background image

 
DEMOKRACJA 
FILOZOFIA I PRAKTYKA 
REDAKCJA SERII MARCIN KRÓL ALEKSANDER SMOLAR 
Teresa Bogucka  
POLAK PO KOMUNIZMIE 
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 1997. Wydanie I.  
 
PRZEDMOWA 
Wybrane do niniejszej książki teksty dotyczą naszej zbiorowej świadomości - zarówno 

jej  stanu  po  komunizmie,  jak  i  jej  reakcji  na  szok  wolności.  Dotyczą  też  formowania  się 
nowej  postaci  życia  zbiorowego  oraz  mechanizmów  życia  publicznego,  jego  stylu, 
obyczajów, które szybko stają się wzorami, świeżą tradycją. 

Artykuły  te,  zwłaszcza  pisane  dla  "Gazety  Wyborczej",  powstawały  wokół 

konkretnych wydarzeń i chronologiczny układ pozwala przypomnieć sobie pewne znamienne 
chwile  i  związane  z  nimi  oceny,  spory,  emocje.  Dziś  widać,  że  emocje  szybko  stygną,  a 
incydenty, które je budziły, stają się cząstką zbiorowego doświadczenia, które przystosowuje 
nas lepiej lub gorzej do nowych warunków. 

Nowe  warunki,  przebudowa,  transformacja  -  tak  na  co  dzień  mówi  się  o  okresie,  w 

którym  żyjemy,  i  określenia  te  dotyczą  poziomu  praktycznego,  organizacyjnego. 
Historycznego wymiaru tego czasu nie ogarniamy, jego niezwykłość ciągle nam umyka - nie 
został nawet nazwany i mówiąc o nim, najczęściej używamy daty: "po 1989 roku". 

Dziś z różnych stron pada zarzut, że brak wyraźnej cezury oddzielającej czas stary od 

nowej epoki był błędem. Kto go popełnił? Kto mógł stworzyć jakąś psychologiczną sytuację 
przełomu, skoro Historia tym razem zaoszczędziła nam wstrząsów, choćby i oczyszczających. 
Nie potrafiła tego zrobić ani opozycja, ani Kościół, ani nawet Jan Paweł II. Ludzie oczekiwali 
pochwały  za  wyborczą  decyzję,  nagrody  za  lata  szarego  życia,  a  także  zagwarantowania 
jakiego  takiego  bezpieczeństwa  wobec  nadchodzących  niewiadomych.  Oraz  -  wspólnoty  i 
zgody narodo- 

 
wej, bo to radosne poczucie, które trafiło nam się parę razy za komuny, jak w 1956 lub 

w  1980,  utrwaliło  się  jako  znak  odświętności  i  pełen  nadziei  początek  nowego.  Niestety, 
opozycja przejmująca rządy była tak spięta trudem wprowadzanych reform, a zaraz potem tak 
zaabsorbowana  własnymi  konfliktami,  że  pozaekonomicznych  potrzeb  społeczeństwa  nie 
dostrzegała.  Nie  dostrzegał  ich  też  Kościół,  który  skoncentrował  się  na  umacnianiu  swej 
pozycji,  a  wiernym  zaczął  stawiać  wysokie  wymagania.  Nawet  papież  w  czasie  pierwszej 
pielgrzymki do wolnej Polski gniewnie nas uświadamiał, że odzyskana wolność nie jest żadną 
nagrodą, tylko pasmem nowych zagrożeń i ciężkich prób. 

Można  chyba  zatem  powiedzieć,  że  rozmiarów  zmiany  nikt  nie  ogarniał.  Tak 

naprawdę  dopiero  teraz  zaczynamy  je  sobie  uświadamiać  -  na  przykład,  gdy  patrzymy  na 
rozbawione i niedowierzające twarze dzieci, którym usiłujemy opowiedzieć o życiu w Polsce 
Ludowej. 

W zebranych tu artykułach Polska Ludowa przypominana jest często, bo ona nas jako 

zbiorowość  w  znacznej  mierze  ukształtowała  i  nie  jest  to  dobre  dziedzictwo.  A  układem 
odniesienia  tych  rozważań  jest  diagnoza  komunizmu  dokonana  za  czasów  PRL-u  w 
środowiskach emigracyjnych i opozycyjnych. Taka, iż komunizm był systemem opresyjnym, 
marnotrawnym,  a  przede  wszystkim  deprawującym  umysły  i  charaktery.  Jego  ofiarami  byli 
nie tylko prześladowani, ale i zwykli ludzie poddani bezwzględnemu ciśnieniu  - wtedy, gdy 
postępowali tchórzliwie, małodusznie, głupio, ulegle. Właśnie to było jego cechą najbardziej 
istotną - że z ludzi, którzy w normalnych warunkach zachowywaliby się przyzwoicie, potrafił 

background image

wydobyć  małość,  posłuszeństwo,  podłość.  Że  w  statystycznie  miażdżącej  skali  uczynił  nas 
podatnymi na strach. Strach tak oczywisty i wszczepiony tak głęboko, że większość nawet nie 
potrafiłaby powiedzieć, kiedy nauczyła się odróżniać, co wolno, a co zakazane, co gwarantuje 
spokój, a co ściąga nieszczęście. 

Tymczasem ta powszechnie deprawująca cecha byłego systemu szybko zaciera się w 

zbiorowej  świadomości.  Mechanizm  wypierania  z  pamięci  rzeczy  przykrych  i 
zawstydzających jest dobrze znany, choć doświadczenie i psychologia uczą, że nieskuteczny. 
To wróci do nas czkawką, złym wspomnieniem, gniewnym pytaniem wnuków. 

W  sukurs  niemiłej  pamięci  o  naszym  życiu  w  PRL-u  przybiega  polityka  ze  swymi 

bieżącymi, utylitarnymi - choć różnymi celami. 

Politycy popeerelowscy sprytnie modelują przeszłość jako czas ładu, bezpieczeństwa i 

budowania.  Odpowiada  to  postawie  dość  zrozumiałej,  zapewne  najczęstszej,  by  swych 
życiorysów  po  raz  któryś  nie  przewartościowywać,  nie  ustalać  grzechów,  współwin  i  miar 
potulności. 

Dla tych z kolei, którzy mają poczucie, że PRL im jakieś szansę zniweczył, odmienny 

obraz  malują  kręgi  zwane  prawicowymi:  PRL  to  czas  przemocy,  którą  mniejszość 
zastosowała  wobec  większości,  krzywdząc  ją  zabraniem  majątku,  możliwości  rozwoju  i 
osiągnięcia sukcesu. I nie będzie sprawiedliwości, póki pokrzywdzeni nie zobaczą, że los się 
odmienił tak, iż ci, co byli na górze, znaleźli się na dole. W takim opisie wszelka wina leży po 
stronie krzywdzącej mniejszości, a zdjęta jest z każdego, kto ją wskazuje. 

Pozostali, ci ze środka, miotają się w formule "to prawda, z drugiej strony jednak..." O 

co też trudno mieć pretensje,  bo zadaniem polityków jest zdobywanie władzy w  wyborach, 
zatem  raczej  zabieganie  o  względy  wyborców  niż  urządzanie  im  oczyszczających 
porachunków sumienia. 

Dodajmy, że Kościół również się do tego zadania nie pali, a przeciwnie - mimowolnie 

być może zwiększa zamęt związany z oceną zaszłości. Oto bowiem o pokusach liberalnych, o 
niebezpieczeństwach  konsumpcji  mówi  językiem  tak  surowym  i  piętnującym,  jakiego  do 
komunizmu nigdy nie zastosował. Ludzie mogą odnieść wrażenie, że za PRL-u jakoś się żyło, 
a teraz dopiero Kościół i wiara znalazły się w prawdziwym okrążeniu i zagrożeniu, dopiero 
teraz zło zewsząd wyłazi  i wszystkie  moce się sprzysięgają. Wobec obwieszczonej "kultury 
śmierci"  komunizm  jawić  się  może  jak  kultura  życia,  w  dodatku  niekonsumpcyjnego  i 
przaśnego. 

Przemiana,  która  się  dokonuje,  nikogo  nie  ominęła  -  nawet  ci,  którzy  nie  zmienili 

zajęcia, miejsca pracy, pozostając biskupem, nauczycielem, rolnikiem, również znaleźli się w 
sytuacji  nowej,  jakiej  nie  potrafiliby  przedtem  nawet  przewidzieć.  W  istocie  jest  tak, 
jakbyśmy zostali przesiedleni w inne warunki i nasze dotychczasowe życiowe doświadczenie 
okazało się nieprzydatne do niczego. Ale - niczym prawdziwi emigranci 

-  ciągle się  nim posługujemy. I to, co nowe, nieznane, uporczywie próbujemy opisać 

językiem czasu przeszłego. 

A język to specyficzny - jak wiadomo za PRL-u rozpadał się na oficjalną nowomowę i 

wariant prywatny. Istniał też język odświętno- 

-literacki, tyczący historii ojczystej, który, początkowo tępiony, prze- 
 
chowany  w  bibliotekach,  kościołach  i  rodzinnych  tradycjach,  był  od  lat 

sześćdziesiątych  przez  władzę  rehabilitowany  i  nawet  zawłaszczany,  gdy  uchwalono,  że 
Polska  Ludowa  nie  tyle  jest  początkiem  nowego,  ile  zwieńczeniem,  ukoronowaniem 
tysiącletniej historii państwa. 

Dziś  język  nieustannie  się  zmienia,  trudno  jeszcze  rozdzielić  wariant  prywatny  i 

publiczny, oba mają bowiem dużą temperaturę emocjonalną i - co charakterystyczne - ożyły 
w  nich  kalki  nowomowy,  cała  retoryka  egalitarna  nabrała  z  powrotem  głębokich  i  mocno 

background image

odczuwanych  znaczeń.  Natomiast  prawdziwy  renesans  przeżywa  ów  język  uroczysto-
rocznicowy, w którym toczy się znaczna część dyskursu politycznego. Służy on oczywiście 
do  tego,  co  Jerzy  Giedroyc  nazwał  walkami  na  trumny,  ale  jest  też  chyba  intuicyjnym 
sposobem  ponownego  opisania  własnej  tożsamości.  Niestety  -  przysposobiony  jest  do 
mówienia  o  przeszłości  w  tonie  patetyczno-źałobnym,  bo  przez  200  lat  usprawiedliwiał 
ofiary,  które  kolejne  pokolenia  składały  na  ołtarzu  ojczyzny.  Toteż  doskonale  wiemy,  co 
winien  Polak  robić  w  leśnej  partii,  w  Legionach,  na  barykadzie,  w  podziemiu,  ale  przekaz 
zbiorowej pamięci milczy na temat tego, jak być dobrym Polakiem na dorobku. A młodzież 
obwieszcza koniec patriotyzmu, bo słowo to potrafi zastosować tylko w wojennej potrzebie. 
Tymczasem obecna odsłona polskiego dramatu nie nosi w sobie póki co zadatków na sytuacje 
tragiczne, nie stawia przed nami - jak to w przeszłości najczęściej bywało - jedynie fatalnych 
wyborów. Raczej obiecujące perspektywy. 

Wolność  najszybciej  dała  nam  nową  scenę  publiczną,  prawdziwą,  ze  wszystkimi 

atrybutami  demokracji.  Po  odrażającej  nudzie,  jaką  latami  serwowała  nam  władza 
komunistyczna,  naraz  mieliśmy  zobaczyć  swoich  reprezentantów  w  niereżyserowanych, 
nieskłamanych  debatach,  mówiących  o  sprawach  dla  nas  istotnych.  Miało  być  prawdziwie, 
godnie i odpowiedzialnie. Jak za pierwszej "Solidarności", bo chyba ona stanowiła wzór. 

Nowi ludzie polityki, którym przypadło spełnić to oczekiwanie, mieli doświadczenie 

Sierpnia i nocnych rozmów rodaków. Wyważonych i roztropnych, bo przecież nagrywanych 
przez  ubeka,  któremu  nie  wolno  było  dać  satysfakcji  wzajemnymi  awanturami  lub 
inwektywami.  Czy  tylko  władza,  ambicje,  różne  pokusy  sprawiły,  że  klasa  polityczna 
przyniosła zawód i rozczarowanie? I pytanie - jak to się stało, że formuła jej dyskursu prawie 
nic wspólnego nie miała z czasem solidarnościowego 

karnawału,  który  pamiętali  wszyscy  uczestnicy,  za  to  bardzo  dużo  z  pieniactwem  i 

warcholstwem  sejmów  XVIII-wiecznych  oraz  z  emocjami  miotającymi  sejmy  w 
międzywojennym dwudziestoleciu, o czym większość obecnych posłów nie ma pojęcia? 

Nie  było  jednak  tak,  że  w  odróżnieniu  od  debiutujących  polityków,  którzy  zawiedli 

społeczeństwo,  ono  samo  okazało  się  bezgrzeszne.  Nie  zaaprobowało  "siły  spokoju"  -  jej 
umiaru  i  odpowiedzialności,  wolało  zawadiackie  potępienia  i  liczne  obietnice  Wałęsy  oraz 
insynuacje  i  socjalistyczne  przyrzeczenia  Tymińskiego.  Potem  jednak  znużyło  się 
potępieniami, insynuacjami i obietnicami i zafalowało do czegoś dobrze sobie znanego - do 
sekretarza gadającego ludzkim głosem. 

Można powiedzieć, że początki nie były specjalnie udane, miały fazy żałosne w swej 

małości  i  zawiści  i  symbolem  tego  zmarnowania  szansy  został  Lech  Wałęsa.  Jego  los 
odzwierciedla upadek  mitu  ludu, który znalazł tak niezwykłe spełnienie w Sierpniu  - to  był 
Lud  powstały  przeciw  tyranii.  Lud  administrujący  państwem  -  to  była,  niestety,  raczej 
nauczka i przestroga. 

Cechą  naszego  życia  pozostaje  nieobliczalność.  Bo  nie  sposób  często  pojąć 

samobójczych zachowań różnych partii, także ich awansów i upadków. Nie sposób również 
przewidzieć zachowań wyborców, ich zmiennych nastrojów, kaprysów, decyzji. 

Narodową scenę z odmienianą scenografią zapełnia tłum postaci o niejasnym emploi, 

uwikłanych  w  nieoczekiwane  perturbacje,  grających  w  nieznanej  konwencji.  Mieszają  się 
kwestie nowe, zaskakujące i stare, dobrze osłuchane. W tym zamęcie wypatrujemy znanych 
nam aktorów, tych protagonistów, w których losach opisywaliśmy swe dzieje. To robotnicy, 
chłopi,  inteligencja,  tyle  odmiany,  że  miejsce  "władzy"  zajęła  nowa  kategoria  -  klasa 
polityczna. 

Oczywistym  reprezentantem  robotników,  dziedzicem  tradycji  ich  buntów  jest  druga 

"Solidarność". Mało przypomina pierwszą. Nie znajduje radości w szerokiej wspólnocie, lubi 
dzielić  i  piętnować;  nie  kultywuje  braku  przemocy,  zamiast  tego  stosuje  teatralne  oznaki 
ledwo  powstrzymywanej  gniewnej  determinacji  i  siły;  postawy  godnościowe  zastępuje 

background image

ludowym wulgaryzmem. Pierwsza "Solidarność" zrealizowała literacki, inteligencki mit ludu, 
jego solidarności i ofiarności. Druga, wobec gospodarczego trzęsienia ziemi, musiała zająć się 
prozą, nie chciała zarazem rezygnować z funkcji przewodniej. Początkowo kłębiły 

 
10 
się  w  niej  emocje:  poczucie  siły  z  obalenia  ustroju,  zawodu  z  trudności,  pretensji  o 

wszystko. A stąd rodziły się radykalne pomysły: zdjąć dyrektora, pogonić obcego inwestora, 
zablokować zmiany, wystrajkować pożyczkę - i nade wszystko pokazać politykom, gdzie ich 
miejsce. Z czasem nauczyła się, że nie ma radykalnych posunięć, które wszystko załatwiają, 
opanowała  sztukę  negocjacji  i  twardej  obrony  konkretnych  interesów.  Ostatecznie  wraz  z 
SLD obaliła ostatni rząd solidarnościowy i zyskała przez to normalnego partnera do targów o 
swoje. Wreszcie wyszła ze schizofrenii, jaką były zajadłe walki z poniekąd własnym rządem - 
ma  teraz  jasną  tożsamość,  jest  "prawicowa"  i  prokościelna,  a  przeciw  niej  stoi  lewicowy 
komunista-bezbożnik.  Kłóci  się  z  nim  zajadle,  obnosi  z  rytualną  nienawiścią,  ale  tak 
naprawdę i serdecznie nie znosi swego mentora, czyli inteligencji. 

Za  cały  lud  wiejski  przemawia  wyłącznie  PSL.  Chłopom  komunizm  przeznaczył 

pozycję poślednią, ich usytuowanie społeczne wykluczało inną formę niż opór i trwanie, ale 
w 1980 i oni dołączyli. Choć byli zawsze na tej gorszej pozycji, bo stworzyli kilka wiecznie 
skłóconych organizacji, nie wydali żadnej wielkiej postaci, wokół której mogłaby się oplatać 
zbiorowa  wyobraźnia  i  nadzieja.  Kapitulacja  ich  przywódcy  w  stanie  wojennym  miała 
wymiar znaczący, a dla niektórych symboliczny - skoro nie można wygrać, trzeba się ugiąć. 
Nie jest rzeczą chłopa - ani ludu w ogóle - walka o przegrane sprawy. Dziś chłopi mają silną 
reprezentację  na  naszej  scenie  i  ona  w  ich  imieniu  demonstruje  egoizm  klasowy  w  skali 
zapierającej dech. 

Inteligencja występuje w paru formach. Jako zmitologizowany obiekt niechęci, także 

własnej.  W postaci  spolaryzowanej  na  milczące  elity  intelektualne (których zresztą  nikt nie 
pyta  o  zdanie)  oraz  budżetówkę,  której  w  głowie  wszystko,  tylko  nie  posłannictwo. 
Inteligencja ma jednak swoją partię, która dba o wiele rzeczy, ale nie o jej materialny status, 
raczej o wypełnianie posłannictwa. 

Borykając  się  z  opisem  społeczeństwa,  uporczywie  operujemy  kategoriami 

odziedziczonymi  po  PRL-u.  Po  wojnie  określenia  typu  ziemiaństwo,  mieszczaństwo, 
przedsiębiorcy, kupiectwo, a potem "bezeci" - szybko wyszły z użycia z braku desygnatów i 
zostaliśmy  podzieleni  na  te  trzy  grupy,  robotników,  chłopów  i  inteligencję  pracującą.  Dziś 
znów się różnicujemy, ale nie znajduje to odbicia w języku i myśleniu. Jakby odium rzucone 
niegdyś na dawne warstwy i klęska, która je spotkała, 

sprawiają,  że  lepiej  się  nie  wyróżniać,  nie  pchać  w  oczy,  nie  nazywać.  Określenie 

"klasa  średnia"  zawiera  w  sobie  pełne  nadziei  oczekiwanie  i  ciągle  za  mało  konkretów 
identyfikacyjnych, a zwłaszcza nie jest jasny system wartości, którego ma ona bronić. 

Mamy  znów  przedsiębiorców,  fabrykantów,  lecz  oni  wolą  mówić  o  sobie,  że  są 

producentami  i  pracodawcami.  Określać  się  wedle  funkcji,  bez  mała  usługi,  jaką  wykonują 
wobec nabywców i pracowników. 

Klasa  robotnicza  nadal  jest  układem  odniesienia  dla  innych  grup  społecznych,  nadal 

odgrywa  rolę  wyjątkową  i  ma  zapewnione  szczególne  traktowanie.  Zarazem  nie  bardzo 
wiadomo, kto do niej należy. Nawet gdyby opisać rdzeń tej warstwy, to przebiega przez nią 
istotny  podział  na  robotników  wykwalifikowanych  i  niewykwalifikowanych,  który  ma  dziś 
odbicie zarówno w sytuacji materialnej, jak i w ocenie rzeczywistości. Wyraźnie przyspieszył 
się  proces  zanikania  XIX-wiecznego  proletariatu  sprzedającego  swą  siłę  fizyczną  na  rzecz 
grupy coraz mniej  licznej i coraz lepiej wykształconej, lokującej się na pograniczu warstwy 
specjalistów  i  szybko  rosnącej  sfery  usług.  Tymczasem  istnieje  tendencja  nie  tylko,  żeby 
zamazywać  ten  proces,  ale  by  rozszerzać  prerogatywy  proletariatu  na  wszystkich 

background image

pracowników najemnych. Toteż doczekaliśmy się strajków nauczycieli i lekarzy, którzy tym 
samym  porzucili  etos  inteligencki  na  rzecz  obyczajów  i  uprawnień  mas  sprzedających  swą 
robociznę.  Z  punktu  widzenia  bowiem  potrzeb  polityczno-symbolicznych  status 
wielkoprzemysłowej  klasy  robotniczej  ma  ciągle  nieodparty  urok.  Złożył  się  nań  jej 
mesjanizm,  potem  siła  przewodnia,  a  wreszcie  rola  w  obaleniu  komunizmu.  Lub  inaczej  - 
inteligencka wiara w moc ludu i jej spełnienie w czasach zmagań z totalitaryzmem. Zarazem 
obecność klasy robotniczej w najnowszej historii była redukowana do momentów wybuchów 
lawy.  Jej  powstanie,  droga  z  biednej  wsi  do  miast,  jej  awans,  przemiany,  wzory  życiowe, 
modele  aspiracji  nie  zaistniały  w  zbiorowej  świadomości.  To  miejsce  zajął,  jak  to  u  nas  w 
zwyczaju, piękny mit Człowieka z marmuru i Człowieka z żelaza. 

Rozbrat  robotników  z  inteligencją  jest  dla  lat  dziewięćdziesiątych  zjawiskiem 

ważnym. Relacja między inteligencją a ludem jest częścią definicji tej pierwszej. Człowiek, 
który gardził warstwami niższymi  i uważał, że należy  je krótko trzymać, do inteligencji nie 
mógł  być  zaliczony.  Prawdziwy  zaś  inteligent,  co  by  nie  opowiadał  o  urokach  prostego 
bytowania i ludowej mądrości, za swą powinność uważał 

 
12 
podsuwać  książkę,  szerzyć  oświatę,  nieść  porady  zdrowotne,  hodowlane, 

organizacyjne  i  wszelkie  inne.  Pod  strzechami  żyło  się  gorzej,  brudniej,  nędzniej  i  bez 
nadziei.  Inteligent  proponował  zmianę  ku  takiemu  życiu,  jakie  sam  prowadził,  i  ku 
wartościom  dla  niego  oczywistym.  A  te  rozliczne  zadania  były  konsekwencją  pierwszego  - 
mianowicie włączenia ludu wiejskiego do narodu. Praca nad zmianą potocznej świadomości 
chłopów  przekonanych,  że  cesarz,  car  bronili  ich  przed  polskimi  panami,  polegała  na 
tłumaczeniu im, że są polskim ludem. 

Robotnicy, w odróżnieniu od chłopów, to była nędza pozbawiona uroków sielskości i 

zalet zamkniętej społeczności. Im proponowano oświatę i metody walki o przyzwoite warunki 
życia. 

Słowem, inteligencja pełniła wobec ludu rolę mentora. Nie tylko wpisaną w swój etos, 

ale  i  oczekiwaną.  Tę  rolę  zniszczył  dopiero  komunizm  -  jedynym  nauczycielem  mogła  być 
Partia, zatem  inteligencja  została poniżona, wyszydzona, wepchnięta w rolę przedstawiciela 
wyższych wyzyskujących warstw, który podstępnie udaje przyjaciela ludu. 

Druga  "Solidarność"  poniewiera  "elity"  dokładnie  tymi  słowami,  których  uczyli 

komuniści.  Za  dość  żałosnym  zjawiskiem,  jakim  jest  powtarzanie  sloganów  z  partyjnych 
agitek  i  szmatławców,  kryje  się  jednak  proces  naturalny  i  sensowny,  mianowicie  wybijanie 
się  na  niezależność,  gniewne  odganianie  mentora,  dowodzenie,  że  potrafi  się  samemu. 
Szukanie trochę instynktownie, trochę po omacku nowego, własnego sposobu istnienia. 

Wszystko  jednak  wskazuje  na  to,  iż  rozważanie  relacji  pomiędzy  robotnikami, 

inteligencją i chłopami nie jest już dyskursem o rzeczywistości, a staje się przyczynkarstwem. 
Niestety, działania tych trzech grup, które od dwóch stuleci były podmiotami naszej historii, 
które  doświadczyły  totalitaryzmu  i  odegrały  rolę  w  jego  trwaniu  -  nie  są  wystarczające  do 
zrozumienia tego, co dziś się dzieje. Po pierwsze - nie dają się one zbyt dokładnie rozpoznać 
w codzienności, w stanie nienadzwyczajnym. Po drugie - jak by nie definiować ich cech i ich 
reprezentacji  -  o  rzeczywistości  decyduje  jakaś  reszta,  może  nawet  większość,  o  której 
niewiele umie się powiedzieć. Kiedy zaś objawia się ona zbyt wyraziście, to charakteryzuje 
się  ją  jako  jakościowo  nieciekawy  margines  ("elektorat  Tymińskiego",  "wyznawcy 
neopogaństwa"). Może jest zatem tak, że nastąpił kres czasu protagonistów, do głosu doszli 
statyści. Jakaś masa, 

13 
która zawsze tu żyła z nami, ale nie przynależała ani do klasy robotniczej, która co raz 

zrywała się do buntu, ani do chłopstwa, które broniło ziemi i Kościoła, ani do wiernych, dla 

background image

których  istnieje  przede  wszystkim  Bóg  i  Ojczyzna,  ani  oczywiście  do  antykomunistycznej 
opozycji.  Ani  chyba  do  Polaków,  którzy  zawsze  walczyli  o  wolność.  Oto  i  skutki 
definiowania  się  społeczeństwa  przez  cnoty  heroiczne  okazywane  w  chwilach 
nadzwyczajnych. 

Zabieg,  który  był  pocieszeniem  w  czasach  zniewolenia,  który  przerabiał  na  walory 

nasze  ciągłe  klęski  (Gloria  victis),  który  budował  więź  wspólną  i  świadomość  narodową 
przypisując  całej  zbiorowości  czyny  i  postawy  statystycznie  nikłych  garstek  powstańców, 
społeczników, opozycjonistów, teraz utrudnia nam zrozumienie samych siebie. Nie możemy 
się rozpoznać, przewidzieć wspólnych reakcji. Nie wiemy, jacy jesteśmy. 

Literatura  zawsze  nam  ułatwiała  jakąś  definicję,  dawała  wzory  pocieszające.  A  jeśli 

nawet zapisała gdzieś cierpki portret, to od czego umiejętności wypierania z pamięci tego, co 
przykre, na rzecz tego, co krzepiące. Dziś, gdy ktoś chce scharakteryzować istotę chłopskości, 
to przywołuje Ślimaka, nie Borynę. Jakby uzasadnieniem sensu trwania tej warstwy musiała 
być  służebność  wobec  Sprawy,  a  nie  praca,  pragnienia,  namiętności  -  życie  po  prostu.  W 
Galicji powstał zjadliwy portret filistra i burżuja. Ale skończyło się jak w spektaklu Andrzeja 
Wajdy  "Z  biegiem  lat,  z  biegiem  dni"  -  potomstwo  tej  warstwy  dorobkiewiczów,  dulskich, 
ograniczonych  kołtunów,  gdy  tylko  ojczyzna  wezwała,  ruszyło  do  Legionów  walczyć  o 
Niepodległą. 

Nasza historia pełna jest takich przykładów. A to ułatwia przechodzenie ponad szarą 

codziennością,  która  różnie  nas  kształtowała,  i  skupianie  się  na  historycznych  egzaminach. 
Dzięki nim łatwo można wykazać, że co by tam na wierzchu nie denerwowało pospolitością i 
małością, to pod spodem lawa. 

Można powiedzieć, że polska historia to dzieje mniejszości napisane przez mniejszość 

ku pokrzepieniu większości. Te praktyki dydaktyczne  - albo wielka działalność oświatowa - 
zastępowały procesy, które miały miejsce w  niepodbitej części Europy. Tam lud powoli był 
wprowadzany  w  status  obywatela  albo  o  niego  się  dobijał  -  proces  ten  był  długotrwały  i 
solidny. U nas należało o jego duszę walczyć z mocarstwami, dla których był rekrutem i siłą 
roboczą. 

 
14  
To polska  inteligencja zrobiła z  niego naród, w jego imieniu walczyła, występowała, 

przemawiała, domagała się, protestowała. Trwało to w istocie do 1989 roku. 

Wolność,  która  została  wywalczona,  stała  się  udziałem  społeczeństwa  w  znacznej 

mierze  wyedukowanego  przez  PRL,  zarazem  społeczeństwa  uczestniczącego  od  około 
trzydziestu  lat  w  kulturze  masowej.  O  ile  to  pierwsze  nie  powinno  być  zaskoczeniem  (w 
końcu  lęk  o  takie  skutki  towarzyszył  wszystkim  elitom  oporu),  to  druga  cecha  okazała  się 
szokiem. Mianowicie spowodowała ona zerwanie pewnego typu kontaktu, wzajemnych więzi 
między  warstwami  społecznymi.  Kiedyś,  gdy  oczywiste  było,  kto  jest  wyżej,  a  kto  niżej, 
wspinanie się ku górze było równoznaczne z aspirowaniem do wzorów tam obowiązujących. 
Tym  samym  górne  warstwy  społeczne  odgrywały  oczywistą  rolę  opiniotwórczą  -  i  były  do 
niej  wychowywane.  Dziś  rolę  podstawowego  źródła  norm  i  wzorców  przejęła  masowa 
kultura. Dziś młódź miejska i wiejska na wzór Murzynów z amerykańskich gett nosi czapki 
daszkiem  do  tyłu  i  nawet  nie  przyszłoby  jej  do  głowy  patrzeć,  co  zaproponowano  w 
najnowszych kolekcjach. O strojach, obyczajach, przekonaniach, poglądach decydują raczej 
kolorowe  pisma  i  telewizja  niż  starania  jakichkolwiek  elit.  Ich  bezradność  -  od  Kościoła 
poczynając, na twórcach kończąc - jest uderzająca. 

Na razie traktujemy siebie wciąż jak zbiorowość, o której na pewno wiemy jedno - że 

z dużym prawdopodobieństwem nie zachowa się ona zgodnie z obowiązującymi na jej temat 
przekonaniami.  Żyjemy  więc  w  społeczeństwie  nieprzewidywalnym  i  nieznanym. 
Przynajmniej dla tych, którzy je opisują. Wypada chyba zacząć ten opis od nowa. Bo wiele 

background image

wskazuje, że dotychczasowy trzeba uzupełnić. Że dzieje Polaków pokazane przez grzechy  i 
cnoty  narodu  szlacheckiego,  przez  wieczne  zrywy  wolnościowe  patriotycznej  młodzieży, 
przez  ofiary  złożone  dla  przetrwania  zniewoleń  i  wojen  -  trzeba  uzupełnić  przez  dzieje 
większości. Dzisiejszy Polak  jest bowiem  zarówno spadkobiercą dufnego Sarmaty równego 
wojewodzie, który nigdy nie ustąpił ze swych wolności, jak i poddanego chłopa. Cechy tego 
pierwszego  odnajdujemy  w  sobie  nieustannie:  umiłowanie  swobody  i  warcholstwo, 
gościnność i wypitkę 

- to nasze, swojskie, polskie. 
A  co  my  właściwie  wiemy  o  Polakach  poniewieranych  i  zniewolonych?  Zawsze 

upokarzanych? O których lepiej zadbali zaborcy niż 

15 
polscy panowie? Jaki był ich udział w tworzeniu naszych wad i zalet? Dziś w naszym 

rn\/clpr|j|'  ""h  doświadczenie  jest  nieobecne,  ale  pięćdziesiąt  lat  temu,  po  wojnie,  było  ono 
przywołane,  tworzyło  klimat  wielkiego  awansu,  awansu  wyrównującego  wieki  upodleń  i 
upokorzeń.  Zostało  ono  odrzucone  wraz  z  całą  ideologią  Polski  Ludowej,  ale  ci,  do  uczuć 
których trafiło, i ich potomni są być może większością - kim się czują? Chłopskimi dziećmi? 
Robotnikami?  Inteligentami  w  pierwszym,  drugim  pokoleniu?  A  może  te  określenia  nie 
pasują do drogi, którą przeszli, do tradycji, która ich ukształtowała. 

Czy  Polak  po  komunizmie,  Polak  po  szkodzie  uporał  się  z  totalitarnym 

doświadczeniem?  Czy  rozpoznaje  sytuację,  w  jakiej  żyje?  Jak  radzi  sobie  z  wczorajszym 
balastem  i  z dzisiejszymi wyzwaniami? Jak wydobywa  się z systemu opresywnej pieczy, ze 
świata opisanego prosto, w kategoriach dobra i zła, i podzielonego na nasz i obcy? Jakim się 
staje zdany na siebie, bez regulaminów i rytuałów, bez jasnych reguł, które znał od zawsze? 

Ta książka jest poszukiwaniem odpowiedzi na powyższe pytania i na kolejne, które z 

nich  wynikają.  Jest  próbą  odnalezienia  się  w  chaosie  myślowym  i  emocjonalnym,  jaki 
nastąpił po jedności wytresowanej przez komunizm i po jedności wyzwolonej przez pierwszą 
"Solidarność".  Jest  zapisem  dochodzenia  raczej  do  nowych  pytań,  próbą  ustalenia,  czego  o 
sobie  nie  wiemy.  Konkluzja  jest  przeświadczeniem,  że,  aby  zrozumieć  współczesność, 
musimy  odrzucić  kategorie  myślenia  i  widzenia  świata,  z  jakimi  w  nią  wkroczyliśmy,  i 
spróbować opisać i siebie, i drogę, jaka nas ukształtowała, od nowa. Z myślą nie o tym, jak 
przetrwać zagrożenia, ale o tym, jak żyć w normalnej codzienności. 

Wybrane  do  tej  publikacji  teksty  zostały  poprawione  i  niekiedy  skrócone.  Zmiany 

dotyczyły  przede  wszystkim  odniesień  bieżących,  niezbyt  czytelnych  po  latach.  Większość 
zebranych  tu  artykułów  została  napisana  dla  "Gazety  Wyborczej",  z  wyjątkiem  dwóch: 
Kościół  tryumfujący,  grzeszne  społeczeństwo  i  Hipokryzja  wolnych,  które  powstały  dla 
"Dialogu". 

 
PRZECIĘTNY OBYWATEL PATRZY NA POLITYKĘ 
To, że partie polityczne przegrają wybory samorządowe, było wiadome. Same, jakby 

w  przewidywaniu  oczywistej  klęski,  wskazywały  powód  -  to  społeczna  apatia  zawiniona 
przez Okrągły Stół, rząd, komitety obywatelskie i w ogóle. 

Społeczna apatia rzeczywiście  budzi  niepokój różnych środowisk  i  Lech  Wałęsa dał 

temu wyraz wzywając do wojny. Trochę to zaszokowało opinię publiczną, ale okazało się, że 
chodzi  o  walkę  na  argumenty,  która  ma  wyrwać  społeczeństwo  z  apatii  i  przyspieszyć 
przemiany. 

Rzecz podchwyciło Porozumienie Centrum, w którym są różne partie, komitety, kluby 

i osoby, i zażądało nowych wyborów najpóźniej do wiosny. Nie bardzo wiadomo, do kogo to 
wezwanie  było  skierowane,  bo  rząd  Mazowieckiego  również  uważał,  że  wybory  winny  się 
odbyć wiosną, a głosów sprzeciwu wobec tych planów nie słychać. 

background image

Przeciętnemu obywatelowi, którego pragnie się aktywizować, dziwne może się wydać, 

że niepokój o powolność zmian pojawił się w trakcie pierwszych wyborów samorządowych, 
co  w  końcu  jest  fundamentalną  przemianą  państwa.  Ponadto,  że  partiom  politycznym  w 
przededniu przegrania z kretesem wyborów samorządowych tak spieszno już do następnych. 

Nadto przeciętny obywatel najwyraźniej  nie wie, co powinien zrobić, aby  zadowolić 

oczekiwania elit politycznych. Za czym właściwie tęsknią? Za ludem na ulicach? Za wielkimi 
strajkami,  w  których  tysiące  ludzi  chcą  nie  tyle  podwyżki,  co  jakiegoś  nowego  modelu 
państwa? 

 
18 
Za tymi tłumami, które przychodziły do siedzib "Solidarności" w latach 1980-81? Czy 

za tym, żeby się ludzie wreszcie zaczęli do nich 

przypisywać. 
A ludzie nie chcą. Niektóre partie, trochę jak ta niewydarzona baletnica, tłumaczą 
to  zjawisko  tym,  że  nie  mają  lokali,  pieniędzy,  dostępu  do  mass  mediów.  Warto 

przypomnieć, że szersza opinia usłyszała,  iż pojawiły  się  nowe partie polityczne właśnie w 
kontekście  ich  potrzeb  materialnych,  i  to  w  momencie,  gdy  społeczeństwo  zabierało  się  do 
zaciskania pasa i zębów. Okazało się, że powinno nadto wziąć na utrzymanie instytucje, które 
będą  mu  niezbędne  do  normalnego  funkcjonowania.  Podniosły  się  głosy  sprzeciwu,  ale 
roszczeń to nie powstrzymało i było jakby pierwszym sygnałem pewnej głuchoty politycznej 
działaczy. 

Trzeba też powiedzieć, iż mimo te narzekania na brak warunków do rozkwitu, nowe 

partie mają wyraźne fory w środkach przekazu w stosunku do starych. Telewizja na przykład 
ciągnie je za uszy i dowartościowuje jak może kosztem "starych partii", choć najmniejsza z 
nich, SdR-P ma pewnie więcej członków niż wszystkie "nowe" razem wzięte. Otóż, sądząc z 
tych licznych występów, przyczyn rachityczności życia partyjnego prędzej należałoby szukać 
w sposobie publicznego funkcjonowania niż w brakach majątkowych. 

Przeciętny obywatel dostrzega zatem rzeczy następujące: 
Partie  w  ogóle  nie  mają  pomysłu  na  reprezentowanie  jakichś  dużych  grup,  warstw. 

Mówią  albo  w  imieniu  Narodu,  albo  w  imieniu  społeczeństwa.  Żadnej  z  nich  nie 
zainteresowała tak ważna klientela wyborcza  jak  rolnicy. Zostawiono aparatowi ZSL wolne 
pole i oto odniósł taki sukces, 

że b. bratnia PZPR zzieleniała zapewne z zazdrości. 
Jednym  ze  strukturalnych  spadków  po  komunizmie  jest  status  inteligencji.  Ludzie  z 

wyższym  wykształceniem  z  założenia  zarabiają  mniej  od  pracujących  fizycznie.  Jest  to  w 
normalnym kraju nie do pomyślenia, stanowi powód do emigracji młodych elit zawodowych, 
podważa sens wykształcenia. Czy ktoś podjął ten problem, szuka sposobów jego 

postawienia i rozwiązania? 
Na  naszych  oczach,  z  dnia  na  dzień,  rośnie  warstwa  nowych  przedsiębiorców, 

nielegalnych  na  razie  handlowców.  Ale  liberałom  z  Unii  Polityki  Realnej  najwyraźniej 
bardziej się opłaca zwoływać skinów 

19 
z pałkami, niż zintegrować tych, wydawałoby się, naturalnych zwolenników np. wokół 

jakiejś koncepcji korzystnych dla nich podatków. 

Tej kompletnej obojętności na problemy grup społecznych, którymi nowoczesne partie 

się  żywią,  towarzyszy  też  lekceważenie  społecznych  nastrojów,  na  co  nikt,  kto  chce  się 
sprawdzić  w  wyborach,  nie  może  sobie  pozwolić.  Otóż  nasze  awangardy  nie  zabiegają 
również  o  tę  znaczącą  część  społeczeństwa,  która  popiera  Mazowieckiego  i  Balcerowicza. 
Szukają tylko niezadowolonych. 

background image

O braku programów nie warto nawet mówić. Wygląda, że polityka budżetowa, status 

przedsiębiorstw,  podatki,  uporanie  się  z  długiem,  inflacja  czy  organizacja  lecznictwa  to 
nieistotne  drobiazgi,  gdy  cele  polityczne  ma  się  wielkie:  przywrócić  kapitalizm,  odzyskać 
pełną  suwerenność,  realizować  zasady  sprawiedliwości  społecznej,  obronić  się  przed 
Niemcami, stworzyć dobrobyt, zbudować wspólnotę Europy Środkowej z Polską na czele. 

Stworzyć program zresztą byłoby trudno, bo te partie wszystko widzą osobno. Rząd, 

mimo że informacja jest jego słabą stroną, potrafił społeczeństwu uzmysłowić ścisłe związki 
między  poszczególnymi  zjawiskami  gospodarczymi,  jak  inflacja,  recesja,  wolny  rynek, 
bezrobocie, zadłużenie, kredyty. 

Partie  te  oczywiste  powiązania  ignorują  i  domagają  się  okazjonalnie  obniżenia 

podatków  albo  zniesienia  popiwku,  albo  dotacji  tu  i  tam,  nie  trudząc  się  przewidywaniem, 
jakie będą skutki w jednym przypadku i skąd wziąć pieniądze w innym. A przecież zgodnie 
ze swą naturą zmierzają do objęcia władzy i, jeśli im się uda, będą musiały odpowiedzieć na 
takie pytania. Może więc warto pokazać już teraz, że się to potrafi zrobić. 

Teraz jednak przeciętny obywatel (jeśli jest maniakiem) oglądał programy wyborcze. 

Występowały w  nich komitety  - obywatelskie, osiedlowe, rzemieślnicze,  ich kandydaci  bez 
trudu  zrozumieli,  czym  zajmuje  się  gmina,  i  mówią  o  szkołach,  śmietnikach,  drogach, 
ściekach.  Partie  mówiły  nadto,  a  nierzadko  tylko  -  o  niepodległości,  o  położeniu  klasy 
robotniczej, o zgubnym planie Balcerowicza, o zagrożeniu niemieckim. W skrajnym wypadku 
pan  Barański  powitał  nas  okrzykiem  "Bracia  Polacy"  i  ręką  uniesioną  w  faszystowskim 
pozdrowieniu, a potem opowiadał o wrednych mniejszościach. 

 
20 
Litość i trwoga. Wracamy do Europy. 
A tam jest właśnie tak, że społeczeństwo zajmuje się swoimi sprawami, od rządzenia 

ma zawodowych polityków i raz na parę lat wskazuje, 

którzy politycy mają to teraz robić. 
W najbardziej sprawnym modelu demokracji są to dwie dominujące partie. Różnią się 

między sobą tym, że jedna uważa, iż państwo nie powinno się mieszać w życie gospodarcze i 
społeczne, pozostawić je aktywności obywateli, których standard życia będzie odpowiedni do 
talentów,  rzutkości,  przedsiębiorczości.  Druga  -  że  powinno  ingerować,  aby  wyrównywać 
szansę życiowe i warunki bytu, tzn. ma odbierać grupom bogatym i zaradnym część dochodu 
i przeznaczać go np. na równy start dla wszystkich, czyli dotowanie szkolnictwa, na opiekę 
nad 

chorymi, niezaradnymi, bezrobotnymi. 
Jeżeli  w  społeczeństwie  przeważa  pogląd,  że  trzeba  zachęt  do  prężnego  rozwoju,  to 

głosuje  ono  za  zmniejszeniem  interwencji  państwa,  czyli  na  prawicę,  i  wtedy  wygrywają 
republikanie,  chadecy,  konserwatyści  czy  jak  to  się  w  danym  kraju  nazywa.  Jeżeli  zaś 
przeważa pogląd, że  należy podciągnąć słabsze  społecznie grupy, to wygrywa  lewica, czyli 
demokraci, socjaldemokraci, laburzyści. Prawica i lewica okresowo zmieniają się u władzy i 
wychodzi to tym krajom na dobre. 

A co z  naszą  lewicą  i prawicą? Pod tym względem  nie  jesteśmy  w Europie, tylko w 

jakimś  zaścianku  pełnym  historycznych  widm  i  pojęć.  Słowa  te  definiuje  się  wedle 
rodowodów środowisk, wedle tego, kto lubi, a kto nie lubi Dmowskiego, wedle stosunku do 
miej                                                                                                            sca religii w państwie, 
do aborcji, do godła. A sprawa najważniejsza - kwestia, jak głęboko państwo może ingerować 
w nasze życie - jeśli partie polityczne 

w ogóle absorbuje, to marginalnie. 
Tymczasem jest ona zasadnicza. Rząd ją podejmuje i ograniczając rolę państwa idzie 

w prawo. Innej drogi zresztą nie ma, na lewo jest ściana - odziedziczyliśmy biedne państwo 

background image

nastawione na dotowanie lecznictwa, oświaty, mieszkań, przemysłu, kolei i czego tam jeszcze 
-  i  to  wszystko  leży  w  ruinie.  Rząd  ostrożnie  wycofuje  państwo  z  gospodarki,  z  władzy 
lokalnej,  z  dotacji  do  wszystkiego.  Coraz  natyka  się  na  opór  nawyków,  które  są  groźną 
karykaturą  myślenia  lewicowego  powstałego  jakby  z  przemnożenia  zasady  równości  i 
sprawiedliwości społecznej przez 40-letnie ubezwłasnowolnienie. W efekcie zakłada ono, że 
wszystkim należą się przyzwoite warunki z takich oto powodów, że 

  21 
pracują ciężko pod ziemią, na roli, w fabryce, na kolei, w szkole. Ze są starzy, albo że 

są młodzi, albo że mają dzieci. Należy się, bo inni mają więcej. Państwo ma się człowiekiem 
zajmować  od  kolebki  po  pochówek,  a  obalenie  komunizmu  miało  sprawić  jedynie,  że 
wreszcie będzie to robić dobrze. 

I tak  minister  Paszyński  obrywa  za  ćwierćurynkowienie  mieszkań,  studenci  strajkują 

na wieść, że mają płacić za repetowanie studiów, kopalnie żądają, żeby rząd kupował ich zły 
węgiel,  bo  inaczej  będzie  bezrobocie,  kolejarze  paraliżują  kraj,  bo  nie  mają  110  procent 
średniej krajowej. 

Co na tę ciężką konfrontację rządu ze zsowietyzowaną świadomością społeczną nasze 

awangardy polityczne? 

Lewica chociaż rozpoznaje swoją rolę. Jej część umiarkowana jest świadoma, że nie 

ma  czego  dzielić,  by  sprawiedliwości  stało  się  zadość,  więc  domaga  się  jedynie  równego 
podziału  ciężarów  i  biedy.  OPZZ,  PPS,  Anarchiści  podchwytują  natomiast  społeczne 
niezadowolenie i krzyczą, że miało być lepiej, a jest gorzej. Ich prawo, prawicowy rząd nie 
musi im się podobać, a nietaktem oczywiście byłoby zapytać: co robić. 

Centrum  tym  pytaniem  również  się  nie  turbuje,  interesuje  je  raczej  sprawiedliwy 

podział władzy. 

Gdybyśmy  mieli  nowoczesną,  europejską  prawicę,  to  winna  ona  bronić  rządu  przed 

roszczeniową  demagogią,  wspierać  kierunek  zmian,  pretensje  zgłaszać  o  zbyt  ostrożne 
działanie  i  mobilizować  opinię  społeczną  tak,  by  umożliwić  ich  przyspieszenie.  Winna 
domagać  się  nie  tylko  prywatyzacji,  szybkiej  upadłości  i  wyprzedaży  nierentownych 
przedsiębiorstw,  ściągania  kapitałów,  ale  i  np.  odrzucenia  pomysłów  akcjonariatu 
pracowniczego,  wprowadzenia  płatnych  studiów,  płatnego  lecznictwa,  zmiany  przepisów  o 
bezrobociu  -  niby  dlaczego  osoba  z  wyższym  wykształceniem,  która  odmawia  przyjęcia 
posady  pomocy  domowej,  ma  być  utrzymywana  przez  społeczeństwo?  Prawica  powinna 
uświadamiać, że sprawiedliwość polega na tym, że za dobrą pracę należy się dobra zapłata. 
Niesprawiedliwością  zaś  jest  obdzielanie  przez  arbitralne  państwo  wszystkich  po  równo 
owocem wysiłku zdolnych, pracowitych, zaradnych. 

Ale  nasza prawica twierdzi, że rząd to neokomuna czy też katolewica  i  ma zupełnie 

inne  zmartwienia:  germańską  nawałę,  podstępne  żydostwo,  przebiegłą  masonerię,  wraży 
kapitał, morale Polaków zagrożone nikoty-nizmem i pornografią, krzyż na koronie orła. 

 
22  
Przeciętny obywatel patrzy na politykę i widzi polskie piekło pełne pretensji, urazów, 

insynuacji. Nic z tego nie rozumie, i słusznie, bo przecież do niego nikt się nie zwraca (konia 
z  rzędem  temu,  kto  wie,  co  oznacza  owo  "przyspieszenie"  lansowane  przez  Porozumienie 
Centrum...). 

Nowych partii, bez względu na barwę, nie tylko nic nie obchodzi dylemat, jak przejść 

od  państwa  komunistycznego  do  normalnego,  ani  jakie  są  problemy  poszczególnych  grup 
społecznych, które można by reprezentować. Nie interesuje ich społeczeństwo jako elektorat. 
Jakby  nie  liczyły  na  wybory,  a  jedynie  uważały,  że  są  niezbędne,  bo  bez  nich  nie  będzie 
pluralizmu, demokracji, pełnej reprezentacji postaw. 

background image

Niestety, demokracja nie polega na dopuszczaniu do władzy wszystkich grup, jakie się 

objawią,  ale  na  oddawaniu  jej  tym,  które  mają  największe  poparcie.  A  lament  pod tytułem 
"bez  nas  będzie  nowy  monopol"  jest  demagogią  rodem  z  komunistycznej  świadomości.  To 
demokracja  socjalistyczna  miała  być  wyższą  formą  właśnie  dlatego,  że  teoretycznie 
montowała reprezentację społeczną z przedstawicieli wszelkich grup: i górnicy, i hutnicy... 

Pozostaje jednak pytanie - dlaczego Węgrom, Czechom, Słowakom udało się stworzyć 

normalny system partyjny, a nam nie. 

Odpowiedź  partii  brzmi  -  z  powodu  stworzenia  formuły  komitetów  obywatelskich 

"Solidarności". Jest w tym jakaś racja. Gdyby nie komitety, ludzie musieliby w dzisiejszych 
wyborach decydować, na które z antykomunistycznych ugrupowań oddać głosy i coś by one z 
tego miały. Nadto komitety skupiły pewne elity, ludzi z osobowością, a tych 

partiom zdecydowanie brakuje. 
Niemniej  społeczeństwo  ma  wolny  wybór  i  jeśli  odrzuca  partie  na  rzecz  komitetów 

obywatelskich, to znaczy, że nie interesują go anachroniczne formuły, że wybiera aktywność 
społeczną  i  polityczną,  ale  nie  chce,  żeby  była  ona  stemplowana  tradycyjnymi  etykietkami 
prawicy i lewicy, które w Polsce mają mnóstwo dodatkowych emocjonalnych skojarzeń i że 
nowoczesne  orientacje  polityczne  powinny  wyłonić  się  właśnie  z  komitetów.  W  walce  na 
argumenty. 

2 VI 1990 
KOMUNIZM BEZ KOMUNISTÓW 
Nasze  rozliczanie  się  z  komunizmem  jest  zastanawiające.  Koncentruje  się  na 

zbrodniach lat czterdziestych i pięćdziesiątych i na momentach wybuchów, kiedy duże grupy 
społeczne wchodziły w jawny konflikt z władzą. Historię PRL-u układamy z dat 1956, 1968, 
1970,  1976  i  1980,  i  przypomina  to  już  potoczny  ogląd  rozbiorów:  wyłącznie  Powstanie 
Kościuszkowskie, Powstanie Listopadowe, Powstanie Styczniowe, 1918. Pytanie  - dlaczego 
na czele powstań narodowych stawali oficerowie carskiej armii tacy, jak Romuald Traugutt, 
brzmi  nietaktownie.  A  przypomina  ono  po  prostu,  że  w  kilkudziesięcioletnich  przerwach 
między powstaniami Polacy żyli normalnie w trzech państwach zaborczych, robili kariery na 
ich dworach, w ich administracji i ich armiach. 

Podobnie  było  w  PRL  -  żyliśmy  wedle  reguł  ustroju  komunistycznego  i  chcąc  nie 

chcąc nasiąknęliśmy jego systemem wartości. 

Tymczasem wokół słychać tylko takich, co 4 czerwca 1989 pierwszy raz brali udział 

w wyborach, bo poprzednie to była farsa, nigdy nie chodzili na l-majowe pochody i zawsze 
byli  przeciw  komunie.  Pojawiają  się  pierwsi  ochotnicy  do  grzebania  w  życiorysach, 
sprawiedliwi i nieskalani sędziowie, i będą coraz liczniejsi. I jest to proces nieuchronny (choć 
Bóg świadkiem, że w opozycji nie było tłoczno). 

Odbywa się bowiem wielkie przewartościowanie i wkrótce okaże się, że czas PRL-u 

był  jedynie czymś w rodzaju okupacji Nieugiętego Narodu, który się  nigdy  nie dał omamić 
zbrodniczej komunie, w końcu zrzucił obce mu jarzmo, a przy okazji wyzwolił pół Europy. 

Czy  takie  przenicowanie  rzeczywistości  jest  dla  higieny  psychicznej  społeczeństwa 

potrzebne, czy jest kolejnym przejawem naszej mega- 

 
24 
lomanii,  która  sprawia,  że  zawsze  widzimy  siebie  jako  naród  łagodny,  czysty, 

niewinny, tyle że pechowy i otoczony potężnymi lub podstępnymi wrogami - to w tej chwili 
nieistotne. 

Istotne  jest,  że  unikając  rzetelnego  rozrachunku  z  45-leciem,  wchodzimy  w 

nieoczekiwaną wolność  z  balastem, który  naszą szansę  może zaprzepaścić. Toteż,  mimo że, 
jak  widać,  nie  jest  to  dobry  czas  na  rozważania  o  istocie  komunizmu,  trzeba  się  nad 

background image

spustoszeniami,  jakie poczynił  w  naszej zbiorowej  świadomości,  zastanowić. Tym  bardziej, 
że są one coraz wyraźniej widoczne. 

W  tym  coraz  donośniejszym  gwarze  skupionym  na  martyrologii  i  zrywach  oporu 

trzeba sobie postawić pytanie, dlaczego po wojnie komunizm potrafił też zyskać akceptację, 
wzbudzić  wiarę  czy  fanatyzm.  Także  w  takich  krajach  jak  Francja  i  Włochy,  gdzie  obcej 
armii 

nie było. 
Otóż, komunizm był obietnicą realizacji utopii. Odwiecznej utopii 
- tęsknoty za społeczeństwem  idealnym, gdzie  ludzie są sobie równi,  mają wszystko, 

czego  potrzebują,  gdzie  nie  ma  ani  nędzy,  ani  zbędnego  bogactwa,  gdzie  na  przeszkodzie 
rozwojowi człowieka nie stanie niskie 

urodzenie czy niedostatek. 
Te  tęsknoty  komunistyczna  ideologia  zaspokajała  w  różnych  środowiskach  w  całej 

Europie. We Wschodniej dokonał się eksperyment 

wcielenia ich w życie. 
I tak u nas owe tęsknoty zostały wzmocnione historyczno-wojskową koniecznością, a 

nadto wpisały się w nasze szczególne doświadczenie: 

Polskę  dawano  nam  i  zabierano,  urządzano  według  cudzych  pomysłów,  a  my 

umieliśmy przede wszystkim upominać się o nią i rozmyślać, jaką 

być powinna. 
Nasza  pokiereszowana  historia  sprawiła,  że  wtedy,  kiedy  inne  społeczeństwa 

budowały nowoczesne instytucje, w trudzie uczyły się rozwiązywać coraz to nowe problemy, 
nam  nie  było  to  dane.  Wyzuci  z  odpowiedzialności  za  własne  państwo,  jako  naród  i 
społeczeństwo  żyliśmy  w  literaturze,  a ta  marzyła.  Marzyła,  że  kiedyś  buta  i  bogactwo  nie 
będą poniewierać prostoty i ubóstwa, że robotnik i oracz będą żyli godnie, że ich dzieci nie 
będą  umierały  w  nędzy  czy  żyły  w  tęsknocie  za  nauką  i  że  nie  będzie  już  tej  całej 
niesprawiedliwości, że gdy bogaci trwonili pieniądze na uciechy, to ubogi student kończył na 
suchoty, Janko zapłacił życiem za marzenie o skrzypcach, a Jaś nie doczekał. 

25 
Równość  praw  i  szans.  Sprawiedliwość  społeczna.  Powszechny  dostęp  do  oświaty, 

kultury,  lecznictwa.  Prawo  do  pracy,  prawo  do  mieszkania,  prawo  do  godnego  życia. 
Komunizm obiecał załatwić to od ręki. 

Do  stworzenia  społeczeństwa  bez  krzywdy  i  nędzy  zmierzają  też  inni,  ale  z  pełną 

świadomością, że ten ideał jest nieosiągalny, co nie znaczy, że nie trzeba się doń przybliżać. 
Komunizm  głosił,  że  jest  osiągalny,  i  to  w  sposób  niezwykle  prosty.  Wystarczy  znieść 
własność  prywatną.  Odebrać  bogatym  i  dać  biednym.  Nie  pozwolić,  by  jeden  człowiek 
pracował dla drugiego. Równo dzielić. 

Wszystko to zrobiono bardzo szybko i rezultaty byty niebłahe: 
szerokie  świadczenia  socjalne,  dostęp  do  oświaty  i  kultury,  urbanizacja  i 

uprzemysłowienie. Z innymi sprawami było, jak wiadomo, gorzej, ale wliczano to w koszty. 
Pozostawał jeszcze dobrobyt (każdemu według potrzeb). Na to, aby go osiągnąć, komuniści 
też mieli specjalny naukowy pomysł. Bardzo prosty - należało stworzyć nowego człowieka z 
nową świadomością socjalistyczną. Niby to zmienione stosunki społeczne, siłą rzeczy, miały 
go  ukształtować,  ale  władze  postanowiły  ten  proces  przyspieszyć.  Latami  odbywała  się 
wszechstronna edukacja, która  miała doprowadzić do tego, by socjalistyczny człowiek  miał 
inne potrzeby i pracował z innych powodów, niż działo się to od tysięcy lat. By pracował nie 
dla siebie, a "dla społeczeństwa", które z kolei da mu wszystko. Według potrzeb. 

Jak wiadomo jednak, łatwiej zburzyć niż zbudować. Komunizm zniszczył etos pracy. 

Ów, wydawałoby się, naturalny związek między sensowną pracą a satysfakcją z jej rezultatów 

background image

zastąpił  dziwacznym  związkiem  między  bezsensowną  udręką  i  należnym  za  nią 
zadośćuczynieniem. 

Komuniści odeszli. Zbrodnie i nieudolność ich systemu zostały potępione, ale tęsknota 

za Edenem i wiara, że się umęczonym Polakom należy, tkwi w nas nadal. Czy coraz częstsza 
skarga  "miało  być  lepiej,  a  jest  gorzej"  nie  jest  dowodem  zakorzenienia  się  w  nas 
komunistycznej utopii, że  jakimś szczególnym  sposobem, szybciej,  bez wysiłku dostaniemy 
to, na co szczęśliwsze kraje pracowały dziesięciolecia? 

W  dodatku  rząd  Mazowieckiego  wcale  nie  obiecywał,  że  wkrótce  będzie  lepiej. 

Przeciwnie  -  zapowiadał,  że  przez  parę  lat  będzie  gorzej.  To  my  chcemy  po  prostu  tę 
obietnicę słyszeć, bo żyliśmy z nią tyle lat. To my świadomie lub podświadomie czekamy na 
ten prosty pomysł, który ktoś zaproponuje, żeby wreszcie zrobiło się dobrze. 

 
26 
Obiecany raj był zawsze tuż za horyzontem, a marsz ku niemu miała nam ułatwić jego 

jutrzenka, sprawiedliwość społeczna. 

Sprawiedliwość  społeczna  to  fundamentalna  wartość  lewicy.  Idea  ta  zrodziła  się  w 

walce  ze  społeczeństwem  stanowym,  w  którym  o  losie  człowieka,  o  tym,  czy  był  panem, 
kupcem czy  fornalem, przesądzało urodzenie. Domagała  się zatem  lewica równości praw, a 
potem  równości  szans.  Z  czasem  owa  równość  szans  przestała  być  kwestią  polityczną,  to 
znaczy nie ma sporu, czy ją realizować, a stała się jedynie problemem praktycznym. Szwedzi 
stworzyli superopiekuńcze państwo, Amerykanie przymusowo mieszają białe i czarne dzieci 
w  szkołach,  Niemcy  integrują  drugie  pokolenie  gastarbeiterów,  a  teraz  dodatkowo  ubogich 
kuzynów 

zDDR. 
Komunizm natomiast sprawiedliwość społeczną potraktował globalnie, jako równość 

w  ogóle,  i  postanowił  całą  rzecz  załatwić  na  skróty  i  do  końca.  Najpierw  zajął  się 
niesprawiedliwościami  historycznymi:  zabrał  bogatym,  dał  biednym,  uznał,  że  jedni  mają 
prawo do nauki, drudzy  nie, bo przez stulecia  było odwrotnie. Zaś połowiczną  burżuazyjną 
równość  praw  i  szans  zastąpił  fundamentalną  równością  naszych  żołądków,  co  miało  być 
podstawą do równości prawdziwej. 

Niestety, Opatrzność założyła, że będziemy rodzajem zróżnicowanym, i nierówno nas 

obdziela talentami, urodą, zdrowiem i  innymi walorami. Komunizm koszarowo-mundurowy 
był nie do utrzymania (choć Korea czy Albania są jeszcze innego zdania). O wiele prostsze 
było 

realizowanie równości majątkowej. 
Natura ludzka ma swoją ciemną stronę, gdzie mieści się także zawiść. Na tej zawiści 

komuniści zaszczepili  swoją koncepcję sprawiedliwości  społecznej  i odnieśli  sukces. Różne 
były  przyczyny  powszechnych  i  lokalnych  odruchów  buntu  przeciwko  ich  władzy  - 
buntowano  się  przeciwko  gnębieniu  kultury,  szykanowaniu  Kościoła,  podwyżkom, 
powszechnej  beznadziei.  Ale  nigdy  przeciwko  temu,  że  komuś  zabierano  ziemię,  dom 
rodzinny, aptekę, młyn, kamienicę, fabrykę. Spaupery-zowane społeczeństwo chętnie uznało, 
że zamożność jest rzeczą naganną i podejrzaną. Słowa  - kułak, prywaciarz, badylarz dobrze 
oddawały  pogardliwo-zawistny  stosunek  do  tych,  którzy  się  wyłamali  z  normy  -  wziąć 
państwowy etat i w zamian dostawać skromne utrzymanie. 

Pilnowaliśmy sami tej równości. Urząd Skarbowy zawsze mógł 
liczyć na donos, że ktoś kupił samochód, a władze na odzew, gdy 
27 
wydawały  kolejną  walkę  niebieskim  ptakom,  urodzonym  w  niedzielę,  pasożytom 

społecznym czy spekulantom. 

background image

Napuszczani  ciągle  na  siebie wzajemnie (chłopom to dobrze,  domy sobie  budują; w 

mieście to odsiedzą swoje do 16-ej, a potem fajrant; ja całe życie na posadzie i nic z tego nie 
mam,  a  sąsiad  sobie  daczę  kupił,  ciekawe  za  co),  za  naturalne  uznaliśmy,  że  władza  dzieli 
wspólny bochen chleba i wszystko nam daje. My za to chodzimy do pracy. 

Teraz  wszystko  się  zmienia.  Prywatna  inicjatywa  okazuje  się  być  naszą  szansą.  Ale 

zajmują się nią też byli komuniści, co jest historycznie niesprawiedliwe. I mimo że powstaje 
ustawa o kontrolowaniu spółek i zwrocie przez nie bezprawnych korzyści, słychać też głosy, 
aby  się  nie  cackać  z  prawem,  tylko  wziąć  i  odebrać.  A  w  ogóle  w  dysputach  publiczno-
politycznych słowo "spółka" zaczyna brzmieć jak słowo "badylarz". I pytanie, "czy Pan jest 
udziałowcem  spółki?"  jest  wygłaszane  tonem  oskarżycielskim.  Z  równości  też  nie 
rezygnujemy.  Komunizm  był  okropny,  ale  żołądki  są  naprawdę  jednakowe  i  prawo  do 
konsumpcji  też.  Emocje  koncentrują  się  teraz  wokół  średniej  krajowej.  Poszczególne  grupy 
zawodowe  walczą  o  jakieś  jej  procenty,  a  także  o  to,  żeby  kupować  ich  marną  produkcję, 
żeby  dawać  ulgi,  dotacje  i  gwarancje.  Kto  ma  dawać?  Państwo  ma  dawać.  Równo  i 
sprawiedliwie. 

Komuniści  biorąc  władzę  wystawili  II  Rzeczypospolitej,  postrzeganej  dzisiaj  jak  raj 

utracony, gorzki rachunek - za słabość państwa w 1939 roku, za straszliwą nędzę, za głód na 
przednówkach, za analfabetyzm co trzeciego Polaka. Tego rachunku nikt nie kwestionował. 
Także  ówczesna  opozycja,  skupiona  w  PSL.  Więcej  -  PSL  wyrażając  jakby  powszechne 
wówczas  poczucie,  że  odbudowywana  Polska  musi  być  zupełnie  inna  niż  ta  przedwojenna, 
zaakceptował  reformę  rolną  i  nacjonalizację  przemysłu.  Czyli  na  ustrojowe  zmiany 
własnościowe  była  wtedy  mniej  lub  bardziej  szczera,  ale  wystarczająca  zgoda  społeczna  i 
były przyjęte dla nich ramy prawne. 

A  jednak  komuniści  przeprowadzili  je  łamiąc  prawo,  przekraczając  wszystkie 

ustalenia,  w  rewolucyjnej  atmosferze  zastraszenia,  zemsty  na  wyzyskiwaczach  i  grabienia 
zagrabionego.  Wykorzystali  •  reformy  do  własnych  celów,  to  znaczy  do  rozbicia  struktur  i 
więzi społecznych. A do tego gniew ludu jest rzeczą nader przydatną. Zresztą twierdząc, że 
po  wiekach  wyzysku  wreszcie  lud  bierze  władzę,  komuniści  nie  głosili  jedynie  obłudnego 
kłamstwa. W jakimś sensie była to prawda. W pierw- 

 
28 
szym  10-leciu  PRL  pochodzenie  robotnicze  czy  chłopskie  dawało  olbrzymie  szansę 

awansu.  I  ten  awans  się  dokonał,  głównie  na  biednej,  przeludnionej  wsi.  Stąd  wyszły  setki 
tysięcy  ludzi  do  miast,  do  fabryk,  administracji,  wojska.  Ludzi  wykorzenionych,  którzy 
wszystko zawdzięczali władzy ludowej. 

Odbywało  się  to  przy  wtórze  natrętnej  propagandy,  która  wykorzystywała  trwały  w 

kulturze  mit  siły  moralnej  prostego  ludu  oraz  jego  literackie  obrazy,  i  to  mieszała  z 
prostackim  marksizmem,  wedle  którego  klasa  robotnicza  ma  pewną  szczególną  cechę,  taką 
oto, że jako jedyną właściwie rozpoznaje rzeczywistość i dokonuje słusznych wyborów. Co 
więcej, jej wybory są, siłą rzeczy, obiektywnie dobre dla całego społeczeństwa czy też całej 
ludzkości. Nazywało się to "instynkt klasowy" i powstawało tam, gdzie najemni pracownicy 
zbiorowo trudzili  się  fizycznie. Kowal,  jeśli  nawet walił takim samym  młotem  jak robotnik 
fabryczny,  był  owego  instynktu  pozbawiony,  bo  robił  to  we  własnym  warsztacie,  co 
sprawiało,  iż  świadomość  miał  drobnomieszczańską.  Chłop  miał  szansę  nabyć  instynkt 
dopiero po skolektywizowaniu i zamienieniu się w robotnika rolnego. Szansę inteligenta były 
nader mizerne - ale, jeśli uparcie tępił w sobie burżuazyjne odruchy i uważnie wsłuchiwał się 
w głos klasy robotniczej, to mógł jej służyć. 

W tym komunistycznym wizerunku proletariatu prawdziwie ważna okazała się jedna 

jego  cecha:  fakt  zbiorowej  pracy  -  bo  on  umożliwiał  zbiorowy  bunt  w  rozbitym  i 
sterroryzowanym społeczeństwie. W 1956 zdarzyło się to po raz pierwszy. 

background image

Z  czasem  władza  traciła  rewolucyjny  wigor,  urzędniczała,  powoli  obrastała  w 

przywileje i używając jej własnych kryteriów - reakcyjniała: 

klasy  robotniczej  bała  się  i  gardziła  nią  zarazem.  I  słusznie,  bo  drugie  pokolenie 

rosnące  w  PRL-u  uważało,  że  nic  jej  nie  zawdzięcza,  co  najwyżej  szare  życie,  bałagan  i 
nieudolność widzianą wokół. 

Komunistyczna ideologia się rozpadła, władza szukała nowych pomysłów: to stawiała 

na menedżeryzm, to na patriotyzm, ale z kultu klasy robotniczej nie rezygnowała. 

Po pierwsze dlatego, że jednak  była to jakaś półlegitymacja do rządzenia, kiedyś, po 

woli czy  niewoli, społecznie zaakceptowana, po drugie  -  bo ten kult w wersji rewolucyjnej 
był  przydatny  w  momentach  zagrożenia.  Kiedy  trzeba  się  było  rozprawić  z  krnąbrnymi 
intelektualistami, studentami czy robotnikami z Radomia, dobrze było wystawić  na trybunie 
wiecowej człowieka w drelichu, który po robociarsku powie, co 

29 
myśli o tych jaśnie oświeconych, którzy nie wiedzą, co to ciężka praca, a ośn^lBJfjię 

podnosić  rękę  na  Polskę  Ludową.  Dobrze  było  zapełniać  .gazety  listami:  jestem  prostym 
tokarzem  i  nie  pozwolę,  żeby  młodzież  kształcona  za  społeczne  pieniądze  robotników  i 
chłopów... Dobrze było zwołać masówkę, na której umorusani górnicy trzymali transparenty: 

klasa robotnicza potępia warchołów. 
Potem  był  Sierpień.  I  klasa  robotnicza,  która  na  pierwszy  rzut  oka  jakby  wcieliła 

najbardziej  idealistyczne  marzenia  lewicy,  w  istocie  przenicowała  jej  kategorie  pojęciowe. 
Nie  była  żadną  rewolucyjną  siłą,  która  walcząc  o  swoje  interesy  służy  tym  samym  dobru 
wspólnemu,  o  dobro  wspólne  upomniała  się  wprost. I  wcale  nie  jako  zrewoltowany  tłum  z 
bojową  pieśnią  na  ustach.  Pieśni  śpiewała  raczej  kościelne  i  nie  o  władzę  walczyła,  a  o 
roztropność  rządzących.  A  w  ogóle  to  nie  była  żadna  klasa  robotnicza,  tylko  po  prostu 
robotnicy.  A  także  intelektualiści,  artyści,  studenci,  urzędnicy  i  przedstawiciele  różnych 
zawodów  ze  strajkujących  zakładów  i  instytucji.  I  wszyscy  razem  poczuli  się  obywatelami 
odpowiedzialnymi za kraj. Co nazwano później etosem "Solidarności". 

Dziś,  po  latach,  niewiele  z  tego  zostało.  Klasa  robotnicza  wraca  na  scenę,  i  to  w 

komunistycznym wydaniu.  Wraca rewolucyjny styl  - ten właśnie, że  lud prosty  i  nieuczony, 
ale wiedziony instynktem objawia istotę rzeczy. 

Widać  to  już  było  na  Zjeździe  "Solidarności",  gdzie  w  dyskusji  z  Balcerowiczem 

działacze związkowi, którzy winni  być obeznani  z  materią społeczno-ekonomiczną, przyjęli 
styl  ostentacyjnej  ignorancji  połączonej  z  roszczeniową  demagogią.  Co  pan  zrobił  dla 
polskich dzieci? - wołano z klasowym bez mała gniewem. 

Na  oczach  milionów  telewidzów  związkowcy  z  Gdańska  popisywali  się 

nieznajomością zadań Sejmu i pokrzykiwali na jego marszałka tak samo, jak ich ojcowie czy 
dziadowie,  przeszkoleni  przez  komisarza,  na  dziedzica.  Z  tym  samym  zadufaniem  mówili 
podobne głupstwa - że od wyrównania historycznych niesprawiedliwości się polepszy. 

A  stoczniowcy  wezwali  posłów,  przedstawicieli  całego  społeczeństwa,  aby  im  po 

robociarsku wygarnąć jakąś oczywistą jak drut prawdę, której oni nie są w stanie pojąć. Aby 
pogrozić, pouczyć i przypomnieć, że klasa robotnicza zajmuje w społeczeństwie szczególne 
miejsce. 

Partii komunistycznej już nie ma. Ale to, co nam latami wbijała do głów, tkwi w nich 

nadal. Jak takie właśnie przeświadczenie, że robotnicy 

 
30 
i  chłopi  wiedzą  i  widzą  coś  lepiej.  I  że  ich  głosowi  należy  się  większa  uwaga  niż 

głosowi nauczycieli, handlowców czy ekonomistów. 

Otóż,  uwaga  należy  się  wszystkim.  Demokracja  polega  na  tym,  że  głos  robotników 

tyle  samo  jest  wart  co  głos,  za  przeproszeniem,  badylarzy.  Uznanie,  że  robotnicy  i  chłopi 

background image

mają  większy  tytuł  do  decydowania  o  państwie  niż  reszta  Polaków  to  zrealizowanie 
komunistycznych mitów bez komunistów. 

11 VIII 1990 
KOŚCIÓŁ TRYUMFUJĄCY, GRZESZNE SPOŁECZEŃSTWO 
W  katedrze  Nótre  Damę  w  Paryżu  wiszą  różne  tabliczki  z  prośbami.  Nie  są  owe 

prośby  jednak  skierowane  do  Pana  Boga,  ale  do  ludzi.  Przy  wejściu  w  kilku  językach 
informują,  że  to  jest  świątynia.  W  bocznej  nawie,  obok  wydzielonego  kącika  z  paroma 
ławkami,  zawiadamiają,  że  jest  to  miejsce  dla  modlących  się,  i  proszą,  by  im  nie 
przeszkadzać.  Parę  kroków  dalej  stolik,  na  nim  kilka  książek  i  telefon,  dwa  krzesła.  Na 
tabliczce  napis:  "miejsce  dialogu".  To  konfesjonał.  Przez  telefon  zapewne  można  sobie 
przywołać partnera do rozmowy. Równego partnera, z którym można podyskutować, jako że 
sakrament  pokuty  praktycznie  tu  nie  istnieje.  Przy  głównym  ołtarzu,  gdzie  płonie  wieczne 
światełko, tabliczka objaśnia, że jest to miejsce święte, i prosi, by nie rozmawiać, nie jeść  i 
uszanować.  Przez  katedrę  przewalają  się  tłumy,  które  gadają,  jedzą  kanapki,  pstrykają 
aparatami fotograficznymi, śmieją się, nawołują. 

Stare i piękne kościoły w Europie Zachodniej nie są puste. Przychodzą do nich rzesze 

ludzi, którym jednakowoż trzeba uświadamiać, że ten obiekt turystyczny jest świątynią i że są 
w  nim  strefy sacrum.  Lecz oni, przenosząc uwagę z kamiennej rzeźby  na świetlisty witraż, 
mijają obwieszczenia obojętnie. 

Francja, najstarsza córa Kościoła, rozstała się z nim w czasie Rewolucji Francuskiej, 

kiedy to Kościół nie uznał prawa wszystkich ludzi do wolności. Dziś owa wolność nie jest już 
przedmiotem  sporu.  Społeczeństwa  bogatych  krajów  Zachodu  i  Kościół  dzieli  stosunek  do 
innej sprawy - jest to prawo do szczęścia. 

 
32 
W ostatnich dziesięcioleciach dokonało się coś, co zwane jest rewolucją obyczajową. 

Ten  przełom  obyczajowy  łączył  się  jednak  z  zasadniczą  zmianą  hierarchii  wartości, 
ukształtowanej  w  kulturze  europejskiej  od  stuleci.  Wedle  niej  życie  ludzkie  było 
podporządkowane  powinnościom.  Było  obowiązkiem  do  wypełnienia.  Obowiązkiem  wobec 
zbawienia  duszy,  wobec  stanu,  rodziny,  środowiska,  pozycji  społecznej.  Poszczególnym 
miejscom w strukturze społeczeństwa były przypisane określone powinności i pewien zestaw 
cech,  który  umożliwiał  właściwe  ich  wypełnianie.  A  system  wychowania  i  socjalizacji 
nastawiony był na kształtowanie tych cech wedle powszechnie akceptowanych wzorców. 

Dziś pojęcia takie, jak kształtowanie charakteru, wyrabianie sobie silnej woli, uczenie 

się opanowania i powściągliwości pamięta już tylko starsze pokolenie. Praca nad sobą, czyli 
podporządkowanie swej odrębności wzorcom uznanym, została zastąpiona postulatem zgoła 
przeciwnym: wartością jest naturalność i spontaniczność. Wszelki rygoryzm odrzucony został 
na  rzecz  indywidualnej  ekspresji.  I  owa  swobodna  ekspresja  została  włączona  do  sfery 
gwarantowanej przez wolność jednostki. Tym samym rozszerzono na nią wymóg tolerancji, 
która winna obejmować nie tylko inność rasową, poglądową i religijną, ale także seksualną, 
obyczajową,  dotyczącą  stylu  życia.  Tak  rozumiana  wolność  jednostki  jest  podstawowym 
prawem w życiu społecznym człowieka, celem zaś życia jest szczęście. 

