background image

Franciszek Kłaput 

 
 
 
 
 

Wspomnienia kaprala z września 1939 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Ś

wiadek bez galonów 

 
Mimo  znacznego  już  oddalenia  w  czasie,  Kampania  Wrześniowa  nie  przestaje  budzić  żywego 

zainteresowania  Polaków.  Coraz  wyraźniej  zarysowuje  się  ona  w  narodowej  świadomości  jako 
dramatyczna  cezura  między  dwoma  dziejowymi  epokami,  między  dwoma  światami  niemal. 
Równocześnie  rośnie  potrzeba  odnalezienia  ciągłości  owych  epok,  utrwalenia  poczucia  ciągłości 
naszej  historii.  Potrzeba  ta  wydaje  się  silniejsza  wśród  młodszych  pokoleń  Polaków  niż  wśród 
odchodzących  już  świadków  tamtych  tragicznych  wydarzeń.  Chociaż  nie  brak  literackich  i 
historycznych  relacji,  chociaż  badacz  ma  do  dyspozycji  bogate  zbiory  dokumentów,  młodzi  nadal 
szukają prawdy o Wrześniu — prawdy nie tylko faktograficznej, ale i tej, która uczuciu i wyobraźni 
ułatwia zadanie identyfikacji. 

O wojnie niemiecko-polskiej 1939 roku powiedziano już bardzo dużo, ale czy powiedziano już 

wszystko? Całkowite wyczerpanie tego tematu — jak i każdego innego zresztą — jest, oczywiście, 
niemożliwe. W tym wypadku jednakże łatwo wskazać przynajmniej jedną, charakterystyczną lukę: 
brak świadectwa głównego aktora dramatu — prostego żołnierza. 

Tak  się  złożyło,  że  literacką  wersję  wrześniowych  wypadków  zawdzięczamy  głównie 

podchorążym i młodszym oficerom rezerwy (skądinąd przeważnie artylerzystom). Ten, na którego 
barkach spoczywał największy ciężar wrześniowych trudów i wrześniowych niedoli — piechur idący 
z mauzerem na czołgi — nie powiedział jeszcze swojego słowa. 

Wspomnienia kaprala są z tego punktu widzenia tekstem pionierskim. Ich autor, żołnierz 20 pp., to 

jeden z tych, którym słusznie przysługuje miano „soli ziemi”. Typowa jest jego postać i typowe są 
jego  losy.  Miejski  proletariusz  w  pierwszym  pokoleniu,  blisko  jeszcze  związany  z  wsią,  z  której 
wyszedł,  Franciszek  Kłaput  reprezentuje  te  siły,  które  obliczu  Polski  Niepodległej  nadawały 
charakter  nowego  i  —  w  perspektywie  —  nowoczesnego  społeczeństwa.  Wielką  przygodę 
niepodległości  przeżywał  świadomie,  ale  od  strony  jego  trudnych  realiów.  Zakosztował  biedy  i 
bezrobocia,  należał  do  tych,  których  „życie  nie  głaskało  po  głowie”.  Stąd  jego  skłonność  do 
politycznego radykalizmu, połączona jednak w sposób charakterystycznie polski z przywiązaniem do 
narodowej tradycji, z szacunkiem dla religii i z gorącym patriotyzmem. 

Utrwalony  przez  niego  obraz  wojny  wolny  jest  od  prób  upiększania  czy  monumentalizowania 

rzeczywistości.  Czytelnik  znajdzie  w  nim  wszystkie,  wielekroć  już  opisane  rysy  wrześniowej 
tragedii:  miażdżącą  dysproporcję  sił  i  środków,  fatalne  zaopatrzenie  wojska,  załamanie  łączności, 
niekompetencję  dowódców,  słabość  operacyjnego  i  mobilizacyjnego  przygotowania.  Znajdzie 
jednak także potwierdzenie faktów, z których naród polski czerpał dumę w najczarniejszych dniach 
klęski  —  faktów  świadczących  o  nieustępliwej  woli  walki  w  obronie  słusznej  sprawy.  Autorzy 
opublikowanych  dotychczas  literackich  relacji  z  Kampanii  mieli  na  ogół  szczęście  należeć  do 
jednostek,  które  uniknęły  całkowitej  dezintegracji.  Ale  okoliczność  ta  nie  stanowiła  bynajmniej 
reguły.  Przeciwnie:  zjawiskiem  typowym  były  tłumy  rozbitków,  dryfujące  bezładnie  szlakami 
odwrotu. Ci żołnierze z rozbitych dywizji i pułków, głodni, nieludzko znużeni, nie porzucali broni, 
lecz uporczywie szukali swoich oddziałów, swoich dowódców, do ostatka nie tracąc nadziei, że szale 
wojny przechylą się wreszcie na korzyść obrońców. Organizowani raz po raz w doraźne formacje, 
szli znowu w ogień, walczyli, ginęli. Patos tego wciąż kruszonego i wciąż odradzającego się oporu 
jest  przejmujący.  I  on  to  właśnie,  choć  przekazany  bez  heroicznej  pozy,  stanowi  dominujący  ton 
pamiętnika  —  tym  bardziej  wiarygodny,  że  Franciszek  Kłaput  nie  omija  bynajmniej  przykładów 
małoduszności,  głupoty,  a  nawet  nikczemności  we  własnych  szeregach.  Najboleśniejsze  są  opisy 
sumarycznych  egzekucji  niewinnych  ludzi  —  egzekucji  dokonywanych  pod  wpływem 
rozpowszechnionej w owym czasie szpiegomanii. Ale to też jest prawda o Wrześniu — prawda, o 
której  trzeba  przypomnieć,  aby  naszego  myślenia  o  wojnie  nie  zaćmiły  pozory  malowniczej 
„wojenki”. 

Jan Józef Szczepański 

 
 
 

background image

Od autora 

 
Zbliża  się  czterdziesta  druga  rocznica  wybuchu  drugiej  wojny  światowej  –  jednej  z 

najstraszliwszych, jakie znała ludzkość. W trzydziestą rocznicę tej że wojny wydanych zostało wiele 
książek na jej temat. Również w dziennikach, jak też i w czasopismach ukazywały się sporadycznie 
artykuły opisujące epizody wrześniowych walk. 

Mnie  szczególnie  zainteresował  trzy  odcinkowy  artykuł  zatytułowany:  Dwudziesty  waleczny

napisany  przez  redaktora  Jerzego  Steinhaufa  na  podstawie  relacji  majora  (obecnie  pułkownika) 
Ludwika Bałosa

*

, a wydrukowany w „Dzienniku Polskim” w 1969 r. (nr 204 – 206). Przeczytanie 

tego  artykułu  było  dla  mnie,  jako  podoficera  20  pp.,  zachętą  do  szerszego  opisania  tego,  co  we 
wrześniu widziałem, jak również do opisania własnych przeżyć, których mi wojna nie poskąpiła. 

Wspomnienia te będę pisał zgodnie z prawdą. Będę chwalił to, co było dobre, ale będę też wytykał 

błędy,  których  nie  brakowało,  a  które  w  dużej  mierze  przyczyniły  się  do  klęski  wrześniowej. 
Oczywiście,  że  nie  jestem  w  stanie  opisać  działalności  całego  pułku,  a  to  z  tego  powodu,  że  nasz 
batalion włączył się do walki dopiero drugiego września. Bataliony II i III walczyły już pierwszego 
września i zostały mocno przetrzebione, szczególnie III batalion. 
 
Kraków, 1981 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

                                            

*

 

Major  Bałos  był  przed  wybuchem  wojny  dowódcą  wydzielonego  oddziału,  kryptonim  „Ludwik”,  w  rejonie  Pszczyny,  a  następnie  –  z  powodu 
odcięcia dowódcy 20 pp. majora Brzózki – objął dowództwo tegoż pułku w dniu 2 IX 1939 r.

 

background image

MOBILIZACJA 

 
Było  to  w  sierpniu  1939  r.  Miałem  jeszcze  parę  dni  urlopu  i  po  przyjeździe  ze  wsi,  gdzie 

odpoczywałem,  zamieszkałem  chwilowo  u  swojej  zamężnej  siostry  Marii,  w  jej  dopiero  co 
wykończonym domu w Bronowicach, na osiedlu zwanym Azory. Szwagier z zawodu był stolarzem, 
ale od paru już lat pracował na poczcie w charakterze doręczyciela. 

Wybrałem  się  właśnie  do  miasta  w  celu  załatwienia  kilku  osobistych  spraw.  Przechodząc  ulicą 

Wrocławską zerknąłem na koszary 20 pp., w których w maju tegoż roku odbywałem ćwiczenia, ale 
nic tam ciekawego się nie działo. 

Na  środku  ulicy  Długiej,  tuż  przy  jej  końcu,  stało  kilku  podoficerów  z  opaskami  na  rękawach, 

którzy  zatrzymywali  mechaniczne  pojazdy,  wręczając  kierowcom  jakieś  kartki.  Ludzie  stali  na 
chodnikach gapiąc się na to niecodzienne wydarzenie. Ja, mając w pamięci pouczenie, że rezerwista 
nie powinien obserwować czynności wojskowych, gdyż to wzbudza podejrzenie o szpiegostwo, nie 
zatrzymywałem się. 

U  mojego  szefa  dowiedziałem  się,  że  jest  mobilizacja.  Nie  zwlekając  udałem  się  na  ulicę 

Wrzesińską, do właściwego miejsca zamieszkania, gdzie też czekało na mnie wezwanie. Miałem się 
stawić  w  ciągu  dwóch  godzin  w  koszarach  20  pp.  Pozostała  mi  jeszcze  przeszło  godzina  czasu, 
postanowiłem więc najpierw pojechać do siostry, aby dać jej polecenia co do moich ruchomości, no i 
pożegnać się. W tramwaju, jak nigdy o tej porze, był niesamowity tłok. Jechali młodzi mężczyźni. 
Nastrój był bardzo wesoły. Prawie każdy przygadywał coś do śmiechu. 

Domyślałem się, że ci młodzi są podobnie jak i ja powołani do wojska, a potwierdzeniem moich 

przypuszczeń była wypowiedź jednego z nich, że chciałby wiedzieć, gdzie była fabrykowana ta kula, 
która go zabije... 

Aby  sobie  skrócić  drogę,  szedłem  ścieżką  przez  pola.  Naprzeciw  mnie  wybiegł  siostrzeniec 

Włodzio, który wtedy liczył sobie dziesięć lat. Gdy już był blisko mnie, zawołał: 

— Wujek, wojna! 
Powiedziałem  mu,  że  wojny  jeszcze  nie  ma,  że  może  będzie,  ale  na  razie  jest  mobilizacja,  i 

machnąłem mu swoją kartką przed oczami. 

Włodzio  widząc  kartę  nagle  spoważniał  i  posmutniał.  Co  było  tego  powodem,  trudno  mi 

powiedzieć, może było mu żal wujka, a może żałował, że nie jest dorosłym mężczyzną, aby mógł 
razem  ze  mną  iść  na  tę  wojnę...  to  by  dopiero  była  frajda!  Między  Włodziem  a  mną  panowała 
ogromna przyjaźń. Ja kochałem jego i on kochał mnie. Tak się składało, że z pewnymi przerwami 
mieszkałem  u  szwagrostwa  i  ten  chłopiec  wychowywał  się  przy  mnie  albo  –  inaczej  mówiąc  – 
miałem  swój  udział  w  jego  wychowaniu.  Gdy  był  malutki,  opowiadałem  mu  bajki,  których  tyle 
czytałem  w  latach  chłopięcych.  Kiedy  dorósł,  grywaliśmy  w  piłkę,  chodziliśmy  na  plażę  lub 
jeździliśmy  na  wieś.  Włodzio  ocknął  się  z  zadumy,  a  zobaczywszy  mamę  w  otwartym  oknie, 
podbiegł w kierunku domu i zawołał: 

— Mamo, wujek idzie na wojnę. 
Siostra słysząc to odeszła od okna i zaczęła smażyć dla mnie jajecznicę z kilku jaj. 
Ja z natury byłem raczej pogodnego usposobienia, toteż jedząc żartowałem, wprowadzając wesoły 

nastrój.  A  czas  leciał  nieubłaganie.  Pozostało  mi  około  dwudziestu  minut  czasu.  Gdy  skończyłem 
jeść  poderwałem  się  i,  śpiewając  znaną  żołnierską  piosenkę  „Bywaj,  dziewczę,  zdrowe,  Ojczyzna 
mnie woła”, podszedłem do siostry, aby ją pożegnać. Wtedy ona się rozpłakała. Siostra była już taka 
beksa  od  małości,  byle  jakieś  drobne  nawet  zmartwienie  lub  smutek,  zawsze  płakała.  Być  może 
dlatego była taka szlachetna i dobra, że od dzieciństwa często kąpała swoją duszę we własnych łzach. 

Do koszar miałem około siedmiu minut drogi. Włodzio oczywiście odprowadził mnie aż do samej 

bramy.  Pożegnałem  się  z  nim  i  za  chwilę  zostałem  wchłonięty  przez  ogromny  tłum  cywilów 
wypełniający  duży  koszarowy  dziedziniec.  Kaprale  i  starsi  strzelcy  odprowadzili  nas  grupami  do 
szkolnego  budynku  przy  ulicy  Mazowieckiej,  gdzie  znajdował  się  tymczasowy  urząd  wojskowy. 
Cała nasza czynność polegała na oddaniu wszystkich dowodów tożsamości; ale nie otrzymaliśmy w 
zamian żadnych wojskowych dokumentów, tylko maski przeciwgazowe. Następnie powróciliśmy do 

background image

koszar, gdzie nastąpiło organizowanie kompanii. Zostałem przydzielony do trzeciej kompanii, której 
dowódcą był ppor. Zagórski. 

A tymczasem do koszar wciąż jeszcze przybywali spóźnieni cywile i chłopskie furmanki. Pożal 

się Boże, jakie to były  wozy –  gruchoty... Jeden się rozleciał, gdy  wjeżdżał do bramy.  I na takich 
wozach  miano  wieźć  cenne  rzeczy,  jak  amunicja,  żywność  itp.  Nic  dziwnego,  że  już  na  początku 
wojny widziało się te pojazdy wypełniające rowy. 

Wyposażanie  kompanii  w  ekwipunek  odbywało  się  na  korytarzu.  Ustawiliśmy  się  rzędem  pod 

ś

cianą, a starsi strzelcy i kaprale z czynnej służby rzucali nam pod nogi poszczególne części. Można 

by  pochwalić  tę  sprawną  organizację,  gdyby  nie  to,  że  była  nacechowana  nerwowością  i... 
chamstwem.  I tak na przykład  gdy rezerwista, który  otrzymał plecak bez  szelki, zwrócił się do st. 
strzelca zmianę, ten odburknął: 

— Jaki tuman! Myśli, że ja mu będę szelkę przyszywał! 
Na  korytarz  wszedł  oficer  i  zapowiedział,  żeby  ubrania  cywilne  zawiązać  (każdy  otrzymał 

sznurek) i do zawiniątka doczepić kartkę z adresem, zapewniając, że odzież będzie doręczona tam, 
gdzie  należy.  Ja  miałem  nowy  garnitur  –  dla  pewności  przyczepiłem  aż  trzy  kartki,  na  wypadek 
gdyby któraś się zniszczyła. Niestety, ani moja, ani innych rezerwistów odzież nie została doręczona 
tam, gdzie należało. Po umundurowaniu wyszliśmy na dziedziniec, gdzie nastąpiło zapoznanie się. 

Tak  się  dziwnie  złożyło,  że  pierwszy  żołnierz,  z  którym  wszcząłem  rozmowę,  był 

współpracownikiem  męża  mojej  kuzynki  w  Polskim  Monopolu  Spirytusowym.  Nazywał  się 
Stanisław Ługowski. Był niskiego wzrostu, z dziobami po ospie na twarzy. Ługowskiego cechowała 
powaga i roztropność, a przy tym był wielkim patriotą, no i spryciarzem, o czym mogłem przekonać 
się później. 

Kiedy tak staliśmy rozmawiając, doszedł do nas jeden żołnierz i powiedział: 
—  Chłopaki,  k...a,  żebyście  wiedzieli,  co  się  dzieje!  Niemcy  wywracają  słupy  graniczne  i  nad 

Gdańskiem strącili trzynaście naszych łosi

*

Prawie wszyscy przyjęli tę nowinę jako dowód zaostrzenia sytuacji. Jeden Ługowski zareagował 

na tę wiadomość mówiąc: 

— Nie słuchajcie! To jest wroga propaganda, mająca na celu sianie zamętu i paniki. 
Z tego wynikało, że Ługowski nie był sobie takim zwykłym prostakiem, ale posiadał, wyrobienie 

społeczno-polityczne.

**

 

Powoli zbliżał się wieczór. Na dziedziniec przyjechało parę ciężarowych samochodów. Jednym z 

nich nasza drużyna pojechała do Bronowic, do tak zwanej prochowni, po karabiny. Wróciliśmy dość 
późno w nocy. Żołnierze już spali. Z braku łóżek spaliśmy na korytarzu na podłodze. 

Rano znowu nas załadowano i powieziono, ale już nie do Bronowic, tylko na ulicę Kamienną, do 

fortu, w tym samym celu co i dnia poprzedniego, to jest po karabiny. Gdy wróciliśmy, nasz batalion 
stał już na dziedzińcu koszarowym gotowy do odmarszu. Dołączyliśmy do swojej kompanii. Przed 
batalionem stanął oficer w stopniu kapitana, dał komendę: „baczność!” i powiedział: 

— Nazywam się Zięba, jestem waszym dowódcą! A teraz — mówił dalej — złożycie jeszcze raz 

przysięgę — i zaczął wymawiać formułę przysięgi, którą za nim powtarzaliśmy. 

Po skończonej ceremonii rozdano nam bandaże. Zapachniało krwią... 
Muszę zaznaczyć, że dowódca kpt. Zięba zrobił na mnie niezbyt dodatnie wrażenie. Zwracał się 

do  wojska  takim  tonem,  jakby  przed  sobą  miał  nie  obywateli  żołnierzy,  którzy  byli  gotowi  oddać 
ż

ycie za swoją Ojczyznę, ale bandę kryminalistów. 

Tymczasem za bramą zebrało się ogromnie dużo cywilów. Byli to przeważnie członkowie rodzin, 

może także przyjaciele i narzeczone. W rękach trzymali paczki lubi kwiaty. Już z góry wyobrażałem 
sobie to wyjście za bramę, jak będziemy obsypywani kwiatami. Jakież było moje zdziwienie, gdy 
dowódca  dał  komendę:  „Baczność!  Kierunek  za  mną  marsz”,  i  zamiast  w  stronę  bramy  od  ulicy 
Mazowieckiej, skręcił w lewo skos, to jest w bok koszar od strony 6 PAL-u

***

, gdzie przez rozwalony 

                                            

*

 

Nazwa polskiego bombowca.

 

**

 

Jak się później dowiedziałem, Staszek Ługowski należał do jakiejś prorządowej organizacji.

 

***

 

Pułk Artylerii Lekkiej.

 

background image

mur i żelazne ogrodzenie wydostaliśmy się na zewnątrz i poszliśmy w kierunku rampy kolejowej. 
Jaki cel miało takie wyjście z koszar? Można by tu postawić dwie wersje. Pierwsza: nie spotkać się z 
cywilami, druga: wyjście z koszar ma być tajemnicą. Dodam: tajemnicą poliszynela. Zarówno jedno, 
jak i drugie było posunięciem niepoważnym. Rozwalać mur! To było dla mnie niezrozumiałe. 

A  tymczasem  cywile,  widząc  to,  zaczęli  biec  dookoła  koszar,  najpierw  Mazowiecką,  a  potem 

Wrocławską.  Co  to  był  za  bieg!  Jakby  tu  chodziło  o  jakąś  wielką  nagrodę.  Dopędzili  nas  już  na 
rampie  (oczywiście  ci  silniejsi,  bo  marsz  był  przyspieszony)  i  za  chwilę  kompanie  rozjaśnione 
zostały kolorami damskich sukienek i męskich koszul, jako że poranek był bardzo ciepły. Potem co 
chwilę następowały pożegnania, i tak prawie do samych Wielkich Bronowic. Na pewno nikomu z 
tych cywilów nie przyszło na myśl, że żegnają swojego syna, męża, brata czy szwagra na zawsze... 

Nikt z nas nie wiedział, jaki jest cel marszu. A cel jak na razie był bliski – Bronowice Wielkie, 

odległe  od  koszar  o  jakieś  cztery  kilometry.  Tu  nas  rozlokowano  w  stodołach.  Pierwszą  naszą 
czynnością  było  przygotowanie  legowiska,  a  następnie  czyszczenie  karabinów,  które  były 
niemiłosiernie zasmarowane wazeliną. Po południu odbyła się musztra. 

Wieczorem  rozłożyliśmy  przed  stodołami  koce,  opalając  się  albo  grając  w  karty.  Tak  minął  25 

sierpnia,  drugi  dzień  naszego  pobytu  w  wojsku.  W  sobotę,  26  sierpnia,  znowu  ta  musztra  aż  do 
obrzydzenia. Któryś z żołnierzy powiedział: 

— Panie poruczniku, po co my tak ćwiczymy tę musztrę, przecież każdy z nas umie to doskonale? 
A porucznik powiedział: 
— Musimy ćwiczyć, bo za dwa tygodnie będzie defilada w Berlinie. 
Po  ćwiczeniach  wybrałem  się  do  wiejskiego  sklepiku.  Po  drodze  miałem  ogromnie  miłą 

niespodziankę. Spotkałem kuzyna Staszka Wasiutę. Został on tak samo zmobilizowany jak ja, ale do 
tej pory nie wiedzieliśmy o sobie. Staszek, starszy ode mnie około sześciu lat, był bardzo lubiany nie 
tylko przeze mnie, ale również przez całą rodzinę – dodam: bardzo liczną rodzinę, mieszkającą nie 
tylko  w  Krakowie,  ale  i  poza  nim.  Jako  wielki  patriota,  był  zadowolony,  że  został  powołany  do 
wojska  i  że  w  wypadku  wojny  będzie  mógł  bronić  ukochanej  Ojczyzny.  Ciotka  –  to  znaczy  jego 
matka – opowiadała, jak jej Staś w 1918 r. przybiegł do domu z radosną wieścią, że Polska odzyskała 
wolność, a potem przez cały dzień brał udział w usuwaniu austriackich emblematów i innych śladów 
zaboru. Ślusarz z zawodu, był zaangażowany jako rusznikarz w kompanii karabinów maszynowych, 
mając do dyspozycji wóz narzędziowy. Zwierzył mi się, że był w domu i jutro, to jest w niedzielę, 
odwiedzi go rodzina. Ogromnie się ucieszyłem, że mam tu kogoś z krewnych, tym bardziej że – jak 
już wspomniałem – Staszek był kochanym kuzynem. 

A  teraz  pozwolę  sobie  przedstawić  i  opisać  kilku  moich  współtowarzyszy  broni  z  trzeciej 

kompanii,  którzy  czymś  zasłużyli  sobie,  że  do  dziś  pozostali  w  mojej  pamięci  Zacznę  może  od 
dowódcy drużyny. Nazwiska nie pamiętam może dlatego, że z miejsca mówiliśmy sobie po imieniu. 
Miał  na  imię  Władek.  Był  tęgi  i  wysokiego  wzrostu,  z  natury  człowiek  o  gołębim  sercu,  ale 
małomówny i jakiś dziwnie przygnębiony. Kto wie, czy nie dręczyło go jakieś złe przeczucie... 

Następny towarzysz, z którym się zaprzyjaźniłem, to Tadeusz Popławski. Pracował podobnie jak 

mój brat i szwagier na poczcie w Krakowie. W naszej drużynie było też dwóch Ślązaków. Obydwaj 
pracowali jako górnicy w Bytomiu po niemieckiej stronie, ale mieszkali po polskiej. Zarabiali bardzo 
dobrze (około czterystu marek). Byli to, jak zresztą wszyscy Ślązacy, żołnierze wzorowi pod każdym 
względem: dyscyplinowani, pracowici, lubiący porządek i czystość, a przy tym bardzo serdeczni w 
pożyciu z kolegami. Nie od rzeczy będzie wspomnieć jednego Żyda. Ten jednak nie cieszył się dobrą 
opinią. Kłótliwy, zakłamany, bezczelny, a przy tym posiadał taki tupet, jak by był jakąś ważną figurą. 
O Staszku Ługowskim pisałem już. Wspomnę tylko, że był zastępcą dowódcy drużyny, tak jak i ja, 
ale  w  innym  plutonie.  Na  szczególną  uwagę  i  pamięć  zasłużyli  sobie  dwaj  nasi  koledzy:  kpr. 
Franciszek Chytry i kpr. Emil Dratnal. Chytry był średniego wzrostu, blondyn o pięknie falujących 
włosach, miał bystro patrzące niebieskie oczy i orli nos. Wesoły, zawsze uśmiechnięty, dowcipny, 
ciągle coś deklamował łub śpiewał. Jego ulubiona piosenka, którą przerobił po swojemu, to 

 

Za górami za lasami za dolinami 
tańcowała Małgorzatka z ułanami...
 itd. 

background image

W  przeciwieństwie  do  Chytrego,  Dratnal  był  wysokiego  wzrostu,  tęgi,  również  przystojny,  o 

twarzy  raczej  poważnej,  ale  tylko  pozornie...  taką  powaga  cechuje  wszystkich  komików,  a  takim 
właśnie  był  Dratnal  –  zmarnował  swój  talent.  Jego  miejscem  miała  być  estrada  albo  film.  Był 
niezmordowany  w tworzeniu komicznych sytuacji. Dzięki tym dwóm wesołym kolegom czuliśmy 
się, jakbyśmy byli nie w wojsku, ale na wczasach, które można by nazwać: „Wczasy pod strzechą 
stodoły”.  Do  tej  dwójki  wesołków  można  dorzucić  jeszcze  znanego  mi  z  majowych  ćwiczeń 
rezerwistę o nazwisku Francuz. I on również od czasu do czasu żartował, ale jego żarty miały zawsze 
posmak uszczypliwości albo zgryźliwości; gdy coś mówił, miał taką minę, jakby rozgryzał gorzką 
pigułkę. 

W  niedzielę  27  sierpnia  po  śniadaniu  otrzymałem  rozkaz  dozorowania  żołnierzy  przy  kopaniu 

latryny. Nie spodziewałem się, że znajdę się w dość kłopotliwej sytuacji. Żołnierze, jako że to prawie 
same  „krakusy”,  nie  okazywali  chęci  do  roboty.  Ja  nie  chciałem  w  sposób  drastyczny  wymuszać 
posłuszeństwa,  starałem  się  jednak  przekonać  o  konieczności  wypełnienia  tego  obowiązku,  co  nie 
zdało egzaminu. I wtedy w sukurs przyszli mi ci dwaj Ślązacy: Kloklik i Szymański. Pierwszy złapał 
za kilof i powiedział: 

— No co, pierunie jeden z drugim, nie s...sz czy co? Chodź, Szymek! 
I za chwilę obydwaj zaczęli zagłębiać się w ziemię. Za ich przykładem poszli inni. W niespełna 

trzy godziny latryna była gotowa, obita żerdziami i umajona gałęziami. 

Po południu zaczęli przychodzić w odwiedziny cywile; zgodnie z zapowiedzią przyszła do kuzyna 

Staszka  cała  jego  rodzina:  żona,  matka,  siostra  Zośka  i  jej  mąż  Staszek  Górski.  Rozścieliliśmy  w 
sadzie  dwa  koce,  na  których  od  razu  znalazły  się  smaczne  wiktuały  no  i...  –  co  było  zwyczajem 
rodziny - wódka. Nastrój był wspaniały! Gdy jednak weszliśmy na temat sytuacji politycznej, Staszek 
nagle spoważniał i powiedział: 

— Ja mam przeczucie, że z tej wojny już nie wrócę. 
Oczywiście, że te słowa wywołały natychmiastową reakcję. Szczególnie ciotka – że to Staszek był 

jej ulubieńcem – zareagowała mówiąc: 

— Staszku! Jak możesz tak mówić? Tyś powinien powiedzieć sobie, tak jak powiedział kolejarz z 

Płaszowa  (wymieniła  nazwisko),  gdy  szedł  na  tamtą  wojnę.  Powiedział,  że  wróci,  i  wrócił  po 
czterech latach zdrów i cały... 

I wtedy Staszek: 
— Mamo, tylu Polaków zginęło za Ojczyznę, to i ja mogę zginąć. 
Po  tej  dramatycznej  wypowiedzi  nastąpiło  pożegnanie.  Ciotka  długo  tuliła  syna  w  objęciach, 

jakby matczyne serce wyczuwało, że to już ostatnie pożegnanie. 

Po odejściu rodziny długo jeszcze spacerowaliśmy ze Staszkiem, rozmawiając o tym i o owym. 

Między innymi kuzyn powiedział, że podchorążowie są zatrudnieni przy wypisywaniu nazwisk na 
tak  zwanych  śmiertelnikach  i  rozpiął  bluzę  wyjmując  spod  koszuli  zawieszony  na  szyi  medalion, 
chwaląc  się,  że  po  znajomości  udało  się  mu  go  dostać  (tak  się  biedakowi  spieszyło  do  tego 
ś

miertelnika). 

Parę  słów  o  tym,  jak  wyglądał  taki  śmiertelnik.  Była  to  aluminiowa  blaszka  kształcie  elipsy  z 

rowkiem poprzecznym przez środek. Zarówno u góry, jak i u dołu wypisane było nazwisko i adres. W 
wypadku śmierci żołnierza odłamywano dolną część przesyłano pod wskazany adres. 

W  poniedziałek,  28  sierpnia,  po  śniadaniu  znowu  to  uprzykrzone:  „na  ramię  broń”,  „do  nogi 

broń!”  I  tak  do  znudzenia.  Po  przerwie  przyniesiono  i  położono  na  kocu  nową  broń  –  nie  znaną 
jeszcze  nikomu.  Była  to  rusznica  przeciwpancerna.  Dowódca  plutonu  objaśniał  nam  działanie  tej 
broni:  z  odległości  około  200  m  pocisk  przebijał  pancerz  i  rozrywał  się  środku.  Każdy  pluton 
otrzymał po jednej sztuce, czyli kompania miała ich trzy plus jedno działko przeciwpancerne. A więc 
siła ognia dość duża. W dobrym nastroju zakończyliśmy poniedziałkowe ćwiczenia i ustawiliśmy się 
w kolejce do kotłów po obiad. Nastrój był w tym dniu przyjemny i wesoły. Dratnal i Chytry mieli też 
swój dobry dzień i rozśmieszali nas różnymi kawałami, że aż nas brzuchy bolały. 

Kucharze doszli do kotłów, otwarli je i kiedy ten od zupy już miał zanurzyć warzechę, aby lać do 

menażek,  przyszedł  rozkaz:  „Zamknąć  kotły  i  przygotować  się  do  marszu!”  Miny  nam  trochę 

background image

zrzedły, no ale rozkaz jest rozkazem. Pobiegliśmy do stodół i za chwilę staliśmy gotowi do odmarszu 
– dokąd, tego nikt nie wiedział: Wreszcie padł rozkaz: 

— Baaaczność, za mną marsz. 
Ruszyliśmy  i  wtedy  zobaczyłem  biegnącego  siostrzeńca  Włodzia.  Był  cały  czerwony  ze 

zmęczenia.  Chłopiec  chyba  intuicyjnie  wyczul,  ze  wujek  odmaszeruje  i  długo  się  nim  nie  będzie 
widział. Dałem mu znak ręką i za chwilę szliśmy obok siebie. Włodzio ogromnie lubił wojsko, jako 
ż

e  właśnie  obok  jego  domu  maszerowali  zwykle  żołnierze  20  pp.  na  plac  ćwiczeń  zwany 

Pasternikiem. 

Weszliśmy na szosę prowadzącą w kierunku Bronowic Małych. Obok kościoła były drewniane 

baraki,  w  których  zakwaterowano  uchodźców  czechosłowackich;  stojąc  teraz  przy  parkanie 
pozdrawiali nas serdecznie, wołając: 

— Nazdar, bracia Polacki! 
I wtedy ten Francuz, o którym pisałem że był zgryźliwy, zawołał: 
— Wy, cholery! Mieliście samoloty i czołgi i wszystko oddaliście Niemcom! 
Uszliśmy już chyba przeszło dwa kilometry, a Włodzio wciąż szedł za mną. Wreszcie rozsądek 

wziął  górę  i  kazałem  mu  wracać  do  domu.  Siostrzeniec  był  mi  zawsze  posłuszny,  ale  tym  razem 
wyłamał się: niby poszedł, ale wlazł za krzak rosnący na miedzy (myślał, że ja go nie widzę) i stał tak 
długo aż ostatni żołnierz nie zniknął mu za zakrętem. 

Droga  naszego  marszu  prowadziła  przez  Cichy  Kącik,  Wolę  Justowską,  Olszanicę,  Liszki  i 

Czernichów,  sławny  ze  swojej  szkoły  rolniczej.  I  tak  doszliśmy  do  Wisły,  gdzie  środkiem 
przewozowym  normalnie  był  prom  –  własność  dwóch  wspólników  mieszkających  po  przeciwnej 
stronie rzeki – gospodarzy Leopolda i Ciepłego. 

Wojsko nie korzystało z tego przewozu, bo miało bardzo starannie zbudowany most pontonowy, 

po którym przeszliśmy na drugą stronę. Jakie znaczenie miało zbudowanie tego mostu, czy miał on 
służyć  wyłącznie  do  przemarszu  20  pp.,  czy  miał  służyć  do  innych  strategicznych  celów,  to  już 
pozostanie chyba na zawsze tajemnicą. 

W  odległości  około  półtora  kilometra  od  Wisły  znajduje  się  miejscowość  Brzeźnica  ze  swoją 

stacją  kolejową  na  linii  Kraków–Oświęcim.  Na  tej  stacji  wiele  razy  wsiadałem  lub  wysiadałem, 
odjeżdżając lub przyjeżdżając do swojej wioski rodzinnej, odległej około czterech kilometrów. 

Było już całkiem ciemno, gdy w odległości około czterystu metrów od stacji zarządzono pierwszą 

przerwę, po około 35 km dość forsownego marszu. Nikt z dowódców nie raczył zapowiedzieć,  że 
będzie  to  przerwa  kilkugodzinna.  Byliśmy  straszliwie  zmęczeni.  Zajęliśmy  miejsca  w  rowach  po 
jednej i po drugiej stronie szosy i żołnierskim zwyczajem usiedliśmy tak, aby nogi były nieco wyżej, 
bo to przynosiło pewną ulgę zmęczonym kończynom. Oparci plecaki zasnęliśmy natychmiast. 

Obudzono nas po godzinie trzeciej. Było jeszcze ciemno. Dopiero teraz odczuliśmy skutki tego 

morderczego marszu i niewygodnego snu. Nogi tak strasznie bolały, że nie można było na nich ustać, 
na dodatek każdy z nas  dostał tak zwanego wilka. Co to jest ten wilk, wiedzą ci, którzy służyli  w 
piechocie; tym, którzy niewiedzą, wyjaśniam: spocony żołnierz, siedząc dłuższy czas na wilgotnej 
ziemi,  dostaje  w  okolicy  odbytu  i  pachwin  krokowych  drobnej  czerwonej,  ale  bardzo  bolesnej 
wysypki. Śmiesznie wyglądają w takiej sytuacji żołnierze, idący w rozkroku. 

Gdy  doszliśmy  do  sąsiedniej  wioski  zwanej  Kosowa,  było  już  widno  i  teraz  jeden  z  żołnierzy 

zauważył, że idący przed nim kolega nie ma przypiętego na plecaku hełmu. Ten bez hełmu doszedł 
do dowódcy meldując o zgubie. Dowódca strasznie się rozzłościł, zdawało się, że będzie strzelać. Po 
krótkim namyśle kazał żołnierzowi wyjąć zawartość plecaka, a do opróżnionego nasypać drobnych 
kamieni z pryzmy. Było w tym coś z sadyzmu. Żołnierz nie był winien – wstając po ciemku, nie mógł 
widzieć, że z tyłu oderwał się rzemyk i hełm został na trawie. 

Po  chwili  wzeszło  słońce  i  dzień  stawał  się  coraz  bardziej  upalny.  Maszerowaliśmy  dalej  bez 

przerwy. Głód i upał zaczęły robić swoje. Kompanie rozciągnęły się tak, że nie było widać,  gdzie 
początek, a gdzie koniec batalionu. Nie pomogły krzyki dowódców, aby łączyć. Oddziały rwały się 
na coraz mniejsze człony. Nasza kompania szła jako czołowa, ale i tu nie było najlepiej. Mnie, jako 
kapralowi, nie honor było zostawać w tyle, toteż szedłem, ale ostatkiem sił. Wreszcie jeden z mojej 
grupy powiedział: 

background image

— Chłopaki! Siadamy! Co oni sobie, k...a, myślą — i cała grupa usiadła w rowie. 
Zauważył to idący w przodzie plutonowy, szef kompanii, i krzyknął: 

— Kto wam pozwolił siadać. 

A wtedy jeden z rezerwistów powiedział: 
— My se sami pozwolili! 
— Pójdziecie do raportu! 
Ale inni solidaryzując się z zapisanym do raportu kolegą zaczęli wołać: 
— Panie szefie, my wszyscy pójdziemy do raportu, i to do pułkowego, z zażaleniem! Gdzie są 

przerwy przewidziane w takim długim marszu? Gdzie jest nasz obiad wczorajszy, kolacja, śniadanie, 
my nie jesteśmy rekrutami. 

Podniecenie było coraz większe. Szef widząc, że zanosi się na jawny, bunt, machnął tylko ręką i 

powiedział: 

— Będziemy gadać przy raporcie — i zaczął się szybko oddalać, ale ścigały go drwiące docinki: 
— Myśli, że ma z rekrutami do czynienia, ubrał cywilne buty i struga chojraka. 
Ktoś nawet dość głośno zawołał: 
— Nie pamięta wół, jak cielęciem był! 
Celem  tego  morderczego  marszu  była  wieś  Piotrowice,  znajdująca  się  w  odległości  około 

dziesięciu kilometrów od miasteczka Zator w powiecie oświęcimskim. Pierwsza grupa, w której i ja 
się  znajdowałem,  przybyła  na  miejsce  około  godziny  czternastej.  Na  szczęście  kwatera  była  już 
przygotowana w budynku szkolnym, gdzie w klasach rozścielono siano. Byliśmy strasznie zmęczeni, 
ż

e nie czekając na jakiś posiłek – wątpliwy zresztą, jak i te poprzednie – każdy  rzucał się na posłanie 

i zasypiał kamiennym snem. Pozostali żołnierze przychodzili pojedynczo lub grupkami, trwało to do 
późnej nocy. Na drugi dzień okazało się, że prawie wszyscy odparzyli stopy, około siedemdziesiąt 
procent miało pęcherze lub poobcierane nogi do krwi. 

I teraz warto zastanowić się, jaki cel przyświecał tym, którzy doprowadzili żołnierzy do takiego 

stanu.  Przypuśćmy,  że  wymagała  tego  jakaś  ważna  militarna  sytuacja  i  że  trzeba  było  przerzucić 
wojsko  bliżej  granicy.  Moim  zdaniem  takie  oddziały  powinno  się  załadować  w  pociąg  i  po  paru 
godzinach byłyby na miejscu. A tak to co? 

Gdyby wtedy wybuchła .wojna, to żołnierze nie byliby zdolni do dalszego marszu, a tym bardziej 

do walki: A więc coś tu było nie w porządku! Na szczęście nie zanosiło się na dalszy marsz, wobec 
czego mogliśmy do woli wypoczywać i leczyć kontuzje. Tak zeszła środa. 

W czwartek po śniadaniu oficerowie zapowiedzieli, że w kościele parafialnym będą kapłani przez 

cały  dzień  spowiadać  żołnierzy.  Wiadomość  ta  podziałała  jakoś  dziwnie  przygnębiająco...  Tam  w 
koszarach  zażądano  od  nas  złożenia  powtórnie  przysięgi  na  wierność  Ojczyźnie,  rozdając 
równocześnie  bandaże...  tu  znowu  spowiedź.  Wszystko  przemawiało  za  tym,  że  zbliża  się 
nieuchronnie  jakaś  katastrofa.  Frekwencja  przy  spowiedzi  była  ogromna  –  prawie  stuprocentowa. 
Piszę  „prawie”,  bo  ja  nie  byłem.  Jako  marksista  nie  chciałem  być  dwulicowy,  choć  nie  byłem 
stuprocentowym ateistą. A to dlatego, że nie było takich mądrych, którzy by mi dali odpowiedź na 
wszystkie zagadnienia dotyczące wiary. Próbowałem przedstawić swoim towarzyszom własną myśl: 
pogodzenia idei marksistowskiej z religią. Wyjaśniono mi jednak, że to niemożliwe, bo każda religia 
na świecie stoi na stanowisku poszanowania własności prywatnej, a co za tym idzie, ochrony ustroju 
feudalno-kapitalistycznego.  My  więc,  marksiści  chcąc  wprowadzić  ustrój  komunistyczny,  musimy 
zwalczyć religię, stojącą na przeszkodzie w realizacji naszych planów. 

Około godziny szesnastej było już po spowiedzi i zasiedliśmy do gry w karty. Gra nie dała nam 

pełnego zadowolenia, jako że jednym z grających był Żyd, który ciągle się o coś kłócił. Na domiar 
złego  co  chwilę  ktoś  przynosił  niepokojące  wieści,  zasłyszane  w  radiu  u  kierownika  szkoły.  Coś 
bardzo niebezpiecznego wisiało w powietrzu. 

