background image

 

Jo Morrison 

 

Miłość na wszystkie pory roku 

 

background image

PROLOG  

 
Czuł jej zbliżanie się równie wyraźnie, jak zapach ziemi przed 

pierwszym  deszczem  po  letnich  upałach.  Lecz  w  tym  roku, 
podobnie  jak  pierwszy  deszcz,  przychodziła  za  późno.  Jego 
uczucia obumarły, tak jak łany zbóż w czasie upałów. 

Teraz była już jesień. Pora, aby podłożyć na ściernisku ogień i 

zaorać  spieczoną  ziemię,  żeby  zebrała  siły  przed  następną 
wiosną. 

Tanner,  oparty  o  ciągnik,  przemierzał  wzrokiem  horyzont. 

Czekał  na  moment,  w  którym  dostrzeże  maleńką  figurkę 
maszerującej  ku  niemu  przez  bezkresne  pola  Jodi.  Nie  miał 
pojęcia,  co  jej  właściwie  powie.  Wiedział  tylko,  że  jeżeli  chce 
mieć jeszcze kiedyś w sercu miejsce na nową miłość, to będzie 
musiał teraz spopielić starą jak jesienne ściernisko. 

Kiedy ją wreszcie ujrzał, była zrazu tylko maleńką plamką na 

horyzoncie, nabierającą znajomego kształtu w miarę, jak zbliżała 
się  do  niego.  Kiedy  już  ją  było  wyraźnie  widać,  wyglądała  ze 
swoimi błękitnymi oczami i burzą złotych włosów dokładnie tak 
samo  jak  w  snach,  które  śnił  przez  długie  miesiące  jej 
nieobecności. 

Szła  ku  niemu  miarowym,  równym  krokiem,  którym 

przemierzyła już dwa kontynenty. Nie miała ze sobą nic oprócz 
niewielkiego  czerwonego  plecaka,  wypłowiałego  od  słońca  i 
deszczu.  Stanęła  tuż  przed  nim,  w  zasięgu  ręki.  Nie  ruszył  się. 
Wiedział, że Jodi nie dotknie go pierwsza, nigdy tego nie robiła. 

– Spóźniłaś się. 
– Lepiej późno niż wcale – odparła. 
– Nie sądzę. 
– Och, nie chcesz się chyba kłócić. 

background image

– Nie chcę, ale muszę ci coś powiedzieć.  – Mówił powoli, z 

trudem, tak jakby każde słowo dobywał z samego dna serca. Nie 
mógł patrzeć jej spokojnie w oczy. Odwrócił głowę i spojrzał na 
rozległe pola. 

– Czekałem. Przez całe długie lato. A ty nie przyszłaś. 
Nie  zadzwoniłaś.  Nawet  nie  napisałaś  paru  słów.  Nie  dałaś 

znaku życia. 

– Przepraszam – szepnęła. 
Kompletnie  zapomniał  o  tym,  że  obiecał  sobie  zachować 

zimną  krew.  Obrócił  gwałtownie  głowę.  W  twarzy  miał  tyle 
gniewu, że Jodi cofnęła się odruchowo. 

–  Przepraszam?!  Tylko  tyle  masz  mi  do  powiedzenia? 

Przepraszam!  Zamartwiam  się  o  ciebie  miesiącami,  nie  wiem, 
czy  jeszcze  w  ogóle  żyjesz,  a  wszystko,  co  masz  mi  do 
powiedzenia, to przepraszam? 

Jak  skarcone  dziecko  spuściła  głowę  i  zaczęła  bezradnie 

wykręcać palce. Ledwo słyszalnym głosem powtórzyła: 

– Przepraszam. 
Tanner  dygotał  ze  złości.  Założył  ręce  na  piersi,  starając  się 

opanować.  Nie  wiedział,  co  by  zrobił,  gdyby  jej  teraz  dotknął. 
Równie  dobrze  mógłby  ją  przygarnąć  do  piersi  i  obsypać 
pocałunkami albo udusić. Albo jedno i drugie. 

Jodi  otworzyła  usta,  żeby  coś  powiedzieć,  ale  tylko 

westchnęła. Wreszcie wyszeptała: 

– Parę razy już miałam słuchawkę w dłoni, ale – zawahała się 

– po prostu nie wiedziałam, co ci mam powiedzieć. 

–  Nie  wiedziałaś?  Może  trzeba  było  powiedzieć  po  prostu 

„Cześć, Tanner, jestem w drodze do domu" albo „Cześć, Tanner. 
Żyję. W tym roku będę trochę później". Czy to naprawdę takie 
trudne? 

Nie zaskoczyło go, kiedy zrobiła pierwszy krok. Jodi zawsze 

background image

czuła się lepiej w ruchu. 

– Nie chciałam się z tobą spierać przez telefon, a wiesz sam, 

że nie umiem pisać listów. Próbowałam, ale – nie była w stanie 
dokończyć. 

–  Gdzie  się,  do  diabła,  podziewałaś,  Jodi?  Czy  to  wszystko 

było naprawdę takie ważne, że nie mogłaś wrócić latem? 

– Trafiłam daleko na północ. Do Alaski. I Kanady. 
Nigdy  jeszcze  tam  nie  byłam.  Zawsze  wracam  latem,  ale  na 

północy jest za zimno, żeby podróżować kiedy indziej niż latem. 

–  To  było  ważniejsze  niż  przyjazd  tutaj?  Ważniejsze  niż  to, 

żebyśmy byli razem? 

Zauważył, jak boleśnie drgnęła jej twarz na te słowa. 
–  Wiedziałeś  przecież,  że  w  końcu  wrócę.  Czy  to  naprawdę 

ma znaczenie, kiedy? 

– Tak, to ma znaczenie. Wiem już, jak to jest, gdy cię nie ma 

jesienią.  Wiem, jak  to  jest,  gdy zimą  kładę  się  sam  do  pustego 
łóżka.  Wiem,  jak  to  jest  wiosną,  kiedy  nie  mam  się  z  kim 
podzielić radością z tego, że wszystko dokoła budzi się do życia. 
Teraz wiem już, jak to jest nie mieć ciebie przez wszystkie pory 
roku. To było piekielnie długie lato, Jodi. 

– Wiem. Słyszałam, że była susza. 
Roześmiał się gorzko. 
– Nie chodzi mi o pogodę. Nie zniosę tego dłużej. 
Jeżeli nie masz zamiaru zostać tu wreszcie na dobre, to lepiej 

ruszaj od razu w swoją drogę. 

– Nie mówisz tego serio – powiedziała Jodi. 
–  Owszem,  bardzo  serio.  –  Mówił  cicho,  niemal  szeptem, 

jakby  lękał  się  usłyszeć  własne  słowa.  –  Potrzebuję  kogoś,  kto 
naprawdę będzie chciał ze mną żyć. 

Na  stałe.  Nie  kogoś,  kto  będzie  przychodził  i  odchodził  jak 

deszcz niesiony wiatrem. 

background image

– Nie umiem się zmienić, Tanner. 
– Chciałaś powiedzieć, że nie chcesz. 
– Chciałam powiedzieć, że nie umiem... i nie chcę. 
– Nawet dla mnie? Nawet dla nas? 
–  Zwłaszcza  dla  nas.  Znienawidzilibyśmy  się,  gdybyśmy 

musieli być zawsze razem. 

Poderwał głowę. 
– Zawsze bym cię kochał, Jodi. 
– Gdyby tak było, to kochałbyś mnie i teraz. 
Kochałbyś mnie i gdy tu jestem, i gdy mnie nie ma. 
Kiedy  odchodzę  i  kiedy  wracam.  Kochałbyś  mnie  taką,  jaką 

jestem. 

– W takim razie będę się musiał nauczyć, jak cię nie kochać, 

bo nie jestem już w stanie tego dłużej znosić. 

Powoli wyciągnął rękę. Nie dotykając jej ciała, wziął w palce 

cieniutki złoty łańcuszek i wydobył spomiędzy piersi Jodi złoty 
medalik. Jego spojrzenie padło na wyrytą na blaszce inskrypcję: 
„Jeśli coś kochasz, to nie zabieraj mu wolności. Jeśli samo wraca 
do  ciebie,  wtedy  jest  twoje",  a  pod  spodem,  mniejszymi 
literkami: „Wróć. Kocham Cię. Na zawsze. Tanner. " 

Nie było sensu czytać tego na głos. Oboje świetnie pamiętali 

te słowa. Tanner dał Jodi medalik, kiedy pierwszy raz wyruszała 
w  drogę.  Ilekroć  się  potem  rozstawali,  zawsze  przez  chwilę 
trzymał  go  w  palcach.  Na  złotej  blaszce  było  wypisane 
wszystko, co miał jej do powiedzenia. 

– Zawsze wracam, Tanner. 
– Tylko po to, żeby mnie znowu opuścić. Nie jesteś moja.  – 

Wziął  głęboki  oddech  i  powtórzył  to,  co  napawało  go 
największym  lękiem.  –  Jeżeli  nie  masz  zamiaru  zostać  tu  na 
dobre,  to  ruszaj  w  drogę,  Jodi.  Zawsze  dawałem  ci  wolność. 
Teraz kolej na ciebie. 

background image

– Nigdy cię w niczym nie krępowałam – zaprotestowała. 
– Nie, tylko prosiłaś, żebym na ciebie czekał. Żebym odłożył 

wszystkie  swoje  pragnienia  i  potrzeby  na  bok,  dopóki  nie 
wrócisz ze swojej wędrówki za czymś, czego nawet nie potrafię 
zrozumieć.  Czekałem  na  ciebie  przez  całe  lata,  Jodi,  i  teraz 
wiem,  że  to  były  lata  zmarnowane,  jakbym  przesiedział  je  w 
więzieniu. Nie zostawiły mi nic, prócz siwych włosów i bólu w 
sercu. 

– Zawsze mogłeś jechać ze mną. Pamiętasz to lato, zaraz po 

skończeniu  college'u?  Podobało  ci  się  wtedy,  zawsze  tak 
mówiłeś. 

–  Tak,  podobało  mi  się.  Ale  to  było  dobre  na  jeden  raz.  Tu 

jest mój dom, Jodi. Nie nadaję się na wiecznego wędrowca. 

Przez  chwilę,  która  ciągnęła  się,  jak  im  się  zdawało,  w 

nieskończoność,  patrzyli  sobie  w  oczy,  nie  znajdując  słów 
pożegnania. 

Po  policzku  Tannera  spłynęła  samotna  łza.  Jodi  otarła  ją 

dłonią, nie zważając na własne mokre policzki. 

– Wrócę, Tanner. 
– Nie będę na ciebie czekał – ostrzegł ją. 
– Masz kogoś? – nie mogła się powstrzymać. 
–  Nie  mam,  ale  będę  miał.  Nie  zamierzam  spać  samotnie 

przez kolejną długą zimę. 

Jodi drgnęła, jakby ją uderzył. Zebrała w sobie siły, podniosła 

z ziemi stary plecak i ciężkim krokiem ruszyła przez ściernisko. 

W  pewnym  momencie  odwróciła  się  i  szła  tyłem,  cały  czas 

patrząc  na  Tannera.  Wiatr  przyniósł  mu  jej  ostatnie  słowa, 
wykrzyczane niemal zza horyzontu. 

– Zawsze wracam, Tanner McNeil! Zawsze! 
I wtedy zaczął padać deszcz. 
 

background image

Rozdział 1 

 
  Mówię  wam,  że  miał  największe...  –  Lara  urwała,  kiedy 

zorientowała się, że koleżanki patrzą gdzieś za nią, w kierunku 
drzwi.  Odwróciła  głowę  i  zobaczyła  nowego  przybysza, 
zmierzającego w stronę baru. 

Towarzyszki Lary natychmiast zapomniały o jej historii. 
–  Ciekawa  byłam,  czy  się  dzisiaj  pokaże  –  odezwała  się 

Kelly. 

–  Ciekawsze,  czy  z  kimś  pojedzie  do  domu  –  powiedziała 

Susan. 

–  Tylko  pamiętaj,  jeżeli  będzie  szukał  ochotniczki,  to  ja 

jestem pierwsza na liście. 

–  Proszę  bardzo.  Kto  by  tam  chciał  wykorzystywać  takiego 

biedaka. 

– No wiesz, w naszym wieku nie mamy za dużego wyboru. 
– Przepraszam – Lara przerwała przyjaciółkom – czy możecie 

mi wreszcie powiedzieć, o kogo wam chodzi? 

– Bardzo mi przykro, ale sama jesteś sobie winna. 
Tak to jest, gdy ktoś nie siedzi na tyłku, tylko lata po świecie. 

Nie wiesz, co się tutaj dzieje. 

– Przestań, Susan! – upomniała podniesionym głosem Kelly. 

– Bo jeszcze Lara wróci do miasta. 

– Poklepała dziewczynę po ręce i dodała: – Nic się nie martw, 

już ja ci wszystko opowiem, kto z kim i tak dalej. 

– Będę ci bardzo wdzięczna. Zacznijmy najlepiej od razu, od 

tego zalanego, przystojnego faceta przy barze. 

Obie kobiety, z zapałem podjęły temat. 
– To Tanner McNeil. Nie pamiętasz go? 
– Nie wydaje mi się. 

background image

– No pewnie, że nie pamięta, Kelly. Przecież Lara była parę 

klas niżej od nas, a Tanner przynajmniej o dwie wyżej. 

–  No  tak,  to  prawda.  Zapomniałam  już,  że  z  niej  taki 

dzieciuch. 

Lara uśmiechnęła się. 
– Ładny mi dzieciuch. Mam już dwadzieścia osiem lat. 
– Kobieta dojrzewa po trzydziestce. Sama zobaczysz. 
– Nie zwracaj na nią uwagi, Laro. Przed tygodniem skończyła 

trzydziestkę i do tej pory nie może się pozbierać po tym ciosie – 
oświadczyła Susan z wyższością kogoś, kto sam przeżył fatalny 
moment dobre pół roku temu. 

– No więc, moje matrony, zdradźcie wreszcie, kto to taki ten 

cały McNeil? 

–  Nie  popędzaj  nas,  bo  w  ogóle  cię  nie  zapoznamy  z 

najświeższym kąskiem w całym Morristown. 

– To znaczy, że się rozwodzi? – Lara z miejsca spojrzała na 

gościa przy barze jak na potencjalnego klienta swojej kancelarii 
adwokackiej. 

– No, nie całkiem. On i Jodi nigdy nie byli małżeństwem. 
– Chcesz powiedzieć, że żyli w grzechu? Tu? W Morristown? 
– Cóż, trudno byłoby powiedzieć, że żyli razem. 
Przez większą część roku Jodi włóczyła się po kraju. 
– Co masz na myśli? I kim ona w ogóle jest? 
– Jodi Forest. Tanner spotkał ją w college'u w Arkansas i... 
– I – przerwała przyjaciółce Susan  – jak skończyli naukę, to 

powędrowali  razem  aż  do  Kalifornii,  żeby  zobaczyć  kawałek 
świata.  Jesienią  Tanner  wrócił,  ale  sam.  Jodi  pojawiła  się 
dopiero  na  wiosnę  i  spędziła  z  nim  lato  na  farmie,  którą 
prowadził po śmierci dziadka, starego McElroya. 

–  W  każdym  razie  –  podjęła  opowieść  Kelly  –  była  z  nim 

przez lato, a jesienią znowu zniknęła. I tak już było zawsze, aż 

background image

do  tego  roku.  Jodi  nie  pojawiła  się  przez  całe  lato.  Wróciła 
dopiero w październiku, ale nie spędziła u Tannera nawet jednej 
nocy i tego samego dnia, którego się zjawiła, ruszyła dalej! 

– Nie mogła wybrać gorszego momentu – dodała Susan. – To 

było  wyjątkowo  ciężkie  lato.  Zostawić  faceta  samego  w  takim 
okresie. Naprawdę, dla niego to lepiej, że się w końcu rozstali. 

– Dla  niego i  dla  nas. Teraz  przynajmniej któraś z  nas ma  u 

niego szansę. – Kelly wyszczerzyła zęby w uśmiechu. 

–  Zaraz,  zaraz.  –  Lara  uniosła  ręce,  prosząc  tym  gestem  o 

ciszę.  –  Dlaczego  ona  zjawiała  się  tylko  w  lecie  i  co  się 
właściwie stało w tym roku? 

Susan i Kelly zgodnie wzruszyły ramionami. 
– Tego to już nie wie nikt, oprócz Tannera. 
– Nie wierzę – powiedziała Lara. – Chcecie mi powiedzieć, że 

w Morristown  może się  utrzymać jakiś sekret? I to  tak długo... 
siedem, osiem lat? 

– Jak widać może, naprawdę nikt nic o niej nie wie. 
To nie jest dziewczyna z naszych stron. Prawie nie zaglądała 

do  miasta,  a  jeżeli  nawet,  to  z  nikim  nie  rozmawiała  – 
usprawiedliwiała swoją kompromitującą niewiedzę Susan. 

–  Sam  Tanner  też  jest  wyjątkowo  małomównym  facetem  – 

dorzuciła Kelly. 

Wszystkie skierowały oczy na mężczyznę, będącego tematem 

ich rozmowy i stwierdziły, że i on nie odrywa od nich wzroku. 

Patrząc w ich stronę, słuchał czegoś, co mówił nachylony ku 

niemu barman. 

–  Musiał  go  pytać  o  Larę  –  szepnęła  Susan.  –  Nas  przecież 

zna. 

–  Cholera  –  zaklęła  Kelly  –  że  też  w  chwili,  kiedy  wreszcie 

nadarza się okazja, musi się tu napatoczyć to słodkie stworzenie. 
To niesprawiedliwe. Wy obie zdążyłyście już rozczarować się do 

background image

małżeństwa.  Mam  chyba  prawo  do  tego  samego,  zanim  wy 
zaliczycie powtórkę. 

– Oj, cicho bądź, Kelly. Może się pyta barmana, czy kupiłaś 

bilet na przyjęcie gwiazdkowe. Poza tym, skoro nie wiesz, co się 
dokładnie  stało,  to  skąd  możesz  mieć  pewność,  że  ze  sobą 
zerwali? 

– Dopóki Tanner był z Jodi, nigdy nie pił i nawet nie spojrzał 

na żadną dziewczynę. Choć jej nie było całymi miesiącami. Po 
prostu  siedział  w  domu  i  czekał,  aż  ona  wróci.  Ale  od 
października  co  dzień  wychodzi  z  baru  kompletnie  zalany,  a 
chłopaki  mówią,  że  jeździ  do  Memphis  i  ugania  się  za 
dziewczynami. 

– Może tu, na miejscu, nie widzi nic ciekawego? 
–  Powiedz  raczej  „nie  widział".  Na  twój  widok  wyraźnie 

zmienił zdanie. – Kelly skinęła głową. – Wybiła twoja godzina, 
Laro. 

Lara  uniosła  wzrok  i  ujrzała  zbliżającego  się  do  stolika 

Tannera.  Szedł,  wyraźnie  w  nią  zapatrzony,  i  niósł  dwie 
szklanki. 

Szuranie  odstawianych  krzeseł  natychmiast  przywróciło  jej 

przytomność. 

– Poczekajcie! Nie możecie mnie tak zostawić! 
–  Nie  ma  sprawy,  Laro.  Może  to  i  nie  po  kolei,  ale  nie 

będziemy  ci  tego  miały  za  złe.  –  Przyjaciółki  opuściły  stolik, 
pozostawiając ją sam na sam z nadchodzącym mężczyzną. 

–  No,  ładnie  –  jęknęła.  Choć  Tanner  był  niewątpliwie 

przystojny,  nie  miała  wątpliwości,  że  pijany,  nieszczęśliwy 
mężczyzna  nie  jest  towarzystwem,  jakiego  jej  w  tej  chwili 
potrzeba.  Zanim  jednak  zdążyła  podjąć  jakąś  decyzję,  wysoki 
farmer pochylał się już nad nią z uśmiechem. 

– Cześć. 

background image

Lara z wysiłkiem przełknęła ślinę i uniosła wzrok. 
– Można się przy siąść? 
Chciała  powiedzieć,  że  miejsca  są  zajęte,  ale  zamiast  tego 

mimowolnie wykonała zapraszający gest. 

– Proszę bardzo. 
Tanner usiłował odsunąć krzesło, ponieważ jednak miał zajęte 

ręce, sprawa nie była taka prosta. Zaambarasowany spoglądał na 
przemian to na szklanki, to na oporne krzesło. 

– Pomogę ci – zaproponowała w końcu Lara. 
– Nie, nie, poradzę sobie. 
– To może w takim razie potrzymam drinki? 
– Nie, nie, dziękuję, naprawdę sobie poradzę. 
Jeszcze  przez  chwilę  oceniał  skupionym  wzrokiem  sytuację, 

po  czym  twarz  mu  pojaśniała,  jakby  wreszcie  wpadł  na 
szczęśliwe rozwiązanie. 

Oderwał  jedną  stopę  od  podłogi  i,  nie  bez  wysiłku 

zachowując  chwiejną  równowagę,  zaczął  ciągnąć  ku  sobie 
krzesło czubkiem buta. Kiedy już udało mu się je trochę odsunąć 
od  stołu,  wśliznął  się  na  siedzenie  nieoczekiwanie  płynnym 
ruchem.  Wszystko  to  zrobił,  niemal  nie  rozlewając  zawartości 
trzymanych w rękach szklanek. Kiedy już siadł, spojrzał na Larę 
z tryumfem i uśmiechnął się szeroko. 

–  Świetnie  sobie  poradziłeś.  –  Ona  też  nie  potrafiła 

powstrzymać uśmiechu. Wyraz twarzy Tannera nasunął jej myśl 
o dwuletnim siostrzeńcu. 

– Dziękuję – odpowiedział poważnym tonem. 
– To efekt treningu. 
Teraz już Lara musiała głośno się roześmiać. 
– To widać. 
Tanner podsunął jej szklankę. 
– To dla ciebie. 

background image

–  Dziękuję.  –  Odruchowo  przyjęła  poczęstunek,  ale  widząc, 

że  zawartość  szklanki  stanowi  czysta  whisky,  odsunęła  ją  z 
powrotem. – Właściwie to nie powinnam dziś więcej pić. 

– Jesteś pewna? Szklaneczka whisky nikomu nie zaszkodzi. 
– No, wiesz... Chyba nie mam takiej mocnej głowy jak ty. 
Jednak kiedy Tanner opróżnił jedną po drugiej obie szklanki, 

Lara odniosła wrażenie, że nie podała ręki tonącemu. 

Tymczasem  mężczyźnie  alkohol  jakby  odebrał  mowę. 

Pomimo zachęcającego uśmiechu, który miał go ośmielić, żeby 
się przedstawił, siedział i gapił się na nią bez słowa. 

– Jestem Lara Jamison – nie wytrzymała w końcu. 
Skinął głową. – A ty – urwała, dając mu okazję, aby przerwał 

milczenie. 

Mężczyzna jednak nie zareagował. 
– Tanner McNeil, tak? 
Uśmiechnął się lekko i skinął głową. 
Zrezygnowała z dalszych prób nawiązania rozmowy i zaczęła 

się  zastanawiać,  co  właściwie  ma  z  tym  fantem  zrobić. 
Normalnie nie siedziałaby ani chwili dłużej z facetem, który tak 
kompletnie zapominał języka w gębie, w Tannerze było jednak 
coś wyjątkowo ciepłego. A w dodatku solidnie oberwał od życia. 
Lara uświadomiła sobie, że jego związek z Jodi trwał dłużej niż 
jej małżeństwo i nie wątpiła, że zerwanie z dziewczyną było dla 
niego równym wstrząsem, jak dla niej rozwód. 

Z tych rozważań wytrącił ją niespodziewany dotyk palców na 

włosach.  Zdziwiona,  obróciła  się  do  Tannera.  Jego  ręka  była 
szorstka,  pełna  odcisków  i  zgrubień,  a  zarazem  ciepła  i 
delikatna. 

Napotkawszy 

jego 

niewidzące 

spojrzenie, 

uświadomiła  sobie,  że  najwyraźniej  pogrążył  się  we 
wspomnieniach. Uniosła rękę i delikatnie odsunęła jego dłoń. 

–  Tanner  –  powiedziała  łagodnie,  chcąc  go  przywrócić  do 

background image

rzeczywistości – masz już chyba dość na dziś. Znajdę kogoś, kto 
cię odwiezie do domu, dobrze? 

W jego oczach pojawił się przytomniejszy wyraz. 
– Nie – powiedział. – Nie wrócisz. 
–  Owszem,  wrócę.  –  Nagle  podjęła  decyzję.  –  Sama  cię 

odwiozę. Wydaje mi się, że jeszcze pamiętam, gdzie to jest. 

Lara ujęła mężczyznę za ręce i próbowała pomóc mu wstać. 
– Chodź, Tanner. Jedziemy do domu. 
– Zostaniesz u mnie? – zapytał. 
– Kiedy indziej. No, chodź już. Podrzucę cię. 
Już  niemal  postawiła  go  na  nogi,  gdy  opadł  z  powrotem  na 

krzesło tak nagle, że Lara wylądowała mu na kolanach. 

– Tanner! 
Spojrzał  na  nią  najsmutniejszym  spojrzeniem,  jakie  w  życiu 

widziała. 

– Nie zostaniesz ze mną – szepnął. 
– No, może posiedzę chwilę. Chodź już wreszcie. 
– Po raz kolejny usiłowała go podnieść. 
– Na chwilę to za mało. Chcę, żebyś została. 
Lara potrząsnęła głową. 
–  Nie  dzisiaj,  Tanner.  Zresztą,  nie  jesteś  dziś  w  najlepszej 

formie. No, wstańże wreszcie, to cię stąd zabiorę. 

Kiedy  w  końcu  udało  jej  się  przytrzymać  mężczyznę  w 

postawie stojącej, Tanner objął ją ramieniem i wsparł się na niej 
z pełnym zaufaniem. Przy wyjściu spotkali Susan i Kelly. 

– Laro, jesteś pewna, że wiesz, co robisz? 
– Och, Susan, tego faceta trzeba po prostu odwieźć do domu. 

Nie można pozwolić, żeby siadł za kółkiem. 

–  Nie  zostanie  –  oświadczył  McNeil  smutnym  głosem.  – 

Prosiłem ją parę razy, ale uparła się, że nie zostanie. 

–  Nie  zwracajcie  na  niego  uwagi.  Jest  kompletnie  zalany  – 

background image

powiedziała  Lara.  –  Jutro  nie  będzie  nawet  pamiętał  o  moim 
istnieniu. 

– Jesteś pewna, że dasz sobie z nim radę? – spytała Kelly. – 

Może pojechać z tobą? 

Wiedziała, że powinna przyjąć propozycję przyjaciółki, ale w 

jakiś  niejasny  sposób  czuła,  że  odtransportowanie  tego  faceta 
jest jej osobistą sprawą. 

– Dzięki, Kelly. Dam sobie radę. 
– Zastanów się, Laro – odezwała się Susan. – Wiesz, alkohol 

powoduje czasem zupełnie nieoczekiwane reakcje. 

–  Nie  bądź  głupia.  Tanner  muchy  by  nie  skrzywdził  w  tym 

stanie. Podrzucę go do domu i wrócę do siebie. 

Nie martwcie się o mnie, dobrze? 
Lara  wyprowadziła  Tannera  na  dwór  i  skierowała  się  do 

samochodu. 

– Jutro do was zadzwonię! – zawołała w stronę przyjaciółek. 

– A na razie dobrej zabawy! 

Kelly  i  Susan  stały  przed  barem,  patrząc,  jak  Lara  ładuje 

swego pasażera do samochodu. 

– Cholerny pech – zaklęła Kelly – że też nikt inny nie mógł 

wrócić  do  miasta,  tylko  akurat  ta  rozwiedziona  blondyna. 
Widziałaś, jak dotykał jej włosów? 

– Mhm. Lara ma rzeczywiście takie same włosy jak ta Jodi. 
– „Nie zostanie. Prosiłem ją, ale uparła się, że nie zostanie". – 

Kelly powtórzyła słowa Tannera. – Nie wydaje ci się, Susan, że 
on bierze Larę za Jodi? 

– W takim stanie, kto wie? To całkiem możliwe. 
–  Laro!  Laro!  Zaczekaj!  –  Kelly  pobiegła  w  stronę 

samochodu, ale ten właśnie ruszył i odjechał. 

– Chodź, Kelly. Nic jej się nie stanie. 
– Wiesz, pomyślałam, że dobrze byłoby ją ostrzec. 

background image

Rozumiesz,  jeżeli  Tanner  bierze  ją  za  Jodi,  to  w  jakimś 

momencie naprawdę może się rozzłościć. 

Susan objęła przyjaciółkę ramieniem. 
–  Rozumiem,  o  co  ci  chodzi.  Nie  martw  się,  Lara  spędziła 

parę  lat  w  mieście  i  z  niejednego  pieca  chleb  jadła.  Da  sobie 
radę. Zresztą sama mówiłaś, że McNeil to spokojny, cichy facet. 

– Pewnie masz rację – zgodziła się wreszcie Kelly. 
Obie  jednak  nie  mogły  się  uwolnić  od  uczucia  lekkiego 

niepokoju  na  myśl  o  Larze,  jadącej  pustą  szosą  z  pijanym 
Tannerem. 

 
Lara  starała  się  rozpoznać  w  świetle  reflektorów  okolice 

rodzinnego miasteczka. 

– Susan mówiła, że mieszkasz na farmie starego McElroya. W 

razie  czego  powiesz  mi,  kiedy  trzeba  będzie  zjechać  z  głównej 
drogi? 

– Mhm, powiem. 
Lara odetchnęła z ulgą. Bądź co bądź, Tanner odezwał się w 

końcu przytomnie. 

– Tak – dodał niespodziewanie. – Nie przyjechałaś latem. 
–  To  prawda  –  przyznała,  zastanawiając  się,  skąd  wie,  że 

miała  przyjechać  wcześniej.  –  Zostałam  w  Houston,  bo 
prowadziłam  naprawdę  poważną  sprawę  i  musiałam  ją 
dokończyć.  Miałam  nadzieję,  że  zdążę  przynajmniej  na  jesień. 
Zawsze lubiłam jesień w Morristown. Prawdziwa jesień to jedna 
z niewielu rzeczy, jakich mi tam naprawdę brakowało. Arkansas 
jest cudowne jesienią. 

– Smutne. 
– Proszę? 
– Jesień jest smutna. Wszystko się zmienia. Liście. 
–  No,  tak.  Liście  się  zmieniają.  Ale  dlatego  właśnie  jest  tak 

background image

pięknie. Nie wydaje mi się, żeby to było smutne. 

–  Nieprawda.  Wszystko  odchodzi.  Wszystko  odchodzi  na 

koniec świata. To smutne. 

No  oczywiście,  uświadomiła  sobie  Lara.  Jodi  zostawiła  go 

właśnie  w  październiku.  Wcześniej  też  odchodziła  na  jesieni. 
Dla niego to musi być rzeczywiście smutna pora. 

Położyła dłoń na ręce mężczyzny. 
–  Wszystko  ma  swój  czas,  Tanner.  A  każda  pora  roku 

przynosi jakieś zmiany. Niedługo wszystko się zmieni na lepsze, 
zobaczysz. 

Pokręcił głową. 
– Nic się nie zmienia. Zawsze jestem sam. 
– Wcale nie. – Ścisnęła go za rękę. – Jestem tu z tobą i będę 

zawsze, kiedy będziesz chciał porozmawiać. Obiecuję. 

– Zostaniesz tutaj? 
–  Tak.  Mam  zamiar  zostać  na  dobre.  Zajęło  mi  to  trochę 

czasu,  ale  wreszcie  zrozumiałam,  że  moje  miejsce  jest  w 
Morristown.  Kiedyś  uważałam,  że  Arkansas  jest  świetne,  żeby 
wydorośleć albo żeby się zestarzeć, ale przez resztę życia nie ma 
tu  co  robić. Teraz widzę, że się myliłam. Nie ma  żadnej  reszty 
życia: albo jesteśmy dziećmi, albo się starzejemy. 

– Powinnaś zostać. 
Lara uśmiechnęła się do niego. Tanner wskazał boczną drogę. 

Zjechali z szosy. 

– Zostanę, możesz na to Uczyć. 
Obrócił dłoń wnętrzem do góry i splótł palce z palcami Lary. 
Jego  dotyk  sprawiał  jej  przyjemność.  Podobnie  jak 

zdecydowany, mimo smutku, męski głos. 

Zatrzymali się przed domem. 
– No, dobrze – powiedziała. – Jesteśmy na miejscu. 
Tanner z ociąganiem puścił jej rękę. 

background image

– No jak? – zapytała. – Dasz sobie radę? 
–  Mhm.  Tak,  chyba  tak  –  odpowiedział,  nie  ruszając  się  z 

miejsca. 

–  Przecież  masz  wciąż  zapięty  pas.  –  Lara  wcisnęła  guzik  i 

uwolniła swego pasażera z pasa bezpieczeństwa. 

Mężczyzna znowu wyciągnął dłoń, aby dotknąć jej włosów, a 

potem delikatnie przeciągnął palcami po karku. 

– Minęło. 
– Co, Tanner? Co minęło? 
Potrząsnął głową. 
– Wszystko jedno. Już nigdy stąd nie odejdziesz. 
Zostaniesz  tutaj.  –  Uśmiechnął  się  w  taki  sposób,  że  Larze 

naprawdę łatwo byłoby go polubić. 

– Tak, przyjechałam tu po to, żeby zostać. Chodź. 
Odprowadzę cię do drzwi. – Wysiadła z samochodu, obeszła 

go i otworzyła drzwiczki po stronie pasażera. 

Podeszli do domu. 
– Masz klucze? 
– Dom jest otwarty. 
–  Co?  Och,  przepraszam.  Zapomniałam,  gdzie  jesteśmy. 

Muszę  się  jeszcze  do  wielu  rzeczy  przyzwyczaić.  –  Nacisnęła 
klamkę i wprowadziła Tannera do środka. 

– Teraz już dasz sobie radę. Napij się wody i połknij aspirynę, 

zanim pójdziesz spać. Kac i tak cię nie minie, ale będzie chociaż 
trochę lżejszy. 

Zawahała  się  przez  moment,  a  potem  wspięła  się  szybko  na 

palce i musnęła ustami jego wargi. 

–  Miło  było  cię  poznać.  Nie  zapomnij  do  mnie  zadzwonić. 

Będę dobrą słuchaczką. 

Miała zamiar wyjść, ale Tanner objął ją mocno ramieniem. 
– Mówiłaś, że zostajesz. 

background image

– Tak, zostaję w Morristown. Powiedziałam ci już, że tu jest 

mój dom. 

– Nie. – McNeil uwięził Larę w mocnym uścisku. 
– Zostajesz ze mną. 
Mocny  uścisk  i  wyraz  zdecydowania  na  twarzy  sprawiły,  że 

Lara  po  raz  pierwszy  pomyślała,  iż  może  nie  postąpiła 
najrozsądniej, jadąc z Tannerem do domu. 

–  Nie  –  powiedziała  zdecydowanie.  –  Powiedziałam,  że 

zostaję  w  mieście.  Nie  z  tobą.  Rozmawialiśmy  już  o  tym  w 
barze. 

– Nie pozwolę ci znowu odejść. Tym razem cię nie puszczę. 
–  Znowu?  Tym  razem?  Nic  nie  rozumiem.  –  Ale  zanim 

przebrzmiały  te  słowa,  Lara  wiedziała  już,  o  co  mu  chodzi. 
Delikatnie ujęła jego twarz w dłonie i spojrzała mu w oczy. 

– Popatrz na mnie – powiedziała. – Ja jestem Lara, nie Jodi. 
–  Lara?  –  Tanner  miał  wrażenie,  jakby  wokół  niego 

rozwiewała się mgła. Widział piękne, zielone oczy, nasuwające 
myśl  o  wiosennych  trawach  i  zupełnie  niepodobne  do 
lazurowych jak letnie niebo oczu Jodi. 

Obejmował  pełne,  miękkie  ramiona,  całkiem  inne  od 

szczupłego, twardego ciała Jodi. 

– Tak, ty nie jesteś Jodi. Ona odeszła. Ty zostajesz. 
–  Dokładnie  tak.  Zostaję  i  będziemy  mieli  mnóstwo  czasu, 

żeby  się  bliżej  poznać.  Zobaczysz,  wszystko  będzie  dobrze.  A 
teraz muszę już iść. 

Tanner posłusznie opuścił ręce. Lara cofnęła się o krok. Znów 

przypominał  jej  małe  dziecko.  Pod  wpływem  nagłego  impulsu 
wzięła go za rękę i zaprowadziła do pierwszego z brzegu pokoju. 
Na  szczęście  stała  w  nim  jakaś  kanapa.  Lara  popchnęła  na  nią 
Tannera,  zsunęła  mu  z  nóg  buty  i  rozluźniła  krawat.  Potem 
nakryła  go  wzorzystą  narzutą.  Natychmiast  zamknął  oczy. 

background image

Pocałowała go jeszcze raz. 

– Lara – powtórzył sennym głosem. 
– Tak. Jestem Lara. 
 

background image

Rozdział 2 

 
Tanner  powoli  odzyskiwał  świadomość.  Nie  otwierał  oczu. 

Czuł  się  fatalnie,  w  głowie  mu  huczało  a  wyschnięte  usta 
domagały  się  wody.  Z  wolna  zaczynały  do  niego  docierać 
wrażenia  z  zewnątrz.  Leżał  na  własnej  kanapie,  nie  miał 
natomiast zielonego pojęcia, czy jest sam, czy z jakąś kobietą. 

Niejasno przypominał  sobie  spotkanie z  Jodi, ale nie było w 

tym  niczego  niezwykłego.  Z  jakiegoś  powodu,  po  wypiciu 
pewnej ilości alkoholu, widział ją w każdej dziewczynie. 

Wyjeżdżał  z  farmy  z  zamiarem  zaliczenia  tylu  kobiet,  ile 

będzie  trzeba,  żeby  wreszcie  wymazać  z  pamięci  Jodi.  Szybko 
jednak  się  zorientował,  że  kobiety  zaczynają  go  interesować 
dopiero wtedy, kiedy już wleje w siebie takie ilości alkoholu, że 
i  tak  nic  później  nie  pamięta.  Doprowadzając  się  do  takiego 
stanu, tracił po drodze ostrość widzenia, nic wiec dziwnego, że 
w końcu rysy twarzy każdej napotkanej kobiety układały mu się 
w obraz Jodi. Inna sprawa, że zamiar zapomnienia o niej stawał 
się przez to coraz mniej realny. 

A  jednak  ostatniego  wieczoru  coś  się  potoczyło  inaczej  niż 

zwykle.  Nie  był  tylko  pewien  co.  W  ciągu  ostatnich  dwóch 
miesięcy  budził  się  w  wielu  różnych  sypialniach,  nigdy  jednak 
nie  odczuwał  takiego  lęku  jak  teraz,  gdy  otworzył  oczy  we 
własnym  domu,  tym  samym,  który  dzielił  z  Jodi.  Nigdy  nie 
przywoził tu żadnych kobiet, bojąc się ich obecności wśród ścian 
wypełnionych wspomnieniami. 

Wreszcie uświadomił sobie, że nie czuje, aby ktoś leżał koło 

niego. Kimkolwiek była kobieta, która tu z nim wczoraj trafiła, 
najwyraźniej musiała już sobie pójść. 

Ostrożnie  uchylił  jedno  oko  i  rozejrzał  się  po  pokoju.  Nic. 

background image

Żadnych  porozrzucanych  po  podłodze  części  garderoby. 
Przechylił  lekko  głowę  i  spojrzał  po  sobie.  Stwierdził  z 
zaskoczeniem,  że  jest  kompletnie  ubrany.  Najwyraźniej  nic  się 
nie  zdarzyło.  Pomimo  to  Tannera  nękało  uczucie,  że 
poprzedniego wieczoru nie wrócił do domu sam. 

Otworzył  drugie oko i  rozejrzał się  nieco  śmielej. Zatrzymał 

wzrok  na  nocnym  stoliku.  Kimkolwiek  była  kobieta,  która 
odwiozła  go  do  domu,  zasłużyła  sobie  na  jego  dozgonną 
wdzięczność.  W  zasięgu  ręki  stała  butelka  z  wodą  mineralną  i 
słoiczek  z  aspiryną.  Pod  butelką  znalazł  jeszcze  kartkę. 
Nasyciwszy  pragnienie,  odstawił  wodę,  podniósł  kawałek 
papieru i uważnie go przeczytał. 

 
„Weź trzy aspiryny, popij dużą ilością wody, a rano do mnie 

zadzwoń. Lara (296 – 4245)" 

 
Posłusznie  sięgnął  po  słoiczek,  wyjął  trzy  aspiryny  i  popił. 

Potem jeszcze raz przestudiował treść karteczki. Lara. Pamiętał, 
że  była  w  barze  i  że  siedziała  z  Susan  Metcalf  i  Kelly  Ryan. 
Wydawało mu się, że miała włosy podobne do włosów Jodi, ale 
to mogła być sprawa whisky. Naraz przypomniał sobie jej oczy. 
Zielone  jak  trawa,  a  nie  błękitne  jak  niebo.  Ucieszyło  go,  że 
wreszcie jakaś nowa twarz zaczyna zacierać wyryty w jego sercu 
obraz Jodi. 

Powoli usiadł i opuścił stopy na podłogę. 
Przeszedł się po mieszkaniu i upewnił, że cokolwiek robiła u 

niego Lara, to w każdym razie na pewno już wyszła. Przyczesał 
ręką  włosy  i  ruszył  w  kierunku  łazienki,  aby  wziąć  prysznic. 
Miał  nadzieję,  że  będąc  w  lepszej  formie,  łatwiej  przypomni 
sobie szczegóły wczorajszego wieczoru. 

Pod prysznicem uświadomił sobie, że Lara musiała odjechać 

background image

samochodem.  Owinięty  ręcznikiem  podszedł  do  okna.  Jego  złe 
przeczucia się sprawdziły. Przed domem nie było żadnego auta, 
nawet jego własnej furgonetki. 

Podszedł  do  telefonu  i  wykręcił  numer  klubu.  Nikt  nie 

odbierał.  Tanner  uświadomił  sobie,  że  jest  niedziela  i  klub  jest 
zamknięty. Niecierpliwie zabębnił palcami po stole. Miał jeszcze 
numer, który zostawiła mu ta dziewczyna. 

Wrócił  do  pokoju  i  podniósł  kartkę.  Nie  wiedzieć  czemu 

dostał gęsiej skórki. Na wszelki wypadek uznał, że to  z zimna, 
odłożył  kartkę, wytarł  się, a  następnie wciągnął czyste dżinsy i 
świeżą koszulę. 

Zabierając  ze  sobą  list  Lary,  poszedł  do  kuchni  i  nastawił 

ekspres. Odłożył kartkę na stół i zajął się śniadaniem. Wiedział, 
że  to  zwlekanie  nic  mu  nie  pomoże,  ale  jakoś  nie  mógł  się 
zdecydować na telefon. Tajemnicza Lara napawała go niejasnym 
lękiem.  Z  jednej  strony  rozpaczliwie  potrzebował  kogoś,  przy 
kim mógłby zapomnieć o Jodi, z drugiej jednak bał się władzy, 
jaką miałaby nad nim taka osoba. Cholera, że też nie może sobie 
niczego więcej przypomnieć! 

Pogrążony w myślach zjadł śniadanie, posprzątał i nalał sobie 

następny kubek kawy. 

Kelly  lub  Susan  udzieliłyby  mu  zapewne  chętnie 

wyczerpujących  informacji  na  temat  przyjaciółki,  ale  nie  miał 
najmniejszej  ochoty  mieszać  jeszcze  ich  w  tę  i  tak  niezbyt 
przyjemną sytuację. 

Wreszcie,  nie  mając  innego  wyjścia,  sięgnął  znowu  po  list 

Lary  i  podszedł  z  nim  do  telefonu.  Wykręcił  numer.  Po  trzech 
sygnałach  postanowił,  że  jeszcze  dwa  dzwonki  i  odkłada 
słuchawkę.  Raz.  Dwa.  W  tym  samym  momencie  odebrała 
telefon. 

– Halo. 

background image

W pierwszej chwili i tak chciał odłożyć słuchawkę. 
– Halo, kto mówi? 
– Lara? – zapytał z wahaniem. Ciepły kobiecy głos nie wiązał 

się  z  żadnymi  wspomnieniami,  nasuwał  jednak  myśl,  że 
powinny to być wspomnienia raczej przyjemne. 

– Tak. Lara Jamison. Czy mogę wiedzieć, kto mówi? 
– Tanner McNeil. 
Cholera, pomyślał nerwowo, powinienem był się zastanowić, 

co jej powiem. 

Na szczęście rozmówczyni ułatwiła mu zadanie. 
– Mam nadzieję, że nie czujesz się bardzo źle. 
Wczoraj  wieczorem  byłeś  zupełnie  wykończony  i  zasnąłeś, 

kiedy tylko weszliśmy do domu. Wziąłeś aspirynę? 

– Tak, dziękuję. To bardzo miło z twojej strony, że położyłaś 

mi ją na stoliku. 

– No wiesz, sama miałam kilka razy w życiu kaca. 
Nie  zdarzało mi  się  to często, ale  wiem przynajmniej, jak  to 

smakuje. 

–  Rozumiem.  Mnie  z  kolei  trafia  się  to  ostatnio  trochę  za 

często. 

– Słyszałam. 
Tanner  zaklął  w  duchu.  No  jasne,  całe  miasteczko  musiało 

wiedzieć. Do tej pory nie robiło mu to żadnej różnicy. 

– Mhm, no tak... ostatnio nie jestem w najlepszej formie. 
Lara i tym razem mu pomogła. 
– Nie przejmuj się, wszystko jest w porządku. 
Każdy może mieć złamane serce. I każdy powinien zrozumieć 

taką sytuację, Tanner. 

Było  jasne,  że  Lara  wie  o  Jodi.  Na  pewno  dowiedziała  się 

wszystkiego od Kelly i Susan. McNeil pożałował, że nie zaczął 
jednak  od  telefonu  do  którejś  z  nich.  Był  w  zdecydowanie 

background image

gorszym położeniu od swojej rozmówczyni. Wiele by teraz dał, 
żeby wiedzieć coś więcej na jej temat. 

– Tanner? Jesteś tam? 
– Tak, tak. Jestem – odpowiedział w końcu. 
–  Słuchaj,  chciałam  tylko  powiedzieć,  że  gdybyś  chciał 

porozmawiać  albo  czegoś  potrzebował,  to  zawsze  możesz  do 
mnie zadzwonić. 

–  Hmm,  rzeczywiście  mam  pewien  problem.  Chodzi  o  moją 

furgonetkę. 

– Twoją furgonetkę? 
– Mhm, zdaje się, że została w Morristown. 
– O mój Boże! Kompletnie o niej zapomniałam. 
Wiesz, wczoraj nie bardzo się nadawałeś do tego, żeby siadać 

za kierownicą, więc odwiozłam cię do domu. 

Słuchaj, wpadnę do ciebie za dwadzieścia minut i wrócimy po 

twój wóz. 

– Dzięki... i dzięki za wczoraj. 
– Nie ma za co. Po to się w końcu ma przyjaciół, no nie? 
Odkładając  słuchawkę,  Tanner  czuł  się  trochę  niewyraźnie. 

Lara  traktowała  go  jak  starego  znajomego,  on  tymczasem 
zupełnie jej sobie nie przypominał. Jak ona powiedziała? James? 
Nie,  Jamison.  To  niemożliwe,  żeby  była  z  tych  Jamisonów,  a 
może? 

Pamiętał, że Jamisonowie mieli czworo dzieci. Był w klasie z 

ich  starszą  córką,  Claire,  i  w  drużynie  piłkarskiej  z  Johnem, 
jedynym  synem.  Mieli  jeszcze  dwie  córki.  Jedna  starsza  od 
Claire, Ellen  czy Elaine, w każdym razie coś na  E. Druga była 
młodsza.  Lara?  Wszyscy  w  mieście  znali  tę  rodzinę, 
przynajmniej ze słyszenia. Jamisonowie byli diabelnie ambitni i 
mieli bardzo zdolne dzieci. Przepowiadano im sukcesy, więc nic 
dziwnego, że się wynieśli, bo w końcu co za sukces można było 

background image

odnieść w Morristown? 