Pozostaje  pytanie,  na  czym  ono  polega.  Otóż  wedle  wzorów  masowej  kultury  na 

pewno nie na satysfakcji z uczciwego życia ani na poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku. 
Raczej na zdrowiu, swobodzie, zabawie i użyciu. 

Kościół tę zmianę hierarchii wartości traktuje jako rzecz przejściową. Nie ma zamiaru 

jej zaakceptować, toteż nie czyni żadnych ustępstw w takich sprawach, jak rozwody, aborcja 
czy  antykoncepcja.  Odrzuca  konsumpcję  jako  cel  życia,  upatruje  go  niezmiennie  w 
odpowiedzialnym człowieczeństwie. W bogatej Europie ma puste świątynie i wielkie zadanie 
misyjne, o ileż trudniejsze niż w Afryce, w której chociaż pojęcie sacrum jest żywe. 

background image

Polskie kościoły są pełne, a do Afryki jeżdżą nasi misjonarze. Przez czterdzieści pięć 

lat w rzeczywistości PRL-u, zabudowanej atrapami instytucji politycznych, samorządowych, 
społecznych i jakich tam jeszcze, Kościół był miejscem prawdziwym. Był jedynym miejscem 

33 
publicznym, gdzie język był nieskłamany, wartości nie zrelatywizowane, tradycje nie 

ośmieszone,  jakaś  więź  wspólna  zachowana.  Władza  komunistów  w  Polsce  nigdy  nie  była 
totalna,  gdyż  kończyła  się  na  progu  kościołów. Toteż  Kościół  był  najpierw  prześladowany, 
potem szykanowany, w końcu zaakceptowany jako partner, a nawet kuszony do wspólnictwa. 

Zmagania o rząd dusz nie przypominały zwycięskiej obrony Jasnej Góry, raczej walkę 

w polu, gdzie Kościół najpierw tracił teren, przeżywał załamania we własnym obozie (księża-
patrioci  czy  brak  protestu  Episkopatu  wobec  aresztowania  prymasa  Wyszyńskiego),  potem 
wsparł  się  na  katolicyzmie  ludowym  i  skupił  na  funkcjach  wąsko  religijnych,  by  powoli 
wkraczać  na  obszar  społeczny,  co  też  nie  odbywało  się  bez  przeszkód:  list  do  biskupów 
niemieckich to zwarcie początkowo nie rozegrane, wielkość tego gestu uznano po latach.  A 
potem  Kościół  odzyskał  młodzież,  inteligencję,  twórców.  U  schyłku  komunizmu  stali  przy 
nim wszyscy bez względu na to, czy byli wierzący, poszukujący czy obojętni wobec wiary. 
Przyszedł czas tryumfu. 

I  tryumfalnie  Kościół  powraca  na  scenę  publiczną.  Powrót  ten  ma  charakter 

polityczny, tak jak i polityczny był sukces Kościoła w oporze wobec komunizmu. Ale każdy 
krok tej nowej obecności Kościoła budzi wątpliwość. Wierzących i niewierzących. 

Oto Episkopat godzi się, by msza święta, która jest wspólnotą wiernych, była oprawą 

uroczystości państwowych, w których z urzędu biorą też udział politycy niewierzący. I cóż to 
ma odczuwać chrześcijanin, patrząc na owych byłych komunistów w kościele? Satysfakcję z 
ich  upokorzenia,  tryumf,  że  oto  uginają  karku  przed  tym,  co  dla  innych  święte,  czy  może 
zadowolenie z powstawania kategorii niewierzących acz praktykujących? 

Kościół wchodzi do  instytucji państwowych,  jak  wojsko, policja, urzędy.  Wchodzi z 

obrzędem,  który  zastępuje  komunistyczne  formy  uroczystych  otwarć,  inauguracji,  akademii 
ku czci, ale i z publiczną modlitwą, która zaczyna ludzi dzielić. 

O  wiele  za  blisko  Kościoła  odbywają  się  harce  ugrupowań  politycznych 

identyfikujących  się  religijnie.  Te  już  otwarcie  dzielą  obywateli  na  lepszych  i  gorszych, 
głoszą,  że  bycie  Polakiem  i  katolikiem  jest  samo  przez  się  niezwykłym  i  oczywistym 
walorem. Z czego jedne partie wysuwają wniosek, iż winny dominować w życiu politycznym, 
inne 

 
34 
wręcz  postulują  państwo  religijne,  w  którym  prymat  religii  katolickiej  zagwarantuje 

konstytucja, jeszcze inne tropią Żydów i wszelakich odmieńców. Niektórzy księża tego typu 
partie wspierają, a Episkopat traktuje je z tak daleko idącą pobłażliwością, że jest ona bliska 
akceptacji. 

A  efekt  to  daje  taki,  że  wszyscy  niemal  politycy  demonstrują  publicznie  praktyki 

religijne  jako  dowód  cnót,  prawości  i  talentów  politycznych.  To,  że  Kościół  się  tu  nie 
dystansuje,  ale  wręcz  przeciwnie,  wita  ten  obyczaj  z  zadowoleniem  -  wystarcza,  by 
powstawała  atmosfera  zakłamania,  a  wraz  z  nią  samonapędzającego  się  zastraszenia. 
Senatorowie  boją  się  głosować  w  sprawie  penalizacji  aborcji  zgodnie  z  własnym 
przekonaniem, pisma odmawiają druku tekstów przeciwnych sakralizacji życia społecznego, a 
kiedy  dziennikarze  telewizyjni  dali  wyraz  dystansu  do  ustawy  antyaborcyjnej,  zostali  przez 
Episkopat publicznie napiętnowani. 

Toteż argument, że wprowadzenie religii do szkół będzie służyło 
ćwiczeniom w tolerancji, budzi wątpliwość. A fakt, że Episkopat przeciwników tego 

posunięcia uznał za kryptokomunistów, rozwiewa złudzenia. Poparcie zaś penalizacji ustawy 

background image

antyaborcyjnej  jest  przywołaniem  świeckiego  aparatu  ścigania  do  sfery,  w  której  Kośció ł 
okazał się 

bezradny. 
Pojawiła się ostatnio tendencja do udawania, że PRL-u w ogóle nie 
było,  że  budujemy  III  RP,  która  jest  bezpośrednią  kontynuacją  Polski 

międzywojennej.  Kościół  jakby  takiemu  myśleniu  sprzyja  i  zmierza  wyraźnie  do 
przywrócenia  swojego  status  quo  ante,  w  stosunku  zaś  do  społeczeństwa  poddanego 
pięćdziesięcioletniemu eksperymentowi dokonuje zabiegów mających oddzielić czyste ziarno 
od zatrutych komunizmem plew. 

Otóż tego zdrowego ziarna może się odnaleźć niewiele. 
Polska  jest  krajem  katolickim.  Nie  wiadomo  wprawdzie,  skąd  się  bierze  powtarzana 

liczba 90 lub 95 procent katolików, ale możliwe, że jest prawdziwa. Jeśli tak, to tym gorzej, 
bo ta katolicka społeczność Polaków, zbiorowo i w sposób ciągły, popełnia niedopuszczalny 
grzech przeciwko Duchowi Świętemu, to znaczy grzeszy zuchwale i świadomie 

w nadziei miłosierdzia Bożego. 
Polski Pan Bóg zrozumie zarówno to, że nie  można przerwać studiów, żeby urodzić 

dziecko,  jak  i  to,  że  samotna  matka  z  dwójką  w  sublokatorskim  pokoju  nie  może  sobie 
pozwolić na trzecie. Polski Pan 

Bóg zrozumie, że trzeba wypić na chrzciny, pierwszą komunię, ślub, pogrzeb oraz we 

wszystkie dni pozostałe, bo życie jest ciężkie. Zrozumie też, że jak człowiekowi trafi się nowa 
miłość, to nie będzie się mordował ze starą żoną. To, że nie sposób żyć z chorą babcią i trójką 
dzieci  w  dwóch  pokojach,  więc  trzeba  babcię  zostawić  w  szpitalu,  i  to,  że  stary  ojciec  nie 
pasuje do nowej willi, więc niech dożywa swoich dni w przytułku. A księża lepiej niech nic 
nie mówią, bo sami żyją wygodnie i dostatnio. 

Czymże  jest  zatem  ten  polski  katolicyzm,  skoro  naszego  życia  nie  przenika  wiara, 

skoro  jej  nakazów  się  nie  wypełnia,  co  spotyka  się  z  powszechnym  zrozumieniem,  takim 
właśnie, jakie winien okazać nam Pan Bóg, bo życie jest trudne i naprawdę nie można od nas 
wymagać, byśmy je czynili sobie jeszcze trudniejszym i mordowali się ze starymi rodzicami, 
niekochanymi współmałżonkami, niechcianymi dziećmi i tymi wszystkimi okropnymi ludźmi 
dookoła? 

Deformacja  komunistyczna  sprawiła,  że  ludzie  czuli  się  zakorzenieni  tylko  na 

poziomie podstawowym, rodzinno-przyjacielskim, i na najbardziej ogólnym, narodowym. 

Ludność  PRL-u  nie  czuła  się  społeczeństwem,  ale  w  Kościele  czuła  się  Narodem. 

Więź  narodowa  to  związek  z  tradycją,  wspólny  wysiłek  dnia  dzisiejszego  i  wspólna  wizja 
przyszłości. My jednak przeżywaliśmy ją jedynie w historii, wspominkach i smętnej zadumie 
nad  doznanymi  krzywdami.  Szara,  socjalistyczna  codzienność  skrzeczała  i  nie  dawała 
żadnego powodu do dumy, a o przyszłości  jako  szansie zbiorowych dokonań  nawet  mówić 
nie było warto. 

Tak  zdeformowaną  wspólnotę  przeżywaliśmy  w  kościołach,  a  one  zamieniały  się 

powoli  w  muzea  pamięci  narodowej,  obrastając  tablicami  ku  czci  zmarłych  osób,  pobitych 
oddziałów  i  innych  tragicznych  wydarzeń.  Msza  święta  stawała  się  oprawą  historyczno-
patriotyczno-martyrologicznych  akademii.  Przeszłość  bez  wyboru  i  refleksji  stała  się 
schronieniem przed nieznośną rzeczywistością. Ludzie spotykali się przeciw władzy na mszy 
w rocznicę powstania warszawskiego, Wiktorii wiedeńskiej czy zamachu majowego, urodzin, 
śmierci lub imienin polityków i wodzów - i to zarówno tego, który obronił nas przed nawałą 
bolszewicką, jak i tego, który uciekł z kraju w czas wojny. 

Ta więź  narodowa teraz, gdy znikła presja, która  ją  formowała, podlega gwałtownej 

dystrofii. Z jednej strony króluje banalny i agresyw- 

 
36 

background image

ny zarazem narodowy frazes, z drugiej normalne poczucie godności narodowej, i nie 

tylko,  zanika  w  sposób  szokujący:  gdy  zaczął  się  walić  mur  berliński,  tłumy                                                                                                                                  
Polaków  stanęły  w  kilometrowych  kolejkach  do  przedstawicielstw  NRD  w  nadziei,  że  tą 
drogą  uda  im  się  zostać  obywatelami  zjednoczonych  Niemiec.  Na  wiadomość,  że  w 
archiwach  znalazły  się  spisy  volksdeutschów,  pojawili  się  natychmiast  petenci  przepełnieni 
nadzieją, że los się do nich uśmiechnie, dziadek lub rodzic na takiej liście jest i będzie można 
uzyskać  stosowne  zaświadczenie.  Młodzi  ludzie  tysiącami  najeżdżali  sąsiednie  kraje 
handlując, ale  i pijąc, brudząc, prostytuując się i kradnąc. Jawnie i bez żenady pokazaliśmy 
się Europie jako schamiałe prymitywy, więc zamknęła przed nami granice. I dopiero kiedy te 
drzwi trzasnęły nam przed nosem, obudził się nasz dziwaczny honor narodowy, który reaguje 
jedynie  na  krzywdy,  jakich  doznajemy,  nie  zaś  na  nasze  własne  sprzeniewierzenie  się 
normom. I to wszystko nikogo nie dziwi ani nie oburza. Bo przecież życie jest 

ciężkie... 
Ten stan rzeczy nie jest bynajmniej oskarżeniem Kościoła. Nie chodzi o to, by szukać 

winnych, bo wina jest oczywiście wspólna. Chodzi o to, że nie ma powodów do tryumfu. A są 
wszelkie powody do troski 

o odbudowę tego rumowiska moralnego. 
Tymczasem Kościół zdaje się dawać do zrozumienia, że był zepchnięty na bok i teraz 

dopiero  powraca,  ogarnia  zaniedbane  przestrzenie  społeczne,  przenika  życie  publiczne, 
wzmacnia normy moralne prawem, prawdziwie wiernych przygarnie, bezbożnych potępi. 

Otóż czy powraca? Czy raczej wchodzi w rzeczywistość zgoła odmienną zarówno od 

tej sprzed pół wieku, jak i tej, którą znał z dobrowolnego udziału wiernych we wspólnocie? 
Ponieważ w Polsce, która odstaje od Zachodu bez mała we wszystkim, konsumpcyjny wzór 
kultury został zaabsorbowany głęboko, choć w formie żałośnie ubogiej. 

Model  życia-użycia,  upowszechniany  przez  mass  media  w  globalnej  wiosce,  jest 

powierzchowny  i  prostacki,  i  mieszkańca  polskiej  wioski,  który  pierwszy  raz  zobaczy 
Zachód,  zdumiewa  jedno:  że  oni  tam  ciężko  pracują.  Tu  zaś  związek  między  pracą  a 
poziomem  życia  został  zerwany.  Tu  już  trzecie  pokolenie  dorosło  wiedząc,  że  uczciwość, 
rzetelność, pracowitość, odwaga, a także wiedza i wykształcenie nie dają nic, A człowiekowi 
różne rzeczy się należą. Wymusza się je roszczeniem, zdobywa sposobem. Bo życie powinno 
być łatwe, ciężarów należy 

37 
unikać.  A  prawo  do  szczęścia  oznacza  u  nas  nie  tylko  zwrot  ku  bogaceniu  się,  ku 

rozrywce i zabawie (liczba magnetowidów w tak biednym kraju coś mówi o obowiązującym 
stylu życia), ale także prawo do uchylania się od trudów i udręki, a tym samym od obowiązku 
i odpowiedzialności. I trzeba wyraźnie powiedzieć, że  nader  często te trudy  są  zaiste ponad 
miarę. 

Kościół wchodzący tu z wymogiem i sankcją, jak w wypadku aborcji (a ulica twierdzi, 

że  przyjdzie  czas  na  rozwody  i  antykoncepcję),  rozminie  się  z  powszechnym  systemem 
wartości i wywoła zbiorowy, obronny odruch antyklerykalizmu, który zresztą zawsze istniał, 
choć dzięki komunistom ograniczał się do "naszego proboszcza", a Kościoła  jako  instytucji 
nie obejmował. 

Społeczeństwo,  które  wyszło  z  komunizmu  spauperyzowane  i  znękane,  widzi,  że 

Kościół  stawiający  mu  wymagania  jest  zasobny.  Społeczeństwo  wie,  że  komuniści  niegdyś 
odebrali  Kościołowi  możność  pracy  charytatywnej  i  społecznej,  ale  nie  dostrzega,  by  w  tej 
dziedzinie  status  quo  ante  był  przywracany.  W  obszernych,  zamożnych  plebaniach,  w 
przykościelnych  salach,  w  odzyskiwanych  budynkach  nie  pojawiają  się  przychodnie, 
przedszkola,  szpitale,  domy  samotnych  matek  i  sierocińce  dla  nie  chcianych  dzieci.  Na 
argument:  Kościół  i  tak  robi  bardzo  dużo  -  padnie  odpowiedź:  o  wiele  za  mało,  by  móc 
wymagać od innych. 

background image

Nasz  katolicyzm  jest  płytki,  powierzchowny,  do  niczego  nie  zobowiązujący.  Bez 

konfliktów współistniał z pogłębiającą się demoralizacją, a w ostatnich latach równocześnie 
rozpadały się normy i zapełniały kościoły. Ten ostentacyjny katolicyzm coraz bardziej splatał 
się z polskością jako znak oporu, a coraz mniej był wymogiem wiary. 

Dziś  z  kolei  Kościół  instytucjonalny  coraz  mocniej  splata  się  z  państwem.  Państwo 

wymaga  wyrzeczeń  ekonomicznych  i  wymusza  nowe  zachowania  gospodarcze.  Kościół, 
korzystając  z  instytucji  państwowych,  najpierw  wymusza  -  od  rządu  po  przedszkola  - 
publiczną deklarację wiary, a potem egzekwuje jej konsekwencje moralne, sięgając nawet po 
prawo. A społeczeństwo oczekuje przede wszystkim zadośćuczynienia i nagrody za pół wieku 
cierpień. Jest głęboko przeświadczone, że to mu się należy i do tego ma prawo. 

I  tak  zderzają  się  dwa  systemy  wartości  -  jeden  oparty  na  obowiązku,  powinności  i 

wyrzeczeniu, a drugi na szukaniu szczęścia i łatwiejszej drogi. 

 
38 
Jeżeli  się  rozminą,  kościół  Mariacki  w  Krakowie  może  się  stać  podobny  katedrze 

Nótre  Damę  w  Paryżu.  Postkomunistyczna  Polska  nie  powinna  bowiem  być  dla  Kościoła 
terenem powrotu na swoje i rozsądzania, kto sprawiedliwy, a kto bezbożny. Ten kraj biedny, 
umęczony i grzeszny ponad miarę, winien być dla Kościoła zadaniem misyjnym. 

A  ono  może  być  odpowiedzią  na  pewne  oczekiwanie  obecne  przecież  w  Polsce.  To 

wizja  roli  Kościoła  jako  strażnika  wartości  chrześcijańskich  i  europejskich.  Kościoła,  który 
uczy  tolerancji  i  szacunku  dla  innych,  dla  ludzi  innej  wiary  i  ludzi  niewierzących,  ludzi 
odmiennych ras i narodów, bo "katolicki" to przecież znaczy "powszechny". Kościoła, który 
podejmuje dzieło pomocy dla wszystkich niezdolnych poradzić sobie w tym ciężkim czasie. 
Który podejmuje od podstaw i początku wielką katechizację, odbudowuje wartość pracy, uczy 
owego trudnego, odpowiedzialnego człowieczeństwa. 

Ale to jest zadanie dla rybaka, nie dla włodarza. 
"Dialog", styczeń 1991 
JAKA POLSKA JEST NAM POTRZEBNA 
Pytanie:  kto  i  do  czego  jest  Polsce  potrzebny,  bardzo  dobrze  brzmiałoby  w  czasie 

rewolucji.  W trakcie zmagań  słowo "Polska" oznaczałoby pewien  ideał, o który walczy oto 
kolejne  pokolenie.  Walczy,  by  Polska  była  Polską,  czyli  wcieleniem  Sprawiedliwości, 
Braterstwa  i  innych  pięknych  rzeczy.  Takiej  wymarzonej  Polsce  nie  byliby  potrzebni 
przeciwnicy  rewolucji.  Byłby  wyraźny  front  oddzielający  bojowników  słusznej  sprawy  od 
wrogów i reszty, potem byłoby radosne zwycięstwo, tańce na ulicach i poczucie, że zaczyna 
się nowa era. 

Potem  byłby  sąd  nad  pokonanymi,  wyrównanie  krzywd  i  niesprawiedliwości.  Nasza 

rewolucja  różniłaby  się  na  pewno  od  wszystkich  innych  tym,  że  w  końcu  zaczęlibyśmy 
budować demokrację. Demokracja zaś polega na tym, że wszyscy obywatele mają takie same 
prawa bez względu na przeszłe zasługi czy winy. 

Los chciał, że potoczyło się inaczej, komunizm nie został pokonany, tylko się rozlazł. 

Właściciele  PRL-u  oddali  władzę.  Żadnych  burzonych  więzień,  zdobywanych  barykad, 
przełomowych dat, tylko od razu, z marszu demokracja i państwo prawa. 

I odczuwamy najróżniejsze psychologiczne skutki tego nienaturalnego obrotu rzeczy. 

Wśród  nich  ową  irytację,  której  dał  wyraz  Jan  Walc  w  tekście  Kto  i  do  czego  jest  Polsce 
potrzebny  [przedrukowanym  w  zbiorze  Ja  tu  tylko  sprzątam.  Warszawa  1995],  przy  czym 
wyraźnie  denerwuje  go  nie  tyle  to,  że  generał  Kiszczak  chodzi  wolny  zamiast  siedzieć  w 
kazamatach  z  powodu  funkcji  sprawowanych  za  ancien  regime'\i,  ile  to,  że  ma  dobre 
samopoczucie, które pozwala mu domagać się równego traktowania na arenie publicznej. 


 

background image

40  
No bo i denerwują ci wszyscy, sekretarze, prezesi, naczelnicy, którzy wysługiwali się 

absurdom systemu, strzegli go i bronili jak niepodległości, sami żyjąc w nim wygodnie. Dziś 
kręcą interesy, tworzą spółki, przechodzą w wyborach samorządowych, wygrywają konkursy 
na  dyrektorów.  Niektórzy  z  nich  kradli,  inni  wykorzystywali  układy,  jeszcze  inni  zapewne 
stworzyli  swe  firmy  uczciwie.  Ale  wszyscy  pospołu  mają  owo  świetne  samopoczucie,  nie 
noszą  pokutnych  worów,  nie  mówią  choćby  "myliliśmy  się"  i  jedynie  generał  Jaruzelski 
powiedział  "przepraszam".  Podobnie  denerwują  ci  dziennikarze,  którzy  jeszcze  niedawno 
pisali  donosy,  a  teraz  lekko  przenieśli  swe  moralne  oburzenie  z  ekstremy  na  oprawców  z 
NKWD,  ci  hochsztaplerzy  naukowi,  którzy  latami  mącili  ludziom  w  głowach,  ci  artyści, 
którzy  dopiero  co  byli  ozdobą  WRON-y.  Dziś  oni  bez  mała  wszyscy  kręcą  się  po  scenie 
publicznej bez żenady i żądają równego traktowania. 

Otóż trzeba powiedzieć z całą otwartością  - państwo prawa wobec większości takich 

ludzi  jest  obojętne.  Zakłada,  że  rozrachunki  mogą  się  odbywać  tylko  przez  indywidualne 
procesy,  a  ci,  którym  przestępstw  się  nie  udowodni,  mają  możność  uczestniczyć  w  życiu 
zawodowym i publicznym stosownie do kwalifikacji czy poparcia, jakie zdobędą. Prawo było 
i  będzie  zawsze  bezradne  wobec  ludzkich  wad  i  słabości,  jak  brak  samokrytycyzmu, 
bezczelność,  koniunkturalizm,  tchórzostwo,  cynizm,  cwaniactwo.  A  to  są  cechy,  które 
komunizm nagradzał i rozwijał. 

Gruba  kreska  wcale  nie  gwarantuje  przestępcom  bezkarności,  ale  i  oczywiście  nie 

czyni  takiej  sprawiedliwości,  jakiej  daremnie  oczekujemy  od  losu:  że  grzechy  i  wady  będą 
ukarane, a cnoty i zasługi nagradzane. 

Natomiast  nie  przewiduje  tego,  co  dałaby  nam  rewolucja:  odpowiedzialności  całej 

warstwy politycznych beneficjentów systemu komunistycznego. Na gruncie obowiązującego 
prawa  jest to niemożliwe. Walc twierdzi, że póki takie rozliczanie  nie  zostanie zrobione, w 
Polsce nie będzie spokoju społecznego. 

W trakcie kampanii wyborczej zwolennicy Lecha Wałęsy mówili podobnie. Jarosław 

Kaczyński pisał, że ludzie widząc, że profitenci dawnego systemu w nowym mają się nawet 
lepiej,  popadają  w  stan  frustracji,  która  może  się  zmienić  w  populistyczny  ruch.  A  Jacek 
Kurski dodawał, że ludzie będą zdolni do nowych wyrzeczeń, gdy przekonają się, że sprawcy 
ich cierpień - nomenklatura, cierpią nędzę nie mniejszą niż oni. 

41 
Jak  widać,  taka  diagnoza  stanu  świadomości  stawiana  jest  niezależnie  od  podziałów 

politycznych, a mimo to nasuwa się pytanie, czy jest ona słuszna. 

Sejm  oprócz  ustawy  samorządowej  dał  społeczeństwu  dwie  wyraźnie  mierzące  w 

nomenklaturę: o spółdzielczości i o dochodzeniu zwrotu majątku przejętego przez spółki. Jak 
wiadomo,  spółdzielcy,  samorządy,  rady  pracownicze,  czyli  ci  bezpośrednio  zainteresowani, 
ich nie wykorzystują. 

W sondażu po pierwszej turze kampanii wyborczej, w której siekiera waliła w grubą 

kreskę, a spod niej uciekały czerwone mrówki, na pytanie: czym przede wszystkim powinien 
się  zająć  prezydent,  tylko  6  procent  badanych  wymieniło  rozliczenie  nomenklatury.  A 
wreszcie, Leszek Moczulski, jedyny, który w tej sprawie posunął się do konkretów i obiecał 
trybunały  specjalne,  dostał  2,5  procent  głosów,  podczas  gdy  Tymiński,  który  nomenklatury 
wręcz bronił, miał wynik 10 razy lepszy. 

Wszystko  to  razem  nasuwa  taką  uwagę,  iż  nie  należy  swoich  przeświadczeń 

przedstawiać w zdaniach zaczynających się od słów "ludzie uważają". Było to uzasadnione, 
jak  długo  elity  mówiły  w  imieniu  zakneblowanego  społeczeństwa,  ale  w  wyborach  ono  się 
wypowiedziało. Większość jest obojętna lub niechętna rozliczeniom. 

Ta  większość  oczywiście  może  nie  mieć  racji.  W  końcu  pół  roku  temu  bardzo 

niewielki  odsetek  respondentów  uważał,  że  trzeba  natychmiast  zmienić  prezydenta. 

background image

Przypomnijmy więc, że i w kwestii rozrachunków może nastąpić zmiana nastawienia opinii 
publicznej,  i  postawmy  pytanie,  które  jakoś  wszyscy  wymijają:  jak  to  zrobić?  Zmienić 
ustawodawstwo,  które  pozwoli  zdefiniować  kategorię  beneficjentów  PRL-u  i  zawiesić  ich 
prawa  publiczne,  póki  nie  złożą  satysfakcjonującej  samokrytyki?  Dokonać  im  konfiskaty 
ponadprzeciętnych  majętności?  Usunąć  ze  wszystkich  odpowiedzialnych  stanowisk  i 
wprowadzić zakaz ich obejmowania? Powołać specjalne trybunały z uproszczoną procedurą? 

Czy raczej przyjąć wariant w pełni rewolucyjny, ludność organizuje się oddolnie, by 

po uważaniu karać winnych w zasięgu ręki. 

Wzywanie  do  tego,  by  dokonała  się  historyczna  sprawiedliwość,  trzeba  ukonkretnić 

odpowiadając na pytania: wobec kogo? jak? czyimi rękami? 

I  zastanowić  się,  jak  będzie  wyglądała  Polska,  jeśli  przystąpimy  do  takich 

historycznych porachunków. 

3 I 1991 
 
DEMOKRACJA A LA POLONAISE Z GRUSZKĄ 
Wnosząc  z  naszych  zachowań  zbiorowych,  zarówno  zorganizowanych  jak  i 

spontanicznych,  z  wypowiedzi  polityków  i  oświadczeń  działaczy  związkowych,  z  tego,  co 
różni obywatele mówią w radiu i telewizji - widać coraz wyraźniej, że w Polsce kształtuje się 
nader swoiste i oryginalne rozumienie demokracji. 

Przede  wszystkim  zastąpiła  ona  komunizm  w  jego  funkcji  obietnicy.  Bowiem  w 

komunizmie wszystkim miało być dobrze. Ta obietnica zapadła w pamięć zbiorową w zaraniu 
budowania nowego ustroju i co kilka lat w trakcie buntów społecznych była rzucana władzy 
w twarz jako przyrzeczenie niedotrzymane. 

Dziś co dzień można usłyszeć: co to za demokracja, skoro panoszy się korupcja, wola 

naszej  załogi  nie  jest  respektowana,  przestępczość  rośnie,  rolnictwo  się  nie  opłaca,  a  rada 
miejska odrzuca propozycję naszego Związku. 

To poczucie zawiedzionego oczekiwania starym  nawykiem każe  ludziom szukać  nie 

przyczyn,  a  winnych.  Dziś  winna  wszystkiemu  jest  władza,  bo  nie  dała,  nie  zrobiła,  nie 
załatwiła. Tworzy się mechanizm nowy: rozgoryczeni rządzeni występują przeciw rządzącym 
niemal nazajutrz po ich wybraniu. 

Prezydent, parlament, rząd, samorząd są bezradni, gdy stanie przeciw nim zbiorowość. 
Zbiorowość  może być  bardzo różna - to uczestnicy demonstracji, strajkująca załoga, 

zgromadzenie  mieszkańców,  ludzie  obecni  na  wiecu  czy  blokujący  drogi.  Jeśli  taka 
zbiorowość się zaprze, to nie ma właściwie 

43 
na  nią  siły  -  władza  się  chwieje.  Chwieje  się  i  niekiedy  pada,  co  spotkało  już 

dyrektorów,  burmistrzów  i  samorządy.  Na  razie  ominęło  urzędy  centralne,  choć  niezbyt 
szerokim  łukiem.  W  normalnym  świecie  bez  przerwy  odbywają  się  różne  demonstracje  i 
protesty,  ale  poza  szczególnymi  i  rzadkimi  przypadkami  nie  wstrząsają  strukturą 
demokratycznej władzy. 

Dlaczego  u  nas  jest  zatem  inaczej?  Chyba  dlatego,  że  z  chwilą,  gdy  zaistnieje 

zbiorowy  protest,  mandat  woli  społecznej  jakby  automatycznie  opuszcza  organ  władzy  i 
przenosi  się  na  wzburzoną  zbiorowość.  W  takim  momencie  prezydent,  senator,  poseł  czy 
radny  przestają  być  reprezentantami  społeczeństwa  wybranymi  milionami  czy  tysiącami 
głosów,  a  stają  się  prywatnymi  osobami,  które  -  trzymając  się  stylistyki  manifestacji  - 
wdrapały się po naszych plecach na stanowisko i nic nie robią dla prostego człowieka. 

Treścią zbiorowego protestu jest jakieś żądanie i szukanie winnych jego niespełnienia. 

To  na  ogół  rząd,  Balcerowicz,  prezydent,  czasem  nomenklatura,  komuna,  Żydzi,  obcy  i 
aferzyści. Forma jaka jest, każdy widzi: za kraty! na szubienicę! do gnoju! Ma ona zapewne 
udowadniać, że protest wnoszą "prości ludzie". Bardzo prości. 

background image

Dzisiejsze protesty zawierają wszystkie historyczne elementy oporu. Od taczek z 1956 

roku, teraz szykowanych symbolicznemu Balcerowiczowi, przez strajki, okupacje budynków, 
blokady dróg po głodówki zapożyczone od środowisk inteligenckich. 

Tylko  jednego  tu  brakuje  -  doświadczenia  pierwszej  "Solidarności",  takiego  jak 

dojrzałość,  gotowość  do  kompetentnego  współudziału  w  decyzjach  i  otwartość  na 
kompromis. 

Zamiast  tego  obowiązuje  styl  niewybrednej  agresji,  mimo  że  demonstracja  przeciw 

władzy  to  nie  spontanicznie  powstały  tłum  owładnięty  nienawiścią,  jak  w  Mławie.  To 
zbiorowość zwołana przez jakąś organizację związkową lub polityczną, zbiorowość, która na 
taki tłum pozuje. 

Obelżywe,  nierzadko  wulgarne  transparenty  nie  są  przecież  dziełem  wspólnym 

zgromadzonych,  wymyślają  i  malują  je  przedtem  konkretni  ludzie.  Prostacko-rewolucyjne 
hasła, które demonstranci wykrzykują, nie różnią się zbyt od poetyki sejmowych wystąpień 
ludowców i przemówień co bardziej krewkich związkowców. Jeżeli liderzy głoszą, że rządzą 
przestępcy  i  złodzieje,  na  manifestację  przygotowano  transparent  "Balcerowicz  -  Mengele 
polskiej gospodarki", to cóż dziwnego, że zgromadzeni wrzeszczą, by powiesić wicepremiera. 

 
44 
Owa  charakteryzacja  ni  to  na  gniewny  tłum,  co  obali  trony,  ni  to  na  wzburzony 

kolektyw,  który  osądzi  i  potępi,  przypomina'oczywiście  komunistyczną  konstrukcję  "ludzi 
pracy",  w  liczbie  pojedynczej  "prostego  człowieka  pracy".  Otóż  ilekroć  potrzebny  był  on 
partii,  by  na  przykład  potępić  jej  wrogów,  pojawiał  się  w  stroju  roboczym  i  wygłaszał  taki 
tekst:  ja  tam  się  nie  znam,  jestem  prostym  człowiekiem,  ale  ciężko  pracuję  i  nie  pozwolę, 
żeby... 

To  podkreślanie  pracy  fizycznej  i  niewiedzy  jako  tytułu  do  wydawania 

kategorycznych i jednoznacznych osądów było z punktu widzenia partii oczywiste - bo tylko 
ona miała wiedzę niezbędną, by realizować wolę mas. 

Czym jest dzisiaj? Przywoływaniem uprzywilejowanej ustrojowo pozycji ludzi pracy? 

A  może  formą  uchylenia  się  od  ciężaru  odpowiedzialności  -  związkowiec  czy  działacz 
ludowy,  który  podejmuje  dyskusję  i  pyta,  dlaczego  jest  źle,  dowie  się  o  złożonej 
rzeczywistości, wobec której będzie tak bezradny jak indagowany minister. Jeśli zaś krzyczy: 
ja tam się nie znam, ale wy jesteście bandyci i niszczycie naród, to nie odpowiada za sytuację, 
walczy o to, by się zmieniła. Tyle że dziś poczucie siły, jakie dało mu skuteczne wywalczenie 
zmian, z tą najważniejszą włącznie, zmienia się w bezradność wobec oporu materii życia. To 
tak  jak  z  więźniem,  który  waleniem  miskami  wymuszał  na  dozorcach  lepsze  pożywienie, 
łagodniejszy  regulamin,  a  w  końcu  amnestię.  Kiedy  jednak  wyszedł  na  wolność,  widzi,  że 
stukot jego misek niczego nie zmienia. 

Bezradność i zagubienie może tłumaczyć te rozpaczliwe i agresywne zarazem formy 

protestów,  ale  utrwalanie  się  ich  jako  sposobu  bezpośredniej  presji  na  wybrane 
demokratycznie władze prowadzi w  niebezpiecznym kierunku. Bo przecież solidarnościowa 
władza jest bezbronna wobec naprawdę zdeterminowanej postawy. 

Przy całym zaniepokojeniu, jakie budzi forma tej nieustannej konfrontacji, wydaje się, 

że  wyładowuje  się  w  niej  strach  i  rozgoryczenie,  ale  w  społeczeństwie  jest  ciągle 
wystarczająco  duży  pokład  rozsądku  i  cierpliwości,  by  do  nieszczęścia  nie  doszło.  Co  nie 
znaczy, że nad sposobami życia zbiorowego nie należy się zastanawiać. 

Do uczestnictwa w demokratycznych procedurach trzeba oczywiście pewnej wiedzy, 

umiejętności negocjacyjnych i świadomości, że spory załatwia się kompromisem, a nie walką 
o to, czyje na wierzchu. No 

45 

background image

i zgody na respektowanie prawa. I to naprawdę nie przekracza możliwości zwykłego 

człowieka, nawet jeśli ukończył tylko szkołę podstawową. 

U  nas  strajk  przekreśla  decyzję  sądu,  posłowie  biorą  udział  w  łamaniu  przepisów, 

związkowcy popierają dzikie strajki i ogólnie wiadomo, że jak się ludzie gromadnie zbiorą, to 
prawo idzie na kołek. 

Słowem,  przez  dwa  lata  nie  udało  się  uzmysłowić  ludziom  sposobu  uczestnictwa  w 

demokratycznych instytucjach, co więcej, powszechne jest poczucie wyłączenia z wpływu na 
rzeczywistość. A fakt, że ci, którzy taki wpływ na swą sytuację chcą mieć, demonstrują to w 
konwencji buntu, gniewnego krzyku, kategorycznych żądań i obelg, jest w dużej mierze winą 
sił  politycznych.  Bo  walcząc  o  władzę,  beztrosko  kwestionują  i  podważają  instytucje 
demokratyczne zasłaniając się formułą "ludzie żądają". 

Walka  ta  nierzadko  tworzy  jakiś  obyczaj,  formułę,  która  raz  wykorzystana  z 

sukcesem,  zaczyna  potem  żyć  niezależnie.  Oto  na  przykład  KPN-owcy,  którzy  krzyczeli 
"Jaruzelski  musi  odejść",  doczekali  się  spełnienia  swego  żądania.  Tyle  że  pewna 
przypadkowa  skuteczność  tego  hasła  zakodowała  się  w  pamięci  i  teraz  emeryci  pod 
Belwederem  krzyczą  "Wałęsa  musi  odejść",  a  chłopi  pod  URM-em  "Balcerowicz  musi 
odejść". A jeśli ci ostatni dostaną w końcu w tym trybie głowę ministra finansów - stanie się 
jasne, że w Polsce ulica może obalać rządzących. Na razie robią to siły polityczne, które na 
wolę ulicy się powołują. A co będzie, jeśli lada chwila ktoś wpadnie na pomysł, by wolę tę 
wzmocnić głodówką? 

Ciekawe  też,  czy  hasła  "Rozgonić  sejm",  "Odchwaścić  parlament"  przejdą  w 

niepamięć  wraz  z  zakończeniem  X  kadencji,  jeśli  następny,  wyłoniony  w  normalnych 
wyborach nie będzie satysfakcjonował wszystkich. 

Czy  nie  ma  takiego  niebezpieczeństwa,  że  metody,  które  służyć  miały  pozbyciu  się 

kontraktowego  prezydenta  i  zdeprecjonowaniu  kontraktowego  sejmu,  obrócą  się  przeciw 
prezydentowi i parlamentowi powołanym demokratycznie? 

To,  że  nacisk  jakiejś  grupy  może  -  pomijając  przewidziany  prawem  tryb  -  obalić 

dyrektora, samorząd, burmistrza czy wyrok sądu, że działania takie wspierają partie, działacze 
związkowi i parlamentarzyści, oddala nas od demokracji i prowadzi z powrotem do myślenia 
ideologicznego, które przez lata kształtowało nasze widzenie rzeczywistości. 

Królowało  w  nim  pojęcie  interesu  ogólnospołecznego,  zwanego  też  interesem  klasy 

robotniczej. Miał to być jakiś uniwersalny probierz, 

 
46 
który,  przyłożony  do  konkretnego  pomysłu  czy  postulatu,  oceniał  jego  zgodność  z 

celem  nadrzędnym.  Probierzem  tym  dysponowała  jedynie  partia,  która  dzięki  temu 
decydowała o wszystkim, nie bacząc na przepisy prawa czy opinie różnych środowisk. 

Dziś głosicieli woli całego społeczeństwa jest legion. I zdaniem każdego z nich, skoro 

społeczeństwo  czegoś  chce,  należy  to  natychmiast  zrealizować,  a  nie  zasłaniać  się 
paragrafami i ustawami. Tymczasem wola społeczna jest zgodna w sprawach podstawowych, 
jak  choćby  bezpieczeństwo  zewnętrzne  i,  miejmy  nadzieję,  wolność  wewnętrzna.  A 
codzienność to zawsze mnogość konfliktów i sprzecznych interesów. Wydaje się jednak, że 
po latach wmawiania nam bezkonfliktowego i harmonijnego rozwoju, tej oczywistej prawdy 
nie  chcemy  przyjąć  do  wiadomości.  I  każde  z  roszczeń  jest  zgłaszane  osobno,  unika  się 
natomiast konfrontacji między nimi. 

Ekologowie domagają  się zlikwidowania trujących zakładów, załogi  ich utrzymania, 

bo  bronią  się  przed  bezrobociem.  Właściciele  kamienic  chcą  prawa  dysponowania  swą 
własnością,  lokatorzy  ochrony  przed  właścicielami.  Przemysł  żąda  zmniejszenia  ciężarów 
podatkowych,  sfera  budżetowa  zwiększenia  świadczeń.  Chłopi  chcą  cen  gwarantowanych  i 
tanich kredytów - przeciw są ci, którzy bronią interesu konsumenta, reguł wolnorynkowych i 

background image

budżetu.  Do  dziś  rolnicy  nie  uświadomili  sobie,  że  muszą  z  tą  drugą  stroną  wypracować 
kompromis  i  dać  go  do  realizacji  rządowi,  a  miejscem  osiągania  kompromisu  jest  właśnie 
sejm. 

Słowem,  w  dzisiejszej  Polsce,  pełnej  konfliktów  zarówno  dramatycznych  jak  i 

błahych,  omija  się  instytucje  demokratyczne,  które  po  to  właśnie  istnieją,  aby  konflikty 
rozwiązywać.  Ponad  nimi,  rząd  czy  samorząd  zmuszony  jest  brać  pod  uwagę  spontaniczny 
głos ludu demonstrującego, strajkującego lub blokującego. 

Trzeba też dodać, że owe formy wyrażania woli zbiorowej w doraźnym zgromadzeniu 

nie  dla  wszystkich  obywateli  są  dostępne.  Strajki  aktorów  zamykanego  teatru  czy 
pracowników galerii dotyczące zmian dyrekcji raczej śmieszą. Ani ogniwa "Solidarności", ani 
KPN  nie  rzucą  się  popierać  ich  protestem  Regionu  czy  Obszaru.  Gdyby  uczeni  z 
likwidowanego  instytutu  zalegli  w  nim  w  śpiworach,  to  wystarczyłby  urzędnik  z  resortu  z 
pytaniem:  i kto, panowie, ma do was dopłacać? Nawet młodym ekologom z Czorsztyna nie 
udało  się  załapać  na  bezkarność  -  oni  zgodnie  z  prawem  płacą  za  blokadę  drogi  grzywny, 
podczas 

  47 
gdy  strajk  komunikacji  paraliżujący  miesiącami  Białystok  kończy  się  oczywiście 

abolicją  wszelkich  sankcji.  Z  góry  też  można  przewidzieć,  że  gdyby  ważną  arterię  miasta 
zablokowały feministki, to posypałyby się kolegia, zaś gdyby to zrobiły prządki, żaden organ 
nie wpadłby na taki 

pomysł. 
I  wreszcie  jeśli  Maciej  Jankowski,  przewodniczący  Regionu  "Mazowsze",  nazywa 

wicepremiera  Balcerowicza  "małpą  z  brzytwą",  to  oczywiście  ma  do  tego  prawo,  bo  jest 
robotnikiem.  A  co  by  było,  gdyby  się  tak  o  nim  wyraził  publicznie  premier?  Zapewne 
skandal, obrażenie człowieka pracy i zniewaga Związku. 

A  demokracja  to  równe,  jednakowe  prawa  dla  wszystkich.  Chyba  że  jest  to 

demokracja  ludowa.  Termin  ten,  jak  wiadomo,  znaczy  tyle  co  mokra  woda,  czyli  "ludowa 
władza  ludu".  Ale  to  tylko  pozór  językowego  nonsensu,  bo  w  tej  konstrukcji  "lud"  raz 
oznacza  społeczeństwo,  a  raz  niższe  warstwy,  czyli  demokracja  ludowa  to  taka,  w  której 
społeczeństwem  rządzą  jego  niższe  warstwy.  Czyżby  ta  obietnica  komunistów  właśnie  się 
spełniła? Bo oni sami zrobili z tej zasady oszustwo. Lud nie miał nic do gadania, jego dążenia 
rozpoznawały sprawdzone jednostki, które epatowały nas swym plebejskim rodowodem, ale 
troskały  się  głównie  o  interes  własny  i  odtąd  zrażony  lud  najwyraźniej  żadnych 
przedstawicieli nie chce. Nie satysfakcjonują go posłowie, radni ani związkowcy. Najchętniej 
wkracza na publiczną scenę gromadnie. 

Niekiedy uważa się, że zmierzamy do ochlokracji, czyli rządów tłumu, ale na razie jest 

to  raczej  coś,  co  można  by  nazwać  powstawaniem  szczególnej  formy  demokracji 
bezpośredniej z plebejską preferencją. 

Nikt  temu  mechanizmowi  nie  przeciwdziała,  przeciwnie,  jest  on  ochoczo 

wykorzystywany. Niestety, wspiera go też prezydent, który wobec tłumu zgromadzonego na 
placu,  w  fabryce  czy  przy  kościele  narzeka  na  nieudolność  rządu,  wyśmiewa  parlament, 
piętnuje  bezradne  samorządy  i  ponad  tymi  sponiewieranymi  instytucjami  zwraca  się  do 
zgromadzonego ludu z dramatycznym pytaniem: wy mi powiedzcie, co mam robić! A lud jak 
to lud - nie odpowiada. Czasem klaszcze, czasem gwiżdże. Czasem doradzi przegnać złodziei, 
czasem przypomni, że to władza ma rządzić. Czasem rzuca gruszkami. 

Na pytanie bowiem, czy lud zawsze ma rację, odpowiedź brzmi: jak czasem. Raz ma, 

raz nie. Ma - jeśli obala tyranię czy odrzuca przemoc. Ale, jak wskazuje doświadczenie, bywa 
też inaczej: lud kubański poparł Fidela Castro i na wielkim mityngu przez radosną aklamację 
uchwalił 

 

background image

48 
sobie  kołchozy.  Lud  Kambodży  witał  Czerwonych  Khmerów  entuzjastycznie.  A 

liczebność tłumów fetujących Władysława Gomułkę prześcignął dopiero Jan Paweł II. 

Bowiem wcale nie jest tak, że wymyślona przez Greków demokracja bezpośrednia, w 

której władzę ustawodawczą  mają wszyscy obywatele,  jest  ideałem. I dziś  jedynie względy 
techniczne - niemożliwość zgromadzenia całego narodu na obrady - każą nam poprzestawać 
na ułomnej formie przedstawicielskiej. 

Rzecz  bowiem  w  tym,  że  tłum  jest  anonimowy,  że  za  decyzje  podjęte  przez tysiące 

ludzi nikt nie odpowiada osobiście - swą twarzą, nazwiskiem i reputacją. 

Przed  Belwederem  z  tłumu  emerytów  rzucono  gruszką  w  prezydenta.  Załóżmy,  że 

Lech  Wałęsa  zamiast  wychodzić  do  demonstrantów  zaprosił  ich  delegację  na  rozmowę,  a 
wśród  zaproszonych  był  autor  incydentu.  Na  pewno  nie  sięgnąłby  on  wtedy  po  owoce  z 
belwederskiej  patery,  by  rzucać  nimi  w  rozmówcę.  Nie  byłby  już  kimś  nieznanym, 
schowanym  wśród  demonstrantów  i  bezkarnym.  Byłby  konkretną  osobą  odpowiedzialną  za 
swe zachowanie przy prezydenckim stole. 

Można  powiedzieć,  że  na  tym  właśnie  polega  różnica  między  demokracją 

bezpośrednią a przedstawicielską. 

W  tej  drugiej  władza  ludu  oznacza,  że,  po  pierwsze:  każdy  obywatel  może 

kandydować  do  władz,  po  drugie:  wybrany  przedstawiciel  odpowiada  przed  elektoratem  za 
podejmowane decyzje jedynie w ten sposób, że może być mu cofnięte poparcie w kolejnych 
wyborach.  Bowiem  poseł  jest  przedstawicielem  całego  narodu.  Reprezentując  interesy 
mieszkańców  okręgu,  który  go  wybrał,  czy  grupy  zawodowej,  która  go  wysunęła,  musi  je 
konfrontować z racjami innych grup, ze stanem kasy państwa, z wymogami bezpieczeństwa 
kraju. Musi wypracowywać kompromisy, podejmować decyzje wedle swej wiedzy i sumienia 
i ponosić za nie odpowiedzialność. 

Dlatego  krzyk  i  żądania  manifestantów  nie  mogą  podważać  mandatu  prezydenta, 

posła, radnego wyłonionych w wyborach, ani rządu czy zarządu,  który oni z kolei powołali. 
Tłum nie może im narzucać woli ani wymuszać na nich decyzji, ponieważ nie ponosi żadnej 
odpowiedzialności. 

Demonstracja może informować o nastrojach danego środowiska, bo to jest jakiś fakt 

społeczny, który przy decyzjach władz winien być brany 


49 
pod uwagę. Ale demonstracje i protesty muszą być przeprowadzane zgodnie z prawem 

jednakim dla wszystkich, bez względu na to, kto protestuje  - kudłaci pacyfiści, stoczniowcy 
czy uliczni handlarze. 

Demokracja  nie  jest  ustrojem,  który,  w  odróżnieniu  od  realnego  socjalizmu,  ma 

sprawić,  że  wreszcie  będzie  dobrze.  Jest  jedynie  metodą,  jak  dotąd  najskuteczniejszą,  dla 
wyrażania  woli  różnych  grup  i  zespołem  reguł,  które  umożliwiają  godzenie  sprzecznych 
interesów.  Z  demokracji  trzeba  umieć  korzystać.  Utrudnia  ona  postanowienia  beztroskie  i 
niemądre, jakie potrafi podejmować tłum, ale nie gwarantuje decyzji mądrych i optymalnych. 
To już zależy od ludzi, od ich rozsądku, wyobraźni i odpowiedzialności. 

28 IX 1991 
 
PEŁZAJĄCA REWOLUCJA 
Zgorszenie  stylem  uprawiania  polityki  stało  się  nagle  ostentacyjne  i  słychać  je 

zewsząd.  Klasę  polityczną  krytykują  komentatorzy,  ulica,  a  potwierdzają  to  badania,  z 
których  wynika,  że  powszechne  jest  mniemanie,  iż  politycy  zabiegają  jedynie  o  interes 
własny i partyjny, zaś dobro wspólne mało ich obchodzi. 

background image

Wszystko  to  zresztą  nie  nowina,  sondaże  od  dawna  wskazywały,  że  ludzie  bardziej 

ufają policji niż swoim posłom; zdania: oni tam biją się tylko o stołki, kłócą się nie wiadomo 
o co, nie załatwiają spraw ważnych dla społeczeństwa - stały się wręcz obiegowe. 

Tymczasem  ta  rosnąca  irytacja  i  potępienie,  które  ogarniały  coraz  szersze  rzesze 

wyborców, w żaden  sposób  nie wpływały  na  styl  życia politycznego. Jakby  jakaś chochola 
niemoc trzymała polityków w konwencji awantur, insynuacji i pomówień. 

Nie  byłoby  jednak  sprawiedliwe  ograniczać  zjawisko  nieustającej  agresji  tylko  do 

polityków. Równie zasadne jest zastanowienie się, dlaczego na przykład robotnicy strajkujący 
w  latach  1980-81  swój  sprzeciw  wobec  biedy,  braku  wszystkiego,  bezprawia  i  komuny 
prezentowali w formie stanowczej godności, a strajkujący dzisiaj nie potrafią swych potrzeb 
wyrazić  inaczej  niż  w  obelżywych,  pełnych  pomówień,  nierzadko  wulgarnych  hasłach. 
Również rolnicy porzucili ówczesny wzór chłopa godnego na rzecz stylu pyskówki. 

Popularnym  dosyć  tłumaczeniem  zjawiska  zdziczenia  życia  publicznego  jest 

twierdzenie,  że  godnościowe  postawy  sprzed  12  lat,  owo  wspinanie  się  do  najlepszych 
wzorów, przeświadczenie, że nam właśnie przystoi odpowiedzialność żądań, powaga i kultura 
w działaniu, były 

 51 
spowodowane  przez  wspólnego  przeciwnika.  Przeciwnika  (nikt  by  go  wówczas  nie 

nazwał  wrogiem),  który  rzeczywiście  czyhał  na  każdy  pretekst,  by  zarzucić  "Solidarności" 
wszelkie a-zechy główne i wady kardynalne, f 

Czy  zatem  ów  zestaw  wartości  zwany  etosem  "Solidarności"  był  jedynie  barwą 

ochronną,  pod  którą  skrywaliśmy  swą  prawdziwą,  dosyć  prostacką  naturę?  I  teraz,  gdy 
komunisty zabrakło, możemy swobodnie i bez zahamowań dawać jej wyraz? 

Czy tylko strach sprawiał, że  nie rzucano w Jagielskiego gruszkami,  nie  wymyślano 

Rakowskiemu  od  złodziei,  Jaruzelskiemu  od  Targowicy,  a  sobie  wzajemnie  od  zdrajców, 
intelektualistów, komuchów i agentów? 

W  wewnętrznym  życiu  Związku  takie  wątki  się  pojawiały,  ale  pozostawały  na 

marginesie.  W  końcu  zawsze  zwyciężało  pragnienie  bycia  lepszym  -  nie  prymitywnym 
robolem, nie tłumem nieodpowiedzialnym, który władza musi trzymać za mordę, bo pójdzie 
w anarchię, zniszczy zakład, wygasi piece. 

Otóż  wydaje  się,  że  to  nie  było  tak,  iż  jedynie  strach  czynił  ludzi  szlachetnymi  i 

odpowiedzialnymi. Było przecież tak, że większość czuła się dobrze w atmosferze wzajemnej 
życzliwości, w byciu lepszym niż przedtem, w otwartej ciekawości dla poglądów innych, w 
gotowości do pomagania słabszym i gorzej zorganizowanym, we wzajemnym uczeniu się, jak 
strach pokonywać, w tym, że my nie używamy przemocy. Wtedy wszyscy cieszyli się z tego, 
że w PZPR powstawały struktury poziome, że coraz to nowi ludzie porzucali partię i ustalone 
ścieżki karier przechodząc na naszą stronę, że nawet w MSW chciano zakładać "Solidarność". 

I co dziś zostało z tamtych uczuć, potrzeby więzi, gotowości do wspólnego myślenia, 

jak Polskę urządzić? Została tęsknota tych zwykłych ludzi, którzy powtarzają: przestańcie się 
kłócić, zacznijcie coś robić. Niestety, każda grupa,  która zaistnieje publicznie, pchana jakby 
niewidzialną koniecznością wpada w konwencję nieopanowanej agresji. 

W  Laskach  rozjuszeni  ludzie  zastanawiają  się,  na  którym  drzewie  powiesić 

Kotańskiego;  w  hucie  miedzi  robotnicy,  niczym  XIX-wieczni  niszczyciele  maszyn,  gaszą 
piec;  w  imieniu  chłopów  ich  przywódca  zapowiada,  że  będzie  mordował  komorników; 
obrońcy  życia  zgromadzeni  pod  Sejmem  aplauzem  nagradzają  chrześcijańskiego  posła 
Niesiołows-kiego,  który  przeciwników  prawnego  zakazu  aborcji  nazywa  komunistycznym 
motlochem. 

 
52 

background image

A  przedstawiciele  robotników,  chłopów,  chrześcijan  i  reszty,  nie  bacząc  na  irytację 

zwykłych ludzi, toczą w Sejmie wielogodzinne zwady o teczki i aborcję. 

Witold  Gadomski  z  Kongresu  Liberałów  zastanawiał  się  kiedyś  w  "Gazecie 

Wyborczej", dlaczego  jest tak, że  liderzy, którzy  prywatnie rozmawiają ze  sobą  normalnie  i 
kulturalnie, w momencie, gdy zapalają się reflektory, przechodzą natychmiast na insynuacje i 
inwektywy. 

I rzeczywiście - polityka toczy się w języku, w którym można się już tylko obrażać. 

Powstała  bowiem  nowa  nowomowa,  która  składa  się  z  terminów  brzemiennych  emocjami. 
Właściwie nie ma już słów, którymi można by rozmawiać o tym, co się dzieje, i rozważać, jak 
rozwiązywać 

konk                                                                                                                             

retne problemy. 

Z  jednej  strony  mamy  katolewicę,  lewicę,  różowych,  agentów  komunistycznych, 

zdradę,  Okrągły  Stół,  Targowicę,  Europejczyków,  złodziejskich  liberałów,  udecję, 
przeciwników życia. 

Z drugiej zaścianek, oszołomów i nienawistników. 
Pierwszy zestaw jest o wiele bogatszy, drugi ubogi i wyraźnie obronny. 
Spór się toczy o przeszłość - o to, czy komunizm się skończył, czy jeszcze trwa; kto 

był jego ofiarą, a kto współdziałał z katami; kto ma prawdziwe zasługi w jego obaleniu, a kto 
odegrał rolę niejasną i wartą wyjaśnienia. 

I  znów  powraca  pytanie  -  dlaczego  polityka  wbrew  nastrojom  społecznym,  więcej, 

przy  coraz  głośniejszym,  powszechnym  potępieniu  toczy  się  w  tej  konwencji  i  dotyczy  tak 
oderwanych  od  rzeczywistości  spraw.  Choćby  instynkt  samozachowawczy  polityków 
powinien ich doprowadzić do opamiętania. 

W istocie to, co widzimy, jest przerabianiem schematu rewolucji, o tyle oryginalnym, 

że rozwleczonym na kilkanaście lat. 

Rewolucja zaczyna się od tego, że warstwy niższe w danym społeczeństwie  - jak np. 

wyzute z praw mieszczaństwo i uciskany lud  - połączą swe indywidualne rozgoryczenie we 
wspólny  protest  i  zakwestionują  obowiązujący  obraz  świata  przeciwstawiając  mu  własną 
wizję.  Arystokracji,  która  włada,  bo  Bóg  ją  obdarzył  dobrym  urodzeniem,  rzuca  się 
wyzwanie:  wszyscy  ludzie  są  równi.  Oznacza  ono  w  istocie:  my  nie  jesteśmy  gorsi,  nie 
jesteśmy głupsi, nie jesteśmy inni - możemy współ- 

-----------------t--" 
decydować o naszych losach. To jest czas, gdy lud pragnie lego dowieść, jest wtedy 

wspaniały, wielkoduszny i mądry. Nabiera wiary w siebie i tym bardziej domaga się praw. 

Gdy dochodzi do starcia z siłami starego porządku i  losy rewolucji  się ważą, każdy, 

kto się przyłącza, witany jest z radością - do wojska się woła: wszyscy jesteśmy braćmi! do 
tych, co stoją z boku: chodźcie z nami! Walczymy i o waszą wolność! 

Potem Bastylia upada, wszyscy się bratają, tańczą na ulicach, bo oto się spełniły i stały 

ciałem wolność, równość i braterstwo. 

A  nazajutrz  już  nic  nie  jest  proste  -  wszczynają  się  spory  o  to,  czy  rewolucja  już 

wygrała,  czy  jeszcze  nie  jest  dokończona,  czy  wróg  jest  pokonany,  czy  też  przeciwnie  - 
zamaskował się i szykuje następny atak. 

I rychło się okazuje, że nie  ma wolności dla wrogów wolności, braterstwo nie  może 

osłabiać  rewolucyjnej  czujności,  a  nad  równość  wynosi  się  zasadę  sprawiedliwości 
rewolucyjnej  i  dziejowej.  Przychodzą  jakobini,  uświęcają  terror  i  oto  lud,  który  jeszcze 
niedawno  był  mądry  i  wielkoduszny, bawi  się wokół  szafotów. W końcu  się  jednak  męczy 
szaleństwem polityki i polityków i wtedy przychodzi czas, w którym szansę ma cesarz albo 
restauracja starego reżimu. 

Tyle schemat wzorcowy, powielany potem w różnych wariantach. 

background image

My przeszliśmy w 1980-81 fazę pierwszą. Społeczeństwo, przez lata traktowane jako 

niedojrzałe  i  niedorosłe do decydowania o sobie, zakwestionowało ten podział  na  ludność  i 
awangardę  i  zaczęło  się  domagać  nie  udziału  we  władzy,  ale  zaledwie  prawa  do  bycia 
wysłuchanym.  Owe  cnoty  obywatelskie,  które  demonstrowano  jak  Polska  długa  i  szeroka, 
miały  być  dowodem,  że  żądanie  to  jest  uzasadnione.  Wzory  rewolucyjne  nie  były  wtedy 
popularne - władzy nie chciano, przemoc odrzucano. Być może były to cnoty wymuszone, na 
pewno  jednak  podyktowane  zbiorową  roztropnością  i  tak  głęboko  akceptowane,  że 
wprowadzenie stanu wojennego nie  mogło  być traktowane  inaczej,  jak  największa krzywda 
niczym  nie  usprawiedliwiona.  Stan  wojenny  przerwał  naszą  pokojową  rewolucję  w  fazie 
pięknej - tej, gdy ludzi łączy poczucie braterstwa i wiara, że walczą o wolność dla wszystkich. 

Jak  wiadomo,  potem  nie  było  zdobycia  Bastylii  ani  poczucia  zwycięstwa,  tylko 

znienacka,  od  razu  praca  nad  przebudową  kraju.  Nie  towarzyszył  temu  żaden  zryw  do 
nowego,  żadna  idea,  która  ludzi  mobilizuje  i  dodaje  im  wiary  w  siebie  i  siły  do  działania. 
Wydawałoby się więc, że tamten zryw jest jakąś historią zamkniętą, rewolucją, która 

 
54 
doprowadziła nas ostatecznie do wolności, ale czy to ze względu na swą odmienność, 

czy dlatego, że została przerwana, nie skaziła się jakobiniz-mem. Nie weszła w fazę pożerania 
własnych dzieci, sporów o to, co było jej celem, wzmagania czujności i tropienia wrogów. 

I oto teraz, po dziesięciu latach, mamy poślizg  -  ta faza, której umknęliśmy niegdyś, 

nadeszła. W formie dziwacznej i nietypowej, bo obejmuje głównie polityków, za którymi nie 
stoi  lud  podniecony  zwycięstwem  i  gotów  włączyć  się  w  spór  o  to,  jak  je  spożytkować. 
Przeciwnie, lud - bohater niegdysiejszej rewolucji w części krząta się, by wykorzystać szansę, 
w  części  pogrąża  się  w  zniechęcenie  i  frustrację.  Spór  o  to,  czym  były  minione 
dziesięciolecia, kto w nich był ofiarą, a kto katem, kto ma zasługę w obaleniu socjalizmu, a 
kto się podszywa, kto zdradził, kto jest wrogiem, a kto ma prawo do nowej Polski - mało go 
obchodzi. Chce, by załatwiać sprawy ważne dziś. 

Tymczasem  tu  właśnie  mnożące  się  partie  w  większości  nie  umieją  znaleźć  pola  do 

popisu,  by  różnić  się  programami  -  czemu  i  trudno  się  dziwić.  Nie  jesteśmy  w  sytuacji 
podróżnych dyskutujących nad mapą, którym z zaznaczonych, sprawdzonych szlaków dojść 
do wybranego celu. Jesteśmy w sytuacji odkrywców ziemi nieznanej - kierunek jest wiadomy, 
wracać nie ma dokąd, drogi nikt nie zna. 

Spór o to, kto ma prowadzić, tyczy więc nie tego, którędy, ale tego, kto ma większe 

zasługi, kto jest bardziej nieomylny, kto bardziej grzeszny, komu się należy. 

Uwikłania  się  polityki  w  tryby  takich  sporów  nie  należy  nazywać  chorobą  młodej 

polskiej  demokracji.  Bowiem  z  demokracją  nie  mają  one  po  prostu  nic  wspólnego  -  wręcz 
przeciwnie. Już ignorowanie opinii publicznej jest na to dowodem. Ale nie tylko. 

Władza w państwie  nie  jest traktowana  jako  mandat społeczeństwa, ale  jako coś, co 

czy to z wyroku historii, czy  na  mocy sprawiedliwości dziejowej  należy  się zwycięzcom w 
owej  przewlekłej  rewolucji.  To  w  oczywisty  sposób  wyklucza  pokonanego  wroga,  czyli 
Sojusz  Lewicy.  Stałym  fragmentem  gry  sejmowej  są  rytualne  już  obelgi  miotane  na  lewą 
stronę  i  wydaje  się,  że  tolerowanie  siedzących  tam  posłów  służy  jedynie  za  dowód 
chrześcijańskiego miłosierdzia strony prawej. Żywi ona chyba przeświadczenie, że gdyby w 
najbliższych  wyborach  komuniści  zdecydowanie  wygrali,  to  władzy  przecież  i  tak  im  nie 
damy, bo niejako z definicji nie mogą oni partycypować w rządzeniu. I to sprawia, że 

55 
prawa strona dość beztrosko nagania im wyborców - chociażby skrajną wersją ustawy 

antyaborcyjnej. 

Gdzie, kiedy i dlaczego postanowiono, ieJSyły ZSL ma naturę janusową, raz wyziera 

z niego pokonany w^g, a raz lud zwycięski 

background image

- nie wiadomo. Ale mianowanie premierem Waldemara Pawlaka sprawiło, że z wtorku 

na środę ogłoszono, że PSL naturę ma jednak komuchowatą. 

Tyle o pokonanych wrogach  -  a przecież najbardziej zażarte boje toczą się wewnątrz 

obozu zwycięzców. 

Tu  ustalenie  skali  zasług  i  zaprzaństwa  ma  zdecydować,  komu  się  należą  owoce 

zwycięstwa. Rzecz w tym, że nie ma jednej wspólnej miary 

- zależy ona od tego, jak się opisze Polskę i jej dzieje najnowsze. Walka na wizje ma 

to rozstrzygnąć. 

Można  się  pokusić  o  próbę  odtworzenia  definicji  Polski  i  komunizmu,  które  są 

przedmiotem tych zmagań. 

Unia  Demokratyczna,  skupiająca  licznych  weteranów  opozycji,  komunizm  traktuje 

tak, jak został w tych środowiskach opisany przed laty 

-  jako  system  totalnej  przemocy  i  demoralizacji  społeczeństwa,  niewolący  ludzi 

podstępnie,  ale  i  wciągający  ich  w  swe  tryby  i  swą  logikę.  Jest  to  wiedza  teoretyczna  i 
praktyczna zarazem, bo ta opozycja latami zajmowała się uświadamianiem różnym grupom, 
iż  są  zniewolone  i  była  to  praca  żmudna.  Dla  Unii  komunizm  skończył  się  ostatecznie  po 
wyborach 1989 roku, bo wtedy mechanizmy totalitarne przestały działać. Ważne jest dla niej, 
by się nie odtwarzały pod znakiem innej ideologii, stąd nacisk na przestrzeganie prawa i norm 
demokratycznych. To ma ułatwić szybsze wyjście z kryzysu i włączenie się w Europę. 

Kongres Liberałów mało teoretyzuje, ale można założyć, iż koncentruje się na tym, że 

komunizm zniszczył w społeczeństwie przedsiębiorczość, rzutkość, zasadę odpowiedzialności 
za  swój  los  i  wychował  ludzi  do  roszczeniowej  bierności.  Dla  liberałów  komunizm  się 
skończył,  ale  pozostawił  głęboki  ślad  w  mentalności  zbiorowej,  i  to  stanowi  istotną 
przeszkodę w rozwoju Polski. 

Zgoła inaczej rzecz wygląda w oczach Zjednoczenia Chrześcijańsko- 
-Narodowego.  Istotą  Polski  jest  katolicyzm.  Komunizm  niewoląc  Polskę  zwalczał 

wiarę  i  Kościół,  katolicy  byli  ofiarami  wszechstronnej  dyskryminacji  -  prawdziwy  podział 
przebiegał  między  wierzącymi  i  ateistami,  którzy  -  cokolwiek  myśleli  o  komunizmie, 
aprobowali go, czy nie 

 
56 
-  w  istocie  brali  czynny,  bierny  lub  wręcz  nieświadomy  udział  w  zwalczaniu 

polskości. Ta walka zresztą wcale się nie skończyła i pierwsze wybory były jedynie jakimś jej 
etapem.  Bowiem  katolicy  nie  czują  się  jeszcze  swojsko  i  bezpiecznie  w  swoim  państwie, 
zagrożenia są zewsząd: 

komuniści, niewierzący, ci, co ciągle atakują Kościół, no i ta Europa zlaicyzowana i 

konsumpcyjna,  mamiąca  dobrobytem  a  oferująca  jedynie  pustkę  duchową.  Słowem  siły 
bezbożnictwa,  które  z  różnych  stron  i  z  różnych  powodów  zagrażają  Polsce,  zlewają  się  w 
jednego wroga, przed którym musi się ona obronić. 

Porozumienie  Centrum  widzi  front  walki  inaczej.  Komunizm  był  władzą 

nomenklatury  partyjnej,  która  dla  egoistycznych,  materialnych  korzyści  żerowała  na 
społeczeństwie.  Wybory  czerwcowe  niewiele  tu  zmieniły,  jedynie  formę  pasożytowania  - 
zamiast  ukrytej  konsumpcji  związanej  z  funkcją  partyjną,  uwłaszczenie  się  na  resztkach 
majątku narodowego. Komunizm zatem w istocie trwa i trwał będzie tak długo, jak długo ci, 
co czerpali profity z komunizmu nadal będą się mieli dobrze. 

Ruch  dla  Rzeczpospolitej  Jana  Olszewskiego,  który  wyłonił  się  z  Porozumienia 

Centrum w aurze sprawy toczkowej, akceptuje wizję komunizmu  i  ZChN,  i PC, dokłada do 
niej jeszcze jeden element: system polegał na zniewoleniu ludzi prawych przez ludzi podłych. 
I walka trwa nadal - podłość, zdrada i zaprzaństwo łączą się w spisek przeciw Polsce. 

background image

Konfederacja Polski Niepodległej ma diagnozę najprostszą  - wszystko to prawda, ale 

komunizm skończy się wtedy, gdy Leszek Moczulski zostanie prezydentem. 

Zasadnicze  starcia  dotyczą  owej,  wydawałoby  się,  historycznej  kwestii  -  jest 

komunizm czy go już nie ma? Unia Demokratyczna i Liberałowie uważają, że się skończył, 
nie grozi nam powrót tego systemu, natomiast ciąży nad nami jego dziedzictwo - od struktury 
gospodarczej po pozostałości w zbiorowym  myśleniu. Trzeba  się z  nim uporać, pracować  i 
rozwiązywać konkretne problemy. Właściwe tym partiom hasło powinno brzmieć: wszystkie 
ręce  na  pokład!  Nie  rzuciły  go  wtedy,  gdy  było  jeszcze  oczekiwanie  społeczne  na  jakieś 
wezwanie  do  współudziału,  a  teraz  jest  już  za  późno.  Są  w  defensywie  wobec  sił 
wykrystalizowanych później, które rzeczywistość opisują odmiennie: 

powrót  komunizmu  jest  realnym  zagrożeniem,  są  ludzie  i  grupy  dążące  do  jego 

odbudowy, opanowują różne ważne miejsca, zwalczają Kościół, 

5^7 
gromadzą  środki,  zawiązują  spiski.  Wszystkie  ręce  na  pokład?  Na  pewno  nie. 

Najpierw trzeba sprawdzić, które ręce są czyste. 

Starcie  tych  dwóch  wizji  tworzy  styl  polityki.  Nacierająca  tworzy  ów  język 

brzemienny emocją i czarno-białą wyrazistością, bo ciągnie utrwalić w zbiorowej wyobraźni 
nowy obraz świata, jego jasnyh i ciemnych stron, l 

Formacja  spychana  na  bok  zawsze  jest  dosyć  bezradna  -  wartości,  którymi  opisała 

rzeczywistość,  są  oto  dezawuowane,  a  nowo  głoszone  mierzą  w  nią.  Ma  do  wyboru  - 
obstawać przy swoim, broniąc się przed emocjonalnym opisem (tak, jesteśmy liberałami, co 
wcale  nie  znaczy,  że  jesteśmy  złodziejami),  wdać  się  w  spór  na  gruncie  opisu  nowego 
(mówicie,  że  Okrągły  Stół  to  zdrada  -  po  pierwsze  to  nieprawda,  po  drugie  sami  przy  nim 
siedzieliście  lub  z  jego  ustaleń  korzystaliście)  i  wreszcie  odrzucać  dyskusję,  wskazując 
nielogiczność, nonsensowność i instrumentalność ataków (oszołomy itd.). 

Partie nacierające nie używają formy agresywnej jedynie taktycznie, one w swe wizje 

Polski  głęboko  wierzą.  Poseł  Niesiołowski,  człowiek  wykształcony  i  kulturalny,  naprawdę 
jest przekonany, że sprzeciwiać się zakazowi aborcji mogą jedynie bezbożni komuniści i oni 
to gromadzą jakąś swoją hołotę pod Sejmem. Gdyby dla Macieja Zaleskiego z Porozumienia 
Centrum nie było oczywiste, że kto ma pieniądze, ten ma władzę, to może by nie opowiadał z 
taką otwartością o interesach swojej partii. 

Denerwujący  powszechnie  język  ataku  nie  jest  tylko  taktycznym  chwytem  ani 

irracjonalnym szaleństwem polityków. Tu ktoś wygrywa i ktoś przegrywa. 

Jest już religia w szkołach i pewnie będzie wkrótce obowiązkowa; 
jest  praktyczny  zakaz  aborcji,  lada  chwila  będzie  prawny;  może  przyjdzie  czas  i  na 

rozwody; będzie lustracja i dekomunizacja. Jeśli PC okrzepnie to może jeszcze nacjonalizacja 
majątku b. nomenklatury, a jeśli KPN złapie wiatr w żagle, to nacjonalizacja obcego kapitału. 

Wydaje  się, że w starciu dwóch politycznych stron  jedno tylko słowo jest wspólne  i 

ma  sens  pozytywny,  a  mianowicie  demokracja.  Tylko  że  już  jest  ona  różnie  rozumiana. 
Religię  wprowadzono  do  szkół  instrukcją  sprzeczną  z  ustawą,  którą  dopiero  później 
dostosowano  do  instrukcji.  Większość  społeczeństwa  to  zaakceptowała,  więc  zostało 
dowiedzione, że można odrzucić sztywny formalizm, by dokonać słusznej przemiany 

 
58 
naszego  życia.  Podobnie  z  aborcją  -  zakaz  zabiegów  wydała  Izba  Lekarska  wbrew 

ustawie,  a  teraz  demokratycznie  potwierdzi  to  parlament.  Większość  społeczeństwa  wedle 
badań jest temu przeciwna, ale może z czasem da się przekonać. Lustrację również usiłowano 
przeprowadzić  z  nagła  i  nieustawowo,  ale  nastąpił  błąd  w  sztuce.  Niemniej  już  wiemy,  że 
społeczeństwo jak kania dżdżu pragnie dekomunizacji. Ustawa ta zastosuje odpowiedzialność 

background image

zbiorową  i będzie sprzeczna z  istotą demokracji, bo odbiera części obywateli konstytucyjne 
prawa. No, ale nie może być demokracji dla wrogów demokracji. 

Jak  widać,  rewolucja  się  rozpędza  i  wchodzi  w  etap  powoływania  Komitetów 

Ocalenia  Publicznego  i  Nadzwyczajnej  Komisji  do  Zwalczania  Kontrrewolucji.  Nasze 
symboliczne  szafoty  nie  spłyną  oczywiście  prawdziwą  krwią  -  będzie  to  zaledwie  polskie, 
swojskie, obrzydliwe piekło, krzywda niewinnych, którzy przypadkiem zapłaczą się pod topór 
i paraliżujący kraj chaos. 

Tylko wcale nie jest powiedziane, że lud będzie się przy tych szafotach bawił. 
Za  rewolucje  zawsze  się  płaci.  Już  płacimy  w  tej  sferze,  która  w  zasadzie  nie  jest 

przedmiotem walki, bo wśród partii, poza KPN, jest zgoda na kierunek zmian gospodarczych. 
Kierunek  jest oczywisty  -  na drogę ku  niemu wkroczył  Balcerowicz,  szedł  nią Bielecki,  nie 
zboczył z niej Olszewski, mimo że pragnął dowieść, iż tworzy coś radykalnie odmiennego od 
poprzedników. 

Ale i co to za marsz, gdy nikt nie ma do niego głowy, zajęty walką o słuszny kształt 

kraju. 

To,  że  gospodarka  rynkowa  nie  jest  przedmiotem  sporów  programowych,  ma  i  taki 

skutek,  że  nikt  nie  próbuje  społeczeństwa  do  niej  przekonać.  Wystarczy  porównać 
rozbudowaną,  wszechstronną  argumentację,  wytworzoną  w  ostatnich  latach  w  sprawie 
aborcji, z rachitycznym, niekomunikatywnym językiem dotyczącym gospodarki. 

Badania socjologiczne wykazałyby zapewne, jak mizerny procent obywateli rozumie 

takie terminy, jak: inflacja, restrukturyzacja, budżet, dywidenda, oprocentowanie kredytu, itd. 
W ten sposób materia reformy została wyłączona z komunikacji społecznej, ale okazjonalnie 
jest  wykorzystywana  w  grach  ideologicznych.  Od  wojny  na  górze  beztrosko  wbito  w 
zbiorową  świadomość  podejrzliwość  i  wrogość  wobec  zagranicznego  kapitału,  nieufność 
wobec prywatyzacji, złudzenia, że jest szansa na 

 59 
szybki  dostatek,  byle  tylko  prezydent  Wałęsa,  KPN,  Tymiński  lub  inny  cudotwórca 

wziął sprawy w swoje ręce. 

W  ferworze  walk  pogwałcona  została  zasada  -  pjEede  wszystkim  nie  szkodzić.  A 

także inna - nie gorszyć. / 

Bowiem to, co się dzieje na górze, staje się jedynym wzorem zachowań publicznych 

na dole. W gminie, w fabryce, na zablokowanej szosie. 

Politycy ostrzegają się wzajemnie, że cierpliwość ludzka jest na wyczerpaniu i pewnie 

mają tu rację. Bo rewolucja kończy się tym, że lud ma wszystkiego dosyć. 

l VIII 1992 
 
WYKORZENIENI ZE ZNAJOMEGO ŚWIATA 
Obchodzenie rocznic zabiera w Polsce pewnie tyle samo czasu i energii, co wzajemne 

swary.  Ale  trzecia  rocznica  powstania  rządu  Tadeusza  Mazowieckiego  zauważona  została 
ledwie  półgębkiem.  Nie  świadczy  to  jednak  o  zanikaniu  naszego  zamiłowania  do  celebry, 
raczej o rozpadzie języka i najprostszej skali wartości, co sprawia, że nie można się dogadać 
już  na poziomie opisu tego, co się dzieje, tego, co się  stało przez trzy  lata,  i tego, w czym 
żyliśmy przez blisko pół wieku. 

