background image

 

 
 
 
 

Okładkę projektował TADEUSZ   MICHALUK. 

 
Printed in Poland 
Wydawnictwo  Ministerstwa   Obrony  Narodowej Warszawa   1966.   Wydanie   I. 
Nakład 200.000 + 280 egz. Objętość 5,12 ark. wyd., 4.00 ark. druk. Papier druk. sat. VII ki., 
60 g., z roli 63 cm z Myszkowskich Zakładów Papierniczych w Myszkowie. Druk ukończono 
w listopadzie 1966 r. Wojskowe Zakłady Graficzne w Warszawie. Zam. 936 z dn. 
31.IIT.1966 r. M-23.                                                         Cena   zł  5.- 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

ANDRZEJ DRAWICZ 

 

        

PĘTLA NA GARDLE 

 
 
 
Cios zadany o świcie 
 
Chudy, starczy palec feldmarszałka odsunął rękaw zielonego frencza; złota "Doxa", prezent 
od Niemców sudeckich, z wygrawerowanym napisem Oswobodzicielowi od czeskiego jarzma 
- wdzięczne dzieci führera - wskazywała pięć po dwunastej.

 

Więc to już dziś - pomyślał von Leeb, gładząc machinalnie zmarszczone czoło. Adiutant, 
napotkawszy jego wzrok, rozsunął story i otworzył okno. W duszną atmosferę sali, 
wypełnionej pochylonymi nad mapami oficerami sztabu, -wtargnęło ciepłe tchnienie 
królewieckiej nocy, z zapachem lip, a także z ostrą wonią spalin, kurzu i żołnierskiego sukna. 
- Meine Herren - powiedział cicho von Leeb unosząc się znad stołu. - Zdaje się, że wszystko 
jest jasne. Pozostaje mi tylko życzyć panom żołnierskiego szczęścia i prosić o udanie się na 
swoje miejsca. 
Sala pustoszała przy dyskretnym akompaniamencie odsuwanych krzeseł i stukających 
obcasów. Otworzywszy drzwi przed feldmarszałkiem wyprężony  adiutant zerwał kartkę z 
wielkiego ściennego kalendarza, na którym maszerujące oddziały SS, podnosząc nogi do 
wysokości pasa w klasycznym paradeschritt, wpatrywały się zachłannie w Hitlera, 
pozdrawiającego je wyciągniętą  ręką z trybuny w alejach Ujazdowskich. Na nowej kartce 
widniały dwie czerwone dwójki. Była niedziela, 22 czerwca 1941  roku. 
Dwa grube palce o zrogowaciałych paznokciach artylerzysty, spłaszczonych jeszcze przed 
laty ciężarem łusek, odsłoniły okrągły chronometr w elastycznej oprawie; brakowało pięciu 
minut do wpół do piątej. Jednocześnie pułkownik Baumüller, dowódca artylerii niemieckiej 
XVIII armii, usłyszał skrzyp schodów prowadzących na dzwonnicę kościoła w Tylży, gdzie 
umieścił swój punkt obserwacyjny. Na widok von Leeba i grupy oficerów sztabu pułkownik 
wyprężył się - bez przesady jednak, akurat na tyle, by podkreślić ważność człowieka 
noszącego cenione nazwisko trzech pokoleń niemieckich artylerzystów" - i cofnął się pół 
kroku od rozstawionej na tarasie lornety nożycowej. Ale von Leeb pokręcił przecząco głową i 
wydobył z wiszącego na piersiach futerału własną polową lornetkę.

 

Poranną ciszę przerywało świergotanie ptaków. Drobne chmurki różowiały od wschodzącego 
słońca, zwiastując pogodny dzień. W dole srebrzył się Niemen, za nim w gęstym cieniu leżał 
spokojny rosyjski brzeg, a bliżej, w lasach i nadbrzeżnych zaroślach, wstrzymywały oddech 
oczekujące sygnału szturmowe oddziały   niemieckie. 
Ostatnie sekundy ciszy przerwał nagle krzykliwy jazgot budzika. Von Leeb lekko drgnął, 
sztabowcy spojrzeli na siebie porozumiewawczo: znali ten cywilny zwyczaj starego 
artylerzysty. Kanciasta głowa Baumüllera jeszcze raz pochyliła się nad zegarkiem: tak, 
zgadza się. Nie odwracając głowy pułkownik bierze do ręki podaną przez adiutanta 
słuchawkę polowego telefonu, spogląda na otaczających go zastygłych w bezruchu oficerów. 
Czuje powagę chwili. Tak tworzy się historię - myśli, nim spokojnym głosem powie do 
słuchawki: 
- Tu Lorelei. Do wszystkich. Zaczynać. 
Oczy kapitana Hausnera nie mogą się oderwać od fosforyzującej w leśnym półmroku tarczy 
zdobycznego, francuskiego zegarka z dyndającą przy nim grecką maskotką. Od rzeki ciągnie 

background image

rześkim chłodkiem, ostro pachnie tatarak, wrzeszczy jakiś ptak, świeża trawa chrzęści pod 
butem - wszystko to w ciągu tych ostatnich kilku sekund stanie się niesłychanie namacalne, 
nim za chwilę nie zostanie daleką przyszłością. 
I oto dzwoni  telefon. 
Ostatni rzut oka, cała bateria na swoich miejscach, zastygłą bez ruchu, ludzie pochyleni do 
przodu jak przy starcie do wielkiego biegu. Hausner sięga po słuchawkę i podnosi prawą rękę 
w górę tym gestem, tak podobnym do partyjnego pozdrowienia, który jest jednocześnie 
gestem boga wojny, posyłającego błyskawice ku wrogiemu, rosyjskiemu brzegowi. Czuje, jak 
ogarnia go fala uniesienia, za jednym zamachem zmywająca wszystkie utajone wątpliwości, 
wszystkie inteligenckie mazgajstwa. Do diabła z tym balastem, patrzą na niego kanonierzy, 
czekają na jeden sygnał, więc... - Feuer! 
Nie, untersturmführer Kalb nie zerka na zegarek, po cóż miałby to czynić. I tak wszystko jest 
wiadome, wystarczy spojrzeć, jak tłuką w tych Iwanów! Ileż to czasu, pięć minut, godzinę, 
trzy? Dookoła jest przeraźliwie jasno, huczy nieustanny grzmot, rozsadzający bębenki, błyski 
ognia rozświetlają pobladłe z napięcia twarze esesmanów, przeciwległy brzeg niknie w 
kłębach dymu przeszywanych językami płomieni. Z góry, przewalając się leniwie, spadają w 
to wszystko z wyciem syren nurkujące Ju-87, jeszcze wyżej suną fale bombowców. Nowe 
eksplozje, ziemia dudni i stęka - aż nagle grzmot artylerii jak nożem uciął, tylko w uszach 
dzwoni. Jeszcze chwila i ku niebu strzelają trzy czerwone rakiety.

 

Jest godzina piąta, zaraz ta młócka przeniesie się w głąb, pora do ataku. Kalb patrzy na 
swoich, przycupniętych na mokrej trawie nadbrzeżnej łąki, obładowanych polowym 
oporządzeniem, z wysuniętymi do przodu lufami pistoletów maszynowych. Czuje, tak jak   
oni wszyscy, pełne determinacji uniesienie: bije wielka godzina, fühler rozkazał unicestwić 
Rosję i Rosja będzie unicestwiona, pójdzie śladem innych, nic i nikt nie może nam się oprzeć. 
Pora! 
-  Auf! - woła Kalb i sam się podrywa, niecierpliwość wielkich oczekiwań niesie go przez 
chlupoczącą łąkę; potem buty grzęzną w nadbrzeżnym piachu, wlewa się do nich woda, ręce 
wczepiają się w ponton, słychać napięte sapanie wielu piersi, wszyscy przewalają się przez 
burty. To samo na prawo i lewo od nich, to samo dalej na dwu tysiącach kilometrów 
rosyjskiego frontu, gdzie rozkręca się i sunie niepowstrzymaną lawiną wspaniała machina stu 
dziewięćdziesięciu dywizji, dokonujących operacji "Barbarossa". Wybiega z okopów 
piechota, warczą zapuszczane silniki czołgów i motocykli, zmieniają stanowiska działa, 
startują samoloty. Już są na środku Niemna, zaraz będą po tamtej stronie, powtarzając 
dokładnie w tym samym dniu wyprawę  Napoleona - tylko że zrobią  to lepiej... 
-  Vorvärts! Vorvärts! - woła Kalb i zachłystując się od krzyku, wdziera się na stromą i zrytą  
pociskami skarpę rosyjskiego brzegu.

 

Miasto jeszcze nie wie... 
...Jest to szczególna godzina, kiedy światło dnia łączy się nad Leningradem ze światłem białej 
nocy; dobrze wtedy zgasić lampę, rozprostować plecy i wyjść na balkon, zawieszony nad 
Newskim Prospektem,  jeszcze  wypełnionym od dołu głębokimi nocnymi cieniami, ale od 
wschodu, od strony placu Powstania, już prześwietlonym słońcem; z jezdniami ociekającymi 
wodą nocnych polewaczek, z krzątaniną sprzątaczek w białych fartuchach. Głęboki wąwóz 
ulicy brzmi odgłosami lekkich kroków, śmiechem, piosenkami, wesołymi okrzykami; tak, to 
przecież dwudziesty drugi, niedziela, maturzyści wyszli wczoraj gromadkami na nadnewskie 
bulwary witać swoją dojrzałość, teraz wracają... 
Zapowiada  się piękny dzień Borys Łukomski przeciąga się, oparty o poręcz balkonu, czuje w 
kościach noc spędzoną przy maszynie; trudno, artykuł o petropawłowskich zobowiązaniach 
pierwszomajowych musi iść do jutrzejszego numeru "Leningradzkiej Prawdy", jeszcze parę 
zdań, potem przyjedzie goniec i będzie można pospać. Życzliwie  patrzy na  przechodzących, 
przypomina mu się własna, nie tak jeszcze odległa  matura, przerzuca się z nimi żarcikami, 

background image

odpowiada na pytania o godzinę: "Piąta, dzieci kochane, piąta". "Jakie z nas dzieci?" - pyta z 
udanym oburzeniem blondyneczka z miłą, pucułowatą buzią i roześmianymi oczami;   
musiała widocznie złamać sobie obcas, bo mocno kuleje, wsparta  na ramieniu swojego 
chłopca. "Mademoiselle zechce łaskawie wybaczyć ten niestosowny żart" - odpowiada   
Łukomski z rewerencją  prawdziwego leningradczyka i oboje wybuchają śmiechem; tylko 
chłopiec, bardzo przejęty swoją opiekuńczą rolą, zachowuje nienaganną powagę. Łukomski 
patrzy ma nich, póki nie znikną za zakrętem, macha dziewczynie ręką, rozkłada ze   
śmiechem dłoń je,. Kiedy następna grupa prosi, żeby coś zaśpiewał. Wraca do pokoju, dopija 
ostatni łyk zimnej kawy, z determinacją' pochyla się nad maszyną. Na zakończenie przydałby 
się jakiś mocny akcent, Gorbaczow to lubi. 
...tak pracują i wypełniają podjęte zobowiązania budowniczowie socjalistycznego Petropaw-
łowska, z ufnością patrząc w swoje jasne jutro i wiedząc, że na straży ich wysiłku stoi 
najpotężniejsza na świecie armia, gotowa w każdej chwili ciosem odbić wroga cios... 
...Dobrze? Nieźle, tylko ciągle coś przeszkadza, jakaś zadra w pamięci. Co to jest? Powrót z 
Petropawłowska w rozklekotanym wagonie, dwóch wojskowych, komisarz batalionowy i 
starszy politruk, ich zatroskane twarze, półgłosem wypowiadane zdania o niemieckich 
dywersantach, o pogłoskach, o przygotowaniach... Ee, tam, pani-karze, co oni wiedzą w 
swoich opłotkach... Ostatecznie był komunikat, nie dalej jak tydzień temu: Według. 
posiadanych- przez ZSRR danych Niemcy tak samo niewzruszenie jak ZSRR przestrzegają 
zasad paktu o nieagresji... Krótko, jasno, wyraźnie. Czuje się styl głowy państwa. Nic dodać, 
nic odjąć. Trzeba po prostu wierzyć, że nie jest tak źle nad zachodnią granicą... 
Ostry dźwięk telefonu. O tej porze? 
-  Borys Piotrowicz? 
-  Słucham, Aleksandrze Michajłowiczu - Łukomski poznał głos Gorbaczowa, zastępcy 
redaktora naczelnego  "Leningradzkiej  Prawdy". 
-  Nie śpicie? Bardzo dobrze. Będziecie tu zaraz potrzebni. Wysyłam samochód. 
-  Po mnie?...  Tak,  rozumiem. Właśnie skończyłem materiał... 
-  Materiał? Jaki materiał? 
-  Z Petropawłowska. Przecież wyście sami wczoraj... Oni już wykonali podjęte 
zobowiązania. 
-  Aha, to. Widzicie, sytuacja się zmieniła, i to bardzo poważnie.  Boję się, że wasz materiał 
nie będzie potrzebny. Będziecie musieli prędko pisać następny. No, czekam. 
Trzask słuchawki. Co to wszystko znaczy? Sytuacja się zmieniła? Materiał nie będzie 
potrzebny?... 
-  Boria! Borieńka! - z sąsiedniego pokoju rozległ się zaspany głos żony. - Co się stało? 
Żebym to ja wiedział... -? myśli, po czym rzuca w stronę otwartych drzwi: 
-  Nic takiego, kochanie, pilne zadanie redakcyjne. Spij. 
Zegar ścienny chrząknął, zabrzęczał i odmierzył sześć dostojnych uderzeń. 
Wskazówki zegarka utworzyły prostą linię i w tym samym momencie Frołow otworzył oczy. 
Choćbyś chciał, człowieku, nawet w niedzielę nie zaśpisz, przyzwyczajenie, fakt - pomyślał; 
przez chwilę patrzył w oklejoną malinowymi tapetami ścianę pokoju, śledząc wirujące w 
słonecznym promieniu drobinki kurzu i nadsłuchując spokojnego oddechu żony i miarowego 
posapywania syna. Potem wstał, ubrał się szybko i zajrzał za parawan. Polowe łóżko Wiery   
było nietknięte. Stary majster zmarszczył brwi, ale przypomniawszy sobie wczorajszy dzień i 
uroczyste rozdanie świadectw w dziesięciolatce machnął ręką: trudno, dziewczyna jest 
dorosła, zwyczaj każe, niech sobie spaceruje. Chlipnął zimnej kawy, zagryzł kawałkiem 
chleba z "amatorską" kiełbasą, wziął zawiniątko z narzędziami i ostrożnie lawirując między 
sprzętami, wyszedł na korytarz. Komitet Zakładowy zorganizował dzisiaj wyjazd kilku 
specjalistów z narzędziowni Zakładów imienia Kirowa do kołchozu rybackiego nad Ochtę; 
zreperują im parę motorów, a za to, jak dobrze pójdzie, będzie jeszcze może czas skoczyć z 

background image

przyjacielem, Wołodią Bachmetiewem, na rybki, a już bez zawiesistej rybackiej uchy się nie 
obejdzie... W dobrym nastroju wyszedł z bramy wysokiego domu, stojącego przy Dwunastej 
Linii Wyspy Wasiliewskiej, wmieszał, się w grupkę stojących na przystanku ludzi i wtedy 
właśnie zobaczył Wierę, jak szła ku bramie, lekko kulejąc, z rozpuszczonymi włosami, 
uśmiechnięta i podtrzymywana przez tego chłopaka z sąsiedniej klatki, Tolę Parabukina, 
którego ojciec, inżynier, też z Kirowskich, zniknął bez śladu jeszcze w trzydziestym 
siódmym... Frołowowi spodobało się, że chłopak trzyma Wierę z szacunkiem za łokieć, ale 
kiedy skręcili do bramy, córka potknęła się i Tola, niby niechcący, objął ją wpół. A to gałgan! 
- pomyślał majster bez złości, bo czuł szacunek dla tego upartego chłopaka, który, wyrzucany 
ze szkoły (mówili, że podobno nie chciał się wyrzec ojca), stanął przy maszynie i nauczył się 
frezerskiego fachu. Odprowadził ich spojrzeniem, zauważył, jak na siebie patrzą, i pomyślał: 
może zięć? 
-  Wania, nie śpij! - z zamyślenia wyrywa go zgrzyt hamującej obok ciężarówki, z szoferki 
wychyla się pucułowata gęba Bachmetiewa, otwierają się drzwiczki Frołow wsiada do środka, 
samochód rusza ostro. Przejeżdżają przez most na Małej Newie, potem na Dużej, przez 
Piotrogrodzką Stronę i Kirowski Prospekt. Gdy mijają Akademię Leśnictwa, wielki zegar na 
frontonie wskazuje siódmą.    
-  Co się dzisiaj dzieje z tymi wojskowymi maszynami - mówi Bachmetiew, pokazując 
skinieniem głowy zieloną "emkę". - To już chyba dziesiąta, i jeżdżą jak szalone. 
-  Może manewry - odpowiada Frołow. - Zapalisz kazbeka? 
Lecz tym razem to nie są manewry. Mijają godziny i miasto nic jeszcze nie wie, ale 
stopniowo jego leniwy, niedzielny rytm zaczyna się nasycać jakimś wewnętrznym 
niepokojem; może to tylko zwiększony ruch aut, może szybki krok idących ulicami oficerów, 
wywołanych z domów telefonami Komendy Miasta i dowództwa Floty Bałtyckiej, może 
nagłe wezwania do Smolnego, gdzie mieści się Miejski i Obwodowy Komitet Partii... 
Zaalarmowani mężowie wychodzą z domów, zaniepokojone żony dzwonią do znajomych, 
sytuacja jest wszędzie podobna, ludzie gubią się w domysłach, zaczepiają na ulicy, boją  
potwierdzenia złych przeczuć, uspokajają komunikatami prasowymi sprzed tygodnia, 
włączają radia. Ale z radia płynie tylko dziarska, niedzielna muzyka: Kipuczaja, moguczaja... 
i ...na czużoj ziemie my wraga razabjom.
 Dopiero po pewnym czasie zapowiedź ważnego 
komunikatu zwiastuje coś groźnego, a w południe - wraz z pierwszymi słowami Mołotowa: 
Obywatele i obywatelki Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich! Dziś w nocy 
faszystowskie Niemcy wiarołomnie napadły na nasz kraj... 
- wiadomość dopada wszystkich. 
Zbiegają się do aparatów sąsiedzi z komunalnych mieszkań, tłumy gromadzą się pod 
ulicznymi głośnikami. Jest cicho, nad słonecznym Leningradem niosą się, zwielokrotnione 
echem,, strzępy zdań: ...gwałcąc zawarte sojusze ...gotowi odpowiedzieć ciosem na cios 
...agresora czeka nieuchronna klęska. 
Ludzie słuchają w milczeniu, ze zmartwiałymi 
twarzami, nie patrząc na siebie. Borys Łukomski słucha, siedząc w pokoju naczelnego 
redaktora i składając nerwowo rozkaz wyjazdu do tego samego Petropawłowska, z którego 
wrócił wczoraj wieczorem. Jego żona, Nadia, przyciska zachłannie rozszczebiotaną 
Tanieczkę. Matriona Frołowa szarpie rozespaną Wierę, potem obie, przytulone do siebie, 
zastygają na łóżku, a Misza, który nadbiegł z ulicy, pyta natarczywie: "Znaczy z kim? Z 
Hitlerem? A ja też pójdę?  A  tata?" 
Tylko Iwanowi Frołowowi i jego towarzyszom los podarował kilka godzin nieświadomości. 
Miało się już ku zachodowi, kiedy, skończywszy robotę, rozsiedli się wraz z rybakami w 
cieniu nadrzecznych olch, wdychając zapach aromatycznej lichy. Przewodniczący kołchozu, 
doświadczony ładoski rybak, Wasyl Maksymowicz Kuza, zdążył właśnie nalać wszystkim po 
kieliszku "Moskiewskiej", kiedy z budynku pobliskiego zarządu wybiegł chłopak i drąc się na 
całe gardło: "Diadia Wasia! Diadia Wasia!" podbiegł ku siedzącym. Coś musiało w tym 
krzyku być, skoro ręce z kieliszkami  zawisły  w powietrzu. 

background image

-  No? - mruknął pytająco Kuza, zmarszczywszy brwi, bo kilka kropek cennego płynu 
splamiło odświętny obrus. 
Chłopak dyszał dobrą chwilę, nie mogąc złapać tchu. 
-  Wujku Wasylu... Toć wojna... 
 
Coraz  bliżej  Leningradu... 
 
Tymczasem trzydzieści dwie dywizje Grupy Armii "Północ" feldmarszałka von Leeba, wśród 
nich siedem pancernych i sześć zmotoryzowanych - łącznie 1500 czołgów, 1200 samolotów, 
12 000 dział i moździerzy, około 700 000 ludzi - rozbiwszy swoim pancernym taranem słabe 
oddziały straży granicznej parły już, nabierając coraz większego rozpędu, ku Kownu i Wilnu. 
Rzucane pośpiesznie i bezładnie do walki oddziały radzieckiej 11 armii zmuszono do 
szybkiego odwrotu. Na wiejskie drogi Wileńszczyzny, w ciszę wiosek, w przesmyki między 
jeziorami wdarły się czołgi 4 armii pancernej; oszołomieni chłopi żegnali się na  widok  
kolumn znaczonych czarnymi krzyżami, w lasach szamotały się rozpaczliwie otoczone 
oddziałki. Głęboki klin, wbity między 8 a 11 armię, poszerzał się z każdą godziną; po 
czterech dniach czołówki pancerne dopadły Zachodniej Dźwiny pod Daugawpils i sforsowały 
ją z marszu. Teraz kolorowe i czyste miasteczka łotewskie i estońskie wydawały się zastygać 
w zdumieniu, obserwując oszałamiające tempo zwycięzców, gnających niepowstrzymanie na 
północny wschód. Posuwano się drogami, nie dbając o pozostawianego z boków i z tyłu 
przeciwnika. Miażdżące uderzenia lotnictwa rozpraszały gorączkowo ściągane rezerwy, 
radzieccy dowódcy, ponaglani kategorycznymi rozkazami Kwatery Głównej, żądającej już od 
pierwszego dnia "przejścia do zdecydowanego przeciwnatarcia i wyparcia agresora na jego 
terytorium", zmuszeni byli rzucać do boju to, co było pod ręką, zamiast zgromadzić siły 
dostateczne dla skutecznego działania. 
Nie będzie przesadą stwierdzić - pisał wówczas w swym dzienniku generał Franz Haider, szef 
Sztabu Generalnego OKW - że kampania rosyjska została wygrana w ciągu czternastu dni. 
Tu, na północy, wszystko zdawało się o tym świadczyć. Padło Wilno i Kowno, po 
sforsowaniu Dźwiny los Rygi był przypieczętowany; wykrwawiona 8 armia cofała się 
pośpiesznie na północ, by uczepić się linii Piarnu-Tartu; armie 27 i 11 odrzucono na wschód, 
w stronę Starej Rusy i Chołmu, montowana pośpiesznie linia obronna na rzece Wielkiej 
załamała się. Stała się rzecz dostępna, zdawałoby się, tylko najkoszmarniejszym snom; w dwa 
tygodnie po rozpoczęciu wojny Niemcy przeszli dwie trzecie odległości dzielącej ich od 
Leningradu. Co więcej: droga do miasta stała przed nimi praktycznie otworem. Wprawdzie w 
połowie dystansu między Pskowem a Leningradem była jeszcze rzeka Ługa, stwarzająca 
warunki dla obrony, ale dopiero teraz siedemdziesiąt tysięcy leningradczyków ryło tam, w 
gorączkowym pośpiechu, urządzenia obronne Poza luźnymi oddziałami 11 armii na tym 
kierunku nie było prawie wojska. Rezerwy znajdowały się daleko w tyle. Do walki przeciwko 
dywizjom von .Leeba mogli jedynie stanąć kursanci szkoły artyleryjskiej, oddział marynarzy 
Floty Bałtyckiej oraz pośpiesznie organizowane formacje pospolitego ruszenia. 
A przecież istniało niebezpieczeństwo jeszcze bliższe; 29 czerwca armia fińska, wspierana 
przez oddziały niemieckie, zaatakowała północno-zachodnie granice Związku  Radzieckiego. 
 