Zbliżał się wieczór, a ponieważ w izbie nie było światła, zaczęliśmy się układać do snu, ażeby po 

ciemku jeden drugiemu nie chodził po nogach. Ja swoje posłanie miałem pod samym oknem; nim się 
położyłem, oparłem się łokciami o parapet i patrzyłem na ten tajemniczy i niespokojny zachód, skąd 
niedługo miało na Polskę spaść tyle nieszczęść. 

background image

Za  horyzont  staczało  się  słońce,  które  dziś  było  wyjątkowo  czerwone.  Patrząc  na  to  słońce 

przypomniałem sobie wiersz (autora nie pamiętam, a tytuł zdaje mi się brzmiał Giermek). Ponieważ 
wiersz ten zarówno do tego zachodzącego słońca, jak też sytuacji pasował jak ulał, zacząłem go w 
pamięci recytować: 

Złoci wieczór łan Podola, 
Ciągną wojsko, tabor, wozy, 
Tętnią całe lasy, pola, 
Stoją groźne dwa obozy. 

Z jednej strony sztandar wiary, 
Siwy hetman, młodzież dziarska, 
Z drugiej wściekłość, krew, pożary 
I straszliwa czerń tatarska. 

Jutro, jutro z rannym brzaskiem 
Dzień gonitwy, dzień rozprawy, 
Słońce krwawym zaszło blaskiem, 
Bój to będzie straszny, krwawy... 
itd. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

WOJNA 

 
W piątek, 1 września, jeszcze nie było godziny piątej, kiedy ze snu obudził mnie warkot lecących 

samolotów. Samoloty były pasją mojego życia, a moje wielkie zainteresowanie lotnictwem zaczęło 
się od wczesnego dzieciństwa, ściślej mówiąc, od chwili kiedy po raz pierwszy zobaczyłem latające 
maszyny. 

To było w czasie tamtej wojny, prawdopodobnie w 1918 r. w lecie. Miałem wtedy około pięciu lat. 

Bawiłem się przed domem, kiedy do moich uszu zaczęły dochodzić jakieś dziwne odgłosy, jak gdyby 
bardzo  dalekiego  grzmotu,  przechodzące  w  mruczenie,  a  następnie  w  charakterystyczny  warkot. 
Ponieważ  nigdy  nie  widziałem  samolotu  ani  żadnego  innego  mechanicznego  pojazdu,  warkot  ten 
zaczął napawać mnie lękiem, tym bardziej że to dźwiękowe zjawisko coraz bardziej się wzmagało. I 
wtedy z domu wybiegł brat, starszy ode mnie o siedem lat. Nie mówiąc nic popędził za furtkę, gdzie 
nie było drzew, i patrząc w kierunku lasu zaczął krzyczeć: 

— Europlany lecą! O, jakie wielkie! Jeden, dwa, trzy, dziewięć europlanów! 
Pobiegłem  za  nim  i  po  raz  pierwszy  w  swoim  życiu  ujrzałem  te  dziwne,  o  drabiniastych 

skrzydłach,  warczące  ptaki

*

.  Samoloty  przelatywały  ukośnie  w  kierunku  południowo-zachodnim, 

ponad podłużną górą porośniętą lasem. Gdy nadleciały blisko, to narobiły takiego rumoru, że choć 
była bezwietrzna pogoda, jak przysłowiowym makiem siał, liście na drzewach drżały, a zaś pasące 
się  pod  lasem  bydło  zaczęło  skakać  wierzgając  tylnymi  nogami,  jakby  się  chciało  opędzać  przed 
ujadającymi psami. 

Brat, bardzo podniecony, mówił, że w tych „europlanach” siedzą żołnierze i mają „maszyngwery” 

i takie bomby, że jakby jedną rzucił na naszą chałupę, to ta by się rozleciała. Samoloty skryły się za 
lasem,  ale  warkot  wciąż  było  słychać,  przemieniał  się  jak  przedtem,  ale  w  odwrotnym  porządku: 
mruczenie i jakby daleki grzmot. 

Po  wojnie  gdy  nad  naszą  wioską  przelatywały  samoloty,  to  choćby  była  najpilniejsza  praca, 

musiałem je obserwować; tak długo, dopóki malutki jak muszka punkcik nie zniknął mi z oczu. Gdy 
byłem już w Krakowie, często chodziłem do Rakowic, gdzie było lotnisko, aby nasycić się widokiem 
ć

wiczących  samolotów.  Doszedłem  z  czasem  do  takiej  wprawy,  że  nie  widząc  lecącej  maszyny  – 

rozpoznawałem,  jaki  to  typ.  Potrafiłem  też  na  „ślepo”,  ze  słuchu,  rozpoznać  ilość  lecących 
samolotów, wiedziałem, kiedy leciał jeden, kiedy dwa, a kiedy więcej. Nic więc dziwnego, że i tym 
razem rozpoznałem, że leciało dużo samolotów i że nie były to polskie maszyny. Leciały z zachodu 
na  wschód.  Były  jednak  niewidoczne,  bo  niebo  pokrywała  cienka  warstwa  białych  barankowych 
chmur. Choć byłem przekonany, że to nie polskie samoloty, ani mi przez myśl nie przeszło, że to 
mogą być maszyny niemieckie: bo to wprost nie do wiary, aby jakiś samolot – w dodatku wrogi – 
mógł przelecieć naszą granicę nie zauważony lub nie posłyszany. Przypuszczałem, że to samoloty 
francuskie  albo  angielskie,  które  w  myśl  umowy  o  pomocy  dla  Polski  przyleciały  i  patrolują 
pogranicze polsko-niemieckie. 

Wojsko jeszcze spało ale ja już się nie położyłem, tylko zabrałem przybory do mycia i poszedłem 

w kierunku studni, przy której stało już kilku żołnierzy, głośno nad czymś dyskutując. Teraz dopiero 
usłyszałem  dochodzącą  od  zachodu  artyleryjską  kanonadę.  Wyglądało  to  tak,  jakby  tam  gdzieś 
daleko szalała ogromna burza. Zapytałem, co to może być. I wtedy ktoś powiedział: 

— No właśnie, sprzeczamy się, bo ja mówię, że tam jest gdzieś poligon, a oni twierdzą, że to są 

manewry, niby w tym celu, aby odstraszyć Niemców. 

Dla mnie było to wszystko jasne: przelot tajemniczych samolotów, tu znów kanonada artyleryjska. 

Nie  powiedziałem  jednak  swojego  zdania,  bo  i  po  co.  Aby  spotkać  się  z  zarzutem,  że  rozsiewam 
dywersyjne pogłoski? 

O godzinie szóstej była zbiórka po kawę, ale najpierw, tak jak i w poprzednich dniach, udaliśmy 

się  pod  kościół  w  celu  odśpiewania  Kiedy  ranne  wstają  zorze...  Właśnie  wracaliśmy  w  kierunku 
polowych kuchni, kiedy usłyszeliśmy warkot nisko lecących od wschodu samolotów. Było słychać 

                                            

*

 

To były samoloty dwupłatowe.

 

background image

również  przytłumiony  terkot  karabinów  maszynowych.  Dowódca  plutonu  zbladł  jak  ściana  i 
krzyknął: 

— Kryć się! 
Było  te  jednak  zbyteczne,  bo  droga,  którą  szliśmy,  była  cienistą  kasztanową  aleją,  dającą 

dostateczną osłonę przed oczyma lotnika. Ale i tak ten i ów przylgnął, do pnia grubego drzewa. 

Między koronami drzew zobaczyłem jeden z przelatujących samolotów. Poznałem go. Gdy byłem 

w maju 1939 r. z 20 pp. na ćwiczeniach, oglądałem porozlepiane na korytarzach plakaty obrazujące 
uzbrojenie niemieckie. Między innymi widziałem i ten typ: był to heinkel o podwójnym kadłubie. 

Przeżyliśmy  pierwszy  wojenny  dreszczyk.  Podczas  dyskusji  na  temat  tego  wydarzenia  okazało 

się, że wielu twierdziło, iż to są manewry, a samoloty – angielskie albo francuskie. 

Po śniadaniu zarządzono zbiórkę po odbiór amunicji. Nadterminowi kaprale trzęsącymi  rękami 

wydawali po sto sztuk amunicji do karabinu – w tym pięć przeciwpancernych i dwa granaty obronne: 
dodatkowe i dość pokaźne obciążenie. O godzinie dziesiątej otrzymałem rozkaz, aby udać się wraz z 
drużyną na cmentarz, gdzie mieliśmy kontynuować obronę przeciwlotniczą. 

Cmentarz  znajdował  się  za  kościołem  na  łagodnym  wzniesieniu,  skąd  roztaczał  się  widok  na 

wszystkie strony. Zaraz za nami przyszedł nasz dowódca plutonu i powiedział: 

— No, chłopcy, mamy wojnę! Regularne bitwy toczą się w rejonie Tczewa, na Pomorzu, Śląsku 

Cieszyńskim i w Karpatach — i to mówiąc odszedł. 

W drużynie zapanowało jeszcze większe przygnębienie. Jeżeli chodziło o mnie, to mimo iż nie 

zaliczałem  się  do  bardzo  odważnych,  jak  np.  mój  ojciec,  to  jednak  wiadomość  o  wybuchu  wojny 
przyjąłem  z  pewnym  zadowoleniem.  Dość  już  tej  wojny  nerwów!  Niech  sporne  sprawy  będą 
załatwione tak, jak w przeszłości – na Psim Polu, pod Płowcami czy pod Grunwaldem. 

Zdawałem sobie jednak sprawę, że wojna to nie manewry, że na wojnie można zginąć lub zostać 

rannym. O śmierci nie myślałem w ogóle. Liczyłem się z tym, że mogę być ranny – byle tylko nie w 
brzuch  lub  w  płuca.  Te  rany  wydawały  mi  się  strasznie  bolesne.  Zresztą  bezpieczeństwo  swoje 
uzależniałem od bardzo dobrego wyszkolenia bojowego, jakie nabyłem w 12 pp. 

A tymczasem na zachodzie artyleria dudniła bez przerwy. Odgłosy te ani się nie oddalały, ani nie 

przybliżały. Stały w miejscu. Pomyślałem sobie: dlaczego my tu siedzimy, zamiast maszerować tam 
i wesprzeć swoich walczących kolegów? 

Dzień był piękny, pogodny i ciepły, tylko wysoko w górze niebo przesłaniała lekka mgiełka, na 

której  tle  bezkarnie  przesuwały  się  pojedynczo  niemieckie  samoloty.  Właśnie  jeden  z  takich 
bombowców  typu  junkers  nadlatywał  w  kierunku  cmentarza.  Wziąłem  od  strzelca  erkaem, 
uklęknąłem  na  grobie,  oparłem  lufę  karabinu  na  ramieniu  dużego  dębowego,  ale  już  nieco 
zbutwiałego krzyża i czekałem, aż samolot zbliży się na odpowiednią odległość. Gdy już znalazł się 
w polu przyrządu celowniczego i po promieniu koła zaczął przesuwać się w kierunku środka, wtedy z 
takim samym spokojem, jak wówczas, gdy sięgałem po tytuł mistrza 4 kompanii – wziąłem pierwszy 
opór, zmrużyłem oko, wstrzymałem oddech i... seria! 

Samolot  ani  drgnął.  Dorzuciłem  w  celowniku  jeszcze  sto  metrów  i  powtórzyłem  czynność  od 

początku, ale i tym razem nie wyszło... Siedzący obok żołnierz powiedział: 

— Jemu nic nie zrobi, bo on jest opancerzony, nawet widziałem, jak się w słońcu błyskały odbite 

pociski. 

Z tym odbiciem to trochę przesadził, ale dla mnie było dobre to, że przynajmniej zrehabilitował 

mnie  wobec  innych,  którzy  pilnie  obserwowali,  czy  uda  się  mi  zestrzelić  niemiecki  samolot.  No 
trudno, nie wyszło! 

O  godzinie  14  zmieniono  nas.  Zjedliśmy  obiad.  Chciałem  się  trochę  przespać,  ale  sen  nie 

przychodził; wiadomo, głowa była zapchana przeróżnymi myślami, jak to będzie dalej. 

O  godzinie  18  zarządzono  zbiórkę  do  odmarszu.  Nastrój  był  raczej  pogrzebowy.  Szczególnie 

smutną minę miał dowódca drużyny; nic dziwnego – był żonaty i miał, o ile pamiętam, dwoje dzieci. 
Jak już wspomniałem na początku, był to człowiek o szlachetnym sercu. Mimo iż dowódcy drużyny 
nie obowiązywało noszenie erkaemu, on jednak wziął od żołnierza tę dosyć ciężką broń, dając mu do 
dyspozycji swój własny rower. 

background image

Ja  naiwnie  myślałem,  że  całe  pogranicze  zryte  jest  kilkoma  rzędami  okopów  zabezpieczonych 

zasiekami z drutów kolczastych, że pobudowane są tam różne zapory i pułapki przeciwczołgowe itd., 
itd. Jednakże inna okazała się rzeczywistość. 

Tych parę dni przerwy w marszu sprawiło, że byliśmy dostatecznie wypoczęci, toteż szło nam się 

dobrze. Wkrótce zapadła noc. Na zachodzie widać było krwawe łuny. Kanonada, która trwała cały 
dzień, teraz ucichła, tylko jeszcze od czasu do czasu stęknęło działo, ale już o wiele bliżej i głośniej. 
Około północy zarządzono pierwszą przerwę, ale tylko po to, aby przepuścić uchodzącą od Pszczyny 
ludność cywilną. Smutny to był widok! Jedni jechali na wozach, inni szli pieszo ciągnąc małe wózki 
lub prowadząc krowy i inne zwierzęta domowe. Żołnierze siedzący w rowach pocieszali idących, że 
niedługo będą wracać do swoich domów. 

Po  przejściu  cywilów  ruszyliśmy  dalej.  Wkrótce  zaczęło  świtać,  ale  wraz  ze  świtem  opadła  na 

ziemię bardzo gęsta mgła. Teraz na odmianę zaczęły nas wymijać jadące z przeciwnej strony wozy 
sanitarne,  i  to  zarówno  mechaniczne,  jak  też  zwykłe  chłopskie  fury,  umajone  gałęziami  i  z 
zatkniętymi chorągiewkami ze znakiem Czerwonego Krzyża. Z jednego takiego; wozu kapała krew – 
dowód niedbalstwa lekarza czy sanitariusza. 

Tuż przed Pszczyną zarządzono pogotowie gazowe... 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

PSZCZYNA 

 
W sobotę 2 września koło godziny 6 przechodziliśmy przez Pszczynę, kierując się w stronę pałacu 

księcia  pszczyńskiego  (von  Pless).  Miasto  robiło  wrażenie,  jakby  wszyscy  ludzie  uciekli  albo 
wymarli, a ja tak liczyłem, że będziemy owacyjnie witani. 

Nasz batalion został rozlokowany w parku pałacowym. Pierwsza i druga kompania strzelecka oraz 

kompania karabinów maszynowych zajęły stanowisko obronne na skraju parku. Trzecia kompania 
(moja) została wewnątrz parku, jako kompania odwodowa. Zaraz po przyjściu wydano kawę i chleb z 
datą 11 VI 1939 r. Chleb był twardy jak granit. Mimo że każdy był po tym marszu bardzo głodny, nikt 
chleba nie wziął. Przykryłem tę górkę chlebową gałęziami, nie chcąc, aby Niemcy, gdyby udało się 
im nas wyprzeć – robili sobie kpiny z polskiej wojskowej aprowizacji. 

Rozgoryczony  tym  nieudanym  śniadaniem  poszedłem  do  miasta,  aby  kupić  jakiejś  żywności. 

Chociaż  sklepy  były  pozamykane,  udało  nam  się,  tzn.  mnie  i  dwóm  żołnierzom,  którzy  mi 
towarzyszyli, nabyć parę placuszków z serem, no i na dodatek (na rausza) kwaterkę czystej wódki. Po 
wypiciu poczuliśmy się bardziej pewni siebie. Następnie ucięliśmy sobie dwugodzinną drzemkę. 

Około  godziny  dziesiątej  gęsta  mgła  zaczęła  ustępować  i  zaświeciło  słońce.  Teraz  można  było 

obserwować piękny pałac. Był to duży trzechkondygnacyjny budynek o dziwnej architekturze dachu, 
podobnego do uciętego graniastego stożka. Od strony parku znajdował się szeroki półokrągły taras, 
okolony kamienną balustradą, na której w pewnej od siebie odległości umieszczone były kwietniki. 
Na  taras  od  zewnątrz  prowadziły  szerokie  schody.  Tuż  przy  balustradzie  na  postumencie  leżał 
naturalnej wielkości spiżowy lew. Kiedy tak przyglądałem się pałacowi, usłyszałem gdzieś daleko 
terkot karabinów maszynowych i natychmiast na skraju parku zaszczekały nasze karabiny. 

Przyprowadzono cywila, niskiego, lat około trzydziestu, który przechodząc drogą miał rzekomo 

przyglądać się wojsku. Jeden z dowódców plutonu zrewidował go i przesłuchiwał. Byłem blisko i 
słyszałem  dokładnie  cały  dialog  między  przesłuchującym  a  zatrzymanym.  Oficer  znalazł  w  jego 
portfelu pięćset złotych, co na ówczesne czasy było dość dużą sumą. Oficer powiedział: 

— Pan dostał te pieniądze za szpiegostwo! 
Cywil tłumaczył się, że jest właścicielem sklepu lakierniczo-farbiarskiego, że ma konto w banku i 

ż

e wczoraj podjął te pieniądze. Porucznik kazał mu iść przed sobą na skraj parku, potem usłyszałem 

rewolwerowy strzał. Od żołnierzy, którzy tam byli, dowiedziałem się, że ów oficer zastrzelił cywila, 
portfel zaś z zawartością schował do kieszeni. 

Po tym wydarzeniu zza pałacu wyszedł kamerdyner w swoim galowym stroju. Na rękawie miał 

ż

ółtą opaskę, na której widniały trzy litery OPL (obrona przeciwlotnicza). 

Obserwowałem go z pewną dozą sympatii, no bo przecież i on w pewnym sensie przyczynia się do 

obronności  kraju.  Opeelowiec,  zgodnie  ze  swoją  funkcją,  zadarł  głowę  do  góry,  niby  wypatrując 
samolotów. Potem zaczął zerkać w głąb parku i po chwili zniknął, wchodząc tylnym wejściem do 
pałacu. Czynność tę powtarzał kilkakrotnie. 

Około godziny dziesiątej nad parkiem ukazał się niemiecki samolot, który krążył przez jakiś czas. 

Dowódca  zapowiedział,  aby  nie  strzelać  do  niego.  Jakieś  dwadzieścia  minut  po  odlocie  samolotu 
Niemcy  rozpoczęli  artyleryjskie  bombardowanie  parku.  Zrobiło  się  prawdziwe  piekło.  Powietrze 
wypełniło  się  świstem  pocisków  i  odgłosami  wybuchów  wybijających  w  górę  fontanny  darni  i 
kamieni.  Na  głowy  sypały  się  nam  gałęzie  ścinane  odpryskami  granatów.  Gdzieś  z  tyłu  zaczęła 
strzelać nasza artyleria. Do tego dołączył się z daleka terkot karabinów maszynowych. Natychmiast 
zagrały nasze cekaemy i erkaemy mające swoje stanowiska na skraju parku. Bitwa rozszalała się na 
dobre.  Niemcy  strzelali  bardzo  celnie.  Wszystkie  pociski  padały  na  skraj  parku,  gdzie  broniły  się 
nasze kompanie, i nieco dalej, gdzie w odwodzie stała moja kompania. Dziwne, że choć do pałacu 
było nie więcej jak około pięćdziesięciu metrów, nie spadł tam ani jeden pocisk. 

W parku było kilka sadzawek, połączonych kanałami z betonowymi mostkami, takimi jak u nas w 

Krakowie na Plantach przy ulicy Basztowej. W jeden taki mostek, tuż koło mnie, uderzył pocisk. To 
było bardzo groźne. W powietrzu zafurczały kawały betonu i cegieł. Na głowę posypały się gałęzie, 
nie  wyrządzając  mi  zresztą  żadnej  szkody.  W  pewnej  chwili  polska  artyleria  ucichła  całkiem  – 

background image

niemiecka biła w dalszym ciągu. Ktoś przyniósł wiadomości, że polska artyleria została całkowicie 
rozbita. Była to wiadomość przykra, jako że piechota nasza nie mogła liczyć na wsparcie ogniowe. 

Niemcy  przerwali  wreszcie  ten  morderczy  ogień,  ale  na  to  miejsce  przygotowali  inny  rodzaj 

walki:  samoloty,  które  eskadrami  przelatywały  nisko  nad  parkiem,  ostrzeliwując  nasze  oddziały. 
Jeden  z  dowódców  plutonu  naszej  kompanii  przyniósł  dosyć  przyjemną  wiadomość,  że  piechota 
niemiecka, która w natarciu zbliżyła się już na odległość szturmową, widząc połyskujące w słońcu 
polskie bagnety, zaczęła się w pośpiechu wycofywać. To dodało nam trochę otuchy ale nie na długo. 

Nad  parkiem  znowu  ukazał  się  niemiecki  samolot.  Tym  razem  dowódca  pozwolił  strzelać. 

Wszedłem  na  taras  i  oparłszy  erkaem  o  kwietnik,  przywitałem  samolot  dość  długą  serią.  Ten  w 
pewnej chwili jakby zachwiał się, a następnie zaczął zjeżdżać w dół pod kątem około czterdziestu 
stopni,  a  przy  tym  motor  jego  zaczął  jakoś  dziwnie  pyrkać,  podobnie  jak  na  starcie  wyścigowy 
samochód.  Co  się  z  nim  stało,  tego  nie  wiem,  ponieważ  drzewa  przesłoniły  mi  widoczność. 
Początkowo byłem bardzo uradowany, że może faktycznie uszkodziłem samolot ale potem zacząłem 
sobie  tłumaczyć;  że  może  obniżał  się  w  celu  zrzucenia  meldunku.  Jak  było  faktycznie  –  to  już 
zostanie tajemnicą. 

Kiedy  schodziłem  z  tarasu,  zobaczyłem,  że  pod  pałac  zbliża  się  mój  dowódca  plutonu  w 

towarzystwie uroczej dziewoi. Porucznik skinął na mnie i powiedział: 

— Kapralu, ta pani jest podejrzana o szpiegostwo, macie jej pilnować aż do wyjaśnienia sprawy! 
Oddałem  erkaem  strzelcowi,  swój  zaś  karabin  zdjąłem  z  ramienia,  wziąłem  w  ręce  i  przyjąłem 

taką postawę; abym w razie ucieczki dziewczyny mógł oddać celny strzał. Dowódca się oddalił, ja 
zaś  zostałem  sam  na  sam  z  zatrzymaną.  Dziewczyna  miała  lat  około  dwudziestu,  była  średniego 
wzrostu  o  ładnie  zarysowujących  się  kobiecych  kształtach,  a  przy  tym  tak  piękna,  że  –  klękajcie 
narody!  Każdy  mężczyzna  patrząc  na  nią  byłby  chyba  z  drewna,  gdyby  w  jakiś  sposób  nie 
zareagował  na  to  piękno.  Ja  jednak  stałem  naprzeciw  niej  poważny,  z  marsową  miną,  a  jeżeli 
patrzyłem na nią, to tylko w tym celu, aby nie uciekła mi gdzieś w krzaki albo za pałac. 

Ona  zaś,  mimo  poważnej  sytuacji,  wcale  nie  zdradzała  lęku  czy  zmartwienia,  lecz  wręcz 

przeciwnie – była spokojna, pewna siebie i zaraz zaczęła do mnie mówić: 

— Proszę pana, to jakieś nieporozumienie, ja mieszkam w tym pałacu i wyszłam, aby zerwać parę 

róż, bo to wszystko jest  tu na zniszczenie. —  I  dodała takim przymilnym, proszącym  głosem: — 
Niech mnie pan puści! 

Powiedziałem  jej  grzecznie,  że  to  ode  mnie  nie  zależy,  że  ja  wypełniam  tylko  rozkaz  swojego 

dowódcy. Cała ta sprawa bardzo przypominała piosenkę: 

 

Tam na błoniu błyszczy kwiecie, 
Stoi ułan na widecie, 
A dziewczyna jak malina 
Niesie koszyk róż czerwonych
 itd. 

 
Widząc, że w ten sposób nic nie wskóra, zaczęła z innej beczki – po prostu mizdżyła się do mnie, 

nazywając mnie miłym, sympatycznym i jakimś tam jeszcze (sprytna bestia!). Ja jednak nie dałem się 
nabrać na te chwyty i oświadczyłem, że nie życzę sobie, aby cokolwiek do mnie mówiła. Gdy to nie 
pomogło, powiedziałem, że gdy powie jeszcze słowo, będę alarmował. Wtedy umilkła, podparła ręką 
twarz, udając bardzo nieszczęśliwą, aby w ten sposób wzbudzić moją litość. Tak stała przez dłuższą 
chwilę, aż nagle odezwała się: 

— Ja muszę odejść, aby załatwić swoją potrzebę...! 
Trochę  zaskoczyła  mnie  tym  oświadczeniem,  no  bo  trudno  odmówić  –  w  dodatku  kobiecie  – 

załatwienia fizjologicznej potrzeby. Tak się szczęśliwie złożyło, że tuż obok rósł klomb ozdobnych 
krzewów w kształcie rondla. Kazałem jej tam wejść i załatwić się. Weszła i na moment głowa jej 
schowała się w gęstych krzakach, ale po chwileczce znowu wynurzyła się. Było to dość nieudolne 
upozorowanie  załatwiania  się,  bo  w  tak  krótkim czasie  nie  zdążyła  nawet  majteczek  ściągnąć,  nie 
mówiąc już o czymś innym. 

background image

Zza pałacu wyszedł znowu znany mi już kamerdyner i przechodząc obok mrugnął jednym okiem 

do  dziewczyny.  To  mrugnięcie  wydało  mi  się  podejrzanym  porozumieniem  i  powinienem  był 
zareagować na to w jakiś sposób, ale ja zawsze byłem człowiekiem naiwnym i tłumaczyłem sobie to 
tak,  że  może  ów  kamerdyner  jest  jej  kochankiem,  a  więc  ma  prawo  do  dziewczyny,  a  zresztą  od 
samego  początku  obdarzyłem  go  zaufaniem  i  sympatią  za  gorliwość  w  pełnieniu  tej  funkcji 
opeelowca. 

W  kilka minut  po  tym  na  pozór  błahym  wydarzeniu  (mam  na  myśli  to  mrugnięcie)  usłyszałem 

przelatujące  z  trzaskiem  wysoko  ponad  moją  głową  pociski  z  broni  maszynowej.  Pociski  te 
skierowane były na skraj parku, gdzie znajdowały się nasze oddziały. Mimo iż sytuacja była groźna, 
nie rozglądałem się, skąd lecą, z obawy by zatrzymana nie uciekła. Strzelanina trwała kilkadziesiąt 
sekund, ale skutki jej były fatalne. Po pewnym czasie ukazał się długi korowód żołnierzy niosących 
nosze z rannymi. Gdy przechodzili koło nas, dziewczyna podbiegła do pierwszych noszy, chwyciła 
za rączkę, że to niby pomaga. Krzyknąłem, aby natychmiast wróciła na swoje miejsce, i tym razem 
wykonała rozkaz, tak jak sobie życzyłem. A czas się dłużył. Staliśmy już około dwu godzin. Dopiero 
około siedemnastej przyszedł nasz dowódca plutonu i zawołał: 

— Pluton, za mną w marszu zbiórka! 
Wtedy ja zapytałem, co mam zrobić z zatrzymaną. 
Dowódca zastanowił się chwilę, następnie machnął ręką i powiedział: 
— Puścić! 
— Jest pani wolna — powiedziałem. 
Dziewczyna odchodząc oglądnęła się w moją stronę i zrobiła taką pogardliwą minę, że poczułem 

się głupio i pomyślałem: „Kowal zawinił, a Cygana powiesili”. 

Ż

ołnierze  podrywali  się  spod  drzew  i  krzaków  i tworząc  w  marszu  czwórki  podążali za  swoim 

dowódcą.  Ja  jednak  zawróciłem  na  to  miejsce,  gdzie  stałem  z  dziewczyną,  chciałem  się  bowiem 
przekonać, skąd strzelano do naszych oddziałów od tyłu. Zacząłem analizować tę sprawę: jeżeli ja 
stałem pod pałacem, a pociski przelatywały ponad moją głową, za pałacem zaś nie było wyższego 
domu,  to  pociski  wystrzeliwane  były  z  pałacu.  Spojrzałem  do  góry  i  zobaczyłem,  że  pod  dachem 
znajdowały  się  takie  małe  facjatki  z  okrągłymi  lub  w  kształcie  elipsy  okienkami.  Jedno  z  tych 
okienek  było  otwarte.  A  więc  stamtąd  strzelano,  pomyślałem.  Postanowiłem  zameldować  o  tym 
swojemu dowódcy. 

Po tych obserwacjach zacząłem biec za plutonem, który z alei parkowej wchodził na gościniec, 

kierując  się  na  lewo.  Za  gościńcem  stał  podłużny  jednopiętrowy  budynek,  przed  którym  na 
schodkach stało kilku młodych mężczyzn w cywilu; patrzyli na maszerujący oddział nienawistnym 
wzrokiem.  Teraz  dopiero  zrozumiałem,  że  tu  w  Pszczynie  wszystko  sprzysięgło  się  przeciw  nam: 
dziewczyna zbierająca kwiaty, kamerdyner, który tak gorliwie wypełniał swoją opeelowską funkcję, 
zerkając  raz  w  niebo,  a  raz  w  głąb  parku,  to  porozumiewawcze  perskie  oko  do  zatrzymanej 
dziewczyny,  po  którym  nastąpiło  strzelanie  z  pałacu,  i  nawet  drzewa  w  parku,  jak  gdyby  jakieś 
zaklęte złe istoty, obrzucające nas podczas bombardowania swoimi gałęziami. 

Może jakieś trzydzieści metrów od budynku na środku szosy leżał starszy mężczyzna lat około 

sześćdziesięciu z przestrzeloną nogą i błagalnym głosem wołał: 

— Panowie, ratujcie mnie! Ja wasz człowiek! 
Idący przodem dowódca nie raczył nawet zapytać, kto go postrzelił, nie mówiąc już o tym, że było 

przecież  ludzkim  obowiązkiem  udzielić  sanitarnej  pomocy  rannemu.  Kto  wie,  czy  nie  była  to 
sprawka tych cywilów. 

Na  skraju  parku  dołączyliśmy  do  reszty  naszej  kompanii.  Zmęczeni,  forsownym  marszem 

ż

ołnierze usiedli pod drzewami odpoczywając. Ja doszedłem do dowódcy plutonu, który siedział z 

jakąś  wystraszoną  miną,  i  zameldowałem  mu  o  swoich  spostrzeżeniach,  namawiając  do 
zrewidowania pałacu. Dowódca był wyraźnie zakłopotany moją propozycją, jako że rycerzem to on 
nie był. Ot, taki maminsynek, który poszedł do wojska tylko dla kariery. I wtedy, gdy czekałem na 
decyzję, któryś z żołnierzy będący na samym kraju parku krzyknął: 

— Czołgi jadą! 

background image

Nastąpiło wielkie poruszenie, żołnierze podrywali się z miejsc. Nie stracił równowagi ducha tylko 

dowódca kompanii ppor. Zagórski i zawołał swoim piejącym głosem: 

—  Działko  przeciwpancerne  i  karabiny  przeciwpancerne  do  mnie!  Reszta  załadować  karabiny 

amunicją przeciwpancerną i kryć się za drzewa. 

Wybrałem sobie gruby pień i czekałem. Czołgi nie ruszyły wprost na nas, ale zaczęły zajeżdżać od 

tyłu, aby zamknąć nas w stalowej obręczy. A tymczasem na skraju parku, tam gdzie zajmowała swoje 
miejsce obronne druga kompania, rozgorzała bitwa; słychać było terkot karabinów maszynowych i 
wybuchy ręcznych granatów. Dowódca kompanii wydał przyciszonym głosem rozkaz do odmarszu. 
No i ruszyliśmy, ale nie tam, skąd przyszliśmy rano, tylko w odwrotnym kierunku. Szliśmy po prostu 
tam,  skąd  –  jak  mi  się  wydawało  –  nacierali  Niemcy  przez  cały  dzień.  Mimo  iż  dowództwo  nie 
zwierzyło się nam z zaistniałej sytuacji, wyczuliśmy, że jest źle. 

Na  szosie  dopędziło  nas  trzech  żołnierzy  z  drugiej  kompanii.  Jeden  z  nich  miał  przestrzelony 

hełm, z tym charakterystycznym zakręconym stalowym wiórkiem z przodu. Spod hełmu wypływała 
mu  kropelkami  krew  z  zadrapań  odpryskami.  Miał  również  przestrzelony  zrolowany  na  plecaku 
płaszcz. Żołnierze ci opowiadali, że w chwili gdy zbierali się do odmarszu, zostali zaatakowani przez 
dywersantów od tyłu. Co się stało z resztą tej kompanii, tego nie wiem. Zaczęliśmy się oddalać od 
parku, skąd wciąż dochodziły strzały i wybuchy ręcznych granatów. 

Nad parkiem zajaśniała łuna – palił się zabytkowy stary kościółek. Prawdziwą jednak grozę budził 

widok  palących  się  domów  po  prawej  stronie  osi  naszego  marszu,  nieco  z  tyłu.  Spośród  płomieni 
wytryskiwały  w  niebo  rakiety  oraz  słychać  było  zmasowany  terkot  karabinów  maszynowych.  To 
wszystko robiło wrażenie, jak gdyby wybuchały wulkany, a ognista ich lawa przesuwała się w głąb 
Polski, niszcząc wszystko po drodze

*

Oddalaliśmy  się  od  tego  piekła  marszem  przyspieszonym,  nic  też  dziwnego,  że  mundury  coraz 

bardziej  czerniały  nam  od  potu.  Mnie  zaczęło  coraz  bardziej  dokuczać  pragnienie,  a  tu  wody  w 
organizmie  wciąż  ubywało.  Maszerowałem  w  przekonaniu,  że  lada  chwila  przed  nami  zaterkoczą 
karabiny maszynowe, i dlatego szedłem tuż koło rowu, aby w razie czego mieć naturalną osłonię. I 
tak forsownym marszem zaczęliśmy się zbliżać do lasu, od którego odbijało się echo toczącej się z 
tyłu bitwy, co robiło wrażenie, że i tu trwa walka. W lesie zeszliśmy z głównej drogi na boczną, ale co 
to była za droga! Wąwóz wypełniony piachem. Zmęczenie osiągało już swój punkt kulminacyjny. 
Gdy wreszcie zarządzono przerwę – żołnierze pokładli się na ziemię, z miejsca zasypiając. 

Ja zacząłem łazić po lesie w nadziei, że uda mi się znaleźć jakiś strumyk albo bagienko, w którym 

zrobiłbym  dołek,  aby  potem  pić  tę  błotnistą  maź,  jak  to  robią  afrykańskie  słonie  podczas  suszy. 
Niestety.  Pod  moimi  nogami  chrzęściła  wszędzie  wysuszona  podściółka.  Zmęczony  usiadłem. 
Pragnienie osiągnęło już najwyższy szczyt. Cóż to za straszliwe męki! Był czas, że w obozie konałem 
z  głodu,  ale  uczucie  głodu  nie  jest  tak  straszne  jak  cierpienie  spowodowane  pragnieniem.  W  tych 
mękach przyszła mi na myśl rosa... 

Widziałem raz podczas wakacji na wsi, że pies, który się wywłóczył po nocy, po powrocie chłeptał 

kroplistą rosę. Obok była mała polanka, więc udałem się tam. Trawa była, ale na rosę trzeba było 
jeszcze poczekać. Była dopiero godzina 23. Pocieszałem się, że rano będzie. Oparłem się o pień i 
kiedy oczy zaczęły mi się kleić, usłyszałem przyciszony głos: 

— Wszystko powstań! 
 
 
 
 
 
 
 
 

                                            

Było to w rejonie Jankowic, a bój toczył tam II batalion 20 pp., który przy wycofywaniu się natrafił na Niemców (według relacji majora Bałosa we 

wspomnianym na początku artykule J. Steinhaufa).

 

background image

ODWRÓT 

 
I  znowu  ten  straszliwy  marsz  w  piachu  po  kostki.  Koła  od  wozów  wrzynały  się  głęboko, 

przesiewając piasek między szprychami. Biedne konie ciągnęły ostatkami sił, pokrywając się pianą. 

Kiedy już wydawało mi się, że upadnę ze zmęczenia i pragnienia, stało się coś, czego w tym lesie 

się nie spodziewałem, takie coś zdarza się tylko w bajce. Z lewej strony otwarła się duża polana, na 
której stała leśniczówka, a przy niej... studnia z żurawiem. Co się tam zaczęło dziać, to trudno opisać. 
Zrobiło się kotłowisko, żuraw skrzypiał bez przerwy, zgrzytały manierki wpychane do drewnianego 
kubła. Udało mi się napełnić manierkę, ale mimo to, że wypiłbym ze trzy, wypiłem tylko połowę, 
resztę schowałem na czarną godzinę. 

Szliśmy  jeszcze  z  godzinę,  gdy  wreszcie  las  się  skończył,  a  przed  nami  zjawiła  się  piaszczysta 

przestrzeń porośnięta metrowej wielkości sosenkami. Tu znowu zatrzymało się wojsko, a żołnierze 
starym zwyczajem pousiadali na ciepłym piasku, opierając się o plecaki. Zaczęło świtać. 

Na środek tej piaszczystej polany wyszedł na czarno ubrany wysoki wojskowy kapelan, rozejrzał 

się wokoło i przyciszonym głosem powiedział: 

—  Żołnierze!  Znaleźliśmy  się  w  sytuacji  bez  wyjścia.  Jesteśmy  otoczeni  i  musimy  sobie 

bagnetami torować drogę z okrążenia... Wiem — ciągnął dalej — że wszyscy byliście u spowiedzi, 
ale teraz odmówicie ze mną spowiedź powszechną. 

I tu zaczął mówić: 
— Ja grzeszny spowiadam się... 
Las  zamruczał  powtarzanymi  słowami.  Gdy  kapelan  skończył,  zdjął  z  szyi  czarny  krzyż  i  tym 

krzyżem  kreślił  w  powietrzu  duże  krzyże,  obracając  się  wokoło.  Starzy  schorowani  ludzie,  którzy 
widzą  koło  swojego  śmiertelnego  łoża  księdza,  na  pewno  nie  odczuwają  tego,  co  my,  których  ów 
kapelan wyprawiał na tamten świat. Byliśmy młodzi i każdy z nas miał przed sobą życiowe plany. 

Pod  jedną  sosenką  zobaczyłem  kuzyna  Staszka.  Doszedłem  do  niego  i  uściskaliśmy  się  tak 

serdecznie,  że  aż  hełmy  zadzwoniły.  Może  to  już  ostatni  raz  się  widzimy.  Nie  zdążyliśmy 
porozmawiać, gdyż ruszyliśmy w dalszą drogę. 

Szliśmy  na  przełaj  przez  pola  w  szyku  zwanym  rojem.  Liczyliśmy  się  z  tym,  że  lada  chwila 

dostaniemy ogień z przodu lub z boków, ale jak na razie nic takiego się nie działo, wręcz przeciwnie, 
mimo  że  świeciło  już  słońce,  wszędzie  panowała  względna  cisza.  To  była  niedziela,  3  września. 
Czyżby Niemcy dostosowali się do trzeciego przykazania: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”? 

Była to ponura i złowroga cisza... jeden z najbardziej tragicznych dni w kampanii wrześniowej. Z 

wyjątkiem Gdyni, Helu i Westerplatte na wszystkich frontach pod osłoną nocy nastąpił odwrót wojsk 
polskich.  Niemcy,  jako  spece  od  wojowania,  posuwali  się  ostrożnie,  licząc  się  z  tym,  że  mądrzy 
stratedzy zabezpieczają się odwodami. Tego u nas jednak nie było. 

W tym pełnym obaw marszu doszliśmy do jakiejś miejscowości (nazwy nie pamiętam). Według 

mapy wojewódzkiej mogły to być Studzienice, Piasek lub Kobiór. Nie ważna jest nazwa, ważne, że 
mieszkali tam ludzie serdeczni i gościnni. Przy każdej bramie stały dzbany lub emaliowane wiaderka 
z białą kawą. Na taboretach koszyczki z bułkami i masło. Praca była zorganizowana w ten sposób, że 
dziewczęta  (oczywiście  odświętnie  ubrane)  rozkrawały  i  smarowały  masłem  bułki,  nalewały  do 
kubków kawę, a jeszcze inne podawały żołnierzom. Obraz wzruszający i szkoda, że jedyny na moim 
szlaku bojowym. Te dziewczęta, przeważnie w wieku szkolnym, są dziś paniami w średnim wieku i 
chciałbym, aby w jakiś sposób dowiedziały się, że ktoś pamięta ich gościnność i w imieniu swoich 
kolegów i własnym przesyła serdeczne podziękowania. Gdzieś czytałem, że za okazanie gościnności 
polskiemu  wojsku  ludność  była  szykanowana  przez  władze  niemieckie.  To  oczywiście  jeszcze 
bardziej podnosi rangę patriotyzmu i szlachetnych uczuć. 

Kończyłem jeść smaczne śniadanie, gdy doszedł do mnie Ślązak K. i powiedział: 
 
 

background image

—  Wis,  com  słysoł,  że  Bromberg

*

  padł,  Posen

**

  padł,  a  Rus  Lemberg

***

  zabrał.  —  I  dodał:  — 

Jerunie, kajta moja kobita! 

