background image

B

B

E

E

T

T

H

H

A

A

N

N

Y

Y

C

C

A

A

M

M

P

P

B

B

E

E

L

L

L

L

P

P

o

o

r

r

w

w

a

a

n

n

i

i

e

e

K

K

s

s

i

i

ę

ę

ż

ż

y

y

c

c

o

o

w

w

e

e

j

j

R

R

ó

ó

ż

ż

y

y

Tytuł oryginału: The Lost Moon Flower

Przełożyła: Hanna Bąkowska

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W ciągu pięciu długich, szarych dni w Chicago hulał wiatr. Co jakiś czas 

miasto nawiedzały lutowe zamiecie śnieżne. Prawdopodobnie jedyne stwo-
rzenia w całym mieście wdzięczne za taką pogodę znajdowały się w ZOO. 

Należały do nich niedźwiedzie polarne, tybetańskie jaki, arktyczne wilki. A 

także bardzo nieszczęśliwa młoda kobieta nazwiskiem Josie Talbott.

Josie wiedziała, że wszystko się dla niej skończyło. Jej życie legło w gru-

zach i to z winy jej własnej siostry. Cieszyła się, że pada śnieg, bo w taką 
zadymkę nikt nie odważy się zwiedzać ZOO. Dzisiaj na zawsze opuszczała 

swój  gabinet,  ostatni  raz  zamykała  drzwi.  Nie  chciała,  by  ktokolwiek wi-

dział, ile kosztuje ją powstrzymanie się od płaczu. Nie była pewna, czy kie-

dykolwiek chciałaby jeszcze spotkać przedstawiciela rasy ludzkiej.

Drzwi do biura zatrzasnęły się automatycznie. Łagodny szczęk zamka 

miał w  sobie coś z  fatalnej ostateczności. Josie po  raz ostatni spojrzała  na 

pokrytą szronem szklaną szybę. „Josie A. Talbott, asystent zoolog, pawilon 

niedźwiedzi  panda”  głosiła  czarnymi  literami  wywieszka  na  drzwiach. 

Wkrótce jej nazwisko zniknie stąd na zawsze. Wcześniej oddała klucze. Już 

po wszystkim. Jej kariera dobiegła końca.

Niezgrabnie poprawiła trzymane w ramionach kartonowe pudełko. Za-

pakowała do niego ostatnie przedmioty ze swojego biurka, w tym małą po-

rcelanową  pandę,  która  zwykle  na  nim  stała.  Czuła  jej  palącą  obecność 

przez karton, mitenki  i grube  rękawy palta.  Kiedy otworzyła tylne drzwi 

pawilonu, uderzył ją w twarz lodowaty powiew wiatru. Zacisnęła szczęki 
aż do bólu. Miała teraz dobrą wymówkę dla piekących łez, które napłynęły 

do oczu. Wściekłe powiewy wiatru szarpały jej szalik, rozwiewały kaszta-

nowe  loki.  Jednakże  Josie  tego  nie  czuła.  Jej  serce  było  tak  udręczone,  a 

umysł tak odrętwiały poczuciem zdrady, że cała kula ziemska mogłaby wy-

lecieć w powietrze, rozpłynąć się w nicość, a ona nie zwróciłaby na to uwa-
gi.

Straciła pracę. Zrujnowała swoją przyszłość. Ale nie to było najgorsze. 

Najgorsze było to, że przyniosła hańbę ZOO, swojej profesji, swojemu mia-

background image

stu,  nawet  swojemu  krajowi.  Chiny  w  geście  przyjaźni  podarowały  ZOO 
parę najrzadszych ssaków na świecie: dwie pandy wielkie, Nan Wu i Yueh 

Hua – Czarnoksiężnika i Księżycową Różę. Przez nią, Josie Talbott, bezcen-

na samica została skradziona. Na domiar złego jej własna siostra, Bettina, 

pomogła ją wykraść.

Josie  zmagała  się  z  na  wpół  zamarzniętym  zamkiem  swojego  małego 

niebieskiego chevroleta. Zapaliła silnik. Po omacku jechała wśród zasłony 

wirującego śniegu.

Dlaczego była na tyle głupia, by uwierzyć, że jej młodsza siostra naresz-

cie się zmieniła? I na tyle  łatwowierna, by załatwić jej pracę w  ZOO? Jak 

mogła przewidzieć ogrom szaleństwa Bettiny? Albowiem Księżycowa Róża 
nie  tylko  należała do  najrzadszych zwierząt  na świecie,  ale  kierownictwo 

ZOO było prawie pewne, że niedźwiedzica będzie mieć małe. Mogła uro-

dzić albo w ciągu miesiąca, albo już za tydzień. Nadal niewiele wiedziano o 

rozmnażaniu pand. Spodziewany poród miał być zwycięstwem w walce o 

utrzymanie tego wymierającego gatunku.

Josie  automatycznie  pokonywała  śliskie  ulice,  kierując  się  do  swojego 

mieszkanka. Było ono ładne, ale jak na jej kieszeń o wiele za drogie. Wyna-

jęła je głównie dlatego, że mieściło się w pobliżu ZOO. Teraz nie miało już 

znaczenia, gdzie będzie mieszkać. Nikt nigdy nie wezwie jej do pawilonu 

pand.  Przez  dwa  lata  żyła  i  oddychała  w  cieniu  pand,  myślała  i  śniła  o 
pandach.  Czarnoksiężnik  i  Księżycowa  Róża  były  jej  obsesją  i  nie  miała 

najmniejszych wątpliwości, że była to najcudowniejsza obsesja, jaką można 

sobie było wyobrazić.

Wjechała na zaśnieżony parking przed swoim domem. Chłostana wia-

trem  w  odrętwieniu  wypakowywała  rzeczy  z  samochodu.  Oboje,  wraz  z 
nadzorującym pawilon pand doktorem Hazardem, traktowali parę niedź-

wiadków niczym święty depozyt. I oboje marzyli o tym samym: rozwiąza-

niu  problemu,  który  zagrażał  istnieniu  tego  gatunku,  to  jest  pokonaniu 

trudności  rozmnażania  wielkiej  pandy  w  warunkach  niewoli.  Kiedy  po 

dwóch  latach prób  najbardziej  precyzyjne  testy wykazały,  że  Księżycowa 
Róża  prawdopodobnie  zaszła  w  ciążę,  Josie  z  doktorem  Hazardem  za-

mknęli się w jego gabinecie i otworzyli butelkę szampana. To był najszczę-

background image

śliwszy  dzień  w  życiu  Josie.  Teraz  Księżycowa  Róża  zniknęła.  Jej  własna 
siostra pomogła ją uprowadzić.

Josie nie zadała sobie trudu, by powiesić płaszcz i szalik. Nie zdjęła na-

wet czapki i mitenek. Poruszała się jak we śnie. Wsunęła kartonowe pudło 

głęboko do szafy, żeby na nie nie patrzeć. Szczególnie nie chciała patrzyć 

na małą porcelanową pandę. To było ponad jej siły. Nie zapalając światła 
odsunęła kotary i wyjrzała przez okno. Nad miastem szybko zapadała noc, 

spowijając je kurtyną ołowianoszarego zmierzchu.

Josie po raz setny przeklinała siebie za to, że uwierzyła w Bettinę. „Jak 

to  się  mogło  stać?” zapytywała  siebie,  bezradnie  kręcąc  głową.  Zasunęła 

kotary  i  zapaliła  lampę.  Panujący  w  pokoju  nieład  odzwierciedlał stan jej 
umysłu. Spojrzała w zawieszone nad ciemnozieloną pluszową kanapą lu-

stro. Zobaczyła wysoką, szczupłą kobietę z kręconymi kasztanowymi wło-

sami i udręką w niebieskozielonych oczach. Piegi, którymi letnie słońce ob-

sypało grzbiet jej szczupłego nosa, wydawały się beztroskie, a przez to jak-

by nie na miejscu. Z niechęcią przyglądała się swojemu odbiciu. Miała wra-
żenie, że z lustra spogląda na nią jej siostra.

Obie były tak bardzo do siebie podobne, a przy tym tak różne. W dzie-

ciństwie dużo podróżowały. Ich ojciec, fotograf dzikich zwierząt, zabierał je 

w najodleglejsze zakątki kuli ziemskiej. Dla Josie otaczający ją świat wyda-

wał się pełen najrozmaitszych cudów. Z kolei Bettinie jawił się jako miejsce 
zagrożeń  i  napięć.  Obie  dziewczynki  silnie  przeżyły  śmierć  matki,  która 

umarła  na  gorączkę  tropikalną  w  Afryce.  Bettina,  młodsza  i  bardziej  do 

matki przywiązana, nigdy po tym nie przyszła w pełni do siebie. Gdy wy-

rosła, bardzo przypominała Josie, z tym że była niższa, szczuplejsza i miała 

jaśniejsze, bardziej intensywnie  rude włosy.  Miała  też  te same  turkusowe 
oczy, lecz było to tylko zewnętrzne podobieństwo. W oczach Josie odbijała 

się ciekawość, ufność i radość życia. Oczy Bettiny pełne były ukrytych pra-

gnień, tajemnic i obaw.

Ojciec ich umarł nagle, kiedy Josie miała dwadzieścia trzy lata i zaczy-

nała  studia  magisterskie  na  uniwersytecie  w  Stanford.  Bettina  miała  lat 
osiemnaście i właśnie rozpoczęła naukę na bostońskiej uczelni. Josie głębo-

ko  przeżyła tę kolejną  stratę, ale  szybko zebrała  siły i  rozpoczęła życie,  z 

którego jej ojciec byłby dumny. Tymczasem Bettina nie potrafiła się już od-

background image

naleźć.  Powoli  okazało  się,  jak  bardzo  śmierć  ojca  zaważyła  na  jej  życiu. 
Oblała egzaminy w pierwszej szkole, potem w drugiej. Zabierała się za ja-

kąś sprawę, by natychmiast porzucić ją dla innej. W jej życiu pojawiali się i 

znikali kolejni zwariowani młodzieńcy.

Kiedy Josie przyjechała do Chicago, Bettina na zawsze porzuciła szkołę i 

związała się z najdziwniejszym z jej dotychczasowych chłopców, Lucasem 
Panpaxisem. Josie spotkała go tylko raz i natychmiast zaczęła obawiać się o 

swoją siostrę. Coś w jego oczach mówiło jej, że ten chłopak może być na-

prawdę  niebezpieczny.  Prawdziwe  nazwisko  Lucasa  brzmiało  Wilber 

Lumpkin, ale zmienił je na Lucas Panpaxis twierdząc, że po grecku oznacza 

to „światło harmonii świata”. Zawsze ubierał się na czarno, czarna była też 
chustka, którą wiązał na głowie. Mówił, że to symbol żałoby związany ze 

wszystkimi  niesprawiedliwościami  świata.  Był  chudym,  nerwowym,  dłu-

gowłosym  chłopcem,  który  mówił  w  nieskładny  sposób  o  wszystkim,  co 

według niego było złe w społeczeństwie. Nie zawracał sobie głowy pracą, 

twierdził,  że  stworzony  jest  do  ważniejszych  zadań.  Josie  uważała  go  za 
szczególnie  groźnego,  ponieważ  jedną  z  jego  pasji  było  latanie.  Samoloty 

kupowała mu matka. Na samą myśl o tym, że ktoś tak niezrównoważony

mógłby szybować w przestworzach, Josie dostawała dreszczy.

Kiedy Bettina i Lucas zerwali ze sobą, Josie odetchnęła z ulgą. Pochle-

biało jej, że Bettina zapytała, czy może do niej przyjechać. Wysłała siostrze 
pieniądze na podróż do Chicago i znalazła dla niej pracę w ZOO: asystentki 

jednego z opiekunów zwierząt. Nie było to zachwycające zajęcie, ale była to 

praca bez stresów a to, jak twierdziła Bettina, było wszystko, czego potrze-

bowała. Josie pożyczyła Bettinie pieniądze, pomogła jej znaleźć mieszkanie, 

rozmawiała z nią o przeszłości i przyszłości. Wydawało się jej, że wszystko 
świetnie się układa, co tylko świadczyło o tym, jak niewiele w ogóle wie-

działa.  Albowiem to Lucas  i  Bettina oraz, jak  utrzymują władze, przynaj-

mniej dwie inne osoby, porwali nocą w ubiegłą niedzielę Księżycową Różę. 

Nikt nie wie, jak przedostali się przez system zabezpieczeń w ZOO. Nikt 

nawet nie był pewny, dlaczego uprowadzili pandę. Trudno było sobie wy-
obrazić,  co  za  szalony  pomysł  wpadł  Lucasowi  do  głowy.  Nikt  nie  wie-

dział, czy Bettina była z nim w zmowie, kiedy przyjechała do Chicago, czy 

też to on ją odszukał i ponownie rzucił na nią swój dawny urok. Tylko jed-

background image

no było pewne: Księżycowa Róża zaginęła. Uprowadzili ją Lucas i Bettina. I 
użyli klucza Josie, żeby dostać się do pawilonu.

Pięć dni, które upłynęły od zdrady i kradzieży, były dla Josie piekłem. 

Ani kierownictwo Ogrodu Zoologicznego, ani władze nie chciały, żeby ja-

kakolwiek  informacja  o  przestępstwie  wydostała  się  na  zewnątrz.  Po 

pierwsze  bali  się,  że  rozgłos  zawróci  Lucasowi  w  głowie.  Po  drugie,  nie 
chcieli nikomu innemu podsunąć podobnych pomysłów: perspektywa fali 

porwań rzadkich zwierząt była zbyt przerażająca. I po trzecie, ten incydent 

był upokarzający nie tylko w skali krajowej, ale i międzynarodowej. Przez 

pięć  niekończących  się  dni  odrętwiała  Josie  przesłuchiwana  była  przez 

wszystkich:  policję,  FBI,  nawet  przedstawiciela  Departamentu  Stanu.  Nie 
wiedziała, skąd FBI było tak pewne, że to Lucas zaplanował przestępstwo, 

ale  nie  miała  najmniejszych  wątpliwości,  że  mieli  rację.  FBI  uważało,  że 

grupa Lucasa wywlokła pandę i wsadziła ją do małego samolotu, którym 

prawdopodobnie polecieli do Meksyku. Ale samolot Lucasa nigdy tam nie 

wylądował. Nikt nie wiedział, dokąd polecieli, ani gdzie znajdowała się te-
raz uprowadzona panda.

„Bettina, jak mogłaś?” pytała cicho Josie. „Lucas, co ty najlepszego zro-

biłeś?” Ale najbardziej martwiła się o pandę, o to, jak się czuje, czy jeszcze 

żyje,  czy  nie  straciła  swojego  dziecka.  Josie  kochała  Księżycową  Różę  jak 

żadne inne zwierzę, nawet bardziej niż Nan Wu, jej błaznowatego towarzy-
sza i ulubieńca tłumów. Strata niedźwiedzicy pozostawiła w niej ogromną 

pustkę, Josie czuła się tak, jakby coś w niej umarło.

Zauważyła, że w mieszkaniu było zimno, ale  nie podkręciła ogrzewa-

nia.  Siedziała  na  zielonej  pluszowej  kanapie  i  obejmowała  się  bezradnie 

ramionami. Wszystko było zrujnowane. Jej własna siostra była uciekinier-
ką,  Księżycowa  Róża  została  wykradziona  i  znajdowała  się  w  niebezpie-

czeństwie, albo może już nie żyła. O małej pandzie, która się miała urodzić, 

Josie nie mogła nawet myśleć. Po raz pierwszy w życiu cieszyła się, że jej 

ojciec nie żyje, że nie musi tego oglądać.

Rozległo się gwałtowne pukanie. Josie wzdrygnęła się lekko, próbując 

wrócić do rzeczywistości. Z drżeniem otwierała drzwi. Przez ostatnie pięć 

dni rozmawiała jedynie z władzami i z kierownictwem ZOO. W drzwiach 

stała jej sąsiadka, pani Mollie Spotts, niska kobieta w nieokreślonym wieku. 

background image

Jej spiczasta mała twarz zwrócona była w górę. Spoglądała na Josie ze źle 
skrywanym niepokojem.

– Josie – zaczęła. W jej czarnych oczach malował się szczery niepokój. –

Dzwoni  do  ciebie  międzymiastowa.  Jestem  pewna,  że  to  Bettina.  Nalega, 

byś rozmawiała z nią z mojego aparatu. Czy stało się coś złego?

Josie zamarła.
– Bettina? – powtórzyła tępo.

Mollie skinęła głową obserwując skamieniały wyraz twarzy Josie.

„Bettina”, pomyślała Josie. „Dzwoni do Mollie Spotts, bo wie, że mój te-

lefon może być na podsłuchu”.

– Wielkie nieba – jęknęła, po czym już była za drzwiami.
Nie zdawała sobie sprawy, że biegnie boso przez hol, czy że po prostu 

wdziera się do mieszkania Mollie, zostawiając ją za sobą.

Chwyciła słuchawkę telefonu.

– Bettina? – krzyknęła rozpaczliwie. Serce biło jej mocno. – To ty? Gdzie 

jesteś? Gdzie jest Księżycowa Róża? Jak się czuje? Zaklinam cię na wszyst-
kie świętości, co ty i Lucas...

– Josie, proszę,  nie  gniewaj  się  –  błagała Bettina. Była  bliska płaczu.  –

Nie chcieliśmy nikogo skrzywdzić. Naprawdę!

Nie  gniewaj  się.  Nie  chcieliśmy  nikogo  skrzywdzić,  myślała  Josie  nie 

wierząc własnym uszom.

– Bettina, gdzie jest Księżycowa Róża? Czy czuje się dobrze?

– Tak.  Ma  się  dobrze.  Czuje  się  świetnie...  jak  dotąd  –  odpowiedziała 

Bettina  stłumionym  głosem.  Miały  złe  połączenie,  wydawało  się,  jakby 

Bettina mówiła z drugiej strony kuli ziemskiej. – Słuchaj, Josie. Nie mogę 

długo rozmawiać. Zabraliśmy pandę, ponieważ Lucas powiedział, że dzię-
ki temu ludzie zaczną go słuchać. Zatrzymamy ją jako zakładnika, dopóki 

nie zostaną spełnione pewne żądania...

– Żądania? Jakie żądania? – pytała Josie, myśląc, że stało się to, czego 

wszyscy  się  spodziewali.  Jej  siostra  powie  teraz,  czego  żąda  Lucas  w  za-

mian za pandę.

– No więc – zaczęła Bettina nieprzekonywująco – myśleliśmy, że... pew-

ne żądania... jak zakaz łapania żywych zwierząt, zakaz używania pestycy-

background image

dów i herbicydów... żeby nie zanieczyszczać środowiska... na całym świe-
cie, ale...

O Boże, myślała Josie, pocierając czoło. Tylko Lucas mógł wymyślić, że 

uda mu się zlikwidować cierpienie i rozwiązać problem zanieczyszczania 

środowiska na całym świecie wykradając jedną bezbronną ciężarną pandę.

– Ale – ciągnęła Bettina tym samym łamiącym się głosem – teraz, gdy 

Lucas już ją ma, on... no więc, on myśli, że może zażądać więcej. Wydaje 

mu się, że może zmusić wszystkich, by zrobili to, co chce, bo jak nie...

Bettina umilkła. Było coś złowróżbnego w tej nagłej ciszy. Po chwili Jo-

sie usłyszała nawoływanie ptaka.

– Co zrobi, jeśli nie spełnią jego żądań? – spytała.
– On... zrobi jej coś złego – Bettina pociągnęła nosem.

Chce powiedzieć, że ją zabije, pomyślała Josie z przerażeniem.

– Josie, nie wydaje mi się, żeby doszło do tego. On teraz zastanawia się 

nad  żądaniami.  Chce  je  ogłosić  za  tydzień,  w  piątek  trzynastego.  Ludzie 

zapamiętają ten dzień. Pomyślą...

– Nie pozwól mu jej dotknąć – rozkazała przerażona Josie. Nie umiała 

wyobrazić sobie nikogo aż tak złego, by mógł skrzywdzić jej piękną niedź-

wiedzicę, lecz Lucas już posunął się tak daleko. Kto wie, gdzie się zatrzy-

ma?

– Bettina, słyszysz, nie możesz pozwolić mu jej skrzywdzić. Cokolwiek 

się stanie, nie możesz pozwolić mu wyrządzić jej krzywdy, rozumiesz?

– Tak – odparła Bettina, teraz już otwarcie szlochając. – Boję się, Josie. 

Boję się tego, co zrobiliśmy i boję się Lucasa i...

– Gdzie jesteś? – pytała Josie. – Pomogę ci. Sprowadzę pomoc...

– Zeszliśmy do wioski... po zapasy – odpowiedziała Bettina i znów po-

ciągnęła nosem. – Nie wiem dokładnie, gdzie to jest. Ukrywamy się kawa-

łek stąd, tam gdzie nikt nie może nas znaleźć, ale wydaje mi się, że jeste-

śmy...

Josie usłyszała krzyk Bettiny, jakby ze strachu przed bólem. Zapadła ko-

lejna złowroga cisza, przerywana jedynie nawoływaniem tego samego pta-
ka. Jego świergot brzmiał idiotycznie pogodnie.

W słuchawce zawarczał głos Lucasa.

background image

– Josie? – był spięty i podniecony. – Bettina nie powinna była tego robić. 

Jak tylko się odwrócę, traci nerwy. Jak tylko się odwrócę.

– Lucas... – błagała Josie, ale w jej umyśle zaświtała straszliwa pewność: 

Lucas  zwariował.  Zwariował.  I  ma  moją  siostrę  oraz  pandę.  –  Zrobię,  co 

chcesz – zapewniła go zrozpaczona.

– Jestem tego pewien – przybrał dramatyzujący ton. – Masz siedzieć ci-

cho. Tego telefonu nigdy nie było, słyszałaś? Jeśli zobaczę, że ktoś kręci się 

w  pobliżu,  będę  wiedział,  że  się  wygadałaś.  A  wtedy,  możesz  się  ze 

wszystkim  pożegnać,  siostrzyczko,  ze  wszystkim.  Panda  zniknie  na  zaw-

sze.

– Nikomu nie powiem – zapewniała go spanikowana Josie. – Tylko nie 

skrzywdź nikogo, Lucas, nikogo i niczego. Nie spiesz się. Przemyśl to do-

kładnie.

– Nie  spieszę  się  –  odparował Lucas  tym  samym  pełnym napięcia  to-

nem. – Ogłoszę swoje żądania za tydzień, w piątek trzynastego. Ale to nie 

żarty, Josie, masz nic nie mówić o tym telefonie,  i jeśli jest na podsłuchu, 
powiedz im, żeby trzymali się z daleka, bo jak nie... Ja nie żartuję.

– Nie jest na podsłuchu – uspokajała go Josie. – Bettina nie jest taka głu-

pia. To nie mój telefon.

– Tylko pamiętaj – ostrzegł ją Lucas. – Nie mów nikomu. Nikomu nie 

wolno  się  tu  zbliżyć.  W  przeciwnym  razie  koniec  z  pandą.  Nawet  twoja 
własna siostra może nie być bezpieczna. Wszystko w twoich rękach, Josie. 

Ty za nie odpowiadasz. Jeśli coś pójdzie nie tak, będzie to twoja wina.

Moją winą było to, że próbowałam pomóc Bettinie, pomyślała z bezrad-

ną złością, ale nie śmiała tego powiedzieć. Spodziewała się, że Lucas prze-

każe jej więcej poleceń, wygłosi więcej pogróżek, ale on się rozłączył.

Patrzyła w odrętwieniu na telefon. Przycisnęła widełki.

– Halo, halo – w słuchawce buczał ciągły sygnał. 

Mollie  Spotts  stała  w  drzwiach  przypatrując  się  jej  ze  zmarszczonym 

czołem.

– Josie – odezwała się, zamykając za sobą drzwi – masz kłopoty, praw-

da? Gdzie jest Bettina? Nie widziałam jej od kilku dni, a ty żyjesz jak pu-

stelnik. Co się stało? Możesz mi powiedzieć? Jeśli potrzebujesz przyjaciela, 

możesz na mnie liczyć.

background image

Josie odłożyła słuchawkę. Spojrzała na poczciwą twarz Mollie.
– Przepraszam – odparła zagryzając dolną wargę – nie mogę ci powie-

dzieć, Mollie. Po prostu nie mogę. Dziękuję, że mnie zawołałaś.

Oczy zaszły jej łzami. Próbowała wzruszyć ramionami na dowód, że nic 

jej nie jest, ale jakoś jej to nie wyszło. Potrząsnęła w milczeniu głową. Minę-

ła Mollie i otworzyła drzwi.

–  Przepraszam  –  powtórzyła.  Nienawidziła  siebie  za  to,  że  zostawiła 

Mollie spoglądającą na nią z wyrazem bezradnej troski.

Powoli  minęła  hol.  Weszła  do  mieszkania,  usiadła  na  sofie  i  wbiła 

wzrok w telefon. Pomyślała, że powinna powiadomić władze, ale bała się. 

Znała Lucasa na tyle dobrze, by wiedzieć, że spełni swoje groźby: jeśli do-
wie się, że powiedziała komuś o telefonie, może dopuścić się najgorszego. 

Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. A zresztą, myślała czując nie-

znośny ból głowy, właściwie nie wiedziała nic ponadto, że panda jest cała i 

zdrowa. Przynajmniej na razie. Gdyby tylko był jakiś sposób, żeby dostać 

się do Księżycowej Róży i Bettiny i uciec z nimi, zanim Lucas się zorientuje 
lub zrobi im coś złego. Ale to było niemożliwe – nie wiedziała nawet, gdzie 

teraz  przebywają.  W  wiosce,  powiedziała  Bettina.  To  wszystko,  czego się 

dowiedziała. W wiosce, w której jest telefon. To może być wszędzie.

Josie nie położyła się spać. Przez pół nocy siedziała w ciemnym pokoju 

trzęsąc się z zimna i po prostu patrząc przed siebie. Przez głowę przelaty-
wały  jej  bezładne  myśli.  Czasami  wręcz  nie  myślała  o  niczym,  jakby  jej 

mózg został wyłączony. W innych momentach nachodziły ją nie mające ze 

sobą  związku  wspomnienia,  a  ona  bezwolnie  się  im  poddawała.  Miała 

wrażenie, że siedzi w sali kinowej, w której na ekranie przesuwają się obra-

zy z jej przeszłości. Większość wspomnień związana była z ojcem i Księży-
cową Różą. Niektóre z Bettiną. A jedno, które ciągle ją prześladowało, nie 

miało żadnego racjonalnego uzasadnienia. Dotyczyło jej występu w telewi-

zji, kiedy to zrobiła z siebie kompletną idiotkę. Bezsensowne wspomnienie 

pojawiało  się  stale  przed  jej  oczyma.  Bezradnie  poddała  się  jego  władzy. 

Pomyślała, że chyba traci zmysły.

Rok wcześniej, jedna z lokalnych stacji telewizyjnych rozpoczęła nada-

wanie programu pt. „Punkty widzenia”. Josie, podobnie jak Bettina, odda-

na była swoim ideałom, ale w przeciwieństwie do siostry, nigdy nie popa-

background image

dała w skrajności. Istniała jednak sprawa, z którą nie mogła się pogodzić. 
Josie poświęciła swoje życie zachowaniu zagrożonych gatunków. Uważała, 

że zabijanie zwierząt jest złem. Nienawidziła polowań. Telewizja zwróciła 

się  do  niej  z  prośbą,  by  stanęła  do  pojedynku  z  zawodowym  myśliwym, 

mężczyzną o nazwisku Aaron Whitewater. Josie z przyjemnością wyraziła 

zgodę. Była wszak kapitanem drużyny dyskusyjnej na uczelni i przez trzy 
lata nikt ich nie mógł pokonać. Udowodni, że Aaron Whitewater to pozba-

wiony  wrażliwości,  rozmiłowany  w  okrucieństwie  prymityw.  Gospodarz 

programu,  Rex  Bartholomew,  powiedział  jej, że  Whitewater jest  nie  tylko 

wielkim  myśliwym,  ale  również  tropicielem  i  wędkarzem.  To  spokojny 

człowiek, lecz, ostrzegł ją, ostry w dyskusji i cięty w dowcipie. Nie należy 
go nie doceniać. Bartholomew miał rację. Josie zrozumiała, że nie pójdzie jej 

tak gładko, jak tylko zobaczyła Whitewatera. Spodziewała się spotkać ko-

goś  w  typie  zadufanego  w  sobie  supermana  w  pełnym  stroju  safari,  ze 

strzelbą na słonie u boku. Wyobrażała sobie dyszącego żądzą krwi, rzucają-

cego  mordercze  spojrzenia  potwora  o  ilorazie  inteligencji  nieco  powyżej 
zera.

Przed rozpoczęciem programu weszła do poczekalni obok studia. Pre-

zentowała  się  od  stóp  do  głów  jak  Sympatyczny  Przedstawiciel  Ogrodu 

Zoologicznego.  Jej  niesforne  ciemnokasztanowe  loki  były  tym  razem 

schludnie  zaczesane.  Ubrana  była  w  turkusowy  wełniany  kostium,  który 
podkreślał  jasny  kolor  oczu  i  dodawał  zdrowych  rumieńców  policzkom. 

Robiła wrażenie osoby tak pogodnej, kompetentnej i prostolinijnej, że pra-

wie  aseksualnej.  Rex  Bartholomew  przedstawił  jej  Aarona  Whitewatera. 

Przeciwnik Josie nie wyglądał pogodnie, ale sprawiał wrażenie człowieka 

zatrważająco kompetentnego i na pewno nie pozbawionego seksu.

O Boże – pomyślała obrzucając go chłodnym okiem zoologa, co za nie-

zwykle wspaniały okaz samca z gatunku homo sapiens. Nigdy nie zwraca-

ła specjalnej uwagi na mężczyzn, zawsze za bardzo pochłonięta była swoją 

pracą. Jednakże Whitewatera trudno było nie zauważyć. Josie natychmiast 

przywołała się do porządku. Uśmiechnęła się, przybierając z powrotem po-
zę  Sympatycznego  Przedstawiciela  Ogrodu  Zoologicznego.  Whitewater 

podniósł się z krzesła i wyciągnął do niej rękę. Miał na sobie uszyty na za-

mówienie  ciemnoszary  garnitur  oraz  tradycyjny  krawat.  Josie  przeszył 

background image

dreszcz podniecenia, jakie odczuwa się zwykle w  obliczu zbliżającego się 
niebezpieczeństwa.  Miała  sto  siedemdziesiąt  trzy  centymetry  wzrostu,  w 

szpilkach prawie metr osiemdziesiąt, ale Aaron Whitewater był o całe pięt-

naście centymetrów wyższy, przytłaczał ją swoimi szerokimi barami i ele-

gancją  stroju.  Czuła,  jak  jej  ręka  ginie  w  jego  dużo  większej  dłoni.  Jego 

ciemne włosy wydawały się aż czarne, podobnie jak oczy.

– Miło mi pana poznać, panie Whitewater – mechanicznie wyrecytowa-

ła grzecznościową formułkę, on jednak zdążył już wypuścić jej dłoń.

– Wątpię – odparł lakonicznie, siadając na swoim miejscu.

Wydawał się ogromnie znudzony. Wziął do rąk postrzępione czasopi-

smo i pogrążył się w jego lekturze, jakby zeszłoroczne informacje były nie-
skończenie bardziej interesujące niż Josie. Zdziwienie odebrało jej głos. Rex 

Bartholomew uśmiechnął się słabo i zostawił ich samych, żeby sprawdzić 

scenografię  do  swojego  programu.  Josie  usiadła  sztywno  na  krańcu  sofy 

naprzeciw  krzesła  Aarona  Whitewatera.  Wzięła  ze  stolika  jeszcze  starsze 

czasopismo i udając, że je czyta, obserwowała ukradkiem swego przeciw-
nika znad pogiętych rogów stronic. Whitewater należał do tych potężnych 

mężczyzn, którzy byli tak dobrze zbudowani, że sprawiali wrażenie nie ty-

le masywnych, co po prostu pełnych siły i wdzięku. Jego gęste ciemne wło-

sy lekko falowały i Josie wydawało się, że gdyby je zostawić samym sobie, 

opadłyby na czoło częściowo zakrywając egzotyczne, czarne oczy. Miał orli 
nos, silnie zarysowaną szczękę i nieco wystający podbródek. Był opalony, 

mimo że była zima. Twarz zdobiły ciemne proste brwi i dumna linia ładnie 

wykrojonych  ust.  Szczególną uwagę  Josie  przykuły  jednak  jego  kości po-

liczkowe: wysoko osadzone, silnie wystające, nie pasujące do drogiego gar-

nituru,  dobrze  ostrzyżonych  włosów  i  złotego  zegarka  połyskującego  na 
brązowym przegubie.

A  niech  to  diabli,  pomyślała  Josie,  przecież  to  Indianin,  przynajmniej 

częściowo. Ostatni raz takie kości policzkowe widziała u wodza Apaczów. 

Zrozumiała,  że  już  na  wstępie  Whitewater  zyskuje  nad  nią  przewagę. 

Czym innym była dyskusja z jakimś myśliwym, a czym innym z człowie-
kiem,  którego  tradycja  kulturowa  zasadzała  się  na  polowaniu  i  którego 

przodkom jej naród odebrał tereny łowieckie. Nonsens, powiedziała sobie, 

nic to nie zmienia. Ale to nie była prawda. Jak tylko stanęli przed kamera-

background image

mi, Whitewater zaczął wykorzystywać fakt, że był w połowie Siuksem, ze 
zdumiewającą  delikatnością  i  zręcznością.  Właściwie  zastosował  każdy 

chwyt  z  podręcznika  Jak  zwyciężyć  w  dyskusji  oraz  kilka  innych  własnego 

pomysłu.  Był  miażdżącym  przeciwnikiem.  Na  jeden  jej  dowód  wytaczał 

dwa inne, jej racje w zderzeniu z jego argumentami brzmiały głupio i sen-

tymentalnie.  Według  Aarona  Whitewatera  myśliwi  byli  największymi 
obrońcami  przyrody  w  Ameryce.  Kto  może  być  bardziej  zainteresowany 

utrzymaniem gatunków od tych, którzy chcieliby mieć wystarczająco dużo 

zwierząt, by na nie polować? Josie ostro z nim polemizowała. Zbyt ostro. 

Cięte riposty Aarona Whitewatera i drwiący błysk w jego oku wprawiały ją 

w  stan  podenerwowania,  rozgorączkowania  i  złości.  Nigdy  przedtem  nie
czuła się tak zbita z tropu podczas dyskusji. Co gorsze, ona, która brzydziła 

się przemocą, nagle niczego bardziej nie pragnęła, jak zdzielić swego prze-

ciwnika  po  głowie.  Kiedy  program  dobiegł  końca,  nie  chciała  przerwać 

walki,  chciała  zdobyć  chociaż  jeden  punkt.  Ale  on  już  z  nią  skończył. 

Uśmiechnął się tylko.

–  Całkiem dobrze pani  dyskutowała... jak  na kobietę – powiedział. Po 

czym wyszedł.

Później  niektórzy  mówili,  że  Aaron  Whitewater  pobił  Josie  jedynie  o 

włos, a inni, że wspaniale dotrzymała mu pola. Ale ona wiedziała, jaka jest 

prawda: zdruzgotał ją. Bardzo ją to bolało. Wściekała się, gdy tylko przy-
chodził  jej  na  myśl.  Ostatni  raz  Siuksowie  odnieśli  takie  zwycięstwo  pod 

Little Bighorn, myślała w duchu. Choć wcześniej nigdy nie słyszała Aaronie 

Whitewaterze,  teraz  wszędzie widziała  jego  nazwisko. Słyszała,  że poluje 

na niedźwiedzie grizzly w północnej Alasce, łowi rekiny u wybrzeży Geor-

gii. Raz doszło do niej, że poleciał do Saskatchewan, żeby wziąć udział w 
poszukiwaniach młodego głuchego chłopca, który zaginął w lesie i że od-

nalazł go uratował. Odstawia bohatera, myślała z niechęcią.

Zdziwiło  ją,  gdy  pewnego  dnia  przysłał  jej  wiadomość.  Prawie  sześć 

miesięcy  po  ich  spotkaniu  dostała  list  z  Afryki.  Od  niego.  „Jak  się  masz, 

Ruda”, napisał zdecydowanym charakterem pisma. „Przyjechałem tu, żeby 
sprawdzić, co słychać u hien. Pomyślałem tobie. Jeśli chciałabyś jeszcze raz 

się ze mną zmierzyć, daj mi znać. Wystarczy, że powiesz «Potrzebuję cię, 

Whitewater»„.  W  post  scriptum  dołączył  swój  rozkład  zajęć  na  następne 

background image

sześć  miesięcy,  kilka  adresów  numerów  telefonów,  pod  jakimi  mogła  go 
zastać.

Co za tupet! pomyślała Josie. Rozwścieczyło ją, że przyszła mu na myśl 

przy okazji hien. Niesłychana arogancja! Zgniotła list w twardą kulkę, żeby 

cisnąć  nią przez  cały pokój.  Nie  wyrzuciła  jednak kartki. Zatrzymała ją  z 

jakiegoś powodu w szufladzie biurka. Pamiętała nawet plan jego podróży: 
Kenia, Floryda, potem zima na Hawajach, znowu łowienie ryb i polowanie 

na  niedźwiedzie.  Hawaje,  pomyślała  podniecona.  Ten  przeklęty  facet  jest 

teraz na Hawajach. No i co z tego? Żałowała, że nie był jeszcze dalej. Na 

przykład na księżycu. Nie wiedziała, dlaczego myśli teraz o tym wstrętnym 

Whitewaterze i o Hawajach. Naprawdę zaczęła tracić zmysły.

Była czwarta rano, a jej świat wydawał się tak samo zimny i pozbawio-

ny życia jak skute lutowym mrozem miasto za oknem. Nagle jej myśli wró-

ciły  do  telefonu  Bettiny.  Przypomniała  sobie  zakłócenia  na  linii,  które 

sprawiły, że głos jej siostry dochodził jakby z daleka. I przypomniała sobie 

nawoływanie ptaka. Słyszała go wyraźnie, kiedy rozmawiała z Bettiną. Sły-
szała go dwukrotnie. Wydawał dziwny, prawie komiczny dźwięk: tiiti-po-

uit,  tiiti-po-uit.  Josie  była  tak  oszołomiona,  że  gwiazdy  zaczęły  latać  jej 

przed oczami. Hawaje, pomyślała. Oczywiście. Oto, co w ten okrężny spo-

sób próbowała podpowiedzieć jej podświadomość przywołując wspomnie-

nie Whitewatera. Hawaje. Josie była zoologiem. Wiedziała, co za ptak wy-
daje taki dźwięk: to kiki. A kiki żyje tylko w jednym miejscu: na Kali Yin, 

małym paśmie wysp na północny wschód od Hawajów. Bettina powiedzia-

ła jej kiedyś, że Lucas spędził część swego dzieciństwa w Honolulu. Bettina, 

Lucas i Księżycowa Róża ukrywali się gdzieś na wyspach Kali Yin. Nieda-

leko Hawajów.

Nie zastanawiała się, która godzina jest w Chicago czy na wyspach Pa-

cyfiku. Nagły i desperacki plan, który zaświtał jej w głowie, uczynił ją obo-

jętną na mniej ważne względy. Wiedziała, gdzie jest panda, i wiedziała, jak 

ją odnaleźć. Podpowiedziała jej to podświadomość. Boże, dzięki ci za nie-

skończone możliwości ludzkiego umysłu. Wyjęła kartonowe pudło z szafy 
znajdującej się w holu. Gorączkowo przerzucała jego zawartość, aż znalazła 

to, czego szukała. Wydawało się jej, że upłynęła cała wieczność, zanim do-

stała  połączenie.  Kiedy  wreszcie  usłyszała  sygnał,  telefon  wydawał  się 

background image

dzwonić bez końca. Proszę, modliła się, proszę cię, proszę, odbierz. W koń-
cu ktoś podniósł słuchawkę. Usłyszała w słuchawce muzykę, była to mu-

zyka hawajska.

– Halo – powiedział głęboki, leniwy głos.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

– Aaron Whitewater? – spytała drżącym głosem. – Tu Josie Talbott... Po-

trzebuję ciebie. Strasznie cię potrzebuję.

– Josie Talbott – powtórzył, jakby nie mógł skojarzyć tego nazwiska. –

Josie Talbott. Dziewczyna z Nowej Zelandii? Posłuchaj, kochanie. Wydaje 

mi się, że ci mówiłem...

– Josie Talbott z Chicago – przerwała mu prawie krzycząc. – Mieliśmy 

pojedynek w telewizji. W lutym zeszłego roku.

Zapadła cisza, podczas której Whitewater prawdopodobnie próbował ją 

sobie przypomnieć.

– Ach tak. I ja wygrałem. Jesteś tą blondynką, prawda? W czym mogę ci 

pomóc?

– Wcale nie wygrałeś. – Wygrał, ale nie mogła tego głośno przyznać. –

To był remis. Jeden do jednego. Nie jestem blondynką, jestem ruda. Potrze-

buję twojej pomocy. Sprawa jest poufna. To kwestia życia lub śmierci.

– No tak. Jak zwykle – skomentował Whitewater. Wydawało się jej, że 

usłyszała, jak powstrzymuje ziewanie. Zlekceważyła to i ciągnęła dalej.

– Jak dobrze znasz wyspy Kali Yin?
– Mało kto zna je lepiej – odpowiedział przeciągając słowa. – Prawie nie 

ma tam zwierzyny. W ogóle niczego tam nie ma. Tylko lasy, góry i wodo-

spady. A o co chodzi? Chcesz, żebym cię wziął na wycieczkę, czy coś w tym 

rodzaju?

Usłyszała jego stłumiony śmiech. Poczuła się urażona.
– Nie – odpowiedziała spontanicznie, ale zaraz się poprawiła. – To zna-

czy, tak. Być może. Nie wiem jeszcze. Chodzi mi o to, czy Kali Yin leżą w 

zasięgu małego samolotu startującego z Kalifornii?

