background image

         Jerzy Janicki  

         Polskie Drogi 

        Opowie  filmowa 

   Wydawnictwo Radia   i Telewizji 

   Warszawa 1978 

   

   

   

   

   

   

   

   

   

   

   

  PWZN Print 6 

          Lublin 1997 

  Adaptacja na podstawie 

  ksi ki wydanej przez 

   Wydawnictwo Radia 

   i Telewizji 

   Warszawa 1978 

  `st 

  Od wydawcy 

   

  Przekazujemy do r k Czytelnika tekst opowie ci filmowej "Polskie drogi".  

Tytuł ten kojarzy si  oczywi cie ze znanym serialem telewizyjnym, dlatego  

Czytelnikowi nale y si  kilka słów wyja nienia.  

  "Polskie drogi", zwłaszcza jako serial, s  jedn  z prób ukazania mo liwie  

szerokiej panoramy wojennego losu narodu; mówi  o strasznych latach  

okupacji, okrutnych, ale i pełnych chwały dniach, o których pami  trwa i  

pozostanie w  wiadomo ci pokole . Obraz filmowy, z natury rzeczy ulotny,  

wspieramy wi c zapisem drukowanym, po który zawsze mo na si gn  na półk   

nie tylko po to, by porówna  z filmem (chocia  konfrontowanie zapisu  

filmowego z tym, co powstaje w wyobra ni czytelnika, jest zawsze  

interesuj ce), lecz aby gł biej zastanowi  si  nad losami bohaterów,  

symbolizuj cych dzieje wielu milionów Polaków.  

  Polskie drogi to nie tylko poj cie geograficzne okre laj ce wszystkie te  

miejsca, w których Polacy uczyli si  okrutnej lekcji, jak  zadała nam  

wówczas historia: lekcji patriotyzmu, uporu, polsko ci i siły przetrwania.  

Chodzi tu równie  o drogi, którymi pod ała my l wolna, poszukuj ca w ród  

wielu ideowych  cie ek tego najwła ciwszego go ci ca, który doprowadzi   

miał do Polski prawdziwie wolnej.  

  Podobnie jak w filmie, tak i w tej ksi ce nie ma wielkich bitew,  

brawurowych akcji, bohaterów nieustraszonych i wychodz cych cało z  

najgro niejszych opresji. Jest to bowiem nie opis przygód, lecz zwykłego  

ycia, w niezwykłym za to czasie; nie historia, lecz kronika losów zwykłych  

ludzi, których utarło si  nazywa  szarymi, ludzi z ulicy, ogonka, tramwaju:  

dozorców, kolejarzy, szmuglerów, uczniów; ludzi bez oficerskich stopni i  

odznacze , ale wła nie tych, na których spoczywał ci ar przetrwania.  

  Podobnie jak sam serial - nie b d c w stanie pokaza  wszystkich grup,  

ugrupowa  i  rodowisk - jest tylko skrótowym odbiciem okupacyjnego  ycia,  

tak z kolei ksi ka stanowi, z konieczno ci, pewn  kwintesencj  tego, co  

zawierał film. Nie spotkamy na nast pnych stronach niektórych w tków  

opowiadaj cych o walce i akcjach tych ugrupowa  politycznych, które wniosły  

ogromny wkład w dzieło podziemnego  ycia, lecz z którymi główny bohater  

mijał si  na swej drodze, zrazu wskutek zbiegu okoliczno ci, pó niei -  

background image

wiadomie. Droga Władysława Niwi skiego - jednego z wielu - to podstawowy  

motyw tej opowie ci, i w ksi kowej, skróconej wersji podporz dkowano ci g  

narracji głównie jego osobie.  

  Ksi ka nie jest bowiem ani wiernym tekstem scenariusza, ani te  jego  

adaptacj , lecz obszern  opowie ci  filmow , tote  trudno stosowa  do niej  

kryteria, które zwykło si  przykłada  do w pełni rozwini tej fabularnej  

powie ci. Opowie  filmowa nie narusza w niczym losów głównego bohatera, z  

konieczno ci jednak pomija niektóre w tki, a co za tym idzie - niektóre  

postacie wyst puj ce w serialu. W filmie spełniały one rol  uzupełniaj c   

tło wydarze , w ksi ce - jak si  nam wydaje - kierowałyby narracj  w  

stron  zbyt drobiazgowych obserwacji. Wystarczy powiedzie ,  e opis  

czterech lat wojny, które s  tematem filmu, zaj ł Autorowi dokładnie tyle  

samo lat pracy nad scenariuszem i dialogami, czego plonem było prawie dwa  

tysi ce stron maszynopisu, a pó niej szesna cie i pół godziny telewizyjnej  

emisji.  

  Wydanie "Polskich dróg" w  cisłym zwi zku z serialem jest pewnym  

eksperymentem ze strony wydawcy. Pragniemy, aby Czytelnicy, którzy  ledz   

losy bohaterów na ekranie, mogli zawrze  z nimi bli sz , a mo e i gł bsz   

znajomo  na zadrukowanych kartach ksi ki. Mamy zamiar tego rodzaju  

inicjatywy wydawnicze kontynuowa  w przyszło ci, dlatego b dziemy wdzi czni  

za wszelkie listowne uwagi Czytelników na temat tego rodzaju edytorskiego  

przedsi wzi cia.  

   

  Misja specjalna 

   

  Mijał czternasty dzie  wojny. W ci gu tych czternastu dni z plutonu,  

którym dowodził podchor y Władysław Niwi ski, pozostało siedmiu strzelców;  

z pułku, do którego ten pluton nale ał - nie pozostało nic.  

  Brakowało ł czno ci, brakowało paliwa do aut, które zepchni to do rowów,  

by nie tamowały rzeki uchod ców, brakowało map, brakowało snu strzelcom,  

obroku koniom, banda y rannym...  

  A jednak kiedy  ołnierze z plutonu, nasyciwszy oczy widokiem płon cych  

wiosek, nieba sypi cego bombami, go ci ca zasłanego trupami ludzi i wrakami  

pojazdów, przenosili pytaj ce spojrzenie na swego młodego dowódc , Niwi ski  

odpowiadał niezmiennie,  e chwilowe niepowodzenia zdarzaj  si  na ka dej  

wojnie, wi c i ta nie mo e by  wyj tkiem. Wierzył w to  wi cie. Nie on  

jeden, bo nikt jeszcze wtedy nie wiedział, jaka naprawd  b dzie ta dopiero  

co rozpocz ta wojna.  

  Niwi ski znał wojn  z podr czników historii, z mglistych i troch  nudnych  

wspomnie  ojca, który t  histori  wykładał w gimnazjum jemu i jego kolegom.  

Ale i inni, dla których ta wojna była ju  drug  z kolei, przykładali do  

niej miarki i stereotypy jej poprzedniczki. Ludzie l kali si  wi c gazów  

truj cych, ufali w bezpiecze stwo okopów, wierzyli,  e wysadzony most  

powstrzyma nacieraj cych. Niemcy byli naturalnymi wrogami i, oczywi cie,  

nale ało si  l ka  ich bezwzgl dno ci, ale były to wci  jeszcze poj cia  

uformowane przez wiedz  o wozie Drzymały. Wci  jeszcze pokutowało  

przekonanie,  e lojalno , przyrzeczenia i podpisane dokumenty co  znacz .  

Ufano wi c w konwencje chroni ce je ców, w Czerwony Krzy  osłaniaj cy  

rannych, w nietykalno  ludno ci cywilnej...  

  Jeden tylko człowiek w plutonie, kapral Leon Kura , my lał o tym  

wszystkim sceptycznie. A kiedy trzeciego czy czwartego dnia wojny,  

przeje d aj c obok opuszczonego bunkra, spostrzegli niewypał bomby, Kura   

poradził, aby umie ci  go w bunkrze, a przed wej ciem rozło y  troch   

ywno ci, niby to porzuconej w panicznej ucieczce. Pierwszy patrol  

niemiecki, zwabiony tym widokiem, poszybowałby, zdaniem kaprala, do nieba,  

nawet nie wiedz c,  e za przyczyn  własnej bomby.  

  - Nie, kapralu - powiedział wówczas Niwi ski - nie po polsku takie  

wojowanie.  

background image

  - Mo e i po niemiecku - zgodził si  Kura  - ale na nic lepszego nie  

zasłu yli. Ja ich znam.  

  Kura  mieszkał na Pomorzu blisko granicy i to s siedztwo dało mu wi ksz   

wiedz  o nieprzyjacielu, z którym teraz walczyli, ni  Niwi skiemu matura i  

podchor ówka.  

  Niwi ski wyniósł z podchor ówki nie tylko rycerskie zasady wojowania,  

ale tak e bezwzgl dn  karno  oraz wiar  w nadrz dno  i celowo  rozkazów.  

Z tego to wła nie powodu bez szemrania znosił ju  od tygodnia obowi zek  

konwojowania pewnego wa nego cywila, pana Gozdalskiego. Pułkownik ze  

sztabu, który powierzył mu t  misj , podkre lił jej specjalny, pa stwowy  

wr cz charakter. Odt d, przez siedem dni i nocy, tłuk c si  taborowym  

wozem, Niwi ski i jego ludzie nie spuszczali oka ani z Gozdalskiego, ani z  

jego ogromnego worka opiecz towanego ołowianymi stemplami.  

  Czternastego dnia wojny dotarł Niwi ski do stron, które znał z  

harcerskich obozów. Poczuł si  pewniej, spodziewał si  bowiem łatwej  

przeprawy przez rzek , za któr  jego misja specjalna powinna si  zako czy ,  

co pozwoliłoby mu doł czy  do formuj cych si  na nowo (jak s dził)  

oddziałów przeznaczonych do kontrnatarcia.  

  Spodziewał si  ponadto zobaczy  w tych stronach kogo , kogo nie widział  

ju  od dwóch lat.  

  Ale na razie musiał zalec z oddziałem w zagajniku, by przeczeka  noc.  

wit przekre lił wszystkie plany i przewidywania. Cały ten skrawek ziemi,  

znany mu z harcerskich podchodów, zamkni ty w trójk cie, który wytyczały  

szosa, rzeka i jezioro, otoczony był przez Niemców.  

  A wi c nadszedł ten  wit...  

  Znad rzeki oddzielaj cej las od go ci ca unosiła si  mgła. W lesie,  

ukryci mi dzy drzewami strzelcy konni Niwi skiego: Kura , Waligórski,  

Iwaniuk i paru innych, których zagarn ł po drodze, szykowali si  do  

wymarszu. Na ich nie ogolonych od kilku dni twarzach malowało si   

zm czenie. W gł bokim wozie taborowym, jak w kołysce, drzemał jeszcze pan  

Gozdalski, wspieraj c głow  o opiecz towany worek. Konie leniwie skubały  

traw . Niwi ski, przecieraj c od czasu do czasu przekrwione ze zm czenia  

oczy, uwa nie wpatrywał si  w go ciniec, po którym przejechały wła nie dwa  

niemieckie patrole motocyklowe. Po chwili motory zatrzymały si , a siedz cy  

w przyczepach oficerowie wyci gn li mapy i zacz li naradza  si , wskazuj c  

na las.  

   ołnierze pytaj co spojrzeli na swego dowódc , który w milczeniu si gn ł  

po lornetk  i w napi ciu obserwował scen  na drugim brzegu rzeki: do  

motocyklistów doł czyła wła nie ci arówka wyładowana niemieck  piechot .  

Potem druga, która ci gn ła za sob  ponton. Niemcy zeskoczyli z wozów,  

wyra nie szykuj c si  do spuszczenia pontonu na rzek . Nadjechał otwarty  

wóz terenowy, w którym zapewne znajdował si  jaki  wa ny oficer, bowiem  

Niemcy z motocykli doskoczyli do niego. Rozpocz ła si  ponowna narada nad  

rozpostart  map . Oficer w samochodzie wskazał przed siebie. Niemcy  

nawoływali si  czas jaki  i wreszcie  ci gn li ponton.  

   ołnierze Niwi skiego odetchn li z ulg . Ale Niemcy wcale nie zamierzali  

jeszcze odje d a . Zza mgły słycha  było zbli aj ce si  dalsze motory.  

Pojawiła si  ci arówka ci gn ca kuchni  polow , a za ni  czołg.  

  Min ło kilka chwil i obraz uległ całkowitej zmianie. Wida  teraz było,  

jak kucharze rozpalali ogie  pod kotłem, a czołgi ci wyskakuj c na szos   

ci gali bluzy, schodzili nad wod . Zanosiło si  na dłu szy postój. Jeden z  

czołgistów, z nie zmyt  jeszcze pian  po goleniu, podszedł do kotła i  

uniósł pokryw . Buchn ła para. Czołgista zanurzył garnuszek w dymi cej  

cieczy.  

  Smakowity zapach dotarł a  na drug  stron  rzeki, gdzie mi dzy drzewami  

skrył si  oddział Niwi skiego.  ołnierze z trudem przełykali  lin .  

Niwi ski oderwał wreszcie lornetk  od oczu i podszedł do wozu, w którym  

drzemał Gozdalski.  

background image

  - Z wozu! - rozkazał głosem nie znosz cym sprzeciwu.  

  - Jak to - z wozu?  

  - Z wozu, powiedziałem.  

  - Uprzedzałem ju  raz, panie podchor y,  eby ze mn  nie tym tonem... -  

zaprotestował Gozdalski.  

  - Mo e to pana przekona - przerwał Niwi ski, podaj c jednocze nie  

lornetk  i wskazuj c na drog .  

  W soczewce ujrzał Gozdalski grup  Niemców smacznie zajadaj cych  

niadanie. Zbladł i jak młodzieniaszek lekko zeskoczył z wozu.  

  - No to... no to... kochany panie Władeczku, na co my jeszcze czekamy?  

  Ruszyli. Po kwadransie osi gn li parów, którego dnem płyn ła rzeczka.  

Przez rzeczk  przeprawiał si  wła nie wiejski chłopak ci gn cy krow  na  

postronku.  

  - Do młyna t dy dojedzie? - zaczepił go Niwi ski.  

  - Dojedzie.  

  - A ty sk d?  

  - Z Porytego.  

  - Có  to, ze wsi uciekasz? Niemcy u was, czy jak?  

  - Niemców nie ma, ale we wsi strach siedzie . Bombarduj  i bombarduj .  

Mo e i na krow  popa , to tatko kazał wyp dzi .  

  - A jak tam we młynie? Pan Heimann  yje? Zdrowy?  

  - A co by miał by  chory. Zdrowy.  

  - Z cał  rodzin ?  

  - Ja tam nie wiem.  

  - A córk  pana Heimanna znasz? Pann  Ani ?  

  Chłopak niespokojnie spojrzał na niebo.  

  - Znasz? - powtórzył Niwi ski.  

  - Co bym miał nie zna ...  

  - Jest w domu?... Ania, pytam, jest w młynie?  

  Ale tego pytania chłopak ju  nie dosłyszał, Przeskakuj c po kamieniach,  

dopadł drugiego brzegu rzeczki, spu cił krow  z postronka, sam za   

wyci gn ł si  pod drzewem chowaj c twarz w trawie. W tym momencie nadleciał  

samolot i zacz ł wali  z broni pokładowej wzdłu  rzeczki.  ołnierze,  

zeskoczywszy z koni, przypadli do ziemi.  

  Po chwili znów było cicho. Otrzepuj c mundury, wolno podnosili si  z  

trawy.  

  - Hej, Jasiu! - zawołał Niwi ski. - Ju  po wszystkim! Chłopak nie  

poruszał si  jednak. Podchor y przeskoczył rzeczk  i stan ł nad nim.  

  - No? Widziałe  pann  Heimannówn , czy wyjechała mo e? Ogłuchłe ?! -  

potrz sn ł le cym.  

  I nie doczekał si  odpowiedzi; pocisk trafił chłopaka w sam  rodek  

czoła...  

  Potem znów skr cili w las.  ołnierze szli przy koniach prowadz c je za  

uzdy. Szli ostro nie. Do konia Kurasia przytroczono worek pana  

Gozdalskiego.  

  - Za tymi brzozami powinien by  karmnik dla jeleni - Niwi ski wskazał  

r k  kierunek.  

  - Panu podchor emu mo na by w tym lesie oczy zawi za ... - w głosie  

Kurasia mo na było wyczu  pochwał .  

  - Byłem tu na obozie harcerskim. Kiedy ...  

  - Wydostaniemy si ? - Gozdalski był wyra nie zaniepokojony.  

  - Po to tu skr ciłem.  

  - Mo e nie powinienem tego mówi  - Gozdalski  ciszył głos - ale poniewa   

jeste my w matni, czuj  si  upowa niony.  ołnierzom... po prostu dla  

zach ty,  eby wiedzieli... mo e pan o wiadczy ,  e za bezpieczne  

doprowadzenie mnie na miejsce czeka ich powa na gratyfikacja pieni na.  

  - To s   ołnierze, panie Gozdalski, a nie wynaj ci przewodnicy.  

  - Wiem, ale moja misja jest szczególnej natury. Panu, personalnie,  

background image

jeszcze powiem,  e...  

  -  e pa ski szwagier jest dyrektorem w MSZ-cie. Słyszałem ju .  

  - To mo e nie by  bez znaczenia dla pa skiego awansu, mimo  e pan z tego  

kpi. Je eli bezpiecznie dobrniemy...  

  - Niech pan w ten sposób ze mn  nie rozmawia - ostro uci ł Niwi ski.  

  Nagle przystan ł i rozejrzał si . To ju  był koniec brzozowego lasku.  

Przed nimi niewielka przecinka, dalej las bukowy.  

  - Jest! Jest karmnik! - zawołał uradowany.  

  Szybko przebiegli le n  przecink  i przystan li przed karmnikiem. W  

korytkach siano,  oł dzie...  

  - Ma si  t  pami , co? - Niwi ski nie ukrywał zadowolenia.  

  - Zaczynam w pana wierzy  - powiedział Gozdalski.  

  - Tam jest wie  Poryte. Ale j  ominiemy i pójdziemy prosto na młyn...  

  W tej samej chwili dobiegł ich t tent kilku koni. Z dna parowu nie mogli  

dojrze  je d ców. Tylko Kura , stoj cy najwy ej, dostrzegł nadje d aj cych.  

  - Panie podchor y, to nasi! - zawołał.  

  Wkrótce oddział dowodzony przez porucznika Zawistowskiego zbli ył si  do  

nich.  

  - Co za ludzie? - spytał Zawistowski, nie zsiadaj c z konia.  

  Podchor y, staj c na baczno , zameldował:  

  - Panie poruczniku. Dowódca plutonu dziewi tego pułku strzelców konnych,  

podchor y Niwi ski.  

  - Co pan tu robi, panie podchor y?  

  - Straciłem kontakt z pułkiem.  

  - Jad c t dy, nigdy go pan nie odzyska.  

  - Przypadkowo znam te strony...  

  - Zna pan, panie podchor y, a od wsi pan stroni? Je eli gdziekolwiek ma  

kwaterowa  pa ski pułk, to chyba wła nie we wsi. Wygl da na to,  e nie  

bardzo panu  pieszno do tego kontaktu.  

  - Panie poruczniku!  

  - Na razie pojedziecie ze mn . A ten pan w cywilu, kto wła ciwie?  

  - Prosz  na stron , panie poruczniku.  

  Zawistowski niech tnie zeskoczył z konia i po krótkim wahaniu odszedł  

wraz z Niwi skim.  

  - Mam rozkaz konwojowa  tego człowieka do Krzemie ca - zacz ł swe  

wyja nienie podchor y.  

  - Dok d? Pan uczył si  kiedykolwiek geografii, panie podchor y?  

Krzemieniec to ju  koniec Polski.  

  - Owszem. Wiezie ze sob  przesyłk  z upowa nienia pana prezydenta.  

  - Z czyjego upowa nienia?!  

  - Panie Gozdalski! Mo na pana tu prosi ? - Niwi ski zwrócił si  w stron   

cywila, który wiedz c,  e o nim mowa, podbiegł natychmiast.  

  - Có  pan takiego transportuje? - Porucznik nie ukrywał zainteresowania.  

  - Pozwoli pan, moje nazwisko Gozdalski. Jestem dyrektorem...  

  - W porz dku. Ale co pan wiezie, do diabła?  

  - Wybaczy pan, poruczniku, ale na to odpowiedzie  nie mog .  

  Si gn ł do kieszeni i wyj ł kopert  opatrzon  dwiema lakowymi  

piecz ciami. Zawistowski dłu sz  chwil  obracał zaklejony list w dłoniach.  

  - Ciesz  si  - ci gn ł dalej Gozdalski -  e spotkałem kogo  wy szego  

rang . Pocz tkowo konwojował mnie pewien kapitan, pó niej porucznik, ale  

wskutek ci głych niespodzianek dostałem si  pod opiek  pana podchor ego  

i...  

  - W porz dku - przerwał Zawistowski - zawracajcie, panowie. Wyspowiada  

si  pan przed majorem. Kwaterujemy we dworze.  

  - Ja, panie poruczniku, musz  na młyn - wtr cił Niwi ski.  

  - Nigdzie pan nie musi. Cały trójk t tej ziemi jest dokładnie otoczony  

przez Niemców. Wracam z ostatniego patrolu, mysz nie prze li nie si  przez  

ten pier cie ...  

background image

  Zawistowski, niestety, mówił prawd . W dworku, dok d przybyli, Niwi ski  

poznał majora Korwina, który dowodził resztkami rozbitego pułku. Korwin,  

sam ranny w nog , przyj ł Niwi skiego, wysłuchał i polecił mu przebija  si   

wraz z wa n  przesyłk  na własn  r k . Jad c w kierunku młyna miał tylko  

Niwi ski wst pi  do szkoły, gdzie, według zezna  chłopów, kwaterował lekarz  

- uciekinier. Ranna noga majora puchła z godziny na godzin , zachodziła  

obawa gangreny i pomoc lekarska była niezb dna.  

  Zanim jednak Niwi ski zdołał wyruszy  z dworku, przed ganek zajechał  

dziwny zaprz g, który skupił na sobie uwag  wszystkich oficerów. Dwa  

zm czone konie przyci gn ły uwi zanego do orczyków polskiego fiata, z  

którego wyskoczył oficer sztabowy w randze kapitana. Natychmiast za dał  

widzenia si  z dowódc .  

  - Moje nazwisko Miszczyk - meldował majorowi Korwinowi. - Jestem  

pracownikiem GISZ-u. Wioz  dokumenty, które pod  adnym warunkiem nie mog   

znale  si  w r ku wroga. Doł cz  do was. Mój samochód, jak pan widzi, ju   

na nic.  

  - Prosz , niech pan siada - Korwin wskazał na stoj c  w pokoju kanapk . -  

Słucham, kapitanie.  

  - Ma pan tabory?  

  - Dwa furgony.  

  - Doskonale. Tu wła ciwie chodzi o jedn  kaset  pancern .  

  - Chwileczk  - przerwał Korwin. - Pan dawno z Warszawy?  

  - Pi ty dzie  w drodze.  

  - Je li zamierza pan swoj  kaset  zawie  z powrotem do Warszawy,  

serdecznie zapraszam.  

  - Nie rozumiem... - kapitan lekko si  speszył.  

  - Wyruszam tam jeszcze dzisiaj - wyja nił Korwin.  

  - Ale  to nonsens!  

  - Pocieszmy si ,  e nie pierwszy w tej wojnie.  

  - S dziłem,  e zmierza pan do jakiego  pułku koncentracji.  

  - Pan słyszał o czym  takim? Baby na wsi, wybieraj c rano jajka, nic nie  

mówiły na ten temat, wi c nie wiem. Cał  dob  jestem bez ł czno ci ze  

wiatem.  

  Miszczyk nie podzielał wisielczego humoru Korwina. Zdj ł rogatywk  i  

przetarł spocone czoło.  

  - Gdyby to, co wioz , dostało si  Niemcom, lepiej by było podda  cały  

pułk. Cały garnizon.  

  - Nie dowodz  tak wysoko. Ale i tak pana nie zabior .  

  Miszczyk zerwał si  z kanapki.  

  - Czy pan naprawd  s dził - ci gn ł Korwin spokojnie -  e b d  obci ał  

moich do kra ca wyczerpanych ludzi, których w dodatku czeka bój w nocy,  

d wiganiem papierów, którymi za godzin , dwie b dzie mo na sobie tyłek  

podetrze ?  

  Miszczyk rozpi ł guziki bluzy i podał Korwinowi legitymacj , dowód oraz  

jakie  za wiadczenie.  

  - Mógłbym traktowa  moj  pro b  jako rozkaz. Obecnie zmusza mnie pan do  

tego. Wioz  akta personalne z fotografiami i adresami członków defensywy.  

Chyba pan sobie zdaje spraw ,  e w r ku nieprzyjaciela staj  si  one  

wyrokami  mierci na tych ludzi rozsianych po całych Niemczech?  

  - Niech pan je spali, zakopie, utopi. One s  bardzo wa ne ale równie   

ci kie.  

  Miszczyk zdawał si  nie słysze  tych uwag i si gn ł po dalsze argumenty:  

  - Ponadto mam podr czne zeszyty inspektorów armii, zawieraj ce poufne  

charakterystyki naszych oficerów. By  mo e, cz

 z nich przebywa ju  w  

niewoli. Czy Niemcy maj  si  dowiedzie , kogo trzymaj  w swoich obozach?  

  Korwin w milczeniu rozwa ał to pytanie. Korzystaj c z tej chwili wahania,  

Miszczyk wybiegł na ganek, by przynie  swoje cenne kasety.  

  Ju  nie powrócił... Przelatuj cy nad zabudowaniami dworskimi niemiecki  

background image

my liwiec przeszył pociskami, jak fastryg , całe podwórko.  

  Korwin dłu sz  chwil  stał w oknie, trzymaj c w dłoni dokumenty  

Miszczyka.  

  - Czy który  z panów pochodzi z Warszawy? - zapytał wreszcie.  

  - Ja, panie majorze! - krzykn ł Niwi ski.  

  - Niech pan we mie te papiery. Kiedy , po wojnie, odda je pan jego  onie.  

B dzie miała przynajmniej co postawi  na nocnym stoliku.  

  Potem zlecił Zawistowskiemu, by zatopił kasety kapitana w dworskiej  

studni z zachowaniem wszelkich  rodków ostro no ci i w tajemnicy przed  

mieszka cami dworku.  

  Niwi ski niezbyt ch tnie upychał w kieszeni munduru papiery po zabitym.  

Czy mógł wówczas przypuszcza ,  e w tym momencie chował swoj  własn   

przepustk  na dalsze  ycie w okupowanym kraju?...  

  Zgodnie z rozkazem oddział Niwi skiego, poszukuj c lekarza, dotarł do wsi  

Poryte i rozlokował si  w wiejskiej szkole. Podchor y z Kurasiem zaj li  

miejsca w ławkach i jak uczniowie, studiuj c swoje mapy, oczekiwali  

przyj cia doktora.  

  W klasie, za stołem nauczycielskim, jakby prowadził lekcj , siedział  

trzydziestoletni m czyzna, ostrzy ony niemal przy samej skórze. Na ramiona  

zarzucony miał prochowiec.  

  Nad nim, na  cianie za katedr , wisiał krzy  i trzy portrety:  

Piłsudskiego, Rydza- migłego i Mo cickiego. W klasie panowało milczenie;  

przerwało je dopiero wej cie kierowniczki szkoły. Otyła, o dobrodusznym  

wygl dzie kobieta niosła na tacy w fajansowych garnuszkach paruj c   

herbat . Ju  od progu informowała:  

  - Jest doktor, jest, prosz  panów. Uciekinier z Radomia. Posłałam ju  po  

niego, ale akurat opatruje poparzon  kobiet . Zaraz przyjdzie - mówiła,  

stawiaj c przed go mi fili anki. - Herbatka lipowa, bardzo zdatna, bardzo.  

Tylko cukru nie ma, niestety...  

  - Ja mam cukier i słu . Chwileczk ... - milcz cy dotychczas m czyzna  

wyszedł z klasy.  

  - To pani nauczyciel? - zainteresował si  Niwi ski.  

  - W tym roku szkolnym miał zacz  lekcje. No, ale pierwszego nie było  

otwarcia. Nie wiem...  

  - Długo pani tu uczy? - Niwi ski starał si  podtrzyma  rozmow .  

  - O, dosy , dosy .  

  - Ani  Heimannówn  uczyła pani?  

  - T  z młyna? Nie, ona tu chodziła jeszcze za czasów  wi tej pami ci pani  

Borkowskiej. Ale znam j , znam...  

  I znów nie było dane Niwi skiemu dowiedzie  si  czego  wi cej o młodej  

Heimannównie, gdy  w tej wła nie chwili wrócił nauczyciel z torebk  cukru.  

  - Słu . Ale w zamian prosz  o papierosa.  

  Kura  podsun ł mu paczk .  

  - Ró ne rzeczy zaczynaj  ludzie wymienia . - Nauczyciel znowu zaj ł  

miejsce za katedr . - Benzyn  na transport, cukier na tyto ... Wracamy do  

epoki handlu wymiennego.  

  - Słuszne spostrze enie - przytakn ł podchor y.  

  - Niezbyt oryginalne, przyznaj . Handel wymienny jest zjawiskiem  

rozkwitaj cym w dobie ka dej wojny. Pieni dz zatraca warto  jako płatniczy  

rodek umowny, wa ne staj  si  rzeczy, przedmioty. A raczej ich brak.  

Zreszt , to, co nas czeka, cofnie nas jeszcze dalej.  

  Niwi ski zerkn ł uwa niej na mówi cego i spytał:  

  - Pan, przepraszam, czego tu na wsi uczy?  

  - Jeszcze nie zd yłem niczego. Ale pani kierowniczka przeznaczyła mi  

rachunki.  

  - Pan Mrowi ski dawniej uczył w Kielcach... - kierowniczka uzupełniła t   

informacj .  

  - Przepraszam, nie dosłyszałem nazwiska. Mój ojciec jest równie   

background image

nauczycielem, wi c mo e... - Niwi ski z uwag  wpatrywał si  w elokwentnego  

nauczyciela.  

  - Nazywam si  Mrowi ski.  

  Kierowniczka wyjrzała przez okno.  

  - Jako  nie wida  doktora - westchn ła. - Przepraszam,  e tak pytam. Ale  

m a zmobilizowano. Jestem taka niespokojna. Kiedy si  to sko czy, panowie?  

  - Niedługo. Całkiem niedługo. - Słowa nauczyciela s  uspokajaj ce, ale  

szczególny ton jego głosu zaintrygował Niwi skiego.  

  Wstał wi c z przyciasnej dla niego ławki, chrz kn ł i, przehadzaj c si   

po klasie, zacz ł wyja nia :  

  - Ma pan racj . Anglia, która jest morsk  pot g , ju  odci ła Berlinowi  

ł czno  ze  wiatem, a kiedy rusz  Francuzi z linii Maginota i odci

 nasz  

front...  

  - Mo e pan zajmie moje miejsce za stołem. To brzmi jak wykład - przerwał  

mu nauczyciel.  

  Niwi ski spojrzał na niego niech tnie, ale opanował si  i spokojnie  

kontynuował:  

  - Trzeba to przetrwa , trzeba, niestety. Byli my nie przygotowani i teraz  

ponosimy konsekwencje. Jedno wszak e jest pewne: nie sposób było tego  

unikn .  

  - Owszem. Był sposób - spokojnie zauwa ył nauczyciel.  

  - Bzdury. Odda  Gda sk?  

  - Nie. Nale ało dobra  innych sojuszników.  

  - Innych? Nie ma pot niejszych od tych, których mamy, Marszałek ten  

dobór pozostawił w swoim testamencie. Przypomniał to trzeciego dnia wojny  

minister Beck. Pami taj, powiedział Komendant,  e kiedy b dzie bardzo  le,  

najwa niejsze,  eby my si  znale li w dobrym towarzystwie.  

  - Towarzystwo mo e jest i dobre. Tyle  e odległe.  

  - Pan zna bli sze? - zainteresował si  milcz cy dotychczas Kura .  

  - Owszem. Ale ju  za pó no. Czesi nienawidz  nas za Zaolzie, Litwini  

pami taj  nasze pogró ki w sprawie Kowna. Czy musieli my przykłada  do tego  

r k ? A przecie  wystarczyło zgodzi  si  na przemarsz Rosjan do Czech,  eby  

uratowa  i Czechów, i nas.  

  - Mój drogi, przy takich pogl dach, przestaj  si  dziwi ,  e poruczono  

panu nauczanie rachunków wła nie tutaj. - Niwi ski nie był w stanie  

opanowa  wzburzenia. - Trzy dni temu, na moich oczach zabito dwóch  

harcerzy, którzy bronili mostu. Na szcz cie nie byli pa skimi uczniami.  

Oddali  ycie. Mo e i za pana. A pan, czego mógłby ich nauczy ? Zdrady?  

  - To du e słowo - zauwa ył Mrowi ski, wci  jeszcze spokojny.  

  - W sam raz. Ile  pan ma lat? I dlaczego nie jest pan w wojsku?  

  - Wodzowie nie chcieli. A teraz mo e by i chcieli, ale gdzie ich dogoni ?  

W Rumunii?  

  - Mo e ja niej? - Niwi ski tracił coraz bardziej opanowanie.  

  - Jeszcze ja niej? Panie podchor y, przecie  nawet tutejsi pastuszkowie  

wiedz ,  e wodzowie uciekli.  

  - To oszczerstwo! - Niwi ski jednym skokiem znalazł si  przy nauczycielu.  

  - To prawda. Pozostawili was na pastw  losu, a pan mnie nazywa zdrajc ?  

Nie ich?  

  Niwi ski zamachn ł si  i niechybnie wymierzyłby nauczycielowi policzek,  

ale ten cofn ł si  i zawadzaj c o kant stołu,  ci gn ł z ramion  

deszczowiec, który spadł na posadzk . Prawy r kaw nauczyciela był pusty,  

wetkni ty w kiesze .  

  - Masz szcz cie - wycedził przez z by Niwi ski.  

  Nauczyciel schylił si  po płaszcz, zagarn ł go pod zdrowe rami  i  

wyszedł. W klasie zapadło milczenie.  

  - Tak mi nieswojo - kierowniczka niezdarnie próbowała rozładowa   

napi cie. - W panach cała nasza nadzieja i nagle taki afront... Chyba sama  

pójd  po doktora... Nie wiem... Przysłali mi tego nauczyciela przed samym  

background image

pocz tkiem roku. Nawet si  zdziwiłam: z samych Kielc i taki, przepraszam,  

awans? Podobno był i w kryminale... Przepraszam...  

  Niwi ski bole nie odczuł t  pierwsz  lekcj  historii najnowszej. Jak na  

ironi  otrzymał j  w szkolnej klasie i chocia  sam czuł si  mentorem,  

odpowiedzi egzaminowanego stawiały go w pozycji ucznia, który wykuł si   

przedmiotu nie z tego podr cznika, co trzeba. Po raz pierwszy kto  obalał  

twierdzenia, w które podchor y wierzył i które traktował jak aksjomaty  

ustalone raz na zawsze i nie do podwa enia. Wiara w wodza, w zwarto , sił   

i gotowo  równała si  wierze w niepodwa alno  przypadków przystawania  

trójk tów. Człowiek za katedr  wydał mu si  wi c zdrajc  i heretykiem lub  

co najmniej nieukiem. A przecie  to, co usłyszał, było zaledwie programem  

przedszkolnym wobec najbli szych lekcji historii, które go dopiero czekały.  

  Na razie czekała go inna, nie przewidziana przeprawa. Gdy wyszedł przed  

ganek, by ochłon  po niefortunnej dyskusji, oczom jego ukazał si   

zdumiewaj cy widok. W  wietle dwóch dopalaj cych si  we wsi chałup, na tle  

ko cioła wida  było kł bowisko rozwrzeszczanych ludzi zgromadzonych na  

obszernym majdanie. Niwi ski i Kura  wsiedli na konie i zbli yli si  do  

placu. Jednak poprzez cisn cy si  tłum długo nie mogli dojrze , co si  tam  

wła ciwie dzieje.  

  Jaka  kobiecina, stoj ca przed nimi, te  ciekawie wspinała si  na  

palcach.  

  - Co tam, babciu, sprzedaj ? - przyja nie zagadn ł Kura .  

  - A  pionów wieszaj .  

  - Co takiego?! - zaniepokoił si  Niwi ski.  

  - Lusterkiem dawał znaki. Posterunkowy nareszcie ich przyłapał -  

wyja niała.  

  Niwi ski koniem roztr cał gro ny, nie ust puj cy i wci  wyj cy tłum.  

Wreszcie dojrzał: przed gmin , na zwie czeniu bramy, wi zano dwa bli niacze  

stryczki. Tłum krzyczał o spalonych chałupach, o zabitych dzieciach. Jacy   

ludzie, ju  zupełnie niepotrzebnie, wylewali wiadra wody na roz arzone  

głownie dogasaj cej chałupy. Reszta rozwrzeszczanej ci by otaczała dwoje  

ludzi: m czyzn  po pi dziesi tce i dwudziestoparoletni , ładn   

dziewczyn . M czyzna bezmy lnie poprawiał co chwila na nosie zdezelowane  

okulary, patrz c na przygotowania do egzekucji, kobieta za  wyrywała si  z  

elaznych u cisków chłopów, nie przestaj c powtarza  ochrypłym głosem:  

  - Ludzie, mylicie si ! Ludzie...  

  Z gminy wyniesiono ławy i ustawiono na nich dwa taborety. Przodownik  

policji i sołtys, obaj dobrze podpici, z powag  dyrygowali przygotowaniami.  

  Na widok  ołnierzy tłum uspokoił si  nieco. Tylko co bardziej  

rozhisteryzowane kobiety krzyczały nadal: " piony", spluwaj c starały si   

dosi gn  strz pów ubrania lub włosów skaza ców.  

  - Na miło  bosk , ludzieeee! - krzyczała osaczona dziewczyna.  

  - Co si  tu dzieje?! - Niwi ski zwrócił si  do policjanta.  

  Przodownik spr ył si , brz kn ł szabl  i, chwiej c si  lekko, stan ł  

przed koniem Niwi skiego.  

  - Złapali my dwóch szpiegów. Dawali znaki samolotom...  

  - Ale  tatu  si  golił! Golił si  na ł ce, ludzie! - z rozpacz   

tłumaczyła dziewczyna.  

  - Cicho! - krzykn ł przodownik. - I plany mieli... - wyja niał  

Niwi skiemu. - To przez nich, widzi pan, co si  stało.  

  - Dokumenty tych ludzi! - za dał podchor y.  

  Kura  wyci gn ł r k  do policjanta, ten za  wzi ł od sołtysa skórzan   

teczk  i wyj ł z niej plik papierów.  

  - Tu jest wyrok spisany w gminie. A z kim mam okoliczno ? - zapytał.  

  W tym momencie do akcji wł czył si  Kura .  

  - Sta  porz dnie na baczno  i nie bujaj si  na flekach! - wrzasn ł. -  

Oddział specjalny  andarmerii polowej. Nie widzisz? Nie widzisz, bo  si   

zaprawił!  

background image

  Niwi ski lekko zbaraniał i bezmy lnie przegl dał podane mu papiery. Kura   

za  perorował dalej:  

  - Szpiedzy powinni by  przesłuchani przez władze wojskowe i rozstrzelani.  

Nie znasz, chamie, prawa mi dzynarodowego i za postronek si  bierzesz?! Mam  

spisa  personalia tego przodownika, panie podchor y?  

  Niwi ski lekcewa co machn ł r k ; spostrzegłszy,  e wrzaski Kurasia  

robi  na policjancie du e wra enie, wł czył si  do gry, zaproponowanej  

przez podwładnego.  

  - Pokwituj  wam odbiór skazanych. Kura , bagnet na bro  i wyprowadzi   

podejrzanych!  

  Kapral natychmiast spełnił rozkaz. Niwi ski, nawet nie schodz c z konia,  

napisał co  na  wistku papieru, a plik dokumentów zabrał ze sob .  

  - Wiesza ! - wykrzykiwał nadal Kura . - Oni musz  wpierw wszystko  

wy piewa . Rozumiecie czy nie? Was powinienem te  przed s d polowy, bo cie  

na słu bie pijani jak  winia.  

  - Pozwol  sobie powiedzie ,  e nie ma pan insygniów  andarmerii i  

dlatego... - usiłował tłumaczy  si  przodownik.  

  - Mo e go jednak zabierzemy, panie podchor y? Nie wiecie,  e my na czas  

wojny jeste my tajni? Wła nie po to,  eby taki baran, jak ty, nie mógł nas  

rozpozna !  

  Z najwy szym trudem doprowadzili nieszcz sn  par  do szkoły. Profesor  

Zygadlewicz z Uniwersytetu Jagiello skiego okazał si  egiptologiem, jego  

córka Justyna pełniła funkcj  asystenta przy tej samej katedrze. Wojna  

zaskoczyła ich na sympozjum w Warszawie.  

  - Kiedy  sko czy si  ta koszmarna komedia? Przecie  pan widzi,  e to  

hieroglify... No, przyznaj ,  e hieroglify wygl daj  do  tajemniczo. Ale  

oni je wzi li za szyfr. Inskrypcje uzna  za szyfr! - Stary profesor  

powiewał przed Niwi skim wyci gni tymi z teczki papirusami.  

  - Tym ludziom nie mo na si  dziwi . Taka panuje psychoza. Najwa niejsze,  

e wszystko sko czyło si  dobrze - uspokajał go Niwi ski.  

  - Dzi kuj  to nie jest wła ciwe słowo za to, co pan zrobił, młody  

człowieku. Gdyby nie stanowczo  pa skiego  andarma...  

  Niwi ski u miechn ł si . Coraz bardziej przywi zywał si  do tego swojego  

kaprala. Kiedy ju  byli w dalszej drodze, przypomniała mu si  ta scena z  

profesorem i wtedy dopiero pochwalił kaprala:  

  - Wy, Kura , faktycznie mogliby cie by   andarmem. Dobrze wam szło. Macie  

głow  na karku.  

  Kura  przyj ł ten komplement do  oboj tnie. Mało go jeszcze wida  ten  

młody podchor y znał, je li prosty wybieg wzbudził w nim a  taki  

entuzjazm. Zdolno ci mistyfikacyjne Kurasia i jego umiej tno  mimikry,  

pozwalaj ce swobodnie przystosowywa  si  do wszystkich okoliczno ci, nie  

raz jeszcze miały im obu ocala   ycie. Ale o tym wszystkim, rzecz jasna,  

nie mógł wówczas jeszcze wiedzie  Władysław Niwi ski.  

  - Jego oddział zbli ał si  wła nie do młyna.  

  Stary Heimann stał przy bramie. Zrazu zl kł si , widz c je d ców i  

wojskowy wóz taborowy. Nie od razu te  rozpoznał w Niwi skim młodego  

gimnazjalist , który zje d ał tu na wakacje. Potem, gdy przyjrzał mu si   

dobrze, szczerze ucieszył si  z tej wizyty.  

  - Zachoczcie ale do domu, zachoczcie. Ja widz : szolnierze i my l :  

nietopsze. A to nasz Władek! No, to topsze... Eweline, Eweline!  

  Pobiegł z radosn  wie ci  w stron  domu. Kura , słysz c t  dziwn   

rozmow , zaniepokoił si .  

  - Jak to? To Niemcy, panie podchor y?  

  - To kolonia osadników niemieckich. Od stu lat ta rodzina jest w Polsce.  

Bardzo, bardzo porz dni ludzie.  

  - Wie pan, który Niemiec jest porz dny? Nie ywy... - Kura  niech tnie  

zeskakiwał z konia.  

  Ludzi i taborowy wóz umie cił Niwi ski w stodole. Postanowił tu  

background image

przeczeka  do wieczora, by  witem przeprawi  si  jeziorem na drug  stron ,  

do swoich.  

  Heimannowa przyj ła go ze łzami prawdziwej rado ci.  

  Po pierwszych powitaniach Niwi ski spytał o ich syna Janka. Jako   

niezr cznie było mu zagadn  o Ani .  

  - Janek? Zaraz powinien przyj  na obiad. Oni pilnuj  krów i koni w  

lesie.  

  - Oni? To znaczy Janek i kto...?  

  Niwi ski miał nadziej  usłysze ,  e i Ania, ale okazało si ,  e młody  

Heimann pilnuje zwierz t z jakimi  kolegami.  

  - Boicie si  pa stwo rekwizycji?  

  - Boimy si  wszystkiego, Władek... - westchn ła Heimannowa.  

  - Tych, co przyjd , tak e? My l  o waszym wojsku.  

  - Nie znam ich, wi c te  si  boj  - wtr cił Heimann. - O, idzie Johann.  

Ale  si  zdziwi.  

  - A Ania? - spytał niby od niechcenia Niwi ski.  

  - Anna Liza? - Heimannowa powtórzyła to pytanie i wyczekuj co spojrzała  

na m a.  

  - Pami tasz j  jeszcze? Ona... - Heimann nie doko czył odpowiedzi.  

  Do izby wszedł Johann. Widok podchor ego zaskoczył go. Staraj c si   

jednak nie okaza  zdziwienia, w milczeniu podał Niwi skiemu dło , jakby  

widzieli si  zaledwie wczoraj.  

  - Zmienili my si , co? - zagadn ł podchor y.  

  - Wszystko si  zmieniło - odburkn ł Johann i zacz ł zagl da  do garnków  

oraz koszyków stoj cych pod piecem.  

  - Wi c co wła ciwie z Ani ? - powtórzył pytanie Niwi ski.  

  - Jej nie ma - zdecydowanie odpowiedział Johann.  

  Heimannowie milczeli.  

  - Wyjechała? Czy... Ale to chyba niemo liwe... Wyszła za m ?  

  - Nie. Nie ma jej - uci ł Johann, nie przestaj c sprawdza  zawarto ci  

koszyków.  

  - Przygotowałam, przygotowałam - uspokoiła go Heimannowa. - Zjesz z nami,  

Johann?  

  - Nie. Czekaj ... Pójd  po koc. Noce ju  zimne.  

  Stary Heimann postawił na stole karafk  z wi niówk , gospodyni za  zaj ła  

si  krajaniem słoniny. Kurasiowi i Waligórskiemu za wieciły si  oczy na ten  

widok.  

  - Przepraszam na chwil ... - Niwi ski uj ł Johanna pod rami .  

  Wyszli na podwórko i usiedli na zwalonym konarze drzewa.  

  - Co masz zamiar dalej robi ? - zapytał Johann.  

  - Có  mog  robi ? Jest wojna.  

  - To ju  niedługo potrwa. Nie widzisz, co si  dzieje...?  

  - Widz .  

  - No, wi c... - Johann przysun ł si  bli ej. - Ja ci co  powiem. Zosta   

tu z nami, ludzi pu , niech wracaj , du o jest zaj  w domu...  

  - Nie rozumiesz...  

  - Wszystko rozumiem. Kiedy si  to sko czy, wrócisz do domu i tyle.  

Ubranie si  znajdzie. A w razie czego powiem,  e ieste  naszym krewnym.  

Taka jest moja rada.  

  Niwi ski u miechn ł si  z przymusem.  

  - Ty  jednak nie był w wojsku. Bo to, do czego mnie namawiasz, to  

dezercja. Rozumiesz to słowo?  

  - Ja ci  namawiam do ratowania własnej głowy. Niczego innego ju  nie  

uratujesz.  

  - Wojna jeszcze trwa, Jasiu. A na wojnie jak na wojnie. Ró nie bywa...  

  - Ró nie.  

  - W co  trzeba wierzy , Janek.  

  - Tylko w co?  

background image

  - Ja wiem.  

  - I ja te  wiem.  

  - Widzisz... Je eli ju  koniecznie chcesz mi pomóc...  

  - Przecie  powiedziałem.  

  - Daj łód  i albo sam popły  noc , albo...  

  - Dok d?  

  Niwi ski wskazał w stron  połyskuj cego zza szuwarów jeziora.  

  - Do naszych, Jasiu. Jest przesyłka, która musi dotrze  do... no, w  

ka dym razie musi. Wa na przesyłka. Pomo esz?  

  Johann namy lał si  przez chwil .  

  - B dziesz tu wieczorem, jak wróc ? - spytał.  

  - Tak...  

  - To pogadamy - Johann podniósł si  z pnia.  

  - Nie popadaj w panik . - Niwi ski poklepał młodego Heimanna. - Wiem,  e  

nie jest najlepiej, ale komu wiadomo, od czego to jeszcze zale y. Anglicy i  

Francuzi dotrzymaj  gwarancji naszym władzom.  

  - Słyszałem,  e te władze s  ju  bardzo daleko.  

  - To du o słyszałe .  

  - Sporo ludzie gadaj .  

  - Gadaj  du o i niepotrzebnie.  

  - Ano wła nie. Czas na mnie, nie gniewaj si . Chłopcy czekaj .  

  - Jacy chłopcy?  

  - Koledzy.  

  Johann odszedł, d wigaj c swoje koszyki.  

  I rzeczywi cie wrócił. Nie wieczorem. W nocy. Niestety, nie sam i  

niestety, nie po to, aby przyjacielsko pogaw dzi .  

  Oddział spał wtedy w stodole. Niwi ski z Kurasiem drzemali na poddaszu, w  

tym samym pokoiku, który w dawnych latach wynajmowano harcerzom w czasie  

ferii. Strzelec Iwaniuk pełnił wart  na podwórku. O północy miał rozkaz  

postawi  oddział na nogi, ale zrobił to znacznie wcze niej...  

  Około jedenastej dostrzegł zbli aj c  si  do młyna posta . Poderwał  

karabin, ale zaraz si  uspokoił, rozpoznaj c w nadchodz cym syna  

wła cicieli.  

  - Swój, swój. Nie poznaje mnie pan? - u miechn ł si  Johann.  

  - W porz dku - Iwaniuk opu cił karabin.  

  - Zapali pan?  

  Iwaniuk si gn ł po papierosa i wtedy wła nie otrzymał cios w plecy.  

Zwin ł si  i osun ł na ziemi . Johann jednym skokiem dopadł drzwi szopy. Po  

chwili był ju  przy wozie. Waligórski z panem Gozdalskim spali tu  obok,  

zakopani w sianie. Koło nich stała wielka towarowa waga, na której wa ono  

m k .  

  - Pora, Iwaniuk? - przez sen wymamrotał Waligórski.  

  - A pora - odburkn ł Johann, porywaj c odwa nik i wymierzaj c dwa ciosy w  

głow  Waligórskiego.  

  Równie  Gozdalski, zanim zrozumiał, o co chodzi, otrzymał pot ne  

uderzenie odwa nikiem.  

  Johann błyskawicznie zaprz gł konia do dyszla i uło ył si  płasko w  

furgonie; nawet głowa nie wystawała poza burty. Smagn ł konia batem i  

zaprz g wyskoczył na podwórko.  

  Iwaniuk  ył jeszcze. Jego nied wiedzia siła pozwoliła mu zagarn  r k   

odrzucony przy upadku karabin. Kiedy furgon mijał go w p dzie, nacisn ł  

spust. Jeden ko  padł i furgon, zataczaj c łuk, uderzył o naro nik domu.  

Johann wyskoczył z wozu i rozpłyn ł si  w ciemno ciach.  

  Huk wystrzału obudził Niwi skiego. W jednej chwili dopadł do okna  

mansardy. W tym momencie posypały si  pociski. Młyn był otoczony.  

Rozgorzała za arta strzelanina mi dzy resztkami oddziału a niewidocznym  

nieprzyjacielem.  

  Tymczasem rozbudzony strzelanin  stary Heimann wybiegł zaintrygowany na  

background image

ganek. I kiedy tak stał w swej przydługiej, nocnej koszuli, wyt aj c wzrok  

i staraj c si  dociec przyczyn niespodziewanego alarmu, dosi gły go  

pociski. Stary padł na stopnie wiod ce na ganek i legł tu  przy drzwiach,  

jakby pragn ł ciałem zagrodzi  wej cie do domu.  

  Niwi ski, ostrzeliwuj c si  z okna pokoiku na pi trze, widział, jak nad  

trupem starego młynarza ukl kła  ona. I jeszcze kto , w kim rozpoznał Ann .  

  Jej obecno  w tym domu, jej blisko  i wreszcie jej bezsilny płacz nad  

ciałem ojca sprawiły,  e podchor y zapomniał na moment o grozie sytuacji,  

w jakiej znalazł si  on sam i jego ludzie. Przerwał ogie  i patrzył w dół  

na stopnie, gdzie wci  kl czały obie kobiety. One za , jakby czuj c jego  

wzrok, uniosły w gór  głowy i patrzyły oczami pełnymi przera enia, rozpaczy  

i niemego wyrzutu. Przez mgnienie zapragn ł zawoła , wytłumaczy , wyja ni   

obu, kto naprawd  odebrał im ojca i m a, ale one ju  nie patrzyły na  

niego. Z wysiłkiem d wign ły bezwładne ciało młynarza, usiłuj c przenie   

je z ganku do sionki.  

  - To wasi, wasi! - zawołał Niwi ski, ale nie mogły go słysze , bowiem  

strzelanina znów przybrała na sile.  

  Od strony wioski nadbiegali chłopi uzbrojeni w widły i łomy; okazało si ,  

e strzały zaalarmowały ludno  Porytego. Widz c zbli aj cych si  chłopów,  

napastnicy wycofywali si  do lasu, zostawiaj c dwóch zabitych. Ludzie ze  

wsi rozpoznali w nich chłopców z podobnych co Heimannowie kolonii  

niemieckich.  

  Kr

c po pobojowisku, Niwi ski usłyszał tu  obok głos Kurasia:  

  - Nie mógł pan wiedzie , to byli przecie  bardzo porz dni Niemcy. Byli...  

  Iwaniuk ju  nie  ył. Gozdalski półprzytomnym wzrokiem patrzył, jak  

ołnierze nie li jego bezcenny worek. Przy upadku z furgonu płótno rozdarło  

si  o le c  na podwórku bron . Z rozprutego worka wysun ła si  płachta  

zadrukowanego papieru. Kilka ryz poskr canych w owo le ało teraz na ziemi.  

Kura  zd biał.  

  - Chryste Panie! To forsa! - zawołał.  

  Ludzie otoczyli dziwny ładunek. Kto  schylił si  i podniósł jeden arkusz.  

Były to  wie utkie, pi setzłotowe, jeszcze nie poci te banknoty.  

  Niwi ski pochylił si  nad Gozdalskim.  

  - Co to wła ciwie jest?  

  - Walory. Widzi pan chyba. Złoto miało opu ci  granice pa stwa, a  

sze set milionów mieli my zniszczy  przez spalenie.  

  - Przez spalenie?  

  - Tak. Komisyjnie odnotowana warto . Ta emisja nie zd yła wej  do  

obrotu. Praktycznie jest niewa na, ale...  

  - Przez spalenie? - powtórzył Niwi ski.  

  Nagle podniósł si , mn c w dłoni szeleszcz cy arkusz.  

  - Kura ! Ba ka z naft  i zapałki!  

  - Panie podchor y, dałoby si  poci . Dałoby si ...  

  - Tak. Na wkładki do butów. Wi c to była ta misja specjalna... I za ni   

zgin ł Iwaniuk. Na co czekacie, do cholery?! Nafta!  

  Chlusn ło z ba ki  mierdz cym płynem. Niwi ski rzucił zapałk . Papier w  

jednej chwili stan ł w płomieniach i prawie natychmiast zacz ł popiele .  

  Podchor y teraz dopiero przeniósł wzrok na ganek, spodziewaj c si  raz  

jeszcze ujrze  Ann . I ponownie odczuł potrzeb  powiedzenia jej tego,  

czego, by  mo e, ani Anna, ani jej matka nawet si  nie domy lały. To  

przecie  kule ich rodaków, kolegów Johanna, dosi gły tam na ganku starego  

młynarza. Niwi ski ju  nawet post pił krok w stron  domu, lecz w tej  

wła nie chwili w dali, od strony wioski zagrały działa czołgów. Spojrzał na  

jezioro.  

  - Tym razem chyba to ju  koniec... - usłyszał głos Kurasia. - Wiejemy  

dalej?  

  - Ju  nigdzie nie b d  uciekał.  

  Kura  ze zdziwieniem spojrzał na dowódc .  

background image

  - Przecie  tym razem to ju ... koniec, panie podchor y.  

  Niwi ski machinalnie przegarniał patykiem tl cy si  papier.  

  - Za to trzeba wzi  si  od razu.  

  - Za co, panie podchor y?  

  - Ju  ja wiem, za co...  

  Odwrócił si  od ogniska. Patrzyli na niego  ołnierze, chłopi z wioski.  

Niwi ski powtórzył sam do siebie:  

  - Ju  ja wiem, za co...  

   

  Obywatele GG 

   

  Pa dziernik wci  był jeszcze pogodny i ciepły. Tylko sło ce nie miało w  

czym si  odbija , bo w całej Polsce brakowało szyb w oknach i ludzie  

zabijali je dykt  albo deszczułkami po skrzynkach na owoce. Szklarze  

zapami tale miesili kit, obiecuj c sobie wkrótce doj  do wielkiej fortuny,  

poniewa  jednak o szkło trudniej było ni  o cukier, wi c i szklarze snuli  

si  bezczynnie, jak zreszt  wszyscy, którzy nie wiedzieli, co pocz  z  

nagłym nadmiarem czasu. Nie kursowały poci gi, nie działała poczta, stoły w  

pustych urz dach pokrywały si  kurzem, bo i petentów, i urz dników  

zabrakło.  

  Było wi c pogodnie i ciepło. Tylko na Podkarpaciu, jak zwykle ju  o tej  

porze, ranki zdarzały si  chłodne i mgliste. We wsi Owczary mgła tego  

pa dziernikowego dnia opadała tak wolno,  e z okna na pi trze plebanii  

ksi dz Pyclik nie tylko nie mógł dojrze  gór, ale z trudem rozró niał  

krzy e na cmentarzu poło onym w najbli szym s siedztwie ko cioła.  

  W dni bezchmurne w giersk  granic  wida  st d było jak na dłoni. Od kilku  

dni ksi dz Pyclik go cił dwóch przybyszów z Warszawy, którzy zamierzali  

przedosta  si  wła nie na W gry. Na razie odpoczywali w przytulnej plebanii  

i, podobnie jak wszyscy ludzie w Polsce, dokonywali przymiarki do nowego  

ycia. Nikt jeszcze nie wiedział, jakie ono b dzie, nikt jeszcze nie  

wiedział, jak długo potrwa. Tu, w poczciwych Owczarach, nikt nawet jeszcze  

ywego Niemca nie widział na oczy, tote  i poczciwe toczyły si  na plebanii  

rozmowy.  

  Dwaj uciekinierzy, panowie Wi licz i Boczkowski, obaj oficerowie,  

oczekuj c na przewodnika, zabawiali ksi dza wiadomo ciami przywiezionymi z  

Warszawy. Rozmawiali przy oknie, sk d wida  było, jak ko cielny Kulpi ski  

szykuje wuz do drogi. Ksi dz Pyclik wysyłał go do miasteczka po baterie do  

radia.  

  - Ksi dz w ogóle słucha tu radia? - zdumiał si  Wi licz.  

  -  wiatła nie mamy, ale jako  sobie radzimy. Bardzo dobra kryształówka.  

Bardzo. Nie mówiłem panom wczoraj, co Londyn o dziewi tej podawał?  

  - Zabior  ksi dzu ten aparat. Przy pierwszej lepszej rewizji - ostrzegł  

Boczkowski.  

  - Jak to, zabior ? - zdziwił si  ksi dz.  

  - Po prostu, szukaj  broni, a zabieraj  radia.  

  Wi licz uzupełnił:  

  - W Warszawie lada dzie  ma wyj  ogłoszenie o oddawaniu aparatów. Na  

razie za słuchanie Londynu aresztuj ... Jest wyra ny Bekanntmachung. Nie  

wie ksi dz?  

  - Wspominał mi o tym ko cielny, ale to kolorysta.  

  Boczkowski roze miał si .  

  - A za rozpowszechnianie wiadomo ci radiowych - kara  mierci - ci gn ł  

Wi licz.  

  - To a  tak... - zamy lił si  ksi dz.  

  Teraz z kolei przybysz nie bardzo rozumiał.  

  - Otó  wyobra cie sobie, panowie - zmienił temat rozmowy proboszcz -  

Rumunia ogłosiła,  e w wypadku ataku na ni  zapali specjaln  zapor  naftow   

i pod jej osłon  przeprowadzi mobilizacj .  

background image

  - Hm... - mrukn ł z niedowierzaniem Wi licz.  

  - Tak, niestety, byli my zupełnie bezbronni. Zapora naftowa? Kto przez to  

przejdzie? Francuzom te  nic nie zrobi , całkiem sobie z by połami  na  

linii Maginota.  

  Takie to były rozmowy w owe dni, o których nikt jeszcze nie wiedział,  e  

osi gn  sum  lat sze ciu i zwa  si  b d  okupacj . Nikt te  jeszcze nie  

słyszał o sposobach przerabiania ludzi na mydło ani o gazie zwanym cyklonem  

B; wówczas jeszcze lasek w Palmirach był po prostu laskiem, Wawer po prostu  

stacj  kolejki otwockiej, oceniano wi c okupanta podług wiedzy dziadków,  

którzy zapami tali jako najjaskrawszy przykład gwałtu zamkni cie szkoły we  

Wrze ni. Równie  i scen  teatru wojny, mimo własnego do wiadczenia,  

obserwowali ludziska z lo y poczciwego Remarque'a, ufaj c w  elbetony  

Maginota i wszechwładn  na morzach i oceanach Angli .  

  - Nie wiem, czy dokładnie powtórz  - perorował ksi dz - ale w Anglii  

sporz dzono maszyn , która wykonuje trzysta pocisków armatnich na minut .  

Czy to mo liwe? Panowie s  oficerami, mo e co  przekr ciłem? - dopytywał  

si  ksi dz.  

  - Najwy ej troch  ksi dz dodał, ale mo liwe, owszem - odparł Boczkowski.  

  - Poza tym wynale li specjalny przyrz d, który automatycznie nastawia  

działo przeciwlotnicze. Automatycznie! - ksi dz był wyra nie zafascynowany  

tym wynalazkiem. - Tak, prosz  panów, Hitler jednak jest głupcem, porywaj c  

si  na Angli ... Co on wyrabia, na Boga?!  

  Ta ostatnia uwaga nie dotyczyła ju  Hitlera, a po prostu ko cielnego  

Kulpi skiego, który pod stajni  wykonywał jakie  dziwne manewry.  

  Kulpi ski, który przed chwil  spokojnie wszedł do stajni, teraz  

gwałtownie j  opuszczał, wycofuj c si  tyłem z r kami podniesionymi wysoko  

do góry, jakby za chwil  miał by  rozstrzelany.  

  Na ten widok dwaj go cie porwali wisz ce na por czach krzeseł marynarki,  

ksi dz za  po piesznie wypychał ich w kierunku drzwi, powtarzaj c:  

  - Do ko cioła, do ko cioła! Tam nie o miel  si  wej .  

  Po chwili drewniane schody plebanii zadudniły pod butami. Za uciekaj cymi  

biegł z wysoko podci gni t  sutann  ksi dz Pyclik,  piesz c na pomoc  

Kulpi skiemu.  

  Aby nale ycie poj  przera enie ko cielnego, wypada spojrze  na to  

wszystko z punktu widzenia wn trza stajni, w której do tej chwili,  

umieszczeni w mi kkim sianie, spali utrudzeni ponad wszelki wyraz, na pół  

ju  cywilni: podchor y plutonowy Władysław Niwi ski oraz kapral Leon  

Kura .  

  Teraz, rzecz jasna, ju  nie spali, obudziło ich bowiem skrzypienie wrót i  

szuranie buciorów jakiego  dziwnego człowieka, który z r kami uniesionymi w  

gór  wycofywał si  ze stajni, nie spuszczaj c oka z Niwi skiego.  

  Podchor y, wyrwany ze snu, nie od razu połapał si  w sytuacji. Dopiero  

zduszony szept Kurasia: "Panie podchor y, spluwa! Spluwa!" - uzmysłowił mu  

poło enie.  

  Niwi ski, wal c si  w nocy na siano, zasn ł dla bezpiecze stwa z  

pistoletem w gar ci. Teraz wci  jeszcze trzymał go w wyci gni tej przed  

siebie dłoni i wygl dało to tak, jakby chciał nim terroryzowa   

nieszcz snego ko cielnego. Oprzytomniawszy, Niwi ski schował wreszcie bro   

do kieszeni spodni i zsun ł si  z siana na klepisko.  

  - Zaspali my, kuchnia Felek - mruczał niezadowolony Kura .  

  W tym samym momencie w otwartych drzwiach stajni pojawił si  ksi dz  

Pyclik.  

  - Niech b dzie pochwalony. Sk d Bóg prowadzi?  

  - Z wojny - odrzekł Niwi ski, usiłuj c po piesznie wepchn  koszul  w  

nieco za szerokie na niego spodnie.  

  - To wida , to wida  - stwierdził ksi dz.  

  Stali przed nim w swych dziwnych, na wpół cywilnych, na wpół wojskowych  

strojach. Stara klacz chrupi ca owies w k cie spogl dała na cał  trójk   

background image

sennym, oboj tnym spojrzeniem. Ksi dz medytował nad czym  przez chwil  -  

wreszcie powiedział:  

  - I có ? Jak widz , dalej na wojaczk ?  

  - Je li si  uda. Tłuczemy si  ju  drugi tydzie . Zawsze we dwóch ra niej  

- odparł Niwi ski.  

  - Bez w tpienia, bez w tpienia - przyznał ksi dz.  

  - Na szcz cie ju  bli ej jak dalej.  

  - O, nawet całkiem ju  blisko! Widzi pan ten szczyt? Tam ju  W gry, czy  

te  Słowacja, jak pan woli...  

  Niwi ski bez specjalnego zainteresowania skierował wzrok w stron   

rysuj cych si  na horyzoncie gór.  

  - Pan z Warszawy? - indagował ksi dz.  

  - Tak jest.  

  - Dalej pójdzie pan ze swoimi ziomkami. Mam tu na plebanii jeszcze dwóch  

takich.  

  - Te  wracaj ? - spytał zaintrygowany Niwi ski.  

  - Jak to, wracaj ? - ksi dz nie zrozumiał.  

  - Do domu.  

  - A pan do domu? - ksi dz pokr cił głow . - No, tak... to rzeczywi cie  

nie po drodze wam. Nie po drodze. Hm... Prawdziwa w drówka ludów. Bóg raczy  

wiedzie , kto tu ma racj .  

  Po południu, wraz z dwoma warszawiakami, le eli w sadzie za ko ciołem.  

Kura  przymkn wszy oczy sprawiał wra enie  pi cego. Nie opodal ksi dz  

Pyclik majstrował przy ulach. Sło ce odbijało si  na ko cielnej wie yczce.  

Wydawało si ,  e wojny nie ma. Wojna była tu na razie tylko w słowach.  

Warszawiacy opowiadali o gruzach na Marszałkowskiej i w Alejach, o tym,  e  

w całej Warszawie kursuje tylko jeden tramwaj - od placu Teatralnego do  

Zbawiciela,  e wci  nie ma  wiatła, a ludzie z wiadrami ustawiaj  si  w  

kolejkach do przedmiejskich studni.  

  - Po co pan tam wraca, kolego? - dziwił si  Boczkowski. - Walczy ?  

Pr dzej czy pó niej sko czy si  na tym,  e b dzie pan handlowa  bibułkami  

"Solali" i w dzonym boczkiem.  

  - Dopóki pana nie zamkn  - uzupełnił Wi licz.  

  - Tak jest. Aresztuj  wszystkich, jak leci. In ynierów, ksi y,  

weterynarzy. - Boczkowski usiłował odwie  Niwi skiego od jego zamiaru.  

  - Przepraszam, a dlaczego weterynarzy? - odezwał si  spod ula ksi dz.  

  Boczkowski za miał si  cichutko:  

  - Oj, ludzie, ludzie, zupełnie jeszcze nie wiecie, jaka to wojna... Wi c  

jak? Ucieka pan z nami?  

  - Uciekałem siedemna cie dni. Znudziło mi si .  

  Boczkowski wzruszył ramionami, a po chwili milczenia powolnym głosem  

powiedział:  

  - We Francji rekonstruuje si  armia. Czekaj  na nas. Tylko tam jest nasze  

miejsce.  

  - Nie wiem jeszcze, gdzie jest moje miejsce, ale zawsze uczono mnie,  e w  

ojczy nie.  

  - Wielu rzeczy nas uczono - wtr cił Wi licz - ale przy egzaminie nie my,  

a pedagodzy okazali si  zupełnie do dupy, przepraszam ksi dza.  

  - Nie szkodzi, pszczółki brz cz , prawie nie słyszałem - pocieszył go  

proboszcz.  

  Boczkowski uniósł si  z ziemi i stoj c nad Niwi skim wyrzucał z siebie  

całe nagromadzone rozgoryczenie:  

  - Wie pan, co prze yli my w Warszawie trzydziestego wrze nia, kiedy  

Rómmel podpisał kapitulacj ? Kilkunastu oficerów prawie jednocze nie  

paln ło sobie w łeb. Tłum uwa ał ich za bohaterów, a nast pnego dnia ten  

sam tłum ustawił si  w kolejce na placu Na Rozdro u i  arł grochówk  z  

niemieckiej polowej kuchni. Jak pan widzi, honor staniał z dnia na dzie .  

Kraj to wszystko musi prze y , a my musimy si  bi  tam zatoczył r k  w  

background image

stron  zachodu - aby prze ywał jak najkrócej.  

  - Ma który  z panów  on  i dzieci? - odezwał si  niespodziewanie Kura ,  

nie otwieraj c powiek.  

  Po kamieniach zaturkotała furka, wi c wszyscy spojrzeli w stron  wioski.  

Nadje d ał nast pny kandydat do ucieczki na W gry. Był nim major Linowski.  

  Nazajutrz przyszła pora rozstania. Istotnie rozstali si  i rozjechali  

wszyscy, cho  niezupełnie według tego scenariusza, jaki sobie uło yli. Otó   

rankiem nieoczekiwanie zjechał na plebani  patrol niemieckiej  andarmerii.  

Boczkowski i Wi licz zdołali umkn  do lasu, za  nasii bohaterowie oraz  

major Linowski wyci gni ci zostali z konfesjonałów, które uznali za  

kryjówke nie do wykrycia. Niemcy, wbrew zapewnieniom proboszcza, "o mielili  

si " wej  do ko cioła...  

  Ju  po godzinie bryczuszka, wesoło podskakuj c po wyboistej podkarpackiej  

drodze, wiozła trzech wi niów w stron  miasteczka. Konwojował ich  

podoficer wraz z  andarmem, który tyłem siedz c na ko le obserwował  

aresztantów.  

  Na ławeczce pod kozłem podskakiwał odbiornik radiowy ksi dza oraz  

anodówka "Daimon" i akumulator. Po to wła nie  andarmi zjawili si  we wsi,  

a  e przy okazji udało im si  złowi  trzech nie posiadaj cych dokumentów  

m czyzn, w tym lepszych wracali nastrojach. Podoficer pogwizdywał nawet  

ari  z "Wesołej wdówki".  

  Linowski, wytrz słszy si  nieco, szarmancko zapytał oficera:  

  - Pozwoli pan zapali ?  

  Pytanie zadane było po polsku, wi c  andarm zbył je milczeniem. Kura  w  

imieniu Linowskiego powtórzył je po niemiecku. Oficer przyzwalaj co skin ł  

głow . Linowski wyci gn ł papiero nic , pocz stował Niwi skiego i Kurasia,  

ostentacyjnie omijaj c Niemca, po czym zacz ł wywodzi :  

  - Niepotrzebnie pan przetłumaczył. Dobrze znam niemiecki, ale konwencja  

haska zwalnia je ca od odpowiadania w j zyku wroga. Oficer-jeniec ma prawo  

do tłumacza.  

  - Ale pana nikt nie pytał, panie Linowski, sam pan poprosił o tego dyma -  

spokojnie zauwa ył Kura .  

  Linowski surowo spojrzał na kaprala i zaci gn wszy si  gł boko podj ł  

dalszy wywód o mi dzynarodowej umowie w sprawie traktowania oficerów w  

niewoli:  

  - Nie wiem, dok d nas wioz , panowie, w ka dym razie po przybyciu na  

miejsce povwinni my stanowczo  da  widzenia si  z oficerem równym co  

najmniej naszym stopniom.  

  - U mnie ju  po kłopocie. Ten na ko le jest w sam raz kapralem.  

  - Pan nie jest oficerem? - zdumiał si  Linowski. - Nie czuj  si   

aresztowany, czuj  si  je cem przyłapanym na próbie ucieczki. Panu -  

zwrócił si  do Niwi skiego - radz  równie  trzyma  si  tej linii  

post powania. Chroni nas konwencja haska, która gwarantuje oficerowi  

wzi temu do niewoli prawo do ucieczki.  

   andarm, który nic z tego wszystkiego nie rozumiał, a miał w dodatku do  

Linowskiego ans  za ostentacyjne omini cie go przy cz stowaniu papierosem,  

wrzasn ł nieoczekiwanie:  

  - Maul halten! Kein Wort mehr!  

  Linowski zamilkł i Zamy lił si , by  mo e, nad interpretacj  odezwania  

si  Niemca w  wietle mi dzynarodowej ustawy. Kura  za , odczekawszy chwil ,  

powiedział:  

  - Poniewa  ma pan prawo do tłumacza, tłumacz  panu,  e rozchodzi si  jemu  

o to, aby pan zamkn ł pysk.  

   andarm tr cił Kurasia karc co kolb  automatu w plecy i dalej jechali w  

milczeniu.  

  Tymczasem na plebanii ksi dz Pyclik wraz z gosposi  i ko cielnym  

uprz tali pokój po rewizji. Spo ród wielu przedmiotów walaj cych si  na  

podłodze wyci gn li prochowiec Niwi skiego. W kieszeni, do której  

background image

przezornie si gn ł Kulpi ski, znale li portfel. Wysypali jego skromniutk   

zawarto  na stół: dwa zdj cia młodej dziewczyny, dwadzie cia złotych w  

czterech pi tkach i wizytówk .  

  Ksi dz gło no odczytał jej tre :  

  - Tadeusz Miszczyk, kapitan dyplomowany WP. Jest tu jeszcze adres, panie  

Kulpi ski. Okropnie małe literki. Niech pan przeczyta. Taki młody i ju   

kapitan?  

  - Nie wie ksi dz? Pewnie z dwójki. A to  ona?  

  Odebrano gosposi zdj cie młodej dziewczyny, wszystko zapakowali do  

portfela i postanowili,  e przy najbli szej nadarzaj cej si  okazji  

wyekspediuj  to do Warszawy, do pani Miszczykowej.  

  Bryczka z aresztantami pod ała do miasteczka. Podoficer spojrzał do  

przodu. Stwierdziwszy,  e las niebawem si  sko czy i przeminie dobra  

okazja, wstrzymał konie i oddał lejce  andarmowi. Zeskoczył z bryczki,  

przelazł przez rów i rozpinaj c po drodze rozporek skierował si  za  

najbli sz  sosn .  

  Kura  zawołał w jego kierunku:  

  - Panie feldfebel! Mo na skorzysta  z okazji? Te  bym kartofelki  

odcedził.  

  Niemiec, którego ju  tylko plecy wida  było zza sosny, pomy lał chwil  i  

przyzwalaj co skin ł głow .  

  Kura  zeskoczył i ju  stali obok siebie. Pasa erowie bryczki bezmy lnie  

patrzyli na nich i mo e nawet dziwili si , dlaczego to tak długo trwa. Z  

tej odległo ci nie słycha  było głosów. A tam, za sosn , toczył si   

nast puj cy dialog:  

  - Powiem szczerze, panie feldfebel, jak jest. La  mi si  nie chce, ale  

mam co  wa nego do powiedzenia.  

  - Na?  

  - Jestem handlarzem bydła i przyjechałem tu kupi  par  sztuk.  

  - Mensch! Mnie to nie obchodzi, tłumaczy  si  b dziesz komu innemu.  

  - Szkoda, bo w handlu, kto pierwszy, ten lepszy. Mówi  handlowo, jak  

jest. Po co ma zarobi  kto inny, jak mógłby pan. Mam du o forsy przy sobie.  

  Chwil  siusiali w milczeniu.  

  - Jestem zwyczajny handlarz i ka dy mnie zwolni. A pieni dz jest  

pieni dz.  

  - Sko czyłe ? Wracamy - podoficer wydawał si  by  nieprzejednany.  

  - Tysi c - powiedział od niechcenia Kura .  

  - Idziemy.  

  - Trzy tysi ce... Cztery, jak dla pana - dorzucił po piesznie.  

  - W markach? - zainteresował si  Niemiec.  

  - W złotych, ale ka dy handlarz panu wymieni. Nowiutkie, wprost z banku.  

  - W złotych dasz dziesi  tysi cy - stwierdził podoficer rzeczowo.  

  - Ile?! Za dziesi  tysi cy przed wojn  chevrolet  szóstk  starosta sobie  

kupił... - Po chwili złagodniał i dodał: - W porz dku, dostanie pan  

dziesi .  

  Niemiec spojrzał w stron  bryczki i skin ł na Kurasia, by odeszli nieco  

gł biej w las.  

  Niwi ski, Linowski i  andarm na ko le z zainteresowaniem patrzyli, jak  

dwaj kaprale - polski i niemiecki - z niewiadomych powodów oddalili si  w  

krzaki i rozsiedli wygodnie z trawie, jakby postanowili w serdecznej  

zgodzie zje   niadanko w tajemnicy przed reszt  towarzystwa.  

   andarm z kozła zawołał niespokojnie:  

  - Was ist denn los, Udo?  

  - Moment, Moment! - odkrzykn ł podoficer, zafascynowany w tej chwili  

nogawk  spodni, spod której kapral wytoczył na podstawion  dło  nie  

tasowan  jeszcze,  lisk  tali  nowiute kich banknotów.  

  Dlatego wła nie musieli si

 na murawie, by Kura  mógł zdj  saperk .  

Kapral, popluwaj c w palce, odliczał systematycznie. Niemcowi ze  

background image

zdenerwowania latała grdyka i liczył po swojemu. Nigdy w  yciu tyle naraz  

banknotów nie widział. I chocia  brał maj tek, kiedy zobaczył, ile  

Kurasiowi jeszcze zostało, stawał si , zgodnie z ludzk  natur , coraz  

bardziej zachłanny.  

  - Dziesi  - sko czył liczenie Kura  - i jeste my wolni.  

  - Ty jeste  wolny. Oni jad  dalej.  

  Tym razem Kura  spytał rzeczowo:  

  - Ile?  

  - Taryf  ju  znasz.  

  Rozpocz ł wi c Kura  liczenie od nowa, beznami tnie, fachowo. A jeszcze  

przed miesi cem ka demu kasjerowi przy operacji na takim poziomie trz słyby  

si  w zdenerwowaniu r ce.  

  Pasa erowie na bryczce czekali coraz niecierpliwiej, a  andarm na ko le  

tak był niespokojny,  e kiedy Linowski si gn ł po papiero nic , Niemiec  

zagroził mu automatem i polecił podnie  r ce do góry. W tej pozycji  

doczekał Linowski nadej cia Kurasia z podoficerem, który spokojnie  

zakomenderował:  

  - Aussteigenl Dalej pójdziecie piechot .  

  Linowski, nie opuszczaj c ramion, podniósł si  jednak z siedzenia i  

zawołał:  

  - Protestuj ! Mam prawo, zgodnie z konwencj ,  da  odstawienia mnie  

do...  

  Nie doko czył, bo Kura   ci gn ł go brutalnie z bryczki.  

  - Zamknij dziób, mendo! Pan feldfebel zgodził si  darowa  nam tym razem -  

tu porozumiewawczo mrugn ł do ogłupiałego Niwi skiego.  

  Podchor y wci  siedział gł boko wetkni ty w siedzenie bryczki, nie  

bardzo dowierzaj c słowom Kurasia. Ale poparł je wrzaskiem podoficer:  

  - Raus! Raus!  

  Był ju  znowu sob . Wskoczył na kozioł, przej ł lejce z r k  andarma i  

zaci ł batem. Bryczka potoczyła si  ra no kulaw  dró k .  

  - Dyla, panie podchor y! - zakomenderował Kura .  

  Przeskoczyli przez rów i biegiem pu cili si  w las. Kiedy zatrzymali si   

w przyzwoitej odległo ci od dró ki, Niwi ski spytał:  

  - Co to wszystko ma znaczy ?  

  Kura  wykonał charakterystyczny gest potarcia palców.  

  - Tylko ryba czasem nie bierze, panie podchor y. Szwab - zawsze.  

  Linowski sapał po biegu, opieraj c si  o sosn .  

  - A pieni dze? Sk d, u licha, mieli cie pieni dze, Kura ? - dopytywał  

Niwi ski.  

  - A było tego troch . Pan podchor y pami ta to ognisko? No, to ja...  

wtedy... Słowem, nie wszystko si  sfajczyło... Mnie jeszcze ojciec  

nieboszczyk uczył,  e w gospodarstwie wszystko si  przyda. U nas nawet  

złamany trzonek od łopaty a i to był schowany.  

  Wyci gn ł z kieszeni pozostały, poka ny jeszcze, plik banknotów.  

  - Wy, Kura , nie umrzecie w łó ku. - Niwi ski z uznaniem kr cił głow . -  

Przecie  to nic niewarte pieni dze.  

  - A  andarm co  wart? Jaka władza, takie pieni dze.  

  Linowski wysapał si  wreszcie i uznał za stosowne powiedzie :  

  - Łapówka, panie podchor y, jest form  podst pu, zgodnie za  z liter   

prawa, dozwala si  podejmuj cemu ucieczk  stosowanie podst pów.  

  Niwi ski, który dopiero teraz w pełni uzmysłowił sobie sytuacj , po raz  

pierwszy od wielu tygodni zaniósł si  serdecznym  miechem i u ciskał  

Kurasia.  

  Linowski odczekał, a  te keresy sko cz  si , i o wiadczył:  

  - Gotów jestem zapomnie  wam niestosowne zachowanie wobec mnie, jako  

wy szego rang , a za pomoc w ucieczce dzi kuj . - Z dygnitarsk   

dobroduszno ci  wyci gn ł prawic  w stron  Kurasia.  

  - Jak to, dzi kuj ? - Kura  udał zdziwienie. - Jest mi pan normalnie  

background image

winien dziesi  tysi cy złotych.  

  Linowski ponownie oparł si  o sosn .  

  - Odda mi pan po wojnie - uspokoił go Kura .  

  - Teraz byle do Krakowa - powiedział Niwi ski. - Mam tam ciotk .  

  Na drodze co  turkotało, po piesznie wi c ruszyli w gł b lasu.  

