background image

VLADIMIR NABOKOV

 

PRAWDZIWE śYCIE SEBASTIANA 

KNIGHTA

 

(PrzełoŜył Michał Kłobukowski) 

background image

Sebastian  Knight  urodził  się  31  grudnia  1899  roku  w  niegdysiejszej  stolicy  mego 

kraju.  Pewna  leciwa  Rosjanka,  która  z  niejasnych  powodów  błagała,  Ŝebym  zachował  w 

tajemnicy jej nazwisko, pokazała mi w ParyŜu pamiętnik z dawnych lat. W owej zamierzchłej 

epoce  działo  się  najwidoczniej  tak  niewiele,  Ŝe  zapis  codziennych  drobiazgów  (próba 

utrwalenia własnej osoby; zawsze nieudana) w notatniku tej damy nieomal się sprowadzał do 

krótkiej  relacji  o  pogodzie  panującej  w  poszczególnych  dniach;  zauwaŜmy  przy  okazji,  Ŝe 

prywatne  dzienniki  władców  -  choćby  nie  wiedzieć  ile  nieszczęść  spadło  na  ich  królestwo  - 

poświęcone  są  głównie  temu  właśnie  tematowi.  PoniewaŜ  szczęśliwy  traf  bywa  istotnie 

szczęśliwy i trafny tylko wtedy, kiedy nie próbujemy nim sterować, drogą tą wpadł mi w ręce 

łup,  jakiego  nigdy  moŜe  nie  byłbym  wytropił  polując  na  upatrzonego.  Mogę  zatem 

poinformować czytelnika, iŜ ranek w dniu narodzin Sebastiana był bezwietrzny, temperatura 

wynosiła minus dwanaście stopni (w skali Reaumura)... innych danych nasza poczciwa dama 

nie  uznała  jednak  za  godne  odnotowania.  Po  namyśle  stwierdzam,  Ŝe  właściwie  nie  muszę 

dochowywać  sekretu.  Wydaje  się  niepodobieństwem,  aby  miała  przeczytać  tę  ksiąŜkę. 

Nazywała się - i nazywa - Olga Olegowna Orłowa: szkoda byłoby zataić przed czytelnikiem 

tak jajowatą aliterację. 

Komuś,  kto  niewiele  w  Ŝyciu  podróŜował,  sucha  relacja  owej  damy  nie  moŜe 

uzmysłowić wszystkich uroków zimowego dnia w Petersburgu; wyobraźmy sobie najczystszy 

przepych  nieba  bez  chmur,  hen,  wysoko,  które  nie  ma  grzać  ciała,  lecz  tylko  cieszyć  oko; 

połysk kolein wyjeŜdŜonych przez sanie na przestronnych ulicach pokrytych śniegiem mocno 

ubitym, a między śladami płóz zbrązowiałym od soczystego łajna; kolorowy pęk baloników w 

ręku  przekupnia  opasanego  fartuchem;  łagodny  zarys  kopuły  lśniącej  złotem, 

przypudrowanym  i  zmatowionym  przez  okwiat  szronu;  brzozy  w  ogrodach  publicznych,  aŜ 

do  najdrobniejszej  gałązki  obrysowane  bielą;  skrzyp  i  dzwonki  ulicznej  sanny...  a  swoją 

drogą,  gdy  człowiek  patrzy  na  starą  widokówkę  (taką  jak  ta,  którą  właśnie  połoŜyłem  na 

biurku,  Ŝeby  dziecko  pamięci  mogło  chwilę  poigrać),  zdumiewa  go  obyczaj  dawnych 

rosyjskich doroŜkarzy, pozwalający skręcać za lada kaprysem, gdziekolwiek i jakkolwiek się 

zachce,  tak  Ŝe  zamiast  równego,  świadomego  własnej  sztuczności  strumienia  aut  znanego 

nam z dzisiejszych ulic widzimy - na tejŜe malowanej fotografii - jezdnię rozległą niby sen i 

doroŜki sunące skosem, kaŜda inaczej, a wszystko to pod niewiarygodnie błękitnym niebem, 

w oddali automatycznie przetapiającym się w róŜowy rumieniec mnemonicznego banału. 

background image

Nie  udało  mi  się  zdobyć  fotografii  budynku,  w  którym  Sebastian  przyszedł  na  świat, 

ale  dobrze  znam  ten  dom,  bo  sam  się  w  nim  urodziłem  jakieś  sześć  lat  później.  Mieliśmy 

wspólnego  ojca:  rozwiódłszy  się  z  matką  Sebastiana  niebawem  oŜenił  się  powtórnie.  O  tym 

drugim  małŜeństwie  nie  ma,  o  dziwo,  ani  słowa  w  Tragedii  Sebastiana  Knighta  pióra  pana 

Goodmana (ukazała się w roku 1936; będzie jeszcze okazja, Ŝeby do niej szerzej nawiązać); 

jej  czytelnicy  z  pewnością  uznają  mnie  za  postać  nie  istniejącą  -  podrabianego  krewniaka, 

rozgadanego  samozwańca;  ale  sam  Sebastian  w  najbardziej  autobiograficznym  ze  swych 

utworów (czyli w Utraconej własności)  ciepło się wyraŜa o mojej matce, ja zaś sądzę, Ŝe w 

pełni  zasłuŜyła  ona  na  tych  parę  słów.  Informacje  podane  przez  prasę  angielską  po  śmierci 

Sebastiana, jakoby ojciec jego zginął w pojedynku w roku 1913, teŜ są nieścisłe; prawda jest 

taka, Ŝe raniony kulą w pierś stopniowo wracał do zdrowia, lecz po upływie całego 6 miesiąca 

nabawił się przeziębienia, którego nie wytrzymało na wpół zagojone płuco. 

Ten dzielny wojak, a zarazem Ŝyczliwy, wesół i  pełen werwy człowiek  miał w sobie 

niepokój  i  Ŝyłkę  awanturniczą;  Sebastian  odziedziczył  te  cechy  i  uzewnętrznił  je  w  swym 

pisarstwie.  Gdy  zeszłej  zimy  na  śniadaniu  literackim  w  londyńskiej  dzielnicy  South 

Kensington  rozmowa  zahaczyła  o  przedwczesną  śmierć  Sebastiana  Knighta,  pewien 

znamienity  a  leciwy  krytyk,  którego  błyskotliwość  i  uczoność  zawsze  podziwiałem, 

zauwaŜył: 

-  Biedny  Knight!  Miał  właściwie  w  Ŝyciu  dwa  okresy:  najpierw  był  nijakim 

człowiekiem i pisał łamaną angielszczyzną, a potem załamał się jako człowiek i zaczął pisać 

po angielsku w sposób nijaki. 

Brzydki to przytyk, brzydki z kilku powodów, aŜ nazbyt łatwo jest bowiem mówić o 

zmarłym  autorze  za  grzbietami  jego  ksiąŜek.  Chciałbym  wierzyć,  Ŝe  sam  Ŝartowniś  nie 

wspomina  z  dumą  tego  akurat  dowcipu,  skoro  recenzując  przed  paroma  laty  utwory 

Sebastiana Knighta okazywał znacznie większą powściągliwość. 

Rzeczywiście  trzeba  jednak  przyznać,  Ŝe  choć  Ŝycie  Sebastiana  bynajmniej  nie  było 

nijakie,  w  pewnym  sensie  brakowało  mu  tego  niesłychanego  wigoru,  którym  odznacza  się 

jego  pisarstwo.  Ilekroć  otwieram  tę  czy  inną  spośród  ksiąŜek  brata,  mam  wraŜenie,  Ŝe  do 

pokoju  wtargnął  mój  ojciec;  poznaję  charakterystyczny  ruch,  jakim  otwierał  raptem  drzwi  i 

natychmiast  dopadał  potrzebnej  mu  rzeczy  lub  kochanej  istoty.  Pierwsze  odczucie  jest  w 

takich razach zawsze jednakie: zapiera mi dech, znienacka odrywam się od podłogi i unoszę, 

wciąŜ  jeszcze  trzymając  w  ręku  pół  nakręcanej  kolejki,  gdy  kryształki  Ŝyrandola 

niebezpiecznie  zbliŜają  się  do  mej  głowy.  Za  chwilę  ojciec  spuści  mnie  z  powrotem  na 

podłogę  -  równie  nagle,  jak  porwał  na  ręce,  niczym  proza  Sebastiana,  której  podmuch 

background image

pozbawia  czytelnika  gruntu  pod  nogami,  aby  wnet  cisnąć  zszokowaną  ofiarę  w  radosną 

przyziemność następnego szalonego akapitu. Wydaje mi się teŜ, Ŝe pewne ulubione Ŝarty ojca 

rozwinęły  się  w  fantastyczne  kwiaty  na  kartach  tak  typowych  dla  Knighta  powieści,  jak 

Albinosy  w  czerni  czy  Dziwna  góra  -  być  moŜe  najlepszy  z  jego  utworów,  historia  piękna  i 

dziwaczna, która zawsze przywodzi mi na myśl dziecko śmiejące się przez sen. 

Ojciec  mój,  podówczas  młody  gwardzista  na  urlopie,  poznał  Wirginię  Knight  za 

granicą  -  o  ile  mi  wiadomo,  we  Włoszech.  Ich  pierwsze  spotkanie  miało  jakiś  związek  z 

polowaniem  na  lisa  w  Rzymie  w  początkach  lat  dziewięćdziesiątych,  nie  umiem  jednak 

powiedzieć,  czy  wiem  to  od  matki,  czy  teŜ  podświadomie  zapamiętałem  nieostre  zdjęcie  z 

albumu  rodzinnego.  Ojciec  długo  się  starał  o  rękę  panny.  Była  ona  córką  zamoŜnego  jego-

mościa  nazwiskiem  Edward  Knight.  Nic  więcej  nie  wiem  o  tym  panu,  ale  babka,  kobieta 

surowa  i  władcza  (pamiętam  jej  wachlarz,  mitenki,  jej  zimne,  białe  palce),  zawzięcie  się 

sprzeciwiała  planowanemu  małŜeństwu  i  opowiadała  o  swych  ówczesnych  zastrzeŜeniach 

całe  sagi  nawet  wtedy,  gdy  syn  jej  miał  juŜ  drugą  Ŝonę,  zgaduję  więc,  Ŝe  rodzina  Knightów 

(kimkolwiek byli ci ludzie, których nazwisko znaczy „rycerz”, a zarazem „konik szachowy”) 

niezupełnie  dorastała  do  wymagań  (cokolwiek  wyznaczało  ich  poziom)  karmazynów  Rosji 

starego ładu. Nie jestem teŜ pewien, czy pierwsze małŜeństwo ojca nie kłóciło się w ten lub 

inny sposób z pułkową tradycją; w kaŜdym razie zaczął on robić w wojsku prawdziwą karierę 

dopiero podczas wojny japońskiej, czyli wtedy, kiedy Ŝona juŜ go opuściła. 

Straciłem ojca będąc jeszcze dzieckiem. Dopiero znacznie później - w roku 1922, na 

kilka  miesięcy  przed  ostatnią  operacją,  której  juŜ  nie  przeŜyła  -  matka  uznała,  Ŝe  trzeba  mi 

powiedzieć o paru sprawach. Ojciec nie był szczęśliwy w pierwszym małŜeństwie. OŜenił się 

z  kobietą  dziwną,  z  niespokojną,  lekkomyślną  istotą,  dręczoną  jednak  innym  niepokojem 

aniŜeli  ten,  który  on  sam  w  sobie  nosił.  Niepokój  ojca  skłaniał  go  do  wytrwałych  dąŜeń, 

zmieniających kierunek dopiero po osiągnięciu celu. Ona natomiast ścigała swe mrzonki bez 

przekonania, kapryśną, krętą drogą, juŜ to mocno z niej zbaczając, juŜ to zapominając o niej 

w  pół  kroku;  tak  właśnie  w  taksówce  zapomina  się  parasola.  Darzyła  ojca  jakimś  tam 

uczuciem, lecz było to uczucie, mówiąc najłagodniej, o niestałej mocy,  a  gdy pewnego dnia 

przyszło jej na myśl, Ŝe być moŜe zakochała się w innym (ojciec nigdy nie usłyszał z jej ust 

nazwiska  rywala),  opuściła  męŜa  i  dziecko  z  taką  samą  nagłością,  z  jaką  kropla  deszczu 

zsuwa  się  po  liściu  bzu  w  stronę  czubka.  Porzucony  liść  utraciwszy  świetliste  brzemię 

raptownie  targnie  się  w  górę;  targnięcie  to  musiało  sprawić  ojcu  szalony  ból.  Niechętnie 

myślę o tamtym dniu w paryskim hotelu, kiedy to czteroletnim mniej więcej Sebastianem nie 

dość starannie zajmowała się zdumiona niańka, a ojciec siedział zamknięty u siebie w pokoju, 

background image

„reprezentującym  ten  specjalny  typ  pokoi  hotelowych,  doskonale  przystosowanych  do  roli 

scen,  na  których  się  rozgrywają  najgorsze  tragedie:  zamarły  zegar  pokryty  śniedzią  (z 

nawoskowanym  wąsem  godziny  za  dziesięć  druga),  stojący  pod  szklaną  kopułą  na  niecnym 

kominku, weneckie okno z oszołomioną muchą między muślinem a szybą, na mocno zuŜytej 

bibule próbka papieru z hotelowej papeterii”. Cytat ten, pochodzący z Albinosów w czerni, nie 

wiąŜe  się  dosłownie  z  tą  akurat  katastrofą,  zawiera  jednak  wspomnienie  dziecka 

grymaszącego  na  ponurym  dywanie  hotelowym:  nie  ma  co  robić,  a  czas  tak  dziwacznie  się 

rozciąga, czas zbłąkany, rozlazły... 

Dzięki  wojnie  na  Dalekim  Wschodzie  ojciec  mógł  na  szczęście  pogrąŜyć  się  w 

działaniu, które - nawet jeśli nie pozwoliło mu zapomnieć Wirginii - przywróciło wiarę w to, 

Ŝ

e  jednak  Ŝyć  warto.  Jego  Ŝywiołowy  egotyzm  był  jedynie  przejawem  męskiej  witalności, 

wcale zatem nie kłócił się z właściwą ojcu wielkodusznością. Wiekuista udręka, nie mówiąc 

juŜ  o  samozniszczeniu,  z  pewnością  wydałaby  mu  się  niegodnym  rozwiązaniem,  haniebną 

kapitulacją.  Gdy  w  1905  roku  ponownie  się  oŜenił,  niewątpliwie  doznał  satysfakcji,  oto 

bowiem wziął górę w rozgrywce z przeznaczeniem. 

W roku 1908 znów pojawiła się Wirginia. PodróŜowanie było jej nałogiem; wiecznie 

się  przenosiła  z  miejsca  na  miejsce,  czując  się  wszędzie  jak  u  siebie  w  domu  -  czy  to  w 

małych pensjonatach, czy w drogich hotelach, bo słowo „dom” oznaczało dla niej wyłącznie 

swobodę,  umoŜliwiającą  nieustanne  zmiany.  Sebastian  odziedziczył  tę  dziwną,  nieledwie 

romantyczną  namiętność  do  sypialnych  wagonów  i  ekspresów  transeuropejskich:  „cicho 

zgrzytają  polerowane  blachy  w  granatowym  cieniu  nocy,  smutno,  przeciągle  wzdychają 

hamulce  na  domniemywanych  w  półmroku  stacjach;  zasłonka  z  wytłaczanej  skóry  sunie  w 

górę  i  oto  widać  peron:  męŜczyzna  pcha  wózek  z  bagaŜem;  wokół  mlecznego  klosza  latarni 

wiruje blada  ćma; metaliczny stuk młotka: ktoś sprawdza koła; posuwisty ruch w  ciemność; 

uchwycony  mimochodem  obraz:  samotna  kobieta  palcami  dotyka  przedmiotów  lśniących 

srebrzyście w walizeczce, która stoi na niebieskim pluszu w jasno oświetlonym przedziale”. 

Wirginia  przyjechała  w  pewien  zimowy  dzień  pociągiem  Nord  Express,  ani  słowem 

nikogo  nie  uprzedziwszy,  i  w  zwięzłym  liście  poprosiła  o  spotkanie  z  synem.  Ojciec  akurat 

polował  gdzieś  w  lasach  na  niedźwiedzie,  toteŜ  moja  matka  bez  zbędnego  hałasu  zawiozła 

Sebastiana  do  hotelu  zwanego  Hotel  d'Europe,  w  którym  podróŜna  zatrzymała  się  na  jedno 

popołudnie.  W  hotelowym  hallu  matka  ujrzała  pierwszą  Ŝonę  swego  męŜa  -  szczupłą,  nieco 

kościstą kobietę o drobnej twarzy, rozedrganej pod ogromnym czarnym kapeluszem. Wirginia 

uniosła  woalkę,  Ŝeby  pocałować  chłopca,  ale  zaledwie  go  dotknęła,  wybuchła  płaczem,  jak 

gdyby smutek jej miał swe źródło w ciepłej, wraŜliwej skroni Sebastiana, a w zetknięciu z nią 

background image

osiągał  nieznośne  wprost  nasycenie.  Zaraz  potem  zaczęła  opowiadać  matce  bezsensowną 

historyjkę  całkiem  nie  á  propos  o  tym,  jak  pewna  Polka  w  wagonie  restauracyjnym 

próbowała  skraść  jej  kosmetyczkę.  Wcisnąwszy  Sebastianowi  do  ręki  paczuszkę 

kandyzowanych fiołków posłała matce nerwowy uśmiech i poszła w ślad za portierem, który 

wynosił juŜ jej bagaŜ. To było całe spotkanie, a w rok później Wirginia umarła. 

Od  jej  kuzyna,  niejakiego  H.  F.  Staintona,  pochodzi  wiadomość,  Ŝe  w  ostatnich 

miesiącach Ŝycia przemierzała całą południową Francję, spędzając po kilka dni w praŜonych 

skwarem  prowincjonalnych  mieścinach,  rzadko  odwiedzanych  przez  turystów  -  trawiona 

gorączką,  samotna  (juŜ  wcześniej  porzuciła  swego  kochanka)  i  zapewne  ogromnie 

nieszczęśliwa.  Przecinając  dawniej  przebyte  trasy  wracała  po  własnych  śladach  -  moŜna  by 

pomyśleć:  w  ucieczce  przed  kimś  lub  przed  czymś,  chociaŜ  ci,  którzy  wiedzieli,  jak  bardzo 

ulega  nastrojom,  dopatrzyliby  się  w  jej  nerwowej  gonitwie  jedynie  tego  samego  co  zawsze 

niepokoju, doprowadzonego do ostatecznej przesady. Latem 1909 roku umarła w miasteczku 

Roquebrune z powodu niewydolności serca (zwanej takŜe chorobą Lehmanna). Przewiezienie 

zwłok  do  Anglii  okazało  się  sprawą  niełatwą;  krewni  Wirginii  juŜ  nie  Ŝyli;  na  pogrzebie, 

który się odbył w Londynie, pojawił się tylko pan Stainton. 

Rodzice moi byli ze sobą szczęśliwi. Łączyła ich cicha, tkliwa więź, której nie mogły 

skalać  wstrętne  plotki  paru  naszych  krewnych,  szepczących,  Ŝe  ojciec  miewa  pociąg  do 

innych kobiet, choć taki  niby z niego kochający  mąŜ. W roku 1912 w okresie świąt  BoŜego 

Narodzenia  pewna  znajoma  ojca,  panna  tyleŜ  urocza,  co  bezmyślna,  spacerując  z  nim  po 

Newskim Prospekcie wspomniała, jakoby narzeczony jej siostry, niejaki Pałczyn, znał swego 

czasu jego pierwszą Ŝonę. Ojciec odparł, Ŝe pamięta człowieka, o którym mowa - zetknął się z 

nim w Biarritz przed dziesięcioma, a moŜe dziewięcioma laty... 

- Och, aleŜ on znał ją i  później - rzekła dziewczyna. - Widzi pan, zwierzył się mojej 

siostrze, Ŝe Ŝył z Wirginią po państwa rozstaniu... Rzuciła go gdzieś w Szwajcarii... Dziwne, 

nikt o tym nie wiedział. 

- No cóŜ - spokojnie powiedział ojciec. - Skoro wtedy rzecz się nie rozniosła, czemu 

ludzie mają sobie strzępić języki po dziesięciu latach? 

Ponury  traf  chciał,  Ŝe  juŜ  nazajutrz  bliski  przyjaciel  naszej  rodziny,  kapitan  Biełow, 

spytał ojca mimochodem, czy jego pierwsza Ŝona rzeczywiście pochodziła z Australii - sam 

Biełow miał ją zawsze za Angielkę. Ojciec wyjaśnił, Ŝe o ile mu wiadomo, rodzice Wirginii 

istotnie mieszkali przez pewien czas w Melbourne, ona jednak urodziła się w hrabstwie Kent. 

- ...A dlaczego pytasz? - dodał. 

Kapitan  odparł  wymijająco,  Ŝe  jego  Ŝona  była  na  jakimś  tam  przyjęciu  i  coś  jej  się 

background image

obiło o uszy... 

-  Zdaje  się,  Ŝe  pewnym  sprawom  trzeba  będzie  niestety  połoŜyć  kres  -  stwierdził 

ojciec. 

Nazajutrz rano odwiedził Pałczyna; ten zgotował mu znacznie gorętsze przyjęcie, niŜ 

to  było  konieczne.  Powiedział,  Ŝe  spędziwszy  wiele  lat  za  granicą  zawsze  z  radością  wita 

starych znajomych. 

-  Ktoś  rozpowszechnia  plugawe  łgarstwa  -  rzekł  ojciec.  -  Sądzę,  Ŝe  wie  pan,  o  czym 

mówię. 

-  Mój  drogi,  niech  pan  posłucha  -  odparł  Pałczyn.  -  Nie  ma  sensu  udawać,  Ŝe  nie 

wiem,  do  czego  pan  pije.  Ludzie  gadają  i  to  jest,  owszem,  przykre,  ale  naprawdę  nie  mamy 

powodu tracić panowania nad sobą. Nikt nie jest winien temu, Ŝe pan i ja jechaliśmy kiedyś 

na tym samym wózku. 

- Skoro tak, mój panie - oświadczył ojciec - złoŜą panu wizytę moi sekundanci. 

Pałczyn był głupcem i łajdakiem - tyle przynajmniej wywnioskowałem z relacji matki 

(opowiedziała mi o całym zdarzeniu w sposób Ŝywy i bezpośredni i tak teŜ starałem się tutaj 

je oddać). Ale właśnie dlatego, Ŝe Pałczyn był głupcem i łajdakiem, trudno mi pojąć, czemu 

człowiek  równie  wartościowy  jak  mój  ojciec  ryzykował  Ŝycie  gwoli  zadośćuczynienia... 

honorowi  Wirginii?  Własnej  Ŝądzy  zemsty?  Lecz  Wirginia  bezpowrotnie  postradała  honor  z 

tego  prostego  powodu,  Ŝe  uciekła  od  męŜa  i  syna,  a  wszelka  myśl  o  zemście  dawno  winna 

była utracić swą gorzką ponętę w ciągu szczęśliwych lat poŜycia z drugą Ŝoną. MoŜe sprawił 

to  sam  fakt,  Ŝe  padło  wreszcie  czyjeś  nazwisko,  ukazało  się  oblicze,  w  sposób  nagły  i 

groteskowy  pojawiła  się  pieczęć  indywidualności  na  czymś,  co  dotychczas  pozostawało 

nieszkodliwym widmem bez twarzy? Ale czy w sumie owo echo dalekiej przeszłości (a takie 

echo to najczęściej tylko szczeknięcie, rzadko coś więcej, choćby ten, kto z przeszłości woła, 

miał głos nie wiedzieć jak czysty) warte było rujnacji naszego domu i rozpaczy mojej matki? 

Pojedynek  odbył  się  nad  zamarzniętym  strumykiem  podczas  zamieci.  Oddano  dwa 

strzały, nim ojciec runął twarzą na niebieskoszarą pelerynę wojskową, rozpostartą na śniegu. 

Pałczyn  drŜącymi  rękami  zapalił  papierosa.  Kapitan  Biełow  zawołał  stangretów,  którzy 

pokornie  czekali  na  pobliskiej  drodze,  omiatanej  śniegiem.  Całe  to  ohydne  zdarzenie  trwało 

trzy minuty. 

W  Utraconej  własności  Sebastian  opisuje  wraŜenie,  jakie  pozostawił  mu  w  pamięci 

tamten  ponury  styczniowy  dzień.  „Ani  moja  macocha  -  pisze  -  ani  nikt  inny  spośród 

domowników  nie  wiedział,  na  co  się  zanosi.  Przy  kolacji  w  przeddzień  pojedynku  ojciec 

rzucał we mnie ponad stołem kulkami z chleba: przez cały dzień dąsałem się z powodu jakiejś 

background image

piekielnej  wełnianej  bielizny,  którą  kazał  mi  nosić  lekarz,  chciał  mnie  więc  rozruszać;  ja 

jednak tylko się zmarszczyłem, zaczerwieniłem i odwróciłem twarz. Po kolacji siedzieliśmy u 

niego  w  gabinecie;  popijał  herbatę  słuchając,  jak  macocha  mówi,  Ŝe  ilekroć  Mademoiselle 

układa  mego  przyrodniego  braciszka  do  snu,  daje  mu  słodycze,  choć  to  takie  niezdrowe;  ja 

siedziałem na kanapie w drugim końcu pokoju i przeglądałem Kompanów: «Uwaga! Wkrótce 

następny  odcinek  tej  wstrząsającej  historii.»  U  samego  dołu  duŜych,  cienkich  kartek  Ŝarty: 

«Pewien  dostojny  gość  zwiedzał  szkołę:  Co  pana  najbardziej  uderzyło?  Groch  z  rurki.» 

Wśród nocy mkną z rykiem ekspresowe pociągi. Krykiecista z Cambridge złapał w powietrzu 

nóŜ,  którym  rzucił  w  jego  przyjaciela  niegodziwy  Malaj...  Trzej  chłopcy,  bohaterowie 

«niebywale śmiesznego» serialu: pierwszy to akrobata,  «człowiek z gumy», umiejący kręcić 

nosem młynka, drugi jest iluzjonistą, a trzeci brzuchomówcą... Jeździec skacze nad pędzącym 

autem... 

Rano  w  szkole  kompletnie  sknociłem  zadanie  z  geometrii,  które  w  naszym  Ŝargonie 

nazywało się «portki Pitagorasa». Ranek był tak mroczny, Ŝe w klasie zapalono światło, a od 

tego zawsze paskudnie buczało mi w głowie. Wróciłem do domu koło wpół do czwartej, lepki 

i brudny, jak zwykle po lekcjach, a co gorsza w łaskoczącej bieliźnie, która jeszcze wzmagała 

te niemiłe sensacje. Ordynans ojca siedział w hallu i szlochał.” 

background image

Obraz  dzieciństwa  Sebastiana,  który  pan  Goodman  maluje  kilkoma  źle  dobranymi 

zdaniami w swej pospiesznie napisanej i nader mylącej ksiąŜce, jest groteskowo nietrafny. Co 

innego być sekretarzem  pisarza, co innego zaś samemu pisać jego Ŝyciorys; a jeśli bodźcem 

jest  pragnienie,  aby  ksiąŜka  weszła  na  rynek,  póki  jeszcze  się  opłaci  podlewać  kwiaty  na 

ś

wieŜym  grobie,  autor  musi  co  gorsza  pogodzić  kupiecki  pośpiech  z  prowadzeniem 

dogłębnych  badań,  bezstronnością  i  mądrością.  Nie  zaleŜy  mi  na  tym,  Ŝeby  szkodzić 

czyjejkolwiek  reputacji.  Nie  jest  jednak  potwarzą  stwierdzenie,  Ŝe  tylko  dzięki  rozpędowi 

stukoczącej  maszyny  do  pisania  pan  Goodman  mógł  oświadczyć,  jakoby  „wykształcenie  na 

modłę rosyjską narzucono chłopczykowi, który zawsze był świadom, iŜ w jego Ŝyłach płynie 

bogaty  strumień  angielskiej  krwi”.  Owe  cudzoziemskie  wpływy,  powiada  dalej  pan  Good-

man,  „sprawiły  dziecku  moc  cierpień,  toteŜ  w  latach  dojrzałych  pisarz  wzdrygał  się  na 

wspomnienie  brodatych  muzyków,  ikon,  monotonnego  pobrzękiwania  bałałajek  - 

wszystkiego, co zajęło w jego Ŝyciu miejsce naleŜne zdrowemu angielskiemu wychowaniu”. 

Nawet  wspomnieć  nie  warto,  Ŝe  pojęcie,  jakie  ma  pan  Goodman  o  rosyjskiej 

rzeczywistości,  nie  bardziej  jest  zgodne  z  prawdą  niŜ,  dajmy  na  to,  wyobraŜenia  Kałmuka, 

który przedstawiałby sobie Anglię pod postacią mrocznej krainy, gdzie nauczyciele o rudych 

bokobrodach  chłoszczą  na  śmierć  małych  chłopców.  Trzeba  natomiast  podkreślić,  Ŝe 

Sebastiana  wychowano  w  atmosferze  intelektualnego  wyrafinowania,  łączącej  duchowe 

piękno rosyjskiego domostwa z najcenniejszymi skarbami europejskiej kultury, i jakkolwiek 

sam Sebastian wspominałby swą rosyjską przeszłość, przeŜywał on te wspomnienia w sposób 

skomplikowany i specyficzny, nigdy nie zniŜając się do wulgarności, którą sugeruje biograf. 

Pamiętam  Sebastiana,  chłopca  starszego  ode  mnie  o  sześć  lat,  przepysznie  maŜącego 

akwarelami  wśród  swojskich  emanacji  majestatycznej  lampy  naftowej,  której  abaŜur  z 

róŜowego  jedwabiu  tak  świeci  w  mej  pamięci,  jakby  to  sam  Sebastian  go  pomalował  swym 

mokrym pędzlem. Widzę teŜ siebie - dziecko cztero - , a moŜe pięcioletnie: oto wspinam się 

na  palce,  wiercę  się  i  wyciągam  szyję,  Ŝeby  lepiej  widzieć  pudełko  z  farbami,  zasłonięte 

ruchliwym  łokciem  przyrodniego  brata;  lepkie  czerwienie  i  błękity,  tak  wypędzlowane  i 

zuŜyte, Ŝe w dołkach połyskuje emalia. Słychać cichy chrobot, ilekroć Sebastian miesza farby 

na  wewnętrznej  stronie  blaszanego  wieczka;  przed  sobą  ma  szklankę  z  wodą,  mieniącą  się 

chmurami  czarodziejskich  barw.  Jego  ciemne,  krótko  przystrzyŜone  włosy  odsłaniają 

niewielkie znamię nad róŜanie prześwitującym uchem (tymczasem bowiem wgramoliłem się 

background image

na krzesło), on jednak nie poświęca mi cienia uwagi, aŜ wreszcie wychylam się ryzykownie i 

próbuję wsadzić palec w najbardziej niebieski krąŜek w blaszanym pudełku, i dopiero wtedy 

Sebastian  ramieniem  odpycha  natręta,  ale  wciąŜ  nie  patrzy  w  moją  stronę,  wciąŜ  tak  jak 

zawsze wobec mnie milczący i daleki. Pamiętam, Ŝe przechylony przez poręcz patrzyłem, jak 

wracając  ze  szkoły  idzie  po  schodach  na  górę,  przepisowo  ubrany  w  czarny  mundurek 

ś

ciągnięty  skórzanym  paskiem  -  przedmiotem  mej  potajemnej  zawiści:  pnie  się  wolno, 

rozlazłym  krokiem,  wlokąc  za  sobą  srokaty  tornister,  poklepuje  tralki,  a  co  pewien  czas 

chwyta  jedną  z  nich,  podciąga  się  i  bierze  dwa  lub  trzy  stopnie  na  raz.  Sznuruję  usta  i 

wyciskam  z  siebie  białą  nitkę  śliny,  która  spada,  spada  coraz  niŜej,  ale  nigdy  nie  trafia  w 

Sebastiana;  wcale  nie  chcę,  Ŝeby  się  rozgniewał  -  tym  Ŝałosnym  i  daremnym  chwytem 

próbuję  go  po  prostu  zmusić,  Ŝeby  przyjął  do  wiadomości  moje  istnienie.  Mam  w  pamięci 

Ŝ

ywy  obraz  Sebastiana  jeŜdŜącego  na  rowerze  cętkowaną  słońcem  alejką  parkową  w  naszej 

wiejskiej  posiadłości:  rower  o  kierownicy  mocno  wygiętej  ku  dołowi  toczy  się  pomału, 

pedały zastygły w bezruchu, a ja biegnę za nim truchcikiem, lekko przyspieszając, gdy stopa 

w  sandale  naciska  pedał;  co  sił  staram  się  nadąŜyć  za  tylnym  kołem,  które  terkocze  i 

parkocze, ale Sebastian nie zwraca na mnie uwagi, wkrótce więc zostaję w tyle, bez szans, i 

okropnie zdyszany dalej biegnę truchcikiem. 

Później, kiedy on skończył lat szesnaście, a ja dziesięć, pomagał mi czasem odrabiać 

lekcje, ale wszystko tłumaczył tak szybko i niecierpliwie, Ŝe nigdy nic mi ta jego pomoc nie 

dała; po chwili chował więc ołówek do kieszeni i dumnym krokiem wychodził z pokoju. Był 

w owym  czasie wysoki,  cerę miał ziemistą, a nad górną wargą smugę  cienia.  Lśniące włosy 

czesał  z  przedziałkiem  i  pisywał  wiersze  w  kajecie  z  czarną  okładką,  który  trzymał  w 

szufladzie pod kluczem. 

Pewnego  dnia  odkryłem,  gdzie  chowa  ten  klucz  (w  szparze  obok  białego  pieca 

kaflowego w swoim pokoju), i otworzyłem szufladę. Znalazłem w niej wiadomy kajet, a takŜe 

fotografię  siostry  jednego  z  kolegów  szkolnych  Sebastiana,  kilka  złotych  monet  oraz 

muślinowy woreczek kandyzowanych fiołków. Wiersze pisane były po angielsku. Na krótko 

przed śmiercią ojca mieliśmy w domu lekcje angielskiego, a choć nie nauczyłem się mówić w 

tym języku, czytałem i pisałem z jaką taką swobodą. Mgliście sobie przypominam, Ŝe były to 

utwory wielce romantyczne, pełne ciemnych róŜ, gwiazd i zewu morza; jeden szczegół tkwi 

jednak  w  mej  pamięci  jak  Ŝywy:  pod  kaŜdym  wierszem  widniał  zamiast  podpisu  maleńki 

konik szachowy narysowany atramentem. 

Postanowiłem stworzyć spójny portret przyrodniego brata na podstawie tego, co dane 

mi  było  oglądać  w  dzieciństwie  -  powiedzmy,  między  rokiem  1910  (od  którego  datują  się 

background image

początki mojej świadomości) a 1919 (kiedy to Sebastian wyjechał do Anglii). Nie radzę sobie 

jednak  z  tym  zadaniem.  Sylwetka  Sebastiana  nie  jawi  mi  się  ani  jako  element  mych  lat 

chłopięcych,  podlegający  zatem  nieustannej  selekcji  i  rozwojowi,  ani  jako  ciąg  znajomych 

obrazów,  ale  ukazuje  się  w  postaci  kilku  jasnych  plam,  jak  gdyby  nie  był  on  członkiem 

rodziny,  lecz  niby  gość  zawsze  niespodziewany  przechodził  czasem  przez  widny  pokój, 

potem  zaś  na  długo  rozpływał  się  wśród  nocy.  Tłumaczę  to  sobie  nie  tyle  faktem,  Ŝe  moje 

dziecięce upodobania wykluczały jakąkolwiek świadomą więź między mną a chłopcem, który 

wydoroślał  zanadto,  aby  towarzyszyć  mi  w  zabawach,  a  nie  dość,  Ŝeby  mnie  prowadzić,  ile 

tym, Ŝe Sebastian nigdy nie pozwalał zbliŜyć się do siebie, choć więc kochałem go z całego 

serca,  uczucie  to  nie  doczekało  się  uznania  ani  poŜywki.  Mógłbym  zapewne  opowiedzieć, 

jakim krokiem chodził mój brat, jak śmiał się czy kichał, lecz byłyby to jedynie strzępy taśmy 

filmowej z rozmaitych szpul, wycięte noŜyczkami, bez związku z głównym wątkiem dramatu. 

Bo  teŜ  istotnie  rozgrywał  się  tu  pewien  dramat.  Sebastian  nigdy  nie  zapomniał  swej  matki  - 

ani  tego,  Ŝe  ojciec  właśnie  za  nią  dał  się  zabić.  Fakt,  Ŝe  u  nas  w  domu  nie  wymawiano  jej 

imienia, tylko dodawał chorobliwego czaru zapamiętanemu urokowi, który przesycił chłonną 

duszę  chłopca.  Nie  wiem,  czy  zachował  on  w  miarę  wyraźne  wspomnienia  z  czasów,  gdy 

Wirginia  była  Ŝoną  naszego  ojca;  prawdopodobnie  pamiętał  ją  po  swojemu,  czyli  jako 

łagodną światłość w tle  własnego Ŝycia. Nie umiem teŜ powiedzieć, co czuł, kiedy  w wieku 

lat  dziewięciu  znów  ujrzał  matkę.  Wedle  mojej  matki  był  wtedy  roztargniony  i  milczący, 

potem  zaś  nigdy  nie  napomknął  o  tym  krótkim  i  Ŝałośnie  cząstkowym  spotkaniu.  W 

Utraconej  własności  Sebastian  daje  do  zrozumienia,  Ŝe  wobec  ojca,  tak  szczęśliwego  w 

drugim  małŜeństwie,  czuł  coś  na  kształt  gorzkiej  niechęci,  która  ustąpiła  miejsca 

ekstatycznemu  uwielbieniu,  skoro  tylko  chłopiec  się  dowiedział  o  przyczynie  fatalnego 

pojedynku. 

„Gdy  zacząłem  odkrywać  Anglię  -  pisze  Sebastian  (Utracona  własność)  -  tchnęło  to 

nowe  Ŝycie  w  moje  najbardziej  osobiste  wspomnienia...  Z  Cambridge  wybrałem  się  na 

kontynent  i  spędziłem  spokojne  dwa  tygodnie  w  Monte  Carlo.  Zdaje  się,  Ŝe  mają  tam  tak 

zwane  Kasyno,  czyli  miejsce,  gdzie  uprawia  się  hazard,  lecz  jeśli  istotnie  tak  jest,  mnie  ta 

atrakcja  ominęła,  większość  czasu  zajęło  mi  bowiem  pisanie  pierwszej  powieści  -  tekstu 

okropnie  pretensjonalnego,  który  na  szczęście  odrzuciło  niemal  tylu  wydawców,  ilu  moja 

druga ksiąŜka miała czytelników. Pewnego dnia poszedłem na długi spacer i znalazłem się w 

miasteczku  zwanym  Roquebrune.  Właśnie  w  Roquebrune  trzynaście  lat  wcześniej  umarła 

moja  matka.  Dokładnie  pamiętam  dzień,  gdy  ojciec  mi  o  tym  powiedział,  a  takŜe  nazwę 

pensjonatu,  w  którym  nastąpiła  śmierć.  Pensjonat  nazywał  się  «Les  Violettes».  Spytałem 

background image

jakiegoś szofera, czy wie, jak tam trafić, nie umiał mi jednak powiedzieć. Potem zagadnąłem 

sprzedawcę  owoców  i  on  to  właśnie  wskazał  mi  drogę.  Kiedy  wreszcie  dotarłem  do 

róŜowawej  willi  o  dachu  krytym  na  typowo  prowansalską  modłę  czerwoną,  zaokrągloną 

dachówką, zauwaŜyłem na furtce wymalowany niezdarną ręką bukiecik fiołków. Był to więc 

dom,  którego  szukałem.  Przeszedłem  przez  ogród  i  porozmawiałem  chwilę  z  właścicielką. 

Powiedziała,  Ŝe  dopiero  co  przejęła  pensjonat  i  nic  nie  wie  o  jego  przeszłości  Poprosiłem, 

Ŝ

eby pozwoliła mi posiedzieć w ogrodzie. Z balkonu patrzył na mnie starzec nagi od góry co 

najmniej do balustrady. Nikogo poza tym nie widziałem. Usiadłem na niebieskiej ławce pod 

ogromnym eukaliptusem, w połowie odartym z kory, co zresztą u tych drzew jest, zdaje się, 

regułą.  Usiłowałem  zobaczyć  róŜowy  dom  i  drzewo  oczami  matki,  uchwycić  cały  charakter 

pensjonatu w taki sposób, w jaki ona go odbierała. śałowałem, Ŝe nie wiem, gdzie jest okno 

jej  dawnego  pokoju.  Kierując  się  tym,  jak  willa  się  nazywa,  nie  wątpiłem,  iŜ  matka  często 

musiała  spoglądać  na  tenŜe  klomb  fioletowych  bratków.  Stopniowo  doprowadziłem  się  do 

stanu, w którym róŜowości i zielenie jęły migotać i płynąć, jakbym oglądał je przez zasłonę 

mgły.  Matka  -  niewyraźnie  zarysowana  figurka  w  wielkim  kapeluszu  -  wolno  wchodziła  po 

schodkach, te zaś zdawały się topnieć i rozpływać niczym woda. Świadomość przywrócił mi 

straszliwy  łoskot.  Z  leŜącej  na  mych  kolanach  papierowej  torby  wytoczyła  się  pomarańcza. 

Podniosłem  ją  i  wyszedłem  z  ogrodu.  Po  kilku  miesiącach  spotkałem  przypadkiem  w 

Londynie kuzyna matki. Z rozmowy samo jakoś wynikło, Ŝe wspomniałem o swojej wizycie 

w domu, w którym umarła. 

- AleŜ to było to drugie Roquebrune, w departamencie Var - powiedział kuzyn.” 

Ciekawe, Ŝe pan Goodman cytując tenŜe fragment zadowala się stwierdzeniem, jakoby 

„Sebastian  Knight  tak  był  oczarowany  komiczną  stroną  wszelkich  zjawisk  i  tak  dalece  nie 

potrafił się przejąć ich powaŜną osnową, iŜ nie będąc z natury gruboskórnym ani cynicznym 

umiał  jednak  wykpiwać  najbardziej  osobiste  uczucia,  które  w  oczach  reszty  ludzkości 

słusznie uchodzą za święte”. Nic dziwnego, Ŝe ów solenny biograf na kaŜdym kroku rozmija 

się ze swym bohaterem. 

W omówieniu chłopięcych lat Sebastiana ze wspomnianych juŜ powodów nie pokuszę 

się  o  metodyczność  ani  o  ciągłość,  na  jaką  niewątpliwie  bym  się  zdobył  opowiadając  o 

postaci  fikcyjnej.  Mógłbym  mieć  wówczas  nadzieję,  Ŝe  przedstawiwszy  harmonijny  rozwój 

bohatera od niemowlęctwa po wiek młodzieńczy pouczę, a zarazem ubawię czytelnika. Lecz 

gdybym  teraz  obrał  takie  rozwiązanie,  powstałaby  dzięki  temu  jeszcze  jedna  „powieść 

biograficzna”,  a  gorszej  literatury  jak  dotąd  nie  wynaleziono.  Niech  więc  drzwi  pozostaną 

zamknięte, tak aby tylko napięta nitka światła przedostawała się szparą u dołu, niech zgaśnie i 

background image

ta lampa w sąsiednim pokoju, gdzie Sebastian juŜ się połoŜył do łóŜka; niechaj piękny oliw-

kowy dom na nabrzeŜu Newy z wolna pochłonie szaro - niebieska mroźna noc: lekko prószy 

ś

nieg,  płatki  zawisają  w  blasku  ulicznej  latarni,  pałającej  białym,  iście  księŜycowym 

ś

wiatłem,  i  osiadają  niby  puder  na  potęŜnych  ramionach  dwóch  brodatych  telamonów,  co  z 

wysiłkiem  godnym  Atlasa  wspierają  wykusz  pokoju  mego  ojca.  Ojciec  nie  Ŝyje,  Sebastian 

usnął  za  ścianą,  a  przynajmniej  siedzi  cicho  jak  mysz  pod  miotłą,  ja  zaś  leŜę  w  łóŜku,  nie 

ś

piąc, i patrzę w ciemność. 

Mniej  więcej  w  dwadzieścia  lat  później  wybrałem  się  do  Lozanny,  Ŝeby  odszukać 

pewną  starą  Szwajcarkę,  która  najpierw  była  guwernantką  Sebastiana,  a  potem  moją. 

Opuszczając  nas  w  1914  roku  musiała  mieć  jakieś  pięćdziesiąt  lat.  Korespondencja  między 

nami dawno się urwała, toteŜ w roku 1936 wcale nie byłem pewien, czy zastanę tę damę przy 

Ŝ

yciu. Ona jednak wciąŜ Ŝyła. Okazało się, Ŝe istnieje stowarzyszenie wiekowych Szwajcarek, 

dawnych  guwernantek  z  przedrewolucyjnej  Rosji.  Staruszki  „Ŝyły  przeszłością”,  jak  to 

określił  pan,  który  był  łaskaw  mnie  do  nich  zaprowadzić;  w  większości  zniedołęŜniałe  i 

zbzikowane,  doŜywały  ostatnich  lat  porównując  wspomnienia,  tocząc  między  sobą  boje  o 

drobnostki  i  lŜąc  porządek,  jaki  zastały  w  Szwajcarii,  wróciwszy  z  Rosji  po  wieloletnim 

pobycie.  Tragedia  ich  polegała  na  tym,  Ŝe  mieszkając  tak  długo  za  granicą  ani  trochę  nie 

uległy cudzoziemskim wpływom (nie nauczyły się nawet najprostszych rosyjskich wyrazów); 

przez cały czas czuły wobec otoczenia lekką wrogość: ileŜ razy słyszałem, jak Mademoiselle 

biada  nad  swym  wygnańczym  losem,  skarŜy  się,  Ŝe  jest  lekcewaŜona  i  nie  zrozumiana,  i 

wzdycha  do  nadobnej  ojczyzny;  lecz  gdy  nieszczęsne  wędrowczynie  wróciły  do  domu,  w 

odmienionym  kraju  poczuły  się  całkiem  obco,  własne  emocje  spłatały  im  więc  osobliwego 

figla i oto Rosja (która w rzeczywistości była dla nich nieznaną otchłanią, co otaczała swym 

dalekim  grzmieniem  ujęty  w  krąg  światła  lampy  kącik  dusznej  słuŜbówki,  ozdobionej 

fotografiami  rodzinnymi  w  ramkach  z  masy  perłowej  oraz  akwarelą,  przedstawiającą  zamek 

Chillon), ta nieznana Rosja nabrała cech raju utraconego - przestrzeni ogromnej wprawdzie i 

niewyraźnej,  lecz  we  wspomnieniu  przyjaznej,  zaludnionej  smętnymi  mrzonkami. 

Mademoiselle  przygłuchła  i  posiwiała,  ale  pozostała  równie  gadatliwa  jak  dawniej,  toteŜ  po 

pierwszych  wylewnych  uściskach  jęła  wspominać  róŜne  drobne  zdarzenia  z  mego 

dzieciństwa, które jednak w jej wersji albo były beznadziejnie przeinaczone, albo tak zupełnie 

nic mi nie mówiły, Ŝe powątpiewałem, czy kiedykolwiek miały miejsce. Nie wiedziała ani o 

ś

mierci mojej matki, ani o tym, Ŝe Sebastian od trzech miesięcy nie Ŝyje. Nawiasem mówiąc 

nie  miała  teŜ  pojęcia,  Ŝe  za  Ŝycia  był  wybitnym  pisarzem.  Zaczęła  lać  łzy,  i  to  najzupełniej 

szczere, ale chyba była trochę na mnie zła, gdy nie zapłakałem wraz z nią. 

background image

- Zawsze byłeś taki opanowany - rzekła. Powiedziałem, Ŝe piszę ksiąŜkę o Sebastianie 

i  chciałbym  porozmawiać  o  jego  dzieciństwie.  Mademoiselle  pojawiła  się  u  nas  w  domu 

wkrótce  po  tym,  jak  ojciec  ponownie  się  oŜenił,  ale  obraz  przeszłości  był  w  jej  pamięci  tak 

zatarty  i  zniekształcony,  Ŝe  o  pierwszej  Ŝonie  ojca  (cette  horrible  Anglaise)  mówiła  tonem 

zdającym się świadczyć, iŜ znała ją nie gorzej niŜ moją matkę (cette femme admirable). 