Cisza w słuchawce zdawała się świadczyć o tym, że zastanawia się nad 

odpowiedzią.

– Tak,  to  jest  możliwe.  Maszyną  z  dwoma  silnikami  i  dodatkowym 

zbiornikiem paliwa dałoby się to zrobić. Albo jakimś starym demobilem z 

drugiej wojny światowej. Są faceci, którzy kolekcjonują takie graty.

background image

– A co z lądowaniem? – pytała dalej Josie. – Czy któraś z wysp ma lą-

dowiska? Na tyle duże, żeby przyjąć większy samolot, taki, który przyle-

ciałby z kontynentu?

– Na większych wyspach są lądowiska – w jego głosie słychać było co-

raz  większe  zniecierpliwienie. –  Albo  coś,  co  je  przypomina.  Można  tam 

usiąść sporym dwusilnikowcem. A poza tym taki stary grat jak „Dakota 3”
może  wylądować  na  zwykłym  pastwisku.  Ale  o  co  ci  w  końcu  chodzi? 

Dzwonisz i przeprowadzasz ze mną quiz telewizyjny? Dwadzieścia pytań 

o Pacyfiku? Tutaj jest akurat śliczny wieczór, a ja mam coś lepszego do ro-

boty.

– Ale ja muszę to wiedzieć – Josie daremnie próbowała ukryć panikę. –

Proszę. Pomóż mi.

– Naprawdę uwielbiam, kiedy mówisz „proszę”. Założę się, że nie zno-

sisz używać tego słowa w rozmowie ze mną. Powtórz to jeszcze raz.

– Proszę – powiedziała drżąc z upokorzenia. – Proszę, powiedz mi, któ-

rą  z  wysp  wybrałbyś  na  miejsce  lądowania,  gdybyś  leciał  z  kontynentu  i 
gdybyś chciał się ukryć? To znaczy pozostać tam w ukryciu.

– Znowu pytanie? Słuchaj, ja mam tutaj swoje mai tai do picia i brunet-

kę, która czeka w barze na dole.

– Whitewater, proszę cię.

– No  dobrze  –  westchnął  zrezygnowany.  –  Gdybym  wiedział  to,  co 

wiem i był na miejscu tego kogoś, wybrałbym Kali Yushan. Inaczej Mount 

Jade. Najbardziej niedostępne miejsce. Bardzo dzikie. Bardzo górzyste.

– A gdybyś nie był sobą... To znaczy byłbyś kimś, komu się wydaje, że 

jest bardzo sprytny i przebiegły, ale w istocie jest trochę... trochę... no... nie-

zrównoważony, to którą z nich byś wybrał? 

– Szanowna pani – Whitewater nie próbował już ukryć złości. – Czy nie 

dosyć  tych  cholernych  pytań?  Tu  jest  piękny  wieczór.  Zaczyna  się  przy-

pływ. Ogrody toną w orchideach. Niebo pełne księżyca. A ja mam siedzieć 

przy  telefonie  i  odpowiadać  na  pytania,  z  których  każde  jest  głupsze  od 

poprzedniego?

– Proszę – powiedziała z rozpaczliwą determinacją. – Proszę cię, Whi-

tewater.

background image

– No dobrze – westchnął. – Gdybym myślał, że jestem cwaniakiem, ale 

naprawdę nie byłbym taki cwany, to... to... tak, jestem pewien: lądowałbym 

na Kali Chenshan. To większa wyspa, nie tak bardzo dzika. Jest tam nawet 

spore miasteczko.

Wioska, o której wspomniała Bettina, pomyślała Josie.

– Ma połączenie telefoniczne z kontynentem? – zapytała.
– Tak. I co jeszcze chcesz wiedzieć? Czy mają świeżą pizzę? Orkiestrę 

symfoniczną? Klub miłośników starych win?

– Whitewater, za ile skłonny byłbyś zabrać mnie na Kali Yin? – spytała 

Josie.

Ponownie zdała sobie sprawę, że drży jej głos. Nawet z odległości po-

łowy kontynentu i połowy oceanu Aaron Whitewater budził w niej coś w 

rodzaju lęku. Pomyślała o pandzie, wyobraziła sobie jeszcze raz jej ciemną 

głowę  i śliczny pyszczek i to pozwoliło jej wykrzesać z siebie resztkę od-

wagi.

– Chcę, żebyś mnie tam zabrał. Jak najszybciej. 
W słuchawce zapadła cisza. Słyszała tylko muzykę, brzęk strun gitary, 

wtórujące jej ukulele.

– Halo, Whitewater? – spytała niepewnie. Pomyślała, że po prostu odło-

żył słuchawkę i zajął się swoim mai tai i brunetką w barze.

– Dlaczego chcesz, żebym zabrał cię na wyspę Chenshan? – w jego lek-

ko  schrypniętym  głosie  słychać  było  niedowierzanie.  –  Chyba  nie  zamie-

rzasz polować?

– Nie... niezupełnie. Ale coś w tym rodzaju. Tak jakby. Ale niedokład-

nie. Jest tam coś, co muszę... odszukać. Nie mogę o tym mówić przez tele-

fon. Muszę się tam natychmiast dostać. Gdybym jutro przyleciała do Hono-
lulu, to czy mógłbyś mnie tam zabrać?

W słuchawce znowu zapadła cisza.

– Mam już pełen pakiet zamówień. Umówiłem się z facetem, który pisze 

artykuł  o zimowym wędkarstwie na wyspach. Taka  randka z  egzotyczną 

rybą. Masz coś lepszego do zaproponowania?

Zdenerwował ją prowokacyjny ton jego głosu.

background image

– Atrakcyjniejszego  od  łowienia  ryb?  –  spytała  z  niedowierzaniem.  –

Słuchaj,  mówiłam  już,  że  jest  to  sprawa  życia  i  śmierci,  coś  nadzwyczaj 

ważnego. Bardziej ważnego niż sobie wyobrażasz.

– Nie rozumiesz mnie. Po prostu umówiłem się i to mnie zobowiązuje. 

A poza tym lubię łowić ryby.

Josie podparła czoło ręką i wplotła palce we włosy.
– Słuchaj, zapłacę ci każdą cenę. Rozumiesz? Każdą. Przepiszę na ciebie 

całe moje konto, samochód, telewizor, perły po matce, wszystko, jeśli tylko 

zgodzisz się  zabrać mnie  na Kali  Chenshan i  pomożesz mi  znaleźć to, co 

muszę odszukać.

Słyszała, jak nuci melodię razem z grającym w tle ukulele.
– Chcę się upewnić, czy dobrze cię zrozumiałem – usłyszała jego głos i 

prawie  zobaczyła  brązową  twarz  z  grymasem  kpiącego  uśmiechu.  –  Po-

wiedziałaś przed chwilą, o ile pamiętam kilka razy, że jeśli ci pomogę, dasz 

mi wszystko, o co poproszę. Dobrze cię zrozumiałem?

–  Tak  –  odpowiedziała  zagryzając  wargi.  Nie  podobał  się  jej  ton  jego 

głosu. Za dużo było w nim prowokacji. Gra szła w końcu o los jej siostry i 

pandy. Najpewniej też o los małego niedźwiedziątka. – Dostaniesz wszyst-

ko, czego zażądasz.

– Co byś powiedziała o Południowej Dakocie? – spytał z sarkazmem. –

O ile pamiętam twój naród odebrał ją mojemu narodowi. A nasi ludzie byli 
raczej  do  niej  przywiązani.  Także  do  Północnej  Dakoty,  Nebraski  i  Wyo-

ming.

– Wszystko w granicach rozsądku, Whitewater – odburknęła Josie, na-

gle przypominając sobie, dlaczego ten człowiek wzbudzał w niej tyle złości. 

– Dam ci wszystko, co mam. To nie jest temat do żartów.

– Podobnie jak Południowa Dakota – powiedział. – Pamiętasz generała 

Custera i Last Stand. A poza tym nie mogę wymyślić niczego takiego, co 

chciałbym od ciebie dostać.

Gdyby  Josie  nie  była  tak  zrozpaczona  i  przestraszona,  powiedziałaby 

mu  na  pewno,  w  jakim  miejscu  i  towarzystwie  powinien  spędzić  wiecz-
ność. Zamiast tego z trudem przełknęła ślinę. Czuła, jak pod gardło pod-

chodzi, niczym duża gorzka pigułka, jej własna duma.

background image

– Proszę cię, Whitewater – powiedziała i wydało się jej, że powtarza to 

po raz setny.

W słuchawce znowu zapadła cisza.

– Dobrze – powiedział wreszcie dyskretnie ziewając. – Może da się to 

załatwić. Powtórz tylko jeszcze raz to, co mówiłaś na początku.

Ponownie z  trudem  przełknęła ślinę. Pomyślała o  Bettinie, o  ślicznym 

niewinnym pyszczku pandy.

–  Proszę  cię,  Whitewater  –  powtórzyła  a  słowa  parzyły  jej  usta.  –  Po-

trzebuję ciebie.

– To lubię – powiedział.

I  wreszcie  umówił  się  z  nią  na  następny  dzień.  Odwiesiła  słuchawkę 

zmęczona a  jednocześnie  dziwnie podniecona. Spojrzała na  zegarek. Była 

czwarta trzydzieści rano. Zadzwoniła na lotnisko O’Hare.

– Jadę po ciebie Księżycowa Różo – powiedziała głośno. – Bettino, bę-

dziesz musiała za to zapłacić.

Wysiadła z  samolotu i  zaczęła  rozglądać się  po  lotnisku. Ludzie  obej-

mowali się, witały się stęsknione rodziny, całowali się kochankowie. Z wy-

jątkiem świeżo przybyłych turystów wszyscy byli opaleni, zrelaksowani i 

uśmiechnięci. Wszędzie królował barwny, jaskrawy hawajski styl. Niektó-

rzy,  zarówno  kobiety  jak  i  mężczyźni,  nosili  naszyjniki  z  kwiatów.  Josie 
rozglądała się wokół z zakłopotaniem. Czuła, jak bardzo do tego nie pasuje: 

blada,  wymięta,  podenerwowana.  Zadzwoniła,  co  prawda,  wcześniej  do 

hotelu i zostawiła wiadomość, kiedy przylatuje, ale nie wynikało z tego, że 

Whitewater zechce oczekiwać jej na lotnisku. Wyprostowała się. Odbierze 

bagaż, wynajmie samochód, znajdzie niedrogi hotel i potem skontaktuje się 
z nim ponownie.

Powędrowała wzdłuż znaków wskazujących kierunek odbioru bagażu. 

Minęła kwiaciarza sprzedającego naszyjniki z kwiatów i orchidee, i w tym 

momencie poczuła, jak czyjaś mocna dłoń chwyta ją za łokieć i miękko od-

wraca  do  tyłu.  Spojrzała  w  górę,  prosto  w  ciemnobrązowe  oczy  Aarona 
Whitewatera. Wyglądał tak, jak go zapamiętała. Wystające kości policzko-

we czyniły go egzotycznym i przystojnym a usta wyrażały pewność siebie i 

lekceważenie. Pasmo ciemnych włosów spadało na jedną z prostych brwi. 

background image

Uśmiechnął się, jakby od niechcenia. Był to uśmiech rozbrajający i niebez-
pieczny zarazem.

– Aloha! – powiedział.

Przełożył jej przez głowę mały naszyjnik z orchidei przetykanych różo-

wymi pączkami i nagle, zanim jeszcze zdążyła otrząsnąć się z wrażenia, ja-

kie na niej wywarł, ujął jej twarz w swoje duże dłonie, przechylił jej głowę 
do  tyłu,  nachylił  się  i  pocałował  ją  w  usta.  Poczuła  ciepło  jego  dłoni  na 

swych bladych policzkach. Z ciała, które znalazło się nagle tak blisko niej, 

zdawał się promieniować potężny strumień energii. I choć jeszcze w samo-

locie wydawała się sobie półumarła, to teraz napełniła ją fala ciepłego i eks-

cytującego życia. Jej wargi poddały się w pełni władzy jego ust. Delikatna 
pieszczota  jego  pięknie wykrojonych warg  budziła w  niej  nowe  nieznane 

doznanie. Dalej, myślała czując lekki zawrót głowy, całuj mnie, Whitewa-

ter. Nie mogę ci tego zabronić, bo to ty masz uratować moją pandę. To ty 

masz uratować wszystko. Whitewater przerwał pocałunek dokładnie wte-

dy, gdy zdążyła to pomyśleć.

– Wybacz – powiedział z lekkim wzruszeniem ramion. – To po prostu 

miejscowy zwyczaj. Witaj na Wyspach. W twoim przypadku, na pierwszej 

z wysp.

Wyciągnął rękę i wziął od niej podniszczoną torbę podróżną.

– Zarezerwowałem dla ciebie miejsce w moim hotelu. Bierzmy bagaż i 

ruszajmy. Za gorąco ci w tym grubym kostiumie, a tam czeka cię dżin z lo-

dem i z bąbelkami.

– Świetny pomysł – odpowiedziała uśmiechając się niepewnie.

Kwiaty  z  jej  naszyjnika  pachniały  mdło,  i  mimo  że  byli  jeszcze  we-

wnątrz portu lotniczego, czuła słoneczny hawajski upał. Aaron Whitewater 
ubrany był w wygniecione szorty koloru khaki i hawajską koszulę barwy 

kości  słoniowej  z  nadrukowanymi  czarnymi  kwiatami.  Stała  obok  niego 

milcząc w zakłopotaniu i oczekując na pojawienie się bagażu. Jej reakcja na 

ich pierwsze spotkanie rok temu nie była przypadkowa. Obecność White-

watera wywierała na nią przedziwne wrażenie. Dotąd w jej życiu niewielu 
było  mężczyzn,  na  których  tak  reagowała.  Czuła,  że  może  liczyć  na  jego 

opiekę i ochronę, a jednocześnie, że w jakiś nieznany, pierwotny sposób jej 

zagraża. Nie wiedziała, co mu powiedzieć, w jaki sposób zacząć opowieść o

background image

całej tej awanturze z Bettiną, Księżycową Różą i Lucasem. Stała tak coraz 
bardziej sztywna, ściskając torebkę i nie wiedząc, co powiedzieć.

Nachylił się i jego usta znalazły się tak blisko jej ucha, że poczuła, jak bi-

jące od nich ciepło parzy jej skórę.

– Kiedy wolisz opowiedzieć o swoich kłopotach? Teraz czy przy drin-

ku?

Zmęczenie i zakłopotanie opuściło ją nagle, ustępując miejsca poczuciu 

zagrożenia. Spojrzała na niego podejrzliwie.

– Nic ci nie mówiłam, że mam kłopoty. Skąd ci to przyszło do głowy? –

spytała zduszonym głosem.

Skrzyżował ręce na piersiach i spojrzał na nią chłodno.
– Oczywiście, że jesteś w kłopotach. I to dużych kłopotach. Wasichu, jak 

to nazywał mój dziadek. Większych niż można sobie wyobrazić.

Patrzyła mu w oczy z lekko rozchylonymi ustami. Z trudem powstrzy-

mywała drżenie.

– Skąd ta pewność? – spytała. 
Nachylił się nad nią ponownie.

– Użyłem wielkiej mocy, jaką posiadam – zaczął tajemniczo. – Ta moc 

nazywa się logika i mieszka tu – wskazał palcem czoło. – Wiem, że coś bar-

dzo niepomyślnego musiało się wydarzyć. Coś, co zmusiło cię do wyzna-

nia,  że  mnie  potrzebujesz.  Inaczej  nie  użyłabyś  przecież  tych  słów.  Mam 
rację?

– Tak – skapitulowała Josie i miała nadzieję, że mówi prawdę.

– No, no – powiedział jakby do siebie. – To zaczyna być interesujące.

Powrócili do tej rozmowy siedząc przy szklanym stoliku w patio w ho-

telu, w którym zatrzymał się Whitewater.

– A więc pozwoliłaś wykraść swoją pandę – powiedział z ironią. – No to 

rzeczywiście masz nie lada kłopot.

Josie  popatrzyła  na  niego  z  niechęcią  trzymając  krawędź  szklanki  na 

wysokości oczu.

–  Nikomu  nie  pozwoliłam  jej  wykraść  –  zaprzeczyła  zdecydowanie.  –

Przestępstwo popełniono w środku nocy. Gdybym wiedziała, co się dzieje, 

poświęciłabym życie, żeby do tego nie dopuścić.

background image

Popatrzył na nią przenikliwie. Jego spojrzenie zdawało się docierać do 

najskrytszych zakątków jej duszy.

– To mocne stwierdzenie – zauważył swym niskim głosem. – Tak bar-

dzo ci zależy na tym zwierzęciu?

– Tak – odpowiedziała z pasją Josie. – Tak bardzo. Dobrze, że nie po-

rwali także drugiej pandy.

– Z  dwoma  zwierzętami  nie  daliby  sobie  pewnie  rady  –  zauważył 

chłodno. – I naprawdę najbardziej w tej sprawie przejmujesz się tymi... ty-

mi twoimi zwierzakami?

Wytrzymała spojrzenie jego ciemnych oczu.

– To nie są moje zwierzaki. Po pierwsze są własnością ZOO. A poza tym 

w jakimś sensie należą do wszystkich. Należą do całego świata. I naprawdę 

przejmuję się nie tylko Księżycową Różą, ale również innymi zwierzętami, 

które są zagrożone i które trzeba ratować.

Wargi Whitewatera wykrzywił drwiący uśmiech.

–  Co  za  szlachetna  obrończyni.  Mistrzyni  wielkoduszności.  Bezintere-

sowna zbawicielka. Polecałbym przywdzianie białej zbroi, gdyby nie to, że 

w zbroi ukryłoby się  to piękne, długonogie ciało. Co by cię zapewne nie-

specjalnie  zmartwiło.  Tak  wielkoduszne  kobiety  lubią  zapominać,  że  po-

siadają ciała.

– Mam na głowie ważniejsze sprawy – żachnęła się Josie. – I jak dotąd 

nie wiedziałam, że być szlachetnym to coś złego, albo że to źle, gdy się pra-

gnie chronić zwierzęta zamiast na nie polować.

Białą plażę posrebrzył wschodzący księżyc. Z zachodniego tarasu hote-

lu dochodziły dźwięki muzyki. Whitewater sączył swoje mai tai i przyglą-

dał się jej z niepokojącą przenikliwością.

– Ostrożnie – ostrzegł łagodnie, choć w jego głosie pojawiło się stalowe 

brzmienie. – Nie zapominaj, że mnie potrzebujesz.

Westchnęła opierając się mocniej o trzcinową poręcz krzesła. Spojrzała 

na szafirowo-platynowe niebo i na rysujące się na jego tle sylwetki palm.

– To prawda – przyznała z niechęcią. – Potrzebuję cię.
– Kochanie – odpowiedział z żartobliwą powagą – potrzebujesz mnie i 

to także w innym sensie niż myślisz. Tylko jeszcze o tym nie wiesz.

background image

Zakłopotana Josie przymknęła oczy. Jej zmęczone ciało wypełniło nie-

znane uczucie ciepła, które nie miało nic wspólnego z kojącym powiewem 

wieczornej bryzy.

– Zamierzasz mi pomóc, czy nie? – spytała.

Nie zdziwiła się, gdy nie odpowiedział od razu. Słuchała odległej mu-

zyki, wiatru w koronach palm i stłumionego pomruku fal.

– Pomogę ci – powiedział wreszcie. – Ze względu na pandę. Myśliwi na-

leżą  do  tych,  którym  najbardziej  zależy  na  ochronie  dzikich  zwierząt.  A 

także ze względu na twoją siostrę. Chyba zaczynam rozumieć, w jaki spo-

sób została wplątana w tę awanturę. Twarda z ciebie sztuka, święta Józefi-

no. Bo coś mi się zdaje, że bardziej przejmujesz się pandą niż tą dziewczy-
ną. 

Oczy Josie rozszerzyły się nagle.

– Po pierwsze – powiedziała skandując słowa – nigdy więcej nie nazy-

waj mnie Józefiną. Nie znoszę tego. I również nigdy nie sugeruj, że nie ob-

chodzi mnie moja siostra. Jestem chora ze zdenerwowania o nią.

– W porządku Josie – odpowiedział ani odrobinę nie speszony – nie de-

nerwuj się. Jeżeli siostra będzie z nami współpracować, a nam uda się od-

zyskać pandę, no i oczywiście jeśli złoży władzom odpowiednie zeznania 

obciążające Lucasa, to raczej wyjdzie z tego bez kajdanek na rękach.

Jego słowa przyniosły jej ulgę, choć nie chciała się do tego przyznać.
– Wygląda  na  to,  że  masz  także  dyplom  prawa  –  powiedziała  udając 

nieprzekonaną.

– Nie – odpowiedział tak samo chłodno. – Mój brat jest prawnikiem, a ja 

opieram się tylko na zdrowym rozsądku. Mówi mi on, że musimy wziąć się 

szybko do roboty. Nie mamy zbyt wiele czasu. Kali Chenshan to duża wy-
spa. Piękna, ale bardzo dzika. Czas więc położyć cię do łóżka. Zwróć uwa-

gę, że mówię „położyć” a nie „wziąć” cię do łóżka. Możesz się więc rozluź-

nić. Na razie. Potrzebujesz odpoczynku. Także dlatego, że wymyśliłaś sobie 

coś bardzo trudnego. Tak trudnego, że w normalnych warunkach byłoby to 

raczej niemożliwe.

Josie odstawiła szklankę. Wpatrywała się w niego, przebijając wzrokiem 

posrebrzoną  księżycem  ciemność.  Jej  sytuacja  była  na  tyle  trudna,  że  nie 

background image

powinien jej dodatkowo komplikować seksualnymi aluzjami. Miała nerwy 
napięte do ostateczności.

– Niemożliwe? – spytała cierpko. – Dziękuję za dodanie mi odwagi. Te-

go właśnie potrzebowałam.

– Gdzieś w górach jest panda i para pomylonych szczeniaków. Musisz 

nie tylko ich odnaleźć, ale również sprowadzić z powrotem do cywilizacji 
twoją siostrę i pandę. I to zanim Lucas zrobi coś nieprzemyślanego. A on 

wygląda mi na faceta, który od urodzenia robi same nieprzemyślane rze-

czy. On jest jak Kali Chenshan. Wulkaniczna natura. Dobrze, że przynajm-

niej masz jeden mocny punkt.

Spojrzała na niego pytająco. Księżyc skrzył się w jego ciemnych włosach 

i oświetlał wystające kości policzkowe na jego pięknej twarzy.

– Mam jakiś mocny punkt? – spytała z niedowierzaniem.

– Tylko jeden jedyny, święta Josie – odpowiedział podnosząc szklankę. 

– Jestem nim ja, Whitewater. Nie zapominaj o tym.

Wstała nagle i sięgnęła po torebkę.
– Wątpię – powiedziała cierpko – żeby pan, panie Whitewater, pozwolił 

mi choć przez chwilę o tym zapomnieć. Choćby na sekundę. A przy okazji, 

ile będzie wynosiła opłata za pomoc tak cudownego eksperta?

Whitewater podniósł się także i nagle wyrosła nad nią jego niepokojąco 

duża sylwetka. Wskazującym palcem ujął ją pod brodę unosząc jej twarz ku 
górze.

– Nie zdecydowałem jeszcze. Ale uprzedzam cię, Josie. Nie jestem tani.

Powtórnie zdała sobie sprawę z ogromnej siły i energii, które emanowa-

ły z jego potężnego ciała. Promieniowała z niego witalność. Poczuła, że jej 

serce  zwalnia  dostosowując  się  do  hipnotycznego  rytmu  oceanicznej  fali. 
Wstrzymała na chwilę oddech, czując, jak jego palce delikatnie przesuwają 

się po jej policzku.

– Zdaje mi się, że nie mam innego wyjścia – jej słowa zabrzmiały bar-

dziej beztrosko niż to, co chciała wyrazić.

– Nie – odpowiedział uśmiechając się do niej z satysfakcją. – Nie masz.
Jego twarz ukryta była w przesuwających się cieniach i raczej wyczuwa-

ła, niż widziała jego uśmiech. Stała wyprężona czując na twarzy delikatny 

background image

dotyk  jego  dłoni,  który  miał  w  sobie  zarówno  coś  z  ostrzeżenia,  jak  i  z 
obietnicy. Cofnął rękę i skinął głową w kierunku hotelu.

– Idź do łóżka, Josie – powiedział swoim niskim spokojnym głosem.

Poszedł  razem  z  nią,  lecz  więcej  już  jej  nie  niepokoił.  Za  nimi,  wśród 

ciemności i w świetle księżyca, ocean nucił swoją odwieczną pieśń.

– Skąd wiesz – zapytał w drodze do windy – czy ktoś nie podsłuchiwał 

naszej wczorajszej telefonicznej rozmowy? Nie martwi cię to przypadkiem?

Nacisnął guzik i drzwi windy otworzyły się niemal natychmiast. Josie 

weszła do środka, podczas gdy Whitewater pozostał na miejscu. Spojrzała 

na niego.

– Gdyby wiedzieli, to by mnie przecież zatrzymali – powiedziała chłod-

no.

– Podejmujesz duże ryzyko – powiedział lekko wykrzywiając wargi.

– Może nie boję się ryzyka – odparła potrząsając głową.

Stał uśmiechając się, podczas gdy drzwi windy powoli się zamykały.

– Może powinnaś się go bać? – w jego głosie słychać było prawdziwe 

ostrzeżenie.

– Może – odpowiedziała lakonicznie. Odetchnęła, gdy za zamkniętymi 

drzwiami zniknęła jego kpiąca twarz.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

– Co wiesz o wyspach Kali Yin? – spytał Whitewater.

Jedli  śniadanie  w  hotelowej  restauracji  na  świeżym  powietrzu.  Więk-

szość gości jeszcze spała.

– Niewiele – przyznała Josie, suto smarując dżemem omlet. – Coś niecoś 

o przyrodzie. Jest tam kilka rzadkich gatunków ptaków i jelenie nikinikis.

Z jego spojrzenia odgadła, że najwyraźniej jej wiedza nie wydała mu się 

specjalnie przydatna. O ile poprzedniego dnia Whitewater ubrany był tak, 
jakby urodził się na Hawajach, teraz jego strój był strojem zawodowca. Na 

nogach miał ciężkie buty, a jego polowe spodnie miały chyba ze dwadzie-

ścia  kieszeni.  Podwinięte  rękawy  koszuli  koloru  khaki  eksponowały  siłę 

opalonych  i  umięśnionych  przedramion.  Myśliwska  kamizelka,  również 

koloru khaki, miała przynajmniej następny tuzin kieszeni. Bawełniany ka-
pelusz z podwiniętym z jednej strony rondem leżał na stole obok srebrnego 

dzbanuszka  z  kawą.  Sięgnął  do  wewnętrznej  kieszeni  kamizelki  i  wycią-

gnął  mapę,  którą  rozłożył  na  podwójnej  lnianej  serwecie  obok  szwajcar-

skiego kryształu i angielskiej srebrnej zastawy.

Josie czuła się skrępowana schodząc na śniadanie w długich butach, be-

żowych dżinsach i turkusowym golfie. Obawiała się, że będzie wyglądać, 

jakby ubrała się na wojnę, podczas gdy wszyscy inni będą wystrojeni jak na 

przyjęcie  na  plaży.  Teraz,  patrząc  na  Whitewatera,  zaczęła  zdawać  sobie 

sprawę, jak trudne będzie to, na co się porwała.

– Popatrz – powiedział wyjmując długopis z jednej ze swoich niezliczo-

nych kieszeni i wskazując nim wyspę w kształcie muszli małży.  – To jest 

Kali  Chenshan.  Moim  zdaniem  tutaj  właśnie  Lucas  trzyma  twoją  pandę. 

Lepszym miejscem byłaby Kali Yushan, ale tam naraziłby się na potworne 

niewygody. A mnie się zdaje, że nie należy on do tych, którym by to od-

powiadało. Myślę, że w gruncie rzeczy jest tchórzem.

Josie  z  powagą  pokiwała  głową.  Sposób,  w  jaki  sam  reklamował  swą 

szaleńczą odwagę zawsze wydawał się jej sztuczny. Ciemne oczy Whitewa-

background image

tera spoczęły na niej przelotnie. Wyraz jego opalonej twarzy wskazywał na 
to, że oczekuje od niej, by zapamiętała wszystko, co ma jej do powiedzenia.

– Kali Yin to szczególny archipelag – kontynuował. – Kapitan Cook od-

krył wyspy w osiemnastym wieku, lecz wydały mu się zbyt dzikie i skali-

ste, żeby był z nich jakiś pożytek. Z ich przynależnością państwową też by-

ły różne problemy. Wreszcie w 1945 roku stały się protektoratem Stanów 
Zjednoczonych. Znaleźli się pewni bogaci ludzie i korporacje, które próbo-

wały zrobić na nich interes. Nikomu się to nie udało. Na Kali Yin produku-

je się trochę tapy, trochę cukru, trochę ananasów, ale główne bogactwo tych 

wysp to krajobraz. Jak dotąd, dzięki Bogu, nie zostały odkryte przez tury-

stów – przerwał na chwilę i bezceremonialnie nalał Josie następną filiżankę 
kawy. – W sześćdziesiątych latach – ciągnął dalej – Trans-Pacific-Food Cor-

poration wpadła na wspaniały pomysł, żeby założyć plantacje kawy na wy-

spach. Wybrali do tego celu Kali Chenshan i jeszcze jedną mniejszą wyspę, 

Rana  Pula.  Kawę  uprawia  się  z  powodzeniem  w  Kona,  tu  na  Hawajach. 

Wydawało  im  się,  że  na  Kali  Yin  warunki  będą  jeszcze  lepsze:  drzewka 
kawowe mogą doskonale rosnąć na stokach gór.

Josie stawiała filiżankę na stole, gdy jej drobną rękę przykryła duża dłoń 

Whitewatera. Jeszcze raz poczuła emanującą z niego siłę i witalność. Przy-

pomniała sobie wielkie, czarno-złote samce tygrysów w ZOO; wokół nich 

również, nawet kiedy leżały nieruchomo, unosiła się aura pierwotnej siły.

– Ta kawa – wskazał na delikatną filiżankę w jej ręce – nie pochodzi z 

wysp.  Jest  sprowadzana.  Wielki  przemysł  kawowy  nigdy  nie  powstał  na 

Kali  Yin.  W  latach  siedemdziesiątych  pojawił  się  jakiś  pasożyt.  Trans-

Pacific o mały włos nie zbankrutował. Żeby zaraza się nie rozprzestrzeniła, 

musieli  spalić  plantacje.  I  wtedy  Kana-Puma,  wulkan  w  centrum  wyspy, 
obudził  się.  Trans-Pacific  doszedł  do  wniosku,  że  prawdziwe  były  stare 

wyspiarskie  legendy  o  wiszącym  nad  tym  miejscem  przekleństwie.  I  wy-

nieśli się stamtąd w diabły.

Puścił jej rękę, a ona nadal czuła mrowienie w miejscu, w którym ją do-

tykał. Próbowała udawać, że tego rodzaju przypadkowy kontakt fizyczny 
nie robi na niej wrażenia.

– No i co z tego? Co ma wspólnego kawa ze sprawą pandy?

background image

– Dużo  –  odburknął,  rzuciwszy  jej  ostre  spojrzenie.  Wyrysował  trzy 

kółka na mapie wyspy. – Tutaj położone są budynki zarządów trzech daw-

nych  plantacji.  Spalono  pola,  ale  budynki  ciągle  tam  stoją,  przynajmniej 

większość z nich. Do pierwszej z dawnych plantacji nadal można się dostać 

szosą.  Nie  sądzę,  żeby  to odpowiadało twojemu przyjacielowi, Lucasowi. 

Poza  tym  grunty  przejęli  lokalni  farmerzy.  Za  dużo  tam  ludzi  –  wskazał 
następne kółko. – Tutaj są budynki drugiego z zarządów. Ale to jest za bli-

sko Kana-Pumy, a jej kratery odzywają się jeszcze od czasu do czasu. Jest 

tam wysoko i bardzo niebezpiecznie. Dlatego myślę, że również tego miej-

sca nie wybrał twój przyjaciel.

Josie  spojrzała  na  niego  z  szacunkiem.  Jak dotąd jego  logika  była  nie-

podważalna. Wskazała trzecie kółko zakreślone wokół nazwy Dolina Mala 

Lui.

– Chcesz powiedzieć – wyszeptała – że oni są tutaj. Na trzeciej plantacji?

Z jego oczu nie dało się nic wyczytać.

– Tak – powiedział wreszcie.
Zacisnęła zęby. Rzuciła serwetkę na obrus i zaczęła odsuwać się wraz z 

krzesłem od stołu.

– Ruszajmy więc – powiedziała.

Sięgnął przez stół i chwycił jej przegub. Udało mu się użyć dokładnie 

tyle siły, by nie pozwolić jej wstać i nie zadać jednocześnie odrobiny bólu.

– Poczekaj – powiedział spokojnie. Jego ręka spoczywała na jej przegu-

bie niezbyt długo. – Jeszcze nie wiesz wszystkiego. Napij się kawy. Zjedz 

coś. Ciesz się cywilizacją, póki możesz. Bo naprawdę, święta Josie, czekają 

nas niewygody. Wielkie niewygody – puścił jej rękę i odchylił się na krześle 

do tyłu. – Trans-Pacific założył swoją trzecią plantację w jednej z krajobra-
zowo najpiękniejszych, lecz niedostępnych części wyspy. To miała być ich 

przyszła atrakcja turystyczna. Na mapie jest oznaczona jako dolina, ale na-

prawdę bardziej przypomina wąwóz, ogromny kanion wśród lasów i gór. 

Plantacja znajduje się na szczycie Ra-Komy, Góry Chmurnych Bogów. Ani 

przedtem ani potem nikt tam nie mieszkał, może z wyjątkiem ludzi, którzy 
są na bakier z prawem. Drogę, którą zbudował koncern, zniszczył wybuch 

wulkanu, ale nadal można tam  się dostać na dwa  sposoby. Albo samolo-

tem,  korzystając  z  częściowo  tylko  zniszczonego  lądowiska.  I  pewien  je-

background image

stem, że Lucas tak się tam właśnie dostał. Albo piechotą przez góry. Co my 
właśnie będziemy musieli zrobić. Chyba, że chcemy zaanonsować mu się z 

powietrza.

Josie patrzyła na wielkiego mężczyznę, pół-Indianina z plemienia Siuk-

sów, siedzącego po drugiej stronie stolika. Ponownie odniosła dziwne wra-

żenie, jakby potrafił on czytać w jej duszy. Niepewnie uniosła ramiona.

– Jestem dobrym piechurem. Wspinałam się w górach. Dużo podróżo-

wałam z ojcem. Nadaję się do wielu rzeczy.

– Zauważyłem to – powiedział i po raz pierwszy tego ranka zobaczyła 

na  jego  pięknie  wykrojonych  ustach  znajomy  uśmiech.  –  Od  razu  to  za-

uważyłem.

Josie nagle zaczęła się śmiać. Odrzuciła w tył głowę i czując, jak poranne 

słońce  grzeje  jej  twarz,  śmiała  się  do  łez.  Whitewater  przyglądał  się  jej  z 

dezaprobatą.

– Przepraszam – powiedziała wreszcie. Otarła oczy i poprawiła włosy. –

Tydzień  temu  martwiłam  się  jedynie  o  to,  czy  mój  samochód  zapali  na 
mrozie. Byłam w miłym, spokojnym ZOO, w środku miasta, w środku kra-

ju, w środku zimy. A teraz...

Bezradnym  gestem  wskazała  słońce,  plażę,  orchidee,  mewy.  I  pognie-

cioną mapę leżącą przed nimi na stole.

– Dobrze, że potrafisz zachować poczucie humoru – powiedział cierpko 

Whitewater. – Tylko pamiętaj, nie będę mógł pozwolić, żebyś nas opóźnia-

ła. Nie będę mógł również pozostawić cię z tyłu. To ty będziesz musiała za-

jąć  się  pandą,  gdy  już  ją  odnajdziemy.  Rozumiesz?  Będziesz  musiała  za 

mną nadążyć. Wszystko od tego zależy. Żadnej taryfy ulgowej.

Wesoły nastrój opuścił Josie natychmiast. Wiedziała, że Whitewater nie 

próbuje jej  straszyć.  To,  co mówił, było po  prostu prawdą. Nagą,  surową 

prawdą.

– Nadążę za tobą – powiedziała prostując się.

– Zobaczymy  –  powiedział  unosząc  z  powątpiewaniem  brwi.  –  I  na-

stępna rzecz: będziesz musiała robić dokładnie to, co ci powiem. Przez całą 
drogę. Gdy otrzymasz jakiś rozkaz, nie zadajesz pytań, po prostu wykonu-

jesz go. Rozumiesz? Co prawda jestem tylko twoim wynajętym przewod-

nikiem, ale moje zadanie polega na tym, żeby zachować przy życiu ciebie, 

background image

odnaleźć pandę, twoją siostrę, i wszystkich was żywych sprowadzić z po-
wrotem. Zrozumiałaś?

Josie nie bardzo podobał się rozkazujący ton jego głosu, ale skinęła po-

takująco głową.

– Tak jest, kapitanie. Ty rozkazujesz, ja słucham.

– W porządku – powiedział. W porannym świetle jego czarne oczy za-

lśniły  stalowym  blaskiem.  –  O  tym  się  również  przekonamy.  I  ostatnia, 

najważniejsza  sprawa,  od  której  będzie  wszystko  zależeć.  Musisz  mi  za-

ufać. Bardziej niż ufasz samej sobie. Powierzyć mi całą siebie. Bez reszty.

Na ich stoliku przysiadł gołąb i bez lęku, chciwie wpatrywał się czar-

nymi  oczkami  w  koszyk  z  chlebem.  Znowu  wszystko  wydawało  się  nie 
całkiem realne. Realny był tylko Aaron Whitewater. Potężny i nieugięty jak 

rysująca się na horyzoncie skała Diamond Head. Patrzyła na jego spaloną 

słońcem twarz, tajemnicze czarne oczy i ciemne włosy rozwiewane poran-

ną bryzą.

– Ufam ci – powiedziała miękko.
Nie odpowiedział od razu. Przez długą chwilę patrzył, jak błyszczą w 

słońcu jej ciemnorude włosy, badał błękit jej oczu i konstelację piegów na 

bladej twarzy.

– W porządku – burknął. – Ruszamy!

Trzy godziny później pilot niewielkiego wynajętego przez nich samolo-

tu ciężko posadził maszynę na wąskim pasie małego lotniska na wybrzeżu 

Kali  Chenshan.  Whitewater  wraz  z  pilotem  w  milczeniu  wyładowywali 

ekwipunek. Zdążył już jej pokazać, jak bardzo wymagającym jest nauczy-

cielem.  Przez  lata  podróżowania  z  ojcem,  Josie  wydawało  się,  że  potrafi 
przygotować sprzęt na taką wyprawę. Whitewater nie podzielał tego zda-

nia.  Kazał  jej  rozpakować  wszystko  i  zamiast  śpiwora,  nadmuchiwanego 

materaca  i  poduszki  dał  jej  brezentową  płachtę  i  jeden  ze  swoich  dwóch 

wojskowych kocy. Burknął coś drwiącego na temat kilku kompletów jej ko-

ronkowej bielizny, ale w końcu je zostawił. Natomiast z reszty rzeczy po-
zwolił jej  zabrać tylko dżinsy,  koszule, kilka par skarpet  i  niemodną  skó-

rzaną kurteczkę. Musiała dopakować jeszcze lekarstwa i środki medyczne 

dla  pandy.  Uparła się  także, żeby wziąć  swoje przybory do  makijażu. Po 

background image

chwili zrzędzenia ostatecznie i  na to się  zgodził. Uprzedził ją  tylko, że w 
połowie podejścia na górę  liczącą kilka tysięcy, takie pudełeczko zaczyna 

ciążyć jak cegła.

– Wtedy je wyrzucę – odpowiedziała – ale nie wcześniej.

Ona z kolei skwitowała dezaprobującym milczeniem jego arsenał, który 

składał się z maczety i sztucera w skórzano-płóciennym futerale.  Zdener-
wował ją szczególnie sztucer. Nienawidziła przemocy i od początku myśla-

ła o tym, by odzyskać pandę nie uciekając się do gwałtu.

Whitewater dostrzegł jej nerwową reakcję.

– Do diabła, przecież idziemy w lasy – powiedział ponuro. – Co zrobię, 

gdy na przykład, zaatakuje nas dzik? Dam mu ciasteczko?

Załadował skąpy ekwipunek do wynajętego jeepa i gestem ręki nakazał, 

by wsiadła.

– Dokąd jedziemy? – spytała rozglądając się niepewnie po okolicy.

Wybrzeże wyspy wyglądało posępnie: o czarne, urwiste brzegi z wście-

kłością rozbijały się fale. W głębi lądu wyrastał pierwszy łańcuch gór, a ich 
czarno-zielone szczyty groźnie kontrastowały z pogodnym niebem.

–  Do  farmy  Horace’go  Coelho.  To  Hawajczyk.  Prócz  farmy  prowadzi 

coś w rodzaju punktu zaopatrzeniowego dla wypraw myśliwskich i węd-

karskich.

– Weźmiemy od niego jakiś dodatkowy sprzęt? – spytała Josie z nadzie-

ją.

– Sprzętu mamy aż za dużo. Gdybym był sam, zabrałbym broń, liny i 

apteczkę. Ale cóż, muszę zapewnić ci luksus i komfort – w jego głosie za-

brzmiała ironia.

– Luksus i komfort? – zaprotestowała Josie. – Jeżeli nie mamy zamiaru 

zabrać stamtąd namiotu czy czegoś innego, to po co w ogóle jedziemy do 

tego Horace’go... Horace’go...