  W Warszawie równie  dokonywano przymiarek do nowego  ycia. Ju  w  

pierwszych dniach pa dziernika było wiadomo,  e szkoły  rednie nie podejm   

nauki. Ojciec podchor ego Niwi skiego, pan Leopold, snuł si  wi c  

bezczynnie po mie cie i naradzał z kolegami z gimnazjum, co dalej robi .  

Którego  ranka postanowił odwiedzi  dawn  sw  kamienic , a raczej miejsce,  

które po niej zostało.  

  W dniach obrony stolicy dom run ł pod bombami, i pa stwo Niwi scy  

wynajmowali teraz sublokatorski pokój w  ródmie ciu, na Wilczej. Od czasu  

kapitulacji miasta była to pierwsza wizyta pana Leopolda na Kole. Dzielnica  

nie ucierpiała zbyt wiele, ale i tu le ały gruzy. W drodze na sw  ulic   

natkn ł si  Niwi ski na przewrócony tramwaj obło ony płytami chodnika i  

workami - pozostało  dawnej barykady. Gdzieniegdzie kłaniały si  jezdniom  

powyginane w precle latarnie gazowe, a spl tane przewody tramwajowe le ały  

na chodnikach utrudniaj c przej cie.  

  Dawny dozorca zburzonego domu, pan Tosiu, usuwał wła nie resztki gruzu,  

wywo c go  elaznymi taczkami na usypisko przy s siedniej posesji.  

Dostrzegłszy Niwi skiego, ucieszył si  szczerze i natychmiast rozpocz ł  

pogaw dk . Dla wygody przysiedli na wywróconej i pogi tej wannie.  

  - To jest wanna z mieszkania Sommerów - wyja nił rzeczowo. - Oni j   

sprowadzili a  z miasta Łodzi. Firma "Herkules", to zaraz wida  - popukał w  

eliwne dno. - Pan profesor takiej nie miał w mieszkaniu. Gdzie si  teraz  

yje?  

  - Najwa niejsze,  e w ogóle si   yje, panie Tosiu - filozoficznie  

odpowiedział Niwi ski i spojrzał w gór  na rozłupan  dwupi trow   cian . -  

Na Wilczej.  

  - Pan Władeczek wrócił?  

  - Nie. Nie mamy  adnych wiadomo ci. To znaczy była jedna, ale niepewna.  

Podobno przedarł si  do Rumunii.  

  - W Rumunii podobnie  kradn  - sm tnie zauwa ył dozorca. - Ale co  

robi ... Mał onka na poczcie, po staremu?  

  - Trzy dni temu kazali zgłosi  si  do pracy, ale poczta, wie pan... stoi,  

jak wszystko.  

  Dozorca spojrzał w gł b ulicy. U jej wylotu wida  było zbli aj c  si   

sylwetk  człowieka z mozołem pokonuj cego przej cie przez spl tane kable.  

  - Idzie Sommer. On tu przychodzi codziennie. Staje i patrzy. Taka  

chałupa, powiedz pan, panie profesorze, a dzisiaj czapki  liwek i popali   

nikt za ni  nie da.  

  - Jestem mu winien komorne za wrzesie  - skonstatował Niwi ski.  

  - Sommerowi? - upewnił si  pan Tosiu.  

  - Brał zawsze z góry...  

  - Co  pan, chory? - dozorca si gn ł po wystaj cy spod cegieł mosi ny  

stojak do lampy.  

  - Mam pro b , panie Tosiu. Wygrzebuje pan tu czasami to i owo. Podstawowe  

rzeczy mieli my, na szcz cie, popakowane w walizach i schowane w piwnicy.  

To ocalało. Ale w  aden sposób nie mog  znale  notesu za ostatni rok  

szkolny.  

  - Notesu? - dozorca z osłupieniem spojrzał na Niwi skiego.  

  - No, wła nie. Wczoraj byli u mnie dwaj chłopcy z mojej klasy. Wiem z  

cał  pewno ci ,  e mieli poprawk . Oni twierdz ,  e nie. Chciałbym si   

upewni , wie pan,  eby by  w porz dku i wobec nich, i wobec szkoły.  

  Dozorca podniósł si  z wanny, chwil  postał w milczeniu i wreszcie  

zapytał:  

  - A tak poza tym dobrze si  pan czuje? - Widz c zbli aj cego si  Sommera,  

background image

zawołał przyja nie: - Szanowanie, panie gospodarzu!  

  Stary Sommer stał ju  przy nich i u miechał si  niewyra nie.  

  - Pan profesor z wizytk ? - spytał.  

  Niwi ski wyci gn ł r k  na przywitanie.  

  - Pan si  nie boi?  ydowi podawa  r k ? - Sommer przyjrzał si   

dyndaj cemu ła cuszkowi od rezerwuaru i ci gn ł dalej: - Ja powiedziałem do  

mojej  ony, ty nie chod  patrze  si  na ten dom. Ty si  patrz na mnie.  

Zobaczysz ausgerechnet to samo. Nic. Mnie te  ju  nie ma, panie profesorze.  

  - Powiem co  panu... - przerwał mu profesor.  

  - Co mnie pan powie?  e jestem? A jutro te  to pan powtórzy? Co ja mówi ?  

Jutro? Za godzin , za pół godziny mnie ju  mo e nie by . Pan słyszał,  e na  

Biela skiej gestapo robiło rewizj  i znale li u jednego ku nierza dwa  

tysi ce złotych i jeszcze pi dziesi t. To jego zabrali, jego  on  zabrali,  

jego dwie córki zabrali. Pan wie,  e nam wolno mie  w gotówce tylko dwa  

tysi ce, a reszt  mamy oddawa  do banku? Ja ju  widz  ten bank...  

  - Skoro o tym mowa - przerwał Niwi ski i si gn ł po portfel - jestem panu  

winien za wrzesie .  

  - Za wrzesie  to mi jest winien Rydz- migły co najwy ej, ale nie pan. -  

Sommer odpychał od siebie pieni dze, które usiłował mu wetkn  profesor. -  

Komu pan to daje? Trupu?  

  Niwi ski uj ł Sommera pod rami .  

  - Niech pan posłucha. Słyszałem z bardzo pewnego  ródła,  e Warszaw  w  

zamian za Borysław lada dzie  maj  zaj  Rosjanie. Głowa do góry.  

  - Ja pana bardzo przepraszam, ale jak pan mnie chciał płaci  komorne, to  

ja pana nie mog  traktowa  powa nie.  

  - Mnie tak. Ale wiadomo ?  

  - Wiadomo ? Wiadomo  to nie jest ten towar, w który mo na dzisiaj  

lokowa . Ja ju  słyszałem na pocz tku takie wiadomo ci o Ameryce i o  

Anglii,  e Hitler z samego strachu, jakby to słyszał, powinien przyj  do  

mnie i powiedzie : panie Sommer, ja pana bardzo przepraszam. A pan widzi,  

co on zrobił z moj  kamienic . Przepraszam...  

  Urwał w pół zdania i oddalił si  po piesznie, znikaj c w bramie  

s siedniego, ocalałego domu. Niwi ski usłyszał za sob  warkot motocykla i  

poj ł t  nagł  rejterad .  

  W ich stron  nadje d ał motocykl prowadzony przez gestapowca. W koszu  

siedział podoficer. Jechali wolno, sprawdzaj c numery przy bramach  

kamienic. Tak dojechali a  do rumowiska. Podoficer gestapo stan ł w koszu,  

sprawdził co  na karteczce i przywołał dozorc , który znów porwał si  do  

taczek.  

  Tym młodym podoficerem był Johann Heimann, który, jak wiadomo, dobrze  

mówił po polsku i teraz po polsku wła nie indagował dozorc :  

  - Numer czterna cie to tutaj?  

  - Kiedy  był - filozoficznie odparł pan Tosiu.  

  - Jeste  tu dozorc ?  

  - Znaczy... byłem kiedy  dozorc .  

  Johann wygramolił si  z kosza, zadarł w gór  głow  i przygl dał si   

ruinie.  

  - A lokatorzy... gdzie s  teraz?  

  Pan Tosiu zatoczył ramieniem szerokie koło.  

  - Po mie cie. Rozeszli si .  

  - Niwi scy gdzie mieszkaj ? Nie wiesz czasem?  

  - Niwi scy? - powtórzył pytanie dozorca.  

  Pan Leopold podniósł si  z wanny, ale dozorca uprzedził go i powiedział  

po piesznie:  

  - Młody, jak poszedł na wojn , to tyle go widzielim, a stary... cholera  

go wie.  

  Johann podszedł do Niwi skiego.  

  - Ty tak e mieszkałe  tutaj?  

background image

  Pan Tosiu przej ł inicjatyw . Zanim Niwi ski zdołał wykrztusi  słowo,  

odpowiedział:  

  - To kolega, tak e samo stró , spod szesnastki. Te  bez roboty - wskazał  

na wyburzon  s siedni  posesj . - Uprz tamy,  eby był ordnung, nie?  

  Johann przeszedł kilka kroków, kopn ł jaki  walaj cy si  i pognieciony  

nocnik.  

  - To Władysław Niwi ski nie wrócił z wojny?  

  - Nie - odpowiedział Niwi ski.  

  - A jego ojciec? Leopold ma na imi , tak?  

  - Zaraz... - zamy lił si  pan Tosiu. - Tak jest, Leon albo Leopold. Co  w  

tym gu cie.  

  - Nauczyciel? - dopytywał si  Heimann.  

  - A niech go krew zaleje! Stary pierdoła, mojego syna dwa lata w czwartej  

klasie trzymał. Pami ta pan, panie Strózik - zwrócił si  pan Tosiu do  

Niwi skiego - tego Niwi skiego? Na drugim pi trze w oficynie u mnie  

mieszkał.  

  Niwi ski niepewnie skin ł głow . Johann wsadził jedn  nog  do kosza.  

Gestapowiec na siodełku powiedział po niemiecku:  

  - Tego młodego nie znajdziesz.  

  - Wystarczy mi stary - warkn ł Heimann. - Im te  mój ojciec wystarczył...  

  Gestapowiec kopn ł w starter, motor zawarczał. Johann, siedz c ju  w  

koszu, krzykn ł do kierowcy motocykla:  

  - Jed  do biura adresowego!  

  Gestapowiec zawrócił z miejsca i motor, przechylaj c si  na  

nierówno ciach, pomkn ł w stron  wylotu uliczki.  

  - Dzi kuj  panu, bardzo dzi kuj . - Pan Leopold trz sł si  jeszcze z  

wra enia. - Nie ma pan mo e papierosa? Nie pal , ale... Jest pan  

nadzwyczajnym człowiekiem, panie Tosiu. Nie wiem dlaczego, ale szukaj   

mnie. Na szcz cie, nie przemeldowali my si , wi c jest jeszcze troch   

czasu...  

  Zakaszlał, zgniótł papierosa w palcach i ruszył w przeciwn  stron , ni   

pojechali Niemcy.  

  Pan Tosiu d wign ł swoj  taczk  i krzykn ł za oddalaj cym si  ju  panem  

Leopoldem:  

  - A za tego pierdoł  bardzo przepraszam.  

  Niwi ski odwrócił si  i spróbował u miechn .  

  - A w razie bym znalazł ten notes, to...  

  Niwi ski machn ł r k  i przy pieszył kroku.  

  Nie mógł, rzecz jasna, poczciwy pan profesor wiedzie , dlaczego gestapo  

szuka wła nie jego i jego syna. Nic nie zrobiłem - my lał, biegn c do  ony  

- dlaczego wi c mnie szukaj ?  

  Pani Zofia Niwi ska miała własne zmartwienie. Tego dnia wezwał j   

naczelnik poczty, na której pracowała od lat, starannie zamkn ł za ni   

drzwi i przyst pił do poufnej rozmowy.  

  - Pani Zofio. To, co za chwil  powiem, nie jest poleceniem, lecz pro b .  

Chciałbym,  eby to zostało  ci le mi dzy nami. Wył cznie mi dzy nami.  

  Pani Niwi ska spojrzała pytaj co.  

  - Wpływaj  ju  pierwsze listy. Zaczynamy pracowa . Otó  chciałbym, aby  

niektóre z tych listów zatrzymała pani u siebie.  eby nie kierowała ich  

pani do ekspedycji.  eby najpierw... no... krótko mówi c,  eby wpierw  

zajrzała pani do  rodka.  

  Pani Zofia szeroko otworzyła oczy.  

  - Mam otwiera  listy?!  

  - Tak. Tak.  

  Niwi ska chrz kn ła. Nie zaprotestowała wprawdzie, ale polecenie zupełnie  

nie mie ciło si  w jej urz dniczych poj ciach.  

  - Widzi pani - ci gn ł naczelnik - proszono mnie o to... Nieistotne kto,  

ale to bardzo wa ne. Komu innemu nie proponowałbym tego, ale znamy si  tyle  

background image

lat, znam dobrze pana profesora i wiem,  e...  

  - Wszystko jest teraz do góry nogami, ale to, czego pan  da...  

  - Nie  dam, proponuj .  

  - Tajemnica korespondencji...  

  - S dzi pani,  e Niemcy jej nie naruszaj ? - Naczelnik podszedł bli ej i  

nachylił si  nad pani  Zofi . - S dziłem,  e zrozumiała pani, o co mi  

chodzi. Dobrze, wi c powiem wprost. Chodzi o listy skierowane do gestapo,  

policji, władz niemieckich...  

  Pani Niwi ska przeraziła si :  

  - Ale , je eli oni to wykryj , to...  

  Naczelnik podszedł do biurka, si gn ł do szuflady, wyj ł z niej kilka  

listów i potrz sn ł nimi. Z rozci tej ju  koperty wyj ł zapisan  kartk  ze  

szkolnego zeszytu. Nało ył okulary i odczytał:  

  - "Do komendy policji. Zawiadamiam,  e Kazimierz Strupi ski zamieszkały  

Potocka 2-A mieszkania osiem jest wrogo nastawiony do obecnej  

rzeczywisto ci, co jest nic dziwnego, bo jego  ona, Halina, usługiwała  

przed wojn  u pułkownika polskiego wojska, przez co ukrywa do dnia  

dzisiejszego pistolet i amunicj  tego pułkownika wojska polskiego, który  

jak poszedł na wojn , to wi cej nie wrócił. Strupi ska Halina, zamieszkała  

Potocka 2-A mieszkania osiem, przechowuje ten pistolet i amunicj  na  

pawlaczu, zaraz jak si  wejdzie z korytarza, a w razie jakby mówiła,  e  

nieprawda, to jeszcze mo e by  w lod ii."  

  - Ohyda!  

  - Przeczyta  pani inne?  

  - Nie. To straszne...  

  - S  to, niestety, z pewno ci  s siedzkie porachunki. I tacy ludzie  

istniej . Ale, pani Zofio, zdarzy  si  mog  i donosy prawdziwe. Tysi ce  

ludzi ukrywa si , setki podj ły walk  z wrogiem.  

  - Ale, panie naczelniku, nasz urz d to kropla w morzu. Czy s dzi pan,  e  

donosiciel nie napisze powtórnie?  

  - Z pewno ci , ale do tego czasu mo emy ostrzec zagro onych.  

  - Czy to te ... chciałby pan,  ebym ja?...  

  Naczelnik rozło ył r ce.  

  - To ju  zale y od pani.  

  - Co do listów, dobrze - westchn ła pani Zofia. - Chocia , je eli to si   

wykryje... Ale konspiracja... Tak bardzo chciałabym jako  prze y  ten  

koszmar. Jako zwyczajnej urz dniczce nic mi nie grozi, i nagle...  

  - Nie nalegam. Sporz dzi pani tylko codziennie vykaz osób, które trzeba  

ostrzec. Dzi kuj  i za to.  

  Pani Zofia podniosła si  z krzesła i ci kim krokiem skierowała do drzwi.  

W korytarzu czekał ju  na ni  roztrz siony pan Leopold.  

  - Zosiu... Po raz pierwszy dzi kowałem Bogu,  e zbombardowano nasz dom.  

Byli dzi  po mnie.  

  - Kto?  

  - Niemcy. Pytali o mnie i o Władka. Co robi ?  

  Pani Zofia potarła dłoni  czoło.  

  - Poczekaj. Do domu na razie nie wracaj.  

  - Nowego adresu nie znaj , na szcz cie, sprawy meldunkowe... - Ka dy im  

mo e poda  ten adres - powiedziała bardziej do siebie ni  do m a.  

  - Kto? - nie zrozumiał pan Leopold.  

  - Nic nie wiesz, Poldziu, nic nie rozumiesz... Poczekaj...  

  Zostawiła go zdumionego przy pulpicie, a sama zapukała do drzwi  

naczelnika. Był sam.  

  - W porz dku, panie Stefanie, mog  chodzi  do tych ludzi.  

  - Co si  pani stało?  

  - Nic. Po prostu. Namy liłam si .  

  Pani Zofia nawet własnego m a nie wtajemniczyła w prac , której si   

podj ła. To były dopiero pocz tki; mozolna, cicha mobilizacja, formowanie  

background image

pierwszych szeregów, z których niebawem powsta  ju  miała ogromna podziemna  

armia, nieustannie, dzie  w dzie  walcz ca z Niemcami. Ta armia bez  

mundurów i bez dystynkcji, ze sztabowcami udaj cymi aptekarzy albo  

buchalterów, z szeregowcami rekrutuj cymi si  spo ród gimnazjalistów,  

harcerzy, podlotków, ta armia rozpoczynała wła nie wytyczanie linii frontu,  

którego Niemcy nigdy nie mieli sforsowa . Miał to by  front bezustannie  

trapi cy nieprzyjaciela, anga uj cy jego siły; front bez okopów, zasieków i  

min. Zwi zek Walki Zbrojnej, przekształcony potem w Armi  Krajow ,  

mobilizował swe przyszłe szeregi. Jedn  z powołanych do słu by była pani  

Zofia Niwi ska. M owi nie wspomniała o tym nawet słowem. Jej zdaniem,  

nerwy pana Leopolda nie predestynowały go do roli konspiratora. Niestety,  

ułomno  ta była prawdopodobnie rodzinna.  

  W kilka dni pó niej, w Krakowie, rodzona siostra pana Niwi skiego,  

ujrzawszy w progu bratanka, omal nie zemdlała ze strachu. Była ju   

uprzedzona listem bratowej,  e gestapo poszukiwało Władka. Ciotka Aldona  

zdołała mu tylko szepn , aby nie wa ył si  wraca  do Warszawy ani  

pokazywa  u nikogo z rodziny, bo gestapo to podobno straszna policja i  

gotowa go szuka  nawet u niej.  

  Niwi ski ju  zat sknił za swoim kapralem, chocia  rozstał si  z nim  

zaledwie kilka godzin temu, kiedy szcz liwie dobrn li do Krakowa. Kura   

pieszył si  na swoje Pomorze. Na wszelki wypadek zostawił Niwi skiemu  

adres i odjechał.  

  Odjechał, niestety, wprost do stalagu; przyłapano go bowiem na granicy  

województwa pozna skiego, która to granica - o czym ani Niwi ski, ani Kura   

wiedzie  nie mogli - urosła w czasie ich w drówki do rz du granicy  

pa stwowej.  

  O tej nowej granicy dowiedział si  Niwi ski jeszcze tego samego dnia,  

kiedy opu ciwszy dom ciotki bł kał si  bez celu po krakowskim rynku.  

Wła nie pod naro n  kamienic  przy Szewskiej kipiała gromada ludzi  

zaczytana w  wie o rozlepionym plakacie kolosalnych rozmiarów. Niwi ski  

podszedł; ale od muru odgradzał go taki tłum,  e z daleka dojrze  mógł  

tylko rozpostartego niemieckiego orła wspartego na swastyce i tytuł:  

Proklamation des Generalgouverneuer. Oraz po polsku: Proklamacja  

Gubernatora Generalnego.  

  Jaki  m czyzna, zapoznawszy si  wida  dostatecznie z tre ci   

obwieszczenia, z najwy szym trudem przebił si  przez tłum. Niwi ski  

zatrzymał go.  

  - O co chodzi? - zapytał.  

  - Proklamowali Generalne Gubernatorstwo.  

  - To znaczy,  e co?  

  - Pan si  mnie pyta? Cywilna administracja, koniec wojny, stolica w  

Krakowie.  

  - A Warszawa?  

  - Prowincja. No, Bogiem a prawd , historycznie rzecz bior c...  

  - Co pan plecie? A Pozna ? Bydgoszcz? Katowice?  

  - To wszystko ju  Reich.  

  - Kto to podpisał?  

  - Jaki  Franek czy Franaszek, wie pan, nie zwróciłem uwagi... Nie,  

Franaszek to od klisz fotograficznych. Ale jako  tak podobnie.  

  M czyzna odszedł informowa  nast pnych,  e zostali obywatelami  

Generalnego Gubernatorstwa i  e rozpoczynała si  okupacja prawdziwa.  

  Niwi ski skierował si  w stron  ulicy Sławkowskiej rozmy laj c, co z sob   

pocz . Mijaj c dług  kolejk  ustawion  przed sklepem, niemal zderzył si  z  

granatowym policjantem, który z r kami zało onymi do tyłu przygl dał si   

stoj cym w ogonku ludziom. Kiedy wymin li si , Władek usłyszał za plecami  

skierowane najwidoczniej do niego wołanie:  

  - Kawalerze! Na moment!  

  Niwi ski nie ogl daj c si  przy pieszył kroku, ale powtórne wołanie  

background image

zatrzymało go.  

  - Sekund , kawalerze! Dok d tak  pieszno?  

  Odwrócił si  niech tnie, ale za sob  zobaczył tylko plecy oddalaj cego  

si  policjanta. Zatrzymywał go starszy pan w okularach, wci ni ty pomi dzy  

oczekuj cych w kolejce. Nie poznał go, wi c niepewnie przystan ł. Tamten  

natomiast, opu ciwszy kolejk , podbiegł do Niwi skiego i wylewnie  cisn ł  

go za przeguby obu dłoni.  

  - Nie poznaje pan? Zygadlewicz jestem. - Widz c niezbyt m dr  min   

Niwi skiego, wyja nił: - Pa ski dłu nik. Wie  Poryte. No? W dalszym ci gu  

nic to panu nie mówi?  

  - Poryte?  

  - B d  j  pami ta  do ko ca  ycia, który to koniec tam miał wła nie  

nast pi , gdyby mnie pan nie odwi zał ze stryczka.  

  Teraz dopiero Władek rozpromienił si  i zawołał:  

  - Pan profesor!  

  Zygadlewicz uzupełnił pogodnie:  

  - Zwyczajny. I były nadzwyczajny szpieg niemiecki.  

  - A co pan profesor tu robi?  

  - W tym mie cie czy w tej kolejce? W tym mie cie przed wielu laty jego  

magnificencja pan rektor postawił mnie za katedr  archeologii. W kolejce  

za  postawiła mnie moja  ona, która sama przed sklepem bławatnym oczekuje  

na kasz  gryczan , ja za  tu na słonin . Nie wiedziałem,  e pan równie  z  

Krakowa.  

  - Tylko przypadkiem.  

  - Dok d pan  pieszy? - dopytywał profesor.  

  - Szczerze mówi c, nie wiem.  

  - Hm... - zamy lił si  profesor. - Nil admirandum. Nie nale y dziwi  si   

niczemu. Zatem i człowiekowi, który  pieszy, cho  nie wie, dok d. Mamy  

jakie  kłopoty?  

  - Kto ich dzi  nie ma, profesorze?  

  - To nie jest retoryczne pytanie, poniewa  pan ich mie  nie b dzie.  

Spłac  mój dług uczciwie.  

  Profesor dotrzymał słowa. Zamieszkał wi c Niwi ski we wspaniałym,  

obszernym, tchn cym spokojem i galicyjsk  secesj  mieszkaniu. Pani  

profesorowa i gosposia Andzia chodziły przy nim niemal na palcach, staraj c  

si  we wszystkim dogodzi , wci  podkre laj c,  e nie ma takiego  yczenia i  

zachcianki, której by nie spełniły dla bohaterskiego wybawiciela profesora  

i panienki. W tych pierwszych miesi cach dach nad głow  i odpowiednie  

papiery, umo liwiaj ce swobodne poruszanie si  po mie cie, były dla młodego  

człowieka spraw  najwy szej uwagi. Jedynym dokumentem, jaki Niwi ski  

posiadał, była legitymacja wojskowa, która przy pierwszym lepszym ulicznym  

sprawdzaniu zaprowadziłaby go pro ciutko do jenieckiego obozu. Posiadanie  

wi c jakiegokolwiek cywilnego dokumentu było drug  po mieszkaniu kwesti ,  

któr  profesor podj ł si  załatwi . Nie tyle zreszt  on, co Justyna.  

Wymagało to jednak dotarcia do ludzi zwi zanych z konspiracj , która ledwie  

raczkowała i, szczerze mówi c, była poj ciem do  odległym dla profesora.  

Nale ało wi c cierpliwie czeka .  

  Zygadlewicz posiadał własn  recept  na przetrwanie, jak równie  własn   

interpretacj  wrze niowej kl ski. Godzinami, chodz c po swym gabinecie,  

pocieszał Niwi skiego:  

  - Niech pan nie mówi głupstw o ko cu tego kraju. Mamy do czynienia  

wył cznie z kl sk  militarn . Lecz nie ha bi c . Historia wie co  o tym...  

Bonaparte, kiedy w kampani włoskiej spadł z Alp na tyły Wurmsera, czy  

Gustaw Adolf, ekspresem zajmuj cy całe Niemcy, zaskakiwali swych  

współczesnych znacznie bardziej ni  dzisiaj Hitler. Nie mówi  ju  o  

Hannibalu czy Aleksandrze Wielkim. Niech wi c si  pan nie przejmuje.  

Pozostaje natomiast pytanie: co dalej?  

  - Powiedziałem ju  panu profesorowi swoje zdanie. Walczy . W kraju panuje  

background image

terror i naszym obowi zkiem...  

  Profesor przerwał.  

  -  e niby gwałt; niech si  gwałtem odciska? Widzi pan, mamy tu pomnik  

Mickiewicza, ale gdyby on, zamiast sta , mieszkał po prostu w Krakowie,  

mo e by tego nie napisał. Mamy za sob , panie Władysławie, przykłady, kiedy  

bez gwałtu przetrwali my, nic nie trac c z polsko ci. Pan mówi terror,  

terror. To prawo wojny. Oczywi cie, rozstrzeliwano zakładników, słyszałem  

nie dalej jak tydzie  temu. Lecz niech pan zwa y,  e od niedawna okupant  

wprowadził władz  cywiln . Cywiln . Wojsko, zamiast prawa, ma karabiny,  

wi c strzela. Władza cywilna ma administracj , administracja to urz dnicy,  

a z urz dnikami, niech pan wierzy staremu krakusowi, zawsze si  mo na  

dogada .  

  - Nawet z niemieckimi?  

  - Chodzi o to, by przetrwa . Rzecz jasna, godnie. Obawiam si  jednak,  e  

godno  w poj ciu Polaka oznacza  zaraz musi podniesion  głow . Panie  

Władku, niech ta głowa b dzie nawet opuszczona, byleby ta głowa my lała.  

Czy s dzi pan,  e gdyby Wyspia ski chodził po Bronowicach i prał Austriaków  

po pysku, mieliby my dzisiaj "Wesele"? A jednak pozwalali wystawia ,  

pozwalali drukowa , pisa .  

  Niwi ski pokr cił głow .  

  - Austriacy. Niemcy natomiast, wie pan, co drukuj ? Nie czytał pan "Go ca  

Krakowskiego"?  

  - Nie. Na ogół czytuj  moje papirusy. Mo e nie s  to wiadomo ci  

naj wie sze, ale wci  pouczaj ce. Umysł zawsze zwyci ał pi

. Zawsze.  

Je li  m dry, powiadał Seneka, b d  pszczoł . A Seneka, mo e panu wiadomo,  

w młodo ci był szewcem, miał wi c sporo czasu do my lenia. B d my  

pszczołami, pracujmy, to znaczy uczmy si . T  uwag  kieruj  i do pana.  

  Profesor był zdania,  e lada dzie  uczelnia otworzy swe podwoje. Widział  

ju  Niwi skiego jako swego studenta, co przy okazji, dzi ki indeksowi,  

rozwi zywałoby i kwesti  dokumentów.  

  W pierwszych dniach listopada profesor, po powrocie z miasta i codziennej  

nie słodzonej kawie u Noworolskiego, wbiegł do domu z radosn  nowin .  

  - A nie mówiłem? - zawołał od progu. - Rektor zawiadomił mnie,  e jutro o  

dwunastej pułkownik Miller ma mie  w auli na Goł biej odczyt o pogl dach  

rz du Rzeszy na szkolnictwo wy sze.  

  - Ale to jeszcze nie oznacza otworzenia uniwersytetu.  

  - Nie o mieliliby si  nie otworzy . Wiedz , z kim maj  do czynienia. To  

Jagiellonka! Cały cywilizowany  wiat uj łby si  za nami. Wol  nie  

ryzykowa . Mróweczko, czy mój czarny garnitur jest aby odprasowany? -  

zwrócił si  do  ony.  

  - Zaraz to Andzia zrobi. Pójdziesz w lakierkach?  

  - Oczywi cie. Tak wła nie - w czarnym wizytowym ubraniu, w l ni cych  

lakierkach, ufny w swe pogl dy - przeniesiony został nazajutrz wprost z  

murów Almae Matris Jagiellonicae w mury Montelupich, a pó niej za druty  

Sachsenhausen, sk d ju  nigdy nie wrócił.  

  Niwi ski dzielił rozpacz całego domu, z całym te  domem wierzył,  e  

aresztowanie było nieporozumieniem, jakim  nie przemy lanym posuni ciem  

lokalnych władz i  e lada dzie  profesor powróci.  

  W tym czasie Justynie udało si  nawi za  kontakt z kim , kto obiecał  

wreszcie załatwi  Niwi skiemu potrzebne dokumenty.  

  Nale ało tylko dostarczy  fotografi  i w tym celu udał si  Niwi ski do  

pobliskiego zakładu firmy Foto-Białas. Miła i młodziutka córeczka  

wła ciciela, Basia, zrobiła zdj cie. Po odbiór zgłosi  si  miał za trzy  

dni.  

  Zdj cie młodej fotografce udało si  do tego stopnia,  e przyjrzawszy si   

pierwszej odbitce postanowiła wykona  portret dla reklamowych potrzeb  

firmy. Od dawna ju  z wystawy trzeba było zdj  portrety paru krakowskich  

dostojników, którzy kiedy  pozowali do nich, ogołocone wi c po portretach  

background image

miejsce nale ało co rychlej uzupełni . Władysław Niwi ski, i to w dwóch  

uj ciach - z profilu i en face - u wietnił wi c wystaw  firmy, trzeba  

przyzna ,  e w doborowym towarzystwie, bo obok Eugeniusza Bodo i Leona  

Wyrwicza.  

  Jakie  było zdumienie mistrza Białasa, kiedy którego  dnia pod wieczór  

wpadł do jego zakładu młody gestapowiec. Ju  od wej cia wrzeszczał:  

  - Kim jest ten m czyzna na wystawie? Kiedy robił ten portret?  

Odpowiada ! Odpowiada  natychmiast!  

  Wystraszony fotograf wetkn ł głow  za połówk  wystawowej szyby.  

  - To jest, prosz  pana, Eugeniusz Bodo. Kiedy bawił w Krakowie, wła nie w  

naszej firmie...  

  - Milcz, durniu: Nie o niego pytam. Ten portret w dwóch uj ciach? Czyj  

to?  

  - Ach, ten - odetchn ł z ulg  fotograf. - Klient zamówił zdj cie do  

dowodu, ale z uwagi na du , i  e si  tak wyra , fotogeniczno ,  

zrobili my powi kszenie.  

  - To bardzo dobrze,  e ci to przyszło do głowy. Bardzo dobrze. Jego  

adres?  

  - Nie wiem.  

  - Kiedy robił to zdj cie?  

  - Kilka dni temu. Mog  sprawdzi . - Si gn ł do ksi ki.  

  - Sprawd . I przy okazji nazwisko.  

  - Nie podał.  

  - Jak to, nie podał? Wi c go znasz? Adres! Szybko!  

  - Nie, uczciwie mówi ...  

  - Wobec tego  le prowadzisz ksi ki.  

  - Doskonale prowadz  ksi ki. Prosz  - podsun ł zapisany skoroszyt. -  

Zdj cie robione było przedwczoraj. Dzi  odbiór. S  ju  gotowe - si gn ł na  

półeczk , gdzie w małych kopertach tkwiły fotografie.  

  - Dzi  odbiór - ucieszył si  Niemiec, bior c do r ki kopert  ze zdj ciami  

Niwi skiego.  

  Potem zwrócił je fotografowi, rozsun ł kotar  odgradzaj c  atelier od  

reszty zakładu, siadł w gł bi na taborecie. Zapalił.  

  - Poczekamy. Jeszcze  adne zdj cie nie udało ci si  tak dobrze, jak  

wła nie to - powiedział. - Poczekamy...  

  Johann Heimann spojrzał na zegarek. Do godziny policyjnej brakowało  

zaledwie trzech kwadransów. Trzech kwadransów, a czekał przecie  na to  

spotkanie ju  trzy miesi ce. I pomy le , jaki przypadek.  ci gni to ich tu  

wszystkich do Krakowa, wszystkich znaj cych j zyk polski. Mieli by   

tłumaczami przy przesłuchaniu aresztowanych profesorów. Jeszcze kilka dni  

temu z przykro ci  przyj ł to polecenie; oczekiwał misji bardziej ambitnych  

ni  rola tłumacza.  

  Teraz to polecenie błogosławił. I czekał...  

   

  Najspokojniejsze miejsce  

  na  wiecie  

   

  Johann Heimann wci  siedział na krzesełku w atelier fotograficznym,  

ukryty za kotar  oddzielaj c  studio od ciemni. Stary fotograf zaj ty był  

wpisywaniem pozycji do ksi gi rachunkowej.  

  Johann coraz cz ciej spogl dał na zegarek.  

  - B dzie miał pan du o kłopotów, panie Białas - odezwał si  wreszcie. -  

Bardzo du o kłopotów... Zataja pan wiadomo ci o człowieku, który jest  

przest pc .  

  - Ale  dla mnie on jest takim samym klientem, jak stu innych. Nawet nie  

ja go obsługiwałem.  

  - A kto?  

  - Córka.  

background image

  - To jest jej znajomy?  

  - Pierwszy raz go widz .  

  - Rodzice cz sto dowiaduj  si  ostatni. Imi  córki?  

  - Barbara, ale...  

  - Gdzie ona jest?  

  - S dz ,  e w domu, ale...  

  - W domu, to znaczy gdzie? - ostro przerwał Heimann.  

  - Stradomska dwadzie cia. Ale prosz  pana... có , ona mo e wiedzie ?  

  - To si  zobaczy. Który to numer?  

  - Dwadzie cia, mówiłem...  

  - Numer kwitu, pytam!  

  Białas; coraz bardziej zdenerwowany pytaniami gestapowca, si gn ł do  

szufladki z kopertami, w których trzymał fotografie, i sprawdził numer.  

  - Sto jeden - powiedział dr cym głosem.  

  - Na pewno dzi  odbiór?  

  - Tak. Nawet napisane: "pilne".  

  - To dobrze. Wszystkim nam si  spieszy. O której pan zamyka, panie  

Białas?  

  - O siódmej.  

  - Wi c ma pan jeszcze pół godziny - powiedział Heimann. - Na pa skim  

miejscu modliłbym si ,  eby ten klient przyszedł jeszcze dzisiaj. W  

przeciwnym razie nie czeka pana nocleg w domu. - Po chwili dorzucił: - Ani  

córki...  

  Tego dnia w domu pa stwa Zygadlewiczów pojawiła si  iskierka nadziei na  

uwolnienie profesora, do Krakowa przybył bowiem profesor Gleibnitz, kolega  

Zygadlewicza z wielu wspólnych wypraw  ródziemnomorskich i mi dzynarodowych  

sympozjów. Ten wybitny archeolog niemiecki, człowiek wysokiej kultury i  

niesłychanej towarzyskiej ogłady, zaanonsował sw  wizyt  w mieszkaniu  

Zygadlewiczów.  ona profesora znała go osobi cie. Uprosiła Niwi skiego, by  

był obecny przy tym spotkaniu. Po odbiór zdj  wysłano wi c Andzi .  

  Profesor Gleibnitz zjawił si  z bukietem ró . Był w mundurze majora  

Wehrmachtu, ale od razu zastrzegł si  na wst pie:  

  - Jestem szczerze uj ty,  e mimo tego munduru nie traktujecie mnie  

pa stwo jak wroga. Jeszcze dwa miesi ce temu ten młody człowiek strzelałby  

do mnie, dzi  wspólnie popijamy herbat . Mijaj  emocje, pora na rozum.  

  Niwi ski siedział w milczeniu, b bni c tylko niespokojnie palcami po  

blacie stołu.  

  - To, oczywi cie, przykre - kontynuował Gleibnitz -  e spotykamy si  w  

takich okoliczno ciach. Osobi cie jestem wrogiem przemocy, ale my wiemy  

najlepiej,  e historyczne racje nie licz  si  z pogl dami takich szarych  

ludzi, jak my.  

  - Racje historyczne? Czyje? - nie wytrzymał Niwi ski.  

  Justyna, obecna przy tej rozmowie, kopn ła go pod stołem. Nie uszło to  

uwagi Niemca.  

  - Niech pani nie kopie młodego człowieka. Ten mundur nie jest uniformem  

policyjnym - powiedział z u miechem.  

  - Panie profesorze - wtr ciła Zygadlewiczowa - mówi pan inaczej ni   

inni... a po tym, co si  tu widzi i słyszy...  

  - Wiem, wiem, niestety - przytakn ł Gleibnitz.  

  - Kiedy pana si  słucha, mo na nabra  jakiej  nadziei. Tak bym chciała,  

eby była to tak e moja osobista nadzieja.  

  - Zrobi , co w mojej mocy. Po telefonie do pa stwa, kiedy dowiedziałem  

si  o tym fatalnym... internowaniu profesora, podj łem ju  pewne kroki...  

  - Wierzyłam. Wierzyłam - wyrwało si  gospodyni.  

  - Otó  profesora i jego kolegów odosobniono jako zakładników - wyja nił  

Gleibnitz. - Mówiono mi,  e nast piło to przed jakim   wi tem pa stwowym.  

  - Tak. Jedenastego listopada - uzupełnił Niwi ski.  

  - Có  to za data?  

background image

  - Tego dnia niejaki Józef Piłsudski po zwolnieniu z wi zienia  

niemieckiego w Magdeburgu, pod eskort  hrabiego Kesslera, przybył do  

Warszawy, by zosta  naczelnikiem nowego pa stwa.  

  - Ciekawe, doprawdy - Gleibnitz nie wyczuł ironii w głosie podchor ego.  

- Wi c jednak i pan jest historykiem.  

  - Nie... Polakiem.  

  - Aa! Rozumiem... A wi c sami widzicie pa stwo - zakładnicy. To brutalny  

zwyczaj, przyznaj , ale w wojnach nie wynaleziono dot d innych gwarancji.  

  - My li wi c pan,  e po pewnym czasie...? - odezwała si  Zygadlewiczowa z  

nadziej  w głosie.  

  - Oczywi cie. Tak. Nad czym profesor ostatnio pracował? - go  zwrócił  

si  do Justyny.  

  - Tatu  nie zd ył opublikowa , ale to rewelacja -  

  - Oczywi cie ci gle dynastia Abbasydów?  

  - Nie. Tym razem Fatymidowie.  

  - No, prosz , wkroczył na moje podwórko, a tu si  mówi o naszej okupacji  

- roze miał si . - Có  to takiego?  

  - W kwietniu przywie li my z tatusiem szcz tki pylonu flankuj cego  

wej cie do...  

  - To niemo liwe! Tego nie ma! - wykrzykn ł Gleibnitz.  

  - To jest, panie profesorze. W tamtym pokoju...  

  Gleibnitz a  uniósł si  z krzesła.  

  - Oczywi cie, Justyna pó niej poka e panu, tylko tam taki straszny  

bałagan - sumitowała si  Zygadlewiczowa. - Andziu! A, prawda, Andzia wyszła  

do fotografa.  

  Zapadło milczenie, które po chwili przerwał Gleibnitz:  

  - Przychodzi mi na my l jeszcze jedno rozwi zanie. I ono byłoby  

najprostsze... Tak...  

  - O czym pan my li, profesorze? - zainteresowała si  Zygadlewiczowa.  

  - Tak. Teraz sobie przypomniałem. Kiedy , to chyba było na zje dzie w San  

Sebastian... czy i pani tam wtedy była?  

  - Zawsze wyje d ałam z m em.  

  - Profesor wspomniał mi wtedy,  e jego pradziad nazywał si  Siegdlitz.  

Nie myl  si  chyba, prawda?  

  - Rzeczywi cie. Ale nie pradziad. Pierwszy Siegdlitz osiedlił si  tutaj,  

na Kleparzu, jeszcze w szesnastym wieku, nabywaj c prawa kupieckie.  

  - Ale jednak Siegdlitz?  

  - Tak, ale tylko on. Ju  jego syn był Zygadlewiczem. Ale  pan profesor ma  

pami ! - z podziwem powiedziała Zygadlewiczowa.  

  - Nie chodzi o pami . Chodzi o szans .  

  - Nie bardzo rozumiem...  

  - Profesor mógłby zadeklarowa  narodowo  niemieck . Oczywi cie!  

  Speszona t  propozycj  Zygadlewiczowa b kn ła nie miało:  

  - Ale... po co? Je eli mówi pan,  e to kwestia kilku dni jeszcze?  

  - Nie s dz ,  eby tatu  mógł si  zdecydowa  - dodała Justyna stanowczo.  

  - Ale dlaczego? - Gleibnitza najwyra niej zaskoczyło takie stanowisko. -  

Przecie  nie proponuj  mu,  eby został  ydem!  

  Niwi ski chrz kn ł, uniósł si  z krzesła, ale Justyna przytrzymała go za  

r k .  

  - Prosz  mnie  le nie zrozumie  - Gleibnitz zwrócił si  do Niwi skiego. -  

Nie jestem rasist  i Rosenberga osobi cie uwa am za durnia. Ale poj cia  

Niemiec, Francuz, Polak, Norweg s  w perspektywie historycznej  

anachronizmem. Im w dalszej siedz  przeszło ci, tym bardziej szanuj   

dystans czasu. A przecie  w przyszło ci b dzie si  liczy  tylko Europa. Nie  

nale  do partii, bo i ona nie rozumie, kim jest naprawd  Adolf Hitler.  

Tłum my li poj ciami dnia dzisiejszego i dlatego takimi sloganami trzeba go  

karmi . Ale Hitler my li kategoriami ponadczasowymi. Jest człowiekiem,  

który wyprzedził ju  t  epok .  wiat mo e go uwa a  za zbrodniarza, bo  

background image

według dzisiejszych poj  te bicie  ydów, obozy, wojny traktuje si  jak  

zbrodnie. Kto to jednak odnotuje? Czy mo e pan dzi  rzuci  kamieniem cho  w  

jednego nadzorc  niewolników, skoro piramidy przetrwały do dzi  i wyrosła  

na nich cała cywilizacja?  

  Słuchali tego wywodu w milczeniu, Gleibnitz za , rozgrzany wida  własnym  

krasomówstwem, zabierał si  do rozwini cia tematu.  

  Tymczasem do zakładu fotograficznego weszła Andzia. Na widok podoficera  

gestapo, który uniósł si  na d wi k dzwonka przy drzwiach, zrobiła ruch,  

jakby chciała si  cofn . Opanowała si  jednak i podeszła do lady, kład c  

na niej rewers.  

  Fotograf wzi ł kwit do r ki. Spostrzegłszy numer, zbladł z przera eniem  

spojrzał na Andzi , a potem ukradkiem na Johanna. Nagle zdecydował si .  

  - Dwie cie osiemna cie... Numer dwie cie osiemna cie... - Przesadnie  

gło no powtarzaj c ten numer, zacz ł grzeba  w szufladzie. - Chyba powinien  

ju  by  gotowy. - Dr cymi palcami przebierał koperty. - A mo e mam to  

jeszcze w ciemni... Z kwitem w r ku, przepraszaj c, min ł Johanna i wszedł  

do pomieszczenia za kotar .  

  Na suszarce le ało mnóstwo odbitek. Białas porwał pierwsze z brzegu  

zdj cie, pochylił sie nad nim i szybko napisał co  na jego odwrocie. Potem  

wzi ł kilka innych zdj , wło ył je do koperty i wychodz c z ciemni  

obwie cił triumfalnie:  

  - Wiedziałem,  e musiały by  gotowe. Prosz . - Wcisn ł Andzi kopert  do  

r k i si gn ł do ksi ki. - Odnotuj ,  e dwie cie osiemna cie ju  zrobione.  

  Podkre lił co  w swojej ksi ce, a nast pnie kwit Andzi podarł na drobne  

kawałki, które wrzucił do stoj cej na stole popielniczki.  

  Johann w milczeniu obserwował t  scen .  

  Dopiero po wyj ciu z zakładu Andzia spostrzegła portret Niwi skiego na  

wystawie. Stan ła na moment zdziwiona, obejrzała si  i, wzruszywszy  

ramionami, poszła dalej.  

  W mieszkaniu pa stwa Zygadlewiczów Gleibnitz perorował dalej:  

  - Jeste my  wiadkami porodu nowej epoki. Akuszer ma, niestety, zawsze  

trudn  i niewdzi czn  robot . Niemcy podj ły si  tego zaj cia. Przypadek  

zdarzył,  e akurat jestem Niemcem. Ale nawet gdybym nim nie był,  

popierałbym t  misj . - Profesor uniósł si  z krzesła. - Wszystko, co  

najpi kniejsze, najbujniej wyrasta, niestety, na gnoju i ta prawidłowo   

botaniczna dotyczy równie  historii... A teraz umieram z ciekawo ci. Poka e  

mi pani wreszcie to odkrycie?  

  Justyna gestem ramienia wskazała gabinet i wraz z go ciem znikn ła za  

drzwiami. Pani Zygadlewiczowa po piesznie udała si  do przedpokoju, po  

którym jak po klatce kr ył Niwi ski.  

  - Narwa cze jeden. Niech sobie gada - upominała go profesorowa.  

  - Nie, nie - zaoponował Niwi ski. - On jest gro niejszy od  andarma.  

Musz  wyzna ,  e dopiero on odebrał mi resztki nadziei. Pan profesor  

zapewniał,  e wystarczy bierny opór, by przetrwa . Nie! Je eli  

naj wiatlejsze warstwy tego narodu s  zara one tak samo jak sklepikarze,  

nie ma dla nas ratunku.  

  - Nie wiem, nie wiem... - profesorowa rozło yła r ce. - Niechby tylko  

pomógł jako  m owi, a potem niech si  dzieje, co chce.  

  W tym momencie zgrzytn ł klucz w zamku; wróciła Andzia.  

  - Alem struchlała - mówiła wr czaj c kopert  Niwi skiemu. - Wchodz , a  

tam gestapo.  

  - Gdzie? - dopytywała si  Zygadlewiczowa.  

  - No, u tego fotografa.  

  Niwi ski niezbyt uwa nie słuchał dialogu gosposi z profesorow , zaj ty  

był bowiem wyjmowaniem zdj  z koperty. Nagle krzykn ł zdziwiony:  

  - Có  on mi tu dał? Zwariował?  

  Profesorowa wzi ła z jego r k fotografie. Były to podobizny dwóch ró nych  

m czyzn, jakiej  staruszki w welonie, ponadto widoczek Barbakanu i  

background image

Sukiennic.  

  - Rzeczywi cie...  

  - Pójd  sam - zdecydował Niwi ski i wło ył zdj cia do koperty.  

  Wkładaj c na siebie płaszcz zawadził r kawem o odło on  na stolik kopert   

i fotografie wysypały si  na dywan. Niwi ski schylił si , by je podnie , i  

wtedy dopiero spostrzegł,  e na odwrocie jednej z nich co  jest napisane.  

  - Szukaj  pana - czytał gło no. - Absolutnie nie przychodzi  do mnie.  

Błagam ostrzec moj  córk  natychmiast, niech opu ci mieszkanie...  

  Zygadlewiczowa pytaj co spojrzała na Niwi skiego, ale po jego niezbyt  

m drej minie zorientowała si ,  e i on nic nie rozumie. Po chwili otrz sn ł  

si  i si gn ł po ksi k  telefoniczn , by wyszuka  w niej telefon Białasa.  

  Tu  przed godzin  siódm  do zakładu fotograficznego przyszedł starszy pan  

z małym pinczerkiem. Staruszek był roztrzepany, gadatliwy, długo szukał  

swego numerka.  

  - Gdzie  go wetkn łem... - mamrotał sam do siebie. - Ale pami tam dobrze,  

e dwie cie osiemna cie...  

  Johann poderwał si  i uwa nie przygl dał starszemu panu. Temu wreszcie  

udało si  znale  pokwitowanie, które poło ył przed Białasem.  

  - Moment! - odezwał si  nagle Johann.  

  Jednym skokiem zbli ył si  do lady i dłoni  nakrył karteczk  le c  przed  

fotografem. Pinczerek, zdenerwowany widocznie gwałtownymi ruchami  

gestapowca, zawarczał na Johanna, a nic nie rozumiej cy staruszek z  

przestrachem podniósł psin  do góry.  

  Johann uwa nie sprawdzał pokwitowanie.  

  - Dwie cie osiemna cie wydał pan niedawno - powiedział.  

  - Sk d e. Dopiero ten pan... - usiłował zaprotestowa  fotograf.  

  Johann skierował spojrzenie na wielk  popielniczk , w której le ały  

podarte skrawki pokwitowania. Białas równie  spojrzał w to samo miejsce.  

  - Pozwoli pan,  e wydam klientowi... - Białas odwrócił si  w stron   

szufladek z kopertami.  

  - Nie! - warkn ł Johann.  

  Pinczerek znów wyszczerzył na niego z by.  

  - Co to był za numer? - dopytywał Heimann, wskazuj c na popielniczk .  

  - Nie pami tam.  

  Johann otworzył ksi g  i na ko cu zapisanej stronicy wskazał liczb  218.  

  - Nie pami tasz?  

  Heimann ju  nie panował nad sob . Wypchn ł staruszka za drzwi, a  

nast pnie wysypał zawarto  popielniczki na lad .  

  - Zabawimy si  teraz w układank . Miałe  kiedy takie klocki?  

  - Ale ...  

  - J zykiem posklejasz, jak b dzie trzeba.  

  Johann sam zacz ł układa  fragmenty pokwitowania. Białas zesztywniały z  

przera enia wspierał si  dło mi o lad . Układanie trwało denerwuj co długo.  

Wreszcie na poprzedzieranym prostok cie dawnego kwitu pojawiła si  wyra na  

drukowana liczba: 101.  

  Johann milcz co wskazuj cym palcem kazał sobie przysun  szufladk  z  

kopertami. Wyj ł t  oznaczon  numerem 101. W jego dłoni pojawił si   

wachlarzyk portrecików Niwi skiego.  

  Po kwadransie dwóch sklepikarzy s siaduj cych z zakładem fotograficznym z  

nosami przylepionymi do wystawy obserwowało, jak fotografa Białasa  

wyprowadzaj  z zakładu i sadowi  w samochodzie pełnym gestapowców.  

  Niwi ski bez wi kszego trudu odszukał na Stradomskiej córk  fotografa. Z  

nieco wi kszym trudem udało mu si  przekona  dziewczyn  o konieczno ci  

opuszczenia domu. Nie potrafił wyja ni  przyczyn niebezpiecze stwa, nie  

wiedział, co grozi fotografowi ani dlaczego pytaj  o niego. Dopiero  

s siedzi,  wiadkowie aresztowania Białasa, przekonali dziewczyn ,  e dzieje  

si  co  dziwnego.  

  Zebrawszy najpotrzebniejsze rzeczy, Basia zaprowadziła Niwi skiego do  

background image

swego stryja, maszynisty kolejowego, jedynego w Krakowie krewnego i  

jedynego, jej zdaniem, człowieka, który mógł znale  rad  w tej dziwnej  

sprawie. Pana Białasa nie zastali w domu. Odnale li go dopiero na bocznicy  

kolejowej, gotowego ju  do drogi.  

  - Có  ja w tej chwili wymy l ? - zatroskał si  maszynista. - Nic.  

Dwudziesta zero cztery prowadz  skład do Bielska...  

  - Kiedy stryj wraca?  

  - Jutro po południu... Mo e do tej pory Tadka wypuszcz ... Do domu w  

ka dym razie nie wracaj. Masz... - z kieszeni bluzy wyj ł p k kluczy  

zawieszonych na kółku i wr czył je Basi. - Górny zamek zacina si   

dziebełko, trzeba klamk  podnie .  

  - Pan jedzie do Bielska? - wtr cił Niwi ski. - Przecie  to ju  Reich...  

  - Na razie jeszcze nas puszczaj . Nie wiadomo, jak długo... Id , Ba ka,  

id  ju , godzina policyjna tylko co. Pan daleko mieszka? - zwrócił si  do  

Niwi skiego.  

  - Koło rynku.  

  Maszynista spojrzał na zegarek.  

  - Nie zd y pan.  

  - Ona ma dwa kroki. To tu, na kolonii kolejarskiej. - Ruchem głowy  

wskazał za parowozowni .  

  - Nie martw si , stryju. Jako  sobie poradzimy - wspi ła si , by  

pocałowa  starego w policzek.  

  Maszynista zacz ł wst powa  na drabink  parowozu, ale po chwili rozmy lił  

si , zeskoczył i przywoławszy na stron  Niwi skiego, powiedział:  

  - Panie, to porz dna dziewczyna. Rozumiemy si ?  

  Niwi ski spojrzał zdziwiony.  

  - No, bo do domu nie zd y pan. Rozumiemy si ?  

  Niwi ski był zbyt oszołomiony tocz cymi si  i niezrozumiałymi wypadkami,  

by poj  obawy starego kolejarza. Dopiero potem, gdy siedzieli ju  w  

skromnym mieszkanku Białasa, przypomniał sobie niepokój maszynisty.  

Pomy lał przy tym,  e niepokój ten nie był pozbawiony podstaw; Basia była  

wyj tkowo poci gaj c  dziewczyn .  

  Dopiero tutaj, w ciszy zaciemnionego kawalerskiego pokoiku, kiedy przed  

noc  nie mo na ju  było oczekiwa  ani pomocy, ani wyja nie , dziewczyn   

zawiodły nerwy. Patrzyła na Niwi skiego z rosn cym przera eniem, jakby go w  

ogóle teraz dopiero po raz pierwszy zobaczyła. Spytała z nagłym  

przestrachem:  

  - Kim pan jest? Zaraz znów mi pan powie,  e niczego pan nie wie... A  

przecie  to przez pana cierpi teraz mój ojciec... Bo e, Bo e, po co pan  

wtedy tam wszedł?  

  - Raczej po co chciała si  pani mn  zabawi ? Po co ten portret?  

  - To moja sprawa, po co... Po co portret, pyta pan? Wi c jednak bał si   

pan by  rozpoznany?  

  - Nie.  

  - Szukaj  pana. Kim pan jest?  

  - Odpowiem pani, Basiu. Nazywam si  Władysław Niwi ski i dotychczas nigdy  

nie musiałem si  ani wstydzi  tego nazwiska, ani go ukrywa . Lecz przyszły  

czasy, których dopiero musimy si  uczy . Nie znam ich jeszcze i dlatego nie  

wiem, naprawd  nie wiem, dlaczego mam ukrywa  własn  twarz i własne  

nazwisko. Teraz szukaj  równie  i ciebie, a przecie  wiesz,  e nie zrobiła   

nic złego.  

  Odniósł wra enie,  e zdołał, je li nie pocieszy , to w ka dym razie  

uspokoi  dziewczyn . W nocy, poprzez drzwi wiod ce do kuchenki, gdzie  

spała, słyszał wprawdzie jej ciche pochlipywania, ale nie dziwił si  temu.  

Ile  to córek,  on i matek - my lał - wtóruje jej w tej samej chwili, nie  

mog c jeszcze poj , dlaczego los czyni z nich sieroty i wdowy. Nie  

wiedział jeszcze,  e Basia, wci  nie pogodzona z nieszcz ciem, prócz  

wylewania łez znalazła jednak czas i na uparte rozwi zywanie zagadki. Kiedy  

background image

si  nazajutrz obudził, stała ju  nad nim i głosem pozbawionym przyjaznych  

akcentów pytała:  

  - Dlaczego mnie okłamałe ?  

  Był rozespany, nie całkiem jeszcze  wiadom miejsca, w którym si   

znajdował, nie od razu te  poj ł,  e go oskar aj . Ponowiła wi c pytanie:  

  - Dlaczego mnie okłamałe , Tadziu?  

  - O kim ty mówisz? Sk d ci to imi  przyszło do głowy?  

  - Sk d? St d, panie Miszczyk.  

  Białasówna wyci gn ła przed siebie skrywan  do tej pory za plecami r k :  

powiewała jakimi  papierami oraz kartonikiem legitymacji. Niwi ski  

zrozumiał,  e przetrz saj c jego kieszenie, trafiła na za wiadczenie i  

kart  wio larsk  - resztki dokumentów pozostałych po nieszcz snym  

kapitanie.  

  - Czy to ładnie grzeba  po cudzych kieszeniach? - u miechn ł si  do niej.  

  - Szukałam grzebienia, bo w tej panice nie zabrałam swojego. Szukałam  

grzebienia, a znalazłam to.  

  - Nie okłamałem ci . Te papiery nosz  przy sobie zupełnie przypadkowo.  

Ten człowiek dawno ju  zgin ł.  

  Nie uwierzyła mu. Ale Niwi ski ju  si  tym nie przejmował. Przeciwnie,  

rozsadzała go rado  z nagłego odkrycia, z ol nienia, które nawiedziło go  

na widok tych pomi tych i nikomu ju  niepotrzebnych papierków.  

Niepotrzebnych nawet i wdowie, któr  Bóg raczy wiedzie , czy kiedykolwiek w  

ogóle zdołałby odnale . A gdyby nawet i odnalazł, wło yłaby mo e te  

papiery do starego familijnego albumu lub do koperty, w której  

sentymentalna rodzina przechowuje pierwszy mleczny z bek dziecka, pierwsze  

celuj ce  wiadectwo, laurk  sporz dzon  na imieniny. Pami tkom dla  

przyszłych pokole  Miszczyków przybyłby jeszcze jeden rodzinny eksponat -  

wspomnienie o poległym we wrze niu kapitanie, który w dobrych czasach i w  

wolnych chwilach lubił oddawa  si  sportowi wio larskiemu.  

  Dla Niwi skiego za  ten archiwalny papierek nabierał teraz cech  

najbardziej aktualnej i mocnej przepustki uprawniaj cej - nie wahał si  w  

my lach u y  tego słowa - do  ycia. Niemcy - poszukuj  go, cho  wci  nie  

wiedział, dlaczego. Nie b dzie wi c musiał przed nimi umyka , ba -  

niestraszne mu b d  ani legitymowania, ani oficjalne meldowania si , bo  

nikt jeszcze, nawet gestapo, nie tropił człowieka, który ju  nie  ył.  

  - Jeste  wspaniała! - zawołał całuj c oszołomion  Basi .  

  Gdyby nie jej podejrzliwo , kto wie, czy sam zdołałby wpa  na ten  

najprostszy pod sło cem pomysł. To ona pierwsza nazwała go Tadeuszem  

Miszczykiem. Dzi  jeszcze postanowił Niwi ski przekaza  Justynie swe  

odkrycie, wraz z pro b , by przygotowywane dla niego dokumenty oprze  na  

danych poległego kapitana.  

  Białasówna, która ten nagły pocałunek przyj ła jako dowód innych zupełnie  

uczu , spytała niepewnie:  

  - To wszystko tak strasznie dziwne... Kim ty naprawd  jeste ?  

  - Nie okłamałem ci . Ciebie - nie.  

  - Ale szuka ci  gestapo. Dlaczego ukrywasz si  pod innym nazwiskiem?  

  - Nie. Przysi gam.  

  - Wi c dlaczego aresztowali tatusia?  

  I znów, jak poprzedniego dnia, z tkliwo ci przeszła nagle w napastliwo .  

Odsun ła Niwi skiego i zacz ła wyrzuca  z siebie słowa pełne rozpaczy i  

oskar e :  

  - Co on tam robi...? Tak strasznie bał si  Niemców. I raptem... wła nie  

on... - przeniosła wzrok pełen wyrzutu na Niwi skiego. - Uratował ci . Tak,  

tak... Ojcu zawdzi czasz,  e nie jeste  tam, gdzie on... Oddaj mi ojca!  

Przyzwoity człowiek sam powinien si  zgłosi ,  eby nie cierpiał kto   

niewinny.  

  Niwi ski stan ł w oknie, i zapatrzył si  w oddalaj cy poci g. Po chwili  

głuchym głosem spytał:  

background image

  - Sk d wiesz,  e tak wła nie nie zrobi ?  

  Poprawił krawat, dło mi przyczesał włosy i si gn ł po płaszcz wisz cy na  

gwo dziu. Wtedy zawołała gwałtownie:  

  - Nie, nie! To stało si  przeze mnie! To ja zrobiłam ten portret.  

  - Po co? To nie jest, Basiu, czas na kawały!  

  - To nie był kawał.  

  - A co?  

  - Nic nie rozumiesz - westchn ła. - Nic. Albo nie chcesz...  

  - Mo e i rozumiem.  

  - Nie id  nigdzie - poprosiła. - Nie mam teraz nikogo. Przepraszam za te  

pretensje o ojca.  

  Wyszedł, obiecuj c wróci  pod wieczór, by naradzi  si , co czyni  dalej.  

Na razie spieszno mu było do Zygadlewiczów i do sfinalizowania sprawy  

fałszywych dokumentów. Poprosił tak e Justyn  o kontakt z jej przyjaciółmi.  

Wi zał z nimi wła ciwie wszystkie swoje plany. Spodziewał si  wst pi   

wreszcie w szeregi konspiracji lub przy pomocy tych przyjaciół  

przedsi wzi  ucieczk  do tworz cej si  we Francji armii.  

  Dom profesorostwa zastał w straszliwym nieładzie, jak po trz sieniu  

ziemi. Okazało si ,  e tej nocy przeprowadzono rewizj , zabieraj c  

wszystkie manuskrypty profesora i przywiezione znaleziska. Telefoniczne  

poszukiwania profesora Gleibnitza nie zdały si  na nic. Wi cej ju  si  nie  

pokazał. Dopiero w jaki  czas potem w prasie niemieckiej znale  mo na było  

wzmiank  o roli, jak  ten wnikliwy i pełen dobrych manier uczony odegrał w  

organizowaniu wystawy pod nazw : "Wpływ kultury niemieckiej w kraju  

nadwi la skim". Na wystawie eksponowano dzieła sztuki i odkrycia naukowe,  

przywiezione z Krakowa przez ekip  naukowców niemieckich, w skład której  

wchodził tak e słynny archeolog.  

  Niwi ski przekazał Justynie papiery po Miszczyku, według których  

sporz dzony miał by  jego aktualny dokument. Po południu znów znalazł si  w  

domku Białasa. Stary maszynista zaprosił na narad  swego koleg , równie   

kolejarza. Ten, bez ogródek, za dał od Niwi skiego wyja nie , które  

pozwoliłyby ustali  motywy aresztowania, Bogu ducha winnego, fotografa.  

Stary kolejarz rozmawiał z Niwi skim w cztery oczy; Basia i stryj  

oczekiwali rezultatów tej narady zamkni ci w kuchence.  

  - Kim pan naprawd  jest, kawalerze? - spytał kolejarz.  

  - Ju  panu mówiłem.  

  Kolejarz machn ł lekcewa co r k .  

  - Jak pan uwa a. Mo e pan powiedzie , mo e nie. Przypadkowo znam si   

troch  na konspiracji i wiem,  e bez racji nie przygryza pan sobie j zyka.  

Ale tu chodzi o człowieka. Jak mamy mu pomóc, je li nie wiemy, o co go  

pos dzaj . Kiedy Białas przybiegł z t  wiadomo ci , poruszyli my ró ne  

nasze guziczki. To powa na sprawa. Dzie  trzymali go na Montelupich, a od  

rana jest w Płaszowie. Szwaby obóz tam taki zrobiły. Mało z tym, w  

mieszkaniu rewizja trwała do  witu i wszystkich lokatorów pytali o Ba k .  

Wi c pytam pana raz jeszcze, o co tu chodzi?  

  - Nie wiem.  

  - Panie, tu o ludzi chodzi. A mo e i o  ycie. To mordercy, ja ich w  

Hiszpanii poznałem i...  

  - W Hiszpanii? - z zainteresowaniem spytał Niwi ski.  

  - Niewa ne - tamten z przesadn  gorliwo ci  ubijał fajk , która wcale nie  

zgasła. - Od pana tu wszystko zale y.  

  Niwi ski podniósł si  zza stołu i nerwowo przechadzał po pokoju,  

powtarzaj c uparcie:  

  - Nie wiem, nie wiem. Wyczuwam w tym wszystkim jak  moj  win , cho  jej  

nie popełniłem. Pan Białas nie ukrywa swego  alu przede mn , a ja naprawd   

nic nie wiem.  

  - Dziwi mu si  pan? Człowiek jest tylko człowiekiem. A to przecie  brat.  

Naradzałem si  dzi  z towarzyszami nad t  spraw . Powiem panu otwarcie...  

background image

  Niwi ski zatrzymał si  w swym marszu po pokoju i spojrzał pytaj co.  

  - Były głosy,  e powinien si  pan sam zgłosi  - o wiadczył kolejarz. - Bo  

przecie  nic pana z Białasem nie ł czy?  

  - Nic. Przez przypadek u niego wła nie robiłem sobie to cholerne zdj cie.  

  - Ano wła nie, to ta fotografia. I kim pan, człowiecze, jest?  

  Niwi ski bezradnie rozło ył r ce.  

  - Ale fotografowi nic by pan przez to nie pomógł - ci gn ł kolejarz. -  

Sam si  wpl tał przez to pisanie do pana. I otwarcie panu powiem: zadziwiło  

mnie to. Bo jak mu tam teraz jest, to jest, ale prawd  mówi c - to tchórz.  

Nam nigdy nie chciał pomóc.  

  - Komu?  

  - Niewa ne. I  e si  zdobył na takie co ... Chyba ze strachu o córk . To  

jasne. Wi c ja powiedziałem: nie. Tym fotografowi nie pomo emy. B d  mieli  

ich obu. Ju  ja ich znam... Raczej, mówi , pogadam z tym panem. No, ale jak  

pan nic nie chce powiedzie ...  

  - Pan mi nie wierzy, ale doprawdy sam gubi  si  w domysłach.  

  - A szkoda,  e nie chce pan mówi . Bo mo e i panu pomogliby my. Ba k   

skryjemy, dzi  jeszcze pojedzie.  

  - Dok d? - spytał Niwi ski.  

  - Pan nie mówi, ja nie mówi . W najspokojniejsze miejsce na  wiecie.  

Dziura. Nikt jej nie znajdzie. I pana mogliby my ukry .  

  - Kiedy, widzi pan, ja wcale nie chc  si  ukrywa . Mam do . Bezbronnych  

wygniot  nas jak robactwo. Po kolei. Tu trzeba walczy .  

  - Ile pan ma lat? - Tym razem fajka zgasła mu naprawd , wi c mozolnie  

zacz ł j  ubija . - Na mój gust, mógłbym by  pa skim ojcem. Sam pan chce  

walczy ?  

  - Chocia by. Wszystko mi ju  jedno...  

  - To nie jest wszystko jedno. Walczy  trzeba, otwarcie mówi c, ma pan  

racj . Ale nie wszystko jedno, czy samemu, i nie wszystko jedno, z kim do  

spółki. Wspomni pan moje słowa...  

  - Wyboru wielkiego nie ma. Mimo tego wszystkiego, co si  tu dzieje, nie  

jeste my sami. We Francji tworzy si  armia, Sikorski tworzy nowy rz d...  

  - Ano, tworzy - przyznał kolejarz. - Ale czy on jest faktycznie nowy?  

Nie, nie, prosz  pana, jak  lekcj  z tego wrze nia trzeba wyci gn . Ale  

to ju  wielka polityka, a tymczasem mały fotograf za drutami, a pan mu  

pomóc nie chce.  

  Tymi słowy zako czył rozmow  i skierował si  do drzwi. Na widok  

wchodz cych Basia i maszynista Białas zerwali si  z miejsc.  

  - Otwarcie mówi c - o wiadczył im kolejarz - stoimy w miejscu. Gotowa  

jeste , Basia?  

  - Tak.  

  - Dzi  na noc?  

  To pytanie skierował do Białasa, który potakuj co kiwn ł głow .  

  - Ty, Józek - zwrócił si  do niego kolejarz -  al z serca wyrzu , bo  

czasy s  takie i ten człowiek nic temu nie winien, otwarcie mówi c. Jemu  

samemu warto by pomóc. Nie znajdzie si  tam miejsca i dla niego?  

  - Mo e by si  znalazło - odparł Białas po krótkim namy le.  

  Słysz c to Basia, ku zdumieniu stryja, gwałtownie przytuliła si  do  

Niwi skiego i poprosiła:  

  - Pojedziesz ze mn , prawda? Pojedziesz?  

  - Ale dok d? - spytał niepewnie, zdziwiony nieco reakcj  dziewczyny.  

  - Do naszej rodziny. To jest...  

  Kolejarz jednak nie pozwolił jej doko czy , odci gn ł Basi  od  

Niwi skiego i powiedział ostro:  

  - Wszystko jedno, dok d. Mówiłem ju . To najspokojniejsze miejsce na  

wiecie. Dziura zabita deskami. Tylko papiery by trzeba jeszcze dzisiaj...  

Zrobimy z pana palacza, co, Józefie? - dodał ju  łagodniej.  

  - Nie! - nieoczekiwanie sprzeciwił si  temu Niwi ski.  

background image

  - Władek! - rozpaczliwie krzykn ła Basia.  

  - Nie, Basiu, nie...  

  Białasówna odwróciła si  i z płaczem wybiegła do pokoju, wołaj c:  

  - Niech on ju  st d idzie! Niech on ju  idzie!  

  Kolejarz i Niwi ski stali chwil  w milczeniu. Wreszcie stary wyci gn ł  

r k  na po egnanie i skierował si  ku drzwiom. Białas z wyrzutem spojrzał  

na Niwi skiego:  

  - I co  ty zrobił, człowieku?  

  - Niech mi pan wreszcie uwierzy... - w głosie Niwi skiego wyczuwało si   

bezradno .  

  - Ja ju  nie o bracie mówi . Ja o niej... A tak ci , człowieku, prosiłem.  

  - Te  niech mi pan wierzy...  

  Maszynista nie sprawiał wra enia przekonanego. Niwi ski odszedł  

rozmy laj c nad ironi  losu, który uparcie kazał mu by  odpowiedzialnym za  

nie popełnione czyny. Pos dzali go o co  Niemcy, pos dzał poczciwy  

kolejarz. Nie przypuszczał wówczas Niwi ski,  e nie wyczerpała si  jeszcze  

lista podejrzewaj cych go ludzi.  

  W kilka dni pó niej, a był to ju  pocz tek grudnia, Justyna zawiadomiła  

go,  e dokumenty, na które z takim ut sknieniem czekał, s  ju  gotowe.  

Podała mu miejsce spotkania, którym była druga - licz c od - Barbakanu -  

ławka na krakowskich Plantach, oraz hasło.  

  Zjawił si  wi c w umówionym miejscu i zatrzymał przed ławeczk , na której  

siedział jaki  młody m czyzna czytaj cy gazet . Drug  r k  miarowo posuwał  

tam i na powrót dzieci cy wózek osłoni ty wielk  bud . Niwi ski starł  nieg  

z ławeczki, przysiadł i wymienił hasło:  

  - To chłopczyk czy dziewczynka? - spytał wskazuj c na wózek.  

  M czyzna nie oderwał wzroku od gazety, wi c Niwi ski powtórzył pytanie.  

Po chwili tamten o wiadczył nagle:  

  - To, o co pan prosił, jest gotowe.  

  - Dzi kuj .  

  - Kilka pyta  dla pewno ci. Czy ten człowiek na pewno nie  yje?  

  - Zgin ł na moich oczach.  

  - To dobrze. Najpewniejsze s  dokumenty osób, którym na pewno nic ju   

zagra a  nie mo e ze strony Niemców. Ponadto legitymacja ta jest prawdziwa,  

jedyny fałsz to zmiana fotografii na pa sk . Teraz na jej podstawie mo e  

si  pan ju  ubiega  o nowe papiery, nie wzbudzaj c  adnych podejrze . Sk d  

u pana znalazł si  ten dokument?  

  - Wr czono mi go po zmarłym. Gdyby nie przypadek przed paroma dniami...  

nawet by mi do głowy nie przyszło,  e mog  go wykorzysta .  

  - To wszystko - zako czył m czyzna, zło ył gazet  i przysun ł wózek. -  

Niech pan nachyli si  nad małym, tak jakby go pan ogl dał. Ma to pod  

główk .  

  Dzieciak spał smacznie i nawet nie drgn ł, gdy Niwi ski wkładał r k  pod  

poduszeczk  i wyjmował legitymacj . Jeszcze chwila i miał j  ju  w kieszeni  

płaszcza. Znów usiadł na ławce.  

  - To wszystko - powtórzył m czyzna.  

  - Ale ja prosiłem o co  jeszcze... Ja...  

  - Wiem. Zrobili my dla pana bardzo wiele. Wył cznie na  yczenie profesora  

Zygadlewicza. S dz ,  e spłacił ju  dług.  

  - Mo e panu  le powtórzono moje  yczenie?  

  - Powtórzono je dobrze. Ale jest ono nierealne.  

  - Nie rozumiem - zdziwił si  Niwi ski.  

  - Pan chce kontaktu ze Zwi zkiem Walki Zbrojnej? Dlaczego?  

  - Oficerowi nie zadaje si  takich pyta . Odpowied  jest chyba  

jednoznaczna.  

  - Nie w pa skim przypadku.  

  - Raz jeszcze nie rozumiem.  

  - Kim pan naprawd  jest, panie Niwi ski?  

background image

  - Ju  nim nie jestem. Od paru minut.  

  - Dlaczego szuka pana gestapo?  

  - Nie wiem.  

  - Je eli jest pan po prostu zwykłym podchor ym, có  panu mo e grozi   

wi cej od oflagu? A to nie jest dziedzina policji politycznej.  

  - Nie wiem.  

  - Ale przyzna pan,  e to zastanawiaj ce. Od dawna zna pan Grz dziel ?  

  - Kogo?  

  - Grz dziel .  

  - W ogóle nie znam nikogo o tym nazwisku - stanowczo odpowiedział  

Niwi ski.  

  - W ten sposób nie mo emy rozmawia . Chciałem by  z panem w miar   

szczery, ale skoro pan zaprzecza oczywistym faktom... Widziano pana z nim w  

okolicach dworca.  

  - Kto?  

  - To oboj tne.  

  - Zar czam panu,  e musiano mnie pomyli  z kim innym. Nie znam tu prawie  

nikogo, a tych, których znam, zna równie  i pan.  

  - Ostatnio rozszerzył pan kr g znajomych.  

  - Jak widz , nie tylko Niemcy mnie szukali.  

  - Chcieli my wiedzie , komu pomagamy. Przez pana aresztowano pewnego  

fotografa. Ten człowiek akurat nie ma z tym nic wspólnego.  

  - Z czym, mo e wreszcie si  dowiem? - zniecierpliwił si  w ko cu  

Niwi ski.  

  - Z panem. To wiemy na pewno. Ale gwałt, jaki gestapo robi wokół pa skiej  

osoby, jest jednak wytłumaczalny. Oni te  ich bardzo nie lubi .  

  - Kogo, mianowicie?  

  - Was, komunistów.  

  Niwi ski wybuchn ł  miechem.  

  - Nas? Pan to mówi o mnie? O mnie?!  

  - Panie Miszczyk, czasu mam ju  niewiele. Powiem krótko Grz dziela jest  

tu osob  do  nie le znan  Jeszcze od czasów strajku na Solvayu.  

  - Pan mówi o tym kolejarzu?  

  - Niech pan nie udaje.  

  - Ale  panowie... Mnie zarzucacie co  podobnego, to po prostu  mieszne.  

Mnie?!  

  - Niech pan tak nie gestykuluje, to zwraca uwag .  

  Niwi ski był coraz bardziej zdenerwowany.  

  - Nie rozumiem, nic nie rozumiem - powtarzał. - Przecie  musimy walczy ,  

odpowiada  gwałtem na gwałt, je eli nie mamy sta  si  ich koloni  - wskazał  

na przechodz c  grup  niemieckich  ołnierzy. - W kraju dziej  si   

bestialstwa, a pan... a pan... Jeszcze mnie pan obra a pos dzeniami. Musi  

nas by  jak najwi cej, bo na tych z Francji przyjdzie jeszcze troch   

poczeka . Przecie  tu liczy si  ka dy karabin, ka dy...  

  M czyzna zło ył gazet  i schował j  do kieszeni.  

  - Owszem. W tym wzgl dzie my limy podobnie.  

  - Wi c dlaczego pan mnie odtr ca? Chc  si  bi  i dlatego nie uciekłem jak  

inni.  

  M czyzna podniósł si  z ławki i ju  na odchodnym dorzucił:  

  - Do tych, którzy chc  si  bi , trzeba mie  zaufanie. Powodzenia, panie  

Miszczyk.  

  Popychaj c przed sob  wózek, ruszył Plantami w kierunku placu  

Szczepa skiego.  

  Niwi ski jak wmurowany siedział na ławce i patrzył w  lad za oddalaj cym  

si  wózkiem. Ura ony nowymi pos dzeniami, bez dalszej nadziei na nawi zanie  

kontaktów z podziemiem, z gorycz  my lał,  e nawet tak krwawa i tak okrutna  

lekcja, jak ta we wrze niu, nie na wiele si  zdała. Odtr cony, był teraz  

zdany wył cznie na własne siły i własn  decyzj . Mógł na własn  r k  podj   

background image

przedarcie si  do Francji albo - jak radził profesor Zygadlewicz -  

przeczeka  to wszystko w spokoju.  

  Godzin  pó niej był ju  w domku maszynisty. Miał nadziej ,  e Białas  

skontaktuje go z kim , kto zna bezpieczne przej cie graniczne. Maszynista,  

wysłuchawszy go, powiedział:  

  - Ucieka ? Mówił pan,  e ma pan inne papiery? Temu komu  ju  nic przecie   

nie grozi?  

  - Nie.  

  - No, to po co ucieka ?  

  -  le si  wyraziłem. Nie chciałem ucieka . Chciałem... No, zreszt   

niewa ne, co chciałem, ale i na to liczy  nie mo na. Nie podano mi r ki i  

te  nie wiem dlaczego. Mo e rzeczywi cie trzeba to wszystko przeczeka .  

  - Ano, trzeba - westchn ł Białas.  

  - Zapomnie . Zaj  si  czym  innym... Nie wiem. To przecie  długo nie  

potrwa, wiosn  Francuzi rusz . Jak Basia? - zmienił temat rozmowy.  

  Białas bezwiednie wyci gn ł zegarek kieszonkowy.  

  - Jutro znów przeje d am tamt dy. Pojedzie pan? Czego b dzie pan szukał  

innego? To najspokojniejsze miejsce na  wiecie. Mieszka tam moja siostra.  

Maj  z m em ogrodnictwo. Pracowników du o, ka dy si  zgubi... Poka  no pan  

te papiery. Trzeba by z pana palacza zrobi . - Obejrzał now  legitymacj   

Niwi skiego. - To  pan teraz Tadeusz?  

  - Wła nie - odpowiedział Niwi ski.  

  - Co pan jej zadał, powiedz pan, tak mi dzy nami chłopami? Przecie  j   

pazurami trzeba było st d zabiera ... No, to jutro osiemnasta zero cztery,  

panie Miszczyk.  

  Od tej rozmowy min ła doba. Nazajutrz przed zmierzchem z parowozu  

ci gn cego skład do Bielska, na małej stacyjce le cej na trasie, wyskoczył  

palacz nazwiskiem Tadeusz Miszczyk.  

  Przyjrzał si  stacyjce, na której wysiadł. To tu, w tej mie cinie zabitej  

deskami, miał doczeka  si  bliskiego, jak s dził, ko ca wojny. Na  cianie  

dworca, pod biał  farb , prze witywała jeszcze dawna nazwa stacji, ale  

stare litery powleczone były wapnem i ju  ich dokładnie nie mo na było  

odczyta . Widniał tylko  wie y wyra ny napis: "Auschwitz".  

  Tak wi c przybył do miasteczka, o którym  wiat naprawd  nic nie wiedział,  

bo jeszcze wtedy, w grudniu, historia nie wyznaczyła mu roli, jak  dla  

całego  wiata miało wkrótce odegra . 

   

  Na tropie  

   

  W siedzibie warszawskiego gestapo przy Szucha, od pierwszych niemal dni  

po zaj ciu stolicy przez Niemców, trwały energiczne poszukiwania polskiego  

oficera, który - według doniesie  członków pi tej kolumny - w pocz tkach  

wrze nia wywiózł z archiwum Sztabu Głównego kasety zawieraj ce akta  

niezmiernej wagi. Zdaniem niejakiego majora Heinckesa, który z ramienia  

kontrwywiadu ponaglał gestapo do poszukiwa , były to akta zawieraj ce dane  

o siatce defensywy polskiej na terenie Rzeszy. W pocz tkowej fazie  

poszukiwa  natrafiono na ogromne trudno ci. Niemcy nie znali ani nazwiska  

oficera konwojuj cego kasety, ani kierunku, w którym je wywiózł. Równie  

dobrze dotrze  mógł z nimi do Rumunii, jak dosta  si  do niewoli, uprzednio  

pozbywaj c si  kompromituj cego ładunku. Po pewnym czasie Abwehra znalazła  

si  w posiadaniu danych, na razie do  hipotetycznych, pozwalaj cych jednak  

ywi  pewne nadzieje. Wszystko zdawało si  wskazywa ,  e tajemniczy oficer  

był w randze kapitana i wywiózł kasety z Warszawy w dniu 9 wrze nia polskim  

fiatem 508 o numerze rejestracyjnym H 72 - 14. Dalsze intensywne  ledztwo  

ustaliło,  e kierowc  samochodu o podobnej rejestracji był zawodowy  

plutonowy nazwiskiem Bugajczyk. Administracje wszystkich stalagów w Rzeszy  

otrzymały polecenie natychmiastowego odszukania je ca o tym nazwisku, gdy  

by znalazł si  on w ich rejestrach.  

background image

  W grudniu z obozu jenieckiego pod Wałczem nadeszła informacja,  e  

przebywa tu plutonowy Bugajczyk. Major Heinckes z Abwehry natychmiast  

postanowił wysła  tam swego człowieka, niejakiego Gor czk , który, podaj c  

si  za je ca przeniesionego z innego obozu, miał za zadanie dyskretne  

wybadanie kierowcy.  