Rodzice osiedlili się w Ozarks, John pojechał do Fayetteville i 

został  tam  znanym  graczem.  Dziewczynom  też  się  powiodło. 
Ellen,  czy  Elaine,  wyszła  za  mąż  w  Jonesboro  i  ostatnio 
prowadziła  razem  z  mężem  własną  firmę.  Claire  została 
przewodniczącą 

rady 

nadzorczej 

jakiegoś 

dużego 

przedsiębiorstwa  w  Little  Rock.  A  najmłodsza  –  Lara?  – 
studiowała prawo gdzieś w Teksasie. 

Przypomniało mu się niewyraźnie, że poprzedniego wieczora 

wspominała  o  Houston.  Tak.  Mówiła,  że  zatrzymały  ją  jakieś 
ważne  sprawy.  I  dlatego  nie  mogła  wrócić  wtedy,  kiedy 
najbardziej  chciała:  jesienią.  Jak  to  miło,  że  ktoś  lubi  jesień, 
pomyślał. On nie mógłby tego powiedzieć o sobie. 

No tak, więc Lara jest najmłodszą córką Jamisonów. Ale co w 

takim razie robi w Morristown? 

Zanim  zdążył  się  nad  tym  zastanowić,  usłyszał  zajeżdżający 

przed  dom  samochód  i  ruszył  w  stronę  drzwi.  Położył  rękę  na 
klamce i zatrzymał się na moment. Ciekaw był, jaka właściwie 
okaże się jego nowa czy też może raczej stara znajoma, a przede 
wszystkim, czy rzeczywiście jest podobna do Jodi. 

Kiedy  otworzył  drzwi,  Lara  wchodziła  właśnie  po  schodach 

prowadzących  na  werandę.  Rzeczywiście  była  blondynką,  lecz 
miała odrobinę ciemniejsze włosy niż Jodi. 

Przez  ułamek  sekundy  Tanner  przypomniał  sobie  miękkie, 

pełne  kobiece  ciało,  które  trzymał  w  ramionach  ubiegłego 
wieczoru. Bez wątpienia nie przypominało ono ciała Jodi, choć z 
drugiej  strony  nie  sposób  byłoby  powiedzieć,  że  Lara  nie  jest 
pociągającą dziewczyną. Kiedy stanęła przed nim, spojrzał w jej 
oczy.  Zielone.  Takie  same,  jakie  zapamiętał,  kojarzące  się  ze 
świeżą, wiosenną zielenią traw. 

– Cześć. 

background image

– Cześć. Jak się czujesz? 
–  Chyba  lepiej  niż  na  to  zasługuję.  Dziękuję,  że  się  mną 

wczoraj  zajęłaś.  Obawiam  się,  że  nie  wypadłem  za  dobrze 
podczas pierwszego spotkania. 

–  Nigdy  w  życiu  nie  spotkałam  milszego  pijaka  niż  ty. 

Możesz mi wierzyć, gdyby było inaczej, nie zawracałabym sobie 
głowy odwożeniem cię do domu. 

–  Chwała  Bogu,  że  byłem  taki  grzeczny.  Będę  ci  bardzo 

wdzięczny, jeśli podrzucisz mnie do furgonetki. 

–  To  żaden  problem.  Powinnam  była  już  wczoraj  poprosić 

Susan albo Kelly, żeby poprowadziła twój wóz, a potem zabrać 
ją ze sobą. Obie miały ochotę mi pomóc. 

–  Bardzo  się  cieszę,  że  tego  nie  zrobiłaś.  Nie  musiałbym 

wtedy do ciebie dzwonić.  – Tanner zarumienił się  lekko, kiedy 
uświadomił sobie, co właściwie powiedział. 

– Ja też się cieszę. Chodźmy. 
Zatrzasnął  za  sobą  drzwi  i  ruszył  za  Larą  w  kierunku  jej 

jaskrawoczerwonego  samochodu.  Zauważył,  że  dziewczyna 
jeździ mercedesem i poczuł się trochę niepewnie. 

– Widzę, że wybrałaś pracę w niezłej branży. 
Roześmiała się. 
– Nie daj się zwieść pozorom – powiedziała lekkim tonem. – 

Nie  miałam  wyjścia.  To  używany  wóz,  ale  nikomu  o  tym  nie 
mów, bo mi popsujesz opinię. 

Fakt,  że  samochód  Lary  nie  był  nowy,  trochę  poprawił  mu 

humor,  ale  nie  zanadto.  Nawet  używany,  mercedes  dalej 
kosztował  co  najmniej  dwa  razy  tyle  co  nowiutka  furgonetka  z 
napędem  na  wszystkie  koła,  i  cztery  razy  tyle,  co  jego  własny, 
mocno zużyty wóz. 

Albo  i  sześć  razy  tyle,  dodał  w  myśli  na  widok  skórzanych 

siedzeń. 

background image

– Co cię skłoniło do powrotu? 
– Trudno  to  wytłumaczyć. Chodzi o to, że chciałabym czuć, 

że pomagam ludziom, a nie tylko przewracam fiszki w kartotece. 
Kancelaria,  w  której  pracowałam  w  Houston,  zajmowała  się 
poważnymi sprawami, co oznaczało, że naszymi klientami były 
wielkie  firmy,  a  nie  zwyczajni  ludzie.  Wydawało  mi  się,  że  to 
jest...  sama  nie  wiem,  jak  to  powiedzieć...  abstrakcyjne, 
bezosobowe,  nieważne.  Mam  wrażenie,  że  tutaj  w  Morristown 
ludzie  są  jakby  prawdziwsi.  Większość  pamiętam  jeszcze  z 
dzieciństwa.  Wolę  zajmować  się  ich  drobnymi  sprawami  niż 
zupełnie mi obojętnymi wielkimi interesami. 

– I dlatego wróciłaś? 
– Miałam jeszcze inne powody. 
– Na przykład? 
Larę rozbawiła jego dociekliwość. 
–  Czy  to  przesłuchanie?  A  może  byśmy  tak  porozmawiali  o 

tobie? 

– Nie ma o czym gadać. Zawsze w tym samym miejscu. Na 

farmie,  która  od  czterech  pokoleń  należy  do  rodziny  mojej 
matki. To wszystko. 

– A Jodi? 
Twarz Tannera zesztywniała. 
–  Mówiłem  już,  nie  ma  o  czym  opowiadać.  Skąd  w  ogóle  o 

niej wiesz? 

– Od Susan i Kelly. Z tego, co mówiły, zrozumiałam, że przez 

dłuższy czas byliście razem. 

– Trudno to nazwać dłuższym czasem. Nigdy nie zatrzymała 

się na dłużej. Przychodziła na lato. 

– Ale... 
–  Słuchaj,  Laro,  naprawdę  nie  mam  ochoty  rozmawiać  na 

temat  Jodi.  Już  nie  wróci,  więc  może  najrozsądniej  byłoby  w 

background image

ogóle o niej zapomnieć? 

–  Dla  mnie  to  rzeczywiście  nic  trudnego.  Nawet  jej  nie 

widziałam. Wątpię tylko, czy będzie to równie łatwe dla ciebie. 
Zdziwiłabym się, gdyby tak było. 

– Co możesz o tym wiedzieć? 
Lara igrała z ogniem, ale była zdecydowana wyjaśnić pewne 

sprawy nawet za cenę kłótni. 

– Niewiele. Ale wiem, jak to jest, kiedy się zerwie z kimś, na 

kim  człowiekowi  zależy.  Wiem,  co  to  znaczy  zrezygnować  ze 
związku,  w  którym,  pomimo  najszczerszych  chęci,  niczego 
dobrego nie można osiągnąć. 

– Wiesz? 
–  Tak.  Rozwiodłam  się  dwa  lata  temu.  Sporo  mnie  to 

kosztowało  i  długo  trwało,  zanim  udało  mi  się  zacząć  z 
powrotem normalne życie. 

Tanner był szczerze zaskoczony. 
– Nawet nie miałem pojęcia, że wyszłaś za mąż. 
– Wygląda na to, że obieg informacji w Morristown zaczyna 

szwankować. 

– Jak do tego doszło? 
Potrząsnęła głową. 
– Nie  chcę cię zanudzać  szczegółami. Poza tym jesteśmy na 

miejscu. 

Ze zdumieniem zauważył, że rzeczywiście są w Morristown. 
– Czy moglibyśmy jeszcze chwilę pogadać? Może wstąpimy 

gdzieś na kawę? 

– Tanner! 
–  Proszę  cię,  Laro.  Chciałbym  wiedzieć,  jak  to  wszystko 

wyglądało. 

– Ale dlaczego? 
–  Może  gdybyś  powiedziała  coś  więcej,  to  i  ja  potrafiłbym 

background image

zrozumieć,  co  się  ze  mną  dzieje.  Bo,  prawdę  mówiąc,  na  razie 
zupełnie  nie  mogę  się  w  tym  wszystkim  połapać.  Mam  tylko 
uczucie, że moje życie straciło sens. A może rozmowa o tym, co 
przeżyłaś, będzie dla ciebie zbyt bolesna? 

– Nie. To już, na szczęście, mam za sobą. 
Lara wiedziała, że Tannerowi potrzeba kogoś, kto pomógłby 

mu wyjść poza ból, w jakim był pogrążony w tej chwili. Gotowa 
była  podjąć  się  tej  roli.  Przeszła  wszystkie  fazy  cierpienia  i 
powrotu do normalności. Wiedziała, jak to jest, kiedy człowiek 
nie  ma  ochoty  do  nikogo  się  odzywać,  i  jak  to  jest,  kiedy  nie 
może się powstrzymać i gadałby bez przerwy całymi godzinami. 

– No, dobrze. Chodźmy na kawę do „Rileya". Może być? 
–  Jasne.  –  Tanner  poczuł  ulgę  na  myśl,  że  jeszcze  przez 

chwilę będą razem. 

W  tej  jedynej  kawiarni  w  mieście  zawsze  było  pełno  ludzi. 

Lara  i  Tanner  usiedli  na  oszklonej  werandzie,  gdzie  poza  nimi 
nie było nikogo. 

Zamówili kawę i przez moment, jakby trudno im było wrócić 

do przerwanej rozmowy, patrzyli w milczeniu na podjeżdżające 
na parking samochody. 

– To co, opowiesz mi, jak to było? 
– A co właściwie chciałbyś wiedzieć? 
– Wszystko. Najlepiej zacznij od początku. 
–  Dobrze.  No  więc,  po  skończeniu  pierwszego roku  studiów 

pracowałam  w  czasie  wakacji  w  kancelarii  adwokackiej  w 
Houston. Kevin był... a właściwie jest prywatnym detektywem. 
Zleciliśmy mu jakieś zadanie. 

Do  moich  obowiązków  należało  wyszukiwanie  wszystkich 

materiałów, jakie mogłyby mu pomóc w pracy. 

Spędzaliśmy razem sporo czasu i bardzo dobrze czuliśmy się 

w swoim towarzystwie. Wcześniej  nie miałam nikogo  na serio. 

background image

Bardzo  szybko  zamieszkaliśmy  razem.  Na  jesieni  przeniosłam 
się na wydział prawa w Houston, a wiosną się pobraliśmy. 

– Długo byliście małżeństwem? 
– Cztery lata. 
– Nie macie dzieci? 
– To był zawsze jeden z punktów spornych. Ja chciałam, a on 

nie. 

– Nie rozmawialiście o tym przed ślubem? 
–  I  tak,  i  nie.  Trudno  mi  to  wyjaśnić.  Kevin  i  ja  bardzo 

chcieliśmy  mieć  kogoś  na  stałe.  Moje  koleżanki  powychodziły 
za mąż i rodziły dzieci, a ja nawet nie przymierzyłam się jeszcze 
do  małżeństwa.  Z  kolei  Kevin  miał  już  trzydzieści  trzy  lata, 
wiele  razy  był  z  kimś  związany,  ale  nigdy  nic  z  tego  nie 
wynikało. 

Kiedy  się  spotkaliśmy,  wydawało  się  nam,  że  świetnie  do 

siebie  pasujemy  i  zlekceważyliśmy  różnice.  –  Lara  urwała  i 
pociągnęła łyk kawy. 

–  Pod  wieloma  względami  rzeczywiście  tak  było.  Kevin 

potrzebował  kobiety,  która  byłaby  niezależna.  Takiej,  która 
miałaby własne życie i własne zajęcia. Do takiej roli świetnie się 
nadawałam:  młoda  adwokatka  u  progu  kariery.  Był  naprawdę 
dumny z tego, że wybrałam prawo. Nie przeszkadzało mu ani to, 
że  pozostałam  przy  swoim  nazwisku,  ani  to,  że  miałam 
oddzielne  konto  w  banku.  Wydawało  mu  się  to  bardzo 
nowoczesne,  a  on  zawsze  chciał  być  nowoczesny.  Ot,  typowe 
małżeństwo  w  stylu  lat  osiemdziesiątych:  podwójne  dochody, 
ale ani jednego dziecka. Potem zaczęłam sobie zdawać sprawę, 
że,  tak  naprawdę,  chciałabym  żyć  w  małżeństwie  w  stylu  lat 
pięćdziesiątych:  duży  dom,  dwoje  dzieci,  pies,  kot  i  wspólny 
rachunek  w  banku.  Tymczasem  Kevin  boi  się  psów  i  choć  jest 
bardzo dobrym wujkiem, to nigdy nie miał ochoty komplikować 

background image

sobie  życia  przez  posiadanie  własnych  dzieci.  Ostatecznie 
zgodził się, pod warunkiem, że wynajmiemy na cały dzień bonę, 
która  będzie  się  nimi  zajmowała.  Ja  z  kolei  nie  mogłam 
zrozumieć,  jaki  sens  ma  rodzenie  dzieci,  skoro  maje 
wychowywać obca osoba. 

Tanner  skinął  na  kelnerkę  i  zamówił  jeszcze  jedną  kawę. 

Kiedy dziewczyna podeszła i oboje umilkli, przyglądał się Larze 
w skupieniu. 

– Rozumiem, dlaczego Kevin chciał być z tobą, ale co ciebie 

trzymało przy nim? – zapytał, gdy znowu zostali sami. 

Lara była zaskoczona. Jeszcze nikt nie zadał jej tego pytania. 

Co prawda, większość jej znajomych znała Kevina i dlatego nie 
musiała o nic pytać. 

– On kocha życie. Nigdy wcześniej nie spotkałam nikogo, kto 

miałby  w  sobie  tyle  entuzjazmu.  A  to  się  udziela.  Przy  nim 
naprawdę ma się ochotę ciągle coś robić. Jest jednym z niewielu 
mężczyzn, którzy potrafią z równym zainteresowaniem oglądać 
przedstawienie teatralne czy balet, jak mecz piłkarski. Nigdy nie 
odmawia, kiedy zaproponuje mu się, żeby gdzieś pójść  lub  coś 
obejrzeć. I to jest u niego naprawdę spontaniczne. 

Patrząc  na  twarz  kobiety,  kiedy  opowiadała  o  swoim  mężu, 

Tanner pomyślał, że jeszcze ciągle musi go kochać. 

– Dlaczego od ciebie odszedł? 
– Nie odszedł, choć większość znajomych sądzi, że tak było. 

To ja go rzuciłam. 

–  Ale  dlaczego?  Przecież  z  twojego  opisu  wynika,  że  to 

wspaniały facet. 

– Wiem. Pod wieloma względami jest naprawdę wspaniały. I 

zawsze będę go za to ceniła. To – westchnęła z rezygnacją – to 
wszystko naprawdę trudno wyjaśnić. 

Po  chwili  namysłu  zaczęła  jeszcze  raz,  starannie  dobierając 

background image

słowa. 

– Wcześniejsze związki Kevina były nieudane, dlatego że nie 

potrafił znaleźć sobie partnerki, która kochałaby życie tak jak on 
i  byłaby  równie  niezmordowana.  Ja  kocham  życie  i  mam 
mnóstwo  siły  i  ochoty,  żeby  żyć  całą  pełnią,  ale  każde  z  nas 
inaczej tę pełnię rozumiało. Dla mnie zawsze zawierał się w tym 
pojęciu tradycyjny dom i rodzina, Kevin traktował jedno i drugie 
wyłącznie  jako  przeszkodę.  Tym,  co  go  najbardziej  we  mnie 
pociągało,  była  moja  niezależność.  Nie  musiał  być  za  mnie 
odpowiedzialny.  A  tymczasem  ja,  chociaż  świetnie  radziłam 
sobie  w  życiu  zawodowym,  potrzebowałam  kogoś,  na  kim 
mogłabym  się  oprzeć.  Zresztą  sama  też  gotowa  byłam  go 
wspierać, gdyby tego potrzebował. Krótko mówiąc, chciałam od 
Kevina tego, czego najbardziej się bał. 

Tanner  słuchał  jej  słów  z  przeświadczeniem,  że  doskonale 

rozumie, o co jej chodzi. 

– I w końcu przestałaś go kochać. 
– Nie, to  nie tak. Myślę, że na  swój  sposób zawsze go będę 

kochać.  Ale  nie  zawsze  da  się  żyć  z  kimś,  kogo  się  kocha. 
Kocham  swoich  rodziców,  ale  za  nic  bym  do  nich  nie  wróciła. 
Kocham  swoje  siostry  i  brata,  ale  gdybyśmy  musieli  mieszkać 
razem,  to  szybko  byśmy  powariowali.  Tak  samo  kocham 
Kevina,  ale  nie  mogę  z  nim  żyć.  Oczekujemy  od  życia  czegoś 
innego.  Dopóki  byliśmy  razem,  żadne  z  nas  nie  robiło  tego, 
czego naprawdę chciało. Dlatego w końcu odeszłam. 

– Nie próbował cię zatrzymać? 
– Owszem, ale potem zrozumiał, że mam ragę. 
Chociaż na początku oboje byliśmy strasznie nieszczęśliwi, to 

i tak było nam lepiej niż wtedy, kiedy byliśmy razem. 

– Nigdy nie myślałaś o powrocie? 
–  Oczywiście,  że  tak!  I  to  nie  raz.  –  Lara  odwróciła  się  w 

background image

stronę  okna,  wstydząc  się  tego,  co  miała  do  powiedzenia.  –  W 
pewnym  momencie  błagałam  go,  żebyśmy  znowu  byli  razem. 
Strasznie  się  bałam  być  sama.  Ale  wtedy  Kevin  już  zrozumiał, 
że  to  rzeczywiście  nie  ma  sensu.  Starał  się,  żeby  to  wypadło 
miło, ale powiedział mi po prostu „nie". 

– I co zrobiłaś? 
– Ryczałam jak bóbr, nienawidziłam go i przeklinałam, ale w 

końcu  przyznałam  mu  rację  i  dziękowałam  Bogu,  że  nie 
powiedział „tak". Prędzej czy później i tak wszystko musiałoby 
się skończyć – Naprawdę tak sadzisz? 

Lara patrzyła mu teraz prosto w oczy. 
– Jestem tego pewna. Oczywiście, do tej pory miewam chwile 

słabości.  I  lęku.  Czasem  myślę,  co  to  będzie,  jeżeli  nigdy  nie 
znajdę  kogoś, z kim naprawdę chciałabym żyć? Czy wystarczy 
po prostu być z kimś, z kim da się wytrzymać? 

– I... ? 
– I myślę, że nie. Wytrzymać można w niewygodnych butach, 

ale  nie  w  małżeństwie.  Mam  nadzieję,  że  znajdę  swojego 
mężczyznę. A jeżeli nie, to i tak cieszy mnie to, że mogę układać 
własne życie tak, jak chcę. 

Może  nie  ma  w  nim  wszystkiego,  czego  pragnę,  ale  jest 

naprawdę  moje  i  nikt  nie  decyduje  za  mnie,  jak  ma  ono 
wyglądać. 

– W ten sposób dochodzimy do optymistycznego morału. 
– Chyba tak – zgodziła się Lara – i do końca mojej opowieści. 

Chodźmy po twój wóz. 

Kiedy mijali kancelarię adwokacką Harrisa, Tanner zauważył, 

że  zmienił  się  szyld.  Zamiast  „William  J.  Harris  –  kancelaria 
adwokacka"  głosił  teraz  „Harris  i  Jamison  –  kancelaria 
adwokacka". 

– Będziesz pracowała z Billem Harrisem? 

background image

–  Tak.  Obsługiwał  kiedyś  wszystkie  transakcje  mojego  ojca. 

Kiedy chodziłam do szkoły, radziłam się go, czy wybrać prawo. 
W  czasie  studiów  złożył  mi  ofertę  współpracy.  Proponował  mi 
zajęcie  się  sprawami  rodzinnymi,  sam  chciał  się  ograniczyć  do 
nieruchomości i jakichś poważniejszych rzeczy. 

– Więc rzeczywiście zostajesz tu na dobre? 
–  No  jasne!  Nie  ma  jak  w  domu.  Uwierz  mi,  wiem  to  z 

własnego doświadczenia. 

– Wiem. Ja też różnych rzeczy próbowałem. 
Lara zatrzymała się koło parkingu. 
– No, jesteśmy na miejscu. 
– Dzięki za pomoc, Lar o. I za opowieść. Wiem, że mogłaś mi 

odmówić. 

– Nie bądź głupi. Ale pamiętaj, następnym razem twoja kolej. 

Dopiero wtedy będziemy kwita. 

Tanner wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
–  To  może  jeszcze  trochę  potrwać.  Nie  wiem,  jak  się 

właściwie skończy moja historia i nie mam pojęcia, jaki będzie 
jej morał. 

–  Jasne.  Ale  prędzej  czy  później  będziesz  to  wiedział. 

Zadzwoń,  gdybyś  czegoś  potrzebował.  Masz  jeszcze  mój 
numer? 

– Tak. 
– To dobrze. Nie zgub go. 
– Nie zgubię – obiecał. A potem szybko, żeby zdążyć, zanim 

straci  odwagę,  pochylił  się  nad  nią  i  pocałował  na  pożegnanie. 
Lara  miała  tak  zdumioną  minę,  że  nie  mógł  powstrzymać 
śmiechu.  –  Uważaj,  Laro.  Kevin  nie  jest  jedynym 
spontanicznym mężczyzną na świecie. 

Zanim zdążyła oprzytomnieć, wsiadł do swojego samochodu. 

Dopiero  kiedy  na  odjezdnym  zatrąbił  i  pomachał  jej  ręką, 

background image

uśmiechnęła się. 

Przypomniała  sobie  przyjaciół,  którzy  zgodnym  chórem 

przepowiadali jej, że w Morristown zanudzi się na śmierć. 

 

background image

Rozdział 3 

 
Tanner  od  lat  nie  spotykał  się  z  żadną  kobietą.  W  ciągu 

tygodnia  przed  Bożym  Narodzeniem  kilka  razy  podnosił 
słuchawkę,  zawsze  jednak  odkładał  ją,  zanim  dokończył 
wykręcać  numer.  Dokąd  właściwie  miał  Larę  zaprosić?  Gdzie 
można było umówić się na randkę w niespełna ośmiotysięcznym 
miasteczku? 

Od  czasu  college'u  nie  przyjaźnił  się  z  nikim  oprócz  Jodi,  z 

którą  i  tak  chodził  najchętniej  na  potańcówki  albo  na  mecze. 
Gdyby  trwał  jeszcze  sezon  piłkarski,  mógłby  zaprosić  Larę  na 
mecz. Wszyscy w miasteczku tak robili, ale, niestety, było już za 
późno, rozgrywki skończyły się przed sześciu tygodniami. 

Jedyne kino w Morristown zamknięto przed pięciu laty, więc 

gdyby  chcieli  obejrzeć  film,  to  musieliby  jechać  do  Jonesboro 
lub do Memphis, co najmniej godzinę drogi w jedną stronę. To 
oznaczało  dwie  godziny,  podczas  których  byliby  skazani  na 
siebie.  Wprawdzie  z  Larą  łatwo  się  rozmawiało,  ale  bał  się,  że 
zacznie go wypytywać o Jodi, a on nie był gotów do zwierzeń. 

No więc, gdzie było takie miejsce, w którym mógłby się z nią 

spotkać?  Oczywiście,  ludzie  zapraszali  się  do  swoich  domów, 
ale  ten  pomysł  wydawał  się  Tannerowi  przedwczesny.  Aby  nie 
czuć  się  skrępowanym  przez  otoczenie,  potrzebował  jakiegoś 
zatłoczonego i hałaśliwego miejsca. 

Morristown  leżało  w  okręgu,  w  którym  sprzedaż  alkoholu 

była  koncesjonowana  i  miały  ją  tylko  dwa  prywatne  kluby. 
Składka członkowska w pierwszym była dla Tannera za wysoka, 
natomiast  drugi,  do  którego  należeli  niemal  wszyscy,  był 
wynajęty  na  wszystkie  wieczory  aż  do  Bożego  Narodzenia,  a 
potem miał tydzień przerwy do wielkiego balu noworocznego. 

background image

Zostawały festyny kościelne. Brak innych rozrywek sprawiał, 

że 

mieszkańcy 

Morristown 

nadali 

im 

charakter 

wielowyznaniowy.  Metodyści  chodzili  do  baptystów,  baptyści 
do  metodystów,  a  od  czasu  do  czasu  jedni  i  drudzy  zgodnie 
udawali się do adwentystów. 

Zabawy  kościelne  były  dostatecznie  tłoczne  i  hałaśliwe,  ale 

nie  wydawały  się  Tannerowi  najstosowniejszą  okazją,  żeby 
wystąpić w roli uwodziciela. 

W  końcu  doszedł  do  wniosku,  że  najlepsze  będzie 

noworoczne  przyjęcie  w  klubie  „Jubilee".  Pozostawało  wybrać 
najlepszy  moment  na  zaproszenie  Lary.  Z  jednej  strony,  nie 
mógł tego zrobić za wcześnie, bo istniało ryzyko, że dziewczyna 
zaproponuje  mu  spotkanie,  a  wtedy  znalazłby  się  w  punkcie 
wyjścia.  Z  drugiej  strony,  zwlekając  ryzykował,  że  ktoś 
wyprzedzi go i że Lara skorzysta z propozycji, a on zostanie na 
lodzie.  Oczywiście  nie  miał  na  to  najmniejszej  ochoty.  Przez 
siedem  ostatnich  lat  spędzał  sylwestra  samotnie  i  tegoroczna 
zabawa  oznaczała  dla  niego  nie  tylko  początek  nowego  roku, 
lecz także nowego życia. 

W tym samym czasie  Lara  siedziała w  biurze  i zastanawiała 

się, dlaczego Tanner do niej nie dzwoni. Kilkakrotnie sięgała po 
słuchawkę,  za  każdym  jednak  razem,  dźwięczały  jej  w  uszach 
przestrogi  matki,  która  przez  lata  wbijała  jej  do  głowy,  że 
najgłupszą  rzeczą,  jaką  może  zrobić  dziewczyna,  jest  narzucać 
się  chłopakowi.  Dopiero  w  przeddzień  Bożego  Narodzenia 
doszła do wniosku, że skoro i tak nigdy nie słuchała rad matki, 
to  właściwie  nie  ma  żadnego  powodu,  żeby  zaczęła  to  robić 
właśnie teraz. 

 
Tanner  odłożył  podkoszulki,  które  właśnie  miał  włożyć  do 

walizki  i  sięgnął  po  słuchawkę. Od  paru  godzin  spodziewał  się 

background image

telefonu.  Samantha  zawsze  była  bardzo  akuratna  i  lubiła 
wiedzieć, kiedy wyjeżdża z domu. Zerknął na zegarek. 

– Za kwadrans jedenasta. 
– Proszę? 
– To nie Samantha? 
– Nie, to Lara. 
–  Lara?  Lara!  Przepraszam,  spodziewałem  się  właśnie 

telefonu. 

– Od Samanthy? 
–  Tak,  ona  zawsze  chce  wiedzieć,  o  której  godzinie 

wyjeżdżam, aby móc się w porę zacząć martwić, że mnie jeszcze 
nie ma. 

–  Rozumiem.  Skoro  czekasz  na  telefon,  to  nie  będę  ci 

przeszkadzała. 

– Poczekaj chwileczkę, nie odkładaj słuchawki. 
Samantha  się  przecież  zorientuje,  że  jest  zajęte  i  zadzwoni 

jeszcze raz. Tak łatwo się nie wykręcę, sama wiesz, jak to jest ze 
starszymi siostrami. 

– Samantha to twoja siostra? 
– Tak. A w dodatku ma macierzyńskie zapędy. 
–  Nie  musisz  mówić  ani  słowa  więcej.  Sama  mam  dwie 

starsze siostry i brata. Czasem czuję się, jakbym była dzieckiem 
nie dwojga, tylko pięciorga rodziców. 

Roześmiał się. 
– Znam to uczucie. 
– Jedziesz do niej na święta? 
– Tak. Do Little Rock. 
–  Długo  tam  będziesz?  –  Lara  zastanawiała  się,  czy  po  raz 

kolejny będzie musiała przyznać rację matce. 

–  Najkrócej,  jak  się  da.  Dwa,  trzy  dni,  potem  chyba  bym 

zwariował. 

background image

– To całkiem tak jak ja. Spotykamy się wszyscy u rodziców i 

po paru dniach mam wrażenie, że zaraz oszaleję. Ale nie po to 
do  ciebie  dzwonię,  żeby  się  uskarżać  na  rodzinę.  Szukam 
właśnie  jakiegoś  dżentelmena,  który  dotrzymałby  mi 
towarzystwa  w  sylwestrowy  wieczór,  w  „Jubilee".  Nie  wiesz 
przypadkiem, gdzie mogłabym kogoś takiego znaleźć? 

–  Może  pani  uznać  swoje  poszukiwania  za  zakończone, 

szlachetna damo. Znam nieźle takiego dżentelmena, jakiego pani 
potrzeba.  Jest  on  mną,  lub  może  to  ja  jestem  nim,  wszystko 
jedno, jak to ujmiemy. 

– Świetnie, czy w takim razie mogę liczyć, że on, czyli ty, czy 

też ty, czyli on, więc ostatecznie, że któryś z was wstąpi po mnie 
o ósmej? 

–  Z  największą  przyjemnością.  Prawdę  mówiąc,  właśnie 

mieliśmy sami wystąpić z tą propozycją. 

– Naprawdę? – spytała z powątpiewaniem w głosie. 
– Naprawdę. – Tanner porzucił żartobliwy ton i dodał z całą 

powagą: – Bardzo chciałem się z tobą zobaczyć, Laro. Bóg raczy 
wiedzieć,  ile  razy  już  podnosiłem  słuchawkę.  Ale,  prawdę 
mówiąc,  od  tak  dawna  już  się  z  nikim  nie  umawiałem,  że  nie 
miałem pojęcia, jak się za to zabrać. 

– Nie ma sprawy. Świetnie cię rozumiem. Cieszę się w takim 

razie, że zadzwoniłam. Będę czekała na sylwestra. 

– Ja też. Wesołych Świąt, Laro. 
– Nawzajem. Jedź ostrożnie. 
– Będę ostrożny. Do widzenia. 
Tanner  jeszcze  przez  chwile  trzymał  słuchawkę  w  ręku. 

Bardzo  się  cieszył,  że  Lara  do  niego  zadzwoniła.  Jodi  zawsze 
unikała  podobnych  gestów.  Bała  się,  że  jeżeli  zrobi  pierwszy 
krok, to zostanie odrzucona. Nigdy nie potrafił tego zrozumieć, 
zwłaszcza  że  pod  każdym  innym  względem  pozostawała 

background image

najbardziej  samodzielną  i  odważną  kobietą,  jaką  w  życiu 
spotkał. 

Powoli zaczynał sobie  uświadamiać, ile Jodi miała tajemnic. 

Początkowo  były  dla  niego  wyzwaniem,  z  czasem  stały  się 
udręką.  W  gruncie  rzeczy  nigdy  mu  do  końca  nie  zaufała. 
Czasem zastanawiał się wręcz, czy ona naprawdę go kocha, czy 
może  raczej  traktuje  wyłącznie  jako  bezpieczną  przystań,  w 
której  można  się  schronić  między  jedną  a  drugą  wyczerpującą 
wędrówką.  W  końcu  miał  tego  dosyć.  Podczas  dwóch  rozmów 
telefonicznych  i  godziny  spędzonej  nad  kawą,  dowiedział  się 
więcej o Larze niż przez siedem lat o Jodi. 

Lara  pragnęła  tego  samego,  co  i  on:  domu,  dzieci, 

kochającego  partnera.  Miejsca,  w  którym  mogłaby  zapuścić 
korzenie.  Fakt,  że  do  niego  zadzwoniła,  świadczył,  że  nie 
obawiała  się  ryzyka,  gotowa  była  aktywnie  współtworzyć  ich 
związek. 

Oczywiście,  zawsze  pozostawała  możliwość,  że  zrobiła  to 

wyłącznie  z  litości,  ale  Tanner  czuł,  że  jest  inaczej.  Żadna 
kobieta nie będzie dzwoniła z litości do mężczyzny, który przez 
ponad tydzień nie daje znaku życia. 

Nagle  zaświtało  mu  w  głowie,  że  właściwie  to  zachował  się 

wobec niej niegrzecznie. Był tak zajęty swoim cierpieniem, że w 
ogóle  nie  zwracał  uwagi  na  jej  uczucia.  Ze  zgrozą  uświadomił 
sobie, że podczas ostatniego spotkania pożegnał ją pocałunkiem, 
a  potem  przepadł  bez  śladu  i  nie  dawał  znaku  życia.  A  ona 
pomimo to zatelefonowała do niego. 

Nie,  pomyślał, Lara  na  pewno nie  dzwoniła  z  litości.  Po  raz 

pierwszy  od  dłuższego  czasu Tanner  poczuł  prawdziwą  radość. 
Nie  wolno  mu  zmarnować  takiej  wspaniałej  okazji.  Do  diabła, 
jak  tak  dalej  pójdzie,  to  może  jej  się  nawet  oświadczy  podczas 
noworocznego  przyjęcia.  Skoro  tyle  zdążyli  sobie  powiedzieć 

background image

nad  kilkoma  filiżankami  kawy,  to  dokąd  zajdą,  gdy  będą  mieli 
do dyspozycji całą noc? 

W drodze do Little Rock i potem, przez całe święta, raz po raz 

wracał  do  tych  myśli.  W  rezultacie  po  raz  pierwszy  od  lat  nie 
tylko dobrze zniósł obecność rodziny, ale w dodatku promiennie 
uśmiechał  się  do  wszystkich  wokół.  Nie  irytowała  go  nawet 
Samantha,  wracająca  co  i  rusz  do  tematu  Jodi  i  powtarzająca 
matczynym tonem: „a tyle razy ci mówiłam". Tanner nie myślał 
już o Jodi, wszystkie jego marzenia i plany krążyły wokół Lary. 

 
Poranek  ostatniego  dnia  starego  roku  uświadomił  mu,  że  w 

swoich planach nie wziął pod uwagę pogody. Kiedy podszedł do 
okna,  ujrzał  wirujące  w  powietrzu  płatki  śniegu.  Sypało  bez 
przerwy aż do południa, od południa do śniegu dołączył deszcz. 

O trzeciej przestały działać telefony. O czwartej chwycił mróz 

i  zaczęła  się  zadymka,  a  lokalne  radio  podało,  że  wobec 
kataklizmu, jakiego Arkansas nie zaznało  od stulecia, przyjęcie 
noworoczne w „Jubilee" zostaje odwołane. 

Tanner  był  wściekły.  Pogoda  miała  mu  zepsuć  pierwszą  od 

siedmiu  lat  prawdziwą  zabawę  noworoczną.  O  piątej  błąkał  się 
po  domu  kopiąc  meble,  trzaskając  drzwiami  i  pociągając  z 
butelki. O szóstej zdał sobie sprawę, że wszystko, co robi, tylko 
pogarsza mu humor. 

Kiedy  stary  zegar  wybił  siódmą,  ubrany  w  najcieplejsze 

rzeczy  siadł  za  kierownicą  ciągnika.  Pod  kaskiem  miał  czapkę 
kominiarkę, na rękach dwie pary rękawic. 

Zastanawiał  się  przez  chwilę,  czy  nie  pojechać  furgonetką, 

ostatecznie jednak uznał to za zbyt ryzykowne. 

I  tak  pomysł,  aby  wyruszać  w  taką  pogodę,  zakrawał  na 

szaleństwo.  Do  Morristown  czekało  go  około  dwudziestu 
kilometrów  jazdy  w  szalejącej  zamieci  i  mroźnym  wietrze,  do 

background image

położonego  po  drugiej  stronie  miasta  domu  Jamisonów  jeszcze 
dwa czy trzy kilometry. A jednak nie mógł postąpić inaczej. Ta 
noc miała odmienić jego życie i gotów był raczej zamarznąć na 
drodze, niż spędzić ją samotnie wśród czterech ścian. 

Zaskakująco szybko dotarł do autostrady. Pomimo że jazda po 

niej ciągnikiem była surowo zakazana, Tanner nie wahał się ani 
przez moment i ruszył szosą w stronę Morristown. Nawet gdyby 
szeryf  Campbell  był  na  tyle  szalony,  żeby  patrolować  drogę  w 
taką pogodę, to bez wątpienia nie wlepiłby mu mandatu. „Cały 
świat  kocha  tych,  którzy  kochają",  przypomniał  sobie 
przysłowie. 

Pierwszy  raz  zsunął  się  do  rowu  w  połowie  drogi.  Na 

szczęście  skończyło  się  na  paru  niegroźnych  zadrapaniach.  Za 
drugim  razem  był  już  właściwie  w  miasteczku,  więc  w  końcu 
zjechał z głównej drogi i przejechał przez opustoszałe ulice. 

Próbując  po  raz  dziesiąty  podjechać  na  wzgórze,  na  którym 

stał  dom  Jamisonów,  dał  wreszcie  za  wygraną.  W  najlepszym 
wypadku udawało mu się dociągnąć tylko do połowy wysokości, 
a  potem  nieodmiennie  ciągnik  zaczynał  się  zsuwać.  Zostawił 
maszynę  na  poboczu  i  podjął  wspinaczkę  między  rosnącymi 
przy drodze drzewami. 

Kiedy  wreszcie  dotarł  do  domu,  zajrzał  przez  lekko 

oszronione okno. Lara leżała  na dywanie  przed kominkiem. Jej 
ciało  wyglądało  pięknie  i  kusząco.  Kiedy  wdzięcznym  ruchem 
dorzuciła  polano  do  ognia,  aby  podsycić  płomień,  Tannerowi 
zrobiło się tak gorąco, jakby sam znalazł się w płomieniach. 

Zapomniał  zupełnie  o  piekących  zadrapaniach,  o 

zmarzniętych  palcach  i  zimnie,  wkradającym  się  pod 
przemoczone ubranie. Jeszcze nigdy w życiu nie pragnął żadnej 
kobiety  z  taką  siłą,  jak  w  tym  momencie.  Lara  jakby  coś 
przeczuła, bo odwróciła się i ujrzała za szybą twarz McNeila. 

background image

Właściwie  powinna  być  zaskoczona  tym,  że  przyjechał,  ale 

nie  była.  Zanim  się  pojawił,  gościł  w  jej  sercu  I  umyśle.  Jego 
fizyczna obecność wydała się Larze naturalna. 

Otworzyła  drzwi  i  przywitała  Tannera  pocałunkiem.  Nie 

miała wątpliwości, że choć byli dopiero w pół drogi do tego, aby 
naprawdę  się  poznać,  to  jednak  właśnie  tego  wieczora  mieli 
zrobić ku sobie decydujący krok. 

Mężczyzna  niecierpliwie  zrzucał  z  siebie  kolejne  warstwy 

mokrych ubrań, kurtkę, sweter, flanelową koszulę i podkoszulek. 
Szlafrok  Lary  opadł  cicho  na  podłogę.  Niecierpliwe  ręce 
Tannera  uniosły  do  góry  jej  koszulę  nocną,  a  potem  jednym 
ruchem posłały ją na dywan. 

Bez  słowa  poprowadziła  go  za  rękę  w  stronę  kominka  i 

pociągnęła za sobą na dywan. Leżeli w blasku bijącym od polan 
ułożonych  w  głębi  ogromnego  paleniska,  ale  przenikające 
Tannera gorąco nie brało się z ognia, lecz z pieszczot Lary. 

Żadne  z  nich  nic  nie  mówiło.  Aby  się  porozumieć, 

wystarczyły im oczy. Usta mieli zbyt zajęte  pocałunkami, żeby 
marnować  je  na  zbędne  słowa.  Jego  dłonie  powoli  przesuwały 
się po gorącym, gładkim ciele Lary, zgłębiając cierpliwie każdy 
jego centymetr. 

Nie  wytrzymała  długo  bez  ruchu,  musiała  równie  dobrze 

poznać ciało Tannera. Gorące, wilgotne usta Lary wędrowały po 
jego  twarzy,  szyi  i  piersiach.  Zęby  zacisnęły  się  delikatnie  na 
sutkach  mężczyzny,  który  gładził  szorstkimi  dłońmi  jej 
jedwabiste włosy. 

Czuła  drżenie  jego  ciała.  Nie  miała  wątpliwości,  że  McNeil 

znajduje się u kresu wytrzymałości, a jednak cierpliwie pozwalał 
jej  robić  wszystko,  na  co  tylko  miała  ochotę.  W  końcu  jednak 
nie był w stanie znieść tego dłużej, objął ją i przewrócił na plecy. 

Lara pozwoliła mu na to bez oporu. Teraz przyszła jego kolej, 

background image

aby  skosztować  jej  ciała,  smaku  szyi,  ramion,  piersi,  brzucha. 
Kiedy  już  nie  była  w  stanie  znieść  dłużej  jego  pieszczot, 
krzyknęła i mocno przyciągnęła go. Poddał się bez wahania. 

 
Potem  leżeli  bez  ruchu  przed  kominkiem,  spoglądając  w 

dogasające  płomienie,  których  żadne  z  nich  nie  miało  siły 
podsycać.  Kiedy  została  tylko  sterta  żaru,  Lara  podniosła  się  z 
dywanu i poprowadziła Tannera po ciemnych schodach na górę, 
do sypialni. 

Odsunęła  kołdrę  i  położyła  się  na  łóżku,  nie  ukrywając 

pięknego  ciała  przed  jego  wzrokiem.  Wiedzieli,  że  równie 
daleko,  jak  do  końca  nocy,  jest  do  kresu  ich  pieszczot  i 
pocałunków.  Już  nie  tak  gwałtownych  i  głodnych  jak 
poprzednio, ale ciągle dalekich od nasycenia. 

Nie  usłyszeli  syren,  wyjących  o  północy.  Nie  widzieli 

wzlatujących  w  niebo  rakiet.  Tej  nocy  ich  zmysły  były 
przeznaczone  tylko  dla  nich  dwojga,  dla  nikogo  i  niczego 
więcej. 

Kiedy wreszcie Tanner usnął, Lara długo leżała, trzymając go 

w  objęciach.  Był  jej.  Nie  miała  żadnych  wątpliwości,  że  to  on 
był mężczyzną, którego przeznaczył jej los. Odnalazła go. Teraz 
musi go przy sobie zatrzymać. 

 

background image

Rozdział 4 

 
Umysł  Lary  wypełniały  bez  reszty  żywe,  plastyczne  obrazy 

splecionych  w  miłosnym  uścisku  kochanków.  Na  nic  się  nie 
zdały  rozpaczliwe  próby  myślenia  o  czymś  innym.  Przed  jej 
oczami  raz  po  raz  pojawiały  się  wyraziste  wspomnienia  scen, 
które rozegrały się tej nocy. 

Zwykle  potrafiła  skupić  się  na  tym,  na  czym  chciała  lub 

przynajmniej nie myśleć o tym, na co nie miała ochoty. Dawno 
już, co najmniej od czasu swego rozwodu z Kevinem, nie miała 
równie  obsesyjnych  myśli.  Jej  podświadomość  stała  się  nagle 
zupełnie  niezależna  i  nieustannie  wypełniała  głowę  Lary 
szalonymi  wspomnieniami.  Nie  były  to  zresztą  wcale 
wspomnienia, z którymi łatwo było jej się pogodzić. 

Czy  to  możliwe,  pytała  samą  siebie,  że  to  naprawdę  ona 

klęczała 

przed 

kominkiem 

obsypywała 

gorącymi, 

nieprzytomnymi  pocałunkami  ciało  Tannera?  Czy  to  ona 
krzyczała z rozkoszy, rodzącej się w zetknięciu z jego szorstkimi 
dłońmi  i  gorącymi  ustami?  Czy  to  naprawdę  ona  domagała  się 
wciąż  więcej  i  więcej  pieszczot,  którymi  obdarzał  ją  bez 
wahania? 

Nawet gdyby próbowała sobie wmówić, że to wszystko było 

tylko  snem,  i  tak  cały  czas  czuła  za  sobą  mocne,  twarde  ciało 
oddychającego  spokojnie  mężczyzny.  Obejmował  ją  oburącz 
przez  sen,  jego  szorstkie,  zniszczone  od  pracy  ręce  nie 
wypuszczały z uwięzi jej pełnych, delikatnych piersi. 

Wystarczyło, aby obróciła głowę  i  mogła przyłożyć  ucho  do 

jego silnego, szerokiego torsu, i usłyszeć spokojne bicie serca. 

Tanner  spał.  Lara  poczuła  zażenowanie  na  myśl  o  tym,  co 

będzie, kiedy się przebudzi. Co sobie o niej pomyśli? Jak ma go 

background image

przekonać, że sama nie wie, co ją tej nocy napadło? 

Od  dawna  wiedziała,  że  jest  namiętną  kobietą.  Przynajmniej 

tego  zdążyła  się  o  sobie  dowiedzieć,  żyjąc  z  Kevinem.  Nigdy 
jednak,  przez  wszystkie  lata  małżeństwa,  nie  poddała  się 
zmysłom w takim stopniu, jak teraz, przy Tannerze. 

Noc sylwestrowa z Kevinem była zawsze bardzo specjalnym 

świętem. Jej mąż skłonny był tę jedną noc w roku spędzić przy 
kominku, tuląc żonę i popijając mrożonego szampana. 

Lara zdała sobie sprawę, że właśnie przed tym wspomnieniem 

chciała  uciec.  Miała  ochotę  bawić  się  wesoło  i  hałaśliwie  w 
gronie  starych  znajomych,  tańcząc  do  świtu  w  ramionach 
przystojnego mężczyzny. Choć sama sobie z tego wcześniej nie 
zdawała  sprawy,  oczekiwała,  że  ta  noc  odmieni  nareszcie  jej 
życie I pozwoli zacząć wszystko na nowo. 

W  ostatnim  dniu  starego  roku  wszystkie  jej  marzenia 

rozwiewały się po kolei, w miarę jak świat za oknem zasnuwała 
coraz grubsza warstwa śniegu. 

I właśnie wtedy, gdy siedziała samotna przed ogniem, wątpiąc 

w  pojawienie  się  Tannera,  zbyt  długo  tłumione  pragnienia 
buchnęły w jej sercu gorącym płomieniem. Mogła sobie do woli 
powtarzać, że nie potrzeba jej nikogo do szczęścia, i tak z głębi 
duszy  dobiegał  ją  głos,  który  mówił  jasno  i  wyraźnie: 
okłamujesz się! 

Oczywiście,  w  pewnym  sensie  mogłaby  się  obejść  bez 

mężczyzny. Była w stanie z powodzeniem się utrzymać, a nawet 
zrobić  karierę.  Potrzebowała  jednak  więzi  emocjonalnej, 
prawdziwego ciepła, bez których cała reszta była nic niewarta. A 
w gruncie rzeczy równie mocno potrzebowała seksu, namiętnego 
związku  dwóch  ciał,  zapominających  przy  sobie  o  całym 
świecie.  I  jeszcze  tego,  aby  o  świcie  budzić  się  w  ramionach 
mężczyzny. 

background image

W  tym  momencie,  jakby  chcąc  przypomnieć  o  swojej 

obecności, Tanner  poruszył  się we śnie, a  jego dłoń  przesunęła 
się wzdłuż ciała Lary i zatrzymała na jej pełnym biodrze. 

Przerażona,  wstrzymała  oddech.  Bezgłośnie  modliła  się,  aby 

jeszcze się nie obudził. Ciągle czuła zażenowanie. Nigdy jeszcze 
nie obudziła się w ramionach innego mężczyzny niż jej mąż. 