– Horace’go Coelho – podpowiedział. – Po konie. Mam nadzieję, że po-

trafisz także jeździć konno, panno Perfekcjo.

– Oczywiście. To znaczy, że będziemy mogli dojechać konno do samej 

plantacji? To byłoby wielkie ułatwienie...

background image

– Konie  będą  nam  potrzebne  tylko  na  pierwsze  dwadzieścia  kilome-

trów.  Potem  syn Horace’go odprowadzi je  z powrotem i  będziemy zdani 

tylko na siebie.

Josie przyglądała się  górom wznoszącym się wysoko po obu  stronach 

stromej drogi. Wyglądały tak, jakby jakiś olbrzym nabrawszy wulkanicznej 

lawy w swą potężną rękę wycisnął spomiędzy palców ich masywne grzbie-
ty. Postrzępione szczyty wznosiły się nad aksamitem czarnej zieleni.

– Wszystko to... wszystko to robi wielkie wrażenie – powiedziała Josie 

niepewnie. Nie potrafiła sobie wyobrazić, w jaki sposób uda im się wspiąć 

tak wysoko.

–  Wielkie  wrażenie?  –  zaśmiał  się  drwiąco.  –  Poczekaj,  aż  zobaczysz 

prawdziwe góry.

Prawdziwe góry, pomyślała ze ściśniętym sercem Josie patrząc na maja-

czące  na  horyzoncie  zielone  szczyty.  Spojrzała  na  Whitewatera,  który  w 

skupieniu  prowadził  wóz  po  ostrych  zakrętach  wąskiej  serpentyny.  Nie 

wyglądał  na  bardziej  przejętego  niż  ktoś,  kto  pokonuje  swoją  codzienną 
trasę do biura. Tyle tylko, przyszła jej do głowy niepokojąca myśl, że wśród 

dojeżdżających do pracy mało jest tak silnych, opalonych i muskularnych 

mężczyzn.

Horace  Coelho  okazał  się  być  łagodnie  usposobionym,  przystojnym, 

brązowoskórym człowiekiem. Taki sam był jego syn, Berke. Przy całej swej 
przyjaznej jowialności mieli jeszcze dodatkową zaletę: nie stawiali żadnych 

pytań,  a  jednocześnie  chętnie  udzielali  odpowiedzi  na  pytania  im  posta-

wione.

Nie. Nikt w wiosce nie słyszał o wizycie jakichś podejrzanych ludzi. By-

ły co prawda pogłoski o samolocie w okolicy Doliny Mala Lui i Ra-Komy, 
Góry Chmurnych Bogów. Ale ludzie zawsze tutaj gadają o jakichś samolo-

tach, które zjawiają się o zmierzchu czy o świcie w podejrzanych misjach, 

których charakteru lepiej nie dociekać.

Tak. Wulkan Kana-Puma ostatnio był spokojny, choć od czasu do czasu 

odzywa  się jeden z  jego  kraterów.  Uczeni  stwierdzili, że  nie ma  żadnego 
bezpośredniego  zagrożenia.  Ale  skąd  mogą  być  tego  pewni?  Czy  Kana-

Puma nie jest miejscem, gdzie żyła starożytna bogini wyspy – odpowiednik 

Pele, hawajskiej władczyni wulkanów? I wreszcie, spytał Horace Coelho z 

background image

niepokojem  zabarwionym  czcią,  skąd  zwykli  śmiertelnicy  mogą  przewi-
dzieć, do czego jest zdolna moc Kana-Pumy?

Tak,  tak...  Mądrość  mieszkańców  wyspy  nakazywała  im  zawsze  trzy-

mać się z dala od Ra-Komy, Góry Chmurnych Bogów. Istnieje powód, dla 

którego takie miejsca ludzie powinni pozostawiać w spokoju. Tutaj mówi 

się  na  to pilikia – nieszczęście, jakie  sprowadzi  na siebie rasa  ludzka, jeśli 
rzuci wyzwanie Chmurnym Bogom.

– Złe czary – mruknął Whitewater pogrążając się we wspomnieniach o 

swym indiańskim dziadku.

Horace nie protestował jednak, gdy dowiedział się, że jego rozmówcy 

udają  się  w  kierunku  Ra-Komy.  Whitewater  skłamał  gładko,  że  Josie  jest 
ornitologiem i zamierza obserwować gołębie tęczowe i gęsi pustelniczki.

– Mądrze wybrała pani swojego przewodnika – powiedział kierując na 

Josie  swe czarne, połyskliwe oczy. – Ten Whitewater nie tylko zna  się na 

rzeczy, ale ma w sobie  dziwną moc. Takich ludzi nazywa się  cahuna. Nie 

chcę nikogo urazić, lecz aż trudno uwierzyć, że może nim być hapa haole 
pół-biały.

Twarz Whitewatera pozostała początkowo nieporuszona, lecz po chwili 

pojawił się na niej wymuszony półuśmiech. Odmówił, gdy stary człowiek 

zaprosił ich na posiłek, usprawiedliwiając się, że muszą wyruszyć natych-

miast.

Dosiedli  koni,  które  przyprowadził  dla  nich  Berke  Coelho,  i  wszyscy 

troje skierowali się wąskim szlakiem prowadzącym w głąb wyspy. Berke z 

polecenia Whitewatera jechał pierwszy i ścinał maczetą najbardziej utrud-

niającą jazdę roślinność. Whitewater nie odzywał się do Josie i tylko od cza-

su do czasu spoglądał na nią przez ramię spod brezentowego ronda kape-
lusza. Wygląda jak Indiana Jones – pomyślała ze złością, rozcierając miejsce 

na policzku, w które uderzyła ją gałąź. – Strasznie mu się to wszystko po-

doba. I tylko czeka, kiedy wreszcie się poddam. Była głodna, ssało ją w żo-

łądku, miała obolałe od siodła siedzenie i otarte uda. Nie chciała jednak dać 

Whitewaterowi satysfakcji i, tak jak on, twardo milczała.

Chociaż przez gęstwinę roślinności nie prześwitywało niebo, Josie miała 

wrażenie, że słońce było już nisko, kiedy wreszcie zsiedli z koni. Szlak, już 

przedtem stromy, dalej wznosił się prawie pionowo i był niewiele szerszy 

background image

od zwierzęcej ścieżki. Zesztywniała zsunęła się z grzbietu konia i pieszczo-
tliwie  poklepała  go  po  szyi.  Wbrew  sobie  pozwoliła,  by  Whitewater  po-

mógł jej przytroczyć koc i płachtę do ramion przy pomocy jakiegoś dziw-

nego, nieznanego jej systemu. Poczuła na łopatkach pewne ruchy jego sil-

nych,  zręcznych  dłoni  i  ciało  jej  przeszedł  dreszcz  silniejszy  niż  ten,  jaki 

wywołać mógł chłód zbliżającego się wieczoru.

Pożegnali  Berke’a.  Z  uśmiechem  życzył  im  powodzenia,  lecz  w  jego 

czarnych oczach Josie dostrzegła niepokój i zakłopotanie.

– Co teraz? – spytała.

Spojrzał  na  nią  z  niewzruszoną  obojętnością.  Nagłym  ruchem  ręki 

wskazał zdradliwie wyglądającą ścieżkę.

– Idziemy w górę – oznajmił.

Taka perspektywa przyprawiła Josie o lekki zawrót głowy.

– W górę – powtórzyła starając się, by głos jej brzmiał normalnie. Ruszy-

ła za Whitewaterem.

– Nie ufaj uchwytom – ostrzegł. – W takim terenie, zanim chwycisz za 

cokolwiek, sprawdzaj, czy masz pewne stopnie.

– No pewnie – prychnęła gniewnie Josie i w tej samej chwili jakieś pną-

cze, za które próbowała się podciągnąć, zostało jej w ręku. Omal nie runęła 

do  tyłu.  Whitewater  błyskawicznym  ruchem  chwycił  jej  zaciśniętą  dłoń  i 

bez wysiłku przytrzymał ją, dopóki nie znalazła pewnego oparcia dla stóp.

– Idź po tych samych stopniach co ja – rozkazał krótko i odwróciwszy 

się kontynuował wspinaczkę.

Próbowała go naśladować, ale nie bardzo jej to wychodziło. Często mu-

siał odwracać się i po prostu wciągać ją na kolejne pewniejsze miejsce. Za

każdym razem, gdy dotykała jego ręki, czuła, jak jej ciało wypełnia dziwna, 
niepokojąca energia.

– Jak daleko jeszcze? – wysapała wreszcie, gdy po raz piąty wciągnął ją 

na względnie bezpieczne miejsce.

–  Jeszcze  pół  godziny,  może  czterdzieści  pięć  minut  –  odpowiedział 

szorstko – dopóki będzie jasno. Chcę, żebyśmy doszli do wodospadu. Po-
trzebna nam będzie woda.

Potrzebna  nam  będzie  woda,  złośliwie  przedrzeźniała  go  w  myślach. 

Tak  jakbym  o  tym  nie  wiedziała.  Ledwo  zdążyła  to  pomyśleć  i  znowu  o 

background image

mały włos nie obsunęłaby się w dół. Ale i tym razem jego ręka czuwała, by 
ją pochwycić, podtrzymać i podciągnąć w górę.

– Jak Berke wróci na rancho przed nocą? – zapytała próbując ukryć za-

dyszkę.

– Zanocuje po drodze – odburknął Aaron. Odwrócił się, podniósł ją w 

górę i postawił przed sobą. Jego dłonie prawie zetknęły się, kiedy obejmo-
wał jej talię. – Postaw nogę tu, na skale – rozkazał. – I oszczędzaj oddech. 

To jest wspinaczka. Dlaczego bez przerwy chcesz coś mówić, kobieto?

Josie zamilkła posłusznie. Serce biło jej jak oszalałe. Brakowało jej tchu. 

Starała się skoncentrować na wspinaczce i nie myśleć o mężczyźnie, z któ-

rym  się  wspina.  Gdy  gęstniejące  cienie  prawie  całkowicie  wypełniły  las, 
Whitewater zatrzymał się wreszcie. W zmierzchającym świetle Josie zoba-

czyła  spadającą  z  wysoka  kryształową  kaskadę  wodospadu.  W  pianach  i 

bryzgach woda wpadała do oczekującego w dole stawu, z którego wypły-

wał spory strumień.

– Tu się zatrzymamy – powiedział Whitewater, badając swym  jastrzę-

bim wzrokiem małą polankę.

Josie popatrzyła na niego z wdzięcznością. Rozluźniła się, ale tylko na 

chwilę. Znów jego dłonie ze znawstwem przesuwały się po jej ramionach, 

rozwiązując  przytroczony  koc  i  znów  ich  dotyk  wywołał  w  niej  te  same 

kłująco-piekące sensacje. Usiadła na kamieniu rozcierając obolałe ramiona. 
Whitewater w milczeniu odpiął owinięty w płachtę koc i rozpakował ple-

cak. Bezszelestnie zniknął w zaroślach i powrócił z naręczem paproci, które 

rozłożył  na  zarośniętym  mchem  skrawku  ziemi  w  pobliżu  wodospadu. 

Rozciągnął brezent tak, że zakrył połowę liści. Josie zrozumiała, że albo po-

łoży się obok niego, albo będzie spać na skalistym gruncie. Była przyrodni-
kiem, ale nie miała jakoś ochoty zagłębić się w egzotyczną gęstwinę i zbie-

rać  w  ciemnościach  paprociowe  liście.  Rozłożyła  swoją  płachtę.  Za  radą 

Whitewatera zrobiła z zapasowych ubrań zawiniątko i dla ochrony przed 

rosą powiesiła je na gałęzi pobliskiego drzewa. Włożyła na siebie skórzaną 

kurtkę i rozłożyła koc na tyle blisko jego koca, by skorzystać z paproci, i na 
tyle daleko, by – jak miała nadzieję – zachować pewne pozory. Drżała lek-

ko. Mimo ciemności Whitewater zdawał się dostrzegać najmniejszy ruch.

background image

– Zaryzykuję i rozpalę ogień – powiedział cicho. – Ale nieduży i nie na 

całą noc. Tyle, żeby zagrzać kawę.

Kiwnęła  głową,  tak  zmęczona,  że  było  jej  właściwie  wszystko  jedno. 

Wsłuchiwała się w kojący plusk wodospadu zastanawiając się, czy będzie 

potrafiła zasnąć. Wielokrotnie biwakowała w towarzystwie ojca, ale to był 

luksus w porównaniu z tym, jak obozował Whitewater. Przyglądała się mu, 
gdy zbierał suche patyki i gałęzie na ognisko. Z wdzięcznością wypiła ka-

wę, którą dla niej przygotował i zjadła wraz z nim prowiant, jaki wręczył 

im na drogę stary Coelho. Była to hawajska suszona wołowina, bananowe 

bułeczki, owoce mango i jakiś rodzaj wędzonej ryby z kokosowymi wiór-

kami.

–  No –  mruknął Whitewater dopijając kawę  –  to był  ostatni  kontakt z 

luksusem. Od jutra prymityw.

Zgasił ognisko. Zrobił to jakoś tak, że ogień zniknął natychmiast i ciem-

ność ogarnęła obozowisko. Słyszała tylko, jak zawija się w koc, najwyraź-

niej  szykując  się  do  snu.  Siedziała  na  posłaniu  z  dłońmi  splecionymi  na 
podkurczonych kolanach. Cały dzień udało jej się powstrzymać od wypo-

wiedzenia swych obaw, ale teraz nie mogła się już dłużej opanować.

– Aaron  –  zaczęła  ostrożnie  używając  jego  imienia  w  nadziei,  że  za-

brzmi to przyjaźniej i pomoże nawiązać z nim kontakt.

– Mów do mnie Whitewater – poprawił ją bez urazy w głosie. – Wolę to. 

Brzmi bardziej konwencjonalnie. Nazwisko moich przodków i tak dalej...

– Dobrze – odpowiedziała, choć jej cierpliwość była na wyczerpaniu. –

A więc Whitewater, większą część drogi odbyliśmy konno, a potem wspi-

naliśmy  się.  Jutro, o  ile  dobrze  rozumiem,  czeka  nas  kolejna  wspinaczka, 

znacznie dłuższa – przerwała oczekując na jego odpowiedź.

– Tak – odrzekł lakonicznie. – Wspinaczka, potem schodzenie w dół, po-

tem znowu trochę wspinaczki.

– Świetnie  –  odpowiedziała  przez  zaciśnięte  zęby.  –  A  gdy  wreszcie 

wyjdziemy na szczyt tej Ra... Ra, jak ona się tam nazywa...

– Ra-Koma – podpowiedział leniwie – Góra Chmurnych Bogów. To po-

etycki lud, ci mieszkańcy Kali Yin.

background image

– A więc wejdziemy na Ra-Komę – ciągnęła dalej z niepokojem w głosie 

– i załóżmy nawet, że znajdziemy tam pandę, tak jak to wymyśliłeś, i jakoś 

ją odzyskamy, nawet bez kłopotów... – przerwała oczekując na odpowiedź.

– No to co? – spytał ziewając. – O co ci chodzi?

– No to to – odpowiedziała sarkastycznie Josie – że nie wiem, jak sobie 

wyobrażasz sprowadzenie jej w dół. Czy zamierzasz załadować na swe po-
tężne plecy  sto kilogramów ciężarnej pandy i  schodzić z  nią w  dół przez 

dwa lub trzy dni? Bo jeśli tak, to jest to marny pomysł.

– Śmieszna jesteś – zauważył chłodno. – Zastanów się przez chwilę.

– Już  się  zastanawiałam  –  odpowiedziała  Josie  wpatrując  się  w  ciem-

ność. – Dostatecznie długo. Dlatego pytam.

– Zabierzemy pandę tak samo jak Lucas ja przywiózł. Jego samolotem –

tym razem w głosie Whitewatera słychać było poirytowanie.

– A jeśli jej tam w ogóle nie będzie? – pytała Josie coraz bardziej ner-

wowo. – Przecież nie możemy mieć pewności. Zastanawiałam się nad tym 

cały dzień. Jeśli droga na Ra-Komę została zniszczona, to jak Bettina z Lu-
casem mogli telefonować z wioski? Możemy być na fałszywym tropie!

Czuła, że jego cierpliwość jest na wyczerpaniu.

– Do wioski dostali się tak samo jak na górę. Samolotem – odpowiedział 

z  przesadną  wyrozumiałością.  –  I  mówiłem  ci  już  raz:  musisz  mi  zaufać. 

Jestem  myśliwym. Myśliwy  zawsze zastanawia się, co  robi zwierzyna. W 
tym wypadku moją zwierzyną jest Lucas. Zmuszony więc jestem zastana-

wiać się, co on sobie wymyślił. I to jest komplikacja, która niespecjalnie mi 

odpowiada. Ale i tak ciągle jestem myśliwym. To moja praca. Zaczynam ją 

jutro  wczesnym  rankiem, może więc zechciałabyś zamilknąć  i pójść  spać. 

Teraz już wiem, w jaki sposób pokonano plemię Siuksów. Wasi ludzie na-
słali na nas swoje rude kobiety i te zagadały nas na śmierć.

–  Bardzo  zabawne  –  powiedziała  Josie,  ale  on  nie  raczył  już  jej  odpo-

wiedzieć.

Po chwili jego równy oddech upewnił ją, że naprawdę usnął. Owinęła 

się szczelnie kocem. Paprocie okazały się wygodniejsze, niż przypuszczała. 
Mimo to była nadal niespokojna. Leżała długo wsłuchując się w niski po-

mruk  wodospadu. Bez  względu  na  to,  jak  szczelnie próbowałaby  okręcić 

się kocem, stale było jej zimno. Gdy tylko udało się jej usnąć na chwilę, na-

background image

tychmiast budziła się drżąc z chłodu. Spowił ich tuman mgły. Wierciła się 
niespokojnie dzwoniąc zębami. Brakowało jej poduszki, przydałby się dru-

gi koc. Noc dłużyła się bezlitośnie. Jej ruchy obudziły w końcu Whitewate-

ra.  Znieruchomiała,  starając  się  powstrzymać  dreszcze.  Usłyszała,  jak 

wzdycha.

– Twoje zęby – odezwał się z wyrzutem w głosie. – Słychać je jak kasta-

niety. Albo marakasy. Chodź tutaj pod mój koc.

– Nie – odpowiedziała niepewnie Josie. – Nie chcę.

– Owszem, chcesz. Chodź tutaj.

Wyciągnął  ramię  i  przyciągnął  ją  do  siebie  tak  szybko,  że  na  chwilę 

przestała  oddychać.  Ramię  było  nagie i  ciepłe,  podobnie jak  jego  szeroka 
pierś, do której ją przycisnął. Sięgnął po jej koc, próbując inaczej ułożyć oba 

przykrycia i nagle znieruchomiał. W zimnej, perlistej mgle nie widziała jego 

spojrzenia; czuła je raczej na sobie.

– Jesteś w ubraniu – powiedział zniżonym głosem.

– No pewnie – Josie trzęsła się mimo darowanego jej naturalnego ciepła. 

– Gdybym nie miała go na sobie, zamarzłabym na śmierć.

– Już prawie zamarzłaś na śmierć dlatego, że go nie zdjęłaś. W ubraniu 

się  nie  śpi.  Wszyscy  o  tym  wiedzą.  Ubranie  chłonie  wilgoć.  Zdejmuj  to 

wszystko i chodź tutaj.

– Nie! – zaprotestowała Josie, ale nie próbowała odpełznąć od jego cie-

płego ciała.

– Nic  ci nie  zrobię –  w  jego  głosie usłyszała wyrzut  i  lekką drwinę.  –

Mówiłem ci już, że masz robić to, co ci każę i nie zadawać pytań. A teraz, 

zanim dostaniesz zapalenia płuc, zrzuć z siebie ubranie, bo inaczej sam je z 

ciebie ściągnę. Zdejmuj wszystko.

Jego  niski  głos  brzmiał  władczo.  Nagle  poczuła  się  zadowolona,  że 

okrywa ich kurtyna mgły.

– Dobrze, już dobrze – zgodziła się i zgrabnie wyślizgnęła z ubrania.

– Daj to tutaj – powiedział. Zabrał jej ubranie i gdzieś je odłożył.

Znowu zaczęła drżeć odkryta i narażona na chłód nocy. Wtedy zjawił 

się ponownie obok niej i owinął ich szczelnie kocami. Ku swemu przeraże-

niu zorientowała się, że też jest zupełnie rozebrany. Jego ciało przekazywa-

ło ciepło jej ciału, grzejąc ją jak ukryte w głębi nocy słońce. Miał rację, nago 

background image

było  o  wiele  cieplej  niż  w  ubraniu.  Whitewater  przesunął  się  przyjmując 
bardziej  opiekuńczą  pozycję.  Podłożył  swoje  umięśnione  ramię  pod  jej 

głowę jak poduszkę. Jego ciepły oddech owiewał jej szyję.

– Teraz już śpij – nakazał schrypniętym  szeptem. Jego duża dłoń spo-

częła po przyjacielsku na jej nagim biodrze.

Wyczerpana, ale nareszcie rozgrzana Josie, przytuliła się do niego. Po-

wieki opadały jej ze znużenia. Przygarnął ją do siebie bardziej intymnie.

– Ach – szepnął jej do ucha zrezygnowanym głosem – co też mężczyzna 

musi znosić w służbie pand swego kraju. Dobranoc, Josie.

– Dobranoc, Whitewater – westchnęła błogo, zbyt zmęczona, aby nadal 

czuć skrępowanie intymną bliskością ich nagich ciał.

Nie wiedziała nawet, kiedy usnęła. Whitewater otoczył ją ramieniem i 

patrzył w nieprzeniknioną mgłę przesłaniającą gwiazdy. Jego dziadek na-

uczył go wielu rzeczy, zdradził mu wiele sekretów ziemi i natury. Lecz nie 

dał  mu  żadnych  wskazówek,  nie  ostrzegł  go,  że  może  się  zdarzyć  i  taka 

noc. Jeśli duch starego człowieka wędruje teraz wśród gwiazd i patrzy w 
dół na swojego wnuka, to co też on sobie myśli? Pocałował leżącą obok nie-

go kobietę w miejsce, gdzie szyja łączy się z ramieniem. Poczuł pod war-

gami niewiarygodną gładkość jej skóry: jak ciepły, pachnący jedwab. Potem 

westchnął ciężko. I wreszcie usnął.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

– Tiiti-po-uit – zaśpiewał mały, czarno-biały ptaszek kiki. Josie budziła 

się powoli. W półśnie czuła zapach kawy i smażonej ryby. Wreszcie ocknęła 
się na dobre.

O Boże, jestem naga! Naciągnęła wyżej koc i przycisnęła go do piersi. 

Usiadła, rozglądając się dookoła w oszołomieniu.

– Dzień dobry – uśmiechnął się szeroko na widok jej zakłopotanej miny 

Whitewater.  Klęczał  przy  maleńkim ognisku  smażąc  dwa  duże  pstrągi.  –
Dałem ci pospać trochę dłużej. Ale nie pozwól się rozpieszczać. Przed nami 

wspinaczka.

– Gdzie moje ubranie? – spytała cienkim głosem.

– Owinięte  w  twoją  kurtkę  –  odpowiedział  spokojnie,  wskazując  skó-

rzane zawiniątko wciśnięte w rozwidlenie rosnącej obok karłowatej sosny. 
– Wy, rude, naprawdę potraficie się rumienić. Niesłychane. Istny kameleon.

– Czy ty... użyczasz ciepła swego ciała wszystkim swoim klientkom? –

spytała  ze  złością,  rumieniąc  się  jeszcze  bardziej.  Próbowała  dosięgnąć 

ubrania. – Warto, byś wiedział, że absolutnie nic z tego nie wynika.

Postawił patelnię na pobliskim kamieniu, podniósł się i stanął nad nią. 

Zdjął zawinięte w kurtkę ubranie i podał jej.

– To specjalna usługa – powiedział oschle. – Zapłacisz za  nią ekstra. I 

nie martw się, wiem, że nic z tego nie wynika. Ubierz się i wstawaj. Chyba, 

że wolisz przez cały dzień obnosić się ze swą nagością.

Josie wydał się on nagle niebezpiecznie wysoki, niebezpiecznie męski i 

niebezpiecznie bliski.

– Z niczym się nie obnoszę – powiedziała, wślizgując się pod koce, by 

włożyć ubranie. Czuła raczej, niż widziała, że gdzieś się oddalił.

–  A  może  byś  tak  wzięła  prysznic  pod  wodospadem,  zanim  się  ubie-

rzesz  –  powiedział  znad  ogniska. –  Poprawia krążenie.  Nie  będę  patrzył. 
Nie jestem aż tak ciekawy.

Josie wahała się. Zerknęła spod kocy. Whitewater dotrzymywał słowa i 

najwyraźniej ją ignorował. Wstała ostrożnie i z owiniętym dokoła siebie ko-

background image

cem  niezgrabnie  podreptała na drugą  stronę wodospadu. Tam, ukryta za 
wielkimi paprociami i bambusami, mogła się wykąpać. Kąpiel była wspa-

niała. Nigdy nie czuła się bardziej czysta, a włożenie na siebie ubrania wy-

dało się jej prawie grzechem. Włożyła je jednak.

– Lepiej się czujesz? – spytał Whitewater z odrobinę złośliwym uśmie-

chem.

Josie energicznie strząsnęła  ostatnie kropelki wody  ze  swoich ciemno-

rudych włosów. Czuła, że w pełni odzyskała chęć do życia. Nie będzie się 

już więcej nim zadręczać i irytować.

– Skąd masz te ryby? – spytała nalewając sobie kawy.

– Złowiłem je na oścień.
Przełożył jedną rybę z patelni do menażki i podał jej. Chrupiący pstrąg 

smakował wyśmienicie.

– Naprawdę jesteś wielkim, białym myśliwym – zażartowała Josie i na-

tychmiast spostrzegła, że uśmiech zastygł na jego twarzy.

– Zły dobór słów – powiedział po niepokojąco długiej przerwie. – Nale-

żałoby powiedzieć raczej: „wielkim pół-krwi myśliwym”.  Albo „mieszań-

cem”.

Josie robiła, co mogła, by znów się nie zarumienić. Spróbowała wybrnąć 

z tej niezręczności z właściwą sobie otwartością.

– Przepraszam. Nie wiedziałam, że cię to może dotknąć. Naprawdę, co 

to za różnica, że jesteś pół-Siuksem?

– Żadna – powiedział oschle. – Teraz już żadna. 

Nalał jej resztkę kawy i w milczeniu wpatrywał się w płomień ogniska.

– To znaczy, że kiedyś miało to znaczenie?

Wzruszył ramionami. Wstał i napełnił wodą garnuszek po kawie. Zalał 

ogień, aż węgle stały się mokre i parujące.

–  Kiedyś  tak.  Gdy  byłem  dzieckiem.  Ale  teraz  już  nim  nie  jestem  –

mruknął.

Na pewno nie jesteś dzieckiem – pomyślała. – Jesteś w pełni mężczyzną, 

Aaronie Whitewater. Ale jaki jesteś naprawdę?

– Opowiedz mi o swoich rodzicach – poprosiła, śmiało brnąc dalej. – I o

sobie.

background image

– Zakochali  się.  Potem  się  odkochali  –  mówił  krótkimi  zdaniami,  pa-

trząc na nią posępnie. – Chowałem się u dziadków. W rezerwacie Rosebud. 

Moja  ciotka  Cora  zaoszczędziła  trochę  pieniędzy.  Chciała  wysłać  mnie  i 

brata  na uczelnię. Poprosiłem, żeby  zamiast  tego pożyczyła mi  na  wyku-

pienie  udziału  w  pewnym  przedsiębiorstwie  łowieckim.  Już  przedtem, 

przez całą szkołę średnią, pracowałem jako przewodnik. Pożyczyła mi. Ja 
jej oddałem. Byłem dobry w tym, co robiłem. A teraz jesteśmy tutaj. Koniec 

życiorysu.

Szorstkość  jego  odpowiedzi  powstrzymała  Josie  od  dalszych  pytań. 

Najwyraźniej nie lubił mówić o swojej przeszłości. Wstała, a on przytroczył 

zrolowany koc i płachtę do jej ramion. Poczuła na plecach dotyk jego zwin-
nych palców. Podniosła oczy i spod ronda słomkowego kapelusza spojrzała 

na jego kamienną twarz. Serce zabiło jej mocniej.

– Wielka szkoda – powiedziała miękko – że lubisz zabijać zwierzęta.

– Nie lubię zabijać. Lubię polować – powiedział z wymuszonym uśmie-

chem. – To pewna różnica.

– Nie widzę żadnej – zaprotestowała, czując się niepewnie pod chłod-

nym spojrzeniem jego ciemnych oczu.

– Tak. Ty  nie widzisz.  I to jest  twój problem  – w  jego głosie brzmiała 

ironia. – Ruszamy. Nasz szlak prowadzi w górę.

Szlak prowadził w górę i w górę, a Josie wydawało się, że nigdy się nie 

skończy.  Ten  ranek  był  powtórzeniem  poprzedniego  wieczoru,  tyle  że 

znacznie  gorszym.  Whitewaterowi  połowę  czasu  zajmowało  podciąganie 

lub podsadzanie jej w górę. Na jednym z przeraźliwie trudnych odcinków 

związali się liną tak, by w razie upadku mógł wczepić się w skałę i urato-

wać ją. Raz musiał przywiązać ją do siebie i na rozhuśtanej jak wahadło li-
nie oboje przeprawili się na drugą stronę rozpadliny skalnej. Josie półżywa 

z przerażenia przywarła do niego rozpaczliwie. Potem znowu szli w górę i 

w górę. Dla Josie był to koszmar. Każdy jej oddech podporządkowany był 

jednemu wewnętrznemu nakazowi: iść dalej. Pokaleczyła się w wielu miej-

scach,  lecz  zmęczenie  i  strach  sprawiły,  że  nie  zwracała  na  to  zupełnie 
uwagi. W niekończącym się koszmarze tej wspinaczki był tylko jeden ele-

ment rzeczywistości, na którym mogła polegać, taki, który oznaczał bezpie-

background image

czeństwo.  Był  nim  Whitewater.  Gdy wreszcie  weszli  na  szczyt,  nawet  on 
ciężko oddychał.

– Tu się zatrzymamy – powiedział przerywanym głosem. – Musisz coś 

zjeść.

Zwaliła się ciężko na kłodę drzewa i siedziała z twarzą ukrytą w pora-

nionych dłoniach. Whitewater rozpalił mały ogień, ugotował jakąś zupę z 
proszku, zrobił kawę i ukroił dwa kawałki suszonego mięsa.

Zmusił Josie, by coś zjadła. Kiedy z trudem żuła mięso, przyglądał się jej 

z niepokojem.

– Nie  wykończysz  mi  się  chyba?  –  spytał  unosząc  jedną  z  czarnych 

brwi.

– Czuję się świetnie – powiedziała ochrypłym głosem.

Zbliżył się i usiadł przed nią na ziemi.

– Pokaż mi ręce – rozkazał. – Będziemy musieli się nimi zająć.

Odrętwiała ze zmęczenia pokazała mu swe poranione dłonie.

–  Troszkę  się  pokaleczyłaś  –  powiedział.  –  Trzeba  będzie  to  opatrzyć. 

Musimy przed nocą zejść w dół. Do groty, w której się zatrzymamy.

–  Zejść?  –  spytała  niemądrze.  –  Zejść?  – powtórzyła.  Po  raz  pierwszy 

spojrzała na otwierający się pod nimi widok. Whitewater w dalszym ciągu 

masował jej dłonie, starając się rozprostować je i rozluźnić.

– Oto nasz cel – ruchem głowy wskazał rysującą się na widnokręgu, po 

drugiej stronie pokrytej chmurami doliny, górę. – To Ra-Koma. Przy odro-

binie szczęścia dojdziemy tam za półtora dnia.

– Ale – zaczęła zdezorientowana Josie, wpatrując się we wznoszącą się 

wysoko,  mieniącą  się  różnymi  kolorami,  wspaniałą  górę  –  żeby  wejść  na 

nią, trzeba najpierw...

– Zejść z naszego szczytu w dolinę. Mądra dziewczynka. Nareszcie zro-

zumiałaś.

Z jednej ze swych niezliczonych kieszeni wyjął zestaw pierwszej pomo-

cy i opatrywał jej pokaleczone ręce.

–  Zejść  stąd  w  dół?  –  Josie  zmartwiała  wpatrując  się  w  ogrom  leżącej 

pod nimi przepastnej doliny. – Teraz musimy tam zejść?

Skinął ponownie głową. Mocno obejmował jej dłonie, jakby chciał prze-

kazać jej swoją siłę.

background image

–  Tak,  Josie.  Teraz  będziemy  musieli  schodzić.  Dasz  sobie  radę.  Na 

pewno dasz sobie radę. Masz tyle siły, że mogłabyś zejść z dwa razy wyż-

szej góry. Ręce cię już nie bolą. Spójrz, nic im nie jest.

Pocałował  jedną  z  jej  pokaleczonych dłoni.  Poczuła  na  skórze  ciepły  i 

wilgotny dotyk jego pięknie wykrojonych warg. Był jak przyjazny, wszyst-

ko leczący płomień. Pocałował fałd skóry między kciukiem a palcem wska-
zującym. Potem to samo miejsce na drugiej dłoni. I znowu wrócił do pierw-

szej.

– Poradzisz sobie, Josie – przekonywał ją ująwszy jej twarz w dłonie. –

Razem sobie z tym poradzimy. Odzyskamy twoją pandę. Wszystko będzie

dobrze. Słyszysz?

– Słyszę – odpowiedziała głosem bez wyrazu. Jakoś udało mu się jednak 

przywrócić jej siły. Gdy ponownie wziął ją za ręce i wstał, podniosła się ra-

zem z  nim. Zaczęli schodzić w dół.  I znowu  zejście zdawało się  nie mieć 

końca. Gdyby Dolina Mala Lui nie była tak piękna ze swoimi mieniącymi 

się tęczowo szarymi i czerwonymi wulkanicznymi głazami i płaszczem zie-
leni, Josie mogłaby przysiąc, że schodzą do piekła. Mechanicznie, nie my-

śląc,  szła za Whitewaterem. Wierzyła,  że  sprowadzi ją w  dolinę. I tak  się 

stało.

Wielka,  rozwarta  szeroko  jaskinia,  która  miała  być  ich  schronieniem, 

przypominała słynną grotę Fern na hawajskiej wyspie Kauai. Znajdowały 
się w niej trzy źródła, jedno z nich – z wulkanicznie podgrzaną, ciepłą wo-

dą parującą w zimnym powietrzu wieczoru. Whitewater namówił Josie, że-

by  rozebrała się  i  zanurzyła  w  gorącym małym  stawie, podczas gdy  sam 

rozpalił ogień i przygotował kolację: następne pstrągi złowione na oścień w 

strumieniu wypływającym z jaskim w dolinę. Półprzytomna ze zmęczenia 
zdjęła z siebie wszystko prócz stanika i majtek. Zanurzyła się w parującej 

wodzie. Był to prawdziwy balsam.

Przechyliła w tył głowę i patrzyła sennie na przykucniętego nad ogni-

skiem Whitewatera. Niesamowity człowiek – myślała. – Jeśli trzeba, wpro-

wadzi mnie na górę. Jeśli trzeba, sprowadzi mnie z niej. A teraz wynalazł 
dla mnie naturalną, ciepłą wannę, złowił pstrągi i przygotowuje mi posiłek. 

Naprawdę, mogłabym wyjść za niego za mąż.

background image

Leżała wygodnie owinięta w koc i jadła kolację: pstrąg, kawa, sucharki i 

następny cud – jakiś korzeń znaleziony przez Whitewatera, który w smaku 

przypominał pasternak.

– Lepiej się czujesz? – spytał.

– Chyba  tak  –  posłała  mu  nieśmiały  uśmiech. –  Albo  może  umarłam 

gdzieś po drodze i teraz jestem w  niebie: gorąca kąpiel, ogień,  kubek ka-
wy...

– To nie może być niebo, skoro ja tu jestem – zauważył z poważną miną.

Josie  najchętniej  wyznałaby  mu,  że  jego  obecność  stanowi  ostateczny 

dowód na to, że znajduje się w niebie. Ale tego nie mogła mu powiedzieć.

–  Dziękuję  ci,  Whitewater.  Dziś  prawie  mnie  niosłeś.  I  wspaniale  się 

mną opiekowałeś. Potrafię to docenić.

Zareagował  w  typowy  dla  siebie  sposób:  zapadło  irytujące  milczenie. 

Szemrał strumień, z oddali doszedł krzyk jakiegoś nocnego ptaka. W końcu 

odpowiedział:

– To należy do moich obowiązków. Po prostu robię swoją robotę.
Miała  nadzieję,  że  usłyszy  coś  innego.  Skuliła  odrobinę  ramiona.  Po-

winna stale pamiętać o tym, co powiedział: dla niego to po prostu praca. 

Podejrzewała, że kobiety często się w nim zakochiwały, co stanowiło specy-

ficzną okoliczność, towarzyszącą jego pracy; miłą lub niemiłą – w zależno-

ści od kobiety. To tylko chwilowe zauroczenie. Wszystko sprawiła egzoty-
ka otoczenia i okropne zmęczenie. Próbować kochać tego człowieka to tak 

jak próbować rozpiąć skrzydła  i polecieć na szczyt Ra-Komy. Są zupełnie 

różni. Przypadek złączył ich na chwilę, a gdy to wszystko się skończy, ro-

zejdą się każde w swoją stronę. I bardzo dobrze.

Skończyła kawę. Wstał i nalał jej ostatni kubek.
– Skąd tak dokładnie znasz tę drogę? – spytała. – Wygląda, jakbyś znał 

tu każdy kamień. Na tej górze i w całej okolicy.

– Szedłem już tędy kiedyś – powiedział przegrzebując węgle.

Rozszerzyła ze zdumienia oczy.

– Tą samą drogą? Po co? – spytała z niedowierzaniem.
– Po to, żeby polować – odrzekł krótko i zaczął czyścić patelnię używa-

jąc do tego popiołu i palmowej gałązki.

background image

–  Polować? –  wykrzyknęła z  niedowierzaniem. –  Zrobiłeś tę piekielną 

drogę po to tylko, żeby polować?

– To mój zawód – odpowiedział lodowato. 

Pokręciła głową, jakby nie przyjmując do wiadomości tego, co usłyszała.

– Nie mogę uwierzyć, że chciało ci się przejść całą tę drogę tylko po to, 

żeby coś zabić – powiedziała ponuro.

– Mówiłem  ci  już  –  odpowiedział  –  że  nie  przepadam  za  zabijaniem. 

Lubię polować.

– A ja ci już mówiłam, że nie mogę tego zrozumieć – w jej głosie brzmiał 

prawdziwy smutek.

– Słuchaj – zaczął cedząc słowa przez zęby – kobieta pewnie nie potrafi 

tego  zrozumieć.  Szczególnie  taka  kobieta  jak  ty.  Natura  stworzyła  nas, 

mężczyzn, dokładnie po to, żebyśmy polowali. Jesteśmy agresywną płcią, 

również  za  sprawą  natury.  W  przypadku  polowania  agresja  służy  temu, 

czemu powinna: przetrwaniu.

– Co zamierzasz zrobić? – spytała z lękiem w głosie.
Nagle perspektywa wejścia pod koce z tym mężczyzną wydała jej się w 

najwyższym stopniu niepokojąca.

– Odświeżyć się – wskazał w stronę wulkanicznego stawu. – Bolą mnie 

trochę mięśnie od ciągnięcia cię za sobą przez cały dzień. Myślę, że powi-

nienem wrócić do formy, żeby móc jutro robić to samo.

Podniosła  się  i  w  blasku  zamierającego  ognia  ruszyła w  kierunku  pa-

prociowego łóżka.

– Jutro postaram się być lepsza – powiedziała zagryzając wargi. – Posta-

ram się nie być dla ciebie takim... cholernym ciężarem.

Uklękła i zaczęła poprawiać koce.
– Tak – odparł lakonicznie – postaraj się.

Okryła się i leżała odwrócona do niego tyłem. Ściągnęła z siebie mokrą 

bieliznę i odrzuciła ją na bok, zakopując się głębiej w koce. Jego słowa pie-

kły jak użądlenia os. Dała dzisiaj z siebie wszystko, a i tego było za mało. 

Przygryzła wargi. Łzy napłynęły jej do oczu. Mruganiem próbowała je po-
wstrzymać. Pozwolić im spłynąć – znaczyło  to okazać ostateczną słabość. 

Nie spała, gdy odchylił koce i położył się obok jej napiętego ciała. Leżał tak 

umięśniony i ciepły, pachnący czystością. Nie próbował jej dotykać. Znowu 

background image

zagryzła wargi i starała się powstrzymać łzy. Nie chciała pozwolić sobie na 
płacz w jego obecności. Wolałaby raczej umrzeć.

– Coś nie tak? – jego szept zabrzmiał nieszczerze. Czuła, że uniósł się na 

łokciu i patrzył na nią.

Chciała  smagnąć go odpowiedzią, która zraniłaby  go  tak boleśnie, jak 

on przed chwilą ją zranił. Ale nie mogła. Musiała powiedzieć mu prawdę.

– Boję się – wyznała zduszonym głosem.

Czuła, jak nachyla się w ciemności nad jej twarzą.

– Czego się boisz? – spytał cicho.

– Lękam się o pandę – powiedziała tym samym zdławionym szeptem. –

O jej dziecko. I o siostrę.

Nastąpiła chwila ciszy. Słychać było tylko strumień szemrzący u wyjścia 

z groty.

– Odnajdziemy je – powiedział.

I  znowu  strumień  w  ciemnościach  nucił  swą  sekretną  piosenkę.  Josie 

spojrzała  w  górę:  mężczyzna  był  jedynie  cieniem  wśród  ciemności.  Wy-
czuwała tylko jego obecność.

– Boję się także o siebie – przyznała drżącym głosem. – Czy dam sobie 

radę.