  Zanim jednak Gor czko zdołał podj  t  mistyfikacyjn  misj , wydarzyła mu  

si  zastanawiaj ca przygoda, z któr  pocz tkowo nie bardzo wiedział, co  

zrobi .  

  Otó  przypadek zdarzył,  e w r ce pani Zofii Niwi skiej, wci  wytrwale  

zajmuj cej si  na poczcie kontrol  listów adresowanych do gestapo, wpadł  

donos denuncjuj cy niejakiego Henryka Gor czk . Jak zwykle pani Zofia udała  

si  po instrukcje do swego zwierzchnika.  

  - Jest nowy donos, panie Stefanie - oznajmiła, kiedy byli ju  sami. -  

Dotyczy pracownika archiwum. Jest byłym wojskowym i donos do  obszernie  

mówi o jego przeszło ci. Chce pan rzuci  okiem?  

  Si gn ła do torebki po list, ale naczelnik powstrzymał j  gestem dłoni.  

  - Trzeba go przestrzec, pani Zofio. Niech to pani załatwi.  

  - Postaram si . Chciałam panu pokaza , bo ten donos to wcale nie anonim  

jak zwykle. Go  podaje swoje nazwisko, imi , adres, wszystko.  

  - W takim razie istotnie rzuc  okiem - zdecydował si  naczelnik.  

Przebiegł szybko wzrokiem tre  listu, po czym odnotował nazwisko nadawcy.  

- Helmuth Piwonik - powtarzał gło no, notuj c. - Chyba volksdeutsch,  

dlatego tak otwarcie. Poszukamy go sobie. A pani, oczywi cie, odszuka jak  

najszybciej tego nieszcz snego Gor czk ...  

  W taki to wła nie sposób zaw drowała pani Zofia, jeszcze tego samego  

dnia, pod drzwi Henryka Gor czki, który - o ironio - wybierał si  wła nie  

do gestapo, i jego to przestrzec zamierzała gorliwa konspiratorka.  

  Na pode cie klatki schodowej na pierwszym pi trze pani Zofia podeszła do  

drzwi z wizytówk : H.i Z. Gor czkowie. Ju  miała si gn  do dzwonka, kiedy  

drzwi otworzyły si  nagle i na klatk  schodow  wyszedł m czyzna w  

jesionce, kapeluszu, najwyra niej  piesz cy z jak  piln  spraw . Obrzucił  

okiem Niwi sk , która niezdecydowanie ruszyła schodami na drugie pi tro.  

M czyzna zst pował w dół, kiedy nagle dobiegł go głos z góry:  

  - Czy pan Gor czko?  

  - Słucham?  

  Zawrócił zaintrygowany.  

  - Henryk? - upewniała si  jeszcze nieznajoma.  

  - O co chodzi?  

  Pani Zofia zerkn ła na s siednie drzwi, po czym wolno zacz ła schodzi .  

  - Chod my - powiedziała - wyja ni  panu po drodze.  

  W ten wła nie sposób list, który miał omin  gestapo, trafił tam ju  po  

godzinie, i to wprost na biurko obersturmbannfuhrera Kliefhorna.  

  - I któ  to taki, ten Helmuth Piwonik? - spytał gestapowiec Gor czk . -  

Pan go zna?  

  - Owszem. To dawny znajomy. Obecnie narodowo ci niemieckiej.  

  - Ach, volksdeutsch! Wida ,  e nie ma pan w nim przyjaciela. Odbił mu pan  

on  czy co, u licha?  

  - To dawne dzieje - odparł niech tnie Gor czko.  

  - Ale zgadłem?  

  - Co  w tym sensie.  

  - Biedny człowiek - powiedział Kliefhorn - ale porz dny Niemiec. Zna  

swoje obowi zki. Lecz to równie   wiadczy,  e jest pan dobrze  

zakamuflowany. A ta kobieta?  

  - Ju  nie  yje.  

  - Jak to, nie  yje? Przed godzin  przyniosła panu list i natychmiast  

umarła?  

  - S dziłem,  e pan o Piwonikowej - odparł Gor czko. - Ta... nie wiem...  

  Kliefhorn uderzył dłoni  w otwarty list.  

background image

  - Pan nie wie! - zawołał. - Sprz taj  nam listy sprzed nosa, jak si   

okazuje, by  mo e połowa korespondencji do nas wisi teraz w wychodkach  

pa skich rodaków, a pan nie wie! Przypadek zdarza,  e naiwny i pełen dobrej  

woli Niemiec denuncjuje naszego akurat człowieka, a ten człowiek nie  

potrafi wykorzysta  takiego zbiegu okoliczno ci. Nie mógł pan od niej nic  

wyci gn ? Pój  za ni ?  

  - Przyznam,  e byłem zbyt wstrz ni ty...  

  - Pozna j  pan? Jak wygl dała?  

  Gor czko zamy lił si , ale wida  było,  e nie wygl d kobiety zaprz tał mu  

my li, lecz odpowied , jak  w ko cu oci gaj c si  udzielił Kliefhornowi:  

  - Daruje pan - powiedział z naciskiem - ale to nie jest dziedzina mojej  

pracy. Nie jestem policjantem.  

  - Od siedmiu lat pracuje pan z nami.  

  - Ale nie z policj . Major Heinckes wyja ni panu ró nic  mi dzy prac  w  

wywiadzie a donoszeniem na ludzi.  

  Kliefhorn przygryzł wargi: wiedział zbyt dobrze,  e ten major Heinckes,  

przybyły tu ze specjalnymi pełnomocnictwami, zarezerwował sobie osob   

Gor czki wył cznie dla swoich zada . Gor czko, o mielony milczeniem Niemca,  

dorzucił jeszcze:  

  - Miałem, jak pan si  orientuje, nieco powa niejsze zadanie ni   ledzenie  

małych pionków.  

  - Pionków, pionków! Tych pionków zaczyna by  coraz wi cej - Kliefhorn  

ledwo tłumił narastaj cy w nim gniew. - Zaczynaj  si  organizowa . Jaki   

zwi zek walki zbrojnej, czy co  tam takiego. Jedenastego listopada  

znale li my na setkach grobów  ołnierskich napisy: "pom cimy was". Jak pan  

my li, czy to jeden człowiek biegał tak od krzy a do krzy a z p dzlem i  

pisał? Co ona powiedziała, ta kobieta?  

  - Przej li my list i radzimy nie nocowa  w domu.  

  - Przej li my. Kto? Oczywi cie, chodzi o jak  poczt , ale t  poczt  kto   

kieruje. I pomy le ,  e od tygodnia zmienili my oficjaln  nazw  na  

skrzynkach na Deutsche Post Osten. Czyste kpiny... Przy okazji b d  pana  

jednak prosił o odwiedzenie kilku urz dów pocztowych. Musi j  pan znale .  

  - Na razie wyje d am - spokojnie odparł Gor czko - i kto wie, kiedy wróc   

z tego stalagu.  

  S dził,  e jego pozorowany pobyt w stalagu przeci gnie si  i do tego  

czasu Kliefhorn zapomni o całej sprawie. Prosił równie  majora Heinckesa,  

by wyperswadował gestapowcowi posługiwanie si  nim jako zwyczajnym  

szpiclem. Heinckes słowa dotrzymał, a jednak i Kliefhorn doczekał si   

chwili, by do tego tematu powróci . Była to najmniej odpowiednia dla  

Gor czki chwila, ale na razie dzieliło go od niej wiele jeszcze czasu:  

wyjechał do stalagu, by wkra  si  w łaski je ca Bugajczyka.  

  Gor czko udał si  do obozu w Wałczu prawie dokładnie w tych samych  

dniach, kiedy Władysław Niwi ski rozpoczynał w O wi cimiu nowy okres  

wojennego  ycia, obliczonego na spokojne przetrwanie przy boku coraz  

bardziej zakochanej w nim Barbary Białasówny.  

  Basia mieszkała u swego wujostwa. Jej wuj, Siemi ski, prowadził dobrze  

prosperuj ce ogrodnictwo, zatrudniał wielu sezonowych robotników, w ród  

których bez trudu ukrył i nowego pracownika, Tadeusza Miszczyka. Ogrodnik  

Siemi ski zwykł był mawia :  

  - Wszyscy chleb potracili: nauczyciele, doktorzy. Ale tej cebuli i  

marchwi ka dy potrzebuje do garnka. Niemiec nie Niemiec. Ogrodnik zawsze  

jest na wierzchu. Przy mnie nie zginiecie.  

  Pierwsze tygodnie istotnie upłyn ły Niwi skiemu spokojnie. Rad był i z  

powzi tej decyzji, i z nowych dokumentów, które pozwoliły wszelkie  lady  

ostatecznie zatrze  po poszukiwanym Niwi skim. Nie mógł wówczas wiedzie ,  

jak fatalnej dokonał zamiany. Uciekaj c przed zemst  jednego esesmana,  

przedzierzgn ł si  w skór  człowieka, którego poszukiwały wszystkie słu by  

wywiadowcze Rzeszy. Nie maj c o tym najmniejszego poj cia, raz tylko poczuł  

background image

si  zagro ony, kiedy otrzymał wezwanie do Arbeitsamtu. Ju  w tym czasie  

polskich robotników masowo wywo ono na roboty przymusowe w gł b Niemiec.  

Potwierdziły si  wtedy racje ogrodnika. Uproszony przez siostrzenic ,  

Siemi ski bez specjalnego trudu oddalił niebezpiecze stwo. Kierownik  

Arbeitsamtu, Prahl, przyj ł okazałego prosiaka oraz kwiaty, które zdobiły  

pó niej sylwestrow  sal  balow  Arbeitsamtu, i skre lił Miszczyka z  

rejestru.  

  Ten, wydawa  by si  mogło, szcz liwie zako czony incydent okazał si   

jednak fatalny w skutkach. Basia od dawna wyczuwała,  e Siemi ski darzy j   

wzgl dami znacznie wi kszymi, ni  wymagałyby tego wi zy powinowactwa.  

Teraz, po za egnaniu niebezpiecze stwa w urz dzie zatrudnienia, podochocony  

ogrodnik niedwuznacznie za dał od niej dowodów wdzi czno ci. Dalszy pobyt  

w tym domu stał si  co najmniej uci liwy. Tej samej nocy Basia próbowała  

namówi  Niwi skiego do wyjazdu.  

  - Nie wiem, co b dzie dalej. Nie mo emy jednak tu zosta . Ani ty, ani ja.  

  - Mo emy. Na razie znów jest spokój - uspokajał Niwi ski, nie wiadom  

prawdziwych przyczyn niepokoju dziewczyny.  

  - Nie, nie - protestowała.  

  - Co ci si  stało?  

  Zamiast odpowiedzi Basia wybuchn ła płaczem i mocno przytuliła si  do  

niego.  

  - Nie bój si , na razie dali mi spokój.  

  - Nie boj  si  Niemców. Ale uciekajmy...  

  - Dok d?  

  - Uciekajmy.  

  Niwi ski westchn ł, si gn ł po papierosa, zapalił i przez chwil  siedział  

w milczeniu. Wreszcie zacz ł mówi :  

  - Nie chciałem ci tego powiedzie , ale zacz ła  sama. Masz racj , musz   

wyjecha .  

  - Tak, tak, na pewno!  

  - Jechałem tu do ciebie s dz c,  e mi si  uda. Nie, nie uciec. Zapomnie   

o tym wszystkim, co si  ze mn  stało. Ale to stało si  nie tylko ze mn . Z  

nami wszystkimi. Nawet w miło ci nie ma teraz ratunku.  

  - Nie mów tak! - krzykn ła Basia.  

  - My lałem nad tym, ale nie robi  nic. Nie wiem. Mo e nale ało uciec  

wtedy, na pocz tku, ale chciałem walczy . Wi c mo e teraz... Nie wiem...  

Co  musz  robi ! Wszyscy co  robi , tylko nie ja, tylko nie ja! Znam pewn   

wiosk ... pewnego ksi dza... to niedaleko słowackiej granicy. Mo e jeszcze  

mo na... Ale wci  nie wiem, czy tak wła nie trzeba.  

  - Chciałe  mnie zostawi ? - zawołała Basia z przestrachem. - Tak?!  

  Niwi ski nie odpowiadał.  

  - Odpowiedz!  

  - Wróciłbym przecie , kiedy ... Byłoby ci tu dobrze.  

  - Nieee!  

  - Bezpiecznie... Tu naprawd  nic ci nie grozi.  

  Basia zamierzała co  odpowiedzie , ale zasłoniła tylko oczy r kami i  

Niwi ski zobaczył, jak bezgło ny płacz wstrz sał ramionami dziewczyny.  

  Nazajutrz przybył maszynista Białas. Polscy kolejarze wci  jeszcze  

obsługiwali kursuj ce t dy poci gi. Jak zwykle wyszli do niego na stacj .  

Parowóz pobierał wod , a Białas wsparty o tender popijał z butelki kaw  z  

mlekiem. Pro ba Basi, by ich st d zabrał, wydała mu si  niedorzeczna.  

  - To nie s  czasy na kaprysy. W Krakowie coraz niebezpieczniej. O wi cim  

to O wi cim. O co tu chodzi wła ciwie? Co jej si  stało? Nie mo e jej pan  

tego przetłumaczy ?  

  Niwi ski milczał.  

  - Jego niech stryj nie pyta. On te  si  dusi.  

  - Dusi? - Białas nie bardzo poj ł, co to znaczy.  

  - Z bezczynno ci - wyja niła Basia.  

background image

  Białas wolno podszedł do studni, odkr cił kurek i długo pod strumieniem  

spłukiwał butelk  po kawie. Wreszcie wrócił i jakby oci gaj c si ,  

powiedział:  

  - Dla pana znalazłoby si  nawet zaj cie, panie Władziu...  

  - Pan mnie  le zrozumiał. Pracowa , byle prze y , mog  i tutaj...  

  - Nie! - gwałtownie przerwała Basia. - Tutaj ju  nie!  

  - Poczekaj - nie dał jej doko czy  Niwi ski. - Nie t  bezczynno  miałem  

na my li. Wojna jeszcze nie jest przegrana.  

  - Miejmy nadziej  - zgodził si  maszynista.  

  - Ale zwyci stwa nikt nam nie da w prezencie. No wi c... widzi pan... nie  

chc  ju  tylko czeka . Nie wiem, czy mnie pan zrozumiał?  

  - Ja te  nie zwykłe zaj cie miałem na my li.  

  - A jakie?  

  - Jakie? - Białas zamy lił si  na chwil . - Doszły słuchy,  e oni tu co   

buduj .  

  - Tak - Niwi ski potwierdził oboj tnie. - We Dworach. IGFarben jak   

fabryk  chemiczn  tu stawia.  

  - Nie, nie we Dworach. Ale tu, w koszarach. Podobno mur dokoła koszar  

podnie li o par  metrów.  

  - A owszem - przytakn ł Władek.  

  - No, wła nie. I na dziedzi cu co  stawiaj . Par  ton samego drutu  

kolczastego zwie li. Co jest za tym murem, panie Władziu?  

  - Nie wiem.  

  - Dowiedz si  pan.  

  - Ja?  

  - B dzie miał pan zaj cie.  

  - Rozumiem...  

  - Im pr dzej, tym lepiej. I im dokładniej, tym lepiej. A gdyby jaki ...  

planik, szkic...  

  Niwi ski nie odpowiadał.  

  - Zrobi si ? Musu nie ma - dodał kolejarz widz c niezdecydowanie  

Niwi skiego. - Bezpieczne zaj cie to nie jest...  

  - Tak ze mn  rozmawia  nie trzeba. Raczej niech mi pan odpowie. To jest  

yczenie pana Grz dzieli?  

  - Zapomnij pan to nazwisko. W ogóle wszystkie nazwiska. Na nazwiska to  

pan ma skleroz . Rozumiemy si ?  

  - No, to inaczej. Komu to ma słu y ? Rosji?  

  - Pan si  upił, panie Władziu?  

  - Zobacz , co si  da zrobi . Je eli to wa ne... - zdecydował si   

Niwi ski.  

  - Ró ne słuchy kr

 - westchn ł maszynista.  

  Usłyszeli gwizdek zawiadowcy. Robotnicy odczepili ju  przewód od  

wodoci gu. Białas skierował si  ku lokomotywie.  

  - W przyszł   rod  znów b d ! - zawołał.  

  Wskoczył na podest parowozu, pomachał Basi r k  i po chwili zasłoniła go  

para.  

  Ta niespodziewana okazja do działania i poczucie,  e znów mo e by   

potrzebny dla celów wy szych ni  własne, podnieciły Niwi skiego do tego  

stopnia,  e zadanie swoje zamierzał wykona  znacznie gruntowniej, ni  tego  

od niego  dano. Postanowił dostarczy  Białasowi informacji najbardziej  

wiarygodnej, bo w postaci kompletu fotografii placu budowy za tajemniczym  

murem koszar.  

  Plan ten wraz z Basi  obmy lili bardzo starannie i w najdrobniejszych  

szczegółach. Miejscem, które najlepiej nadawało si  do sfotografowania  

placu budowy, było pierwsze pi tro budynku poło onego po przeciwnej stronie  

ulicy, na wprost bramy wjazdowej do koszar. W budynku tym mie ciła si   

przychodnia rentgenologiczna prowadzona przez Niemca, niejakiego Wimmera. U  

Wimmera codziennie prze wietlały si  tłumy miejscowych i okolicznych  

background image

robotników wyznaczonych przez Arbeitsamt do wysyłki w gł b Rzeszy. Dostanie  

si  do budynku nie nastr czało wi kszych trudno ci, problem polegał na tym,  

by w tym budynku pozosta . Niwi ski zamierzał ukry  si  w ciemni  

rentgenologa, przeczeka  tam noc i o  wicie, gdy tylko grudniowe sło ce na  

to pozwoli, nie zauwa ony przez nikogo, z okna przychodni dokona  zdj   

całego obszaru rozci gaj cego si  za murem koszar.  

  Długo rozwa ali warianty mo liwie najbardziej bezpiecznego przedostania  

si  do ciemni Wimmera. Ten, który wybrali, wydał im si  prosty, naturalny i  

wła ciwie nie wzbudzaj cy podejrze . Wymagał tylko  cisłej, prawie  

minutowej współpracy Basi.  

  Dwudziestego ósmego grudnia, dokładnie pi  minut przed zamkni ciem  

przychodni, Niwi ski udał si  na pierwsze pi tro i przez okienko  

rejestracji podał urz dniczce swoje autentyczne wezwanie do Arbeitsamtu,  

szcz liwie zachowane z okresu, kiedy wywiezienie groziło mu naprawd .  

Doktor Wimmer, który ju  tego dnia nie oczekiwał pacjentów i wła ciwie  

zabierał si  do wyj cia, przyj ł go niech tnie, ale wymaganiom urz du  

zatrudnienia nie mógł si  sprzeciwi . A kiedy Niwi ski  lamazarnie i długo  

rozbierał si , doktora wywołano do telefonu.  

  Z poczty dzwoniła Basia. Udaj c jak  dawn  znajom  Wimmera, której ten w  

aden sposób nie mógł sobie przypomnie , celowo przeci gała rozmow .  

Pozwoliło to Niwi skiemu ponownie stan  w okienku rejestracji i o wiadczy   

urz dniczce:  

  - To ja nie b d  przeszkadzał. Przyjd  jutro z rana.  

  Rejestratorka, gestem głowy wskazuj c na doktora, usiłowała uciszy   

pacjenta; doktorowi nie mo na przeszkadza  w rozmowie.  

  - A wi c jutro - powiedział szeptem Niwi ski i znikn ł z pola widzenia  

rejestratorki.  

  Po chwili usłyszała oddalaj ce si  kroki i trza ni cie wyj ciowych drzwi.  

Cho  drzwi trzasn ły, pacjent poczekalni nie opu cił. Ale tego nie mogła  

ju  wiedzie .  

  Niwi ski schylaj c si  nisko, bezszelestnie przemkn ł si  pod okienkiem  

rejestratorki i wrócił do ciemni, gdzie skrył si  w fałdach ci kiej kotary  

przysłaniaj cej okno. Był prawie przyklejony do  ciany. Czekał. Przez  

dłu sz  chwil  panowała cisza Wreszcie usłyszał czyje  kroki i dobiegł go  

głos doktora Wimmera,  

  - Gdzie ten Polak? Freulein Truda! Gdzie on jest?  

  Do uszu Niwi skiego znów dotarł odgłos kroków. Prawdopodobnie do ciemni  

weszła rejestratorka. Niwi ski wstrzymał oddech za kotar .  

  - Gdzie podział si  ten Polak, panno Trudo? - powtórzył pytanie lekarz.  

  - Powiedział,  e przyjdzie jutro.  

  - Oszalał?  

  - Nie chciał przeszkadza  panu doktorowi...  

  - Zwariowane telefony - mrukn ł Wimmer. - Musi pani sprawdzi , mo e to  

nasz aparat zepsuty. Prawie nic nie słyszałem...  

  - Tak jest, panie doktorze. Czy... zamykamy?  

  - Oczywi cie. Idzie pani do kina, Freulein Truda?  

  - Tak. Daj  wspaniał  komedi  z Hansem Moserem.  

  Jeszcze chwil  trwała krz tanina i wreszcie Niwi ski usłyszał trza ni cie  

drzwi i przekr canie klucza w zamku. Odetchn ł. Nareszcie był sam.  

  Wczesnym rankiem, w oknie na pierwszym pi trze budyneczku, w którym  

mie ciła si  przychodnia rentgenologiczna, powoli rozsun ła si  ciemna  

zasłona kotary. Za szyb  pojawiła si  sylwetka Niwi skiego, który z uwag   

obserwował teren rozci gaj cy si  za wysokim murem z cegły.  

  Tu  za murem wznosił si  jednopi trowy czerwony budynek dawnych koszar, w  

pobli u stały jakie  dwa mniejsze domki. Za nimi rozci gała si  obszerna  

przestrze  naje ona wkopanymi w ziemi  betonowymi słupami. Słupy, oblepione  

od góry do dołu porcelanowymi izolatorami, ci gn ły si  równymi rz dami w  

ró nych kierunkach. Wszystko to wygl dało jak wielka mielizna, z której  

background image

dopiero co ust piło morze, a całe rafy muszli poprzyklejały si  do  

kamiennych beli.  

  Niwi ski nastawił aparat fotograficzny i przyło ył go do oka. Zacz ł  

robi  zdj cia. Jedno, drugie, trzecie... W obiektywie wida  było,  e  

pierwsze rz dy słupów s  ju  ze sob  poł czone siatk  drutów kolczastych.  

Na dalszym planie - trzy jednopi trowe baraki, nie maj ce jeszcze okien ani  

drzwi.  

  Nast pne uj cie to zwałowisko papy. Obok niej - zwoje kolczastego  

drutu...  

  Zaabsorbowany robieniem zdj  Niwi ski nie zauwa ył,  e tu  za murem,  

czego obiektyw jego aparatu w tej chwili nie obejmował, dwóch esesmanów  

przekazywało sobie wart . Obaj ubrani byli w obszerne szuby, spod fura erek  

wystawały nauszniki, a stopy wartowników tkwiły w wojłokowych, ci kich,  

nienaturalnie wielkich buciskach.  

  - Wszystko w porz dku, Gerd? - spytał esesman przejmuj cy słu b .  

  - Nie wszystko, bo mróz - za miał si  pierwszy wartownik. - Nie mo na  

było tego robi  latem?  

  - Wiesz dobrze,  e nie. Na czerwiec wszystko musi by  gotowe.  

  - To ju  w czerwcu pierwsi go cie?  

  Drugi wartownik nie odpowiedział, wszedł bowiem do budki wartowniczej,  

gdzie zaj ł si  wykładaniem baniastego hełmu ciepłym szalikiem. Dopiero  

pó niej wcisn ł go sobie na głow . Po chwili w budce pojawił si  wartownik  

przekazuj cy słu b . Zdj ł z szyi lornetk  i wr czył j  koledze, który  

r kawic  zacz ł przeciera  szkła.  

  - Zamarzły - stwierdził i chuchn ł w soczewki. - Jest ona jeszcze? -  

spytał.  

  - Jest - odpowiedział pierwszy wartownik. - Wiesz, kto to jest? Słu ca  

lekarza.  

  Drugi wartownik przyło ył lornetk  do oczu i skierował j  na wysoko   

okien drugiego pi tra budyneczku naprzeciw ulicy.  

  - Za wcze nie. Nie masz co patrze . Wstaje dopiero o ósmej. Wtedy idzie  

po mleko.  

  - Sama ma niezgorsz  mleczarni  - za artował drugi wartownik.  

  Roze mieli si  z udanego dowcipu. Nagle patrz cy przez lornetk  przestał  

rechota .  

  - Co to jest? - spytał zaintrygowany. - Spójrz no tylko.  

  Zwrócił lornetk  koledze, który natychmiast przyło ył j  do oczu. W oknie  

pierwszego pi tra, na tle ciemnej kotary, wida  było jakiego  m czyzn  z  

aparatem fotograficznym przy twarzy, zwróconego w ich kierunku.  

  Drugi wartownik wybiegł przed bram  i zadarł głow  do góry. M czyzna w  

oknie ani na moment nie przestawał fotografowa . Wartownik, wymachuj c do  

niego r kami, wrzasn ł:  

  - Mensch, Mensch, was machst du dort?  

  M czyzna z aparatem dopiero teraz spostrzegł,  e jest obserwowany.  

Drgn ł, a po chwili esesmani zauwa yli ju  tylko faluj c  kotar .  

  W tym samym momencie wartownik schodz cy ze słu by strzelił, celuj c w  

okno na pi trze. Pierwszy strzał roztrzaskał szyb , drugi trafił w ram   

okna. Szkło posypało si  na chodnik.  

  Drugi esesman ju  zd ył przebiec przez ulic  i wal c kolb , zacz ł  

dobija  si  do zamkni tej jeszcze bramy.  

  Niwi ski wybiegł z ciemni do poczekalni przychodni rentgenologicznej. Z  

oddali dobiegł go odgłos walenia kolb  o bram . Po piesznie przekr cił do  

ko ca rolk  aparatu fotograficznego, wyj ł zwini ty film i schował go do  

kieszeni. W półmroku szukał wzrokiem miejsca, gdzie mógłby ukry  płask   

lejk , w tej chwili ju  rozło on  na dwie połówki.  

  W k cie poczekalni zauwa ył wysoki piec kaflowy. Bez chwili wahania  

otworzył drzwiczki i dwie cz ci aparatu upchn ł w otwór paleniska. Na  

blach  posypał si  popiół.  

background image

  Łomot do bramy wzmagał si . Niwi ski jednym skokiem znalazł si  w  

przedpokoju, przekr cił gałk  yalowskiego zamku i wypadł na klatk   

schodow . Tutaj dobijanie si  do bramy i wołanie "aufmachen!" słycha  ju   

było bardzo wyra nie.  

  Niwi ski wbiegł na podest mi dzy pi trem a parterem, wyjrzał przez  

malutkie okienko. Na podwórku dostrzegł star  szop , drewniane rusztowanie  

do trzepania dywanów i wysoki mur odgradzaj cy podwórko od s siedniej  

posesji. Próba wyrwania ram nie powiodła si ; zbyt mocno przybite były  

gwo dziami do futryny. Bezradnie obejrzał si  za siebie i w tej samej  

chwili nad głow , na wysoko ci drugiego pi tra, usłyszał skrzypienie  

otwieranych drzwi, a potem kroki po stopniach. Zanim zdołał wykona   

jakikolwiek ruch, dojrzał schodz c  po stopniach piersiast , zdrow   

dziewuch , trzymaj c  w r ce ba k  na mleko.  

  Słu ca Wimmerów usłyszała wła nie dobijanie si  do bramy i mamroc c: -  

Zaraz, zaraz, nie pali si  - min ła zakr t schodów.  

  W tym momencie dostrzegła nieznajomego m czyzn .  

  - Jezus Maria! - krzykn ła i zrobiła ruch, jakby zamierzała uciec z  

powrotem na gór .  

  W dwóch skokach Niwi ski znalazł si  przy niej. Na dole esesmani w ciekle  

szarpali klamk  bramy.  

  - Jest tu jakie  tylne wyj cie? - Niwi ski mocno  cisn ł rami   

dziewczyny.  

  Odpowiedział mu przecz cy ruch głow . Słu ca była tak wystraszona,  e  

nie mogła wydoby  z siebie głosu.  

  - Kto tam mieszka na górze?  

  - No... Wimmer... doktór... - wyj kała wreszcie.  

  Klamka na dole załomotała jeszcze dwa razy i nagle zapanowała cisza.  

  - Szukaj  mnie - powiedział Niwi ski.  

  Dziewczyna wlepiła w niego okr głe z przera enia oczy.  

  - Nie jestem złodziejem - znów  cisn ł jej pulchne rami . - Czy  

rozumiesz, dlaczego mnie szukaj ...?  

  Niepewnie potakn ła głow . Ale po chwili jakby co  do niej dotarło. Raz  

jeszcze spojrzała na obcego jej m czyzn  i w tym momencie dojrzało w niej  

jakie  postanowienie. Chwyciła Niwi skiego za r k  i poci gn ła za sob  na  

gór . Bezwiednie wspinał si  za ni .  

  Na drugim pi trze otworzyła drzwi opatrzone wizytówk  K. Wimmer -  

Privatwohnung i wci gn ła go do obszernego przedpokoju, z którego kilka par  

oszklonych drzwi rozchodziło si  w ró ne strony. Dziewczyna wepchn ła go do  

kuchni. Tu za barchanow  zasłon  przysłaniaj c  wej cie do wn ki znajdowała  

si  słu bówka, a w niej rozbabrane, nie zasłane jeszcze łó ko.  

  - Rozbieraj si ! - rozkazała dziewczyna.  

  Niwi ski kompletnie ogłupiały stał z bezradnie opuszczonymi r kami.  

  Dziewczyna natomiast w po piechu zrzucała z siebie palto,  ci gała  

pilotk  z głowy, pozbywała si  sweterka. Widz c wahanie Niwi skiego,  

szepn ła:  

  - Spałe  tu. Spałe  cał  noc...  

  Zrozumiał. W okamgnieniu  ci gn ł z siebie ubranie. Po chwili le eli ju   

obok siebie przykryci pierzyn . Dziewczyna obejmowała Niwi skiego za szyj   

i udawała,  e  pi.  

  - Ja nazywam si  Hela - szepn ła mu prosto w ucho. - A ty?  

  - Władek.  

  - Władek?  

  - Nie, Tadek, Tadeusz... - sprostował Niwi ski i spod przymru onych  

powiek wpatrywał si  w faluj c  zasłonk  oddzielaj c  kuchni .  

  Dobijanie ponowiło si  znowu, ale tu, w słu bówce Wimmerów, było ledwie  

słyszalne.  

  - Miałam i  po mleko i napali  w piecach na dole - szepn ła Hela - ale  

raz wolno mi zaspa , nie? Z chłopem. - Mimo całego zdenerwowania,  

background image

wyra aj cego si  w po piesznym falowaniu obfitego biustu, za miała si   

cichutko.  

  - Jak b dziesz pali  w piecu na dole... - zacz ł Niwi ski.  

  - Co tam?... - przerwała mu.  

  - Uwa aj. Zostawiłem co ... w popielniku. Zgarnij wszystko do kubła.  

  - O Jezu! - wystraszyła si  znowu. - Rewolwer?  

  - Nie.  

  - Na pewno?  

  - Słowo.  

  W tej chwili trzasn ły drzwi w kuchni i usłyszeli czyje  kroki. Hela  

mocno zacisn ła powieki, staraj c si  opanowa  nierówny, przy pieszony  

oddech.  

  - Helena, Helena! - dobiegł głos Wimmera. - Trzeba bram  otworzy .  pisz  

jeszcze?  

  Niwi ski spojrzał: zasłona oddzielaj ca słu bówk  od kuchni rozsun ła si   

i w otworze wn ki stan ł rozespany Wimmer.  

  - Helena, mleko przywie li. Dlaczego... - urwał, spostrzegłszy głow   

m czyzny obok głowy słu cej. A kiedy pierwszy szok min ł, wrzasn ł: - Co  

to ma znaczy ?!  

  Helena rozespana siadła na łó ku. Na widok Wimmera wydała okrzyk  

przera enia i nieudolnie starała si  naci gn  róg pierzyny na głow   

Niwi skiego. Odegrała t  rol  znakomicie.  

  - O Jezu, zaspałam! - przemówiła z udanym przera eniem.  

  Wysun ła r k  spod betów i si gn ła po spódniczk .  

  Wimmer jeszcze nie ochłon ł całkowicie.  

  - No, Helena, porozmawiamy jeszcze - mrukn ł, wycofuj c si  do kuchni,  

sk d gło no zawołał: - Elzo, Elzo! Komm schnell!  

  Helena, ogarn wszy si  troch , po pieszyła za Wimmerem. Z dołu wci   

dobiegało dobijanie si  do bramy.  

  - Kto to? - spytał Wimmer, wskazuj c w kierunku Niwi skiego.  

  - O matko! A kto ma by ? Chłop - wzruszyła ramionami i si gn ła po ba k   

na mleko.  

  - Brama! - rozkazał Wimmer. - A potem porozmawiamy sobie...  

  Kiedy Helena znikn ła w przedpokoju, doktor Wimmer, ju  całkowicie  

opanowany, szarpn ł zasłonk . Niwi ski siedział na brzegu łó ka i  

wdziewaj c buty, z t pym wyrazem twarzy spojrzał na Wimmera.  

  - Rozumie  niemiecki? - spytał doktor.  

  Niwi ski, u miechaj c si  głupawo, zaprzeczył ruchem głowy.  

  - Raus! Raus! - Wimmer rozkazuj co wskazał palcem na wyj cie.  

  W tej samej chwili wpadła do kuchni wzburzona Helenka.  

  - Panie doktorze! O Jezu! To nie mleko... O Matko cudowna... Do gabinetu  

si  wdzieraj ! Musiałam im otworzy ...  

  - Komu? Himmelgott!  

  Wimmer miał do  tych niespodzianek i jak bomba wypadł na schody.  

Rozbudzona ju  Wimmerowa - za nim. Kiedy znikn li za otwartymi drzwiami  

przychodni, na klatce schodowej pojawił si  Niwi ski i błyskawicznie zbiegł  

na dół. Po chwili słycha  ju  było tylko skrzypni cie bramy.  

  Helenka z kubłem na popiół i łopatk  zeszła na pierwsze pi tro do  

przychodni. Zastała tam istne piekło. Dwóch esesmanów miotało si  po  

gabinecie zagl daj c pod brezenty przykrywaj ce w ciemni aparatur   

rentgenowsk , zdzieraj c zasłony z okien. Wimmer nie odst pował ich ani na  

krok, dr c si  wniebogłosy.  

  - Co to wszystko ma znaczy , do diabła?! Ja natychmiast id  do komendanta  

policji. Jakim prawem! Jestem Niemcem... Ja  dam...  

  I tak w kółko. Helenka przykl kła przed piecem w poczekalni i szufladk   

zacz ła wygarnia  popiół do wiaderka. Połówki aparatu fotograficznego  

uderzyły o dno kubła. Dziewczyna natychmiast przysypała je now  porcj   

popiołu.  

background image

  Hałas oczyszczania pieca  ci gn ł do poczekalni Wimmerów.  

  - Zaraz b dzie ciepło - uspokajaj co powiedziała Helenka. - Tylko popiół  

wyrzuc  i napal . - Wzi ła wiaderko do r ki i wyszła na klatk  schodow .  

  W tym czasie Niwi ski był ju  na dworcu kolejowym. W ostatniej chwili  

zd ył wskoczy  do poci gu wyruszaj cego wła nie w kierunku Katowic.  

Jedynym adresem na ziemiach przył czonych do Reichu, który znał, i jedynym  

miejscem, gdzie mógł si  spodziewa  schronienia oraz pomocy, był dom jego  

dawnego kaprala, Kurasia.  

  W tym samym czasie, gdy Niwi ski szukał dogodnych poł cze  kolejowych z  

Katowic na Pomorze, z Wałcza wracał do Warszawy konfident Gor czko, wioz c  

swym mocodawcom informacje o oficerze konwojuj cym we wrze niu tajne  

kasety. Według szczerych wyzna  kierowcy Bugajczyka, oficer ten w stopniu  

kapitana nazywał si  Tadeusz Miszczyk i pi tnastego dnia wojny poległ na  

terenach zabu a skich, gdzie obecnie przebywali Rosjanie. Major Heinckes,  

tak energicznie prowadz cy  ledztwo w tej sprawie, stropił si  t   

wiadomo ci ; wraz ze  mierci  Miszczyka urywał si  bowiem dalszy  lad po  

bezcennych kasetach. Na wszelki wypadek odnalazł jednak wdow  po kapitanie,  

pani  Maryl  Miszczykow , i zlecił starann  jej inwigilacj .  

  Nie mógł wiedzie ,  e jego koledzy z O wi cimia w tych dniach tak bliscy  

byli pochwycenia człowieka o nazwisku Tadeusz Miszczyk.  

  Oficer prowadz cy dochodzenie w sprawie tajemniczego osobnika  

fotografuj cego plac przyszłego obozu, po dokładnym przesłuchaniu  

wszystkich domowników Wimmera, rozmawiał wła nie z rejestratork , pann   

Trud  Lipowsky.  

  - Panno Lipowsky. Sprawa jest bardzo powa na. Tylko wy dwoje, pani i  

doktor, dysponujecie kluczami. Tymczasem był tu kto  trzeci, kto , kto  

dostał si  do przychodni bez włamania, bez hałasu. Zamki były nie  

naruszone, słu ca otworzyła wartownikom drzwi kluczem pana Wimmera ju  po  

incydencie.  

  - Je eli pan pozwoli, mam własn  teori  dotycz c  tego, w jaki sposób ten  

człowiek dostał si  tutaj. Klucza w ka dym razie nie potrzebował.  

  - Tylko? - zaintrygowany uwa niej spojrzał na Trud .  

  - Był gdzie  ukryty, kiedy opuszczali my z doktorem gabinet.  

  - Brawo! A zatem? W jaki sposób mógł si  ukry ?  

  - Mo e do ciemni weszło dwóch, a wyszedł tylko jeden. Doktor Wimmer mógł  

tego nie spostrzec, w ciemni panuje zupełna noc.  

  - A zatem b dzie to kto  z wczorajszych pacjentów?  

  - Przygotowałam ju  wykaz dla pana.  

  Panna Truda si gn ła po arkusz wypełniony nazwiskami i podała go  

oficerowi. Gestapowiec długo wertował list .  

  - Ostatni był Miszczyk, tak? Tadeusz?  

  - Ale jego doktor ju  nie prze wietlał. Było bardzo pó no i pacjent  

zrezygnował.  

  - Jego karta!  

  Oficer wyci gn ł r k  w stron  panny Trudy. Przez chwil  grzebała w  

skrzyneczce z kartami rejestracyjnymi, wreszcie wyci gn ła wła ciw . Oficer  

rzucił na ni  okiem i stwierdził:  

  - Miejscowy, jego zawsze zd ymy sprawdzi . Pozna go pani?  

  - Oczywi cie.  

  Gestapowiec cofn ł si  do korytarza i przywołał Wimmera. Lekarz pojawił  

si  natychmiast.  

  - Czy pozna pan wczorajszego ostatniego pacjenta?  

  - Szczerze mówi c, nie - przyznał Wimmer. - Widziałem go tylko w ciemni.  

  Oficer krzykn ł co  i z gł bi poczekalni zjawił si  gestapowiec ubrany po  

cywilnemu. Oficer wr czył mu kart  Miszczyka.  

  - Sprowadzi pan tego człowieka - rozkazał.  

  - Tutaj?  

  - Nie. Do nas, do wydziału. Niedługo tam b d , porozmawiam tylko jeszcze  

background image

ze słu c . Poprzez szklany, spadzisty dach szklarni przebijało zimowe  

sło ce. Wewn trz szklarni ci gn ły si  długie rz dy skrzynek wypełnionych  

ziemi , z której wyrastały ju  zielone listki warzyw. Ogrodnik Siemi ski z  

małymi grabkami i sekatorem spulchniał ziemi  i wyrywał chwasty.  

  Nagle drzwi otworzyły si  z trzaskiem, buchn ła przez nie para i do  

rodka wbiegła zdyszana Basia Białasówna.  

  - Drzwi! Zamknij drzwi! - krzykn ł Siemi ski.  

  Basia zignorowała to polecenie i dopadła do ogrodnika.  

  - Wujku... - uczepiła si  r kawa jego kurtki.  

  - Drzwi, mówi . Mróz. Tu pieni dze rosn . - Wyrwał r kaw z jej dłoni i  

poszedł przymkn  drzwi.  

  Basia pobiegła za nim i znów przytrzymała go za kurtk .  

  - Gestapo! - wykrztusiła wreszcie.  

  Siemi ski w jednej chwili złagodniał.  

  - O co chodzi?  

  - Byli ju  w domu, pytaj  ludzi. Szukaj  Tadeusza. Wujku...  

  - Niemo liwe. Prahl wzi ł w łap . Co ty my lisz,  e ja dlatego...  e za  

tamto...  

  - Jego nie dlatego szukaj . Cał  noc truchlałam... Ale je eli go szukaj ,  

to znaczy,  e go nie złapali! Bo e...  

  Siemi ski spojrzał na dziewczyn  niespokojnie.  

  - O czym ty mówisz?! Dlaczego mieli go złapa ?  

  - Niech wuj o nic nie pyta, ale... To kwestia  ycia i  mierci. Wuj  

zwolnił go, jeszcze wczoraj... On wyjechał, wczoraj rano wyjechał... Wuj go  

zwolnił...  

  - Ja? - ogłupiały ogrodnik coraz podejrzliwiej przygl dał si  Basi.  

  - Co ty kombinujesz?  

  - Ja błagam!  

  - Gdzie on jest?  

  - Nie wiem... nie wiem... Mo e ju  nie wróci...  

  - Nie ma go? No, dobrze. Mógłbym odpowiedzie  pi knym za nadobne... Ale  

ja jestem człowiekiem. Zapami taj to sobie. No, dobrze, gdzie oni s ?  

  Po godzinie, doprowadzony wraz z Basi  na gestapo, zeznawał przed  

oficerem  ledczym.  

  - A dok d wyjechał? - spytał oficer.  

  - Gdzie  do rodziny pewnie. Nie wiem - Siemi ski rozło ył r ce. - Nie  

wiem.  

  - Sk d pochodził?  

  - A czy ja, panie kapitanie, pytam o takie rzeczy? Robotnik, i to  

sezonowy. U mnie ludzi do pracy zawsze trzeba. Zgłosił si , to przyj łem.  

  - Wczoraj wyjechał? Tak nagle?  

  - Ja powiem, dlaczego - wtr ciła si  Basia. - Domy lam si . Jego do  

Arbeitsamtu wzywali. Bał si . Tak przypuszczam...  

  - Tak jest - skwapliwie potwierdził Siemi ski. - O, a to jego rzeczy. Ten  

pan, co nas tu przyprowadził, kazał to wszystko wzi  ze sob . I jeszcze  

inne jego drobiazgi... - wyci gn ł z kieszeni marynarki jakie  owini te w  

gazet  papiery.  

  Oficer przegl dał je uwa nie, wreszcie wzi ł do r k mał  fotografi .  

  - To jego zdj cie? - spytał.  

  - Tak jest. Do ausweisu wyrabiał - potwierdził ogrodnik.  

  Oficer wstał zza biurka i nie wypuszczaj c z dłoni małego zdj cia  

skierował si  ku drzwiom. Uchylił je i krzykn ł w gł b drugiego pokoju:  

  - Jest tam jeszcze ta Kwapik? Przyprowadzi !  

  Wrócił za biurko, a Siemi ski, chc c gadulstwem pokry  zdenerwowanie, nie  

pytany zacz ł opowiada :  

  - Jeszcze ja mówi , człowiecze, w Niemczech lepiej miał b dziesz, jak u  

mnie: Zgło  si , mówi . Niejeden pojechał i dobrze ma. A u mnie, jak to u  

ogrodnika, nie  pi si  noc , pod tym kotłem pali  trzeba na okr gło. Kwiat  

background image

- jak to kwiat. Nie wiem, czy pan kapitan widział. Na sylwestra  

dostarczałem... Wszystkie mojej hodowli.  

  Oficer ni to słuchał, ni to zaj ty był przegl daniem papierów, wreszcie  

podniósł głow , bo do pokoju wprowadzono słu c  Wimmera, Helenk  Kwapik,  

która ju  od drzwi pytała:  

  - Jeszcze co ? Bo ja z obiadem nie zd

 dla mojego pa stwa...  

  - Podejd cie tutaj - oficer kiwn ł na ni  palcem. - To ten? - wskazał na  

przyniesion  przez ogrodnika fotografi .  

  Helenka popatrzyła na Siemi skiego i na Basi , potem podsun ła zdj cie  

blisko do oczu.  

  - Ten, jak  ywy! - krzykn ła.  

  Oficer waln ł otwart  dłoni  w biurko.  

  - Kłamiesz! Ten wczoraj jeszcze wyjechał. S   wiadkowie. Helenka  

autentycznie ju  wystraszona, patrz c nic nie rozumiej cym wzrokiem na  

ogrodnika i Basi , płaczliwym głosem ci gn ła:  

  - Ludzie, dlaczego tak  wiadczycie, przecie ... przecie  sam pan Wimmer  

widział...  

  - Niemo liwe - przerwała Basia. - Wyjechał! Nie mogła go pani widzie ...  

  - Jakie widzie ?! - zawodziła zrozpaczona Helenka. - Spał ze mn ! Ludzie!  

Sam pan Wimmer mnie na tym przyłapał.  

  - Na czym?! - To pytanie ledwo wydobyło si  z ust Basi, która a  uniosła  

si  z krzesła.  

  - Na czym, na czym... - Helenka nabrała nieco pewno ci siebie. - Chyba  

osoba jest na tyle dorosła,  eby wiedzie , co chłop robi pod kołdr  z  

dziewczyn ... O Jezu,  e ja si  dałam namówi ! - j czała znowu. - Ale b d   

teraz uwa a . O matko! Potrzebne mi to było...  

  Basia osun ła si  na krzesło i zdruzgotana szeptała do siebie:  

  - Niemo liwe, niemo liwe...  

  Oficer przerwał gwałtownie:  

  - Dosy ! Kiedy do ciebie przyszedł?  

  - Z wieczora - Helenka znowu zacz ła si  maza .  

  - Był cał  noc?  

  - Calutk . A  nas pan Wimmer przyłapał, przecie  sam mówił...  

  Siemi ski poło ył sw  dło  na r ce Basi, jakby chciał powiedzie : uspokój  

si , takie jest  ycie...  

  - Jak si  nazywał? Wiesz? - dopytywał oficer.  

  - Po nazwisku?  

  Basia z nadziej  spojrzała na Helenk .  

  - Nie wiem. A na imi  raz mówił Tadek, raz Władek, jak to we flircie,  

nie?  ebym zgadywała...  

  Tego ju  Basia nie wytrzymała i wybuchn ła gwałtownym płaczem.  

  Oficer zerkn ł na ni  ukradkiem, u miechn ł si  nieznacznie i spytał:  

  - To pani narzeczony? Gratuluj  wierno ci. - Wstał zza biurka i ko cz c  

przesłuchanie dodał: - No,  egnam. Miasta nie wolno opuszcza . B dziecie  

jeszcze obie potrzebne, jak ptaszek si  odnajdzie.  

  Miał niepłonn  nadziej ,  e zbiega uda si  szybko pochwyci . Nie  

wiedział,  e nie znany mu i wci  uparcie w sz cy w Warszawie major  

Heinckes z Abwehry otrzymał wła nie z gestapo telefon, który nadziej  na  

zatrzymanie Miszczyka przemieniał w pewno . Obersturmbannfuhrer Kliefhorn  

z warszawskiego gestapo obwie cił Heinckesowi krótko:  

  - Miszczyk  yje!  

  - Niemo liwe!  

  - Nie tylko  yje, ale zdaje si ,  e ju  go mamy, Moi ludzie zdj li  

wła nie jakiego  człowieka, który przybył do  ony Miszczyka. Opowiada  

ciekawe rzeczy...  

   

  Lekcje geografii  

   

background image

  W kwadrans po otrzymaniu alarmuj cego telefonu major Heinckes był ju  na  

Szucha w gabinecie obersturmbannfuhrera Kliefhorna. Ledwie przest pił próg,  

ju  gor czkowo pytał:  

  Kto to taki?  

  Kliefhorn zajrzał do akt i po chwili odpowiedział:  

  - Niejaki Kulpi ski. Organista czy te  ko cielny ze wsi Owczary.  

  - Gdzie to jest?  

  - Na Podkarpaciu. Dzi  rano odwiedził Miszczykow . Moi ludzie nie  

przeszkadzali mu w tej wizycie, zdj li go dopiero po wyj ciu.  

  - Chciałbym mówi  z tym człowiekiem - rzucił ostro Heinckes.  

  - Zarezerwowałem go wył cznie dla pana, tak jak pan sobie  yczył. Nie le  

pracujemy? - Obersturmbannf~uhrer wyra nie oczekiwał pochwały.  

  - W ka dym razie szybko - przyznał Heinckes. - Czy... z uwagi na to  

zamiłowanie panów do szybkiego działania, ten człowiek jest jeszcze w  

stanie w ogóle mówi ?  

  - Mówi bardzo du o i ch tnie.  

  Kliefhorn nie przesadził. Ko cielny z Owczar, pocz tkowo mocno  

zal kniony, do  szybko doszedł do równowagi. Dobrze usposobiło go  

uspokajaj ce i grzeczne zapewnienie Heinckesa, który ju  na wst pie  

oznajmił:  

  - B dziemy rozmawiali po polsku, panie Kulpi ski. Niech pan si  niczego  

nie l ka, bo nast piło małe nieporozumienie i b dzie pan mógł wkrótce  

wróci  do domu. Niech pan siada. Zapali pan?  

  Wyci gn ł papiero nic .  

  - Bóg zapła , ale papierosy szkodz . Ksi dz proboszcz dymi jak komin,  

organista z g by cygaretki nie wyci ga, a ja jako , chwali  boga...  

  - A jak zdrowie ksi dza proboszcza? - zainteresował si  Heinckes.  

  - Bóg zapła .  

  - Jak nazwisko?  

  - Kulpi ski.  

  - Ksi dza, ksi dza nazwisko?  

  - Pyclik.  

  - Ano wła nie. A wi c to ksi dz Pyclik wysłał pana a  do Warszawy? Kawał  

drogi. Tłok na kolejach. Po có  to?  

  - A gdzie by mnie ksi dz wysyłał! Tak tylko, przy okazji, mówi, b dzie  

Kulpi ski w Warszawie u brata... Bo ja do brata, panie pułkowniku... Nie  

wiem, czy szar y nie pomyliłem, bo w obecnym czasie jakby dystynkcje inne.  

Jak jeszcze byłem w Austrii oberfeuerwerker, w szóstej Karpatenregiment, to  

nasz oberst nosił...  

  Heinckes przerwał mu łagodnie, bez zniecierpliwienia.  

  - Tak, wiem. Wi c pan ma brata w Warszawie?  

  - Alojzy. Rymarzem jest. Powiedzie  adres?  

  - To pó niej. A wi c odwiedził pan brata, a przy okazji ksi dz kazał panu  

wst pi  do pani Miszczykowej, prawda?  

  - Prawda to jest, ale nie po kolei. Bo główna rzecz, mówi ksi dz  

proboszcz, Bo e Narodzenie idzie, komunikantów nie mamy, opłatków nie ma z  

czego robi , wi c mówi, do kurii Kulpi ski zajdzie, mo e odst pi .  

  - Jak to?  wi ta ju  za nami, Nowy Rok za trzy dni, a pan w Warszawie  

został? - dziwił si  Heinckes.  

  - No bo, panie pułkowniku, komunikantów w kurii te  nie za bardzo,  

bryndza i u nich. To po co miałem wraca ? T  wili  z bratem i z bratow   

sp dziłem. Ale co to za  wi ta w mie cie! Ryba jak z bek czosnku...  

  - A sk d zna pan pani  Miszczykow ?  

  - Ja, sk d znam? Tak j  pierwszy raz widz , jak pana widz .  

  - Rozumiem. To ksi dz j  zna, tak?  

  - Mój ksi dz?  

  - Miał przecie  jak  przesyłk  dla niej.  

  - Mie , miał, ale  eby j  znał, to nie wierzcie w to, panowie.  adn   

background image

miar . Ludzie wida  plot  bez zastanowienia. A ju   eby osobie duchownej  

znajomo  z bab  przypisa , to bardzo ch tnie nawet plot . A jeszcze jak  

baba ma na czym usi

, jak to si  mówi, i czym oddycha , a pani  

Miszczykowa to owszem... No, co zreszt  b d  mówił... to gołym okiem wida .  

Ludzie mog  powiedzie  byle co... A prawda jest taka,  ebym si  z tego  

miejsca nie ruszył,  e oba my z ksi dzem znali, ale m a tej pani. To  

owszem, kłama  nie b d .  

  - Bywał u was, czy jak?  

  - Nie bywał, a raz bywn ł, i tyle my go widzieli. Ale drobiazgi po nim  

zostały, papiery, a  e w czasie wojennym był, no i... pojechał nie wiadomo  

dok d, ksi dz po chrze cija sku postanowił jako  t  rodzin  pana Miszczyka  

powiadomi ,  e nieszcz cie si  stało.  

  - A có  to za nieszcz cie?  

  - E, pan pułkownik  artuje, a sam dobrze wie. Przecie  tego pana  

Miszczyka, jeszcze z dwoma innymi, od nas z plebanii wasi zabrali.  

  - Jacy nasi?  

  -  andarmi. Jeden d bowy taki, fest chłop, pod w sikami, drugi mniejszy,  

blondyn. Co by tu jeszcze o nich powiedzie ...  eby okre li ... Nie patrzył  

człowiek, bo zamieszanie było, wszystko eins, zwei, schneller, schneller.  

Najlepszy dowód,  e ten pan Miszczyk nawet płaszcza nie zd ył zabra , a  

tam w kieszeni te wła nie papiery były.  

  - Kiedy to si  wszystko zdarzyło?  

  - Dzie ? Dokładnie?  

  - Tak. To bardzo wa ne.  

  - To bym pomy le  musiał. Fakt faktem,  e ju  po padni ciu niepodległo ci  

to było. Taaak... Koniec wrze nia, tak jako ...  

  - A nazwiska tych dwóch, którzy razem byli?  

  - Nie powiem panu tego. Nie,  ebym nie chciał, bo dusz  i sercem słu ,  

ale nie wiem, bo nie wiem. Jedn  noc u nas byli.  

  Wiadomo ,  e Miszczyk  yje i  e w dodatku przebywa w r kach niemieckich,  

roz mieszyła wprost majora Heinckesa. Nale ało jedynie sprawdzi  wszystkie  

wi zienia, areszty  ledcze oraz obozy dla oficerów, co przy wspaniale  

funkcjonuj cej administracji niemieckiej było prawdziwym drobiazgiem.  

Niestety, z  adnych z tych miejsc nie nadeszła dla majora Heinckesa  

pocieszaj ca wiadomo . Nikt nigdzie  adnego Tadeusza Miszczyka nie wi ził,  

nie internował, nie aresztował.  

  Raz jeszcze major zdecydował si  posłu y  Gor czk  i wysła  go na  

Podkarpacie dla sprawdzenia wiarygodno ci zezna  ko cielnego. Ale z  

Gor czk  działy si  w ostatnich dniach rzeczy dziwne. Major nie wiedział,  

e fala aresztowa , jaka nast piła po masakrze w Wawrze, zagarn ła równie   

i brata Gor czki, Kazimierza, który mieszkał wprawdzie w Aninie, ale  

represje obj ły cał  okolic  Wawra, nawet si gn ły rogatek Grochowskiej.  

Sam Gor czko dowiedział si  o uwi zieniu brata dopiero nazajutrz, kiedy  

zrozpaczona bratowa, po całej nocy daremnych wyczekiwa  na powrót m a,  

przybyła do niego z błaganiem o pomoc. Gor czk  zaskoczyła ta wiadomo ,  

ale ku zdziwieniu bratowej, zachował spokój i obiecał spraw  załatwi .  

  Natychmiast poł czył si  telefonicznie z Kliefhornem i uzyskał  

przyrzeczenie posłuchania. Gdy Gor czko dzwonił, Kliefhorn akurat rozmawiał  

z Heinckesem.  

  - Pa ski Gor czko - powiedział - niedługo tu b dzie.  

  - Nie dotrzymał pan jednak słowa, Kliefhorn. Prosiłem.  

  - Sam dzwonił. Ma spraw . Powa n .  

  - Chyba  e tak - zgodził si  Heinckes. - Niech mu pan ułatwi, co trzeba.  

I na tym koniec. Ju  panu mówiłem,  e to nasz człowiek, nie wasz.  

  - S  sprawy, panie majorze - u miechn ł si  Kliefhorn - które mimo  

podziału naszych kompetencji nie powinny pozostawa  nie wyja nione. Tak si   

zło yło,  e wła nie on mo e mi da  klucz do wrogów Rzeszy.  

  - On mi jest jeszcze potrzebny - powiedział Heinckes. - Niech mi go pan  

background image

nie zniech ca.  

  - Nie rozumiem.  

  - Gor czko nie jest, oczywi cie, kryształowym człowiekiem, inaczej nie  

byłby zdrajc . Tylko widzi pan, jemu si  wci  zdaje,  e on tym zdrajc  nie  

jest. Nie wyprowadzam go z bł du.  

  - On nie wie? - zdziwił si  Kliefhorn. - Jest bardzo gorliwy.  

  - Powiem panu. To ideowiec.  

  Kliefhorn roze miał si .  

  - Tak, tak - potwierdził Heinckes. - Na tym koniku jad  ju  z nim od  

ładnych paru lat. Jego interesuje wył cznie walka z komunistami. Dokumenty,  

których teraz szukamy i które miał przej , zawieraj  spis polskiej  

defensywy na terenie Rzeszy.  

  - Wiem o tym.  

  - Ale on o tym nie wie - u miechn ł si  tym razem Heinckes. Powiedziałem  

mu,  e akta te zawieraj  spis defensywy, ale rosyjskiej, któr  rzekomo  

wywiad polski znał. Tak nie było, ale mo liwe,  e mogło tak by . Wie pan  

przecie ,  e Polacy obł dnie obawiali si  Rosji i wysiłki ich wywiadu szły  

wył cznie w tamtym kierunku.  

  - Całe szcz cie - wtr cił Kliefhorn.  

  - Widzi pan,  e Gor czko szuka czego innego i ja szukam czego innego,  

cho  obaj tropimy te same dokumenty.  

  - Pomysłowe, przyznaj  - roze miał si  Kliefhorn.  

  - Z ka dym człowiekiem trzeba post powa  inaczej, niech mi pan wierzy.  

Donosiciela i agenta nie zrobi pan z niego.  

  - Chyba go pan jednak przecenia - u miechn ł si  Kliefhorn. - Sam tu  

przyszedł i pokazał donos na siebie.  

  - Ale przez kogo pisany? Przez volksdeutscha. Nie, nie, panie  

obersturmbannf~uhrer, Gor czko to oczywi cie kanalia, ale mimo wszystko  

czuje si  Polakiem.  

  Kiedy Gor czko zjawił si  podniecony, w gabinecie nie było ju  Heinckesa.  

Pokrótce wyjawił cel swej wizyty i bez ogródek zwrócił si  o interwencj .  

  Tak, to przykre - przyznał beznami tnie Kliefhorn. - Niestety, wyje d am  

na par  dni z Warszawy. To pa ski rodzony brat?  

  Gor czko odpowiedział skinieniem głowy.  

  - Przykro, bardzo przykro - powtórzył Kliefhorn oboj tnie, wygl daj c  

przez okno. - I  e te  to akurat pa ski brat...  

  - Gdzie go trzymaj  w tej chwili?  

  Kliefhorn odwrócił wzrok od okna.  

  - To da si  łatwo ustali  - powiedział. - To mog  dla pana zrobi . To  

mog  - podkre lił jeszcze raz i skierował si  do drzwi wiod cych do  

sekretariatu.  

  Pozostawił te drzwi uchylone, tak by Gor czko mógł słysze , co mówił do  

swego adiutanta.  

  - Sprawdzi mi pan natychmiast. Kazimierz Gor czko. Podejrzany o udział w  

zamachu na  ycie Niemców w Wawrze... Natychmiast meldowa .  

  Powrócił za biurko nie patrz c na Gor czk . Ten za  wyrzucił po piesznie:  

  - Mój brat nie mo e by  o to podejrzany. Nie było go wówczas w domu.  

  - W takim razie nie ma powodu do niepokoju.  

  - Zabrano go z domu dopiero nazajutrz. Zreszt , w ogóle nie mieszka nawet  

w Wawrze, a w Aninie.  

  - Daruje pan, ale to niczego nie dowodzi - wtr cił do  oboj tnie  

Kliefhorn. - Pan Dymitrow mieszkał w Sofii, a podpalił Reichstag w  

Berlinie.  

  - Mój brat nie miał z tym nic wspólnego! - zawołał Gor czko, coraz  

bardziej zdetonowany oboj tno ci  Niemca. - Był w tym czasie w Warszawie.  

  - Tym lepiej.  ledztwo na pewno wyka e jego niewinno , je eli jest tak,  

jak pan wła nie twierdzi. Niepotrzebnie si  pan niepokoi.  

  - Tam... - Gor czko nerwowo szukał papierosów - tam wielu ludzi nie miało  

background image

z tym nic wspólnego. I ju  nie  yj .  

  - Sk d pan wie,  e nie miało? Pan był przy tym?  

  Zapadło pełne napi cia milczenie. Nagle Kliefhorn roze miał si  i  

jowialnie poklepał Gor czk  po ramieniu.  

  - Och, pan ma wspaniałe alibi. I niezłego  wiadka. W mojej osobie.  

Przecie  pan był w tym czasie tutaj, nieprawda ? Mo e pan na mnie zawsze  

liczy .  

   miał si  jeszcze przez chwil  bardzo ubawiony.  

  - Powa nie mówi c - powiedział - współczuj  pa skiemu bratu. Ten akt  

polskich terrorystów musi by  pomszczony. Cho by dla przykładu. Chyba pan  

to rozumie. Je eli zarzut udziału ci y na pa skim bracie...  

  - Panie obersturmbannf~uhrer, ja r cz !  

  - To mnie pociesza. Pan chyba nie w tpi w niemieck  sprawiedliwo ?  

Przyznaj , bywa surowa, ale to wojna. Je eli brat pa ski b dzie oczyszczony  

z zarzutów... Ale to ju  nie ode mnie zale y. Co mogłem, zrobiłem dla pana.  

B dzie pan miał wiadomo .  

  Gor czko skin ł głow , ni to dzi kuj c, ni to przytakuj c słowom, które  

usłyszał. Kliefhorn wi c dodał:  

  - Nie oczekiwałem,  e mi pan podzi kuje, bo domy lam si ,  e liczył pan  

na co  wi cej z mojej strony. No, niestety - rozło ył r ce - na tym  

etapie... Zreszt , zrobiłem co  jeszcze dla pana.  

  Gor czko spojrzał pytaj co.  

  - Pan si  nie domy la? - spytał Kliefhorn. - A przecie  nie poruszam ju   

sprawy tej kobiety, która dostarczyła panu anonim. Pan sobie chyba tego  

yczył, o ile wiem. Uszanowałem to. Przyznaj , na specjaln  pro b  majora  

Heinckesa. Zadowolony pan?  

  Gor czko przygryzł wargi; Kliefhorn brał odwet za brak gorliwo ci ze  

strony agenta Abwehry.  

  - A szkoda - ci gn ł dalej Niemiec - poniewa  przypadki przechwytywania  

korespondencji mno  si  coraz bardziej. Ju  w dziesi ciu wypadkach  

przychodzili my za pó no, bo podejrzani zostali w por  ostrze eni. Szkoda,  

powtarzam,  e nie chce nam pan pomóc - ponownie rozło ył r ce.  

  - Kto wie, co to była za kobieta. Nie ma pewno ci,  e pracuje wła nie na  

poczcie.  

  - Oczywi cie - przyznał Kliefhorn. - T  pewno  tylko pan mógłby  

potwierdzi . Ale ja pana rozumiem... Czy co  jeszcze ma pan do mnie? -  

spojrzał na zegarek i podniósł si  zza biurka.  

  Gor czko nie ruszył si  ze swego krzesła. My lał.  

  - A gdybym obszedł te urz dy pocztowe? - wykrztusił wreszcie z siebie  

pytanie.  

  - Z pozytywnym rezultatem? - uzupełnił to pytanie Kliefhorn.  

  - Za to przecie  nie mog  r czy .  

  - Oczywi cie. Podobnie, jak ja nie mog  r czy  za uwolnienie pa skiego  

brata. Nie od nas dwóch, nieprawda , zale  te sprawy. Ale na dobr  wol   

mog  odpowiedzie  tym samym.  

  - Dobrze - o wiadczył nagle Gor czko. - Znajd  j .  

  -  ałuj ,  e nie mam takiego brata, jak pan - powiedział Kliefhorn. -  

Doprawdy, mo na na pana liczy , doprawdy. Pan wła ciwie ju  podpisał  

zwolnienie bratu.  

  Kliefhorn odprowadził go a  do drzwi.  

  - I prosz  nie  ali  si  majorowi Heinckesowi - powiedział na po egnanie  

-  e pana do czegokolwiek zmuszałem. To była pa ska inicjatywa.  

  Po wyj ciu Gor czki, adiutant Kliefhorna, który od dłu szego ju  czasu  

trzymał w r ku słu bow  notatk , podał j  wreszcie zwierzchnikowi. Ten  

przebiegł szybko wzrokiem jej tre  i skrzywił si .  

  - Ju ? - spytał. - Tak pr dko?  

  - Tak jest - zameldował adiutant. - Razem z pi tnastoma innymi. Dzi  w  

południe.  

background image

  Kliefhorn zerkn ł mimowolnie w stron  drzwi, za którymi znikn ł przed  

chwil  Gor czko, i wzruszył ramionami.  

  - No, có  - mrukn ł. - Nie moja wina. Opieszalstwo. Opieszalstwo ze  

strony pana Gor czki. Mógł by  dzi  u mnie z samego rana.  

  - To był jego brat? - spytał adiutant.  

  Ale nie doczekał si  odpowiedzi szefa. Kliefhorn podarł notatk  i wrzucił  

do kosza. -  

  Gor czko wynaj ł na cały dzie  doro k  i kazał si  wozi  od poczty do  

poczty, a  to zdziwiło starego sałaciarza. Wyczekuj c pod budynkami urz dów  

pocztowych widział, jak jego pasa er podchodził do wszystkich okienek,  

przygl dał si  pracuj cym urz dniczkom, a nawet, udaj c filatelist   

poszukuj cego wycofanych znaczków, wchodził na zaplecze, do sortowni  

pocztowych.  

  Pó nym popołudniem Gor czko odnalazł wreszcie pani  Zofi . Wrócił do  

doro ki podniecony i po raz pierwszy tego dnia zlecił kurs inny. Na Szucha.  

Wtedy doro karz wyzbył si  ostatnich złudze , wiedział ju , kogo woził  

przez cały dzie . Na Koszykowej, kiedy byli ju  bliscy celu, dziwny pasa er  

ponownie zaskoczył wo nic . Oto, kiedy ju  wysiadł, by dalsz  drog  odby   

piechot  (poczynaj c od placu Na Rozdro u, Szucha zamkni ta była dla  

ruchu), zatrzymał si  wraz z tłumem gromadz cych si  ludzi przy  

ogłoszeniowym słupie. Tam na czerwonym plakacie Gor czko w ród  

rozstrzelanych dojrzał nazwisko i imi  brata. Nie wierzył własnym oczom.  

Jak pijany wrócił do stoj cej wci  jeszcze w tym samym miejscu doro ki.  

  - Stało si  co? - troskliwie zapytał furman.  

  - Tak... - wycharczał Gor czko. - Stało si . Ale stanie si  jeszcze  

wi cej. Na t  poczt , na której byli my ostatnio.  

  - Znowuj na poczt ?  

  - Albo nie - zmienił decyzj  Gor czko - naprzód do knajpy. Ale nawet  

kilka pod rz d wypitych "angielek" nie zdołało opanowa  dr enia r ki, kiedy  

na restauracyjnej bibułce pisał po piesznie list. Odwiózł go potem na  

poczt , poprosił wo n  o oddanie pani siedz cej za czwartym okienkiem.  

  - To pani Niwi ska - poinformowała go przy okazji wo na. - Mo e poprosi ?  

  - Nie, nie - powiedział po piesznie - wystarczy odda .  

  Pani Zofia, zapoznawszy si  z tre ci  dziwnej korespondencji, natychmiast  

udała si  do naczelnika. Poło yła przed nim bez słowa zło on  bibułk .  

Naczelnik czytał:  

  - "Prosz  przesta  bawi  si  w ostrze enia. Oni wiedz  wi cej, ni  si   

pani wydaje. To szczera rada. Prawdziwy przyjaciel".  

  Naczelnik uniósł si  zza biurka.  

  - Sk d pani to ma?  

  - Kto  przyniósł przed chwil .  

  Naczelnik podarł kartk  w drobniutkie kawałeczki i wrzucił do kosza na  

mieci. Po namy le si gn ł po nie jeszcze raz i ponownie przedarł na  

jeszcze mniejsze skrawki.  

  - Niedobrze - powiedział.  

  - Co zrobi ? Panie Stefanie, co zrobi ?  

  Naczelnik nerwowo zapalał papierosa. Podszedł do okna.  

  - Niedobrze, bardzo niedobrze - powtarzał. - Mógłbym na jaki  czas da   

pani zwolnienie... Przeczeka  to, póki si  nie wyja ni... Chocia  nie, to  

dopiero zwróciłoby uwag ... A jak tam dzisiaj? Ma pani co ?  

  - Dzi  nic.  

  - To dobrze. Trzeba b dzie pomy le  nad jakim  innym sposobem  

przekazywania tych listów... Któ  to mógł by , nie domy la si  pani?  

  Niwi ska wzruszyła ramionami.  

  - W ka dym razie, gdyby... - naczelnik zawiesił głos - gdyby doszło do  

czegokolwiek... Pan profesor si  orientuje?  

  - Nie. M  nigdy nie pozwoliłby mi na to.  

  - Pani Zofio - naczelnik obszedł biurko i stan ł twarz  w twarz z  

background image

Niwi sk . - Wiem,  e ma pani teraz do mnie  al.  

  -  al?  

  - Namówiłem pani .  

  - Wiedziałam, na co si  decyduj , panie Stefanie. Czy to było rozs dne...  

sama dzi  nie wiem... Teraz zwłaszcza nie wiem, w tej chwili. Mo e to była  

lekkomy lno . Troch  mnie poci gała ta tajemniczo , nawet - wyznam  

szczerze - pocz tkowo intrygowało... odmłodziło, było w tym co  z  

harcerskich podchodów, czy ja wiem... W takich chwilach człowiek nie my li,  

e to igraszki ze  mierci . W tej chwili wiem. Mam syna i powinnam dla  

niego  y .  

  - Mo e wła nie kto  inny nara a si  w tej chwili dla niego, pani Zofio.  

  - Pan wierzy, widz , w to biblijne pouczenie,  e dobry uczynek zawsze  

b dzie odpłacony t  sam  monet . Ale ja nie wypełniałam dobrych uczynków,  

panie Stefanie, wypełniałam tylko obowi zek, bo tak to potraktowałam.  

  - Ciesz  si ,  e pani tak mówi.  

  - Tylko, widzi pan... do obowi zków mo na si  było zniech ci .  

Obowi zkiem naszym był COP. Płaciłam. Obowi zkiem było polec w obronie  

Warszawy. Czy to były konieczne obowi zki, je eli nie mamy nic?  

  - Owszem, mamy  wiadomo ,  e teraz dopiero ł czy nas co , co kiedy  było  

tylko sloganem w przemówieniach, słówkiem haftowanym na sztandarach.  

  - Honor? Ojczyzna? Honor nam jeszcze mo e i został. A ona?  

  - To od nas zale y, pani Zofio. I od pani. Od tego oporu, który stawiamy.  

  - Jak długo?  

  - Dwa, trzy miesi ce. To dłu ej nie potrwa. Tyle Francji potrzeba.  

  - Pan te  mówi: Francji - u miechn ła si  Niwi ska.  

  - Wszyscy mówi .  

  - Owszem. Nawet mój m . Tylko jak dotrwa  do tego zwyci stwa? Czy tak,  

jak pan? Czy tak, jak mój m : przeczeka  nie wychodz c z domu? I widzi  

pan, on niehonorowo doczeka si  powrotu syna, a ja z honorem wprawdzie, ale  

tego syna osieroc . Nie wiem, nie wiem, jak tego doczeka ...  

  Gor czko za  działał jak w transie. Wprost z poczty kazał si  wie  do  

Miszczykowej, której adres dobrze pami tał od czasu, kiedy Heinckes nakazał  

jej inwigilacj . Teraz Gor czko pragn ł ju  tylko jednego, i to za wszelk   

cen : odszuka  Miszczyka tym razem nie dla Heinckesa, dla siebie, dla  

ratowania własnej głowy. Je eli w por  go ostrze e, sprzeda wiadomo ci o  

znanych mu w Abwehrze Niemcach, b dzie mógł liczy  na pobła anie po wojnie.  

  Miszczykowej o wiadczył bez zbytnich wst pów:  

  - Pani  zdziwi zapewne moja wizyta. Zdziwi te  pani  to, co za chwil   

powiem, ale... musz  to zrobi .  

  - O co wła ciwie chodzi? - spytała pi kna pani Maryla.  

  - Pani m   yje.  

  - Wiem o tym. Pan znał mojego m a? - spytała z nadziej :  

  - Powiedzmy, ze słyszenia. A wi c  yje, tego mo e by  pani pewna.  

  - Dzi kuj  panu, dowiedziałam si  o tym niedawno.  

  - Tak. Wiem,  e pani wie. Ale w gruncie rzeczy zna pani tylko  

przypuszczenia, domysły. A ja pani przynosz  pewno .  

  - Przepraszam... kim pan jest?  

  - Dzi  ka dy ma nazwisk wi cej ni  pieni dzy w portfelu. Có  pani z tego,  

e powiem?  

  - Rozumiem. Odpłac  si  panu za t  wiadomo  szczero ci , chocia  nie  

wiem, kim pan jest, a osob  mego m a interesuj  si  równie , nie wiem  

dlaczego, Niemcy. Ale nie mam niczego do ukrycia, mog  mówi  szczerze. Czy  

pan... błagam pana, wie pan cokolwiek? Gdzie on jest?  

  Gor czko wstał od stołu, podszedł w stron  komódki, uj ł w dło   

fotografi  za szybk  kapitana Miszczyka, przygl dał si  długo zdj ciu.  

  - To on? - spytał.  

  Miszczykowa potwierdziła skinieniem głowy.  

  - To, co teraz powiem, b dzie dla pani odpowiedzi  na pani pytanie,  

background image

dlaczego szukaj  go Niemcy. A oni go bardzo szukaj . Bardzo. Ale... -  

Gor czko odwrócił si  w stron  okna, mówił teraz z w ciekło ci  - stało si   

co  takiego,  e póki  yj , to go nie dostan .  

  Przez chwil  jakby wsłuchiwał si  w zdanie, które z siebie wyrzucił, a  

nast pnie dodał:  

  - Tylko musi mi pani pomóc.  

  Miszczykowa, zdezorientowana, patrzyła niepewnie na nieznajomego.  

  - Wiem - Gor czko spróbował si  u miechn . - Zachowuj  si  troch   

dziwnie. Ale takie s  czasy. - M  miał przy sobie dokumenty ogromnej wagi.  

Rozumie pani?  

  - Nie wiem... Nic o tym nie wiem - lodowato o wiadczyła Maryla.  

  - Te dokumenty musz  si  dosta  do Anglików. M  tego sam nie dokona. To  

musz  zrobi  ja.  

  - Przepraszam pana - przerwała Maryla. - Nie znam si  na tym wszystkim.  

I... wolałabym o tym nie wiedzie .  

  - To jest jedyna szansa - powiedział z naciskiem Gor czko, po czym  

poprawił si  szybko: - Dla tych dokumentów, rzecz jasna.  

  Maryla wstała.  

  - Daruje pan. Nic mnie to nie obchodzi. Jestem wył cznie  on  Tadeusza  

Miszczyka. Nie podkomendn .  

  - Pani si  boi, rozumiem - Gor czko zamy lił si . - Kln  si  na Boga,  e  

mówi  prawd . Na pami  mojego brata, którego zamordowali ci dranie. I  

musz  ich urz dzi , musz ...  

  - To s  pa skie zmartwienia. Daruje pan, ale niedługo musz  wyj .  

  - To s  zmartwienia nas wszystkich. Polaków. Dlatego musz  zobaczy  si  z  

pani m em.  

  - Ja te . Nie mniej tego pragn  od pana.  

  - M  niedługo da zna  o sobie. Potwierdzi,  e mówi  prawd . Niech pani  

powie mu wtedy tylko tyle: Bugajczyk. Szofer Bugajczyk... Nie, nie, to nie  

ja. Ale m  b dzie wiedział,  e nale y skontaktowa  si  ze mn . B d  tu  

dzwonił do pani co jaki  czas... Wkrótce mi pani powie. Dobrze?  

  - Tak, tak, oczywi cie...  

  - Pani to mówi,  eby mnie zby . Ale niech pani to przemy li.  

  Tak przygotowawszy sobie grunt do zdradzenia Heinckesa, dla którego  

uprzednio zdradzał własny kraj, Gor czko znów poszedł si  upi . Ani  

przypuszczał,  e w tym samym czasie doro karz, członek podziemnej  

organizacji, dawno ju  zdołał przekaza  gdzie nale y swe spostrze enia o  

dziwnym pasa erze, jego rysopis i adres.  

  Od tego dnia Gor czko, wbrew dotychczasowym zwyczajom, pił dzie  w dzie   

na umór. Heinckes, który chciał mu zleci  podró  na Podkarpacie w celu  

zbadania prawdomówno ci ko cielnego z Owczar, poj ł,  e musi z tego na  

razie zrezygnowa . Dowiedział si  o  mierci brata Gor czki, zrozumiał  

motywy codziennych pija stw i uznał,  e przez jaki  czas nie mo e liczy  na  

tego współpracownika. Nie wiedział tylko,  e liczy  ju  nie mo e wcale.  

  W tej sytuacji Heinckes osobi cie udał si  na Podkarpacie, przesłuchał  

proboszcza, który słowo w słowo potwierdził zeznania ko cielnego.  

andarmeria w miasteczku w  aden sposób nie była jednak w stanie  

stwierdzi ,  e kiedykolwiek zatrzymano człowieka o podobnym nazwisku.  

  Ju  do Owczar miała wyruszy  ekspedycja, by za fałszywe zeznania  

aresztowa  ksi dza i ko cielnego, kiedy w tamtejszym banku wybuchła afera z  

fałszywymi pieni dzmi. Zakwestionowano je mianowicie jakiemu  ziemianinowi.  

Polak doprowadzony na policj  twierdził,  e pieni dze te wygrał swego czasu  

w pokera od podoficera  andarmerii, który przybył do  rekwirowa  konie.  

Poniewa  w gr  wchodziła ogromna suma, nie do pomy lenia w r kach  

podoficera, Heinckes zainteresował si  jej pochodzeniem.  andarm, obawiaj c  

si  pos dzenia o rozprowadzanie fałszywych banknotów, wybrał mniejsze zło i  

zeznał uczciwie,  e otrzymał je od jakich  trzech zatrzymanych, których i  

tak puszczono by wolno.  

background image

  Major Heinckes, acz nie w pełni usatysfakcjonowany, rad był jednak z  

efektów swej podró y na Podkarpacie. Przyniosła mu ona stuprocentow   

pewno ,  e Miszczyk  yje i przebywa gdzie  w Generalnej Guberni.  

  Tak wi c gorliwy major Abwehry ze zdwojon  energi  przyst pił do  

tropienia człowieka, który od kilku miesi cy ju  nie  ył. Natomiast  

uchodz cy za niego Władysław Niwi ski przebywał daleko poza granicami  

gubernatorstwa, bo w małym miasteczku pomorskim, u Kurasia.  

  Były kapral dziewi tego pułku strzelców konnych dawno ju  zdołał zbiec ze  

stalagu i powróci  do rodzinnych stron. Polska ludno  Pomorza od  

pierwszych dni podlegała szczególnie brutalnym i wyrafinowanym metodom  

działania okupanta. Masowo wysiedlano całe rodziny, ulice i miasteczka,  

zwalniaj c miejsca dla przybywaj cych tu Niemców kłajpedzkich. Tych, którym  

jeszcze pozwolono pozosta , poddawano ka dego dnia, na ka dym kroku.  

upokarzaj cym represjom i zarz dzeniom, bez ogródek wyznaczaj cym Polakom  

rol  niewolników zwyci skiej rasy niemieckiej.  

  Pierwsze obwieszczenie, jakie rzuciło si  Niwi skiemu w oczy po  

opuszczeniu dworca, oznajmiało:  

  ... eby zapobiec bezczelnemu zachowaniu si  ludno ci polskiej, zarz dzam  

co nast puje: Obywatele polscy obojga płci maj  obowi zek przed  

reprezentantami narodu niemieckiego ust powa  z drogi, to jest schodzi  z  

trotuaru na jezdni . Wobec przechodz cych umundurowanych Niemców nale y  

ponadto zdj  nakrycie głowy. Ulica nale y do zwyci zców, a nie do  

zwyci onych.  

  Kura , wierny swej filozofii  yciowej, natychmiast znalazł sposób, by  

zarz dzenia tego nie przestrzega , jednocze nie wcale go nie naruszaj c.  

Zało ył przedsi biorstwo transportowe, dzi ki czemu po prostu stale  

poruszał si  po jezdni, nie za  po chodniku.  

  Przybyciem Niwi skiego serdecznie si  ucieszył. Po uczczeniu tego  

wydarzenia i po wypiciu bruderszaftu, tak byłemu dowódcy tłumaczył swoj   

recept  na przetrwanie:  

  - Trzeba, Władziu, tak si  przy siusianiu ustawia ,  eby nie pod wiatr.  

Jak wróciłem, to szklarzem byłem.  

  - Szklarzem? - zdziwił si  Niwi ski.  

