczny posiłek.

- Natalie otrzymała wczoraj dyplom - powiedział chłodno Bob, patrząc na Macka i 

Vivian, którzy nie raczyli podnieść wzroku znad talerzy. - Siostra mojego kolegi była z nią w 

background image

jednej grupie. Powiedziała, że Natalie była zupełnie sama, nie miała w tłumie gości ani jednej 

bliskiej sobie osoby. Viv?

Vivian wybuchnęła płaczem i uciekła na górę tak szybko, jak tylko pozwoliły jej na to 

chore płuca.

Mack, nie tknąwszy nawet jedzenia, cisnął na podłogę serwetkę i wyszedł z jadalni 

ponury jak noc.

- Chyba niepotrzebnie z tym wyskoczyłem, co? - Bob spojrzał na brata.

- A niby dlaczego mamy o niej nie mówić? - obruszył się Charles. - Natalie należy do 

rodziny. A oni się zachowują, jakby była poszukiwana przez FBI listem gończym. To przez 

tego cholernego Whita. Mogę się z tobą założyć! Powiedział coś albo zrobił, nie wiem, ale to 

on musiał namącić. Chodzi teraz z córeczką Murchesona i wyciąga od niej forsę na hazard. 

Wszyscy to wiedzą. Powiedział komuś, że nasza siostra była tylko środkiem do celu. Masz 

pojęcie? Więc jeśli Natalie była  powodem tego zerwania, to chwała jej za to! Uratowała 

Vivian przed czymś dużo gorszym niż zapalenie płuc. Ale to tylko nas dwóch interesuje.

Podsłuchujący za drzwiami Mack o mało nie zawył. Myślał, że Whit rzucił Vivian dla 

Natalie, więc skąd nagle córka Murchesona...? Najpierw Natalie wszystkiego się wypiera, 

potem Vivian wpada w histerię. Coś tu nie gra...

Poszedł do Vivian. Siedziała na krześle przy łóżku, tonąc w łzach. Usiadł na brzegu 

łóżka.

- Viv - zaczął łagodnie - możesz mi powiedzieć, dlaczego płaczesz?

- Skłamałam.

- Słucham? - Wyprężył się jak struna.

- Natalie wyglądała wtedy... jakby oni... a Whit miał potargane włosy. To nieprawda, 

że ich widziałam. Ale nikogo innego nie było w domu, a oni zeszli na dół, prawie na godzinę.

- Ja też byłem na dole. Whit wyszedł po papierosy. Wrócił, zaparzył kawę, a potem 

poszedł do ciebie, razem z Natalie.

Vivian otworzyła usta i zamarła z przerażenia.

- Nie... - szepnęła. - Boże, nie!

Mack odwrócił twarz do okna. Słyszał siebie, urągającego Natalie wtedy na ulicy.

- Jadę do niej. - Vivian zerwała się z krzesła. - Przeproszę ją. Mogę paść przed nią na 

kolana!

-   Daruj   sobie.   Nie   wpuści   cię   za   próg.   Powiedziałem   jej,   żeby   się   tu   więcej   nie 

pokazywała. - Wstał z zaciśniętymi pięściami. - Ubliżyłem jej... przy świadkach - wycedził 

przez zęby i nie spojrzawszy na Vivian, wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.

background image

Vivian   ukryła   twarz   w   dłoniach   i   głośno   płakała.   Przez   swój   egoizm   i   zazdrość 

zniszczyła uczucie dwóch osób. Mack kochał Natalie. A ona, jego siostra i jej przyjaciółka, 

wiedziała, że Natalie kocha Macka, że zawsze go kochała! I że nie mogłaby go zdradzić. To 

ona, Vivian, była zdrajczynią. Cierpiała z powodu urażonej dumy, bo Whit wolał Natalie. 

Była zaślepiona do tego stopnia, że z łatwością wyciągał od niej pieniądze. O włos uniknęła 

nieszczęścia, i powinna podziękować za to Natalie. Ale nie były już przyjaciółkami. Ona i 

Mack wyrzucili  ją ze swojego  życia,  i naiwnością byłoby się spodziewać, że Natalie im 

kiedykolwiek wybaczy.  Od tragicznej śmierci rodziców nigdy tak naprawdę nie czuła się 

kochana. Była  sama na świecie,  a teraz musiała odczuwać to najboleśniej. Vivian wzięła 

głęboki   oddech   i   wytarła   oczy.   Musiała   coś   zrobić,   żeby   naprawić   wyrządzoną   Natalie 

krzywdę.

. Następnego dnia Mack wyjechał  w zaplanowaną  wcześniej podróż w interesach. 

Wychodząc z domu, nie odezwał się do Vivian i wyglądał okropnie. Mogła sobie tylko wyob-

rażać, jak się czuł. Nawet gdyby Natalie mu kiedyś wybaczyła, mało prawdopodobne, żeby 

była w stanie zapomnieć. Vivian dwa dni zbierała się na odwagę, żeby pojechać do Natalie. 

Przeżyła   prawdziwy   szok,   gdy   zobaczyła   otwarte   drzwi,   a   za   progiem   dwie   spakowane 

walizki i Natalie przygotowaną do podróży.

- Nat, czy mogłabym z tobą chwilę porozmawiać?

- Mogę poświęcić ci minutę - odpowiedziała Natalie chłodnym, rzeczowym tonem. - 

Myślałam, że nadjechała taksówka. Spieszę się na lotnisko.

- Lecisz dokądś...?

- Do Dallas.

- Po co... do Dallas? - spytała Vivian, kompletnie zaszokowana.

- Do nowej pracy. - Natalie spojrzała na podjeżdżającą taksówkę, przeniosła za próg 

walizki i zamknęła drzwi na klucz. - Wystawiłam dom na sprzedaż. Nie mam zamiaru tu 

wracać.

- Och, Natalie... Posłuchaj, ja okłamałam Macka. Myślałam, że byliście z Whitem 

sami na dole... a Whit nie zaprzeczył... Dopiero potem dowiedziałam się, że Mack był w 

domu.

- Mack ci uwierzył.

-   Jestem   jego   siostrą.   Nigdy   przedtem   go   nie   okłamałam.   Nat,   muszę   ci   coś 

powiedzieć. Proszę cię, wysłuchaj mnie!

- To pani zamawiała taksówkę na lotnisko? - spytał kierowca.

-   Tak.   -   Natalie   zniosła   z   werandy   walizki,   nie   odpowiedziawszy   Vivian   nawet 

background image

spojrzeniem.

- Nie odjeżdżaj! Błagam, Nat, nie odjeżdżaj!

- Nic mnie tu już nie trzyma, Vivian, i obie o tym wiemy - powiedziała, czekając, aż 

kierowca włoży walizki do bagażnika. - Macie  w końcu to, czego  chcieliście.  Nie jesteś 

zadowolona? Nigdy już nie będę twoją wyimaginowaną rywalką.

- Nat, ja nie wiedziałam... - jęknęła Vivian. - To straszne, co ci zrobiłam, ale pozwól 

się chociaż przeprosić. I nie wiń za to Macka. To wszystko przeze mnie.

- Mackowi na mnie nie zależy. Chyba wiedziałam to od początku. Łudziłam się, ale on 

postawił sprawę jasno. Ma Glennę i będzie bardzo szczęśliwy. Ty pewnie też. Straciliście 

tylko natrętną sąsiadkę. Zegnaj, Vivian.

Nigdy w życiu Vivian nie czuła się tak okropnie. Stała przy schodach i patrzyła na 

swoją najlepszą przyjaciółkę, opuszczającą miasto z jej powodu.

Musiała oczywiście powiedzieć Mackowi, że Natalie wyjechała. Wrócił już i siedział 

w gabinecie przy komputerze. Podniósł na jej widok głowę i odsunął się od biurka.

- O co chodzi? - spytał beznamiętnym głosem.

- Chciałam cię przeprosić za Natalie...

Stężały mu rysy i lekko pobladł, ale natychmiast się pozbierał i wbił wzrok w monitor.

- I co, nie poszło najlepiej?

- Ona wyjechała.

- Wyjechała? - Podniósł głowę. - Dokąd?

- Do Dallas.

- Kogo ona, do diabła, zna w Teksasie?

- Dostała tam pracę. Ona... sprzedaje dom. Powiedziała, że nie wróci.

Przez kilka sekund Mack patrzył na swoją siostrę, jakby nie zrozumiał jej słów. I nagle 

krew odpłynęła mu z twarzy. Natalie wyjechała na zawsze. Zranili ją tak bardzo, że musiała 

uciec z miasta. Na pewno nie mogła znieść plotek, po tym, jak publicznie zrobił jej scenę.