Pierś  McNeila  spokojnie  unosiła  się  i  opadała,  a  jego  serce 

biło  równym,  miarowym  rytmem.  Wyglądało  na  to,  że  jeszcze 
przez chwilę nie będzie musiała patrzeć mu ze wstydem w oczy. 
Była to dla niej niewielka pociecha. Prędzej czy później Tanner 
się zbudzi. 

Tanner.  Kilka  razy  powtórzyła  w  myśli  jego  imię.  Co  go 

opętało,  żeby  przedzierać  się  do  niej  przez  taką  zawieruchę? 
Żaden  mężczyzna  nie odbyłby takiej wyprawy dla jednej nocy. 
Kevin nigdy by tego nie zrobił, choć, bez wątpienia, kochał ją na 
swój sposób. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ją i Tannera od 
początku ich znajomości popycha ku sobie jakaś tajemnicza siła. 

Od  rozwodu  spotkała  kilku  interesujących  mężczyzn,  żaden 

jednak  nie  wzbudził  w  niej  tego  instynktownego  przypływu 
ciepła,  jaki  odczuła  natychmiast,  gdy  tylko  ujrzała  Tannera.  I 
chyba właśnie dlatego bez chwili wahania zaopiekowała się nim 
podczas pierwszego spotkania. 

Odwożenie  do  domu  kompletnie  zalanego  faceta  na  pewno 

nie było typowym dla niej zachowaniem. Czy to przeznaczenie 
postawiło go na jej drodze? Czy miała znaleźć spokojną przystań 
w jego ramionach? 

Dłoń  mężczyzny  znów  się  poruszyła  i  Lara  w  odruchu 

rozpaczy zamknęła oczy. Za chwilę nastąpi rozstrzygnięcie. Już 
niedługo będzie znała odpowiedź na nękające ją pytania. Lękała 
się  tej  chwili  i  niczego  bardziej  nie  pragnęła,  niż  jeszcze  na 
moment ją oddalić. 

background image

Tymczasem  do  Tannera  zaczęło  powoli  docierać,  gdzie  się 

znajduje.  Ciepłe,  miękkie  ciało  Lary  wyciągnięte  wzdłuż  jego 
boku  sprawiło,  że  po  raz  pierwszy  od  bardzo  dawna  wrócił  z 
krainy słodkich snów do jeszcze słodszej rzeczywistości. 

Przypomniał  sobie  chwilę,  gdy  patrzył  przez  okno  na 

dziewczynę  leżącą  przed  kominkiem,  leniwie  podsycającą 
płomienie.  Przypomniał  sobie,  jak  bardzo  jej  w  tym  momencie 
zapragnął i jak trudno było mu oderwać się od okna i podejść do 
drzwi. 

Ile  razy  śnił,  że  przedziera  się  wśród  trudów  i 

niebezpieczeństw do Jodi tylko po to, żeby okazała się w końcu 
równie niedostępna i odległa, jak na początku drogi. 

Tymczasem  Lara  sama  do  niego  podeszła.  Otworzyła  przed 

nim  drzwi  i  bez  słowa  rzuciła  się  w  ramiona.  I  w  jakiś 
czarodziejski sposób uwolniła go od myśli o Jodi. 

Do  tej  pory  czuł  na  każdym  skrawku  ciała  dotyk  jej  ust, 

zębów, paznokci. 

Lara odpowiedziała na jego pieszczoty pieszczotami, na jego 

energię energią, na jego namiętność – namiętnością. 

Nigdy  w  życiu  nie  przeżył  niczego  podobnego.  Do  tej  pory 

wydawało mu się, że mężczyzna powinien być aktywną stroną w 
miłości. Dopiero teraz dowiedział się, że może być inaczej. 

W  bladym  świetle  poranka  Tanner  przesunął  wzrokiem  po 

zarysie  skrytego  pod  kołdrą  ciała  Lary.  Jego  ręka  zaczęła  się 
powoli przesuwać po jedwabistej skórze. 

Odkrywał  ze  zdumieniem,  jak  bardzo  mogą  się  od  siebie 

różnić  kobiece  ciała.  Lara  miała  krąglejsze,  pełniejsze  piersi. 
Szerokie biodra kontrastowały z wąską talią. Całe ciało układało 
się  w  płynne  linie,  a  w  dotyku  kojarzyło  mu  się  z  dojrzałym, 
miękkim  owocem.  Było  w  nim  ciepło  i  słodycz,  których  tak 
potrzebował. 

background image

Jodi była pod każdym względem inna, począwszy od budowy 

fizycznej, a kończąc na nieustannej ruchliwości, która sprawiała, 
że  będąc  przy  niej  wiecznie  się  bał,  że  za  moment  zniknie  bez 
śladu. 

Pochylił głowę i zaczął całować szyję Lary, potem odsunął się 

trochę,  aby  pod  własnym  ciężarem  opadła  na  plecy  i  przesunął 
dłonią po jej brzuchu. To miejsce także było zupełnie inne niż u 
Jodi.  Zamiast  płaskich,  twardych  mięśni  czuł  pod  palcami 
jedwabistą  skórę,  pod  którą  znajdował  się  miękki,  delikatny 
brzuch.  Z  prawdziwą  przyjemnością  pieścił  jej  ciało,  gdy  nagle 
Lara głośno jęknęła. 

Dłoń Tannera natychmiast znieruchomiała. 
– Co się stało? Zabolało cię? – spytał przestraszony. 
Z ociąganiem spojrzała w jego zatroskane oczy. 
– Wcieranie nic tu nie pomoże. 
Taner patrzył zdumiony. 
– Nie rozumiem. 
Lara  westchnęła  ciężko,  ujęła  oburącz  jego  wielką  dłoń  i 

odsunęła ją ze swego brzucha. 

–  Jestem  tłuściochem,  niestety.  A  masaże  nie  pomagają. 

Zresztą, prawdę mówiąc, w ogóle nic nie pomaga. 

Na  widok  jej  zmartwionej  miny  Tanner  nie  mógł 

powstrzymać  uśmiechu.  Uwolnił  dłoń  z  jej  rąk  i  położył  z 
powrotem na brzuchu Lary. 

– Masz na myśli tę uroczą fałdkę? 
–  Dżentelmen  udałby,  że  nie  zauważa  takiego  drobiazgu  – 

oznajmiła urażonym tonem. Powtórnie chwyciła go za rękę, ale 
tym  razem  McNeil  nie  pozwolił  odsunąć  swojej  dłoni. 
Delikatnie głaskał dziewczynę po brzuchu. 

– Żaden mężczyzna, dżentelmen czy nie, wszystko jedno, nie 

przegapiłby takiego uroczego szczegółu twojej anatomii – dodał, 

background image

kiedy już przestał się śmiać. 

–  To  nie  żaden  uroczy  szczegół,  tylko  okropne  sadło. 

Nienawidzę go. Do tej pory pamiętam, jak babcia Hess klepała 
mnie po brzuchu i mówiła: „Moja ty tłuściutka świnko". 

Tanner znowu nie mógł powstrzymać śmiechu. 
– Babcia Hess, sądząc z nazwiska, musiała być Niemką i na 

pewno traktowała to jako komplement. 

Niemcy  lubią  kobiety  przy  kości.  –  Potem  opuścił  głowę, 

złapał Larę zębami za ucho i szepnął: – My, Szkoci, też. 

Odchyliła  głowę,  dając  jego  ustom  dostęp  do  łagodnego 

zagięcia szyi. 

– Naprawdę? 
–  Mmm-hmm.  –  Jego  wargi  skradały  się  przez  jej  szyję  i 

policzek w stronę ust. – A zwłaszcza tę kobietę. 

Lara ciągle jeszcze miała nadąsaną minę, ale nie protestowała 

przeciwko temu, aby dać się przekonać i w odpowiedzi na jego 
pocałunki natychmiast rozchyliła usta. 

Całował,  patrząc  jej  prosto  w  oczy.  Jedną  rękę  delikatnie 

odsunął na bok włosy Lary, a drugą gładził i pieścił jej brzuch, 
przesuwając powoli rękę coraz niżej i niżej. 

 
Później,  kiedy  już  znów  spokojnie  leżeli  obok  siebie, 

dziewczyna spojrzała na niego uważnie. 

–  Zawsze  się  budzisz  w  takim...  hmm,  dobrym  nastroju?  – 

spytała. 

Tanner potrząsnął przecząco głową. 
– Dawno już nie obudziłem się w dobrym nastroju. 
Ale przy tobie czuję radykalną poprawę. 
Lara uśmiechnęła się do niego. 
–  Czy  mam  to  traktować  jako  twoje  postanowienie 

noworoczne? – zapytała lekko uszczypliwym tonem. 

background image

– Mnie się ono w każdym razie bardzo podoba – dodała zaraz 

–  i  obiecuję  zrobić,  co  w  mojej  mocy,  aby  ci  pomóc  w  jego 
wypełnieniu. 

–  Tak  –  odpowiedział  poważnym  tonem.  –  Możesz  to 

potraktować  jako  moje  postanowienie  noworoczne.  I  solennie 
obiecuję go dotrzymać. 

–  Dotrzymaj  –  szepnęła  namiętnie.  –  Bardzo  mnie  tym 

ucieszysz. 

– I siebie, Laro. Nigdy i z nikim nie czułem się tak jak z tobą. 
– Ja również, Tanner. 
Spojrzał jej z uwagą w oczy. 
– Z Kevinem też nie? – zapytał. 
Odpowiedziała mu równie  otwartym spojrzeniem, tak by nie 

miał żadnych wątpliwości, że go nie oszukuje. 

– Nawet z nim. 
Tanner pochylił głowę i musnął usta Lary pocałunkiem. Jego 

ręka wróciła już na ulubione miejsce na brzuchu. 

–  Cieszę  się,  że  to  jest  dla  ciebie  coś  nowego  –  powiedział 

otwarcie.  –  Bardzo  bym  chciał,  żeby  to,  co  się  między  nami 
dzieje,  było  inne  niż  wszystko,  co  wydarzyło  się  dotąd.  Żeby 
było tylko nasze. 

– Tak właśnie jest, Tanner. Kevin nigdy nie podjąłby takiego 

ryzyka jak ty. Właściwie to do tej pory nie mogę się nadziwić, że 
coś  takiego  zrobiłeś.  Kiedy  się  rano  obudziłam,  w  pierwszej 
chwili  wydawało  mi  się,  że  twój  przyjazd  był  tylko  częścią 
moich wczorajszych marzeń. 

– Tak? A o czym właściwie marzyłaś? 
Lara oblała się mocnym rumieńcem. 
– No, wiesz... Oj, właściwie to nie ma większego znaczenia – 

zakończyła, mrucząc coś niewyraźnie. 

Niezależnie od tego, co działo się między nimi ostatniej nocy, 

background image

była zdecydowana nie mówić mu nic o swoich marzeniach. 

Ale Tanner nie pozwolił jej się tak łatwo wymigać. 
–  Rzeczywiście,  kiedy  wczoraj  przyszedłem,  w  ogóle  nie 

byłaś  zaskoczona  tym,  że  mnie  widzisz.  Powiedz,  myślałaś  o 
mnie... o nas? O tym, że do siebie pasujemy? 

Szeptał jej prosto do ucha. 
– Powiedz, o czym rozmyślałaś Laro? O nas, o tobie i o mnie 

przed  kominkiem,  nagich,  splecionych  w  uścisku,  kochających 
się? 

– Tanner – szepnęła w słabym proteście. 
Nakrył  ją  swoim  silnym  ciałem  i  przycisnął  do  materaca. 

Uniósł palcami jej brodę i zmierzył wzrokiem pełnym napięcia. 

–  Nie  wstydź  się,  Laro.  Ja  też  to  sobie  wyobrażałem,  przez 

całą  drogę.  I  właśnie  ta  myśl  prowadziła  mnie  do  ciebie.  – 
Potrząsnął głową i roześmiał się na wpół do siebie, na wpół do 
niej.  –  Ale  muszę  przyznać,  że  rzeczywistość  przeszła  moje 
najśmielsze oczekiwania. 

–  Na  pewno  uważasz  mnie  za  jakąś  dziką  kobietę  –    – 

szepnęła. 

–  Ładne  odkrycie:  dzika  kobieta.  Przedstawicielka 

zagrożonego  gatunku.  Czuję,  że  moim  obowiązkiem  jest 
ochrona  takiego  cennego  okazu  przed  drapieżnikami  i 
kłusownikami.  –  Westchnął  komicznie.  –  Ciężka  robota,  ale 
może podołam. 

Uniosła rękę i pogłaskała go po twarzy. 
– Na pewno chcesz sobie wziąć na głowę taki kłopot? 
–  Ciekaw  jestem,  czy  ktoś  zdołałby  mnie  powstrzymać.  – 

Uśmiech zniknął z twarzy Tannera, a jego mięśnie stężały, jakby 
już szykował się do walki w jej obronie. – Może czasami trochę 
za wolno orientuję się w sytuacji... 

– Za wolno? Nie zauważyłam, żebyś był powolny. 

background image

Niezadowolony zmarszczył brwi. 
– Może za długo trwało, zanim wreszcie zrozumiałem, że nie 

mogę liczyć na Jodi, ale teraz nie mam zamiaru popełnić żadnej 
pomyłki. 

– I nie popełniłeś? Nie żałujesz, że tu przyjechałeś? 
–  No,  oczywiście,  że  nie.  –  Tanner  był  kompletnie 

zaskoczony jej przypuszczeniem. 

Lara  uśmiechnęła  się  z  zadowoleniem  na  widok  jego 

gwałtownej reakcji. 

– Powiedz mi, wierzysz w przeznaczenie? 
– A spotkałaś kiedyś farmera, który by nie wierzył? 
– Nie – przyznała. – Wiesz, doszłam do wniosku, że może ta 

noc była nam po prostu przeznaczona przez los. 

Skinął głową. 
–  Nie  ma  tu  żadnego  „może".  Jestem  pewien,  że  było  nam 

pisane, iż będziemy razem. Ostatniej nocy. 

I przyszłej. I przez cały rok. I na wieki wieków. Amen. 
Dopiero  kiedy  to  powiedział,  Lara  uświadomiła  sobie,  jak 

bardzo była niespokojna o przyszłość ich związku. Teraz jednak 
nie miała żadnych wątpliwości co do szczerych intencji Tannera. 
On sam najwyraźniej także sięgał myślą w przyszłość. 

– A z moim szczęściem – dodał nagle – mogło się już nawet 

zdecydować jeszcze czyjeś przeznaczenie. 

Domyśliła  się,  że  w  jego  słowach  kryje  się  jakieś  nie 

wypowiedziane  pytanie,  którego  nie  potrafiła  odgadnąć. 
Zerknęła  na  niego  pytająco,  ale  on  najwyraźniej  nie  chciał  już 
nic więcej dodać. 

Zamiast  tego  przesunął  wzrokiem  po  jej  ciele.  Spojrzał  na 

pełne piersi i brzuch, na którym wciąż trzymał dłoń. Z widoczną 
przyjemnością przeciągnął palcami po skórze. 

Lara poczuła, że Tanner znów uważnie się jej przygląda, więc 

background image

uniosła głowę, aby napotkać jego oczy. Ciągle jednak nie mogła 
się  zorientować,  co  właściwie  miał  na  myśli.  Dopiero,  kiedy 
delikatnie ścisnął skórę w dole jej brzucha, zrozumiała. 

– Nie! 
Jej odpowiedź była tak gwałtowna, że Tanner aż się cofnął. 
Lara zaśmiała się krótko. 
– Przepraszam, nie chciałam się tak wydrzeć. Chodzi mi o to, 

że to nie jest problem. Nie musisz się o nic martwić. – Mówiąc 
to  wszystko, chciała  poprawić mu  nastrój, ale  wyglądało  na  to, 
że wcale nie osiągnęła swego celu. Wręcz przeciwnie, wyglądał 
na lekko rozczarowanego. 

– Jesteś pewna? 
– Tanner – zawahała się przez moment, a potem nakryła jego 

dłoń swoją drobną ręką – biorę pigułki. 

Zaczęłam je brać, jak wyszłam za mąż i robię to do tej pory. 

Na pewno nie jestem w ciąży. Możesz się nie martwić. 

Odsunął się od niej i usiadł na krawędzi łóżka. 
– Przede wszystkim, to wcale nie mówiłem, że się martwię. 
Podniosła się, uklękła za nim i objęła go ramionami. 
– Myślałam, że się martwisz. Powiedz mi, co się stało? 
– Sądziłem, że chcesz mieć dzieci. Mówiłaś, że to był jeden z 

powodów, dla których odeszłaś od męża. 

–  No,  tak,  ale  nigdy  nie  chciałam  mieć  dzieci  po  jednej 

szalonej  nocy.  Niezależnie  od  tego,  jak  wspaniałe  było  to 
szaleństwo. 

Tanner odwrócił się gwałtownie i przewrócił ją na łóżko. 
– A kto tu mówi o jednej szalonej nocy? – zapytał ze złością. 
–  Chciałam  tylko  powiedzieć,  że  jedna  noc  nie  może  być 

pewną  podstawą  trwałego,  odpowiedzialnego  związku  – 
powiedziała  spokojnym,  rozważnym  tonem,  jakiego  używała 
wobec zirytowanych klientów. 

background image

Potrząsnął głową i oparł ręce po obu stronach jej ciała. 
–  Wydawało  mi  się,  że  byliśmy  zgodni  co  do  tego,  że  to 

spotkanie było naszym przeznaczeniem. 

Przeznaczenie  nie  zajmuje  się  takimi  drobiazgami,  jak  jedna 

szalona noc, tylko naprawdę poważnymi sprawami. 

–  A  nie  wydaje  ci  się,  że  jest  jeszcze  może  trochę  za 

wcześnie, żeby być wszystkiego pewnym? Ledwo się znamy. W 
gruncie rzeczy było może za wcześnie nawet na to, żeby iść do 
łóżka, a co dopiero mówić o płodzeniu dzieci. Bądź rozsądny. 

–  Za  wcześnie?  Dlaczego?  –  zapytał.  –  Oboje  mamy  zamiar 

osiąść na dobre w Morristown. Każde z nas chce mieć dzieci. I 
na dodatek świetnie do siebie pasujemy w łóżku. 

– I oboje dostaliśmy po głowie we wcześniejszych związkach 

– dodała. 

– No to co? 
– To, że potrzebujemy czasu, żeby na dobre przyjść do siebie 

– tłumaczyła mu cierpliwie. 

–  Czy  to  znaczy,  że  ciągle  jeszcze  kochasz  Kevina?  O  to  ci 

chodzi? – Tanner aż ochrypł z przejęcia. 

– Nie, nie o to mi chodzi. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że 

nawet  po  upływie  dwóch  lat  od  rozwodu  tamto  małżeństwo  i 
jego rozpad mają duży wpływ na mój stosunek do mężczyzn. – 
Lara  podniosła  ręce  I  odepchnęła  Tannera  tak,  aby  móc  usiąść 
naprzeciw niego. 

– Nie chcę popełnić kolejnej pomyłki, Tanner. 
Rozwód naprawdę oznacza wiele cierpienia. W żadnym razie 

nie chcę na nie skazać swojego dziecka. 

McNeil poczuł, że gniew go opuszcza. 
– Jestem pewien, że nie ma mowy o pomyłce –  – upierał się 

jeszcze. 

– Tak pewien, jak byłeś w przypadku Jodi? 

background image

Równie dobrze mogłaby wymierzyć mu policzek. 
Ból  zaćmił  oczy  Tannera  i  Lara  zrozumiała,  że  dopiekła  mu 

do  żywego.  Pamiętała  jednak,  że  nagły  cios  jest  czasem 
najlepszym sposobem, aby przywrócić komuś przytomność. 

Kiedy chciał się znowu odsunąć, objęła go mocno ramionami. 
–  Przepraszam.  Uwierz  mi,  że  rozumiem  to,  co  teraz 

przeżywasz.  Ale  kiedy  człowiek  przechodzi  kryzys,  szukanie 
sobie  na  gwałt  żony  i  płodzenie  dzieci  nie  jest  najlepszym 
wyjściem.  Nie  byłoby  to  naprawdę  uczciwe  ani  w  stosunku  do 
mnie, ani, i przede wszystkim, do dziecka. 

– Nie przeżywam żadnego kryzysu. 
– Tak czy siak, nie ma pośpiechu. 
–  Czy  dlatego,  że  raz  źle  wybrałem,  mam  do  końca  życia 

tkwić w kawalerstwie? 

– Nie – odpowiedziała z przekonaniem. – Ale powinieneś dać 

sobie  trochę  czasu, żeby uporać się  ze swoją goryczą,  tak  żeby 
nie wpływała na twoje przyszłe życie. 

–  I  ile  ma  mi  to  zająć  czasu?  Czy  to  jest  napisane  w  jakiejś 

książce? Niech to diabli, przez siedem lat czekałem, aż Jodi się 
zmieni,  zanim  machnąłem  na  nią  ręką.  Czy  mam  czekać 
następnych siedem, aż będę pewny, że chcę być z tobą? O ile ty 
sama nie znudzisz się czekaniem i nie poszukasz kogoś innego. 

Lara ścisnęła go mocniej. 
–  Wcale  nie  mówię,  że  masz  czekać  siedem  lat.  Nie  mówię 

nawet, żebyś czekał rok. Mówię po prostu, żebyś trochę zwolnił. 
Żebyś  dał  nam  obojgu  czas  na  lepsze  poznanie.  A  sobie  na  to, 
żeby naprawdę przemyśleć swoje uczucia wobec Jodi. 

Tanner uparcie kręcił głową. 
– Nie potrzebuję próbnego okresu. Ale jeżeli ty tak, to proszę 

bardzo.  Tylko  nie  proś  mnie,  żebym  był  cierpliwy.  Moja 
cierpliwość już dawno się wyczerpała. 

background image

Oboje byli tak zmęczeni tą rozmową, że kiedy wreszcie Lara 

wypuściła Tannera z objęć, po prostu położyli się obok siebie na 
łóżku,  nic  nie  mówiąc.  Objął  ją  ramieniem,  a  ona  złożyła  mu 
głowę na piersi. 

–  Jeżeli  uważasz,  że  naprawdę  jesteśmy  dla  siebie 

przeznaczeni, to nie ma powodu, żebyś się denerwował, bo i tak 
wszystko będzie dobrze. 

Po raz kolejny pokręcił głową. 
–  Przestanę  się  denerwować  dopiero  wtedy,  gdy  ty 

przestaniesz się przejmować kimś, kto już nic dla żadnego z nas 
nie znaczy. 

 

background image

Rozdział 5 

 
Zamieć  ucichła  około  trzeciej  nad  ranem.  Pierwszy  ranek 

nowego roku wstał cichy i jasny. Promienie słońca odbijały się 
od nieskazitelnie czystej powierzchni świeżego śniegu. 

Wkrótce jednak pojawiły się na nim szybko gęstniejące ślady 

stóp  –  to  mieszkańcy  Morristown  wylegli  przed  domy,  aby 
nacieszyć  się  śniegiem,  rzadkim  gościem  w  Arkansas.  Lara 
wyciągnęła Tannera  z  domu  licząc  na  to,  że  chłodne  powietrze 
ostudzi  jego  gorączkę.  On  z  kolei  postanowił  wykorzystać 
niespodziewane  okoliczności  przeciwko  niej  i,  korzystając  z 
magii zimy, jeszcze mocniej wplątać ją w sieć swoich czarów. 

Ze  spaceru  wrócili  przemarznięci  do  szpiku  kości.  McNeil 

napalił  w  kominku  i  usiedli  przed  ogniem,  chrupiąc  prażoną 
kukurydzę i popijając gorącą czekoladę. 

Drugiego stycznia, kiedy Larze ostatecznie udało się namówić 

Tannera  na  powrót  do  domu,  mokry  śnieg  tworzył  już  tylko 
niewielkie łachy, rozrzucone na trawie. 

Na  czwarty  dzień  jedynym  śladem  po  gwałtownym  ataku 

zimy  pozostały,  dożywające  swych  ostatnich  chwil,  śniegowe 
bałwany. 

Lara  nie  potrafiła  oprzeć  się  wrażeniu,  że  gwałtowne  jak 

noworoczna  zamieć  uczucia  Tannera  mogą  okazać  się  równie 
nietrwałe. 

Na  razie,  co  prawda,  nic  na  to  nie  wskazywało.  Wręcz 

przeciwnie,  można  by  je  raczej  przyrównać  do  nabierającej 
rozpędu lawiny. 

Co  wieczór,  czekając  na  niego  przed  kominkiem,  rozdarta 

między  nadziejami  na  znalezienie  spokojnej  przystani  i  lękiem 
przed  nieprawdziwym  uczuciem,  Lara  obiecywała  sobie,  że 

background image

postara  się  doprowadzić  do  „normalizacji"  ich  związku.  Ale 
wszystkie mądre przemyślenia rozsypywały się jak domki z kart, 
skoro  tylko  przebiegające  po  plecach  ciarki  uprzedzały  ją  o 
nadejściu mężczyzny. 

Od  chwili  gdy  otwierał  drzwi,  aż  do  świtu,  niestrudzeni 

kochankowie  przeżywali  wciąż  na  nowo  swoją  pierwszą  noc. 
Było  w  tym  coś  z  powtarzania  pięknego,  znanego  na  pamięć 
poematu,  tak  to  odczuwała  Lara.  Choć  wiadomo  było,  co 
przyniesie  kolejna  zwrotka,  nie  umniejszało  to  przyjemności, 
jaką sprawiało jej powtarzanie. 

 
14 lutego  
Amor  zastał  Larę  za  biurkiem,  w  kancelarii.  Obracała  w 

palcach  krwistoczerwoną  różę  I  przyglądała  się  uważnie 
leżącemu przed nią sękatemu korzeniowi o licznych odnóżkach. 
Zarówno  kwiat,  jak  i  korzeń,  który  też  zapewne  pochodził  z 
krzaku róży, znalazła rano przed drzwiami biura. 

Dziwnemu  prezentowi  nie  towarzyszyła  żadna  kartka.  Choć 

nie  miała  wątpliwości,  od  kogo  może  pochodzić,  to  jednak  nie 
potrafiła zrozumieć jego znaczenia. 

Zamknęła  oczy  i  pożeglowała  w  marzeniach  w  objęcia 

Tannera.  Tak  dobrze  było  w  jego  ramionach,  spokojnie  i 
bezpiecznie. Tylko ona  wiedziała, jak wiele kosztowało ją tego 
ranka odesłanie go o zwykłej porze do domu. 

Zaczynała  wierzyć,  że  coś  tak  wspaniałego  nie  powinno 

okazać się pomyłką. Może McNeil miał rację? Oboje pragnęli w 
życiu tego samego. ciągu tej krótkiej znajomości przywiązała 
się do niego silniej niż do Kevina przez wiele lat małżeństwa. 

Uśmiechnęła się, kiedy przypomniała sobie, jaką zaskoczoną 

minę  zrobił  na  prośbę,  aby  wreszcie  wszedł  do  domu 
frontowymi  drzwiami.  Ona  sama  czuła,  że  ta  drobna  różnica 

background image

będzie oznaczała nowy etap ich związku. 

Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że już od dobrych paru 

sekund  na  jej  biurku  rozlega  się  uparte  brzęczenie  dzwonka. 
Wcisnęła guzik i odezwała się do sekretarki: 

– Słucham, Karen? 
–  Przyszła  pani  Susan  Metcalf.  Nie  była  umówiona,  ale 

twierdzi, że to coś ważnego. 

–  Zaraz  będę.  –  Lara  odsunęła  od  siebie  myśli  o  Tannerze, 

schowała  różę  i  korzeń  do  szuflady  i  wyszła,  aby  przywitać 
przyjaciółkę i zarazem klientkę. 

Sprawa  rozwodowa  Susan  nie  była  jeszcze  zakończona,  ale 

zostały już tylko kwestie czysto formalne. Lara włożyła żakiet i 
wyszła do recepcji, która służyła zarówno jej interesantom, jak i 
Billa Harrisa. 

– Jak się masz, Susan? Widzę, że jakoś przeżyłaś noworoczną 

zamieć. 

– Przepraszam, że ci przeszkadzam. Powinnam była najpierw 

zadzwonić. 

– Nie wygłupiaj się. Chodź, pogadamy. 
Susan zawahała się przez moment, jakby wolała nie wchodzić 

do gabinetu. 

– Chodź i siadaj. – Lara ponowiła zaproszenie. 
– Zaraz podam kawę i chwilę sobie porozmawiamy. 
–  Chciała,  żeby  Susan  się  odprężyła,  przyjaciółka  jednak 

przez  cały  czas  sprawiała  wrażenie  kompletnie  przybitej.  Jej 
nastrój zaczął się udzielać i Larze. 

–  Nie,  nie,  dziękuję  za  kawę.  Nie  chcę  ci  zajmować  więcej 

czasu  niż  to  konieczne.  –  Kobieta  usiadła  na  samym  brzeżku 
krzesła i złożyła ręce. 

–  Och,  przestań!  W  końcu  jestem  nie  tylko  twoim 

adwokatem, ale także przyjaciółką. Mów, co się stało? 

background image

Jakieś kłopoty z Hankiem? 
–  Nie.  To  znaczy,  nie  kłopoty.  –  Susan  błądziła  oczami  po 

pokoju, uparcie unikając spojrzenia Lary. 

Ostatecznie  spuściła  wzrok  i  patrzyła  na  splecione  na 

kolanach ręce. 

– Pomyślisz, że jestem głupia, ale zgodziłam się, żeby Hank z 

powrotem  się  do  nas  wprowadził.  Przyszedł  przed  Bożym 
Narodzeniem  i  przyniósł  prezenty  dla  dzieci.  Było  jak  za 
dawnych dobrych czasów. 

Rozmawialiśmy  przez  kilka  godzin.  Po  świętach  przyszedł 

jeszcze kilka razy, przeprosił mnie i obiecał, że coś takiego już 
nigdy  więcej  się  nie  powtórzy.  –  Susan  podniosła  wzrok  i 
napotkawszy wątpiące spojrzenie przyjaciółki, dodała: – Wierzę 
mu, Laro. Naprawdę mu wierzę. 

– Nawet jeśli był szczery, Susan, to wcale nie znaczy, że się 

rzeczywiście zmieni. 

– Obiecał, że zrobi wszystko, by się zmienić. To nie jest zły 

człowiek.  Wiem,  że  po  tym  wszystkim,  co  naopowiadałam  na 
jego temat, trudno w to uwierzyć, ale to prawda. Zrozum, zranił 
mnie  i  byłam  na  niego  wściekła,  dlatego  wygadywałam  te 
wszystkie okropności. 

–  Wiem,  że  cię  zranił.  I  właśnie  dlatego  boję  się  skutków 

twojej decyzji. Nie chciałabym, żeby to się powtórzyło. 

–  Rozumiem  twoje  obawy,  ale  myślę,  że  tak  będzie  lepiej, 

naprawdę. Dzieci za nim tęsknią, a poza tym razem będzie nam 
łatwiej finansowo. 

–  Czy  nie  to  przesądziło  o  twojej  decyzji?  –  spytała  Lara 

łagodnie.  –  Może  po  prostu  się  boisz,  że  sama  nie  dasz  sobie 
rady? 

–  Fakt,  że  to  nie  jest  takie  proste  –  przyznała  Susan.  –  Na 

razie jeszcze ciągle muszę inwestować niemal wszystkie zyski w 

background image

gazetę. Wciąż mam jakieś wydatki, a poza tym muszę zatrudnić 
nowych pracowników. 

– A co z domem? Miałaś zamiar go sprzedać i przenieść się 

do rodziców. Może to by rozwiązało twoje problemy? 

–  No  tak,  ale...  –  Susan  potrząsnęła  bezradnie  głową  i 

wreszcie spojrzała przyjaciółce prosto w oczy. 

–  Cholernie  dobry  z  ciebie  adwokat,  Laro.  I  zdaję  sobie 

sprawę, że mówisz teraz właśnie jak adwokat, ale powiedz sama, 
nigdy nie żałowałaś, że się rozwiodłaś? 

Nie martwiłaś się, że będziesz już do końca życia sama? 
Powiem ci szczerze: tego właśnie boję się najbardziej. 
Hank  ma  swoje  wady,  ale  jest  mój.  Jakie  mam  szanse  w 

Morristown na innego faceta? 

– Rzeczywiście, nie ma tu dużego wyboru, ale nie żyjemy na 

bezludnej wyspie. Kelly ciągle się z kimś umawia. 

– Umówić się łatwo, trudniej wyjść za mąż. Powiedz sama, ile 

razy byłaś na randce od przyjazdu do Morristown? 

– Kilka. 
– I co, są rezultaty? 
– Może – odpowiedziała Lara ostrożnie. 
– To znaczy, że coś przed nami ukrywasz, tak? Kto to może 

być? Nie, poczekaj, niech zgadnę. Tanner McNeil. 

Lara niechętnie skinęła głową. 
– To tylko potwierdza to, o czym mówiłam – odparła Susan. – 

Jak mogę znaleźć faceta, mając dzieci i kłopoty finansowe, kiedy 
dookoła  pełno  jest  kwitnących  dziewczyn  w  znakomitej 
sytuacji? 

–  Przesadzasz.  Jesteś  atrakcyjną,  inteligentną  kobietą  na 

najlepszej  drodze  do  sukcesu,  a  twoje  dzieci  są  naprawdę 
wspaniałe. Dlaczego nie miałabyś znaleźć sobie kogoś? 

–  Żyję  w  separacji  już  sześć  miesięcy  i,  jak  dotąd,  nikt  do 

background image

mnie nie zastukał. 

– Susan... 
–  Nie,  Laro.  Przykro  mi,  że  ci  zawracałam  głowę,  ale 

zdecydowałam się dać Hankowi jeszcze jedną szansę. Za długo 
byliśmy razem, żeby teraz tak to wszystko cisnąć w diabły. 

– Decyzja należy do ciebie, Susan. Ale radzę ci, przemyśl to 

jeszcze. Rzeczywiście, były chwile, kiedy zastanawiałam się nad 
powrotem  do  Kevina,  ale  w  głębi  duszy  czuję,  że  podjęłam 
słuszną decyzję. 

– I nie boisz się, że zostaniesz do końca życia sama? 
–  Czy  się  boję?  Nie,  nie  boję.  Przyznaję,  że  to  nie  jest  to, 

czego  najbardziej  bym  pragnęła,  ale  gotowa  jestem  tak  żyć.  I 
wierzę, że mogę być szczęśliwa. 

Susan nie wydawała się przekonana słowami Lary. 
–  Jeżeli  pogodzisz  się  z  mężem,  to  wcale  nie znaczy,  że  nie 

zostaniesz  samotna.  Życie  na  nic  nie  daje  gwarancji.  Hank 
równie dobrze może ulec wypadkowi, jak po prostu wyjechać z 
miasta. A ty zostaniesz sama. Zastanów się nad tym. 

Susan z rezygnacją wzruszyła ramionami. 
– Już dosyć się nad tym zastanawiałam, Laro. 
Fakt,  że  wystąpiłam  o  rozwód,  naprawdę  nim  wstrząsnął. 

Dobrze wie, że nie zniosę żadnych skoków w bok. 

Pokazałam  mu  pazury  i  mam  nadzieję,  że  go  to  trochę 

ostudzi.  Tak  czy  siak,  zdecydowałam  się  dać  mu  szansę.  Jeżeli 
nawet  nie  ze  względu  na  siebie,  to  ze  względu  na  dzieci.  Jak 
będziesz miała dzieci, sama to zrozumiesz. 

–  Już  cię  rozumiem.  Ale  moją  rolą,  jako  adwokata,  jest 

skłonić  cię  do  rozważenia  wszystkich  aspektów  sytuacji.  Jeżeli 
chcesz dać Hankowi szansę – dobrze. 

Możemy po prostu zawiesić na jakiś czas postępowanie. Czy 

twój mąż już się wprowadził z powrotem? 

background image

Susan potrząsnęła głową. 
–  Jeszcze  nie.  Powiedziałam  mu,  że  muszę  to  wszystko 

przemyśleć. – Zawahała się przez moment, a potem dodała: Nie 
chciałam,  żeby  wywnioskował,  że  nic  nie  robię,  tylko  siedzę  i 
czekam, aż zechce wrócić. 

– Bardzo dobrze – powiedziała Lara. – To znaczy, że z punku 

widzenia prawa pozostajecie w separacji. 

Pomieszkaj  jeszcze  przez  jakiś  czas  sama.  Oczywiście, 

możecie  się  spotykać,  a  dopóki  czegoś  nie  postanowicie, 
postępowanie  rozwodowe  będzie  po  prostu  zawieszone.  Jeżeli 
będziesz  przekonana,  że  chcesz  z  nim  być,  to  świetnie.  Jeżeli 
nie, oszczędzisz sobie powtarzania całej procedury od początku. 

– Po co mamy się umawiać, skoro jesteśmy małżeństwem? O 

co w tym chodzi? 

–  Dowiodłaś  Hankowi,  że  masz  dosyć  siły,  by  go  rzucić. 

Teraz jego kolej, niech pokaże, że potrafi o ciebie walczyć. Daj 
sobie trochę czasu, żeby się upewnić, że on dotrzyma słowa. 

– Sama nie wiem... 
W Larze odezwała się natura prawnika. 
–  Myślę,  że  dopóki  pozostajecie  w  separacji,  masz  prawo 

wykorzystać  wszystkie  swoje  możliwości.  Wracać  do  Hanka, 
tylko  dlatego,  że  boisz  się  czegoś,  czego  dotąd  nawet  nie 
spróbowałaś, to błąd. 

– Ale czego mam, na miłość boską, spróbować? 
Mówiłam  ci  już,  że  przez  ostatnich  kilka  miesięcy  nie 

zastukał do moich drzwi pies z kulawą nogą. 

–  Nic  się  nie  martw.  Zdaj  się  na  mnie,  Kelly  I  Tannera. 

Zobaczysz,  że  znajdziemy  ci  świetnych  facetów.  Wszystko,  co 
musisz zrobić, to czasem wyjść z nami wieczorem. 

Susan wstała, kręcąc z powątpiewaniem głową. 
–  Słuchaj  –  podjęła  Lara  –  i  tak  powiedziałaś  Hankowi,  że 

background image

potrzebujesz  czasu  do  namysłu.  Wszystko,  o  co  cię  proszę,  to 
żebyś  trochę  przedłużyła  ten  czas.  Jeżeli  on  naprawdę  chce  do 
ciebie wrócić, to wróci i tak. 

– A co będzie, jeżeli dojdzie do wniosku, że nie chce? 
Tym  razem  Lara  nie  odpowiedziała  równie  szybko. 

Zastanowiła się przez moment i odezwała poważnym tonem: 

– To i tak będziesz w dużo lepszej sytuacji, jeśli założysz, że 

wrócił  na  dobre,  a  on  za  parę  miesięcy  dojdzie  do  wniosku,  że 
niepotrzebnie to robił. 

Przyjaciółka  odwróciła  się  do  okna.  Lara  stała  bez  słowa, 

powiedziała już wszystko, co należało. 

–  Nie  wyobrażasz  sobie,  jak  się  cieszę,  że  znowu  jesteś  z 

nami. 

Susan mówiła tak cicho, że w pierwszej chwili Lara nie była 

pewna,  czy  się  nie  przesłyszała.  Zaraz  potem  przyjaciółka 
odwróciła się i podeszła do niej z oczami pełnymi łez. 

–  I  nie  wyobrażasz  sobie,  jak  się  cieszę,  że  mam  adwokata, 

który jest moim prawdziwym przyjacielem. 

Pokrywając uśmiechem wzruszenie, Lara przytuliła ją mocno. 
– I nawzajem. Jestem bardzo wybredna w doborze klientów. – 

Zawahała się przez moment i wracając do roli prawnika, dodała: 
– Jutro wystąpię o zawieszenie postępowania, dobrze? Powiesz 
Hankowi, że ma sześć miesięcy na okazanie skruchy. 

– Dobrze, Laro. Dziękuję. 
– Drobiazg. Za to mi płacisz. 
Odprowadziła przyjaciółkę do samochodu. Kiedy ta odsunęła 

szybę, żeby się pożegnać, Lara dorzuciła: 

– Pamiętaj, kiedy zadzwonimy po ciebie, masz bez wykrętów 

powiedzieć „tak". 

Praca  przyprawiała  ją  czasem  o  prawdziwą  depresję. 

Rozwody,  nawet  jeżeli  pozostawały  najlepszym  wyjściem  z 

background image

sytuacji, były zawsze wyjściem bardzo bolesnym. Inaczej miały 
się  rzeczy  w  takim  dniu  jak  ten,  kiedy  udało  jej  się  pomóc 
komuś w podjęciu najlepszej decyzji. 

Spojrzała na zegarek i doszła do wniosku, że właściwie może 

już  z  powodzeniem  wracać  do  domu.  Tanner  miał  wprawdzie 
przyjść  dopiero  na  kolację,  ale  Lara  miała  wielką  chęć  zrobić 
sobie  długą  gorącą  kąpiel,  podczas  której  wreszcie  nie  będzie 
musiała się nad niczym zastanawiać. 

Już  wsiadała  do  samochodu,  gdy  przypomniała  sobie  o 

prezencie.  Wróciła  do  biura  i  od  nowa  zaczęła  się  głowić  nad 
tym,  co  może  on  oznaczać.  Przyszło  jej  na  myśl,  że  może 
niepotrzebnie  będzie  szykować  kolację.  Może  za  pomocą  tych 
dziwnie  dobranych  przedmiotów  Tanner  chce  się  z  nią 
pożegnać?  Ale,  w  takim  razie,  dlaczego  dawałby  jej  kwiat? 
Czerwona  róża  zawsze  oznaczała  miłość.  A  korzeń?  Co  mógł 
oznaczać uschnięty korzeń? 

 
W  dwie  godziny  później  w  domu  Jamisonów  odezwał  się 

dzwonek u drzwi. Lara rzuciła okiem na zegarek i stwierdziła, że 
Tanner zjawia się punktualnie. 

Ściągnęła poły szlafroka i szybko zeszła po schodach. Jedno 

przynajmniej  było  jasne:  prezent,  jaki  jej  ofiarował  tego  ranka, 
nie był prezentem pożegnalnym. 

Już położyła rękę na klamce, gdy uświadomiła sobie, że jeśli 

otworzy mu drzwi w szlafroku, to kolację diabli wezmą. 

Założyła  łańcuch  i  uchyliła  drzwi.  Tanner  był  ubrany  w 

zaskakująco elegancki garnitur. Już chciał wejść, gdy na widok 
łańcucha zatrzymał się zaskoczony. 

– Laro, co się stało? Otwórz mi. 
Patrząc na niego przez wąską szczelinę, potrząsnęła głową. 
– Bardzo mi przykro, ale musisz chwilę poczekać. 

background image

Nie jestem jeszcze ubrana. 
–  Przecież  to  tylko  strata  czasu.  Lepiej  mnie  wpuść,  to 

również się rozbiorę. Zobaczysz, że tak będzie znacznie milej. – 
Mężczyzna pchnął drzwi, ale łańcuch nie puścił. – Zrobiłem coś 
złego? Stało się coś? 

– W głosie Tannera zabrzmiał lęk. – Przecież chyba się mnie 

nie boisz, Laro? 

– Oczywiście, że nie – zapewniła go. – Ale nie jestem głupia. 

Uprzedzałam  cię,  że  dzisiejszy  wieczór  będzie  inny  niż 
wszystkie.  Mam  już  dosyć  tych  potajemnych  schadzek  w 
sypialni.  Jeżeli  ci  zależy  na  trwałym  związku,  to  powinniśmy 
zacząć  od  nowa.  Krótko  mówiąc,  musisz  mnie  uwieść  podczas 
kolacji przy świecach, inaczej nic z tego nie będzie. 

–  Świetnie.  Właściwie  to  jestem  głodny  –  zgodził  się 

nadspodziewanie  łatwo.  –  Wpuść  mnie,  to  porozmawiamy.  W 
końcu  nie  idziemy  do  restauracji.  –  McNeil  ponownie  pchnął 
drzwi, lecz Lara ani myślała go wpuścić. 

– Ale ty jesteś wystrojony – oświadczyła. 
–  Tylko  dlatego  że  musiałem  coś  załatwić  w  banku  w 

Jonesboro.  Nie  miałem  czasu  wstąpić  do  domu,  żeby  się 
przebrać. 

–  Przykro  mi  –  powtórzyła  –  ale  nic  na  to  nie  poradzę. 

Będziesz  musiał  poczekać,  aż  się  ubiorę.  Myślę  zresztą,  że 
wytrzymasz  jeszcze  chwilę  w  tym  nieludzkim  stroju.  Moim 
zdaniem ten garnitur pasuje w sam raz na dzisiejszy wieczór. 

–  No,  dobrze.  Ale  naprawdę  mogłabyś  mnie  wpuścić. 

Pomógłbym ci przy zapinaniu suwaków i tak dalej. 

–  Za  dobrze  cię  znam,  Tannerze  McNeil.  O  ile  wiem, 

uważasz, że suwak służy wyłącznie do rozpinania. 

Rezygnując z dalszych protestów, pokazał zęby w uśmiechu. 

W ciągu  ostatnich paru tygodni Lara  kilka  razy spóźniła się  do 

background image

pracy  z  powodu  „pomocy",  jakiej  udzielał  jej,  gdy  rano  się 
ubierała.  Gdyby  nie  fakt,  że,  jego  zdaniem,  i  tak  pracowała  za 
ciężko,  miałby  pewnie  z  tego  powodu  wyrzuty  sumienia.  Poza 
tym  uważał,  że  człowiek  po  to  pracuje  „na  swoim",  żeby  nikt 
nad nim nie stał z zegarkiem w ręku i nie liczył mu czasu. 

– Nie wykłócaj się już dłużej i poczekaj chwilkę. 
– Przecież jest zimno. 
– To świetnie. Trochę cię to ostudzi. 
– Aż tak zimno nie jest. 
–  Tym  lepiej.  W  takim  razie  nic  się  nie  stanie,  jak  chwilkę 

poczekasz. Wpuszczę cię, jak tylko skończę. 

–  Lara  zamknęła  drzwi  na  zasuwkę  i  szybko  wbiegła  po 

schodach  na  górę. Rzuciła  szlafrok na  łóżko i  wślizgnęła się  w 
czarną  koronkową  halkę,  którą  już  wcześniej  naszykowała,  a 
potem wciągnęła czarne, jedwabne pończochy. 

Sięgnęła  do  szafy  i  wyjęła  z  niej  ulubioną  czarną  sukienkę, 

lecz  kiedy  już  do  połowy  zapięła  suwak,  rozmyśliła  się. 
Sukienka była strojna i kobieca, ale zupełnie nie nadawała się na 
ten wieczór. Lara wiedziała, że z przeszkodą w postaci suwaka 
Tanner  upora  się  w  oka  mgnieniu.  Z  westchnieniem  odłożyła 
sukienkę  i  zaczęła  rozglądać  się  za  jakimś  bezpieczniejszym 
strojem.  Wybrała  szmaragdową,  wełnianą  suknię,  zapinaną  z 
przodu  na  pięćdziesiąt  maleńkich,  perłowych  guziczków.  Tego 
jej właśnie było potrzeba. 

Aby  wciągnąć  sukienkę  przez  głowę,  wystarczyło  rozpiąć 

kilka  pierwszych  guzików,  Lara  postanowiła  jednak,  że  nie 
pozwoli jej z siebie zdjąć, dopóki Tanner nie upora się z całym 
zapięciem. Zresztą, pomyślała, na  mężczyznę  o takich  wielkich 
łapach  może  podziałać  odstraszająco  już  sam  widok  maleńkich 
guziczków.  Włożyła  dobrane  do  sukni  pantofle  i  stanęła  przed 
wielkim, trzyskrzydłowym lustrem. 

background image

Kiedy  skończyła  się  przeglądać,  usłyszała  z  dołu  naglący 

dzwonek.  Najwyraźniej  stojącemu  przed  domem  Tannerowi 
zaczynało się robić naprawdę zimno. Lara wzięła głęboki oddech 
i ponownie ruszyła schodami na dół. 

Była trochę zła na siebie, że tak się tym wszystkim przejmuje, 

ale  nie  potrafiła nic na  to  poradzić. Sama  już nie  wiedziała, ile 
razy  kochała  się  z  Tannerem,  a  jednak  odpinając  łańcuch  była 
tak  zdenerwowana,  jakby  wybierała  się  na  pierwszą  w  życiu 
randkę. 