 

Wystarczy spojrzeć na mapę - pisał pośpiesznie Łukomski, przysiadłszy na zwalonym pniu, 
strzepując co chwila z papieru sosnowe igły, otrząsane artyleryjskimi wybuchami - aby 
zrozumieć, na co liczył przeciwnik, którego liczebność przewyższała kilkakrotnie nasze 
oddziały. Finowie napadli na nas znienacka, starając się przede wszystkim sforsować wąski 
przesmyk oddzielający granicę państwową od północnego brzegu jeziora Ładoga, aby w ten 

background image

sposób odciąć Republikę Karelo-Fińską od Przesmyku Karelskiego, oddzielnie zlikwidować 
nasze otoczone jednostki i w jak najkrótszym czasie opanować Leningrad. Byliśmy jednak 
przygotowani i potrafiliśmy udaremnić te plany..
. 
Zgięte nogi ścierpły, Łukomski podniósł się nieco - w tej samej chwili rozległ się krótki świst 
i kula fińskiego snajpera oderwała kawałek kory od  pnia  sosny, tuż  nad  jego głową. 
-  Uwaga, "kukułka"! - krzyknął ktoś. Nad samym uchem Łukomskiego zagrzechotała seria 
erkaemu, jakaś ręka chwyciła go za nogę i zmusiła do rozciągnięcia  się na ziemi.. 
-  Szkoda głowy, towarzyszu komisarzu - powiedział ktoś życzliwie. 
Rzeczywiście, głupio byłoby umrzeć tak od razu - pomyślał Łukomski i znowu pochylił się 
nad papierem. Trzeba było jeszcze dziś, korzystając z okazji, odesłać ten artykuł do swojej 
"Lenin-gradki". Ale pisanie jakoś nie szło. Dookoła słychać było pośpieszną krzątaninę ludzi 
szykujących się do odparcia szturmu. Musiał nastąpić właśnie dziś, właśnie na tym odcinku1. 
Dane zwiadu i zeznania jeńców zgadzały się, zresztą tędy biegła najkrótsza droga do Ładogi. 
Tymczasem pułk majora Trubaczowa, rozciągnięty na dziesięciokilometrowym odcinku, nie 
miał żadnych odwodów. Co postanowił dowódca? Łukomski przypomniał sobie chłodne, 
przenikliwe oczy majora, kiedy spytany przezeń o to wczoraj, po naradzie sztabu, uśmiechnął 
się lekko i odpowiedział: "Przyjmiemy ich cyrkiem i fajerwerkiem". Co to znaczy? 
Wybuchy fińskich pocisków, przedłużane trzaskiem padających drzew, stawały się coraz 
gęstsze. Piekielnie trudno było prowadzić tę leśną wojnę, w zarośniętym i błotnistym terenie, 
poprzerzynanym dziesiątkami maleńkich jeziorek o dziwacznych  kształtach i ostrymi  
granitowymi skałami, porośniętymi zwichrowanymi sosnami. Obie strony wysyłały przeciw 
sobie małe oddziałki, organizowały zasadzki, stosowały głębokie obchody. Polowano na   
gońców, łączników, sztabowców, blokowano drogi leśnymi zawałami. Przydało się 
doświadczenie kampanii zimowej w latach 1939-40. Kiedy w teren zapuszczały się grupy 
Niemców, prowadzone przez fińskich przewodników, starano się  przede wszystkim  
unieszkodliwić tych ostatnich   -  wtedy Niemcy, nieprzyzwyczajeni do takich warunków 
terenowych, stawali się bezradni. Ale nacisk wroga nie ustawał Oddziały radzieckie cofały się 
krok po kroku w ciężkich walkach, odgryzając się jak dziki stadu psów i pozostawiając po 
sobie dobrze zorganizowaną sieć partyzancką. Wprawdzie z ciężkim sercem trzeba było   
opuścić  Petrozawodsk, ale wyglądało na to, że 7 armia oparła się mocno o skraj rzeki Świr.  
Również na Przesmyku Karelskim prysnęły marzenia  przeciwników, śniących o 
błyskawicznym  rajdzie do Leningradu... 
Łukomski przymknął oczy, pamięć wywoływała zmieszane obrazy ostatnich dni. Płoty 
Petrozawodska, pomalowane tuż przed wojną na wesoły niebieski kolor, z plakatami Matka-
Ojczyzna w niebezpieczeństwie... Wesoła  dziewczyna, Zina Bogdanowa, zabita na miejscu, 
kiedy z rewolwerem w ręku biegła do ataku... Bomby padające na las z nisko przelatujących 
samolotów... Okrężna obrona w miejscu, kiedy trzask wystrzałów napływał ze wszystkich 
stron, najpierw coraz bliższy, potem coraz dalszy... Jazda na koniu cwałem pod ogniem 
fińskich "kukułek"... Gorący karabin, opryskany krwią sąsiada, z którym jeszcze przed o 
chwilą ryło się pośpiesznie płytki okop... 
- Uwaga, przygotować się! - podawany po linii z ust do ust okrzyk przerywa wspomnienia; 
artyleria Finów już nie strzela, jeszcze tylko walą się ostatnie drzewa. Zaryci w wykrotach, 
wkopani pod pnie drzew żołnierze chciwie wpatrują się przed siebie. Tam, z przodu, jest 
polana, na jej skraju nasza pierwsza linia - a oto już od lasu naprzeciwko odrywają się ciemne 
sylwetki. Psiakrew, ależ ich dużo! Idą ławą, coś krzyczą, zapadają się w wykrotach. Chyba i 
Finowie, i Niemcy... Są coraz bliżej, już widać jasne plamy twarzy, błyski strzałów. Kropią w 
marszu. Teraz biegną! Tam, z tyłu, jeszcze jedna tyraliera! I jeszcze jedna! Czym się to 
skończy? Czernu nasi nie strzelają? Przecież oni ich... - Strzelać! Strzelać, do diabła!!! - 
Łukomski nie zdaje sobie sprawy, że wrzeszczy na całe gardło, ale nagle to, co widzi, odbiera 
mu głos. W twarze nacierających bluzga, prawie spod ich nóg, fala ognia; wrzask zmienia się 

background image

w wycie, dziesiątki ludzi ogarniętych płomieniami padają na ziemię, reszta rzuca się do 
ucieczki polewana ognistymi strumieniami, porywając drugą i trzecią falę tyraliery. Polanę 
tratuje teraz  tabun rozszalałych ze strachu ludzi, myślących tylko o ratowaniu własnej skóry. 
Ogień miotaczy ustaje, obrońcy zrywają się z ziemi, idą do kontrataku. 
Łukomski trzęsącymi się z emocji rękami zapala papierosa. Teraz rozumie: major ściągnął z 
całego pułku miotacze ognia i umieścił je tu, na wąskim odcinku, przed pierwszą linią. Zdaje 
się, że żaden regulamin walki piechoty niczego takiego nie przewiduje?... Cóż, tym gorzej dla 
regulaminów - myśli Łukomski, zaciągając się głęboko. - Trzeba będzie do nich wprowadzić 
fajerwerek  majora  Truhaczowa... 
 
Troje przeciw Niemcom 
 
-  Lotnik! Lotnik, kryj się! 
-  Hej, dziewczynki! Uciekajcie! 
Wysokie piski przestraszonych kobiet. Narastający warkot motoru. Wiera pada twarzą prosto 
w świeży piasek i czuje aż do bólu, jak strasznie szerokie ma plecy. Warkot się wzmaga, 
potężnieje, rozładowuje w suchym trzasku, szybki cień przemyka ? po ziemi i kiedy 
dziewczyna podnosi głowę, widzi nisko, chyba tuż nad rowem, żółty brzuch odlatującego 
Messerschmitta. 
-  Kochane! Oj, jak boli! Dobijcie mnie, kochane!... - zawodzi gdzieś niedaleko załamujący 
się głos. Sąsiadki Wiery biegną, po chwili wynoszą na górę jakiś okrwawiony, zachłystujący 
się krzykiem kształt. Wiera też chciałaby pomóc, ale ten krzyk paraliżuje ją, osłabłe nogi 
odmawiają posłuszeństwa, przysiada bezradnie - i w tej samej chwili ktoś w milczeniu podaje 
jej łopatę, Więc wstaje, wbija ją w ziemię obolałymi rękami, robi zamach, wyrzuca ziemię na 
górę; potem rytm wciąga i już jest łatwiej. Jest dwunasty lipca, od trzech dni kopią tu, pod 
Ługą, rowy przeciwczołgowe, poganiane niedobrymi wiadomościami i widokiem ciągnących 
z Pskowszczyzny tłumów uciekinierów, rzucane na ziemię przez częste niemieckie naloty. 
Wszystko było jak upiorny sen. Leningrad, rozprażony od lipcowego słońca, pełen hałasu 
nerwowo trąbiących samochodów, zapchany kolumnami pospolitego ruszenia; ojciec też się 
zapisał, ledwie zdążyła go pocałować w szczeciniasty policzek i już zabrali ich na jakieś 
ćwiczenia. Tramwaje, autobusy, trolejbusy, ciężarówki pełne dzieci ewakuowanych z miasta. 
Widok, którego się nie zapomina. Witryny sklepów obłożone workami z piaskiem, okna 
domów zaklejone na krzyż pasami papierów, plakaty "Czy i ty wstąpiłeś do pospolitego 
ruszenia?" Przyśpieszony puls miasta, które nagle czuje się śmiertelnie zagrożone. Tłumy na 
dworcach, płacz dzieci, krzyki matek, długie kolumny maleństw, z wiszącymi na szyjach 
numerkami, monotonny głos: "trzysta dwadzieścia trzy... trzysta dwadzieścia cztery... trzysta 
dwadzieścia pięć". Jadą w letnich paletkach, bez ciepłych rzeczy, bo wszyscy wierzą, że tylko 
na krótko, "najwyżej na dwa tygodnie"; przecież to nie może trwać dłużej, w każdym razie tu, 
nad Ługą, wróg musi zostać rozbity... 
Potem jazda pociągiem, znajome podmiejskie stacyjki zapchane tłumami uchodźców,  
żołnierze, między którymi daremnie wypatrywała ojca, inne dzieci, wracające do miasta, 
które czyjaś bezmyślność posłała w tę samą stronę, co ich - naprzeciw Niemcom, pod Ługę. - 
Lotnik! Kryj się! 
Znowu ostry terkot karabinów maszynowych, ale Wiera nie chce już padać na grząski piach; 
obsuwa się tylko na wilgotną ścianę rowu, odgarnia łokciem kosmyk włosów, który przylgnął 
do spoconej twarzy, patrzy w górę. Tuż nad jej głową letni wiatr tarmosi trawę, cyka jakiś 
świerszcz, pachnie nagrzana łąka, zupełnie jak wtedy, miesiąc temu, kiedy przyjechała z 
przyjaciółkami gdzieś tu właśnie, niedaleko, na wycieczkę... Miesiąc temu? Niemożliwe. 
Rok, dziesięć lat, całe życie temu... Terkot karabinów nie ustaje, ale samolotów jakoś nie 
widać... - Niemcy! Czołgi! Uciekać! 

background image

Kto to krzyknął? Już nie wiadomo, bo głos utonął w powszechnym lamencie. Na prawo i na 
lewo od Wiery kobiety podrywają się jak spłoszone kury, ciskają łopaty, pną się na ścianę 
rowu, gubiąc pantofle i chusteczki, niektóre spadają z powrotem i ogarnięte paniką drapią się 
znowu. Znad rowu słychać jeszcze oddalające się krzyki, tupot wielu nóg, trzask łamanych 
gałęzi. I robi się cicho. 
Dopiero teraz stojąca w osłupieniu dziewczyna rzuca się na ścianę rowu, ale ledwie wychyla 
głowę na powierzchnię, skądś z tyłu pada krótka seria i żłobi tuż koło jej twarzy rząd 
otworków, obsypując ją malutkimi fontannami piasku. Szybko zsuwa się na dno, już wie, że 
odwrót jest odcięty i że została tu sama. Nie, nie sama! Z lewej strony zza załamania wybiega 
dwóch żołnierzy w przekrzywionych na bakier furażerkach. "Wiej stąd, dziewczyno!" - 
wołają w przelocie i drapią się na przeciwległą ścianę rowu, tę od strony Niemców, ciągnąc 
za sobą erkaem. Pierwszy przypada doń, puszcza serię i natychmiast obsuwa na dno, 
trzymając się za głowę. 
-  Żenią, co z tobą, trafili cię? - woła drugi, zajęty bez reszty majstrowaniem koło granatów, 
więc Wiera dopada rannego. Pocisk oderwał płat skóry razem z włosami, przez palce 
przecieka krew, nie ma czasu do namysłu, dziewczyna zrywa z siebie perkalową bluzkę, 
rozdziera ją na pół, odrywa kurczowo zaciśnięte na głowie palce, przewiązuje, nie pamiętając 
o wstydzie! 
-  Zuch, siostrzyczka! - woła z aprobatą tamten drugi. - A teraz wiej stąd, miła, byle dalej! 
-  A wy? 
-  A my nic, jeszcze trochę poczekamy, mamy czas - próbuje zażartować, ale uśmiech  
zamorusanej twarzy wygląda na żałosny grymas. 
-  Czo-ołgi! Czo-o-ołgi! - słychać rzadkie, przybliżające się okrzyki z prawa. - Czo-ołgi! - 
krzyczy ten z góry w lewo, wzdłuż rowu. Potem czeka odzewu. Ale nikt nie podejmuje 
okrzyku. Z lewej  strony nie ma  nikogo... 
-  Żenią, kochany - mówi tamten z góry błagalnym głosem. - Żenieczka, bracie, możesz pruć? 
Jeśli tak, to właź tutaj, bo te sucze dzieci zaraz polezą. A ty, dziewczyno, wiej pókiś cała... 
Rozlega się zgrzytliwy, skrzypiący warkot. Wiera stoi  z opuszczonymi  rękami.   Trzeba  
uciekać. Natychmiast uciekać. Tu nie ma ratunku. Idą czołgi, zmiażdżą wszystko, zmiażdżą 
tych dwu, a ona im nic nie pomoże. Ona chce żyć. I będzie żyć. Żyć! 
-  Nigdzie nie pójdę! - krzyczy, słuchając ze zdziwieniem brzmienia   własnego   głosu. 
Ale  tamci już jej  nie  słyszą. Trzask erkaemu zagłusza wszystko. 
 
Dopiero jutro przyjdzie wojsko 
 
-  Prędzej! Prędzej! - woła Osowski, bębniąc pięścią w dach kabiny kierowcy, choć 
ciężarówka jedzie pełnym gazem, zarzucając na wybojach i bezustannym trąbieniem 
rozpraszając prący z przeciwka tłum uciekinierów. Jeszcze godzinę temu ćwiczył w lasach za 
Ługą swój oddział partyzancki, kiedy łącznik wezwał go do Komitetu Miejskiego; 
sekretarzowi trzęsły się ręce, gdy pokazywał na mapie, z której strony podeszła do rzeki 
niemiecka czołówka pancerna. "Nikt się nie spodziewał. - mówił załamującym się głosem. -
Dopiero jutro... posłaliśmy jeden pluton... Dopiero jutro przyjdzie wojsko... Towarzyszu 
Osowskie w waszych rękach..." 
Z przodu słychać już było wyraźnie odgłosy strzelaniny. Ciężarówka gwałtownie 
zahamowała, dookoła, dysząc ciężko, przebiegały uciekające kobiety, młody milicjant z 
czerwoną opaską na rękawie   uczepił   się   kurczowo  burty wołając: 
- Towarzyszu dowódco! Dalej nie można! Tam Niemcy! Czołgi! 
-  Wiem - powiedział Osowski, przełykając ślinę. 
Zeskoczyli, rozwinęli się w tyralierę, minęli lasek, potem skokami, jak na ćwiczeniach, 
przebiegli przez łąkę pokrytą rzadkimi krzakami olszyny. Potem zobaczyli świeży nasyp, 

background image

rozrzucone łopaty, zabitą kobietę i rozkopany rów przeciwczołgowy, a w nim dwóch 
żołnierzy przy erkaemie i dziewczynę, która na ich widok wstydliwie zakryła chustką nagie 
ramiona i szybko sięgnęła po odstawiony pod ścianę karabin. Ale nikt nie miał ochoty do 
żartów. Twarze tej trójki na widok dobrze uzbrojonego, chociaż nie umundurowanego od-
działku rozjaśniły się tak bardzo, że Osowski pomyślał mimochodem: "biedacy, pewnie 
wyobrażają sobie, że przybywamy na czele całej armii". Kiedy jeden z żołnierzy zameldował 
mu, że z przodu w kępie krzaków,, odległej o trzysta metrów, zatrzymał się czołg i od czasu 
do czasu ostrzeliwuje na ślepo przedpole, zapewne oczekując nadejścia pozostałych - 
Osowski wiedział już, że nie ma czasu do namysłu. 
-  Filimonow, Samochin Isajenko za mną, reszta obsadzić rów i czekać. 
Wyskoczyli z rowu, schyleni pobiegli przez łąkę i przypadli za krzakami. Osowski odwrócił 
się, żeby zobaczyć, gdzie jest reszta. Wtedy zobaczył dziewczynę. Biegła za nim, już w 
żołnierskiej bluzie, z torbą opatrunkową, dyndającą śmiesznie na boku. Czołg znowu zaczął 
strzelać, serie z karabinu maszynowego szły górą i dziewczyna, ze spadającym na  czoło 
kosmykiem włosów, z  rozmachem upadła na ziemię, a potem szybko pod/ pełzła na łokciach 
do dowódcy. 
- A ty, co tu robisz? 
o- Ja z wami, towarzyszu dowódco... - Jeszcze czego! Natychmiast wracać! 
-  No i co? - zapytał Łukomski, rozłożywszy na kolanach nieodłączny notes w ceratowej 
okładce. 
-  No i nic. Myślicie, że wróciła? Odpełzła kawałek, schowała się, a potem, kiedy 
przebiegliśmy do przodu, poszła za nami. Dzieciak taki, smarkata, a pcha się pod kule! 
Miałem ochotę przetrzepać jej skórę, tak po ojcowsku, ale już nie było na to czasu, czołg tuż, 
tuż, więc tylko pogroziłem jej pięścią... 
-  Ale co z czołgiem? 
-  Przecież mówię: stał za krzakami przy drodze i strzelał wzdłuż niej, raz z jednej, raz z 
drugiej. Przeskoczyłem do takiego dołu, tuż koło drogi, za mną Samochin. Słyszę: pełznie, 
wolniusieńko, ostrożnie, coraz się zatrzymuje, da serię, tylko gałęzie trzeszczą. Głupie 
uczucie, nie powiem, ale wysiedzieliśmy, wreszcie poczułem, że jest blisko, wychyliłem się i 
walnąłem mu przeciwpancernym RDG-33 pod lewą gąsienicę. Wtedy go obróciło bakiem, 
Samochin dał mi jeszcze jeden  granat  i  poprawiłem.  Poharatało mu  prawą 
gąsienicę. Nie, nic takiego. Nawet nie był taki duży, średni T-III, tylko jak się z dołu patrzy, 
to zawsze trochę dziwnie. Filimonow i Isajenko leż rzucili. A ten kropi z kaemu jakby nigdy   
nic. Wyglądam, patrzę, luk otwarty, dwóch takich! w czarnych kombinezonach już 
wyskoczyło, ale jednego zaraz Isajenko położył, drugi poszedł w krzaki i tyleśmy go widzieli. 
W ten luk kropnęliśmy jeszcze jednym i wtedy już zaczął z niego walić dym. Myślę sobie 
dobra nasza, a tu, proszę uprzejmie, dalszy ciąg nastąpił. Krzaki trzeszczą, wyłazi jeszcze 
jeden, już większy, a z prawej trzeci, ten zaraz zwąchał, co się święci, i chciał nas obejść 
bokiem, ale władował się w bagno. A kolo tego dużego piechota, tak ze czterdziestu ludzi, na 
szczęście mieliśmy dwa automaty, daliśmy po nich parę serii i odskoczyliśmy do tyłu. Czołgi 
zaczęły bić granatami, ale nie ruszały się z miejsca. Przez ten czas zebrało się trochę wojska z 
różnych rozproszonych oddziałów, przetrzymaliśmy fryców do nocy, a potem jakoś poszło. 
Przybiegł łącznik, przyniósł podziękowanie na piśmie, podobno sam Żdanow dzwonił z 
Leningradu, ale najbardziej ucieszyło nas przybycie regularnego wojska. W samej Łudzę też 
ich porządnie stuknęli, bardzo już byli pewni siebie, leźli jak na wycieczkę... Tu nas łatwo nie 
wezmą. 
-  A ta dziewczyna? Wzięliście ją do oddziału? 
-  Kochany towarzyszu politruku, to nie jest siedemnasty rok. Wezwałem ją, mówię, odważna 
jesteś, ale akurat zabierają mi z powrotem do Leningradu jednego majstra, bo fabryka nie 
może obejść się bez niego. Ona wtedy w płacz, że już skończyła siedemnaście lat, że jest 

background image

dorosła, ma świadectwo z dziesięciolatki, chce chociaż zostać sanitariuszką. Co robić,  
powiadam, nie mam kobiecych etatów i taką ją, zapłakaną, wsadziłem na ciężarówkę. 
Prawda, dzielna dziewczyna no i dobrze, przyda się w Leningradzie... 
 
Pętla zostaje rzucona 
 
...Tak, istotnie z tą Ługą wyszło zupełnie niespodziewanie i dosyć kiepsko - von Leeb, 
chodząc w zamyśleniu po swoim pskowskim gabinecie, musiał to przyznać. Kto mógł 
przypuszczać, że 41 korpus zmotoryzowany von Gottlieba napotka na tej marnej rzeczce taki 
silny opór? Przecież według danych lotniczego rozpoznania były tam jakieś mizerne 
oddziałki. A teraz, oczywiście, bolszewicy już zdążyli podciągnąć odwody, są meldunki o 
czterech dywizjach. Feldmarszałka ogarnia głuche rozdrażnienie; cóż za bałwan ten Gottlieb, 
jeszcze w dodatku zarozumialec. Tak pokpić sprawę! Rozłożona na stole wielka mapa mówi 
wprost w oczy niemiłą prawdę: najkrótsza droga do Leningradu jest mocno zablokowana, 
tymczasem czas leci, dano mu przecież miesiąc na zdobycie tego przeklętego miasta. Musi je 
zdobyć, to sprawa jego oficerskiego honoru!... Wzrok ślizga się po mapie, bada, obmacuje - 
feldmarszałek pochyla się jeszcze niżej, dyndający na szyi Żelazny Krzyż prawie, dotyka 
papierów. Myśli pracują szybko, już rodzi się decyzja, jeszcze trzeba ją wyważyć... Tak, 
oczywiście, nie ma innego wyjścia. Skryte obejście na lewo, wzdłuż rzeki Ługi ku północy i 
cios, jak taran, w stronę Kingiseppu i Gatczyny! Feldmarszałek nie pamięta w tej chwili o 
tym, że powtarza manewr zastosowany w czasie Wojny Domowej najpierw przez Rodziankę i 
Krasnowa, a w rok później przez Judenicza,- ale gdyby nawet wiedział, nie zmieniłoby to ani 
na jotę jego decyzji. Cóż za porównanie! Decyzja została zakomunikowana i oto już rusza 
precyzyjna, bezbłędna machina sztabowa Armeegruppe "Nord". Szybkie kroki oficerów, 
dyskretny szelest map, odmierzone ruchy kolorowych ołówków, wymawiane półgłosem 
słowa, trzask maszyn do pisania, pulsowanie radiostacji przesyłających zakodowane sygnały, 
warkot zapuszczanych silników motocyklowych, na które wskakują łącznicy wiozący 
zapieczętowane koperty z rozkazami. Szybciej, jeszcze szybciej! Jest czternasty lipca, 
początek czwartego tygodnia wojny, za tydzień ma się odbyć triumfalny bal zwycięstwa w 
hotelu "Astoria", polowe drukarnie tłoczą już zaproszenia, złotem na kartonie. Na tyłach 
dywizji pancernych oczekują sygnału specjalne oddziały, których zadaniem jest rozgrabić 
Ermitaż, stoją transporty kolejowe, które powiozą zbiory w głąb Niemiec, odbywają się 
odprawy organów Sipo i SD, gdzie już przygotowuje się listę tych, którzy zostaną straceni w 
pierwszej kolejności... 
Szybciej, jeszcze szybciej! Czternastego lipca obrońcy Ługi oddychają z ulgą, nacisk czołgów 
nieprzyjaciela słabnie - ale w Leningradzie, w Smolnym, gdzie mieści się sztab Frontu Pół-
nocno-Zachodniego, nerwowo rozdzwaniają się telefony. 41 korpus von Gottlieba, skręca 
wzdłuż Ługi, dokonuje czterdziestokilometrowego marszu i odrzucając słabe oddziałki 
Szkoły Oficerskiej imienia Kirowa, forsuje rzekę pod wsiami Bolszoj Sabsk i Iwanowskoje. 
Znowu brakuje rezerw; wszystkie siły rzucono w centrum, pod miasto Ługę, i dalej na 
wschód, gdzie reszta niemieckiej 4 grupy pancernej szturmuje Nowgorod. I znowu jedyną 
nadzieją miasta są skoszarowani i w szkołach i urzędach ludzie w cywilnych marynarkach i 
kusych płaszczykach, ćwiczący musztrę, I taktykę plutonów strzeleckich i walkę na bagnety. 
Smolny ogłasza alarm dla pospolitego ruszenia. ! 
 
 
Nikt się nie rodzi żołnierzem... 
 
-  Obtarliście  sobie  nogę,  towarzyszu  profesorze? 

background image

-  Aha - oczy profesora Oldenburga może to zresztą nie profesor, tylko docent, Frołow 
dokładnie nie wie, dla niego to przede wszystkim żołnierz z jego drużyny są pełne poczucia 
winy. c Ostrożnie obmacuje obolałą nogę. - Nigdy prze- i cięż nie nosiłem tych przeklętych 
owijaczy, tylko ś normalne skarpetki... 
-  Widzicie, jest siedem sposobów prawidłowego zakładania owijaczy... 
-  Siedem? 
-  To znaczy było siedem, bo wyście wynaleźli i ósmy. Trzeba to robić  tak... 
Pociąg cicho postukuje na rozjazdach. Jest wieczór, poderwano ich na alarm jeszcze w nocy, 
ale i najpierw długo czekali na transport, potem coś zbombardowano i pociąg pół dnia stał na 
przedmieściu. Pomagali wynosić bele materiału z płonącego składu. Dookoła ryto okopy, 
stawiano żelazne kozły przeciwczołgowe, rozwijano kłęby drutu kolczastego, na niebie 
wisiały długie cygara balonów zaporowych. Więc mogą dojść aż tutaj? -i pomyślał Frołow ze 
ściśniętym sercem. Przypomniał sobie zapłakane oczy żony, jej szept: "...może spotkasz 
Wierę, powiedz, niech wraca", kartkę od starszego syna, oddaną przez przejezdnego 
wojskowego: "Kochani staruszkowie, nic się nie martwcie, niedługo pogonimy fryców aż się 
patrzy, wasz Fiedia". Prosto z ćwiczeń wojskowych, nie zmieniając munduru, poszedł na 
front, pod Ostrów, a teraz?... 
Wczesnym rankiem przyjechali na stację Wejno. Połowa dworca była zmiażdżona bombą 
dużego kalibru, wszędzie unosił się swąd spalenizny. Żołnierze drugiej DNO*, czyli dywizji 
pospolitego ruszenia, patrzyli dookoła niepewnie, ziewając stawali w szeregach, odliczali 
przyciszonymi głosami. Opodal nerwowo chodził po torach krępy podpułkownik, w którym 
Frołow na pierwszy rzut oka domyślił się dowódcy. Odczekawszy zbliżył się, przyjął raport i 
chmurnym okiem zlustrował pstre szeregi żołnierzy w cywilu. W jego szczerej, szerokiej 
twarzy z łatwością można było odczytać zupełny brak entuzjazmu; diabli musieli mu, 
zawodowemu oficerowi, nadać taką cywilbandę, i to jeszcze w sytuacji zupełnie  
 

* DNO - dywizja  narodnowo   opołczenija

 
parszywej, bez wsparcia artylerii, z obiecanymi marynarzami Floty Bałtyckiej, którzy widać 
ugrzęźli | gdzieś po drodze. Zerknął z ukosa na wlokący się f po ziemi owijacz Oldenburga, 
chciał coś powiedzieć, ale machnął tylko ręką. Potem zatrzymał f wzrok na wyprężonej 
postaci Frołowa i zapytał z nadzieją: 
-  Zawodowy? 
-  Rezerwa, towarzyszu  pułkowniku. 
-  Byliście na froncie? 
-  Tak jest, na fińskim, ale nie na pierwszej linii. Mamy w kompanii z dziesięciu takich, 
ostrzelanych... Są i po służbie. Ale większość...f rozumiecie, ochotnicy, chcą bić wroga... 
Twarz pułkownika spochmurniała jeszcze  bardziej i Frołow dodał pośpiesznie: 
-  Za to mamy bardzo dobrych  narciarzy. Pułkownik uśmiechnął się kwaśno: 
-  To już chyba na inny sezon. Oszczędzajcie ich do stycznia. 
Wkrótce potem ogłoszono odprawę dowódców kompanii, plutonów i drużyn, ale 
jednocześnie rozległy się okrzyki "Lotnik, kryj się!" - i wszyscy rozbiegli się po stacji, 
powskakiwali do rowów, wypełnili świeże leje, zapewniając się wzajemnie, że bomba nigdy 
nie pada dwa razy w to samo miejsce. Tym razem Niemcy bombardowali I pobliskie 
miasteczko, ale co chwila, kołując, przelatywali nad stacją i żołnierze lgnęli do ziemi. Tylko 
podpułkownik, nerwowo spoglądając na zegarek, chodził po torach jakby nigdy nic. 
-  A co to znowu za hrabia Monte Christo? - rozległ się nagle jego rozdrażniony głos. 
Zaniepokojony Frołow wyjrzał z leja i zobaczył tuż obok charakterystyczną, przygarbioną 
sylwetkę Oldenburga, wpatrzonego w nurkujące nad miasteczkiem samoloty. 