Po policzku słynęła jej łza i nienawidziła się za to. Ugryzła się w rękę, 

próbując stłumić odgłosy własnej słabości.

– Josie, Josie – wyszeptał biorąc ją w ramiona. – Dasz sobie radę. Zaufaj 

mi. Nie chciałem cię zranić. Po prostu powiedziałem coś w złości. Dawałaś 

sobie dotąd radę lepiej niż większość mężczyzn. Wierz mi.

Rozpaczliwie zarzuciła mu ręce na szyję.

– Boję się – powtórzyła z przerażającą żarliwością.
– Nie bój się – nakazał. – Przytul się do mnie. Tak mocno jak potrafisz.

Kierowana wewnętrznym impulsem przywarła do niego. Objął ją moc-

niej i przyciągnął bliżej. Poczuła gładki, twardy tors i przepływające w jej 

nagie piersi ciepło.

– Whitewater? – głos stłumiła bliskość jego warg.
– Jestem tutaj – powiedział i poczuła na ustach ciepło jego oddechu. –

Jesteś bezpieczna, ponieważ jesteś ze mną. Rozumiesz? Jesteś ze mną.

background image

Zbliżył  do  niej  twarz  jeszcze  bardziej  i  jego  ciepłe  usta  objęły  władzę 

nad jej ustami. Jego ręce przesuwały się wzdłuż jej gładkiego ciała, a jego 

długie nogi splotły się z jej nogami. Odkrywał wargami drżącą miękkość jej 

warg, kosztując je na tysiąc sposobów i ani na chwilę nie odrywając się od 

nich. Radosna zaborczość tego pocałunku nie pozwoliła jej nabrać oddechu; 

gdy  próbowała  to  zrobić,  jego  język  wślizgnął  się  do  jej  ust  pieszcząc  ją 
jeszcze  bardziej  intymnie.  Przesunął  w  górę  dłonie  i  dotknął  wrażliwych 

koniuszków jej piersi. Zaczęła drżeć, a jego dotyk stawał się coraz bardziej 

podniecający  i  zachłanny.  Powoli  oderwał  od  niej  usta  i  pozwolił  swoim 

gorącym wargom badać delikatną wklęsłość jej szyi, satynową skórę wokół 

obojczyka i wreszcie zagłębienie pomiędzy drżącymi piersiami. Jego skóra 
zdawała się parzyć ją w dłonie. Wplotła palce w jedwabistą czerń wilgot-

nych  włosów.  Jego  usta  rozpoczęły  swą  dręczącą  podróż  z  powrotem, 

znowu zatrzymując się na szyi, na łuku brody, po to, by ponownie złączyć 

się z jej ustami w pocałunku tak głębokim, jakby chciał wyssać jej duszę.

Bliskość ich nagich ciał była dla niej jak narkotyk, który kazał jej wołać o 

więcej. Trzymał ją w objęciach, a ciemność obejmowała ich oboje – i tajem-

nice,  których poznania  łaknęło jej spragnione ciało. Chciała, aby jej  wargi 

potrafiły  nasycić  niespokojny  głód  jego  ust.  Czuła  pieszczotę  jego  dłoni 

zmysłowo wędrujących po jej ciele, od piersi do ud, od ud do piersi i z po-

wrotem.

– Josie – wyszeptał – czuję, jaka jesteś piękna. Chciałbym cię widzieć, ale 

czuję tylko twój dotyk i smak. I jest on tak... wspaniały...

Znowu pocałował ją, drażniąc językiem jej język. Opasał ją ramieniem, 

przyciągając jak najbliżej do siebie.

W oddali odezwał się ten  sam nocny ptak. Jego ochrypły głos zdawał 

się ostrzegać: Nie, nie, och nie, och nie, och nie! Ciemność powtórzyła ten 

krzyk dziwnym echem. Oboje znieruchomieli na sekundę, jakby zdając so-

bie sprawę z natarczywości ostrzeżenia.

–  To  chyba  nie  powinno  się  stać?  –  spytała  przerywając  pocałunek  i 

wtulając twarz w jego ciepłą szyję. – A jeśli się stanie, to dla ciebie i tak nie 
będzie miało żadnego znaczenia. Czyż nie?

Poczuła, jak tężeją mu mięśnie, a jego wielkie ciało zastyga w bezruchu.

background image

–  Czy koniecznie musi to coś  znaczyć? – powiedział  spokojnie.  –  Wy-

starczy,  że  pozwolimy,  by  to  się  stało.  Jeżeli  tego  chcemy.  Myślałem,  że 

chcesz.

W ich milczenie wkradło się niespokojne napięcie. Czekał w ciemności, 

aż powie to, co chciał usłyszeć: Tak, chcę tego. Niech się stanie, co ma się 

stać. I to nie musi cokolwiek znaczyć. Ale byłoby to kłamstwo. Chciała, aby 
jej ciało złączyło się z jego ciałem, ale musiałoby to coś znaczyć. Musiałoby 

znaczyć wszystko. Odsunął się od niej gwałtownie.

– Myślę, że ty po prostu potrzebujesz być przytulaną, Josie. A naprawdę 

kochać się nie chcesz. Może nie jesteś w dostatecznym stopniu kobietą. Ale 

nic nie szkodzi. Możesz dalej się do mnie przytulać. I ja cię będę przytulał. 
Tak długo, jak długo będziesz tego potrzebowała.

Jego ramiona objęły ją z beznamiętną delikatnością. Położył jej głowę na 

swojej aksamitnie gładkiej piersi, a palce wplótł jej we włosy.

– Aaron – zaczęła bezradnie. Jak miała mu wytłumaczyć, że to właśnie 

miłość powstrzymała ją od kochania się z nim i że pragnęła go bardziej, niż 
potrafiłby zrozumieć?

– Mów do mnie: Whitewater – jego głos znowu miał stalowe brzmienie. 

– I śpij, Josie. Powiedziałem ci, że wszystko jest w porządku.

– Whitewater – powiedziała z głową na jego piersiach. – Przepraszam.

– Nie ma za co. To należy do moich obowiązków – poinformował ją z 

naciskiem.

Tylko dzięki ogromnemu zmęczeniu udało jej się usnąć w niebezpiecz-

nym schronieniu jego ramion.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

– Dzieje się coś dziwnego – głos Whitewatera zabrzmiał złowieszczo.

Stała obok niego u wyjścia z groty i patrzyła na pokrytą płaszczem deli-

katnej mgły dolinę. Zupełnie nie wiedziała, o co mu chodzi. Musiał coś wi-

dzieć lub wyczuwać. Jego niepokój udzielił się jej.

– Coś mi się tu nie podoba – powtórzył, a jego oczy zwęziły się.

– O co chodzi? – spytała.

Nie miała ochoty podnieść głowy i spojrzeć na niego. Jej myśli obracały 

się wokół bolesnych wspomnień minionej nocy.

– Nie słychać ani jednego ptaka – odpowiedział z napięciem w twarzy.

Zaczęła  nasłuchiwać.  Rzeczywiście,  oprócz  niepokojącego  szmeru 

strumienia nie słychać było żadnego dźwięku. Nawet wiatru.

– Jest mgła – powiedziała niepewnie.
– To coś więcej niż mgła – stwierdził ponuro. Jego zachowanie i wyraz 

twarzy  powstrzymały  ją  od  dalszych  pytań.  Gdyby  nawet  wiedział  coś 

więcej  i  tak  nie  powiedziałby  jej  całej  prawdy.  Wrócili  do  przerwanego 

śniadania. Siedzieli w milczeniu na ziemi po dwóch stronach małego ogni-

ska. Żadne z nich nie wspomniało o minionej nocy.

– To okoń? – Josie odezwała się wreszcie. – Jak go złowiłeś?

– Nic w tym tajemniczego – wskazał na jedną ze swych kieszeni. – Mam 

tu żyłkę i haczyk – mruknął i milczał dalej.

– A swoją drogą, co masz jeszcze w tych wszystkich kieszeniach? – Josie 

rozpaczliwie próbowała nawiązać rozmowę. Był  bez koszuli i widok jego 
szerokiej  piersi  drażnił  ją  i  niepokoił.  Zbyt  mocno  pamiętała  jej  dotyk  na 

swej nagiej skórze.

– Przybory – odpowiedział zdawkowo. – Czy zamierzasz spędzić cały 

ranek na zadawaniu mi pytań? Może raczej przygotujesz się do drogi?

Odstawiła kubek i menażkę. Wstała. Niech pozmywa naczynia – pomy-

ślała ze złością. – To też należy do jego obowiązków. Odwróciła się i zaczę-

ła pakować rzeczy. Zwinęła koc i płachtę tak ściśle, że nawet Whitewater 

nie zrobiłby tego lepiej. Bez jego pomocy przytroczyła wszystko do pleców. 

background image

Ale i tym razem okazał się sprawniejszy od niej. Gdy szamotała się z ostat-
nim węzłem, stał już obok gotów do drogi. Przyglądał się jej z obojętnym 

wyrazem twarzy.

– Szybko się uczysz – zauważył lakonicznie.

–  Tak –  odpowiedziała,  po  raz pierwszy patrząc mu  prosto  w  oczy.  –

Uczę się szybko.

I nauczyłam się już czegoś o tobie – odczytał w jej wyzywającym spoj-

rzeniu. – Drugi raz nie zrobię tego samego błędu. Ona też zrozumiała prze-

słanie  zawarte  w  twardym  spojrzeniu  jego  czarnych  oczu:  Nie  igraj  z 

ogniem, kobieto. Możesz się poparzyć. Niecierpliwie wzruszyła ramionami.

– W drogę – rzuciła oschle. – Nie płacę ci za to, żebyś stał i patrzył mi w 

oczy.

Naciągnął głębiej na czoło rondo kapelusza.

– Słusznie. Ruszaj za mną, Królowo Dżungli! – odpowiedział złośliwo-

ścią na złośliwość.

Mozolny  marsz  przez  dolinę  zajął  im  cały  ranek.  Josie  z  radością 

stwierdziła,  że  jej  organizm  zdawał  się  coraz  lepiej  przystosowywać  do 

trudów podróży.

Nie  była  już  taka  obolała,  czuła  się  niezwykle  ożywiona  i  gotowa  do 

działania. W płaskim terenie potrafiła prawie dotrzymać kroku milczącemu 

Whitewaterowi.  Na  niebie  wisiały  szare  chmury  i  dwukrotnie  spadł  nie-
wielki deszcz. Whitewater miał rację. W powietrzu wisiało coś dziwnego. 

Było  już  dawno  po  wschodzie  słońca,  a  jednak  ptaki  nie  odzywały  się 

nadal.  Jakby  gdzieś  zniknęły.  Niesamowita  cisza  niepokoiła  bardziej  niż 

wisząca nad doliną szara warstwa nieruchomych chmur.

Musieli  przeprawić  się  przez  wartki  strumień.  Woda  sięgała  Josie  do 

pasa. Prąd był tak silny, że w pewnej chwili nieomal zwalił ją z nóg. I wte-

dy,  po  raz  pierwszy  tego  dnia,  poczuła  dotyk  rąk  Whitewatera.  Błyska-

wicznym ruchem zdążył uchwycić jej ramię. Przyciągnął ją blisko do swego 

boku i szedł dalej stanowiąc dla niej naturalną osłonę przed rwącym prą-

dem. W drugiej, wysoko uniesionej ręce, niósł sztucer. Z wysiłkiem brnęła 
przez  wodę  niezadowolona  z  tego,  że  znowu  okazało  się,  jak  bardzo 

wszystko zależy od jego siły i zdecydowania. Wyszli na kamienisty, pokry-

ty czarnymi otoczakami brzeg. Jego opalone ramię, które było dla niej tak 

background image

pewnym  oparciem,  opadło  nagle.  Odruchowo  sprawdził  kieszenie,  jakby 
ich zawartość była ważniejsza od niej. Poprawiła przemoczone dżinsy i po-

patrzyła na niego z niechęcią.

– Dziękuję – powiedziała nieszczerze.

– Nie ma za co.

Poprawił kapelusz i ruszył pierwszy dalej.
Pewnie, że nie ma za co – myślała ze złością Josie, patrząc na jego szero-

kie plecy. – Wiem, że to tylko twoja praca, ty draniu.

Około  południa  dotarli  do  podnóża  Ra-Komy.  Whitewater  nie  chciał 

odpoczywać.  Od  razu  ruszyli  w  górę,  czy  raczej,  jak  wydawało  się  Josie, 

pionowo w górę. Buntowniczy nastrój opuścił ją nagle. Serce jej zamarło na 
widok  następnych,  piętrzących  się  na  ich  drodze  skał.  Znowu  była  zmu-

szona polegać na Whitewaterze, co chwilę czuć na sobie jego ręce, gdy po-

magał  jej  wspinać  się  na  skalne urwiska.  Około pierwszej  weszli  w  gęste 

chmury. Mgła i deszcz sprawiły, że bazaltowe skały zrobiły się śliskie, co 

dodatkowo utrudniało wspinaczkę. W pewnym momencie Whitewater za-
trzymał się, odwrócił do niej i mruknął:

– Zaczyna się kawałek trudnego terenu. Będziemy się przeciskać przez 

ucha igielne.

Podał  jej  rękę  i  wciągnął  ją  na  półkę  utworzoną  z  zastygłej,  brudno-

pomarańczowej lawy. Ciężko oddychając  stała tuż obok niego na wąziut-
kim  występie  skalnym.  Spojrzała  na  jego  nieruchomą  twarz.  Cień  dwu-

dniowego zarostu na szczękach uwydatniał bardziej niż zwykle jego wysta-

jące  kości  policzkowe.  Patrzył  na  nią  beznamiętnym,  badawczym  wzro-

kiem. Oddech miał przyśpieszony.

– Ucha igielne? – wysapała ze strachem Josie. Kręciło się jej w głowie i 

próbowała sobie wmówić, że powodem tego jest lęk wysokości, a nie bli-

skość Whitewatera. 

Skinął głową i podniósł oczy w górę. Podążyła za jego spojrzeniem. Nad 

nimi zwieszał się następny występ skalny. Jakiś geologiczny żart sprawił, 

że  miał  on  w  sobie  otwór,  dostatecznie  szeroki,  by  mógł  przecisnąć  się 
przez niego człowiek.

– Mamy przejść przez to? – wymamrotała niepewnie. Krawędź skalnego 

okna znajdowała się metr ponad jej głową.

background image

– A widzisz inną drogę? – odburknął. 
Spojrzała w dół. Pomyślała, że dzięki chmurom pokrywającym podnóże 

góry, wrażenie nie było tak przerażające. Nie miała jednak wątpliwości: do 

samego dołu leciałoby się długo.

– Nie dosięgnę do tego uchwytu – powiedziała zdenerwowana.

Z całej siły pragnęła, aby półka zrobiła się troszeczkę szersza. Nie mu-

siałaby wtedy stać tak bardzo blisko niego.

– Dla chcącego nie ma nic trudnego – mruknął, a jego ręce objęły ją w ta-

lii i ścisnęły mocno.

Josie wstrzymała oddech, gdy przyciągnął ją bliżej i stęknąwszy z wy-

siłku podniósł w kierunku skalnego okna.

– Hej! – krzyknął. – Nie wierzgaj nogami, bo spadniemy oboje! Znajdź 

chwyt i podciągnij się na rękach.

Przerażona Josie chwyciła za krawędź otworu i próbowała się podcią-

gnąć.

– Nie mam siły – wysapała.
Próbował ją podnieść jeszcze wyżej. Głowę i ramiona miała już na wy-

sokości otworu, ale  nie mogła  znaleźć na tyle pewnego chwytu, by wcią-

gnąć się dalej.

– Ręce mi puszczają – jęknęła w panicznym strachu. – Jestem za słaba.

– Jak wrócisz do domu – warknął przenosząc jedną rękę na jej biodro –

weź się za ćwiczenie górnej połowy ciała. Podoba mi się twoja budowa, ale 

do bicepsów mam pewne zastrzeżenia.

Josie poczuła, jak bezceremonialnie chwycił ją za siedzenie. Przemknęła 

jej  przez  głowę  przerażająca  myśl:  oboje  stracą  równowagę  i  spadną  w 

przepaść.

– Whitewater – zaprotestowała nieśmiało – nie sądzę, żeby to był dobry 

pomysł.

– Trzeba było pilnować swojej pandy – wycedził przez zęby.

Teraz już obie jego dłonie znalazły się poniżej jej bioder. Pchał ją z całej 

siły  w  górę.  Próbowała  zlekceważyć ten  intymny  kontakt,  starając  się  jak 
najwyżej  podciągnąć.  W  końcu  przedostała  się  na  drugą  stronę  skalnego 

okna jak pływak, który z trudem wyciąga się z wody na brzeg basenu. Le-

background image

żała  na  następnej  półce  skalnej.  Dyszała  ciężko  i  czuła  mrowienie  w  po-
śladkach.

– Trzymaj! – odezwał się rozkazująco Whitewater i podał jej sztucer.

Zobaczyła jego dłonie zaciskające się na krawędzi otworu. Patrzyła z lę-

kiem, jak podciąga się w górę. Z zaciśniętymi z wysiłku zębami wciągnął 

górną  połowę  ciała  na  krawędź.  Jego  twarz  wykrzywił  bolesny  grymas. 
Resztką sił przecisnął się przez otwór i zwalił obok niej na skalnej półce.

– Dobrze się bawiliśmy? – spytał ironicznie.

– Nigdy  więcej  nie  chciałabym  tego  powtarzać  –  powiedziała  ciężko 

oddychając.

– To niedobrze – sapnął. – Spójrz tam. 
Popatrzyła w górę i z trudnością przełknęła ślinę.

Nad nimi wisiała następna krawędź, a w niej jeszcze węższe okno skal-

ne.

– Jeszcze jedno? – spytała z bolesnym niedowierzaniem.

– Jeszcze dwa – ton jego głosu brzmiał nieprzyjemnie rzeczowo. – Ale 

czym się przejmujesz? W końcu to ja odwalam najcięższą robotę.

Josie  usiadła  i  spojrzała  na  niego.  Oczy  miał  zamknięte,  a  czerń  jego 

długich rzęs ostro kontrastowała z miedzianym kolorem skóry.

– To wątpliwa przyjemność, kiedy twoje ręce tak mnie... wszędzie doty-

kają – powiedziała z wyrzutem.

Otworzył jedną powiekę, rzucił jej dwuznaczne spojrzenie i znowu za-

mknął oczy.

– Masz bardzo jędrne pośladki. Moje gratulacje. Umila to pracę, ale nie 

czyni jej lżejszą – podniósł się i pomógł jej wstać.

– Nie życzę sobie... – zaczęła, lecz nie pozwolił jej skończyć.
– Nie mam innego wyjścia – złapał ją mocno dłońmi, od razu za biodra, 

i zaczął podsadzać w górę.

– Uważaj z tymi rękami, Whitewater – krzyknęła zirytowana w momen-

cie, gdy jego dotyk wydał jej się jeszcze bardziej intymny. Szukała rozpacz-

liwie uchwytu, ale tym razem była bardziej zawstydzona niż przerażona.

– Kochanie – w dobiegającym z dołu głosie słychać było wysiłek – mu-

sisz się do tego przyzwyczaić. Zanim wciągnę cię na górę, będziesz doty-

background image

kana wszędzie, gdzie tylko można cię dotknąć. Nie ma w tym nic osobiste-
go.

– Wiem – odcięła się Josie wpełzając wreszcie na bezpieczne miejsce – to 

tylko twoja praca.

Znowu odpoczywali przez chwilę obok siebie.

– Ale robota  – westchnął. – Pomyśleć, że mógłbym w tym czasie wal-

czyć z jakimś sympatycznym rekinem, czy czymś w tym rodzaju. Mam na-

dzieję, że to doceniasz.

Josie rzuciła mu szybkie spojrzenie. Dolna połowa ciała wprost paliła ją 

od dotyku jego rąk.

– Bardziej niż ci się wydaje – powiedziała z ironią. 
Westchnął ponownie i wstał.

– Chodź, zróbmy to jeszcze raz. Zaczyna nam to coraz lepiej wychodzić.

Objął ją w talii. Przez chwilę patrzył jej w oczy, w kąciku warg pojawił 

się uśmiech, znikł, i pojawił się znowu.

– Chciałbym, żeby ktoś tak się o mnie troszczył, jak ty o tę swoją pandę 

– mruknął.

Josie walczyła ze sobą, aby nie odkryć przed nim swych prawdziwych 

uczuć.

– Może  by  się  ktoś  taki  znalazł,  gdybyś  był  bardziej  dżentelmenem –

wyjąkała.

– No to przepadło – powiedział ze stoickim uśmiechem i podniósł ją w 

górę. Po kilku sekundach robił ze swoich rąk użytek, na który żaden dżen-

telmen by sobie nie pozwolił.

– Uważaj, Whitewater – ostrzegła raz jeszcze próbując sforsować ciasny 

otwór.

– Uważam... że są diabelnie zgrabne – odpowiedział bezczelnie.

Około  szóstej  las  przerzedził  się  ponownie,  a  słońce  rzucało  miękkie, 

długie cienie. Whitewater zatrzymał się na chwilę.

– Przejdziemy jeszcze  przez  ten grzbiet –  wskazał przed siebie –  i  za-

trzymamy się na noc.

– Zatrzymamy się? – spytała z nadzieją Josie.

background image

– Tak. Zaszliśmy dalej niż myślałem. Jutro rano dotrzemy do plantacji. 

A poza tym będziemy mogli popływać i odpocząć.

– Popływać? – spytała z ożywieniem.

– No pewnie – odpowiedział uśmiechając się szeroko. – Zapomniałaś, że 

jesteśmy na Południowym Pacyfiku. To prawie raj na ziemi. Baseny kąpie-

lowe wszędzie dokoła. Trzeba tylko umieć poszukać.

Raj – pomyślała, z trudem za nim nadążając. – Dziękuję za taki raj. Raj-

ską  perspektywę  psuła  obecność  węża,  imieniem  Lucas,  który  czaił  się 

gdzieś na szczycie góry. Albo innego, który nazywał się Whitewater i wy-

dawał  się  jej  bardziej  chytry,  przewrotny  i  nieobliczalny  niż  jakiekolwiek 

stworzenie na tym świecie. A może ten wąż, niebezpieczny i skryty, leżał 
zwinięty na dnie jej serca i nazywał się po prostu pożądaniem?

– Rozbierz się wreszcie – powiedział ze zniecierpliwieniem Whitewater. 

Zdążył już zrzucić z siebie myśliwską kamizelkę i siedząc na porosłym pa-

prociami brzegu małego stawu zdejmował ciężkie buty. – Co ci szkodzi, że 

wreszcie obejrzę to, czego i tak przez cały dzień dotykałem. Poza tym śpi-
my na golasa. Bądź dorosła, Josie.

– To nie to samo – upierała się, choć błękitna głębina stawu wyglądała 

niezwykle zachęcająco. – I ty też nie waż się rozebrać do naga.

– A to czemu – spytał głupio się uśmiechając. – Nie wytrzymasz poku-

sy? Jak nie, to ja biorę na siebie zwalczanie pokus za nas dwoje. Uratuję cię 
przed samą sobą.

– Jesteś niepoprawny – powiedziała z wyrzutem. – I oświadczam ci, że 

nie mam zamiaru dziś z tobą spać. Wolę zamarznąć.

– Bardzo dobrze – powiedział rozsuwając suwak spodni. – Jęczysz i ga-

dasz przez sen całe noce. O siostrze i o tej swojej najukochańszej pandzie.

Zsunął spodnie do kostek, zrobił krok i zgrabnie z nich wyszedł. Josie 

odwróciła głowę, ale i tak zdążyła go dokładnie obejrzeć. Miał wspaniałe 

ciało.  Dzięki  Bogu,  pozostawił  slipki:  najbardziej  skąpe  z  możliwych.  Na 

widok szerokich ramion, twardego, brązowego torsu, płaskiego brzucha i 

niewiarygodnie długich umięśnionych ud musiała odetchnąć tak głęboko, 
że  aż  zabolało ją  w  piersiach.  Stanął na  wystającym  nad  wodą  kamieniu, 

przez chwilę szukał równowagi i skoczył miękko do stawu. Wypłynął na 

powierzchnię otrząsając wodę z ciemnych włosów.

background image

– Wspaniała woda! – zawołał. – Właź! Możesz zostać w majtkach. Prze-

praszam, w wytwornej bieliźnie.

– Jeśli tak, to zgoda – odpowiedziała zrzędliwie. 

Whitewater uśmiechnął się i zanurkował. Zdjęła długie buty i skarpety. 

Zrzuciła koszulę i dżinsy. Stanęła na tym samym kamieniu i przez chwilę 

myślała, że jej elegancki, koronkowy stanik i majteczki wyglądają zupełnie 
bez sensu w środku lasów na zboczach Ra-Komy. Zgrabnym skokiem za-

nurzyła się w szafirowej głębinie stawu. Gdy wypłynęła na powierzchnię, 

Whitewater wynurzył się tuż obok.

–  Sprawdźmy,  co  też  na  sobie  zostawiłaś  –  przesunął  pod  wodą  ręce 

wzdłuż jej ciała od bioder do ramion, musnąwszy koronkę stanika obejmu-
jącego jej pełne piersi.

– Wynoś się, bo cię utopię – próbowała od niego odpłynąć.

– Nie zrobisz tego – drażnił się. – Kto złapie ci rybkę na kolację? Kto ją 

usmaży? Kto rozpali ognisko?

– Obejdzie się! – odpowiedziała zuchwale. – Będę miała twój koc i na-

reszcie przestaniesz mnie zadręczać.

– Za taką niewdzięczność należy się kara. Teraz ja cię utopię – powie-

dział groźnie.

Uderzył  kilka  razy  mocniej  rękami,  zanurkował  i  Josie  poczuła,  jak 

schwycił ją za kostki nóg. Złapała haust powietrza i poszła pod wodę. Whi-
tewater  bez  wysiłku  utrzymywał  ją  pod  powierzchnią  błękitnego  stawu, 

przesuwając  dłonie  wzdłuż  jej  nóg. Wreszcie  schwycił ją  mocniej, przyci-

snął do siebie i wynurzył się wraz z nią, utrzymując się na wodzie silnymi 

ruchami nóg.

– Porzuć wszelką nadzieję! – zawołał. – Zostałaś porwana przez Siuksa. 

Czeka cię los gorszy od śmierci.

Śmiejąc się pozwoliła sobie na niebezpieczny luksus: by zachować rów-

nowagę, objęła go rękami za szyję. Znalazł wreszcie dno i stał po piersi w 

wodzie nadal trzymając ją mocno.

– Myślę, że po takim dniu powinniśmy wypalić fajkę pokoju – zapropo-

nował. – Zgoda?

Przyglądała  się  jego  ciemnobrązowym  oczom  i  rzęsom,  na  których 

skrzyły się krople wody.

background image

– Zgoda – westchnęła niepewnie.
– Ale mieliśmy dzień, Josie! – jego głos zabrzmiał bardzo po koleżeńsku. 

– I prawie jesteśmy na miejscu. Kiedyś będzie z tego opowieść, jak mówili 

starzy ludzie w moich stronach.

– Opowieść? – spytała walcząc z pokusą oparcia dłoni o jego umięśnio-

ną pierś.

–  Tak mówili  dawni  śmiałkowie,  gdy porywali  się na  jakieś  szaleńcze 

czyny. Mówili: hoka hey! Zróbmy z tego opowieść! Zróbmy coś, o czym się 

będzie pamiętać.

– Nie  jestem  pewna,  czy  o  dzisiejszym  dniu  warto  będzie  pamiętać  –

powiedziała z wahaniem, nagle zaniepokojona jego bliskością.

– Będzie warto – powiedział, a żartobliwy ton nagle gdzieś się ulotnił. –

Bałem się tych okien skalnych, ale pokonaliśmy je. Możemy sobie pogratu-

lować.

Spojrzał na nią z takim wyrazem oczu, że Josie zadrżało serce. Nie miała 

siły oderwać od niego wzroku. On zrobił to pierwszy, kierując spojrzenie 
na jej miękkie usta.

– Gratulacje – powiedział prawie szeptem.

Ale słowa były już niepotrzebne, spóźnione. Nachylał się nad nią powo-

li,  a  ona unosiła twarz  w  górę, gotową  na przyjęcie pocałunku.  Jego usta 

wydawały jej się zrazu chłodne, potem ciepłe, wreszcie gorące, w miarę jak 
pocałunek stawał się coraz głębszy. Czuła, że cała drży, a serce biło jej jak 

oszalałe. Nie mogła oderwać od niego ust. Całował ją tak, jakby on – i tylko 

on – miał do tego prawo. Jakby brał to, co do niego należało. Jego palce pie-

ściły mokre kosmyki jej włosów, a potem zaczęły błądzić po delikatnej skó-

rze wokół ucha. Drżała coraz bardziej, niezdolna do oporu rozchyliła wargi 
i  pozwoliła  mu  wsunąć  język  do  środka.  Objął  dłońmi  jej  twarz,  jeszcze 

bardziej  przyciągnął  ją  do  siebie,  tak  by  pocałunek  stał  się  głębszy.  Josie 

czuła, że całkowicie zatraca się w jego objęciach.

Nagle oderwał od niej usta. Pożądanie sprawiło, że oddychała szybko i 

płytko.  Deszczem pocałunków  obsypywał jej  skronie, puch  jej  rzęs, przy-
mknięte  powieki,  policzek  i  miejsce  na  szyi,  gdzie  wyczuwał  jej  oszalały 

puls. A ona całowała jego nagie pachnące słońcem ramiona. Czuła wilgot-

ny, gorący dotyk jego języka na szyi i niżej, tam, gdzie szyja łączy się z ra-

background image

mieniem.  A  chwilę  potem  jego  wargi  powolnym  ruchem  wędrowały 
wzdłuż jej ramion z miękką, dręczącą dokładnością. Odgiął jej głowę w dół, 

ku swym szerokim piersiom, odgarnął włosy i całował znowu, a dotyk ję-

zyka na jej wrażliwym karku wywołał w niej kolejny gorący dreszcz. Trzy-

mała go nadal za szyję i czuła, jak jego ręce powróciły do jej ciała i drażnią-

co powoli, jakby w rozmarzeniu, odkrywały jej nagą talię, dojrzałą krągłość 
odzianych w koronkę bioder, płaskość brzucha, miękkość i tajemnicę we-

wnętrznej  powierzchni  ud.  Znowu  odnalazł  jej  wargi,  jak  poszukiwacz, 

który porzucił na chwilę odnaleziony skarb i pełen poczucia swych praw, 

wraca do niego z powrotem. Jej usta przyjęły go radośnie. 

Prawie nie zauważyła, jak mokra koronka stanika zsunęła się z jej peł-

nych, drżących piersi. Ich nagie, różowe koniuszki nabrzmiały jak pąki pod 

dotykiem  jego  dłoni.  Różane  sutki  czekały  spragnione  jego  dotyku,  gdy 

schyliwszy  się  pieścił  je  wargami,  najpierw  jeden,  potem  drugi,  potem 

znów pierwszy. Tym razem zadrżała tak mocno, że przyciągnął ją do sie-

bie, jakby pragnął ochronić ją przed siłą jej pożądania. Powoli, niespiesznie, 
z ogromną cierpliwością i doświadczeniem smakował i pieścił jej wyprężo-

ne sutki. Przykrył je miękko dłońmi i schował twarz w gorące zagłębienie 

piersi.

Oderwał  się  od  niej  na  chwilę  i  ciężko  oddychając  przeniósł  ją  bliżej 

brzegu  tak, by woda  sięgała  im do  kolan. Nachylił  się  i znowu  pieścił jej 
piersi, powtórnie doprowadzając je do stanu drżącej ekstazy. Osunął się na 

kolana  i  całował  jej  płaski  brzuch.  Klęcząc  trzymał  ją  rękami  za  biodra, 

przyciskając mocno do siebie. Delikatnie zaczął ściągać z niej przylegające 

do ciała koronkowe majteczki.

– Nie! – cofnęła się nagle do tyłu. – Aaron, proszę cię. Obiecałeś.
Nie zwracał uwagi na jej protesty. Przyciągnął ją z powrotem do siebie i 

znowu  poczuła  jego  gorące  wargi  tuż  obok  mokrej  koronki.  Niczego  nie 

pragnęła bardziej niż osunąć się na kolana, jeszcze raz podać mu usta i czuć 

jak twardy nacisk jego ciała przyniesie ukojenie jej spragnionym piersiom. 

Ale byłoby to szaleństwem. Przecież przez cały dzień powtarzała to sobie. 
Wczoraj  przysięgała  sobie, że  nigdy więcej  nie  pozwoli temu  mężczyźnie 

na tego rodzaju zbliżenie. A teraz, nie dość, że pozwoliła, ale sama mocno, 

aż do bólu tego pragnie.

background image

Płynnym ruchem podniósł się z kolan i stał naprzeciw, górując nad nią 

o  głowę.  Jego  czarne  oczy  żarzyły  się  niczym  węgle.  Przeniósł  ręce  z  jej 

bioder w  górę  i  ułożył je tak,  by  kciuki oparły  się  o żebra, a  palce  objęły 

pewnie i delikatnie kulistość jej piersi.

– Nie próbuj mi wmówić, że mnie nie pragniesz – w jego niskim głosie 

brzmiało wyzwanie. – Nawzajem siebie pragniemy. Wiedziałem to od po-
czątku. Już w Chicago.

Spojrzała  na  niego  bezradnie.  Jej  palce  nieporadnie  ześlizgiwały  się 

wzdłuż napiętych mięśni jego ramion, białe jak płatki kwiatów w kontra-

ście z brązową opalenizną jego ciała.

– Obiecałeś – powtórzyła, a głos jej drżał. Czuła, że wypełniają ją zupeł-

nie sprzeczne emocje.

Pragnęła go. Bała się tego, że go pragnie. Bała się samej siebie.

– Czasem należy złamać obietnicę – powiedział schrypniętym szeptem. 

– Są rzeczy silniejsze od obietnic. Dlatego nie lubię nic obiecywać. Wolę być 

wolny. Na przykład po to, żeby się z tobą kochać.

Odwróciła  wzrok od  jego  oczu. Znowu  spojrzała  na  swe blade  dłonie 

miejskiej dziewczyny na jego twardej, spalonej słońcem skórze.

– A potem pójść swoją drogą – wyszeptała, jakby zawstydzona tym, że 

tak jej na nim zależy.

Jeszcze raz ujął ją rękami pod brodę i zbliżył jej twarz do swojej twarzy.
– Każde z nas będzie mogło pójść swoją drogą – powiedział miękko. –

Te kilka dni, które mamy dla siebie już nigdy nie wrócą. Głupio je stracić. 

Nie żądaj ode mnie obietnic. Przecież sama tyle razy mówiłaś, jak bardzo 

jesteśmy różni. I miałaś rację. Ale są chwile, kiedy różnice się nie liczą. Na 

przykład teraz. Weźmy to, co życie daje nam dzisiaj. Bez pytań o jutro. I bez 
obietnic. 

W dalszym ciągu starała się nie patrzyć mu w oczy.

Wiedziała, że to,  co mówił,  było uczciwe. Szkoda, pomyślała  z  żalem, 

gryząc górną wargę. Szkoda, że nie był na tyle cyniczny, by powiedzieć jej 

parę słodkich, głupich kłamstw. Nawet gdyby wiedziała, że okłamuje ją, o 
ileż łatwej byłoby mu się oddać. Tak, jak tego pragnęła. Zdjęła ręce z jego 

ramion i skrzyżowała je przed sobą osłaniając piersi.

background image

– Niestety, Whitewater – jej głos brzmiał nienaturalnie. – Dla niektórych 

jutro trwa latami. Zapomnijmy o tym incydencie. I sama zadbam o to, by 

więcej się to nie powtórzyło. Nie życzę sobie, abym oglądając się wstecz po 

latach, musiała pamiętać, że nie oparłam się pewnemu supermanowi, tylko 

dlatego, że wiał upojny wietrzyk, woda była błękitna, a ja byłam zmęczona 

do nieprzytomności.

Jego twarz nagle stężała. Nie próbował jej zatrzymać, kiedy zaczęła się 

od niego oddalać. Udało się jej w sposób pełen naturalnej godności dojść do 

brzegu stawu i wspiąć na wystający kamień. Okryła się koszulą i naciągnę-

ła dżinsy. Spojrzała w dół na staw. Pływał dalej i wydawało się, że jest na 

tym całkowicie skupiony. Spojrzał na moment w górę i ich oczy spotkały 
się. Uśmiechnął się. Zmierzył ją od stóp do głów znanym jej szyderczym, 

taksującym spojrzeniem i powiedział:

– W porządku. Twoja strata.

Jego arogancja dotknęła ją boleśnie.

– Jedyną moją stratą jest Księżycowa Róża. I dlatego tu z tobą jestem. A 

ręce proszę trzymać z dala ode mnie – odwróciła się i odeszła.

Pół  godziny potem, już ubrany, klęczał na ziemi układając małe  ogni-

sko.  Josie  siedziała naprzeciwko  na  kamieniu,  starając się  nie  zwracać  na 

niego uwagi. Raz tylko na nią spojrzał.

– Hej! Zdaje się, że coś zgubiłaś – powiedział uśmiechając się drwiąco.
Wyciągnął  z  kieszeni  mokrą  turkusową  kuleczkę  i  rzucił  w  jej  stronę. 

Wylądowała na jej bucie. Był to stanik. Podniosła go i ze złością włożyła do 

kieszeni. Kolację zjedli w milczeniu. Położyli się spać osobno. Mimo chłodu 

górskiej  nocy  i  kłębiących się  w  niej emocji  Josie  udało się  szybko  usnąć. 

Nie poczuła nawet, jak Whitewater podszedł do niej cicho jak cień i owinął 
własnym kocem jej skuloną sylwetkę.

Siedział potem długo, wsłuchując się w odgłosy nocy. Wreszcie położył 

się i leżał tak bez żadnego przykrycia w wilgotnym, górskim chłodzie. My-

ślał o swym dziadku.

– Lela Oosni – wycedził przez zęby słowa w języku swojego plemienia. –

Bardzo zimna.

Ale czy myślał wtedy o nocy, czy o kobiecie – sam nie był pewien. Mógł 

nawet myśleć o własnej duszy, która dawno temu nauczyła się znosić chłód 

background image

samotności.  Ta  uparta  kobieta  nie  jest  mu  do  niczego  potrzebna,  myślał 
wpatrując się w ciemność. Pragnął jej przez chwilę, i to wszystko. I nawet 

nie wiadomo, dlaczego jej pragnął.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Pierwsze promienie brzasku z trudem przedzierały się przez nierucho-

me liście. Klęczący obok Josie Whitewater schwycił ją za ramiona i podniósł 
z posłania.

– Obudź się – polecił chrapliwym szeptem. – Szybko. Mamy kłopoty.

Zziębnięta i zaspana z przyjemnością poddała się ciepłu jego masywne-

go ciała. Zacisnęła mocniej powieki i spróbowała ułożyć wygodnie głowę 

na jego szerokiej klatce piersiowej. On jednak odsunął ją od siebie i lekko 
potrząsnął. Mrużąc oczy spojrzała na niego sennie. Ranne powietrze kładło 

się chłodem na jej nagich plecach. Okryła się ściślej kocami. Koce? pomyśla-

ła zmieszana. Jak to się stało, że miała dwa koce? Czyżby Whitewater oddał 

jej swój? W pierwszym odruchu chciała wtulić się z uczuciem szczęścia w 

jego ramiona, ale rozsądek nakazał jej odsunąć się od niego.

– Nie  dotykaj  mnie  –  mruknęła,  uwalniając  się  z  jego  objęć.  –  Czego 

chcesz? Śniadanie już gotowe?

– Kto chce cię dotykać? – odburknął, puszczając ją bez sprzeciwu. Pod-

niósł się z ziemi. – Ubierz się. Możesz zjeść w drodze. Przecież mówię ci, że 

mamy kłopoty.

– Jakie kłopoty? 

Wskazał głową na wschód.

– Kana-Puma – powiedział patrząc na nią. – Wulkan.

Jej  niebieskozielone  oczy  rozszerzyły  się  nagle  ostrożne  i  czujne.  Roz-

chyliła usta w niemym pytaniu.

Poza gorzkim grymasem błąkającym się w kąciku ust na twarzy Whi-

tewatera nie widać było śladu emocji.

–  Mam  przeczucie,  że  wybuchnie.  Chodź.  Musimy  dostać  się  jak  naj-

szybciej na szczyt tej góry.

Odwrócił się do niej plecami, żeby mogła wygramolić się z koców i za-

łożyć czyste ubranie.

– Skąd wiesz? – zapytała drżącym głosem, próbując zapiąć zieloną try-

kotową koszulę.

background image

Włożyła dżinsy, usiadła na kamieniu, niecierpliwie wciągając skarpetki 

i długie buty. Odwrócił się, jakby wyczuł, że nie jest już naga. Pośpiesznie 

pakował rzeczy.

– Nie wiem skąd. Po prostu nie wiem. Coś wisi w powietrzu. Czułem to 

już wczoraj, ale minęło. Myślałem, że to moja wyobraźnia. Teraz znowu to 

czuję. Silniej niż przedtem. Posłuchaj.

Stała, wytężając słuch. Stopniowo dotarło do niej, co miał na myśli. Zni-

kąd nie dochodził żaden dźwięk. Panowała nienaturalna cisza, jakby świat 

wstrzymał oddech w  nadziei, że  ominie go nieszczęście. Góra, las, nawet 

powietrze wydawały się na coś czekać. Ogarnęło ją przerażenie. Świt wciąż 

był szary, nie rozświetlony promieniami słońca. Podeszła do stawu i spry-
skała twarz wodą, przejechała przez włosy szczotką. 