Można przyjąć, że istnieje zgoda co do tego, iż w 1989 roku coś istotnego zaszło. Co 

to właściwie było - już nie jest takie jasne. 

Słychać  przecież,  że  jeżeli  nawet  były  wybory  czerwcowe  i  potem  powstał  rząd,  to 

stało  się  to  w  wyniku  zmowy  okrągłostołowej  i  było  jedynie  mistyfikacją,  podmianą 
skumanych  elit,  inną  formą  władania  perfidnego,  wcielonego  zła  komuny.  Które  trwa  do 
dzisiaj, więc po prawdzie, to nic się nie zmieniło. 

background image

Z  zupełnie  przeciwnej,  wydawałoby  się,  strony,  mianowicie  przez  pismo  "Nie", 

lansowana  jest  teza,  że  komuna,  owszem,  rozleciała  się,  ale  czy  ci,  którzy  ją  zastąpili,  są 
lepsi? Różnią się tylko umownym kolorem, czarne wyparło czerwone, ideologię marksizmu 
zastąpiła  ideologia  kle-rykalna,  jej  zwolennicy  mają  uprzywilejowaną  pozycję  i  są  ponad 
prawem, przeciwników politycznych się prześladuje, korupcja się szerzy, afery się mnożą, a 
prosty człowiek, jak zawsze, jest wyzyskiwany i wpędzany w nędzę. 

W środku są ci, którzy twierdzą, że w owym osobliwym roku komunizm upadł, zaczął 

się czas nowy, który niesie olbrzymią szansę i wielkie trudności. Szansę wykorzystujemy, bo 
przecież Polska zmieniła 

 61 
się nie do poznania, ma silną złotówkę i pełne sklepy, popełniamy oczywiście błędy, 

jest ciężko, ale... I tu argumenty zamierają, bo niby co dalej można powiedzieć? Że jeszcze 
trochę cierpliwości, bo odbudowa musi potrwać? Że musimy lepiej pracować, inaczej myśleć, 
zacząć za siebie odpowiadać, a nie ciągle dobijać się opieki i świadczeń? 

Takich  rzeczy  nie  chce  słuchać  lud.  Odzywa  on  się  ustami  swych  przedstawicieli 

wtedy, gdy jest gniewny, blokujący lub strajkujący. Woła, że to on komunę obalił, ale nic na 
tym nie zyskał, a wręcz przeciwnie, jest jeszcze gorzej. 

Wobec tego gwaru zwykły człowiek  nie umie powiedzieć, co stało się przed trzema 

laty:  czy  było to zwycięstwo, czy oszustwo, wejście  na drogę ku  lepszemu, czy też krok w 
przepaść. 

Jeszcze  gorzej  rzecz  wygląda  z  tym  blisko  półwieczem,  które  przydarzyło  się  nam 

przed 1989 rokiem. 

Słuchając różnych publicznie głoszonych opisów i diagnoz, zwykły człowiek nie wie, 

czy pracując i żyjąc jak wszyscy, kolaborował z najeźdźcą, czy też bohatersko mu się opierał. 
Jest zdrajcą czy ofiarą? Czy jego praca poszła na marne, gorzej - wsparła zbrodniczy system, 
czy może coś zrobił, stworzył, zbudował? 

Najpierw  mówiono  mu,  że  PRL  to  dziesięciolecia  zupełnie  daremne,  stracone,  cały 

wysiłek poszedł w  budowę przemysłu w  istocie rujnującego kraj  i  przynoszącego  nam dziś 
same  straty.  Teraz  okazuje  się,  że  przeciwnie  -  stworzyliśmy  mnóstwo  znakomitych 
przedsiębiorstw,  ale  rządowa  mafia,  zdrajcy  narodu  za  bezcen  je  wyprzedają  obcym,  a  ci 
biorą nasz wspólny dorobek, po to tylko, by zlikwidować groźną konkurencję. 

Zwykły człowiek nie wie już nawet, co znaczy to złowieszcze słowo 
- komuna. Czy to jakaś siła obca, zewnętrzna, która przyszła tu na cudzych bagnetach, 

czy  może  to  kość  z  naszej  kości  -  krewni,  znajomi,  sąsiedzi,  sporadycznie  my  sami. 
Komunista - wyjaśniono nam ostatnio 

-  to  taki,  co  zawsze  robi  źle.  Nie  ma  to  jak  prosta  reguła.  Niestety,  wyjątki  od  niej 

zaczynają się mnożyć. Komunizm to rzeczywiście samo zło, pomijając reformę rolną, która 
dyskusji nie podlega. Jeżeli chodzi o nacjonalizację, ocena nie jest jednoznaczna, bo właśnie 
się okazuje, że prywatni właściciele są okropni, co więcej, obcy kapitał chce nas wyzyskiwać 
i zrobić z nas białych Murzynów. Także darmowa służba zdrowia, nauka, sanatoria, kolonie, 
tanie mieszkania, dotowana kultura 

- miały swoje zalety. 
 
62 
Czując tę rozterkę, która znajduje wyraz w zdaniach "miało być lepiej, a jest gorzej", 

"nic  się  nie  zmieniło"  -  różne  siły  polityczne  i  ośrodki  władzy  spieszą  z  wyjaśnieniami,  na 
czym zło komuny polegało, i - chwilowo zgodne - mówią, że jest lepiej. Są trudności, ale za 
komuny prześladowano Kościół i katolików, a teraz już nie. Albo - za komuny panował terror 
i zbrodnie,  mordowano niewinnych  ludzi.  Albo  -  planowa gospodarka doprowadziła kraj do 
ruiny,  tłumiła  przedsiębiorczość.  Najczęściej  na  pytanie,  co  było  złem  komuny  i  co 

background image

zyskaliśmy  na  jej  obaleniu  musi  odpowiadać  prezydent,  bo  jemu  stawiane  jest  ono  z  cała 
prostotą  przez  zagniewany  lud.  I  prezydent  próbuje  odpowiadać,  choć  jest  w  tym  coraz 
bardziej  bezradny.  Twierdzi  jednak  uparcie,  że  od  1989  roku  zmieniło  się  wszystko,  że  jest 
lepiej,  bo  wolno  mówić  co  się  chce,  w  więzieniu  się  nie  siedzi,  ZOMO  nikogo  nie  goni  i 
każdy może wziąć swoje sprawy we własne ręce. 

Rzecz w tym, że zdecydowana większość ludzi w PRL-u wymienianych prześladowań 

sama nie odczuła. Nie aspirowała do stanowisk, w których uzyskaniu wiara była przeszkodą, 
nie pamięta czasów terroru, nie próbowała zakładać własnych  interesów, nie  była gnębiona 
przez cenzurę, nie goniło jej ZOMO, nie cierpiała w więzieniu za przekonania, nie rwała się, 
by coś brać w swoje ręce. 

Doznawała opresji szczególnie przewrotnej i perfidnej, ale w przeważającej mierze nie 

była jej świadoma. Miała za to poczucie jasności reguł życia i poczucie bezpieczeństwa, które 
teraz straciła. 

Szary  człowiek  żył  do  niedawna  w  rzeczywistości  logicznej  i  prostej.  Nienaturalnie 

prostej.  Takiej,  jaką  tworzy  wojna  dzieląc  świat  na  "nasz"  i  "obcy".  My  budowaliśmy 
równość  i  sprawiedliwość  społeczną,  po  tamtej  stronie  był  wyzysk,  bezrobocie,  bogactwo 
jednych i nędza drugich. Tamten świat był wobec nas wrogi. Natura tej wrogości była płynna 
- a to imperializm  nie  mógł znieść  budowy  nowego ustroju, a to rewanżyści chcieli odebrać 
ziemie zachodnie, a to syjonizm chciał nam szkodzić. 

Jedne wcielenia wroga działały na zbiorową wyobraźnię mocniej (wariant niemiecki), 

inne słabiej (Reagan, który wziął na ząb nasze drobiarstwo), ale jego nieustanna obecność w 
tle, przypominana kiedy trzeba, była zasadą organizującą nasze życie. 

Wróg uzasadniał posłuszeństwo wobec przywództwa-dowództwa, które miało sojusze 

i siły, aby mu się opierać (albo Polska będzie 

J63 
socjalistyczna, albo nie będzie jej wcale); był winien wszystkim nieszczęściom, jakie 

nas dotykały, i tym samym ani partia, ani my nie ponosiliśmy za nie odpowiedzialności; był 
gwarantem  jedności  narodu,  bo  każda  niesubordynacja  jemu  przecież  służyła  -  a  wewnątrz 
naszego  obozu  wciąż  czaiła  się  zdrada:  obcym  interesom  wysługiwali  się  bandyci  z  AK, 
kułacy,  aferzyści  gospodarczy,  syjoniści,  spekulanci,  sprzedajni  politykierzy.  Zatem  ciągle 
trzeba  było  zwierać  szeregi  i  podporządkować  się  jednemu  wspólnemu  celowi,  zwanemu 
"interesem społecznym". Interesy grupowe, sprzeczne dążenia nie miały szans się ujawnić - w 
zarodku były tłumione jako przejaw egoizmu i rozbijania jedności narodu wobec zagrożenia. 
"Interes społeczny" pełnił jeszcze jedną złowrogą funkcję - nie tylko był młotem na wszelkie 
różnice, był też kategoryczną busolą wskazującą najlepsze rozwiązanie. Latami wybierano je 
bez żadnych wahań i dyskusji i efekty widzimy. Jeden jest słabo dostrzegany - powszechne 
przekonanie,  że  z  każdego  problemu  istnieje  właściwe,  sprawiedliwe  wyjście.  Trzeba  tylko 
podjąć jedynie słuszną decyzję. 

W tym prostym świecie przed ludźmi nie stały żadne szczególne dylematy. Ot, trzeba 

było  tylko  wybrać  szkołę,  potem  miejsce  pracy,  wpłacić  na  książeczkę  mieszkaniową, 
ewentualnie  jeszcze  raty  na  malucha.  Reszta  należała  do  władzy,  wystarczało  czekać,  by 
zapłaciła za chodzenie do pracy z grubsza tyle, co innym, dała mieszkanie, samochód. Wedle 
cichej ugody między władzą a społeczeństwem bierność miała być nagradzana. 

I  bierność  stała  się  podstawową  normą.  Tak  naturalną,  że  większość  jej  już  nie 

dostrzegała.  Ale  poznawał  ją  każdy,  kto  próbował  w  Polsce  zrobić  cokolwiek.  Czy  chciał 
wdrożyć  wynalazek,  usprawnić  produkcję,  zdobyć  pieniądze,  wybić  się  w  zawodzie,  czy 
chronić  lasy  -  napotykał  opór  systemu  i  jego  aparatu.  A  także  otoczenia  -  karierowicz, 
maniak,  spryciarz,  cwaniak,  frajer,  badylarz  -  tak  się  powszechnie  określało  tych,  którzy 
łamali  zasadę  bierności.  "W  tym  kraju  nic  się  nie  da  zrobić"  -  to  rozgoryczona  odpowiedź 

background image

wszystkich, którzy  na przekór spokojnej apatii dołów  i  czujnej kontroli góry czegoś chcieli 
dla siebie lub dla kraju. 

Zwykły  obywatel  PRL-u  bez  mała  z  mlekiem  matki  wysysał  wiedzę,  jak  należy  się 

zachowywać w warunkach, które zostały mu dane i które miały trwać zawsze. 

Pierwsza generacja została pouczona brutalnie, iż dotychczasowa norma głosząca, że 

wartość człowieka określają jego zachowania, umie- 

 
64 
jętności i osiągnięcia, przestaje obowiązywać. O wartości człowieka przesądzały nowe 

kryteria, wedle których kwalifikowano przeszłość jego i jego antenatów. 

Źle  było,  gdy  pradziad  brał  udział  w  niewłaściwej  wojnie,  stryj  był  sanacyjnym 

senatorem,  ojciec  czegoś  się  dorobił.  Samemu  w  czasie  wojny  lepiej  było  nie  walczyć  w 
ogóle,  niż  trafić  do  niewłaściwej  formacji.  Dobrze  też  było  być  skrzywdzonym,  byle  przez 
odpowiedniego  wroga.  Wymogom  dotyczącym  przeszłości  człowieka  towarzyszyły 
stanowcze  wskazania,  jakim  powinien  się  stać:  raczej  ateistą  niż  wierzącym,  raczej  ubogim 
niż  zamożnym,  raczej  spokojnym  i  posłusznym  niż  wyrywnym  i  pomysłowym,  raczej 
zorganizowanym niż nieprzy-należącym. 

Z czasem wymogi łagodniały - pochodzenie było mniej ważne, ateizm niekonieczny, 

wystarczało  nie  obnosić  się  z  religijnością,  przeszłość  i  krewni  za  granicą  stawały  się 
obojętne.  Ale  ostrożność  i  elastyczność  były  zawsze  niezbędne.  Najpierw  lepiej  było  być 
kościuszkowcem,  a  potem  raczej  partyzantem;  ufne  wykorzystanie  odwilżowej  swobody 
wypowiedzi  po  paru  latach  mogło  się  odbić  gorzką  czkawką;  z  dnia  na  dzień  niewłaściwe 
pochodzenie  narodowościowe  mogło  oznaczać  utratę  pracy;  naiwne  zaufanie  do  zielonego 
światła dla rzemiosła źle się kończyło, gdy rzecz odgwizdano. 

Obok bierności, elastyczność i giętkość były warunkami świętego spokoju. 
Przejście od realnego socjalizmu do czegoś  innego odbywało się stopniowo i trochę 

niedostrzegalnie. 

Można było zaobserwować, kiedy świadomość, że zmiany są nieodwracalne, stała się 

powszechna.  Najpierw  nastąpił  rzut  ku  Kościołowi  -  święcono  komisariaty,  sklepy, 
przedszkola,  wszystko.  Zanim  Kościół  się  połapał,  że  praktyka  ta  służy  do  pucowania 
zaszłości i rzecz przystopował, Polska spłynęła wodą święconą. Kolejnym miejscem zmiany 
skóry były Komitety Obywatelskie - latano do nich po rekomendacje, świadectwa moralności, 
błogosławieństwa dla różnych inicjatyw, jakby były Komitetami PZPR. A wreszcie okazało 
się,  że  mamy  zupełnie  inne  życiorysy  niż  dotąd.  Co  ktoś  wspomni  swoją  przeszłość,  to 
okazuje  się,  że  zawsze  był  świadom  nikczemności  systemu,  zawsze  był  przeciw,  nie 
głosował,  nie  chodził  na  pochody,  nie  przynależał.  Odwrotnie  -  był  ofiarą.  Urodził  się  na 
kresach wschodnich, więc został wysiedlony przez 

 65 
NKWD,  bliskich  mordowano,  siedzieli  po  łagrach,  odebrano  im  majątek,  sklep, 

gospodarstwo, jego wyrzucano z pracy, szykanowano, nie dano szansy. 

Ci  nieliczni,  którzy  przeciwstawiali  się  władzy,  giną  już  w  tłumie  zasłużonych 

kombatantów. Wnioski  ludzi o rehabilitację pomordowanych krewnych  leżą w sądach obok 
wniosków  jakichś  aferzystów  skazanych  za  komunizmu  i  skonfundowana  Temida  III  RP 
głowi  się  teraz  nad  odszkodowaniami  dla  nich.  W  telewizyjnym  reportażu  żądającym 
sprawiedliwości  dla  osoby  ewidentnie  skrzywdzonej  podkreśla  się,  że  jej  ojciec  walczył  w 
powstaniu  warszawskim.  Jakby  było  oczywiste,  że  w  nowej  Polsce  prawo  inaczej  winno 
patrzeć na dzieci powstańców, niż na potomstwo tej większości, która do AK nie należała. 

Powszechne  przemodelowywanie  życiorysów  wedle  nowej  sztancy  nieugiętej  ofiary 

prześladowań może żenować, śmieszyć, oburzać, gdy dotyczy osób jakoś znanych, które chcą 
utrzymać się w obiegu lub awansować w życiu publicznym. Ale gdy zwykli ludzie, zwracając 

background image

się do władzy z prośbami, podaniami, uzasadniają je tym, że doznali prześladowań już nie od 
sanacji, a od komuny; że bliskich zamordowali nie hitlerowcy (to zrobiło się nie na czasie), 
ale  enkawudyści;  że  zawsze  chodzili  do  kościoła,  a  POP  patrzył  na  nich  krzywo  -  to  nie 
sposób nie odczuć goryczy, że oto wolna Polska jest dla nich taka sama jak PRL. Są w niej 
petentami,  którzy  znów  muszą  udowodnić,  że  w  ich  życiu  nie  ma  podejrzanej  skazy,  że 
przynależą do grupy dobrze teraz widzianej, zasługują zatem na uwagę i życzliwe wejrzenie 
w sprawę. 

Owa  nieuświadomiona  niewolnicza  elastyczność,  która  weszła  nam  w  krew, 

pozwalała przybierać  barwy ochronne zgodnie ze zmieniającymi się okolicznościami, znów 
okazuje się przydatna. 

Jeszcze  do  niedawna  dość  powszechne  były  narzekania:  ludzie  nie  cieszą  się  z 

wolności,  popadają  w  jakąś  niepokojącą  apatię.  Teraz  przeważają  ostrzeżenia  odmienne  - 
granica cierpliwości została przekroczona, grozi nam fala gniewu, który zmiecie polityków i 
pogrzebie reformy.  Fali  na razie  nie  ma, ale gdzieniegdzie gniew  słychać. Nie zawsze tam, 
gdzie bieda najdotkliwsza. 

Strajkujący ostatnio robotnicy swoje racje wykładają zwięźle. Pracują ciężko i dlatego 

winni dostać godziwą zapłatę. Nie jest sprawą ich zakładów zabieganie o to, by ktoś kupił ich 
wyroby.  Nie  chcą  rozstrzygać  żadnych  trudnych  dylematów,  nie  chcą  podejmować  decyzji. 
Zde- 

 
66 
cydować o ich przyszłości musi władza, ale tak, by dało to dobre rezultaty. 
Podobnie  mówią  rolnicy  -  żądają,  by  im  władza  powiedziała,  co  mają  hodować  i 

uprawiać  i  jakie  będą  ceny  za  rok,  by  pokryła  straty,  zagwarantowała  godziwy  dochód 
zamykając granice dla obcych towarów. 

Zależnie  od  politycznego  punktu  widzenia  można  te  wystąpienia  traktować  jako 

tęsknotę za opiekuńczym państwem albo za elementarną pewnością niezbędną w gospodarce. 
Ale coraz wyraźniejsza w radykalnym nurcie protestów jest odmowa wnikania w złożoność 
sytuacji zakładu, odmowa polemiki z racjami dyrekcyjnej lub rządowej strony, uchylania się 
od  współudziału  w  jakimkolwiek  kompromisie.  Z  zupełnym  milczeniem  spotykają  się 
wszystkie argumenty, skądinąd nieśmiałe, tyczące jakości pracy, nędznej wydajności, lichoty 
produktów przemysłowych i rolniczych. Zagłusza je retoryka już bez mała rewolucyjna: rząd 
ma  zrobić  to,  czego  żądamy,  jak  -  jego  zmartwienie.  Wszystkie  pakty,  wciąganie  nas  w 
decyzje  to  oszustwo.  Jeśli  odmówi,  dowiedzie  swego  uwikłania  w  mafie,  agentury,  obce 
spiski. 

Widać  tu  zbitkę  komunistycznych  klisz  -  ludzie  trudu  fizycznego  podnoszą  głowę 

przeciwko  panom,  wyzyskiwaczom,  obcym  krwiopijcom.  Takie  schematy  jednak  nie 
nabierają  życia  tylko  dlatego,  że  latami  wbijano  je  do  głów.  Za  ich  odrodzeniem  stoi 
prawdziwa, silna emocja. Jest to strach, ale nie tylko przed zubożeniem i niepewnym jutrem. 
Tym  odruchom  buntu  towarzyszy  niezwykła  agresja  wymierzona  w  wszelką  indywidualną 
aktywność. Handel jest godzien pogardy. Bogaci to złodzieje. Politycy wspięli się na naszych 
plecach.  Każdy  awans,  wyrwanie  się  w  górę  jest  podejrzanym  draństwem,  odbywa  się 
kosztem tych, co na dole. 

Wydaje  się,  że  jest  to  rozpaczliwa  obrona  prawa  do  bierności,  owej  bezpiecznej 

bezradności uczonej przez tyle lat. Odruch samozachowawczego lęku przed włączeniem się w 
rywalizację,  wysiłek,  ryzyko  indywidualnego  zmierzenia  się  z  losem:  przekwalifikowania, 
szukania pracy, dostosowania do wymogów nowego właściciela. 

Rosnący lęk przed światem, w którym trzeba samemu za siebie odpowiadać, prowadzi 

do coraz silniejszej tęsknoty za ową parafrontową sytuacją, w której dla każdego było miejsce 

background image

i  zadanie,  zwierzchność  podejmowała  decyzje  proste  jak  rozkazy  i  jak  kwatermistrzostwo 
dbała o zaopatrzenie. Gdy ono szwankowało, można było wspólnym protestem 

^67 
przypomnieć, co się nam należy - większa dbałość i troska, bardziej ludzki regulamin. 
Ten świat nowy jest zupełnie inny, zamazany, nic w nim z czarno- 
-białej  prostoty.  Pełen  jest  dylematów  i  sprzecznych  interesów.  Robotnik  wywalcza 

podwyżkę, ale zakład pada; plony potrzebują nawozu, ale rzeka od tego zamiera; rolnik dobije 
się  większego  cła  na  żywność,  ale  klient  ma  ją  wtedy  droższą  i  gorszą.  I  tak  wszędzie. 
Wszyscy mają jakąś swoją rację, ale mogą jej dopiąć" tylko kosztem innych. 

W normalnym świecie zawsze było i jest tak samo. Tam rozwiązuje się te nieustanne 

dylematy drogą kompromisu. U nas kompromis oznacza przegraną, przyznanie, że nasze racje 
nie są oczywiste i niepodważalne. A przecież tylko takie znaliśmy przez pół  wieku. Na nich 
opierały  się  owe  jedynie  słuszne  decyzje  władzy.  Jak  coś  szwankowało,  to  wyjaśniano,  że 
jakiś 

towarzysz 

podjął 

decyzję 

błędną, 

bo                                                                                                                                   

czegoś  nie  zrozumiał,  źle  ocenił  i  właśnie  dlatego  wyleciał.  Bądź,  że  zrobił  to  celowo,  bo 
zadał się z wrogami partii i narodu. 

Niezgoda  na  groźną  i  niezrozumiałą  złożoność  rzeczywistości  widoczna  jest  w 

ciągłym szukaniu odpowiedzi  nie  na pytanie:  dlaczego tak jest? ale  na pytanie:  kto winien? 
Bo  przecież  ktoś,  celowo  lub  bezmyślnie,  sprawił,  że  ludzie  zbiednieli,  cwaniacy  zaczęli 
przemycać alkohol, ceny idą w górę, jedni się bogacą, a drugim jest ciężko. 

Lata  1980-81  i  stan  wojenny  sprawiły,  że  w  ludziach  zaczęła  się  rodzić  myśl,  iż  to 

może  nie  odwetowcy,  międzynarodowy  syjonizm  czy  inny  imperializm  powoduje,  że 
wszystko  nam  idzie  źle,  ale  komuniści  po  prostu.  Przy  całej  zasadności  tego  twierdzenia  i 
jego  niesłychanym  znaczeniu  dla  zniszczenia  nie  kwestionowanej  przez  dziesięciolecia 
zasady,  że  rządzić  może  jedynie  PZPR  -  było  to  jednak  kolejne  wcielenie  owego  wroga 
odpowiedzialnego za wszystko i pozwalającego wierzyć, że gdyby nie on, życie szłoby nam 
po maśle. 

Pierwszy  niekomunistyczny  rząd  otaczało  zatem  pełne  ufności  oczekiwanie:  skoro 

sprawca  naszej  biedy  odszedł  w  niesławie,  a  decyzje  o  naszym  losie  zaczną  podejmować 
wreszcie ludzie mądrzy i uczciwi, to wkrótce owoce ich działań zobaczymy. 

Gdy okazało się, że ta nadzieja, zasadna lub nie, została zawiedziona 
-  z  zewsząd  zaczęto  ludziom  tłumaczyć,  jakie  to  wrogie  siły  spowodowały.  Bardzo 

różne - Niemcy, co chcą nami zawładnąć i zachodni kapitał, który chce nas wyzyskać. KGB, 
które co prawda utraciło swe 

 
68 
mocarstwo, ale co mu to, skoro ma szansę opanować Polskę. Wróg uniwersalny, który 

istnieje  tylko  po  to,  by  nam  szkodzić  -  Żydzi.  Wewnątrz  kraju  aż  się  kłębi  -  agenci  z 
wrodzoną  podłością,  komuna  przewrotna  z  natury,  nomenklatura,  co  wszystko  przenika, 
spółki  i aferzyści, co nas okradają, elity, które oszukują  lud  i z zastanawiających powodów 
nie podejmują słusznych decyzji. 

Trzy lata temu było w Polsce oczekiwanie nie tylko na to, że będzie lepiej, ale i na to, 

że będzie inaczej. Nieskłócone elity mówiły, że tworzymy demokrację, to znaczy, iż wobec 
państwa i prawa wszyscy ludzie są równi, a miejsce w społeczeństwie zależy tylko od zalet, 
umiejętności  i  pracowitości  człowieka.  Tworzymy  normalny  system  ekonomiczny,  a  zatem 
wreszcie każdy, kto podejmie wyzwanie, ma szansę na życie udane, a nie udawane. Tak, jak 
jest w normalnym świecie, z którego zostaliśmy na pół wieku wyrwani i do którego musimy 
wrócić. 

Wtedy,  przez  chwilę,  patrzyliśmy  w  przyszłość.  Przeszłość  miała  zostać  za  nami, 

chciałoby się niebacznie powiedzieć - odcięta grubą kreską. Ale nas dogoniła. 

background image

Nieustanne wojny na górze toczą się o zaszłości i obracają w gruzy naszą najnowszą 

historię,  taką,  jaką  przeżyliśmy  i  zapamiętali.  Nasze  zwykłe  życiorysy  nabierają  jakichś 
niepokojących cech i trzeba znów coś zrobić, by nas nie obciążały. 

Najlepiej być ofiarą, przegranym, skrzywdzonym. Dołączyć do tych, którzy nie mogą 

lub nie potrafią sprostać wyzwaniom, jakie przynosi czas nowy. Bo tylko ich głos słychać  - 
przed  nimi  tłumaczą  się  rządy,  o  nich  walczą  partie,  składają  im  obietnice,  przyrzekają,  że 
znajdą winnych ich niedoli. 

Ci,  którzy  szansę  wykorzystali,  których  wysiłek  i  pracę  widać  dookoła,  przezornie 

milczą.  Ich  wartości  -  samodzielność,  aktywność,  ryzyko,  sukces  -  przegrały  z  bezpieczną 
bezradnością,  lękiem  przed  odpowiedzialnością,  tęsknotą  za  prostym,  nieskomplikowanym 
światem, w którym racja zawsze jest po jednej stronie, z każdej sytuacji jest oczywiste i dobre 
wyjście i wiadomo, kto ponosi winę za niepowodzenie. 

Przeszłość  nas  dogania  i  lada  chwila  możemy  poczuć  się  swojsko.  Jak  zawsze,  gdy 

odnajdujemy  zagubiony  skrawek  znajomego  lądu.  Oto,  po  krótkim  okresie  zamętu,  jakichś 
groźnych,  niebezpiecznych  wyzwań,  powróci  sytuacja  znana  -  są  lepsi  i  gorsi,  haki  w 
życiorysie, prosty 

69 
i  łatwy  test  na  słuszność.  No  i  spora  liczba  posad  do  obsadzenia  przez  właściwych 

ludzi. Jakieś zamierzchłe funkcje partyjne będzie się skrywać jak niegdyś ojca starostę, wuja 
za  granicą  lub  niearyjską  babkę.  Pojawią  się  zaświadczenia  z  parafii:  "taki  i  taki  był  co 
prawda  sekretarzem,  ale  dzieci  ochrzcił  i  blachę  na  dach  kościoła  załatwił";  listy  zbiorowe 
kolegów: "30 lat temu był krótko lektorem PZPR, ale potem oddany członek »Solidarności«, 
internowany  i  prześladowany...";  partyjne  gwarancje:  "z  PZPR  rozstał  się  uznając  swą 
przynależność  za  błąd  młodości,  od  samego  początku  ofiarny  działacz  ZChN-u",  lub:  "w 
PZPR  był  za  wiedzą  KPN  w  celu  ukrycia  antykomunistycznej  działalności..."  Będzie  jak 
dawniej. 

29 IX 1992 
 
DYLEMATY LEWICY 
W  odtwarzaniu  się  sceny  politycznej  po  rozpadzie  byłego  systemu  dominowało 

przekonanie,  że  trzeba  kontynuować  autentyczne  nurty  życia  publicznego,  które  zostało 
przerwane  po  wojnie  i  wtłoczone  w  układ:  jedna  słuszna  partia,  która  rozwiązuje  potrzeby 
ludności. 

Powstawanie  nowych  partii  przypominało  początkowo  wyścig  do  rekwizytorni  z 

historycznymi  kostiumami.  Tłok  panował  przy  prawej  szafie  -  przepychało  się  endeckie 
Zjednoczenie 

Chrześcijańsko-Narodo-we, 

piłsudczykowska 

Konfederacja 

Polski 

Niepodległej,  o  sukmanę  Witosa  pobili  się  chłopi,  niedużą  szatkę  przedwojennej  chadecji 
rywalizujące  grupki  podarły  na  strzępy.  Przy  lewej  szafie  było  pustawo  -  stanęła  przy  niej 
Polska Partia Socjalistyczna  Jana Józefa  Lipskiego, która skutecznie odganiała pragnącą się 
przebrać byłą PZPR. 

Wydawało się wówczas wszystkim, że rzeczywistość będzie się rozwijała zgodnie ze 

swoją  wewnętrzną  logiką,  że  wystarczy  usunąć  paraliżujące  bariery  starego  systemu,  by 
naturalne mechanizmy życia obudziły się i nadały mu bieg. U początku naszej drogi nie było 
sporów, dokąd i jak iść. Trzeba było po prostu ruszyć z miejsca. Toteż powstające partie nie 
skupiały się wokół koncepcji transformacji systemu, ale wedle rodowodów i ideologii. Tę zaś 
większość  brała  sprzed  półwiecza.  Na  poziomie  ideologicznym  niektóre  spory  sprzed  lat 
okazały  się  żywe  i  podjęto  je  z  energią.  To  spór  o  wyznaniowość  lub  neutralność 
światopoglądową  państwa,  inaczej  rozłożone  akcenty  w  kwestii  mniejszości  narodowych, 
dość dziwacznie konstruowana opozycja między polskością a europejskością. Takie właśnie 
kryteria używane są w życiu politycznym do odróżnienia lewicy od prawicy. 

background image

71 
Z  pozostałymi  zasadami,  które  niegdyś  dzieliły  lewicę  i  prawicę,  są  same  kłopoty. 

KPN, która słowo "lewica" wymawia z  sykiem pogardy, domaga się wszechstronnej opieki 
państwa, zwalcza prywatyzację przemysłu i ochotnie majstruje przy nastrojach robotniczych, 
pragnąc je chyba przerobić na rewolucyjne. Ludowcy, coraz mocniejsi w retoryce narodowo-
religijnej, twardo chcą obarczyć państwo całą odpowiedzialnością za poziom życia każdego 
rolnika,  a  ostatnio  wyrwało  się  ich  ministrowi  potępienie  gospodarstw  "obszarniczych"  i 
wyzysku zatrudnionych tam ewentualnie robotników rolnych. Z kolei lżona jako lewica Unia 
Demokratyczna,  czy  to  będąc  w  rządzie,  czy  w  opozycji,  uporczywie  popycha  nas  do 
wolnego  rynku.  Liberałowie  również  konsekwentnie  prą  ku  kapitalizmowi,  lecz  choć  w 
kwestiach  światopoglądowych  byli  do  niedawna  wstrzemięźliwi,  lewicowości  im  nie 
zarzucano,  pewnie  dlatego,  że  są  spoza  Warszawy.  No  bo  właśnie  takie  towarzyskie  anse 
stoją u nas nierzadko za politycznym etykietowaniem. Inne partie tłoczące się pod sztandarem 
prawicy  okazjonalnie  zwalczają  prywatyzację,  warstwę  bogacącą  się  nazywają  złodziejami, 
troskę  państwa  obiecują  każdemu,  czyje  głosy  mogą  się  przydać.  Z  kolei  SdRP,  która  w 
sejmie kontraktowym walnie się przyczyniła do przemian gospodarczych, teraz 

-  bądź  ze  względu  na  izolację,  jaką  jej  narzucono,  bądź  też  z  uwagi  na  społeczne 

nastroje  -  postanowiła  zostać  lewicą  spójną.  Od  obrony  neutralności  światopoglądowej 
państwa po obronę ludzi pracy przed rygorami kapitalizmu - trzyma się w konwencji tradycji 
myśli  lewicowej.  Niestety,  wlecze  za  sobą  dziedzictwo  PZPR,  a  ono  ciemno  rzutuje  na 
wiarygodność. Już raz ta formacja wartości socjalizmu polskiego zawłaszczyła i doprowadziła 
je do groźnej i niszczącej kraj karykatury. Wartości te próbuje ze skojarzeń z komunizmem 
wyplątać  Unia  Pracy,  ale  to,  co  dałoby  się  zrobić  na  teoretycznym  seminarium  naukowym, 
trudne jest do przeprowadzenia na mętnej i demagogicznej politycznej scenie. 

Szerszy kontekst, nasze życie społeczne też sprawy nie ułatwia. 100 lat po powstaniu 

PPS-u  tradycja  ta,  niezwykle  dla  Polski  ważna  i  zasłużona,  nie  bardzo  ma  się  na  czym 
zakorzenić. 

Podstawowe  zasady  lewicy  zawisają  w  dziwnej  próżni  -  z  jednej  strony  nie  ma 

kapitału  i  silnej  warstwy  czy  też  klasy  właścicieli,  z  którą  można  by  się  zmagać  o  poziom 
życia pracowników najemnych, z drugiej 

-  wartości  lewicy  w  zbiorowej  świadomości  utrwalone  są  mocno,  tyle  że  w  formie 

skrajnej i zwyrodniałej. 

 
72 
Kto nie był za młodu socjalistą, ten będzie na starość łajdakiem 
- powiedział Clemenceau. Połączył tu socjalistyczne przekonania ze spontanicznością 

uczuć, z naturalnym odruchem sprzeciwu wobec zła, z niezgodą na ludzką krzywdę i zarazem 
z  młodzieńczym  idealizmem  i wiarą, że  można świat zmieniać tak, by był  lepszy. Zapewne 
mniemał  też,  że  doświadczenie  i  dojrzałość  wiarę  taką  każą  uznać  za  mrzonki,  bo  porywy 
serca  świata  nie  zmieniają.  Nie  miał  racji  -  dzisiejsze  demokracje  Zachodu  są  dziełem 
zarówno  prawicy  jak  i  lewicy.  Tej,  która  nie  poszła  na  skróty  rewolucyjne,  ale  uporczywie 
walczyła  o  prawo  do  godnego  życia  najbiedniejszych  i  uczyła  ich  zmagać  się  o 
przekształcenie życia społecznego tak, by wszyscy mieli równe szansę. 

Socjalizm  rozwijał  się  w  społeczeństwach  o  jasnej  strukturze  społecznej  -  na  górze 

bogactwo,  posiadanie,  wielkie  majątki;  niżej  ruchliwa,  wspinająca  się  warstwa  średnia;  na 
dole  nędza  i ciemnota, ludzie  najemnej pracy  fizycznej  - plebs, proletariat, lud. Wrażliwość 
społeczna kazała socjalistom stawać po ich stronie przeciw egoistycznej reszcie. 

Nasza  struktura  społeczna  została  w  ostatnim  półwieczu  przeorana.  Komunizm 

skasował  warstwy  wyższe  i  ustanowił  własną,  oficjalną  hierarchię  -  robotnicy,  chłopi, 
inteligencja  z  rzemiosłem  na  końcu.  Niezależnie  funkcjonowała  też  druga,  potoczna, 

background image

uchwytna w badaniach prestiżu zawodów, wedle której inteligencja była przed robotnikami i 
rolnikami.  Teraz  coś  się  gwałtownie  zmienia.  I  trudno  powiedzieć,  gdzie  jest  ten  magnes 
biedy i poniżenia, który zawsze lewicę przyciągał. Kto jest na dole. 

Już  opisanie  hierarchii  społecznej  według  skali  zamożności  nasuwa  problemy. 

Pojawiła się grupa bogatych przedsiębiorców, na razie niewielka, słowo "warstwa" byłoby tu 
jeszcze cokolwiek  na wyrost. Jest  już chyba zalążek  warstwy  średniej  handlowo-usługowo-
rzemieślniczej, na razie na dorobku. A niżej kto? Najemni pracownicy fizyczni czy najemni 
umysłowi,  sfera  budżetu,  której  dochody  państwo  określa  sztywno  w  zależności  od  płacy, 
jaką  dostaje  "sfera  produkcyjna  w  pięciu  działach",  a  i  tego  nie  jest  w  stanie  wypłacić?  A 
może rolnicy, którzy uważają, że są na samym dnie? 

O hierarchii społecznej wedle skali prestiżu w ogóle nie da się mówić 
- chwilowo trwa wyścig w deprecjonowaniu się wzajemnym wszystkich grup. Można 

natomiast  zauważyć  szczególną  stratyfikację  -  według  wagi  i  skuteczności  publicznych 
wystąpień. Otóż tu odtwarza się coś znanego 

- najbardziej liczy się głos robotników, potem rolników, na końcu inteligencji i sektora 

prywatnego. 

73 
Widać więc, jak trudno dziś jednoznacznie wskazać warstwę najbardziej upośledzoną, 

najbiedniejszą,  wyzutą  z  nadziei,  którą  lewica  przywykła  wspierać  i  mobilizować  do 
przekształcania rzeczywistości. Dosyć trudno jest dziś uznać za taką robotników uzbrojonych 
w siłę związków zawodowych. 

Niemniej, z tradycyjnych zapewne względów nasza lewica upomina się o robotników, 

ponieważ zaś zatrudnieni w prywatnym przemyśle póki co jej nie potrzebują, to koncentruje 
się na pracownikach przedsiębiorstw państwowych, skądinąd grupie, która powinna zaniknąć. 

Lewica  zrodzona  przez  kapitalizm  była  odruchem  sprzeciwu  wobec  jego  prężnej, 

drapieżnej  i  bezwzględnej  u  zarania  siły.  Przeciwstawiała  się  skrajnie  liberalnej  zasadzie 
głoszącej,  że  każdy  człowiek  jest  kowalem  własnego  losu,  jest  wolny  i  od  niego  jedynie 
zależy,  jak  tę  wolność  wykorzysta  i  co  w  życiu  osiągnie.  A  nędza  to  naturalny  skutek 
lenistwa, niezaradności, niespełniania powinności. 

Lewica twierdziła, że nędza jest skutkiem niesprawiedliwego systemu - jeżeli bowiem 

całe  grupy  społeczne  są  w  stanie  jedynie  wegetować  i  ich  dzieci  dziedziczą  tę  sytuację,  by 
przekazać ją swoim dzieciom, to z tego kręgu biedy i zacofania nie ma wyjścia. I system, w 
którym jedni się bogacą, a inni, którzy dla nich pracują, nie mają żadnych szans na poprawę 
swego  okrutnego  losu,  musi  się  zmienić.  Inaczej  mówiąc,  dochód  wypracowany  przez 
społeczeństwo musi być inaczej dzielony. Jedni mniemali, że owego sprawiedliwego podziału 
dokonać  można  tylko  przez  rewolucję,  inni,  że  przez  zorganizowany  nacisk  warstw 
pracujących  na  państwo.  Ta  druga  droga  okazała  się  skuteczna.  Po  walkach,  nierzadko 
krwawych, o prawo organizowania się w związki zawodowe, po wykształceniu politycznych 
reprezentacji -  lewica zaczęła dochodzić do władzy i sprawiedliwiej dzielić. Dziś oznacza to 
spór o podatki. 

Prawica chce niskich podatków, bo to polania i zwiększa produkcję i dochody, i woli, 

żeby państwo nie mieszało się do gospodarki. Lewica podatki chce zwiększyć i domaga się, 
żeby państwo łożyło je na sprawy socjalne wspomagając warstwy uboższe. Prawica kładzie 
nacisk  na  zaradność,  przedsiębiorczość,  samodzielność  i  produkcję,  lewica  -  na  opiekę 
społeczną, warunki pracy, wyrównanie szans. 

W  wyborach  ludzie,  gdy  uważają,  że  należy  rozkręcać  produkcję,  oddają  władzę 

prawicy, a gdy dochodzą do wniosku, iż trzeba podciągnąć tych, co nie nadążają - lewicy. 

 
74 ^ 

background image

W  normalnym  zatem  systemie  lewica  nie  musiała  nigdy  troszczyć  się  o  produkcję  i 

mnożenie bogactwa - tym turbował się kapitał - ona skupiała się na podziale. Dziś w Polsce 
nie  ma  czego  dzielić.  I  jak  długo  nie  namnożymy  jakichś  zasobów,  nacisk  musi  pójść  na 
wytwarzanie. A do tego lewica nigdy serca nie miała. Całe myślenie, język, tradycja każe jej 
stać  po  stronie  pracowników  najemnych,  którzy  z  naturalnych  powodów  dążą  do  tego,  by 
najmniejszym wysiłkiem, w najlepszych warunkach, jak najwięcej dostać za swoją pracę. 

Równość - to jedna z fundamentalnych wartości lewicy. Walczyła w Polsce o równość 

praw,  gdyż  tej  nie  przyniosła  nam  rewolucja  burżuazyjna,  i  potem  o  równość  szans.  W 
zacofanym  kraju  miała  o  co  się  zmagać  -  o  prawo  do  pracy,  godziwej  zapłaty,  opiekę 
lekarską,  bezpłatną  naukę  -  to  wszystko,  co  pozwoli  warstwom  najniższym  wyrwać  się  z 
beznadziejnej nierzadko wegetacji. 

Polska Ludowa zrealizowała te cele w  nadmiarze. Tym właśnie płaciła za całkowite 

ubezwłasnowolnienie  społeczeństwa.  Koszty  tego  nadmiaru  są  olbrzymie.  Nie  tylko 
materialne  -  kompletnie  niewydolny  system  gospodarczy,  ale  i  psychologiczne.  Zerwany 
został związek  między własnym wysiłkiem  i  zapobiegliwością a uzyskiwanymi dochodami. 
Są  one  traktowane  jak  świadczenia  -  po  prostu  się  należą.  Więcej  -  komunizm  swą  wersję 
egalitaryzmu  ukształtował  szczególnie  -  zaszczepił  ją  ludziom  gdzieś  obok  zawiści.  Zasada 
równości  polegała  na  tym,  by  ktoś  inny  nie  miał  więcej.  Równać  zatem  należy  w  dół,  do 
najbiedniejszych, a za sprawiedliwą miarę podziału przyjąć jednakowe żołądki. Co zatem ma 
począć przytomna lewica wobec tak skrajnego przekonania o należnych prawach? Czy to jej 
zadaniem  jest  pchnąć  zbiorową  świadomość  cokolwiek  na  prawo?  Uświadamiać,  że 
oczekiwania na miarę obietnic komunizmu są bez sensu? 

Socjalizm na Zachodzie odniósł sukces dzięki pragmatyzmowi. W którymś momencie 

przestał być ideologią wskazującą drogę ku pięknemu celowi i przystąpił do rozwiązywania 
konkretnych  problemów  zgodnie  z  własnymi  wartościami.  Cele,  jakie  rysuje  przed 
wyborcami,  są  na  miarę  ulepszenia  opieki  zdrowotnej,  zmiany  polityki  mieszkaniowej, 
włączenia gastarbeiterów w życie społeczne. 

Nasz socjalizm był wizjonerski - za caratu obiecywał wolną Polskę, a potem szklane 

domy, świat, w którym nie będzie zacofania, poniżenia, 

75 
biedy, ludzi, którzy już w momencie urodzenia nie mają żadnych szans. Ci, co za nim 

szli, wiedzieli nie tylko, czego nie chcą - nędzy i beznadziejności, ale też mieli pewną wizję - 
państwa  sprawiedliwego  i  opiekuńczego.  Dziś  państwo,  które  zniszczyło  ową 
niesprawiedliwą strukturę społeczną, gdzie lud był na dole, a pieniądze i urodzenie na górze, 
państwo totalnie  opiekuńcze  mamy  za  sobą.  Lewica,  szczególnie  antykomunistyczna,  która 
nieprawość tego państwa zwalczała, nie może jego osiągnięć przyzywać, bo zna ich cenę. Nie 
bardzo  z  czego  ma  tworzyć  swoją  wizję  przyszłości  i  jest  skazana  na  niełatwy  dla  siebie 
pragmatyzm. 

Nie  dość,  że  lewica  nie  ma  z  jakich  obietnic  i  marzeń  tworzyć  wizji  przyszłości,  to 

brak jej dziś rzeczy najważniejszej, niejako konstytutywnej - drugiej strony. Miała ją zawsze. 
Z  caratem  walczyła  o  wolną  Polskę,  z  burźuazją  o  sprawiedliwy  podział,  z  sanacją  o 
demokratyczne,  parlamentarne  państwo,  nawet  komuniści  mieli  powód,  by  socjalistów 
wsadzać do więzień. 

Teraz  niby  ten  przeciwnik-kapitał  się  pojawił  -  spory,  średni  i  drobny,  zatrudnia 

prawie połowę pracujących, ale co z tego? Skrzętny jest, Polska już wygląda inaczej, ale on 
sam  jakiś  wyciszony.  Jeśli  się  odezwie,  to  po  to,  by  włączyć  się  do  chóru  skarg,  trudno 
powiedzieć,  czy  dlatego,  że  czuje  się  ciemiężony,  czy  dla  bezpiecznej  mimikry.  Jego  żale 
dowodzić  mają,  że  nie  jest  grupą  uprzywilejowaną,  a  podkreślanie  zasług  dla  ogółu  ma 
usprawiedliwić  prawo  do  istnienia.  Lubi  bowiem  zaznaczyć  nieśmiało,  że  tworzy  miejsca 
pracy, sponsoruje szpitale, kulturę i piłkarzy. Pełni rolę służebną wobec społeczeństwa. Kryje 

background image

się  za  tym  oczywista  niepewność  -  nie  tylko  dotycząca  warunków  gospodarczych,  ale  i 
głębsza - czy ten cały nasz kapitalizm nie zostanie odwołany. 

Jak i o co wojować z tym rachitycznym i zastraszonym kapitałem, skoro jest nam on 

niezbędny? 

Zachodni kapitalista też nie jest partnerem do zmagań o sprawiedliwość - przychodzi 

do nas przećwiczony przez swoją socjaldemokrację, uważający, dbający o załogę, podnoszący 
płace. Jak go zacząć naciskać, to sobie pójdzie, zostawiając nam na utrzymaniu kolejne setki 
bezrobotnych. 

Gdy  kapitalizm  powstawał  na  Zachodzie,  miał  mocne  oparcie  w  mieszczańskim 

systemie  wartości,  wedle  którego  człowiek  winien  osiągnąć  sukces  własnym  wysiłkiem  i 
pracą. 

 
76  
Wymuszanie  aktywności  uderzało  w  normy  poprzedniej  epoki,  w  której  człowiek 

rodził się wraz z życiorysem właściwym jego stanowi. W imię czego chłop czy rzemieślnik 
miał  harować  ze  wszystkich  sił,  skoro  i  tak  barier  swego  stanu  nie  mógł  przekroczyć  - 
wypracowywał  więc  tyle,  ile  zgodnie  ze  swą  pozycją  mógł  skonsumować?  Kapitalizm 
warstwy wyższe zmusił do rywalizacji, a warstwy niższe do ciężkiej, nieustającej, wydajnej 
pracy  przyuczył  brutalnie.  Rozkwitł  tam,  gdzie  wsparła  go  protestancka  etyka  głosząca,  że 
praca  jest  obowiązkiem,  konsumpcja  jest  grzechem  ciężkim.  Bogactwo  jest  nagrodą  za 
rzetelny  wysiłek  i  znakiem  Bożej  łaski.  Ubóstwo  jest  zasłużoną  karą  za  lenistwo, 
niezaradność, niesamodzielność, opieszałość wobec powinności. 

Lewica  miała  się  czemu  przeciwstawiać,  pokazując  przepaść  między  bogactwem 

nielicznych  i  nędzną  wegetacją  większości,  opisując  niesprawiedliwą  strukturę  społeczną, 
upatrując  w  niej  przede  wszystkim,  a  nie  w  naturze  ludzkiej,  przyczyn  zła  i  deprawacji 
jednostek.  Zwalniała  niejako  tym  samym  człowieka  z  indywidualnej  odpowiedzialności  za 
swój  los  i  obarczała  nią  system  społeczny.  Nakłaniała  pokrzywdzonych  do  zbiorowej, 
kolektywnej walki o jego zmianę. Robotnik nie wydajnością i pracowitością pnie się w górę, 
ale zbiorowym protestem i zbiorową umową. 

W  tym  sporze  racja  nie  leży  po  jednej  stronie.  W  społeczeństwie  potrzebny  jest 

zarówno wymóg wysiłku  i  samodzielności,  jak  i  uwaga  i troska poświęcona słabym. U  nas 
brakuje tego pierwszego. 

W  Polsce  robotnik  ledwo  dyszącej  fabryki,  który  porzuca  ją,  by  handlować 

papierosami,  jest  otoczony  pogardą  kolegów  i  czuje  się  zdeklasowany.  Bezrobotny,  który 
zrezygnuje z zasiłku, by podjąć niewiele więcej płatną pracę, jest frajerem. Nastolatek, który 
pracuje, by pomóc rodzicom, budzi zgrozę - do czego to doszło. 

Kto  im  tu  powie,  że,  przeciwnie,  właśnie  oni  zasługują  na  społeczny  prestiż,  bo 

spróbowali zrobić coś sami, żyć na własny rachunek, a nie na koszt podatników. 

Kapitalizm  powstaje  u  nas  w  świecie  wrogich  mu  wartości.  W  społeczeństwie  o 

mentalności  tak  głęboko  lewicowej,  że  ani  socjaldemokraci,  ani  komuniści,  ani  KPN  jej 
wymogom nie będą w stanie sprostać. W społeczeństwie, w którym walorem jest bezradność, 
w  którym  praca  mierzona  jest  wysiłkiem  fizycznym,  a  nie  efektami,  w  którym  racja  jest 
zawsze  po  stronie  biednych  i  po  stronie  związków  zawodowych.  Bez  względu  na  to,  co  te 
związki robią. 

77 
Wytępione  do  cna  prawicowe  myślenie  nawet  nie  ośmiela  się  zakiełkować.  Niby 

prawicowych sił mamy bez liku, ale epatują jedynie zaściankową polską specyfiką lub wiodą 
spory  patriotyczno-katolicko--ideowe.  A  przy  tym  wspierają  sposób  myślenia,  w  którym 
indywidualna zaradność czuje  się zagrożona  i zdeprecjonowana, kapitał kojarzy się  źle, a o 

background image

obcym  lepiej  w  ogóle  nie  wspominać,  sukces  rodzi  podejrzliwość,  zamożność  wzbudza 
domniemanie, iż osiągnięta została kosztem emerytów, rencistów i polskiego robotnika. 

W krajach zwykłych, na których nie dokonywano sztucznych eksperymentów, miejsce 

i zadanie lewicy są oczywiste. Łagodzi wstrząsy rozwoju, hamuje egoizm silnych, uwrażliwia 
na los słabych, strzeże przed zakusami sił skrajnych wolności jednostek i praw mniejszości. 
W  krajach  Trzeciego  Świata  z  obszarami  prawdziwej  i  beznadziejnej  nędzy  ma  przed  sobą 
olbrzymie zadanie, a często i pokusę rewolucyjną. 

W Polsce lewica musi na nowo odnaleźć swoje miejsce, swoją bazę społeczną i swoje 

zadania. W odróżnieniu od lewicy zachodniej, która zaakceptowała kapitalizm, widząc  jego 
prężność i wydajność, nasza jest skazana na oryginalność, musi poniekąd brać udział w jego 
tworzeniu. Baczy przy tym oczywiście na sprawiedliwe rozkładanie kosztów, usiłuje wpłynąć 
na tempo zmian, kusą kołderkę budżetu podciąga tam, gdzie najbiedniej. 

Ale trudno jej zaistnieć jako odrębna siła w szerszej świadomości, gdyż głosząc swe 

wartości  po  pierwsze  trafia  w  zbyt  wielkie,  nabyte  uprzednio,  oczekiwania  społeczne,  po 
drugie - musi rywalizować z populizmem zbyt wielu partii. 

Będzie  to  możliwe  dopiero  wtedy,  gdy  powstanie  silna  prawica  nie  pragnąca 

przewodzić  całemu  Narodowi,  nie  obiecująca  robotnikom  i  chłopom  specjalnej  troski,  ale 
wyrażająca  interesy  rzutkiej  i  przedsiębiorczej  części  społeczeństwa,  głosząca  jej  wymogi, 
rygory i wartości. 

A takiej jeszcze ciągle nie ma. 
28 XI1992 
 
NIEUCHRONNA NORMALNOŚĆ 
Czy  rola  inteligencji  się  kończy,  czy  znikają  powody  jej  odrębności  i  zadania  jej 

właściwe, czy nadszedł czas zejścia inteligencji ze sceny społecznej? 

Powody  tych  pytań  są  niebagatelne.  Pierwszy  to  geneza  i  wschodnioeuropejska 

specyfika inteligencji. Oto 200 lat temu historia pchnęła nas na inną drogę niż ta, którą szedł 
Zachód, drogę, co tu ukrywać - boczną, bo przecież tamten trakt zawsze był dla nas punktem 
odniesienia, miarą spóźnienia, normą, która kierowała naszymi wysiłkami i dążeniami. Teraz 
- jak sami mówimy -  wracamy do Europy, do normalności. Otóż w  tym normalnym świecie 
warstwa inteligencji nigdy nie powstała, bo nie miała po co. 

Czy zatem włączenie się w Europę sprawi, że nasza struktura społeczna upodobni się 

do tamtej?  Czy  ludzie  wykształceni  staną  się  częścią  klasy  średniej  i  będą  sprzedawali  lub 
wykorzystywali swe umiejętności, aby osiągnąć sukces, i tylko on będzie ważny, a nie to, czy 
zawdzięczać go będą stworzeniu świetnej firmy prawniczej czy produkcji makaronu, pisaniu 
książek czy  handlowaniu  nieruchomościami?  Czy zaniknie ten system wartości, który kazał 
wyżej  stawiać  pracę  naukowca,  artysty,  lekarza  niż  dochodowe  zajęcia  handlowo-
produkcyjne? Czy zaniknie pewna więź tożsamości psychicznej, łącząca artystę i nauczyciela, 
uczonego  i  adwokata?  Czy  będzie  tak,  że  pozostaną  środowiska  intelektualistów  i  twórców 
oraz publiczność kulturalna? 

To właśnie jest normą w krajach zachodnich. 
Wschodnioeuropejska  inteligencja  to  coś  więcej  i  coś  odmiennego.  Więcej  niż  elita 

intelektualna. Była to bowiem - inaczej niż na Zachodzie 

79 
- szeroka warstwa ludzi wykształconych, która elity artystyczne i naukowe uważała za 

swe centrum, wytworzyła silną wzajemną więź i szczególny etos. Powstała w XIX-wiecznej 
Europie  Wschodniej,  tam,  gdzie  nie  dokonała  się  burżuazyjna  rewolucja,  przeciwnie  - 
despotyczne  rządy  konserwowały  stosunki  feudalne.  W  tych  właśnie  krajach  zamiast 
rewolucji  i  wielkich  przemian  pojawiła  się  inteligencja  -  warstwa,  która  usiłowała  te 

background image

społeczeństwa przekształcić i dzięki której dystans dzielący je od Zachodu nie zamienił się w 
przepaść. 

Każda grupa, warstwa czy klasa społeczna zyskuje swą tożsamość odróżniając się od 

innych.  Inteligencja  powstała  jako  nowa  warstwa  w  społeczeństwie  stanowym.  Wedle 
obowiązującej w nim hierarchii wartości składała się z ludzi, którzy utracili lub porzucili swe 
wyznaczone urodzeniem miejsce w społeczeństwie, a nadto utrzymywali się z własnej pracy. 
I rzeczywiście, tworzyli  ją ci, którzy potracili  majątki  bądź to stając w Ojczyzny potrzebie, 
bądź nie mogąc sprostać przemianom gospodarczym, oraz ci, co z nizin wyrwali się do szkół. 
Wszyscy  oni  chcieli  być  oceniani  wedle  umiejętności,  a  nie  wedle  tego,  czy  ojciec  stracił 
ziemię, czy był dzierżawcą, rzemieślnikiem lub chłopem. 

Inteligencja  swe  wykorzenienie  ze  społeczeństwa  stanowego  uczyniła  walorem  i 

zasługą. Idee rewolucji  burżuazyjnych zastosowała w szczególny  sposób  - ludzie są wolni  i 
równi, miejsce w społeczeństwie należy im się za własne talenty i zasługi, a nie ze względu 
na krew, włości lub pieniądze. W tym miejscu właśnie nastąpił jej rozbrat z mieszczaństwem i 
rodzącym  się  kapitalizmem.  Ten  polski  kapitalizm  był  zbyt  wątły,  by  stać  się  pracodawcą 
ludzi  wykształconych,  i  zbyt  słaby,  by  swoimi  wartościami  zmierzyć  się  z  szlachecką, 
stanową wizją świata. Wolał kupować tytuły lub wżeniać się w majątki. 

Inteligencja  kwestionowała  prymat  klas  wyższych,  które  pilnowały  swej  pozycji,  nie 

dbając o resztę narodu. A ta reszta, według inteligencji ciemna, nędzna i zacofana, jest jego 
solą.  Bez  niej  ani  wolności,  ani  rozwoju  kraju  się  nie  osiągnie.  Trzeba  ją  tylko  oświecić  i 
dźwignąć. Stan włościański, proletariat, masy, słowem Lud - to dla inteligencji najważniejszy 
układ  odniesienia.  Oświecając  go,  budząc  w  nim  świadomość  narodową  lub  klasową, 
nakłaniając  do  powstań  lub  rewolucji  -  inteligencja  dowodziła,  że  służy  sprawie  całego 
społeczeństwa.  Egoizmowi  szlachty  przeciwstawiała  własne  poczucie  obywatelskich 
powinności. 

Tak więc inteligencja wchodziła na scenę z pewnymi cechami nabytymi. Była z natury 

demokratyczna i otwarta dla innych, jeśli tylko 

 
80 
spełniali  oczywiste  dla  niej  wymogi,  jak  wykształcenie  i  udział  w  obiegu  kultury. 

Wedle  kryteriów  XIX  wieku  była  z  natury  "lewicowa",  to  znaczy  nastawiona  na  zmianę 
świata, poprawianie losu i poziomu warstw niższych. Miała wyraźny etos społecznikowski, z 
którego  czyniła  wspólną  więź  i  zarazem  argument  przeciwko  okazywanej  jej  szlacheckiej  i 
mieszczańskiej wzgardzie. 

Cechy te były oczywiście pewnym wzorcem, normą egzekwowaną przez środowisko. 

Z  tymi  normami  było  tak,  jak  z  wzorcem  rycerza  -  wszyscy  go  znali  i  aprobowali,  co  nie 
znaczy,  że  był  powszechnie  wypełniany;  niemniej  nikt  nie  przyznawał  się  do  tchórzostwa, 
gwałtów wojennych, krzywdzenia wdów i sierot. Także inteligencja nie składała się z samych 
rewolucjonistów  i  społeczników,  ale  w  jej  kręgach  nie  godziło  się  powiedzieć,  że  czytanie 
książek  to  strata  czasu,  chłopi  to  chamy,  a  robotników  tylko  batem  można  przymusić  do 
roboty. 

W Polsce inteligencja stworzyła nowoczesną świadomość społeczną. Jej dziełem była 

kultura  -  zastępcza  przestrzeń  wspólnego  życia  Polaków  i  namiastka  państwa,  którego  nie 
mieli. Jej dziełem były idee, które pchały ich bądź do zrywów, bądź do pracy organicznej, do 
konspiracji  lub  do  ratowania  substancji.  Gdy  Polska  odzyskała  niepodległość,  nikt  nie 
kwestionował zasług inteligencji w jej zdobyciu, a potem w jej budowaniu. 

Owe  wyraźnie  widoczne  z  historycznego  dystansu  kryteria  z  czasem  oczywiście  się 

zmieniły.  Wykształcenie  niegdyś  było  cechą  oczywistą,  w  niepiśmiennym  przeważnie 
społeczeństwie  wystarczyło  umieć  czytać  i  sięgać  po  książki,  by  być  uważanym  za 
inteligenta. Dziś i wyższe studia nie dają tu cenzusu. Demokratyzm jeszcze parę lat po drugiej 

background image

wojnie był wyróżnikiem - tak długo, jak w umysłach kołatał się odruch ustalania, czy ktoś jest 
z dobrej rodziny. To, co w XIX wieku można było nazwać "lewicowością", w miarę rozpadu 
struktur  feudalnych  zamknęło.  Inteligencja  wykształciła  w  sobie  zróżnicowane  nurty 
polityczne,  od  lewa  do  prawa,  i  nabytym  odruchem  szczepiła  je  warstwom  niższym. 
Niezmienny pozostał jej szczególny stosunek do ludu i poczucie zadań obywatelskich. 

Drugi powód pytania o przyszłość  inteligencji to zewsząd podkreślana  jej zbędność, 

właśnie w rozumieniu grupy powołanej do pełnienia szczególnej i ważnej roli społecznej. 

Antyinteligencką  postawę  najczęściej  prezentuje  część  klasy  politycznej,  co  jest 

zrozumiałe o tyle, że zgodnie z zasadami demokracji ona 

 81 
właśnie przejmuje rząd dusz. Przynajmniej znaczna jej część tak postrzega swoją rolę. 

Zanim wyklarują się zbiorowe interesy, a następnie różne koncepcje ich realizowania, jeszcze 
jakiś  czas  będziemy  mieli  polityków  przekonanych,  że  wyrażają  pragnienia  całego 
społeczeństwa bądź całego Narodu. 

Jest  to  powielanie  przez  polityków  wzoru,  wedle  którego  inteligencja  opisywała 

społeczne dążenia, cele, które trzeba osiągnąć, działania, jakie należy podjąć. Robiła to ponad 
społeczeństwem,  ale  wtedy,  gdy  było  zniewolone  i  zakneblowane.  A  jeśli  nadal  ma  takie 
odruchy, to nic dziwnego, że postrzegana jest przez niektórych polityków jak konkurencja. 

Wrogość  do  inteligencji  demonstrują  też  robotnicy  i  chłopi.  Czynią  to  zarówno 

poprzez swych przedstawicieli związkowych, jak i spontanicznie w trakcie demonstracji. Tu 
trudno  o  przyczynach  orzec  jednoznacznie.  Może  to  być  nieodróżnianie  inteligenta  od 
urzędnika, wspólna niechęć do człowieka w garniturze, który rządzi lub się mądrzy. Może to 
być, szczególnie ze strony związkowców, ludzi pnących się tym kanałem awansu, niechęć do 
warstw  zasiedziałych  na  górze.  Może  to  być  pozostałość  przeszłości,  gdzie  historyczna 
niechęć  do  warstw  wyższych  splotła  się  z  komunistycznym  szczuciem  na  tych,  którzy 
uważają się za lepszych, a nie wiedzą, co to ciężka praca. 

W  tej  szerokiej  fali  niechęci,  jakiej  doznaje  inteligencja,  przywołuje  się  normę 

Zachodu,  pytając,  czy  w  demokracji  jest  taki  obyczaj,  że  pisarz,  aktor  lub  uczony  biolog 
wypowiadają  się  na  tematy  ogólne.  Mają  tam  przecież  tyle  praw  co  inni  -  kartkę  do 
głosowania. 

Chętnie podnosi się też wątek jej zbiorowej winy. Mówi się, że oto ci, którzy porobili 

kariery  zawodowe  w  czasie  minionym,  niekiedy  byli  ozdobą  dworu,  nierzadko  przed  laty 
popierali działania systemu, teraz usiłują znów wpływać na rzeczywistość, oceniać, pouczać, 
słowem - utrzymać nadal szczególne miejsce. 

Nad tą zbiorową winą warto się chwilę zatrzymać. Jakkolwiek było w rzeczywistości, 

staje się ona obiegowym faktem społecznym, zyskuje nazwę potoczną - "hańba domowa" - i, 
po  doraźnym  wykorzystaniu  w  rozgrywkach  politycznych,  być  może  wejdzie  do  wspólnej, 
sloganowej  wiedzy  o  pierwszej  połowie  XX  wieku.  Ocena  potomnych  nie  jest  bowiem 
sprawiedliwa,  służy  pokrzepieniu  serc  własnych.  Tak  jak  literatura  XIX-wieczna  na  zawsze 
wskazała winnych tamtych nieszczęść 

 
82 
w pałacach  i dworach, tak i teraz  może się okazać, że komunizm znalazł poparcie u 

ludzi  wykształconych,  niby  tym  samym  lepiej  przygotowanych  do  rozpoznania  natury 
systemu, a którzy - może właśnie zbyt skłonni do mędrkowania - dali mu się omotać. Lud zaś 
prosty  nabrać się oczywiście  nie dał, coś  na kształt zdrowego  instynktu ochroniło go przed 
wiarą w wielkie kłamstwo. 

Inteligencji polskiej coś zaiste się przydarzyło po wojnie. Jako że ślad tego został na 

piśmie,  taśmie  filmowej,  obrazie,  odium  spada  na  twórców,  ale  dotyczyło  to  wszystkich 
wolnych zawodów - lekarzy, prawników, inżynierów, nauczycieli, uczonych. Czym był akces 

background image

do  tej  rzeczywistości  -  po  takiej  klęsce,  po  takiej  wojnie,  po  szurnięciu  kraju  kilkaset 
kilometrów  na  zachód?  Czy  był  to  tylko  odruch  odbudowy  i  przetrwania,  czy  też  coś  ze 
wspólnej  fascynacji  i  wiary?  Czy  jeszcze  inaczej  -  porażenie  rozmiarem  realizacji  utopii, 
utopii wpisanej głęboko w inteligencki etos? 

Na  powojennej  ruinie  jakby  od  ręki  zaczęto  oblekać  w  rzeczywistość  inteligenckie 

tęsknoty do społeczeństwa, w którym lud nie tkwi w nędzy, ciemnocie i upodleniu, zaczęto 
realizować wszystkie społecznikowskie marzenia, naprawiać odwieczne krzywdy opisywane 
w  literaturze.  To  inteligenckie  szarpanie  sumień,  te  społecznikowskie  działania  -  tu  jakieś 
kursy 

dla 

młodzieży 

włościańskiej, 

tu 

spółdzielnia, 

tu 

wakacje 

d                                                                                                            

la  suchotniczych  dzieci  -  komuniści  nazywali  pogardliwie  burżuazyjną  filantropią.  To  oni 
sami,  wolni  od  drobnomieszczańskiej  czułostkowości,  rozwiązywali  wielkie  społeczne 
problemy.  Chłopom  dali  ziemię.  Praca  była  dla  wszystkich.  Ludzie  z  piwnicznych  izb 
dostawali  mieszkania.  W  krótkim  czasie  zlikwidowano  analfabetyzm.  Walczono  z  gruźlicą. 
Dzieciom z nizin otwarto szkoły. 

Inteligencja,  dla  której  poniżenie  ludu  zawsze  było  zbiorowym  wyrzutem  sumienia, 

wykładała na uniwersytetach, na które młodzież chłopska i robotnicza miała uprzywilejowany 
wstęp, leczyła w sanatoriach przeciwgruźliczych, budowała domy, do których przenosili się 
mieszkańcy suteren. A także pisała o tym wiersze, pieśni masowe i powieści. 

Koszty  tego  wielkiego  eksperymentu  można  było  dostrzec,  ale  jego  odrzucenie  w 

całości  akurat  dla  tej  warstwy  było  psychologicznie  trudne  -  bo  oto  lud  dostawał  to,  czego 
inteligencja  zawsze  dla  niego  pragnęła.  Znalazła  się  zatem  w  intelektualnej  pułapce, 
zepchnięta do pozycji, w której mogła powiedzieć: "tak, ale...". Za owym "tak" przemawiało 
jeszcze parę argumentów - niemożność zmiany sytuacji, utrzymanie 

83 
granic zachodnich, lewicowe nastroje w całej Europie, no i, oczywiście, strach. 
Jednak to "ale", cena nowego systemu, drążyło umysły. Jedni jej nie chcieli dostrzec, 

inni się z  nią godzili,  jeszcze  inni uznawali, że  "coś za coś", niektórzy wątpili, tracili  nową 
wiarę i zaczynali się buntować. 

Ruch  inteligenckiej kontestacji długo usiłował  nie podważać "zdobyczy  socjalizmu". 

Pierwsze  jawne  miejsce  walki  wybrał  na  terenie  przeciwnika:  w  latach  pięćdziesiątych  i 
sześćdziesiątych  nie  upominał  się  wszak  o  wyzute  z  własności  ziemiaństwo  czy  właścicieli 
sklepów  -  wytykał  władzy  ubóstwo  robotników,  to,  że  nie  mieli  wpływu  nawet  na  "swój" 
zakład,  a  także  niedostatek  równości  i  wolności.  Słowem,  zarzucał  władzy  niedotrzymanie 
obietnic  ustrojowych.  Opozycja  zakwestionowała  system  dopiero,  gdy  robotnicy  zrobili  to 
buntem  1970  roku.  Trwała  w  tym  sprzeciwie,  gdy  przejadaliśmy  zachodnie  kredyty,  a  po 
1976  roku  spełniła  inteligencką  powinność  broniąc  robotników,  ucząc  oporu,  tłumacząc 
złowrogą naturę naszego zniewolenia. 

Opozycja inteligencka to były oczywiście wąskie kręgi, ale zawsze ci, co próbują coś 

zmienić, z czymś  walczyć  - są znikomą  mniejszością, tyle że później ogół  ma prawo być z 
nich dumny jak z siebie. 

Natomiast  cała  inteligencja  była  od  początku  PRL  poddawana  presji,  bo  władza 

zawsze  widziała  w  niej  zagrożenie.  Zakwestionowano  jej  prestiż  społeczny,  lokując  ją  za 
ludem, koło wzgardzanego rzemiosła; usiłowano zdominować ją przez nowych inteligentów 
pochodzenia robotniczo-chłop-skiego, czy wręcz nimi zastąpić; wolne zawody zamieniono w 
najemnych  pracowników  umysłowych  i  pracę  ich  z  zasady  wynagradzano  gorzej  niż  trud 
mięśni, a nadto wtopiono w powstającą szybko urzędniczą masę. 

W  latach  siedemdziesiątych  wydawało  się,  że  te  działania  przyniosły  pełen  sukces. 

Ówczesna dyskusja o inteligencji obwieściła jej kres. Bo niby czym się ona miała wyróżniać 
spośród  pracowników  umysłowych?  Ani  stylem  życia,  ani  specjalną  rolą.  Uporczywe 

background image

deklarowanie  w  niektórych  kręgach  poczucia  tożsamości  inteligenckiej  uważano  za 
anachronizm. 

Ale  przyszedł  rok  1980  i  oto  w  całej  Polsce  inteligencja  nagle  się  odnalazła  i 

wypełniła wzorzec swej roli społecznej, hołubiony przez pokolenia. Więcej - lud, z którym się 
zbratała,  któremu  była  potrzebna,  któremu  z  radością  służyła,  był  dokładnie  taki  jak  z 
Mickiewicza, Wyspiańskiego, Żeromskiego: godny, roztropny i odpowiedzialny. Uoso- 

 
84 
bił  nawet  marksowską  koncepcję  -  walcząc  o  swoją  sprawę,  realizował  najlepsze 

dobro  wspólne.  Zgodnie  z  mitologią  inteligencką  wykazał  też,  że  jest  mądrzejszy.  Gdy  w 
czasie  sierpniowego  strajku  Warszawa  drżała  z  lęku,  że  stoczniowcy  przeciągną  strunę,  że, 
nie  rozumiejąc  uwarunkowań  władzy,  przesadzą  w  uporze  i  cały  zryw  skończy  się  klęską, 
Gdańsk spokojnie i stanowczo wymusił na partii ustępstwa, o jakich Warszawa bała się nawet 
zamarzyć.  Co  prawda  w  1981 roku  inteligenccy  doradcy  dostrzegali  granice  wytrzymałości 
systemu, a robotnicy na zjeździe "Solidarności" czuli w sobie siłę, od której zadrży Kreml, ale 
nie budziło to zwątpienia w ich zbiorową mądrość. Wiarę buduje się tym, co ją potwierdza, a 
nie weryfikuje wedle biegu wydarzeń. 

Inteligencja, której historia w genach zapisała odruch wierności przegranej sprawie, po 

wprowadzeniu stanu wojennego weszła w swą rolę, przywołując wszystkie - poza zbrojnym - 
wzory  oporu.  Mieliśmy  biżuterię  żałobną,  pogrzeby  narodowe,  godne  manifestacje 
patriotyczne,  mały  sabotaż  psychologiczny,  podziemne  drukarnie,  podziemną  kulturę,  tajne 
nauczanie, obywatelski sprzeciw i nawet coś na kształt podziemnego państwa z Tymczasową 
Komisją Koordynacyjną na czele. 

W  tym  oporze,  odmowie  uczestnictwa,  inteligencja  odegrała  rolę  olbrzymią  i 

ostatecznie  władza  tego  wszystkiego  nie  zdzierżyła,  a  korozja  całego  bloku  umożliwiła  jej 
Okrągły Stół. 

Przyszło  wyborcze  zwycięstwo  i  system  się  rozleciał.  Powtarzając  tym  razem  wzór 

roku  1918,  inteligencja  włączyła  się  w  budowę  "naszego  własnego  domu".  Podjęła  przede 
wszystkim  swą  funkcję  opiniotwórczą,  pragnąc  poruszyć  wyobraźnię  i  obudzić  zapał  do 
tworzenia nowej, naszej rzeczywistości. Nie zyskała odzewu. 

Jej  zapał  społecznikowski  również  skończył  się  fiaskiem  -  została  szybko  wyparta  z 

"Solidarności",  Komitetów  Obywatelskich,  samorządów.  A  próby  podjęcia  roli  edukacyjnej 
spotkały  się  z  jak  najgorszym  przyjęciem.  Wszystko  to  podsumowano  w  czasie  wyborów 
prezydenckich  i  inteligencja  zaczęła  przeżywać  kaca.  Niby  to  dla  niej  nie  nowina,  ale 
dotychczas zawsze miała go po klęsce. 

Dziś - po zwycięstwie - inteligencja znalazła się jakby w obcym świecie. Wartości jej 

bliskie zostały obrócone w perzynę. 

Kultura nie jest już przestrzenią zastępczą dla życia politycznego i ideowego, stała się 

zaledwie towarem, i to takim, na który popyt jest bardzo umiarkowany. 

85 
Język,  który  inteligencja  dla  społeczeństwa  odzyskała,  w  którym  opisała  mu  jego 

sytuację  tak,  że  zdołało  ją  rozpoznać,  został  na  scenie  publicznej  zniszczony, 
sprymitywizowany,  nadaje się do ideologicznych pyskówek, a nie do zrozumienia trudnego 
świata,  który  powstaje.  Samo-wiedza  o  doświadczeniu  totalitarnym,  które  nas  przecież 
ukształtowało,  nikomu  dziś  nie  jest  potrzebna,  boć  przecież  nikt  tu  komunie  nie  uległ  i 
wszyscy z nią walczyli. 

Z celów i marzeń, które w 1980 roku inteligencja dzieliła z robotnikami - że wszyscy 

będą  wolni,  równi  wobec  prawa,  bogaci  w  możliwości,  gotowi  wziąć  odpowiedzialność  za 
państwo i urządzić je lepiej - nie zostało wiele. 

background image

Tak więc  inteligencja, wyszydzona przez prezydenta, poniewierana przez polityków, 

lżona przez  lud  i porażona tym, co się dzieje, toczy  na  boku nieśmiałe dyskusje. Czasem z 
goryczą stawia diagnozy tyczące społeczeństwa, a chwilę potem biczuje się za to i szuka winy 
w  sobie.  Hamletyzuje,  jak  zwykle.  Musi  się  zmierzyć  z  własnymi  wartościami  i  z  własną 
wiarą. Przede wszystkim z wiarą w lud i ze swoimi wyobrażeniami o społeczeństwie. 

Mówiła w jego imieniu latami, opisywała jego potrzeby i dążenia, interpretowała jego 

bunty, dowodziła, że pragnie wolności i sensowności dla jego trudu, a gdy lud to zdobędzie, 
potrafi mądrze wykorzystać. 

Spełnienie się mitu Robotnika w 1980 roku było jakby uwieńczeniem wiary w zdrowe 

moce, jakie lud ma w sobie i jakie potrafi objawić, gdy da mu się szansę. Kiedy po paru latach 
tę szansę dała mu znów w całej pełni demokracja, zapragnął Tymińskiego. Dla siebie wybrał 
model przodującej klasy robotniczej. Demokracji chce ludowej - obraca swą wolę przeciwko 
komuś i żąda, by stało jej się zadość. 