Zauważyłem, że Kloklik dość nieudolnie odegrał zmartwionego. Teraz dopiero zauważyłem, że w 

drużynie  naszej  brakuje  drugiego  Ślązaka,  Szymańskiego.  Ten  wykorzystał  okazję  i  poszedł  do 
swoich. 

W dalszym marszu doszliśmy do dość szerokiej rzeki. W pierwszej chwili myślałem, że to Wisła. 

Okazało się jednak, że była to nieduża, ale spiętrzona rzeka Gostynka. Żołnierze rozbijali parkany, 
nosząc te drzazgi saperom, którzy budowali most. Kilku na próżno mocowało się z drzwiami wielkiej 
stodoły, chcąc je wyważyć. Drzwi były jednak dobrze okute i osadzone bolcami w zabetonowanych i 
stalowych łożyskach, nic więc nie wskórali. Wtedy ja wziąłem leżący długi drąg i wsadziłem między 
mur  a  drzwi,  przyparłem  się,  fiknąłem  kozła,  ale  drzwi  leżały.  Żołnierze  zanieśli  je  saperom. 
Oczywiście taki materiał przyspieszył naszą przeprawę, na której nam tak bardzo zależało. Tu, jak się 
później okazało, każda minuta grała rolę... 

Po przejściu rzeki ruszyliśmy dalej w kierunku jakiegoś sosnowego lasu, gdzie wydano gotowaną 

potrawę: ryż z konserwą. Otrzymałem też tekturowe pudło papierosów machorkowych, w których 
było – zdaje mi się – czterysta sztuk do podziału na drużynę. Podobnie jak chleba w Pszczynie, nikt 
tych papierosów nie chciał brać, jako że był to najpodlejszy gatunek. No cóż – miałem wyrzucić? Nie 
wiedząc,  co  zrobić  z  tym  fantem,  przytroczyłem  go  do  chlebaka,  trzymając  się  zasady,  że  nic  na 
ś

wiecie nie powinno się zmarnować. 

Po  krótkim  odpoczynku  ruszyliśmy  szybkim  krokiem  dalej.  Minęliśmy  Stary  Bieruń,  potem 

Nowy Bieruń, a następnie maszerowaliśmy w kierunku mostu na Przemszy, pokonując wzniesienie, 
skąd  roztaczał  się  dość  rozległy  widok.  Po  prawej  stronie  z  odległości  siedmiu  do  dziesięciu 
kilometrów słychać było słaby terkot karabinów maszynowych. Spojrzałem w tamtym kierunku, ale 
nie było widać żadnego wojska, tylko na równinach snuły się dymki. Wyglądało to tak, jak nieraz na 
manewrach, gdy zamaskowane wojsko strzelało ślepakami. Było mi trochę przykro, że nasi stawiają 
tam opór Niemcom, a my wciąż się wycofujemy. 

Na samym szczycie wzniesienia major B. rozmawiał z jakimś chłopcem, który mógł mieć około 

piętnastu  lat.  O  czym  mówili,  tego  nie  wiem.  Gdy  się  przybliżyliśmy,  usłyszałem,  że  chłopiec, 
wskazując ręką w kierunku Nowego Bierunia, powiedział podnieconym głosem: 

— Tam już czołgi są! 
Spojrzałem, ale żadnych czołgów nie widziałem. Byłem pewny, że oficerowie wydobędą lornetki, 

aby wypatrzyć ruch tych rzekomych czołgów, i wydadzą rozkaz okopywania się i ustawiania działek 
oraz rusznic przeciwpancernych, ale stało się inaczej. Major B. spiął konia ostrogami i pogalopował 
szosą  w  kierunku  mostu.  Pozostali  oficerowie  zaczęli  również  pędzić  za  dowódcą,  przytrzymując 
rękami z tyłu dyndające oficerskie torby. 

Oczywiście, że i wojsko poszło ich śladem... Pędzący wzniecili taki straszny kurz, że wyglądało 

tak, jakby wzdłuż szosy przeleciał tajfun

****

. Dobiegliśmy już do mostu, gdy nad głowami zaczęły 

gwizdać nam pociski karabinowe. Obejrzałem się myśląc, że to już niemieckie czołgi, ale zamiast 
czołgów zobaczyłem na wzgórzu kilkunastu cywilów, którzy z pozycji klęczącej pukali do nas. 

Po  przejściu  rzeki  część  wojska  skierowała  się  w  lewo,  w  stronę  pobliskiego  lasu.  Niektórzy 

czekali na swoich kolegów, którzy jeszcze nie zdążyli dojść. Któryś z dowódców plutonów stojący 
przy moście zawołał: 

— Chłopcy, z tego domu ktoś strzelał — i tu wskazał na budynek przy drodze na wprost mostu. — 

Trzeba ten dom zrewidować! Kto na ochotnika? 

                                            

*

 

Bydgoszcz.

 

**

 

Poznań.

 

***

 

Lwów

 

****

 

A  jak  to  zdarzenie  jest  opisane  przez  Jerzego  Steinhaufa  (według  relacji  samego  majora  Bałosa).  „...  Na  kilka  kilometrów  przed  mostem  na 

Przemszy dowiedziałem się od cywila idącego z Chełmka, że lada chwila i most na Przemszy ma być przez naszych saperów wysadzony. «Już nie 
zdążycie  panie  majorze»  -  powiedział  ze  współczuciem  nieznajomy.  Wraz  z  dwoma  łącznikami  pogalopowałem  w  stronę  mostu,  wydając 
jednocześnie rozkaz przyspieszenia tempa marszu. Żołnierze biegli. Czołowe pododdziały osiągnęły most. Wcześniej udało mi się dotrzeć do 
ppor. saperów 23 dywizji piechoty i dosłownie w ostatnim momencie wstrzymać go od wysadzenia mostu”.

 

background image

Zgłosiłem  się  bez  namysłu,  mimo  że  po  tym  biegu  zacząłem  odczuwać  jakieś  dziwne  bolesne 

kłucia, jak gdyby w bucie powyrastały gwoździe lub kołki. Dobrałem sobie jeszcze dwóch żołnierzy 
i  zabraliśmy  się  do  przeszukiwania  budynku.  Na  szczęście  żadne  drzwi  nie  były  zamknięte,  co 
umożliwiało rewizję bez uciekania się do wyważania drzwi. 

Ani w piwnicy, ani w izbach mieszkalnych nie było żywego ducha. Pozostał jeszcze strych i tu 

trzeba było działać ostrożnie, wiadomo bowiem, że jeżeli ktoś, kto strzelał do wojska, jest na strychu, 
to zdaje sobie sprawę z tego, co go czeka, i nie sprzeda tanio swojej skóry... Na strych prowadziły 
drabiniaste  schody.  Wspinałem  się  po  nich  jak  kot,  tak  aby  nie  było  słychać.  Gdy  już  byłem  pod 
otworem,  pochyliłem  się  i  w  tej  pozycji  posunąłem  się  jeszcze  o  dwa  stopnie  wyżej:  zaczekałem 
chwilę,  a  następnie  wyprostowałem  się  wsuwając  głowę  w  otwór.  Rozejrzałem  się  i  natychmiast 
schowałem głowę. Czynność tę powtórzyłem jeszcze dwa razy, za każdym razem obserwując inny 
kąt strychu. Było tam dosyć widno, jako że południowe słońce świeciło w okienko. Nikt jednak nie 
strzelał  ani  ani  nikogo  nie  widziałem.  Teraz  wyszedłem  na  strych,  trzymając  karabin  gotowy  do 
strzału. Panował tu wzorowy porządek. Stało parę skrzyń (o ile pamiętam, ze zbożem), dwie beczułki 
próżne i trochę drobnego sprzętu. Przeszukałem wszystko dokładnie, a nie znalazłszy nic, zszedłem, 
meldując o tym porucznikowi. 

Stopa  mnie  bolała  tak,  że  mogłem  iść  tylko  na  pięcie.  Doszedłem  do  skraju  lasu,  w  którym 

odpoczywało  ogromnie  dużo  żołnierzy  nie  tylko  20  pp.,  ale  też  23  dywizji  piechoty.  Usiadłem  i 
zdjąłem buty, badając ręką spód w poszukiwaniu kołków lub gwoździ, rzekomych sprawców bólu, 
ale wnętrze było gładkie. Cóż wobec tego było powodem bólu? 

Obejrzawszy spód nogi, aż się przeraziłem... wyglądała tak, jakby do podeszwy przylepiono gruby 

plaster ugotowanej słoniny. Czyżby to tak bolało? Ale przecież druga noga była tak samo odparzona, 
a nie bolała. Może miałem podwiniętą onucę? Wytrzepałem ją, owinąłem nogę, pewny, że już będzie 
wszystko w porządku. 

Gdzieś  ze  skraju  lasu  wypaliło  działo.  Do  czego  strzelano,  nie  wiem,  ponieważ  rosnące  przy 

drodze  drzewa  przesłaniały  widoczność.  Prawdopodobnie  na  tym  wzniesieniu,  z  którego  tak 
biegliśmy,  ukazały  się  czołgi  niemieckie.  Zaraz  po  tym  wystrzale  powietrzem  wstrząsnął  potężny 
huk. To wysadzono most na Przemszy. 

Wojsko  zbierano  się  do  odmarszu.  Wstałem,  ale  okazało  się,  że  ból  nie  tylko  nie  ustąpił,  ale 

jeszcze się spotęgował. Szedłem trochę na pięcie, to znowu na kancie buta, przekrzywiając nogę, ale 
jedna i druga pozycja męczyła mię bardzo, a co gorsze – zacząłem coraz bardziej zostawać w tyle, aż 
zmieszałem się z wojskiem 23 dywizji piechoty. 

Koło  mnie  przejeżdżał  wóz.  Nie  namyślając  się,  usiadłem  z  tyłu  na  wystającej  desce,  ale 

natychmiast zauważył to jakiś sierżant i w wulgarnych słowach kazał mi zejść. Nie pomogło moje 
tłumaczenie, że jestem kulawy. Powiedział krótko: 

— G...o mnie to obchodzi. 
To wyprowadziło mnie z równowagi i powiedziałem: 
— Jeżeli to nikogo nie wzrusza, że ja nie mogę iść, to wobec tego zmuszony jestem zostać. 
Demonstracyjnie zszedłem (oczywiście na pięcie) z szosy i usiadłem za rowem, zdecydowany na 

wszystko.  I  wtedy  z  maszerującego  oddziału  wystąpiło  dwóch  żołnierzy  i  bardzo  grzecznie 
powiedzieli: 

— Kolego, chodźcie, poprowadzimy was! 
Kazali  uchwycić  się  za  ramiona  i  ruszyliśmy  pomału  dalej.  Byłem  ogromnie  wzruszony  tą  ich 

szlachetnością, tym bardziej że nie byli to żołnierze z mojej kompanii – ba, nawet z naszego pułku, 
ale ze wspomnianej już 23 dywizji. 

Minęliśmy Chełmek kierując się w stronę Chrzanowa. Zrobiliśmy już połowę drogi między tymi 

miastami, gdy nad maszerującą kolumnę nadleciał od strony północno-wschodniej polski samolot – 
znana wszystkim maszyna typu RWD-6. Leciał na takiej wysokości, że doskonale było widać znaki 
rozpoznawcze, to jest biało-czerwoną szachownicę. I wtedy ponad głowy zaczęły się wysuwać lufy 
karabinów i rozpoczęło się strzelanie. Od przodu – prawdopodobnie na rozkaz dowództwa – zaczęto 
podawać  po  linii  rozkaz:  „Nie  strzelać!”  Jedni  krzyczeli:  „Nie  strzelać”,  drudzy  –  czy  przez 

background image

niedosłyszenie, czy przez głupotę – krzyczeli: „Strzelać”. I to „strzelać” wzięło górę; po chwili już 
ogromna większość strzelała. 

Kiedy koło mnie zaczęto podnosić karabiny, krzyknąłem, że to polski samolot. I wtedy jeden z 

ż

ołnierzy powiedział: 

— To jest niemiecki, tylko przemalowany. 
I  tu  aż  się  prosi,  aby  skomentować  to  wydarzenie.  W  przeczytanych  przeze  mnie  książkach  o 

tematyce  wojny  wrześniowej  autorzy  wspominają  o  zestrzeliwaniu  własnych  samolotów.  Ale  nie 
tylko  to.  O  strzelaniu  do  własnych  oddziałów,  o  wysadzaniu  mostów  właśnie  wtedy,  gdy  do  nich 
podchodziły wycofujące się własne oddziały. Czym to wytłumaczyć? Dywersją? Niedostatecznym 
wyszkoleniem  kadry  oficerskiej?  Czy  wreszcie  jakąś  tępotą  umysłową?  Moim  zdaniem  chyba 
wszystkim  po  trochu.  Jednak  główną  przyczyną  tych  omyłkowych,  tragicznych  wydarzeń  było 
straszliwe  przemęczenie  wojska.  Bywało,  że  żołnierze  przez  wiele  dni  nie  zmrużyli  oka.  Nic 
dziwnego, że taki stan rzeczy musiał się w jakimś stopniu odbić na psychice wojska. 

Jakby na potwierdzenie moich słów, znowu zdarzyło się coś, co zmusza do refleksji. Po odlocie 

polskiego  samolotu  nadleciał  z  przeciwnej  strony  niemiecki.  Jak  poprzednio,  tak  i  teraz  widoczne 
były  znaki  rozpoznawcze  –  krzyże.  Ze  strony  wojska  polskiego  nie  padł  ani  jeden  strzał.  Czyżby 
wojsko uważało, że to jest samolot polski, tylko przemalowany na niemiecki? Gdy samolot znalazł 
się  nad  szosą,  przechylił  się  na  lewe  skrzydło,  przy  czym  jego  kopuła  błysnęła  w  świetle 
znajdującego się nad zachodem słońca, i zaczął pionowo pikować w dół. Wojsko rozbiegło się po 
polach  z  jednej  i  drugiej  strony  szosy.  Samolot  tuż  nad  ziemią  poderwał  maszynę  i  odleciał  z 
powrotem, nie strzelając. 

Słońce już zachodziło gdy przechodziliśmy przez Chrzanów. Na chodnikach stały tłumy ludzi, z 

których wielu patrzyło na nas z serdecznym współczuciem, a były i takie kobiety, które chusteczkami 
ocierały  łzy.  Jakiś  litościwy  sklepikarz-cukiernik  wyciągnął  na  chodnik  dużą  pakę  cukierków 
zwanych krówkami i rozdawał żołnierzom. Przechodzący podporucznik krzyknął: 

— Nie brać, bo to zatrute! 
Ż

ołnierze,  jak  gdyby  w  obronie  pokrzywdzonego  moralnie  kupca,  chcąc  go  zrehabilitować, 

zaczęli masowo podchodzić do pudła, co wyraźnie speszyło oficera. 

Po  przejściu  Chrzanowa  weszliśmy  na  szosę,  która  prowadzi  do  Krakowa.  Tu  zauważyłem,  że 

inną drogą, w kierunku Alwernii, też maszeruje wojsko. Od jednego sierżanta dowiedziałem się, że to 
20  pp.  No  cóż  musiałem  zawrócić.  Ze  wzruszeniem  pożegnałem  tych  szlachetnych  chłopców, 
dziękując  im  za  pomoc.  Musiałem  o  własnych  siłach  podążać  za  swoim  pułkiem,  który  szedł  pod 
górę  w  odległości  około  dwóch  do  trzech  kilometrów.  Na  moje  szczęście i  tam  też  nie  brakowało 
maruderów, którzy zostawali coraz bardziej z tyłu, tak że pułk zamienił się jak gdyby w kometę o 
długim warkoczu. 

Zdawałem sobie sprawę, że na tej pięcie nie ujdę daleko, ale wpadłem na dość pomysłowy sposób. 

W krzakach ułamałem gruby sękaty kij, obrównałem scyzorykiem, zostawiając u góry rozwidlenie na 
wysokość  pachy,  czyli  po  prostu  zrobiłem  sobie  taką  prymitywną  kulę,  która  w  zasadzie  zdała 
egzamin ale nie na długo, jako że, nie dopasowana, uwierała w rękę. Wobec tego szedłem trochę na 
pięcie, a trochę przy pomocy kija. I tak po jakiejś godzinie włączyłem się w ten kometowy warkocz. 

Była już godzina dziesiąta, gdy pułk zatrzymał się w jakiejś wiosce. Kiedy ja doszedłem, żołnierze 

ułożyli się już do spania w stodołach, tylko nieliczni wstępowali do domów, prosząc o posiłek. 

Ja również wstąpiłem, ale moim zamiarem było umycie się i wymoczenie nóg. Dobra gosposia 

przygotowała mi ceber ciepłej wody, w której po umyciu się zacząłem moczyć nieszczęsne kończyny 
dolne. I teraz zrobiłem zadziwiające odkrycie wyjaśniające przyczynę bólu. Na stopie miałem kilka 
guzów.  Były  to  drobne  kamyczki  wielkości  ziarenek  laskowego  orzecha,  które  dostawszy  się  tam 
podczas  szalonego  biegu  do  mostu  na  Przemszy,  zostały  wgniecione  w  oparzelinę  i  były 
niewidoczne. Sądziłem, że po usunięciu wszystko się uspokoi, ale niestety. Miałem już stan zapalny, 
a możliwe, że pozostały jeszcze jakieś drobne kamyczki pod skórą. Dość na tym, że w dalszym ciągu 
musiałem  chodzić  na  pięcie.  (Kij  rzuciłem  gdzieś  po  drodze,  bo  wstydziłem  się  iść  podparty  tym 
wstrętnym kosturem). 

background image

Wyszedłem na pole, mając zamiar pójść do stodoły. Noc była ciepła i widna, bo na niebie świecił 

księżyc. Panowała względna cisza. Przez lekko uchylone drzwi wsunąłem się do stodoły, ale przy 
pierwszym  kroku  nadepnąłem  na  śpiącego  żołnierza;  ten  głośno,  paskudnie  zaklął.  Inni, 
przebudziwszy się, zaczęli krzyczeć: 

— Co za sk....syn łazi i spać nie daje. 
Wyszedłem szybko przed stodołę i gdy zacząłem rozwiązywać leżące tu wiązki słomy, aby sobie 

zrobić legowisko, podszedł do mnie jakiś oficer i powiedział: 

— Będziecie pełnić służbę wartowniczą. 
No cóż! Powiedziałem: 
— Rozkaz! 
Wziąłem  karabin  na  pas  i  zacząłem  chodzić,  oczywiście  na  pięcie.  Oficera  nie  znałem,  ale 

prawdopodobnie był to pełniący funkcję inspekcyjnego. Po jego odejściu mogłem wejść do jakiejś 
innej  stodoły  czy  szopy  albo  na  strych,  i  szukaj  wiatru  w  polu.  Ale  dla  mnie  rozkaz  był  zawsze 
rozkazem,  należało  go  wykonać,  tym  bardziej  że  to  była  wojna  i  chodziło  mi  o  dobro  i 
bezpieczeństwo wojska. Jedyne wykroczenie, jakie popełniłem, to siadanie co jakiś czas na krzyżaku 
do rżnięcia drzewa, aby nie męczyć chorej nogi. 

Mijały kwadranse. Robiło się coraz bardziej cicho, tylko ze stodoły słychać było głośne chrapanie 

ś

piących. Księżyc osiągnął już swój szczyt. W pewnym momencie usłyszałem gdzieś w oddali cichy 

rewolwerowy  strzał.  Po  tym  strzale  ktoś  szybko  biegł  przez  sad,  potem  nastąpiło  dobijanie  się  do 
okna i czyjeś wołanie jęczącym głosem: 

— Otwórzcie! Otwórzcie! 
Wpuszczono go do chaty. Był to ten plutonowy, który straszył raportem żołnierzy w drodze do 

Piotrowic,  gdy  zmęczeni  usiedli  na  chwilę.  Plutonowy,  manipulując  coś  koło  własnego  pistoletu, 
postrzelił  się  niby  przypadkowo  w  rękę  czy  palec.  Kiedy  się  o  tym  dowiedziałem,  przyszło  mi  na 
myśl, że w czasie tamtej wojny niektórzy rozmyślnie ranili się w palec (przeważnie wskazujący) i 
tym sposobem uwalniali się na jakiś czas od frontu. Za jakieś dwadzieścia minut znowu usłyszałem 
strzał. Tym razem był to strzał karabinowy. Natychmiast potem ktoś znowu strzelił, tylko nieco dalej. 
Wkrótce puknęło gdzieś w dolinie. 

Wszczęto alarm. Rozespani żołnierze wyskakiwali ze stodoły gromadząc się na podwórku. Ponad 

naszymi  głowami  zaczęły  gwizdać  pociski.  Żołnierze  nie  namyślając  się  zaczęli  również  strzelać. 
Oficerowie biegali między rejonami zakwaterowań, aby położyć kres bratobójczej potyczce. Cały ten 
incydent  spowodowany  był  normalną  psychozą,  a  zaczęło  się  od  tego,  że  wartownik  strzelił  do 
jakiegoś przechodzącego między domami chłopa. Inny wartownik, myśląc, że ktoś strzela do niego, 
odpowiedział ogniem i tak powstała reakcja łańcuchowa. 

Po tym incydencie wyprowadzono nas na drogę, gdzie staliśmy jeszcze dość długo. A tymczasem 

robił się dzień. 

Zdawałem  sobie  sprawę,  że  ze  względu  na  chorą  nogę  nie  nadążę,  i  zwierzyłem  się  dowódcy 

plutonu. Poradził mi udać się do majora B., aby ten pozwolił mi skorzystać z jakiegoś wozu. Major B. 
widząc mnie idącego na pięcie zapytał groźnie: 

— A wy dokąd, kapralu? 
Powiedziałem, że jestem kulawy i proszę, aby zezwolił mi już powoli iść, bo potem nie nadążę za 

wojskiem... I wtedy usłyszałem: 

— Wróć, ho zastrzelę jak psa! 
Wróciłem z goryczą w sercu i wielkim żalem. Po chwili pułk ruszył dalej. Ja oczywiście zacząłem 

zostawać coraz bardziej w tyle. Wtedy od przodu zawrócił jeden z żołnierzy i ofiarował mi swoją 
pomoc, podobnie jak to zrobili ci dwaj wczoraj. Znaliśmy się tylko z widzenia, jak to w kompanii, 
nawet nigdy z nim nie rozmawiałem. Dobry, kochany człowiek. Jak się nazywał, nie pamiętam. Na 
imię było mu Jan. Z zawodu był rolnikiem, gdzieś koło Wieliczki. Teraz mieliśmy okazję poznać się 
dobrze  i  serdecznie  zaprzyjaźnić.  Zostawaliśmy  jednak  coraz  bardziej  w  tyle.  Na  szczęście  pułk 
rozciągnął  się  na  długość  około  dwóch  do  trzech  kilometrów.  I  tak  wlekliśmy  się  w  ogonie 
maruderów. 

background image

Po kilkunastu kilometrach zobaczyłem z prawej strony szosy dużą grupę chłopów którzy stali z 

wozami  i  całym  dobytkiem,  czekając  widocznie  na  przejście  wojska.  Na  szosie  stał  ktoś 
(prawdopodobnie  był  to  wójt  albo  sołtys),  kto  podniecanym  głosem  mówił  do  zebranych.  (Chyba 
starał  się  odciągnąć  ludzi  od  zamiaru  opuszczenia  wioski).  W  pewnej  chwili  ten  wójt  czy  sołtys 
zapytał przechodzącego oficera: 

— Panie, czy my też mamy uciekać? 
Oficer wzruszył ramionami i odpowiedział: 
— To nie moja sprawa. 
I wtedy ów chłop zapytał znowu: 
— A cy bedzie tu wojna? 
—  Nie  wiem  —  powiedział  porucznik  i  machnąwszy  ręką  poszedł  dalej.  Gdy  ja  doszedłem, 

powiedziałem: 

— Ludzie, wracajcie do domów, tu nie będzie żadnej wojny. O ile będzie, to koło Krakowa, więc 

wy będziecie bezpieczni. 

Ludzie  przyjęli  to  oświadczenie  z  pewnym  sceptycyzmem,  ale  ten  „Kierdziołek”  był  bardzo 

zadowolony z mojej odpowiedzi i zwrócił się do mnie: 

— Przecie, panie, jo im godom, kaz chcą iść na taką poniewierkę. Jo byłem na tamtej wojnie, to 

wiem, jak to jest. 

Po  chwili  oglądnąłem  się  i  zobaczyłem,  że  ludzie  zaczęli  zawracać  i  powoli  rozchodzić  się  do 

swoich  domów.  Byłem  bardzo  zadowolony  z  siebie  –  oczywiście  w  grę  wchodziła  tu  sprawa 
prestiżowa.  Wiedziałem  przecież,  że  większość  tych  ludzi  odniosła  się  do  moich  rad  z 
niedowierzaniem, no, bo to oficer nie wie, a taki nędzny kapralina ma wiedzieć. No, ale ważne było 
to, że wrócili. 

Kto  był  na  wojnie,  ten  wie,  co  przechodzili  ci  nieszczęśliwi  uciekinierzy:  ginęli  tak  samo  jak 

ż

ołnierze  od  bomb  i  kul  niemieckich;  cierpieli  głód  i  poniewierkę;  powodowali  wiele  korków  na 

drodze,  a  przy  tym  dla  maszerujących  żołnierzy  byli  istną  szarańczą,  objadającą  sady  z  owoców  i 
pobliskie pola z warzyw, podobnie bywało z wodą, tak że w studniach pozostawało trochę rzadkiego 
błota. 

A my z Jasiem wlekliśmy się dalej za wojskiem. Przechodząc koło wiejskiego sklepu wstąpiłem z 

zamiarem  sprzedania  tych  machorkowych,  ale  okazało  się,  że  przeszło  siedemdziesiąt  procent  nie 
nadawało się do użytku, jako że tytoń wysypał się z bibułki. Za całe zaofiarowano mi kilka paczek 
rarytasów śląskich, na co ja się chętnie zgodziłem. Przed Kryspinowem Jasio zaproponował, abyśmy 
sobie kupili też w wiejskim sklepiku jaj i zrobili – jak się wyraził – jajochę. Był to nie lada posiłek. 
Piętnaście dużych jaj i pół litra gęstej śmietany, bo słoniny nie było, no i do tego połówka wiejskiego 
chleba. Mimo silnego głodu nie daliśmy rady zjeść wszystkiego. 

Może  jakieś  pół  kilometra  dalej,  gdzie  zatrzymał  się  na  odpoczynek  nasz  pułk,  zobaczyłem 

idącego naprzeciw nas kuzyna Staszka. Szukał mnie, gdy się dowiedział, że jestem aby mi pomóc. 
„Mówi przysłowie niedźwiedzie, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie”. Wczoraj ci dwaj 
ż

ołnierze – dziś Jaś od Wieliczki i kuzyn Staszek. 

Przyszliśmy  w  samą  porę,  bo  przy  kuchniach  polowych  utworzyły  się  już  długie  kolejki  po 

jednodaniowy  obiad,  to  jest  ryż  z  konserwą  mięsną.  Następnie  żołnierze  wspięli  się  po  stromym 
zboczu  na  wapienne  wzgórze  porośnięte  lasem  sosnowym.  Było  to  wymarzone  miejsce  do 
wypoczynku;  co  kto  chciał:  cień,  półcień  i  nad  samą  skarpą  słońce.  Ja  oczywiście  wybrałem  to 
ostatnie. 

Ponieważ  w  moim  żołądku  ze  względu  na  obfitą  „jajochę”,  którą  zjedliśmy  nie  więcej  niż  pół 

godziny temu, nie było już miejsca na obiad, trzeba było kogoś obdarzyć tym posiłkiem. I właśnie 
przyszedł kuzyn. Teraz  nastała kolej na wypoczynek.  Zrzuciłem z siebie mokry  od potu mundur  i 
koszulę, zdjąłem buty i zacząłem się pławić w promieniach słonecznych. Ach, cóż to było za błogie 
uczucie.  Kiedy  tak  leżeliśmy  ze  Staszkiem,  stało  się  coś  nadzwyczajnego.  W  jednej  z  ładownic 
nanizanych na pas eksplodowały pociski. Dymiącą i poszarpaną ładownicę wraz z pasem i innymi 
ładownicami Staszek kopnął ze skarpy w dół. 

background image

Nie obeszło się jednak bez przykrych następstw. Stojący tyłem do nas żołnierz zaczął się jakoś 

wyginać (pocisk utkwił mu w łopatce), a na mundurze ukazała się plama krwi. Koledzy sprowadzili 
go na dół, stamtąd odtransportowali do Krakowa. I tak, wbrew woli, zakończył działalność wojenną. 

Po odejściu kuzyna położyłem się; aby się trochę przespać, jak to zrobili inni, i wtedy przez rzadko 

rosnące  drzewa  zobaczyłem  lecące  na  Kraków  niemieckie  samoloty.  Natychmiast  ponad  nimi 
zaczęły  tworzyć  się  białe  obłoczki  i  słychać  było  takie  przytłumione:  pach,  pach,  pach.  Samoloty 
odleciały. Zaraz po tym wydarzeniu, w dole poza szosą zaterkotał erkaem. Czyżby zbliżali się już 
Niemcy? 

Od  żołnierza,  który  po  chwili  przyszedł  na  wzgórze,  dowiedziałem  się,  że  jakiś  chłop  idący  w 

stronę  Liszek stanął na chwilę, gapiąc się na wojsko, i to go zgubiło. Nie miał żadnych dowodów 
tożsamości, więc załatwili go serią z erkaemu. 

Nie  zdążyłem  się  nawet  zdrzemnąć,  gdy  zarządzono  zbiórkę  na  szosie.  Była  może  godzina 

szesnasta. Staliśmy już gotowi do odmarszu, gdy siedzący na koniu kapitan Z. przemówił: 

—  Żołnierze!  Niemcom  wypowiedziały  wojnę  następujące  państwa:  Anglia,  Francja,  Belgia, 

Holandia,  Luksemburg,  Rumunia,  Bułgaria,  Jugosławia  i  Rosja  Sowiecka.  Hiszpania,  Włochy  — 
mówił dalej kapitan — ogłosiły neutralność. 

Któryś z żołnierzy zażartował: 
— To my powinniśmy iść już do domu. 
O  tym,  że  Niemcom  wojnę  wypowiedziały  Anglia  i  Francja,  dowiedzieliśmy  się  wczoraj  od 

ludności  cywilnej  Chrzanowa.  Była  to  dla  nas  bardzo  miła  wiadomość.  Mnie  zaś  szczególnie 
uradował teraz fakt, że Rosja przystąpiła do wojny. Wiedziałem o tym, że Rosja proponowała Polsce, 
aby  w  wypadku  agresji  niemieckiej  rząd  polski  zezwolił  na  przemarsz  wojsk  radzieckich. 
Oczywiście, że rząd polski z powodów zrozumiałych tę propozycję odrzucił. Teraz, gdy armia polska 
jest związana walką z Niemcami, Rosja nie będzie się pytać, czy można. Jeszcze trochę, a ze wschodu 
nadciągnie mrowie czołgów, a niebo zaciemni się od samolotów, których – jak mówiła propaganda – 
Rosja ma bardzo dużo. My zaś, żołnierze, wraz z tą potężną armią przegonimy Niemiaszków, a kiedy 
po zwycięstwie wrócimy do kraju, nie będzie już kapitalistów i obszarników. Nie będzie bezrobocia i 
nędzy, wykorzenimy wszelkie zło! 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

WOKÓŁ KRAKOWA 

 
Podbudowany  tymi  optymistycznymi  wiadomościami  maszerowałem  z  jakąś  ufnością  w  sercu, 

tym bardziej że szliśmy w stronę Krakowa – tylko gdzie? Moim zdaniem powinniśmy iść do koszar w 
celu uzupełnienia stanu liczebnego pułku. Przecież pułk był tak przetrzebiony, że nie wiem, czy liczył 
połowę normalnego stanu, a wiem, że była druga mobilizacja i na pewno rezerwiści czekają na swoje 
wcielenie do pułku. Niezależnie od tego wyobrażałem sobie, że wokoło Krakowa roi się od ludności 
cywilnej, która kopie dla nas okopy, zaciąga druty kolczaste, buduje zapory przeciwczołgowe. Jakże 
niestety inna była rzeczywistość... 

Gdy przechodziliśmy ulicą Kościuszki, było już zupełnie ciemno. Ulica robiła wrażenie wymarłej: 

wszystkie okna były ciemne, a na ulicy – żywego ducha. I tak doszliśmy do mostu Dębnickiego. Tu 
jednak spotkało mnie rozczarowanie... Zamiast w lewo, w kierunku koszar, wojsko skręciło w prawo, 
na most prowadzący do Dębnik. Na ulicy Madalińskiego zobaczyłem stojącego na chodniku przed 
bramą samotnego mężczyznę. Zaraz podbiegł do niego jakiś oficer i zapytał: 

— Co pan tu robi? 
Ten, zdziwiony takim zapytaniem, odpowiedział spokojnie: 
— Stoję. 
Oficer skinął na przechodzących żołnierzy, aby zabrali tego szpiega. Cywil zaczął się wyrywać i 

głośno protestować: 

— Co panowie robią! To jest gwałt! Ja tu mieszkam! Nie ma takiego zarządzenia, że nie wolno 

stać przed domem! 

I wtedy dostał kolbą w plecy, aż się przegiął do tyłu, i szedł już spokojnie. Potem wszystko się 

wyjaśniło  Na  podstawie  dokumentów  stwierdzono,  że  mieszkał  na  Madalińskiego  i  że  był 
nauczycielem  lub  kierownikiem  szkoły  w  Dębnikach.  Szczęściarz!  Gdyby  był  zapomniał  zabrać 
dowody, byłby podzielił tego chłopa w Kryspinowie. 

Dalszy marsz odbywał się już bez przeszkód i tak doszliśmy do miejscowości Skotniki, znanej z 

wysokiej wieży ciśnień. Tu zatrzymaliśmy się. Było już po godzinie dwudziestej trzeciej Żołnierze 
zaczęli  się  szykować  do  spania,  gdzie  popadło.  Ja  wraz  kilkoma  innymi  ulokowałem  się  w 
opuszczonym domu, ciesząc się, że nareszcie będę się mógł przespać na łóżku. Niestety! Zarządzono 
dalszy  marsz.  Szliśmy  w  kierunku  północno-zachodnim  i  po  paru  kilometrach  znaleźliśmy  się  w 
innej  wiosce  –  jak  się  później  okazało  –  w  Kostrzu  (około  trzy  kilometry  od  Tyńca).  Żołnierze 
natychmiast  zapchali  sobą  wszystkie  stodoły  i  rozścieliwszy  trochę  słomy  kładli  się  w  ubraniu  do 
snu. Wydawało mi się, że jeszcze nie zasnąłem dobrze, gdy któryś z kolegów zaczął mnie szarpać 
gwałtownie; doprowadzony tym do wściekłości, wypowiedziałem pod jego adresem bardzo brzydkie 
słowo i jeszcze zagroziłem, że rozwalę mu łeb karabinem. Oczywiście, gdy ochłonąłem, bardzo tego 
ż

ałowałem  i  chętnie  bym  go  przeprosił,  ale  nie  wiedziałem,  który  to  był.  A  tymczasem  stodołą 

wstrząsnęły  odgłosy  silnych  detonacji,  nie  wiem  jednak,  czy  były  to  eksplodujące  pociski,  czy 
strzelająca artyleria. Przez uchylone drzwi stodoły szybko wymykali się żołnierze, a ja oczywiście też 
za  nimi.  I  potem  wszystko  pędziło  na  złamanie  karku  gdzieś  w  dół,  aż  wreszcie  zatrzymano  to 
pędzące wojsko i wydano rozkaz okopania się. 

Było  już  prawie  widno,  kiedy  ukończyliśmy  robotę  tej  „kreciej”  fortyfikacji.  Teraz  zaczęliśmy 

wyrywać suche ziemniaczane badyle wyścielając nimi wnęki strzeleckie w nadziei, że nim dojdzie do 
krwawej rozprawy – będzie się można trochę przespać. Mając wolny czas zacząłem się rozglądać po 
okolicy, chcąc się zorientować, gdzie właściwie jesteśmy. Z lewej strony na pochyłości, po której tak 
pędziliśmy, stało kilka nędznych wiejskich chałup. Z tyłu, w odległości około trzydziestu metrów, 
było wzgórze kształtem przypominające sztuczny kopiec o nieco elipsowym wierzchołku. Na stoku 
tego wzgórza spod darni wyzierała biała czaszka wapienia. Z prawej strony znajdowała się łąka, a za 
nią w odległości około dwustu metrów widać było wały wiślane. Za Wisłą na górze bielił się klasztor 
kamedułów. To odkrycie przygnębiło mnie i poczułem żal do tych, którzy kierowali ruchami naszych 
wojsk... No bo proszę! Wczoraj około godz. 18 byliśmy po drugiej stronie Wisły i aby znaleźć się tu, 
trzeba było zrobić ponad dwadzieścia kilometrów drogi. Organizacja godna czasów Mieszka I. Czy 
nie można było znaleźć sposobu, aby zmęczone wojsko przetransportować na drugą stronę Wisły? 

background image

Jeżeli  już  z  jakichś  przyczyn  technicznych  nie  dało  się  tego  zrobić,  to  gdybyśmy  szli  od  mostu 
Dębnickiego w kierunku Tyńca, droga byłaby skrócona o około dwie trzecie. 

Obok na łące łaziły bezpańskie łaciate krowy o nabrzmiałych od mleka wymionach. Narwałem 

soczystych buraczanych liści i udałem się w kierunku najbliżej stojącej krowy w nadziei, że uda mi 
się udoić mleka do menażki. Krowa nie dała się nabrać na tę smaczną przynętę i zaczęła uciekać. 
Wtedy obok mnie świsnął pocisk, jeden, potem drugi i trzeci. Strzelano od tyłu. Obejrzałem się. W 
odległości około trzystu metrów było dość wysokie wzgórze, po którym łazili polscy żołnierze. To 
stamtąd  strzelano.  Ale  dlaczego?  Czyżby  wzięto  mnie  za  Niemca  przebranego  w  polski  mundur? 
Przezorność kazała mi udać się do wnęki. 

Ż

ołnierze już spali. Ja również nosiłem się z tym zamiarem i wtedy przyszedł goniec, abym zgłosił 

się wraz z dwoma żołnierzami do dowódcy kompanii. Ten z trzema dowódcami plutonów stał na tym 
wzgórzu  w  kształcie  kopca.  Otrzymałem  rozkaz  udania  się  pod  wskazany  dom  i  czekania  tam  na 
dalsze dyspozycje. 

Usiadłem  w  oznaczonym  miejscu  w  cieniu  jakiegoś  rozłożystego  drzewa.  Żołnierze  również 

opuszczali swoje wnęki, gdyż słońce zaczęło prażyć coraz bardziej, i po chwili zebrała się tu cała 
niemal drużyna. Teraz miałem okazję do podzielenia papierosów uzyskanych z handlu zamiennego. 
Chwilę gwarzyliśmy, ale zaraz zmorzył nas sen. Nie spałem długo, bo ogromnie cięły bąki i muchy. 
Zacząłem  się  rozglądać  po  okolicy.  Na  południowym  wschodzie,  gdzieś  w  rejonie  Mogilan  czy 
Myślenic, widać było snujące się dymy. Nad Krakowem ukazał się niemiecki samolot i natychmiast 
ponad nim zaczęły wykwitać ciemne obłoczki pękających pocisków artylerii przeciwlotniczej, a po 
chwili dało się słyszeć to charakterystyczne pach, pach, pach. Potem samolot obniżył się i obłoczki 
również. Co się dalej stało – nie wiem, ponieważ widok przesłaniały wzgórza. 

Na południowym zachodzie, w odległości około 25 km, była moja rodzinna wioska, Marcyporęba, 

gdzie mieszkała młodsza siostra z dwojgiem małych dzieci. Zdałem sobie sprawę, że siostra jest już 
po tamtej stronie frontu. Nie przejmowałem się jednak tym, wierząc, że tu, na naszej obronie, Niemcy 
połamią sobie zęby i wtedy będziemy ich pędzić na zachód. Kto wie, czy w tym pościgu droga nie 
będzie  prowadzić  przez  moją  wioskę.  Niepokoiły  mnie  jednak  te  dymy,  które  z  upływem  czasu 
przesuwały się w kierunku północno-wschodnim. 

I tak minął dzień dobrego wypoczynku. Ale za to nie otrzymaliśmy żadnego jedzenia; dlaczego? 

Nie wiem. 