-   Próbowałam   jej   wytłumaczyć,   przeprosić...   -   Vivian   mówiła   coraz   bardziej 

płaczliwym głosem. - Nawet na mnie nie spojrzała. Wcale jej się nie dziwię. Zniszczyłam jej 

życie,   bo   byłam   samolubna,   zarozumiała   i   obsesyjnie   zazdrosna.   Teraz,   kiedy   sobie 

przypominam różne rzeczy, dochodzę do wniosku, że nie po raz pierwszy potraktowałam 

Natalie   w   ten   sposób.   Byłam   idiotką,   Mack.   Przepraszam   cię.   Nie   wiem,   co   powinnam 

zrobić...

Oddychał ciężko, bawiąc się ołówkiem, próbując wyobrazić sobie życie bez Natalie. 

Nie będzie mógł nawet ukradkiem na nią spojrzeć. Dopiero teraz, kiedy stracił ją na dobre, 

background image

zrozumiał, jak rozpaczliwie ją kochał. Ironia losu!

- Mogłabym polecieć do Dallas i spróbować ją przekonać, żeby mnie wysłuchała.

- Nie. Dajmy jej święty spokój, wyrządziliśmy jej wielką krzywdę.

- Ale ty ją kochasz!

Mack odwrócił się do monitora, położył rękę na myszce, i nie powiedział ani słowa 

więcej.

Po minucie bolesnego milczenia Vivian wyszła z gabinetu. Kochała swojego brata. 

Świadomość, jak wielką wy - . rządziła mu krzywdę, była nie do zniesienia. Wiedziała, że 

może nigdy nie naprawić tego, co zniszczyła, ale błagała los, żeby dał jej szansę.

Natalie urządziła się w skromnym, niewielkim mieszkaniu niedaleko szkoły. Przeszła 

wstępne eliminacje i dostała pracę. Nowe życie zaczęło się jakoś układać, ale wciąż dręczyło 

ją wspomnienie ostatniej rozmowy z Vivian. Mack poznał prawdę, a jednak nie próbował jej 

zatrzymać. Nie zadzwonił ani nie napisał. Nawet tyle dla niego nie znaczyła. Te wszystkie 

okropne   rzeczy,   które   wykrzyczał,   nie   wzięły   się   tylko   z   furii,   którą   mogłaby   jakoś 

usprawiedliwić. Musiał naprawdę tak myśleć. Naprawdę chciał się jej pozbyć. A więc ten 

rozdział był zamknięty. Znowu była sama, bez korzeni, bez żadnych więzów.

Na szczęście miała pracę i mieszkanie. Obiecała sobie, że przeżyje. A raczej odżyje! 

Będzie kwitnąć!

Ale nie miała uczucia, że kwitnie. Mijały dni i tygodnie, i chociaż powoli wrastała w 

nowe   otoczenie,  wciąż  czuła  się  w  Dallas   obco.  Kiedy  zaczęła   uczyć,   zjadały  ją   nerwy, 

brakowało jej pewności siebie, a dzieci to widziały i wykorzystywały. Dopiero gdy jeden z 

doświadczonych   nauczycieli   przyszedł,   żeby   zaprowadzić   porządek,   mogła   poprowadzić 

lekcję.

Wziął ją potem na stronę i nauczył postępowania z tryskającymi energią uczniami. Od 

następnego   dnia   sytuacja   zaczęła   się   poprawiać.   Natalie   potrafiła   utrzymać   dyscyplinę   w 

klasie, nauczyła się imion dzieci, poznała wszystkich nauczycieli, i praca powoli stawała się 

przyjemnością. Ale w nocy leżała z zamkniętymi oczami, tęskniąc za Mackiem Killainem.

Pod koniec drugiego tygodnia nauki nabrała pewności, że wybrała właściwy zawód.

Któregoś dnia w drodze do domu, mijając małe boisko do koszykówki, zauważyła 

dwóch chłopców, chyba czternastolatków, którzy bili się i wyzywali w nieprawdopodobnie 

wulgarny sposób. Bez zastanowienia podeszła, żeby ich rozdzielić.

- No dobrze, panowie, dosyć tego - powiedziała, stając między jednym a drugim. Na 

nieszczęście zrobiła to w chwili, gdy jeden z chłopców wyjmował z kieszeni nóż. Zobaczyła 

błysk ostrza i poczuła tak intensywny ból w klatce piersiowej, że osunęła się na ziemię.

background image

- Zabiłeś ją, ty idioto! - krzyknął drugi chłopak.

- To twoja wina! Ona tylko weszła mi w drogę! Uciekli obaj, dalej się kłócąc. Natalie 

leżała   bez   ruchu,   nie   mogąc   nabrać   powietrza.   Słyszała   jakieś   głosy,   ruch,   trąbienie 

samochodów. Widziała, jak błękit nieba zamienia się w oślepiającą, bolesną biel...

Mack   Killain   instalował   nowy   program   w   komputerze,   kiedy   zadzwonił   telefon. 

Podniósł słuchawkę odruchowo, chociaż zwykle odsłuchiwał wiadomości z automatycznej 

sekretarki.

- Halo?

- Czy pan Mack Killain?

- Tak, słucham.

- Doktor Hayes z Centrum Medycznego w Dallas. Serce zamarło mu w piersi.

- Natalie!

- Tak... Dzwonię w sprawie panny Natalie Brock. Pana wizytówkę znaleźliśmy w jej 

torbie. Muszę nawiązać kontakt z jakimkolwiek członkiem jej rodziny.

- Co się stało? Jest ranna?

-   Wymaga   natychmiastowej   operacji.   Jej   stan   jest   krytyczny   -   odpowiedział   bez 

ogródek lekarz. - Potrzebuję pisemnej zgody na zabieg, a pani Brock jest nieprzytomna.

- Jestem jej kuzynem, jedynym krewnym, jakiego ma. Mogę wysłać pismo faksem, a 

za  dwie   godziny  będę   w  Dallas.   Nie  pozwólcie  jej  umrzeć...  -  powiedział   gorączkowo  i 

zapisawszy numer faksu szpitala, odłożył słuchawkę.

Drżącymi rękami napisał odpowiednie pismo, wysłał je faksem, a potem zadzwonił do 

firmy czarterującej samoloty.

- Potrzebuję learjeta, natychmiast. Lot z Medicine Ridge do Dallas. Proszę nie mówić, 

że. to niemożliwe - dodał, nie czekając na odpowiedź. - Podał swoje nazwisko i odłożył 

słuchawkę.

Wypadł z gabinetu i zajrzał do salonu, w którym Vivian i chłopcy oglądali jakiś film.

- Wyjeżdżam!

- Boże, co się stało? - spytała Vivian, przerażona wyrazem jego twarzy.

- Nie wiem. Natalie leży w szpitalu w Dallas. Jest nieprzytomna. Będą ją operować. 

Podpisałem za nią zgodę na operację, więc gdyby ktoś dzwonił w tej sprawie, jesteśmy jej 

krewnymi. Jadę na lotnisko.

- Lecimy razem z tobą - powiedział stanowczo Charles. - W każdym razie ja tu na 

pewno nie zostanę.

- Ja też nie. - Bob ruszył do przedpokoju.

background image

- Lecimy wszyscy - dodała drżącym głosem Vivian.

- Nie mam czasu się z wami kłócić. Wsiadajcie do samochodu. Ja zamknę drzwi.

Dopiero w samolocie Mack zadzwonił do szpitala w Dallas, żeby dowiedzieć się, w 

jakim stanie jest Natalie, i co jej się stało. Recepcjonistka z izby przyjęć powiedziała, że 

panna Brock jest na sali operacyjnej. Nie miała informacji o jej stanie, poza tym, że Natalie 

została ugodzona nożem i ma odmę w płucu.

- Nożem?! - wykrzyknął Bob. - Ktoś na nią napadł?!

- Jest nauczycielką - mruknęła żałośnie Vivian. - Nie wiesz, co się dzieje w niektórych 

szkołach?

-   Ona   uczy   w   szkole   podstawowej   -   przypomniał   jej   Mack.   -   Jak   małe   dziecko 

mogłoby zadać cios nożem?

- Może zrobił to dorosły krewny jej ucznia - wtrącił Charles.

Vivian ukryła twarz w dłoniach.

- Jeśli ona umrze, to będzie moja wina...

- Nie mów tak! - krzyknął Mack. - Ona nie umrze.

- Przepraszam. - Położyła rękę na jego ramieniu. Odwrócił głowę. Był przerażony. 