Jakie  to  dziwne,  pomyślała,  zatrzymując  się  wystarczająco  długo,  by 

pomalować usta. Odczuwała irracjonalną potrzebę, by wyglądać jak najle-

piej, nawet w obliczu grożącego wybuchu wulkanu. Jej matka mogłaby być 

z niej dumna.

Whitewater gotowy już był do drogi. Josie nie protestowała, kiedy po-

mógł  jej  przytroczyć  koce.  Podał  jej  wodę  z  manierki  i  kilka  suszonych 

owoców.

– Jesteś pewny, że to Kana-Puma? – zapytała studiując jego posępne ry-

sy. – To na pewno wulkan?

Skinął potakująco głową, naciągając na czoło rondo kapelusza.

– Wiem, jak to jest, kiedy nadciąga burza – wyjaśnił. – Tym razem to coś 

innego. Przyroda też to czuje. Nie słychać nawet owada. Chodź. Zabierzmy 

twoją siostrę i pandę i czym prędzej się stąd wyniesiemy.

Ruszył pod górę, torując drogę przez zarośnięty chaszczami stok. Josie 

podążała za nim najszybciej jak umiała. Bez entuzjazmu dziobała skromne 

śniadanie. Nie czuła głodu.

– Whitewater? – jej głos zdradzał napięcie. – Grozi nam niebezpieczeń-

stwo? Co nam się może przytrafić?

– Nie wiem – uciął krótko, nie przestając przedzierać się przez chaszcze. 

–  Kana-Puma  jest  daleko  na wschodzie.  Nie  obawiam się  lawy,  chyba  że 

cała ta wyspa postanowi wylecieć w powietrze. Boję się obłoku wulkanicz-

nego i pary. Mamy wschodni wiatr.

background image

Josie spieszyła za nim. W porannej ciszy lasu każdy krok wydawał się 

przeraźliwie głośny i niezdarny, chociaż idący przed nią mężczyzna poru-

szał  się  prawie  bezszelestnie.  Próbowała  uciszyć  walące  jak  młot  serce, 

zmusić  się,  by  naśladować  go.  Wspinaczka  stawała  się  coraz  trudniejsza. 

Whitewater bez słowa podawał rękę Josie i podciągał ją w górę w bardziej 

stromych miejscach. Czasami jego ciemne oczy napotykały jej zaniepokojo-
ny wzrok, ale żadne z nich się nie odzywało. Zbyt cenny był czas, by tracić 

go na rozmowę. Dzień ledwo się rozświetlił, niebo pozostało złowieszczo 

szare.  Po  prawie  trzech  godzinach  niestrudzonej  wspinaczki,  Whitewater 

zatrzymał  się  na  niewielkim  płaskowyżu,  w  pobliżu  szemrzącego  stru-

myczka. Rzucił się na ziemię i poradził Josie, żeby poszła jego śladem. Będą 
mogli chwilę odpocząć i zebrać siły do ataku na szczyt Ra-Komy. Napełnił 

manierkę  i  podał  Josie  dwie  proteinowe  tabliczki,  nalegając  by  je  zjadła. 

Ciągle  nie  czuła  głodu,  ale  wmusiła  je  w  siebie,  mimo  że  smakowały  jak 

trociny. On sam nic nie jadł. Podejrzewała, że odstąpił jej swoją część ską-

pego pożywienia. Pytania, które prześladowały ją przez cały ranek, wróci-
ły.

– Co najgorszego może nam się przytrafić, jeśli wybuchnie Kana-Puma? 

– spytała obserwując, jak napełnia manierkę.

Wzruszył ramionami.

– W najgorszym wypadku ja trafię do Krainy Wiecznych Łowów, a ty 

do jakiegoś swojego zaświatu. Ale nie jestem taki głupi, żeby martwić się o 

najgorsze. Obawiam się tego, co najbardziej prawdopodobne.

– Że obłok może uwięzić nas w  pułapce? Że nie  będziemy mogli wy-

startować?

Skinął lakonicznie głową. Josie westchnęła głęboko.
– Załóżmy – powiedziała szczękając zębami – że wejdziemy na szczyt, 

zanim cokolwiek się wydarzy. Załóżmy, że znajdziemy Lucasa i uratujemy 

pandę i Bettinę. I że, tak jak mówiłeś, będziemy mieć samolot zatankowany 

do  pełna  i  gotowy do  startu. Czy ty w  ogóle potrafisz latać? Nigdy mi  o 

tym nie wspominałeś?

Odpowiedział jej jeszcze jednym, doprowadzającym ją do szału, wzru-

szeniem swoich szerokich ramion.

– Nigdy mnie nie zapytałaś. Tak, potrafię. Mniej więcej.

background image

– Mniej więcej? – warknęła Josie, jej nerwy napięte były do granic moż-

liwości. – Co to za odpowiedź?

Oparł się  o porośnięty mchem  kamień i  przyglądał się  jej  z  rozbawie-

niem.

–  Miałem  kiedyś  licencję pilota. Przez  kilka lat  nie latałem.  Zaufaj mi, 

dam sobie radę.

Josie popatrzyła na niego, siedzącego tuż obok, tak jakby nic nie mogło 

wyprowadzić  go  z  równowagi.  Potrząsnęła  głową,  po  czym  schowała 

twarz w dłoniach.

– Zaufałam ci – wymamrotała – i spójrz, gdzie mnie to przywiodło. Na 

jakąś zakazaną górę z wulkanem, którego wybuch może zmieść jej wierz-
chołek. I nawet nie wiem, czy moja siostra i Księżycowa Róża są tam na gó-

rze.

– Są – pocieszył ją.

– I jak je stamtąd wydostaniemy, o ile tam są? – spytała rozdrażniona 

chowając  ciągle  twarz  w  dłoniach.  –  Po  prostu  podejdziemy  do  Lucasa  i 
powiemy: „Przepraszamy, chyba zaszła pomyłka. Masz kobietę, której szu-

kamy i naszą pandę. Zabierzemy je stąd i już nas nie ma...” Wiesz przecież, 

że on jest niebezpieczny.

Zapadła znajoma im już cisza.

– Ja też mogę być niebezpieczny – oznajmił spokojnie Whitewater.
Opuściła ręce i obrzuciła go rozwścieczonym spojrzeniem.

– Poza łóżkiem? – spytała kwaśno.

Prawie  nie  zmienił  wyrazu  twarzy,  jedynie  kącik  ładnie  wykrojonych 

ust  drgnął nieznacznie.  Wystające kości  policzkowe  i  niezgłębione  czarne 

oczy czyniły jego wygląd niebezpiecznym. Pożałowała swoich słów.

–  Jesteś niesamowita – mruknął. – Ta wyspa może zostać  zmieciona z 

powierzchni  ziemi,  a  kiedy  wyleci  w  powietrze,  ty  nadal  będziesz  zajęta 

swoją cholerną cnotą. Nie rozgrzeje cię nawet lawa. Nie ciebie.

Odwróciła wzrok od jego drwiącej twarzy, ale nadal płonęła ze złości.

– To, że potrafię się tobie oprzeć, nie znaczy, że jestem zawsze zimna –

stwierdziła. – Oznacza tylko, że mam zasady. I nie chodzi tu o moją „cno-

tę”. Chodzi o Lucasa. Co zamierzasz z nim zrobić, o ile oczywiście go znaj-

dziesz?

background image

– Skąd  mogę  wiedzieć,  co zrobię?  –  odparował  bez  chwili namysłu. –

Muszę zorientować się, jakie mamy szanse. Nie mogę wcześniej planować. 

A kiedy się tego dowiem, nie będzie żadnej różnicy między nim a jakąkol-

wiek inną zwierzyną. Zdecyduję, jak go podejść, kiedy go zobaczę.

Ujął ją lekko pod brodę i odwrócił twarz ku sobie. Podniosła wzrok. W 

jej oczach malował się strach.

– Kiedy się tam dostaniemy – powiedział już bez uśmiechu – albo bę-

dziemy mieli czas, żeby obmyślić plan, albo nie. W obu przypadkach, mu-

sisz robić to, co ci powiem, żadnych pytań. Spróbuję nie wyrządzić Luca-

sowi krzywdy, o ile nie będę do tego zmuszony, zgoda? Zaufaj mi Josie. Po 

prostu mi zaufaj, to już nie potrwa długo.

Próbowała oderwać wzrok od jego ciemnych oczu i zauważyła, że wpa-

truje się w pociągającą linię jego ust. Zaufać mu. Wszystko sprowadzało i 

będzie sprowadzać się do tego, dopóki nie odnajdą i nie uratują Bettiny i 

Księżycowej  Róży.  Oddychała  płytko,  prawie  boleśnie.  Wystarczył  dotyk 

jego palców, by jej serce zaczęło łomotać jak szalone.

– Chyba nie mam wyboru – odpowiedziała.

– Dobra dziewczynka – pochwalił ją obdarzając tym razem prawie do-

brotliwym uśmiechem.

Stała nieruchomo jak zahipnotyzowana, kiedy nachylił się i pocałował ją

w usta. Całował ją długo i dziwnie delikatnie, jakby się z nią żegnał. Jego 
pocałunek wydawał się tak bardzo na miejscu, że Josie nie wykonała żad-

nego gestu sprzeciwu. Nic, poza szmerem strumienia i biciem jej serca, nie 

zakłóciło ciszy otaczającej przyrody. Przez chwilę liczył się tylko pewny i 

ciepły  pocałunek  Whitewatera  i  złoty  ogień,  jaki  rozpalił  w  jej  żyłach.  W 

końcu przerwał pocałunek i kciukiem delikatnie pieścił linię jej brody.

– Chodźmy uwolnić naszą pandę – zakomenderował – zanim to miejsce 

wystrzeli w powietrze jak raca.

– Dlaczego to zrobiłeś? – spytała miękko szukając wzrokiem jego twa-

rzy. – Dlaczego mnie pocałowałeś?

Wstał i wyciągnął rękę, żeby pomóc jej podnieść się z ziemi.
– Nie wiem – odparł zarzucając na ramiona plecak. – Może dlatego, że 

być może była to moja ostatnia okazja.

background image

Dotarli na szczyt Ra-Komy na krótko przed jedenastą rano. Słońce świe-

ciło wysoko na niebie, ale blado i niewyraźnie, jakby nie chciało patrzeć na 

to, co miało się zdarzyć w dole. Las trwał w absolutnej ciszy. Whitewater 

dał  jej  znak,  żeby  zachowała  milczenie.  Zdjął  sztucer  i  załadował  naboje. 

Obserwując  go poczuła, że  zasycha jej  w  gardle. Każdy jego  ruch był  za-

trważająco  dokładny.  Przeczołgał  się  przez  bambusy  i  sosny  tak  bezsze-
lestnie,  jakby  prawa  dźwięku  zostały  chwilowo  zawieszone.  Ruszyła  za 

nim, dziwiąc się, jak potrafi być czujna i cicha w chwili niebezpieczeństwa.

Whitewater usłyszał coś i zamarł w bezruchu. Josie wytężyła słuch, ale 

nic nie zwróciło jej uwagi. Dwadzieścia metrów dalej zatrzymał się ponow-

nie. Odwrócił się do niej, a wyraz jego twarzy wydawał się mówić: posłu-
chaj  uważnie.  Wtedy  usłyszała  ten  dźwięk,  słaby,  ale  nie  dający  się  z  ni-

czym pomylić. Dziwne, warczące skamlenie i  głuchy szczek, które  wyda-

wało jedyne zwierzę na świecie: panda. Księżycowa Róża! pomyślała Josie 

radośnie: Żyje! Jest tutaj!

Przez chwilę Whitewater obserwował szczęście malujące się na jej twa-

rzy. Uśmiechnął się do siebie i ruszył dalej. Josie szła za nim czując radosny 

zawrót  głowy.  Nie  mogła  uwierzyć  w  swoje  szczęście.  To  był  po  prostu 

cud. Księżycowa Róża jest na szczycie góry, dokładnie jak przepowiedział 

to Whitewater. Serce biło jej mocno, a myśli szybowały radośnie niczym ko-

lorowe bańki mydlane.

Whitewater podciągnął się kilka centymetrów w górę i schował za kępą 

ciemnych sosen. Josie zrównała się z nim. Teraz słyszała wyraźnie charak-

terystyczne przerywane wołania Księżycowej Róży. Pomruki i popiskiwa-

nia pandy wydawały się jej piękniejsze od najcudowniejszej muzyki. Stając 

na  palcach  wyjrzała  spomiędzy  gałęzi  kierując  wzrok  tam,  gdzie  patrzył 
Whitewater. Las wtargnął na teren plantacji porastając chaszczami opusz-

czone  budynki.  Byli  na  skraju  nieregularnej  przesieki,  jakieś  czterdzieści 

metrów  za  głównym  budynkiem.  Zarośnięty  chwastami  dom  zapadł  się, 

pozostawiając  jedynie  ściany  nadpalone  w  wyniku  przypadkowego  lub 

rozmyślnego pożaru. 

Między dwojgiem obserwatorów a sczerniałym domostwem stało kilka 

mniejszych budynków. W klatce na prawo, zaraz za głównym budynkiem, 

chodziło tam i z powrotem okrągłogłowe klockowate zwierzę. Jego czarno-

background image

białe umaszczenie kontrastowo odcinało się od zielonego tła lasu. Księży-
cowa  Róża, piękna jak  zawsze,  dreptała w  kółko  po  swoim prowizorycz-

nym  więzieniu.  W  zamyśleniu  żuła  łodygę  ściętego  bambusa,  patrzyła 

smętnie przez pręty klatki oczami w czarnych obwódkach, potrącała zwisa-

jący nad głową pęd winorośli i znowu, pogrążona w melancholijnej zadu-

mie, ruszała w swoją wędrówkę po klatce.

Josie  nie  protestowała,  gdy  Whitewater  objął  ją  ramieniem  i  mocno 

przycisnął.  Uśmiechnęła  się  do  niego  a  on  odpowiedział  jej  uśmiechem. 

Wskazał głową na lewo. Josie zwróciła wzrok w tamtą stronę i uśmiechnęła 

się szerzej. Na zachodniej stronie przesieki widać było rozwalający się nie-

wielki pas startowy, u  szczytu którego  spoczywał zielono-żółty dwusilni-
kowiec.  Stary,  porośnięty  winem  hangar  podobnie  jak  dom  zapadł  się 

dawno  temu.  Samolot  przykryty  był  daszkiem  z  gałęzi  i  liści  palmy,  co 

czyniło go niewidocznym z powietrza. 

Whitewater  ponownie  uścisnął  ją  lekko.  Nie  myśląc,  prawie  pijana  ze 

szczęścia, objęła go w pasie i odwzajemniła jego uścisk. Czuła się tak, jakby 
zamknęła obwód elektryczny. Iskry energii przebiegły między ich ciałami, 

przywracając ją do rzeczywistości. Szybko cofnęła ramię. Spojrzała na niego 

z pytaniem w oczach: „Co teraz”? Uwolnił ją równie szybko jak ona jego. 

Pochylił  się  trzymając  głowę  tak,  by  rondo  kapelusza  nie  zawadziło  o  jej 

nakrycie głowy. Musnął wargami jej ucho.

– Musimy zobaczyć, ile tu jest ludzi. I sprawdzić, czy są uzbrojeni.

Josie skinęła głową i przełknęła ślinę. Niespokojnie zlustrowała rozpo-

ścierającą się przed nimi przestrzeń. Jeden z budynków, prawdopodobnie 

kiedyś domek ogrodnika lub przeznaczony dla gości, nie robił wrażenia tak 

opuszczonego jak pozostałe. Od jego drzwi prowadziła świeżo wydeptana 
ścieżka  rozwidlająca  się  w  pewnej  chwili  w  kilku  kierunkach:  do  klatki 

pandy, do pasa startowego i do innej, małej chatki, która prawdopodobnie 

służyła jako magazyn. Okna rozpadającego się domku były otwarte. Z ko-

mina nie unosił się dym i Josie nie zauważyła wewnątrz żadnego ruchu. Jej 

wzrok  przyciągnęło  jedynie  coś  poruszającego  się  w  trawie  i  coś  innego 
skrzącego  się  wśród  chwastów.  Ktoś  niedawno  upuścił  tu  papier  od  cu-

kierka i wyrzucił puszkę po napoju. I porzucił za domem brudną kołdrę. 

Leżała na ziemi zbita w kolorową kulę. Koło niej walało się niedawno wy-

background image

rzucone  krzesło,  które  nie  zdołały  jeszcze  zniszczyć  nawiedzające  wyspę 
wiatry i deszcze.

„Och Lucas, jakież to do ciebie podobne”, pomyślała z ironią. „Chcesz 

zbawić  świat,  ale  po  tygodniu  zaczynasz  zaśmiecać  własne  środowisko”. 

Klatka pandy też nie była posprzątana, zmartwiła się. I to jej chodzenie w 

kółko i te dziwne, przerażające ryki...

–  Szsz  –  Whitewater  ostrzegł  Josie  i  w  tej  samej  chwili  drzwi  małego 

domku otworzyły się nagle. Josie zesztywniała odwracając wzrok od pan-

dy. W progu stał Lucas. Jego długie do ramion włosy zwisały w brudnych 

strąkach. Brudna też była czarna podkoszulka i dżinsy, które miał na sobie. 

Głowę jak zwykle zdobiła czarna opaska. 

Za nim wyszedł inny młody mężczyzna, którego Josie nigdy nie widzia-

ła. Był mały i żylasty, o podobnej do Lucasa szczupłej, zwartej budowie cia-

ła. Miał krótko przycięte, ciemne włosy, ubrany był w wypłowiałe dżinsy i 

koszulę w kratę. Wyglądał na zdenerwowanego i nieszczęśliwego. Pojawił 

się też trzeci, i na jego widok Josie zadrżała ze strachu. Był olbrzymi, pra-
wie tak wysoki jak Whitewater, ale cięższy, choć może mniej umięśniony. 

Podobnie jak Lucas zachowywał się z dużą pewnością siebie, ale jego ruchy 

były przemyślane i powolne niczym ruchy ociężałego niedźwiedzia grizzly. 

Miał ogoloną głowę i małe oczka, które ginęły w rozlanej twarzy. Wszyscy 

trzej nosili na paskach pod pachą krótką broń. 

Josie ponownie przełknęła ślinę. Spojrzała nerwowo na Księżycową Ró-

żę,  która  zachowywała  się  dziwnie,  jakby  jakiś niewidzialny partner  pro-

wadził ją w powolnym walcu na cztery łapy. Nie było to normalne. Może 

udzieliła się jej dziwna atmosfera tego ranka, która wpłynęła na inne zwie-

rzęta na wyspie. Oby to było to – pomyślała Josie modląc się w duchu – a 
nie...

Jej uwagę ponownie przykuł mały domek. W drzwiach stała Bettina.

– Nie zostawiaj mnie, Lucas – krzyknęła chwytając się framugi drzwi.

Lucas zatrzymał się w drodze do zadaszonego samolotu i odwrócił do 

niej.

– Nie zostawiam cię – odpowiedział fałszywie słodkim głosem. – Zosta-

je  z  tobą Ollie. Muszę  sprawdzić, co słychać  w wiosce.  Coś dziwnego się 

tutaj dzieje. Chcę wiedzieć co. Nie mogę złapać żadnej stacji w radiu.

background image

Bettina podbiegła do niego. Lucas złapał ją mocno za łokcie i przytrzy-

mał na odległość wyciągniętych ramion.

– Lucas – błagała Bettina, próbując zbliżyć się do niego – proszę, nie zo-

stawiaj mnie tutaj. Wszystko wydaje się... takie niesamowite. Nawet panda 

dziwnie się zachowuje. A jeśli ona...

Lucas potrząsnął głową i przewrócił z irytacją bladymi oczami.
– Zabierz ją Ollie – powiedział zniecierpliwiony. 

Mięśnie  Josie  napięły  się  w  proteście,  kiedy  zobaczyła  jak  olbrzym  z 

ogoloną głową zbliża się do Bettiny i kładzie swoje łapy na jej ramionach. 

Bez najmniejszego wysiłku odciągnął ją od Lucasa i odprowadził do kępy 

karłowatych palm, w odległości piętnastu metrów od miejsca, z którego ob-
serwowali ich Josie i Whitewater.

–  Cholera  –  wycedził  przez  zęby  Whitewater  –  nie  podoba  mi  się,  że 

trzymają ją tak blisko siebie. Mogą jej użyć jako tarczy lub zakładnika.

Lucas udał, że strzepuje pył z czarnej podkoszulki. Poprawił kaburę pi-

stoletu.

– Czy nie mogłabyś raz powstrzymać się od histerii? – warknął nieprzy-

jemnie. – Chociaż raz? Nigdy bym cię nie wziął ze sobą, gdybym wiedział, 

że nie można na tobie w ogóle polegać. Zabrałbym tylko pandę a ty zosta-

łabyś  w  Chicago. Jesteś mięczakiem. Jak  możesz zmienić  świat,  skoro nie 

potrafisz nawet zapanować nad swoimi emocjami?

– Lucas – błagała Bettina, próbując uwolnić się z uścisku Ollie’ego.

Rozlaną twarz Ollie’ego rozpromienił uśmiech, kiedy brutalnym szarp-

nięciem osadził ją w miejscu. Na widok bezradności Bettiny Josie zacisnęła 

mocno zęby. Jej siostra wyglądała okropnie: chuda, blada, zmęczona, miała 

podkrążone oczy i przy zwalistej postaci Ollie’ego wydawała się bezbronna 
jak dziecko.

– Lucas! – krzyknęła znowu Bettina, w jej głosie słychać było rozpacz. –

Uciekajmy z tej wyspy. Mam przeczucie, że zdarzy się coś strasznego. Za-

bierzmy się teraz wszyscy. Skończmy z tym szaleństwem. Gdybyśmy od-

dali się dobrowolnie...

Lucas  skinął  głową  i  Ollie  ścisnął  Bettinę  swoimi  grubymi  rękami  tak 

mocno, że dziewczynie zaparło dech w piersiach.

background image

–  Gdyby coś miało  się  stać –  zagroził jej  Lucas –  wrócę po  pandę, ale 

ciebie  nie zabiorę, jeśli będziesz się źle zachowywać. Możesz mi wierzyć, 

Bettina, zostawię cię tutaj bez mrugnięcia okiem. Więc uspokój się i rób to, 

co mówię. Nikt się stąd nie ruszy, dopóki nie zdobędę więcej paliwa. Do-

datkowe zbiorniki są puste, a w baku jest tylko resztka benzyny.

Bettina przestała wyrywać się z olbrzymich łap Ollie’ego.
– Dlaczego ostatnim razem nie kupiłeś jej więcej? Dlaczego ryzykujesz, 

że nas złapią lub że zostaniemy tu uwięzieni? – spytała przestraszona.

Lucas roześmiał się nieprzyjemnie.

– Żeby ktoś taki jak ty nie próbował stąd czmychnąć zostawiając mnie 

na lodzie. Poza tym, nie mogę wzbudzić podejrzeń przyznając się, że mam 
dodatkowe zbiorniki. Chyba że znajdziemy się w prawdziwym niebezpie-

czeństwie.  Nie  jestem  taki  jak  ty,  Bettina.  Nie  wpadam  w  panikę.  Więc 

uspokój się. Ja nie żartuję. Jeśli coś będzie nie tak, zostawię cię tutaj. Chodź, 

Willis, idziemy.

Lucas  ruszył  w  stronę  samolotu.  Chudy  mężczyzna  o  imieniu  Willis 

rzucił Bettinie nieszczęśliwe spojrzenie, jakby chciał jej pomóc, ale nie mógł. 

Po czym posłusznie podążył za Lucasem.

– Nie możemy pozwolić im odlecieć – szepnął Whitewater. – Potrzebu-

jemy tego samolotu.

Josie spojrzała na niego pytająco. Lucas i Willie z każdym krokiem od-

dalali się od Bettiny i Ollie’ego. Natychmiast zrozumiała, w czym leży pro-

blem: żeby unieszkodliwić wszystkich trzech mężczyzn, Whitewater będzie 

musiał mierzyć do nich jednocześnie. Niezbyt łatwe zadanie, kiedy są tak 

rozproszeni a Bettina znajduje się na linii strzału.

– Ile środków usypiających zabrałaś dla pandy? – zapytał zwięźle.
– Wystarczająco  dużo.  Mnóstwo.  Więcej  niż  trzeba.  Można  by  nimi 

uśpić słonia – odpowiedziała zmieszana. – Dlaczego...?

– Wystarczy dla niego? – spytał wskazując ruchem głowy Ollie’ego.

– Aha – westchnęła Josie, kiedy zrozumiała, o co mu chodzi.

– Podkradnij  się  do  niego  od  tyłu  –  polecił  z  kamienną  twarzą.  –  Nie 

może cię zobaczyć ani usłyszeć. Jak tylko znajdę się na otwartej przestrzeni, 

wbij w niego igłę. Zrozumiałaś? Moje bezpieczeństwo zależy od ciebie.

background image

Zanim zorientowała się, co się dzieje, pocałował ją lekko w usta i znik-

nął, jakby go nigdy przy niej nie było. Została sama. Zszokowana, zdjęła z 

pleców koc i  rozwinęła go drżącymi rękami. Wyjęła apteczkę, znalazła w 

niej  igłę  i  ampułkę  ze  środkiem  usypiającym.  Zaciskając  zęby  próbowała 

opanować drżenie rąk przy napełnianiu strzykawki. Zamknęła apteczkę i 

odruchowo  przymocowała  ją  do  paska  u  spodni.  Zaczęła  skradać  się  w 
stronę Ollie’ego i Bettiny modląc się, by wielkolud się nie poruszył. 

Ale Ollie poruszył się. Zrobił jeden, a następnie drugi krok w kierunku 

pasa startowego. Josie czuła, jak zamiera jej serce. Zrozumiała jednak, spa-

raliżowana ze strachu, że przesunął się jedynie dalej w lewo, by lepiej wi-

dzieć Lucasa i Willisa. Nadal trzymał Bettinę. Kiedy Josie dotarła do kępy 
palm za Bettiną i Ollie’em, olbrzym bardziej wysunął się na otwartą prze-

strzeń. Musiałaby wyjść przynajmniej trzy metry na przesiekę, żeby go do-

sięgnąć. Nagle trzy metry wydały się jej niemożliwą do pokonania odległo-

ścią. Zatrzymała się, jej puls bił jak oszalały. Stojąc na palcach zobaczyła, jak 

Lucas i Willis zbliżają się do końca pasa startowego. Nie śmiała zrobić ru-
chu, zanim Whitewater nie znajdzie się w jej polu widzenia. Wiedziała, że 

może zaskoczyć Ollie’ego tylko wtedy, gdy jego uwagę odwróci obecność 

Whitewatera.

Stała w cieniu słuchając bicia własnego serca. Ollie zrobił jeszcze jeden 

krok do przodu oddalając się od niej. Zaklęła cicho. Stał zwrócony do niej 
profilem. Jeśli zacznie się do niego skradać, natychmiast ją zauważy. Wy-

starczy, że przekręci choć trochę głowę.

Księżycowa Róża wydała z siebie żałobny dźwięk i otarła się niespokoj-

nie o pręty klatki. Josie przełknęła ślinę próbując pozbyć się nieprzyjemne-

go ucisku w gardle. Zdawało się jej, że pod stopami poruszyła się ziemia. 
Nie wiedziała, czy faktycznie nastąpił jakiś wstrząs czy też tak bardzo drżą 

jej kolana. Raz jeszcze przełknęła ślinę. Patrzyła, jak dwaj mężczyźni posu-

wają się wolno w stronę zamaskowanego samolotu.

I nagle było ich już trzech. Przed Willisem i Lucasem wyrósł Whitewa-

ter mierząc do nich ze sztucera. Pojawił się tam jakby za sprawą czarów, i 
nawet stąd, gdzie stała Josie, widać było dziwny, ponury grymas w kąciku 

jego ust.

background image

Ollie mówił coś do Bettiny, śmiejąc się nieprzyjemnie. Nie zauważył po-

jawienia  się  Whitewatera.  Josie  mogła  do  niego  podejść,  ale  stała  sparali-

żowana, patrząc, czy nic nie grozi Whitewaterowi.

– Dzień dobry – usłyszała jego opanowany głos niosący się echem przez 

polanę. – Ręce do góry. Nie ruszać się.

Lucas  skamieniał.  Mały  człowieczek  o  imieniu  Willis  cofnął  się  odru-

chowo do tyłu, po czym stanął jak wbity w ziemię. Podniósł ręce do góry.

– Słuchaj, stary, nigdy nie myślałem, że to posunie się tak daleko – po-

wiedział z rozpaczą w głosie. – Poddaję się. Widzisz, trzymam ręce w gó-

rze. Cieszę się, że cię tu widzę. Ten facet oszalał. Chciał nas wszystkich za-

bić. Razem z pandą.

– W porządku, synku – wymruczał Whitewater spoglądając na sztucer. 

– Tylko spokojnie.

Teraz! rozkazał mózg Josie, ale jej ciało odmówiło posłuszeństwa. Wie-

działa, że bezpieczeństwo Whitewatera zależy od niej. Musiała zaatakować, 

ale nie wiedziała, czy da radę. Poza tym jej uwagę przykuł Lucas. Bała się 
ruszyć, dopóki nie zdobędzie pewności, że Whitewater ma go w ręku. Lu-

cas był bardziej podstępny niż stu mężczyzn pokroju Ollie’ego.

– Kim jesteś? – zapytał rozwścieczony Lucas pół skowycząc pół skam-

ląc. Sięgał po broń.

– Nie zmuszaj mnie, bym zrobił ci krzywdę – ostrzegł go Whitewater.
Josie wstrzymała oddech. Ollie zauważył, co się dzieje. Odsunął Bettinę 

tak brutalnie, że upadła na ziemię. Sięgnął po swój rewolwer.

Rusz  się!  raz  jeszcze  rozkazała  sobie  w  myślach  Josie.  Ręka  Ollie’ego 

chwyciła rękojeść rewolweru. Josie rzuciła się w stronę olbrzyma. Mężczy-

zna odwrócił się i spojrzał na nią. Zamrugał tępo i Josie przez sekundę się 
zawahała. Czas jakby się zatrzymał. Po drugiej stronie polany Lucas powoli 

sięgał  po  broń  lekceważąc  ostrzeżenie  Whitewatera.  Ollie  błyskawicznie 

wyciągnął z kabury rewolwer i wymierzył go nagle w stronę klatki z pan-

dą.

– Stać! – wrzasnął trzęsącym się w panice głosem. – Stać, bo ją zabiję! 

Przysięgam, że ją zabiję! 

Trzymał rewolwer w obu dłoniach i mierzył nim w Księżycową Różę. 

Josie  stała  jak  sparaliżowana  w  połowie  drogi  między  Ollie’em  a  kępą 

background image

palm.  Spojrzała  najpierw  na  pandę,  która  ciągle  nieświadoma  niebezpie-
czeństwa dreptała po swojej klatce z charakterystycznym dla siebie smut-

nym wyrazem na pięknym pyszczku. Następnie przeniosła wzrok na stoją-

cego bez ruchu ze sztucerem wymierzonym w Ollie’ego Whitewatera.

Ollie  zacisnął mocniej  trzęsące  się  ręce  na  rękojeści  rewolweru.  Wyce-

lował dokładniej w pandę. Zwierzę stało teraz nieruchomo z nienaturalnie 
przechyloną głową. Lucas, korzystając z tego, że Whitewater spuścił go z 

oczu, wolnymi ruchami wydobywał broń z kabury.

– Josie! – krzyknął Whitewater. – Teraz! Do diabła. Teraz!

Rozległ się strzał. Ollie wrzasnął, wypuszczając broń, która wyleciała w 

powietrze i  potoczyła się  w  czerwony kurz.  Josie jak  na skrzydłach prze-
biegła dzielący ją od Ollie’ego dystans kilku kroków. Usłyszała, jak wciąż 

leżąca na ziemi Bettina woła ją po imieniu. Wskoczyła na plecy Ollie’ego i 

wczepiła się w niego niczym atakujący większe zwierzę terrier. Ollie ryknął 

i próbował ją z siebie zrzucić. Josie przywarła do niego oplatając ramieniem 

jego grubą szyję. Czuła, jak wierzga i ogania się od niej niczym wielki koń 
pociągowy. Wbiła w niego igłę i nacisnęła tłoczek. Wydawało się jej, że igła 

weszła w ciało, ale niczego już nie była pewna.

Strącił  ją  i  upadła  na  ziemię  koło  bezradnie  szlochającej  Bettiny.  Josie 

była  tak  oszołomiona  tym,  co  zaszło,  że  nie  odczuwała  bólu.  Nie  mogła 

złapać tchu, ale nie miało to najmniejszego znaczenia.

– Uciekaj, Bettina! – zdążyła wykrztusić.

Ollie zrobił jeden olbrzymi krok i już był przy niej. Na jego otyłej, tępej 

twarzy malowała  się wciekłość. Bettina rzuciła się do  ucieczki. Josie pod-

niosła się na łokciu. Po drugiej stronie przesieki zobaczyła Lucasa kucające-

go z rewolwerem wycelowanym w Whitewatera. Czuła, że Ollie wpatruje 
się w nią, ale jedyne, co mogła usłyszeć, to wściekłe wrzaski Lucasa:

– Mogę umrzeć! Mogę zginąć! Ale przysięgam, że zabiorę cię ze sobą. 

Obaj umrzemy!

Josie  zobaczyła, jak  rewolwer drży  w  jego  dłoniach,  kiedy  próbuje  go 

odbezpieczyć.

– Synku – usłyszała, jak Whitewater odpowiada Lucasowi chrapliwym, 

sarkastycznym tonem – nie jesteś wart tego, by dla ciebie umierać.

background image

Zobaczyła,  jak  chwyta  sztucer  niczym  pałkę  i  uderza  Lucasa  kolbą  w 

skroń. Lucas kurczy się i pada na ziemię wolno i niezgrabnie, jak postać z 

komediowego filmu. Whitewater żyje – pomyślała z rodzajem sennego za-

dowolenia.  –  Jest  bezpieczny.  Ale  prawie  natychmiast  wielkie  łapy  Ol-

lie’ego chwyciły ją brutalnie za przód bluzki i podniosły w górę. Trzymając 

ją w powietrzu zaciskał brudną rękę na jej gardle. Czuła jak uchodzi z niej 
życie. 

Whitewater,  proszę,  strzelaj.  Strzelaj!  W  ułamku  sekundy  dotarło  do 

niej,  że  desperackie  pragnienie,  by  Whitewater  strzelił,  kłóciło  się  ze 

wszystkim, w co wierzyła do tej pory. Chciała, by strzelił. Chciała, by od-

powiedział przemocą na przemoc. Chciała, by ją uratował.

Kiedy walczyła, by oderwać od swojego gardła palce Ollie’ego, uświa-

domiła sobie niejasno, dlaczego Whitewater nie mógł strzelić. Na linii strza-

łu stała Bettina bezskutecznie okładając pięściami plecy Ollie’go. Jej siostra, 

próbując ją uratować, niechcący pomagała ją zabić. Zrobiło się jej najpierw 

szaro, a potem czarno przed oczami. Ciemność rosła coraz bardziej, aż za-
kryła wszystko.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Josie  obudziła  się  w  ramionach  Whitewatera.  U  jego  stóp  leżał  Ollie. 

Próbowała  się  odezwać,  ale  zamiast  głosu  wydała  z  siebie  tylko  słaby 
skrzek. Whitewater otworzył manierkę i przyłożył jej do ust.

– Pij, pij, najdroższa – uspokajał ją. – Jestem z  tobą. Jesteś bezpieczna. 

Już wszystko dobrze. Napij się i obejmij mnie za szyję.

Wzięła do ust łyk wody, ale nie mogła go przełknąć. Bolało ją gardło. 

Whitewater jęknął i upuścił manierkę na ziemię. Oplótł plecy Josie ramio-
nami i przytulił ją mocniej do siebie. Czuła się w jego objęciach niczym w 

najbezpieczniejszym  schronieniu  na  świecie.  Przycisnęła  twarz  do  szorst-

kiego płótna jego kamizelki. Zaplotła ręce na jego karku i przytuliła się do 

niego. Był tak mocny, silny, niepokonany. Wiedziała, że potrafi złożyć cały 

ten szalony, wirujący świat z powrotem do kupy i uczynić go znowu bez-
piecznym. Łzy wypłynęły spod jej ciasno zamkniętych powiek. Tym razem 

nie próbowała ich przed nim ukryć. Przeszli razem przez niebo i piekło, ra-

zem zajrzeli w oczy śmierci. Dlaczego miałaby coś przed nim ukrywać?

– Whitewater – wyszeptała chrapliwie. – Co się stało? Tak mi przykro. 

Za wolno się ruszałam. Zawiodłam cię. Przepraszam.

Wtuliła się w niego głębiej. Jedna z wielu kieszeni jego ubrania podra-

pała jej policzek.

– Josie, Josie – zamruczał Whitewater muskając wargami jej rozczochra-

ne  kasztanowe  włosy.  –  Któregoś  dnia,  jeśli  będzie  na  to  czas  i  miejsce, 

opowiem ci, jak wspaniale się spisałaś. Załatwiłaś go. Powaliłaś go na zie-
mię. Runął jak ścięta sekwoja. Miałaś coś w rodzaju myśliwskiej tremy, ale 

przezwyciężyłaś ją. Wszystko jest w porządku.

–  Tremy?  –  dopytywała  się  przygnębiona  Josie,  ciągle  wstydząc  się 

podnieść na niego oczy. – Nawet nie wiem, co się stało.

Postawił ją łagodnie na ziemi. Nadal trzymał ją w objęciach i przytulał 

do piersi jej zalaną łzami twarz. Delikatnie gładził ją po włosach.

– Moja mała dziewczynka. Weź się w garść. Nie martw się tym, co mi-

nęło. Zdarza się taki moment wahania, gdy ma się na muszce olbrzymiego 

background image

jelenia. To właśnie jest myśliwska trema. Ale ty ją przezwyciężyłaś. Myślę, 
że będzie z ciebie jeszcze dobry myśliwy, o ile tylko zechcesz nim kiedyś 

zostać. Zechcesz?

Ton jego pytania był lekko żartobliwy, ale Josie wzdrygnęła się.

– Nie! – odparła z naciskiem przytulając się do niego mocniej.

– Josie! – płaczliwy głos Bettiny przywrócił ją do rzeczywistości. – Josie, 

jak  się  tu  dostałaś?  –  spytała  i  pociągnęła  głośno  nosem.  –  I  kim  jest  ten 

człowiek?

Josie stężała w ramionach Whitewatera. Podniosła w górę głowę. Powo-

li rozejrzała się wokół. Bettina z twarzą poznaczoną strużkami łez klęczała 

obok  młodego  mężczyzny  imieniem  Willis,  który  siedział  zawstydzony  z 
opuszczoną głową oraz związanymi fachowo rękami. Nieopodal w kurzu i 

pośród  chwastów  leżał  na  brzuchu  Ollie  oddychając  głęboko  i  spokojnie 

niczym człowiek pogrążony w kamiennym śnie. Jego grube ręce związane 

były z tyłu.

– Załatwiłam go – odezwała się Josie słabym głosem patrząc na unieru-

chomionego  olbrzyma.  –  A  ty...  ty  załatwiłeś  Lucasa  –  powiedziała  ze 

zdziwieniem podnosząc w końcu oczy na Whitewatera.

Uśmiechnął się do niej, biel jego zębów odcinała się od opalenizny twa-

rzy.  Pod  rondem  kapelusza  błysnęły  jego  ciemne  oczy,  w  których  przez 

chwilę paliły się iskierki drwiny.

– I nie wyrządziłem mu żadnej krzywdy, przynajmniej poważnej.

Odwrócił  głowę  w  stronę  lądowiska.  Oparty  o pień  drzewa, z  rękami 

związanymi z przodu, siedział wciąż nieprzytomny Lucas. Jego głowa wy-

dawała  się  kiwać  spokojnie  nad  złożonymi  na  brzuchu  dłońmi.  Czarna 

opaska przekrzywiła się na włosach a czarną podkoszulkę pokrywała war-
stwa kurzu. Na jego widok Josie przebiegły zimne dreszcze. 

Nagle półświadoma badawczego spojrzenia Bettiny odsunęła się nieco 

od Whitewatera. Ugięły się pod nią kolana. Whitewater obejmował ją jedną

ręką, jakby podtrzymując przed upadkiem. Jego dotyk dawał jej coś więcej 

niż tylko poczucie bezpieczeństwa. Nie sposób było na długo zapomnieć, 
jak bardzo był męski.

– Musiałem  związać  kilku  ludzi,  zanim  do  ciebie  przyszedłem  –  wy-

mruczał przepraszająco. – Twoja siostra się tobą zajęła. Krzyczała, że nic ci 

background image

nie jest. W ogóle dość dużo krzyczała, ale udało się jej wydobyć cię spod tej 
oto  Śpiącej  Królewny  –  spojrzał  z  obrzydzeniem  na  zwaliste  cielsko  Ol-

lie’ego.

– Josie – odezwała się Bettina, a łzy ponownie napłynęły jej do oczu. –

Kim jest ten człowiek? Jak się tu dostaliście?

Josie spojrzała niepewnie na siostrę.
– To Whitewater – odparła trzymając rękę na obolałym gardle, jakby te 

słowa miały wszystko wyjaśniać. Jego ramię dotykające jej talii wywoływa-

ło w niej przyjemne mrowienie. – Przeszliśmy przez góry. Jak się czujesz?

– Okropnie – jęknęła Bettina wybuchając płaczem. – Ale zrobiłam to, co 

mi kazałaś. Opiekowałam się Księżycową Różą. Nie pozwoliłam Lucasowi 
jej  skrzywdzić.  On  by  to zrobił,  naprawdę. W  końcu stałam  się  takim  sa-

mym więźniem jak panda. Podobnie jak Willis. Oboje chcieliśmy się z tego 

wyplątać.

Josie  wyswobodziła  się  z  ramion  Whitewatera  i  uklękła  obok  siostry. 

Objęła ją ramieniem.