Kiedy  wreszcie  otworzyła  drzwi,  McNeil  stał  przez  dobrą 

chwilę  jak  skamieniały.  Uniesiona  do  dzwonka  ręka  opadła  i 
mężczyzna  powoli  wszedł  do  środka,  ani  na  moment  nie 
odrywając oczu od Lary. 

– Przepięknie wyglądasz – oświadczył ochrypłym głosem. 
– Warto było poczekać? 
–  Zdecydowanie  tak.  –  Jego  oczy  przesuwały  się  po  jej 

postaci.  Na  widok  długiego  rzędu  guziczków  zwęziły  się  na 
moment,  ale  zaraz  na  twarzy  Tannera  pojawił  się  figlarny 
uśmiech.  Widok  przeszkody  najwyraźniej  obudził  w  nim 
wyłącznie wolę walki. 

– Zdaje się, że powinienem był cię ostrzec. 
– Ostrzec? Przed czym? 
– Przed zbyt starannym pakowaniem prezentów. 
Jestem  takim  pedantycznym  typem,  który  bardzo  długo  i 

starannie rozwiązuje wszystkie węzły i nigdy nie drze papieru. 

–  Naprawdę?  Ja  zrywam  wszystko  jak  leci,  byleby  jak 

najprędzej dostać się do środka. 

–  A  ja  nie.  Co  najmniej  połowa  przyjemności  leży  w 

oczekiwaniu. 

– No to masz przed sobą przyjemny wieczór. Kolacja zajmie 

nam  trochę  czasu.  Doszłam  do  wniosku,  że  do  tej  pory 

background image

działaliśmy stanowczo za szybko. 

– Uważam, że w sam raz. 
W  głosie  Tannera  było  tyle  nie  skrywanego  pożądania,  że 

Lara zadrżała. 

Wyciągnął  rękę  i  delikatnie  przesunął  palcem  wzdłuż  rzędu 

guziczków. 

– Czy na początek koniecznie musi być kolacja? – spytał. 
– Oczywiście. A czy okaże się początkiem, to zależy przede 

wszystkim od tego, czy będę miała ochotę na coś więcej. 

Tanner drgnął na jej słowa, ale zaraz zapytał dawnym tonem: 
– A czy pani mecenas nie można przypadkiem przekupić? 
– To zależy, czym... 
W  odpowiedzi  uchylił  drzwi  i  sięgnął  po  ukrytą  za  nimi 

butelkę wina. Lara poznała etykietkę i uśmiechnęła się. McNeil 
świetnie zapamiętał nazwę, którą kiedyś przelotnie wymieniła. 

–  No,  nieźle  –  powiedziała,  a  widząc  jego  tryumfalną  minę, 

dodała szybko: – na początek. 

– Tak sobie pomyślałem, że może ci będzie smakować. 
– I chyba jest już nawet dosyć zimne. 
– Masz szczęście, że nie  przebierałaś się  dłużej, bo zupełnie 

by zamarzło. 

Lara  roześmiała  się  z  jego  żartu.  Odwróciła  się  na  pięcie  i 

pomaszerowała do kuchni. 

–  Chodź.  Zajmiesz  się  winem,  a  ja  w  tym  czasie  dokończę 

kolację. 

Tanner  przestał  nalegać  na  cokolwiek  i  bez  oporu  wziął  do 

ręki  korkociąg,  mając  nadzieję,  że  uda  mu  się  ukryć  brak 
doświadczenia w otwieraniu szlachetnych trunków. Odwrócił się 
plecami  do  Lary  i,  starając  się  nie  robić  hałasu,  zaczął  się 
mocować z korkiem. 

Na  szczęście  wszystko  poszło  gładko,  korek  wyszedł  bez 

background image

oporu  i  w  dodatku  w  jednym  kawałku.  Zgodnie  z  poleceniami 
szefa  kuchni  napełnił  dwa  kieliszki,  a  butelkę  włożył  do 
wiaderka z lodem. 

– Gotowe? – spytała Lara. 
Skinął głową i na dowód uniósł tacę, na której stały kieliszki i 

wiaderko. 

– Zgodnie z rozkazem. 
– W takim razie chodźmy. – Lara ruszyła przodem, niosąc na 

tacy  pieczeń  i  warzywa,  a  w  przewieszonym  przez  ramię 
koszyku  pokrojony  chleb.  Poprowadziła  go  do  ustawionego 
przed  kominkiem,  niskiego  stolika  nakrytego  białym  obrusem. 
Nie  było  przy nim krzeseł, po obu stronach leżały na  podłodze 
miękkie poduchy. 

Z kominka i ustawionych na stole świec padał ciepły blask. 
Jedli  w  milczeniu,  słuchając  dobiegających  z  radia 

namiętnych tonów saksofonu. 

– Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci siedzenie na podłodze? 

Pomyślałam, że tu będzie przytulniej. 

Jadalnia wydaje mi się zdecydowanie za duża dla nas dwojga. 
–  Nie  ma  problemu  –  uspokoił  ją.  –  Wręcz  przeciwnie, 

wydaje mi się, że to bardzo stosowne miejsce. 

Powrót na miejsce zbrodni, że tak powiem. 
– Miejsce zbrodni? 
–  Mhm,  zbrodni  namiętności.  Miejsce,  w  którym  pewnej 

burzliwej, zimowej nocy zaczęła się cała historia. 

Było  za  mało  światła,  żeby  mógł  zobaczyć,  czy  Lara  się 

zarumieniła, ale sądząc  z tego, jak  nerwowo zaczęła  poprawiać 
obrus, mógł się domyślać, że tak. 

– Prawda, że to stosowne miejsce na dzisiejszą kolację? 
– Oj, chyba trochę przesadzasz. Po prostu pomyślałam, że tu, 

przy kominku, będzie wygodniej. 

background image

–  Chciałaś  powiedzieć  „bardziej  intymnie",  prawda?  To 

przecież mi dziś rano obiecałaś. Romantyczna kolacja we dwoje 
i intymne rozmowy. – Wyciągnął rękę i dotknął stojącej między 
nimi róży. 

– Miła w dotyku – zauważył. 
Lara spojrzała na kwiat, a na jej twarzy pojawił się tajemniczy 

uśmiech. 

– Zupełnie zapomniałam. Może rzeczywiście nie przesadzasz. 
– Słucham? – zapytał z niewinną miną. 
–  Znalazłam  dziś  różę  na  progu  biura.  Nie  było  przy  niej 

żadnej kartki czy bileciku, ani słowa. Bardzo tajemnicza historia. 

– Tylko róża, nic więcej? 
– A, tak. Rzeczywiście, teraz sobie przypominam. 
Było  jeszcze  coś.  Uschnięta  gałąź.  Zastanawiam  się,  co  to 

może znaczyć? Wydaje mi się, że to zła wróżba, jak myślisz? 

Tanner roześmiał się na głos. 
– To nie była żadna gałąź, tylko korzeń. I nie uschnięty, tylko 

uśpiony. 

– Mamcię. – Lara wycelowała w niego oskarżycielsko palec. 

– To  ty musiałeś go tam zostawić. Inaczej nie miałbyś pojęcia, 
że to był korzeń, wszystko jedno uschnięty czy uśpiony! 

– Zgoda, złapałaś mnie. – Uniósł ręce do góry. Potem spojrzał 

chytrze na Larę. – Co masz teraz zamiar ze mną zrobić? 

–  Jeszcze  się  nie  zdecydowałam.  Powiedz  mi  najpierw,  co 

znaczą twoje prezenty. 

– To żadna tajemnica. Dzień świętego Walentego. 
To dzień, w którym daje się kobietom róże. 
– Tak – zgodziła się. – Ale zwykle żywe róże. 
– Ten korzeń jest żywy. W gruncie rzeczy ma w sobie dużo 

więcej  życia  niż  ścięty  kwiat.  –  Tanner  delikatnie  dotknął  róży 
palcem. 

background image

–  Niech  ci  będzie.  Więc,  skoro  tak  chcesz,  mężczyźni  dają 

kobietom cięte róże. 

McNeil westchnął rozczarowany. 
– Myślałem, że jestem taki romantyczny, a tu się okazuje, że 

to wszystko było na darmo. 

– Nie całkiem. Przyznaję, że róża jest naprawdę piękna, no a 

gałąź dodaje jej czegoś tajemniczego. 

– Lara starała się nie zranić uczuć Tannera. 
– No tak, ale nie odczytałaś moich intencji. 
–  Może  w  takim  razie  powinieneś  mi  je  łaskawie  wyjaśnić? 

Dlaczego  róża  w  towarzystwie  uschniętego,  przepraszam, 
uśpionego korzenia? 

Tanner  wyjął  kwiat  z  wazonu,  powąchał  i  podał  jej.  Z 

wahaniem  wyciągnęła  rękę.  Gdy  tylko  wzięła  od  niego  różę, 
Tanner oburącz ujął jej dłoń. 

–  Jedna  róża,  to  jak  jedna  szalona  noc  –  zaczął  wyjaśniać 

niskim, zmysłowym głosem. – Piękna, dopóki trwa, zbyt szybko 
staje się tylko bladym wspomnieniem. 

Lara  poczuła,  że  serce  podchodzi  jej  do  gardła.  Mężczyzna 

zacisnął palce i pochylił się, aby spojrzeć jej z bliska w oczy. 

–  Ale  szaleństwo  i  namiętność  biorą  się  z  miłości,  tak  jak 

kwiat róży wyrasta z korzenia. Dopóki się dba o korzeń, dopóty 
co  wiosnę  róża  rozkwita.  A  choć  w  letnim  skwarze  zdaje  się 
usychać  i  obumierać,  to  jednak  najpiękniejsze  kwiaty  rodzi 
dopiero jesienią. 

Wyciągnął  dłoń,  delikatnie  przyciągnął  ją  do  siebie  I 

pocałował. Kiedy ich usta zetknęły się, Lara zamknęła oczy. 

– Dlatego dałeś mi i kwiat, i korzeń – szepnęła. 
Skinął głową, nie spuszczając wzroku z jej twarzy. 
– Kwiat na pamiątkę naszych szalonych nocy. Korzeń – jako 

obietnicę  miłości  i  ciągle  świeżej  namiętności,  aż  do  końca 

background image

życia. 

Był to jeden z niewielu momentów, kiedy Lara nie wiedziała, 

co  ma  powiedzieć.  Zadała  sobie  tyle  trudu,  aby  tego  wieczora 
nadać  ich  związkowi  bardziej  realny  charakter,  a  tymczasem 
Tanner niespodziewanie okazał się poetą. 

Nie  pozostało  jej  nic  innego,  niż  odwzajemnić  jego 

pocałunek.  Nie  miała  siły  na  protesty,  kiedy  odsunął  stolik, 
przyciągnął  ją  do  siebie  i  ułożył  na  dywanie.  A  potem  powoli, 
bez  cienia  pośpiechu,  jeden  po  drugim  rozpinał  guziczki  jej 
sukni. 

Ona  zaś,  zgodnie  z  tym,  co  mu  wcześniej  powiedziała, 

jednym szarpnięciem rozerwała jego koszulę, aby czym prędzej 
dobrać się do zawartości. 

 

background image

Rozdział 6 

 
Kiedy  Lara  otworzyła  oczy,  było  już  zupełnie  jasno.  Nie 

miała ochoty wychodzić z ciepłej pościeli, choć z drugiej strony 
nieobecność Tannera sprawiała, że przyjemność wylegiwania się 
była dużo mniej kusząca. 

Zastanawiała  się  nad  tym,  co  powiedział  jej  rano,  kiedy 

wstała, aby go pożegnać. Właściwie nie było to nic nowego, to 
samo  powtarzał  jej  od  półtora  miesiąca:  rozwiązanie  ich 
problemów to małżeństwo. 

Lara  jednak  nie  dawała  się  przekonać.  Choć  na  pozór 

argumenty Tannera były rozsądne, to jednak ciągle za wiele było 
między nimi pytań bez odpowiedzi. 

Zdecydowała  się  wreszcie  stawić  czoło  zimnu,  odrzuciła 

kołdrę  i  szybko  wskoczyła  w  dżinsy  i  sweter.  Wzięła  korzeń 
róży,  który  dostała  poprzedniego  dnia  od  McNeila  i,  ziewając, 
wyszła przed dom. 

Przyszło  jej  do  głowy,  że,  być  może,  na  farmie  Tannera 

znajdzie  odpowiedzi  na  niepokojące  ją  pytania.  Jadąc  w 
kierunku  zabudowań  dawnego  gospodarstwa  McElroyów 
próbowała  sobie  przypomnieć  jakieś  szczegóły,  zapamiętane 
podczas  pierwszej  wizyty.  Niestety,  była  wówczas  zbyt 
zaabsorbowana swoim pijanym pasażerem, żeby zwrócić uwagę 
na jego siedzibę. 

Niedługo  się  przekonam,  pomyślała,  zjeżdżając  z  szosy  na 

wysypaną  żwirem  drogę.  Kiedy  się  zatrzymała,  przez  chwilę 
jeszcze nie wysiadała, przyglądając się gospodarstwu Tannera. 

Dom  był  pomalowany  na  biało,  dach  pokryty  szarym 

łupkiem, okiennice też szare. Tym samym kolorem pomalowane 
były,  ustawione  wzdłuż  frontowej  ściany,  po  obu  stronach 

background image

werandy, kamienie. 

Choć  budynek  ze  wszystkich  stron  otaczały  pola,  to  jednak 

przed  werandą  rozciągał  się  niewielki  trawnik,  w  którym 
brunatne kręgi znaczyły grządki pod kwiaty. 

Rosnące wokół krzaki róż były niewątpliwie spokrewnione z 

korzeniem,  który  miała  w  samochodzie.  Pomyślała,  że  gdyby 
McNeil  był  zaskoczony  jej  wizytą,  korzeń  będzie  znakomitą 
wymówką. Wspólne zasadzenie nowego krzaku koło jego domu 
jako wyraz poważnego traktowania ich związku. 

Tak,  przyjazd  do  niego  okazał  się  lepszym  pomysłem,  niż 

sądziła,  wstając  z  łóżka.  Wcześniej  powinna  była  zdać  sobie 
sprawę z tego, że romantyczna kolacja i tak nie zaprowadzi ich 
dalej niż do łóżka. Popełniła błąd taktyczny. Ich związkowi nie 
brakowało romantyzmu, lecz raczej konkretów, znajomości tych 
wszystkich cech drugiego człowieka, które decydują o tym, czy 
będzie z nim można żyć przez lata. 

Lara  świetnie  wiedziała,  że  Tanner  jest  inteligentny,  ma 

poczucie  humoru  i  romantyczne  skłonności.  Ich  miłość  była 
cudowna. Ale co z resztą? 

Poprzedniego  wieczora  zamierzała  zadać  mu  szereg  pytań. 

Jakie  lubi  książki?  A  programy  telewizyjne?  Gdzie  jeździł  na 
wakacje, gdy był uczniem? I czy teraz jeszcze gdzieś wyjeżdża? 

Poza  tym pozostawały, oczywiście, inne, naprawdę poważne 

pytania.  Jak  zapatruje  się  na  jej  karierę  zawodową?  Czy 
oczekuje,  że  kiedy  urodzą  się  dzieci,  ona  rzuci  pracę?  Czy  nie 
będzie go krępował fakt, że, jako prawnik, może zarabiać więcej 
od niego? 

Lara  poczuła  się  nagle  zupełnie  przytłoczona  ogromem  swej 

niewiedzy. Od sześciu tygodni sypiała noc w noc z mężczyzną, o 
którym nie wiedziała prawie nic. Ich znajomość ograniczała się 
właściwie  do  czterech  ścian  sypialni.  Wiedzieli  wszystko  o 

background image

swych ciałach, ale nic z tego, co zwykle ludzie wiedzą o sobie na 
długo przedtem, zanim pójdą do łóżka. 

Intuicja  podpowiadała  jej,  że Tanner  nie  będzie  zachwycony 

wizytą. O ile bowiem w ciągu tygodnia nie było sposobu, żeby 
wyciągnąć go z łóżka, to w soboty i niedziele, jedyne dni, kiedy 
ona  z  kolei  mogła  poleniuchować,  zrywał  się  o  świcie  i  już  go 
nie  było.  Skoro  uważał,  że  są  dla  siebie  stworzeni,  to  dlaczego 
unikał sytuacji, w których mogliby się naprawdę lepiej poznać? 

Lara  energicznie  wysiadła  z  auta  i  ruszyła  w  stronę  domu. 

Jeśli  chce  rozwiać  swoje  wątpliwości,  to  nie  pozostaje  jej  nic 
innego, niż ruszyć prosto do jaskini lwa. 

 
Gdy rozległ się dzwonek, Tanner nalewał sobie właśnie drugi 

kubek kawy. Nie było mu dane jej wypić. Kiedy otworzył drzwi, 
Lara wyjęła mu kubek z ręki i, zanim otworzył usta, pociągnęła 
spory łyk. 

– Dziękuję – powiedziała, odsuwając osłupiałego mężczyznę 

na  bok  i  bezceremonialnie  wchodząc  do  środka.  –  Tego  mi 
właśnie było potrzeba. Dopóki nie wypiję porannej kawy, jestem 
po prostu do niczego. 

– Miło mi, że mogłem być przydatny – ucieszył się Tanner. – 

Co się stało? Zepsuł ci się ekspres? 

– Nie, nie sądzę. Pomyślałam po prostu, że nie ma  potrzeby 

parzenia  dwóch  kaw,  skoro  możemy  wypić  jedną  wspólną, 
prawda? 

– Prawda. – Choć odpowiedział bez wahania, to w jego głosie 

dała się słyszeć nuta powątpiewania. 

McNeil sam to wyczuł i przestał udawać, że jej wizyta go nie 

dziwi.  –  Co  tu  robisz?  Byłem  pewny,  że  jeszcze  śpisz.  Jest 
przecież sobota. 

– Wiem. – Przysunęła się do niego. – Ale nie mogę bez ciebie 

background image

zasnąć. 

Tanner był najwyraźniej zachwycony jej odpowiedzią. 
– To znaczy, że za mną tęskniłaś? 
–  Można  to  tak  nazwać.  Nie  masz  nic  przeciwko  mojej 

wizycie? 

Zawahał się przez moment. 
– Ależ skąd. 
–  Czy  mogłabym  w  takim  razie  wziąć  sobie  dolewkę?  – 

spytała. 

– Jasne – powiedział bez przekonania. – Nalej sobie, śmiało. 
Wspięła się na palce i musnęła jego usta. 
–  Dzięki.  Ze  wszystkim  sobie  poradzę.  Nie  zawracaj  sobie 

mną głowy i rób to, co miałeś robić. 

Rozglądając  się  wokoło,  Lara  ruszyła  przez  hol.  Na  wprost 

były  schody  na  piętro,  po  prawej  stronie  salonik  urządzony  w 
stylu „nowoczesnego prymitywizmu". 

Zapanowała  nad  chęcią  staranniejszego  zbadania  tego 

zaskakującego  pomieszczenia  i  skręciła  w  lewo,  do  jadalni  i 
położonej  za  nią  kuchni.  Po  raz  pierwszy  trafiła  tu  za  swej 
pierwszej bytności, kiedy szukała aspiryny dla Tannera. 

Gospodarz,  który  podążał  o  krok  za  nią,  zatrzymał  się  na 

progu  i  patrzył  stropiony,  jak  Lara  napełnia  sobie  kubek  i 
najspokojniej w świecie rozsiada się za stołem. 

– Długo masz zamiar zostać? – zapytał wreszcie. 
– A co, chcesz się mnie pozbyć? 
– Nie, nie – zaprzeczył szybko. – Po prostu jestem ciekaw. 
Z  każdym  łykiem  dziewczyna  coraz  jaśniej  widziała  całą 

sytuację.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  Tanner,  choć  starał  się 
nadrabiać miną, najwyraźniej nie był zachwycony. 

No  i  bardzo  dobrze,  pomyślała.  Nie  widziała  powodu,  dla 

którego tylko on miałaby korzystać z uprzywilejowanej pozycji 

background image

gościa.  Poza  tym  przyszło  jej  na  myśl,  że  wytrącając  go  z 
równowagi, zyskuje szansę, aby wreszcie dowiedzieć się  o nim 
czegoś więcej. 

– Myślałem, że w soboty porządkujesz swoje papiery – zaczął 

niepewnie. 

–  Rzeczywiście,  zwykle  tak  robię.  Ale  dzisiaj  postanowiłam 

to zmienić. Już mam tego dosyć: nic, tylko praca i praca. 

– Jasne – odpowiedział. – Wiem, o czym mówisz. 
Czasem  czuję  dokładnie  to  samo.  Tyle  tylko,  że  prac 

polowych nie da się tak po prostu odłożyć na bok. 

Dzisiaj  mam  jeszcze  więcej  roboty  niż  zwykle,  bo  wczoraj 

spędziłem cały dzień w banku. 

Lara  udała,  że  nie  zauważa  podtekstu,  podjęła  za  to  wątek 

banku. 

– Wczoraj zupełnie o tym zapomniałam. O co chodziło? 
Tanner był niezbyt zadowolony ze zmiany tematu. 
– No, wiesz, jak zwykle. 
–  Prawdę  mówiąc,  nie  mam  pojęcia,  jak  to  zwykle  bywa  na 

farmie. 

Mężczyzna  przyczesał  dłonią  włosy,  zastanawiając  się,  jak 

właściwie  ma  zrelacjonować  Larze  wizytę  w  banku,  aby 
zachować  dla  siebie  odrobinę  szacunku.  W  pierwszej  chwili 
chciał powiedzieć, że to nie jej sprawa, ale uświadomił sobie, że 
to nieprawda. Jeżeli ma zostać jego żoną, jest to jak najbardziej 
jej sprawa. 

–  Usiłuję  zdobyć  pieniądze  na  nowy  system  nawadniający. 

Stary jest już w kompletnej rozsypce i jeżeli zdarzy się takie lato 
jak ostatnie, to po prostu będzie po mnie. 

– A nie da się naprawić starego? 
– Zrobiłem z nim już wszystko, co było można. 
Dłużej tego nie da się ciągnąć. Trzeba założyć nowy. 

background image

–  Tanner  uniósł  głowę,  aby  spojrzeć  na  siedzącą  przed  nim 

kobietę.  Nie  wydawała  się  ani  przestraszona,  ani  specjalnie 
przejęta jego kłopotami. Jej postawę najlepiej można by określić 
jako rzeczową. 

– No i co, myślisz, że dadzą ci pożyczkę? 
– Wiesz, farmerzy nie są dzisiaj najlepszymi klientami. 
Lara ze zrozumieniem pokiwała głową. 
– Nie czujesz czasem nienawiści do tych wszystkich banków? 

Chodzi mi o to, że najchętniej pożyczaliby pieniądze tylko tym, 
którzy ich wcale nie potrzebują. 

Nie  masz  pojęcia,  na  jakich  cholernych  warunkach 

zaciągnęłam pożyczkę. 

Tanner aż uniósł brwi ze zdumienia. 
– Ty zaciągnęłaś pożyczkę? 
–  Musiałam.  Inaczej  nie  byłabym  w  stanie  pokryć  kosztów 

czynszu, pensji mojej sekretarki, wydatków na biuro, a bez tego 
wszystkiego  nie  sposób  rozpocząć  praktyki.  No  i  na  dodatek 
ubezpieczenie na wypadek popełnienia błędu w sztuce. 

– Błędu w sztuce? Wydawało mi się, że takie pojęcie odnosi 

się do lekarzy, a nie do prawników. 

– Teraz dotyczy także prawników. Ostatnio  rozpowszechniła 

się moda na procesowanie się z prawnikami. 

Są już w tej dziedzinie specjaliści. Znam faceta, który podjął 

się sprawy przeciw innemu prawnikowi, a kiedy ją przegrał, sam 
z kolei został oskarżony o błąd w sztuce. 

– Żartujesz! – Mężczyzna wybuchnął śmiechem. 
– Ani mi się śni. W ten sposób powstaje błędne koło. Klient 

może  wynajmować  adwokata  za  adwokatem,  dopóki  wreszcie 
nie wygra sprawy. 

–  W  każdym  razie  tutaj,  w  Morristown,  nie  masz  się  czego 

obawiać. Wszyscy mają o tobie jak najlepsze zdanie. 

background image

– Naprawdę? Miło to słyszeć. W moim fachu wystarczy jeden 

błąd i człowiek jest przegrany. 

– Nie mogę sobie wyobrazić, żebyś mogła popełnić jakiś błąd. 
–  Dziękuję.  To  naprawdę  nic  trudnego.  Prawnik  podejmuje 

wiele  decyzji,  kierując  się  instynktem.  –  Lara  przypomniała 
sobie spotkanie z Susan. 

Tanner z zainteresowaniem obserwował grę uczuć na twarzy 

swego gościa. 

– Coś cię martwi? – zapytał. 
– Wczoraj udzieliłam porady mojej klientce, a teraz wcale nie 

wiem, czy miałam rację. 

–  Opowiedz  mi  o  tym  –  zaproponował.  –  Może  pomogę  ci 

zdecydować, czy dobrze zrobiłaś. 

Zawahała  się  przez  moment.  Z  jednej  strony,  miała  wielką 

chęć  omówić  z  Tannerem  przypadek  Susan,  z  drugiej,  nie 
pozwalała  jej  na  to  etyka  zawodowa.  Ostatecznie  zdecydowała 
się  na  kompromis  i  streściła  przebieg  wydarzeń,  nie  podając 
żadnych bliższych szczegółów. 

– Jedna z moich klientek chce się pogodzić z mężem. 
– W tym chyba nie ma niczego złego? 
–  Nie  musi  być,  to  prawda.  Boję  się  jednak,  że  ona  nie 

rozumuje racjonalnie. 

– To znaczy? 
–  To  znaczy,  że  podjęła  tę  decyzję  głównie  ze  względu  na 

dzieci, oraz dlatego że obawia się samodzielnego życia. 

– Czy to takie dziwne? 
–  Właściwie  nie.  Ludzie  często  decydują  się  zostać  razem 

tylko  ze  względu na  dzieci  i pieniądze. Czasem się  okazuje, że 
podjęli słuszną decyzję, czasem nie. 

– A w tym przypadku? 
–  Właśnie  tego  nie  wiem.  –  Lara  przygryzła  zębami  górną 

background image

wargę. – Tak się składa, że sporo o niej myślę. 

Wiem,  że  nieźle  jej  się  dostało  od  męża.  Nie  jestem  wcale 

pewna, czy on... czy on zasługuje na kolejną szansę. 

– I co jej doradziłaś? 
–  Żeby  się  nie  spieszyła.  Poradziłam,  żeby  przez  jakiś  czas 

spotykała  się  z  mężem,  jakby  znów  byli  parą  narzeczonych,  i 
żeby wykorzystali ten okres na przywrócenie więzi między sobą. 

Tanner nie skrytykował otwarcie jej pomysłu, ale z jego miny 

wyczytała, że się z nią nie zgadza. 

– A co ty byś jej poradził? 
–  Nie  sądzę,  żeby  odwlekanie  decyzji  mogło  im  przynieść 

cokolwiek  dobrego.  Jeżeli  naprawdę  chcą  się  zejść,  powinni  to 
zrobić jak najprędzej. Ale jeżeli między nimi było naprawdę źle, 
to uważam, że twoja klientka powinna zamknąć sprawę i zrobić 
bilans strat. 

– Mówisz o tym, jakbyś był urzędnikiem bankowym. 
–  A  czy  związki  między  ludźmi  nie  są  właśnie  czymś  w 

rodzaju inwestycji? – zapytał. 

Lara  zastanawiała  się  przez  chwilę  nad  użytym  przez  niego 

porównaniem. 

–  Zgoda.  Ale  zanim  się  zainwestuje,  dobrze  jest  rozeznać 

rynek.  Poradziłam  jej  tylko,  żeby  przed  podjęciem  decyzji 
poznała bliżej otwierające się przed nią możliwości. 

Tanner skinął głową. 
– No, może to i nie najgorsza rada. O ile tylko twoja klientka 

nie będzie za bardzo zwlekać z decyzją. 

– A żebyś wiedział, że to dobra rada! – zawołała zirytowana 

jego sceptycyzmem. – Sama powinnam się do niej zastosować. 

– Co masz na myśli? – zapytał. 
– Przyszło mi do głowy, że może i my powinniśmy się trochę 

pospotykać, tak żebyśmy mieli okazję dobrze się poznać, zanim 

background image

zaczniemy snuć poważniejsze plany. 

– Przecież spotykamy się od sześciu tygodni – zaprotestował 

Tanner.  –  A  ja  jestem  całkiem  poważny  od  chwili  naszego 
pierwszego spotkania. 

– Nie – oświadczyła. – My się nie spotykamy, tylko śpimy ze 

sobą. – Kiedy chciał jej przerwać, położyła mu palec na ustach i 
potrząsnęła  głową.  –  A  to  wcale  nie  jest  to  samo.  Wiemy,  co 
zrobić, żeby się czuć dobrze w łóżku, ale ani ja nie mam pojęcia, 
jaki ty jesteś po wyjściu z sypialni, ani ty nic o mnie nie wiesz. 

Popatrz,  nawet  słowem  nie  wspomniałeś,  po  co  jedziesz  do 

banku, a przecież była to dla ciebie naprawdę ważna sprawa. 

–  Boisz  się,  że  któregoś  dnia  okaże  się,  że  wyszłaś  za 

bankruta?  Słuchaj,  Laro.  Nie  zamierzam  ci  wmawiać,  że 
będziemy  bogaczami,  ale  sama  przyznałaś,  że  przyjechałaś  do 
Morristown, dlatego że nie zależy ci na zrobieniu fortuny. 

– Nie mówię o robieniu fortuny, Tanner. W ogóle nie chodzi 

mi teraz o pieniądze. Idzie o to, że chciałabym wiedzieć o tobie 
coś więcej poza tym, czego mogę się dowiedzieć w sypialni. 

Wyraźnie nie przekonany pokręcił głową. 
– Oboje wiemy wszystko, co jest naprawdę ważne. 
I ty, i ja mamy zamiar zapuścić tutaj korzenie. To jest to, co 

się naprawdę liczy w życiu. 

–  Bądź  rozsądny.  Przyznasz  przecież,  że  fakt,  iż  oboje 

chcemy mieszkać w tym samym mieście, nie wystarcza, byśmy 
zostali małżeństwem. 

–  W  każdym  razie  jest  to  więcej,  niż  mieliśmy  z  Jodi!  – 

wybuchnął. Potem zerwał się od stołu, odwrócił tyłem do Lary i 
przez chwilę patrzył w milczeniu przez okno. 

– Cholera jasna, nie o to mi chodziło – mruknął wreszcie, na 

wpół do niej, na wpół do siebie. – Jodi nie ma z tym wszystkim 
nic wspólnego. 

background image

–  Jesteś  pewny?  –  zapytała.  –  A  czy  to  nie  z  jej  powodu 

jeszcze nigdy nie zaprosiłeś mnie do siebie? 

Czy  to  nie  ona  sprawia,  że  przywitałeś  mnie  dzisiaj  tak,  jak 

mnie przywitałeś? 

– Nie! Powiedziałam ci już, że Jodi nie ma tu nic do rzeczy. 

Jeżeli o mnie chodzi, to jest tak, jakby jej już w ogóle nie było 
na świecie. 

– Wiec tak łatwo potrafisz w ciągu paru tygodni wymazać z 

pamięci siedem lat życia? 

– Czemu nie? Teraz wiem, że zmarnowałem te wszystkie lata. 

– Tanner odwrócił się wreszcie i spojrzał Larze prosto w oczy. – 
Zmarnowałem siedem lat na uczucie do kobiety, która po prostu 
nie  chce  dorosnąć.  Mam  już  dosyć  zabawy,  chcę  wreszcie  żyć 
naprawdę! 

–  Ja  też.  –  Lara  podeszła  do  McNeila  i  zatrzymała  się  tuż 

przed  nim.  –  I  też  nie  mam  zamiaru  powtarzać  starych  błędów. 
Kiedy  następnym  razem  będę  przysięgać  miłość  aż  do  śmierci, 
to  chcę,  żeby to  była  miłość  aż do  śmierci.  I  dlatego  nie  mogę 
popełnić błędu. 

– A co cię przekona? 
– Nie mam pewności – przyznała – ale wiem, że musi to być 

coś  więcej  niż  to,  co  przeżyliśmy  do  tej  pory.  Możemy  zacząć 
choćby  w  tej  chwili.  –  Rozejrzała  się  po  kuchni  i  Tanner 
zrozumiał, że chciałaby zobaczyć dom. 

– Już tu przecież byłaś. 
–  Tylko  tej  nocy,  kiedy odwiozłam  cię  kompletnie  pijanego. 

Do  głowy  mi  wtedy  nie  przyszło,  że  któregoś  dnia  stanę  przed 
perspektywą spędzenia tutaj reszty życia. Przyznasz chyba, że to 
zmienia sytuację? 

Tanner zawahał się przez moment, robiąc w myśli pośpieszny 

przegląd  zawartości  domu  i  zastanawiając  się,  ile  jest  w  nim 

background image

jeszcze śladów obecności Jodi. 

–  Przecież,  jeżeli  za  ciebie  wyjdę,  chyba  będziemy  tu 

mieszkać, prawda? A skoro tak, to wydaje mi się, że mam prawo 
zobaczyć, do jakiego domu chcesz mnie wprowadzić?  – pytała, 
zdecydowana dowiedzieć się wreszcie czegoś więcej. 

Tanner nie potrafił zbić jej wywodów, postanowił jednak grać 

na zwłokę. 

– No, może masz rację – przyznał. – Ale właściwie to równie 

dobrze moglibyśmy zamieszkać u ciebie. 

– Czy nie byłoby to dla ciebie trochę niewygodne? 
Chodzi mi o codzienną jazdę na farmę? – zapytała. 
– Poza tym, to jest dom moich rodziców, a ja go od nich tylko 

wynajmuję. 

–  Nie  ma  o czym  mówić,  na  decyzje  jeszcze  przyjdzie  czas. 

Ale  jeżeli  naprawdę  chcesz  poznać  to  miejsce,  to  dlaczego  nie 
mielibyśmy zacząć od pól? 

Właśnie miałem wyjść z domu, możemy wybrać się razem. 
Nie było to dokładnie to, o co jej chodziło, ale Lara, nie chcąc 

posuwać się za daleko, przyjęła zaproszenie. Posłusznie wyszła 
przed dom i wdrapała się na ciągnik. 

Tanner  powoli  objeżdżał  pola,  sprawdzając,  jakie  skutki 

przyniósł oziminie gwałtowny atak zimy. Lara spojrzała na szare 
niebo i przypomniała sobie prognozę pogody. 

– Mówili w radiu, że opady śniegu mogą się powtórzyć. Czy 

to zaszkodzi uprawom? 

Potrząsnął głową. 
–  Na  razie  nie.  Gdyby  było  bliżej  Wielkanocy,  byłby  to 

problem. Ale teraz jest odwrotnie, im więcej opadów, tym lepiej. 
Śnieg się topi i dzięki temu mamy stały poziom wody. 

Lara skinęła głową i ruszyli dalej. Kiedy pokazywał jej kanały 

nawadniające, z daleka dobiegł ich dźwięk klaksonu. 

background image

– To Hank – powiedział Tanner. – Miał tu wpaść. 
– Ale nie Hank Metcalf? – Zanim jeszcze mężczyzna zdążył 

odpowiedzieć, wiedziała już, że czeka ją ciężka przeprawa. 

–  Właśnie  on.  Miał  mi  przywieźć  paliwo,  musimy  do  niego 

pojechać. 

Mówiąc  to,  wsiadł  na  ciągnik.  Kiedy  zauważył,  że  Lara  nie 

rusza się z miejsca, odwrócił się i zapytał: 

– Jedziesz czy zostajesz? 
Miała ochotę powiedzieć, że owszem, zostanie, ale wiedziała, 

że Tanner nie zrozumie, o co chodzi. Markotna wdrapała się na 
siodełko,  żywiąc  wątłą  nadzieję,  że  Hank,  podobnie  jak  jego 
żona, da się przekonać o słuszności jej rady. 

 
Hank Metcalf był krępym mężczyzną o okrągłej twarzy. Ktoś, 

kto go nie znał, mógłby go wziąć za grubasa, ale Lara pamiętała 
Hanka jeszcze ze  szkolnego boiska i  świetnie wiedziała, że był 
jednym kłębkiem mięśni. 

Z wyrazu jego twarzy wyczytała od razu, że sprawdzą się jej 

najgorsze  przeczucia.  Nie  była  z  tego  specjalnie  dumna,  ale 
musiała  przyznać,  że  obecność  potężnego  Tannera  znacznie 
dodawała jej otuchy. 

Metcalf  zupełnie  zignorował  obecność  gospodarza  i  zamiast 

podać  mu  rękę,  zamachał  Larze  przed  nosem  swoją  potężną 
pięścią. 

–  Właśnie  cię  szukałem,  Jamison.  Co  ty  sobie,  do  diabła, 

wyobrażasz? Próbujesz rozdzielić mnie z moją żoną? – Okrągła 
twarz  Hanka  była  purpurowa,  a  jego  krępe  ciało  trzęsło  się  ze 
złości. 

–  Niczego  nie  próbuję,  Hank.  Spełniam  swój  obowiązek. 

Jestem adwokatem Susan. 

–  Próbujesz  rozbić  nasze  małżeństwo!  –  upierał  się 

background image

mężczyzna. – Nie potrafiłaś utrzymać własnego, to teraz chcesz 
sobie odbić na innych! 

– Wydaje mi się, że ty sam zrobiłeś dostatecznie dużo, żeby 

zniszczyć  wasz  związek.  –  Lara  usiłowała  zachować  spokój, 
choć  z  każdą  chwilą  stawało  się  to  trudniejsze.  Zezłościł  ją 
własny  strach,  więc  zamiast  znosić  dłużej  napaści  Hanka, 
postanowiła sama go zaatakować. – A przede wszystkim nie ma 
to  nic  wspólnego  z  moim  własnym  życiem.  Susan  zwróciła  się 
do mnie jako do prawnika i moim obowiązkiem jest dbać o jej 
interes. 

–  A  mnie  się  zdaje,  że  ty  przede  wszystkim  dbasz  o  własny 

interes i zmuszasz kobietę, której nie stać na czynsz, żeby płaciła 
za twoje dobre rady! 

–  Uspokójcie  się  zaraz,  do  cholery!  –  Tanner  nie  pozwolił 

Larze odpowiedzieć. 

Hank w najmniejszym stopniu nie przejął się jego słowami. 
– To nie twoja sprawa – warknął. 
McNeil roześmiał się w odpowiedzi. 
–  Obrażasz  moją  dziewczynę,  wygrażasz  jej  pięścią  przed 

nosem i mówisz mi, że to nie moja sprawa? Nie da rady, Hank. 
Zanim  się  weźmiesz  za  Larę,  będziesz  musiał  najpierw  mnie 
poświęcić chwilę uwagi. 

Spojrzenie  Metcalfa  jasno  wskazywało,  że  gotów  jest  do 

natychmiastowej  rozprawy.  Lara  przestraszyła  się  o  wynik 
ewentualnej  bijatyki  i  bez  chwili  namysłu  wysunęła  się  przed 
Tannera. 

– Słuchaj, Hank, nie mam najmniejszych wyrzutów z powodu 

rady,  jakiej  udzieliłam  Susan.  Twoje  zachowanie  najlepiej 
świadczy, że trudno traktować cię poważnie. 

– Jeżeli jestem wściekły, to dlatego że przez ciebie straciłem 

rodzinę! 

background image

–  Straciłeś  ją  tylko  z  własnej  winy,  Hank.  Zanim  zacząłeś 

zdradzać Susan, powinieneś był pomyśleć o konsekwencjach. 

– Nie twoja sprawa – warknął. 
Lara potrząsnęła głową. 
–  Mylisz  się.  Odkąd  Susan  zwróciła  się  do  mnie  jako 

adwokata, jest to właśnie moja sprawa. Szczerze mówiąc, dziwi 
mnie, że ona w ogóle zgodziła się dać ci szansę powrotu. Kiedy 
widzę,  jak  się  zachowujesz,  wątpię,  żebyście  mieli  przed  sobą 
przyszłość. 

Mężczyzna rzucił się w jej stronę, ale natychmiast natknął się 

na rękę Tannera. 

– Gdybyś tylko zgodziła się zawiesić postępowanie, wszystko 

byłoby dobrze. Przez ciebie straciłem szansę powrotu do żony – 
rzucił wściekłym głosem. 

–  Jeżeli  nie  potrafisz  przekonać  Susan,  żeby  przyjęła  cię  z 

powrotem, to wyłącznie twoja wina, Hank. 

Teraz,  aby  utrzymać  rozwścieczonego  mężczyznę  z  dala  od 

Lary, Tanner musiał użyć obu rąk. 

– Uspokój się – odezwał się łagodnym tonem. 
– Lara po prostu poradziła Susan, żeby się nie spieszyła. 
Twarz Metcalfa jeszcze bardziej pociemniała. 
–  Mam  prawo  być  wściekły.  Susan  chciała,  żebym  wrócił.  I 

gdyby nie ta Jamison, to już bylibyśmy razem. 

–  Lara  spełniała  swój  obowiązek  –  nie  dawał  za  wygraną 

McNeil. – Każdy inny adwokat doradziłby twojej żonie to samo, 
chyba że w ogóle wybiłby jej z głowy myśl o zgodzie. Ty sobie 
z  tego  nie  zdajesz  sprawy,  chłopie,  ale  tak  naprawdę,  to 
powinieneś być Larze wdzięczny za przysługę. 

Hank  oderwał  oczy  od  kobiety  i  spojrzał  na  Tannera  z 

niedowierza ni am. 

–  Przysługę?  To,  że  przekonała  moją  żonę,  by  do  mnie  nie 

background image

wracała,  nazywasz  przysługą?  Na  miłość  boską!  Obejdzie  się 
bez takich przysług. 

– Susan chciała się zgodzić na twój powrót tylko ze względu 

na  dzieci,  Hank.  –  Tanner  udał,  że  nie  słyszy  syknięcia  Lary.  – 
Co by to był za związek? Jeszcze parę lat i wasze dzieci wyfruną 
z domu. Co wtedy będzie was jeszcze trzymało razem? 

– Do tego czasu Susan mogłaby mnie na powrót pokochać. Ja 

ją kocham. To by nas trzymało razem. 

– Głos mężczyzny załamał się niespodziewanie. 
–  Może  tak,  a  może  nie.  –  Tanner  nie  wydawał  się 

przekonany.  –  W  każdym  razie,  powinieneś  walczyć  o  uczucia 
Susan.  Nie  będziesz  musiał  się  bać,  że  za  parę  lat,  gdy  dzieci 
pójdą z domu, znowu zostaniesz sam. 

Hank  z  uporem  pokręcił  głową  i  otarł  wierzchem  ręki  łzy, 

które pokazały mu się w oczach. 

– Nie, teraz już straciłem ostatnią szansę, żeby do niej wrócić. 
– Nic nie straciłeś! Musisz tylko stać się znowu tym samym 

facetem,  w  którym  Susan  się  kiedyś  zakochała  –  odezwała  się 
Lara. 

Obaj mężczyźni spojrzeli na nią z równym zdumieniem. 
– Nie będę udawała, że za tobą przepadam, Hank. 
Mężczyzna,  który  oszukuje  kobietę  tak  jak  ty,  jest 

prawdziwym  idiotą.  Ale  musisz  mieć  w  sobie  coś  dobrego,  bo 
inaczej  w  ogóle  by  za  ciebie  nie  wyszła.  Jeżeli  będziesz  umiał 
wydobyć z siebie to co najlepsze, Susan zgodzi się, żebyś do niej 
wrócił.  –  Lara  spojrzała  głęboko  w  oczy  mężczyźnie,  który 
skrzywdził  jej  najbliższą  przyjaciółkę.  –  Teraz  już  wszystko 
zależy od was. Ja nie mam tu nic do roboty. 

–  I  pamiętaj,  że  nie  masz  do  stracenia  nic  oprócz  Susan, 

chłopie – dodał Tanner. – Masz o co walczyć. 

Hank z trudem przełknął ślinę, a potem skinął głową. Potem 

background image

znowu uniósł rękę i pogroził Larze palcem. 

– Jeszcze zobaczysz! Jeśli tylko Susan zupełnie przy tobie nie 

zgłupiała, wróci do mnie. Przekonasz się. 

–  Proszę  bardzo,  Hank  –  odpowiedziała.  –  Osobiście  nie 

życzę  sobie  niczego  bardziej  niż  tego,  żeby  Susan  była  z 
szczęśliwa. 

Tanner poklepał Metcalfa po plecach, próbując odwrócić jego 

uwagę. 

– Chodź, Hank. Weźmiemy się za tę ropę. Zrobisz nam kawy, 

Laro? 

Skinęła głową i ruszyła w stronę domu. Choć rola gospodyni 

nie  leżała  w  jej  charakterze,  to  w  tej  chwili  gotowa  była 
zaakceptować każdy pretekst, który pozwoliłby jej oddalić się od 
mężczyzn. Jeden z nich właśnie zakwestionował jej kompetencje 
zawodowe,  a  drugi  zranił  ją,  powtarzając  rzeczy,  które 
powiedziała mu w zaufaniu. 

Wściekła przetrząsała szafki w poszukiwaniu kawy. Zaglądała 

do każdej, nie dlatego żeby spodziewała się znaleźć puszkę, ale 
dla samej przyjemności trzaskania drzwiczkami. Wiedziała, że to 
dziecinne,  ale  czuła,  że  jeśli  zacznie  tłumić  złość,  wybuchnie 
płaczem. 

Kiedy mężczyźni ostatecznie uporali się z robotą, kawa była 

gotowa. Zasiadła z nimi do stołu i przysłuchiwała się rozmowie 
dotyczącej  gospodarstwa.  Choć  nie  przegapiła  pełnych  urazy 
spojrzeń,  jakie  posyłał  jej  od  czasu  do  czasu  Hank,  to  jednak 
specjalnie  się  nimi  nie  przejęła.  Miała  w  tej  chwili  na  głowie 
zdecydowanie większe zmartwienia niż Metcalf. 

Kiedy  odprowadzali  go  do  drzwi,  uścisnęła  mu  rękę.  Hank 

mocno chwycił jej dłoń i zdecydowanie potrząsnął. 

– Jak już będziemy razem z Susan, to zaprosimy was oboje na 

obiad – powiedział, jakby oczekując odmowy ze strony Lary. 

background image

Nie odezwała się. 
–  Będę  czekał  z  niecierpliwością  –  odpowiedział  za  nią 

Tanner. 

Kiedy  Hank  wyszedł,  McNeil  stanął  za  Larą  i  zaczął 

delikatnie masować jej napięte ramiona. Bez słowa odsunęła się 
od niego. Nie miała najmniejszej ochoty, żeby ją pocieszał. 

 

background image

Rozdział 7 

 
–  Pamiętasz,  co  mówiłam  o  ryzyku  popełnienia  błędu  w 

sztuce? – zapytała w końcu. Tanner poruszył się niespokojnie. 

–  Nic  złego  nie  zrobiłaś  –  upierał  się  słabo.  –  Nie 

powiedziałaś mi przecież nazwiska klientki. To nie twoja wina, 
że wydało się w końcu, o kogo chodziło. 

–  Wcale  nie  jestem  pewna,  czy  Izba  Adwokacka  zechce  to 

zrozumieć. 

–  Nie  żartuj,  przecież  Susan  nie  złoży  na  ciebie  skargi.  Nikt 

się o niczym nie dowie. 

– Wystarczy, że ja wiem. Wcale mi to nie poprawia humoru. 

Może  cię  to  zdziwi,  ale  traktuję  swoją  odpowiedzialność 
zawodową całkiem serio, Tanner. Nie lubię robić błędów. 

–  Niech  to  cholera,  przecież  mąż  ma  w  końcu  prawo 

wiedzieć, co myśli jego żona! 

–  Tylko  wtedy,  jeśli  ona  sama  zdecyduje  się  mu  o  tym 

powiedzieć – sprzeciwiła się Lara.  – Susan mi zaufała, a ja nie 
dotrzymałam słowa. 

– To wszystko moja wina i ja ją za to przeproszę. 
Ale czy naprawdę masz do mnie pretensje? Chciałem im tylko 

pomóc. Hank naprawdę kocha Susan. 