background image

-  Oldenburg, co jest? Nie słyszeliście rozkazu? Uczony wzdrygnął się, obejrzał niepewnie 
dookoła, potem zdjął okulary i przetarł je nerwowo. 
-  Słyszałem, oczywiście, towarzyszu dowódco, ale to... - niepewnie powiódł ręką dookoła - 
ja... ja tak nie mogę. To zbyt okropne. 
-  Co jest okropne, towarzyszu szeregowy? - pułkownik zbliżył się i groźnie zmarszczył brwi. 
- To wojna, rozumiecie? Wojna! Weźcie się w garść i nie siejcie paniki. 
-  Ja rozumiem, ale... Ale gdzie jest nasze lotnictwo, towarzyszu pułkowniku?! Gdzie są nasze 
działa przeciwlotnicze? Dlaczego nam nie mówiono prawdy? Myślałem, że jak im damy 
łupnia, to wióry polecą... A oni robią przecież z nami co chcą... 
Twarz pułkownika poczerwieniała ze złości. 
-  Przestańcie mówić, do jasnej cholery! Jesteście żołnierzem. Kto wam pozwolił .wątpić w 
nasze siły? Podrywacie morale! - krzyczał tym głośniej, im bardziej zdawał sobie sprawę, że 
zachowuje się jak skończony bałwan, że powinien mówić do tych ludzi zupełnie innymi 
słowami. Zbyt dużo było jednak własnych wątpliwości, nerwowego oczekiwania, dręczącego 
napięcia, głuchego rozjątrzenia ponoszonymi ciągle klęskami - żeby nie trzeba tego było 
wyładować i zagłuszyć krzykiem. Na szczęście w tym samym momencie rozległ się gwizd 
parowozu i zza zakrętu ukazał się pociąg, wiozący marynarzy, więc podpułkownik; rzuciwszy 
tylko Frołowowi: "Uważajcie na niego!" - odszedł szybko, świadomy swej pierwszej porażki. 
Potem był pośpieszny wymarsz. Najpierw szli w kolumnach, a po przejściu przez płonące 
Wejno rozsypali się w tyraliery. Słońce grzało mocno, idący mimo woli zwalniali kroku, 
przeskakując! przez rozlewiska, depcząc jaskrawożółte kaczeńce, płosząc stadka dzikich 
kaczek, aż  Frołowowi wydawało się chwilami, że idzie na polowanie. Szli tak dość długo, 
napięcie spadało i kiedy w pewnym momencie, nie dalej jak o sto metrów przed sobą, 
zobaczyli grupę rozebranych do pasa ludzi i, i pośpieszne wymachy łopat - w pierwszej chwili 
nie pojęli, co to jest. Nasi? Może Wiera? - błysnęło w głowie Frołowa, ale w tej samej  chwili 
świadomość zarejestrowała wszystko naraz: gardłowe dźwięki mowy, zgniłozielony kolor I 
mundurów, żądło ubezpieczającego erkaemu wystawionego w ich stronę - i jak bezgłośna I 
eksplozja  wybuchło w  myślach słowo: NIEMCY! 
Na moment cała drużyna zastygła na miejscu. To co dotychczas było groźną abstrakcją, 
ciągle? jeszcze odległą, zmaterializowało się teraz w postaci tej grupki spoconych ludzi, o 
przypieczonych lipcowym słońcem ciałach, zastygłych w podobnym niemym zdumieniu i 
wyposażonych, jak na ironię, nie w narzędzia zagłady, lecz w zwyczajne łopaty. Tak gapiono 
się na siebie przez nieskończenie długą sekundę, dzielącą pokój od wojny, aż Frołow, 
spostrzegłszy ruch w gromadce przeciwników i uprzedzając o ułamek chwili ich 
skok do rozrzuconej dokoła broni, wydał gardłowy okrzyk i rzucił się naprzód, porywając za 
sobą resztę. Biegli zwartą gromadą, tupiąc ciężko, rozchlapywali wokół siebie wodę, 
krzyczeli coś, zagłuszając,, własny strach i pragnąc teraz nade -wszystko dopaść tych ludzi, 
zanim ich wystrzelają. Frołow widział wszystko po kolei jak na zwolnionym filmie; oto 
erkaemista - co za szczęście, że pozwolił sobie zejść z ubezpieczenia - sadzi długimi susami 
do swej broni, pada z rozmachem, odryglowuje, podrzuca kolbę... Zaraz będzie jatka! - myśli 
Frołow i wyrwawszy zza pasa granat ciska go w stronę Niemca... W tym momencie tryska 
początek serii, a jednocześnie granat wybucha prosto w twarz erkaemisty. Obok Frołowa 
zgina się wpół i pada z wrzaskiem rudy Daniła Jarosz, wesoły chłopak, a Niemiec unosi się na 
kolana, trzyma za twarz, wyje. Dopada go Oldeaburg. Uniesiony niezręcznie karabin spada 
jak kłonica na zamek erkaemu, tuż obok głowy rannego. Bach! bach! - buchają krótkie strzały 
Niemców, ale oni już są przy nich, już ich tłuką, kłują, depczą. Z boku też słychać strzały, 
krzaki zasłaniają resztę^ tyraliery, z przodu widać gołe plecy uciekającego Niemca. Cała 
drużyna Frołowa wali teraz do niego, przyklękając na kolano. Nikt jednak nie trafia. 
"Naprzód! nie zatrzymywać się!" - wrzeszczy Frołow, czując instynktownie, że tylko tempo 
może ich uratować. Kończą się krzaki, z przodu jest rozległe pole, po którym biega oszalałe 

background image

bydło, dalej domki wsi - to już Iwanowskoje - i raptem ziemia przed nimi rozstępuje się i 
tryska w górę: raz, drugi, trzeci... To miny. "Padnij"- woła Frołow i rozejrzawszy się, widzi, 
że wszyscy dawno już leżą. Pada, czuje chłód podmokłej łąki i dopiero teraz  przytomnieje. 
Potem dostają krwawą szkołę. Niemcy puszcza- ją od wsi lawinę motocykli z karabinami 
maszynowymi. Tyraliera chwieje się, pęka, odskakuje do tyłu, pada, koszona gęstym   
ogniem. Jeszcze? chwila i wszystko zmieniłoby się w dziki popłoch ucieczki, ale ściana 
wybuchów odgradza już Niemców, tłamsi, miażdży. To pociąg pancerny z Wejno. Potem z 
góry nurkują  Junkersy i ziemia kołysze się znowu jak pokład statku, bębenki pękają od  
huku,  rozpaczliwie wrzeszczą ranni. Potem  idą szeregami  pijani esesmani - atak 
psychologiczny! - z podwiniętymi rękawami, strzelając z biodra, z krzykiem: Rus, zdawajsa! 
Przerzedzona tyraliera, parskając chaotycznymi strzałami, znowu się chwieje, lecz   
marynarze w  pasiastych  koszulach idą do kontrataku,  wytknąwszy do  przodu bagnety.  
Niemcy, którzy  boją się ich jak ognia, nie wytrzymują. Teraz znowu trze-i ba   się   poderwać  
- słońce   jest jeszcze wysoko, ten przeklęty dzień nigdy się nie skończy! – bo, Niemcom  
zależy na tym, żeby za wszelką cenę utrzymać przyczółek pod Iwanowskim, a naszym, żeby   
za wszelką cenę go zlikwidować. Kto da z siebie więcej? 
Tu, na tej  porytej wybucham łące, mają się rozstrzygnąć losy ich miasta. Na chwilę przed 
atakiem dwa bombowce z czerwonymi  gwiazdami- więc jednak są! - zniżyły się nad  wsią, 
żeby zbombardować budowany przez Niemców most pontonowy. Jeden od razu zestrzelono, 
lotników lecących na spadochronach zlikwidowano z ziemi z karabinów maszynowych. Ten 
widok pomógł leningradczykom oderwać się od ziemi i dopaść do samych opłotków wsi. 
Wtedy zza chałup znowu wyskoczyli Niemcy. Ich twarze zatańczyły przed Frołowem, w 
którąś z nich trzasnął kolbą, potem wbił bagnet w coś miękkiego, wyszarpnął, usłyszał 
gardłowe okrzyki, charknięcia, pojedyncze strzały, zobaczył tarzające się po ziemi ciała. 
Dostrzegł też Oldenburga, który, nie wiadomo dlaczego, strzelał uklęknąwszy na jedno 
kolano, a potem wyciągał z leżących przed nim na trawie łódek pojedyncze naboje, ładował, 
znowu strzelał, prawie nie celując. Frołow chciał krzyknąć, ale w tym samym momencie 
poczuł mocne trzepnięcie w ramię, obejrzał się zdziwiony; na bluzie szybko rosła czerwona 
plama, ręka zdrętwiała, w głowie się zakręciło... Zaraz, potem zobaczył strzelającego zza rogu 
stodoły Niemca, przesłoniły go czyjeś plecy, potem Niemiec już leżał na brzuchu, twarzą do 
ziemi, a zza stodoły dobiegło przytłumione: rrarrra! No, zaczepili się - pomyślał z ulgą 
Frołow i w tej samej chwili zdał sobie sprawę, że siedzi bezradnie na trawie i widzi wszystko 
jak przez mgłę. Dostrzegł jednak, że szarozielone sylwetki znowu wyskakują zza węgłów i 
biegną do tyłu, odgryzając się strzałami, spróbował, ogarnięty paniką, wstać, opadł z jękiem 
na kolana. Po chwili poczuł, jak ktoś go podrywa, zarzuca sobie na szyję jego zdrową rękę i 
taszczy z powrotem. Spojrzał na swoje na wpół  bezwładne nogi, chcąc je zmusić do 
energiczniejszych kroków, i zobaczył rozwiązany owijacz profesora Oldenburga... 
 

 

Przyparli Niemców do rzeki, ale przyczółka nie zlikwidowali. Udało im się nawet wysadzić w 
powietrze niemiecki most pontonowy - dwu śmiałków zakradło się, nieco dalej w górze Ługi, 
nad brzeg z materiałem wybuchowym i puściło go! z prądem na małej tratewce. Była wielka 
radość ale Niemcy szybko naprawili most i znowu odepchnęli ich od wsi. Tak przepychali się 
do połowy sierpnia. Przyjeżdżał sam Woroszyłow, przysięgali! mu, że zdobędą Iwanowskoje, 
a potem ruszyli do ataku i nie zdobyli, nie starczyło sił. Nie wstydzili się tej niedotrzymanej 
przysięgi, cóż wojna. Zdziesiątkowano ich, ale byli już prawdziwymi wojskiem, bez taryfy 
ulgowej. Krępy podpułkownik nie czuł się już ofiarą sztabowych intryga "moi żołnierze" - 
mówił o nich i myślał. 

background image

Potem usłyszeli gęstą strzelaninę z prawej strony. Niemcy sięgnęli jeszcze dalej na północ, 
obeszli ich, wdarli się do Kingiseppu, ugrzęźli pod Gatczyną, ale jednocześnie na południe od 
Ługi wznowili silne ataki na Nowgorod, zdobyli go i ruszyli ku północy, przez Czudowo na 
Kopino Tu napotkali silny opór, skręcili ku wschodowi i opanowawszy bardzo ważną stację 
Mga, która i w toku zaciętych walk przechodziła z rąk do rąk dotarli do Ładogi pod 
Szlisselburgiem. 
 Ósmego września padł Szlisselburg. Leningrad został odcięty od reszty kraju. Dzień 
wcześniej zaczął  się generalny  szturm. Sytuacja stawała się znowu tragiczna. Dowództwo 
Floty Bałtyckiej otrzymało od Stalina ściśle tajne instrukcje w sprawie jej zatopienia na 
wypadek zdobycia miasta. Przystąpiono do formowania specjalnych oddziałów 
dywersyjnych, które miały przystąpić do akcji po wejściu Niemców. Na ścianach domów 
pojawiły się plakaty z odezwą podpisaną przez Woroszyłowa, Żdanowa i Kuzniecowa: 
Towarzysze leningradczycy! Nad naszym rodzinnym ukochanym miastem zawisło 
bezpośrednie niebezpieczeństwo wejścia Niemców!
 
Cała grupa wojsk, znajdująca się w łuku Ługi, została odcięta. Trzeba było bez walki opuścić 
miasto. Oddziały przebijały się z okrążenia, torując sobie drogę w ciężkich bojach. Część 
dowódców wydała rozkaz marszu w małych grupkach, na własną rękę. Jeszcze w 
październiku i w listopadzie większe oddziały, drobne grupy, pojedynczy żołnierze 
przedzierali się przez linię frontu ku swoim. 
Nie było wśród nich Iwana Frołowa. Rodzina otrzymała lakoniczne zawiadomienie, że należy 
go uważać za zaginionego.  
                              
Pętla zaciska się 
 
- Lecimy nad Ładogą, towarzyszu generale. 
Żukow* skinął głową. Generałowie Fiediuniński, Chozin i Kokoriew spojrzeli ciekawie przez 
okna samolotu. Szare fale jeziora złociły się w popołudniowym słońcu, niebo było 
bezchmurne, wokół samolotu  Li-2, którym leciał do otoczonego Leningradu  
 

* Polecam książkę W.Suworowa Dzień Zwycięstwa, dowiecie się więcej o tym wspaniałym generale nieudaczniku, przez którego 
zginęły miliony ludzi, a on sam dożył w spokoju i chwale późnych lat. (Przypisek skanującego) 

 

  nowo mianowany  dowódca frontu, zataczały kręgi myśliwce eskorty. 
-  Tak więc, proszę towarzyszy - kontynuował Żuków - mamy do czynienia z doświadczonym 
przeciwnikiem. Stara, niemiecka, generalska szkoła. Sześćdziesiąt pięć lat. Hitler, jak nas 
informowano, nie bardzo go lubi, ale ceni. Brał udział w operacji sudeckiej, przerwał linię 
Maginota na czele Grupy Armii "C". Dano mu za to tytuł feldmarszałka i Żelazny Krzyż. 
Teraz von Leeb ma zdobyć Leningrad za wszelką cenę i trzeba przyznać robi, co może. 
Mamy dzisiaj dwunasty września, wszystko wskazuje na to, że pięć dni temu rozpoczął 
decydujący szturm. O rezultatach dowiemy się na miejscu. Na razie wiadomo, że po zdobyciu 
Leningrad miałby zostać ograbiony i zrównany z ziemią. Uzyskaliśmy tajny dokument, który 
informuje, że ani Niemcy, ani Finlandia nie są zainteresowane w istnieniu tak dużego miasta 
u ujścia Newy. Ma tu być małe miasteczko fińskie pod nazwą "Pisttari". Nieźle, co? Już nas 
zaplanowali. To się nazywa dzielić skórę na niedźwiedziu... Czy  to już miasto? 
-  Tak jest, towarzyszu generale - odpowiedział major Onufriew, oficer łącznikowy sztabu 
Frontu Leningradzkiego. 
-  Nie widać śladów zniszczeń... 
-  Na razie nie. Ostrzały artyleryjskie zaczęły się przed tygodniem, uszkodzenia są niewielkie, 
ale ludność cywilna bardzo na tym cierpi. Poza tym codziennie mamy trzy do pięciu nalotów. 
Obrona przeciwlotnicza ma pełne ręce roboty. Starają się, jak mogą... 

background image

-  Ale mało mogą, co? Taak. A to co? - palec Żukowa wskazał wielkie, jeszcze dymiące 
pogorzelisko. 
-  To - major nerwowo przełknął ślinę - składy badajewskie Ósmego był bardzo silny nalot... 
Sto pięćdziesiąt siedem pożarów... 
-  Zaraz, zaraz. Chyba nie chcecie mi, majorze, .powiedzieć, żeście ich zawczasu nie 
rozładowali? 
-  Właśnie... Ponieśliśmy bardzo duże straty. Nie wszystko zdołaliśmy uratować... 
-  To zbrodnia! - Żuków podniósł głos; był znany ze swego porywczego usposobienia. - Cóż 
to za porządki! Za takie rzeczy idzie się pod sąd wojenny! 
Onufriew zrobił gest, jakby chciał mu przerwać, ale się opanował. Poczerwieniał jak burak. Z 
gardła wydarł mu się nieartykułowany dźwięk. 
-  Chcieliście coś powiedzieć, majorze? - spytał  podejrzliwie  Żuków.             
-  Tak... to jest... pozwólcie zameldować, że ratowaliśmy żywność ze składów pod gradem 
eksplodujących   bomb... Wielu naszych zginęło... 
Zapanowało  niezręczne  milczenie. 
-   A! - powiedział Żuków i energicznie odwrócił się ku oknu. 
Samolot  schodził do lądowania. 
Kiedy jechali z lotniska do Smolnego, Fiediuniński rozglądał się ciekawie. Z przyjemnością 
stwierdził, że w mieście nie widać ani śladu paniki. Liczne patrole i posterunki na drogach 
wjazdowych bardzo starannie sprawdzały dokumenty, niezależnie od rangi przejeżdżających. 
Leningrad był surowy, ściszony, wypełniony wojskowymi mundurami, ale spokojny i jakiś 
szczególnie urzekający w swoim klasycznym pięknie, na które wojna położyła tragiczny cień. 
Prawie bez przerwy słychać było łoskot rozrywających się pocisków artyleryjskich, ale ludzie 
zdawali się nie zwracać na to uwagi. Niektóre domy ziały świeżymi szczerbami. Słynne 
leningradzkie pomniki oszalowano deskami i obłożono workami z piaskiem, a ulubioną figurę 
Katarzyny II przed Teatrem Aleksandryjskim owinięto w wielką siatkę maskującą niby w 
woalkę (Kat’ka w awos'kie - mówili o niej czule leningradczycy). Na Aniczkowskim Moście 
tłum patrzył w milczeniu, jak specjalna ekipa zdejmuje słynne konie Kłodta, f symbolizujące 
cztery żywioły. Wspaniałe rumaki zdawały się ożywać, płynąc w powietrzu w stronę I 
platform. Na Newie widać było wąskie sylwetki  kontrtorpedowców, a w dali od strony 
Kronsztadtu, przecinały niebo ostre błyski i rozlegały się głuche grzmoty - to biła w Niemców 
ciężka artyleria okrętowa "Marata" i "Rewolucji Październikowej". Te łoskoty wojny 
mieszały się w mieście z rozbrzmiewającą przez głośniki uroczystą pieśnią, która, wyparłszy 
skoczne marsze, i miała się zrosnąć trwale z atmosferą pierwszego i okresu wojny: 
 

Pust' jarost' blagorodnaja, 

 Wskipajet  kak  wolna 

 Idiot wojna narodnaja,  

Swiaszczennaja wojna! 

 

Kiedy podjechali do Smolnego, Fiediuniński,- 
choć bynajmniej nie sentymentalny, nie mógł się oprzeć wzruszeniu. Nad całym budynkiem 
rozpięto wielką sieć maskującą, okna były starannie zasłonięte, główna aleja została 
zamknięta dla ruchu, na pozór wszystko wydawało się bezludne i opuszczone. Ale pod 
boczne wejścia podjeżdżały dziesiątki aut, ustawicznie wchodzili i wychodzili ludzie, a w 
długich, jasnych, przestrzennych korytarzach panowała ta sama atmosfera skoncentrowanej 
woli i upartego wysiłku, która wydawała się przerzucać ponad minioną ćwiercią stulecia most 
ku tamtym, październikowym dniom i przywoływać cienie zmarłych na pomoc żyjących. 
Weszli do poczekalni, siedzący przy biurku adiutant poderwał się, otworzył drzwi do gabinetu 
i wtedy do uszu generałów dobiegł strzęp dialogu: 

background image

-  ...nie jest waszą sprawą. Za wszystko, co robię, odpowiadam osobiście przed towarzyszem 
Stalinem! 
-  Ja również, Andrzeju Aleksandrowiczu. I właśnie dlatego w sprawie fatalnej sytuacji 
aprowizacyjnej wyślę raport doMoskwy. 
Szczupły, szpakowaty mężczyzna, który stojąc w progu wypowiedział te słowa, odwrócił się i 
zobaczył przybyłych. Był to sekretarz Leningradzkiego Komitetu Partii i członek Rady 
Wojennej  Frontu,  Kuzniecow. 
-   Aa, witamy towarzyszy generałów! Proszę tędy. 
Po gabinecie chodził wielkimi krokami tęgi mężczyzna z krótko przystrzyżonymi wąsikami, 
w generalskim mundurze. Był najwyraźniej bardzo zdenerwowany, ale na widok 
wchodzących opanował się, uśmiechnął  i rozłożył ręce: 
-  Prosimy, prosimy, aby w dobrą godzinę. Towarzysz Źukow? Jestem Żdanow. Szkoda, że w 
takich okolicznościach... Poznajcie się z towarzyszem Kuzniecowem. Jak lot? Żadnych 
niespodzianek? Od czego zaczniemy? Czy towarzysze są głodni? 
-  Przede wszystkim - powiedział sucho Żuków - chciałbym, żebyście nas możliwie 
wyczerpująco zapoznali z sytuacją... 
Sytuacja była niewesoła i w miarę jej referowania twarze obecnych poważniały coraz 
bardziej. Z prawej strony Niemcy doszli do Ładogi, z lewej przedarli się do brzegu Zalewu 
Fińskiego, opanowali Peterhof i zajadle atakowali Stralnę, której ostateczny upadek wydawał 
się być przesądzony. Zażarte walki toczyły się pod Urickiem i Pułkowem, a więc już na 
przedmieściach miasta, o kilkanaście kilometrów od jego centrum, tam gdzie dochodziły 
leningradzkie tramwaje. Z największym wysiłkiem, przede wszystkim dzięki pomocy floty i 
potężnej artylerii fortów Krasnaja Górka i Sieraja Łoszad', udawało się na lewo od 
dokonanego przez Niemców pod Peterhofem wyłomu utrzymać niewielki skrawek ziemi, 
niezbędny dla obrony Kronsztadtu, nazywany  przyczółkiem oranienbaumskim. 
-  A flota? - spytał Żuków. Żdanow milczał przez chwilę. 
-  Pod koniec sierpnia, w czasie ewakuacji Tallinu - powiedział lekko schrypniętym głosem - 
ponieśliśmy bardzo ciężkie straty w tonażu handlowym... 
-  Konkretnie? 
-  Z dwudziestu trzech jednostek, które brały udział w ewakuacji, dopłynęły do Leningradu... 
dwie. 
Przez chwilę w gabinecie zapanowało ciężkie milczenie. 
-  Za to straty floty wojennej były nieznaczne - dodał spokojnie Żdanow.-Prawie wszystko 
mamy już w  Kronsztadtcie. 
Rozległo się dyskretne pukanie. Oficer operacyjny, stuknąwszy obcasami, położył na stole 
ostatnie meldunki. Pochylono się nad nimi. Wiadomości były, bez wyjątku, bardzo złe. Pod 
samym -Leningradem Niemcy zajęli Duderhof i Krasnoje Sieło. Z drugiej strony, na 
Przesmyku Karelskim, Finowie zajęli Siestrorieck i z największym trudem udało się 
powstrzymać ich zagon pancerny. Na odcinku 7 armii, broniącej przesmyku między jeziorami 
Ładoga i Onega, wojska niemiecko-fińskie w kilku miejscach sforsowały rzekę Świr. Groźba 
zarzucenia na miasto drugiej, tym razem zupełnie szczelnej pętli blokady stawała się coraz 
bardziej realna. 
-  Czarny dzień - w głosie Żdanowa wyczuwało się głęboką troskę. - Piąty dzień szturmu. Co 
będzie jutro? 
 
Co będzie jutro… 
 
Szósty dzień generalnego szturmu Leningradu. 
Już ustalono menu "bankietu zwycięzców" w hotelu "Astoria". Już wiadomo, o której 
godzinie zacznie się defilada przed Pałacem Zimowym. Kierowcy sztabowych samochodów 

background image

otrzymali specjalne przepustki dla poruszania się po całym mieście, z oznaczeniem 
najważniejszych tras przejazdowych. W Gatczynie siedzi na walizkach generał von Knut, 
mianowany wojskowym komendantem miasta. Nerwowo poziewując, patrzy na zegarek; 
wszystko zostało już ustalone, pozostaje tylko czekać na wiadomość, że droga jest wolna. W 
Pskowie von Leeb obmyśla początek meldunku, który ladą godzina złoży telefonicznie 
Hitlerowi; powinno to być godne, a zarazem niedbałe, coś w rodzaju: Mein Führer, miło mi 
powiadomić pana, że misja, którą obarczył pan moje wojska, została przez nie z honorem 
wypełniona... Służba informacyjna Armeegruppe "Nord" rozrzuca wśród ludności zajętych 
wsi i miasteczek ulotki: Leningrad został zdobyty! W mieście trwają ostatnie walki uliczne. 
Armia bolszewicka wycofuje się na Wyspą Wasiliewską. 
Tego dnia zasnute dymem miasto dygoce od huku artylerii. Strzela wszystko, co znajduje się 
w rękach obrońców: działa zamkniętej w Kronsztadtcie floty, nawet staruszka "Aurora", 
muzealny zabytek ewakuowany z miasta; strzelają pociągi pancerne, działa ustawione 
pośpiesznie na prowizorycznych kolejowych platformach, artyleria    armii,    dywizji,   
pułków i batalionów, moździerze, których niestety Niemcy mają znacznie więcej. Jednak 
nacisk wroga nie słabnie ani na chwilę. 
Z ruin Pułkowskiego Obserwatorium Astronomicznego - którego dyrektor, profesor Ogorod-
nikow, walczy z bronią w ręku na przednim skraju, przebiegającym o dwieście metrów dalej - 
generał Fiediuniński, zaciskając kurczowo palce na lornetce, obserwuje rozległe przedpole. 
Trwa nieprzerwany łoskot, z zasnutego dymem nieba wypadają stada niemieckich samolotów, 
wybuchy ciężkich pocisków artylerii okrętowej wyrzucają w niebo ogromne słupy ziemi; 
trójkami i piątkami pełzną niemieckie czołgi, za nimi tyraliery piechoty błyskające ognikami 
strzałów, padają, dziesiątkowane ogniem obrońców, odskakują do tyłu, znowu idą... Bije po 
nich i po czołgach ogniem na wprost artyleria pułkowa i batalionowa, maleńkie działka 
stojące w szczerym polu, w zżółkłej, jesiennej trawie, która płonie wokół nich wysokim 
płomieniem. Czołgi wdzierają się na ich stanowiska, tłamszą bijące żarem działa, miażdżą 
ludzi i - stają zasypywane butelkami z benzyną przez tych, co ocaleli. W niebo walą słupy 
czarnego dymu, nie widać już ani Ligowa, ani Puszkina, ani Pawłowska. A z tyłu na 
przedmieściach, przecinając żółtymi smugami rowów błotnistą nadnewską równinę, 
nieprzerwanie pracują ludzie; ryją okopy, budują stanowiska ogniowe, stawiają bunkry. Jeśli 
fale Niemców przewalą się przez grzbiet Wzgórz Pułkowskich i spadną na przedmieścia, 
będzie się do nich strzelać z tych bunkrów, a jeśli wejdą jeszcze dalej z barykad 
ustawionych w mieście, z wielu tysięcy strzelnic w zamurowanych oknach i  piwnicach   
domów, z linii obronnych na Kanale Obwodowym, na Fontance, na Newie... a Newie? 
Fiediuniński opuszcza lornetkę, przeciera oczy nie, nigdy do tego nie można dopuścić! 
Właśnie objął dowództwo 42 armii; jej poprzedni dowódca, generał Iwanow, przestał  
panować nad  sytuacją, trzeba było niezwłocznie odesłać -go do dyspozycji Smolnego, a teraz 
on sam musi zrobić wszystko, co od niego zależy, żeby Niemcy nie przeszli... Schodzi z 
wieży Obserwatorium; na dole, w jego ruinach, płonie stos niemieckich ulotek, którymi 
lotnictwo bez przerwy zasypuje obrońców. Podnosi jedną z nich: Bij Żyda i komisarza!   
Bolszewicka gęba prosi o kamień. Rzuć broń. Bagnet  w ziemię. Czekać hasła do błękitnej 
nocy! Durnie, zwyczajna banda zawodowych morderców! Oto ich argumenty, oto cała   
psychologia  działania  - generał z wściekłością ciska podarty papier i w tym samym  
momencie rozlega się, ogłuszający łoskot; to ciężki pocisk niemiecki burzy resztkę wieży, z  
której zszedł przed chwilą... 
 