- Mój biedny Sebastianek - zawodziła. - Taki był dla mnie czuły, taki szlachetny. Ach, 

doskonale pamiętam, jak mi zarzucał rączki na szyję i mówił: „Nienawidzę wszystkich oprócz 

ciebie,  Zelle.  Ty  jedna  rozumiesz  moją  duszę.”  A  kiedy  leciutko  dałam  mu  po  łapce...  une 

toute  petite  tape...  bo  był  niegrzeczny  dla  twojej  matki...  tak  na  mnie  popatrzył...  aŜ  mi  się 

płakać  zachciało...  i  ten  jego  głosik,  kiedy  powiedział:  „Dziękuję  ci,  Zelle.  To  się  nigdy 

więcej nie powtórzy...” 

W tym mniej więcej tonie przez dłuŜszy czas ciągnęła swą opowieść, a ja słuchałem, 

czując  się  straszliwie  niezręcznie.  Po  kilku  bezowocnych  próbach  zdołałem  wreszcie 

skierować  rozmowę  na  inny  temat,  lecz  nim  do  tego  doszło,  porządnie  ochrypłem,  bo 

staruszka  zawieruszyła  gdzieś  trąbkę,  którą  powinna  była  trzymać  przy  uchu.  Zaczęła  dla 

odmiany  mówić  o  swej  sąsiadce;  tuŜ  po  przyjściu  spotkałem  w  korytarzu  tę  tłuścioszkę, 

jeszcze starszą niŜ sama Mademoiselle. 

- Poczciwina jest juŜ całkiem głucha - narzekała moja gospodyni - a w dodatku łŜe jak 

najęta. Wiem z całą pewnością, Ŝe tylko dawała lekcje dzieciom księŜny Demidow, ale nigdy 

u niej nie mieszkała. 

-  Napisz  tę  swoją  ksiąŜkę,  piękną  ksiąŜkę  -  wołała  z  płaczem,  kiedy  wychodziłem.  - 

Niech  to  będzie  baśń  z  Sebastianem  w  roli  księcia.  Zaklętego  księcia...  IleŜ  razy  mu 

powtarzałam: „UwaŜaj, Sebastian, kobiety będą cię uwielbiać.” A on mi na to ze śmiechem: 

„Ja teŜ będę je uwielbiał...” 

Wzdrygnąłem się w duchu. Pocałowała mnie z głośnym cmoknięciem i poklepała po 

ręce,  gotowa  znów  się  rozpłakać.  Ogarnąłem  ją  przelotnym  spojrzeniem:  stare  zamglone 

oczy,  martwy  połysk  sztucznych  zębów,  na  piersi  broszka  z  granatów,  którą  tak  dobrze 

pamiętałem...  Rozstaliśmy  się.  Padał  ulewny  deszcz,  a  ja  wstydziłem  się  i  czyniłem  sobie 

wyrzuty,  Ŝe  przerwałem  drugi  rozdział  mej  ksiąŜki  po  to,  aby  odbyć  tę  bezcelową 

pielgrzymkę.  Zwłaszcza  jedno  mnie  ubodło:  Mademoiselle  ani  na  chwilę  nie  zainteresowała 

się późniejszym losem Sebastiana, nie chciała wiedzieć, jak umarł, nie spytała o nic. 

background image

W  listopadzie  1918  roku  matka  postanowiła  uciec  wraz  z  Sebastianem  i  ze  mną  z 

niebezpiecznej  Rosji.  Rewolucja  na  dobre  się  rozhulała,  granice  były  zamknięte.  Matka 

dotarła  do  kogoś,  kto  z  przemycania  uchodźców  przez  granicę  zrobił  sobie  zawód;  za 

odpowiednim  wynagrodzeniem  (w  połowie  płatnym  z  góry)  człowiek  ten  zgodził  się 

przeszmuglować  nas  do  Finlandii.  Ustalono,  Ŝe  dojedziemy  pociągiem  prawie  do  samej 

granicy  -  tak  daleko,  jak  tylko  jest  to  dozwolone  -  a  potem  przejdziemy  na  drugą  stronę 

tajnymi  ścieŜkami  (w  dwójnasób,  a  nawet  w  trójnasób  tajnymi  dzięki  obfitym  w  tej  cichej 

krainie  śniegom).  Rankiem  na  samym  początku  podróŜy  matce  i  mnie  wypadło  czekać  na 

Sebastiana, który przy bohaterskiej pomocy kapitana Biełowa taszczył nasz bagaŜ z domu do 

pociągu.  Odjazd  zaplanowany  był  na  ósmą  czterdzieści.  Pół  do  dziewiątej,  a  Sebastiana  nie 

widać. Przewodnik nasz siedział juŜ w wagonie i spokojnie czytał gazetę; zawczasu uprzedził 

matkę,  Ŝe  pod  Ŝadnym  pozorem  nie  wolno  jej  odezwać  się  do  niego  przy  ludziach,  toteŜ  w 

miarę  jak  mijały  minuty,  a  pociąg  przygotowywano  do  odjazdu,  ogarniało  nas  koszmarne, 

obezwładniające  przeraŜenie.  Wiedzieliśmy,  Ŝe  przewodnik  zgodnie  z  tradycją  swej  profesji 

nigdy  juŜ  nie  podejmie  przedsięwzięcia,  które  w  punkcie  wyjścia  spaliło  na  panewce. 

Wiedzieliśmy  teŜ,  Ŝe  nie  będzie  nas  stać  na  to,  aby  po  raz  drugi  pokryć  koszta  ucieczki. 

Mijała  minuta  za  minutą.  W  czeluściach  Ŝołądka  zaczęło  mi  rozpaczliwie  burczeć.  Myśl,  Ŝe 

lada  chwila  pociąg  ruszy,  a  my  będziemy  musieli  wrócić  na  ciemne  i  zimne  poddasze  (dom 

nasz  upaństwowiono  kilka  miesięcy  wcześniej),  budziła  w  nas  poczucie  całkowitej  klęski. 

Idąc  na  dworzec  wyprzedziliśmy  Sebastiana  i  kapitana  Biełowa,  którzy  pchali  po  skrzypią-

cym śniegu wyładowane taczki. Gdy tak na nich czekałem, obraz ten zastygł mi przed oczami 

(miałem  trzynaście  lat  i  ogromną  wyobraźnię)  niczym  zaklęta  istota,  skazana  na  wiekuisty 

paraliŜ. Matka schowała dłonie w rękawach; spod wełnianej chustki wymknął jej się kosmyk 

posiwiałych  włosów.  Chodziła  w  tę  i  z  powrotem  po  peronie;  ilekroć  mijała  okno  naszego 

przewodnika,  próbowała  zwrócić  na  siebie  jego  uwagę.  Ósma  czterdzieści  pięć,  ósma 

pięćdziesiąt...  Odjazd  się  opóźniał,  lecz  w  końcu  rozległ  się  gwizdek,  ciepły  kłąb  białego 

dymu  ruszył  w  zawody  z  własnym  cieniem,  gdy  ten  pomknął  po  brązowym  śniegu 

pokrywającym  peron,  i  w  tejŜe  chwili  nadbiegł  Sebastian,  łopocząc  na  wietrze  nausznikami 

futrzanej  czapki.  Wszyscy  troje  jakoś  się  wgramoliliśmy  do  jadącego  juŜ  pociągu.  Minęło 

nieco czasu, nim Sebastian zdołał nam opowiedzieć, Ŝe kapitana Biełowa aresztowano na uli-

cy  -  akurat  kiedy  mijali  dom,  w  którym  oficer  niegdyś  mieszkał;  pozostawiając  bagaŜ  na 

background image

pastwę  losu  mój  brat  po  desperacku  rzucił  się  biegiem  w  stronę  dworca.  W  kilka  miesięcy 

później  dowiedzieliśmy  się,  Ŝe  nasz  nieszczęsny  przyjaciel  został  rozstrzelany  wraz  z  dwu-

dziestoma  osobami  z  tej  samej  łapanki,  ramię  w  ramię  z  Pałczynem,  który  zginął  równie 

męŜnie jak on. 

Jedną  z  epizodycznych  postaci  w  ostatniej  z  wydanych  ksiąŜek  Sebastiana, 

zatytułowanej Wątpliwy asfodel (1936), jest człowiek, który dopiero co uciekł z nie nazwanej 

krainy  terroru  i  niedoli.  „CóŜ  mogę  wam  powiedzieć,  panowie,  o  swej  przeszłości  [mówi 

uchodźca]: urodziłem się w kraju, w którym idea wolności, pojęcie tego, co słuszne, odruchy 

ludzkiej dobroci otoczone były zimną pogardą i bezwzględnie zakazane. W dziejach naszych 

zdarzało  się  co  pewien  czas,  Ŝe  jakiś  obłudny  rząd  malował  nieco  ładniejszym  odcieniem 

Ŝ

ółci  mury  więzienia,  słuŜącego  narodowi  za  mieszkanie,  i  obwieszczał  wszem  i  wobec 

nadanie praw, będących w państwach szczęśliwszych rzeczą zwykłą; lecz prawa te albo przy-

sługiwały  jedynie  straŜnikom,  albo  teŜ  miały  jakąś  utajoną  skazę,  z  winy  której  stawały  się 

jeszcze  bardziej  dokuczliwe  niŜ  jawnie  tyrańskie  dekrety...  W  kraju  mym  ten  tylko  nie  był 

niewolnikiem, kto gnębił innych; poniewaŜ człowiekowi odmówiono prawa posiadania duszy 

oraz wszystkiego, co z nią się wiąŜe, zadawanie fizycznego bólu uznano z czasem za środek 

wystarczający,  aby  rządzić  i  kierować  ludzką  naturą...  Niekiedy  wybuchały  tak  zwane 

rewolucje,  przemieniające  niewolników  w  ciemięŜycieli  i  vice  versa...  Mroczna  to  kraina, 

panowie,  istne  piekło,  a  jeśli  czegoś  w  Ŝyciu  jestem  pewien,  to  tego,  Ŝe  nigdy  się  nie 

wyrzeknę wygnańczej swobody w zamian za nędzną parodię ojczyzny...” 

W  przemowie  tej  pada  mimochodem  wzmianka  o  „puszczach  i  śnieŜystych 

równinach”,  toteŜ  pan  Goodman  co  rychlej  wnioskuje,  iŜ  cały  akapit  wiernie  odzwierciedla 

stosunek  samego  Sebastiana  Knighta  do  Rosji.  Jest  to  groteskowe  nieporozumienie;  dla 

bezstronnego  czytelnika  winno  być  jasne,  Ŝe  zacytowane  słowa  odnoszą  się  do  fikcyjnego 

amalgamatu niegodziwości właściwych wielu tyraniom, a nie do jakiejś konkretnej nacji bądź 

rzeczywistości  historycznej.  Jeśli  zaś  wplatam  je  w  tę  część  mojego  opowiadania,  która 

dotyczy  ucieczki  Sebastiana  z  Rosji  wstrząsanej  rewolucją,  to  dlatego,  Ŝe  chcę  zaraz  potem 

przytoczyć kilka zdań z jego najbardziej autobiograficznego utworu: „Zawsze jestem zdania - 

pisze  Sebastian  (Utracona  własność)  -  Ŝe  uczucie  banity  tęskniącego  za  rodzinnym  krajem 

naleŜy  do  emocji  najczystszych.  Chciałbym  pokazać,  jak  człowiek  taki  wytęŜa  pamięć  do 

ostatnich  granic,  nieustannie  pilnując,  Ŝeby  nie  obumarła  ani  nie  zblakła  wizja  przeszłości: 

błękitne wzgórza, które zapamiętał, i szczęśliwe gościńce, Ŝywopłot z niezobowiązującą róŜą 

i  pole  z  królikami,  daleka  iglica  i  bliski  dzwonek  polny...  PoniewaŜ  jednak  motyw  ten 

opracowali  juŜ  lepsi  ode  mnie,  a  takŜe  dlatego,  Ŝe  odnoszę  się  z  wrodzoną  nieufnością  do 

background image

wszystkiego,  co,  jak  sądzę,  łatwo  byłoby  mi  wyrazić,  Ŝadnym  sentymentalnym  wędrowcom 

nie dane będzie osiąść na skale mej nieprzyjaznej prozy.” 

Pomimo takiej, a nie innej konkluzji przytoczonego fragmentu oczywiste jest, Ŝe tylko 

kogoś, kto sam wie, co to znaczy porzucić ukochany kraj, moŜe aŜ tak nęcić obraz nostalgii. 

Jakkolwiek  okropne  oblicze  ukazała  Rosja,  gdyśmy  z  niej  uciekali,  nie  mogę  wprost 

uwierzyć,  Ŝe  Sebastian  nie  odczuł  tegoŜ  rozdarcia,  co  my  wszyscy.  Ostatecznie  przecieŜ  to 

właśnie Rosja była dlań domem, a łagodni, Ŝyczliwi, uprzejmi ludzie, za samą tylko zbrodnię 

istnienia skazani na śmierć lub  wygnanie, stanowili i jego sferę. Jestem pewien, Ŝe mroczne 

chwile  młodzieńczej  zadumy,  podobnie  jak  romantyczna  i  -  pozwolę  sobie  dodać  -  nieco 

sztuczna  namiętność  do  kraju  rodzinnego  matki,  nie  wykluczały  szczerego  przywiązania  do 

stron, w których się urodził i wychował. 

Po  cichu  przeturlaliśmy  się  przez  fińską  granicę  i  na  pewien  czas  zamieszkaliśmy  w 

Helsingfors. Potem drogi nasze się rozeszły. Matka za radą starego przyjaciela zawiozła mnie 

do  ParyŜa,  gdzie  miałem  dalej  się  kształcić.  Natomiast  Sebastian  pojechał  do  Londynu, 

stamtąd zaś do Cambridge. Odziedziczył po swej matce kapitał, zapewniający dostatnie Ŝycie; 

w  latach  późniejszych  miewał  moŜe  zmartwienia,  ale  nigdy  nie  musiał  się  martwić  o 

pieniądze.  TuŜ  przed  jego  odjazdem  wszyscy  troje  usiedliśmy,  Ŝeby  rosyjskim  obyczajem 

pomilczeć  chwilę.  Pamiętam,  w  jakiej  pozie  siedziała  matka:  złoŜywszy  dłonie  na  kolanach 

obracała  ślubną  obrączkę  ojca  (jak  zwykle  w  momentach  bezczynności);  nosiła  ją  na  tym 

samym  palcu,  co  własną,  a  poniewaŜ  ta  po  męŜu  była  o  wiele  za  duŜa,  przywiązała  ją  do 

swojej  czarną  nitką.  Pamiętam  teŜ  pozę  Sebastiana:  ubrany  w  granatowy  garnitur,  załoŜył 

nogę na nogę i lekko nią kołysał. Wstałem pierwszy, po mnie on, na końcu matka. Sebastian 

wymógł na nas obietnicę, Ŝe nie odprowadzimy go do portu, toteŜ poŜegnaliśmy się właśnie 

tam, w pokoju o bielonych ścianach. Mój brat pochylił twarz ku matce, ona zaś przeŜegnała 

go  szybkim,  nieznacznym  ruchem;  po  chwili  ujrzeliśmy  przez  okno,  jak  wsiada  z  torbą 

podróŜną do taksówki, zgarbiony w ostatniej pozie odjeŜdŜającego. 

Rzadko  miewaliśmy  od  niego  wiadomości,  a  i  te  listy,  które  jednak  pisał,  nigdy  nie 

bywały długie. W ciągu trzech lat spędzonych w Cambridge tylko dwa razy odwiedził nas w 

ParyŜu...  właściwie  raz,  bo  powtórnie  przyjechał  dopiero  na  pogrzeb  mojej  matki.  Ona  i  ja 

dość  często  o  nim  rozmawialiśmy,  zwłaszcza  u  schyłku  jej  Ŝycia,  kiedy  zdawała  juŜ  sobie 

sprawę, Ŝe koniec jest bliski. To właśnie matka opowiedziała mi o dziwnej przygodzie, którą 

Sebastian  przeŜył  w  roku  1917;  nic  nie  wiedziałem  o  tym  zdarzeniu,  bo  spędzałem  akurat 

wakacje  na  Krymie.  OtóŜ  Sebastian  zaprzyjaźnił  się  z  poetą  -  futurystą  nazwiskiem  Aleksis 

Pan i z jego Ŝoną Larysą; ta dziwaczna para wynajmowała domek nie opodal naszej wiejskiej 

background image

posiadłości  w  okolicy  Ługi.  Aleksis  Pan,  hałaśliwy,  krzepki  człowieczek,  miał  iskrę 

prawdziwego talentu, którą maskowała  bałaganiarska niejasność jego wierszy. Robił jednak, 

co mógł, Ŝeby zaszokować odbiorców potwornym nagromadzeniem zbędnych słów (wynalazł 

coś, co nazywał „stekiem submentalnym”), toteŜ przewaŜająca część jego dorobku wydaje się 

dziś  tak  błaha,  sztuczna  i  staroświecka  (rzeczy  supernowoczesne  mają  dziwny  dar 

przyspieszonego starzenia), Ŝe o prawdziwej wartości Aleksisa Pana pamięta jedynie garstka 

badaczy,  ceniących  wspaniałe  przekłady  poezji  angielskiej,  których  dokonał  u  progu 

literackiej kariery, bo teŜ co najmniej jedno z tych tłumaczeń stanowi istny cud słownej trans-

fuzji. Mam tu na myśli rosyjską wersję La Belłe Dame Sans Mer ci Keatsa. 

Tak  więc  pewnego  ranka  na  początku  lata  siedemnastoletni  Sebastian  znikł, 

zostawiwszy  mej  matce  kartkę:  zawiadamiał  ją  w  kilku  słowach,  Ŝe  zamierza  towarzyszyć 

Panowi  i  jego  Ŝonie  w  podróŜy  na  Wschód.  Matka  początkowo  uznała  to  za  Ŝart  (Sebastian 

mimo  swego  ponuractwa  wymyślał  czasem  upiorne  kawały;  pewnego  razu  w  zatłoczonym 

tramwaju  dziewczynie  siedzącej  w  drugim  końcu  wagonu  przesłał  przez  konduktora 

nagryzmolony liścik tej oto treści: „Jestem tylko biednym konduktorem, ale kocham panią.”), 

lecz  wybrawszy  się  do  Panów  stwierdziła,  Ŝe  istotnie  wyjechali.  Jak  się  później  okazało,  w 

pojęciu  Pana  wyprawa  à  la  Marco  Polo  miała  polegać  na  tym,  aby  z  wolna  sunąc  ku 

wschodowi  kolejno  się  zatrzymywać  w  prowincjonalnych  miasteczkach  i  aranŜować  w 

kaŜdym  z  nich  „niespodziankę  liryczną”,  czyli  wynajmować  salę  (albo  i  komórkę,  jeśli  sali 

wynająć się nie dało) i urządzać w niej popis poetycki; czysty dochód z imprezy powinien był 

umoŜliwić  artyście,  jego  Ŝonie  oraz  Sebastianowi  dotarcie  do  następnego  miasta.  Nigdy  nie 

zostało  powiedziane,  jakiego  rodzaju  pomocy  oczekuje  się  od  Sebastiana:  czy  ma  on  pełnić 

jakąś określoną funkcję, z którą wiązałyby się konkretne obowiązki, czy teŜ wystarczy, jeŜeli 

będzie po prostu krąŜył wokół tamtych dwojga, przynosząc i podając, cokolwiek akurat okaŜe 

się potrzebne, i świadcząc drobne uprzejmości Larysie, kobiecie porywczej i niełatwo dającej 

się ułagodzić. Aleksis Pan wychodził zwykle na scenę w Ŝakiecie, który wydawał się całkiem 

poprawny  poza  tym,  Ŝe  był  haftowany  w  ogromne  kwiaty.  Z  przodu  łysiny  poeta 

wymalowany  miał  gwiazdozbiór  (Wielkiego  Psa).  Tubalny  głos,  jakim  recytował  swe 

wiersze, dobywający się z tak niepozornego ciała, budził skojarzenia z myszą rodzącą góry. U 

boku artysty siadywała na podium Larysa, rosła kobieta mająca w sobie coś z klaczy, ubrana 

w sukienkę koloru lila; przyszywała guziki albo łatała spodnie, a dowcip polegał głównie na 

tym,  Ŝe  w  Ŝyciu  codziennym  nigdy  w  ten  sposób  nie  dbała  o  męŜa.  Co  pewien  czas  w 

przerwie  między  utworami  Pan  wykonywał  powolny  taniec  -  skrzyŜowanie  jawajskiej  gry 

nadgarstków  z  płodami  swej  własnej  inwencji  rytmicznej.  Po  występach  imponująco  się 

background image

zalewał  -  i  to  go  właśnie  zgubiło.  PodróŜ  na  Wschód  dobiegła  kresu  w  Symbirsku.  Podczas 

gdy Aleksis leŜał w plugawej oberŜy, pijany w sztok i bez grosza przy duszy, Larysę wraz z 

całą  jej  furią  zamknięto  na  posterunku  policji  za  spoliczkowanie  wścibskiego  urzędnika, 

któremu nie przypadł do gustu hałaśliwy  geniusz jej męŜa. Sebastian wrócił do domu z taką 

samą nonszalancją, z jaką wyjechał. 

-  Inny  chłopiec  na  jego  miejscu  -  stwierdziła  matka  -  połoŜyłby  uszy  po  sobie  i 

wstydziłby się całej tej głupiej historii. 

Ale Sebastian mówił o swej podróŜy jako o dość zabawnym zdarzeniu, które on sam 

tylko  beznamiętnie  obserwował.  To,  czemu  wziął  udział  w  tak  niedorzecznym  popisie  i 

dlaczego  w  ogóle  się  skumał  z  tą  groteskową  parą,  pozostało  całkowitą  tajemnicą  (matka 

przypuszczała,  Ŝe  moŜe  omotała  go  Larysa,  ta  jednak  była  kobietą  niemłodą  i  zupełnie 

pospolitą,  a  w  dodatku  pałała  namiętną  miłością  do  dziwadła,  które  los  dał  jej  za  męŜa). 

Oboje znikli niebawem z Ŝycia Sebastiana. W kilka lat później Pan przez krótki czas cieszył 

się  wśród  bolszewików  sztucznie  aranŜowanym  wzięciem;  zawdzięczał  je  moim  zdaniem 

dziwacznemu  przeświadczeniu  (opartemu  głównie  na  pomieszaniu  pojęć),  jakoby  istniał 

naturalny związek między ekstremizmem w polityce a ekstremizmem w sztuce. W roku 1922 

lub 1923 Aleksis Pan popełnił samobójstwo za pomocą szelek. 

- Zawsze miałam takie wraŜenie - zwierzyła mi się kiedyś matka - jakbym właściwie 

nie  znała  Sebastiana.  Owszem,  wiedziałam,  Ŝe  dobrze  się  uczy,  pochłania  zdumiewające 

ilości ksiąŜek, jest schludny, koniecznie chce brać co rano zimną kąpiel, chociaŜ wcale nie ma 

za silnych płuc... wiedziałam to wszystko i jeszcze wiele innych rzeczy, ale on sam jakoś mi 

się  wymykał.  No  a  teraz,  kiedy  mieszka  w  obcym  kraju  i  pisuje  do  nas  po  angielsku,  siłą 

rzeczy wydaje mi się, Ŝe juŜ zawsze pozostanie zagadką, chociaŜ Bóg mi świadkiem, starałam 

się być dobra dla tego chłopca. 

Gdy  Sebastian  odwiedził  nas  w  ParyŜu  tuŜ  przed  końcem  pierwszego  roku  studiów, 

uderzył  mnie  jego  cudzoziemski  wygląd.  Pod  płaszczem  z  tweedu  miał  kanarkowy  sweter. 

Nosił  workowate  spodnie  z  flaneli  i  grube  skarpety,  nie  znające  podwiązek.  Do  tego  krzyk-

liwy krawat w prąŜki. Chusteczkę do nosa nie wiedzieć czemu trzymał w rękawie. Fajkę palił 

nawet  na  ulicy,  a  wystukiwał  o  obcas.  Nauczył  się  stawać  plecami  do  kominka,  z  rękami 

wbitymi  w  kieszenie  spodni.  Po  rosyjsku  mówił  z  wyraźną  ostroŜnością,  przechodząc  na 

angielski, ilekroć rozmowa przeciągała się ponad kilka zdań. Spędził u nas równo tydzień. 

Kiedy  znów  przyjechał,  matki  nie  było  juŜ  na  świecie.  Po  pogrzebie  długo 

siedzieliśmy we dwóch. Niezręcznie poklepał mnie po ramieniu, gdy spojrzałem przypadkiem 

na jej okulary leŜące na pustej półce i zacząłem dygotać, a z oczu popłynęły mi łzy, aŜ dotąd 

background image

skutecznie  hamowane.  Był  bardzo  dobry  i  pomocny,  lecz  zarazem  mgliście  daleki,  jakby 

przez  cały  czas  myślał  o  czym  innym.  Gdy  omówiliśmy  sytuację,  zaproponował,  Ŝebym 

pojechał z nim na Riwierę, a potem do Anglii: byłem tuŜ po maturze. Odparłem, Ŝe wolę dalej 

siedzieć w ParyŜu, miałem tam bowiem przyjaciół. Nie nalegał. Mimochodem poruszyliśmy 

takŜe  kwestię  pieniędzy;  Sebastian  powiedział  właściwym  sobie  zdawkowym  tonem,  Ŝe  za-

wsze da mi ich tyle, ile zechcę - uŜył, zdaje się, słowa „forsa”, ale za to nie ręczę. Nazajutrz 

wyjechał  na  południe  Francji.  Rano  przeszliśmy  się  trochę;  jak  zwykle,  gdy  zostawaliśmy 

sami,  złapałem  się  na  tym,  Ŝe  rozpaczliwie  szukam  tematu  do  rozmowy.  On  takŜe  był 

milczący. TuŜ przed rozstaniem powiedział: 

- No, to tyle. Jakbyś czegoś potrzebował, pisz na mój londyński adres. Mam nadzieję, 

Ŝ

e na Siorbanej pójdzie ci równie dobrze, jak mnie w Cambridge. A skoro juŜ o tym mowa, 

postaraj  się  wybrać  kierunek,  który  ci  będzie  odpowiadał,  i  nie  zmieniaj  go,  póki  cię  nie 

znudzi.  -  W  jego  ciemnych  oczach  migotały  lekkie  błyski.  -  Powodzenia  -  rzekł.  -  Trzymaj 

się. 

Podał  mi  rękę  omdlewającym,  świadomie  sztucznym  gestem,  nabytym  w  Anglii. 

Nagle  bez  Ŝadnego  zrozumiałego  powodu  zrobiło  mi  się  okropnie  Ŝal  Sebastiana; 

zapragnąłem  powiedzieć  coś  naprawdę  -  coś,  co  miałoby  skrzydła  i  serce  -  ale  ptaki,  które 

wzywałem,  usiadły  mi  na  głowie  i  na  ramionach  dopiero  później,  kiedy  zostałem  sam  i  nie 

potrzebowałem juŜ słów. 

background image

Minęły  dwa  miesiące  od  śmierci  Sebastiana,  nim  zacząłem  pisać  tę  ksiąŜkę.  Wiem 

doskonale,  jak  wstrętny  byłby  samemu  Sebastianowi  mój  nagły  sentymentalizm,  muszę 

jednak  wyznać,  Ŝe  uczucie,  którym  zawsze  darzyłem  przyrodniego  brata,  wciąŜ  w  ten  czy 

inny  sposób  deptane  i  dławione,  zbudziło  się  raptem  do  nowego  Ŝycia,  buchając  tak  silnym 

płomieniem  emocji,  iŜ  wszystkie  inne  moje  sprawy  zostały  w  jego  świetle  zredukowane  do 

migotliwych  konturów.  Podczas  naszych  rzadkich  spotkań  nigdy  nie  rozmawialiśmy  o 

literaturze,  a  odkąd  wszelką  łączność  między  nami  uniemoŜliwił  ów  dziwny  ludzki  obyczaj 

umierania,  zacząłem  rozpaczliwie  Ŝałować,  Ŝe  nie  powiedziałem  Sebastianowi,  jak  bardzo 

zachwycam się jego ksiąŜkami. JuŜ tego nie nadrobię, a nie jestem nawet pewien, czy w ogóle 

wiedział, Ŝe je czytam. 

Ale  co  właściwie  ja  sam  wiedziałem  o  Sebastianie?  Tych  parę  drobiazgów,  które 

zapamiętałem z jego dzieciństwa i młodości, mógłbym zawrzeć w kilku rozdziałach - lecz co 

dalej?  Szkicując  ogólny  plan  ksiąŜki  zrozumiałem,  Ŝe  będę  musiał  podjąć  zakrojone  na 

ogromną  skalę  badania,  kolejno  wydobywając  na  powierzchnię  fragmenty  jego  Ŝycia  i 

spajając  te  okruchy  własną  intuicyjną  wiedzą  o  usposobieniu  zmarłego.  Intuicyjna  wiedza? 

Tak, tę akurat miałem, czułem ją w kaŜdym nerwie. Im zaś dłuŜej rozmyślałem, tym bardziej 

stawało  się  oczywiste,  Ŝe  mam  w  ręku  jeszcze  jedno  narzędzie:  wyobraŜając  sobie  postępki 

Sebastiana,  o  których  zasłyszałem  dopiero  po  jego  śmierci,  wiedziałem  ponad  wszelką 

wątpliwość,  Ŝe  w  tej  czy  innej  sytuacji  byłbym  się  zachował  dokładnie  tak  samo,  jak  on. 

Oglądałem  raz  mecz  między  dwoma  braćmi,  znakomitymi  tenisistami;  mieli  zupełnie  róŜne 

uderzenia,  a  w  dodatku  jeden  wyraźnie  górował  nad  drugim,  lecz  gdy  śmigając  po  korcie 

wpadli w pewien rytm, był on u obu taki sam, i jeśliby się dało naszkicować systemy, wedle 

których grali, wykresy okazałyby się identyczne. 

Zaryzykowałbym stwierdzenie, Ŝe Sebastian i ja teŜ mieliśmy jakiś wspólny rytm; stąd 

moŜe  owo  uczucie,  dające  się  wyrazić  słowami  „to  juŜ  się  kiedyś  zdarzyło”,  które  mnie 

ogarnia,  gdy  śledzę  meandry  jego  Ŝycia.  Jeśli  zaś,  jak  częstokroć  bywało  z  Sebastianem, 

motywacje  jego  zachowań  musiałem  niegdyś  zapisywać  po  stronie  niewiadomych,  teraz 

niejednokrotnie  odnajduję  ich  sens,  wyjawia  mi  go  bowiem  to  czy  tamto  z  mych  własnych 

zdań, podświadomie sformułowanych w ten, a nie inny sposób. Nie twierdzę, Ŝe dane mi są te 

same co Sebastianowi bogactwa umysłowości, podobne aspekty talentu. Bynajmniej. Geniusz 

brata zawsze uwaŜałem za cud, ani trochę nie związany z konkretnymi przeŜyciami, których 

background image

być  moŜe  obaj  doznaliśmy  w  dzieciństwie,  w  zbliŜonych  okolicznościach.  MoŜliwe,  Ŝe 

widziałem  i  zapamiętałem  to  samo  co  on,  lecz  róŜnica  między  jego  a  moją  siłą  wyrazu  jest 

mniej  więcej  taka,  jak  między  fortepianem  Bechsteina  a  niemowlęcą  grzechotką.  Nigdy  w 

Ŝ

yciu  nie  pokazałbym  mu  choćby  jednego  zdania  z  tej  ksiąŜki,  w  obawie  Ŝe  się  wzdrygnie, 

przekonawszy się o nędzy mojej angielszczyzny. A wzdrygnąłby się z pewnością. Nie śmiem 

teŜ  sobie  wyobraŜać  reakcji  Sebastiana  na  wieść,  iŜ  jego  przyrodni  brat  (którego 

doświadczenie  literackie  sprowadzało  się  do  kilku  przypadkowych  tłumaczeń  na  angielski, 

zleconych  przez  firmę  samochodową)  postanowił  ukończyć  kurs  pod  hasłem  „zostań 

pisarzem”, reklamowany z wielką werwą  w angielskim czasopiśmie. Tak, przyznaję się - co 

nie  znaczy,  Ŝe  Ŝałuję.  Pewien  pan  miał  za  rozsądnym  wynagrodzeniem  zrobić  ze  mnie 

wziętego  autora  i  naprawdę  wyłaził  ze  skóry,  próbując  wpoić  mi  skromność  i  wdzięk,  siłę 

przekonywania  i  lapidarność,  a  jeśli  okazałem  się  beznadziejnym  uczniem  -  chociaŜ  dobroć 

serca  nie  pozwoliła  mu  głośno  tego  stwierdzić  -  to  z  tej  przyczyny,  Ŝe  od  początku  zahip-

notyzowała  mnie  przepyszna  doskonałość  opowiadania,  które  przysłał  mi  jako  próbkę  tego, 

co  uczniowie  jego  potrafią  napisać  i  sprzedać.  Występował  tam  między  innymi  niegodziwy, 

wściekle prychający Chińczyk, dzielna piwnooka dziewczyna i rosły, cichy męŜczyzna, które-

mu  bielały  knykcie,  kiedy  ktoś  go  naprawdę  rozgniewał.  Nie  wspomniałbym  o  tym  dość 

niesamowitym  przedsięwzięciu,  gdyby  nie  fakt,  Ŝe  świadczy  ono,  jak  dalece  byłem  nie 

przygotowany do stojącego przede mną zadania i ku jakim szaleństwom popychał mnie brak 

wiary  we  własne  siły.  Sięgnąwszy  zaś  w  końcu  po  pióro  zwarłem  się  w  sobie,  Ŝeby  stawić 

czoło temu, co nieuniknione - innymi słowy, gotów byłem dać z siebie wszystko. 

W  anegdocie  tej  kryje  się  jeszcze  jeden  drobny  morał.  OtóŜ  gdyby  Sebastian  zgłosił 

się na korespondencyjny kurs pisarstwa - ot, dla zabawy: Ŝeby zobaczyć, co z tego wyniknie 

(lubił  bowiem  takie  rozrywki)  -  byłby  bez  porównania  gorszym  uczniem  niŜ  ja.  Jeśliby  mu 

kazano  pisać  tak,  jak  piszą  wszyscy,  pisałby  jak  nikt.  Nie  umiem  nawet  imitować  stylu 

Sebastiana,  bo  styl  jego  prozy  brał  się  ze  stylu  myślenia,  a  ciągi  myślowe  mego  brata  były 

olśniewającymi  seriami  luk.  Tych  zaś  naśladować  nie  sposób,  nie  wypełniając  ich  zarazem 

taką  czy  inną  materią  -  czyli  wymazując.  Czasem  jednak  w  opisie  nastroju  lub  wraŜenia 

napotykam  u  Sebastiana  jakiś  detal,  i  natychmiast  przychodzi  mi  na  myśl  pewien  efekt 

ś

wietlny w całkiem konkretnym miejscu, który obaj zauwaŜyliśmy, nic o sobie nawzajem nie 

wiedząc;  czuję  w  takich  razach,  Ŝe  choć  talentem  nie  dorastam  mu  do  pięt,  istniały  jednak 

między  nami  psychiczne  powinowactwa  i  one  to  właśnie  pomogą  mi  się  uporać  z  podjętym 

dziełem. 

Znalazłszy  narzędzie  trzeba  zrobić  z  niego  uŜytek.  Pierwszym  moim  zadaniem  po 

background image

ś

mierci Sebastiana było przejrzenie jego rzeczy. Wszystko pozostawił właśnie mnie - między 

innymi  list,  w  którym  kazał  mi  spalić  część  swych  papierów.  List  ten  sformułowany  był 

bardzo  niejasno,  z  początku  więc  sądziłem,  Ŝe  mowa  w  nim  o  brulionach  lub  poniechanych 

rękopisach,  ale  Sebastian  -  o  czym  wkrótce  się  przekonałem  -  dawno  juŜ  sam  je  zniszczył, 

pominąwszy  kilka  luźnych  stronic  zawieruszonych  tu  i  ówdzie  pomiędzy  innymi  papierami, 

naleŜał bowiem do tej rzadkiej rasy pisarzy, którzy wiedzą, iŜ nic nie ma prawa ocaleć prócz 

dzieła  w  doskonałej  postaci,  czyli  wydrukowanej  ksiąŜki;  istnienia  jej  nie  sposób  zaś 

pogodzić  z  istnieniem  widma  -  niechlujnego  rękopisu,  wystawiającego  na  pokaz  swe 

niedostatki niczym mściwy upiór, co niesie pod pachą własną głowę; dlatego teŜ w pewnym 

momencie  naleŜy  wyprzątnąć  warsztat,  unicestwiając  cały  śmietnik,  choćby  miał  on  nie 

wiedzieć jaką wartość sentymentalną lub rynkową. 

Kiedy  po  raz  pierwszy  wszedłem  do  londyńskiego  mieszkanka  Sebastiana  na  Oak 

Park Gardens 36, ogarnęło mnie uczucie pustki, jakiego doznaje człowiek stwierdziwszy, Ŝe 

zbyt  długo  odwlekał  spotkanie,  a  teraz  jest  juŜ  za  późno.  Trzy  pokoje,  wystygły  kominek, 

cisza.  W  ostatnich  latach  Sebastian  rzadko  korzystał  z  tego  mieszkania,  a  i  umarł  gdzie 

indziej.  W  szafie  wisiało  pół  tuzina  garniturów,  przewaŜnie  starych;  na  sekundę  uległem 

dziwacznemu złudzeniu, Ŝe oglądam ciało Sebastiana rozmnoŜone w szereg sztywnych form 

o  kwadratowych  barkach.  Widziałem  go  raz  w  tym  brązowym  płaszczu;  dotknąłem  rękawa, 

był jednak bezwładny i niczym nie odpowiedział na ten cichy okrzyk z głębi mej pamięci. W 

szafie stały teŜ buty: przeszły wiele kilometrów, a teraz dotarły do kresu wędrówki. ZłoŜone 

koszule  leŜały  na  plecach.  CóŜ  mogły  mi  powiedzieć  o  Sebastianie  wszystkie  te  milczące 

przedmioty? Jego łóŜko. Na ścianie barwy kości słoniowej wisiał nad łóŜkiem nieduŜy obraz 

olejny  (błotnista  droga,  tęcza,  piękne  kałuŜe),  stary  i  lekko  spękany.  Tam  padało  jego 

spojrzenie, kiedy się budził. 

Rozglądałem się po sypialni z wraŜeniem, Ŝe wszystkie sprzęty uskoczyły w ostatniej 

chwili, jakbym je zaszedł znienacka, a teraz kolejno spoglądają mi w oczy, sprawdzając, czy 

zauwaŜyłem  ten  moment,  gdy  się  wzdrygnęły,  przyłapane  na  czymś  zdroŜnym.  Zwłaszcza 

pewien niski fotel w białym pokrowcu stojący obok łóŜka miał taką minę; zastanawiałem się, 

co teŜ mógł ukraść. Grzebiąc w zakamarkach jego niechętnych fałd namacałem coś twardego: 

okazało się, Ŝe to brazylijski orzech; fotel znów stanął z załoŜonymi rękami, oblókłszy się w 

tę samą co przedtem nieprzeniknioność (mogącą wyraŜać pełne wzgardy dostojeństwo). 

Łazienka. Szklana półka, pusta - tylko dwuramienny pojemnik po talku z nalepioną w 

rozwidleniu etykietką przedstawiającą fiołki odbijał się w lustrze niczym kolorowa reklama. 

Potem  obejrzałem  dwa  większe  pokoje.  Jadalnia  była  dziwnie  bezosobowa,  jak 

background image

wszystkie  pomieszczenia,  w  których  się  jada  -  moŜe  dlatego,  Ŝe  pokarm  to  główne  ogniwo 

między  nami  a  pospolitym  chaosem  przetaczającej  się  wokół  nas  materii.  W  szklanej 

popielniczce  leŜał  wprawdzie  niedopałek,  ale  zostawił  go  tam  niejaki  McMath,  pośrednik  w 

handlu nieruchomościami. 

Pracownia. Z jej okien rozpościerał się widok na ogród czy teŜ moŜe park za domem, 

ciemniejące  niebo,  kilka  wiązów  -  wbrew  obietnicy  zawartej  w  nazwie  zaułka  nie  były  to 

dęby.  W  jednym  końcu  pokoju  rozsiadła  się  obita  skórą  kanapa.  Gęsto  zaludnione  półki  z 

ksiąŜkami. Biurko. Blat prawie pusty: czerwony ołówek, pudełko spinaczy - mebel wydawał 

się  ponury  i  nieprzystępny,  ale  lampa  na  jego  zachodnim  krańcu  była  przeurocza.  Gdy 

namacałem  jej  puls,  opałowa  kula  stopniała  i  spłynęła  strugami  światła:  a  więc  ten  to 

czarodziejski księŜyc oglądał białą, ruchliwą dłoń Sebastiana. Teraz juŜ serio zabrałem się do 

dzieła. Wziąłem zostawione mi w spadku klucze i otworzyłem szuflady. 

Przede  wszystkim  wywlokłem  z  nich  dwie  paczki  listów,  na  których  Sebastian 

nagryzmolił:  „zniszczyć”.  Jedną  zawinął  tak,  Ŝe  nie  mogłem  zobaczyć  charakteru  pisma: 

papier  listowy  był  błękitny  jak  skorupka  jajka,  z  ciemnoniebieskimi  marginesami.  Druga 

paczka  zawierała  kartki  z  rozmaitych  papeterii,  zamaszyście  pobazgrane  kobiecą  ręką. 

Odgadłem, czyją. Przez jedną szaloną chwilę walczyłem z pokusą, aby dokładniej zbadać oba 

zawiniątka.  Wyznaję  z  Ŝalem,  Ŝe  lepsze  skłonności  wzięły  górę.  Lecz  gdy  paliłem  listy  w 

kominku,  jeden  z  błękitnych  arkuszy  oddzielił  się  od  reszty,  gnąc  się  w  tył  pod  torturą 

płomienia,  a  nim  oblazła  go  i  stłamsiła  czerń,  kilka  słów  rozbłysło  z  całą  jasnością,  wnet 

jednak omdlały i wszystko się skończyło. 

Osunąłem się na fotel i zamyśliłem. Przed chwilą przeczytałem parę słów napisanych 

po rosyjsku, urywek zdania; same w sobie były one doprawdy nieistotne (nie mogłem zresztą 

od  płomieni  rządzonych  ślepym  trafem  oczekiwać  sprytu  ani  rozmysłu,  właściwego 

powieściopisarskim  fabułom).  W  dosłownym  przekładzie  znaczyłyby:  „zwyczaj  twój,  aby 

zawsze znajdować...”  Lecz to nie ich sens mnie  uderzył, a sam fakt, Ŝe napisano je w mojej 

ojczystej  mowie.  Nie  miałem  pojęcia,  kim  mogła  być  owa  Rosjanka,  której  listy  Sebastian 

przechowywał  w  tak  bliskim  sąsiedztwie  listów  Klary  Bishop  -  a  niewiedza  ta  z  jakiejś 

przyczyny  męczyła  mnie  i  zbijała  z  tropu.  Ze  swego  miejsca  przy  kominku,  który  znów  był 

czarny  i  zimny,  widziałem  jasny  krąg  światła  lampy  stojącej  na  biurku,  jaskrawą  biel 

papierów  przelewających  się  przez  krawędź  szuflady  oraz  samotny  arkusz  na  niebieskim 

dywanie, do połowy ukryty w cieniu, przecięty na ukos granicą strefy światła. Przez moment 

zdawało  mi  się,  Ŝe  przy  biurku  siedzi  przezroczysty  Sebastian,  wnet  jednak  przypomniałem 

sobie fragment o niewłaściwym Roquebrune: moŜe wolał pisać w łóŜku? 

background image

Po  pewnym  czasie  podjąłem  przerwane  zajęcie:  znów  zacząłem  badać  i  z  grubsza 

klasyfikować  zawartość  szuflady.  Listów  było  wiele.  OdłoŜyłem  je  na  bok,  Ŝeby  później 

przejrzeć.  Wycinki  z  gazet  w  albumie  z  krzykliwą  okładką,  na  której  widniał 

nieprawdopodobny motyl. Nie, nie znalazłem tam omówień jego własnych ksiąŜek: Sebastian 

był  zanadto  próŜny,  Ŝeby  gromadzić  recenzje,  a  gdyby  się  na  nie  przypadkiem  natknął  w 

prasie,  poczucie  humoru  nie  pozwoliłoby  mu  wklejać  ich  cierpliwie  do  kajetu.  Miał  jednak, 

jak  juŜ  wspomniałem,  album  wycinków,  a  wszystkie  one  (stwierdziłem  to  później, 

przeglądając je bez pośpiechu) dotyczyły bezsensownych zdarzeń, absurdalnych niczym sny, 

rozgrywających  się  w  najbardziej  banalnych  miejscach  i  sytuacjach.  ZauwaŜyłem,  Ŝe  darzył 

takŜe uznaniem niezborne metafory; pewnie zaliczał je do tej samej kategorii zjawisk z lekka 

koszmarnych. Pośród jakichś dokumentów prawniczych znalazłem karteluszek z początkiem 

opowiadania  -  było  to  zaledwie  jedno  zdanie,  urwane  w  połowie,  dzięki  niemu  poznałem 

jednak  ten  osobliwy  zwyczaj  Sebastiana,  aby  w  trakcie  pisania  nie  skreślać  słów, 

zastępowanych  innymi;  na  przykład  znalezione  przeze  mnie  zdanie  brzmiało  następująco: 

„Jako  okropny  śpioch  Okropny  śpioch,  Roger  Rogerson,  stary  Rogerson  kupił  stary  Rogers 

kupił,  tak  się  bał  Będąc  okropnym  śpiochem,  stary  Rogers  tak  się  zawsze  bał,  Ŝe  przegapi 

jutro. Był okropnym śpiochem. Śmiertelnie się bał, Ŝe przegapi jutrzejsze wydarzenie chwałę 

poranny pociąg chwałę, kupił więc i przyniósł do domu nie jeden, ale osiem budzików róŜnej 

wielkości,  tykających  z  rozmaitym  wigorem  dziewięć  osiem  jedenaście  budzików  róŜnej 

wielkości, tykających które to budziki dziewięć budzików, tyle samo, ile kot ma które ustawił 

które nieco upodobniły jego sypialnię do”. 

ś

ałowałem, Ŝe nie ma dalszego ciągu. 

W  pudełku  po  czekoladkach  cudzoziemskie  monety:  franki,  marki,  szylingi 

austriackie,  korony  -  i  drobniejszy  bilon.  Kilka  wiecznych  piór.  Ametyst  orientalnego 

pochodzenia, bez oprawy. Gumka recepturka. Szklana fiolka tabletek od bólu głowy, przeciw 

nerwowym  załamaniom,  newralgii,  bezsenności,  złym  snom  i  bólom  zębów.  Wzmianka  o 

zębach  nie  budziła  zaufania.  Stary  notes  (1926)  z  wymarłymi  numerami  telefonów.  Foto-

grafie. 