– To dlaczego ją oszukiwał? 
– Daj spokój. To nie była żadna poważna historia. 
Odbiło mu i tyle. Rozumiesz, skok w bok. 
– Jasne – prychnęła Lara. – Wszyscy tak mówią. 
– Myślę, że w przypadku Hanka naprawdę tak było. 
– I co, to jest w porządku? 
–  Oczywiście,  że  nie.  Tego  nie  powiedziałem.  Ale  może 

łatwiej  będzie  jej  coś  takiego  wybaczyć.  Hank  popełnił  błąd. 

background image

Ludzka rzecz. 

– I uważasz, że Susan powinna go przyjąć z powrotem? 
– Tak. 
–  Popatrz,  jak  to  jest.  Jeszcze  godzinę  temu,  dopóki  nie 

wiedziałeś, kim jest moja klientka, byłeś zdania, że nie powinna 
tego zrobić. Radziłeś jej bilans zysków i strat. 

– Wtedy nie znałem wszystkich okoliczności  – stwierdził po 

chwili namysłu. – Susan i Hank za długo byli razem i za wiele ze 
sobą przeżyli, żeby można z tego tak spokojnie zrezygnować. 

– A ty i Jodi? 
Tanner siedział z wyrazem zupełnego osłupienia na twarzy. 
–  Nie  ma  czegoś  takiego  jak  ja  i  Jodi  –  powtórzył  swoje 

wcześniejsze słowa. 

–  Teraz  może  nie.  Ale  było.  Jeśli  ona  wróci,  może  będzie 

znowu. 

–  Jodi  nie  wróci.  –  Powiedział  to  tak  pewnym  tonem,  że 

niemal mu uwierzyła. Tanner  nie  pozwolił jej  podjąć  tematu.  – 
Przepraszam,  przykro  mi,  że  przeze  mnie  zawiodłaś  zaufanie 
Susan. Więcej się to nie powtórzy. 

– Na pewno. Nie mam zamiaru dać ci drugiej okazji. 
Chwycił  ją  w  ramiona  w  momencie,  gdy  właśnie  miała  się 

odwrócić. 

– Chwileczkę. Nie użyjesz tej historii jako pretekstu, żeby się 

ode mnie odsunąć. Nie pozwolę ci na to. 

–  Nie  mam  zamiaru  zrobić  niczego  takiego  –  powiedziała 

łagodnie. Kiedy Tanner zwolnił uścisk, dokończyła: – Po prostu 
nie będę więcej rozmawiała z tobą o sprawach zawodowych. 

– Laro! – Przez moment chciał się z nią pokłócić, ale zaraz się 

rozmyślił. Po pierwsze, nie miał argumentów, po drugie, był to 
pierwszy  w  ich  znajomości  przypadek,  kiedy  Lara  była 
naprawdę zła i nie bardzo wiedział, jak postąpić. 

background image

– Słuchaj, tyle czasu nam to wszystko zajęło. 
Oboje jesteśmy zmęczeni i spięci – urwał na chwilę, a potem 

dokończył,  czując,  że  wreszcie  znalazł  wyjście.  –  I  w  dodatku 
głodni. Chodź, jadąc do ciebie, wstąpimy do baru. 

–  A  po  co  w  ogóle  mamy  jechać  do  mnie?  –  natychmiast 

odparowała  Lara.  –  Zrobiłam  wczoraj  kolację,  dzisiaj  twoja 
kolej.  Popatrzę  sobie  na  telewizję,  a  ty  przygotuj  coś  do 
jedzenia. 

Zanim zdążył wymyślić jakąś odpowiedź, poszła do saloniku, 

włączyła  telewizor i  rozsiadła się  w wielkim skórzanym fotelu. 
Po chwili jednak Tanner zebrał się w sobie i spróbował. 

– Jestem okropnym kucharzem. Myślałem, że pojedziemy na 

pizzę, ponieważ to jest koło ciebie. 

– Nie mam ochoty na pizzę – odparła. – Wszystko mi jedno, 

co zrobisz. Nie jestem wybredna. 

– Aleja naprawdę nie mam tu nic do jedzenia – zaprotestował 

słabo. 

–  Jak  to?  W  zamrażalniku  są  dwa  ładne  steki,  w  torbie 

ziemniaki  i  na  dodatek  wydawało  mi  się,  że  widziałam  w 
lodówce jakieś sałatki. – Na widok jego osłupiałej miny dodała z 
promiennym uśmiechem: 

– Trafiłam na nie, szukając kawy. 
– Szukałaś kawy w zamrażalniku? 
–  Nigdy  nic  nie  wiadomo.  Ludzie  chowają  różne  rzeczy  w 

najdziwniejszych  miejscach.  To,  na  przykład,  było  w 
ziemniakach.  –  Wstała  i  wyciągnęła  z  tylnej  kieszeni  kartkę 
pocztową z jakiejś zapadłej mieściny w Meksyku. 

Tanner natychmiast zorientował się, co Lara trzyma w ręku. 
–  Widocznie  nie  trafiłem  do  kosza  –  powiedział,  wyrywając 

jej  pocztówkę.  –  Może  rzeczywiście  powinniśmy  wrócić  do 
kwestii wzajemnego zaufania – dodał. 

background image

–  Zgoda,  zawrzemy  taką  umowę:  zaufam  ci  w  sprawach 

zawodowych,  o  ile  przestaniesz  wreszcie  ukrywać  przede  mną 
swoje życie osobiste. 

–  Jodi  nie  jest  już  częścią  mojego  życia,  tylko  mojej 

przeszłości.  I  to  częścią  bez  większego  znaczenia  –    –  dodał  z 
naciskiem. 

– To ciekawe – zauważyła z ironią – pozbawiona większego 

znaczenia  część,  która  trwała  siedem  lat  i  teraz  właśnie  wraca, 
żeby potrwać przez następny rok. 

Tanner zacisnął zęby. 
– Czytałaś kartkę? 
–  Oczywiście,  że  czytałam.  To  pocztówka.  Wszyscy  czytają 

pocztówki.  Biorąc  pod  uwagę,  że  każdy  je  może  przeczytać, 
większość ludzi nie pisze na nich nic szczególnie osobistego. 

– Nie miałaś prawa. 
– Tak jak ty nie miałeś prawa wmawiać mi, że między wami 

wszystko skończone. Bo wcale tak nie jest. 

– Jeżeli o mnie chodzi, to jest. 
– Naprawdę? Nie wygląda na to. 
–  Jak  mam  cię  przekonać?  Nie  mam  świadectwa  rozwodu. 

Nigdy  nie  byliśmy  małżeństwem.  Nie  wiążą  nas  żadne 
zobowiązania.  Jak  mogę  dowieść,  że  to  skończone,  skoro 
między nami właściwie nic się nie zaczęło? 

– Jeżeli nic się nie zaczęło, to dlaczego czekałeś na nią przez 

siedem lat? 

–  Bo  byłem  kompletnym  idiotą  –  przyznał  otwarcie.  – 

Wmawiałem  sobie,  że  między  nami  coś  jest,  podczas  gdy 
niczego  nie  było.  Powiem  ci  szczerze,  że  nie  jestem  z  siebie 
specjalnie  dumny,  jeśli  chodzi  o  tę  historię  i  głównie  dlatego 
trudno mi o tym mówić. 

– Przecież Jodi pisze, że wraca! 

background image

– Ale nie po to, by zostać. Zawsze mówi, że wróci, ale nigdy 

tu nie zostaje. Ta kartka nic nie znaczy. 

– A co będzie, jeżeli tym razem naprawdę zechce zostać? Sam 

powiedziałeś,  że  Susan  i  Hank  za  długo  byli  razem,  żeby  tak 
łatwo  z  tego  rezygnować.  Dlaczego  z  wami  miałoby  być 
inaczej? 

–  Mam  wrażenie,  że  chcesz,  bym  do  niej  wrócił.  Czy 

naprawdę pragniesz zaprzepaścić to, co nas łączy? 

– Wolę to zrobić teraz niż później – odpowiedziała. 
– Na miłość boską, Tanner! Co by było, gdybym zgodziła się 

wyjść  za  ciebie,  kiedy  mnie  pierwszy  raz  o  to  poprosiłeś,  a 
potem wróciłaby Jodi? Co byś wtedy zrobił? 

–  Powiedziałbym:  „Cześć,  Jodi,  poznaj  moją  żonę".  A  co  ty 

sobie wyobrażałaś? 

– Pytam serio, Tanner. – Wyraz jej twarzy nie pozostawiał co 

do tego żadnej wątpliwości. 

–  Ja  też  odpowiadam  ci  serio.  Naprawdę  nic  mnie  nie 

obchodzi  fakt,  że  Jodi  tutaj  wraca.  Powiedziałem  ci  już: 
przestała dla mnie istnieć. 

–  Naprawdę?  To  dlaczego  nie  chcesz,  żebyśmy  zostali  u 

ciebie? Czy nie dlatego, że  ten dom  ciągle  należy  do  niej?  Nie 
jestem wścibska, ale nic nie poradzę na to, że mam oczy. Jeżeli 
jej nie ma, to dlaczego widzę ją tu na każdym kroku? 

Lara  rozejrzała  się  po  pokoju  pełnym  kartek  pocztowych, 

peruwiańskich  kilimów  i  indiańskiej  ceramiki.  Drobiazgów, 
które mogła porozmieszczać w tym wnętrzu tylko kobieca dłoń. 

– Wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? 
Przyjechałam  tutaj,  bo  przyszło  mi  do  głowy,  że  może  ten 

dom powie mi o tobie coś, czego ty sam nie chcesz wyznać. Ale 
jedyna osoba, której ślady tu odnalazłam, to Jodi. Rozejrzyj się 
tylko, Tanner. Nie mieszkasz we własnym domu. 

background image

Usiadł bez słowa na kanapie i ukrył twarz w dłoniach, jakby 

się spodziewał, że dzięki temu znikną sprzed jego oczu dowody 
obecności  Jodi.  Kiedy  się  znowu  odezwał,  głos  miał  cichy  i 
martwy. 

– To są po prostu rzeczy, które u mnie zostawiła. 
– Od kiedy? Te meble nie wyglądają na stare. 
– Meble są moje – przyznał z ociąganiem. 
– Kupiłeś je dla niej? 
– Nie, to... Sam nie wiem. Spodobały mi się. 
–  Naprawdę?  –  Lara  rzuciła  okiem  na  skórzaną  kanapę  i 

fotele, 

naznaczone 

jakimś 

szczególnym 

południowoamerykańskim rysem. Trudno byłoby zaprzeczyć, że 
jako  całość  pokój  był  pięknie  skomponowany,  ale  zupełnie  nie 
pasował  ani  do  Tannera,  ani  do  reszty  pokoi,  pełnych 
staroświeckich mebli. 

– Przepraszam, może cię to zaboli, ale nie sądzisz, że właśnie 

dlatego  ci  się  te  meble  spodobały,  bo  chciałeś  stworzyć  tutaj 
dom dla Jodi? 

–  Nie  wiem!  Nie  mam  psychoanalityka  i  nigdy  się  nie 

zastanawiałem  nad  podświadomymi  motywami,  które  skłoniły 
mnie  do  kupna  tej  kanapy.  –  Nagle  poderwał  się  z  miejsca  i 
zaczął krążyć po pokoju jak lew w klatce. – Słuchaj, jeśli ci się 
to  wszystko  nie  podoba,  to  nie  ma  problemu.  Po  prostu 
wywalimy te graty. Dobra? 

–  Tego  właśnie  nie  mogę  zrozumieć,  Tanner.  Dlaczego 

jeszcze  tego  nie  zrobiłeś?  Jeżeli  tak  ci  zależy  na  tym,  by 
udowodnić,  że  Jodi  nigdy  nie  istniała,  jeżeli  tak  bardzo  chcesz 
wymazać ją ze swojego życia, to czemu nie zacząłeś właśnie od 
tego? 

– Nie wiem. Nie wydawało mi się to zbyt ważne. 
Mężczyźni, Laro, nie zwracają uwagi na takie rzeczy. 

background image

– Bardzo cię przepraszam, ale tego nie dam sobie wmówić. W 

końcu dostatecznie zwracałeś uwagę na „te rzeczy", żeby kupić 
meble do tego pokoju, prawda? 

–  Dajmy  już  temu  spokój.  Wywalę  to  wszystko  jak 

najszybciej, chociażby po to, by na przyszłość nie było powodu 
do drugiej tak komicznej kłótni jak ta. 

– To wcale nie jest komiczne. 
– Naprawdę? A czy to nie jest po prostu jedno z tych zagrań, 

których  używają  adwokaci,  kiedy  nie  mają  argumentów?  – 
zaatakował ją nagle Tanner. 

Podszedł do fotela, oparł ręce na poręczach i pochylił się nad 

Larą. 

– O co ci chodzi? 
– O to, że nie chcę zrezygnować z właściwego tematu naszej 

rozmowy. Mam wrażenie, że to wcale nie ja tutaj kręcę. To nie 
ja usiłuję wyprzeć się tego, co nas łączy, to nie ja wracam ciągle 
do  swojego  poprzedniego  partnera.  To  nie  ja  –  powiedział  na 
koniec,  jeszcze  niżej  pochylając  się  nad  nią  –  usiłuję  się 
wykręcić od podjęcia decyzji na przyszłość. 

Lara oparła obie ręce o jego szeroką pierś i odepchnęła go na 

tyle, żeby móc swobodnie odetchnąć. 

–  Od  niczego  nie  próbuję  się  wykręcić.  Po  prostu  nie  mam 

najmniejszej ochoty na to, żeby wylądować w ślepej uliczce. 

– Jedyne, co nas prowadzi do ślepej uliczki, to twoje obawy, 

Laro.  Czego  ty  w  końcu  chcesz?  Może  sama  nie  wiesz?  –  Nie 
dał jej okazji do odpowiedzi. 

–  Z  tego,  co  mówisz,  wynika,  że  ty  i  twój  mąż  mieliście  ze 

sobą bardzo dużo wspólnego. I co? Wyszło z tego coś dobrego? 
Nic. I tak go rzuciłaś. 

– Wcale go nie rzuciłam. Wzięliśmy rozwód, bo zbyt  się od 

siebie  różniliśmy  charakterami  i  nic  nie  umieliśmy  na  to 

background image

poradzić. 

–  To  bardzo  zręczne  określenie  –  powiedział  ironicznym 

tonem. – Jeszcze jeden prawniczy kruczek. 

– W tym wypadku akurat w pełni odpowiada ono prawdzie. 
– Jasne – ironizował dalej Tanner. – Ty chciałaś mieć rodzinę, 

a  on nie. Różnica charakterów nie do pogodzenia. To  dlaczego 
tak się obruszyłaś, kiedy ci zasugerowałem, że mogłabyś być w 
ciąży? 

–  Może  po  prostu  dlatego,  że  wcale  nie  jestem  pewna,  czy 

chcę, żebyś był ojcem moich dzieci. 

Mężczyzna  znowu  pochylił  się  niżej,  nie  dając  jej  niemal 

żadnej swobody ruchu. 

– A dlaczego nie? Chcę ci dać wszystko, czego jak twierdzisz, 

oczekujesz  od  małżeństwa,  ale  ty  ciągle  robisz  uniki.  Powiedz 
mi wreszcie, Laro, dlaczego tak jest? 

– Nie miałam pojęcia, że twoja propozycja jest ograniczona w 

czasie,  Tanner.  Może  szkoda,  że  od  razu  nie  określiłeś 
wyraźniej, do kiedy mam na nią odpowiedzieć, zaoszczędziłoby 
nam to trochę zamieszania – odparła tonem, który miał mu dać 
do zrozumienia, że znalazł się niebezpiecznie blisko granicy nie 
do przekroczenia. 

– Może po prostu powinnaś się zdecydować, czego właściwie 

chcesz. – McNeil nie zwracał uwagi na jej ostrzeżenia. – Myślę, 
że to co cię naprawdę niepokoi, to wcale nie Jodi. Używasz jej 
tylko jako wykrętu. 

– To śmieszny pomysł. 
–  Czyżby?  A  czy  ty  przypadkiem  nie  jesteś  taka  sama  jak 

ona?  Niezdolna  do  tego,  żeby  się  naprawdę  zaangażować  w 
związek,  bo  ciągle  prześladuje  cię  myśl,  że  za  chwilę  możesz 
spotkać dużo lepszego faceta. 

Lara miała już tego dość. 

background image

– Słuchaj – powiedziała – pierwszy raz, kiedy wziąłeś mnie za 

Jodi, nie miałam ci tego za złe, ale teraz przesadziłeś. 

Spojrzał na nią zdumiony. 
–  Pierwszego  wieczora  naszej  znajomości,  w  „Jubilee", 

wziąłeś  mnie  za  swoją  dziewczynę.  Rozumiem,  byłeś  wtedy 
kompletnie  pijany.  Ale  tym  razem  nie  masz  nic  na  swoje 
usprawiedliwienie.  Nie  będę  płacić  za  twoje  porachunki  z  inną 
kobietą.  Może  Jodi  miała  jakieś  powody,  żeby  się  z  tobą  nie 
wiązać. Nie wiem. To wyłącznie wasza sprawa. 

– A dlaczego ciągle do niej wracasz? 
– Nie wracam. 
W odpowiedzi tylko prychnął. 
–  No  dobrze,  może  wracam,  ale  tylko  dlatego  że  chcę 

wiedzieć,  co  do  niej  czujesz.  Chcę  wiedzieć,  czy  potrafisz 
naprawdę pokochać kogoś innego. Na przykład mnie. 

– Na miłość boską! Jeszcze nie umiesz sobie odpowiedzieć na 

pytanie,  czy  cię  kocham?  Czy  to  wszystko,  co  dzieje  się  przez 
ostatnie półtora miesiąca, to nie jest odpowiedź? Czy to, co się 
dzieje, kiedy się kochamy, naprawdę nic ci nie mówi? Pamiętasz 
naszą  pierwszą  noc?  Powiedziałaś,  że  to  wszystko  sprawa 
przeznaczenia,  że  jest  nam  pisane  być  razem.  Jak  możesz  się 
teraz tego wypierać? 

– Nie próbuję się niczego wypierać. Może jest nam pisane, że 

mamy  być  kochankami,  ale  to  wcale  nie  musi  znaczyć,  że 
powinniśmy  posunąć  się  dalej.  To  że  świetnie  do  siebie 
pasujemy  w  łóżku,  wcale  nie  dowodzi,  że  będziemy  umieli 
przeżyć  razem  życie.  Nic  na  to  nie  poradzę,  Tanner.  Może 
któregoś  dnia  otworzę  oczy  i  będę  wiedziała,  że  przeszłość 
mamy wreszcie za sobą, ale na razie wcale nie wydaje mi się to 
takie  pewne.  Wszystko  co  w  tej  chwili  widzę  to  Jodi,  która 
właśnie wraca. I nie wiem, co powiesz na jej widok. 

background image

– Nic! – wrzasnął. – Nie powiem nic, czego mogłabyś się bać. 
–  Wiesz,  ile  razy  dziennie  słyszę  równie  stanowcze 

zapewnienia? Niedawno siedziała w moim biurze Susan Metcalf 
i  zaklinała  się,  że  nigdy,  przenigdy  nie  wróci  do  Hanka.  Nie 
minęło pół roku i jestem jedyną przeszkodą na drodze do zgody. 

Kiedy Tanner w odpowiedzi zaczął kręcić głową, powtarzając 

monotonnie  „nie,  nie,  nie",  Lara  ujęła  jego  twarz  w  dłonie, 
zmuszając, żeby jej uważnie wysłuchał. 

–  Słyszę  to  codziennie.  Rozumiesz,  Tanner?  Do  diabła, 

powiedziałam sobie, takie rzeczy widać nigdy długo nie trwają. 
– Chciał zaprotestować, ale położyła mu palec na ustach. – Kilka 
samotnych tygodni, kilka trudnych chwil, kiedy człowiek nie ma 
przy sobie przyjaznej duszy, jakieś przyjęcie, na które nie ma z 
kim  pójść  i  już  ta  straszna,  okropna  osoba,  na  którą  nie 
mogliśmy patrzeć, wydaje się nam znowu kimś zupełnie innym. 

Tanner  wziął  Larę  za  ręce  i  patrząc  jej  prosto  w  oczy, 

powiedział spokojnym, cichym głosem: 

–  Sypiałem  tu  samotnie  przez  kilka  lat,  miałem  setki  takich 

chwil,  kiedy  wyłem  do  przyjaznej  duszy  jak  pies  do  księżyca, 
sam nie wiem, ile razy nie poszedłem na zabawę, tylko dlatego 
że  nie  miałem  z  kim.  Masz  rację,  że  w  końcu  zaczyna  się 
wszystko  widzieć  inaczej.  Tylko,  jeśli  o  mnie  chodzi,  to 
zobaczyłem, że muszę z tym skończyć. 

–  I  myślisz,  że  to  wystarczy?  Stanowcze  postanowienie? 

Wydaje  ci  się  to  takie  łatwe?  Powiesz  sobie,  że  już  masz  tego 
dość i twoje uczucia się zmienią? Tak sobie to wyobrażasz? 

– Tak – odpowiedział. – Tak właśnie to sobie wyobrażam. 
– Miłość to nie jest sprawa postanowienia, Tanner. 
To  nie  jest  tak,  że  możemy  zdecydować,  czy  chcemy  kogoś 

kochać, czy nie. 

–  Nie?  A  ty  sama?  Czy  nie  odeszłaś  od  swojego  męża?  – 

background image

upierał  się.  –  Czy  nie  zrezygnowałaś  z  małżeństwa,  w  którym 
nie mogłaś znaleźć tego, czego ci było potrzeba? 

–  Zdecydowałam  się  od  niego  odejść.  Zdecydowałam  się  z 

nim  rozwieść.  Rzeczywiście.  Ale  powiedziałam  ci  także,  że 
ciągle  go  kocham  i  prawdopodobnie  zawsze  będzie  miał  swoje 
miejsce w moim sercu. 

–  W  takim  razie  jesteś  po  prostu  głupia.  Głupotą  jest 

marnowanie  uczuć  na  kogoś,  kto  ani  ich  nie  potrzebuje,  ani  na 
nie  nie  zasługuje.  Ja  mam  przynajmniej  tyle  rozumu,  żeby 
wiedzieć,  kogo  chcę,  a  kogo  nie  chcę  obdarzyć  swoimi 
uczuciami. 

–  Powiedz  mi  w  takim  razie,  co  będzie,  jeżeli  któregoś  dnia 

zdecydujesz się przestać mnie kochać? Jeżeli potrafisz tak z dnia 
na dzień zerwać ze swoją miłością do Jodi, to dlaczego ze mną 
miałoby być inaczej? 

– Nie! Tak nigdy nie będzie! 
–  Chciałabym  ci  wierzyć,  Tanner  –  szepnęła.  –  Naprawdę 

bym chciała, ale nie potrafię. 

– Przysięgam. Przysięgam, że nigdy nie przestanę cię kochać. 
– A czy kiedyś nie przysięgałeś tego samego Jodi? 
Milczenie  mężczyzny  było  jednoznaczne.  Rozpaczliwie 

szukał  w  głowie  jakiejś  odpowiedzi,  która  mogłaby  przekonać 
Larę, że tamte przysięgi były czym innym. Kiedy mu się to nie 
udało, znowu spróbował odwrócić sytuację. 

– A co z tobą i Kevinem? Czy nie składałaś mu obietnic? 
– Tak – przyznała bez wahania – i wcale nie jestem dumna z 

tego, że ich nie dotrzymałam. I właśnie dlatego nie chce po raz 
kolejny popełnić tego samego błędu. Nie wyjdę za mąż, dopóki 
nie będę naprawdę pewna, że tym razem to już na zawsze. 

–  To  jak  mam  cię  przekonać?  –  zapytał.  –  Mam  wszystko 

wyrzucić? Mam spalić ten cholerny dom? 

background image

Zrobię wszystko, czego zażądasz. Powiedz mi tylko, co to ma 

być! 

– Czas. Proszę cię tylko o trochę czasu. 
– Ile czasu? Powiedz mi, ile czasu ci trzeba? 
– Nie wiem. Może kiedyś... 
– Kiedyś? Ja wiem, że „kiedyś" znaczy wieczność. 
Jodi  mówiła  mi:  „kiedyś...  "  przez  siedem  lat,  a  teraz  ty 

mówisz to samo. 

Tanner podniósł się i bezradnie opuścił ręce. 
–  Nic  dziwnego,  że  mi  się  mylicie.  Co  się  dziś  dzieje  z 

kobietami?  Kiedyś  mi  się  wydawało,  że  to  im  składa  się 
obietnice.  Teraz  widzę,  że  jest  na  odwrót,  to  mężczyźni  ciągle 
słyszą  rzeczy,  z  których  nic  nie  wynika.  Ty  i  Jodi  jesteście 
dokładnie takie same. 

– A dlaczego uważasz, że to nasza wina? Ty sam nie chcesz 

mówić o przyszłości ani o przeszłości, ale bez wahania zwalasz 
całą  winę  na  mnie  i  na  Jodi.  Może  powinieneś  lepiej  przyjrzeć 
się sobie, nie sądzisz? Może to ty jesteś tu czemuś winien? 

– Co takiego zrobiłem? 
– Przede wszystkim za bardzo się spieszysz. Nie wiem, jak to 

jest z Jodi, ale kiedy mnie ktoś za bardzo naciska, mam ochotę 
po  prostu  go  odepchnąć.  To,  że  nie  chcę  się  poruszać  z  taką 
samą  szybkością  jak  ty,  ani  tą  samą  drogą  co  ty,  jeszcze  nie 
znaczy,  że  robię  coś  złego.  Może  powinieneś  na  moment 
przestać domagać się, żebym tańczyła, jak mi zagrasz, a zamiast 
tego sam poszedł za mną? 

–  Dlaczego  miałbym  iść  za  kimś,  kto  kreci  się  w  kółko?  Ja 

przynajmniej wiem, dokąd zmierzam. 

–  Może  –  zgodziła  się  Lara.  – Ale  jeśli zamierzasz  dojść  do 

ołtarza, to niewiele zyskasz, dochodząc do niego sam. 

– Więc chodź ze mną – poprosił. 

background image

– Dopiero, kiedy będę gotowa. I ani chwili wcześniej. 
Miał  już  tego  dosyć.  Najwyraźniej  po  prostu  nie  mógł  dojść 

do  ładu  z  tymi  kobietami.  Chyba  jeszcze  nigdy  nie  czuł  się 
równie wściekły, zmęczony i zniechęcony. 

– Niech to cholera! Wynoś się – powiedział. – Wynoś się do 

diabła! Jeżeli nie chcesz iść ze mną, to nie. 

Znajdę sobie kogoś innego. 
–  Twoje  prawo  –  odpowiedziała  hardo  Lara.  Potem,  już  bez 

słowa,  wstała  i  wyszła  z  domu.  Nie  oglądając  się  za  siebie, 
podeszła do samochodu, wsiadła i odjechała. 

 
Świetnie  wiedziała,  że groźby Tannera nie  są bezpodstawne. 

Z  nich  dwojga  na  pewno  jemu  będzie  łatwiej  kogoś  sobie 
znaleźć.  Równie  dobrze  wiedziała  jednak,  że  kobieta,  która 
przyjmie  w  tej  chwili  jego  propozycję,  szybko  trafi  do  jej 
kancelarii, aby się rozwieść. 

Przez  całą  drogę  do  domu  powtarzała  sobie  w  myślach,  że 

miała  rację.  Tanner,  kiedy  się  już  opamięta  i  zrozumie,  co 
narobił, będzie gorzko żałował swojego zachowania. Pomyślała, 
że  najprawdopodobniej  znajdzie  sobie  jakąś  wyposzczoną  starą 
pannę,  ożeni  się  z  nią  i  natychmiast  zrobi  jej  dziecko.  Wtedy 
wróci  Jodi  i  McNeil  wyląduje  z  kobietą,  której  będzie  miał  po 
dziurki w nosie, z dzieckiem, które zasługiwałoby na lepszy los i 
alimentami, których będzie się domagała jego żona, kiedy już się 
zorientuje,  że  wyszła  na  kompletną  idiotkę.  A  Jodi  pewnie  się 
wścieknie,  że  na  nią  nie  poczekał  i  wreszcie  przepadnie  raz  na 
zawsze. 

Na  to  wszystko  sobie  zasłużył.  Może  nawet  poprosi  Larę, 

żeby  została  jego  adwokatem.  Choć,  z  drugiej  strony,  dużo 
więcej  satysfakcji  miałaby  występując  w  imieniu  jego  żony. 
Wtedy dostałby za swoje! 

background image

Dopiero, kiedy już dostanie nauczkę i przyzna, że miała ragę, 

może  się  z  nim  spotka.  O  ile  jeszcze  będzie  wolna.  Bo, 
właściwie, równie dobrze może nie być. 

Tak byłoby nawet lepiej. Z powodzeniem mogłaby już wtedy 

mieć  męża,  dom  i  dzieci.  Najlepiej  bliźnięta.  Ilekroć  Tanner 
będzie  widział  jej  dzieci,  tylekroć  będzie  myślał,  że  to  on 
mógłby  być  ich  ojcem.  Gdyby  tylko  miał  odrobinę  więcej 
cierpliwości. Gdyby tylko nie był takim cholernym idiotą! 

Lara układała coraz bardziej dramatyczne scenariusze, dopóki 

nie dojechała do domu. Potem weszła do środka, zatrzasnęła za 
sobą  drzwi  i  upadła  na  podłogę.  Płakała  tak  rozpaczliwie,  że 
nawet nie była w stanie wejść na górę, do sypialni. 

To było niesprawiedliwe. Tak cholernie niesprawiedliwe. Co 

z  tego,  że  ma  rację,  skoro  będzie  teraz  musiała  spać  sama  w 
pustym  łóżku?  Tak  strasznie  chciała  mieć  go  koło  siebie. 
Niczego bardziej nie pragnęła, niż zasnąć, a potem obudzić się w 
jego ramionach. Chciała urodzić mu dziecko. Co z tego, że ma 
rację, skoro nie będzie miała niczego, czego naprawdę chciała? 

 
Tanner kopniakiem zamknął za nią drzwi. Sprawiło mu to tyle 

przyjemności, że kopnął jeszcze raz. Potem zaczął okładać drzwi 
pięściami, dopóki nie trysnęła krew. 

Przez chwilę krążył, nie umiejąc sobie znaleźć miejsca, potem 

chwycił  ręcznie  malowane,  gliniane  naczynie,  które  Jodi 
przywiozła  mu  kiedyś  z  Gwatemali,  i  cisnął  nim  z  rozmachem 
przez  pokój.  Roztrzaskało  się  z  hukiem.  Od  razu  poczuł  się 
lepiej.  Złapał  wazę  z  Brazylii  i  rzucił  nią  o  podłogę.  Potem 
figurkę z Wenezueli i misę z Chile. Pękła w nim jakaś tama i już 
nie potrafił się powstrzymać. 

Kiedy  już  potłukł  wszystkie  naczynia,  zaczął  wynosić  przed 

dom  sterty  koszy,  mat,  narzut  i  kilimów.  Każdy  z  tych 

background image

przedmiotów zawierał w sobie jakieś bolesne wspomnienie. 

Przetrząsał  cały  dom,  znosił  na  stos  fotografie  i  pocztówki, 

ubrania,  które  u  niego  zostawiła,  i  własne  swetry  i  koszule,  w 
których  kiedykolwiek  chodziła,  wreszcie  zdarł  z  łóżka 
prześcieradło,  a  potem  –  jakby  tego  wszystkiego  było  mało  – 
otworzył drzwi do szafy i zaczął wyciągać po kolei całą pościel, 
w której kiedykolwiek spali. 

Nie  przestał  się  miotać,  dopóki  na  ogromnym  stosie  nie 

znalazło  się  wszystko,  co  łączyło  go  z  Jodi.  Były  tam  nawet 
krzesła  i  kanapa,  którą  dla  niej  kupił.  Lara  miała  rację, 
zrezygnował z własnego domu, tak jak zrezygnował z własnego 
życia. Wszystko, co miał, oddał Jodi. 

Teraz  chciał  się  od  niej  raz  na  zawsze  uwolnić.  Polał 

wszystko  benzyną  i  szybko,  jakby  się  bał,  że  jeszcze  zmieni 
zdanie,  rzucił  zapałkę.  Potem  stał  i  patrzył,  jak  ogień  pożera 
wszystko, co zostało z tych siedmiu lat: pocztówki i zdjęcia, listy 
i  ubrania,  pościel  i  kilimy.  Widział,  jak  wśród  kłębów  dymu 
rozpadają się płonące meble. A jednak ogień zdawał się wciąż na 
coś czekać. Lecz co mógł mu jeszcze rzucić na pożarcie, oprócz 
własnego serca? 

I  wtedy  zdał  sobie  sprawę  z  tego,  że  Lara  miała  rację.  Nie 

można było przestać kogoś kochać z dnia na dzień. Miłość żyła 
własnym życiem i nie sposób było ją unicestwić na zawołanie. 

Ale  kiedy  tak  stał,  tuż  za  krawędzią  płomieni,  poczuł 

wreszcie,  że  ta  miłość,  której  nie  potrafił  wyrzucić  ze  swego 
serca,  zmienia  się.  Jakby  stopił  ją  w  ogniu,  a  potem  odlał  na 
nowo  w  innej  formie.  Czuł,  że  Jodi  zostanie  w  jego  sercu  na 
zawsze, tym razem już niejako obiekt miłości czy nienawiści, ale 
jako ukryta głęboko cząstka jego własnej osobowości. 

 

background image

Rozdział 8 

 
Kiedy się zbudził, poczuł  ostry zapach  spalenizny, piekła go 

skóra,  pokryta  skorupą  potu  i  popiołu,  i  podrażnione  dymem 
oczy. 

Z  trudem  zmusił  oporne  ciało  do  zajęcia  pionowej  pozycji, 

usiadł na  krawędzi łóżka  i  wsunął nogi  w buty. Wyszedł  przed 
dom  z  niejasną  nadzieją,  że,  jakimś  cudem,  wczorajsze  dzieło 
zniszczenia okaże się tylko snem. 

Nie  okazało  się.  Przekonywało  go  o  tym  własne  ciało,  rzut 

oka na opróżniony salonik, sterta popiołu przed domem. Pochylił 
się  nad  nią  i  wygrzebał  jakieś  metalowe  resztki,  których  nie 
strawił ogień. Czuł się odrętwiały i jednocześnie obolały,  jakby 
trafił na pogrzeb najbliższej istoty. 

W pewnym sensie był na pogrzebie. W pewnym sensie spalił 

na stosie pogrzebowym Jodi i wszystko, co pozostało z ostatnich 
siedmiu lat. 

Krążył niespokojnie wokół domu, nie wiedząc, co ma ze sobą 

zrobić. Coś bezpowrotnie minęło. Coś się skończyło. Choć czuł, 
że będzie mu jej brakowało, choć wiedział, że nie ucieknie przed 
cierpieniem, zrozumiał, że ma to nareszcie za sobą. 

Może  Lara  miała  rację?  Może  jeszcze  przez  długi  czas  nie 

będzie  potrafił  pozbyć  się  goryczy?  Rzeczywiście,  trudno  było 
po niej oczekiwać, żeby zaakceptowała go takiego, jakim był, na 
wpół oszalałego z żalu. 

Teraz  dopiero  uświadomił  sobie,  ile  w  ciągu  ostatnich 

miesięcy  było  w  nim  złości.  Przesiał  przez  palce  popiół  z 
żałobnego  stosu.  Nie  był  już  zły.  Ogień  rozprawił  się  z  jego 
wściekłością, wypalił ją, tak jak dobry farmer wypala ściernisko, 
żeby oczyścić ziemię pod siew. 

background image

Tyle czasu zajęło mu uświadomienie sobie, że on i Jodi nie są 

dla  siebie.  Tyle  miesięcy  strawił  na  bezsilnej,  ślepej  złości,  z 
której  sam  do  końca  nie  zdawał  sobie  sprawy.  Ostatniej  nocy 
sięgnął dna – wreszcie rozpocznie się ozdrowienie. 

Wysiłek.  Tego  teraz  potrzebował.  Trochę  brudu  i  dużo 

uczciwego potu. Przyniósł z szopy szuflę i grabie. Zaczął nosić 
popiół  do  ogródka  za  domem,  założonego  jeszcze  przez  babcię 
McElroy. 

To  miejsce  wyglądało  zupełnie  inaczej  niż  rabaty  od  frontu. 

Zawsze  brakowało  mu  czasu,  żeby  tu  zajrzeć.  Krzaki  róż 
zdziczały i poskręcały się dziwacznie. Altanka przekrzywiła się i 
oblazła z farby. Hamak, na którym kiedyś z powodzeniem mogła 
się  bujać  trójka  dzieci,  teraz  składał  się  z  kilku  przegniłych, 
burych sznurków. 

Bez  żadnego  planu  Tanner  zaczął  przeglądać  róże. Te,  które 

dawały jeszcze nadzieję poprawy – okopywał, te, które i tak były 
już  na  wpół  uschnięte,  wykopywał  i  rzucał  na  bok.  Potem 
rozrzucał popiół na grządki i szpadlem mieszał go z ziemią. 

Kiedy skończył, obejrzał uważnie altanę, wymienił przegniłe 

listwy  i  znowu  ruszył  do  szopy,  tym  razem  w  poszukiwaniu 
białej farby. 

Po  kilku  godzinach  praca  była  skończona.  Tanner  stał  i 

patrzył na ogród. Z pozoru nie było w nim nic nadzwyczajnego – 
kilka różanych krzaków wokół białej altany. 

Tylko  farmer  mógł  zrozumieć  możliwości,  jakie  kryły  się  w 

tym  ubogim  miejscu.  McNeil  oczami  wyobraźni  widział 
pierwsze listki na krzakach, nabrzmiewające pąki i kwiaty. 

Potem  w  jego  wizji  pojawił  się  nowy  hamak  i  on  sam, 

obejmujący ramionami Larę i bujający się wraz z nią leniwie w 
wiosennym słońcu, między kwiatami róż. 

Tu jednak pojawiał się problem. Tanner wiedział wszystko o 

background image

różach, wiedział nawet, jak będą pachniały. Natomiast nie miał 
zielonego  pojęcia,  w  jaki  sposób  ma  ściągnąć  do  tego  ogrodu 
Larę. 

W porównaniu z miłością uprawa ziemi była banalnie łatwa. 
Zjadł kilka kanapek, popił zimną kawą i przystąpił do dalszej 

pracy.  Ponieważ  opustoszały  gwałtownie  salonik  zdecydowanie 
psuł  mu  samopoczucie,  ruszył  do  piwnicy  i  zaczął  wyciągać 
stare meble. 

Miejsce  skórzanej  kanapy  zajęła  obita  pluszem  wiśniowa 

sofa,  na  podłodze  znalazł  się  stary  dywan,  po  obu  stronach 
kominka  stanęły  dwa  głębokie  fotele,  a  pod  oknem  trzeci, 
bujany, w którym babcia McElroy przez całe lata przesiadywała 
na werandzie. 

Na  ścianach  zawisły  czarno-białe  zdjęcia,  a  na  gzymsie 

kominka  znalazły  się  malowane  drewniane  kaczki,  których 
dziadek używał jako przynęty, idąc na polowanie. 

Salon wyglądał teraz tak samo jak wówczas, gdy przychodził 

tu  jako  dziecko.  Jeszcze  kilka  drobiazgów:  namalowany  przez 
matkę  pejzaż,  kryształowa  waza.  Wreszcie  mógł  spokojnie 
usiąść i podziwiać swoje dzieło. 

Gdyby Lara trafiła tu dzisiaj, mogłaby co najwyżej zobaczyć 

cienie  McElroyów,  wpatrzonych  nieruchomo  w  obiektyw 
jakiegoś starodawnego aparatu. 

Po Jodi nie zostało ani śladu. 
Zastanawiał  się,  co  począć.  Choć  nie  znał  się  na  miłości,  to 

wiedział, że zawsze jest coś do zrobienia. Ubiegłego lata, kiedy 
susza  groziła  mu  kompletną  katastrofą,  walczył  o  każdą  kroplę 
wody. I choć trudno byłoby powiedzieć, że odniósł zwycięstwo, 
na  pewno  nie  poniósł  klęski.  Był  pewien,  że  i  teraz  może  coś 
zrobić. Cały problem polegał na tym, że nie wiedział co. 

Potrzebował  pomocy.  Pierwszą  osobą,  jaka  mu  przyszła  na 

background image

myśl,  była  Samantha.  Jednak  myśl  o  pouczeniach  i  morałach, 
jakich  będzie  musiał  wysłuchać,  sprawiła,  że  zrezygnował  z 
telefonu do siostry. 

Może  Hank?  Poprzedniego  dnia  odgrażał  się,  że  odzyska 

uczucia Susan, powinien więc mieć jakiś pomysł. 

Metcalf  tak  szybko  podniósł  słuchawkę,  że  musiał  siedzieć 

przy  aparacie.  Kiedy  usłyszał  głos  Tannera,  nie  ukrywał 
rozczarowania. 

– No wiesz – powiedział z pretensją w głosie McNeil – ja też 

cię w końcu przestanę lubić. 

–  Przepraszam  –  odpowiedział  Hank.  –  Myślałem,  że  to 

Susan. 

– Zauważyłem. No, a co słychać na froncie wojny domowej? 
–  Nic  dobrego.  Ani  mnie  nie  wpuściła  do  domu,  ani  nie 

chciała  rozmawiać  przez  telefon.  Nawet  nie  zdążyłem  jej 
powiedzieć, że zgadzam  się  z  tymi  głupimi  pomysłami  Lary.  – 
Kiedy  Tanner  chrząknął  znacząco,  mężczyzna  dorzucił  szybko: 
–  Osobiście  nie  mam  nic  przeciw  Larze.  Po  prostu  wolałbym 
spać z własną żoną i we własnym łóżku. 

– Zamiast w cudzym łóżku z cudzą żoną? 
–  Nie!  –  Hank  natychmiast  się  rozłościł.  –  Do  diabła, 

dlaczego  wszyscy  wykorzystują  każde  moje  słowo  przeciwko 
mnie? Kto jak kto, ale ty wiesz przecież, jak się sprawy mają. 

–  Nie  obrażaj  się.  Po  prostu  myślę,  że  powinieneś  bardziej 

uważać  na  to,  co  mówisz.  Twoja  żona  może  się  zirytować,  jak 
usłyszy coś takiego. 

–  Wiem,  wiem.  Ale  co  ja  poradzę,  że  zawsze  mi  się  coś 

wyrwie? 

– Używaj języka gestów. 
– A jakże, bardzo chętnie! Tylko daj mi okazję! 
–  Nie  o  to  mi  chodziło.  Chociaż,  nie  powiem,  sam  bym 

background image

chętnie  pogadał  w  tym  języku.  Niestety,  kobiety  mają  własne 
pomysły na ten temat. 

– One to w ogóle mają pomysły – zgodził się Hank. – Ale co 

na to poradzisz, bracie. Życie w pojedynkę to żadna frajda, więc 
trzeba się jakoś z nimi dogadywać. 

– Amen – zakończył Tanner z pełnym przekonaniem. 
– No dobra, ale po co  właściwie  dzwonisz? Bo my tu  gadu-

gadu, a linia zajęta. 

– Słuchaj, chłopie, potrzebuję rady. 
– Człowieku, musiałeś chyba upaść na głowę! 
– Na głowę to mało. Czuję się, jakbym miał skonać. 
Wszystko popsułem i teraz nie mam pojęcia, jak to naprawić. 
– Chętnie bym ci pomógł, Tanner, ale boję się, że moje rady 

nie na wiele się zdadzą. 

– No, a nie masz planu, jak odzyskać Susan? 
– A myślisz, że jak bym miał, to bym tu teraz siedział i gadał 

z tobą? 

– Hmm, dzięki i za to. Będę... 
– Zaczekaj no chwilkę – przerwał mu Metcalf. 
 Mam propozycję. 
– Propozycję? – Tanner nie okazał entuzjazmu, ale Hank nie 

zwrócił uwagi na jego sceptyczny ton. 

– Czemu byś nie miał zadzwonić do Susan? 
– Co? 
–  No  tak!  Ty,  bracie,  zadzwonisz  do  mojej  żony,  żeby  ją 

zapytać  o  Larę.  One  się  w  końcu  od  lat  przyjaźnią.  Susan  ci 
powie, co masz robić. 

Tanner zastanawiał się przez chwilę. 
– Wiesz, to nie jest takie głupie – przyznał w końcu. 
–  Niech  cię  diabli!  To  pierwszorzędny  plan,  bracie!  –  Hank 

urwał, a potem dorzucił: – Tanner? 

background image

– No? 
– Jak już Susan udzieli ci jakiejś rady, to nie zapomnij mi jej 

powtórzyć, dobra? 

McNeil aż klepnął się po udzie z rozbawienia. 
– Powinienem był się domyślić, że wpadniesz na coś takiego. 
–  Taki  jest  świat,  bracie.  My,  faceci,  musimy  trzymać  się 

razem. 

– Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? 
– Do końca, bracie. Do samego końca. 
Tanner odłożył słuchawkę w zdecydowanie lepszym nastroju. 

Do niczego  jeszcze, co prawda, nie doszedł, ale zyskał  chociaż 
nadzieję. Sama świadomość, że nie jest samotnym rozbitkiem na 
oceanie życia wystarczała, żeby poprawić mu humor. Odetchnął 
głęboko, podniósł słuchawkę i zaczął wykręcać kolejny numer. 

Susan  Metcalf  podniosła  słuchawkę,  zanim  przebrzmiał 

pierwszy dzwonek. 

– Mówiłam ci, do diabła, żebyś więcej nie dzwonił, Hank! – 

wrzasnęła i natychmiast przerwała połączenie. 

Tanner  skrzywił  się,  odsunął  słuchawkę  i  potarł  ucho,  w 

którym  ciągle  brzmiał  krzyk  Susan.  Metcalf  miał  rację,  jego 
stosunki z żoną rzeczywiście nie układały się najlepiej. 

Jeszcze raz wykręcił numer, tym razem trzymając słuchawkę 

z dala od ucha. 

– Cholera jasna! Ile jeszcze... 
– To nie Hank, to Tanner! – krzyknął szybko, ale nadzieja, że 

zdąży,  zanim  Susan  znów  ciśnie  słuchawką,  okazała  się 
daremna. 

–  Do  trzech  razy  sztuka  –  powiedział  sobie,  po  raz  kolejny 

wykręcając numer. 

– Mam nadzieję, że to nie ty, Hank – warknęła Susan Metcalf, 

ale nie odłożyła słuchawki. 

background image

– To nie Hank, to Tanner! – odpowiedział pośpiesznie. 
Nastąpiła pauza, po której zabrzmiał zdumiony głos: 
– Tanner? 
– Tanner McNeil – powtórzył. 
– Jeżeli to on prosił cię, żebyś zadzwonił... 
– Nie, nie – zapewnił. – A w każdym razie nie w tej sprawie, 

o której myślisz. 

– Co to znaczy? 
– No więc tak, Hank poradził mi, żebym do ciebie zadzwonił 

– przyznał Tanner. – Ale nie w jego sprawach, tylko w moich – 
dokończył szybko. 

– Proszę? 
– Hank powiedział, że tylko ty możesz mi pomóc. 
Chodzi o Larę. 
Zaległa długa cisza, a potem padło pytanie: 
– A w czym mam pomóc? Co jej zrobiłeś? 
– Nic  jej nie  zrobiłem! Ona jest... chyba  jest  na  mnie trochę 

zła. 

– Ma powody? 
– Sądzi, że ma. 
– To znaczy, że ma. Nie wiem, po co kobiety w ogóle zadają 

się z facetami. 

– Tak, tak. Jesteśmy tylko gromadą żałosnych pętaków. Ale ja 

przynajmniej chciałbym wszystko jakoś naprawić. 

– Chociaż tyle dobrego. 
– No właśnie. Powiedz, Susan, sądzisz, że można jeszcze coś 

zrobić? 

– To zależy od tego, co przeskrobałeś. 
– Ja... mhm, wziąłem Larę za kogoś innego. 
– Za Jodi? 
– Tak. 

background image

–  Wyszeptałeś  w  najgorętszym  momencie  nie  to  imię,  co 

trzeba, czy gorzej? 