Inteligencja  spogląda  więc  niczym  otrzeźwiały  Don  Kichot  na  swą  Dulcyneę  i  ma 

dysonans  poznawczy.  Czy  myliła  się,  przypisując  ludowi--społeczeństwu  jakieś  cechy 
szczególne, zakładając, że pragnie ono tego, co jej zdaniem było słuszne? Czy może myli się 
teraz w swym rozgoryczeniu, bo ta zbiorowa mądrość przejawia się właśnie w egoistycznej, 
cynicznej i agresywnej zapobiegliwości o swoje? A może to ona sama znów dostrzega tylko 
plugawą skorupę i w swych ograniczeniach ślepa jest na jakiś ogień wewnętrzny? 

A może po prostu taki mitologiczny język, w którym podmiotem jest społeczeństwo, 

naród, robotnicy, lud, inteligencja, a przedmiotem roz- 

 
86 
ważań  pragnienie  wolności,  samorealizacji,  sensowności  pracy  -  naturalne  ludzkie 

potrzeby  -  język,  który  opisywał  tęsknoty  i  potrafił  poruszyć  wyobraźnię  i  zbiorową  wolę, 
dziś  do  rzeczywistości  nie  przystaje.  Normalność  wymaga  raczej  opisu  i  zrozumienia  niż 
budzenia emocji i pragnień. 

Na  gorzkie  inteligenckie  pytania,  co  stało  się  z  tym  ludem,  z  tym  społeczeństwem 

między 1980 a 1990 rokiem, odpowie rzeczowo socjolog i psycholog społeczny. Robotnicy, 
których komuniści traktowali jak motłoch żądny tylko wódki i kiełbasy, potrafili im pokazać, 
że  jest  zupełnie  inaczej.  Zadziałała  psychologiczna  prawidłowość,  wedle  której  słaby  i 
poniżany  broni  się  ostentacyjną  szlachetnością.  Z  kolei  wyświechtany  dziś,  zdawałoby  się, 
kostium klasowego gniewu przysłania strach, niepewność i rozczarowanie. 

Chłodna  analiza wykaże też, że to wcale  nie  inteligencja  była  beneficjentem PRL-u. 

Jakieś  apanaże,  nagrody,  stypendia  służyły  do  przekupywania  jej  drobnej  części.  Reszta 
została  przecież  trwale  spaupe-ryzowana.  Prawdziwym  beneficjentem  był  lud  w  sensie 
dosłownym 

-  biedna  i  zacofana  wieś.  Nie  tylko  dlatego,  że  dostała  ziemię.  Również  dlatego,  że 

stamtąd miliony wyszły do miast, stworzyły klasę robotniczą, zasiliły  inteligencję, ale także 
władzę i administrację, wojsko i inne organy. Uwikłanie w ten system było losem wspólnym. 
Rozsądzenie,  kto  nosi  brzemię  hańby:  poeta  Stanisław  Ryszard  Dobrowolski,  mówiący  w 
1976  roku  głupstwa  z  trybuny  wiecu  potępiającego  warchołów  z  Radomia,  czy  tłum 
robotników trzymających tam idiotyczne transparenty 

- jest naprawdę bez sensu. 
Rozważania o zbiorowych winach obecne  było w Polsce zawsze po klęskach, ale jak 

widać, nie możemy się bez niego obejść także po trudnym zwycięstwie. 

Tymczasem  za  szukaniem  winnych,  za  obowiązującym  lamentem  o  zbiednieniu 

społeczeństwa,  za  politycznymi  awanturami,  niegłośno  odbywa  się  gwałtowne  i  szybkie 
przekształcanie naszej struktury społecznej. 

background image

Po pierwsze  -  została ona przez pół wieku sztucznie  spłaszczona  i teraz pojawiło się 

wolne miejsce na górze. W istocie jest to miejsce na wielki awans społeczny i on się przecież 
odbywa.  Jest  to  wyścig  pieniędzy,  władzy  i  wpływów.  Jego  terenem  jest  nie  tylko 
gospodarka, ale też cała sfera polityki i administracji. Teren ten zdobywają ludzie 

 87 
nowi  i,  jak  to  zwykle  bywa  przy  gwałtownym  awansie,  akceptowane  do  niedawna 

wartości - wykształcenie, kultura, reguły poprawnego myślenia 

-  nie  są  cechami  pomocnymi.  Przeciwnie,  są  odrzucane.  Zważywszy,  że  dotąd  w 

społecznej świadomości na szczycie drabiny była inteligencja 

-  cóż  dziwnego,  że  teraz  wszystkim  wadzi  i  jest  spychana  na  bok.  Wraz  ze  swoimi 

kryteriami społecznego prestiżu, zasług godnych uznania, hierarchii wartości. 

Po drugie  -  ze sceny  schodzi  lud-robotnicy. Ta zbitka oddaje szczególny  status  owej 

grupy  zawodowej,  stworzony  przez  komunistów,  a  przejęty  przez  "Solidarność".  Odchodzi, 
mimo  że  jest  dziś  tak  wyrazisty,  że  wygląda  i  zachowuje  się  jak  najprawdziwsza  klasa 
robotnicza  i  frazesy głosi rewolucyjne  -  nieraz  już obalała trony, więc co  jej  tam Belweder 
czy zmiecenie rządu. 

Ale  te  demonstracje  to  głos  zaledwie  połowy  robotników,  tych  z  państwowych 

zakładów, które przecież znikną. Zatrudnieni w prywatnych nie do władzy mają sprawy, tylko 
do właścicieli i dyrekcji. Oni też będą zapewne strajkować i nie tak pięknie jak w 1980 roku, 
ale  nie  będzie  im chodziło o to, że Balcerowicz  na  szubienicę, Bolek precz z  Belwederu, a 
Żydzi won z rządu, tylko o to, czy podwyżka ma wynieść trzy i pół czy cztery procent. 

Tak  więc  odchodzi  ten  lud,  z  którym  inteligencja  przez  całą  swą  historię  była 

szczególnie  złączona,  panuje  chaos,  z  którego  wyłoni  się  coś  nowego,  pojawią  się  jakieś 
warstwy wyższe, złożone z ludzi prężnych i nowych. 

Zmienia  się  również  sama  warstwa  inteligencji.  W  literaturze,  która  jest  zapisem 

zbiorowej pamięci tej grupy, występował taki oto wątek: 

typowy  inteligent,  człowiek  ogarnięty  pasją  intelektualną,  artystyczną,  naukową,  a 

także  poczuciem  powinności  wobec  społeczeństwa,  pod  wpływem  nacisków  otoczenia  lub 
konieczności  życiowych  ugina  się,  porzuca  swe  powołania  i  zamiłowania  dla  zajęć 
dochodowych,  jakiegoś  sklepikarstwa,  urzędu,  fabryczki  -  i  zawsze  już  ma  poczucie 
przegranej, sprzeniewierzenia się sobie i pewnej normie. 

Dziś porzucanie instytucji takich jak uniwersytety, uczelnie techniczne, instytuty jest 

zjawiskiem dość powszechnym. Ludzie, którzy osiągnęli wymierną pozycję w prestiżowych 
dotąd miejscach, odchodzą do biznesu, handlu, nierzadko do warsztatów rzemieślniczych. Idą 
tam  również  absolwenci  odrzucając  pracę  naukową  i  twórczą.  Interesujące,  że  ocena  tego 
zjawiska w środowiskach inteligencji jest zawieszona. Jeśli 

 
88 
słychać ubolewanie, to dotyczy ono zatroskania  o dobro ogółu, o załamanie polskiej 

nauki i ciągłości kulturalnej, a tym samym zagrożenie dla przyszłości. 

Motywy  odchodzenia  ludzi  nauki  i  kultury  od  zajęć  im  właściwych  są  różne  - 

konieczność  bytowa,  wyższe  zarobki,  pragnienie  zrobienia  czegoś  samemu.  Lecz  wobec 
bezrobotnego aktora zarabiającego kel-nerowaniem, zdolnego socjologa, który miast wnikać 
w  istotę  świadomości  zbiorowej  liczy  dynamikę  wzrostu  sprzedaży  mydła,  chemika 
porzucającego  studentów,  by  założyć  browar,  nie  pojawia  się  dziś  wyrzut,  że  czemuś  się 
sprzeniewierzyli.  Najczęściej  się  mówi:  "To  przecież  normalne".  Może  bez  zbytniego 
entuzjazmu, właśnie z poczuciem, że owa nieuchronna normalność  - w której nie wystarczy 
wiedza  i  talent,  trzeba  ją  jeszcze  umieć  konkretnie  i  opłacalnie  wykorzystać,  a  mówiąc 
brutalnie sprzedać - nadchodzi. 

background image

Tej normalności inteligencja zawsze chciała. I chociaż teraz czuje się w niej  marnie i 

psychicznie, i finansowo, to, jak wynika z badań świadomości, na przekór swemu doraźnemu 
interesowi popiera trudne reformy.  A  może,  mimo że tkwi gdzieś w sferze  budżetowej,  nie 
odczuwa  już  wspólnego  interesu.  Raczej  akceptuje  tę  normę,  która  każe  pozycję  w  życiu 
zdobywać indywidualnie - wysiłkiem, wiedzą i talentem. A są to podstawowe wartości klasy 
średniej. I zapewne w nowej strukturze społecznej inteligencja stanie się jej częścią. 

Trudno  natomiast  powiedzieć,  jak  będą  wyglądały  nasze  warstwy  wyższe. 

Niewątpliwie to miejsce zajmie homo novus - człowiek nowy, rzutki, przedsiębiorczy i dosyć 
bezwzględny. 

Ze  wszystkich  zadań  inteligencji  pozostaną  na  pewno  te,  które  wypełniał  jej  trzon  - 

elita  umysłowa  i  twórcza.  W  czasach  zniewolenia  oczekiwano  od  niej  raczej  tworzenia 
krzepiących mitów, wskazywania celów rozpalających wyobraźnię i pobudzających idei. To 
wszystko  inteligencja  przekuwała  na  zadania,  powinności  i  misje.  W  czasach  normalnych 
intelektualista powołany jest raczej do rozbijania stereotypów myślowych, podważania mitów 
zbiorowych, do opisu, analizy, refleksji. A to nie nadaje się na posłannictwo. To sfera życia 
umysłowego,  która  może  mieć  jakiś  wpływ  na  wspólną  świadomość,  ale  w  gwarze 
dzisiejszego świata może do niej nie dotrzeć od razu, może zaowocować później i inaczej. 

28 XI 1992 
PLEMIENNA SOLIDARNOŚĆ 
Gdyby jakaś gmina u północnej granicy zadeklarowała głosami swych przedstawicieli, 

iż  pragnie  być  częścią  ZSRR,  i  gdyby  nadto okazało  się,  że  owi  miejscowi  notable  to  byli 
funkcjonariusze partyjni  -  to wtedy podniósłby się w Polsce  jeden wielki krzyk o zdradzie  i 
potrzebie  dekomunizacji.  Samorząd  taki  zostałby  oczywiście  rozwiązany  i  ta  nieszczęsna 
gmina długo byłaby pod lupą uważnej obserwacji. 

Gdyby  w  Polsce  amerykańskie  służby  dopadły  paru  Czechów,  którzy  nie  bacząc  na 

embargo  próbowaliby  przez  Szczecin  wysłać  do  Iraku  produkty  swojej  "Zbrojowki",  to 
zostaliby  tu  aresztowani  i,  niczym  bankier  Bogatin,  migiem  deportowani  do  USA.  Przy 
wtórze  wyrzutów  wobec  południowego  sąsiada  i  cichej  schadenfreude,  iż  noga  mu  się 
powinęła. 

Gdyby  zatonął  niemiecki  prom  i  uratowaliby  się  jedynie  niemieccy  marynarze,  a 

gdyby  już,  nie  daj  Boże,  wśród  ofiar  byli  nasi  rodacy  -  to  przez  Polskę  przeszłaby  fala 
oburzenia.  Środki  przekazu  i  ludzie  na  ulicach  podkreślaliby  z  świętym  gniewem,  że  dla 
zysku  ryzykowano  ludzkie  życie,  że  Niemcy  mieli  kombinezony,  a  pasażerowie  nie,  że 
pomieszczenia  pasażerskie  były  tak  umieszczone,  iż  nie  dawały  szansy  dotarcia  w  porę  na 
pokład. 

Jeśli jednak polska gmina na Litwie chce się oderwać i przyłączyć do ZSRR i Litwini 

na to reagują, to rośnie w nas gniew na prześladowania rodaków. Jeśli Polaków łapie się na 
łamaniu  embarga,  to  jest  to  oczywiście  spisek  konkurencji.  Jeśli  szwedzka  prasa  podnosi 
nieprzyjemne aspekty katastrofy naszego promu, to tylko po to, by zepchnąć nas z rynku. 

 
90   
Nasze  stosunki  ze  światem  zewnętrznym  cechuje  jakieś  szczególne  uczulenie.  Jeśli 

Polacy zostaną przez inną nację głośno osądzeni krytycznie, stajemy za nimi murem. 

Posłowie udzielają rządowi nagany za  to, że nie zrobił wszystkiego, by wyciągnąć z 

amerykańskiego  więzienia  współobywateli.  Ci  współobywatele  w  Polsce  nazwani  byliby 
nomenklaturą  i dekomunizatorom  na  ich widok otwierałby się scyzoryk. Podobnie wiadomi 
przywódcy Polaków na Litwie - gdyby mieszkali kilkadziesiąt kilometrów na wschód, zaraz 
by się dowiedzieli, że są starą mafią partyjną. 

Postawa  ta  nie  jest  zrodzona  z  poczucia  godności  narodowej,  bo  nie  towarzyszy  jej 

odruch wzajemnego dyscyplinowania się do przyzwoitych zachowań. 

background image

Pan  Cłapka,  przyłapany  na  atomowych  interesach,  słuchając  polityków  i  czytając 

prasę  mógł  mniemać,  że  w  razie  czego  też  okaże  się  ofiarą  sił,  które  chcą  zniszczyć  nasz 
przemysł zbrojeniowy. I prawie mu się udało - coś takiego wiceminister z MSW powiedział 
komisji  sejmowej.  Niestety,  powtórna  emisja  niemieckich  taśm  zmusiła  władze  do  zmiany 
zapatrywań. 

Gdy dziś okazujemy wielkopański niesmak wobec turystów ze Wschodu, nie chcemy 

pamiętać,  jak  sami  najeżdżaliśmy  niemieckie  miasta  zakładając  tam  wschodnie  bazary, 
brudząc,  nachodząc  po  domach,  by  wcisnąć  kilka  ołówków,  dwa  jajka  lub  kostkę  masła. 
Teraz rozważamy zamknięcie granic, by bronić się przed napływem obcych mafii. A gdyby 
Niemcy  i  Austriacy  chcieli  przymknąć  granice  przed  naszymi  mafiami  samochodowymi  i 
naszymi prostytutkami? Bylibyśmy dotknięci do żywego. 

Odruchy oburzenia na obcych, którzy mają krytyczne zdanie o jakichś "naszych", są o 

tyle  zastanawiające,  że  sami  o  sobie  mamy  zdanie  jak  najgorsze.  Nikogo  tu  nie  dziwią 
oskarżenia, że krajem rządzą skrycie komuniści; że w Belwederze siedzi ubecka jaczejka; 

że rządy kradną, więcej, świadomie wyprzedają kraj obcym; że korupcja jest normą; 

że  przestępczość  jest  kryta  przez  wymiar  sprawiedliwości;  że  wszędzie  zdrada,  agenci  i 
złodziejstwo. A z drugiej strony nie dajemy już wiary niczyim czystym intencjom i niczyjej 
uczciwości.  Każdy,  kto  się  dorobił  lub  odniósł  sukces,  musiał  to  zrobić  czyimś  kosztem  i 
łamiąc  prawo.  Powszechne  jest  przekonanie,  iż  w  społeczeństwie  panuje  egoizm,  agresja, 
nieprzestrzeganie prawa ni dobrych obyczajów. 

91 
A  żeby  już  obraz  obrzydzenia  do  samych  siebie  był  pełny,  sycimy  się 

przeświadczeniem, że nic nam nie wychodzi. Kraj w ruinie, trzy lata zmarnowane, nic się tu 
nie zmieniło, dookoła jedna rozpacz, a będzie jeszcze gorzej. 

Skoro  mamy  o  sobie  sąd  tak  surowy,  to  logiczne  byłoby  mieć  poczucie,  może 

gorzkiej, ale satysfakcji, gdy Litwini wypatrzą, że była polska nomenklatura spiskuje z Rosją, 
a  Amerykanie  lub  Niemcy  przy-uważą  jakąś  mafię.  To  przecież  potwierdza  ciągle 
podnoszoną tezę o stanie rzeczy w Polsce. 

Niestety,  mimo  że  głosiciele  spisków  i  tropiciele  mafii  mają  w  naszym  życiu 

zbiorowym  głos  najdonioślejszy,  a  sprzeciw  wobec  takich  tonów  jest  cichutki  i  prawie 
niedosłyszalny, to jak obcy tkną "naszych"  -  bez względu  na to, co oni robią  -  w środkach 
przekazu i politycznych wystąpieniach odzywa się zew plemiennej solidarności. A ci, którzy 
nie  poczuwają  się  do  żadnej  wspólnoty  z  panem  Cłapka  i  jego  kolegami  z  analogicznych 
spraw, czy też z panem Wysockim z Litwy, wolą milczeć. 

Tak więc dominuje u  nas  język, w którym  Kowalski  jest nomenklaturą, Malinowski 

agentem,  Piprztycki  złodziejem  wspólnego  mienia  -  natomiast  Polak  jest  zawsze  niewinną 
ofiarą. 

Można  by  to  nazwać  narodową  dulszczyzną.  Tu,  w  swoim  domu  obrzucamy  się 

błotem,  przekonujemy  wzajemnie,  że  wokół  pleni  się  zdrada,  przeniewierstwo,  zła  wola  i 
chęć  niszczenia  kraju.  Większość  energii  tracimy  na  ten  rejwach  i  wzajemne  imputowanie 
sobie  wszystkiego,  co  najgorsze.  Ale  wara,  by  ktoś  z  zewnątrz  o  jednym  z  nas  złe  słowo 
powiedział. 

Bo tak naprawdę to czujemy się gorsi od innych. Żyjemy w nieustannych swarach, nie 

mamy żadnych sukcesów, nic nam się nie udaje. A zaniżonej samoocenie z reguły towarzyszy 
nadwrażliwość na krytykę i pretensje do całego świata. Mamy ich w nadmiarze. Świat nas nie 
docenia, nie pamięta, żeśmy  jacy tacy, żeśmy obalili komunizm. Nie pomaga  nam,  nie daje 
pieniędzy tyle co trzeba, wtrąca się, doradza protekcjonalnie, a w istocie chce zaszkodzić. Bo 
się  nas  boi,  bo  nasze  rolnictwo  i  przemysł  mu  zagraża,  chce  zniszczyć  konkurencję,  a 
powinien nam zapłacić za to, co wycierpieliśmy, jak nas w Jałcie sprzedano. 

background image

Miotamy się tak między poczuciem niższości a narodową megalomanią - i tylko jedno 

jest pewne: za nic nie jesteśmy odpowiedzialni. Wszystko jest winą innych. 

 
92  
Gdybyśmy byli społeczeństwem dojrzałym, w którym każdy odpowiada za siebie, to 

nie czulibyśmy się zagrożeni nieroztropnością rodaków ze Wschodu ani wyczynami rodaków 
na  Zachodzie. A katastrofa polskiego promu  skłaniałaby raczej,  by  wstrzymać  się z  sądami 
póki się nie okaże, czy winny był żywioł czy ludzie. Nie zaś do tego, by w obronnym odruchu 
szwedzkim pasażerom zarzucać pijaństwo, a niemieckich ratowników winić za liczbę ofiar. 

3II1993 
POSTÓJ NA ŚRODKU RZEKI 
Zwycięska lewica niczego specjalnie nie zmieniła w naszym życiu: 
Sejm  nie  przyjął  żadnych  ustaw  wytyczających  jakieś  nowe  kierunki,  rząd  tłumaczy 

się  z  kontynuacji  polityki  poprzednich  gabinetów.  A  klimat  w  kraju  jakże  odmienny  od 
posępnego katastrofizmu ostatnich lat. 

Wedle  badań  utrzymuje  się  duże  zadowolenie  z  koalicji,  a  premier  Pawlak,  osoba 

bezbarwna  i  na  pewno  nie  charyzmatyczna,  osiąga  rekordy  popularności.  Towarzyszy  temu 
zaskakująca  powściągliwość  roszczeniowa.  Nowy  rząd,  w  odróżnieniu  od  poprzednich,  nie 
był  witany  strajkami.  Bez  proszenia  otrzymał  90  spokojnych  dni,  a  grupy  najbardziej 
spragnione  obiecywanej  zmiany  demonstrują  nadspodziewaną  cierpliwość,  są  gotowe 
zrozumieć, że życie nie jest proste, że trzeba trochę poczekać i dać władzy szansę. 

Cierpliwość  ta  nie  dziwi,  jeśli  się  zważy,  że  najbardziej  znerwicowani  procesami 

przemian coś już dostali i to rzecz niebłahą, bo namiastkę psychicznego bezpieczeństwa. 

Nastąpiła  oto  ciekawa  zmiana  języka  władzy.  Wyraźnie  ją  widać,  porównując 

wystąpienia  poprzedniego  i  obecnego  ministra  pracy.  Jacek  Kuroń  uporczywie  podkreślał 
związek  pomocy  państwa  z  własnym  wysiłkiem  potrzebujących.  Leszek  Miller  nie  mówi  o 
warunkach  wydatkowania  pieniędzy,  przedstawia  się  jako  nieustraszony  rycerz,  który  dla 
swych podopiecznych wyrwie środki, choćby ryzykując posadę. Z języka rządzących znikają 
takie sformułowania jak samodzielność i zaradność; 

pojawia  się  w  to  miejsce  troska  państwa  o  rolników,  pracowników  sektora 

państwowego, górników czy inną grupę. I oto człowiek niepewny 

 
94 
przyszłości  zostaje  zwolniony  z  turbowania  się  o  swój  los,  jakby  odwołano 

ewentualny  egzamin  z  zaradności,  o  którym  dotąd  ciągle  słyszał.  Czuje,  że  znów  został 
włączony  w  kolektyw  rolników,  robotników,  bezrobotnych.  A  państwo,  jak  dawniej,  za  los 
tych kolektywów bierze odpowiedzialność. 

Hasłem rządu Pawlaka zdaje się być: pełna troska bez wymagań. Zwłaszcza ludowcy 

z dumą podkreślali nową filozofię - poprzednie rządy kombinowały, jak oszczędzić wydatki, 
Pawlak natomiast będzie dawał w miarę potrzeb, kładąc nacisk na zdobywanie niezbędnych 
środków. Co prawda, gdy okazało się, że pieniędzy nie znajduje się niczym grzybów w lesie, 
tylko wyciąga obywatelom z kieszeni, to fraza ta wyszła z częstego użycia. 

Niemniej państwo zaczyna się jawić odmiennie - jeszcze nie jako opiekuńcze, ale już 

nie jako wymagające. 

O ile jednak trudno powiedzieć, czy same obietnice szczególnej troski gwarantują w 

miarę bezpieczną przyszłość, o tyle przeszłość przestała być źródłem niepewności. 

Zakwestionowanie  przełomowości  1989  roku,  wyciszenie  podziału  na  PRL  i  RP 

sprawia,  że  pogmatwane,  niejednoznaczne  i  nieheroiczne  życiorysy  większości  Polaków 
przestają nieść w sobie zagrożenie dla ich dzisiejszych szans, a choćby tylko dla poczucia, że 

background image

jest  się  w  miarę  przyzwoitym  człowiekiem,  któremu  nikt  nie  będzie  wywlekać  coraz  to 
innych grzechów. 

Właśnie ta rozmaitość cech demaskujących "komuchowatość" - od przynależności do 

organizacji  czy  organów  -  po  order,  awans,  wyjazd  zagraniczny  -  musiała  dla  zwykłego 
człowieka, próbującego odnaleźć się w nowych czasach, być stresująca. 

W społeczeństwie od lat nauczonym, że z góry płyną wskazówki, jak żyć i jaki mieć 

życiorys, pojawił się początkowo odruch, by przystosować się do nowego systemu wartości. 
Tyle że szybko się okazało, że to nie żaden system, ale jedna wielka awantura, w kulminacji 
której wyszło, że im dłużej komuna kogoś prześladowała, tym bardziej był on jej agentem. 

Kolejne  badania  opinii  wskazywały  na  powrót  do  dawnych,  znanych,  niegdyś 

powszechnych  kryteriów.  Rosło  poparcie  dla  stanu  wojennego,  a  patriotą  jawił  się  raczej 
generał Jaruzelski niż pułkownik Ku-kliński. 

 95 
Bowiem  człowiek  nie  jest  w  stanie  funkcjonować  normalnie  w  po.  czuciu,  że  jest 

zaprzańcem,  zdrajcą  narodowym  i ogólnie  - szmatą^ gotową wszystko, co wielkie  i święte, 
sprzedać  za  awans  czy  malucha.  Mechanizm  obronny  jest  oczywisty  -  odrzuca  się  autorów 
takich  sugestii  i  zwraca ku tym, którzy  mówią: to nieprawda, że zmarnowaliście całe życie 
złej służąc sprawie, pracowaliście uczciwie, itd. 

Na pierwszy rzut oka można zatem przyjąć, że aprobata dla obecnego rządu wynika ze 

skuteczności  jego  socjotechniki,  z  tego,  że  zagadał  do  ludzi  językiem  znajomym  i  w 
porównaniu z poprzednim sezonem 

-  nieagresywnym.  Że  stworzył  psychiczną  namiastkę  powrotu  do  domu,  do  czegoś 

znajomego i bezpiecznego. 

Jest to dosyć powszechna interpretacja dokonywana przez stronę przegraną - zawiera 

przyznanie  się  do  błędów  (nieznośnie  kłótliwa  scena),  zarzut  mamienia  wyborców 
(kampanijne obiecanki lewicy), westchnienie nad stanem świadomości zbiorowej (tęsknota za 
opieką) 

-  a  w  tle  tego  wszystkiego  pojawia  się  pocieszająca  supozycja,  że  nowa  koalicja 

szybko  straci  poparcie,  bo  przecież  nie  zrobi  cudu  -  nie  można  reform  przeprowadzić  bez 
wysiłku. 

Pozostaje tylko pytanie, czy wyborcy SLD i PSL - i same partie 
-  tych  reform  chcą.  Ledwo  poczuły  się  pewniej,  straciły  umiar,  który  dawał  niejakie 

wytchnienie  po  uprzednich  napięciach.  Przejmowanie  rządu  zamieniło  się  w  odbieranie 
władzy na wszystkich szczeblach. W miejsce zapewnień o odnowie obu partii pojawiają się 
całkiem nienowe twarze towarzyszy. A w tle rozpoczyna się ostatnio szybkie 

przewartościowanie. 
Z  kręgów  władzy  i  z  jej  zaplecza  coraz  częściej  słychać  sformułowania  mówiące  o 

ostatnim  czteroleciu  jako  o  czasie  niewydarzo-nych  eksperymentów,  które  teraz  trzeba 
naprawiać. Prawie jak o przerwie w normalnym biegu rzeczy, przerwie, która, niestety, dużo 
nas kosztowała. Może na razie diagnoza posła Soski o wyższości Hitlera nad Mazowieckim i 
kolegami  jeszcze  niektórych  szokuje,  ale  wydaje  się,  że  wszystko  zmierza  w  kierunku 
ustalenia,  że  oto  zakończył  się  kolejny  okres  błędów  i  wypaczeń  w  powojennych  dziejach 
Polski. 

Towarzyszy temu rehabilitacja PRL-u. Od początkowego dopominania się o szacunek 

dla pracy milionów ludzi, którzy odbudowali Polskę i potem pracowali w najlepszej wierze, 
przechodzi  się  do  obrony  systemu  socjalnego  bezpieczeństwa,  przywołuje  sprawiedliwość 
społeczną. Stąd 

 
96 

background image

już  krok,  by  podkreślić  słuszny  akt  sprawiedliwości  dziejowej,  jaki  dokonał  się  w 

latach  czterdziestych,  wyrównał  wiekowe  krzywdy  i  dał  ludziom  z  nizin  niepowtarzalną 
szansę. 

Obrona PRL-u i deprecjonowanie czterech pierwszych lat wolności może być efektem 

triumfalizmu wyborczego, którego nie udało się utrzymać na wodzy, i złudnego przekonania, 
że jest się na politycznej scenie samemu, pozostanie się na niej i nikt nie wystawi rachunku 
(co przydarzyło się licznym przegranym partiom). Ale może się za tym kryć coś więcej. 

Polityka ostatnich lat objawiła się jako denerwujące gadulstwo, swary i awantury, jako 

walka  o  serca,  emocje  i  umysły,  o  wizję  dziejów  najnowszych,  o  kryteria  winy  i  zasługi. 
Zupełnie niezależnie od tego dokonywała się w Polsce olbrzymia przemiana i naprawdę nie 
polegała ona tylko na tym, że w sklepach pojawiły się towary. Także na tym, że zmieniała się 
struktura społeczna. 

Jeżeli  po  czterech  latach  budowania  demokracji  i  gospodarki  rynkowej,  na  przekór 

potępieniom komunizmu wygłaszanym  i z ambony,  i z telewizora, Polska Ludowa  jawi  się 
dziś rolnikom, związkowcom, robotnikom i innym jako przedmiot tęsknoty i wzór stosunków 
społecznych, to znaczy, że oni tę zmianę odczuli. 

Coś sprawiło, że nieoczekiwanie zaczęli wcielać w życie PZPR--owską propagandę, tę 

mowę-trawę, w którą nikt przedtem nie wierzył. Robotnicy uznali się naprawdę właścicielami 
zakładów,  do  troski  o  które  wieś  zresztą  też  się  poczuwa,  boć  to  przecież  nasze,  wspólne, 
społeczne.  Rolnicy  pragną,  by  władze  zainteresowały  się  ich  gospodarką,  powiedziały,  co 
hodować, zajęły się na powrót zaopatrywaniem ludności w nasze, polskie produkty. I wieś, i 
miasto  chcą,  by  państwo  było  silne  i  sprawne,  wzięło  się  za  złodziei,  za  tych,  co  kosztem 
innych się dorabiają, co nas wszystkich okradają. 

W  roku  1989  przenikała  Polskę  nadzieja  na  przekreślenie  skutków  niewydolnego 

komunizmu,  czyli  biedy,  kolejek  i  szarości.  Dziś  zmiany  lat  dziewięćdziesiątych  wywołują 
gwałtowną  niechęć,  bo  przekreślanie  skutków  lat  czterdziestych  okazało  się  szybko 
zakwestionowaniem zasad, które dla znacznej większości społeczeństwa były zdobyczą. Nie 
chodzi  tu  tylko  o  wielki  awans  ze  wsi  do  miast,  do  przemysłu,  administracji,  zawodów 
umysłowych.  Choć  warto  sobie  uzmysłowić,  jak  znaczny  procent  Polaków  ma  w  pamięci 
mizerny status określony przez przynależność do warstwy społecznej najniższej. 

 91 
Reformy  lat  dziewięćdziesiątych  podważyły  zadekretowane  przez  komunistów 

sprawiedliwość  i  równość,  które  przez  kilkadziesiąt  lat  były  czymś  tak  oczywistym,  że 
niezauważalnym i dopiero teraz, naruszone, objawiają ludziom swe walory. 

Ileż buntów społecznych rodziło się z poczucia, że nie jest sprawiedliwe, iż jedni  - z 

racji urodzenia lub dziedziczenia, bez własnej zasługi 

- są wyżej, a inni niżej. Komuniści rozwiązali rzecz w ten sposób, że lud miast i wsi 

przestał  być  klasami  niższymi.  Oficjalnie  swą  sytuacją  bytową  nie  był  gorszy  od  nikogo,  a 
prestiżem  przewyższał  inteligencję  pracującą,  nie  mówiąc  już  o  niedobitkach  obalonego 
ustroju,  czyli  inicjatywie  prywatnej.  Co  prawda  lud  uważał,  że  praca  umysłowa  ma  jakieś 
przewagi nad fizyczną i można powiedzieć, że falowały w nim 

-  nierzadko sterowane  -  uczucia sprzeczne. Szacunku dla wiedzy  i pogardy dla tych, 

którzy nie znają prawdziwego trudu. 

O ile sprawiedliwość dziejową komuniści osiągnęli likwidując klasę wyższą i średnią, 

to  równość  wprowadzili  uchylając  prawo  własności  prywatnej.  Ogłaszając,  że  jest  ono 
przyczyną  wszelkiego  zła,  przeprowadzili  reformę  rolną,  nacjonalizację,  bitwę  o  handel, 
wywłaszczenia domów, placów, warsztatów. A i po tej rewolucji własnościowej czuwano, by 
ktoś nie wyrwał się w górę ponad innych, by uzyskiwał dochody społecznie uzasadnione, to 
znaczy nie drażniące otoczenia. 

background image

Po czterech latach reform struktura społeczna jest w fazie gruntownych przekształceń, 

ale jedno już jest pewne - chłopi i robotnicy są na dole społecznej drabiny. Nad nimi znalazła 
się inteligencja. Nad nimi pojawiła się warstwa przedsiębiorców. Nad nimi unosi  się coś na 
kształt widma warstw wyższych. 

Powstanie  warstwy  średniej  było  przedmiotem  niecierpliwego  oczekiwania. 

Teoretycznie  -  silna  klasa  średnia  ma  z  punktu  widzenia  podtrzymywania  demokracji  i 
stabilności państwa same walory. To ruchliwa i prężna warstwa, która nie lubi gwałtownych 
zmian,  bo  chroni  swój  dorobek,  jest  wzorem  i  szczeblem  awansu  z  warstw  niższych, 
amortyzując ich niechęć do warstw wyższych, uprzywilejowanych. 

Zanim  nasza  warstwa  średnia  będzie  czymś  silnym  i  stabilizującym,  minie  trochę 

czasu. Na razie powoduje trzęsienie ziemi:  składa się z  ludzi rzutkich, wywodzących  się ze 
wszystkich warstw i grup zawodowych. Ich dotychczasowe środowisko czuje się oczywiście 
gorsze.  Nowe  pieniądze  dają  nuworyszowski  odruch,  czyli  ostentacyjną  i  luksusową 
konsumpcję, 

 
98 
która boleśnie kontrastuje z obszarami nędzy. I wreszcie - warstwa średnia składa się z 

ludzi, 

którzy 

awansują 

indywidualnie, 

t                                                                                                                                 

o łączy ją z inteligencją, a różni od klasy robotniczej i chłopskiej. Odpowiedzią robotników i 
chłopów na pozostawanie na dole, gdy inni się wspinają, jest polityczny nacisk na zbiorową 
poprawę swej sytuacji. 

Pojawienie  się  zaczątków  warstwy  średniej  jest  znakiem  trwałego  różnicowania  się 

społeczeństwa  pod  względem  materialnym.  Miliony  ludzi,  których  sytuacja  finansowa  nie 
zmieniła  się,  czują  się  gorsi  od  tych,  którym  się  polepszyło.  Równocześnie  dokonują  się 
zmiany na skali prestiżu, równie dotkliwe. 

Pierwszym sygnałem poczucia utraty pozycji przez robotników był wybuch nastrojów 

antyinteligenckich  w  "Solidarności".  Inteligencja,  której  nikt  nie  wskazywał  właściwego 
miejsca  po  ludziach  pracy,  postawiła  się  ponad  nimi,  wręcz  wspięła  się  po  plecach,  co  w 
kampanii prezydenckiej było nieustannie podkreślane. 

Reformy  gospodarcze  sprawiły,  że  robotnicy  przestali  się  czuć  ważni  i  niezbędni,  a 

rolnicy w kółko słyszeli, że jest ich za dużo i produkują nieefektywnie. 

Potem przyszedł czas walk politycznych i status klas przodujących, ludu pracującego 

miast  i  wsi,  mimo  że  pozornie  wzmocniony  obaleniem  komunizmu,  zaczął  podlegać 
wszechstronnej erozji. 

Jednym  z  wątków  tych  walk  były  historyczne  porachunki,  ustalanie  ofiar  systemu  i 

jego  beneficjantów.  Wśród  ofiar  znaleźli  się  wywłaszczeni,  i  o  tym,  że  krzywdy  ich  trzeba 
naprawić,  mówiło  się  w  kółko.  A  przecież  to  nie  komunista  posiadał  zagarnięte  dobra. 
Mieszkali w nich i pracowali ludzie, którzy z nagła dowiedzieli się, że użytkują zagrabione i 
latami korzystali z czyjejś krzywdy. 

Trzeba powiedzieć, że mimo zacietrzewienia politycznego, sezonu na nawiedzonych i 

oszołomów, podgrzewania atmosfery rozrachunków  - nikt nigdy nie zakwestionował wprost 
reformy  rolnej.  Jakby  skłóconych  polityków  rywalizujących  w  demaskowaniu  komuny 
łączyło poczucie, że gdy ktoś poda w wątpliwość prawo do ziemi nadanej w reformie, staną 
przeciw niemu nie tylko chłopi, ale i ci wszyscy, co ze wsi wyszli. 

Przy  całej  tej  pospólnej  ostrożności,  prawowitość  posiadania  ziemi  została  przecież 

podważona.  Cóż  z  tego,  że  wyrazy  "reforma  rolna"  nie  istniały  w  słowniku  politycznym, 
skoro  prawo  własności  uznano  za  święte,  w  koło  wyliczano,  że  komuna  odebrała  fabryki, 
młyny, miesz- 

99 

background image

kania,  sklepiki,  parcele,  domy  -  i  to  wszystko  trzeba  oddać  pokrzywdzonym 

prawowitym  właścicielom.  Niewymienianie  w  tym  rejestrze  bezprawia  ziemi  miało  chłopa 
uspokoić, że nikt mu jej nie odbierze, ale musiało rodzić w nim poczucie, iż inni uważają, że 
siedzi  na  cudzym.  "Na  kradzionym",  jak  mówili  ci  leśni,  których  za  PRL-u  nazywano 
bandytami, a teraz przyznaje się im honory. 

Nie mamy wyższych warstw, ale ich widmo przypomina krzywdy, jakich zaznały za 

komunistycznej rewolucji i tym samym uświadamia ludowi jego miejsce. 

W zamęcie niezrozumiałych przemian ludzie pracy jedno widzą jasno - rozpoczął się 

wyścig  na  górę,  a oni  zostają  na  dole.  Frustracja  i  próba  obrony  ma  różne  formy,  które  na 
scenie publicznej demonstrują reprezentanci chłopów i robotników. 

Lud  poczuł,  że  jego  sprawa  została  przez  klerków  zdradzona.  Odpowiedzią  jest 

ostentacyjna  pogarda  okazywana  wykształceniu,  wiedzy  i  kompetencjom.  Licha  znajomość 
polszczyzny,  rażące  nieuctwo,  niezrozumienie  najprostszych  mechanizmów  gospodarczych 
nie dyskwalifikują posła z ludu, przeciwnie, prostactwo jest gwarancją, iż nie dał się omamić 
żadnym mądralom i kieruje się chłopskim rozumem zwanym niegdyś instynktem klasowym. 

Nowa klasa  średnia ogniskuje uczucia, które normalnie  spadały głównie  na warstwy 

wyższe.  Z  braku  panów,  którym  można  było  zarzucić,  iż  upaśli  się  na  wyzysku,  nowi 
przedsiębiorcy muszą w kółko słuchać, że uczciwie to na pewno się nie dorobili. 

Wytworzył się bowiem szczególny stosunek do bogactwa. Jest ono traktowane niczym 

wołowina bez kości w czasach braków. Wówczas, gdy do nas nie doszła, czuliśmy dotkliwie, 
że ktoś zawłaszczył nasze mięso - bo nie pracuje i mógł stanąć przed nami, bo wepchnął się 
do  kolejki,  bo  dostał  spod  lady.  Dziś  majątek  jest  traktowany  nie  jak  coś  wypracowanego 
przez  właściciela,  ale  coś  wszystkim  należnego  i  jakże  niesprawiedliwie  dzielonego.  W 
rezultacie reakcją na wieść, iż ktoś się wzbogacił, jest poczucie, że się zostało okradzionym. I 
w takiej formie wyraża się krzywda tych, którzy czują, że coś przegrywają, że znów zostali 
przez kogoś wyprzedzeni. 

Ta niezbyt racjonalna gorycz porażki wywołana wyścigiem, w którym się nie startuje, 

uderza  zwłaszcza  na  wsi.  Na  pozór  rolnicy  nie  mają  powodu  gryźć  się  prywatyzacją 
przemysłu. Co więcej, prywatne rolnict- 

 
100  
wo  musiało  ich  oswoić  z  podstawowymi  mechanizmami  gospodarczymi,  choćby 

takimi, że nie opłaca się hodować krowy, co nie daje mleka, a jak się pragnie coś sprzedać na 
targu, to jest to możliwe tylko po cenie, jaką kupiec zechce zapłacić. Niby wie to każdy chłop, 
ale  ludowiec  w  jego  imieniu  będzie  żądał,  by  państwo  trzymało  cherlawe  i  bankrutujące 
zakłady, a jeśli już coś sprzedaje, to nie poniżej ceny, która puści nabywcę z torbami. 

Ludowiec  będzie  też  popierał  podatki,  które  przyduszą  bogatych,  odbierze  ulgę 

szkolną,  przycierając  rogów  tym,  którzy  chcieliby  dla  swych  dzieci  czegoś  więcej,  niż 
gwarantuje wszystkim  ZNP. Ta dosyć rozpaczliwa obrona egalitaryzmu  świadczy o tym,  iż 
chłopi czują, że w ruchu, który zaczął się w Polsce, oni udział wezmą niewielki i w porządku, 
który się zeń wyłoni, zajmą miejsce najniższe. 

Tak więc wynik wyborów można uznać za sensowne odwzorowanie mapy społecznej. 

Zwyciężyły dwie partie klasowe, które obarczono tęsknotą za sprawiedliwością i równością, 
za peerelowskim ładem. 

Co  prawda  zamieniły  się  one  rolami.  Ta,  która  w  Polsce  Ludowej  miała  prawo  być 

lekko wstrzemięźliwa  wobec  zasad socjalizmu,  bo skupiała prywatnych posiadaczy ziemi o 
nierozwiniętej świadomości 

- teraz jest przeciw reformom rynkowym  i pragnie przywrócić  jak  najwięcej  starego. 

Natomiast  dziedzic  awangardy  ruchu  robotniczego  miota  się  między  prawami  ekonomii  a 

background image

interesem  klas  pracujących,  zda  się  -  w  odróżnieniu  od  ludowców,  którzy  odnaleźli  swą 
ciągłość z ZSL 

-  zarówno  pamiętać  czas  spędzony  na  ławie  rezerwowych,  skąd  oglądał  błędy 

poprzedników, jak i tęsknić za przewodnią rolą. 

Ma  w  sejmie  swą  partię  inteligencja.  Unia  Demokratyczna  zyskuje  tu  poparcie  nie 

dlatego, że zadbała o jej sytuację materialną czy prestiżową. Raczej dlatego, że wykształcona 
część społeczeństwa po pierwsze rozumie mechanizmy przemian, więc się ich mniej boi, po 
drugie widzi swą szansę w normalnie rozwiniętym kraju. 

Partie, które nie reprezentowały żadnych interesów grupowych, a ich elektorat różnił 

się przede wszystkim światopoglądem i temperamentem, spadły ze sceny. 

Zaś  nowa klasa  średnia  nie  jest  jeszcze klasą dla siebie  - to znaczy,  nie  bardzo wie, 

jaki jest jej interes. Poczynając od pytania, czy winna walczyć o pełną wolność gospodarczą, 
czy zabiegać o to, by państwo przygniotło konkurencję. Czy władzę ograniczać  aktywnością 
obywatelską, czy, przeciwnie, wzmacniać i wchodzić z nią w uprzywilejowane 

ICH 
układy. Czy wzbogacić się i uciec, czy zacząć budować firmę, którą kiedyś przekaże 

się  synowi.  Na  razie  trudno  powiedzieć,  czy  klasa  średnia  stanowi  w  Polsce  siłę  gotową 
bronić wagi 1989 roku i zmian, jakie zapoczątkował. Póki co ci, którzy na nich skorzystali, 
obdzielili  głosami  wszystkie  partie  z  lewicą  włącznie,  a  widząc  pierwsze  niewesołe  tego 
skutki, siedzą cicho wobec demokratycznego werdyktu większości. 

Ten  werdykt  podyktowany  został  strachem  przed  zmianą  i  nadziejami  na  jej 

powstrzymanie. 

O  ile  strach  jest  zrozumiały,  o  tyle  nadzieje  są  płonne,  a  dokładniej  mówiąc  mają 

szansę połowiczne. Niemożliwe  jest przywrócenie  ładu peerelowskiego, w którym  jedni  nie 
wywyższają się nad drugich; całkiem możliwe jest hamowanie tych, którzy rwą się do góry, 
co dla pozostających na dole będzie pewną pociechą. 

I  najprawdopodobniej  sze  jest  utknięcie  w  środku  tej  przeprawy  między  starymi  a 

nowymi czasy. 

Koalicja będzie się szarpać między sobą i robić gesty to w jedną, to w drugą stronę. 

Popełni te same  błędy, co reformatorzy  - uważając, że życie kraju rozgrywa się w sejmie  i 
Belwederze. 

Otóż  poza  nimi,  w  poprzek  klas  i  warstw,  będzie  się  ścierać  rozżalona  siła 

bezwładności tych, którzy czują się bezpieczni tylko w zbiorowości, tych, którzy nie potrafią i 
nie chcą brać odpowiedzialności za siebie - z tymi, którzy z masy chcą się wyrwać, sprawdzić 
się, wspiąć wyżej. 

Nasze  zapóźnienie  rozwojowe  pozwala,  jeśli  spojrzymy  na  kraje,  które  nas 

wyprzedziły, orzec z całą pewnością, że przyszłość należy do tych drugich. 

5 II 1994 
 
GĘBY ZA LUD KRZYCZĄCE 
Starcie,  w  którym  poległ  wiceminister  finansów  Stefan  Kawalec,  a  po  nim 

wicepremier  Marek  Borowski,  zaś  zwyciężył  poseł  Pęk,  było  zapewne  tym  wszystkim,  o 
czym mówiły komentarze polityczne - sporem o gospodarkę, jaki dzieli koalicję, konfliktem 
skazanych na siebie a nieznoszących się partii, lub wreszcie personalną rywalizacją drętwego 
premiera Pawlaka z uwodzicielskim szefem SdRP Kwaśniewskim. 

Dla większości  jednak,  mniej wrażliwej  na gabinetowo-kuluarowe gry, był to przede 

wszystkim  rażący  przypadek  zwycięstwa  nieuctwa  nad  kompetencjami  i  taka  surowa ocena 
przetoczyła się przez prasę. 

A  przecież  poseł  Pęk  nie  mówił  rzeczy  nowych  i  zaskakujących.  Przeciwnie  - 

wszystkie  jego  tezy  były  wielokrotnie  wygłaszane.  Pojawiały  się  w  kolejnych  kampaniach 

background image

wyborczych,  poczynając  od  prezydenckiej,  a  w  przerwach  między  nimi  słychać  je  było  na 
wiecach,  manifestacjach  i  blokadach.  Należą  już  do  stałego  repertuaru  populistycznej 
opozycji. Niemniej nie ma u nas zwyczaju, by działaczom związkowym i chłopskim, którzy 
głoszą to samo, co pan Pęk, wytykać brak elementarnej wiedzy, kompletną ignorancję itd.  - 
żeby  już  nie  powtarzać  wszystkich  sformułowań,  jakie  padły  w  związku  z  wystąpieniami 
przewodniczącego sejmowej Komisji Przekształceń Własnościowych. 

Jest  coś  zastanawiającego  w  puszczaniu  mimo  uszu  najrozmaitszych  bzdur,  w 

traktowaniu  wypowiedzi  niekompetentnych  z  milczącą  pobłażliwością,  by  nagle  jak  Polska 
długa  i  szeroka  napiętnować  kogoś,  kto  mówi  to  samo,  tyle  że  znalazł  się  na  wpływowym 
stanowisku i jego działania mogą spowodować wymierne szkody. To, że znów tysiące ludzi 
zostało przekonanych, iż ministrowie w zmowie z obcymi ograbili kraj 

103 
z bilionów niezbędnych najbiedniejszym, nie jest oczywiście czymś wymiernym. Nie 

jest nawet postrzegane jako szkoda. 

Poseł  Pęk  wcale  nie  speszył  się  powszechnie  negatywną  oceną  swych  kwalifikacji 

umysłowych. Wygląda na człowieka fanatycznie oddanego sprawie tropienia nieprawości, a 
zatem wszelkie deprecjonujące go sądy przyjmuje na pewno jako atak ciemnych sił, które nie 
tylko rozkradają Polskę, ale i rządzą prasą. Więcej - wie, że to nie te wykształcone mądrale, 
jacyś  profesorowie,  ekonomiści,  publicyści  reprezentują  stanowisko  prostych  ludzi,  ale 
właśnie on. Ma w dodatku rację. 

Historia ta może służyć za ilustrację pewnego zjawiska - zgoła inaczej brzmi, gdy się 

powie, że było to kolejne starcie braku wykształcenia z kompetencjami, a inaczej, gdy ujmie 
się  rzecz  jako  zwycięstwo  prostego  człowieka,  przedstawiciela  ludu,  nad  reprezentantami 
politycznych elit. 

"Lud",  "prosty  człowiek"  to  terminy,  które  nabierały  pozytywnych  znaczeń  w 

ideowych  sporach  toczonych  w  XVIII  i  XIX  wieku,  kiedy  to  pojawiła  się  myśl,  iż  klejnot, 
dobre urodzenie nie czynią człowieka z natury lepszym. Klasie próżniaczej przeciwstawiano 
pracowity lud. 

Z  punktu  widzenia  szlachty  gmin  był  czymś  zgoła  odmiennym  od  narodu.  Zdatny 

tylko do ciężkiej pracy, tępy i bezmyślny z natury, swymi potrzebami bliższy był bydlęciu niż 
urodzonemu. 

Stanisław  Staszic,  gromiąc  panów  za  przywiedzenie  Ojczyzny  do  upadku,  nie 

kwestionował tego opisu. "Widzę miliony stworzeń, z których jedne wpółnago chodzą, drugie 
skórą albo ostrą siermięgą okryte, wszystkie wyschłe, znędzniałe, obrosłe, zakopciałe. Oczy 
głęboko w głowie zapadłe. Dychawicznymi piersiami bezustannie robią. Posępne, zadurzało i 
głupie, mało czują i mało myślą: to ich największą szczęśliwością. 

Ledwie w nich dostrzec można duszę rozumną. Ich zwierzchnia postać z pierwszego 

wejrzenia  więcej  podobieństwa  okazuje  do  zwierza  niżeli  do  człowieka.  Chłop  -  ostatniej 
wzgardy nazwisko mają. [...] Oto człowiek, który was żywi! Oto stan rolnika w Polsce!" 

W tym wizerunku cechy konstytutywne to fizyczny mozół, społeczna wzgarda, nędza 

i ciemnota. Zaiste, grzechy szlachty były wielkie, jeśli światła myśl patriotyczna kierowała się 
ku tak postrzeganemu ludowi. Uznała za konieczne wydźwignięcie go z ciemnoty, wierząc, iż 
praca  i  prosty  tryb  życia  tworzą  też  pewne  walory  obce  egoistycznym,  przerafinowanym 
warstwom wyższym. 

 
104 
Obudzenie ludu stało się zadaniem powstającej warstwy inteligencji. Jego praca była 

niezbędna do trwania narodu, a jego siła konieczna dla wolnościowych zrywów. Rosła więc 
wiara  w  jakąś  pozytywną  moc  ludu,  przenikała  naszą  literaturę  i  wizję  dziejów.  W 
świadomość zbiorową wdrukowywano symboliczne postaci kosyniera Bartosza Głowackiego 

background image

i  szewca  Kilińskiego  -  oto  lud,  co  staje  w  Ojczyzny  obronie,  gdy  mu  tylko  dać  szansę. 
Wydawanie Rosjanom powstańców styczniowych lub obyczaje z czasów rabacji galicyjskiej 
raczej pomijane były milczeniem, a jeśli już wspominane, to jako wina warstw oświeconych, 
które lud zostawiały w ciemnocie. 

Przekonanie,  że  pod  plugawą  skorupą  kryje  się  żar  cnót,  że  klucz  do  wolności  ma 

"może wyrobnik, dziewka bosa", było motywem tej wielkiej pracy polskiej inteligencji, tych 
szkółek ludowych, kursów dla niezamożnych, kółek dyskusyjnych, uniwersytetów latających, 
ludowych i robotniczych. Początek XX wieku pokazał, że praca ta nie była daremna i wiara w 
lud nie została @zawiedziona. 

W  niepodległej  Polsce  ta  edukacja  była  kontynuowana,  bo  przekonanie,  że  lepiej 

uczyć  się,  wiedzieć  i  rozumieć  niż  pozostawać  w  nieświadomości  -  nie  zostało  jeszcze 
podważone. 

Komunizm  mit  ludu  i  jego  szczególnych  walorów  wykorzystał  przeciwko 

społeczeństwu. Najpierw z dosyć przewrotną logiką odnalazł owe mityczne walory i nazwał 
je  instynktem  klasowym  -  był  to  jakiś  szczególny  rodzaj  zbiorowej  mądrości 
niewykształconych ludzi fizycznego trudu. Mądrość ta z natury rzeczy przewyższała wiedzę 
tradycyjną, zdobywaną latami i dającą dotychczas prawo do wyższej pozycji. Teraz wyższość 
przyznano  owemu  instynktowi,  nadto  okazało  się,  że  jedynym  uprawnionym  jego 
interpretatorem jest partia. Jej wykładnia gwałciła wszelkie ludzkie odruchy poznawcze. Nie 
należało  wierzyć  własnym  oczom  ani  logicznie  wnioskować  -  należało  przyjmować  do 
wiadomości  obraz  świata  zgodny  z  interesem  ludu  pracującego  miast  i  wsi.  Interes  ten  był 
legitymacją  władzy  PZPR,  zatem  nic  dziwnego,  że  rodząca  się  opozycja  tę  legitymację 
pragnęła  zakwestionować  czy  może  przechwycić.  Jeden  robotnik  gotów  wystąpić  przeciw 
władzy bardziej cieszył, niż 59 intelektualistów podpisujących kolejny protest. I opozycja, na 
wzór  poprzednich  pokoleń  inteligentów,  wydawała  pisemka  dla  robotników  i  rolników, 
organizowała  samokształcenie,  jeździła,  tłumaczyła,  uczyła,  jak  się  bronić.  W  Sierpniu 
zostało jej to nagrodzone. 

 105 
Dziś z tamtej sierpniowej wspólnoty niewiele zostało. Z jednej strony coś, co wygląda 

jak bez mała klasowa nienawiść, z drugiej rozżalenie i poczucie zawodu. 

Sierpień  okazał  się  krótką  przerwą,  w  której  kultywowaliśmy  zgodę  narodową  na 

złość władzy. Przerwą w rzeczywistości zawsze  opisywanej  językiem  walki  i obrony przed 
wrogiem. Najpierw był nim imperializm i niemiecki rewanżyzm, potem komunizm, teraz trwa 
gorączkowe  szukanie.  Nieustanne  okrzyki:  kto  za  to  odpowiada?  zagłuszają  pytania, 
wydawałoby  się,  najważniejsze  dla  czasów  budowania:  jak  to  zrobić?  Zbiorowa  energia 
zużywa się w tropicielstwie. 

Winnego  można  znaleźć  wszędzie  -  może  się  nim  okazać  nomenklatura,  kler, 

inteligencja, handlarze, bankowcy, każda partia - ale nie mogą nim być robotnicy i chłopi. Im, 
zgodnie  z  wieloletnim  przyzwyczajeniem,  przypada  rola  ofiary  i  w  ich  imieniu  występują 
samo-zwańczy oskarżyciele. 

"Robotnicy" i "chłopi" nie oznaczają tu pracowników fizycznych. Słowa te zawierają 

syntezę inteligenckiego ludu i komunistycznych ludzi pracy. Te zbiorowości mają przywilej 
słuszności, którego braknie oczywiście wszelkim innym grupom zawodowym. 

W  języku  prywatnym  "prosty  człowiek"  oznacza  kogoś  nieuczonego,  w  publicznym 

przeciwnie - jest on autorytetem i przysługuje mu taki atrybut, że jego sądy muszą być wzięte 
pod uwagę, bo ich zlekceważenie jest równoznaczne z samokompromitacją. 

W badaniach socjologicznych dotyczących życia gospodarczego i społecznego widać 

skrajną rozpiętość opinii:  na  jednym  biegunie są  ludzie  z wyższym wykształceniem, czemu 
towarzyszą  raczej  poglądy  liberalne  i  prorynkowe,  a  na  drugim  ci  z  wykształceniem 

background image

podstawowym,  pracownicy  fizyczni  i  gospodynie  domowe,  o  zapatrywaniach  dokładnie 
przeciwnych. 

Nie  jest oczywiście tak, że wykształcenie  łączy  się z wyborem politycznym.  Ale  im 

wyższe,  tym  większa  umiejętność  kojarzenia  faktów,  dostrzegania  związków  między  nimi, 
poprawnego  wnioskowania  i  uogólniania.  Te  walory  wyrobionego  umysłu  pozwalają 
wiedzieć, że do planowej gospodarki nie da się wrócić, zamożność rodzi się wolno z wydajnej 
pracy,  konkurencja  jest  niezbędna,  budżet  składa  się  z  podatków,  bank  gospodaruje 
pieniędzmi tych, co dali mu oszczędności, 

 
106 
a  władze  muszą  działać  w  ramach  prawa.  Przy  tym  można  należeć  do  Unii  Polityki 

Realnej lub Unii Pracy i spierać się do upadłego. 

Natomiast im wykształcenie niższe, tym większa skłonność do widzenia wszystkiego 

osobno,  dosłownego  rozumienia  każdej  wypowiedzi,  myślenia  magicznego.  I  większa 
podatność na prostą, obrazową demagogię. 

W Polsce blisko 70 procent ludzi ma wykształcenie poniżej średniego, aż 45 procent 

zaledwie podstawowe i niżej. Te dane  jeszcze smętniej wyglądają, gdy porównać  miasto ze 
wsią - na wsi wyższe wykształcenie ma 1,8 procenta, średnie 13,2; zasadnicze 24,3; 49,4 ma 
tylko podstawowe, a 11,3 nawet i tego nie. 

Na  ogół  osobno  mówi  się  o  ludziach  niewykształconych,  a  osobno  o  "prostych 

ludziach", "robotnikach i chłopach". Wszyscy wiedzą, że te kategorie w olbrzymiej części się 
pokrywają,  ale  jakby  brak  odwagi  pradziadów,  by  widzieć  rzeczy  jakimi  są  i  stosownie  do 
tego  postępować. Przez  dwa  stulecia  elity,  które podejmowały  kolejne  próby  przemienienia 
Polski  w  kraj  wolny  i  dostatni,  wiedziały,  że  bez  powszechnej  oświaty,  bez  wielkiej  pracy 
przekształcającej umysły, żadne reformy się nie powiodą. 

Dziś,  mimo  że  przystępujemy  do  najtrudniejszej  chyba  próby,  nikt  o  czymś  takim 

nawet nie śmie wspomnieć. 

Na  naszym  życiu  trwale  ciąży  komunistyczne  upokorzenie  inteligencji  wobec  ludzi 

pracy. Występuje ono w dziwacznej, rozlazło-rewolucyj-nej formie - polega na wzgardzie dla 
wiedzy i odrazie do "elit": tych wszystkich, co to im się wydaje, że w czymkolwiek są lepsi. 
Jest  to  formuła  nader  emocjonalna,  ale  doczekała  się  czegoś  w  rodzaju  kodyfikacji. 
Organizacje  o  korzeniu  ludowym,  typu  związki  zawodowe  i  partie  chłopskie,  wytworzyły  i 
już  zrutynizowały  pewien  sposób  bycia  na  scenie  publicznej  przyjmując  styl  agresywno-
prostacki. Taki, którego syntezą jest zdanie: ja tam się nie znam, ale ten minister to idiota... 

Budzi  to  oczywiście  zgrozę  wśród  inteligentów,  którzy  pamiętają  Sierpień.  A  to 

przypomnienie  dowodzi  jednego:  wyrażanie  swych  potrzeb  w  sposób  godny,  znaczony 
roztropnością i otwartością lub rosz-czeniowo-agresywny nie zależy od poziomu danej grupy, 
ale  od  różnych  okoliczności.  Można  się  zastanawiać,  dlaczego  pierwsza  "Solidarność" 
traktowała  komunistyczny  rząd  z  godnym,  ale  pełnym  respektu  umiarem,  a  druga  rządy 
demokratycznie wybrane Izy przy byle okazji grubym słowem. Dlaczego w pierwszej istniała 
gotowość uczenia się, argumen- 

WT 
towania, bycia lepszym od przeciwnika, a w drugiej ministrowie i ich racje zasługują 

jedynie na pogardę. 

Jakie by nie były powody wytworzenia się prostackiego stylu dla ludowego sprzeciwu, 

ma  on  różne  konsekwencje.  Partie  chłopskie  i  związki  zawodowe  wyzbywają  się  swych 
inteligentów,  siłą  rzeczy  jest  to  atmosfera  sprzyjająca  awansom  demagogów.  Działacze, 
którzy  z  rządem  pertraktują  zapewne  rzeczowo,  na  użytek  mas  członkowskich  mają 
prymitywną wykładnię rzeczywistości, a swe działania przedstawiają jako zmagania w walce 
dobra  z  ewidentnym  złem.  Nic  dziwnego,  że  oddolne  strajki  lub  chłopskie  manifestacje 

background image

przepełnione  są  już  autentycznym  gniewem  na  tych,  co  na  górze:  na  ich  złą  wolę,  podłe 
intencje,  umyślnie  spowodowane  krzywdy.  Efekt  jest  taki,  że  nawet  jacyś  byli  właściciele, 
pikietując sejm, trzymają transparenty pełne obelg. Właśnie widok garstki starszych osób pod 
wulgarnymi  napisami  uświadamia,  że  powstała  u  nas  obowiązkowa  konwencja  chamskiego 
protestu. Tylko że dla jednych jest to konwencja, dla innych, niebiegłych w subtelnościach, 
jest  to  wzór  wyrażania  własnych  potrzeb  i  bywa,  że  stosowany  konsekwentnie  -  do 
rękoczynów włącznie. Potem ci od taczek zdumieni stają przed sądami. 

Być  może  związki  zawodowe  i  organizacje  chłopskie  starają  się  pomóc  zrozumieć 

swym  członkom,  co  się  stało  i  jak  sobie  dzisiaj  radzić.  Jeśli  tak,  to  odbywa  się  to  w 
najgłębszej  konspiracji.  Bowiem  w  swym  publicznym  działaniu  organizacje  te  robią  coś 
wręcz przeciwnego. Rysują ludziom świat manichejski, w którym władza dostała się w ręce 
sił podłych, obcych, a w najlepszym wypadku głupich. Te siły trzeba zwalczyć, by prostymi i 
oczywistymi  posunięciami, zapewnić powszechną pomyślność. Jest ona w zasięgu ręki, tyle 
że ręce władzy muszą być czyste i uczciwe. 

To  jasne  i  przyswojone  przez  liczącą  się  część  wyborców  wyjaśnienie  wszystkiego 

kusi też różne partie, by zawalczyć o głosy i wtórować w opisie upadku i rozgrabiania Polski. 

Taka wykładnia powtarzana  jest nieustannie z powodu kolejnych wyborów, z okazji 

byle strajku i bez okazji, głównie przez telewizor. Nie spotyka się z ripostą. Politycy rządowi 
nie  polemizują  z  związkowcami  i  ludowcami,  bo  to  głupio  pouczać  ich  publicznie.  W 
telewizji  widz  mógł  obejrzeć  spory  na  każdy  temat,  ale  nikt  nie  posunął  się  do  tego,  by 
załodze wyjaśniać, dlaczego, w odróżnieniu od uczciwych banków PRL, 

 
108  
dziś  nikt  jej  nie  da  kredytu  na  l  procent,  i  nikt  nie  podjął  rozmowy  z  rolnikami  z 

Samoobrony  na  temat  szkód,  jakie  im  wyrządził  Mossad.  Bo  przecież  przeciętnie 
wykształcony człowiek widzi, że to bzdury. 

Otóż  człowiek  niewykształcony  nie  widzi,  że  to  bzdury.  Święcie  wierzy  w  spiski, 

wraży kapitał, rozkradanie i obcych mocodawców. Wrze zrozumiałym gniewem. Domaga się 
położenia kresu. 

Sam próbował do tego doprowadzić i obdarzył prezydenturą robotnika Wałęsę, który 

obiecał  pogonić  kogo  trzeba  w  skarpetkach.  Potem  zaufał  licznym  partiom,  które  miały 
rozprawić się ze złodziejską nomenklaturą. Wreszcie oddał władzę tym z poprzedniej epoki, 
w  której  złodzieje  siedzieli  w  więzieniach,  a  uczciwi  ludzie  mieli  pracę  i  wczasy.  Ma  za 
premiera  chłopa,  który  rzeczywiście  zabrał  się  za  przeganianie  kogo  trzeba  i  obsadzanie 
wszystkiego swymi ludźmi - wystarczy trochę poczekać i wreszcie będzie dobrze. 

Wiadomo, że lepiej będzie najmarniej za parę lat, zatem ci prości ludzie poczują się po 

raz któryś oszukani. Znów związkowcy, ludowcy i inni podniosą krzyk, że naród głosował za 
tym, żeby dostawać pieniądze i zlikwidować bezrobocie, i oto kolejna ekipa go zawiodła, tak 
dalej być nie może. 

Tymczasem prawdziwym oszustwem jest prostacki obraz świata, wedle którego nasz 

zasobny kraj pada ofiarą wrogów i głupców, a gdyby nie to, to ho, ho, mielibyśmy tu Kanadę. 

Postulaty  wyjaśniania  ludziom,  co  dzieje  się  w  kraju  były  podnoszone  od  początku 

przemian,  a  już  zwłaszcza  po  sukcesie  Tymińskiego.  Spory  polityczne  sprawiły,  że 
przeważyły okrzyki o nowej propagandzie, o nieuleczalnym poczuciu wyższości "tzw. elit" i 
o chęci pouczania dyktowanej oczywiście pogardą dla prostego człowieka. Zarzuty te chyba 
zrobiły wrażenie, bo efekt jest szczególny. Ludzi, którzy plotą oczywiste bzdury, wykrzykują 
je  na  wiecach,  z  przejęciem  opowiadają  do  kamery,  nikt  nie  traktuje  po  partnersku  i  nie 
podejmuje  z  nimi  dyskusji  czy  choćby  rozmowy.  Spogląda  się  na  nich  jak  na  inne  plemię, 
które coś tam mówi w swym odrębnym narzeczu, a w sytuacjach, gdy to plemię odezwie się 

background image

gromadnie  w  wyborach,  przychodzi  czas  na  interpretację  jego  zachowań.  Na  ustalanie,  cóż 
ono mianowicie miało na myśli chcąc Tymińskiego lub lewicy. 

Po ostatnich wyborach przegrani  i wygrani tłumaczyli, czego lud pragnie  i co chciał 

tak naprawdę dać do zrozumienia. Wykładnie były 

 109 
uczone i różnorodne. A przecież interesujący nas wyborcy powiedzieli tylko, że życzą 

sobie niegdysiejszego bezpieczeństwa i równości w połączeniu z dzisiejszą ofertą towarową. 
Niestety, w kampanii wyborczej zapomniano ich poinformować, że albo - albo. 

Prawdziwą  pogardą  dla  ludzi  prostych  jest  wykorzystywanie  ich  niewiedzy, 

okłamywanie ich dla własnych celów, spokojne patrzenie na to, że czegoś nie rozumieją i żyją 
nonsensownymi mitami, a wpadanie w gniew i oburzenie, gdy któryś z nich, jak poseł Pęk, 
przypadkiem zyska wpływ na decyzje państwowe. 

Dodajmy,  że  gniew  spadł  na  jednostkę,  która  mówiła  głupstwa.  Ominął  z 

zażenowaniem załogę fabryki, która strajkiem wymusiła na specjalistach zmianę kwalifikacji 
samolotu Iryda. Do tego, żeby potępić kolektyw pracowniczy, opinia publiczna nie jest zbyt 
wyrywna. 

Wydaje  się,  niestety,  że  poseł  Pęk  nie  był  przypadkiem,  a  raczej  zwiastunem 

przemiany  polegającej  na  tym,  że  niemądre  słowa  przestają  tylko  ubarwiać  lub  zatruwać 
nasze życie, a zaczynają stawać się ciałem. 

Ostatnie  wybory  sprawiły,  że  Polska  stała  się  bardziej  Ludowa  niż  za  PRL-u: 

prezydent,  premier  i  sojusz  robotniczo-chłopski  w  parlamencie  -  trzeba  powiedzieć,  że 
demokratyczne wybory dosyć wyraźnie odwzorowały strukturę zatrudnienia i wykształcenia. 

Sejm zdominowali posłowie, którzy nawet nie zadali sobie trudu, by sprawdzić, jakie 

mają  prerogatywy  i  właśnie  zrezygnowali  z  podstawowej,  bo  oddali  rządowi  prawo 
stanowienia  podatków.  W  swej  zbiorowej  niewiedzy  dyktują  ministrowi  obrony,  w  co  ma 
zbroić wojsko, a ministrowi spraw zagranicznych dobierają urzędników. 

Odznaczają  się  pewnością  siebie,  jaką  daje  wiara,  iż  realizują  wolę  tych  wyborców, 

których głos jest najważniejszy. Są naprawdę przekonani, że jedynie ludzie pracy reprezentują 
interes  ogólnospołeczny.  Wierzą,  że  wystarczy  przegłosować  wszystko,  czego  żądali  prości 
ludzie na zebraniach, by rzeczywistość się odmieniła. 

Na  razie  udało  im  się  z  prezydencką  pomocą  zlikwidować  popiwek,  co,  zgodnie  z 

wiarą  załóg,  w  ogóle  nie  grozi  inflacją,  natomiast  ma  spowodować  rozkwit  państwowych 
przedsiębiorstw. 

Zdenerwowanie rządu opartego na przytłaczającej większości, który zafundował sobie 

wbrew własnej  woli  impuls  inflacyjny,  wskazuje, że weszliśmy  w czas  niepewności  i  że w 
chwili zamętu ten sejm może 

 
110  
uchwalić np. nacjonalizację byłych PGR-ów albo zakaz wszelkiej prywatyzacji. 
Pierwszy raz pojawiła się zatem możliwość realizacji prostych recept na dobrobyt, w 

które lud uwierzył, typu:  przedsiębiorstwom zmniejszyć podatki, a pracownikom zwiększyć 
płace; zamiast prywatyzacji dać  fabrykom tanie kredyty; podtrzymać dorobek pokoleń  i  nie 
pozwolić upaść zakładom i gospodarstwom, które niegdyś kwitły. 

Po  stronie  posłów  uosabianych  przez  pana  Pęka  jest  nie  tylko  owa  rzekoma  wyższa 

racja,  jaką  ma  zawsze  lud,  ale  i  stoi  za  nimi  racja  demokracji  -  reprezentują  przekonania 
większości. 

Mamy dziś zatem sytuację konfrontacji woli większości z racjonalną wiedzą elit. 
Przez parę lat częstego ćwiczenia demokratycznych reguł toczył się spór o powinności 

polityków,  którzy  chcą  wziąć  odpowiedzialność  za  kraj.  Co  jest  ich  obowiązkiem  -  czy 

background image

wsłuchiwać  się  w  głos  ludu,  odczytywać  jego  pragnienia,  realizować  postulaty,  czy  też 
przeciwnie 

- proponować wyborcom cele, przekonywać do nich, nakłaniać do jakichś zachowań? 
Reprezentanci  dzisiejszej  większości  twierdzą,  że  wsłuchali  się  w  wolę  wyborców, 

odczytali ich pragnienia i teraz je realizują. 

Przegrani  i przegrywający zwolennicy reform również poddają  się werdyktowi  ludu: 

wiedzą, że trudy przemian zniechęcają do nich elektorat, a wzdragają się przed uprawianiem 
propagandy o różnych koniecz-nościach i przyszłych korzyściach dzisiejszych wyrzeczeń. 

A przecież w tym, co lud mówi, a raczej wykrzykuje władzy, prawdziwe i jego własne 

jest tylko rozgoryczenie. Argumentacji ktoś go nauczył, ktoś mu powiedział, że jest ofiarą złej 
woli,  rabunku,  złodziejstwa,  zdrady.  Że  ten  nieszczęsny  popiwek  wprowadzono  po  to,  by 
niszczyć przemysł. Rolnictwo naumyślnie obrócono w perzynę. Wszystko oddaje się obcym, 
by  nami  rządzili.  Żeby  już  nie  przytaczać  tego,  czego  rolników  z  Samoobrony  uczyli 
profesorowie z Grunwaldu. 

W  takich  opisach  w  ogóle  nie  ma  miejsca  na  fakt,  że  jesteśmy  zacofanym  krajem, 

który  musi  własną  pracą  wygrzebać  się  z  biedy.  Słuchając  takiego  lamentu,  widać,  że  lud 
wcale nie musi mieć racji 

- a lud oszukany na pewno jej nie ma. Natomiast traktowanie tego, co mówi, jedynie 

jako  symptomów  zmęczenia  i  irytacji  trudami  życia,  świadczy  o  zaniku  społecznej 
wrażliwości i wyobraźni. Bo zupełnie 

111 
inaczej  daje  sobie  radę  człowiek,  który  odbudowuje  dom  po  pożarze  od  pioruna,  a 

inaczej taki, któremu ten dom, oborę i zbiory podpalają źli i bezkarni ludzie. 

Chłopom i robotnikom tłumaczono, że przez ostatnie lata byli ofiarami ludzi złych lub 

głupich,  zawsze  bezkarnych.  Część  w  to  uwierzyła,  a  ich  posłowie  właśnie  gotowi  są 
przerwać tę złą passę Polski, jaka trwa od Balcerowicza. 

Jeżeli  im  się  to  uda,  to  o  nieskuteczności  prostych  recept  na  powszechne  bogactwo 

ludzie nauczą się na własnej skórze. Też jakaś edukacja, choć kosztowna. 

Konflikty między pragnieniami i wolą większości a wiedzą elity historia rozstrzygała 

różnie,  zależnie  od  sprawy  i  okoliczności.  Nie  jest  oczywiście  tak,  że  wiedza  i  uczone 
rozeznanie prowadzą zawsze do najlepszej decyzji. W 1980 roku spontaniczny, emocjonalny 
odruch stoczniowców przeważył nad racjonalną analizą sytuacji dokonaną przez inteligentów 
i  dał  efekt  niezwykły.  Bywa,  że  w  chwilach  osobliwych  wiara  i  czucie  więcej  znaczą  niż 
szkiełko i oko. 

Inaczej  jednak jest w czasie pospolitym: budowanie, gospodarowanie, organizowanie 

wymagają mniej czucia, a więcej roztropności. 

9IV 1994 
 
PAMIĘĆ I PRZEDAWNIENIE 
W  znakomitym  filmie  Marcela  Łozińskiego  Las  katyński  jest  znamienna  scena.  W 

pociągu jadą pierwszy raz na groby pomordowanych żony i córki; rozmawiają o swej sytuacji 
sprzez  50  lat,  o  tym,  że  skrywały  prawdę  o  okolicznościach  śmierci  mężów  i  ojców  przed 
otoczeniem,  a  także  przed  sobą;  w  trakcie  tej  rozmowy  coś  w  nich  pęka  i,  nie  bacząc  na 
kamerę,  zaczynają  płakać.  Po  pół  wieku  opłakują  swych  bliskich,  tak  jakby  ich  straciły 
wczoraj. 

Rodziny ofiar Katynia ich śmierć przeżyły niegdyś prywatnie, w intymności, bez mała 

w  ukryciu.  Wymóg  kulturowo-psychologiczny  okazania  żalu  publicznie  nie  mógł  być 
spełniony  i  dokonuje  się  dopiero  teraz,  a  wraz  z  nim  powraca,  czy  też  pojawia  się  ból, 
doznanie straty, poczucie niesprawiedliwości. 

background image

Ta  psychologiczna  reakcja  jest  zrozumiała,  ale  w  skali  społecznej  tworzy  sytuację 

paradoksalną. Ofiary niemieckich mordów są już odległą historią, ofiary drugiego totalizmu 
są  świeżą  raną;  raną,  która  wymaga  zabiegów:  rozrachunków,  wskazania  winnych,  oddania 
sprawiedliwości  zabitym.  Odwieczny  wymóg,  by  zmarłych  pochować  i  opłakać  we 
właściwym  czasie  i  we  właściwy  sposób,  okazuje  nam  dziś  swój  głęboki  sens  także  w 
wymiarze społecznym. 

Jest  jednak  tak,  że  spóźniona  o  pół  wieku  Antygona,  która  winna  wykonać  swą 

powinność,  porusza  się  po  terenie,  na  którym  dzieją  się  też  inne  sprawy:  zbiorowa 
świadomość  układa  od  nowa  obraz  swej  przeszłości,  przewartościowuje  dotychczasowe 
schematy,  zmienia  rangę  wydarzeń.  A  na  to  wszystko  ma,  niestety,  wpływ  polityka,  w 
naszym 

113 
specyficznie  doraźnym  i  przyziemnym  wymiarze.  Dość  przypomnieć  pomysł 

"suwerennego" polskiego śledztwa w sprawie katyńskiej. 

Rocznica  Powstania  Warszawskiego  też  stała  się  powodem  do  jakichś  partyjnych 

swatów, choć, dzięki Bogu, nie przesłoniły one obchodów, a główne pretensje, o zaproszenie 
Niemców i Rosjan, ścichły wobec wymiaru i wrażenia, jakie zrobiły wystąpienia prezydentów 
Polski  i Niemiec. Na tle codziennego, swojskiego kramarstwa naszej polityki  nagle powiało 
wielkością. 