Spodziewałem  się  znaleźć  wśród  nich  całą  masę  zdjęć  dziewcząt.  Znacie  ten  typ: 

uśmiechy  w  słońcu,  migawki  z  lata,  kontynentalne  sztuczki  z  cieniem,  uśmiechy  w  bieli  na 

trotuarze,  piasku  lub  śniegu  -  ale  tym  razem  nie  zgadłem.  Gdy  z  duŜej  koperty,  na  której 

widniała  wypisana  ręką  Sebastiana  lakoniczna  informacja  „pan  H.”,  wytrząsnąłem 

dwadzieścia parę fotografii, okazało się, Ŝe wszystkie przedstawiają jedną i tę samą osobę na 

róŜnych  etapach  Ŝycia:  najpierw  był  to  łobuziak  o  twarzy  jak  księŜyc  w  pełni,  ubrany  w 

background image

marynarski  mundurek  prostackiego  kroju,  potem  brzydki  chłopiec  w  czapce  krykiecisty, 

następnie  młodzieniec  z  perkatym  nosem,  i  tak  dalej,  aŜ  w  końcu  pojawiała  się  cała  seria 

dorosłych  panów  H.  -  dość  odraŜający  męŜczyzna  podobny  do  buldoga  stopniowo  tył  w 

ś

wiecie,  na  który  składały  się  juŜ  to  dekoracje  w  fotograficznych  ateliers,  juŜ  to  prawdziwe 

ogródki  przed  domkami  jednorodzinnymi.  Zrozumiałem,  kim  miał  być  ten  człowiek,  kiedy 

natrafiłem na wycinek z gazety, przypięty do jednego ze zdjęć: 

„Pisarz  pracujący  nad  biografią  fikcyjnej  postaci  poszukuje  fotografii  pana  o 

energicznej  aparycji,  przeciętnego,  ustabilizowanego,  abstynenta,  najchętniej  kawalera. 

Zakupi zdjęcia z dzieciństwa, młodości i wieku męskiego celem publikacji we wspomnianym 

utworze.” 

KsiąŜka  ta  nigdy  nie  powstała,  ale  moŜliwe,  Ŝe  niedoszły  autor  jeszcze  w  ostatnim 

roku  Ŝycia  nosił  się  z  zamiarem  jej  napisania,  bo  końcowe  zdjęcie  pana  H.,  stojącego  z 

radosną miną obok nowiutkiego samochodu, opatrzone było datą „marzec 1935”, a Sebastian 

umarł zaledwie w rok później. 

Nagle ogarnęło mnie zmęczenie i przygnębienie. Chciałem zobaczyć twarz Rosjanki, z 

którą  Sebastian  korespondował.  Chciałem  zobaczyć  zdjęcia  samego  Sebastiana.  Chciałem 

wielu rzeczy... Błądząc spojrzeniem po pokoju spostrzegłem fotografie w ramkach, wiszące w 

półmroku nad regałem z ksiąŜkami. 

Wstałem,  Ŝeby  im  się  przyjrzeć.  Jedna  -  powiększona  odbitka  -  przedstawiała 

Chińczyka nagiego od pasa w górę, uchwyconego w chwili, gdy z wielką energią ścinano mu 

głowę,  obok  zaś  wisiało  banalne  studium  kędzierzawego  dziecka  bawiącego  się  ze 

szczeniakiem. Uznałem, Ŝe jest to kombinacja w wątpliwym guście, ale Sebastian miał widać 

swoje powody, Ŝeby zachować i powiesić obok siebie te zdjęcia. 

Rzuciłem  teŜ  okiem  na  ksiąŜki;  było  ich  wiele,  najrozmaitszych,  poutykanych  byle 

jak. Na jednej półce panował nieco większy ład i tam właśnie zauwaŜyłem sekwencję, która 

przez  chwilę  zdawała  się  układać  w  ledwie  uchwytną  frazę  muzyczną,  dziwnie  mi  skądś 

znajomą: Hamlet, La morte d'Arthur, Most w San Luis Rey, Doktor Jekyll i Mr Hyde, Wiatr z 

południa,  Dama  z  pieskiem,  Madame  Bovary,  Niewidzialny  człowiek,  Le  Temps  Retrouve, 

Słownik angielsko - perski, Autor Trixie, Alicja w krainie czarów, Ulisses, O kupowaniu koni, 

Król Lir... 

Melodia  wydała  ni  to  okrzyk,  ni  to  westchnienie,  i  ucichła.  Wróciłem  do  biurka  i 

zacząłem  sortować  listy,  które  przedtem  odłoŜyłem  na  bok.  PrzewaŜnie  dotyczyły  spraw 

urzędowych, uznałem więc, Ŝe mam prawo je przejrzeć. Niektóre w Ŝaden sposób nie wiązały 

się  z  zawodem  Sebastiana,  inne  -  owszem.  Panował  wśród  nich  niezły  bałagan;  wielu  aluzji 

background image

nie zdołałem rozszyfrować. W paru przypadkach Sebastian zachował kopie swych własnych 

listów,  i  tak  na  przykład  zapoznałem  się  bez  Ŝadnych  skrótów  z  pełną  animuszu  wymianą 

zdań między nim a jego wydawcą na temat pewnej ksiąŜki. Potem pojawił się jakiś marudny 

osobnik  -  ni  mniej,  ni  więcej,  tylko  z  Rumunii  -  i  hałaśliwie  domagał  się  opcji... 

Dowiedziałem  się  teŜ,  jak  przebiega  sprzedaŜ  w  Anglii  i  w  jej  dominiach...  Nic 

nadzwyczajnego, ale w jednym przypadku wynik co najmniej zadowalający. Kilka listów od 

zaprzyjaźnionych  pisarzy.  Pewien  łagodny  literat,  autor  jednej  jedynej  sławnej  ksiąŜki, 

zbeształ  Sebastiana  (4  kwietnia  1928  roku)  za  „korzeniowszczyznę”,  radząc  mu  poniechać 

„szczyzny”,  a  za  to  w  dalszych  utworach  kultywować  „korzeń”;  pomysł  ten  wydał  mi  się 

osobliwie głupi. 

Wreszcie na samym spodzie znalazłem listy matki i własne, a takŜe kilka od kolegi, z 

którym Sebastian studiował. Trochę się siłując z ich stronicami (stare listy nie lubią, kiedy je 

się rozkłada) nagle pojąłem, gdzie teraz powinienem zapolować. 

background image

Studenckie  lata  Sebastiana  Knighta  nie  były  zbyt  szczęśliwe.  Wiele  rzeczy  w 

Cambridge  sprawiło  mu  oczywiście  radość;  początkowo  wręcz  zachłysnął  się  tym,  Ŝe 

nareszcie  widzi  wytęskniony  kraj  -  widzi,  dotyka,  czuje  zapachy.  Prawdziwa  doroŜka 

zawiozła  go  z  dworca  do  Trinity  College;  moŜna  by  sądzić,  Ŝe  czekała  specjalnie  na 

Sebastiana,  do  ostatniej  chwili  rozpaczliwie  stawiając  opór  siłom  skazującym  tego  rodzaju 

pojazdy  na  wymarcie,  a  potem  skonała  z  ochotą,  aby  przenieść  się  w  świat  bokobrodów  i 

czerwończyka płomieńca. 

Błocko  na  ulicach  lśniących  wilgocią  w  mglistym  mroku  tworzyło  wraz  z 

przyobiecanym  kontrapunktem  -  filiŜanką  mocnej  herbaty  i  szczodrze  płonącym  ogniem  na 

kominku  -  harmonię,  którą  przybysz  doskonale  skądś  znał.  Czyste  dźwięki  zegarów  na 

wieŜach  juŜ  to  zawisały  nad  miastem,  juŜ  to  nakładały  się  na  siebie  i  odpowiadały  sobie 

echem  z  oddali,  w  dziwny,  do  głębi  znajomy  sposób  zlewając  się  z  piskliwymi  okrzykami 

gazeciarzy.  A  gdy  Sebastian  wkroczył  na  przepojony  ponurym  majestatem  główny 

dziedziniec,  gdzie  cienie  w  togach  snuły  się  wśród  mgły,  widząc  przed  sobą  miarowo 

podskakujący  melonik  odźwiernego  poczuł,  Ŝe  którymś  zmysłem  rozpoznaje  wszystkie  te 

doznania:  zdrowe  wyziewy  wilgotnej  darni,  pradawną  dźwięczność  kamiennych  płyt  pod 

obcasem,  niewyraźny  zarys  mrocznych  murów  wysoko  nad  głową  -  po  prostu  wszystko. 

Szczególne  to  uniesienie  trwało  zapewne  dość  długo,  lecz  od  razu  zawierało  teŜ  domieszkę 

innego uczucia, które później wzięło górę. OtóŜ Sebastian chcąc nie chcąc zdał sobie sprawę 

(być moŜe z czymś na kształt bezradnego zdumienia, oczekiwał bowiem od Anglii więcej, niŜ 

mógł  dostać),  Ŝe  choćby  nowe  otoczenie  najmądrzej  i  najsłodziej  schlebiało  jego  dawnym 

rojeniom,  on  sam,  a  raczej  najbardziej  drogocenna  część  jego  osobowości,  znosić  będzie  tę 

samą co dotychczas beznadziejną samotność. Bo teŜ właśnie samotność była dominantą Ŝycia 

mojego brata, im zaś troskliwiej los dbał o to, aby czuł się on na świecie jak u siebie w domu, 

im umiejętniej podrabiał rzeczy, których Sebastian pragnął (a raczej tak mu się zdawało), tym 

wyraźniej  człowiek  będący  przedmiotem  owych  starań  uświadamiał  sobie,  Ŝe  nie  pasuje  do 

obrazka  -  ani  tego,  ani  Ŝadnego  innego.  Zrozumiawszy  wreszcie  problem  do  końca,  jął  z 

ponurą zaciętością pielęgnować  w sobie świadomą sztuczność niby  rzadki talent lub pasję, i 

wtedy dopiero zaczął czerpać satysfakcję z jej bujnego, wręcz monstrualnego rozrostu, juŜ się 

nie przejmując tym, Ŝe jest niesympatyczny i niezdarny; to jednak nastąpiło znacznie później. 

Z  początku  musiał  się  rozpaczliwie  bać,  Ŝe  nie  zrobi  tego,  czego  od  niego  oczekują, 

background image

albo  co  gorsza  zrobi  to  niezręcznie.  Ktoś  mu  powiedział,  Ŝe  sztywną,  kanciastą  czapkę 

uniwersytecką  naleŜy  zmiąć  lub  nawet  całkiem  wyjąć  z  niej  tekturę,  pozostawiając  tylko 

wiotką, czarną tkaninę. Ledwie Sebastian posłuchał tej rady, stwierdził, iŜ niechcący utrafił w 

najbardziej prostacki ton „studenterii”, bo styl naprawdę doskonały polega na tym, aby nosić 

czapkę  i  togę  zupełnie  je  ignorując,  zapewnia  im  to  bowiem  nieskazitelny  wygląd  rzeczy 

nieistotnych,  które  w  przeciwnym  razie  ośmieliłyby  się  domagać  dla  siebie  znaczenia.  Inny 

przykład: kapelusze i parasole bez względu na pogodę obłoŜone były anatemą, toteŜ Sebastian 

sumiennie  mókł  i  przeziębiał  się,  aŜ  pewnego  dnia  poznał  niejakiego  D.  W.  Gorgeta, 

uroczego,  przyjacielskiego  lenia  o  nonszalanckim  usposobieniu,  słynnego  rozrabiakę, 

eleganta i dowcipnisia: i ten to Gorget najspokojniej w świecie chodził w miękkim kapeluszu 

i z parasolem. Gdy w piętnaście lat później przyjechałem do Cambridge, najlepszy przyjaciel 

Sebastiana  z  lat  studenckich  (obecnie  wybitny  uczony)  opowiedział  mi  te  historyjki; 

pozwoliłem sobie wówczas zauwaŜyć, Ŝe wszyscy w Cambridge chodzą przecieŜ z... 

- W rzeczy samej - przytaknął mój rozmówca. - Parasol Gorgeta wydał potomstwo. 

-  NiechŜe  mi  pan  jeszcze  powie  -  poprosiłem  -  jak  było  ze  sportem?  Czy  Sebastian 

dobrze sobie radził na boisku? 

Gospodarz się uśmiechnął. 

-  Niestety  -  rzekł.  -  Pominąwszy  łagodnego  tenisa,  w  którego  czasem  grywaliśmy  na 

dość  grząskim  trawiastym  korcie,  ani  Sebastian,  ani  ja  nie  byliśmy  wielkimi  zwolennikami 

tego rodzaju zajęć. Pamiętam, Ŝe miał bardzo drogą rakietę i twarzowy kostium z flaneli. W 

ogóle  zresztą  wyglądał  nadzwyczaj  miło,  schludnie  i  tak  dalej.  Ale  zamiast  serwować,  po 

kobiecemu  klepał  piłkę  rakietą.  WciąŜ  się  uganiał  po  całym  korcie  i  nigdy  nie  trafiał,  a 

poniewaŜ  ja  spisywałem  się  niewiele  lepiej,  nasze  mecze  polegały  głównie  na  tym,  Ŝe  co 

chwila  podnosiliśmy  z  ziemi  mokre,  zielone  piłki  albo  odrzucaliśmy  je  właścicielom, 

grającym na sąsiednich kortach, wszystko to zaś odbywało się wśród równomiernie siąpiącej 

mŜawki. Tak, Sebastian grał zdecydowanie kiepsko. 

- Martwił się tym? 

- Tak, w pewnym sensie. Właściwie cały pierwszy semestr zatruła mu świadomość, Ŝe 

w  tych  sprawach  nie  nadąŜa.  Kiedy  on  i  Gorget  poznali  się  u  mnie,  biedny  Sebastian  bez 

przerwy  rozprawiał  o  tenisie,  więc  Gorget  spytał  wreszcie,  czy  w  tenisa  gra  się  kijem. 

Sebastian trochę się wtedy pocieszył, bo pomyślał, Ŝe Gorget, którego z miejsca polubił, teŜ 

nie jest wysportowany. 

- A nie był? 

-  No,  grał  w  rugby  w  reprezentacji  Cambridge,  ale  moŜe  nie  przepadał  za  tenisem. 

background image

Zresztą Sebastian wkrótce się wyleczył z kompleksów na punkcie sportu. A w ogóle... 

Siedzieliśmy  w  pokoju  o  ścianach  wykładanych  dębową  boazerią,  przy  słabym 

ś

wietle,  w  fotelach  tak  niskich,  Ŝe  bez  trudu  sięgaliśmy  do  zastawy  herbacianej,  która 

pokornie  czekała  na  dywanie;  duch  Sebastiana  zdawał  się  unosić  nad  nami,  gdy  migoczące 

płomienie  odbijały  się  w  mosięŜnych  gałkach  kominka.  Gospodarz  był  w  młodości  blisko  z 

Sebastianem,  chyba  zatem  wiedział,  co  mówi,  kiedy  twierdził,  Ŝe  mój  brat  miał  poczucie 

niŜszości,  bo  pragnął  stać  się  bardziej  angielski  niŜ  sama  Anglia;  wiecznie  mu  się  to  nie 

udawało, ale wciąŜ próbował, aŜ w końcu zrozumiał, iŜ zdradza go nie tyle zewnętrzność, nie 

tyle  manieryzmy,  wtrącane  pod  dyktando  modnego  slangu,  ile  samo  to  usiłowanie,  aby  stać 

się  takim  jak  inni  i  postępować  na  ich  modłę,  podczas  gdy  w  istocie  wisi  nad  nim 

błogosławieństwo, skazujące go na odosobnienie w granicach własnego jestestwa. 

Robił  jednak,  co  mógł,  Ŝeby  się  przedzierzgnąć  w  typowego  studenta.  Zimowym 

rankiem  wychodził  na  dwór  w  brązowym  szlafroku  i  starych  lakierkach,  zabierając  ze  sobą 

mydelniczkę  i  saszetkę  z  przyborami  do  mycia,  i  szedł  do  łaźni  za  rogiem.  Potem  było 

ś

niadanie  w  jadalni:  owsianka  szara  i  nudna  jak  niebo  nad  dziedzińcem  oraz  pomarańczowa 

marmolada  -  dokładnie  w  tym  samym  odcieniu,  co  pnącza  porastające  mury  wokół  tegoŜ 

dziedzińca.  Sebastian  dosiadał  swego,  jak  mówił  mój  informator,  „bicykla”,  i  z  togą 

przerzuconą  przez  ramię  pedałował  do  tej  czy  innej  sali  na  wykład.  Lunch  jadał  w  lokalu 

zwanym Pitt (był to, zdaje się, jakiś klub, zapewne o ścianach przyozdobionych malunkami w 

guście  koniarzy,  gdzie  stareńcy  kelnerzy  zadawali  gościom  odwieczną  zagadkę:  czysta  czy 

zabielana?).  Grywał  w  piątaki  (cokolwiek  się  za  tą  nazwą  kryło)  lub  w  inną  podobnie 

bezpieczną grę, a potem w gronie paru przyjaciół zjadał podwieczorek; rozmowa kuśtykała od 

herbatników do fajki, przy czym starannie unikano wszystkiego, czego nie mówili pozostali. 

Przed  kolacją  mogło  być  jeszcze  kilka  wykładów,  później  zaś  znów  szło  się  do  jadalni  - 

całkiem  przyzwoitej  sali,  którą  teŜ  mi  sumiennie  pokazano.  Właśnie  odbywało  się  tam 

zamiatanie  podłogi  i  tłuste  białe  łydki  Henryka  Ósmego  sprawiały  takie  wraŜenie,  jakby  się 

bały łaskotek. 

- A gdzie zwykle siadywał Sebastian? 

- Tam, pod ścianą. 

- Ale jak się tam dostawał? Stoły ciągną się kilometrami. 

-  Wskakiwał  na  zewnętrzną  ławkę  i  przechodził  po  blacie  stołu.  Wszyscy  tak  robili, 

chociaŜ czasem nadeptywało się komuś na talerz. 

Po kolacji wracał do siebie, jeŜeli nie szedł z jakimś milczącym kompanem do małego 

kina w rynku, gdzie moŜna było zobaczyć film z Dzikiego Zachodu albo Charliego Chaplina, 

background image

jak  ucieka  sztywnym  truchcikiem  przed  niegodziwym  grubasem,  póki  się  nie  poślizgnie  na 

rogu ulicy. 

W  ten  sposób  minęły  trzy  albo  cztery  semestry,  potem  jednak  w  Sebastianie  zaszła 

dziwna zmiana. Przestało go bawić to, czym się dotychczas zabawiał z poczucia obowiązku, i 

z całym spokojem zajął się sprawami naprawdę dlań waŜnymi. Na zewnątrz zmiana ta miała 

taki skutek, Ŝe wypadł z rytmu Ŝycia uczelni. Nie widywał się z nikim prócz mego rozmówcy; 

pozostał  on  jedynym  chyba  człowiekiem,  wobec  którego  mój  brat  był  całkiem  szczery  i 

naturalny.  Łączyła  ich  piękna  przyjaźń;  doskonale  zresztą  rozumiałem  Sebastiana,  bo  ten 

spokojny  badacz  miał  najwspanialszą  i  najdelikatniejszą  osobowość,  jaką  moŜna  sobie 

wyobrazić.  Obaj  interesowali  się  literaturą  angielską;  przyjaciel  Sebastiana  juŜ  wtedy  szki-

cował plan swego pierwszego dzieła, zatytułowanego Prawa wyobraźni literackiej, za które w 

kilka lat później dostał nagrodę Montgomery'ego. 

-  Prawdę  mówiąc  -  rzekł  teraz,  głaszcząc  puszystego  kota  o  błękitnym  futrze  i 

seledynowych  oczach;  zwierzę  pojawiło  się  nie  wiedzieć  skąd  i  właśnie  sadowiło  mu  się  na 

kolanach.  -  Prawdę  mówiąc,  w  tamtym  okresie  naszej  przyjaźni  trochę  się  martwiłem  o 

Sebastiana.  Kiedy  się  nie  pojawiał  na  wykładzie,  szedłem  go  odwiedzić, i  tu  się  okazywało, 

Ŝ

e  jeszcze  leŜy  w  łóŜku,  skulony  jak  śpiące  dziecko,  ale  przy  tym  z  ponurą  miną  pali 

papierosa.  Zmiętoszona  poduszka  cała  obsypana  była  popiołem,  a  wyplamione  atramentem 

prześcieradło zamiatało podłogę. W odpowiedzi na moje energiczne powitanie ledwie stękał i 

nawet  się  nie  fatygował,  Ŝeby  zmienić  pozycję,  więc  pokręciwszy  się  trochę  po  mieszkaniu, 

uspokojony, Ŝe nie zachorował, szedłem na lunch, a gdy potem znów do niego wstępowałem, 

dalej leŜał - tyle Ŝe na drugim boku - i strząsał popiół do kapcia. Pytałem, czy nie przynieść 

mu  czegoś  do  jedzenia,  bo  w  spiŜarce  miał  zawsze  pustki,  kiedy  zaś  wracałem  z  kiścią  ba-

nanów,  zrywał  się  wesół  jak  małpa  i  natychmiast  zaczynał  mnie  draŜnić  stekiem  mętnie 

niemoralnych  stwierdzeń  na  temat  Ŝycia,  śmierci  lub  Boga,  które  wygłaszał  ze  szczególną 

lubością,  wiedząc,  jak  mnie  złoszczą,  choć  nigdy  nie  wierzyłem,  Ŝe  mówi  serio.  Wreszcie 

koło  trzeciej  czy  czwartej  wkładał  szlafrok  i  szurając  kapciami  szedł  do  saloniku. 

Wychodziłem przejęty niesmakiem, a on siedział skulony przy kominku i drapał się w głowę. 

Kiedy  nazajutrz  pracowałem  w  swoich  pieleszach,  na  schodach  zaczynały  raptem  dudnić 

czyjeś  kroki  i  do  pokoju  wpadał  Sebastian,  czysty,  wyświeŜony  i  podekscytowany,  Ŝeby  mi 

pokazać wiersz, który właśnie skończył. 

Sądzę, Ŝe wszystko w tym opisie się zgadza; najbardziej Ŝałosny wydał mi się pewien 

drobny szczegół. OtóŜ angielszczyzna Sebastiana, choć płynna i wysoce idiomatyczna, była, 

jak  się  zdaje,  w  oczywisty  sposób  angielszczyzną  cudzoziemca.  Głoskę  „r”  na  początku 

background image

wyrazu  mój  brat  wymawiał  dźwięcznie  i  chrapliwie;  robił  czasem  dziwaczne  błędy,  na 

przykład  mówił  „chwyciłem  grypę”  albo  „ten  facet  sympatyzuje”,  co  miało  po  prostu  zna-

czyć,  Ŝe  ktoś  wywarł  na  nim  miłe  wraŜenie.  Nieprawidłowo  akcentował  takie  słowa,  jak 

„interesujący”  czy  „laboratorium”.  Źle  wymawiał  imiona  w  rodzaju  „Sokratesa”  lub 

„Desdemony”. Jeśli zwrócono mu uwagę, nigdy nie powtarzał błędu, ale okropnie się dręczył 

samym faktem, Ŝe nie jest pewien niektórych wyrazów, i oblewał się jaskrawym rumieńcem, 

ilekroć  z  powodu  przypadkowego  potknięcia  tępawy  słuchacz  nie  całkiem  go  zrozumiał.  W 

okresie  tym  o  wiele  lepiej  wprawdzie  pisał  niŜ  mówił,  lecz  wiersze  jego  miały  w  sobie  coś 

niezupełnie  angielskiego,  choć  trudno  byłoby  powiedzieć,  co  mianowicie.  śaden  zresztą  nie 

dotarł do mych rąk. Owszem, przyjaciel Sebastiana przypuszczał, Ŝe moŜe kilka... 

Zdjął kota z kolan i zaczął grzebać wśród papierów w szufladzie, niczego jednak nie 

znalazł. 

-  MoŜe  u  mojej  siostry  w  jakiejś  skrzyni  -  powiedział  bez  przekonania  -  ale  nie  dam 

głowy...  Takie  drobiazgi  szczególnie  łatwo  popadają  w  zapomnienie,  a  poza  tym  Sebastian 

niewątpliwie byłby rad, Ŝe zaginęły. 

-  Nawiasem  mówiąc  -  wtrąciłem  -  wygląda  na  to,  Ŝe  czas,  który  pan  wspomina,  był 

okropnie  płynny,  w  sensie  czysto  meteorologicznym.  Musiała  wtedy  panować  wręcz 

rozpaczliwa pogoda, taka jak dziś [spotkanie nasze wypadło w ponury, lutowy dzień]. Proszę 

mi  powiedzieć,  czy  nigdy  wtedy  nie  bywało  ciepło,  słonecznie?  PrzecieŜ  sam  Sebastian 

napomyka chyba w którymś miejscu o „róŜowych świecznikach ogromnych kasztanów” nad 

piękną rzeczułką? 

Owszem,  w  Cambridge  prawie  co  roku  była  wiosna,  a  po  niej  lato  (owo  tajemnicze 

„prawie” szczególnie mi się spodobało). Sebastian rzeczywiście dosyć chętnie się wylegiwał 

w łódce, płynącej rzeką Cam. Lecz nade wszystko lubił jeździć o zmroku na rowerze pewną 

ś

cieŜką biegnącą skrajem łąk. Siadał na płocie i myśląc o tym i owym patrzył, jak na bladym 

wieczornym  niebie  smuŜki  łososiowych  chmur  przybierają  kolor  matowej  miedzi.  O  czym 

myślał?  O  dziewczynie,  która  mówiła  londyńską  gwarą,  a  puszyste  włosy  wciąŜ  jeszcze 

zaplatała  w  warkocze  (pewnego  razu  szedł  za  nią  przez  błonia,  aŜ  nagle  zastąpił  jej  drogę, 

pocałował  i  nigdy  juŜ  potem  nie  zobaczył)?  O  kształcie  jednej  z  chmur?  O  mglistym  za-

chodzie  słońca  za  czarnym  jodłowym  borem  kędyś  w  Rosji  (ileŜ  dałby  za  takie 

wspomnienie!)? O ukrytych znaczeniach gwiazdy i źdźbła trawy? O nieznanym języku ciszy? 

O straszliwej wadze kropli rosy? O rozdzierającym pięknie kamyka wśród miliardów innych 

kamyków,  co  układają  się  w  sens  -  ale  jaki?  Czy  teŜ  rozwaŜał  odwieczne  pytanie  „Kim 

jesteś?”,  stawiane  własnemu  ja,  zaskakująco  nieuchwytnemu  pośród  zmierzchu,  a  zarazem 

background image

ś

wiatu  stworzonemu  boską  ręką,  z  którym  nigdy  właściwie  nie  udaje  nam  się  zapoznać? 

MoŜe bliŜsze prawdy będzie przypuszczenie, Ŝe gdy tak siedział na płocie, kłębiły mu się w 

głowie rozmaite wyobraŜenia i słowa, a choć te pierwsze były ledwie zarysowane, drugie zaś 

nie dość celne, wiedział juŜ, Ŝe w nich i tylko w nich zawiera się jego prawdziwe Ŝycie, bo to, 

co  jest  mu  pisane,  czeka  po  drugiej  stronie  upiornego  pola  bitwy,  które  on  w  stosownym 

czasie przemierzy. 

- Czy mi się podobały jego ksiąŜki? Och, niesłychanie! Rzadko go widywałem, odkąd 

wyjechał  z  Cambridge,  a  nigdy  nie  przysyłał  mi  egzemplarzy.  Wie  pan,  pisarze  bywają 

zapominalscy.  Ale  wziąłem  kiedyś  z  biblioteki  trzy  powieści  i  przeczytałem  w  tyleŜ  nocy. 

Nigdy  nie  wątpiłem,  Ŝe  w  końcu  zacznie  dobrze  pisać,  nie  spodziewałem  się  jednak  aŜ 

takiego  poziomu.  W  ciągu  ostatniego  roku,  który  tu  spędził...  nie  rozumiem,  co  się  stało  tej 

kotce. Tak jakby zapomniała, do czego słuŜy mleko. 

W  ciągu  ostatniego  roku  spędzonego  w  Cambridge  Sebastian  wiele  pracował; 

przedmiot  jego  studiów  -  literatura  angielska  -  jest  niezwykle  obszerny  i  złoŜony;  był  to 

jednak  zarazem  rok  nagłych  wypadów  do  Londynu,  przewaŜnie  urządzanych  bez  zgody 

zwierzchności.  Promotor  Sebastiana,  nieboszczyk  Jefferson,  starzec  ponoć  okropnie  nudny, 

ale znakomity lingwista, w sposób bezdyskusyjny uznał swego podopiecznego za Rosjanina. 

Doprowadził  go  więc  do  granic  wytrzymałości,  najpierw  wyliczając  znane  sobie  rosyjskie 

słowa - była to zaś niezła kolekcja, zgromadzona przed laty w podróŜy do Moskwy - a potem 

prosząc, Ŝeby Sebastian uczył go dalej. Pewnego dnia mój brat wypalił bez ogródek, Ŝe zaszło 

nieporozumienie, naprawdę bowiem urodził się nie w Rosji, a w Sofii. Natenczas zachwycony 

starzec z miejsca zaczął mówić po bułgarsku. Sebastian ratował się kulawą wymówką, Ŝe nie 

zna tego akurat dialektu, lecz inny, kiedy zaś profesor zaŜądał próbki, zmyślił na poczekaniu 

całkiem  nowe  narzecze,  wobec  którego  sędziwy  lingwista  wielce  się  stropił,  póki  mu  nie 

zaświtało, Ŝe Sebastian... 

- No, chyba juŜ wszystko pan ze mnie wycisnął - z uśmiechem rzekł mój informator. - 

Wspominam  coraz  większe  błahostki  i  głupstwa...  pewnie  nawet  mówić  nie  warto,  Ŝe 

Sebastian  skończył  studia  z  pierwszą  lokatą,  a  potem  u  szczytu  chwały  zrobiono  nam 

zdjęcie...  jeśli  pan  chce,  spróbuję  je  znaleźć  i  przesłać  pocztą.  Naprawdę  musi  pan  juŜ  iść? 

Nie  przejdziemy  się  nad  rzekę?  MoŜna  by  spojrzeć  na  krokusy.  Sebastian  nazywał  je 

„grzybami poetów” - rozumie pan skojarzenie. 

Za  bardzo  jednak  lało.  Postaliśmy  jeszcze  chwilę  pod  daszkiem  ganku.  Po  kilku 

minutach powiedziałem, Ŝe pora juŜ na mnie. 

-  Chwileczkę  -  zawołał  w  ślad  za  mną  przyjaciel  Sebastiana,  gdy  zacząłem  kluczyć 

background image

wśród kałuŜ. - Zapomniałem panu powiedzieć. Rektor mówił mi parę dni temu, Ŝe ktoś pyta 

w  liście,  czy  Sebastian  Knight  naprawdę  studiował  w  Trinity.  Zaraz,  zaraz,  jak  się  ten 

jegomość  nazywał?  A  niechŜe  to...  Pamięć  mi  się  skurczyła  w  praniu.  No,  ale  swoją  drogą 

nieźle ją przepłukaliśmy, co? W kaŜdym razie o ile dobrze zrozumiałem, ktoś zbiera materiały 

do ksiąŜki o Sebastianie. To zabawne, zdaje się, Ŝe nie ma pan... 

- Sebastian Knight? - rzekł jakiś głos we mgle. - Kto tu mówi o Sebastianie Knighcie? 

background image

To powiedziawszy, nieznajomy podszedł do nas... O, jak mi czasem brak swobodnego 

rozkołysania dobrze naoliwionej powieści! JakŜe byłoby wygodnie, gdyby głos ten naleŜał do 

pogodnego,  leciwego  profesora,  który  miałby  długie,  omszałe  płatki  uszu,  a  koło  oczu 

zmarszczki  -  oznakę  mądrości  i  poczucia  humoru...  Poręczna  postać,  mile  widziany 

przechodzień - ktoś, kto takŜe znał mego bohatera, lecz patrzył nań z innej strony. 

-  Teraz  zatem  -  oświadczyłby  -  powiem  panom,  jak  naprawdę  wyglądały  studenckie 

lata Sebastiana Knighta. 

I  natychmiast  rozpocząłby  opowieść.  Niestety,  nic  podobnego  się  nie  stało.  Głos 

Spośród  Mgły  zadźwięczał  jedynie  w  najciemniejszym  zakątku  mego  umysłu.  Był  tylko 

echem  jakiejś  wyobraŜalnej  prawdy,  wygłoszonym  w  samą  porę  przypomnieniem:  nie  bądź 

taki  pewny,  Ŝe  dowiesz  się  z  ust  teraźniejszości,  jak  wyglądała  przeszłość.  StrzeŜ  się 

pośrednika,  choćby  najuczciwszego.  Pamiętaj,  Ŝe  to,  co  mówią  ludzie,  ma  w  istocie  trzy 

warstwy:  najpierw  opowiadający  kształtuje  przekaz,  który  następnie  po  swojemu  przeinacza 

słuchacz,  a  przed  obydwoma  zataja  prawdę  zmarły  bohater  opowieści.  „Kto  mówi  o 

Sebastianie  Knighcie?”,  powtarza  pytanie  ów  głos  w  zakamarkach  mego  sumienia. 

Rzeczywiście,  kto?  Najlepszy  przyjaciel  i  brat  przyrodni.  Łagodny  naukowiec  Ŝyjący  z  dala 

od  świata  i  zakłopotany  podróŜny,  co  zawitał  do  odległej  krainy.  A  gdzie  jest  ten  trzeci? W 

spokoju  gnije  na  cmentarzu  w  St  Damier.  Roześmiany  Ŝyje  w  pięciu  tomach.  Sam 

niewidzialny,  zagląda  mi  przez  ramię,  gdy  piszę  te  słowa  (choć  zbyt  chyba  nieufnie  odnosił 

się do tego banału, jakim jest wieczność, Ŝeby nawet i teraz uwierzyć we własnego ducha). 

Zgarnąłem  w  kaŜdym  razie  taki  akurat  łup,  jaki  mogłem  zdobyć  dzięki  ludzkiej 

przyjaźni.  Dodałem  do  niego  kilka  drobnych  zdarzeń,  wspomnianych  w  króciutkich  listach 

Sebastiana  z  tego  okresu,  i  rzucone  mimochodem  wzmianki  o  Ŝyciu  uniwersyteckim, 

pojawiające  się  tu  i  ówdzie  w  jego  ksiąŜkach.  Potem  wróciłem  do  Londynu,  gdzie  juŜ 

wcześniej obmyśliłem kolejne posunięcie. 

W trakcie naszego ostatniego spotkania Sebastian wspomniał o jakimś sekretarzu - nie 

sekretarzu, którego sporadycznie zatrudniał między rokiem 1930 a 1934. Podobnie jak wielu 

dawnych autorów - i bardzo niewielu współczesnych (chyba Ŝe o istnieniu tych, co nie umieją 

prowadzić swych spraw w sposób rozsądny, czyli z tupetem, po prostu nic nie wiemy) - był w 

interesach  bezradny  aŜ  do  śmieszności,  a  skoro  juŜ  znalazł  doradcę  (który  mógł  zresztą  się 

okazać szwindlarzem albo zakutą pałą, albo jednym i drugim), z największą ulgą całkowicie 

background image

się  na  niego  zdawał.  Gdybym  zaś  spytał,  czy  ma  zupełną  pewność,  Ŝe  taki  -  to  -  a  -  taki, 

prowadzący  obecnie  jego  sprawy,  nie  jest  w  rzeczywistości  wścibskim  łajdakiem,  czym 

prędzej zmieniłby temat, tak strasznie się bał, aby wykrycie cudzych matactw nie kazało mu 

przełamać  własnego  lenistwa  i  nie  zmusiło  go  do  działania.  Jednym  słowem,  wolał  mieć 

najgorszego asystenta niŜ nie mieć go wcale i zawsze wmawiał sobie oraz otoczeniu, Ŝe jest 

najzupełniej  zadowolony  z  dokonanego  wyboru.  Co  powiedziawszy,  spieszę  podkreślić  z 

całym  naciskiem,  iŜ  z  prawnego  punktu  widzenia  ani  jedno  moje  słowo  nie  ma  charakteru 

potwarzy, a nazwisko, które za chwilę wymienię, nie padło w niniejszym akapicie. 

Od pana Goodmana chciałem usłyszeć nie tyle relację z ostatnich lat mego brata (nie 

była  mi  jeszcze  potrzebna,  postanowiłem  bowiem  śledzić  badany  Ŝyciorys  krok  za  krokiem, 

nigdy nie wyprzedzając bohatera), ile parę wskazówek na temat ludzi, z którymi naleŜało się 

spotkać jako z osobami mogącymi coś wiedzieć o losach Sebastiana po ukończeniu studiów. 

Pierwszego  marca  1936  roku  odwiedziłem  zatem  pana  Goodmana  w  jego  biurze  na 

Fleet Street. Nim jednak streszczę naszą rozmowę, pozwolę sobie na małą dygresję. 

Wspomniałem juŜ, Ŝe wśród listów Sebastiana znalazłem korespondencję między nim 

a wydawcą, dotyczącą pewnej powieści. OtóŜ okazuje się, Ŝe jedna z drugoplanowych postaci 

w  pierwszej  ksiąŜce  mego  brata  (1925),  zatytułowanej  Skos  pryzmatu,  stanowi  niesłychanie 

komiczną i okrutną karykaturę współczesnego pisarza, któremu Sebastian uznał za stosowne 

wymierzyć  karę.  Oczywiście  wydawca  natychmiast  się  połapał  i  tak  bardzo  zaniepokoił,  Ŝe 

zaczął nalegać, aby autor przerobił cały  fragment. Sebastian stanowczo odmówił, a w końcu 

oświadczył, Ŝe wyda ksiąŜkę u kogo innego - co teŜ uczynił. 

„Zastanawia  się  pan  -  pisze  w  jednym  z  listów  -  co  mnie  podkusiło,  mnie,  pisarza, 

który  dopiero  zaczyna  się  rozwijać  (tak  się  pan  wyraził,  ale  tutaj  określenie  to  nie  ma 

zastosowania,  bo  autorzy  rzeczywiście  do  tej  kategorii  naleŜący  przez  całe  Ŝycie  «zaczynają 

się  rozwijać»;  inni  zaś,  mnie  podobni,  jednym  skokiem  osiągają  pełnię  rozkwitu),  otóŜ 

zastanawia  się  pan  (powtórzenie  to  nie  znaczy,  Ŝe  kajam  się  z  powodu  wtrąconego  przed 

chwilą  proustowskiego  nawiasu),  czemu,  u  diabła,  sięgnąłem  między  współczesnych  i 

wziąwszy  w  palce  milutką  figurkę  z  niebieskiej  porcelany  (prawda,  Ŝe  Iks  przypomina 

tandetny  fajansowy  drobiaŜdŜek,  jeden  z  tych,  które  na  jarmarkach  kuszą  człowieka  do 

hałaśliwej  orgii  zniszczenia?)  upuściłem  ją  z  wieŜy  mej  prozy  na  dno  rynsztoka.  Mówi  mi 

pan, Ŝe pisarz ten jest powszechnie ceniony; jego ksiąŜki sprzedają się w Niemczech prawie 

tak znakomicie jak u nas; jego stare opowiadanie tylko  co włączono do antologii Arcydzieła 

literatury współczesnej; wraz z Igrekiem i Zetem uchodzi za wybitnego pisarza «powojennej» 

generacji; no i w końcu - choć rzecz to nie najmniej waŜna - jest niebezpieczny jako krytyk. 

background image

Sugeruje pan, Ŝe nie naleŜy zdradzać mrocznej tajemnicy jego sukcesów, polegającej na tym, 

aby podróŜować drugą klasą z biletem klasy trzeciej, czyli - jeŜeli moje porównanie wyda się 

panu  nie  dość  jasne  -  schlebiać  gustom  najgorszej  kategorii  czytelników:  nie  tych  czystych 

duszyczek,  co  lubują  się  w  detektywistycznych  bajdach,  lecz  ludzi,  którzy  kupują 

najokropniejsze  banały  tylko  dlatego,  Ŝe  zmiksowano  je  w  nowoczesny  sposób,  dodawszy 

kroplę «freudyzmu», «strumienia świadomości» i czego tam jeszcze, a nie rozumieją - i nigdy 

nie pojmą - Ŝe dzisiejsi nadobni cynicy to siostrzeńcy jejmości Grundy i bratanice pani Marie 

Corelli.  Niby  czemu  mielibyśmy  dochowywać  tego  wstydliwego  sekretu?  CóŜ  to  za 

masoneria  banału,  wielbionego  bałwochwalczo?  Precz  z  tymi  tandetnymi  boŜkami!  W 

dalszym ciągu listu ostrzega mnie pan, Ŝe odbiorę sobie wszelkie szanse, jeśli u progu kariery 

literackiej  zaatakuję  wpływowego  pisarza.  Nawet  gdyby  istniało  coś  takiego,  jak  «kariera 

literacka»,  a  ja  miałbym  zostać  zdyskwalifikowany  tylko  za  to,  Ŝe  jadę  na  własnym 

wierzchowcu, nie pozwoliłbym zmienić ani słowa w swoim tekście. Proszę mi wierzyć - pod 

groźbą  Ŝadnej  kary,  choćby  nie  wiedzieć  jak  brutalnej,  nie  wyrzeknę  się  pogoni  za 

przyjemnością - zwłaszcza, jeśli jej źródłem jest młode, jędrne łono prawdy. Niewiele rzeczy 

w Ŝyciu daje się porównać z rozkoszą uprawiania satyry, a gdy sobie wyobraŜam, z jaką miną 

ten szarlatan przeczyta (bo Ŝe przeczyta, to pewne) passus, o którym mowa, wiedząc równie 

dobrze  jak  pan  i  ja,  Ŝe  jest  to  szczera  prawda,  moja  rozkosz  osiąga  najsłodsze  apogeum. 

Dodam,  Ŝe  jeśli  wiernie  przedstawiłem  nie  tylko  świat  wewnętrzny  Iksa  (niczym  się  nie 

róŜniący od stacji metra w godzinach szczytu), ale i wszystkie sztuczki, do których człowiek 

ten ucieka się w mowie i w sposobie bycia, kategorycznie przeczę, jakoby on sam lub ktokol-

wiek z czytelników mógł znaleźć choćby cień wulgarności w niepokojącym pana fragmencie. 

Niech  więc  juŜ  się  pan  nie  dręczy  myślą  o  tej  sprawie.  Proszę  teŜ  pamiętać,  Ŝe  wezmę  na 

siebie  pełną  odpowiedzialność  -  w  sensie  moralnym,  a  takŜe  komercyjnym  -  jeŜeli  moja 

niewinna ksiąŜeczka istotnie «napyta panu biedy».” 

List ten (cenny sam w sobie, gdyŜ ukazuje Sebastiana w tym pogodnym, chłopięcym 

nastroju,  który  i  później  zawisał  niby  tęcza  nad  burzliwym  smętkiem  jego  najbardziej 

mrocznych  opowieści)  przytaczam,  Ŝeby  wyjaśnić  pewną  delikatną  kwestię.  OtóŜ  za  parę 

minut  pojawi  się  pan  Goodman  we  własnej  osobie.  Czytelnik  juŜ  wie,  Ŝe  ksiąŜce  tego  pana 

odmawiam wszelkiej wartości. Lecz podczas naszej pierwszej (a zarazem ostatniej) rozmowy 

nic  nie  wiedziałem  o  jego  dziele  (jeśli  pospiesznie  sporządzoną  kompilację  w  ogóle  moŜna 

tak nazwać). Podszedłem do ksiąŜki pana Goodmana bez Ŝadnych uprzedzeń, ale teraz jestem 

juŜ trochę uprzedzony, musi to więc zawaŜyć na tym, jak opiszę jego osobę. Z drugiej strony 

nie bardzo sobie wyobraŜam, abym mógł opowiedzieć o wizycie u niego, nie czyniąc aluzji - 

background image

choćby  tak  dyskretnych  jak  wtedy,  gdy  szło  o  przyjaciela  Sebastiana  z  lat  studenckich  -  do 

manier,  jeśli  nie  do  wyglądu  gospodarza.  Czy  uda  mi  się  poprzestać  na  tych  aluzjach?  Czy 

twarz  pana  Goodmana  nie  wyskoczy  nagle  spomiędzy  wierszy,  ku  zrozumiałej  irytacji  jej 

właściciela, kiedy będzie je czytał? Przestudiowawszy list brata stwierdziłem w końcu, Ŝe nie 

mogę  zrobić  panu  Goodmanowi  tego,  na  co  Sebastian  Knight  miał  prawo  sobie  pozwolić 

wobec pana Iksa. Otwartość, z jaką przemawia geniusz Sebastiana, jest dla mnie nieosiągalna, 

toteŜ tam, gdzie on potrafi błysnąć, ja zachowałbym się po prostu grubiańsko. Stąpam więc po 

cieniuteńkim  lodzie  i  muszę  uwaŜnie  patrzeć  pod  nogi,  wchodząc  do  gabinetu  pana  Good-

mana. 

-  Zechce  pan  spocząć  -  rzekł  gospodarz,  wskazując  dwornym  gestem  skórzany  fotel 

przy  biurku.  Ubrany  był  wytwornie,  choć  z  wyraźnie  urzędowym  posmakiem.  Twarz 

zasłaniała mu czarna maska. - Czym mogę słuŜyć? - spytał, przypatrując mi się przez otwory 

na oczy i nie wypuszczając z ręki mej wizytówki. 

Nagle  zrozumiałem,  Ŝe  moje  nazwisko  nic  mu  nie  mówi.  Sebastian  występował 

jedynie pod nazwiskiem panieńskim swojej matki. 

- Jestem - wyjaśniłem - przyrodnim bratem Sebastiana Knighta. 

Na chwilę zapadła cisza. 

-  Zaraz,  zaraz  -  powiedział  pan  Goodman.  -  Czy  dobrze  rozumiem,  Ŝe  idzie  panu  o 

nieboszczyka Sebastiana Knighta, znanego pisarza? 

- Właśnie - przytaknąłem. 

Pan  Goodman  gładził  się  po  twarzy  kciukiem  i  palcem  wskazującym.  To  znaczy  po 

twarzy zasłoniętej maską... Głaskał się z namysłem, sunąc po niej dłonią w dół, w dół... 

-  Najmocniej  przepraszam  -  powiedział.  -  Jest  pan  pewien,  Ŝe  nie  zaszło  jakieś 

nieporozumienie? 

-  Nie  ma  tu  Ŝadnego  nieporozumienia  -  odrzekłem  i  wytłumaczyłem  najkrócej,  jak 

umiałem, na czym polega łączące mnie z Sebastianem pokrewieństwo. 

- Ach, tak? - odparł pan Goodman z rosnącą zadumą. - Doprawdy, nie przyszło mi do 

głowy.  Oczywiście  wiedziałem,  Ŝe  Knight  urodził  się  i  wychował  w  Rosji,  ale  jakoś  nie 

zwróciłem  uwagi  na  jego  nazwisko.  Tak,  teraz  pojmuję...  Tak,  powinno  mieć  brzmienie 

rosyjskie... Jego matka... 

Przez minutę bębnił białymi, rasowymi palcami w bibułę, po czym lekko westchnął. 

- No cóŜ, nic juŜ się nie da zmienić - rzekł. - Za późno, Ŝeby dołączyć... To znaczy - 

dodał  czym  prędzej  -  wielka  szkoda,  Ŝe  wcześniej  nie  sprawdziłem.  A  więc  jest  pan  jego 

bratem? Miło mi poznać. 

background image

-  Przede  wszystkim  -  oświadczyłem  -  chciałbym  porozmawiać  o  interesach.  Papiery 

pana  Knighta,  przynajmniej  te,  które  mają  związek  z  jego  działalnością  literacką,  nie  są 

szczególnie  uporządkowane,  toteŜ  nie  wiem  dokładnie,  jak  sprawy  stoją.  Nie  widziałem  się 

jeszcze  z  jego  wydawcami,  ale  o  ile  mi  wiadomo,  co  najmniej  jedna  firma,  ta  mianowicie, 

która wydała Dziwną górę, juŜ nie istnieje. Pomyślałem sobie, Ŝe nie zaszkodzi, jeśli z panem 

porozmawiam, zanim się w to wszystko zagłębię. 