 

Siódmy dzień generalnego szturmu Leningradu. 
...Niemiecki oficer, wymachując pistoletem, wbiega na nasyp, za nim jego piechurzy. 

background image

- Fiedia!  -  zachrypnięty,  błagalny głos lejtnanta. Fiodor Frołow albo Frołow-młodszy, jak; 
go nazywali w fabryce, zakreśla lufą  swojego o Maksyma krótką linię. Oficer zwija się w 
kłębek, piechurzy staczają z nasypu, sztyletowy ogień wbija ich w ziemię. Kipi woda w 
chłodnicy, a z przeciwka, z okropnym wrzaskiem, nadbiega już nowa fala - który to raz 
dzisiaj? Garstka ludzi - resztka batalionu szturmowego, leżąca za nasypem Kolei Bałtyckiej 
między Urickiem a Ligowem - spręża się, zastyga bez ruchu. Bliżej.-Jeszcze bliżej... Mijają 
wielki kamień, osiemdziesiąt metrów... Teraz! Nie pada żadna komenda, wszyscy otwierają 
morderczy ogień. Łomot wystrzałów zlewa się i faluje w powietrzu. Lufa Maksyma, 
prowadzona zdrętwiałymi z wysiłku rękami Fiodora, przekreśla sylwetki wrogów, wraca, 
znowu przekreśla; w otępiałym mózgu kołacze się jakiś strzęp myśli: Za ojca!... Był list z 
domu, że zaginął pod   Ługą .. 
- Fiedia... - głos lejtnanta urywa się w jęku; Fiodor nie ma czasu obejrzeć się, znów przerzut 
całym ciałem, z lewej strony Niemcy wpełzają na czworakach na nasyp, toczą z powrotem, 
znowu wspinają, widać zadarte do rzutu ręce z granatami. O, cholera, może być kiepsko, 
taśma się kończy, a amunicyjny, Wania Blinów, charcząc drapie paznokciami ziemię, nawet 
nie można spytać, co mu jest... Niemieckie granaty na długich trzonkach padają dookoła, huk, 
woda znowu kipi. Fiedia, wyrywając podłożone pod koła Maksyma kamienie, zniża lufę, bije 
w chaos sylwetek, nic już nie czując, aż fala powietrza uderza weń i zrzuca z nasypu. 
Ile czasu upłynęło? Nie wie tego. Otwiera oczy, jest zdaje się cały. Pierwsze, co widzi, to 
sterczące do góry koła Maksyma i tarcza, masywna tarcza rozdarta jak kartka papieru. Jest 
dziwnie cicho, z boku ktoś jęczy, na przedpolu konwulsyjnie drga jakiś niedostrzelony 
Niemiec, reszta  widocznie, uciekła, z przodu słychać rzadkie wybuchy. W uszach huczy, 
głowa pulsuje, nogi się i trzęsą, ale - o szczęście! - zapada zmrok, wyg- I lada na to, że 
przeszedł jeszcze jeden dzień. 
-  Hej, jest tu kto? - krzyczy Fiedia, chociaż T własny głos wydaje mu się cichszy od szeptu. -
Na moją komendę... 
Od ziemi oddzielają się dwa cienie; wszystko, co zostało z batalionu. 
 

 

 Ósmy dzień generalnego szturmu Leningradu. 
-  Auf! - mówi półgłosem Kalb i z całej siły odpychając- ponton od brzegu, skacze doń 
ostatni,-  tak jak wtedy, na początku, nad Niemnem. Tak jak wtedy, ale jednocześnie nie tak 
jak wtedy; to nie jest już czas wielkich nadziei, zbyt ciężko to wszystko idzie, zbyt dużo 
dobrych druhów gryzie ziemię, diabli wiedzą, czy zobaczy kiedy to przeklęte miasto, nie 
lepiej było podszczypywać i Francuzeczki i spijać czerwone wino nad Kanałem? Cała 
nadzieja w dzisiejszym zaskoczeniu. I podobno Sowieci wszystko, co mają, rzucili z tam tej 
strony, od Gatczyny, Pułkowa, Uricka, a tu, i nad Newą, niczego się nie spodziewają. Więc  
trzeba spróbować, jeden cios i werżną się im w zaplecze, rajd przez tyły, do tych ociężałych 
Finów, tylko rękę podać. No i chyba wtedy ta t zwariowana  karuzela musi się nareszcie 
skończyć...   
Płyną, wiosłując ostrożnie, z obu stron majaczą inne pontony. Prawie nie słychać plusku, nie 
było przygotowania artyleryjskiego, ich grupa szturmowa ma po cichu złapać przyczółek. 
Tam z tyłu wszystko jest gotowe do skoku, dywizja czeka na sygnał. Już dobijają do brzegu, 
wyskakują, padają, wpatrują się w ciemność. Gott sei dank! - zupełna cisza, ciemno, nikt nie 
strzela. Wygląda na to, że wszystko pójdzie dobrze. Kalb wysyła naprzód patrole, patrzy na 
zegarek: nie, nie można czekać aż wrócą. Zapala latarkę, zakłada czerwone szkiełko, 
ostrożnie macha nią trzy razy i z ulgą widzi, jak prawie natychmiast od majaczącego w 
nocnym tumanie przeciwległego brzegu odrywa się na całej długości rząd ciemnych sylwetek: 
ruszył pierwszy rzut! Sekundy wloką się nieskończenie wolno, ale płynący są już prawie na 

background image

środku niezbyt w tym miejscu szerokiej Newy, kiedy ucho Kalba łowi jakiś potężniejszy 
szum. To ryk motorów! Zanim można cokolwiek przedsięwziąć, z góry rzeki, zza zakrętu, 
wyskakują rozpędzone sylwetki kutrów. W niebo tryskają snopy rakiet, robi się jasno jak w 
dzień, kutry, kładąc się z rozpędu na burty wyrzucając po obydwu swoich bokach słupy 
wody, wrzynają się w płynących, miażdżą ich, topią, rozstrzeliwują długimi seriami 
karabinów maszynowych. Rozpętuje się piekło, słychać rozpaczliwe wrzaski o pomoc, łoskot 
strzałów, huk bijącej o brzegi fali... Kalb zaciska pięści i krzyczy coś z wściekłością, jest 
bezradny: ta banda, która korkuje Newę w Szlisselburgu, musiała przepuścić pod 
swoim nosem bolszewicką flotyllę z jeziora Ładoga, o której istnieniu nikt nie pamiętał!... 
Wszystko trwa sekundy, włamawszy się w szyk płynących kutry pozostawiają za sobą 
szczątki rozbitych łodzi i ludzi, a po chwili dokonują, jak na komendę, brawurowego zwrotu i 
wyorawszy w rzece głęboką bruzdę, która pochłania resztki środków przeprawowych, mkną z 
rykiem motorów wzdłuż prawego brzegu. W powietrze strzelają nowe snopy rakiet i grad 
ołowiu spada na ciągle zaskoczonych ludzi Kalba. Jednocześnie z głębi prawego brzegu 
zaczyna strzelać artyleria i po niemieckiej stronie, wśród masy ściśniętych nad brzegiem 
żołnierzy, tryskają w niebo słupy ognia. Ale Kalb i jego ludzie już tego nie słyszą; odcięci od 
swoich rzeką i strzelającymi w nich z bliskiej odległości kutrami mogą tylko uciekać w głąb 
lądu. Robią to właśnie, ogarnięci paniką i smagani ogniem. "Do lasu! Do lasu!" - krzyczy 
Kalb, podrywa się, pada, znowu biegnie, już jest na zbawczym skraju i wtedy, prosto w 
twarze nadbiegających, tryska gęsta salwa. W przedśmiertnym napięciu świadomość Kalba 
rejestruje tuż pod nogami zamaskowany nasyp przedpiersia, rząd luf i ukryte w cieniu 
hełmów wykrzywione nienawiścią twarze; potem w mózgu wybucha oślepiające światło i 
wszystko kończy się na zawsze. 
 

 
Kontrolował korespondencję - myśli młodszy lejtenant  Parabukin,  wyjąwszy   przy świetle  
zamaskowanej latarki paczkę listów z kurtki rosłego sturmbannführera, który, zastrzelony, 
zwalił się z rozpędu na dno okopu. Przegląda je machinalnie: 
Kochana Żono! Dziś jest niedziela, atakujemy ten przeklęty Leningrad. Jestem pewien, że za 
dwa dni padnie; opór Rosjan został całkowicie złamany, koniec wojny już niedługo... 
Najdroższa Lizzi, przywiozą ci prawdziwego rosyjskiego niedźwiedzia. Dookoła pełno 
bandytów, ale nie patyczkujemy się z nimi... 
...trochę papierosów, ostatnio urwały się przydziały, zresztą zamieniam papierosy na chleb, 
ale w Leningradzie powetujemy to sobie... 
...wczoraj i dzisiaj pod Petersburgiem było prawdziwe piekło. Atakowaliśmy linię bardzo 
potężnych umocnień, artyleria strzela bez przerwy. Bolszewicy mają w porcie jeszcze jeden 
liniowiec i parę krążowników. Trudno sobie wyobrazić, jakie leje powstają po ich pociskach. 
Jeden rozerwał się o dwieście metrów ode mnie i "możesz wierzyć albo nie wierzyć, ale 
podrzuciło mnie na dwa metry w górę. Iwanów trzeba wytępić ogniem i żelazem, inaczej nic 
z tego nie będzie... 
Młodszy lejtenant Parabukin prostuje się, ociera twarz, na której osiadły krople drobnej 
jesiennej mżawki, gasi latarkę. 
- Nikanorow, odnieście to Wszystko komisarzowi. 
Artyleria już nie strzela, desant został odrzucony. Nad głową rozlega się przeciągły,  
monotonny pomruk. Niemieckie bombowce lecą na Leningrad. Tola zadziera głowę, widzi 
kontury gałęzi na  tle bezgwiezdnego nieba, słyszy  narastający warkot silników i myśli: 
Wiera... 
 
Mamy go ! 

background image

- Lecą! - mówi dyżurny, kładąc  słuchawkę. Jednocześnie z wielu punktów miasta naraz 
rozlega się żałobny, szarpiący nerwy głos syren, Wiera zrywa się z krzesła, wybiega z dyżurki 
sektora  obrony  przeciwlotniczej  na szóstym  piętrze hotelu Europejskiego, wspina się po 
żelaznych schodkach na poddasze, otwiera z wysiłkiem klapę, już jest na dachu, ostrożnie 
stąpa po śliskiej  kładce, trzymając się barierki. "Alarm  lotniczy Alarm lotniczy!" - 
wrzeszczą głośniki i echo roznosi się nad dachami przyczajonego w ciemności miasta. Już  
słychać szczekanie zenitowek, gdzieś  w pobliżu  Moskiewskiej   Rogatki błyska wybuch i 
dotacza się jego grzmiący odgłos. Po niebie skaczą  smugi reflektorów, kołysząc  się to w  
jedną, l to w  drugą stronę, widowisko piękne, ale zbyt groźne, żeby można je było podziwiać, 
zwłaszcza i że głośny  huk  silników przybliża się  coraz  bardziej. Raptem  w smudze 
reflektora, coś  błysnęło. Zaraz pośpieszył drugi, w ich przecięciu świeci teraz srebrny 
samolocik jak dziecinna zabawka, ale ta zabawka jest bombowcem He-111, pełnym 
śmiercionośnego ładunku. Setki ludzi, obserwujących tak jak Wiera nocne niebo, zaciska   
teraz pięści i śledzi prujące ze wszystkich stron koraliki świetlnych pocisków. Jest! Jest! Mają 
go! Wiera podskakuje z radości, widząc, jak niebo przecina ognista smuga, zakończona 
rozbłyskiem eksplozji. Łoskot jest jeszcze bliższy, teraz brzmi już nad głową. Nie opodal na 
Newie ogłuszająco grzechoczą zenitówki trałowców i niszczycieli, w uszy wwierca się świst 
spadających bomb, fala powietrza ciska dziewczynę na barierkę. Jeszcze raz! I jeszcze! Pod 
sobą Wiera widzi ziejącą przepaść ulicy Brodskiego, strach ściska za gardło... Ale co to? Z 
drugiej strony Newskiego, z ciemnego bloku domu towarowego Gostinnyj Dwór, wzbija się 
ku niebu zielona rakieta. Dywersant! Myśli pracują gorączkowo: przede wszystkim 
zapamiętać miejsce. Chyba trzeci korpus... Teraz szybko na dół, do dyżurki. I nie czekając, aż 
dyżurny zadzwoni do milicji i NKWD, rwie z dwoma chłopcami po schodach na dół, przez 
pokryty rozbitym szkłem narożnik, na drugą stronę... 
Przed ciemną wyrwą okna jest chwila prawdziwego, wielkiego strachu, znacznie większego 
niż wtedy, kiedy biegła w stronę czołgu; tam był dzień, obok byli ludzie, a tu... Ale silniejszy 
jest wstyd przed towarzyszami. Wiera z wyciągniętym pistoletem pierwsza wskakuje do 
środka. Seria wybuchów, coś się wali z hukiem, sypią się cegły, nic nie widać... Prędzej! 
Rozdzielili się, Wiera biegnie na koniec korytarza. W wąskim przejściu miga jakiś zgięty 
cień. Milicjant? Niemożliwe, nikt nie mógł tu dobiec przed nią. 
- Stój!  -  woła głośno dziewczyna. 
Cień zawraca, skacze w bok, w stronę płonącej klatki schodowej. Wiera podnosi pistolet, 
naciska spust, raz, drugi... Wie, że nie trafi, ale chce zaalarmować strzałami swoich 
towarzyszy. Potem wbiega na klatkę. Pierwsze piętro, drugie, trzecie! Wyżej już nie można. 
Tamten musiał skręcić na lewo, widać dobrze się orientuje. Wiera robi krok naprzód i w tym 
samym momencie nadwątlona klatka trzeciego piętra obsypuje się na drugie. Ostry trzask, 
strach spadania, tępy ból w głowie - i dziewczyna traci przytomność. 
Odzyskuje ją, kiedy czyjeś ręce troskliwie bandażują jej głowę. Leży na parterze przy 
wejściu, widzi nad sobą ludzi w mundurach, miga znajoma twarz Olega, kolegi z sekcji. 
-  Oleg... - mówi, podnosząc z wysiłkiem głowę. - Czy?... 
-  Wszystko w porządku, mamy .tego drania. Już go zabrali. Baliśmy się o ciebie, 
dziewczyno, ale to głupstwo, masz szczęście. Leż spokojnie. 
Jak przez watę w uszach słychać jeszcze jakieś głosy; zdaje się, że mówią o niej coś dobrego, 
ale to nieprawda, ona się bardzo bała, a poza tym nie może być dzielna, skoro ten oficer, który 
zniszczył wtedy czołg nie chciał jej wziąć do swojego oddziału... Chce zaprotestować, ale 
słyszy niski, przytłumiony dźwięk syren, ogłaszających odwołanie alarmu, i myśli: jaki ładny 
głos mają te syreny... 
 
 
 

background image

"Zrównać Petersburg z ziemią... 
 
Dziewiąty, dziesiąty, jedenasty dzień generalnego szturmu Leningradu. 
...I oto już są u celu. 
To o czym marzyli, spełniło się. Rozpiera ich teutońska pycha. Powalony Leningrad leży u ich 
stóp... 
Salwy plutonów egzekucyjnych nad Newą, Mojką, Fontańką, Kanałem Obwodowym strącają 
do wody tysiące ludzi. Setki leningradczyków wiszą na drzewach Parku Letniego. Pijani 
oficerowie urządzają orgie wśród rozbitych waz Ermitażu. Faszystowscy feldfeble rwą na 
strzępy nieśmiertelne płótna Rafaela i Leonarda da Vinci. Lecą na bruk antyczne posągi. 
Zrzucony z granitowego postumentu Miedziany Jeździec zostanie przetopiony na łańcuchy do 
więzień. Płoną na ulicach ogniska, podsycane dziełami Puszkina, Tołstoja, Gogola, Gorkiego. 
Leżą na nich zwęglone trupy z rękami związanymi drutem kolczastym, zgwałcone kobiety, 
zakłute bagnetami dzieci. A w wielkich fabrykach tysiące ludzie zgiętych w niewolniczym 
trudzie, wyrabiających narzędzia śmierci przeciw swoim braciom, bitych pejczami przez 
faszystowskich dozorców, skazanych na powolną śmierć głodową. 
Tryskają korki od szampana w hotelu "Astoria". Hitlerowscy generałowie prężą się dumnie, 
gdy ich dowódca czyta rozkaz: "Führer zdecydował się zrównać Petersburg z ziemią. Nie ma 
żadnego powodu, aby po zwycięstwie nad Rosją pozostawić to wielkie miasto na powierzchni 
ziemi. Ludność należy wytępić, gdyż nie leży w naszym interesie utrzymanie jej przy życiu..
.

 

Obrońco miasta Lenina! Oto, o czym śnią faszystowscy bandyci. Odpowiedz im językiem  kuli 
i bagnetu. Śmierć niemieckim najeźdźcom! 
Nocna lampka rzuca skąpe światło. Łukomski" jeszcze raz czyta to, co przed chwilą napisał. 
Wysokie okna parterowego pokoju w "Astorii" - dokąd, jak większość korespondentów, 
przeniósł | się, kiedy żonę i córkę ewakuowano z miasta -I są szczelnie zakryte specjalnymi 
zasłonami. To tu ma być ten bal... - błyska myśl i jak echo szyby dzwonią od niedalekiego 
wybuchu. Właśnie tu, nic dziwnego zresztą, przecież "Astorię" budowali i Niemcy jeszcze 
przed pierwszą wojną, podobno był stąd podziemny korytarz do niemieckiej ambasady... Jest 
chłodno, od okien wieje ziąbem, przed hotelem, wśród bezlistnych drzew, sterczą w górę lufy 
baterii przeciwlotniczej, a wśród nich, jakby przestraszony, podrywa się w górę ciężki, 
spiżowy rumak Mikołaja . Dalej ciemny masyw Soboru Isakijewskiego również 
uwieńczonego baterią armat. 
Ból w skroniach; pewnie z niedojadania, racje żywnościowe znowu zmniejszono. Ból w 
nogach od wydeptanych, wybieganych, przepełzniętych frontowych kilometrów: Karelia, 
Ługa, Gatczyna, Iżora, Pułkowo, Kołpino, Urick, Kronsztadt, znowu Pułkowo... Nocne 
powroty do "Astorii", tej wojennej arki Noego, gdzie zamiast solidnych gości z delegacjami 
przychodzą teraz ludzie z nakazami wojennego komendanta Leningradu... Kogóż tu nie ma? 
Korespondenci centralnych i terenowych redakcji, dowódcy, pracownicy polityczni, lotnicy 
utrzymujący na cywilnych Douglasach łączność z Wielką Ziemią, odpowiedzialni pracownicy 
komisariatów ludowych, uciekinierzy z krajów nadbałtyckich, oczekujących na swoją 
ewakuację, normalni ludzie, których mieszkania zostały zbombardowane, przybysze z innych 
miast, których odcięła od nich blokada, ludzie, o których nic nie wiadomo i których nie 
należy o nic pytać, nie podający nazwisk, pojawiający się i znikający tak samo 
niespodziewanie. Są i artyści frontowych zespołów estradowych. Są poeci i pisarze; wśród 
nich ekipa słynnej "emki" redakcji ,,Krasnoj Zwiezdy", która jako. ostatnia przeskoczyła do 
Leningradu przed zarzuceniem pętli blokady. "Niemcy tylko na nas czekali!" - przechwalają 
się teraz Lew Sławin i Michał Swietłow... 
Pukanie do drzwi. A otóż i on, Swietłow, autor "Grenady", taki chudy, że jego podłużna twarz 
przypomina teraz brzytwę z profilu. Mieszka w sąsiednim pokoju, wchodzi nieśmiało, nie 
wiadomo dlaczego czyszcząc przy tym lufę swego rewolweru chusteczką od nosa. Zepsuł się 

background image

u niego telefon. Bierze słuchawkę, prosi centralę o miasto: "Zajęte? Nie przesadzajmy, 
jeszcze nie." Wszyscy znają jego poczucie humoru, jego dowcipy, ronione mimochodem, ze 
smutnym wyrazem twarzy; wszyscy go lubią. 
Na górze słychać odgłosy kroków, po pokoju chodzi z pochyloną głową siwowłosy wysoki 
człowiek o energicznej szczęce to Mikołaj Tichonow, również znakomity poeta. Może 
właśnie teraz powstaje pierwsza zwrotka poematu o leningradzkiej blokadzie "Kirów z 
nami"? 
 

Domow zatiemnienych gromady, 

W  zlowieszczem podobii sna. 

W  żeleznych  noczach  Leningrada, 

Osadnoj pory tiszina... 

 
Opodal stuka jak erkaem maszyna energicznego, żywo gestykulującego Wsiewołoda 
Wiszniewskiego, którego nazwisko zrosło się na zawsze z dziejami Floty Bałtyckiej. 
Przyleciał z Wielkiej Ziemi Aleksander Fadiejew, jeździ to na jeden, to ma drugi odcinek 
frontu, pływa kutrem do Kronsztadtu. Jeżdżą, czytają wiersze i opowiadania, piszą 
korespondencje Prokofiew, Sajanow, Azarow, Szefner, Dudin, Wiera Inber, Helena 
Wiecztomowa, której mąż, poeta Jurij Ingę, zginął na "Wironii" w czasie ewakuacji Tallinu. 
Płynął na niej również krytyk Tarasienkow. Kiedy okręt szpitalny "Wironia", oznaczony 
wielkim znakiem czerwonego krzyża, szedł, na dno z wieloma tysiącami rannych, trafiony 
torpedą niemieckiej łodzi podwodnej, wyłowiła go szalupa i dostarczyła na pokład 
kanonierki.. Potem zatopiono kanonierkę. Tarasienkow wypłynął, trzymając się jakiegoś 
szczątka. Znowu go wyciągnięto. Kiedy przypłynął do Kronsztadtu, śmiał się bez przerwy: 
szok. Przeszło mu dopiero po kilku dniach. A Jurij Ingę został wyciągnięty przez szalupę 
trałowca "Swierdłow", który płynął w ochronie "Kirowa", flagowego krążownika 
Floty Bałtyckiej. Kiedy niemiecki okręt podwodny wystrzelił torpedę w "Kirowa", dowódca 
"Swierdłowa" zdążył wykonać zwrot i przyjąć cios. Szalupy krążownika wyłowiły część 
załogi trałowca: Jurija Ingę nie było wśród niej. Helena Wiecztomowa odmówiła ewakuacji, 
do końca blokady pozostała w Leningradzie... 
Złotowłosa, wiotka, dziewczęca Olga Bergholc - straszliwie doświadczona przez los: jej 
pierwszego męża, . poetę Borysa Korniłowa, aresztowano w roku 1937, drugi mąż zginął pod 
Leningradem - codziennie czyta wiersze i przemawia przez radio, staje się pierwszą poetką 
walczącego Leningradu. Codziennie chodzi - kiedy stanęły leningradzkie tramwaje - do 
fabryki "Elektro-siła", gdzie prowadzi zajęcia polityczne. Czyta przez radio swoje gniewne, 
spiżowe wiersze, wielka duma poezji rosyjskiej, Anna Achmatowa. Dymitr Szostakowicz w 
kulminacyjnym momencie szturmu mówi przed mikrofonem: 
--Przed godziną zakończyłem drugą część mojej nowej, Siódmej Symfonii, nad którą pracuję 
od lipca 1941 roku. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, żeby radiosłuchacze, którzy mnie teraz 
słyszą, wiedzieli, że życie w naszym mieście toczy się normalnie. Wszyscy pełnimy służbę 
wojskową, pracownicy kultury spełniają swój obowiązek tak samo uczciwie jak wszyscy inni 
mieszkańcy Leningradu... 
Tego dnia "Leningradzka Prawda" wyszła z artykułem wstępnym "Wróg u bram". Po drugiej 
stronie kartki papieru, na której Szostakowicz naszkicował swoje przemówienie, ręka  
redaktora napisała nerwowo: Plan audycji.   
1)  Organizacja-oddziałów. 
 2) Łączność na ulicach.  
3) Budowanie barykad.   
 4) Walka z  butelkami zapalającym. 
 5) Obrona domu.  

background image

Tego dnia Wiszniewski  zapisał w notesie: W stołówce Dowództwa Floty pusto. Na stołach 
nie do jedzona  kasza. Kelnerka  mówił do mnie: "Nie chcę umierać, chcę żyć, mam córkę". 
W tej samej stołówce do Łukomskiego przysiadł się jakiś pisarz, którego nazwisko Borys  
Rostrowicz  postarał  się jak   najszybciej   zapomnieć; białe  wargi,  roztrzęsione ręce,  słowa:  
- Właściwie to przecież nigdy nie występowałem otwarcie przeciwko faszyzmowi, więc nie 
mam się czego bać. I żadnych wezwań nie podpisywałem, jestem bezpartyjny, co prawda 
matka jest z pochodzenia Żydówką, ale za to ojciec - szlachcicem, mam papiery, mogę 
udowodnić... 
Byli i tacy, ale stanowili znikomą mniejszość. Przytłaczająca większość mogła uznać słowa 
Szostakowicza za swoje. Profesor Ogorodnikow walczył jako żołnierz pospolitego ruszenia w 
ruinach obserwatorium, którego był dyrektorem. Po bezludnych salach Ermitażu, którego 
bogactwa w większości ewakuowano na Ural, chodził, powłócząc starczymi nogami, sędziwy 
akademik Orbeli, dyrektor muzeum, zaprzątnięty troską o to, co zostało, a co musiało być 
uratowane dla przyszłości od. ognia i pocisków. Pracownicy muzeum dyżurowali nieustannie, 
trwając w jego salach jak robotnicy leningradzkich fabryk trwający przy warsztatach, do 
których dolatywał już odgłos broni maszynowej, i zostawiający na swoich miejscach, po 
odejściu na front, żony i synów. 
 