Po zachodzie słońca ruszyliśmy w kierunku Skotnik. Dowódca kompanii polecił mi ubezpieczać 

maszerującą  kolumnę  od  tyłu.  Rozstawiłem  swój  patrol  w  ten  sposób,  że  utworzyliśmy  trójkąt 
wierzchołkiem od tyłu. Szedłem za wojskiem samotnie na odległość wzroku, oglądając się wciąż za 
siebie,  czy  przypadkiem  od  Tyńca  nie  nadjeżdża  patrol  niemiecki.  A  tymczasem  robiło  się  coraz 
bardziej szaro. W pewnej chwili, kiedy się znów oglądnąłem, zobaczyłem, że od domów, od których 
oddaliliśmy  się  na  odległość  około  jednego  kilometra,  zaczął  przesuwać  się  dość  szybko  wzdłuż 
drogi jakiś biały punkt... Był to pies. Zdjąłem z ramienia karabin – no bo kto może wiedzieć, jakie są 
jego zamiary. Może wściekły? Pies widząc, że stanąłem, zatrzymał się, ale machał zakręconym do 
góry ogonem, co u psa oznacza, że nie żywi złych intencji. Zacząłem go wabić, a on jakby tylko na to 
czekał, podbiegł do mnie, ciągle machając po przyjacielsku ogonkiem. Zacząłem się zastanawiać, co 
go  skłoniło,  że  opuścił  swój  dom  i  ruszył  za  wojskiem?  W  wiosce  nie  było  nikogo.  Jak  się 
dowiedziałem po wojnie, część gospodarzy opuściła swoje domy, udając się na tak zwaną popularnie 
uciekinierkę, a tylko niektórzy ukryli się w starych austriackich fortach. I tak ten pies towarzyszył mi 
przez dłuższy czas, aż w pewnej chwili stanął, jak gdyby rozważał, czy dobrze robi idąc z wojskiem. 
Zacząłem  go  znowu  wabić,  ale  pies  stał  w  miejscu,  aż  wreszcie  zawrócił  powoli,  z  opuszczonym 
ogonem,  i  po  chwili  zniknął  w  ciemności.  Żałowałem,  że  nie  miałem  chleba.  Chętnie  dałbym  mu 
kawałek za to odprowadzenie, ale ja sam byłem głodny jak ten pies... Taka to była żołnierska i psia 
dola na tej wojnie. 

W  Skotnikach  moja  funkcja  skończyła  się  i  szedłem  teraz  w  zwartym  szeregu.  W  górze 

zaskowyczał artyleryjski pocisk, który upadł gdzieś w polach, nie wyrządzając żadnej szkody. W ślad 
za nim leciały rytmicznie co kilkadziesiąt sekund inne. Dwa z nich były niewypałami, co napełniło 
mnie otuchą, że to pewnie sprawa antyfaszystów, którzy będą robić wszystko, aby Hitler tej wojny 

background image

nie  wygrał.  Szliśmy  w  kierunku  Kobierzyna.  Było  już  zupełnie  ciemno.  W  pewnej  chwili  jakiś 
ż

ołnierz prowadzący rower powiedział do mnie mrukliwym głosem: 

— Weź i prowadź chwilę ten rower! 
Nie  namyślając  się  wziąłem,  w  nadziei  że  będę  mógł  na  nim  jechać.  Próbowałem  wsiąść,  ale 

okazało  się,  że  to  nie  takie  proste.  Ciężar,  jaki  dźwigałem  na  plecach,  a  także  maska  i  ładownice 
utrudniały  usadowienie  się.  Po  kilku  nieudanych  próbach  wpadłem  wreszcie  na  sposób:  oparłem 
rower o słup telegraficzny i ruszyłem. I teraz dopiero wyszło szydło z worka: ten żołnierz chciał się 
pozbyć pojazdu, bo w przednim kole nie było prawie powietrza, a w tylnym zaznaczał się już pewien 
ubytek. Rower drgał na kamienistej drodze, podskakiwał, ale że droga prowadziła w dół, więc jechało 
się jako tako. A na zakopiańskiej asfaltówce szło już całkiem przyzwoicie, tym bardziej że w dół, a 
asfalt był rozmiękczony dziennym upałem. 

Wojsko maszerowało w kierunku ul. Kalwaryjskiej. Teraz byłem pewny, że idziemy do koszar. To 

było  moim  marzeniem.  Nie  chodziło  nawet  o  ten  odpoczynek  czy  zjedzenie  jakiegoś  dobrego 
posiłku,  mnie  zależało  na  tym,  aby  się  dowiedzieć  czegoś  o  najbliższej  rodzinie.  Szczególnie 
myślami byłem przy ukochanej siostrze z Azorów... Martwiłem się o nią. Ludzie od wiosny robili 
zapasy żywności na wypadek wojny, a siostra nie miała nic, gdyż każdy grosz wkładali z mężem w 
dom,  który  chcieli  wykończyć  przed  zimą.  Niezależnie  od  tego,  siostra  była  w  siódmym  miesiącu 
ciąży, potrzebowała spokoju i dobrego samopoczucia... A tu masz! – przeklęta wojna. Liczyłem na 
szwagra. To był mądry i zapobiegliwy człowiek, a przy tym stary wojak i patriota. W tamtą wojnę 
jako siedemnastoletni chłopiec zgłosił się do Legionów i walczył na wielu frontach. Wierzyłem, że 
jako doświadczony wytłumaczy żonie, że przegrana bitwa nie jest jeszcze przegraną wojną. 

Jakież było moje rozczarowanie, kiedy zobaczyłem, że czoło kolumny skręca przy Matecznym w 

prawo. A więc z koszar nici. Omijamy Kraków z kierunkiem na wschód. Teraz dopiero zrozumiałem, 
dlaczego. Te dymy, które widziałem po południu, świadczyły, że Niemcy obchodzą nas od tyłu. No, 
cóż robić, trzeba się z tym pogodzić. 

Przerażał  mnie  jednak  ten  nocny  marsz,  i  w  dodatku  na  głodnego.  Jak  na razie  jechałem  na  tej 

dryndzie.  Gdzieś  w  rejonie  Woli  Duchackiej  droga  prowadziła  spadzisto  w  dół.  Rower  zaczął 
nabierać coraz większej szybkości. Teraz zorientowałem się, że nie ma żadnych hamulców. Żołnierze 
nie  reagowali  na  moje:  hop!  hop!  hop!  Groziła  poważna  kraksa.  Aby  tego  uniknąć,  skręciłem  w 
prawo  –  myśląc,  że  uda  mi  się  przejechać  płytki  rów  i  skręcić  pod  górę.  Przerachowałem  się... 
Zostałem wyrzucony z koziołkującego roweru i stłukłem sobie goleń lewej nogi o kierownicę. Przez 
jakiś czas kulejąc prowadziłem rower. Potem proponowałem innym, a gdy nie znalazłem chętnych, 
oparłem go o drzewo, aby prawowity właściciel mógł go zobaczyć i zabrać. 

Przechodziliśmy w pewnej odległości od fabryki drożdży w Bieżanowie. Widać było dopalający 

się budynek fabryczny. Wysoko w górze – oczywiście niewidoczne – leciały w kierunku zachodnim 
jakieś  samoloty.  Z  ciężkiego  falowego  warkotu  wywnioskowałem,  że  leciało  ich  bardzo  dużo.  To 
pewnie  rosyjskie  –  pomyślałem,  wszak  wczoraj  kpt.  Z.  mówił,  że  Rosja  jest  w  stanie  wojny  z 
Niemcami. Odczułem jakąś wewnętrzną radość,  że czerwoni lotnicy będą tej nocy tłuc to  gniazdo 
faszystowskie ze słowami: „To za napaść na nasz bratni naród, za krew i mękę żołnierza polskiego, za 
spalone  domy  w  miastach  i  wsiach  polskich  i  za  tułaczkę  ludności  cywilnej”.  Mimo  woli 
wspomniałem tego psa, który odprowadził mnie przeszło kilometr drogi, a teraz, biedny, wyje pewnie 
z głodu i tęsknoty za ludźmi. 

Od  dziecka  miałem  zwyczaj  obserwować  ciała  niebieskie.  I  tu,  idąc  na  wprost  świecącego 

księżyca, patrzyłem na niego. Wydawał mi się jakiś dziwny – jeśli chodzi o kolor. To nie był ten 
księżyc  świecący  srebrzyście  jak  stal,  ale  wyglądał  jak  zawieszony  na  niebie  miedziany  krążek. 
Przyczyną tego prawdopodobnie były pyły wzbijane w górę tysiącami żołnierskich butów i setkami 
różnego rodzaju pojazdów. 

Mijały godziny. Zmęczenie żołnierzy osiągało już swój szczyt. Szli zgarbieni i milczący. Bluzy 

mieli w okolicy plecaka czarne od potu. Do tych trudów dołączał się jeszcze przeklęty kurz, który 
utrudniał normalne oddychanie. Co chwila któryś z żołnierzy schodził z szosy za rów i tam siadał, ot 
tak, aby odetchnąć czyściejszym powietrzem. Na to tylko czekał Morfeusz... Zjawiał się natychmiast, 
a  żołnierz  przymykał  oczy  i  zasypiał.  Jeszcze  w  tych  swoich  marzeniach  sennych  nie  zdążył 

background image

przenieść się w rodzinne pielesze, gdy stawał przy nim kolega i tak długo nim tarmosił, aż biedak 
otwierał  oczy,  rozglądał  się,  nie  mogąc  zrozumieć,  co  to  się  stało,  wreszcie  się  dźwigał  ciężko, 
wchodził na szosę i szedł dalej, ale z zamkniętymi oczami. Robił wrażenie pijanego, balansując po 
całej drodze. Bywało, że piersią uderzył w plecak swojego poprzednika albo ramieniem zahaczył o 
drzewo  lub  słup  telegraficzny,  w  przypadku  zaś  zaczepienia  nogą  o  jakiś  wystający:  kamień 
zachowywał się jak krótkodystansowiec: najpierw biegł szybko pochylony, potem zwalniał, i tak w 
kółko. 

Ja byłem o tyle w gorszej sytuacji, że oprócz tej odparzonej prawej nogi i potłuczonej na rowerze 

lewej, miałem tak zwane płaskie stopy. Wprost wierzyć się nie chce, że poborowa komisja lekarska 
nie zauważyła tego. Wprawdzie ta wada nie była podstawą do zwolnienia ze służby wojskowej, ale 
płaskostopych wcielano do kawalerii, artylerii, taborów, konnych zwiadów itp. Ja już na manewrach 
odczuwałem bóle w okolicy kostek, ale co to były wtedy za marsze: dziesięć, piętnaście kilometrów. 
Teraz robiło się około pięćdziesięciu km na dobę, i to było dla mnie straszne, tym bardziej że marsze 
odbywały się bez żadnych odpoczynków. 

Tak  w  tej  męce  doczekaliśmy  wreszcie  świtu.  Żołnierze  zaczęli  się  jakby  budzić  z  tego 

marszowego snu. Tu i ówdzie rozmawiano, ktoś głośno ziewał. Inni czyścili swoje płuca charkając i 
odpluwając  błotnistą  maź.  Koło  studzien  zbierały  się  duże  grupy  żłopiących  chciwie  wodę.  Inni 
otrząsali resztki owoców, zazwyczaj niedojrzałych albo dzikich, bo szlachetnych wcale nie było. Inni 
znów wyruszali w pola w poszukiwaniu marchwi albo brukwi. 

Tak  doszliśmy  do  Niepołomic.  Na  skraju  miasteczka  stało  kilka  furmanek.  Na  jednej  z  nich 

siedziała młoda pani obdarowując żołnierzy cukierkami. Była to właścicielka sklepu cukierniczego w 
Krakowie. Doszedłem do niej, bo chciałem się czegoś dowiedzieć. No i dowiedziałem się, że Kraków 
ma być oddany Niemcom dziś, to znaczy 6 września, i że przedtem był rozkaz, aby mężczyźni zdolni 
do noszenia broni opuścili miasto. Opowiedziała mi też bardzo przykrą sprawę: jak to pewna część 
zwyrodniałego  krakowskiego  społeczeństwa  zrabowała  na  stacji  mienie  Ślązaków  wysłane 
pociągami do Krakowa. To wszystko oczywiście bardzo mię przygnębiło. Kraków oddano bez walki, 
aby oszczędzić zabytki. To my nie będziemy odbijać Krakowa ze względu na te zabytki? Dziwne to 
wszystko! 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ZNOWU ODWRÓT 

 
Minęliśmy  Niepołomice  i  weszliśmy  do  jakiejś  wioski,  gdzie  było  ogromnie  dużo  wojska. 

Prawdopodobnie spotkała się tu cała nasza dywizja. Na polu, w otoczeniu oficerów sztabowych, stał 
generał  Mond.  Znałem  go  dobrze,  gdyż  był  obecny  przy  końcowych  egzaminach  szkoły 
podoficerskiej w 12 pp., a następnie jadł obiad wspólnie z absolwentami, którzy ukończyli szkołę z 
wynikiem bardzo dobrym i dobrym. Podobno bardzo lubił żołnierzy, a nie lubił młodych oficerów. 

Wysoko na niebie ukazały się niemieckie samoloty. Leciały ze wschodu. Niemcy – jak się później 

przekonałem – to ogromnie pracowity naród. Ci lotnicy zrobili swoje. Po ich odlocie gdzieś tam na 
wschodzie dymią zgliszcza, walają się rozbite wagony, sterczą powykręcane wybuchami szyny. A 
oni lecą po zasłużony wypoczynek. Po drodze zobaczyli, że i tu będzie można coś zrobić i hajże w 
dół! Za chwilę ostrzeliwali biegających żołnierzy. Kiedy przechodziliśmy przez Kraków, dwukrotnie 
obserwowałem  strzelającą  artylerię  przeciwlotniczą.  Co  stało  się  z  tą  artylerią?  Czyżby  oddając 
Kraków  bez  walki,  oddano  im  też  i  te  działa?  Dlaczego  dział  tych  nie  dołączono  do  krakowskiej 
dywizji, aby samoloty niemieckie nie gnębiły nas tak bezkarnie? 

Po  tym  nalocie  kompania  nasza  odeszła  jeszcze  nieco  dalej  i  w  sadach  rozlokowaliśmy  się  na 

odpoczynek. Wydano obiad. Ponieważ był to ostatni mój posiłek w 20 pp., warto by zrobić bilans 
aprowizacyjny do dnia 6  IX: trzy posiłki gotowane, raz kawa i półtora bochenka  chleba, z tym że 
jeden bochenek został w parku... Jak było w innych kompaniach, tego nie wiem. 

Do sadu przyprowadzono obcego żołnierza, który był bez plecaka i czapki. Jakiś oficer dopatrzył 

się w nim szpiega i przeprowadzał śledztwo. Żołnierz wyjaśniał, że jest z baonu saperów z Cieszyna 
i że się w drodze zgubił. Był żołnierzem czynnej służby, na co wskazywały krótko obcięte włosy. 
Oficer zawyrokował: „szpieg – rozstrzelać”. Za co? Tego nie wiem. Słyszałem cały dialog; nic nie 
wskazywało  na  to,  że  chłopak  był  szpiegiem.  Myślałem,  że  może  w  Cieszynie  nie  było  takiej 
jednostki wojskowej, ale jak się później przekonałem, była. A może pretekstem do wyroku były jego 
rude włosy? Decyzja zapadła. Kazano skazanemu odwrócić się, wyznaczony do egzekucji żołnierz 
rozkraczył się do pozycji strzeleckiej i... pach! Skazaniec drgnął, ale się nie przewrócił, tylko zaczął 
balansować nogami, przesuwając się skosem w lewo. Drugi strzał był celniejszy: żołnierz przewrócił 
się na twarz. 

To zdarzenie wywarło na mnie ogromnie przygnębiające wrażenie. Może nie dlatego, że zabito 

człowieka, ale dlatego, że zbyt pochopnie wydano wyrok skazujący na karę śmierci. Szpiegiem na 
pewno  nie  był,  a  to,  że  się  zgubił...  mój  Boże!  Takich  jak  on  było  tysiące,  a  między  innymi  i  ja. 
Dziwne w polskiej armii było to, że jedni mieli te blaszki zwane śmiertelnikami, a drudzy nie. W 
naszej  kompanii  były  przygotowane,  ale  nie  zostały  wydane.  Dlaczego?  Nie  wiem.  Pod  wieczór 
ruszyliśmy  dalej,  jak  się  później  okazało,  w  kierunku  Uścia  Solnego.  Mimo  trzygodzinnego 
odpoczynku czułem się gorzej niż przed odpoczynkiem. Nogi mnie bolały, szczególnie prawa stopa 
dawała znać, że odnowiła się oparzelina. No, ale cóż było robić? Zapadł wieczór i senność zaczęła 
ogarniać żołnierzy. Kurz był taki straszny, że aż dławiło. 

W  mroku  zobaczyłem  przechodzącego  koło  mnie  dowódcę  plutonu.  Tak  jakoś  z  głupia  frant 

zapytałem  go,  dlaczego  nie  organizujemy  jakiejś  obrony.  Porucznik  nic  nie  odpowiedział,  ale  w 
przodzie ktoś zawołał doniosłym głosem: 

— Co chcecie? Aby was rozstrzelać? 
Kto  to  powiedział?  Nie  wiem.  W  każdym  razie  nie  był  to  dowódca  kompanii,  bo  jego 

charakterystyczny głos znałem. Mógł to być dowódca innego plutonu albo jakiś sierżant. Obojętne, 
kto to był; głos ten stał się jakby kubłem zimnej wody wylanym na moją głowę. Ogarnął mnie jakiś 
dziwny lęk. Zdałem sobie sprawę, że żołnierz ma tylko słuchać rozkazów, bez względu na to, czy one 
są dobre, czy złe. Tak jakoś odruchowo zacząłem się wycofywać do tyłu, no bo a nuż temu komuś 
przyjdzie chęć odnalezienia tego, któremu się zachciewa obrony... 

Mijały  kilometry.  Wojsko  jak  zwykle  zaczęło  się  rozciągać.  Mnie  ogarniało  coraz  większe 

znużenie,  a  powieki  kleiły  się  do  snu.  W  pewnej  chwili  potknąłem  się  o jakiś  wystający  kamień  i 
runąłem  jak  długi  na  szosie.  Pamiętam  tylko,  że  policzek  i  ręce  zanurzyły  się  w  ciepłej  warstwie 
pyłu... i od razu usnąłem. 

background image

Ostatnia partia idących żołnierzy zaczęła mnie szarpać i podnosić do góry. Stanąłem, ale zdawało 

mi się, że runę z powrotem w ten pył... i wtedy zobaczyłem jakiegoś żołnierza, i powiedziałem mu, 
abyśmy się przespali z pół godziny w rowie, a później dogonimy wojsko. Ten żołnierz był chyba tak 
samo  wyczerpany  jak  ja,  od  razu  usiadł  w  rowie,  a  ja  koło  niego,  i  momentalnie  zasnęliśmy.  Ja 
ocknąłem się pierwszy, obudziłem towarzysza i weszliśmy na szosę. 

Na  niebie,  dość  wysoko  nad  horyzontem,  świecił  księżyc.  W  pewnej  chwili  mój  towarzysz  nie 

mówiąc nic zszedł z drogi i wlazł w krzaki. Normalna rzecz, zachciało mu się... Żeby nie tracić czasu, 
poszedłem naprzód oglądając się, ale żołnierz nie wychodził. Pewnie ma biegunkę – pomyślałem – 
ale nie czekałem. Uszedłem już może jakieś sto pięćdziesiąt metrów, a on wciąż nie wychodził. Usnął 
drań. Szedłem sam. Przy jednym domu koło płotu stał chłop ubrany w kamizelkę. Zapytałem go, jak 
dawno przeszło tędy wojsko. 

— Ooo, będzie już lepi jak dwie godziny! 
Zacząłem  obliczać.  Żołnierze  maszerują  około  czterech  kilometrów  na  godzinę,  więc  aby  ich 

dogonić, trzeba maszerować pięć do sześciu kilometrów na godzinę. Przyspieszyłem, podskakując na 
tej kulawej nodze, ale już po paru kilometrach doszedłem do przekonania, że nie dam rady. Byłem 
cały  mokry  i  tak  osłabiony,  że  zrezygnowałem  z  pośpiechu  i  szedłem  wolniej.  W  tym  miejscu 
gościńca  rosły  jakieś  grube  drzewa  górą  splecione  konarami,  tworząc  coś  w  rodzaju  mrocznego 
tunelu. W pewnej chwili usłyszałem tętent kopyt końskich. Obejrzałem się za siebie, ale z powodu 
półmroku nie rozpoznałem, kto to może być. Przyszło mi na myśl, że to albo patrol niemiecki, albo 
jakiś  polski  oficer.  Jedno  i  drugie  było  mi  nie  na  rękę...  Nie  chciałem  uciekać  ani  się  kryć,  gdyż 
jeździec  już  na  pewno  mnie  dostrzegł,  więc  w  przypadku,  gdyby  to  był  oficer  polski,  mógł  mnie 
posądzić  o  nieczyste  sumienie.  Jak  już  wspomniałem,  byłem  trochę  kulawy,  ale  teraz  udawałem 
bardzo kulawego. Włócząc prawą nogę jak ten Kuba Ślimaków, parobek z Placówki Prusa. Szedłem 
nie oglądając się, jak gdyby nic się nie działo, ale po jakimś czasie zaczął mnie ogarniać lęk. A nuż to 
jest oficer i zapyta mnie, dlaczego idą samotnie? Będę się tłumaczył, że mam chorą nogę. A jak nie 
uwierzy i wypowie to straszne słowo „szpieg”, sięgając do kabury po rewolwer? Jestem niewinny i 
nikt nie będzie do mnie strzelał za winy nie popełnione. Karabin miałem z przodu, zawieszony na 
szyi, tak że prawa ręka spoczywała na szyjce tuż koło zamka. Odruchowo przekręciłem skrzydełko 
odbezpieczając broń... Pomyślałem: gdy będzie chciał mnie zastrzelić, uprzedzę go. Co bym zrobił 
później, o tym nie pomyślałem. A tymczasem tętent zbliżał się coraz bardziej i kiedy uczułem już 
gorący koński dech na swojej szyi, usłyszałem głos: 

— Ty! Dawno tu przeszło wojsko? 
— Dwie godziny temu — odpowiedziałem. 
Był to „luzak”, bo oprócz konia, na którym jechał, prowadził jeszcze konia oficerskiego. 
Ż

ołnierz pojechał, a ja dalej szedłem w tę siną dal... Cieszyłem się, że nie doszło do tragedii, to jest 

do przelania bratniej krwi. Mnie zawsze przerażała śmierć, a jeszcze w dodatku śmierć spowodowana 
zabójstwem. Wprost wierzyć się nie chce, że mi mogła przejść przez głowę myśl zabicia człowieka. 
Znany  byłem  przecież  z  miękkiej  natury  sentymentalizmu.  Nie  kto  inny  tylko  ja  jako  chłopiec 
ratowałem muchę atakowaną przez drapieżnego pająka. Albo innym razem dostałem miotłą od mamy 
za to, że kiedy ona chciała właśnie miotłą zabić w sieni myszkę, ja niby niechcący odsłoniłem dziurę, 
ratując  życie  myszy,  no  i  oberwałem...  A  tu  planowałem  zabicie  oficera...  Ale  byłbym 
usprawiedliwiony, ponieważ działałbym we własnej obronie. 

Szara  ponura  aleja  skończyła  się  nareszcie  i  teraz  droga  prowadziła  przez  otwartą  przestrzeń. 

Księżyc  przesunął  się  już  na  zachodnią  część  nieba,  a  ja  wciąż  szedłem  samotnie.  Ale  oto  nowy 
kłopot... droga rozwidlała się i bądź tu mądry, którędy pójść? Wtedy przyszła mi do głowy myśl, żeby 
po  odciskach  butów  rozpoznać  właściwy  kierunek.  Kiedy  rozwidniło  się,  zobaczyłem  zarówno  z 
lewej,  jak  i  z  prawej  strony  małe  grupki  żołnierzy  szperających  po  polach  lub  sadach  za  jakimiś 
jarzynami lub owocami. Byli to jednak żołnierze nie z mojego pułku. Przyspieszyłem kroku, aby jak 
najszybciej  dojść  do  swojej  kompanii,  bo  to  wstyd,  żeby  kapral,  zamiast  dawać  przykład  innym, 
wlókł się gdzieś tam z tyłu. 

W miarę upływu czasu  na szosie było już coraz więcej żołnierzy, a między innymi spotykałem 

ż

ołnierzy  z  Dwudziestki.  Pewna  ich  część  szła  obwałowaniu  jakiejś  rzeki.  Zrobiłem  to  samo.  W 

background image

przeciwnym kierunku jechała chłopska furmanka. Oficer w stopniu porucznika zatrzymał ją i kazał 
chłopu zejść, a następnie zadał pytanie: 

— Dokąd jedziecie? 
— Do domu jadę, panie! 
— Skąd? 
— Odwoziłem cywilów (prawdopodobnie Żydów). 
— Do Niemców jedziecie? Jesteście szpiegiem! 
— A cóż wy, panie, mówicie, gdzież jo to szpieg! 
— Legitymację pokazać! — wołał podnieconym głosem oficer. 
— Nie wziąłem, panie, żadnych papierów. 
I wtedy ów oficer skinął na strzelca z erkaemem i powiedział: 
— Rozstrzelać. 
Chłop zbladł i zaczął się tak trząść, jakby miał febrę. Nie chciałem patrzeć na to, więc szedłem 

dalej. 

Po chwili usłyszałem terkot karabinu maszynowego. I tak nieszczęśliwy chłop padł ofiarą oficera 

zarażonego  histerią  szpiegowską.  Po  tym  przykrym  wydarzeniu  zszedłem  z  wału  na  szosę.  Po 
przejściu kilku kilometrów trafiłem na lukę między maszerującym wojskiem. Z lewej strony na wale 
siedziało około dwudziestu żołnierzy, wśród których widziałem dwóch kaprali. Jeden z nich zawołał: 
—  Gdzie  się  tak,  kolego,  spieszycie?  Macie  czas!  Chodźcie  tu  do  nas.  I  tak  g...o  z  tego!  Co?  Z 
bagnetami nam każą iść na czołgi. Zryć nie dają, tylko marsz i marsz. Tam Niemcy jadą sobie autami. 
U nich żarcie i wszystko, a u nas co? 

Tego  było  już  mi  za  wiele.  Zacząłem  się  rozglądać  za  jakimś  oficerem,  aby  wskazać  mu 

pozbawionych patriotyzmu żołnierzy, ale oficera nie było. A tam z tyłu dochodziły drwiące głosy: 

— Niemieckie działa biją: bum, bum, a nasze: puk, puk. 
Około  południa  udało  mi  się  dojść  do  mojej  kompanii.  W  przodzie  na  skrzyżowaniu  dróg  stał 

sierżant z opaską, który na polecenie dowódcy dywizji wskazywał, gdzie który pułk ma maszerować. 
Nasz pułk pomaszerował w lewo, w kierunku mostu na rzece Uszwicy. Przed mostem pozwolono 
nam się wykąpać, co było bardzo mądrym zarządzeniem, bo od czasu wybuchu wojny nie mieliśmy 
możliwości obmycia się. 

Podczas kąpieli żołnierze przypadkowo wypłoszyli z głębiny ogromnego, mającego około 80 cm 

szczupaka, który wypłynął na środek. Ale tu woda była płytka. Ryba odwróciła się w poprzek i przy 
pomocy skrzeli zsunęła się w dół rzeki. Ja i kilku innych pobiegliśmy, aby złapać zbiega. Nie było to 
jednak łatwe, bo kamienie na dnie były pokryte śliskimi glonami, co powodowało upadki. Szczupak 
więc niestety doczołgał się do głębszego miejsca i uciekł. 

Na brzegu pojawił się kuzyn Staszek. Opowiedział mi, że kiedy przechodziliśmy koło Krakowa 

przez  Wolę  Duchacką,  poszedł  do  mieszkających  tam  teściów,  ale  dom  był  pusty,  sąsiedni  zaś 
zburzony od bomby. Po kąpieli ruszyliśmy dalej. 

Przeszliśmy  most,  za  którym  droga  skręcała  w  prawo,  w  kierunku  lasu  radłowskiego.  Byliśmy 

pewni,  że  w  tym  lesie  zrobią  przerwę  i  wydadzą  posiłek.  Jakież  było  nasze  rozczarowanie,  gdy 
zobaczyliśmy jadące stamtąd zimne kuchnie. Na zapytanie, gdzie jadą, usłyszeliśmy, że po wodę do 
rzeki.  Rozgoryczeni  tym,  wygłodniali  żołnierze  zaczęli  złorzeczyć  i  przeklinać.  Zgodnie  z 
przewidywaniami zrobiono przerwę na skraju lasu, ale posiłku rzecz jasna nie wydano. 

Gdy pojawił się dowódca kapitan Ż., żołnierze nie ukrywając gniewu zaczęli wołać: 
— Panie kapitanie, dlaczego nie dostajemy jedzenia?! 
Kapitan zwrócił się do sierżanta, szefa naszej kompanii, z zapytaniem: 
— Dlaczego żołnierze nie dostają jeść? 
Sierżant wyprężył się jak struna i powiedział: 
— Mam powiedziane, że wszystko mam robić na rozkaz, a ja takiego rozkazu nie otrzymałem. 

Wtedy kapitan powiedział; jplfj§ 

— Jak się to jeszcze raz powtórzy, to zastrzelę jak psa! 
To groźne ostrzeżenie nie nakarmiło nas, co gorsza zarządzono odmarsz. 
 

background image

BITWA O MOST NA DUNAJCU W BISKUPICACH RADŁOWSKICH 

 
Nocny  marsz  z  7  na  8  września  był  chyba  najbardziej  męczący.  Była  to  prawdziwa  gehenna: 

zmęczenie, głód, senność, upał, no i ten dławiący kurz. 

Oczy same zamykały się do snu. Każdy szedł jak pijany. Jeden drugiemu deptał po piętach. Co 

chwilę słychać było ordynarne słowa: „Jakże leziesz, s...nu!” Jak długo szliśmy, nie wiem, gdyż tak 
jak i inni szedłem śpiąc. 

Wreszcie wyszliśmy z lasu na otwartą przestrzeń. Księżyc już nie świecił. Było ciemno. W pewnej 

chwili  wojsko  zatrzymało  się.  Żołnierze  natychmiast  pokładli  się  w  rowie,  zasypiając.  Ja  jednak 
obudziłem  się  drżąc  z  zimna.  Mundur,  mokry  od  potu,  stał  się  jakąś  lodową  powłoką  dla  ciała. 
Właśnie miałem wyjąć koc, gdy usłyszałem głos: 

— Wszystko powstań! Bagnet na broń i przygotować granaty. 
Teraz dopiero zauważyłem, że w odległości około trzech kilometrów płonęła wieś. Stamtąd też 

dochodziły  odgłosy  walki.  W  powietrzu  migotały  świetlne  pociski.  Początkowo  szliśmy  szosą,  a 
potem  weszliśmy  między  domy  wiejskie  i  zatrzymaliśmy  się.  Oficerowie  naradzali  się  chwilę,  a 
następnie ruszyliśmy tyralierą w kierunku palących się domów. 

W  pewnej  chwili  przypomniałem  sobie  opowiadanie  jednego  z  uczestników  pierwszej  wojny 

ś

wiatowej:  według  niego  Niemcy  stosowali  taką  taktykę,  że  nigdy  nie  strzelali  do  nacierającego 

nieprzyjaciela  z  daleka,  tylko  czekali,  aż  podejdzie  blisko,  i  wtedy  otwierali  zmasowany  ogień, 
powodując prawdziwą rzeź. Teraz również trzeba się było z tym liczyć. 

Odgłosy  walki  stawały  się  coraz  bliższe.  Jakiś  zbłąkany  pocisk  uderzył  obok  mnie  w  kamień  i 

odbity rykoszetem, brzęcząc, poszybował w górę. Weszliśmy już między palące się domy i wtedy 
stało  się  to,  czego  należało  się  spodziewać...  Jak  gdyby  potężny  wicher  porwał  z  płonących 
zabudowań tysiące kolorowych iskier i rzucił w naszą stronę... Wielu żołnierzy zamachało w górze 
rękami  i  upuszczając  karabin  upadło  na  ziemię.  I  wtedy  rozległo  się  potężne:  „hurrra!”  Ziemia 
zadudniła  pod  stopami  setek  biegnących  żołnierzy.  Szkoda,  że  ten  moment  nie  był  sfilmowany. 
Niechby świat widział, jak dzielnych i ofiarnych Polska miała synów. Ci żołnierze przemaszerowali 
już setki kilometrów. Nie mieli przespanej ani jednej nocy. Od czterdziestu godzin nie mieli w ustach 
nic prócz zgorzkniałego karpiela lub cierpkiej polnej gruszki, bo szlachetniejszych owoców nigdzie 
już nie było. Ci dzielni chłopcy wykrzesali jeszcze resztki sił i ruszyli na wroga, który ośmielił się 
deptać ich ziemię ojczystą. 

Biegliśmy tak może jakieś sto metrów, gdy wtem padła komenda: 
— Ognia! 
I wtedy, jak kto mógł: stojąc, klęcząc lub leżąc, strzelał. Powstał taki straszliwy jazgot, że aż w 

uszach dzwoniło. Do tego trzeba dodać świst przelatujących pocisków, straszliwy żar od płonących 
zabudowań. Odnosiło się wrażenie, że to koniec świata i że za chwilę odezwą się trąby wzywające 
ż

ywych i umarłych na sąd ostateczny. 

Za chwilę znowu padła komenda, tym razem: 
— Naprzód! 
Chwyciłem karabin, aby biec dalej, a wtedy obok mnie upadł Tadzio Popławski i takim żałosnym 

głosem wołał: 

— Koledzy, nie odchodźcie mnie. Ratujcie mnie. 
Twarz  miał  zalaną  krwią,  która  wydobywała  się  z  okolicy  nosa.  Zrobiło  mi  się  go  żal  i  nie 

zwlekając obandażowałem mu głowę w ciągu kilkunastu sekund. Widok krwi, którą ubrukałem sobie 
ręce, wpłynął na mnie tak jakoś podniecająco, że porwałem karabin i zawołałem: 

— Leż, kolego, ja idę pomścić twoją krew! 
Biegnąc zauważyłem, że w zagłębieniu, pod płotem przykucnęło dwóch żołnierzy. Krzyknąłem: 
— Marsz do przodu! 
Skoczyli do przodu, jakby  im ktoś szpilę wbijał w pośladki. Niemcy strzelali tak zmasowanym 

ogniem,  że  lecące  świetlne  pociski  utworzyły  nad  ziemią  jak  gdyby  falującą  płachtę  w  kolorze 
pomarańczowo-fioletowym. Ileż to razy koło moich uszu przeleciały serie pocisków i wtedy głowa 

background image

odruchowo odchylała się w bok. Oczywiście, że w takim ogniu nie można było biec, tu trzeba było 
posuwać się skokami. 

Zaczęło  świtać.  Teraz  dopiero  zauważyłem  przed  sobą  i  po  bokach  niemieckie  czołgi.  Nasi 

ż

ołnierze małymi grupkami podrywali się z ziemi i uciekali do tyłu, stając się doskonałym celem dla 

czołgistów.  Ja takiego  głupstwa  nie  zrobiłem. Przede  mną  było  pole  ziemniaczane,  za  którym  stał 
czołg. Gdzie jest pole ziemniaczane, tam są i bruzdy, jedyna osłona w tym płaskim terenie. Zrobiłem 
błyskawiczny  skok  i  miałem  szczęście:  gdy  już  upadałem  w  bruzdę,  przeleciała  tuż  nad  moim 
grzbietem seria pocisków. Natychmiast wyjąłem łopatkę i zacząłem pogłębiać bruzdę. Ze wszystkich 
stron do moich uszu dochodziły krzyki cierpiących żołnierzy. Ranni wołali bez przerwy: 

— O rany boskie, ratujcie, koledzy! O Jezus, Mario, ratujcie! Ratujcie! 
I tak wkoło. Bolesne dla mnie było to, że nie można było pójść im z pomocą. 
Rozwidniło  się.  Czołgista  prawdopodobnie  zauważył  moje  ruchy  w  bruździe,  bo  posłał  serię, 

która uderzyła tuż obok, opryskując mnie ziemią. Przywarłem twarzą do świeżo rozkopanej ziemi, 
ale w mojej głowie zrodziła się straszliwa myśl. A nuż ten Niemiec podjedzie i z bliska przygwoździ 
mnie  serią  do  ziemi.  Ogarnął  mnie  jakiś  nieopisany  lęk.  I  wtedy  przypomniałem  sobie  wskazania 
religijne, że we wszystkich nieszczęściach należy zwracać się do Boga. Ale jakże ja mogę zwracać 
się  do  Boga,  kiedy  już  od  dawna  zerwałem  z  nim  wszelki  kontakt?  Bóg  jest  jednak  miłosierny  i 
przebacza – coś mi podszepnęło. Zacząłem się modlić: „Boże, jeśli jesteś, czy możesz mi przebaczyć. 
Boże, chcę wrócić do Ciebie”. I wreszcie: „Boże, jeśli ocalisz mi życie w tej wojnie, już nigdy Cię nie 
opuszczę”.  Poczułem  wzruszenie.  I  stało  się  coś,  czego  nie  zapomnę  nigdy:  ogarnęło  mnie  jakieś 
dziwne błogie uczucie, a wraz z tym uczuciem zaczęła wstępować we mnie odwaga i pewność siebie. 
Pamiętam, że sam siebie zapytałem, co ja, jako żołnierz, który przysięgał wierność swojej Ojczyźnie, 
powinienem  w  takiej  sytuacji  robić.  Walczyć  dalej  z  wrogiem  –  odpowiedziałem  sobie.  Ale  jak? 
Wokoło  nieprzyjacielskie  czołgi.  Nie  mam  przecież  żadnej  broni  przeciwpancernej.  Pociski 
przeciwpancerne również wystrzelałem. A więc co? O wycofaniu się także nie było mowy. Ponieważ 
liczyłem się z tym, że pójdę do niewoli, zerwałem naszywki kaprala. 

Teraz  postanowiłem  nieść  pomoc  najbliżej  leżącym  rannym  żołnierzom.  Nieco  w  przodzie,  w 

drugiej bruździe jęczał ranny. Był to podchorążak 20 pp. Strasznie wyglądało to zranienie. Dostał 
całą serię pocisków w krok. Obandażowałem go i okryłem kocem, bo drżał z zimna. Ranny prosił 
mnie, abym dał znać jego rodzicom. Właśnie kiedy zapisywałem adres, niemieckie czołgi ruszyły i 
ten, który był najbliżej, jechał wprost na nas. O odciągnięciu rannego nie było mowy, bo obydwaj 
bylibyśmy rozjechani. Cofnąłem się do tyłu; wtedy czołg stanął a z przerażeniem zobaczyłem, że lufa 
karabinowa kieruję się wprost na mnie. Zamknąłem oczy i zacisnąłem, zęby w oczekiwaniu na ten 
moment, gdy zaiskrzy się w mojej głowie i będzie koniec. 

Mijały  sekundy  strasznego  napięcia,  czołgista  nie  strzelał.  Spojrzałem.  Lufa  zaczęła  się 

prostować. Wtedy szybko podczołgałem się do rannego i powiedziałem: 

— Kolego, muszę was odciągnąć, bo czołg jedzie. 
W pozycji półleżącej złapałem go pod pachy i wlokłem. On pomagał mi odpychając się piętami. 

Gdy już odsunąłem go na bezpieczną odległość, czołg ruszył dalej, wgniótł w ziemię mój plecak i 
karabin, łamiąc mu kolbę. 

Można  sobie  zadać  pytanie;  dlaczego  ten  czołg  stanął?  Czyżby  dlatego,  że  leżał  ranny?  Mało 

prawdopodobne,  jednak  dopiero,  gdy  odciągnąłem  rannego,  ruszył  dalej.  Najprawdopodobniej 
czołgista,  widząc  mnie  wycofującego  się,  myślał,  że  podłożyłem  minę.  No,  ale  dlaczego 
wycelowawszy we mnie, nie strzelał? Na to pytanie trudno byłoby dać odpowiedź. 

Gdy  już  czołg  przejechał,  wychyliłem  głowę  i  spojrzałem  w  teren.  Czołgi  niemieckie  szły  w 

kierunku  Radłowa.  W  pewnej  chwili  zobaczyłem,  że  ten,  który  przejechał  obok  mnie,  zadrżał, 
zadymił i stanął. Potem inne czołgi podobnie jak ten pierwszy stawały. I tak w przeciągu krótkiego 
czasu zostało zniszczonych czternaście (podobno było ich szesnaście, według artykułu Dwudziesty 
waleczny).  Reszta  wycofywała  się  w  kierunku  południowym.  To  wydarzenie  uradowało  mnie 
ogromnie. A więc nie jest jeszcze tak źle. Tam gdzieś z tyłu są nasze wojska. 

Ponieważ  zrobiło  się  już  bezpiecznie,  wstałem  i  zacząłem  się  rozglądać  w  terenie.  Z  tyłu  szła 

grupa  licząca  około  siedemdziesięciu  żołnierzy,  prowadził  ją  jakiś  oficer.  Zapytałem  jednego  z 

background image

ż

ołnierzy,  co  to  za  wojsko.  Był  to  oddział  baonu  saperów  z  Cieszyna.  Szli  w  ślad  za  czołgami. 

Ponieważ  uważałem,  że  nasz  pułk  już  w  ogóle  nie  istnieje,  wziąłem  pierwszy  lepszy  karabin  i 
ruszyłem  razem  z  nimi.  Dopiero  teraz  zobaczyłem,  jak  straszne  żniwo  zebrali  Niemcy.  Jak  okiem 
sięgnąć  leżeli  zabici  i  ranni.  Nikt  już  nie  krzyczał,  jedni  spali  w  omdleniu,  inni  snem  wiecznym. 
Ż

ołnierze  podeszli  do  tego  czołgu,  który  był  najbliżej,  i  zaczęli  wyciągać  z  niego  trzech  zabitych 

Niemców. Jeden z nich był rudy. Czołg był przedziurawiony trzykrotnie, raz od pocisku działka, a 
dwa od pocisków rusznic. Patrząc na tych zabitych Niemców doznawałem dziwnego uczucia: który 
to z nich celował do mnie? Etnografowie twierdzą, że ci rudzi Niemcy to zgermanizowani Słowianie. 
Być może, że w tym rudym obudziła się słowiańska natura i dlatego nie strzelał do mnie. 