Tanner ciężko westchnął. 
– Gorzej. 
– No, chłopie, to krucho z tobą. 
Poruszył się niespokojnie. 
– No, ale nie rozpaczaj. Może coś poradzimy. 
– To znaczy, że mi pomożesz? 
–  Jeżeli  będę  mogła.  Na  początek  musisz  mi  wszystko 

opowiedzieć. 

– No więc... – Tanner urwał, nie wiedząc, jak zacząć – a może 

byś do mnie wpadła, Susan? Wtedy łatwiej ci będzie to wszystko 
zrozumieć. 

Kobieta milczała przez chwilę, a potem spytała podejrzliwie: 
– Jesteś sam? 
–  Oprócz  mnie  są  tylko  kurczaki.  –  Uprzedzając  odmowę, 

poprosił: – Błagam cię, zrób to dla mnie, Susan! 

 
Po  upływie  pół  godziny  Tanner  otworzył  drzwi.  Zamiast 

jednej  na  werandzie  stały  dwie  kobiety:  Susan  Metcalf  i  Kelly 
Ryan. 

– Pomyślałam, że w takim poważnym przypadku nie zawadzi 

dodatkowa rada – wyjaśniła Susan. 

– Myślisz, że jest aż tak źle? – zapytał przerażony. 
– Na ten temat wypowiem się, jak już zrelacjonujesz nam całą 

historię. – Wsunęła głowę do środka i ostrożnie rozejrzała się na 
wszystkie strony. 

– Spokojnie – uśmiechnął się Tanner. – Hanka tu nie ma. 
Na policzkach Susan wykwitł się rumieniec. 
– Nie miej mi tego za złe, ale bałam się, że on cię namówił na 

jakąś głupotę. 

background image

– Nie, na nic mnie nie namówił, chociaż muszę ci powiedzieć, 

że jestem po jego stronie. Zresztą, od początku uważałem, że nie 
powinniście się rozchodzić. 

– Dobrze, dobrze. Inaczej byś mówił, gdybyś lepiej znał całą 

sprawę. Ale wszystko jedno. Nie przyjechałam tu po to, żeby ci 
opowiadać  o  mnie  i  Hanku,  tylko  po  to,  żeby  usłyszeć  twoją 
historię. 

–  No  właśnie  –  podchwyciła  Kelly.  –  Opowiedz  wszystko 

dokładnie. 

Tanner westchnął. Wprowadził kobiety do saloniku, posadził 

na  kanapie,  a  sam  zajął  miejsce  naprzeciwko  nich,  w  bujanym 
fotelu.  Przez  dłuższą  chwilę  wpatrywał  się  w  ich  twarze, 
zastanawiając się, od czego zacząć. 

–  Rozejrzyjcie  się,  dziewczyny,  i  powiedzcie  mi,  kogo 

widzicie – powiedział wreszcie. 

Obie  kobiety  rozglądały  się  przez  chwilę  po  pokoju,  potem 

spojrzały na siebie, a wreszcie przeniosły wzrok z powrotem na 
Tannera. 

– Nie jestem pewna, o co ci chodzi  – odezwała się wreszcie 

Kelly.  –  To  znaczy,  nie  widzę  tu  nikogo,  oprócz  nas  i  twojej 
rodziny na zdjęciach. 

McNeil skinął głową zadowolony, że jego wysiłki przyniosły 

spodziewany efekt. 

– Wczoraj – zaczął – Lara widziała tu Jodi. 
– Była tu Jodi? – zapytały równocześnie obie kobiety. 
– Tylko jako duch. Wczoraj jeszcze wszystkie te rzeczy stały 

w  piwnicy.  Pokój  był  pełen  kartek  pocztowych,  zdjęć  i 
prezentów,  które  Jodi  przywoziła  mi  z  podróży.  A  w  dodatku 
były tu meble, które podświadomie dobrałem tak, żeby utrafić w 
jej  gust.  Lara  zobaczyła  to  wszystko  i  doszła  do  wniosku,  że 
wcale nie zerwałem z Jodi, że ciągle na nią czekam i że dopóki 

background image

to się nie zmieni, to dla niej nie ma miejsca w tym domu. 

– A miała rację? – spytała Susan. 
–  Sam  już  nie  wiem.  Może.  W  każdym  razie  wczoraj 

powiedziałem jej, że to, co mówi, nie ma sensu. 

– Tanner pochylił się, złożył ręce na kolanach i splótł palce. 
– Odkąd jestem z Larą, namawiam ją, żebyśmy wzięli ślub, a 

ona cały czas mnie hamuje. 

– Może przesadzasz z tym pośpiechem – zasugerowała Susan. 

– W końcu znacie się od dwóch miesięcy. 

– Mówisz tak jak Lara – westchnął. – Wciąż mi powtarza, że 

znamy się za krótko, by mieć pewność, i że cała ta historia z Jodi 
jest  zbyt  świeża,  bym  mógł  tak  naprawdę  zdecydować,  czego 
właściwie chcę. 

Wczoraj,  kiedy  tutaj  przyszła  i  zobaczyła  te  wszystkie  ślady 

obecności  Jodi,  doszła  do  wniosku,  że  potwierdzają  się  jej 
najgorsze obawy. 

–  A  ty  powiedziałeś...  –  zachęciła  go  Kelly,  kiedy  Tanner 

zrobił dłuższą przerwę. 

Westchnął głęboko. 
– Powiedziałem jej, że jest dokładnie taka sama jak Jodi. Że 

nie potrafi się naprawdę zaangażować w związek. Że nie potrafi 
osiąść  na  miejscu.  Że,  póki  co,  trzyma  mnie  pod  ręką,  a 
tymczasem  rozgląda  się,  czy  gdzie  indziej  nie  trafi  jej  się  coś 
lepszego. 

– O, cholera – mruknęła Susan. 
Kelly gwizdnęła cicho. 
– Byłem wściekły – usprawiedliwiał się McNeil. 
– Człowiek ma w pewnym momencie dosyć. 
W pokoju zapadła cisza. 
–  No  dobrze,  ale  czy  naprawdę  uważasz,  że  Lara  jest  taka 

sama  jak  Jodi?  Ze  nie  potrafi  się  zaangażować?  –  dociekały 

background image

przyjaciółki. 

– Nie! – krzyknął. – Może nie jestem specjalnie bystry, ale nie 

aż  taki  głupi,  by  nie  zauważyć  różnicy  między  nimi.  Nie  mam 
wątpliwości,  że  jeżeli  ktoś  stoi  na  progu  kariery  i  decyduje  się 
porzucić  życie  w  metropolii,  by  wrócić  do  rodzinnego 
miasteczka,  to  musi  być  rzeczywiście  zdolny  do  tego,  aby  się 
zaangażować. 

Kelly  potwierdziła  jego  opinię  skinieniem  głowy,  a  potem 

spytała: 

– Uważasz, że Lara naprawdę rozgląda się za kimś innym? 
– Nie – odparł Tanner. Naprawdę nie spodziewał się, że chcąc 

zasięgnąć  rady,  będzie  musiał  odpowiadać  na  dociekliwe 
pytania.  Kiedy  słuchając  jego  wyjaśnień,  obie  kobiety  tylko 
uniosły brwi w wyrazie niemego zdziwienia, mówił dalej. 

– Zdaję sobie sprawę z tego, że mając za sobą rozwód i znając 

jeszcze kilka innych historii z praktyki zawodowej, Lara wie, ile 
trzeba  czasu,  żeby  stanąć  na  nogi  po  rozpadzie  wieloletniego 
związku. 

Nie  mógł  spokojnie  usiedzieć.  Zerwał  się  z  miejsca  i  zaczął 

chodzić po pokoju. 

–  Nie  chciałem  tego  wczoraj  przyznać,  ale  ona  ma  rację. 

Uwolnienie  się  od  Jodi  okazało  się  trudniejszą  sprawą,  niż 
przypuszczałem. 

– Teraz już wiesz, jakie to trudne? – zapytała Kelly. 
– Tak. 
Susan kontynuowała przesłuchanie. 
– A skąd to właściwie wiesz? 
Tanner  wpatrywał  się  w  swoje  ręce.  Ciągle  jeszcze  miał  za 

paznokciami  trochę  brudu  i  popiołu.  Odwrócił  się  tyłem  do 
kobiet i powiedział niemal szeptem: 

– Spaliłem wszystko. 

background image

– Co zrobiłeś? – zapytały jednym głosem. 
Zamknął oczy i zacisnął zęby. Po chwili zebrał się na odwagę 

i  odwrócił  do  nich  przodem.  Czuł  się  w  tej  chwili  jak  uczeń, 
oczekujący na surową reprymendę nauczyciela. 

– Spaliłem wszystko – powtórzył. – Wszystko, co było w tym 

pokoju,  wszystko,  co  się  jakoś  wiązało  z  Jodi.  Wszystko 
spaliłem. – I zrelacjonował dokładnie przebieg wydarzeń. 

 
Gdy  Susan  i  Kelly  wychodziły,  stary  zegar  wybijał  właśnie 

północ. 

–  Myślicie,  że  naprawdę  potraficie  ją  przekonać,  żeby  tu 

jeszcze zajrzała? – upewniał się Tanner, odprowadzając gości do 
samochodu. 

– Zrobimy, co się da – obiecała Susan. 
– Tylko nie zapomnij o swojej roli – dorzuciła Kelly. 
–  Sądzicie,  że  naprawdę  coś  z  tego  wyjdzie?  –  zapytał  z 

powątpiewaniem. 

–  Wyjdzie,  jeśli  będziesz  uczciwy  wobec  Lary  – 

odpowiedziała Susan. – Po prostu opowiedz jej to wszystko, co 
nam. 

–  I  nie  naciskaj  na  nią  –  ostrzegła  Kelly.  –  Jeżeli  Lara 

potrzebuje  czasu,  żeby  się  zastanowić,  to  daj  jej  czas.  Jeżeli 
chce, aby sprawy toczyły się powoli, bądź jak żółw. Rozumiesz? 

Tanner skinął głową. 
–  Zrozumiano.  –  Objął  obie  kobiety  i  przycisnął  na  moment 

do piersi. – Nie macie pojęcia, jaki wam jestem wdzięczny. 

– Nie ma sprawy – uśmiechnęła się Susan. – Od tego ma się 

przyjaciół. 

–  Poza  tym  –  dodała  Kelly  –  nie  robimy  tego  za  darmo. 

Będziesz nam coś winien. I to sporo. 

–  Nic  się  nie  martwcie.  Zrewanżuję  się,  z  naddatkiem. 

background image

Powiecie mi tylko, o co wam chodzi. 

Przez dłuższą chwilę patrzył za odjeżdżającym samochodem. 

Potem  pogasił  światła,  wspiął  się  po  schodach  do  sypialni  i 
położył na materacu. 

Jutro  z  samego  rana  trzeba  będzie  pojechać  do  miasta  po 

nowe  prześcieradła.  I  kupić  kwiaty  do  kryształowego  wazonu. 
Będzie musiał wcześnie wstać, żeby z tym wszystkim zdążyć. 

Tanner  nawet  nie  dopuszczał  do  siebie  myśli,  że  Lara 

mogłaby  nie  przyjechać.  Plan,  który  miał  ją  ściągnąć,  został 
ułożony  przez  dwie  najsprytniejsze  kobiety  w  Morristown  i  po 
prostu musiał się udać. 

 

background image

Rozdział 9 

 
Lara  nie  była  rannym  ptaszkiem,  ale  ten  poniedziałkowy 

poranek  był  zdecydowanie  jednym  z  najgorszych  w  jej  życiu. 
Niedzielę  spędziła  pogrążona  w  rozpaczy,  nawet  nie  wstając  z 
łóżka. 

Teraz nie miała wyjścia, musiała jechać do kancelarii. Czekali 

klienci,  z  którymi  należało  się  spotkać  i  rachunki,  które  trzeba 
było  opłacić.  Nie  było  mowy  o  dłuższym  roztkliwianiu  się  nad 
sobą.  Zmusiła  się  do  wstania  z  łóżka  i  ubrała  się  w  swoją 
ulubioną  garsonkę,  którą  wkładała  tylko  wtedy,  gdy  chciała 
sobie  dodać  otuchy  przed  publicznym  wystąpieniem  w  sądzie. 
Potem  przełknęła  parę  łyków  mocnej  kawy  i  z  teczką  w  ręku 
ruszyła do samochodu. 

Czarna  skórzana  teczka  podróżowała  zwykle  obok  Lary,  na 

siedzeniu  dla  pasażera.  Tymczasem,  kiedy  otworzyła  drzwi, 
okazało się, że jej miejsce zajmuje korzeń różanego krzaka. Na 
jego widok Lara poczuła, jakby tysiąc cierni rozrywało jej serce. 
Chwyciła korzeń i cisnęła nim o ziemię. 

W  pierwszym  odruchu  chciała  rozjechać  nienawistną  roślinę 

jak jadowitego węża. Siadła za kierownicą, przekręciła kluczyk 
w stacyjce i wtedy okazało się, że silnik nie chce zapalić. 

Lara  nie  zlekceważyła  tej  wskazówki  od  losu,  wysiadła  z 

samochodu i spojrzała na korzeń. Nie potrafiła się zdecydować, 
co  z  nim  zrobić.  Wreszcie  ujęła  go  w  dwa  palce  i  położyła  na 
poręczy werandy. 

Gdy  tym  razem  znalazła  się  za  kółkiem,  mercedes  zapalił 

natychmiast  i  zdołała  przyjechać  do  kancelarii  punktualnie.  Na 
miejscu okazało się, że małe spóźnienie nic by nie zaszkodziło. 
O  dziewiątej  dowiedziała  się,  że  dwa  spotkania,  jedyne  tego 

background image

dnia, zostały odwołane. Opłaty w banku zajęły pół godziny. 

W  zasadzie  nie  powinno  jej  to  przeszkadzać.  W  kancelarii 

zawsze  było  coś  do  zrobienia.  Mogła  przestudiować  zeznania, 
złożone  przez  jej  nowego  klienta  podczas  rozprawy  w  sądzie 
okręgowym,  mogła  przejrzeć  rachunki,  sprawdzić,  kto  zalega  z 
opłatami i posłać upomnienie. Wreszcie mogła zrobić porządek 
w szufladach. 

Sęk w tym, że nie miała na to najmniejszej ochoty. Wszystkie 

wymienione  zajęcia  były  w  sam  raz  na  dzień,  w  którym 
rozpierałby  ją  nadmiar  energii.  Ale  ten  poniedziałek 
zdecydowanie  nie  był  takim  dniem,  wręcz  przeciwnie,  Lara 
miała  ochotę  opuścić  rolety,  położyć  się  do  łóżka  i  naciągnąć 
kołdrę  na  głowę.  Jedyne  co  mogłoby  ją  z  niego  wyciągnąć,  to 
jakaś naprawdę ciekawa sprawa. 

O  wpół  do  czwartej  Lara  po  raz  kolejny  przecięła  ulicę, 

weszła do „Rileya" i pijąc piętnastą tego dnia kawę, próbowała 
sobie  przypomnieć  szczegóły  swojej  pierwszej  dłuższej 
rozmowy z Tannerem. Zresztą, trudno było to nazwać rozmową, 
właściwie był to głównie jej monolog. 

To spostrzeżenie nasunęło Larze myśl, że, prawdę mówiąc, to 

ona i McNeil chyba nigdy naprawdę ze sobą nie rozmawiali. Ich 
ciała  świetnie  się  ze  sobą  porozumiewały,  a  oni  sami?  No  cóż, 
czasem  dorzucili  do  tego  parę  słów,  zanim  wtuleni  w  siebie 
zasnęli.  Rzadko  mówili  o  swojej  miłości,  jeszcze  rzadziej  o 
związanych  z  nią  obawach.  Nigdy  jednak  nie  prowadzili 
normalnych,  błahych  rozmów,  w  których  zawsze  tak  wiele  się 
ujawnia.  No,  może  jedną.  Wtedy  kiedy  opowiedziała  mu  o 
sprawie z Susan, tuż przed ostatecznym zerwaniem. 

Na  twarz  Lary  padły  promienie  słońca.  Zaczynało  się  robić 

ciepło, wyglądało na to, że tego roku wiosna przyjdzie naprawdę 
wcześnie. Znowu wróciła myślami do Tannera. Zastanawiała się, 

background image

co  teraz  robi,  czy  dalej  prowadzi  inspekcję  swoich  zbóż,  czy 
może zaczął orkę na polach przeznaczonych pod ryż albo soję. 

Sięgnęła  po  kubek  i  stwierdziła  z  zaskoczeniem,  że  kawa 

zupełnie wystygła. 

Rozejrzała  się  po  barze  i  jej  uwagę  przyciągnął  młody 

chłopak  z  niewielkim  plecaczkiem.  Wyglądało  na  to,  że  był 
takim samym niezmordowanym wędrowcem jak Jodi. 

Jacy  to  właściwie  ludzie?  –  zastanawiała  się  Lara.  Jak  oni 

mogą  tak  nieustannie  się  przemieszczać?  Jak  mogą  spokojnie 
żyć, nie mając miejsca, które mogliby nazwać domem? 

Ona sama też miała ochotę podróżować, wolna jak ptak, kiedy 

skończyła college. Okazało się jednak, że dostała stypendium na 
wydziale prawa i że rodzina nigdy by jej nie wybaczyła, gdyby 
tego nie wykorzystała. Nigdy zresztą nie żałowała, że została. 

A czy Jodi nie żałuje czasem, że nie ma swojego domu? 
Lara  usłyszała  dobiegający  zza  okna  krzyk  przedrzeźniacza. 

Ptak  uwijał  się  raźno  wśród  gałęzi  bezlistnego  jeszcze  drzewa. 
Przedrzeźniacze zawsze były pierwsze, wkrótce za nimi pojawią 
się  inne  ptaki,  zaczną  budować  gniazda,  składać  jajka,  karmić 
pisklęta. Drzewa będą szumieć zielonymi liśćmi. Wiosna była o 
krok, lato niewiele dalej. Czy przyjdzie z nimi Jodi? 

– Laro! 
Obejrzała  się  niespokojnie.  Na  szczęście  osobami,  które 

energicznym  krokiem  zmierzały  w  stronę  stolika,  były  jej 
przyjaciółki: Kelly i Susan. 

– Cześć – powitała je. – Siadajcie. 
Nie kazały się dwa razy prosić i zajęły miejsce na podwójnym 

siedzeniu naprzeciwko Lary. 

– Urwałaś się z pracy? – zagadnęła Kelly. – Wydawało mi się, 

ze kancelaria jest czynna do piątej. 

– Dosyć mam już tych rygorów – wyjaśniła ze śmiechem. 

background image

– Cudownie, ja i Susan też mamy wszystkiego powyżej uszu i 

przyszłyśmy tutaj, żeby sobie poprawić humor. 

– O nie! – zaprotestowała Lara. – Tylko nie czekolada. 
– To jedyne, co ci może naprawdę pomóc – stwierdziła Susan 

tonem doświadczonego lekarza. 

Pat  Riley,  który  właśnie  podszedł  do  stolika,  wybuchnął 

śmiechem. 

–  Nie  żałuj  sobie,  Laro,  bo  skręcisz  się  z  zazdrości,  jak  już 

dziewczyny będą wsuwać swoje porcje. 

– No dobrze – uległa w końcu. – W takim razie, niech będą 

trzy. 

Na sam widok deseru Lara  poczuła, jak  spódnica zaczyna ją 

uwierać w pasie. Trzy duże kulki lodów waniliowych, obsypane 
orzechami, polane gorącą czekoladą i zwieńczone bitą śmietaną, 
której  nieskazitelną  biel  ożywiały  czekoladowe  wiórki.  Na 
szczycie  tej  imponującej  kompozycji,  nasuwającej  myśl  o 
ośnieżonych  szczytach  gór,  królowała  lśniąca  gęstym  likierem 
wiśnia.  Już  po  pierwszym  kęsie  Lara  uznała,  że  przyjaciółki 
miały znakomity pomysł. 

Wymieniwszy  porozumiewawcze  spojrzenie  ze  swoją 

wspólniczką,  Susan  przerwała  na  chwilę  ucztę  i  przystąpiła  do 
realizacji planu. 

– No, a co tam u ciebie? Co słychać u Tannera? 
Lara omal nie zakrztusiła się orzechem. Kelly poklepała ją po 

plecach i spytała przestraszonym tonem: 

– Nic ci nie jest? 
–  Wszystko  w  porządku  –  odpowiedziała  słabym  głosem.  – 

Trochę mnie zaskoczyło pytanie Susan, ale nic się nie stało. 

– Przecież mówiłaś mi w piątek, że spotykasz się z Tannerem 

McNeilem, prawda? 

– Powiedzmy raczej, że się spotykałam. Ta historia należy już 

background image

do przeszłości. 

–  Niech  to  diabli!  Wydawało  mi  się,  że  jest  z  was  taka 

dobrana para. Co się stało? 

Lara  starannie  otarła  z  ust  resztki  czekolady  i  odsunęła  od 

siebie  nie  dokończony  deser.  Być  może  zdąży  się  jeszcze 
nacieszyć  swoją  spódnicą.  Pomimo  że  jeszcze  nie  doszła  do 
połowy deseru, po jej apetycie nie został nawet ślad. 

– Ta sama stara śpiewka. Nie ten facet, nie to miejsce, nie ten 

czas. 

– A co jest złego z czasem? 
–  Tanner  po  prostu  nie  jest  jeszcze  gotów  do  nowego 

poważnego związku. 

Lara mówiła rzeczowym tonem, ale z wyrazu jej oczu Susan 

zorientowała się natychmiast, że stoicki spokój przyjaciółki jest 
tylko maską kryjącą cierpienie. 

– To ty doszłaś do takiego wniosku czy on? – zapytała. 
– Ja. 
– A dlaczego tak sądzisz? – naciskała Susan. 
– Och, mam wiele powodów – odparła Lara wymijająco. 
Teraz  już  wszystkie  trzy  odsunęły  od  siebie  nie  dojedzone 

desery.  Kelly  i  Susan  wsparły  się  łokciami  na  stole  i  patrzyły 
wyczekująco na przyjaciółkę. 

–  No,  mów  dalej  –  ponagliła  bezceremonialnie  Kelly.  – 

Opowiedz nam wszystko. 

– Nie chcę was zanudzać szczegółami. 
– Powiemy ci, jak nas znudzi ta historia – odparła Susan. 
Lara miała wielką ochotę przeprosić przyjaciółki na moment, 

udać się do toalety i czmychnąć oknem. Niestety, przypomniała 
sobie, że toaleta w kawiarni Rileya nie ma okna. 

Mogłaby  również  powiedzieć,  że  to  nie  ich  sprawa  i  może 

nawet miałaby ragę, ale po prostu nie była w stanie tego zrobić. 

background image

Znały  się  zbyt  długo  i  zbyt  wiele  już  o  sobie  wiedziały,  żeby 
teraz się przed nimi zamykać. 

Zastanawiała  się  przez  chwilę,  jak  ująć  całą  historię  w 

możliwie najbardziej zwięzły sposób. 

–  Z  jednej  strony  –  zaczęła  wreszcie  –  Tanner  nie  chce 

rozmawiać  o  Jodi,  nie  chce  nawet  przyznać,  że  ona  w  ogóle 
istnieje – urwała. 

– A z drugiej? – spytała Kelly. 
– A z drugiej strony, jego dom jest pełen jej rzeczy. 
I... – Tym razem Lara zamilkła na dobre. 
– No i co? – zapytała po dłuższej chwili Susan. 
– I ilekroć nie zgadzamy się ze sobą, on zarzuca mi, że jestem 

taka jak Jodi. 

Kelly i Susan wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Kelly 

wyciągnęła ręce i nakryła nimi drżące dłonie Lary. 

–  Rozumiem,  że  to  może  być  trudne  do  zniesienia,  ale  nie 

sądzisz,  że  mogłabyś  dać  sobie  radę?  Trudno  się  dziwić,  że 
Tanner  jest  zgorzkniały  i  że  odżywają  w  nim  stare  urazy.  Czy 
jesteś pewna, że nie warto się  trochę wysilić? Może nie należy 
od razu rezygnować? Sądzę, że McNeil to materiał na świetnego 
męża. 

–  To  będzie  materiał  na  świetnego  męża  –  poprawiła  ją 

przyjaciółka. – Najpierw musi się naprawdę uwolnić od Jodi. 

– Chodzi ci o jej rzeczy? Czemu nie poprosiłaś go po prostu, 

żeby się ich pozbył? 

Lara, zniecierpliwiona, wyrwała ręce z uścisku Kelly. 
–  To  nieistotne  drobiazgi.  Tak  naprawdę  chodzi  mi  o  samą 

Jodi.  Czuję,  że  jeżeli  ona  wróci,  to  wszystko  diabli  wezmą,  bo 
Tanner poleci do niej jak ćma do ognia. 

– Ale kto mówi, że Jodi w ogóle wróci? – spytała Kelly. 
–  Ona  sama  –  odpowiedziała  Lara.  –  Przysłała  kartkę  z 

background image

Meksyku. Napisała, że tego lata będzie o zwykłej porze. 

Tym  razem  przyjaciółki  wyglądały  na  szczerze  zaskoczone. 

Susan zastanawiała się przez chwilę. 

– Tanner pokazał ci kartkę? 
–  Nie  całkiem.  Można  powiedzieć,  że  znalazłam  ją 

przypadkiem  w  kuchni,  robiąc  kawę.  Ale  nawet  gdyby  on  sam 
mi ją pokazał, to wszystko jedno. 

Jego opowieści o końcu ich związku okazały się nieprawdą. 
Zapadło  kłopotliwe  milczenie.  Lara  podniosła  się  z  krzesła i 

wymamrotała niewyraźne: 

– Przepraszam. – Po czym poszła do toalety. 
– No i? – zapytała Susan, gdy tylko oddaliła się na tyle, żeby 

ich nie słyszeć. 

– Co: no i? 
– Nie udawaj głupiej, bo ci z tym nie do twarzy. 
Pytam, co z naszym planem? 
– Sama nie wiem. Ty nas w to wpakowałaś – odpowiedziała 

Kelly. – Decyduj. 

–  Cholera  –  mruknęła  Susan.  –  Dlaczego  Tanner  nie 

powiedział nam, że Jodi wraca? 

– Może w to po prostu nie wierzy. 
– Albo może jest mu naprawdę wszystko jedno. 
Kelly zastanowiła się, a potem zapytała: 
– Myślisz, że on naprawdę jest pewny swoich uczuć? 
– Uczuć do Lary czy do Jodi? 
– Do obu. 
Susan  przysunęła  do  siebie  na  wpół  roztopione  lody.  Z 

wyrazem głębokiego zamyślenia na twarzy uniosła łyżeczkę do 
ust  i  z  nieobecną  miną  przełknęła  porcję  deseru.  To  jakby 
pomogło jej wreszcie podjąć decyzję. 

–  Myślę,  że  żaden  mężczyzna  nie  odsłoniłby  się  tak,  gdyby 

background image

nie był naprawdę  pewny swoich uczuć... i  do Lary, i  do Jodi  – 
dodała  tonem  wyjaśnienia,  zanim  Kelly  zdążyła  zgłosić  jakieś 
wątpliwości. – Przypuszczam, że po prostu zapomniał o kartce. 
Jest mu wszystko jedno, czy Jodi wraca, czy nie. 

– Ja też tak myślę – potwierdziła Kelly. – To co? 
Kontynuujemy nasz plan? 
– Tak, ale teraz to będzie plan „B". 
– Nie wiedziałam, że mamy jakiś plan „B". 
– To teraz już wiesz – oznajmiła Susan. 
– Ale o co w nim chodzi? Powiedz szybko, bo Lara już wraca. 
– Ten plan polega na uczciwości. 
–  Przepraszam,  nie  dosłyszałam?  –  Lara  usiadła  naprzeciw 

przyjaciółek. 

Susan odetchnęła głęboko. 
–  Mówiłam,  że  przyszła  pora,  żebyśmy  uczciwie 

porozmawiały. 

– Nic nie rozumiem. O czym mamy uczciwie porozmawiać? 
– O Tannerze. 
Lara spojrzała zdumiona. 
– Nic rozumiem. 
– Wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie. Chciał, żebym mu 

poradziła,  jak  może  cię  odzyskać.  Pojechałyśmy  do  niego  i 
rozmawiałyśmy  z  nim,  a  właściwie  nie  rozmawiałyśmy,  tylko 
słuchałyśmy  tego,  co  on  miał  do  powiedzenia.  Trwało  to  kilka 
godzin. 

Tanner  opowiedział  nam  wszystko  o  swoich  uczuciach  do 

ciebie i do Jodi. 

– W takim razie powiedział wam więcej niż mnie. 
–  Lara  była  oburzona.  –  To  dlaczego  przychodzicie  tutaj  i 

udajecie, że nic nie wiecie? 

– Przepraszam – powiedziała pośpiesznie Kelly. 

background image

–  Zanim  przystąpimy  do  naszego  planu,  chciałyśmy  się 

zorientować,  jak  ta  cała  historia  wygląda  z  twojego  punktu 
widzenia. 

– Jakiego planu? 
–  Tanner  prosił,  żebyśmy cię  jakoś  przekonały, byś  mu  dała 

jeszcze  jedną  szansę  –  wyjaśniła  Susan.  –  Postanowiłyśmy,  że 
zanim  cię  namówimy,  musimy  sprawdzić,  czy  to  wszystko 
rzeczywiście wygląda tak, jak on to przedstawił. 

–  A  jak,  przepraszam  bardzo,  miałyście  zamiar  mnie 

namówić? Czy może to sekret? – zapytała ironicznie Lara. 

Kelly nie przejęła się specjalnie jej złośliwością. 
– Nie irytuj się, chciałyśmy wam po prostu pomóc. 
– Bardzo dziękuję. Jak konkretnie wyglądał wasz plan? 
–  Chciałyśmy  ci  powiedzieć,  że  Tanner  znowu  pije,  i  to 

więcej  niż  kiedykolwiek  dotąd.  Boimy  się,  że  może  popełnić 
samobójstwo  i  tylko  ty  możesz  coś  pomóc  –  ciągnęła 
zakłopotana Susan. 

– Czy to prawda, że pije i że się o niego boicie? – dopytywała 

się Lara. 

– Nie – odparły zgodnie zawstydzone konspiratorki. 
– Dlaczego zrezygnowałyście ze swojego planu? 
Przez  chwilę  przy  stoliku  panowało  milczenie.  Wreszcie 

Susan szturchnęła Kelly, która pośpieszyła z wyjaśnieniem. 

– Tanner nic nam nie powiedział o kartce od Jodi. 
To nas zupełnie zaskoczyło. 
– Rozumiem. I dlatego postanowiłyście się wycofać? 
Susan potrząsnęła głową. 
–  Nie  mówię  ci  tego  wszystkiego  po  to,  by  mieć  spokojne 

sumienie.  Doszłyśmy  z  Kelly  do  wniosku,  że  Tanner  nie 
wspomniał nam o kartce, dlatego że jest mu wszystko jedno, czy 
Jodi  tu  wróci,  czy  nie.  Tak  naprawdę,  to  zależy  mu  na  tobie  i 

background image

myślimy, to znaczy mamy nadzieję, że zastanowisz się nad tym 
wszystkim i  może dasz mu szansę, żeby powiedział ci to  samo 
co nam. 

–  Dziękuję  bardzo  –  odparła  Lara.  –  Nie  skorzystam. 

Możliwe,  że  jestem  głupia  i  nie  znam  się  na  mężczyznach,  ale 
nie mam ochoty obrywać w życiu, tylko dlatego że facet sam nie 
wie,  czego  chce.  A  was  –  dodała,  rzucając  na  stół  pieniądze  na 
zapłacenie rachunku – chcę poprosić o przysługę: nie róbcie mi 
więcej przysług. 

–  Zaczekaj  chwileczkę.  –  Susan  złapała  Larę  za  rękę.  – 

Rozumiem,  że  się  wściekasz,  ale  jeżeli  nawet  nie  chcesz  nas 
słuchać, to posłuchaj siebie samej. 

– Co takiego? 
–  Nie  podejmuj  żadnych  ostatecznych  decyzji,  dopóki  nie 

rozpatrzysz wszystkich istniejących możliwości. Mam nadzieję, 
że skoro ta rada była dobra dla mnie, to może i dla ciebie okaże 
się równie pożyteczna. 

Lara  zawahała  się  przez  moment.  Poczuła,  że  złość  ją 

opuszcza. 

– Co właściwie Tanner wam naopowiadał? – spytała. 
– Myślę, że powiedziałyśmy ci już dość – zdecydowała Kelly. 

–  Sama  z  nim  pogadaj.  Zastanów  się  i  podejmij  jakąś  decyzję, 
my się już nie będziemy wtrącać. 

Susan puściła rękę Lary. 
– Obiecujemy. 
Lara  popatrzyła  na  nie  badawczo.  Poważne  twarze 

przyjaciółek  wyrażały  szczerą  troskę.  Uświadomiła  sobie,  że 
Susan  i  Kelly  należą  do  niewielu  osób,  do  których  zawsze 
żywiła pełne zaufanie i które nigdy jej nie zawiodły. 

–  Zastanowię  się  –  obiecała  wreszcie.  –  Ale  niczego  nie 

przyrzekam. 

background image

Wyszła  z  baru,  wsiadła  do  samochodu  i  ruszyła  w  stronę 

domu.  Nie  mogła  się  zdecydować,  czy  ma  porozmawiać  z 
Tannerem,  czy  nie.  Kiedy  dojechała  do  skrzyżowania,  auto 
jakby wbrew jej woli zamiast w prawo skręciło w lewo. 

Naprawdę nie powinna robić z siebie idiotki. Nie ma cudów, 

samochód  robi  wyłącznie  to,  czego  ona  chce.  No  i  bardzo 
dobrze!  Lepiej  pojechać  do  McNeila  i  ostatecznie  się  z  nim 
rozmówić, pomyślała. 

Jednak  po  kilkuset  metrach  ponownie  zmieniła  zdanie  i,  nie 

zwracając  uwagi  na  podwójną  linię,  zawróciła  samochód  i 
ruszyła  do  domu.  Kiedy  wreszcie  zgasiła  silnik,  była  tak 
wyczerpana,  jakby  stoczyła  prawdziwą  bitwę,  zarazem  jednak 
zadowolona i zdecydowana zostać w domu. 

Wszystko potoczyłoby się, jak postanowiła, gdyby nie leżący 

na werandzie korzeń róży. Kiedy podeszła do drzwi, natychmiast 
rozdarł jej ostatnie czarne rajstopy. Lara schyliła się i uniosła go, 
zamierzając uwolnić się raz na zawsze od swego prześladowcy. 

Ale  w  chwili,  kiedy  wzięła  korzeń  do  ręki,  nagle  coś 

odmieniło się w jej sercu. „Szaleństwo i namiętność biorą się z 
miłości, tak jak kwiat róży wyrasta z korzenia. Dopóki dba się o 
korzeń,  dopóty  co  wiosnę  róża  kwitnie.  A  choć  w  letnim 
skwarze zdaje się usychać i obumierać, to jednak najpiękniejsze 
kwiaty rodzi dopiero jesienią". 

Czy  mogła  spokojnie  odejść  od  mężczyzny,  który  ujmował 

swoje uczucia w takie słowa? Czy mogła tak łatwo zrezygnować 
z jego miłości? Powiedziała Susan, że nie zamierza zrobić błędu. 
A może właśnie teraz go popełnia? 

Żeby  róża  była  naprawdę  piękna,  trzeba  pomóc  naturze. 

Trzeba o nią zadbać. Lara popatrzyła na korzeń, który trzymała 
w ręku. Zdała  sobie  sprawę, że na  niej ciąży odpowiedzialność 
za to, żeby wydał kwiaty. 

background image

Pośpiesznie  zawróciła  do  samochodu.  Tym  razem  jechała 

szybko  i  zdecydowanie,  a  auto  nie  wykonywało  żadnych 
samowolnych skrętów. 

 
Tanner  czekał  niecierpliwie  przez  całe  popołudnie.  Chociaż 

wiedział,  że  i  tak  nie  ma  na  co  liczyć,  dopóki  Kelly,  która 
pracuje  w  szkole,  nie  skończy  lekcji,  co  i  rusz  wyglądał  przez 
okno,  żeby  sprawdzić,  czy  na  żwirowej  drodze  nie  widać 
znajomego mercedesa. 

Kręcił się bez celu po domu, siadał w bujanym fotelu, potem 

znowu zaczynał chodzić. Na niczym nie mógł się skupić, był po 
prostu chory ze strachu, że coś się może nie udać. A jeżeli Lara 
w  ogóle  nie  będzie  chciała  słyszeć  o  tym,  żeby  z  nim  się 
zobaczyć? 

Zastanawiał  się,  w  jaki  sposób  Susan  i  Kelly  zamierzają  ją 

nakłonić do przyjazdu. Powiedział, że mogą wymyślić wszystko, 
co  chcą,  byle  przekonały  Larę,  żeby  jeszcze  raz  zgodziła  się  z 
nim porozmawiać. 

A  jeżeli  jej  nie  przekonają?  Jeżeli  ona  ma  go  już  naprawdę 

dosyć?  Nie,  to  było  niemożliwe.  Łączyła  ich  nie  tylko 
namiętność. Czuł, że Lara go kocha. 

Pomimo to, kiedy w końcu zobaczył jadącego w stronę domu 

mercedesa,  przeżył  chwilę  panicznego  lęku.  Za  moment  miał 
spojrzeć  Larze  w  oczy.  Co  ma  właściwie  powiedzieć?  Co 
zrobić?  A  jeżeli  znowu  wyskoczy  z  jakąś  głupotą?  Jeśli  teraz 
popełni błąd, to będzie naprawdę koniec. 

„Po prostu powiedz jej to samo, co nam", przypomniał sobie 

słowa  Susan.  Ona  miała  dość  rozumu,  żeby  nakłonić  Larę  do 
przyjazdu  na  farmę.  Nie  miał  innego  wyjścia,  niż  zaufać  jej  i 
zrobić, co mu poradziła. 

Wyjrzał  przez  okno.  Samochód  stał  już  pod  domem.  Lara 

background image

wydała  mu  się  piękna  jak  nigdy  dotąd.  Tanner  wytarł  spocone 
ręce  w  spodnie  i  przyczesał  drżącymi  palcami  włosy.  Przyszło 
mu  do  głowy,  że  może  powinien  był  włożyć  garnitur.  Cholera, 
teraz  już  za  późno,  żeby  się  przebrać.  Położył  rękę  na  klamce, 
zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Otworzył drzwi i wyszedł 
na werandę. 

Na jego widok Lara natychmiast się zatrzymała. 
–  Cześć,  Tanner  –  powiedziała  lekko  ochrypłym  ze 

zdenerwowania głosem. – Dziewczyny mówiły, że chcesz się ze 
mną zobaczyć. 

Nie miał wątpliwości, że musiały powiedzieć coś więcej, ale 

to  nie  było  w  tej  chwili  takie  ważne.  Liczył  się  tylko  fakt,  że 
znów stała przed nim Lara we własnej osobie. 

–  Chciałbym  cię  przeprosić  za  wszystko,  co  wtedy 

wygadywałem. Wiem, że nic mnie nie usprawiedliwia, ale chcę 
cię prosić o jeszcze jedną szansę. Naprawdę chciałbym to jakoś 
naprawić. 

Nerwowo oblizała wyschnięte wargi. 
–  Nie  wiem,  czy  tu  można  cokolwiek  naprawić.  Ale  skoro 

masz mi coś do powiedzenia, proszę bardzo. 

Jeżeli  sobie  dobrze  przypominam,  ciągle  jesteś  mi  winien 

swoją historię. 

Tanner poczuł, że jego usta same się uśmiechają. Już prawie 

zapomniał  o  tym,  jak  na  początku  znajomości  siedzieli  w 
kawiarni  i  jak  słuchał  opowieści  Lary  o  jej  małżeństwie.  Teraz 
nagle  wszystko  sobie  przypomniał.  Wtedy  po  raz  pierwszy  ją 
pocałował.  Miał  wrażenie,  że  to  było  dawno  temu.  Tak  bardzo 
byli sobie teraz znajomi i bliscy. 

–  Chyba  rzeczywiście  przyszedł  czas  na  rewanż  z  mojej 

strony. Wejdźmy do domu. 

Kiedy  znaleźli  się  w  saloniku,  Lara  stanęła  jak  wryta. 

background image

Wszystko się zmieniło. Nie było śladu po Jodi. Odwróciła się do 
Tannera. 

– Co? Gdzie? – Zupełnie nie wiedziała, co ma powiedzieć. – 

Dlaczego? 

– Proszę, siądź. Wszystko ci wyjaśnię. 
Nieoczekiwaną przyjemność sprawił mu fakt, że Lara wybrała 

bujany fotel. Przez wiele lat siadywały na nim kobiety, które go 
kochały:  jego  matka  i  babka.  Teraz  siedziała  na  nim  Lara. 
Tanner nagle wyobraził sobie, że będzie tak siadywać przez lata, 
patrząc na ich dzieci i wnuki. 

Na  razie  jednak  przywołał  się  do  porządku.  Musi  przekonać 

patrzącą  na  niego  spod  zmarszczonych  brwi  kobietę,  żeby  w 
ogóle zdecydowała się z nim zostać. Co wcale nie będzie takie 
łatwe. 

– No, proszę. Słucham – odezwała się oficjalnym tonem. 
Poczuł,  że  ma  zupełnie  sucho  w  ustach.  Przyszło  mu  do 

głowy,  żeby  zaproponować  drinka,  ale  doszedł  do  wniosku,  że 
nie  ma  co  zwlekać.  Bał  się,  że  Lara  może  w  końcu  stracić 
cierpliwość. 

– Przepraszam – powiedział. – Nie wiem, od czego zacząć. 
– Najlepiej od początku. Opowiedz mi o sobie i Jodi. Jak się 

poznaliście? 

Tanner zaczął opowiadać, krążąc niespokojnie po pokoju. 
–  Spotkaliśmy  się  w  college'u.  Razem  chodziliśmy  na 

wykłady  z  historii  powszechnej.  Myślę,  że  na  początku  w 
naszym  związku  nie  było  niczego  niezwykłego.  Jodi  była 
pociągającą,  długonogą  blondynką.  Ja  wyrwałem  się  z  małego 
miasteczka,  byłem  podniecony  nową  sytuacją  i  miałem  wielką 
chęć poderwać jakąś dziewczynę. Jodi od razu wpadła mi w oko. 

– Naprawdę chodziło ci tylko o to, żeby się z nią przespać? – 

zapytała Lara z powątpiewaniem w głosie. 

background image

–  Na  początku  tak  –  odparł  bez  wahania.  –  Chodziliśmy  ze 

sobą  przez  cały  czas,  kiedy  byliśmy  w  college'u.  Nigdy  nie 
przeszliśmy  żadnej  poważniejszej  próby.  Właściwie  się  nie 
kłóciliśmy. Zgadzaliśmy się we wszystkim. I tak jakoś żyliśmy 
obok  siebie.  Ja  wybrałem  specjalizację  z  rolnictwa,  Jodi  z 
języków. 

Oboje  jako  dodatkowy  przedmiot  studiowaliśmy  historię. 

Może  to  jedno  naprawdę  nas  łączyło.  Fascynacja  przeszłością. 
Wiem,  że  to  może  brzmieć  naiwnie,  ale  wtedy  niewiele 
myśleliśmy  o  przyszłości.  Cały  czas  zachowywaliśmy  się  jak 
dzieci. A potem, zupełnie nagle, nauka się skończyła. Z dnia na 
dzień znaleźliśmy się w dorosłym świecie. Dziadkowie McElroy 
zaproponowali, żebym przejął farmę. Już wcześniej pomagałem 
im latem. Lubiłem to, nikt inny z rodziny nie miał ochoty się nią 
zająć. 

–  A  Jodi?  Jak  się  zapatrywała  na  to,  żeby  zostać  żoną 

farmera? 

–  Nie  wiem.  Właściwie  nigdy  nic  nie  mówiła  na  ten  temat. 

Cieszyła się razem ze mną, ponieważ wiedziała, że lubię pracę w 
polu, że lubię, jak wokół wszystko rośnie. Myślę, że wtedy oboje 
zakładaliśmy, że Jodi będzie tu razem ze mną. 

– Ale w końcu nie zamieszkała z tobą. Zamiast tego zaczęła 

podróżować. 

– Właściwie to się stało przypadkiem. Mój kuzyn zgodził się 

przez lato zająć farmą i po skończeniu college'u wybrałem się na 
ostatnie w życiu wakacje. 

Chcieliśmy  pojechać  do  Europy,  ale  nie  starczyło  nam 

pieniędzy. 

Lara uśmiechnęła się. 
–  Zdaje  się,  że  w  college'u  wszyscy  mają  tylko  jedno 

marzenie:  zobaczyć  Europę.  Właśnie  dzisiaj  wspominałam 

background image

własne plany. 

– I co? Dlaczego się nie wybrałaś? 
– Studia. Dostałam stypendium, ale jeden z warunków mówił, 

że  muszę  spędzić  lato,  pracując  w  kancelarii.  Ale  mniejsza  z 
tym, wróćmy do twojej historii. 

Nie mogliście się wybrać do Europy i co dalej? 
– Przemierzyliśmy całe Zachodnie Wybrzeże. 
Zwiedziliśmy Meksyk i Kalifornię. Wspaniałe przeżycie. Ale 

dla mnie to było dobre na jeden raz. 

– Nie lubisz podróżować? 
–  Uwielbiam.  Czasem  marzę  o  podróżach.  Chciałbym 

zobaczyć  Europę.  Ale  chciałbym  to  robić  możliwie  wygodnie: 
samolotem,  samochodem,  choćby  pociągiem.  A  potem 
zatrzymać się w wygodnym hotelu i zjeść porządny obiad, wziąć 
prysznic, położyć się do czystego łóżka. 

– To brzmi rozsądnie – zauważyła Lara. 
Tanner potrząsnął głową. 
– Nie dla Jodi. Dla niej nocleg w śpiworze, na kolację zimne 

mięso  z  puszki  i  przepocona  koszula  na  grzbiecie  były  równie 
ważne,  jak  dla  mnie  to  wszystko,  o  czym  właśnie  mówiłem. 
Uważała,  że  to  jest  bardzo  romantyczne.  Tak  jej  się  to 
spodobało, że przyjechała tu ze mną na jesieni, ale powiedziała, 
że nie zostanie na zimę. Miała odbyć jeszcze jedną podróż, tym 
razem sama, i wrócić latem. 

– Latem następnego roku rzeczywiście do mnie wróciła. Ale 

wcale  się  nie  uspokoiła.  Nabrała  jeszcze  większej  chęci  na 
podróże.  Jesienią  znowu  wyjechała,  przysięgając,  że  to  już 
ostatni  raz.  I  odtąd  tak  było  co  roku.  Tyle  że  z  roku  na  rok 
wcześniej wyjeżdżała i później wracała. No i wreszcie ostatniego 
lata w ogóle się tu nie pokazała. 

– Ale w końcu pojawiła się w październiku? 

background image

–  Tak.  Zwykle  przysyłała  kartki,  a  zdarzało  się,  że  nawet 

paczkę z jakimś drobiazgiem. Ale w zeszłym roku nie odezwała 
się  ani  razu.  Aż  w  październiku  nagle  pojawiła  się  jak  grom  z 
jasnego nieba. Miałem już tego dosyć. Myślę, że oboje czuliśmy, 
że Jodi przeciągnęła strunę. Miałaś rację z tymi meblami. 

Kupiłem  je  ubiegłej  zimy.  Chyba  rzeczywiście  chciałem 

stworzyć taki dom, w którym ona mogłaby się czuć jak u siebie. 
Gdyby  tylko  zechciała  w  nim  zostać.  Ale  tak  się  złożyło,  że  w 
końcu nawet tego nie zobaczyła. 

Stanął obok Lary i spojrzał przez okno. 
– Pracowałem na tamtym polu – wskazał ręką. 
– Orałem je przed jesiennym siewem. Zepsuł mi się traktor i 

właśnie kiedy go reperowałem, przyszła Jodi. 

– I co było dalej – spytała. – Czemu nie została? 
– Bo powiedziałem jej, żeby ruszała w drogę. 
Miałem  już  dosyć.  Przez  kilka  miesięcy  myślałem,  że  nie 

żyje, że  jest  chora, czy diabli  wiedzą co. A ona zjawia  się  ni  z 
tego, ni z owego i okazuje się, że nic się nie stało. Po prostu nie 
chciało  jej  się  wcześniej  wrócić.  –  Potrząsnął  głową,  jakby 
pomimo  upływu  czasu  nie  mógł  tego  zrozumieć.  – 
Powiedziałem, że jeżeli nie ma zamiaru zostać na dobre, to niech 
się stąd zabiera. Poszła. To wszystko. 