Ale  właśnie  przy  okazji  Powstania  ujawnił  się  dziwny  kształt,  którego  w  zbiorowej 

wyobraźni nabiera przeszłość. Szczepi się on na tej emocjonalnej asymetrii wobec wrogów z 
czasów  wojny,  która  sprawia,  że  jeden  jest  postacią  historyczną  z  czarno-białego  filmu  i 
zamazanej  fotografii,  a  drugi  kimś  żywym  -  sprawcą  łagrów,  zsyłek  i  zarazem  kimś,  kto 
jeszcze niedawno budził strach: wejdą - nie wejdą. 

I  z  okazji  rocznicy  o  wiele  więcej  mówi  się  o  winach  Rosjan  niż  Niemców  i  w 

badaniach  już  połowa  Polaków  twierdzi,  że  Powstanie  było  wymierzone  w  Związek 
Radziecki i wybuchło, aby nie dopuścić jego ludzi do władzy. 

Ten nowy obraz lata 1944 roku niesie parę konsekwencji. Z bagażu swej przeszłości 

wyrzucamy 

doświadczenie 

tragizmu, 

pamięć 

sytuacji 

bez 

wyjścia                                                                                                                                  

,  w  jakiej  decyzja  Powstania  była  podejmowana,  a  w  to  miejsce  wprowadzamy  jakąś 
mitologię,  na  którą  składa  się  zapotrzebowanie  na  tradycyjny,  zbrojny  zryw 
antykomunistyczny  i  dziwaczna  pretensja  do  wroga,  że  nie  poparł  Powstania  przeciwko 
niemu wymierzonego. 

Wchodzimy  też  w  emocjonalną  sytuację  przeniesienia  urazów  -  to  taka  postawa 

psychiczna,  w  której  ofiara  żal  o  swój  los  odczuwa  nie  do  kata,  który  jawi  się  jej  niczym 
bezduszne  zło  wykonujące  swe  zadanie,  a  do  świadka.  Nie  do  tego,  kto  mordował  jakby 
zgodnie  ze  swą  naturą,  a  do  tego,  kto  widział  i  nie  pomógł.  Wydawałoby  się,  że  Polacy, 
świadkowie  Holocaustu,  powinni  być  szczególnie  uczuleni  na  takie  przenoszenie  żalu  i 
wyrzutów. 

I  wreszcie  mamy  do  czynienia  z  dążeniem  do  uproszczenia  przeszłości  poprzez 

rysowanie  historii  czarno-białej,  w  której  występują  dwie  tylko  strony:  czerń  komuny  i 
wszystko, co jej się opierało, Stalin i bohaterstwo powstańców. 

 
114 
Okazuje  się,  że  przywracanie  pamięci  zakłamanych  faktów  nie  przywraca  wcale 

właściwych, a przez lata wypaczonych proporcji, przeciwnie 

-  tworzy  obraz  przeszłości,  który  niewiele  ma  wspólnego  z  prawdą  historyczną  i 

psychologiczną, a jest odbiciem naszych dzisiejszych lęków, ale i sporów. 

Układanie historii od nowa jest zadaniem potrzebnym, ale i bolesnym, bo wiąże się z 

trudnym  pytaniem,  jak  przetrwaliśmy  próbę.  Upraszczanie  przeszłości  pytanie  to  uchyla,  a 

background image

służy  przede  wszystkim  bieżącym  podziałom  i  próbuje  wykreślić  linię  dobra  i  zła, 
bohaterstwa i zaprzaństwa, która przebiega przez nasze dzieje i dziś pozwala łatwo oddzielić 
prawdziwy patriotyzm od czegoś wrogiego i podstępnego. 

Tymczasem  nasze  doświadczenie  nie  było  oczywistym  wyborem  między  złem  a 

dobrem  i  o  jego  zawiłości  warto  pamiętać.  Polacy,  którzy  witali  Rosjan  idących  ku 
Warszawie, nie byli przecież kolaborantami. Powstańcy wypatrywali i wyczekiwali pomocy 
zza  Wisły  -  jeśli  nawet  byli  świadomi,  co  ta  armia  niesie  na  bagnetach,  to  i  tak  oczekiwali 
zarazy czerwonej, by wybawiła od zarazy czarnej. 

Wydaje się, że nie warto zacierać pamięci o tym, że przydarzały się nam sytuacje bez 

wyjścia, w których każdy wybór był tragiczny - choćby po to, by za wszelką cenę uniknąć ich 
powtórzenia. 

Rachunki  z  Niemcami  trwały  dziesięciolecia.  Od  nienawiści,  podsycanej  przez 

władze,  bo  było  to  pewnie  najmocniejsze  uczucie  dzielone  przez  rządzących  i  rządzonych, 
przez trudny dialog, zanikającą nieufność 

- do gotowości patrzenia na wspólne dzieje z punktu widzenia drugiej strony. 
Rachunki z Rosją dopiero otwieramy i ich ciemne karty, teraz ujawniane, dla wielu są 

czymś  nowym  i  szokującym.  Nadto  rysuje  się  ciągłość  między  tym,  co  zaczęło  się  17 
września 1939 roku, a skończyło całkiem niedawno - dominacja ZSRR postrzegana jest jako 
przedłużenie stalinowskich zbrodni. Albo jeszcze wcześniejszych krzywd. 

Domagając  się  zadośćuczynienia,  winniśmy  jednak  najpierw  sobie  odpowiedzieć  na 

pytania: czy lepiej, żeby wielki naród, z którym mamy trudne sąsiedztwo, uznał, że był ofiarą 
sowieckiego  systemu,  czy  też,  by  żył  w  tęsknocie  za  upadłym  imperium  i  w  gorzkim 
poczuciu, że byle Czeczeniec, Kazach czy Polak mogą mieć do niego o wszystko pretensje? 

115 
Nie  jest  chyba  zbytkiem  megalomanii  myśl,  że  i  od  naszej  postawy  zależy,  jak 

Rosjanie uporają się ze swym komunistycznym dziedzictwem. 

Nie ma też sensu porównywać długiego procesu pojednania z Niemcami do tego, co 

nas czeka w relacji z drugim sąsiadem. Mimo że krzywdy zadane z wschodniej strony zdają 
się być czymś nieodległym i budzą emocje, to przecież intensywność tych odczuć różni się od 
tuż powojennych. Bowiem inaczej dziecko odczuwa śmierć swego ojca, a inaczej wnuk, który 
poznaje prawdę o dramacie dziadka nie żyjącego od 50 lat. 

Paradoks  zatem  polega  na  tym,  iż  z  jednej  strony  świat  łagrów  wydaje  się  czymś 

dotkliwie bliższym niż czas lagrów, a z drugiej - pół wieku dokonało naturalnego wygaszenia 
bolesnych uczuć. Choć, oczywiście, można próbować je rozpalać. 

Rocznica  paktu  Ribentropp-Mołotow  i  dwie  wrześniowe  daty  będą  też  powodem  do 

porównywania  komunizmu  i  faszyzmu.  Przez  lata  opozycja  wskazywała  na  podobieństwa 
między obu totalizmami. Ponieważ faszyzm był czymś jednoznacznie potępionym, wskazanie 
analogicznych  mu  mechanizmów  w  realnym  socjalizmie  było  skutecznym  sposobem  jego 
demaskowania. Gdy  jednak dziś słyszy się, że okupację niemiecką zastąpiła radziecka, czyli 
PRL, i że z komunizmem należy tak samo się rozliczyć jak z faszyzmem, to ma się poczucie, 
że czas najwyższy przyjrzeć się różnicom między tymi systemami. 

Piłsudski miał mawiać, że Niemcy zabiją ciało, ale Rosjanie zabijają duszę. Faszyzm 

zmierzał do eksterminacji podludzi, zaś komunizm do stworzenia nowego człowieka. Ofiary 
faszyzmu  nie  żyją,  zaś  do  ofiar  komunizmu  należą  nie  tylko  ci,  co  zginęli,  ale  i  ci,  co 
przetrwali,  i  ci,  co  w  ogóle  nie  wiedzą,  że  coś  im  się  przydarzyło.  Dywagowanie,  który  z 
totalizmów  był  bardziej  zbrodniczy,  jest  bez  sensu,  bo  w  skali  masowej  odpowiedź  jest 
oczywista: lepiej przeżyć - choćby życiem niepełnym i z duszą okaleczoną. 

Toczy się coś w rodzaju sporu o tę okaleczoną duszę, wystarczy przypomnieć reakcję 

wzburzenia na użycie przez ks. Tischnera słów homo sovieticus. Z tego sprzeciwu rodzi się 
pomysł  trybunału  na  wzór  norymberskiego  i  powtórzenia  procedur  zastosowanych  wobec 

background image

nazizmu, czyli przeprowadzenie dekomunizacji. Niemcy to zrobili, i, proszę, dzięki temu dziś 
są demokratycznym państwem. 

 
116 
Ciekawe,  że  Polacy  tak  chętnie  przyjęli  nową  interpretację  celu  Powstania,  a  wobec 

dekomunizacji  wykazują  opór.  Jakby  kryła  się  za  tym  myśl  -  no  dobrze,  podjęliśmy  próbę 
zbrojnej walki z komunizmem, ale nie będziemy rozsądzać, jak żyliśmy w nim pół wieku. 

Lecz  z  punktu  widzenia  potrzeby  trybunału,  sądu,  najważniejsza  różnica  między 

faszyzmem a komunizmem polega na tym, że jeden trwał 12 lat, a drugi, w naszym wydaniu - 
45.  Można  wystawiać  rachunki  dojrzałym  ludziom  za  wybór  opcji  zbrodniczej.  Trudno 
posłużyć  się  kodeksem  wobec  tych,  co  w  takim  systemie  się  urodzili  i  zostali  wychowani 
nigdy nie dokonując wyboru. 

13 VIII 1994 
W OPARACH JEDNOMYŚLNOŚCI 
Solidny, blisko 500-stronnicowy tom pt. Społeczeństwo i władza lat osiemdziesiątych 

w badaniach CBOS na pierwszy rzut oka budzi zaskoczenie. Cóż bowiem za wiedzę o sobie 
samych możemy znaleźć w wynikach badań instytucji powołanej w czasie stanu wojennego, 
kierowanej przez pułkownika i pracującej na użytek ostatnich rządów pezetperowskich? 

Od  razu  zresztą  nasuwa  się  pytanie  ogólniejsze  -  o  czym  właściwie  mówią  nam 

badania  socjologiczne,  zwłaszcza  ankietowe,  prowadzone  w  PRL-u?  Czy  w  dzisiejszych 
sporach o ówczesny stan ducha, ideowe wybory i przekonania, stosunek do rzeczywistości - 
możemy  w  ogóle  przywoływać  efekty  wtedy  prowadzonych  ankiet?  Czy  zatem  wiedza  o 
społeczeństwie gromadzona latami przez socjologów jest nam dziś jakkolwiek przydatna? 

Jeśli pamiętać, że minione półwiecze to nie tylko relacja społeczeństwa z władzą, ale 

też przemiany szersze, takie jak nowa struktura społeczna, urbanizacja, pojawienie się czasu 
wolnego,  głęboka  odmiana  obyczaju,  nowe  systemy  wartości  i  nowe  wzory  życiowe  -  to 
znajdziemy odbicie tych zjawisk w różnych badaniach. 

Istniały jednak sfery życia badaniom niedostępne. 
Zdarzyło  się  w  latach  sześćdziesiątych,  że  w  czasie  badań  ankietowych  poproszono 

robiących  je  studentów  o  dopisanie  do  kwestionariusza  pytań,  które  zdjęła  cenzura. 
Ciekawym doświadczeniem było ich stawianie: respondenci, bez względu na wykształcenie i 
miejsce  zamieszkania,  reagowali  podejrzliwością,  chichotem  i  wykrętem.  Bezbłędnie 
rozpoznawali kwestię niecenzuralną typu "Czy sądzi pan (pani), że przynależ- 

 
118  
ność do PZPR ułatwia w Polsce Ludowej karierę zawodową?"; "Czy Polsce w ciągu 

1000-lecia groziło coś raczej ze  Wschodu, czy raczej z  Zachodu?" Najczęściej uchylano się 
od  odpowiedzi,  a  jeśli  ich  udzielano,  towarzyszyły  temu  miny  i  mrugnięcia  przekreślające 
dosłowny sens. 

Socjolog  wiedział,  że  rozróżnienie  zdań  politycznie  słusznych  i  niewskazanych  jest 

powszechne  i  prawie  odruchowe.  Podobnie  jak  powszechna  była  czytelność  dowcipów 
politycznych.  Oba  te  zjawiska  sygnalizowały  istnienie  jakiegoś  wspólnego  kodu,  który 
pozwalał  ludziom  odgraniczyć  sferę  oficjalną  życia  od  własnej,  chronionej  przed  światem 
instytucji. 

U  schyłku  lat  sześćdziesiątych  socjolog  pierwszy  raz,  choć  nie  ostatni,  doznał 

pewnego  dyskomfortu  -  został  zaskoczony  nagłym  wybuchem  rozlewającym  się  po  całym 
kraju. Stawało się jasne, że Polacy żyją w schizofrenii:  mówią dwoma językami  - urzędowy 
jest  wspólny  i  opiera  się  na  oficjalnym  opisie  rzeczywistości,  prywatny  natomiast  dotyczy 
doświadczeń własnych, ale osobnych. Polak kim innym był wobec państwa i wszystkich jego 
reprezentantów,  a  kim  innym  w  rodzinie  i  wśród  znajomych.  Najczęściej  nie  zdawał  sobie 

background image

nawet  sprawy  z  własnej  rozdwojonej  jaźni  -  mógł  najszczerzej  poinformować  ankietera  o 
dynamicznym rozwoju kraju, a prywatnie zwierzyć mu się z irytacji, że po  pięciu godzinach 
stania nie doszła do niego łopatka. 

Prywatna strona naszej świadomości była nauce niedostępna. Ludzie strzegli jej przed 

badaczami,  których  postrzegali  jako  reprezentantów  świata  instytucji.  Również  władza 
baczyła,  by  nikt  nie  penetrował  tej  sfery.  Po  pierwsze  święcie  wierzyła,  że  jak  czegoś  nie 
widać,  to  tego  nie  ma.  Po  drugie  -  stosując  wobec  społeczeństwa  metodę  prostej  tresury 
zakładała, że w którymś momencie zachowania wyuczone i nagradzane staną się naturalnymi 
odruchami. Przypominanie tępionych nawyków mogło ten proces hamować. 

Świadomość  zbiorowa  społeczeństwa  była  nie  tylko  przedmiotem  szczególnej  troski 

władzy, lecz również terenem zabiegów jej przeciwników. O duszę narodu toczyła się walka. 

Obie  strony  przyglądały  się  efektom  badań:  władza  okiem  cenzury,  a  przeciwnicy 

wypatrując śladów, choćby nikłych, niezależności. 

Powiedzmy od razu, że nie było ich zbyt wiele. Środowiska opozycyjne, podejmując 

swą działalność, w żadnej  mierze  nie  mogły opierać się  na  badaniach opinii,  bo  ich  wyniki 
czyniłyby opozycję wyrazicielem jakiejś znikomej mniejszości. 

 n9 
Opozycja przyjmowała zatem dwa pewniki:  pierwszy głosił, że system  jest bezecny. 

Drugi  -  że  społeczeństwo  zostało  zniewolone  i  otumanione.  Z  założeń  tych  wynikała 
powinność uświadamiania. 

Identyczną  formułę  miała  Wolna  Europa.  Przemawiając  w  imieniu  wolnej  Polski, 

pomijała milczeniem tłumne manifestacje poparcia dla partii, fakt, iż należy do niej 3 miliony 
ludzi,  a  na  Front  Jedności  Narodu  głosuje  miażdżąca  większość.  Zwracała  się  do  każdego 
słuchacza  jak  do  kogoś,  kto oczywiście  widzi  nieprawość  systemu,  zaś  radio  ma  dla  niego 
krzepiącą  wiadomość  -  nie  jest  w  tym  osamotniony.  Oto  społeczeństwo  właściwie  oceniło 
jakiś  partyjny  beton  -  w  wyborach  spadł  z  miejsca  pierwszego  na  czwarte;  oto  robotnicy 
dostrzegli nonsens gospodarczy - z badań wynika, że co dziesiąty w jakiejś sprawie nie dał się 
partii  oszukać.  Informacje  tego  typu  oznaczały,  w  istocie,  że  na  jakiegoś  towarzysza 
zagłosowało 96 procent wyborców, zaś PZPR uwierzyło 90 procent badanych robotników. A 
przecież  były  to  interpretacje  podnoszące  na  duchu  -  partia  nie  zawładnęła  wszystkimi 
umysłami;  jeśli  z  kłamstwa  otrząsnęła  się  choćby  nikła  garstka  obywateli,  to  jest  zarówno 
możliwe, jak i sensowne, by się kłamstwu opierać. 

Emigracja i opozycja przyjmowały zatem, iż jest pozorem, że reprezentują mniejszość, 

bowiem w istocie są depozytariuszami pewnej wiedzy skrywanej i ściganej, pewnej prawdy, 
która okaże  ludziom  swą  siłę  i  oczywistość,  gdy  tylko  uda  się  ją  im  przekazać.  Komuniści 
umacniali to przekonanie. Ich wiara w  moc prawdy  była zaiste krzepiąca, a  mobilizacja sił, 
które prawdę miały ukryć, napawała opozycję wytrwałością i otuchą. 

Obie strony tej barykady upewniły się o swych racjach w 1980 roku: 
wystarczyło wykrzyczeć prawdę publicznie, a osobne dotąd doświadczenia milionów 

zlały się w wiedzę wspólną, która obaliła kłamliwy obraz świata; 

wystarczyło nie  zapanować nad  informacją, a proszę, towarzysze, dziesięć  milionów 

dogadało się naraz, że im się ustrój nie podoba. 

Komuniści uciekli się do stanu wojennego, który miał przywrócić sytuację sprzed tej 

klęski.  Władza  z  olbrzymim  nakładem  sił  postanowiła  zmusić  ludzi  do  milczenia, 
zakneblować  ich  z  powrotem,  równocześnie  jednak  pragnęła  wiedzieć,  co  też  oni  myślą 
naprawdę. Z tego rozdarcia powołała Centrum Badania Opinii Społecznej. 

Władza  uznała,  iż  nie  jest  niestety  tak,  że to,  co z  oczu, tego  nie  ma.  Wiedziała,  że 

musi uważnie śledzić zbiorowe uczucie i przeświadczenia, 

 
120  

background image

by radzić sobie z nieprzewidywalnymi Polakami i nie dać się nigdy więcej zaskoczyć. 

Poleciła  zatem  CBOS-owi  badania  tego  wszystkiego,  czego  zabraniała  tykać  socjologom  w 
latach  sześćdziesiątych  i  siedemdziesiątych.  Ludności  zaś  zakomunikowała,  że  tworzy 
prawdziwie  naukową  instytucję  do  gromadzenia  jej  opinii,  coś  w  rodzaju  stałego  kanału 
konsultacji społecznych. 

Przedmiot  badań,  społeczeństwo,  było  po  doświadczeniu  niezwykłym:  zlało  swe 

przekonania prywatne w nową wspólną świadomość, rozbiło zniewalający język propagandy, 
poznało smak wspólnoty i oporu wobec władzy. Było już inne i tego nie dawało się zmienić 
zaganianiem  z  powrotem  na  wyznaczone  mu  miejsce.  Ta  zgoła  nowa  sytuacja,  w  której 
władza  postanowiła  znać  prawdę  o  stosunku  rządzonych  do  siebie,  rządzeni  zaś  byli  po 
ozdrowieńczym  szoku,  który  wytrącił  ich  ze  stanu  schizofrenii  dziedzicznej  -  pozwoliła 
socjologom  drążyć  i  opisywać  materię  dotąd  niedostępną  i  nieznaną,  czyli  stosunek 
społeczeństwa do ustroju, władzy i jej konkretnych posunięć. 

A  jednak  wyniki  tych  badań  nie  były  wówczas  traktowane  jak  elementy  opisu 

rzeczywistości.  Dla  władzy  były  narzędziem  walki.  Niepomyślne  dla  siebie  dane  skrywała, 
orzekając ich tajność, te zaś, które przeczyły tezom opozycji, ochoczo publikowała. 

Opozycja świadoma tych manipulacji kwestionowała cały dorobek CBOS-u. Chyba że 

wpadł jej w rękę materiał tajny, który można było ujawnić z komentarzem: no, proszę, nawet 
"ich" Centrum przyznaje, że... i 

Komunistyczna  władza  w  kolejnych  badaniach  mogła  wypatrywać  swej  bazy 

społecznej i badać efekty prowadzonej normalizacji. Czy miała powody do zadowolenia? 

1983  rok  -  ze  zdań  oceniających  lata  1980-81  badani  najczęściej  (21%)  wybierają 

ocenę negatywną: to był czas strajków, pogłębiającego się kryzysu, niepewności jutra. 

Pozytywnie  decyzję  o  wprowadzeniu  stanu  wojennego  oceniło  43%.  Winą  za  jego 

wprowadzenie  23%  obarczyło  przywódców  związkowych.  Za  zgodne  z  prawem  24,1% 
uznało działania MO, 29,4% - SB, a 14,8% - ZOMO. 

68,6%  negatywnie  oceniło  sankcje  krajów  kapitalistycznych  wobec  Polski.  60,3% 

uznało, że Polska powinna liczyć głównie na pomoc Związku Radzieckiego. 


1984 - 20,5% robotników odpowiedziało "tak" na pytanie, czy chcą, by świat zmierzał 

w kierunku socjalizmu, zaś 27,4% mniema, że ten ustrój przyniósł Polsce więcej korzyści niż 
strat. 

1985  -  zaufanie  do  partii  ma  13,6%  ludności.  Odnotowano  spadek  u  robotników  z 

18,1% na 13,9%; u inteligencji z 13,4% na 11,3%. 

1986 - sympatię,-uznanie i podziw dla Jerzego Urbana deklaruje 34,9% respondentów. 

77%  ankietowanych  uważa,  że  działalność  generała  Jaruzelskiego  dobrze  służy 
społeczeństwu. 23,8% pozytywnie ocenia członków PZPR. 

1987 - zrozumienie dla podwyżek cen deklaruje 9,7%. 
1988 - 43,3% młodzieży twierdzi, że warto kontynuować socjalizm w naszym kraju. 
Zaplecze  opozycji  też  dawało  się  określić,  ale  i  ona  nie  miała  powodów  do 

optymizmu. 

15% badanych oceniło lata 1980-81 pozytywnie, uznało je za czas ujawnienia błędów 

władz  i zapoczątkowania procesów koniecznych przemian. Wprowadzenie stanu wojennego 
48% przyjęło  negatywnie, 27% uznało, że winę  za to ponosi władza.  Za  bezprawne uznało 
działania MO 74,8% badanych, SB - 63,4%, ZOMO - 81,8%. 

Sankcje krajów zachodnich wobec Polski uważało za uzasadnione 21,8%. Co dziesiąty 

Polak uznał stosunek krajów socjalistycznych do nas za nieprzyjazny. 

56% robotników nie chciałoby, by świat zmierzał ku socjalizmowi, a 30% sądziło, że 

przyniósł Polakom więcej szkody niż pożytku. 

background image

34,4%  Polaków  nie  ufało  PZPR.  Jej  członków  źle  oceniało  44,1%  badanych.  20% 

ufało  Wałęsie.  Negatywne  uczucia  do  Jerzego  Urbana  (od  wściekłości  do  politowania) 
odczuwało 45%. 

Podwyżki cen oburzały 41,7%. 
45,5% młodzieży uważało, że nie warto kontynuować socjalizmu. 
Społeczeństwo  podzielone  we  wszystkich  sprawach  nie  mogło  satysfakcjonować 

żadnej  ze  stron.  Toteż  niemożliwy  był  powrót  na  dawne,  przedsierpniowe  pozycje.  Teraz 
bowiem  obie  strony  polskiego  sporu  miały  za  sobą  legitymację  poparcia  "całego 
społeczeństwa", a bez niej nie bardzo umiały istnieć. 

Przed  Sierpniem  komuniści  mandat  wyborów  zastępowali  czymś  o  wiele 

doskonalszym,  co  można  nazwać  mandatem  oczywistości  -  rządzili  nie  dlatego,  że  jakaś 
większość ich poparła, ale dlatego, iż wyższość 

 
122 
ich oferty była tak oczywista, jak to, że lepsze jest zdrowie niż choroba. Za musiało 

być  99  procent.  Nagła  i  nieoczekiwana  utrata  tego  mandatu  zmusiła  ich  po  1981  roku  do 
tentowania  się  większością  pozornie  zdroworozsądkową,  typu  "większość  zawsze  woli 
spokój"  oraz  wykazywania,  że  przeciwnik  wcale  nie  miał  10  milionów,  omamił  ludzi,  a 
zdrowy robotniczy trzon Związku wykorzystany i oszukany przez ekstremę teraz powraca do 
OPZZ. 

Podziemie  pamiętne  cudu,  jakim  był  masowy  akces  ludzi  do  głośno  powiedzianej 

prawdy, upewniło się w poczuciu, że ma prawo ich reprezentować. Poparcie 10 milionów z 
rodzinami  -  to  wszak  prawie  całe  społeczeństwo.  Innymi  słowy  podziemie  lat 
osiemdziesiątych  miało  mandat  tego  samego  typu  co  partia,  tylko  lepszy.  Było  to  bowiem 
poparcie nie tylko powszechne, ale i dobrowolne. 

Społeczeństwo podzielone, które każdą ze stron obdarza poparciem 10-20 procent, zaś 

w większości uchyla się od wyboru, ceniąc święty spokój, lub przechyla się okazjonalnie to 
ku władzy, to ku opozycji - to sytuacja zupełnego impasu. Dla komunistów stawało się jasne, 
że  nie  są  już  w  stanie  odbudować  posłusznej  jednomyślności,  dzięki  której  mogli  działać 
niczym  Opatrzność,  podejmując  zawsze  trafne  i  jedynie  słuszne  decyzje.  Że  jedynym 
powodem,  dla  którego  rządzą,  jest  sytuacja  geopolityczna  i  ktoś  to  musi  potwierdzić 
społeczeństwu, żeby zechciało godzić się na ratowanie zrujnowanej gospodarki. 

W odróżnieniu od władzy opozycja nie miała powodu rewidować przekonania o swym 

wpływie nawet z racji socjologicznych badań. Przed Sierpniem była garstką, a okazało się, że 
reprezentuje  uczucia  milionów,  teraz  też  przyjdzie  moment,  że  ludzie  wyrwą  się  ze 
zniechęcenia  i apatii  i opowiedzą po słusznej stronie. Trzeba tylko zaistnieć, stać  się realną 
alternatywą. 

Okrągły  Stół  stawał  się  jedynym  wyjściem  dla  wszystkich.  A  wedle  badań  - 

wygrywała go opozycja. Notowania jej rosły w miarę, jak komuniści akceptowali ją najpierw 
jako  partnera  do  rozmów,  potem  uczestnika  życia  politycznego,  wreszcie  -  siłę,  której 
ustępowano  miejsca  u  władzy.  Jeszcze  w  lutym  1988  Wałęsę  zaufaniem  darzy  24,1%,  a 
nieufnością  40,7.  We  wrześniu  strajkowy  postulat  zalegalizowania  "Solidarności"  35,8% 
uznało za  słuszny, przeciwnego zdania  było 42,6. W grudniu, po telewizyjnym  spotkaniu z 
Miodowiczem,  Wałęsa  zyskuje  miażdżącą  przewagę  nad  rozmówcą.  Odsetek  zwolenników 
legalizacji Związku wynosił 73,2%, przeciwników 12,0. We wrześniu 1989 aprobata 

1^3 
dla  rządu  Mazowieckiego  wynosi  81,7,  nie  ma  zdania  16,0,  a  niezadowolenie 

wywołuje on raptem u 2,1%. 

background image

Ta nader szybka zmiana zapatrywań była kłopotliwa dla obu stron. Komuniści poczuli 

się oszukani przez wszystkich, także przez socjologów, zaś opozycja nie wdając się w analizy 
uznała, że najważniejsze, iż naród, gdy tylko mógł, dokonał słusznego wyboru. 

W  istocie  mechanizm  tej  nagłej  odmiany  był  prosty.  W  każdym  społeczeństwie 

znikoma  mniejszość  uprawia  myślenie  teoretyczne,  zastanawia  się,  co  by  było,  gdyby..., 
bierze  pod  uwagę  możliwości  nierealne,  dotrzymuje  wierności  sprawom  przegranym. 
Większość  w  swych  decyzjach  i  wyborach  ogranicza  się  do  tego,  co  możliwe.  Jak  długo 
"Solidarność" była przegrana i zakazana, ludzie wyrażali różne uzasadnienia tego stanu. Gdy 
tylko  jej  powrót  okazał  się  możliwy,  stała  się  realną  alternatywą  wobec  opłakanego  stanu 
rzeczy. 

Większość ludzi ocenia i wybiera spośród tego, co zaproponowane i możliwe. Zadanie 

polityków  rysuje  się  zatem  dosyć  jasno.  Formułować  pomysły,  idee  i  rozwiązania. 
Reprezentować  interesy  różnych  grup  i  wspólnie  ucierać  kompromisy  między  nimi.  W 
sytuacjach szczególnych myśleć o przyszłości i dostrzegać interes nadrzędny. Zawsze umieć 
wytłumaczyć swe racje i przekonać do nich. 

Otóż  nasza  polityka  jest  przeniknięta  zgoła  innym  rozumieniem  tych  zadań.  To 

społeczeństwo  jest  źródłem  wiedzy  i  mądrości,  politycy  winni  jedynie  wsłuchiwać  się  i 
realizować. Niczego  mu  nie  narzucać  i w żadnej  sprawie  nie pouczać. Podporządkować się 
jego woli. 

Prezydent  demonstrował  taką  postawę  wprost.  Na  wiecach  miał  zwyczaj 

wykrzykiwać:  powiedzcie  mi, co mam robić! Dajcie rozwiązania, a  ja  je wykonam. Jestem, 
by wam służyć. 

Inni  nie  pytają  społeczeństwa,  ale  dedukują  jego  pragnienia.  Logicznie  ustalają,  co 

wynika z faktu, że Polacy są w 95 procentach katolikami, albo z tego, że pół wieku żyli pod 
sowiecką okupacją, albo z tego, że przed laty masowo poparli "Solidarność". 

Dowodem  wsłuchiwania  się  jest  też  rywalizacja  w  populizmie.  Większość  partii 

dostrzega niezadowolenie społeczne i staje do dziwnych zawodów, kto lepiej da mu wyraz. W 
kolejnych kampaniach wyborczych pomysły działań pojawiają się śladowe i wypadają blado 
na tle unisono, od prawa do lewa, wznoszonych okrzyków: nie może być dłużej tak, że jest 
bieda, bezrobocie, niskie zarobki i świadczenia i pełno złodziejstwa wokół. 

 
124 
A  wreszcie  myśl  o  tym,  by  reprezentować  interesy  grupowe,  wydaje  się  politykom 

czymś  z  lekka  kompromitującym  wobec  istnienia  oczywistego  interesu  ogólnospołecznego. 
Powstał  więc  styl  prezentowania  spraw  szczegółowych  jako  wyrazu  potrzeb  ogólnych  i 
nadrzędnych. Przywrócenie praw właścicielom kamienic  ma być aktem szacunku dla prawa 
własności.  Ochrona  praw  lokatora  -  obroną  zasady  praw  nabytych  i  sprawiedliwości 
społecznej.  A  podwyżka  cen  żywności  jest  po  prostu  w  interesie  ogólnonarodowym.  Jeśli 
każda kwestia  jest wyrazem  jakichś praw  świętych  i  niepodważalnych, to oczywiście próba 
zawarcia kompromisu jawi się jako zdrada. 

Tak więc nad stylem życia publicznego ciąży poczucie, że reguły demokracji są trochę 

niepoważną  grą.  To  dogadywanie  się  partii  na  stronie,  targi  "coś  za  coś",  kompromisy, 
sojusze z wczoraj lżonym wrogiem - to wszystko wydaje się być czymś z natury gorszym od 
mandatu całego narodu, od władzy, którą akceptują wszyscy i która podejmuje decyzje dobre 
dla wszystkich. 

Demokrację budowano w krajach dotkniętych wewnętrznymi konfliktami i krwawymi 

rewolucjami.  Jej  zasady  jawiły  się  jak  zastąpienie  niszczącej  wojny  przez  grę  sportową  o 
jasnych regułach. 

Polacy  wdrażają  się  do  demokracji  po  pół  wieku  życia  w  utopii,  którą  w  dodatku  z 

każdym  upływającym  rokiem  lepiej  wspominają.  Zaciera  się  w  pamięci  jej  cały  sztuczny 

background image

absurd, a pozostaje poczucie życia w spokoju, brak konfliktów i swatów, władza, która starała 
się zaspokajać potrzeby i tylko powiadamiała nas o swych posunięciach i ważnych po temu 
powodach. Nikt jej decyzji nie kwestionował, nie wybuchały o wszystko awantury, ludzie nie 
żarli się w każdej sprawie. 

Jak  wynika  z  badań  CBOS-u,  ta  tęsknota  za  spokojem  była  ważną  potrzebą  już  w 

latach osiemdziesiątych. Daremność zrywu kazała ludziom szukać poczucia bezpieczeństwa. 
Rosnąca  akceptacja  stanu  wojennego  uzasadniana  była  lękiem  przed  powrotem  strajków  i 
sporów,  a  czas  Okrągłego  Stołu  budził  nadzieje  nie  tyle  na  wprowadzenie  pluralizmu 
politycznego i stworzenie mechanizmów ścierania się interesów, ile na dialog, porozumienie i 
zgodę narodową. Tęsknota za zgodą i harmonią trwa do dziś i tłumaczenia polityków, że ich 
wieczne  kłótnie  i  obowiązkowa  agresja  to  normy  powszechne  w  świecie  -  nie  przekonują 
większości Polaków. 

125 
Marzenie  o  jednomyślności  jest  jedną  z  najgroźniejszych  utopii.  Wojny  religijne, 

rewolucje, eksperymenty totalitaryzmów miały przecież stworzyć społeczeństwa przeniknięte 
jedną  myślą  i  jednym  uczuciem.  Natomiast  to,  co  wmawiali  nam  komuniści,  nie  było 
wymyśloną  przez  nich  bzdurą.  Było  kłamstwem,  jakoby  odwieczne  marzenie  o  harmonii  i 
sprawiedliwości dawało  się spełnić.  Wiara w  bezkonfliktowe, dobre dla wszystkich decyzje 
władzy  właśnie  dlatego  tak  głęboko  zapadła  ludziom  w  umysły,  że  tęsknota  za  rajem 
towarzyszy  nam  od  czasu  jego  opuszczenia.  Zaś  demokracja  jest  kapitulacją  wobec  takich 
marzeń  i  zgodą  na  to,  że  ludzie  o  różnych  przekonaniach  żyją  razem,  nie  wyniszczając  się 
wzajemnie. 

To,  że  my  mamy  za  plecami  demokrację  ludową,  wcielenie  wspólnoty,  jedności 

moralno-politycznej  i  zbiorowej  mądrości  uosobionej  we  władzy,  która  każdą  sprawę 
rozstrzyga tak,  jakby wybierała  między dobrem  i  złem  - sprawia, że demokracja zwyczajna 
wydaje się nam jakoś niewystarczająca. 

I  co  więcej  -  protagoniści  naszej  młodej  demokracji  najwyraźniej  uważają,  iż  jej 

zasady są niewystarczającym tytułem do działania politycznego. Mówiąc inaczej: Wałęsa na 
bramie  stoczni  wielbiony  przez  tłum  wydaje  się  mieć  mandat  prawdziwszy  od  rządu,  który 
upada, bo jeden poseł zatrzasnął się w ubikacji. 

Toteż  na  scenie  publicznej  mamy  nieustanne  szukanie  dla  różnych  działań  racji 

wyższej niż tylko wyborcza. Nawet malutkie partie pieszczą marzenie, iż są depozytariuszem 
wartości oczywistych, które prędzej czy później porażą wszystkich swą siłą. Dowodem na to 
może  być  sympatia  Kościoła,  zasłużony  w  przeszłości  przywódca,  poparcie  jakiejś 
strajkującej  załogi.  Świeżo  Marian  Krzaklewski  składając  w  sejmie  obywatelski  projekt 
konstytucji zażądał, aby potraktować go szczególnie, niezależnie od obowiązującego  prawa, 
bowiem  został  on  podpisany  przez  blisko  milion  osób,  a  to  wraz  z  rodzinami  jest 
zmobilizowana i wielka siła społeczna. I wobec niej decyzje jakichś wyborców sprzed roku i 
ich przedstawicieli nie są istotne. 

Wydaje się, że wybory są traktowane u nas jak sprawdzian dojrzałości społeczeństwa. 

Jak  dotąd,  ujawniają  swój  podstawowy  mankament  -  ukazują,  że  otrzymane  poparcie  jest 
niedoskonałe,  bo  udzielone  zaledwie  przez  kilka,  kilkanaście  procent.  Ci,  którzy  poparcia 
odmówili, stanowią problem, z którym nasze życie publiczne sobie nie radzi. Kim 

 
126 
bowiem  są  tacy,  którzy  głosują  na  partie  popierające  prawo  do  aborcji,  na  SLD,  na 

Tymińskiego  lub  Leppera?  Zwolennikami  kultury  śmierci?  Poplecznikami  stalinowskich 
zbrodniarzy?  Prymitywnymi  głupcami?  Zapytać  można  inaczej  -  czy  są  gorszymi 
obywatelami?  Czy  mają prawo do swych gorszących poglądów? Czy trzeba  się pogodzić z 

background image

tym, że przez nich nigdy już pewnie nie zaznamy poczucia radosnej wspólnoty dokonującej 
słusznego wyboru? 

Można  powiedzieć,  że  jesteśmy  rozdarci  -  z  jednej  strony  stosujemy  się  do  reguł 

demokracji,  z  drugiej  owo  marzenie  o  jedności  całego  społeczeństwa  i  silnej  nim  władzy 
spełniającej  wspólne  pragnienia  przenika  i  masy,  i  elity.  Czekanie  na  cud  wspólnoty  o  tyle 
jest zrozumiałe, że cud raz nam się zdarzył, co więcej, potem się powtórzył. 

Bo  czymże  innym  było  100  procent  możliwych  miejsc  w  parlamencie  i  2  procent 

niezadowolonych z pierwszego niekomunistycznego premiera? 

Dziś  pierwszy  rząd  oskarżany  jest  o  to,  że  zawiódł  ufność  i  zawierzenie,  jakie 

otrzymał  od  całego  społeczeństwa.  Żeby  być  sprawiedliwym,  to  zawód  był  obustronny  i 
nieunikniony.  Rząd  nie  okazał  się  ową  władzą  omnipotentną  i  mądrą  siłą  milionów. 
Społeczeństwo  zaś  też  nie  było  spragnioną  wolności  wspólnotą.  Nowy  rząd  patrzył  na  nie 
zupełnie  inaczej  niż  komuniści:  uwalniał  je  spod  opresji  państwa,  znosił  zakazy,  dawał 
swobodę gospodarczą i zasiłki dla bezrobotnych. Łatwo dostrzec, iż miał wizję ukształtowaną 
w Sierpniu, kiedy to narodowe wady zostały odrzucone na rzecz kolekcji cnót obywatelskich. 
Niestety,  wszystkie  te  ustawy  przynoszące  wolność  do  dziś  uszczelniamy  przed  własną 
przemyślnością. 

To  bolesne  doświadczenie,  które  pokazało,  że  społeczeństwo  jest  zróżnicowane,  a 

rządy  silne  jedynie  arytmetyką  parlamentarną,  każe  często  szukać  winnych  podziałów  i 
rozpadu pięknej jedności. 

Naprawdę różni byliśmy zawsze, choć do 1980 roku nikt nie wiedział, czy w swych 

poglądach  jest  samotny,  czy  dzieli  je  z  licznymi.  W  badaniach  socjologicznych  z  lat 
osiemdziesiątych  widać,  jak  po  przeżyciu  wspólnoty  Karnawału  dzieliliśmy  się  już  nie  na 
zatomizowane jednostki, ale na grupy łączone przez podobieństwo życiorysu, doświadczenia 
lub pragnienia. Przyglądając się tamtym badaniom, odnajdujemy początki dzisiejszych różnic 
i konfliktów. Odnajdujemy tych, co pragnęli zmian i tych, co byli im przeciwni, a w środku 
połowę o uczuciach 

vn 
mieszanych. Możemy śledzić stałą opozycję, w której z jednej strony są raczej młodsi, 

raczej wykształceni i raczej zamieszkali w miastach, a z drugiej przeciwnie - starsi, z niskim 
wykształceniem,  zamieszkali  na  wsi.  Można  powiedzieć,  że  przyglądając  się  tym  danym, 
widzimy za sobą nie przełomy, ale ciągłość. 

10 IX 1994 
 
HIPOKRYZJA WOLNYCH 
Pięć  lat  temu  studenci  zgromadzeni  na  placu  Tienanmen  zbudowali  swoją  statuę 

wolności.  Była  dość  toporna,  a  od  pierwowzoru  różniła  się  tym,  że  pochodnię  trzymała 
kurczowo  dwiema  rękami.  Demonstranci  zdążyli  jeszcze  wyjaśnić  zagranicznym 
dziennikarzom, że w Chinach pochodnię wolności trzeba trzymać z całych sił. 

A jednak nie ta gipsowa postać, z łatwością zniszczona, stała się symbolem tamtych 

wydarzeń.  Zostało  nim  pewne  zdjęcie,  na  którym  człowiek  z  siatką  stoi  przed  kolumną 
czołgów. 

Zdjęcie,  które  pokazywało  rzecz  bardzo  szczególną.  Są  rozmaite  reżimy,  z  którymi 

ludzie  walczą  partyzantką,  terrorem,  rozruchami,  kamieniami.  Wobec  komunizmu  te  środki 
były  nieskuteczne  -  nieodwracalne  ciosy  można  mu  było  zadać  inaczej:  napisać  książkę, 
spalić się, stanąć na drodze czołgom. 

Gdyby  ta  masakra  zdarzyła  się  parę  lat  wcześniej,  stałaby  się  elementem 

opozycyjnego  obrazu  świata.  Tienanmen  wymieniano  by  jednym  tchem  po  Berlinie  1953, 
Poznaniu  1956,  Pradze  1968,  Wybrzeżu  1970  -  jako  kolejny  dowód  zbrodniczej  natury 
komunizmu.  Ofiary  z  Pekinu  przywoływano  by  w  podziemnej  prasie,  rzucano  władzy  w 

background image

twarz,  przypominano  w  orędziach  do  wolnego  świata.  W  rocznicę  pod  chińską  ambasadą 
zbieraliby  się  ludzie,  żeby  uczcić  pamięć  zabitych,  a  polskim  władzom  wytknąć  sojusz  z 
oprawcami. 

Byłoby  rzeczą  oczywistą,  że  prawdziwy,  nieocenzurowany  głos  Polaków  jest  po 

stronie  prześladowanych  i  że  domaga  się  solidarności  świata  z  nimi.  Polska  mówiła  wtedy 
dwoma  głosami  -  niezależnym  i  oficjalnym.  W  to,  że  oficjalny  wyraża  przekonania 
społeczeństwa, nie wierzyli nawet propagandyści, którzy go używali. 

129 
Stało się jednak tak, że tego samego dnia, w którym w Chinach kompartia rozprawiła 

się  z  marzeniami  o  wolności  w  sposób  dla  systemu  standardowy,  w  Polsce  zwyciężyła 
antykomunistyczna  opozycja  i  wydawało  się,  że  to  ona  zacznie  upowszechniać  swoje 
wartości, nadawać ton nowemu językowi publicznemu. Lecz jak w innych dziedzinach życia 
nie  nastąpiła  cudowna  odmiana  ze  złego  na  dobre  (miało  być  lepiej...),  tak  i  w  sferze 
moralności publicznej nie przeszliśmy od hipokryzji komunizmu, który jedno głosił, a drugie 
robił, do stanu harmonii wartości i czynów. 

Dziś  głosy  solidarności  z  ofiarami  chińskiego  reżimu,  który  najbardziej  przypomina 

stalinizm,  brzmią  słabo,  a  premier  suwerennej  Rzeczpospolitej  deklaruje  chińskim 
towarzyszom ochotę do interesów i nie-wtrącanie się w sprawy wewnętrzne. 

Gdybyż  można  było  powiedzieć,  że  to  peerelowski  odruch  postkomunistycznej 

koalicji, że społeczeństwo myśli inaczej, bo my zawsze za wolność naszą i waszą... 

Między  tym,  co  niegdyś  mówiła  opozycja  jako  głos  wolnej  Polski,  a  tym,  co  dziś 

najgłośniej  mówi  wolna  Polska,  różnica  w  każdej  bez  mała  sprawie  jest  tak  olbrzymia,  że 
właściwie  nikt  nie  chce  się  nad  tym  zatrzymywać.  Czasem  polityczny  demagog  sięgnie  po 
przykład  z  dawnych  czasów,  by  zdemaskować  przeciwnika,  czasem  natknie  się  na  starą 
gazetkę  młody  człowiek  i  rozbawi  go  ona  swą  naiwnością.  Łatwo  pojawia  się  pokusa,  by 
zakwestionować  szczerość  wszechobecnego  wówczas  tonu  moralnego,  bo  w  zestawieniu  z 
dzisiejszym kramarstwem wydaje się on pozą, no może mimikrą - czymś w rodzaju sztafażu, 
który utrudniał władzy represje, bo ofiara dobra i szlachetna budzi odruchową odrazę do kata. 

Nie  ma  powodu,  by  kwestionować  intencje  wielorako  wtedy  zaświadczone  -  jest 

natomiast  powód,  by  rozpoznać  dawną  i  nową  sytuację  wolnej  myśli  i  zastanowić  się,  czy 
przemianę tej sytuacji  ilustruje jedynie historia więźnia, który głosi ideały na procesie i  jest 
im wierny w  celi, ale po wyjściu  na wolność  nie  ma  już do tego głowy,  bo  musi utrzymać 
żonę i dzieci, spłacić długi, kupić dom i w ogóle. 

Zmagania z komunizmem nie toczyły się wcale z pozycji diametralnie temu ustrojowi 

przeciwnych,  odwrotnie:  władzę  i  jej  oponenta  łączyło  coś,  co  obserwatorowi  z  Zachodu 
musiało się jawić jako fas- 

 
130 
cynująca  odmienność.  Oto  bowiem,  w  odróżnieniu  od  jego  pracowitej  i  sytej 

codzienności, 

po 

tej 

st                                                                                                                                   

ronie Łaby toczył się wielki spór o wartości, które winny przenikać życie zbiorowe. 

Komuniści  swe  rządy  uzasadniali  realizacją  odwiecznych  marzeń  o  równości  i 

sprawiedliwości  społecznej.  Opozycja  zarzucała  im,  że  nie  potrafią  sprostać  temu,  co  sami 
głoszą  i  przeciwstawiała  im  wartości  niekwestionowane  i  nadrzędne,  jak  wolność, 
sprawiedliwość,  suwerenność.  Obie  strony  przyjmowały  dychotomiczną  wizję  świata,  taką, 
którą  normalnie  dopuszcza  tylko  stan  walki.  Komunizm  swe  zmagania  z  kontrrewolucją 
rozciągnął na dziesięciolecia i dla niego po jednej stronie były wyzysk, imperializm, wojna, a 
po  drugiej  praca,  socjalizm  i  pokój.  Opozycja  uznała,  że  bierze  udział  w  walce,  w  której 
wolny świat zmaga się z imperium zła. 

background image

W  świecie  dychotomicznym,  czarno-białym,  wartości  lśniły  pełnym  blaskiem,  były 

niestopniowalne, oznaczały wybory proste  - albo się jest po stronie prawdy, albo kłamstwa; 
albo po stronie wolności, albo zniewolenia; po stronie ofiar, albo katów. Komuniści używali 
swej  dialektyki,  żeby  ten  jasny  a  niewygodny  podział  zamazać  i  przyzywali  realia, 
geopolitykę,  tworzyli  pojęcia  ograniczonej  suwerenności  lub  mniejszego  zła.  Ale  byli  już 
bezradni  -  kiedyś  przeorali  społeczeństwo  w  imię  jednoznacznych  haseł  ideowych  (albo  się 
jest  za  postępem  i  pokojem,  albo...)  i  po  latach  musieli  się  ugiąć  pod  siłą  społeczeństwa 
uzbrojonego w jednoznaczne racje moralne. 

Język  opozycji,  zachodnich  rozgłośni  i  emigracji  nie  był  językiem  walki,  nie 

mobilizował  nienawiści  do  wroga  -  walczył  o  wyrwanie  mu  otumanionych  umysłów  i 
porażonych  dusz.  Opisywał  świat,  w  którym  komunizm  nieustannie  gwałcił  zarówno 
imponderabilia,  jak  i  własne  zasady.  Świat,  w  którym  trzeba  dokonać  wyboru,  wyboru  w 
pierwszym rzędzie moralnego: nie wolno stać po stronie prześladowców, zawsze trzeba być 
po stronie ofiar. 

Wykazując  bezecność  komunizmu,  który  godził  w  podstawowe  wartości,  opozycja 

tym  samym  głosiła  przeświadczenie,  że  jest  rzeczą  naturalną,  jest  przywilejem  wolnych 
narodów, podporządkowanie życia społecznego wartościom. Wkładała więc olbrzymi wysiłek 
w  to,  by  wykazać  Zachodowi,  kiedy  i  gdzie  komunizm  im  się  sprzeniewierza  i  oczekiwała 
reakcji oczywistej: potępienia dla zła i solidarności z ofiarami. 


Gdy w skrajnych wypadkach uważała, że kara za zło wymierzana przez wolny świat 

winna dotknąć PRL - jak po agresji na Czechosłowację i po wprowadzeniu stanu wojennego - 
była gotowa ponosić konsekwencje izolacji kulturalnej lub sankcji gospodarczych. Robiła to 
w  imieniu  polskiego  społeczeństwa,  przekonana,  że  wolna  Polska  zrobiłaby  to  samo,  nie 
uchyliłaby  się  przecież  od  potępienia  zła.  A  zatem  -  solidarność  z  krzywdzonymi  i 
akceptowanie kary dla winnych traktowała jako atrybut suwerenności  - robimy to, co będzie 
naszą powinnością, gdy dołączymy do krajów wolnych. 

Dziś słowo "imponderabilia" wyszło z użycia. Suwerenność, wolność, sprawiedliwość 

-  przestały  z  nagła  być  czymś  jednoznacznym,  czymś,  co  tworzy  płaszczyznę  wspólną. 
Przeciwnie  -  słowa  te  stały  się  pałkami  w  bijatyce.  Lub  zasługują  jedynie  na  wzruszenie 
ramion, skoro oznaczają równocześnie bezrobocie, niepewność, biedę i nierówność. A w tak 
rozgoryczonym gwarze padają też zdania dobrze znajome: że demokracją się nikt nie naje; że 
prawdziwa suwerenność jest niemożliwa; 

że  wolność  to  profity  dla  nielicznych,  a  ubóstwo  dla  większości.  Te  kwestie  z 

notatnika agitatora opisującego demokrację burźuazyjną traktowano jak propagandową papkę, 
którą  lud  nazywał  mową-trawą.  Dziś  wykrzykuje  je  właśnie  lud  rozżalony,  a  z  punktu 
widzenia  obrońców  imponderabiliów  zmienia  to  sytuację  zasadniczo  i  owym  kwestiom 
przydaje pewnego porażającego znaczenia. 

Obrońca  imponderabiliów  to  przede  wszystkim  inteligent  posługujący  się  słowem, 

które  krążyło  w  nielegalnych  drukach  lub  docierało  w  zagłuszanych  audycjach.  Inteligent 
należał  do  niewielkiej  początkowo  garstki,  więc  można  powiedzieć,  że  totalitaryzmowi 
przeciwstawiał  się  samotnie,  a  siłę  do  tego  czerpał  z  dwóch  źródeł.  Po  pierwsze  -  nasza 
historia  uczyła,  że  siła  myśli  urodzonej  w  kółku  samokształceniowym  bywała  wielka.  Po 
drugie  -  inteligent,  któremu  służebność  wobec  ludu  komunizm  zmienił  z  powołania  na 
podrzędną  kondycję,  poczuł,  że  na  przekór  temu,  zgodnie  z  najlepszymi  tradycjami  swej 
warstwy, potrafi wyrazić jakąś część społecznych dążeń i pragnień. 

Poczucie  wyrażania  duszy  narodu  rosło  w  miarę  krzepnięcia  opozycji  i  wreszcie 

zyskało  10-milionowe  potwierdzenie,  a  po  dziewięciu  latach  pieczęć  wyborów.  A  zaraz 
później ta więź między ludem a jego, powiedzmy, rzecznikiem - zniknęła. A może była tylko 
złudzeniem? Może jej w ogóle nie było? 

background image

 
132 
Wyraźnie zazgrzytało podczas wojny w Zatoce Perskiej. Polska pierwszy raz stanęła 

po  stronie  Zachodu  przeciw  dotychczasowemu  powiedzmy  -  podsojusznikowi.  Oczywistość 
tej  decyzji  szybko  zbladła,  kiedy  okazało  się,  że  wsparcie  przez  PRL  krwawego  reżimu 
Saddama polegało  na pracy polskich  firm. Moralna decyzja przystąpienia Polski do koalicji 
oznaczała dla ludzi w nich zatrudnionych utratę pracy i zarobków. 

Początkowo usiłowano nawet pominąć tę komplikację w prostym rozróżnieniu dobra i 

zła,  ale  rychło  embargo,  jakie  wolny  świat  nałożył  na  Iran,  uderzyło  w  pracowników 
zbrojeniówki. O ile łatwo było przemilczeć rozżalenie ludzi, którzy załapali się na kontrakty 
zagraniczne,  o  tyle  przeciwstawienie  się  robotnikom  ważnych  zakładów  było  już  zupełnie 
inną  sprawą.  Wkrótce  mechanizm  korygowania  moralnych  kwalifikacji  przez  głos  ludu 
objawił się w pełni. 

Pierwsze  omówienia  afery  karabinowej  brzmiały  dysgustem:  mówiły  o  interesach 

byłych dygnitarzy partyjnych i podważaniu dobrego imienia i wiarygodności Polski. Gdy w 
stolicy pojawiła się demonstracja robotników z Łucznika, ton szybko się zmienił. Konwencja 
"nasi  w  potrzebie"  i  "nie  będzie  Jankes  pluł  nam  w  twarz"  zdominowała  środki  przekazu  i 
narastała emocjonalnie aż do tryumfalnego finału - powrotu piątki narodowych bohaterów. Z 
samolotu wysiadła zadufana nomenklatura PRL i dopiero to zbrzydziło media. 

W wolnej Polsce prosta dyrektywa moralna, każąca stawać po stronie wolności a nie 

przemocy, splątała się z innymi racjami. Z takimi, które głoszą prymat konkretnych korzyści 
materialnych  nad,  czasem  kosztownym,  demonstrowaniem  zasad  i  prymat  lojalności 
plemiennej  nad  kłopotami  dalekich  krajów.  I  przywoływany  jest  tu  argument  taki  oto,  iż 
relacji  między  narodami  wcale  nie  reguluje  moralność,  lecz  pewien  kompromis  między 
egoizmem  narodów  a  ich  potrzebą  bezpieczeństwa.  Twierdzenie,  iż  wolny  świat  strzeże 
wartości,  było  bądź  naiwnością  opozycji,  bądź  wmawianiem  ich  temu  światu.  Wystarczy 
natomiast trzeźwo popatrzeć, by dostrzec, że szlachetne deklaracje służą tylko do skrywania 
dobrze  skalkulowanych  interesów.  A  polski  rząd  ma  bronić  właśnie  interesów  swych 
obywateli,  swych  firm  i  swej  gospodarki,  nie  zaś  zabiegać  o  uznanie  możnych,  którzy 
własnych spraw pilnują dobrze. 

W życiu zbiorowym zawsze te dwa nurty były współobecne - z jednej strony dążenie 

do  ostatecznego  zwycięstwa  wyznawanych  wartości,  stawianie  społeczeństwom  moralnych 
wymogów i obrona zasad, z dru- 

133 
giej  racjonalna  kalkulacja,  trzeźwa  przyziemność,  aż  po  małe,  pazerne  sobkostwo. 

Idealizm i realizm to jakby niezbędne nurty równowagi, w każdym z nich może pojawić się 
wątek groźny, ale nie jest dobrze, gdy jednego z nich zabraknie. 

W  psychicznej  przestrzeni  krajów  Jugosławii  panuje  terror  słów  wielkich  i  wartości 

najświętszych: wolność, niepodległość i sprawiedliwość zbierają tam straszne żniwo i trochę 
trzeźwej kalkulacji pozwoliłoby może postawić pytanie, czy warto kraj obracać w ruinę. 

Naszą świadomość zbiorową opanował zamęt uczenie zwany chaosem kulturowym, a 

z  niego  wyłonił  się  stan,  zapewne  przejściowy,  zdecydowanej  dominacji  wszelkich  odmian 
egoizmu  -  narodowego,  zawodowego,  grupowego  i  osobistego.  Powstał  klimat  szarpania 
postawu sukna, zgarniania ku sobie, skarg na niesprawiedliwy podział. I chóru pytań  - co też 
ta nowa Polska może zrobić dla mnie? 

Na  pewno  nie  jest  to  Polska  wymarzona  w  inteligenckich  opozycyjnych  salonach  w 

Warszawie,  w  Englischer  Garten  w  Monachium  i  w  Maisons  Laffitte.  Nie  jest  spragniona 
przeżywania żadnych wartości 

-  ogólnoludzkich,  chrześcijańskich,  narodowych,  kulturalnych.  Może  to  reakcja  na 

dziesięciolecia  wyrzeczeń  w  imię  pięknych  celów,  może  na  wojny  niedosłowne,  w  których 

background image

wartości wyższe służyły za palcaty. A  może tylko wysiłek wkładany  w uczenie się nowych 
reguł życia pochłania całą energię. 

Ale  też  sąd  opozycyjnego  inteligenta  nie  ma  dziś  szczególnego  znaczenia.  Jego 

tradycyjna rola - przemawianie w imieniu zakneblowanych - skończyła się wraz z przyjściem 
wolności. Jego pozycja, określana przez oczekiwanie  innych, że upomni  się o sprawę wagą 
swego talentu i nazwiska - została zakwestionowana. W największym skrócie 

-  postawiono pytanie, dlaczego głos kogoś wybitnego w swej dziedzinie, np. pisarza, 

historyka,  fizyka  lub  aktora,  ma  być  brany  pod  uwagę  ze  szczególną  atencją,  gdy  dotyczy 
spraw  ogólnych,  społecznych  bądź  politycznych  -  sfera  publiczna  powinna  być  zostawiona 
zawodowcom.  Raczkująca,  i  póki  co  raczej  amatorska,  klasa  polityczna  chce  ją  uczynić 
terenem  rywalizacji  partii  i  niechętnie  patrzy  na  recenzentów,  którzy  opierając  się  na 
wcześniej wypracowanym autorytecie dokonywaliby, swoim zwyczajem, oceny potykających 
się ugrupowań. 

W tych zmaganiach tradycyjny status  inteligenta jest niszczony:  oto moralista, który 

ogłasza, co dobre, a co złe, poucza maluczkich, a sam 

 
134 
jakże  łatwo  ulega  fascynacjom,  które  prowadzą  go  do  popierania  Stalina  i  Pol  Pota. 

Polskiemu  inteligentowi  zarzuca  się  zainstalowanie  stalinizmu  w  latach  czterdziestych  i 
wspięcie  się  po  plecach  prostych  ludzi  do  karier  w  latach  dziewięćdziesiątych.  Środek 
pomijany jest milczeniem. 

Te porachunki zbiegły się z zamilknięciem elit intelektualnych, choć pewnie nie były 

jego przyczyną. Ci, którzy umieli przeciwstawić się komunistycznej władzy, nie powinni się 
dać  zakrzyczeć  politykującym  frustratom.  Chyba  że  frustraci  wyrażają  nie  tylko  siebie,  a 
oddają nastrój ogólniejszy. 

Dla  polskiego  inteligenta  wystąpienie  przeciw  przemocy  było  o  wiele  łatwiejsze  niż 

wystąpienie  przeciwko  społeczeństwu.  Więcej  -  siłę  do  swych  zmagań  z  totalitaryzmem 
czerpał  właśnie  z  poczucia,  że  wyraża  wolę  zbiorową.  Kiedy  oglądał  wiece  potępiające 
syjonistów  lub  warchołów,  na  których  mówcy  dukali,  a  tłumy  klaskały,  to  nie  doznawał 
zawodu,  wiedział,  że  przemawia  aktyw,  a  lud  klaszcze  pod  przymusem.  Gdy  czytał  w 
gazetach  listy  prostych  ludzi  potępiającego  go  jako  "rzekomego  Polaka",  kiedy  odbierał 
telefony  od  robotników,  którzy  wykluczali  go  z  narodowej  wspólnoty,  bo  działa  za  obce 
pieniądze  -  miał  najgłębsze  przekonanie,  iż  to  nie  są  prawdziwi  prości  ludzie  i  prawdziwi 
robotnicy, tylko jakieś partyjne fagasy. 

Społeczeństwo,  w  imieniu  którego  demaskował  kłamstwo,  bronił  prześladowanych, 

potępiał inwazję na Czechosłowację, wykazywał  gospodarczy nonsens  - było zupełnie inne. 
Czasem  spotykał  jego  przedstawiciela,  kogoś,  kto  się  nie  poddał  kłamstwu  -  był 
taksówkarzem, sąsiadem na wakacjach, jechał pociągiem, trafił na konspiracyjne zebranie lub 
wykład latającego uniwersytetu. Był świadectwem, że wysiłek opozycyjny nie był daremny. 

Władza  o  społeczeństwie  miała  zdanie  jak  najgorsze  -  źle  pracowało,  kradło,  piło, 

pragnęło tylko spokoju i kiełbasy. Opozycja upierała się, że po pierwsze  - to nieprawda, po 
drugie - to tylko czerep rubaszny. 

Wolność  nie  jako pragnienie,  nie  jako chwila osobliwa, w której  wszyscy pięknieją, 

ale  jako  rzecz  normalna  i  powszednia,  niedostrzegalna  na  co  dzień  -  zmieniła  ten  prosty  i 
jasny  schemat,  w  którym  żyliśmy  -  zawsze  zła  władza,  zawsze  dobre  społeczeństwo,  i  ci, 
którzy  tego  dowodzą.  Inteligent  patrzy  na  rozgadaną,  kłócącą  się,  narzekającą  Polskę  i  nie 
wygłasza już sądów kategorycznych. Patrzy na lud i już wcale nie 

 135 
jest pewny, czy to nie prawdziwi robotnicy szczerze potępiali go na wiecach. Słyszy 

ich  gniewnych  i  widzi,  jak  mocno  komunizm  odciskał  się  na  umysłach.  Gdy  znów  ktoś 

background image

wykrzykuje, że za komuny było lepiej, ma może coś na kształt wyrzutów sumienia, że parł ku 
rozpadowi  komunizmu  okłamując  się,  że  robi  to  dla  społeczeństwa.  A  ono  tego  wcale  nie 
chciało. 

Może  czyni  sobie  wyrzut  o  błąd  intelektualny,  o  fałszywy  opis  rzeczywistości,  z 

którego  tak  logicznie  wywiódł  postawę  moralnego  sprzeciwu.  A  może  się  pociesza,  że  w 
końcu  chodziło  o  to,  by  każdy  mógł  mówić  za  siebie  i  tak  się  stało.  Ludzie  wolni  nie 
potrzebują  rzecznika.  Nawet  jeśli  w  tym,  co  mówią,  słychać  głupstwa,  egoizm,  agresję, 
megalomanię - to sami muszą się tym zmęczyć. 

I  co  pewien  czas  to  znużenie  dominującą  przyziemną  małością  daje  o  sobie  znać  i 

chcemy  poczuć,  że  jesteśmy  wspaniałomyślni  i  ofiarni,  solidarni  z  innymi,  pomocni 
potrzebującym.  W  takie  poczucie  musimy  dziś  włożyć  więcej  trudu  niż  kiedyś.  Żebyśmy 
mogli  powiedzieć,  że  Polska  sprzeciwiła  się  inwazji  na  Czechosłowację,  wystarczył  list 
Jerzego  Andrzejewskiego  do  Eduarda  Goidstiikera.  Dziś  nie  jest  już  tak,  że  jeden  odważny 
człowiek robi za nas to, co powinno być zrobione. Dziś nadto nie wystarczy słowo, bo żeby 
ono miało wagę, musi wokół panować wymuszona cisza. Teraz ludzi musi być więcej, muszą 
przekonać innych i trafić w strunę, która da odzew: zrzutkę na Wielką Orkiestrę, pomoc dla 
Litwy, transport do Bośni. 

Wiadomości o tym, że człowiek, który stanął przed czołgami, został za to rozstrzelany, 

i  że  Polska  pomogła  zablokować  w  ONZ  rezolucję  potępiającą  łamanie  praw  człowieka  w 
Chinach,  bo  parę  dni  wcześniej  podpisała  z  nimi  kontrakt  na  dostawę  czołgów,  należą  do 
takich, których wolałoby się nie przeczytać, bo czuje się, że ktoś coś powinien zrobić. Ale nie 
zrobi tego ów inteligent, który  niegdyś  nieustannie dawał  świadectwo wartościom. Bowiem 
odwagę dawało mu poczucie, że mówi za miliony i że dokonuje wyborów oczywistych. Dziś 
wybierałby między solidarnością z cierpiącymi Chińczykami a interesem polskiego robotnika. 
Napisze  zatem  artykuł  lub  podpisze  protest  -  zrobi  to  tylko  we  własnym  imieniu  i  nie 
przyniesie tym ulgi zbiorowemu sumieniu. Na to trzeba by wysiłku wspólnego i to należy do 
ceny wolności. 

"Dialog", grudzień 1994 
 
WYGODNY KOSTIUM OFIARY 
"Realizacja planu Balcerowicza (a raczej Międzynarodowego Funduszu Walutowego i 

Banku  Światowego)  napotyka  na  rozszerzający  się  sprzeciw  społeczny,  zapoczątkowany  w 
najdramatyczniejszej  formie  przez  wieś  i  rolników,  a  ujawniający  się  w  formie  ostrych 
konfliktów płacowych i bezrobocia. ... Taka polityka budzi protesty. Jest sprzeczna z treścią 
programu  Wyborczego  Komitetu  Obywatelskiego  »Solidarność«  z  kwietnia  1989  roku,  na 
który głosowała większość wyborców." 

Leszek Miller, marzec 1990 
,,100  tyś.  warsztatów  zlikwidowano  od  stycznia,  a  wysokie  czynsze  i  podatki 

wykończą resztę - twierdzi kierownictwo Stronnictwa Demokratycznego." 

październik 1990 
"Trzeba  raczej  zatrzymać  proces  rozpadu,  uruchomić  program  ratunkowy,  wyjść  już 

nie z recesji, lecz z depresji." 

Jan Olszewski, listopad 1991 
,,Mówiąc o zgliszczach i gruzach, które pozostawił po sobie Bal-cerowicz, prezydent 

Wałęsa sam ocenił i potępił jego politykę." 

Stefan Kurowski, listopad 1991 
"Mamy  do  czynienia  z  ruiną  finansów  publicznych,  załamaniem  się  budżetu  i 

masowymi bankructwami przedsiębiorstw państwowych." 

Jan Olszewski, styczeń 1992 
137 

background image

"Polacy  stają  się  narodem  wymierającym.  Mamy  ujemny  przyrost  gospodarczy. 

Niedożywienie wśród dzieci podobne jest do tego z okresu wojny i okupacji. Kryzys sięgnął 
do biologicznych podstaw polskiego społeczeństwa." 

Jan Olszewski, sierpień 1993 
Czym  jest  ten  zbiór  cytatów?  Jest  zestawem  zdań  opisowych,  które  opanowały 

społeczną komunikację i tworzą podstawowy obraz Polski lat ostatnich. 

Powyższe głosy zaczerpnięte zostały ze sfer politycznych. Ale podobne zagnieździły 

się też w języku publicystyczno-dziennikarskim, w kółko powtarza je telewizor zarówno jako 
diagnozę  rzeczywistości,  jak  i  jej  ocenę  przez  zwykłych  obywateli.  Obywatele  mówią  to 
zresztą nie tylko do kamery, ale i w sytuacjach od oficjalności odległych. Opowieści o nędzy i 
upadku  są  obowiązkowe  w  kolejkach,  czyli  na  poczcie  lub  w  banku,  w  windach  lub  w 
pociągach.  Wszędzie  tam,  gdzie  ludzie  zazwyczaj  wymieniają  uwagi  o  pogodzie,  u  nas 
tematem  jest  apokalipsa.  Zamiast  powiedzieć:  "Ładny  dziś  poranek"  i  dać  tym  asumpt 
przypadkowemu zgromadzeniu do stworzenia atmosfery  nieobowiązującej  życzliwości, ktoś 
wzdycha: "No i do czego nas doprowadzili!" Wątek zostaje natychmiast podjęty i rozwinięty. 
Zanim  pociąg  osiągnie  stację  albo  winda  parter,  uzgadniamy  diagnozę:  dożyliśmy  czasów 
strasznych.  Wszystko się rozpada. Korzyści czerpią tylko obcy  lub  nieuczciwi.  A kiedyś to 
ho, ho. 

To  wszechobecne  narzekanie  zostało  już  dostrzeżone  jako  zjawisko  dziwne  i  dla 

Polaków  specyficzne.  A  w  tym  naszym  biadoleniu  najbardziej  uderzającą  cechą  jest  to,  że 
uprawiają  je  wszyscy.  Od  bezrobotnego  po  biznesmena,  od  wielodzietnej  matki  po 
prezydenta, od lewicy po prawicę, od marynarza  po górnika  i górala, od dzieci po starców. 
Wszyscy są przegrani, wszystkich trawi bolesny zawód, wszyscy mniemali, że będzie lepiej, a 
tymczasem... 

Nie  odbiegalibyśmy  od  normalności,  gdyby  skarga,  dramatyczna  ocena,  choćby  i 

przesadna,  niesprawiedliwa,  była  głosem  środowiska  pokrzywdzonych  przemianą,  tych 
licznych  grup,  które  mają  powód  do rozgoryczenia  i  mają  prawo  psuć  dobre  samopoczucie 
zarówno władzom, jak i tym, którzy na transformacji skorzystali. 

Tylko że wygląda, iż nikt nie skorzystał, a już na pewno nikt w Polsce nie ma dobrego 

samopoczucia. 

 
138 
Szukając  powodów  tego  ogólnego  ponuractwa  i  nawykowego  pesymizmu  wypada 

najpierw  obejrzeć  się  wstecz.  Być  może  nasza  trudna  historia  wyrobiła  w  nas  mechanizm 
obronny,  który  każe  powściągać  złudzenia  i  tłumić  nadzieję.  Może  to  już  nasza  cecha 
narodowa  przyrodzona  niczym  Niemcom  solidność,  Amerykanom  optymizm,  a  Hiszpanom 
gorący temperament. 

Zapis  malkontenctwa  I  Rzeczypospolitej  przytoczony  przez  Janusza  Tazbira  może 

robić  takie  wrażenia.  O  ile  jednak  zaskakująca  jest  powtarzalność,  trwałość  pewnych 
myślowych schematów, jak choćby tych wymierzonych w obcych, którzy na najdziwniejsze 
sposoby szkodzą Polsce: ziemię wykupią, posady przechwycą, do upadku przywiodą, o tyle 
dalsze analogie z dniem dzisiejszym nie są już tak oczywiste. 

Przede  wszystkim  posępne  prognostyki  to  argument  w  sporach  o  to,  czy  naprawiać 

Rzeczpospolitą. A te spory toczyły się obok pochwał wygodnego bytowania, złotej wolności i 
innych  blasków życia. Ostrzegawcze  jeremiady  nie przytłaczały świadomości zbiorowej, bo 
nie  były  przeznaczone  dla  maluczkich  i  nie  zatruwały  spokoju  w  dworkach,  poddańczych 
chatach, rzemieślniczych warsztatach i kupieckich kantorkach. 

O  wiele  wyraźniejsze  analogie  widać  z  II  Rzeczpospolitą.  Odrodzenie  państwa  po 

zaborach  można  porównać  z  naszym  wydostawaniem  się  spod  gruzów  komunizmu.  I 
aczkolwiek w goryczach międzywojnia odnajdujemy wątki znajome, uderzająco podobne, to 

background image

znów  istotną  różnicą  jest  to,  że  rozczarowanie  i  rozżalenie  nie  zdominowało  języka 
publicznego.  Biadolenie  towarzyszyło  lansowaniu  optymistycznego  i  państwowotwórczego 
stosunku  do  rzeczywistości.  Budzono  dumę  z  niepodległości,  z  sukcesów  wojskowych, 
administracyjnych, produkcyjnych, kulturalnych, sportowych i wszelkich innych. Robiono to 
nawet  z  niejaką  przesadą  i  prawdę  mówiąc  przedwojenne  filmy  i  wydawnictwa 
propagandowe w entuzjazmie i samozachwycie były do PRL-owskich agitek nader podobne. 

Dziś  czegoś  takiego  nie  uświadczymy,  i  po  prawdzie  nie  bardzo  wiadomo,  jak 

mogłyby  brzmieć  zdania  głoszące  dumę  z  odzyskanej  niezależności,  tworzenia 
demokratycznego państwa i normalnej gospodarki. 

Życie  polityczne  polega  na  licytowaniu  się  w  opisach  okropności  naszego  upadku  i 

wykrzykiwaniu, że tak dalej być nie może. To stanowi również ulubiony wątek niedojrzałego 
dziennikarstwa.  Codziennie  wieczorem  do  milionów  mieszkań  docierają  złe  wiadomości. 
Ceny rosną. 

 139 
Bezrobotnych  przybywa.  Majątek  się  wyprzedaje.  Rolnictwo  upada.  Cementownia 

broni  się  przed  oddaniem  za  bezcen.  Chłopi  wyrzynają  stado  podstawowe. Elektronika  jest 
rujnowana. Policja jest bezradna. Szpitale głodują. Konkurencja chce zagrabić nasz przemysł 
tytoniowy. I trudno się już rozeznać, co jest wiadomością niepokojącą, co demagogią, a co już 
utartą  konwencją  językową.  Do  tego  należy  dodać  szczególne  reguły  logiki,  których 
dorobiliśmy się w dyskursie o Polsce. Oto pozytywne zjawiska nie nadają się do uogólnień, 
natomiast przypadki wątpliwe i chybione -jak najbardziej. W rezultacie to, że ktoś gdzieś coś 
ukradł,  ma  o  niebo  większe  znaczenie  dla  oceny  ostatnich  lat,  niż  to,  że  ktoś  coś  buduje, 
hoduje,  wytwarza  itp.  Wobec  takich  zjawisk  polszczyzna  publiczna  staje  się  wyjątkowo 
nieporadna. 

Są  oczywiście  próby  przeciwdziałania  temu  monotonnemu  obrazowi  Polski 

niszczonej,  upadającej,  przegrywającej  wszystkie  możliwe  szansę.  Z  jednostajnego  chóru 
płaczek naszej niedoli wyłamują się kolejne rządy i próbują tchnąć w ludzi odrobinę wiary i 
nadziei. Z mizernym skutkiem. 

Bowiem  żadna  ekipa  nie  przekroczyła  zasady,  by  czarną  demagogię  równoważyć 

inaczej niż zdaniami typu: we wrześniu tego roku produkcja była wyższa od dna recesji o 13 
procent; emerytury wzrosły o x procent, podczas gdy pensje tylko o y; przyrost bezrobocia w 
tym miesiącu był o 0,5 procent niższy niż w pierwszym kwartale. 

Mimo iż wiadomo, że słowa o zagłodzonych dzieciach rażą wyobraźnię, zaś procenty i 

wyliczenia emocji nie tykają - rządy poprzestawały na poziomie wskaźników i trendów. Ich 
oczywista bezradność w komunikowaniu się ze społeczeństwem stała się normą. 

Ale  trzeba  pamiętać,  że  rządom  tym,  bez  względu  na  ich  proweniencję,  przypadło 

wyprowadzanie społeczeństwa z krainy utopii, cóż z tego, że nierealizowalnej. Nie odważyły 
się one  jednak zakwestionować obietnic tamtego systemu  - stwierdziły tylko, że  nas  na  ich 
spełnienie  nie  stać,  niestety.  Stąd  te  rachunki  i  procenty.  W  efekcie  porzucenie  zasad 
bezpieczeństwa  socjalnego  na  rzecz  rywalizacji  i  nierówności  jest  traktowane  jako  przykra 
konieczność, a nie jak wybór lepszego modelu życia, w którym ludzie więcej z siebie dają i 
pełniej się realizują. 

Możliwe,  że  władza,  której  przypadło  niszczenie  miraży,  nie  jest  powołana  do 

zachwalania efektów swych działań może niezbędnych, ale bolesnych. Obronę tych przemian 
powinni podjąć raczej ci, którzy je z dobrym skutkiem wykorzystali. 

 
140 
Tymczasem  sektor  prywatny  przede  wszystkim  donośnie  narzeka.  Na  przepisy,  na 

niepewność, na podatki. Nieustannie prorokuje rychły koniec swej aktywności "jeśli tak dalej 

background image

pójdzie".  A  to  spowoduje  przykre  konsekwencje  dla  społeczeństwa,  bowiem  zamożni  służą 
mu na różne sposoby: tworzą miejsca pracy, płacą podatki, wspierają ważne potrzeby. 

W  istocie  trwamy  w  kręgu  sądów  wbijanych  nam  w  głowy  przez  45-lecie,  wedle 

których  prawo  do  przywileju  wystawania  ponad  niską  średnią  zależało  od  społecznie 
uzasadnionych powodów. Telefon  należał  się raczej  lekarzowi, a  nie górnikowi, ten z kolei 
miał prawo do większego ochłapa mięsa, zaś prywaciarzowi wolno było produkować tylko, o 
ile  robił  śrubki,  z  którymi  nie  radził  sobie  zakład  państwowy.  Toteż  zabieganie  u  władz  o 
brakujące dobra polegało na przekonywaniu o swych zasługach dla ogółu. To właśnie robią 
dziś nadal  biznesmeni, chcąc tym razem odegnać od siebie  ludzką  nieżyczliwość. My tylko 
dla was - zdają się mówić - zarabiamy te pieniądze. 