  - A czego wtedy najwi cej ludziom było potrzeba? Jednego okna całego nie  

było. A szyba, to wiesz... wsz dzie potrzebna. I w sypialni, bo zimno, i na  

wystawie, bo ukradn , nawet w sraczu musi by , bo podwieje... Potem  arcia  

zabrakło, to si  wzi łem za handel. Ale to ryzyko. No, to kombinuj ,  

kombinuj  i widz ,  e w drówki nastały. Wysiedlaj  do Polski, a jak nie  

wysiedlaj , to wyrzucaj  z mieszka . No, to jak my lisz, co jest potrzebne,  

eby tego Singera na plecach nie tacha ? Ko .  

  - Ty rzeczywi cie nie zginiesz. Ju  ci to chyba kiedy  przepowiadałem.  

  - Trzeba do taktu chodzi . To grunt.  

  Kiedy mu Niwi ski opowiedział o swej o wi cimskiej przygodzie, Kura   

uznał za stosowne pouczy  dawnego przeło onego.  

  - Nie bierz udziału w takich zabawach. Na razie z wrze niowej przysi gi  

ci  zwolnili.  

  - Sam chciałem - przerwał mu Władek.  

  - Znałem jednego, co sam chciał zup  widelcem nabiera . I z głodu umarł.  

Dobrowolnie, bo nikt mu tego nie kazał. Jak ci nie ka , Władziu, nie pchaj  

si  na wystaw , bo  ycie to nie sklep i drugiego takiego towaru na składzie  

nie znajdziesz.  

  - Nie, nie - protestował Niwi ski. - Z zało onymi r kami nie mo na  

przecie  siedzie .  

  - To we  w nie lejce. B dziemy razem powozi . I zarobimy. Tylko pieni dz  

jeszcze co  znaczy. Przypomnij sobie, jak nas wykupiłem.  

  - Ale nie po to, aby siedzie  bezczynnie. Chyba jednak musz  przedosta   

si  do Francji.  

  - Mój ko  ci  tam nie zawiezie - filozoficznie odparł Kura .  

background image

  A jednak obu ich czekała podró , nie w tych co prawda kierunkach, które  

by sobie  yczyli, i nie tym  rodkiem transportu, którym dysponował zaradny  

kapral. Na pocz tku marca, kiedy przewozowa firma była w pełnym rozkwicie,  

policjant dor czył Kurasiowi nakaz wysiedle czy. W ci gu godziny, z  

pi dziesi ciokilogramowym tobołkiem, który pozwolono mu zabra , miał  

opu ci  i dom, i firm , i miasteczko.  

  Tak wi c po sze ciotygodniowej, wyczerpuj cej podró y w bydl cych  

wagonach wioz cych nowych przesiedle ców, Niwi ski ponownie przekroczył  

granic  Generalnej Guberni, tym razem jako były furman byłego  

przedsi biorstwa Pferdetransportstelle L. Kurasch.  

  Kura , który nigdy nie załamywał r k, pocz tkowo zatrzymał si  w  

Legionowie pod Warszaw , u szwagra, i od razu pierwszego dnia zacz ł  

rozgl da  si  za interesem, który pozwoliłby mu przystosowa  si  do nowych  

okoliczno ci.  

  Niwi ski ju  przeszło pół roku nie widział Warszawy i dotychczas nie miał  

adnych wiadomo ci o rodzicach, pilno mu wi c było jak najrychlej opu ci   

Legionowo. Kura  jednak nie przejmował si  zbytnio ponagleniami przyjaciela  

i, pławi c si  w cynowej balii szwagra, perorował:  

  - Pali si ? Chcesz,  ebym do Warszawy wjechał z wszami z Reichu? Sze   

tygodni mydła nie widziałem. Nooo... wszystko ze mnie spłyn ło i z tej  

balii wychodz  jako nowy obywatel Generalnej Guberni. Teraz, Bolek - te  

słowa skierował ju  do szwagra - pewnie  ałujesz,  e  nas kiedy  zapraszał,  

eby wpa  do was na  wi ta, na par  dni? Chciałe , no to masz go ci, tyle  

e na troch  dłu ej... Nie masz jakiego krawata po yczy ? Pierwszy raz w  

Warszawie...  

  Szwagier Olczak odszedł do komódki i zacz ł szpera  w szufladzie. Kura ,  

ju  w spodniach i koszuli, podszedł do okna i przygl dał si  ulicy małego  

miasteczka. Na wprost mieszkania Olczaków znajdował si  zakład pogrzebowy.  

  - Mówisz,  e na dłu ej... - Olczak wci  grzebał w szufladzie. - Znaczy,  

na ile? - W tej chwili zreflektował si  jednak. - Nie zrozum mnie  le, dla  

mnie rodzina  wi ta rzecz. Ale jak długo to mo e potrwa  jeszcze? Ta wojna?  

  - Dwa, trzy miechy. Góra - odparł Kura . - Teraz im  abojady wlez  na  

kark.  

  Olczak nie był jednak przekonany.  

  - To po co twój kumpel do nich si  wybiera?  

  - Władek? - spytał Kura .  

  - Cał  noc powtarzał. W Warszawie tylko rodzin  zobaczy, złapie kontakt,  

i do Francji...  

  - Bo on, widzisz - tłumaczył były kapral - uwzi ł si  zgin . Taka mania.  

Ty, we my, zbierasz znaczki... Zbierasz jeszcze?  

  - Lokata. Sam kiedy  mówiłe : lokuj w co , Bolek.  

  - Zgadza si . Ale masz mani . On te . We wrze niu starał si , jak mógł.  

Nie wyszło. Potem w konspiratora si  bawił. Dalej  yje. No, to teraz we  

Francji chce da  grabarzom zarobi . Te  ludzie. A ja znów, Bolek... ale  

nikomu o tym ani pary z g by!  

  Olczak wykonał r k  ruch, jakby zamierzał przysi g  składa , i  

konspiracyjnie nachylił si  ku Kurasiowi.  

  - A ja odwrotnie. Nie wiem dlaczego, ale cholernie lubi   y .  

  Zawiedziony Olczak machn ł r k  i zabrał si  do czerpania wody z balii.  

Wlał j  do wiadra i gotował si  do wyj cia, ale zatrzymał go jeszcze głos  

kuzyna:  

  - Nie ma takiej biedy, Bolu , której nie dałoby si  przeczeka . Tylko  e  

jeden lubi schodzi  po schodach piechot , drugi zje d a wind , a jeszcze  

inny od razu z okna skacze i wydaje mu si ,  e najpr dzej na dole b dzie.  

Sam widzisz,  e ten od windy ma najlepsz  głow . Nie za szybko, ale za to  

luksusowo. I tak trzeba, Bolek, tak trzeba. O, prosz ... - spojrzał w okno  

- ten sobie  yje.  

  - Kto? - zdziwił si  Olczak.  

background image

  - Twój s siad.  

  Po drugiej stronie ulicy, z zakładu pogrzebowego wynoszono wła nie trumn   

oraz dwa wie ce i ładowano to wszystko na czekaj c  przy chodniku furmank .  

  - Klientów mu nie zabraknie. Ma sezon. Nie potrzebuje on wspólnika  

czasami? - zainteresował si  Kura .  

  - Oj, szwagrowski, szwagrowski, nic si  nie zmieniłe . O interesach  

tylko.  

  - A o czym mam my le ? O Poli Negri?  

  Na razie towarzyszył Niwi skiemu w jego w drówce po Warszawie w  

poszukiwaniu rodziców. W tym czasie, o czym Niwi ski wiedzie  nie mógł,  

pani Zofia ju  od dawna przebywała w Krakowie. Zmuszona była do opuszczenia  

stolicy natychmiast, kiedy okazało si ,  e jest  ledzona.  

  Przeło ony Niwi skiej - zarówno w pracy, jak i w komórce organizacyjnej -  

naczelnik poczty, pan Stefan, wydał jej polecenie opuszczenia Warszawy.  

Roznoszenie kompromituj cych listów, cała akcja ostrzegania zagro onych -  

ulec musiała chwilowemu zawieszeniu. Pan Stefan do  szybko ustalił,  e  

m czyzna obserwuj cy dawn  jego pracownic  jest niemieckim konfidentem.  

Zameldował o tym swemu zwierzchnikowi, aptekarzowi Kudli skiemu. Na  

zapleczu apteki poinformował Kudli skiego o wyje dzie Niwi skiej, co  

jednak, jego zdaniem, nie rozwi zywało jeszcze problemu zagro enia.  

  - Magistrze, je eli ten konfident jest znany... - przyst pił do  

formułowania wniosków, z którymi tu przyszedł, ale farmaceuta przerwał mu w  

pół zdania.  

  - To co? - spytał.  

  - To albo z nim pogada , mo e chce szanta owa , mieli my ju  podobne  

wypadki,  e okupem dało si  załatwi , albo...  

  - Albo? - ponownie przerwał aptekarz.  

  - No, wie pan... Kolaborant...  

  - Pan chyba oszalał - aptekarz zerwał si  ze skrzynki z lekarstwami. -  

Jakie mamy dowody?  e przychodził na poczt  cz ciej ni  inni? Albo  e  

rozmawiał z jakim  Niemcem? Igo Sym oficjalnie kolaboruje i szkodzi, a  

przecie  trwa cała procedura i komórka prawna stanowczo sprzeciwia si   

wykonaniu wyroku, dopóki nie zostanie dowiedziona wina. Nasze prawo działa  

w podziemiu, ale działa zgodnie z liter  i etyk  wymiaru sprawiedliwo ci. A  

pan mi tu proponuje samos dy.  

  - Nie rewan uj  nam si  tak  sam  elegancj .  

  - Wi c có  z tego? - farmaceuta zapalał si  coraz bardziej. -  yjemy w  

dwudziestym wieku i nie sposób, by my przyj li punkt widzenia małp tylko  

dlatego,  e te małpy obsiadły nas i nie mo emy da  sobie z nimi rady. Czy  

pa ska wy szo  nad psem, który pana ugryzł, polega  ma na tym,  e te  go  

pan ugryzie w łap ?  

  - Nie - odpowiedział naczelnik - bo mam zało ony kaganiec.  

  - Bzdury! - aptekarz machn ł r k . - Gdyby przyj  pa skie pogl dy,  

powinni my nie tylko strzela  do nich zza ka dego w gła i dachu...  

  - Powinni my - spokojnie przerwał tym razem pan Stefan.  

  - ...ale wrzuca  im w restauracjach do zupy grzybowej muchomory albo do  

ka dego lekarstwa powinienem im domiesza  cyjanku.  

  - Owszem. Gwałt niech si  gwałtem odciska.  

  - Gwałt?  wiat nie wie, jak giniemy, jak tu zdychamy i rz zimy, ale przed  

s dem historii nie udowodnimy,  e my bronili cywilizacji, je eli  

przedstawimy tylko odpowiedni  liczb  trupów, którym poder n li my z zemsty  

gardła.  

  - Nie rozumiemy si  - naczelnik podniósł si  z krzesła.  

  - Nie.  

  - Trudno,  eby zało y  dla esesmanów szkółk  niedzieln  i u wiadamia  ich  

tam,  e nie bawi  si  ładnie.  

  - Trudno, istotnie - przyznał aptekarz. - Ale mo emy si  organizowa  w  

obronie. Robi to pan, robiła to pa ska pracownica: Mo emy si  ostrzega ,  

background image

ucieka , u wiadamia . Wydajemy ju  kilka tytułów gazetek... Ka dy zamach na  

byle feldfeblu kosztuje nas w rewan u stu zakładników - docentów,  

in ynierów, nauczycieli, dzieci. Ma pan prawo rozporz dza  ich  yciem? Nie  

do  panu czerwonych plakatów na mie cie? Tych hurtowych nekrologów?  

Prosz , prosz  - w zdenerwowaniu wyszarpn ł z kitla zło on  we czworo,  

g sto zapisan  przebitk  maszynowego papieru. - To lista tych, których  

wywieziono znów wczoraj na rozwałk , prawdopodobnie do Palmir.  

  - Mo na? - naczelnik wyci gn ł r k  po papier.  

  - A w dodatku - aptekarz zapalił papierosa i starał si  teraz mówi   

spokojnie - nasi informatorzy cz sto nie znaj  cało ci sprawy. Kieruj  si   

pozorami. Kto  rozmawiał z gestapowcem. Kogo  widziano na przedniej  

platformie tramwaju. A mo e to maska? Wie pan, na przykład, sk d to mamy? -  

wskazał na list  trzyman  przez naczelnika. - Od stra nika z Pawiaka.  

Maszynistka w kancelarii wi ziennej, przepisuj c listy zatrzymanych albo  

wypisywanych na rozwałk , zamiast pi ciu egzemplarzy podkładała jeszcze  

dwie przebitki. Dla nas. Tego stra nika ludzie opluwaj  na ulicy. A my po  

wojnie przypniemy order. Czy jest wi c pan naprawd  pewien,  e wie pan  

wszystko o tym człowieku, który was wystraszył na poczcie?  

  Pan Stefan zdawał si  by  przekonany. Aptekarz dodał:  

  - Zainteresujemy si  nim, owszem. Porucznik Zawistowski narzekał wła nie  

na brak zaj cia. Zlecimy mu t  spraw .  

  Tak wi c dawny przeło ony chor ego Niwi skiego, porucznik Zawistowski,  

otrzymał polecenie ustalenia to samo ci zagadkowego m czyzny, który kr cił  

si  koło pani Niwi skiej; ta ostatnia, spłoszona; wyjechała po piesznie z  

Warszawy, do której wła nie powracał po wojennej tułaczce jej syn.  

  Wraz z Kurasiem pierwsze swe kroki skierowali do dawnej kamienicy na  

Kole. Zastali tu dozorc , pana Tosia Szkudlarka, zaj tego ju  nie  

uprz taniem gruzów, lecz wywo eniem cegieł, które w równych pryzmach  

zalegały plac. Tylko te cegły pozostały po dawnej kamienicy Sommera. Pan  

Tosiu odnotował wła nie odjazd kolejnej wyładowanej furmanki i powrócił do  

oczekuj cych go niespodziewanych go ci. O aktualnym adresie rodziców  

Niwi skiego niewiele mógł powiedzie .  

  - Z duszy, serca, panie Władeczku, ale nie wiem, nie wiem. Co  mi  wita,  

e pan profesor wtedy o Ho ej wspominał... A mo e to była Wilcza... Czy  

urawia? Nie pami tam.  

  - A ten gestapowiec, który wypytywał o mnie i o ojca, jak wygl dał?  

  - Jak wygl dał? No, jak gestapowiec. Co panu za ró nica? Pan profesor  

strasznej cykorii wtedy dostał... No, ja si  nie dziwi . Na pa skim  

miejscu, panie Władeczku, to ja bym o inne nazwisko si  postarał. Du o  

dzisiaj tak robi i  yje. Jak by tu pana naprowadzi  na adres? No, nie  

wiem... U kolegów dawnych pan nie był?  

  - Kiedy? Pierwszy dzie  jestem w Warszawie.  

  - Te  racja. I co pan powie, panie Władeczku? Nic nie zostało. Tylko to  

elastwo, i to odpowiedzialny jestem,  eby odstawi . Cały złom  ci gaj .  

Je eli im to pasuje,  eby sracz Sommera na czołg przerobi , ja - prosz   

bardzo. Wida  nie taka znów pot ga.  

  - A cegły? - wtr cił pytanie milcz cy dot d Kura .  

  - Co cegły?  

  - Te  pan odstawia?  

  - Przepisowo. Nie widzieli panowie, jaki mur na  wi tokrzyskiej stawiaj ?  

I to si  ma ci gn   elazn , Biela sk , Lesznem. To par  sztuk cegieł  

wymaga. Najprawdopodobniej dzielnic   ydowsk  tak grodz . Strach, strach,  

panie Władeczku, co si  wyprawia. I po co pan wracał? Ja przekonany byłem,  

e pan sobie w Pary u pod t  wie , zapomniałem nazwy, tam i nazad  

spaceruje,  e  aby pan wtraja na t  drog  do Warszawy, a pan ju  tu...  

  - Mo e jeszcze nic straconego - westchn ł Niwi ski.  

  Kura  pocz stował dozorc  papierosem.  

  - Te cegły z głowy mi wyj  nie mog  - powiedział. - Nie ma domu,  eby w  

background image

nim dziury nie było, to i cegła musi by  w cenie.  

  - I jest - przytwierdził pan Tosiu.  

  - To na co pan czeka? Koniom wszystko jedno, w któr  stron  pojad . A  

furmanowi te  par  groszy si  przyda.  

  - Za co? - zdziwił si  dozorca.  

  - Za cegły - odpowiedział Kura .  

  - Za jakie cegły?  

  - Za te, które pan sprzeda.  

  - Ja? Komu? - dozorca wybałuszył oczy.  

  - Mo e mnie.  

  - Pan murarz?  

  - Jeszcze nie wiem. Ale niewykluczone.  

  Pan Tosiu przyjrzał si  Kurasiowi z zainteresowaniem. Potem uj ł  

Niwi skiego pod rami  i odci gn ł na bok.  

  - Na dwa słowa, panie Władeczku. To zaufany człowiek?  

  - Jak najbardziej - odparł Niwi ski.  

  Pan Tosiu w milczeniu rozgryzał jaki  bardzo powa ny problem.  

  - Panie Władeczku - powiedział po chwili - jakby pan dzi  rodziców nie  

znalazł, to na nocleg do mnie prosz  bardzo. U syna teraz mieszkam, nie  

wiem, czy pan pami ta. W tramwajach robił. Mundek. Pan powa nie o tej  

Francji my li? Mo e i na to syn poradzi.  

  Niwi ski u miechn ł si .  

  - Tramwajem raczej trudno tam dojecha .  

  - Zna paru ludzi... Kto wie... - dodał dozorca.  

  Niezwykle pr dko go cinna propozycja pana Tosia stała si  nie tylko  

aktualna, ale wr cz konieczna. W drówka po Warszawie w poszukiwaniu  

rodziców i dawnych kolegów nie przyniosła  adnych rezultatów. Drugiego dnia  

Niwi ski omal nie padł ofiar  kotła, jaki gestapo zało yło w jednym z  

mieszka  na  oliborzu. Uciekaj c spod drzwi, z których wyłonił si  esesman,  

raniony nawet został w dło , zdołał jednak zbiec klucz c podwórkami i  

ogrodami  oliborskich domków. Kiedy wreszcie wskoczył w biegu do pierwszego  

nadje d aj cego ulic  Słowackiego tramwaju, jego motorniczym okazał si   

młody Szkudlarek. Ju  si  z nim nie rozstał - i pó niej, w domu  

Szkudlarków, zapoznał Mundka ze swymi planami ucieczki do Francji.  

  - Tatko troch  przesadził - powiedział młody tramwajarz, wysłuchawszy  

opowiadania Niwi skiego. - Nie mam takich znajomo ci. Owszem, pomógłbym si   

zadekowa , cho by u nas, w tramwajach.  

  - Kiedy ja, panie Mundku, nie chc  si  ju  dekowa . Byłem w wojsku i...  

wie pan, kto si  dekuje?  

  - W wojsku... - tramwajarz machn ł lekcewa co r k .  

  - Tchórze - dorzucił Niwi ski.  

  - Ale teraz nie jest pan w wojsku, a dekuj  si  nawet bohaterowie. Taki  

czas. Uparł si  pan rzeczywi cie na t  Francj ?  

  - Jego szukaj , Mundziu - wtr cił pan Tosiu - zrozum to. Nawet jak matki  

szukał na poczcie, to nie powiedział,  e jest synem, bo po co ma kto  

wiedzie , je eli go szukaj .  

  - Ja nie uciekam do Francji. Ja do niej jad  walczy .  

  - Takie zaj cie znalazłoby si  i tutaj - odparł Mundek.  

  - Nie. Mam do .  

  - Ju ? - Mundek u miechn ł si  kwa no i, wskazuj c na obanda owan  r k   

Niwi skiego, dodał: - Zadatek panu wystarczył?  

  - Pan mnie nie zrozumiał! - Niwi ski był w ciekły i podkre lił z  

naciskiem: - Mam do  waszego dekowania si  wła nie.  

  - Nawet bohaterowie dzi  to robi  - spokojnie powtórzył tramwajarz. -  

Zmieniło si ...  

  - Zmieniły si  poj cia, wiem, ale ja nie mog  zmieni  mojej natury. To  

nie jest walka. W przebraniu. W dzie  mówi  guten Morgen, a w nocy podnosi   

r ce do góry. Wszystko si  we mnie buntuje, wszystko. Od dziecka wbijano mi  

background image

do głowy,  e Polak walczy z otwart  przyłbic , po rycersku i na zniewag   

odpowiada zniewag . A w drodze z Pomorza szwab ryczał do mnie: "ty  winio".  

Jaki jest naturalny odruch zel onego m czyzny? Da  w mord . Nie dałem. I  

do dzi  pluj  sobie w g b .  

  - Nie miałby pan ju   liny - wtr cił pan Tosiu - gdyby si  stało inaczej.  

Oj, panie Władeczku, panie Władeczku...  

  - W Reichu ka  zdejmowa  przed sob  czapki albo ust powa  z chodnika. -  

Niwi ski podniecał si  coraz bardziej. - Czy normalny m czyzna mo e to  

znie ? Ju  próbowałem. Właziłem słu cym pod kołdry. Byłem ogrodnikiem i  

furmanem. Dawałem łapówki,  eby ratowa   ycie. Wystarczy? I to wszystko  

było oczywi cie form  walki. Ale ja takiej formy nie trawi . Wszystko to  

zamiast okopów, zamiast szar y, ataku, zamiast wyst powania w mundurze i  

rogatywce,  eby Niemiec mógł do mnie celowa , bo jestem jego wrogiem, który  

nie kryje si  z tym,  e te  chce go zabi . Dlatego chc  tam jecha , bo tam  

jest wojna prawdziwa. Ka dy  ołnierz zrozumiałby mnie, co czuj .  

  - Sk d pan wie,  e nie mog  zrozumie ? - spytał syn dozorcy. - Mnie do  

takiej walki zaprasza  nie trzeba. Jak tu we wrze niu ruszyli wszyscy przez  

Poniatoszczaka na Lublin, gdzie ja byłem? Jak pan my li? A o robotniczych  

brygadach obrony Warszawy pan słyszał? Nie? No, to pan mało jeszcze  

słyszał. I nikt nam nie kazał ani zaprosze  nie wysyłał. Tak, panie  

Władziu, co si  Polsce nale y, to pan mi tłumaczy  nie musi, ale prawdziwa  

wojna jeszcze si  tam, we Francji, nie zacz ła.  

  - Teraz uderz  z cał  sił  - z przekonaniem powiedział Niwi ski.  

  Mundek lekcewa co machn ł r k .  

  - Mo e i uderz , daj im Bo e. Nie rozchodzi mi si  o ich bomby, działa,  

ataki. Tak mo e i powinna wygl da  wojna i tak ma pan w ka dym podr czniku.  

Ale od kiedy wzi li si  za ni  faszy ci, prawdziwa wojna wygl da inaczej.  

Tu j  pan ma. Strzelanie do dzieci, kopanie bab w ci y, dobijanie rannych,  

wyrywanie paznokci w piwnicach, skazywanie na  mier  głodow . Pan mi  

pokazuje na mapie Sedan, a prawdziwy front, wie pan, któr dy przebiega?  

Przez Szucha i przez Pawi , przez Kercelak i przez  olibórz, po którym pan  

dzisiaj leciał i jucha z pana kapała.  

  - A prawda! Jak r ka? - Pan Tosiu nagle si  zatroskał. - Gdzie my pana  

poło ymy spa , Mundek? Razem z tamtym?  

  - Tak.  

  - Bo my ju , panie Władeczku, te  jednego bez dachu nad głow  mamy -  

wyja nił dozorca.  

  - Zaraz, tatko... - Mundek jeszcze nie sko czył kwestii. - Pan mówi,  e  

prawdziwy m czyzna nie mo e znie , kiedy go  wini  ochrzcz ?! To ja co   

panu powiem.  

  - Dałem tylko przykład...  

  - Wiem, wiem. Bo pan dopiero teraz poczuł, co znaczy komu  na honor  

nadepn . Na godno . A jak mnie mało dziesi  razy wyrzucano z pracy i  

zamykano drzwi przed nosem? Zamyka si  drzwi przed nosem? Zaraz by pan  

leciał i dawał w pysk. A nie mówiono do mnie: ty  winio?! Ho, ho...  

  - Co tam stare dzieje wspomina ... - Pan Tosiu wkroczył pojednawczo.  

  - Dlaczego? Ja panu tylko tłumacz , kto potrafi to znie . A naszego  

sublokatora nie bili po pysku? Bili i jako  nie oddawał. Cierpliwo ci,  

cierpliwo ci, panie Władziu, musi si  pan nauczy .  

  - Rozmawiamy o dwóch ró nych sprawach. Ja chc  walczy  z Niemcami...  

  - Ja te . Bo to faszy ci.  

  - E, tam - Niwi ski wzruszył ramionami. - We Wrze ni nie było jeszcze  

faszystów, a te  ludzi gnoili Niemcy... - nie doko czył, bowiem w tym  

momencie rozległo si  pukanie do drzwi.  

  Mundek podniósł si  i poszedł wpu ci  go cia. W progu stan ł jednor ki  

m czyzna. Pusty r kaw jego bluzy tkwił zmi ty w kieszeni. Obrzucił  

spojrzeniem siedz cych, u miechn ł si  i stan ł przed Niwi skim z  

wyci gni t  do przywitania lew  r k .  

background image

  - My si  ju  chyba znamy - powiedział.  

  Niwi ski zmarszczył brwi. Wida  było,  e nie mo e sobie przypomnie .  

  - Pomog  panu - jednor ki wci  si  u miechał. - Wrzesie ...  

  - Tak? - Niwi ski wci  jeszcze napinał pami .  

  - Chciał mnie pan spoliczkowa .  

  - O, kurcze niewinne! - wyrwało si  panu Tosiowi.  

  - Taaak - przeci gle powiedział Niwi ski. - Teraz przypominam sobie.  

  Zapadło kłopotliwe milczenie...  

  W kilka dni pó niej stał si  Niwi ski mimowolnym uczestnikiem akcji  

przeprowadzanej przez grup  Mundka i Mrowi skiego. Chodziło o przewiezienie  

maszyny drukarskiej w bezpieczne miejsce. Prawie w ostatniej chwili  

aresztowano kierowc  ci arówki. Niwi ski zast pił go w tej akcji, która  

zreszt  powiodła si , je li nie liczy  niegro nej rany, jak  wyniósł z  

utarczki jeden z drukarzy. To wła nie z nim udał si  nazajutrz Niwi ski do  

doktora Szymkowskiego, ojca swego kolegi jeszcze z gimnazjalnych czasów.  

Tego koleg  od dawna chciał odwiedzi , spodziewał si ,  e działa w  

konspiracji i  e dzi ki niemu uda mu si  wł czy  do walki znów w tych  

szeregach, które opu cił we wrze niu. Nie mylił si . Doktor Szymkowski  

opatrzył niegro n  ran  drukarza, odprowadził go, Niwi skiego za  zatrzymał  

dłu ej, przyj ł wylewnie i zach cił do ponownej wizyty nazajutrz, kiedy  

zbierze si  tu pozostała resztka jego dawnej klasy.  

  To było wzruszaj ce spotkanie. Wszyscy chłopcy, uczestnicz cy ju  w  

kursie podchor ówki, przywitali Niwi skiego niemal jak bohatera. Słyszeli  

ju  od doktora Szymkowskiego o jego udziale w jakiej  akcji zbrojnej.  

Nareszcie był mi dzy swoimi. Lutek Szymkowski zdj ł ze  ciany ich wspólne  

maturalne zdj cie. Rozejrzał si  po obecnych i spytał:  

  - Kto z was pami ta list  katalogu z ostatniej klasy? Pami tasz, Rafał?  

  Rafał wyrecytował:  

  - Tak. Benis, Czapko, Jabło ski...  

  - Wszyscy nieobecni - odpowiedział głucho za wyczytywanych Zbyszek  

G bicki. - Jabło ski zgin ł pod Kutnem...  

  Lutek wyczytał teraz kolejne nazwisko.  

  - Mijewski.  

  I znów kto  po pieszył z usprawiedliwieniem:  

  - Londyn podobno podawał,  e jest we Francji.  

  - Niwi ski!  

  - Jestem! - zawołał z u miechem Niwi ski i poderwał si  tak wła nie,  

jakby był w szkolnej ławie.  

  - Nareszcie - powiedział Lutek. - A opuszczone dni chyba...  

usprawiedliwione. Robimy du o. Wszystkie napisy na murach s  naszej roboty.  

Na razie tyle. Poprosiłem na dzisiaj dowódc  naszej akcji. Zna ciebie.  

  - Kto taki?  

  - Zobaczysz.  

  - Kto  z naszej budy?  

  - Zobaczysz.  

  Jakby na potwierdzenie tych słów, rozległ si  w przedpokoju dzwonek.  

Lutek wyszedł drzwiami prowadz cymi do gabinetu ojca. Po chwili zjawił si   

ponownie i ruchem głowy zach cił Niwi skiego, by wszedł.  

  Ku swemu najwy szemu zdziwieniu Niwi ski rozpoznał w przybyłym porucznika  

Zawistowskiego. Niemal wykrzykn ł:  

  - To pan?!  

  - Witam - Zawistowski podszedł z wyci gni t  r k .  

  Niwi ski jeszcze nie mógł ochłon .  

  - Pan tutaj?! Wła nie tutaj?  

  - Jak pan widzi. Chciałbym co , kolego, wyja ni , ale wolałem nie w  

obecno ci chłopców. Słyszałem,  e był pan w jakiej  akcji i  e s  ranni.  

  - Niegro nie, na szcz cie.  

  - Wolno wiedzie , co to za historia?  

background image

  - Owszem. Porwali my Niemcom sprzed nosa drukarni .  

  - Wi c jednak... - Zawistowski zamy lił si . - Obiła mi si  o uszy ta  

akcja. To podobno robota czerwonych?  

  - Co to ma za znaczenie. Odbito drukarni . To jest wa ne.  

  - Tak, tak - po piesznie przytakn ł Zawistowski i ponownie si  zadumał,  

jakby z nagł  trosk . - Bez w tpienia, to wa ne... Tylko  e z czcionek  

mo na układa  ró ne zdania. Niekoniecznie po naszej my li. No có , chłopcy  

s dzili,  e zyskaj  w panu szkoleniowca, ale skoro jest pan ju  zwi zany z  

kim innym...  

  - Z nikim nie jestem zwi zany, panie poruczniku! - zaprotestował gor co  

Niwi ski. - Wła nie po to tu jestem, aby nareszcie zwi za  si , z kim  

nale y.  

  - A ten ranny? Kto go tu przyprowadził?  

  - Brak im było kierowcy. Wtr ciłem si  w to i... Zreszt , całe  

przedsi wzi cie godne jest tylko pochwały.  

  - Bez w tpienia, bez w tpienia, temu nie przecz  - Zawistowski zerkn ł na  

zegarek i niespodziewanie wyci gn ł do po egnania r k .  

  - Powodzenia - powiedział.  

  Niwi ski spojrzał zdziwiony, bo Zawistowski najwyra niej kierował si  do  

wyj cia.  

  - No, musz  ucieka  - wyja nił. -  pieszy mi si . Chłopcom niech pan  

powie,  e obgadali my spraw .  

  - A... obgadali my? - Niwi ski spojrzał na porucznika pełen nadziei.  

  - Nooo, chyba tak - Zawistowski wzruszył ramionami i opu cił gabinet.  

  Kiedy nazajutrz ponownie odwiedził Lutka, dowiedział si ,  e zdaniem  

Zawistowskiego, sekcja ich dysponuje ju  pełnym składem osobowym i  e  

powinien szuka  przydziału gdzie indziej. Lutek był szczerze zmartwiony i  

nie rozumiał zbyt, jego zdaniem, biurokratycznej decyzji porucznika. Sam  

Niwi ski, niestety, rozumiał a  nadto dobrze. Nie zrezygnował, rzecz jasna,  

starał si  o ponowne spotkanie z Zawistowskim, aby wyja ni   

nieporozumienie. Na razie nikt jednak nie miał zbyt wiele czasu dla niego:  

z frontu zachodniego napływa  zacz ły niepokoj ce i trwo ne wiadomo ci.  

  W domu u Mundka wygrzebano star  map  Francji. Od tego dnia z  

nauczycielem Mrowi skim sp dzali razem długie wieczory,  l cz c nad t   

map . Nad takimi samymi mapami pochylały si  w tych wiosennych dniach  

miliony Polaków,  ledz c z przera eniem, z jak błyskawiczn  szybko ci   

poddawały si  miasta i całe prowincje pancernym zagonom Hitlera. W  

Warszawie ludzie gromadzili si  na podwórkach, godzinami kl czeli przed  

figurkami  wi tych w kapliczkach, zanosz c litanie i modły o ocalenie  

Francji. Francja jednak - ta jedyna nadzieja, która jako  ułatwiała Polakom  

przetrwa  trzaskaj ce mrozy pierwszej wojennej zimy i pierwsze łapanki, i  

terror, i Wawer - dogorywała.  

  Niwi ski jeszcze si  łudził i tak to tłumaczył Szkudlarkom i  

Mrowi skiemu:  

  - To, oczywi cie, wcale nie  wiadczy,  e Francja ju  wojn  przegrała. Z  

pewnych wzgl dów to, co si  dzieje, jest nawet nam na r k .  

  Mundek i bezr ki spojrzeli pytaj co.  

  - Załamali si  szybciej ni  my - ci gn ł. - Pozwoli to ludziom zmieni   

zdanie o naszym wrze niu i o naszej armii. Nie było, okazuje si , tak  le.  

  Mundek gło no zastanawiał si  nad sensem tych słów.  

  - Aha! Nie szkodzi,  e sobie odmroziłem palce, bo za to panu Kowalskiemu  

cała dupa spuchła. Pocieszaj ce, tyle  e nie pomaga.  

  - Militarnie nie. Ale presti owo? - obstawał przy swoim Niwi ski.  

  - Pan sam wpadł na tak  genialn  my l? - ironicznie wtr cił Mrowi ski.  

  - To si  nie mo e tak sko czy . - Niwi ski nie dał si  wyprowadzi  z  

równowagi. - To nie byłby tylko koniec Francji, lecz i nasz. Anglia wie,  e  

na sam  siebie liczy  nie mo e, i podpisze pokój. Zrezygnuje z Polski, tak  

jak w Monachium machn ła r k  na Czechów. Łatwo im to przyjdzie. A to ju   

background image

ostatni nasz sprzymierzeniec. Wtedy rzeczywi cie b dzie koniec.  

  - Naprawd  pan tak my li? - spytał Mrowi ski.  

  - Tak. Z nikim wi cej nie wi

 nas  adne układy.  

  - Układy! - prychn ł nauczyciel. - Układy zawierał rz d, a naród mo e  

liczy  na inny naród.  

  - Jaki?  

  - Pan wie i ja wiem...  

  Odruchowo zacz ł przerzuca  kartki szkolnego atlasu, nad którym  

siedzieli. Dobrn ł do stronic z map  Rosji. Zamy lili si  wszyscy trzej, a  

Mundek powiedział gło no:  

  - Nie je dzicie po mie cie tyle, co ja, nie wiecie, co ludzie mówi . A  

kolejarze ju  nam donosz . Całymi nocami id  transporty na wschodni   

granic . W Małkini, w Przemy lu - całe niemieckie dywizje. Nie zamykaj tego  

atlasu, kto wie, czy niedługo nie b dzie nam potrzebny. I to na tej wła nie  

stronie... 

   

  Intratny interes Kurasia 

   

  Przed wielkim ekranem rozpi tym na szczytowej  cianie kamienicy zebrał  

si  tłum ludzi. Tego rodzaju kina na wolnym powietrzu umieszczono koło  

dworca, na Pradze, na Grochowie... Tłum na chodnikach g stniał z ka d   

chwil , bowiem tego wieczora Wochenschau pokazywał walki na wschodzie. Do  

zebranych docierał wyra ny, dobitny głos komentatora:  

  "...Po operacji kijowskiej, która zako czyła si  wzi ciem do niewoli  

ponad pół miliona bolszewików, dywizje niemieckie rozpocz ły zwyci sk   

ofensyw  pod Wia m . Niecałe dwie cie kilometrów dzieli nas od bram  

moskiewskiego Kremla".  

  Ludzie patrzyli pos pnie na przesuwaj ce si  obrazki. W ród gapiów  

znajdował si  Niwi ski z Kurasiem.  

  Przez chwil  na ekranie pojawił si  przerywnik tematyczny w postaci  

wielkiej litery V, a za moment - oddziały ró nych narodowo ci maszeruj ce  

na front, po egnania na dworcu, rozdawanie broni w punktach werbunkowych...  

Komentator grzmiał:  

  "... Narody całej cywilizowanej i chrze cija skiej Europy wspieraj   

krucjat  niemieckiego  ołnierza przeciw  ydokomunie. Oto dywizje włoskie...  

hiszpa skie... A gdzie wy, Polacy?"  

  - W O wi cimiu! - wrzasn ł kto  z tłumu.  

  Ludzie zacz li ogl da  si  za siebie. Zrobił to równie  Niwi ski. Wokół  

u mieszki. Niwi ski dostrzegł jednak granatowego policjanta, który z  

mozołem przedzierał si  przez tłum. Tr cił wi c w rami  Kurasia i szepn ł:  

  - Wystarczy. Mo e by  gor co...  

  Kurasiowi nie trzeba było dwa razy powtarza  ostrze enie. Pomagaj c sobie  

łokciami, jako  si  przepchn li i wsiedli do ci arówki zaparkowanej przy  

chodniku. Za kierownic  usiadł Niwi ski. Na ci arówce napis: Pralnia  

chemiczna L. Kura .  

  Ta pralnia była kolejnym etapem z realizacji Kurasiowych planów. Dawny  

podkomendny Niwi skiego stał wytrwale na stanowisku,  e z tej wojny przede  

wszystkim wynie  trzeba cał  głow . Powtarzał uparcie: "Grunt to prze y  i  

nie by  frajerem". Ju  po roku pobytu w Warszawie mógł Kura  dowodnie  

przedstawi  racje swoich pogl dów. Pocz tkowo wszedł do spółki z  

wła cicielem zakładu pogrzebowego w Legionowie i z miejsca pchn ł t   

placówk  na drog  rozkwitu. To z tego wła nie okresu pochodziła ci arówka,  

obecnie słu ca pralni, lecz wówczas - polakierowana na czarno - spełniała  

rol  karawanu. Kura  rzadko przewoził nieboszczyków, natomiast pokonywał  

tras  Legionowo-Warszawa wo c w trumnach, owszem, zwłoki, ale wieprzków i  

cielaków, których całe tony dostarczał dozorcy, panu Tosiowi, a ten ju   

zajmował si  dalszym, detalicznym rozprowadzaniem r banki. Pieni dze z  

dostaw natychmiast zamieniał Kura  na dolary, złoto, bi uteri . Sprzedawał,  

background image

kupował, dwoił si  i troił. Dzi ki konkurencyjnym cenom swoich towarów miał  

szerokie znajomo ci na giełdzie, a tak e w ród Niemców dzi ki łapówkom,  

które szczodrze rozdzielał w zamian za przepustki, za wiadczenia i inne  

bezugsscheiny.  

  Jego  ona, Urszula, ju  wkrótce uchodzi  mogła za pierwsz  dam   

Legionowa. Po roku Kura  zwin ł pogrzebowy interes i przeniósł si  do  

Warszawy. Zało ył pralni  chemiczn .  

  Zarówno w pierwszym, jak i w drugim przedsi biorstwie Niwi ski pełnił  

funkcj  kierowcy. Nie podzielał on wprawdzie pogl dów Kurasia na sposób  

przetrwania wojny i wci  szukał mo liwo ci wł czenia si  do czynnej walki,  

ale trzymanie si  byłego kaprala gwarantowało mu pierwszorz dne, mocne -  

jak si  to wówczas mówiło - papiery.  

  Z tym wł czeniem si  do czynnej walki wci  wynikały komplikacje,  

nietrudne zreszt  do rozszyfrowania. Kiedy  Mrowi ski poprosił go o  

ułatwienie kontaktów z kompletami tajnego nauczania. Z warszawskich  

pedagogów Mrowi ski nie znał nikogo. Niwi ski natomiast dawno ju  nawi zał  

kontakt z byłymi kolegami swego ojca, o jednym za  z nich, profesorze  

Sobczaku, wiedział nawet na pewno,  e odgrywa niejak  rol  w tajnej  

organizacji nauczycielskiej. Sobczak prowadził na  wi tokrzyskiej niewielki  

antykwariat i wła nie na zapleczu tego antykwariatu odbywały si  lekcje.  

Przez pewien czas wykładał tu histori  ojciec Niwi skiego, poszukiwania  

gestapo zmusiły go jednak do opuszczenia Warszawy. Przeniósł si  wi c do  

Krakowa, do siostry. Wła nie profesor Sobczak był pierwszym człowiekiem,  

który swego czasu udzielił Niwi skiemu wiadomo ci o losie rodziców.  

  Pro b  Mrowi skiego przekazał wi c Niwi ski Sobczakowi i po kilku dniach  

zgłosił si  po odpowied . Jednak stary nauczyciel przyj ł go tak, jakby  

zupełnie nie znał celu wizyty Władka.  

  - Co u ojca? Jak mu tam w Krakowie? - spytał.  

  - Dzi kuj .  

  - Mógłby ju  wróci . Nikt was tu chyba nie szuka.  

  - Nie wiem.  yj  na innych papierach.  

  - Brak nam ludzi, bardzo brak nam ludzi. Ubył profesor Jedli ski,  

ojciec...  

  - Wła nie, panie profesorze. Ten mój znajomy wci  nalega o odpowied .  

  Sobczak westchn ł, bezmy lnie przerzucił kilka starych ksi ek.  

  - Mówi pan,  e nalega?  

  - Obiecałem mu po redniczy  mi dzy panami, wi c...  

  - Pan go zna osobi cie?  

  - Owszem.  

  - Mrowi ski? Taki bez r ki? - dopytywał Sobczak.  

  - Tak. Pan profesor równie  go zna?  

  - Hm. Powiedzmy... Słyszałem o nim. Co pana z nim wi e?  

  - Mnie? Nic. Po prostu mamy wspólnych znajomych.  

  - Na pewno? Tylko tyle?  

  - Nie rozumiem - Niwi ski nastroszył si .  

  - Niestety, ale zaniesie mu pan odpowied  negatywn  - Sobczak rozło ył  

ramiona.  

  - Tak? - zdziwił si  Niwi ski.  

  - Pan si  nie domy la, dlaczego? Postawiłem jego kandydatur  na radzie  

pedagogicznej. No, ale... - ponownie rozło ył r ce - koledzy słyszeli o  

nim. W trzydziestym ósmym usuni to go z gimnazjum w Kielcach za  

komunizowanie. Podobno na lekcjach polskiego zalecał czyta  ni mniej, ni  

wi cej tylko powie ci pani Wasilewskiej i Kruczkowskiego. Pan by chciał,  

aby on uczył nasz  młodzie , której i tak odebrano ojczyzn ?  

  - Nie wiedziałem,  e sprawy a  tak wygl daj  - odparł Niwi ski.  

  - Nie wiedział pan... W niezł  kabał  mnie pan wpakował wobec kolegów.  

Czy... ojciec orientuje si ,  e pan si  w to bawi?  

  - W co?  

background image

  - No...  e ma pan takich przyjaciół?  

  Niwi ski wyprostował si .  

  - To nie jest mój przyjaciel. A poza tym... ojciec ju  od dawna nie  

stawia mnie do k ta. Dzi kuj  i przepraszam, panie profesorze - skłonił si   

i opu cił antykwariat.  

  - A szkoda - mrukn ł Sobczak - szkoda,  e nie stawia.  

  Znacznie szybciej, ni  mo na si  było tego spodziewa , Niwi ski zacz ł  

"bawi  si  w to", o co go podejrzewał profesor. Wmieszał si  w t  spraw   

wbrew swej woli i wbrew przekonaniom. Oczywi cie, od dawna si  orientował,  

e zarówno Mrowi ski, jak i tramwajarz Mundek zwi zani s  z ruchem  

lewicowym. Nigdy jednak nie wiedział, co wła ciwie robi  i czym si   

naprawd  zajmuj . Wyczuwał nawet,  e nie obdarzaj  go pełnym zaufaniem.  

Przypadek czy te  konieczno  sprawiły,  e o rodzaju ich działalno ci miał  

si  dowiedzie  całkiem oficjalnie.  

  Którego  ranka przed pralni  Kurasia gwałtownie zahamował tramwaj.  

Niwi ski wyjrzał przez okno. To nie był zwykły tramwaj. Zamiast numeru  

wstawiono na dach znak Czerwonego Krzy a, a we wn trzu wagonu zamiast ławek  

znajdowały si  nosze. W tym czasie całe kolumny takich tramwajów kr yły po  

mie cie, rozwo c po szpitalach rannych przywiezionych z frontu  

wschodniego. Warszawiacy lubili wystawa  przed dworcem i przygl da  si   

temu transportowi  wie ej - jak mawiali - wschodniej r banki.  

  Zaaferowany Mundek, bo to on był motorniczym, pozostawiwszy tramwaj na  

ulicy, wpadł zdyszany do pralni.  

  - Panie Władku - sapał. - Natychmiast, ju ... Na ostatni przystanek  

osiemnastki. Wagon 6102! Powtórz pan.  

  - 6102 - powtórzył.  

  - B dzie wsiadała na pomost motorniczego dziewczyna z teczk ... Zawró  j   

pan... Niech w ogóle z motorniczym nie wdaje si  w gadk , bo to miałem by   

ja, ale widzi pan - wskazał r k  za okno wystawowe.  

  Rzeczywi cie, za jego tramwajem zatrzymały si  ju  inne. Motorniczowie  

wyszli ze swoich pomostów, kr yli wzdłu  wagonów, bezradnie rozkładaj c  

r ce przed piel gniarkami.  

  - Co si  wła ciwie stało?!  

  - Widzi pan, co si  stało. Miałem je dzi  normalnie osiemnastk . Na  

ko cowym przystanku miałem co  dosta  i przewie ... Ale dyspozytor  

skierował mnie na r bank . Osiemnastk  pojechał inny motorniczy, Szymusik.  

Nie nasz człowiek i nic nie wie...  

  - W porz dku, jad . Imi  tej dziewczyny? Nazwisko?  

  - Nie wiem. Teczka. B dzie si  pcha  na pomost i zacznie,  e jest z  

prowincji. Pan wtedy zapyta: z dalekiej? Ona: nie za bardzo. - Trzymaj c  

ju  r k  na klamce, dorzucił: - Władziu? Gardłowa sprawa...  

  Przeci gn ł korb  pod szyj  i wybiegł.  

  Zza wystawy wida  było, jak co  tłumaczy kolegom motorniczym. Po chwili  

wagon odjechał.  

  Niwi ski dłu sz  chwil  spacerował na ko cowym przystanku osiemnastki,  

spogl dał na zegarek i taksował wzrokiem czekaj cych. Były tam jakie  dwie  

dziewczyny, staruszek i baba z tobołkiem. Jedna z dziewczyn miała r ce  

zało one do tyłu, jakby co  w nich trzymała. Niwi ski obszedł j , ale jej  

r ce były puste.  

  Wreszcie nadjechała osiemnastka. Boczny numer si  zgadzał: 6102. Z  

pomostu motorniczego zszedł Szymusik, stary, przygarbiony w sacz, i wolnym  

krokiem skierował si  do słu bowej budki.  

  Prawie wszyscy oczekuj cy zaj li ju  miejsca w wagonie. Niwi ski wci   

spacerował, bowiem dostrzegł,  e na ławeczce siedzi bardzo ładna i młoda  

dziewczyna.  

  Motorniczy Szymusik wreszcie opu cił budk  i zacz ł zbli a  si  do  

tramwaju. Z ławeczki podniosła si  dziewczyna, w r ku trzymała teczk .  

Niwi ski ruszył w  lad za ni  i teraz ju  wszyscy troje zmierzali w stron   

background image

przedniego pomostu.  

  Motorniczy wolno zacz ł wspina  si  po stopniach. Niwi ski dop dził  

dziewczyn  i, zanim ta zd yła postawi  nog  na stopniu, powiedział:  

  - Przepraszam, pani z prowincji?  

  Dziewczyna obejrzała si  odruchowo, popatrzyła na Niwi skiego, a potem  

skierowała wzrok na Szymusika. Ten spokojnie wkładał korb  w konsolet .  

Dziewczyna wspi ła si  na stopie .  

  - Chwileczk ! - krzykn ł za ni  Niwi ski.  

  Wzruszyła ramionami i zwróciła si  do Szymusika:  

  - Ja z prowincji, dojad  tym na Koło?  

  Szymusik spojrzał na ni  spode łba i warkn ł:  

  - Nie t dy, nie t dy, tylnym pomostem.  

  Dziewczyna stan ła niezdecydowana i wtedy usłyszała za sob  głos  

Niwi skiego:  

  - Zo ka!  

  W tym samym momencie do tramwaju podszedł granatowy policjant, wgramolił  

si  na pomost i przysłonił Niwi skiemu dziewczyn .  

  - No, ju ! Zmykaj - te słowa skierował Szymusik do dziewczyny, a w głosie  

jego nie wyczuwało si  przyja ni.  

  - O co tu chodzi? - zainteresował si  policjant.  

  Kompletnie ogłupiała dziewczyna stała bez ruchu. Wtedy Niwi ski wepchn ł  

r k  pomi dzy ni  a policjanta i poci gn ł dziewczyn  ku sobie.  

  - Chod , głupia, mówi  ci,  e nie tym pomostem, a ta si  pcha...  

  Poci gn ł j  tak mocno,  e dziewczyna zeskoczyła na ziemi . Policjant  

spogl dał na nich. Niwi ski uj ł dziewczyn  pod rami  i odprowadził na bok.  

Przez chwil  szła z nim, ale kiedy skierował si  w stron  przystanku,  

zacz ła si  znów opiera .  

  - Z prowincji, ale nie za bardzo dalekiej, tak? - powiedział cicho  

Niwi ski.  

  Dziewczyna ani nie przytakn ła, ani nie zaprzeczyła, wci  jeszcze nie  

wiedziała, czy jest to ratunek, czy podst p.  

  - Zmieniono motorniczych. Jeszcze nie rozumiesz? - dodał.  

  Dziewczyna odetchn ła.  

  - Dzi kuj  wam... Gdyby was tu nie było...  

  Niwi ski u miechn ł si .  

  - I wcale nas nie ma. Pojedynczo jestem. Władek - wyci gn ł do niej dło .  

  Dopiero teraz roze miała si .  

  - Kasia.  

  - Nie Zosia?  

  - Co ci przyszło do głowy?  

  - Co  mi musiało przyj .  

  Roze mieli si  oboje. Nagle Kasia spowa niała. Tramwaj ju  wolno ruszał w  

półkole p tli.  

  - Ale... to przecie  musi teraz odjecha . Je li ten tramwajarz... O Bo e!  

- krzykn ła.  

  Tramwaj zatoczył p tl  i kiedy znów zrównał si  z nimi, dziewczyna  

pobiegła za wagonem.  

  - Oszalała ?! - wrzasn ł Niwi ski i w ostatniej chwili chwycił jej rami .  

  Tramwaj odjechał.  

  - Wobec tego... prosz . No... we  t  teczk .  

  - Po co? - zapytał.  

  - Jak to, po co?  

  - Miałem ci  tylko ostrzec.  

  - A dalej?  

  Niwi ski wzruszył ramionami.  

  - Nic nie rozumiem...  

  Tramwaj był ju  bardzo daleko.  

  W godzin  pó niej siedział z dziewczyn  na ławeczce w ogrodzie  

background image

botanicznym. Tak niewiele było tego, co zrobił, a jednak czuł si   

szcz liwy. Nareszcie brał w czym  udział, nie był kibicem jak Kura . Z  

rozmy la  wyrwał go głos siedz cej obok dziewczyny.  

  - Ciekawe,  e nigdy ci  u nas nie widziałam.  

  - A szkoda...  

  -  eby  wiedział. Wy, starsi towarzysze, uwa acie,  e od wielkich spraw  

jeste cie tylko wy. Nas macie do powielania, do rozwo enia, krótko mówi c,  

na posyłki. A ka de z nas... ja, na przykład, te  mam powa ne w tpliwo ci.  

  - Jakie?  

  - Cho by co do Sikorskiego.  

  - Nie znam człowieka.  

  - Nie udawaj. Dlaczego mamy go popiera ? Rz d jest w dalszym ci gu  

reakcyjny...  

  - Ach, ty o tym Sikorskim.  

  - Ani klasa robotnicza, ani masy chłopskie nie s  w tym rz dzie  

reprezentowane... Dlaczego si   miejesz?  

  - Mów, mów - zach cał Niwi ski.  

  - Hanka twierdzi,  e to sprawa taktyki.  e podpisał układ ze Zwi zkiem  

Radzieckim. Znasz Hank ?  

  - Nie.  

  - Nie?! - zdziwiła si  Kasia.  

  - Wi c takie s  twoje zmartwienia?  

  - Małe? Cał  noc powielały my ten artykuł. Tak, tak, wy ju  macie  

drukarni , a u nas, w młodzie ówce... Nie spałam dzi  ani minuty...  

Powielałam, wiem,  e to mój obowi zek, ale nie chc  go spełnia   

mechanicznie, mam chyba prawo rozumie . Albo front wschodni. Przecie  nasi  

wci  si  cofaj .  

  - Nasi?  

  - Czy Armia Czerwona wytrzyma? - zatroskała si . - Dlaczego znowu si   

miejesz? Uwa asz mnie za głupi ?  

  - Nie. Siebie.  

  - I nie wytłumaczysz mi tego?  

  - Nie. Poniewa  sam nic nie rozumiem. Nic. Siedz  w ogrodzie botanicznym  

ze  liczn  dziewczyn  i zamiast jej mówi  o ksi ycu, mam jej mówi  o armii  

sowieckiej?  

  - Ale  to teraz najwa niejsze!  

  - Czy wy wszystkie takie jeste cie? - spytał.  

  - Przyjd  kiedy  do nas, przekonasz si .  

  - Na razie mi wystarczy. Z jedn  jeszcze jako  sobie poradz .  

  Dziewczyna przyjrzała mu si  uwa nie.  

  - Gdybym nie wiedziała, kto ci  przysłał, pomy lałabym...  

  - Co? - zainteresował si  Niwi ski.  

  - Bo wci   artujesz. Nie traktuj mnie jak dziecko.  

  - Ani my l . Wprost przeciwnie.  

  - Co, wprost przeciwnie?  

  Niwi ski dłu sz  chwil  nie odpowiadał. Przeci gn ł si , przechylił przez  

por cz ławki i wreszcie gło no powiedział:  

  - Jakby wcale nie było wojny... Kasia!  

  - Tak?  

  - Jeszcze chwila i si  w tobie zakocham.  

  - Dziwi  ci si  - a  podniosła si  z ławki. - S  powa niejsze sprawy.  

  - Armia Czerwona? - spytał.  

  -  eby  wiedział.  

  - Przecie  nie jestem w stanie kocha  całej Armii Czerwonej. Czego ty ode  

mnie wymagasz?  

  -  eby  zabrał t  teczk . Zrób z tym co . Pami taj,  e to calutki nakład.  

I  e nie spałam przez niego ani minuty.  

  Wstała i ruszyła alejk  ogrodu.  

background image

  - Poczekaj! - zawołał za ni  Niwi ski. - Gdzie ci  znajd ?  

  - Chyba wiesz... Serwus!  

  Ta teczka stała si  przyczyn  rozstania z Kurasiem. Jeszcze tego samego  

dnia Urszula Kurasiowa odkryła jej zawarto . Przez lata karmiona filozofi   

Kurasia; jak ognia bała si  wszystkiego, co cho by na odległo  pachniało  

niebezpiecze stwem. Ordynarnie zwymy lała Niwi skiego. Nawet Kura  nie był  

jej w stanie uspokoi . On jeden znał zreszt  dodatkow  przyczyn  wyj tkowo  

złego stanu nerwowego  ony: Urszula fatalnie znosiła pierwsze miesi ce  

ci y. Bardzo chciała mie  to dziecko. Przed dziewi ciu laty, jeszcze na  

Pomorzu, Kurasiowie pochowali mał  Bo enk , która zmarła na zapalenie opon  

mózgowych. Teraz, po raz pierwszy od tej tragedii, znów mogła zosta  matk .  

Ale tym bardziej pragn ła spokoju, tym bardziej chciała oddali  wszystkie  

niebezpiecze stwa, jakie mogły grozi  jej, jej nadziei i Kurasiowi.  

  Awantura przyniosła nieoczekiwanie fatalne skutki. Urszula, wyczerpana  

atakiem zło ci, zasłabła. Niwi ski za  - uniósłszy si  honorem - uznał  

wymówki za równoznaczne z wymówieniem pracy i jeszcze tego samego dnia  

opu cił mieszkanie Kurasiów.  

  Nazajutrz Urszula poroniła. Zrozpaczony Kura  odwiózł j  do szpitala, po  

czym udał si  na poszukiwanie przyjaciela. Spodziewał si ,  e znajdzie go u  

tramwajarza Mundka. Ojciec Mundka, dzielny dozorca pan Tosiu, nie  ył ju   

od pół roku; zamordowano go na Pawiaku. Mrowi ski tak e dawno si   

wyprowadził, Mundka zastał wi c Kura  tylko z  on , pani  Jadzi ; wła nie  

podgrzewała kolacj . O Niwi skim nic nie wiedzieli.  

  - Nie ma go od dwóch dni. A mo e mu si  co stało? - zaniepokoił si   

Mundek.  

  - Nie dzi , to jutro musi si  co  sta , je eli tak dalej b dzie. Gra pan  

w piłk ?  

  - Prosz ? - Mundek nie zrozumiał pytania.  

  - Ja te  nie. I dlatego mam nogi całe. Tylko kibic na meczu dobrze  

wychodzi, tylko kibic. Ale wy mnie nie chcecie słucha . Przez te zabawy ród  

Kurasiów si  na mnie ko czy.  ona - mi poroniła ze strachu.  

  - Niemo liwe! - zawołała pani Jadzia.  

  - W szpitalu le y. Póki jej nie ma w domu, chciałem wła nie z Władkiem  

pomówi , bo jak wróci... musz  si  z nim rozsta .  

  - Pan? Z Władkiem? Nigdy w to nie uwierz .  

  - Spokój chc  mie . Baba mi w domu trzeszczy...  

  - To po co go pan szuka? - rzeczowo spytał tramwajarz.  

  - Ja wiem? - Bo go lubi , cholera... I martwi  si  o niego.  

  W tej chwili kto  zapukał do drzwi. Mundek podszedł, otworzył je i a   

cofn ł si  z wra enia w gł b pokoju.  

  Na progu stał stary Sommer, dawny wła ciciel kamienicy, w której  

dozorcował pan Tosiu Szkudlarek. Stał teraz stary Sommer w progu, trzymaj c  

za r k  dziewi cioletni , smutn  dziewczynk  z futerałem od skrzypiec w  

dłoni. Obecni patrzyli na t  par  jak na zjaw , która nagle  

zmaterializowała si . Od roku ju  nikt na ulicy nie widział  yda, wszyscy  

zamkni ci byli za murami getta.  

  - Panie Sommer! Sk d pan... tutaj? - wykrztusił wreszcie z siebie pytanie  

pan Mundek.  

  - Stamt d, stamt d, panie Szkudlarek. Pan si  na mnie patrzy jak na ducha  

i pan ma racj . Mnie ju  nie ma. I tam ju  nikogo nie ma, chocia  tam jest  

milion takich, jak ja. Ale pan widział kiedy  milion? To jest straszna  

suma, to jest tak w cieklista suma,  e ja si  za dawnych czasów modliłem:  

Panie Bo e, daj mi zarobi  pi  złotych, daj mi zarobi  pi dziesi t  

złotych, ale jak ja bym powiedział milion, to Pan Bóg powiedziałby: wiesz  

co, Sommer, na takie oferty to u mnie jest Rotszyld. Milion, panie  

Szkudlarek, jest tak wielki,  e jego w ogóle nie ma. On jest, a jego nie  

ma. I my tam jeste my, ale nas nie ma... Ukło  si , Noemi.  

  Dziewczynka dygn ła.  

background image

  - Ojciec w domu? - zapytał Sommer.  

  - Ojciec... Ojciec nie  yje, panie Sommer.  

  - Oj, niedobrze!  

  - Ojca zamordowali.  

  - I po co pan to dodaje? Czy dzisiaj kto  umiera na kanapie? Ja ju  nawet  

nie mówi ,  e strzelaj , ale kanap  te  trzeba było sprzeda ...  

Niedobrze...  

  - Panie Sommer... mo e by... co  do zjedzenia? Jest gulasz z kluskami -  

wtr ciła pani Jadzia.  

  - Co znaczy kluski? Co znaczy co  do zjedzenia? Pani u ywa jakie  obce  

wyrazy. Powiedz, Noemi, ty rozumiesz to słowo?  

  - To... ja ju  b d  szedł - Kura  zacz ł wycofywa  si  ku drzwiom. -  

Gdyby Władek si  zjawił...  

  - Musi pan ju  i ? - spytał tramwajarz.  

  - Ja tego pana rozumiem - wtr cił Sommer. - Po co jemu ten interes,  e on  

mnie widzi? Taki interes dzisiaj kosztuje kulk . Ale nikt nas tu nie  

widział. Jest ciemno.  

  Jadzia, która podgrzewała kluski na patelni, odezwała si :  

  - Niech pan tak nie mówi. Ale i niech si  pan nie dziwi, panie Sommer.  

  Kura , który ju  miał czapk  w r ku, odło ył j  po namy le, usiadł i  

zapalił papierosa.  

  - Jakim cudem pan w ogóle...? - zacz ł pytanie Mundek, ale nie doko czył,  

bo Sommer wpadł mu w słowo.  

  - ...przeszedł przez mur? A co to jest dla ducha? Przez mur, przez  

cian ? Troszeczk  gorzej przez policjanta, ja panu powiem. I nie tyle  

gorzej, co dro ej. Wszystko jest kwesti  ceny, bo wszystko jest towar.  

Cukier jest towar, buty jest towar, a dzisiaj i ja jestem towar.  

  Jadzia ustawiła dwa talerze, zgarn ła z patelni kluski z kawałkami  

gulaszu.  

  - Jedz, male ka, jedz. Jak si  nazywasz?  

  - Na imi  Noemi - wyja nił stary. - Nazwisko do uzgodnienia. Jedz, Noemi,  

jedz. Dziadzio nie mo e, bo to jest dla dziadzia koszerne. To jest moja  

wnuczka. Ostatnia. Pan pami ta mojego syna?  

  - Doktora? Oczywi cie - odpowiedział Mundek.  

  - Dzisiaj doktorzy umieraj  na tyfus te . To tym bardziej  ony doktorów.  

A szwagier doktora i bratowa doktora to oni zawsze byli wielkie meszygieny  

i zawsze musieli zadziera  nosa. Im si  znowu nie podobało umrze  na tyfus,  

tylko z głodu. Tak  e ona ma tylko mnie. Ale czy ona mnie długo mo e mie ?  

Dzie , dwa. Trzy, to ju  mnie samego za drogo kosztuje powiedzie .  

  Jadzia smutnie pokiwała głow .  

  - Straszne, straszne... - westchn ła.  

  - Pani Szkudlarkowa. Ja tu nie przyszedłem was straszy , ani tym wi cej  

narazi . Wy musicie  y  i mnie ju  za chwil  nie b dzie. A wy musicie  y ,  

eby skorzysta  z ten złoty interes, z którym ja tu przyszedłem. Noemi,  

zagraj nam co   licznego.  

  Dziecko przykucn ło nad futerałem, wyj ło skrzypce i brzd kn ło palcem w  

strun , próbuj c d wi ku.  

  - Albo naprzód co  jeszcze lepszego - zdecydował Sommer. - Wiesz, co masz  

powiedzie ?  

  - Tak, dziadziu.  

  Nie wypuszczaj c skrzypiec z dłoni, dygn ła i wyrecytowała:  

  - Wierz  w Boga. Wierz  w Boga, Ojca wszechmog cego, Stworzyciela nieba i  

ziemi i w Jezusa Chrystusa, syna jego jedynego, Pana naszego, który...  

  Jadzia pogłaskała j  po głowie i przerwała:  

  - Nie trzeba, dziecko, nie trzeba...  

  - Dlaczego? - zaprotestował Sommer. - Pani j  spyta "Ojcze nasz", pani j   

spyta "Zdrowa  Mario". Ile ja płaciłem za t  jej nauk , pani si  nawet nie  

pyta. Ale w interes trzeba inwestowa . I teraz z jej wygl dem, i z tym  

background image

nosem całkiem naczelnik Ko ciuszko, i z tym pacierzem, czy to nie jest  

całkiem chrze cija skie dziecko?  

  Dziewczynka smutno patrzyła na obecnych, a oni zawstydzeni odwracali  

głowy.  

  - Dziadziu, gra ?  

  - Co znaczy gra ? To ma by  koncert, nie gra . Ale to jest zdolne  

dziecko! Jakie to jest zdolne dziecko!  

  Dziewczynka ponownie dygn ła i zapowiedziała:  

  - Joseph Haydn. Divertimento ze "Stworzenia  wiata".  

  Zacz ła gra . Sommer tymczasem grzebał w zanadrzu płaszcza i wyjmuj c  

stamt d jakie  papiery, mruczał:  

  - "Stworzenie  wiata"... Mo e tego nie wolno gra ? Czy to z pewno ci  był  

Niemiec? To dlaczego nie "Koniec  wiata"...? Jak ona gra! Jak ona gra! To  

jest jedna przyjemno  mie  tak  muzyk  w domu. A do tego jeszcze dochodzi  

ta kamienica, gdzie pana tatu  był dozorc ... Powiedzmy sobie,  e jej nie  

ma, ale jest plac. Do tego dochodzi druga kamienica na Wroniej, do tego  

dochodzi plac w Piotrkowie Trybunalskim... Prosz , prosz , na wszystko jest  

hipoteka...  

  Wyci gni te papiery podsun ł Mundkowi.  

  - Po co pan to pokazuje?  

  - Jakie pokazuje? Ja płac .  

  Znów si gn ł do kieszeni i wyj ł jaki  nowy dokument.  

  - To jest mój zapis. Tylko nazwisko wpisa . Ma pan pióro?  

  - O czym pan mówi? Panie Sommer? - Mundek nic nie rozumiał z całej tej  

sceny.  

  - Ja mówi ,  e ja st d za chwil  wyjd  sam. A pana nic wi cej nie  

kosztuje, tylko powiedzie  do niej: Małgosiu, przynie  tatusiowi w gla. Ona  

przyniesie. A mo e panu si  nie podoba Małgosia? Mo e Zosia? Mo e Helena?  

Temu dziecku jest wszystko jedno, bo to jest m dre dziecko i tylko od pana  

zale y jako ojca...  

  - Do ! Niech pan przestanie, panie Sommer! - krzykn ł Mundek.  

  - Nie?!  

  - I przede wszystkim niech pan to schowa.  

  - Dlaczego? To jest papier, to jest dokument. Kto panu po tej wojnie na  

słowo uwierzy?  

  Mundek zło ył wszystkie papiery i wcisn ł je w dło  Sommerowi.  

  - Niech pan to schowa!  

  - To do kogo ja mam z tym pój ? Do gubernatora Franka? Ja miałem tylko  

pa skiego ojca, wi cej nikogo...  

  Mundek ju  si  nie odezwał. W ciszy, która nastała, smutno zawodziły  

skrzypeczki, rzeczywi cie pi knie graj cej dziewczynki. Mundek porozumiewał  

si  wzrokiem z Jadzi , która palcem przecierała załzawione oczy. Kura   

wstał zza stołu i zacz ł przechadza  si  wielkimi krokami po pokoju.  

  Dziewczynka wci  grała. Wreszcie Jadzia nie wytrzymała napi cia, zatkała  

uszy dło mi i krzykn ła histerycznie:  

  - Niech ona przestanie! Niech ona przestanie. Nie jestem w stanie tego  

słucha !  

  Sommer ruchem r ki nakazał Noemi przerwanie.  

  - Sza! To jest smutne, nie słyszysz? Mało ta pani ma zmartwie ? Oj, ja  

teraz widz , co ja zrobiłem za interes. Skrzypce to jest smutny instrument  

i tylko  ydzi umiej  na nim gra , bo od Moj esza maj  smutny los i  

wszystkie wielkie wirtuozy siedziałyby dzisiaj na G siej. Dlaczego ja ci  

nie kupiłem saksofon, na przykład? I co b dzie? Czy ja za mało daj ? Za  

jedn  tylko metryk  chrztu? Niech b dzie fałszywa, bo ona nie mo e by   

prawdziwa taka metryka, ale ile to mo e kosztowa ?  

  Mundek przyci gn ł Noemi do siebie.  

  - Chciałaby  zosta  z nami?  

  - Tak - odpowiedziało dziecko.  

background image

  Sommer si gn ł do spodni i wyj ł złot  monet .  

  - Dwadzie cia dolarów. Wystarczy dla ksi dza?  

  Nagle Kura  zaprzestał swego spaceru po pokoju i odezwał si   

nieoczekiwanie:  

  - Nie.  

  - Nie? Za fałszyw  metryk ? - zdziwił si  Sommer.  

  - Ona b dzie mie  metryk  prawdziw . Najprawdziwsz , z parafii  wi tego  

Pawła w Tczewie.  

  Szkudlarkowie ze zdumieniem patrzyli na Kurasia. Ten za  przykucn ł teraz  

przed Noemi, uj ł j  za obydwie dłonie.  

  - Ile masz lat?  

  - A ile potrzeba mie ? - dopytywał si  Sommer.  

  - Ile masz lat? - powtórzył pytanie Kura .  

  - Dziewi  - szepn ła Noemi.  

  - W sam raz... Bo enko. Rozumiesz? W sam raz.  

  - Tak, prosz  pana.  

  - Co znaczy prosz  pana? Do mnie mo esz mówi  panie Sommer, bo ja ju  nie  

jestem twój dziadzio, ale do tego pana... Przepraszam, to jak ona si   

b dzie nazywa ?  

  - Kura .  

  - Te  ładnie...  

  Jadzia rozbeczała si  gło no i zasłaniaj c oczy wybiegła z pokoju. Mundek  

potrz sn ł mocno dłoni  Kurasia.  

  - Nie spodziewałem si  po panu... Panie Sommer, nic lepszego nie mogło  

si  zdarzy . B dzie mie  jak w puchu.  

  Sommer ponownie wyci gn ł z zanadrza wszystkie papiery. Kura  roze miał  

si .  

  - Schowaj pan to.  

  - Co znaczy? Za... za Bo enk .  

  - Niech mi pan dziecka nie obra a. Kurasie wi cej s  warci ni  dwie  

zasrane kamienice.  

  - Zasrana to ona nie jest. Ona jest zburzona.  

  - A co... z panem? - spytał Kura .  

  - Wraca pan? - uzupełnił pytanie Mundek.  

  -  eby pan był tam przez jeden kwadrans, pan by mnie nie zadawał takiego  

pytania. A ja ju  tam jestem rok. Tam nie mo na by , panie Szkudlarek. To  

jest cmentarz, to jest kirkut, tylko  e zamiast nagrobków tam stoj   

kamienice. A w kamienicach  ywe trupy. Pan sobie to zapisuje?  

  Sommer zadał to pytanie, poniewa  od dłu szej chwili Mundek notował co   

na skrawku papieru. Teraz podał t  kartk  Sommerowi.  

  - Niech pan spróbuje pój  pod ten adres. Nasza młodzie  zajmuje si   

pomoc  dla getta, dla je ców.  

  - W czym ona mi mo e pomóc? - pokiwał głow  Sommer.  

  Zwracaj c si  do Kurasia, Mundek dorzucił:  

  - Nawiasem mówi c; to ta dziewczyna od Władka...  

  - Pomóc to mo na  ywemu - monologował Sommer. - A czy ja jestem  ywy? Ten  

jeden interes miałem do załatwienia. I ja go załatwiłem, bo ona musi  y .  

Ona musi. Gdzie pa ska  ona?  

  Mundek wskazał głow  w stron  kuchni. Kura  uj ł Noemi za r k .  

  - Chod . Zobaczymy, co z cioci .  

  Ledwo wyszli, Sommer wyci gn ł dło  do Szkudlarka.  

  - Jak to? Idzie pan? Teraz?  

  - Póki jej nie ma. Ja nauczyłem j  wszystkiego i ona wszystko powie, co  

jej ka . Ale niech ona nie patrzy mi w oczy, kiedy ja b d  wychodził...  

Jedno jeszcze słowo, panie Szkudlarek. To... porz dny człowiek?  

  - Kura ? Nadzwyczaj... I zamo ny. Niech pan b dzie spokojny. I niech pan  

idzie do tej dziewczyny.  

  Sommer potrz sn ł dłoni  Szkudlarka, nastawił kołnierz palta i skierował  

background image

si  ku drzwiom.  

  - Do widzenia, panie Sommer. Niech pan b dzie spokojny - zawołał za nim  

Mundek.  

  - Do widzenia? Gdzie? - wymamrotał i wyszedł.  

  Po chwili wchodził ju  do eleganckiej, jak na te czasy, restauracji  

"Mira ". Szatniarz przy wej ciu zacz ł podejrzliwie mu si  przygl da .  

Sommer jednak spokojnie zdj ł płaszcz i poło ył go na por czy. Widz c  

wahanie szatniarza u miechn ł si , wyj ł z kieszeni dziesi  dolarów i,  

nachylaj c si  nad lad , szepn ł:  

  - Co si  pan patrzy na mnie? Patrz si  pan na pana prezydenta  

Waszyngtona. On jest na tym obrazku. Wystarczy?  

  Szatniarz zmi ł banknot w dłoni i natychmiast wsun ł do kieszeni.  

  - Zna mnie pan osobi cie? - spytał jeszcze stary.  

  - Nie - przyznał szatniarz.  

  - To o co chodzi?  

  Wszedł do lokalu i zaj ł pierwszy z brzegu stolik. Usiadł plecami do  

sali, twarz zasłonił kart  potraw i zacz ł j  gruntownie studiowa . Mimo to  

kelner dojrzał go z daleka, zmarszczył podejrzliwie brwi i natychmiast  

zjawił si  przy stoliku.  

  - O, jest pan! - Sommer wydawał si  ucieszony.  

  - Ale prosz  pana... Zdaje si ,  e...  

  - Cicho. Wcale si  nawet panu nie zdaje. Tak jest. Zna si  pan na  

walucie?  

  Na obrusie za wiecił kr ek złotej dwudziestodolarówki.  

  - Raz w  yciu chc  zje . Mo e ostatni. Zna mnie pan osobi cie? To o co  

chodzi? - po raz drugi powtórzył to samo zdanie w tym lokalu.  

  Kelner wprawnie sprz tn ł monet . Zamiataj c serwetk  obrus, nachylił si   

i szepn ł:  

  - Niech pan si  chocia  stara siedzie  tyłem do sali.  

  - Nie, ja jestem Eugeniusz Bodo i id  si  pokazywa  en face. To długo nie  

potrwa. Co  z wieprzowiny. Ale takiej w cieklistej,  eby kapało od  

tłuszczu.  

  - Piecze  wieprzowa mo e by . Kapustka do tego.  

  - O, kapusta. A co na zimno pod jedn  gł bsz ? Stary pijanica jestem.  

  -  ledzik w  mietanie, w oliwie, po japo sku...  

  - Jaki  ledzik? Nie macie kiełbasy?  

  - Jest. A wódki setka ma by ? Pi dziesi tka?  

  - Mo e by  setka, mo e by  dwie, co za ró nica... Du o, du o, wszystkiego  

du o...  

  Kelner zapisał zamówienie w bloczku i oddalił si  w stron  bufetu.  

  Kura  sko czył oprowadza  mał  Noemi po pustym mieszkaniu i otworzył  

drzwi wiod ce do pokoju, w którym tak niedawno mieszkał Niwi ski.  

  - A to jest pokój wujka Władka, ale b dzie twój. No i co? Podoba ci si   

tutaj?  

  - Tak.  

  Uj ł mał  za r k  i zaprowadził do głównego pokoju. Z szafy spod bielizny  

wyj ł pudło po czekoladkach, chwil  grzebał w schowanych tam papierach i  

wreszcie odnalazł ten, którego szukał.  

  - Patrz, to twoja metryka.  eby  wiedziała,  e twoim ojcem chrzestnym był  

Antoni Warszylewicz. Zaraz go sobie przypomnisz...  

  Wyci gn ł z szafy gruby album z fotografiami i zacz ł przewraca  kartki.  

  - Rze nik. Ju  ja wiedziałem, kto ma ci  do chrztu trzyma . Ojca sobie  

człowiek nie wybiera, ale chrzestnego mo e. Nie bój si , mam kiepeł .  

Wiesz, co to znaczy?  

  - Tak. Pan Sommer te  tak o sobie mówił.  

  - Pan Sommer?  

  - Ju  mi nie wolno mówi  dziadzio.  

  Kura  popatrzył na dziewczynk  i dalej przewracał kartki albumu.  

background image

  - Zaraz ci i dziadzia twojego znajd ... O, jest twój chrzestny... a to  

jest wujek Bolek, brat mamy... Niedługo go zobaczysz, bo mieszka pod  

Warszaw . Te  tam mieszkałem, miałem złoty interes; ale wiesz...  

  - Wiem. Z interesami coraz gorzej - odpowiedziało dziecko.  

  - No, prosz , nawet to wiesz... To te  jest twój wujek, ale ju  nie  yje.  

  - Zabili go Niemcy?  

  - Nie, przed wojn  mo na było i inaczej umrze . Były czasy - westchn ł.  

  Przewrócił nast pn  kart , na której pojawiło si  zdj cie Kurasia w  

mundurze.  

  - Poznajesz?  

  - Tatu ...  

  Kura  nieoczekiwanie uj ł głow  Noemi w dłonie, pocałował i przytulił  

dziewczynk  do siebie.  

  - Tak, tak, byłem  ołnierzem... Kozak był ze mnie. Wiesz co, Bo enko? Na  

meczu piłkarskim mo e i dobrze by  widzem, ale s  granice, których i widz  

nie wytrzymuje. Rozumiesz?  

  - Nie.  

  - Nie szkodzi. Ja te  do dzisiaj nie rozumiałem. Taki ju  całkiem m dry  

to te  nie jestem.  

  W "Mira u" Sommer sko czył wła nie kolacj . Przed nim stało mnóstwo  

opró nionych talerzyków. Dwóch m czyzn przechodz cych przez sal   

przyjrzało mu si  uwa nie. Nawet zatrzymali si  na moment. Potem zaj li  

miejsce przy stoliku w pobli u i ci gle spogl dali w stron  Sommera.  

  Stary wyj ł z kieszeni kartk , któr  mu dał Mundek. Przeczytał adres  

Kasi, potem wolno, wolniutko podarł karteczk  w drobne strz py i wrzucił do  

popielniczki. Znów si gn ł do kieszeni i wyj ł malutki przedmiot owini ty w  

bibułk . Poło ył go na obrusie i przywołał kelnera.  

  - Sprz tnij pan to...  

  Podczas gdy kelner wysypywał zawarto  popielniczki do brudnego talerza i  

zbierał naczynia, Sommer podniósł z obrusu zawini tko i odwin ł je. Była to  

mała pastylka.  

  - Jeszcze tylko co  do popicia - powiedział do kelnera.  

  - Piwko mo e by ?  

  - O! Tego jeszcze nie przerabiałem. Przynie  pan piwko.  

  Po odej ciu kelnera Sommer wło ył pastylk  do ust, ale jeszcze jej nie  

połykał. Koniuszkiem j zyka przytrzymywał mi dzy wargami. Nagle odwrócił  

si  w kierunku sali, wolno rejestruj c wzrokiem wszystkie stoliki. Dwaj  

m czy ni przywołali wła nie kierownika sali i co  zacz li mu szepta .  

Wszyscy trzej spojrzeli w stron  Sommera. Potem jeden z nich wstał i  

wyszedł gdzie  z kierownikiem. Min li si  z kelnerem nios cym piwo.  

  - Radziłbym rachuneczek, bo...  

  - Pisz pan. Wszystko, co panu przyjdzie do głowy.  

  Uniósł szklank  z piwem i długo, łapczywie pił. Kelner pochylony spisywał  

rachunek.  

  - U mieje si  pan, ale mojej wnuczce jest na imi  Bo enka...  

  Kelner zerkn ł, niewiele rozumiej c, i pisał dalej.  

  M czyzna - powrócił do stolika, usiadł przy swym towarzyszu i spojrzał  

na zegarek. Nagle zerwał si  z krzesła i podbiegł do Sommera.  

  Kelner odskoczył i strzepywał spodnie, bo mu je oblało nie dopite przez  

Sommera piwo. Szklanka le ała przewrócona, tr cona łokciem Sommera, który  

le ał na stoliku, jakby spał.  

  Na sali zawrzało. W tym momencie z trzaskiem otworzyły si  drzwi i do  

restauracji wszedł granatowy policjant. Rozejrzał si  i stan ł przy  

wła ciwym stoliku. Za kołnierz uniósł starego: Sommer ju  nie  ył.  

  - Kto go obsługiwał?  

  - Ja.  

  - I co?! I nic pan nie zauwa ył?  

  Kelner wzruszył ramionami.  

background image

  - Jeszcze, bezczelny, nie zapłacił.  

  Policjant si gn ł do kieszeni Sommera i wyj ł zmi t  biał  opask  z  

niebiesk  gwiazd .  

  W pralni Kurasia oczekiwano na powrót szefowej ze szpitala. Był tu ju  i  

Niwi ski, który bez specjalnych oporów dał si  Kurasiowi przekona ,  e  

nieporozumienia z Urszul  nie nale y traktowa  zbyt serio,  e wynikło ono z  

fatalnego stanu nerwów Kurasiowej.  

  Którego  wi c dnia Kura  uroczy cie, z kwiatami wybrał si  do szpitala po  

on . Z wielce tajemnicz  min  zapowiedział,  e w domu czeka na ni   

niespodzianka. Ju  w doro ce, w drodze do domu, Kurasiowa dopytywała  

niecierpliwie:  

  - Co to za niespodzianka? Powiesz mi wreszcie?  

  - Zobaczysz.  

  Przez chwil  jechali w milczeniu. W pewnym momencie Kura  wyjrzał spod  

budy i d gn ł palcem plecy doro karza.  

  - Tutaj? - spytał tamten zdziwiony bowiem stan li przed pustym placem.  

  Na chwilk .  