 
"Bezcenny "Piątaczek" 
 
Dwunasty, trzynasty, czternasty dzień generalnego szturmu Leningradu. 
Zbliża się przełom, ale Leningrad jeszcze o tym ,me wie. Niemcy atakują z nieprzerwaną 
zaciętością. 
Czarny dzień Floty Bałtyckiej. Nad Kronsztadtem wisi bez przerwy po siedemdziesiąt 
niemieckich samolotów. Ich głównym celem jest liniowiec "Marat". Stoi przy molo, nie może 
manewrować. Odpiera kolejno trzy niemieckie ataki. Za czwartym na okręt rzuca się 
jednocześnie całe stado Junkersów. Bomba przebija pokład i rozrywa się w komorze 
amunicyjnej. "Marat" przełamuje się na dwoje, cały dziób okrętu pogrąża się w wodzie, 
gigantyczna fala zmiata z pokładu setki ludzi, ale tylna część okrętu nie tonie i nie przestaje 
strzelać! 
Dla okrętu - pisze o tym jeden z naocznych świadków - jest to wyczyn podobny do tego, 
którego dokonał Mieresjew. 
Tego samego dnia, po zapadnięciu zmroku, na tym samym odcinku, gdzie przed tygodniem 
załamał się atak dywizji SS, usiłującej sforsować Newę, forsują ją oddziały desantowe 115 
dywizji, piechota morska i uczniowie szkoły jungów z wyspy  Balaam. 
Powstaje słynny "newski piątaczek", skrawek ziemi półtorakilometrowej szerokości, 
przyczółek dla przyszłego natarcia, broniony i atakowany z zaciekłością, która przewyższyła 
wszystko, co znano dotychczas w tej wojnie. Każdą piędź ziemi przeorano tutaj żelazem i 
nasycono krwią. Po obu stronach ponoszono niesłychanie ciężkie straty. Rozwścieczony von 
Leeb dał rozkaz bezwzględnego zepchnięcia Rosjan do Newy. Dowództwo radzieckie wydało 
rozkaz utrzymania się za wszelką cenę. 
Newa płynie w tym miejscu w głębokich, urwistych, glinianych brzegach. Po stronie 
rosyjskiej znajdowała się osada Newska Dubrowka, po niemieckiej - Moskowska Dubrowka. 
Obie zostały zniszczone ogniem artylerii i bombami samolotów. Z Newskiej Dubrowki 
wypłynęła pierwsza fala desantu, nie zauważona przez Niemców, przeskoczyła rzekę, 
wczepiła się w brzeg. Druga została odkryta i ostrzelana nawałnicą ognia, ale, tracąc wielu 
ludzi, dotarła na lewy brzeg. Trzecią rozstrzelano na środku rzeki. Ci, co przeżyli huraganowy 
ogień i nieprzerwane kontrataki Niemców, pozostali na "piątaczku", ale mogli się poruszać 
wyłącznie nocą. Po zapadnięciu zmroku dowożono im żywność, amunicję, posiłki, 

background image

ewakuowano rannych - wszystko pod nieustannym ostrzałem niemieckim. O świcie 
"piątaczek" zamierał, ale kiedy tyraliery w mundurach feldgrau pojawiały się w polu jego 
widzenia, przyjmował ich takim ogniem, potęgowanym przez artylerię zza Newy, że 
wszystkie próby Niemców spełzały na  niczym. 
"Piątaczek" był oczkiem w głowie radzieckiego dowództwa. Po nieudanych i kosztownych, 
atakach 55 armii - nadaremnie starającej się sforsować obronę niemiecką na najbardziej 
wysuniętym cyplu leningradzkiego frontu, koło Jam-Iżory - jemu właśnie miała przypaść rola 
bazy wypadowej do wielkiego natarcia, mającego na celu przerwanie blokady miasta. Ale los 
wojenny chciał inaczej... 
 
Wysadzić?...  Nie wysadzić? 
 
Dwudziestego piątego września, po siedemnastu dniach nieustających ataków, dowództwo 
Grupy Armii "Północ" dało rozkaz zaprzestania szturmu. 
Wykrwawione i wyczerpane oddziały niemieckie pośpiesznie zakopywały się w ziemię. 
Spędzona z całego obwodu ludność wznosiła pod kierownictwem przybyłych z Rzeszy 
inżynierów potężne umocnienia i najeżone środkami ogniowymi linie obronne rozbudowane 
na wiele kilometrów w głąb. 
Nastąpiła zasadniczo zmiana taktyki; nowe dyrektywy opracowane przez oddział operacyjny 
Sztabu Generalnego OKW głosiły: 
a)  Najpierw hermetycznie zablokujemy Leningrad i, na ile to będzie możliwe, zniszczymy go 
przy  pomocy  lotnictwa  oraz  artylerii. 
b)  Kiedy terror i głód dokonają swego dzieła, otworzymy pewną ilość przejść i wypuścimy 
ludność  cywilną... 
c)   Resztki "garnizonu fortecznego" pozostaną w nim przez całą zimę. Wiosną dostaniemy się 
do miasta... wywieziemy wszystko co żywe w głąb Rosji albo weźmiemy do niewoli, zrównamy 
Leningrad z ziemią, cały rejon na północ od Newy przekażemy Finlandii. 
Nad oblężonym miastem zawisło nowe niebezpieczeństwo. Pętla ognia miała być zastąpiona 
pętlą głodu. 
Ale na razie, przez krótki okres, Leningrad odetchnął z ulgą. Dowództwo frontu uznało 
nawet, że pora już wytrącić inicjatywę z rąk Niemców. W głębokiej tajemnicy przygotowano 
plan operacji, której celem było zniszczenie tzw. szlisselburskiego występu, nazywanego 
przez Niemców "Flaschenhals" (szyjka od butelki), i zlikwidowanie blokady. W operacji, 
przeprowadzonej jednocześnie z dwóch kierunków siłami 54 armii Frontu Wołchowskiego i 
55 armii Frontu Leningradzkiego, miało uczestniczyć przeszło 60 tysięcy ludzi. Dawało to 
wprawdzie tylko nieznaczną przewagę liczebną nad silnie umocnionymi Niemcami-, 
spodziewano się jednak zwiększyć ją przez odpowiednie przegrupowania na głównych 
kierunkach natarcia. 
Na cztery dni przed wyznaczonym terminem, 16 października, stało się jednak coś, co 
całkowicie zmieniło sytuację: Niemcy znowu przejęli inicjatywę i natarli sami. 39 korpus 
generała Schmidta przerwał front zaskoczonej 52 armii i dotarł aż pod Tychwin. Jednocześnie 
grupa generała Tomaschki, bardziej na północ, przedarła się na styku 54 i 4 armii w kierunku 
Wołchowa. Cel natarcia był oczywisty: połączenie się z armią fińsko-niemiecką zatrzymaną 
na rubieży rzeki Świr i zarzucenie na Leningrad podwójnej, tym razem już śmiertelnej pętli. 
Losy miasta miały się więc tym razem rozstrzygnąć nie na jego przedmieściach, a pod 
murami Tychwina i Wołchowa. Palce generała Fiediunińskiego nerwowo bębniły po stole, 
szarpały wąsy, mierzwiły włosy, znowu bębniły... Telefon milczał jak zaklęty. Wzrok nie 
mógł się oderwać od tekstu leżącej na stole depeszy: 
Do dowódcy Frontu Leningradzkiego. Odpis: dowódcy 54 armii. 

background image

Kwatera Główna Naczelnego Dowództwa zatwierdziła wasze propozycje dotyczące 
zniszczenia w Wołchowie huty aluminium, Wolchowskiej Elektrowni Wodnej i mostu 
kolejowego oraz wysadzenia w powietrze zapory, czyniąc odpowiedzialnym za wykonanie 
zadania oraz za wybór właściwego momentu jego realizacji dowództwo 54 armii. 
Ładna historia! "Wykonanie zadania" to jeszcze pół biedy. Urządzenia zostały zdemontowane 
i wysłane, grupy minerów czekają na sygnał. Ale "wybór właściwego momentu"! Jak go 
określić? Nie można dopuścić, żeby obiekty przemysłowe, a zwłaszcza elektrownia, wpadły 
w ręce Niemców, to pewne. Ale przecież robi się wszystko, żeby Niemców zatrzymać, 54 
armia wytęża wszystkie siły, pod Wołchow śpieszą rezerwy Kwatery Głównej... 
Ręka generała chwyta telefon: 
- Z generałem majorem Czekinem! To wy, inżynierze? Fiediuniński. No? Bez zmian. Nie 
opuszczajcie terenu elektrowni. Wysadzać tylko na mój osobisty rozkaz. Dzwonek  drugiego 
aparatu.  Zachrypnięty, ściszony głos: 
-  Melduje Zamirowski. Oddałem Łukino... Ludzie są zupełnie wyczerpani. Proszę o wsparcie 
artylerii... 
To już o pięć kilometrów od elektrowni. Trzeba będzie wysadzić... 
-  Nie mogę wam dać żadnego wsparcia. Rozumiecie?  Nie  mogę. Musicie się utrzymać sami. 
Brzęczyk trzeciego aparatu. Głos szefa sztabu: 
-  Isaczenko. Wybili go z Łozowego... Jeszcze bliżej. Koniecznie wysadzić!... 
Za oknem potężnieje coraz wyraźniejsza kanonada artyleryjska. Czekin musi już słyszeć 
trzask karabinów maszynowych... Wysadzić Wołchowstroj, pierwszą leninowską 
elektrownię... 
Szef sztabu: 
- Zamirowski przy aparacie. 
-  Dać go. No, co tam? 
Głos zupełnie przybity z nieuchwytną, proszącą intonacją: 
-  Walka toczy się na stanowisku dowodzenia. Co robić? 
(Chce, żebym mu pozwolił się wycofać. Wstydzi się.) 
-  To samo, co przedtem. Jeśli nie potrafiliście zatrzymać nieprzyjaciela, to walczcie z nim na 
swoim stanowisku. 
Pauza. Ciężki oddech. I głuche: 
-  Rozkaz... 
(No, teraz już koniec. Nie można dłużej czekać, to pachnie sądem wojennym.) 
-  Czekin?... 
- Słucham, Iwanie Iwanowiczu. 
-- ……………….. 
-  Słucham, Iwanie Iwanowiczu. 
- ...... Jesteście gotowi?... 
-  Oczywiście, cały czas. Strzelanina się przybliża. Mieliśmy kilka trafień. 
-  No to... No to czekajcie na mój sygnał. Trzask słuchawki. Minuty wloką się nieznośnie 
długo. Telefon. . 
-  Ja sam. Tak. Słucham was, pułkowniku. Głos Zamirowskiego, znacznie weselszy niż 
przedtem. 
-  Towarzyszu dowódco, odrzuciliśmy nieprzyjaciela na kilometr od stanowiska dowodzenia. 
-  Bóg zapłać za dobrą nowinę. Tylko tak dalej. 
Uff! Nie wysadziłem! Szef sztabu: 
-  Isaczenko. Odebrał Łozowoje. 
Pod wieczór sytuacja się ustabilizowała. Impet niemieckiego natarcia wygasł. Wołchow 
pozostał nie zdobyty. 
 

background image

Koścista ręka głodu 
 
Pod .ściany miasta podkradał się teraz nowy, niewidoczny wróg. 
W zablokowanym Leningradzie pozostało prawie trzy miliony ludzi. Zapasy, nadwątlone 
bombardowaniami, wyczerpywały się szybko. To, co dowoziły często niszczone przez 
Niemców kutry flotylli ładoskiej i samoloty transportowe Li-2, było kroplą w morzu potrzeb. 
20 listopada po raz piąty zmniejszono racje żywnościowe. Robotnicy otrzymywali po 250 
gramów chleba dziennie, wojska pierwszej linii - 300, urzędnicy, członkowie rodzin i dzieci - 
150. Sto piatdiesiat błokadnych gram, s ogniom i krowiu popołam - pisała potem Olga 
Bergholc. 
Ludzie tracili siły, słabli na ulicach, umierali w domach, padali przy warsztatach, zasypiali, 
żeby się więcej nie przebudzić. Co gorsza, razem z głodem pojawił się chłód. Zima nadeszła 
nie-! zwykle wcześnie i skuła miasto silnymi mrozami.. Rozbierano na opał wszystko, co się 
dało: drewniane domki Wyspy Wasiliewskiej, trybuny stadionu imienia Lenina, resztki 
zburzonych mieszkań, meble, kioski, płoty. Palono książki. 
Potem nadeszły sztormy i wątła niteczka komunikacji zaczęła się rwać, gęstniał ładoski lód, 
nawigacja stawała się niemożliwa. 
Istniało tylko jedno wyjście, mogące uratować miasto od zupełnej zagłady. W Smolnym 
podjęto odpowiednie decyzje. Natychmiast po zamarznięciu Ładogi wyszło na jego lód 20 
tysięcy ludzi. Teraz los miasta zależał od nich. 
Ósmego listopada Hitler powiedział w Monachium: Leningrad sam podniesie ręce do góry. 
Wcześniej czy później musi paść. Nikt go nie wyzwoli, nikt się nie przedrze przez linie naszej 
obrony. Leningrad będzie musiał umrzeć głodową śmiercią. Zeżre samego siebie. 
Szesnastego listopada Droga Życia - tak narwano trasę biegnącą po lodzie Ładogi - była 
gotowa. Była mroźna, gwiaździsta noc, kiedy kolumna samochodów dojechała do jeziora. 
Wołodia Bachmetiew wyskoczył na śnieg, zatarł ręce, zarzucił barani kożuch i przykrył nim 
maskę. Na lodzie trwał nieustanny ruch, błyskały latarki, krzątali się ludzie. W pewnej chwili 
oderwała się od nich ciemna sylwetka i energicznym krokiem podeszła do grupy kierowców. 
- Towarzysze kierowcy - powiedział pułkownik w wysokiej papasze. - Przysłano mnie do was 
ze Smolnego. Trasa jest już gotowa. Tylko lód bardzo cienki... Ryzyko. Ale wiecie, co się 
dzieje w Leningradzie. Spróbujecie? 
Kierowcy milczeli, potem bez słowa wdeptali w ziemię niedopałki i ruszyli do maszyn. 
Jechano gęsiego, szybko, żeby lód nie zdążył trzasnąć, w takim napięciu, że mimo mrozu całe 
ciało Bachmetiewa pokryło się potem. Trasa biegła" wykopem między dwoma zwałami 
śniegu; co kilkaset metrów stali dyżurni, dziewczyny ze służby drogowej, przeciwlotnicze 
karabiny maszynowe, punkty pomocy technicznej. Pomyślano o wszystkim, ale w 
krytycznym momencie kierowca musiał sam decydować o wszystkim. Raz po raz 
ostrzegawczo skrzypiał lód i Bachmetiew sprężał się instynktownie, przez głowę 
przelatywało: "No, Wołod'ka, teraz klops!" Potem w pamięci wypływały ludzkie szkielety, 
zamarznięte trupy ciągnięte na sankach na Piskarewski cmentarz, twarz Wani Frołowa, 
serdecznego druha, który gryzie gdzieś pewnie ziemię, trafiony niemiecką kulą - i Wołodia 
mamrocząc pod nosem coś nie tyle podniosłego, co niecenzuralnego, ściskał kurczowo 
kierownicę. Niebo przejaśniło się już, kiedy przyjechali do Kobony, portu załadunkowego na 
Wielkiej Ziemi. Wzięli na początek po sześć worków mąki i pojechali z powrotem. Teraz 
czas leciał szybciej i Wołodia aż się zdziwił, kiedy przez zapoconą szybę dojrzał szare pasmo 
nadładoskiej ziemi. Jeszcze bardziej zdziwił się, kiedy po zatrzymaniu wozu - a jechał 
pierwszy - otoczyły go postacie w mundurach i człowiek, którego znał tylko z portretów, 
ucałował go trzykrotnie, po rosyjsku, mówiąc tubalnie: 
- Dziękuję ci, bracie. Leningrad nigdy ci tego nie zapomni... 

background image

A potem dni i noce wplotły się w kołowrotek lodowej trasy. Bachmetiew zachrypł, sczerniał, 
zapuścił brodę, odmroził sobie dwa palce. Nocą, kiedy padał śmiertelnie wyczerpany na 
posłanie, trapiły go widma Messerschmittów, zniżających się i kłapiących zębami rekina. 
Służba kierowców była piekielnie ciężka. Niemcy ostrzeliwali trasę ze Szlisselburga, 
samoloty, mimo obrony przeciwlotniczej, polowały na samotne maszyny. Bomby łamały lód, 
ciężarówki płonęły i pogrążały się w wodę. Pewnego razu Wołodi udało się wyskoczyć w 
momencie, kiedy woda podchodziła pod kierownicę. Za drugim razem, tuż przed Nowym 
Rokiem, kiedy wiózł transport mandarynek dla leningradzkich dzieci, zapolowały na niego 
dwa Messerschmitty, wywijał się, jak mógł, przyśpieszał, hamował, znowu przyśpieszał, aż 
seria rozbiła szkło kabiny i raniła go w rękę. Potem tonął znowu, ledwo wydobył się na 
wierzch z przerębli, walonki ciągnęły na dno. Gdyby nie pomoc dyżurnych, byłoby po 
wszystkim. Rozebrali go, napoili spirytusem, wyżył, wrócił na trasę. I znowu pocisk z działka 
lotniczego zapalił "gazika", ranił szofera; pomoc znalazła go na okrwawionym śniegu 
niedaleko płonącej  maszyny. 
Straszliwe dzieje błogosławionej i przeklętej Drogi Życia, zapamiętane, wspominane,   
jeszcze nie opisane do końca... Transporty ludzi,  którzy zamarzali po drodze i których 
wynoszono w Kobonie jak stosy drewna. Kobiety i dzieci rozstrzeliwane na  pędzących  
ciężarówkach, które  zostawiały za sobą krwawe ślady... Ogromne przeręble, wypełnione  
zielonkawą wodą i kawałkami lodu, w których  przepadały samochody i ludzie... Niesłychane  
męstwo personelu trasy, służby ruchu, przeciwlotników i ratowników, trwających na lodzie w 
czasie zamieci i trzydziestostopniowych mrozów, bombardowań i ostrzałów, ginących i nie 
schodzących z posterunku... 
Historia milczy o tym, ile ofiar pochłonęła Droga Życia. Ale dzięki niej Leningrad nie zmarł 
w całości głodową śmiercią. Za to warto było zapłacić najwyższą stawkę. Zrazu wąskim 
strumyczkiem, a potem coraz intensywniej,- przez długie dwa lata blokady płynął tędy 
bezcenny chleb dla miasta z pętlą na gardle. 
 
"Deski na trumnę zamienię na chleb..” 
 
Matriona  Frołowa roznosiła  tej zimy listy. 
Chodziła po wymarłym mieście. Zimowy Leningrad był pustynny i ponury, przykryty 
zwałami chłodnych, szarych chmur. Na ulicach piętrzyły się stosy śniegu, stały rzędem 
zasypane aż po dachy tramwaje i trolejbusy, rzadcy przechodnie poruszali się niby w 
lunatycznym transie, zataczali jak pijani, opierali o ściany domów, łapiąc powietrze szeroko 
otwartymi ustami, padali, żeby więcej nie wstać. Sznury osłabłych kobiet ciągnęły nad 
zamarzniętą Newę z wiadrami i kociołkami, brano wodę z przerębli, w cieniu groźnie 
sterczących sylwetek okrętów wojennych i wycelowanych w niebo luf dział. 
Tej zimy śmierć była najczęstszym gościem leningradzkich domów z zabitymi dyktą oknami, 
z płatami zamarzniętej wody z rozbitych rur kanalizacyjnych, z lodowatymi i ciemnymi 
mieszkaniami, których coraz więcej nie otwierało się na pukanie listonoszki. Matriona 
spotykała ją na każdym kroku. Widziała ludzi, łowiących ostatnią iskierkę życia u 
przemyślnie zmajstrowanych piecyków, gotujących kisiel z kleju stolarskiego, żujących 
wodorosty z akwariów, w których woda zamieniała się w bryły lodu. Widziała 
dogorywających, których nie mogło uratować nawet jedzenie; ich organizm nie przyjmował 
już żywności. Widziała rozpacz i spokojną rezygnację, wściekłość i pokorne poddanie się 
losowi. Czytała list do Żdanowa, znaleziony przy zwłokach starego profesora, któremu syn-
lotnik przysłał z Wielkie Ziemi paczkę z żywnością: Piszę to w łóżku, nie mam już siły wstać. 
Wiem, że koniec jest nieuchronny. Nie winię o to Was, Andrzeju Aleksandrowiczu. 
Odpowiedzialność spada na tych, których nie zobaczę, tak jak oni nie zobaczą nigdy mojego 
ukochanego miasta. Posyłam im moje bezsilne   przekleństwo. 

background image

Widziała trupy, trupy, trupy. Przestała się ich bać, przywykła, wiedziała, że i ona może stać 
się lada dzień jednym z nich. W mózgu kołatała się jeszcze myśl o Wierze, która nie wracała 
teraz do domu-komsomolski oddział samoobrony, do którego należała, był skoszarowany w 
budynku jej dawnej szkoły; przynajmniej ją tam karmili... I jeszcze o Fiodorze, od którego 
przychodziły skąpe listy z frontu. Młodszego, Misze, na szczęście zdążono ewakuować. 
Widziała zamarznięte kanarki, leżące w pustynnych mieszkaniach łapkami do góry, i tłuste 
szczury, godnie szeleszczące w stosach ksiąg leningradzkich uczonych. Słyszała strzępy 
rozmów, w których komunikowano sobie jak rzecz najzwyklejszą w świecie: "Chciała go 
wczoraj pochować... To nic, zimno, niech sobie poleży... A dzisiaj sama umarła..." Czytała 
nabazgrane na kartkach i przyklejone na ścianach ogłoszenia: "Deski na trumnę zamienię na 
chleb", "Za chleb odwożę zmarłych", "Za chleb sprzedam dzieła zebrane Leonida 
Andrejewa". (Naiwny... - myślała wtedy.) Widziała, jak żołnierze, podjechawszy ciężarówką 
pod bramę jednego z domów, wyciągali sine ciała półnagich ludzi w bieliźnie, widocznie 
zmarłych w szpitalu i nie pochowanych w porę. 
Nosi listy. Złe i dobre. Jest cichym świadkiem ludzkich tragedii, kiedy, chwytając się za 
serce, zrozpaczone matki rozrywają koperty ze słowami: Wasz syn padł śmiercią 
walecznych... Uczestniczy w skromnych radościach, kiedy nadejdzie długo oczekiwana 
wiadomość. Często puka na próżno, czasem zastaje otwarte drzwi. Czasem jej adresaci leżą 
sztywno na zamarzniętej pościeli z zadartymi do sufitu twarzami. Czasem dogorywają. Wtedy 
biegnie, ile sił starczy, do komitetu blokowego, alarmuje, błaga. Sama nie wie, skąd starczy 
jej jeszcze sił. Czasem ci, którym doręczy zbawczą przesyłkę, odsypią jej garsteczkę mąki, 
szczyptę cukru, trochę kaszy. Chowa to dla Wiery, dziewczyna przylatuje z tego swojego 
oddziału, strasznie chuda, tylko oczy się świecą, rzuca się na wszystko, potem pyta: "Mamo, a 
ty?" "Ja już jadłam" - odpowiada matka chowając oczy, ale córki nie da się oszukać i razem 
wyskrobują do czysta drobinę, która tylko rozjątrza głód... 
Dziś zaszła aż na sam koniec swego rejonu, do wielkiego pięciopiętrowego domu na 
Czternastej Linii. Już miała wyjść, kiedy głośniki rozkrzyczały się: "Uwaga, obywatele! 
Zaczyna się ostrzał artyleryjski dzielnicy!" - i wybuchy, najpierw, oddalone, zaczęły się coraz 
bardziej przybliżać. Wtedy przypomniała sobie, że w domu mieści się przecież żłobek fabryki 
"Skorcchod"! Rzuciła torbę, pobiegła do oficyny, zastała tam trzy przerażone   kobiety, objęła   
nad   nimi komendę i biegiem wraz z nimi przenosiła rozespane dzieciaki do piwnicy. 
Tymczasem pociski padały coraz bliżej i bliżej, kołysały się ściany, z okien leciały resztki 
szkła. 
-  Kochana, dziękujemy, zostań teraz z nami, poczekaj!   -   prosiły   zasapane   kobieciny. 
-  A dajcie mi spokój babiny, gdzież to ja mogę czekać za każdym razem, jak tym 
Belzebubom spodoba się strzelać, ładnie bym wyglądała, robota stoi! - opędza się z udaną 
surowością F rojowa, wypija kubek wrzątku i doszedłszy do wniosku, że pociski rwą się 
coraz rzadziej, zarzuca torbę na ramię. Pewnym krokiem idzie przez podwórze i wtedy 
właśnie dopada ją ostry, przenikliwy, potężniejący gwizd. Rozgląda się bezradnie: jest na 
otwartej przestrzeni, zawraca, biegnie co siły i wpada do bramy równocześnie z trzaskiem 
eksplozji, od,której wali się narożnik domu, napełniając powietrze kłębami pyłu. Jeszcze 
poczuje tylko uderzenie w plecy i w następnym momencie ziemia uderzy ją tępo i bolesne. 
Kiedy opadnie pył, zmartwiałe kobiety ze żłobka zobaczą nieruchomą postać, leżącą w 
bramie twarzą do ziemi, odrzuconą na bok torbę i rozsypane listy. 
 
Noc noworoczna 
 
Koniec roku przyniósł nadzieję. Do oblężonego miasta dotarły wiadomości o niemieckiej 
klęsce pod Moskwą. Zmieniła się również zasadniczo sytuacja na Froncie Wołchowskim. Na 
niemieckie wojska, które wdarły się głęboko na wschód, spadły gwałtowne ciosy; generał 

background image

Fiediuniński rozbił grupę generała Tomaschki i odepchnął go od Wołchowa; generał 
Miereckow rozgromił pod Tychwinem grupę generała Schmidta. Niemcy odstępowali 
pośpiesznie na linie, z których w październiku ruszyli do natarcia. 
Potem front się ustabilizował. Nadzieje na zlikwidowanie blokady okazały się płonne. 
W grudniu umarło z głodu 52 tysiące leningradczyków. Jeszcze większa liczba ludzi 
oczekiwała bliskiej śmierci. 
 