Gdyby stracił Natalie, nie miałby po co żyd. To byłby koniec, absolutny koniec wszystkiego.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Kiedy Natalie odzyskała przytomność, pierwszym jej wrażeniem był zapach środków 

antyseptycznych. Bolała ją klatka piersiowa. W nosie miała jakąś rurkę. Czuła się okropnie. 

Powoli otworzyła oczy i zobaczyła ludzi w zielonych fartuchach krzątających się po białym 

pokoju. Dotarło do niej, że jest w szpitalu, ale nie pamiętała, jak się w nim znalazła.

Wytężyła słuch... Jakiś mężczyzna podniesionym głosem domagał się wpuszczenia go 

do   środka.   Pielęgniarka   grozi,   że   wezwie   ochronę.   Mężczyzna   nie   ustępuje.   W   końcu 

przebierają go w fartuch i każą założyć maskę.

Czuje podmuch powietrza i nagle pochyla się nad nią znajoma twarz z przepaską na 

jednym oku. Duża ciepła ręka dotyka jej policzka. Nie zasłonięte oko wydało jej się dziwnie 

jasne i jakby wilgotne. To niemożliwe. Po prostu śniła.

- Nie umieraj! Słyszysz mnie, Natalie? Nie waż się!

- Panie Killain... - Jedna z pielęgniarek usiłowała przywołać go do porządku.

- Natalie, słyszysz mnie? Obudź się!

Zamrugała powiekami. Nie mogła się skupić. Czuła, że gdzieś odpływa.

- Mack - szepnęła i znowu jej powieki opadły.

Miotał się po pokoju jak szaleniec, pouczał pielęgniarkę, wydawał polecenia. Potem 

trzymał Natalie kurczowo za rękę.

Teraz,   kiedy   ją   widział,   kiedy   mógł   jej   dotknąć,   zaczął   oddychać   normalnie. 

Wyglądała mizernie, jej klatka piersiowa prawie się nie unosiła. Był śmiertelnie przerażony, 

dlatego   zachowywał   się   jak   furiat.   Ktoś   mógł   go   za   chwilę   stąd   wyrzucić,   może   nawet 

aresztować   za   zakłócanie   porządku.   Ale   przedarłby   się   nawet   przez   linię   frontu,   żeby 

zobaczyć Natalie, żeby upewnić się, że żyje.

Sam się sobie dziwił, ale w jeszcze większe zdumienie wprawił swoje rodzeństwo. To 

był Mack, jakiego nie znali. Nie mieli wątpliwości, że ich brat kocha Natalie i oddałby za nią 

życie. Patrzyli po sobie, zastanawiając się, dlaczego nie zauważyli tego dawno temu.

Do sali wszedł chirurg, prawdopodobnie ten, z którym Mack rozmawiał przez telefon. 

Miał jeszcze na sobie fartuch operacyjny.

- Pan Killain? - spytał.

- Tak. - Mack wyciągnął na powitanie rękę. - W jakim ona jest stanie?

- Miała wewnętrzny krwotok i straciła dolny płat płuca. Zawsze mogą pojawić się 

komplikacje, ale wyjdzie z tego.

Mack po raz pierwszy od wielu godzin odetchnął pełną piersią.

background image

- Chcę z nią zostać - powiedział stanowczo. Doktor uniósł brew i roześmiał się.

- Myślę, że to oczywiste... dla całego personelu szpitala - zakpił. - Skoro jest pan 

krewnym  pacjentki, nie mam  nic przeciwko temu. Ale wolałbym,  żeby poczekał pan, aż 

przewieziemy   ją   z   sali   intensywnej   terapii   do   zwykłego   pokoju.   I   byłbym   zobowiązany, 

gdyby udał się pan teraz do biura administracji i dopełnił kilku formalności.

Mack zawahał się.

- Dobrze, zaraz tam pójdę - powiedział z ciężkim sercem.

Kilka   godzin   później   Natalie   znów   otworzyła   oczy,   obolała   i   odurzona   środkami 

znieczulającymi. Kiedy dotknęła zabandażowanego boku, jęknęła żałośnie. Duża ciepła dłoń 

przytrzymała jej rękę.

- Uważaj, bo wyciągniesz dren - usłyszała znajomy czuły głos, podobny do głosu 

Macka. To nie mógł być on, oczywiście.

Odwróciła głowę.

- Myślałam, że to sen... - szepnęła na wpół przytomnie.

- A pielęgniarki myślą, że to jakiś koszmar - powiedział Bob, zerkając z szelmowskim 

uśmiechem na brata.

- Widziałem uciekającego w popłochu sanitariusza - dodał złośliwie Charles.

- Zamknijcie się - mruknął Mack.

- On się stara zapewnić ci dobrą opiekę. - Vivian odgarnęła z czoła Natalie kosmyk 

włosów. - Biedactwo - powiedziała z czułością. - Wszyscy będziemy się tobą opiekować.

- Jasne - mruknęli chórem Bob i Charles. Mack nic nie powiedział.

Zbyt oszołomiona, żeby rozumieć, co się naprawdę dzieje, Natalie uśmiechnęła się 

blado, i w tej samej chwili uśmiech przeobraził się w grymas bólu. Po minucie wyglądała na 

nieco odprężoną i znowu zasnęła.

Vivian przyjrzała się aparaturze, do której była podłączona Natalie.

- Myślę,  że jest to urządzenie, które co kilka minut  wstrzykuje  jej automatycznie 

środek znieczulający. Idę kogoś zapytać.

Wyszła na korytarz,, a Bob i Charles, wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenia, 

powiedzieli, że idą na kawę i kupią też jedną na wynos dla Macka.

Skinął   tylko   głową,   nie   odwracając   wzroku   od   Natalie.   Nie   interesowało   go   nic 

innego. To było jak powrót do domu po długiej podróży. Chciał tylko tu siedzieć i patrzeć na 

nią. Nawet w tak żałosnym stanie była dla niego piękna. Ścisnął mocniej jej dłoń.

Znowu opadły go dręczące myśli. Jak mógł w nią zwątpić? W głębi duszy wiedział, że 

Natalie nigdy by go nie okłamała. Musiał być więc inny powód, dla którego zaatakował ją tak 

background image

brutalnie, oskarżając  o coś, w co sam nie wierzył.  Bał się uczucia, którym  ją darzył,  jej 

bezgranicznego oddania i nadziei, które z nim wiązała - więc ostatnim wysiłkiem  podjął 

obronę straconych pozycji. Nie widział na jedno oko. Pewnego dnia mógł stracić wzrok w 

drugim. Był odpowiedzialny za dwóch braci i siostrę, aż do czasu, kiedy będą mogli się 

usamodzielnić. Uważał, że to nie fair obarczać tym wszystkim tak młodą kobietę jak Natalie.

Ale   kiedy   wybuchł   kryzys,   sprowokowany   kłamstwem   Vivian,   rodzeństwo 

zjednoczyło się za jego plecami w obronie Natalie. Oni też ją kochali. Zdawał sobie sprawę, 

że drobne konflikty będą nieuniknione, ale wiedział już, jak wyglądałoby życie  bez niej. 

Gotów był zrobić wszystko, żeby była szczęśliwa i czuła się bezpiecznie, z nim i z jego 

rodziną. Spodziewał się, oczywiście, że kiedy dojdzie do siebie, zechce go zdzielić kijem 

baseballowym. Pogodziłby się i z tym.

Najważniejsze, żeby wyzdrowiała. Zdecydowany był wrócić z nią do Montany, nawet 

gdyby musiał skrępować jej ręce. Nie było lepszego miejsca na ziemi, w którym mogłaby 

dochodzić do siebie. Na ranczu, we czwórkę, będą w stanie zapewnić jej opiekę.

Podczas gdy rozważał różne możliwości, wróciła Vivian.

-   Miałam   rację!   To   urządzenie   automatycznie   podaje   Nat   środki   przeciwbólowe. 

Rozmawiałam   z   pielęgniarkami   w   ich   pokoju.   Wszędzie   są   komputery,   które   rejestrują 

dosłownie wszystko... - Spojrzała na brata z niepewnym uśmiechem. - To fantastyczne. Nie 

wiedziałam, że praca pielęgniarek jest tak ciekawa... i tak skomplikowana.

- Nie widzę tu zbyt wielu pielęgniarek - zauważył ponurym tonem.

- Zobaczysz, jak stąd wyjdziesz.

- Nie zaczynaj!

- Możesz przecież wyjść na chwilę i coś zjeść. Ja posiedzę przy Natalie.

- Nie.

- A chcesz kawy?

- Chłopcy po nią poszli.

- No dobrze. W takim razie przyniosę ci torbę frytek i coś do picia.

- Dobry pomysł.