  Wysiadł z doro ki i stan ł na ulicy przed zburzonym domem. Była to dawna  

posesja Sommera. Na jako tako uporz dkowanym placu z pryzmami cegieł  

sterczały dwie  ciany nosz ce jeszcze  lady dawnych pokoi. Wygl dało to jak  

przekrojony tort. Kura  stał przed doro k  i spogl dał na placyk. Urszula  

wychyliła si  spod budy.  

  - O co ci chodzi?  

  - O to,  e kiedy  mieszkał tu Niwi ski - wyja nił Kura .  

  - Wsiadaj. I faktycznie szkoda,  e zburzone. Miałby dalej gdzie mieszka .  

Nie u nas.  

  - Nie dlatego szkoda - odparł Kura . - Wszystko to mogło by  moje.  

Przypatrz si . Mogłem to wszystko kupi .  

  - A nie kupiłe ?  

  - Kupiłem - Urszula wci gn ła go do doro ki - ale bez tego.  

  - Bo  głupi - mrukn ła.  

  - Mo e. Ale uczciwy...  

  Wci  jeszcze nie b d c pewny, jak zareaguje  ona, nie wyjawiał  

niespodzianki. Kiedy weszli do pralni, pierwsz  osob , któr  ujrzała  

Urszula, był Niwi ski.  

  - Jeszcze tutaj? - nie była w stanie powstrzyma  si  od niegrzecznej  

uwagi.  

  Kura  za plecami  ony uspokajaj co wymachiwał w stron  Niwi skiego. Ale  

ten ju  wiedział,  e tym razem b dzie musiał rozsta  si  z przyjacielem na  

zawsze. Jeszcze chwil  odczekał, a kiedy usłyszał kroki Kurasiów  

wst puj cych na schody wiod ce do mieszkania, po piesznie wyszedł na ulic ,  

nie bardzo wiedz c, dok d si  teraz uda .  

  Po jego wyj ciu Kura  otworzył drzwi swego mieszkania nad pralni  i przed  

Urszul  stan ła mała Noemi. Dziewczynka dygn ła grzecznie.  

  - Dzie  dobry, mamusiu - powiedziała. - Czy ju  jeste  zdrowa? - i  

patrzyła na Urszul  wyczekuj co.  

  Kurasiowa zdumionym wzrokiem spojrzała na niepewnie u miechaj cego si   

m a.  

  - Jaka  liczna, prawda? Bo enko, przywitaj si  z mamusi , ucałuj j ! -  

wykrztusił wreszcie.  

  Dziecko podbiegło do martwo stoj cej Urszuli, obj ło jej kibi  r czkami,  

ale nie mogło dosi gn  policzka. Urszula stała nieruchomo, pozwalała si   

obejmowa , t po patrz c przed siebie. Po jej policzkach zacz ły płyn  łzy.  

Nie zdaj c sobie z tego sprawy, machinalnie gładziła Noemi po główce. Nagle  

odwróciła si , wyszła do drugiego pokoju i zamkn ła za sob  drzwi.  

  Kura  przez chwil  stał z głupkowatym u miechem, a potem szybko pobiegł  

do pokoju, w którym znikn ła Urszula. Zobaczył,  e  ona stoi nad otwart   

walizeczk  i byle jak wrzuca do niej swoj  garderob .  

background image

  - Co ty wyprawiasz?! - krzykn ł.  

  - Jad  do Legionowa. Po reszt  przyjedzie Bolek. Wydasz mu, co trzeba.  

  - Urszula! Zastanów si !  

  - Wła nie si  zastanowiłam. Ja chc   y . - Zamkn ła walizeczk  i uniosła  

j  do góry.  

  - A ona? My lisz,  e ona nie chciała?... - wyj kał Kura .  

  Urszula bez słowa wymin ła m a i znikn ła za drzwiami.  

  Niwi ski, wci  jeszcze nie bardzo wiedz c, co z sob  pocz  i gdzie  

szuka  schronienia, przypomniał sobie dziewczyn  z teczk  i to, co mu o  

niej opowiadał Mundek. Na Marymont dojechał tramwajem.  

   wietlica, której szukał, mie ciła si  w długim baraku, gdzie  na  

zapleczu ogródków działkowych. Z otwartych drzwi kuchni buchała z kotłów  

para, w jadalni dwoje maluchów popijało mleko. Dziewczyna w białym kitlu  

kucharki spostrzegła wchodz cego Niwi skiego.  

  - Pan w sprawie dziecka?  

  - Nooo, mo e nie do tego stopnia - u miechn ł si . - Ale... Szukam Kasi.  

  - Kasi? Powinna ju  wróci  ze spaceru. Pan poczeka.  

  Niwi ski wyszedł przed barak i dopiero teraz dokładnie przeczytał  

przybit  do drzwi tablic : Rada Główna Opieku cza.  wietlica dla dzieci  

pracuj cych rodziców. Niwi ski wsparł si  plecami o  cian  baraku i  

wystawił twarz do przygrzewaj cego grudniowego sło ca. Przez zmru one  

powieki dostrzegł sznur dzieciaków wracaj cych parami ze spaceru.  

Prowadziła je Kasia.  

  - Władek! Jak mnie znalazłe ? - ucieszyła si  na widok Niwi skiego.  

  - Nie uprzedziła  mnie,  e masz a  tyle dzieci - za artował. - Nie  

zawracałbym sobie tob  głowy.  

  - To dzieciaki towarzyszy, którzy pracuj  - odpowiedziała powa nie. -  

Przewa nie na budowach.  

  - Uspokoiła  mnie,  e jednak jeste  pann .  

  - Wolisz?  

  Nareszcie i ona si  u miechn ła. Niwi ski nie zd ył jednak odpowiedzie ,  

bo Kasia, zaganiaj c dzieci, znikn ła za drzwiami  wietlicy. Dopiero po  

dłu szej chwili wyszła do niego.  

  - Podobno dajesz schronienie potrzebuj cym pomocy - zagadn ł.  

  - Podobno...  

  - Wszystkim?  

  - Nie. Nie wszystkim - odpowiedziała.  

  - A mnie?  

  Przestraszyła si . Przytrzymała go za guzik płaszcza i nie kryj c  

niepokoju, spytała:  

  - Władek! Co si  stało? Jeste  spalony?  

  - Co  w tym rodzaju.  

  - Dlaczego od razu tak nie mówisz? Oczywi cie,  e pójdziesz dzi  do mnie.  

  - Powa nie?  

  - To jasne. Na t  jedn  noc, a potem zobaczymy.  

  - Dlaczego tylko na jedn ?  

  - No, wiesz...  

  Niwi ski spróbował j  obj , pocałowa , ale odsun ła go spogl daj c w  

stron  baraku. Zza szyb obserwowały ich ciekawe oczy dzieciaków.  

  - Zwariowałe ?!  

  Pó nym wieczorem Niwi ski i Kasia wst powali po stopniach klatki  

schodowej bogatej niegdy  kamienicy. Niwi ski po ciemku ponowił prób   

pocałunku i dziewczyna ju  si  nie broniła. Stan li przed jakimi  drzwiami.  

  - Masz zapałki? - spytała.  

  W bladym o wietleniu płomyczka Niwi ski rozejrzał si : stopnie z  

piaskowca, boazeria.  

  - I ty tutaj mieszkasz? - zdziwił si .  

  Kasia nie odpowiedziała. Pobrz kiwała p kiem kluczy szukaj c wła ciwego.  

background image

Druga zapałka o wietliła tabliczk  na drzwiach: W. Kozakiewicz. Adwokat.  

Rechtsanwalt.  

  Po chwili byli ju  w ciemnym przedpokoju. Kasia po omacku szukała  

kontaktu, wreszcie go znalazła, nacisn ła, ale rozja niła si  tylko matowa  

szybka w drzwiach łazienki.  

  - S dziłem,  e jeste  córk   lusarza, szlifierza... - zacz ł Niwi ski.  

  - Cicho - upomniała go.  

  Otworzyła drzwi do łazienki i pchn ła tam zdezorientowanego Niwi skiego.  

  - Je eli chcesz, mo esz si  umy . Po ciel  tymczasem.  

  Niwi ski spojrzał na swoj  twarz odbit  w lustrze i u miechn ł si ;  

ci gn ł marynark , koszul , pu cił wod  do wanny. Raz jeszcze zerkn ł w  

lustro i znowu si  u miechn ł.  

  Zadowolony rozprostował ramiona. Gdy sko czył k piel, wróciła Kasia,  

wzi ła go za r k  i w milczeniu prowadziła długim, ciemnym przedpokojem.  

Otworzyła jakie  drzwi i weszli do jeszcze ciemniejszego pokoju. Zasłony  

zaciemnienia przeciwlotniczego pogł biały mrok.  

  - To tutaj... - szepn ła.  

  Niwi ski namacał r k  po ciel. Oczy przywykłe do ciemno ci zacz ły  

rozró nia  biel. Usiadł i wyci gn ł przed siebie r ce. Kasia nachyliła si ,  

pocałowała go w policzek i szeptem wyja niła:  

  - Id  do łazienki. Teraz ja...  

  Usłyszał tylko cichy odgłos oddalaj cych si  kroków, a potem wyci gn ł  

si  wygodnie na sofie, ramiona podło ył pod głow . Z łazienki dobiegł go  

szum wody. Po omacku znalazł ubranie, wyj ł papierosy i zapalił. Nagle tu   

obok siebie usłyszał gwałtowny kaszel i jaki  niski, m ski głos powiedział:  

  - Czuj ,  e znowu kto  pali.  

  Za wieciła si  nocna lampka i Niwi ski ujrzał,  e dwa kroki od jego sofy  

na tapczanie le y szpakowaty, starszy pan. Mru c oczy wpatrywał si  w  

osłupiałego Niwi skiego.  

  - Aaa, to kto  nowy... - odezwał si  i na nocnym stoliku zacz ł szuka   

okularów.  

  - Czy córka nie uprzedzała,  e nie znosz  dymu?  

  - Niestety.  

  M czyzna znalazł okulary, zało ył, przyjrzał si  Niwi skiemu i, nie  

wstaj c z łó ka, wyci gn ł do niego r k .  

  - Kozakiewicz.  

  - Ju  gasz , panie mecenasie.  

  Na otomanie stoj cej pod oknem zaszele ciła po ciel i podniosła si   

k dzierzawa, czarna głowa z krogulczym nosem.  

  - Szto słucziło ?  

  - Nic, nic - uspokajaj co wyja nił pan Kozakiewicz. - Swój człowiek.  

Tylko  e papierosa zapalił.  

  Głowa sennie opadła na poduszk . Usłyszeli jeszcze mrukni cie:  

  - Nie dla wsiech swaboda. Ej zakurił by, zakurił by czeławiek... - A po  

chwili rozlegało si  ju  miarowe pochrapywanie.  

  Niwi ski nachylił si  w stron  mecenasa.  

  - Rosjanin?  

  - Ormianin. Oficer zbiegły z niewoli. Kasia nie wspominała? My lałem,  e  

pan si  orientuje.  

  - Coraz słabiej.  

  Opadł na poduszk , mecenas za  zgasił lampk .  

  -  pijmy - powiedział.  

  Kiedy si  rano obudził, wła cicieli nie było ju  w domu, tylko Ormianin  

wyszczerzył do niego białe z by.  

  - Maładiec, Katia - mówił. - I krasawica. Kak budiet na polski, proszu  

pana? Bardzo ładna?  

  - Pi kna.  

  - I papa Kati tak e bardzo, bardzo...  

background image

  - Pi kny?  

  - Nu, nie pienkny, a... maładiec. Komunistów on w sudach zaszcziszczał.  

Bronił, tak? On mnie opowiadał. Od bur ujów bronił.  

  - Od bur ujów, powiadasz?  

  - Nu, ty nie wałnujsia. Czierwona Armia wot-wot przyjdzie i bur ujów u  

was nie budiet.  

  - Wiesz ty co, Aram? Gdzie ty mieszkasz?  

  - Sam gorod Jerewa . W akno wzglanu i Ararat wi u.  

  - Martw ty si  o swój Ararat, a ja o swoich, jak mówisz bur ujów. Zgoda?  

  Ormianin posmutniał.  

  - Co b dziesz robi ? - zapytał Niwi ski.  

  - Ja? Na buma ku czekam. Katia obiecała. I w las. Tak atsiuda ju  i  

Andriejew poszedł, i Sołowiow Miszka. Bieda tylko,  e do fotografii nos u  

mnie nie gierma ski.  

  - Całkiem nie germa ski - przytakn ł ze  miechem Niwi ski.  

  Ormianin znów wyszczerzył z by.  

  - Tawariszcz...  

  - I nie nazywaj mnie towarzyszem. Cze ! Chowaj si  zdrowo.  

  Niwi ski jeszcze nigdy nie czuł si  ani taki samotny, ani tak opuszczony,  

jak tego ranka. Nawet wówczas w Krakowie, kiedy wyl kniona ciotka niemal  

wypchn ła go za drzwi swego mieszkania, nie czuł si  bardziej bezradny ni   

teraz. Ludzie, z którymi on chciał by , dawni jego koledzy i znajomi ojca,  

nie ufali mu, podejrzewaj c o kontakty z komunistami. Ci z kolei uwa ali go  

za swojego człowieka, jak to okre lił mecenas Kozakiewicz, lecz przecie   

tylko jaki  dziwny zbieg okoliczno ci wi zał go z tymi lud mi. Nic wi cej.  

Có  jednak miał robi ? Na ulicy przecie  zosta  nie mógł. Powlókł si  wi c  

do Szkudlarków i jaki  czas tam pomieszkał. Potem coraz powa niej zacz ł  

rozmy la  nad wyjazdem do Krakowa, do rodziców, by w nowym  rodowisku,  

nikomu nie znany, rozpocz  wreszcie uczciw  walk .  

  W wigili  Bo ego Narodzenia nieoczekiwanie spotkał Kurasia, Nie widzieli  

si  ju  kilka tygodni.  

  - Władek! - ucieszył si  Kura .  

  - Co tutaj robisz? - spytał Niwi ski.  

  - Załatwiałem dla małej korepetycje. Troch , mimo wszystko, boj  si   

posyła  j  do szkoły... Dlaczego si  nie pokazujesz?  

  - Przecie  wymówiono mi mieszkanie.  

  - Zwariowałe ? Chod , Urszuli nie ma.  

  - Jak to, nie ma?!  

  - No... nie ma. Wyprowadziła si . Zwariowa  mo na. Przecie  małej nie  

wygoni  na miasto... Chod , bo mi si   y  nie chce.  

  - To tak jak mnie. Wypijmy.  

  - O! Rzadko mówisz, ale m drze.  

  Wst pili do knajpki na Ochocie, wypili po jednym, u alili si  nad swoim  

losem. Niwi ski obiecał wpa  przed wieczorem, aby wspólnie spo y  wigili .  

Kura  te  bał si  samotno ci w ten wieczór.  

  Pó niej, ju  w domu, niecierpliwie kr ył od okna do okna, oczekuj c na  

przyj cie przyjaciela. Bo enka wodziła za nim smutnym wzrokiem. Kura  wypił  

kilka wódek, ale wcale nie poczuł si  ra niej.  

  W k cie pyszniła si  przystrojona choinka. Na stole karafka z wódk  i  

trzy talerze. Ale potraw  adnych jeszcze nie było, tylko po rodku stołu  

stał spodeczek z opłatkiem.  

  Kura  coraz bardziej podniecony alkoholem popadł w nastrój melancholijny:  

  - Bez wujka Władka nie zaczniemy, Bo enko, bo musimy przełama  si   

opłatkiem. To b dzie twoja premiera, wi c musi by  uroczy cie. I niczemu  

si  nie dziw. Ani  e zwierz ta b d  mówi  ludzkim głosem, ani  e ja mo e  

b d  mówił od rzeczy. - Wypił spory kielich i nalał ponownie. - Musz   

troch  wypi , bo  wi to jest cholernie wesołe, ale rodzinne i wszyscy  

powinni by  w kupie. Ale nie, nie, nie my l sobie,  e mi smutno z tego  

background image

powodu. Wujek zaraz nadejdzie, ty jeste , Bóg si  rodzi, moc truchleje...  

ładnie truchleje jak dzisiaj podawali,  e Wielkie Łuki zdobyli...  

  Wypił, zamy lił si , spojrzał na Bo enk  i monologował dalej:  

  - Wyja nijmy sobie od razu,  eby nie było mi dzy nami nieporozumie .  

Musisz zna  cał  prawd . Bez ogródek. Tego Chrystusa, który dzi  taki  

malutki, w tym sianku ubogim - przetarł pi ci  łz  w oku - ukrzy owali  

ydzi. Ja nie twierdz ,  e pan Sommer maczał w tym palce, ale fakt jest  

faktem i musisz si  z tym pogodzi .  

  Noemi patrzyła na niego rozszerzonymi ze zdumienia oczami. Kurasiowi  

zrobiło si  przykro.  

  - A mo e niepotrzebnie ci to mówi ? Wiesz co? Za piewamy kol d .  

  Wstał, zacz ł zapala   wieczki na choince, Noemi za  wyci gała z futerału  

skrzypce.  

  - Jezus Maria, przecie  ty nie znasz kol d!  

  - Umiem.  

  - Te  umiesz?!  

  Noemi zacz ła gra  "W ród nocnej ciszy", bardzo smutno i bardzo  ało nie.  

Kura  usiadł przy stole, zapatrzył si  na zapalon  ju  choink  i dwie  

wielkie łzy spłyn ły mu po policzkach.  

  Noemi wci  grała.  

  W tym momencie zatrzeszczały schody. Kto  szedł na gór . Kura  odwrócił  

si  w tamtym kierunku.  

  - Władek! Ty słyszysz?  

  Noemi nie przerywała grania, ale w jej oczach odmalowało si  takie  

zdumienie,  e Kura  spojrzał w t  stron , w któr  patrzyła.  

  W drzwiach stała Urszula.  

  Kura  zerwał si  na równe nogi i podbiegł do  ony. Urszula stała i  

słuchała kol dy Noemi, potem schyliła si  po walizk  i przeszła do drugiego  

pokoju. Kura  pobiegł za ni .  

  - Urszula! Kochana! - mamrotał.  

  - Przecie  wigilia... - wyja niła. - Macie co je ?  

  - Wszystko, kochana, wszystko!  

  Urszula wyj ła z torebki zawini tko.  

  - Masz, połó  to pod choink .  

  - Co to jest?  

  Urszula rozwin ła papierek i Kura  ujrzał malutki medalik na ła cuszku.  

  - Medalik ze chrztu Bo enki - wyja niła. - Je li ju  tak ma by .  

  - Rany boskie, przecie  ja dla ciebie nie mam prezentu!  

  Urszula zdj ła płaszcz, przeszła do kuchni, rozejrzała si  po  

przygotowanych potrawach.  

  - Ale kocha  jej nie jestem w stanie, Leon. Nie jestem w stanie... -  

powtarzała zamy lona.  

  I nagle z tego zamy lenia przeszła w zło .  

  - Dlaczego  si  uchlał? Przed wigili ? Nie wstyd ci dziecka?.  

  Tej samej wigilijnej nocy, nad lasem pod Wi zown , na niebie wysoko pod  

chmurami pojawiły si  białe, ledwo widoczne punkciki. Szybko opadały w dół.  

Ludzie na le nej polanie podnie li si  od ogniska i zapatrzyli w gór . Nie  

mieli ju  w tpliwo ci: nad lasem szybowały spadochrony.  

  Prócz tych paru ludzi przy ognisku nikt nie wiedział o przybyszach z  

nieba.  

  Za par  dni rozpocz  si  miał trzeci wojenny rok, 1942.  

  Kiedy , było to ju  w połowie stycznia, Niwi ski id c Alejami spostrzegł,  

e z przeje d aj cej doro ki kto  wymachuje do niego r kami. Poznał  

mecenasa Kozakiewicza, który, wychylony spod zaci gni tej budy; serdecznie  

zapraszał go do doro ki.  

  - Co si  z panem dzieje? - dopytywał. Dlaczego nie pokazuje si  pan u  

Kasi?  

  Był podniecony, nadmiernie gadatliwy, prawie sił  wci gn ł Niwi skiego do  

background image

doro ki. Gdy pojazd ruszył, Kozakiewicz nagle spowa niał, zerkn ł na  

przygarbione plecy wo nicy i blisko pochylił si  ku Niwi skiemu.  

Przytrzymał go za guzik palta i szepn ł:  

  - Wiecie,  e znów mamy parti ?  

  - Nie.  

  - Jeste cie swój człowiek, czas wi c,  eby cie o tym wiedzieli.  

  Niwi ski chrz kn ł, chciał co  powiedzie , ale Kozakiewicz mocniej  

przyci gn ł go ku sobie.  

  - Nareszcie. Komintern wyraził zgod , przywie li j  towarzysze...  

stamt d. Tylko nazwa ju  inna. Tego, przyznam si , nie rozumiem. Ale...  

Byłem na rozmowie. W pierwszych dniach lutego wszystko ju  b dzie jasne.  

No, i co wy na to?  

  Wyci gn ł dło  do Niwi skiego i serdecznie ni  potrz sn ł, jakby mu  

gratulował.  

  - Nareszcie, nareszcie - powtarzał mecenas.  

  Doro karz odwrócił si  na ko le i spytał:  

  - Jak pan szanowny woli? Przez Nowy  wiat czy...  

  - Wszystko jedno - rzucił Kozakiewicz.  

  - Niech pan zatrzyma. Wysi d  - odezwał si  Niwi ski.  

  - Co? Nie pojedzie pan jeszcze ze mn  kawałek?  

  - Nie po drodze mi, wie pan...  

  Po egnał si  z Kozakiewiczem i wyskoczył. Stał chwil  na chodniku i  

patrzył w  lad za oddalaj c  si  doro k . Zza budy wesoło wymachiwał do  

niego Kozakiewicz.  

   

  Swój człowiek 

   

  Johann Heimann od dawna ju  nie paradował w esesma skim mundurze, od  

dawna te  nie był Johannem Heimannem, lecz Janem Nowaczykiem, skromnym  

inkasentem elektrowni warszawskiej. Ta posada pozwalała mu by  codziennie  

go ciem w dziesi tkach mieszka , rozmawia  z lud mi, wyci ga  ich na  

zwierzenia, poznawa  kr

ce po mie cie plotki. Wykonuj c to nowe zadanie  

postawione przed nim przez obersturmbannfuhrera Kliefhorna, Heimann  

zmuszony był nawet do rozstania z matk , która dot d prowadziła mu  

gospodarstwo w Warszawie. Pocz tkowo zamierzał powierzy  matk  opiece Anny,  

od dawna przebywaj cej w Rzeszy na kursach szkoleniowych BDM. Staruszka  

uparła si  jednak nie opuszcza  Polski, wysłał j  wi c do Krakowa, gdzie  

podj ła prac  siostry miłosierdzia w jednym z niemieckich szpitali. Stara  

Heimannowa od dnia, w którym los, okoliczno ci i syn wyrwali j  ze  

spalonego młyna w Porytem,  yła jakby w wiecznym letargu. W Warszawie  

całymi godzinami wysiadywała w oknie, t po wpatruj c si  w przechodniów.  

Zawsze pobo na, teraz popadła w rodzaj jakiego  mistycznego obł du.  

Odwiedzała ko cioły, cerkwie i zbory ewangelickie, wsz dzie modl c si   

tylko o jedno: o spełnienie zemsty, któr  jej syn poprzysi gł.  

  Młody Heimann, po prawie trzyletnim bezskutecznym tropieniu Niwi skich,  

zw tpił ju  nawet w spełnienie swej rodzinnej misji. Z tym wi ksz   

gorliwo ci  wykonywał nowe zadanie. Zaskarbił sobie zaufanie dozorcy domu,  

w którym mieszkał, wspólnie z nim czytywał nielegalne gazetki, poznawał  

nastroje dziesi tków ludzi, których odwiedzał ze sw  ksi g  inkasenta.  

  Pod koniec maja 1942 roku obersturmbannf~uhrerowi Kliefhornowi przestało  

ju  to wystarcza .  

  - Nastroje, nastroje! - mówił podniesionym głosem. - Karmi mnie pan  

nastrojami, zamiast konkretnymi nazwiskami. Bez pana wiem, co ci ludzie  

my l . Chc  wiedzie , co robi !  

  Podszedł do mapy gubernatorstwa i wskazał palcem punkt koło Piotrkowa.  

  - Wczoraj tutaj wysadzono poci g. W utarczce zgin ł jeden ich człowiek.  

Wszystko wskazuje na to,  e to grupa komunistyczna. Maj  wi c ju  i  

oddziały zbrojne. Nie do  Armii Krajowej, teraz jeszcze i ci.  

background image

  - Pokazywałem panu niedawno ich gazetk  - wtr cił Heimann.  

  - Gazetk ! Zamiast dziesi ciu ró nych jest ju  jedno pismo. Oznacza to,  

e nie s  ju  rozbici i  e kto  jeden tym kieruje. Jaki  organ, jaki   

komitet, któremu si  wszyscy podporz dkowali. Panie Heimann, dot d pan był  

tylko Polakiem, teraz musi pan by  Polakiem komunist .  

  - Bardzo trudno do nich przenikn .  

  - Jednego, niech mi pan da jednego, a w ci gu godziny b d  ich miał  

dziesi ciu. Chyba nie  al panu r k dla ojczyzny i dla f~uhrera?  

  - Nigdy, obersturmbannf~uhrer! - Heimann wypr ył si , jakby t  postaw   

chciał podkre li  swe oddanie dla ojczyzny i f~uhrera.  

  - Chyba ma pan i własny rachunek do wyrównania z tym narodem?  

  Kliefhorn, trzeba przyzna , nale ycie oceniał sytuacj . To wła nie w maju  

tego roku wyruszyły w lasy oddziały zbrojne Gwardii Ludowej, a pierwszy z  

nich, pod wodz  Małego Franka, nosił imi  Stefana Czarnieckiego.  

  Córka Kozakiewicza, Kasia, oraz jej przyjaciółka, Marta, miały, jako  

sanitariuszki, wyruszy  z tymi oddziałami. Na razie jednak Kasia była  

potrzebna w Warszawie, w tym wła nie czasie bowiem zapadł wyrok na  

kierownika Arbeitsamtu. Co dzie  tysi ce młodych dziewcz t i chłopców  

wyłapywano na ulicach, co dzie  długie transporty wywoziły ich w gł b  

Rzeszy. Wyrok na gorliwym urz dniku urz du zatrudnienia miał by   

odpowiedzi  na te bezprzykładne polowania na ludzi. Kasi przypadło w  

udziale ustalenie to samo ci Niemca, czasu oraz miejsca, w którym dokonany  

miał by  zamach. Podczas wykonywania tych czynno ci Kasia przypadkowo  

spotkała Niwi skiego. A było to tak...  

  Przy jednej z nowomiejskich uliczek spadaj cych w dół ku Wi le znajdował  

si  niepozorny zakład szewski. Dwie półki zawalone starymi buciskami,  

jakie  walaj ce si  puszki z klejem i  wiekami stanowiły całe wyposa enie  

warsztatu. Przy oknie wychodz cym na ulic , na niskim zydelku siedział  

stary szewc i ko czył wła nie na poczekaniu przyszywanie sprz czki.  

  Wtedy weszła Kasia.  

  - Dzie  dobry - powiedziała od progu. - Drewniak mi nawalił.  

  Szewc nawet na ni  nie spojrzał. Klientka opu ciła wzrok i na nogach Kasi  

zobaczyła wysokie drewniane koturny, na prawym oderwany pasek.  

  - Pasek mi si  urwał, nie wiem, czy...  

  - Ju  to słyszałem - mrukn ł, nie podnosz c wzroku.  

  Kostyczny i ponury, zapami tale walił młoteczkiem w pantofelek klientki.  

Po dłu szej chwili burkn ł:  

  - I pewnie jeszcze na poczekaniu mam zrobi ?  

  - Wła nie... - nie miało odezwała si  Kasia.  

  - Ludzie, jak wy tych szewców dzisiaj traktujecie? Jak? Na poczekaniu to  

mo na na znaczek naplu  i przyklei . Obuwie to jest obuwie. Kili skiego z  

pomnika zdj li i do piwnicy schowali. I bardzo dobrze. Nie musi patrze ,  

jak wy szewców traktujecie. Drzewo sobie na nogi poubierali. Bo e! Heblem  

to mo na trumn  zrobi , ale nie porz dny obcas... Trzy pi dziesi t si   

nale y.  

  Nie wstaj c z zydla wyci gn ł nareperowany pantofelek w stron  klientki.  

Jednocze nie milcz cym gestem nakazał Kasi, by pokazała swój drewniak.  

Klientka szukała drobnych, szewc za  obracał w palcach but Kasi.  

  - I co ja mam z tym zrobi ? Czy ja si  wtr cam do stolarzy? Czy ja im z  

branzli ka  robi  krzesło?  

  Klientka schowała do torby pantofelek i wyszła. Szewc odczekał chwil ,  

podniósł si  z zydla i zupełnie innym głosem powiedział:  

  - Ju  my lałem,  e pani nie przyjdzie.  

  - Nie ma jeszcze pi tej.  

  Szewc wyjrzał na ulic . Wida  st d było kiosk z gazetami, kilka  

sklepików, w ród których zwracała uwag  cukiernia. Przez otwarte okno  

wystawowe sprzedawano lody w ro kach.  

  - Zaraz go pani zobaczy. Mo na zegarek regulowa . Dzie  w dzie  to samo.  

background image

Naprzód po gazetk , potem na ciacho... Przybij  pani ten pasek.  

  Znów usiadł na zydlu, wygrzebał z pudełka dwa gwo dziki i zabrał si  do  

roboty. Kasia zerkn ła na zegarek, potem otworzyła futeralik małego kodaka,  

sprawdziła przesłon ,  wiatło. W tym momencie kto  zapukał w szyb   

wystawow . Zdziwiona gwałtownie podniosła głow . Na ulicy stał Niwi ski.  

Kasia poku tykała w jednym bucie i uchyliła drzwi.  

  - Władek! Dlaczego si  nie pokazujesz?  

  - Co ty tutaj robisz? - zapytał.  

  Kasia pokazała bos  stop .  

  - Mieszkasz po staremu? - upewnił si .  

  - Tak.  

  - Spiesz  si  teraz. Mo e jutro wpadn  do ciebie, o pi tej, dobrze?  

  - Nie odpowiadała, zapatrzona gdzie  ponad jego głow . Spojrzał w tamtym  

kierunku, ale niczego specjalnego nie dostrzegł. Z dołu ulicy szedł Niemiec  

prowadz c owczarka na smyczy. Podszedł do kiosku, kupił "Reich" i wsadził  

go owczarkowi do pyska.  

  - Wi c o pi tej? - powtórzył.  

  - Poczekaj, zrobi  ci zdj cie - krzykn ła dziewczyna.  

  - Oszalała ?  

  Kasia cofn ła si  w gł b sklepu, wyrwała z r k szewca nie do ko ca  

zreperowany but i wybiegła.  

  - Chod , pod cukierni  jest lepsze  wiatło.  

  - Co ci si  stało?  

  Nie daj c mu doj  do słowa, prawie na sił  popchn ła go w tamt  stron .  

  Niemiec zatrzymał si  przed cukierni . Owczarek z gazet  w pysku został  

na chodniku, a jego pan przez otwart  szyb  odbierał ciastko. Wyci gn ł  

r k  po gazet  i w otwarty pysk psa wsadził napoleonk .  

  Kasia pstrykn ła zdj cie i wreszcie odpowiedziała na pytanie Niwi skiego.  

  - Dobrze, niech b dzie o pi tej, je li nie mo esz teraz na mnie poczeka .  

To jedna chwila - wskazała na jeszcze jeden oberwany pasek.  

  - Mam kiepskie wspomnienia z pozowania do zdj  - u miechn ł si . -  

Kiedy  ci to opowiem... Która godzina?  

  - Punkt pi ta.  

  - Sk d wiesz?  

  - Bo powinna by  pi ta. - Dopiero teraz spojrzała na zegarek. - I jest.  

  - Ju  jestem spó niony. Do jutra! - pobiegł w stron  stoj cej doro ki.  

  Kasia wolno zawróciła do warsztatu.  

  - Zgadzało si ? - spytał szewc.  

  - Tak.  

  Jeszcze tego samego dnia pokazywała gotowe zdj cie ojcu i Mrowi skiemu.  

Ci dwaj odbywali w mieszkaniu adwokata wa n  narad . Kasia raz tylko  

przeszkodziła im w rozmowie, przynosz c herbat  i to wła nie zdj cie.  

Kozakiewicz, korzystaj c z chwili przerwy, wyszedł do drugiego pokoju.  

Kasia postawiła przed Mrowi skim szklank  z herbat ; na spodeczku le ała  

pastylka sacharyny.  

  - Udało si ? - spytał nauczyciel.  

  - Tak. Pokazywałam ju  ojcu.  

  Wr czyła mu du  odbitk  zdj cia przedstawiaj cego Niemca karmi cego psa  

przed cukierni  na Freta; z boku zdj cia wida  było Niwi skiego. Mrowi ski  

nie krył zdziwienia.  

  - A ten co tu robi?  

  - Przypadek - odpowiedziała dziewczyna.  

  Si gn ła po no yczki le ce na kredensie i odci ła Niwi skiego z odbitki.  

  - Co dzie  o pi tej. Ta sama trasa. Dom, kiosk, cukiernia.  

  Mrowi ski długo ogl dał zdj cie Niemca z psem, wreszcie odło ył je i,  

wskazuj c na wycinek trzymany przez Kasi , powiedział:  

  - Dawno go nie widziałem. Nie mieszkam ju  u tramwajarza. Wynajmuj  pokój  

sublokatorski.  

background image

  - Chciałam nawet pana zapyta ... Czy on... czy on jest w ruchu?  

  - Naszym? Nie.  

  - Sympatyk?  

  - Chyba i to za wiele powiedziane.  

  - Wobec tego... nic nie rozumiem.  

  Mrowi ski nie zd ył spyta , czego to mianowicie Kasia nie rozumie, bo do  

pokoju powrócił Kozakiewicz z tekturow  okładk  akt s dowych w r ku. Z  

daleka ni  potrz sał.  

  - Jest. Przed spaleniem chciałem wam tylko pokaza . Porz dkuj  wła nie  

stare akta i pal .  

  Kasia sprz tn ła ze stołu tac  i wyszła z pokoju.  

  Na stole przed Mrowi skim pojawiła si  teczka z napisem na okładce: "Akta  

sprawy karnej p-ko Stanisławowi Mrowi skiemu, synowi Karola".  

  Mrowi ski u miechn ł si , otworzył teczk  i zacz ł przerzuca  bibułkowe,  

zadrukowane kopie.  

  - Mieli cie wspaniał  mow , mecenasie. Długo pami tałem j , jeszcze potem  

w Rawiczu.  

  Kozakiewicz rozło ył r ce i zamkn ł akta.  

  - Dajcie mi to - poprosił Mrowi ski. - Wnukom na pami tk .  

  - Mo ecie ich nie doczeka , nosz c to przy sobie. To nie najlepsza  

rekomendacja, te papierki.  

  - Nie takie rzeczy si  nosiło. Zmieniłem nazwisko.  

  Odsun ł na bok akta dawnej sprawy, Kozakiewicz za  zacz ł miesza   

ły eczk  herbat .  

  - A wi c mamy dzisiaj dwie sprawy - z namysłem powiedział mecenas. -  

Pierwsza to kierownik Arbeitsamtu.  

  Mrowi ski wzi ł w r k  zdj cie Niemca.  

  - Wyrok ju  zatwierdzony - powiedział. - Je eli nie zajdzie nic  

nieprzewidzianego, dwudziestego maja przestanie urz dza  polowania na  

ludzi.  

  - Dobrze. Dat  przeka  towarzyszom - skin ł głow  Kozakiewicz. - Dzi   

ju  wiemy,  e b dzie to w tym wła nie miejscu, na Mostowej. I  e o pi tej -  

ci gn ł pukaj c palcem w zdj cie.  

  Przez chwil , jakby usiłuj c zapami ta  t  twarz, spogl dał na Niemca  

karmi cego ciastkiem psa. Wreszcie wło ył fotografi  do kieszeni.  

  - No i sprawa druga - jakby po namy le odezwał si  mecenas. - Góra -  

wskazał palcem na sufit - chce za wszelk  cen  nawi za  kontakt z delegatem  

rz du. Od kiedy PPR działa oficjalnie, zarzucaj  nam zdrad , samowol , nie  

wiadomo co jeszcze. A przecie  chcemy zadeklarowa  swoj  pomoc, chcemy si   

podporz dkowa , nie ro cimy sobie pretensji do kierowania walk , lecz  

chcemy w niej uczestniczy . Poprzemy ka dego, kto walczy dzi  z Niemcami.  

  - Wielu towarzyszy - wtr cił Mrowi ski - zwłaszcza tych, którzy cierpieli  

przed wojn , uwa a,  e ze wzgl dów klasowych nie nale y wi za  si  z tymi  

lud mi...  

  - S  w bł dzie - nie pozwolił mu doko czy  Kozakiewicz. - Stary  

powiedział to jeszcze w lutym, na pierwszym organizacyjnym zebraniu.  

Nadrz dn  spraw  na obecnym etapie jest niepodległo .  

  - Wiem. Nawet ja, po tym, co sam przeszedłem - potrz sn ł odło onymi  

aktami. - Nawet ja... im to zapomniałem.  

  - Ale oni o tym nie wiedz . Trzeba koniecznie przedstawi  im nasz  lini .  

Z delegatur  s  kłopoty. Na razie nie mamy  adnych mo liwo ci dotarcia do  

nich, trzeba wi c, aby my na razie... na ni szym szczeblu. Znacie, zdaje  

si , kogo  z Tajnej Organizacji Nauczycielskiej?  

  - Tak. Raz ju  ten kto  odrzucił wprawdzie moj  ch  współpracy, ale... o  

tym te  mog  zapomnie . Nie pora na d sy. Okropne  wi stwo ta sacharyna,  

mecenasie.  

  Odsun ł swoj  szklank  i uniósł si  z krzesła.  

  Nazajutrz zmierzał ulic   wi tokrzysk  do antykwariatu Sobczaka. Ju  był  

background image

prawie przy wystawie, kiedy spostrzegł tłum oblegaj cy słup ogłoszeniowy.  

Zaintrygowany podszedł tam i Mrowi ski. Tym razem nie było to  adne  

zarz dzenie władz, a rzucaj ca si  w oczy reklama berli skich linoskoczków,  

zespołu "Camilia" Zespół ten miał wkrótce zjecha  na go cinne wyst py do  

Warszawy. Przez chwil  Mrowi ski gapił si  na plakat wyobra aj cy lin   

rozci gni t  pomi dzy dachami dwóch kamienic i zawieszonego nad przepa ci   

człowieka.  

  W tym samym momencie obok słupa ogłoszeniowego przechodził Johann  

Heimann. Był, oczywi cie, po cywilnemu; z teczk  pod pach  sprawiał  

wra enie zal knionego urz dnika. Co  go zaintrygowało w postaci  

Mrowi skiego. Przystan ł i usiłował sobie przypomnie , sk d zna tego  

człowieka.  

  Mrowi ski sko czył czyta  i ruszył ulic  przed siebie. Heimann zawrócił i  

w odpowiedniej odległo ci poszedł za nim. Tak doprowadził nauczyciela a  do  

drzwi antykwariatu. Nie wszedł jednak za nim. Podszedł do budki z  

papierosami i kupuj c gazet , wpatryvał si  w wystaw  antykwariatu. Przez  

niezbyt czyst  szyb  widział dwie rozmawiaj ce osoby. Chwil  jeszcze tak  

postał, potem sprawdził czas na zegarku i oddalił si .  

  Mrowi ski udaj c,  e przegl da wyło one na ladzie stare ksi ki, spod oka  

obserwował antykwariusza. Sobczak stał za lad  i pochylony nad rozło on   

zszywk  "Na szerokim  wiecie" czytał wetkni t  tam przez nauczyciela  

"Trybun  Wolno ci". Sko czył, odsun ł na czoło okulary, zamkn ł zszywk  i  

odezwał si :  

  - Wi c to jest ten wasz organ?  

  - Przeczytał pan? - spytał Mrowi ski.  

  - Rzuciłem okiem.  

  - Szkoda. Mo e łatwiej byłoby nam dyskutowa , gdyby pan si  gruntowniej z  

tym zapoznał.  

  - Mo e mi pan zostawi  ten egzemplarz?  

  - Oczywi cie.  

  - Jako ciekawostk .  

  Mrowi ski u miechn ł si . Podszedł bli ej, otworzył zszywk  i gło no  

przeczytał:  

  - "Polska Partia Robotnicza nie ma zamiaru uprawia  konkurencji w  

stosunku do innych partii szczerze walcz cych o wyzwolenie narodu  

polskiego. Przeciwnie, d y do jak najbli szej współpracy i wspólnej z nimi  

walki przeciwko wspólnemu wrogowi". Pan to uwa a za ciekawostk ? Bo ja za  

most, który mo e nas poł czy  i pozwoli  si  porozumie .  

  - Most, mówi pan? Most mo e poł czy  dwa brzegi. Mój jest nad Wisł , a  

pa ski... bo ja wiem... nad Wołg , czy co tam pod Moskw  płynie. Ci ka  

sprawa z takim mostem.  

  - Nie uwa am. Wszystkim nam chodzi o to samo.  

  - Za co pana, kolego, pozbawiono prawa nauczania? O ile pami tam, za  

samowolne wprowadzanie do programu szkolnego Kruczkowskiego, Wasilewskiej?  

Ja polskim dzieciom ich nie polecałem. Wi c nie chodzi nam o to samo. Panu  

o jak  rewolucj , mnie o ojczyzn .  

  - Szkoda jednak,  e nie przeczytał pan dokładnie.  

  - Mo e kiedy , w wolnej chwili - odparł Sobczak.  

  - Ka da chwila jest dzisiaj droga. Nie sprzeczajmy si  o słowa, cho  i na  

to mógłbym panu odpowiedzie . Wiele si  od wrze nia zmie iło.  

  - Owszem. To tylko wy si  nie zmieniacie. Wci  uprawiacie dywersj . W  

lipcu zeszłego roku generał Sikorski uregulował stosunki polsko-sowieckie i  

odt d nic w kraju nie mo e si  dzia  bez zgody rz du. Powstanie waszej  

partii zakłóca to porozumienie. Nikt o was nie wie.  

  - Wła nie chcemy, aby o nas wiedziano. Nie rzucamy słów na wiatr. Chcemy  

bi  Niemców. Tylko to si  teraz liczy. Niedawno wyruszył w pole pierwszy  

bojowy oddział. B d  ich setki. Usłyszy pan o nich.  

  - Wyruszył? Jakim wła ciwie prawem? - spytał Sobczak.  

background image

  - Prawem obrony tych, których wywo , morduj  i katuj .  

  - Wzi cie udziału w walce mo e nast pi  tylko na rozkaz wła ciwych  

czynników. Uzurpujecie sobie to prawo?  

  - Nie. Lecz chcemy, by te wła ciwe czynniki poznały nasz punkt widzenia.  

- Mrowi ski nie dawał si  wyprowadzi  z równowagi. - Po to dzi  jestem u  

pana.  

  - Za wysoko mnie pan ocenia.  

  - Profesorze. Najprzód dojd my do porozumienia na ni szym szczeblu. Mo e  

przeniknie to i do naszych gór.  

  - Porozumienie? - antykwariusz nie ukrywał zdziwienia.  

  - Nazwijmy wi c to wymian  pogl dów. To przecie  nikomu nie mo e  

zaszkodzi .  

  - Moje pan ju  zna.  

  - Ale pan nie zna naszych. Proponuj  spotkanie kilku osób. Ja te  jestem  

tylko pionkiem. Niech pan wysłucha m drzejszych.  

  - Co pan proponuje?  

  - Pa ska czterna cie, mieszkania siedem. Jutro o dziewi tnastej.  

  - Zapami tałem.  

  - A teraz niech mi pan da co  do czytania. Wszystko jedno, mo e by  nawet  

Marczy ski. Do poduszki.  

  Trzymał ju  wybran  ksi k  w r ce, kiedy drzwi antykwariatu rozwarły si   

gwałtownie i uzbrojeni gestapowcy rozbiegli si  po sklepie. Dwóch cywilów w  

tyrolskich kapelusikach zamykało drzwi na klucz. Jeden odwrócił wywieszk  z  

napisem: Przerwa obiadowa, drugi zmierzał do Mrowi skiego.  

  - R ce do góry! Ty te , ty te ! - wrzasn ł.  

  Mrowi ski i Sobczak posłusznie unie li r ce. Cywil si gn ł po wysoko  

uniesion  przez Mrowi skiego ksi k . Otworzył na karcie tytułowej.  

  - Jak to, panie Mrowi ski? Nie Marks, nie Engels, tylko Marczy ski?  

Dokumenty!  

  Mrowi ski si gn ł r k  w zanadrze, lecz cywil błyskawicznym ruchem podbił  

mu rami  i sam wprawnie obmacał marynark  i kieszenie spodni. Wyj ł dowód,  

otworzył, u miechn ł si . Tym razem zwrócił si  do Sobczaka.  

  - Nazwisko?  

  - Sobczak.  

  - Nie twoje. Jego.  

  - To klient. Nie znam tego pana.  

  Cywil odszedł od Sobczaka, jakby go zadowoliła ta odpowied . Dał znak  

głow  uzbrojonym gestapowcom. W jednej chwili rzucili si  do półek,  

zwalaj c z nich ksi ki na podłog . Drugi cywil podszedł i z tej rosn cej  

sterty wyci gał od czasu do czasu jaki  egzemplarz. Nie tyle go przegl dał,  

co wytrz sał.  

  Tymczasem pierwszy cywil znów znalazł si  przy antykwariuszu.  

  - Nazwisko?  

  - Sobczak.  

  Cywil wymierzył antykwariuszowi policzek. Był ju  w ciekły.  

  - Wiesz, durniu,  e o nazwisko tamtego pytam.  

  - Nie wiem. Kupował ksi k .  

  - Pół godziny? Pół godziny zasran  powie  kupował? Papiery!  

  I znów, jak poprzednio, sam wyj ł z marynarki Sobczaka dokumenty. Teraz  

ju  dwa dowody trzymał w dłoni.  

  - Zawód?  

  - Ksi garz.  

  - Nieprawda. Zawód wyuczony - nauczyciel. Przecie  jest tu napisane; wi c  

czemu ł esz? I co? W dalszym ci gu twierdzisz,  e nie znasz kolegi po  

fachu?  

  - Pierwszy raz go widz .  

  Cywil podszedł teraz do Mrowi skiego.  

  - Nazwisko? Imi ?  

background image

  - Łapaj Ignacy.  

  - Od jak dawna?  

  - Od urodzenia.  

  Cywil zerkn ł w stron  Sobczaka, który chusteczk  wycierał s cz c  si  z  

nosa krew.  

  - Po ycz koledze chusteczk . B dzie jej zaraz potrzebował.  

  Sobczak zawahał si . Widz c jednak,  e cywil kieruje si  do niego,  

po piesznie wsun ł sw  chusteczk  w dło  Mrowi skiego.  

  - Nazwisko?  

  - Łapaj Ignacy.  

  Uderzenie w twarz. Mrowi ski, spodziewaj c si  tego ciosu, zasłonił twarz  

ramieniem. W ułamku sekundy cywil wymierzył mu cios w  oł dek. Mrowi ski  

zgi ł si  wpół i zataczaj c wzdłu  lady upadł na stert  zrzuconych ksi ek.  

Z góry leciały mu na głow  nast pne.  

  - Adres jest te  fałszywy?! - wrzeszczał cywil.  

  - Prawdziwy - odpowiedział Mrowi ski.  

  Cywil podszedł z dowodem do swego kolegi, wskazał mu adres w dowodzie  

Mrowi skiego. Tamten w milczeniu przytakn ł głow , odwołał jednego z  

esesmanów i obaj wyszli z antykwariatu.  

  Przez szyb  wystawy wida  było, jak wsiedli do stoj cego przed sklepem  

samochodu i odjechali.  

  - Mrowi ski, uczyłe  w Porytem? - cywil kontynuował przesłuchanie.  

  - Pan si  myli i wci  mnie bierze za kogo innego.  

  - W Porytem, pytam, czy uczyłe ?  

  - Nie.  

  - Wyrzucono ci  tam za komunizm, moskiewska  winio! Tak czy nie?  

  - Nie słyszałem w ogóle o takiej wiosce.  

  - Sk d wiesz,  e to wioska?  

  - Bo nie ma takiego miasta.  

  - Dobrze. Przypomnisz sobie jeszcze. Tylko ci  wpierw postawi  do k ta.  

Niegrzeczny jeste .  

  Podszedł teraz do antykwariusza.  

  - No, i co z panem zrobi , panie Sobczak?  

  Sobczak wzruszył ramionami.  

  - Opu ci  r ce - rozkazał cywil.  

  Przeszedł si  po zrujnowanym antykwariacie, szepn ł słówko gestapowcowi.  

Ten natychmiast podbiegł do Mrowi skiego i tarmosz c go za rami  popchn ł w  

stron  drzwi.  

  W tej samej chwili inny gestapowiec, stoj cy na drabinie i wytrz saj cy  

zszywk  czasopism, wyrzucił z jej wn trza "Trybun  Wolno ci". Egzemplarz  

długo wirował w powietrzu, zanim opadł na ziemi . Cywil schylił si ,  

spojrzał, u miechn ł.  

  - A wi c jednak. Nie tylko kolega, ale i towarzysz. To było do  

przewidzenia. Bra  go!  

  Sobczak zacz ł wolno zdejmowa  satynowy kitel, ale nie zd ył. Uderzenie  

lufy popchn ło go ku wyj ciu.  

  W gabinecie Kliefhorna odbywało si  przesłuchanie Mrowi skiego.  

Obersturmbannfuhrer trzymał w dłoni kilka zadrukowanych kartek spi tych  

spinaczem.  

  - Szkoda ju  czasu na ustalanie pa skiej to samo ci, panie Mrowi ski. Co  

to jest? - potrz sał przed nauczycielem plikiem papierów.  

  - Nie wiem.  

  - A przecie  znaleziono to podczas rewizji w pa skim pokoju. Jest to,  

przypomn  panu, akt oskar enia przeciwko Stanisławowi Mrowi skiemu za  

przynale no  do partii komunistycznej. Sk d to u pana? No, widzi pan.  

Nale ał pan do partii.  

  - Niczego mi nie udowodniono.  

  - Panu? Wi c jednak jest pan Mrowi skim?  

background image

  - Tak.  

  - Nareszcie. Jak  funkcj  pełni u was Sobczak?  

  - Sobczak?  

  - Antykwariusz,  eby ju  nie musiał pan dłu ej udawa .  

  - A pan?  

  - Te   adnej.  

  - Czemu po wi cone było wasze spotkanie?  

  - Po prostu. Kupowałem ksi k . Nie znam tego człowieka. Równie dobrze  

mogłem wej  do Gebethnera i Wolffa.  

  - Ale pan nie wszedł. Bo miał pan spraw  do Sobczaka. Jak ?  

  Poniewa  Mrowi ski milczał, Kliefhorn wyci gn ł z biurka "Trybun   

Wolno ci" i potrz saj c ni  przed nosem Mrowi skiego, kontynuował:  

  - Sobczak wszystko ju  nam powiedział. Pa skie szczere zeznanie mo e  

tylko polepszy  pa sk  sytuacj . O panu wiem wszystko, cho by z tych akt, i  

niczemu ju  pan nie zaprzeczy. Sobczak równie  wszystko potwierdził. Z kim  

jeszcze utrzymujecie kontakt?  

  - Z nikim. Nie znam Sobczaka.  

  - Wi c o czym rozmawiali cie przez pół godziny? O pogodzie? Dwaj  

komuni ci?  

  - On nie jest  adnym komunist .  

  - Sk d pan to wie? Przecie  go pan nie zna?  

  - Nie znam.  

  - Ciekawe,  e czytujecie to samo pismo. Przecie  to znaleziono u niego w  

ksi garni. - Znów potrz sn ł "Trybun  Wolno ci". - Z kim kontaktujecie si   

jeszcze?  

  Mrowi ski nie odpowiedział. Kliefhorn wolno podniósł si  zza biurka.  

  - Czy mam ci  przenie  do innego pokoju, gdzie łatwiej odzyskuje si   

pami , czy powiesz to tutaj? - podniósł głos.  

  - Niczego nie wiem.  

  Kliefhorn ponownie usiadł za biurkiem i machinalnie zacz ł przerzuca   

kartki z przedwojennego aktu oskar enia Mrowi skiego.  

  - Wbrew temu, co tutaj mówisz, nie byłe  znów takim małym pionkiem.  

  - Niczego mi nie udowodniono.  

  - Mo e miałe  dobrego adwokata... O, wła nie!  

  U miechn ł si  zadowolony z tego przypadkowego odkrycia i uwa niej zacz ł  

wertowa  tekst oskar enia.  

  - Obro ca Stefan Kozakiewicz... No, prosz . Czy to te  wasz człowiek?  

  Kliefhorn nacisn ł guziczek na biurku. Niemal natychmiast zjawił si   

sekretarz. Kliefhorn ołówkiem podkre lił nazwisko w akcie oskar enia i  

pokazał je sekretarzowi.  

  - Sprawdzi  natychmiast. Niech tam kto  od razu pojedzie, jak tylko  

ustalicie adres.  

  Mrowi ski z trudem przełkn ł  lin  i b kn ł:  

  - To był obro ca z urz du. Nawet, go nie pami tam.  

  - Nie szkodzi. Wkrótce sobie przypomnisz.  

  Sobczaka przesłuchiwał ten sam cywil, który go aresztował. W gł bi  

pokoju, za plecami antykwariusza, nieruchomo stał esesman.  

  - Kiedy wst piłe  do partii komunistycznej? - padło pierwsze pytanie  

cywila.  

  - Nigdy do niej nie wst powałem.  

  - Mrowi ski twierdzi inaczej. Dostarczał ci pras . Przyznał si  do tego.  

  - Nie mógł tego powiedzie . Ten egzemplarz widz  pierwszy raz na oczy.  

Skupuj  w antykwariacie stare czasopisma, ale przecie  nie studiuj  kartka  

po kartce. To było w  rodku.  

  - Jeste cie wszyscy band  czerwonych, któr  wyt pimy jak robactwo. Kto  

jeszcze nale y do waszej jaczejki? - z ka dym słowem podnosił głos.  

  - Nie nale  do  adnej jaczejki. Je eli mam by  szczery, mój stosunek do  

komunistów jest mo e nie tak skrajny, jak pana, ale równie  niech tny. To  

background image

nonsens! Mnie, wła nie mnie o to podejrzewa .  

  Cywil spojrzał uwa nie w twarz Sobczaka, potem r k  nakazał, by esesman  

opu cił pokój. Po jego wyj ciu cywil odezwał si  ju  innym tonem:  

  - Widzi pan, panie Sobczak, pan jest człowiekiem inteligentnym i na pewno  

zdołamy si  porozumie . Ja panu wierz ,  e stosunek ma pan do nich  

niech tny. Mo na wiedzie , dlaczego?  

  - Nie odpowiadaj  mi ich pogl dy.  

  - Wolałbym konkretniej. Jakie? Na przykład Mrowi skiego?  

  - Nie znam jego pogl dów, bo nie znam tego człowieka.  

  - Je li zna pan ich pogl dy, zna pan i tych, którzy je głosz . Wystarczy  

jedno pa skie słowo, kilka nazwisk, a tu, w pa skiej obecno ci, podpisz   

pa skie zwolnienie. No?  

  - Nie trzeba zna  ludzi, aby słysze  o pogl dach. Ogłasza je cho by  

gazetka, któr  pan znalazł.  

  - Je li nie nazwiska, to pseudonimy? No? Adresy?  

  - Nie znam.  

  - Jeden. Wystarczy jeden adres, a wróci pan do swoich ksi ek. Widzi pan  

ten blankiet?  

  Zamachał czystym blankietem pełnym rubryczek.  

  - To jest zwolnienie po przesłuchaniu. Domy la si  pan,  e do  rzadko  

korzystamy z tego druczka. Pan b dzie nielicznym wyj tkiem. Ju  wypisuj ...  

Sobczak Jan, syn...  

  Odkr cił wieczne pióro i istotnie zacz ł wypełnia  poszczególne  

rubryczki. Uj ł piecz tk , odcisn ł w poduszce, chuchn ł.  

  - Mam przystawi  piecz tk ? Podpisa ? Jeden adres. Jedno nazwisko.  

  Sobczak zapatrzył si  w piecz tk , która zawisła nad druczkiem  

zwolnienia. Cywil wolno opuszczał j  coraz ni ej.  

  - Nie znam. Nie znam nikogo - powiedział.  

  Cywil cisn ł piecz tk  w twarz Sobczaka. W jednej chwili porwał na  

strz py zapisany druczek. Znów op tała go w ciekło . Zerwał si  zza biurka  

i otworzył drzwi: do pokoju wbiegło dwóch esesmanów. Cywil skin ł głow ,  

sam za  wyszedł na korytarz. Poprawił krawat. W tym momencie zza drzwi  

doleciał go okropny krzyk Sobczaka.  

  Cywil oddalał si  korytarzem. Wycie Sobczaka goniło go a  do schodów,  

którymi wolno zacz ł zst powa  w dół.  

  W mieszkaniu Kozakiewicza - kocioł. W pokoju siedziała Kasia pilnowana  

przez gestapowca. Przez uchylone do przedpokoju drzwi wida  było esesmana  

strzeg cego wej cia do mieszkania. Cywil, ten sam, który brał udział w  

rewizji w antykwariacie, kr ył po mieszkaniu, przegl daj c ksi ki w  

bibliotece i akta na biurku.  

  Kasia niespokojnie rzuciła okiem na wisz cy na  cianie zegar. Za  

dwadzie cia pi ta.  

  - Kiedy ojciec wróci? - spytał cywil.  

  - Nie wiem.  

  - Na kogo czekasz?  

  - Na nikogo.  

  - Nieprawda. Po co patrzysz na zegar?  

  Nie odpowiedziała. Cywil rozsiadł si  wygodnie w fotelu, zdj ł kapelusz,  

r kawiczki i spokojnie zapalił papierosa.  

  - Poczekamy.  

  Na zegarze za kwadrans pi ta...  

  Punktualnie o tej godzinie do pralni Kurasia listonosz przyniósł piln   

depesz . Kura  odczytał jej tre , zatroskał si  i poszedł szuka   

Niwi skiego, który wła nie szykował si  do wyj cia. Depesza nadeszła z  

Krakowa. Pani Niwi ska donosiła o ci kim stanie zdrowia m a, wzywała syna  

do natychmiastowego przyjazdu. Niwi ski przebiegł wzrokiem tekst telegramu.  

  - Czytałe ? - spytał Kurasia. - Boj  si ,  e to ju ... po wszystkim.  

Matka nie pisze prawdy...  

background image

  - Jed . W ka dym razie jed . Poci g masz za godzin . Damy tu sobie rad   

bez ciebie.  

  Kura  mocno u cisn ł mu rami . Niwi ski spojrzał na zegarek i przeszedł  

na zaplecze. Podszedł do telefonu, wykr cił numer. W słuchawce odezwał si   

m ski głos.  

  - Czy to pan mecenas? Chciałem prosi  Kasi .  

  - Nie, mecenasa chwilowo nie ma. A kto mówi?  

  - Znajomy. Czy jest Kasia?  

  - Niedługo b dzie. Co mam powtórzy . Kto mówi?  

  - A kto przy telefonie? - dopytywał si  Niwi ski.  

  - Kuzyn.  

  - Prosz ... prosz  powtórzy  Kasi,  e niestety nie przyjd .  

  - Ale dlaczego? Bardzo na pana czekała.  

  Niwi ski zawahał si  przy słuchawce lekko zdziwiony.  

  - Niestety, za chwil  musz  wyjecha  do Krakowa. Dostałem piln   

wiadomo . Prosz  j  przeprosi  i...  

  - Mo e pan zostawi chocia  numer telefonu. Kasia zadzwoni jak wróci.  

  W tej chwili Niwi ski usłyszał w słuchawce przera liwy krzyk kobiety.  

Oderwał słuchawk  od ucha, chwil  stał nieruchomo, wreszcie odło ył j  na  

widełki.  

  Kura  przynaglał go do wyj cia. Kupno biletu nie gwarantowało podró y,  

trzeba było jeszcze zdoby  platzkart . Kura  wetkn ł Niwi skiemu pieni dze.  

Po kwadransie podchor y był ju  na dworcu.  

  Tu powitało go nieopisane mrowie podró nych. Tasiemcowe kolejki wystawały  

przed okienkami do kas. W tej ci bie Niwi ski dostrzegł Lutka  

Szymkowskiego. Wła nie odszedł od kasy sprawdzaj c nabyty dopiero co bilet.  

Ponad głowami podró nych dotarło do Szymkowskiego wołanie. Obejrzał si  i  

ucieszył widokiem kolegi.  

  - Władek, co z tob ?  

  - Jako   yj .  

  Przeciskali si  przez tłum. Kiedy ju  stan li blisko siebie, Niwi ski  

spytał:  

  - Wszystko w porz dku? Co z reszt  chłopaków?  

  - Ró nie... Rafał, na przykład, jest tutaj ze mn .  

  - Tutaj?  

  - Jedziemy razem do Krakowa. Co u profesora?  

  - Niedobrze. Wła nie dostałem depesz ...  

  Niwi ski urwał w pół słowa, co  mu przyszło na my l. Chwycił Lutka za  

guzik marynarki.  

  - Odst p mi swoj  platzkart .  

  Dostrzegł wahanie we wzroku kolegi; a mo e to było tylko zaskoczenie  

nieoczekiwan  propozycj , wi c wyja nił:  

  - Ojciec jest umieraj cy. Musz  by  jutro w Krakowie.  

  - Nie zrozum mnie  le - Lutek nie patrzył mu w oczy - ale...  

  - W kasach ju  nie ma, dopiero na jutrzejszy poranny...  

  Szymkowski nieoczekiwanie powiedział:  

  - Nie jed  tym poci giem, Władek.  

  - Jakim poci giem?  

  - Tym jutrzejszym. Porannym.  

  Niwi ski nie zwrócił uwagi na t  nieoczekiwan  i do  dziwnie brzmi c   

rad . Chwycił Lutka za obie dłonie i silnie nimi potrz sn ł.  

  - Prosz  ci  o to. Słyszysz? Czy mam ci pokaza  depesz ?  

  - Wierz  ci, ale... nie mog .  

  - Wi c mo e Rafał? Gdzie on jest?  

  Rozejrzał si  po zatłoczonej hali.  

  - Nie gniewaj si , ale i Rafał nie mo e.  

  Niwi ski zwolnił u cisk na dłoniach kolegi. Po ałował swej pro by i  

powiedział ponuro:  

background image

  - Nie odpowiadaj za niego. Dlaczego zakładasz,  e i on jest takim samym  

bydlakiem?  

  Odwrócił si , by odej . Lutek spróbował przytrzyma  go za rami , ale  

Niwi ski strzepn ł z siebie jego dło .  

  - Odejd , kolego. Po co jedziecie? Po schab? W dzonk ? Powodzenia. Co z  

was zrobiła ta wojna?  

  Wyszarpn ł z kieszeni zmi t  depesz . Prawie pod nos wetkn ł j  Lutkowi.  

Podró ni zacz li ju  na nich zwraca  uwag .  

  - Masz, masz. Mo e by  co  wa niejszego ni   mier  ojca?  

  Zamiast Lutka odpowiedział kto  inny, kto stał za plecami Niwi skiego.  

  - Czasami mo e.  

  Niwi ski odwrócił si  zaskoczony i zobaczył Zawistowskiego, który sykn ł  

karc co:  

  - Zwracacie na siebie uwag . Id  - powiedział do Lutka - ju  wpuszczaj .  

  Lutek zerkn ł w kierunku wej cia na perony. Las r k z wyci gni tymi  

biletami. Tłum szturmował wej cie.  

  - Niech mu pan chocia  wytłumaczy - Lutek prosz co zwrócił si  do  

Zawistowskiego i ruszył w kierunku napieraj cego tłumu.  

  Zawistowski przytrzymał Niwi skiego za rami .  

  - Wytłumaczy  panu nie wytłumacz  - powiedział - ale niech im pan nie ma  

tego za złe.  

  Niwi ski spojrzał uwa nie w oczy Zawistowskiego i wzruszył ramionami.  

  - Przepraszam, ale zajm  kolejk . Mo e chocia  na jutro dostan . Do  

zobaczenia.  

  Przecisn ł si  przez tłum, stan ł u ko ca długiego ogonka. Zawistowski  

chwil  si  wahał, wreszcie podszedł.  

  - Koniecznie musi pan jutro? - spytał.  

  - Słyszał pan, Dzi  ju  miałem tam by .  

  - Widzi pan... - Zawistowski zawahał si  przez moment. - Niech pan  

chocia  nie doje d a do samego Krakowa. Stacja przed, w Płaszowie,  

Zabierzowie...  

  - Łapi ? - spytał zdziwiony Niwi ski.  

  - Nie, ale... Po prostu panu radz .  

  U miechn ł si , skin ł na po egnanie r k  i odszedł.  

  Riksza zawiozła Zawistowskiego wprost z dworca na Jasn , do banku.  

Deutsche Reichsbank był tego dnia pełen interesantów. Zawistowski z  

głównego hallu skierował si  po piesznie na zaplecze. Bez pukania wszedł w  

drzwi prowadz ce do pokoju naczelnika Szczerbaniewicza.  

  Urz dnik na jego widok poderwał si  zza biurka.  

  - Jak? - spytał po piesznie.  

  - Ju  s  w drodze.  

  - Wi c to... na pewno jutro?  

  - Tak. Je eli, oczywi cie... po to u pana jestem.  

  - W stu procentach - zapewnił Szczerbaniewicz. - Dzi  został podpisany  

rozkaz transportu.  

  - Du o tego?  

  Szczerbaniewicz zamiast odpowiedzi napisał na kartce 500.  

  - I oczywi cie sze  zer niech pan do tego doda.  

  - To pewne? - spytał Zawistowski.  

  - Sam widziałem list przewozowy. Jutrzejszym rannym poci giem.  

  - Odetchn łem - przyznał Zawistowski.  

  Szczerbaniewicz usiadł za biurkiem, zapalił.  

  - Ja równie  - powiedział. - Ale nie z powodu sumy. Podobna trafiłaby si   

pr dzej czy pó niej. Odetchn łem,  e to si  stanie w Krakowie. Odpadn   

podejrzenia,  e tutejszy personel banku maczał w tym palce. A i koledzy w  

Krakowie b d  czy ci. Có , za wypadki na dworcu bank odpowiada  nie mo e.  

  - Czy banknoty pochodz  na pewno z ró nych serii?  

  - Z ró nych.  

background image

  Zawistowski podniósł si  z krzesła. Szczerbaniewicz zatrzymał go jeszcze.  

  - Sekund . W tej sytuacji chciałbym, aby plan skarbca i rozkład banku...  

pan rozumie, skoro zrezygnowano z akcji na terenie banku...  

  - Akcja Kraków jeszcze si  nie odbyła.  

  - Ale jutro... Zniszczcie te rysunki. Na wszelki wypadek...  

  - Przeka .  

  Na biurku zadzwonił telefon. Szczerbaniewicz uj ł słuchawk , chwil   

słuchał, bardzo zmienił si  na twarzy i nie przerywaj c rozmowy raz jeszcze  

wstrzymał podnosz cego si  Zawistowskiego.  

  - Rozumiem, panie magistrze, rozumiem... - mówił do słuchawki. - No có ,  

skoro nie ma tego lekarstwa, nic nie poradzimy... Mo e w innej aptece...  

Dzi kuj  za fatyg ...  

  Odło ył słuchawk  i wpatrzył si  w Zawistowskiego.  

  - Akcja jest odwołana - powiedział po chwili milczenia.  

  - To wykluczone! - zawołał Zawistowski. - Ludzie s  w drodze.  

  Niezrozumiały rozkaz odwołuj cy akcj  napadu na transport pieni dzy w  

Krakowie, akcj  rozpracowan  w najdrobniejszych szczegółach, zmusił  

Zawistowskiego do natychmiastowej rozmowy z aptekarzem Kudli skim.  

Farmaceuta krótko wyja nił Zawistowskiemu sytuacj :  

  - Dzi  przed południem aresztowano Sobczaka. Teraz ju  pan rozumie?  

  - To, oczywi cie, fatalne, ale...  

  - Fatalne? - u miechn ł si  Kudli ski.  

  - Mo e aresztowano go przypadkowo.  

  - Mo e - przyznał aptekarz. - Ale on wie wszystko. Zna termin akcji,  

miejsce...  

  - Powtarzam, je eli wpadł z innego powodu, nie ma podstaw do obaw,  e  

pi nie co  o Krakowie - upierał si  Zawistowski.  

  - Był pan tam u nich?  

  - Nie.  

  - Wi c niech pan za nikogo nie r czy. Mo e powiedzie  w malignie, we  

nie, w gor czce... Znam Sobczaka i ufam mu wi cej ni  sobie, ale... -  

rozło ył ramiona i doko czył: - ...od niego zale y  ycie tych pi ciu  

pa skich ludzi, którzy tam wyjd  na dworzec. O moim ju  nie wspominam, ani  

o Szczerbaniewiczu.  

  - Wła nie, panie magistrze. Naczelnik prosił o zniszczenie planów  

skarbca.  

  - Prosił? Niech pisze podanie do gestapo z uprzejm  pro b  o zwrot.  

Równie  i te plany były u Sobczaka.  

  - Sk d go zabrano?  

  - Z ksi garni. Człowiek, który mi o tym doniósł, twierdzi,  e  

wyprowadzono jego i jeszcze kogo , kogo nie zna. Uspokaja mnie to o tyle,  

e nie ma  adnych wiadomo ci, aby dzi  wpadł kto  inny z nas. By  mo e,  

rzeczywi cie wpl tano go przypadkiem w spraw  tego obcego.  

  - Z pewno ci . Od razu to mówiłem.  

  - Podobno jakie  straty ponie li dzi  komuni ci. Był kocioł u adwokata  

Kozakiewicza. Słyszałem,  e przestrze ono go w ostatniej chwili przed  

powrotem do domu. No, ale daruje pan, panie kolego, nie mogli Sobczaka  

wpl ta  w sprawy czerwonych. To tak, jakby pana podejrzewa  o konszachty z  

Eskimosami. Jego, wła nie jego!  

  - Czy... nie da si  ustali , kim był ten drugi człowiek w ksi garni? -  

spytał Zawistowski.  

  - By  mo e. Ale nie dzi  i nie jutro... Dlatego ludzi w Krakowie za  

wszelk  cen  musi pan odwoła .  

  - S  w drodze. To wykluczone.  

  - Dosy  dywagacji, poruczniku. To rozkaz.  

  - Ale niewykonalny. Nast pny poci g, którym mógłbym pojecha , to wła nie  

ten, na który oni ju  czekaj .  

  - Istniej  jeszcze telefony, depesze.  

background image

  - Do kogo? Tylko Rafał, dowódca pi tki, zna krakowskie meliny. Chyba  

eby...  

  - No?  

  - Samochód - powiedział Zawistowski. - Ale, wie pan... Jazda na noc...  

  Spojrzał na zegarek. Kudli ski zdecydował si  w jednej chwili.  

  - Samochód panu załatwi . Samochód regularnego reichsdeutscha. Nie  

potrzebuje nawet przepustki.  

  - Ja mam z nim jecha ? - zdumiał si  Zawistowski.  

  - To nasz człowiek. Korzysta  z niego wprawdzie mo na tylko w sytuacjach  

ostatecznych, ale mamy przecie  z tak  wła nie sytuacj , do czynienia.  

Kierowca tylko musi by  nasz.  

  - Zdaje si ,  e mam takiego kierowc ... - powiedział z namysłem  

Zawistowski.  

  Na Szucha wci  przesłuchiwano obu zatrzymanych. Gestapo, które od  

pocz tku zorientowało si ,  e tych dwóch nic ze sob  nie ł czy, a mo e  

przeciwnie - dzieli, starało si  za wszelk  cen  wykorzysta  t  sytuacj .  

Mrowi skiego nadal osobi cie przesłuchiwał Kliefhorn.  

  - Co robiłe  u Sobczaka?  

  - Szukałem ksi ki do czytania.  

  - Co mu miałe  donie , przekaza ?  

  - Nic.  

  - Słuchaj pan, panie Mrowi ski. Jest noc, ale spa  dzisiaj nie b dziesz.  

To ci obiecuj  solennie. Je eli nie zm drzejesz do rana, zostaniesz  

wci gni ty na list  zakładników. Je eli w ci gu najbli szego tygodnia  

ktokolwiek targnie si  na osob  i  ycie Niemca, zostaniesz powieszony razem  

ze wszystkimi. Wierzysz mi?  

  - Tak.  

  - W ci gu tygodnia. Twoje  ycie ju  nie zale y ode mnie, bo tak brzmi  

zarz dzenie.  

  Zamachał kartk  zadrukowanego papieru, a po namy le podał j   

Mrowi skiemu.  

  - Twoje  ycie zale y wył cznie od twoich towarzyszy. Je eli nam o nich  

powiesz, nie zd

 zrobi   adnego głupstwa i ocalisz głow .  

  Mrowi ski przejrzał wykaz nazwisk na kartce i bez słowa zwrócił list   

Kliefhornowi.  

  - Znalazłe  swoich znajomych?  

  - Sobczak jest niewinny. Nie ma z tym nic wspólnego.  

  - Z czym?  

  Mrowi ski milczał.  

  - Z komunistami, chciałe  powiedzie ? Dlaczego zale y ci,  eby jego  

wła nie ocali ?  

  - Bo jest niewinny.  

  Kliefhorn odkr cił obsadk  wiecznego pióra.  

  - Jego i tak bym skre lił, bo ju  nam o was powiedział. Tym si   

wyratował.  

  Kilkakrotnie przekre lił nazwisko Sobczaka na li cie.  

  - Nie zmieniłe  o nim zdania? A o innych? Pomy l o tym tygodniu. Tylko o  

tym jednym tygodniu, który ci pozostał...  

  Wezwał esesmana, sam za  pod ył do pokoju przesłucha , w którym trzymano  

Sobczaka. Zaraz od wej cia obwie cił:  

  - Panie Sobczak, chc  pana czym  ucieszy . Mamy ju  wiarygodne dane,  e  

prawie na pewno nie jest pan komunist . Wierz  panu.  

  - Jestem ostatnim człowiekiem, który mógłby nim by .  

  - Wiem i dlatego proponuj  panu rozs dn  rozmow . Czerwoni s  takimi  

samymi wrogami moimi, jak i pana. Jest to ostatnia rozmowa, jak  ze sob   

prowadzimy. Wi cej ju  ich nie b dzie. Niech pan skorzysta z tej szansy.  

eby nie by  gołosłownym, prosz ...  

  Wyci gn ł z kieszeni pióro i przekre lił kilka razy co  na papierze, po  

background image

czym papier ten z daleka pokazał Sobczakowi.  

  - W tej chwili wykre liłem pana z listy zakładników. Czym jest lista  

zakładników, tłumaczy  panu nie potrzebuj . Z mojej strony pierwszy krok  

ju  zrobiony - uratowałem panu  ycie. Teraz od pana zale y, by uratowa   

wolno . Domy la si  pan, w jaki sposób?  

  - Nie.  

  - Podpowiem panu, cho  sam pan wie doskonale. Pa skie spotkanie z  

Mrowi skim nie było przypadkowe. Czego  od pana chciał. Pan nam to powie.  

Chciał mo e pana z kim  skontaktowa . Powie pan, z kim lub gdzie. To mi  

wystarczy. Po czym, tak jak skre liłem pana z tej listy, wykre l  pana z  

listy wi niów tego gmachu. Na to daj  panu moje oficerskie słowo honoru. A  

teraz słucham.  

  Sobczak milczał. Kliefhorn nadal zachowywał łagodny ton.  

  - Wie pan doskonale,  e komuni ci ju  s  zorganizowani. Maj  swoje  

kierownictwo. Mo e to wła nie przed panem stoi teraz historyczna szansa  

rozbicia tego ruchu. Oni nie s  panu przyja ni i b dziecie mieli z nimi  

jeszcze sporo kłopotów. Zgadza si  pan ze mn ?  

  - Tak.  

  - No wi c?  

  - Mo e oni my l  i  le, ale oni jednak my l  po polsku. Bł dzenie jest  

rzecz  ludzk . Errare humanum est.  

  Kliefhorn zagryzł wargi, ale jeszcze pohamował si  przed wybuchem  

w ciekło ci.  

  - Czy to jest pa skie ostatnie słowo?  

  - Tak.  

  - Dobrze. Sam tego chciałe , Sobczak.  

  Podszedł do okna i uchylił zasłony.  

  -  wita... - powiedział.  

  Zerwał kartk  ze  ciennego kalendarza. Ukazała si  nowa data: 19 maja  

1942 roku.  

  - Dziewi tnasty maja. Zaczyna si  dziewi tnasty maja. Ile ty masz lat,  

Sobczak?  

  - Czterdzie ci osiem.  

  - Domy lasz si ,  e wi cej mie  nie b dziesz.  

  Sobczak milczał. Kliefhorn powrócił do biurka, zebrał papiery i opu cił  

pokój.  

  Po tym przesłuchaniu  aden z nich nie był w stanie powróci  do celi o  

własnych siłach. Do wi ziennej izby chorych pierwszy trafił Mrowi ski. Nad  

ranem przyniesiono Sobczaka. Miał zmasakrowan  twarz, złamane obie r ce.  

Mrowi ski z trudem go rozpoznał. Przez cały prawie dzie  profesor nie  

odzyskał przytomno ci. Dopiero po południu powoli odemkn ł powieki. Kto   

siedział na brze ku jego wi ziennej pryczy, udaj cej szpitalne łó ko.  

Sobczak ze zdziwieniem rozpoznał Mrowi skiego.  

  - To pan?...  

  - Jak si  pan czuje, profesorze? Spał pan prawie cał  dob .  

  - To pan? - powtórzył Sobczak.  

  Rozejrzał si  dokoła i dopiero teraz uzmysłowił sobie, gdzie si   

znajduje.  

  - Nie spodziewałem si ,  e si  jeszcze spotkamy...  

  - A przecie  tak miało by .  

  Mrowi ski powiedział to z naciskiem. Sobczak patrzył mu w oczy.  

  - Mo e pan by  spokojny. - Słowa z trudno ci  przechodziły mu przez  

gardło. - Niczego nie wiedz .  

  - Wiem. Szkoda,  e tak si  stało. Mo e... mo e dogadaliby my si  jednak.  

  - Nie.  

  - Nie tam, to tutaj przynajmniej.  

  - Nie, powtórzył Sobczak.  

  Mrowi ski u miechn ł si .  

background image

  - Dziwny z pana człowiek.  

  - Pan to jeszcze nazywa człowiekiem? To, co tu le y? Pi ...  

  Mrowi ski si gn ł po kubek i przytkn ł do warg Sobczaka. Woda pociekła po  

brodzie.  

  - Jest zupa. Nie tkn ł pan obiadu - odezwał si  Mrowi ski. - Nakarmi   

pana.  

  Sobczak przecz co poruszył głow .  

  - Mo e czego  panu potrzeba? Niech pan mówi.  

  - Nie. Czego tu mo e by  potrzeba? Nic...  

  - Czy ja wiem... Mnie, na przykład, brakuje zegarka. Poj cia pan nie ma,  

co oddałbym dzi  za zegarek. Nigdy nie przypuszczałem,  e dotknie mnie taka  

zachcianka...  

  Sobczak przyjrzał mu si  uwa nie.  

  -  eby wiedzie , czy to ju  pi ta... - doko czył Mrowi ski.  

  - Pi ta? - zdziwił si  antykwariusz.  

  - Tak... Bo chyba dzi  na pewno dwudziesty?  

  - Przestałem liczy .  

  - Tak. Dwudziesty. Co do tego na pewno si  nie myl , Ale czy pi ta?  

  - Pi ...  

  Mrowi ski ponownie przytkn ł kubek do ust Sobczaka i nieoczekiwanie  

powiedział:  

  - Gdyby kiedy  pan st d wyszedł... niech si  pan przejdzie na Mostow ...  

  - Mieszkał pan tam?  

  - Nie.  

  Sobczak odchylił w bok głow , daj c tym ruchem zna ,  e pi  ju  nie chce.  

Milczeli przez chwil .  

  - Nie mieszkałem tam. Ja tam umarłem - powiedział Mrowi ski.  

  Sobczak spróbował unie  si  na łó ku, ale, wykrzywił si  tylko z bólu.  

Spode łba spojrzał na Mrowi skiego.  

  - Dzisiaj o pi tej... Chyba  e jeszcze nie ma pi tej...  

  - Co panu jest? Pan jest chory... - Sobczak mówił z wyra nym wysiłkiem.  

  - Nie, nie. Słyszał pan,  e umarłem... Nawet je eli to potrwa jeszcze  

dzie  lub dwa i b d  odzywał si  do pana...  

  - Nie chc  pana pociesza ,  e si  to jeszcze dobrze sko czy. W cuda nikt  

z nas nie wierzy. Zwłaszcza pan...  

  - Mogłem powiedzie  jedno słowo...  eby si  wstrzymali...  

  - Kto? - nie mógł zrozumie  profesor.  

  - Ale nie dzi , to jutro, za tydzie  musiało si  to i tak sta ... Niczego  

nie wolno wstrzymywa ... I nikt nie powstrzyma tego, co musi si  sta ...  

  Wstał z łó ka, popatrzył z góry na Sobczaka i dodał:  

  - Nikt...  

  Wolno odszedł do swojej pryczy.  

  O tej wła nie godzinie na ulicy Mostowej padły strzały wymierzone w  

kierunku  ródmiejskiego Arbeitsamtu.  

  Kliefhorn, kiedy mu o tym doniesiono, zanim wydał polecenie wszcz cia  

ledztwa, za dał listy z wykazem zakładników, podpisał j  i polecił wysła   

do drukarni.  

  Nazajutrz na słupach ogłoszeniowych rozlepiono czerwone afisze.  

Warszawiacy dobrze ju  wiedzieli, jak  tre  zapowiadała sama barwa tych  

afiszy. I tym razem nie mylili si .  

  Powieszono trzydziestu zakładników, przewidzianych uprzednio - jak  

donosiło zarz dzenie - do ułaskawienia. Ale stracono ich w zwi zku z  

zamachem na  ycie niemieckiego funkcjonariusza. Wszyscy powieszeni byli  

komunistami.  

  I tylko dwóch ludzi, dawny naczelnik poczty, na której niegdy  pracowała  

pani Niwi ska, i jego obecny współpracownik, czytaj c to zarz dzenie, nie  

mogło oprze  si  zdumieniu.  