–  W  porządku,  Bettina.  Wszystko  będzie  dobrze.  – Głęboko  w  sercu 

miała nadzieję, że naprawdę wszystko się jakoś ułoży.

–  Chciałem właśnie  powiedzieć  –  odezwał  się  Willis  –  że  powinniście 

wziąć pod uwagę, iż poddałem się dobrowolnie. Cieszę się, że to się skoń-

czyło. Lucas nas wszystkich zahipnotyzował. Odkąd wzięliśmy pandę, wi-
działem, że jego ego  wymknęło  się spod kontroli. Myślał, że może rzucić 

cały świat na kolana. Bettina naprawdę chciała się z tego wyplątać. A ja co-

raz bardziej skłaniałem się ku jej zdaniu. Bał się zostawić nas razem. Ja na-

prawdę chciałem skończyć z tym szaleństwem.

– Tak, Josie. Willis mówi prawdę – potwierdziła Bettina patrząc błagal-

nie na siostrę. – I Lucas o tym wiedział. Oboje z Willisem przejrzeliśmy go 

na wylot. Żałowaliśmy, że kiedykolwiek wdaliśmy się w tę aferę. Myśleli-

śmy tylko, że wykorzystamy pandę po to, żeby świat stał się lepszy.

Josie  poklepała  Bettinę  po  plecach.  Wstała  czując  gorycz  w  ustach. 

Bettina i Willis już próbują zminimalizować swój udział w przestępstwie, 
pomniejszyć swoją winę.

– Nie powinnaś była nigdy zaczynać tego szaleństwa – rzuciła ostro.

background image

Bettina załkała, a Willis zawstydził się jeszcze bardziej. Josie obrzuciła 

ich uważnym spojrzeniem. Nie tworzyli sympatycznej parki.

– Chodźmy – powiedział Whitewater kładąc rękę na szczupłym ramie-

niu  Josie. – Uśpijmy pandę  i wynośmy się stąd. Nadal nie podoba mi się 

atmosfera tego miejsca.

Josie skinęła potakująco. Ruszyła w stronę klatki. Bolała ją głowa i lekko 

utykała. Whitewater objął ją w pasie.

– Dobrze się czujesz? – spytał marszcząc brew. 

I znowu jego dotknięcie elektryzowało.

Skinęła głową na znak, że czuje się dobrze. Naprawdę jednak martwiła 

się o pandę. Rozpoznała jej ruchy i porykiwanie. Widziała filmy, na których 
samice pandy zachowywały się podobnie. Patrzyła przez grube pręty tan-

detnie zbudowanej klatki. Dziwne odgłosy niedźwiedzicy, jej dreptanie po 

klatce, sposób, w jaki podrzucała tył ciała, wszystko to wskazywało na jed-

no:  panda  miała  za  chwilę  zostać  matką.  Kiedy  Josie  podeszła  do  klatki, 

Księżycowa Róża przesunęła się na drugą stronę. Spojrzała na nią swoimi 
dziwnie smutnymi oczami. Następnie odwróciła się i zaczęła wahać i udep-

tywać  kupkę  bambusów  w  rogu.  Budowała  sobie  gniazdo.  Josie  poczuła 

ucisk  w  piersi.  Oto  chwila,  o  której  marzyła  przez  lata.  Ale  nie  powinna 

zdarzyć się teraz. I tutaj.

Spojrzała na stojącego obok Whitewatera. Bettina przykuśtykała za ni-

mi. Stanęła z drugiej strony Josie.

– Martwię się o nią – powiedziała wycierając oczy. – Od kilku dni dziw-

nie się zachowuje, jakby czuła, że coś się wydarzy. Cała ta góra jest jakaś 

dziwna.

Josie spojrzała na egzotycznie piękną pandę, a następnie na Whitewate-

ra.

– To coś zdarzy się zaraz – powiedziała krótko, patrząc w jego ciemne 

oczy. – Nie możemy jej teraz ruszać. Myślę, że zacznie rodzić. Świadczy o 

tym wszystko, co robi: budowanie gniazda, odgłosy, jakie wydaje, sposób, 

w jaki się porusza. Nie możemy ryzykować jej transportu. 

– Będzie teraz rodzić? – krzyknęła przestraszona Bettina. – Myślałam, że 

mamy tygodnie, może nawet miesiące. Jak to możliwe, że urodzi teraz?

Josie zacisnęła mocno ręce na prętach klatki.

background image

– Natura – odpowiedziała przez zaciśnięte zęby – rządzi się własnymi 

prawami.

– O Boże – jęknęła Bettina wpadając znowu w płacz. – Co teraz zrobi-

my? Ja chcę do domu! Co my teraz zrobimy?

Whitewater przesunął się od Josie do Bettiny. Chwycił młodszą siostrę 

za ramię i zmusił ją, by spojrzała w jego groźną twarz.

– Po pierwsze przestaniesz beczeć – rozkazał. – Myślisz, że dużo prze-

szłaś? Twoja siostra trzy dni przedzierała się przez te góry, żeby wydostać 

cię z cholernych tarapatów. Musiała odgrywać silną kobietę i świetnie się 

spisała, więc przestań się ślimaczyć, dobrze? Chociaż raz w życiu bądź do-

rosła i pomóż jej.

Twarz  Bettiny  zbladła  jak  ściana.  Patrzyła  na  Whitewatera  jakby  był 

pierwszą osobą, która tak się do niej odezwała.

– Tak jest – wyjąkała i spróbowała wyswobodzić swoje ramię.

Jednakże Whitewater trzymał ją mocno jedną ręką, drugą zaś sięgnął do 

jednej z wielu kieszeni kurtki i wyciągnął kłębek nylonowej linki. Następ-
nie  uwolnił  Bettinę,  by  wyłowić  z  kolejnej  kieszeni  swój  szwajcarski  nóż 

wojskowy. Odciął kawałek linki i rzucił w jej stronę.

– Trzymaj – warknął. – Chciałem jak najszybciej znaleźć się przy twojej 

siostrze. Nie zdążyłem związać nóg Lucasa. Jeśli chcesz pomóc, idź teraz i 

zwiąż je mocno.

–  Tak  jest  –  wymamrotała  płaczliwie  Bettina.  Wzięła  ostrożnie  linkę  i 

pobiegła do miejsca, w którym oparty o pień drzewa, ze spuszczoną głową 

i znieruchomiałym ciałem, siedział w zamyśleniu Lucas.

– A kiedy wrócisz – krzyknął na nią Whitewater – pomożesz swojej sio-

strze. Będziesz dokładnie wykonywać jej polecenia. Zrozumiano?

Odwrócił się do Josie.

– Przepraszam – mruknął. – Działa mi  na nerwy. A teraz co powinni-

śmy zrobić dla niej? – wskazał ruchem głowy pandę.

Josie  przygryzła dolną wargę.  Wciąż  czuła  lekki zawrót  głowy.  Kiedy 

Ling  Lang,  samica  pandy  w  waszyngtońskim  Ogrodzie  Zoologicznym, 
miała rodzić, cały szpital ZOO wraz ze skomplikowaną aparaturą medycz-

ną,  tuzinem weterynarzy  i  pielęgniarzy  postawiony  był  na  nogi.  Zwierzę 

otoczone było tłumem specjalistów i ich pomocników, ale nawet najlepsza 

background image

opieka nic nie pomogła. Poród pandy był szalenie trudny. Jej dzieci urodzi-
ły się martwe.

–  Czekać  –  odparła  z  trudnością.  –  Czytałam  o  tym. Widziałam  to  na 

wideo, ale pierwszy raz w tym uczestniczę. Jestem zoologiem, a nie wete-

rynarzem. Ale wiem, że najlepiej będzie, jak zostawimy tę sprawę naturze. 

Nie chcę jej usypiać, dopóki nie będę musiała.

Słońce zaszło za chmurę. W dolinę wtargnął nagły chłód.

– Ej, wy tam – dobiegł ich głos Willisa. – Czy nie czujecie, że dzieje się 

coś dziwnego? Że coś niezwykłego dzieje się na tej górze?

Josie była zbyt zajęta myślami, by mu odpowiedzieć, a Whitewater go 

zignorował.

–  Słuchajcie,  poważnie,  mam  przeczucie,  że  zdarzy  się  coś  naprawdę 

dziwnego – głos Willisa był prawie błagalny. – Nawet Lucas to czuł, a on 

jak  mało  kto  potrafił  zachować  zimną  krew.  Nie  mogliśmy  tutaj  złapać 

żadnej  stacji.  Wszystko  może  się  zdarzyć.  Huragan,  trzęsieni  ziemi,  albo 

sam już nie wiem co.

Księżycowa Róża znowu zaczęła kręcić się w kółko po klatce. Podeszła 

do Whitewatera i Josie. Zatrzymała się przed nimi, przekręciła swój tragi-

komiczny łepek, jakby rozpoznała swoją opiekunkę. Uniosła okrągłą głowę 

i wydała z siebie nieziemski pomruk, wyraz przerażenia i prośby o pomoc. 

O, Boże – pomyślała Josie – proszę, niech teraz nie rodzi. Nie teraz. Nie 

po tym, co przeszłam. Nie jestem na to gotowa. Czarno-białe zwierzę prze-

stąpiło  nerwowo z  nogi  na  nogę.  Przekręciło  głowę  w  drugą  stronę i  raz 

jeszcze spojrzało na Josie smutnymi oczami. Ponownie wydało z siebie bła-

galny ryk. Pod Josie ugięły się kolana. Ścisnęła mocniej pręty. Whitewater 

znowu ją objął. Raz jeszcze jego bliskość zelektryzowała ją, wlewając w nią 
życie.

– Spokojnie – powiedział swoim matowym głosem. – Teraz ty rozkazu-

jesz. Jestem przy tobie. Zrobię wszystko, co każesz. Ale wydaje mi się, że 

powinniśmy zabrać stąd tę panienkę.

– Nie możemy – potrząsnęła przecząco głową.
–  Tu  jest  już  wystarczająco  niebezpiecznie.  Nie  mogę  nawet  myśleć  o 

przeniesieniu jej...

Podbiegła do nich zdyszana Bettina.

background image

– Związałam mu nogi. Bardzo mocno. Ciągle jest nieprzytomny. W ogó-

le się nie rusza. Co mam teraz robić, Josie?

– Myślę, że... mogłabyś zagotować trochę wody – powiedziała po chwi-

li. – I poszukaj jakichś ręczników. – Czy to nie tak zwykle mówi się w fil-

mach? Blefowała, ale mówiła pewnym siebie tonem, żeby uspokoić Bettinę.

– Zagotować wodę? Mamy tylko czajnik i mały kocher... Może powinni-

śmy ją zabrać z powrotem na Hawaje. To nie jest najlepsze miejsce do ro-

dzenia.

– Wiem – wybuchnęła w końcu Josie. – A co ty byś zrobiła, gdyby mnie 

tu nie było? Powiedziałam, idź i zagotuj wodę.

Bettina pomknęła jak strzała, by zniknąć po chwili w rozpadającym się 

domku. Whitewater patrzył za nią ze zmarszczonym czołem.

– Idę sprawdzić, co z Lucasem – poinformował Josie. – Przepraszam, ale 

coś mi mówi, że nie powinienem polegać na twojej siostrze, nawet w spra-

wie głupiego węzła.

– Nie przepraszaj – odparła Josie. – Wciągnęła nas wszystkich w niezłą 

kabałę.  Och,  Księżycowa  Różo  –  dokończyła  spoglądając  żałośnie  na  nie-

spokojną pandę.

– Josie – odezwał się Whitewater, kładąc dłonie na jej ramieniu. Spojrzał 

jej głęboko w oczy. – Powiedziałem, że ty teraz jesteś ekspertem. I to praw-

da. Ale naprawdę wydaje mi się, że powinniśmy się stąd wynieść, im szyb-
ciej, tym lepiej.

Ciepło jego dłoni dodawało jej otuchy.

– Nie mogę – potrząsnęła głową. – Nie mogę podjąć tego ryzyka. Ona 

jest zbyt cenna, zbyt rzadka, żeby przerzucać ją w tą i z powrotem jak...

Potężny  wstrząs  poruszył  ziemię.  Powietrze  wypełnił  niesamowity 

ogłuszający ryk. Wydawało się, że ziemia grzmi i lekko, lecz zdecydowanie 

faluje pod stopami. Ścięło ją z nóg. Chcąc ją osłonić, Whitewater przykrył 

Josie  własnym  ciałem.  Złapał  ją  w  ramiona  i  trzymał  mocno,  przytulając 

instynktownie do piersi.  Josie poczuła  kolejny wstrząs. Przerażona panda 

stała  na  tylnych  nogach  i  wyła  w  czystym  zwierzęcym  strachu. Stało  się, 
pomyślała zszokowana Josie. Przyjdzie im tu zginąć. Przynajmniej umrze w 

ramionach Whitewatera, a to już było coś.

background image

–  Whitewater –  wykrztusiła  w  panice. Następny podziemny wstrząs  i 

kolejne wycie pandy zagłuszyły jej błagalny szept. W oddali na wschodzie 

powietrze  przeszył  rozdzierający  ryk.  Whitewater  przeturlał  się  tak,  by 

pełniej osłonić Josie. Czuła napór jego ciała, dotyk jego obejmujących ją ści-

śle ramion. Pochylił nad nią twarz.

– Nie mamy wyboru, Josie – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Albo 

natychmiast się stąd wynosimy albo ryzykujemy, że nie wydostaniemy się 

stąd nigdy. Przygotuj pandę.

– Ale... – zaczęła wpatrując się bezradnie w jego nieubłaganą twarz.

– Przygotuj ją – powtórzył, prawie opryskliwie. – Nie mamy wyboru.

I  Josie  słysząc  wycie  Księżycowej  Róży,  krzyki  wybiegającej  z  domku 

Bettiny oraz głośne modlitwy Willisa, wiedziała, że Whitewater miał rację. 

Horyzont zasnuwała czerwona mgła. Górą Chmurnych Bogów wstrząsały 

potężne konwulsje. Na chwilę Josie powodowana strachem przywarła roz-

paczliwie  do  Whitewatera.  W  końcu  puściła  go.  Przepraszam  cię,  Księ-

życowa  Różo,  pomyślała  próbując  wstać  i  przyglądając  się  przerażonej 
pandzie.  Przepraszam.  I  Księżycowa  Róża,  jakby  w  odpowiedzi,  zawyła 

prawie ludzkim głosem.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Upiornie  czerwone  strzępy  chmur  wzbijały  się  coraz  wyżej  w  niebo. 

Whitewater sprawdzał samolot. Bettina klęczała szlochając i zasłaniając rę-
kami  uszy.  Josie  nie  miała  czasu,  żeby  ją  pocieszyć.  Wrzaski  przerażenia 

Willisa dopełniały hałasu. Josie próbowała skupić się tylko na tym, co ko-

nieczne. Wyjęła z apteczki strzykawkę oraz ampułkę najszybciej działające-

go  i  najbezpieczniejszego środka usypiającego. Napełniła nim  strzykawkę 

dziwiąc się pewności swoich rąk. Ziemię przebiegł kolejny, długi, przeraża-
jący  wstrząs,  ale  tym  razem  Josie  udało się  zachować  równowagę.  Posta-

nowiła nie zwracać na to uwagi.

Rób co do ciebie należy, powtarzała w myślach, jakby słowa te były ma-

gicznym zaklęciem. Zajmij się pandą. Panda wielka, mimo swojego rozczu-

lającego piękna i prawie dziecinnie niezdarnych ruchów, była dużym i nie-
bezpiecznym zwierzęciem. Josie nie mogła wejść do klatki Księżycowej Ró-

ży, zwłaszcza gdy niedźwiedzica była tak niespokojna i przestraszona jak 

teraz.  Postanowiła  więc  zastosować  tę  samą  chińską  metodę  aplikowania 

środka  obezwładniającego,  jaką  stosowano  w  rezerwacie  pandy  w 

Szechwan. Przywiązała strzykawkę do długiej, owiniętej gazą łodygi bam-
busa, włożyła ją do klatki i bezceremonialnie wbiła igłę w zad samicy. Pan-

da poczuła się zdradzona i wydała z siebie przejmujący pisk. 

Josie przyglądała się, jak Księżycowa Róża zaczyna znowu niespokojnie 

kręcić się po klatce i żałośnie ujadać. Lecz już po chwili zwierzę zachwiało 

się na swoich hebanowoczarnych łapach, a minutę później zamarło z głową 
pochyloną ku ziemi. Jak pijane próbowało utrzymać równowagę, po czym 

zwaliło  się  na  ziemię  i  zległo  cicho  zwinięte  w  biało-czarny  kłębek.  Josie 

otworzyła drzwi klatki i wpadła do środka. Zmierzyła puls pandy, spraw-

dziła oddech, zajrzała w zamglone, niewidzące oczy.

– Niech ci się tylko nic nie stanie – szeptała błagalnie. – Bardzo cię o to 

proszę.

Usłyszała ryk silników samolotu. Upewniwszy się, że na razie nic pan-

dzie nie grozi, pobiegła do domku. Postawiła szlochającą Bettinę na nogi.

background image

– Pomóż mi! – zażądała.
– Nie  mogę!  –  łkała  Bettina.  –  Och,  Josie,  tak  się  boję.  To  tak,  jakby 

wszystkie moje błędy mnie dopadły! Wszystkie moje grzechy...

– Później będziesz się  martwić  o  swoje  grzechy. Potrzebuję  twojej  po-

mocy! – Josie potrząsnęła siostrą.

Bettina popatrzyła na nią nierozumiejącym wzrokiem, po twarzy spły-

wały jej łzy. Josie zacisnęła zęby, zamachnęła się ręką i z całej siły trzasnęła 

siostrę w twarz. Dłoń piekła ją od impetu uderzenia. Bettina krzyknęła, a 

następnie spojrzała na siostrę, jakby dopiero teraz ją zobaczyła.

– Co? – spytała, jak ktoś, kto budzi się ze snu. 

Kolejny wstrząs poruszył ziemię pod ich stopami i Willis znowu zaczął 

swoje  lamenty.  Ilu  histeryków  zdołam  opanować?  –  pomyślała  Josie  bez-

radnie. Dzięki Bogu, że mam Whitewatera.

–  Wejdź do domu –  rozkazała siostrze. – Napełnij wszystkie manierki 

gorącą wodą. Zabierz wszystkie koce i ręczniki, jakie tylko znajdziesz. I po-

spiesz się. Zaraz będziemy startować.

Nagle  zerwał  się  wiatr.  W  powietrzu  zaczął  unosić  się  czerwony  pył. 

Temperatura  podskoczyła  o  pięć  stopni.  Przybiegł  Whitewater  osłaniając 

głowę przed wiatrem. Położył ręce na ramionach Josie i ścisnął ją mocno. 

Nachylił się nad nią, przykładając usta do jej ucha.

– Co  z  pandą?  –  spytał próbując przekrzyczeć  silniki  samolotu,  wiatr, 

grzmoty Kana-Pumy i wrzaski Willisa.

– Śpi – odkrzyknęła Josie. Gardło piekło ją z wysiłku. Ścisnęła ramiona 

Whitewatera. Tylko na niego mogę liczyć, tylko jemu mogę ufać. – Ale przy 

przenoszeniu jej musimy być ostrożni. Boję się tego, naprawdę... Ciągnąć ją 

w tym stanie...

Skinął głową.

– Musisz zdać się na pomoc natury – powiedział ponuro.

Podszedł  do  Willisa  i  zaczął  rozplątywać  jego  więzy.  Willis  stłumił 

szloch i wytarł nos o rękaw koszuli.

– Chodź,  kowboju  –  rozkazał  podnosząc  go  z  ziemi.  –  Pomożesz  mi 

dźwigać pandę.

– Wszystko, co chcesz – łkał Willis czepiając się kurtki Whitewatera. –

Tylko, proszę, wydostań mnie stąd!

background image

Whitewater pogardliwie odtrącił jego ręce.
– Chodź – warknął. – Najpierw panda. Potem twój kumpel.

Wskazał  głową  wyciągnięte  na  ziemi  bezwładne  cielsko  Ollie’ego. 

Chwycił Willisa za kołnierz koszuli i popchnął w kierunku klatki. Josie po-

szła  za  nimi.  W  klatce  leżał  duży  brudny  kawałek  drewnianej  płyty.  Za-

pewne przeniesiono na nim uśpioną pandę, kiedy przywieziono ją na wy-
spę. Whitewater z pomocą wystraszonego Willisa podniósł ostrożnie Księ-

życową Różę i położył na płycie.

– A teraz – rozkazał – zanieśmy ją do samolotu. Upuścisz swój koniec, 

to będziesz szukał własnej głowy na drugim krańcu tych wysp.

Stękając dwaj mężczyźni dźwignęli płytę z leżącą na niej pandą i ruszyli 

w stronę samolotu. Josie szła za nimi niosąc naręcze bambusów.

– W środku jest coś w rodzaju klatki – powiedział Whitewater usiłując 

wnieść deskę po schodkach. – Byli zbyt leniwi, żeby ją wynieść.

Willis prawie wypuścił swój koniec płyty z rąk.

– Uważaj! – warknął Whitewater.
W końcu obaj mężczyźni wnieśli ciężar do środka. Josie weszła za nimi 

po schodkach i rozejrzała się po wnętrzu. Wydawało się potwornie ciasne i 

duszne. W klatce zamiast drzwiczek była ruchoma ścianka. Josie odsunęła 

ją  i  rozłożyła  na  podłodze  bambus.  Patrzyła  gryząc  nerwowo  wargi,  jak 

Whitewater  zdejmuje  pandę  z  płyty  i  wkłada  ją  postękując  z  wysiłku  do 
klatki. Zasunęła z powrotem ściankę. 

Wszyscy  wyszli  na  zewnątrz.  Temperatura  powietrza  podniosła  się  o 

dalsze kilka stopni. Wiatr był ostrzejszy, a wirujący w powietrzu pył jeszcze 

gęściejszy. Spojrzała w górę. Pył był wszędzie, jednak niebo wciąż było wi-

doczne przez pierwsze wirujące warstwy czerwieni i szarości. Pobiegła do 
Bettiny i odebrała od niej naręcze koców. Chwyciła siostrę za rękę i pocią-

gnęła  ją  do  samolotu.  Whitewater  i  Willis  podnieśli  nieprzytomnego  Ol-

lie’ego. Whitewater trzymał go za ramiona, Willis za nogi. Razem taszczyli 

go niczym wór zboża w kierunku samolotu.

– Wchodź na górę – rozkazała Josie przy schodkach i Bettina posłuchała 

jej bez szemrania.

background image

– Wejdź do środka! – krzyknął do Josie Whitewater, ale ona stała upar-

cie  na  ziemi,  czekając aż  on,  Willis  i  niesiony  przez  nich  Ollie  znajdą  się 

bezpiecznie w samolocie.

Zaklął,  gdy  zobaczył,  że  się  nie  ruszyła,  ale  zajęty  dźwiganiem  Ol-

lie’ego, nie chciał się z nią kłócić. Wciągnął do środka wielkiego, łysego ol-

brzyma, popchnął bezwładne cielsko tak, że całe zniknęło wewnątrz samo-
lotu,  następnie  odepchnął  na  bok  Willisa  i  zszedł  po  Josie.  Chwycił  ją  za 

nadgarstek i zaczął ciągnąć po schodach.

– Powiedziałem, wchodź! – rozkazał. Uczynił ruch, jakby chciał wnieść 

ją do środka.

– Lucas! – krzyknęła, próbując wyrwać się z władczego uścisku White-

watera. – Nie możemy zostawić Lucasa!

Pociemniał na twarzy.

– Ja po niego pójdę. Ty wejdź do samolotu. Nie chcę, żeby ta dwójka od-

leciała bez nas. Masz. Trzymaj to.

Wcisnął jej  w  ręce rewolwer Lucasa. Praktycznie  wciągnął ją  po  scho-

dach, tak jak czynił to wielokrotnie na górskich stromiznach. Walczyła bez-

skutecznie oglądając się przez ramię, żeby upewnić się,  czy Lucasowi nic 

się nie stało. Czuła, jak Whitewater podtrzymuje ją jedną ręką za ramię, a 

drugą za biodro usiłując wepchnąć ją przez otwarte drzwi do samolotu.

– Cholera, wejdziesz czy nie!
Nagłe  przerażenie  w  jej  zielononiebieskich  oczach  kazało  mu  znieru-

chomieć, a  następnie odwrócić się  i podążyć za jej  przestraszonym wzro-

kiem.

– Nie ma go! – krzyknęła przerażona. Wpatrywała się w pień drzewa, 

przy którym zostawili Lucasa. Poza gorącym wirującym pyłem nikogo tam 
nie było. W gałęziach drzew wył wiatr. 

Whitewater puścił ją  i  pobiegł  w  kierunku pnia,  zdejmując po  drodze 

sztucer  z  ramienia.  Josie  ruszyła  za  nim.  Nylonowa  linka,  którą  Bettina 

związała nogi Lucasa powiewała na wietrze zaczepiona o kępę chwastów. 

Uciekł. Szlak jego ucieczki znaczyła ścieżka świeżo zdeptanych bambusów. 
Schodził z góry drogą, którą przyszli Whitewater i Josie. Whitewater prze-

kręcił  głowę,  jakby  usłyszał  gdzieś  w  oddali  Lucasa  przedzierającego  się 

background image

przez poszycie lasu. Podniósł sztucer. Josie uwiesiła się na lufie oboma rę-
kami i ściągnęła ją do ziemi.

– Nie! – krzyknęła zagłuszając wycie wiatru. 

Whitewater obrzucił ją pełnym złości spojrzeniem.

–  Przez chwilę go  widziałem –  wysyczał przez  zaciśnięte  zęby.  –  Mo-

głem go zranić w rękę lub nogę. Teraz pozostaje mi tylko rzucić się za nim 
w pościg. Ale jeśli to zrobię, być może nikt z nas się stąd nie wydostanie.

Josie patrzyła na niego zdając sobie powoli sprawę z dylematu, przed 

którym stanęli. Z tyłu dochodził ich ryk i charkot silników samolotu. Niebo 

spowijała  coraz  większa  ciemność.  W  powietrzu  unosił  się  coraz  gęstszy 

pył.

– Wybieraj – rozkazał Whitewater patrząc jej w oczy. – Co chcesz, że-

bym zrobił? Wywiózł wszystkich z tej wyspy czy próbował uratować Luca-

sa?

Josie położyła rękę na jego  ramieniu. Słuchała w  odrętwieniu  potwor-

nych grzmotów dochodzących od strony Kana-Pumy.

– Nie mogę wybierać – wyszeptała. Wzmagający się wiatr zagłuszył jej 

słowa, jednak Whitewater usłyszał ją.

– Ale ja mogę – oznajmił krótko.

Objął ją w pasie i właściwie zaniósł do samolotu.

– Nie możemy go tutaj zostawić! – sprzeciwiła się Josie, spoglądając z 

niedowierzaniem na przesiekę, na której zamarło teraz życie.

– Wejdź do samolotu – warknął Whitewater. – Zajmij się pandą. To mo-

ja decyzja.

Bettina i Willis pomogli wciągnąć opierającą się Josie do środka.

– Wchodź Josie – błagała Bettina.
– Stary, masz szczęście, że nie próbowałem odlecieć bez ciebie – powie-

dział Willis kręcąc nerwowo głową, kiedy Whitewater wszedł na pokład.

Willis siedział na fotelu pilota, jakby przygotowywał się do kołowania 

po  zniszczonym  pasie  startowym.  Whitewater  wyrzucił  go  z  siedzenia  i 

pchnął na podłogę.

–  Nie  –  warknął  siadając  przy  sterze.  –  To  ty  miałeś  szczęście,  że  nie 

próbowałeś wystartować beze mnie. Rozleciałbyś się na więcej kawałków 

niż najbardziej skomplikowana układanka. Zwiąż go Josie.

background image

Sięgnął  do  kieszeni,  wyciągnął  linkę  oraz  szwajcarski  nóż  wojskowy  i 

rzucił  w  jej  stronę.  Mechanicznie wykonała  jego  polecenie.  Samolot  drżał 

próbując oderwać się od ziemi przy silnym oporze wiatru. Rzuciło ich do 

przodu.  Bettina  krzyknęła  zakrywając  twarz.  Whitewater  robił  szybkie  i 

gwałtowne manewry przy sterze. Samolot zakołysał się, gwałtownie prze-

chylił do przodu i podskoczył w górę. Potoczył się po pasie, znowu pod-
skoczył  i  w  końcu  wrócił  do  równowagi.  Oderwali  się  od  wstrząsanej 

grzmotami ziemi. Lecieli w kierunku wirujących chmur.

– Chyba się nam uda – powiedziała Bettina z zachwytem kładąc ręce na 

ramionach Josie. – Josie, on chyba naprawdę nas stąd wydostanie!

Josie spojrzała z wdzięcznością na szerokie plecy Whitewatera. Był cał-

kowicie  skoncentrowany  na  prowadzeniu  samolotu.  Spojrzała  na  Bettinę, 

której bladą twarz opromieniła ulga.

– Bettina – powiedziała drętwym głosem z kamienną twarzą. – Czy ty 

nie rozumiesz? Nie mamy Lucasa. Lucas uciekł. Został tam w dole.

Daleko pod nimi słychać było potworny ryk. Samolot zapikował gwał-

townie, ale szybko wrócił do równowagi. W dole wyspa znikała pod coraz 

gęstszą  warstwą  pyłu.  Nagle  pokrywę  pyłu  rozdarł  ognisty  błysk,  słup 

dymu wystrzelił w górę. Kana-Puma wybuchła.

–  Powiedziałam,  że  Lucas  został na dole –  powtórzyła gorzko  Josie. –

Twój przyjaciel jest w pułapce.

Bettina nie wydawała się być poruszona tym faktem. Patrzyła na siostrę 

z miną obrażonej niewinności.

– On nie jest moim przyjacielem – odparła dziecinnie. –  Nie obchodzi 

mnie, co się z nim stanie. Zasługuje na to, co go spotka.

– Bettina! – krzyknęła Josie przerażona słowami siostry.
Willis potakiwał filozoficznie głową, jakby on też nie przejmował się lo-

sem człowieka, którego niedawno nazywał swoim przywódcą. Whitewater 

udowodnił już wcześniej, że nie interesuje go, co stanie się z Lucasem. Ni-

kogo to nie obchodziło. Może Josie też nie powinno to obchodzić, ale czuła 

na sercu ciężar. Czyżby była jedyną osobą w tym gronie, która przejmowa-
ła się losem innego człowieka?

– Zastanawiam się – powiedziała do siebie – czy może przeżyć.

background image

Jedyną odpowiedzią był ryk silników. W końcu odezwał się Whitewa-

ter.

– To jego problem, Josie. Nie twój.

– Uh – powiedział Willis, drapiąc się w ucho spętanymi rękami. – Prze-

praszam, że się wtrącę... – przerwał na chwilę – ... ale wydaje mi się, że coś 

się dzieje z pandą.

Josie  spojrzała  na  niego  niewidzącymi  oczami.  Następnie  przeniosła 

wzrok na leżącą na podłodze klatki niedźwiedzicę. Czarno-białe futro na jej 

boku rytmicznie podnosiło się i opadało.

– Och, nie – jęknęła. Czuła, jak kręci się jej w głowie. – Będzie rodzić. 

Tutaj. Za chwilę.

Otworzyła klatkę i położyła jedną rękę na okrągłym boku pandy. Księ-

życowa Róża, zbyt nieprzytomna, by się przestraszyć, mruknęła przyjaźnie.

–  Whitewater  –  zawołała  Josie.  –  Prowadź  to  coś  bardzo  równo.  Bę-

dziemy mieli poród.

Nawet na nią nie spojrzał. Jego uwaga skupiona była na sterach.
–  Będziemy  mieć  również  burzę  powietrzną.  Trzymajcie  się  mocno.

Wygląda  na  to,  że  wchodzimy  w  strefę  zaburzeń  atmosferycznych.  Żeby 

uniknąć najgorszego, spróbuję oblecieć ją nadkładając drogi. Musimy uwa-

żać, żeby starczyło nam paliwa.

Prawie go nie słyszała. Była zbyt zajęta rejestrowaniem oddechu pandy. 

W obawie o uszkodzenie płodu, Josie nie zaaplikowała samicy dużej dawki 

środka usypiającego i teraz niedźwiedzica przychodziła do siebie, być mo-

że z powodu skurczy porodowych. Kiedy znowu zaczęło trząść samolotem, 

Josie zmusiła się, by nie zwracać na to uwagi, chociaż Bettina wczepiła się 

w oparcie fotela i piszczała ze strachu. Księżycowa Róża zaskowyczała, w 
jej oczach malowało się zdziwienie.

– Wszystko jest teraz w rękach natury – mruknęła Josie głaszcząc pandę 

po głowie.

– Zawsze jest w jej rękach, Ruda – odpowiedział swoim matowym gło-

sem  Whitewater. Samolot  raz jeszcze wzniósł się  i  opadł. –  Zawsze –  po-
wtórzył.

background image

– Uh – wtrącił Willis. Nie wyglądał zbyt dobrze. – Ten samolot strasznie 

trzęsie. A ja, uh, nigdy przedtem nie uczestniczyłem w porodzie i jakoś tak 

się dziwnie czuję...

– Więc nie patrz – odburknął Whitewater. – Pozwól damie się tym zająć. 

Obu damom.

– Whitewater – odezwała się Josie. – Chciałabym, żebyś mógł mi pomóc.
Panda  oddychała  teraz  ciężko,  jej  półotwarte  oczy  wyrażały  bolesne 

zdziwienie.

– Pomagam ci – odpowiedział ponuro. – Utrzymuję ten samolot w po-

wietrzu. Na razie.

Bettina  schowała  twarz  w  oparcie  siedzenia,  a  Willis  położył  się  u  jej 

stóp.

– To znaczy – powiedziała Josie ocierając pot z czoła – chciałabym, że-

byś dał mi moralne wsparcie, czy coś w tym rodzaju.

Samolot zatrząsł się, zanurkował i wrócił do równowagi. Josie robiła, co 

mogła, by utrzymać w miejscu Księżycową Różę i nie pozwolić jej na obija-
nie się o ściany samolotu.

– Zaśpiewajmy – zaproponował Whitewater. 

Josie zapomniała, że Whitewater zna tylko jedną piosenkę i w dodatku 

nie umie dobrze śpiewać. Zapomniała o wszystkim, prócz tego, że był z nią 

i wspierał ją duchowo. Jak zwykle polegała na nim.

Żeby ominąć burzę powietrzną spowodowaną wybuchem Kana-Pumy, 

musieli polecieć tak daleko na zachód, że dziecko Księżycowej Róży uro-

dziło się poza terytorium Stanów Zjednoczonych, nad wodami międzyna-

rodowymi. Urodziło się, jak się wydawało Josie, w momencie, gdy po raz 
trzechsetny śpiewali „Walc z Matyldą”. Małe było samczykiem i przyszło 

na  świat  przy  słowach:  „Raz  wesoły  włóczęga  usiadł  koło  strumyka”. 

Niedźwiadek urodził się żywy i Josie rozpłakała się ze szczęścia. Natych-

miast ochrzciła go imieniem „Billabong”, co w języku Aborygenów oznacza 

strumyk. W skrócie można go będzie wołać Billy.

Ciągle wystraszona Bettina chowała twarz w oparciu fotela, zaś Willis, 

nieco pozieleniały na twarzy, jęczał na podłodze. Wydawał się być w dużo 

gorszym stanie niż niedźwiedzica, która jeszcze nie zdała sobie  sprawy z 

background image

tego, że została matką. Mimo to panda była bardziej przytomna niż chra-
piący głośno na samym tyle samolotu Ollie. Whitewater przetoczył go tam 

w charakterze balastu. 

Tuż przed narodzinami Billy’ego, Whitewater skierował samolot na po-

łudniowy wschód, zawracając na Hawaje. Jeśli nie damy rady dotrzeć do 

wyspy Oahu, powiedział, z pewnością powinniśmy dotrzeć do Kauai, naj-
bardziej  wysuniętej  na  północ  wyspy  archipelagu.  Zmienił  się  kierunek 

wiatru.  Byli  już  poza  zasięgiem  wulkanicznych  prądów  powietrznych  z 

Kana-Pumy.

Josie pieszczotliwie wytarła niedźwiadka ręcznikiem rozgrzanym wodą 

z  manierki. Billy  nie  był ujmującym noworodkiem: nie  większy  od  nowo 
narodzonego kociaka, ważył mniej niż pół kilo. Miał płaską główkę, zakle-

jone  powieki,  a  jego  różowe  ciałko  było  prawie  nagie,  pokryte  jedynie 

rzadką mgiełką srebrzystego cienkiego puchu. Charakterystyczne dla pand 

czarne  łaty  pojawią  się  dopiero  po  tygodniu.  Wyglądał  jak  duży,  łysy 

szczur z krótko uciętym ogonem. Josie mimo to uważała, że jest śliczny. Bil-
ly miał tylko tyle siły, by wydać z siebie piskliwy, płacz noworodka. Wtedy 

Księżycowa  Róża,  używając  łapy  i  pyszczka,  przysunęła  niedźwiadka  do 

siebie i Billy entuzjastycznie zaczął ssać jej pierś. Josie westchnęła z ulgą.

–  Zastanawiam  się,  jakiej  jest  narodowości?  –  powiedziała  poklepując 

pandę po boku i patrząc na Billy’ego, który zaspokoiwszy głód spokojnie 
zasnął. – Jego rodzice pochodzą z Chin, ale są mieszkańcami Stanów. Uro-

dził się nad wodami międzynarodowymi przy dźwiękach hymnu australij-

skiego.

– „Walc z Matyldą” nie jest australijskim hymnem – poprawił ją White-

water. – Jest po prostu australijską piosenką.

Wydawał  się  dziwnie  nachmurzony.  Prawdopodobnie  był  tak  samo 

wyczerpany jak ona. Ale Josie promieniała szczęściem.

–  No  cóż –  ciągnęła –  może  po prostu  jest  obywatelem  świata.  Pandy 

faktycznie powinny należeć do wszystkich.

Uśmiechnęła się do brzydkiego, małego ciałka.
Odgarnęła zmęczonym ruchem mokry kosmyk włosów z oczu i rozej-

rzała się po zatłoczonym samolocie.

background image

– Josie? – Bettina oderwała twarz od oparcia. Była blada i miała zapuch-

nięte oczy. – Czy ono naprawdę żyje?

– Tak – uspokoiła ją Josie kiwając głową z zadowoleniem.

– I naprawdę dolecimy do Hawajów? – pytała dalej Bettina.

Ześlizgnęła  się  z  fotela  i  kucnęła  na  podłodze  obok  siostry.  Josie 

uśmiechnęła się widząc, jak niedźwiedzica wysunęła czarną łapę instynk-
townie chroniąc małego. Zamknęła drzwiczki do klatki, a następnie oparła 

się o puste zbiorniki na paliwo. Bettina odwróciła twarz do siostry tak, że 

spotkały się ich oczy.

– Josie – wyszeptała drżącymi wargami – co oni ze mną zrobią? Wsadzą 

mnie do więzienia?

Josie ogarnęła fala ciepła i litości dla nieszczęśliwej dziewczyny.

– Myślę, że nie – odpowiedziała miękko. – Chciałaś zerwać z Lucasem. 

Dzwoniłaś  po  pomoc.  Nie  odszukalibyśmy  was,  gdybyś  nie  była  na  tyle 

dzielna, by do mnie zadzwonić.

– Chciałam zrobić to, co trzeba. Naprawdę – powiedziała trzęsącym się 

głosem Bettina.

Położyła głowę na ramieniu siostry. Josie objęła ją i przytuliła mocno do 

siebie.

– Wszystko będzie dobrze – zapewniała cicho płaczącą Bettinę. – Whi-

tewater  twierdzi,  że  jeśli  złożysz  zeznania  przeciwko  Lucasowi,  władze 
mogą nie przedstawić ci żadnego zarzutu. A on wie, co mówi. Jego brat jest 

prawnikiem. Prawda, Whitewater?

Trzymała w ramionach płaczącą Bettinę i czekała na potwierdzenie ze 

strony Whitewatera. Ale on nic nie powiedział. Rozmawiał niskim głosem 

przez  radiostację.  Josie  westchnęła  i  wygładziła  zmierzwione  jasnorude 
włosy siostry.

– Tak powiedział. Prawdopodobnie nikt ci nic nie zrobi, Bettina. Tylko 

postaraj się współpracować z władzami. Rozumiesz?

Bettina skinęła głową. Niezgrabnie wyprostowała się i otarła oczy.

– Wszystko im opowiem. To był pomysł Lucasa. Popełniłam błąd pisząc 

do niego. Napisałam mu, że pracuję w ZOO. On już wcześniej wiedział, że 

ty zajmujesz się pandami. Wymyślił ten szalony plan, żeby porwać Księży-

cową Różę i trzymać ją dla okupu. Z początku miał to być zwykły protest... 

background image

no wiesz, w obronie praw zwierząt, żeby ratować wieloryby i w ogóle. My-
ślałam, że nawet ty nie będziesz miała nic przeciwko temu, tak długo, jak 

będziesz wiedziała, że nic nie grozi pandzie.

Josie czuła, jak robi się jej zimno. Bettina wytarła raz jeszcze oczy i mó-

wiła dalej.

– Lucas znał tę górę – pociągnęła nosem – ponieważ jeden z jego ojczy-

mów pracował w biurze Trans-Pacific Foods w Honolulu. Bywał tu często, 

kiedy był mały. Pamiętał drogę, lądowiska, wszystko.

Na myśl o Lucasie Josie zrobiło się zimniej. Zastanawiała się, czy jeszcze 

żyje. Teraz, gdy byli prawie bezpieczni, czuła w stosunku do niego coś w 

rodzaju litości, mimo że miał tak wypaczony charakter i był tak zadufany w 
sobie.