-  AleŜ  oczywiście  -  powiedział  pan  Goodman.  -  Nie  wiem  zresztą,  czy  jest  pan 

poinformowany,  Ŝe  mam  udział  w  prawach  autorskich  do  dwóch  ksiąŜek  Knighta,  Dziwnej 

góry Utraconej własności. W tej sytuacji najlepiej będzie, jeśli powiadomię pana o pewnych 

szczegółach. Jutro rano przekaŜę je panu listownie wraz z kopią umowy między mną a panem 

Knightem.  A  moŜe  powinienem  mówić  o  nim  jako  o  panu...  -  tu  pan  Goodman  spróbował 

wymówić nasze proste rosyjskie nazwisko, uśmiechając się pod maską. 

-  Jest  jeszcze  jedna  sprawa  -  podjąłem  przerwany  wątek.  -  Mam  zamiar  napisać 

ksiąŜkę  o  Ŝyciu  i  dziele  brata  i  bardzo  są  mi  potrzebne  pewne  informacje.  Czy  nie  mógłby 

pan... 

Wydało mi się, Ŝe pan  Goodman zesztywniał.  Zakasłał parę razy i posunął się nawet 

do tego, Ŝeby z puzderka na swym dystyngowanym biurku wybrać cukierek o smaku czarnej 

porzeczki. 

-  Drogi  panie  -  rzekł,  obracając  się  nagle  wraz  z fotelem  i  kręcąc  młynka  monoklem 

zawieszonym na wstąŜce. - Bądźmy szczerzy. Oczywiście znałem biednego Knighta lepiej niŜ 

ktokolwiek, ale... czy pan juŜ zaczął pisać tę ksiąŜkę? 

- Nie - odparłem. 

- Proszę więc nie zaczynać. Musi mi pan wybaczyć, Ŝe się wyraŜam tak zupełnie bez 

ogródek.  To  u  mnie  zadawniony  nawyk,  choć  moŜe  i  niedobry.  Nie  ma  mi  pan  za  złe, 

prawda?  Rzecz  w  tym...  jak  by  to  powiedzieć?...  Widzi  pan,  Sebastiana  Knighta  trudno 

nazwać wielkim pisarzem... AleŜ tak, wiem, wybitny artysta i tak dalej, lecz szerokim kręgom 

odbiorców  pozostał  obojętny.  Nie  twierdzę,  Ŝe  nie  da  się  o  nim  napisać  ksiąŜki.  Owszem, 

moŜna. Trzeba by ją jednak pisać ze szczególnego punktu widzenia, Ŝeby temat zafascynował 

czytelnika. W przeciwnym razie ksiąŜka zrobi klapę, bo widzi pan, sława Sebastiana Knighta 

naprawdę wydaje mi się zbyt wątła, aby mogła podeprzeć publikację, o jakiej pan myśli. 

Ten  nagły  potok  słów  tak  mnie  zaskoczył,  Ŝe  zmilczałem.  Pan  Goodman  mówił  zaś 

dalej: 

-  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  poczuł  się  pan  dotknięty  moją  obcesowością.  Pański  brat 

przyrodni  i  ja  byliśmy  parą  starych  kompanów,  rozumie  pan  więc,  jak  mi  ta  sprawa  leŜy  na 

background image

sercu.  Nie  radzę,  drogi  panie,  naprawdę  nie  radzę.  Proszę  to  zostawić  jakiemuś 

zawodowcowi, człowiekowi znającemu rynek księgarski - a on juŜ panu powie, Ŝe kaŜdy, kto 

by  próbował  sporządzić  wyczerpujące  studium  Ŝycia  i  twórczości  Knighta...  tak  pan  to 

bowiem określił... zmarnuje czas własny i czytelnika. PrzecieŜ nawet ksiąŜka takiego - to - a - 

takiego o nieboszczyku... [tu padło sławne nazwisko] z całą masą zdjęć i faksymilów fatalnie 

się sprzedawała. 

Podziękowawszy  panu  Goodmanowi  za  dobrą  radę  sięgnąłem  po  kapelusz.  Wizyta 

skończyła się fiaskiem: poszedłem za fałszywym tropem. Sam nie wiem czemu, ale jakoś nie 

miałem ochoty prosić pana Goodmana, Ŝeby mi szerzej opowiedział o czasach, kiedy on i Se-

bastian  byli  „parą  starych  kompanów”.  Ciekaw  jestem,  jakby  streścił  dzieje  swojego 

sekretarzowania, gdybym o to poprosił. Serdecznie uścisnął mi dłoń i zwrócił czarną maskę, 

którą  od  razu  schowałem  do  kieszeni:  mogła  się  jeszcze  przydać.  Odprowadził  mnie  do 

najbliŜszych  oszklonych  drzwi  i  tam  się  rozstaliśmy.  Miałem  juŜ  zejść  po  schodach,  ale 

energiczna dziewczyna, która przedtem wytrwale stukała na maszynie w jednym z pokojów, 

dogoniła mnie i zatrzymała (dziwna historia: w  Cambridge przyjaciel Sebastiana takŜe mnie 

zawołał w ostatniej chwili). 

-  Jestem  Helena  Pratt  -  powiedziała.  -  Podsłuchałam  tyle  z  panów  rozmowy,  ile 

mogłam  wytrzymać,  a  teraz  mam  małą  prośbę.  Blisko  się  przyjaźnię  z  Klarą  Bishop. 

Potrzebna jej jest pewna informacja. Czy moglibyśmy kiedyś porozmawiać? 

Odparłem, Ŝe tak, oczywiście, po czym uzgodniliśmy dzień i godzinę. 

-  Dosyć  dobrze  znałam  pana  Knighta  -  dodała  Helena  Pratt,  patrząc  na  mnie 

okrągłymi, błyszczącymi oczyma. 

- Ach, tak? - powiedziałem, bo nic lepszego nie przyszło mi do głowy. 

- Tak. Była to niesłychana osobowość. Powiem panu, Ŝe ksiąŜka, którą o nim napisał 

Goodman, jest po prostu obrzydliwa. 

- O czym pani mówi? - spytałem. - Jaka ksiąŜka? 

-  Ta,  którą  właśnie  napisał.  Przez  cały  ostatni  tydzień  robiłam  z  nim  korektę.  No, 

muszę juŜ pędzić. Bardzo panu dziękuję. 

Pomknęła,  a  ja  bardzo  wolno  zszedłem  po  schodach.  DuŜa,  miękka,  róŜowa  twarz 

pana Goodmana mocno przypominała - i wciąŜ przypomina - krowie wymię. 

background image

KsiąŜka  pana  Goodmana,  nosząca  tytuł  Tragedia  Sebastiana  Knighta,  miała  bardzo 

dobrą  prasę.  Obszernie  ją  recenzowały  czołowe  dzienniki  i  tygodniki.  Mówiono  o  niej,  Ŝe 

„robi  wraŜenie  i  przekonuje”.  Autorowi  przypisywano  umiejętność  „przenikania  tajników” 

psychiki „zasadniczo współczesnego” bohatera. Przytaczano fragmenty świadczące, iŜ potrafi 

on  w  dwóch  słowach  zawrzeć  istotę  rzeczy.  Pewien  krytyk  posunął  się  aŜ  do  tego,  Ŝeby 

uchylić  przed  nim  kapelusza,  choć  gdy  sam  pan  Goodman  odkrył  głowę,  odsłonił  jedynie 

kompletną  pustkę  swej  mózgownicy.  Krótko  mówiąc,  klepano  go  po  plecach,  a  tymczasem 

naleŜało dać mu po łapach. 

Osobiście zignorowałbym tę publikację, gdyby była ona jedną z wielu złych ksiąŜek, 

skazaną na to,  aby wraz z resztą swego  gatunku  pójść wiosną w zapomnienie. W Bibliotece 

Letejskiej  zgromadzono  juŜ  wiele  tomów  nieoszacowanej  wartości,  ale  ja  wiem,  Ŝe 

księgozbiór ten pozostaje Ŝałośnie niepełny, póki nie ma w nim płodu pana Goodmana. Ta zła 

ksiąŜka  jest  jednak  zarazem  czymś  więcej.  Ze  względu  na  swój  temat  musi  bowiem 

automatycznie  stać  się  satelitą  wciągniętym  w  orbitę  cudzej,  trwałej  sławy.  Póki  nazwisko 

Sebastian Knight pozostanie w ludzkiej pamięci, zawsze jakiś dociekliwy szkolarz sumiennie 

się wdrapie po drabinie, Ŝeby zdjąć z półki Tragedię Sebastiana Knighta, trwającą w półśnie 

między Upadkiem człowieka Godfreya Goodmana a Wspomnieniami z całego Ŝycia Samuela 

Goodricha.  Jeśli  więc  tak  się  uczepiłem  tego  tematu,  to  dlatego,  Ŝe  bronię  sprawy  zmarłego 

pisarza. 

Metoda  pisarska  pana  Goodmana  dorównuje  prostotą  jego  filozofii.  Autor  ten  za 

jedyny cel stawia sobie ukazanie „biednego Knighta” w roli wytworu, a zarazem ofiary tego, 

co  nazywa  „naszą  epoką”,  choć  dla  mnie  zawsze  było  tajemnicą,  czemu  niektórzy  ludzie 

koniecznie  chcą  narzucać  innym  własne  koncepcje  chronometryczne.  „Powojenne 

pokolenie”,  „powojenne  niepokoje”  to  dla  pana  Goodmana  magiczne  określenia,  zdolne 

otworzyć  kaŜde  drzwi.  Lecz  okrzyk  „Sezamie,  otwórz  się!”  uŜyty  przez  pewnych  ludzi 

sprawia  wraŜenie  nie  tyle  czarodziejskiego  zaklęcia,  ile  wytrycha,  obawiam  się  zaś,  Ŝe  pan 

Goodman  naleŜy  do  tej  właśnie  kategorii  osób.  Jest  jednak  w  błędzie,  jeśli  myśli,  Ŝe 

sforsowawszy  zamek  znalazł  cokolwiek.  Nie  chcę  tym  samym  dać  do  zrozumienia,  jakoby 

istotnie  myślał.  Przekracza  to  moŜliwości  tego  pana.  Jego  ksiąŜka  obraca  się  jedynie  wokół 

idei, które - jak udowodniono (w praktyce rynkowej) - wabią przeciętne umysły. 

Dla pana Goodmana młody Sebastian Knight, który „ledwie się wyłonił z rzeźbionego 

background image

kokonu  Cambridge”,  jest  młodzieńcem  o  niezwykle  wyostrzonej  wraŜliwości,  rzuconym  w 

ś

wiat zimny i okrutny. W świecie tym „rzeczywistość zewnętrzna tak brutalnie się wdziera w 

sferę najskrytszych rojeń”, Ŝe dusza młodego człowieka chcąc nie chcąc obwarowuje się, nim 

w  końcu  zostanie  zmiaŜdŜona.  „Wojna  -  rzecze  pan  Goodman  nawet  się  nie  rumieniąc  - 

zmieniła  oblicze  wszechświata.”  Następnie  objaśnia  tonem  pełnym  werwy,  z  jakimi  to 

szczególnymi  przejawami  powojennego  Ŝycia  stykał  się  ów  młodzian  „u burzliwego  zarania 

kariery”:  jest  wśród  nich  głębokie  rozczarowanie,  znuŜenie  duchowe,  a  zarazem  iście 

gorączkowe  podniecenie  fizyczne  (na  przykład  „pusta  lubieŜność  fokstrota”);  poczucie 

daremności  wszelkich  wysiłków  oraz  jego  wynik:  obrzydliwa  swoboda  obyczajów.  TakoŜ  i 

okrucieństwo; odór krwi, wciąŜ jeszcze unoszący się w powietrzu; raŜące obrazy na ekranach 

kinoteatrów; w mrocznych zakątkach Hyde Parku ledwie widoczne pary; blaski standaryzacji; 

kult maszyny; degradacja Piękna, Miłości, Honoru, Sztuki... i tak dalej. Cud to zaiste, Ŝe pan 

Goodman - o ile mi wiadomo, rówieśnik Sebastiana - przetrwał owe straszliwe lata. 

Lecz  co  pan  Goodman  przetrzymał,  temu  jego  Sebastian  Knight  najwyraźniej  nie 

podołał. Oto w roku 1923 krąŜy niespokojnie po swym londyńskim mieszkaniu, wróciwszy z 

krótkiej wycieczki na kontynent, który „wulgarnym czarem swych piekieł hazardu przyprawił 

go  o  wstrząs  nie  do  opisania”.  Tak,  tak,  „krąŜył  po  pokojach...  chwytając  się  za  skronie... 

targany  namiętnym  rozgoryczeniem...  zagniewany  na  cały  świat...  samotny...  rwący  się  do 

czynu, ale słaby - ach, jakŜe słaby...”. Wielokropki nie oznaczają tu trylów pana Goodmana, 

lecz  zdania  miłosiernie  przeze  mnie  pominięte.  „Nie  -  ciągnie  pan  Goodman  -  w  takim 

ś

wiecie nie mógł Ŝyć artysta. MoŜna było wprawdzie robić na pokaz tęgą minę, obnosić się z 

tym cynizmem, który tak draŜni we wcześniejszych utworach Knighta, a tak boli czytelnika w 

dwóch ostatnich ksiąŜkach... moŜna było udawać wyniosłość i superwyrafinowanie, lecz pod 

tym  wszystkim  tkwił  cierń  -  ostry,  jadowity  cierń.”  Nie  wiedzieć  czemu  obecność  tego 

ciernia,  najzupełniej  zresztą  legendarnego,  zdaje  się  sprawiać  panu  Goodmanowi  ponurą 

satysfakcję. 

Niesprawiedliwością  byłoby  twierdzić,  Ŝe  pierwszy  rozdział  Tragedii  Sebastiana 

Knighta jest jednym wielkim strumieniem filozoficznej melasy. RównieŜ i tutaj pojawiają się 

obrazy słowne i anegdoty - niby grzanki punktujące zupę nic - które w innych partiach ksiąŜki 

stanowią jej główną tkankę (mówiąc ściśle, stają się nią, skoro tylko pan Goodman dochodzi 

do tego etapu w Ŝyciu Sebastiana, kiedy poznał go osobiście). Pan Goodman to nie Boswell, 

ale  z  pewnością  prowadził  dziennik  i  zapisywał  w  nim  naprędce  wypowiedzi  chlebodawcy; 

niektóre  z  nich  musiały  się  widocznie  odnosić  do  przeszłości  pryncypała.  Innymi  słowy, 

winniśmy sobie wyobrazić, Ŝe Sebastian przerywał czasem pracę, aby powiedzieć: „Wie pan, 

background image

drogi panie Goodman, ta sytuacja przypomina mi pewien dzień w moim Ŝyciu, dzień sprzed 

lat,  gdy...”  -  po  czym  następowała  opowieść.  Pan  Goodman  najwidoczniej  uwaŜa,  Ŝe  pięć 

takich historyjek na krzyŜ w sam raz wypełnia okres, będący dlań zupełną białą plamą, czyli 

młodzieńcze lata Sebastiana w Anglii. 

W pierwszej opowiastce (która wydaje się panu Goodmanowi wielce reprezentatywna 

dla  „Ŝycia  kręgów  studenckich  w  okresie  powojennym”)  Sebastian  oprowadza  koleŜankę  z 

Londynu  po  Cambridge.  „To  jest  okno  dziekana”,  powiada;  następnie  wybija  szybę 

kamieniem  i  dodaje:  „A  to  jest  dziekan”.  Mój  brat  oczywiście  wystrychnął  pana  Goodmana 

na dudka: historyjka ta ma tyle samo lat, co uniwersytet w Cambridge. 

A  oto  druga  anegdota.  Pewnej  nocy  podczas  krótkich  wakacji  w  Niemczech  (1921? 

1922?)  Sebastiana  wyprowadziły  z  równowagi  wrzaski  na  ulicy,  zaczął  więc  ciskać  w 

awanturników czym popadło, a między innymi rzucił jajkiem. Wkrótce do jego drzwi zapukał 

policjant, który przyniósł wszystkie wyrzucone przedmioty oprócz jajka. 

Historyjka  ta  pochodzi  ze  starej  (jakby  powiedział  pan  Goodman,  „przedwojennej”) 

ksiąŜki Jerome K. Jerome'a. Znowu dudek. 

Trzecia anegdota: mówiąc o swej pierwszej powieści (której nie wydał, a maszynopis 

w  końcu  zniszczył)  Sebastian  wspomniał,  Ŝe  jej  bohaterem  jest  młody  otyły  student; 

powróciwszy  do  domu  młodzieniec  stwierdza,  iŜ  matka  wyszła  tymczasem  za  stryja, 

specjalistę od chorób uszu, ten zaś zamordował mu ojca. 

Pan Goodman nie poznał się na Ŝarcie. 

Czwarta:  latem  1922  roku  Sebastian  dostał  z  przepracowania  halucynacji,  w  których 

ukazywała mu się swego rodzaju optyczna zjawa: mnich w czarnej szacie mknął ku niemu z 

nieba. 

Tym razem zagadka jest nieco trudniejsza: opowiadanie Czechowa. 

Historyjka piąta... 

Dajmy  jednak  temu  spokój,  bo  jeszcze  panu  Goodmanowi  wyrośnie  ptasi  dziób. 

Pozwólmy  mu  zachować  tę  twarz  -  nie  twarz,  którą  ma  teraz.  śal  mi  go,  ale  trudna  rada. 

Gdyby  chociaŜ  nie  wywatował  tych  „niezwykłych  wypadków  i  urojeń”  przycięŜkimi 

komentarzami,  gdyby  nie  wyciągnął  z  nich  takiego  bogactwa  wniosków!  Gburowaty, 

kapryśny, szalony Sebastian, outsider i gwałtownik, rybałt autyzmu, raz po raz nokautowany 

przez świat pełen aeronautów, pędzących aut i innych złowrogich kształtów... Zresztą, czyja 

wiem, moŜe jednak jest w tym coś z prawdy. 

ZaleŜy  mi  na  iście  naukowej  ścisłości.  Nie  chciałbym  uronić  choćby  najdrobniejszej 

cząstki  prawdy  tylko  dlatego,  Ŝe  na  pewnym  etapie  badań  starannie  spreparowane  bzdury 

background image

doprowadziły  mnie  do  ślepej  furii...  Kto  tu  mówi  o  Sebastianie  Knighcie?  Dawny  sekretarz. 

Czy  był  jego  przyjacielem?  Nie,  jak  się  sami  przekonamy.  Czy  kontrast  między  kruchym, 

Ŝ

arliwym Sebastianem a podłym, zmęczonym światem ma cokolwiek wspólnego z rzeczywis-

tością,  czy  w  ogóle  jest  do  pomyślenia?  AleŜ  skąd.  MoŜe  więc  istniała  tu  innego  rodzaju 

przepaść, rozziew, rozłam? Owszem. 

Wystarczy przeczytać pierwszych trzydzieści parę stron Utraconej własności, Ŝeby się 

przekonać,  z  jaką  obojętnością  i  brakiem  zrozumienia  pan  Goodman  (który  zresztą  nie 

przytacza ani jednego cytatu, mogącego się kłócić z zasadniczą tezą jego skłamanego dzieła) 

traktuje wewnętrzną postawę Sebastiana wobec świata zewnętrznego. Sebastian nigdy nie Ŝył 

w  1914,  1920  czy  1936  roku,  lecz  zawsze  w  roku  pierwszym.  Nagłówki  gazet,  teorie 

polityczne,  modne  idee  znaczyły  dla  niego  tyle,  ile  przegadany  tekst  (w  trzech  językach,  z 

błędami w  co najmniej dwóch) na opakowaniu mydła lub pasty do zębów. Piana mogła być 

obfita,  a  tekst  całkiem  przekonujący,  ale  na  tym  rzecz  się  kończyła.  Doskonale  rozumiał,  Ŝe 

wraŜliwi, inteligentni myśliciele nie śpią po nocach, bo w Chinach nastąpiło trzęsienie ziemi, 

lecz będąc tym, kim był, nie pojmował, czemu tychŜe ludzi nie chwyta identyczny paroksyzm 

Ŝ

alu  i  buntu  na  myśl  o  analogicznej  tragedii  sprzed  tylu  lat,  ile  kilometrów  dzieli  Anglię  od 

Chin. Czas i przestrzeń były dla niego miarami tej samej wieczności, toteŜ pomysł, Ŝe miałby 

w jakiś szczególny, „nowoczesny” sposób odbierać to,  co pan  Goodman nazywa „atmosferą 

powojennej Europy”, jest czystym nonsensem. W świecie, w którym przyszło mu się urodzić, 

ogarniało  go  na  przemian  uczucie  szczęścia  i  skrępowania,  podobnie  jak  podróŜny  moŜe 

wpadać  w  uniesienie  wobec  roztaczających  się  przed  nim  widoków,  a  niemal  równocześnie 

dostawać napadów choroby morskiej. W jakiejkolwiek epoce Sebastian by się urodził, zawsze 

byłby tak samo ubawiony i nieszczęśliwy, radosny i pełen obaw - niczym dziecko oglądające 

pantomimę,  gdy  mu  się  raz  po  raz  przypomina  czekająca  je  nazajutrz  wizyta  u  dentysty. 

Wspomniane  skrępowanie  brało  się  bynajmniej  nie  stąd,  Ŝe  Sebastian  jako  osobowość 

moralna  Ŝył  w  czasach  niemoralnych  lub  jako  niemoralna  w  moralnych;  nie  było  to  teŜ 

poczucie stłamszenia, wraŜenie, iŜ jego młodość nie moŜe płonąć własnym ogniem w świecie, 

w którym zbyt blisko sąsiadują ze sobą katafalki i fajerwerki; Sebastian po prostu zrozumiał, 

Ŝ

e  jego  wewnętrzny  rytm  jest  o  wiele  bogatszy  niŜ  rytmy  cudzych  dusz.  JuŜ  wtedy  -  pod 

koniec studiów, a kto wie, czy nie wcześniej - wiedział, iŜ najbłahsze z jego myśli i doznań 

mają zawsze co najmniej o jeden wymiar więcej aniŜeli myśli i doznania bliźnich. MoŜe by 

się tym chełpił, gdyby Ŝywił jakiekolwiek upodobanie do jaskrawych efektów. PoniewaŜ nie 

miał  takich  upodobań,  mógł  tylko  odczuwać  całą  niezręczność  sytuacji  kryształu  wśród 

szkieł, kuli pośród kół (było to zresztą niczym w porównaniu z tym, co przeŜywał, zabrawszy 

background image

się  w  końcu  do  pracy  literackiej).  „Byłem  tak  nieśmiały  -  pisze  w  Utraconej  własności  -  Ŝe 

zawsze  udawało  mi  się  popełnić  ten  właśnie  błąd,  którego  najbardziej  pragnąłem  uniknąć. 

Gdy  próbowałem  dostosować  się  barwą  do  otoczenia,  okazywało  się  to  tak  katastrofalne  w 

skutkach,  Ŝe  moje  starania  na  tym  polu  moŜna  jedynie  porównać  do  wysiłków  kameleona  - 

daltonisty.  Nieśmiałość  moja  byłaby  znośniejsza  -  i  dla  mnie  samego,  i  dla  innych  -  gdyby 

reprezentowała  normalną  odmianę,  pryszczatą  i  lepką:  niejeden  młody  człowiek  przechodzi 

przez  tę  fazę  i  nikomu  to  właściwie  nie  wadzi.  U  mnie  jednak  przybrała  ona  chorobliwą, 

utajoną postać, która nie miała nic wspólnego z boleściami okresu pokwitania. Do najbardziej 

oklepanych  pomysłów  rodem  z  izby  tortur  naleŜy  pozbawianie  więźnia  snu.  U  większości 

ludzi  za  dnia  to  ta,  to  inna  część  mózgu  trwa  w  błogim  uśpieniu:  człowiek  głodny  po-

chłaniając stek zajmuje się tym, co je, a nie, powiedzmy, wspomnieniem snu sprzed siedmiu 

lat, w którym ukazały mu się anioły w cylindrach; ja jednak przez cały dzień, o kaŜdej porze 

miałem  otwarte  wszystkie  drzwi,  wieka  i  Ŝaluzje  umysłu.  Większość  mózgów  miewa  swoje 

niedziele,  ale  mój  nigdy  nie  odpoczywał,  nawet  przez  pół  dnia.  Ten  stan  ciągłego  czuwania 

był  niesłychanie  bolesny  -  zarówno  on  sam,  jak  i  jego  bezpośrednie  skutki.  KaŜda  zwykła 

czynność,  którą  naturalną  koleją  rzeczy  musiałem  wykonać,  wydawała  się  tak  złoŜona, 

budziła  tyle  skojarzeń,  a  znów  skojarzenia  te  były  tak  pokrętne  i  niejasne,  tak  zupełnie, 

pozbawione  praktycznych  zastosowań,  Ŝe  albo  w  ogóle  robiłem  unik,  albo  z  czystego 

zdenerwowania wszystko fuszerowałem. Któregoś ranka wybrałem się do pewnego redaktora, 

sądząc,  Ŝe  moŜe  wydrukuje  on  w  swym  magazynie  część  mych  wierszy  napisanych  w 

Cambridge, ale redaktor ten w szczególny sposób się jąkał i ów defekt wymowy wraz z takim, 

a  nie  innym  zestawieniem  kątów  geometrycznych  między  dachami  a  kominami,  nieco 

zniekształconymi  z  powodu  skazy  w  szybie  -  do  czego  doszedł  jeszcze  dziwny  odór 

stęchlizny  unoszący  się  w  pokoju  (czy  to  róŜe  gniły  w  koszu  na  śmieci?)  -  wyprawił  moje 

myśli  w  długą  podróŜ,  obarczając  je  jakowąś  zawiłą  misją,  i  zamiast  powiedzieć,  z  czym 

przychodzę, nagle zacząłem zwierzać temu człowiekowi, widzianemu pierwszy  raz w Ŝyciu, 

plany literackie wspólnego znajomego, choć ten, o czym przypomniałem sobie poniewczasie, 

prosił, Ŝebym je zachował w sekrecie... 

Znając  ową  niebezpieczną  skłonność  mej  świadomości  do  błądzenia  po  manowcach, 

obawiałem  się  spotkań  z  ludźmi,  bo  a  nuŜ  sprawiłbym  im  przykrość  albo  się  przed  nimi 

ośmieszył? Lecz ta sama cecha czy teŜ wada, która zadawała mi tyle męczarni w zderzeniu z 

tak  zwaną  praktyczną  stroną  Ŝycia  (choć  mówiąc  między  nami,  takie  dziedziny  ludzkiej 

działalności  jak  księgowość  czy  księgarstwo  wydają  się  przy  świetle  gwiazd  osobliwie  nie-

rzeczywiste),  stawała  się  narzędziem  wyszukanej  rozkoszy,  ilekroć  poddawałem  się  pędowi 

background image

ku  samotności.  Gorąco  kochałem  kraj,  będący  mi  ojczyzną  (o  tyle,  o  ile  pojęcie  ojczyzny 

dawało  się  pogodzić  z  moją  naturą);  raz  po  raz  wpadałem  w  nastrój  juŜ  to  Kiplinga,  juŜ  to 

Ruperta Brooke'a, juŜ to Housmana. Pies ślepca przed Harrodsem czy róŜnokolorowa kreda, 

którą  uliczny  rysownik  smarował  po  chodniku;  brązowe  liście  w  alei  do  konnej  jazdy, 

wiodącej  przez  New  Forest,  lub  cynowa  wanna  na  haku  wbitym  między  poczerniałe  cegły 

rudery  w  nędznej  dzielnicy;  rysunek  w  «Punchu»  albo  pieprzne  fragmenty  Hamleta  

wszystko to tworzyło wyraźną harmonię, a w harmonii tej ja teŜ znajdowałem coś na kształt 

miejsca  dla  siebie.  Londyn  mojej  młodości  wspominam  jako  miasto  nie  kończących  się 

wędrówek  bez  celu,  miasto,  gdzie  olśnione  słońcem  okno  nagle  przeszywało  błękitną  mgłę 

poranka,  a z przepięknych czarnych drutów zwisały  rzędem krople deszczu. Jeszcze dziś mi 

się  zdaje,  Ŝe  bezcielesnymi  krokami  przemierzam  widmowe  zieleńce,  sale  taneczne  pełne 

zawodzeń  muzyki  z  Hawajów,  kochane  nudne  zaułki  o  uroczych  nazwach,  i  wreszcie 

docieram do pewnej  ciepłej jamki, w której coś, co mocno przypomina mnie samego w mej 

najwłaśniejszej osobie, siedzi skulone wśród mroku...” 

Szkoda,  Ŝe  pan  Goodman  nie  miał  czasu  rzucić  okiem  na  ten  fragment,  choć  i  tak 

naleŜy wątpić, czy zrozumiałby jego ukryte znaczenie. 

Był  jednak  uprzejmy  przysłać  mi  egzemplarz  swej  publikacji.  W  załączonym  liście 

wyjaśnił  ocięŜale  Ŝartobliwym  tonem,  usiłując  zarazem  (drogą  korespondencyjną)  mrugać 

dobrodusznie, a porozumiewawczo, Ŝe jeśli nie wspomniał o niej podczas naszej rozmowy, to 

tylko po to, Ŝeby mi sprawić wspaniałą niespodziankę. Ton listu, gromkie wybuchy śmiechu, 

napuszone dowcipasy  -  wszystko to miało stworzyć obraz starego przyjaciela rodziny, który 

przychodzi  z  wizytą  i  burcząc  po  swojemu  wręcza  najmłodszej  latorośli  cenny  upominek. 

Lecz pan Goodman jest kiepskim aktorem. Ani przez chwilę nie spodziewał się wprawić mnie 

w  zachwyt  -  czy  to  ksiąŜką,  czy  to  samym  faktem,  iŜ  zadał  sobie  tyle  trudu,  aby  zapewnić 

rozgłos  mojemu  krewnemu.  Wiedział  od  początku,  Ŝe  jego  ksiąŜka  to  śmieć  i  Ŝe  nie  oszuka 

mnie  co  do  jej  wartości  ani  okładka,  ani  obwoluta,  ani  entuzjastyczny  slogan  na  tejŜe 

obwolucie, ani Ŝadna z zamieszczonych w prasie recenzji i not. Nie bardzo rozumiem, czemu 

wolał  ukryć  przede  mną  jej  istnienie.  MoŜe  się  bał,  Ŝe  niecnie  przysiądę  fałdów  i  od  ręki 

machnę własną ksiąŜkę, która akurat zdąŜy się zderzyć z jego publikacją. 

Przysłał mi jednak nie tylko egzemplarz, lecz i obiecane rozliczenie. Nie miejsce tu na 

omawianie  tej  kwestii.  Przekazałem  ją  adwokatowi,  on  zaś  juŜ  się  ze  mną  podzielił  swymi 

wnioskami.  Obecnie  mogę  jedynie  stwierdzić,  Ŝe  otwartości,  z  jaką  Sebastian  załatwiał 

sprawy praktyczne, naduŜyto w sposób arcygrubiański. Pan Goodman nigdy nie był agentem 

literackim z prawdziwego zdarzenia: on tylko obstawiał ksiąŜki jak konie na wyścigach. Nie 

background image

ma prawa się zaliczać do ludzi tego zawodu, wymagającego inteligencji, uczciwości i praco-

witości.  Na  tym  rzecz  zamkniemy;  nie  znaczy  to  jednak,  Ŝe  juŜ  się  rozprawiłem  z  Tragedią 

Sebastiana Knighta, a raczej z Farsą pana Goodmana. 

background image

Minęły dwa lata od śmierci matki, nim znów ujrzałem Sebastiana. Przez cały ten czas 

dostałem  od  niego  jedną  jedyną  widokówkę,  nie  licząc  czeków,  które  uparcie  mi  przysyłał. 

Ale w pewne ponure, szare popołudnie w listopadzie, a moŜe grudniu 1924 roku, idąc przez 

Pola  Elizejskie  w  stronę  Placu  Gwiazdy  nagle  zobaczyłem  go  przez  witrynę  popularnego 

baru. Pamiętam, Ŝe w pierwszym odruchu chciałem pójść dalej swoją drogą, zraniony nagłym 

odkryciem,  iŜ  przyjechawszy  do  ParyŜa  nie  skontaktował  się  ze  mną.  JednakŜe  po  krótkiej 

chwili  zmieniłem  zdanie  i  wszedłem  do  lokalu.  Ujrzałem  tył  głowy  Sebastiana  z  ciemnymi, 

lśniącymi  włosami  i  zaokularzone  oblicze  dziewczyny,  która  z  przygnębioną  miną  siedziała 

naprzeciw  niego.  Czytała  list,  a  gdy  podszedłem,  słabo  się  uśmiechnąwszy  oddała  go 

Sebastianowi i zdjęła okulary w rogowej oprawie. 

- Kapitalne, co? - rzekł Sebastian, i w tej samej chwili oparłem mu dłoń na szczupłym 

ramieniu. 

- O, jak się masz, V - powiedział, spojrzawszy na mnie. - To mój brat, panno Bishop. 

Siadaj i czuj się jak u siebie. 

Dziewczyna  odznaczała  się  spokojną,  cichą  urodą  -  blada,  trochę  piegowata,  o  lekko 

zapadniętych  policzkach,  szaroniebieskich  oczach  krótkowidza  i  wąskich  ustach.  Miała  na 

sobie  szary  kostium  z  niebieską  apaszką,  a  do  tego  trójgraniasty  kapelusik.  O  ile  pamiętam, 

była dość krótko ostrzyŜona na pazia. 

- Właśnie miałem do ciebie dzwonić - rzekł Sebastian, lecz nie zabrzmiało mi to zbyt 

szczerze.  -  Wiesz,  przyjechałem  tylko  na  jeden  dzień.  Jutro  mam  być  z  powrotem  w 

Londynie. Co ci zamówić? 

Oboje  pili  kawę.  Klara  Bishop  trzepocząc  rzęsami  pogrzebała  w  torebce,  znalazła 

chusteczkę do nosa i musnęła nią jedno, a potem drugie róŜowe nozdrze. 

- Coraz gorzej z tym przeziębieniem - powiedziała i zatrzasnęła torebkę. 

-  O,  znakomicie  -  oświadczył  Sebastian  w  odpowiedzi  na  oczywiste  w  tej  sytuacji 

pytanie.  -  Właśnie  skończyłem  powieść.  Chyba  się  spodobała  wydawcy,  którego  wybrałem. 

Na  to  by  przynajmniej  wskazywał  ton  zachęty  w  jego  liście.  Zdaje  się,  Ŝe  przypadł  mu  do 

gustu nawet tytuł Rudzik wali na odlew, chociaŜ Klarze się nie podoba. 

- Moim zdaniem brzmi głupio - powiedziała Klara. - A zresztą ptak nie moŜe walić na 

odlew. 

- To aluzja do znanego wierszyka dla dzieci - wyjaśnił Sebastian na mój uŜytek. 

background image

- Głupia aluzja - stwierdziła Klara. - Pierwszy tytuł był duŜo lepszy. 

-  Sam  nie  wiem...  pryzmat...  krawędź  pryzmatu...  -  mruknął  Sebastian.  -  To  nie 

całkiem to, o co mi idzie... Szkoda, Ŝe Rudzik jest tak mało popularny... 

- Tytuł - rzekła Klara - musi oddawać koloryt ksiąŜki, a nie temat. 

Wtedy właśnie po raz pierwszy i ostatni Sebastian dyskutował przy mnie o sprawach 

literatury. Rzadko widywałem go w tak beztroskim nastroju. Był zadbany i wyglądało na to, 

Ŝ

e  jest  w  formie.  Na  jego  rasowej  bladej  twarzy  o  policzkach  jak  gdyby  lekko  ocienionych 

(naleŜał  do  tych  nieszczęśników,  co  to  muszą  się  golić  dwa  razy  dziennie,  jeśli  kolację 

zamierzają  zjeść  poza  domem)  nie  było  śladu  matowej,  chorobliwej  cery,  którą  tak  często 

miewał. Dość duŜe, nieco spiczaste uszy płonęły - jak zwykle, gdy wpadał w miłą ekscytację. 

Ja  za  to  zesztywniałem  i  zapomniałem  języka  w  gębie.  Coś  mi  mówiło,  Ŝe  jestem  przy  tym 

stoliku intruzem. 

-  Co  robimy?  MoŜe  by  tak  do  kina?  -  spytał  Sebastian,  zagłębiając  dwa  palce  w 

kieszonce kamizelki. 

- Jak chcesz - odparła Klara. 

-  Gah  -  song  -  powiedział  Sebastian.  JuŜ  wcześniej  zauwaŜyłem,  Ŝe  mówiąc  po 

francusku sili się na taki akcent, jaki miałby prawdziwy, zdrowy Brytyjczyk. 

Przez  pewien  czas  grzebaliśmy  pod  stołem  i  pod  kanapkami  krytymi  pluszem, 

szukając  rękawiczki  Klary.  Klara  uŜywała  perfum  o  miłym,  chłodnym  zapachu.  W  końcu 

udało mi się zaaportować zgubę, uszytą z szarego zamszu na białej podszewce, z mankietem 

w deseń. Kiedy przeciskaliśmy się przez obrotowe drzwi, dziewczyna bez pośpiechu włoŜyła 

rękawiczki. Była dosyć wysoka i bardzo prosto się trzymała; nogi w kostkach miała zgrabne, 

buty na płaskich obcasach. 

-  Słuchaj  -  powiedziałem  do  Sebastiana.  -  Chyba  nie  mogę  iść  z  wami  na  ten  film. 

Strasznie mi przykro, ale mam to i owo do załatwienia. MoŜe... kiedy właściwie wyjeŜdŜasz? 

-  Och,  dziś  wieczór  -  odparł  Sebastian  -  ale  niedługo  znów  przyjadę...  Głupio 

zrobiłem, Ŝe ci wcześniej nie dałem znać. MoŜemy się przynajmniej kawałek z tobą przejść... 

- Nie gubi się pani w ParyŜu? - zwróciłem się z pytaniem do Klary... 

- Moja paczka - powiedziała, zatrzymując się w pół kroku. 

- Drobiazg, juŜ po nią idę - rzekł Sebastian i zawrócił do baru. 

My tymczasem bardzo wolno szliśmy szerokim chodnikiem. 

Nieśmiało powtórzyłem pytanie. 

- Nie, znam ParyŜ całkiem nieźle - rzekła Klara. - Mam tu przyjaciół. Zostanę u nich 

aŜ do BoŜego Narodzenia. 

background image

- Sebastian świetnie wygląda - stwierdziłem. 

- Owszem, chyba tak - powiedziała, spojrzawszy  przez ramię, a potem popatrzyła na 

mnie, mrugając oczami. - Kiedy go poznałam, wyglądał jak skazaniec. 

- Kiedy to było? - spytałem chyba, bo przypominam sobie jej odpowiedź: 

-  Wiosną  na  jakimś  okropnym  przyjęciu  w  Londynie.  Ale  on  na  przyjęciach  zawsze 

robi minę skazańca. 

-  Masz  tu  te  swoje  bong  -  bony  -  rozległ  się  za  nami  głos  Sebastiana.  Powiedziałem 

im, Ŝe idę do stacji metra przy Placu Gwiazdy, zaczęliśmy więc okrąŜać plac od lewej. Kiedy 

mieliśmy przejść przez Aleję Klebera, jakiś rowerzysta o mało nie przewrócił Klary. 

- Głupiątko - rzekł Sebastian, mocno chwytając ją za łokieć. 

- Za duŜo tu gołębi - powiedziała, gdy przeszliśmy na drugą stronę. 

- Właśnie, i w dodatku cuchną - zgodził się Sebastian. 

-  Czym?  Nos  mam  kompletnie  zapchany  -  rzekła  Klara,  usiłując  coś  wywęszyć. 

Patrzyła przy tym na ciŜbę spasionych ptaków, które kręciły nam się pod nogami, wypinając 

piersi. 

- Irysami i gumą - odparł Sebastian. 

Rozległ  się  ryk  cięŜarówki  mijającej  się  z  meblowozem;  ptaki  zerwały  się  do  lotu  i 

zaczęły  kołować  po  niebie.  Wreszcie  porozsiadały  się  w  czarnych  zakamarkach 

perłowoszarego fryzu, zdobiącego Łuk Triumfalny, a  gdy po chwili część stada wzbiła się z 

trzepotem,  wyglądało  to  tak,  jakby  kawałki  rzeźbionej  entablatury  oŜyły  w  postaci  płatków. 

Po  kilku  latach  odnalazłem  ten  obraz  -  „kamień  topniejący  w  skrzydło”  -  w  trzeciej  ksiąŜce 

Sebastiana. 

Przeszliśmy przez jeszcze parę alej i wreszcie pojawiła się przed nami biała balustrada 

stacji  metra.  Tam  właśnie  się  rozstaliśmy,  w  całkiem  dobrych  humorach...  Pamiętam 

znikający w oddali płaszcz deszczowy Sebastiana i szaroniebieską postać Klary. Klara wzięła 

pod rękę mego brata, maszerującego zamaszyście, i zmieniła krok, Ŝeby iść z nim w nogę. 

Od  panny  Pratt  usłyszałem  o  kilku  nie  znanych  mi  dotąd  sprawach  i  zapragnąłem 

dowiedzieć się duŜo, duŜo więcej. Zwróciła się do mnie, bo chciała ustalić, czy wśród rzeczy 

Sebastiana  zachowały  się  jakieś  listy  od  Klary  Bishop.  Podkreśliła  przy  tym,  Ŝe  Klara  nie 

tylko  nie  wysłała  jej  z  tą  misją,  ale  nawet  nic  nie  wie  o  naszej  rozmowie.  Wyszła  za  mąŜ 

przed  trzema  czy  czterema  laty  i  jest  zbyt  dumna,  aby  mówić  o  przeszłości.  Panna  Pratt 

widziała  się  z  nią  moŜe  w  tydzień  po  tym,  jak  wiadomość  o  śmierci  Sebastiana  trafiła  do 

gazet, lecz choć się przyjaźniły od wieków (czyli kaŜda z nich więcej wiedziała o drugiej, niŜ 

się tamtej zdawało), Klara nie rozwodziła się nad tym wydarzeniem. 

background image

-  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  był  zanadto  nieszczęśliwy  -  powiedziała  cicho,  po  czym 

dodała: 

- Ciekawe, czy zachował moje listy? 

Jej  ton,  zmruŜenie  oczu,  krótkie  westchnienie,  które  jej  się  wyrwało,  nim  zmieniła 

temat  -  wszystko  to  uświadomiło  przyjaciółce,  z  jak  wielką  ulgą  przyjęłaby  wiadomość,  Ŝe 

listy te zostały zniszczone. Spytałem pannę Pratt, czy mógłbym się skontaktować z Klarą: czy 

dałoby  się  ją  skłonić  do  rozmowy  o  Sebastianie.  Panna  Pratt  odparła,  Ŝe  znając  Klarę  nie 

odwaŜyłaby się jej nawet przekazać mojej prośby. 

- Beznadziejna sprawa - powiedziała. 

Przez  chwilę  targała  mną  niegodziwa  pokusa,  aby  dać  jej  do  zrozumienia,  iŜ  mam  te 

listy  w  ręku  i  zwrócę  je  Klarze,  jeśli  ta  z  kolei  obieca  umówić  się  ze  mną  -  tak  namiętnie 

pragnąłem ją spotkać, choćby po to, Ŝeby zobaczyć, jak po jej twarzy przemyka cień imienia, 

które  bym  wspomniał.  Ale  nie:  nie  mogę  przecieŜ  szantaŜować  przeszłości  Sebastiana. 

Wykluczone. 

- Listy spalono - to powiedziawszy prosiłem dalej, mówiąc raz po raz, Ŝe przecieŜ nie 

zaszkodzi  spróbować;  czy  panna  Pratt  nie  mogłaby  zapewnić  Klary,  powtarzając  jej  naszą 

rozmowę, Ŝe moja wizyta będzie całkiem krótka i całkiem niewinna? 

- A co pana właściwie interesuje? - spytała panna Pratt. - Bo widzi pan, ja sama duŜo 

umiałabym panu opowiedzieć. 

Potem przez dłuŜszy  czas mówiła o Klarze i o Sebastianie. Świetnie się wywiązała z 

zadania,  choć  tak  jak  większość  kobiet  miała  skłonność  do  tego,  aby  opowiadając  o 

przeszłości uderzać w ton z lekka dydaktyczny. 

- Czy mam rozumieć - przerwałem jej w pewnym momencie - Ŝe nikt nigdy nie poznał 

nazwiska tej drugiej kobiety? 

- Nie - odparła panna Pratt. 

- No to jak ja ją znajdę? - zawołałem. 

- Nigdy jej pan nie znajdzie. 

- Powiada pani, Ŝe kiedy się to zaczęło? - przerwałem po raz drugi, gdy zaczęła mówić 

o jego chorobie. 

-  Nie  wiem  nic  pewnego  -  odrzekła.  -  Ten  atak,  którego  dostał  przy  mnie,  nie  był 

pierwszy.  Wychodziliśmy  akurat  z  jakiejś  restauracji.  Było  bardzo  zimno,  a  on  nie  mógł 

złapać  taksówki.  Zdenerwował  się  i  rozgniewał.  Pobiegł  do  taksówki,  która  się  zatrzymała 

kawałek  dalej.  Nagle  przystanął  i  powiedział,  Ŝe  źle  się  czuje.  Pamiętam,  Ŝe  z  małego 

pudełeczka wyjął coś, jakby pigułkę, wziął ją w palce przez biały jedwabny szalik i zgniótł, a 

background image

potem  chyba  przycisnął  sobie  do  twarzy.  Musiało  to  być  w  dwudziestym  siódmym  albo 

ósmym. 

Zadałem  jeszcze  parę  pytań.  Na  wszystkie  odpowiedziała  z  tą  samą  sumiennością  i 

zaraz podjęła swą ponurą opowieść. 

Po  jej  odejściu  wszystko  sobie  zanotowałem,  ale  na  papierze  cała  ta  historia  była 

martwa, po prostu martwa. Koniecznie musiałem zobaczyć się z Klarą! Wystarczyłoby jedno 

spojrzenie,  jedno  słowo,  sam  dźwięk  jej  głosu  (nic  więcej,  nic  mniej),  aby  przeszłość  oŜyła. 

Nie  rozumiem,  skąd  u  mnie  to  przeświadczenie,  tak  jak  nigdy  nie  pojąłem,  czemu  kilka 

tygodni  wcześniej  pewnego  niezapomnianego  dnia  byłem  święcie  przekonany,  Ŝe  jeśli  ko-

nającego zastanę przy Ŝyciu i w pełni władz umysłowych, dowiem się czegoś, czego dotąd nie 

wie nikt z ludzi. 

AŜ w któryś poniedziałkowy ranek wybrałem się z wizytą. 

Pokojówka  wprowadziła  mnie  do  niewielkiej  bawialni.  Klara  była  w  domu  -  tak 

przynajmniej  powiedziała  mi  owa  młódka,  rumiana  i  dosyć  nieokrzesana.  (Sebastian 

stwierdza  w  którymś  miejscu,  Ŝe  angielscy  powieściopisarze  nigdy  nie  porzucają  pewnego 

określonego  tonu,  gdy  opisują  słuŜące.)  Z  drugiej  zaś  strony  wiedziałem  od  panny  Pratt,  Ŝe 

pan  Bishop  w  dni  powszednie  jest  zajęty,  bo  pracuje  w  jakimś  biurze;  dziwna  rzecz  -  Klara 

wyszła za męŜczyznę o tym samym nazwisku, który w Ŝadnym stopniu nie był jej krewnym; 

przypadek  i  tyle.  Czy  zechce  mnie  przyjąć?  Dom  raczej  zamoŜny,  powiedziałbym,  choć  nie 

przesadnie... Na parterze zapewne salon w kształcie litery L, a nad nim sypialnie. Cała ulica 

składała  się  z  takich  właśnie  ściśniętych,  wąskich  domków.  Klara  długo  się  wahała...  Czy 

powinienem był najpierw zaryzykować telefon? Czy panna Pratt juŜ jej powiedziała o listach? 