Wyszła, uśmiechając się pod nosem. Mack nawet na nią nie spojrzał. Bał się, że jeśli 

odejdzie od Natalie, ona nie wyzdrowieje. Gotów był trzymać ją przy życiu siłą własnej woli. 

I wcale mu się nie dziwiła - Natalie wyglądała jak cień człowieka. Vivian czuła się temu 

winna. Gdyby nie zachowała się tak podle, jej przyjaciółka nie uciekałaby do Dallas i nic 

takiego by się nie wydarzyło. Może tym razem, gdy wydobrzeje, przyjmie jej przeprosiny?

Wędrowała po korytarzu, gdy Mack, pochylony nad łóżkiem, wpatrywał się w śpiącą 

background image

twarz Natalie.

- Biedna kruszyno! - szeptał, czule gładząc jej policzek. - Jak mogłem myśleć, że 

potrafię żyć bez ciebie?

W głębi świadomości Natalie wiedziała, że mówi do niej. Czuła jego dotyk, najpierw 

na   policzku,   potem   lekkie   muśnięcie   na   ustach.   Szeptał   jej   do   ucha   słowa   tak   czułe,   że 

brzmiały jak miłosne wyznanie.  Dlatego też była  pewna, że śni. Mack nigdy nie używał 

czułych słów...

Dopiero  w  nocy  nieco  oprzytomniała.   Rozejrzała  się  ze  zdumieniem   po pokoju,  i 

gdyby   mogła,   roześmiałaby   się   w   głos.   Vivian   spała   na   krześle   koło   kaloryfera,   Mack 

pochrapywał lekko, wciąż trzymając ją za rękę, a za nim, na kocu rozłożonym na zimnym 

linoleum, spali Bob i Charles. Mogła sobie tylko wyobrazić, jak to znosił personel oddziału. 

Czyżby   nie   istniały   przepisy   ograniczające   liczbę   gości   i   czas   odwiedzin?   I   nagle 

przypomniała sobie poruszenie, które wywołał Mack na korytarzu, zanim pojawił się przy jej 

łóżku. Z pewnością złamał wszystkie szpitalne przepisy, i nic by go przed tym nie powstrzy-

mało.

- Mack? - szepnęła, ledwie słysząc własny głos. Spróbowała jeszcze raz. - Mack?

Poruszył się i natychmiast wyprostował gwałtownie na krześle, zaciskając palce na jej 

dłoni.

- Tak, kochanie? Powiedz - szepnął - czego ci trzeba? Patrzyła na niego stęsknionym 

wzrokiem. Nie widzieli się kilka długich tygodni. Coś się zmieniło w jego twarzy...

- Zmizerniałeś...

- Ty też.

Chciała mu powiedzieć, jak puste było jej życie bez niego. Nie mogła. Znalazła się w 

szpitalu i ktoś do niego zadzwonił. Prawdopodobnie jej ciężki stan skłonił wreszcie Vivian do 

wyznania mu prawdy. Przyjechał, wiedziony poczuciem winy.

Uwolniła rękę z jego uścisku i położyła ją na piersi.

- Niczego mi nie trzeba. Dziękuję.

Ta chłodna, uprzejma odpowiedź ugodziła Macka prosto w serce. Natalie odzyskała w 

pełni świadomość i przypomniała sobie ich ostatnie spotkanie. Wcisnął ręce do kieszeni i 

ciężko westchnął. Zobaczył, że opadają jej powieki i znowu zapada w sen. On już nie usnął. 

Patrzył   na   nią,   zasępiony,   aż   pierwsze   promienie   poranka   zaczęły   przedzierać   się   przez 

żaluzje, budząc powoli Vivian i chłopców.

Vivian wstała i wyjrzała na korytarz, obserwując przez chwilę krzątaninę porannej 

zmiany personelu.

background image

-   Proponuję,   żebyście   wynajęli   jakiś   przyzwoity   pokój   w   hotelu   i   wzięli   kąpiel   - 

zwróciła się do braci. - Ja zostanę z Natalie. Zaraz będą ją myć i karmić, więc i tak was 

wyrzucą.

Mack nie zareagował.

- Hej! - Pociągnęła go za rękę, zmuszając, żeby wstał z krzesła. - Słaniasz się na 

nogach i wyglądasz jak pięćdziesięciolatek. Do niczego się tu nie przydasz, jeśli sam nie 

odpoczniesz. Spałeś chociaż trochę?

- Natalie obudziła się w nocy - odpowiedział z ponurym grymasem na twarzy, jakby to 

wszystko wyjaśniało. - Pamiętała, co jej powiedziałem. Widziałem to w jej oczach.

- Przypomni sobie też, co ja jej powiedziałam. Musimy jakoś przez to przejść. Natalie 

nie jest osobą, która nosi w sobie długo urazę. Wybaczy nam.

- Ona nie będzie chciała z nami wrócić... - uświadomił sobie Mack z przerażeniem. - 

Ale wróci, nawet gdybym miał ją nieść aż do Medicine Ridge na rękach! Jeśli się obudzi, 

zanim wrócę, możesz jej to powiedzieć!

Podniesione głosy obudziły Natalie. Skrzywiła się z bólu przy pierwszym poruszeniu, 

ale spojrzała na Macka gniewnym wzrokiem. Spróbowała usiąść.

- Nie mam zamiaru nigdzie z tobą jechać - powiedziała najsilniejszym głosem, jaki 

była w stanie z siebie wydobyć. - Nie poszłabym z tobą nawet... do windy!

- Uspokój się. - Vivian ułożyła ją delikatnym, ale stanowczym ruchem na łóżku. - 

Kiedy odzyskasz siły, sama dam ci patelnię, żebyś go nią zdzieliła. I podstawię też swoją 

głowę. Ale teraz - dodała cicho - musisz przede wszystkim wydobrzeć. W szpitalu będą cię 

trzymać, dopóki nie wyzdrowiejesz. Ale całkowity powrót do zdrowia będzie trwał dłużej, 

więc nie możesz zostać sama.

- Ona ma rację, Nat - wtrącił stanowczym głosem Charles, coraz bardziej podobny do 

swojego starszego brata. - Będziemy się tobą opiekować.

- Nauczę cię grać w szachy. - Do łóżka podszedł Bob z rozbrajającym uśmiechem na 

ustach.

- A ja cię nauczę, jak być prawdziwym utrapieniem dla bliźnich. Mogłabym o tym 

napisać książkę.

Natalie przeniosła wzrok na Macka. Patrzył na nią nieruchomo, spokojnie, i wyglądał 

niemal bezradnie. Może to było tylko złudzenie.

- Ty mógłbyś ją nauczyć wyciągania bzdurnych wniosków - mruknęła zimno Vivian.

- Nauczyłem się tego od ciebie - odparował Mack i zwrócił się do Natalie: - Wracasz z 

nami, tak czy inaczej, i dajmy już temu spokój.

background image

- Posłuchaj mnie... - Jej oczy zapłonęły gniewem.

- To ty posłuchaj. Porozmawiam z lekarzem i dowiem się, jakiego rodzaju opieki 

będziesz wymagała. Wynajmę prywatną pielęgniarkę i sprowadzę do domu szpitalne łóżko. 

Cokolwiek będzie potrzebne.

Natalie, w bezsilnym geście rozpaczy, uderzyła się pięścią w klatkę piersiową. Jęknęła 

z bólu.

- Hola! Spokojnie - mruknął drwiąco. - To nic nie da.

- Nie jestem paczką, którą można przerzucać z miejsca na miejsce. I nie jestem twoją 

własnością!

- Jakkolwiek by na to patrzeć - powiedział cicho - w jakimś sensie należysz do mnie, 

odkąd skończyłaś siedemnaście lat. - Odwrócił się do Vivian. - Zabieram Boba i Charlesa do 

hotelu. Wrócimy za parę godzin. Zadzwonię, jak tylko się zameldujemy, żebyś miała z nami 

kontakt.

- Dobrze. Nie martw się - powiedziała dobrodusznie, kiedy zawahał się, stojąc przed 

drzwiami. - Zajmę się nią.

- Nigdzie nie pojadę! - zachrypiała Natalie, zanim Mack wyszedł.

Vivian podeszła do łóżka i delikatnie odgarnęła włosy z jej czoła.

- Pojedziesz - powiedziała łagodnie. - Mack i ja nigdy sobie nie wybaczymy tego, co 

ci zrobiliśmy. Byłam tak zazdrosna o ciebie... Nat, ja myślałam, że umrę, jeśli stracę Whita. 

Wiesz, że on później skłamał, że się z tobą kochał? Byliście razem na dole prawie godzinę, a 

ja nie miałam pojęcia, że Mack wrócił do domu. Wyszło z tego koszmarne nieporozumienie. 