– Ale powiedziała, że jeszcze wróci prawda? 
– Tak – przyznał. – I może wrócić. Nie mam na to wpływu, 

Laro. Nikt nie ma. 

Tanner  odwrócił  się  tyłem  do  okna,  przyklęknął  na  jedno 

kolano i spojrzał Larze w oczy. 

–  Niezależnie  od  tego,  czy  będziemy  razem,  a  Bóg  mi 

świadkiem,  jak  tego  pragnę,  między  mną  a  Jodi  wszystko 
skończone. 

Wyciągnął  rękę,  delikatnie  ujął  Larę  pod  brodę  i  obrócił  w 

background image

swoją stronę. Popatrzył jej głęboko w oczy. 

–  Nie  miałem  pojęcia,  jak  właściwie  ma  wyglądać  związek 

między dwojgiem ludzi. Wiem to dopiero dzięki tobie. Kiedy cię 
poznałem,  zrozumiałem,  że  uczucia  mogą  być  jak  wezbrana 
rzeka. To wszystko, co przeżyłem przy Jodi, było jak niewielki 
strumyk,  który  trochę  przyśpiesza  po  deszczu,  a  potem,  przez 
całe miesiące, ledwo się sączy. 

Lara poczuła na policzku łaskotanie spływającej łzy. Niech to 

diabli!  Zawsze  potrafi  powiedzieć  coś  nieoczekiwanego  i  tak 
pięknego, że nie może powstrzymać płaczu. 

Tanner pochylił się i delikatnie scałowywał jej łzy. 
–  Daj  mi  jeszcze  jedną  szansę, błagam  cię.  Będę  czekał,  jak 

długo zechcesz. Rok, dwa, trzy lata. 

Wszystko jedno. Proszę cię, daj mi tylko okazję, bym mógł ci 

udowodnić swoją miłość. 

Kiedy  ramiona  Lary  otoczyły  jego  szyję,  poczuł  się 

szczęśliwy  jak  jeszcze  nigdy  w  życiu.  Wziął  ją  na  ręce  jak 
dziecko i usiadł na fotelu, z Larą na kolanach. 

Żadne z nich nie potrafiłoby powiedzieć, jak długo tak trwali. 

Poza  skrzypnięciami  fotela  i  tykaniem  starego  zegara  w  domu 
panowała  kompletna  cisza.  Kochankowie  siedzieli  przytuleni, 
ciesząc  się  wzajemną  bliskością.  Nie  były  im  potrzebne  ani 
słowa, ani namiętne pieszczoty, ani pocałunki. 

Nie trzeba im było niczego, prócz miłości. 
 

background image

Rozdział 10 

 
Lara pierwsza uniosła głowę i złożyła na ustach Tannera lekki 

pocałunek,  a  potem  uśmiechnęła  się  i  przygładziła  jego 
zmierzwione  włosy.  Później  wstała,  a  kiedy  chciał  się  zerwać 
wraz z nią, powstrzymała go gestem. 

– Zaraz wrócę – powiedziała. – Zaczekaj chwilę. 
Tanner  siedział  jak  na  szpilkach.  Kiedy  usłyszał  trzaśniecie 

drzwi  w  samochodzie,  niewiele  brakowało,  by  nie  zważając  na 
nic,  wybiegł  za  nią.  Pocieszał  się  myślą,  że  to  niemożliwe,  by 
tak po prostu odjechała. 

Zaraz potem znowu usłyszał lekkie kroki Lary na drewnianej 

werandzie. Weszła do domu i moment później stała przed nim, 
chowając ręce za plecami. 

– Coś ci przyniosłam – szepnęła. 
Czekał  cierpliwie,  aż  wyciągnęła  rękę,  w  której  trzymała 

korzeń róży. 

Wstrzymał  oddech,  bojąc  się  myśleć,  co  może  znaczyć  ten 

podarunek.  Czy  chciała  mu  w  ten  sposób  powiedzieć,  żeby 
zabrał sobie z powrotem swoje uczucie? To niemożliwe. 

–  Powiedziałeś,  że  chcesz  mi  ofiarować  swoją  namiętność  i 

swoją miłość – przypomniała mu. – Chcę ci ofiarować to samo. 
Zasadźmy ten krzak na farmie. 

Niech  będzie  symbolem  tego,  co  możemy  osiągnąć,  jeśli 

będziemy odpowiedzialni i uważni. 

Patrząc Larze w oczy, Tanner wstał z fotela i wyciągnął ręce. 

W jedną wziął korzeń, drugą ujął jej dłoń. 

– Mam już dla niego miejsce. 
Poprowadził  ją  za  dom,  do  ogródka,  który  uporządkował 

poprzedniego dnia. Lara patrzyła zdumiona: miejsce, w którym 

background image

się  znaleźli,  w  niczym  nie  przypominało  tego,  które  widziała 
podczas poprzedniej wizyty. Odnowiona altanka wznosiła się na 
środku jaśniejąc farbą, a wokół niej pięły się róże. 

– Nie mogę w to uwierzyć – szepnęła, podchodząc do lśniącej 

bielą altanki. – Kiedy tu byłam ostatnio, było to najsmutniejsze i 
najbardziej opuszczone miejsce na świecie. Miało się wrażenie, 
że pierwszy większy wiatr zrówna wszystko z ziemią. Boże, jak 
tu pięknie! 

Weszła do altanki i lekko pchnęła hamak. Jej śmiech upewnił 

Tannera,  że  warto  było  dorzucić  dziesięć  dolarów,  żeby 
przekonać sprzedawcę do przetrząśnięcia magazynu. 

– Czy u ciebie w domu są krasnoludki? – zapytała. 
Uśmiechnął się. 
–  Nie,  to  moje  dzieło.  Czułem  potrzebę,  żeby  zrobić  coś 

dobrego  po  tym,  jak  –  urwał  czując,  że  lepiej  będzie,  jeśli 
pominie milczeniem całą sprawę. 

–  Po  czym?  –  Lara  nie  dała  za  wygraną.  –  Po  naszej 

awanturze? 

Opuścił głowę i czubkiem buta rozgarniał grudki ziemi. 
– Po tym, jak zniszczyłem wszystkie rzeczy Jodi –  – przyznał 

się z trudem. 

– Jak... O, nie! – krzyknęła. – Nie zrobiłeś tego! 
Bez słowa skinął głową. 
– Kiedy odjechałaś, byłem taki wściekły, jak jeszcze nigdy w 

życiu. I cała złość skupiła się na Jodi i tych wszystkich rzeczach, 
które cię ode mnie odstraszyły. 

–  Och,  Tanner  –  jęknęła  Lara.  –  Ja  naprawdę  nie  chciałam, 

żebyś robił coś takiego. 

– Wiem. Nie wiń się za to, co się tu stało. Miałaś rację, kiedy 

mówiłaś,  że  jestem  jeszcze  uzależniony  od  Jodi.  Zdałem  sobie 
sprawę z tego, że byłem niewolnikiem żałoby po mojej miłości. 

background image

Uświadomiłem sobie, że od kilku miesięcy czułem to samo, co 
przeżywałem  po  śmierci  ojca.  Gorycz,  ból,  złość.  Tkwiły  we 
mnie te uczucia i to one były prawdziwą przyczyną awantury. 

Podszedł do niej i ujął ją za ręce. 
–  Przepraszam  cię,  Laro.  Przepraszam  cię  za  to,  że  nie 

chciałem wysłuchać tego, co miałaś mi do powiedzenia, i za to 
że nieustannie parłem do swego, nie zastanawiając się nad tym, 
co czujesz. I proszę cię jeszcze raz, nie myśl, że to twoja wina. 
Musiałem  zniszczyć  wszystko,  co  zostało  po  Jodi,  musiałem 
zniszczyć  swoje  szalone  rojenia  po  to,  żeby  stać  się  naprawdę 
wolnym. 

– Ale jak to zrobiłeś? 
–  Kiedy  wyszłaś,  wyniosłem  wszystko  przed  dom,  zrobiłem 

wielki stos i spaliłem. 

Lara spojrzała na niego z przestrachem. 
–  Mnie  samego  przeraziło  to,  co  zrobiłem.  Naprawdę.  Ale 

teraz wiem, że było mi to potrzebne. 

Musiałem  się  uwolnić  od  wszystkich  mozolnie  budowanych 

marzeń,  bo  inaczej  nie  mógłbym  zacząć  normalnie  żyć.  Może 
byłoby lepiej, gdybym potrafił się opanować, ale nie potrafiłem. 
Czułem, że muszę coś zrobić. 

Tanner przyciągnął ją do siebie. 
– Naprawdę nie jestem gwałtowny, Laro. Zdaję sobie sprawę, 

że to, co ci tu opowiadam, musi cię przerażać, ale... 

– Cicho – szepnęła, kładąc mu palec na ustach. 
–  Rozumiem  cię.  Ja  zrobiłam  kiedyś  to  samo  ze  zdjęciami 

Kevina. Zostało pudło pełne popiołu. 

– Zachowałaś popioły? 
–  Tak.  Żeby  przypominały  mi  o  początku  i  o  końcu  mojej 

pierwszej miłości. Wiem, że to brzmi sentymentalnie, ale... 

Roześmiał się. 

background image

–  I  tak  daleko  ci  do  moich  wyczynów.  –  Szerokim  gestem 

wskazał na ogród. – Prochy dawnych uczuć są tutaj. Rozsypałem 
je na grządkach z różami. 

Lara  nie  była  w  najmniejszym  stopniu  zaskoczona.  To  co 

zrobił, świetnie do niego pasowało. Do farmera-poety. 

–  Jesteś  taki  romantyczny  –  powiedziała  i  przytuliła  się  do 

niego. 

– Czy to zarzut? 
– A tak ci się wydaje? Nie, to nie zarzut. Uwielbiam cię za to. 

Bądź romantyczny i nigdy się nie zmieniaj. 

– Więc mnie kochasz? – spytał. 
–  Tak  –  szepnęła.  –  Tak,  Tanner.  Kocham  cię  bardziej,  niż 

mogłabym się spodziewać. 

– Wyjdziesz za mnie za mąż? 
Spojrzenie Lary powiedziało mu od razu, że popełnił błąd. 
–  Naprawdę  nie  chodzi  mi  o  to,  żeby  cię  do  czegokolwiek 

zmuszać. Nie musisz odpowiadać w tej chwili. Obiecaj mi tylko, 
że o tym pomyślisz. Po prostu nie mów „nie". 

–  Bardzo  bym  chciała,  Tanner.  Niczego  na  świecie  nie 

chciałabym  bardziej  niż  tego,  naprawdę.  Ale  nie  śpieszmy  się, 
dobrze? 

– Ciągle boisz  się powrotu Jodi?  – spytał, starając  się  nadać 

swemu głosowi jak najspokojniejsze brzmienie. 

–  Nie,  nie  boję  się.  Po  prostu  nie  lubię  nie  obrębionych 

krawędzi, które w każdej chwili mogą się zacząć strzępić. 

–  W  takim  razie  zawrzyjmy  kompromis.  Zdaje  się,  że 

prawnicy  są  mistrzami  w  ich  zawieraniu.  Zaręczymy  się  już 
teraz, ale ze ślubem wstrzymamy do... powiedzmy, do kwietnia. 

Potrząsnęła głową. 
–  Ładny  kompromis.  Sześć  tygodni  to  za  mało  nawet,  żeby 

przygotować wesele. Sierpień. 

background image

Tanner  zamarł.  Perspektywa  półrocznego  oczekiwania  była 

nie do zniesienia. 

– Może w maju? 
– Najwcześniej w lipcu. 
– Zgódźmy się na czerwiec. Czerwiec to świetna pora na ślub. 
– No, dobrze – poddała się z westchnieniem. 
– Trzydziestego czerwca. 
– Nie, pierwszego – odpowiedział natychmiast. 
– Piętnastego, to moje ostatnie słowo. 
McNeil  zastanowił  się  przez  chwilę.  Cztery  miesiące.  Pełne 

cztery  miesiące.  Spojrzał  na  Larę,  która  stała  przed  nim  z 
wojowniczo  zadartą  brodą.  Kochał  ją  za  jej  upór,  za  tę  groźną 
minę i harde spojrzenie. Nie potrafił się z nią kłócić. 

–  Niech  będzie.  Piętnastego  czerwca  –  zgodził  się  bez 

entuzjazmu,  pochylił  głowę  i  ucałował  wojowniczo  wysunięty 
podbródek.  Potem  chwycił  Larę  w  ramiona  i  wydając  radosny 
krzyk zakręcił nią w kółko. Śmiejąc się, chwyciła go mocno za 
szyję. Zatoczyli się i upadli na hamak. 

Zaśmiewając  się  do  łez,  Lara  oddawała  namiętne,  radosne 

pocałunki  Tannera.  Opamiętała  się  dopiero,  kiedy  poczuła  jego 
szorstkie dłonie, przesuwające się po jej plecach, pod bluzką. 

– Tanner, przestań! Nie tutaj. Co będzie, jak ktoś przyjdzie? 
– Nie żartuj, nikt tu nie przyjdzie. 
– Nie, nie, nie! Poza tym tu jest za zimno. Nawet jeżeli nikt 

nas nie będzie podglądał, to oboje nabawimy się kataru. 

Choć Tanner nie był specjalnie zadowolony, jednak uległ jej 

namowom.  Zresztą,  kiedy  podnieśli  się  z  hamaka,  zaraz  się 
rozpogodził.  Właściwie  Lara  miała  rację.  Właśnie  zachodziło 
słońce  i  na  dworze  robiło  się  szaro  i  zimno.  Zdecydowanie 
przyjemniej będzie im w ciepłej, zacisznej sypialni, ich sypialni. 

Nie  dając  Larze  czasu,  by  przyszła  do  siebie,  porwał  ją  na 

background image

ręce, szybkim krokiem ruszył w stronę domu i poniósł schodami 
na górę. 

Delikatnie  ułożył  ją  na  łóżku,  pośród  nowej,  nieskalanie 

świeżej  pościeli,  a  potem  podszedł  do  kominka  i  zapalił 
przygotowane polana. 

– Świetnie sobie radzisz z rozpalaniem ognia. Musiałeś chyba 

być harcerzem – zażartowała Lara. 

– No pewnie – odpowiedział najpoważniej w świecie. 
Podszedł  do  łóżka.  Zrzucił  buty  i  skarpetki  i  cisnął  w  kąt 

pokoju.  Zaraz  potem  ściągnął  przez  głowę  koszulę  i  zsunął 
spodnie. 

–  Przykro  mi,  że  muszę  ci  to  powiedzieć,  kochanie,  ale  się 

spóźniasz – oświadczył, patrząc Larze w oczy. 

– Myślałem, że się rozbierzesz razem ze mną. 
–  A  nie  pamiętasz  już,  co  mówiłeś  o  rozpakowywaniu 

prezentów? Nie chciałam cię pozbawiać tej przyjemności. 

– Miło mi, że myślisz o mnie. Nie potrafię wprost powiedzieć, 

jaki  ci  jestem  wdzięczny.  Ale  dzisiaj  wolę  wypróbować  twoją 
metodę rozpakowywania prezentów. 

– No nie! Spróbuj tylko podrzeć mój żakiet, to ze ślubu nici. 
Tanner natychmiast stracił dobry humor. 
– To wcale nie jest śmieszne. 
Miał tak zmartwioną minę, że Larze zrobiło się go żal. 
– Przepraszam, żartowałam tylko. Naprawdę nie będę się już 

z tobą więcej droczyć. Przyrzekam. 

– Lepiej tego dotrzymaj. Zresztą i tak nie pozwoliłbym ci się 

już  wycofać.  –  Tanner  pochylił  się  nad  Larą  i  zaczął 
niecierpliwie rozpinać jej żakiet i bluzkę. 

Gorączkowymi  pocałunkami  okrywał  twarz,  szyję  i 

wyłaniające się spod ubrania ramiona, piersi i brzuch. 

Potem, kiedy już leżeli wtuleni w siebie, Larze przyszło nagle 

background image

coś do głowy. 

– Tanner? – zapytała. 
– Hmm? – odpowiedział sennym głosem. 
– Lubisz filmy Woody Allena? 
– Co takiego? – zupełnie się nie spodziewał takiego pytania. 
– Pytałam, czy lubisz filmy Woody Allena. 
– Jak kiedy. 
– Co masz na myśli? 
– No cóż, nie uważam, by wszystko, co zrobił, było genialne. 

Ale przyznaję, że nakręcił kilka świetnych kawałków. A czemu 
pytasz? 

–  Po  prostu  jestem  ciekawa.  Pomyślałam,  że  dobrze  byłoby 

wiedzieć, jakie właściwie filmy lubi mój mąż. 

Tanner uśmiechnął się na jej słowa. Szczególną przyjemność 

sprawiło mu to, że nazwała go swoim mężem. 

– A Hitchcocka? 
– Słucham? Czy lubię jego filmy? Uwielbiam. Zwłaszcza te z 

Jimmym Stewartem. 

–  Ja  też  –  oświadczyła  Lara  z  zadowoleniem.  –  I  z  Carym 

Grantem. Bardzo lubię Cary Granta. 

– A John Wayne? 
– Nigdy nie słyszałam, żeby grał w jakimś filmie Hitchcocka. 
– Bo nie grał. Ciekawi mnie po prostu, czy go lubisz. 
–  Bardzo.  Kiedy  byłam  dzieckiem  i  w  telewizji  pokazywali 

jakiś  film  z  Wayne'em,  ojciec  nigdy  nie  kazał  mi  iść  spać  o 
normalnej porze. 

Przez chwilę panowało milczenie. 
– A książki? Co lubisz czytać? 
– Wszystko po trochu. 
– A konkretnie? Jakich pisarzy najbardziej lubisz? 
– Dicka Francisa, Roberta Ludluma. 

background image

–  Jego  ostatnia  książka  jest  chyba  najlepsza  ze  wszystkiego, 

co do tej pory napisał. 

–  Tak  uważasz?  Mnie  się  najbardziej  podobała  „Droga  do 

Gandalfo". 

–  No  tak,  to  świetna  książka,  ale  w  gruncie  rzeczy  zupełnie 

nie w jego stylu. 

–  Owszem  –  odpowiedział.  –  Czytałaś  wstęp?  Napisał,  że 

kiedy nad nią pracował, to przez cały czas się śmiał. 

– Czytasz wstępy? – spytała przyjemnie zaskoczona. 
– Przy dzisiejszych cenach książek człowiek czyta wszystko, 

łącznie ze stopką wydawniczą, żeby jakoś wyjść na swoje. 

Roześmiała się. 
–  Może  w  takim  razie  powinieneś  po  prostu  zapisać  się  do 

biblioteki? 

–  Hmm...  Muszę  ci  się  do  czegoś  przyznać.  Mam  silnie 

rozwinięty  instynkt  posiadania.  Na  przykład  lubię  mieć  na 
własność książki, które czytam. 

–  Ja  też.  Popatrz,  jak  już  zostaniemy  małżeństwem,  to 

będziemy  mogli  do  połowy  zmniejszyć  koszty  utrzymywania 
biblioteki. 

– Albo kupować dwa razy więcej książek. 
– Dobry pomysł. To kogo jeszcze lubisz? 
– Wielu pisarzy. Johna Irvinga. Richarda Adamsa. 
Jayne Krentz... 
–  Naprawdę?  –  przerwała  mu,  zaskoczona.  –  Przecież  Jayne 

Krentz pisze romanse. 

– No tak, to prawda. 
– Czytasz romanse! 
– Jeżeli komukolwiek o tym powiesz, to zobaczysz – pogroził 

jej palcem. – Powiem wszystkim, że ty sama też je czytasz. 

–  Ale  skąd  je  bierzesz?  Jakoś  nie  mogę  sobie  wyobrazić, 

background image

żebyś kupował romanse w księgarni w Morristown. 

–  Od  Samanthy  –  przyznał.  –  Kiedy  już  miałem  kilkanaście 

lat, siostra zaczęła mi dawać do czytania swoje ulubione lektury. 
Myślę, że chciała, bym lepiej rozumiał kobiety. 

– To wszystko wyjaśnia. – Lara pokiwała głową. 
– Co wyjaśnia? 
–  Różne  rzeczy,  które  mówisz.  Zawsze  jesteś  taki 

romantyczny. 

– Naprawdę? – zapytał, mile połechtany jej słowami. 
–  Naprawdę.  Lektura  tych  książek  rzeczywiście  miała  na 

ciebie jak najlepszy wpływ. 

–  Cieszę  się.  W  takim  razie  chyba  przezwyciężę  opory  i 

zacznę  je  kupować.  Widzę,  że  zawdzięczam  im  nie  tylko  miłe 
chwile w trakcie lektury, ale jeszcze i to, że pomogły mi zdobyć 
przychylność  najwspanialszej  kobiety  na  świecie.  Zresztą,  nie 
tylko one. 

– Co masz na myśli? 
–  Nie  masz  pojęcia,  jak  się  bałem,  że  cię  stracę.  Nie 

wiedziałem, co robić, więc zacząłem szukać pomocy. 

– U Kelly i Susan? 
–  Nie  tylko.  Zacząłem  od  telefonu  do  Hanka.  To  on  mi 

poradził, żebym zadzwonił do Susan. 

–  Postawiłeś  na  nogi  pół  miasta  –  powiedziała  Lara,  nie 

potrafiąc ukryć, że fakt ten sprawia jej wyraźną przyjemność. 

– Byłem gotów na wszystko, żeby cię odzyskać. 
Lara objęła go za szyję i pocałowała. 
–  Oszczędzę  ci  wstydu  –  powiedziała.  –  Będę  kupowała 

romanse dla nas obojga. 

– Dziękuję. Co jeszcze chciałabyś wiedzieć? Ulubiony kolor? 

Hobby? Wady? 

– W tej chwili najbardziej chciałabym wiedzieć, co będzie na 

background image

kolację. 

– Proszę? 
Lara powtórzyła powoli i wyraźnie. 
– Co będzie na kolację? Chciałabym wiedzieć, kiedy dasz mi 

coś do jedzenia. Umieram z głodu. 

Tanner zastanawiał się przez chwilę. 
–  Wspominałaś  kiedyś,  że  widziałaś  w  zamrażalniku 

befsztyki, prawda? 

– Tak! – Oczy Lary wyraźnie pojaśniały. – Befsztyki, frytki i 

sałata. To pięknie brzmi. W takim razie wskoczę pod prysznic, a 
ty zawołaj mnie, gdy kolacja będzie gotowa. 

–  To  znaczy,  że  ja  mam  to  wszystko  zrobić?  –  spytał 

przerażony. 

– No, przecież dasz sobie radę – odpowiedziała, już stojąc w 

drzwiach.  – Jestem pewna, że siostra, która była na  tyle mądra, 
by  podsuwać  bratu  do  czytania  romanse,  nauczyła  go  również 
gotować. 

– Rozmawiałaś z Samantha! 
–  Nigdy  w  życiu.  To  była  najprostsza  w  świecie  dedukcja. 

Elementarna, mój Watsonie. 

Ta  odpowiedź  rozbroiła  Tannera,  bo  lubił  Conan  Doyle'a. 

Wstał z łóżka, ubrał się i pomaszerował posłusznie do kuchni. 

Kiedy przyprawiał sałatę, zjawiła się Lara w jego szlafroku i 

usiedli razem do stołu. Przez dłuższą chwilę w kuchni panowała 
cisza,  przerywana  tylko  brzękiem  sztućców.  Dopiero  gdy 
nasycili  głód,  podjęli  na  nowo  rozmowę.  Tanner  był  jednak 
zdecydowanie  przeciwny  pomysłowi  Lary,  która  chciała 
stworzyć przyjaciółce możliwość szerszego wyboru. 

– W żadnym wypadku nie zgodzę się, żebyśmy mieli dla niej 

szukać  jakiegoś  faceta.  Hank  by  mi  tego  w  życiu  nie  darował. 
Pewnie by mnie po prostu zabił. 

background image

Chcesz zostać wdową jeszcze przed ślubem? 
–  Nie,  ale  uważam,  że  Susan  ma  prawo  przyjrzeć  się  innym 

mężczyznom,  zanim  uzna,  iż  to  Metcalf  jest  człowiekiem,  o 
którego jej w życiu chodzi. 

– Uznała to dwanaście lat temu, kiedy wychodziła za niego za 

mąż – upierał się Tanner. 

– Oboje byli wtedy dziećmi. Z czasem ludzie się zmieniają. 
–  Tych  dwoje  się  nie  zmieniło.  Zawsze  chcieli  być  razem  i 

będą.  Zamiast  szukać  dla  Susan  innego  faceta,  powinniśmy  się 
raczej zastanowić, co możemy zrobić, żeby wróciła do Hanka. 

– On na nią nie zasługuje – powiedziała stanowczo Lara. 
– Oczywiście, że zasługuje – nie zgadzał się McNeil. 
– Oszukał ją – oświadczyła, zupełnie wytrącona z równowagi 

jego uporem. – I nie usiłuj go bronić, mówiąc mi, że to był tylko 
taki  wyskok.  Tylko  spróbuj  takiego  wyskoku,  to...  to 
zobaczysz... 

– Ćśś... – uciszył ją łagodnie. 
Zagniewana  Lara  wyglądała  tak  cudownie,  że  Tanner  nie 

wiedział, czy ma się z nią zgodzić, czy jeszcze trochę upierać się 
przy swoim. 

– To ci rozbiję na głowie ten wielki kryształowy wazon, który 

wyciągnąłeś z piwnicy – dokończyła spokojniejszym tonem. 

Ku  jej  zaskoczeniu,  mężczyzna  skinął  głową  ze 

zrozumieniem. 

–  Święta  racja,  a  przy  okazji,  gdybyś  kiedyś  ty  zapomniała, 

gdzie  jest  twoje  miejsce,  to  tak  cię  spiorę  pasem  po  tym 
ślicznym  tyłeczku,  że  przez  tydzień  nie  będziesz  mogła  usiąść. 
Ale  wróćmy  do  przedmiotu  naszej  rozmowy.  Sęk  w  tym,  że 
niezależnie  od  tego,  jak  oceniamy  postępowanie  Hanka,  nie 
chcemy, żeby jedna głupia historia zrujnowała życie Metcalfów. 

Lara  musiała  przyznać  mu  rację.  Osądzanie  Metcalfa  nie 

background image

należało  do  nich.  Zwłaszcza  że  Susan  skłonna  była  mu 
wybaczyć i chciała, by wrócił do domu. Wszystko inne nie miało 
w tej chwili znaczenia. 

– No dobrze – ustąpiła w końcu. – Poddaję się. 
Zastanówmy się, co możemy zrobić, żeby im pomóc. 
To chyba zresztą nie będzie takie trudne. O ile wiem, gdyby 

nie  moje  głupie  rady,  Susan  już  dawno  przyjęłaby  Hanka  z 
powrotem. 

–  Twoje  rady  nie  były  takie  głupie.  Nie  o  to  chodzi,  żeby 

zgodziła się na jego powrót tylko ze względu na dzieci. On sam 
by  tego  nie  chciał.  Chodzi  o  to,  żeby  znowu  zaczęli  się  kochać 
tak jak dawniej. 

–  Żeby  zaczęli  się  kochać?  A  masz  pomysł,  jak  im  w  tym 

pomóc? 

–  Na  razie  nie,  ale  coś  mi  chodzi  po  głowie.  Muszę  jutro 

pogadać na ten temat z Hankiem. 

– No dobrze. A co z Kelly? – spytała Lara. – Nie znasz kogoś, 

kto by się dla niej nadawał? 

– Nie wiem – odpowiedział Tanner po chwili namysłu. – Jak 

sądzisz,  czy  jest  możliwe,  żeby  John  wrócił  kiedyś  do 
Morristown? 

– John? Mój brat? Mój brat i Kelly? Chyba żartujesz! – Lara 

nie mogła powstrzymać śmiechu. 

–  Nie  widzę  w  tym  nic  komicznego.  Twój  brat  próbował 

poderwać Kelly przez cały ostatni rok szkoły. 

– Mój brat? – Nie wierzyła własnym uszom. 
– Twój brat i Kelly – potwierdził Tanner z całkowitą powagą. 

– Nie było chyba dnia, żeby nie próbował się z nią umówić. 

– Nigdy mi o tym nie wspominała. 
– Nie ma  w tym nic dziwnego. Byłaś od niej dużo młodsza. 

Zresztą,  ona  w  ogóle  niewiele  miała  do  powiedzenia  na  ten 

background image

temat. Poza tym że systematycznie mówiła twojemu bratu „nie". 

– Ale dlaczego nie chciała się z nim umówić? 
– Nie mam pojęcia. Kelly była wtedy jeszcze smarkulą. Może 

rodzice jej nie pozwalali, uważając, że za wcześnie na randki. 

– Jesteś pewny, że chodzi ci o tę samą Kelly? 
Tanner, zniechęcony, wzruszył ramionami. 
– Nie mam pojęcia, Laro. Może lepiej sama zapytaj Kelly. 
– Pewnie, że zapytam. Jak tylko ją zobaczę. 
McNeil nie wątpił, że Lara to zrobi, i bardzo był ciekawy, co 

usłyszy w odpowiedzi. 

Nikt  w  całym  Morristown  nie  mógł  zrozumieć,  dlaczego 

smarkata  Kelly  nie  chce  się  umówić  na  randkę  z  gwiazdą 
szkolnej  drużyny  piłkarskiej,  w  dodatku  synem  szanowanego 
biznesmena.  Inna  sprawa,  że  w  ogóle  mało  kto  potrafił  wtedy 
zrozumieć,  czego  właściwie  chce  od  życia  Kelly  Ryan. 
Określenie  „buntownik  bez  powodu"  pasowało  do  niej  jak  do 
nikogo innego w miasteczku. 

–  A  jak  wy  się  właściwie  zaprzyjaźniłyście?  –  spytał  nagle. 

Trudno  mu  było  wyobrazić  sobie  dwie  dziewczyny  mniej  do 
siebie podobne niż Lara i Kelly. 

– Byłyśmy razem w szkolnej orkiestrze. 
– Rozumiem. 
– Tak samo zresztą poznałam Susan – dodała. 
–  Obie  były  ode  mnie  starsze,  ale  tak  się  jakoś  składało,  że 

czułam  się  z  nimi  znacznie  lepiej  niż  z  koleżankami  z  klasy. 
Kiedy  już  skończyły  szkołę,  naprawdę  mi  ich  brakowało. 
Dlatego zresztą nie chodziłam do ostatniej klasy. 

– Nie chodziłaś do ostatniej klasy? 
– Mhm. Miałam już dosyć szkoły, moje przyjaciółki zniknęły, 

naprawdę  nie  widziałam  powodu,  żeby  się  dłużej  obijać  po 
Morristown. 

background image

– A co ze świadectwem? 
–  Nigdy  go  nie  miałam.  Zostałam  przyjęta  do  szkoły  w 

Hendrix warunkowo. 

–  Więc  mam  się  ożenić  z  prawniczką,  która  nie  skończyła 

nawet  szkoły  podstawowej?  Ładne  rzeczy  –    –  zażartował 
Tanner. 

–  Mam  nadzieję,  że  się  tym  nie  martwisz?  –  spytała 

poważnym tonem. 

–  Tym,  że  nie  skończyłaś,  jak  Pan  Bóg  przykazał,  szkoły? 

Wcale. 

–  Nie,  głuptasie.  Raczej  tym,  że  zostałam  prawnikiem.  Że 

mam własną pracę. 

– Chodzi ci o to, że zarabiasz więcej ode mnie? To miałaś na 

myśli?  Nie,  nie  martwię  się  tym.  Przynajmniej  wiem,  że  jak 
przyjdzie  co  do  czego  i  trzeba  będzie  zlicytować  farmę,  żeby 
zapłacić  bankom  odsetki,  to  dzieciaki  nie  będą  musiały  biegać 
boso do szkoły. – Zawahał się przez moment i dodał: – A czy ty 
się  nie  obawiasz,  że  wychodzisz  za  mąż  za  biednego  farmera, 
który  spędza  dzień  na  ciągniku,  nie  ma  czasu  się  umyć  i,  co 
gorsza, ledwo może związać koniec z końcem? 

–  Nie  –  odpowiedziała  bez  wahania.  –  Bo  wiem,  że  jak 

dojdzie co  do  czego,  i  w  rezultacie  oskarżenia o  błąd  w  sztuce 
będę musiała zrezygnować z praktyki, to będziemy mieli co do 
garnka włożyć. 

– Naprawdę się cieszę, że zdecydowałaś się wrócić do domu, 

do Morristown. 

– Ja też. Ale skoro mowa o domu, to powinnam już pojechać 

do siebie. 

–  Dlaczego?  –  spytał.  –  Zostań,  przecież  to  nikomu  nie 

powinno przeszkadzać. 

–  Boję  się,  że  może  przeszkadzać  naszym  rodzinom.  Nie 

background image

chciałabym,  by  nasz  związek  stanowił  dla  nich  jakiś  problem. 
Dopóki zachowujemy się dyskretnie, wszystko jest w porządku, 
ale  myślę,  że  gdybyśmy  tak  po  prostu  zamieszkali  ze  sobą, 
byłoby im przykro. 

Lara  wstała  od  stołu  i  poszła  się  ubrać.  Tanner  nie 

zaprotestował,  wiedział,  że  Lara  miała  rację.  Morristown  było 
zbyt staroświeckie i zresztą właśnie dzięki temu tak dobrze się tu 
mieszkało. 

Po chwili Lara zeszła na dół kompletnie ubrana. Podeszła do 

Tannera i pocałowała go na pożegnanie. 

–  Zadzwoń  do  mnie,  jak  już  będziesz  wiedział,  co  zrobić  z 

Hankiem. 

– Jutro z nim pogadam. 
Kiedy  odprowadził  ją  do  samochodu  i  wrócił  do  domu, 

poczuł,  jak  bardzo  jest  zmęczony.  Nie  było  późno,  ale  ostatnie 
dni naprawdę wiele go kosztowały. Wstawił naczynia do zlewu i 
obszedł dom, gasząc po drodze wszystkie światła. 

Kiedy  w  końcu  położył  głowę  na  poduszce,  uśmiechnął  się 

sam  do  siebie.  Nowa  pościel  nie  była  już  nowa.  Choć  w 
rzeczywistości dawno wystygła, ciągle jeszcze wydawała mu się 
ciepła.  Kiedy  w  niej  leżał,  czuł  zapach  Lary.  Pogrążony  w 
marzeniach, nawet nie zauważył, kiedy zasnął. 

 

background image

Rozdział 11 

 
Kilka następnych tygodni upłynęło im jak w gorączce. Tanner 

szykował się do siewu soi i ryżu. Zrywał się rano i pracował w 
polu do południa, potem jechał do warsztatu, gdzie remontował 
urządzenia,  potrzebne  do  założenia  nowej  sieci  nawadniającej. 
Pierwszego  marca  dostał  wreszcie  pożyczkę  z  banku  i  teraz 
śpieszył  się, aby ją wykorzystać przed  nadejściem szczytu  prac 
polowych. 

Lara  była  równie  zajęta.  Oprócz  tego,  że  prowadziła  kilka 

własnych 

spraw, 

pomagała 

Billowi 

Harrisowi 

skomplikowanej sprawie karnej. 

Kiedy  tylko  mieli  trochę  czasu,  spędzali  go  razem,  planując 

wesele i bezskutecznie usiłując pogodzić przyjaciół. 

Tanner  powtórzył  Hankowi  radę  Susan,  żeby  wszystko 

uczciwie opowiedział. 

–  Cholera!  Przecież  ona  wszystko  wie!  –  wrzasnął  do 

słuchawki. – Na tym polega cały problem. 

–  Chodzi  mi  o  to,  żebyś  jej  wyjaśnił,  dlaczego  to  zrobiłeś  – 

tłumaczył  cierpliwie  McNeil.  –  Między  wami  musiało  być  coś 
nie tak, inaczej nie szukałbyś szczęścia poza domem. Uświadom 
jej to. 

– Jeżeli myślisz, że sam będę przypominać o całej tej historii, 

to chyba musiałeś kompletnie zwariować –  – oświadczył Hank. 
– Jeżeli mogę na coś liczyć, to tylko na to, że Susan o wszystkim 
zapomni.  Postaraj  się  raczej  wpłynąć  na  Larę,  żeby 
wstrzymywała jak najdłużej te cholerne formalności. 

–  Nie  mogę  prosić,  żeby  zrobiła  coś,  co  jest  niezgodne  z 

prawem  –  ostrzegł  przyjaciela  Tanner.  –  Ale,  o  ile  wiem,  Lara 
chce pogadać z twoją żoną. 

background image

– Nie jestem pewny, czy to taki dobry pomysł. 
– Spokojnie, już dawno przeciągnąłem Larę na twoją stronę. 
– Dzięki. To już jakiś krok do przodu. 
–  Nie  martw  się,  chłopie.  Może  nasz  ślub  nastroi  Susan  na 

bardziej romantyczną nutę? 

–  No,  w  każdym  razie  da  mi  okazję, żeby  się z  nią  w  ogóle 

zobaczyć.  Naprawdę  mi  miło,  że  będę  twoim  świadkiem, 
Tanner. 

–  Daj  spokój,  przecież  to  ty  wyświadczasz  mi  grzeczność  – 

obruszył się McNeil. 

 
Tymczasem  Lara  nie  mogła  dojść  do  ładu  z  Susan,  która  z 

niezrozumiałych  powodów  uparła  się  przy  rozwodzie.  Lara  nie 
bardzo wiedziała, jak wpłynąć na przyjaciółkę, podczas kolejnej 
wizyty jednak robiła wszystko, żeby ją przekonać. 

–  Ale  przecież  sama  mówiłaś,  że  powinnam  się  rozwieść  – 

upierała się Susan. 

– Tego nigdy nie mówiłam. Sugerowałam tylko, że powinnaś 

rozważyć wszystkie możliwości, jakie się przed tobą otwierają. 

– Już to zrobiłam. 
– To niemożliwe. Przecież nie miałaś kiedy. 
–  Wiesz  co?  Szkoda,  że  nie  słyszałaś  Hanka,  kiedy  mu 

powiedziałam,  że  powinniśmy  się  najpierw  poumawiać  na 
randki, jak za dawnych dobrych czasów. 

Dosłownie  wybuchł.  Mam  już  naprawdę  dosyć  życia  pod 

wulkanem.  Niech  sobie  wybucha  gdzie  chce,  byle  z  dala  ode 
mnie. 

–  Och,  dajże  spokój!  Zawsze  miał  gwałtowny  temperament. 

Przedtem  się  tym  specjalnie  nie  przejmowałaś.  Poza  tym  obie 
wiemy,  że  Hank  bardziej  przypomina  petardę  niż  granat. 
Mnóstwo hałasu i iskier, ale nikomu nie robi krzywdy. 

background image

– Wiem, wiem – przytaknęła zrezygnowanym tonem Susan. – 

Ale  naprawdę  mam  już  tego  wszystkiego  dosyć,  Laro.  Mam 
wrażenie,  że  ciągle  ja  muszę  go  za  wszystko  przepraszać,  że 
zawsze muszę się poddawać. 

Teraz jego kolej. 
Jakby na nowo rozłoszczona, Susan pokręciła głową. 
– Wyobraź sobie, że kiedy go przyłapałam z tą kobietą, miał 

na tyle tupetu, żeby zwalać winę na mnie! 

„To wszystko twoja wina, powiedział, bo nie miałaś dla mnie 

czasu". Co byś zrobiła, jeśli by twój mąż podrywał jakieś idiotki, 
podczas gdy ty robisz, co możesz, żeby dobrze wypaść w pracy i 
zapewnić dzieciom utrzymanie? 

Lara nie cierpiała, kiedy klienci zadawali jej pytania, na które 

nie  było  odpowiedzi.  Jeszcze  trudniej  było  to  znieść,  gdy 
klientką była jej bliska przyjaciółka. 

– Nie mam pojęcia, co ci odpowiedzieć, Susan. 
Jeżeli  jesteś  pewna,  że  chcesz  rozwodu,  to  nie  ma  sprawy, 

wznowię postępowanie. Po prostu nie chciałabym przyczynić się 
do  rozpadu  waszego  małżeństwa  i  potem  się  dowiedzieć,  że 
popełniliście  oboje  poważną  pomyłkę.  Mam  wrażenie,  że  się 
ciągle kochacie. 

– Skąd przekonanie, że on mnie kocha? – zapytała Susan. 
– Powiedział nam to. Tannerowi i mnie. Hank przyjechał na 

farmę tuż przed tą naszą awanturą. 

Lara  aż  się  wzdrygnęła  na  wspomnienie  tamtej  rozmowy  z 

Metcalfem.  Nie  zazdrościła  wcale  Susan  męża  z  takim 
charakterem. W porównaniu z Hankiem, Tanner wydawał się jej 
prawdziwym aniołem. 

–  Dlaczego  mnie  tego  nie  powie?  Dlaczego  po  prostu  nie 

powie, że mnie kocha? 

– Nie mam pojęcia – odpowiedziała Lara, zapamiętując sobie 

background image

przy  okazji,  że  przyjaciółka  wcale  nie  zaprzeczyła,  że  kocha 
męża.  –  Sama  bym  się  tego  chętnie  dowiedziała.  Może  uda  mi 
się wlać mu trochę oleju do głowy. 

–  Powiedz  to  Tannerowi.  Jest  mi  coś  winien  za  dobre  rady. 

Jeśli tylko będzie umiał przemówić temu idiocie do rozumu, to 
uznam, że uregulował swój dług. 

– I on, i ja zrobimy, co tylko w naszej mocy – obiecała Lara. – 

A  na  razie  zostawimy  jeszcze  waszą  sprawę  w  zawieszeniu, 
zgoda? 

– Zgoda. 
– Teraz, kiedy mamy z głowy interesy, chciałabym cię o coś 

poprosić. Zechcesz być moim świadkiem? 

–  Coś  takiego!  Widzę,  że  ty  i  Tanner  idziecie  na  całego. 

Kiedy ślub? 

– Nie wiem jeszcze dokładnie, ale nie później niż 15 czerwca. 
–  Chcecie  dać  Jodi  jeszcze  jedną  szansę?  Czy  sądzicie,  że  i 

tak się nie zjawi? 

–  Ani  to,  ani  to.  Wszystko  jedno,  czy  się  tu  zjawi  przed 

ślubem czy po ślubie. Nie mam zamiaru oddać jej Tannera. 

– Brawo! To mi się podoba! Nie masz pojęcia, jak się cieszę. 
– Czy to znaczy, że będziesz świadkiem? 
– Z przyjemnością. 
Po południu Lara wybrała się do szkoły. Kiedy stała w auli i 

patrzyła  na  szkolną  orkiestrę,  zastanawiała  się,  czy  rodzice 
grającej  na  trąbce  dziewczynki  są  równie  oburzeni  dokonanym 
przez  dziecko  wyborem,  jak  kiedyś  byli  jej  rodzice,  którzy 
uważali  trąbkę  za  najmniej  kobiecy  instrument  w  całej 
orkiestrze. 

Jej bunt i tak był niczym w porównaniu z wściekłym zrywem 

Kelly.  Lara  zastanawiała  się,  ilu  uczniów  poznałoby  swoją 
poważną,  zrównoważoną  panią  w  drucianych  okularach  na 

background image

czubku  nosa  w  tamtej  niespokojnej,  długowłosej  awanturnicy, 
którą ona sama tak dobrze pamiętała. 

Odezwał  się  dzwonek  i  gwar  zbierających  się  do  wyjścia 

uczniów  przywrócił  Larę  do  rzeczywistości.  Poczekała 
cierpliwie,  aż  Kelly  skończy  rozmowę  z  małą  flecistką,  która 
najwyraźniej miała jakieś problemy. Odniosła wrażenie, że nagle 
odkrywa  w  swojej  przyjaciółce  jakiś  zupełnie  nowy,  nie  znany 
jej dotąd rys. 

– Kto by pomyślał, że Kelly Ryan skończy jako autorytet? 
– A kto powiedział, że nim jestem? 
–  Wystarczy  zobaczyć,  jak  patrzą  na  ciebie  uczniowie.  Nie 

mam  na  myśli  nic  złego.  Sądzę,  że  chociaż  jesteś  belfrem,  to  i 
tak cię lubią. 

– Naprawdę? – ucieszyła się Kelly. 
–  No  pewnie.  Ale  nie  przyszłam  po  to,  żeby  rozmawiać  o 

twojej pracy. Chciałam cię zaprosić na ślub. 

– Ślub? – zdziwiła się Kelly. 
A  kiedy  przyjaciółka  potwierdziła  skinieniem  głowy, 

krzyknęła na cały głos: 

– Cudownie! Nie masz pojęcia, jak się cieszę! Od pierwszego 

momentu, kiedy się spotkaliście, wtedy w klubie, wiedziałam, że 
jesteście dla siebie stworzeni. 

A kiedy opowiadał nam, mnie i Susan, jak cię kocha, to obie 

po prostu poryczałyśmy się ze wzruszenia. 

–  On  potrafi  poruszyć  serce,  prawda?  –  zapytała 

rozmarzonym głosem Lara. 

–  I  pomyśleć,  że  gdybyś  tu  nie  wróciła,  to  mógłby  mi  się 

trafić taki kąsek. 

– Kelly! 
– No, dobrze już, dobrze. Nie mam ci tego za złe. 
Ale mam u Tannera dług i będę czekała, aż go spłaci. 

background image

– Już my oboje się o to postaramy. 
– Liczę na was. Bo inaczej przyjdzie mi umrzeć starą panną. 
–  O  ile  wiem,  to  wina  nie  leżałaby  wyłącznie  po  stronie 

brzydszej połowy rodzaju ludzkiego. Zdaje się, że nie brakuje ci 
chętnych – zauważyła Lara. 

–  Kiedyś  może  i  nie  brakowało,  ale  gdy  byli  chętni,  to 

wydawało  mi  się,  że  zawsze  będę  mogła  w  nich  przebierać. 
Teraz  wchodzę  w  krytyczny  wiek  i  okazuje  się,  że  moi  dawni 
amanci  pożenili  się  i  pozakładali  rodziny.  A  skoro  już 
poruszamy ten bolesny temat, to kiedy zamierzacie wziąć ślub? 

 
15 czerwca. 
– Rozumiem, chcecie dać Jodi szansę, ale nie zamierzacie jej 

całkiem ustępować pola. 

–  To  nie  ma  z  nią  nic  wspólnego  –  zaprzeczyła  Lara 

stanowczo, już po raz drugi tego dnia. 

– Dobrze, dobrze. Niech ci będzie. 
– Żeby przygotować ślub, naprawdę potrzeba trochę czasu  – 

próbowała  przekonać  przyjaciółkę.  –  Już  raz  śpieszyłam  się  do 
ołtarza i nic dobrego z tego nie wyszło. 

–  Wiesz  przecież  dobrze,  że  to  nie  jest  sprawa  pośpiechu, 

tylko tego, z kim się idzie do ołtarza – pouczyła ją Kelly. – Ze 
swoją praktyką zawodową powinnaś o tym wiedzieć. 

–  To  prawda  –  przyznała  Lara  –  ale  tym  razem  naprawdę 

zależy  mi  na  tym,  żeby  wszystko  działo  się  po  bożemu. 
Prawdziwy  ślub  i  prawdziwe  wesele.  Na  to  wszystko  potrzeba 
czasu. 

–  Rozumiem,  a  jeżeli  tak  się  zdarzy,  że  zjawi  się  Jodi,  to 

będziesz mogła się upewnić, iż między nią a Tannerem wszystko 
jest już naprawdę skończone. 

– Wiesz co, Kelly? Potrafisz być naprawdę irytująca, sama nie 

background image

wiem, dlaczego w ogóle chcę, żebyś została moją druhną. 

– Twoją druhną? Naprawdę? Z rozkoszą! – Entuzjazm Kelly 

wygasł równie szybko, jak wybuchł. – Sekundkę. Powiedziałaś, 
że wszystko ma być po bożemu. 

Czy to znaczy, że bierzesz ślub kościelny? 
Lara  natychmiast  przypomniała  sobie  o  niechęci  przyjaciółki 

do wszelkich oficjalnych uroczystości religijnych. 