Wtem  usłyszałem,  Ŝe  ktoś  miękko  stąpając  idzie  w  dół  po  schodach  i  do  pokoju  wszedł 

wielkimi krokami ogromny męŜczyzna w czarnym szlafroku z fioletową lamówką. 

-  Przepraszam  za  ten  strój  -  powiedział  -  ale  jestem  straszliwie  przeziębiony. 

Nazywam się Bishop. Rozumiem, Ŝe chce się pan widzieć z moją Ŝoną. 

„CzyŜby  się  zaraził  -  pomyślałem  w  dziwnym  rozbłysku  wyobraźni  -  od  tej 

zachrypniętej Klary o róŜowym nosie, którą widziałem przed dwunastoma laty?” 

- AleŜ tak - odparłem - jeśli mnie jeszcze pamięta. Spotkaliśmy się kiedyś w ParyŜu. 

-  Och,  usłyszawszy  pańskie  nazwisko  od  razu  wiedziała,  kim  pan  jest  -  rzekł  pan 

Bishop,  patrząc  mi  prosto  w  oczy  -  ale  niestety  muszę  pana  zawiadomić,  Ŝe  nie  moŜe  pana 

przyjąć. 

- Wolno mi będzie wstąpić później? 

Po krótkim milczeniu pan Bishop spytał: 

background image

-  Czy  trafnie  przypuszczam,  Ŝe  ta  wizyta  rzeczywiście  ma  jakiś  związek  ze  śmiercią 

pańskiego brata? 

Stał  przede  mną  z  rękami  wbitymi  w  kieszenie  szlafroka  i  patrzył;  jasne  włosy  miał 

zaczesane w tył gniewnymi ruchami szczotki - porządny, przyzwoity jegomość; chyba się nie 

obrazi,  Ŝe  tak  tu  o  nim  napisałem.  Dodam,  Ŝe  całkiem  niedawno  w  bardzo  smutnych 

okolicznościach  doszło  między  nami  do  wymiany  listów,  która  unicestwiła  wszelki  ślad 

niechęci, jaka być moŜe wkradła się w naszą pierwszą rozmowę. 

- A czy stałoby to na przeszkodzie temu, Ŝebym się z nią zobaczył? - spytałem z kolei. 

Przyznaję, Ŝe spytałem głupio. 

- Tak czy owak nie będzie się pan z nią widział - odparł pan Bishop nieco miększym 

tonem,  czuł  bowiem,  Ŝe  moja  natarczywość  słabnie  i  niczym  juŜ  mu  nie  zagroŜę.  -  Jestem 

pewien,  Ŝe  w  innych  okolicznościach...  ale  widzi  pan,  Ŝona  niezbyt  się  pali  do  tego,  Ŝeby 

wspominać dawne przyjaźnie. Daruje pan szczerość, ale ta wizyta to błąd z pańskiej strony. 

Wracałem  z  uczuciem,  Ŝe  fatalnie  sfuszerowałem  sprawę.  Przedstawiałem  sobie  w 

wyobraźni,  co  bym  powiedział  Klarze,  jeślibym  ją  zastał  samą.  Zdołałem  jakoś  w  siebie 

wmówić,  Ŝe  gdyby  była  sama,  przyjęłaby  mnie:  tak  to  wobec  nieoczekiwanej  przeszkody 

maleją te, któreśmy sobie wyobraŜali. Powiedziałbym więc: 

-  Nie  mówmy  o  Sebastianie.  Porozmawiajmy  o  ParyŜu.  Nie  czuje  się  w  nim  pani 

zagubiona?  Pamięta  pani  te  gołębie?  Proszę  mi  powiedzieć,  co  pani  ostatnio  czytała...  A 

filmy? Czy dalej gubi pani rękawiczki, paczki? 

Mógłbym teŜ uciec się do śmielszych rozwiązań i zaatakować wprost: 

-  Owszem,  wiem,  jakie  uczucia  musi  w  pani  budzić  ta  historia,  ale  proszę,  błagam, 

porozmawiajmy  o  nim.  Dla  dobra  jego  portretu.  Dla  tych  drobiazgów,  które  oddalą  się  i 

przepadną, jeśli nie pozwoli mi ich pani wykorzystać w mojej ksiąŜce o Sebastianie. 

Och, byłem pewien, Ŝe by nie odmówiła, w Ŝadnym razie. 

W  dwa  dni  później  wytknąwszy  sobie  ten  właśnie  cel  podjąłem  kolejną  próbę.  Tym 

razem postąpiłem znacznie rozwaŜniej. Ranek był pogodny, pora dość wczesna; nie wątpiłem, 

Ŝ

e  Klara  nie  zechce  przesiedzieć  w  domu  takiego  dnia.  Postanowiłem  dyskretnie  zająć 

stanowisko na rogu ulicy, poczekać, aŜ małŜonek uda się do biura, aŜ wyjdzie sama Klara, i 

wtedy ją zaczepić. Ale sprawy potoczyły się niezupełnie tak, jak się spodziewałem. 

Od wybranego punktu dzieliło mnie jeszcze kilkadziesiąt kroków, gdy nagle pojawiła 

się Klara Bishop. Właśnie przeszła z mojej strony ulicy na przeciwną. Od razu ją poznałem, 

choć widzieliśmy się tylko przez pół godziny, i to przed wieloma laty. Poznałem ją, chociaŜ 

twarz miała ściągniętą, a ciało dziwnie pełne. Szła wolno i ocięŜale, a gdy przeszedłem przez 

background image

jezdnię  i  nieco  się  zbliŜyłem,  zrozumiałem,  Ŝe  jest  w  zaawansowanej  ciąŜy.  Powodowany 

wrodzoną  impetycznością,  która  juŜ  nieraz  sprowadziła  mnie  na  manowce,  ani  się 

spostrzegłszy  ruszyłem  ku  niej  z  powitalnym  uśmiechem,  lecz  wystarczyło  tych  parę  chwil, 

aby  owładnęło  mną  krystalicznie  jasne  przeświadczenie,  Ŝe  nie  wolno  mi  ani  wszcząć  z  nią 

rozmowy,  ani  w  Ŝaden  sposób  się  przywitać.  WraŜenie  to  nie  miało  nic  wspólnego  z 

Sebastianem ani z moją ksiąŜką, ani teŜ z rozmową między mną a panem Bishopem; jedyną 

jego przyczyną było dostojne skupienie Klary. Wiedziałem, Ŝe nie mam prawa nawet przypo-

mnieć jej, kim jestem, ale, jak juŜ mówiłem, z samego rozpędu przeszedłem przez jezdnię, i 

to  w  taki  sposób,  Ŝe  na  chodniku  o  mało  nie  zderzyłem  się  z  Klarą.  OcięŜale  ustąpiła  mi  z 

drogi  i  zwróciła  ku  mnie  krótkowzroczne  spojrzenie.  Nie,  nie  poznała  mnie,  chwalić  Boga. 

Serce  się  krajało  na  widok  uroczystego  wyrazu  jej  twarzy,  bladej  jak  trociny.  Oboje 

przystanęliśmy  w  pół  kroku.  Z  groteskową  przytomnością  umysłu  sięgnąłem  do  kieszeni  po 

pierwszy przedmiot, o który zawadziłem palcami, i spytałem: 

- Przepraszam, czy pani to upuściła? 

- Nie - odparła z bezosobowym uśmiechem. Wzięła rekwizyt do  ręki i przyjrzała mu 

się  z  bliska.  -  Nie  -  powtórzyła,  oddała  mi,  co  moje,  i  poszła  dalej  swoją  drogą.  Stałem 

trzymając w ręku klucz, jakbym przed chwilą podniósł go z chodnika. Był to klucz od zasuwy 

w  mieszkaniu  Sebastiana;  dziwnie  mnie  zakłuło,  kiedy  nagle  sobie  uświadomiłem,  Ŝe  Klara 

dotknęła go niewinnymi, ślepymi palcami... 

background image

Ich  związek  trwał  sześć  lat.  Sebastian  napisał  w  tym  czasie  dwie  pierwsze  powieści: 

Skos  pryzmatu  i  Sukces.  Nad  pierwszą  pracował  około  siedmiu  miesięcy  (kwiecień  - 

październik 1924), a nad drugą - dwadzieścia dwa miesiące (lipiec 1925 - kwiecień 1927). Od 

jesieni  roku  1927  do  lata  1929  napisał  trzy  opowiadania,  wznowione  później  (1932)  pod 

wspólnym  tytułem  Dziwna  góra.  Innymi  słowy,  Klara  z  bliska  przyglądała  się  powstawaniu 

pierwszych trzech piątych całego jego dorobku (pomijam tu juwenilia - na przykład wiersze z 

Cambridge  -  które  sam  zniszczył);  poniewaŜ  zaś  w  przerwach  między  ksiąŜkami  Sebastian 

wciąŜ  snuł,  zawieszał  i  snuł  od  nowa  rozmaite  twórcze  zamysły,  wolno  przypuszczać,  Ŝe  w 

ciągu tych sześciu lat nie ustawał w pracy. A Klara kochała jego zapracowanie. 

Weszła  w  Ŝycie  mojego  brata  bez  pukania  -  jak  przez  pomyłkę  wchodzi  się  do 

cudzego  pokoju,  bo  w  pewien  nieokreślony  sposób  przypomina  on  nasz  własny.  Weszła  i 

została,  zapomniawszy,  gdzie  jest  wyjście,  i  po  cichu  zaczęła  się  oswajać  z  dziwnymi 

stworami,  które  tam  napotkała  i  pomimo  ich  zdumiewających  kształtów  przyhołubiła.  Nie 

stawiała  sobie  wyraźnie  za  cel  ani  tego,  Ŝeby  być  szczęśliwą,  ani  Ŝeby  uszczęśliwić 

Sebastiana,  i  bez  Ŝadnych  obaw  myślała  o  najbliŜszej  przyszłości;  wspólne  Ŝycie  z 

Sebastianem całkiem naturalnie brała takim, jakim ono było, Ŝycie bez Sebastiana wydawało 

się bowiem jeszcze mniej wyobraŜalne niŜ turystyczny namiot Ziemianina rozbity na zboczu 

księŜycowej  góry.  Gdyby  urodziła  mu  dziecko,  prawdopodobnie  weszliby  płynnie  w  fazę 

małŜeństwa,  bo  byłoby  to  najprostszym  rozwiązaniem  dla  wszystkich  trojga;  tak  się  jednak 

nie  stało,  toteŜ  nie  wpadło  im  do  głów,  Ŝeby  się  poddać  tym  białym  i  zdrowym 

formalnościom,  które  zresztą  obojgu  sprawiłyby  zapewne  przyjemność,  gdyby  w  ogóle 

pomyśleli  o  takim  ceremoniale.  Sebastian  nie  miał  w  sobie  nic  z  postępowca,  niby  to 

potępiającego  przesądy.  Doskonale  rozumiał,  Ŝe  obnoszenie  się  z  własną  pogardą  dla 

przyjętych  zasad  moralnych  to  tylko  zabobon  schowany  pod  podszewkę  i  kołtuństwo 

wywrócone na nice. W kwestiach etyki chadzał zazwyczaj po najmniejszej linii oporu (tak jak 

w  sprawach  estetyki  obierał  najbardziej  ciernisty  szlak)  jedynie  dlatego,  Ŝe  właśnie  tamtędy 

najszybciej dochodził na skróty do upatrzonego celu; w Ŝyciu  codziennym był zbyt  wielkim 

leniem  (choć  znów  jako  artysta  zanadto  się  zapracowywał),  aby  zawracać  sobie  głowę 

problemami, które stawiali i rozwiązywali inni. 

Klara  poznała  Sebastiana  mając  dwadzieścia  dwa  lata.  Nie  pamiętała  swego  ojca; 

matka  jej  takŜe  nie  Ŝyła,  a  ojczym  ponownie  się  oŜenił;  blade  wyobraŜenie  o  domu,  jakie 

background image

wyrobiła  sobie  dzięki  ojczymowi  i  macosze,  moŜna  więc  porównać  do  starego  sofizmatu  o 

zamienionym trzonku i zamienionym ostrzu,  choć oczywiście Klara miała niewielkie szansę 

odnaleźć  i  połączyć  oryginalne  części  narzędzia  -  przynajmniej  po  tej  stronie  granicy, 

dzielącej  nas  od  wieczności.  Mieszkała  sama  w  Londynie  i  bez  wielkiego  zdecydowania 

uczęszczała  do  szkoły  plastycznej,  a  równocześnie  studiowała  -  ni  mniej,  ni  więcej,  tylko 

języki  Wschodu.  Lubiano  ją;  ze  swą  uroczo  przyćmioną  twarzą  i  miękką  chrypką  odbierana 

była  jako  osoba  w  spokojny  sposób  pociągająca;  nie  wiedzieć  czemu  wbijała  się  ludziom  w 

pamięć,  jak  gdyby  posiadła  ten  subtelny  dar,  aby  nie  być  zapominaną:  po  prostu  ładnie 

wychodziła na kliszach pamięci - inaczej mówiąc, była „mnemogeniczna”. Nawet jej dłonie, 

dość  duŜe  i  kościste,  miały  specyficzny  wdzięk;  umiała  teŜ  lekko  i  bezgłośnie  tańczyć. 

Najlepsze  jednak  było  w  niej  to,  Ŝe  naleŜała  do  tych  nielicznych,  ach,  jakŜe  nielicznych 

kobiet,  które  nie  biorą  świata  za  dobrą  monetę  i  dla  których  codzienność  nie  jest  li  tylko 

spowszedniałym zwierciadłem ich własnej kobiecości. Miała wyobraźnię (muskuł duszy), i to 

szczególnie silnego, nieomal męskiego typu, a prócz wyobraźni prawdziwe poczucie piękna, 

przejawiające  się  nie  tyle  nawet  w  kontakcie  ze  sztuką,  ile  w  nieustannej  gotowości,  aby 

dostrzec aureolę  wokół  patelni lub podobieństwo między  wierzbą płaczącą  a skye terrierem. 

Wreszcie, los obdarzył ją wyostrzonym poczuciem humoru. Nic dziwnego, Ŝe tak świetnie się 

wpasowała w Ŝycie Sebastiana. 

JuŜ  w  pierwszym  okresie  znajomości  spędzali  razem  mnóstwo  czasu;  gdy  jesienią 

Klara  wyjechała  do  ParyŜa,  Sebastian  ją  tam  odwiedzał  -  podejrzewam,  Ŝe  nie  raz.  Jego 

pierwsza  ksiąŜka  była  juŜ  wtedy  gotowa.  Klara  nauczyła  się  pisać  na  maszynie,  toteŜ  letnie 

wieczory  1924  roku  przybrały  dla  niej  postać  kartek,  które  wsuwała  w  szczelinę,  a  potem 

wyciągała  kręcąc  wałkiem,  rojące  się  od  czarnych  i  fioletowych  słów.  Chętnie  sobie  wyob-

raŜam,  jak  stuka  w  lśniące  klawisze  na  tle  szumu  ciepłej  ulewy  wśród  ciemnych  wiązów  za 

otwartym  oknem,  gdy  głos  mego  brata  (który  według  panny  Pratt  nie  dyktował,  lecz 

celebrował dyktando) wolno, z powagą krąŜy tam i sam po pokoju. Sebastian prawie całe dnie 

spędzał na pisaniu, lecz praca jego posuwała się  tak Ŝmudnie, Ŝe Klara wieczorami miewała 

do przepisania najwyŜej  kilka nowych stron,  a i te trzeba było potem przepisywać od nowa, 

bo  autor  pozwalał  sobie  na  iście  orgiastyczne  korekty;  czasem  robił  coś,  czego  -  śmiem 

twierdzić  -  nie  próbował  przed  nim  Ŝaden  pisarz,  a  mianowicie  swą  pochyłą,  niezupełnie 

angielską  kaligrafią  własnoręcznie  kopiował  wystukaną  na  maszynie  stronicę  i  dyktował  raz 

jeszcze. Staczał ze słowami niezwykle bolesne walki, z dwojakich powodów. Jedne stanowiły 

rzecz  częstą  u  tego  typu  pisarzy:  były  to  trudności,  jakie  sprawia  przerzucenie  mostu  nad 

otchłanią,  dzielącą  myśl  od  jej  wyrazu;  obłędne  uczucie,  Ŝe  właściwe  słowa,  jedyne  słowa 

background image

czekają  na  drugim  brzegu  w  mglistej  dali;  dygot  nie  -  odzianej  myśli,  która  przyzywa  je 

rozpaczliwie z tej strony przepaści. Na nic mu były zdania - gotowce, bo wszystko, co chciał 

wyrazić,  miało  wyjątkową  strukturę,  a  poza  tym  wiedział,  Ŝe  Ŝadna  prawdziwa  idea  nie 

istnieje rzeczywiście, póki nie istnieją słowa skrojone dla niej na miarę. Zatem (aby posłuŜyć 

się  mniej  odległym  porównaniem)  myśl,  która  jedynie  wydawała  się  naga,  w  rzeczywistości 

błagała tylko o szaty, mogące uczynić ją widzialną, natomiast słowa przyczajone w oddali nie 

były wbrew pozorom pustymi łupinami, lecz po prostu czekały, aŜ myśl od dawna juŜ w nich 

ukryta zapali je i wprawi w ruch. Sebastian czuł się chwilami dzieckiem, któremu wręczono 

bezładną plątaninę drutów i kazano sprawić cud, aby stało się światło. No i owszem, sprawiał 

go  raz  po  raz;  czasem  nawet  nie  zdawał  sobie  sprawy,  jak  mu  się  to  udaje,  kiedy  indziej 

godzinami  dłubał  w  kłębowisku  drutów,  postępując  przy  tym,  zdawałoby  się,  zupełnie 

racjonalnie  -  a  wynik  był  Ŝaden.  Klara  zaś,  choć  przez  całe  Ŝycie  nie  stworzyła  ani  jednego 

wersu  prozy  czy  poezji  zasługującej  na  miano  dzieła  wyobraźni,  tak  świetnie  rozumiała  (na 

swój  sposób  dokonując  cudu)  kaŜdy  epizod  walk,  które  staczał  Sebastian,  Ŝe  słowa 

wystukiwane  na  maszynie  były  dla  niej  nie  tyle  przekaźnikami  przyrodzonego  im  sensu,  ile 

krzywiznami,  lukami  i  zygzakami  pokazującymi,  jak  pisarz  kroczy  po  omacku  szlakiem 

idealnej linii wyrazu. 

Na  tym  jednak  sprawa  się  nie  kończyła.  Wiem,  wiem  to  na  pewno  -  tak  jak  jestem 

pewien,  Ŝe  mieliśmy  jednego  ojca:  Sebastian  lepiej  znał  rosyjski  i  posługiwał  się  nim  z 

większą  naturalnością  niŜ  angielskim.  Łatwo  mi  uwierzyć,  Ŝe  zaniechawszy  na  pięć  lat 

mówienia po rosyjsku zdołał narzucić sobie przekonanie, iŜ stracił tę umiejętność. Ale język 

to  Ŝywe,  fizycznie  istniejące  stworzenie,  które  nie  daje  się  tak  łatwo  odprawić.  NaleŜy  teŜ 

pamiętać,  Ŝe  zaledwie  pięć  lat  przed  napisaniem  swej  pierwszej  ksiąŜki  -  to  znaczy  wtedy, 

gdy opuszczał Rosję - Sebastian dysponował angielszczyzną równie wątłą jak moja. Ja swoją 

sztucznie ulepszyłem po wielu latach (kosztem cięŜkiej pracy, gdy mieszkałem w kraju, gdzie 

była  ona  językiem  obcym);  on  natomiast  próbował  doprowadzić  swoją  do  rozkwitu  w 

naturalnym  dla  niej  środowisku.  Rozkwitła  zresztą  wspaniale,  wciąŜ  jednak  utrzymuję,  Ŝe 

gdyby  zaczął  pisać  po  rosyjsku,  uniknąłby  tego  akurat  rodzaju  lingwistycznych  boleści. 

Dodam,  Ŝe  jestem  w  posiadaniu  listu,  napisanego  przezeń  na  krótko  przed  śmiercią,  i  ten 

niedługi list ubrany jest w słowa ruszczyzny tak czystej i bogatej, jak nigdy nie był czysty ani 

bogaty  jego  angielski,  choć  co  się  tyczy  piękna  ekspresji,  to  Sebastian  wzniósł  się  w  swych 

ksiąŜkach na wyŜyny. 

Wiem  teŜ,  Ŝe  przepisując  słowa,  które  wymotywał  ze  swego  manuskryptu,  Klara 

przestawała  czasem  stukać  w  klawisze,  lekko  marszczyła  brwi,  unosząc  zewnętrzny  skraj 

background image

uwięzionego arkusza odczytywała ostatni wers i mówiła: 

- Nie, kochanie. Po angielsku tak się nie powie. 

Przez chwilę w nią się wpatrywał, po czym znów podejmował przechadzkę drapieŜcy, 

niechętnie zastanawiając się nad tą uwagą; dziewczyna czekała w milczeniu, z dłońmi miękko 

złoŜonymi na kolanach. 

- Nie sposób tego inaczej wyrazić - mruczał w końcu. 

- A moŜe by na przykład... - mówiła Klara i rzucała konkretną propozycję. 

- No, jeśli chcesz... - odpowiadał. 

-  Nie  upieram  się,  kochanie.  Rób,  jak  wolisz.  Skoro  uwaŜasz,  Ŝe  błędy  gramatyczne 

nie zaszkodzą... 

- Och, pisz dalej - wołał Sebastian. - Masz rację, pisz juŜ dalej... 

W  listopadzie  1924  roku  Skos  pryzmatu  został  ukończony.  Ukazał  się  drukiem  w 

marcu  i  zrobił  kompletną  klapę.  O  ile  mogłem  stwierdzić  przeglądając  gazety  z  tamtego 

okresu,  raz  tylko  o  nim  napomknięto.  Pięć  i  pół  linijki  w  niedzielnym  wydaniu,  między 

innymi  linijkami,  mówiącymi  o  innych  ksiąŜkach.  „Skos  pryzmatu  stanowi  bodajŜe  debiut 

powieściowy,  nie  powinno  się  go  zatem  oceniać  z  taką  surowością,  jak  [wcześniej 

wspomnianą ksiąŜkę takiego - to - a - takiego]. Jego komizm jest w moim odczuciu niejasny, 

a  niejasności  komiczne,  ale  bardzo  moŜliwe,  Ŝe  istnieje  pewien  rodzaj  beletrystyki,  której 

subtelności  zawsze  będą  mi  się  wymykały.  JednakŜe  na  uŜytek  czytelników  lubiących  te 

rzeczy  dodam,  Ŝe  pan  Knight  z  wielką  imaginacją  dzieli  włos  na  czworo  w  imadłach 

imiesłowów.” 

Wiosna  ta  była  zapewne  najszczęśliwszym  okresem  w  Ŝyciu  Sebastiana.  Wydał  na 

ś

wiat jedną ksiąŜkę i juŜ zaczynał czuć, Ŝe druga kopie. Zdrowie nadzwyczaj mu dopisywało. 

Miał  uroczą  przyjaciółkę.  Nie  dręczyła  go  ani  jedna  z  tych  drobnostek,  które  we 

wcześniejszych  okresach  spadały  nań  czasem  z  zaciekłością  roju  mrówek  obłaŜących 

hacjendę. Klara zanosiła mu listy na pocztę, sprawdzała zawartość paczek z pralni, pilnowała, 

Ŝ

eby  mu  nie  zabrakło  Ŝyletek,  tytoniu  i  solonych  migdałów,  do  których  miał  szczególną 

słabość. Lubił wspólne z Klarą kolacje na mieście, a potem teatr. Po obejrzeniu sztuki niemal 

zawsze  jęczał  i  wił  się  jak  w  konwulsjach,  czerpał  jednak  chorobliwą  przyjemność  z 

drobiazgowego  analizowania  komunałów.  Kiedy  jednym  skokiem  rzucał  się  na  jakiś 

nieszczęsny banał, nozdrza rozszerzały mu się w wyrazie zachłanności, niegodziwego zapału, 

a równocześnie w paroksyzmie obrzydzenia zgrzytał trzonowcami. Panna Pratt pamiętała, jak 

to  przy  pewnej  okazji  jej  ojciec,  podówczas  udziałowiec  wytwórni  filmowej,  zaprosił 

Sebastiana  i  Klarę  na  prywatny  pokaz  filmu,  nakręconego  z  wielkim  nakładem  kosztów  i 

background image

przepychem.  Główną  rolę  grał  niezwykle  przystojny  młodzieniec  w  strojnym  turbanie,  a 

fabuła  była  srodze  dramatyczna.  W  chwili  największego  napięcia  Sebastian  ku  ogromnemu 

zaskoczeniu  i  irytacji  pana  Pratta  zaczął  się  trząść  ze  śmiechu;  Klara  teŜ  gotowa  była 

parsknąć,  ciągnęła  go  jednak  za  rękaw,  Ŝeby  przestał,  ale  na  próŜno.  Ci  dwoje  musieli 

przeŜywać  razem  cudowne  chwile.  AŜ  trudno  uwierzyć,  Ŝe  ciepła,  tkliwości  i  piękna  ich 

związku  nie  zgromadził  jakiś  nieśmiertelny  świadek  Ŝywota  śmiertelnych,  aby  sobie  tylko 

znanym sposobem przechować ów plon. Na pewno widywano ich, kiedy przechadzali się po 

ogrodach  Kew,  po  parku  w  Richmond  (nigdy  tam  nie  byłem,  ale  nazwy  te  mają  dla  mnie 

wiele powabu), jedli jajka na szynce w uroczej gospodzie podczas letniej włóczęgi po wsiach 

angielskich  albo  czytali,  siedząc  na  ogromnej  kanapie  w  pracowni  Sebastiana,  gdy  ogień 

płonął  wesoło,  a  angielskie  BoŜe  Narodzenie  zaczynało  juŜ  przesycać  powietrze  lekko 

pikantnymi woniami na podkładzie lawendy i skórzanej tapicerki. Z pewnością był takŜe ktoś, 

kto  podsłuchał,  jak  Sebastian  opowiadał  Klarze  o  niezwykłych  sprawach,  które  zamierzał 

wyrazić w swej kolejnej ksiąŜce, zatytułowanej Sukces. 

Latem  1926  roku,  stoczywszy  walkę  z  jakimś  osobliwie  krnąbrnym  rozdziałem, 

Sebastian,  który  wyniósł  z  tego  boju  spieczone  gardło  i  zmącony  umysł,  postanowił 

zafundować  sobie  miesiąc  wakacji  za  granicą.  Klara  musiała  jeszcze  coś  załatwić  w 

Londynie,  oświadczyła  więc,  Ŝe  dołączy  do  niego  po  tygodniu,  a  najwyŜej  dwóch.  Kiedy 

wreszcie przybyła do nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej w Niemczech, którą wybrał 

mój brat, w hotelu o dziwo poinformowano ją, Ŝe wyjechał on w nieznanym kierunku, wróci 

jednak za kilka dni. Klara była zdezorientowana, ale - jak zwierzyła się później pannie Pratt - 

nieobecność  Sebastiana  zbytnio  jej  nie  zaniepokoiła  ani  nie  uraziła.  MoŜemy  ją  sobie 

wyobrazić  jako  szczupłą,  wysoką  postać  w  niebieskim  makintoszu  (niebo  zachmurzone, 

pogoda  nieprzyjazna),  bez  wyraźnego  celu  przechadzającą  się  juŜ  to  promenadą,  juŜ  to  po 

piaszczystej plaŜy - opustoszałej, jeśli nie liczyć kilkorga niezłomnych dzieci, trójkolorowych 

chorągiewek łopoczących Ŝałobnie w dogorywającej bryzie, gdy stalowo - szare morze łamie 

się tu i ówdzie w kształt spienionych grzebieni. W dalszej części wybrzeŜa rósł bukowy las, 

głęboki  i  ciemny,  podszyty  jedynie  kępami  powoju,  którymi  upstrzony  był  falisty,  brązowy 

grunt;  wśród  prostych,  gładkich  pni  stała  dziwna  brązowa  cisza  i  jak  gdyby  czegoś 

wyczekiwała; Klara pomyślała, Ŝe lada chwila niemiecki krasnoludek w czerwonej czapeczce 

zerknie  na  nią  lśniącymi  oczkami  spośród  liści  butwiejących  w  jakiejś  jamie.  Wyjęła  z 

walizki  kostium  kąpielowy  i  resztę  dnia  spędziła  leŜąc  na  miękkim  białym  piasku  - 

przyjemnie, acz w lekkiej apatii. Nazajutrz rano znów padało; Klara aŜ do obiadu siedziała w 

pokoju i czytała Donne'a; poeta ten odtąd juŜ zawsze kojarzył jej się z bladoszarym światłem 

background image

deszczowego, mglistego dnia i z zawodzeniem dziecka, które chciało się bawić w korytarzu. 

Wkrótce  pojawił  się  Sebastian.  Oczywiście  ucieszył  się  na  jej  widok,  ale  zachował  się  nie 

całkiem  naturalnie.  Nerwowy  i  strapiony,  odwracał  twarz,  ilekroć  próbowała  spojrzeć  mu  w 

oczy.  Powiedział,  Ŝe  spotkał  kogoś,  kogo  znał  przed  stu  laty  w  Rosji  i  Ŝe  obaj  wybrali  się 

samochodem  tego  znajomego  do...  tu  wymienił  nazwę  miejscowości  połoŜonej  o  parę 

kilometrów dalej na wybrzeŜu. 

-  Ale  co  się  właściwie  stało,  kochanie?  -  spytała  Klara,  zaglądając  w  jego  ponure 

oblicze. 

- Och, nic, nic - zawołał rozdraŜniony. - Nie umiem siedzieć bezczynnie. Brakuje mi 

mojej pracy - dodał, uciekając spojrzeniem w bok. 

- Ciekawe, czy mówisz prawdę - rzekła Klara. 

Wzruszył  ramionami  i  przejechał  kantem  dłoni  po  zagłębieniu  kapelusza,  który 

trzymał w ręku. 

- Chodź - powiedział. - Zjedzmy obiad i wracajmy do Londynu. 

Ale  pierwszy  dogodny  pociąg  odjeŜdŜał  dopiero  pod  wieczór.  Kiedy  się  przejaśniło, 

poszli  na  spacer.  Sebastian  parokrotnie  próbował  się  rozpromienić,  tak  jak  zwykle  się 

rozpromieniał  przy  Klarze,  ale  w  końcu  przygasł  i  oboje  zamilkli.  Weszli  w  bukowy  las. 

Panowało  w  nim  to  samo  zagadkowe,  ospałe  wyczekiwanie;  Klara  nie  przyznała  się 

Sebastianowi, Ŝe raz juŜ była w tym miejscu, on jednak rzekł: 

-  Dziwnie  cichy  ten  las.  Niesamowity,  prawda?  Człowiek  prawie  się  spodziewa,  Ŝe 

zobaczy krasnoludka wśród tych zeschłych liści i powoju. 

- Słuchaj, Sebastian! - wykrzyknęła nagle Klara, kładąc mu ręce na ramionach. - Chcę 

wiedzieć, co się dzieje. MoŜe przestałeś mnie kochać. Czy tak? 

-  AleŜ  kochanie,  co  ty  pleciesz  -  odparł  z  zupełną  szczerością.  -  ChociaŜ...  skoro 

koniecznie  chcesz  wiedzieć...  hmmm...  Nie  bardzo  potrafię  udawać,  a  zresztą  wolę,  Ŝebyś 

wiedziała.  OtóŜ  poczułem  piekielny  ból  w  piersi  i  ramieniu,  postanowiłem  więc  skoczyć  do 

Berlina i dać się zbadać, no a lekarz zapakował mnie do łóŜka... czy to coś powaŜnego? Mam 

nadzieję, Ŝe nie. Porozmawialiśmy o tętnicach wieńcowych, dopływie krwi, zatokach Salvy i 

w sumie dziadek wydał mi się bardzo uczony. W Londynie pójdę do innego doktora i porów-

nam diagnozy, chociaŜ dzisiaj czuję się jak młody bóg... 

Przypuszczam,  Ŝe  Sebastian  juŜ  wtedy  wiedział  dokładnie,  na  jaką  chorobę  serca 

cierpi.  Jego  matka  umarła  z  powodu  identycznej  dolegliwości;  tę  rzadką  odmianę  dusznicy 

bolesnej część lekarzy nazywa chorobą Lehmanna. Zdaje się jednak, Ŝe po pierwszym ataku 

miał  przynajmniej  rok  wytchnienia,  choć  co  pewien  czas  czuł  w  lewym  ramieniu  dziwne 

background image

kłucie, jakby wewnętrzne swędzenie. 

Znowu wziął się do roboty i pracował systematycznie przez całą jesień, wiosnę i zimę. 

Pisanie Sukcesu okazało się jeszcze większym mozołem niŜ praca nad pierwszą powieścią, a i 

potrwało znacznie dłuŜej, chociaŜ obie te ksiąŜki mają podobną objętość. Szczęśliwym trafem 

dostałem  z  pierwszej  ręki  opis  dnia,  w  którym  Sebastian  ukończył  Sukces.  Zawdzięczam  to 

późniejszemu  znajomemu;  wiele  zresztą  impresji  przedstawionych  w  niniejszym  rozdziale 

powstało, gdy prawdziwość relacji panny Pratt potwierdziły wspomnienia innego z przyjaciół 

Sebastiana,  aczkolwiek  stwierdzić  wypada,  Ŝe  iskra,  z  której  buchnął  cały  ten  ogień,  w 

tajemniczy sposób wywodzi się z ujrzanego w przelocie obrazu Klary Bishop, ocięŜale idącej 

londyńską ulicą. 

Otwierają  się  drzwi:  Sebastian  Knight  leŜy  z  rozkrzyŜowanymi  rękami  i  nogami  na 

podłodze  swej  pracowni.  Klara  układa  arkusze  maszynopisu  w  równiutki  stosik  na  biurku. 

Przybysz zatrzymuje się w pół kroku. 

-  Nie,  Leslie  -  mówi  z  podłogi  Sebastian.  -  Nie  umarłem.  Właśnie  skończyłem 

budować świat i odpoczywam, bo mam dziś swój szabas. 

background image

10 

Skos pryzmatu doceniono w całej pełni dopiero, gdy Sebastian po raz pierwszy odniósł 

prawdziwy  sukces,  wtedy  zaś  i  tę  powieść  wznowił  inny  wydawca  (Bronson),  lecz  nawet 

druga  edycja  sprzedawała  się  gorzej  od  Sukcesu  czy  Utraconej  własności.  Jak  na  debiut 

powieściowy  ksiąŜka  ta  dowodzi  niezwykle  silnej  woli  twórczej  i  literackiej  samokontroli 

autora. Sebastian Knight swoim zwyczajem uŜył w niej parodii jako trampoliny, pozwalającej 

mu  wzbić  się  w  najwyŜsze  rejony  powaŜnych  emocji.  J.  L.  Coleman  przyrównał  go  do 

„błazna,  co  się  dochował  skrzydeł,  anioła,  który  przedrzeźniałby  koziołkującego  gołębia”,  i 

określenie  to  wydaje  mi  się  wielce  trafne.  Sprytnie  wykorzystując  w  formie  parodii  pewne 

sztuczki,  dobrze  znane  branŜy  literackiej,  Skos  pryzmatu  szybuje  prosto  w  niebo.  Sebastian 

Knight  z  bez  mała  fanatyczną  nienawiścią  tropił  wszystko  to,  co  niegdyś  iskrzyło  się 

ś

wieŜością, zostało jednak znoszone juŜ do cna i teraz tkwi martwe wśród Ŝywych: martwotę 

pozorującą  Ŝycie,  malowaną  i  przemalowywaną,  wciąŜ  braną  za  dobrą  monetę  przez  leniwe 

umysły,  trwające  w  błogiej  nieświadomości,  Ŝe  to  zwykły  szwindel.  Ta  czy  tamta  idea 

stoczona  zgnilizną  sama  w  sobie  mogła  być  całkiem  niewinna;  moŜna  by  teŜ  twierdzić,  Ŝe 

niewielki to grzech,  gdy ktoś wytrwale  eksploatuje wyświechtany temat lub styl, który dalej 

bawi  i  cieszy.  Lecz  w  oczach  Sebastiana  Knighta  najmniejsza  błahostka  -  dajmy  na  to, 

przejęty  od  innego  autora  sposób  prowadzenia  detektywistycznego  wątku  -  stawała  się 

rozdętym,  cuchnącym  trupem.  Nie  miał  nic  przeciwko  „groszowym  horrorom”,  bo  nie 

obchodziła  go  zwykła  moralność;  tym,  co  niezmiennie  go  draŜniło,  była  literatura 

drugorzędna, a nie trzecio - czy n - rzędna, tam bowiem, w ksiąŜkach od biedy nadających się 

do  czytania,  zaczynało  się  mydlenie  oczu  -  działalność  z  artystycznego  punktu  widzenia 

niemoralna.  Skos  pryzmatu  stanowi  jednak  nie  tylko  ucieszną  parodię  realiów  opowiastki 

detektywistycznej; jest to zarazem przewrotna imitacja wielu innych zjawisk literackich: i tak 

to  na  przykład  Sebastian,  obdarzony  niesamowicie  czułym  węchem,  pozwalającym  wykryć 

symptomy  utajonego  rozkładu,  zauwaŜył  we  współczesnej  powieści  pewną  nawyczkę,  a 

mianowicie  modny  chwyt  polegający  na  tym,  Ŝeby  jakąś  ludzką  zbieraninę  umieścić  w 

ograniczonej  przestrzeni  (w  hotelu,  na  wyspie,  na  ulicy).  W  trakcie  rozwoju  akcji  autor 

wykpiwa  teŜ  rozmaite  style  literackie  oraz  pewien  sposób  łączenia  mowy  niezaleŜnej  z 

narracją i opisami, który to problem eleganckie pióro rozstrzyga, wyszukując tyle wariantów 

słowa  „powiedział”,  ile  znaleźć  moŜna  w  słowniku  między  „bajał”  a  „zaskowyczał”.  Lecz 

cały ten niejasny komizm jest, powtarzam, dla autora jedynie trampoliną. 

background image

Dwanaście  osób  mieszka  w  pensjonacie;  został  on  opisany  bardzo  drobiazgowo,  ale 

Ŝ

eby podkreślić nutę „wyspiarską”, resztę miasta autor ukazuje w sposób mocno zdawkowy, 

jako krzyŜówkę naturalnej mgły z hybrydą dekoracji teatralnej i zmory, dręczącej agenta od 

handlu  nieruchomościami.  Jak  sam  daje  do  zrozumienia,  jest  to  metoda  poniekąd  bliska 

praktyce stosowanej w filmie, polegającej na tym, aby główną bohaterkę w nieznośnej wersji 

z czasów internatu malować jako osóbkę urokliwie odmienną od tłumu pospolitych i zupełnie 

realistycznie  ukazanych  koleŜanek.  Jednego  z  mieszkańców  pensjonatu,  niejakiego  G. 

Abesona,  marszanda  z  zawodu,  znaleziono  zamordowanego  w  jego  własnym  pokoju. 

Komendant  miejscowego  posterunku  policji,  opisany  wyłącznie  pod  kątem  butów  z 

cholewami,  dzwoni  do  londyńskiego  detektywa  i  prosi  go,  Ŝeby  natychmiast  przyjechał.  Z 

powodu  całej  kombinacji  nieszczęśliwych  zbiegów  okoliczności  (detektyw  przejeŜdŜa 

samochodem staruszkę,  a potem wsiada do niewłaściwego pociągu), przyjazd ten bardzo się 

opóźnia.  Tymczasem  policja  gruntownie  przesłuchuje  lokatorów  pensjonatu,  a  takŜe 

przypadkowego  przechodnia,  starego  Nosebaga,  który  akurat  znalazł  się  w  hallu,  kiedy 

odkryto  zbrodnię.  Wszyscy  prócz  tego  właśnie  łagodnego,  leciwego  jegomościa  o  siwej 

brodzie,  lekko  poŜółkłej  w  kącikach  ust,  z  nieszkodliwą  pasją  kolekcjonującego  tabakierki, 

mogą  się  wydawać  mniej  lub  bardziej  podejrzani  -  zwłaszcza  zaś  pewien  student  szkoły 

plastycznej,  mętna  postać:  pod  jego  łóŜkiem  znaleziono  pół  tuzina  zakrwawionych  chus-

teczek. Nawiasem warto zauwaŜyć, Ŝe dla uproszczenia i „skoncentrowania” całej sytuacji ani 

jeden słuŜący czy pracownik pensjonatu nie zostaje wymieniony jako konkretna osoba i nikt 

się  tym  ich  nieistnieniem  nie  przejmuje.  Raptem  następuje  poślizg  i  w  fabule  zaczynają  się 

rozmaite  przesunięcia  (pamiętajmy,  Ŝe  detektyw  wciąŜ  jest  w  drodze,  a  zesztywniałe  zwłoki 

G. Abesona leŜą na dywanie). Pomału wychodzi na jaw, Ŝe wszyscy lokatorzy są między sobą 

na róŜne sposoby powiązani. Stara dama z numeru 3 okazuje się matką skrzypka z pokoju 11. 

Powieściopisarz zajmujący sypialnię od frontu jest w rzeczywistości męŜem młodej niewiasty 

z  pokoju  na  trzecim  piętrze  o  oknach  wychodzących  na  tyły  hotelu.  Student  szkoły 

plastycznej,  sprawiający  tak  mętne  wraŜenie,  to  ni  mniej,  ni  więcej  tylko  brat  tejŜe  pani. 

Uroczysty  osobnik  o  twarzy  jak  księŜyc  w  pełni,  nienagannie  uprzejmy  wobec  wszystkich, 

jest  słuŜącym  stetryczałego  pułkownika  -  ten  zaś  okazuje  się  ojcem  skrzypka.  Topnienie 

podziałów  nie  ustaje:  student  szkoły  plastycznej  zaręcza  się  z  małą  tłuścioszką  z  numeru  5, 

która jest córką z poprzedniego małŜeństwa starej damy. Gdy wreszcie ustalimy, Ŝe posiadacz 

tytułu mistrzowskiego w amatorskim tenisie jest bratem skrzypka, powieściopisarz to ich wuj, 

a stara dama z pokoju numer 3 jest Ŝoną stetryczałego pułkownika, z drzwi pokojów znikną 

po  cichu  cyfry,  a  wątek  pensjonatu  gładko  i  bezboleśnie  ustąpi  miejsca  wątkowi  wiejskiego 

background image

dworku,  z  wszystkimi  stąd  wynikającymi  konsekwencjami.  I  tu  właśnie  opowieść  nabiera 

niezwykłego piękna. Sama idea czasu, dotychczas ośmieszana (zbłąkany detektyw, co ugrzązł 

kędyś  pośród  nocy...),  teraz  jak  gdyby  zasnęła,  zwinąwszy  się  w  kłębek.  śycie  kaŜdej  z 

wymienionych postaci zaczyna lśnić prawdziwą, ludzką doniosłością, a zapieczętowane drzwi 

pokoju G. Abesona wiodą juŜ tylko do zapomnianej przez wszystkich komórki. Nowa fabuła, 

nowy dramat, nie związany z początkiem opowieści, który tym samym zostaje wypchnięty w 

sferę snów, zdaje się walczyć o byt i rwać ku światłu. Lecz właśnie gdy czytelnik zaczyna się 

czuć  całkiem  bezpiecznie  w  mile  rzeczywistej  atmosferze,  a  gracja  i  dostojeństwo  stylu 

pozwalają się spodziewać po autorze jakowychś wzniosłych, głębokich zamysłów, rozlega się 

humorystyczne  pukanie  do  drzwi  i  wchodzi  detektyw.  Znowu  nurzamy  się  w  grzęzawisku 

parodii.  Detektyw  to  cwaniak  mówiący  londyńską  gwarą;  jest  to  tak  urządzone,  Ŝeby 

czytelnik myślał, iŜ postać została świadomie udziwniona; nie mamy tu bowiem do czynienia 

z parodią ksiąŜek w stylu Sherlocka Holmesa, lecz z parodią reakcji współczesnych pisarzy, 

odchodzących od tego stylu. Znów się zaczyna przesłuchiwanie lokatorów. Rozszyfrowuje się 

nowe  poszlaki.  Poczciwina  Nosebag  szwenda  się  tam  i  sam,  okropnie  roztargniony  i  cał-

kowicie  nieszkodliwy.  Tłumaczy,  Ŝe  wstąpił  tylko  na  chwilę,  bo  chciał  spytać,  czy  nie  ma 

wolnego  pokoju.  Wygląda  na  to,  Ŝe  lada  chwila  autor  bezlitośnie  wykorzysta  stary  gag, 

polegający  na  tym,  aby  pozornie  największe  niewiniątko  okazało  się  łotrem  nad  łotrami. 

Wtem łapsa zaczynają interesować tabakierki. 

- Siemasz z rana - powiada. - A śtuka? Co pan powisz? 

Nagle  wtarabania  się  policjant,  bardzo  czerwony  na  twarzy,  i  melduje,  Ŝe  trup  znikł. 

Na to detektyw: 

- Co znaczy znik? Policjant: 

- Znikł, szefie. Nie ma go w pokoju. 

Przez chwilę wszystko trwa w groteskowym zawieszeniu. 

- Wydaje mi się - mówi cicho stary Nosebag - Ŝe znam wyjaśnienie. 

Wolno  i  bardzo  ostroŜnie  odczepia  brodę,  zdejmuje  perukę  i  ciemne  okulary, 

odsłaniając twarz G. Abesona. 

- Widzicie państwo - powiada Abeson z uśmiechem skruchy. - Być zamordowanym to 

Ŝ

adna przyjemność. 