 
W Sylwestra młodszy lejtenant Parabukin dostał dwudziestoczterogodzinną przepustkę do 
miasta. Okazyjna ciężarówka podrzuciła go do przedmieść. Szedł potem przez miasto, 
pustynne i martwe, wstrząsane od czasu do czasu eksplozjami pocisków. Zataczał się, nogi 
były jak z waty, w żołądku coś gniotło, dziąsła spuchły, płaszcz, buty, nawet czapka ciążyły 
nieznośnie. Był ostry mróz, palce u nóg zdrętwiały. 
Tolę mijali przygarbieni ludzie; większość z nich ciągnęła sanki z podłużnymi kształtami 
ludzkimi. Skrzyp płóz i chrzęst przemarzniętego śniegu pulsowały w skroniach, czarne ściany 
domów wirowały jak w złym śnie, kręciło się w głowie. Na Ligowce pośliznął się, upadł i 
poczuł, że nie ma siły wstać, ale ktoś, ledwie trzymający się na nogach, pomógł mu się 
podnieść, nie patrząc na Tolę poszedł dalej i chłopcu zrobiło się wstyd: jakby nie było, jest 
żołnierzem... Sam nie wiedział, jak dobrnął na Wyspę Wasiliewską. Trzymając się ścian 
domów, przeszedł przez wymarłą Dwunastą Linię, dotarł do bramy i kiedy, podniósłszy 
głowę, zobaczył nadchodzącą z przeciwnej strony sylwetkę tak grubo ubraną, że pozwalającą 
się tylko instynktownie domyślać kobiety - długo przełykał ślinę, zanim wybełkotał: 
-   Wiera... 
Postać stanęła, opuściła ręce. Stała tak przez chwilę. Potem wolno podeszła i chłopak 
zobaczył ogromne oczy na twarzy, której już prawie nie było. 
-  Tolik... 
Stali oparci o ścianę w tym samym miejscu, w którym pożegnali się tamtego czerwcowego 
ranka, ale nie pamiętali o tym. Dziewczyna musnęła ustami zesztywniały policzek chłopca, 
który wydał się jej dziwnie odległy, a kiedy zrobi! gest, jakby chciał ją objąć, powiedziała: 
"Nie 'trzeba, Toleńka". Wiedziała przecież, ile wysiłku kosztuje każdy zbyteczny ruch Ale 
zaraz przestraszyła się, że go urazi, więc spróbowała się uśmiechnąć. 
-  Chodź... 
Poprowadziła go za rękę przez zasypaną śniegiem studnię podwórka, przez oblodzone 
schody, zalatujące stęchlizną, po ciemku otworzyła drzwi i wpuściła do lodowatego 
mieszkania. Tu zapaliła "koptiłkę", roznieciła kilkoma przyniesionymi drzazgami ledwo tlący 
się ogień w żelaznym piecyku. Tola śledził jej ruchy jak przez mgłę; piwniczny chłód  kuchni   
był upalnym ciepłem dla człowieka przewianego na "piątaczku" mroźnymi, ładoskimi 
wichrami. 
-  Moja... matka? - zapytał wiedząc, jaką odpowiedź usłyszy. 
-  Tydzień temu... - powiedziała cicho Wiera opuściwszy głowę. Poczuła, jak pałają jej 
policzki, zaczęła niepotrzebnie otwierać i zamykać puste szafki, pochylać się, stukać 
naczyniami. Czuła, że Tola patrzy w jej plecy, paliło ją to spojrzenie, nie mogła spojrzeć mu 
w oczy. Boże, jak dobrze, że on nic nie wie! - błysnęła myśl razem z tym strasznym obrazem, 
który zobaczyli wyłamawszy drzwi mieszkania Parabukinów: wyschnięty ludzki szkielet, 
ślady szczurów, nawiana sterta śniegu z rozbitego okna. Oddały wtedy sąsiadce ostatnią 
posługę, zaciągnęły ją, same ledwo żywe, na Piskariewski cmentarz i zostawiły pod murem 
obok ogromnej jamy, już do połowy wypełnionej, w chaosie takich samych sanek z ludzkimi 
kształtami, których nie miano siły zrzucić na ziemię... 
Odwróciła się, podeszła, nachyliła nad chłopakiem. 

background image

-  Miała bardzo lekką śmierć, wiesz? Nic nie czuła, umarła we śnie, nawet się uśmiechała - 
kłamała w natchnieniu. - Dookoła cały czas byli ludzie, zawieźli ją do lecznicy, teraz 
wszędzie zrobili takie lecznice, moja matka też tam leży, ranił ją odłamek... 
 
Tola skinął głową. Odniosła wrażenie, że już jej nie słucha. 
-  Poczekaj - zakrzątnęła się - dali mi trochę kaszy, wiesz?  Zaraz ci zrobię kleik.  Chodzę  
teraz z listami, za matkę, a ta kasza od sąsiada z przeciwka, tego marynarza, przywiózł matce 
paczkę, dali mi całą szklankę. 
Znowu kiwnął głową. W szynelu miał dwie przemarznięte pajdy gliniastego chleba. Dwie 
dzienne racje. Niósł je matce. Teraz zjedli je razem, żując powoli i parząc sobie usta gorącym 
kleikiem. Myśl o matce straciła swoją ostrość i Tola nic już nie mógł na to poradzić, czuł 
tylko dziwną błogość, a potem straszliwe zmęczenie. Usta rozpłynęły mu się w grymasie 
żałosnego, sennego uśmiechu. Jak przez mgłę usłyszał: "Chodź". Jakaś ręka pomogła mu 
zwlec się z krzesła, doprowadziła go, osłabłego, do stojącego w kącie łóżka, ułożyła, 
ściągnęła buty, narzuciła nań górę palt i zesztywniałych kocy. Wyczerpany zasnął od razu, 
czując tylko w zamąconej świadomości rwanie odmrożonych nóg. Za oknami mroźnej 
noworocznej nocy ciszę przerywało stękanie bliskich wybuchów. 
 

Rano, zaczadzony snem, zobaczył przy łóżku kartkę: "Zjedz resztę kaszy. Mam dyżur. Całuję. 
W." Wstał szybko, przełknął zamarznięty kleik i wyszedł, uderzony na progu jak obuchem 
światłem słonecznego dnia i mroźnym powietrzem. Znowu szedł przez miasto - teraz było już 
trochę lżej - złapał okazyjną ciężarówkę, a potem jeszcze długo maszerował lasem w stronę 
Newy, myśląc, jak dobrze jest w okopach, do których przyjdzie już po ciemku i nie będzie 
musiał pełzać, gdzie dadzą mu pewnie pochłeptać gorącej cieczy, zwanej zupą, a potem 
będzie mógł zwalić się na pryczę, nie odpowiadać na żadne pytania, nie myśleć o niczym... 
I wszystko było właśnie tak prócz pytań, których nie dało się uniknąć: 
-  Towarzyszu lejtenancie, jak tam jest? Jak oni tam żyją? - pytał go zachłannie cichy i 
spokojny buchalter, Piskunow, zżerany niepokojem o rodzinę, która nie zdążyła się 
ewakuować i od której od miesiąca nie miał żadnej wiadomości. -? Jak wasi? Żywi, zdrowi? 
Dają sobie radę? 
Tola zobaczył przed sobą oczy, w których strach zmieszał się z rozpaczą i nadzieją. 
-  Jak żyją? - powtórzył pytanie. - Nieźle. Zupełnie nieźle... 
Mordercy zaciskają pętlę 
...Zadziwiający ludzie. Diabeł wie, co w nich siedzi. Nie rozumiem ich, nie mam do nich 
żadnego klucza. A przecież kiedyś studiowałem psychologią, zanim włożyłem mundur 
artylerzysty. Zdaje się, że führer miał rację: jedyna rada to ich zniszczyć, inaczej oni zniszczą 
nas. Twarde słowa, ale godne Niemca. Jeszcze rok temu miałbym wątpliwości, jeszcze we 
mnie tkwiły te inteligenckie zadry, ale teraz... Choćby ta trójka. Złapano ich na gorącym 
uczynku: próbowali mi wysadzić skład amunicji. Cała bateria poszłaby do nieba. Ich oddział 
urządził strzelaniną z przodu, a oni podkradli się z tyłu. Całe szczęście, że

 

znam się na takich 

kawałach. Co prawda niewiele brakowało. Więc sytuacja jasna: napad z bronią w ręku, cóż 
tu można ująć albo dodać. A oni nic ani mru-mru, wypierają się   wszystkiego. Więc co - 
pytam - spacerowaliście sobie po lesie. Milczą. I tak mieli szczęście, że na mnie trafili, 
powinienem zadzwonić po gestapo, tam  by z nimi gadali inaczej. Ale byłem ich ciekaw. 
Próbuję tak i tak: o co wam chodzi, przecież jesteście skazani, wasi tam   już dogorywają z 
głodu, wiosną przespacerujemy się po Newskim bez jednego strzału. Tylko ta dziewczyna - co 
za barbarzyństwo, używać  kobiet do takich rzeczy! - coś powiedziała po rosyjsku, pewnie 
obraźliwego, nie zrozumiałem. A ten wysoki, inteligentny, wyglądał na herszta całej zgrai 
(właściwie powinienem zadzwonić po gestapo, ale ostatecznie z jakiej racji mam tym 

background image

dekownikom ułatwiać życie!), wymienił swoje nazwisko, chyba Osowski, co za różnica. 
Znudziło mi się to w  końcu i wpadłem na dobry pomysł:  żadnych hec z  wieszaniem, 
strzelaniem i takimi tam szopkami, nie lubię tego, ostatecznie jestem dowódcą baterii 
Wehrmachtu, a nie  plutonu  egzekucyjnego. Nie będą sobie brudził rąk, niech przyroda 
załatwi to sama.  Mówię do tego Osowskiego: jest pan, rzecz jasna, człowiekiem   
wykształconym  i zna pan Biblię? Otóż mam zamiar postąpić z wami podobnie jak stwórca z 
żoną Lota: chyba ani pan, ani pański kolega, ani madame - tak właśnie powiedziałem: 
madame - nie będziecie mieli nic przeciwko temu? Nie odpowiedzieli. Ani godności, ani 
poczucia humoru…

 

Hausner zamknął gruby, brązowy zeszyt,- w którym zwykł zapisywać wszystkie ważniejsze 
wydarzenia - miało się kiedyś te literackie ciągotki! - przetarł oczy, wstał: pora iść do baterii, 
za kwadrans zaczną ostrzeliwać swój sektor. Solidna ziemianka w puszkińskim parku 
obłożona była drogimi dywanami i zastawiona zabytkowymi meblami z rozgrabionego 
pałacu; ostatecznie kulturalny człowiek ma chyba prawo do minimum komfortu, nawet w 
warunkach frontowych?... Po wyjściu zamieć oślepiła go na chwilę i pewnie dlatego omal nie 
przewrócił się o coś, co z wyglądu przypominało drewniane belki, a było trojgiem ludzi 
oblanych wczoraj wieczorem wodą i wystawionych na noc na trzydziestostopniowy mróz. 
"Niech trochę ochłoną" - powiedział wtedy do swoich artylerzystów, zarechotali chórem, ale 
nie wszyscy; od razu się zorientował i idąc między potrzaskanymi drzewami puszkińskiego 
parku, starał się przypomnieć sobie, którzy z nich odwracali oczy i unikali jego spojrzenia. 
Będzie miał na nich oko. Humaniści, psiakrew! Cóż, Krieg ist Krieg... 
 

Grube palce Baumüllera łagodnie - by nie rzec: czule - muskały wielką płachtę sklejonych 
sztabówek z plamą Leningradu, podzieloną na kwadraty i pokrytą siatką cyfr. Dobra, solidna 
robota, dokładność i polot, niemiecka szkoła artyleryjska w najlepszym wydaniu. Pozycje 
baterii, czas ostrzału, sektory, cele - każdy oznaczony  specjalnym numerem: Ermitaż  - cel  9, 
Szpital Erdsmana - cel 192, Pałac Pionierów - cel 89. Wszystko ustalone, zaplanowane, 
przewidziane. Po co tracić ludzi? Głód, mróz i artyleria mają dokonać swojego dzieła. 
Żywioły nie są jego sprawą, ale za artylerię odpowiada, on i artyleria  zrobią swoje. Na 
szczęście po zdjęciu  von Leeba - Hitler  wściekł się na niego po tychwińskim i wołchowskim 
krachu - który stanowczo przeceniał  Hoeppnera  i jego czołgi, dowództwo frontu objął 
generał Georg Karl Friedrich Wilhelm von Kuchler,  przedtem dowódca 18 armii. A ten 
rozumie znaczenie Boga Wojny, to trzeba mu przyznać. I potrafi ocenić umiejętności 
Baumüllera; sam jest przecież z wykształcenia artylerzystą. Pod   Leningrad  zwieziono z 
całej Europy dalekosiężne działa, Skody, Schneider-Creusoty,  kruppowską Dorę, która  tak 
znakomicie poradziła  sobie z linią Maginota. Trwa nieustanne,    zorganizowane, 
systematyczne unicestwianie miasta. W komunikatach oficjalnych pisze się wprawdzie o 
"ostrzeliwaniu obiektów wojskowych Leningradu", ale Baumüller, czytając te słowa, 
uśmiecha się tylko pod wąsem: dobre dla niewtajemniczonych. Sam słyszał często, wizytując 
baterie, jak dopiekani mrozem i rozwścieczeni przedłużaniem  oblężenia   artylerzyści 
wrzeszczą: "Iwan, udław się z całą  rodziną! Jeszcze domek! Jeszcze górka   trupów!" Sam 
starał się uniknąć wszelkich szablonów, studiował dane zwiadu, ustalał, gdzie i  kiedy  
powstają skupiska ludzkie, w jakich godzinach robotnicy wychodzą z fabryk, kiedy formują  
się kolejki przed  piekarniami -

 

i natychmiast kierował tam lufy swoich dział. O rezultatach 

nie myślał, nie miał wyobraźni, zresztą to nie do niego należało, to dobre dla mazgajów. 
Obchodził go tylko dalekosiężny, jak jego działa, cel: zdobycie miasta. I tak cała zabawa trwa 
już stanowczo za długo. Byle do wiosny!

 

 
 

background image

Czas śmierci i czas życia 
 
Byle do wiosny! - myśli skute lodem i zasypane śniegiem miasto. Miesiące wloką się 
nieskończenie długo. W styczniu i lutym umiera z głodu 200 tysięcy ludzi. Kiedy te 
przeraźliwe dane zostaną podsumowane okaże się, że w ciągu całej blokady umrze - tylko 
głodową śmiercią! - 632 tysiące leningradczyków. 
Puls miasta bije ledwo wyczuwalnie. Ale miasto żyje. Organizuje dla wycieńczonych głodem 
ludzi specjalne, prymitywne lecznice, dokąd zwozi się ich z wymarłych domów i gdzie mają 
przy-1 najmniej opiekę i namiastkę pożywienia. W końcu stycznia można już podnieść normy 
przydziału chleba - Droga Życia rozkręciła się na dobre. Wojska pierwszej linii - 600 
gramów, tyły - 400, robotnicy - 400, urzędnicy i członkowie rodzin - 250. W połowie lutego - 
jeszcze jedna podwyżka: w magazynach zgromadzono już dwumiesięczny, żelazny zapas. 
Grają trzy teatry. Pracują szkoły, wyższe uczelnie, biblioteki. Leningradzkie fabryki 
remontują działa i czołgi, produkują karabiny, granaty i amunicję dla potrzeb swoich 
obrońców. Uczeni piszą rozprawy, wydawane w formie popularnych broszur, o możliwości 
wykorzystania do jedzenia kleju stolarskiego, mchów, wodorostów, kory drzewnej. Poeci 
piszą wiersze i felietony, prozaicy - opowiadania i nowele, dziennikarze - felietony, wiersze, 
opowiadania. Trójka dramaturgów - Wiszniewski, Kron i Anarow - dostaje od dowództwa 
Floty Bałtyckiej, do którego są przypisani, rozkaz napisania wesołej komedii muzycznej. 
Ludzie pragną uciec od codziennego koszmaru. I komedia powstaje w ciągu dziesięciu dni, 
nazywa się "Rozlało się morze szeroko", grają ją artyści Teatru Komedii Muzycznej - a po 
tańcu marynarskim wykonanym brawurowo przez ulubienicę Leningradu Ninę Pelcer ktoś 
kładzie na scenie, zamiast kwiatów, pół bochenka gliniastego chleba, najwyższą z możliwych 
nagród. 
Miasto wsłuchuje się z napięciem w odgłosy frontu: kiedy ruszą? Kiedy zerwą pętlę? 
Powodzenie przeciwnatarć pod Tychwinem i Wołchowem zachęca do wykorzystania zimy 
dla szeroko zakrojonej operacji zaczepnej. W lutym na Froncie Wołchowskim 2 armia 
uderzeniowa naciera spod Małej Wiszery na północny zachód w kierunku Leningradu i wbija 
się w linie niemieckie długim, osiemdziesięciokilometrowym klinem. Z północy prze na jej 
spotkanie 54 armia generała Fiediunińskiego. Czołówki obu armii podchodzą z dwu stron pod 
Lubań; wydaje się, że cztery niemieckie dywizje nie unikną okrążenia i zniszczenia.   Idące   
na  swoje   spotkanie  wojska oddziela już tylko 15 kilometrów! Ale roztopy hamują marsz 54 
armii, uporczywa obrona Niemców zatrzymuje ją w końcu na miejscu, na południu zaś wąski 
klin 2 armii uderzeniowej zostaje odcięty u podstawy przez dwustronne natarcie świeżych 
niemieckich sił. Okrążający stają się okrążonymi. Przez prawie trzy miesiące trwają zażarte 
walki, 2 armia wyrywa się z okrążenia niewielkimi grupami, straty są ciężkie, a powagę 
sytuacji pogłębia jeszcze zdrada dowódcy armii, generała Własowa, który przechodzi na 
stronę Niemców. Początkowo nikt nie może w to uwierzyć. Wielu ludzi znało tego 
wysokiego, postawnego, energicznego, zawsze pewnego siebie kawalerzystę; wiadomość nie 
mieści się w głowie. Jednak wkrótce głos generała rozlega się przez niemieckie radio. 
Leningrad słucha go w ponurym milczeniu i ze wściekłością w sercu, a 2 armia, 
zreorganizowana i uzupełniona, zmyje W niedalekiej przyszłości haniebne piętno, walcząc 
znakomicie przy przerwaniu i likwidacji blokady. 
Ale na razie kończy się dopiero straszliwa zima, pierwsza zima tej wojny. Obie strony czekają 
wiosny. Obie na nią liczą. Obie zbierają siły do decydującej próby. 
 
Küchler kontra Coworow: Kto kogo? 

 

Tymczasem, pod koniec zimy, następuje jeszcze jedna, tym razem już ostateczna zmiana w 
dowództwie  Frontu  Leningradzkiego: po Popowie, 
88 

background image

Żukowie, Fiediunińskim i Chozinie obejmuje je generał Leonid Aleksandrowicz Goworow, 
którego armia odniosła wielkie sukcesy w czasie zimowego pogromu Niemców pod Moskwą. 
Teraz w obu sztabach, rozdzielonych linią frontu, w Pąkowie i w Smolnym, stają naprzeciw, 
siebie, pochylając się nad mapami i próbując odgadnąć zamiary swego przeciwnika - dwaj 
artylerzyści, których łączy wojenne rzemiosło, zaś dzieli wszystko pozostałe. 
Sześćdziesięciotrzyletni Georg Küchler, jeszcze generał, wkrótce, jak jego poprzednik, 
feldmarszałek. W czasie pierwszej wojny służył jako kapitan w sztabie Ludendorffa. Potem 
piął się szybko po kolejnych szczeblach kariery. Atakował na czele armii Polskę. Po upadku 
Francji otrzymał stopień generała pułkownika. Pod Leningradem dowodził 18 armią. Słynie 
jako despota o żelaznej ręce i martwym chwycie buldoga: nie wypuszcza tego, co chwycił raz 
w swoje żelazne cęgi. Hitler wiedział, kogo obarczyć zadaniem zamordowania Leningradu; 
natychmiast po objęciu swego stanowiska Küchler opracowuje plan stopniowego i 
całkowitego zniszczenia i zagłodzenia miasta. Teraz wciela ten plan w życie z całą 
konsekwencją, na. jaką go stać. Pętla musi zostać zaciśnięta! 
Młodszy o piętnaście lat generał pułkownik Leonid Goworow, jedyny bezpartyjny dowódca 
Frontu, człowiek o trudnej i niebanalnej biografii. Student politechniki petersburskiej, 
absolwent Konstantynowskiej Szkoły Oficerów Artylerii, został jako podporucznik 
przymusowo zmobilizowany do armii Kołczaka, z której wkrótce przeszedł na stronę 
bolszewików wraz ze znaczną częścią swoich żołnierzy. Tu wyróżnia się w walkach pod 
Kachowką i Perekopem, otrzymuje Order Czerwonego Sztandaru. Ale nie ma  po wojnie 
łatwego życia: służba  u Kołczaka  nie da się wymazać z ankiety. Jego podanie o przyjęcie do 
partii zostaje odrzucone bez rozpatrzenia. Przed samą wojną, jako komendant   Akademii 
Artyleryjskiej imienia Dzierżyńskiego, został umieszczony w  spisie  osób podlegających 
aresztowaniu; uratowała go interwencja Kalinina. Jest małomówny,   zamknięty w sobie, 
surowy, ale sprawiedliwy, pedantyczny i wymagający. Zażądał od  podległych  sobie 
dowódców  zmniejszenia strat; zażądał doprowadzenia do perfekcji umocnień i zapór; 
jednocześnie zażądał też ciągłego szkolenia wojsk i przygotowania ich do przyszłych działań 
zaczepnych. Sam sprawdza wykonanie wszystkiego, jest drobiazgowy  i  uparty, nie da się 
oszukać frazesem, łowi każdą nieścisłość w sformułowaniu; pod natarczywym spojrzeniem 
jego pochmurnych oczu mieszają się wszyscy ci, którzy mają nieczyste, sumienie. 
Przede wszystkim jednak, od pierwszego momentu, organizuje przeciw bandyckiej strategii 
Küchlera własną kontr-strategię. Ciosem na cios? Przeciw bateriom wroga - baterie własnej 
artylerii. Matematyczny i analityczny umysł Goworowa opracowuje w najdrobniejszych 
szczegółach nową metodę walki artyleryjskiej, a sztab jego współpracowników organizuje 
precyzyjnie działający system, łączący we wzajemnym współdziałaniu wszystkie środki 
ogniowe, na morzu i na

 

lądzie, od potężnych dział "Rewolucji Październikowej" do skromnej 

artylerii pułkowej. Każdy wystrzał przeciwnika jest śledzony, analizowany, służy do 
określania jego pozycji; każda pozycja zostaje naniesiona na specjalne mapy, każda własna 
bateria otrzymuje cele  i  umowne sygnały, przy pomocy których, w razie potrzeby, włącza 
się natychmiast w  szczelny system ogniowy. Coraz więcej niszczycielskiego zapału muszą 
wyczerpywać teraz Niemcy na  pojedynki artyleryjskie, coraz  mniej pocisków  pada na 
miasto. I sztabowcy, kręcący się po korytarzach Smolnego, milkną z szacunkiem, a  potem 
oglądają się z nadzieją na barczystą, lekko przygarbioną sylwetkę przechodzącego w 
zamyśleniu generała.

 

 
"Piątaczek"  utracony… 
 
Pierwsza wiosenna wiadomość jest niedobra. Znają ją  tylko nieliczni, nie wie jeszcze o niej 
miasto, zbudzone z zimowego letargu, rozgrzewające się powoli w promieniach 
błogosławionego, kwietniowego słońca jak rekonwalescent, który cieszy się jeszcze nieśmiało 

background image

z odzyskanego rycia. Osłabłe ręce chwytają za łopaty, oczyszczają ulice i podwórza, zsypują   
na nadbrzeża zwały brudnego śniegu, z którego wydobyto przedtem setki i tysiące trupów.   
Jeszcze ciągle, masowo, umierają śmiertelnie wycieńczę ii ludzie, których nie daje się już  
uratować. Ale ulice są czyste, groźba epidemii została zażegnana. Po Leningradzie - co 
wydaje się po zimowych koszmarach niewiarygodne jak cud - jeżdżą uruchomione w połowie 
kwietnia tramwaje pierwszych pięciu linii, czerwono-żółte wagoniki, przeprowadzane 
czułymi ludzkimi spojrzeniami. Miasto szykuje się do obchodu Święta Pierwszomajowego i 
chce, pragnie ze wszystkich sił, spotkać je normalnie, jakby nigdy nic, jakby nie było ciągłych 
nalotów i ostrzałów, jakby wróg nie zarył się pod bramami. Miasto wstydzi się teraz swojej 
niedawnej agonii; wychudzone kobiety nakładają barwne, letnie sukienki i malują usta, 
mężczyźni starają się chodzić dziarsko i sprężyście. Ulice Leningradu - prawda, że nasycone 
znacznie większą niż przedtem ilością mundurów - stają się znowu rojne i gwarne. Tylko 
doświadczone oko spostrzeże, że chodniki z południowej strony są zawsze bardziej ludne niż 
z przeciwnej, opatrzonej ostrzegawczymi napisami: "Obywatele! W czasie ostrzału 
artyleryjskiego ta strona ulicy jest najbardziej niebezpieczna" (większość niemieckich baterii 
strzela z południa, w leningradczykach wyrobił się już samozachowawczy refleks). 
Zbliża się 1 maja; ...idzie wiosna, kruszy się lód, czernieje śnieg, jaśnieje dzień, wzbierają 
wielkie wody, nadchodzą wielkie bitwy
 - brzmi z leningradzkich głośników głos Mikołaja 
Tichonowa. 
I wtedy właśnie, szeptem, w sekrecie z ucha do ucha, przekazywana jest zła wiadomość. 
Usłyszawszy ją Łukomsiki poty obija się w Smolnym, póki wyprasza przepustkę nad Newę, 
dostaje się do Newskiej  Dubrowki, by dopiero tutaj, na pierwszej linii, w punkcie 
obserwacyjnym dowódcy 136 "hankowskiej" dywizji piechoty generała   Simoniaka,  ocenić  
rozmiar  tragedii. 
Sześćsetmetrowym korytem Newy płynie kra. Komunikacja z "piątaczkiem" jest przerwana. 
Stało się to dwudziestego czwartego kwietnia, a już nazajutrz Niemcy, tylko na to czekając, 
zaczęli potężne natarcie. 
Obok siebie Łukomski słyszy przyśpieszony oddech Simoniaka. Ten zawsze opanowany, 
przysłowiowo zimnokrwisty, o żelaznej woli człowiek blednie teraz i czerwienieje na 
przemian, a jego zbielałe palce kurczowo ściskają lornetką. 
Na "piątaczku" giną ludzie. Nie można im w niczym  pomóc. 
Nad brzegiem, kiedy podmuch wiatru odgania zasłonę dymu, widać kawał umocowanej 
między kamieniami dykty z koślawym napisem: "Ratujcie nas!" 
Oddzieleni korytem rzeki ludzie czytają go i zaciskają  pięści. 
 

Pierwszego dnia ogłuszającej kanonady i nieprzerwanych niemieckich ataków istniała jeszcze 
zwarta linia obrony. Zaryci w jamach, w okopach, w lejach od pocisków ludzie czuli łokcie 
swoich sąsiadów. Nocą Niemcy podpełzali i rzucali się znienacka i w ciszy; duszono ich i 
dźgano w ciemności, nasyconej charknięciami, sapaniem i jękami. Drugiego i trzeciego dnia 
ataki ustały, a skrawek ziemi, półtora kilometra na sześćset metrów, systematycznie 
przeorywała artyleria i lotnictwo; ranni, żywi i umarli leżeli teraz obok siebie, nikogo już nie 
można było ewakuować, nieprzerwany łoskot trwał od świtu do nocy. Czwartego dnia, kiedy 
osaczonym zaczęło już brakować amunicji, ruszyły czołgi. To, co jeszcze wczoraj było zwartą 
linią, pękło, rozsypało się na pojedyncze ogniska oporu. Potem, przez dwa dni, broniły się 
zażarcie małe grupki, wgniatane w ziemię, rozstrzeliwane z bliskiej odległości, palone w 
szczelinach schronów miotaczami ognia. 
Wtedy właśnie, już nad samym brzegiem, zginął dowódca plutonu lejtenant Anatol 
Parabukin. Kiedy niemiecka tankietka zakręciła się w miejscu, starając się wgnieść go w 
zmarzniętą ziemię szczeliny, na dnie której przypadł, trafił ją pocisk z drugiego brzegu. Tola 

background image

wyskoczył wtedy ze szczeliny i położył z automatu jednego po drugim wszystkich trzech 
Niemców próbujących uratować się z ognia, wystrzeliwując resztę naboi. Kiedy więc usłyszał 
za sobą tupot nóg kilkunastu rozwścieczonych esesmanów, podniósł automat do góry i 
skoczył ku nim - aż go zbito z nóg i zatłuczono, śmierć miał szybką. 
Wkrótce potem strzały zamilkły, dym się rozwiał. Nad brzeg Newy, miażdżąc dyktę z 
napisem, spełzł czołg z czarnym krzyżem. 
Łukomski spojrzał na Simoniaka. Oczy dowódcy dywizji - pewnie od zachłannego 
wpatrywania się w lornetkę - były wilgotne. 
- Nic im to nie pomoże, swołoczom - powiedział generał, odwrócił się na pięcie i wyszedł ze 
schronu. 
Czołg, płoszony wystrzałami artyleryjskimi z radzieckiego brzegu, pośpiesznie wycofał się na 
górę. 
 