–  Oboje  z  Tannerem  uznaliśmy,  świadomi,  że  żyjemy  w 

środowisku  wielowyznaniowym,  iż  nie  będziemy  obrażać 
niczyich  uczuć  i  nie  weźmiemy  ślubu  w  kościele  żadnego 
wyznania, tylko na farmie. 

–  Chwała  Bogu!  –  odetchnęła  Kelly.  –  Bardzo  by  mi  było 

przykro, gdybym nie mogła pójść na wasz ślub. 

Zwłaszcza że mam być twoją druhną. 
– Czy to znaczy, że mogę na ciebie liczyć? – spytała Lara. 
– Jasne. Za żadne skarby świata nie zrezygnowałabym z takiej 

okazji. Powinnaś poprosić Tannera, żeby napisał słowa przysięgi 
małżeńskiej. Na pewno wymyśli coś pięknego i romantycznego. 

–  A  wiesz,  że  to  niezły  pomysł?  Ja  sama  nie  przepadam  za 

suchą formułą tradycyjnego ślubowania. Dzięki za pomysł. 

–  Nie  ma  za  co.  Gdybyś  potrzebowała  rady  w  sprawie 

muzyki,  to  także  chętnie  służę  pomocą.  Pamiętaj,  że  bierzecie 
ślub w ogrodzie i organy nie wchodzą w grę. 

– Rzeczywiście, w ogóle o tym nie pomyślałam. 
– No to będziesz musiała. Mam kilka rozwiązań. 
Spiszę  ci  na  kartce,  tak  żebyś  mogła  wybrać,  co  ci  się 

najbardziej podoba. 

– Niebiosa mi cię zesłały, Kelly. Nawet najlepszy kandydat na 

męża to będzie za mało, by ci odpłacić. 

– Porządny chłop starczy z powodzeniem. – Kelly urwała na 

moment. – A przy okazji, kto będzie świadkiem Tannera? 

background image

–  Uparł  się  na  Hanka  –  odpowiedziała  Lara  z  zakłopotaną 

miną. 

– No, ładnie. Aż się boję spytać, czy twoim świadkiem będzie 

Susan? 

– Tak. 
Kelly gwizdnęła z podziwu. 
– A czy już jej powiedziałaś, z kim będzie szła pod rękę? 
–  Nie,  jeszcze  nie.  Postanowiłam  z  tym  trochę  poczekać.  W 

końcu  może  Metcalfowie  dojdą  jeszcze  do  porozumienia.  A 
poza tym, Susan nie opuści mnie w ostatniej chwili. 

Przyjaciółka zrobiła zgorszoną minę. 
–  Do  głowy  by  mi  nie  przyszło,  że  jesteś  zdolna  do  czegoś 

takiego.  Chociaż  może  ci  się  uda.  Właściwie  to  nie  byłoby 
najgorzej dla Susan i Hanka. 

Nagle spoważniała i popatrzyła podejrzliwie na Larę. 
– Zaraz, zaraz, a kto będzie drużbą? 
Lara  nie  potrafiła  powstrzymać  uśmiechu.  Była  bardzo 

ciekawa, co teraz usłyszy. 

– Tanner zamierza poprosić Johna. 
Po  raz  pierwszy,  odkąd  mogła  sięgnąć  pamięcią,  Kelly 

zupełnie oniemiała. 

– Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że chodzi o twojego brata, 

tego piłkarza? 

Tanner wiedział, co mówi. Między jej bratem i tą zwariowaną 

Kelly rzeczywiście coś było. Bardzo ciekawe. 

–  Czyś  ty  ogłuchła?  Pytałam,  czy  twój  brat  będzie  drużbą 

Tannera. 

– No, tak. Oczywiście. O niego mi właśnie chodziło. 
– Tego się bałam. Wiesz co, Laro? Może będzie lepiej, jeśli ja 

zajmę  się  tylko  muzyką?  Na  pewno  znajdziesz  sobie  lepszą 
druhnę. 

background image

–  W  żadnym  wypadku.  Obiecałaś  mi  i  musisz  dotrzymać 

słowa. Będziesz miała w sobotę czas? 

Mogłybyśmy się rozejrzeć za sukienkami. 
– Mhm. – Kelly wyraźnie straciła entuzjazm. 
–  Wspaniale.  Pojedziemy  do  Memphis  i  spędzimy  dzień  na 

zakupach. Tylko ty, ja i Susan. Zobaczysz, będzie cudownie. 

 
Wjeżdżając na farmę, Lara miała tak znakomity humor, że nie 

potrafiła  się  powstrzymać,  żeby  nie  śpiewać  na  cały  głos 
„Chodźmy  wszyscy  do  ołtarza".  Nie  pamiętała  słów  do  końca, 
ale  w  pełni  zadowalał  ją  początek,  najzupełniej  stosowny  w  jej 
sytuacji. 

Podśpiewując  zaczęła  szukać  Tannera,  którego  ostatecznie 

zastała w szopie, pod ciągnikiem. 

– Cześć! – zawołała. – Może na dziś już starczy? 
Umorusany  mężczyzna  natychmiast  wysunął  się  spod 

ogromnej  maszyny  i  wyciągnął  ramiona  w  jej  stronę.  Kiedy 
uchyliła się przed uściskami, zrobił zaniepokojoną minę. 

– Co się stało? – spytał przestraszony, robiąc krok w kierunku 

odsuwającej się Lary. 

–  Nic,  oprócz  tego,  że  cały  jesteś  wysmarowany  olejem. 

Lepiej odłóżmy jeszcze na chwilę przytulanki, dobrze? 

Tanner zmierzył swój kombinezon krytycznym spojrzeniem. 
– No dobrze – ustąpił – ale jednego całusa możesz mi chyba 

dać. 

– Domyślam się, że  nie miałeś ostatnio czasu, by zerknąć  w 

lustro. 

Tanner natychmiast otarł twarz rękawem, co oczywiście tylko 

pogorszyło sprawę. Lara roześmiała się. 

–  Myślisz,  że  to  takie  śmieszne,  co?  Zaraz  zobaczymy!  – 

powiedział, sięgając ku niej usmarowaną ręką. 

background image

Odskoczyła natychmiast. 
– Nie! Nie będę się już nigdy więcej śmiać, przysięgam! 
– Nic ci się nie stanie, jak sobie trochę ubrudzisz rączki. 
– Nie chodzi mi o rączki, głuptasie! – krzyknęła, chowając się 

przed nim za ciągnik. 

Miała nadzieję, że za tą zaporą będzie bezpieczna, ale McNeil 

natychmiast rzucił się na ziemię i moment później, tuż obok niej, 
wyłoniła  się  spod ciągnika jego ręka. Lara zdążyła  uskoczyć w 
ostatniej  chwili.  Tannerowi  tak  się  śpieszyło,  że  za  wcześnie 
poderwał  głowę.  Rozległ  się  huk,  po  czym  głowa  mężczyzny 
opadła. 

– O Boże! Nic ci się nie stało? – Przerażona wypadkiem Lara 

zupełnie  zapomniała  o  eleganckim  kostiumie,  rzuciła  się  na 
kolana  i  zaczęła  wyciągać  Tannera  spod  maszyny.  Tak  się  o 
niego bała, że z prędkością karabinu maszynowego wyrzucała z 
siebie  jedno  pytanie  po  drugim,  nawet  nie  czekając  na 
odpowiedź. 

– Kochanie, nic ci nie jest? Powiedz coś! Odezwij się! Nic ci 

się nie stało? Powiedz, że ci się nic nie stało! 

Przewróciła go na plecy i delikatnie ułożyła sobie jego głowę 

na kolanach. Drżącymi rękami zaczęła ocierać smar z jego czoła 
i policzków. 

– Kochanie, słyszysz mnie? Błagam cię, odezwij się do mnie. 
Wreszcie Tanner uchylił jedno oko, zmierzył Larę filuternym 

spojrzeniem i objął ją wpół. 

– Mam cię! 
–  Ach,  ty  małpo!  –  Lara  tak  gwałtownie  poderwała  się  na 

nogi, że głowa mężczyzny stuknęła o posadzkę. 

– Och! – jęknął. – Jak boli! 
– Dobrze ci tak. Należało ci się to za twoje oszustwo. 
– Teraz naprawdę coś mi się stało – jęknął Tanner. 

background image

–  Wcale  cię  nie  żałuję  –  odpowiedziała,  ale  zaraz  potem, 

zaprzeczając własnym słowom, pochyliła się nad nim i pomogła 
mu wstać. – Chodź do domu, zrobię ci kompres. 

–  Dziękuję  bardzo,  wrzucisz  mi  lód  za  kołnierz  albo zrobisz 

coś w tym rodzaju. 

–  Oj,  nie  bądź  głupi  –  odpowiedziała,  prowadząc  go  do 

kuchni. 

Co prawda, przemknęło jej przez myśl, że mogłaby go jakoś 

ukarać  za  wysmarowany  kostium,  ale  uznała,  iż  lepiej  zrobi 
kończąc  sprzeczkę  i  zdając  Tannerowi  relację  ze  spotkania  z 
przyjaciółkami. 

Wysłuchał jej z zainteresowaniem i tylko skrzywił się trochę, 

kiedy powtórzyła mu rozmowę z Susan. 

–  Naprawdę  nie  wiem,  czy  warto  się  w  to  mieszać  –    – 

powiedział. 

Z  Kelly  sprawy  miały  się  niewiele  lepiej.  Czy  rzeczywiście 

miało  sens  popychanie  ku  sobie  dwojga  ludzi,  którzy  nie 
widzieli się od lat i mieszkali na dwóch krańcach stanu? 

– No, trudno – powiedziała w końcu Lara. – Niech się dzieje, 

co chce. Ślub i wesele nie będą trwały wiecznie. 

Jakoś ze sobą wytrzymają. 
–  Tak  się  nie  mogę  doczekać  końca  tej  całej  historii,  że 

przyszło mi do głowy, iż moglibyśmy wziąć ślub wcześniej. Co 
ty na to? 

– Nie, nie. 15 czerwca to bardzo dobry termin. 
Myślę,  że  lepiej  zrobimy,  jeśli  spróbujemy  jakoś  pogodzić 

Susan z Hankiem jeszcze przed ślubem. 

– A masz jakiś pomysł? 
–  Tak,  przyszło  mi  coś  do  głowy.  Wiem,  że  nie  chcesz,  by 

Susan  spotkała  się  z  jakimś  facetem,  który  mógłby  się  jej 
spodobać.  Może  to  i  racja,  ale  pomyślałam,  że  mogłoby  jej 

background image

dobrze  zrobić,  gdyby  miała  okazję  się  przekonać,  że  Hank  nie 
jest taki znów najgorszy. Co ty na to? 

–  Chodzi  ci  o  to,  żeby  umówić  Susan  z  jakimś  facetem,  o 

którym będziemy wiedzieli na pewno, że się jej nie spodoba? 

– Tak. 
– No, Laro Jamison. Jestem naprawdę wstrząśnięty. Nigdy by 

mi nie przyszło do głowy, że wymyślisz taki numer. 

Uśmiechnęła się z miną niewiniątka. 
– Sądzisz, że to dobry pomysł? 
–  W  każdym  razie  nikomu  nie  zaszkodzi.  Właściwie  to 

równie  dobrze możemy spróbować tego samego z  Kelly. Jeżeli 
sobie  uświadomi,  że  nie  ma  znowu  takiego  dużego  wyboru,  to 
może łatwiej jej się będzie pogodzić z myślą o Johnie. 

– Świetnie – przyznała Lara. 
Kiedy  zaczęli  sporządzać  listę  kandydatów,  którzy 

nadawaliby się do wypełnienia niewdzięcznej misji, okazało się, 
ku  ich  zaskoczeniu,  że  jest  ona  zaskakująco  długa.  Prawdę 
mówiąc,  im  dłużej  rozważali  wady  i  zalety  potencjalnych 
kandydatów,  tym  bardziej  Lara  była  skłonna  przyznać 
Tannerowi  rację:  Hank  i  John  wydawali  się  rzeczywiście 
stworzeni dla jej przyjaciółek. 

– No, a co z Hankiem i Johnem? – spytała nagle. 
– Ich też dobrze byłoby jakoś przygotować. 
–  A  po  co?  Nie  potrzebują  zachęty,  żeby  się  zająć 

dziewczynami. 

–  Hank  na  pewno  nie,  ale  skąd  możemy  wiedzieć,  jak  się 

sprawy mają z Johnem? 

–  Trzeba  ci  było  słyszeć  jego  głos,  kiedy  się  dowiedział,  że 

będzie moim drużbą. Nareszcie miałem wrażenie, że nie jestem 
jedyną  osobą  na  świecie,  która  chciałaby  przyśpieszyć  termin 
ślubu. 

background image

Lara  roześmiała  się  ze  zbolałego  tonu  Tannera  i  mocno  go 

pocałowała. 

– Uśmiechnij się. Zobaczysz, że czas minie szybciej, niż ci się 

wydaje. 

 

background image

Rozdział 12 

 
Był  trzydziesty kwietnia.  Tanner  szedł  przez  pole  porośnięte 

dojrzałą  pszenicą.  Rozpierała  go  radość.  Miał  wrażenie,  że  los 
sprzyja  mu  jak  nigdy  dotąd.  Wiosenne  burze,  które  mogły 
zniszczyć  plony,  przeszły  bokiem.  Przelotne  deszcze 
równomiernie  podlewały  pola,  a  słońce  sprawiało,  że  pszenica 
dojrzewała szybciej niż kiedykolwiek. 

Nawet fakt, że przez kilka ostatnich dni nie spadła ani kropla 

deszczu, też mu sprzyjał. Następnego dnia zamierzał rozpocząć 
żniwa i zaraz potem zaorać grunty pod soję. 

Równie dobrze przedstawiały się sprawy na polach ryżowych. 

Rośliny  na  tyle  wzniosły  się  nad  ziemię,  że  za  parę  dni  będzie 
mógł  z  powodzeniem  zalać  pola  wodą.  Jeżeli  tylko  system 
irygacyjny,  w  który  zainwestował  pożyczkę,  nie  zawiedzie,  to 
ten rok może być najlepszym od wielu lat. 

Ogród  różany,  o  który  zadbał  w  najbardziej  rozpaczliwym 

momencie  swego  życia,  hojnie  mu  teraz  odpłacał  za  włożony 
wysiłek.  Tanner  wiedział,  że  kiedy  nadejdzie  dzień  ślubu, 
altanka  skryje  się  wśród  ciemnej  zieleni  liści,  poprzetykanej 
głębokim różem kwiatów. 

Lara  siedziała  za  biurkiem,  obracając  w  palcach  list.  Od 

dłuższej  chwili  nie  mogła  się  zdecydować,  żeby  go  otworzyć. 
Nie wysłała mu zaproszenia, ale najwyraźniej musiał usłyszeć o 
jej  planach  od  kogoś  ze  znajomych.  To  było  jedyne  logiczne 
wytłumaczenie  faktu,  że  Kevin,  który  normalnie  nie  wysyłał 
nawet pocztówek, nagle do niej napisał. 

Zdecydowała się wreszcie, rozcięła kopertę, wyciągnęła list i 

szybko przebiegła go wzrokiem. 

 

background image

Droga Laro, Domyślam się, że jesteś zdziwiona moim listem. 

Ja sam jestem trochę  zaskoczony faktem, że  zdecydowałem się 
go  napisać.  Ale  tak  się  składa,  że  ostatnio  dużo  o  Tobie 
myślałem. 

Azalie,  które  posadziłaś  wokół  domu,  pięknie  rozkwitły. 

Lubię  siedzieć  w  ogrodzie  i  patrzeć  na  nie.  Przypomina  mi  się 
wtedy,  jak  kręciłaś  się  tutaj  w  tym  okropnym  kombinezonie  i 
zastanawiam  się,  jak  to  możliwe,  żeby  ktoś  ubrany  w 
wypłowiałe  drelichy  I  umorusany  ziemią  mógł  wyglądać  tak 
pięknie, jak Ty wyglądałaś. A przecież tak właśnie było. 

Odkąd wyjechałaś, często się zastanawiałem, czy to możliwe, 

żeby dziewczyna z wielkiego miasta, u progu wspaniałej kariery, 
mogła  się  z  dnia  na  dzień  przedzierzgnąć  w  wiejską  kobietę. 
Podejrzewam,  że  odpowiedź  na  to  pytanie  kryje  się  właśnie  w 
tych  wypielęgnowanych  przez  ciebie  azaliach,  w  ogrodzie,  o 
który  tak  dobrze  potrafiłaś  zadbać.  Teraz  zrozumiałem,  co 
znaczyło dla Ciebie dzieciństwo i miejsce, gdzie je spędziłaś i z 
którego byłaś taka dumna. 

Wczoraj  usłyszałem,  że  wychodzisz  za  mąż.  Jeśli  to  prawda, 

mam  nadzieję,  że  będziesz  szczęśliwa.  Mam  też  nadzieję,  że 
Twój drugi mąż okaże więcej rozumu od pierwszego. 

A jednak gdzieś w głębi serca przechowuję obraz nas obojga, 

Ciebie  i  mnie,  przemierzających  wspólnie  życie,  siedzących 
razem na werandzie, spoglądających na zachodzące za oceanem 
słońce.  Czuję,  że  przyszła  pora,  żebym  pożegnał  się  z  tym 
marzeniem. 

Bardzo  za  tobą  tęsknię,  Laro.  Żałuję,  że  tak  długo  trwało, 

zanim  zdałem  sobie  sprawę  z  tego,  jak  bardzo  Cię  kocham. 
Gdybyś kiedykolwiek potrzebowała mojej pomocy, odezwij się. 
Mam  nadzieję,  że  chociaż  to,  co  wspólnie  przeżyliśmy,  nie 
skończyło  się  najszczęśliwiej,  to  jednak  przyznasz,  że 

background image

spędziliśmy razem kilka takich chwil, dla których warto żyć. 

 
Kochający  
Kevin  
Lara starannie złożyła list i wsunęła go do koperty. Nie mogła 

opanować  drżenia  rąk,  a  spod  powiek  wypłynęły  jej  dwie  łzy. 
Zamknęła  oczy  i  siedziała  bez  ruchu.  Przez  jej  głowę 
przepływały wspomnienia, a serce wypełniło się ciepłem. 

 
Słońce miało się ku zachodowi. Zmęczony i zgrzany Tanner 

wsłuchiwał  się  w  dźwięki,  dobiegające  z  wnętrza  kombajnu. 
Zebrał  już  niemal  wszystko  i  jeśli  tylko  nie  zawiedzie  go 
maszyna,  pod  którą  spędził  tyle  godzin,  to  upora  się  z  pracą 
przed zmrokiem. 

I  wtedy  właśnie  zaskoczyła  go  po  raz  pierwszy  w  życiu. 

Nigdy wcześniej zmysły go nie zawiodły i zawsze wyczuwał jej 
nadejście na długo, zanim się pojawiła. A teraz nagle, tuż przed 
sobą, zobaczył Jodi. 

– Wróciłam – powiedziała po prostu. 
Pomimo  upału  ciałem  Tannera  wstrząsnął  dreszcz.  Czuł  w 

głowie  kompletną  pustkę.  Uświadomił  sobie,  że  nigdy  nie 
zastanowił się nad tym, co powie Jodi, gdy się pojawi. 

– Cześć, Jodi. Nie spodziewałem się, że cię jeszcze zobaczę. 
–  Przecież  ci  powiedziałam,  że  wrócę.  I  nawet  przysłałam 

kartkę. 

–  To  prawda  –  przyznał.  –  Po  prostu  myślałem,  że  znowu 

zmienisz  zdanie.  Czeka  na  ciebie  tyle  wspaniałych  miejsc. 
Takich, których jeszcze nigdy nie widziałaś. 

Miejsc, w które dobrze jest się wybrać latem. 
–  To  prawda,  że  jest  wiele  takich  miejsc  –  przyznała.  –  Ale 

chciałabym, żebyśmy je obejrzeli razem. 

background image

–  Nie  –  odpowiedział  zdecydowanym  tonem.  –  Nie  sądzę, 

żeby to był dobry pomysł. 

Jodi roztarta w dłoniach kłos pszenicy i wiatr porwał tysiące 

drobniuteńkich okruchów. 

– W takim razie zostanę z tobą. Spędzimy lato razem jak co 

roku. 

– Ale nie tego roku, Jodi. Na to już za późno. 
–  Na  nic  nie  jest  za  późno,  Tanner.  –  Zrobiła  krok  w  jego 

stronę,  ale  nie  wyciągnęła  do  niego  pierwsza  ręki.  Nigdy  tego 
nie robiła. 

–  Owszem  –  odpowiedział.  –  Nie  potrzebuję  już  nikogo  na 

lato. 

–  Teraz  zostanę  na  dłużej  –  szepnęła,  a  potem  powtórzyła 

głośniej:  –  Słyszysz  mnie,  Tanner?  Teraz  naprawdę  zostanę  na 
dłużej, obiecuję. 

– Daj spokój, Jodi. – Chwycił ją za ramiona i, nieoczekiwanie 

dla  siebie  samego,  potrząsnął.  –  Sama  nie  wierzysz  w  to,  co 
mówisz. Nie mogłabyś tu zostać, tak samo jak ja nie umiałbym 
stąd odejść. Ty i ja nie mamy ze sobą nic wspólnego. 

–  Może  i  nie  mamy,  ale  przecież  kochamy  się.  –  Po  raz 

pierwszy wyciągnęła do niego ręce. 

Tanner  puścił  ramiona  Jodi  i  chwycił  jej  dłonie,  tak  by  nie 

mogła go objąć. 

–  Nie,  nie  kochamy  się.  To,  co  nas  łączyło,  to  była  zwykła 

przyjaźń, bez wymagań i zobowiązań. Miłość jest czymś więcej, 
Jodi. 

– Masz kogoś, tak? – spytała. 
Tanner zamknął oczy, aby nie widzieć bólu na jej twarzy. 
– To nie ma żadnego znaczenia. Nasz związek już od dawna 

był tylko fikcją. 

 Ładna? 

background image

Mężczyzna zacisnął zęby. 
– Mówię ci, że tu nie chodzi o nikogo innego, tylko o nas. 
– Nie wierzę ci. 
Otworzył oczy i wzniósł je do góry, jakby się spodziewał, że 

nadspodziewanie  życzliwe  tego  roku  niebo  ześle  mu  jakąś 
odpowiedź. Tym razem jednak był zdany wyłącznie na siebie. 

Lara siedziała nad kartką papieru. 
 
Drogi  Kevinie,  Właśnie  dostałam  Twój  list  i  nie  potrafię 

wyrazić, jak bardzo mnie poruszył. 

Po  naszym  rozwodzie  były  takie  chwile,  podczas  których 

żałowałam,  że  kiedykolwiek  się  spotkaliśmy.  Teraz  dopiero 
zdaję  sobie  sprawę  z  tego,  jak  wiele  wniosłeś  w  moje  życie. 
Wiem, że nie oddałabym naszych wspólnych lat za żadne skarby 
świata. 

Masz  rację,  przeżyliśmy  ze  sobą  niejedną  taką  chwilę,  dla 

której warto żyć. Cieszę się, że i ty o tym pamiętasz. Nigdy bym 
nie odrzuciła szczęścia, które mi dałeś, tylko dlatego że pewnego 
dnia się skończyło. 

To,  co  słyszałeś,  to  prawda.  Wychodzę  za  mąż.  Tanner  jest 

wspaniałym  mężczyzną.  Mamy  wspólne  marzenia  i  plany  na 
przyszłość.  Wiem,  że  tym  razem  to  już  będzie  związek  na 
zawsze. 

Nie chciałabym, żebyś rezygnował ze swoich marzeń. Jestem 

pewna,  że  istnieje  gdzieś  kobieta,  która  byłaby  naprawdę 
szczęśliwa, siedząc z tobą na werandzie i patrząc na zachodzące 
słońce. Życzę ci, byś ją odnalazł. 

Pamiętaj,  że  i  ty  zawsze  możesz  na  mnie  liczyć,  i  gdybym 

mogła Ci w czymkolwiek pomóc, zaraz się do mnie odezwij. 

Lara  
– Chodź – powiedział Tanner, chwycił Jodi mocno pod rękę i 

background image

pociągnął za sobą. – Chcę ci coś pokazać. 

Prowadził  ją  przez  pola  na  farmę  i  do  ogrodu.  Kiedy  się 

wreszcie zatrzymali, Jodi powoli podeszła do spowitej w krzaki 
róż altany. 

–  Pięknie  –  powiedziała  wreszcie.  –  Ale  po  co  ją  właściwie 

remontowałeś? 

– Jako zadośćuczynienie za grzechy. 
– Nie rozumiem. 
–  To  była  dla  mnie  ciężka  zima,  Jodi.  Zrobiłem  dużo  takich 

rzeczy, które nie napawają mnie specjalną dumą. 

–  Tanner,  nie  mam  pojęcia,  o  czym  mówisz  i  nie  jestem 

pewna, czy chcę wiedzieć. 

– Muszę ci to powiedzieć. Próbowałem cię zabić. 
I  w  pewnym  sensie  nawet  mi  się  to  udało.  Zabiłem  w  sobie 

Jodi taką, o jakiej zawsze marzyłem i jaką zawsze chciałem tutaj 
mieć. 

Skrzyżował  ramiona  na  piersi  i  spojrzał  na  rozciągające  się 

przed  nimi  pola,  tak  jakby  ciągle  jeszcze  miał  przed  oczami 
ogień,  który  tamtej  pamiętnej  nocy  pochłonął  wszystko,  co 
łączyło go z Jodi. 

–  Pewnej  nocy  wyniosłem  przed  dom  wszystkie  pamiątki, 

jakie  mnie  z  tobą  wiązały  i  usypałem  wielki  stos.  A  potem 
wszystko  spaliłem.  Wszystko,  co  mi  kiedykolwiek  dałaś, 
wszystko, czego kiedykolwiek choćby dotknęłaś. 

Twarz  Jodi  zrobiła  się  szara  jak  popiół,  a  jej  błękitne  oczy 

rozszerzyło przerażenie. 

– Następnego dnia przyniosłem tutaj popiół i rozsypałem go. 

– Uniósł ręce i wskazał na ogród. – Potem poprzesadzałem róże i 
naprawiłem altanę. 

–  Zrobiłeś  to  dla  mnie?  –  spytała.  –  Żebyśmy  mogli  zacząć 

wszystko od nowa? 

background image

–  Nie,  Jodi,  nie  zrobiłem  tego  dla  ciebie.  Zrobiłem  to,  żeby 

samemu zacząć wszystko od nowa i żeby kobieta, którą kocham, 
uwierzyła,  iż  potrafię  zapomnieć  o  przeszłości  i  zacząć  żyć 
przyszłością. 

– A więc masz kogoś? – spytała drżącym głosem. 
Znajomy  czerwony  plecak  upadł  na  ziemię,  gdy  oburącz 

schwyciła się poręczy. 

– Nie chciałem cię zranić, ale nie mogę cię okłamywać. 
Jodi  puściła  poręcz,  weszła  do  wnętrza  altany  i  machinalnie 

pogładziła hamak. 

– Mów, ja słucham. 
–  Masz  rację.  Jest  inna  kobieta.  Bardzo  ją  kocham,  za  kilka 

tygodni  mamy  wziąć  ślub.  Tutaj,  w  tym  ogrodzie.  Myślę,  że 
jesteśmy dla siebie stworzeni. 

Łączą  nas  marzenia  i  wspólne  plany,  a  przede  wszystkim 

miłość, silniejsza, niżbym kiedykolwiek przypuszczał. 

– Zawsze myślałam, że mnie kochasz. 
– Jesteś mi bardzo bliska, Jodi. Bardzo bym chciał, żebyś była 

szczęśliwa i mam nadzieję, że znajdziesz sobie kogoś, kto będzie 
do  ciebie  pasował  równie  dobrze,  jak  ja  i  Lara  pasujemy  do 
siebie. Ale boję się, że nie będziesz potrafiła tego zrobić, dopóki 
nie  zrezygnujesz  ze  złudzeń.  Bo  myślę,  że  do  tego  sprowadzał 
się w rzeczywistości nasz związek. Do złudzeń. 

–  Nie!  Jestem  pewna,  że  miedzy  nami  było  coś  więcej  – 

zaprotestowała  gwałtownie.  –  Wiem,  że  było.  I  wiem,  że  jeśli 
tylko będziemy chcieli, to może być znowu. 

–  Posłuchaj  mnie  –  poprosił.  –  Zdarzyło  ci  się  maszerować 

przez  pustynię.  Znasz  niebezpieczeństwo,  jakim  jest 
fatamorgana.  Wydaje  ci  się,  że  widzisz  wodę,  bo  pragniesz  ją 
widzieć. Ale jeśli powędrujesz ku takiemu złudnemu obrazowi, 
czeka cię śmierć. Jeżeli człowiek nie chce zginąć na pustyni, to 

background image

musi iść tak długo, aż dotrze do prawdziwej oazy. 

Porywczo potrząsnęła głową. 
– Nie, nie, nie! 
Tanner  podszedł  bliżej,  ale  nie  wszedł  do  altany.  Jego  głos 

zabrzmiał mocniej. 

– Posłuchaj, Jodi. Życie jest jak pustynia. Ty i ja za wcześnie 

przestaliśmy szukać. Zadowoliliśmy się złudzeniami, bo to było 
łatwiejsze,  niż  żyć  prawdziwym  życiem.  Ale  to  było  tylko 
oszukiwanie  się,  dziecinko.  A  wiem,  że  ty,  tak  jak  ja,  nie 
chciałabyś się oszukiwać. To nie jest miejsce dla ciebie, Jodi. A 
ja  nie  jestem  mężczyzną,  jakiego  ci  potrzeba.  Ale  taki 
mężczyzna  na  pewno  gdzieś  jest,  musisz  go  tylko  dobrze 
poszukać. 

–  Powiedz  mi,  w  takim  razie,  na  czym  polega  różnica, 

Tanner? Jak mogę poznać swoje przeznaczenie, skoro tak długo 
pozwalałam się zwodzić złudzeniom? 

–  Ja  też  długo  ulegałem  złudzeniom,  Jodi.  Wszystko,  co  ci 

mogę  powiedzieć  to  tyle,  że  choć  człowiek  może  latami  jeść 
piasek i mieć poczucie, że pije wodę, to kiedy tylko spadnie na 
niego  jedna  kropla  prawdziwego  deszczu,  już  nigdy  więcej  się 
nie  pomyli.  Nic  więcej  nie  mogę  dodać.  Kiedy  spotkasz  swoją 
prawdziwą  miłość,  to  jestem  pewny,  że  natychmiast  wszystko 
zrozumiesz.  Nie  potrafię  ci  tego  opisać,  tak  jak  nie  potrafię  ci 
opisać deszczu. Musisz to sama przeżyć. 

Wyciągnął rękę i uniósł łańcuszek, na którym zawieszony był 

medalion. 

– Wiesz, myślę, że już wtedy powinniśmy byli zrozumieć, że 

naprawdę nie jesteśmy stworzeni dla siebie. Tobie nie potrzeba 
kogoś,  kto  by  na  ciebie  czekał,  kogoś,  kto  by  prosił,  żebyś  do 
niego wróciła. 

Potrzeba ci kogoś, kto wędrowałby razem z tobą. 

background image

Jodi milczała przez długą chwilę, potem spojrzała Tannerowi 

w oczy i powiedziała: 

– Mam nadzieję, że ona doceni to, co znalazła. 
– Wolałbym, żebyś to ty potrafiła docenić to, co znalazłem. 
– Doceniam, ale musisz mi wybaczyć, że nie wezmę udziału 

w  świętowaniu twojego  szczęścia.  –  Pochyliła  się  na  moment  i 
jednym szybkim ruchem zarzuciła plecak na ramię. 

– Jodi, zaczekaj. Nie odchodź tak. 
–  Czemu  nie?  To  nie  jest  miejsce  dla  mnie.  Sam  tak 

powiedziałeś. 

– Będę się o ciebie martwił. 
Uśmiechnęła się do niego smutno. 
–  Zawsze  się  za  bardzo  martwisz,  Tanner.  Ale  teraz  już  nie 

musisz. Po raz pierwszy wiem przynajmniej, czego mam szukać. 

– Posłuchaj, jeśli kiedykolwiek będziesz czegoś potrzebowała 

albo jeżeli będziesz szukała miejsca... 

– Jasne. Dam ci znać. 
–  Niech  to  diabli,  Jodi!  Naprawdę  jesteś  dla  mnie  kimś 

bliskim. 

– Wiem. 
Zawahała się przez chwilę i dodała zupełnie innym tonem: 
– Jak na złudzenie, to nie było takie najgorsze, no nie? 
– Masz rację. 
Musnęła  ustami  policzek  Tannera  i  odwróciła  się,  żeby 

odejść. Złapał ją za ramię, pogrzebał przez moment w kieszeni i 
podał jej małą srebrzystą monetę. 

– Na telefon? 
–  Albo  na  kartkę.  Kiedy  już  znajdziesz  to,  czego  ciągle 

szukasz. 

Jodi  podrzuciła  monetę  i  schowała  do  kieszeni.  Potem 

odwróciła się i odeszła. 

background image

– Obiecaj, że dasz mi znać! – zawołał za nią. 
Odwróciła  się  dopiero  po  chwili,  nie  przestając  się  od  niego 

oddalać. Wiatr przyniósł mu jej ostatnie słowo: 

– Obiecuję! 
 
Ledwo  Lara  wrzuciła  list  do  skrzynki,  pojawił  się  przed  nią 

pierwszy posłaniec. 

–  Laro,  chwała  Bogu,  że  cię  wreszcie  znalazłam!  –  Susan 

wyskoczyła z krzywo zaparkowanego samochodu i podbiegła do 
Lary. 

–  Czy  coś  się  stało?  –  zapytała,  przestraszona  zachowaniem 

przyjaciółki. 

–  Zależy,  jak  na  to  spojrzeć.  Jodi  wróciła.  Jest  tutaj,  w 

Morristown.  Widziałam  ją  na  własne  oczy.  Szła  wzdłuż 
autostrady, w kierunku farmy Tannera. 

– Jesteś pewna, że to była ona? 
–  Absolutnie.  –  Dla  podkreślenia  wagi  swoich  słów  Susan 

wzniosła rękę do góry. 

Lara westchnęła. 
– Przynajmniej będziemy to mieli z głowy przed ślubem. 
Spokój,  z  jakim  przyjęła  nadzwyczajną  nowinę,  wprawił 

Susan w osłupienie. 

– To wszystko, co masz do powiedzenia? Nie martwisz się? 
–  A  czemu  miałabym  się  martwić?  Przecież  sama  mnie 

przekonywałaś, że Tanner już jej nie kocha. 

– No tak, ale... 
– Ale teraz już nie jesteś taka pewna? To chcesz powiedzieć? 
– Nie, jestem pewna, że Tanner cię kocha, ale... 
Lara roześmiała się ze swobodą, do jakiej jeszcze przed kilku 

tygodniami  nie  byłaby  zdolna.  Pomysł,  by  poczekać  ze  ślubem 
okazał się naprawdę świetny. Z dnia na dzień rosło jej zaufanie i 

background image

miłość  do  Tannera.  Teraz  była  już  pewna,  że  powrót  Jodi  nie 
stanowi  dla  niej  większego  zagrożenia  niż  dla  McNeila  list 
Kevina. 

– Czego się po mnie spodziewałaś, Susan? Że za nią popędzę? 

Że będę jej próbowała wybić z głowy spotkanie z Tannerem? 

– Właściwie  – przyznała przyjaciółka  – to  spodziewałam się 

właśnie czegoś takiego. 

Lara potrząsnęła głową. 
–  Przykro  mi,  ale  muszę  cię  rozczarować.  To  nie  jest  moja 

sprawa. On sam musi z nią porozmawiać i wierzę, że powie jej 
wszystko, co trzeba. 

Przez  długą  chwilę  Susan  wpatrywała  się  w  twarz 

przyjaciółki. 

–  Zmieniłaś  się  –  powiedziała  w  końcu.  –  Jeszcze  parę 

tygodni temu na myśl o Jodi byłaś jednym kłębkiem nerwów. 

– Czas najlepiej pozwala zobaczyć wszystko we właściwych 

proporcjach  –  odpowiedziała  Lara.  –  Przez  tych  kilka  tygodni 
zrozumiałam, jak bardzo Tanner mnie kocha, jak ja go kocham, 
nauczyłam się ufać mu. Powrót Jodi naprawdę mnie nie martwi. 

– Tego ci zazdroszczę – wyznała szczerze Susan. 
– Bardzo bym chciała umieć jeszcze kiedyś zaufać Hankowi. 
–  Zobaczysz,  że  przyjdzie  taka  chwila.  A  teraz  chodź, 

zaparkuj porządnie samochód, napijemy się kawy. 

Ledwo usiadły, gdy do kawiarni wpadła zdyszana Kelly. 
– Laro, nigdy nie zgadniesz, kogo przed chwilą widziałam! 
Siedzące kobiety wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. 
–  Przykro  mi,  Kelly  –  odezwała  się  Susan  –  ale  byłam 

pierwsza. 

– To co ty tu jeszcze robisz? Chodźmy! 
– Dokąd? – spytała Lara. 
– Na farmę! Przecież ona poszła w tamtą stronę! 

background image

– Lepiej siądź z nami i napij się kawy, Kelly. 
– Ale... 
–  Siadaj,  siadaj.  Lara  zdecydowała,  że  Tanner  sam  najlepiej 

wszystko załatwi. 

Kelly usiadła, patrząc na przyjaciółki z niedowierzaniem. 
– Macie sklerozę czy co? Już zapomniałyście, kim jest Jodi? 
– O niczym nie zapomniałam, a w dodatku jestem młodsza od 

ciebie, więc nie masz co liczyć, że pierwsza dostanę sklerozy. – 
Lara spokojnie dokończyła kawę. 

–  Nie  mogę  uwierzyć,  że  możesz  tu  tak  spokojnie  siedzieć, 

kiedy ona idzie, by ci sprzątnąć sprzed nosa faceta. 

– Jodi nie chce mi nikogo sprzątnąć sprzed nosa. 
Wróciła tu, żeby zobaczyć, czy Tanner jeszcze na nią czeka. 

Kiedy  jej  powie,  że  przyszła  za  późno,  to  po  prostu  ruszy  w 
swoją drogę. 

– Jesteś pewna, że to takie łatwe? – Kelly nie mogła uwierzyć 

w spokój przyjaciółki. 

– Nic nie jest w życiu łatwe. Jestem pewna, że dla nich obojga 

to będzie trudna rozmowa. Ale to nie znaczy, że sobie z tym nie 
poradzą beze mnie. 

– Daj spokój – powiedziała Susan. – Lara ma rację. 
Kelly  nie  wyglądała  na  przekonaną,  ale  zrezygnowała  z 

dalszych protestów i zamówiła kawę. 

–  Może  i  ma.  W  końcu  to  ona  okazała  się  najbardziej 

operatywna z nas wszystkich, jeśli chodzi o mężczyzn. 

–  No,  właśnie  –  odezwała  się  Susan.  –  Słuchaj,  Laro,  skąd 

wytrzasnęliście  tych  wszystkich  facetów,  z  którymi  nas  po 
umawialiście? W życiu nie widziałam większych idiotów. 

Lara  musiała  udawać,  że  zakrztusiła  się  kawą,  by  ukryć 

chichot, którego nie mogła opanować. 

–  Bardzo  mi  przykro,  dziewczyny,  ale  wygląda  na  to,  że 

background image

miałyście rację. W tej okolicy faktycznie trudno o przyzwoitego 
faceta. 

– Zgadzam się z Susan – dodała Kelly. – Na przyszłość, jeżeli 

nie  trafi  się  wam  nic  ciekawszego  niż  do  tej  pory,  to  lepiej  w 
ogóle z nikim nas nie umawiajcie. 

– No, trudno, jak nie, to nie. – Lara poddała się bez oporu. – 

Po prostu chcieliśmy wam wyświadczyć przysługę. 

– Raczej odpłacić nam za przysługę  – poprawiła ją Susan. – 

Ale  nie  wyobrażajcie  sobie,  że  napuszczając  na  nas  tych 
dzikusów,  zdołacie  kiedykolwiek  wyrównać  z  nami  rachunek. 
Kelly i ja będziemy musiały zastanowić się nad innym sposobem 
odebrania naszej należności. 

Lara zrobiła smutną minę i pokręciła głową. 
– Niektórym naprawdę trudno dogodzić. 
W  tym  momencie  ktoś  energicznie  otworzył  drzwi  I  do 

kawiarni wkroczył Hank Metcalf. Rozejrzał się po sali i klucząc 
między stolikami, ruszył w kierunku przyjaciółek. 

Zatrzymał  się  przed  nimi,  zdjął  kapelusz  i  każdą  z  kobiet 

powitał szybkim skinieniem głowy, wypowiadając przy tym jej 
imię. 

– Kelly, Laro – po krótkim wahaniu dorzucił: 
– Susan. 
–  Cześć,  Hank  –  powiedziała  Lara  z  uśmiechem,  mającym 

rozładować  nastrój  napięcia  i  wrogości,  jaki  natychmiast 
zapanował przy stoliku. – Co cię sprowadza? 

–  Ja...  Przyszło  mi  do  głowy,  że  może  dobrze  byłoby,  byś 

wiedziała... 

–  Jeśli  chodzi  ci  o  to,  że  w  mieście  jest  Jodi,  to  już 

zdążyłyśmy to Larze powiedzieć. Dziękujemy. Nie będziemy cię 
zatrzymywać, Hank. – Kelly była nieubłagana. 

Susan  tylko  patrzyła  na  całą  scenę  w  milczeniu.  Metcalf 

background image

zmierzył Kelly wrogim spojrzeniem, ale zignorował jej słowa. 

– Nie chodzi mi o to, że Jodi wróciła, tylko o to, że właśnie 

wyniosła  się  z  farmy.  Poszła  na  południe,  no,  może  na 
południowy  wschód.  Pomyślałem,  że  chyba  byłoby  dobrze, 
żebyś o tym wiedziała. 

–  Dzięki,  Hank.  Bardzo  się  cieszę,  że  o  mnie  pomyślałeś.  – 

Lara dopiła kawę i wstała od stolika. 

– Przepraszam was, pora na mnie. Pojadę na farmę zobaczyć, 

jak się ma Tanner. Do zobaczenia. 

 
Zastała go w hamaku. Na jej widok uśmiechnął się szeroko i 

wyciągnął  ramiona.  Lara  pogrążyła  się  w  jego  uścisku  bez 
najmniejszego wahania. 

– Była tu Jodi – powiedział cicho. 
– Wiem. 
Zaskoczony uniósł brwi. 
– W tym miasteczku nic się nie ukryje – wyjaśniła. 
– Widzieli ją i Susan, i Kelly, i Hank. I każde zaraz przyszło, 

żeby mnie ostrzec. 

Mężczyzna właściwie nawet nie był zdziwiony. 
–  Szkoda,  że  mnie  nikt  nie  ostrzegł.  Kompletnie  mnie 

zaskoczyła. Naprawdę się jej nie spodziewałem. 

Lara uśmiechnęła się bez słowa. 
– Wiem. Jodi mówiła, że wróci, i ty mówiłaś, że ona wróci, i 

to wyłącznie moja wina, że nie chciałem wam wierzyć. 

Lara wyciągnęła dłoń i pogłaskała go po twarzy. 
– No i co się tu działo? Opowiedziałeś jej o nas? 
Tanner skiną) głową. 
–  Tak,  i  próbowałem  jej  wszystko  jakoś  wyjaśnić,  ale  to  nie 

było  proste.  Nie  jestem  pewny,  czy  Jodi  rzeczywiście 
zrozumiała, o co mi chodzi. 

background image

– A o co ci chodzi? – spytała Lara. 
– O to, że wszystko, co nas łączyło, było tylko złudzeniem. Ze 

to  nie  było  coś  prawdziwego.  Ze  któregoś  dnia  spotka  takiego 
mężczyznę,  jakiego  jej  naprawdę  trzeba,  i  wtedy  wszystko 
zrozumie.  Ale  nie  jestem  pewny,  czy  umiałem  ją  o  tym 
przekonać. 

–  Sama  się  przekona  któregoś  dnia.  Przypomnij  sobie,  ile 

czasu minęło, nim ty zrozumiałeś. Jodi musi przebrnąć przez to 
samo. Może to potrwa, ale w końcu na pewno cię zrozumie. 

– Wiem. Chciałem po prostu, żeby to było dla niej łatwiejsze. 
Lara przytuliła się mocno do Tannera. Przyjemnie było czuć 

nad głową jego twardy podbródek a na plecach szorstką, mocną 
rękę. 

– Dostałam dziś Ust od Kevina. 
Dłoń  mężczyzny  na  moment  znieruchomiała,  ale  zaraz 

podjęła swój powolny, pieszczotliwy ruch. 

– No i co napisał? 
–  Że  słyszał  od  kogoś,  iż  wychodzę  za  mąż.  Że  życzy  mi 

wszystkiego  najlepszego  i  pisze,  że  gdybym  czegoś 
potrzebowała, to zawsze mogę się do niego zwrócić. 

Tanner uniósł lekko głowę, a ruchy jego dłoni stały się przez 

moment jakby mniej pewne. 

– Myślisz, że Kevin by chciał, żebyś do niego wróciła? 
– Nie, myślę, że miał na myśli dokładnie to, co napisał. 
– Chcesz mu odpisać? 
–  Już  to  zrobiłam.  Napisałam,  że  jestem  szczęśliwa  i  że 

któregoś  dnia  on  też  znajdzie  sobie  taką  kobietę,  jakiej  mu 
naprawdę potrzeba. 

Objął  ją  mocniej  i  przytulił.  Lara  pocałowała  go  w  pierś,  a 

potem przyłożyła ucho, żeby usłyszeć bicie serca. 

Czas  mijał  powoli,  słońce  chowało  się  za  horyzontem,  po 

background image

ciemniejącym  niebie  przesuwały  się  chmury,  ale  dla  Lary  i 
Tannera to wszystko nie miało teraz żadnego znaczenia. Ich cały 
świat mieścił się razem z nimi w hamaku, łagodnie kołyszącym 
się pośród róż. 

 
15  czerwca,  na  werandzie  pewnego  domu,  położonego  nad 

brzegiem  oceanu,  siedział  samotny  mężczyzna.  Czekał  na 
zachód słońca i z goryczą myślał o swojej samotności. 

Gdzieś na wschód od niego, wzdłuż wybrzeża, przesuwał się 

niewielki  czerwony  plecak,  którego  właścicielka  także 
wpatrywała  się  w  Unię  łączącą  ocean  z  niebem  i  zastanawiała 
nad sposobami odróżnienia wody od piasku. 

W  Morristown,  w  Arkansas,  też  panowała  piękna  pogoda. 

Hamak  został  chwilowo  usunięty  z  otulonej  kwiatami  altany. 
Świadkowie  zerkali  ku  sobie  z  wyraźnym  zakłopotaniem,  a 
druhna  nie  bardzo  wiedziała,  co  począć  z  drużbą,  który 
poświęcał jej zdecydowanie więcej uwagi, niż wypadało w tych 
okolicznościach. 

Państwo  młodzi  nie  wymagali  od  nikogo  zbyt  wiele. 

Pochłonięci  sobą,  zapomnieli  dosłownie  o  całym  świecie. 
Zamiast  powtarzać  tradycyjne  słowa  małżeńskiej  przysięgi, 
powiedzieli kilka prostych zdań. 

–  Laro  Jamison,  jesteś  moim  światem.  Słońcem,  w  którym 

rosnę, deszczem, który dodaje mi sił do życia, księżycem, który 
wypełnia  moje  sny.  Bez  ciebie  żyłbym  jak  na  bezludnej 
planecie, bez żadnych pragnień ani celów. Jeżeli obdarzysz mnie 
miłością, to  obiecuję  zawsze o nią dbać i  odpłacić ci  za nią po 
stokroć. 

–  Masz  moją  miłość,  Tannerze  McNeil.  Razem  będziemy 

siać,  razem  chronić  nasze  uprawy  i  razem  zbierać  plony.  Nie 
pragnę  niczego,  prócz  twojej  miłości,  jeżeli  mi  ją  dasz,  to 

background image

odpłacę  ci  wzajemnością  i  oddaniem  i  będę  stać  przy  tobie  w 
dobrym i złym, przez wszystkie pory roku.