–  Lucas  poznał  Ollie’ego  w  Bostonie  –  opowiadała  Bettina  patrząc  na 

Księżycową Różę i Billy’ego. – Ollie uważał, że Lucas jest cudowny. Speł-

niłby każdy jego rozkaz. Lucas używał go do najcięższej i najgorszej roboty, 

jak na przykład zajmowanie się pandą. A Willis, Willis to geniusz elektro-
niczny. To on wymyślił, jak się dostać do ZOO i pawilonu pand. Myślę, że 

był to dla niego rodzaj zabawy, wyzwania. Kiedy zabraliśmy Księżycową 

Różę,  Lucas  zaczął  się  dziwnie  zachowywać.  Willisowi, tak  jak  mnie,  nie 

podobało się to, co się działo.

– Chcę, żeby zostało zaprotokołowane – wymamrotał Willis z podłogi –

że poddałem się dobrowolnie. Nie stawiałem oporu. Współpracowałem z 

wami. Zrozumiałem swój błąd i zrobię wszystko, żeby go naprawić.

Jego mowę obrończą przerwał atak choroby morskiej. Josie też było tro-

chę niedobrze. Jeszcze raz przytuliła do siebie Bettinę. Nic ją nie obchodzi-

ło,  czy  Willis  spędzi  następne  sześć  tysięcy  lat  w  najciemniejszym  lochu 
najciemniejszego więzienia na  świecie,  a  Ollie razem z  nim te same sześć 

tysięcy lat plus drugie tyle na dokładkę.

– Myślę, że Lucas mógł ją zabić – wyznała stłumionym głosem Bettina. –

Chciał zażądać czegoś niemożliwego, na przykład zakończenia wszystkich 

wojen  i zniszczenia wszystkich rodzajów broni. Czegoś, czego nie można 
spełnić. I wtedy zabiłby pandę, żeby pokazać ludziom, jaki świat jest zły i 

szalony. Ale to Lucas był zły, Josie. Chciał, żeby wszyscy padli przed nim 

na kolana. Chciał ukarać cały świat.

background image

Josie przebiegły dreszcze.
– Nie myśl o tym – pocieszyła siostrę.

Sama  nie  chciała  o  tym  myśleć.  Ma  to,  po  co  tu  przyjechała:  siostrę, 

Księżycową  Różę  i  jej  dziecko,  a  teraz  są  w  drodze  do  domu.  Lub  przy-

najmniej  do  pierwszego  przystanku  na  drodze  do  domu.  Próbowała  nie 

myśleć o tym, co ich czeka. Doktor Hazard będzie szczęśliwy, kiedy dosta-
nie  pandę z  powrotem. Będzie głęboko wdzięczny, że  mały  przyszedł  na 

świat  żywy  i  zdrowy.  Josie  nie  łudziła  się, że  przyjmą ją  z  powrotem do 

pracy.  Jej  przyszłość  była  tajemnicą  zasnutą  chmurami  gęstszymi  niż  te, 

które okryły ciemnym płaszczem Ra-Komę. 

Próbowała nie patrzyć na rozmawiającego ciągle przez radio Whitewa-

tera. Nie może oczekiwać, że on zdecyduje za nią, co ma zrobić ze swoją 

przyszłością. Już w zbyt wielu sprawach zdawała się na niego.

Kocham go – pomyślała zmęczona. – To nie jest zwykłe zadurzenie, czy 

też wdzięczność zmieszana z podekscytowaniem przygodą. Kocham go te-

raz i będę go kochać za dziesięć lat, a gdybym miała żyć wiecznie, będę go 
kochać bez końca. A czy jemu na niej w ogóle zależy? Wydawało się jej, że 

tak. Miała taką nadzieję. Powiedział jej co prawda, że nie należy do męż-

czyzn,  którzy  chcą  założyć  rodzinę.  Nieważne.  Jeśli  będzie  ją  chciał  mieć 

przez następny tydzień, następny miesiąc, jest jego  i tyle. Będzie jego tak 

długo, jak  on będzie  tego  chciał, a  kiedy już mu się  znudzi, odejdzie  bez 
słowa, ale wciąż będzie do niego należeć.

Atmosfera w samolocie zmieniła się. Josie uniosła głowę, żeby wyjrzeć 

przez  okno.  Przeciągnęła  się,  bolały  ją  mięśnie.  W  oddali,  jakby  za  mgłą, 

zobaczyła  pierwsze  punkciki  świateł  na  Hawajach.  „Jesteśmy  prawie  na 

miejscu, bezpieczni, pomyślała. – Wszystko będzie dobrze. O Whitewatera 
będę się martwić później, kiedy nas tam wszystkich szczęśliwie dowiezie”. 

Czuła, jak samolot zniża lot. Dzwoniło jej w uszach. Księżycowa Róża po-

ruszyła się niespokojnie potrząsając we śnie głową.

– Załatwiłeś karetkę i jakichś ludzi z ZOO dla tej dwójki? – spytała Whi-

tewatera podnosząc głos, by przekrzyczeć hałas silników.

Odwróciła się i spojrzała na niego przez ramię. Odpowiedział jej skinie-

niem głowy. Samolot gwałtowniej schodził do lądowania. Josie pogłaskała 

pandę i zapytała pełnym napięcia głosem:

background image

– Pewnie zawiadomiłeś też władze? 
Odpowiedziała jej cisza.

– Tak – odezwał się w końcu.

Wstrzymała oddech, kiedy samolot przechylił się lekko, wysunął koła i 

uderzył  o  nawierzchnię  pasa.  Byli  w  domu.  Bezpieczni.  Nareszcie.  Josie 

odwróciła się  tak, by widzieć Whitewatera. Jeszcze raz opiekuńczo objęła 
szyję Bettiny.

– Whitewater – zaczęła znowu spiętym głosem. – Nie chcę oddać Betti-

ny w ręce obcych ludzi po tym, co przeszła. Po prostu nie mogę tego zrobić.

– Nie będziesz musiała – mruknął roztargnionym, prawie zimnym gło-

sem, nie patrząc wcale na nią.

– To dobrze.

Serce  biło  jej  mocno.  Samolot  zatrzymał  się.  Słyszała  wycie  syren.  To 

pewnie karetka jadąca po Księżycową Różę i Billy’ego – pomyślała. I poli-

cyjna eskorta. I przedstawiciele władz, żeby zabrać Willisa i ciągle uśpione-

go  Ollie’ego.  Ale  jej  siostra,  po  którą  przyjechała  tak  daleko,  zostanie  na 
wolności, modliła się w duchu. 

W  samolocie  panowała  dziwna  cisza.  Wycie  syren  samochodowych 

stawało  się  coraz  głośniejsze.  Na  ścianach  kabiny  widziała  odbicie  ich 

czerwonych i niebieskich mrugających świateł. Tańczyły one po drzemiącej 

pandzie i jej synku. 

Whitewater wstał, podszedł do wyjścia i otworzył drzwi. Poderwał Wil-

lisa na nogi i właściwie wypchnął go na zewnątrz. Willis zatoczył się. Whi-

tewater warknął coś niewyraźnie i zepchnął go bezceremonialnie w dół po 

schodach. Willis wpadł w ręce dwóch czekających tam mężczyzn w garni-

turach. Agentów FBI lub policjantów w cywilu, pomyślała podenerwowana 
Josie. Sanitariusze otworzyli tylne drzwi karetki i wyciągnęli z nich nosze i 

łóżka na kółkach. Josie wstała, szykując się, by im pomóc. Pomogła wstać 

Bettinie. Whitewater stał na ostatnim stopniu schodków, kiedy Josie zaczęła 

kierować się na zewnątrz.

– Dokąd się wybierasz? – zapytał ostro.
Miał dziwnie ponury głos. Był bez kapelusza. Pachnący lekko dymem 

hawajski wiatr rozwiewał jego ciemne włosy.

background image

– Pomóc  sanitariuszom  z  ZOO  –  odpowiedziała  przyglądając  się  jego 

kamiennym rysom. – I zaopiekować się moją siostrą.

– Przykro mi – powiedział kładąc rękę na przegubie Bettiny. – Nigdzie 

nie pójdziecie. Jesteście aresztowane.

Skurcz przebiegł po jego twarzy.

– Obie – dodał.
– Co? – spytała nie wierząc własnym uszom Josie. Wpatrywała się w je-

go pociemniałą twarz, rozwiane czarne włosy. Czy on nie rozumie? Musi 

zaopiekować się pandą i jej małym. Oni są bezcenni i musi z nimi zostać. I 

jej siostra, która też jest bezcenna, również jej potrzebuje. Przebyła całą tę 

drogę ufając, że Bettina nie będzie aresztowana.

– Obie jesteście aresztowane – powtórzył nieubłaganie.

Sięgnął  do  jednej  z  niezliczonych  kieszeni.  Wyjął  cienki  portfel,  otwo-

rzył go i podsunął pod nos zaskoczonej Josie.

– Aaron Whitewater, agent specjalny. Wyznaczony do tej sprawy. Fede-

ralne Biuro Śledcze. Bettina Talbott, jesteś aresztowana pod zarzutem kra-
dzieży mienia wielkiej wartości, przemytu poza granice stanu oraz próby 

wymuszenia okupu.

Josie czuła, jak Bettinie uginają się nogi. Podtrzymała ją mocniej..

– Co? – zapytała, kiedy Bettina zawisła bezwładnie u jej ramienia pła-

cząc cicho w jej rękaw.

– Przykro mi  –  rzucił  mechanicznie.  –  A  ty,  Josie  Allen  Talbott,  jesteś 

aresztowana za zatajenie informacji przed władzami federalnymi.

Wieczorny wiatr przyniósł zapach oceanu i swąd dymu wulkanicznego. 

Josie wpatrywała się w Whitewatera z otwartymi ustami.

– Ciągnąłeś mnie całą tę drogę – wyszeptała zaszokowana – żeby mnie 

aresztować? – Zacisnęła zęby i przytuliła mocniej siostrę do siebie. – Whi-

tewater, ale z ciebie łajdak. Prawdziwy łajdak.

– Josie – zaczął. – To należy do moich obowiązków.

– Twoich obowiązków? – powtórzyła za nim.

O mało nie zemdlała ze złości. Spojrzała na niego. Chętnie by go zabiła. 

Whitewater milczał. I ona nie mogła już nic powiedzieć. Kolejna para męż-

czyzn  w  garniturach  znalazła  się  na  schodach.  Rozdzielili  siostry.  Jeden 

background image

skuł  kajdankami  przegub  Bettiny.  Drugi  zatrzasnął  identyczną  parę  na 
nadgarstku Josie.

– Witamy na Hawajach, panienko – odezwał się szyderczo. – Lub jak tu 

mówimy, aloha.

Aloha,  pomyślała  gorzko  Josie.  Nic  dziwnego,  że  Whitewater  z  taką 

zimną krwią, tak spokojnie zostawił Lucasa na wyspie. Był tylko najemni-
kiem. Może na swój sposób potraktował go nawet lepiej. Zostawił go bo-

wiem  na  łasce  bardziej  miłosiernego  losu  niż  ten,  który  zgotował  Josie. 

Czuła, jak jej serce zamienia się w kamień. Rzeczywiście, aloha.

– Josie – powiedział Whitewater z ostatniego stopnia schodów. W jego 

głosie  słychać było wahanie. – Winien ci jestem wyjaśnienie. A ty musisz 
mnie wysłuchać. To wszystko...

– Nie odzywaj się do mnie, Whiewater – syknęła. Nie mogła znieść jego 

widoku. – Ani teraz ani kiedykolwiek w przyszłości.

Whitewater zszedł za nimi kilka stopni. Agent, który eskortował Josie, 

otworzył drzwiczki długiej, czarnej limuzyny.

– Kobiety nie muszą mieć kajdanek – warknął do niego Whitewater. –

Zdejmij je.

– Spokojnie, Whitewater – odpowiedział agent z nieprzyjemnym uśmie-

chem. – Twoje zadanie się skończyło. Teraz my się nimi zajmiemy!

– Josie! – krzyknęła przerażona Bettina.
Agent, który ją aresztował, wepchnął ją na tylne siedzenie innego, nie-

oznakowanego wozu. Blada twarz Bettiny i szeroko otwarte oczy wyrażały 

bezbrzeżny strach. Whitewater wycedził ponuro przez zaciśnięte zęby.

– Powiedziałem, że nie muszą być skute. Nie musicie ich też rozdzielać. 

Ta kobieta nie jest niebezpieczna... Słuchaj, chcę z nią pojechać. Obiecałem 
jej, że nie będzie musiała...

– Nie  miałeś żadnego  prawa,  żeby  jej  coś  obiecywać.  Odtąd  ja  się  nią 

zajmuję. Ty złożysz raport później.

– Cholera! – zaklął wściekle Whitewater.

Josie nie widziała jego twarzy. Agent usiadł koło niej na tylnym siedze-

niu i zamknął za sobą drzwiczki. Rzucił jej obleśny uśmiech i podniósł rękę 

tak, że kajdanki zalśniły w światłach karetki. Była aresztowana. Zdradzona 

przez Whitewatera. Mężczyznę, któremu ufała najbardziej na świecie.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Hawaje  były  wspaniałe.  Z  małymi  wyjątkami.  Jednym  z  nich  był  nie-

wielki, prawie pusty pokój przesłuchań w siedzibie wydziału policji Hono-
lulu,  w  którym  cztery  godziny  Josie  odpowiadała  na  pytania.  Odmówiła 

składania zeznań, dopóki nie skontaktuje się z obrońcą. Natychmiast, jakby 

za sprawą czarów, zjawił się adwokat. Był to łysiejący, średniego wzrostu 

mężczyzna  z  niewielkim,  zuchwałym  wąsikiem  i  kozią  bródką.  Nazywał 

się pan Suehiro. Wytworny krój garnituru pana Suehiro, błysk inteligencji 
w oku oraz fachowość porad kazały Josie podejrzewać, że nie był adwoka-

tem z urzędu. Nie pytała, czemu zawdzięcza to szczęście, że przyszedł jej z 

pomocą. Po prostu przyjęła z wdzięcznością jego obecność. Obecność pana 

Suehiro była pierwszą dobrą rzeczą, jaka przytrafiła się jej  w  ciągu ostat-

nich dwóch tygodni.

Przed północą wyprowadził ją  z  siedziby policji  i wsadził do swojego 

szybkiego, małego, czerwonego wozu.

– Nie wiem, skąd pan się wziął – powiedziała Josie – ale cieszę się, że się 

pan pojawił. Mam nadzieję, że mojej siostrze też się tak poszczęściło.

– Dziękuję.  Pani  siostrze poszczęściło  się  dokładnie  tak samo  –  odpo-

wiedział pan Suehiro prowadząc wóz w ruchu ulicznym z brawurą wyści-

gowego kierowcy. – Ja będę ją reprezentował.

– Pan? – spytała zdziwiona Josie. – Więc niech pan lepiej do niej jedzie. 

I... – urwała zmieszana rozglądając się wokół rozświetlonego neonami cen-

trum Honolulu. – Nie wiem nawet, dokąd mam pójść – roześmiała się za-
kłopotana.  –  Nie  mam  dokąd  pójść.  Nie  mam  gdzie  spać.  Powinien  był 

mnie pan zostawić w komisariacie.

Spojrzała na wytwornego pana Suehiro ze zdziwieniem. Nie miała na-

wet torebki. Nie miała niczego poza ubraniem na sobie.

– Pani siostra jest w rękach mojego utalentowanego asystenta, Hirama 

Rizala,  który  nie  pozwoli  jej  rozmawiać  z  władzami,  dopóki  ja  nie  będę 

mógł się z nią spotkać – poinformował ją pan Suehiro. – Zabieram panią do 

jednego z hoteli na Waikiki Beach. Zatroszczono się o pani potrzeby.

background image

Jasne  światła  tętniącej  życiem  dzielnicy  Waikiki  oślepiły  Josie  i  przy-

prawiły o zawrót głowy. Wszystko to wydawało się jej trochę nierealne.

– Nie stać mnie na hotel – mruknęła ponuro.

– Zadbano o to – odpowiedział beztrosko pan Suehiro.

– Zadbano? – spytała Josie patrząc na niego zdziwiona. – Kto zadbał? 

Nikogo tu nie znam.

Spojrzał na nią spokojnie.

– Ma pani przyjaciół, panno Talbott. To wszystko, co mi na razie wolno 

powiedzieć.  Proszę  mnie  dalej  nie  wypytywać.  Zostanie  pani  w  hotelu 

przynajmniej  przez  tydzień.  Władze  jeszcze  będą  chciały  z  panią  rozma-

wiać.

Ludzie w kolorowych ubraniach i naszyjnikach z kwiatów spacerowali 

po deptakach Waikiki. Światła neonów migotały i mieniły się wielobarw-

nie.  Josie  rozglądała  się  wokół  nieco  nachmurzona,  z  poczuciem  jakby 

oglądała  cudzy  sen.  Jej  serce  było  jak  z  ołowiu,  tak  potwornie  ciążyła  na 

nim zdrada Whitewatera. Starała się o nim nie myśleć. Nienawidziła go i 
nie  chciała pozwolić,  by  trucizna jego zdrady  przeniknęła jej  duszę. Wal-

czyła ze wspomnieniami o nim tak, jak walczy się z niebezpiecznym prze-

ciwnikiem.

– Co się stanie z moją siostrą? – spytała miękko, kiedy pan Suehiro pod-

jechał pod ten sam hotel, w  którym oboje z Whitewaterem zatrzymali się 
przed wyprawą na wyspy Kali Yin.

– Nic jej nie grozi, jestem tego pewien – pocieszył ją adwokat parkując 

samochód.  Wysiadł,  podszedł  do  drzwi  od  strony  pasażera  i  otworzył  je 

oferując Josie swoje ramię.

Zmęczona,  wyczerpana,  w  ubraniu  pobrudzonym  pyłem  wulkanicz-

nym Josie czuła na sobie ciekawy wzrok gości, kiedy nieskazitelny pan Su-

ehiro prowadził ją przez luksusowy hol do recepcji. Wiedziała, że ma po-

targane  włosy,  a  buty  wyglądają  jakby  przeszła  w  nich  przez  pół  piekła. 

Przesiąkła wonią pandy, ale nie przejmowała się tym wszystkim. Pan Su-

ehiro wziął klucz od jej pokoju i odprowadził ją do windy.

– Kiedy uwolnią Bettinę? – spytała go Josie. – Wypuszczą ją, prawda?

Drzwi windy otworzyły się miękko.

background image

–  Jestem  pewien, że Bettina wkrótce zostanie zwolniona – zapewnił ją 

prawnik, kiedy znaleźli się w windzie. – Zatrzymam ją u siebie, jeśli okaże 

się to konieczne. Pani oczywiście może wychodzić z hotelu, kiedy pani ze-

chce, ale nie wolno pani na razie opuszczać wyspy. I oczywiście nie wolno 

też pani opowiadać o tym, co się zdarzyło.

Drzwi windy otworzyły się z  sykiem  i pan Suehiro poprowadził Josie 

przez  korytarz  do  drzwi,  które  w  jakiś  upiorny  sposób  były  jej  znajome. 

Przekręcił klucz. Josie weszła do środka. Znowu nachmurzyła się i potarła 

czoło zaszokowana. To był jej pokój, uświadomiła sobie powoli. Znajdowa-

ły się w nim rzeczy, które przed wyprawą na Kali Yin zostawiła u White-

watera. W szafie wisiał jej turkusowy kostium, a biały szlafrok wyprany i 
wyprasowany leżał  na  łóżku.  Koło  wazonu z  kwiatami  na  stole  leżała jej 

torebka.

– Nie  rozumiem... –  zaczęła, ale pan Suehiro przerwał jej  ruchem wy-

manikiurowanej dłoni.

– Są ważniejsze rzeczy, które musi pani przemyśleć. I ważniejsze rzeczy, 

które musi pani zrobić, na przykład wypocząć. Proszę nie zawracać sobie 

tym głowy. Jutro się z panią skontaktuję.

Josie skinęła głową. Marzyła o tym, by zrzucić z siebie brudne rzeczy i 

zażyć luksusu kąpieli. Jednakże zbyt wiele pytań kotłowało się w jej zmę-

czonym umyśle. Pan Suehiro otworzył drzwi barku z drewna tekowego.

– Wygląda pani na kogoś, kto lubi białe wino – powiedział uprzejmie. –

Ale dzisiejszego wieczoru radziłbym brandy. Proszę, droga pani, niech pa-

ni usiądzie.

Josie usiadła na wyłożonym poduszkami trzcinowym krześle stojącym 

koło wychodzących na balkon rozsuwanych drzwi.

– Panie Suehiro – zaczęła czując ucisk w gardle. – Muszę zapytać pana o 

Whitewatera. Czy on ma z tym wszystkim coś wspólnego?

– Pan Whitewater? Nic mi o tym nie wiadomo.

Podał jej wypełnioną po brzegi lampkę brandy.

– Proszę, to dla pani.
Ociągając się wzięła z jego rąk kieliszek. Palący płyn rozgrzewał ją przy-

jemnie.

background image

– Skąd on wiedział? – spytała gorzko nie patrząc na adwokata. – Skąd 

wiedziało  FBI?  Czy  byłam  tak  głupia,  że  zatelefonowałam  po  pomoc  do 

jednego z ich agentów?

Pan Suehiro usiadł naprzeciwko.

– O ile rozumiem, panno Talbott – odparł ostrożnie – pani telefon był na 

podsłuchu. FBI wiedziało, że zadzwoniła pani do pana Whitewatera. Jego 
praca  już  wcześniej  zaprowadziła  go  w  niebezpieczne miejsca.  FBI  w  na-

głych wypadkach używało go od czasu do czasu jako agenta operacyjnego. 

To był taki nagły wypadek. Poprosili go, by współpracował z panią, kiedy 

pani przyjedzie. Zgodził się.

– Zgodził się – powtórzyła bezbarwnym głosem Josie.
Wzięła do ust kolejny łyk palącego płynu, krzywiąc się jakby to było le-

karstwo. Pan Suehiro skinął potwierdzająco głową i podniósł się z krzesła.

– Jeśli pani miała rację i panda faktycznie została uprowadzona na wy-

spy Kali Yin, kto lepiej nadawałby się do tego, by ją odnaleźć niż pan Whi-

tewater? I kto lepiej mógłby o nią zadbać niż pani? Widzi pani, niechcący 
zaoferowała  pani  FBI  rozwiązanie  bardzo  trudnego  problemu.  Problemu, 

który na razie wszyscy chcą utrzymać w tajemnicy. Im mniej rozgłosu w tej 

sprawie, tym lepiej. Nikt z nas nie chce, żeby ten pożałowania godny incy-

dent się powtórzył.

Wyciągnął rękę, by się z nią pożegnać.
– Może pani zadzwonić jutro do naszego ZOO i dowiedzieć się o pandę. 

Niech pani poprosi doktora Kokua. Z tego, co wiem, oboje, matka i dziecko, 

mają się dobrze. Proszę przyjąć moje gratulacje za wspaniałą robotę.

Josie uścisnęła dłoń pana Suehiro. Zaczęła podnosić się, żeby odprowa-

dzić go do drzwi, ale on powstrzymał ją ruchem dłoni.

– Sam znajdę drogę, panno Talbott – powiedział miękko. – Dobranoc i 

proszę się nie martwić. Jestem pewny, że władze nie mają zamiaru przed-

stawić pani  żadnych zarzutów. Działała pani pod przymusem... obawiała 

się pani pogróżek Lucasa Panpaxisa. I bardzo dzielnie współpracowała pa-

ni z  ich agentem, panem  Whitewaterem.  Faktycznie,  jeśli o to chodzi, za-
chowała się pani lepiej od niego. Sposób, w jaki pogwałcił zasady zawodo-

we z pewnością musi wprawić FBI w zakłopotanie. Może być pani spokoj-

na. Na pewno nie zechcą z panią zadzierać.

background image

Josie spojrzała zdziwiona na wymuskanego, pełnego godności pana Su-

ehiro.

– Co pan mówi? – spytała zaskoczona. – Pogwałcił zasady zawodowe?

Whitewater  był  zdrajcą,  pomyślała  zimno,  ale  doskonałym  zawodow-

cem, ani przez chwilę nie wzbudził jej podejrzeń. Pan Suehiro położył rękę 

na klamce. Spuścił taktownie wzrok na podłogę.

– Mam na myśli to – powiedział cicho – że pan Whitewater został... pani 

kochankiem. Nie powinien był tego robić. Pani działała, jak już mówiłem, 

pod straszliwym przymusem. On nie miał prawa wykorzystywać tej sytu-

acji. Zwłaszcza, że nie miała pani innego wyjścia niż czuć się wobec niego 

zobowiązana.

Josie prawie  upuściła kieliszek. Patrzyła na  pana Suehiro z  otwartymi 

ustami.

– Moim kochankiem? – spytała przerażona. – Powiedział, że został mo-

im kochankiem? To kłamstwo! Ohydne kłamstwo!

Pan Suehiro skłonił głowę w wyrazie szacunku.
– W porządku panno Talbott – powiedział pocieszająco. – Jestem pani 

obrońcą. Nie musi nic pani przede mną ukrywać. Porozmawiamy jutro.

Cicho  otworzył drzwi i  wymknął  się  na  korytarz. Josie odłożyła  kieli-

szek na stolik i patrzyła na niego. Czuła, jak jej twarz i piersi ogarnia pło-

mień. A więc Whitewaterowi nie wystarczyło, że ją okłamał i zdradził. Mu-
siał  zaspokoić  swoje  żałosne  męskie  ego  chełpiąc  się  tym,  że  również  ją 

zdobył. Wstała rozglądając się za czymś, co mogłaby rozbić. Chciała rzucić 

kieliszkiem o lustro, wziąć porcelanową popielniczkę ze stolika nocnego i 

rozbić  ją  o  drzwi  balkonu,  chciała  wybuchnąć  jak  Kana-Puma,  obrócić  w 

ruiny cały pokój, dać ujście swojej złości. Ale pokój nie należał do niej. Był 
własnością hotelu. Nie miała w nim nic swojego, co mogłaby roztrzaskać.

Odsunęła szklane drzwi i wyszła na mały balkon. Zacisnęła dłonie na 

białej, żelaznej balustradzie i wpatrzyła się w ciemność. Wisząca w powie-

trzu  mgiełka  przepuszczała  słabo  promienie  księżyca  i  czyniła  gwiazdy 

niewidocznymi. Ocean wzdychał, a jego fale rozbijały się bez końca o plażę.

Kochankowie,  pomyślała  z  niechęcią.  Nie  chciał  zostawić  jej  nawet 

odrobiny dumy. Przycisnęła ręce do oczu. Chciała płakać, stać w ciepłym 

wietrze,  słuchać odgłosów  morza  i  szlochać.  Ale  nie  mogła  wydobyć  łez. 

background image

Whitewater  zabił  w  niej  nawet  zdolność  do  płaczu.  W  porządku,  powie-
działa sobie. Użył cię, ale i ty go użyłaś. Odzyskałaś Bettinę i Księżycową 

Różę,  a  Billy  jest  zdrów  i  cały.  Po  co  ci  Whitewater?  Na  nic.  Potrząsnęła 

bezradnie głową, odwróciła się i weszła do pokoju. Samolubne  kłamstwo 

Whitewatera było ostatnim poniżającym dowodem jego dwulicowości. Bę-

dzie go nienawidzić do końca życia. 

Znowu ogarnęła ją chęć, żeby coś zniszczyć. Ale nic by to nie pomogło. 

Najważniejsza rzecz, jaką posiadała, już została zniszczona. Było nią jej ser-

ce. Złamał je Whitewater i to nieodwracalnie. Na zawsze. Swoimi łatwymi 

uśmieszkami i łatwymi kłamstwami.

Po raz pierwszy zauważyła na stole świeże kwiaty. Były to szalenie eg-

zotyczne, niezwykle wielkie i ozdobne białe orchidee. Oparta o nie koperta 

zaadresowana była śmiałym charakterem pisma, które natychmiast rozpo-

znała:  należało do Whitewatera. Wzięła ją do  rąk, ale  nie otworzyła listu. 

Wyjęła delikatnie z wazonu cały tuzin białych kwiatów i wyszła z nimi na 

balkon. Stojąc w matowym świetle księżyca podarła wiadomość od White-
watera na kilkanaście kawałków. Wiatr uniósł je w kierunku ciemnego mo-

rza.  Następnie,  jeden  za  drugim  odrywała  płatki  z  kwiatów  i  rzucała  je 

przed siebie. Kiedy wszystkie zniknęły porwane przez wiatr, pożegnała je, 

wiedząc, że rozstaje się również ze swoją naiwnością. Już nigdy nikomu nie 

zaufa. Nikomu i nigdy.

Josie spędziła następne dni w dziwnym otępieniu. Jakby jej ciało było w 

raju a umysł w otchłani lub w dziwnie ponurym, pozbawionym życia miej-

scu.  Bettina  wkrótce  miała  wyjść  na  wolność  i  przez  nieokreślony  czas 

przebywać pod opieką pana Suehiro i jego żony. Pan Suehiro, poświęciw-
szy cały swój czas na wyciągnięcie Bettiny z aresztu, przekazał Josie panu 

Hongo, jednemu ze swoich wspólników. Młodzieńczo wyglądający Lewis 

Hongo, który przypominał bardziej mistrza surfingu niż prawnika, zapew-

nił  Josie  z  uśmiechem,  że  nie  zostaną  jej  przedstawione  żadne  zarzuty. 

Twierdził również, że w nagrodę za współpracę z władzami Bettina praw-
dopodobnie także zostanie oszczędzona. Jednakże dla dobra śledztwa obie 

siostry nie mogą się ze sobą spotykać. Josie przystała na to niechętnie, tylko 

background image

dlatego, że nie miała wyboru. Wiedziała, że elegancki pan Suehiro dobrze 
się zajmie Bettiną.

Dowiedziała się również z zadowoleniem, że Willis znalazł się za krat-

kami, podobnie jak wielki i przerażający Ollie, który wrócił już do siebie po 

środkach usypiających, które mu zaaplikowała. O Lucasie nic nie było wia-

domo.  Zaginął  na  Kali  Chenshan.  Lewis  Hongo  powiedział  Josie,  że  jego 
zdaniem Lucas nie żyje, choć być może nigdy nie dowiedzą się prawdy. 

Wybuch Kana-Pumy nie skończył się jeszcze i spowodowane nim znisz-

czenia ograniczyły się na razie do wschodniej części wyspy. Pierwsza erup-

cja wulkanu była jak dotąd, najgwałtowniejsza, ale nikt nie był pewny, jak 

długo  wypluwać on  będzie z  siebie ogień:  przez  tygodnie  czy  przez  lata. 
Silne  wiatry  okrywały  Górę Chmurnych  Bogów deszczem pyłu  i  popiołu 

nie pozwalając samolotom na lądowanie w wiosce. Większość ludności wy-

spy została ewakuowana.

W tych dniach jedyną radością Josie było odwiedzanie każdego  ranka 

specjalnego pomieszczenia w ZOO w Parku Kapiolani. Dostępu do niego 
pilnowali strażnicy i żeby wejść do środka Josie musiała okazać specjalne 

pozwolenie z FBI. Wewnątrz znajdował się najbardziej strzeżony sekret na 

Hawajach:  Księżycowa  Róża  i  Billabong.  Oboje  czuli  się  świetnie.  Josie 

wolno  było  spędzać codziennie  dwie godziny  z  pandami,  ale  pod  koniec 

tygodnia opiekę nad zwierzętami przejąć miał doktor Hazard, który zapo-
wiedział swój przylot z Chicago. Josie nie była pewna, jak zareaguje na jej 

obecność. Przysłał jej krótki telegram:

Dziękuję. Nie potrafię wyrazić  swojej  wdzięczności.  Chciałbym  móc  zapropo-

nować powrót do pracy, ale jak wiesz, jest to niemożliwe. Z mieszaniną uznania i 

żalu.

T. Wallace Hazard 

Z mieszaniną uznania i żalu – pomyślała smutno. Odtąd zawsze już tak 

będzie o niej myślał.

Minęło  pięć  dni,  które,  jeśli  nie  była  z  Lewisem  Hongo  lub  pandami, 

spędzała samotnie na plaży, na tarasie hotelu, sącząc sok ananasowy i wpa-
trując  się  w  morze.  Próbowała  zapomnieć  o  Whitewaterze.  Nie  uczynił 

żadnego ruchu, żeby się z nią skontaktować. Nie spróbował przeprosić jej 

background image

czy choćby się wytłumaczyć. Przypuszczała, że całym zadośćuczynieniem 
miał być wazon białych kwiatów. 

Wtorkowy ranek spędziła jak zwykle z pandami. Następnie poszła do 

hotelu i przebrała się w niebieskozielone bikini. Zabrała ze sobą hotelowy 

ciężki aksamitny szlafrok i udała się na plażę na swoje samotne czuwanie. 

Nie miała pojęcia, kto opłacał jej pobyt w hotelu. Podejrzewała, że FBI, któ-
re w ten sposób chciało ukryć jej pobyt na Hawajach. Lewis Hongo poin-

struował ją, że jeśli ktoś zapyta o powód jej wizyty na wyspie, powinna od-

powiedzieć, że spędza tu wakacje. No cóż, myślała z ironią spacerując po 

białym piasku i słuchając fal oceanu, jeśli FBI chciało trzymać ją w luksu-

sowym hotelu, to ich sprawa. Wydawali pieniądze z jej podatków. Podej-
rzewała, że opłacili również adwokata. Gdyby na koniec okazało się, że to 

ona  ma  pokryć  te  wszystkie  rachunki,  musiałaby  ogłosić  bankructwo. 

Prawdopodobnie dokładnie wiedzieli, jaki był stan jej konta.

Po krótkiej kąpieli w oceanie położyła się na słońcu, mając nadzieję, że 

jego promienie wypalą wszystkie myśli z jej głowy. Za dużo czasu poświę-
cała rozpamiętywaniu swojej nienawiści do Whitewatera. Pamiętała, czując 

jednocześnie dziwnie  głęboką tęsknotę, dnie  i  noce,  które  spędzili razem. 

Tak, myślała markotnie, kochała go. Inaczej nie nienawidziłaby go teraz tak 

mocno. Padł na nią cień, zasłaniając słońce i wyrywając ją z zadumy. Unio-

sła się na łokciu i założyła okulary słoneczne, żeby móc przyjrzeć się stoją-
cej nad nią sylwetce.

Był to wysoki, szeroki w barach mężczyzna. Ciepły wiatr rozwiewał je-

go ciemne włosy. Miał na sobie szare spodnie, nieskazitelnie białą koszulę i 

niebieski  krawat.  Whitewater.  Przez  ostatnie  pięć  dni  powtarzała  w  my-

ślach zjadliwą tyradę, jaką uraczy go, gdy ośmieli się do niej zbliżyć. Ale 
teraz wszystko wyparowało jej z głowy. Patrzyła na niego, a serce waliło jej 

jak oszalałe.

– Panna Talbott? – odezwał się mężczyzna. Przez ramię przewieszoną 

miał marynarkę. – Nazywam się Whitewater.

Josie zamrugała powiekami. Szalejący puls wrócił do normy. Na twarzy 

Josie  malowało  się rozczarowanie. To  nie  był  jej  Whitewater.  Był  wysoki, 

ale nie aż tak zastraszająco wysoki jak Aaron. Nie był też tak bardzo umię-

background image

śniony. Był dobrze zbudowany, ale raczej szczupły. I choć był przystojny, 
to w jakiś inny sposób.

– David Whitewater – przedstawił się, widząc jej zdziwienie. – Mój brat 

chciał, żebym się z panią skontaktował. Nie mogłem przylecieć wcześniej. 

Miałem rozprawę sądową w Nebrasce. Czy nie napiłaby się pani czegoś na 

tarasie? Obawiam się, że nie jestem odpowiednio ubrany na plażę.

Nie  uśmiechnął  się.  Wyglądał  godniej  i  poważniej  niż  jego  brat.  Josie 

skinęła głową. Nie powinna być nieuprzejma dla Davida Whitewatera tyl-

ko dlatego, że jego brat należy do jednych z najprymitywniejszych form ży-

cia na ziemi. Nie było także powodu, żeby była zachwycona tym spotka-

niem. 

Zignorowała jego wyciągniętą dłoń i podniosła się z zimnym wyrazem 

twarzy. Założyła na siebie szlafrok, zabrała z piasku ręcznik i torbę plażo-

wą i ruszyła w stronę tarasu.

– Jak pan mnie znalazł? – spytała nie oglądając się za siebie.

– Nie było pani w pokoju. Postanowiłem poszukać na plaży. Mój brat 

powiedział mi, że ma pani rude włosy i urocze piegi. Faktycznie pani piegi 

od razu rzuciły mi się w oczy. Czy ten stolik pani odpowiada?

Josie wyprostowała się dumnie i otuliła szczelniej szlafrokiem. Zaczeka-

ła,  aż  David  Whitewater  odsunie  dla  niej  krzesło  i  z  godnością  usiadła. 

Mężczyzna zajął miejsce naprzeciwko i rozluźnił krawat. Rzuciła mu spoj-
rzenie, które miało być chłodne i taksujące. Nic z tego nie wyszło. Za bar-

dzo przypominał swojego brata. Osaczyły ją znowu wspomnienia.

– Widziałem się  z panem Suehiro – zaczął David obserwując uważnie 

Josie. – Robi wrażenie świetnego fachowca. Powiedział mi, że jego wspól-

nik, pan Hongo, zajął się pani... że tak to nazwę, problemami. Spotkałem się 
z nim również. Zapewnił mnie, że władze już nic więcej od pani nie chcą.

– Mam nadzieję – odparła Josie usiłując ukryć swoją niechęć. – Chciała-

bym tylko wiedzieć, kiedy będę mogła wrócić do Chicago.

Nie miała jednak specjalnie do czego wracać.

– Za kilka dni – powiedział niejasno David. – Rozmawiałem też z wła-

dzami. – Przywołał kelnera.

– Wygląda na to, że miał pan bardzo pracowity ranek – powiedziała Jo-

sie zimno.

background image

Zauważyła, że w odróżnieniu od brata, miał jaskrawo niebieskie oczy. 

Wytrzymał bez mrugnięcia jej spojrzenie.

– To prawda – odparł.

Pojawił się kelner i David zamówił wino dla Josie i kawę dla siebie. Na 

ich stoliku usiadł gołąb i Josie odgoniła go ruchem ręki.

– Mój brat... – zaczął David.
– Nie mam ochoty –  przerwała mu lodowato –  rozmawiać o pańskim 

bracie. Teraz czy kiedykolwiek indziej. Pański brat może smażyć się w pie-

kle od dziś po Sąd Ostateczny. I niech diabły polewają go wrząca wodą.

– Mój brat – powtórzył nie zwracając uwagi na jej wybuch – pragnął, by 

pani  i  pani  siostra  miały  zapewnioną  najlepszą  pomoc  prawną.  Nalegał, 
żebym tu przyjechał. Niepokoił się o panią.

– Okazał to już aresztując mnie i moją siostrę. Cieszę się, że się niepo-

koił. Bóg jeden wie, co by nam zrobił, gdyby był do nas źle usposobiony.

David Whitewater zacisnął zęby. Wydawało się, że próbuje się opano-

wać. Po chwili odezwał się spokojnym tonem.

– Rozumiem, że mógł panią zdenerwować...

– To świetnie. Założę się, że jest pan tym mądrzejszym w rodzinie.

– Rozumiem  panią  –  powtórzył  spokojnie.  –  Ja  sam  zawsze  nieufnie 

przyjmowałem te ciągotki Aarona do odgrywania roli Jamesa Bonda. Zaw-

sze  obawiałem  się,  że  pewnego  dnia  ściągnie  to  na  niego  kłopoty.  Nie 
przypuszczałem, co prawda, że będą to kłopoty męsko-damskie.

– On nie ma męsko-damskich kłopotów – warknęła Josie nie patrząc na 

kelnera, który przyniósł im drinki. – On ma problem z zasadami etycznymi. 

Po prostu ich nie posiada.

– Jego  jedynym  problemem  w  tym  departamencie  jest  to,  że  ma  zbyt 

dużo zasad – odciął się jej David. – Nigdy nie wahał się, by narazić dla nich 

życie. Skradziono pewną własność. Na prośbę rządu Aaron ją odzyskał.

– Okłamał mnie – rzuciła oskarżycielsko Josie.

– Nie miał wyboru – odpowiedział David, jego niebieskie oczy płonęły 

w ciemnej twarzy jak zimny ogień. – Otrzymał rozkaz. Uważa się pani za 
inteligentną osobę. Czy nigdy nie przyszło pani do głowy, że pani telefon 

może być na podsłuchu? Nie dziwiło pani, dlaczego nikt nie dogonił was w 

drodze na tę górę?

background image

– Oczywiście, że tak – wyznała zawstydzona. – Po prostu myślałam, że 

nikt nie wie. I wszystko działo się tak szybko. Nie miałam czasu, żeby się 

nad tym zastanawiać.

– A może nie chciała pani o tym myśleć – zasugerował ironicznie. – Mo-

że miała pani nadzieję, że ktoś podsłuchuje, że ktoś zdejmie z pani odpo-

wiedzialność. Może podświadomie liczyła pani na to, że władze się dowie-
dzą... i coś zrobią.

– Niech pan zachowa swoje psychologizowanie dla ławy przysięgłych –

odpowiedziała nieprzyjemnie, ale słowa Davida poruszyły ją do głębi. Sa-

ma myślała podobnie.

– Musiał panią okłamać – ciągnął David z posępnym wyrazem twarzy. 

– Poszłaby z nim pani, gdyby powiedział pani prawdę?

– Nie wiem – odpowiedziała szczerze. –  Chyba tak. Chciałam... chcia-

łam odzyskać Bettinę i Księżycową Różę.

– Miał rozkaz aresztować panią. Tego nie mógł pani powiedzieć.

Odwróciła od niego twarz. Sposób, w jaki wiatr rozwiewał jego ciemne 

włosy, zbyt boleśnie przypominał jej Whitewatera.