Cios  przeciwko ciosowi 
 
Twarz Küchlera, kiedy siedział pochyliwszy w dół i ku przodowi swoją szpakowatą głowę, 
stanowiła nieprzeniknioną maskę; ciężkie ręce o splecionych palcach leżały nieruchomo na 
stole pokrytym mapą, a więc na Leningradzie, jakby marząc o tym, żeby skupić w sobie siłę 
wszystkich naraz pocisków, czołgów i bomb i obrócić w perzynę to przeklęte miasto, o które 
potknął się tak boleśnie jego poprzednik, i które on - teraz, kiedy zwycięstwa na południu 
zapowiadały nareszcie bliski koniec kampanii - powinien zdobyć jak najszybciej i za wszelką 
cenę, aby uniknąć jego losu 
Tymczasem jednak sprawa się skomplikowała. Trwała oto już szósta, ciężka od sierpniowego 
upału godzina narady, prowadzonej nie przez niego, lecz przez tego wymuskanego fircyka o 
lisio dobrodusznej twarzy i niedbałych, bardziej profesorskich niż generalskich ruchach, na 
widok którego Küchler z trudem ścierał z twarzy wyraz niechęci. To jemu, w razie 
powodzenia, miały przypaść wszystkie laury. Ba! zdobywca Sewastopola! O tym, ile to 
kosztowało, nikt dzisiaj nie pamięta, otacza go dym kadzideł, został mianowany przez Hitlera 
feldmarszałkiem. Cóż z tego, że parę tygodni później niż on sam... Dwóch feldmarszałków na 
jeden front - czy to przypadkiem nie za dużo? Zwłaszcza że kompetencje nie zostały 
dokładnie określone, a to bynajmniej nie ułatwia współpracy. Manstein, choć w zasadzie 
podporządkowany mu, był w praktyce niezależny i rządził się jak szara gęś. Stał teraz pod 
ścianą i zakreślał obszar przyszłego natarcia; bardzo to mu ładnie wychodziło w teorii, 
pałeczka płynnie forsowała Newę pod Kolpinem, w tym miejscu, gdzie rzeka ostro skręcała 
na północ i gdzie w ścisłej tajemnicy zgromadzono potężny , kułak: trzy dywizje pancerne, 
pięć dywizji piechoty, dywizję desantową, nie licząc oddziałów wsparcia, 150 tysięcy ludzi na 
małym odcinku frontu, taran wielkiej siły, ale...Teraz była mowa o artylerii, którą Manstein 
wraz ze swą 11 armią przewiózł spod Sewastopola, działa 300 1 350 mm, francuskie haubice 
400 mm, działo kolejowe "Gruba Berta" 600 mm - tego już Küchler, sam przecież 
artylerzysta, nie mógł nie słuchać z zainteresowaniem i z zazdrością: dlaczego mu tego nie 
dano od razu?... 
- Bolszewicy - mówił Manstein, wskazując pałeczką rejon Pułkowa i Uricka, w którym front 
przebiegał na przedmieściach Leningradu - spodziewają się przede wszystkim natarcia stąd, 
zwłaszcza że wykonaliśmy szereg manewrów pozorujących ześrodkowanie sił w rejonie 
Strolna - Krasnoje Sieło. Aby ich umocnić w tym przekonaniu, wykonamy tutaj pozorowane 
uderzenie i w momencie kiedy zaczną ściągać rezerwy, ruszymy całą siłą z Ulianowki, 
sforsujemy Newę, wypuścimy Hoeppnera i na ich karkach, wzdłuż rzeki, wjedziemy do 
Leningradu z południowego wschodu... 
Dobrze się to mówi! - pomyślał Küchler i jak gdyby wywołany tymi słowami, pojawił się w 
drzwiach oficer operacyjny z meldunkiem. Küchler rzucił nań okiem, jego krzaczaste brwi 

background image

mimo woli powędrowały w górę, ale opanował się, przeczytał tekst raz jeszcze, po czym 
podniósł się nieco i nie bez satysfakcji przebił płynny tok mansteinowskiej frazy: 
-  Zechce pan wybaczyć, Herr Feldmarschall, otrzymaliśmy właśnie wiadomość, która nie 
wydaje się bez znaczenia dla planów, jakie pan tak "głęboko i oryginalnie naświetlił. Spitzer 
melduje, że dzisiaj rano Mereckow zaatakował go w rejonie Gontowej Lipki, osiągając 
lokalne włamania do dwóch kilometrów... 
W głosie Mansteina zabrzmiało nie ukrywane 'zniecierpliwienie: 
- Zwykła demonstracja! Nie są w stanie podjąć żadnych poważnych działań... 
-  Chciałbym jednak zwrócić pana uwagę, iż Spitzer stwierdził udział przynajmniej trzech 
dywizji... 
W sali zrobiło się nagle cicho jak makiem zasiał - iw ciszy tym głośniej zabrzmiało ponownie 
stuknięcie obcasów oficera operacyjnego. Pałeczka Mansteina zawisła w powietrzu. Küchler 
ogarnął tekst jednym rzutem oka. 
-  Hilpert donosi o znacznym skupieniu sił rosyjskich na północ od Newskiej Dubrowki. 
Wzmożony ostrzał artyleryjski. Jego zdaniem ma to być wstęp do nowej operacji desantowej 
w wielkim stylu, zmierzającej do połączenia się z Mereckowem i zlikwidowania 
"Flaschenhals"... 
Manstein poczerwieniał i cisnął pałeczkę na stół: 
- Operacja desantowa? Teraz? W przededniu Szturmu generalnego? Wybijemy im to z 
głowy!... 
Spokój zebranych w sali prysł. W drzwiach stał już oficer z kolejnym meldunkiem. 
 
 

Tymczasem Leningrad uprzedził uderzenie wroga. 
Oczekiwano go już od wiosny. Wiedziano, że próba wzięcia miasta szturmem musi zostać 
podjęta i że będzie to próba decydująca. Szykowano się do niej w atmosferze ciężkich ? i 
niepomyślnych wiadomości: o załamaniu się ofensywy pod Charkowem, o klęsce na Kerezu, 
o zdobyciu Sewastopola, wreszcie o wielkiej ofensywie niemieckiej na południu i walkach w 
łuku Donu. Miasto skupiło się, przycichło, sprężyło, nabierając siły. Rocznica wybuchu 
wojny i następujące po niej tygodnie mijały pod znakiem wielkiego napięcia. Gromadzono 
zapasy żywności, uprawiano pod warzywa każdy wolny skrawek leningradzkiej ziemi. Pole 
Marsowo w centrum miasta stało się wielkim ogrodem działkowym. Znowu szykowano się, 
bez paniki, do obrony w mieście. Oddziały samoobrony przechodziły forsowne szkolenie, 
uczono się walczyć granatem, bagnetem i butelką z płynem zapalającym, ukrywać w 
kanałach, piwnicach i suterenach, dokonywać nagłych wypadów i niszczyć wroga z ukrycia, 
zamieniać domy w fortece, budować barykady, mieć pod ręką jakiekolwiek ciężkie 
przedmioty - łomy, żelazka, odważniki, kamienie; walczyć z czołgami w wąskich zaułkach i 
na podwórkach, wykorzystywać rzeczki i kanały, niszczyć dywersantów, likwidować próby 
nieprzyjacielskiej dezinformacji, przy pomocy telefonu i telegrafu, prowadzić obserwację i 
pomagać sąsiadom... 
Tak upływał czas, pod znakiem ciągłych .ostrzałów i bombardowań, przy skąpych racjach 
żywnościowych, choć po ruszeniu lodów na Ładodze uruchomiono w krótkim czasie 
regularny transport przy pomocy flotylli kutrów i barek. Ustawiczne niedojadanie próbowano 
rekompensować zbieraniem jadalnych traw, piciem wywaru z sosnowych igieł. Ewakuowano 
z miasta wszystkich tych, którzy nie byli w nim niezbędni. Reszta wydawała się być już tylko 
oczekiwaniem. 
Okazało się jednak, że istnieje lepsze wyjście: podjęcie inicjatywy i uprzedzenie planowanego 
przez przeciwnika ciosu. 27 sierpnia rozpoczęło się niespodziewanie dla Niemców 
dwustronne natarcie wojsk Frontów Leningradzkiego i Wołchowkiego, skierowane na nasadę 

background image

niemieckiej "Flachenhals", w szczególności na tzw. Wzgórza Siniawińskie. Jednocześnie, po 
kilku próbach, zdołano również odzyskać utracony "piątaczek" w Moskiewskiej Dubrowce, 
odtąd utrzymany aż do końca blokady. Niemcy, rozumiejąc niebezpieczeństwo,  grożące im w 
wypadku zablokowania Szlisselbuirga i rozerwania pętli, bronili się zażarcie na doskonale 
przygotowanych pozycjach, rzucając do kontrataków coraz to nowe siły, szykowane z myślą 
o generalnym szturmie. Zaciekłe walki trwały do pierwszych dni października. W pewnym 
momencie nacierającym oddziałom radzieckim udało się nawet połączyć w rejonie Siniawina 
i na krótki okres zlikwidować blokadę, ale desperackie kontrataki Mensteina zdołały 
przywrócić położenie. Cena, jaką za to zapłacono, była jednaj bardzo wysoka. Cała 11 armia, 
przerzucona spod Sewastopola, a także doborowe jednostki 18 armii, zostały zdziesiątkowane 
i wykrwawione. Niemcy stracili około 60 tysięcy zabitych. Plan generalnego szturmu spalił 
na panewce. 
...W ten sposób - napisze później niemiecki historyk wojny rosyjskiej, generał von Butlar - 
Rosjanie spowodowali fiasko zaplanowanej przez Niemców operacji zmierzającej do zdobycia 
Leningradu, dla zrealizowania której do dyspozycji Grupy Armii "Północ" postawiono trzon 
zwolnionej spod Sewastopola 11 armii. Siły te zostały prawie w całości zniszczone przez 
przeciwnika pod Szlisselburgiem, w czasie walk o przesmyk i na innych niebezpiecznych 
odcinkach frontu. 
Tak więc 11 armii nie wykorzystano ani na kierunku głównego uderzenia, gdzie mogła 
niewątpliwie zwiększyć szanse powodzenia, ani dla zdobycia Leningradu, w którym to celu 
przerzucono ją przecież z południa. 
Miasto odetchnęło. Dowództwo radzieckie potraktowało sierpniowe i wrześniowe walki jako 
generalną próbę przed wielką operacją, do które] zaczęto się w największej tajemnicy 
przygotowywać natychmiast po ustabilizowaniu frontu. 
Ale jeszcze wcześniej Leningrad przeżył swoje skromne i niezwykłe święto. 
 
"Leningradzka" 
 
Zza ścian wielkiej sali Filharmonii Leningradzkiej rozbrzmiewały przez cały czas głuche 
odgłosy kanonady; ostrzał miasta nie ustawał ani na chwilę. W środku jednak istniała tylko 
muzyka. Pod batutą siwowłosego Karla Eliasberga w prawdziwym "przedwojennym" 
dyrygenckim fraku, który co prawda zwisał zeń jak z wieszaka, rozwijały się płynnie i 
majestatycznie tematy Siódmej Symfonii Dymitra Szostakowicza, nazwanej przez autora 
Leningradzka i dedykowanej rodzinnemu miastu. 
Łukomski przymknął oczy, zasłonił twarz ręką. Spokojny, rozległy żywioł muzyki, 
przerwanej trwożnymi sygnałami - to początek wojny! Mechaniczny, drewniany łoskot 
przybliżającego się wroga, narastanie niepokoju, bólu, gniewu; wielo-dźwięczny huragan 
nalotu, dynamika walki, straszliwe zapasy, w których przeciwnicy zwarli się w śmiertelnym 
uścisku. Za ścianami huczy echo armatnich eksplozji, ale eksplozje muzyki są silniejsze, 
palce słuchaczy zaciskają się na poręczach krzeseł. Atak odparty! Wiera czuje, jak wilgotnieją 
jej oczy, pochyla głowę, przygryza wargi; teraz  kaskady szklistych dźwięków są 
mroźną, śmiertelną leningradzką nocą, księżycowym światłem, potwornym krajobrazem, 
wspomnieniem przeżytej grozy, żałobnym trenem po ojcu, matce, Toli. Wszystko wydaje się 
powoli zamierać i sala wstrzymuje oddech w dławiącym napięciu, nie można powstrzymać 
łez - ale oczy ludzi siedzących obok niej też są podejrzanie wilgotne. Ludzie są w mundurach, 
w marynarskich bluzach, w starannie odprasowanych marynarkach, kobiety włożyły letnie 
sukienki, kolczyki, korale, uczesały się; jest więc prawie tak jak przed wojną, ale zupełnie 
inaczej, bo wszyscy którzy tu przybyli, są żołnierzami i noszą wyciśnięte na sobie piętno 
wojny: piechurzy i ich dowódcy, marynarze z okrętów Floty Bałtyckiej, robotnicy z 
ostrzeliwanych fabryk, architekci projektujący przyszły, odbudowany Leningrad, 

background image

nauczycielki uczące dzieci w schronach i piwnicach, pisarze i poeci, i wszyscy ci bezimienni, 
codzienni obrońcy miasta odbywający dyżury, służący w oddziałach samoobrony, pełniący 
swe zwykłe obowiązki w ciągłym, śmiertelnym zagrożeniu.      
Triumfalne, potężne, lawiną spadające na salę dźwięki ostatniej części, zapowiadającej 
przyszłe zwycięstwo, wydobywane z instrumentów rękami i oddechem osłabionych ludzi, 
zmizerowanych, pobladłych, pstro ubranych. Niewiele tu z dawnej filharmonii, zima 
zmniejszyła ją o połowę; ...pierwsze skrzypce umierają, bęben skonał w drodze do pracy, 
waltornia dogorywa...
 - taki spis sporządzano, gdy wiosną zrodził się pomysł tego koncertu, 
wówczas nieomal fantastyczny. Powielone partytury przywiózł, jak najcenniejszy 
strategiczny ładunek, specjalny samolot z Moskwy. Dla ratowania pozostałych przy życiu 
muzyków; wybłagano w Smolnym dodatkowy przydział: po 40 gramów kaszy dziennie... 
Ogłoszono przez radio apel, wzywający wszystkich muzyków znajdujących się w mieście do 
rozgłośni; na specjalne zarządzenie dowództwa Frontu pozwalniano ich z jednostek 
wojskowych. Zaczęły się próby, długie, męczące, bardzo trudne w oblężniczych warunkach 
leningradzkich, ale ludzki upór i zawziętość przezwyciężyły wszystko - i wyczarowane 
pałeczką Eliasberga brzmiało oto teraz wielkie finałowe forte. 
Powtarzały je głośniki całego miasta, pod którymi stały gromadki zasłuchanych ludzi, chłonąc 
świat dźwięków, dostępnych  tym  razem już nie znawcom i melomanom, lecz wszystkim,  
którzy przeżyli w Leningradzie swój pierwszy rok wojny. Echa muzyki dolatywały do pozycji 
artyleryjskich, gdzie obsługa dział zastygła w skupionej czujności; dano rozkaz, aby w czasie 
wykonywania "Siódmej" ogłaszać alarm tylko w ostatecznym wypadku... Obawiano się 
specjalnych niespodzianek ze strony Niemców. Ale niespodzianek nie było. Trwał tylko   
normalny ostrzał. Przy systematycznym łomocie rozrywających się pocisków pałeczka 
Eliasberga  po raz ostatni z ogromną energią przecięła powietrze, urywając, jak nożem uciął, 
falę dźwięków. Jeszcze moment zupełnej, gniotącej ciszy - i grzmot oklasków, zdających się   
roznosić ściany filharmonii. Wszyscy wstają. Oparty o swój pulpit dyrygent dyszy 
ciężko, po jego wychudzonej twarzy spływają strumyki potu, muzycy wstają i pochylają 
głowy, a ludzie klaszczą, klaszczą, klaszczą... 
Był to dzień 9 sierpnia 1942. Oczekiwano wówczas generalnego szturmu. 
 
Pętla zostaje przerwana 
 
Mija kilka miesięcy i nad skutą w lodowych okowach Newą wstaje krystaliczna świeżość 
styczniowego poranka. 
Setki oczu wpatrują się w tarcze zegarków; wskazówka sekundnika odmierza na nich ostatnią 
minutę.  
Jeszcze 20 sekund... 
10... 
5... 
- Ognia!- krzyczą artylerzyści i cały prawy brzeg Newy wstrząsa się od salwy 1697 dział i  
moździerzy. 
Jest trzynasty stycznia 1943. O godzinie 9.39 rozpoczyna się dwugodzinne przygotowanie 
artyleryjskie, które poprzedza decydujący szturm oddziałów radzieckich na "Flaschenhals". 
Przez dwie godziny trzeszczy, wylatuje w powietrze i wali się w posadach pas niezwykle 
silnych niemieckich umocnień na lewym brzegu, pokrytym zasłoną ognia, dymu i zmieszanej 
ze śniegiem ziemi. Przez dwie godziny artylerzyści, mimo mrozu rozebrani do pasa, zwijają 
się jak w ukropie, wiedząc, o jak wielką stawkę idzie gra. Artyleria pułkowa strzela na wprost 
do pierwszej linii umocnień, dbając o to, by nie rozbić pociskami zaśnieżonej pokrywy Newy. 
Będzie potrzebna za chwilę... Oto już ustaje ostrzał, w niebo tryskają rakiety. Obserwatorzy 
skupieni na stanowisku dowodzenia generała Simoniaka nigdy jeszcze nie widzieli niczego 

background image

podobnego! Na lód Newy wbiegają w sprinterskim tempie oddziały szturmowe. Całymi 
tygodniami na tyłach dywizji, na specjalnie wybranym zamarzniętym jeziorze, ćwiczono pod 
surowym okiem generała wszystkie fazy szturmu, a przede wszystkim tę pierwszą, 
najważniejszą, od której zależy wszystko: zryw i szturmowy sprint, dla którego, do 
czołowych grup, wybrano najlepszych biegaczy i który ma oszołomić Niemców nie 
spodziewających się takiego tempa. Już całe koryto rzeki pokryte jest biegnącymi, 
zaskoczony przeciwnik nie otwiera ognia! Wspaniałe widowisko! Oficerowie na punktach 
obserwacyjnych nie mogą powstrzymać entuzjazmu - batalion szturmowy kapitana Sobakina 
pokonuje rzekę w ciągu pięciu minut. Już są pod skarpą, stromą i systematycznie polewaną 
przez Niemców wodą, aby stała się niedostępną lodową ścianą; już tryskają wybuchy 
saperskich ładunków, już żołnierze prą do góry, zaczyna się chaotyczny ogień niemiecki, ale 
batalion z rozpędu przewala się przez pierwszą linię okopów, walczy wręcz, spycha 
przeciwnika do lasu, niknie z oczu - a przez Newę pędzą nowe tyraliery, kompanie rusznic 
przeciwpancernych, cekaemy, lekkie działka, telefoniści. Dowódcy, wbrew wszelkim 
przepisom, znajdują się dzisiaj na czele swoich oddziałów, nikt nie krzyczy "hura!", nie ma na 
to czasu, z prawa i z lewa hankowcy wdzierają się na brzeg i dopiero gdy przewali się główna 
fala szturmujących, spóźniony niemiecki ogień zaporowy wyrzuca w górę kawałki lodu i 
słupy zielonkawej, newskiej wody. Już wszystkie trzy pułki 136 dywizji są na tamtej stronie, 
z rozpędu forsują najeżone umocnieniami linie obronne, wpadają do wsi Marino, nie 
zatrzymują się, prą dalej... 
- Uff! - oddycha z ulgą Simoniak, ocierając z czoła kropelki potu. - Poszło... 
Ale to dopiero początek, czekają go jeszcze ciężkie dni, kiedy oszołomienie Niemców minie i 
rozpoczną się zaciekłe kontrataki. Hankowcy osiągnęli największe sukcesy; na prawo od nich 
45 dywizja gwardii, przygwożdżona do ziemi na "piątaczku", nie zdoła się od niego oderwać; 
na lewo 86 dywizja pułkownika Trubaczowa nie potrafiła narzucić Niemcom tempa i zaległa 
pod Szlisselburgiem prawie na środku Newy. Decyzją dowódcy armii, generała Duchanowa, 
została wycofana i wprowadzona do walki poprzez wyłom uczyniony przez hankowców. 
Łamiąc krok po kroku niemiecki opór zaczęła ona oskrzydlać Szlisselburg od południa. 
Jednocześnie z przeciwka, z odległości zaledwie 15 kilometrów, rozwinęła natarcie na 
Niemców 2 armia uderzeniowa Frontu Wołchowskiego, stopniowo wgryzając się w pozycje 
wroga. Ale przeciwnik ciągle nie dawał za wygraną. Przez tydzień trwały zażarte walki o 
zlikwidowanie korytarza szlisselburskiego; walki obfitujące w niesłychanie dramatyczne 
sytuacje, w których los obu stron wielokrotnie wisiał na włosku, w których zajadłe ataki 
załamywały się w ogniu obrony i równie zajadłych kontrataków. Wprowadzano do walki 
rezerwy, rzucono czołgi, które z największą trudnością posuwały się w obfitych zaspach 
śnieżnych, zatrzymywano je ogniem artylerii, obchodzono i niszczono nagłymi wypadami. I 
Niemcy, i Rosjanie ponosili bardzo ciężkie straty. 
 

- Najgorzej to się  czułem  nawet  nie  wtedy, gdy Borszczukow się cofnął i odsłonił mi prawe 
skrzydło -  opowiadał   potem Simoniak Łukomskiemu. - Wiedziałem, że dowódca armii coś 
mi podrzuci. Nie. Później. Kiedy szarpaliśmy się pod elektrownią, a do mnie, jak na złość, 
przyjechali Woroszyłow i Goworow. A co myślicie? Teraz to może śmieszne, a oni przyszli 
w najgorszym momencie: Niemiec gniótł z dwu stron. Jak łączność? - pyta Woroszyłow. Ja 
za radio... - Osa, Osa... Ja  Fiołek, ja Fiołek... Jak mnie słyszycie? Odbiór! - Głos sobie 
zrywam, a Osa milczy jak zaklęta. Nie wytrzymałem i walę wprost: - Sobakin,   Sobakin, taki 
synu, czego milczysz?   - Odpowiada: - Fiołek, Fiołek, jestem w kwadracie 0105. Odbiór... - I 
tak dalej. Goworow siedzi przy stole, wparł się w niego łokciami, aż  stół skrzypi, szarpie 
wąs, kołysze się lekko, to na lewo, to na  prawo. Pytam Sobakina: "Jak  mnie poznałeś? 
Odbiór". A on mi na to: "Pogłosie. Odbiór". A ja go też  przecież  po głosie poznałem. Widzę, 

background image

Woroszyłow niby  poważny, ale mówi do i Goworowa wesoło: "Tych konspiratorów można 
zostawić. Dadzą sobie radę". "Mhmm - odpowiada Goworow. - Jedziemy". Ledwo odjechali, 
a u mnie już całą tremę jak ręką odjął, jestem spokojny, tylko Niemiec pcha się ciągle jak 
najęty... 
Rozmawiano w zajmowanym w panice opuszczonym przez oddziały niemieckie 
Szlisselburgu, który wspólnym wysiłkiem żołnierzy Simoniaka i Trubaczcwa zdobyto w nocy 
z 17 na 18 stycznia. Jednocześnie czołówki obu Frontów, Leningradzkiego i Wołchowskiego, 
podchodziły w bojach pod Osiedle Robotnicze numer 5, centralny i dobrze umocniony punkt 
oporu Niemców, który od dwóch dni przechodził z rąk do rąk. Nacierających z obu stron 
żołnierzy dzieliło już nie więcej jak półtora kilometra. Wydano artylerzystom zakaz 
strzelania, żeby nie razili swoich. W sztabach nacierających dywizji zapanowało radosne 
oczekiwanie; lada chwila miało nadejść zawiadomienie o spotkaniu Frontów i ostatecznym 
przerwaniu blokady... 
 