Ruszyliśmy dalej. Po przejściu paru kroków stanąłem jak wryty: na szerokiej miedzy leżał kuzyn 

Staszek.  Ręce  i  nogi  miał  odrzucone  na  boki,  mundur  poplamiony  krwią.  Uklęknąłem  przy  jego 
głowie i powiedziałem: 

— Staszku! 
On otworzył oczy i szepnął: 
— Franku, dobij mnie. 
Pocieszałem go, że zabiorą go do szpitala i będzie zdrów. Następnie zabrałem się do opatrywania 

jego ran. Miał przestrzeloną nogę i pierś, a w prawej stronie brzucha była wyrwana taka duża dziura, 
ż

e można było w nią wsadzić rękę. Prawdopodobnie otrzymał z tyłu całą serię. Pociski wylatując z 

ciała wyszarpują dziurą. Jeden z żołnierzy zatrzymał się przy nas i widząc te rany powiedział: 

— Człowieku, zmów pacierz, bo z ciebie już nic nie będzie. 
Zgromiłem  go  wzrokiem,  palcem  pokazałem  na  czoło,  a  wargi  bezdźwięcznie  wypowiedziały: 

„durniu”. Odszedł, a ja próbowałem dosunąć ręce i nogi rannego, aby  go okryć kocem. Wtedy on 
jęcząc prosił, aby go zostawić, ponieważ czołg przejechał mu lewą rękę i nogę. No, jeszcze tego mu 
brakowało. W pewnej chwili Staszek wyszeptał: 

— Franku, gdy wrócisz Krakowa, to powiedz rodzinie, żem zginął za Ojczyznę. 
Pocieszałem go, że wszystko będzie dobrze. Rozglądałem się, czy nie ma gdzie sanitariuszy, ale 

niestety... A tymczasem ten oddział, z którym szedłem, posuwał się dalej do przodu. 

W pewnej chwili nad ich głowami zaczęły pękać szrapnele i bzykać pociski. Żołnierze rzucili się 

do ucieczki z powrotem, ale co chwila któryś z nich padał na ziemię. Gdy przebiegali obok mnie, 
naliczyłem  ich  tylko  siedemnastu.  Zatrzymali  się  na  skraju  wioski,  gdzie  stały  dwa  opuszczone 
niemieckie  działka  przeciwpancerne.  Teraz  zauważyłem,  że  pomiędzy  nie  spalonymi  domami  i 
sadami przesuwają się niemieckie czołgi, grożąc mi odcięciem od wojska, które było gdzieś tam z 
tyłu. Powiedziałem kuzynowi, że muszę na chwilę odejść, ale że wrócę do niego. (Miałem nadzieję, 
ż

e  znowu  atak  będzie  odparty).  Zacząłem  biec.  Zostało  mi  jeszcze  do  przebycia  około  trzydziestu 

metrów,  aby  połączyć  się  z  saperami,  gdy  z  tyłu  za  mną  eksplodował  artyleryjski  pocisk  dużego 
kalibru.  Siła  podmuchu  gorącego  powietrza  była  tak  wielka,  że  podrzuciło  mnie  w  górę,  gdzie 
zrobiłem koziołka, i upadłem na głowę, wbijając hełm na same uszy. Nic mi się nie stało, tylko w 
uszach ogromnie dzwoniło. 

Dowódca grupki saperów pełen entuzjazmu wołał: 
—  Chłopaki,  odwróćcie  te  działka!  Będziemy  niemieckimi  działkami  strzelać  do  ich  czołgów. 

Pomagałem i ja, nie zdając sobie sprawy, jaki to wielki ciężar. Zmęczony położyłem się. 

Z  prawej  strony  kilku  żołnierzy  prowadziło  siedmiu  niemieckich  jeńców.  Nasi  żołnierze 

poderwali się z ziemi i zaczęli biec im naprzeciw, trzymając karabiny tak, jakby chcieli ich kolbami 
tłuc. Wtedy wstałem i powiedziałem: 

— Co chcecie robić? Czy Wy nie wiecie, że międzynarodowe prawo zabrania krzywdzić jeńców? 
Ż

ołnierze wrócili na swoje miejsca. W tyle, w odległości trzydziestu metrów na pastwisku leżało 

bardzo  dużo  karabinów  i  plecaków.  Udałem  się  tam,  aby  zabrać  dla  siebie  jeden,  i  wtedy  znowu 
zaczęły  w  górze  pękać  szrapnele.  Schroniłem  się  pod  grubą  wierzbę.  Kiedy  niemiecka  artyleria 
przestała  strzelać,  poszedłem  w  kierunku  grupy  przy  działkach,  i  wtedy  powietrze  wypełniło  się 
ś

wistem przelatujących pocisków. Przy działkach nie było już nikogo, natomiast z tyłu w odległości 

około  dwustu  metrów  żołnierze  biegli  przez  pola  w  kierunku  Dunajca.  W  pewnej  odległości  stały 
dwa murowane domy, zza których strzelał nasz erkaem. Chciałem tam biec, ale nogi odmówiły mi 

background image

posłuszeństwa. Szedłem więc powoli, zdecydowany na wszystko. Tymczasem na szosie rozegrał się 
dziwny dramat, nie mający precedensu w historii wojska polskiego, jeśli chodzi o niesubordynację. A 
było tak. 

Szosą z prawej strony nadjeżdżała czterokołowa biedka amunicyjna zaprzężona w parę koni, które 

pędziły jak szalone. Z rowu na szosę wyskoczył otyły pułkownik i machając rękami wołał: 

— Stać! Stać! 
Woźnica,  żołnierz,  nie  tylko  nie  zatrzymał  koni,  ale  zdzielił  je  batem,  a  te  pobiegły  jeszcze 

szybciej. Pułkownik nie dał jednak za wygraną, uchwycił się stalowego pręta, myśląc, że uda mu się 
wskoczyć na biedkę. Pęd był jednak tak potężny, że zrobił kilka koziołków na szosie. 

Uciekający żołnierze dobiegali już do brzegu i zaczęli zanurzać się w przybrzeżne krzaki. Idąc za 

nimi  zobaczyłem  dwa  polskie  działka  przeciwpancerne,  ale  bez  koni  i  bez  obsługi.  Żołnierze 
przeprawiali się już przez Dunajec. Jedni przechodzili w mundurach, inni nago, niosąc ekwipunek na 
głowach.  Kiedy  przeszedłem  na  drugą  stronę,  spojrzałem  jeszcze  raz  na  to  miejsce,  gdzie  dziś 
rozegrał się straszliwy dramat... trzystu zabitych i pięciuset rannych. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

W POSZUKIWANIU WŁASNEJ KOMPANII 

 
Nad  Biskupicami  snuły  się  pasemka  błękitnego  dymu.  Zastanawiające  dla  mnie  było  to,  że  nie 

organizuje  się  obrony  po  drugiej  stronie  Dunajca.  Po  przeprawie  żołnierze  podążali  przez  pola  w 
kierunku szosy, na której utworzył się już nieprzerwany strumień maszerującego w nieładzie wojska. 
Ja oczywiście dopytywałem się o Dwudziesty Pułk, ale tylko od jednego plutonowego dowiedziałem 
się, że już przeszedł. Szedłem więc bardzo szybko. Wśród maszerujących ani jeden nie miał plecaka. 
Niektórzy nieśli tylko zrolowany koc lub płaszcz. Właśnie wymijałem dość dużą grupę, gdy jeden z 
idących powiedział pod moim adresem: 

— Patrzcie, ten głupi wariat jeszcze plecak niesie! 
Odpaliłem bez namysłu: 
— Dobry żołnierz dba o mienie, które powierzyło mu państwo. 
I wtedy posypały się docinki: 
— O, znalazł się patriota. Ja będę dbał o państwo, tylko państwo o mnie nie dba. 
Inny zaś dorzucił: 
— Ja wam mówię, chłopaki, że Polska jest już dawno zaprzedana, to przecież widać. Specjalnie 

jeść nie dają i męczą nas, abyśmy nie mogli wojować. 

— Ile tam narodu leży, czy to było potrzebne — dodał jeszcze inny. 
Słowa  te  raniły  moje  serce.  Nie  zaprzeczam,  że  ludziom  tym  mogła  dziać  się  krzywda,  ale  tu 

chodziło  o  naszą  Ojczyznę,  która  była  zagrożona,  a  przecież  taki  czy  inny  rząd,  taki  czy  inny 
nieudolny czy bezduszny dowódca to przecież nie Ojczyzna. 

Ponieważ puszczono pogłoskę, że Niemcy zbliżają się do Warszawy, byłem przekonany, że teraz 

przejdziemy  Wisłę  i  podążymy  w  kierunku  stolicy,  aby  jej  bronić.  Moim  głównym  celem  było 
połączyć  się  z  dowództwem,  o  ile  takie  w  ogóle  istniało.  Ku  mojej  wielkiej  radości  zobaczyłem 
idącego w przodzie kolegę Jaśka, który tak ofiarnie opiekował się mną, gdy okulałem idąc ze Śląska. 
Szliśmy już teraz razem, dzieląc się wiadomościami. Pod wieczór wstąpiliśmy do jakiegoś domu, aby 
kupić coś do jedzenia. Trafiliśmy na bardzo szlachetnych ludzi. Każdy żołnierz, który tam wstąpił, 
otrzymywał kromkę chleba i garnuszek mleka. Gospodarze nie przyjmowali za to zapłaty. 

Już się ściemniało, gdy idąc dołączyliśmy do oddziału, który po chwili zatrzymał się. My jednak 

szliśmy dalej. A wtedy stojący przy rowie major zapytał: 

— A wy dokąd? 
Powiedziałem, że podążamy za własnym pułkiem, który podobno już przeszedł. 
— Nie wolno! — powiedział ów major. 
Po chwili znowu się odezwał: 
— Nie wiadomo, czy was puszczą przez most. A zresztą idźcie — dokończył. 
To jego dziwne gadanie wzbudziło we mnie nieufność. Pewnie sytuacja w przodzie jest niejasna, 

on chce z nas zrobić coś w rodzaju patrolu ostrzegającego. Uszliśmy kawałek i usiedliśmy. Po chwili 
wojsko wstało i ruszyło dalej. 

— Teraz pójdziemy szybko — powiedziałem do Jaśka, i zaczęliśmy wymijać żołnierzy. 
I tak doszliśmy do czołówki, gdzie ku mojemu zdziwieniu jechały tabory (zwykle jeździły z tyłu). 

Droga w tym miejscu zaczęła się lekko wznosić, co nasunęło mi przypuszczenie, że może zbliżamy 
się do mostu, o którym mówił major. 

Wyprzedziliśmy  tabory  o  około  dwudziestu  metrów,  gdy  przed  nami  na  szosie  zaświeciło  się  i 

zaraz zgasło zielone światło reflektora. Na szosie zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Ja, tknięty złym 
przeczuciem, rzuciłem się w rów. I wtedy ciemności rozjaśniła seria świetlnych pocisków. W prawej 
ręce poczułem straszny ból. Byłem pewny, że zostałem raniony. Okazało się jednak, że uderzyłem w 
czyrak, który zrobił mi się na ręce. Z tyłu usłyszałem kwik koński, jakby trzask łamanych dyszli i 
głośny  tupot  uciekających  żołnierzy.  Wyskoczyłem  z  rowu  i  po  skarpie  pędziłem  w  dół,  wołając 
głośno: 

— Jasiek! Jasiek! 
Ale Jasiek nie odezwał się. Przebiegłem łączkę i doszedłem do chałup stojących niedaleko drogi. 

Za płotem stał major z rewolwerem w ręce. Gdy mnie zobaczył, krzyknął: 

background image

— Kto tu się szwenda! Marsz do przodu! 
„Prowadź, wodzu” – pomyślałem sobie. Już raz szedłem z bagnetem na czołgi. Teraz nie myślę. 

Odskoczyłem  w  bok  w  stronę  szosy,  za  którą  majaczyła  w  ciemności  jakaś  wielka  kopa.  Już  się 
prężyłem  do  skoku  przez  szosę,  która  była  pod  obstrzałem,  gdy  z  tyłu  usłyszałem  przytłumiony 
wybuch i kilka domów wraz z zabudowaniami stanęło w płomieniach. Niewątpliwie domy te były 
oblane benzyną i podpalone... Ale kto to zrobił? Przecież tam był ten major. Czyżby? 

W tej wojnie działy się dziwne rzeczy. Jan Szczepański w książce pt. Polska jesień opisuje, jak 

pewien major – rzekomo ze sztabu dywizji – dał rozkaz zwinięcia wszystkich placówek, a następnie 
wyznaczył  im  drogę  marszu  no  i...  wpakowali  się  na  czołgi.  Czyżby  to  wydarzenie  miało  coś 
wspólnego z tamtym? 

Zrobiło  się  widno  jak  w  dzień.  Błyskawicznie  przeskoczyłem  szosę  i  zająłem  stanowisko 

strzeleckie  pod  kępą  szuwaru  z  kierunkiem  wzdłuż  szosy.  Z  tyłu  grupa  żołnierzy  staczała  działko 
przeciwpancerne,  kierując  lufę  w  bok  szosy.  Podobnie  ustawiono  też  karabin  maszynowy.  Wobec 
tego i ja zmieniłem kierunek. A tymczasem budynki płonęły jak pochodnie. Po chwili dało się słyszeć 
porykiwanie  krów,  które  początkowo  stawało  się  coraz  głośniejsze,  a  później  cichło,  aż  zupełnie 
ustało,  tylko  od  czasu  do  czasu  dochodziły  odgłosy  jakby  stękania.  Zastanawiałem  się,  dlaczego 
działko i erkaem wycelowane są w bok, a nie zgodnie z kierunkiem szosy. Płonące domy oświetlały 
teren  w  promieniu  dwustu  metrów.  Dalej  była  już  czarna  ściana  nocy.  Właśnie  na  tle  tej  czarnej 
ś

ciany widziałem chłopa w koszuli, który dużą gałęzią zaganiał bydło do kupy.  I wtedy na rozkaz 

oficera wystrzelono w tamtym kierunku. Chłop jakby się w ziemię zapadł, bydło zaś zadarłszy ogony 
do góry rozpoczęło jakiś zwariowany taniec. Wystrzał jakby rozerwał banię z osami. Natychmiast 
zaczęły bzykać pociski.  Pierwszy za szosę uciekł oficer, potem żołnierze, a na końcu ja.  Za szosą 
teren  był  niżej  położony,  tak  że  można  było  stać  bezpiecznie.  Dachy  płonących  domów  były  już 
spalone, tylko krokwie, podobne do rozpalonych sztab żelaza, oblizywane płomieniami, wyginały się 
i trzeszcząc sypały iskrami. 

Obok  dwóch  oficerów  przy  świetle  bateryjki  przeglądało  mapę.  Tego  majora  nigdzie  nie 

widziałem.  Po  chwili  wydano  rozkaz  odmarszu  –  oczywiście  do  tyłu.  Ze  wzniesienia,  na  które 
weszliśmy,  widać  było  dopalające  się  domy.  W  górze  przelatywały  świetlne  pociski  z  działek 
przeciwpancernych. Od tyłu dochodził warkot motorów. Myślałem, że to czołgi niemieckie. Były to 
jednak  polskie  auta  ciężarowe  okryte  brezentem,  które  przejeżdżając  zrobiły  taki  kurz,  że  aż 
zacząłem  się  dławić.  Zszedłem  z  szosy  i  chcąc  przy  okazji  poprawić  sobie  rozluźnione  owijacze, 
usnąłem siedząc. Obudziło mnie gwałtowne szarpanie. Otworzyłem oczy. Nade mną stał żołnierz z 
batem. 

— Gdzie wojsko poszło? — zapytał. 
Pokazałem. Wsiadł na wóz i ruszył. Poderwałem się i w biegu wskoczyłem na wystającą z tyłu 

deskę. Już miałem wejść dalej, gdy w świetle księżyca zobaczyłem leżących na dnie dwóch rannych. 
W pewnej chwili woźnica zdzielił konie batem, a te szarpnęły wozem tak gwałtownie, że spadłem 
razem z kawałkiem zbutwiałego półkosza. Znowu zerwałem się i pędząc wołałem na woźnicę aby się 
zatrzymał. Ten jednak udawał głuchego. Odległość między nami się zwiększała, aż wreszcie zniknął 
mi w tumanach kurzu. 

Szedłem sam. Teren, przez który przechodziłem, podobny był do pustyni. Wszystko pokrywała 

warstwa pyłu. Nawet drzewa w blasku księżyca  przypominały  skały. Panowała jakaś przerażająca 
ś

miertelna cisza. Nagle do głowy zaczęły mi przychodzić czarne myśli... Co to będzie, gdy ja rano 

dołączę do jakiegoś oddziału i nastąpi to, co się stało z tym zagubionym żołnierzem koło Niepołomic. 
Byłem już tak wymęczony tą wojną, że na życiu mi nie zależało; ale co innego zginąć na polu chwały, 
a  co  innego  być  rozstrzelanym  na  oczach  żołnierzy  za  rzekomą  zdradę  czy  szpiegostwo.  Jedno 
miałem wyjście; położyć się w rowie i czekać, aż mnie Niemcy zbudzą. Ze wstrętem odrzuciłem tę 
myśl. Ojczyzny musi się bronić! I gdy tak szedłem pogrążony w rozterce duchowej, przypomniałem 
sobie modlitwę w Biskupicach, po której doznałem tego dziwnego uczucia. Przecież później działy 
się naprawdę rzeczy dziwne: czołgista we mnie celował i nie strzelił, pocisk artyleryjski rozerwał się 
przy mnie, później lawina pocisków, wśród których szedłem jakby nieśmiertelny... Pokrzepiony tymi 

background image

mistycznymi  rozważaniami  maszerowałem  już  teraz  spokojny  i  pewniejszy  siebie.  Było  mi  tylko 
smutno, że nie miałem jakiegoś towarzysza, z którym mógłbym rozmawiać. 

Nagle  w  pewnej  odległości  ujrzałem  w  rowie  śpiącego  żołnierza.  W  miarę  jak  zbliżałem  się, 

widziałem go coraz wyraźniej. Spał siedząc. Z tyłu miał plecak, na głowie hełm, z przodu na szyi 
zawieszony karabin, który trzymał oburącz. Wyciągnąłem rękę, aby szarpnąć go za ramię, i wtedy 
coś  zaszeleściło,  w  górę  wzbił  się  obłoczek  pyłu,  a  zamiast  żołnierza  zobaczyłem  mały  liściasty 
krzaczek.  Wprost  oczom  nie  wierzyłem.  Czyżby  mi  się  przyśniło? Szedłem  dalej  znowu  w  oddali 
ujrzałem  w  rowie  żołnierza.  No,  teraz  nie  dam  się  nabrać!  Wytrzeszczyłem  oczy,  zamykając  i 
otwierając je na przemian. Nawet stanąłem chwilkę, aby się dokładnie przyglądnąć. Żołnierz jednak 
był dokładnie taki sam jak poprzedni: Wyciągnąłem rękę i... to samo co przedtem, z tą różnicą, że nie 
był  to  krzaczek,  lecz  wielka  kępa  dziurawca.  Od  tej  pory  każdy  krzaczek,  każda  kępa,  ba,  nawet 
kamienie  kilometrowe  były  śpiącymi  żołnierzami.  Trwało  to  tak  długo,  póki  dzienne  światło  nie 
zaczęło brać góry nad światłem księżyca. To dziwne zjawisko, które rzadko kto przeżywa (czasem 
pijacy), byłe spowodowane wyczerpaniem do ostatnich granic. 

Ale  oto  ujrzałem  w  półmroku  idących  z  przodu  kilku  żołnierzy.  Czyżby  znowu  halucynacja? 

Chyba nie, bo słyszę głos. Było ich pięciu. Po chwili szliśmy już razem. 

Gdy zrobiło się widno, wstąpiliśmy do jednej chałupy, aby kupić coś do jedzenia. W domu była 

samotna starsza już babina i od razu zaczęła biadolić: 

— Ni ma już nic, wszystko wyjedli. Na chleb nie ma kto umleć, bo młodzi poszli na uciekinierkę. 

Idźcie, panowie, z Bogiem! Idźcie! 

Ż

ołnierze nie dowierzając zaczęli myszkować po kątach. Widząc to powiedziałem: 

— Koledzy, gosposia boi się pewno, że nie zapłacimy — i położyłem złotówkę na stole. 
Po chwili leżało tam sześć złotych. Babie omal oczy z orbit nie wyszły. Przecież przed wojną dla 

chłopa  to  było  dużo  pieniędzy.  Natychmiast  na  stole  znalazł  się  bochen  chleba  i  gliniany  garnek 
mleka. 

Po tym śniadaniu szliśmy dalej, spotykając coraz częściej takich maruderów jak my. Przed nami 

szedł  oddział  w  sile  plutonu  z  młodym  podporucznikiem  na  czele.  Dołączyliśmy.  W  Szczucinie 
ż

ołnierze rozbiegli się szukając pożywienia. Kilku waliło kolbami w żaluzję sklepową, ale ta okazała 

się mocniejsza od kolb. W innym miejscu udało się otworzyć sklep owocowy. W rynku stało parę 
furmanek  umajonych  obeschłymi  gałęziami.  Zajrzałem  do  jednej  z  nich  i  ujrzałem  leżącego 
serdecznego kolegę z 12 pp., Franusia Stachurę. Miał przestrzelone płuco. Żalił się, że wiozą ich już 
dwa dni i ani jedzenia, ani picia. No cóż – miałem tylko wodę w manierce... Pożegnałem go, życząc 
mu zdrowia, bo oddział odchodził dalej. 

I tak szliśmy do nocy. Teraz w przodzie po lewej i prawej stronie osi naszego marszu widać było 

krwawe łuny. A więc to nie tchórzostwo było powodem tego szybkiego marszu od samego Dunajca, 
ale  posunięcie  taktyczne,  aby  nie  dać  się  zamknąć  Niemcom.  Milczący  przez  całą  drogę  młody 
podporucznik zszedł z szosy i położył się w rowie. My zrobiliśmy to samo. Rano udaliśmy się do 
leżącej  w  dolinie  wioski,  gdzie  drogi  się  krzyżowały.  Było  tu  dużo  naszego  wojska.  Stały  też 
furmanki, i to zarówno wojskowe, jak też i chłopskie. Nie brakowało też i domowych zwierząt: krów, 
gęsi, a nawet świń, przykrytych na wozach drabinkami. Można by sądzić, że odbywa się tu jarmark. 
Wszystko to tkwiło w miejscu z powodu jakiegoś korka w przodzie. 

Drogą od Wisły biegli w naszym kierunku cywile, trwożnie oglądając się za siebie. Gdy byli już 

blisko, jedna z kobiet krzyknęła: 

— Rany Boskie — tam już Niemcy są! (było to mniej więcej w połowie drogi między Dunajcem a 

Wisłoką). 

Jak  gdyby  na  potwierdzenie  tego,  co  mówiła,  rozległ  się  potężny  huk  (prawdopodobnie 

wysadzono gdzieś most). Na skrzyżowaniu zakotłowało się straszliwie. Słychać było świst batów, 
zgrzyt  osi  zahaczonych  o  siebie,  klątwy,  płacz  dzieci,  krzyk  bab,  no,  jednym  słowem  Sodoma  i 
Gomora. 

Gdzieś tam za tym tłumem mignęła mi znajoma twarz. Był to Dratnal. Niestety nie mogłem dojść 

do niego. Po chwili cały zator ruszył do przodu. Marszem przyspieszonym weszliśmy na wzniesienie, 
i tu znowu wojsko się zatrzymało. Z lewej strony był las, nad którym unosiły się kłęby dymu. Nieco z 

background image

przodu stał polski czołg – jedyny, jaki widziałem w czasie tej wojny. Wysoko w górze leciała eskadra 
samolotów.  Zadarłem  głowę  myśląc,  że  wreszcie  ujrzę  na  skrzydłach  jakieś  gwiazdy  albo  kółka... 
Niestety, na skrzydłach były czarne krzyże. Samoloty skośnym lotem zjeżdżały w dół. Uciekliśmy w 
las, który następnie był przeczesywany pociskami. Z tego wzniesienia zeszliśmy znowu do wioski i 
tu  chciałem  kupić  coś  do  jedzenia,  bo  od  wczorajszego  śniadania  nie  jadłem  nic.  Był  to  jednak 
daremny trud. Ludzie jakby się namówili, wszędzie słyszało się słowa: 

— Nie ma nic, idźcie z Panem Bogiem dalej. 
Poczułem do tych ludzi serdeczny żal i poszedłem z tym Panem Bogiem szukać karpieli. 
Po  południu  mieliśmy  jeszcze  jeden  nalot. Samoloty  leciały  nisko  nad  drogą,  strzelając  z  broni 

maszynowej.  Ofiarami  tego  nalotu  były  przeważnie  konie  pociągowe.  Widziałem,  jak  na  rozkaz 
swoich  dowódców  żołnierze  ściągali  do  rowu  konie  i  wozy  z  całą  zawartością.  Aż  przykro  było 
patrzeć na to. W jednym miejscu w rowie była ułożona duża pryzma artyleryjskich pocisków. Patrząc 
na to wszystko rozmyślałem, jak straszna i obrzydliwa jest wojna. Ludzie stają się jak gdyby bestiami 
żą

dnymi krwi swoich przeciwników. 

Byłem już bardzo zmęczony, więc usiadłem sobie za rowem z myślą, że może nadejdzie kolega 

Dratnal. Słońce chyliło się ku zachodowi, a Dratnala wciąż nie mogłem się doczekać. Ale oto zbliżały 
się dwa duże działa, każde zaprzężone w czwórkę dobrze utrzymanych koni. Na lufie drugiego działa 
siedział Staszek Ługowski. Ogromnie się ucieszyłem, że będę miał chociaż jednego kompanijnego 
kolegę. Staszek kiwnął na mnie, wskazując miejsce obok siebie na lufie. Wsiadłem, ale zaraz spędził 
nas jakiś sierżant. Staszek miał na szyi dużą lornetę, a u pasa przyczepioną kaburę z pistoletem. Na 
zapytanie, skąd to ma, odpowiedział z dumą: 

— To moja wojenna zdobycz. Zabrałem zabitemu oficerowi niemieckiemu w czołgu. 
Było już zupełnie ciemno, gdy wojsko zatrzymało się przy zakręcie drogi. Żołnierze kładli się na 

spoczynek. Udało nam się wreszcie kupić, ale za wygórowaną cenę, chleba i mleka. Potem poszliśmy 
do  stodoły.  Była  to  pierwsza  od  jedenastu  dni  przespana  noc.  Rano  po  śniadaniu  stanęliśmy  nad 
Wisłoką, która płynęła tuż obok. Przeprawiano się na drugą stronę w dość oryginalny sposób. Kilku 
ż

ołnierzy jeździło na koniach przez rzekę przewożąc innych. Pierwszy pojechał Staszek, a potem ja. 

Po drugiej stronie był jeszcze jeden kompanijny kolega, Władek. Obok stał chłopski wóz zaprzężony 
w parę wychudzonych koni, a przy nim mizerny chłopina z batem w ręce. Staszek doszedł do niego i 
poważnym głosem powiedział: 

— Gospodarzu, pojedziecie z nami! 
Chłop zamiast powiedzieć: „Pan nie ma prawa zmuszać mnie do tego”, zachował się tak, jakby to 

były  czasy  pańszczyźniane,  a  on  miał  przed  sobą  jaśnie  hrabiego.  Wymawiał  się  pokornie,  że 
przejechał już tyle kilometrów, że chciał już wracać do domu. Staszek znowu powtórzył: 

— Gospodarzu, pojedziecie z nami. 
— Panie, jo już dwa dni nic nie jadłem i konie też głodne. 
— Postaramy się o jedzenie dla was i dla koni. 
Chłop podbiegł do przedniego koła i zaczął ręką poruszać szprychy. 
— O, widzi pon, koło się rozlatuje. 
Na to ja powiedziałem, ze postaramy się o nowe koło (miałem na myśli te wozy leżące w rowach), 

a wtedy biedak zaczął nawracać konie. Weszliśmy na wóz i usiedliśmy  na plecakach. Ach,  cóż to 
była  za  rozkosz  dla  umęczonych  nóg.  Błogosławiłem  w  duszy  Staszka  i  czułem  serdeczną 
wdzięczność dla tego chłopa, który poświęcał się dla nas. Układałem plan, że wieczorem wspólnie 
wynagrodzimy mu ten trud. Martwiło mnie to koło... a tu jak na złość w rowie nie było żadnego wozu 
– przepraszam, był jeden, ale wojskowy, o cienkich stalowych osiach. 

Ż

ołnierze idący drogą co chwila próbowali wskakiwać na wóz. Staszek spędzał ich krzycząc, że 

ten wóz jest przeznaczony pod amunicję. Niewiele to jednak pomagało i trzeba było staczać formalne 
bitwy  o  twierdzę  na  kółkach.  Ponieważ  na  ręce  zrobił  mi  się  ogromny  czyrak,  owinąłem  go 
bandażem.  Jeden  z  żołnierzy  mający  zamiar  wskoczyć  na  wóz,  zobaczywszy  moją  obandażowaną 
rękę, zaniechał tego. Strzeliła mi pewna myśl do głowy. Zaproponowałem mianowicie, aby Staszek i 
Władek obandażowali się. Po chwili trzech „rannych” jechało na wozie i odtąd mieliśmy spokój. 

background image

Z  lewej  strony  szosy  stał  dwór.  Staszek  kazał  chłopu  jechać  tam.  Dwór  był  chyba  opuszczony 

przez właścicieli, no i przez służbę, bo nikogo tam nie widziałem. Natomiast było tu dużo żołnierzy, 
którzy buszowali po chlewach, stajniach, kurnikach i spichrzach, biorąc, co popadło. Złapaliśmy dwa 
króliki, a Staszek zniósł ze stryszku worek owsa. A więc dotrzymał chłopu słowa... Po zaopatrzeniu 
się w mięso i owies ruszyliśmy dalej. W pewnej nędznej wiosce za Baranowem zatrzymaliśmy się, 
aby  przygotować  posiłek.  Gdy  już  wszystko  było  przygotowane,  a  w  garnkach  gotowały  się 
ziemniaki i mięso, poszedłem oglądnąć to nieszczęsne koło. I wtedy przypomniało mi się, że wiele 
przejeżdżających wozów miało między szprychami powplatane powrósła, które na postoju polewano 
wodą. Zrobiłem i ja tak samo. Efekt był wspaniały, po dwóch godzinach szprychy już prawie że się 
nie ruszały. 

A tymczasem wojsko odeszło nas już parę kilometrów, toteż jechaliśmy szybko. W pewnej chwili 

zobaczyłem na łące kopki siana. Namówiłem kolegów, abyśmy go trochę przynieśli, bo to i siedzieć 
będzie wygodniej, i dla koni żarcie. Rada ta okazała się bardzo szczęśliwa. Podczas znoszenia siana 
wojsko  znowu  oddaliło  się  trochę  i  wtedy  nadleciało  kilkanaście  myśliwskich  samolotów,  które 
rozpoczęły  ostrzeliwanie.  To  nie  był  zwykły  przelot;  samoloty  latały  niczym  jaskółki  tam  i  z 
powrotem. Na wszelki  wypadek schroniliśmy się do nowego, ale nie  wykończonego murowanego 
domu. Gdy samoloty odleciały, ruszyliśmy dalej. Po paru minutach jazdy oczom naszym ukazał się 
obraz zgrozy. Z lewej strony szosy na polach leżeli zabici, ranni, konie, których naliczyłem 32 sztuki. 
Niektóre  były  już  martwe,  z  wydętymi  brzuchami.  Inne  wierzgały  kopytami  i  waliły  łbami,  jakby 
chciały się dobić. Do takich podchodzili żołnierze i strzelali im w łeb, skracając cierpienia. 

W rowie leżał cywil z przestrzeloną krtanią. Z jego piersi wydobywał się charkot i bulgotanie. Po 

pobojowisku chodził jakiś porucznik z obandażowaną głową i wydawał rozkazy, aby znosić rannych 
ku drodze. On zarekwirował nasz wóz. Skończyła się przyjemna jazda, no ale ranni byli ważniejsi. 
Gdy  razem  z  Władkiem  pomagałem  ich  nosić,  Staszek  gdzieś  się  ulotnił.  Po  chwili  wrócił  i 
powiedział, że tam w przedzie stoją dwie biedki amunicyjne z 20 pp. Wobec tego trafiła się nowa 
okazja  do  dalszej  jazdy,  oczywiście  dzięki  sprytnemu  Staszkowi.  Jazda  na  biedkach  nie  była  tak 
wygodna jak na wozie. Siedziało się jak gdyby na stole, który balansował w takt biegu konia. Plusem 
było to, że mogliśmy się posuwać o wiele szybciej od maszerującego wojska, co pozwalało nam na 
dostateczne wysypianie się w nocy. 

Wieczorem  ulokowaliśmy  się  w  dużej  stodole.  Mieliśmy  szczęście,  gdyż  w  domu  było 

ś

winiobicie. Nie był to jakiś odosobniony wypadek. Rozeszła się bowiem pogłoska, że Niemcy będą 

zabierać  świnie,  a  więc  kto  miał  jakąś  nierogaciznę  –  zarzynał,  uważając,  że  w  częściach  łatwiej 
będzie ją schować. 

Bardzo wcześnie rano ruszyliśmy dalej. Po paru kilometrach spotkaliśmy kilku żołnierzy z naszej 

kompanii.  Byliśmy  pewni,  że  niedługo  dotrzemy  wreszcie  do  dowództwa.  Niestety.  W  południe 
zaczęliśmy  odczuwać  głód,  a  tu  jak  na  złość  domy  były  pozamykane  i  ani  żywego  ducha. 
Prawdopodobnie  ludzie  z  obawy  nie  tyle  przed  bitwą,  co  przed  naszym  wojskiem  kryli  się  albo 
oddalali od drogi zamykając wszystko na dziesięć spustów. 

Na  jednym  podwórku  rosła  wysoka  grusza  z  drobnymi  owocami,  które  żołnierze  strącali 

wyrwanymi  z  płotu  kołkami.  Poszliśmy.  Pech  chciał,  że  nawinął  się  mały  kogucik...  Staszek 
krzyknął: 

— Łapiemy go! 
No i złapaliśmy. Nie było w moim zwyczaju przywłaszczać sobie czyjąś własność, ale zbyt wiele 

Staszkowi miałem do zawdzięczenia, aby odmówić mu pomocy. Kiedy Staszek scyzorykiem ucinał 
ptakowi łebek, zza węgła wyszedł gospodarz i tak strasznie się rozzłościł, jakby chodziło o prosiaka 
albo o cielę. Było mi głupio, więc zacząłem go przepraszać, a następnie wyjąłem półtora złotego i 
dałem mu (taki kogucik kosztował około 60 groszy), ale i to nie pomogło. Wtedy powiedziałem, że 
jak przyjdą  Niemcy to zabiorą mu nie tylko kogutka, lecz krowę lub świnię: A przecież my po to 
cierpimy głód i poniewierkę, aby do tego nie dopuścić. I tymi słowami uspokoiłem chłopa. Tak się 
złożyło, że wieczór zakwaterowaliśmy się w opuszczonym domu i po raz pierwszy przespaliśmy się 
na łóżkach. 

background image

Muszę zaznaczyć, że ta jazda na biedce zapoczątkowała jak gdyby moją nową, szczęśliwą erę w 

tej  wojnie.  Odpadły  bezsenne  noce,  no  i  ten  ogromnie  męczący  marsz.  Jedynym  cieniem  był 
woźnica...  O  Boże,  a  cóż  to  był  za  typ.  Zawsze  ponury,  zły  i  prowokujący  do  kłótni.  Co  gorsza, 
traktował mnie jak jakieś zło, którego za wszelką cenę należałoby się pozbyć. Ja, zdając sobie sprawę 
z tego że jestem jak gdyby na jego łasce, robiłem wszystko, aby go sobie zjednać. Na każdym postoju 
pomagałem mu w obsłudze konia. Niewiele to jednak znaczyło. Jedyną pociechą była mi myśl, że już 
lada  chwila  dogonimy  nasz  pułk  i  wszystko  ułoży  się  inaczej.  Ponieważ  drogi  stawały  się  coraz 
gorsze,  zmuszeni  byliśmy  iść  trochę  pieszo,  aby  ulżyć  koniom.  Nastręczała  się  wtedy  okazja  do 
porozmawiania z idącymi, a tematów nie brakowało. Wielu podtrzymywało wiadomość z pierwszych 
dni wojny, że Prusy Wschodnie i Gdańsk znajdują się w dalszymi ciągu w rękach Polaków. Mówiono 
też,  że  flota  angielska  przypłynęła  do  Gdańska  i  że  armia  angielska  maszeruje  przez  Bałkany  w 
kierunku Polski. Była też pocieszająca nowina, że wojska francuskie wdarły się już bardzo daleko na 
tereny  III  Rzeszy,  no  i  że  miasta  niemieckie  na  czele  z  Berlinem  leżą  w  gruzach.  Jeden  cywil  z 
Krakowa opowiadał, że wkraczających do Krakowa Niemców witał chlebem i solą kardynał Sapieha. 

Rzecz  jasna,  że  te  wiadomości  (prócz  ostatniej)  podnosiły  w  pewnym  stopniu  (oczywiście 

naiwnych) na duchu. Poważnie myślących zmuszały do głębszych refleksji. No bo jak można było 
pogodzić to, że my mamy Prusy i Gdańsk, a Niemcy są już pod Warszawą, o czym dowiedziałem się 
już 8 września. Pocieszające było, że już od dwóch dni nie nękały nas samoloty. Zbliżaliśmy się do 
Stalowej Woli. Staszek i tu świetnie się orientował w terenie: radził ominąć Rozwadów i przez las na 
bliższe udać się do Stalowej Woli. Miało to te dobre strony, że jadąc przez las uwalnialiśmy się od 
kurzu i mogliśmy oddychać świeżym i pachnącym sosnową żywicą powietrzem. 

Wprost z lasu wjechaliśmy do miasta, którego pięknem byłem wprost oczarowany; szerokie ulice 

wybrukowane kamienną kostką, domy kilkupiętrowe, równiutkie jak pod sznur, o dużych weneckich 
oknach; te, oświetlone porannymi promieniami słońca, błyszczały, robiąc wrażenie, że domy nie z 
cegły, ale ze szkła były zbudowane. Czyżby spełniała się wizja starego Baryki z Przedwiośnia

Jak  wiemy,  Stalowa  Wola  była  jednym  z  kilku  ośrodków  przemysłowych  pod  wspólną  nazwą 

COP  (Centralny  Okręg  Przemysłowy).  Zlokalizowanie  tego  przemysłu  było  bardzo  mądrze 
pomyślane, dawało bowiem – na wypadek wojny – gwarancję zaopatrywania armii z zaplecza. 

Zatrzymaliśmy się tu, aby napoić konie, a ja wykorzystałem postój na rozmowę z mieszkańcem 

miasta.  Dowiedziałem  się  wielu  ciekawych  rzeczy,  między  innymi,  że  wszystkim  wiedzie  się  tu 
dobrze  i  że  stale  jest  zapotrzebowanie  na  robotników  i  fachowców  z  różnych  branż.  Kiedy  tak 
rozmawialiśmy,  nad  miastem  ukazał  się  niemiecki  samolot,  który  został  natychmiast  przepędzony 
przez artylerię przeciwlotniczą. 

Przejeżdżając  przez  miasteczko  Nisko  zostaliśmy  poinformowani,  że  w  jednej  piekarni  wydają 

mąkę dla żołnierzy (po 1 kg). Natychmiast zeskoczyłem z biedki i pobiegłem do kolejki. Nie stałem 
długo, bowiem koledzy zabrali z sieni worek z resztką mąki, której było około 8 kg. 

Po przejechaniu Sanu drogi były jeszcze możliwe, ale dalej zmieniły się nie do poznania. To nie 

drogi, ale jakieś wąwozy wypełnione piachem. Toteż zmuszeni byliśmy iść pieszo. Tu właśnie, na 
tym  odcinku,  żołnierze  podawali  sobie  z  rąk  do  rąk  ulotki,  na  których  wypisane  były  pewne 
komunikaty. Zapamiętałem z nich trzy, a mianowicie: 1. z powodu zagrożenia stolicy rząd przeniósł 
się  do  Łucka;  2.  połączone  armie  „Poznań”  i  „Pomorze”  rozpoczęły  wielką  ofensywę  w  kierunku 
północno-zachodnim;  3.  marszałek  Polski  Rydz-Śmigły  objął  osobiście  dowództwo  frontu 
południowo-wschodniego. 

Pod wieczór wojsko zatrzymało się przed jakąś wioską. Z tyłu podeszła kompania z 20 pp., ale z 

innego  batalionu.  Mieli  kuchnię  i  dwa  wozy  przykuchenne.  Postanowiłem  spróbować  szczęścia. 
Doszedłem do dowódcy i oznajmiłem, że jesteśmy rozbitkami również z 20 pp. i czy nie moglibyśmy 
otrzymać jakiegoś posiłku. Porucznik skinął głową w stroną wozów i powiedział: 

— Idźcie i weźcie! 
Wtedy ja powiedziałem: 
— Ponieważ widzę, że pan sobie zakpił ze mnie, pozwolę sobie zwrócić uwagę, że żołnierz na 

wojnie ma nie tylko obowiązki, ale i prawa! 

background image

I  dziwna  rzecz.  Inny  oficer  w  takiej  sytuacji  zwymyślałby  takimi  słowami  jak:  „stul  pysk”,  i 

jeszcze  złapałby  za  kaburę,  a  ten  –  jakby  zrozumiał,  że  popełnił  nietakt  –  łagodnym  głosem 
powiedział: 

— Słuchajcie, strzelec, my sami jesteśmy głodni. Weźcie kolegów i ukopcie ziemniaków, to w tej 

wiosce ugotujemy jakąś zupę. 