Starałem  się  jak  najdokładniej  pokazać  mechanizm  ksiąŜki,  a  przynajmniej  niektóre 

jego  części.  Jej  czar,  dowcip  i  patos  ocenić  moŜna  tylko  czytając  ją  samemu.  Lecz  ku 

oświeceniu tych, których jej uporczywa zmienność stropiła - albo po prostu zbrzydziła, widzą 

bowiem  coś  sprzecznego  z  samym  pojęciem  „ładnej  ksiąŜki”  w  fakcie,  Ŝe  okazuje  się  ona 

background image

znienacka  ksiąŜką  całkiem  inną  -  jedno  chciałbym  zauwaŜyć:  z  czytania  Skosu  pryzmatu 

moŜna  mieć  całe  mnóstwo  przyjemności,  zrozumiawszy,  Ŝe  bohaterami  tej  powieści  są 

(mówiąc z grubsza) „metody kompozycji”. To tak, jakby malarz powiedział: patrzcie, pokaŜę 

wam  nie  tyle  namalowany  pejzaŜ,  ile  namalowane  na  płótnie  rozmaite  sposoby  malowania 

pejzaŜu, i wierzę, Ŝe gdy wszystkie harmonijnie się stopią, ukaŜą wam krajobraz takim, jakim 

chcę,  Ŝebyście  go  ujrzeli.  W  swej  pierwszej  ksiąŜce  Sebastian  doprowadził  ten  eksperyment 

do  logicznego  i  zadowalającego  końca.  Poddając  próbie  ad  absurdum  tę  czy  tamtą  manierę 

literacką i kolejno odrzucając jedną po drugiej, wydedukował ostatecznie własny styl, aby w 

pełni go wykorzystać w  następnej ksiąŜce, zatytułowanej Sukces. Wydaje się, Ŝe wzniósł się 

tu  o  poziom  wyŜej,  gdy  bowiem  podstawą  pierwszej  powieści  były  literackie  metody 

kompozycji,  druga  zajmuje  się  głównie  metodami,  wedle  których  los  komponuje  Ŝywoty 

ludzkie.  Przestrzegając  naukowej  dokładności  podczas  klasyfikowania,  badania  i  selek-

cjonowania  bezmiaru  danych  (samo  ich  zgromadzenie  moŜliwe  było  jedynie  przy 

podstawowym  załoŜeniu,  Ŝe  autor  jest  w  stanie  dowiedzieć  się  o  swych  postaciach  czego 

tylko zechce, a zdolność tę ogranicza wyłącznie  sposób i cel doboru informacji, bo przecieŜ 

nie  idzie  tu  o  to,  aby  na  oślep  uzbierać  wielką  rupieciarnię  bezwartościowych  szczegółów, 

lecz  o  metodyczne  dąŜenie  w  jasno  wytyczonym  kierunku),  Sebastian  Knight  całe  trzysta 

stron  Sukcesu  poświęca  dociekaniom  tak  skomplikowanym,  jakie  mało  który  pisarz 

dotychczas  podejmował.  Dowiadujemy  się,  Ŝe  komiwojaŜer  nazwiskiem  Percival  Q  na 

pewnym  etapie  Ŝycia  i  w  pewnych  okolicznościach  poznaje  dziewczynę,  asystentkę 

iluzjonisty,  i  odtąd  Ŝyją  razem  szczęśliwie.  Ich  pierwsze  spotkanie  jest,  przynajmniej  na 

pozór,  dziełem  przypadku:  w  dniu  strajku  kierowców  autobusów  oboje  jadą  autem 

Ŝ

yczliwego  nieznajomego.  Tak  właśnie  wygląda  formuła  powieści:  jeśli  opisane  zdarzenie 

uznamy  za  fakt  rzeczywisty,  nie  wyda  się  ani  trochę  interesująca,  zbadana  pod  pewnym 

szczególnym  kątem  stanie  się  jednak  źródłem  duŜej  radości  intelektualnej  i  wielką  podnietą 

dla umysłu. Zadaniem autora jest dowiedzieć się, jak doszło do powstania tej formuły; wzywa 

on  na  pomoc  całą  magię  i  siłę  swej  sztuki,  aby  dokładnie  ustalić,  co  właściwie  sprawiło,  Ŝe 

zetknęły się dwa Ŝyciorysy; ksiąŜka ta jest w gruncie rzeczy przepyszną ruletką prawdopodo-

bieństw, czy - jak kto woli - drąŜeniem zagadki etiologii zdarzeń aleatorycznych. MoŜliwości 

wydają się nieograniczone. Autor podąŜa za kilkoma oczywistymi poszlakami, ze zmiennym 

powodzeniem.  Krocząc  wstecz  odkrywa,  czemu  strajk  wyznaczono  na  ten  akurat  dzień: 

okazuje się, Ŝe u korzenia sprawy tkwi odwieczna predylekcja pewnego polityka do liczby 9. 

Ś

lad  ten  wiedzie  donikąd,  toteŜ  go  porzucamy  (po  drodze  pozwolił  nam  jednak  być 

ś

wiadkami  gorącej  dyskusji  partyjnej).  Inny  fałszywy  trop  prowadzi  za  nieznajomym 

background image

automobilistą.  Próbujemy  się  dowiedzieć,  kto  on  zacz  i  czemu  w  danym  momencie 

przejeŜdŜał  daną  ulicą;  lecz  ustaliwszy,  Ŝe  od  dziesięciu  lat  w  kaŜdy  dzień  powszedni  o  tej 

porze jeździ tamtędy do biura, nie stajemy się ani trochę mądrzejsi. Chcąc nie chcąc musimy 

więc  załoŜyć,  Ŝe  zewnętrzne  okoliczności  towarzyszące  wiadomemu  spotkaniu  nie  stanowią 

próbki  oddziaływania  losu  na  dwa  egzemplarze  ludzkie,  ale  samoistny  byt,  stały  punkt  bez 

znaczenia przyczynowego; z czystym sumieniem zwracamy się zatem ku zagadnieniu, czemu 

spośród  całej  ludzkości  właśnie  Q  i  dziewczyna  imieniem  Anna  musieli  się  zejść  i  przez 

minutę  stać  ramię  w  ramię  w  tym  akurat  miejscu  przy  krawęŜniku.  Przez  pewien  czas 

ś

ledzimy więc losy dziewczyny, zdąŜając wstecz, potem losy męŜczyzny, porównujemy dane 

i znów ruszamy tropem obu Ŝyciorysów. 

Dowiadujemy się ciekawych rzeczy. Dwie linie, które w końcu zbiegły się w jednym 

punkcie, nie są bokami trójkąta, rozchodzącymi się równomiernie ku niewiadomej podstawie, 

lecz suną faliście, czasem oddalone, kiedy indziej zaś niemal styczne. Innymi słowy, ci dwoje 

juŜ co najmniej dwukrotnie nic o tym nie wiedząc o mało się nie spotkali. W obu wypadkach 

los, zdawałoby się, z najwyŜszą starannością zaaranŜował ich spotkanie; uruchamiał to tę, to 

znów  inną  moŜliwość;  maskował  wyjścia  i  przemalowywał  drogowskazy;  uchwytem 

skradających  się  palców  zacieśniał  siatkę,  w  której  trzepotały  motyle;  najdrobniejszym 

zdarzeniom wyznaczał pory, niczego nie pozostawiając przypadkowi. Autor ukazuje nam owe 

tajne  przygotowania  w  fascynujący  sposób,  ogarniając  nadludzko  bystrym  spojrzeniem 

wszystkie barwy miejsc i sytuacji. Lecz za kaŜdym razem maleńki błąd (cień skazy, zamulony 

otwór  niedoglądanej  moŜliwości,  kaprys  wolnej  woli)  psuje  determiniście  zabawę  i  linie 

dwóch Ŝyciorysów zaczynają się rozchodzić ze zdwojoną prędkością. Oto Percival Q juŜ, juŜ 

ma pójść na przyjęcie, na które los pokonując niezliczone trudności zdołał sprowadzić Annę, 

ale nie pójdzie, bo w ostatniej chwili pszczoła uŜądliła go w wargę; oto Annie nerwy płatają 

figla  i  dziewczyna  nie  dostaje  starannie  dla  niej  zaklepanej  posady  w  biurze  rzeczy 

znalezionych,  gdzie  pracuje  brat  pana  Q.  JednakŜe  los  nazbyt  jest  wytrwały,  aby  miał  się 

zrazić poraŜką. Gdy zaś jego wysiłki uwieńczy w końcu powodzenie, stanie się to za sprawą 

machinacji  tak  delikatnych,  Ŝe  kiedy  ci  dwoje  nareszcie  się  spotkają,  dobrze  naoliwiony 

mechanizm nawet nie zadźwięczy. 

Nie będę bardziej szczegółowo streszczał tej pięknej, zręcznie napisanej powieści. Jest 

ona  najpopularniejszym  utworem  Sebastiana  Knighta,  choć  trzy  późniejsze  ksiąŜki  pod 

wieloma względami ją przewyŜszają. Podobnie jak wtedy, gdy prezentowałem Skos pryzmatu, 

tak i teraz chcę tylko pokazać mechanizm - być moŜe ze szkodą dla wraŜenia, jakie wywiera 

ta powieść dzięki samemu swemu pięknu, niezaleŜnemu od zmyślnych rozwiązań. Co więcej, 

background image

zawiera ona fragment w tak przedziwny sposób związany z Ŝyciem wewnętrznym Sebastiana 

z okresu szlifowania końcowych rozdziałów, Ŝe warto go tu przytoczyć jako przeciwwagę dla 

wcześniejszych  spostrzeŜeń,  odnoszących  się  raczej  do  meandrów  mózgu  pisarza  aniŜeli  do 

emocjonalnej strony jego sztuki. 

„William [pierwszy  narzeczony  Anny,  zwichrowany  niewieściuch,  który  z  nią  potem 

zerwie]  jak  zwykle  odprowadził  ją  do  domu  i  trochę  przytulił  w  mrocznej  niszy  przy 

drzwiach. Nagle poczuła, Ŝe męŜczyzna ma mokre policzki. Zakrył twarz ręką i zaczął szukać 

po kieszeniach chusteczki. 

-  W  raju  pada  -  rzekł.  -  ...cebula  szczęścia...  biedny  Wiluś  kląska  jak  wilga  w  wilię 

deszczu. 

Pocałował ją w kącik ust, po czym z cichym bulgotem wydmuchał nos. 

- Dorośli męŜczyźni nie płaczą - powiedziała Anna. 

-  Ale  ja  nie  jestem  dorosły  -  zaskamlał  William.  -  KsięŜyc  jest  dziecinny,  ten  mokry 

chodnik teŜ jest dziecinny, a miłość to bobas, kapryszący wśród kapryfolium... 

- Proszę cię, przestań - rzekła Anna. - Wiesz, Ŝe nie cierpię, kiedy się wysilasz na takie 

wywijasy. 

-  Kiedy  się  wywiliam  -  westchnął.  Znów  ją  pocałował;  przez  chwilę  stali  niczym 

miękki,  ciemny  posąg  o  dwóch  głowach,  niewyraźnie  widocznych  w  ciemności.  Policjant 

przechodzący z nocą na smyczy przystanął i dał jej obwąchać skrzynkę na listy. 

-  Jestem  tak  samo  szczęśliwa  jak  ty  -  powiedziała  Anna  -  ale  wcale  nie  chce  mi  się 

płakać ani bajdurzyć. 

- Czy nie rozumiesz - szepnął - Ŝe szczęście nawet będąc u szczytu tylko błaznuje w 

obliczu własnej śmiertelności? 

- Dobranoc - odparła Anna. 

- Jutro o ósmej! - zawołał, gdy mu się wymknęła. Lekko poklepał drzwi i ruszył ulicą. 

Jest  taka  ciepła  i  ładna,  myślał,  i  kocham  ją,  ale  wszystko  na  nic,  na  nic,  bo  przecieŜ 

umieramy.  To  nie  do  zniesienia,  ten  poślizg  wstecz,  w  przeszłość.  Ostatni  nasz  dzisiejszy 

pocałunek jest martwy,  Kobieta w bieli [film, który obejrzeli tegoŜ wieczora] to zimny trup, 

ten policjant, co przed  chwilą przechodził, teŜ juŜ nie Ŝyje, i nawet drzwi są równie martwe 

jak tkwiący w nich gwóźdź. Ta ostatnia myśl teŜ juŜ umarła. Coates [lekarz] słusznie twierdzi, 

Ŝ

e serce mam za małe jak na moje rozmiary. I koszmary. Szedł, mówiąc do siebie, a jego cień 

juŜ to dostawał długiego nosa, juŜ to dygał, ilekroć mijając latarnię półkoliście przemykał w 

tył.  Wróciwszy  do  swego  okropnego  mieszkania  William  długo  wdrapywał  się  na  ciemne 

schody.  Nim  się  połoŜył,  zapukał  do  drzwi  starego  iluzjonisty;  kiedy  wszedł,  tamten  stał  w 

background image

samej bieliźnie i uwaŜnie oglądał trzymane w ręku czarne spodnie. 

- No i...? - spytał William. 

- Mój słownik trochę im nie pasuje - odparł zapytany - ale chyba i tak dostanę angaŜ. 

William usiadł na łóŜku i powiedział: 

- Powinieneś ufarbować włosy. 

- Więcej mam na głowie łysiny niŜ siwizny - rzekł iluzjonista. 

- Czasem się zastanawiam - powiedział William - gdzie się podziewa wszystko to, co z 

nas  obłazi.  No  bo  gdzieś  przecieŜ  musi  się  podziewać...  wiesz,  wszystkie  te  wypadnięte 

włosy, obcięte paznokcie... 

-  ZnowuŜ  dałeś  w  gaz  -  bez  większego  zaciekawienia  stwierdził  iluzjonista.  Spędził 

Williama  z  łóŜka,  Ŝeby  wsunąć  pod  materac  spodnie,  które  przedtem  starannie  złoŜył. 

William  usiadł  na  krześle,  a  gospodarz  dalej  robił  swoje;  zjeŜyły  mu  się  włosy  na  łydkach, 

zesznurował usta, dłońmi tkliwie muskał nogawki. 

- Jestem po prostu szczęśliwy - powiedział William. 

- Nie wyglądasz - z niezmienną powagą rzekł staruszek. 

- Mogę ci kupić królika? - spytał William. 

-  Jakby  co,  to  wypoŜyczę  -  odparł  iluzjonista,  przeciągając  słowo  «wypoŜyczę»  niby 

wstęgę bez końca. 

-  Śmieszny  zawód  -  rzekł  William.  -  Zajęcie  dla  obłąkanego  kieszonkowca,  gadka  - 

gratka. Grosze w czapce Ŝebraka i omlet w twoim cylindrze. Absurdalnie to samo. 

- Przywykliśmy do obelg - powiedział iluzjonista. Z całym spokojem zgasił światło, a 

William wyszedł po omacku. KsiąŜki na łóŜku w jego pokoju najwyraźniej nie miały ochoty 

ruszyć  się  z  miejsca.  Rozbierając  się  wyobraŜał  sobie  zakazane  rozkosze  pralni  zalanej 

słońcem:  błękitna  woda  i  szkarłatne  nadgarstki.  Wolno  mu  błagać  Annę  o  upranie  koszuli? 

Naprawdę znów ją rozgniewał? CzyŜby wierzyła, Ŝe kiedyś się pobiorą? Malutkie blade piegi 

na  lśniącej  skórze  tuŜ  pod  jej  niewinnymi  oczami.  Prawa  jedynka  lekko  wystaje.  Miękka, 

ciepła szyja. Znów poczuł napór łez. Czy z Anną stanie się to samo, co z May, Judy, Juliette, 

Augusta  i  z  całą  resztą  węgielków  jego  miłości?  Usłyszał,  Ŝe  tancerka  w  sąsiednim  pokoju 

zamyka drzwi, myje się, z głośnym stukotem odstawia dzbanek, melancholijnie chrząka. Coś 

upadło z brzękiem. Iluzjonista zaczął chrapać.” 

background image

11 

Szybkimi  krokami  zbliŜam  się  do  przełomowego  punktu  w  Ŝyciu  uczuciowym 

Sebastiana,  ale  gdy  wykonanej  pracy  przyglądam  się  w  bladym  świetle  czekającego  mnie 

jeszcze  zadania,  czuję  się  dziwnie  niezręcznie.  Czy  przedstawiłem  Ŝycie  Sebastiana  z  taką 

wiernością,  z  jaką  zamierzałem  to  uczynić  i  jaką  mam  nadzieję  osiągnąć,  streszczając  Ŝycia 

tego  końcowy  okres?  Koszmarna  szamotanina  z  cudzoziemską  stylistyką  i  kompletny  brak 

doświadczenia  literackiego  -  nie  są  to  rzeczy,  z  których  moŜna  by  czerpać  zbytek  wiary  w 

siebie.  Ale  choćby  nie  wiedzieć  ile  potknięć  zdarzyło  mi  się  w  dotychczas  napisanych 

rozdziałach,  postanowiłem  wytrwać,  a  wspiera  mnie  w  tym  postanowieniu  skryta 

ś

wiadomość, iŜ cień Sebastiana nie narzucając się próbuje przyjść mi z pomocą. 

Otrzymałem  takŜe  pomoc  mniej  abstrakcyjnej  natury.  Poeta  P.  G.  Sheldon,  który 

między  rokiem  1927  a  1930  często  widywał  Klarę  i  Sebastiana,  zechciał  łaskawie  podzielić 

się  ze  mną  wszystkimi  posiadanymi  informacjami,  gdy  zgłosiłem  się  do  niego  wkrótce  po 

owym  dziwnym,  połowicznym  spotkaniu  z  Klarą.  On  teŜ  w  kilka  miesięcy  później  (kiedy 

praca  nad  niniejszą  ksiąŜką  była  juŜ  w  toku)  doniósł  mi  o  nieszczęsnym  losie  Klary. 

Sprawiała  wraŜenie  takiej  normalnej,  zdrowej  kobiety,  dlaczego  więc  wykrwawiła  się  na 

ś

mierć  obok  pustej  kołyski?  Powiedział  mi,  jak  się  ucieszyła,  gdy  Sukces  nie  zadał  kłamu 

swemu tytułowi. Bo teŜ tym razem był to naprawdę sukces. Czemu tak jest, czemu znakomita 

ksiąŜka  robi  klapę,  a  tymczasem  inna,  nie  ustępująca  jej  znakomitością,  zbiera  zasłuŜone 

laury, na zawsze pozostanie do pewnego stopnia  tajemnicą. Podobnie jak  w przypadku swej 

pierwszej  powieści,  tak  i  teraz  Sebastian  palcem  nie  kiwnął,  nie  poruszył  najmniejszego 

trybiku,  Ŝeby  zapewnić  Sukcesowi  błyskotliwe  zapowiedzi  i  gorący  aplauz.  Kiedy  biuro 

wycinków  prasowych  zaczęło  go  zasypywać  próbkami  pochwał,  nie  chciał  ani  opłacić  jego 

usług,  ani  dziękować  Ŝyczliwym  krytykom.  WyraŜanie  wdzięczności  komuś,  kto  spełniał 

jedynie  swą  powinność  oznajmiając,  co  sądzi  o  ksiąŜce,  wydawało  mu  się  rzeczą 

niestosowną, wręcz zniewagą, poniewaŜ sugerowałoby, Ŝe w beznamiętnej ocenie, dokonanej 

z mroźnym spokojem, jest jednak miejsce dla letniego człowieczeństwa. Co więcej, gdyby raz 

zaczął,  musiałby  odtąd  dziękować  za  kaŜdy  poświęcony  mu  wers,  bo  inaczej  recenzent 

poczułby się uraŜony nagłym zaniedbaniem; w końcu zaś narosłoby tyle mącącego w głowie, 

wilgotnego  ciepełka,  Ŝe  mimo  powszechnie  znanej  rzetelności  tego  lub  owego  krytyka 

wdzięczny  autor  nigdy  juŜ  nie  byłby  całkiem  pewien,  czy  tu  i  ówdzie  nie  wkradła  się  na 

paluszkach osobista sympatia. 

background image

Sława jest w naszych czasach zjawiskiem zbyt pospolitym, aby wolno było ją mylić z 

trwałym  blaskiem,  jaki  otacza  zasługujące  nań  ksiąŜki.  Cokolwiek  jednak  z  tego  stało  się 

udziałem  Sebastiana,  Klara  postanowiła  się  tym  cieszyć.  Chciała  przyjmować  ludzi,  kiedy 

chcieli  widzieć  się  z  Sebastianem,  ale  on  zdecydowanie  oglądać  ich  nie  chciał.  Chciała 

słuchać, jak nieznajomi  mówią o Sukcesie, lecz  Sebastian twierdził, Ŝe ksiąŜka ta juŜ  go nie 

interesuje.  Chciała,  Ŝeby  wstąpił  do  któregoś  z  klubów  literackich  i  nawiązał  stosunki  z 

innymi pisarzami. Owszem, parokrotnie włoŜył i zdjął krochmaloną koszulę, nie wyrzekłszy 

ani słowa w czasie kolacji wydanej na jego cześć. Czuł się nie najlepiej. Źle sypiał. Dostawał 

napadów  furii,  co  dla  Klary  było  nowością.  Gdy  kiedyś  po  południu  pracował  nad  Dziwną 

górą, usiłując nie zgubić stromego, śliskiego szlaku wśród mrocznych turni neuralgii, weszła 

do  pracowni  i  spytała  najłagodniejszym  tonem,  na  jaki  umiała  się zdobyć,  czy  nie  przyjąłby 

gościa. 

- Nie - odparł, szczerząc zęby w stronę słowa, które dopiero co napisał. 

- Ale kazałeś mu przyjść o piątej i... 

- No i masz, czego chciałaś... - zawołał Sebastian, ciskając wiecznym piórem prosto w 

zaszokowaną  biel  ściany.  -  Czy  nie  moŜesz  dać  mi  spokojnie  popracować  -  krzyknął, 

crescendo  wznosząc  głos,  aŜ  P.  G.  Sheldon,  grający  z  Klarą  w  szachy  w  sąsiednim  pokoju, 

wstał i zamknął drzwi do hallu, w którym czekał jakiś potulny człowieczek. 

Czasem  wpadał  w  szalony,  figlarny  nastrój.  Pewnego  popołudnia  obmyślił  wraz  z 

Klarą i kilkoma przyjaciółmi prześliczną psotę, wymierzoną w kogoś, do kogo wybierali się 

całą  grupą  po  kolacji.  Ciekawe,  Ŝe  Sheldon  kompletnie  zapomniał,  co  właściwie  wtedy 

uknuto.  Sebastian  raz  po  raz  wybuchał  śmiechem  i  obracał  się  na  pięcie,  stukając  pięścią  o 

pięść,  jak  to  miał  w  zwyczaju,  gdy  był  czymś  szczerze  ubawiony.  Wszyscy  mieli  juŜ 

wychodzić,  panował  ogólny  zapał  i  tak  dalej,  Klara  zatelefonowała  po  taksówkę,  jej  nowe 

srebrne buciki migotały i nawet sama znalazła torebkę, gdy raptem Sebastian jakby zupełnie 

stracił zainteresowanie przedsięwzięciem.  Zrobił  znudzoną minę i zaczął  ziewać w okropnie 

irytujący sposób, prawie nie otwierając ust; wkrótce oznajmił, Ŝe wyprowadzi psa na spacer i 

zaraz  potem  się  połoŜy.  Miał  w  tamtych  czasach  małego  czarnego  buldoga,  który  w  końcu 

zachorował i trzeba go było uśpić. Dziwna góra została ukończona, po niej przyszła kolej na 

Albinosy  w  czerni  i  wreszcie  trzecie,  a  zarazem  ostatnie  opowiadanie  Sebastiana,  Druga 

strona  księŜyca.  Pamiętacie  państwo  tę  uroczą  postać,  która  w  nim  występuje?  Tego 

potulnego  człowieczka,  co  czeka  na  pociąg,  a  później  trzema  róŜnymi  sposobami  pomaga 

trzem nieszczęsnym pasaŜerom? Ów jegomość,  niejaki Siller, to jeden z  najbardziej Ŝywych 

bohaterów  Sebastiana,  a  zarazem  ostatni  przedstawiciel  „wątku  badawczego”,  wcześniej 

background image

przeze  mnie  omówionego  w  związku  ze  Skosem  pryzmatu  i  Sukcesem.  Wręcz  ma  się 

wraŜenie, Ŝe pewna idea narastała w dwóch ksiąŜkach, aby wreszcie wybuchnąć, przybierając 

rzeczywistą,  fizyczną  postać  -  i  oto  kłania  się  pan  Siller,  odrobiony  co  do  najdrobniejszego 

szczegółu  przyzwyczajeń  i  manier,  dotykalny  i  jedyny  w  swoim  rodzaju:  krzaczaste  brwi  i 

skromny wąs, miękki kołnierzyk i jabłko Adama, „ruchome niczym brzuchaty kształt szpicla 

za arrasem”, piwne oczy, usiany Ŝyłkami o winnej czerwieni krzepki nochal, „którego kontur 

nasuwał pytanie, czy aby narząd ten nie zgubił gdzieś garbu”; czarny krawacik i stary parasol 

(„kaczka  w  głębokiej  Ŝałobie”);  czarna  gęstwa  w  nozdrzach;  i  ta  przepiękna  niespodzianka, 

lśniąca  doskonałość,  obnaŜana,  ilekroć  pan  Siller  zdejmuje  kapelusz.  Lecz  im  lepsze  owoce 

dawała  praca,  tym  gorzej  czuł  się  sam  autor  -  zwłaszcza  w  przerwach.  Sheldon  uwaŜa,  Ŝe 

ś

wiat ostatniej ksiąŜki, jaką Sebastian miał napisać w kilka lat później (Wątpliwy asfodel), juŜ 

wtedy  rzucał  cień  na  całe  jego  otoczenie,  a  wcześniejsze  powieści  i  opowiadania  to  jedynie 

barwne  maski,  szczwani  kusiciele,  pod  pozorem  artystycznej  przygody  wiodący  go 

nieomylnie  do  bliskiego  a  groźnego  celu.  Klarę  darzył  zapewne  tym  samym  co  zawsze 

uczuciem,  jednakŜe  dojmujące  przeświadczenie  o  własnej  śmiertelności  sprawiało,  Ŝe  ich 

związek wydawał się moŜe bardziej kruchy, niŜ był w istocie. Z kolei Klara, niewinna i pełna 

jak  najlepszych  chęci,  przez  zwykłą  nieuwagę  zamarudziła  w  miłym,  słonecznym  zakątku 

Ŝ

ycia  Sebastiana,  on  jednak  niedługo  tam  zabawił;  teraz  więc  pozostała  w  tyle,  nie  bardzo 

wiedząc, czy próbować go doścignąć, czy raczej przywołać z powrotem. WciąŜ była radośnie 

zaabsorbowana, no bo ktoś musiał przecieŜ prowadzić literackie interesy Sebastiana i w ogóle 

porządkować  mu  codzienność,  a  choć  Klara  z  pewnością  czuła,  Ŝe  coś  idzie  na  opak  i 

niebezpiecznie byłoby stracić kontakt z Ŝyciem płynącym w jego wyobraźni, prawdopodobnie 

pocieszała  się  myślą,  iŜ  to  tylko  chwilowy  niepokój  i  wszystko  „samo  pomału  się  ułoŜy”. 

Oczywiście  nie  mogę  tu  poruszyć  intymnej  strony  ich  związku,  bo  po  pierwsze  śmieszny 

byłbym, gdybym dyskutował o czymś, czego nikt nie potrafi stwierdzić z całą pewnością, po 

wtóre zaś sam dźwięk słowa „seks” z jego wulgarnym sykiem i końcówką „ks, ks”, przywo-

dzącą na myśl kocią muzykę, wydaje mi się tak pusty, Ŝe chcąc nie chcąc powątpiewam, czy 

za słowem tym kryje się cokolwiek rzeczywistego. A gdy w rozwaŜaniach nad jakimkolwiek 

ludzkim  problemem  przyznaje  się  „seksowi”  specjalną  pozycję  albo  co  gorsza  pozwala,  aby 

„idea seksu” przepajała i „tłumaczyła” wszystkie inne sprawy, jest to moim zdaniem powaŜny 

błąd  w  rozumowaniu.  „Załamanie  się  fali  nie  wyjaśnia  zagadki  morza,  zawartej  między 

księŜycem  a  węŜem  morskim;  lecz  sadzawka  w  zagłębieniu  skalnym  to  teŜ  woda,  tak  jak 

usiana diamentowymi zmarszczkami droga do Kitaju” (Druga strona księŜyca). 

„Miłość  fizyczna  to  tylko  jeden  więcej  sposób  powiedzenia  tego  samego,  nie  zaś 

background image

specjalna  nuta  seksofonowa,  którą,  gdy  raz  zostanie  usłyszana,  powtarzają  echem  wszystkie 

inne  rejony  duszy”  (Utracona  własność,  strona  82).  „Wszelkie  zjawiska  naleŜą  do  tego 

samego rzędu zjawisk, a sprawia to jedność ludzkiego postrzegania, jedność indywidualności, 

jedność  materii,  czymkolwiek  byłaby  materia.  Spośród  wszystkich  liczb  rzeczywista  jest 

tylko jedynka, pozostałe są zaledwie jej powtórzeniami” (tamŜe, strona 83). Choćbym nawet 

wiedział ze źródła zasługującego na zaufanie, Ŝe Klara w roli kochanki nie całkiem spełniała 

wymagania  Sebastiana,  i  tak  do  głowy  by  mi  nie  przyszło  wskazać  ten  akurat  rodzaj 

niezadowolenia jako powód ogólnego rozgorączkowania i nerwowości mego brata. PoniewaŜ 

jednak  był  on  niezadowolony  z  Ŝycia  w  ogóle,  tonacja  romansu  takŜe  mogła  go  nie 

zadowalać.  Proszę  zauwaŜyć,  Ŝe  uŜywam  słowa  „niezadowolenie”  w  sposób  daleki  od 

precyzji, bo nastrój Sebastiana był w tamtej epoce czymś znacznie bardziej skomplikowanym 

niŜ zwykły Weltschmerz czy blues. Odczuć ten nastrój moŜna jedynie za pośrednictwem jego 

ostatniej  ksiąŜki,  zatytułowanej  Wątpliwy  asfodel.  W  omawianym  okresie  jawiła  się  ona 

dopiero  jako  odległa  mgiełka,  wkrótce  jednak  miała  się  stać  konturem  wybrzeŜa.  W  1929 

roku  słynny  kardiolog,  doktor  Oates,  poradził  Sebastianowi  spędzić  miesiąc  w  Blaubergu  w 

Alzacji;  prowadzono  tam  pewną  terapię,  która  w  kilku  podobnych  przypadkach  okazała  się 

zbawienna.  Zapadło,  jak  się  wydaje,  milczące  postanowienie,  Ŝe  Sebastian  pojedzie  sam. 

Kiedy  przed  wyjazdem  panna  Pratt,  Sheldon  i  Klara  spotkali  się  u  niego  na  herbacie,  był 

pogodny i gadatliwy; pokpiwał z Klary, bo upuściła swoją zmiętą chusteczkę między rzeczy, 

które pakowała mu do walizki w jego zrzędnej przytomności. Wtem rzucił się Sheldonowi do 

mankietu  (nigdy  nie  nosił  zegarka  na  ręku),  zerknął  na  cyferblat  i  nagle  zaczął  okropnie  się 

spieszyć,  chociaŜ  do  odjazdu  została  jeszcze  prawie  godzina.  Klara  nie  proponowała,  Ŝe  go 

odprowadzi,  wiedząc,  jak  on  tego  nie  lubi.  Pocałował  ją  w  skroń;  Sheldon  pomógł  mu 

wynieść  walizkę  (czy  juŜ  wspomniałem,  Ŝe  oprócz  bliŜej  nie  określonej  sprzątaczki  oraz 

kelnera,  przynoszącego  posiłki  z  pobliskiej  restauracji,  Sebastian  nie  miał  słuŜby?).  Po 

wyjściu gospodarza tamci troje usiedli na chwilę w milczeniu. 

Raptem Klara odstawiła czajniczek na stół i powiedziała: 

-  Coś  mi  się  zdaje,  Ŝe  moja  chusteczka  chciała  z  nim  pojechać.  Mam  wielką  ochotę 

pójść za tym podszeptem. 

- Nie bądź niemądra - rzekł pan Sheldon. 

- Czemu nie? - spytała. 

- JeŜeli chcesz złapać ten sam pociąg... - zaczęła panna Pratt. 

- Czemu nie? - powtórzyła Klara. - Mam na to czterdzieści minut. Pobiegnę do domu, 

spakuję kilka drobiazgów, wskoczę do taksówki... 

background image

Tak  teŜ  zrobiła.  Nie  wiadomo,  co  się  wydarzyło  na  dworcu  Królowej  Wiktorii,  ale 

mniej więcej po godzinie Klara zadzwoniła do Sheldona, który tymczasem wrócił do siebie, i 

dość  Ŝałośnie  się  podśmiewając  powiedziała  mu,  Ŝe  Sebastian  nie  pozwolił  jej  nawet 

poczekać  na  peronie,  aŜ  pociąg  odjedzie.  Dokładnie  sobie  wyobraŜam,  jak  się  zjawiła  -  z 

walizką, gotowa rozchylić wargi w Ŝartobliwym uśmiechu, zamglonymi oczyma zaglądała w 

okna pociągu, szukając Sebastiana, i wreszcie go ujrzała, a moŜe to on pierwszy ją zobaczył... 

-  Cześć,  jestem  -  powiedziała  zapewne  radosnym  tonem,  moŜe  troszkę  zanadto 

radosnym... 

Po  kilku  dniach  napisał  jej,  Ŝe  miejscowość  jest  bardzo  przyjemna,  a  on  czuje  się 

ś

wietnie.  Potem  zapadło  milczenie,  i  dopiero  gdy  Klara  wysłała  pełen  niepokoju  telegram, 

nadeszła  kartka  z  wiadomością,  Ŝe  Sebastian  skraca  pobyt  w  Blaubergu,  a  nim  wróci  do 

domu, zatrzyma się na tydzień w ParyŜu. 

Pod koniec owego tygodnia zadzwonił do mnie i zjedliśmy razem kolację w rosyjskiej 

restauracji. Nie widziałem go od 1924 roku, a był juŜ 1929. Sebastian wyglądał jak człowiek 

przemęczony  i  chory,  a  z  powodu  swej  bladości  wydawał  się  takŜe  nie  ogolony,  chociaŜ 

dopiero co wyszedł od fryzjera. Na karku miał czyrak zalepiony róŜowym plastrem. Zapytał 

mnie  o  róŜne  moje  sprawy  i  po  chwili  obaj  poczuliśmy,  Ŝe  podtrzymywanie  rozmowy 

kosztuje  nas  wiele  trudu.  Spytałem,  co  się  stało  z  miłą  dziewczyną,  z  którą  go  ostatnio 

widziałem. 

-  Z  jaką  dziewczyną?  -  zdziwił  się.  -  A,  z  Klarą.  W  porządku.  Jesteśmy  prawie 

małŜeństwem. 

- Wyglądasz, jakbyś był trochę złachany - powiedziałem. 

- GwiŜdŜę na to. Zjesz pielmieni? 

- śe teŜ jeszcze pamiętasz, jak smakują. 

- Niby dlaczego miałbym nie pamiętać? - spytał oschle. 

Przez kilka minut jedliśmy, nie mówiąc ani słowa. Potem wypiliśmy kawę. 

- Mówisz, Ŝe jak się ta miejscowość nazywała? - zapytałem. - Blauberg? 

- Tak, Blauberg. 

- Udał ci się pobyt? 

-  ZaleŜy,  co  dla  kogo  znaczy  „udał”  -  gdy  to  mówił,  drgnęły  mu  mięśnie  szczęk: 

zdławił w zarodku ziewnięcie. - Przepraszam - dodał. - Mam nadzieję przespać się w pociągu. 

Nagle zaczął mi gmerać przy nadgarstku. 

- Wpół do dziewiątej - odparłem. 

-  Muszę  zadzwonić  -  mruknął  i  pomaszerował  przez  restaurację,  trzymając  w  ręku 

background image

serwetkę.  Po  pięciu  minutach  wrócił  z  serwetką  do  połowy  wepchniętą  w  kieszeń  płaszcza. 

Wyciągnąłem mu ją stamtąd. 

-  Słuchaj  -  powiedział.  -  Strasznie  mi  przykro,  ale  muszę  juŜ  iść.  Zapomniałem,  Ŝe 

mam spotkanie. 

„Zawsze mnie to dręczyło - pisze Sebastian Knight w Utraconej własności - Ŝe ludzie 

w restauracjach nigdy nie dostrzegają tych oŜywionych tajemnic, które przynoszą im potrawy, 

odbierają  płaszcze  w  szatni  i  zawczasu  otwierają  drzwi.  Przypomniałem  kiedyś  pewnemu 

człowiekowi interesu, z którym parę tygodni wcześniej zjadłem lunch, Ŝe szatniarka podająca 

nam  kapelusze  miała  w  uszach  watę.  Odparł  z  zakłopotaną  miną,  Ŝe  nie  zauwaŜył  Ŝadnej 

szatniarki,  w  ogóle  nikogo...  Ktoś,  kto  nie  dostrzega  zajęczej  wargi  taksówkarza,  bo  tak  się 

spieszy, jest z mojego punktu widzenia monomanem. Często czuję się, jakbym siedział wśród 

ś

lepców  lub  szaleńców,  kiedy  pomyślę,  Ŝe  w  całym  tym  tłumie  mnie  jednego  zastanawia 

leciuteńkie chromanie dziewczyny sprzedającej słodycze.” 

Kiedy  po  wyjściu  z  restauracji  ruszyliśmy,  Ŝeby  stanąć  w  ordynku  pośród  łowców 

taksówek, jakiś starzec o mętnym wejrzeniu zwilŜył kciuk i próbował wręczyć Sebastianowi, 

mnie  lub  nam  obu  drukowane  reklamówki.  śaden  z  nas  nie  przyjął  ulotek:  patrząc  prosto 

przed siebie zlekcewaŜyliśmy ofertę. Ponurzy marzyciele. 

- No, to do widzenia - powiedziałem, kiedy Sebastian skinął na taksówkę. 

-  Odwiedź  mnie  kiedyś  w  Londynie  -  rzekł,  równocześnie  zerkając  przez  ramię.  - 

Zaraz, zaraz - dodał. - Tak nie moŜna. Zignorowałem Ŝebraka... 

Zostawił  mnie  na  moment  i  wnet  wrócił  z  karteluszkiem  w  ręce.  Przeczytał  go 

dokładnie, zanim wyrzucił. 

- Podwieźć cię? - spytał. 

Czułem, Ŝe nie moŜe się doczekać, kiedy wreszcie mnie się pozbędzie. 

- Nie, dziękuję - powiedziałem. Nie dosłyszałem, jaki adres podał taksówkarzowi, ale 

pamiętam, Ŝe kazał mu szybko jechać. 

Gdy wrócił do Londynu... Nie, tutaj nić opowiadania się rwie i muszę poprosić kogoś, 

Ŝ

eby na nowo związał jej pasma. 

Czy Klara od razu spostrzegła, Ŝe coś się zmieniło? Czy od razu zaczęła podejrzewać, 

co mianowicie? MoŜe spróbujemy odgadnąć, z jakimi pytaniami zwróciła się do mego brata, 

jak on jej na to odpowiedział i co ona z kolei rzekła? Nie, lepiej nie... Sheldon zobaczył się z 

nimi  tuŜ  po  powrocie  Sebastiana  i  stwierdził,  Ŝe  ten  jakoś  dziwnie  wygląda.  Ale  i  przedtem 

wyglądał dziwnie... 

-  Wkrótce  zaczęło  mnie  to  niepokoić  -  zwierzył  mi  się  pan  Sheldon.  Spotkał  się  z 

background image

Klarą w cztery oczy i spytał, czy jej zdaniem Sebastian dobrze się czuje. 

-  Sebastian?  -  odparła  Klara  z  okropnym,  powolnym  uśmiechem.  -  Sebastian 

zwariował. Kompletnie zwariował - powtórzyła, szeroko otwierając jasne oczy. - Przestał się 

do mnie odzywać - dodała cichutko. 

Potem Sheldon spotkał się z Sebastianem i jego z kolei spytał, w czym tkwi problem. 

- A co ci właściwie do tego? - odrzekł Sebastian z nieco Ŝałosnym opanowaniem. 

-  Lubię  Klarę  -  powiedział  Sheldon  -  i  chciałbym  wiedzieć,  czemu  się  snuje  jak 

potępiona dusza. 

(Klara  dzień  w  dzień  odwiedzała  Sebastiana  i  przesiadywała  w  róŜnych  dziwnych 

kątach,  w  których  nigdy  dotąd  nie  siadała.  Czasem  przynosiła  mu  słodycze  albo  krawat. 

Słodycze  leŜały  nietknięte,  a  krawat  zwisał  bez  Ŝycia  z  oparcia  krzesła.  Myślałby  kto,  Ŝe 

dziewczyna  przechodzi  przez  Sebastiana  niczym  duch.  Po  pewnym  czasie  znikała  równie 

bezszelestnie, jak się pojawiła.) - No, stary - rzekł Sheldon. - Wal. Co jej zrobiłeś? 

background image

12 

Sheldon nic a nic z niego nie wyciągnął. Wszystkiego dowiedział się bezpośrednio od 

Klary,  ale  było  tego  bardzo  niewiele.  Po  powrocie  do  Londynu  Sebastian  zaczął  dostawać 

listy w języku rosyjskim, pochodzące od kobiety, którą poznał w Blaubergu. Mieszkali tam w 

jednym hotelu. Niczego więcej nie dało się ustalić. 

Po  sześciu  tygodniach  (we  wrześniu  1929  roku)  Sebastian  znów  wyjechał  z  Anglii  i 

wrócił  dopiero  w  styczniu.  Nikt  nie  wiedział,  gdzie  się  przez  ten  czas  podziewał.  Sheldon 

przypuszczał,  Ŝe  moŜe  we  Włoszech,  „bo  kochankowie  zwykle  tam  jeŜdŜą”.  Nie 

przywiązywał się jednak zbytnio do tych domysłów. 

Pozostaje sprawą niejasną, czy Sebastian odbył z Klarą jakąś rozstrzygającą rozmowę 

i wszystko jej wytłumaczył lub wyjeŜdŜając zostawił list. Odeszła w dal równie cicho, jak się 

pojawiła.  Przeprowadziła  się:  dawne  mieszkanie  było  za  blisko  mieszkania  Sebastiana.  W 

pewien  ponury  listopadowy  dzień  panna  Pratt  spotkała  ją  we  mgle;  Klara  wracała  właśnie  z 

agencji  ubezpieczeniowej,  w  której  znalazła  posadę.  Po  tym  spotkaniu  dość  często  się 

widywały,  ale  imię  Sebastiana  z  rzadka  tylko  padało  w  rozmowie.  Po  pięciu  latach  Klara 

wyszła za mąŜ. 

Utracona  własność,  którą  Sebastian  zaczął  pisać  w  tym  akurat  okresie,  jawi  się  jako 

swego rodzaju popas w jego literackiej podróŜy odkrywczej: podsumowanie, rachunek rzeczy 

i  dusz  straconych  w  drodze,  ustalanie  współrzędnych;  brzęk  wędzideł  rozsiodłanych  koni, 

skubiących  trawę  w  ciemnościach;  blask  obozowego  ogniska;  w  górze  gwiazdy.  KsiąŜka  ta 

zawiera między innymi krótki rozdział, opowiadający o katastrofie samolotowej (zginął pilot i 

wszyscy  pasaŜerowie  prócz  jednego);  jedynym  ocalonym  był  starszy  wiekiem  Anglik;  jakiś 

farmer znalazł go nie opodal miejsca wypadku. Rozbitek siedział na głazie, skulony we dwoje 

- wcielenie zgryzoty i bólu. 

- Bardzo pan poraniony? - spytał farmer. 

- Nie - odparł Anglik. - Ząb. Boli mnie przez całą drogę. 

Na  polu  znaleziono  porozrzucane  listy,  w  sumie  pół  tuzina:  resztki  worka  z  pocztą. 

Dwa z nich dotyczyły waŜnych interesów, trzeci adresowany był do kobiety, ale zaczynał się 

od  słów:  „Szanowny  Panie  Mortimer,  w  odpowiedzi  na  pańskie  pismo  z  dnia  6  bm.  ...”  i 

omawiał  kwestię  jakiegoś  zamówienia;  czwarty  zawierał  Ŝyczenia  urodzinowe;  piąty  był 

listem od szpiega, skrywającym swój stalowy sekret w stogu jałowej paplaniny; ostatni tkwił 

w  kopercie  zaadresowanej  do  przedsiębiorstwa  handlowego,  lecz  był  to  włoŜony  tam  przez 

background image

pomyłkę  list  miłosny.  „To  musi  zaboleć,  moje  biedne  kochanie.  Skończył  się  nasz  piknik; 

przed  nami  mroczna,  wyboista  droga  i  najmłodsze  dziecko  w  samochodzie  zaraz  się 

pochoruje.  Jakiś  nędzny  dureń  powiedziałby  na  moim  miejscu:  bądź  dzielna.  Lecz  z  drugiej 

strony  wszystko, co mógłbym ci powiedzieć ku pokrzepieniu, na pociechę, musiałoby trącić 

mlecznym budyniem - wiesz, o co mi idzie. Zawsze wiedziałaś, o co mi szło. Słodko było Ŝyć 

z tobą - mówiąc «słodko» myślę o łaniach i o łodyŜkach sasanek, o słonecznych zajączkach i 

o  tym  miękkim,  róŜowym  «ł»,  o  twych  wargach,  układających  się  w  kształt  przeciągle 

podwojonej głoski «o». Nasze wspólne Ŝycie upływało wśród aliteracji, a gdy pomyślę o tych 

wszystkich drobiazgach, które umrą przez to, Ŝe  juŜ nie moŜemy ich razem przeŜywać, sam 

czuję  się  jak  umarły.  A  moŜe  naprawdę  umarliśmy.  Widzisz,  im  większe  było  nasze 

szczęście,  tym  bardziej  mgliste  stawały  się  jego  brzegi,  jak  gdyby  kontury  topniały,  aŜ 

wreszcie całkiem się rozpuściło. Nie przestałem cię kochać; ale coś we mnie umarło i juŜ cię 

nie  widzę  przez  mgłę...  Wszystko  to  poezja  i  tyle.  Okłamuję  cię.  Zajęcze  serce.  Trudno  o 

większe  tchórzostwo,  niŜ  gdy  poeta  owija  rzecz  w  bawełnę.  Pewnie  sama  zdąŜyłaś  juŜ 

odgadnąć,  jak  sprawy  stoją:  przeklęty  schemat  z  «tą  trzecią».  Jestem  z  nią  rozpaczliwie 

nieszczęśliwy - tu przynajmniej mówię prawdę. I chyba niewiele więcej da się powiedzieć o 

tej stronie zagadnienia. 

Nie potrafię się uwolnić od przeświadczenia, Ŝe miłość w samej swej istocie dotknięta 

jest  skazą.  Przyjaciele  mogą  się  pokłócić  albo  oddalić,  tak  samo  bliscy  krewni,  ale  bez  tej 

zadry,  patosu,  fatalności,  która  nieodłącznie  związana  jest  z  miłością.  Przyjaźń  nigdy  nie 

przybiera  tak  potępieńczych  min.  Dlaczego,  co  się  właściwie  dzieje?  Nie  przestałem  cię 

kochać, ale nie mogę juŜ dłuŜej całować tej drogiej, przygaszonej twarzy, musimy się rozstać, 

musimy  się  rozstać.  Czemu  tak  jest?  Skąd  ta  tajemnicza  wyłączność?  MoŜna  mieć  tysiąc 

przyjaciół, ale kochać się wolno tylko z jedną. Nie chodzi mi o harem: mówię o tańcu, nie o 

gimnastyce. A moŜe to jednak do pomyślenia, Ŝe mocarny Turek tak kocha kaŜdą ze swych 

czterystu Ŝon, jak ja kocham ciebie? Bo gdy powiem «dwa», zaczyna się liczenie i nigdy juŜ 

się  nie  kończy.  Istnieje  tylko  jedna  liczba  rzeczywista:  Jedność.  A  miłość  jest  wedle 

wszelkich oznak najlepszym przykładem tej osobliwości. 

ś

egnaj, moje kochane biedactwo. Nigdy cię nie zapomnę, nikim nie zastąpię. Byłoby 

absurdem,  gdybym  próbował  ci  wmówić,  Ŝe  ciebie  kochałem  miłością  czystą,  a  ta  druga 

namiętność to tylko cielesna komedia. Wszystko jest ciałem i wszystko jest czystością. Lecz 

jedno wiem na pewno: byłem z tobą szczęśliwy, a teraz męczę się z inną.  I w ten to sposób 

dalej  potoczy  się  Ŝycie.  Będę  dowcipkował  z  kolegami  w  biurze  i  ze  smakiem  jadał  kolacje 

(póki  nie  nabawię  się  niestrawności),  czytywał  powieści,  pisywał  wiersze,  bacznym  okiem 

background image

ś

ledził notowania giełdowe - w ogóle mam zamiar zachowywać się po staremu. To jednak nie 

znaczy, Ŝe bez ciebie będę szczęśliwy... KaŜdy drobiazg przypominający mi o tobie - karcący 

wyraz  sprzętów  w  pokojach,  w  których  uklepywałaś  poduszki  i  mówiłaś  do  pogrzebacza, 

kaŜdy  drobiazg  wspólnie  przez  nas  wyśledzony  -  wyda  mi  się  połówką  muszli,  połówką 

pensa,  a  drugą  połówkę  mieć  będziesz  ty.  śegnaj.  Odejdź,  odejdź.  I  nie  pisz.  Wyjdź  za 

Charliego, za jakiegokolwiek poczciwca z fajką w zębach. Na razie wyrzuć mnie z pamięci, 

ale wspomnij później, kiedy gorycz minie. Ten kleks to nie łza. Zepsuło mi się wieczne pióro, 

więc  piszę  niechlujną  stalówką  z  wyposaŜenia  pokoju  w  tym  niechlujnym  hotelu.  Jest 

straszliwy  upał,  a  mnie  się  nie  udało  dopiąć  sprawy,  którą  miałem,  jak  powiada  ten  osioł 

Mortimer,  «doprowadzić  do  pomyślnego  końca».  Masz  chyba  kilka  moich  ksiąŜek...  ale  to 

właściwie bez znaczenia. Proszę, nie pisz. L.” 