Potem jeszcze powiedziałam Mackowi, że widziałam was razem. Nat, będziesz mi mogła 

kiedyś wybaczyć?

Natalie westchnęła.

- Oczywiście. Za długo się przyjaźnimy, żebym mogła ci nie wybaczyć.

- Nie bardzo się sprawdziłam jako przyjaciółka... - Vivian pochyliła się i pocałowała 

Natalie w czoło. - Ale przysięgam, że się poprawię. Na razie postaram się sprawdzić w roli 

twojej osobistej pielęgniarki. Zrobię ci prowizoryczną kąpiel, a potem nakarmię.

- Mack ci uwierzył.

- Tej nocy, gdy go okłamałam, zamknął się w gabinecie i wypił prawie całą butelkę 

whisky. Musiałam sprowadzić ślusarza, żeby otworzył drzwi od zewnątrz. Kiedy do niego 

weszłam, był nieprzytomny. Przeraziłam się. Nigdy dotąd nie tracił nad sobą kontroli. Wtedy 

zrozumiałam, jak bardzo go zraniłam... W końcu okazało się, że miał rację co do Whita. Ten 

drań naciąga teraz inną bogatą dziewczynę. Boże, jaką ja byłam idiotką...

background image

- Byłaś zakochana, a to chyba nie idzie w parze z rozsądkiem.

- Tak myślisz? - spytała Viv z zaczepnym uśmiechem.

- Nie znam się na tym. - Natalie odwróciła wzrok. - Dawno temu po raz pierwszy i 

ostatni doświadczyłam smaku tego uczucia.

- Wiem. To był Mack. A ja wykorzystałam to, żeby cię zranić. Niczego bardziej nie 

żałuję.

- Nie to miałam na myśli - powiedziała z irytacją Natalie.

-   Tak   czy   inaczej,   wszystko   będzie   dobrze.   -   Natalie   postanowiła   nie   drążyć 

delikatnego tematu. - Uwierz mi, chociaż wiem, że masz prawo nie wierzyć w ani jedno moje 

słowo.

- Przyjechaliście tu wszyscy razem?

- Tak. Zadzwonił twój lekarz i powiedział, że walczysz o życie i że ktoś z rodziny 

powinien podpisać zgodę na operację. Mack wysłał ją faksem, więc gdyby ktoś cię pytał, 

jesteśmy twoimi kuzynami.

- Pewnie znaleźli w mojej torbie jego wizytówkę...

- Pamiętasz w ogóle, co się stało? - Vivian zapytała z wahaniem.

-   Tak.   Zobaczyłam   dwóch   nastolatków   okładających   się   pięściami   na   boisku   do 

koszykówki.  Postanowiłam ich rozdzielić. Jeden z nich miał nóż i weszłam mu w drogę 

akurat w chwili, kiedy wyjmował go z kieszeni. - Pokręciła głową. - I tak miałam szczęście, 

że kosztowało mnie to kawałek płuca, a nie życie.

-   Następnym   razem   zadzwoń   na   policję.   Do   nich   należy   pilnowanie   porządku   i 

potrafią to świetnie robić.

- Następnym razem, jeśli taki się zdarzy, na pewno zadzwonię. - Natalie chwyciła 

Vivian za rękę. - Dziękuję, że przyjechaliście.... To taki kawał drogi. Po tym, co między nami 

zaszło, nigdy bym się tego po was nie spodziewała. Szczególnie po Macku.

- Kiedy chłopcy dowiedzieli się o wypadku, natychmiast powiedzieli, że należysz do 

naszej rodziny. I to jest święta prawda. Czy to ci się podoba, czy nie.

- Bardzo mi się podoba. Cieszę się, że dalej jesteśmy przyjaciółkami - powiedziała 

drżącym głosem.

-   Och,   Nat!   -   Vivian   pochyliła   się   i   uścisnęła   Natalie   najdelikatniej   jak   mogła.   - 

Przepraszam cię! Przysięgam, że już nigdy nie będę taka podła!

Natalie objęła przyjaciółkę sprawną ręką, i nagle kojące łzy popłynęły jej z oczu.

Vivian wyjęła z torebki dwie chusteczki, jedną podała Natalie, i kiedy obie wytarły 

mokre policzki, wybuchnęły śmiechem.

background image

- Mack też ma cię za co przepraszać. Myślę, że skorzysta z okazji. Ale to będzie dla 

niego bardzo trudne, więc spróbuj mu to jakoś ułatwić, jeśli możesz...

- On źle wygląda.

- Nic dziwnego. Od kilku tygodni robi wszystko, żeby zaharować się na śmierć. Nawet 

nie będę ci mówiła, jak trudno z nim wytrzymać.

- To raczej normalne.

- Jest gorzej niż kiedykolwiek. Jeśli nie wierzysz, spróbuj zerknąć na korytarz, kiedy 

wróci.  Zobaczysz  spanikowany personel  szpitala, uciekający na jego  widok, gdzie  pieprz 

rośnie. Szkoda, że armia się na nim nie poznała. Byłby świetnym generałem.

- Czy Glenna... też przyjechała do Dallas?

- Nie widział się z nią ani razu po twoim wyjeździe. I nawet nie wspomina jej imienia.

Natalie nic nie powiedziała. Była pewna, że Mack przyjechał do niej z poczucia winy, 

chociaż nie miał powodu czuć się winnym. Wyciągnął fałszywe wnioski i oskarżył ją o coś, 

czego nie zrobiła, ale to nie on pchnął ją nożem. Nie miał na to żadnego wpływu. Sama, z 

czystej głupoty, naraziła się na niebezpieczeństwo. Coś takiego mogło wydarzyć się wszę-

dzie. Zmęczona rozmową, położyła się i zamknęła oczy.

Mack wrócił z braćmi po lunchu. Wszyscy trzej mieli wypoczęte twarze. Wyglądało 

na to, że skorzystali z możliwości przespania się w prawdziwych łóżkach.

Chłopcy posiedzieli przy Natalie tylko kilka minut i wyszli pospacerować po mieście. 

Vivian postanowiła zjeść lunch w szpitalnej kawiarni.

-  Wyglądasz  lepiej.  -  Mack usiadł   przy łóżku  Natalie  i  ujął   ją  za  rękę.  - Jak  się 

czujesz?

- Jak stratowana przez stado byków. - Nigdy jeszcze nie czuła się z nim tak nieswojo. 

Nie przychodziło jej do głowy nic, co chciałaby mu powiedzieć.

- Lekarz mówi, że w piątek możesz stąd wyjść. Uważa, że nie ma przeciwwskazań, 

żebym cię zabrał do domu learjetem.

- Learjetem?

- Przylecieliśmy wyczarterowanym samolotem. Piloci zatrzymali się w tym samym 

hotelu i będą czekać dotąd, aż będziemy gotowi wszyscy razem wrócić.

- To musi kosztować fortunę... - Natalie otworzyła szeroko oczy.

- Na biednego nie trafiło - zaśmiał się Mack. - Moje interesy kwitną.

- Ja mam tutaj mieszkanie... - zaczęła mówić, nie patrząc mu w oczy.

- Miałaś tutaj mieszkanie.

- Słucham?

background image

- Powiedziałem właścicielce mieszkania, że nie wrócisz. Spakowałem twoje rzeczy, 

ostrożnie,   i   nadałem   je   na   bagaż.   Odebrałem   też   twoją   pocztę   i   załatwiłem   to,   że   cała 

korespondencja będzie przesyłana na nasz domowy adres.

- Mack, coś ty zrobił? Ja mam tu pracę!

- Och tak! Rozmawiałem też z dyrektorem szkoły. Przykro mu, że cię straci, ale biorąc 

pod uwagę przypuszczalny czas twojej rekonwalescencji, zmuszony jest znaleźć kogoś na 

twoje miejsce. Możesz jeszcze raz złożyć aplikację, jeśli będziesz chciała tu wrócić. Ale 

sądzę, że nie będziesz chciała.

- Oczywiście, że będę chciała wrócić! Nie masz prawa mi tego robić!

-  Już  to   zrobiłem,  Nat  -  powiedział   spokojnie.  -  I  jeśli  przemyślisz  to   dokładnie, 

zgodzisz się, że było to jedyne, co mogłem zrobić. To, że zostaniesz tutaj sama, w ogóle nie 

wchodzi w grę i nie wchodziłoby nawet wtedy, gdybym cię nienawidził.

- Kiedy wyjeżdżałam, myślałam, że mnie nienawidzisz.