Poszliśmy. Z miękkiej, piaszczystej ziemi wygrzebywaliśmy ziemniaki nie większe od włoskich 

orzechów. Nic z tego jednak nie wyszło, bo wojsko ruszyło dalej, skręcając między domostwa. My 
również  zakwaterowaliśmy  się  w  jednym  domu,  aby  z  kupionej  mąki  przyrządzić  kolację.  I  tu 
okazało się, że Władek był niezłym kucharzem: z mąki ugotował coś w rodzaju zacierki. Następnie 
zrobił na nieckach ciasto, które rozgniatał na gorącej blasze, piekąc okrągłe placki. 

Rano ruszyliśmy dalej. Kompanii z Dwudziestki już nie było i nigdy już jej nie spotkaliśmy. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

BOMBARDOWANIE JANOWA I FRAMPOLA 

 
Około  południa  byliśmy  już  przed Janowem  Lubelskim.  Tu  wojsko  z  niewiadomych  powodów 

zatrzymało  się.  Ponieważ  na  szosie  był  straszliwy  kurz,  więc  zszedłem  z  szosy  do  lasu,  aby  tu 
odetchnąć świeżym powietrzem. Ledwie usiadłem pod drzewem, gdy usłyszałem z tyłu stukanie, a 
po chwili kłąb pyłu przesunął się ku mnie. Byłem tak tym zdenerwowany, że krzyknąłem: 

— A cóż tam za idiota tak kurzy? 
Okazało się, że to jakiś starszy już wiekiem major siedząc pod drzewem dla zabawki uderzał laską 

w mały świerk pokryty pyłem. Przeprosiłem go, a on na to: 

— Nie szkodzi! Wiecie, strzelec, że na tej wojnie to już człowiek sam nie wie, co robi... 
Pisząc o tym lesie janowskim nie od rzeczy będzie wspomnieć o bardzo tragicznym wydarzeniu, 

które później opowiedział mi kolega z 12 pp. Pewien oficer, który tu był ze swoją kompanią, pod 
wpływem depresji psychicznej zastrzelił trzech żołnierzy za rzekome szpiegostwo. Widząc to jakiś 
major zastrzelił tego oficera (oficera tego znałem osobiście). 

Janów był już częściowo zbombardowany. W rynku była studnia, przy której żołnierze poili konie. 

Jeden  oficer,  którego  zapytałem  o  20  pp.,  poradził  mi,  abym  udał  się  do  urzędującego  tu  sztabu 
wojskowego. Poszedłem. Przyjął mnie pułkownik, który od razu zaznaczył, żeby nie pytać o pułk, 
tylko o dywizję, bo pułki jako takie już prawie nie istnieją. 

— Szósta — powiedziałem. 
— A więc szósta i jeszcze jakaś inna — nie pamiętam — podążały w kierunku Zamościa. Kiedy 

pułkownik się dowiedział, że mamy dwie biedki, poradził, żebyśmy sobie skrócili drogę, i na mapie 
pokazał mi ten skrót. 

Byłem wprost zaskoczony uprzejmością sztabowca. Rozmawiał ze mną jak równy z równym, albo 

inaczej – jak obywatel z obywatelem, których łączyła wspólna sprawa: obrona zagrożonej Ojczyzny. 
On rozumiał, że do obrony kraju musi być żołnierz i o niego musi się dbać. 

Głód, zmęczenie, niewysypianie się, brud, a nawet choroby (przeważnie przewodu pokarmowego) 

powodowały  wykruszanie  się  żołnierzy  –  głównie  rezerwistów,  którzy  wyszli  już  z  żołnierskiej 
zaprawy.  Im  dalej  na  wschód,  tym  mniej  widziało  się  żołnierzy,  a  coraz  więcej  oficerów.  Ci  nie 
wykruszali się, bo byli w lepszych warunkach. Mieli ułatwiony dostęp do prowiantów wojskowych, a 
jeżeli takich już zabrakło, to łatwiej mogli coś kupić niż żołnierze. Wyżsi stopniem oficerowie radzili 
sobie w ten sposób, że zajeżdżali do dworów lub na plebanie i tu otrzymywali nie tylko znakomite 
jedzenie, ale wyborne alkohole. 

Powróciwszy  od  pułkownika  powiedziałem  kolegom,  że  mam  informacje  o  naszej  jednostce,  i 

przynaglałem do odjazdu. 

Tuż  za  Janowem  było  dość  duże  wzniesienie,  toteż  jechaliśmy  wolno.  Koło  drogi  rosły  małe, 

poobcinane na wiosnę drzewka, wyglądające jak pęczki naci. Nie było tu osłony przed słońcem, które 
przygrzewało  dość  mocno,  ani  przed  lotnikiem.  I  wtedy  na  niebie  pojawiła  się  duża  eskadra 
niemieckich  samolotów.  Usłyszeliśmy  charakterystyczny  gwizd,  a  potem  zobaczyliśmy  fontanny 
dymu,  desek  i  cegieł.  Niemcy  zrzucali  bomby  w  pewnych  odstępach  czasu,  seriami.  Mimo 
wzniesienia  jechaliśmy  dość  szybko,  aby  oddalić  się  od  tego  piekła.  Zjeżdżaliśmy  już  w  dół,  gdy 
usłyszeliśmy  tętent  kopyt  końskich.  Na  horyzoncie  ukazało  się  kilkadziesiąt  pędzących  od  strony 
Janowa koni. Niektóre były osiodłane, ciągnęły ze sobą kawałki dyszli, przodków od wozów oraz 
fruwających postronków. Staszek zeskoczył z biedki i zawołał: 

— Chłopaki, łapiemy konie! 
Mówiąc  to  wybiegł  naprzeciw  samotnie  pędzącego  konia  krzycząc  i  wymachując  rękami.  Koń 

zarył kopytami w ziemię, ale nie zdążył zawrócić, i Staszek złapał go za uzdę. Ja również wybiegłem 
naprzeciw  dwóm  sprzężonym  koniom,  ale  te  nie  tylko  nie  zatrzymały  się,  ale  mnie  wprost 
przeskoczyły. Inne biegły zbyt daleko albo już przebiegły. A więc tylko Ługowskiemu udało się. On 
miał chyba zmowę z diabłem – wszystko mu wychodziło. Koń ten był własnością jakiegoś oficera, o 
czym świadczyły mapnik i torba. Teraz Staszek wyglądał jak prawdziwy oficer. Miał konia, lornetkę 
i pistolet. 

background image

Słońce było już nad zachodem, kiedy przejeżdżaliśmy przez Frampol, miasteczko – jak zresztą i 

wiele innych – bardzo nędzne i brudne, z małymi domkami, przeważnie drewnianymi i pokrytymi 
zbutwiałymi gontami, na których zielenił się mech. Przed jednym z takich domów stał stary wysoki 
Ż

yd ubrany w czarny chałat. Na głowie miał czapkę podobną do rondelka z daszkiem. Żyd patrzył na 

idące wojsko jakimś dziwnie ponurym wzrokiem. Co myślał? Może miał żal, że to polskie wojsko 
wycofuje się, zostawiając ich, Żydów, na pastwę Hitlera? 

Dziwny  zbieg  okoliczności  sprawił,  że  wszystko  powtórzyło  się  tak  jak  w  Janowie.  Za 

miasteczkiem  też  było  wzniesienie.  Z  tego  samego  kierunku  nadleciały  samoloty  bombardując 
miasteczko. Różnica polegała tylko na tym, że tu samoloty obniżyły się ostrzeliwując nasze wojsko. 
Jeden z nich szczególnie upodobał sobie nas i latał wkoło drogi strzelając – na szczęście bez skutku. 
Ze wzgórza widać było doskonale płonące miasto. W górze utworzyła się ogromna kłębiasta chmura 
dymu. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

STRASZNA WIADOMOŚĆ 

 
Właścicielem  gospodarstwa,  które  obraliśmy  sobie  za  kwaterę,  był  młody,  liczący  około 

trzydziestu lat mężczyzna. On wskazał nam miejsce do spania oraz szopę dla koni. W pewnej chwili 
podszedł do mnie i charakterystycznym dla wschodnich terenów dialektem zapytał: 

— Panie, ta co to jest do choliery, że to polskie wojsko tak ucieka i ucieka? 
To, że on powiedział „polskie wojsko”, a nie „nasze wojsko”, dało mi do zrozumienia, że mam do 

czynienia z Ukraińcem. Wobec tego, chcąc ratować honor wojska polskiego, powiedziałem, że to nie 
jest żadna ucieczka tylko przegrupowanie armii i że z tych terenów nastąpi przeciwuderzenie. Wtedy 
on przybliżył się do mnie i przyciszonym głosem powiedział: 

— A czy pan wie, że Rosja wkracza w granice Polski? 
—  Dziwię  się,  że  dopiero  teraz  —  powiedziałem  —  przecież  nasz  dowódca  już  czwartego 

września mówił, że Rosja jest w stanie wojny z Niemcami. 

— Ta panie! Ta co pan bredzi! W jakim stanie wojny — mówił podnieconym głosem Ukrainiec. 

— Przyjdź pan do mnie, zaraz będzie w radiu audycja. 

To już mi wystarczyło. Poczułem się strasznie znużony, a że właśnie przez podwórko przechodził 

mój woźnica, poprosiłem go, aby powiadomił kolegów, że nie będę brał udziału w przygotowaniu 
kolacji ani nie będę jadł, gdyż czuję się źle i idę spać. Co prawda, to po wczorajszej kolacji czułem 
przez cały dzień bóle brzucha, ale nie tylko dlatego chciałem się położyć... Chciałem po prostu we 
ś

nie szukać ukojenia w cierpieniach, jakie zadały mi uzyskane wiadomości. W głowie huczało mi od 

nawału myśli. Co to wszystko ma znaczyć? Nie mogłem spać tej nocy. Rano czułem się jak zdjęty z 
krzyża. 

Ruszyliśmy  kierunku  Szczebrzeszyna,  szlakiem  wyznaczonym  przez  pułkownika  z  Janowa. 

Jakież  było  moje  zdziwienie,  kiedy  zobaczyłem,  że  wojsko  nie  maszeruje  w  stronę  Zamościa,  do 
którego  było  jeszcze  około  25  kilometrów,  lecz  kieruje  się  na  północ,  w  stronę  Lublina  (pod 
Zamościem byli już Niemcy). Dzień ten zszedł nam bez ważniejszych wydarzeń. 

Jeszcze  przed  zachodem  słońca  zjechaliśmy  z  drogi,  udając  się  w  kierunku  dość  dużego 

gospodarstwa.  Właścicielka,  młoda,  tęga  kobieta,  której  mąż  był  również  na  wojnie,  wskazała 
miejsce dla koni w dużej stajni, w której było czternaście krów. Poprosiliśmy gosposię, aby sprzedała 
nam mleka i chleba. Przyniosła pięć kubków mleka i pięć kromek chleba. Mimo iż było to bogate 
gospodarstwo, zewsząd wyzierały prymityw i niechlujstwo. Stół i ławki przybite do kołków wbitych 
w  klepisko,  zamiast  drzwi  do  drugiej  izby  –  zawieszony  jakiś  brudny  łach.  Strasznie  dużo  much 
latało, tak że przy jedzeniu bez przerwy machaliśmy rękami, bo inaczej na garnuszkach tworzył się 
czarny ruszający się kołnierz. 

Po zjedzeniu zapytałem, ile się należy za mleko i chleb. I o dziwo! usłyszałem: 
— Ta ile łaska. 
To słowo „ile łaska” było używane w dawnej Polsce przez biedotę, aby tym sposobem uzyskać od 

bogatego  większą  zapłatę  za  jakąś  drobną  przysługę  czy  rzecz.  Czternaście  krów  i  „ile  łaska...” 
Wyjąłem ostatnią już złotówkę i położyłem na stole. To samo uczynili i koledzy. 

Następny  dzień  był  dla  mnie  pechowy,  a  nawet  można  powiedzieć  tragiczny.  Zaczęło  się  od 

biegunki.  Co  pewien  czas  zatrzymywałem  woźnicę,  abym  mógł  odejść  na  stronę.  W  pewnym 
momencie, ponieważ nie znalazłem w pobliżu ustronnego miejsca, a tu jak na złość oprócz wojska 
szli i jechali cywile – w tym kobiety i dzieci – nie pozostawało mi nic innego, jak odejść w kierunku 
wielkiej  plantacji  tytoniu.  Przy  okazji  oglądnąłem  te  nie  znane  mi  rośliny,  wyższe  ode  mnie,  o 
wielkich pożółkłych już liściach. Nie miałem w sobie żyłki kupieckiej, bo trzeba było narwać tych 
liści,  a  potem  zamienić  je  na  chleb.  Tak  robili  inni.  Nie  przypuszczałem,  że  po  powrocie  do 
towarzyszy spotka mnie przykrość. Woźnica zaczął mi wymyślać, nie szczędząc nawet obelżywych 
słów. Między innymi groził, że jak się to jeszcze raz powtórzy, zrzuci mój plecak i karabin. Tego było 
już za wiele. Postanowiłem rozciąć ten dawno już ropiejący wrzód... Powiedziałem: 

— Słuchajcie, strzelec... 
To nagłe przejście z „ty” na „wy” było dla niego jakimś zaskoczeniem. Bąknął: 
— A bo co? 

background image

— Przyjmijcie do wiadomości, że ja nie jestem taki sobie zwykły strzelec czynnej służby jak wy, 

ale jestem podoficerem rezerwy. Po drugie, ani koń, ani biedka nie są waszą własnością, lecz pułku, 
do którego i ja należę, i jeżeli korzystam z tego środka lokomocji, to nie dla wygody, lecz po to, aby 
jak najszybciej dołączyć do pułku i dalej walczyć w obronie Ojczyzny. 

Woźnica mruknął coś pod nosem i pojechaliśmy. Zdawałem sobie sprawę, że to „rozładowanie” 

pogorszyło  jeszcze  bardziej  moją  sytuację  i  że  ten  zły  woźnica  może  spełnić  swoje  pogróżki... 
Postanowiłem być ostrożny. 

Dojechaliśmy do pierwszej biedki i wtedy poprosiłem Staszka, abyśmy się zatrzymali na chwilę... 

Staszek powiedział, że zjadą w dół, staną na skraju wioski, by poszukać czegoś do jedzenia, a ja tam 
dołączę.  I  odjechali.  Ja  tymczasem  zrobiłem  bardzo  przykre  odkrycie:  nie  miałem  takiej  sobie 
zwykłej  biegunki,  lecz  czerwonkę,  którą  przechodziłem  już  raz,  w  1923  roku.  Krew  i  śluz  oraz 
podwyższona temperatura świadczyły o tym wymownie. Ogromnie byłem tym przygnębiony. A więc 
nie  zginę  od  kuli,  ale  przyjdzie  mi  skonać  gdzieś  w  rowie  albo  w  jakiejś  stodole.  Postanowiłem 
jednak nie zdradzać kolegom swojego stanu. 

Jakież  było  moje  zdziwienie,  gdy  po  przyjściu  na  umówione  miejsce  nie  zastałem  nikogo. 

Poszedłem dalej, gdzie stało kilka furmanek, ale tam też kolegów nie było. Czyżby ten mój woźnica 
namówił  resztę  towarzystwa,  aby  mnie  zostawić?  No,  ale  przecież  między  nimi  był  Staszek 
Ługowski,  z  którym  łączyły  mnie  dość  przyjazne  stosunki.  Staszek  jednak  oprócz  wielu  zalet,  o 
których  pisałem,  miał  jedną  wadę:  pozbawiony  był  sentymentów.  Dał  tego  dowody  zmuszając  do 
jazdy chłopa, choć nie miał do tego prawa... 

Droga z wioski prowadziła na wzniesienie, więc wszystkie pojazdy jechały powoli. Postanowiłem 

biec, aby – jeżeli towarzysze odjechali – dogonić ich. Niestety po trzech kilometrach byłem już tak 
zmęczony, że zaniechałem pościgu i usiadłem pod stodołą tuż za rowem. Na wprost, gdzieś w rejonie 
Kraśnika, toczyła się bitwa. Słychać było kanonadę artyleryjską. Przed stodołą zatrzymał się jadący 
na koniu major B. z 12 pułku, odwrócił głowę i patrzył w kierunku, skąd dochodziły odgłosy walki. 
Znałem go tylko z widzenia. Uchodził za wielkiego despotę. Postanowiłem zapytać go o 20 pułk. Dał 
mi ordynarną odpowiedź: „Całuj psa w d...”, i pojechał dalej. Pytałem żołnierzy, czy to ich dowódca. 
Nikt go jednak nie znał. A więc ten wyglancowany dowódca zdążył już pogubić swoje wojsko. 

A  tymczasem  niebo  zaczęło  się  chmurzyć  i  powiał  lekki  wiatr.  Odczułem  dość  silne  dreszcze. 

Byłem  ogromnie  przygnębiony  swymi  przeżyciami.  Zacząłem  się  zastanawiać,  co  robić  dalej.  I 
wtedy zobaczyłem nadjeżdżające biedki i Staszka na koniu. Staszek tłumaczył się, że na kraju wsi 
domy  były  pozamykane,  więc  pojechali  dalej,  później  jednak  wrócili  ku  drodze,  ale  mnie  już  nie 
zastali.  Ile  było  w  tym  prawdy?  Nie  wiem.  Ważne  było  to,  że  miałem  swój  karabin,  no  i  plecak. 
Ponieważ,  zaczęło  już  kropić,  wojsko  w  pośpiechu  lokowało  się  w  stodołach,  czesząc  palcami  ze 
snopków owies dla koni. Na polu szumiał deszcz, a ciemności rozjaśniały błyskawice. Żołnierze już 
spali, gdy poprzez uchylone drzwi ktoś zawołał: 

— Chłopaki, zupa jest! 
Nikt  jednak  nie  wyszedł.  Ja,  mimo  że  w  tym  dniu  nie  jadłem  nic,  nie  odczuwałem  głodu;  ale 

uświadomiwszy  sobie,  że  gorący  posiłek  może  przynieść  mi  ulgę,  poszedłem.  Na  drodze  stała 
kuchnia,  pod  którą  tliły  się  szczapy  drzewa.  Sam  się  obsłużyłem  nalewając  warzechą  gorącej 
kaszanej zupy. Po zjedzeniu poczułem się lepiej. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

LUBLIN 

 
Ulewny wieczorny deszcz oczyścił i odświeżył nareszcie powietrze, nic też dziwnego, że spaliśmy 

kamiennym snem około jedenastu godzin. 

Słońce już świeciło i ogrzewało zmokniętą ziemię, która parując wydzielała nieprzyjemny zapach. 

Wojsko, z którym zakwaterowaliśmy się, już odmaszerowało, zostawiając ślady na stratowanym oraz 
zdeptanym błocie, no i... konia. Koń był tak strasznie wychudzony i pokaleczony, że naprawdę litość 
brała  patrzeć  na  niego.  Chłop  wyszedłszy  z  domu  od  razu  zawołał,  że  nam  się  koń  odwiązał.  Już 
miałem powiedzieć, że to obcy, ale uprzedził mnie Staszek mówiąc, że to nasz, i poprosił gospodarza 
o kawałek sznura bo koń – jak się to mówi, był zupełnie goły. „Na cóż jemu może się przydać taki 
zdechlak?”  –  pomyślałem  sobie.  Staszek  jednak  wiedział,  co  robi.  W  drodze  do  Lublina  sprzedał 
konia  przygodnemu  handlarzowi  za  25  zł  i  dał  każdemu  z  nas  po  5  złotych.  A  więc  dzięki  temu 
znowu miałem trochę pieniędzy. 

Zaraz po przybyciu do Lublina Staszek radził, abyśmy pojechali do cukrowni zaopatrzyć się – o ile 

to będzie możliwe – w cukier. Cukrownia była jednak zamknięta na dziesięć spustów. Łaskawszy 
okazał  się  browar,  do  którego  pojechaliśmy  również  na  propozycję  Staszka  (on  zawsze  wiedział, 
gdzie  co  jest).  Tu  piwo  lało  się  strumieniem.  Po  ugaszeniu  pragnienia  i  zabraniu  paru  butelek  na 
drogę  ruszyliśmy  w  ślad  za  maszerującymi  wojskiem.  Po  chwili  zatrzymaliśmy  się,  gdyż  Staszek 
chciał się ogolić u fryzjera. 

Korzystając  z  wolnej  chwili  zapytałem  jednego  przechodnia,  gdzie  mógłbym  kupić  białego 

chleba. 

— Nigdzie — odpowiedział — ale ja mogę panu odsprzedać. 
Zaprowadził mnie do swojego mieszkania w suterynie i ugościł chlebem z masłem i sardynkami. 

Następnie wyjął jakąś dużą nietypową butelkę i nalewając do szklanki zapytał: 

— Napije się pan? 
— Bardzo chętnie – odpowiedziałem i duszkiem wypiłem pół szklanki... spirytusu. 
Omal  nie  przypłaciłem  tego  życiem.  Nie  mogłem  złapać  tchu,  otwierając  i  zamykając  usta  jak 

wyjęta  z  wody  ryba.  Dopiero  kanapka  z  sardynką  pomogła.  Potem  wypiłem  jeszcze  drugie  pół 
szklanki, ale już rozcieńczonej. O skutkach nie trzeba mówić. Świat stał się jakiś różowy, a gościnny 
lublinianin serdecznym bratem. Kto wie jak długo bym jeszcze siedział, ale świadomość, że koledzy 
czekają, przerwała nasze serdeczne rozmowy. Za bochenek chleba zapłaciłem złotego. Wyszedłem 
na  ulicę  zataczając  się  trochę.  Akuratnie  przejeżdżał  wojskowy  wóz  pełny  komiśniaka.  Nie 
namyślając się zabrałem jeden bochenek. Pijanemu wszystko ujdzie, a zresztą już prawie dziesięć dni 
ż

ywiłem się za własne pieniądze. 

Nie znałem Lublina trudno mi określić, w jakiej dzielnicy i na jakiej ulicy zatrzymaliśmy się. Był 

tam  budynek  –  o  ile  się  nie  mylę  –  dawnego  towarzystwa  gimnastycznego  „Sokół”.  Tu  właśnie 
organizowano nowe oddziały. Żeby nie być traktowany jak zwykły żołnierz, wyjaśniłem oficerowi 
przyczyną  mojej  samodegradacji,  za  co  otrzymałem  pochwałę.  Przydzielono  mi  niekompletną 
drużynę,  bo  składającą  się  z  trzynastu  strzelców  i  jednego  starszego  strzelca.  Naszą  kompanię 
zakwaterowano na pierwszym piętrze w dużej gimnastycznej sali. W rogu znajdowała się duża sterta 
makulatury,  którą  kazałem  rozścielić  do  spania.  Przy  tej  pracy  pomagali  nam  harcerze  i  harcerki. 
Jedna z nich właśnie przyniosła mi tasiemkę na dystynkcje. 

Gdy  już  mieliśmy  wszystko  przygotowane  do  spania,  podszedł  do  mnie  jeden  z  żołnierzy  i 

nieśmiało zapytał czy dostaniemy coś do jedzenia. Udałem się do dowódcy, ale ten powiedział, że 
jest tylko kawa, a chleb będzie wydawany jutro. Żal mi było tych wygłodniałych chłopaczków, więc 
powiedziałem,  aby  sobie  przynieśli  kawę,  a  ja  tymczasem  rozłożyłem  na  parapecie  okna  papier  i 
pokrajałem biały i czarny chleb, który miałem ze sobą – na czternaście części. Nie było tego za wiele, 
ale mogło choć częściowo niwelować uczucie głodu. 

Kiedy  żołnierze  zaczęli  się  układać  do  snu  na  tym  posłaniu  z  makulatury,  przyszedł  dowódca 

plutonu i powiedział, że nasza drużyna pójdzie na patrol. No cóż! Zrobiłem zbiórkę i zameldowałem. 
Wtedy  oficer  osobiście  odliczył  dwunastu  żołnierzy,  w  tym  starszego  strzelca,  którego  mianował 

background image

dowódcą patrolu, kazał im się zameldować u dowódcy na dole. Mnie wezwano do pobrania tytoniu 
machorkowego dla drużyny (jedna paczka na trzech). 

Byłem  już  przyzwyczajony  przesypiać  noce  do  wschodu  słońca,  a  nieraz  i  dłużej.  Tu  jednak 

przebudziłem się bardzo wcześnie. Za oknem robił się blady świt. I wtedy szyby zadrżały od huku. 
Gdzieś bardzo blisko strzelały działa. Wszczęto alarm. Zbiegliśmy po schodach w dół, a następnie 
przed budynek. Teraz dopiero zauważyłem, że reszta mojej drużyny nie wróciła z patrolu. Co się z 
nią mogło stać? Czyżby dostali się do niewoli? A może byli tak niesumienni, że zamiast patrolować 
po prostu poszli gdzieś spać? 

Robił się dzień. Zaświeciło słońce. Gdzieś z tyłu słychać było odgłosy walki. Obok ulicą pędziły 

zaprzężone w konie dwa polskie działa (polówki). Powożący śmigali batami, trwożnie oglądając się 
do tyłu. Dziwna rzecz, że zapowiedziane wczoraj wydawanie chleba nie odbyło się, mimo że było na 
to dosyć czasu. Około dziewiątej zaczęło się nareszcie coś dziać. Zarządzono zbiórki w kompaniach, 
a  następnie  ruszyliśmy,  ale  nie  w  stronę,  skąd  dochodziły  odgłosy  walki;  lecz  w  bok.  Kompanie 
maszerowały  równolegle  wylotowymi  ulicami  w  kierunku  szpitala,  przed  którym  był  duży  ogród 
otoczony siatką. 

Kiedy  dotarliśmy do  wolnej od drzew i domów przestrzeni, zobaczyłem  w dali unoszące się  w 

górę  kłęby  czarnego  dymu.  Po  chwili  zaczęliśmy  wchodzić  do  ogrodu.  Nasz  pluton  wszedł  jako 
pierwszy i od razu zaczął się posuwać lewą stroną ku budynkom, wykorzystując oczywiście zasłony z 
drzew  i  krzewów.  Pozostałe  oddziały  zostały  jednak  zauważone  przez  Niemców  i  silnym  ogniem 
przyduszone do ziemi. Natarcie utknęło w miejscu. Ścieżką od szpitala szedł w naszą stronę Staszek 
Ługowski.  Na  piersiach  miał  lornetkę  zawieszoną  na  szyi  (Staszek  pełnił  funkcję  kaprala 
obserwatora). Wyjaśnił nam, że w szpitalu zamknęło się kilkunastu Niemców i strzelają z karabinów 
maszynowych, poustawianych na stołach w głębi sal. Po odejściu Staszka nadjechał od bramy nasz 
motocyklista i gdy był tuż obok, dostał serię, aż szprychy zadźwięczały. Motocyklista porzucił motor 
i  schronił  się  do  nas.  Wtedy  Niemcy  rozpoczęli  czesanie  krzewów.  Sytuacja  była  bardzo  groźna, 
choćby z tego względu, że grunt w ogrodzie był kamienisty i nie można się było tam okopać. 

Teraz  dopiero  zauważyłem,  jak  bardzo  tchórzliwego  mamy  dowódcę.  Był  nim  podchorąży  w 

stopniu plutonowego. Omal nie płakał ze strachu jak dziecko. Kazał rozwalić ogrodzenie, a gdy to nie 
zdało  egzaminu,  biec  za  sobą  w  stronę  wyjścia,  a  potem  w  stronę  Lublina.  W  powietrzu  fruwały 
zwęglone papierki, co widząc podchorąży ostrzegał nas przed dotykaniem ich, gdyż – jak twierdził – 
były to chemiczne środki bojowe. 

Z przeciwnej strony nadszedł major, który był dowódcą tego batalionu, i krzyknął: 
— A wy dokąd?! To ja wydałem rozkaz ostrzelania szpitala, abyście mogli tam dojść, a wy co! 

Marsz powrotem! 

Zawróciliśmy. Właśnie w tej chwili rozpoczęło się to ostrzeliwanie. Cały budynek okrył się pyłem 

kruszącego  się  tynku,  na  dachu  zaś  pozostało  tylko  kilka  dachówek.  Szpital  został  zdobyty. 
Przyduszeni  tym  zmasowanym  ogniem  Niemcy  nie  byli  w  stanie  zatrzymać  pędzących  żołnierzy, 
którzy  następnie  wywalili  bramę  i  wdarli  się  do  środka.  Z  jednej  z  sal  na  drugim  piętrze  wybiegł 
niemiecki kapral, krzycząc „halt”! Ale nie zdążył odbezpieczyć wyrwanego zza cholewy granatu, bo 
jeden  z  naszych  strzelił  do  niego  z  dołu,  trafiając  go  pod  brodę.  Pocisk  wyszedł  przez  hełm, 
wyrywając charakterystyczny zakręcony listek. Inni Niemcy wyszli z sal z podniesionymi rękami, i 
odprowadzono  ich  do  dowództwa.  Przez  chwilę  przyglądałem  się  zabitemu.  Było  to  tęgie  rude 
chłopisko o pucołowatej twarzy. Opasany polskim pasem, także i buty miał polskie, czułem żal do 
tego tchórzliwego podchorążaka, że uciekł z ogrodu, bo gdyby nie to, to my bylibyśmy zdobywcami 
szpitala. 

Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej do natarcia. Droga jednak nie była łatwa. Jak to zwykle na 

przedmieściach, pełno tu było jednorodzinnych domków z ogródkami okolonymi parkanami z desek 
albo  siatką.  Jeśli  chodzi  o  parkany,  to  przy  przechodzeniu  nie  przedstawiały  większej  trudności  – 
jedno uderzenie kolbą i już przejście było. Gorzej z siatkami. Te trzeba było przełazić. Trud jednak 
nagrodzony był przez obfitość pomidorów, jabłek, gruszek. Dużo miały  witamin, ale bardzo mało 
kalorii. Mimo że nie widzieliśmy Niemców, pociski bzykały bez przerwy. 

background image

W pewnym miejscu natrafiłem na otwór w parkanie, za którym leżała na ziemi duża zabita gęś, 

oskubana, oraz zawinięte w pergamin masło. Masło schowałem do chlebaka, ale gęś wprawiła mnie 
w zakłopotanie. Co robić? Gdybym chociaż miał nóż, tobym odkroił uda i skrzydła – ale całą gęś 
nieść w ręce, i to w natarciu. Jakiś dziwny zbieg okoliczności czy Opatrzność Boża podsunęły mnie 
głodnemu mięso, a ja nie skorzystałem, czego później bardzo żałowałem. 

Podczas  tego  natarcia  byliśmy  ostrzeliwani.  Po  chwili  wyszliśmy  na  otwarty  teren.  Z  prawej 

strony kończył się palić jakiś budynek koszarowy czy magazyn – kupa zgliszcz przykryta poskręcaną 
i czerwoną od żaru blachą. Na wprost widać było równe rolnicze tereny. W odległości około pięciuset 
metrów  stało  kilku  Niemców.  Jeden  z  żołnierzy  podczołgał  się  z  erkaemem  za  mały  kopczyk, 
wycelował, a następnie puścił serię. Grupkę Niemców jakby kosą ściął. 

Ż

ołnierze,  którzy  brali  udział  w  natarciu,  zaczęli  się  grupować  na  obszernym  placu.  Co  będzie 

dalej?  Moim  zdaniem  powinniśmy  ścigać  dalej  nieprzyjaciela  albo  –  ze  względu  na  zapadający 
zmierzch  –  umocnić  zdobyte  pozycje,  okopać  się  i  wystawić  placówki  oraz  czujki.  Nie  stało  się 
jednak ani tak, ani tak, ale po prostu szykowano się do odmarszu z powrotem. Początkowo byłem tym 
zgorszony, ale później przekonałem się, że była to konieczność. Z prawej strony i nieco w tyle w górę 
wytryskiwały białe rakiety, a więc groziło nam oskrzydlenie. Przed koszarami na placu leżało bardzo 
dużo  porozrzucanych  karabinów.  Aż  żal  było  patrzeć,  jak  pokrywają  się  wilgocią  od  padającego 
drobnego  deszczu.  Zacząłem  zbierać  te  karabiny  wieszając  pięć  na  jednym  ramieniu,  a  pięć  na 
drugim, z myślą oczywiście, że wrzucę na jakiś wóz. Ale wozu nie było, więc niosłem, dopóki się nie 
zmęczyłem, następnie podstawiłem je chłopu pod ścianą domu, z myślą, że on je schowa, a później 
być może przydadzą się. 

Było już ciemnawo, kiedy z niewiadomych przyczyn zatrzymaliśmy się na szosie. Przed domem 

obok  drogi  stał  pejsaty  Żyd  i  kciukiem  lewej  ręki  dyskretnie  wskazywał  na  szopę.  Dowódca 
kompanii  nie  zareagował  na  te  tajemnicze  znaki.  Prawdopodobnie  krył  się  tam  jakiś  Niemiec. 
Następnie ruszyliśmy przez Lublin, w którym panowały egipskie ciemności. Na ulicach były pustki. 
Po wyjściu z miasta zauważyliśmy łuny, i to prawie naokoło. Było już bardzo późno, gdy w pewnej 
wiosce  zatrzymaliśmy  się  na  odpoczynek.  Czułem  straszny  głód.  Żałowałem,  że  nie  zabrałem  tej 
gęsi,  którą  można  by  było  upiec.  Położyłem  się  spać  z  uczuciem  głodu,  no  i  serdecznego  żalu  do 
dowódców, że nie zatroszczyli się o jakikolwiek posiłek dla żołnierzy. Tyle dni marzyłem o tym, aby 
wreszcie włączyć się do jakiegoś oddziału, by móc walczyć i oczywiście korzystać kuchni. Niestety! 
Kazano nam walczyć o głodzie. 

Bardzo wcześnie rano ruszyliśmy w kierunku rzeki Wieprz. I tu zatrzymałem się na moście, aby 

przyglądnąć się tej rzece, która – jak wiedziałem – nie wypływa, jak inne, z Karpat. Toteż była jakaś 
inna  od  tamtych.  Rzeki  karpackie  cechuje  nierównomierność,  pełno  w  nich  zakrętów,  rozlewisk, 
płycizn  lub  głębin.  Natomiast  Wieprz  płynął  prostym  i  jakby  sztucznie  zrobionym  korytem,  z 
wybrukowanym  kamieniami  dnem,  które  powodowały  drobne  równomierne  falki.  Wodę  miał  tak 
czystą, że na dużej głębokości można było obserwować pływające ryby, a przy tym miała ona jak 
gdyby  sinawy  kolor.  Wieprz  podobny  był  do  rzek  syberyjskich,  które  opisywał  w  swojej  książce 
Sieroszewski. 

Tuż za rzeką na niewielkim wzniesieniu znajdowało się miasteczko Łęczna. Przed miasteczkiem 

obstąpiła mnie gromadka żydowskich dzieci pytając, czy mam do sprzedania tytoń. Owszem, mam 
dwie paczki, ale chcę w zamian za to chleb. Wtedy te Żydziaki jakby na komendę zaczęły wołać: 

— Ny, panie! Skąd my mamy chleb, my nie mamy żaden chleb! My panu damy pieniędzy, a pan 

sze kupi w Łęcznej. Tam jest dużo chleb. 

No i dałem się nabrać tym żydowskim hultajom. W Łęcznej poinformowano mnie, że nie kupię 

nigdzie ani grama chleba. 

Poszedłem  jednak  do  żydowskiej  piekarni  w  nadziei,  że  może  tam  uda  mi  się  –  przepłacając  – 

kupić  coś.  W  piekarni  było  kilku  żołnierzy,  którzy  myszkowali  po  wszystkich  zakamarkach  w 
nadziei, że uda im się znaleźć chleb lub mąkę. Piekarz, młody Żyd, liczący około 35 lat, przyglądał 
się temu z drwiącym uśmieszkiem, pewny, że nic nie znajdą. Odwołałem go na bok, proponując mu 
pięć złotych za bochenek chleba. Żyd w sposób dość grzeczny odpowiedział: 

— Panie sianowny, ja ni mam żaden chleb! Widzi pan, że szukają i nie znajdują. 

background image

Wtedy ja, wpychając mu do ręki pięć złotych, poprosiłem, aby postarał się o kawałek chleba. Żyd 

przez  moment  jakby  się  zastanawiał,  ale  żydowska  przezorność  wzięła  górę  i  udając 
zdenerwowanego zaczął krzyczeć: 

— Co mi pan zawhaca głowi! Daj mi pan spokój! Ja ni mam żaden chlib! Idź pan w sto diabli. 
Inny  na  moim  miejscu  zwymyślałby  Żyda,  a  może  nawet  znieważył  go  czynnie,  ale  ja,  czując 

straszny  żal,  z  wrodzonym  u  mnie  spokojem  wypowiedziałem  straszne  i  kto  wie  czy  nie  prorocze 
słowa: 

—  Przyjdzie  czas,  że  pan  i  pańskie  dzieci  będziecie  cierpieli  głód,  a  gdy  wam  nikt  nie  poda 

kawałka chleba, niech pan sobie przypomni, że i pan też nie podał głodnemu. 

Zrezygnowany wyszedłem na rynek, ogromnie przygnębiony, nie wiedząc, co robić, aby się choć 

trochę posilić, i wtedy podeszła do mnie mała mizerna wiejska kobieta prosząc, abym kupił dla niej 
kawałek  mydła  w  sklepie,  bo  sprzedają  tylko  dla  wojska.  Wziąłem  od  niej  pieniądze,  stanąłem  w 
kolejce  i  po  chwili  wręczyłem  jej  kawał  mydła  i  resztę.  Babina  z  wdzięczności  sięgnęła  ręką  pod 
chustę wręczając mi spory kawał chleba. Gdybym w normalnym czasie wygrał na loterii milion, nie 
wiem, czy byłbym tak szczęśliwy, jak wtedy. Usiadłem na plecaku na samym środku rynku, rwałem 
rękami chleb maczając go w rozmiękłym maśle, które wczoraj znalazłem w lubelskim ogródku. W 
miarę  spożywania  tego  śniadania  ogarniało  mnie  jakieś  błogie  uczucie,  świat  stawał  się  różowy, 
nawet słońce, które było zakryte chmurami, wychyliło się zza nich, przesyłając mi jakby na deser 
swoje ciepłe ożywcie promienie. Wzmocniony, ruszyłem w dalszą drogę. 

W pewnej wiosce przy drodze stał sierżant i skinieniem ręki kierował żołnierzy na dość obszerny 

plac po lewej stronie drogi. Kiedy uzbierała się dostateczna ilość ludzi, sierżant wywołał wszystkich 
podoficerów i starszych strzelców, powierzając im organizowanie drużyn. I tak powstała kompania. 
Gdy już wszystko było gotowe, sierżant dał komendę: 

—  Baczność!  Spocznij!  —  A  następnie  przemówił:  —  Żołnierze,  chcę  wam  zakomunikować 

przyjemną wiadomość. Polska armia, po pewnym okresie niepowodzeń, obecnie się skonsolidowała, 
dywizje  nawiązały  ze  sobą  łączność  i  Niemcy  zaczynają  dostawać  w  skórę.  Zaraz  będzie  wydany 
obiad i chleb, a po obiedzie drużynowi przyprowadzą swoich żołnierzy  po amunicję. Radzę wam, 
abyście brali jak najwięcej, bo amunicji jest pod dostatkiem. Mówię wam szczerze, idą takie czasy, że 
bochen chleba oddasz za parę sztuk amunicji. 

Sierżant zapowiedział też, że o siedemnastej wydadzą kawę, a po kolacji odbędzie się odprawa 

oficerów i podoficerów. Radził też, aby wolny czas spędzić na wypoczynku, bo w nocy ruszymy w 
daleką  podróż.  Obok  stało  czterech  oficerów,  jeden  z  nich  miał  być  dowódcą  kompanii,  pozostali 
dowódcami plutonów. Oficerowie, z wyjątkiem może dowódcy, nie wykazywali żadnej inicjatywy 
ani  zapału,  ot,  tak  sobie  odwalali  pańszczyznę.  Byli  to  już  ludzie  starsi,  na  pewno  w  cywilu 
prowadzili  życie  dostatnie  i  wygodne.  Nic  też  dziwnego,  że  trudy  wojenne  i  niedostatek  zrobiły 
swoje...  Tylko  ten  sierżant  był  niezmordowany.  On  był  dowódcą,  szefem,  podoficerem 
gospodarczym, a co najważniejsze, potrafił wszczepić w żołnierzy ducha bojowego i patriotycznego. 
Według mnie swoimi wartościami przerósł tych z gwiazdkami. 

Mając trochę wolnego czasu przechadzałem się po obszernym placu między domami. Z boku stała 

mała  grupka  kobiet  ubranych  po  miejsku.  W  kierunku  tej  grupki  biegł  studencik  gimnazjalny, 
wołając z daleka: 

— Mamo, dowiedziałem się, że Łódź i Częstochowa są już wolne! 
I wtedy jedna z tych kobiet z westchnieniem powiedziała: 
— No tak, synku, ale jak my się teraz tam dostaniemy! 
A więc te optymistyczne słowa sierżanta potwierdzały się. Jak już pisałem, mieliśmy wiadomość, 

ż

e  armia  „Poznań”  i  „Pomorze”  rozpoczęły  wielką  ofensywę  w  kierunku  południowo-zachodnim. 