Płonące domy Osiedla Robotniczego zostają z boku, dym drapie w gardle, ciała proszą o 
odpoczynek po pięciu nieprzespanych nocach, ale zwiadowcy 13 dywizji nie mają czasu do 
stracenia; tam z przodu, tylko rękę podać, są nasi! Przebiegają na nartach przez zryte 
pociskami pole, które kiedyś było ogródkiem działkowym, mijają porzucone niemieckie 
armaty, przeskakują przez drogę. Za ich plecami słychać jeszcze strzelaninę, w niebo biją 
rakiety: to otoczone grupki Niemców proszą o pomoc, ale nikt nie zwraca na to uwagi, 
wszyscy wpatrują się w to, co jest z przodu, a z przodu rośnie łuna, narasta łoskot walki i w 
świetle pożaru widać przebiegające sylwetki. Nasi czy Niemcy? Zwiadowcy-wczołgują się 
na-grzbiet niewielkiego pagórka, z boku czernieje mały lasek, w którym rozpoznano 
stanowiska niemieckich moździerzy, co zresztą teraz też nie jest najważniejsze... Nasi czy 
Niemcy? Przed nimi jest łagodna dolina. Odgłosy z przodu cichną i tamten brzeg, zaciągnięty 
szarym, przed-rannym tumanem, zaczyna się zaludniać. Jeśli to Niemcy, to trzeba ostrzec 
dywizję, która ciągle oczyszcza Osiedle Robotnicze, bo będzie kłopot... A jeśli nasi? 
Nikt już nie może czekać. Kapitan Berestyński, dowódca zwiadu, podnosi do góry    
rakietnicę. Czerwona... zielona... czerwona... Umówiony sygnał. Oczekiwanie. Nic... I nagle  
-  stamtąd, ze skraju  przysiółka, radosny trzask wystrzałów, snopy bijących w górę 
świetlnych pocisków. Podmuch wiatru przegania tuman. Wszyscy widzą już wylewającą się 
zza opłotków masę wojska, przetykaną białymi pudełkami pomalowanych na kolor ochronny 
czołgów. Biegną przez pole, strzelając w górę. Zwiadowcy, bez komendy, rzucają się na ich   
spotkanie. Fiedia   Frołow jest pierwszy, wyprzedza wszystkich, odsądza się od nich, narty 
niosą go wprost po pochyłości, wiatr zapiera oddech, chce  mu się krzyczeć z  uniesienia,   
kiedy tak, pierwszy z całej armii, z całego Leningradu, pędzi na spotkanie  wołchowców,  
biorąc w tym i lekkim szusie odwet za wszystkie długie miesiące zarycia w ziemię, dreptania 
w miejscu, pełzania, przepychania się z Niemcami. Już jest tuż, tuż, już widzi twarze 
zaczerwienione od mrozu i otwarte w okrzykach, wyciągnięty przez kogoś strzęp szkarłatnej 
materii, machające ku sobie ręce... Raptem straszliwa siła unosi go ku górze, odrzuca w bok i 
ciska o ziemię, gasząc resztki świadomości poddanej wielkiemu uniesieniu. To niemiecka 
bateria z lasku oddała ostatnią salwę, zanim nie wprasowały ją w ziemię, skręciwszy z 
rozpędu, rozgniewane czołgi. Pomiędzy wojskami wzbiły się w górę słupy wybuchów, a 
kiedy opadły, granicę spotkania oznaczyły świeże, czarne wyrwy; ale biegnących ku sobie 
ludzi nic już nie mogło powstrzymać, zaś ci, co biegli dalej, z pagórkami, po prostu nic nie 
zauważyli. Już dopadano do siebie, całowano się z rozmachem, po rosyjsku, obejmowano, 
waląc po plecach; już kogoś podrzucano do góry; już jakiś dowódca na .wyrwanej z bloku 
kartce spisywał akt, mający rzecz upamiętnić. Wołano "huraa!" i strzelano na wiwat, 
wydobywano manierki ze zdobycznym niemieckim rumem. 

background image

Tylko w jednym miejscu radość była przyćmiona, poważniejsza, mniej hałaśliwa - tam gdzie 
w zmieszanym tłumie pod nogami żołnierzy leżał chłopak, bez uszanki, w zakrwawionym 
półkożuszku, twarzą do ziemi, z rękami, które obejmowały ją mocno, rozrzucone i 
wyciągnięte jak drogowskaz w stronę Wołchowa i Leningradu. 
 
Pętla  zostaje  zrzucona 
 
Upłynął jeszcze rok. 
Pod Leningradem nie było już mowy o groźbie niemieckiego natarcia. Ponoszone na innych 
frontach klęski kazały Niemcom ostatecznie porzucić marzenia o strategicznej inicjatywie. 
Teraz napastnik myślał tylko o uporczywej obronie. Hitler żądał od Küchlera utrzymania 
pozycji pod Leningradem za wszelką cenę. Solidność poczynionych umocnień dodawała 
Niemcom otuchy; rozbudowany system fortyfikacji został uznany za nie do przebycia. 
Wygłaszano więc w Armeegruppe "Nord" chełpliwe oświadczenia, pocieszano się, że 
przyjdzie jeszcze przychylniejsza pora. A tymczasem Leningrad był nadal nękany 
bombardowaniami i ostrzałem artyleryjskim, który nasilił się w szczególności w jesieni 1943 
roku. Miasto, choć połączone wąskim paskiem z Wielką Ziemią, miało jeszcze ciągle 
poważne trudności; transporty z zaopatrzeniem, jadące z zachowaniem wszelkich środków 
ostrożności dziesięciokilometrowym korytarzem, były ustawicznie ostrzeliwane, zaś w 
samym mieście nikt nie mógł być ciągle pewny własnego życia, zagrożonego w każdej chwili 
eksplozją kolejnego pocisku. 
Ta sytuacja skłaniała do radykalnych decyzji. I oto prawie dokładnie w rok po szturmie 
"Flaschenhals", 14 stycznia 1944 roku, rozpoczęła się znowu potężna nawała ogniowa, 
poprzedzająca generalny szturm na niemieckie pozycje. Atak zaczął się z najmniej 
spodziewanej dla przeciwnika strony, tzw. przyczółka oranienbaumskiego, na 
który, z zachowaniem najściślejszej tajemnicy, przetransportowano morzem pod samym 
nosem Niemców 2 armię uderzeniową generała Fiediunińskiego. Zaskoczenie już pierwszego 
dnia przyniosło dobre rezultaty; gdy zaś w dzień później spod Pułkowa rozpoczął się szturm 
42 armii, cała grupa niemiecka na zachód od Leningradu została zagrożona uchwyceniem w 
kleszcze i okrążeniem. Wprawdzie Küchler w ogłoszonym w następnym dniu rozkazie żądał 
od swoich wojsk: ...wygrania tej obronnej bitwy i utrzymania, za wszelką ceną pasa umocnień 
wokół Leningradu - 
ale wstrząsany potężnymi uderzeniami "Wał Północny" rozlatywał się 
tymczasem na kawałki. Zaciekłość atakujących przewyższała zaciekłość broniących się. 
Ogromna przewaga zgromadzonych środków technicznych robiła swoje. Jeszcze, mszcząc się 
za niepowodzenia, oddawały ostatnie salwy niemieckie baterie oblężnicze, a już oddziały 
szturmowe wdarły się do Strelny i spalonego Peterhofu, stoczyły się ze Wzgórz  
Pułkowskich, oswobodziły Krasnoje Sieło, Puszkin, Pawłowsk... Pod koniec pierwszego 
tygodnia na głównym kierunku natarcia wybito w niemieckim froncie potężną 
sześćdziesięciokilometrową lukę. Cała 18 armia niemiecka, straszona widmem okrążenia, 
została zmuszona do odwrotu. Zwycięzcy ruszyli w stronę Gatczyny, Narwy, Ługi. 
Wyżłobione w śnieżnych zaspach drogi frontowe zapełniły się potokiem wielkiej ofensywy: 
kolumnami żołnierzy, sznurami ciężarówek, ciągnikami, czołgami, działami, cysternami, 
sanitarkami, "emkami" 
I sztabowymi "gazikami", furgonami i furmankami. Na skrzyżowaniach dróg w spalonych 
wsiach stawały rumiane dziewczęta ze służby ruchu, dyrygujące tą wielką masą ludzką. 
Rąbano niemieckie drogowskazy  - czarnym napisem "Petersburg", w zaciekłym milczeniu 
zdejmowano z szubienic skostniałe ciała wisielców, dzielono się chlebem i konserwami z 
ocalałymi resztkami mieszkańców nie istniejących wiosek i w  ponurym nastroju słuchano ich  
strasznych opowieści. Potok płynął  nieprzerwanie, omijając porzucony niemiecki sprzęt, 
wdeptując w ziemię trupy najeźdźców - obok splugawionych i zniszczonych wielkich 

background image

pamiątek historycznych, obok wysadzonego w powietrze pałacu w  Pawłowsku, obok 
zrujnowanej  rezydencji Katarzyny II w Puszkinie, mieście rosyjskiej poezji, zamienionym na 
wielki obóz wojenny, obok zrąbanych i spalonych parków Krasnego Sieła ku Gatczynie,  
płonącej wielkim płomieniem ze wszystkimi swymi zabytkami. Z ruin zabytków  wyrzucano   
resztki Niemców, przecinano  przewody wiodące doładunków dynamitowych, wynoszono z 
ognia cenne przedmioty, ratowano, co się dało - ale  większość padła ofiarą niemieckiego 
barbarzyństwa...Gnano więc za uchodzącymi z jeszcze większą zaciętością bez    
wytchnienia, jedząc w marszu, śpiąc na  trzydziestostopniowym  mrozie, zachłystując się i   
upijając bardziej niż  przydziałowym spirytusem i zdobycznym rumem - zmieszanym 
zapachem maszyn, wiatru, spalenizny i zmrożonego śniegu, pościgiem, zwycięstwem i 
nienawiścią - wszystkim, co złożyło się na smak tego wielkiego, jedynego, niezapomnianego 
stycznia 1944. 
 

- Herr Oberst... Schneller! Schneller! 
Baumüller najspokojniej jak potrafi obrzuca jeszcze spojrzeniem swój gabinet, który wygląda 
tak, jakby przeszła po nim trąba powietrzna, zatrzaskuje teczkę, zamyka drzwi, zbiega po 
schodach. W sztabie nie ma już prawie nikogo, ostatni adiutanci biegają nerwowo, na dole 
podłogę hallu zaściela gruba warstwa papierów, na dziedzińcu jacyś ordynansi chlustają z 
kanistrów benzynę na płonący stos teczek streng geheim, w bocznym wejściu ugrzęzła szafa 
pancerna i żołnierze z wściekłością rąbią futrynę. Jest tęgi mróz, na ziemię osypują się 
nieustannie płatki spalenizny. Gatczyna płonie. Z daleka słychać głośną kanonadę, górą niosą 
się ze świstem samoloty, które z pewnością nie są niemieckie. Szkoda czasu; w miarę 
pewnym i swobodnym krokiem Baumüller skręca za róg, gdzie warczy już silnik terenowego 
wozu i trwożnie błyszczą okulary jego zastępcy, majora Wirtha. Adiutant otwiera drzwi, 
natychmiast ruszają. Baumüller nie może sobie odmówić satysfakcji spytania Wirtha, czy nie 
jest przypadkiem chory, na co tamten blednie jeszcze bardziej i bąka coś niezrozumiałego; 
tak, to już nie jest zaciszna praca sztabowca, wytyczającego rejony ostrzału dla dalekonośnej   
artylerii, teraz ten wymuskany

  

frant liźnie prawdziwej wojny. Choć, prawdę mówiąc, nie ma 

się z czego cieszyć; nie jest powiedziane, czy uda się spod tego przeklętego miasta wynieść 
głowę... A tak się to wszystko ładnie zaczynało...

 

Rzeczywiście, sprawy wyglądały dość kiepsko, starczyło jednego rzutu doświadczonego oka, 
żeby to ocenić. Zaraz za miastem zgubili sztabową kolumnę w strumieniu ciągnących 
bezładnie w stronę Ługi samochodów, ciągników, wozów. Kilkakrotnie stawali. Potem z 
przodu rozległy się dzikie wrzaski: Schwarzer Tod! Schwarzer Tod, i zza lasu wyskoczyły 
niespodziewanie dwa szturmowe rosyjskie Iły szpikując kolumnę ogniem działek i karabinów 
maszynowych. Z przodu wybuchła jakaś cysterna, zrobiło się dzikie zamieszanie, 
przemarznięty i bez tego Baumüller - dzień był jak na złość słoneczny i bardzo mroźny - 
padał w jakieś zaspy, przemókł i poczuł, że coraz bardziej traci pewność siebie. Adiutant 
gdzieś się zawieruszył. Wirth, zupełnie roztrzęsiony, bez okularów, zgubionych w śniegu, stał 
się kupą przestraszonego mięsa. Trzeba było coś przedsięwziąć. Kiedy więc na jakimś 
skrzyżowaniu ugrzęźli na amen, a z przodu, podawana a ust do ust, dobiegła wiadomość, że 
partyzanci wysadzili most - Baumüller wyciągnął sztabówkę i dał rozkaz skręcania w prawo. 
Z mapy wynikało, że do Ługi można było dotrzeć bocznymi drogami. Zaraz jednak tego 
pożałował, bo zakopali się w zaspach tak doszczętnie, że dopiero zmroku, już zupełnie 
skostniali, wypchnęli wóz ba mniej zasypaną, leśną drogę. Dookoła nie było żywego ducha, 
zapadała noc. Baumüller marzył już tylko o dojechaniu do jakiejś wioski, kiedy Wirth 
podniósł dziki wrzask:

 

-  Czołgi! Czołgi rosyjskie! 

background image

Palec majora wskazywał przeciwległy skraj lasu; pod światło zachodzącego słońca nic 
określonego nie było tam widać, ale kierowca na wszelki wypadek dodał gazu, pomknęli 
leśną drogą i po kilkuset metrach - o ulgo! - ujrzeli przed sobą najwyraźniej tylną straż 
czegoś, co nie mogło nie być jednostką artylerii przeciwpancernej. Już na pierwszy rzut oka 
Baumüller rozpoznał charakterystyczne kształty dział, wokół których kręciły się sylwetki 
ubranych na biało ludzi. Mamy szczęście - pomyślał machinalnie pułkownik, zaś Wirth, 
wydawszy z siebie radosne kwaknięcie, wyskoczył z hamującego auta i podbiegł ku 
artylerzystom wołając: 
-  Co to za bateria? Który pułk? Dowódcą do mnie? Przygotować się do odparcia ataku Ros... 
I tu, przed oczami osłupiałego Baumüllera, rozegrały się błyskawicznie następujące 
wydarzenia: pierwsza z białych postaci, do których podbiegł Wirth, odwróciła się i zdzieliła 
go z rozmachu kolbą pistoletu maszynowego, aż major zarył się głową w śnieg pod kołami 
najbliższego działa, jednocześnie szyba samochodu rozleciała się z trzaskiem i trafiony w 
samo czoło kierowca osunął się bez jęku. W błysku nagłego olśnienia pułkownik ocenił nagle 
wszystko. Dostrzegł wyraźnie brodate twarze zwróconych ku niemu ludzi w białych 
kapturach, zwinięte sylwetki koloru feldgrau rozrzucone wokół dział i nieład 
samych dział, najwidoczniej porzuconych w popłochu po krótkiej walce przez zaskoczoną 
obsługę. Spazm strachu chwycił go za gardło, ręka instynktownie szarpnęła drzwiczki; stoczył 
się do zaśnieżonego rowu i korzystając z tego, że pochylony samochód zasłonił go na moment 
przed ogniem tamtych, z pochyloną głową rzucił się wprost przed siebie w gęstniejącą 
ciemność lasu. Zatrzeszczały gałęzie, spóźnione serie podniosły na brzegu rowu małe gejzerki 
śniegu, z postrzelonych świerków  posypał się  biały pył... 
-  Towarzyszu dowódco! Towarzyszu Frołow! Iwanie Korniejewiczu - młody partyzant, 
zdenerwowany swoim pudłem, zachłystywał się z emocji. - Polecę za nim, co? Nie ucieknie 
mi, żebym tak zdrowy nie wrócił! To jakaś gruba szycha! Można? 
Iwan Frołow - bo on to właśnie, znalazłszy się w czasie walk nad Ługą w okrążeniu, od dwu 
lat-dowodził samodzielnym oddziałem IV Brygady Partyzanckiej - spokojnie zapalał 
fajeczkę, starannie  zasłaniając  płomień od  wiatru. 
-  Spokojnie, synu, nie ma czasu na zabawy w Indian, robi się ciemno, mamy przed sobą 
kawał drogi, maszerujemy na koncentrację, rozumiesz? A fryc niech sobie polata, daleko nie 
ucieknie... Niech zobaczy, jak się żyje w okrążeniu! - dodał po chwili, przygryzając cybuch i 
marszcząc brwi; wspomnienie tamtych przeklętych dni wrześniowych  zabolało jak stara rana. 
...A Baumüller dysząc ciężko, zataczając się jak pijany i zapadając po pas w śniegu, brnął 
coraz  głębiej w las - aż ciemności otoczyły go martwymi ścianami podniósłszy ku górze 
schlastaną przez gałęzie twarz nie, dojrzał już nad sobą nieba. Wtedy nowa, jeszcze 
potężniejsza fala  paniki podpłynęła mu do gardła. 
- Ludzie! - zawołał   załamującym się głosem. - Jest Łam kto?... Luuu-dziee… 
 
Ja nie strzelałem do Leningradu  
 
- Towarzyszu kapitanie, czego ten fryc chce Znacie niemiecki?... 
Niespodziewane pytanie wyrwało Łukomskiego z zamyślenia. Stał w samym środku tego, co 
niegdyś było wspaniałym parkiem w Puszkinie między rozrzuconymi i poprzewracanymi 
działami baterii kapitana Hausnera, między świeżymi lejami, wdeptanymi w "śnieg 
niemieckimi trupami, kłębami kolczastego drutu, pośpiesznie wtykanymi tabliczkami z 
napisem "Miny" i poniewierającymi się napisami "Koblenzerstrasse" i ,,Villa Asturias" - 
ostatni świadczył, że przez jakiś czas stacjonowały tu oddziały hiszpańskiej Błękitnej 
Dywizji.* W czasie kiedy pułkownik Baumüller, o trzydzieści kilometrów dalej na południe, 
brnął ku swoim przeznaczeniom przez ciemność rosyjskiego lasu - pod Puszkinem wyciągano 

background image

z kryjówek i zasypanych schronów ostatki jego artylerzystów, ze stacjonującego tu potężnego 
ugrupowania dział oblężniczych. Dwaj żołnierze, którzy zwrócili się do Łukomskiego, 
 

* Dywizja sformowana z ochotników - faszystów hiszpańskich. 
 

wlekli właśnie ku przechodzącej drogą kolumnie jeńców niemieckiego lejtnanta, opierającego 
się rozpaczliwie i wołającego coś bez przerwy, najwidoczniej w przekonaniu, że nadeszła 
jego ostatnia godzina. 
-  O co chodzi? - spytał go po niemiecku Łukomski. 
Niemiec nie mógł złapać tchu. Oczy wyszły mu na wierzch.? - Zaświadczenie... Dajcie mi 
zaświadczenie!.. 
Łukomski pomyślał, że się przesłyszał. 
- Jakie znowu zaświadczenie? 
-  Zaświadczenie... na piśmie... że nie strzelałem do Leningradu!... Że tylko pozycje 
wojskowe... Nie miasto... 
Łukomski wzruszył ramionami i przetłumaczył odpowiedź żołnierzom, których tymczasem 
zebrała się już spora gromadka. Żołnierze zaszumieli gniewnie i po chwili czyjaś ręka 
podetknęła Niemcowi pod sam nos kawałek dykty: 
-  A to co, frycu? A to, do czorta! Nie twoje co? 
Na dykcie znajdował się fragment starannie wykreślonego tuszem artyleryjskiego szkicu: 
panorama miasta z charakterystycznymi punktami orientacyjnymi, ponumerowanymi celami i 
odpowiednimi obliczeniami. Niemiec stracił na ten widok mowę i w zupełnym otępieniu 
pozwolił się wepchnąć do kolumny; dopiero tam ocknął się, zamachał rękami i zdzielony 
kolbą przez konwojenta zawołał piskliwym, załamującym się głosem: 
- To nie ja! To ten bandyta Hausner!... To on kazał strzelać... On waszych partyzantów... Ja 
nie... 
-  Co za Hausner? - spytał machinalnie "Łukomski. 
-  Pewnie ten ichni dowódca - odpowiedział flegmatycznie któryś z żołnierzy. - Tam leży. Na 
dole, swołocz taka... 
W ziemiance było lodowate zimno, ciemność, przenikliwy zapach wrogiej obcości, którego 
składników Łukomski nie potrafił rozróżnić, ale który łączył się w jego pamięci ze 
wszystkimi miejscami porzuconymi przez Niemców. Zapalił latarkę. Snop światła omiótł 
ściany i podłogę, wydobywając z ciemności przewrócone ozdobne krzesło ze złamaną 
poręczą, roztrzaskane zwierciadło w masywnych, pozłacanych ramach, marmurowy zegar z 
rozbitą tarczą, rozdarty bagnetem obraz, który był kiedyś pejzażem Poussina, stos zalanych 
jakąś cieczą dywanów i wreszcie sylwetkę mężczyzny, leżącego nieruchomo na empirowej 
kanapce, twarzą w dół, z Parabellum w kurczowo zaciśniętej ręce i kałużą zakrzepłej krwi 
pod wezgłowiem. Łukomski prześliznął się po nim światłem, trącił butem coś twardego; był 
to gruby zeszyt w sztywnych okładkach. Pochylił się, podniósł go, przekartkował w 
zamyśleniu; ku końcowi zapiski stawały się coraz krótsze, a charakter pisma coraz wyraźniej 
nerwowy. Ostatni zapis brzmiał: 
31 grudnia 1943. Co mi przyniesie Nowy Rok? Podobno naprzeciw nas stoją cztery świeże 
dywizje Rosjan gotowe do natarcia. Idą  teraz do baterii, żeby życzyć moim ludziom szczęścia 
chociaż to brzmi jak szyderstwo. Rok temu miałem jeszcze nadzieją. Teraz nie mam złudzeń; 
zostało mi już niewiele życia. Jedyne, co mogą zrobić, to umrzeć, zanim nie wpadną w ich 
łapy i nie zrobią ze mną tego samego, co ja z tamtą trójką... 
Potem coś przekreślonego i wielkimi literami na ukos, przez całą stronę: 
Zacząli. Idą tu. Pora na mnie. Źegn... 
Łukomski wsunął zeszyt do polowej torby, odwrócił się, wszedł na schodki i w momencie 
kiedy miał z ulgą zaczerpnąć haust mroźnego powietrza, serce podskoczyło mu do gardła: 

background image

wieczorne niebo nad niedalekim Leningradem przeciął potężny błysk, a w ślad za nim rozległ 
się głuchy grzmot artyleryjskich  wystrzałów. 
Nalot? Ostrzał? Teraz? Skąd?... - przeleciało mu bezładnie przez głowę i w tej samej chwili 
poczuł, jak ktoś ujął go mocno pod rękę. Kolejny błysk i Łukomski zobaczył przy sobie 
charakterystyczną twarz generała Simoniaka, o wystających kościach policzkowych. Generał, 
obecnie już dowódca korpusu, był w kożuszku i karakułowej papasze, najwidoczniej 
wyskoczył przed chwilą oz warczącego obok sztabowego Willysa. 
- To nic, Borysie Piotrowiczu, nie meldujcie się, nie trzeba. To tylko salut. Właśnie podawali 
przez radio. Salut artyleryjski- i w Moskwie, i u nas. Wzięliśmy Gatczynę. Nie ma już więcej 
blokady. Święto... 
Nowy błysk - i wyrwane z ciemności twarze zapatrzonych w niebo żołnierzy i oficerów. 
Z tyłu tlą się jeszcze zgliszcza gmachu liceum, do którego chodził Puszkin. 
 
 
 
"nikto nie za byt i niczewo nie zabyto…" 
 
Chluśnięcie światła - błysk salwy, snopy różnokolorowych rakiet - wydobywa z ciemności 
twarze ludzi, pogrążając je natychmiast w jeszcze gęstszym mroku; wtedy zaś dudniący 
basowy, grzmot przetacza się po niebie triumfalnym echem letniej burzy. Potem błysk i huk 
drugi, trzeci, dziesiąty, z pękającej ściany mroku wyłaniają się na moment serdecznie 
znajome kontury miasta, z jego pałacami, świątyniami, pomnikami, parkami, kolumnadami, 
ze srebrzystą powierzchnią Newy, przeciętą pasmami mostów. Miasto wydaje się płaskie, jak 
wycięte z czarnego papieru, i kiedy powraca ciemność, jeszcze przez moment pulsuje pod 
powiekami w świetlistych kręgach. 
Miasto niepokonane. Miasto, którego miało nie być, które skazano, uroczyście i 
nieodwołalnie, na całkowitą zagładę. 
Miasto z pętlą na gardle, zaciskaną przez dziewięćset dni blokady bezlitosnymi rękami 
zawodowych morderców. 
Dwadzieścia jeden artyleryjskich salw z trzystu dwudziestu czterech dział ogłasza dzisiaj jego 
ostateczne, straszliwie opłacone i ciężko wywalczone zwycięstwo. 
Cały Leningrad wyległ na ulice i na place, zapełnił Pole Marsowe, depcząc grządki  
niedawnych ogródków działkowych, pokryte styczniowym śniegiem. Ludzie instynktownie 
wtulali głowy w ramiona, widząc i słysząc salwy, których po raz pierwszy nie trzeba się było 
bać, bo instynkt samozachowawczy nic jeszcze o tym nie wiedział. Wtulali głowy w ramiona, 
podnosząc chciwie ku niebu mokre twarze. W ciągu trzech minionych lat wszyscy stwardnieli 
wewnętrznie i nauczyli sin przeżywać swoje tragedie z suchymi oczyma. Dopiero teraz, po 
zwycięstwie, Leningrad płakał. Płakał w milczeniu, z zaciśniętymi ustami, nie wstydząc się 
swoich łez. Płakali siwowłosi generałowie i pucułowaci, gołowąsi żołnierze, kobiety o 
pobrużdżonych, przedwcześnie zniszczonych twarzach; starcy, przygięci ku ziemi, ciężarem 
niedawnych przeżyć, dzieci, które zdążyły się zestarzeć. Całą przestrzeń w myślach żywych i 
między żywymi wypełniły cienie milionowej armii poległych, trafionych kulami i 
odłamkami, przysypanych gruzami, rozstrzelanych, powieszonych i zagłodzonych - i żywi 
czuli tę obecność. 
Dlatego nie było radości w to radosne święto; dlatego nikt nie ośmielił się zawołać "hura!", 
roześmiać, zatańczyć. Jeszcze nie nadeszła pora; jeszcze zbyt bliski był przeżyty koszmar, 
zbyt świeża i ciężka zraniona pamięć. 
Przejdą miesiące... Latem - jednostki, które zerwały i zrzuciły niemiecką pętlę - znokautują na 
północ od miasta oszołomionych Finów, przerywając w błyskawicznym tempie potężne 
umocnienia Wału Karelskiego i linii Mannerheima, 

background image

I  zmuszając Finlandię do pospiesznej prośby o pokój. 
Przejdzie niespełna półtora roku i dopełni się ostatni akt wojennej sprawiedliwości, resztki 
tych samych oddziałów 18 i 16 armii, które blokowały Leningrad, noszące teraz nazwę Grupy 
"Kurlandia", otoczone i przyparte do morza na zachód od Rygi, skapitulują w maju 1945 
przed wojskami -Frontu Leningradzkiego, przy czym część z nich, obawiając się zemsty 
zwycięzców, w panice rozbiegnie się po okolicznych lasach; zaś ostatni następca 
zdymisjonowanych dowódców, Leeba, Küchlera, Schörnera i Rendulića, generał Hilpert, 
wraz ze swym szefem sztabu, zbrodniarzem wojennym i późniejszym dowódcą Dońskiej 
Bundeswehry, generałem Förtschem - stanie, pobladły i roztrzęsiony na baczność przed 
marszałkiem Goworowem.

 

Przejdzie wiele lat, miasto zaleczy rany, ale nie zapomni o swoich obrońcach; na 
przesiąkniętej krwią ziemi "piątaczka" w Moskiewskiej Dubrowce, na wzgórzach Pułkowa, w 
Strelnie, "Uricku, Ligowie, wszędzie tam, gdzie przechodziła pierwsza linia walki i gdzie w 
święta i rocznice zbierać się będą grupki wspominających dawne boje weteranów - staną 
pamiątkowe obeliski. Na wielkim Piskarewskim cmentarzu-mauzoleum, gdzie spoczywają 
prochy setek tysięcy zmarłych i poległych, zapłonie wieczny ogień i pojawią się wyryte w 
marmurze słowa wiersza-przysięgi, napisanego przez bohaterkę blokady, poetkę Olgę 
Bergholc: Nikto nie zabyt i niczewo nie zcbyio... 
A na razie jest jeszcze zimowa noc dwudziestego siódmego stycznia. landzie płaczą w 
milczeniu. "leningradzkie" niebo bije dwadzieścia jeden salw artyleryjskiego salutu  
zwycięstwa.