Sądzę,  Ŝe  jeśli  z  tego  fikcyjnego  listu  wykluczymy  wszystko,  co  osobiście  dotyczy 

jego mniemanego autora, zostanie wiele rzeczy, które Sebastian mógł czuć, a kto wie, czy nie 

napisać do Klary. Miał on ten dziwaczny zwyczaj, Ŝe nawet swym najbardziej groteskowym 

postaciom  przypisywał  czasem  idee,  wraŜenia  lub  Ŝądze,  z  którymi  sam  niegdyś  igrał.  List 

bohatera  powieści  moŜe  w  szyfrowanej  formie  wyraŜać  kilka  prawd  o  związku  Sebastiana  i 

Klary. Nie potrafiłbym jednak wymienić ani jednego pisarza, posługującego się swą sztuką w 

sposób tak zbijający z tropu - przynajmniej mnie, gdy pragnę zobaczyć ukrytego za autorem 

człowieka z krwi i kości. Trudno w migotaniu wyobraźni dostrzec światło osobistej prawdy, 

lecz jeszcze trudniej jest pojąć zdumiewający fakt, Ŝe ktoś, kto pisał o sprawach naprawdę w 

trakcie pisania przeŜywanych, mógł mieć tę moc, aby zarazem stworzyć - biorąc za tworzywo 

właśnie to, co tak dręczyło jego umysł - postać fikcyjną i cokolwiek absurdalną. 

Sebastian wrócił do Londynu w początkach 1930 roku i po bardzo cięŜkim ataku serca 

połoŜył  się  do  łóŜka.  Zdołał  jakoś  pisać  dalej  Utraconą  własność,  moim  zdaniem 

najłatwiejszą  ze  swych  ksiąŜek.  W  związku  z  tym,  o  czym  za  chwilę  będzie  mowa,  trzeba, 

Ŝ

eby  czytelnik  wiedział,  iŜ  dotychczas  wyłącznie  Klara  prowadziła  literackie  interesy 

Sebastiana.  Wkrótce  po  jej  odejściu  zapanował  w  nich  dziki  chaos.  Sebastian  nie  miał 

najmniejszego  pojęcia  o  stanie  wielu  spraw,  nie  wiedział,  jak  właściwie  wygląda  stosunek 

między nim a tym czy tamtym wydawcą. Był tak zdezorientowany, tak absolutnie niezaradny, 

beznadziejnie niezdolny zapamiętać choćby jedno nazwisko, adres, miejsce, gdzie połoŜył to 

czy  tamto,  Ŝe  zaczął  się  pakować  w  kłopotliwe  sytuacje  najbardziej  absurdalnego  rodzaju. 

Ciekawa  historia:  dziewczęce  roztrzepanie  Klary  ustępowało  miejsca  doskonałej  jasności 

umysłu  i  wytrwałości  dąŜeń,  gdy  zajmowała  się  ona  sprawami  Sebastiana;  teraz  jednak 

wszystko oszalało. Sebastian nie umiał pisać na maszynie, był zaś o wiele za nerwowy, Ŝeby 

background image

raptem  zacząć  się  tego  uczyć.  Dziwna  góra  ukazała  się  równocześnie  w  dwóch 

amerykańskich czasopismach, a on za nic nie mógł sobie przypomnieć, jakim cudem sprzedał 

prawa  dwóm  róŜnym  osobom.  Potem  wynikła  skomplikowana  historia  z  kimś,  kto  chciał 

sfilmować  Sukces  i  z  góry  zapłacił  Sebastianowi  (który  wcale  tego  nie  zauwaŜył,  z  takim 

roztargnieniem  czytał  listy)  za  wersję  skróconą  i  „wzmocnioną”,  autor  zaś  ani  przez  chwilę 

nie  miał  zamiaru  jej  pisać.  Skos  pryzmatu  powrócił  na  rynek,  lecz  Sebastian  mało  o  tym 

wiedział. Zaproszeń nie tylko nie przyjmował, ale nawet nie odpowiadał na nie. Zapamiętane 

telefony okazywały się miraŜami, a udręka, z jaką szukał koperty, na której nabazgrał ten czy 

tamten  numer,  wyczerpywała  go  bardziej  niŜ  napisanie  całego  rozdziału. Myślami  był  gdzie 

indziej:  podąŜał  za  tropem  nieobecnej  kochanki,  czekał,  aŜ  ona  do  niego  zadzwoni  -  i  oto 

dzwoniła, albo on sam nie mógł juŜ dłuŜej znieść stanu zawieszenia i wychodził, ukazując się 

ludziom  w  takiej  postaci,  w  jakiej  widział  go  raz  Roy  Carswell:  wychudłego  męŜczyzny  w 

jesionce  i  kapciach,  wsiadającego  do  pulmanowskiego  wagonu.  Właśnie  na  początku  tego 

okresu  pojawił  się  pan  Goodman.  Sebastian  po  troszeczku  przekazał  mu  wszystkie  swoje 

pisarskie  interesy  i  odetchnął  z  ulgą,  Ŝe  znalazł  tak  sprawnego  sekretarza.  „Zwykle  go 

zastawałem - pisze pan Goodman - gdy leŜał w łóŜku niczym naburmuszony lampart” (jakoś 

się to kojarzy z wilkiem w szlafmycy, znanym z Czerwonego Kapturka)... „Nigdy w Ŝyciu nie 

widziałem  -  stwierdza  gdzie  indziej  -  istoty  o  tak  nieszczęsnym  wyglądzie...  Podobno 

francuski pisarz M. Proust, którego Knight świadomie i nieświadomie naśladował, takŜe miał 

wielką  skłonność  do  przyjmowania  pewnej  apatycznej,  «interesującej»  pozy...”  I  dalej: 

„Knight  był  bardzo  chudy,  miał  bladą  cerę  i  wraŜliwe  ręce,  które  z  iście  kobiecą  kokieterią 

rad wystawiał na pokaz. Wyznał mi kiedyś, Ŝe lubi wlać sobie do porannej kąpieli pół butelki 

francuskich perfum, lecz mimo tych zabiegów wydawał się szczególnie zaniedbany... Knight 

był  nadzwyczaj  próŜny,  podobnie  jak  większość  pisarzy  -  modernistów.  Kilkakrotnie 

przyłapałem  go  na  tym,  Ŝe  wkleja  wycinki  z  gazet,  niewątpliwie  recenzje  swoich  własnych 

ksiąŜek, do pięknego, kosztownego albumu, który trzymał w biurku pod kluczem, bo pewnie 

trochę  się  wstydził  pozwolić,  abym  objął  krytycznym  spojrzeniem  owoc  tej  ludzkiej 

słabości...  Często  wyjeŜdŜał  za  granicę  -  powiedziałbym,  dwa  razy  na  rok  -  zapewne  do 

ParyŜa,  miasta  uciech.  Był  jednak  w  tej  kwestii  ogromnie  tajemniczy  i  usilnie  pozował  na 

bajronowską  omdlałość.  Nieodparcie  nasuwa  mi  się  przypuszczenie,  Ŝe  owe  wycieczki  na 

kontynent stanowiły element jego artystycznego programu... był to bowiem typowy poseur.” 

Lecz pan Goodman dopiero wtedy rozwija skrzydła elokwencji, gdy dotyka głębszych 

zagadnień.  Zamysł  jego  polega  na  tym,  aby  ukazać  i  wyjaśnić  ów  „fatalny  rozziew  między 

Knightem  jako  artystą  a  wielkim,  huczącym  światem  wokół  niego”  (wzmiankowana 

background image

rozpadlina musiała więc oczywiście mieć kształt kolisty). „Knight nie był Ŝyczliwy ludziom i 

to  go  zgubiło”,  woła  Goodman  i  wystukuje  trzy  kropki.  „Wyniosłość  to  grzech  główny  w 

epoce,  gdy  zdezorientowana  ludzkość  Ŝarliwie  zwraca  się  ku  swym  pisarzom  i  myślicielom, 

Ŝą

dając od nich uwagi - jeśli nie lekarstwa - dla swych zgryzot i ran... Nie sposób tolerować 

«wieŜy z kości słoniowej», jeŜeli nie przekształci się ona w latarnię morską lub stację nadaw-

czą... W takiej epoce... kipiącej palącymi problemami, gdy... kryzys gospodarczy... na bruk... 

oszukany...  zwykły  człowiek...  narastanie  totalitarnych...  bezrobocie...  kolejna  superwojna... 

nowe  aspekty  Ŝycia  rodzinnego...  seks...  struktura  wszechświata.”  Jak  widać,  pan  Goodman 

ma  rozległe  zainteresowania.  „OtóŜ  Knight  -  kontynuuje  -  nie  był  skłonny  choćby  w 

najmniejszym  stopniu  zainteresować  się  współczesnymi  kwestiami...  Poproszony,  aby 

przyłączył się do tego czy tamtego ruchu, wziął udział w doniosłym spotkaniu lub po prostu 

złoŜył podpis wśród sławniejszych nazwisk pod jakimś manifestem nieśmiertelnej prawdy lub 

aktem oskarŜenia, wymierzonym w którąś z wielkich niegodziwości... odmawiał bez ogródek 

pomimo mych upomnień, a nawet błagań... Owszem, w swej ostatniej (a zarazem najbardziej 

mętnej) ksiąŜce przygląda się światu... lecz obiera całkiem odmienny kąt widzenia i zauwaŜa 

zupełnie  inne  aspekty  spraw  niŜ  te,  których  ukazania  powaŜny  czytelnik  naturalną  koleją 

rzeczy oczekuje od powaŜnego pisarza... To tak, jakby komuś, kto stara się jak najsumienniej 

wniknąć w Ŝycie i mechanizm jakiegoś wielkiego przedsiębiorstwa, pokazano z kunsztownie 

wymijającym komentarzem martwą pszczołę na parapecie... Ilekroć zwracałem jego uwagę na 

tę  czy  tamtą  spośród  ostatnio  wydanych  ksiąŜek,  które  mnie  zafascynowały,  poniewaŜ 

zajmowały  się  Ŝywotnymi  kwestiami  waŜnymi  dla  kaŜdego  czytelnika,  odpowiadał  po 

dziecinnemu,  Ŝe  to  «bełkot»  albo  wygłaszał  jakąś  inną  uwagę,  równie  nie  na  miejscu... 

Powodowany temperamentem solisty grawitował ku solipsyzmowi, kojarząc go z solą ziemi i 

z  łacińskim  określeniem  słońca.  Nie  uświadamiał  sobie,  Ŝe  zaszywa  się  przez  to  w  ciemny 

kąt... PoniewaŜ jednak był przewraŜliwiony (pamiętam, jak się wzdrygał, kiedy się ciągnąłem 

za palce, aŜ mi strzelało w stawach - ulegam bowiem temu nałogowi podczas medytacji), nie 

mógł  się  oprzeć  wraŜeniu,  Ŝe  coś  jest  nie  tak...  Ŝe  coraz  bardziej  odgradza  się  od  Ŝycia,  a 

przełącznik  w  jego  solarium  odmówi  w  końcu  posłuszeństwa.  śałosny  stan,  mający  swój 

początek  w  reakcji  szczerego  młodzika  na  grubiaństwo  świata,  w  który  wtłoczono  jego 

porywczą młodość, w czasach sukcesów pisarskich wystawiany na pokaz jako modna maska, 

nabrał teraz nowej ohydnej realności. Napis na deseczce zdobiącej pierś nie obwieszczał juŜ: 

«Jestem artystą - samotnikiem»; niewidzialne palce zmieniły litery, abyśmy mogli przeczytać: 

«Oślepłem»„. 

Byłoby  zniewagą  wobec  przenikliwości  czytelnika,  gdybym  pozwolił  sobie 

background image

skomentować płytką swadę pana Goodmana. Jeśli Sebastian istotnie oślepł, to jego sekretarz 

ochoczo rzucił się grać rolę rwącego do przodu, wyszczekanego przewodnika. Roy Carswell, 

który w 1933 malował portret Sebastiana, wspominał przy mnie, jak ryczał ze śmiechu, gdy 

ten  opowiadał  o  swych  stosunkach  z  panem  Goodmanem.  Mój  brat  moŜe  nigdy  nie  byłby  z 

siebie  wykrzesał  dość  energii,  aby  się  pozbyć  tego  pompatycznego  osobnika,  gdyby  nie 

wykazał  on  nieco  przesadnej  inicjatywy.  W  1934  roku  Sebastian  napisał  z  Cannes  do  Roya 

Carswella,  jak  to  wykrył  przypadkiem  (rzadko  czytywał  swe  opublikowane  ksiąŜki),  Ŝe 

Goodman  zmienił  jeden  epitet  w  Dziwnej  górze,  wznowionej  przez  Swana.  „Z  miejsca  go 

wylałem”,  dodał.  Pan  Goodman  skromnie  przemilcza  ten  drobny  szczegół.  Wyczerpawszy 

zasób  impresji  stwierdza  na  koniec,  Ŝe  prawdziwą  przyczyną  śmierci  Sebastiana  było 

ostateczne  uświadomienie  sobie  „własnej  poraŜki  jako  człowieka,  a  więc  równieŜ  i  artysty”, 

po  czym  radośnie  oświadcza,  iŜ  jego  rola  sekretarza  skończyła  się  w  pewnym  momencie, 

zajął  się  bowiem  innego  rodzaju  działalnością.  Więcej  o  ksiąŜce  Goodmana  nie  wspomnę. 

Zostaje niniejszym unicestwiona. 

Lecz  gdy  patrzę  na  portret,  który  namalował  Roy  Carswell,  wydaje  mi  się,  Ŝe  w 

oczach  Sebastiana  dostrzegam  leciuteńki  błysk,  choć  tyle  w  nich  zarazem  smutku.  Malarz 

wspaniale  oddał  wilgotną,  ciemnozielonkawą  szarość  tęczówki,  okolonej  ciemniejszą 

obwódką, z ledwo zasugerowaną konstelacją złotego pyłu wokół źrenicy. Powieki są cięŜkie i 

moŜe  odrobinę  zaczerwienione,  a  na  lśniącej  powierzchni  gałki  ocznej  pękło  chyba  kilka 

Ŝ

yłek. Oczy i resztę twarzy namalowano w taki sposób, aby stworzyć wraŜenie, Ŝe podobnie 

jak  u  Narcyza  odbijają  się  w  przejrzystej  wodzie  -  z  leciutkim  ruchem  fal  nad  zapadniętym 

policzkiem, bo jest tam i nartnik, który przed chwilą się zatrzymał i teraz sunie w tył. Zwiędły 

liść  osiadł  na  odzwierciedlonym  czole,  zmarszczonym  jak  czoło  kogoś,  kto  bacznie  się 

czemuś  przygląda.  Potargane  włosy  częściowo  zalała  inna  fala,  lecz  jedno  pasmo  na  skroni 

zajęło  się  mokrym  promieniem  słońca.  Między  prostymi  brwiami  widnieje  głęboka 

zmarszczka;  druga  biegnie  od  nosa  do  ciemnych,  zaciśniętych  warg.  Prócz  samej  głowy  na 

obrazie niewiele widać. Mroczny opalizujący obłok przesłania cieniem szyję, jak gdyby górna 

część  postaci  stopniowo  niknęła  w  dali.  Tłem  jest  tajemniczy  błękit  z  delikatnym  treliaŜem 

gałązek w jednym rogu. Tak to Sebastian w sadzawce ogląda samego siebie. 

-  Chciałem  zasugerować  obecność  kobiety  gdzieś  za  nim  czy  nad  nim...  moŜe  cień 

ręki, coś... Ale z drugiej strony bałem się, Ŝe zamiast malować, zacznę opowiadać historyjki. 

- Wygląda na to, Ŝe nikt nic nie wie na jej temat. Nawet Sheldon. 

- Złamała mu Ŝycie. To chyba wszystko o niej mówi. 

- Nie, ja chcę się dowiedzieć czegoś więcej. Chcę wiedzieć wszystko. W przeciwnym 

background image

razie  będzie  dla  mnie  tak  samo  niepełny,  jak  twój  obraz.  Och,  portret  jest  znakomity, 

doskonale  uchwyciłeś  podobieństwo,  a  nartnik  sunący  po  wodzie  podoba  mi  się 

nadzwyczajnie.  Zwłaszcza  jego  szpotawy  cień  na  dnie.  Ale  ta  twarz  to  tylko  przypadkowe 

odbicie. W wodę moŜe spojrzeć kaŜdy. 

- Nie uwaŜasz, Ŝe on to robił wyjątkowo dobrze? 

- Owszem. Wiem, o czym mówisz. Ale tak czy owak muszę odnaleźć tę kobietę. Ona 

jest  brakującym  ogniwem  w  jego  ewolucji,  więc  muszę  zdobyć  ten  okaz.  To  po  prostu 

naukowa konieczność. 

- ZałoŜę się o ten portret, Ŝe jej nie znajdziesz - powiedział Roy Carswell. 

background image

13 

Przede  wszystkim  trzeba  było  ustalić  jej  toŜsamość.  Od  czego  naleŜało  zacząć 

poszukiwania?  Jakimi  danymi  dysponowałem?  W  czerwcu  1929  roku  Sebastian  mieszkał  w 

Hotelu  Beaumont  w  Blaubergu  i  tam  właśnie  ją  spotkał.  Była  Rosjanką.  Innych  poszlak  nie 

miałem. 

Czuję  tę  samą  co  Sebastian  odrazę  do  poczty  we  wszelkich  przejawach  jej  istnienia. 

Łatwiej mi przejechać tysiąc kilometrów niŜ napisać choćby najkrótszy list, znaleźć kopertę, 

znaleźć  właściwy  adres,  kupić  właściwy  znaczek  (a  potem  zachodzić  w  głowę,  czy  aby  nie 

zapomniałem  się  podpisać).  Co  więcej,  w  tej  delikatnej  sprawie,  do  której  się  zabierałem, 

korespondencja  była  wykluczona.  W  marcu  1936  po  miesięcznym  pobycie  w  Anglii 

zasięgnąłem języka w agencji turystycznej i wyruszyłem do Blaubergu. 

„A więc tędy przejeŜdŜał”, myślałem, patrząc na mokre pola z długimi trenami białej 

mgiełki,  wśród  której  topole  dryfowały  w  rozmytym  pionie.  U  stóp  miękkiej  szarej  góry 

przycupnęło  miasteczko  kryte  czerwoną  dachówką.  Zostawiłem  torbę  podróŜną  w  szatni  na 

Ŝ

ałosnej  stacyjce,  gdzie  ze  stojącej  na  uboczu  cięŜarówki  dobiegało  smutne  porykiwanie 

niewidocznych krów, i ruszyłem pod górę łagodnym zboczem ku grupce hoteli i sanatoriów z 

parkiem  pachnącym  wilgocią.  Ludzi  widziałem  bardzo  niewielu  -  nie  trafiłem  na  „szczyt 

sezonu”; z nagłym ukłuciem w sercu zdałem sobie sprawę, Ŝe hotel moŜe być zamknięty. 

Tu jednak się pomyliłem; jak dotąd szczęście mi sprzyjało. 

Hotel  okazał  się  całkiem  przyjemnym  domem  w  zadbanym  ogrodzie  z  kasztanami  w 

pąkach. Wyglądało na to, Ŝe moŜe w nim przebywać najwyŜej pięćdziesiąt parę osób; dodało 

mi to otuchy: wolałem mieć ograniczony wybór. Dyrektor hotelu był szpakowatym panem o 

przystrzyŜonej brodzie i czarnych, aksamitnych oczach. Zacząłem bardzo ostroŜne podchody. 

Najpierw  oświadczyłem,  Ŝe  mój  brat  Sebastian  Knight,  sławny  pisarz  angielski, 

ogromnie  sobie  chwalił  pobyt  i  w  związku  z  tym  ja  równieŜ  zamierzam  spędzić  w  Hotelu 

Beaumont  część  lata.  Powinienem  był  moŜe  wziąć  pokój,  wśliznąć  się  chyłkiem  -  Ŝe  tak 

powiem, wkraść się w łaski - a ze swą główną supliką czekać bardziej sprzyjającej pory; jakoś 

jednak  wydało  mi  się,  Ŝe  mogę  załatwić  sprawę  od  ręki.  Owszem,  powiedział  dyrektor: 

pamiętał Anglika, który przyjechał w 1929 roku i Ŝądał, Ŝeby mu co rano szykować kąpiel. 

-  Niełatwo  się  zaprzyjaźniał,  co?  -  spytałem  fałszywie  zdawkowym  tonem.  -  WciąŜ 

był sam? 

- Zdaje się, Ŝe przyjechał do nas z ojcem - bez przekonania odparł dyrektor. 

background image

Mocowaliśmy  się  przez  pewien  czas,  rozplątując  kłębowisko  trzech  czy  czterech 

Anglików,  którym  w  ciągu  ostatnich  dziesięciu  lat  zdarzyło  się  zatrzymać  w  Hotelu 

Beaumont. Zrozumiałem, Ŝe dyrektor bardzo mgliście przypomina sobie Sebastiana. 

-  Będę  szczery  -  rzekłem  bez  ceregieli.  -  Szukam  adresu  pewnej  pani,  przyjaciółki 

mego brata, która mieszkała tu w tym samym czasie co on. 

Dyrektor lekko uniósł brwi, a ja poczułem się niezręcznie; wydało mi się. Ŝe palnąłem 

gafę. 

- Czemu? - spytał. („Dać mu łapówkę?”, przemknęło mi przez głowę.) 

-  Jeśli  odnajdzie  pan  potrzebną  mi  informację,  jestem  gotów  zapłacić  za  fatygę  - 

oświadczyłem. 

-  Jaką  informację?  -  zapytał.  (Był  starym,  podejrzliwym  durniem  -  oby  nigdy  nie 

przeczytał tego passusu.) 

-  Pomyślałem  sobie  -  ciągnąłem  niezmordowanie  -  Ŝe  będzie  pan  moŜe  tak 

niesłychanie  uprzejmy  i  pomoŜe  mi  odszukać  adres  pewnej  pani,  która  mieszkała  tu  w  tym 

samym czasie co pan Knight, czyli w czerwcu 1929 roku? 

- Jakiej pani? - spytał elenktycznym tonem gąsienicy Lewisa Carolla. 

- Nie jestem pewien jej nazwiska - odparłem zdenerwowany. 

- No to jak pan chce, Ŝebym ją znalazł? - rzekł, wzruszając ramionami. 

-  Była  Rosjanką  -  powiedziałem.  -  MoŜe  przypomina  pan  sobie  rosyjską  damę, 

młodą... no i... atrakcyjną? 

-  Nous  avons  eu  beaucoup  de  jolies  dames  -  odparł,  coraz  bardziej  daleki.  -  JakŜeŜ 

miałbym pamiętać? 

- No cóŜ - rzekłem. - Najprościej byłoby zajrzeć do ksiąg i wybrać rosyjskie nazwiska 

z czerwca 1929 roku. 

- Na pewno będzie niejedno. Jak pan wybierze to, o które panu idzie, skoro pan go nie 

zna? 

-  Proszę  mi  podać  nazwiska  i  adresy  -  powiedziałem  z  desperacją  -  a  ja  juŜ  sobie 

poradzę. 

Westchnął głęboko i pokręcił głową. 

- Nie - powiedział. 

-  Czy  chce  pan  przez  to  powiedzieć,  Ŝe  nie  prowadzi  pan  ksiąŜki  meldunkowej?  - 

spytałem, siląc się na spokój. 

-  Och,  oczywiście,  Ŝe  prowadzę.  W  mojej  branŜy  trzeba  bardzo  przestrzegać  tych 

spraw. Tak, oczywiście, mam zapisane wszystkie nazwiska... 

background image

Odszedł w głąb pokoju i wydobył skądś czarne tomisko. 

- O, proszę - rzekł. - Pierwszy tydzień czerwca 1935 roku... Profesor Ott z małŜonką, 

pułkownik Samain... 

- Niech pan posłucha  - przerwałem mu.  - Nie interesuje mnie czerwiec trzydziestego 

piątego roku. Chcę... 

Zamknął księgę i odniósł ją z powrotem na miejsce. 

- Chciałem tylko pokazać - powiedział, stojąc do mnie tyłem. - Pokazać panu [rozległ 

się cichy zgrzyt zamka], Ŝe prowadzę księgi, jak naleŜy. 

Wrócił do swego biurka i złoŜył list leŜący na bibule. 

-  Lato  dwudziestego  dziewiątego  -  rzekłem  błagalnym  tonem.  -  Czemu  nie  chce  mi 

pan pokazać stron, o które proszę? 

-  Wie  pan  -  powiedział.  -  Tego  się  nie  robi.  Po  pierwsze  nie  Ŝyczę  sobie,  Ŝeby  ktoś 

zupełnie mi obcy zawracał głowę osobom, które były i będą moimi klientami. Po drugie nie 

rozumiem,  czemu  tak  strasznie  zaleŜy  panu  na  odszukaniu  kobiety,  której  nazwiska  nie  ma 

pan ochoty  wymienić. Po trzecie nie chcę mieć  Ŝadnych kłopotów.  I tak mi ich nie brak. W 

hotelu  za  rogiem  dwoje  Szwajcarów  popełniło  samobójstwo  w  dwudziestym  dziewiątym  - 

dodał bez widocznego związku. 

- To pańskie ostatnie słowo? - spytałem. 

Skinął  głową  i  spojrzał  na  zegarek.  Odwróciłem  się  na  pięcie  i  zatrzasnąłem  za  sobą 

drzwi  -  a  przynajmniej  próbowałem  zatrzasnąć:  te  przeklęte  pneumatyki  w  takich  razach 

stawiają opór. 

Wolnym  krokiem  wróciłem  na  stację.  Park.  MoŜe  Sebastian  umierając  wspominał  tę 

właśnie  kamienną  ławkę  pod  cedrem.  Kontur  tej  dalekiej  góry  mógł  stać  się  parafą  jakiegoś 

niezapomnianego wieczoru. Cała okolica wydawała mi się jednym wielkim śmietniskiem, w 

którym,  jak  wiedziałem,  zagubiono  mroczny  klejnot.  Moja  poraŜka  była  absurdalna, 

przeraŜająca, wręcz nie do zniesienia. Ołowiana gnuśność wysiłków podejmowanych we śnie. 

Beznadziejne  szukanie  po  omacku  wśród  topniejących  przedmiotów.  Czemu  przeszłość  jest 

taka krnąbrna? 

„I  cóŜ  ja  teraz  pocznę?”  Strumień  biografii,  na  którego  wody  tak  pragnąłem  się 

wypuścić,  w  jednym  z  ostatnich  zakoli  spowijała  blada  mgła;  podobnie  jak  dolinę  rozpo-

ś

cierającą się przed moimi oczyma. Czy mógłbym tak to zostawić i mimo wszystko napisać 

swoją  ksiąŜkę?  KsiąŜkę  z  plamką  ślepą.  Nie  dokończony  obraz  -  nie  pomalowane  członki 

męczennika z tkwiącymi w boku strzałami. 

Owładnęło  mną  przeświadczenie,  Ŝe  zabłądziłem  i  juŜ  nie  mam  dokąd  pójść.  Dość 

background image

długo się zastanawiałem, jak odszukać ostatnią ukochaną Sebastiana, abym teraz wiedział, Ŝe 

praktycznie rzecz biorąc nie sposób inną drogą poznać jej nazwiska. Jej nazwisko! Czułem, Ŝe 

natychmiast bym je rozpoznał, gdybym tylko dostał w swe ręce te zatłuszczone czarne foliały. 

Czy  powinienem  dać  sobie  spokój  z  całą  sprawą  i  zająć  się  gromadzeniem  kilku  mniej 

waŜnych  detali  dotyczących  Sebastiana,  których  jeszcze  potrzebowałem,  a  zarazem 

wiedziałem, skąd je wziąć? 

W  takim  to  stanie  oszołomienia  wsiadłem  do  wlokącego  się  ospale  pociągu  linii 

lokalnej; miał mnie on zawieźć do Strasburga. Stamtąd moŜe pojadę do Szwajcarii, kto wie... 

Nie  mogłem  jednak  się  uwolnić  od  świerzbiącego  bólu  poraŜki,  choć  szczerze  próbowałem 

się  zagrzebać  we  wziętej  na  drogę  angielskiej  gazecie:  dla  treningu  czytałem  tylko  po 

angielsku,  szykując  się  do  dzieła,  które  miałem  niebawem  rozpocząć...  Ale  czy  moŜna 

rozpocząć coś, czego obraz w umyśle jawi się w sposób tak niepełny? 

Siedziałem  sam  w  przedziale  (jak  to  zwykle  bywa  w  wagonach  drugiej  klasy  tego 

rodzaju  pociągów),  lecz  na  najbliŜszej  stacji  wsiadł  mały  człowieczek  o  krzaczastych 

brwiach:  wszedł  do  przedziału,  powitał  mnie  na  modłę  kontynentalną,  mówiąc  zawiesistą, 

gardłową  francuszczyzną,  i  usiadł  naprzeciwko.  Pociąg  jechał  dalej,  prosto  w  zachodzące 

słońce. Wtem zauwaŜyłem, Ŝe współpasaŜer patrzy na mnie, rozpromieniony. 

-  Cudowna  aurha  -  powiedział  i  zdjął  melonik,  odsłaniając  róŜową  łysinę.  -  Pan 

Anglik? - spytał, uśmiechając się i kiwając głową. 

- Hmmm, owszem, chwilowo - odparłem. 

-  Widzę,  widziałem,  jak  pan  czyta  angielski  Ŝurnal  -  powiedział,  wskazując  palcem 

gazetę,  czym  prędzej  jednak  ściągnął  beŜową  rękawiczkę  i  znów  wysunął  palec  w  moim 

kierunku (być moŜe uczono go, Ŝe niegrzecznie jest wytykać ludzi urękawiczonym palcem). 

Mruknąłem coś w odpowiedzi i uciekłem spojrzeniem: nie lubię pogaduszek w pociągach, a 

w  tamtej  akurat  chwili  wyjątkowo  nie  miałem  ochoty  nawiązywać  rozmowy.  Nieznajomy 

podąŜył  za  moim  wzrokiem.  Nisko  stojące  słońce  zapaliło  liczne  okna  wielkiego  gmachu, 

który z wolna się obracał, kolejno wystawiając na pokaz ogromne kominy, gdy pociąg mijał 

go z turkotem. 

-  To  -  oznajmił  człowieczek  -  jest  „Flambaum  i  Roth”,  wielką  faktoria,  fabryka. 

Papierń. 

Nastąpiła krótka pauza. Mój współpasaŜer podrapał się po lśniącym nochalu i pochylił 

ku mnie. 

- Byłem - powiedział - Londyn, Manchester, Sheffield, Newcastle. 

Popatrzył na kciuk nie objęty rachunkiem. 

background image

- Tak - rzekł. - BrhanŜa zabawkarhska. Przed wojną. Kopałem teŜ trochę piłki - dodał, 

moŜe  dlatego  Ŝe  zauwaŜył  przelotne  spojrzenie,  jakie  rzuciłem  na  wyboiste  boisko  z 

przygnębionymi bramkami na obu krańcach (jedna z nich postradała poprzeczkę). 

Mrugnął do mnie, jeŜąc nieduŜy wąsik. 

-  Rhaz,  wie  pan  -  powiedział  i  skręcił  się  w  konwulsyjnym,  bezgłośnym  śmiechu.  - 

Rhaz, wie pan, rzucam, rzuciłem piłkę z aut prost w bramkę. 

- O - rzekłem ze znuŜeniem. - I zdobył pan gola? 

- Nie ja, tylko wiatr. To ci była rhobinsonnada! 

- Co takiego? 

-  Rhobinsonnada.  Wspaniała  sztuczka.  Tak...  czy  pan  daleko  podróŜuje?  -  spytał 

przymilnym, wybitnie uprzejmym tonem. 

- Pociąg jedzie chyba tylko do Strasburga? 

- Nie, ja mam, miałem na myśli generhalnie. Pan podróŜnik? 

Przytaknąłem. 

- A w jakiej brhanŜy? 

- Hmmm, chyba w przeszłości. 

Skinął głową, jakby zrozumiał. Następnie znów się pochylił w moją stronę, trącił mnie 

w kolano i powiedział: 

- Boja sprzedaję skórne... wie pan, skórne piłki, Ŝeby ludzie nimi grhali. Stary! Nie ma 

siły! Poza tym kagańce na psy i róŜne takie. 

Znowu klepnął mnie lekko po kolanie. 

- Ale dawniej - rzekł. - Przez zeszłe lato, przez ostatnie cztery lata byłem w policji... 

nie, nieraz, nie całkiem. Po cywilijnemu. Rozumie pan? 

Spojrzałem na niego z nagłym zainteresowaniem. 

- Chwileczkę - powiedziałem. - To mi nasuwa pewien pomysł... 

- Tak - odparł. - Jeśli potrzebuje pan pomoc, dobrą skórę, cigarette - etui, paski, dobrą 

radę, rękawice bokserskie... 

- To pierwsze na pewno, a moŜe i piąte - przerwałem. 

Wziął do ręki leŜący obok na siedzeniu melonik, starannie włoŜył go na głowę (jabłko 

Adama turlało mu się z góry na dół i z powrotem) i szybko przede mną uchylił, uśmiechając 

się połyskliwie. 

- Nazywam się Silbermann - powiedział i podał mi rękę. Uścisnąłem ją i wymieniłem 

własne nazwisko. 

-  AleŜ  to  nie  angielskie!  -  zawołał,  klepiąc  się  po  kolanie.  -  To  rosyjskie!  Gawrit 

background image

parusski? Znam jeszcze inne słowy... Zarhaz! Tak! Kukoika... laleczka. 

Umilkł na chwilę. Wałkowałem na wszystkie strony pomysł, który mi podsunął. Czy 

zwrócić  się  do  prywatnego  biura  detektywów?  A  moŜe  sam  ten  człowieczek  na  coś  mi  się 

przyda? 

-  Rhiba!  -  wykrzyknął.  -  To  juŜ  drugie.  Fisza,  tak?  I...  tak.  Brhat,  milij  brhat...  drogi 

bruder. 

- Tak sobie myślę - zacząłem - Ŝe moŜe gdybym panu opowiedział, w jaką kabałę się 

zapędziłem... 

-  Ale  to  juŜ  wszystko  -  rzekł  z  westchnieniem.  -  Mówię  [znów  się  zaczęło  liczenie 

palców]  litewsku,  niemiecku,  angielsku,  francusku  [kciuk  i  tym  razem  nie  zmieścił  się  w 

rachunku]. Zapomniałem rosyjskiego. Rhaz na całkiem! 

- Czy moŜe mógłby pan... 

- Wszystko. Skórne paski, torebki, notesniki, wskazówki. 

-  Wskazówki.  Widzi  pan,  próbuję  dotrzeć  do  pewnej  osoby...  Rosjanki.  Nigdy  tej 

damy  nie  spotkałem  i  nie  znam  jej  nazwiska.  Wiem  tylko,  Ŝe  przez  jakiś  czas  mieszkała  w 

hotelu w miasteczku Blauberg. 

-  A,  dobre  miejsce  -  powiedział  pan  Silbermann.  -  Barhdzo  dobre  -  powtórzył  i  z 

wyrazem  powagi  i  aprobaty  ściągnął  ku  dołowi  kąciki  ust.  -  Dobra  woda,  spacerhy,  kasino. 

Co pan chce, Ŝebym zrobił? 

- Przede wszystkim chciałbym ustalić, co w takich razach w ogóle moŜna zrobić. 

- Najlepiej dać jej spokój - odrzekł czym prędzej pan Silbermann. 

Nagłym ruchem wysunął głowę do przodu i poruszył krzaczastymi brwiami. 

-  Niech  pan  o  niej  zapomni  -  powiedział.  -  Niech  pan  ją  wyrzuci  z  głowy.  To 

rhyzykowne i na nic. 

Strzepnął coś z kolana moich spodni, skinął głową i znów oparł się wygodnie. 

- Mniejsza z tym - odrzekłem. - NiewaŜne powody. WaŜne, Ŝeby znaleźć sposób. 

-  KaŜdy  powód  ma  swój  sposób.  Znajduje,  znalazł  pan  jej  obrazę,  jej  fotogrhafię,  i 

teraz chce pan znaleźć jej własną osobę? To nie miłość. Ba! Powierzchownia! 

- AleŜ nie! - zawołałem. - To wcale nie tak. Nie mam najmniejszego pojęcia, jaka ona 

jest. Ale widzi pan, kochał ją mój zmarły brat, więc chcę z nią o nim porozmawiać. W sumie 

całkiem prosta historia. 

- Smutna! - stwierdził pan Silbermann i pokręcił głową. 

- Chcę o nim napisać ksiąŜkę - ciągnąłem - i ciekawi mnie kaŜdy szczegół jego Ŝycia. 

- Na czego chorował? - ochrypłym głosem spytał pan Silbermann. 

background image

- Serce. 

- Serhce, to niedobrze. Za duŜo ostrzegań, za duŜo przebie... przebie... 

- Przymiarek do śmierci. Owszem. 

- Właśnie. W jakim wieku? 

-  Trzydzieści  sześć  lat.  Pisywał  ksiąŜki.  Jako  pisarz  występował  pod  nazwiskiem 

panieńskim matki. Knight. Sebastian Knight. 

-  Prhoszę  tu  napisać  -  pan  Silbermann  podał  mi  nowiutki  notes  niezwykłej  urody,  w 

którym  tkwił  prześliczny  srebrny  ołówek.  Z  cichutkim  terkotem  delikatnie  wyjął  kartkę, 

schował ją do kieszeni i znów podał mi notesik. 

- Podoba się, co? - spytał z niemal bolesnym uśmiechem. - Pozwoli pan, Ŝe sprezencę. 

- Doprawdy - powiedziałem. - Bardzo pan łaskaw... 

- Drhobiask, drhobiask - rzekł, machając ręką. - No, to co panu trzeba? 

- Potrzebny mi jest - odparłem - pełny wykaz gości Hotelu Beaumont z czerwca 1929 

roku.  Chciałbym  teŜ  dowiedzieć  się  o  nich  czegoś  bliŜszego,  przynajmniej  o  kobietach. 

Muszę mieć ich adresy. Muszę mieć pewność, Ŝe pod jakimś cudzoziemskim nazwiskiem nie 

ukrywa  się  Rosjanka.  Potem  wybiorę  najbardziej  prawdopodobną  kandydatkę  albo 

kandydatki i... 

-  I  spróbuje  pan  do  nich  dotrzeć  -  powiedział  pan  Silbermann,  kiwając  głową.  - 

Dobrze! Barhdzo dobrze! Miałem, mam wszystkich panów hotelarzów tu [pokazał mi otwartą 

dłoń], więc wszystko pójdzie gładko. Pański adres, prhoszę. 

Wyjął  inny  notes,  dla  odmiany  okropnie  zniszczony,  o  zabazgranych  stronicach; 

niektóre  sypały  się  jak  jesienne  liście.  Dodałem,  Ŝe  nie  ruszę  się  ze  Strasburga,  póki  nie 

zadzwoni. 

-  Piątek  -  oświadczył.  -  Punktualnie  szósta.  Następnie  ten  niezwykły  człowieczek  z 

powrotem opadł plecami na oparcie siedzenia, załoŜył ręce i zamknął oczy, jak gdyby dobicie 

interesu  było  kropką  kończącą  rozmowę.  Mucha  zwiedzała  jego  łyse  czoło,  lecz  on  ani 

drgnął. Drzemał aŜ do samego Strasburga. Tam nasze drogi się rozeszły. 

-  Jeszcze  jedno  -  powiedziałem,  kiedyśmy  sobie  podali  ręce.  -  Muszę  wiedzieć, 

jakiego  oczekuje  pan  honorarium...  Jestem  gotów  zapłacić  kaŜdą  sumę,  jaką  uzna  pan  za 

stosowną... A moŜe chciałby pan wziąć zaliczkę... 

- Przyśle mi pan swoją ksiąŜkę - odparł unosząc krótki gruby palec. - I w razie czego 

zwróci koszta - dodał cicho. - Zrhozumiałe! 

background image

14 

W  ten  to  sposób  zdobyłem  wykaz  czterdziestu  dwóch  nazwisk,  wśród  których 

nazwisko Sebastiana (S. Knight, 36 Oak Park Gardens,  London, SW) wydawało się dziwnie 

piękne  i  zbłąkane.  Spore  (a  zarazem  miłe)  wraŜenie  zrobiło  na  mnie  to,  Ŝe  przy  wszystkich 

nazwiskach  wymieniono  takŜe  adresy:  Silbermann  pospieszył  wyjaśnić,  Ŝe  w  Blaubergu 

przyjezdni często umierają. Spośród czterdziestu jeden nieznajomych osób aŜ trzydzieści sie-

dem „nie wkraczało w rachubę”, wedle określenia małego człowieczka. Owszem, trzy z nich 

(niezamęŜne  kobiety)  miały  rosyjskie  nazwiska,  lecz  dwie  były  Niemkami,  a  jedna  Alzatką: 

wszystkie  one  często  przyjeŜdŜały  do  Hotelu  Beaumont.  Trochę  zbiła  mnie  z  pantałyku 

dziewczyna  o  nazwisku  Vera  Rasine,  ale  Silbermann  wiedział  z  całą  pewnością,  Ŝe  to 

Francuzka; wiedział nawet, Ŝe jest ona tancerką, a zarazem kochanką jednego ze strasburskich 

bankierów.  Dwoje  wiekowych  Polaków  przepuściliśmy  bez  cienia  obawy.  Wśród  reszty 

grupy „nie wkraczającej w rachubę”, czyli trzydziestu jeden osób, było dwudziestu dorosłych 

męŜczyzn; zaledwie ośmiu z nich miało Ŝony, a w kaŜdym razie tylko ośmiu przywiozło je z 

sobą (Emmę, Hildegardę, Paulinę i tak dalej); Silbermann przysięgał, Ŝe wszystkie te panie są 

leciwe,  szacowne  i  w  Ŝadnym  razie  nie  pochodzą  z  Rosji.  Pozostały  nam  więc  cztery 

nazwiska:  Mademoiselle  Lydia  Bohemsky  z  paryskim  adresem.  Spędziła  w  hotelu  dziewięć 

dni na początku pobytu Sebastiana. Dyrektor w ogóle jej sobie nie przypominał. Madame de 

Rechnoy.  Opuściła  hotel  i  pojechała  do  ParyŜa  o  dzień  wcześniej  niŜ  Sebastian.  Dyrektor 

zapamiętał  ją  jako  elegancką  młodą  kobietę,  dającą  sute  napiwki.  Wiedziałem,  Ŝe  „de” 

sugeruje w tym wypadku pewien typ Rosjanki lubiącej podkreślać swą szlacheckość, choć w 

istocie uŜywanie francuskiej particule przed rosyjskim nazwiskiem jest nie tylko absurdalne, 

ale i bezprawne. Mogła to być awanturnica; mogła to teŜ być Ŝona jakiegoś snoba. 

Helena Grinstein. Nazwisko brzmiało z Ŝydowska, lecz pomimo końcówki „stein” nie 

miało  niemieckiego  rodowodu.  Litera  „i”  w  słowie  „grin”,  która  wyrugowała  „ü”  z 

naturalnego dlań miejsca, sugerowała rosyjskie nasienie. Właścicielka tego nazwiska przybyła 

do  hotelu  zaledwie  na  tydzień  przed  wyjazdem  Sebastiana,  a  po  jego  wyjeździe  została 

jeszcze  trzy  dni.  Dyrektor  powiedział,  Ŝe  jest  ładna.  W  przeszłości  odwiedziła  juŜ  raz  jego 

hotel, a stale mieszkała w Berlinie. 

Helena von Graun. Prawdziwe niemieckie nazwisko. Dyrektor był jednak  pewien, Ŝe 

w czasie swego pobytu kilkakrotnie śpiewała po rosyjsku. Wedle jego relacji miała wspaniały 

kontralt  i  w  ogóle  była  zachwycająca.  Spędziła  w  hotelu  miesiąc,  a  wyjechała  do  ParyŜa  o 

background image

pięć dni wcześniej niŜ Sebastian. 

Z drobiazgową dokładnością zanotowałem wszystkie te szczegóły oraz cztery adresy. 

KaŜdy  z  nich  mógł  się  okazać  tym,  którego  szukałem.  Gorąco  podziękowałem  panu 

Silbermannowi;  siedząc  przede  mną  trzymał  kapelusz  na  złączonych  kolanach.  Westchnął  i 

spojrzał  na  czubki  swych  małych  czarnych  kamaszków,  przyozdobionych  starymi  getrami  o 

barwie mysiej szarości. 

- Zdziałałem to - powiedział - bo mi pan sympatyzuje. Ale... [popatrzył na mnie jakby 

z lekkim błaganiem w lśniących piwnych oczach] ale prhoszę: to na nic, ja myślę. Nie moŜna 

obejrzeć  drugiej  strony  księŜyca.  Prhoszę  pana  nie  szukać  tej  kobiety.  Co  przeszłość,  to  nie 

wróci. Ona nie pamięta, kim był pański bruder. 

- JuŜ ja jej przypomnę - rzekłem ponuro. 

-  Jak  pan  sobie  prhagnie  -  mruknął,  prostując  się  w  ramionach  i  zapinając  płaszcz. 

Wstał. - Szczęśliwej podrhóŜy - dodał bez swego zwykłego uśmiechu. 

- Chwileczkę, panie Silbermann, mamy jeszcze coś do uregulowania. Ile jestem panu 

winien? 

- Słusznie - powiedział, siadając z powrotem. - Moment. 

Otworzył  wieczne  pióro,  pospiesznie  nabazgrał  kilka  cyfr  i  przyjrzał  im  się,  stukając 

się po zębach oprawką. 

- Zgadza się. Sześćdziesiąt osiem franki - oświadczył. 

- No, to niewiele - powiedziałem. - MoŜe by pan... 

-  Zarhaz  -  krzyknął.  -  PrzecieŜ  to  fałsz”.  Ma  pan  jeszcze  ten  notesnik,  co  panu  daję, 

dałem? 

- AleŜ tak. Prawdę mówiąc, juŜ go zacząłem uŜywać. Widzi pan, myślałem... 

- No to nie sześćdziesiąt osiem - powiedział, szybko przeliczając od nowa. - Tylko... 

tylko  osiemnaście,  bo  kajet  kosztuje  pięćdziesiąt.  Wszystkiego  osiemnaście  franki.  Koszta 

przejaŜdŜki... 

- Ale - zacząłem, dosyć oszołomiony tą kalkulacją... 

- Nie, terhaz wszystko harmonizuje - stwierdził pan Silbermann. 

Wyszukałem  w  portmonetce  dwudziestofrankową  monetę,  choć  z  ochotą  byłbym  mu 

dał sumę sto razy większą, gdyby tylko mi na to pozwolił. 

- Więc - powiedział. - Jestem teraz panu zawiniony... Tak, zgadza się. Osiemnaście i 

dwa, pospołu dwadzieścia. To pańskie. 