Również  optymistycznie  nastrajał  mnie  fakt,  że  od  czasu  wielkiego  bombardowania  Janowa  i 
Frampola  nie  widzieliśmy  ani  jednego  niemieckiego  samolotu.  Moim  zdaniem  zostały  one 
przerzucone na front zachodni... Miałem już wracać, gdy wtem jakiś obcy żołnierz zaproponował mi 
bardzo korzystną transakcję handlową: kawał surowego mięsa za ćwiartkę chleba. Nie namyślałem 
się.  Poprosiłem  jedną  gosposię  o  ugotowanie  mięsa.  Dzień  ten  zapisał  się  w  mojej  pamięci  jako 

background image

bardzo szczęśliwy. Po raz pierwszy od wybuchu wojny miałem trzykrotny posiłek w ciągu dnia, i to 
nie byle jaki! A poza tym te dobre wiadomości z frontu... 

Po kolacji, zgodnie z zapowiedzią sierżanta, odbyła się odprawa oficerów i podoficerów, na której 

dowódca kompanii poinformował uczestników, do jakiego ugrupowania wojskowego będzie należeć 
nasza  kompania,  wymienił  wszystkich  dowódców,  zaczynając  od  siebie,  a  kończąc  na  dowódcy 
armii.  Długi  okres  czasu  zatarł  w  mojej  pamięci  te  dane.  Wszystko  jednak  wskazywało  na  to,  że 
należeliśmy do armii „Lublin” gen. Piskora. Dowódca wyznaczył podoficerów do pełnienia służby 
wartowniczej. Ja jako ostatni miałem pełnić służbę od godziny 24 do 2. 

Obudzono  mnie  o  dwunastej.  Noc  była  bardzo  ciemna.  Na  niebie  nie  widziałem  łun,  co 

wskazywałoby, że w tym rejonie nie ma już działań wojennych... Ciszę zakłócało chrapanie śpiących 
w stodołach żołnierzy i chrupanie owsa przez konie w sadzie, gdzie stały zaprzężone do wozu. Nigdy 
jako  żołnierz  nie  pełniłem  tak  gorliwie  służby  wartowniczej  jak  właśnie  wtedy.  Po  tych 
optymistycznych  wiadomościach  podanych  przez  sierżanta  wydawało  mi  się,  że  mam  pilnować 
jakichś  ogromnych  skarbów.  Krążyłem  bez  przerwy  koło  stodół  z  obawy,  aby  jakiś  ukraiński 
dywersant ich nie podpalił lub nie wrzucił tam ładunku wybuchowego. 

W  pewnej  chwili  konie, które  do  tej  pory  spokojnie  żarły  owies,  wystraszyły  się,  nie  wiadomo 

czego.  Może  skaczącej  żaby  albo  przebiegającego  szczura?  Dość  na  tym,  że  zaczęły  pędzić  z 
nieogrodzonego sadu w pola. Ja biegłem za nimi krzycząc głośno furmańskie: prrr, prrr, ale konie 
jeszcze  prędzej  uciekały.  Kto  wie,  jakby  się  wszystko  skończyło,  gdyby  nie  to,  że  przed  końmi 
zamajaczyło jakieś ciemne pasmo: był to albo duży sad, albo jakiś zagajnik. Dość na tym, że zaczęły 
skręcać w lewo, co wykorzystałem zabiegając im drogę. Złapałem za lejce, odprowadziłem do sadu, 
przywiązałem  do  śliwy  i  uspokoiłem  głaskaniem  po  szyjach,  a  następnie  skróciłem  im  worki  z 
obrokiem. 

W  domu,  w  którym  mieliśmy  odprawę,  spali  na  słomie  oficerowie  i  ten  sierżant.  Na  stole  pod 

oknem stała przykręcona nieco naftowa lampa, obok której leżał kieszonkowy zegarek. Do pobudki 
brakowało  jeszcze  około  dwudziestu  minut,  gdy  wtem  usłyszałem  na  szosie  zbliżający  się  tupot 
kopyt końskich i gwar. Byłem tak tym zaskoczony, że nie wiedziałem, co robić, bo przecież mogli to 
być  Niemcy,  tym  bardziej  że  odgłosy  zbliżały  się  z  tego  kierunku,  skąd  myśmy  się  wycofali.  Nie 
poddałem się jednak panice, ale zachowałem swoją wrodzoną zimną krew. Podszedłem do płotu koło 
drogi i nadsłuchiwałem.  Obawy były jednak płonne: byli to Polacy, a  ściśle  mówiąc  polscy  ułani. 
Jadąc gaworzyli wesoło, tu i ówdzie rozlegały się głośne śmiechy, a kiedy przejechali, usłyszałem 
ś

piew „Przybyli ułani pod okienko”... A więc i oni poinformowani są o tym, że sytuacja naszej armii 

jest korzystna – pomyślałem sobie i serce zaczęła rozpierać jakaś błoga radość. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

OSTATNIA BITWA PRZED KAPITULACJĄ W DNIU 20 IX 1939 R. 

 
Punktualnie o godzinie drugiej obudziłem wojsko i niedługo potem ruszyliśmy w dalszą drogę. 

Było mi jakoś bardzo radośnie na duchu. Próbowałem nawiązywać rozmowę, a nawet pozwalałem 
sobie  na  żarty,  ale  nie  znalazłem  odzewu.  Żołnierze,  jakby  niezadowoleni,  że  obudzono  ich  tak 
wcześnie, szli ponuro i milcząco. W końcu i mnie udzielił się ten nastrój. W pewnej chwili zadałem 
sobie pytanie: dokąd to my właściwie idziemy? No, bo przecież jeżeli Niemcy dostają w skórę, to my 
powinniśmy  iść  z  powrotem  w  kierunku  Lublina  albo  po  prostu  na  zachód.  A  tymczasem 
maszerowaliśmy w ślad za ułanami drogą na wschód. Po pewnym czasie zeszliśmy z szosy na prawo 
i przez pewien czas szliśmy przez pola. Następnie weszliśmy na gminne drogi, które stale zmieniały 
kierunki, tak że zupełnie zatraciłem orientację. Kompasu rzecz jasna nie miałem. Gwiazd na niebie z 
powodu mgły czy może chmur nie było. Przyszło mi jednak na myśl, że wiejskie domy budowane są 
przeważnie oknami na południe, i to pozwoliło mi się zorientować, że idziemy na wschód z lekkim 
odchyleniem na południe. Żeby jednak nie psuć sobie humoru, zacząłem tłumaczyć to w ten sposób: 
Na  pewno  okrążamy  jakiś  większy  niemiecki  oddział  i  wobec  tego  będziemy  nacierać  na  nich  ze 
wszystkich stron. Było już całkiem widno, gdy doszliśmy do wioski leżącej u podnóża wyżynnego 
wzniesienia. 

Zaczęło się wypogadzać, dzień zapowiadał się pogodny i ciepły, jak zresztą prawie wszystkie dni 

tego pamiętnego tragicznego września... Było tu dużo naszego wojska. W pewnej chwili przy naszej 
kompanii  pojawił  się  generał.  Pamiętam  tylko  tyle,  że  był  dość  wysoki  i  tęgi.  Włosy  miał  siwe  i 
oblicze bardzo pogodne, przyjemne. 

Generał ten zaczął egzaminować dowódców drużyn, podobnie jak to zwykł robić generał Mond 

przy  końcowych  egzaminach  szkoły  podoficerskiej.  Jako  ostatniego  przepytał  mnie,  a  kiedy 
zakończył,  jedną  rękę  położył  na  moim  ramieniu,  drugą  zaś  wysunął  z  rozczapierzonymi  palcami 
(niczym Wernyhora z obrazu Matejki) i powiedział: 

— Tam, kapralu, okopiecie się, a po odparciu wroga posuwajcie się za nim do przodu! 
Trzasnąłem kopytami i powiedziałem: 
— Rozkaz, panie generale. 
Udałem  się  we  wskazane  miejsce.  Przesunąłem  się  o  jakieś  sto  metrów,  gdzie  zaczęliśmy  się 

okopywać. 

Wtedy z prawej strony odezwały się działa i jakby na dany znak na horyzoncie ukazały się eskadry 

nisko lecących niemieckich samolotów, które przelatując ostrzeliwały teren. Widać było biegających 
ż

ołnierzy w poszukiwaniu takich kryjówek, jak kopki siana, krzaki lub drzewa. 

Ja nie uciekałem, lecz przywarowałem w nie dokończonej wnęce. Ale kiedy jeden z samolotów 

przelatując bardzo nisko przefastrygował pociskami piaszczystą ziemię dosłownie parę kroków ode 
mnie, obleciał mnie strach i wraz z kilkoma żołnierzami pobiegłem do jakiegoś domu z nadzieją, że 
tam może jest piwnica. Piwnicy jednak nie było. Wystraszona baba wyciągnęła z pieca duży rondel, 
częstując nas pierogami wielkości małych talerzyków. 

Samoloty  bez  przerwy  warczały.  Wypadłem  na  pole.  Pod  małym,  ale  bardzo  rozłożystym 

orzechem  leżał  z  kilkoma  żołnierzami  mój  dowódca  plutonu.  Ledwie  położyłem  się,  gdy  znowu 
nadleciały samoloty, które teraz ostrzeliwały kopki siana, krzaki i drzewa. Zdając sobie sprawę, czym 
to pachnie, poderwałem się, aby się ukryć w stodole pod sianem. Porucznik jednak przydusił mnie do 
ziemi,  kładąc  się  wprost  na  mnie.  Tym  razem  mieliśmy  szczęście.  Gdy  jednak  następna  eskadra 
zaczęła  nadlatywać,  przechytrzyłem  dowódcę  i  po  chwili  byłem  już  w  stodole.  Zrobiłem  w  sianie 
dziurę i wsunąłem się jak kret. Po przelocie tej eskadry uciszyło się, więc wyszedłem. Pod grzechem 
nie było nikogo. Dowódca wraz z jedynym moim żołnierzem Józefczakiem z Poznańskiego siedział 
w  rowie  obok  stodoły.  Poszedłem  do  nich.  Z  prawej  strony  widać  było  uciekających  w  nieładzie 
ż

ołnierzy oraz pędzące drogą wozy. 

Zacząłem się rozglądać za swoimi żołnierzami. W przodzie nie było już nikogo, natomiast z tyłu 

widziałem umykających w przeciwnym kierunku. Krzyknąłem, ile miałem sił: 

— Zatrzymać się, bo będę strzelał. 

background image

Ż

ołnierze  jakby  się  w  ziemię  zapadli,  ale  po  chwili  zobaczyłem,  jak  wykorzystując  zasłony  z 

drzew i domów oddalali się coraz bardziej. To mnie ogromnie przygnębiło. Niech wszyscy uciekają, 
ja nie będę! Rów, w którym znajdowaliśmy się, był jak gdyby przez naturę specjalnie urządzony do 
obrony: dość głęboki, o skośno spadzistych brzegach, tak że można było w pozycji stojąco-leżącej 
ostrzeliwać się. Amunicji miałem pod dostatkiem. 

Liczyłem się z tym, że będą jechać niemieckie czołgi, ale pocieszyłem się, że chyba nie zapuszczą 

się w ten gąszcz domów, stodół i sadów; gdyby nawet, to schowam się do stodoły, a po przejechaniu 
czołgów  wyjdę  i  będę  strzelał  do  piechoty,  która  zwykle  posuwała  się  za  bronią  pancerną.  Kiedy 
układałem sobie ten plan, usłyszałem głos dowódcy: 

—  Kapralu,  widziałem,  że  na  wczorajszej  odprawie  zapisywaliście  nazwiska  wszystkich 

dowódców,  które  podawał  dowódca  kompanii.  Proszę  mi  dać  notes,  gdyż  i  ja  też  chciałem  sobie 
zapisać. 

Dałem. On zaś po odpisaniu powiedział: 
— No, kapralu, teraz i na nas czas. 
Spojrzałem na dowódcę wzrokiem pełnym goryczy i powiedziałem: 
— Panie poruczniku, ja chciałbym nareszcie walczyć. 
—  Rozumiem  wasze  intencje,  ale  i  wy  musicie  zrozumieć,  że  dowództwo  zdecydowało  się  na 

obranie lepszego stanowiska do obrony — odpowiedział mi. 

Ruszyliśmy  w  kierunku  drogi,  po  której  jechał  jeden  wojskowy  wóz.  Na  wozie  leżał  trup 

ż

ołnierza. Porucznik – z zawodu prawdopodobnie lekarz – wsunął rękę do wozu, łapiąc leżącego za 

rękę, w miejscu gdzie bada się puls. Po chwili machnął ręką, co miało znaczyć – trup! 

Nagle  powożący,  jakby  się  czegoś  wystraszył,  podciął  batem  konie  i  ruszył  szybko  do  przodu, 

mimo  iż  było  pod  górę.  Dowódca  i  strzelec  Józefczak  również  przyspieszyli.  Ja  starałem  się  im 
dotrzymać kroku, ale po chwili zaczęły mnie opuszczać siły. Pot zalewał mi oczy. No cóż, oni nie 
mieli prawie żadnego obciążenia – oficer torbę, a Józefczak koc i chlebak. Ja zaś miałem wszystko, 
co  pobrałem  w  koszarach.  Nic  też  dziwnego,  że  odległość  między  nami  powiększała  się  coraz 
bardziej, aż wreszcie zniknęli mi za wzniesieniem. I znowu szedłem samotny, chyba już po raz piąty 
na tej wojnie. 

Oglądnąłem się do tyłu, ale Niemców nigdzie nie było widać, wobec tego nie spieszyłem się, tym 

bardziej że droga w dalszym ciągu prowadziła pod górę. Po prawej stronie leżały w rowie wywrócone 
dwa  wozy.  A  może  w  którymś  z  nich  jest  kasa  pułkowa?  –  pomyślałem  sobie.  Zacząłem  badać 
zawartość  wozów,  ale  rozczarowałem  się...  W  jednym  znajdowała  się  bardzo  brudna  żołnierska 
bielizna, a w drugim różne papiery i setki żołnierskich legitymacji. Obok pasł się w rowie straszliwie 
wychudzony i pokaleczony koń. 

Mimo woli przypomniałem sobie Ługowskiego, który – jak wiemy – potrafił wykorzystać każdą 

nadarzającą się okazję. Myślałem też i ja nad tym, co zrobić koniem. Jedyną myślą było, abym mógł 
wsiąść na niego i jechać. Koń jednak był goły, to znaczy nie posiadał żadnej uprzęży, a poza tym jego 
grzbiet podobny był do piły tartacznej obciągniętej skórą. 

Zostawiłem  go  w  spokoju  i  poszedłem  dalej.  Ale  oto  w  przodzie  zobaczyłem  chłopaka 

manipulującego koło dużej paki stojącej przy rowie. Jak się okazało w skrzynce tej, o objętości około 
jednego metra sześciennego, znajdowały się suchary. To, co można było zobaczyć przez dziurę po 
odbitej desce, to była przysłowiowa manna z nieba. Takiej okazji to ja już nie zaprzepaszczę. Świeżo 
w  pamięci  miałem  ten  straszliwy  głód,  a  dziś  zapowiadało  się  to  samo,  gdyż  kompania  poszła  w 
rozsypkę. Wyjąłem koc i zrolowałem, bieliznę i inne drobiazgi wpakowałem do chlebaka, a plecak 
zapchałem  sucharami.  Do  ciężaru,  jaki  miałem,  dorzuciłem  sobie  jeszcze  wiele  dodatkowych 
kilogramów. Na szczęście droga tu była równa, a więc trud wspinania się pod górę miałem już poza 
sobą. Teraz zacząłem się rozglądać, czy nie zobaczę gdzieś Niemców. W tyle, skąd wycofywaliśmy 
się, nie było widać nikogo, za to z prawej strony szosy na sąsiednich wzniesieniach szczekały zajadle 
karabiny  maszynowe.  Z  lewej  strony  zaś  –  w  dolinie,  maszerowali  w  wielkim  nieładzie  polscy 
ż

ołnierze,  kierując  się  w  stronę  drugiej  szosy.  Wśród  tego  żołnierskiego  mrowiska  co  chwilę 

wytryskiwały w górę fontanny wybuchających pocisków armatnich. Żołnierze kładli się na ziemię, a 
po  wybuchu  szli  dalej,  oczywiście  –  nie  wszyscy...  Wysoko  w  górze,  niczym  jastrzębie,  latały 

background image

niemieckie samoloty. Zarówno ta szosa, po której szedłem, jak i ta w oddali, po której podążali nasi 
ż

ołnierze – prowadziły do miasta Chełma. W odległości około siedmiu kilometrów widoczne były na 

wzgórzu ruiny jakiegoś zamku. 

Zacząłem schodzić w dół w ślad za żołnierzami. Po bardzo męczącym przyspieszonym marszu 

doszedłem wreszcie idących już tą drugą szosą żołnierzy. Ale i tu Niemcy nie dali nam spokoju. Co 
chwila jakiś myśliwiec przelatywał nad szosą, prując z karabinu maszynowego. Żołnierze w takiej 
sytuacji uciekali z szosy w pola i kryli się w bruzdach lub zaroślach, a potem wracali, i tak w koło 
Macieju... 

Było  to  bardzo  męczące,  wobec  tego  postanowiłem  nie  wracać  na  szosę,  ale  iść  w  pewnej 

odległości  od  niej,  przez  pola.  Plan  ten,  wydawać  by  się  mogło,  był  niezły,  ale  miał  też  i  ujemne 
strony.  Marsz  przez  miękkie,  piaszczyste,  najeżone  suchymi  badylami  ziemniaczyska  lub  przez 
koniczynę pomotaną pasożytniczą kanianką nie należał do łatwych. Byłem tak strasznie zmęczony, 
ż

e postanowiłem ulżyć sobie przez porzucenie czegoś z ekwipunku. Ale co zrzucić? 

W  chlebaku  miałem  złoty  skarb  -  sucharki  A  więc:  albo  płaszcz,  albo  koc.  Po  chwili  namysłu 

zdecydowałem się na porzucenie koca, bo płaszcz mógł spełniać rolę i koca, i ubioru na zbliżające się 
przecież  chłody  lub  nawet  zimna.  Zdjąłem  z  ramienia  zrolowany  koc  i  położyłem  w  koniczynie, 
wbijając obok długi pastuszy kij, który znalazłem na miedzy. Miałem nadzieję, że gdy będę wracał, 
odzyskam  koc.  To  odciążenie  niewiele  mi  pomogło.  W  dalszym  ciągu  czułem  się  straszliwie 
zmęczony. Postanowiłem jeszcze coś zrzucić. Ale co? Głównym ciężarem był plecak, w którym było 
wiele kilogramów sucharów. No cóż! Postanowiłem rozdać suchary, a następnie wyrzucić plecak. W 
tym celu skierowałem się w stronę drogi i wtedy zaskowyczał w górze pocisk artyleryjski. Upadłem 
twarzą  do  ziemi,  a  ten  w  odległości  około  trzydziestu  metrów  eksplodował.  Pod  moim  nosem 
zabrzęczał  złowrogo  odłamek,  opryskując  mi  twarz  piaskiem.  Długo  grzebałem  w  ziemi,  chcąc 
odnaleźć i schować na pamiątkę ów odłamek, ale niestety nie znalazłem. Stodoła, przy której upadł 
pocisk, płonęła jak pochodnia. Był to w tym dniu ostatni ostrzał armatni i ostatni odłamek granatu, 
który mógł mnie zranić, a może nawet i zabić; i ani nie zabił, ani nie zranił. 

Tuż  przy  drodze  stało  kilku  żołnierzy,  a  wśród  nich  młodziutki  student  gimnazjalny  z 

zawieszonym na ramieniu starego typu karabinem. Na jego czole, tuż przy włosach, widać było kilka 
drobnych  kropelek  krwi.  Nie  starł  ich  jednak.  Był  uśmiechnięty  –  jakby  szczęśliwy,  że  on,  polski 
gimnazjalista,  utoczył  za  Ojczyznę  te  parę  kropli  krwi.  Było  w  tym  jego  zachowaniu  trochę 
snobizmu,  ale  już  to  samo,  że  okazując  szczere  chęci  poszedł  na  poniewierkę,  narażając  się  na 
kalectwo lub nawet na śmierć, stawia go w rzędzie bohaterskich chłopców. 

Na trawie tuż przy drodze położyłem swój plecak, wygarniając na klapę suchary. Przechodzących 

zachęcałem  do  brania.  Muszę  tu  pochwalić  żołnierzyków,  że  ani  jeden  nie  wziął  więcej  jak  jedną 
sztukę. Byli między nimi i tacy, którzy rzucali na plecak dziesięć lub nawet dwadzieścia groszy. Tych 
zawracałem rozkazując zabierać z powrotem pieniądze. Niektórzy, uważając, że robią mi jakąś łaskę, 
machnąwszy ręką szli dalej. Tak uzbierało się aż... siedemdziesiąt groszy. Od czasu jak ten Żyd w 
Łęcznej nie sprzedał mi nawet za pięć złotych kawałka chleba, czułem wstręt do tych drobiazgów. 
Dla głodnego, a niewątpliwie takimi byli wszyscy, jeden suchar wart był więcej niż siedemdziesiąt 
groszy, jeśli do tego dodać ten wylany pot. 

Teraz pozbawiony balastu szedłem dalej. Okazało się jednak, że przyczyną mojego osłabienia był 

nie tylko niesiony ciężar, ale po prostu byłem chory. Miałem gorączkę. 

Po ciszy, jaka zapanowała po ostatnim pocisku artyleryjskim, można było wnioskować, że bitwa 

została zakończona. Ale kto był zwycięzcą? No – na pewno nie my. Pocieszałem się jednak, że może 
doszło do zawieszenia broni. Być może Niemcy są zagrożeni na zachodzie i będą chcieli przerzucić 
tam część swoich wojsk. 

Szliśmy  teraz  spokojnie  szosą,  nie  nękani  ani  przez  samoloty,  ani  przez  artylerię.  Ale  oto  z 

przeciwnej strony nadlatywał wzdłuż szosy gruby, ciężki, desantowo-bombowy niemiecki samolot 
typu junkers. Żołnierze rozbiegli się po polach, kryjąc się, gdzie kto mógł. Samolot przeszedł bardzo 
nisko,  nie  wyrządzając  nam  żadnej  szkody,  ale  po  chwili  zatoczywszy  koło  znowu  nadleciał. 
Ż

ołnierze  jak  i  przedtem  uciekli  z  szosy.  Gdy  jednak  samolot  powtórzył  swój  lot  po  raz  trzeci, 

background image

ż

ołnierze nie uciekali. On zaś przelatując przechylił się, jakby pilot chciał lepiej zaobserwować nasze 

wojsko. 

Niedługo po tym wydarzeniu z przeciwnej strony nadjechał na rowerze plutonowy i robiąc taką 

minę, jakby się coś bardzo przyjemnego zdarzyło, wołał: 

— No chłopaki, już po wojnie! W Kowlu rozbrajają nasze wojska. 
Uwierzyć w to znaczyło tyle, co pogodzić się z utratą niepodległości Polski i związanymi z tym 

straszliwymi  następstwami  dla  narodu  polskiego.  W  duchu  przekląłem  go,  nazywając  łotrem  i 
dywersantem. 

Część  żołnierzy  schodziła  z  szosy,  kierując  się  przez  pole  w  kierunku  zagajnika  olszynowego, 

przy którym stały w trzech rzędach poustawiane  w kozły karabiny. Był tu jedyny strzelec z mojej 
drużyny, Józefczak. Podobnie jak ja nic nie wiedział, gdzie może być nasze dowództwo i żołnierze. 

Obok  stało  trzech  oficerów,  więc  doszedłem  do  nich  z  prośbą,  aby  przyjęli  nas  do  swojego 

oddziału. Jeden z nich powiedział: 

— Bardzo ładnie z waszej strony, że chcecie dalej walczyć, ale z decyzją musimy się zatrzymać, 

aż z Chełma powróci dowódca tej jednostki. Na razie możecie skorzystać z obiadu, który wydajemy. 

Pobrałem obiad, ale z braku apetytu nie jadłem i dałem go Józefczakowi, zatrzymując sobie tylko 

małego korniszonka, bo tylko na kwaśne miałem ochotę. 

Mimo że popołudniowe słońce przygrzewało dość mocno – tak że niektórzy porozpinali bluzy – 

mnie  było  zimno.  Usiadłem  ma  ziemi,  opierając  się  plecami  o  gruby,  nagrzany  promieniami 
słonecznymi pień olchy. Józefczak siedział obok i drzemał. Ja zaś zacząłem rozmyślać nad sytuacją. 
Jakieś  czarne  myśli  opanowały  mój  mózg.  Na  próżno  starałem  się  je  przepędzić.  Wszystko 
wskazywało na to, że to już koniec wojny, a co za tym idzie – naszej niepodległości. 

Słońce zaczęło się już staczać za horyzont,  gdy  wtem nastąpiło poruszenie. Powrócił z Chełma 

dowódca oddziału w stopniu kapitana. Coś tam rozmawiał z oficerami, a następnie zarządził zbiórkę 
w kompaniach. Gdy już wszystko było gotowe, dał komendę: 

— Baczność! Spocznij! — i przemówił: — Żołnierze! Znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia. Nie 

mamy już amunicji i żywności. Nam oficerom — ciągnął dalej — honor nie pozwala poddawać się i 
my będziemy się bić do ostatka... Kto z was, żołnierze, zdecydował się, by pójść z nami? Zaznaczam, 
ż

e nie będzie co jeść, nie ma mowy o spaniu i że trzeba będzie maszerować kilkadziesiąt kilometrów 

na dobę, staczając przy tym bitwy z Niemcami. 

Jeszcze  w  tym  dniu  rano  nosiłem  się  z  zamiarem,  aby  samotnie  walczyć  do  ostatniego  naboju. 

Teraz  jednak  zdałem  sobie  sprawę,  że  w  tym  stanie,  w  jakim  się  znajdowałem,  nie  dałbym  rady 
zrobić nawet pięciu kilometrów. 

Było  to  20  września  1939  r.  W  tym  dniu  skończyła  się  moja  wojenna  działalność,  ale  nie 

skończyły się moje cierpienia, wręcz przeciwnie. Osiągnęły one swój szczyt w obozie jenieckim w 
Szydłowcu. 

Stałem  z  boku  obserwując,  jak  na  ten  apel  zareagują  żołnierze.  No,  i  zobaczyłem,  że  z  każdej 

kompanii  wystąpiło  po  kilku.  Razem  13.  Wszyscy  byli  w  dobrej  kondycji  fizycznej,  i  z  czynnej 
służby. Podeszli do oficerów, a pozostali zaczęli rzucać karabiny, pasy z bagnetami i ładownicami 
oraz maski – zostawiając sobie tylko chlebaki – jeśli który jeszcze miał koc lub płaszcz. Słychać było 
nawoływania: „Kto jest z Warszawy, Łodzi, Poznania, Skierniewic, Częstochowy i z Krakowa. Ja 
oczywiście  dołączyłem  do  tych  ostatnich.  Była  to  bardzo  mała  grupka.  Józefczak  nie  odstępował 
mnie  ani  na  krok,  być  może,  że  powodem  tego  były  suchary  w  moim  chlebaku,  którymi  go  już 
obdarowałem. 

Robiło  się  już  ciemno.  Szliśmy  w  kierunku  szosy,  przy  której  były  zabudowania,  gdy  wtem 

usłyszeliśmy  wybuchy  granatów  w  zagajniku  olszynowym.  Ogarnął  nas  jakiś  lęk  i  zaczęliśmy 
uciekać. W mojej głowie zrodziła się myśl, że któryś z oficerów pod wpływem depresji psychicznej 
porwie erkaem i ostrzela nas, uważając za zdrajców Ojczyzny. I tak doszliśmy do domów stojących 
po jednej i drugiej stronie szosy. Teraz myślałem już tylko o tym, ażeby znaleźć jakiś kąt do spania. 
Nie było to jednak takie proste, gdyż żołnierze i cywile zapchali już wszystkie stodoły i szopy. Udało 
mi  się  wreszcie  znaleźć  miejsce  w  stodole,  ale  na  snopkach  nieomłóconego  zboża.  Można  sobie 

background image

wyobrazić,  jakie  to  było  spanie.  Słoma  twarda,  najeżona  kłującymi  ostami,  w  dodatku  noc  była 
bardzo chłodna. 

Gorączka sprawiła, że miałem koszmarne sny, co jeszcze bardziej potęgowało moje cierpienia. 
Rano  odnalazłem  Józefczaka  i  udaliśmy  się  do  jednego  z  domów,  tu  poprosiliśmy  gosposię  o 

sprzedanie gorącego mleka. Zjedliśmy resztę sucharów, które miałem, popijając mlekiem. Po mleku 
poczułem  się  nieco  lepiej.  Weszliśmy  na  drogę,  włączając  się  w  nurt  idących  żołnierzy,  cywilów, 
policjantów, pocztowców oraz innych umundurowanych pracowników. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

NIEWOLA 

 
Cały  ten  wielotysięczny  tłum  maszerował  w  kierunku  Lublina,  nie  napotykając  na  żadne 

przeszkody. Po godzinie jednak zaczęli nadjeżdżać na motocyklach Niemcy. Każdy motocykl miał 
przyczepę,  w  której  siedział  żołnierz  uzbrojony  w  erkaem.  Jadący  dawali  znaki  rękami,  aby  nasi 
ludzie schodzili z szosy, wołając głośno: 

— Alles weg von Strasse! 
Znaleźli się tacy, co rozumieli, i również wołali: 
— Ludzie, zejdźcie z gościńca! 
Po chwili za motocyklami nadjechała zmotoryzowana piechota na małych autach terenówkach, 

zwanych  także  łazikami.  W  każdym  wozie  siedziało  –  oprócz  kierowcy  –  czterech  żołnierzy. 
Wszyscy  byli  ogoleni,  a  niektórzy  mieli  binokle,  co  dodawało  im  dostojeństwa.  Auta  ich  były  w 
takim stanie, jak gdyby dopiero co opuściły halę fabryczną. Jechali poważni, skupieni, o kamiennych 
twarzach;  robiło  to  takie  wrażenie,  jakby  to  byli  ołowiani  żołnierze.  Żadnego  z  ich  strony  gestu 
przyjaznego albo nieprzyjaznego, tak jak gdyby nas w ogóle nie było. 

To była prawdziwa demonstracja porządku, dyscypliny i siły. Patrzcie na nas! I wy chcieliście z 

nami  wojnę  wygrać?  Wy,  ze  swoimi  skrzypiącymi  wozami,  zaprzężonymi  w  konie,  którym 
wystarczyło przestrzelić pośladek, by cały ładunek znalazł się w rowie? Wasz żołnierz był dobrym 
ż

ołnierzem,  ale  straszliwie  zmęczony  długimi  marszami  i  niedożywiony,  nie  mógł  sprostać 

powierzonemu  zadaniu.  Wasi  dowódcy  potracili  głowy.  Za  zmotoryzowaną  piechotą  jechały 
ciężarowe auta kryte brezentowymi płachtami. 

Po  przejeździe  Niemców  tłum  szedł  dalej  szosą.  Po  południu  zaczął  nam  dokuczać  głód. 

Sucharów już nie miałem, więc zaproponowałem Józefczakowi, żeby zajść do jednego z domów przy 
drodze i spróbować kupić chleba. Młody gospodarz, najprawdopodobniej Ukrainiec, zaproponował: 

— Koc za chleb — i dodał: — Niemcy wam odbiorą za drutami ten koc. 
Józefczak zgodził się na taką transakcję, a wtedy ten łotr przyniósł z komory dwa małe kawałki. 

Zwymyślałem go za ten niecny czyn, wtedy poszedł i przyniósł jeszcze dodatkowe dwa większe. 

Głód  ma  to  do  siebie,  że  człowiek  na  widok  chleba  gotów  byłby  oddać  za  niego  nawet  złoty 

pierścień. Tak było i teraz. Józefczak oddał koc za cztery kawałki chleba. 

Około  godziny  piętnastej  napotkaliśmy  Niemców,  którzy  energicznie  oddzielali  żołnierzy  od 

cywilów.  Maszerowaliśmy  ósemkami.  Niemcy  obliczali  i  fotografowali  tę  maszerującą  kolumnę. 
Idąc  mogliśmy  oglądać  skutki  działań  u  wojennych  na  tym  terenie.  Pełno  było  zabitych  koni, 
powywracanych aut, a nawet autobusów, z których tutejsi chłopi zdążyli powycinać skórzane obicia z 
siedzeń, jak też pozdzierać opony z kół. Tu i ówdzie tliły się jeszcze zgliszcza. Po prawej stronie, tuż 
za rowem, na polu widać było prowizoryczny cmentarzyk poległych żołnierzy polskich. Na wbitych 
w ziemię kołkach zawieszono hełmy. Nie wiem, czy przez pośpiech, czy przez niedbalstwo jeden z 
ż

ołnierzy był tak płytko zakopany, że kawałek jego nogi sterczał ponad ziemią. 

W  wioskach,  przez  które  przechodziliśmy,  zbierały  się  obok  szosy  grupki  ludzi,  wypatrując 

krewnych lub znajomych. Zgłodniali żołnierze wołali: 

— Chleba! 
Czasem któraś z kobiet rzuciła parę kawałeczków, ale co to było na parę tysięcy. Chłopcy biegali 

na pola, przynosili marchew i rzucali żołnierzom, którzy w powietrzu ją sobie wyrywali. 

W  miasteczku  Piaski  grała  nam  niemiecka  orkiestra.  Maszerującą  kolumnę  konwojowali 

niemieccy  żołnierze  jadący  na  rowerach.  W  pewnej  chwili  żołnierze  ci  zaczęli  podawać  do  tyłu 
rozkaz od dowódcy jadącego w przodzie, wzywającego do siebie jednego z konwojentów o nazwisku 
Sküm. Po niemiecku brzmiało to tak: „Sküm nach vorne!” Jeden z naszych żołnierzy zapytał: 

— Co oni mówią? 
Inny, któremu głód i poniewierka nie odebrały jeszcze poczucia humoru, powiedział:  że szliśmy z 

kijami na front. 

O jedenastej w nocy byliśmy już w Lublinie. Ulokowano nas w jakiejś wielkiej hali fabrycznej. 

Łożem był oczywiście twardy, zimny beton. Rano Niemcy zaczęli przez uchylone drzwi wrzucać do 
ś

rodka małe kawałeczki chleba. Można sobie wyobrazić, co się działo. Zgłodniali żołnierze wyrywali 

background image

sobie w powietrzu chleb, robiąc z niego trociny. Nie obeszło się bez bijatyki. Słychać było klątwy, a 
nawet jęki, ponieważ wielu boleśnie podeptano. 

Ja  wspiąłem  się  po  rurze  do  okienka,  a  następnie  wyskoczyłem  na  zewnątrz  budynku.  Za 

ogrodzeniem  stała  jakaś  pani,  którą  poprosiłem  o  kupno  chleba.  Kobieta  ta  oświadczyła,  że  jest 
nietutejsza, że nie orientuje się, gdzie jest jaki sklep, a poza tym wątpi, czy w ogóle można coś kupić. 
Dała mi natomiast kawałeczek chleba i butelkę mleka. Nie wiedziałem, jak za ten cenny dar mam 
dziękować przygodnej dobrodziejce. 

Po zjedzeniu udałem się z powrotem do wejścia, które było po drugiej stronie budynku. Dostało 

mi  się  trochę  od  stojącego  przy  drzwiach  wartownika.  Krzyknął  do  mnie  obraźliwe  słowa, 
wepchnąwszy mnie do środka. Ale w sumie ten wypad opłacił mi się. 

Zaraz po tym dramatycznym śniadaniu wyprowadzono nas i maszerowaliśmy w kierunku Puław. 

Na przedmieściu Lublina zobaczyłem szpital, który parę dni temu zdobywaliśmy. 

Jeszcze w drodze do Lublina Niemcy za pośrednictwem tłumaczy ostrzegali przed dezercją, która 

będzie karana rozstrzelaniem. Podobny los spotka i cywilów bez dowodów osobistych. Zapewniali 
jednak,  że  wkrótce  otrzymamy  przepustki,  umożliwiające  nam  powrót  do  domów,  tylko  nie 
powiedzieli, gdzie i kiedy to nastąpi. Mimo tych groźnych przestróg parło mnie do ucieczki; taką już 
miałem naturę, że lubiłem swobodę, i kto wie, czy nie odważyłbym się na ten krok, gdyby nie to, że 
spotkałem dwóch kolegów z 12 pp. Jeden z nich, Rychlik, był wraz ze mną w jednej drużynie, drugi, 
Staszek  Wójcik,  był  naszym  instruktorem.  Był  też  z  nimi  jeden  Ślązak  –  Paweł.  Ogromną  radość 
sprawiło  mi  to  spotkanie.  Szczególną  moją  sympatią  cieszył  się  Staszek,  że  względu  na  bardzo 
szlachetny i prawy charakter. Tematów do rozmowy było dużo, co skracało nam czas marszu. 

Przed zapadnięciem zmroku sprowadzono nas z drogi na otwarte pole. Saperzy niemieccy od razu 

zaczęli wbijać słupy ogradzając nas drutami kolczastymi. Potem znowu nastąpiło rozrzucanie chleba. 
O  zdobyciu  jakiegoś  kawałka  decydowała  siła,  spryt,  szczęście,  no  i...  chamstwo.  Tylko  niewielki 
procent mógł zdobyć chleb. Padał drobny deszcz. Ziemia była mokra, więc o kładzeniu się nie było 
mowy.  Usiedliśmy  w  bruździe  ziemniaczyska,  przytuleni  do  siebie  i  nakryci  moim  płaszczem 
drzemaliśmy do rana. Można sobie wyobrazić, jak czuliśmy się rano: zmarznięci, głodni, mokrzy, bo 
deszcz mżył całą noc. 

Około  południa  doszliśmy  do  miasteczka  Kurów,  które  było  prawie  doszczętnie  spalone.  Przy 

drodze  stały  grupki  kobiet  płaczących  nad  swoją,  a  może  i  naszą  niedolą.  Z  szeregu  odezwały  się 
wołania: 

— Chleba! 
Mimo  iż  byłem  również  głodny,  wstydziłem  się  za  swoich  żołnierskich  towarzyszy.  No  bo  jak 

można od ludzi, których spotkało takie nieszczęście, żądać chleba? 

Jeszcze słońce było dość wysoko nad horyzontem, kiedy wprowadzono nas do dużego ogrodu z 

młodymi drzewkami. Wkrótce pojawiły się kobiety trzymające w rękach wiaderka z zupą i koszyczki 
z  drobnymi  kawałkami  chleba.  Teraz  jeńcy  rozpoczęli  szturm  na  kobiety  niosące  jedzenie.  Nie 
odnosiły skutku kolby, kopniaki i kułaki niemieckich żołnierzy. Kto wie, czy nie doszłoby do jakiejś 
tragedii,  gdyby  do  ogrodu  nie  wjechało  kilka  ciężarowych  aut,  które  niczym  spychacze  odsunęły 
ludzi  do  tyłu.  Teraz  Niemcy  zorganizowali  kilka  podłużnych  kolumn,  ustawiając  każdą  z  nich 
naprzeciw kobiety z prowiantem. Nie wiem, ilu żołnierzy otrzymało ten bardzo skromny pokarm, ale 
ja należałem do tych szczęśliwych. Od stojącego z wozem gospodarza wyżebrałem małą wiązeczkę 
słomy, która posłużyła nam za posłanie. 

Noc  była  pogodna,  ale  bardzo  zimna,  toteż  większość  nie  kładła  się  spać,  tylko  chodziła  po 

ogrodzie. Były wypadki, że ci właśnie chodzący żołnierze ściągali ze śpiących koce, sami się nimi 
okrywając.  Tu  i  ówdzie  tliły  się  małe  ogniki  podsycane  suchą  trawą,  liśćmi  lub  drobnymi 
patyczkami.  Mnie  obudziło,  zimno  jeszcze  przed  świtem.  Wstałem  i  zacząłem  się  rozgrzewać 
szybkim  spacerem.  W  ślad  za  mną  poszli  moi  koledzy.  Następnie  spaliliśmy  nasze  „łoże”, 
ogrzewając  się  trochę.  Rano  był  siwiuteńki  mróz.  Chciałem  tu  jeszcze  dodać,  że  tak  jak  przy 
pierwszym noclegu pod gołym niebem, tak i tu Niemcy odrutowali nas, ustawiając wzdłuż drutów 
samochody  z  zaświeconymi  reflektorami,  przy  których  leżeli  wartownicy  z  gotowymi  do  strzału 
erkaemami.  W  ciągu  nocy  kilkakrotnie  terkotały  karabiny  maszynowe,  zawracające  chętnych  do 

background image

ucieczki.  Rano  przyjechał  beczkowóz  z  zupą.  I  znowu  powtórzyła  się  wczorajsza  historia,  z  tą 
różnicą,  że  Niemcy  nie  opanowali  sytuacji  i  beczkowóz  stał  się  wystającą  skałą  na  wzburzonym 
morzu. Ten, co dzierżył chochlę, więcej wylewał za kołnierze i do rękawów niż do menażek. Mnie 
udało się dostać odrobinę skwaszonej zupy, ale kosztem utraty swoich kolegów. Rozszalały żywioł 
rozdzielił nas. 

Niedługo  przechodziliśmy  już  przez  Puławy,  a  następnie  weszliśmy  na  most  wiślany,  który, 

zniszczony przez działania wojenne, został już odbudowany przez Niemców starannie, jak gdyby na 
stałe. Dzień był słoneczny i bardzo ciepły, ale za to zwiększało się zmęczenie. Idąc rozmyślałem nad 
tym,  jakby  tu  odnaleźć  swoich  kolegów.  Szedłem  mniej  więcej  w  środku  wielokilometrowej 
kolumny.  Postanowiłem  iść  szybko,  dojść  do  czołówki,  potem  zatrzymać  się  i  obserwować 
maszerujących.  Tak  też  uczyniłem,  ale  już  po  którymś  tam  kilometrze  tego  forsownego  marszu 
poczułem się ogromnie zmęczony. Ogarnęła mnie jakaś apatia, wstręt do życia i postanowiłem z nim 
skończyć. Niech mnie zastrzelą! Nie pójdę dalej. Położyłem się w rowie, przymknąłem oczy. Nade 
mną stał Niemiec. 