Warstwa  średnia  zasłania  się  przydatnością,  bo  wie,  że  nie  poradziliśmy  sobie 

psychologicznie  z  problemem  bogactwa.  Po  latach  niedoborów odruchowo  postrzegane  jest 
ono jako coś wyjętego ze wspólnej puli, coś, co mogło być oddane bardziej potrzebującym. 
Ponadto bogactwa nie zdobywa się pracą - rodzi się ono w znacznej części w podejrzanym z 
marksistowskiego  punktu  widzenia  miejscu,  bo  poza  produkcją,  w  sferze  pośrednictwa  i 
usług,  w  której  za  socjalizmu  nie  powstawała  żadna  wartość,  przeciwnie  -  pieniła  się  tam 
spekulacja, waluciarstwo, lewizna i inne patologie. 

Bogactwo  zatem  powstaje  w  sposób  podejrzany,  pokornie  przyznaje,  że  jest  złem 

koniecznym,  ale  uporczywie  przypomina  swą  społeczną  funkcję  -  przydatność  dla 
niedostatku. 

Bo to bieda jest w centrum naszego opisu rzeczywistości. Jest zawsze przypominanym 

smutnym  tłem  ewentualnych  drobnych  sukcesów  rządu,  jest  wspólnym  dyskomfortem 
psychicznym, który widać wtedy, gdy socjologowie badają nasze oceny sytuacji  - w dużym 
stopniu brzmią one tak: u mnie jakoś idzie, ale tyle nędzy dokoła - jest okropnie. 

Można  by  więc  powiedzieć,  że  szok  nierówności,  poniżenie  jednych,  wywyższenie 

innych  -  to  sytuacja,  do  której  nie  jesteśmy  przygotowani,  która  budzi  niepewność  i  strach, 
sprawia,  że  ludzie  spodziewają  się  najgorszego  i  wypatrują  symptomów  zagrażających 
nieszczęść. I szukają winnych. Prosty mechanizm psychologiczny. 

141 
Ale  nie  odpowiada  on  na  pytanie:  dlaczego  to  jest  powszechne?  Dlaczego  ton 

katastrofizmu  zdominował  język publiczny?  Dlaczego nie  słychać w  nim  choćby tej grupy, 
którą pokazują badania, dużej grupy, która nie czuje się specjalnie pokrzywdzona, akceptuje 
zmiany i bez lęku patrzy w przyszłość? 

Od  wieków  marudzimy  podobnie,  mamy  skłonność  do  czarnych  prognoz  i 

wypatrywania tych, którzy chcą je oblec w ciało. Ale za I i II Rzeczypospolitej wskazywanie 
na  symptomy  nieszczęść  było  tylko  jednym  z  wątków  narodowych  dyskursów.  W  czasach 
niewoli  cier-piętnictwo  współgrało  z  niezłomną  nadzieją  i  dopiero  w  III  Rzeczypospolitej 
biadolenie stało się wszechogarniające i wyparło inne formy wyrazu. 

Jeśli więc nie mamy go w genach od zawsze, to jest to skłonność nabyta i szczególnie 

utrwalona w ostatnich pokoleniach. 

W Polsce nie tylko sukces jest moralnie podejrzany i przyciąga nieżyczliwą uwagę. W 

Polsce  poza  podejrzeniami  i  moralną  dwuznacznością  jest  tylko  ofiara.  Ktoś  skrzywdzony 
przez wroga Ojczyzny, przez możnego, przez butę władzy, przez los, przez cokolwiek. 

Od  zaborów  panteon  naszych  narodowych  bohaterów  składa  się  z  poległych, 

wygnańców, z ludzi wyzutych z majątku, pomarłych na suchoty. Mogłoby się zdawać, że kto 
uniknął takiego losu, ten stał po niesłusznej stronie. 

Otóż  komuniści  taką  interpretację  zastosowali  dosłownie,  konsekwentnie  i 

powszechnie.  PRL  wymierzał  sprawiedliwość  historyczną  i  społeczną,  więc  poniżonych 
wywyższał,  a  tych,  którzy  nieopatrznie  wychynęli  ponad  obowiązującą  biedę  przystrzygał, 
bacząc, by nikt niepowołany nie osiągał sukcesów społecznie nieuzasadnionych... 

background image

Być biedniakiem, któremu hitlerowcy spalili chałupę, a pleban zabrał ostatnią kozę za 

pochówek  dziadka  -  to  był  bezpieczny  start  w  nową  rzeczywistość.  Być  ofiarą,  zwykłym 
człowiekiem, któremu nic się nie udało - to była gwarancja spokoju. Nie wychylać się - to był 
fundament społecznej edukacji. 

Dziś  społeczeństwo  się  rozwarstwia,  ale  racja  moralna  jest  nadal  przy  biednych  i 

pokrzywdzonych. Przy biedzie i krzywdzie jest uczciwość, przyzwoitość i słuszność. Tam jest 
norma,  wedle  której  oceniamy  życie  zbiorowe.  Niebiedni  jakby  do  społeczeństwa  nie  są 
zaliczani, więc 

 
142 
stosują  zasadę  mimikry  -  dołączyć,  wtopić  się,  nie  wyróżniać:  nam  też  jest  ciężko, 

nam też żyć nie dają. 

Konwencja  roszczeń,  jaka  się  w  Polsce  wytworzyła,  pokazuje,  że  kto  pragnie  coś 

osiągnąć, wyrwać od władzy, musi stanąć do licytacji na nieszczęścia. Jakby na publicznym 
forum  żadne  inne  argumenty  nie  miały  znaczenia.  Dramatyczne  hasła,  marsze-kondukty, 
wielotygodniowe  głodówki  -  wszystko,  by  wykazać  bezmiar  swej  rozpaczy.  Jeśli  jednak  w 
kostiumie  biedy  i  krzywdy  występują  zarówno  górnicy,  jak  pegieerow-cy;  zarówno 
kontrolerzy  lotniczy,  producenci  elektroniki,  jak  bezrobotni  -  to  widać,  że  kostium  grubymi 
nićmi szyty. Że po prostu skarga stała się językiem komunikacji społecznej. 

A skłamanego języka nie używa się bezkarnie. 
W  telewizyjnych  programach  młodzieżowych  można  obejrzeć  licealistów  z  dobrych 

zapewne  szkół,  którzy  obwieszczają,  że  są  straconym  pokoleniem,  że  w  rządzie  zaledwie 
cztery  osoby  zajmują  się  ich  losem,  że  nikt  się  o  nich  nie  troszczy,  a  przed  nimi  czarna 
przyszłość. 

Możliwe, że stając do rywalizacji o życiową pozycję nauczyli się zaczynać mocnym 

argumentem.  Ale  bardziej  prawdopodobne,  że  styl  powszechnej  skargi  ich  poraził,  stłumił 
naturalną  młodości  radość  życia  i  wiarę  w  siebie.  Narzekający  na  zmarnowane  życie 
nastolatek to produkt polskiego biadolenia. 

A prawdziwym nieszczęściom i dramatom coraz trudniej się przebić przez ten wielki 

lament wyuczonej roli skrzywdzonej ofiary. 

25 II 1995 
KAMYK POD OKOP ŚW. TRÓJCY 
Spór  o  "W.C.  kwadrans"  rozwinął  się  znamiennie.  Mimo  że  nikt  z  uczestników  nie 

powiedział,  że  program  jest  dobry,  raczej  przeciwnie,  to  pojawienie  się  sugestii,  że  może  z 
powodu  szczególnego  typu  agresji  należałoby  go  zdjąć,  nie  spowodowało  dyskusji  o 
granicach  swobody  w  telewizji  publicznej,  lecz  zamieniło  się  w  obronę  obecności  prawicy 
zagrożonej przez lewicową presję. 

W całym sporze jedno stwierdzenie nie zostało zakwestionowane - że w normalnym, 

demokratycznym kraju taki program nie mógłby być pokazany w telewizji publicznej. 

Dla  szefów  naszej  telewizji  jest  to,  zdaje  się,  powodem  do  dumy.  Można 

domniemywać,  że  łamiąc  rozpanoszone  na  Zachodzie  zasady  "politycznej  poprawności", 
polska  telewizja  staje  się  wzorem  nonkonfor-mizmu.  Maciej  Pawlicki  w  rozmowie  z  Anną 
Bikont  ("Gazeta  Wyborcza"  1995,  nr  54)  przyznał  z  całą  szczerością,  że  program  służy  do 
wprowadzenia  w  obieg  wartości,  które  mają  przeciwstawić  się  "kontestacji  zaścianka, 
kołtuństwa  i  zabobonu",  pokazać,  że  postęp  też  nie  jest  dobry.  Słowem  -  krzewi  się  tu 
pluralizm:  obok  przeważającej  w  telewizji  opcji  progresywnej  pokazuje  się  też 
konserwatywną. 

Jeśli  komuś  dotąd  konserwatyzm  kojarzył  się  ze  stanowczą,  choć  powściągliwą  i 

elegancką, obroną wartości tradycyjnych, to był w błędzie. Telewizja uznała, że hamburgery, 
walentynki,  hot  dogi,  koła  fortuny  itp.,  to  mało:  należy  nam  się  jeszcze  amerykański 

background image

konserwatyzm. Jego to ponoć wzorem Pierwszy Kowboj Rzeczypospolitej okazuje wzgardę, 
poniża i szczuje. 

I  nie  tylko.  3  marca  po  napiętnowaniu  amerykańskiego  rozbuchanego  feminizmu 

wypatrzył on w USA także promyk nadziei, a mianowicie 

 
144 
miasteczko,  gdzie  jest  zielono,  bogato,  patriotycznie  i  rodzinnie,  i  ludzie  tam 

przyjeżdżają, "aby utwierdzić się w swych wartościach w towarzystwie innych Białych. Jakby 
tak  u  nas  chociaż  jedno  miasto  bez...biiip".  Telewizja  zaingerowała  i  zagłuszyła  ostatnie 
słowo,  toteż  nie  wiemy,  kogo  Cejrowski  chciałby  usunąć  z  naszych  miast.  Cyganów? 
Arabów? Rumunów? A może margines społeczny? Hołotę? Biedotę niszczącą trawniki? 

Szefostwo programu, które użyło owego "biiip", zabezpieczyło się przed wytoczeniem 

procesu przez jakiegoś przewrażliwionego Cygana, Murzyna czy kto tam został wymieniony. 
Otóż nie powinno ono sądzić, że wystarczy skryć przed widzami informację, kim mianowicie 
pan  W.C.  pogardza  i  kogo  chciałby  wyeliminować  z  naszej  społeczności.  Telewizja 
upowszechnia  bowiem  myśl, że żyłoby  się  nam  moralniej, patriotyczniej, zamożniej, gdyby 
nie pewna grupa, która temu najwyraźniej wadzi, więc dobrze byłoby móc się jej pozbyć. 

I  tak  pojawia  się  przed  nami  pytanie:  czy  wygłaszanie  takiego  zdania  mieści  się  w 

granicach  wolności  słowa,  czy  też  poza  nie  wykracza?  Istnieje  wszak  jakiś  powód,  dla 
którego w telewizji publicznej krajów demokratycznych takie sądy są niemożliwe. Czy jest to 
jedynie  efekt  lewicowej,  liberalnej,  permisywnej  mody-presji,  która  zdominowała  życie 
bardziej doświadczonych demokracji? 

Sugestia,  iż  dobrze  byłoby  się  pozbyć,  no  powiedzmy  -  wysiedlić  pewną  łatwą  do 

wskazania grupę, nie jest charakterystyczna dla żadnej opcji politycznej. Różnica jest taka, że 
prawe  ekstremizmy  określają  taką  grupę  raczej  wedle  kryteriów  rasowych, 
narodowościowych oraz szukają jej w niższych warstwach, zaś lewicowe sięgają prędzej po 
wskaźniki majątkowe i religijne, wskazując ofiary wśród warstw wyższych. 

A XX wiek pokazał dwa totalizmy, które pozbywały się różnych kategorii obywateli z 

miast,  ze  wsi  i  spośród  żywych.  Rozmiar  zbrodni  naszego  stulecia  uświadomił,  jak 
przerażające skutki może przynieść zatrucie zbiorowej świadomości nienawiścią czy choćby 
tylko  przekonaniem,  że  bez  takich  lub  owych  byłoby  lepiej.  To,  że  nietrudno  pchnąć 
zbiorowość przeciw komuś, wiadomo od zawsze. I zawsze wspólny  mord  - ukamienowanie 
czarownicy, spalenie Żyda, lincz na Murzynie - budził po czasie większą grozę niż występek 
indywidualny. Ponieważ ludzie razem popełnili coś, czego nigdy by nie zrobili pojedynczo. 
W naszym stuleciu zaś dokonano zbrodni ogromnych, zbrodni, które miliony popie- 

145 
rały, na których korzystały, których były świadkami. Bezradnymi lub obojętnymi. 
To doświadczenie jest wystarczające dla Zachodu, by przyjąć, iż nie wolno publicznie 

siać  pogardy  i  nienawiści.  Dla  nas,  doświadczonych  przez  oba  totalitaryzmy,  z  jakichś 
powodów nie jest to dziś oczywiste. 

"W.C.  kwadrans"  nazwano  faszystowskim,  chuligańskim  i  innymi  pejoratywnymi 

określeniami,  ale  pytanie,  czy  taki  program  powinien  istnieć,  wywoływało  rozterkę  i                                                                                                                       
bezradność.  Zakazać?  Ocenzurować?  Niby  jak,  kto  miałby  to  zrobić?  I  co  ze  swobodą 
wypowiedzi,  z  pluralizmem?  Może  lepiej  dać  głos  drugiej  stronie?  Wtedy  albo  rzecz  się 
zrównoważy, albo będzie łatwiej ciąć po obu skrzydłach. A zresztą poglądy Cejrowskiego są 
podzielane przez znaczną część społeczeństwa, więc winny być prezentowane. 

Zasada  zrównoważenia  kontrowersyjnych  treści  niby  wychodzi  naprzeciw 

pluralizmowi.  Kłopot  w  tym,  że  trudno  ocenić,  co  mianowicie  miałoby  stanowić 
przeciwwagę.  Chamski  program  antyklerykalny?  Okienko  dla  homoseksualistów,  którzy 
tłumaczyliby,  że  też  są  ludźmi  i  mają  wielki  wkład  w  kulturę?  Publicystyka  lansująca 

background image

swobodę  seksualną?  Czy  też  program,  w  którym  człek  w  kontuszu  uczyłby  zasad 
przyzwoitości i dobrego wychowania? 

Jeśli  zaś  chodzi  o  reprezentowanie  przekonań  powszechnych  -  Wojciech  Cejrowski, 

twardy mężczyzna, szydzi w swym kwadransie z obrony zwierząt. W Polsce zwierzęta są w 
większości  traktowane  okrutnie,  W.C.  wyraża  zatem  pogląd  dominujący.  Czułostkowa 
mniejszość  ma  "Animals",  "Z  kamerą  wśród  zwierząt"  i  mnóstwo  innych  programów  -  jak 
widać,  osiągnęła  nawet  pewną  niezasłużoną  przewagę.  Czy  jednak  istota  pluralistycznego 
dyskursu według TVP ma wyglądać tak, że jedni mówią, by nie zadawać cierpienia, a drudzy, 
żeby się nad cierpiącymi nie roztkliwiać? 

Co  powoduje  zatem  tę  bezradność  wobec  szerzenia  nienawiści,  tę  ciągłą  niejasność: 

czy lżenie jakiejś grupy ze względu na cechy od niej niezależne jest naruszeniem prawa, czy 
też  korzystaniem  z  wolności  przekonań?  Co  wreszcie  powoduje  uchylanie  się  stosownych 
gremiów nawet nie od decyzji, ale od samej dyskusji na takie tematy? 

Można postawić tezę, że ów zamęt w obliczu dość jasnej sytuacji ujętej, także u nas, w 

artykuły kodeksu karnego, powstał z powodu 

 
146 ^^ 
prawicy. Zwolennicy programu twierdzą, że oto ujawniła się linia frontu: 
"W.C.  kwadrans"  jest  atakowany  dlatego,  że  jest  prawicowy,  więcej,  dokonała  się 

kolejna, tradycyjna zmowa różowych z czerwonymi przeciwko telewizji wreszcie niezależnej, 
bo dopuszczającej nie tylko lewicę. 

Podniesienie sprawy do rangi ataku na obecność prawicy w życiu publicznym kończy 

dyskusję  o  telewizji,  ale  stawia  inny  problem,  na  ogół  taktownie  pomijany  -  mianowicie 
szczególnej  prawicowej  wizji  świata.  Prawica  postrzega  się  bowiem  jako  siła  samotna, 
szczuta,  przedmiot  spisków  i  knowań,  otoczony  pogardą  i  niechęcią  zarozumiałych,  bo 
zasiedziałych  uczestników  gry.  Wszystkich  ich  nazywa  "lewicą"  -  bez  względu  na  to,  co 
mniemają w sprawach ekonomii, swobód, obyczajności, tradycji i Kościoła. Ważne jest to, że 
szkodzą prawicy. Zda się, że wrażliwość na niechęć jest jedyną wspólną cechą plejady partii 
prawicowych, bo poza tym kłócą się one w każdej sprawie. 

Trudno  się  nawet  dziwić  tej  drażliwości;  środowiska  prawicowe  są  ciągle  w  fazie 

szukania  swojego  miejsca,  kształtowania  swej  odrębności,  swych  znaków  rozpoznawczych, 
swego języka. Nie jest to proste z wielu powodów. 

Po  pierwsze  -  zbiorowa  świadomość  Polaków  jest  w  sferze  wartości  społecznych 

głęboko  lewicowa:  praca  fizyczna  ma  większy  walor  niż  umysłowa;  zatrudnienie  u 
prywatnego  jest poniżeniem, posada państwowa nobilituje; produkcja  jest lepsza  niż usługi; 
im niższe wykształcenie, tym większa słuszność poglądów; im większe ubóstwo, tym lepsze 
cechy charakteru. 

Po  drugie  -  tradycja  prawicowa  została  w  Polsce  zerwana  i  nie  dane  jej  były 

rozrachunki  i  przewartościowania,  które  po  II  wojnie  były  udziałem  prawicy  zachodniej. 
Sięganie  zaś  do  wzorów  sprzed  pół  wieku  daje  efekty  muzealne,  jak  choćby  operowanie 
stereotypami etnicznymi lub pisanie o "polskim stanie posiadania na Wschodzie". 

Po  trzecie  -  budowanie  dzisiejszej  tożsamości  na  tezie  o  prześladowaniu  myśli 

prawicowej  przez  komunistów  też  ma  słabe  strony,  bo  cały  zestaw  haseł  endecji 
przywłaszczyła  sobie  i  zużyła  PZPR,  więc  nie  brzmią  one  dziś  jak  rzecz  świeża,  dotąd 
zakazana. 

Wywalczanie  dla  siebie  przez  prawicę  miejsca  polega  zatem  na  wyrazistym 

odróżnianiu  się  od  innych  i  ostrym  przeciwstawianiu  się  wszystkim  wokół.  Natomiast 
zabieganie  o  poparcie  społeczne  nader  często  prowadzi  do  potakiwania  ugruntowanym 
przekonaniom i rozczarowaniu reformą. W ten sposób powstał nowy polski dziw, czyli to, 

147 

background image

co nazwało się prawicą, a co jest formacją w dużej części konsekwentnie lewicową w 

warstwie ekonomiczno-społecznej, za to nader zadzierzystą w obronie wartości tradycyjnych i 
narodowych. 

Początkowy  etap  kształtowania  się  prawicy  miał  miejsce  na  scenie  politycznej  i  nie 

był to spektakl pociągający. Protagoniści rozgrzali atmosferę, wyśrubowali emocje, nie mieli 
przeciwników,  tylko  wrogów  -  a  ci  czaili  się  nie  na  lewicy,  ale  wśród  liberalnych 
demokratów,  którym  należało  wyrwać  sztandar  opozycyjno-solidarnościowy.  Właśnie  w 
atmosferze wspólnego frontu przeciw Europejczykom, "katolewicy", unitom, brano w obronę 
skinów i inne skrajności. Ze sztandaru zostały żałosne strzępy, a wybory zepchnęły polityczną 
prawicę  na  margines,  gdzie  nadal  zajmuje  się  ona  monotonnym  podziałem  przez 
pączkowanie, co marnie rokuje jej zwolennikom. Bo przecież elektorat prawicy istnieje i dziś 
opiekuje się nim głównie telewizja. 

Ciekawe,  czy  Krajowa  Rada,  mianując  prezesem  Wiesława  Walen-dziaka,  chciała 

telewizję  oddać  w  ręce  młodego,  zdolnego  dziennikarza  czy  w  ręce  jakiejś  opcji  ideowej. 
Cokolwiek  miała  na  uwadze,  dała  wyrugowanej  z  polityki  prawicy  szansę  dotarcia  do 
najszerszej widowni. 

Zmianie  władz  telewizji  towarzyszyła  kaskada  przecieków  z  Woronicza  o  młodych, 

niekompetentnych  "pampersach",  którzy  wtargnęli  ławą,  by  wprowadzać  swoje  porządki,  i 
widz  uważny  lub  maniakalny  zaczął  wypatrywać  efektów  nowej  orientacji.  Pojawiła  się 
cienką  strużką (o zdominowaniu przez nią programu w ogóle  nie  można  mówić)  i  najpierw 
było to przedłużenie przedwyborczych agitek. 

Bodaj  ostatnią  z  cyklu  była  pantomima  Stanisława  Helskiego  i  Jerzego  Urbana  na 

temat  walenia  kamieniem  w  generała  Jaruzelskiego.  Panów  można  było  obejrzeć,  ale  nie 
usłyszeć,  bo  wrzeszczeli  wszyscy  naraz.  "Kanciasty  stół"  zniknął,  miejmy  nadzieję,  że  z 
powodu mizerii warsztatowej. 

Przykładem  szukania  korzeni  prawicowej  krzywdy  był  film  opowiadający  o 

widowisku  historycznym,  jakie  odbywa  się  corocznie  we  Francji  i  przypomina  dzieje 
powstania  w  Wandei.  Młodzi  autorzy,  niezwykle  przejęci,  powiadamiali  widzów  o 
ujawnieniu rzeczy skrywanej i za-kłamywanej celowo przez zainteresowane siły przez 200 lat 
-  o  krwawej  rzezi,  jakiej  rewolucyjna  Francja  dokonała  na  pobożnych  i  rojalistycz-nych 
Wandejczykach.  Otóż  średnio  oczytany  Polak  wiedział  to  wszystko,  co  autorzy  filmu  w 
podnieceniu komunikowali, toteż trudno mu było uwierzyć w zmowę niecnych postępowców, 
którzy fakt ten ukryli przed 

 
148 
światem. Raczej miał wrażenie, iż autorzy własną niewiedzę potraktowali jako normę, 

a  myśl,  że  odkryli  wielką  manipulację  pogrobowców  rewolucji  francuskiej,  tak  ich 
zafascynowała, że zapomnieli zajrzeć do podręczników. 

Z  czasem  pojawiły  się  też  programy  niewalczące,  a  mające  taki  zamysł,  by  uwagę 

widza przesunąć z wrogów, zdrajców i zaprzańców na wartości pozytywne. Jeden z nich jest 
absolutnym  niewypałem  -  został  wprowadzony  co  drugi  tydzień,  zamiennie  z  popularnymi 
"Listami o gospodarce", nazywa się "Ludzie, władza, pieniądze" i gospodarzem jego jest były 
rzecznik  ministra  Macierewicza  Tomasz  Tywonek.  Na  program  składają  się  impresje 
filmowe,  w  których  np.  problem  kasyn  gry  inkrustowany  jest  zdjęciami  z  zoologu; 
zastanawiające  niekomunikatywni  katoliccy  przedsiębiorcy;  komunikatywni  nawet  politycy, 
których  gadania  jednak  gospodarz  nie  jest  w  stanie  doprowadzić  do  żadnej  zrozumiałej 
konkluzji. Nie sposób dojść, po co to jest na antenie i rodzi się domniemanie, że z powodu 
osoby autora. 

Zupełnie  inaczej  ma  się  rzecz  z  młodzieżowym  programem  "Fronda".  Jego 

proweniencję  prawicową  poznaje  się  po  sprzeciwie  wobec  prezerwatywy,  pochwale 

background image

samodyscypliny, po obecności konserwatywnego Rafała Ziemkiewicza. Znane postaci, znane 
tezy, tylko język trochę inny niż zwykle. "Fronda" próbuje wyrwać się z konwencji tropiciels-
ko-demaskującej,  powstałej  w  czasie  sporu  o  aborcję  i  zmagań  wyborczych,  i  przedstawić 
cnoty jako wartość samą w sobie, coś, co po prostu jest lepsze - a nie jako przedmiot zmowy 
gorszycieli o niskich motywach. Wysiłek, by mówić o wartościach spokojnie i świadczyć na 
ich rzecz własną nieagresywną postawą, wygląda na szukanie innych form wyrazu niż zużyty 
cokolwiek szablon politycznej walki. 

Ta  odmienność  pozwala  dostrzec,  że  twierdzenie,  iż  rozwody,  aborcja,  narkomania, 

wczesna  inicjacja  seksualna,  młodzieżowe  pisma  porno  są  rzeczami  niedobrymi,  nie 
wywołuje  sprzeciwu.  Wręcz  przeciwnie,  zdecydowana  większość  zgodzi  się,  że  o  wiele 
lepiej,  by  rodziny  się  kochały,  żeby  seks  nie  oddzielał  się  od  miłości,  dzieci  rodziły  się 
oczekiwane, a młodzież nie ćpała i nie czytała głupich i prymitywnych gazetek. Jeśli można 
coś zrobić, aby ludzi do tego przekonać, to dlaczego nie? 

Tymczasem utrwaliło się mniemanie, że nastąpił podział zadań - taki, że o te słuszne 

sprawy  walczy  jedynie  prawica,  a  wszyscy  inni  odpowiadają  jej  lękiem,  szyderstwem  i 
potępieniem. 

149 
Spór toczy się oczywiście o coś innego. Prawica głosi możliwość stworzenia takiego 

ładu  moralnego,  w  którym  i  prawo,  i  presja  społeczna  nakłaniałyby  ludzi  do  zachowań 
odpowiedzialnych,  powszechnie  uznanych  za  lepsze  od  dzisiejszej  łatwizny.  Przeciwnicy 
zarzucają  jej,  iż  chce  państwa,  w  którym  sankcja  ścigałaby  ludzi  rozpustnych,  panny 
niecnotliwe,  małżonków  niewiernych,  a  homoseksualiści,  lesbijki  i  narkomani  skrywaliby 
swe  wstrętne  skłonności,  może  nawet  starali  się  je  porzucić.  To  samo  oczekiwanie  szybko 
skierowałoby  się  ku  libertynom,  ateistom  i  innym  dewiantom  umysłowym.  W  rezultacie 
powstałoby  państwo  ograniczające  wolność  jednostki,  wkraczające  w  jej  sferę  prywatną  i 
szybko niszczące przynależne człowiekowi prawa. 

Skądinąd  warto  zauważyć,  że  powściągliwość  obyczajowa  nie  jest  specjalnością 

prawicy  -  wystarczy  przypomnieć  lewicowy  purytanizm  pierwszego  dziesięciolecia  PRL, 
kiedy  to  żadnych  aborcji,  żadnych  rozwodów  z  błahych  przyczyn,  za  to  wszechobecna 
organizacja partyjna, która stała  nie tylko na  straży wierności  małżeńskiej, ale  była gotowa 
zająć się wszelkimi problemami życia przed- i poślubnego. 

Nasza  dzisiejsza  prawica  na  zarzuty  stawiane  jej  przez  przeciwników  odpowiada,  że 

nie  chce  niczego  narzucać  siłą,  pragnie  jedynie  przekonywać,  kształtować  na  nowo 
świadomość.  I  w  dziele  tym  ma  szansę  nierówne,  bo  z  trudem  dociera  do  ludzi  najpierw 
otumanionych  przez  lata  komunizmu,  a  teraz  wydanych  na  wpływy  liberalne  i  lewicowe, 
które to formacje - jej zdaniem - zawłaszczyły media. 

Czy  przewrażliwienie  i  wypatrywanie  wszędzie  znamion  zmowy  to  tylko  cechy 

właściwe formacji młodej, prącej do znaczenia i kwestionującej zastane na scenie publicznej 
obyczaje?  Czy  różne  przesadne  sądy,  gwałtowne  ataki,  nienawistne  wyskoki  to  tylko 
niedostatki stylu? Jedynie dziecięca choroba radykalizmu? 

Nie jest to jasne. Bowiem wydaje się, że polska prawica nie odpowiedziała sobie na 

bardzo  ważne  pytanie.  Co  mianowicie  w  tym  nowym  ładzie  moralnym  i  politycznym,  do 
którego dąży, ma być z ludźmi, którzy nie podzielają słusznych opcji - lubią np. rozpustę, nie 
znoszą,  jak  im  się  ktoś  wpycha  w  prywatność,  są  wyznawcami  nieodpowiedzialnego 
hedonizmu  albo  wschodnich  religii,  albo  wręcz  bezbożnikami?  Lub  mają  jakieś  okropne 
poglądy polityczne, otwierające nasz kraj na złe wpływy ze Wschodu i Zachodu? 

 
150 
Na Zachodzie prawica odpowiedziała sobie na to pytanie wyraźnie: 

background image

komuniści,  wywrotowcy,  anarchiści  będą  zawsze.  Zawsze  ktoś  będzie  godził  w  ład 

moralny  i  w  tradycję.  Tamtejsza  lewica  zresztą  podobną  przeszła  edukację  i  również 
pogodziła się z tym, że zawsze będą ludzie z dziedzicznymi przywilejami, zachłanni bogacze 
i fanatyczni bigoci. 

Tylko  na  takiej  zgodzie  można  zbudować  demokrację.  Z  marzeń  o  państwie  bez 

jakiejś  szkodliwej  grupy,  czy  to  degeneratów,  czy  wyzyskiwaczy,  zrodziły  się  same 
nieszczęścia. 

Nasza  prawica  chyba  sobie  jeszcze  pytania  o  obecność  tych,  których  nie  znosi,  nie 

zadała.  Na  niewielkim  poligonie  politycznej  sceny  parokrotnie  podejmowała  walkę  o  jakąś 
przestrzeń  działania  -  Komitety  Obywatelskie,  Komitet  przy  Lechu  Wałęsie,  OKP  - 
wygrywała  ją  i  natychmiast  pozbywała  się  tych,  których  nie  znosiła.  A  bez  nich  zdobycz 
traciła wszelki urok. To samo dzieje się teraz ze związkiem "Solidarność". Kiedy będzie się 
już składał z samych prawicowców, pewnie sczeźnie jak tamte komitety. 

Mimo  tych  doświadczeń  ma  się  czasem  wrażenie,  że  i  w  skali  państwa  marzy  się 

części prawicy, by ci wszyscy grzeszni i podli nawrócili się, przekonali, pokajali lub chociaż 
zamilkli, bo Polska bez nich byłaby miejscem o niebo lepszym. Dopiero z czasem po prawej 
stronie naszej sceny ugruntuje się przekonanie, że ci inni nie tylko zawsze będą istnieć, ale że 
także są potrzebni. 

Tym  zaś,  którzy  z  kolei  prawicy  serdecznie  nie  cierpią,  można  przypomnieć,  że  jej 

nieobecność w Sejmie nie jest rzeczą dobrą. Gdyby Porozumienie Centrum lub Zjednoczenie 
Chrześcijańsko-Narodowe  codziennie  oskarżały  i  demaskowały  Unię  Wolności,  to  nie 
rozłaziłaby się ona w szwach na prawo i lewo, a tarcia wewnętrzne uprawiała w dyskrecji, nie 
zaś  publicznie.  SLD  też  łatwiej  byłoby  dotrzymać  obietnic  natury  światopoglądowo-
obyczajowej  złożonych  swym  wyborcom,  gdyby  mógł  je  wygrać  z  niewielką  prawicą  w 
Sejmie, zamiast ciągle słuchać, że chce zgwałcić wolę narodu pozbawionego reprezentacji. 

Obecność prawicy w życiu publicznym jest zatem konieczna i pożyteczna, a jej forma 

i styl zależeć będą od tego, na ile pogodzi się ona z obecnością swoich wrogów i zacznie ich 
traktować jak przeciwników. 

Na razie wciąż słychać wezwania do budowy okopów św. Trójcy. 
25 III 1995 
TRUDNY CHARAKTER 
Ukazanie  się  ostatnio  książki  Edmunda  Lewandowskiego  pod  tytułem  Charakter 

narodowy  Polaków  i  innych  jest  symptomem  jakiejś  istotnej  zmiany.  Przez  lata  bowiem  o 
charakterze narodowym się nie mówiło. Nauki społeczne stawiały co najwyżej pytania  - czy 
coś takiego w ogóle istnieje? Czy miałby to być zespół cech dziedziczonych biologicznie, czy 
może  kształtowany  społecznie?  A  nadto  -  czy  rozważanie  tej  materii  jest  jakkolwiek 
przydatne?  Bo  jeśli  nawet  można  dokonać  opisów  odmienności  między  narodami,  to  w 
oparciu o nie nie sposób niczego przewidzieć ani na temat zachowań jednostek, ani też całej 
zbiorowości. 

Sądy  głoszące,  że  Niemcy  są  porządni,  a  Francuzi  frywolni  narażają  nas  tylko  na 

kontuzję,  bo  prawdopodobieństwo  spotkania  bałaga-niarskiego  Niemca  i  purytańskiego 
Francuza jest oczywiście znaczne. Zachowania narodów też są w istocie nieprzewidywalne  - 
waleczność  Francuzów  sczezła  nagle  w  1939  roku,  łagodni  Khmerowie  okazali  się  naraz 
zdolni  do  okrucieństwa  niewyobrażalnego,  flegmatyczni  Anglicy  straszą  Europę  swym 
młodym pokoleniem żądnym niszczenia i bicia. 

Za  tą  szczególną  powściągliwością  nauk  społecznych  wobec  tematyki  cech 

narodowych  stało  zapewne  doświadczenie  wojny.  Bo  oto  okazało  się,  że  porównywanie 
różnych  narodów,  opisywanie  różnic  między  nimi,  wskazywanie  na  cechy  znamienne  -  w 
rękach ideologów zamieniło się w uzasadnienie dla eksterminacji i podboju. Charakterystyka 

background image

Żydów i Cyganów, dokonana z pomocą argumentów antropologicznych, psychologicznych i 
jakich tam jeszcze, uzasadniła ich mordowanie, zaś przez 

 
152  
podobnych uczonych skonstruowany opis charakteru Słowian, taki, iż nie są twórczy, 

nie  potrafią  pracować  ani  się  sami  rządzić  -  uzasadniał  poddanie  ich  aryjskiej,  niemieckiej 
władzy. 

Użytek, jaki faszyzm zrobił z opisów odmienności ras i narodów, nie był w dodatku 

jakimś  jednorazowym  wykwitem  zwyrodniałej  ideologii.  Był  przerażającym,  choć 
konsekwentnym  i  logicznym,  zastosowaniem  wobec  ludzi  białych  metod  używanych 
uprzednio  przez  stulecia  w  odniesieniu  do  różnych  dzikich,  kolorowych  ludów,  o  których 
ówczesna  nauka  orzekała,  że  stoją  na  niższym  szczeblu  rozwoju,  że  mają  pewne  naturalne 
ograniczenia,  które  sprawiają,  iż  stanem  właściwym  dla  nich  jest  niewolnictwo,  lub  też,  że 
posiadają  wrodzone  groźne  cechy,  toteż  należy  ich  wytępić,  by  utorować  drogę 
chrześcijaństwu, cywilizacji białego człowieka i innym wartościom. 

Po  wojnie  pojawiły  się  zatem  koncepcje  równoprawności  kultur,  czasem  wręcz 

wyższości tych pierwotnych, dotkniętych uciskiem kolonizatorów, które zarazem obroniły się 
przed  grzechami  cywilizacji.  Wszelkie  pomysły  porównywania  różnych  narodów,  by  znów 
hierar-chizować je wedle jakiejś skali arbitralnej, zostały odrzucone. Odrzucone z poczuciem, 
że dusi się w zarodku odruchy złej strony ludzkiej natury, która mogłaby znów nas pchnąć do 
porządkowania świata, urządzania go dla lepszych poprzez eliminację tych z natury gorszych. 

Taka postawa sprawiała, że przedmiotem badań, dociekań i opisu stały się w ostatnich 

dziesięcioleciach nie charaktery narodów, ale ich stereotypowe obrazy w oczach innych. 

Słowo  "stereotyp"  zakłada  wiedzę  potoczną,  uproszczoną  i  powierzchowną,  nabytą 

raczej  z  przekazu  niż  z  własnego  doświadczenia.  Określenie  to  ma  na  ogół  zabarwienie 
negatywne, acz nie jest to zupełnie zasadne. Olbrzymia większość naszej wiedzy pochodzi z 
drugiej  ręki  i  jest  uproszczona  -  podstawowe  wyobrażenie  o  świecie,  powszechna  wersja 
naszych dziejów, postrzeganie siebie wśród innych i wreszcie obrazy tych innych, od których 
czujemy się różni - całość ta tworzy siatkę pojęć i wartości, którymi kierujemy się w życiu. 

Problemem  nie  jest to, że  ludzie postrzegają rzeczywistość wedle prostych  nabytych 

schematów - pojawia się on wtedy, gdy taki schemat wypełni się emocjami, które sprawiają, 
że  przyjmuje  się  do  wiadomości  tylko  informacje  je  utwierdzające,  odrzuca  zaś  te,  które 
podważają hołubiony stan uczuciowy. 

153 
Stereotypy  narodowościowe,  opisujące  innych  a  zatem  obcych,  są  takich  postaw 

znakomitym przykładem. O Holendrach wiemy piąte przez dziesiąte, że lubią tulipany i chyba 
są  pracowici,  skoro  morzu  wydzierają  ziemię.  Otóż  do  tej  wiedzy  powierzchownej  i 
emocjonalnie  obojętnej  gotowi  jesteśmy  dołączyć  wszelkie  nowe  informacje  z  lektury, 
telewizji, własnego doświadczenia - stereotyp Holendra jest otwarty. 

Zupełnie inaczej ma się rzecz np. z Niemcami, których negatywny obraz stworzyła nie 

tylko  historia,  ale  i  polityka,  i  nasze  zbiorowe  potrzeby.  Pracowitość  jest  jedyną  na  poły 
pozytywną niemiecką cechą, aczkolwiek traktowaną tak, jakby była w nas wymierzona - poza 
tym  dyscyplina,  buta,  poczucie  wyższości,  pogarda  dla  innych  i  wrodzona  do  Polaków 
wrogość to podstawowe elementy opisu. Nie koryguje  ich znajomość dzisiejszych Niemiec, 
nie  zmieniają  takie  fakty,  jak  powszechna  pomoc  w  czasach  stanu  wojennego,  popieranie 
naszego  członkostwa  w  NATO,  obłożenie  kwiatami  naszej  ambasady  w  pięćdziesiątą 
rocznicę  końca  wojny.  To  wszystko  przelatuje  mimo,  zaś  w  masowej  wyobraźni  wciąż 
obecny jest obraz tradycyjny, który w dodatku środki przekazu z upodobaniem powielają: w 
kabaretach typu  "Polskie ZOO"  Kohl zawsze  jest przedstawiany  jak butny  militarysta słabo 
maskujący  swą  prusko-hitlerowską  duszę.  Inne  nacje  nie  wypadają  tam  zresztą  lepiej  -  u 

background image

rosyjskiego  niedźwiedzia  zza  wódczanej  czułości  wyłazi  siła  chytra  i  podstępna,  a  Żydzi 
ciągle liczą pieniądze. 

To,  że  stereotypy  sąsiadów  są  bardziej  rozbudowane  niż  odległych  Holendrów,  jest 

zrozumiałe.  To,  że  są  one  na  ogół  negatywne,  też  jest  zjawiskiem  szerokim  -  opisuje  się 
innych tak, by na tle ich wad i nagannych skłonności wypaść lepiej. To natomiast, iż tematyka 
naszego  stosunku  do  innych,  dość  dokładnie  badana  przez  historię  i  socjologię,  w  sferze 
publicz-no-politycznej  stanowi  kwestię  nader  drażliwą  i  sporną,  jest  już  znakiem  naszych 
zawikłań.  Ich  symptomem  jest  oczywiście  człowiek  wygłaszający  zjadliwe  teksty  o 
złowrogiej naturze Żydów i pałający zarazem oburzeniem na samą myśl, że ktoś mógłby go 
uznać za antysemitę. 

Choć gołym okiem widać, że w odniesieniu do obcych kłębią się w nas najróżniejsze 

uczucia,  to  zarazem  pragniemy  z  zewnątrz  być  postrzegani  niczym  jedność  moralno-
polityczna. Określenia: "Polak-an-tysemita", "Polak-rasista" głęboko nas bolą i pragniemy, by 
świat  zewnętrzny  widział  nas  jako  kulturalnych,  tolerancyjnych  i  światłych,  choć  swoje  na 
temat Czarnych, Żydów, Ruskich, Pepików itp. wiemy. 

 
154   
W  publikacji  Instytutu  Socjologii  Swoi  i  obcy  przedstawiono  wyniki  badań  nad 

obrazem innych ras właściwym Polakom. 

Osoby,  które  stwierdziły,  że  wśród  Arabów,  Murzynów,  Chińczyków  i  Żydów  są 

ludzie  różni,  stanowią  ułamki  procenta.  Ale  około  połowy  badanych  uchyliło  się  od 
charakterystyki  poszczególnych  ras,  wybierając  odpowiedź  "trudno  powiedzieć".  Druga 
połowa jest przekonana, iż rasy mają pewne właściwe sobie cechy, które mówią o nich więcej 
niż  stwierdzenie,  że  ludzie  są  różni.  Cechy  te  na  ogół  są  negatywne  -  tylko  Chińczycy 
wychodzą obronną ręką - są pracowici, zdyscyplinowani, sumienni, dobrzy, skromni itp. 

Arabowie  są  leniwi,  brudni,  agresywni,  pozbawieni  szacunku  dla  kobiet,  okrutni, 

kłótliwi, interesowni, fanatyczni. Na plus można im zaliczyć tylko silny charakter. 

Murzyni  budzą  uczucia  mieszane  -  są  leniwi,  muzykalni,  weseli,  brudni,  pracowici, 

zdrowi, silni, życzliwi, mają też gorący temperament. 

Najdokładniej  opisujemy  Żydów  -  są  nieszlachetnymi  i  interesownymi  kupcami,  są 

zarówno  gospodarni  i  przedsiębiorczy,  jak  przebiegli  i  sprytni,  są  inteligentni,  pracowici, 
solidarni, nieuczciwi, agresywni, zaborczy, fałszywi, leniwi do pracy fizycznej. 

Różnica  między  wyobrażeniami  Chińczyków,  Arabów,  Murzynów  a  obrazem  Żyda 

jest uderzająca. Ci pierwsi to obcy-dalecy, ich wizerunki powstały ze splotu, w którym jeden 
wątek  to  tradycyjny  przekaz  o  egzotycznych  dzikich,  których  Biali  odkrywali,  nawracali, 
obdarzali  cywilizacją,  a  drugi  -  to  zmiksowany  telewizyjny  przekaz,  w  którym  filmy, 
reportaże  krajoznawcze  i  papka  informacyjna  dopasowują  się  do  owej  odziedziczonej 
prawiedzy. 

Murzyn w naszych oczach wygląda raczej na Czarnego Amerykanina z kręgu kultury 

masowej, ni to piosenkarza, ni to krzepkiego sportowca, Arab zaś wchłonął powtarzane od lat 
informacje o terroryzmie, które jak raz zgodne są z wiedzą, jaką zaczerpnęliśmy z W pustyni i 
w puszczy. Natomiast stosunek do Chińczyków zmienił się ostatnio na korzyść, jakby obraz 
mrówki skomunizowanej, zuniformizowanej, wiwatującej, będącej naszą własną karykaturą - 
został wyparty przez obraz skrzętnego i wydajnego pracownika. 

Natomiast  Żyd  to  obcy-znany,  to  obraz  w  całości  dziedziczony,  skrupulatny  i 

drobiazgowy opis fantomu, który dziś nie istnieje - od przeszło pół wieku nie sposób w Polsce 
zobaczyć  żydowskiego  handlarza!  A  jednak  wokół  tej  roli  osnuty  jest  cały  stereotyp: 
nieproduktyw- 

155 

background image

ność zajęcia, przebiegłość, spryt, zachłanność. Nadto opis ten jest odporny na wszelką 

korektę - nie zaabsorbował np. cech państwa Izrael, nie tylko takich jak sukcesy rolnicze lub 
militarne,  ale  nawet  i  tych  negatywnych,  które  propaganda  komunistyczna  usiłowała  nam 
zaszczepić,  szeroko  opisując  obyczaje  "izraelskiej  soldateski":  buta,  okrucieństwo, 
bezwzględność  -  są  to  bowiem  cechy  przynależne  do  siły  i  zwycięstwa,  a  nasz  obraz  Żyda 
odnosi się do kogoś słabszego, pogardzanego, pomiatanego - kogoś, kto bronić się może tylko 
przebiegłością i podstępem. 

Widać  zatem,  że  stereotyp  negatywny,  ksenofobiczny  nie  tylko  jest  zamknięty  na 

wszelkie przeczące mu informacje, ale ma też pewną wewnętrzną spójność i logikę. 

Jaki procent Polaków pozostaje w kręgu tego stereotypu? Wedle różnych badań z lat 

dziewięćdziesiątych  -  akceptacja  twierdzeń  o  szczególnej  naturze  Żydów  i  ich  podstępnym 
wpływie na rzeczywistość waha się od 30 do ponad 50 procent. 

Na przykład 40 procent Polaków nie chciałoby mieć Żyda za sąsiada, tyle samo sądzi, 

że osoby  narodowości żydowskiej odgrywają zbyt dużą rolę w  życiu publicznym kraju, ale 
liczba osób, które ten sąd odrzucają, sięga 42 procent. 

Czy  taki  odsetek  fobii  automatycznie  generuje  postawy  agresji?  Nie  ma  oczywiście 

takiej  konieczności,  ale  przemaszerowanie  przez  Warszawę  tysięcy  ludzi  uniesionych 
antysemickim zapałem i krzyczących "Do gazu!" każe pamiętać o mechanizmach uwalniania 
zbiorowej nienawiści. 

Cała  wiedza  o  negatywnym  stereotypie  narodowościowym  mówi  to,  co  właśnie 

widzimy w różnych europejskich krajach, od Bałkanów po Niemcy czy Francję: stereotyp taki 
trwa w świadomości i nie ulega modyfikacji, wstrząs społeczny ożywia go i napełnia bieżącą 
treścią, niepewność losu, lęk wobec zmian nadają mu temperaturę uczuciową i byle pretekst 
staje się powodem do agresji. 

Negatywny  stereotyp  narodowy  jest  zatem  zjawiskiem  trwałym,  nietrudnym  do 

opisania,  łatwo  stającym  się  elementem  społecznego  konfliktu.  Badamy  go,  gdy  zaczyna 
dawać  o  sobie  znać,  zaś  dociekania  te  mają  coś  ze  wskazywania  ogniska  chorobowego  i 
prognozowania niedobrego stanu zbiorowego ducha. 

A  czym  jest  charakter  narodowy?  Edmund  Lewandowski,  który  poświęcił  mu 

wspomnianą na wstępie książkę, odnotowuje pokrótce 

 
156 
spory  o  uchwytność  przedmiotu  swej  pracy,  definicyjne  problemy,  ale  ostatecznie 

omija pytanie o to, czy takie zwierzę istnieje, i postanawia je po prostu opisać. 

Elementem,  który  zawsze  warto  przypomnieć,  jest  historyczne  dziedzictwo  -  w 

naszym  wypadku  wybranie  w  jakimś  momencie  innej  drogi  niż  zachodnia  Europa,  przy 
zachowaniu poczucia, że to ona, jej rozwój, jej zamożność i jej instytucje są normą. 

Ta  własna  polska  droga  to  było  odrzucenie  reformacji,  gospodarka  folwarczno-

pańszczyźniana,  która  hamowała  rozwój  miast,  szlachtę  przyzwyczajała  do  próżniactwa,  a 
chłopów  do  byle  jakiej  roboty,  to  było  aż  10  procent  szlachty  (we  Francji  np.  tylko  2 
procenty), która we własnym mniemaniu była narodem, walecznymi Sarmatami, podczas gdy 
chłopi to plemiona miejscowe, pochodzące zresztą od Chama, a mieszczanie to obcy - Żydzi i 
Niemcy. 

To  była  też  odmienność  ustrojowa  -  sejmikowanie  i  zrodzone  z  niego  instytucje  - 

konfederacja,  rokosz,  nihii  novi,  liberum  veto,  wolna  elekcja.  A  w  końcu  niewola,  która 
stawiała nam wyzwania zgoła inne niż szczęśliwszej części Europy. 

I te odmienne  doświadczenia  zbiorowe  ukształtowały  w  nas  cechy  składające  się  na 

szczególny charakter narodowy. A zatem: 

Odznaczamy  się  przede  wszystkim  rozchwianiem  psychicznym  -  wytrwałość  i 

cierpliwość mobilizujemy tylko w czasach trudnych, gdy przychodzi odmiana, przerzucamy 

background image

się  na  beztroską  lekkomyślność.  Dzielność,  brawura,  improwizacja  to  nasze  mocne  strony, 
brak  systematyczności  i  pracowitości  -  to  największe  wady.  Bliższe  niż  dyscyplina  są  nam 
samowola,  nieobliczalność,  warcholstwo.  Nie  liczymy  się  z  rzeczywistością,  kalkulację 
zastępujemy chciejstwem. 

Jesteśmy społeczeństwem wiecznie niespełnionych możliwości. Z naszych zdolności, 

talentów i zalet nic nie wychodzi. Winy za to szukamy w otoczeniu - z jednej strony chętnie 
obarczamy  je  odpowiedzialnością  za  swe  krzywdy  i  niepowodzenia,  a  z  drugiej  pożądamy 
jego afirmacji i przywiązujemy niezwykłą wagę do jego opinii. To jeden z przejawów naszej 
niedojrzałości. 

Niezwykle  cenimy  wolność  i  równość.  Kult  wolności  łatwo  przechodził  w 

anarchiczny indywidualizm i był wymierzony w państwo, w prawo, w trwałe więzi społeczne 
- sprawdzamy się tylko w związkach krótkotrwałych, jak konfederacja, zajazd, zabawa, brak 
nam solidarności codziennej. Równość zaś zdobywamy poniżając innych. 

157 
Na polskiej skali wartości do dziś odciska się rycerskie próżniactwo 
-  walka,  świętowanie,  zabawa  liczą  się  wyżej  niż  praca.  Czyny  bohaterskie  więcej 

znaczą niż osiągnięte nimi wyniki. A równocześnie brak nam odwagi cywilnej. Tak właśnie 
każdą  zaletę  potrafimy  zepsuć  nieodległą  wadą.  Gościnność  i  pijaństwo.  Odwaga  i 
warcholstwo. Szczodrość i rozrzutne mnożenie zewnętrznych oznak prestiżu. I tak dalej. 

Zaprezentowaną  w  książce  charakterystykę  Polaków  czyta  się  oczywiście  z 

zaciekawieniem - czasem cieszy celnym spostrzeżeniem, czasem pcha ku uogólnieniom mniej 
oczywistym,  ale  lektura  taka  zawsze  ma  uroki  ni  to  horoskopu,  ni  to  salonu  krzywych 
zwierciadeł  -  pozwala  nam  zająć  się  sobą.  Lecz  w  miarę  mnożenia  dowodów  na  zasadność 
opisu naszego charakteru mnożą się też wątpliwości. 

Ten obraz, chciałoby się rzec  - konterfekt, składa się z opinii pisarzy  i publicystów, 

którzy swe opinie wygłaszali z różnych powodów. A ich dobór budzi wątpliwości. 

Dowodzenie, że Polakom brak odwagi cywilnej, za pomocą cytatu Artura Sandauera, 

wymierzonego w twórców przeciwstawiających się  stanowi wojennemu, wskazuje, że autor 
przyjął pewne założenie i zewsząd gromadzi argumenty, by je uzasadnić. 

Jeśli lichości polskiej pracy mają dowodzić wyimki z literatury, to wbrew wykonanej 

selekcji  nie  była  one  wcale  jednomyślna.  Orzeszkowa  lub  Rodziewiczówna  wiele  pisały  o 
mozolnym, milczącym i nieustającym trudzie, którym Polacy bronili swej ziemi. 

Ponadto autor ilustruje  swe tezy cytatami od Długosza po twórców współczesnych  i 

tym samym zda się wyznawać jakiś nieuchronny determinizm: wygląda, że nasz charakter  - 
składający się głównie z wad 

-  jest  czymś  niezmiennym,  trwającym  przez  epoki,  stulecia,  że  to  bez  mała  cechy 

genetycznie dziedziczone. 

Jest zresztą na to dowód - dowiadujemy się, że Polonia w latach 1917-18 stanowiła 4 

procent ludności USA, lecz wśród poległych w I wojnie Amerykanów stanowiła 12 procent, a 
w II wojnie aż 17 procent, w innych zaś dziedzinach nie zaznaczyła swej obecności. Innymi 
słowy,  jedyna  specjalność,  w  której  jesteśmy  dobrzy,  to  bohaterski  zgon,  wszelkie  inne 
sukcesy są nam, porażonym "słowiańską improduktywnoś-cią", niedostępne. 

Lewandowski w swej książce pobieżnie przedstawił też "charaktery" paru narodów - i 

tu wątpliwości metodologiczne znajdują potwierdzenie. 

 
158 
Na przykład gorzkie pisarstwo Ivo Andricia i innych autorów jugosłowiańskich stało 

się podstawą do stwierdzenia, że  lenistwo, nienawiść  i wyjątkowe okrucieństwo są cechami 
trwale właściwymi narodom bałkańskim. 

background image

Otóż literatura drążąca tragiczne dziedzictwo historii i mroczne strony uwikłanej w nie 

ludzkiej  duszy  jest  z  założenia  nieobiektywna  i  nie  powinna  być  podstawą  do  sądów 
wartościujących. 

Książka  Charakter  narodowy  Polaków  i  innych  jest  żywą  publicystyką,  z  bogatą 

antologią cytatów nierzadko uderzających  nas trafnością.  Ale czy  mówi  jakąś prawdę o nas 
jako zbiorowości? 

Ukazała  się  niedawno  publikacja  Narody  i  stereotypy,  zawierająca  materiały  z 

międzynarodowej sesji, która odbyła się w 1993 w Krakowie. Między innymi przedstawiano 
tam obraz Polaka w oczach sąsiadów. Trochę zaskakujący. 

Najpierw  dlatego,  że  polskie  wyobrażenia  o  naturze  Rosjan  i  Niemców  są  stałym 

elementem  opisu  naszej  doli.  Tymczasem  dla  młodszych  generacji  Niemiec  zachodnich  nie 
istnieje nawet stereotyp Polaka, nie mają oni żadnej wiedzy o Polsce ani nie przejawiają nią 
zainteresowania - to tylko jakieś miejsce na mapie, tam z tyłu, koło Rosji. Niemcy odwrócili 
się ku Zachodowi. 

Podobnie  w  istocie  jest  z  Rosją  -  nie  funkcjonuje  tam  trwały  stereotyp  Polaka, 

mieszkańca  jednego  z  małych,  sąsiadujących  krajów.  Owszem,  okazjonalnie  pojawiały  się 
jego wizerunki: w XVII wieku i przy okazji tłumienia powstań Polak był wrogiem, wiecznym 
zagrożeniem, sprawcą wszelkiego zepsucia, ale potem w tej roli o wiele lepiej zastąpił go Żyd 
i  w  miejsce  "polskiej  intrygi"  pojawiło  się  "żydowskie  knowanie".  W  dwudziestoleciu 
międzywojennym  krzewiono  nienawiść  klasową  do  białopolaków  i  polskich  panów,  ale  po 
wojnie  ustąpiło  to  miejsca  oficjalnej  drużbie.  Po  upadku  komunizmu  Polak  jawi  się  jako 
handlarz oraz bratnia dusza w spożywaniu alkoholu ("piją prawie jak my"). 

Litwini  zaczęli  postrzegać  Polaka  jako  obcego-bliskiego  w  momencie  swego 

odrodzenia narodowego. Polak to był kulturalny, wykształcony szlachcic, pyszny i odnoszący 
się  do  Litwinów  z  wyrozumiałą  wyższością,  gardzący  ich  językiem  jako  chłopskim,  a 
zarazem obłudny oszust: 

wmawiał Litwinowi, że jest jego bratem i kazał się kochać, a w istocie pogardzał nim, 

poniżał,  oszukiwał.  Dziś  obraz  ten  się  rozdwoił.  Historyczna  uraza  jest  w  podtekście,  ale 
Polacy z Polski postrzegani są 

159 
z  jednej strony  jako  ludzie kulturalni, dobrze  wychowani,  inteligentni,  z drugiej  jako 

handlarze i spekulanci. 

Dwoiście postrzegają nas też Ukraińcy. O ile pod słowem Polak widzą też chłopa, to 

mają  również  słowo  "Lach",  które  oznacza  polskiego  pana  -  pysznego,  wybrednego, 
złośliwego,  podstępnego  i  aroganckiego.  Lach  -  to  Polak  i  katolik  gardzący  Ukrainą,  ale 
usiłujący nią zawładnąć, podporządkować ją przemocą, narzucić obcą wiarę. 

Dla Węgra obraz Polaka zmienił się radykalnie w latach osiemdziesiątych. Przedtem 

przez  stulecia  był  on  zgodny  z  naszym  wizerunkiem  "bratanka".  Polak  jawił  się  jako 
porywczy, dumny, buntujący się arystokrata, doceniający też uciechy życia. Ten pozytywny 
obraz  wzajemny  sprawił,  że  nawet  II  wojna,  która  postawiła  nas  po  przeciwnych  stronach 
frontu,  nie  złamała  solidarności,  a  i  rok  1956  był  jej  wyrazem.  Potem  Węgrzy  przegrali  i 
zostali upokorzeni, podczas gdy my rozszerzaliśmy granice wywalczonej wolności. Pojawiła 
się  wówczas  podatność  na  propagandę  mającą  powstrzymać  polską  zarazę.  Buntujący  się 
arysto                                                                                                                     krata został 
ośmieszony - oto leń walący głową w mur lub porywający się z szablą na czołgi. Polak żyje 
mrzonkami,  miga  się  od  wysiłku,  a  o  jego  pracy  można  nieskończenie:  w  latach 
osiemdziesiątych  opowiadano  na  Węgrzech  "polskie  dowcipy":  "Co  polski  kot  dostaje  na 
przekąskę? Talon na mysz". "Jak wygląda polska kanapka? Dwie kartki na chleb przełożone 
kartką  na  mięso".  "Kto  pracuje  wydajniej  -jeden  Węgier  czy  dziesięciu  Polaków?"  Lata 
dziewięćdziesiąte dołożyły nam nowy rys: Polak to handlarz oferujący buble. 

background image

W  oczach  Czecha  też  jawimy  się  podwójnie:  Polak  to  z  jednej  strony  romantyk 

zmagający się samotnie ze światem, któremu emocje nierzadko przesłaniają zdrowy rozsądek, 
rycerz  walczący  w  imieniu  honoru  i  Boga,  niezłomny  dysydent  zmagający  się  z 
komunizmem, ale i nacjonalista, samochwał, pyszałkowaty zuchwalec. Z drugiej zaś strony to 
ktoś  bez  honoru,  elementarnej  przyzwoitości,  brudny,  nieokrzesany,  arogancki  handlarz, 
cinkciarz, przemytnik, pijak, który nie potrafi pracować i robi marne produkty. A polszczyzna 
jest śmieszna i brzydka, brzmi jak prymitywna, infantylna deformacja języka czeskiego. 

Jeśli  zestawimy  nasze  portrety  odmalowane  przez  sąsiadów,  niewątpliwie 

uproszczone, z opisem charakteru narodowego dokonanego przez Edmunda Lewandowskiego 
-  to  one  wydają  się  pełniejsze.  Łączą  tradycyjny,  historyczny  wizerunek  Polski  pańskiej, 
szlacheckiej, z pewną 

 
160  
obserwacją rzeczywistości, którą może uogólniają niesłusznie  - ale  ją dostrzegają.  A 

gdzie  w  malunku  Lewandowskiego  jest  miejsce  na  polskiego  handlarza,  może  nie  zawsze 
uczciwego  i  może  nie  oferującego  towarów  produkcji  markowej,  ale  rzutkiego, 
przedsiębiorczego, znanego w połowie Europy i widocznego w Polsce na każdym kroku? 

Trudno  powiedzieć,  czy  autora  usprawiedliwia  to,  że  my  sami  nie  uporaliśmy  się  z 

naszym  powszechnym  handlowaniem,  skoro  ciągle  jest  ono  osią  pogardliwego  stereotypu 
Żyda. W tej niekonsekwencji widać, na czym polega brzemię dziedzictwa - na tym, że stan 
świadomości zawsze pozostaje spóźniony wobec przemian realnych. W polskim obrazie Żyda 
zawiera  się  cała  pogarda  szlachty  dla  miasta  i  jego  zajęć,  nade  wszystko  handlu: 
nieproduktywność, pośrednictwo, ruchliwość, zysk nieuzasadniony. 

W  książce  Mity  i  stereotypy  w  dziejach  Polski  Janusz  Tazbir  zwracał  uwagę,  że  w 

podobny sposób jak Żydów opisywano niegdyś inne handlujące narody, takie jak Ormianie, 
Włosi  czy  Szkoci.  Komunizm  wzmocnił  zakorzenioną  mocno  pogardę  dla  pasożytniczego 
handlu  i  ciągle  się  z  nią  spotykamy.  I  zarazem  wypychamy  z  świadomości  to,  że  handel 
właśnie  teraz okazał  się  czymś,  co  dość  powszechnie  lubimy,  umiemy  robić  i  co  w oczach 
licznych narodów zaczyna stanowić rys dla nas specyficzny. 

Uderza  nie  tylko  to,  czego  brak  w  opisie  naszego  charakteru  narodowego  w  książce 

Lewandowskiego - także cechy wymieniane rażą anachronicznością. 

Brawura, bohaterskie zrywy, nieliczenie się z rzeczywistością - ostatni raz przydarzyło 

się nam to w 1944 roku. A potem parokrotnie dali Polacy przykład zbiorowej roztropności, 
wyrywając  komunizmowi  tyle  wolności,  ile  się  dało,  i  starając  się  nie  przekroczyć  granicy 
bezpieczeństwa. Po wszystkich klęskach, które zapoczątkował rok 1939, po daremności ofiar, 
jakbyśmy odmówili upustu krwi i nacisk przenieśli z bohaterskiej ofiary na trwanie. 

Wolność, niepodległość, ofiarność  -  ten zestaw sztandarowych wartości wyższych, a 

nam  właściwych,  sugeruje,  że  w  naturze  Polaka  leży  pogarda  wobec  dóbr  doczesnych  i 
skłonność  do  poświęcania  życia  sprawom  wielkim  i  świętym.  Wystarczy  rozejrzeć  się 
dookoła, żeby zobaczyć coś wręcz przeciwnego, coś, co socjologia  nazwała "spieniężeniem 
świadomości" Polaków. 

161 
Pogarda dla pracy, lenistwo, niesystematyczność, partactwo. W latach pięćdziesiątych 

i sześćdziesiątych w języku funkcjonowały zwroty: 

przedwojenna robota, przedwojenny  fachowiec  i  znaczyły tyle,  iż  byliśmy  świadomi 

niszczenia naszej pracy i rzetelności przez nowe warunki. A dziś widać, że w wielu miejscach 
pracuje  się  dobrze,  i  że  lenistwo  nie  jest  cechą  przyrodzoną,  ale  nabytą  w  procesie 
wieloletniej demoralizacji. 

Lewandowski  w  swej  książce  tak  naprawdę  opisał  portret  Polaka--Sarmaty, 

negatywnego bohatera naszej literatury. 

background image

Literatury, która musiała zastąpić  nieistniejące państwo i pełniła zadania szczególne: 

chciała  wytępić  wady,  które  leżały  u  źródła  naszego  upadku,  zmienić  nawyki,  sprostać 
nowym  czasom  -  piętnowała  zatem  grzechy  warstw  wyższych,  mobilizowała  do  pracy  i 
rozwoju,  wskazywała  upośledzenie  ludu.  Bez  końca  można  z  niej  czerpać  zdania  o 
narodowych wadach, to znaczy - o wadach szlachty. 

W  paru  miejscach  książki  trafia  się  cytat,  z  którego  wynika,  że  w  Polsce  oprócz 

szlachty mieszkali też chłopi. "Lud wiejski zaś jest skłonny do pijaństwa, kłótni, wyzwisk  i 
zabójstw [...j. Nie wzdryga  się on przed  żadną pracą czy ciężarem,  na  mróz  i głód  jednako 
wytrzymały,  postępujący  w  myśl  zabobonów  i  przesądów,  na  zdobycze  również  chciwy, 
kierujący się złośliwością, chciwy nowinek, gwałtowny i cudzego łakomy" (Jan Długosz). 

"Na  potrzeby  narodu  pozostał  skąpym  lub  zupełnie  obojętnym.  [...]  Nie  wzrusza  się 

pod wpływem najsilniejszych podniet, nie oburza się i nie zachwyca, nie ma wstydu i ambicji 
[...j.  Własności  publicznej  nie  rozumie  i  nie  uznaje,  a  prywatnej  cudzej  nie  szanuje" 
(Aleksander Swiętochowski). 

Blisko 500 lat dzieli te opinie o większości narodu, są one dość typowe i - jak widać - 

nijak się mają do szeroko omówionego polskiego charakteru narodowego. A przecież już od 
dawna nie dzielimy się na panów i chłopów żyjących obok siebie, od dawna stapiamy się  w 
jedno  społeczeństwo,  a  ostatnie  półwiecze  wymieszało  nas  gruntownie.  Można  rozpoznać 
wśród  naszych  zachowań  ślady  tych  rycersko-pańsko-warchol-skich  i  tych  chłopsko-
pańszczyźniano-rabacyjnych, ale są to właśnie ślady tylko. Pół wieku komunizmu zostawiło 
po sobie już głębsze koleiny, w które co raz wpadamy, lecz wszystko to razem stworzyło też 
coś nowego, nienazwanego. Co wyłania się z tego zamętu, w jakim żyjemy? Co przeważa w 
naszych  współczesnych  zachowaniach?  Egoistyczna  zapobiegliwość?  Przyziemny 
praktycyzm? Wyuczona bezradność? Letniość i umiar? 

 
162 
Nie wiemy, czy te cechy, które rzucają się dziś w oczy, są już nawykiem trwałym, czy 

okażą  się  przejściową  tylko  reakcją  na  trudny  i  niezrozumiały  czas.  Możliwe,  że  zanikną  i 
spod  nich  znów  wychynie  coś  bardziej  trwałego.  Co  -  rycerska  fantazja?  Sarmackie 
zadufanie? Chłopska zaciętość? Komunistyczny egalitaryzm? 

Ano  właśnie  -  zgłębianie  charakteru  narodowego  może  być  najdalsze  od  budowania 

emocjonalnych  stereotypów  narodowościowych,  może  kierować  się  potrzebami 
poznawczymi, zaspokajać ciekawość świata i stworzyć interesujący opis. Tylko tyle. 

24 VI 1995 
ZĘBY WSZYSTKO BYŁO PROSTE 
Zakończył się, miejmy nadzieję, kontredans wokół telewizji pod tytułem "zdejmą - nie 

zdejmą".  Jego  monotonia  była  mniej  więcej  tak  irytująca,  jak  pojękiwanie  auto-alarmu  na 
parkingu  -  po  jakimś  czasie  dręczony  nim  człowiek  pragnie,  żeby  ktoś  nareszcie  wyjący 
samochód  ukradł.  Niemniej  Prezes  Walendziak  przetrwał  i  jest  to  dla  telewizji  publicznej 
ważne  -  bo  obyczaj  zmieniania  kierownictwa  z  powodu  wyborów  czy  innych  politycznych 
względów  byłby zgubny.  Korzystne to również dla dyskusji o telewizyjnych dokonaniach  - 
dotąd  firma  ta  na  wszelkie  uwagi  natury  programowej  pozostawała  histerycznie  odporna,  a 
krytykę  postrzegała  jedynie  jak  sposobienie  artylerii  dla  zamachowców  chcących  prezesa 
obalić. 

W  trakcie  paromiesięcznych  podchodów  koalicja  toczyła  walkę  przede  wszystkim  o 

ważne, ale małe poletko, czyli o "Wiadomości". Zarzuty stawiała trafione mniej lub bardziej, 
a  obudowywała  je  diagnozą  ogólną,  taką,  iż  telewizja  jest  tendencyjna,  przy  każdej  okazji 
wyszydza  tradycje  lewicy  i  gdzie  można  przemyca  prawicowe  elementy  -  tzn.  ludzi  i  idee. 
Takim  marudzeniem  koalicjanci  dają  dowód  nader  krótkowzrocznego  i  powierzchownego 
oglądu rzeczywistości. 

background image

Bowiem  uderzającą  zmianą  telewizyjnego  obrazu  Polski  jest  to,  że  gdzieś  zniknęły 

nieustające opisy nędzy, głodu, bezrobocia, beznadziei. Widownia, która niezadługo pójdzie 
do  urn,  ma  poczucie,  iż  nie  jest  źle,  nic  specjalnie  drastycznego  się  nie  dzieje,  symptomy 
nieuchronnej  klęski,  które  za  czasów  rządów  uprzednich  wyzierały  zewsząd,  gdzieś  się 
pochowały.  Głodne  dzieci,  bezradni  i  zrozpaczeni  dorośli,  ludzie  tracący  pracę,  zgorzkniali 
emeryci - przestali naraz być wyrzutem sumienia w najróżniejszych programach. 

 
164 
Koalicja  popełniłaby  błąd  wyjaśniając  to  zjawisko  leninowską  teorią  odbicia,  to 

znaczy  głosząc,  iż  poprawa,  która  nastąpiła  -  dzięki  jej  rządom  oczywiście  -  w  naturalny 
sposób objawia się naszym oczom na ekranach telewizji. 

To bowiem, co Polak ogląda od sześciu lat na ekranach, od rzeczywistości oddzielają 

zmagania różnych żywiołów, a to: woli kierownictw, nacisków politycznych, a nade wszystko 
dążenia  dziennikarzy  do  odnajdywania  się  w  ciągle  nowej  sytuacji.  Były  więc  fazy 
przeładowania programu Katyniem i martyrologią wschodnią, bo każdy musiał tam pojechać 
w ramach oczyszczania. Był etap aferomanii, bo każdy dziennikarz chciał być demaskatorem. 
Była  długa  faza  totalnego  czarnowidztwa,  bo  każdy  pracownik  TV  musiał  dowieść,  że  co 
było, to było, ale teraz patrzy władzy na ręce i wytropi wszystkie nieszczęścia, jakie ona na 
lud sprowadza. 

W  takim  klimacie  informacyjnym  budowało  się  w  Polsce  nowe  i  odmiana  tego 

kasandrycznego trendu w telewizji może tylko cieszyć. 

A widz zwyczajny już tego, że na ogół programy tyczące spraw gospodarczych były 

śledztwem,  oskarżeniem  i  wyrokiem,  doznaje  teraz  zaskoczeń:  pokrętny  w  formie  film  o 
drwalach Łatwo przyszło, łatwo poszło nie rozstrzygnął, kto ma rację - byli właściciele lasów, 
którzy  je  trzebią,  czy  państwo,  które  próbuje  je  chronić.  Autor  dostrzegł  jednak 
nierozwiązywalną sprzeczność interesów prywatnych i społecznych. 

Krajobraz  po  PGR-ach  mimo  nostalgicznego  tytułu  nie  poprzestał  na  pokazaniu 

malowniczej  i  oskarży  cielskiej  nędzy,  ale  opisał  i  genezę  nieszczęścia,  i  sposoby  dawania 
sobie z nim rady. 

Mało  tego  -  redaktor  Elżbieta  Jaworowicz,  gościnnie  prezentująca  problematykę 

kolejnictwa  w  "Tylko  w  Jedynce",  pozwoliła  ministrom  i  dyrektorom  obronić  się  przed 
zarzutami  "Solidarności",  jak  zawsze  o  zmowę  i  rabunek  wykonywany  na  zlecenie  Banku 
Światowego. 

Ciekawe  jest, że "Sprawa dla reportera" nie  narusza tego odmienionego obrazu dnia 

dzisiejszego,  mimo  że  ani  o  jotę  nie  zmieniła  swego  populistyczno-linczującego  tonu.  Po 
prostu całym impetem oskarżeń i nienawiści uderza w dzień wczorajszy. Demaskowane przez 
"Sprawę"  zbrodnie,  kradzieże,  narodowe  zdrady  i  wyprzedaże  są  dziełem  Bal-cerowicza, 
Lewandowskiego i spółki. Kwiat prawicy, który zdobi te programy, niezłomnie i niezmiennie 
demaskuje kapitalistycznych reformatorów. 

165 
Ten kierunek emocji nie jest jedynie specyfiką "Sprawy". Oto "Debata", nowa pozycja 

publicystyki ulokowana w dobrym czasie, poświęcona tym razem prywatyzacji. 

Autorów programu prywatyzacja jako proces społeczny i gospodarczy nie interesuje. 

Nie zebrali wiadomości o kondycji sprywatyzowanego sektora, o jego wkładzie w rozwój, o 
tym,  ilu  ludzi  zatrudnia  i  jak  im  płaci.  Zebrali  za  to  w  studiu  wszystkich  przeciwników 
prywatyzacji  od  maniaków  politycznych,  którzy  w  kółko  to  samo  od  lat,  przez  doradców 
wędrowniczków,  po  radykałów  związkowych  oraz  pana  Siemienasa.  Każdy  z  innych 
powodów  demaskował  całość  przemian  własnościowych.  Na  zakończenie  wszystkich  tych 
prawicowców  i  zwolenników  rynku  połączyła  wspólna  salwa  śmiechu,  jaką  skwitowali 
twierdzenie, że cena rynkowa to taka, za jaką ktoś chce daną rzecz nabyć. 

background image

Telewizja  uznała,  że  taka  manifestacja  jedności  prawicy  jest  warta  tego,  by  robić 

zamęt w głowach widzów. Powstaje pytanie - czy ten pokaz demagogii i manipulacji wynika 
jedynie  z  nieudolności  zawodowej,  czy  też  redaktorzy  mieli  to,  czego  chcieli.  W  tym 
wypadku  totalną  krytykę  dotychczasowych  rządów  unijnych,  powtórkę  z  rozgrabienia  i 
wyprzedaży  obcym,  rozreklamowanie  hasła  "uwłaszczenie  narodu".  Na  wyjaśnienie  co  to 
takiego, czasu zabrakło. 

W  rzeczonej  "Debacie"  zawsze  budząca  sympatię  rola  samotnego  szeryfa 

atakowanego zewsząd przypadła ministrowi Kaczmarkowi z SLD. 

W filmie Jacka Kurskiego Nocna zmiana, o odwołaniu rządu Jana Olszewskiego, zło 

zostało  nazwane  po  imieniu,  a  imię  jego  Unia  Demokratyczna  rzecz  jasna.  Sojusz  Lewicy 
natomiast wychodzi obronną ręką, bo nie odegrał wszak zdradzieckiej roli w obalaniu. 

Słowem, SLD zbiera dzięki telewizji punkty w różnych dziedzinach - dla buszujących 

w niej polityków jest bowiem wrogiem rytualnym jedynie, prawdziwe emocje budzi kto inny, 
dzisiejsze  rządy  koalicji  nie  mobilizują  więc  do  demaskowania  i  tropicielstwa,  skoro 
wczorajsze  są ciągle  solą w oku, pasmem  błędów, zaniedbań, grzechów  i  bez  mała  zbrodni. 
Siłą rzeczy zarzuty wymienia się w czasie przeszłym, nic zatem dziwnego, że dzień dzisiejszy 
jawi się jako czas spokojnego rozwoju. 

Obniżonemu  poziomowi  czarnowidztwa  towarzyszy  jednak  zjawisko  negatywne  - 

następuje wyraźnie rozmycie kryteriów tyczących tego, co jest informacją, co poglądem, co 
komentarzem. 

 
166^ 
Połowa  "Wiadomości"  zostaje  pewnego  dnia  poświęcona  dziwacznej  publicystyce 

wymierzonej w sekty  i zakończonej podaniem alarmowego numeru telefonu. Wykorzystano 
formułę  informacyjną  do  ataku  na  wszelkie  ruchy  religijne,  ataku  dokonywanego  bez 
wyraźnego powodu. To samo robi młodzieżowa "Fronda" i "program satyryczny" Wojciecha 
Cejrowskiego. Nawet Polsat dołącza. Czy została odgórnie zadekretowana kampania przeciw 
heretykom i innowiercom? 

"Tylko w Jedynce" na temat obcego kapitału w prasie. W temat wprowadza nas poseł 

KPN  nękany  przez  obsesję  wszechogarniającego  niemieckiego  spisku,  a  pogłębia  problem 
badacz  z  Krakowa  załamujący  ręce  nad  kolorową  prasą  kobiecą  całą  w  rękach  Niemca, 
którego kiedyś Wanda nie chciała, zaś prowadzący redaktor Krasko co raz ubolewa: 70 proc. 
polskiej prasy w rękach "zachodniego kapitału"! 

Telewizja nie jest tu gospodarzem debaty o wybranym zagadnieniu, które prezentuje, 

pozostawiając  interpretację  zaproszonym  gościom  -jest  stroną  w  sporze,  z  wygłaszanymi 
przez nią kalkami, uproszczeniami, fobiami musieli się zmagać dyskutanci. 