  - Straszny kawał zrobił nam wszystkim Sobczak. Przystał do komunistów -  

background image

pokiwał głow  naczelnik.  

  - To chyba omyłka! Wła nie on? - wyraził w tpliwo  kolega.  

  - Je eli teraz widzi z nieba t  list  i siebie na tej li cie...  

Niesłychane, niesłychane...  

  Odeszli, by zanie  innym t  niewiarygodn  wiadomo , kim naprawd  był  

profesor Sobczak...  

  Jak łatwo si  domy le , kierowc , który wyruszył z Zawistowskim w po cigu  

za nocnym krakowskim poci giem, był Niwi ski. Kiedy mu porucznik  

zaproponował t  niecodzienn  eskapad , zgodził si  bez namysłu. Po  

pierwsze, nadarzyła si  okazja szybszego i wygodniejszego dotarcia do  

Krakowa. Po drugie, chocia  nie pytał o szczegóły, wiedział,  e jego pomocy  

oczekuj  koledzy i organizacja, która go wprawdzie odepchn ła, ale któr   

podziwiał za precyzyjnie opracowywane akcje dywersyjne.  

  Po całonocnej je dzie rankiem dobrn li do Krakowa. Wóz, zgodnie z  

yczeniem Zawistowskiego, zaparkował pod dworcem.  

  - Zd yli my - Zawistowski serdecznie potrz sn ł jego dłoni . - Mam  

nadziej ,  e i pan jest zadowolony, kolego.  

  - Tak - przyznał Niwi ski - nie wiem tylko, czy i ja zd yłem.  

  Pełen niepokoju po pieszył do mieszkania ciotki Aldony. Stał teraz na  

klatce schodowej i naciskał dzwonek. Po chwili drzwi uchyliły si  i w progu  

stan ła pani Zofia Niwi ska.  

  - Władek! - krzykn ła i rzuciła si  W ramiona syna.  

  Nie była jednak w stanie si  opanowa  i łzy napłyn ły jej do oczu.  

  - Mamo? Po... po wszystkim?  

  Pani Zofia zaprzeczyła ruchem głowy.  

  - Gdzie ojciec?! - odsun ł j , chc c wej  do przedpokoju.  

  - Lekarz. Lekarz jest w tej chwili u niego - mówiła szlochaj c. Och,  

Władek, Władek...  

  Znów obj ła syna. Wci  stali w otwartych na klatk  schodow  drzwiach.  

Wreszcie pani Zofia przymkn ła je.  

  - Nie mógł si  ciebie doczeka ... Jeszcze wczoraj, kiedy zadzwonił  

dzwonek i Aldona zerwała si  otworzy , krzykn ł: Władek, Władek, to ju  na  

pewno Władek...  

  - Co ojcu jest?  

  - Najgorsze, co mo e by ...  

  - Nie mogła  zawiadomi  mnie wcze niej?  

  - Nie chciał. I ja te  si  łudziłam. Ale przed tygodniem odesłano go ze  

szpitala do domu. Zaszyli go, ledwo zd yli zajrze .  

  - Ojciec... wie?...  

  - Nie. A  dziwne, bo przecie  ma takie bóle, tak strasznie si  m czy...  

  Drzwi wej ciowe otworzyły si  i do mieszkania wbiegła ciotka Aldona.  

  - Wiem,  e ju  jeste , ale...  

  - Dzie  dobry, ciociu - przerwał jej.  

  - Czy, kiedy tu wchodziłe , widział ci  kto  z lokatorów? - dopytywała  

si  niespokojnie.  

  - Nie wiem.  

  - Wi c dlaczego dozorca mnie pytał, czy to bratanek z Warszawy  

przyjechał?  

  - Czy to wa ne teraz, Aldono? Najwa niejsze,  e zd ył.  

  - Wszystko jest wa ne, niestety, Zosiu... I sk d wiedział,  e z Warszawy?  

Akurat z Warszawy? Bardzo niedobrze si  stało...  

  - A sk d e, na miło  bosk  - krzykn ła Niwi ska - miał przyjecha ?  

  - Wszystko jedno. Ka de miasto jest dobre, byle nie ta wasza Warszawa.  

Wszystkie te niepotrzebne bunty, to dra nienie Niemców bierze si  stamt d.  

Ka dy stamt d jest podejrzany...  

  - Ciesz  si ,  e zastaj  cioci  tak , jak  j  zostawiłem - zauwa ył  

Niwi ski. - Nic si  ciocia nie zmieniła.  

  - Ach, mój drogi, co my my tu przeszły!  

background image

  - Nic si  ciocia nie zmieniła. Ale to wcale nie jest komplement -  

dorzucił,  eby ju  nie było  adnych mi dzy nimi niejasno ci.  

  Z pokoju chorego wyszedł lekarz. Ostro nie i cicho zamkn ł za sob  drzwi.  

Pani Zofia pełna nadziei stan ła przed nim.  

  - I co, doktorze? - dopytywała.  

  Lekarz rozejrzał si  po przedpokoju, po obrazach g sto zawieszonych na  

cianach.  

  - Mog  si  myli  co do dni... Prosz  mnie dobrze zrozumie , bo pomóc ju   

nie jestem w stanie... Mog  tylko pa stwu doradzi , jak choremu złagodzi   

cierpienia, które, boj  si , mog  mu przez te dni towarzyszy .  

  - Morfina?  

  - Wył cznie. Recept  wypisz , ale... to, czek bez pokrycia. Szpitale  

cywilne te  cierpi  na brak morfiny. Prawie wszystko idzie na front. Jest  

oczywi cie czarny rynek i... chyba tylko to pa stwu pozostaje.  

  Wyj ł wieczne pióro i wypisał recept . Po chwili namysłu wypisał jeszcze  

drug .  

  - To byłoby na dwa dni, powiedzmy... Dziesi  miligramów wystarcza mniej  

wi cej na dob .  

  - A co dalej? - Niwi ska nie mogła ukry  niepokoju.  

  Lekarz spojrzał na ni , chrz kn ł.  

  - Nie wolno mi, niestety, wypisywa  nieograniczonej ilo ci. Nawet je li  

to tylko czysto teoretyczna recepta.  

  - Czy... nie potrzeba ju  nic wi cej?  

  Lekarz wstał, uj ł walizeczk .  

  - Prosz  do mnie zadzwoni ...  

  Kiedy matka z ciotk  Aldon  pobiegły do miasta w poszukiwaniu morfiny,  

Niwi ski wszedł do pokoju ojca. Profesor wła nie si  obudził i pogodnie  

u miechn ł do syna. Niwi ski przysiadł na brze ku łó ka.  

  - Gdzie matka? - spytał chory.  

  - W aptece, tato.  

  - W aptece? Szkoda,  e nie obudziła mnie przed wyj ciem. Z pewno ci  nie  

pami ta,  e cholegranu starczy mi ju  tylko na kilka dni. - Si gn ł r k  na  

nocny stolik, potrz sn ł pudełkiem z ziołami. - Nic mi tak dobrze nie robi,  

jak te zioła... Krajali mnie, wiesz?  

  - Wiem.  

  - Rozmawiałe  z lekarzem?  

  - Tak, był tutaj, kiedy przyjechałem.  

  - I co?  

  - Wrzód na dwunastnicy, tato. To, oczywi cie, dokuczliwe, dieta, trzeba  

uwa a , ale przypomnij sobie profesora Gabrysia. Od lat ma to samo.  

  - Gabry ... Gabry , tak. Gabry  ma wrzód, to prawda... Czy ciotki te  nie  

ma w domu?  

  - Nie, te  wyszła.  

  - Jeste my sami?  

  - Tak. Chciałe  czego ?  

  - Tak. Chciałem... Chciałem ci powiedzie ,  e to nie wrzód na dwunastnicy  

i  e dobrze wiem, co mi jest. Nie zaprzeczaj. Potrzebny mi jest jeszcze  

miesi c... Tak, miesi c wystarczyłby w zupełno ci,  ebym mógł by  o was  

spokojny. O matk  i o ciebie. I prawdopodobnie zd yłbym, gdyby nie  

szpital... B d  łaskaw, si gnij do kredensu, znajdziesz tam r kopis.  

  Niwi ski uniósł si  z krzesła, otworzył drzwi kredensu i zacz ł szuka .  

  - Zabierzesz matk  do Warszawy. Wolałbym,  eby nie była z Aldon .  

  - Tato, mog  was oczywi cie zabra , zaraz, jak tylko wstaniesz z łó ka,  

ale...  

  - Rozmawiaj ze mn  powa nie. St d ju  tylko matk  b dziesz mógł zabra ...  

Znalazłe ?  

  Niwi ski niósł w r kach ogromny plik r kopisów. Przyjrzał si  ty tułowi.  

  - Historia Polski! O to ci chodzi? - spytał.  

background image

  - Tak. Autora nie zauwa yłe ?  

  Niwi ski przekrzywił głow , odczytuj c gło no:  

  - Leopold Niwi ski? Co to jest?  

  - Co to jest? - powtórzył chory. - Dwa lata mego siedzenia w Krakowie.  

Nie wiem, czym si  zajmujesz, i nie pytam ci  o to. Mog  si  tylko  

domy la . Domy lam si  te , co robi  inni. Moi koledzy, znajomi... Gdybym  

miał mocniejszy układ nerwowy, robiłbym pewnie to, co i oni. Ale  

przyznaj ... nie nadaj  si . A jednak nie sposób dzisiaj by  bezczynnym,  

je li si  jest Polakiem. No wi c, jak widzisz, jest to historia Polski dla  

szkół  rednich. Dlaczego si  u miechasz?  

  - Podoba mi si ,  e nie marnowałe  tu czasu.  

  - Czy mo e u miechasz si ,  e przewróciło mi si  w głowie? Nie, nie.  

Balicki i Maykowski te  ucz  tylko w szkołach  rednich, a nawet Kleiner  

przyznaje,  e ich podr cznik do polskiego nie ma sobie równego.  

  - Sam przecie  wkuwałem z ich "Okna na  wiat".  

  - Zabierzesz to z sob  i oddasz Sobczakowi. Znasz przecie  Sobczaka, co  

on porabia?  

  - No... znam go w ka dym razie.  

  - Ma znajomo ci u Gebethnera, u Trzaski. Słyszałem,  e wydawcy płac   

teraz na pniu za gotowe dzieła, które b dzie mo na wyda  po wojnie. Mo e to  

i filantropia,  eby pomóc pisz cym. Z czego w ko cu dzi  maj   y ? A mo e  

to i wspaniała lokata. Ju  oni maj  głow , ci wydawcy...  

  - Sam mówisz,  e nie sko czyłe  tego, tato. Wstaniesz, dopiszesz, wtedy  

pogadamy.  

  - Nie. We miesz to ju , teraz. Niech przynajmniej Sobczak wyd bi u  

Trzaski zaliczk . To wam wystarczy na jaki  czas.  

  - Doko czysz to spokojnie, tato.  

  - Gdyby mieli jakie  w tpliwo ci, zastrze enia...  

  - Na pewno nie, tato. Jestem pewny,  e ci to dobrze wyszło.  

  - Nie przerywaj, synku. Gdyby wi c były zastrze enia, niech Sobczak da to  

komu  z TON-u. To Tajna Organizacja Nauczycielska. Tam siedz  lewicowcy,  

ludowcy. Wycech, Próchnik... Na pewno przyznaj  mi racj . Widzisz, powiem  

ci prawd . Zaczynałem to pisa  nie z my l  o was...  

  - Dlaczego si  krzywisz, tato? Boli ci ?  

  - Pieni dze s  oczywi cie wa ne - ci gn ł stary Niwi ski. - Ale  

wa niejsza od nich jest prawda, Władek. Napisałem tu prawd .  

  - Spodziewam si .  

  - Nie wiem, czy si  spodziewasz, bo nie wiem, jak ty dzi  my lisz. Ja  le  

ci  uczyłem historii. Ciebie i innych. Klasa po klasie -  le. Dlatego teraz  

jeste cie zagubieni i nie wiecie, gdzie szuka  ratunku.  ycie wam stawia  

dwój , zamiast mnie. Otwórz rozdział "Ilu Polska ma wrogów...".  

  Niwi ski kartkował r kopis.  

  - Znalazłe ? - dopytywał si  ojciec.  

  - Tak. "Ilu Polska ma wrogów" - przeczytał Władek.  

  - No, ilu? Jak my lisz?  

  - Dwóch - odpowiedział syn.  

  - A gdzie  ten drugi? Dzi  wszyscy czekamy, aby zwyci ył i nas ocalił.  

Jeszcze nikt nigdy z tak  nadziej  nie czekał na zwyci stwo wroga. Zastanów  

si  wi c, czy to nie sprzeczno  sama w sobie?  e dopiero czas zweryfikował  

poj cia wymy lone przez testament dziadka... I czy kto  spytał naród, czy  

odpowiada mu taki spadek? Kogo on zabezpieczał? Paru Potockich? Paru  

fabrykantów? Moj  siostr  Aldon ? Dzi  sam widzisz, Władziu,  e Polska to  

nie oni. I je li wydob dziemy si  z tej mielizny, wara im od steru łodzi,  

któr  wszyscy płyniemy.  

  - Nie s dziłem, tato,  e stałe  si  czerwonym.  

  - Wcale nim nie jestem. Ale do  mam zadawania uczniom pocztu królów  

polskich i milczenia o tych, którzy naprawd  s  sol  tego kraju. To, co  

trzymasz w r ku, jest histori  naszego narodu. Na bieg wydarze   

background image

historycznych miały wpływ nie tylko i nie przede wszystkim koronowane  

głowy. Ci od sochy... O nich historia milczała, a przecie  ich r ce... Daj  

mi si  czego  napi ... Znów mnie bierze...  

  Władek si gn ł po kompot i podał ojcu.  

  - Skre l  par  słów do Sobczaka. Mog  by , rzeczywi cie, trudno ci z  

wydaniem. Ale chyba po tym, co si  stało, zm drzeli i moi koledzy. Jak  

my lisz?  

  - My l ,  e zm czyła ci  ta rozmowa. Odpocznij troch .  

  - Nie. Daj mi pióro, napisz  kilka słów...  

  Niwi ski z oci ganiem si gn ł po le cego na stoliku pelikana. List do  

przyjaciela, którego nazwisko widniało na rozlepianych wła nie czerwonych  

plakatach w Warszawie, był ostatni  czynno ci , jak  profesor wykonał w  

swym  yciu. Po godzinie stracił przytomno . Pod wieczór było ju  po  

wszystkim.  

  Niwi ski wyszedł załatwi  formalno ci w ko ciele i w zakładzie  

pogrzebowym. Pani Zofia siedziała w saloniku i bezgło nie płakała,  

ciskaj c w palcach chusteczk . Ciotka Aldona zaj ta była upychaniem w  

otwarte drzwi paleniska jakich  kartek r kopisu.  

  - Nie powinnam, Zosiu, w takiej chwili tego mówi  - odezwała si  - ale to  

straszne. Co on tu pisał? O bolszewikach, o Leninie... Zosiu! Gdyby to u  

nas znale li... To przecie  gorsze ni  granat. Czy ja naprawd  zasłu yłam  

sobie,  eby mnie tak nara a ?  

  Pani Zofia stan ła nad Aldon  i spytała bezmy lnie:  

  - Co to jest?  

  - Nawet nie pytaj, nawet nie pytaj...  e te  Bóg mnie natchn ł si gn  do  

tej komódki...  

  Niwi ska schyliła si , podniosła jedn  z kartek. Nie czytaj c odwróciła  

j  machinalnie na drug , pust  stron  i si gn ła po ołówek.  

  - Musimy napisa  nekrolog, Aldonko. Pomó  mi... sama nie jestem w stanie.  

  Aldona zerwała si  z podłogi.  

  - Nie na tym! Nie na tym! - krzykn ła wyrywaj c Niwi skiej kartk . -  

Przynios  ci czysty papier.  

  W tej chwili rozległ si  dzwonek i do mieszkania wszedł Władek. Dostrzegł  

ciotk  kl cz c  przed otwartym paleniskiem pieca.  

  Zrozumiał od razu.  

  - Jak ciocia mogła to spali ? Jakim prawem?! Dwa lata... dwa lata  ycia  

mojego ojca...  

  - Mój drogi...  

  - Przynajmniej prosz  si  nie tłumaczy  - Niwi ski nie dał jej sko czy .  

  - Upieracie si , a ja jednak zajrzałabym...  

  - Daj spokój, Aldono. Nie teraz - mitygowała Niwi ska.  

  - Mo e jednak zostawił testament - nie ust powała ciotka Aldona.  

  - Owszem - odezwał si  Niwi ski. Podszedł do pieca i otworzył drzwiczki.  

- To wła nie był testament ojca. Rozumie teraz ciocia?  

  Aldona rozło yła r ce.  

  - Ale ja go pami tam. I... wypełni  - jakby do siebie powiedział  

Niwi ski.  

  Pani Zofia uwa nie spojrzała na syna, potem wcisn ła mu do r ki ołówek.  

  - Najpierw, synku, ułó  nekrolog. Aldono, znasz kogo  w "Go cu  

Krakowskim"?  eby zd yli umie ci  przed pogrzebem...  

  T  przysług  spełniła ciotka Aldona bardzo akuratnie. Za to, co stało si   

pó niej, nie mo na ju  było jej wini . Wykonała to, o co j  proszono.  

Nekrolog ukazał si  nazajutrz.  

  Długim szpitalnym korytarzem szła szybko siostra miłosierdzia, Ewelina  

Heimannowa. W r ku trzymała zło on  gazet , "Go ca Krakowskiego".  

Zatrzymała si  przed drzwiami z napisem: "Hauptarzt, dr Arnold Klummer".  

  - Dzie  dobry, siostro. Co tam nowego? - zagadn ł Klummer.  

  - Przyszłam poprosi , panie naczelny doktorze,  ebym mogła  

background image

zatelefonowa ...  

  Lekarz patrzył zdziwiony na zupełnie pozbawion  wyrazu, niemal martw   

twarz Heimannowej.  

  - Zatelefonowa ? - zapytał.  

  - Tak. Do Warszawy. Do syna.  

  - No... Prosz ...  

  Heimannowa potrz sn ła trzyman  gazet .  

  - To Bogu, Bogu trzeba dzi kowa  - wybuchn ła nieoczekiwanie. - Za  

wszystko. Nigdy, odk d syn mnie tu przysłał, nie kupowałam polskiej gazety.  

I nagle dzi ... co  pchn ło mnie w stron  trafiki... Czy pan to rozumie?  

Czyja to mogła by  r ka? - wzrok miała nieprzytomny.  

  Poło yła otwart  gazet  przed lekarzem i palcem wskazała na nekrolog  

Leopolda Niwi skiego. Lekarz, nadal nic nie rozumiej c, patrzył na ni   

zdziwiony.  

  - Bóg nareszcie uj ł si  za mn  i pokarał tego człowieka. To za mojego  

m a - niemal do krzyku podniosła głos.  

  - Niech pani spocznie, siostro - łagodnie powiedział lekarz -  le sie  

pani czuje.  

  - Nie, nie... A teraz ten sam Bóg poprowadzi moj  r k ,  eby moje  

dziecko... ich dziecko... Nie jestem zła, prosz  pana, ale przecie  jest  

powiedziane,  e z b za z b, oko za oko, prawda? Prawda,  e przecie  jest  

tak powiedziane?  

  - Nie wiem, o co tu chodzi, ale...  

  - Jest przecie  podpisane:  ona, siostra i syn. I syn! Rozumie pan? I on  

tu b dzie! - z ka d  chwil  była coraz bardziej podniecona.  

  - Nie rozumiem, ale widz ,  e to dla pani¨ jaka  powa na sprawa.  

  - On tu b dzie - powtarzała. - Prosiłam o to Boga. On przecie  musi mnie  

wysłucha ...  

  Poło yła dło  na aparacie telefonicznym.  

  W dwa dni pó niej na cmentarzu Rakowickim odbywał si  pogrzeb profesora  

Leopolda Niwi skiego. Nad otwartym grobem ksi dz sko czył odmawia  modlitwy  

i trumn  opuszczono do dołu. Niwi ski podtrzymywał płacz c  matk . Obok  

stała Aldona oraz niewielka grupka znajomych.  

  Za drzewami, przy s siednich grobach, kr cili si  jacy  ludzie.  

  Pani Zofia schyliła si , si gn ła po gar  ziemi, wrzuciła do grobu.  

Ksi dz jeszcze zrobił znak krzy a, oddał kropidło ko cielnemu i oddalił  

si . Do pani Zofii i Władka podchodzili znajomi z kondolencjami. Wtedy  

cie k , wyłaniaj c si  zza drzew, zacz ła i  w ich kierunku Heimannowa.  

Nikt na ni  nie zwracał uwagi. Dopiero kiedy zatrzymała si  nad otwart   

mogił  i stan wszy przed Niwi skim wlepiła w niego uparte, nienawistne  

spojrzenie, pani Zofia zaniepokojona odsun ła czarn  woalk  zasłaniaj c   

twarz.  

  - Władeczku... - szepn ła zaniepokojona.  

  Niwi ski podniósł wzrok. Natychmiast poznał Heimannow . Zdziwił si  jej  

obecno ci .  

  - Dzi kuj  - mówił, u miechaj c si  do niej. - To ładnie z pani strony.  

Ale... sk d pani tutaj?  

  - To on, Władek, to on - powiedziała nieoczekiwanie i palcem wskazała na  

niebo.  

  - Władeczku, kto to taki? - spytała Niwi ska.  

  - Ale on was ju  opu cił - ci gn ła jak w transie Heimannowa.  

  Niwi ski coraz bardziej zdumiony nie spostrzegł, jak dwaj cywile stan li  

po obu jego stronach. Heimannowa potakuj co skin ła im głow .  

  - Tak. Ju  was opu cił - powtórzyła.  

  Cywile chwycili Niwi skiego pod ramiona. Był tak oszołomiony,  e nawet  

nie usiłował si  wyrywa . Tylko pani Zofia krzykn ła:  

  - Władek! Kim s  ci ludzie?!  

  Cywile odci gali ju  Niwi skiego. Nawet nie próbował si  opiera .  

background image

  - Mamo! - zawołał tylko.  

  - Płaczesz? - Heimannowa mówiła teraz do Niwi skiej. - Ja te  płakałam.  

To on odebrał mi m a. Patrz, jaki Bóg jest sprawiedliwy. Zapłacił ci t   

sam  monet .  

  - Ludzie! To jaka  szalona! Ludzie! - rozpaczliwie krzyczała pani Zofia.  

- Zostawcie mojego syna!  

  - Ja te  tak wołałam. Ja te ...  

  Cywile, uprowadzaj cy Niwi skiego, byli ju  daleko.  

  Nazajutrz szos  wiod c  z Krakowa ku Kielcom pod ały dwa samochody. W  

pierwszym na tylnym siedzeniu jechał Niwi ski, a obok niego wygodnie  

rozparty Heimann. Przy kierowcy, odwrócony twarz  do Niwi skiego, siedział  

uzbrojony gestapowiec. W drugim samochodzie jechała obstawa. Wje d ali  

wła nie w kieleckie lasy.  

  - To nic,  e nie mówisz - monologował Heimann. - Ja si  nie gniewam.  

Ugoszcz  ci  w Warszawie bardzo serdecznie. Mo esz by  pewien. I rozwi e  

ci si  j zyk. Pogadamy szczerze, po przyjacielsku, jak dawniej przy  

ognisku. Prawda, nie jeste  ju  harcerzem, ale opowiesz nam ciekawe rzeczy.  

Gdzie jest mój sztylet?  

  Niwi ski milczał.  

  - Gdzie sztylet, pytam?! Ukradłe  mi go tamtej nocy! Jeste  nie tylko  

bandyt , ale i złodziejaszkiem. Jak wy wszyscy, Polacy...  

  Niwi ski splun ł wprost w twarz Heimanna. Tamten ju  niósł r k  do  

uderzenia, kiedy samochód zahamował tak gwałtownie,  e gestapowiec siedz cy  

z przodu wyr n ł hełmem w szyb . W tej samej chwili usłyszeli jakie   

strzały, pot ny wybuch i samochód z obstaw  stan ł w płomieniach.  

  Tu  za zakr tem, w poprzek szosy, le ało  wie o zr bane drzewo. Samochód  

Heimanna oparł si  o nie zderzakami. Gestapowiec i kierowca wyskoczyli z  

wozu. Le c na ziemi za samochodem ostrzeliwali si  niewidocznym  

napastnikom.  

  Heimann przykucn ł na tylnym siedzeniu. Niwi ski próbował wyczołga  si  z  

samochodu, lecz seria oddana z lasu trafiła go w rami . Przez uchylone  

drzwi auta osun ł si  na nawierzchni  drogi.  

  Gestapowiec i kierowca ostrzeliwali si  jeszcze przez chwil , po czym z  

uniesionymi ramionami wyprostowali si .  

  Strzały ucichły i uzbrojeni chłopcy zacz li wychodzi  na szos .  

Natychmiast rozbrojono obu gestapowców. Dwóch partyzantów, popychaj c  

Niemców, pognało ich do lasu.  

  - No, to  yjemy - odezwał si  jeden z uzbrojonych młodych ludzi. -  

Amunicji w wozie,  e k pa  si  mo na.  

  - Taak - przytakn ł dowódca. - Nasze ostatnie naboje poszły na nich. No,  

to faktycznie  yjemy... Kto tam w wozie? - spytał.  

  Z samochodu wyskoczył Heimann.  

  - Panowie, jestem wi niem! - wołał. - Wieziono nas na przesłuchanie. Nas  

obu zamieszano w jaki  zamach krakowski. Prosz , oto moje papiery...  

Nazywam si  Jan Nowaczyk.  

  Dowódca spojrzał na bezwładnie zwisaj cego z auta Niwi skiego. Pochylił  

si  nad nim i w tym momencie Władek poruszył głow .  

  - Ten jeszcze  yje! Popatrzcie, gdzie dostał.  

  Sam si gn ł po papiery Heimanna.  

  - Jak to? Wi zie  i dokumenty przy sobie?  

  Z lasu dobiegła krótka salwa. Heimann wzdrygn ł si .  

  - Sam nie wiem... Nagle mi oddali - b kn ł.  

  Podejrzliwie zerkn ł w stron  Niwi skiego. Dwóch partyzantów niosło go  

wła nie w stron  rowu. Inni znosili znalezion  w samochodzie bro , skrzynk   

z amunicj  wyci gni t  z baga nika.  

  - Mo ecie, panowie, sprawdzi  - wyja niał gor czkowo. - Mieszkam w  

Warszawie i jestem inkasentem elektrowni.  

  - Gdzie pana aresztowano? - spytał dowódca.  

background image

  - W Krakowie.  

  Jeden z partyzantów, którzy wła nie powrócili z lasu, zawołał nagle po  

rosyjsku:  

  - Tawariszcz kamandir! Ja tego czeławieka znaju...  

  Pochylił si  nad rannym Niwi skim, potrz sn ł nim. Niwi ski otworzył  

oczy.  

  - Nu jak?  yjesz, brat? Ty mnie nie zabył? Katia, Katia, pami tasz? -  

mówił rado nie podniecony.  

  Niwi ski u miechn ł si  blado. Zwabiony okrzykami Ormianina, nadbiegł  

dowódca.  

  - To nasz człowiek. My wmiestie skrywali  u Kati.  

  - Mo ecie mówi , towarzyszu? - dowódca nachylił si  nad rannym.  

  Niwi ski nagle uniósł głow .  

  - Gdzie tamten? - spytał.  

  - Nie bój si , zdrów i cały. Obu was, zdaje si , wyci gn li my z niezłej  

kabały. A polowali my tylko na bro ... Hej, Nowaczyk! Odwrócił si , ale  

Heimann przeskakiwał wła nie przez rów. Dowódca zdziwiony spojrzał na  

Niwi skiego.  

  - Za nim! - krzykn ł Władek.  

  Dwóch  ołnierzy ruszyło w pogo  za Heimannem.  

  - Zbiera  si  - rozkazał dowódca. - Za długo ju  tu sterczymy. B dziesz  

mógł i ?  

  Niwi ski ponownie stracił siły. Głowa mu opadła, przymkn ł oczy.  

  - W las - ponaglał dowódca. - Trzeba chłopaka opatrzy , Sylwek. No,  

popatrzcie, to my naszego człowieka przy okazji wyci gn li za uszy.  

  - Szukałem... was... - szepn ł Niwi ski i omdlał.  

  - Co on powiedział? - spytał Ormianin.  

  Dowódca wzruszył ramionami, bo te  nie dosłyszał. 

   

  Himmlerland  

   

  W połowie listopada 1942 roku ci arówka pralni chemicznej Kurasia  

pod ała bocznymi drogami powiatu zamojskiego, kieruj c si  do małego  

miasteczka Gr bów.  

  Nie była to pierwsza podró , jak  Kura  odbywał na tej trasie. Jeszcze  

latem tego roku zmuszony był przenie  w te wła nie strony swoj  przybran   

córeczk .  

  Kiedy  przypadkiem spotkał na ulicy znajomego z Tczewa. Znajomy okazał  

si  volksdeutschem. Do Warszawy przywiodły go cele handlowe; kupował po  

prostu mydło, prawdziwe mydło, którego w Rzeszy od dłu szego ju  czasu  

brakowało, zast powano je pumeksem i innymi ersatzami. Kura , który, jak  

wiadomo, nie gardził  adnym towarem i ka dy uwa ał za wła ciwy, je li tylko  

mógł mu powi kszy  fortun , wł czył si  energicznie w ten mydlany interes,  

nawet ciesz c si  z przypadkowego spotkania znajomka. Volksdeutsch  

przyszedł na pertraktacje do pralni, zdziwił si  widokiem Bo enki;  

natychmiast przypomniał sobie,  e Kurasiowie jeszcze przed wojn  pochowali  

sw  córeczk . Stał si  podejrzliwy i kilkakrotnie powracał do tego tematu.  

Kura , fanatycznie wr cz przywi zany do dziecka, natychmiast wyczuł  

niebezpiecze stwo, jakie zawisło i nad mał , i nad nim samym. Zdecydował  

si  wi c na radykalne rozwi zanie problemu i umie cił dziecko w Gr bowie,  

oddaj c je pod opiek  szarytkom, prowadz cym w miasteczku sierociniec, w  

owych czasach nazywany ochronk .  

  Mała mie cina poło ona daleko na wschodzie, w ród lasów, z dala od  

wojennych traktów, policji, zgiełku, mno cych si  w kraju sabota y i  

zamachów, wydała si  Kurasiowi wymarzonym azylem dla dziewczynki.  

Przeło on  ochronki, siostr  Faustyn , przekonał łatwo za pomoc  poka nej  

dotacji dla sieroci ca, cz ciowo w formie pieni nej, głównie za  w  

postaci stałych dostaw aprowizacyjnych. Bo Kura , jak zwykle, piekł kilka  

background image

pieczeni naraz. Ju  za drugim pobytem w Gr bowie nawi zał handlowy kontakt  

z miejscowym landwirtem. Wnikliwy obserwator zauwa yłby bez trudu,  e  

ka dorazowy pobyt st sknionego Kurasia w ochronce jako  dziwnie zbiegał si   

z dniem sp du bydła w miasteczku. Landwirt Thomaneck, który bezlito nie  

ci gał od chłopów kontyngenty maj ce zaspokoi  głoduj c  armi  i ziomków w  

Rzeszy, bez specjalnych skrupułów, za to z sowitym zyskiem, uszczuplał te  

dostawy, odsprzedaj c Kurasiowi akurat tyle, ile pomie ci  mogła jego  

ci arówka. Nazywało si  to, zgodnie z pismem landwirta,  e Kura   

zaopatruje w mi so niemieckie szpitale wojskowe.  

  Mógł wi c Kura  bez obaw, niemal urz dowo, kr y  po tej trasie, dzi ki  

czemu zaspokajał trzy potrzeby naraz: handlow , bo za ka dym razem powracał  

z ogromnym zyskiem, ojcowsk , bo widywał si  z Bo enk , i kole e sk , bo -  

czas najwy szy wyja ni  - w okolicznych lasach przebywał od lata ze swym  

oddziałem Władysław Niwi ski. Czasami, kiedy na rynku gromadziły si  tłumy  

chłopów p dz cych bydło i łatwo mo na było uchodzi  za jednego z  

okolicznych mieszka ców, dowódca oddziału, Sylwek, zezwalał Niwi skiemu na  

wypady do miasteczka, gdzie w ochronce spotykał si  z przyjacielem.  

  Kura  dostarczał Niwi skiemu wiadomo ci z Warszawy, od matki, która po  

pogrzebie m a musiała opu ci  Kraków, od znajomych, których - niestety -  

ubywało, bowiem i Mrowi skiego, i Sobczaka spotkał ten sam los.  

  Po owym szcz liwym odbiciu w lasach kieleckich, Niwi ski nie rozstawał  

si  ju  z oddziałem. Polubił tych młodych, odwa nych chłopców - Sylwka,  

Mariusza, Darka, z którymi przez długie miesi ce przemierzał lasy kieleckie  

i janowskie, obecnie za  lubelskie. Mieli tu by  do pierwszych mrozów, po  

czym zamierzali powróci  do Warszawy. Tylko Ormianin, Aram, miał tu  

pozosta , doł czaj c do jednego z partyzanckich oddziałów radzieckich.  

  W czasie tych krótkich spotka  z Kurasiem Niwi ski wci  wypytywał  

przyjaciela o jedno.  

  - Heimanna odnalazłe ?  

  A kiedy Kura  wzdychał i tłumaczył si  brakiem czasu, Niwi ski  

przypominał:  

  - Wtedy w lesie podawał nazwisko Nowaczyk.  

  - Mówiłe ... Ale, Władek, zostaw to - radził Kura . - Pr dzej czy pó niej  

szlag go trafi.  

  - Ale przy mojej pomocy. Trzy lata prawie  cigali mnie, a ja nie  

wiedziałem, dlaczego i kto. Pomó  mi, Leon. Je eli on podaje si  za Polaka,  

wielu ludziom mo e jeszcze zaszkodzi .  

  - Zawsze byłem, Władek, innego wyznania od ciebie. A teraz, kiedy musz   

dla dziecka  y , tym bardziej. Ja nie mam zaj czego serca, wiesz. Ale w tym  

lesie i lis jest potrzebny... W t  jedn  spraw  si  wpl tałem, po co mi  

wi cej? Ja ju  mam dla kogo  y , nie tylko dla  ony i tych paru złotych.  

  Nikt, kto z dawnych lat znał Kurasia, poj  wprost nie mógł, co stało si   

z tym wyrachowanym i szczwanym kapralem pod wpływem małej dziewczynki,  

któr  kochał, ochraniał, dla której nara ał si  i po wi cał.  

  I oto teraz, który  ju  raz z rz du, jechał Kura  w odwiedziny do  

Gr bowa. Im bli ej celu, tym wi kszy, niewytłumaczalny niepokój zacz ł  

dr czy  Kurasia. Dotychczas w tych stronach panował spokój. A dzi , mijaj c  

jak  opuszczon  wie , słyszał strzały. Na którym  skrzy owaniu, kiedy jego  

nowy kierowca - Bugalski - zatrzymał si , nie b d c pewny dalszej drogi,  

pomi dzy drzewami zagajnika dojrzeli posta  m czyzny stoj cego pod  

wierkiem. Zawołali do niego, pytaj c o drog . Ale tamten milczał uparcie.  

Wtedy zbli yli si  do niego, by stwierdzi ,  e m czyzna ten nie stał pod  

wierkiem, ale na nim wisiał. Kura  wpadł w popłoch. Owszem, w Warszawie  

chodziły pogłoski o jakim  masowym wysiedlaniu z Zamojszczyzny, ale mało to  

plotek kr yło wówczas po mie cie.  

  Po jakim  czasie ci arówka Kurasia zatrzymała si  przed zamkni tym  

szlabanem. Kura  wyszedł z szoferki i niespokojnie dreptał wokoło. Z budki  

wyjrzał dró nik z chor giewk .  

background image

  - Co si  tu u was dzieje? - zapytał Kura .  

  - Nie widzi pan?  

  Wła nie nadjechał poci g, ci gn cy długi sznur bydl cych wagonów. Dró nik  

przekrzykuj c łoskot kół obja nił:  

  - Wszystko po ludzi.  

  - Co?! - nie dosłyszał Kura .  

  - Po ludzi...  

  Min ły ich ostatnie wagony i dró nik zacz ł kr ci  korb  przy szlabanie.  

  - Z miast te  wysiedlaj ?  

  - Na razie nie... Panie, wracaj pan, sk d pan przyjechał. Po co si  tu  

pcha ? - wskazał głow  przed siebie.  

  - Ju  ja wiem, po co - odpowiedział Kura  i szybko pobiegł w stron   

szoferki.  

  Bugalski, ciekaw rozmowy z kolejarzem, spytał:  

  - Co ci powiedział?  

  - Powiedział: Kura , dok d ty dziecko wywiozłe ?  

  Bugalski dopiero po chwili spostrzegł niedorzeczno  odpowiedzi Kurasia.  

  - Do Bo enki! - ponaglał Kura . - Ale ju ! Wida  to wszystko prawda, co  

mówili w Warszawie. Co ja zrobiłem, co ja zrobiłem,  e wpakowałem dziecko  

wła nie tutaj?!  

  Kiedy wreszcie dojechali do Gr bowa, była ju  pó na noc. Ochronka ton ła  

w ciemno ciach. Do furtki podbiegł pies i zacz ł ujada  przy bramie.  

  - Spokój, spokój, dzieciaki pobudzisz.  

  Przez szpar  w płocie podał psu kanapk  wyci gni t  z kieszeni kurtki.  

  - No co, stary? Pilnowałe  Bo enki? Pilnowałe ? Dobry pies, dobry...  

  Zerkn ł jeszcze na ciemne okno na poddaszu, gdzie mie ciła si  sypialnia.  

Potem kazał Bugalskiemu podjecha  pod urz d landwirta.  

  Thomaneck ucieszył si  z przyjazdu, odebrał towar; tym razem był to  

karbid przywieziony z Warszawy, potem przejrzał przywieziony przez Kurasia  

list od swego brata.  

  - Dobrze si  z panem pracuje. Brat te  pana ceni. Dlaczego pan nie jest  

Niemcem? Kurasch? Kurasch?  

  - Grunt,  e Kopernik jest, nie? A co tam ja znacz ... Tyle tylko,  e mnie  

mo na o to zapyta .  

  Thomaneck spojrzał bystro na Kurasia, ale jako  si  nie połapał i zmienił  

temat. O wiadczył nagle:  

  - Wi cej pan tu nie przyjedzie.  

  Kura  stropił si  i Thomaneck roze miał si  ubawiony.  

  - Tu nie - wyja nił. - B dzie pan przyje d ał do Zamo cia. Przenosz   

mnie.  

  Powoli wyj ł z kieszeni kluczyk, otworzył szuflad  biurka, wyj ł  

pudełeczko, a z niego  wie  piecz tk . Odcisn ł w poduszeczce z tuszem,  

przystawił do kawałka papieru i nie bez dumy pokazał Kurasiowi. Kierownik  

aprowizacji i handlu na cały Kreis.  

  - Ale tu pisze Himmlerstadt, nie Zamo  - zauwa ył Kura .  

  - Nooo, niedługo przestanie to ju  by  tajemnic . Tak, ma pan racj .  

Himmlerstadt. Tak wła nie b dzie nazywał si  Zamo . F~uhrer to miasto dał  

w prezencie Himmlerowi. A on ofiarował je swoim ludziom. Policji i SS.  

  - A Niderlandy kto dostał? - spytał z głupia frant Kura .  

  - Jakie Niderlandy? Gdzie to jest?  

  - A nie wiem, mo e mi si  co  pomyliło. W ksi kach to ja słaby jestem,  

ale raz ju  co  było przy okazji Zamo cia...  

  W dobrym nastroju i pewien,  e nazajutrz na pewno zabierze st d Bo enk ,  

Kura  udał si  na spoczynek w go cinnych pokojach Landwirtschaftu.  

Dochodziła ju  północ, kiedy zasypiał zadowolony,  e przybył w sam  por .  

  W tym samym czasie do wsi Nalepy Szlacheckie zbli ało si  czterech  

partyzantów, nios c na rozło onym płaszczu rannego dowódc . Po potyczce, w  

której poległ Ormianin Aram i dwóch innych ludzi, oddziałek Niwi skiego  

background image

ledwo dowlókł si  do wioski. Zagroda, do której teraz podchodzili, le ała  

ju  wła ciwie za wsi , na samym skraju lasu. Doszli do tego skraju i  

nieprzytomnego Sylwka ostro nie uło yli na ziemi.  

  - Tutaj? - cicho spytał Mariusz.  

  - Tak miało by . Ostatni dom pod lasem - odezwał si  Darek.  

  W zagrodzie zaszczekał pies.  

  - Szkoda czasu. Pies cał  wie  pobudzi - stwierdził Niwi ski.  

   ci gn ł przez głow  automat, podał go Darkowi. Przesadził płot przy  

drewutni i znalazł si  w niewielkim obej ciu. Okna chałupy były ciemne,  

pies za  uwi zany na ła cuchu ujadał coraz zajadlej. Drzwi drewutni  

skrzypn ły, Niwi ski gwałtownie obejrzał si  za siebie. Na tle ciemnej  

komórki stał kilkunastoletni wyrostek i przera ony wpatrywał si  w  

przybysza.  

  - Kaleta Józef tu mieszka? - spytał Niwi ski.  

  Wyrostek stał jak skamieniały.  

  - Ojciec w domu? No co, j zyk zgubiłe ?  

  Kiedy podszedł bli ej, chłopak wybełkotał co  niewyra nie i jednym susem  

przesadził ten sam płot, przez który przed chwil  przełaził Niwi ski. W tym  

momencie w oknach chałupy rozbłysło  wiatełko, skrzypn ły drzwi i stary,  

ponuro wygl daj cy chłop, z naftówk  w dłoni, stan ł w progu.  

  - Dobry wieczór - odezwał si  Niwi ski.  

  Chłop nie zareagował i w dalszym ci gu spode łba spogl dał na przybysza.  

  - Mam konia na sprzeda . Pana, zdaje si , gniady interesował - Niwi ski  

posługiwał si  umówionym hasłem.  

  Ale chłop nadal milczał. Postawił tylko naftówk  na progu, bo jej  wiatło  

przeszkadzało mu widzie  stoj cego w ciemno ciach przybysza.  

  - O co chodzi? - zapytał wreszcie.  

  Niwi ski stropił si .  

  - Ale... to wie  Nalepy Szlacheckie? - zapytał niespokojnie.  

  - Nalepy - odpowiedział stary i schylił si  po lamp . - Panie! Id  pan  

st d. Noc do spania jest.  

  Obaj odwrócili głowy zasłyszawszy szmer. To przeła c przez płot wrócił  

wyl kniony wyrostek. Uczepił si  teraz r ki starego, bełkotał niewyra nie i  

gwałtownie gestykuluj c wskazywał na las.  

  Niwi ski ju  zabierał si  do odej cia, kiedy dogonił go głos chłopa:  

  - Panowie. Dajcie wy  y  ludziom, za wami  mier  si  wlecze. Ani doktora  

u nas, ani nic. Chcecie wody dla rannego, we cie ze studni, ale nic wi cej.  

Nie widziałem was, nie słyszałem, spałem.  

  Niwi ski skin ł r k  na po egnanie, chłop za  si gn ł po lamp  i dorzucił  

nieoczekiwanie:  

  - A Kaleta Józef na drugim ko cu wsi mieszka. Taki sam budynek pod lasem,  

ale za  tam - wskazał r k  kierunek.  

  Zamkn ł za sob  drzwi i znów ciemno  zapanowała na podwórku.  

  Dowlekli si  na drugi skraj lasu. Kiedy rannego dowódc  umie cili na  

stryszku w domu Kalety, a sami szykowali sobie posłanie w stodole, wrócił  

gospodarz.  

  - Kiepsko z nim - skonkludował patrz c na rannego. - Nie wiem, czy do  

rana poci gnie... St d słomy nie bierzcie, tam  arna schowane. Nawet  arna  

rozwalaj , jak znajd ...  

  Darek, który podniósł wła nie snopek słomy, upu cił go na powrót.  

  - Te  głupoty mówi  - zreflektował si  gospodarz. - Co tam  arna, kiedy  

was trzeba ukry . Niedobrze, chłopcy, niedobrze. Nie spodziewałem si ,  

miało by  tylko w ostateczno ci.  

  - Lekarz w mie cie to swój człowiek? - spytał Niwi ski. - Bo...  

  Mariusz powstrzymał Niwi skiego ruchem dłoni.  

  - Czekaj, Władek, mo e ja towarzyszowi wyja ni . Mówicie ostateczno .  

No, wi c to jest wła nie ta ostateczno . Widzicie,  e nas rozbili, trzech  

ludzi stracili my. Do lasu nie mogli my ju  wróci , bo nam siedzieli na  

background image

plecach. Gdzie mieli my i ?  

  - W porz dku - skin ł głow  Kaleta. - Ja tylko mówi ,  e nie spodziewałem  

si .  

  Podszedł do sieczkarni i wyci gn ł spod niej flaszk  zatkan   

kukurydzianym kaczanem.  

  - Wypijmy. Przyda wam si  ogrza , a i poznamy si  bli ej. Rozumiem,  e wy  

teraz b dziecie dowodzi ? Józek mnie wołaj . - To mówi c wr czył Mariuszowi  

flaszk .  

  - Dowódca jeszcze  yje. Za szybko go grzebiesz, Józek - wtr cił Niwi ski.  

  Mariusz zerkn ł na koleg , sko czył pi  swoj  miar , wytarł dłoni  szyjk   

flaszki i podał dło  Kalecie.  

  - Mariusz. Pseudonim Pancerz.  

  Teraz podchodzili kolejno, pili po łyku i przedstawiali si  gospodarzowi.  

  - Sk de cie, chłopcy?  

  - Z Warszawy - odpowiedział Darek.  

  - Nasze Nalepy jeszcze nie obj te wysiedlaniem. Ale kto ich tam wie... Na  

razie mo ecie zosta .  

  - A my, Józek, nie przyszli my si  chowa . Przyszli my si  bi  -  

sprostował Mariusz.  

  Kaleta spojrzał niepewnie.  

  - Tutaj?  

  - Gdzie b dzie trzeba. Gdzie wysiedlaj ? - zainteresował si  Mariusz.  

  - Kto wie, co tu robi ... - gło no zastanawiał si  gospodarz. - Broni   

si ? Ucieka ? Ludzie do domów nie wróc . Kolejarze, co na Lwów je d ,  

opowiadaj ,  e w Rawie Ruskiej stoj  pod par  całe transporty Niemców z  

Besarabii. To dla nich te puste wsie.  

  Westchn ł, wstał i zacz ł zabiera  si  do wyj cia.  

  - Jeszcze jedno - zatrzymał go na moment Niwi ski. - Ten gospodarz, do  

którego zaszli my w nocy?...  

  - Podsiadły? Pogadam z nim rano.  

  - Swój człowiek?  

  - Lepiej,  eby was był nie widział. Ale zaszkodzi  nie zaszkodzi. Dla  

siebie  yje. Na kl czkach go matka urodziła i on na kl czkach  yje. Kazali  

arna oddawa , pierwszy oddał. Starsz  córk  na roboty zabrali, nawet  

podania nie pisał. Mus to mus. Ale zły nie jest. No,  pijcie, chłopcy.  

  Niwi ski raz jeszcze go zatrzymał:  

  - A z lekarzem co?  

  - Skocz  z samego rana do miasta.  

  - Pojad  z tob .  

  - Mo e pojedziesz, mo e nie - wtr cił nieoczekiwanie Mariusz. - To si   

jeszcze zobaczy.  

  Niwi ski spojrzał zaskoczony.  

  -  artujesz?  

  - Nie.  

  - Ju  dzisiaj powinienem by  w mie cie. Kura  miał na mnie czeka .  

  - S  wa niejsze sprawy...  

  Kaleta, stoj c przy drzwiach, przysłuchiwał si  tej do  ostrej wymianie  

zda . Ju  nie spał tej nocy. O  wicie wyruszył do Podsiadłego.  

  Stary akurat wyszedł z chałupy, rozgl dał si  chwil  po podwórku, zajrzał  

do obory, a wreszcie zaszedł do drewutni. Jego głuchoniemy syn nie usłyszał  

skrzypienia drzwi. Podsiadły patrzył przez chwil  na zgarbione plecy  

wyrostka. Chłopak siedział na pniu odwrócony do niego tyłem i dłutem co   

rze bił w kawałku drewna. Podszedł do chłopca i poło ył mu dło  na  

ramieniu. Wtedy dopiero wyrostek ockn ł si , odło ył dłuto i wstał. Stary  

na migi pokazał,  e trzeba przyd wiga  wod . Chłopak wybiegł z drewutni.  

   ona doiła krow  i błagalnie spojrzała na wchodz cego m a.  

  - Szymon... - zagadn ła.  

  Podsiadły podszedł do krowy, poklepał j  po łbie. Prawe ucho zwierz cia  

background image

ozdobione było kolczykiem.  

  - Szymon, wymy l co . Co my od jutra pi  b dziemy?  

  Łagodnie, prawie pieszczotliwie klepał krow  po pysku. Jego twarz nic nie  

straciła z ponurego wygl du, tylko r ka mu dr ała.  ona nie przestawała  

zawodzi .  

  - Szymon, ukryjmy j , schowajmy. Ludzie przechowuj .  

  - Ty o kim mówisz? O Hance? - spytał stary.  

  - O krowie, Szymon. Dla Hanki, wiem,  e ratunku nie ma.  

  Podsiadły bez słowa wyszedł z obory, przeszedł przez podwórko i wszedł do  

chałupy, gdzie córka ko czyła pakowanie starej, mocno sfatygowanej  

walizeczki. Długie, nie uczesane włosy zasłaniały jej twarz.  

  - Uczesz si . Jak wygl dasz... - gderał stary.  

  Dopiero kiedy spojrzała na niego, zauwa ył,  e płacze.  

  - Tatku! - chlipn ła Hanka.  

  - Po piesz si . Gdzie wezwanie? Daj mi je.  

  - Tatku! Nie pojad ... Sam wiesz, co Marysia pisze. Mnie tam zabij  u  

bauera. Tatku... - rozpaczliwie szukała u ojca ratunku.  

  - Po piesz si  - odpowiedział i wyjrzał przez okno.  

  Na podwórko wkraczał wła nie Kaleta, pchaj c przed sob  rower. Podsiadły  

wyszedł mu naprzeciw. Sam, nie pytany, bez powitania powiedział:  

  - Darmo tak wczas wstawałe , Józef. Nic nie wiem. Nie widziałem. Nie  

słyszałem.  

  - Ja to wiem, Szymek.  

  - Jeszcze co  chcesz? - spytał.  

  Kaleta oparł rower o cembrowin  studni i si gn ł po papierosy.  

  - Człowieka trzeba zawie  do miasta. Chory. Po yczyłby  konia ze dworu.  

Tobie Ponikowski nie odmówi.  

  - Nie mieszaj mnie w to, Józek. Ja nawet nie wiem, o czym mówisz. S   

takie choroby,  e samemu zarazi  si  mo na. Podsiadłowa wyprowadziła na  

ła cuchu krow  z obory. Zobaczywszy Kalet , w nim postanowiła szuka   

ratunku.  

  - Panie Kaleta, mo e pan Szymonowi przetłumaczy. Kogo on ma uprosi ,  

ubłaga . Przecie  bez krowy jak my  y  b dziemy?  

  - Ty co? - zdziwił si  Kaleta. - Ostatni  krow  na kontyngent prowadzisz?  

  Podsiadłowa zawyła histerycznie:  

  - I ostatni  córk !  

  Hanka wyszła akurat z domu i z walizeczk  stan ła przy krowie. Podsiadły  

przyjrzał im si .  

  - Gotowe cie? No, to w imi  Bo e... - zdj ł czapk , prze egnał si  i  

si gn ł po ła cuch.  

  Sam poszedł przodem. Hanka rzuciła si  matce w ramiona. Podsiadły nie  

obejrzał si  nawet. Szedł przed siebie ci gn c krow . Kaleta długo patrzył  

za nim. Potem przeło ył nog  przez ram  roweru i nacisn ł pedał.  

  Tego samego dnia wczesnym rankiem Kura  dowiedział si  strasznej prawdy.  

Długo nie mógł w ni  uwierzy  i stał jak skamieniały wpatrzony w mały  

futerał dzieci cych skrzypiec, który przeło ona ochronki, siostra Faustyna,  

trzymała w r kach. Bugalski i siostra Maria, nie wiedz c, co powiedzie ,  

jak go pocieszy , przenosili wzrok z Kurasia na ten mały, podniszczony  

futerał. Nagle Kura  zawył strasznym głosem:  

  - To nieprawda! Gdzie ona jest?! - I wypadł z kancelarii.  

  Przez uchylone drzwi słycha  było jego beznadziejne wołanie:  

  - Bo enka, Bo e...  

  Przeło ona ponagliła młod  zakonnic :  

  - Niech siostra pobiegnie za nim. Wystraszy dzieci...  

  Kiedy zostali w kancelarii sami, Bugalski spytał, jak to wła ciwie si   

stało. Przeło ona bezradnie rozło yła r ce.  

  - Przed tygodniem zjechała tu cała komisja. Gestapo, jacy  lekarze. To  

były straszne chwile, niech mi pan wierzy. Chyba na targach niewolników w  

background image

staro ytno ci odbywały si  takie przegl dy. Mierzyli tym dzieciom nosy,  

uszy. Pan rozumie, musiały odpowiada  rasowo. Uprowadzili mi siedmioro  

dzieci.  

  - Dok d? - spytał Bugalski.  

  Siostra Faustyna ponownie rozło yła ramiona.  

  - Gromadz  je gdzie . Tak jest na całej Zamojszczy nie. Potem je maj   

podobno wywie  do Niemiec, odda  niemieckim rodzinom. Zniemczy . Dlatego  

przede wszystkim interesowali si  blondynkami z niebieskimi oczkami. Mój  

Bo e...  

  - Ale  e wła nie Bo enka... Teraz to ju  nie ma znaczenia i mo e  

siostrzyczka wiedzie . To przecie  nie jego dziecko.  

  - Jak to?! - siostra Faustyna nie mogła ukry  zdziwienia. Przecie  jego  

miło ... jego rozpacz...  

  - Taki ju  jest - odparł Bugalski.  

  - Przepraszam. Czy... czy to mo e znaczy ,  e nie było to chrze cija skie  

dziecko?  

  - Co to ma ju  za znaczenie, siostrzyczko?  

  - Jestem bardzo podła, bardzo. I Bóg mi tego nigdy nie wybaczy,  e w  

ogóle zadałam to pytanie. Mój Bo e; jakie straszne spustoszenie poczynili  

ci Niemcy. Nie,  e zburzyli miasta. Domy mo na odbudowa . Nie,  e zabijaj .  

Urodz  si  inni. Ale ci, którzy zostan ... Jak strasznie im przetr cono  

sumienia, dusze. Jak mo na  y  z tym pó niej? A przecie  jestem siostr   

miłosierdzia. Tylko z nazwy? Przecie  gdybym wiedziała to wcze niej...  

  - Niech siostra nawet nie ko czy tego zdania - przerwał Bugalski.  

  - Prosz  pana, za to mogli nas wszystkich rozstrzela , cały personel,  

wszystkich... I oby Bóg mnie ukarał za to,  e teraz nawet jeszcze nie umiem  

powiedzie , jak bym post piła wiedz c. A przecie  to dziecko. Tylko  

dziecko...  

  Powrócił Kura , który nie wierz c jeszcze w to, co si  stało, biegał po  

całej ochronce, przegl dał najbardziej zapadłe k ty. Wrócił załamany,  

apatyczny. Stan ł nad futerałem do skrzypiec, który teraz le ał na stole, i  

powtórzył bezsensowne pytanie:  

  - Gdzie ona jest?  

  - Panie Leonie... - mitygowała przeło ona.  

  Nie dał jej doko czy . Wrzasn ł:  

  - Wrony! Wrony! Powierzyłem wam dziecko... Płaciłem tyle,  e dwie  

ochronki mogłyby cie utrzyma ...  

  Nagle zdecydował si  na co . Porwał czapk  i skin ł na Bugalskiego. Ju   

chciał wypa  z pokoju, ale jeszcze zawrócił i porwał le ce na stole  

skrzypce. Futerał był nie dopi ty i małe skrzypeczki upadły na podłog .  

P kła przy tym podstawka i struny cicho j kn ły.  

  Kura  schylił si , podniósł skrzypce, zobaczył sflaczałe struny i dopiero  

wtedy rozpłakał si  jak dziecko.  

  W chwil  potem był ju  u landwirta. Thomaneck był zaskoczony pytaniami  

Kurasia.  

  - Pan mi zadaje bardzo dziwne pytania, panie Kurasch. My lałem,  e  

przyszedł pan po za wiadczenie, a pan pyta o jakie  dzieci.  

  - Nie o jakie .  

  - To sprawa gestapo. Komisji do spraw rasowych. Niech si  pan w to nie  

wtr ca, panie Kurasch.  

  - Gdzie je wywie li? Zamo ? Lublin?  

  - Jedno mog  panu powiedzie . Nie znajdzie ich pan. Te dzieci maj   

wyrosn  na Niemców. Reichsf~uhrer Himmler powiedział,  e nasza wojenna  

ofiara krwi pot guje konieczno  przeszkodzenia stracie krwi niemieckiej  

przez wykorzystanie narodowo ci obcych. Liczy si  ka da warto ciowa krew:  

gdziekolwiek j  napotkacie, na wschodzie, bierzcie jak swoj . Tak mówił.  

  W czasie tej rozmowy Kura  bawił si  ci kim bibularzem, le cym na  

biurku. Wydawało si ,  e rzuci nim w Thomancka. Ale opanował si , zacisn ł  

background image

tylko palce na ci kim przedmiocie. Za chwil  weszła sekretarka z jakimi   

papierami do podpisu. Jednym z nich było stałe za wiadczenie dla Kurasia o  

oficjalnym kupnie mi sa. Ale Kura  o wiadczył:  

  - Nie wybieram si  do Warszawy.  

  - Jak to? A mi so? Za chwil  zaczyna si  sp d...  

  Nieoczekiwanie zza okna dobiegł warkot b benka. W saty wo ny magistracki  

z powag  kroczył przez zatłoczony ryneczek i miarowo uderzał pałeczk  w  

napi t  skór  werbla przewieszonego przez rami . Rynek był zatłoczony  

lud mi przybyłymi na sp d i targ. Konie wyprz one z furmanek, zawodz ce  

krowy, rajcuj cy w gromadkach chłopi, baby sprzedaj ce miotły brzozowe...  

Na odgłos werbla cały ten gwar ucichł nagle i oczy wszystkich skierowały  

si  na wo nego. Pocz tkowo biegła za nim gromadka dzieci, ale w miar  jak  

wo ny zbli ał si  ku zabytkowej studni, stanowi cej centralny punkt rynku,  

tłum ciekawskich rósł i wkrótce wokół wo nego utworzyło si  zwarte koło  

głów. Wiadomo było,  e za chwil  odczytane zostanie jakie  nowe zarz dzenie  

lub komunikat, wi c ze szpaleru chłopów, którym posuwał si  wo ny, padały  

pytania:  

  - Panie Skowro ski, o co chodzi?  

  - Panie Skowro ski,  le czy dobrze?  

  - Panie Skowro ski, mo e kontyngent zmniejszony?  

  Wo ny miał min  sfinksa. Nie odpowiadał, tylko mocniej i cz ciej uderzał  

w b ben. Czuł si  wa ny, bo tylko on jeden ju  wiedział.  

  Doszedł wreszcie do studni, stan ł i wzmógł b bnienie. Teraz ju  i  

sklepikarze po piesznie zamkn li sklepy i biegiem doł czyli do tłumu.  

Równie  zegarmistrz Filipek wyszedł ze swego warsztatu. Ludzie wspinali si   

na palce, wygl dali ponad głowami bli ej stoj cych. Ju  chyba przyszli  

wszyscy mieszka cy miasteczka i wo ny mógłby zacz  odczytywa  zarz dzenie,  

ale on przedłu ał t  chwil . Wci  b bnił. Napi cie rosło z ka d  sekund .  

Kto  wreszcie nie wytrzymał i zawołał z tłumu:  

  - Niech ju  b dzie, co ma by , zaczynaj pan, panie Skowro ski!  

  Wo ny wci  b bnił.  

  Wtedy za plecami stoj cych rozległ si  warkot ci arówki. Prowadził j   

andarm w hełmie i kierował wprost na tłum. Ludzie rozst pili si ,  

ci arówka za  podjechała do studni i zatrzymała tu  za plecami wo nego.  

Dwóch  andarmów, nie spiesz c si , opu ciło klap  i spod plandeki wyrzucili  

na placyk trzy sienniki. Ci ko spadły na bruk. Wydawały si  jakie   

nieforemne, wybrzuszone, jakby niedbale wypchane.  andarmi, ci gn c za  

rogi, uło yli je rz dem, jeden przy drugim.  

  Wo ny wreszcie przestał b bni , pałk  upchn ł za pas jak buław , si gn ł  

po okulary i wyci gn ł z bluzy jaki  zadrukowany papier.  

  Jednocze nie  andarmi pochylili si , ka dy nad swoim siennikiem, jakby  

zamierzali je rozpru . W ród przera liwej ciszy rozległ si  głos  

czytaj cego:  

  - "Dowódca policji, SS i  andarmerii zawiadamia,  e pomimo wielokrotnych  

ostrze e  w dalszym ci gu na terenie gminy mno  si  bandyckie napady z  

broni  na  ołnierzy i funkcjonariuszy niemieckich oraz obywateli b d cych w  

słu bie niemieckiego dzieła odbudowy...".  

  Tłum słuchał. Przeczytane przed chwil  zdanie znali wszyscy na pami ,  

ale co znacz  te worki? W ród ludzi dojrze  mo na było twarze Kalety,  

Niwi skiego, Podsiadłego, Kurasia. Te  słuchali.  

  - "Mieszka cy gminy obowi zani s  - grzmiał wo ny - ka dego napotkanego  

bandyt  natychmiast zatrzyma  i odda  w r ce najbli szego posterunku. W  

dniu wczorajszym zlikwidowano gro n , uzbrojon  band . Aby ostatecznie  

poło y  kres bandytyzmowi..."  

   andarmi prawie jednocze nie poci gn li za rogi sienników, jak za  

powłoczki pierzyn. Puste, zmi te worki odrzucili na bok. Na placu pozostały  

sztywne ju , pokrwawione zwłoki trzech m czyzn. Tłum zafalował na widok  

trupów. Ci z tyłu napierali na bli ej stoj cych.  

background image

  - "...obwieszczam i obiecuj ! - głos Skowro skiego stawał si  coraz  

bardziej dono ny. - Kto z mieszka ców gminy rozpozna któregokolwiek z  

bandytów z nazwisk, poda adres jego rodziny albo krewnych, lub te  miejsce  

jego ukrywania si , zostanie przeze mnie natychmiast zwolniony z obowi zku  

kontyngentu przemiałowego i głównego, z obowi zku dostawy bydła rze nego, a  

nadto otrzyma gratyfikacj  pieni n  w wysoko ci dziesi ciu tysi cy złotych  

oraz pi ciu litrów czystego spirytusu".  

  Wo ny sko czył, schował papiery, zdj ł okulary. Nie patrzył na zwłoki.  

andarmi obserwowali tłum. Ludzie wci  popychali si  i pochylali nad  

le cymi.  

  Niwi ski spojrzał ponad głowami innych. Dostrzegłszy zwłoki przymkn ł  

oczy. Le eli tam trzej chłopcy z jego oddziału, w ród nich Aram. Potem  

wolno si gn ł do czapki i odkrył głow . Kto  najbli ej stoj cy poszedł za  

jego przykładem. Coraz wi cej czapek i kapeluszy odsłaniało głowy.  

  Podsiadły, popychany przez innych, znalazł si  nad samymi prawie  

zwłokami. Obejrzał je dokładnie, pomału odwrócił si  i wtedy jego wzrok  

skrzy ował si  ze wzrokiem Niwi skiego.  

  Podsiadły cofn ł si , wyj ł bibułk , wolno zacz ł skr ca  papierosa. Z  

trudem przełykał  lin . My lał. Zwil ył j zykiem skr ta, wsadził go sobie  

do ust. Ponad głowami tłumu, mi dzy furmankami, dojrzał Hank  trzymaj c  na  

ła cuchu krow , która w tej chwili podniosła łeb i zaryczała. Podsiadły, z  

wci  nie zapalonym skr tem w ustach, podszedł do wo nego.  

  - Panie wo ny... - zacz ł.  

  W sacz zdejmował wła nie przez głow  pas od b bna. Ci ko mu szło. Wtedy  

Podsiadły dostrzegł,  e za plecami Niwi skiego przystan ł Kura , człowiek,  

którego widział przed chwil  w poczekalni u landwirta, gdy przyszedł błaga   

o darowanie mu krowy. Teraz ten człowiek, stoj c z tyłu za Niwi skim,  

poło ył mu dło  na ramieniu. Podsiadłemu ten gest wydał si  gestem tajniaka  

zatrzymuj cego podejrzanego.  

  - Co? - wysapał wreszcie wo ny.  

  - Ju  nic... - machn ł r k .  

  Wo ny wzruszył ramionami. Ale dostrzegł,  e nagle Podsiadłemu wydłu yła  

si  twarz ze zdziwienia. Bo oto Niwi ski odwrócił si  twarz  do przybysza,  

chwil  obaj stali naprzeciw siebie i nagle rzucili si  sobie w ramiona.  

ciskali si  serdecznie. Podsiadłemu z otwartych ust wypadł skr t.  

  - Czego pan chciał? - dopytywał si  wo ny.  

  Podsiadły schylił si  po papierosa, podniósł. Jeszcze raz spojrzał na  

tamtych. Kura  z Niwi skim obj ci ramionami opuszczali rynek.  

  - Ognia. Mo e ognia pan ma?  

  Wo ny znowu wzruszył ramionami.  

  Niwi ski dowiedział si  od Kurasia o jego nieszcz ciu i zamiarze  

szukania dziecka ju  teraz, natychmiast, cho by mu przyszło zjecha  cał   

Lubelszczyzn .  

  - Rozumiem ci , Leon, ale nie kr  si  w tych okolicach. Tu zacz ły si   

dzia  straszne rzeczy.  

  - A co gorszego mo e mnie spotka ? - przerwał Kura .  

  - Wywo , morduj  tysi ce ludzi. Setki ich uciekaj  do nas, do oddziałów.  

Bataliony Chłopskie bior  ju  odwet, na ten teren  ci gaj  całe pułki AK. I  

my zostali my,  eby walczy . Wkrótce mo e to przybra  form  powstania.  

Wracaj.  

  Kura  przecz co pokr cił głow .  

  - Nie opowiadaj matce, co  tu przed chwil  widział na rynku. Mogłem  

przecie  by  mi dzy tymi trzema.  

  - Znasz ich? - spytał Kura .  

  - Jeszcze wczoraj rano w lesie przy  niadaniu sprzeczali my si , pod  

którym na Brackiej byli Bracia Pakulscy.  

  - A pod którym?  

  - Pod dwudziestym trzecim.  

background image

  - Mo liwe. Ale oni trzej ju  tego nie sprawdz . Nie odstrasza ci  to,  

Władek?  

  - Przeciwnie.  

  - No, to czego i ja si  mam ba ? Jak ju  nie ma Bo enki...  

  Tego samego dnia wyruszył Kura  w swój beznadziejny objazd po  

miasteczkach, wsiach i osiedlach, Kaleta za  z Niwi skim przywie li lekarza  

z miasta. Lekarz obejrzał rannego Sylwka, opatrzył i zszedł ze strychu na  

dół do izby Kaletów. Myj c r ce w miednicy, mówił:  

  - Do szpitala go wzi  nie mog ... Wsz dzie w sz . Ka dy rozpozna,  e to  

rana z postrzału. Zrobiłem, co si  dało, zostawiłem sulfamidy... B d   

szczery, nie podoba mi si  to - rozejrzał si  po zebranych. - Co z wasz   

wsi ? - spytał, zwracaj c si  do Kalety.  

  - Na razie nie obj ta wysiedlaniem, ale kto mo e wiedzie , co b dzie  

jutro...  

  - Co robi ? Co robi ? - gło no zastanawiał si  doktor. Strzela  jak ten  

wasz na strychu, to prowokowa  zemst . Ucieka ? Dok d? Teraz, zim  do lasu?  

  - Broni  si  - do rozmowy przył czył si  Niwi ski.  

  - Jak?  

  - Jak, to wiadomo - odpowiedział Darek. - Ale do czego to wysiedlanie, to  

mordowanie ma doprowadzi ?  

  - Powiem panu, o co im chodzi. Mój kolega, tak e lekarz, rozmawiał z  

oberarztem w Lublinie. To wiede czyk, po kilku gł bszych powiedział mniej  

wi cej tak: musimy stworzy  wzdłu  całej granicy polsko-sowieckiej co  w  

rodzaju wału ochronnego zamieszkanego tylko przez element niemiecki. Ma to  

dwojaki cel: polityczny, bo przez wyt pienie Polaków partyzanci strac   

oparcie w wsiach; wojskowy, bo zabezpiecz  si  od wschodu. B d  tu sami  

swoi ludzie: esesmani, dorffuhrerzy. Spokojne tyły. Himmlerland.  

  - Co robi ? I  na rze  jak barany? - Kaleta wielkimi krokami przemierzał  

izb . - Broni  si ?  

  - Powtarzam, jak pan sobie to wyobra a? Przeciwko całym pułkom? Dywizjom?  

Na to te  s  potrzebne całe pułki.  

  - Przecie  pan wie, doktorze,  e z tej ziemi wi cej ludzi wyjdzie jak  

pułk, i jak dywizja.  

  - Wie pan, co oznaczaj  pa skie słowa? Powstanie. Powszechne powstanie. A  

na to jest jeszcze za wcze nie. Jeszcze s  mocni. I zamiast Himmlerlandu  

byłoby Himmlersee, bo utopiliby nas w morzu krwi, panie Kaleta.  

  - Wie pan, co to jest rozpacz, doktorze? Ona nie pyta - za wcze nie, za  

pó no, kalkuluje si , nie kalkuluje. Chłop, jak ma mgł  na oczach, to nie  

patrzy: widły, kosa, tylko chwyta i leci. Bartosz Głowacki te  miał  

naprzeciwko armat , a czapk  j  przykrył.  

  - Historia, panie Kaleta, składa si  wła nie z takich bajek,  eby  

dzieciom było ra niej. A w bajki pan chyba nie wierzy?  

  - Nie. Ale w ludzi. Bo ich znam...  

  Po odje dzie lekarza Sylwek zapragn ł widzie  si  z Niwi skim. Władek  

wdrapał si  po drabinie na strych. Ranny dowódca le ał na sienniku pod  

stromym stropem dachu. Niwi ski przysiadł na belce.  

  - Nie zejd  ju  z tego strychu, Władek...  

  Niwi ski chciał zaprzeczy , pocieszy  go, ale Sylwek przerwał mu gestem  

dłoni.  

  - Nie... Ja si  nie rozklejam, ale głupio troch ,  e ju  nigdy nie  

zobacz  Karolkowej. Ani Bema. Jakie na Wroniej pod szóstym były lody...  

rany boskie, jak... jak bym zjadł takie lody... Tak mnie tu pali w  

bebechach.  

  -  pij teraz, przyjdzie czas i na lody.  

  Sylwek poprawił si  na sienniku, skrzywił twarz, bo zapewne go zabolało,  

a po chwili milczenia o wiadczył stanowczym głosem:  

  - Obejmiesz dowództwo, Władek.  

  - Ja?  

background image

  - Sformujesz oddział z chłopów w Nalepach, a teraz...  

  - To niemo liwe, Sylwek.  

  - To rozkaz.  

  Niwi ski uciekł w bok spojrzeniem, zamy lił si .  

  - Widzisz... - zacz ł Władek, ale Sylwek nie dał mu doj  do słowa.  

  - Kto inny? Mariusz to równy chłopak, mo na na nim polega , ale nie, nie,  

nie. Ty jeden jeste  podchor y. Fachowiec, co tu du o gada .  

  - Chciałbym, aby  mnie dobrze zrozumiał...  

  - Darek za młody...  

  - Musz  ci to powiedzie , Sylwek - stanowczo przerwał Niwi ski. - Ta  

sytuacja mnie zmusza. To jest formalnie niemo liwe. Formalnie. Ja nawet nie  

składałem gwardyjskiej przysi gi.  

  - Jak to? - zdziwił si  dowódca.  

  - Nie składałem.  

  - Nie rozumiem... Kiedy odbili my ci  w maju, nawet nie  dałem tego od  

ciebie. Przecie  to było jasne. Kasia. Aram ci  znał. I Darek...  

  Zamy lił si , potem odwracaj c si  na sienniku, spojrzał wprost w twarz  

Niwi skiego.  

  - Unie  dwa palce do góry. I powtarzaj: Ja, syn ludu polskiego,  

antyfaszysta... Czekaj! Ale jak to si  mogło sta ?!  

  - Chc ,  eby  wiedział do ko ca. Nie jestem równie  komunist .  

  - Tylko kim?  

  - Polakiem. A przysi g  składałem jeszcze we wrze niu.  

  - Do jasnej cholery, przecie  jeste  z nami!  

  - Wła nie dlatego jestem,  e składałem przysi g . Bo mowa w niej była,  e  

broni nie zło . I dotrzymuj , jak widzisz. Prócz tego, mój ojciec...  

  - Co ojciec?  

  - Zostawił mi to w testamencie. Jestem bardziej z wami, ni  mo esz to  

teraz s dzi , Sylwek...  

  - Niedobrze. Pokrzy owałe  mi plany - zas pił si  ranny. - Widzisz,  

Mariusz... Jemu si  wci  zdaje,  e jeste my tu po to, aby wygra  wojn  z  

Niemcami. Z jednej strony marszałek von Paulus, a z drugiej plutonowy  

Mariusz, pseudonim Pancerz... Strzela , byle strzela . A my jeste my tu i  

po to, aby ludzie nie czuli si  opuszczeni... I aby wiedzieli, dlaczego  

warto wytrwa ... A warto, Władek, warto...  

  - Po co mi to tłumaczysz?  

  - Bo teraz nie wiem, na jak  Polsk  czekasz.  

  - Na woln .  

  - Na woln ... I mało powiedziałe , i du o. Woln ... Ja nie zdałem matury,  

bo kiedy byłem w trzeciej klasie, matka nie miała ju  siły pra  bielizny i  

zabrakło na czesne. Mój młodszy brat pójdzie na uniwerek za darmo. I nasz  

Kaleta dostanie własn  ziemi ... - Zm czyło go mówienie. Zamilkł. Oddychał  

tylko z wielkim wysiłkiem. Po chwili dodał, jakby do siebie: - I pomy le   

kurdelebele,  e nie doczekam takiej Polski. Dwadzie cia dwa lata. Władek,  

długo nie po yłem. I kiepsko... Ona b dzie, a ja nie zobacz ...  

  Przymkn ł oczy, głowa mu zwisła, Niwi ski pochylił si  nad nim.  

  - Te lody były pierwsza klasa...  

  Tracił przytomno . Niwi ski chwycił go za ramiona.  

  - Sylwek! Sylwek! Jak było? Ja, syn ludu polskiego... I co dalej?  

  - Nie, nie, panie doktorze, nie boj  si , ja chłopak z Woli jestem...  

  Niwi ski zawołał o pomoc. Ale zanim przybiegli, nie mieli ju  swego  

dowódcy.  

  Pochowali Sylwka, chłopca z Woli, na malutkim wiejskim cmentarzyku w  

Nalepach, ukradkiem, pod wieczór. A kiedy pojedynczo przekradali si  przez  

opłotki, ka dy na swoj  melin , na ko cu wsi, gdzie  pod lasem, cisz   

wieczoru przeszyła seria z automatu. Kaleta domy lił si ,  e strzały padły  

przy zagrodzie Podsiadłych.  

  Nie mylił si .  

background image

  Po rodku zagrody Podsiadłych stał  andarm z dymi cym jeszcze automatem.  

To on wystrzelił przed chwil , na razie na postrach. Trzej inni zagl dali  

do okien, walili do drzwi chałupy.  

  Cał  scen  obserwował tak e sam Podsiadły. Ci gn ł wła nie z lasu  ci ty  

pie  drzewa, ju  był blisko zagrody, kiedy zaskoczyła go ta seria. Skrył  

si  za rozwidlone konary drzew i stamt d patrzył.  

   ona otworzyła drzwi wyl kniona i natychmiast otrzymała pchni cie luf   

szmajsera w piersi.  

  - Dlaczego nie otwierasz, babo? Gdzie córka?  

  - Córki nie ma. Ani jednej. Na roboty wy je zabrali.  

  - Kłamiesz! Uciekła z transportu. Gdzie ona jest?  

  - Jej tutaj nie ma.  

  - Gdzie m ? Czekaj, zabierzemy ci m a, zaraz si  i córka odnajdzie.  

Gdzie on jest? Wołaj go!.  

  Podsiadłowa zerkn ła niespokojnie na ciemn   cian  lasu.  

  - M a te  nie ma, panie...  

  Dwaj inni  andarmi, którzy przez ten czas penetrowali drewutni , teraz  

wybiegli stamt d zaaferowani i wymachuj c automatami, wołali:  

  - Szybko, Willy! Jest co  ciekawego! Szybko!  

   andarm chwycił Podsiadłow  za bark i tarmosz c popychał przed sob .  

Wepchn ł j  do drewutni, sam za  podszedł do kolegów, którzy gmerali w  

narz dziach Kostka. Mi dzy drewnianymi wiórami walały si  dopiero co  

wyci te orzełki.  andarm wzi ł jednego orzełka w palce, u miechn ł si   

zło liwie i podszedł do Podsiadłowej.  

  - Czyje to? Te  pewnie nie wiesz?  

  - To syna. Wszystko syna.  

  Pokazała na rz dem stoj ce na belce ptaki, s dz c,  e o to j  pytaj .  

  - Ach, syna? Gdzie on jest?  

  - W domu, ale on nic panu nie powie, on...  

  - Stul pysk! - wrzasn ł jeden z  andarmów i skin ł głow , by  

przyprowadzi  Kostka.  

  Dwóch  andarmów natychmiast opu ciło drewutni . Ten, który został z  

Podsiadłow , wci  u miechni ty, przesiewał orzełki mi dzy palcami. Nagle  

odwrócił si  i wrzasn ł:  

  - Ukrywasz bandytów? Gdzie oni s ? Ilu ich jest?  

  Nie bardzo rozumiej c, powtarzała naiwnie:  

  - To syn... bawi si ... zawsze tak strugał... To syn...  

   andarm podetkn ł jej pod oczy orzełka; na odwrocie prymitywnie  

przymocowana była agrafka.  

  - Bawi si ?!  

  W tej chwili przywleczono ogłupiałego Kostka. Wyrostek stał nie wiedz c,  

czego od niego chc .  

  - Gdzie bandyci?! Do jakiej bandy nale ysz?  

  Kostek otworzył usta, prosz cym, wystraszonym wzrokiem patrzył na matk ,  

aby mu pomogła.  

  - Jak si  nazywasz? - wrzask  andarmów stawał si  coraz donio lejszy.  

  - On panu nic nie powie, on... - zacz ła Podsiadłowa.  

  - Nie powie?!  

  Zamachn ł si  i kolb  uderzył Kostka w głow . Chłopak przewrócił si .  

Podsiadłowa rzuciła si , aby go podnie .  

  - Na rany boskie, panie, to niemowa! To  on nie słyszy nawet.  

  - Nie słyszy?  

  Znienacka wywalił cał  seri  w stron  drewnianych ptaków ustawionych na  

belce, uwa nie patrz c w twarz chłopca, ale Kostkowi nawet muskuł nie  

drgn ł. Dopiero kiedy odwrócił wzrok i dostrzegł, co si  stało z jego  

ptakami, p dem rzucił si  w ich kierunku. Wbiegł na lini  strzałów, które  

skosiły go w pół drogi. Wygl dało to tak, jakby si  potkn ł. Post pił  

jeszcze krok i zarył głow  w wióry, pomi dzy poodpryskiwane ptasie  

background image

skrzydła, głowy i pazury.  

  Podsiadłowa patrzyła na to w osłupieniu, jak gdyby jeszcze nie zdawała  

sobie sprawy z tego, co zaszło. Nagle porwała si  za głow  i wybiegła z  

drewutni.  

  - Mordercy! Morder... - nie doko czyła.  andarm, wymierzywszy starannie,  

trafił j , kiedy dobiegła do studni.  

  Podsiadły widz c to osun ł si  wzdłu  pnia i padł kolanami w  wie y  

nieg. Zgarniał go dłoni  i przecierał twarz, jakby chciał si  ockn  z  

koszmarnego snu albo zmy  z oczu obraz, który widział przed chwil . Raz  

jeszcze spojrzał w stron  własnej zagrody, ale wszystko było tak jak przed  

chwil . Tylko który  z  andarmów biegł wzdłu   cian chałupy i polewał je  

benzyn  z kanistra.  

  Podsiadły wstał, nie otrzepał  niegu ani z kolan, ani z twarzy, i jak  

bł dny, obijaj c si  o mijane drzewa i potykaj c o stercz ce korzenie,  

szedł w las. Po kilku metrach zawrócił, skr cił, zacz ł okr a  brzeg lasu.  

  Wtedy pierwszy słup ognia wystrzelił w powietrze. Nawet nie patrzył w  

tamt  stron , brn ł po  niegu dalej. Zatoczywszy spory łuk wzdłu  lasu,  

dojrzał na dró ce bryczk , a w niej treuhandera Sikor .  

  Wła nie podjechał do niego  andarm na motocyklu i rozkładaj c ramiona  

poinformował:  

  - Nie wróciła, panie Sikora. W domu jej nie ma.  

  Sikora  ci gn ł lejce, zawrócił w miejscu bryczk  i pognał w stron   

wioski. Przed remiz  stra ack  kilku chłopców po piesznie dopinało kaski,  

inni wytaczali z remizy beczkowóz, kto  wyprowadzał konia. Sikora  ci gn ł  

lejce.  

  - Wracajcie do domu - rozkazał.  

  - Ale si  pali, panie inspektorze.  

  - Widocznie trzeba,  eby si  paliło.  

  Młodzi stra acy stali niezdecydowani. Ale wtedy nadjechał pierwszy  

motocykl.  andarm siedz cy w koszu ju  z daleka machał ramionami.  

  - Los! Los! Do domu, do domu...  