- Wiem. Viv ma rację, że nauczyłem się wyciągać bzdurne wnioski. - Pochylił się nad 

Natalie  i  zmusił  ją,  żeby spojrzała   mu w   twarz.  - Ale  jest  wiele  innych  rzeczy,   których 

wolałbym nauczyć ciebie.

- Na przykład? - wyszeptała.

- Obiecałem ci to kiedyś... - Musnął wargami jej usta. - Nie pamiętasz, Natalie?

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Nie wierzyła własnym uszom, nie wierzyła, że mówi do niej tonem tak czułym, że, 

leżąc z zamkniętymi oczami, prawie nie poznawała jego głosu.

- Myślisz, że żartuję? - spytał szeptem. - Żarty się skończyły,  kiedy doktor Hayes 

powiedział mi, że walczą o twoje życie. Od tamtej chwili wszystko traktuję poważne.

Nie rozumiała. Mówił mu to wyraz jej twarzy.

- Po pierwsze, nie powinienem był ci pozwolić wyjechać.

-   Powiedziałeś,   żebym   się   nie   pokazywała   nigdy   więcej   na   ranczu   -   powiedziała 

drżącymi wargami.

- Myślałem, że poszłaś do niego... prosto ode mnie. Przeżyłem koszmar, tylko dlatego, 

że mnie i Vivian poniosła wyobraźnia i zawiódł rozum.

- Trudno jest ufać ludziom. Powinnam o tym wiedzieć.

Wciąż się wahała. Zdawała sobie sprawę, że jest pod wpływem leków, i nie do końca 

wierzyła   w   nagły   przypływ   uczucia   Macka.   Na   dodatek,   jakby   się   chciała   pograżyć   w 

czarnych   myślach,   zaczęła   wspominać   swoją   przeszłość.   Straciła   wszystkich,   których 

kochała. Najpierw rodziców, potem Carla; nawet jeśli  Carl jej nie kochał,  dał jej jednak 

przedsmak miłości.

- Masz taką posępną minę, Nat. O czym myślisz?

- O tym, że straciłam wszystkich, których kochałam - szepnęła bezwiednie.

- Mnie nie stracisz.

Serce załomotało jej w piersi. Teraz była pewna, że się nie przesłyszała. Już miała 

poprosić   go,   żeby   powiedział   to   jeszcze   raz,   gdy   do   pokoju   weszła   pielęgniarka.   Mack, 

dostrzegając osłupienie w jej oczach, uśmiechnął się i wyszedł na korytarz.

W piątek rano stan Natalie był na tyle zadowalający, że doktor Hayes pozwolił jej na 

powrót   do   domu   samolotem.   Późnym   popołudniem   wylądowali   na   małym   lotnisku   w 

Medicine   Ridge,   a   stamtąd,   dwoma   samochodami,   w   dziesięć   minut   dotarli   na   ranczo 

Killainów.

Mack   wziął   Natalie   na   ręce   i,   trzymając   ją   może   trochę   za   mocno,   wszedł   po 

frontowych schodach i przeniósł ją przez próg.

- Nie musisz mnie nieść - szepnęła, zauważając kątem oka, że chłopcy pomaszerowali 

prosto do kuchni, a Vivian na górę, żeby otworzyć pokój gościnny.

- A dlaczego by nie? - zaśmiał się i delikatnym pocałunkiem musnął jej usta. - To 

dobry zwyczaj.

background image

Jaki znowu zwyczaj, zastanawiała się półprzytomnie, ale nie zapytała, co Mack miał 

na myśli. Poruszyła ręką i skrzywiła się z bólu.

- Przepraszam - powiedział łagodnie. - Ciągle zapominam o twoim boku. Idziemy na 

górę.

Wniósł   ją   po   schodach   na   piętro,   do   pokoju   gościnnego,   który   przylegał   do   jego 

sypialni. Rzuciła mu zakłopotane spojrzenie.

- Jesteś w takim stanie, że nie mogę cię ulokować w drugim końcu domu. - Wszedł do 

przestronnego pokoju i ułożył ją delikatnie  na podwójnym  łożu z baldachimem.  - Drzwi 

łączące   nasze   pokoje   będę   otwarte.   Gdybyś   potrzebowała   czegoś   w   nocy,   wystarczy,   że 

zawołasz. Mam lekki sen. - Zerknął wymownie na stojącą obok Vivian. - Czego nie mogę 

powiedzieć o nikim innym z tej rodziny.

- Ja w końcu też się jakoś budzę. - Vivian wzruszyła ramionami.

- Viv pomoże ci się przebrać w nocną koszulę.

- Coś ładnego i skromnego - mruknęła Vivian ze złośliwym błyskiem w oczach.

- Właśnie - odparł, niewzruszony, zatrzymując się przy drzwiach. - A ja dla odmiany 

będę spał w pidżamie.

Kiedy zostawił je same, Vivian zachichotała, widząc, że Natalie spąsowiały policzki.

- W tym  stanie nie nadajesz  się do żadnych  harców, więc przestań się martwić i 

skoncentruj   wyłącznie   na   swoim   zdrowiu.   Nie   powiesz   chyba,   że   nie   będziesz   się   czuła 

bezpieczniej, mając w pobliżu Macka.

- Zgoda, ale... ciągle mi się wydaje, że nadużywam waszej gościnności.

- Należysz do naszej rodziny, więc nie jesteś tu żadnym gościem. Zaraz znajdziemy ci 

coś lekkiego i wygodnego, a potem zobaczę, co się dzieje w kuchni. Nie wiem, jak ty, ale ja 

po prostu umieram z głodu!

Natalie zdziwiła się, kiedy Mack przyniósł tacę do jej pokoju i usiadł przy łóżku, żeby 

zjeść   z   nią   kolację.   Ale   tego   dnia   spotkało   ją   więcej   niespodzianek.   Zamiast   spędzić 

pracowity wieczór w swoim gabinecie, Mack czytał jej wspomnienia o życiu w Montanie z 

końca dziewiętnastego wieku. Historia była zawsze ulubioną dziedziną wiedzy dla Natalie, 

więc sprawił jej tą lekturą dużą przyjemność. Z zamkniętymi oczami słuchała jego niskiego 

głosu, aż odpłynęła w sen.

W szpitalu była pod wpływem silnych środków uspokajających i dlatego zapewne nie 

śniły jej  się żadne  koszmary. Ale  pierwszej  nocy w wygodnym  łóżku  przeżyła  na nowo 

wypadek, który omal nie pozbawił jej życia. Zagarnęły ją ciepłe, kojące ramiona, słyszała 

czułe słowa szeptane do jej ucha. Na początku myślała, że dalej śni, ale bliskość twardego, 

background image

szorstkiego torsu stawała się coraz bardziej realna. Poruszyła w ciemności ręką.

- Mack?

- Mam nadzieję, że nie spodziewałaś się nikogo innego - mruknął zaspanym głosem. - 

Śniły ci się koszmary, kochanie. Nie bój się, to był tylko sen. Spróbuj zasnąć.

Uniosła się na łokciach i rozejrzała dookoła. Była w swojej sypialni, ale Mack leżał 

koło niej, przykryty po szyję, i wyglądało na to, że jest tu od jakiegoś czasu.

- Chodź... - Przyciągnął do poduszki jej głowę. - Naprawdę myślałaś, że zostawię cię 

tu samą, po tym, co przeszłaś?

- Ale co pomyśli twoja rodzina?

- Że cię kocham... prawdopodobnie.

- Aha... - Była tak oszołomiona, że nie do końca rozumiała sens jego słów.

- Dlatego weźmiemy ślub, jak tylko dojdziesz do siebie.

Zastanawiała się, czy środki przeciwbólowe mogą wywoływać halucynacje.

- Teraz jestem pewna, że śpię - mruknęła do siebie.

- Niestety, jesteś w błędzie. Postaraj się zasnąć, zanim zrobię coś głupiego. Swoją 

drogą,   jeżeli   dla   mojej   siostry   to   jest   skromna   koszula,   to   ona   ma   spaczone   pojęcie   o 

skromności. Czuję twoją skórę, jakbyś niczego na sobie nie miała!

- Co głupiego miałbyś zrobić?

- To. - Rozpiął kilka guziczków jej koszuli i przylgnął torsem do jej nagich piersi.

Wyprężyła się, wstrzymując oddech, a potem z cichutkim jękiem wypuściła z płuc 

powietrze.

-   Nic   na   to   nie   poradzę,   że   tak   na   mnie   działasz!   -   Mack   parsknął   śmiechem.   - 

Przyzwyczaisz się. Nat, byłem bardziej ślepy, niż sądziłem, ale uświadomiłem sobie kilka 

rzeczy, kiedy zadzwonili do mnie ze szpitala. Przede wszystkim to, że należymy do siebie. 