– Rozkaz – powiedziała gorzko.

– Wydaje mi się, że nie rozumie pani, jakiego rodzaju człowiekiem jest 

mój brat – powiedział z martwym spokojem.

– Doprawdy? – rzuciła z sarkazmem.
– Nasze  dzieciństwo  nie  było  najłatwiejsze.  Najpierw  odeszła  od  nas 

matka.  Ojciec  był  w  marynarce.  Dużo  podróżował.  Matka  poznała  kogoś 

innego. Jej nowa miłość nie życzyła sobie pary pół-indiańskich smarkaczy.

Odwróciła  do  niego  głowę.  Nigdy  nie  myślała  o  Aaronie  jako  o  pół-

Indianinie. Był po prostu Aaronem.

– Nasz ojciec nie mógł się z tym pogodzić – ciągnął David. – Podrzucił 

nas dziadkowi i zniknął z naszego życia. Umarł w Japonii. Okoliczności je-

go śmierci są tajemnicze. Myślę, że zginął w bójce. Aaron miał wtedy dwa-

naście lat, ja dziewięć. Sześć lat później umarł dziadek i jedynymi krewny-

mi,  którzy mi zostali, była ciotka, która co jakiś czas wysyłała trochę pie-
niędzy, tyle ile mogła... i duży brat, który nie bał się nawet diabła.

background image

Josie wpatrywała się w obrus. Namiętny podziw w głosie Davida przy-

sparzał jej bólu. Nie chciała szanować Aarona Whitewatera. Nie śmiała go 

szanować.

– I mój brat osiągnął coś w życiu – opowiadał David. – Zaczął pracować 

jako  przewodnik.  Następnie  został  wspólnikiem  w  agencji  myśliwskiej,  a 

po trzech latach sam był jej właścicielem. Po sześciu latach wykupił kolejne 
dwie firmy oraz największą agencję konsultingową dla myśliwych w środ-

kowozachodnich stanach. Mógłby osiąść na laurach, ale wykorzystał czas i 

pieniądze, żeby zostać najlepszym myśliwym w kraju. Ciotka Cora zaosz-

czędziła trochę dolarów, żeby wysłać mnie na uczelnię, a Aaron zwrócił jej 

wszystko, co do centa, w dodatku z procentem. I opłacił moje studia praw-
nicze. Co roku posyła wystarczającą sumę do rezerwatu w Rosebud, żeby 

inne dzieciaki mogły też pójść do szkoły. A w wolnych chwilach nadstawia 

karku dla swojego kraju. Niech mi pani nie mówi, że Aaron Whitewater nie 

ma  żadnych  zasad,  droga  damo.  Niech  mi  pani  zrobi  tę  przysługę  i  nie 

mówi takich głupstw.

Josie spojrzała na niego. Rysy jego twarzy były napięte, a oczy błyszcza-

ły z emocji. Miał taki sam grymas ust, jak Whitewater, gdy się z nią spierał.

– W sali sądowej musi pan być jak dynamit – powiedziała z uznaniem. 

Pocierała palcem brzeg kieliszka. – Ale pański brat nie tylko, że mnie okła-

mał, on skłamał na mój temat. A to już nie jest moralne.

Roześmiał się gorzko.

– Nie wiem, co zaszło między wami na tej wyspie – powiedział marsz-

cząc brwi. – Nie obchodzi mnie to.

– Nic między nami nie zaszło – upierała się Josie. Ale wiedziała, że gdy-

by zostali tam dłużej, na pewno coś by się zdarzyło.

David wzruszył ramionami.

– Powiedział władzom, że spaliście ze sobą, czy tak? – spytał nie zmie-

niając wyrazu twarzy.

– Tak – odparła zmieszana – ale...

– Czy spaliście ze sobą, czy nie, nie ma najmniejszego znaczenia – po-

wiedział przez zaciśnięte zęby. – Ważne jest to, że Aaron tak powiedział. 

Ściągnął tym na siebie niezłą burzę w FBI. Dzięki temu FBI nigdy nie bę-

dzie próbowało wywierać na panią nacisku. Boją się, że oskarży ich pani o 

background image

to, że wciągnęli panią w pułapkę i że ich agent wykorzystał panią seksual-
nie. W ten sposób Aaron wyciągnął panią z kłopotów. Albo miał nadzieję, 

że to zrobił. Przysłał mnie, żebym się upewnił.

Josie  patrzyła  na  niego  nic  nie  rozumiejąc.  W  jego  szczupłej  twarzy 

drgnął mięsień. Ich spojrzenia skrzyżowały się i David znowu wytrzymał 

jej wzrok.

– To znaczy – spytała miękko Josie – że chciał mnie chronić? Chciał się 

upewnić, że mnie nie zatrzymają?

– Żadna ława przysięgłych w Ameryce nie skazałaby pani po tym, co 

zrobił – powiedział David z ironią w głosie. – I żaden prawnik nie próbo-

wałby  pani  oskarżać,  gdyby  wierzył,  że  na  domiar  wszystkiego,  uwiódł 
panią  jeden  z  agentów  rządowych.  Aaron  miał  doprowadzić  panią  na 

szczyt Ra-Komy, a nie dobierać się do pani, przepraszam za szczerość.

Josie patrzyła przez chwilę na mężczyznę po drugiej stronie stolika, po 

czym roześmiała się niedowierzająco.

– Pan rzeczywiście jest świetnym prawnikiem – powiedziała szyderczo. 

– Prawie panu uwierzyłam. Co za linia obrony! On kłamie na temat pani 

cnoty, madam, ale tylko dlatego, by uchronić panią przed czymś gorszym. 

Sprytne. Niewiarygodne, ale sprytne.

– Niech pani wierzy lub nie – powiedział David Whitewater rzucając jej 

karcące  spojrzenie.  –  Aaron  poświęcił  dla  pani  swoją  pozycję  w  FBI,  bez 
względu na to, czy to się pani podoba.

– Jeśli tak bardzo się o mnie niepokoi, to gdzie teraz jest? Dlaczego sam 

nie próbuje sprzedać mi tego nieprawdopodobnego wytłumaczenia? Gdzie 

był odkąd... nas aresztowano?

– Jeśli pani nie wie, ja nie mogę pani tego powiedzieć – odparł krótko.
– Co pan ma na myśli?

– Nie mogę, ponieważ on mi tego nie zdradził. Powiedział mi tylko, że 

pani jest jedyną osobą, która będzie to wiedzieć. Czy chce pani powiedzieć, 

że panią też nie poinformował?

Koperta,  pomyślała  Josie.  Przypomniała  sobie  kawałki  listu  unoszone 

przez wiatr w kierunku morza.

– Zostawił mi wiadomość, ale... zniszczyłam ją. Bez przeczytania.

David Whitewater obrzucił ją oskarżycielskim spojrzeniem.

background image

–  Od  tamtej  nocy  nie  miałem  od  niego  wiadomości,  panno  Talbott  –

powiedział w końcu. – Martwię się o niego. Teraz dowiaduję się, że znisz-

czyła pani moją ostatnią nadzieję na odnalezienie go. Dziękuję. Bardzo pani 

dziękuję.

Smutek i zmieszanie wkradły się w serce Josie.

– To znaczy... Ale on nie mógł po prostu zniknąć. Musiał współpraco-

wać z władzami.

– Nie ma go na tych wyspach, panno Talbott – oznajmił krótko David. –

I władze nie wiedzą, gdzie dokładnie przebywa.

Josie wpatrywała się w niego wyczekująco, obserwując, jak słońce ślizga 

się po jego czarnych włosach.

– Co znaczy dokładnie? – spytała, a strach skuł lodem jej serce.

– Podejrzewamy, że udał się z powrotem na Kali Chenshan – odpowie-

dział David z posępnym wyrazem twarzy. – Wrócił na wyspę.

– Ależ nie mógł tego zrobić! – krzyknęła Josie. – Tam jest zbyt niebez-

piecznie.  Prawie  wszyscy  zostali  ewakuowani.  Nie  lądują  tam  samoloty. 
Nikt nie wie, kiedy nastąpi kolejny wybuch. Tam jest piekło.

– Wiem – odparł David. – Ale to pani chciała, żeby mój brat znalazł się 

w piekle, prawda? Może pani życzenie się spełniło.

– Ale dlaczego? – dopytywała się Josie nic nie rozumiejąc. – Dlaczego 

miałby robić coś tak niebezpiecznego?

– Z  powodu  przyjaciela  pani  siostry  –  odparł  David  z  niesmakiem.  –

Wydaje nam się, że Aaron wrócił na wyspę, żeby go odszukać. O ile tamten 

żyje. Nie żeby wart był uratowania...

– Ale...  –  zaprotestowała  Josie  otulając  się  ciaśniej  szlafrokiem.  Mimo 

słońca zrobiło jej się nagle zimno. – Ale dlaczego? Czy FBI go tam wysłało? 
Jak mogli?

– Nikt go nie wysłał. Poleciał tam na własną rękę – odpowiedział David 

zimno.

– Dlaczego? Dlaczego to zrobił?

David  Whitewater  zmarszczył  brwi.  Obrzucił  Josie  nieprzyjemnym 

spojrzeniem.

– Może – powiedział z sarkazmem – z poczucia moralności. Ale zapo-

mniałem. On nie ma zasad, prawda?

background image

Wstał, zabrał rachunek i położył napiwek obok nietkniętej filiżanki ka-

wy.

– Czytała pani dzisiejsze gazety, panno Talbott? Słuchała pani dziennika 

w radiu lub telewizji?

Potrząsnęła przecząco głową.

– Kiedy ja rozmawiałem z pani adwokatem – powiedział – a pani bez-

trosko  opalała  się  na  plaży,  nastąpił  kolejny  gwałtowny  wybuch  Kana-

Pumy.  Wydawało się,  że  cały  łańcuch górski  wyleci w  powietrze. Wyspa 

może być rozdarta na pół. A jeśli tak, to nikt, kto tam został, nie wyjdzie z 

tego żywy.

Wstała  tak nagle, że  przewróciła kieliszek z  winem. Spadł ze  stolika  i 

rozbił się na kafelkach tarasu.

Prawie tego nie zauważyła. Zacisnęła dłonie na kołnierzu szlafroka, aż 

pobielały jej kostki palców. Krew odpłynęła jej z twarzy.

– To znaczy – wyszeptała chrapliwie – że Aaron mógł zginąć?

Obrzucił ją zimnym spojrzeniem.
– Dokładnie to miałem na myśli. I wie pani co, czasami myślę, że jeśli 

wrócił na tę cholerną wyspę, to zrobił to dla pani... Może chciał udowodnić, 

że nie jest takim potworem, jak się pani wydaje. Ale proszę się nie obawiać. 

Zatroszczył się o panią. Zapewnił pani najlepszy hotel i najlepszych praw-

ników. Kazał mi obiecać, że wszystkiego dopilnuję. Że zadbam o to, by nic 
się pani nie stało. Do widzenia, panno Talbot.

Odszedł, a ona stała w osłupieniu. Patrzyła za nim, jak zmierzał zama-

szystym krokiem w kierunku wejścia do hotelu. Za budynkiem, na wscho-

dzie nieba unosiła się w górę podobna do dymu mgiełka. Wulkaniczny pył 

z  Kana-Pumy,  pomyślała,  zabarwił niebo  tak  bardzo,  że  widać  go  było  z 
tarasu hotelu w Honolulu. 

Czy David miał rację? Czy Whitewater wrócił tam z jej powodu? Czy to 

właśnie napisał w liście w dniu, w którym przysłał jej kwiaty? Co chciał jej 

powiedzieć? Potargała kwiaty  i  rozsypała je  na wietrze. Podarła też  list z 

jego słowami. Nigdy nie dowie się, co napisał. Stała drżąc z zimna mimo 
ciepłego, popołudniowego słońca.

–  Whitewater  –  powiedziała  miękko,  jakby  jego  imię  było  modlitwą, 

którą mogłaby go ochronić.

background image

Kelner  zaalarmowany  odgłosem  rozbitego  szkła  podszedł  do  stolika. 

Dotknął lekko jej łokcia.

– Źle się pani czuje? – zapytał.

Nawet  nie  zauważyła  jego  obecności.  Wpatrywała  się  w  obłok  na 

wschodzie.

– Whitewater – wyszeptała ponownie.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

W  pokoju  hotelowym  Josie  poruszała  się  jak  automat.  Zadzwoniła do 

Lewisa Hongo, który przyznał niechętnie, że nie ma pojęcia, gdzie znajduje 
się  Aaron  Whitewater. Nagabywany dalej,  wyznał,  że  FBI podejrzewa, iż 

ku ich niezadowoleniu, na własną rękę rozpoczął poszukiwania.

– Tak, tak, to prawda – potwierdził w końcu przyciśnięty do muru py-

taniami Josie. To Aaron Whitewater opłacił hotel oraz adwokata dla niej i 

Bettiny. Firma zobowiązana została do milczenia w tej sprawie, ale, jak wi-
dać, Josie dowiedziała się skądś prawdy. A teraz, czy mogłaby z łaski swo-

jej zostawić go w spokoju. Musi biec do sądu.

Josie odłożyła słuchawkę. Ogarnął ją nastrój beznadziejności i wyczer-

pania.  Włączyła  duży  kolorowy  telewizor  i  obejrzała  specjalne  wydanie 

wiadomości  poświecone  ostatniej  erupcji  Kana-Pumy.  W  szlafroku,  prze-
marznięta do szpiku kości siedziała na łóżku i patrzyła w telewizor. 

W filmowanych z helikoptera scenach strzelały w niebo ogniste płomie-

nie. Słup ciemnego dymu i pyłu wzbijał się w powietrze niczym wyciągnię-

ty w  oskarżycielskim  geście paluch. Deszcz popiołu  zmusił helikopter do 

odwrotu. Wyspa malała w oddali, jarząc się tańczącymi ognikami i iskrami. 
Reporterzy rozmawiali z uchodźcami z zagrożonej Kali Chenshan. Niektó-

rzy mówili o lawinie spadającego z nieba ognia, o potężnych podmuchach 

powietrza  jak  podczas  kanonady  ciężkiej  artylerii.  Ściana  lawy  pełzła  na 

wschód i istniała obawa, że jeśli dojdzie odpowiednio daleko, zmieni wy-

brzeże wyspy. Część Kali Chenshan przykryta została popiołem.

Josie czuła, że umiera w niej nadzieja. Jej nastrój poprawił się na chwilę, 

gdy usłyszała, że reporter rozmawiać będzie z Horace’em i Berke’em Co-

elho. Horace oznajmił ze stoickim spokojem, że ma zamiar wrócić na swoje 

rancho, kiedy będzie po wszystkim.

– Tak się składa, że mieszkam w miejscu, które od czasu do czasu trochę 

wybucha – wyjaśnił z godnością. – Niemniej jednak to jest mój dom. Odbu-

duję go, jeśli będzie trzeba.

Berke Coehlo nie był tak opanowany.

background image

– Nie  wiem  –  odparł  kręcąc  niespokojnie  ciemną  głową,  gdy  reporter 

zwrócił się do niego. – Może to już czas, żeby się stąd wynieść. Człowiek 

nie może wiecznie walczyć z wulkanem. Kto wie, ile to potrwa. Może całe 

lata.

– Pan był jednym z ostatnich, którzy opuścili Kali Chenshan – powie-

dział reporter do Berke’a.

– Byliśmy ostatnimi, którzy odlecieli samolotem – poprawił go Berke. –

Zanim wystartowaliśmy, musieliśmy najpierw zmyć ze skrzydeł samolotu 

popiół. Jest tam takie piekło, że nie wiem, czy komuś uda się wystartować.

– Czy na wyspie są jeszcze jacyś ludzie?

Berke  Coehlo  przełknął  ślinę  i  spojrzał  w  kamerę.  Skinął  potakująco 

głową.

– Tak – powiedział i znowu skinął głową, jakby nie mógł mówić. – O 

jednym wiem na pewno. To myśliwy, który pięć dni temu wyruszył w głąb 

wyspy. Kiedy odlatywaliśmy, jego samolot wciąż stał na lądowisku. Znikał 

przysypywany popiołem.

To  Whitewater,  pomyślała  przerażona  Josie.  Uwięziony  w  tym  sypią-

cym popiołem, plującym ogniem piekle. I dla kogo? Dla Lucasa Panpaxisa, 

który spowodował cały ten koszmar.

Wyłączyła telewizor. Siedząc na łóżku przypominała sobie, jak leżała w 

ramionach Whitewatera w raju Kali Chenshan. Pamiętała dotyk jego rąk na 
swoim ciele, pocałunek w stawie na zboczu Góry Chmurnych Bogów. Te-

raz raj był w płomieniach, a Whitewater zaginął. Może na zawsze.

Schowała twarz w dłoniach i wybuchnęła płaczem. Nie płakała tak od 

czasów dzieciństwa. Pogrążona w cierpieniu w pierwszej chwili nie usły-

szała pukania do drzwi. Wstała nie zwracając uwagi na to, że łzy płyną jej 
po policzkach. Otworzyła drzwi.

– Kto tam? – spytała i już miała powiedzieć, żeby zostawiono ją w spo-

koju, kiedy ujrzała poważne, niebieskie oczy Davida Whitewatera.

– Właśnie  obejrzałem  wiadomości  –  powiedział  posępnie.  –  Pomyśla-

łem, że powinna pani wiedzieć. Wydaje się, że....

– Wiem  –  załkała  Josie.  –  Że  nie  żyje.  To  niemożliwe!  On  nie  może 

umrzeć! Nie może!

David przez chwilę patrzył na nią z konsternacją.

background image

– Pani... tobie naprawdę na nim zależy?
– Kocham go! – krzyknęła Josie ocierając łzy. – Jak mogłabym być tak 

zła na niego, gdybym go nie kochała? Okłamał mnie, oszukał, nawet mnie 

aresztował, ale tak, o Boże, pomóż mi, kocham go.

David wyglądał na zasmuconego i zmieszanego. Powoli w jego błękit-

nych oczach zapaliły się iskierki sympatii. Wszedł do pokoju, zamknął za 
sobą drzwi i objął ją ramieniem.

– Może powinniśmy czuwać razem – powiedział spiętym głosem. – My-

ślę, że Aaron nie chciałby, żebym zostawił cię samą. Chcesz, żebym z tobą 

został?

– Tak – wyszeptała Josie chowając ponownie twarz w dłoniach. – Pro-

szę, zostań.

Josie  i  David  obejrzeli  razem  dziennik  wieczorny  i  ostatnie  wydanie 

wiadomości. Czuwali aż do północy, kiedy zerwała się nagła burza i krople 

deszczu zaczęły walić o szklane drzwi balkonu.

– Idę do siebie – powiedział w końcu David. – Zobaczymy się rano. Jeśli 

nie będzie żadnych wiadomości o Aaronie, wynajmę helikopter i na własną 

rękę spróbuję przeszukać Kali Chenshan.

Wstał i Josie też się podniosła.

– Aaron nie chciałby, żebyś to zrobił – zaprotestowała.

– Josie – odparł łagodnie – ktoś to musi zrobić.
– A więc lecę z tobą – oznajmiła nie znoszącym sprzeciwu tonem. – W 

odróżnieniu od ciebie przynajmniej znam część wyspy.

– Nie – sprzeciwił się twardo i jego zdecydowanie raz jeszcze przypo-

mniało jej  Aarona. – Nie wolno ci  opuszczać Hawajów. A jeśli  Aaron nie 

życzyłby sobie, żebym poleciał na Kali Chenshan, tym bardziej nie chciałby, 
żebyś ty tam leciała.

– Przedyskutujemy to jutro – powiedziała zmęczona. Spróbował się do 

niej uśmiechnąć, uścisnął jej brodę w nieco niezgrabnym braterskim geście.

– W rezerwacie odwiedzał mojego dziadka stary poeta. Raz, kiedy przy-

szedł, była u nas ciotka Cora. Miała jakieś kłopoty. Nie lubiła ludzi, u któ-
rych pracowała, ale uważała, że z powodu ich dzieci czy wnuków powinna 

z  nimi  zostać.  Nie  wiedziała,  co  robić.  Więc  stary  poeta  powiedział  jej: 

background image

„Musisz zaufać odwadze i miłości. Odwadze i miłości, moja pani”. Ty też, 
Josie musisz im zaufać.

– Spróbuję – odpowiedziała drżącym głosem.

– Dobranoc – powiedział David.

– Dobranoc – odpowiedziała mu Josie.

Po  jego  wyjściu  otworzyła  drzwi  na  balkon  i  wyjrzała  w  ciemność  i 

deszcz.  Ciekawe,  czy  na  Kali  Chensham,  w  Dolinie  Mala  Lui  i  na  Górze 

Chmurnych Bogów też pada? Czy ognie Kana-Pumy palą się na deszczu?

I czy  Whitewater żyje jeszcze  gdzieś tam  na wyspie  w  środku burzy? 

Skrzyżowała ramiona i patrzyła w ciemne niebo. „Odwaga i miłość”, po-

myślała  zamykając  oczy.  Gorąca  łza  stoczyła  się  po  policzku.  „Odwaga  i 
miłość, moja pani”.

Rano Josie poszła do adwokata, Lewisa Hongo, dowiedzieć się, jak stoją 

sprawy Bettiny. Następnie wzięła taksówkę i pojechała do ZOO. Siedząc na 

tylnym  siedzeniu  rozmyślała  o  losie  Whitewatera.  Zastanawiała  się,  czy 

kiedykolwiek dowie się, co było w jego liście. Może były w nim tylko zwy-
kłe przeprosiny. Może zaopiekował się nią nie dlatego, że ją kocha, ale po-

nieważ, jak powiedział David, Aaron Whitewater jest człowiekiem z zasa-

dami. Zmuszony był ją okłamać, na pozór nawet zdradzić, i próbował teraz 

jej to wynagrodzić. Ale dlaczego wrócił po Lucasa? – zastanawiała się bez-

radnie. Na pewno David się mylił. Nie było powodu, żeby robił to dla niej. 
Po prostu nie mógł sobie darować, że zostawił go na wyspie. Miał go aresz-

tować  i  nie  zrobił  tego.  Wrócił,  by  porządnie  wykonać  zadanie.  Zawsze 

próbował robić to, co uważał za słuszne.

ZOO i park mieściły się niedaleko skały Diamond Head. Josie pospie-

szyła do pomieszczenia, w którym trzymano pandy. Księżycowa Róża leża-
ła na boku. Na widok Josie przekręciła głowę, jakby chciała zapytać: „Dla-

czego taka nieszczęśliwa mina? Spójrz na nasze piękne dziecko”. Billy leżał 

w zagięciu jej łapy jak w  kołysce. Jego mały  łepek wydawał się już nieco 

ciemniejszy. Powoli zmieniał się w miniaturowa replikę egzotycznej matki.

Stuknięcie w ramię wyrwało Josie z zadumy.
– Proszę pani, proszę pani – powiedziała młoda kobieta w białym kitlu. 

– Jakiś pan chce się z panią widzieć. Pan Whitewater.

background image

Josie odwróciła się, by spojrzeć na kobietę. Serce podskoczyło jej z rado-

ści. Nagle obudzone nadzieje przyprawiły ją o chwilowy zawrót głowy.

– Pan David Whitewater – ciągnęła kobieta. – Mówi, że to pilne.

Puls  Josie  wrócił  do  normalnego rytmu.  To  tylko  David.  Zjedli  razem 

śniadanie w posępnej ciszy. Upierał się, by lecieć na Kali Chenshan i zde-

cydowanie odmówił zabrania jej z sobą. Spojrzała na zegarek. Było prawie 
południe, powinien był już odlecieć. Chyba, że się czegoś dowiedział. 

Coś się stało, zrozumiała nagle i szybko wybiegła z pomieszczenia. Bie-

giem opuściła budynek. Gnana na wpół strachem a na wpół nadzieją do-

słownie  wpadła  na  Davida,  kiedy  ten  wyszedł  z  cienia palmy.  Nad  nimi 

wiał  szary wiatr. Utkwił swoje lodowato niebieskie spojrzenie w  jej prze-
straszonych oczach. Milczał, ale ona wiedziała. Wyraz jego twarzy wszyst-

ko  jej  powiedział.  Coś  stało  się  Whitewaterowi.  Przerażenie  odebrało  jej 

mowę.  Potrząsnęła gwałtownie  głową  nie  przyjmując do wiadomości po-

twornej prawdy.

– Nie, on nie... – zaczęła patrząc na Davida. – On nie...
– Jest ciężko ranny, Josie – powiedział David z napięciem w twarzy. –

Odnalazł Lucasa. I udało im się łódką opuścić wyspę tuż przed wczorajszą 

potężną erupcją. Dotarli do jednej z mniejszych wysp. Kiedy dopływali do 

brzegu,  Lucas  stracił  przytomność poturbowany  przez  fale,  ale  poza  tym 

nic mu nie jest. Zawieźli go do szpitala. Ale Aaron... Josie, Aaron jest ciężko 
ranny.  Obaj  mają  zostać  przewiezieni  do  szpitala  w  Honolulu.  Przysze-

dłem, żeby cię tam zabrać.

Zaprowadził  ją  na  parking,  gdzie  zostawił  wynajęty  samochód.  Josie 

gryzła ze zdenerwowania wargi.

– Jak ciężki jest jego stan, David? – zapytała w końcu zduszonym gło-

sem.

Otworzył drzwi i zatrzymał się spoglądając jej w oczy.

– Ma pięćdziesiąt procent szans na przeżycie – odparł nie spuszczając z 

niej wzroku. – Jest poważnie poparzony. Nawet jeśli przeżyje, boją się o je-

go oczy. Może być ślepy.

– Nie! – krzyknęła Josie.

background image

Opadła  półprzytomna  na  siedzenie  samochodu.  Tylko  nie  jego  oczy.

Tylko nie to, pomyślała. Nie jego bystre oczy myśliwego. On wolałby stra-

cić życie niż wzrok. Nie to, tylko nie to.

– Nie – powiedziała stanowczo żylasta, niska pielęgniarka. Josie i David 

z pewnością nie mogą zobaczyć pana Whitewatera. Wejścia do jego pokoju 
broni policja i rozkazy są jasne: nikt, poza personelem szpitala i oficerami 

śledczymi, nie może wejść do środka. A poza tym pan Whitewater to tracił

to odzyskuje przytomność. Nie należy go niepokoić.

– Droga pani, jesteśmy rodziną – warknął David i po raz pierwszy Josie 

uświadomiła sobie, że może być tak samo groźny jak brat. – Albo wpuści 
nas pani do środka, albo za chwilę wybiję nowe drzwi w tej ścianie.

Korytarzem zmierzali do nich dwaj mężczyźni. Josie rozpoznała w nich 

agentów,  którzy  zabrali  ją  i  Bettinę  na komisariat.  Wyższy pokazał  Davi-

dowi legitymację.

– Zaraz zobaczy się pan z bratem – uspokoił go. – Mam dla pana kilka 

informacji. Mogę pana prosić na chwilę?

– A ja chciałbym, żeby pani poszła ze mną – zwrócił się do Josie niższy.

Był  to  ten  sam  agent,  który  założył  jej  kajdanki.  W  małych  szarych 

oczkach błyszczały mu ogniki, a na ustach błąkał się śliski uśmieszek. Wziął 

ją za ramię.

– Co...? – spytała zaszokowana.

Odwróciła się, szukając pomocy u Davida, ale on ze zmarszczonym czo-

łem pogrążony był w rozmowie z drugim z mężczyzn.

– Proszę iść ze mną, panno Talbott – polecił agent prowadząc ją przez 

hol. – Jest tu ktoś, kto chciałby z panią porozmawiać.

To  nie  do  uwierzenia,  pomyślała  Josie  zaszokowana.  Whitewater  jest 

ranny,  może  oślepiony,  może  umierający,  a  oni  aresztują  ją  ponownie. 

Świat zamienił się w koszmar.

– Tutaj, proszę – powiedział mężczyzna otwierając drzwi, które niczym 

nie  różniły  się  od  innych.  Poza  tym,  że  kiedy  je  otworzył,  w  środku  stał 
Aaron Whitewater dopinając na sobie za ciasną ceglano-czerwoną koszulę.

Josie przyjrzała mu się uważnie. Miał rozciętą brew i siniec na policzku. 

Na  lewym nadgarstku  i  na  kostce  lewej nogi  założone  były  bandaże.  Ale 

background image

żył, stał o własnych siłach i wyglądało, że jest cały i zdrowy. Czuła, jak ugi-
nają się pod nią kolana. 

Whitewater podszedł do niej szybko i chwycił ją w ramiona.

–  Dzień dobry  –  powiedział. Omiótł jej  twarz namiętnym spojrzeniem 

brązowoczarnych oczu. – Co słychać?

Poczuła siłę jego ramion i uświadomiła sobie, że oto znowu spoczywa 

bezpiecznie w jego objęciach. Pachniał mydłem i pastą do golenia. Patrzyła 

na niego oszołomiona.

– Myślałam, że jesteś umierający... powiedziano nam... David jest tutaj... 

powiedziano mu, że możesz oślepnąć... że masz tylko pięćdziesiąt procent 

szans na przeżycie.

– Jestem pewny, że nie będziecie mieć mi za złe, jeśli zostawię was sa-

mych – powiedział oschle niski agent i zamknął za sobą drzwi.

–  Jak powiedział Mark  Twain, wiadomości o mojej  śmierci były lekko 

przesadzone – zaczął miękko Whitewater. – Wróciłem, Josie. Wydostałem 

dla ciebie Lucasa i wróciłem...

Powoli wracała do siebie, a jej serce wypełniało się radością. Mogła już 

stać o własnych siłach, ale nie chciała wyzwolić się z jego objęć. Patrzyła na 

niego z zachwytem. I on też nie spuszczał z niej wzroku. Pożerał ją oczami.

– Och, Whitewater – wyszeptała – dlaczego tam wróciłeś? Dlaczego na 

Boga?

– Powiedziałem ci –  odparł chrapliwie.  –  Zostawiłem ci list.  Tej  nocy, 

kiedy tam poleciałem.

– Nie przeczytałam go – powiedziała, a łzy napłynęły jej do oczu. – By-

łam taka zła, czułam się taka zdradzona...

Odsunął się nieco od niej.
– Nigdy go nie przeczytałaś? 

Zawstydzona potrząsnęła przecząco głową.

– Podarłam go – wyszeptała odwracając od niego twarz.

– Dzięki Bogu – oznajmił. – To dlatego nie zadzwoniłaś do mnie tamtej 

nocy.

– Nie zadzwoniłam? – powtórzyła zdziwiona. 

background image

Ujął w szczupłe palce jej brodę i dotknął kciukiem dolnej wargi, gestem 

jednocześnie czułym i zmysłowym. Josie przeszył dreszcz podniecenia. Pod 

jego dotykiem rozpływała się niczym w ekstazie.

– Josie – wymruczał ujmując jej twarz w swoje dłonie. – Miałem rozkaz, 

żeby cię aresztować, kiedy odzyskamy pandę. To było najcięższe zadanie w 

moim życiu. Wyraz twojej twarzy na zawsze zostanie odciśnięty w moim 
sercu. Przysięgam, nigdy więcej nie chciałbym go oglądać. Prosiłem cię w 

liście  o  wybaczenie.  Napisałem,  że  lecę  po  Lucasa,  ponieważ  wiem,  jak 

bardzo martwiło cię to, że go tam zostawiłem. Liczyłem, że kiedy go odnaj-

dę,  zrozumiesz,  co  czuję.  Zrozumiesz,  że  zrobiłbym  wszystko,  żebyś  mi 

wybaczyła.

– Och, Whitewater – westchnęła przygryzając dolną wargę – nie chcia-

łam, żebyś to robił... żebyś narażał swoje życie.

– Napisałem ci więcej, Josie – wymruczał, głaszcząc kciukami delikatny 

zarys jej brody. – Napisałem w tym liście więcej, niż powiedziałem kiedy-

kolwiek  jakiejkolwiek  innej  kobiecie.  Łącznie  z  wszystkimi  argumentami, 
jakie mi przyszły do głowy przeciwko temu, żebyśmy byli razem; wszyst-

kimi argumentami, jakie myślałem, że użyjesz... że oszukałem cię, że byłem 

aroganckim  draniem,  że  pochodzimy  z  różnych  światów  i  mamy  różne 

przekonania. Jednak jeśli wydaje ci się, że jest szansa, choćby cień szansy 

dla nas, żebyś do mnie zadzwoniła. I wtedy będę wiedział, że mogę pójść 
dla ciebie przez wszystkie pożary Kana-Pumy. Ale ty nie zadzwoniłaś. I nie 

mogę cię o to winić.

– Nie wiedziałam – powiedziała uśmiechając się do niego przez łzy.

– A gdybyś wiedziała? – spytał poważnie patrząc jej w oczy. – Co byś 

wtedy zrobiła?

Potrząsnęła zmieszana głową. Ponownie przygryzła wargę.

– Nie wiem, Whitewater – odparła szczerze. – Nikt nigdy tak mnie nie 

zranił. Nie wiem, co bym odpowiedziała w tamtej chwili.

Zanurzył dłonie w wijących się, ciemnych, kasztanowych włosach.

– Czy mam prawo poprosić cię teraz o odpowiedź? Próbowałem udo-

wodnić ci, Josie, że zależy mi na tobie. Może bardziej niż na czymkolwiek 

na świecie.

background image

– Wiem, że mnie okłamałeś, skłamałeś nawet na mój temat – powiedzia-

ła próbując wytłumaczyć sprzeczne uczucia, jakie targały nią przez ostatnie 

dni.

– Nienawidziłem siebie za to – odparł namiętnie, zbliżając twarz do jej 

twarzy. – Skłamałem, bo chciałem cię chronić. FBI myśli, że cię uwiodłem. 

Poza tym poleciałem sam po Lucasa, choć oni nie zamierzali nawet próbo-
wać  go  uratować. Już  nigdy  nie będą  chcieli,  żebym dla  nich  pracował.  I 

bardzo dobrze. Ja też już nie chcę. Za dużo mnie to kosztowało. Skończy-

łem z tym. A jeśli nie kochałem się z tobą, to nie dlatego, że nie chciałem. 

Nigdy niczego tak bardzo nie pragnąłem w moim życiu.

Nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Bała się poprosić, by to powtó-

rzył, w obawie, że się przesłyszała.

– Kiedy... kiedy David powiedział mi, że wróciłeś na wyspę dla mnie –

mruknęła żałośnie – i kiedy powiedzieli nam, że jesteś tak bardzo ranny, że 

możesz  stracić  wzrok  –  tłumione  emocje  wybuchnęły  z  całą  siłą.  –  Och, 

Whitewater – załkała, a łzy popłynęły jej po twarzy – jak mogłeś to zrobić?

– Josie, Josie – pocieszał ją, ocierając łzy ręką. – Musiałem. Wynająłem 

samolot  i  poleciałem  z  powrotem  na  wyspę.  Opady  wulkaniczne  nie  po-

zwoliły mi lądować na Górze Chmurnych Bogów, więc zostawiłem samolot 

w wiosce i poszedłem tą samą drogą, którą szliśmy razem. Potem próbowa-

łem wytropić Lucasa. To było piekielnie trudne. W końcu znalazłem go, co 
prawda w nie najlepszym stanie, ale żywego. Wtedy pojawił się problem, 

jak go stamtąd wydostać. Udało nam się dotrzeć do wybrzeża i znaleźliśmy 

łódkę. Wydawało się, że za chwilę rozpęta się piekło. Próbowałem więc do-

trzeć do jednej z tych małych wysp.

– Jak... dlaczego – zaczęła Josie zduszonym głosem – powiedzieli, że je-

steś ranny?

– Lucas był w kiepskim stanie – odpowiedział wciąż trzymając w dło-

niach  jej  twarz,  jakby  chciał  ją  upewnić,  że  naprawdę  jest  obok.  –  Przez 

większość drogi niosłem go na plecach. W łódce dostał dreszczy. Ubrałem 

go w moją koszulę i kurtkę. Zapomniałem, że w kieszeni kurtki jest moja 
legitymacja. Byliśmy jakieś osiemset metrów od brzegu, kiedy Lucas odzy-

skał przytomność. Zaczął się rzucać, przechylił łódź i obaj znaleźliśmy się 

w wodzie. Kiedy go złapałem, łódź uniosły fale. Musiałem płynąć osiemset 

background image

metrów do brzegu ciągnąc ze sobą tego małego szczura. Fale poturbowały 
mnie  porządnie.  Ale  dopłynąłem  do  wyspy,  wyciągnąłem  go  na  brzeg  i 

chyba  zemdlałem.  Znalazł  nas  farmer.  W  każdym  razie  w  międzyczasie 

Lucas został przez pomyłkę wzięty za mnie i taką wiadomość nadano tutaj 

przez radio. Jeszcze nie do końca zostało to odkręcone. Lekarze powiedzieli 

mi zresztą, że on też z tego wyjdzie. I będzie widział. Może nie tak dobrze 
jak przedtem, ale nie straci wzroku.

– Och, Whitewater – powiedziała bezradnie – naprawdę nic ci nie jest? 

Czy może śni mi się to wszystko?

– Nic mi nie jest – powtórzył nie spuszczając z niej oczu. – Wróciłem. Je-

stem tutaj. Josie, czy wybaczysz mi kiedyś?

– Wybaczyć ci? – powtórzyła jak echo. Wybaczyła mu, jak się jej teraz 

wydawało, tak dawno jakby wieczność temu.

– Josie, zrobię  dla ciebie  wszystko  –  oznajmił  żarliwie. –  Nawet  rzucę 

polowania.  Kiedyś  rozmawiałem  z  Berke’em  Coelho  o  założeniu  firmy 

czarterującej  łodzie  rybackie,  tutaj  w  Honolulu.  Jak  myślisz,  mogłabyś  ze 
mną zamieszkać na Hawajach?

– Z tobą? – spytała niedowierzając. Zaparło jej dech w piersiach z rado-

ści.

– Ze mną – powtórzył patrząc na nią z ledwo powstrzymywanym po-

żądaniem. – Wyjdź za mnie, Josie. Myślałem, że jestem samotnym wilkiem, 
ale myliłem się.  Jestem jak każde stworzenie. Potrzebuję towarzyszki. Po-

trzebuję  ciebie.  Kocham  cię.  I  pragnę  cię  każdą  cząstką  mego  ciała.  Wyj-

dziesz za mnie?

– Tak – wyszeptała i szczęśliwa zamknęła oczy, kiedy pochylił się, by ją 

pocałować.

Ich  usta  spotkały  się.  Z  czułością  i  pożądaniem.  Dreszcz  podniecenia 

przepłynął  przez  Josie  rozpalając  w  jej  żyłach  ogień.  Splotła  ręce  na  jego 

karku, a on przycisnął ją do siebie tak mocno, iż wydawało się, że ich ciała 

zlały się w jedno. Całował ją, aż raz jeszcze bliska była omdlenia. Jęknęła 

zdziwiona i zachwycona intensywnością swoich uczuć.

– Myślę – wymruczał ogrzewając oddechem jej ucho – że w tych oko-

licznościach powinnaś nazywać mnie Aaron.

– Aaron – powtórzyła szczęśliwa.

background image

Pocałował ją w ucho, a następnie w policzek i w koniuszek nosa.
– Znam kilku ludzi w tutejszym ZOO – zaczął. – Będą zachwyceni, gdy 

dowiedzą się, że mogą przyjąć do pracy nowego, tak pięknego i mądrego, 

zoologa. Oczywiście, jeśli będziesz chciała pracować. Może wolisz zostać w 

domu i mieć dzieci. Co tylko chcesz, Josie. Zbuduję ci dom z widokiem na 

morze. Będę traktował cię jak królową, przysięgam.

Uśmiechnęła się do niego.

– Nie musisz rzucać polowań. Jestem gotowa się poddać. Nie mogę ci 

tego odebrać.

– To nieważne, Josie – pochylił  się, by znów ją pocałować. –  Ty jesteś 

ważna.

Całował ją, aż świat zaczął wirować jej przed oczami.

– Chodźmy stąd. Wróćmy do hotelu. Powinienem się zapytać, jak mie-

wają się pandy.

Josie zupełnie o nich zapomniała.

–  Dobrze  –  odpowiedziała  z  trudem  wracając  do  rzeczywistości.  –

Świetnie. Czy nie powinniśmy powiedzieć twojemu bratu...

– Jeden z agentów już mu powiedział – uspokoił ją Aaron. – Poza tym 

nie potrzebuję teraz mojego małego braciszka. Tylko by nam przeszkadzał. 

Chodźmy teraz do hotelu. Musimy odprawić pewną ceremonię.

Spojrzała na niego zdziwiona.
– Ceremonię?

Jedna z prostych czarnych brwi uniosła się figlarnie.

– Ten wulkan – uśmiechnął się. – Kana-Puma. Ciągle zieje ogniem. Mu-

simy go uspokoić.

– Uspokoić? Jak? – odsunęła z twarzy kosmyk włosów.
Pocałował ją lekko w usta.

–  Wszyscy  wiedzą,  że  jest  tylko  jeden  sposób,  by  uspokoić  wulkan. 

Trzeba złożyć ofiarę z dziewicy. Czy są jacyś ochotnicy?

Roześmiała się i splotła ciaśniej ręce na jego karku.

– Tak, ja – odparła szczęśliwa.
– A  więc  ja  –  wymruczał  skubiąc  ustami  koniuszek  jej  ucha  –  zrobię 

wszystko, co w mojej mocy, żeby w tym pomóc. Ale ostrzegam cię. To dłu-

ga ceremonia. I bardzo skomplikowana.

background image

– Zatem powinniśmy jak najszybciej ją rozpocząć – wyszeptała.
– Tak jest. I już moja w tym głowa, żeby ci się spodobała. Mam zamiar 

cię uszczęśliwić, Josie. Poza wszystkim, to należy do moich obowiązków.

– Twoich obowiązków? – przekomarzała się z nim.

– Przez całą resztę mojego życia.