  Tej nocy Niwi skiego i Mariusza, którzy spali na strychu Kalety, na tym  

samym sienniku, na którym wczoraj jeszcze le ał Sylwek, obudziło ciche  

pukanie do sionki. Niwi ski ostro nie podczołgał si  do otworu, sk d mógł  

widzie  wej cie, Mariusz natomiast rozdzierał poszycie dachu, a  przez  

otwór w słomie zacz ło przeziera  granatowe niebo: była to jeszcze jedna  

droga ucieczki. Tymczasem do sionki wyszedł wreszcie zaspany Kaleta i  

odryglował drzwi. W progu stał Podsiadły.  

  - Szymek! Co z tob ? - zaniepokoił si  Kaleta.  

  - Wiesz chyba, co ze mn .  

  - Wchod , prze pisz si .  

  Ale Podsiadły nie ruszył si .  

  - Daj mi bro , Józefie - powiedział po chwili milczenia.  

  - Co takiego?  

  - Co tam masz. Rewolwer, karabin, mnie bez ró nicy. Nie chcesz?... A mo e  

twoi go cie dadz ? Mnie nie musisz si  ba .  

  - Nie boj  si  ciebie, Szymek. No, chod , uspokój si . Pogadamy, sam  

przecie  wojowa  nie b dziesz.  

  - Daj mi, Józefie. Prosz  ci  o to - powtarzał Podsiadły jak w transie.  

  - Widzisz, Szymon, takie dni nastały,  e ka dy nabój si  liczy. I ka dy  

człowiek. Dobrze,  e  przyszedł... Jutro pogadamy, ty nam si  przydasz, my  

tobie.  

  Podsiadły ponuro pokr cił głow .  

  - Nie rozumiesz mnie, Józek. Nigdym na nikogo nie liczył i teraz nie  

chc . Zawszem miał własne rachunki. A od dzi  zwłaszcza. No, i je spłac .  

Ty wiesz,  e ja nigdy nie zalegałem z niczym. No, i teraz dostan , co im  

si  nale y.  

  - Dostan , Szymek. Pom cisz swoich. Cał  nasz  ziemi  zamojsk  pom cimy.  

background image

Ale w kupie.  

  - Nie, nie. Wy cał  wojn  chcecie wygra , a wszystkich nie pozabijacie.  

Kul nie starczy na takie zadanie. A moja sprawa male ka. Czterech  

wszystkiego. Wszystkich ich znam, co tam byli: Schwarzgruber, Fichtel,  

jeszcze dwóch... i Sikora... Widz ,  e nie uprosz  niczego u ciebie.  

Trudno...  

  Obrócił si  ku drzwiom. Kaleta przyjrzał mu si  uwa nie.  

  - Poczekaj. Nigdy ci  nie mo na było przekona . We  chocia  kurtk ,  

zamarzniesz w tym waciaku. Poczekaj...  

  Kaleta wszedł do izby, Podsiadły został w sionce sam. Przez kwadratowy  

otwór Niwi ski widział z góry, jak chłop rozejrzawszy si  po całym  

pomieszczeniu, po beczce z wod , wojłokowych butach, jakich  rydlach  

stercz cych w k cie, dojrzał walaj cy si  sierp. Szybko schylił si  po  

niego, rozpi ł waciak, schował tam zdobycz i starannie zapi ł sprz czki. Po  

chwili wrócił Kaleta, trzymaj c w r ku kurtk  i długi bawełniany szalik.  

  Był wczesny ranek. Na ryneczek Gr bowa wolno wje d ała bryczka. Konie  

szły ospale, nikt ich bowiem nie pop dzał, wlokły wi c bryczk  noga za  

nog . Ludzi na rynku było ju  sporo. Ze zdziwieniem zacz li spogl da  na  

dziwny pojazd, którym nikt nie jechał.  

  Dopiero kiedy bryczka dotoczyła si  do studni, a konie stan ły, jaka   

stoj ca najbli ej kobieta zajrzała do wn trza i histerycznie wrzasn ła.  

  Podbiegli ludzie, podbiegł i granatowy policjant. Na podłodze, pod tylnym  

siedzeniem, le ał dziwnie nienaturalnie zwini ty człowiek. Policjant  

odchylił poł  płaszcza zakrywaj cego głow  le cego.  

  Kaleta, który był w tłumie, zobaczył skr conego pod siedzeniem inspektora  

Sikor . Miał poder ni te gardło.  

  Policjant przebił si  przez tłum i pognał do  andarmerii.  

  Ludzie cisn li si  wokół bryczki. Ju  rozpoznano Sikor , wszyscy  

powtarzali jego nazwisko. Przybiegł policjant z  andarmem:  andarm  

Schwarzgruber spojrzał, skrzywił si , chwycił przegub r ki Sikory i trzymał  

przez chwil . Potem rozpi ł mu marynark . Spodnie miał Sikora przepasane  

pasem z kabur , ale kabura była odpi ta i pusta.  andarm wrzasn ł na  

policjanta:  

  - Lekarza! Na co czekasz?!  

  Sam wskoczył na kozioł, smagn ł batem i podjechał pod posterunek,  

policjant za  gnał po lekarza.  

  Ludzie wolno rozchodzili si . Kaleta zmierzał do zegarmistrzowskiego  

zakładu, w którym na ten dzie  wyznaczono odpraw  z udziałem kogo  z  

Warszawy. Ukryci na zapleczu małego zegarmistrzowskiego warsztatu,  

słuchali, co mówił przybyły.  

  - Lepiej zgin , cho by w beznadziejnej walce, ni  biernie czeka , a   

przyjd  po was. Akcja odwetowa trwa, ale trzeba j  od dzi  podwoi ,  

potroi . Trzeba niszczy  i przep dza  niemieckich osadników, którzy zaj li  

wasze obory i wasze domy. Ustawiczny strach przed  mierci , o ka dej porze  

dnia i nocy, musz  odczuwa  ci volksdeutsche,  andarmi i gestapo. Ziemia,  

któr  uwa aj  za swoj , musi im si  pali  dzie  i noc pod stopami.  

  Mówca przerwał, a wła ciwie przerwał mu jeden z wisz cych zegarów, który  

zacz ł wybija  godzin . Wykorzystał to kto  z zebranych:  

  - Z uzbrojeniem w oddziałach niewesoło - powiedział. - Bro  nam  

podrzu cie.  

  - Bro ? Pełne s  jej stojaki posterunków  andarmerii i gminnych. Trzeba  

im składa  wizyty. Ludzie musz  wiedzie ,  e i Niemcy nie s  z  elaza,  e i  

ich imaj  si  chłopskie kule. Co jeszcze?  

  Wtedy wyst pił Kaleta. Kiedy tu jechał, Mariusz domagał si , aby to  

wła nie pytanie postawił.  

  - Co z ł cznikiem z Warszawy? Mamy u nas rozbity oddział warszawski. Od  

tygodni czekaj  na ł cznika... Miał przywie  nominacj  nowemu dowódcy.  

  - Ł czniczka, nie ł cznik. Dawno ju  wyjechała do was. Niestety, gdzie   

background image

wida  wpadła po drodze. Co  jeszcze?  

  Nagle dobiegł ich odgłos strzelaniny. Zebrani niespokojnie wstali z  

miejsc. Zegarmistrz Filipek wyszedł do warsztatu. Przez uchylon  szyb   

wida  było bieganin  na rynku.  

  - Rozchodzimy si  - zdecydował przybysz. - Co  tam sie stało. Ausweisy  

macie w porz dku?  

  Na zaplecze wrócił Filipek.  

  - Rozchod cie si . Mo e tu by  za chwil  gor co. Schwarzgrubera zabili.  

  - Kogo? - zainteresował si  przybysz.  

  - To tutejszy  andarm - wyja niał zegarmistrz. - Ludzie mówi ,  e na  

oczach wszystkich, kiedy Schwarzgruber opuszczał poczt , jaki  chłop  

wypalił mu prosto w głow . Uciekł i goni  go teraz, ale za godzin , dwie  

gotowi tu sprowadzi  gestapo.  

  Tylko Kaleta, opuszczaj c zebranie, wiedział, kogo teraz goni   andarmi.  

  Tego samego dnia wieczorem nauczycielka w Nalepach Górnych zaalarmowała  

Kalet  wiadomo ci , która zelektryzowała cały oddział. Do szkoły w Nalepach  

przywlókł si  nauczyciel z Mnichowa z wie ci ,  e na posterunku tamtejszej  

andarmerii trzymaj  jakich  wi niów. Krzyki bitych i torturowanych  

słycha  było a  daleko za wsi . Wie li ich gdzie  podobno do Zamo cia, ale  

w tamtejszej osławionej rotundzie przepełnienie, nawet jak na warunki  

niemieckich obozów, było tak straszne,  e transport wi niów pozostawiono  

tymczasem w Mnichowie. Według relacji nauczyciela, na posterunku było  

sze ciu  andarmów.  

  Niwi ski i Mariusz, sformowawszy oddział z nalepian, wyruszyli tam  

jeszcze tej samej nocy. Dzie  przeczekali w lesie, a noc  zaatakowali  

posterunek. Była to akcja tak niespodziewana, zaskoczenie tak gwałtowne,  e  

bez własnych strat po godzinie opanowali cały budynek. Oswobodzonych i  

zmaltretowanych wi niów konwojował do Nalep Darek, a Mariusz i Niwi ski  

jaki  czas jeszcze zabawili w Mnichowie, osłaniaj c odwrót uciekinierów.  

Niwi ski jak przez mgł  przypomniał sobie,  e gdy odryglowywali cele, jaka   

dziewczyna zawołała go po imieniu. A mo e mu si  tylko tak zdawało...  

  Tymczasem Darek prowadził lasem grup  uprowadzonych wi niów. Zmierzał do  

le nej przesieki, gdzie, zgodnie z planem, miał oczekiwa  na Mariusza i  

Niwi skiego. Było ciemno, le n  dró k  posuwali si  bardzo wolno. Na  

saniach umie cili zdobyczn  bro  i jakie  dwie bardzo osłabione kobiety.  

Czterech wi niów, przemieszanych z chłopcami z oddziału, wlokło si  za  

saniami piechot . Przy przesiece Darek dał znak r k  i cała kawalkada  

zatrzymała si . Wtedy do Darka podeszła dziewczyna, któr  odbili w  

Mnichowie. Dot d szła posłusznie w milczeniu, bo rozkaz wyra nie zabraniał  

rozmawia . Teraz uznała,  e s  ju  odpowiednio daleko od wsi i mo e mówi   

bezpiecznie.  

  - Kim jeste cie? Co to za oddział? - spytała.  

  - Co ci za ró nica? - odpowiedział Darek. - Oddychasz  wie ym powietrzem.  

To chyba najwa niejsze, nie?  

  - Owszem. Ale... je eli to oddział warszawski...  

  - To co?  

  - I chyba tak jest. Nie mogłam si  myli . Czy ten chłopak, który tam na  

posterunku... jego tu teraz nie ma... Czy to Władek? - dopytywała.  

  - Po co ci to?  

  - Bo je eli jeste cie tym wła nie oddziałem z Warszawy, to nawet nie  

wiecie, kogo cie odbili. Wi c jak?  

  - Co  za bardzo jeste  ciekawa, siostro. Nadejdzie dowódca, mo e ci  

powie.  

  - Ale przecie  nie macie dowódcy. Sylwek poległ.  

  Darek zgłupiał.  

  - Kim ty wła ciwie jeste ?  

  Marta u miechn ła si .  

  - Odbili cie, kolego, ł czniczk , która wiozła równie  i rozkaz o  

background image

mianowaniu nowego dowódcy. Marta. - Wyci gn ła dło , aby si  przywita . -  

Wła ciwie moja funkcja to sanitariuszka. I mam zosta  przy was. Na co my  

wła ciwie czekamy?  

  - Na nich - wskazał brod  na le n  przecink .  

  Nadchodzili wła nie Mariusz, Niwi ski i pozostali chłopcy z obstawy.  

Darek pobiegł im naprzeciw, wida  było, jak co  gor czkowo tłumaczył,  

wskazuj c na Mart . Przybyli podeszli do sa  i Mariusz dał gestem znak, by  

ludzie ruszyli dalej. Sam podszedł do Marty i wyci gn ł dło  do  

przywitania.  

  - Wszystko ju  wiem. Tym wi ksza rado ,  e to wła nie my. Gdzie wpadła ?  

  - Zgarn li mnie z poci gu.  

  Odwróciła si  do Niwi skiego.  

  - A pan... a ty mnie jednak nie poznajesz.  

  Niwi ski przygl dał si  jej uwa nie. Wi c nie mylił si , to ona wołała go  

na posterunku po imieniu. Nie mógł sobie jednak przypomnie , wi c pomogła  

mu.  

  - Byłam kole ank  Kasi. Kiedy  odprowadzałe  j  pod mój szpital. Ale  

byłam w stroju piel gniarki, pewnie dlatego mnie nie poznajesz.  

  - Tak: Teraz sobie przypominam.  

  Marta spytała Mariusza:  

  - Czy Nowy to twój pseudonim?  

  - Nie. Jego - Mariusz wskazał na Niwi skiego.  

  - Wi c moje gratulacje. Z tym, mi dzy innymi, tu jechałam.  

  - Z czym? - Niwi ski nie zrozumiał tej informacji.  

  - Papiery, szczerze mówi c, połkn łam w poci gu. Ale nominacja była  

bardzo oficjalna. Piecz , podpisy.  

  Niwi ski zerkn ł w stron  Mariusza. Nie mylił si . Nie w smak mu poszła  

ta wiadomo . Zapadło milczenie, które przerwał Mariusz:  

  - No, dosy  gadki. Nie dogonimy ich w ko cu.  

  Sanie rzeczywi cie ujechały ju  kawał drogi. Ruszyli za nimi przez las.  

nieg skrzypiał pod stopami. Mariusz troch  odstał, zrównał si  z  

Niwi skim. Nieco zwolnił i po chwili szli obaj z tyłu. Przed nimi brn ła w  

niegu Marta.  

  - Wszystko w tym zamieszaniu troch  nieformalne - zagadn ł wreszcie  

Mariusz. - Gadu-gadu, jak u cioci na imieninach, a nie wiadomo, z kim.  

Hasło chocia  powiedziała?  

  - To j  spytaj.  

  - Ja? Dowódca pyta o takie rzeczy.  

  Id ca przed nimi Marta odwróciła si  i zagadn ła z u miechem:  

  - O czym mówicie?  

  -  e masz ładne nogi - odparł Niwi ski.  

  - Ale jakie zmarzni te!  

  Mieli jeszcze przed sob  co najmniej dwie godziny marszu. Kiedy wreszcie  

dotarli do Nalep, wi niów rozlokowali w chałupach u chłopów. Marcie  

przypadła melina w szkole. Niwi ski odprowadził j  tam. Nauczycielka  

zaprowadziła ich do małej izby, a wła ciwie komórki, gdzie, prócz  

rozkładanego łó eczka, stały stare połamane ławki, p kni ta przez pół  

tablica, jaki  wypchany ptak. Nauczycielka sumitowała si ,  e umieszcza  

go cia w takiej rupieciarni, ale uwa ała,  e jest to miejsce najbardziej  

bezpieczne.  

  - Luksusy! - pocieszała j  Marta. - Gdyby pani wiedziała, jak spałam  

przez tydzie ...  

  - Słyszałam. A mo e herbaty gor cej przynios ?  

  - Nie  miałam prosi , ale dreszcze mnie bior .  

  - Mróz - wtr cił Niwi ski.  

  - My l ,  e to raczej reakcja po tym wszystkim. A mo e i przezi bienie.  

  Nauczycielka wyszła przygotowa  herbat . Dopiero gdy zostali sami, Marta  

wyznała:  

background image

  - Nie chciałam rozkleja  si  przy chłopcach, ale, Władek... Tam było  

strasznie. I pomy le ,  e Kasia... A ja przecie  tylko tydzie , tylko  

siedem dni.  

  - Nie my l ju  o tym.  

  - Nie my l , ale ja to wci  czuj . Gdyby  zobaczył moje plecy.  

  Niwi ski odruchowo, ze współczuciem pogładził j  po włosach.  

  - Pomy l,  e  adnego z nich ju  nie ma. Ju  dostali za swoje.  

  U miechn ła si  i nieoczekiwanie, wspinaj c si  na palce, pocałowała go w  

usta.  

  - Nigdy ci  nie zapomn .  

  Nie bardzo wiedział, jak si  zachowa , wi c za artował:  

  - Tak si  mówi przy rozstaniu na zawsze.  

  - Nie wiem, jak si  mówi przy rozstaniu na zawsze.  

  - Ile masz lat? - zmienił temat Niwi ski.  

  - Tyle, co Kasia.  

  Usiadła na swoim posłaniu, wstrz sały ni  dreszcze.  

  - Kochałe  j  czy tylko tak chodziłe ?  

  Zanim Niwi ski zd ył odpowiedzie , weszła nauczycielka z dwoma kubkami  

paruj cej herbaty. Zdziwiło j ,  e Niwi ski wdziewa czapk  i si ga do  

klamki.  

  - Jak to? Przecie  herbata...  

  - Nie, dzi kuj . Musz  ju  wraca . Dobranoc. - Otworzył drzwi, w progu  

odwrócił si  jednak i spytał: - A co by  wolała?  

  Nauczycielka odwróciła si , nie rozumiej c. U miechn ł si  do milcz cej  

Marty i wyszedł.  

  Nazajutrz oddział miał wyruszy  na pomoc wsi Trakowa, któr , według  

posiadanych informacji, czekało wysiedlanie.  

  Partyzanci opu cili Nalepy Szlacheckie. Szli wzdłu  wioski g siego, po  

obu stronach go ci ca, przy płotach zagród. Szli uzbrojeni, z granatami  

zatkni tymi za pasy kurtek, z karabinami na ramionach. Nikt ju  nie krył  

si  przed ludzkim wzrokiem, przed s siadem. Mijali chałupy, zagrody, a z  

ka dej prawie doł czał do nich nast pny ochotnik.  

  Kalet  dogonił jego pi tnastoletni syn, Paweł.  

  - Tatku! - wołał prosz co.  

  - Powiedziałem, nie! Wracaj do domu! Za młody !  

  - A Kazek?  

  - On nie idzie z nami. Zostaje. Jest tylko na punkcie obserwacyjnym.  

  - To chocia  go zmieni . Co?  

  Kaleta milczał przez chwil , wahaj c si .  

  - Zgoda. Powiem sołtysowi. A teraz wracaj!  

  Chłopak uszcz liwiony zawrócił i p dem pognał w przeciwn  stron .  

  Oddział szedł dalej wsi . W mijanych zagrodach ruch, gor czkowa  

krz tanina. Ludzie ładowali na wozy dobytek. M czy ni d wigali skrzynie,  

baby toboły, pierzyny. Niektóre wozy i sanie były ju  wypełnione workami,  

maszynami do szycia, kołyskami. Tu i ówdzie ludzie z okien zdzierali  

zasłonki, firanki.  

  Kaleta, brn c  cie k  przy płocie, dotarł do domu sołtysa.  

  - Dwa słowa, panie sołtysie! - krzykn ł do stoj cego przy bramie  

człowieka.  

  Stan ł, dał znak r k , by nast pni, id cy za nim, nie zatrzymywali si .  

Otworzył furtk  i wszedł na podwórze. Przez otwarte wrota sołtysowej  

stodoły wida  było, jak ładuje si  i tam dobytek.  

  - Nigdy my przyjaciółmi nie byli, panie Kaleta, ale... Wrócicie? -  

dopytywał sołtys.  

  - Najdalej jutro.  

  - Nie zostawiajcie nas. Same dziadygi mi tylko zostały. I baby. Jakby tu  

do nas przyszli, pierwszego mnie powiesz .  

  - Nie powiesz , bo  pan gotów do drogi - uspokajał Kaleta.  

background image

  - Wszyscy na tobołkach ju  drug  noc, to co miałem robi ? Wszyscy to  

wszyscy.  

  - Dzi  ani jutro chyba jeszcze nie przyjd . Ale... na wszelki wypadek...  

po obu stronach wjazdu do wsi zostawiłem czujki. Zmieniaj je pan co par   

godzin. Syn mój si  zgłosi.  

  - Tak jest.  

  - Je eli tylko zauwa ,  e id , wy w konie i w las. I byle na południe.  

Mówi  na wszelki wypadek. Bo my dzi  tylko do Trakowej. I wracamy.  

  - Do Trakowej? - zdziwił si  sołtys. - Mówi ,  e tam ju  nikogo nie ma.  

Tylko Niemcy, których zasiedlili.  

  - Wła nie dlatego tam idziemy.  

  Kaleta u cisn ł rami  sołtysa i po pieszył za oddalaj cym si  coraz  

bardziej oddziałem.  

  Przy jednym z domów zatrzymał go łomot siekiery. Zaintrygowany zajrzał  

przez płot. Rozjuszony chłop r bał na kawałki wyniesiony na podwórko stół.  

Wokół walały si  por bane resztki łó ka i szafy. Kaleta patrzył zaskoczony.  

Chłop dojrzał go, przerwał na chwil  masakrowanie stołu.  

  - A co? Mam im zostawi ? Niedoczekanie!  

  I nagle, jakby dostał szału, jednym skokiem dopadł okna i uderzeniem  

siekiery rozbił szyb . W zapami taniu gruchotał toporzyskiem ram  okna, a   

si  rozprysła w kawałki.  

  Kaleta pobiegł dalej. Przed szkoł  partyzanci zatrzymali si .  

  - Na co czekacie? - spytał.  

  - Na Władka - odpowiedział Darek, ruchem głowy wskazuj c na budynek  

szkoły. - Du a gor czka? - to pytanie skierował do nauczycielki, która  

wła nie wyszła na dziedziniec.  

  - Prawie czterdzie ci stopni.  

  Niwi ski raz jeszcze przyło ył na chwil  dło  do rozpalonego czoła Marty.  

  - Jeszcze chwil  potrzymaj - poprosiła. - Masz tak  chłodn  r k .  

  - Aspiryna? - spytał, spogl daj c na jakie  dwie pastylki le ce przy  

chorej.  

  - I patrz, nie mog  i  z wami. A po to tu przecie  jestem -  aliła si   

Marta.  

  Niwi ski wyjrzał przez okienko, zobaczył czekaj cych przy furtce kolegów  

i poprawił automat.  

  - Za dwadzie cia cztery godziny chc  ci  widzie  na nogach - u miechn ł  

si  i skierował do drzwi.  

  - Rozkaz, dowódco.  

  Był ju  w drzwiach, jeszcze raz si  odwrócił. Marta u miechn ła si  blado  

i poprosiła cichutko:  

  - Wró ...  

  Oddział, wci  id c g siego, mijał ostatnie zabudowania wioski. Przeszli  

obok kapliczki i znale li si  w lesie. Z wierzchołka drzewa kto  zawołał:  

  - Tato!  

  Partyzanci zadarli w gór  głowy. Wysoko, przy samym prawie wierzchołku  

wierka, siedział kilkunastoletni chłopiec. Machał do nich r k .  

  - No jak, Kazek? Spokój? - spytał Kaleta.  

  - Spokój!  

  - Daleko widzisz?  

  - Het, het! - wskazał r k  przed siebie.  

  Partyzanci skr cili. Zapowiadał si  pi kny dzie ...  

  Lusia, córka kowala, pierwsza dojrzała Niemców. Wbiegła zdyszana do  

chałupy. W izbie nieład, pustki, wszystko popakowane. Kowal Gawro ski spał  

w ubraniu na ławie.  

  - Niemcy! - krzykn ła dziewczyna.  

  Kowal zerwał si , bez czapki wypadł na podwórko i ze stodoły zacz ł  

wypycha  naładowany wóz. Nie dał rady, zawołał wi c do córki:  

  - Lu ka, konie!  

background image

  W tej chwili na podwórko weszło dwóch  andarmów. Kowal, wprz gni ty  

jeszcze mi dzy dwa dyszle, dysz cy po daremnym wysiłku, wpatrywał si  w  

nich jak w widmo.  

  Otaczali chałupy ze wszystkich stron. Szli od strony lasu i od pola, od  

jednego ko ca go ci ca i od drugiego. Ludzie, którzy wpierw wybiegli do  

płotów, przera eni cofali si  teraz z powrotem do chałup.  

  Po godzinie wszyscy mieszka cy wioski stali ju  na majdanie przy remizie  

stra ackiej. Otaczał ich kordon  andarmów, z automatami gotowymi do  

strzału. Ludzie zagarn li ze sob  jakie  tobołki, walizki; kto  upchn ł  

rzeczy do dzieci cej kołyski, kto  inny do korytka.  

  Podoficer  andarmerii chodził z miejsca na miejsce, co chwila przytykał  

lejk  do oka i robił "ciekawsze uj cia".  

  Rz d furmanek stał obok na majdanie, za nimi za  dwie ci arowe budy.  

  Czekali na oficera dowodz cego akcj , który nie opu cił jeszcze domu  

sołtysa. Wreszcie wyszedł, a za nim sołtys z jakimi  papierami w r ku.  

Oficer stan ł przed tłumem, uniesieniem r ki nakazał cisz , potem gestem  

przywołał granatowego policjanta, który gło no, tak  eby go wszyscy dobrze  

słyszeli, zacz ł mówi :  

  - Uciszcie si , ludzie! Wie  Nalepy Szlacheckie, z rozkazu pana  

gubernatora, b dzie dzi  wysiedlona. Nie bójcie si , bo b dziecie mieli  

prac  zapewnion , a wasze dzieci znajd  si  pod nale yt  opiek . Wszyscy  

chorzy, niezdolni do pracy i tacy, co ju  uko czyli 65 lat, te  b d  mieli  

opiek . Mo ecie zabra  ze sob  zmian  po cieli, po pi dziesi t złotych  

gotówk , rzeczy osobiste i jedzenie, ale wszystkiego razem nie wi cej jak  

pi tna cie kilogramów. Teraz wasz sołtys odczyta list ,  eby nikogo nie  

brakowało.  

  Policjant cofn ł si  i oficer wypchn ł do przodu sołtysa.  

  - Bednarczyk Piotr Bednarczyk Anna i Bednarczyk Halina... zacz ł  

wyczytywa .  

  Bednarczykowa, młoda kobieta, ci gn c za r k  kilkuletni  dziewczynk ,  

wysun ła si  z tłumu.  andarm wzi ł jej tobołek w r ce, chwil  wa ył.  

  - Gdzie m ? - padło pytanie.  

  - Wyjechał.  

   andarm poło ył tobołek na  niegu.  

  - Mówione było pi tna cie kilogramów. Wyrzucaj.  

  Bednarczykowa ukl kła przy tobołku, zacz ła go rozsupływa . Wtedy drugi  

andarm uj ł dziewczynk  za r k  i zacz ł prowadzi  do ci arówki.  

  - Mamo! - zawołało dziecko.  

  Bednarczykowa pochylona nad tobołkiem dopiero po chwili spostrzegła,  e  

gdzie  prowadz  jej córk .  

  - Halinka! - krzykn ła rozpaczliwie.  

  Chciała biec, ale dwóch  andarmów przytrzymało j  za r ce. Inny wrzucił  

na furmank  jej nie zawi zany tobołek. Bednarczykowa wyrywała si ,  

krzyczała...  

  Oficer pchn ł sołtysa w plecy, by odczytywał nast pnych.  

  - Cudzik Paweł, Cudzik Zofia i Cudzik Katarzyna...  

  Na furmankach rosły góry tobołków, walizek i worków.  

  Nagle cały tłum zamarł bez ruchu, bo na podwórku najbli szej chałupy  

rozległ si  strzał. A w chwil  potem - huragan  miechu Niemców. To jaki   

andarm strzelił do kurnika, z którego wylatywały teraz spłoszone kury.  

Niemiec zakrył głow  r kami, bo ptactwo przelatywało tu  nad nim.  

  Podoficer z aparatem fotograficznym pop dził tam natychmiast, ale uj cie  

stracił. Kury rozbiegły si  ju  po podwórku, a  andarm schylił si  tylko po  

dwie zabite sztuki, by przytroczy  je sobie do pasa.  

  Sołtys wci  wyczytywał nowe nazwiska. Oficer, którego znudziła ju  ta  

przeci gaj ca si  procedura, przeskoczył rów, wszedł do najbli szej zagrody  

i z zainteresowaniem j  ogl dał. Nagle zgniewało go to, co zobaczył:  

por bany stół, szafa, krzesła, potłuczone okna, wyrwane ramy. Przez wybit   

background image

szyb  zajrzał do izby. Jakby huragan przez ni  przeszedł. Wywalona na  

posadzk  płyta kuchenna, połamane obrazki, pogniecione garnki...  

  Oficer przywołał policjanta, co  mu polecił. Policjant zawrócił i ju  od  

płotu wołał:  

  - Czyj to dom, pan hauptmann pyta!  

  Ludzie w tłumie spogl dali po sobie. Wreszcie wła ciciel wysun ł si  do  

przodu. Oficer skin ł palcem, aby przyszedł na podwórko. Chłop szedł,  

oci gaj c si . Za nim, d wigaj c tobół, powlokła si   ona.  

  Kiedy chłop stan ł przed oficerem, ten, wskazuj c szpicrut  na  

pobojowisko, spytał:  

  - Dlaczego to zrobiłe ?  

  - Moje własne, tom zrobił.  

  Oficer pokiwał głow  jakby ze zrozumieniem. Potem wolno zacz ł odpina   

kabur .  

  Podoficer z lejk  nadbiegł po piesznie, spodziewaj c si  ciekawego  

uj cia.  

  - Za to,  e w takim stanie zostawiasz dom nowym wła cicielom, zostaniesz  

ukarany - mówił dobitnie Niemiec dowodz cy akcj . - Spojrzał na kobiet ,  

która kurczowo  ciskała tobół. - Połó  to. Nie b dzie ci ju  potrzebne.  

  Kobieta ukl kła.  

  - Niech nam pan daruje - błagała. - Z głupoty czystej on tylko. Ale  

rzeczy niech pan nie zabiera...  

  Oficer kiwn ł palcem, aby podniosła si  z ziemi. Kobieta zacz ła szarpa   

si  z tobołem.  

  - Chleb chocia ... chleb chocia  niech pan pozwoli...  

  Wci  jeszcze my lała,  e chc  j  pozbawi  tobołu. Wyci gn ła wreszcie  

ogromny, własnego wypieku bochen chleba i przyciskaj c go do piersi wstała.  

  Oficer wyj ł pistolet i strzelił prosto w ten bochen. Przewróciła si  na  

wznak, ale chleba nie wypuszczała. I tak zastygła, z kurczowo zaci ni tymi  

palcami na bochnie, w którym ziała wielka dziura po kuli.  

  Podoficer zrobił, rzecz jasna, zdj cie, ale kiedy chciał przekr ci   

rolk , okazało si ,  e była to ju  ostatnia klatka. Oficer wymierzył teraz  

w chłopa, który stał spokojnie i oboj tnie patrzył w luf .  

  - Moment, herr hauptmann, sko czyła mi si  rolka.  

  Pro ba podoficera zlała si  z wystrzałem. Chłop potkn ł si  i padł  

pomi dzy połamane krzesła.  

  - Nie mógł mi pan wcze niej powiedzie ,  e chce pan zrobi  zdj cie? -  

zwrócił si  do podoficera kapitan.  

  Na placu zako czyła si  selekcja. Wszyscy ju  siedzieli na furmankach,  

tylko dzieci krzyczały i wołały spod bud ci arówek.  andarm podbiegł do  

oficera i co  mu zameldował. Oficer dał znak r k  do odjazdu. Konwój  

otoczył furmanki i konie ruszyły.  

  Na majdanie zostało tylko dwóch  andarmów, granatowy policjant i  

nauczycielka. Oficer podszedł zaintrygowany.  

  - Co za jedna?  

  - To wła nie kierowniczka szkoły, melduj  posłusznie, kazał pan zatrzyma   

- wyja nił skwapliwie policjant.  

  - Ach, tak.  

  Oficer przyjrzał si  nauczycielce.  

  - Zostaniesz do jutra i rano przeka esz szkoł  nowemu kierownikowi. I  

eby mi niczego nie brakowało. Nie tak jak tutaj, bo... - szpicrut  wskazał  

za siebie na zrujnowan  zagrod , w której był przed chwil . Teraz zwrócił  

si  do  andarmów: - Odprowad cie j . I przypilnujcie. Rano transport ju   

tutaj b dzie.  

   andarmi nie byli zbyt radzi z tego polecenia.  

  - Kto  musi czeka  na transport. - Raz jeszcze obrzucił okiem  

nauczycielk  i dodał: - Nie b dzie wam nudno. Ona jest jeszcze całkiem do  

rzeczy.  

background image

  Odwrócił si , skin ł r k  na ci arówki. Pierwsza podjechała. Oficer co   

sobie jeszcze przypomniał.  

  - Jak si  wła ciwie ta wie  nazywa? - spytał policjanta.  

  - Nalepy Szlacheckie.  

  Oficer wyj ł mapnik, stamt d długi spis. Przy nazwie "Nalepy" postawił  

fajk .  

  - W porz dku. Dalej...  

  I wskoczył do szoferki.  

  Pó n  noc  wracali partyzanci po udanej akcji. Wyszli z lasu na woln   

przestrze . Id cy przodem partyzant zatrzymał si  i patrz c przed siebie  

powiedział:  

  - Tam kto  stoi...  

  Przycupn li przy drzewach, spogl daj c w ciemn  przestrze , gdzie powinno  

by  ju  wida  Nalepy Szlacheckie. Przy jednym z drzew rzeczywi cie  

majaczyła sylwetka człowieka.  

  Niwi ski odbezpieczył bro , w milczeniu dał znak, by poczekali, 222 sam  

za  znikn ł mi dzy drzewami. Po chwili partyzanci dojrzeli, jak jego cie   

wyłania si  w miejscu, gdzie wida  było nieruchom  sylwetk  człowieka.  

Niwi ski zatrzymał si  i stał tak do  długo.  

  Kaleta zaniepokoił si .  

  - Przecie  to ju  chyba Nalepy... - szepn ł Mariusz.  

  W tej chwili zauwa yli,  e Niwi ski daje im znaki. Ruszyli i po chwili  

byli na miejscu. Wtedy zobaczyli, co si  stało. Ten człowiek, którego  

spostrzegli, to był Paweł, syn Kalety. Stopami nie dotykał  niegu. Sznur  

opl tuj cy mu szyj  biegł w gór  do gał zi.  

  Kaleta oparł si  o drzewo. Zd ył tylko wyszepta :  

  - Paweł...  

  Mariusz si gn ł po nó , by przeci  sznur, a wtedy kto  zawołał:  

  - I tam! I tam!  

  Spojrzeli w kierunku, który pokazywał. Po drugiej stronie drogi, pod  

podobnym drzewem, wisiał drugi chłopiec. Mariusz za wiecił latark , w jej  

wietle wida  było wyra nie tego drugiego. Mariusz, nie gasz c latarki,  

skierował j  w dół. W  niegu na go ci cu wida  było wyra nie odci ni te  

lady podwójnych samochodowych opon.  

  - Byli tu dzisiaj...  

  - Zga . Mo e jeszcze s  we wsi - rozkazał Niwi ski.  

  Partyzanci powychodzili na  rodek szosy. Patrzyli w ciemno ,  

nasłuchiwali, ale odpowiadała im cisza.  

  Kaleta siedział pod drzewem, pod którym uło ono Pawła, i bezmy lnie  

wpatrywał si  w syna.  

  Nagle usłyszeli t tent zbli aj cego si  konia. Partyzanci skoczyli mi dzy  

drzewa. Niwi ski sił  podniósł Kalet , a Darek d wign ł zesztywniałego  

Pawła.  

  Je dziec na koniu zwolnił. Przeje d ał koło nich st pa. Darek i Niwi ski  

wyskoczyli z karabinami.  

  - Stój! - krzykn ł Darek.  

  Je dziec si gn ł za pazuch , ale spostrzegłszy, kto go zatrzymuje,  

zawołał po piesznie:  

  - Swój, swój!  

  - Hasło? - zapytał Niwi ski.  

  - Ziemia.  

  - Odzew?  

  - Wolno .  

  Je dziec zeskoczył z konia.  

  - Wy cie z Nalep? Ja do Kalety - powiedział. Wtedy podszedł do niego  

Mariusz.  

  - Kaleta jest tam. Ale zostawcie go w spokoju. O co chodzi?  

  - Ja z rozkazem... - nie zwa aj c na zast puj cego mu drog  Mariusza,  

background image

wszedł mi dzy drzewa.  

  Teraz dopiero spostrzegł Kalet , który wci  siedział martwo wpatrzony w  

zwłoki syna. M czyzna odwrócił si  szukaj c Mariusza.  

  - Co tu si  stało? - spytał.  

  - Widzisz chyba, człowieku, co si  stało. To jego syn. Byli tu dzisiaj...  

Ju  po wsi.  

  - Ach, tak... A wy?  

  Kaleta nie podnosz c si  z ziemi, odezwał si :  

  - Bronili my innych.  

  - Czy oddział w komplecie? To dobrze, to bardzo dobrze, bo cie od razu  

gotowi do drogi.  

  - Do jakiej drogi, kolego? - spytał jeden z partyzantów. - Do jakiej? Tam  

jest nasza droga. Zobaczy , co jeszcze zostało po naszych rodzinach.  

  - Niech mówi - przerwał mu Kaleta.  

  - Jest rozkaz do wszystkich oddziałów. Natychmiast, po piesznym marszem  

na punkt koncentracji pod Wojd . Wszyscy. I nie wdawa  si  w  adne potyczki  

po drodze. Kto przyj ł rozkaz?  

  - Podchor y Nowy - odpowiedział Niwi ski.  

  Je dziec podszedł do konia, wepchn ł ju  nog  w strzemi , ale jeszcze  

odwrócił si  i dodał:  

  - Ani minuty zwłoki... Na Bursztynowo t dy przelec ?  

  - Przelecisz - uspokoił go partyzant.  

  Przybysz zawrócił konia i wjechał w las. Partyzant za  podszedł do  

Mariusza.  

  - No i jak? Zobaczymy?  

  Kaleta ci ko podniósł si  z ziemi, chciało mu si  zapali , wyj ł nawet  

papierosa, ale bezmy lnie pokr ciwszy nim w palcach, wsadził go z powrotem  

do kurtki.  

  - Oni tam mo e jeszcze s  - powiedział.  

  - Cisza. Wie  pusta. Chyba i psy zabrali... - oponował jeden z  

partyzantów.  

  - Słyszałe ,  adnych awantur po drodze - wtr cił Kaleta.  

  - Panie Kaleta - powiedział inny partyzant - ale to dwa kroki od domu.  

Przecie ...  

  - Swojemu domowi ju  nic nie poradzisz. Mo e obcemu... Słyszałe .  

  Rozejrzał si  po obecnych, potem ukl kł przy synu i r kami obok niego  

zacz ł odgarnia   nieg. Przekopał si  a  do stwardniałej ziemi.  

  - Tylko na t  jedn  zwłok  pozwólcie. Przecie  go tak nie zostawi ...  

  Kto  podszedł z krótk , sapersk  łopatk  i wbił j  w zaskorupiał  ziemi .  

Kaleta odebrał partyzantowi łopatk .  

  - Ja...  

  I zacz ł kopa .  

  Niwi ski podszedł na skraj lasu. W dali migotało jedno jedyne  wiatełko.  

  - Tam si  jednak gdzie   wieci - stwierdził.  

  - To w szkole, obywatelu dowódco - wyja nił jeden z partyzantów, który  

wła nie podszedł do Władka.  

  - W szkole?  

  - Sto procent, przecie  jestem miejscowy.  

  Niwi ski zamy lił si , zacz ł spacerowa  wielkimi krokami. Wtedy podszedł  

Mariusz, zatrzymał si , wskazał w milczeniu na kopi cego Kalet , a po  

chwili powiedział:  

  - To potrwa. Id .  

  Niwi ski spojrzał w oczy Mariusza.  

  - Była chora. Mo e akurat ona jedna... Ukryta była dobrze.  

  - Wiesz,  e nie mog  - słabo oponował Niwi ski.  

  - Ale chcesz. I ja to widz .  

  Niwi ski odwrócił si . Twarze prawie wszystkich partyzantów wpatrywały  

si  w t  jedn  stron : w ukryt  w ciemno ciach wie . A Mariusz dodał:  

background image

  - I rozumiem.  

  Niwi ski zdecydował si  i post pił krok do przodu. Mariusz zawołał za nim  

zduszonym szeptem:  

  - Czekaj, we  kogo  na ubezpieczenie.  

  - Nie - po piesznie u cisn ł r k  kolegi i znikn ł mi dzy drzewami.  

  Mariusz wrócił do towarzyszy.  

  - Gdzie Nowy poszedł? - spytał który .  

  - Odla  si .  

  Niwi ski, skradaj c si  opłotkami, mijał opustoszałe, milcz ce zagrody.  

Szedł czujnie, pochylony, skryty za sztachetami płotów. Puste miejsca  

pomi dzy chałupami pokonywał szybkimi skokami. Raz przystan ł przy jakiej   

chacie, bo skrzypn ły w niej drzwi. Padł na ziemi , podczołgał si  pod  

stodoł  i stamt d obserwował dom. Drzwi wolno uchyliły si , ale nikt z nich  

nie wyszedł. Wida  wiatr je odchylił. Znów ruszył przed siebie. Ulic   

przeskoczył dwoma susami i ju  znalazł si  przy zabudowaniach szkoły.  

Podwórko przylegało do niewielkiego zagajnika. Niwi ski zatrzymał si  za  

naro nikiem budynku i nasłuchiwał. Wokół panowała absolutna cisza.  

  Wysun ł si  wi c za naro nik, a w tym samym momencie z drzwi szkoły  

wyszedł  andarm. Przewieszał wła nie automat, kiedy spostrzegł Niwi skiego.  

Dla obydwu to spotkanie było tak zaskakuj ce,  e nawet nie zd yli  

strzeli . Niwi ski z rozmachem, uderzył kolb  w pier   andarma. Tamten  

padaj c krzykn ł tylko, kiedy otrzymał jeszcze jedno uderzenie kolb .  

  Niwi ski odło ył karabin i zacz ł ci gn   andarma za nogi. Nagle  

usłyszał tupot wewn trz szkoły. Do karabinu miał dosłownie dwa kroki,  

chciał wi c doskoczy  do niego, lecz przez drzwi przeszła seria.  

  Niwi ski zmienił decyzj . Błyskawicznie skoczył za wielk  drewnian   

skrzyni , która tu na podwórku spełniała rol   mietnika.  

   andarm, kryj cy si  za drzwiami, walił z karabinu w ten  mietnik. Po  

chwili krzykn ł:  

  - Wyła ! I r ce do góry!  

  Otworzył drzwi i zacz ł i  przez podwórko. Niwi ski wyszedł zza skrzyni:  

był zupełnie bezbronny.  

   andarm podszedł bli ej, poprawił automat i zacz ł mierzy . W tej samej  

chwili rozległ si  pojedynczy strzał i  andarm, otrzymawszy kul  w plecy,  

zwalił si  na ziemi . 22R Niwi ski zaskoczony niespodziewanym ratunkiem  

stał chwil  bez ruchu. Potem szybko si gn ł po odrzucony karabin i skrył  

si  na powrót za skrzyni .  

  Z zagajnika wyszedł Podsiadły. Stan ł nad zabitym  andarmem, le cym  

twarz  w  niegu. Niwi ski wychylił si  zza skrzyni.  

  - To pan?  

  Podsiadły, nie zwracaj c na niego uwagi, schylił si , chwycił  andarma za  

kołnierz i przewrócił na wznak.  

  - Nie ten. My lałem,  e to Fichtel. Podobny... - si gn ł po zdobyczny  

automat.  

  - Gdyby nie pan... - wtr cił Niwi ski.  

  - No, nic - jakby do siebie mówił Podsiadły.  

  Przewiesił automat przez rami , zbieraj c si  do odej cia.  

  - Szybko! Stoimy tam pod lasem. Czy nauczycielka została?  

  Podsiadły pokr cił przecz co głow .  

  - Nie ma nikogo? - dopytywał Niwi ski.  

  - Jest. Ale ja z panem nie id .  

  - Wi c co pan tu robił?  

  - Moja sprawa.  

  I tak samo niespodziewanie, jak si  zjawił, znikn ł w zagajniku. Niwi ski  

zawołał jeszcze za nim, ale Podsiadły nawet si  nie odwrócił. Wtedy w  

drzwiach szkoły stan ła nauczycielka. Niwi ski rzucił si  w jej kierunku.  

  - Co z Mart ?!  

  - Jest. Przele ała w piwnicy...  

background image

  Odepchn ł nauczycielk  i wpadł do budynku szkolnego.  

  Po zwyci skiej bitwie pod Wojd , w której brały udział wszystkie  

ugrupowania partyzanckie, oddział Niwi skiego kwaterował w opuszczonej  

le niczówce; tam zastała ich noc sylwestrowa. Le niczówk  otaczał zagajnik  

młodych jodeł, a jedna z nich zwracała szczególn  uwag . Była przystrojona,  

ale zamiast bombek i  wiecidełek wisiały na jej gał zkach: hełm niemiecki,  

pas z klamr  z napisem Gott mit uns, jaki  krzy  i medal niemiecki, strz py  

andarmskiej bluzy podziurawionej kulami.  

  W zagajniku kr cili si  chłopcy z oddziału. W kociołku grzał si  bigos,  

którego dogl dała Marta.  

  Dowódca, ten sam, który kiedy  u zegarmistrza przekazywał rozkaz o  

podj ciu walki, teraz w otoczeniu Niwi skiego, Mariusza i Kalety ogl dał t   

dziwn  choink .  

  - Ładna choinka, trzeba wam przyzna  - powiedział.  

  - Miesi c stara  o te  wiecidełka.  

  - No có ? Chyba naprzód wypijemy pod Nowy Rok?  

  Chłopcy skoczyli po flaszk , powyci gali manierki. Dowódca raz jeszcze  

podszedł do choinki, dotkn ł postrz pionego munduru  andarma. Nadbiegł  

który  z chłopców i wetkn ł mu w dło  napełnion  manierk . Wzniósł j  w  

gór  i taki wygłosił toast:  

  - Za ten nowy, czterdziesty trzeci rok, który nadchodzi. Oby przyniósł  

nam to, czego wszyscy tak gor co pragniemy. Dzi  przybyłem do was, aby wam  

oznajmi ,  e wasz trud, wasza krew i znój nie poszły na marne. Od tygodnia  

okupant zaprzestał masowych wysiedla . Jest to pierwszy w dziejach tej  

wojny fakt, kiedy wróg cofn ł si  pod naporem nie armii, nie dywizji, lecz  

tysi cy, tysi cy szarych obywateli, którzy wyszli mu naprzeciw, w obronie  

swoich chałup i swoich obór. Mamy pewne wiadomo ci,  e nawet sam Frank miał  

si  zwierzy ,  e przeholowali. Oficjalnie, rzecz jasna, nigdy si  do tego  

nie przyznaj , ale to chyba zrozumiałe,  e powstrzymał ich wasz opór. To  

nie ja wam dzi kuj ,  ołnierze. Kłaniaj  si  wam chłopi Zamojszczyzny i te  

drzewa wam si  kłaniaj  zamojskie,  e b d  rosły na polskiej ziemi.  

  Wzniósł manierk  i długo z niej pił.  

  Powiał wiatr i zakołysał choink , która rozdzwoniła si  zdobycznym  

elastwem.  

  W tym wła nie czasie cała Warszawa poruszona została wiadomo ci , która  

lotem błyskawicy przebiegła wszystkie dzielnice: gdzie  na Dworcu Wschodnim  

podobno zatrzymały si  wagony pełne dzieci z Zamojszczyzny. Do RGO  

zgłaszało si  tysi ce warszawiaków pragn cych wzi  je na wychowanie.  

Zamarzały w wagonach.  

  Kura , który jako jeden z pierwszych pognał na dworzec, powrócił z  

niczym. Nie było Bo enki, nie było w ogóle  adnych dzieci na dworcu.  

Tłumaczył Urszuli:  

  - Kobieto, wracam ze Wschodniego. Nie ma tam  adnych wagonów. Słyszysz?  

Przecie  do piekła bym si  dostał, a co dopiero na głupi dworzec. Fakt,  

tłumy tam s  takie,  e szwaby po raz pierwszy zgłupiały i nie rozp dzaj .  

Po raz pierwszy chyba dostali cykorii...  

  Ale plotka o wagonach pełnych dzieci raz jeszcze podziałała na Kurasia  

mobilizuj co. Przecie  nie wyssano jej z palca. Kto  musiał widzie  te  

wagony, je li nie tu, to mo e gdzie  na trasie z Lublina. Kura , który ju   

raz zjechał pół województwa, zdecydował si  na ponown  podró . Zawołał do  

Urszuli:  

  - Przynie  fors ! Wszystko; co jest w domu! Wszystko!  

  Po godzinie był ju  w drodze do Lublina.  

  Ci arówka, i tym razem prowadzona przez Bugalskiego, z trudem przebijała  

si  przez sypi c  tego dnia  nie yc . W Garwolinie samochodem nagle  

zatrz sło, co  pot nie zgrzytn ło, Bugalski z trudem wyprowadził wóz z  

po lizgu. Rozleciał si  dyferencjał.  

  Po godzinie byli ju  w zimnym warsztacie samochodowym. Ich ci arówka  

background image

ledwo mie ciła si  w tym pomieszczeniu. Majster stał w kanale i wolno  

rozkr cał  ruby dyferencjału. Z kanału wida  było tylko jego beret. Zgodził  

si , mimo pó nej pory, na t  reperacj . Argumentem nie do odparcia była  

suma, któr  mu Kura  zaproponował za robot . Majster pracował bez  

czeladnika, rzadko miewał okazje do wymiany pogl dów, korzystał teraz wi c  

i monologował:  

  - Nerwowy pan. No, ale przy tych pieni dzach mo na sobie pozwoli :  eby  

to tylko tryb atakuj cy nie chciał by , bo z tym to u nas gorzej.  

  - Wszystko pan znajdzie, kochany. Sto złotych wi cej, sto mniej, nie robi  

ró nicy. Pomó  mu - zwrócił si  do Bugalskiego.  

  - Nerwowy pan - powtórzył majster. - No, ale kto dzisiaj nie nerwowy.  

Zobacz pan, co si  u nas na dworcu dzieje... Jeden bahnschutz sprzedał  

dzieciaka z transportu za siedemdziesi t złotych. No, to polecieli i inni,  

ka demu  al takiego dziecka, zamarza to przecie . Nawet mój brat poleciał.  

A bahnschutz si  tropn ł i ju  stów  chce.  

  - Kiedy to było?! - krzykn ł Kura .  

  - Jak to, kiedy? Dzi  rano.  

  - I teraz mi to dopiero mówisz, barani łbie!  

  Wybiegł z warsztatu. Majster, który widział tylko migaj ce nogi Kurasia,  

wychylił si  z kanału i mrukn ł:  

  - Nerwowy. Strasznie nerwowy. - Powrócił do odkr cania  rub. - I to  

stów , prosz  pana, za dziewczynk . Za chłopaka sto dwadzie cia ju  ceni.  

  Na bocznicy stały dwa towarowe wagony. Wzdłu  nich chodziło dwóch  

uzbrojonych bahnschutzów. Tłum ludzi, przytupuj c z zimna, przygl dał si   

wagonom z daleka, spoza rampy. Kura , który ju  zd ył odby  krótk  rozmow   

z trzecim stra nikiem, zbli ył si  do wagonów. Uzbrojeni bahnschutze,  

pocz tkowo gro nie spogl daj cy na Kurasia, po chwili z hałasem otworzyli  

rozsuwane drzwi.  

  Kura  wskoczył do wagonu. Stłoczone, na wpół zamarzni te, wyl knione  

dzieci patrzyły na niego.  

  - Bo enka Kura ! Bo enka Kura ! - wołał.  

  Rozgl dał si  po zatrwo onych twarzach dzieci. Nie było starszych ni   

dziesi cioletnie. Zupełne maluchy płakały, starsze ju  nawet płaka  nie  

mogły.  

  - Zna które  z was Bo enk  Kura ? Bo enka...  

  Głos uwi zł mu w gardle. Nie miał siły patrze  na te dzieci, które  

zacz ły wyci ga  do niego r ce. Zeskoczył na peron i stał ot piały. Po  

chwili podszedł do niego bahnschutz.  

  - Koniec. Nie ma i wracaj pan.  

  Zabrał si  do zasuwania drzwi. Czyje  małe pi stki wysuwały si  jeszcze  

na zewn trz.  

  - Je ... - słycha  było krzyk dobiegaj cy z wagonu.  

  Kura  stał jak skamieniały. Nie odchodził. Bahnschutz raz jeszcze  

podszedł, popchn ł go. To otrze wiło Kurasia. Skin ł głow  i odprowadził  

stra nika na bok.  

  - Widzi pan,  e ze mn  jest rozmowa, bo ja mówi  do r ki.  

  - O co chodzi?  

  - Cały wagon. Załatw pan to z kolegami.  

  - Człowieku!  

  - Cały wagon, jak leci! Masz ty siły, człowiecze, patrze  na to  

spokojnie? Nie zostawiłe  w domu dziecka?  

  Si gn ł w zanadrze kurtki. Błysn ł grub  paczk  obwi zanych banderolk   

banknotów.  

  - Starczy do podziału?  

  Bahnschutz przełkn ł  lin , przytupał na mrozie, potarł dło mi zmarzni te  

uszy i wyci gn ł r k .  

  - To si  da zrobi  - odpowiedział wreszcie.  

  Rozeszli si . Kura  w stron  tłumu ludzi, bahnschutz do wartowników.  

background image

Kura  stan ł przed tłumem.  

  - Ludzie, bierzcie wszystkie. Wszystkie, póki jeszcze  yj .  

  Nikt si  nie ruszył, bo nikt jeszcze nie rozumiał Kurasia.  

  - Na co czekacie?  eby całkiem zamarzły?! - krzyczał.  

  Ludzie patrzyli, jak jeden z wartowników rozsun ł drzwi wagonu, odwrócił  

si  i wszyscy trzej, nie ogl daj c si , ruszyli ku stacji. Jaki  m czyzna  

w tłumie zawołał:  

  - Mo e faktycznie?! - i zacz ł zbli a  si  do wagonu.  

  Za nim pojedynczo, ostro nie zacz li i  inni. Ju  dawno zapomniano o  

Kurasiu, potr cano go teraz, kiedy przepychał si  przez ludzi odchodz c.  

Jaka  kobieta chwyciła Kurasia za r kaw.  

  - Panie, co  pan za jeden?  

  Wyrwał si  jej i szedł dalej. Coraz wi cej ludzi biegło ju  do wagonów.  

Wyci gano dzieci. Kura  odwrócił si  ku kobiecie.  

  - Ojciec - powiedział.  

  I ruszył ku miastu.  

   

  W obronie własnej  

   

  Nadchodziła wiosna 1943 roku. Niwi ski od dawna ju  był w Warszawie. Wraz  

z matk  wynajmował teraz sublokatorski pokoik na  urawiej, a pani Niwi ska,  

ladem panuj cej wówczas mody, podj ła prac  kelnerki w kawiarence na  

Marszałkowskiej. Wci  jeszcze chodziła w  ałobie, cho  od  mierci  

profesora upłyn ło ju  osiem miesi cy. Równie  i od syna wymagała noszenia  

krepy na r kawie marynarki. Władek pełnił obecnie funkcj  oficera  

szkoleniowego. Codzienne wykłady, instrukcje obchodzenia si  z broni ,  

czasem wypady w zagajniki Le nej Podkowy i  wiczenia z chłopcami, szczerze  

mówi c, obrzydły mu z czasem. Coraz cz ciej  alił si  Mundkowi:  

  - Wronia, Wilcza, Ho a... Co dzie  dajesz mi te adresy i co dzie  ta sama  

freblówka. Ja tam pod Zamo ciem byłem wolnym człowiekiem. Rozumiesz ty to?  

Była wojna nie na brzozowe patyki. 

   

  Szwaby bały si  mnie, rozumiesz? A dzisiaj nadeszło trzech głupich  

andarmów, a pode mn  łydki si  trz sły.  

  - Ilu takich mamy, jak ty? - odpowiadał mu Mundek. - Oficerów z pełnym  

wyszkoleniem liniowym? Ilu? Wiesz dobrze, jak mało. Ty jeste  na wag   

złota. Strzela , napada , kopn   andarma w dup  ka dy głupi potrafi. Ale  

dowódców dru yn kto nam wyszkoli?  

  Niwi ski godził si  w ko cu z argumentami przyjaciela, ale szerz ce si   

akcje Armii Krajowej, potyczki Gwardii Ludowej, wyroki wykonywane na  

wysokich dostojnikach niemieckich, odbicia wi niów raz po raz wzbudzały w  

nim uczucie zazdro ci.  

  Nawał zaj  nie pozwalał mu nawet na cz ste widywanie si  z Mart , a  

przecie  od czasu wspólnego przebywania w oddziale pod Zamo ciem ł czyło go  

z ni  co  wi cej ni   ołnierska przyja . Co  znacznie wi cej...  

  Wła nie drugiego kwietnia - Niwi ski zapami tał t  dat , bo zbiegła si   

ona z innym wydarzeniem, które wstrz sn ło okupowanym krajem: Niemcy  

oficjalnie przyznali si  do kl ski pod Stalingradem i najbli sze trzy dni  

ogłosili nawet dniami  ałoby narodowej - otrzymał od Marty telefoniczn   

wiadomo , by mo liwie najrychlej odwiedził j  w szpitalu.  

  Marta była piel gniark  w szpitalu na Płockiej. Kiedy tam przybył,  

wzywano j  na sal  operacyjn , rozmawiali wi c z konieczno ci w po piechu.  

Siostra przeło ona bez przerwy poganiała, mimo to Marta zd yła o wiadczy :  

  - Byłam wczoraj u lekarza, Władku.  

  Takie stwierdzenie wygłoszone na szpitalnym korytarzu, po ród co chwila  

przebiegaj cych lekarzy, nie wydało si  Niwi skiemu dziwne. Dodała jednak:  

  - Nie, nie tutaj. Tutaj to byłoby zbyt kr puj ce.  

  - Co ci dolega?  

background image

  - Nie domy lasz si ?  

  - Ty jeste  chora, Marto?  

  - Okazuje si ... to ju ... trzeci miesi c.  

  - Co... trzeci miesi c?  

  Bezwiednie powtórzył pytanie i nagle zrozumiał. Równie bezwiednie wyrwało  

mu si :  

  - To niemo liwe!  

  - Dlaczego niemo liwe? - dziewczyna u miechn ła si  z przymusem.  

  - No wi c, Martulka... Co wła ciwie ten lekarz powiedział? On si  nie  

myli? Co ... co  trzeba z tym zrobi ...  

  - Nie zrozumiałe  mnie. To ju  trzeci miesi c.  

  Siostra przeło ona znów wzywała Mart . Niwi ski stał nieruchomo ze  

spuszczon  głow , zamy lony. Marta, odchodz c, uj ła go dłoni  pod brod .  

  - Je eli nie mo esz si  cieszy  - powiedziała - przynajmniej si  nie  

martw.  

  Pobiegła wzdłu  korytarza. Niwi ski ockn ł si  i ruszył za ni , z trudem  

omijaj c spaceruj cych chorych, ale ju  jej nie dogonił, znikn ła za  

drzwiami operacyjnego bloku.  

  Jak tyle ju  razy, kiedy miał kłopoty, tak i teraz Niwi ski udał si  do  

Kurasia. Szofer Bugalski, który przyj ł go w pralni, nie miał zbyt pogodnej  

miny.  

  - Nie ma pan nawet po co i  do niego - o wiadczył Niwi skiemu. - Pewnie  

pi. Ze starym całkiem koniec. Nie pozna go pan. To ju  nie ten Kura , co  

dawniej. Firma le y, całkiem na niej lach  poło ył. I tylko w kółko to  

samo. Powiedz pan, przecie  to faktycznie nie jego dziecko było. A tak go  

ci ło.  

  - Niczego si  nie dowiedział?  

  - Z kim on ju  nie pił? Na łapówki cał  fors  przetracił. Teraz po  

kasynach chodzi i gra, daje kapusiom wygrywa , byle co  wiedzie . Szwaby  

bior , co nie maj  bra , ale dalej nic nie wie. Mówi  panu,  e to si   le  

sko czy, bo w coraz gorsze błoto si  pakuje.  

  Kierowca mówił prawd : Niwi ski zastał Kurasia w mieszkaniu, w pijackim  

pół nie. Le ał nie ogolony na kanapie. Na widok Niwi skiego zerwał si   

jednak natychmiast.  

  - Dobrze,  e wpadłe , Władek. Znasz kogo  w Łodzi?  

  - W Łodzi?! - zdziwił si  Niwi ski.  

  - Zaufanego człowieka, z chodami. Dobrze mu zapłac . Wszystkiego ju  si   

dowiedziałem, Władek. Forsa tu nie gra roli - Kura  mówił jak w gor czce.  

  - Łód  to Rzesza, Leon, nawet gdybym kogo  znał...  

  - Wszystko ju  wiem. Tam w Łodzi, na Kopernika, w dawnym sieroci cu, jest  

teraz urz d, który si  nazywa... - wygrzebał ze spodni zmi t  kartk  i  

odczytał: - Erb- und Rassenpflege. Kapujesz?  

  Niwi ski nic nie odpowiedział. Kura  wstał, sprawdził, czy we flaszce  

jest jeszcze troch  piwa, i upił wprost z butelki.  

  - Tylko ten haberbusch mnie trzyma. Umarłbym z pragnienia... Tam  

zgłaszaj  si  Niemcy z Rzeszy, adoptuj  te dzieci, stare metryki si   

niszczy i  lad po tych dzieciach si  urywa. Jeszcze tam, tylko tam mo na by  

doj , kto mi j  zabrał.  

  - Sk d wiesz,  e w ogóle tam trafiła?  

  - Bo ona  yje. Nie wmawiaj mi tu niczego!  

  - Ja?!  

  - Ty, ty. Wielki wojak. Po co tam byłe ? Dwa kroki od niej. Wiedziałe ,  

e ona tam jest. Nie mogłe  o niej pomy le ? Wykra , porwa , wykupi ?!  

  Zaraz jednak opanował si , przeszedł par  razy po pokoju, wyci gn ł  

wódk , odbił dłoni  korek i postawił dwa kieliszki.  

  - Napijesz si ?  

  - Nie. I ty te  nie pij - poradził Niwi ski.  

  Kura  nalał do kieliszka, wypił.  

background image

  - Przepraszam ci . Nie chciałem tego wszystkiego powiedzie , Władek.  

  - Nie gniewam si , Leon, bo wiem,  e cierpisz. Ale nie doszukuj si   

winnych.  

  - Wyrwało mi si , przepraszam. Co mogłe  zrobi ? Sk d mogłe  wiedzie ?  

Sam, dobrowolnie, j  tam wepchn łem.  

  - I siebie te  nie wi . Nikt tu nie zawinił prócz wojny. Patrz, ilu  

wspólnie znali my ludzi, których ona zabrała. Iwaniuk... Nawiasem mówi c,  

nic nie słyszałe  o Heimannie?  

  - Nic, ale ci si  dowiem. Mo e dzi  jeszcze zapytam.  

  - Mrowi ski, Zygadlewicz, ojciec Mundka, fotograf Białas... Czy mam ci  

dalej wylicza ? Powiedz sobie: trudno, nie ma rodziny, któr  los by  

oszcz dził.  

  - Nie ma ich, faktycznie nie ma - przyznał Kura . - Ale przynajmniej  

wiedzieli, dlaczego. Ka dy z nich co  chciał. Jeden Polski czerwonej, drugi  

białej, fioletowej, lewej, prawej. Ale czego chciało to dziecko? Czego?  

Gra  na skrzypcach? Bawi  si  piłk ? O, nie daruj  tego tym sukinsynom! -  

ponownie napełnił kieliszek i wypił. - Władek? Ty mnie znasz. B d  walczył.  

  - Wiedziałem,  e kiedy  to powiesz. Ale nie pij.  

  - Nie zrozumiałe  mnie. O ni . O Bo enk  b d  walczył. I nie ma takiej  

ceny, której bym nie zapłacił.  

  - Zostało ci co  w ogóle?  

  - Ty masz na my li pieni dze? S  inne ceny...  

  Znów przeszedł si  po pokoju i patrz c w okno odezwał si  po chwili  

milczenia:  

  - Jak my lisz, kto mo e swobodnie je dzi  po Niemczech? Od miasta do  

miasta? I cho by do tej Łodzi na pocz tek? Kto? No, odpowiedz mi! Polak  

mo e?  

  - Po co zadajesz głupie pytania?  

  - A Niemiec?  

  Niwi ski wzruszył ramionami. Kura  podszedł do stołu i znów sobie nalał.  

  - Niemiec mo e, Władziu - ci gn ł. - Tobie mówi  to pierwszemu. I wiem,  

e kiedy  po wojnie, nie wiem, czy w s dzie, czy gdzie si  to b dzie  

odbywa , za wiadczysz uczciwie, dlaczego to zrobiłem.  

  - Co tobie przychodzi do głowy?  

  - B d  je dził. Hamburg nie Hamburg, wie  nie wie . I ja j  znajd ,  

Władek. Ty wiesz,  e ja jestem fartowny.  

  - Przesta  o tym my le  w ogóle.  

  - Moja babka nazywała si  Schmidt. A czy ja wiem, kim ona była naprawd ?  

Schmidt to przecie  nie mo e by  Hiszpan...  

  - Zabraniam ci w ogóle tak my le ! - Niwi ski podniósł głos.  

  - To w uczciwej sprawie, Władek. W uczciwej.  

  - Dosy ! S  granice, których przekracza  nie wolno. Niedawno rozmawiałem  

z człowiekiem, któremu córk  zabrano do O wi cimia. Mówi  o Kozakiewiczu i  

o Kasi. Co mo e na to poradzi ? On wie. Mo e walczy  o innych. I robi to.  

Czy my lisz,  e jego ojcowskie uczucia s  inne od twoich? Zwłaszcza  e to  

córka prawdziwa...  

  - Wyno  si  st d! - wrzasn ł Kura . - A moja jaka? Nieprawdziwa? Ka de  

dziecko jest tylko dzieckiem! To moje dziecko...  

  Niwi ski wyszedł z pokoju.  

  Tego dnia tłumy gromadziły si  na ulicach pod gło nikami. Ka dy chciał na  

własne uszy usłysze  głos lektora donosz cego o stalingradzkiej kl sce, o  

wzi ciu do niewoli feldmarszałka Paulusa.  

  - F~uhrer zarz dził - oznajmiał głos w szczekaczce - by dzie  dzisiejszy  

i trzy nast pne kolejne dni były dniami  ałoby narodowej. Nieczynne b d   

kina, teatry, kabarety i lokale rozrywkowe...  

  Zarz dzenia przestrzegano tak skrupulatnie,  e nawet fotoplastykon był  

tego dnia zamkni ty, i inkasent elektrowni Jan Nowaczyk, za którego wci   

podawał si  Heimann, długo musiał dobija  si , aby go wpuszczono.  

background image

  Wła ciciel fotoplastykonu, pan Konopko, był w  wietnym humorze,  

przygotowywał bowiem nowy program zło ony z prze roczy o Libii i Tunisie,  

gdzie Niemcy równie  ponosili kl sk  za kl sk . Stracił jednak ten dobry  

humor, gdy inkasent przedstawił mu rachunek za  wiatło.  

  - To jest niemo liwe, kochany, niemo liwe! - protestował Konopko. - Ja  

ju  przy ostatnim rachunku podejrzewałem,  e co  tu nie gra! Straszna suma!  

  - Mała nie jest - przyznał Heimann.  

  - Ja reklamuj . Koniec. A wie pan, dlaczego? Cały poprzedni miesi c firma  

była nieczynna, bo le ałem w szpitalu. Jedna  aróweczka tu si  nie  

wieciła. Ten licznik jest do luftu.  

  Heimann podszedł do licznika, wspi ł si  na palce. Biało-czerwone  

kółeczko w liczniku obracało si  z niebywał  szybko ci .  

  - Niech pan wył czy aparat. I w ogóle wszystkie  wiatła pogasi - polecił  

inkasent.  

  Konopko wszedł do kantorka, wył czył urz dzenie, zgasił  wiatło. W salce  

na chwil  zapanowała ciemno . Heimann skierował latark  na licznik.  

Kółeczko obracało si  z tak  sam  szybko ci .  

  - Niech pan tu podejdzie. Widzi pan?  

  - Co si  dzieje? Kochany, to nie jest licznik, to jest Kusoci ski! -  

krzykn ł Konopko.  

  - Licznik jest dobry. Podł czył si  kto  do pana.  

  - Jak to, podł czył?  

  - Tego pr du nie pobiera  arówka. Ani grzałka, ani  aden piecyk. Widzi  

pan, jaka pr dko ? Jaki  du y agregat. Albo maszyna.  

  Heimann wzruszył ramionami, przyło ył dwa palce do ceratowego daszka  

słu bowej czapki i wyszedł. Z bramy skierował si  na podwórko i zszedł  

schodkami w dół do warsztatu, w którym dorabiano klucze.  

  Z niskiego okienka naprzeciwko zauwa ył go szewc, ten sam, który miał  

kiedy  warsztat na Mostowej, a teraz przeniósł si  do  ródmie cia, do  

kamienicy o przelotowej bramie.  

  Szewc wstał ze swego zydla, podszedł do półek, na których stały rz dy  

starych butów, i pchn ł je. Półki okazały si  przytwierdzone do ruchomej  

cianki. W dalszej cz ci sutereny, a wła ciwie ju  w piwnicy pozbawionej  

okna, stał linotyp, przy którym pracował drukarz Widymski.  ółte  wiatło  

arówki o wietlało składany wła nie r kopis. W ciemnym k cie widoczna była  

płaska maszyna drukarska. Rozgrzany linotyp dr ał i huczał.  

  - Przerwij na par  minut. Elektrownia łazi - krzykn ł szewc.  

  Drukarz wył czył linotyp, szewc za  cofn ł si , zatarasował ukryte  

wej cie, siadł na swoim zydlu i wetkn wszy sobie mi dzy z by kołeczki,  

spokojnie walił młotkiem w obcas buta.  

  Heimann zapomniał o incydencie z galopuj cym licznikiem; có  go to w  

ko cu mogło obchodzi . Nie wiedział,  e t  przechodni  bram , w której  

mie cił si  fotoplastykon i mnóstwo małych warsztacików, od dawna miał na  

uwadze jego kolega, nie znany mu osobi cie, a wi c i nie zauwa ony przez  

niego w tłumie przechodniów, którzy t dy skracali sobie drog . Ten drugi  

szpicel, od dłu szego ju  czasu obserwuj cy starego drukarza Widymskiego,  

wci  gubił go w tej wła nie przechodniej bramie.  alił si  kilkakrotnie  

obersturmbannf~uhrerowi na swe niepowodzenie, ale Kliefhorn nie miał w tych  

dniach głowy do małych donosów. Zbli ał si  Wielki Tydzie  i wszystkie siły  

policji, SS i  andarmerii postawione zostały w stan gotowo ci. Generał  

Stropp szykował swoje oddziały do wielkiej akcji, nie maj cej precedensu w  

tej wojnie.  

  W Wielki Pi tek, kiedy tysi ce warszawiaków modliło si  w ko ciołach u  

stóp ukrzy owanego Chrystusa, w sercu cywilizowanej Europy rozpocz ła si   

rze  potomków tych, co przed dwudziestoma wiekami Chrystusa tego przybili  

do krzy a.  

  Płon ło getto.  

  Dawny oddział Niwi skiego - jak dziesi tki innych - podejmował akcj   

background image

przyj cia z pomoc  ludziom walcz cym w getcie. Dzisiejsza odprawa odbywała  

si  w domu Szkudlarków. Po szczegółowym omówieniu przebiegu akcji jej  

uczestnicy rozchodzili si  do domów. Tylko Niwi ski odci gn ł Mundka na  

stron .  

  - Wspomniałe  co  o punkcie opatrunkowym.  

  - Na wszelki wypadek. Potrzebna jest sanitariuszka.  

  - Czy to... Marta? - upewnił si  Niwi ski.  

  Kiedy Mundek potwierdził, prawie kategorycznie za dał:  

  - Zmie  j !  

  - Zwariowałe ? Masz jakie  zastrze enia?  

  - Zmie  j , Mundek.  

  - Nie zawracaj mi głowy. To do wiadczona dziewczyna.  

  - Ta dziewczyna jest w ci y.  

  - Sk d wiesz?  

  - Wiem.  

  Mundek zdenerwowany chodził po pokoju, wreszcie wybuchn ł. - Cholera  

jasna, czy te baby nie nabior  rozumu?! Co dzie  im stryczek wisi nad szyj   

i jeszcze własne dzieci chc  mordowa ? Albo rodzi  gotowe sieroty? Dobrze,  

odwołaj j .  

  - Wolałbym,  eby  to ty jej powiedział.  

  Mundek zatrzymał si  w swoim spacerze po pokoju. Dopiero teraz dotarła do  

niego wła ciwa intencja dziwnej pro by podchor ego.  

  - Czy to znaczy,  e i ciebie trzeba odwoła ?  eby sierotce i mamusi , i  

tatusia zachowa ? Co  ty najm drzejszego zrobił, człowieku?  

  - Obiło ci si  o uszy takie słowo jak miło ?  

  Mundek wytrzeszczył oczy i zawołał:  

  - Co  podobnego!  

  Akcja pod murami getta, obliczona według zało e  taktycznych na trzy  

minuty, w istocie tyle trwała. Nie dla wszystkich jednak jej uczestników.  

Dla Niwi skiego, na przykład, jej przebieg przedłu y  si  miał a  o trzy  

miesi ce. Oto jak si  wszystko odbyło.  

  Darek biegł wzdłu  muru i zakładał ładunek wybuchowy, potem zawrócił  

ci gn c za sob  przewód. Za rogiem ulicy, w półci arówce, obok kierowcy  

siedział Niwi ski. Patrzył na zegarek, długo nie spuszczaj c oka ze  

wskazówki. Kiedy ta dobiegła dwunastki, Niwi ski wyj ł spod siedzenia  

automat i poło ył dło  na klamce. W tej samej chwili pot ny wybuch  

wstrz sn ł powietrzem.  

  Opadaj cy kurz powoli odsłaniał wyrw  w murze, do której podbiegli  

uzbrojeni Sykuła i Mariusz. Sykuła wdrapał si  na wyszczerbiony wyłom,  

wyjrzał i zacz ł dawa  jakie  znaki. Po chwili ukazali si  pierwsi  

wyn dzniali, zaro ni ci ludzie. Zacz li niezdarnie przełazi  przez wyrw .  

Mariusz pop dzał ich, bo przy murze zrobiło si  ju  tłoczno. Wychodzili  

g siego. Na r kawie jednego z przechodz cych Mariusz zauwa ył opask  z  

gwiazd , zatrzymał go i spytał:  

  - Po co ci to, człowieku?  

  Tamten patrzył niczego nie rozumiej cym, t pym wzrokiem.  

  - Co znaczy, po co?  

  Popchn li go nast pni wychodz cy. Dopiero po dłu szej chwili stary  yd,  

jakby wreszcie zrozumiał pytanie,  ci gn ł opask  i rzucił na ziemi .  

Podeptały j  buty nadchodz cych zza muru ludzi.  

  Nagle usłyszeli klakson - to kierowca półci arówki ostrzegał przed  

niebezpiecze stwem. Niwi ski, który osłaniał odwrót, obejrzał si :  rodkiem  

jezdni wolno jechał motocykl z przyczep . Oficer w koszu,  

najprawdopodobniej zaintrygowany niedawnym wybuchem, stał w przyczepie i  

uwa nie rozgl dał si  dokoła. Gdy zbli yli si  do naro nika, Niwi ski cał   

seri  władował w załog  motocykla. Oficer i kierowca natychmiast zwalili  

si  na ziemi , siedz cy na tylnym siodełku drugi  andarm jeszcze czas jaki   

jechał pozbawionym kierowcy motorem, wreszcie zeskoczył i schronił si  za  

background image

przewrócon  przyczep . Stamt d rzucił granat, który wybuchł tu  przed  

Niwi skim. Kiedy rozwiał si  pył, Mariusz ujrzał Władka le cego w kału y  

krwi. Pierwsi uciekinierzy ju  byli pod plandek  ci arówki, nadbiegali  

nast pni, których pop dzały nawoływania Sykuły. Mariusz i sanitariuszka  

dopadli do Niwi skiego. Dziewczyna pochyliła si  i - nie wstaj c z kolan -  

podniosła wzrok na Mariusza.  

  - Chyba koniec...  

  Mariusz ukl kł i zacz ł macha  r k  do kolegów, by przyszli pomóc mu  

d wign  nieprzytomnego Niwi skiego.  

  Akcja była sko czona, Darek wskoczył wi c do szoferki. Obok kierowcy  

zwisało bezwładne ciało Niwi skiego.  

  - Pod pierwszy adres? - spytał kierowca.  

  - Nie. Szpital.  

  - A tamci? Kierowca niepewnie wskazał r k  za siebie.  

  - Ruszaj, do cholery! - krzykn ł Darek.  

  W szpitalu na Płockiej, w tym samym, w którym pracowała Marta, od kilku  

dni przebywał Niwi ski. Operacja si  udała i chorego ulokowano w separatce.  

Niwi ski le ał teraz w swojej sali i spogl dał na krz taj c  si  przy nim  

Mart .  

  Korytarzem szpitalnym szła Ania Heimannówna. Ubrana była w uniform słu by  

pomocniczej, bluz  z błyszcz cymi guzikami, na głowie miała fura erk , a  

biały szpitalny kitel na ramionach. Szła wolno, sprawdzaj c numerki na  

drzwiach poszczególnych sal. Wreszcie uchyliła jedne i prawie natychmiast  

zorientowała si ,  e pomyliła sal . Ju  zacz ła si  wycofywa , gdy wzrok  

jej prze lizgn ł si  po twarzy le cego pod oknem pacjenta.  

  Był nim Niwi ski. Niełatwo go było rozpozna . Przy nosie miał dwa  

olbrzymie plastry przytrzymuj ce ko cówki przewodu aparatu tlenowego, obok  

aparatu - butla z kroplówk . Igła doprowadzaj ca glukoz  tkwiła w obna onym  

ramieniu.  

  Marta na odgłos uchylanych drzwi odwróciła głow . W progu stała nie znana  

jej Niemka, jakby czym  speszona, zaskoczona. Wreszcie b kn ła  

"przepraszam" i drzwi zamkn ły si  za ni . Niwi ski poruszył si   

niespokojnie.  

  - Marta...  

  - Le  spokojnie.  

  - Ta Niemka... - mówił z trudem.  

  - Pomyliła po prostu sal . Nie martw si .  

  - Ja j ... Marta! Znam j ... Chyba to ona...  

  - Uspokój si . Tu obok le y jej narzeczony. Odwiedzała go wczoraj i  

wszystko ju  o niej wiemy.  

  - Czy... czy nazywa si  Heimann?  

  - Nie wiem. Ale dopiero przed dwoma dniami przyjechała tu z Niemiec, nie  

mo esz wi c jej zna .  

  - Mo e...  

  - Przyjechała tylko dla tego Niemca. - Gestem głowy wskazała na  cian . -  

Kiepsko z nim było.  

  - Niemiec? Tutaj?! - zdziwił si  Niwi ski.  

  - Miał krwiak w worku osierdziowym. W niemieckim szpitalu nie dawali  

rady. To kwestia otwarcia opłucnej. Zmuszono naszego profesora. Wiesz, co  

to za sława.  

  Wstała, by zmieni  butl  z kroplówk , potem łykn ła jak  tabletk ,  

przeci gn ła ramiona ze zm czenia. Niwi ski spostrzegł to. Kiedy znowu  

przysiadła na niskim taboreciku, powiedział:  

  - Nie  pisz ju  drug  noc.  

  - Nic mi nie b dzie.  

  - A jemu? Nie wolno ci teraz...  

  - Teraz ty jeste  najwa niejszy.  

  - Czy rozumiesz ju , dlaczego ja wtedy... Nie gniewasz si , Martula?  

background image

Mówiłem ci ju ,  e ci  kocham?  

  U miechn ła si  i poło yła dło  na jego obna onym ramieniu.  

  - Mama nic nie wie? - spytał.  

  - Nie. Mundek był u niej. Powiedział,  e musiałe  nagle wyjecha  w teren.  

  W tym momencie skrzypn ły drzwi i w progu znów stan ła Heimannówna. Marta  

zerwała si  z taborecika.  

  - Czy pani sobie czego   yczy?  

  Ania w milczeniu wpatrywała si  w twarz le cego. Niwi ski przymkn ł  

oczy, wygl dało na to,  e  pi.  

  - Nic, nic... Znów pomyliłam drzwi - odpowiedziała Niemka i wyszła.  

  - To ona! Na pewno ona! Marta, za kwadrans tu mo e by  gestapo...  

  - Dlaczego?  

  - Natychmiast do domu. Ani chwili nie mog  by  tu dłu ej.  

  Marta wyjrzała na korytarz: u jego ko ca wolno znikała sylwetka Anny  

Heimann. Chwil  patrzyła za oddalaj c  si  Niemk , a gdy wróciła do pokoju,  

spostrzegła,  e Władek usiłuje wyrwa  igł  z kroplówk . Rzuciła si  w  

stron  łó ka.  

  Zdenerwowany ordynator niezbyt uwa nie słuchał młodego lekarza, co chwila  

nerwowo wygl daj c przez okno. Lekarz za  argumentował:  

  - To wykluczone! Przez pi  minut nie mo e by  pozbawiony tlenu ani  

kroplówki. On po prostu nie mo e opu ci  szpitala.  

  - Kolego! - odezwał si  ordynator, nie oddalaj c si  od okna - W ka dej  

chwili mog  tu wkroczy  Niemcy. Ten człowiek jest zapisany jako wypadek  

zapalenia otrzewnej. Byle niemiecki dure  udowodni nam kłamstwo. Zgodziłem  

si  na wasze pro by, by go przyj , ale daruje pan...  

  - Wi c ma po prostu umrze ? Byle w domu, tak?  

  - A ja, jako ordynator? Pan? Cały personel? Gdzie my wtedy wszyscy  

umrzemy, kiedy nam udowodni  współudział? W O wi cimiu?  

  - Ten człowiek... - usiłował co  wtr ci  lekarz.  

  - Ten człowiek jest jeden, nas co najmniej kilku, którzy uczestniczyli  

przy jego operacji.  

  - On nie mo e opu ci  szpitala - powiedział lekarz z naciskiem.  

  Rozmow  przerwało pukanie do drzwi. Do pokoju zajrzała Marta.  

  - Nie teraz, siostro, nie teraz - ordynator niecierpliwie machn ł r k .  