"Puls dnia" nieopatrznie pobrał wywiad od szefa CIA, który zawiódł redakcję na całej 

linii.  Podważył  rolę  tajnych  wywiadów.  Zdziwił  się  na  pomysł  lustracji  kandydatów  na 
prezydenta. Nie dostrzegł niczego nagannego w tym, że ludzie z tajnych służb przechodzą do 
polityki. Zdumiał się, iż sądzimy, że obecność na różnych stanowiskach byłych pracowników 
bezpieczeństwa  miałaby  nam  utrudnić  wejście  do  NATO,  niby  dlaczego?  Autor  "Lewego 
czerwcowego"  Piotr  Semka  nie  mógł  oczywiście  pozwolić  na  taki  wydźwięk  i  skontrował 
CIA wypowiedziami zbiegłego agenta radzieckiego, które przywróciły nam wiarę we wszech-
obecność  agentów.  Niech  sobie  amerykański  szpion  nie  myśli,  że  będzie  gadał  bzdury 
wyssane z brudnego palca. 

"Puls dnia" - komentarz filmowy poprzedzający wywiad z premierem Oleksym stawia 

tezę  o  złamaniu  obietnic  rządu  dotyczących  bezpieczeństwa  obywateli.  Dowód  - 
wprowadzenie  moratorium  na  wykonywanie  kary  śmierci.  Oto  w  trybie  informacji 
powiedziano  jako  rzecz  oczywistą,  że  kara  śmierci  stanowi  zaporę  dla  przestępczości.  A 
twierdzenie to jest kłamstwem niedopuszczalnym w telewizji publicznej. Prawda jest bowiem 

background image

taka,  że  istnieje  spór  na  ten  temat  i  w  większości  krajów  uznano,  że  kara  śmierci 
przestępstwom nie zapobiega. 

Telewizja  przyłapana  na  tego  rodzaju  grzechach,  zwłaszcza  gdy  powstaje  zarzut 

manipulacji natury partyjnej, wycofuje się na mocną linię 

167 
obrony, a są nią niedoskonałości warsztatowe, zawodowe braki itp. Utarło się, że o ile 

stronniczość  lub  tendencyjność  jest  jakoś  tam  naganna,  to  brak  kwalifikacji  rozgrzesza 
całkowicie. Ot, młodzi, uczą się, czasem mylą, nic złego nie mieli na myśli. 

"Puls dnia" kadrę ma rzeczywiście nie rutynowaną, zaś formułę nieklarowną. Nie jest 

komentarzem, za który jakiś autor ponosi odpowiedzialność, nie jest pogłębioną informacją, 
bo przeplata fakty, oceny i aluzje. Tak naprawdę jest programem politycznym w tym sensie, 
że politykę uprawia, nie zaś sprawozdaje. 

Ostatnim  wątpliwym  sukcesem  było  popychanie  marszałka  Zycha  do  tego,  by  w 

czasie Zgromadzenia Narodowego rzucił kanclerzowi Koh-Iowi w twarz "nowy Oświęcim", 
jaki Niemcy zgotowali chętnym do pracy na czarno Polakom we Frankfurcie. 

Cele  mniejszego kalibru to rozgrywki  na  lokalnej  szachownicy. Marzeniem  autorów 

zdaje  się  być  zmuszenie  rozmówców  do  ujawnienia  sekretu  (tak,  knujemy  na  stronie  podłą 
intrygę),  doprowadzenie  do  tego,  by  się  załamali  i  przyznali  (tak,  jestem  szubrawcem, 
popieram złodziejstwo). Ponieważ to jakoś nie wychodzi, trzeba kontentować się krzesaniem 
emocji,  irytacji,  zakłopotania  -  Kuroniowi  wykazać,  że  popadł  w  sprzeczność  z  biskupami, 
Oleksego skonfudować nielojalnością koalic-janta, Pawlaka podbechtać do pogróżki zerwania 
z czerwonym, księdzu Rydzykowi podsunąć ofiarę. 

Dla dziennikarzy "Pulsu" polityka jest czymś na kształt meczu, w którym my jesteśmy 

jedynie widzami, możemy obstawiać uczestników wedle ideowych barw, jakie przybrali lub 
innym  przylepili.  Widowisko  ma  coś  z  rugby,  z  natury  jest  brutalne.  Tyle  że  polega  na 
gadaniu: 

polityka  to  gwar  kuluarów,  w  których  rządzi  nielojalność,  podstępy,  kłamstwo, 

wrogość.  I telewizja  uczestniczy  w  tej  grze,  czy  to  ze  względu  na  sympatie,  czy  po  to,  by 
zawodników podbechtywać w celu uczynienia meczu ciekawszym. 

Takie  rozumienie  polityki  przeważa  w  Jedynce  -  jak  coraz  bardziej  samotna  wyspa 

trwa "Forum" Karola Małcużyńskiego uporczywie pokazując, że partyjne spory są wyrazem 
konfliktów  interesów,  są  sposobem  ich  uzgadniania  i  od  jego  wyników,  od  zawartych 
kompromisów zależy mnóstwo istotnych dla każdego człowieka spraw. 

Prawdę  mówiąc,  fakt,  że  najszerzej  odbierany  w  Polsce  program  nie  ms  poważnego 

komentatora, to znaczy kogoś z osobowością, bez włas- 

 
168 
nych interesów politycznych, ale z którego ocenami politycy się liczą, jest dziwny, ale 

nieprzypadkowy. Własne zaangażowanie przekreśla wiarygodność tego zajęcia. Jeśli zaś głosi 
się,  że  obiektywizm  nie  istnieje,  każdy  ma  jakieś  poglądy,  chcąc  nie  chcąc  wyraża  je 
selekcjonując materiał, to z takiego otwartego zanegowania rzetelności zawodowej powstaje 
film Nocna zmiana, a wyklucza to rzeczowy opis wydarzeń i bezstronny komentarz. 

Nocna  zmiana  jest  zjawiskiem  ciekawym,  bo  w  skondensowany  sposób  pokazuje 

cechę  przenikającą  różne  programy.  Jest  to  mianowicie  wiara  w  proste  mechanizmy 
polityczne i społeczne, w to, że rzeczywistość da się łatwo kształtować, byle nikt nie szkodził. 
Opór materii sprawia, że się maniacko tego szkodnika zaczyna szukać. Jedynka tak jest tym 
zajęta,  że  nie  dorobiła  się  ani  jednego  przyzwoitego  programu  publicystycznego,  raczej 
zmarnowała  to,  co  było;  "Tylko  w  Jedynce",  "Lewiatan",  "Debata"  to  worki  na  różności  - 
nigdy  nie  wiadomo,  kto,  o  czym  i  w  jakiej  konwencji  będzie  rozmawiał.  Jest  oczywiście 

background image

"Sprawa dla reportera" - tu powyższe rzeczy wiadomo na pamięć, tajemnicą pozostaje tylko, 
jaki zakład tym razem będzie sięgał do naszej kieszeni walcząc o ulgi i kredyty. 

Dwójka  natomiast  dopracowała  się  publicystyki  rozbudowanej  i  bogatej. 

"Rzeczpospolita druga i pół", "Linia specjalna", "Pytania o Polskę", "Komentarz polityczny", 
"Dossier", być może "Na rozdrożu" 

-  jest  tu  i  analiza  różnych  zjawisk,  i  namysł  nad  pamięcią  zbiorową,  i  komentarz,  i 

polityczna  debata,  i  rozmowy  o  życiu,  i  wiwisekcja.  Dodajmy  do  tego  dwa  atuty  -  dobre 
programy  reporterskie  i  grono  osobowości  telewizyjnych,  oraz  pewną  wyraźną  zasadę  - 
Dwójka konsekwentnie rozwija raczej postawę poznawczą niż demaskatorską. Chciałoby się 
dodać, że jest programem dla dorosłych. 

Jedynka  coraz  bardziej  przypomina  kolorowe  czasopismo  skrzyżowane  z  szybkim 

radiem.  Jej  widz  nie  jest  w  stanie  zatrzymać  się  na  czymś,  nie  kojarzącym  mu  się  z 
teledyskiem;  kwestie  dłuższe  i  zawiłe  nudzą  go natychmiast;  zdobycie  jego  uwagi  wymaga 
wstawek rockowych, dowcipów, konkursów, zaś świat ma być jednoznaczny  -  ma być jasno 
powiedziane,  co  dobre,  co  złe,  kto  słuszny,  kto  nie.  A  jakieś  mędrkowanie  typu  analiza 
zjawisk, reportaż dogłębnie o czymś rozprawiający 

- albo do edukacji przedobiadowej, albo w głęboką noc. 
Rozmnożyły się programy dla młodzieży i jeśli odrzucić muzyczne, to i tak powstała 

konkurencja dla drażniącego różne środowiska "Luzu". 

169 
Podpadł  w  czasach  sporów  wokółaborcyjnych,  bo  poddawał  pod  dyskusję  to,  czego 

zdaniem wielu dyskutować nie  należy, a co zwłaszcza  młodzi powinni  mieć wdrożone  jako 
normę  absolutną.  Tymczasem  porównując  "Luz"  z  "Rajem",  "Alternativi",  "Frondą"  widać 
rzecz zaskakującą 

-  "Luz"  jest  najbardziej  tradycyjny  w  bardzo  zdrowym  sensie  tego  słowa.  Młodzi 

występują tam w swej naturalnej roli ludzi szykujących się do dorosłości - chcą powiedzieć, 
co czują, przedyskutować wątpliwości, ale  i  dowiedzieć,  i  nauczyć się czegoś. Dyskutują o 
różnicach między chłopcami i dziewczynami, ćwiczą się w umiejętności bronienia się przed 
naciskiem  otoczenia  -  odmawiania  pójścia  na  piwo  lub  wzięcia  amfetaminy.  I  robią  to  przy 
pomocy - wedle wskazówek dorosłych - psychologów, pedagogów. 

W  pozostałych  programach  dorośli  są  zmarginalizowani,  a  już  zwłaszcza  nie 

pojawiają się jako mentorzy. "Raj" to program katolicki, ale odległy od modelu Radia Maryja 
- otwarty na inność, nie tropiący, nie potępiający. Chrześcijańskie wartości przedstawia jako 
oczywisty  walor,  ich  przestrzeganie  daje  radość  i  nie  rodzi  dylematów.  W  "Raju"  panuje 
pogodna  afirmacja.  Jest  on  natomiast  irytująco  lizusowski  wobec  swojej  widowni  - 
gospodarzą  w  nim  młodzi  ludzie  odgrywający  jakieś  wydumane  scenki,  iskrzący  się 
ciężkawym dowcipem i bawiący się kamerą 

-  zaglądamy  komuś  w  dziurki  od  nosa,  spozieramy  nań  spod  szafy,  wykręcamy  go 

ukosem.  Manierze  wideoklipowego  obrazu  towarzyszy  dowodzenie,  iż  rockiem  też  można 
kochać Jezusa. 

"Fronda"  jest  chrześcijańsko-prawicowa  i  w  konwencji  pokazywania  walorów  tej 

postawy  wytrwała  przez  pierwsze  dwa  odcinki.  Potem  przeszła  do  natarcia.  Demaskuje 
liberalizm,  "autorytety  moralne",  tzw.  elity  i  czego  tam  jeszcze  polska  prawica  nie  cierpi. 
Poznawczą  powściągliwość  potrafi  utrzymać,  przyglądając  się  skinom,  traci  ją  natomiast  w 
rozprawie z tzw. tolerancją, która jest praniem mózgu i ideologią totalną. Program odznacza 
się  młodzieńczą  tęsknotą  za  czarno-białym  światem,  w  którym  nie  ma  mniejszego  zła  i 
pozornego dobra. 

"Alternativi" robi zespół zwący się cokolwiek szczeniacko Red'fuck'cja. To program 

typu  kontrkulturowego,  w  którym  dominują  emocje  i  bunt.  Bunt  przeciw  "autorytetom 
moralnym",  a  jakże,  ale  również  przeciw  obojętności  Polski  wobec  wojny  w  Czeczenii, 

background image

przeciw zabijaniu zwierząt, przeciw dorosłemu zakłamanemu światu. Ucieka się przed nim do 
natury, do własnoręcznie zbudowanego domu albo do wigwamu. 

 
170 
Edukacyjny  "Luz",  idylliczny  "Raj",  walcząca  "Fronda"  i  buntowniczy  "Alternatm" 

coraz mniej się różnią od reszty programu. 

Młodość jest skoncentrowana na sobie, na swoim życiu i swoich szansach - reszta jawi 

jej się jako coś mniej ważnego. Jest  niecierpliwa, wierzy w to, że świat da się kształtować i 
poprzednią  generację  wini  za  to,  iż  źle  go  urządziła.  Wierzy  też  w  kryteria  proste  i 
jednoznaczne i nie lubi zdań w rodzaju: to nie jest takie proste. 

Dziś  ma  młodość  jeszcze  jedną  bardzo  pożądaną  cechę  -  jest  niewinna.  Niewinna 

przeszłość, nieskalana komunizmem, nieubabrana. 

O  czasie  przeszłym  i  obciążonym  nim  dniu  dzisiejszym,  o  winie  i  brzemieniu 

totalnego doświadczenia telewizja mówi głosem młodości. Używają go też ochoczo twórcy z 
dużym doświadczeniem, bo kostium to nader wygodny. 

"Komuno  wróć"  pojawia  się  w  Dwójce,  ale  w  Jedynce  ma  liczne  pączkujące 

rodzeństwo nie tylko cykliczne, jak "Program jubileuszowy", "Kalendarium XX wieku", "To 
tylko  plotka".  Przepis  jest  prosty  -  robi  się  rozmowę  z  socjologiem,  historykiem, 
rozgoryczonym  poetą  i  innymi  osobami,  tnie  się  to  na  kawałki  i  miesza  dowolnie  z 
peerelowskimi zdjęciami dokumentalnymi, z fragmentami filmów, z teledyskami. Zdjęcia się 
podkolorowuje,  przyspiesza,  zwalnia,  wybrzusza,  wprawia  w  drgawki  i  podkłada  im 
najróżniejsze odgłosy. 

Można się domyślić, że jeden program ujmuje PRL problemowo, drugi historycznie, 

trzeci  poprzez  drobne  incydenty.  Ale  po  prawdzie  nie  sposób  ich  odróżnić  i  uprzytomnić 
sobie, w którym zaszlochano ze wzruszenia z powodu Ziem Odzyskanych, nie używając słów 
wysiedlenie,  szaber,  rabunkowa  gospodarka,  w  którym  dowcipkowano  o  otwarciu  Pałacu 
Kultury  i  Nauki,  w  którym  tańczył  Gomułka,  a  w  którym  poeta  obwieszczał,  że  u  schyłku 
komuny tylko młodzi poczuli się wolni i tak naprawdę to oni obalili PRL. 

Bywa  zresztą,  że  do  wyprodukowania  kolejnej  pozycji  wedle  tego  wzoru  nie  trzeba 

nawet udawać, że się ma jakąś koncepcję. Krótki film o budowaniu pomieszał wspomnienia 
pani  architekt,  która  projektowała  Tychy,  wyimki  z  filmów  fabularnych,  kawałki  kronik, 
kawałki  współczesnego wywiadu o  budownictwie, a wszystko to zakończył zbliżeniami  ust 
pożerających ciastka w kształcie domków: ślina, okruchy, zmarszczki, dziąsła. Tak powstała 
kolejna impresja o PRL-u. 

Młodych autorów nie interesuje, jak ludzie żyli w socjalizmie, jak dawali sobie radę, 

jak powoli ten system się przekształcał, zmieniając 

in 
środki  opresji,  na  ile  ludzie  mu  ulegali,  a  na  ile  się  bronili.  Bawią  się  śladami  tej 

przeszłości,  manipulują cytatami, kadrami  filmowymi, układając z  nich wzory do własnych 
pomysłów.  Czasem  na  tych  starych  zdjęciach  mignie  jakiś  tłum  zorganizowany  lub 
rozradowany, jakaś młodzież tańcząca, maszerująca, ślubująca, jacyś zgromadzeni robotnicy 
wiwatujący  bądź  potępiający.  Ich  życie  nie  budzi  ciekawości,  prędzej  chyba  zażenowanie. 
Czas, który złamał poprzednie pokolenia, nie zasługuje na zrozumienie. 

A jeśli już go osądzać, to prawo mają tylko ci, którzy nie są stroną, ci zatem, których 

zło  nie  tknęło.  Nocna  zmiana,  "Fronda",  "Medium",  sporadycznie  "Komuno  wróć", 
"Alternatm"  itp.  rozliczają  przeszłość  surowo  i  wyrokiem  pogardy  obejmują  wszystko  i 
wszystkich,  zwłaszcza  tych,  co  chcieli  się  wymigać  zasłaniając  opozycyjnością  i  walką  z 
komuną. 

Wzgarda  wobec  doświadczenia  totalitarnego  umacnia  poczucie,  iż  młodzi  są  jakoby 

osobną  kategorią  społeczną,  są  niezarażeni,  a  zatem  bezstronni  także  w  oglądzie  dnia 

background image

dzisiejszego,  toteż  zdania  przez  nich  wypowiadane  winny  być  traktowane  ze  szczególną 
uwagą.  W  programie  pod  tajemniczym  tytułem  Stany  Zjednoczone,  czyli  o  stratyfikacji 
młodzi  rolnicy,  robotnicy  i  studenci  odbyli  rozmowy  przy  piwie,  z  czego  autorzy  wyjęli 
kawałki  i  zmontowali  impresję.  Ot,  nic  ciekawego,  z  "Ekspresu  reporterów"  więcej  się  o 
Polsce można dowiedzieć. Telewizyjna młodzież potraktowała jednak to dzieło z niezwykłą 
powagą:  redaktor  Tywonek  domaga  się  od  profesor  Aldony  Jawłowskiej,  by  na  jego 
podstawie  opisała  polską  młodzież  doby  dzisiejszej.  Pani  profesor  grzecznie  acz  stanowczo 
mówiła, że  nic  specjalnego  nie zostało w  filmie  powiedziane, że  nie  jest to materiał dający 
jakieś podstawy do uogólnień, ale jej rozmówca, niczym nie zrażony, brnął dalej, zachwalał 
kolejne elementy dzieła i domagał się interpretacji. 

Pewnie  to  poczucie  wyjątkowości,  zaabsorbowanie  sobą  sprawia,  że  cały  program 

zaczyna  się  robić  dla  tych,  z  którymi  odczuwa  się  pokoleniową  łączność.  Adresatem  jest 
zatem człowiek młody, trzeba formę przekazu dostosować do jego potrzeb i nie ma żadnego 
powodu,  by  hołdować  dotychczasowym  zasadom  literackiej  polszczyzny,  adekwatności 
środków wyrazu do tematu, rzeczowej narracji. 

Szczeniacka  maniera  wlewa  się  wszędzie.  Późnym  wieczorem,  a  więc  dla  zgredów, 

idzie  materiał  o  nowym  filmie  kręconym  przez  Agnieszkę  Holland.  Infantylny  dialog  o 
Rimbaud ma nas wciągnąć w materię. Sceny 

 
172 
z  planu  musimy  oglądać  w  migającym  przyspieszeniu  albo  w  zwolnionym 

komiksowym stylu, do tego jakaś rąbana muzyka, też widać lep na młodych. 

Magazyn  reportażu  "Kraj"  był  zbiorem  mniej  lub  bardziej  ciekawych  materiałów  z 

ośrodków  pozawarszawskich  i  coś  tam  mówił  o  rzeczywistości.  Teraz  te  zapiski  z  życia 
zostały pociachane i wklejone między odgrywane scenki, coś jak skecze z lichego kabaretu. 

Maniera  traktowania  rzeczywistości  nie  jak  czegoś  wartego  poznania,  opisania, 

zrozumienia,  ale  jak  tworzywa  dla  swych  koncepcji,  wizji  i  dowcipów  staje  się  formułą  na 
każdą okazję. 

Nie  jest  to  śmiałość  artysty,  dla  którego  wszystko  jest  tworzywem,  bo  mamy  do 

czynienia raczej ze sztampą. Z rzadka udaje się z niej wyrwać, tak jak w wypadku programu 
"Alternativi" poświęconego Czeczenii, w którym spreparowane zdjęcia, muzyka, wypowiedzi 
tworzyły  całość  opisową  i  zarazem  wstrząsającą.  Młodzi  zarzucali  w  nim  Polsce 
sprzeniewierzenie się wartościom, obojętność, którą i nam świat okazywał w nieszczęściu. I 
rodziło to taką oto myśl - dobrze, że dostrzegają cudzy dramat, głośno się mu sprzeciwiają, 
wytykają władzy taktyczną obojętność. Dobrze też, że tej władzy nie mają i nie mogą Polski 
pchnąć do walki w obronie Czeczenii. Ich oburzenie jest niezbędne społeczeństwu po to, by 
poprzestając na humanitarnej pomocy nie uznało, że ma w tej sprawie czyste sumienie. 

Chęć  ukształtowania  świata  wedle  własnych  marzeń,  kategoryczność  sądów, 

niecierpliwość wobec dojrzałego namysłu, wobec jego analiz, wahań, dylematów - to cechy, 
którymi  młodość  przyspiesza  bieg  rzeczy,  wytrąca  społeczeństwo  z  utartych  kolein.  W 
zmaganiu z nim jednak uczy się nieprostych praw życia. 

Jeśli tego oporu nie ma, jeśli młodość czuje się lepsza, nieporażona złem, jak wszyscy 

starsi, jeśli nadto ma poczucie misji - to nic dobrego z tego nie wynika. 

Wydaje  się,  że  coś  takiego  przytrafiło  się  Jedynce,  mianowicie  zbyt  radykalna 

pokoleniowa  zmiana,  wejście  z  zadaniem  sanacji  instytucji  postrzeganej  jako  zbiorowisko 
starych wyjadaczy i koniunkturalistów, którzy przetrwali wszystkie rządy od 40 lat. I oto stało 
się  tak,  że  jak  za  PZPR  należało  nosić  czerwoną  legitymację,  jak  po  1989  blizny  po 
prześladowaniach, tak dziś należy zapewne obnosić młodzieńczą niewinność - nawet jeśli jest 
się w latach, po życiowych meandrach, a komunizm pamięta się doskonale. 

173 

background image

Młodość (prawdziwa, naciągana i nominowana) w odróżnieniu od starych wyjadaczy 

nie  musi  udowadniać  swej  bezkompromisowej  postawy  wobec  rządu,  by  zamazać  stare 
grzechy,  stąd  coraz  bardziej  pogodny  obraz  kraju.  Jest  za  to  bezkompromisowa  o  wiele 
bardziej  zasadniczo  -  nie  tylko  wobec  komunizmu,  to  oczywiste,  ale  wobec  wykorzystania 
jego upadku, przeprowadzenia ustrojowych przemian i tych, którzy je robili. Jest przekonana, 
że  wszystko  można  było  przeprowadzić  szybciej,  lepiej,  sprawniej.  Nie  wierzy  w  banał 
dorosłych, że życie nie jest proste. 

19 VIII 1995 
 
PAMIĘTAĆ, ABY NIE POWTÓRZYĆ 
Naprawić  błąd  zapomnienia  -  tak  Dominika  Wielowieyska  zatytułowała  artykuł 

("Gazeta  Wyborcza"  1995,  nr  206),  w  którym  stanęła  w  obronie  swych  rówieśników  z 
telewizji, tłumacząc ich rozgoryczenie wobec wolnej, lecz nie takiej Polski. Zabrzmiało to jak 
głos  pokolenia,  tego  pierwszego,  którego  schyłkowy  PRL  nie  zdążył  porazić,  a  które  w 
dorosłość wkroczyło już w nowej rzeczywistości. Dziennikarze najważniejszych mediów nie 
są, co prawda, typową reprezentacją 30- 

-latków,  ale  kształtują  oni  obraz  polskiej  rzeczywistości  i  fakt,  że  w  przypadku 

telewizji  przesycają  go  własnym  rozczarowaniem,  urazami,  pretensjami  -  dotyczy  nas 
wszystkich. 

Wielowieyska,  przytaczając  zarzuty  wobec  tych,  co  źle  urządzili  Polskę,  starała  się 

uniknąć  stereotypowych  argumentów,  co  nie  znaczy,  że  się  schematów  ustrzegła. 
Przykładowo  -  zarzuciła  mi,  iż  krytykując  publicystykę  telewizyjną,  pominęłam  "Kabaret 
Olgi Lipińskiej", jako żywo program rozrywkowy. Tyle że kierownictwo Jedynki zwykło go 
traktować jako wtręt obcy ideowo, lecz dowodzący pluralizmu TV. I nie ma tu znaczenia to, 
że kiedy politycy ZChN skarżyli się na Olgę Lipińską, w jej "Kabarecie" rządził tępy klerykał 
uwieszony księżej sukienki, a od blisko dwu lat panoszy się w jego miejsce komuch- 

-kombinator,  który  wrócił  do  władzy  po  wyborach.  Program  pełni  rolę  dyżurno-

symboliczną. 

Rozumowanie  typu:  krytyka  "Pulsu  dnia"  oznacza  popieranie  "Kabaretu";  niechęć 

wobec satyry na PRL oznacza wiadomą różową wyro- 

1^5 
zumiałość dla komuny - to właśnie schemat, który łatwo może wywieść na manowce. 
Pisze  Wielowieyska,  że  filmy  ośmieszające  Polskę  Ludową,  wspominające  PRL-

owskie absurdy ją bawią. 

Otóż rzecz w tym, że komunizm wcale nie  był głupi  i śmieszny. Był czymś o wiele 

bardziej złowrogim i niszczącym, niżby to wynikało z tych wycinanek-przekładańców, jakie 
serwuje  telewizor.  Nie  polegał  na  tym,  że  szalał  terror,  były  puste  półki,  obowiązywał 
idiotyczny  rytuał  i  naród  był  w  ucisku.  Bo  terror  był  w  pierwszej  dekadzie,  puste  półki  w 
ostatnich, a naród uświadomił sobie ucisk parę razy - a potem jakby o nim zapominał. I była 
to jedyna psychologicznie zrozumiała powszechna samoobrona przed poniżeniem. Człowiek 
nie może na co dzień żyć z poczuciem, że się załamał, uległ presji, pod naciskiem zrobił coś, 
czego 

wolałby 

nie 

robić. 

Toteż 

ludzie 

dokonywa                                                                                                                    

li nieustannej racjonalizacji swych zachowań, chętnie przyjmowali usprawiedliwienia, jakieś 
myślowe  konstrukcje,  które  pomagały  zachować  szacunek  dla  siebie  i  w  które  usilnie 
wierzyli. 

Bo ulegało się obowiązującemu właśnie rytuałowi, sugestiom, naciskom, stanowczym 

radom  -  żeby  dziecko  zdało  na  studia,  żeby  dostać  przydział  na  nawozy,  żeby  nie  narażać 
ważnej  instytucji,  żeby  dali  paszport,  żeby  mieć  święty  spokój.  A  nierzadko  ci,  którzy  się 
ugięli,  naciskali  innych,  by  zrobili  to  samo  -  by  nie  podskakiwali,  bo  to  nic  nie  da,  a  tylko 

background image

zaszkodzi.  Słowo  "kompromis"  długo  jeszcze  będzie  miało  w  polszczyźnie  wydźwięk 
kapitulacji, bo parę pokoleń zawierało go stale z własnym sumieniem i poczuciem smaku. 

To był czas, w którym niezrobienie świństwa wymagało niekiedy heroizmu. To był raj 

dla miernot bez sumienia, udręka dla ludzi choć trochę przyzwoitych, a dla większości szara 
uległość.  I  świadomość,  że  władzy  należy  być  posłusznym,  choć  jak  się  ją  da  oszukać,  to 
trzeba. 

Dziś woli się patrzeć na przeszłość jak na sznur dat znaczących naszą niezgodę. Ale 

ci, którzy pamiętają tamte czasy, wiedzą, że to były tylko odświętne momenty w codzienności 
znaczonej  strachem,  upokorzeniem  i  samozakłamaniem.  Pokazywanie  Polski  Ludowej 
wyłącznie jako głupiej paranoi, która ma budzić uciechę widzów, jest dla stłamszonych przez 
nią ludzi wtórnym poniżeniem. 

Cóż  bowiem  mają  powiedzieć  swoim  dzieciom  oglądającym  coś,  co  jest  idiotyczne, 

zabawne,  tylko  czasem  dramatyczne?  Tańczyłem  w  drugim  rzędzie  na  stadionie;  kiedy 
tamtych szczuli, zajmowałem się swoimi 

 
176 
sprawami;  na tym pochodzie machałeś kwiatkami z moich ramion; to strzelanie było 

w Gdańsku, daleko stąd; też byłem na takim zebraniu, ale swoje wiedziałem. 

Komunizm  był  jak  choroba.  Brzydka  choroba,  która  ludzi  niewoliła,  czyniła  ich 

małymi,  szarymi,  tchórzliwymi.  Ale  przecież  jej  nie  wybierali,  co  więcej,  nierzadko  nie 
rozpoznawali  -  rodzili  się  w  czymś,  co  uważali  za  normalne,  zaś  odkrywanie  prawdy  było 
trudne. I niebezpieczne - co się prędzej lub później okazywało. 

Co  zrobić  z  takim  doświadczeniem  i  z  jego  pamięcią?  Można  je  upiększać, 

racjonalizować, wyprzeć z umysłu. Można też powiedzieć sobie o nim oczyszczającą prawdę. 
Nie można natomiast przyjąć, że to była zbiorowa farsa. 

W  Sierpniu  1980  roku  dokonało  się  wspólne  katharsis.  Najbardziej  powszechnym 

doświadczeniem  Polaków  było  wówczas  poczucie  prostowania  się,  podnoszenia  głowy. 
Przeżywano  szczególną  równość,  taką  oto:  jeszcze  wczoraj  byliśmy  zastraszeni,  ogłupiali  i 
okłamani. A teraz przejrzeliśmy na oczy, zrozumieliśmy oszustwo, któremu ulegaliśmy przez 
tyle lat, nauczyliśmy się bronić, przestaliśmy się bać. 

To  wspólne  zrzucanie  z  siebie  brzemienia  totalitarnej  deprawacji  już  się  nie 

powtórzyło. Wraz z wolnością zaczął się czas rywalizacji, kto był bardziej dzielny i nieugięty. 
Bohaterowie i Katoni mnożyli się na naszych oczach i już ciężko było wypatrzyć tych, którzy 
wcześniej  składali  się  na  zniewolone  społeczeństwo.  Wzór  przebierania  się  za  kogoś  nie 
tkniętego  komuną  szedł  z  góry,  z  politycznych  przepychanek,  i  w  efekcie  nie  belki  we 
własnym oku, ale źdźbła w cudzych zaczęły przyciągać uwagę. Powstał klimat łowiecki. 

Ma on swoje zawołanie, mianowicie: kto winien? Kto odpowiada za to, że miało być 

lepiej,  a  jest  gorzej?  Kto  spowodował,  że  jedni  się  wzbogacili,  a  drudzy  zubożeli?  Kto 
sprawił, że upadł zakład, a nasz dorobek za bezcen kupuje obcy? 

Dominika  Wielowieyska  udziela  odpowiedzi  na  inne  pytanie  z  tej  serii:  kto  winien 

temu, że komuniści znów nami rządzą? Pisze:  "Coraz więcej środowisk przyznaje, że przez 
ostatnie kilka  lat w zbyt  małym stopniu stosowaliśmy ostracyzm wobec PRL-u, że  byliśmy 
zbyt  wyrozumiali.  Solidarnościowe  elity  skupione  wokół  Unii  Demokratycznej  nie 
przyznawały,  że  zaraz  po  upadku  komunizmu  nastąpiło  uwłaszczenie  nomenklatury 
komunistycznej". 

177 
Emocjonalny  wydźwięk  tych  paru  wierszy  jest  oczywisty,  ale  dyskutować  z  nimi 

trudno, bo jak zwykle nie wiadomo, co było tym ostracyzmem - niezbędnym, a zaniechanym? 
Czy mniejsza wyrozumiałość miała oznaczać specustawy czasu przejściowego, wymierzające 

background image

sprawiedliwość  historyczną?  Czy  może  tylko  savoir-vivre  zabraniający  fraternizacji  z 
komuchami? Od lat nie można się tego dowiedzieć. 

Czy z takich okrzyków wynika, że różnica między Unią Wolności a jej przeciwnikami 

polega  i  na  tym,  iż  Unia  wybrała  od  razu  budowanie  demokracji  i  praworządności,  zaś 
"prawica"  wolałaby  zacząć  od  rewolucyjnych  porządków,  podczas  których  nie  wszyscy 
mieliby równe prawa? 

A  w  sprawie  uwłaszczenia  nomenklatury  -  nie  grzech  zaniechania  został  tu 

popełniony,  ale  grzech  pięknoduchowskiej  naiwności.  Jeszcze  Sejm  kontraktowy  głosami 
OKP  przeprowadził  ustawę  pozwalającą  odebrać  nomenklaturze  zakład  państwowy  z 
inicjatywy  załogi  i  związków  zawodowych.  Efekty  były  mizerne.  Podobnie  z  ustawą  o 
spółdzielczości, która dawała możliwość przejęcia spółdzielni przez jej członków. 

Podobnie  z  weryfikacją  sądownictwa,  która  dawała  szansę  samooczysz-czenia  się 

środowiska. 

Społeczeństwo  dostało  narzędzia  do  uzdrowienia  rzeczywistości  -  i  ich  nie 

wykorzystało. Nie powtórzył się cud spontanicznej, oddolnej 

samoorganizacji z Sierpnia. Bo cuda mają to do siebie, że zdarzają się raz. 
Można  by  więc  powiedzieć,  że  społeczeństwo  zawiodło  Unię,  ale  jest  to  czysta 

złośliwość, bo Unia prędzej by się rozpadła, niż pomyślała o nim coś złego. A już na pewno 
nie przyszło jej do głowy podejrzenie, że społeczeństwo znuży się wolnością i wybierze ludzi 
PRL-u. 

Wielowieyska przedstawia polityków UW tak, jakby po paru latach przejrzeli na oczy, 

dostrzegli własne błędy i rzucili się je naprawiać - co ma być chyba dowodem na to, że klimat 
życia elit politycznych, nie 

nasycony  potępieniem  i  wrogością  do  komuny,  spowodował,  że  czerwoni  znów 

sięgnęli po władzę. 

Rzeczy należy nazywać właściwie - ona ją dostała w demokratycznych wyborach. A 

w  Polsce  oprócz  SLD,  Unii  i  mnogich  prawic  są  jeszcze  miliony  ludzi,  którzy  podjęli  tę 
bolesną dla  nas, wyborczą decyzję. To wola  większości spowodowała oddanie rządów eks-
sojuszo-wi  robotniczo-chłopskiemu,  odsunięcie  reformatorów  i  wyrugowanie  ugrupowań 
małych, krzykliwych i skłóconych ze wszystkimi. 

 
178 
Przyczyny  tego  są  złożone.  Najogólniej  mówiąc,  po  1989  roku  Polacy  zostali  jakby 

przesiedleni w nowe warunki, nowe miejsce - wszystko jest inaczej, świat, który znali, czuli i 
rozumieli,  robi  się  coraz  bardziej  odległy.  Dziś  potrzeba  aktywności,  zaradności,  wysiłku  - 
stąd  próba  zawrócenia  z  drogi.  Gry  polityczne  mają  na  wybory  wpływ  drugorzędny  i 
nieprosty. Znikoma mniejszość śledzi je, rozsądzając racje - istotne jest, czy to, co dzieje się 
na górze, niesie klimat zagrożenia i niepewności, zapowiedź nowych wstrząsów. W tej chwili 
wstrząsów ludzie mają po uszy i nikomu nie marzą się następne. 

Można  się  spierać,  czy  dodatkowe  głosy  napędzili  SLD  dekomuniza-torzy  i 

lustratorzy, którzy obiecywali radykalne czystki, porachunki  i rewolucje,  i których wyborcy 
przegnali  -  czy  też  do  ich  powrotu  przyczyniła  się  unijna  pobłażliwość  i  przypadki 
niewczesnej fraternizacji z komuną. Ale tak naprawdę: czy to, że Adam Michnik w kolejnym 
emocjonalnym  porywie  szlachetności  przeprasza  Aleksandra  Kwaśniews-kiego,  a  Krzysztof 
Król z KPN publicznie tańczy kankana z Markiem Siwcem, może kogokolwiek popchnąć do 
popierania SLD? Zachowania takie mogą budzić niesmak, irytację, gwałtowny sprzeciw, jak 
wspólny tekst Michnika i Cimoszewicza - lecz jeśli chodzi o głosy, to przysparzają ich raczej 
którejś prawicy. 

Dekomunizacja natomiast nie jest kwestią aktu woli jakiejś partii. Jest to proces długi i 

skomplikowany,  oznaczający  zmianę  warunków,  instytucji  i  obyczajów,  ale  też  tropienie 

background image

homo  soyleticusa  w  sobie:  zrozumienie,  czym  był  komunizm,  uświadomienie  sobie 
odruchów, jakie nam wpoił, czujna wobec nich uwaga. 

Pisze  Wielowieyska:  "Telewizyjna  Jedynka  -jest  jakąś  siłą.  Ma,  dość  nieokreśloną  i 

ulotną,  ale  jednak  władzę.  Twórcy  Jedynki  poczuli,  że  mogą  być  jakąś  przeciwwagą  dla 
postkomunistycznej większości, substytutem dla nie reprezentowanej w Sejmie prawicy". 

No,  nie  ma  to  jak  nieproszeni  obrońcy.  Na  nic  Jedynce  wszystkie  udawania 

obiektywizmu, przemycanie swych partyjnych idei i urazów w rozrzedzeniu, aby nie drażnić i 
uwagi  nie  przyciągnąć,  na  nic  chodzenie  w  zaparte:  polityczna  propaganda?  Boże  broń!!! 
Pluralizm - wy macie "Kabaret"! 

I oto znienacka pojawia się osoba życzliwa, ale szczera, której gry i kamuflaże są obce 

i  nazywa  rzeczy  po  imieniu:  Jedynka  została  oddana  prawicy  w  celu  przeciwdziałania 
postkomunie. 

T79 
Dominika  Wielowieyska  myli  się  w  dodatku,  sądząc,  że  "młodzi  prawicowi 

zapaleńcy"  powstrzymują  proces  rozrastania  się  nomenklatu-rowych  układów  i  hamowania 
reform.  Już  choćby  programy  zwalczające  prywatyzację  tworzą  świetny  klimat  dla 
komercjalizacji i stworzenia tysięcy posad dla ludzi SLD i PSL. 

A  ponadto  młodych  prawicowców  tak  naprawdę  nie  obchodzi  PRL,  którego  nie 

próbują  zrozumieć,  ani  społeczeństwo,  do  którego  niby  się  zwracają,  ani  nawet  SdRP.  W 
ostatnim  czasie,  jako  osoby  odpowiedzialne  za  komunizm  lub  ulegające  mu  w  sposób 
kompromitujący,  wymieniono  w  różnych  programach:  Jacka  Kuronia,  Stanisława  Lema, 
Andrzeja Szczypiorskiego, Adama Michnika oraz ogólnie:  Europejczyków, różowych, elity, 
kręgi  liberalno-literackie,  środowisko "Tygodnika Powszechnego". W tej roli  nie występują 
ani  funkcjonariusze  i  aktywiści partyjni, ani posłuszni pismacy  i propagandyści. Nie padają 
nazwiska  ludzi,  którzy  konsekwentnie  wysługiwali  się  PZPR,  literatów,  którzy  w  stanie 
wojennym tak zatracili się w służalstwie, że do swych łgarstw powkładali mundury. Nie pada 
tytuł "Wiadomości Kulturalne" - oskarża się "Gazetę Wyborczą". 

Czy to ma  być wyraz  strachu "nie tyle przed powrotem PRL-u,  ile  niektórych PRL-

owskich obyczajów"? Przecież jest to przywoływanie owych odruchów nabytych, pobudzanie 
ich dwoma słowami: kto winien? 

Za tym prostym pytaniem kryje się bowiem wiara, iż żadna to sztuka sprawić, by było 

dobrze  -  byle  tylko  ktoś  nie  przeszkadzał.  Wiara  w  absolutną  podatność  życia  zbiorowego, 
zamożności,  stosunków  wzajemnych  na  kształtowanie  przez  mądrą  władzę  -  byle  wróg  nie 
szkodził.  Obszarnik,  kułak,  imperialista,  sklepikarz,  reakcyjny  kler,  trockista,  liberał, 
prywaciarz,  Żyd,  rewizjonista,  wichrzyciel,  spekulant  -  komuniści  zbiorową  energię, 
wyzwoloną irytacją, dosyć skutecznie kierowali na tropiciel stwo. 

Ciekawe,  czy  "prawica  telewizyjna"  wpadająca  w  tę  dobrze  wyżłobioną  koleinę  ma 

zamysł,  by przekonać widzów, że  jest taka partia (RdR zapewne), która uzdrowi  i  naprawi, 
byle  wiadome  środowiska  jej  nie  przeszkadzały.  Czy  po  prostu  sama  głęboko  wierzy,  że 
wyeliminowanie szkodnika sprawi, iż Polska rozkwitnie dostatkiem i cnotą? 

Wydaje się, że rzecz jest prostsza - telewizyjna młodzież nie ma żadnego planu, celu, 

taktyki.  Po  prostu  "substytut"  nieobecnej  w  Sejmie  prawicy,  nie  zrażony  jej  klęską,  całą 
rzeczywistość filtruje przez własne urazy. 

 
180 
Piętnastą rocznicę "Solidarności" uczciła Jedynka programem Przed i po Sierpniu, w 

którym różne osoby opowiadały o dziejach oporu, który doprowadził nas do wolności  - zaś 
przedstawiciele prawicy mówili o swych krzywdach. Odsunięty polityk skarżył się, że KOR 
był lepiej zorganizowany, ale w wyborach związkowych prawica go rugowała. Rozgoryczony 
policjant twierdził, że wszyscy wiedzieli, iż Geremek i Mazowiecki dostali się do Stoczni z 

background image

pomocą  Służby  Bezpieczeństwa.  Niespełniony  żołnierz  Najjaśniejszej  Rzeczypospolitej 
wniósł zaś pretensję, że wolność wytargowano przy Okrągłym Stole, a jeszcze chwila i można 
by ją wywalczyć orężnie. Wolność dana darmo jest na niby i naprawdę to dalej siedzimy w 
niewoli. 

Politykowanie  Jedynki  nie  jest  żadną  przeciwwagą  dla  komunizmu  czy 

komunistycznych  nawyków  -  jest  nużącym  i  monotonnym  zapisem  frustracji  pewnego 
środowiska. 

A miejscem do tego nie powinna być telewizja publiczna. 
23 IX 1995 
AUTOPORTRET NOSTALGICZNY 
Na wystawę "Inteligencja polska XIX i XX wieku" nadesłano znaczną iłość zbiorów 

zdjęć  rodzinnych  wraz  z  wyjaśnieniami  dotyczącymi  kolejnych  generacji.  Odpowiedzi  na 
pytania  organizatorów,  nawet  lakoniczne  notatki  o  antenatach,  ich  dzieciach,  o 
pokrewieństwach  i  powinowactwach  -  pokazują  skondensowany  portret  tej  szczególnej 
warstwy społecznej, obraz jej dokonań i jej etosu. 

Można w  nich odczytać  historię powstania "klasy umysłowej".  W tradycji rodzinnej 

do  dziś  trwa  świadomość  stanowego  rodowodu  -  pamięć  o  tym,  że  zanim  dziad,  pradziad 
skończył  szkołę  i  zaczął  pracować  umysłowo,  jego  rodzice  byli  chłopami,  rzemieślnikami, 
kupcami,  lepszą,  gorszą  lub  znakomitą  szlachtą.  Z  owej  prehistorii  inteligenta  przetrwały 
informacje skromne, poza przynależnością stanową pamięć rodziny przechowała jeszcze dwa 
typy  przekazów:  że  ktoś  stawał  w  ojczyzny  obronie  i  że  już  wtedy  zdarzały  się  w  rodzinie 
umysłowe  zajęcia.  Antoni  Siarczyński  był  prawnikiem  w  kancelarii  Stanisława  Augusta, 
Tomasz Zakrzewski w 1831 roku walczył pod Ostrołęką, Franciszek Balicki był lekarzem w 
czasach  Sejmu  Czteroletniego,  a  jego  syn  Leopold  stracił  nogę  pod  Samosierrą,  Izydor 
Heilpern był adiutantem Langiewicza w Powstaniu Styczniowym. 

Ale  właściwa  historia  inteligenckiej  rodziny  zaczyna  się  od  tego  pierwszego 

wykształconego, który porzucił stare i wszedł w nowe środowisko. Dla jednych stało się to na 
początku  XIX  wieku  i  pamięć  rodziny  obejmuje  cztery  generacje,  dla  innych  w 
międzywojennym dwudziestoleciu i opowiadają dzieje rodziców, zaś dziadek-chłop należy do 
wcześniejszej epoki. 

 
182 
Tomasz 

Zakrzewski 

(1805-1891), 

szlachcic, 

studiował 

na  Uniwersytecie 

Jagiellońskim, był dzierżawcą, a potem został nauczycielem łaciny i greki. 

Feliks  Stamirowski  (1837-1904),  szlachcic,  walczył  w  Powstaniu,  stracił  majątek, 

przybył do Warszawy i podjął pracę w Banku Handlowym. 

Henryk Hirszel (1809-1877), mieszczanin sądząc z kalwińskiego wyznania, prowadził 

zakład litograficzny, był opiekunem artystów. 

Chłopski syn, Franciszek Michejda (1848-1921) ukończył studia w Niemczech i został 

pastorem kościoła ewangelicko-augsburskiego. 

Jan  Duda  (1854-1915),  z  rodziny  chłopskiej,  po  służbie  w  austriackiej  żandarmerii 

dostał pracę umysłową - został podurzędnikiem na poczcie w Brodach. 

Ignacy  Płażewski  (1899-1977),  syn  rymarza,  ukończył  szkołę  handlową,  został 

wydawcą, bibliofilem, historykiem fotografii. 

Co  najważniejsze  -  dla  dzisiejszych  późnych  wnuków  ów  pierwszy  inteligent  w 

rodzinie dokonał słusznego wyboru nie tylko wtedy, gdy wydźwignął się z pośledniej pozycji 
społecznej i własnym wysiłkiem, pracą wszedł w krąg inteligencji. Także wtedy, gdy porzucał 
swoją "sferę" i imał się zajęć przez nią pogardzanych. 

"Żaden Darski konowałem nie był, bo nie uchodzi szlachcicowi tego rodzaju zawód" - 

tak w połowie XIX wieku reagowali bliscy na medyczne studia Teofila Barskiego. 

background image

Dla  szlachty  praca  umysłowa  była  usługami  świadczonymi  przez  ludzi  gorszej 

kondycji  i  nader  często  niepiśmienny,  acz  herbowy  hrecz-kosiej  miał  w  pogardzie  lekarza, 
nauczyciela lub artystę. 

Jak wiadomo, w Europie Zachodniej nie wykształciła się warstwa inteligencka. Można 

powiedzieć,  że  powstała  ona  w  tych  krajach,  w  których  burżuazyjna  rewolucja  nie  rozbiła 
feudalnego  systemu  stanowego,  co  więcej  był  on  konserwowany  przez  absolutystyczne 
monarchie.  Tak  jak  w  Rosji,  Czechach,  Węgrzech  -  i  u  nas  obok  sztywnej  struktury 
społecznej,  w  której  każdy  miał  swoją  pozycję  przypisaną  urodzeniem,  pojawiła  się 
przestrzeń  odmienna:  w  niej  awansowało  się  własną  zasługą,  w  niej  głoszono  równość, 
zwalczano  przesądy,  a  wyższym  sferom  wytykano  wszelkie  grzechy  i  odmawiano  roli 
dominującej. 

Polska  inteligencja powstawała z  ludzi wszystkich warstw, mieszały  się w niej różne 

wyznania i narodowości; w ich dziejach pojawia się 

183 
różnorodna  i  bogata  typowość,  sploty  losów  zaskakujące,  a  przecież  znane  z  tylu 

innych relacji. 

Cóż  mogło  na  początku  XIX  wieku  łączyć  Meira  Heringa,  warszawskiego  kupca,  i 

spowinowaconego  z  nim  Jakuba  Cohna  z  pewnym  Szkotem  nazwiskiem  de  Szuldes,  który 
wżenił  się  w  szlachecką  rodzinę,  oraz  z  Balickimi  spod  Samosierry?  To,  że  u  schyłku  XX 
wieku  ich  dzieje  opisuje  wspólna  prawnuczka.  W  tej  rodzinie  lekarzy,  inżynierów, 
ekonomistów  po  wszystkich  stronach  są  powstańcy  1863  roku,  zesłańcy,  legioniści  i 
powstańcy warszawscy, a bratanek Zygmunta Halickiego, działacza Narodowej Demokracji, 
poślubia siostrzenicę Feliksa Kona. 

Z  koligacji  Jaegermanów,  Abgaro-Abgarowiczów,  du  Barri  de  la  Renontierów, 

Teodorowiczów,  Zachariasiewiczów  nie  powstał  koktajl  austro-ormiańsko-francuski,  tylko 
rodzina  prawników,  inżynierów,  lekarzy,  architektów,  wydawców  -  zasłużonych  i  dobrych 
Polaków. 

Wnuk  pańszczyźnianego  chłopa,  syn  robotnika  browaru,  Jan  Kula  -  PPS-owiec 

zesłany na Syberię, z której wrócił jako samouk, poślubił poznaną w Towarzystwie Wyższych 
Kursów  Naukowych  Jadwigę  Liws-ką,  której  dziad  przybył  z  Niemiec  i  uczył  się  języka 
tłumacząc na polski Lessinga. 

Na kresach zachodnich opokę polskości stanowił chłopski ród ewangelickich pastorów 

ze  Śląska  Cieszyńskiego,  Michejdów;  w  każdym  pokoleniu  pozostawiał  jednego  brata  na 
gospodarstwie, a pozostali kształcili się tworząc dynastię pastorów, uczonych i działaczy. 

Specyfika  inteligencji  nie  polegała  tylko  na  wykonywaniu  pracy  umysłowej,  tu 

niezbędne były pewne cechy dodatkowe, które można sobie uzmysłowić oglądając pogranicze 
tej  warstwy  -  czy  należał  do  niej  każdy  małomiasteczkowy  kancelista  i  każdy  nauczyciel 
gminnej  szkółki?  Tak,  o  ile  chciał  czegoś  więcej.  Jan  Duda,  pocztowiec  z  Brodów, 
wykształcił swoje dzieci, a dla nich było oczywiste, że muszą to samo dać swoim dzieciom. 
Podobnie  inni  urzędnicy  Banku  Handlowego,  Zarządu  Gubernialnego,  Drogi  Żelaznej 
Warszawsko-Wiedeńskiej;  ich  wnuki  mogłyby  z  dumą  napisać  jak  Magdalena  Płażewska: 
"nikt z nas, a więc nikt ze »zstępnych« nie wyłamał się z obowiązku pozostania w warstwie 
inteligencji". 

A obowiązywało w niej nie tylko wykształcenie, ale i społecznikost-wo. Oni wszyscy 

coś  organizują,  zakładają,  tworzą:  kółka  samokształceniowe,  skauting,  Towarzystwo 
Gimnastyczne "Sokół", Koło Miłości 

 
184  
ników  Sceny,  Czytelnia  Ludowa,  Towarzystwo  Zachęty  Sztuk  Pięknych,  Polska 

Macierz  Szkolna,  Koło  Oświaty  Rolniczej,  chór  "Lutnia",  Towarzystwo  Ewangelickie 

background image

Oświaty  Ludowej,  Towarzystwo  Rolnicze,  Kasy  Raiffeisena,  Towarzystwo  Oszczędności  i 
Zaliczek,  Towarzystwo  Wzajemnych  Ubezpieczeń,  i  jeszcze  ochronki,  koła  pomocy,  kursy, 
gazety i czasopisma - to zapis wielkiej oddolnej pracy, a także wiary w to, że społeczeństwo 
może  się wydźwignąć z zacofania  i  biedy,  byle  dać  mu oświatę  i kulturę. I tak pojawia  się 
obraz  upartego  wysiłku  dokonanego  przez  tę  nietypową  dla  Europy  zachodniej  warstwę, 
wysiłku, bez którego odzyskana w 1918 roku wolność pewnie wyglądałaby inaczej. 

Inteligencja ma jeszcze jedną cechę znamienną, która znalazła odbicie w fotografiach; 

oprócz krewnych występują na nich często przyjaciele, znajomi, koledzy dzieci - jakiś szerszy 
stały  krąg,  w  którym  rodzina  czuła  się  osadzona.  Miała  ta  warstwa  bowiem  jeszcze  jedno 
zadanie:  była  publicznością  elit  twórczych  i  intelektualnych  i  powinna  uczestniczyć  w 
kulturze, w obiegu idei. Stworzyła szczególną instytucję, która jej to umożliwiała, mianowicie 
środowisko  -  krąg  ludzi  zaprzyjaźnionych  i  otwartych  na  nowych  znajomych,  obyczaj 
spotykania się i dyskutowania, miejsce, w którym to się działo, owe kawiarnie i salony. 

Kawiarnie  i  salony  -  to  brzmi  wielkomiejsko,  ale  w  jakiejś  formie  nawet  w  małych 

mieścinach skupiały one "miejscową inteligencję": 

lekarza, nauczycielkę, aptekarza, kancelistów i gimnazjalistów. Dom referenta Adama 

Zakrzewskiego "stanowił ośrodek życia społecznego i patriotycznego młodzieży z Pułtuska". 
Gdzie indziej mogła to być cukiernia, czytelnia, dom ludowy, salonik doktorostwa. Miejsce, 
w którym spotykali się ludzie czytający książki, prenumerujący czasopisma i rozważający, co 
należy zrobić. 

Inteligencja  była  też  warstwą  niezwykle  ruchliwą  w  sensie  i  dosłownym,  i 

społecznym.  W  porównaniu  z  zakorzenioną  w  swej  ziemi  szlachtą,  przypisanym  do  niej 
chłopstwem,  nawet  bardziej  rzutkim  mieszczaństwem  -  pierwszy  inteligent  podobny  był  do 
wędrującego za pracą "człowieka luźnego", protoplasty robotnika. Inteligent bowiem zamiast 
przejąć pozycję po ojcu, zmienia swój status społeczny, wżenią się w inne środowiska, jeździ 
do  szkół,  często  zagranicznych,  zmienia  miejsce  zamieszkania  w  poszukiwaniu  pracy.  W 
następnym pokoleniu 

[85 
ma już wyższy status zawodowy, nowe szkoły, nowe kręgi, nowe miejsca pracy. A do 

tego miota nim wicher historii. • Losy kilku typowych rodzin mogą pokazać cały dramatyzm 
naszych dziejów. Powstanie Listopadowe, Powstanie Styczniowe, Sybir. Strajk szkolny 1905 
roku.  Wszystkie  fronty  I  wojny.  POW.  Legiony.  Korpus  Dowbora-Muśnickiego.  Obrona 
Lwowa,  wojna  bolszewicka.  Wojna  1939,  obrona  Warszawy,  wszystkie  fronty  II  wojny. 
Obozy  jenieckie.  Oświęcim,  Buchenwald,  Mauthausen,  getto,  Kozielsk,  Starobielsk, 
Kazachstan. AK, Powstanie Warszawskie. Sybir. 

Po  wojnie  portret  inteligencji  jakby  szarzeje.  Chroni  się  ona  w  paru  niszach  -  to 

szkolnictwo, zwłaszcza wyższe, i środowiska artystyczne. Nie dla wszystkich jest tu miejsce - 
licznych dopadły prawa historycznej sprawiedliwości i musieli ustąpić elementowi pewnemu 
klasowo. Wyrugowani trafili  na  margines, na  emeryturę, na urzędnicze posady. Inteligencka 
aktywność,  widoczna  zaraz  po  wojnie,  szybko  została  porażona  -  państwo  zajęło  się 
czytelniami,  amatorskim  teatrem,  wszelką  oświatą,  kasami  oszczędności,  ubezpieczeniami. 
Nawet  gdy  ktoś  pracuje  w  Związku  Spółdzielni  Mleczarskich,  to  przecież  brzmi  to  zgoła 
inaczej niż przedwojenny Związek Rewizyjny Spółdzielni Rolniczych. 

Właściciele kolekcji zdjęć zwięźle przedstawiają najmłodszą generację, tę, która życie 

spędziła w PRL -  informują o jej wykształceniu i zawodzie. Co więcej można napisać? Nie 
dane  im  było  wypełnić  społecznikowskiej  misji  i  nie  ginęli  w  dramatycznych 
okolicznościach. Lakoniczność zapisów robi jednak takie wrażenie, jakby inteligencja czasy 
wielkości  miała  za  sobą,  jakby  była o wiele wyrazistsza wtedy, gdy powstawała przeciwko 
skamieniałemu  społecznemu  ładowi,  niż  w  ostatnich  dziesięcioleciach,  gdy  trwała  chroniąc 

background image

jakieś swe wartości. A cóż dopiero dziś, gdy jakoś sama nie może się odnaleźć w chaosie i w 
zapobiegliwej krzątaninie, które zapanowały w naszym życiu. 

Jest  natomiast  psychologicznie  ciekawym  zjawiskiem,  dlaczego  prawie  wszyscy, 

opowiadając  dzieje  swych  rodzin,  pominęli  to,  co  wydarzyło  się  w  latach  1980-81.  Może 
uważali, że nie jest ich rzeczą podkreślać udział w tym niezwykłym czasie, może jeszcze nie 
przesądzali  wagi  tych  lat,  a  może  nie  chcieli  wchodzić  w  spór  z  donośną  dziś, 
antyinteligencką oceną pierwszej "Solidarności". 

Kiedy jednak emocje ucichną i na ów czas, który w ostatecznym rachunku przyniósł 

wolność, popatrzymy z dystansem - okaże się, że 

 
186 
przedwojenna inteligencja potrafiła przekazać dzieciom i wnukom or-ganicznikowski 

etos,  to  poczucie  powinności,  które  kazało  im  stanąć  po  stronie  ludu  przeciw  możnym, 
wesprzeć go wiedzą i pracą. 

Coś natomiast zmieniło się w nowej Polsce i dziś nie bardzo wiadomo, jak inteligencję 

zdefiniować, odnaleźć w otaczającym  nas zamęcie. Jej trzon, elity  intelektualne przeżywają 
złe czasy, bo formująca się klasa polityczna wypycha je z ważkiej roli, jaką pełniły ponad sto 
kilkadziesiąt  lat.  Warstwa  inteligencka  chyba  się  kurczy,  bo  przecież  nie  jest  tożsama  ze 
"sferą  budżetową".  Bo  niby  jak  do  pokoleń  ofiarnych  lekarzy  i  nauczycielek  mają  się  ich 
następcy zorganizowani w związki zawodowe i walczący metodami klasy robotniczej przede 
wszystkim o swój zbiorowy interes? 

Ponadto doganiamy  normalny  świat, a tam, gdzie zadaniem pisarza  było wydawanie 

książek, lekarza - dobra diagnoza, nauczyciela - poprawność metodyczna, prawnika - obrona 
klienta,  i  nic  więcej,  tam  inteligencja  nie  powstała,  bo  nie  była  do  niczego  potrzebna. 
Powstała  w  krajach,  których  rozwój  historia  zepchnęła  na  boczną  drogę,  powstała  po  to, 
byśmy  nie dali  się wchłonąć przez  silniejszych,  byśmy  nie pozostali poza biegiem dziejów, 
byśmy zdołali nadrobić zapóźnienia. 

W  upośledzonym  i  szczególnym  zarazem  miejscu  Europy  była  nam  niezbędna  i  tak 

naprawdę nie wiemy, czy wykonała już swe wszystkie powinności. 

20 X 1995 
PRAWO DO ZJADANIA CHLEBA 
Ciemny  naród  - powiedział w telewizji  kandydat zwykłych  ludzi  Andrzej  Lepper  na 

widok  pierwszych  prognoz  wyborczych.  Rola  prostego  człowieka,  w  odróżnieniu  od  ról 
lidera,  intelektualisty, działacza publicznego  - pozwala takie sądy swobodnie wygłaszać.  W 
wykonaniu  człowieka  pracy  jest  to  bowiem  coś  w  rodzaju  autorecenzji,  podczas  gdy  w 
pozostałych  przypadkach  stanowiłoby  przykład  patrzenia  z  góry,  wywyższania  się, 
traktowania społeczeństwa z pogardą, jakby z jaś-niepańska. 

Ci,  co  na  taką  lepperową  lapidarność  nie  mogą  sobie  pozwolić,  definiują  rzecz 

ogródkami. 

A zatem  -  wyborcy dali się uwieść  iluzjom, popadli w  mętlik pojęciowy,  nie wiedzą 

tak  naprawdę,  czego  chcą.  Oprócz  ocen  mówiących  o  zbiorowej  głupocie,  spotykamy  też 
dyskwalifikacje  poważniejszej  natury,  a  mianowicie  obwieszczanie  powszechnej  choroby 
moralnej, zaprzaństwa  i czwartego samorozbioru Polski. To wzburzenie  i  potępienie obraca 
się  przeciwko  ludziom,  których  postawa  jest  czymś  zaskakującym  i  zdumiewającym,  jakby 
byli  obcy,  pojawili  się  wśród  nas  nie  wiedzieć  skąd.  Mimo  że  stanowią  połowę  naszej 
populacji,  wybitny  pisarz  w  swym  rozczarowaniu  i  zawodzie  uznał,  że  Polska  ich  nie 
potrzebuje. 

Mamy  zatem  do  rozwiązania  kilka  naraz  dysonansów  poznawczych  tyczących 

najważniejszych spraw naszego życia zbiorowego. Dysonans poznawczy to stan dyskomfortu 

background image

psychicznego  pojawiającego  się,  gdy  dwie  akceptowane  wartości  stają  w  konflikcie,  np. 
szanowany przez nas człowiek okazuje się oszustem. Taką przykrość musimy zlikwidować 

 
188 
bądź  uznając,  że  oszusta  nie  możemy  darzyć  szacunkiem,  bądź  przyjmując,  że  jego 

czyn nie był w istocie niczym nagannym, nie przyniósł np. żadnych szkód, inni nie są lepsi, a 
w ogóle to tak naprawdę przeciwnicy robią szum i tyle. 

Dysonans, jakim jest przykładowe obdarzenie akceptacją krętacza, to jednak drobiazg 

w porównaniu z wagą innych dylematów, jakie się nam objawiły. 

Bo  jako  żywo  nie  może  być  przecież  tak,  że  w  katolickim  kraju  nikłe  odsetki 

potrzebują pobożnej, wskazywanej przez Kościół prawicy. Że tylko około 6 procent Narodu 
popiera  niepodległość,  patriotyzm,  odrazę  do  komuny.  Że  zaledwie  około  10  procent 
społeczeństwa  chce  zmian,  reform,  dostrzega  walor  samoorganizacji  i  harmonijnej 
współpracy. I że ostateczny wybór dokonany przez Polaków nijak się  ma do dominujących 
wśród nich wyobrażeń na własny temat. 

No  właśnie  -  czyżby  odzyskana  wolność  nie  była  dla  Polaków  najważniejsza?  Czy 

pragną, żeby im znów zorganizowano życie jak dawniej, tyle że z mnogością towarów? Czy 
są zbolszewizowani? 

l  czym  właściwie  jest  ta  demokracja,  tak  powszechnie  akceptowana  jako  gwarancja 

sensowności zbiorowych decyzji? Po wojnie komuniści ją zlikwidowali, bo uznali, że nigdy 
nie  uzyskaliby  zgody  społeczeństwa  na  swe  eksperymenty,  potem  latami  podejmowali 
decyzje,  które  owocowały  nonsensami  i  też  uważano  to  za  skutek  rządów 
niedemokratycznych.  Demokracja  odebrała  władzę  małej  niekontrolowanej  grupie  i  dała  ją 
wszystkim, by decydowali większością. A oni znów wybrali ludzi PZPR. 

Czy  zatem  większość  zawsze  siłą  rzeczy  ma  rację  i  wybiera  na  pewno  to,  co 

najlepsze? 

Od  pięciu  lat  największy  problem  powyborczy  mają  ci,  którzy  zwykli  o  żyjących 

między  Odrą  i  Bugiem  mówić  "Naród",  mniejszej  przykrości  doznają  używający  raczej 
określenia "społeczeństwo", zaś najrzadziej  jest ona udziałem tych, którzy patrzą na nas jak 
na "populację" gromadząc wiedzę o warunkach życia, wykształceniu, poglądach. 

Słowo "naród", zwłaszcza wymawiane z dużej litery, nie służy do analizy i opisu, ale 

do  przywoływania  ideału:  pewnych  wartości  niekwestionowanych,  które  krzepią  serca, 
przypominają  oczywiste  powinności,  wzmacniają  wspólnotę.  Są  to  w  naszym  przypadku 
głównie wartości rycersko-heroiczne zapisane w nas mocno, tak, by w razie potrzeby odegrać 
rolę mobilizująco-jednoczącą. A potrzeba ta to zagrożenie na 

189 
tyle  wyraźne,  by  porzucić  powszednią  krzątaninę  i  bronić  prawa  do  niej.  Gdy 

zagrożenia oczywistego, powszechnie dostrzeganego nie ma, owe wartości stanowią przekaz i 
znak,  a  ich  miejscem  jest  szkoła  i  święto.  Przekazuje  się  je  następnemu  pokoleniu  i 
przywołuje w chwilach uroczystych, by przez moment przeżyć więź wspólną, przypomnieć, 
że coś nas łączy ponad codzienność. 

"Społeczeństwo"  nie  musi  się  łączyć  jedynie  z  przymiotnikami  pozytywnymi, 

dotyczącymi  w  dodatku  przymiotów  bohaterskich.  Oznacza  ono  naszą  zbiorowość  jako 
pewną  całość,  która  gromadzi  różne  doświadczenia,  na  którą  oddziałują  rozmaite  bodźce  i 
która reaguje zależnie od tych stymulacji. 

,,Naród"  to  Polacy  walczący  o  wolność,  "społeczeństwo"  to  raczej  Polacy  trwający, 

pracujący, ulegający demoralizacji, mobilizujący się do oporu, łudzący się nadzieją, to znów 
ostrożni i nieufni. 

"Społeczeństwo" - to słowo w pół drogi między najwyższym, odświętnym poziomem 

identyfikacji, czyli "narodem" a beznamiętnym opisem dotyczącym "populacji". 

background image

"Populacja"  to  my  jako  przedmiot  oglądu  nieemocjonalnego.  I  o  ile  opisy  Narodu  i 

Społeczeństwa usiłują znaleźć i nazwać cechy nam wspólne, istotne, szczególnie znaczące, o 
tyle badanie populacji pokazuje spektrum różnic dzielących nas w każdej sprawie. 

Najgorętsze publicystyczne, polityczne spory dotyczą nas jako całości (Polacy nigdy, 

społeczeństwo zawsze...), postrzegają  nas wciąż  jako  jedność zmagającą  się z  nawałą  lub  z 
opresją, ze złem zewnętrznym lub wewnętrznym, z losem niełaskawym. A wszystkie badania 
opinii,  przekonań  wprowadzają  w  tę  wizję  zjednoczonego  wysiłku  kompletne  spustoszenie. 
Różnimy się zasadniczo w kwestii religijnych dogmatów i oceny stanu wojennego; różnimy 
się stosunkiem do PRL-u, do odzyskanej wolności, do prywatnej własności, do Zachodu i do 
Wschodu. 

Tyle że z owym pożądanym przecież pluralizmem nie umiemy sobie poradzić - jakby 

walka  o  prawo  do  niego  służyła  tylko  do  odebrania  monopolu  PZPR  i  oddania  go  drugiej 
stronie.  Teraz  po  naszej  stronie  linii  dawnego  frontu  trwają  zacięte  zmagania  o 
wyeliminowanie  obcych  poglądów.  Pluralizm  postrzegany  jest  jako  faza  przejściowa.  Dla 
niektórych  harcowników  to  tylko  etap  przed  ostateczną  wygraną,  dla  postronnych  i 
zmęczonych - to dowód niedojrzałości; rozdrażnienie zwykłych ludzi na rządzących z reguły 
kończy się wezwaniem do zakończenia kłótni i zabrania się za rozwiązywanie problemów. 

 

190 
Jak wiadomo, przodujemy w Europie w niskiej samoocenie. Nie podobamy się sobie 

w odmiennościach i konfliktach, wstydzimy się nierówności, które nas podzieliły, nie lubimy 
swego groszoróbstwa, dorabiania się, rywalizacji. Polszczyzna tak giętka, gdy chodzi o surmy 
i groby, jest nieporadna, gdy idzie o zjadanie chleba i zarabianie na masło do niego. 

Różniliśmy  się  zawsze  -  są  na  to  ślady  w  historii,  ale  dokonaliśmy  retuszu  naszego 

wizerunku:  na  przykład  Polak  1863  roku  to  oczywiście  Grottgerowski  szlachcic  z  leśnej 
partii, a nie chłop wiozący rannego powstańca na odwach. 

Ze  swych  dziejów  wypreparowaliśmy  pewien  trwały  wątek  czyniąc  zeń  rdzeń 

wspólnej  tożsamości.  Oglądając  się  za  siebie,  widzimy  bohaterskie  zrywy  na  przemian  z 
upartym  trwaniem  i  ten  obraz  wiecznego  oporu  ciągle  służy  nam  do  tych  sądów 
uogólniających, które co raz stają w sprzeczności z decyzjami Polaków występujących w roli 
elektoratu. 

Tymczasem  naprawdę  od  dwustu  lat  w  każdej  generacji  ci,  którzy  wypełniali 

narodową powinność, stanowili znikomą mniejszość. Większość nie tylko nie dołączała, ale i 
znajdowała liczne argumenty przeciw. "Jebał was pies!" - odkrzykiwali im Legioniści, którzy 
akurat wygrali. Bojownicy spraw przegranych nawet takiej satysfakcji nie mieli. Zwycięstwo 
odnosili dopiero zza grobu, kiedy to ich czyny zawłaszczali sobie zjadacze chleba i walkę z 
zaborcą, najeźdźcą  i okupantem, poniesione w  niej ofiary  i cierpienia wpisywali we własną 
historię. I taka się nam ona jawi - bohaterska i piękna. 

W  przerwach  między  zrywami  wysiłkiem  nielicznych  elit  dokonywało  się 

przekształcanie  społeczeństwa.  W  edukacji,  higienie,  organizacji  pracy  następowały 
przemiany  zwane  niegdyś  postępem,  dokonywane  zawsze  z  trudem,  zawsze  przeciw 
większości.  Bo  tych  niespokojnych,  chcących  robić  coś  lepiej,  inaczej,  jest  niewielu.  Są 
niezbędni  społeczeństwu  do  istnienia  tak,  jak  niezbędne  są  oczywiście  i  te  masy  zwykłych 
ludzi  opornych  wobec  zmian,  ludzi,  których  należy  poruszyć,  przekonać,  popchnąć  ku 
nowemu. 

Te masy  były przedmiotem presji władzy obcej  i  pół obcej  i przedmiotem zabiegów 

zbuntowanych  wobec  niej  elit.  Masy  ruszczono,  niem-czono,  sowietyzowano  -  a  z  drugiej 
strony  oświecano,  przekonywano  do  narodowej  sprawy,  cywilizowano,  buntowano,  uczono 
samoobrony. 

background image

Pamiętać też trzeba, że gdy na Zachodzie niższe warstwy sukcesywnie poszerzały swe 

prawa 

obywatelskie, 

np. 

wyborcze, 

nas 

pan                                                                                                                           

owała 

191^ 
jeszcze świadomość w istocie feudalna. Przeorała ją dopiero II wojna, a potem nowy 

ustrój, w którym nadto zarówno propaganda, jak i bunt przeciw władzy dał masom poczucie 
prymatu.  Tak  naprawdę  to  samodzielnym  podmiotem  stały  się  dopiero  w  1989  i  tę,  jakże 
późno  uzyskaną,  pełnoprawność  demonstrują  w  kolejnych  wyborach  ku  osłupieniu.  Przede 
wszystkim  ku  osłupieniu  Kościoła,  elit  intelektualnych,  partii  wyrosłych  z  Sierpnia.  Różnią 
się one tym, że używają albo słowa "naród", albo "społeczeństwo" - ale jednako zakładają, że 
dla takiego bytu oczywiste jest dążenie do wolności, sprawiedliwości, sensownej współpracy, 
efektywności wysiłku itd. Sprawdziły to wszak w czasie zmagań z totalitarnym komunizmem, 
kiedy  wydedukowane  w  opozycyjnych  dyskusjach  pragnienia  zbiorowe  okazały  się 
rzeczywiście potrzebą  milionów, którym przemoc nie pozwalała głośno  ich wyartykułować. 
A  dziś  w  demokratycznym  werdykcie  te  wartości  przegrywają,  statystycznie  biorąc  dla 
większości są nieatrakcyjne. Ludzie nie chcą się mobilizować, organizować ani przeciw, ani 
ku czemuś  - chcą w spokoju zajmować  się swymi sprawami  -  lub gdy  im to nie wychodzi, 
chcą, by władza się nimi zajęła. 

Tego pragnie większość i w końcu to właśnie jest normalne. Normalne, ale w naszym 

doświadczeniu nowe. 

Wiemy,  co  do  naszego  dziedzictwa-balastu  wniosła  szlachta  i  inteligencja: 

romantyczne porywy  i organiczną pracę, zaś spór  między tymi koncepcjami wypełnił  naszą 
historię.  A  co  wnieśli  chłopi?  Chłopi,  których  sarmatyzm  uznawał  za  podbitą  ludność 
tubylczą,  których  panowie  łudzili  obietnicami,  a  ziemię  i  wolność  dał  batiuszka-car,  po 
których ziemi ciągle maszerowały wojska obce i swoje, którym reszta świata jawiła się jako 
wroga,  bo  krzywdził  ich  pan,  ksiądz.  Żyd,  miastowy  i  sąsiad  zza  miedzy.  Chłopi,  którzy 
wyrwali  się  ze  swej  beznadziei  dopiero  za  Polski  Ludowej,  wyszli  do  miast  i  wypłacili  się 
tworząc  administrację,  wojsko,  milicję,  ale  i  klasę  robotniczą,  która  przyłożyła  swą  siłę  do 
upadku  PRL-u.  Ktoś  przecież  wniósł  w  nasze  dzisiejsze  życie  ksobną  zapobiegliwość, 
rzutkość,  nagłą  pracowitość,  cwaniactwo,  handlowe  talenty  -  cechy,  które  wyrabia  sobie 
warstwa  ruchliwa.  Jeśli  dziad  lub  ojciec  porzucali  wieś  i  dorabiali  się  zawodu,  pozycji  w 
mieście, to syn i wnuk łatwiej powtórzy ten wzór wysiłku w znów nowych warunkach. I tak 
rytm  naszego  życia  wyznaczają  cechy  jakby  dotąd  nieistotne,  drugorzędne,  a  przede 
wszystkim  doraźne  i  materialne  -  sprzeczne  z  walorami  uznanymi  za  konstytutywne  dla 
polskiej tożsamości. Tę nie 

 
192 
utrwaloną w naszym zbiorowym autoportrecie prywatną zapobiegliwość w socjalizmie 

doszczętnie  sponiewierano,  a  dziś  trudno  ją  zrehabilitować  nie  tylko  dlatego,  że  jest  czymś 
przyziemnym. Także dlatego, że w naszej tradycji dawno zanikł ten porządek rzeczy, który 
kazał  swoją  zamożność  budować  dla  dobra  wspólnego.  Dobro  wspólne  -  to  ratowanie 
Ojczyzny  w  nieustannej  potrzebie  i  raczej  należało  swój  dobytek  zaniedbać  lub  oddać  dla 
Sprawy, niż się koło niego krzątać. Zapobiegliwość znaczyła zabieganie pro donw sua raczej 
niż  pro  publico  bono.  Tak  się  złożyło,  że  pokolenia  musiały  wybierać  między  dobrem 
ojczyzny a majątkiem, posadą, stanowiskiem, dochodem. 

Tych,  którzy  wybierali  dobra,  pamięć  zbiorowa  nie  uczyniła  bohaterami  wspólnej 

wyobraźni, raczej tłem, na którym pięknie błyszczały cnoty poświęcenia. Dziś przyszedł czas 
niebohaterskiej  większości.  Polityka  jej  nie  dostrzega  i  uporczywie  dmie  w  surmy  spraw 
wielkich  i  świętych,  i  -  jak  pisała  Mirosława  Marody  -  dzieje  się  wśród  wartości 

background image

symbolicznych  o  mocy  jednoczącej  i  jest  rywalizacją  o  to,  kto  zwabi  nimi  więcej 
zwolenników. 

W  czasie  wyborów  natomiast  do  głosu  dochodzi  większość.  A  z  nią  zapracowana, 

zaaferowana codzienność, której szkoda energii na ideowe potyczki, wojny na górze, wieczne 
spory. 

Nie musimy walczyć ani się opierać - wolność okazała się także prawem do wyjścia z 

szeregów i zajęcia się swoimi prozaicznymi sprawami bez poczucia porzucenia powinności i 
wybierania żony i dzieci zamiast ojczyzny. Polityka brzmi jakby ciągle taki wybór stał przed 
nami,  a  tymczasem  zadania  przed  nami  przecież  zgoła  inne:  pustą  przestrzeń  między 
Narodem  i  rodziną  trzeba  zabudować  nowymi  więziami  łączącymi  ludzi,  grupy,  małe 
społeczności. Przyziemne to może, ale najważniejsze. 

Polaryzacja,  o  której  się  tak  dużo  mówi,  nie  tyle  dzieli  społeczeństwo,  ile  opisuje 

schizofreniczną  ofertę,  jaką  mu  przedstawił  świat  polityki.  W  końcowej  fazie  mieliśmy  z 
jednej strony antykomunistyczną krucjatę: 

Wałęsę  z  pęczkiem  św.  Katarzyny,  czyli  mnogością  partii,  z  których  każda  tytuł  do 

istnienia  wysnuwa  z  dufnej  pewności,  że  jest  Polsce  potrzebna.  Po  drugiej  stronie  partia, 
której istotę stanowi ongiś zadzierzgnięta więź wzajemna, zaś oferta zewnętrzna to elastyczny 
pragmatyzm.  Jej  zwycięstwo  może  być  fruktem  zasłużonym:  inżynieria  społeczna  wie  o 
masach dużo więcej niż elity antytotalitarnego oporu. Wie pewnie, że 


w  chwilach  narodowo  osobliwych,  gdy  jest  potrzeba  przeżycia  wspólnoty  na 

najwyższym  diapazonie,  szansę  spadkobierców  PRL-u  są  mizerne,  ale  gdy  święto  się 
skończy, ludzie odwrócą się od werbli i apeli i zechcą spokoju. 