Nie jestem okazem doskonałości fizycznej i mam całe stadko rodzeństwa na utrzymaniu, ale 

mogłaś trafić gorzej.

- Dręczysz się utratą oka? - spytała cicho. - To drobna ułomność, poza tym niczego ci 

nie brakuje.

- Nat, oboje wiemy, że mogę kiedyś całkiem oślepnąć. Ale myślę, że moglibyśmy 

stawić czoło i takiej sytuacji...

- Oczywiście, że moglibyśmy.

-   Chłopcy   i   Vivian   kochają   cię,   ty   też   ich   kochasz.   Pewnie   nie   da   się   uniknąć 

nieporozumień,  ale  będziemy  rodziną.   Dużą  rodziną,   jeśli  będziemy  mieć   dzieci  - dodał, 

śmiejąc się.

background image

- Chciałabym mieć z tobą dziecko. Wolałbyś chłopca czy dziewczynkę?

- Wszystko jedno. Chciałbym mieć nasze dziecko. Tak jak ty.

- Tak jak ja - powiedziała, zamykając oczy z błogim, przeciągłym westchnieniem.

- Przestań... - ostrzegł zduszonym szeptem.

- Co...?

-   Czuję   całe   twoje   ciało,  Nat,   i   z   trudem   panuję   nad  swoim.   Ale   musimy   z  tym 

poczekać, aż wydobrzejesz. A potem się pobierzemy. Niedługo...

- Ostatnie słowo zabrzmiało obiecująco - mruknęła.

- Obiecuję ci, że będziesz zadowolona, iż na mnie czekałaś.

- Już jestem zadowolona, Mack - szepnęła. - Kocham cię nad życie. Zostaniesz ze mną 

na całą noc?

- Na całą noc, na wszystkie noce, nawet jeśli będę musiał założyć ci pas cnoty, żeby 

wytrzymać do dnia ślubu. - Pocałował ją w czubek nosa. - Spijmy! Mam jutro mnóstwo spraw 

do załatwienia.

- Mówisz poważnie z tym ślubem?

- Bardzo poważnie. Pragnąłem cię zawsze i pragnę teraz. Nie wiem, kiedy dokładnie 

się w tobie zakochałem. Broniłem się przed tym albo nie do końca zdawałem sobie z tego 

sprawę. Ostatnie tygodnie były dla mnie piekłem, i nie chciałbym już nigdy w życiu przejść 

przez coś podobnego.

-   Ja   też   bym   tego   nie   chciała.   -   Dotknęła   w   ciemności   jego   twarzy.   -   Stanę   się 

najlepszą żoną pod słońcem, obiecuję. Będę o ciebie dbać aż do śmierci.

- Ja też będę o ciebie dbał, Nat. I nigdy nie przestanę cię kochać.

Ślub został starannie zaplanowany. Nie mógł być zbyt huczny, bo Natalie wracała do 

zdrowia wolniej, niż i by sobie tego życzyła. Ceremonia odbyła się w miejscowym kościele 

prezbiteriańskim. Natalie wystąpiła w białej tradycyjnej sukni, w długim welonie i z bukietem 

białych   róż   w   dłoni.   Vivian   została   jej   druhną,   a   Mack   zdecydował,   że   będzie   miał, 

niekonwencjonalnie, dwóch drużbów, aby obaj jego bracia stali przy nich w ślubnym orszaku.

Kiedy padły ostatnie słowa ślubnej przysięgi, para młoda wymieniła obrączki, i tak oto 

stali się małżeństwem. Kiedy Mack uniósł welon, żeby po raz pierwszy spojrzeć na Natalie 

jako na swoją żonę, łzy toczyły się po jej policzkach. Pocałował ją czulej niż kiedykolwiek 

dotąd, a potem patrzyli na siebie długo, z takim uwielbieniem, że gościom w kościele też 

zwilgotniały oczy.

- Nat, byłaś najpiękniejszą panną młodą na kuli ziemskiej - powiedziała po ceremonii 

Vivian, całując ją ze wzruszeniem. - Tak się cieszę, wszystko się dobrze skończyło, mimo 

background image

tego, co zrobiłam.

- Obie musimy się jeszcze sporo nauczyć - zaśmiała się Nat. - Poza tym nie ma złego 

bez dobrego. Gdybym nie znalazła się w szpitalu, nie byłabym dzisiaj najszczęśliwszą kobietą 

pod słońcem. A ty nie odkryłabyś swojego powołania... - dodała z lekką drwiną.

-   Wyobrażasz   to   sobie?   Ja  i   pielęgniarstwo!   Ale   siostry  z   Dallas   powiedziały,   że 

jestem do tego zawodu stworzona. Może mają rację. Mam nadzieję, że jeśli się przyłożę do 

nauki, zostanę niezłą pielęgniarką.

- Mogłabyś zostać niezłym lekarzem, gdybyś tylko chciała - Mack przyłączył się do 

rozmowy, obejmując ramieniem swoją nowo poślubioną żonę. - Stać nas na studia medyczne.

- Wiem. Ale nie bardzo uśmiecha  mi się perspektywa  spędzenia dziesięciu lat  na 

studiowaniu.   Poza   tym   wszyscy   wiedzą,   że   tak   naprawdę   w   każdym   szpitalu   rządzą 

pielęgniarki.

- No tak! - parsknęła śmiechem Natalie. - Do tego jesteś rzeczywiście stworzona.

- Bardzo się ostatnio zmieniłaś. - Mack pocałował siostrę w policzek. - Jestem z ciebie 

dumny.

- Ja też jestem z ciebie dumna, braciszku. Mimo że aż tyle czasu zajęło ci zrozumienie, 

że małżeństwo nie jest pułapką.

-   Bałem   się   obarczać   Natalie   zbyt   dużą   odpowiedzialnością.   Ale   niepewność   jest 

częścią życia. Teraz myślę, że dobra rodzina potrafi przetrwać złe czasy.

- Jasne, że tak! Na szczęście los dał nam wszystkim drugą szansę. I zobacz, jak ją 

wspaniale wykorzystaliśmy!

- Najwspanialsze mamy przed sobą - szepnął do ucha Natalie kilka minut później, 

kiedy szykowali się do wyjazdu na krótki miesiąc miodowy do Cancun na Jukatanie.

-   Bardzo   długo   na   ciebie   czekałam   -   szepnęła,   kładąc   rękę   na   jego   policzku.   - 

Powiedziałeś, że nigdy tego nie pożałuję.

- Zobaczysz, za kilka godzin przyznasz, że warto było czekać - zaśmiał się szatańsko.

Vivian, Bob i Charles odwieźli ich na lotnisko w Medicine Ridge, skąd wynajętym 

learjetem polecieli do Cancun. Luksusowy hotel, w którym mieli zarezerwowany apartament, 

znajdował   się   na   małej   wyspie,   z   najpiękniejszymi   na   świecie,   złocistobiałymi   plażami. 

Natalie miała wrażenie, że znalazła się w raju.

- Jak tu pięknie - powtarzała, oszołomiona, patrząc z tarasu na morze.

- Nie możesz jeszcze pływać, ale może chciałabyś pospacerować po plaży?

Odwróciła się do niego i uśmiechnęła promiennie.

- A ty?

background image

- Myślę, że wiesz, czego ja bym chciał, ale spełnię każdą twoją zachciankę.

- Moglibyśmy poszukać muszli... Poza tym nie jest jeszcze ciemno.

- Słucham? - potrząsnął głową, nie rozumiejąc.

- Nie jest ciemno. To znaczy... jest biały dzień. - Zawahała się, lekko zarumieniona, bo 

Mack wyraźnie nie pojmował, o co jej chodzi. - Nie mogłabym się rozebrać i robić... tego... w 

pełnym świetle!

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

- Mój Boże! - Mack patrzył na żonę z bezgranicznym zdumieniem.

Miał taką minę, jakby rzuciła mu tortem w twarz.

- O co ci chodzi? - spytała hardo.

Wyjął   jej   z   rąk   przewodnik   turystyczny   i   położył   go   na   stole   za   przeszklonymi 

drzwiami. Przyciągnął Natalie do siebie, bardzo delikatnie, i pochylił się do jej ust.

Pierwszy   raz   całował   ją   z   żarliwym   skupieniem,   jak   kochanek.   Natalie   w 

najśmielszych snach nie przypuszczała, że zwykły pocałunek może być tak intymną piesz-

czotą   i   że   otwierając   się   na   ten   pierwszy   pocałunek   kochanka,   wypuszcza   na   wolność 

nieokiełznane żywioły. Dotąd ledwie się ich domyślała, nazywając je instynktownie wielkim 

głodem.