— Loos, loos, weiter! — krzyknął. 
Rozłożyłem ręce i prawie szeptem wypowiedziałem: 
— Nie mogę! 
A on na to po polsku: 
—  Ty  pieronie,  nie  możesz!  A  tysiąc  kilometrów  toś  mógł  uciekać  przed  nami!  My  cię  tam, 

pieronie, szukali — i wskazał na zachód. 

Zerwał przy tym z ramienia karabin i wycelował we mnie. 
— Loos! — krzyknął. 
Jeszcze przed chwilą byłem zdecydowany umrzeć, ale na widok tego czarnego otworka, w lufie 

ż

al  mi  się  zrobiło  tej  resztki  życia,  która  się  plątała  we  mnie.  Wstałem  i  szedłem,  ale  zupełnie 

załamany psychicznie. 

Czyż  należało  się  temu  dziwić?  Byłem  do  ostatnich  granic  głodny  i  zmęczony.  Podczas 

całodziennego marszu nie zrobiono ani jednej przerwy. A przy tym zgubiłem moich kolegów. Zbliżał 
się  powoli  wieczór.  Przyszła  mi  na  myśl  tamta  zimna  noc.  Postanowiłem  zabezpieczyć  się.  Obok 
rowu  były  nie  wykopane  ziemniaki.  Przeskoczyłem  rów  i  wydrapałem  z  piaszczystej  ziemi  kilka 
drobnych  bulw.  Następnie  szedłem  rowem,  zbierając  suche  gałązki  i  patyczki  i  wpychałem  je  do 
chlebaka. W pewnej chwili spostrzegłem, że w rowie nie było już ani jednej gałązki, ani patyczka. 
Okazało się, że ktoś podpatrzył mnie i zaczął robić to samo. Patentu na mój pomysł nie miałem, toteż 
miał takie, samo prawo do zbierania. Teraz z kolei ja jego dyskretnie wyprzedziłem i zbierałem przed 
nim, a kiedy miałem już pełny chlebak, dobyłem resztek sił, aby zbliżyć się do czołówki, no bo kto 
wie: może tam gdzieś będą na nas czekać jakieś wozy z prowiantem, więc kto będzie wcześniej, ten 
będzie miał większe szanse otrzymania czegoś do jedzenia. Przede mną koło kolumny, również w 
tym  samym  kierunku,  szła  mała  wiejska  kobieta  okryta  chustką.  Sylwetką  przypominała  mi  moją 
ukochaną matkę, nie żyjącą już od ośmiu lat. Kiedy ją wymijałem, ta wydobyła spod chustki butelkę 
mleka wręczając mi. Od razu odezwały się ordynarne głosy: 

— Ty sk...nie, może byś się podzielił z nami. 
— Owszem, tam w przodzie idzie trzech moich kolegów, to się podzielę. 
Nie omieszkałem wyrazić kobiecinie wdzięczności. Tylu szło żołnierzy, ona akurat wybrała mnie. 

Zgodnie  z  przewidywaniem,  jeszcze  przed  zachodem  słońca  wprowadzono  nas  do  bardzo  dużego 
dworskiego  ogrodu,  okolonego  wysokim  parkanem.  Niedaleko  na  pagórku  stał  piękny  pałac.  W 
ogrodzie był olbrzymi stóg, z którego żołnierze brali naręcza słomy roznosząc ją po całym ogrodzie. 
Zrobiłem  to  samo  i  ja  i  poszedłem  ku  ognisku,  przy  którym  siedział  jakiś  samotny  żołnierz. 
Podzieliłem się z nim swoim materiałem palnym, ziemniakami, no i mlekiem. Po chwili do ogrodu 
wjechały dwa duże ciężarowe samochody z chlebem. Niemcy próbowali utworzyć jedną kolejkę, ale 
zaraz obok ustawiały się inne, powstało coś w rodzaju ośmiornicy, aż wreszcie wszystko zlało się w 
zwartą  masę  okalającą  wozy.  Wobec  takiej  sytuacji  auta  wyjechały  za  bramę.  Po  chwili  Niemcy 
zaczęli przerzucać chleb przez parkan. Teraz bochenek chleba przypominał piłkę do siatki: dotąd był 
podrzucany, dopóki ktoś go nie schwycił; wtedy zaczynało się wyrywanie i szarpanie chleba, przy 

background image

którym  tracono  i  niszczono  dużą  jego  część.  Ja  byłem  tak  osłabiony,  że  zrezygnowałem  z  tego 
rodzaju  zawodów,  zdając  sobie  sprawę,  iż  nie  mam  żadnych  szans.  Wobec  tego  wspiąłem  się  na 
parkan... i o dziwo! Jeden z Niemców podszedł do mnie wręczając mi bochen chleba. Schowałem go 
pod płaszcz i udałem się do wspomnianego już ogniska, w którym akuratnie dopiekały się ziemniaki. 
Ż

ołnierz podsycający ognisko nie zdobył chleba. Podzieliłem się z nim także i chlebem. Po tej obfitej 

kolacji ułożyłem się na słomie, przykrywając się nią również. Na niebie świecił księżyc w pierwszej 
kwadrze. 

Nic nie zapowiadało zmiany pogody, a jednak... Około godziny czwartej obudził mnie szum. Za 

kołnierz padały mi przez słomę grube krople deszczu. Byłem mokry i zziębnięty. Wstałem i zacząłem 
biegać po ogrodzie tam i z powrotem, aby się rozgrzać. Rano spotkałem Rychlika, który zaprowadził 
mnie do reszty kolegów, to znaczy do Staszka i Pawła. Siedzieli przy ognisku podsycanym deskami z 
parkanu. 

Następnie  ruszyliśmy  dalej  w  kierunku  Radomia  odległego  około  trzydziestu  kilometrów. 

Rozpuszczono pogłoskę, że to w Radomiu będą wydawać przepustki. Nadzieja na zwolnienie dodała 
nam otuchy i sił do marszu. Pogoda była kapryśna. Po nocnym deszczu rozpogodziło się, ale tylko na 
chwilę, bo oto nadciągnęła chmura, i zaczął padać deszcz z gradem. 

Idąc  widzieliśmy  wciąż  skutki  działań  wojennych:  leje  po  bombach,  zgliszcza,  no  i  te  polskie 

hełmy  na  kołkach...  Wreszcie  zaczęliśmy  się  zbliżać  do  Radomia.  Z  lewej  strony  mieliśmy 
zbombardowane  tory  kolejowe.  Co  za  straszna  siła  wybuchów,  grube  szyny  sterczały 
powykrzywiane  w  przysłowiowe  esy  floresy.  Opodal  znajdowało  się  lotnisko,  a  na  nim  dużo 
samolotów  całkiem  podobnych  do  naszych  łosi,  ale  te  na  kadłubach  miały  wymalowane  czarne 
krzyże.  Żołnierze  niemieccy  w  pośpiechu  przypinali  do  skrzydeł  bomby,  a  następnie  eskadry 
startowały i leciały w stronę Warszawy. Tu dopiero dowiedzieliśmy się, że stolica broni się jeszcze. 
Oczywiście był to tylko heroizm, nie mający żadnego znaczenia dla wyniku wojny, która praktycznie 
była już przegrana. 

Niemcy  zatrzymali  nas  ogłaszając,  że  będzie  rewizja,  czy  ktoś  nie  posiada  jakichś  ostrych 

przedmiotów, jak: noże, brzytwy, widelce itp. Rozkaz o wyrzuceniu takich narzędzi otrzymaliśmy na 
początku niewoli, ale nie było rewizji. Nic też dziwnego, że tylko nieliczni wykonali go. Teraz jednak 
gościniec  zaścielił  się  brzytwami,  widelcami,  a  także  żyletkami.  Każdy  jeniec  przechodził  z 
podniesionymi rękami i był obmacywany przez Niemców. Od czasu do czasu słychać było głośne 
trzaśnięcie  w  twarz,  gdy  znaleziono  u  kogoś  jakiś  przedmiot.  Prawdziwym  cyrkowcem  okazał  się 
Staszek. Trzymał scyzoryk w garści, a gdy podnosił ręce do góry, wpuścił go w rękaw. I ocalał jego 
nóż, który jakże przydał się później. 

Następnie zaprowadzono nas przed koszary. Tu czekaliśmy przeszło godzinę na zakwaterowanie. 

Obok  nas  przechodziła  grupa  Żydów  z  miotłami  i  łopatami,  popędzani  kijami  przez  niemieckich 
ż

ołnierzy. Teraz nastąpiło organizowanie kompanii liczących po 250 żołnierzy. Wprowadzono nas 

do budynków.  Naszej kompanii przydzielono miejsce na strychu, oczywiście bez żadnych wygód. 
Dach  był  tak  niski,  że  tylko  na  środku  można  było  stać  swobodnie.  Spanie  na  podłodze  z  betonu. 
Koszary  okolone  były  wysokim  płotem  z  drutu  kolczastego,  wzdłuż  którego  ustawiono  duże 
reflektory. Dzienne wyżywienie to bochenek chleba na sześciu i chochelka rzadziutkiej zupy – woda 
zabarwiona mąką. 

Na  parterze  zakwaterowano  cywilów,  którzy  podobnie  jak  i  my  łudzili  się,  że  tu  dostaną 

przepustki  i  pójdą  do  domu.  Były  nawet  pewne  oznaki,  że  marzenia  nasze  spełnią  się  wkrótce, 
ponieważ  wydano  rozkaz,  aby  w  drużynach  spisywać  wszystkie  dane  personalne,  jak:  imię, 
nazwisko, imiona rodziców, miejsce zamieszkania itp. Zajęć poza wystawaniem w kolejce rano po 
chleb, a w południe po zupkę – nie było żadnych; toteż nudziliśmy się ogromnie. Skracaliśmy sobie 
czas rozmową i leżeniem na strychu albo łażeniem po dziedzińcu. 

Raz podczas takiego spaceru zauważyłem jadącą w kierunku Warszawy ogromnie długą kolumnę 

specjalnych  aut,  platform,  na  których  ustawione  były  czołgi.  Eskadry  samolotów  latały  tam  i  z 
powrotem.  A  więc  Warszawa  broniła  się  jeszcze.  Po  trzech  dniach  pobytu  w  Radomiu 
wyprowadzono nas z koszar i zatrzymano na drodze. Staliśmy może jakieś półtorej godziny, moknąc 
na  deszczu.  Obok  drogi  leżała  olbrzymia  sterta  mundurów,  masek,  plecaków  i  podobnych  rzeczy. 

background image

Paweł, który często rozmawiał po niemiecku z konwojującymi nas żołnierzami, dowiedział się, że 
atak  na  Warszawę  został  przerwany  i  że  zostało  wystosowane  ponowne  ultimatum.  Jak  już 
wspomniałem, padał deszcz, a przy tym było przenikliwie zimno, no i głodno. W wiosce niedaleko 
szosy stała grupa ludzi, którzy przyszli tu z ciekawości, a może chcieli jeńców obdarzyć kawałkami 
chleba. Niemcy jednak nie pozwalali zbliżyć się do nas. Obok stała dziewczyna. Wyjąłem pieniądze z 
kieszeni  i  prosiłem,  aby  sprzedała  mi  kawałek  chleba.  Wtedy  ona  odwróciła  się  i  zawołała 
prawdopodobnie na ojca: 

— Hej! chodźcież tutaj! 
Zobaczyłem  biegnącego  chłopa  z  dużym  kawałkiem  chleba,  który  ona  odebrała,  a  następnie 

chciała ml podać. Od dziewczyny dzieliło mnie jeszcze z półtora metra i wtedy zostałem uderzony 
przez  Niemca  tak  strasznie,  że  fiknąłem  na  błotnistej  drodze  koziołka.  Może  nie  byłoby  mi  tak 
przykro, gdybym miał chociaż ten chleb w ręce... 

Zbliżał  się  wieczór.  Deszcz  przestał  padać,  ale  zrobiło  się  bardzo  zimno i  zanosiło  się  na  silny 

przymrozek. Już dobrze się ściemniło, gdy zobaczyłem w rowie leżącego trupa polskiego żołnierza. 
Prawdopodobnie padł z głodu i wycieńczenia, gdyż strzału nie słyszeliśmy. Skrajem szosy jechała 
długa kolumna niemieckich ciężarowych aut o przyciemnionych reflektorach, co wskazywało na to, 
ż

e jednak wojna jeszcze trwa. 

Tak  doszliśmy  do  miasteczka  Szydłowiec  leżącego  między  Radomiem  a  Kielcami.  Na 

przedmieściu  zaczęto  wprowadzać  jeńców  przez  bramę  na  dziedziniec  jakiegoś  starego, 
prawdopodobnie  już  nieczynnego  browaru.  Gdy  połowa  weszła,  resztę  zatrzymano  przed  bramą, 
chyba po to aby pierwsza grupa mogła się ulokować w budynkach. Paweł wykorzystał tę przerwę i 
udał się znowu na rozmowę z wartownikiem. Potem doszedł do nas i powiedział: 

— Warszawa poddała się! Nos, Ślązoków, puszczo do dom, a wos, pierona, bedo trzymać tu jakiś 

czos. 

Jak  z  tego  wynikało,  miał  to  być  obóz  jeniecki.  I  tu  można  by  zakończyć  opowieść,  ponieważ 

pobyt w obozie to oddzielny temat, niejednokrotnie poruszany w książkach napisanych po wojnie. 
Ponieważ jednak te kilka początkowych dni obozu było straszliwym przeżyciem, pozwolę sobie je 
opisać. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

W OBOZIE JENIECKIM 

 
Po  pewnym  czasie  wpuszczono  i  drugą  część  jeńców,  w  której  ja  się  znajdowałem.  Jak  się 

okazało, wszystkie budynki były zapchane tak, że żołnierze się pokładli nawet w bramach. O jakimś 
spaniu  pod  dachem  nie  było  nawet  mowy.  Ponieważ  weszliśmy  prawie  pierwsi,  zaczęliśmy  w 
ciemności szukać materiału na opał. Szczęście dopisało. W ogrodzie poza budynkami znaleźliśmy 
dużą kupę chrustu. Każdy z nas nabrał naręcze i zanosił w upatrzone wygodne miejsce. Paweł zabrał 
się do roboty. Nie było to łatwe, bo chrust był wilgotny, powoli jednak dzięki temu, że miałem dość 
duży  kieszonkowy  kalendarzyk,  który  posłużył  za  podpałkę,  ognisko  zapłonęło.  W  ślad  za  nami 
poszli inni. Łamano stare deski, kołki podtrzymujące młode drzewka, zbierano śmieci itp. Od tyłu w 
jednym  budynku  była  zamknięta  brama.  Żołnierze  przypuścili  szturm  i  po  chwili  drzwi  były 
wywalone. Okazało się, że za nimi znajdowała się wilgotna, cuchnąca sień, w której leżały na mokrej 
słomie  ziemniaki;  oczywiście  w  mig  zostały  rozebrane.  Poszedłem  ja  tam  też  i  w  śmieciach 
znalazłem jeszcze parę ziemniaków. I to była nasza kolacja. 

Noc  przyszła  bardzo  zimna  i  zanosiło  się  na  silny  przymrozek.  Otulony  w  kawał  namiotowej 

płachty, starałem się zasnąć, ale co to było za spanie. Przy ognisku siedział jeszcze jeden Ślązak, z 
którym  Paweł  zapoznał  się  gdzieś  w  ogrodzie.  Muszę  zaznaczyć,  że  Paweł  po  tej  rozmowie  z 
Niemcem  zmienił  się  nie  do  poznania.  To  już  nie  był  ten  Paweł,  którego  poznałem.  Stał  się  jakiś 
szorstki,  nieprzychylny  w  stosunku  do  nas.  Wynikało  to  prawdopodobnie  z  tego,  że  poczuł  się 
Niemcem. 

Co chwilę ktoś podchodził do ogniska, aby ogrzać ręce, a wtedy Paweł gderał: 
— Co, nie było was więcej! Albo przynióześ se drzewa! Jak jo, pierona, chodził za drzewem, toś 

ty, pieronie, społ. 

Jeden z grzej ących się posiedział: 
— Coś taki, człowieku, nieżyczliwy. 
A on: 
— Jak jo poszed po ogień, to mi powiedzieli: „Nie dać mu, bo to Ślązak”. Jeszcze wom, Polokom, 

Ś

lązok pokaże, co potrafi. No, co stoisz! Wyp..., bo ci nakopię do rzyci. 

Rano zauważyłem, że jeńcy drapią się na mur okalający browar. Poszedłem i ja. Mur był wysoki, 

ale przy pomocy drzewka udało się nam wejść. Przed murem było dużo cywilów, którzy przynosili w 
torbach  i  koszykach  chleb,  rozdając  go  żołnierzom.  Wiele  było  przy  tym.  krzyków  i  wzajemnego 
wydzierania sobie chleba. Ja oczywiście nie miałem szczęścia. 

Udało mi się jednak z jednym Żydem, który podjął się kupić chleba dla mnie i dla siedzącego obok 

ż

ołnierza. Żyd dość długo nie przychodził. Już zwątpiłem w jego powrót, kiedy wreszcie ukazał się z 

dwoma połówkami bochenka. I wtedy nastąpiło coś, czego się nie spodziewałem. Siedzący na murze 
ż

ołnierze zaczęli krzyczeć: 

— To ja dałem! 
— To ja dałem na ten chleb. 
No oczywiście, że ja jak i ten drugi, co siedział obok mnie, również krzyczeliśmy, ale Żyd był zbyt 

daleko od nas, prawowitych właścicieli bochenka. W pewnej chwili podał chleb. Czym się kierował, 
dając go w niewłaściwe ręce? Nie wiem. Może podobieństwem, a może myślał, że ci, co najgłośniej 
krzyczą,  dali  pieniądze?  Potem  Żyd  zbliżył  się  do  nas;  robiłem  mu  gorzkie  wyrzuty,  mówiąc,  że 
wydałem ostatnie pieniądze, że wyrządził mi straszną krzywdę. Okazał skruchę: 

— Panie, skąd ja mogłem wiedzieć. Pan widział, jak oni krzyczeli. Nu, niech się pan nie martwi, ja 

pójdę i przyniosę za swoje! 

Poszedł  i  już  go  więcej  nie  widziałem.  Dwie  młode  Żydówki,  które  obok  obserwowały  to 

wydarzenie, zdjęte litością, przyniosły mi trzy kromeczki chleba. Natychmiast zeskoczyłem z muru i 
udałem się do ogniska, aby podzielić się z kolegami. Taki bowiem był u nas zwyczaj, że jak któremu 
w drodze udało się coś zdobyć do jedzenia, dzielił się z innymi. Te trzy  małe kromki chleba były 
jedynym  tego  dnia  posiłkiem.  Tysiące  jeńców,  tak  samo  głodnych  jak  i  my,  wałęsały  się  po 
dziedzińcu i po ogrodzie, wyglądając jakiegoś zmiłowania boskiego. Była jednak pewna grupa, która 
nie  cierpiała  głodu,  a  mianowicie  taboryci  i  kucharze  wojskowi.  Przezorni,  zabrali  z  wozów  takie 

background image

zapasy, jak: słonina, kasza, suchary i inne wiktuały. Gotowali więc różnego rodzaju kasze i skwarzyli 
słoninę w starych wiadrach i rondlach znalezionych w rupieciarniach. 

Przed  wieczorem  udaliśmy  się  ze  Staszkiem  Wójcikiem  na  poszukiwanie  jakiegoś  miejsca  do 

spania.  Okazało  się  jednak,  że  za  późno  pomyśleliśmy  o  tym,  bo  wszystkie  budynki  były  już  tak 
zapchane, że nie można było wścibić przysłowiowego palca. Wreszcie udało się nam ulokować w 
podłużnym budynku przylegającym prostopadle do innego podłużnego budynku zwanego warzelnią. 
Na razie staliśmy, bo była straszliwa ciżba. Potem udało się nam usiąść i na siedząco zasnąć. 

Było już całkiem ciemno, gdy obudziły nas głośne krzyki dochodzące z głównego budynku przy 

bramie  wjazdowej.  Jedni  krzyczeli:  „pali  się!”,  inni:  „wali  się”.  Na  podworcu  zaroiło  się  od 
wypychających się z bramy jeńców. Później okazało się, że ani się nie paliło, ani się nie waliło, a 
panikę spowodowali taboryci i kucharze, którzy po ugotowaniu wieczerzy najadłszy się postanowili 
wygodnie się przespać. Oni to, nie mogąc wejść do środka, krzyczeli: „pali się!” Efekt tego głupiego 
pomysłu był taki, że jednego zadeptano na śmierć, a kilkudziesięciu było poważnie poturbowanych. 
Nie  wiadomo,  dlaczego  Niemcy  wypędzili  nas  z  tego  korytarza  na  dziedziniec.  Prawdopodobnie 
dlatego, że w tym budynku mieściła się izba chorych i siedziba Czerwonego Krzyża, a jeńcy wybici 
ze snu zaczęli gość głośno powtarzać: „pali się!”, „wali się!”. Gdy wyszliśmy z budynku, Niemcy 
zaczęli nas wpychać do remizy, w której już spali nasi żołnierze. Można było sobie wyobrazić, co się 
tam  działo,  gdy  pchani  żołnierze  deptali  leżących  podkutymi  butami  po  brzuchach,  nogach  lub 
głowach. Wrzask był nie do opisania, ale potem tak się złożyło, że wszyscy mogli spać leżąc. 

Dla  zorientowania  czytelnika  opisuję  stary  browar,  który  stał  się  obozem  jenieckim.  Tuż  przy 

głównej  drodze  znajdował  się  dość  długi  jednopiętrowy  budynek,  w  którym  prawdopodobnie 
mieściły się biura i magazyny. Budynek ten połączony był murem, w którym była brama wjazdowa, z 
innym  długim  parterowym  budynkiem  –  warzelnią.  I  znowu  pod  kątem  prostym  dołączony  był 
budynek,  z  którego  wypędzili  nas  Niemcy.  Remiza  nie  łączyła  się  z  żadnym  budynkiem,  stała 
naprzeciwko  warzelni,  tworząc  wraz  z  innymi  zabudowaniami  nie  zamknięty  czworobok.  Na 
dziedzińcu obok warzelni stał jeszcze mały budyneczek, w którym Niemcy urządzili sobie kuchnię. Z 
tyłu za remizą i izbą chorych był ogród obsadzony młodymi drzewkami. Wszystko to otoczone dość 
wysokim murem. 

Rano  spostrzegłem,  że  w  remizie  nie  było  Staszka  Wójcika.  Szukałem  go,  ale  daremnie. 

Spotkałem natomiast Józefczaka, który łamał w ogrodzie spróchniałą deskę, aby rozniecić ogień. I 
tak minął dzień, tym razem bez żadnego posiłku. Pożyczonym nożem wyrżnąłem, nie wiadomo którą 
już  z  kolei  dziurkę  w  pasku.  Przed  wieczorem  Józefczak  zaprowadził  mnie  na  strych,  gdzie  było 
trochę słomy, uważając, że najlepszym lekarstwem na cierpienia głodowe jest sen. 

I śniło mi się, że przyszedł kuzyn Staszek (ten, co był ciężko ranny w Biskupicach) i przyniósł 

kosz świeżo uwędzonej kiełbasy, zachęcając mnie do jedzenia. Wyciągnąłem rękę i... obudziłem się. 
Był już dzień. Józefczaka nie było. Zszedłem na dół w nadziei, że może teraz uda mi się dostać coś do 
jedzenia.  Jak  już  wspomniałem,  Niemcy  zabronili  wchodzić  na  mur.  Ja  jednak  zaryzykowałem, 
wykorzystując  do  tego  celu  gęsty  krzew  rosnący  tuż  przy  murze.  Teraz  zobaczyłem,  że  Niemcy 
ukończyli już prawie budowę strażnic i wysokich zasieków w odległości 30 m od muru. Był to dla 
mnie  przygnębiający  widok.  A  tam  w  dali  widać  było  ludzi  robiących  w  polu.  Szosą  od  czasu  do 
czasu przejeżdżała furmanka w kierunku miasteczka. Jednym słowem, za drutami życie toczyło się 
normalnym trybem. Boże – pomyślałem sobie – jakaż to straszna niesprawiedliwość! Za co my tak 
cierpimy? 

Od czasu do czasu do obozu wchodzili cywile w celu odszukania swoich krewnych. Znajdywali 

się  chętni,  którzy  podejmowali  się  w  tym  pomagać.  Przepychając  się  przez  tłumy  jeńców 
wywoływali podane nazwisko, najczęściej bez rezultatu, ale kawałek chleba dostawali za to. Jedna 
wiejska kobieta, wykorzystując nieuwagę wartownika, zaszła aż do ogrodu w nadziei, że uda się jej 
odnaleźć  ukochanego  syna.  Kilku  jeńców  widząc,  że  kobieta  ma  pod  chustką  koszyczek,  zaczęło 
wywoływać nazwisko, oczywiście bez skutku. Następnie otoczyli babę wołając: 

— Babuś, dajcie jeść! 
Kobieta zaczęła prosić, aby odsunęli się trochę, to im da. I wtedy stało się. Kilkunastu żołnierzy 

rzuciło się na nią, tworząc kotłującą się pryzmę. Baby w ogóle nie było widać. Można by powiedzieć, 

background image

ż

e to jakiś bestialski zbiorowy gwałt. Spod wierzgających nóg ciekła po błocie zupa. Od czasu do 

czasu wytryskiwały trociny z chleba. Wreszcie baba wyczołgała się straszliwie umorusana błotem, w 
jednej  ręce  trzymała  ucho  od  rozbitego  glinianego  dzbanka,  w  drugiej  koniec  chustki.  Odeszła  i 
szlochając mówiła: 

— O panowie, już tu nigdy nie przyjdę! 
Niedługo po tym wydarzeniu spotkałem Staszka. On również podobnie jak i ja od dwóch dni nie 

miał  nic  w  ustach.  Byliśmy  bardzo  osłabieni,  więc  postanowiliśmy  usiąść  sobie  w  starej 
zdewastowanej altanie. Staszek oparł się o słup i zamknął oczy. Spojrzałem na jego bladą, ale pełną 
powagi twarz. Zrobiło mi się jakoś dziwnie przykro i z ócz pociekły mi łzy. Polubiłem Staszka, gdy 
jeszcze  był  w  czynnej  służbie  dowódcą  drużyny,  w  której  i  ja  byłem.  Zdolny  instruktor,  u 
przełożonych nie cieszył się zbyt wielkim uznaniem ze względu na swój humanitarny stosunek do 
ż

ołnierzy. 

Tymczasem w ogrodzie wśród wałęsających się tłumów nastąpiło ożywienie. Ktoś zawołał, że w 

bramie  przejściowej  między  budynkiem,  w  którym  była  izba  chorych,  a  warzelnią  będą  wydawać 
chleb.  Pobiegliśmy  ze  Staszkiem.  Brama  była  już  szczelnie  wypchana  jeńcami.  Staliśmy  przed 
bramą,  a  wkoło  nas  morze  głów.  Czekaliśmy  może  pół  godziny  i  nic.  Nogi  straszliwie  bolały.  Na 
domiar złego obok mnie stali wyżsi i łokciami opierali się na moich ramionach. Kiedy starałem się 
uwolnić od tego ciężaru, spotkałem się z obelżywymi słowami: 

— A cóż się tak wiercisz, ty sk...nu. 
Niedaleko ode mnie stał student gimnazjalny i płakał jak małe dziecko; wtedy znowu posypały się 

ordynarne wyrazy: 

— Ty sk...u, tyś tu potrzebny? Tyś powinien u mamy siedzieć! Ty francowaty bohaterze. 
Odpowiedzią  na  to  był,  jeszcze  większy  szloch  chłopca.  Teraz  wszyscy  zaczęli  siadać,  nie 

zważając  na  to,  że  było  błoto.  Potem  znowu  poruszenie  i  wstawanie.  I  tak  kilka  razy.  Była  może 
godzina jedenasta, dzień dość ciepły i pogodny. Na niebie przesuwały się białe obłoczki, ale w moich 
oczach wyglądały jak plamki krwi. Czekanie na jakiś posiłek okazało się daremnym trudem. Był to 
prawdopodobnie znowu głupi kawał jakiegoś zwyrodnialca. 

Była  może  godzina  trzynasta,  gdy  Niemcy  otwarli  tylną  bramę  i  zaczęli  wypędzać  wszystkich 

jeńców  na  trawiasty  teren  znajdujący  się  między  murem  a  drutami  kolczastymi.  Gdyby  organizm 
ludzki był przystosowany do spożywania zielonych roślin, to znajdująca się tam trawa zniknęłaby w 
ciągu paru minut. Szczęście, że było chociaż pogodnie i ciepło. Usiedliśmy ze Staszkiem na mojej 
płachcie namiotowej, grzejąc w słońcu nasze wychudzone i wybladłe oblicza. Wielu czerpało wodę 
menażkami  z  przepływającego  potoku.  Inni  pozdejmowali  koszule  i  obierali  wszy,  rzucając  je  na 
trawę. Na szczęście ja jeszcze nie miałem tego paskudztwa, ale wiedziałem, że niedługo będę robił to 
samo.  Wieczorem  otworzono  nam  bramę  i  wszystko  hurmem  zaczęło  biec  w  stronę  głównego 
budynku. Przy wejściu zrobił się straszliwy tłok. Rozległy się wołania: 

— A nie pchajta się! A cośta za bydło. 
Ci z tyłu bili menażkami po głowach tych, co byli w przodzie, aby się prędzej posuwali. Niemcy z 

początku przyglądali się biernie, ale późnej rozpasali swoje rzemienne „kuple” i dalejże walić, gdzie 
popadło. Jak się okazało, wewnątrz były już porobione kilkupiętrowe prycze. Nam wypadło spać w 
suterynie. 

W  nocy  miałem  piękny  sen.  Śniło  mi  się,  że  byłem  na  wigilii  w  moim  rodzinnym  domu.  Na 

nakrytym stole było dużo jedzenia, ale kiedy wziąłem łyżkę, aby jeść... obudziłem się. 

Był już dzień. Spojrzałem na małe okienko – było czerwone jak krew. A więc te krwawe chmurki, 

które widziałem wczoraj, wcale niebyły jakimś nadzwyczajnym meteorologicznym zjawiskiem, ale 
skutkiem straszliwego wyczerpania głodem. Próbowałem się podnieść, ale opadłem bezwładnie na 
pryczę.  Czułem,  że  ze  mną  zaczyna  się  dziać  coś  niedobrego.  Po  prostu  uciekało  ze  mnie  życie. 
Chciałem przemówić do Staszka i nie mogłem wydobyć głosu. Wreszcie wyszeptałem: 

—  Stasiu,  zapisz  sobie:  „Maria  Wójcik,  Bronowice  Wielkie  277  ul.  Słoneczna,  Azory”.  —  I 

dodałem: — Proszę cię, daj jej znać, że ja tu zakończyłem życie. 

Czy  Staszek  zapisał?  Chyba  tak.  Potem  usłyszałem,  że  zsuwa  się  z  pryczy  i  oddala.  Po  chwili 

wrócił, nachylił się nade mną i rzekł: 

background image

—  Franku,  jedz!  Wyżebrałem  trochę  zupy  u  tych,  co  tam  w  ogrodzie  gotują  w  wiaderkach. 

Uwierzyli, gdy im powiedziałem, że kolega kona. 

Nie  miałem  jednak  sił,  aby  się  podnieść,  więc  Staszek  karmił  mnie  jak  małe  dziecko.  Była  to 

rzadka wygotowana kasza z domieszką marchwi i skwarków. Kiedy łyżka zaskrzypiała już o dno, 
wyszeptałem: 

— Dziękuję ci, Staszku. 
Staszek znowu odszedł, a ja leżałem w dalszym ciągu. 
Jakże bardzo ta moja sytuacja przypomina sytuację pszczoły, którą już po wojnie znalazłem na 

parapecie między szybami łazienkowego okienka. Żyła jeszcze, bo poruszała nóżkami. Przyniosłem 
na  łyżce  trochę  cukru  rozpuszczonego  w  wodzie  i  podsunąłem  jej  pod  pyszczek.  Piła  chciwie,  a 
potem  wstała  i  zaczęła  poruszać  skrzydełkami,  jak  gdyby  się  gimnastykowała.  Po  dłuższej  chwili 
odleciała przez otwarte okienko, ale lot jej był bardzo niepewny. 

Ja również po spożyciu tej zupy poczułem, że w moim organizmie zaczyna się coś dziać. Wracały 

powoli siły. Okienko suteryny nie było już takie czerwone. Po wielkich trudach udało mi się zejść z 
pryczy  i  wyjść  na  dziedziniec,  gdzie  było  rojno  od  wałęsających  się  zgłodniałych  jeńców.  Koło 
remizy ktoś szedł. Jego bluza na piersi była wypukła niczym biust dorodnej dziewicy. Ktoś krzyknął: 

— Złodziej! Ukradł chleb! Łapać go! 
Próba ucieczki nie udała się. Został osaczony i powalony. Natychmiast utworzyła się na nim duża 

pryzma wierzgających ciał. Stałem obok przyglądając się, ale coś szepnęło mi: „Spróbuj szczęścia”. 
Wepchnąłem  rękę  aż  po  samo  ramię  i  o  dziwo!  Namacałem  połamany  chleb.  Urwałem  kawałek 
skórki. Włożyłem do ust. Powtórzyłem zanurzanie ręki jeszcze raz. Tym razem wydrapałem trochę 
ośrodki. Teraz oddaliłem się szybko, obawiając się, aby inni nie wyrwali mi z ust tego kęsa. Uczucia 
głodu  nie  tylko  nie  zaspokoiłem,  ale  wręcz  przeciwnie:  spotęgowało  się.  Opanowała  mnie  jakaś 
dzikość. Byłem zdecydowany na najgorsze, aby ten głód zaspokoić... 

W  latach  siedemdziesiątych  doszło  do  katastrofy  lotniczej.  Pasażerski  samolot  opadł  na 

niedostępny  szczyt  w  Andach.  Ci,  co  ocaleli,  nie  mając  możliwości  powrotu,  zaczęli  odczuwać 
straszliwy głód. Doszło do kanibalizmu. Pasażerowie nie byli przecież dzikimi, wręcz przeciwnie – 
byli to ludzie cywilizowani. Wśród których znajdował się nawet lekarz, i za jego aprobatą zjadano 
nieżyjących już współpasażerów. 

Ja  osobiście  wolałbym  umrzeć  z  głodu,  a  nie  tknąłbym  ludzkiego  mięsa.  Tu  jednak,  w  tym 

ogrodzie, gdybym mógł złapać jakiegoś szczura, mysz czy nawet żabę, rozrywałbym je na części i 
jadł na surowo. 

Niedługo  po  tym  wydarzeniu  otwarła  się  główna  brama,  przez  którą  zaczęły  wjeżdżać 

konwojowane przez żołnierzy niemieckich dwa wozy Czerwonego Krzyża. Na jednym z nich były 
dwie beczki z zupą, a na drugim kawałeczki chleba. Byłem najbliżej, więc doskoczyłem do wozu, 
pozorując, że pomagam pchać. W gruncie rzeczy chodziło mi o to, aby być jak najbliżej, gdy będą 
wydawać jedzenie. Teraz ze wszystkich stron nastąpił szturm na wozy. W ruch poszły kolby. Ci, co 
byli najbliżej, rażeni ciosami cofnęli się, ale tyły pchały znów do przodu. Wtedy Niemcy wskoczyli 
na  wozy  i  wyrwawszy  woźnicom  baty  zaczęli  okładać  tych  od  tyłu.  Nareszcie  udało  się  utworzyć 
nieruchomy  krąg.  Teraz  Niemcy  ustawiali  żołnierzy,  kierując  ich  po  zupę  i  chleb.  Ja  miałem 
szczęście, bo otrzymałem nie tylko zupę i kawałek chleba, ale Niemiec kazał mi pozbierać i zabrać 
kilka cebul, które spadły z wozu. 

Na  drugi  dzień  zaczęto  wydawać  zupę  i  chleb  już  od  godziny  jedenastej.  Przy  tylnej  bramie 

postawiono dwa kotły, do których miały się ustawić dwie kolejki. Niemcy  nie mogli sobie jednak 
poradzić  z  niesfornie  zachowującymi  się  jeńcami,  bez  przerwy  przepychającymi  się  do  przodu. 
Rozpoczęło  się  więc  przysłowiowe  mordobicie.  Szczególnym  sadyzmem  wyróżniał  się  mały 
feldfebel, który grubym pasem bił, gdzie popadło, nie wyłączając twarzy i głowy. Wreszcie jeden z 
Niemców zawołał po polsku: 

—  Jesteście  obrzydliwym  narodem!  Zachowujecie  się  jak  bydło!  Myśmy  mieli  w  obozach 

waszych pobratymców Czechów, ale to przecież zupełnie inni ludzie. 

background image

Ci, co pobrali jedzenie, przechodzili przez bramę poza mur. Znalazł się jeden spryciarz, który po 

zjedzeniu wydrapał się na mur, aby jeszcze raz stanąć w kolejce. Niemiec widząc to strzelił do niego. 
Spadł jak dojrzały owoc... 

Od tego dnia otrzymywaliśmy już trzy razy dziennie posiłki, na które składały się: rano czarna 

kawa  i  1/5  chleba  razowego  z  formy,  w  południe  –  zupa,  przeważnie  ziemniaczana  z  domieszką 
kaszy, grochu lub fasoli albo kiszonej kapusty, czasami trafiały się jeden lub dwa kawałeczki mięsa; 
wieczór – zupa, ale bardzo postna, przeważnie kapuśniak. A więc kto przetrwał pierwsze dni, mógł 
być pewny, że z głodu nie umrze. Ja oczywiście życie zawdzięczam Staszkowi Wójcikowi. Gdyby on 
nie posilił mnie wtedy zupą, nie skorzystałbym już z posiłku Czerwonego Krzyża, a co za tym idzie 
na pewno nie doczekałbym następnego dnia... Wprost nie do wiary, że  człowiek, również  głodny, 
potrafił przynieść jedzenie drugiemu, który po prostu żegnał się z tym światem. Tego dokonał jednak 
Staszek – człowiek o wielkim szlachetnym sercu! 

Na  zakończenie,  chciałem  opisać  zachowanie  się  oraz  mentalność  moich  obozowych 

współtowarzyszy.  W  okresie  początkowym,  kiedy  cierpieliśmy  straszny  głód,  słychać  było  na 
pryczach  jęki  i  zawodzenia:  „O  Jezu,  Jezu!  A  czemu  oni  nas  tak  męczą.  Przecież  oni  nas  chyba 
puszczą. Przecież nas nie będą trzymać!” I tak w kółko. Wielu poodwracało się na pryczach, aby przy 
ś

wietle  żarówek  modlić  się,  posługując  się  książeczkami.  Inni  przesuwali  ziarenka  koronek, 

szeptając zdrowaśki. 

Kiedy  Niemcy  zaczęli  dawać  trzy  razy  dziennie  jedzenie,  humory  się  poprawiły.  Słychać  było 

ś

miechy, żarty lub wesołe kawały. Gdzieniegdzie nucono piosenki. Natomiast poznikały książeczki 

do modlitwy i koronki. 

Niedługo  to  jednak  trwało.  Po  tygodniu  tego  dobrobytu  zmieniono  komendanta.  Na  jego 

zarządzenie  obcięto  porcje  chleba  o  połowę.  Zupę  wydawano  tylko  raz,  i  to  taką  „postną”  jak 
przedtem  na  kolację.  Zrzedły  miny.  Nie  było  słychać  żartów,  śmiechów  i  piosenek,  ale  za  to 
pootwierano książeczki do modlitwy i wyciągnięto koronki... Bóg tym razem nie dał się przebłagać, 
dając do zrozumienia, że do Niego należy się zwracać nie tylko wtedy, kiedy jest źle, ale również 
wtedy, kiedy jest dobrze. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

POSŁOWIE 

 
W  obozie  trzymano  nas  do  dn.  7  XI  1939  r.,  następnie  wywieziono  do  Niemiec  i  po  krótkim 

pobycie  w  obozie  koło  Eisleben  przydzielono  do  robót  w  rolnictwie.  31  XII  1940  roku 
zdecydowałem  się  na  ucieczkę  i  po  wielu  dramatycznych  przygodach,  szczególnie  przy  przejściu 
przez granicę, dotarłem do rodzinnego kraju. 

Chciałem jeszcze raz wspomnieć o najbliższych memu sercu bohaterach kampanii wrześniowej, a 

mianowicie:  o  moim  kuzynie  Stanisławie  Wasiucie,  wielkim  patriocie,  który,  jak  wiemy,  został 
ciężko ranny w bitwie nad Dunajcem (Biskupice Radłowskie) i zmarł w szpitalu w Tarnowie w dniu 
14 IX 1939 r. 

Natomiast Stanisław Ługowski dzięki swojemu wrodzonemu sprytowi nie dostał się do niewoli, 

lecz wrócił do Krakowa i pracował w monopolu spirytusowym. Uczucia patriotyczne i ambicja nie 
dawały  mu  spokoju,  wobec  tego  zdecydował  się  przedostać  do  Francji,  skąd  został 
przetransportowany  do  Norwegii  i  tam  zginął  pod  Narwikiem,  o  czym  powiadomił  jego  siostrę 
Czerwony Krzyż.