  Marta mimo zakazu weszła do gabinetu i zwróciła si  do lekarza:  

  - Ju  go tam nie ma, panie doktorze.  

  - Jak to?  

  Marta podsun ła lekarzowi jakie  papiery.  

  - Prosz  tylko podpisa  akt zgonu.  

  Ordynator zbli ył si  i mocno potrz sn ł Mart .  

  - Jak to? Czy by... Gdzie on wła ciwie jest? - pytał patrz c to na Mart ,  

to na lekarza.  

  Lekarz wzruszył ramionami.  

  - A gdzie  mo e by , je li nie  yje.  

  Wyj ł wieczne pióro, odkr cił i podsun ł je ordynatorowi. Ten chwil  si   

wahał. Lekarz dorzucił:  

  - To miejsce mo e niemiłe, ale dobre.  

  - Wsz dzie mog  go znale . Tam równie  - westchn ł ordynator.  

  -  ebym nie zapomniała - nieoczekiwanie odezwała si  Marta. - Winda  

towarowa zepsuta.  

  Ordynator machn ł r k . Wreszcie wzi ł podsuni te mu wieczne pióro i  

podpisał akt zgonu. Marta uzupełniła swoj  ostatni  uwag :  

  - I wcale nie trzeba jej naprawia .  

  Ordynator spojrzał na ni  nic nie rozumiej c. Uniósł r ce w gór  gestem  

najwy szej rezygnacji i znów podszedł do okna.  

  - A róbcie sobie, co chcecie - rzucił przez rami  i znów patrzył na  

podwórze szpitalne, w stron  wej ciowej bramy.  

  Po kilku dosłownie minutach Niwi ski uło ony na szpitalnym wózku znalazł  

background image

si  w obszernej towarowej windzie. Obok niego umieszczono stojak z butl  na  

kroplówk  i aparat tlenowy. Przy chorym krz tała si  Marta.  

  Lekarz zaci gn ł harmonijk  kratownicy, Marta nacisn ła guzik. Gdy winda  

zacz ła opuszcza  si  w dół, lekarz zamkn ł ci kie drzwi i zawiesił na  

nich tabliczk : Winda w konserwacji.  

  D wig mijał pi tra, wci  sun ł w dół. Wreszcie zjechali do betonowego  

podziemia i winda zatrzymała si .  

  Marta rozsun ła krat , otworzyła drzwi. Przed ni  rozwarła si  ciemna  

czelu  podziemnej kostnicy. Z dala, spod niskiego sklepienia, migotało  

mdłe  wiatło  arówki osłoni tej drucian  siatk .  

  - Gdzie jeste my? - zaniepokoił si  Niwi ski.  

  - Nie bój si .  

  Niwi ski spróbował unie  głow  i zajrze  w gł b ciemnego podziemia, ale  

Marta delikatnie poło yła go na wózku. Przysun ła sobie taborecik, siadła.  

Rozpocz ło si  pełne napi cia czekanie.  

  Czekali wszyscy. Ordynator nie odchodził od okna swego gabinetu, wci   

patrz c na bram  wyj ciow . Ale brama była pusta.  

  - Profesora mi tylko  al. Je eli... - przerwał wreszcie milczenie  

ordynator.  

  - Nie było go wtedy w szpitalu. I teraz te  jest w domu - uspokajał  

lekarz.  

  - Mo e uprzedzi  staruszka? - Ordynator odszedł od okna i si gn ł po  

słuchawk .  

  - Bez paniki. Dopiero jak nadejd . Zawsze zd ymy zadzwoni .  

  Nic nie wiedz c o kłopotach swego personelu, stary profesor przyjmował w  

swym prywatnym mieszkaniu Ani  Heimann. Siedział za du ym, secesyjnym  

biurkiem, na którym pełno było fajek, bibelotów, jakich  czasopism  

medycznych.  

  - Tak, teraz mog  da  pani t  gwarancj  - powiedział - Narzeczonemu ju   

nic nie grozi.  

  - Dzi kuj .  

  - Mo e pani spokojnie wraca . A dok d pani pojedzie? Mo na wiedzie ?  

  - Do Norymbergi.  

  - Studiowałem tam dwa lata. Dobre były czasy... Prosz  si  tam pokłoni   

wie y  wi tego Sebalda.  

  - Ko ciół zburzony - odpowiedziała Ania.  

  - Ooo! Niedobrze, bardzo niedobrze...  

  Ania uniosła si  z krzesła i otworzyła torebk .  

  - Panie profesorze... jak mogłabym si  odwdzi czy ?  

  Profesor u miechn ł si  i zaprzeczył ruchem głowy.  

  - Taki mam zawód, panienko. Niech pani to schowa. - Gestem dłoni nakazał,  

by Ania cofn ła kopert  z pieni dzmi.  

  - Jako  musz  si  przecie  zrewan owa .  

  - Sama pani mówi,  e uratowałem mu  ycie. Ile pani ma lat?  

  - Dwadzie cia.  

  - Wi c prosz  przyj  uwag ,  e  ycie nie ma wymiernej ceny. Zrewan owa   

si ? Nie potrafi pani.  

  Ania zamkn ła torebk , zamy liła si .  

  - A mo e wła nie potrafi  - powiedziała jakby do siebie.  

  Profesor wstał zza biurka, u miechn ł si  wyrozumiale.  

  - Czym? - spytał.  

  - Mo e tym samym.  

  Profesor spojrzał pytaj co. Nic nie rozumiał. Ania wyci gn ła r k  na  

po egnanie i wyszła. Opuszczała Warszaw  nazajutrz.  

  Do poci gu odprowadzał j  Johann wraz ze sw  dziewczyn ; Karolina od  

dawna współpracowała z nim i z Kliefhornem.  

  Przed wagonem z tabliczk  Warschau-Breslau-Dresden-Nurnberg stał Heimann  

i Karolina. Ania wychylała si  z okna wagonu. Na peronie panował ruch,  

background image

roili si  baga owi, mnóstwo było wojskowych.  

  - Uwa aj na niego, Karolino - prosiła Ania.  

  - Postaram si .  

  - Johann? - zagadn ła Heimannówna.  

  - Tak?  

  - Wci  jeszcze my lisz o nim?  

  - Bez chwili przerwy. Dlaczego pytasz?  

  - Tak sobie... Johann, wyje d am taka szcz liwa,  e Klausowi nic ju  nie  

grozi.  

  Wagonem szarpn ło. Ania wychyliła si  i wyci gn ła do po egnania r k .  

Heimann biegł jeszcze kilka kroków.  

  - Pisz...! - wołał.  

  - Mo e on ju  nie  yje!... Mo e zgin ł! - starała si  przekrzycze  stukot  

kół.  

  Oddalała si  coraz bardziej. Heimann stał na peronie i długo machał r k   

odje d aj cej siostrze.  

  Niwi ski opu cił szpital dopiero po trzech miesi cach. Było ju  lato,  

lato szczególnie obfite w wydarzenia, które na przemian przeplatały  

nadzieje z rozpacz . Na wszystkich prawie frontach Niemcy ponosili kl sk   

za kl sk , cofali si  na wschodzie, w Afryce. Ludzie odchodzili spod  

ulicznych gło ników podnieceni i pełni nadziei. Lecz zdarzały si  i takie  

dni, kiedy spod tych samych gło ników wracali pełni zw tpienia i rozpaczy.  

Tak wła nie si  stało, gdy uliczne szczekaczki podały wiadomo  o  

tragicznej katastrofie pod Gibraltarem, w której zgin ł Władysław Sikorski.  

Niemal w tych samych dniach osierocił walcz ce polskie podziemie jego  

legendarny komendant, generał Grot, uj ty zdradziecko przez gestapo na  

Spiskiej 11.  

  Jakby bior c odwet za niepowodzenia na frontach, gestapo wzmogło terror,  

łapanki i wywózki.  

  Kura , głuchy na wszystkie te wydarzenia, obsesyjnie ogarni ty jedn   

tylko my l , nie przebierał ju  w  rodkach dla odnalezienia dziecka,  

którego nikt ju  odnale  nie był w stanie.  

  Ostatnio odnowił znajomo  z tajnym agentem gestapo, niejakim Michankiem.  

Kiedy  Michanek dostarczał mu dolarów, teraz spodziewał si  po nim  

informacji o uprowadzonych dzieciach. Michanek był nami tnym hazardzist  i  

prawie co dzie  odwiedzał kasyno gry na Szucha. Tam te  Kura  spotykał si   

z nim najcz ciej. Michanek, któremu pieni dze Kurasia umo liwiały gr ,  

przeci gał spraw  w niesko czono . Ale którego  jednak wieczoru  

o wiadczył,  e dysponuje kilkoma adresami kinderheimów poło onych w Rzeszy,  

przez które przewin ła si  znaczna grupa dzieci z Polski. Kura  wyrzucił z  

siebie jedno tylko słowo:  

  - Adresy!  

  Poniewa  Niemiec nie odpowiadał, tylko wolno popijał koniak, Kura   

ponowił pytanie:  

  - Adresy tych kinderheimów, panie Michanek. Ile to ma kosztowa ?  

  - To nie jest kwestia pieni dzy, panie Kura . Rozmawiałem, z kim nale y.  

Owszem, jest mowa o cenie, ale nie pieni dze tu wchodz  w gr .  

  - Tylko co?  

  - Sam niczego si  pan nie dowie. Mógłby to zrobi  kto  za pana. Kto , kto  

du o mo e.  

  - Kto , kto du o mo e, du o chce, ja to rozumiem - odpowiedział Kura .  

  - Nie pieni dze, powtarzam.  

  - To ju  mi ci ko zrozumie .  

  - Panu zale y na wiadomo ci, na informacji. Temu komu  te , Taka wymiana  

po prostu.  

  - Informacji? - w dalszym ci gu nie rozumiał Kura .  

  - Tak.  

  - O czym?  

background image

  - Pan zna wielu ludzi, obraca si  w ró nych kołach...  

  - Co ja wiem? Nic. Ile farba kosztuje, najwy ej.  

  - Niech pan pomy li. Mo e co  jeszcze pan wie...  

  Kura  zrozumiał, czego od niego  dano. Przypomniał mu si  Niwi ski i  

ostatnie z nim spotkanie. Zrezygnowany, zmienił temat rozmowy.  

  - Zna pan takie nazwisko - Heimann? Johann Heimann?  

  - Kto to taki? - spytał Michanek.  

  - Pa ski kolega.  

  - On co  mo e w tej sprawie?  

  - Nie. Tak mi si  przypomniało po prostu.  

  Niemiec wzruszył ramionami i odszedł od stołu z rulet . Tego wieczoru  

wi cej ju  nie wracali ani do tego tematu, ani do adresów sieroci ców  

niemieckich. Ale do obu tych tematów miał wkrótce Kura  powróci . Niestety,  

ju  nie w kasynie...  

  Aresztowanie generała Grota warszawskie gestapo uznało za najwi kszy swój  

sukces. Kliefhorn, który w kilka dni pó niej wezwał do siebie Heimanna,  

tak  oto przeprowadził z nim rozmow :  

  - Trzydziesty czerwca, długo go b d  pami ta . Długo nie pozbieraj  si   

po tym ciosie.  

  - Jeszcze nie do wszystkich to dotarło.  

  - Bo oni te  utrzymuj  to w tajemnicy. To kl ska. Teraz pora na  

rozpracowanie innego o rodka. Przerzuci si  pan na czerwonych. Zdaje si ,  

e i tym razem zarzucimy sieci nie na płotk .  

  - Kto taki?  

  Kliefhorn nie odpowiedział. Odwrócił si  i opu cił gabinet. Heimann  

chwil  stał niezdecydowany. Wkrótce powrócił Kliefhorn w towarzystwie  

szpicla, który  ledził drukarza Widymskiego.  

  - Wie pan ju  co  wi cej? - Kliefhorn skierował to pytanie do przybyłego  

tajniaka.  

  - Tak jest. Mieszka na Kaliskiej pi tna cie. Dom z dwoma wej ciami - od  

Kaliskiej i od Słupeckiej. Wła nie dlatego dwukrotnie go zgubiłem.  

  Kliefhorn skrzywił si  zniecierpliwiony.  

  - Dalej.  

  - Znikał mi równie  i w innej przechodniej bramie. Regularnie, codziennie  

do niej wchodził... - Urwał, spostrzegłszy zniecierpliwienie Kliefhorna, i  

szybko doko czył: - Nazwisko Piotr Widymski. Przed wojn  był drukarzem na  

Okopowej. Potem dwa lata w Hiszpanii. Pseudonim prawdopodobnie Lopez.  

Obecnie zarejestrowany w fabryce marmolady Lubli ski i synowie, ale to  

pozór.  

  Kliefhorn ruchem r ki przerwał mu.  

  - Dzi kuj . Mo e pan odej .  

  Szpicel skłonił si  i opu cił gabinet.  

  - Zapami tał pan dane? - zwrócił si  do Heimanna.  

  - Tak jest.  

  - Przejmie pan na siebie tego człowieka.  

  - Tego drukarza?  

  - Dawno przestał nim by . To kto  z kierownictwa. Zaprzyja ni si  pan z  

tym człowiekiem.  

  - Postaram si . Ale oni s  bardzo nieufni.  

  - Mam sposób, aby nabrał do pana zaufania. Musz  mówi . Ale mog  mówi   

tylko Polakowi i dlatego musi pan by  jednym z nich.  

  - Ju  byłem - stwierdził Heimann.  

  - I widzi pan, udało si . Ale teraz musi pan dotrze  przez niego do tych  

ich przywódców, przeło onych, komisarzy. Niech to trwa miesi c, dwa, ale  

musimy im si  dobra  do mózgu, do tych, co my l . Nie l kam si  tych,  

którzy strzelaj , mam ich tu całe wi zienie. Tak samo nie l kam si  tych,  

którzy drukuj  artykuły. Ja musz  mie  tych, którzy je pisz .  

  - Postaram si .  

background image

  - Czy jest pan gotów do po wi ce , których  da f~uhrer?  

  - Ka dej chwili.  

  - Wi c musi pan cierpie  tak jak oni. Wtedy uwierz .  

  Heimann spojrzał niespokojnie.  

  - Odt d kontakt ze mn  jak poprzednio, przez Karolin . Ona wci  mieszka  

u pana?  

  - Tak jest. Uchodzi za moj  siostr .  

  - Dobrze. - Przy le j  pan do mnie. Natomiast pan... No có , aresztujemy  

pana niebawem.  

  Ju  nazajutrz inkasent Heimann stał na klatce schodowej przed drzwiami z  

tabliczk : P. Widymski. Nacisn ł dzwonek. Poniewa  nikt nie podchodził,  

zastukał ko cem ołówka. Wreszcie drzwi si  uchyliły. Heimann zrobił krok i  

w tym samym momencie czyje  r ce uchwyciły go mocno i wci gn ły do  rodka.  

Młody gestapowiec szybko przeszukał dło mi jego ubranie. Natrafiwszy na co   

twardego w kieszeni, rykn ł:  

  - R ce do góry! Masz bro !  

  Heimann upu cił na podłog  swoj  ksi g  i posłusznie podniósł r ce nad  

głow . Gestapowiec wyj ł z kieszeni latark  elektryczn , zamachn ł si ,  

jakby chciał uderzy .  

  Heimann rozejrzał si  po kuchni. Widymski, jego  ona i córka siedzieli na  

krzesłach ustawionych pod sam   cian , trzymaj c r ce na kolanach. Dwóch  

tajniaków i trzech umundurowanych gestapowców buszowało po całym  

mieszkaniu.  

  - Czy ja mog  sprawdzi  licznik? I ju  wychodz .  

  Tajniak podszedł blisko, roze miał si  z politowaniem.  

  - Licznik? Idiota. Siadaj pod  cian .  

  - Panowie, to jakie  nieporozumienie. - Głos Heimanna był niemal  

prosz cy. - Ja tylko z rachunkiem za  wiatło...  

  - Pod  cian , powiedziałem!  

  Heimann schylił si , si gn ł po swoj  ksi g  i posłusznie pow drował,  

gdzie kazano. Przysiadł na krze le obok Widymskiego i szeptem spytał:  

  - Co tu si  dzieje?  

  - Milcze ! Ani słowa! - wrzasn ł tajniak.  

  Spojrzał na swój zegarek, porównał czas z bij cym wła nie  ciennym  

zegarem, zajrzał do pokoju, gdzie gestapowcy przeprowadzali rewizj . Sterty  

po cieli walały si  po podłodze. Do tajniaka podszedł młody gestapowiec i  

co  mu powiedział do ucha, patrz c w stron  Heimanna. Tajniak kiwn ł  

potakuj co głow  i podszedł do inkasenta.  

  - Znasz tego człowieka? - spytał, wskazuj c głow  na Widymskiego.  

  - Zna  znam, ale jakie jest jego nazwisko? Musiałbym zajrze  do rejestru.  

  - Pracujesz z nim w jednej organizacji. Wszystko wiem! Co mu miałe   

powiedzie ?! - Tajniak podniósł głos.  

  - Przede wszystkim ja pracuj  w elektrowni, przyszedłem z rachunkiem...  

  - Niczego tu nie widziałe . Rozumiesz?!  

  - Tak jest.  

  - Sprawd  sobie ten licznik. Ale ju !  

  Heimann zerwał si , lecz tajniak zatrzymał go w połowie drogi.  

  - A mo e wcale nie jeste  z elektrowni?  

  - Jak to, nie jestem?  

  Si gn ł do bluzy, wyj ł legitymacj . Niemiec długo j  ogl dał.  

  - Nowaczyk Jan - czytał gło no. - Tak?  wi tokrzyska siedemna cie. No? Na  

co czekasz? - krzykn ł.  

  Nie oddał jednak Heimannowi legitymacji. Patrzył, jak inkasent wspinał  

si  na palcach do licznika. Wreszcie Heimann odwrócił si  bezradnie.  

  - Latarka...  

  Tajniak gestem głowy nakazał gestapowcowi, by podszedł i po wiecił.  

Heimann otworzył ksi g  i długo wpisywał stan licznika.  

  Potem wyj ł kwity rachunkowe i znów pisał. Z gotowym ju  rachunkiem w  

background image

dłoni spytał:  

  - Nie wiem, czy ten pan zapłaci, czy...  

  - A dlaczego ma nie zapłaci ? Do grobu tych pieni dzy nie we mie.  

  Tajniak niemym gestem pozwolił Widymskiemu wsta .  

  - Pieni dze mam w kredensie. Mo na? - spytał Widymski.  

  Podszedł do kredensu. Heimann stan ł tu  przy nim i pokazał rachunek.  

Kiedy Widymski odsuwał cukiernic , by si gn  po pieni dze, Heimann zwrócił  

si  do niego ostentacyjnie gło no:  

  - Tylko drobne poprosz , dobrze? - Nagle przeszedł na szept: - Adres pan  

słyszał, gdyby tak mnie... niech córka albo  ona...  

  - Bez rozmów - warkn ł tajniak.  

  - Ja tylko licz ... - usprawiedliwiał si  inkasent.  

  W tej wła nie chwili rozległ si  dzwonek. Tajniak jednym ruchem popchn ł  

Heimanna i Widymskiego w stron  krzeseł i gestem nakazał milczenie. Młody  

gestapowiec uchylił drzwi i wci gn ł do  rodka przera on  s siadk , która w  

r ce trzymała  elazko do prasowania. S siadka, widz c, co si  dzieje,  

upu ciła  elazko. Wysypało si  z niego troch  w gla drzewnego.  

  - Jezus Maria! - krzykn ła, trwo nie rozgl daj c si  dokoła.  

  - Tam siada ! - rozkazał gestapowiec.  

  - Ale ja tu mieszkam, za t   cian , ja tylko  elazko przyszłam odda .  

Pani Widymska, kochana, pani za wiadczy... - zawodziła.  

  - Milcz, babo - przerwał tajniak. - Ani słowa. Nazwisko?  

  - Przecie . Słyk. Anna Słyk.  

  - Gdzie pani mieszka?  

  - Pod szóstym. To i pa stwo Widymscy mog  potwierdzi , i nawet ten pan.  

Był u mnie dopiero co za  wiatło. - Wskazała na Heimanna.  

  - Mieszka tutaj? - tajniak zwrócił si  z tym pytaniem do Widymskiego.  

  - Tak.  

  - Masz j  w swoim spisie?  

  Si gn ł po ksi g  elektrowni. Heimann zerwał si  usłu nie.  

  - Ja odszukam.  

  - Daj ksi k , powiedziałem.  

  Heimann mimo wszystko sam zacz ł wertowa  kartki wielkiego skoroszytu,  

czym ostatecznie wyprowadził z równowagi tajniaka.  

  Wyrwał mu ksi k , poło ył na stole i karta po karcie, nie spiesz c si ,  

przegl dał. W pewnej chwili gwizdn ł przeci gle, z u miechem spojrzał na  

Heimanna i ruchem r ki przywołał gestapowca, który z zainteresowaniem  

nachylił si  nad ksi k . Tajniak triumfalnie wyci gn ł spi te spinaczem  

trzy egzemplarze "Gwardzisty".  

  - Sam chciałe  odszuka ? A czy to znalazłby ? - Podszedł do siedz cych i  

pomachał im gazetkami przed nosem. - Wszystko si  zgadza. Jeste cie t  sam   

komunistyczn  band . Wszyscy! No, poczekamy na nast pnych komisarzy...  

  Znów porównał czas swojego zegarka ze  ciennym. Odszedł z gestapowcem w  

k t i obaj zaj li si  lektur  wyci gni tych z ksi ki gazetek.  cienny  

zegar zacz ł wybija  godzin . Widymski skorzystał z tego i cicho szepn ł:  

  - Co  ty najlepszego zrobił, człowieku...  

  - Sk d mogłem wiedzie ... - równie cicho odpowiedział Heimann.  

  Niwi ski stał zdumiony, widz c w progu Urszul  Kurasiow . Nawet Kura   

nigdy nie odwiedzał go w tym sublokatorskim mieszkaniu. Urszula zawołała  

błagalnie:  

  - Niech pan ratuje. Teraz pan niech go ratuje! Panie Władku!  

  - Co si  stało?  

  - Leona aresztowali.  

  - Leona?!  

  - Dzi  rano. Błagam pana, ja tu nie mam nikogo. Bugalski mówił...  

  - Nie mog  w to absolutnie uwierzy . Niech si  pani nie martwi. To  

najwy ej musi by  sprawa kryminalnej policji. Musiał co  sprzeda  albo co   

kupi ... Kto to był?  

background image

  - Gestapo.  

  - Gestapo?! Zabrali co  z domu?  

  - Tylko jego - rozpłakała si . - Tylko... ja mówi  tylko... Panie  

Władziu! Co ja mam robi ?  

  W kawiarni, w której kelnerk  była pani Zofia Niwi ska, przy stoliku w  

k cie, siedział dawny naczelnik poczty, pan Stefan i przegl dał "Nowy  

Kurier Warszawski". Pani Zofia postawiła przed nim kaw .  

  - Przyjdzie? - spytał pan Stefan.  

  - Obiecał.  

  - To przecie  całkiem głupie, pani Zofio, matka tu, syn tam?  

  - Nie wiem, panie Stefanie. Nie wtr cam si  w to. Jest dorosłym  

człowiekiem.  

  - Doro li te  robi  głupstwa - sentencjonalnie westchn ł pan Stefan.  

  Pani Zofia wyjrzała przez szyb  na ulic .  

  - Idzie ju  - powiedziała.  

  Odwołano j  do bufetu, znikła wi c na zapleczu. Do kawiarni wszedł  

Niwi ski. Nie dojrzawszy matki, skierował si  do stolika pana Stefana.  

  - Mamy nie ma?  

  - Była tu gdzie  przed chwil . Co słycha ?  

  - Có  mo e by  słycha ...  

  - Zdenerwowany pan. Stało si  co ?  

  - Tak.  

  - Od dawna ju  chciałem z panem pomówi , panie Władysławie.  

  - Ja te  mam spraw . Czy jakie  doj cie na Szucha jest mo liwe? Gryps?  

Wiadomo ?  

  Naczelnik chrz kn ł, uwa nie spojrzał na Niwi skiego.  

  - Kto  z pa skich przyjaciół? - spytał.  

  - Tak. Dzisiaj.  

  - W zasadzie mo na by pomy le . Ale jestem zdziwiony. Nie macie własnych  

doj ? Taka masowa rzekomo organizacja? Panie Władysławie, to ju  zbli a  

si  ku ko cowi. Niech pan przejrzy gazet . Charków, Kursk, Połtawa...  

Niedługo ju  b dziemy ich tu mieli.  

  - O czym pan wła ciwie mówi, panie Stefanie?  

  - O potrzebie konsolidacji. O tym,  e musimy ich tu powita  w roli  

gospodarzy. Nie da  sobie niczego narzuci . Nie rozumiem, co pana skłoniło  

do przej cia na tamt  stron ?  

  - Nigdzie nie przechodziłem - prawie niegrzecznie odpowiedział Niwi ski.  

- Zawsze walczyłem o to samo. Niemcy te  nie robi  ró nic. Studiuje pan  

przecie  afisze o egzekucjach. Gin  po prostu Polacy. Człowiek, którego  

dzi  aresztowano, nie podzielał ani pa skich pogl dów, ani moich. I có  z  

tego?  

  - To rzeczywi cie kto  całkiem z boku?  

  - Wyci gał mnie z ró nych opresji. To jedyny przyjaciel, jakiego miałem.  

  - Rozumiem pana. Dowiem si , co da si  zrobi . Jak nazwisko?  

  Niwi ski nie odpowiedział, bo wła nie dostrzegł matk  wychodz c  z  

zaplecza. Podszedł do niej człowiek, który dopiero co pojawił si  w  

kawiarni. Musiał przekaza  jej niedobr  wiadomo , bo pani Zofia z wra enia  

postawiła tac  na bufecie i gestem rozpaczy  cisn ła skronie. Nieznajomy  

wyszedł, a pani Zofia zbli yła si  do stolika w k cie sali.  

  - Mamo, wyobra  sobie, aresztowano dzi  Kurasia.  

  - Daj spokój, Władku, to teraz niewa ne...  

  Nachyliła si  i udaj c,  e uprz ta stolik, szepn ła naczelnikowi:  

  - Wpadł Grot.  

  Naczelnik uniósł si  przy stoliku.  

  - To niemo liwe! To niemo liwe! - powtarzał.  

  - Wtedy na Spiskiej. Okazuje si ,  e to był wła nie on... Zarz dzono stan  

alarmowy.  

  Naczelnik wstał i bez słowa opu cił kawiarni .  

background image

  - Nie dosłyszałem. Kto taki? Mamo?  

  - Komendant główny. Generał. To straszne, straszne... A ty o kim mówiłe ?  

  Niwi ski u miechn ł si  kwa no.  

  - Ja tylko o kapralu, mamo...  

  Drzwi celi, w której siedzieli Heimann i Widymski, otworzyły si   

gwałtownie. Gestapowiec stał chwil  lustruj c obu wi niów.  

  - Nowaczyk! - Krzykn ł i nakazuj cym ruchem głowy polecił opu ci  cel .  

Heimann si gn ł po marynark  le c  na sienniku.  

  - Trzymaj si ... - szepn ł do niego Widymski.  

  Gestapowiec, który zapewne uznał,  e wi zie  zbyt długo si  grzebie,  

ponaglił go ostro, wreszcie zniecierpliwiony szarpn ł za rami  i wypchn ł.  

Starannie zamkn ł drzwi celi i ju  na korytarzu, gdy odeszli kilka kroków,  

odezwał si :  

  - Wybacz, ale tak  yczy sobie obersturmbannf~uhrer. I jeszcze jedno. Mała  

niespodzianka dla ciebie.  

  Zatrzymał si  przy jednej z cel, uchylił judasza i gestem zach cił  

Heimanna, by zajrzał. Ten przytkn ł oko do okr głego otworu i ujrzał  

siedz cego na sienniku człowieka. To był Kura . Wi zie , czuj c zapewne,  e  

jest obserwowany, spojrzał w stron  drzwi, potem podniósł si  i zacz ł  

chodzi  po celi. Heimann odsun ł si  od drzwi, opu cił klap  judasza.  

  - O co chodzi? - spytał.  

  - Nie znasz go? - zdziwił si  gestapowiec.  

  - Tego tam?  

  Raz jeszcze uchylił judasza i dłu ej ni  uprzednio wpatrywał si  w  

Kurasia. Opu cił przykrywk  i wzruszył ramionami.  

  - Nie wiem - zastanowił si  chwil . - Gdzie  go kiedy  mo e i widziałem,  

ale...  

  Ruszył przed siebie zamy lony.  

  Wkrótce wkroczyli do gabinetu Kliefhorna, a po chwili zarówno  

obersturmbannfuhrer, jak i rozparta w fotelu Karolina z u miechem  

obserwowali Heimanna  arłocznie połykaj cego jedzenie. Szynka, kurczak,  

biała bułka - wszystko to uło one na białej serwetce, na brze ku biurka.  

  Heimann relacjonował z pełnymi ustami:  

  - Nic, tylko wspomnienia. Mnóstwo nazwisk, ale nieistotnych... Jacy   

przedwojenni redaktorzy, drukarze... Aha - przypomniał sobie - pracował  

jaki  czas w "Robotniku". Teraz nikogo z tych ludzi nie widział, mówi,  e  

chyba s  w Londynie, reszta gdzie  u sowietów. Wspaniałe to udko... Ani  

jednego aktualnego adresu, ani jednego nazwiska.  

  - Co  podejrzewa? - zaniepokoił si  Kliefhorn.  

  - Nic. Absolutnie nic. Jest dla mnie bardzo czuły, ojcowski. Poucza, co  

mam mówi  na  ledztwie, czego nie mówi ... Ale sam pary nie puszcza.  

  - Ju  pu cił - u miechn ł si  Kliefhorn.  

  Heimann spojrzał zdziwiony znad talerza.  

  - Chwyt z grypsem zaowocował. I to nadspodziewanie.  

  Heimann zerkn ł w stron  Karoliny i spytał:  

  - Była  tam?  

  - U jego córki. Popłakały my si  obie.  

  - Co on tam napisał? - zainteresował si  Heimann. - Nie chciał mi  

pokaza .  

  Kliefhorn si gn ł do biurka, wyj ł arkusz papieru z zapisanym na maszynie  

krótkim tekstem.  

  - To, oczywi cie, odpis. Niech pan słucha, panie Heimann. "Kochani, nie  

martwcie si  o mnie, czuj  si  zdrowy. To jakie  nieporozumienie i mo e  

mnie w ogóle wypuszcz . O was si  tylko martwi , niech Basia koniecznie  

odda buty do szewca, nie ma w czym chodzi . I wstawcie t  szyb , bo si   

poprzezi biacie. Bardzo za wami t skni ". I tak dalej, i tak dalej.  

  - Nie miała w tpliwo ci?  

  - Najmniejszych. Natychmiast poznała pismo ojca - po piesznie  

background image

odpowiedziała Karolina.  

  - I ju  nie spu cili my córeczki z oka - uzupełnił Kliefhorn. -  

Rzeczywi cie, była u szewca, tyle  e bez butów. I u szklarza, tyle  e bez  

szyby.  

  Heimann sko czył je , odsun ł talerz, si gn ł po papierosa.  

  - Co si  okazało? - dopytywał.  

  - Co si  raczej oka e - sprostował obersturmbannf~uhrer. -  

  Ci ludzie kroku ju  bez nas nie robi . A  e stawiaj  sporo tych kroków,  

wi c liczba klientów ro nie, ro nie. Karolina pracuje wspaniale!  

  - Czy... długo to jeszcze potrwa?  

  - To słu ba dla Rzeszy, Heimann. Musi pan to znie  m nie. Mog  co  

najwy ej bra  pana cz ciej na przesłuchanie - roze miał si . - I zmienia   

menu, je li nie lubi pan drobiu.  

  Heimann nie zareagował na ten dowcip, wyra nie nad czym  si   

zastanawiaj c. Nagle uderzył si  dłoni  w czoło. Zawołał podniecony:  

  - Mam!  

  Kliefhorn z Karolin  spojrzeli na niego zdziwieni.  

  - Wiem, gdzie widziałem tego człowieka - stwierdził Heimann.  

  - Jakiego?  

  - Tego z celi. To jeden z jego ludzi.  

  - Czyich?  

  - Niwi skiego. Oczywi cie! Wtedy był w mundurze, w hełmie, nie mogłem  

pozna ...  

  - On informował si  o pana. Dlatego tu jest.  

  Si gn ł po telefon, wykr cił numer, długo nikt si  nie zgłaszał, wi c  

Kliefhorn, przysłoniwszy dłoni  słuchawk , wyja nił:  

  - Jego spraw  prowadzi Schroeder... Halo, dlaczego nikt si  nie zgłasza?  

Tu Kliefhorn. Nie ma sturmf~uhrera Schroedera? Dobrze, niech si   

natychmiast do mnie zgłosi. - Odło ył słuchawk .  

  - On pytał o mnie?! - Heimann był mocno zaintrygowany.  

  - Nie znam szczegółów. Schroeder wszystko wyja ni. Wiem,  e kontakt z nim  

miał Michanek, ale Michanka wła nie zastrzelili bandyci.  

  - Michanka?  

  - Schroeder dowcipnie zauwa ył,  e zgin ł o tyle na posterunku,  e go  

zabito przy wyj ciu z kasyna gry. A teraz do rzeczy, Heimann.  

  Kliefhorn wyci gn ł dło  w stron  Karoliny, która wyj ła z torebki mały  

rulonik papieru zwini ty w tr bk .  

  - Ten gryps otrzyma pan dzisiaj od tego samego stra nika. To gryps od  

Karoliny.  

  Heimann chciał rozsupła  zwitek, ale Kliefhorn powstrzymał go.  

  - Po co? Jest pisany takim maczkiem,  e naturalniej b dzie wygl dało,  

je li naprawd  sylabizowa  b dzie pan w celi.  

  - Jest tam dopisek od jego córki - wtr ciła Karolina. - Jej własn  r k .  

Daj mu przeczyta ,  eby nie miał w tpliwo ci.  

  - Nawiasem mówi c, ten szewc ma swój warsztat dokładnie w tej samej  

bramie, w której Widymski tak cz sto gin ł z oczu naszemu wywiadowcy -  

zauwa ył Kliefhorn. - Wszystko brali my pod uwag  - fotoplastykon,  

introligatorni , lokatorów, a to tymczasem szewc...  

  - Fotoplastykon? Ja znam ten dom.  

  Po raz drugi podczas tej rozmowy Heimann doznał gwałtownego ol nienia.  

  - Oczywi cie! Drukarnia!  

  - Jaka drukarnia?  

  - Drukarnia pochłania tyle pr du.  

  - Jakiego pr du? O czym pan mówi?  

  Ubrany po cywilnemu oficer  ledczy, Schroeder, przesłuchiwał Kurasia.  

  - Panie Kura , znam pana z opisu na tyle, aby nie w tpi  w pa ski  

rozs dek. Dogadamy si  pr dko. Ci y na panu zarzut dokonania zabójstwa  

funkcjonariusza tajnej policji, Emila Michanka.  

background image

  - Usłyszawszy to, Kura  a  poderwał si  z krzesła.  

  - To on nie  yje?!  

  - Osobi cie nie wierz , aby pan mógł to zrobi .  

  - A kto by uwierzył! - Kura  odetchn ł z ulg .  

  - Co innego jednak moje prywatne przekonanie - ci gn ł Schroeder - a co  

innego oficjalnie postawiony zarzut. Je eli nie oka e pan do  dobrej woli  

w innych kwestiach, zarzut ten b dzie funkcjonował i na jego mocy zostanie  

pan rozstrzelany.  

  - O co naprawd  chodzi? - spokojnie spytał Kura .  

  - Panu przez omyłk  wywieziono gdzie  córk ?  

  - Tak - odpowiedział Kura .  

  - Wiem,  e zrobił pan wiele dla jej odzyskania.  

  - Mało zrobiłem.  

  - Podzielam ten pogl d. Mógł pan zrobi  znacznie wi cej. Mógł pan przyj   

do nas otwarcie, bez łapówek, bez szukania małych protektorów. Pan nie ufał  

spr ysto ci naszego aparatu. Rozwi zywali my ju  nie takie zagadki. Mógł  

wi c pan przyj , poprosi ...  

  - No, wi c przychodz  - o wiadczył Kura , wci  jeszcze spokojny. - Teraz  

przychodz .  

  - Teraz pana przyprowadzono - sprostował Schroeder. - To jest ró nica.  

  - Znaczy, teraz to ju  niemo liwe?  

  - Mo liwe u nas jest wszystko. Chciał si  pan, na przykład, zobaczy  z  

Johannem Heimannem i prosz , jak na zawołanie. Zobaczy go pan.  

  - Kogo?  

  - Przecie  pytał pan o niego.  

  - Ja?  

  - Nie? - sztuczne zdziwienie Niemca było a  nadto wyra ne. - Wobec tego w  

jakich okoliczno ciach zabił pan Emila Michanka?  

  Kura  spojrzał spode łba. Cała nadzieja, jakiej nabrał na pocz tku  

rozmowy, znikła.  

  - Panu chodzi o córk ?  

  Tym razem Kura  nie odpowiedział.  

  - Był pan ju  blisko przyj cia narodowo ci niemieckiej. Bez w tpienia  

pomogłoby to w odzyskaniu dziecka. To du a dziewczynka?  

  - Dziesi  lat.  

  - Dziesi  lat. Wszystko z niej jeszcze mo e wyrosn . W tym wieku łatwo  

przyswaja si  j zyk, obyczaje. Los dokonał za pana wyboru z przyj ciem tej  

narodowo ci. Co porabia pan Niwi ski?  

  - Kto taki?  

  - Niwi ski. Władysław. Te  go pan nie zna? Nie. W ten sposób nigdy si   

nie dogadamy.  

  - Niwi ski, Niwi ski?... - zacz ł co  sobie przypomina  Kura . - Zaraz...  

Miałem takiego dowódc  na wojnie. Podchor y chyba.  

  - Czy aby tylko na wojnie?  

  - Jak Boga najszczerzej kocham,  e na wojnie.  

  Schroeder zrezygnował nagle z tej spokojnej, pełnej sarkazmów rozmowy i  

w ciekle wyr n ł pi ci  w stół.  

  - Durniu! Bydl  jedno! Za kogo mnie masz?! Czy nie wiem,  e to na jego  

zlecenie dowiadujesz si  o Heimanna?! Jego adres! Szybko!  

  - Nie wiem. Nie widziałem go od tamtego czasu. Ja jestem handlowego  

wyznania, nie patriotycznego, to pan chyba wie.  

  - Jak  funkcj  pełni w organizacji?  

  - Nie widziałem człowieka, zaraz... ile to b dzie? Czterdziesty,  

czterdziesty pierwszy - obliczał na palcach.  

  - Dosy ! Mieli my go ju  w Krakowie w r kach. Pytam po raz ostatni, kim  

on jest, je eli zaryzykowano a  zbrojne jego odbicie?  

  - Ja wiem? Mo e to Władysław Sikorski, je eli a  odbicie, mówi pan.  

  Otrzymał tak niespodziewane i gwałtowne uderzenie w twarz,  e spadł z  

background image

krzesła. Podnosz c si  z ziemi, wycierał krew z nosa. Kiedy znów usiadł,  

Schroeder stał si  ugrzeczniony, gładki, jakby przed chwil  cz stowali si   

cygarami.  

  - Z całego serca chciałbym pomóc panu w odnalezieniu córeczki. Wi zy krwi  

zawsze s  mocniejsze od kole e stwa czy nawet przyja ni. Podziela pan mój  

pogl d?  

  Kura  patrzył wyczekuj co w oczy Schroedera, na pytanie nie odpowiedział.  

  - Z tego wzgl du my l  - ci gn ł Schroeder -  e poda nam pan adres  

Niwi skiego i wszystkich jego znajomych, a my znajdziemy panu córk . Niech  

pan pomy li o wi zach krwi. Panu na niej zale y, nam na nim.  

  - A, to pan jest krewnym Niwi skiego? Nie wiedziałem. Trzeba było tak od  

razu powiedzie ...  

  Schroeder zagryzł wargi, ale tym razem opanował si . Wstał zza stołu,  

podszedł do drzwi obitych blach  i wzmocnionych dwoma pot nymi sztabami.  

Uchylił je.  

  W pokoju, do którego prowadziły te drzwi, stało dwóch drabów obna onych  

do pasa, w ceratowych fartuchach. Z sufitu zwisały jakie  dziwne przyrz dy.  

Oprawcy zasłaniali sob  fotel, przy którym le ały c gi i inne narz dzia  

tortur.  

  Schroeder popchn ł wi nia w tamtym kierunku. Ju  w drzwiach Kura   

odwrócił głow .  

  - Wpierw zobacz  dziecko w domu! - krzykn ł.  

  - Raus! - histerycznie wr cz wrzasn ł Schroeder.  

  Pchn ł go do izby i z trzaskiem zamkn ł opancerzone drzwi.  

  Przed uliczn  szczekaczk  zgromadziły si  tłumy ludzi. Mecenas  

Kozakiewicz stał wraz z innymi oczekuj c komunikatu. Wreszcie odezwał si   

głos spikera:  

  - Dzi  we wczesnych godzinach porannych nad Gibraltarem zgin ł w  

katastrofie lotniczej szef polskiego rz du emigracyjnego w Londynie,  

generał Władysław Sikorski. Katastrofy tej  adn  miar  uzna  nie sposób za  

przypadkow . Władysław Sikorski padł ofiar  intryg aliancko-sowieckich.  

Jest to jeszcze jeden dowód...  

  Kozakiewicz nie słuchał ju  dalej. Zacz li nadbiega  inni, zaintrygowani  

przechodnie, którzy nie słyszeli komunikatu. Kto  złapał Kozakiewicza za  

r kaw.  

  - Panie, to chyba niemo liwe, co? - pytał.  

  - Jezus Maria, Jezus Maria! Je eli to prawda, co mówi  Niemcy... -  

lamentowała jaka  kobieta, łapi c si  za głow .  

  - Czy to prawda,  e to zamach? - dopytywał kto  inny.  

  - Bzdury - odpowiedział Kozakiewicz i odszedł.  

  Warszawiacy długo jeszcze komentowali wydarzenie. Zaczepiali  

nieznajomych, pytali o szczegóły tych, którzy stali bli ej gło nika.  

  Kozakiewicz powrócił do swego warsztatu. Od dłu szego ju  czasu -  

cz ciowo dla zachowania pozorów, po cz ci za  i dla zarobku - prowadził  

niewielki zakład szklarski. Do warsztatu wszedł klient, najwidoczniej  

znajomy mecenasa, bo ten bez słowa wr czył mu  wie o oprawiony  wi ty  

obrazek.  

  - Niestety, nie napisałem tego artykułu - odezwał si  po chwili  

Kozakiewicz.  

  - Jak to? Wi c go tu nie ma? - klient potrz sn ł obrazkiem.  

  - Jest. Ale inny. Dzi  byłem  wiadkiem, jak ludzie przyj li wiadomo  o  

Sikorskim. Niemcy wykorzystali to natychmiast, aby sia  zam t, podrywa   

zaufanie do naszych sojuszników.  

  - Nikt im chyba nie wierzy.  

  - Ludzie s  przygn bieni - tłumaczył mecenas. - Spotyka ich cios za  

ciosem. My musimy wyja ni , jaki był nasz stosunek do Sikorskiego. To m   

stanu wielkiego formatu. Realista. Pierwszy doprowadził do unormowania  

stosunków ze Zwi zkiem Radzieckim.  

background image

  Na mie cie wisz  ju  nekrologi. Podpisane: Naród - wtr cił klient.  

  - Wła nie podpisujemy si  pod tym nekrologiem - wskazał obrazek. -  

Zawin ?  

  Wzi ł pierwsz  z brzegu gazet  i byle jak opakował obrazek. Klient  

wyszedł. Na ulicy natychmiast ruszył za nim m czyzna, który od dłu szego  

ju  czasu zaj ty był studiowaniem afisza.  

  Wkrótce ten sam obrazek znalazł si  u szewca, którego warsztat mie cił  

si  w  ródmie ciu, w podwórku kamienicy o przelotowych bramach. Szewc  

rozwin ł obrazek i kilkoma ruchami obc ek wyj ł gwo dziki podtrzymuj ce  

ramki. Zza passe-partout wysun ły si  dwie zapisane kartki.  

  - Co mówił?. Nie przenosimy si ? - spytał przybysza, wskazuj c głow  w  

stron  półek z butami.  

  - Na razie nie. Była znów wiadomo  od Lopeza. W ogóle nie pytaj  go o  

drukarni .  

  - Oni chyba nie orientuj  si , kogo maj  - stwierdził szewc.  

  - Tak wygl da. Magluj  go o jakie  bzdury.  

  Podczas tej rozmowy szewc przybijał na powrót wyj te z obrazka gwo dziki.  

  Z kolejnego przesłuchania Widymski wrócił posiniaczony. Padł na prycz , a  

Heimann, który jeszcze nie odegrał do ko ca swej roli, z trosk  pochylił  

si  nad nim i zacz ł przykłada  kompres.  

  - Pytali o mnie?  

  - Nie martw si  - uspokoił go Widymski.  

  - Masz do mnie  al?  

  - Człowieku, robiłe  swoje. A  e akurat u mnie nakryli ci  z tymi  

gazetkami? Pech. Ale robiłe  swoje i ja to rozumiem.  

  - Nawet sam ich przeczyta  nie zd yłem.  

  - Który to numer? - spytał nieoczekiwanie Widymski.  

  - Bo co?  

  - Nic... tak pytam.  

  Heimann wstał, przeszedł si  po celi i zacz ł mówi :  

  - Nie wypl cz  si  z tego... Wcale im o te gazetki nie chodzi.  

  Wiesz, o co mnie pytaj ?  

  - No?  

  - Czy znam kogo  z kierownictwa partii. Lopez.  

  - Lopez? - powtórzył Widymski.  

  - Jasne,  e to jaki  pseudonim. Ale sk d mog  wiedzie ? A nawet gdybym  

wiedział... Widocznie to kto , kto walczył w Hiszpanii.  

  - Widocznie... - przytakn ł zamy lony Widymski.  

  - Sk d sukinsyny znaj  pseudonim? Warto przestrzec tego towarzysza.  

  - Przecie  nic o nim nie wiesz.  

  - No, nie...  

  Widymski zastanawiał si  chwil , potem westchn ł i powiedział jakby do  

siebie:  

  - Czy im si  naprawd  zdaje,  e je li chwyc  jakiego  Lopeza czy  

kogokolwiek z kierownictwa, to powstrzymaj  morze, morze zło one z miliona  

takich Lopezów. Ich synów, wnuków, braci...  

  - To co? - Heimann wyczekuj co wpatrzył si  we współwi nia. - Uwa asz,  

e nie powinni my przestrzec?  

  - Nie trzeba. Nie Lopez tu si  liczy. Całego narodu nie zamkn . Ani nie  

rozstrzelaj .  

  Zazgrzytała zasuwa, stra nik postawił dwie blaszane miski z zup .  

Widymski wyci gn ł r k  i przysun ł misk  do siebie. Za stra nikiem ukazał  

si  gestapowiec.  

  - Nowaczyk!  

  - Dajcie chocia  zje  człowiekowi - interweniował Widymski.  

  - Na przesłuchanie! Ale ju ! - gestapowiec był nieprzejednany.  

  Widymski wetkn ł Heimannowi swoj  kromk  chleba.  

  - Zjedz chocia  po drodze.  

background image

  Koszula Kurasia przesi kni ta była krwi . Twarz miał obrz kł ,  

posiniaczon , oddychał z najwy szym wysiłkiem. Gestapowiec chwycił gar ci   

włosy Kurasia, zadarł mu głow  i odwrócił w stron  Schroedera. Ten stał  

przez chwil  w przej ciu do izby tortur, potem cofn ł si  do swego  

gabinetu. Gestapowiec zawlókł tam bezsilnego Kurasia i z trudem usadził na  

krze le.  

  - Gdzie dziecko? - spytał Kura .  

  - Słuchaj, Kura , nasze rozmowy zbli aj  si  do ko ca...  

  - Gdzie dziecko? - jak w transie powtarzał Kura .  

  - Aby  nie my lał,  e ci  zwodz  i chc  co  wytargowa , powiem otwarcie.  

lad po niej zagin ł. Wszystkie papiery zostały zniszczone. Gram ju  z tob   

w otwarte karty. Uratuj siebie. Nie masz ju  o co walczy , została ci tylko  

twoja własna głowa. Daj  ci oficerskie słowo honoru,  e wyjdziesz st d  

jeszcze dzisiaj. Z kup  forsy na dodatek. Adres Niwi skiego. Jego matki.  

Jego znajomych. Wierzysz mi?  

  - Po tym... co mi pan powiedział o dziecku...  

  - Kln  si  na pami  mojej matki,  e to prawda. I na to samo ci obiecuj ,  

e st d wyjdziesz. Wierzysz mi?  

  - Tak.  

  - Chcesz papierosa?  

  - Tak.  

  Schroeder skin ł głow , gestapowiec zapalił i wsadził papierosa w  

opuchni te wargi Kurasia. Ten zaci gn ł si  raz i drugi, zawirowało mu w  

głowie tak silnie,  e omal nie spadł z krzesła.  

  - B dziesz mówił?  

  - Tak - skin ł głow  Kura .  

  Schroeder czekał, a  Kura  ponownie zaci gnie si  dymem. Przez ten czas  

spokojnie strugał ołówek.  

  - To dobrze - zacz ł Kura  -  e to dziecko b dzie wychowane w niemieckiej  

rodzinie. Bardzo dobrze...  

  Schroeder uniósł głow , zmarszczył brwi, ale po namy le powiedział:  

  - No, wygadaj si .  

  - Jej obowi zkiem jest wyrosn  na zdrow  kobiet , urodzi  fur  dzieci.  

Nawet gdyby cie wygrali t  wojn , b dzie mo na p ka  ze  miechu...  

  Gestapowiec spojrzał uwa nie na Schroedera, czy ten nie ka e bi , ale  

oficer ruchem dłoni nakazał milczenie. Słuchał zaciekawiony.  

  - Bo kto u was b dzie rz dził? - ci gn ł z wysiłkiem Kura . - Sruli.  

Mosze? To b d  wła nie jej dzieci. Ale  wam zasram cał  nordyck  ras ...  

  Zacz ł si   mia . Wewn trzny chichot podrzucał całym jego ciałem,  

opuchni te wargi nawet nie były w stanie wykrzywi  si  w u miech. Kura   

wygl dał przera aj co. Przera aj co i gro nie.  

  Schroeder porwał si  zza stołu.  

  - I te  kln  si  na moj  babk  z domu... tfu... Schmidt,  e to jest  

prawda - doko czył Kura .  

  Schroeder zło ył teczk  z aktami i bez słowa wyszedł. Nagle w drzwiach  

odwrócił si  i rzucił gestapowcowi:  

  - Zrób z nim to, na co masz ochot . Ten sukinsyn zabił scharfuhrera  

Michanka. - Potem znów si  rozmy lił. - Albo nie... Zdejm mu koszul ,  

gacie. Wystarcz  mu papierowe.  

  Wyszedł. Gestapowiec wyci gn ł Kurasiowi koszul  ze spodni,  ci gn ł j   

przez głow . Guziki zatrzymały r kawy na przegubach, wi c gestapowiec  

szarpn ł. Kura  spokojnie dawał si  rozbiera . Znów zachichotał.  

  - To jest tak pi kne dziecko,  e ka dy na ni  poleci. Pomy l tylko: Srul  

Goebbels, Chaim Himmler...  

  Gestapowiec mocniej poci gn ł za r kaw i Kura  zwalił si  na podłog .  

Le c, nie przestawał si   mia .  

  Dla miło ników fotoplastykonu pan Konopko przygotował nowy program. Przed  

oczyma widzów przesuwały si  kolorowe widokówki z Sycylii zaopatrzone w  

background image

napisy: Etna, Palermo, Mesyna, Katania, port w Palermo, do którego zawija  

statek, ogród cytrusowy.  

  Cichutko grała puszczona przez wła ciciela fotoplastykonu płyta "Ta noc w  

Palermo". Piosenk   piewał Fogg.  

  Widzowie, nie odrywaj c oczu od obrazków, szeptem wygłaszali uwagi,  

zadawali pytania.  

  - Kto to jest, ten cały Badoglio?  

  - Co za ró nica? Grunt,  e kapitulacja.  

  - Teraz to ju  Adolf mo e si  w duce pocałowa .  

  Kto  zachichotał. Do ciemnej sali wkroczył pan Konopko.  

  - Ja bardzo prosz , bez polityki - upomniał.  

  Jednym z ogl daj cych był Niwi ski; siedział ze wzrokiem utkwionym w  

lornetk .  

  Nagle usłyszeli wystrzał, potem cał  seri . Ogl daj cy prze rocza z  

przera eniem zeskoczyli ze swych taborecików. Fogg nadal  piewał o Palermo.  

Jaki  pan w berecie wyjrzał przez oszklone drzwi do bramy i natychmiast si   

cofn ł.  

  - Rany boskie, to tutaj, na podwórku!  

  Strzelanina wzmogła si , słycha  było tupot podkutych butów. Niwi ski  

niespokojnie zakr cił si  po salce, zajrzał do kantorka, w którym płyta  

wolno obracała si  na gramofonie.  

  Zaaferowany pan Konopko zapomniał wył czy  aparat i w b bnie co chwila  

rozlegał si  stukot przesuwanych prze roczy.  

  Niwi ski uchylił drzwi. Przez ułamek sekundy dojrzał ukrytych za wyłomami  

bramy strzelaj cych  andarmów. W nast pnej chwili, pchni ty mocno w piersi,  

wtoczył si  do wn trza. Za nim wbiegł  andarm z automatem. To on pchn ł  

Niwi skiego. Rozejrzał si  po salce i wrzasn ł:  

  - Nie rusza  si ! Wszyscy na miejsca!  

  Widzowie posłusznie usiedli na taborecikach. Chc c nie chc c patrzyli na  

przesuwaj ce si  widokówki. Płyta dawno ju  si  sko czyła, ale poniewa   

nikt nie wył czył adapteru, obracała si  nadal, powtarzaj c ostatnie słowa  

refrenu.  andarm stał w drzwiach i obserwował ogl daj cych. Zaintrygowany  

nagł  cisz , wyjrzał na podwórko. W tym momencie rozległ si  gwałtowny  

pojedynczy wybuch, a potem znów zapadła cisza.  

   andarm wybiegł na podwórko. Widzowie natychmiast zsun li si  z  

taborecików, dopadli oszklonych drzwi. Brama obstawiona była g stym  

szpalerem  andarmów. Pomi dzy nich wkroczył id cy od strony podwórka oficer  

i gestami nakazywał komu  po piech.  

  Prowadzono grup  schwytanych ludzi. Aresztanci wlekli si  noga za nog , z  

r kami zało onymi na karkach. Otaczał ich konwój  andarmów. Popychali  

wi niów, bili kolbami w plecy. W ród schwytanych Niwi ski rozpoznał  

Kozakiewicza. Szedł obok człowieka, który tak niedawno szklił sobie  

obrazek, Tu  za nimi szewc i jeszcze jaki  m czyzna. Przeszli.  

   andarm, który obserwował ten pochód, przypomniał sobie zapewne o  

fotoplastykonie i skierował si  w stron  wej cia. Widzowie rzucili si  do  

swoich taboretów. Niwi ski, który pierwszy odskoczył od drzwi, okr ył  

b ben i pod zwisaj c  do samej ziemi pluszow  kotar  wczołgał si  do  

rodka. Stał, a wokół niego obracała si  ta ma z powtykanymi w ni  małymi  

prze roczami w ramkach. Ostro nie, by nie potr ci  mechanizmu, wyj ł  

pistolet i ukrył go pod stela em, na którym mie ciło si  całe urz dzenie.  

Słycha  było podniesione głosy, kto   dał okazania dokumentów. Płyta z  

ko cowym refrenem wci  obracała si  w kółko. Przed oczami Niwi skiego  

przesuwały si  małe, kolorowe, pod wietlone obrazki z Sycylii. Po chwili  

usłyszał wyra nie fragment rozmowy:  

  - Kto jest wła cicielem?  

  - Ja, prosz  pana.  

  - Gra  dalej. Gra . Nic nie było. Gra ...  

  Głosy jakby oddalały si . Wreszcie trzasn ły drzwi i zapadła cisza.  

background image

  Niwi ski przez chwil  jeszcze nasłuchiwał. Potem schylił si , wyci gn ł  

pistolet, schował go do kieszeni i wyczołgał si  spod pluszowej kotarki.  

  Konopko, cały rozdygotany, ze zdumieniem spogl dał pod nogi, na  

wychodz cego spod b bna człowieka.  

  - Pan... przepraszam? - wyj kał.  

  - Pomyliłem wyj cie - Niwi ski u miechn ł si  głupawo.  

  - Niech pan st d wyjdzie... - ponaglał wła ciciel. - Ja pana bardzo  

prosz . Ju  mo na...  

  Do fotoplastykonu tłoczyli si  nowi go cie zaintrygowani strzelanin .  

  - Co tam si  działo? - dopytywał jeden z widzów.  

  - Wiecie, panowie - informował inny -  e to szewca zabrali?  

  - Szewca?  

  - Obława na tak  skal  na szewca? Ja ju  nic nie rozumiem.  

  - Kiepsko z nimi, jak ju  szewca si  boj .  

  Konopko zdenerwowany, przera ony t  bezceremonialn  wymian  zda ,  

wypraszał wszystkich z fotoplastykonu.  

  - Nie tutaj, nie tutaj, panowie! - powtarzał, wypychaj c wszystkich do  

wyj cia.  

  Urszula Kurasiowa pokwitowała wła nie listonoszowi odbiór paczki. Paczka  

była niewielka, obwi zana sznurkiem, zaopatrzona lakowymi piecz ciami.  

Kiedy listonosz wyszedł, Urszula bez wi kszego zainteresowania patrzyła na  

le c  na stole przesyłk . Nagle dostrzegła piecz tk , przekrzywiła głow  i  

zacz ła czyta .  

  - Panie Bugalski! - zawołała. - No yczki! Szybko! To z wi zienia.  

  Podbiegł Bugalski i Urszula trz s cymi si  r kami zacz ła rozcina   

sznurek, drze  papier, szamota  si  z pudełkiem. Zdziwiona wyci gn ła  

koszul  i kalesony. Patrzyła przez chwil  w milczeniu, nagle zbladła i  

oparła si  o szafk .  

  - Jezus Maria, to jego koszula! - wykrztusiła.  

  Bugalski wzi ł do r k koszul , rozło ył j . Cała poznaczona była  

czerwonymi pr gami, podarta. Kalesony we krwi.  

  - Szefowa! Co z pani ? - zaniepokoił si  kierowca.  

  Wydawało si ,  e Urszula za chwil  upadnie. Zadzwonił telefon, Bugalski  

odebrał go.  

  - To do pani - powiedział.  

  Urszula z wysiłkiem podniosła słuchawk , usłyszała jaki  m ski głos:  

  - Pani Kura ?  

  - Kto mówi?  

  - Dostała pani ju  paczk ?  

  - Kto mówi? Halo! Kto mówi?  

  - A mo e pani zna adres Władysława Niwi skiego, bo m  tu u nas  

zapomniał.  

  - Czego pan chce? Kto to mówi?  

  - Tu bielizna cz sto si  brudzi. Ale pani ma pralni , wi c to dla pani  

głupstwo. B dziemy przysyłali bielizn , dopóki m  nie przypomni sobie tego  

adresu.  

  Słuchawka wypadła Urszuli z r k i zawisła wzdłu   ciany, do której  

przytwierdzony był aparat.  

  Bugalski machinalnie uprz tał z lady pudełko, sznurki, starannie zło ył  

koszul . Urszula wyrwała mu j  i zacz ła na powrót rozkłada . Palcami  

wodziła po plamach.  

  - Po nerkach go bili... Tu chyba nerki s , co?  

  - Pani nie patrzy - wyj ł z jej r k koszul .  

  Urszula jakby nieobecna, zatopiona we własnych my lach, długo stała przy  

oknie. Wreszcie odwróciła si  i krokiem lunatyczki wróciła za lad , na  

której le ała zakrwawiona bielizna. Bugalski zaniepokojony jej wygl dem  

zapytał:  

  - Co si  stało, szefowa?  

background image

  Urszula nie odpowiadała, wci  pogr ona w my lach. Kierowca podszedł do  

telefonu i zawiesił słuchawk  na widełkach.  

  - Jaki jest wła ciwie adres Władka Niwi skiego? - zapytała  

nieoczekiwanie.  

  - Adres Niwi skiego - bezmy lnie powtórzył pytanie.  

  - Trafi  trafi , ale numeru nie pami tam... - wyja niła.  

  Bugalski wzruszył ramionami i spod oka obserwował Urszul . Dopiero po  

chwili spytał:  

  - Po co pani ten adres?  

  - Nie mnie. Nie mnie... Ju  sama nie wiem, co mówi ...  

  Na słupach ogłoszeniowych znowu rozlepiono czerwone plakaty: "W zwi zku z  

dokonanym zamachem na  ycie funkcjonariusza niemieckich sił porz dkowych, w  

dniu wczorajszym rozkazałem rozstrzela  37 zakładników a mianowicie..."  

  Urszula, stoj ca w tłumie, przebiegła wzrokiem list  nazwisk. Jedno po  

drugim. Koper, Kujawski, Krzemie ... Ju  sko czyła si  litera "K" i Urszula  

odetchn ła z ulg . Ale przy ostatnim nazwisku nast powała uwaga: "A oto  

lista zakładników przewidzianych do ułaskawienia, o ile nie zdarz  si   

napady na Niemców lub obywateli pa stw sprzymierzonych z Rzesz   

Niemieck ..."  

  I na tej drugiej li cie był... "Kura  Leon, przedsi biorca, lat 31.  

Kozakiewicz Stanisław, prawnik". Tyle tylko dojrzała. Odwróciła głow ,  

roztr ciła zgromadzonych przy słupie ludzi i jak manekin ruszyła przed  

siebie.  

  Niwi skiego zaskoczyła nieoczekiwana wizyta Bugalskiego, lecz jeszcze  

bardziej to, co przed chwil  od niego usłyszał.  

  - Jak to, niech znika? - powtórzył dopiero co usłyszane słowa.  

  - Nie wiem. Tak powiedziała. Le , mówi, do Władka, niech znika, bo dłu ej  

ju  tego nie wytrzymam.  

  - Czego, na Boga? - pytał Niwi ski.  

  - Dr cz  j  tymi paczkami. A Leon... widziałe  go na li cie?  

  - Widziałem... Widziałem i innych znajomych.  

  - Ja my l ... - Bugalski zawahał si .  

  - Co? Doko cz!  

  - My l ,  e brak im jest ciebie do tego towarzystwa.  

  - Ty co  wiesz? Co? - Niwi ski potrz sn ł kierowc .  

  - Nic nie wiem. Wiem tylko,  e baby nie s  z  elaza.  eby  ty widział t   

koszul  Leona... A taki był kozak, taki kozak.  

  - Dlaczego mówisz: był? Mo e jeszcze jest?  

  - Mo e...  

  Nazajutrz Niwi ski został wezwany do Mundka. Zastał tam starszego  

m czyzn , którego Mundek tytułował doktorem.  

  - To jest wła nie podporucznik Nowy, doktorze.  

  - Nie przesadzajmy, podchor y - poprawił Niwi ski.  

  - Nie, nie, Władziu, ja si  nie pomyliłem. Mog  ci ju  dzisiaj  

powiedzie ... Mo na, doktorze?  

  -  e co? - zainteresował si  Władek.  

  -  e w imi  poło onych zasług... - zacz ł Mundek, ale natychmiast  

porzucił ten oficjalny ton. - W dobrych czasach to taki awans oblewano  

szampanem. Z tym kiepsko, ale flaszeczka bimbru si  znajdzie. Mo na,  

doktorze?  

  - Jakie czasy, takie trunki - westchn ł doktor.  

  Mundek wyci gn ł z kredensu butelk .  

  - Za wasz awans - doktor wzniósł kieliszek. - Orientujecie si  zapewne,  

jakie straty przyniosła nam wsypa drukarni?  

  - Otarłem si  o t  wsyp . Mo na powiedzie , otarłem si  w bramie.  

  - Nasz wywiad ustalił ponad wszelk  w tpliwo  sprawców tej katastrofy.  

Niestety, prowokacja. Nowaczyk i niejaka Karolina. Wyrok jest ju   

zatwierdzony. Jutro - ona.  

background image

  - Ju  jutro? - zdziwił si  Niwi ski.  

  - O siedemnastej - u ci lił Mundek. - Wtedy jest w domu. Tu jest kartka z  

adresem. Kogo wyznaczysz? Czy Sekuła, twoim zdaniem, dorósł ju  do takiej  

akcji?  

  - Wolałbym nie.  

  - Nie Sekuła?  

  - Wolałbym,  eby nikt.  

  Mundek z doktorem wymienili spojrzenia.  

  - O co ci chodzi? - spytał Mundek, z niepokojem patrz c na przyjaciela.  

  Niwi ski usiadł za stołem, przez chwil  bawił si  obracaniem pustego  

kieliszka.  

  - Na li cie przewidzianych do ułaskawienia - powiedział wreszcie - jest  

mój... ty wiesz zreszt , Mundek, kto...  

  - Mój brat - przerwał mu ostro doktor.  

  - Jak to?  

  - On te  tam jest - powiedział doktor ju  spokojniej. - Pan wierzy w ich  

listy ułaskawie ? Wprowadzili zbiorow  odpowiedzialno . Czy to znaczy,  e  

mamy si  podda ? Da  si  zastraszy ? Na to przecie  oni licz .  

  - Wiem, ale...  

  - Władek! - krzykn ł Mundek.  

  - Chwileczk  - powstrzymał go doktor. - To wła nie nas ró ni od nich,  e  

my jeszcze kierujemy si  sumieniem. Dziwne słowo w pierwszej połowie  

dwudziestego wieku. Dziwne, ale wyró niaj ce nas od zwierz t. Zastrzelimy  

zwierz . Łatwiej?  

  - Potem za nie znów odpowie dziesi ciu ludzi - mówił jakby do siebie  

Niwi ski. - Potem znowu my dwóch, a oni dwudziestu. Bł dne koło.  

  - Mój brat odpowiedziałby panu: w obronie własnej. Pan go te  zna.  

  - To Kozakiewicz - cicho wtr cił Mundek.  

  - Ach, wi c pan jest...?  

  - Jestem stryjem Kasi.  

  W milczeniu, które po tym zapanowało, Mundek znów rozlał do kieliszków.  

  - Kto wie, któremu z nas trudniej rozprawia  o tym wyroku - przerwał  

cisz  doktor. - Ale, poruczniku, musimy do nich strzela . Musimy.  

  Pod murem, na ulicy stali cudacznie ubrani ludzie. Głowy przystrojono im  

w papierowe błaze skie czapki. Zamiast ubra , długie si gaj ce do pół  

łydki, równie  papierowe worki. Wygl dali w nich jak w sztywnych,  

szeleszcz cych i przydługich nocnych koszulach. Usta mieli zagipsowane.  

  Oczy skaza ców patrzyły w pi kne, bez jednej chmurki niebo. Ludzie w  

oknach s siednich domów  egnali si  znakiem krzy a.  

  Wzdłu  szeregu wolno przechadzał si  Schroeder. Tym razem był w mundurze.  

Lustrował twarze, które nie mogły wypowiedzie  ju  ani słowa. Stał tam, w  

tym szeregu, Kura , stał Widymski, Kozakiewicz, stał szewc i jeszcze  

kilkunastu innych.  

  W pewnej odległo ci od skaza ców pluton egzekucyjny dokonywał ostatnich  

przygotowa . Dowodził nim jaki  młody oficer. I on przechodził wzdłu   

swoich  ołnierzy, jak Schroeder wzdłu  linii skaza ców. Po chwili podszedł  

do niego Heimann i co  mu zacz ł tłumaczy . Oficer potakuj co skin ł głow .  

Heimann przemierzył odległo  dziel c   ołnierzy od skaza ców, zbli ył si   

do Schroedera. Schroeder, wysłuchawszy Heimanna, równie  wykonał gest  

wyra aj cy aprobat . Potem wolno zacz ł i  ku oficerowi, Heimann za   

wzdłu  szeregu skazanych. Widymski, który dotychczas nie patrzył na  

oprawców, nagle podniósł głow . Na widok Heimanna zdumienie i przera enie  

odmalowało si  w jego oczach. Heimann uciekł w bok spojrzeniem,  

przyspieszył kroku i zatrzymał si  dopiero przed Kurasiem.  

  W oknach domów było coraz wi cej głów.  

  Schroeder sko czył rozmawia  z oficerem i wolno podszedł do Kurasia.  

  - Powiesz? - spytał.  

  Kura  przytakn ł kiwni ciem głowy.  

background image

  Heimann jednym ruchem zerwał mu gips knebluj cy usta. Wtedy Kura   

krzykn ł:  

  - Niech  yje Polska!  

  Oficer dowodz cy plutonem co  wrzasn ł, Schroeder i Heimann odeszli na  

bok. Padła krótka komenda.  

  Kura  post pił krok do przodu i znalazł si  przed szeregiem skaza ców.  

Wydawało si ,  e jeszcze raz zawoła, ale w tej samej chwili padła pierwsza  

salwa.  

  Na podwórku zakładu kamieniarskiego, gdzie stały w nieładzie nie  

wyko czone jeszcze nagrobki, le ały płyty z piaskowca i  elazne krzy e.  

Stary kamieniarz drewnianym młotem uderzał w dłuto, wykuwaj c litery w  

kamieniu.  

  Skrzypn ła furtka i obok kamieniarza stan ł jego pomocnik.  

  - No i co? - spytał kamieniarz.  

  - Faktycznie, zgadza si  - odpowiedział chłopak. - Grabarz sam widział w  

nocy.  

  - I faktycznie ci z rozwałki?  

  - Mówi,  e w workach byli. Przywie li, powrzucali, darni  przykryli.  

  - Co im si  stało? - dziwił si  kamieniarz. - Zawsze do getta po rozwałce  

wywo  albo w las... I pal . Co im si  stało,  e tych na cmentarz? Grabarz  

wie, w którym miejscu?  

  - Pod samym murem...  

  Znów skrzypn ła furtka, zjawił si  klient. Kamieniarze przerwali rozmow .  

Klientem był ten sam szpicel, który kiedy  inwigilował Widymskiego.  

  - Dzie  dobry - uprzejmie zagadn ł przybyły.  

  - Szacunek - odpowiedział kamieniarz.  

  Klient przygl dał si  chwil  nagrobkom. Kamieniarz spojrzał na pomocnika,  

wygrzebał z kieszeni drobne.  

  - Skocz mi do budki po paczk  egipskich - polecił.  

  - A le  koło pana - rzeczowo odpowiedział pomocnik.  

  Przy nodze kamieniarza rzeczywi cie le ało pudełko papierosów.  

  - Skocz, mówi , do budki! - powtórzył ze zło ci  kamieniarz. - Słyszałe ?  

  Pomocnik wzruszył ramionami, wzi ł pieni dze i poszedł w kierunku furtki.  

Kiedy jego głowa znikn ła za parkanem, kamieniarz pytaj co spojrzał na  

klienta.  

  - Słyszałem dzi ,  e podobno tych z rozwałki... - zacz ł szpicel i głow   

wskazał na mur cmentarny.  

  - Podobno.  

  -  eby to rodziny chocia  wiedziały. Wrzucili ludzi jak do  mietnika...  

  Kamieniarz patrzył pytaj co, jeszcze nie wiedział, do czego przybysz  

zmierza.  

  - A pan nawet nie pyta, panie Walenciak, co z pa sk  siostr ?  

  - Przecie  od pół roku chodz  z tym do pana.  

  - Teraz mo e dałoby si  j  wyci gn . Od pana tylko zale y,  eby wróciła  

z O wi cimia.  

  - Ile? - spytał rzeczowo kamieniarz.  

  Szpicel pogrzebał w kieszeni, wyj ł kartk  i podał j  kamieniarzowi.  

  - Tu s  adresy rodzin tych, których tam... - znów wskazał głow  za mur. -  

Nawet telefony przy niektórych nazwiskach. O, widzi pan: Widymski. Tu ma  

pan Kozakiewicza, doktora. I w ogóle trzeba,  eby wiedzieli. Zajmij si  pan  

tym, panie Walenciak.  

  - A z siostr  co?  

  - Pytał pan, ile, to panu powiedziałem cen . Troch  si  pan po mie cie  

nalata, to wszystko. A trumny niech im pan poleci u pa skiego brata.  

Szybko, tanio. I brat przy okazji zarobi.  

  Kiedy wrócił pomocnik, przybysz zaabsorbowany był ogl daniem nagrobków.  

  - Mewy tylko były - o wiadczył pomocnik, oddaj c papierosy.  

  Kamieniarz podniósł si , zdj ł fartuch, otrzepał r ce o portki i zwrócił  

background image

si  do pomocnika:  

  - Wyko cz ten napis. Wdowa po południu przyjdzie. Niech trzysta złotych  

zostawi. Pokwituj.  

  - A pan?  

  - A mnie nie b dzie. Mam piln  spraw  na mie cie.  

  Szpicel przestał ogl da  nagrobki, uchylił kapelusza i odchodz c rzucił:  

  - Na razie nic mi tu nie odpowiada. Przepraszam.  

  Misternie obmy lana prowokacja i tym razem, niestety, zaowocowała. Do   

szybko do rodzin rozstrzelanych dotarła wiadomo  o miejscu pogrzebania  

ofiar. Niwi ski, którego oddział miał wła nie znów wyruszy  w lasy,  

wyst pił z inicjatyw , by na po egnanie z Warszaw  jego chłopcy oddali  

ostatni  przysług  pomordowanym towarzyszom. Zamierzali wydoby  ich ciała z  

bezimiennej, wspólnej mogiły i pochowa  raz jeszcze, z honorami, na które  

zasłu yli.  

  Tyle mógł uczyni  dla swego kaprala, z którym przed czterema laty  

rozpoczynał wojn . Z rozrzewnieniem wspominał teraz te pierwsze, wrze niowe  

dni trzydziestego dziewi tego roku. Pami tał, jak po jakim  nalocie zbierał  

rozproszony pluton. Długo nie mógł doszuka  si  kaprala, którego odnalazł  

wreszcie zagrzebanego w stogu siana i pogr onego w twardym  nie. "Rany  

boskie, kapralu - potrz sał wtedy w ciekły Kurasiem - my lałem,  e was  

zabili". A Kura  spojrzał na niego rozespany i spytał w ten sobie tylko  

wła ciwy, na poły naiwny, na poły  artobliwy sposób: "Mnie? A za co?"  

  ...Za co wi c w ko cu zgin łe , kapralu, który nigdy nie chciałe   

wojowa , a mo e tak ci si  tylko zdawało? Za co dopadła ci   mier , której  

nie mogłe  przekupi ? Za co gipsem zaklejono ci usta i za co ległe  potem  

na twardym chodniku, cho  tak bardzo lubiłe  wygody?  

  Tak my lał Niwi ski i tak pytał w imieniu przyjaciela, który na wszystkie  

te pytania ju  odpowiedział, kiedy mu tylko odgipsowano usta.  

  Ale o tym Niwi ski nie wiedział, bo go przy tym nie było, wi c maszeruj c  

teraz w kierunku cmentarza, wci  my lał o bezsensownej  mierci kaprala.  

Lecz bezsensownych  mierci nie było w tej wojnie...  

  Oddział z Mariuszem i Niwi skim, nie zakłócaj c nocnej ciszy, posuwał si   

g siego pomi dzy grobami. Mariusz przepu cił oddział i zrównał si  z  

grabarzem.  

  - Groby na pewno wykopane? - spytał szeptem.  

  - Wszystkie.  

  - Je eli zd ymy, zasypiemy, je eli nie...  

  - Do rana daleko - uspokoił go grabarz. - Da rad . Tu w lewo, panowie, w  

lewo.  

  Zeszli z alejki. Mało tu ju  było grobów, potem i one si  sko czyły.  

Ziemia była mi kka, jakby  wie o spulchniona. Niedaleko czerniał cmentarny  

mur. Oddział zatrzymał si . Chłopcy zdj li deszczowce i wyj li ukryte pod  

nimi automaty. Pod drzewami dojrzeli stert  le cych łopat. Dwóch ju  nawet  

po nie si gn ło, gdy cisz  nocn  rozdarł nieoczekiwany głos. Kto  mówił  

przez tub  ze wzmacniaczem.  

  - Sta ! Jeste cie okr eni. Rzu cie bro  i pojedynczo, z r kami nad głow   

podchod cie do furtki.  

  Chłopcy skierowali wzrok na Niwi skiego. Zaskoczenie było ogromne.  

Grabarz natychmiast padł na ziemi  i podczołgał si  ku najbli szym krzakom.  

  - Licz  do trzech! - grzmiał głos w ciemno ciach. - Powtarzam:  

pojedynczo, z r kami nad głow  do furtki. Raz...  

  Niwi ski w milczeniu dał znak, aby oddział odskoczył i szukał schronienia  

mi dzy grobami.  

  - Dwa...  

  Niektórzy nie zd yli nawet zabra  swoich płaszczy.  

  - Trzy!  

  W tym momencie o lepiaj cy snop  wiatła przedarł si  od strony muru i  

padł na polank  ze zbiorowym grobem. Tam le ały ju  tylko porzucone łopaty  

background image

i dwa czy trzy płaszcze.  

  - Powtarzam po raz ostatni...  

  Ale głos z megafonu nie doko czył. Przerwał mu inny - głos Niwi skiego:  

  - Johann Heimann! Poznaj  ci . Długo mnie szukałe . Chod , czekam na  

ciebie.  

  Niwi ski skin ł r k . Chłopcy oddali pierwsz  dług  seri  w stron  muru i  

wycofali si  w gł b cmentarza. Tylko Niwi ski został ukryty za drzewem.  

Zobaczył to Mariusz i machn ł do niego r k . Niwi ski dał mu znak, aby  

uciekał, sam za  przeskoczył do nast pnego drzewa, bli ej muru.  

  Niemcy strzelali ju  ze wszystkich stron. Tam, dok d poszli chłopcy,  

rozpocz ła si  walka. Niwi ski rozejrzał si : istotnie byli otoczeni.  

Błyski pocisków ukazywały si  we wszystkich stronach cmentarza.  

  Nagle zrobiło si  jasno. Niemcy u yli miotaczy ognia. Pierwsze drewniane  

krzy e i drzewa wystrzeliły ognistym płomieniem. W tym o wietleniu Niwi ski  

dojrzał grupk  gestapowców, a w ród nich Heimanna z tub  w dłoni.  

  - Heimann! - krzykn ł raz jeszcze Niwi ski.  

  Jednocze nie rzucił daleko w bok przed siebie blaszan  puszk , na któr   

przed chwil  nadepn ł. Niemcy zacz li strzela  tam, gdzie puszka uderzyła o  

kamienny nagrobek, i ruszyli w tamtym kierunku.  

  W gł bi cmentarza - straszliwa strzelanina. Płomie  obj ł nowe krzy e i  

drzewa. Heimann, opuszczony przez swoich, nerwowo kr cił si  przy murze.  

Niwi ski podczołgał si  do wysokiego, murowanego grobowca. Teraz miał ju   

Johanna jak na dłoni. Raz jeszcze zawołał:  

  - Heimann!  

  Ten odwrócił si  i w tej samej chwili padł trafiony.  

  Niwi ski przeskoczył do nast pnego grobu; z drugiej strony cmentarza  

dobiegały go krzyki, nawoływania, strzały. Biegn c potkn ł si  o trupy  

dwóch zabitych  andarmów.  

  Reflektor bł dził pomi dzy drzewami, jakby nie do  było o wietlenia  

płomieni. W ich  wietle Niwi ski zauwa ył,  e kto  strzelał z wn trza  

wie o wykopanej mogiły. Po chwili automat strzelaj cego umilkł. Niwi ski  

cofn ł si  do zabitego Niemca, zabrał mu bro  i podrzucił człowiekowi  

ukrytemu w dole. To był Mariusz, który ju  za moment oddał now  seri  i  

zacz ł wyczołgiwa  si  z dołu. Chwil  pełzli razem. Przed sob  zobaczyli  

pust  alejk , trzeba j  było przesadzi . Tylko przeskoczy ... Niwi ski  

zrobił to pierwszy. Po chwili Mariusz, zgi ty wpół, przesadził dró k . Ju   

był przy Niwi skim, który - wida  zm czony - przykl kn ł przy grobowcu z  

piaskowca.  

  Mariusz zacz ł go pop dza , popycha . I wtedy Niwi ski zwalił si  twarz   

na płask  płyt  grobowca. Mariusz chwycił go za przegub dłoni.  

  - Nowy... Towarzyszu... - szeptał.  

  R ka Niwi skiego martwo spoczywała w jego dłoni. Mariusz rozejrzał si .  

Strzały rozlegały si  ju  bardzo daleko... Znów zacz ł si  czołga . Raz  

jeszcze odwrócił si . Ciało Niwi skiego le ało pod krzy em grobowca, jakby  

utrudzone po strasznym wysiłku.  

   

  Do sali szpitalnej, w której le ała Marta, weszła pani Zofia Niwi ska.  

Miała na sobie biały, lekarski fartuch. Marta, zm czona, blada, u miechn ła  

si  do niej z wysiłkiem.  

  - A Władek? - spytała.  

  Pani Zofia podeszła do niej i zacz ła czule głaska  po włosach.  

  - Nie wpu cili go, tak? Trzeba poprosi  doktora Przybylca...  

  Pani Zofia wci  gładziła jej włosy.  

  - Jak go nazwiemy, Martusiu?  

  - A Władek? Jak Władek by chciał?  

  - Nie. To my obie musimy zdecydowa , dziecko. My obie...  

  Pierwsze podejrzenie zm ciło blady u miech Marty.  

  - Gdzie Władek?!  

background image

  Niwi ska odeszła od łó ka. Marta chciała j  przytrzyma , chwyciła  

kurczowo fartuch. Odsłoniła si  czarna suknia i czarne po czochy.  

  - Nie! Nie! Dlaczego pani znów jest w tej sukni? Nie! Nie! Mamo,  

dlaczego...  

  Do pokoju weszła piel gniarka z maseczk  na twarzy. Niosła dziecko  

okutane w biały kocyk.  

  - Karmienie, Martusiu!  

  Pani Niwi ska wyci gn ła r ce po małego. Piel gniarka zaprzeczyła ruchem  

głowy, wskazuj c na swoj  maseczk . Uniosła w gór  chłopca. Rozbeczał si   

gło no.  

  - Zupełny Władek - powiedziała cicho Niwi ska - Taki sam, taki sam...