Przylgnęła   do   męża   bezwiednie,   gdy   duże,   ciepłe   ręce   zaczęły   wolną,   kuszącą 

wędrówkę po jej ciele. Zbliżyły się do jej piersi, otoczyły je kulistym ruchami i, ku roz-

czarowaniu Natalie, umknęły w dół. Po kilku sekundach zaczęła drżeć, garnąć się do Macka 

rozpaczliwie,   błagając   go   o   dotyk,   którego   jej   odmówił.   Kiedy   je   wreszcie   poczuła   - 

upragnione dłonie, w których rozkwitły jej piersi, jęknęła i chwyciła nadgarstki Macka.

Było jak tamtej nocy, kiedy dotykał jej po raz pierwszy, budząc w jej ciele nieznane 

pragnienie. O tej chwili marzyła jak opętana, odliczając dni i godziny dzielące ich od ślubu.

Gdyby miała przejść choć kilka kroków, nogi odmówiłyby jej posłuszeństwa. Mack 

nie prosił o to. Wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka. Jego pieszczoty były coraz śmielsze, coraz 

bardziej prowokujące. Płonęła z pożądania. Pragnęła czuć jego ręce na swojej nagiej skórze, 

chciała, żeby na nią patrzył, pragnęła należeć do niego w taki sposób, o jakim dotąd mogła 

tylko  śnić. Wyprężyła  się i cichym  pomrukiem  zadowolenia przywitała  ciepłe, zachłanne 

wargi całujące jej piersi. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że są nagie.

Nie przeszkadzało jej światło, sączące się przez zasłonięte żaluzje, kiedy Mack, jakby 

czytając   w   jej   myślach,   zerwał   z   łóżka   narzutę.   Po   chwili   na   podłodze   leżało   też   ich 

porzucone ubranie.

Schylił   się   nad   nią   i   przykrył   gorącym   ciałem.   Ich   usta   połączyły   się   w   długim, 

gwałtownym pocałunku. Potem wolno całował oczy, brwi, policzki, usta.

- Myślałem, że oszaleję, zanim doczekam się tego ślubu - powiedział, chowając twarz 

w jej włosach.

- Mack... Kochaj mnie... Tak bardzo cię pragnę... Odsunął się od niej na chwilę i 

głodnym wzrokiem błądził po jej ciele.

background image

- Ja też cię pragnę, Nat, marzyłem o tobie każdej nocy...

Nie odrywając wzroku od jej  twarzy,  wsunął palce między zaciśnięte  uda. Zaczął 

pieścić ją w taki sposób, że zamarła na moment, a potem, trzymając kurczowo jego rękę, 

oczami błagała o litość.

- Mack!

- Tak, kochanie... Jesteś gotowa.

Ułożył się na boku, zagarniając ją nagimi udami. Nowy pocałunek był prowokujący, 

kuszący. Natalie drżała jak w gorączce, błądząc palcami po jego plecach, unosząc rytmicznie 

biodra.

- Spokojnie - szepnął czule. - Zrobimy to wolno... Powiem ci, jak...

Kiedy oplotła nogami jego biodra, przyciągnął ją bliżej.

- Maleńka... spróbuj się rozluźnić... Wpatrywała się, zafascynowana, w jego napiętą 

twarz, kiedy wbił się w nią jednym pchnięciem, zamknął oczy i na chwilę zamarł w bezruchu. 

Przeszył ją krótki jak błyskawica, tępy ból, a potem westchnęła z ulgą, z uczuciem doskonałej 

pełni. Straciła resztki lęku i niepewności. Była rozpaczliwie wdzięczna za to, co czuła.

- To nie będzie bolało... - szepnął, poruszając się wolno i ostrożnie.

- Nie chcę, żebyś uważał... Proszę cię, Mack! - Garnęła się do niego, chciała być jak 

najbliżej. Nagle zaczęła czuć wszystko dotkliwiej i wyraźniej: zapach jego ciała, bicie serca, 

grę mięśni. Oddychała coraz szybciej.

- Kochanie... - Poczuł, że jest u kresu wytrzymałości. Zaczął przyspieszać, ale Nat nie 

protestowała. Jej twarz płonęła pożądaniem.

- Mack... - Zamknęła oczy. - Tak mi dobrze, Mack! Tak dobrze!

Pędzili w szalonym rytmie, dążąc do tego samego punktu, coraz bardziej niecierpliwi i 

rozpaleni. Natalie zamarła na moment, wpiła się paznokciami w jego ramiona, zaciskając 

powieki.   To,   na   co   czekała,   było   tak   blisko...   Tak   blisko...   Gdyby   tylko   mogła   znaleźć 

właściwą pozycję... właściwy ruch... Tak! Jej ciało przeszył dreszcz, który załamał się w 

połowie i przemienił w błogie uczucie spełnienia.

Usłyszała  jęk Macka. Jego rysy zastygły w dziwnym,  niemal bolesnym  uśmiechu. 

Wyprężył się i opadł na nią bez tchu, w wyciągnięte ramiona, bezbronny i uspokojony.

-   I   co?   -   spytał   po   długiej   chwili,   głaszcząc   jej   włosy.   Wiedziała,   o   co   pyta. 

Uśmiechnęła się i wtuliła w jego ramiona.

- Jak twoje żebra?

- W porządku.

- Czy warto było czekać, pani Killain?

background image

- Mack, było cudownie... A ja się bałam!

- Kocham cię, Nat. I teraz pragnę cię jeszcze bardziej.

Tego  wieczoru,  po lekkiej kolacji,  siedzieli na  tarasie,  popijając  colę  i  patrząc na 

wschodzący nad Zatoką Meksykańską księżyc. Trzymali się za ręce, spoglądając na siebie raz 

po raz, żeby upewnić się, że to wszystko jawa, a nie sen.

- Nigdy nie marzyłam, że to może być tak... - wyznała łagodnym szeptem.

- Ja też nie, Nat. Nie chciałbym spędzić bez ciebie nawet połowy dnia. Nie, naprawdę 

nie myślałem, że to może być właśnie tak. A przecież mogłem cię stracić na zawsze... - 

Wzdrygnął się i odwrócił głowę. - Nie wyobrażasz sobie, co czułem, kiedy Vivian przyznała 

się do kłamstwa.

- Było, minęło - powiedziała Natalie. - Aha, skoro mówimy o twojej siostrze, Vivian 

dzwoniła, kiedy brałeś prysznic. Powiedziała, że Bob i Charles wyjechali na pojlowanie, a 

ona przez cały weekend będzie się uczyć do i egzaminu.

- Mówiłem tym zbójom, żeby nie zostawiali jej samej w domu!

- Przestań! Vivian jest dorosła, a chłopcy niedługo staną się pełnoletni. Nie możesz 

decydować o każdym ich kroku.

- Przypomnę ci te słowa, kiedy będziemy mieli dzieci w ich wieku.

- Chciałabym mieć parę... - Westchnęła z rozmarzeniem. - Chłopca podobnego do 

ciebie i dziewczynkę, która spędzałaby czas ze mną, w ogrodzie albo w kuchni, a potem 

chodziłaby do szkoły, w której będę uczyć.

- Chciałabyś wrócić do pracy?

- Dopiero wtedy, kiedy nasze dzieci pójdą do szkoły.

Stać nas na to, żebym mogła zajmować się dziećmi, póki będą małe. Potem wrócę do 

pracy w szkole.

- To brzmi rozsądnie. A ja będę je przewijał, karmił i uczył jeździć konno.

Patrzyła mu w oczy i pomyślała o wszystkich utrapieniach, które przeżyli w czasie 

długich lat swojej znajomości.

- Połączyły nas złe czasy - powiedziała smutno.

- Tak. Ogień hartuje stal. Poznaliśmy się od najlepszej i od najgorszej strony, i mamy 

ze   sobą   tak   dużo   wspólnego,   że   nawet   bez   fantastycznego   seksu   bylibyśmy   dobrym 

małżeństwem.

- W takim razie będziemy małżeństwem nadzwyczajnym.

- Właśnie to miałem na myśli. - Podnieśli szklanki z wodą z zamiarem spełnienia 

toastu.

background image

Natalie spojrzała na zatokę i zobaczyła  zawijający do portu statek, oświetlony jak 

świąteczna   choinka.   I   ona   tak   się   teraz   czuła   -   jak   rozświetlony   statek,   wpływający   do 

bezpiecznego portu. Znalazła wreszcie swój prawdziwy dom. Dotknęła ręki Macka i cicho 

westchnęła.