Tak  więc  orzekanie,  iż  wybierać  będziemy  między  dobrem  i  złem,  nie  przyniosło 

sukcesów  i  warto  porzucić  te  czarno-białe  podziały  biorąc  przykład  z  Episkopatu,  który 
mądry  po  szkodzie  zamazuje  dziś  dramatyczną  alternatywę,  jaką  rysował  wyborcom.  Tym 
bardziej, że Kościół służy wartościom, których głosowanie nie unieważnia, w związku z tym 
uderzający brak posłuchu katolików może być przyczynkiem do zmiany stylu duszpasterstwa, 
ale w żadnym razie nie dyskwalifikuje propozycji, jaką jest nauczanie Kościoła. 

Inaczej  ma  się  rzecz  z  partiami  politycznymi.  Ich  celem  jest  czasowe  otrzymanie 

władzy,  otrzymanie  jej  od  większości  obywateli  w  odpowiedzi  na  ofertę  rozwiązania 
problemów odczuwanych najszerzej. I partie wyborcy mogą unicestwić. 

Demokracja bowiem nie jest od tego, żeby stać się narzędziem zwycięstwa katolickiej 

duszy  Narodu  nad  neopogaństwem,  umiłowania  wolności  nad  zaprzaństwem  i  prawdy  nad 
kłamstwem. Demokracja nie jest wariantem sądu bożego, w którym wyniesiony na piedestał 
Lud  rozdziela  dobro od  zła.  Jest  zaledwie  sprawdzonym  sposobem  unikania  nieszczęść.  Ma 
parę  bardzo  ważnych  zalet  i  mnóstwo  wad.  Pierwszą  i  rozstrzygającą  zaletą  są  wybory,  co 
czyni przejmowanie władzy procedurą bezbolesną - poprzednie sposoby sprawiały, że każda 
zmiana  rządów  mogła  przynieść  społeczeństwu  gwałtowne  konwulsję,  a  nierzadko  obrócić 
kraj  w  ruinę.  Drugą  zaletą  demokracji  jest  parlament,  czyli  uznanie  wielości  punktów 
widzenia  i  wprowadzenie  mechanizmu,  w  którym  mogą  się  one  ścierać  swobodnie  -  bez 
oręża, stosów i kazamatów dla tych, którzy mniemają co innego i chwilowo są w mniejszości. 
Trzecią zaletą jest to, że potrafi sobie ona lepiej lub gorzej radzić ze swymi niezbywalnymi 
wadami. 

Podstawową zaś wadę demokracji stanowi oczywisty fakt: większość wcale nie ma z 

natury  rzeczy  racji,  niekoniecznie  odznacza  się  właściwym  sądem  moralnym,  często  nie 
odróżnia rzeczy ważnych od błahych i nie zawsze dostrzega najtrafniejsze rozwiązania. 

Demokracja  chroni  społeczeństwo  przed  błędami  większości,  bo  nawet  miażdżącą 

przewagą głosów nie może ona przeforsować np. deportacji jakiejś mniejszości, obcinania rąk 
złodziejom, wysiedlenia 

background image

 
194 
jakiejś  choćby  uciążliwej  grupy  z  miasta,  konfiskaty  źle  użytkowanej  własności  i 

wielu  innych  rzeczy.  Prawo  chroni  jednostki,  grupy  i  całe  społeczeństwo  przed  samowolą 
tych, co chwilowo mają przewagę,  i w  istocie decyzji  ich zostawia dość wąską  materię. Im 
mniejszą, tym lepiej - a najkorzystniej, by ograniczała się ona do spraw grosza publicznego. 
Choć  należy  pamiętać,  że  nie  ma  gwarancji,  iż  nie  zostanie  popełniony  błąd,  błąd,  który 
sprowadzi nieszczęście, uciążliwości, nieprzewidziane efekty. 

W relację: rządząca elita i rządzone masy zawsze wpisany jest konflikt - pojawi się on 

chwilę potem, jak trybun ludowy, np. Maciej Jankowski, zostanie premierem, jako że nigdy 
nie będzie mógł dać ludziom tego, czego w ich imieniu żąda. Bo dla przeciętnego człowieka 
ważne jest jego życie i chwila bieżąca, a rządzący muszą myśleć o całości i o przyszłości. I 
dzisiejsze nasze podatki przeznaczać na dalsze trwanie instytucji państwa, na przygotowanie 
się do nieszczęść, które mogą się zdarzyć,  na  mnóstwo spraw dla  jednych  najważniejszych, 
dla innych bez sensu. Bezrobotny z upadłego PGR-u, którego dzieci nie dojadają, nigdy nie 
zrozumie, dlaczego państwo wydaje pieniądze na balet. Doświadczenie rządzących mówi, że 
nie można mieć zgody wszystkich na wszystko. 

Władza, elity wiedzą o wiele więcej niż większość ludzi, niż prości zjadacze chleba, 

którzy  nie  turbują  się  zawiłymi  sprawami  ogółu.  Tylko  jednego  nie  wiedzą  -  gdzie  jest  ta 
granica zbiorowej odporności na wyrzeczenie, irytację, wysiłek, trud życia, której nie należy 
przekraczać.  Za  którą  uruchomi  się  obrona  niwecząca  choćby  najbardziej  sensowne  i 
obiecujące zamierzenia. 

Komuniści mieli całą władzę, całą własność, wszelkie zasoby i możliwości. Kiedy to 

zagarniali,  zdawało  im  się,  że  mogą  wszystko  - stworzyć  nowoczesny  przemysł,  zbudować 
miasta, odwrócić bieg rzek, dogonić i przegonić. 

Co było najpowszechniejszą obroną przed nonsensami socjalizmu? Powszechna licha 

praca, czterdzieści pięć  lat produkowania tandety, brzydoty, brudu  i  szarości.  Zmagamy  się 
teraz z tym dziedzictwem wieloletniej - jak mówi prezydent-elekt - "uczciwej pracy milionów 
ludzi". 

Można się spierać, przed czym teraz bronili się wyborcy - przed reformami, wpływami 

Kościoła, ciągłą zmianą - ważne, że czegoś nie 

195 
chcieli.  Siła  demokracji  polega  na  tym,  że  lud,  masy  -  nawet  marnie  wykształcone, 

nawet  porażone  sowietyzmem  -  w  sprawie  granic  swojej  odporności  zawsze  mają  rację.  W 
sprawie  decyzji  komu  oddać  rządy  -  nie  zawsze.  Ale  tylko  kolejne  wybory  powinny 
korygować ewentualny 

błąd. 
Czy  są  dziś  dwie  nowe  Polski,  Wałęsy  i  Kwaśniewskiego?  Są,  ale  inne,  wcale  nie 

nowe.  Odróżnia  je  to  zdumienie  jednej  na  drugą.  Zdumienie  oświeconej,  zaangażowanej 
obywatelsko  mniejszości,  która,  jak  w  poprzednich  pokoleniach,  upełnomocniła  się  do 
zmagań z wrogim systemem w imieniu całego społeczeństwa - na jego ćwiartkę wybierającą 
Tymińskiego,  a  teraz  na  połowę  wybierającą  Kwaśniewskiego.  W  przerwach  między 
wyborami  ta  pierwsza  w  swym  nieustannym  dyskursie  o  Polsce  tej  drugiej  w  ogóle  nie 
dostrzegała, bo ona nie mieściła się w wizerunku, który jest przedmiotem debat. Tymczasem 
ona jest, ma takie same prawa, skorzystała z nich i wygrała. 

Przeszło 160 lat temu Mickiewicz pisał w wierszu Gęby w lud krzyczące: 
Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie 
Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie. 

background image

W  naszych  polskich  zmaganiach  zawsze  chodziło  o  to,  by  lud  stał  się  podmiotem. 

Marzyciele chcieli go przedtem w aniołów przerobić, ale chyba nie wyszło. Będzie się uczył 
na własnych błędach, na tym polega dorastanie. 

9 XII 1995 
 
CO NAM ZDRADY... 
Jeszcze nie do końca oswoiliśmy się z wyborczą decyzją większości, a już pojawiają 

się  następne  pytania:  dlaczego  miesiąc  po  postawieniu  premierowi  zarzutu  zdrady, 
popularność  jego  partii  wzrosła,  lub  dlaczego  zaufanie  do  Józefa  Oleksego  spadło  tak 
niewiele? 

Zbiorowe  reakcje  są  tak  skomplikowane,  że  zawsze  można  wskazać  splot  przyczyn, 

które złożyły się na takie czy inne zachowania. Toteż prawdą jest zapewne, że badani traktują 
zarzuty  jak  dalszy  ciąg  kampanii  wyborczej  i  oceniają  ich  wagę  wedle  źródeł,  z  jakich 
pochodzą, że generalnie  nie  lubią  swarów politycznych, że w ocenach uwzględniają przede 
wszystkim warunki życia, że politykę mają za dziedzinę niemoralną, zatem kolejne grzechy 
jej protagonistów niewiele zmieniają w ich odczuciach, a wreszcie że cała sprawa jeszcze nie 
dotarła w pełni do świadomości Polaków. 

To ostatnie stwierdzenie zakłada, że kiedy wreszcie dotrze, to zachowamy się jak tzw. 

normalne społeczeństwa, które wolą, żeby siły rywalizujące o władzę nie były zamieszane nie 
tylko w oczywiste afery, ale i w sytuacje niejasne lub dwuznaczne. 

Dotychczasowe  doświadczenia  nie  uprawniają,  niestety,  do  wiary  w  normalność 

naszych  zbiorowych  odruchów.  Opinia  publiczna  reprezentowana  przez  media  nader  często 
rozchodziła  się  z  opinią  respondentów,  a  przede  wszystkim  wyborców.  Żeby  już  nie 
wspominać  Tymińskiego,  o  panach  Sekule  i  Gawroniku  prasa  na  ogół  pisała  źle,  a  jednak 
wyborcy dojrzeli jakieś ich walory i obdarzyli parlamentarnym immunitetem. 

Załóżmy teraz roboczo, że zajdzie przypadek  skrajny  - przeciw premierowi zostanie 

podjęte śledztwo, potwierdzą się informacje 

l9T 
"Wprost" o moskiewskich pieniądzach i uwikłaniu kierownictwa SLD w szpiegostwo, 

nadto  poznamy  jeszcze  parę  nazwisk.  Słowem,  że  partii  tej  przydarzy  się  coś  możliwie 
najgorszego - uzasadniony zarzut zdrady narodu. 

I teraz pytanie - czy możemy wykluczyć, że w rozpisanych w takiej sytuacji wyborach 

znów wygra SLD i Józef Oleksy osobiście? 

Rzecz w tym, że nie możemy. Nie sposób prorokować, co zrobi elektorat. 
I właśnie przyczyny tej niepewności co do naszych zbiorowych odczuć, ocen, decyzji 

wydają  się  o  wiele  ciekawsze  i  ważniejsze  niż  odpowiedź  na  pytanie:  szpiegował  czy  nie 
szpiegował? 

Tygodnik  "Wprost"  przeprowadził  badania,  z  których  wynika,  że  Polacy  zdradę 

oceniają podobnie surowo jak morderstwo i gwałt. Niestety, jest to chyba kategoryczność li 
tylko teoretyczna. 

Mimo że Polak widzi swą historię jako ciąg nieustannych zmagań i walk o Ojczyznę, 

mimo że patriotyzm postrzega jako cechę od polskości nieoddzielną - to przecież postawiony 
wobec zjawiska zdrady najczęściej odczuje jej niejednoznaczność. 

W pierwszym odruchu uzna zresztą, że zdrada jest nam obca i przypomni, że w czasie 

wojny nie wydaliśmy Ouislinga, oraz przywoła Sienkiewiczowską tezę, że w Polsce nikt ręki 
na królewski majestat nie podniósł. Wszystko w odróżnieniu od reszty świata. 

Jeśli chodzi o Ouislinga, to zapewne jest to cnota z konieczności. Niemcy z nikim tu 

paktować  nie  chcieli,  a  przedstawiciele  skrajnej  prawicy,  którzy  na  początku  okupacji 
nawiązali kontakty z Wehrmach-tem, zostali wkrótce rozstrzelani w Palmirach i znaleźli się w 
narodowym panteonie. 

background image

Przed  wykształceniem  się  poczucia  narodowego  zdradę  popełniało  się  wobec 

suwerena.  I  tu  krwawe  obyczaje  Piastowiczów  i  Giedyminowi-czów  oraz  zła  opinia  Bony, 
która miała  mieć  na sumieniu nie tylko Barbarę Radziwiłłównę, ale  i książąt mazowieckich 
Janusza  i  Stanisława,  nie  odbiegają  ani  o  jotę  od  europejskich  wzorów  zmagań  rodzinno--
dynastycznych. I wtedy, i potem myśl, że krewny lub poddany może próbować zamachu, stale 
towarzyszyła monarchom polskim, a kiedy umierali, rozchodziły się wieści, że to za sprawą 
trucizny. 

Pewną specyfiką rodzimą było, że gdy już podnoszono rękę na majestat, to czyniono 

to niezdarnie. Zamach Piekarskiego na Zygmunta III 

 
198 
dokonany czekanem skończył się na kilku guzach, a  próby uprowadzenia Stanisława 

Leszczyńskiego i Stanisława Augusta Poniatowskiego też poniosły fiasko. 

Psychicznie  chory  Piekarski  położył  głowę  i  trafił  do  przysłowia,  zaś  oba  porwania 

były czymś - chciałoby się powiedzieć - iście polskim. Improwizacja, gadulstwo spiskowców, 
niechlujność wykonania, zgubienie drogi. 

Obaj  nieuprowadzeni  królowie  wstawili  się  za  porywaczami  -  Leszczyński  swoich 

uwolnił od topora i nadto wyposażył gotówką, Poniatow-ski spiskowca, z którym samowtór 
błąkał  się  po  polach,  przekabacił  na  swoje,  doprowadził  do  domu,  uchronił  od  kary  i 
dożywotnio  płacił  mu  rentę.  Zamach  na  pomazańca  nie  był  zatem  zbrodnią  oczywistą, 
jednoznacznie potępioną i karaną. 

I  właściwie  słusznie  zwykły  poddany  winien  mieć  szansę  uniknięcia  kary,  skoro 

możnowładca  unikał  jej  zawsze  -  bez  względu  na  to,  czy  spiskował  przeciw  królowi, 
sprowadzał obce wojska, planował oderwanie części terytorium. 

Polska  odmienność  powstała  wraz  z  wygaśnięciem  dynastii  -  oto,  oprócz 

powszechnego w feudalnej Europie obowiązku lojalności wobec monarchy, pojawił się u nas 
równorzędny  obowiązek  wierności  wobec  Rzeczpospolitej,  której  istotą  były  szlacheckie 
wolności.  W  artykułach  Henrykowskich  szlachta  zastrzegła  sobie  prawo  występowania 
przeciw  królowi,  jeśli  te  przywileje  naruszy.  I  ilekroć  powstawało,  słuszne  czy  nie, 
domniemanie,  że  król  takie  ma  zamysły,  szlachta  czuła  się  w  prawie  podnieść  sprzeciw  w 
postaci rokoszu lub antykrólewskiej konfederacji. Przy takiej okazji planowano, w jakie inne 
ręce  przekazać  polską  koronę,  zamyślano  o  secesjach,  przelewano  krew  bratobójczo.  I 
powstawał spór - kto zdradził, król czy szlachta pod wodzą któregoś magnata. 

Kończyło się na ugodzie - Zebrzydowski, Radziejowski, Radziwiłł, Lubomirski i inni 

przepraszali króla, on darowywał im winę. Jeden Samuel Zborowski dał gardło, ale stało się 
to za sprawą rywala Za-moyskiego i krzyk się podniósł, że był to zamach na swobody. Choć 
Zborowski był mordercą, banitą i przeciw królowi spiskował. Tu jednak należy przypomnieć, 
iż nie jest tak, że król zawsze chciał  naprawiać Rzeczpospolitą, tylko egoizm magnatów stał 
na przeszkodzie. Henryk Walezy zbiegł, Zygmunt III planował sprzedać koronę Habsburgom 
za sowitą kwotę, a Stanisław Leszczyński gotów był za pomoc 

199 
w objęciu tronu płacić ościennym monarchom ziemiami Rzeczypospolitej. 
W  przedrozbiorowej  Polsce  zdrada  była  zatem  czymś  dyskusyjnym  i  z  reguły 

bezkarnym.  To  drugie  odróżniało  nas  od  innych  krajów  -  tam  również  możnowładcy 
spiskowali, tyle że decyzja taka była rzeczą poważną, bo w razie niepowodzenia płaciło się 
głową. 

Przed rokiem Janusz Tazbir pisząc w "Res Publice Nowej" o zdradzie po staropolsku 

skonstatował:  "Z  natury  jestem  daleki  od  krwiożer-czości,  ale  nieraz  sobie  myślę,  że  dla 
losów szlacheckiej Rzeczpospolitej byłoby może lepiej, gdyby zdradę ojczyzny i u nas karano 

background image

śmiercią  na  szafocie, wzorem  niekoniecznie tureckim czy  moskiewskim, ale  jak  najbardziej 
zachodnim, bo francuskim." 

Może miałoby to znaczenie nie tylko dla szlacheckiej Rzeczypospolitej. 
Nasze dzieje są burzliwe i dramatyczne, a mimo to trudno w nich wskazać oczywiste 

przypadki zdrady. Te, które można by przywołać, są sporne. 

Biskup  Stanisław  Szczepanowski,  którego  Bolesław  Śmiały  ukarał  za  zdradę,  jest 

symbolem niezależności Kościoła i oporu wobec tyranii. Janusz Radziwiłł w naszej tradycji 
rwał Rzeczpospolitą jak sukno na płaszcz wielkoksiążęcy, lecz dla Litwinów jest bohaterem, 
który próbował przywrócić  Wielkiemu Księstwu samodzielność, oddzielając  je od Korony  i 
jej  nieszczęść.  Powraca  pytanie,  czy  może  margrabia  Wielopolski  więcej  zrobił  dla  Polski 
dobrego  niż  ci,  co  go  mieli  za  sprzedawczyka.  Kostka  Napierski  był  agentem  Węgrów,  a 
Jakub Szela Austriaków, niemniej lud ich poparł, więc bywają bohaterami walk o wyzwolenie 
społeczne. Eligiusz Niewiadomski, zabójca prezydenta Narutowicza,  był bohaterem skrajnej 
endecji.  Józef  Mackiewicz,  przez  jednych  odsądzany  od  czci  za  kolaborację  z  Niemcami, 
przez  innych  wielbiony  jest  za  nieprzejednany  antykomunizm.  W  sprawie  zdrady  lub 
bohaterstwa pułkownika Kuklińskiego podzieliliśmy się równo. 

Jeden  niekwestionowany  przykład,  Targowica,  to  niewiele.  W  dodatku też  nie  przez 

wszystkich współczesnych była uważana za zdradę oczywistą, jawiła się licznym jako kolejna 
konfederacja  mająca  ratować  przywileje,  ale  i  Polskę  -  tym  razem  we  współpracy  z  Rosją. 
Pisał Mickiewicz: "Najlepiej to mówi na ich obronę, że wielu i majątkami, 

 
200 
i  osobami  wspierało  powstanie  Kościuszki,  z  którym  wybiła  ostatnia  godzina 

narodowego  bytu;  później,  jeśli  nie  sami,  to  ich  synowie  zapełnili  szeregi  legionistów.  Dla 
kilkunastu wyjątków nie może cierpieć połowa narodu." 

Ciekawe,  czy  na  jednoznaczną  ocenę  Targowicy  miało  wpływ  to,  że  osądzano  ją  z 

późniejszej, posępnej perspektywy rozbiorów, czy fakt, że była to jedyna zdrada ukarana, bo 
przynajmniej niektórych targowiczan nie minęła szubienica. 

Po Targowicy przed Polakami staje kwestia niepodległości - i to jest w naszej historii 

sprawa oczywista i poważna, bo za nią płaciło się krwią. 

Wydawałoby  się,  że  bezdyskusyjność  celu  uczyni  też  wyrazistym  to,  co  z  nim 

sprzeczne, czyli przede wszystkim zdradę. Tymczasem przeciwnie  -  w ostatnich 200  latach 
wątek  zdrady  blednie  i  staje  się  bodaj  jeszcze  bardziej  rozmazany  i  niewyrazisty.  W 
najszerszej potocznej świadomości nie istnieje. 

Polska zdrada nie była grzechem indywidualnym ludzi bez czci i honoru - była na ogół 

czynem gromadnym. Już magnaci wciągali w swe spiski familię, klientów, podległe oddziały. 
W  rokoszach  uczestniczyły  całe  województwa.  A  Karola  Gustawa  szlachta  poparła  niemal 
yiritim. 

Utrata  niepodległości  skomplikowała  problem  lojalności  wobec  swego  kraju.  Na  co 

dzień  ludzie  żyli  pod  berłem  cara  i  cesarzy,  płacili  podatki,  kończyli  szkoły,  robili  kariery 
wojskowe  lub  urzędnicze.  Co  kilkanaście,  kilkadziesiąt  lat  pojawiali  się  jacyś  narwańcy, 
spiskowcy  i  czynili powinność z  buntu, walki, ryzyka, a o normalnym  życiu zawsze ktoś z 
nich  krzyknął:  zdrada!  Ktoś  inny  oponował  -  tylko  niewiedza,  trza  budzić  w  ludziach 
świadomość niewoli. 

Świadomi szukając sposobów walki z przemożną siłą sięgali po oręż słabych - spisek, 

podstęp  oraz  zdradę  uświęconą  przez  literaturę.  Lojalna  służba  zaborcom  dla  ich  przyszłej 
zguby została nazwana walenrodyz-mem. 

Mało  tego  -  czy  tylko  przypadkiem  się  złożyło,  że  dwa  najważniejsze  dzieła,  które 

organizują  naszą tożsamość  narodową, opowiadają o nawróceniu zdrajców?  Jacek Soplica  i 
Andrzej Kmicic, przeciętne szlacheckie warchoły, zajęci swymi miłosnymi perturbacjami, nie 

background image

obdarzeni  nadto  senatorskimi  głowy,  wspomagają  najeźdźców  i  z  ich  ręki  giną  obrońcy 
ojczyzny. Lecz pokutą i patriotyczną zasługą odzyskują dobre imię i szacunek ludzki. 

201 
Pokrzepianie  serc  wymagało  zatem  głoszenia,  że  najcięższe  występki  przeciw 

narodowej  sprawie  można  zmazać,  że  wszelkie  grzechy  mogą  zostać  odpuszczone  i 
zapomniane. 

Jakie  by  nie  było  rozgoryczenie  powstańców,  ludzi  podziemnych,  spiskowców, 

bojowców na obojętność, niechęć, z jaką się spotykali, to większość nie odważyłaby się użyć 
zarzutu zaprzaństwa wobec całego społeczeństwa, bo wtedy walka traciłaby sens. Folgowano 
sobie natomiast bez umiaru wobec swoich, przede wszystkim wobec współtowarzyszy, tych, 
którzy  o  wolność  zabiegali  inaczej,  mieli  odmienne  koncepcje  i  pomysły.  Epitet  "zdrajca" 
zawsze prędzej spadał na innego działacza Sprawy niż na Polaka z drugiej strony barykady - 
w służbie 

carskiej lub cesarskiej. 
Może  tradycja  bezkarności  i  niejednoznaczności  zdrady  sprawiła,  że  niby  to  zarzut 

najcięższy, a przecież rzucano go hojnie i lekko w każdego, kto publicznie zaistniał. 

Od  Chłopickiego  do  Mikołajczyka,  od  Józefa  Conrada  po  Rydza  Śmigłego,  od 

Dmowskiego  do  Cata-Mackiewicza,  od  Piłsudskiego  do  Miłosza  -  pewnie  łatwiej  byłoby 
wymienić tych, których jakimś zbiegiem okoliczności zdrajcami nie okrzyknięto. 

Wgłębienie  się  w  dzieje  naszych  trudnych  zmagań  pozwala  szybko  rozpoznać 

atmosferę  swojskiego  polskiego  piekła.  Ale  ad  usum  delfini,  czyli  do  szerokiego  użytku 
przeszłość wygląda zupełnie inaczej. 

Ledwie  kolejna  generacja  bohaterów  odejdzie  wraz  z  zapiekłością  swych  swatów, 

potomni robią z nimi znaczący ład. Można powiedzieć, że we wspólnej wyobraźni szykują im 
kwatery  kładąc  koło  siebie  zajadłych  wrogów  i  równo obdzielając  ich  hołdem.  Z  upływem 
czasu  ich  wzajemne  obelgi  tracą  znaczenie,  tylko  ten  czyn,  którego  dokonali,  liczy  się  dla 
wnuków.  Łączący  symbol  ważniejszy  jest  od  wiedzy,  która  bywa  przykra  i  może  ludzi 
podzielić.  Drugim  zabiegiem,  którym  poddaje  się  polskiego  bohatera,  jest  wygładzenie  mu 
życiorysu,  skondensowanie  go  do tej  zasługi,  która  zapewniła  mu  pamięć  potomnych.  Jeśli 
bowiem ktoś nie poległ młodo w ojczyzny potrzebie, to na ogół w drugim, a już na pewno w 
trzecim zrywie był kunktatorem, potępiał nierozsądne awantury, okrzykiwał je zdradą wobec 
potrzeb kraju. 

Jako  zbiorowość  nie  chcemy  pamiętać  o  rzeczach  nieprzyjemnych.  O  tym,  że 

bohaterstwo, słabość  i strach  mieszały  się ze sobą, że wielkość  niedaleko była od zawistnej 
małości, że chwała, zaprzaństwo, delatorst- 

 
202 
wo, łudzenie despoty i knucie mu na pohybel mogły się mieścić w jednej biografii. 
Przerabiamy od paru pokoleń naszą trudną historię na dziecinne czytanki, i niech tylko 

ktoś  napisze,  że  partyzanci  źle  traktowali  chłopów,  a  życie  Kościuszki  odbiega  od 
popularnego  oleodruku  -  natychmiast  podnosi  się  chór  protestu.  W  infantylnym  świecie  nie 
ma miejsca na sprawy trudne i złożone - ani na ciśnienie historii na człowieka, ani na słabość 
jego natury. 

Nie  ma  zatem  miejsca  na  najważniejsze  doświadczenie  niewoli  -  takie,  że  zwykły 

człowiek  nigdy  nie  wie,  czy  dane  mu  będzie  spokojnie  przeżyć  swoje  dni,  czy  nie  będzie 
poddany  próbom,  których  wolałby  uniknąć,  czy  nie  będzie  musiał  wybierać  między 
bohaterstwem  a  zdradą  właśnie,  zdradą  towarzyszy  walki,  albo  przekonań,  albo  przyjaciół, 
albo tego, co koledzy w pracy mówią przy herbacie. 

Wojna  na  krótko  uprościła  definicję  zdrady,  ale  po  jej  zakończeniu  wszystko  się 

natychmiast skomplikowało. Drugiego okupanta z 1939 roku potraktowali Polacy odmiennie 

background image

niż  pierwszego.  Ci,  którzy  współpracę  z  komunistami  traktowali  jako  zdradę,  popadali  w 
coraz  większe  osamotnienie  i  rozgoryczenie.  Dookoła  trwał  ruch,  odbudowa,  awans  wsi, 
utrwalanie nowej rzeczywistości - i po paru latach dla większości kształtowanej przez szkoły, 
wojsko,  organizacje,  gazety,  zdrada  była  przede  wszystkim  współpracą  z  zachodnio-
niemieckim  rewanżyzmem,  potem  z  amerykańskim  imperializmem  i  z  NATO.  Świat  był 
klarowny.  Na  wschodzie  sojusznik  -  po  pierwsze  silny,  po  drugie  osłaniający  nas  od 
wiecznego  wroga  -  Niemców.  Na  zachodzie  -  owi  Niemcy  i  państwa,  które  nas  zdradziły. 
Rządy w rękach tych, których  Rosja akceptowała. To wyznaczało ramy zbiorowego życia  i 
cóż z tego, że Polak prywatnie pogardzał Ruskim, tęsknił za zachodnim dostatkiem i starał się 
przechytrzyć władzę? 

Kwestia  zdrady  znów  zaprzątała  jedynie  środowiska  jakoś  opierające  się 

komunizmowi, one rysowały granice przyzwoitości  i zaprzaństwa. Granice te były  nieostre, 
rozmyte i ruchome. Nierzadko przesuwały się w jednym życiorysie. 

Sześć lat temu wielka zmiana polegała też na tym, że z dnia na dzień przemodelowała 

wizję  świata,  zamieniła  wrogów  na  sojuszników  i  na  odwrót,  wprowadziła  nowe  kryteria 
patriotyzmu.  A  wszystko  to  dokonywało  się  w  konwencji  sporów  i  oskarżeń  na  górze,  z 
całkowitym 

203 
lekceważeniem  psychologicznych  skutków  na  dole.  Szary  Polak  nie-kształcony,  nie 

czytający,  zdany  na  telewizor  dowiadywał  się  nagle,  że  wszyscy  wiedzieli  o  Katyniu,  o 
rosyjskiej  okupacji,  o  zgubnej  roli  PZPR,  o  kłamstwie  propagandy,  jakoby  Niemcy  chcieli 
nam odebrać Ziemie Odzyskane - tylko on jeden był głupi i naiwny, jeśli nie gorzej. Bo co 
właściwie robił, kiedy składał przysięgę w wojsku? 

Jeśli  przyjąć  -  czego  nie  sposób  zakwestionować  i  nikt  jak  dotąd tego  nie  robi  -  że 

Polska  uległa  presji  obcego  państwa  i  była  jej  poddana  przez  blisko  pół  wieku,  to  nic 
dziwnego, że toczy się też spór o zdradę. Dla jednych na miano zdrajców zasługują ci, którzy 
zgodzili się na obcą okupację, a przynajmniej członkowie PZPR, a już na pewno jej wybrani 
funkcjonariusze.  Dla  innych  winą  może  być  tylko  złamanie  prawa,  a  odpowiedzialność 
zbiorowa jest niedopuszczalna. Na to kolejni odpowiadają, że zdradą szczególnie przewrotną 
jest  ta  okrągłostołowa,  nadto  stanowi  ona  logiczną  konsekwencję  rzekomo  opozycyjnej 
działalności. 

Tylko  nikt  nie  proponuje  takiego  trybu  rozstrzygnięcia  sprawy,  jaki  dotyczył 

okupacyjnej kolaboracji. Bo musiałoby ono dotyczyć milionów. 

Tak już jest, że człowiek, który służy pod obcymi rozkazami, podejmuje współpracę w 

różnych formach, bierze udział w rytuałach wdzięczności i przyjaźni  - popełnia zdradę, i tak 
to było kwalifikowane w wypadku Niemców. Zgoła inaczej jest, gdy to wszystko robi się w 
masie,  z  milionami  innych  współobywateli.  Miliony  nie  mogą  bowiem  zdradzić  ojczyzny  - 
mogą być otumanione, nieświadome, okłamane. 

Ta konstatacja ma pewną podstawową słabość  - ktoś przecież podejmował decyzje o 

naszym życiu, a przynajmniej był ich pasem transmisyjnym, dopuszczał się inkryminowanej 
czynności  jako  pierwszy  i  nie  można  raczej  mówić  o otumanieniu.  Trudno  więc  się  dziwić 
pokusie,  aby  z  nieświadomego  tłumu  wydobyć  poszczególne  jednostki  i  przykładnie 
potraktować. 

Dyskusje  o  karaniu  brzmią  tak,  jakby  miały  na  oku  głównie  przeciwników 

politycznych, ale odbywają się nad głową neurotycznego społeczeństwa. 

Społeczeństwa, w którego pamięć wryte jest takie doświadczenie, że ilekroć na górze 

rzucają  oskarżeniami,  tylekroć  na  dole  padają  rykoszety.  III  Rzeczpospolita  pewnie  raczej 
wzmocniła te lęki. W ciągu paru lat złe czasy przyszły na milicję, PGR-y, byłych partyjnych, 
państwowe zakłady - tak jak kiedyś na kułaków czy spekulantów. Jest więc powód, by 

 

background image

204 
obawiać się, że naszej niebohaterskiej populacji kara zostanie wymierzona losowo. 
Cyklicznie  powracają  plany  lustracji  i  dekomunizacji  i  właściwie  już  wiadomo,  że 

lepiej  było  siedzieć  cicho,  niż  zmagać  się  z  komuną.  Pół  biedy  jeśli  akcja  ma  dotyczyć 
polityków,  ale  jeśli  rozleje  się  szerzej?  Czy  może  się  okazać,  że  lepiej  było  nie  jechać  na 
studia do Moskwy, nie załapać się na Pociąg Przyjaźni, nie zapisać się do TPPR  - a tam też 
należały miliony ludzi? 

Poczucie  bezpieczeństwa  należy  do  podstawowych  potrzeb  ludzkich,  nie  można  się 

więc  dziwić,  że  po  wszystkich  wstrząsach,  przenicowaniu  znanego  świata  zmęczeni  i 
zabiegani Polacy  pragną spokoju  i  systematycznie on zabiegają.  Wygnali  z sejmu swarliwą 
prawicę, nie chcieli kolejnych koniecznych zmian, pozbyli się Wałęsy, który dobrze się czuł 
tylko w konfliktach 

Wygrał  ten,  kto  oferował  rzecz  pożądaną.  Ostoją  spokoju  okazał  się  SLD  -  potrafił 

przekonać, że prowadzi politykę umiaru, że dba o rozwój i troszczy się o równość, że obce są 
mu swary, że nie pozwoli, by dawne decyzje, wybory ścigały ludzi latami. 

Każda  fala  zagrożenia  rozliczeniami,  grzebaniem  w  życiorysach  będzie  popychała 

ludzi ku SLD kojarzącemu  się z umiarem  i wyrozumiałością dla pogmatwanych życiowych 
dróg. SLD gwarantuje terapię: 

pracowaliśmy uczciwie, myśleć trzeba do przodu, będziemy żyć we wspólnej Polsce. 
Z punktu widzenia zbiorowych potrzeb  jest to oczywiście o wiele sensowniejsze  niż 

powracające kłótnie o to, czy jakieś sankcje winny dotknąć tylko lektorów wojewódzkich, czy 
także powiatowych. 

SLD  jest  zatem  beneficjentem  nie  tylko  trudów  transformacji,  ale  i  tego,  że  Trzecia 

Rzeczpospolita nie zdobyła się na wielkoduszność Drugiej, która nie rozliczała z zaborczych 
zaszłości. 

A przecież jeszcze w latach osiemdziesiątych żywa była zasada wdrożona w zbiorową 

pamięć:  dołącz  dziś  do  Sprawy,  a  przekreślisz  tym  swą  dotychczasową  niewiedzę,  swe 
tchórzostwo, swą małość. Po zwycięstwie okazało się, że żadna zasługa nie zmywa grzechów, 
przeciwnie - jeden grzech, młodzieńcza przewina potrafi przekreślić lata ofiarnej pokuty. 

Polskie  piekło,  zarzuty  zdrady  nie  są  niczym  nowym  -  tyle  że  co  innego,  gdy 

odbywały się w konspiracji, w podziemiu, w emigracyjnym 

205 
salonie  -  tam  potępieńcze  swary  zatruwały  życie  tym,  którzy  chcieli  w.  nich 

uczestniczyć  i  którzy  ponadto  widzieli  w  nich  starcia  koncepcji  i  idei.  Zupełnie  co  innego, 
gdy  wieczne awantury zatruwają życie  milionom. Owe  miliony  nieustannie komunikują, że 
nie chcą awantur, że ich nie rozumieją, że politycy zajmują się tylko swoimi sprawami i że 
byłoby miło, gdyby powstała koalicja wszystkich partii w sejmie i zajęła 

się rozwiązywaniem problemów. 
Jest  w  tym  oczywiście  tęsknota  za  ładem  Polski  Ludowej,  w  której  też  robili,  co 

chcieli, ale chociaż ludziom nerwów nie szarpali. Jest polskie zdziecinnienie, o którym pisał 
Stanisław Brzozowski: "Dobre, cenne, słuszne jest to, co nas nie rani, co nami nie wstrząsa, 
nie  razi  naszych  nałogów  i  przyzwyczajeń."  Jest  jednak  i  poczucie,  że  ten  cały  polityczny 
gwar jest grą wewnętrzną, do ludzi nie skierowaną. 

Cóż w tym gwarze znaczy jeszcze jeden zarzut, wcale nie nowy, bo proces o "płatnych 

zdrajców, pachołków Rosji" pewnie jeszcze się toczy. Znaczy tyle, że znów będzie nagonka, 
awantura, rozróby na ulicach i pewnie będą się czepiać partyjnych. 

Możliwe,  że  traktujemy  zdradę  jako  grzech  bardzo  ciężki,  ale  już  to,  na  czym  ona 

polega, jest kwestią niejasną i zamazaną. Jak zawsze u nas jest to zarzut rzucany na wszystkie 
strony,  ale  i  łatwy  do  odparowania,  z  powodu  powszechności,  szczególnych  warunków, 
mniejszego zła, walenrodyzmu, realizmu, złej woli oskarżyciela itp. 

background image

Nad naszą dzisiejszą bezradnością wobec zdrady ciąży zapewne tradycja - bezkarność 

możnych,  niejasny  adresat  lojalności  -  najpierw  król  lub  Rzeczpospolita,  potem  Petersburg, 
Wiedeń,  Berlin  -  albo  ta odległa  Polska  wymarzona,  ale  nie  istniejąca.  A  wreszcie  ostatnie 
dziesięciolecia,  których  jeszcze  nie  zamieniliśmy  na  krzepiącą  opowieść  o  oporze  wobec 
presji  mocarstwa  -  na  to  przyjdzie  jeszcze  poczekać,  ale  można  przewidzieć,  że  rzeczy 
otrzymają właściwą miarę (Mazowiecki trafi do Historii, a Parys do przypisów), natomiast to, 
co przykre: 

zbiorowe 

grzechy 

zostaną 

wspólnej 

pamięci                                                                                                                              

wyparte. 

To, jak zbiorowa świadomość zmaga się z kwestią zdrady, nie rozstrzyga oczywiście 

ani co jest prawdą, ani co jest sprawiedliwe. Prawda i sprawiedliwość nie mają w sobie siły 
porażającej umysły. W tych sprawach  miliony  nie są powołane do orzekania. Prawdy  może 
dociekać jeden człowiek przeciw wszystkim, a sprawiedliwość jest w gestii prawa. 

 
206 
Jeżeli zdrada ma stać się czymś jednoznacznym, nie zaś czymś względnym, zależnym 

od  okoliczności,  jeżeli  bezprecedensowe  oskarżenie  nie  ma  się  rozejść  po  kościach  dla 
świętego spokoju, to trzeba się trzymać konkretu: człowieka, zarzutu, sądu. 

Wtedy  nie  będzie  miało  znaczenia,  jaki  procent  badanych  co  uważa.  Zamienianie 

konkretnej sprawy w oskarżenie zbiorowe zrówna ją z codziennie rzucanymi inwektywami i 
wprowadzi na dobrze znany teren winy wspólnej, której nie można ukarać, która musi zostać 
odpuszczona i, niestety - zapomniana. 

'10 II 1996 
PATRONI, KLIENCI I OBYWATELE 
Wiele  wskazuje  na  to,  że  pytanie,  dlaczego  w  Polsce  zwycięża  SLD,  będzie  nas 

turbowało jeszcze przez parę  lat. Tymczasem klimat do rozważania przyczyn tego zjawiska 
znów  zrobił  się  nie  sprzyjający,  bo  wkraczamy  w  czas  kampanii  przedwyborczej  i  to  na 
mocno spolaryzowanej scenie 

Już  widać,  że  grzmieć  na  niej  będzie  moralna  dyskwalifikacja  komunizmu  jako 

formacji  obarczonej  piętnem  zdrady,  zbrodni  i  bezbożności.  A  zarzuty  najcięższe 
uniemożliwiają sformułowanie rzeczowych argumentów mających przekonać ludzi, by jej nie 
zawierzali. Przecież gdy się komuś udowadnia zbrodnię, to trochę bez sensu dodawać, że ma 
też złe skłonności, wstrętny charakter i zatruwa otoczeniu życie. 

Zafiksowanie  się  najbardziej  krzykliwych  wrogów  politycznych  na  zdradzie,  na 

ubeckich zbrodniach sprzed dziesięcioleci  niezwykle ułatwia życie działaczom SdRP  i PSL. 
Oni urodzili się później, do polityki poszli ze społecznikowskich motywów, a intencje mieli 
szlachetne: chcieli zrealizować mit sprawiedliwości społecznej, unowocześnić Polskę, osłonić 
ją przed skrajnym kopiowaniem radzieckich wzorów, skoro już "wolny" świat zdecydował, że 
nasze  miejsce  jest  w  rosyjskiej  żonie.  O  wiele  trudniej  działaczom  tych  partii  byłoby 
odpowiedzieć  na  pytanie,  dlaczego  system,  który  współtworzyli  i  w  którym  się  dobrze 
urządzili,  był tak strasznie  marnotrawny,  że zniszczył kraj, zniweczył umiejętności  i  szansę 
paru generacji. 

Czy  ta  ruina  i  to  zaprzepaszczenie  to  były  tylko  koszty  równości,  pełnego 

zatrudnienia,  bezpłatnych  świadczeń?  Czy  też  były  to  jakieś  cechy  nieodłączne  od  sposobu 
rządzenia, cechy, które porażały wszelką 

 
208 
aktywność,  zaradność,  prężność?  Pytanie  to  ważne,  zwłaszcza  że  paraliżowanie 

aktywności  -  w  odróżnieniu  od  likwidacji  klas  wyższych,  prywatnej  własności  i  wyzysku 
człowieka  przez  człowieka  -  nie  było  celem  ustrojowym.  Mało  tego,  obietnica  ustrojowa 

background image

głosiła,  że  dopiero  socjalizm  pozwoli  jednostce  rozwinąć  w  pełni  swe  możliwości.  I  od 
początku  montowania  Polski  Ludowej  temat  marnowania  ludzkiego  pragnienia,  by  coś 
sensownego  zrobić,  był  stale  obecny  w  sztuce  i  publicystyce,  nieustannie  powracał  wątek 
wynalazców, inżynierów, społeczników, którzy coś potrafili, chcieli zrobić - ale im nie dano. 

W praktyce bowiem system miał wmontowany mechanizm obronny, który uruchamiał 

się  natychmiast  na  widok  społecznika,  ideowca,  maniaka  ogarniętego  myślą,  by  ocalić 
zabytek,  założyć  zespół  ludowy,  usprawnić  produkcję.  Władza  usiłowała  dociec,  6  co 
naprawdę chodzi namolnemu petentowi - o pieniądze, karierę? To były dążenia zrozumiałe i 
pomysł  harcerskiej  akcji  "ku  czci"  lub  rajdu  "szlakiem  partyzanckim"  mógł  zyskać 
akceptację.  Ale  jeśli  widać  było,  że  ktoś  pragnie  zrobić  coś  dla  innych,  dla  sprawy,  którą 
uważa  za  ważną  -  był  zagrożeniem.  Jeszcze  większym  zagrożeniem  byli  ludzie,  którzy  coś 
chcieli robić razem 

- ustawić huśtawki dla dzieci, zbudować mostek, zasadzić kwiaty, komuś pomóc, coś 

zorganizować. 

Cała  sfera  ludzkiej  aktywności  była  tym,  z  czym  władze  komunistyczne  zawsze  i 

nieustannie  walczyły.  Pytanie,  jakie  dziś  warto  sobie  zadać,  brzmi  -  dlaczego?  Co  było 
powodem  tego  bezsensownego  marnotrawstwa?  I  czy  ten  odruch  tłumienia  aktywności  i 
inicjatywy jest nadal cechą formacji postkomunistycznej? 

Jakiś czas temu przez media przetoczył się spór o początek stalinizmu. Odrzucano w 

nim  oficjalną  datę  -  1948  rok  -  i  wskazywano,  że  terror  zaczął  się  w  1944  wraz  z 
wchodzeniem wojsk radzieckich. Ale zwykli ludzie pamiętający tamte czasy uważali, że zaraz 
po  wojnie  dawało  się  żyć,  a  stalinizm  zaczął  się  w  końcu  lat  czterdziestych.  Nie  szło  im 
jednak o wewnątrzpartyjne czystki, ale o to, że obok terroru wybiórczego wymierzonego w 
akowców  i  opozycję  pojawiło  się  zjawisko  dotyczące  wszystkich.  Władza  zaczęła  wtedy 
konsekwentnie  porażać  środowisko  społeczne  każdego  człowieka.  Targ,  sklep,  drużyna 
harcerska,  kółko  śpiewacze,  spółdzielnia,  ogródek  jordanowski,  szewc,  adwokat  -  całe 
otoczenie, dotąd ludziom życzliwe, bo nastawione na ich obsługę i satysfakcję, zamieniało się 
w odpychające instytucje, zawsze wrogie, 

209 
zirytowane  petentem,  zależne  już  nie  od  niego,  ale  od  jakiejś  centrali,  góry,  która 

wszystkie je czyniła elementem swego wszechstronnego dozoru. 

Dziś  ustrój  ten  nazywamy  nakazowo-rozdzielczym.  Najczęściej  wspominamy  go  z 

punktu widzenia ofiary, więc jego istotą jawią się nam owe zakazy i nakazy. Gdyby  jednak 
spojrzeć  na  przeszłość  oczyma  szarego  uczestnika,  to  treścią  naszej  codzienności  była 
przecież "rozdzielczość". 

Wszelkie  dobra  należały  do  klasy  właścicieli  Polski  Ludowej  -  i  kluczem  do  ich 

zdobycia  były  plecy,  dojścia,  znajomości.  Czyli  personalne  więzi  między  dysponentem-
decydentem  a  osobą  postawioną  niżej,  która  za  otrzymane  dobro  przyjmowała  status 
wdzięcznego dłużnika gotowego odpłacić w razie potrzeby poparciem, lojalnością, informacją 
- czy czego tam towarzysz zapragnie. Od osobistych układów zależało wszystko: 

przydział inwestycji dla województwa, dostawy deficytowych materiałów dla fabryki, 

niezbędne dewizy, pozwolenie na budowę szosy. Tak funkcjonowało państwo, ale podobnie 
jego wszyscy mieszkańcy - bo również od osobistych układów zależało zdobycie mieszkania, 
telefonu, nawozu, biletu do teatru lub wołowiny z kością. 

Istotą  tego  ustroju  było  to,  że  obok  władzy,  pieniędzy  i  przywilejów  -  dóbr 

pożądanych wszędzie - obiektem pragnień i zabiegów stawały się też zezwolenia, pozytywne 
decyzje,  zgody  -  i  coraz  szersza  lista  towarów.  Kiedy  znalazły  się  na  niej  smalec,  zapałki  i 
wata - ustrój osiągnął granice rozwoju. 

W mechanizmie wstępnej podejrzliwości i rutynowej odmowy, który obowiązywał w 

całym  instytucjonalnym  otoczeniu  człowieka,  było  coś  więcej  niż  wola  Partii,  by  objąć 

background image

wszystko  totalną  kontrolą.  Powody,  które  w  każdym  ogniwie  decyzyjnej  machiny 
motywowały jej funkcjonariuszy do identycznych zachowań, zawsze tych samych  - żeby nie 
wydać  pozwolenia  na  budowę  drogi,  wdrożenie  wynalazku,  powołanie  stowarzyszenia 
miłośników turystyki - były proste. Cały ten wielki aparat istniał, funkcjonował, rozrastał się 
dzięki  temu,  że  rozdawał.  A  żeby  móc  rozdawać,  musiał  mnożyć  rzeczy  rzadkie,  trudno 
dostępne, szeroko pożądane. 

Właściciele PRL-u zawłaszczyli majątek narodowy i rozdawali lenna. Lecz ukryli ten 

proceder  w  systemie  powszechnego  rozdawnictwa  i  wymiany  usług.  W  miejsce  normalnej 
satysfakcji z pracy wprowadzili satysfakcję z dystrybucji, z przyznawania, z dzielenia. Miał ją 
I sekretarz 

 
210 
i ekspedientka w mięsnym, minister i aptekarz decydujący, po ile paczek waty będzie 

wydawał. I każdy z nas - bo każdy posiadał jakieś dobro, którym mógł się wypłacić za inne. 
Mogła to być choćby znajomość z prezesem spółdzielni lub protekcja u baby z cielęciną. 

System przerobił swą nieudolność i niewydajność na źródło powszechnie dostępnego 

poczucia sukcesu ze zdobycia, dojścia, dania, załatwienia. I aczkolwiek władza zachowywała 
się,  jakby  te  zjawiska  były  tylko  nagannymi  incydentami,  to  udało  jej  się  zaszczepić 
społeczeństwu zbiorową mentalność klienta wobec państwa. Ogłosiła  je  jedynym  szafarzem 
dóbr,  bo  tylko  ono  potrafi  rozdać  je  sprawiedliwie,  a  ludność  zepchnęła  do  roli  wiecznych 
petentów. Petentów jakże  niewdzięcznych  - nie dość bowiem, że dostają pracę,  mieszkania, 
zaopatrzenie  w  żywność  i  odzież,  naukę,  lecznictwo,  dostęp  do  kultury,  to  ciągle  im  mało, 
stale od państwa czegoś chcą. 

Socjolog  Jacek  Tarkowski  w  książce  Patroni  i  klienci  wskazał,  jakie  warunki 

sprawiają,  że  w  społeczeństwie  dominująca  staje  się  relacja  patron  -  klient:  niedobór 
wszystkiego  musi  być  strukturalną  cechą,  interesy  indywidualne  i  grupowe  muszą  być 
podporządkowane  ogólnospołecznym  oraz  musi  istnieć  zakaz  organizowania  się  wokół 
swoich  spraw.  Bo  cały  system  oparty  jest  na  więziach  pionowych,  na  zależności  tych  niżej 
ustawionych od tych ulokowanych wyżej. Polecenia, decyzje, dobra mają jeden kierunek  - z 
góry  w  dół.  To,  co  mogło  taki  ład  zakłócić,  to  więzi  poziome  -  zebranie  się  razem  ludzi, 
którzy chcieliby wpłynąć na decyzję, a nie tylko ją otrzymać, chcieliby coś zrobić sami, a nie 
o to prosić. 

Typ relacji, jaki był istotą życia w PRL-u, nie stanowił wcale wynalazku komunizmu - 

był kopią tego, co ludzie znali od stuleci. Lecz w feudalizmie nazywano rzeczy po imieniu: 
suweren  i  wasal,  pan  i  poddany,  patron  i  klient.  Suweren,  patron  dawał  swemu  klientowi 
poparcie i opiekę, a on - lennik, poddany - winien był za to lojalność i wdzięczność. Patron 
posiadał pożądane dobra, jak majętności, posady, godności, urzędy, a klient o nie zabiegał. 

Wymiana  łask,  dóbr,  godności  w  zamian  za  lojalność,  wierność  i  wdzięczność  była 

sposobem funkcjonowania tego społeczeństwa, bo jego istotą była hierarchia, pionowe więzi, 
dziedziczone miejsce społeczne i dziedziczone osobiste zależności. 

211 
Socjalizm przejął te nawyki, tyle że załgał je demokratyczną frazeologią. I sprawił, że 

demokracja,  którą  Polska  zaczęła  budować  z  olbrzymim  opóźnieniem,  stała  się  ledwie 
epizodem,  małą  przerwą  zakłócającą  odwieczny  ład  podziału  na  możnych  i  tych,  którzy 
muszą  wieszać  się  u  ich  klamki,  zabiegać  o  względy,  prosić  o  łaski,  dowodzić  oddania, 
lojalności i posłuszeństwa. 

,,Despotyzm, który z natury swojej jest tchórzliwy, w izolowaniu ludzi od siebie widzi 

najpełniejszą  rękojmię  własnej  trwałości  i  zwykle  dokłada  wszelkich  starań,  by  ich  dzielić. 
Despota  łatwo  wybacza  rządzonym,  iż  go  nie  kochają,  byleby  tylko  nie  kochali  się  między 
sobą. Ludzi, którzy pragną połączyć swe wysiłki  dla tworzenia  wspólnego dobra, uważa za 

background image

duchy  wichrzycielskie  i  niespokojne,  a  przeinaczając  właściwy  sens  słów  dobrymi 
obywatelami nazywa tych, którzy zamykają się we własnych czterech ścianach". 

Tak  w  Demokracji  w  Ameryce  pisał  Alexis  de  Tocqueville,  arystokrata  francuski, 

rozdarty  między  starymi  i  nowymi  czasy,  który  rozumiał,  że  demokracja  jest  nieuchronna, 
widział,  jak rodzi się w konwulsjach  naprzemiennych rewolucji  i restauracji,  i dostrzegł, że 
"najbardziej naturalną potrzebą człowieka jest wolność łączenia swych wysiłków z wysiłkami 
innych  ludzi  i  wspólnego  z  nimi  działania".  Baczny  obserwator  narodzin  kapitalizmu  i 
demokracji  uznał  za  ich  gwarancję  wolność  stowarzyszania  się.  Bo  ludzie  rozproszeni,  nie 
mogący  zorganizować  się  wokół  ważnych  dla  siebie  spraw,  stają  się  masą  łatwą  do 
kierowania, terroryzowania i wyzyskiwania. 

Pierwsze  dobrowolne  stowarzyszenia  pojawiły  się  w  czasach  oświecenia  i  w  nich 

właśnie  fermentowały  obrazoburcze  idee,  takie  na  przykład,  że  ludzie  są  równi.  Że  mają 
prawo się łączyć wedle interesów i poglądów na przekór stanowym barierom. Że w miejsce 
jednej  obowiązującej  woli  monarszej  mogą  się  pojawić  reprezentacje  różnych  środowisk  i 
różnych opcji. 

Uznanie, że ludzie rodzą się równi, było zaledwie początkiem drogi. Przez cały XIX 

wiek  poddani  zmieniali  się  powoli  w  obywateli,  a  rządzący  z  oporem  ustępowali  zarówno 
wobec  rewolucji,  strajków,  powstań,  buntów,  jak  i  wobec  nacisków  na  zwiększenie  praw 
wyborczych,  zniesienie  niewolnictwa,  ograniczenie  wyzysku  robotników,  zrównanie  praw 
kobiet, uwolnienie chłopów, rozszerzenie swobód podbitych narodów. 

 
212 
Ludzie  coraz  sprawniej  organizowali  się,  by  już  nie  tylko  siłą,  ale  coraz  częściej 

presją, ograniczać władzę. 

Tę tendencję usiłowały odwrócić rządy totalitarne. Komunizm i faszyzm potraktowały 

ludzi  jak  tworzywo  nowego  ładu  i  pierwszą  rzeczą,  jaką  zrobiły,  było  zniszczenie 
społecznych  więzi  i  stworzenie  zorganizowanych  mas.  Rozwiązywano  po  prostu  wszystkie 
organizacje,  a  w  to  miejsce  wprowadzano  nowe,  masowe,  do  których  przynależność  często 
była obowiązkowa. 

W  Polsce  komuniści,  wprowadzając  swój  ład  martwoty,  niszczyli  społeczne 

umiejętności,  dzięki  którym  potrafiliśmy  przetrwać  zabory,  odbudować  niepodległość, 
stworzyć  państwo  podziemne  i  znów  zacząć  odbudowę.  I  może  ważniejsze  od  zdolności 
spiskowych  były  sprawności  cywilne  -  te,  z  których  rodziły  się  towarzystwa  kredytowe, 
naukowe,  czytelnicze  i  gimnastyczne.  Dla  komunistów  umiejętność  zorganizowania 
podziemnego szkolnictwa była pewnie równie groźna jak nawyk spiskowania. 

Po opanowaniu  zatem  władzy  politycznej  oraz  upaństwowieniu  gospodarki  i  handlu 

przyszedł czas  na podporządkowanie sobie wszelkiej  ludzkiej działalności. Scentralizowano 
ruch  spółdzielczy  i  po  przeszło  stu  latach  przywrócono  przymus  cechowy.  Kontrola  nad 
ludźmi  jako  pracownikami  była  dopełniona.  Pozostawała  ich  aktywność  obywatelska, 
społecznikowska, twórcza, ta związana z pasjami i zainteresowaniami. 

Najwięcej  organizacji  zlikwidowano  konfiskując  im  majątek  (objęło  to  wszystkie 

fundacje),  inne  przejmowano,  jak  Caritas,  kolejne  wywłaszczano,  ale  utrzymywano  pod 
kontrolą,  jak  PCK,  liczne  połączono  w  ogólnopolskie  struktury  przywalone  centralnymi 
czapami. 

Wkrótce  miejsce  po  działalności  oddolnej,  obywatelskiej  zostało  zabudowane 

atrapami,  czyli  "organizacjami  społecznymi".  Naiwny,  który  chciał  założyć  jakieś 
stowarzyszenie,  był  informowany,  że  danym  problemem  zajmuje  się  PTTK,  Liga  Ochrony 
Przyrody  albo  Towarzystwo  Przyjaciół  Dzieci,  nie  ma  zatem  powodu  tworzyć  czegoś 
nowego. 

background image

A  jednak  każde  osłabienie  władzy  komunistycznej,  każda  kolejna  odwilż 

wykorzystywana  była  do  powołania  nowych  społecznych  instytucji:  regiony  wywalczyły 
sobie prawo tworzenia towarzystw miłośników ziemi takiej lub innej, mniejszości narodowe 
towarzystw  społecz-no-kulturalnych,  środowiska  katolickie  Klubów  Inteligencji  Katolickiej. 
Z czasem różne organizacje zaczynały okazywać krnąbrność, przyjmo- 

213 
wać  demokratyczne  procedury,  lekceważyć  sugestie  władz.  Dość  przypomnieć  rolę, 

jaką od połowy lat pięćdziesiątych odgrywał Związek Literatów Polskich. 

W  latach  siedemdziesiątych  środowiska  opozycyjnej  inteligencji  przywołując 

najlepsze  swe  tradycje  stworzyły  KOR  i  tym  samym  strefę  wolności,  w  której  zaczęły  się 
pojawiać  nowe  inicjatywy  obywatelskie,  jak  kwartalnik  "ZAPIS",  Niezależna  Oficyna 
Wydawnicza,  coraz  liczniejsze  pisma,  Towarzystwo  Kursów  Naukowych,  Patronat, 
Studenckie  Komitety  Solidarności,  Wolne  Związki  Zawodowe.  Potem  była  "Solidarność"  i 
wokół niej wielki ruch samoorganizacji. 

A  potem  stan  wojenny  i  wielkie  przywracanie  porządku.  Reżim  już  nie  miał  sił  na 

rewolucyjne  likwidacje  i  konfiskaty.  Dokonał  podmiany  -  w  miejsce  związków, 
stowarzyszeń, komitetów samorządnych i niezależnych powołał nowe, z ludzi zaufanych, i im 
przekazał  zawłaszczony  majątek  tych  pierwszych.  Ale  już  nie  był  w  stanie  stłumić 
podziemnej  samoorganizacji.  Polacy  jakby  siłą  nawyku  ćwiczyli  wszystkie  formy  oporu 
wypróbowane przez 200 lat, tworząc społeczeństwo alternatywne. 

Po  1989  roku  ten  potencjał  sprawności  samoorganizacyjnej  w  części  posłużył  do 

odbudowy życia politycznego: partii, instytucji państwowych, a w części, może znaczniejszej, 
wykorzystany  został  do  tworzenia  społeczeństwa  obywatelskiego,  czyli  tej  mnogości 
organizacji, stowarzyszeń, fundacji, które skupiają  ludzi wokół najróżniejszych ważnych dla 
nich spraw. 

Jak  wszystko,  co  się  odradza  po  długim  czasie,  i  ta  sfera  działania  ma  kłopoty  z 

nazewnictwem  -  różne  terminy,  nierzadko  toporne,  oddają  jej  cechy  znamienne.  Nazwa 
"trzeci  sektor"  wskazuje  wagę  miejsca  obok  działania  państwa  i  obok  gospodarki; 
"organizacje pozarządowe" oznaczają niezależność od władz politycznych; organizacje "non 
profit",  inaczej  "nie  nastawione  na  zysk"  -  zdobywanie  lub  zarabianie  pieniędzy  w  całości 
przeznaczonych  na  cel  zapisany  w  statucie.  Mimo  prób  przyswojenia  angielskiej 
nomenklatury  jest  to  coś,  co  znamy  od  200  lat,  czyli  organizacje  niezależne  tworzące 
przestrzeń życia obywatelskiego. 

Dodać  trzeba,  że  znaczenie  tego  ruchu  polega  nie  tylko  na  tym,  że  ludzi  łączy, 

wyzwala  energię,  służy  dobrym  sprawom,  jest  szkołą  obywatelskich  postaw  i  gwarancją 
demokracji. Ma też wielki wymiar praktyczny,  bowiem czyni to, co państwo robi z trudem 
albo czego nie potrafi wykonać. Państwo winno na przykład zapewnić opiekę zdrowotną, ale 
jego 

 
214 
urzędnicy  nie  są  w  stanie  zorganizować  hospicjów  dla  umierających,  hipoterapii  dla 

dzieci  z  porażeniem  mózgowym,  grup  wsparcia  dla  opiekunów  chorych  na  chorobę 
Alzheimera, wyjazdu na olimpiadę niepełnosprawnych, budowy domu dla upośledzonych - to 
wszystko lepiej, taniej i z sercem zrobią ludzie, którzy uważają, że to niezbędne. 

Podobnie  w  innych  dziedzinach,  jak  oświata,  kultura,  pomoc  społeczna,  ekologia  - 

organizacje  niezależne  szybciej  zauważą  nowe  zjawisko,  szybciej  zareagują,  sprawniej 
pomogą, zastosują pomysły  nowe, niekonwencjonalne. I wszystko to z reguły zrobią taniej. 
Toteż państwu, gminom - i podatnikom - opłaca się zlecać tym organizacjom wykonywanie 
różnych  zadań  pomocowych,  szkoleniowych  i  innych  -  takich,  z  których  różnorodnością, 
specyfiką itp. urzędy sobie nie radzą. 

background image

Zwłaszcza czasy transformacji wymagają sprawnego reagowania - pomocy dla nagłej 

biedy, szkoleń do nowych sytuacji, przeciwdziałania trudom i kosztom zmian. 

Wydawałoby  się  zatem,  że  władze  wszystkich  szczebli  winny  się  cieszyć  z  takiego 

partnera,  jak  stowarzyszenia,  fundacje,  choćby  jakieś  nieformalne  komitety,  które  chcą  coś 
zrobić,  bo  każdy  kurs  dla  bezrobotnych,  kolonie  dla  dzieci  ze  slumsów,  świetlica  dla 
narkomanów,  impreza  kulturalna,  skwer  wśród  bloków  -  albo  coś  poprawiają,  albo 
zmniejszają jakieś nieszczęście. 

Pierwsze  liberalne  rządy  zachowywały  się  normalnie,  to  znaczy  w  1991  roku 

znowelizowały  ustawę,  która  pozwoliła  gwałtownie  rozwinąć  się  "trzeciemu  sektorowi",  i 
można powiedzieć, że wdrażały administrację do współpracy z nim. 

Po zwycięstwie koalicji SLD-PSL  szybko pojawił się  sygnał zapowiadający zmianę: 

minister  pracy  i  opieki  socjalnej  zlikwidował  komórkę  do  kontaktów  z  organizacjami 
niezależnymi.  Potem  przez  prasę  przetoczyły  się  fale  publikacji  demaskujących  głównie 
fundacje jako formy malwersacji, prania pieniędzy, a przede wszystkim wyłudzania z budżetu 
wielkich sum na własne uciechy. Zaczęły się mnożyć nieprzychylne wypowiedzi polityków i 
urzędników typu: "Odrębnym uwarunkowaniem przestępczości gospodarczej jest pojawienie 
się w ostatnich latach nowych jej form. Przykładem mogą być fundacje". To cytat z raportu 
"Bezpieczeństwo obywateli i porządek publiczny" przyjętego przez rząd Waldemara Pawlaka. 
W  1994  roku  Ministerstwo  Finansów  dokonało  powielaczowej  wykładni  przepisów 
podatkowych pozwalających od sum 

215 
przekazanych  przez  fundację  innej  fundacji  lub  stowarzyszeniu  wziąć  40  procent 

podatku - wycofało się po powszechnych protestach. 

Skutek  tej  atmosfery  jest  znamienny:  udało  się  zablokować  powstawanie  nowych 

fundacji.  Na  to  nie  trzeba  było  aktów  prawnych.  Niestety,  wystarczył  klimat  rządowej 
niechęci i społecznego oburzenia demonstrowanego przez media, by sąd nagminnie odrzucał 
wnioski  rejestracyjne.  Powodem  jest  na  ogół  uznanie,  że  cele  fundacji  nie  są  zgodne  z 
"podstawowy mi interesami Rzeczypospolitej Polskiej". Tak zakwalifikowano np. współpracę 
międzynarodową w dziedzinie kultury, zdrowia, badanie wpływu freonu na dziurę ozonową, 
stworzenie muzeum Tarnowskich w Dzikowie, ochronę przyrody  - fundacjom, które chciały 
się tym zająć, odmówiono rejestracji. 

Nie  można  w  dodatku  powiedzieć,  że  zasadnicza  zmiana  orzecznictwa  sądu 

rejestrowego nijak się ma do zamiarów rządowych. Dwa lata temu koalicja podjęła pracę nad 
nową ustawą o fundacjach, jest ona ciągle w fazie konsultacji, ale dobrze pokazuje intencje 
twórców. 

Po pierwsze - mimo że fundacje podlegają kontroli fundatora, izb skarbowych, NIK-u, 

ministrów  nadzorujących  -  ustawa  mnoży  dodatkowe  formy,  niekiedy  paraliżujące 
działalność  (np.  obowiązek  przesyłania  do  ministerstwa  każdego  protokołu  z  zebrania 
zarządu)  i  w  istocie  instytucje  prywatne  są  traktowane  jako  teren  z  natury  kryminogenny  i 
sprawdzane surowiej niż instytucje państwowe i przedsiębiorstwa. 

Po  drugie  -  chce  się  zakazać  fundacjom  działalności  gospodarczej.  Nie  wiadomo 

dlaczego, zdaniem ustawodawcy. Hospicjum Onkologiczne nie powinno prowadzić apteki, by 
dorobić  na  utrzymanie  chorych,  dlaczego  wspólnoty  "Barki"  złożone  z  byłych  więźniów, 
narkomanów,  prostytutek  nie  mogłyby  sprzedawać  produktów  gospodarstwa,  by  utrzymać 
swój  dom,  a  fundacja  "Dzieciak"  nie  powinna  rozprowadzać  swych  pocztówek.  Wiadomo 
natomiast z całą pewnością, że ten zakaz doprowadziłby do upadku wielu fundacji. 

Podrzecie  wreszcie  -  przewiduje  się  powołanie  "fundacji  publicznych"  utworzonych 

przez państwo. To właśnie ten typ fundacji ministerialnych, które badał NIK i w części z nich 
stwierdził  niegospodarność  lub  nadużycia.  Tymczasem  ustawodawca  zasłaniając  się 
społecznym oburzeniem ma zamiar je mnożyć, a prywatne, obywatelskie przyduszać. 

background image

Bo  różnica  między  sytuacją,  w  której  minister  widzi  jakiś  problem  do  rozwiązania, 

tworzy fundację, wkłada w nią pieniądze podatnika i obsadza swymi urzędnikami, a taką, w 
której grupa ludzi chce coś zrobić, 

 
216 
zakłada fundację i z mozołem zdobywa środki od biznesu, prywatnych osób, z rzadka 

od  gminy  lub  z  budżetu,  jest  zasadnicza.  Taka  jak  między  gospodarstwem  państwowym  a 
prywatnym. 

Tworzenie  fundacji  publicznych  zamazuje  właśnie  tę  granicę  między  państwowym  a 

prywatnym,  miesza  zadania  urzędowe  z  działaniami  obywatelskimi,  zamiast  w  przetargach 
dawać dotacje prywatnym sprawnym fundacjom przydziela je do zarządzania urzędnikom. Co 
więcej - ściąga pieniądze z niebogatego zaplecza obywatelskiej aktywności nakłaniając banki, 
prywatny  biznes  do  dotowania  fundacji  ministerialnych.  Z  punktu  widzenia  firmy  wsparcie 
inicjatywy np. ministra finansów wyda się bardziej opłacalne niż skromny odpis podatkowy 
za  dotację  dla  zwykłej  fundacji.  Również  przychylność  dla  inicjatyw  pani  prezyden-towej 
może przynieść jakieś profity. 

Pytanie  -  czy  mamy  zatem  do  czynienia  z  celowym  paraliżowaniem  aktywności 

obywatelskiej  przez  ograniczanie,  niszczenie  form,  w  jakich  mogą  się  przejawiać,  czy  też 
następuje  rozciągnięcie  na  jej  teren  znanych  obyczajów,  zrobienie  w  tym  właśnie  miejscu 
targowiska,  na  którym  coś  za  coś:  posady  w  fundacjach,  przepływ  budżetowych  pieniędzy, 
dotacje za względy, względy za dotacje, przysługi za rewanże. 

Po zwycięstwie SLD w wyborach parlamentarnych niektórzy dowcipkowali, że biegną 

kupić  cukier  na  zapas.  Żart,  jak  widać,  był  nietrafny,  kolejki  nie  wróciły.  Nie  wróciła  też 
ideologia,  sojusze,  frazeologia  PZPR-u.  A  jednak  coś  wraca.  Coś  bardzo  znajomego  jest  w 
niechęci do nie kontrolowanej aktywności ludzkiej, w próbie przejmowania różnych dziedzin 
życia zbiorowego, w lekceważeniu opinii publicznej. 

I tak oto posady rządowe przestają być miejscem wypełniania jakichś zadań, stają się 

przede  wszystkim  nagrodą  dla  swoich.  Nie  ma  znaczenia,  że  klient  tak  wynagrodzony  jest 
postacią  kompromitującą  lub  dopuszcza  się  rzeczy  nagannych  -  wypadki  po  pijanemu, 
skandale, rażący brak kwalifikacji mogą go kompromitować w oczach opinii publicznej, ale 
nie w oczach patrona, któremu wyświadczył przysługi, zatem zasłużył na rewanż. To uderza 
w PSL-u, ale i SLD nie lepsze, tyle że dba o pozory, choć też nie zawsze. Np. swe obietnice 
wyborcze zniesienia Senatu rzuca w kąt, gdy okazuje się, że może w nim mieć kilkadziesiąt 
posad. 

Oprócz  mnożenia  stanowisk  do  obsadzania  swoimi,  należy  też  w  zasięgu  władzy 

zgromadzić jak najwięcej pożądanych dóbr - przydziałów, koncesji, pozwoleń, kwot, limitów, 
by było co rozdawać i czym na- 

217 
gradzać  lojalność.  Warto  też  mnożyć  instytucje  kontrolne,  bo  w  nich  są  posady  dla 

naszych,  a  potem  ci  nasi  zezwalają  np.  wywieźć  kartofle  lub  sprowadzić  kokosy  albo  nie 
zezwalają. 

Tak więc w naszym dziwnym rynkowym systemie rośnie zinstytucjonalizowana pula 

uznaniowego w znacznej części rozdawnictwa i odradza się typ relacji na nim oparty - układy 
wasalne w systemie władzy i układy klientystyczne na jej styku z otoczeniem. 

To  już  nie  amatorszczyzna  w  kuszeniu  obietnicami,  jak  się  to  przydarzało  partiom 

posolidarnościowym, to już nie dworskie rozdawnictwo łask, jak w wypadku Wałęsy - kiedy 
ludzie "Solidarności" odeszli od władzy ich układy, obietnice, nagrody zniknęły wraz z nimi. 
Teraz natomiast powstaje system trwałej, ustawowo umocowanej uznaniowej 

dystrybucji. 

background image

W  odbudowie  układów  patronacko-klienckich  przeszkadza  oczywiście  opozycja, 

wolna  prasa,  trzeci  sektor.  W  ten  sektor  warto  więc  wejść  nie  tylko  tworząc  ministerialne 
fundacje, bo to pieniądze i rozdawanie, ale i przeprowadzając ustawę o przywróceniu majątku 
"organizacjom społecznym" PRL-u. 

Opinia publiczna? A jakiż to procent wyborców? Opozycja - znów przegra, bo widzi 

Naród albo samoorganizujące się Społeczeństwo, a nie dostrzega masy. 

Jak surowo by formułować sądy o niszczeniu tkanki społeczeństwa obywatelskiego, o 

dziedzicznej,  acz  zmodyfikowanej  pasożytniczej  naturze  tej  koalicji,  to  gorzka  prawda  jest 
taka, iż właśnie te  jej  posunięcia, które takie oceny prowokują, zyskują szerokie  i  życzliwe 
poparcie.  Dowodem  -  łatwość,  z  jaką  władza  wpuszcza  prasę  w  anty  fundacyjny  gniew,  to, 
jak  zwykli  ludzie  podchwytują  sensacyjne  doniesienia  i  czują  się  natychmiast  osobiście 
okradzeni,  to,  że  gdy  media  robią  program  o  fundacjach,  to  telefoniczne  głosy  ludności 
brzmią zawsze tak samo: 

jest w nich pretensja o pieniądze, o ich wydawanie i o brak kontroli. W tych reakcjach 

odnaleźć można zbiorową mentalność klienta-petenta, który wiecznie stoi w kolejce do zbyt 
małego przydziału i czeka, że ktoś go sprawiedliwie podzieli, tak aby dla wszystkich starczyło 
po równo. Pół wieku przydziałów wyrobiło w ludziach przekonanie, że jest jakaś stała pula 
dóbr i jeśli ktoś uszczknął z niej za dużo, to innemu zabrakło. Już sam fakt, że ktoś coś miał, 
oznaczać mógł tylko jedno: 

wyjął to z naszego wspólnego portfela, nam zabrał. Niech więc na straży 
 
218 
naszych pieniędzy, naszego mięsa, naszych lodówek  - a teraz naszych fabryk, naszej 

ziemi  i  znów  naszych  pieniędzy  -  stoi  bezosobowe  Państwo,  które  nie  ma  przecież 
prywatnych interesów i dlatego potrafi rozporządzić dobrami właściwie. 

Ci, którzy nie dają sobie rady, nie umieją rywalizować, nie potrafią się zorganizować 

wokół swoich spraw, potrafią tylko co najwyżej zebrać się razem, by wykrzyczeć swój strach, 
zaprotestować  i  zażądać  opieki,  ci  właśnie  rozproszeni  ludzie  są  masą  szukającą  oparcia, 
pewności, czegokolwiek znanego, wcześniej doświadczonego. 

Warto  przypomnieć,  że  odbieranie  właścicielom  PRL  władzy  i  przekazywanie  jej 

nowej  administracji  odbywało  się  przy  wielkim  krzyku  "Solidarności",  okolic  Wałęsy, 
pierwszych wcieleń "partii prawicowych" - o "nowej nomenklaturze". 

To  czysto  polityczne  hasło  zapadło  jednak  ludziom  w  serca  i  załogi,  rolnicy, 

demonstranci  przywoływali  ową  "nową  nomenklaturę,  która  po  naszych  plecach"  z 
prawdziwym gniewem. Gniew był zapewne reakcją na przenicowanie świata, w którym to, co 
znane i oswojone, zastąpił nagle rynek, czyli nieustanny konkurs. 

Natomiast  irytacja  przegranych  partii  na  powrót  starej  nomenklatury  nie  zyskała 

takiego rezonansu jak poprzednia zawiść wobec ludzi nowych, którzy przyszli rządzić z ulicy. 
Tak  jakby  powrót  nomenklatury  był  traktowany  niczym  powrót  prawowitych  właścicieli, 
jakby  władza  w  ich  ręku  jawiła  się  jak  coś  naturalnego  i  wraz  z  nią  jakby  odradzała  się 
nadzieja na ład, w którym, jeśli coś nie jest moje, to nie będzie też czyjeś. 

Komuniści wiedzieli, co obiecać, bo rozpoznali bezbłędnie swoje dzieło - ten nawyk 

egalitarny,  to  pragnienie  powstrzymania  ruchu  ku  zamożności,  karierom,  sukcesom, 
własności. Jeśli ja nie mam pieniędzy, niech inni też nie mają, niech ktoś im je zabierze, niech 
sprawdzi, skąd je dostali i na co je wydają, niech państwo coś zrobi. 

Na  tej  mocno  nam  kiedyś  wszczepionej  zawiści,  dzięki  której  skutecznie 

przeprowadzono  rewolucję  własnościową  i  społeczną,  łatwo  rozbudzić  niechęć  do 
prywatyzacji,  nieufność  do  czyjejś  aktywności,  wrogość  do  tego,  co  swobodne  i  nie 
kontrolowane. Wrogość do wolności. 

10 VIII 1996 

background image

 
SPIS TREŚCI 
Przedmowa   . 5 
Przeciętny obywatel patrzy na politykę  . 17 
Komunizm bez komunistów   23 
Kościół tryumfujący, grzeszne społeczeństwo   31 
Jaka Polska jest nam potrzebna   . 39 
Demokracja a la polonaise z gruszką  . 42 
Pełzająca rewolucja  . 50 
Wykorzenieni ze znajomego świata  60 
Dylematy lewicy    70 
Nieuchronna normalność   78 
Plemienna solidarność  . 89 
Postój na środku rzeki  . 93 
Gęby za lud krzyczące  . 102 
Pamięć i przedawnienie   112 
W oparach jednomyślności   117 
Hipokryzja wolnych  . 128 
Wygodny kostium ofiary   136 
Kamyk pod okop św. Trójcy   143 
Trudny charakter    151 
Żeby wszystko było proste   163 
Pamiętać, aby nie powtórzyć   174 
Autoportret nostalgiczny  181 
Prawo do zjadania chleba   187 
Co nam zdrady   196 
Patroni, klienci i obywatele   207