PołoŜył moją dwudziestofrankówkę na stole i znikł. Sam nie wiem, jak mu prześlę tę 

ksiąŜkę,  kiedy  juŜ  będzie  gotowa:  śmieszny  człowieczek  nie  podał  mi  adresu,  a  mnie  tyle 

background image

innych spraw kołatało się po głowie, Ŝe nie przyszło mi na myśl go o to poprosić. Lecz jeśli 

kiedykolwiek  napotka  egzemplarz  Prawdziwego  Ŝycia  Sebastiana  Knighta,  niech  wie,  jak 

wdzięczny  mu  jestem  za  okazaną  pomoc.  Co  zaś  do  notesu,  to  jest  on  juŜ  prawie  pełen,  a 

niedługo kaŜę weń wprawić nowy plik kartek, kiedy te zapiszę do cna. 

Po  odejściu  pana  Silbermanna  uwaŜnie  się  wczytałem  w  cztery  adresy,  które  zdobył 

tak  czarodziejskim  sposobem,  i  w  końcu  postanowiłem  zacząć  od  berlińskiego.  Gdyby 

spotkało  mnie  tam  rozczarowanie,  mógłbym  w  ParyŜu  uporać  się  z  całym  triem 

ewentualności,  nie  podejmując  kolejnej  dalekiej  podróŜy,  tym  bardziej  wyczerpującej,  Ŝe  z 

pełną świadomością rzucałbym wtedy na stół ostatnią swą kartę. Jeśli zaś poszczęściłoby mi 

się juŜ za pierwszym razem... mniejsza z tym. Los szczodrze mnie nagrodził za tę decyzję... 

DuŜe,  mokre  płatki  śniegu  sunęły  skosem  nad  Passauer  Strasse  w  zachodniej  części 

Berlina,  gdy  się  zbliŜałem  do  starej,  brzydkiej  kamienicy  o  fasadzie  na  wpół  ukrytej  pod 

maską rusztowań. Zastukałem w szybę stróŜówki, ktoś szorstkim ruchem odsunął muślinową 

zasłonkę  i  nagłym  pchnięciem  otworzył  lufcik,  po  czym  rozczochrana,  czerwona  na  twarzy 

starucha zrzędnym tonem poinformowała mnie, Ŝe Frau Helena Grinstein istotnie mieszka w 

tym  domu.  Poczułem  przedziwny  dreszczyk  uniesienia  i  ruszyłem  schodami  w  górę.  Na 

drzwiach wisiała mosięŜna tabliczka z nazwiskiem „Grinstein”. 

Wpuścił  mnie  milkliwy  chłopiec  o  bladej,  zapuchniętej  twarzy,  z  czarnym  krawatem 

pod szyją, który nawet nie spytał, jak się nazywam, tylko odwrócił się i odszedł korytarzem. 

Na  wieszaku  w  maleńkim  hallu  tłoczyły  się  palta.  Na  stole  między  dwoma  uroczystymi 

cylindrami  leŜał  bukiet  chryzantem  mokrych  od  śniegu.  PoniewaŜ  nikt  się  nie  zjawiał, 

zapukałem  do  którychś  drzwi,  pchnąłem  je  i  natychmiast  znów  zamknąłem.  ZdąŜyłem 

dostrzec  ciemnowłosą  dziewczynkę  na  kanapie,  przykrytą  futrem  z  kretów  i  twardo  śpiącą. 

Przez  chwilę  stałem  pośrodku  hallu.  Wytarłem  zmoczoną  śniegiem  twarz.  Wydmuchałem 

nos.  W  końcu  zaryzykowałem  i  ruszyłem  w  głąb  korytarza.  Jedne  drzwi  były  uchylone; 

dobiegały  zza  nich  przyciszone  głosy,  mówiące  po  rosyjsku.  W  dwóch  duŜych  pokojach  z 

przejściem  w  kształcie  łuku  zgromadziło  się  wiele  osób.  Kiedy  wszedłem,  kilka  głów 

niezdecydowanie zwróciło się w moją stronę, poza tym jednak nie wywołałem najmniejszego 

zainteresowania. Na stole stały szklanki z nie dopitą herbatą i talerz z okruchami ciasta. Jakiś 

męŜczyzna  w  kącie  czytał  gazetę.  Kobieta  okryta  szarym  szalem  siedziała  przy  stole, 

podparłszy  ręką  policzek;  na  jej  nadgarstku  zatrzymała  się  łza.  Parę  innych  osób  siedziało 

nieruchomo  na  kanapie.  Dziewczynka  podobna  do  tej,  którą  widziałem  śpiącą,  głaskała 

starego psa, zwiniętego w kłębek na krześle. W sąsiednim pokoju, gdzie takŜe siedzieli i cho-

dzili  jacyś  ludzie,  rozległ  się  czyjś  śmiech,  a  moŜe  kilka  głośnych  westchnień.  Ten  sam 

background image

chłopiec,  który  powitał  mnie  w  hallu,  przeszedł  ze  szklanką  wody  w  ręku;  spytałem  go  po 

rosyjsku, czy mogę porozmawiać z panią Heleną Grinstein. 

- Ciociu Eleno - powiedział, zwracając się do pleców szczupłej, ciemnowłosej kobiety, 

pochylającej się nad starcem, zgarbionym w fotelu. Podeszła i zaprosiła mnie do saloniku po 

drugiej  stronie  korytarza.  Była  to  osoba  bardzo  młoda,  obdarzoną  masą  wdzięku,  o  drobnej, 

upudrowanej  twarzy  i  łagodnych,  podłuŜnych  oczach,  które  wyglądały,  jakby  ich  kąciki 

podciągnięto ku skroniom. Miała na sobie czarny sweter. Jej dłonie były równie delikatne jak 

szyja. 

Kak eto uŜasno... czyŜ to nie okropne - szepnęła. 

Niezbyt mądrze odparłem, Ŝe chyba przyszedłem nie w porę. 

-  Aaa...  -  powiedziała.  -  Zdawało  mi  się...  -  Popatrzyła  na  mnie.  -  Proszę,  niech  pan 

siada. Zdawało mi się, Ŝe dopiero co widziałam pana na pogrzebie... Więc jednak nie? Widzi 

pan, umarł mój szwagier i... Nie, nie, proszę nie wstawać. Straszny dzień. 

- Nie chcę się pani narzucać - powiedziałem. - Lepiej juŜ sobie pójdę... Chciałem tylko 

porozmawiać  z  panią  o  kimś  z  mojej  rodziny...  wydaje  mi  się,  Ŝe  miała  pani  okazję  go 

poznać... w Blaubergu... ale mniejsza z tym... 

- W Blaubergu? Byłam tam dwa razy - odrzekła. Skurcz przebiegł jej po twarzy, gdy 

gdzieś za ścianą zaczął dzwonić telefon. 

-  Nazywał  się  Sebastian  Knight  -  powiedziałem,  patrząc  na  jej  nie  umalowane  usta, 

tkliwe i drŜące. 

- Nie, nigdy nie słyszałam tego nazwiska - odparła. - Nie, nie słyszałam. 

- Był na wpół Anglikiem - dodałem. - Pisał ksiąŜki. 

Pokręciła głową i zwróciła się ku drzwiom, które właśnie otworzył ten sam nadąsany 

chłopiec, jej siostrzeniec. 

- Sonia przyjdzie za pół godziny - oznajmił. Skinęła głową. Chłopiec wyszedł. 

-  Właściwie  z  nikim  wtedy  w  hotelu  się  nie  zaznajomiłam  -  powiedziała  kobieta. 

Skłoniłem się i raz jeszcze przeprosiłem. 

-  Ale  jakŜe  pan  się  nazywa?  -  spytała,  wpatrując  się  we  mnie  miękkim,  zamglonym 

spojrzeniem,  które  w  pewien  sposób  przypominało  mi  Klarę.  -  Chyba  juŜ  pan  mówił,  ale 

jestem  dzisiaj  jak  nieprzytomna...  Aaaa...  -  powiedziała,  kiedy  się  przedstawiłem.  -  Jakbym 

skądś  znała...  Czy  mi  się  zdaje,  czy  rzeczywiście  męŜczyzna  o  tym  nazwisku  zginął  w 

pojedynku  w  Sankt  Petersburgu?  Ach,  pański  ojciec?  Rozumiem.  Zaraz,  zaraz.  Ktoś...  kilka 

dni temu... wspominał tamten przypadek. Dziwna sprawa... Takie rzeczy zawsze się zdarzają 

w ten sposób, seriami. Tak... Rozanowowie... Znali pańską rodzinę, i tak dalej... 

background image

- Kolega szkolny mojego brata nazywał się Rozanow - wtrąciłem. 

- Znajdzie ich pan w ksiąŜce telefonicznej - pospiesznie ciągnęła kobieta. - Widzi pan, 

niezbyt dobrze ich znam, a w tej chwili zupełnie nie jestem w stanie szukać po notesach. 

Gdzieś ją zawołano, a ja ruszyłem sam do hallu. Zastałem tam starszego pana, który z 

melancholijną  miną  siedział  na  moim  płaszczu  i  palił  cygaro.  Początkowo  nie  mógł 

zrozumieć, czego od niego chcę, a potem zaczął mnie wylewnie przepraszać. 

Trochę Ŝałowałem, Ŝe Helena Grinstein okazała się nie tą kobietą. Choć oczywiście w 

Ŝ

adnym  razie  nie  mogła  nią  być:  tą,  co  tak  unieszczęśliwiła  Sebastiana.  Tego  rodzaju 

dziewczyny  nie  druzgocą  męŜczyzn,  lecz  ich  budują.  Bo  i  proszę:  spokojnie  dyrygowała 

domem,  rozsadzanym  przez  ból,  i  jeszcze  potrafiła  się  zająć  fantastycznymi  sprawami 

zupełnie zbędnego, obcego przybysza. I nie tylko mnie wysłuchała, ale w dodatku podsunęła 

mi trop, za którym natychmiast poszedłem, a choć napotkani dzięki temu ludzie nie mieli nic 

wspólnego  z  Blaubergiem  i  z  nieznajomą  kobietą,  dołączyłem  do  mej  kolekcji  jedną  z 

najcenniejszych  kart  z  Ŝycia  Sebastiana.  Umysł  bardziej  systematyczny  umieściłby  ją  na 

początku  ksiąŜki,  lecz  moja  pielgrzymka  nabrała  z  czasem  własnej  magii  i  logiki,  a  choć 

chwilami  miewam  nieodparte  wraŜenie,  iŜ  stopniowo  przeistoczyła  się  w  sen,  jedynie  po  to 

biorąc  wzór  z  rzeczywistości,  aby  snuć  swe  własne  rojenia,  nie  mogę  nie  zauwaŜyć,  Ŝe  od 

początku kroczyłem właściwą drogą i Ŝe usiłując przedstawić wierny obraz Ŝycia Sebastiana 

winienem teraz podąŜać tymi samymi rytmicznie się przeplatającymi ścieŜkami. 

Dostrzegam dziwną harmonię w tym, Ŝe spotkanie związane z pierwszym nastoletnim 

romansem  Sebastiana  nastąpiło  w  zasięgu  ech  jego  ostatniej,  mrocznej  miłości.  Dwie  róŜne 

tonacje Ŝycia mego brata przesłuchują się nawzajem, a odpowiedzią jest samo owo Ŝycie  - i 

bardziej juŜ nie moŜna się zbliŜyć do ludzkiej prawdy. On miał szesnaście lat, ona tyle samo. 

Gasną  światła,  kurtyna  idzie  w  górę,  odsłaniając  rosyjski  pejzaŜ  latem;  zakole  rzeki  do 

połowy ukryte w cieniu rzucanym przez ciemne jodły, które rosną na gliniastej skarpie, a ich 

głębokie  czarne odbicia  niemal sięgają drugiego  brzegu, ten zaś jest niski, słoneczny i pełen 

uroku,  porośnięty  prawoślazem  i  trawą  o  srebrzystych  miotełkach.  Sebastian  z  gołą,  krótko 

ostrzyŜoną  głową,  w  luźnej  jedwabnej  koszuli,  oblepiającej  mu  na  przemian  łopatki  i  pierś, 

zaleŜnie  od  tego,  czy  akurat  pochyla  się  do  przodu,  czy  wygina  w  tył,  krzepko  wiosłuje  w 

łódce  pomalowanej  na  kolor  lśniącej  zieleni.  Przy  sterze  siedzi  dziewczyna,  pozostawimy  ją 

jednak w wersji achromatycznej; sam kontur, biały kształt, którego malarz nie wypełnił bar-

wami. Granatowe waŜki niespiesznie śmigają tędy i owędy, przysiadając na płaskich liściach 

nenufarów.  W  czerwonej  glinie  stromego  brzegu  wyryto  imiona,  daty,  nawet  twarze;  widać 

wśród  nich  otwory,  z  których  jerzyki  wyfruwają  i  wlatują  w  nie  z  powrotem.  Sebastianowi 

background image

błyszczą  zęby.  Na  chwilę  przestaje  wiosłować  i  ogląda  się  za  siebie,  a  wtedy  łódka  z 

jedwabistym poszumem wślizguje się w sitowie. 

- Kiepski z ciebie sternik - mówi Sebastian. Sceneria się zmienia: widzimy inne zakole 

tej  samej  rzeki.  ŚcieŜka  biegnie  do  wody,  zatrzymuje  się,  waha  chwilę  i  skręca,  luźną  pętlą 

omijając  toporną  ławkę.  Jeszcze  nie  zapadł  wieczór,  ale  powietrze  juŜ  się  złoci  i  drobne 

muszki  wykonują  prymitywny  taniec  krajowców  w  słupie  słońca  między  liśćmi  osiki,  które 

wreszcie znieruchomiały, zapomniawszy o Judaszu. 

Sebastian  siedzi  na  ławce  i  po  angielsku  czyta  na  głos  jakieś  wiersze  z  zeszytu  w 

czarnej okładce. Nagle urywa: trochę na lewo ukazuje się tuŜ nad powierzchnią wody głowa 

najady o kasztanowatych włosach, a gdy z wolna zaczyna się oddalać, długie sploty dryfują w 

ś

lad  za  nią.  Po  chwili  naga  postać  wyłania  się  na  przeciwległym  brzegu  i  wydmuchuje  nos, 

przyciskając  go  kciukiem:  jest  to  długowłosy  wiejski  pop.  Sebastian  znów  czyta  wiersze 

siedzącej obok dziewczynie. Malarz wciąŜ jeszcze nie wypełnił białej plamy: wyjątek zrobił 

tylko  dla  szczupłej,  opalonej  ręki,  którą  po  zewnętrznej  stronie  od  nadgarstka  do  łokcia 

porasta smuga lśniącego puchu. Sceneria znów się zmienia, niczym we śnie Byrona. Jest noc. 

Na niebie rój gwiazd. Po latach Sebastian napisał, Ŝe wpatrując się w gwiazdy czuje mdłości i 

lekką  odrazę,  podobnie  jak  wtedy,  gdy  -  dajmy  na  to  -  ogląda  się  wnętrzności  patroszonego 

zwierzęcia. Wtedy jednak ta myśl pozostawała jeszcze nie wyraŜona. Jest bardzo ciemno. W 

mroku moŜemy się domyślać parkowej alei, lecz nie widzimy Ŝadnych szczegółów. Jedna za 

drugą  posępna  zwalistość,  a  gdzieś  pohukuje  sowa.  Otchłań  czerni,  w  której  nagle  sunie  do 

góry zielonkawe kółeczko: świetlista tarcza zegarka (w latach dojrzalszych Sebastian nie był 

zwolennikiem zegarków). 

- Musisz iść? - pyta jego głos. 

Ostatnia  zmiana:  klucz  wędrownych  Ŝurawi  w  kształcie  litery  V;  ich  tkliwy  jęk 

roztapia  się  w  turkusowym  niebie  wysoko  nad  płową  brzeziną.  Sebastian,  jeszcze  nie  sam, 

siedzi na pniu zwalonego drzewa w kolorach bieli i popielatej szarości. Jego rower spoczywa 

na  ziemi,  połyskując  szprychami  w  chaszczach  orlicy.  Rusałka  Ŝałobnik  przemyka  w  locie, 

siada  na  pniu  akurat  tam,  gdzie  widać  ślad  topora,  i  rytmicznie  porusza  aksamitnymi 

skrzydłami. Jutro z powrotem do miasta, w poniedziałek zaczyna się szkoła. 

-  Czy  to  koniec?  Dlaczego  mówisz,  Ŝe  zimą  się  nie  zobaczymy?  -  pyta  Sebastian  po 

raz drugi lub trzeci. Nie ma odpowiedzi. - Naprawdę myślisz, Ŝe się zakochałaś w tym jakimś 

studencie? - w etogo studienta? 

Postać  siedzącej  dziewczyny  wciąŜ  jest  bezbarwna,  z  wyjątkiem  ręki  i  szczupłej 

smagłej dłoni, która od niechcenia bawi się pompką do roweru. Końcem rączki wolno kreśli 

background image

na miękkiej ziemi słowo yes, tak - po angielsku, Ŝeby mniej bolało. 

Spada  kurtyna.  Tak,  to  juŜ  wszystko.  Bardzo  niewiele,  ale  dość,  Ŝeby  serce  pękło. 

Odtąd  nigdy  juŜ  nie  będzie  mu  wolno  spytać  chłopca,  który  w  klasie  codziennie  siada  w 

sąsiedniej  ławce:  „Co  u  twojej  siostry?”  Nie  ma  teŜ  prawa  wypytywać  starej  panny  Forbes, 

gdy ta czasem jeszcze wpadnie z wizytą, o dziewuszkę, której dawniej takŜe dawała lekcje. I 

jak on będzie stąpał latem przyszłego roku po tych samych ścieŜkach, oglądał zachody słońca 

i  jeździł  rowerem  nad  rzekę?  (NajbliŜsze  lato  zostało  jednak  głównie  poświęcone  Panowi, 

poecie - futuryście.) 

Dziwnym  zbiegiem  okoliczności  właśnie  brat  Nataszy  Rozanowny  odwiózł  mnie 

autem  na  dworzec  Charlottenburg,  Ŝebym  zdąŜył  złapać  ekspres  do  ParyŜa.  Wyznałem  mu, 

jak  niezwykle  się  czułem,  rozmawiając  z  jego  siostrą,  wówczas  juŜ  pulchną  matką  dwóch 

chłopców, o odległym lecie w krainie snów: w Rosji. Odparł, Ŝe posada w Berlinie zupełnie 

mu  odpowiada.  Próbowałem  -  pomimo  kilku  wcześniejszych,  równie  daremnych  prób  - 

wciągnąć go w rozmowę o szkolnym Ŝyciu Sebastiana. 

-  Mam  okropnie  słabą  pamięć  -  rzekł.  -  A  zresztą  za  bardzo  jestem  zajęty,  Ŝeby  się 

rozczulać nad takimi zwyczajnymi sprawami. 

- Och, ale na pewno - odparłem - pamięta pan jakieś szczególnie wyraziste zdarzenie, 

cokolwiek... Wdzięczny będę za kaŜdą informację... 

Zaśmiał się. 

- PrzecieŜ dopiero co przegadał pan kilka godzin z moją siostrą, prawda? Ona uwielbia 

przeszłość, nie sądzi pan? Twierdzi, Ŝe umieści ją pan w swej ksiąŜce taką, jaką wtedy była. Z 

góry się na to cieszy. 

- Proszę, niechŜe pan spróbuje coś sobie przypomnieć - nalegałem. 

-  PrzecieŜ  mówię,  Ŝe  wszystko  zapomniałem,  dziwaku  jeden.  Nic  z  tego.  Mógłbym 

najwyŜej pleść zwykłe w takich razach bzdury o ściąganiu, podpowiadaniu i o przezwiskach 

nauczycieli. W sumie pewnie się nieźle zabawialiśmy... Ale wie pan, pański brat... jak by to 

powiedzieć?... pański brat nie był w szkole popularny... 

background image

15 

Czytelnik  być  moŜe  zauwaŜył,  Ŝe  samego  siebie  staram  się  pokazywać  w  tej  ksiąŜce 

jak  najmniej.  Unikam  aluzji  (choć  drobna  uwaga  dodana  tu  i  ówdzie  mogłaby  uczynić  tło 

moich  badań  nieco  zrozumialszym)  do  własnej  sytuacji  Ŝyciowej.  ToteŜ  i  w  tym  punkcie 

opowieści  nie  będę  się  rozwodził  nad  pewnymi  kłopotami  zawodowymi,  które  na  mnie 

spadły, gdy przybyłem do ParyŜa, gdzie mniej lub bardziej stale mieszkałem; trudności te nie 

miały Ŝadnego związku z moimi poszukiwaniami, a jeśli wspominam o nich mimochodem, to 

tylko  dla  podkreślenia,  Ŝe  oddawszy  się  bez  reszty  pogoni  za  ostatnią  ukochaną  Sebastiana 

radośnie  machnąłem  ręką  na  wszelkie  osobiste  strapienia,  jakie  mogłem  na  siebie  ściągnąć, 

fundując sobie tak długie wakacje. 

Nie  Ŝałowałem,  Ŝe  zacząłem  od  berlińskiej  poszlaki.  Bądź  co  bądź  dzięki  niej 

niespodziewanie  mignął  mi  przed  oczami  fragment  jednego  więcej  rozdziału  z  przeszłości 

Sebastiana. Zarazem jedno imię zostało wykreślone, przede mną zaś otwierały się jeszcze trzy 

moŜliwości.  Z  paryskiej  ksiąŜki  telefonicznej  dowiedziałem  się,  Ŝe  nazwiska  „Graun  (von), 

Helene” i „Rechnoy, Paul” („de”, jak zauwaŜyłem, tym razem się nie pojawiło) odpowiadają 

posiadanym przeze mnie adresom. Perspektywa spotkania z męŜem tej pani była niemiła, ale 

nieunikniona.  Trzecią  damę,  czyli  Lydię  Bohemsky,  ignorowały  oba  wykazy  -  zarówno 

ksiąŜka  telefoniczna,  jak  i  drugie  arcydzieło  Bottina:  spis  adresów,  ułoŜony  według  ulic. 

Dane,  które  juŜ  miałem,  mogły  jednak  pomóc  mi  do  niej  dotrzeć.  Dobrze  znając  ParyŜ  od 

razu  ułoŜyłem  najmniej  czasochłonną  kolejność  wizyt,  aby  odpowiednio  je  rozplanowawszy 

uporać  się  z  nimi  w  jeden  dzień.  Jeśli  czytelnik  się  dziwi,  czemu  poczynałem  sobie  tak 

bezceremonialnie, dodam, Ŝe telefonowania nie cierpię prawie tak samo, jak pisania listów. 

Gdy  zadzwoniłem  do  drzwi,  otworzył  mi  wysoki  i  chudy  męŜczyzna  o  bujnej 

czuprynie; był bez marynarki, a przy koszuli nie miał kołnierzyka, tylko pod brodą mosięŜną 

spinkę. W ręku trzymał figurę szachową - czarnego konia. Przywitałem go po rosyjsku. 

- AleŜ proszę, proszę - rzekł radośnie, jakby mnie oczekiwał. 

- Nazywam się tak - a - tak - powiedziałem. 

- A ja - wykrzyknął - jestem Pal Palicz Riecznoj. - Tu parsknął dziarskim śmiechem, 

jakby  mu  się  udał  wyśmienity  Ŝart.  -  Zechce  pan  wejść  -  dodał,  wskazując  figurą  szachową 

otwarte drzwi. 

Wprowadzono mnie do skromnego pokoju, gdzie w rogu stała maszyna do szycia, a w 

powietrzu unosiła się słaba woń wstąŜek i płótna. Masywnie zbudowany męŜczyzna siedział 

background image

przy stole z rozpostartą ceratową szachownicą; pionki były za duŜe w stosunku do pól. Patrzył 

na  nie  spode  łba,  a  w  przeciwnym  kierunku  patrzyła  trzymana  w  kąciku  ust  pusta 

cygarniczka.  Ładny  chłopczyk  w  wieku  czterech,  moŜe  pięciu  lat  klęczał  na  podłodze, 

otoczony miniaturowymi samochodzikami. Pal Palicz cisnął na stół czarnego konia, któremu 

natychmiast odpadła głowa. Czarny starannie przykręcił ją z powrotem. 

-  NiechŜe  pan  siada  -  powiedział  Pal  Palicz.  -  To  mój  kuzyn  -  dodał.  Czarny  się 

ukłonił.  Usiadłem  na  trzecim  (i  ostatnim)  krześle.  Dzieciak  podszedł  do  mnie  i  w  milczeniu 

pokazał mi nowy czerwono - niebieski ołówek. 

- Jakbym chciał, tobym ci teraz zbił wieŜę - rzekł Czarny mrocznym tonem - ale mam 

duŜo lepszy ruch. 

Podniósł hetmana i delikatnie wtłoczył go w gromadkę Ŝółtawych pionków, z których 

jeden zastąpiono naparstkiem. 

Pal Palicz spadł na niego lotem błyskawicy, gońcem zbił hetmana i ryknął śmiechem. 

-  A  teraz  -  spokojnie  oświadczył  Czarny,  kiedy  Biały  przestał  ryczeć  -  jesteś 

ugotowany. Szach, gołąbeczku. 

Ci  dwaj  się  kłócili,  Biały  usiłował  cofnąć  ruch,  a  ja  tymczasem  rozglądałem  się  po 

pokoju.  ZauwaŜyłem  portret  niegdysiejszej  Rodziny  Cesarskiej.  TakŜe  wąs  pewnego 

sławnego  generała,  którego  przed  paroma  laty  zmoskwiczono  o  głowę.  Spostrzegłem  teŜ 

wypukłe  spręŜyny  kanapy  w  kolorze  robaczywego  brązu;  domyśliłem  się,  Ŝe  słuŜy  ona  jako 

trzyosobowe łoŜe - męŜowi, Ŝonie i dziecku. Cel moich odwiedzin wydał mi się przez chwilę 

dzikim absurdem. Nie wiedzieć czemu przypomniałem sobie całą rundę dziwacznych wizyt, 

które składa Cziczikow w Martwych duszach Gogola. Chłopczyk specjalnie dla mnie rysował 

samochód. 

- Jestem do pańskiej dyspozycji - oznajmił Pal Palicz (widziałem, Ŝe przegrał: Czarny 

chował  właśnie  figury  do  starego  tekturowego  pudełka  -  wszystkie  prócz  naparstka). 

Powiedziałem  to,  co  zawczasu  starannie  sobie  przygotowałem:  mianowicie,  Ŝe  chcę  się 

widzieć z jego Ŝoną, poniewaŜ była ona niegdyś przyjaciółką... no, pewnych Niemców, moich 

znajomych. (Bałem się za wcześnie wymienić nazwisko Sebastiana.) 

- Wobec tego musi pan trochę poczekać - odparł Pal Palicz. - Załatwia coś na mieście. 

Lada chwila powinna wrócić. 

Postanowiłem czekać, choć czułem, Ŝe tego dnia niewielkie mam szansę spotkać się z 

jego Ŝoną sam na sam.  Miałem jednak nadzieję  od razu ustalić dzięki serii zręcznych pytań, 

czy w ogóle znała Sebastiana; potem stopniowo skłoniłbym ją do rozmowy. 

- A tymczasem - rzekł Pal Palicz - strzelimy sobie po kropelce brandy: koniaczku. 

background image

Uznawszy, Ŝe wystarczająco zainteresowałem się jego rysunkami, dzieciak odszedł do 

wuja;  ten  natychmiast  posadził  go  sobie  na  kolanie  i  zaczął  rysować  -  niezwykle  szybko  i 

bardzo pięknie - samochód wyścigowy. 

- Artysta z pana - powiedziałem ot tak, Ŝeby coś powiedzieć. 

Pal  Palicz,  który  właśnie  płukał  kieliszki  w  maleńkiej  kuchence,  roześmiał  się  i 

zawołał przez ramię: 

-  O,  to  wszechstronny  geniusz.  Daje  koncerty  skrzypcowe  stojąc  na  głowie,  w  trzy 

sekundy mnoŜy przez siebie dwa numery telefoniczne i potrafi się podpisać do góry nogami, 

nie zmieniając charakteru pisma. 

- I umie prowadzić taksówkę - dodało dziecko, majtając chudymi, brudnymi nóŜkami. 

-  Nie,  nie  piję  z  wami  -  powiedział  wuj  Czarny,  gdy  Pal  Palicz  postawił  kieliszki  na 

stole. - Chyba zabiorę chłopca na spacer. Gdzie są jego rzeczy? 

Znaleziono paletko małego i Czarny wziął go na dwór. Pal Palicz nalał nam koniaku i 

rzekł: 

-  Musi  mi  pan  wybaczyć  te  kieliszki.  W  Rosji  byłem  bogaty,  a  dziesięć  lat  temu  w 

Belgii znów się wzbogaciłem, ale potem straciłem wszystko co do grosza. Pańskie zdrowie. 

- śona szyje? - spytałem, Ŝeby ruszyć z miejsca. 

-  O,  tak,  wzięła  się  za  krawiectwo  -  oznajmił  z  radosnym  śmiechem.  -  A  ja  jestem 

zecerem,  ale  właśnie  straciłem  pracę.  śona  na  pewno  zaraz  wróci.  Nie  wiedziałem,  Ŝe  się 

przyjaźniła z Niemcami - dodał. 

- Zdaje się - powiedziałem - Ŝe ją poznali w Niemczech, a moŜe w Alzacji? 

Gospodarz ochoczo napełniał swój tylko co opróŜniony kieliszek, ale nagle przerwał i 

spojrzał na mnie z rozdziawionymi ustami. 

-  Musiała  zajść  jakaś  pomyłka!  -  wykrzyknął.  -  Widocznie  chodzi  panu  o  moją 

pierwszą Ŝonę. Warwara Mitrofanna nie była nigdzie poza ParyŜem... oczywiście z wyjątkiem 

Rosji... a przyjechała tu z Sewastopola przez Marsylię. 

Wypił do dna i zaczął się śmiać. 

- Niezły numer - powiedział, przyglądając mi się z ciekawością. - Czy myśmy juŜ się 

kiedyś spotkali? Znał pan osobiście moją pierwszą? 

Pokręciłem głową. 

- No to ma pan szczęście - zawołał. - Cholerne szczęście. A ci pańscy Niemcy kazali 

panu czerpać wodę sitem, bo nigdy jej pan nie znajdzie. 

- Czemu? - spytałem, coraz bardziej zaintrygowany. 

-  Bo  wkrótce  po  separacji,  czyli  wiele  lat  temu,  zupełnie  straciłem  ją  z  oczu.  Ktoś 

background image

widział ją w Rzymie, kto inny w Szwecji... ale nawet i tego nie jestem pewien. MoŜe jest w 

tym mieście, a moŜe w piekle. Mnie to nic nie obchodzi. 

- I w Ŝaden sposób nie umie mi pan doradzić, jak jej szukać? 

- W Ŝaden. 

- A przez wspólnych znajomych? 

- To byli jej znajomi, nie moi - odparł, wzdrygając się. 

- Nie ma pan na przykład jej fotografii? 

-  Niech  no  mi  pan  powie,  do  czego  to  wszystko  zmierza?  Policja  jej  szuka?  Bo  wie 

pan, wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazała szpiegiem na międzynarodową skalę. Jak 

Mata  Hari!  To  jej  typ.  Absolutnie!  A  poza  tym...  No,  nie  jest  to  dziewczyna,  którą  łatwo 

zapomnieć,  jak  juŜ  człowiekowi  wejdzie  w  krew.  Wyssała  mnie  do  cna,  i  to  w  niejednym 

znaczeniu. Straciłem przez nią... na przykład pieniądze i duszę. Byłbym ją zabił... gdyby nie 

Anatol. 

- A kto to taki? 

-  Anatol?  Aaa,  to  tutejszy  kat.  Gość  z  gilotyną.  Więc  jednak  nie  jest  pan  z  policji. 

Prawda?  Ostatecznie,  pańska  sprawa.  Ale  ona  naprawdę  doprowadzała  mnie  do  szału.  Wie 

pan,  poznałem  ją  w  Ostendzie,  musiało  to  być,  zaraz,  w  dwudziestym  siódmym...  miała 

dwadzieścia  lat,  nie,  nawet  mniej.  Wiedziałem, Ŝe  jest  kochanką  innego  i  tak  dalej,  ale  było 

mi  wszystko  jedno.  Według  niej  Ŝycie  polegało  na  tym,  Ŝeby  pić  koktajle,  jadać  ogromne 

kolacje o czwartej rano, tańczyć shimmy czy jak to tam wtedy nazywano, zwiedzać burdele, 

bo  wśród  paryskich  snobów  akurat  była  taka  moda,  kosztownie  się  ubierać  i  robić  piekło  w 

hotelach, jeśli jej się wydało, Ŝe pokojówka ukradła drobne, które potem sama znajdowała w 

łazience... To, i cała reszta... znajdzie ją pan w pierwszej lepszej tandetnej powieści, bo to taki 

typ,  po  prostu  typ.  Uwielbiała  wymyślić  sobie  co  jakiś  czas  rzadką  chorobę,  pojechać  do 

sławnego kurortu i... 

-  Chwileczkę  -  wtrąciłem.  -  Tu  mnie  pan  zaciekawia.  W  czerwcu  dwudziestego 

dziewiątego była sama w Blaubergu. 

- Zgadza się, ale to był juŜ sam schyłek naszego małŜeństwa. Mieszkaliśmy wtedy w 

ParyŜu i wkrótce potem byliśmy juŜ w separacji. Przez następny rok pracowałem w fabryce w 

Lyonie. Wie pan, zostałem bez grosza. 

- Chce pan przez to powiedzieć, Ŝe w Blaubergu poznała jakiegoś męŜczyznę? 

- Nie, nic o tym nie wiem. Widzi pan, nie przypuszczam, Ŝeby ona rzeczywiście jakoś 

powaŜnie  mnie  zdradzała,  właściwie  to  chyba  nie,  wie  pan,  raczej  nie  szła  na  całego... 

przynajmniej starałem się tak myśleć, bo zawsze kręciły się przy niej stada męŜczyzn, a ona 

background image

pewnie  dawała  się  całować,  ale  gdybym  sobie  pozwolił  dłuŜej  nad  tym  przemyśliwać,  po 

prostu bym zwariował. Pamiętam, Ŝe raz... 

-  Najmocniej  przepraszam  -  wtrąciłem  znowu.  -  Jest  pan  pewien,  Ŝe  nigdy  pan  nie 

słyszał o Angliku, z którym się przyjaźniła? 

- O Angliku? Zdawało mi się, Ŝe wspomniał pan o Niemcach. Nie, nie wiem nic na ten 

temat. Gdzieś chyba w dwudziestym ósmym w Ste Maxime był pewien młody Amerykanin, 

który prawie mdlał za kaŜdym razem, kiedy Ninka z nim tańczyła... zresztą jacyś Anglicy teŜ 

mogli  się  trafić,  w  Ostendzie  albo  gdzie  indziej,  ale  niech  mi  pan  wierzy,  nigdy  nie 

zawracałem sobie głowy narodowością jej wielbicieli. 

- Więc jest pan pewien,  Ŝe nigdy pan nie słyszał  o Blaubergu  ani... ani o  tym, co się 

działo później? 

-  Nie  -  odparł.  -  Nie  sądzę,  Ŝeby  ktoś  ją  tam  zainteresował.  Widzi  pan,  przechodziła 

wtedy przez jedną z tych swoich niby chorobowych faz... jadała wyłącznie lody cytrynowe i 

ogórki, mówiła o śmierci, nirwanie i róŜnych takich... miała słabość do Lhasy, rozumie pan... 

- Jak dokładnie brzmiało jej nazwisko? - spytałem. 

- No, kiedy ją poznałem, nazywała się Nina Turowiec, ale czy... Nie, chyba jej pan nie 

znajdzie. Prawdę mówiąc, często mi się wydaje, Ŝe nigdy nie istniała. Opowiedziałem o niej 

Warwarze  Mitrofannie,  a  ona  mi  na  to,  Ŝe  miałem  po  prostu  niedobry  sen  po  niedobrym 

filmie.  Och,  chyba  pan  jeszcze  nie  wychodzi?  Ona  wróci  lada  chwila...  -  Spojrzał  na  mnie i 

wybuchnął śmiechem (zdawało mi się, Ŝe wypił trochę za duŜo koniaku). 

- Aaa, zapomniałem - powiedział. - PrzecieŜ to nie tej pan szuka. A tak przy okazji - 

dodał - to papiery mam w idealnym porządku. Mogę panu pokazać swoją carte de travail. 

jeśli pan ją jednak znajdzie, chciałbym z nią się zobaczyć, nim pójdzie do więzienia. ChociaŜ 

moŜe lepiej nie. 

- No cóŜ, dziękuję za rozmowę - rzekłem, gdy nieco zbyt entuzjastycznie ściskaliśmy 

sobie dłonie: najpierw w pokoju, potem w korytarzu i wreszcie w samych drzwiach. 

-  To  ja  panu  dziękuję  -  zawołał  Pal  Palicz.  -  Wie  pan,  nawet  dosyć  lubię  o  niej 

rozmawiać. Szkoda, Ŝe nie zachowałem ani jednej z jej fotografii. 

Przystanąłem, 

namyślając 

się 

przez 

chwilę. 

Czy 

aby 

dostatecznie 

go 

wypompowałem...  Ba,  zawsze  mogę  złoŜyć  mu  jeszcze  jedną  wizytę...  A  czy  w  którymś 

ilustrowanym czasopiśmie o samochodach, futrach, psach i modzie z Riwiery nie znalazłoby 

się jakieś zdjęcie, zrobione przypadkiem? Spytałem go o to. 

- MoŜliwe - powiedział. - MoŜliwe. Dostała kiedyś nagrodę na balu kostiumowym, ale 

nie pamiętam, gdzie to było. W tamtych czasach zdawało mi się, Ŝe wszystkie miasta składają 

background image

się wyłącznie z restauracji i sal balowych. 

Potrząsnął głową, śmiejąc się hałaśliwie, i zatrzasnął drzwi. Schodząc na dół minąłem 

wuja Czarnego, który wraz z chłopczykiem wolno piął się po schodach. 

- Był sobie raz - mówił - kierowca wyścigowy, co miał wiewióreczkę. No i pewnego 

dnia... 

background image

16 

W pierwszym odruchu stwierdziłem, Ŝe mam wreszcie to, czego szukałem - Ŝe wiem 

przynajmniej,  kim  była  kochanka  Sebastiana;  wnet  jednak  ostygłem  w  swym  zapale.  „CzyŜ 

mogła  to  być  ta  właśnie  kobieta,  pierwsza  Ŝona  tego  gaduły?”,  zastanawiałem  się,  gdy 

taksówka wiozła mnie pod kolejny adres. Czy warto iść za tym prawdopodobnym, aŜ nazbyt 

prawdopodobnym tropem? Czy obraz, który nakreślił przede mną Pal Palicz, nie był zanadto 

oczywisty?  Kapryśna  wietrznica  rujnuje  Ŝycie  głupca.  Ale  czy  Sebastian  był  głupcem? 

Przywołałem  w  pamięci  jego  odrazę  wobec  oczywistego  zła  i  oczywistego  dobra;  wobec 

taśmowo  produkowanych  form  przyjemności  i  wyświechtanych  form  cierpienia.  Tego  typu 

dziewczyna z miejsca zaczęłaby go draŜnić. Bo i o czym mógłby z nią rozmawiać, gdyby w 

ogóle zdołała zadzierzgnąć znajomość z cichym, nietowarzyskim, roztargnionym Anglikiem z 

Hotelu  Beaumont?  Niechby  tylko  wyjawiła,  co  myśli,  na  pewno  by  jej  zaczął  unikać. 

Twierdził  -  wiem  to  na  pewno  -  Ŝe  ostre  dziewczyny  są  tępe  na  umyśle,  a  nie  ma  nic 

nudniejszego  niŜ  ładna,  lubiąca  się  bawić  kobieta;  mało  tego:  przyjrzawszy  się  uwaŜnie 

choćby  najpiękniejszej  dziewczynie,  gdy  wydziela  samą  śmietankę  pospolitości,  nie  sposób 

nie  dostrzec  w  jej  urodzie  jakiejś  maleńkiej  skazy,  będącej  odpowiednikiem  jej  nawyków 

myślowych. Nie byłby moŜe od tego, Ŝeby czasem odgryźć kąsek z jabłka grzechu, bo samo 

pojęcie  grzeszności  nie  obchodziło  go  nic  a  nic  -  wyjąwszy  jedynie  błędy  składniowe;  nie 

znosił  natomiast  jabłkowej  galaretki,  zakonserwowanej  i  opatentowanej.  Mógłby  pewnie 

wybaczyć  kobiecie  skłonność  do  flirtu,  ale  nie  ścierpiałby  pozorów  tajemniczości.  MoŜe  by 

go  ubawiła  dzioucha  upita  piwem,  lecz  nie  miałby  pobłaŜania,  gdyby  jakaś  grande  cocotte 

napomknęła,  iŜ  haszyszu  łaknie.  Im  dłuŜej  myślałem,  tym  mniej  wydawało  mi  się 

prawdopodobne,  Ŝe  to  właściwy  ślad...  W  kaŜdym  razie  nie  powinienem  zawracać  sobie 

głowy tą dziewczyną, póki nie sprawdzę dwóch pozostałych moŜliwości. 

Krokiem pełnym zapału wmaszerowałem więc w progi majestatycznego domostwa (w 

bardzo szykownej dzielnicy), przed którym zatrzymała się taksówka. SłuŜąca oświadczyła, Ŝe 

Madame nie ma w domu, lecz widząc moje rozczarowanie kazała mi zaczekać, po chwili zaś 

wróciła z propozycją, Ŝebym został, jeśli mam ochotę, i porozmawiał z przyjaciółką Madame 

von  Graun  -  Madame  Lecerf.  Ta  okazała  się  drobną  młodą  kobietą  o  bladej  twarzy  i 

ciemnych,  gładko  przyczesanych  włosach.  Pomyślałem,  Ŝe  chyba  nigdy  w  Ŝyciu  nie 

widziałem tak równomiernie bladej cery; Madame  Lecerf miała na sobie  czarną sukienkę ze 

stójką, a w ręce trzymała długą czarną cygarniczkę. 

background image

- A więc chciałby się pan widzieć z moją przyjaciółką? - spytała; wydało mi się, Ŝe z 

jej  słów,  wypowiedzianych  krystalicznie  czystą  francuszczyzną,  bije  zachwycająca, 

staroświecka uprzejmość. 

Przedstawiłem się. 

- Tak - powiedziała. - Widziałam pańską wizytówkę. Jest pan Rosjaninem, prawda? 

-  Przyszedłem  -  zacząłem  -  z  ogromnie  delikatną  sprawą.  Ale  proszę  mi  najpierw 

powiedzieć, czy słusznie się domyślam, Ŝe Madame Graun jest moją rodaczką? 

Mais oui, elle est tout ce qu’il y a de plus russe - odparła miękkim głosem, w którym 

brzmiały dzwoneczki. - Jej mąŜ był Niemcem, ale mówił takŜe po rosyjsku. 

- Aaa - powiedziałem. - Miło mi słyszeć ten czas przeszły. 

-  MoŜe  być  pan  ze  mną  zupełnie  szczery  -  rzekła  Madame  Lecerf.  -  Przyznam,  Ŝe 

dosyć lubię delikatne sprawy. 

- Jestem krewnym - podjąłem - angielskiego pisarza, Sebastiana Knighta, nie Ŝyjącego 

od  dwóch  miesięcy;  próbuję  opracować  jego  biografię.  Miał  on  bliską  przyjaciółkę,  którą 

poznał w Blaubergu,  gdzie przebywał w 1929 roku. Usiłuję ją odnaleźć.  To z grubsza rzecz 

biorąc wszystko. 

Quelle drôle d'histoire! - zawołała. - AleŜ dziwna historia. I co chciałby pan od niej 

usłyszeć? 

- Och, cokolwiek zechce mi powiedzieć... Ale czy z tego wynika... Mam rozumieć, Ŝe 

Madame Graun jest osobą, o którą mi chodzi? 

-  Niewykluczone  -  odparła.  -  ChociaŜ  nie  pamiętam,  Ŝebym  kiedykolwiek  słyszała  z 

jej ust to akurat nazwisko... JakŜeŜ ono brzmiało?... 

- Sebastian Knight. 

-  Nie,  nie  pamiętam.  Ale  i  tak  moŜliwe,  Ŝe  to  ona.  Gdziekolwiek  się  zatrzymuje, 

zawsze  z  kimś  się  zaprzyjaźnia.  Il  va  sans  dire  -  dodała  -  Ŝe  powinien  pan  osobiście  z  nią 

porozmawiać. O, na pewno wyda się panu urocza. Ale jaka to dziwna historia - powtórzyła, 

patrząc na mnie z uśmiechem. - Dlaczego musi pan pisać o nim ksiąŜkę i jak to się stało, Ŝe 

nie zna pan nazwiska tej kobiety? 

- Sebastian Knight był człowiekiem dość skrytym - wyjaśniłem. - A listy od tej damy, 

które zachował... Widzi pani, Ŝyczył sobie, Ŝeby je spalono po jego śmierci. 

-  Słusznie  -  rzekła  radosnym  tonem.  -  Doskonale  go  rozumiem.  Oczywiście,  listy 

miłosne naleŜy palić. Przeszłość to taki szlachetny opał. Chciałby pan moŜe wypić filiŜankę 

herbaty? 

-  Nie  -  odparłem.  -  Chciałbym  natomiast  wiedzieć,  kiedy  będę  mógł  się  zobaczyć  z 

background image

Madame Graun. 

- Niebawem - powiedziała Madame  Lecerf. - Akurat nie ma jej w ParyŜu, ale myślę, 

Ŝ

e  jutro  mógłby  pan  znowu  wstąpić.  Właśnie,  tak  chyba  będzie  najlepiej.  Ona  moŜe  wrócić 

nawet dziś wieczór. 

- Zechce mi pani coś więcej o niej powiedzieć? - spytałem. 

-  Nic  trudnego  -  rzekła  Madame  Lecerf.  -  Jest  niezłą  śpiewaczką...  wie  pan,  pieśni 

cygańskie, mniej więcej ten styl. Jest niezwykle piękna. Elle fait des passions. Przepadam za 

nią i kiedy tylko jestem w ParyŜu, mieszkam u niej. Zresztą stoi tu jej zdjęcie. 

Wolno, bezszelestnie przeszła przez wyłoŜony puszystym dywanem salonik i zdjęła z 

fortepianu duŜą fotografię w ramce. Przez chwilę wpatrywałem się w twarz niezwykłej urody, 

na  wpół  odwróconą  ku  tyłowi.  Miękki  owal  policzka  i  mknąca  skosem  ku  górze  widmowa 

brew  wydały  mi  się  wybitnie  rosyjskie.  Na  dolnej  powiece  widać  było  lekki  poblask,  na 

pełnych,  ciemnych  wargach  takoŜ.  W  wyrazie  twarzy  dostrzegłem  przedziwną  mieszankę 

rozmarzenia i sprytu. 

- Tak - powiedziałem. - Tak... 

- A co, czy to ona? - dociekliwie spytała Madame Lecerf. 

- MoŜliwe - odparłem. - Wiele sobie obiecuję po spotkaniu z nią. 

-  Spróbuję  sama  się  dowiedzieć  -  powiedziała  Madame  Lecerf  uroczo  spiskowym 

tonem.  -  Bo  widzi  pan,  moim  zdaniem  znacznie  uczciwiej  jest  pisać  ksiąŜki  o  ludziach, 

których się zna, niŜ robić z nich siekaninę, a potem przedstawiać ją jako coś, co samemu się 

wymyśliło! 

Podziękowałem jej i, jak mówią Francuzi, wykonałem swoje adieux. Miała wyjątkowo 

małą dłoń, którą niechcący za mocno ścisnąłem; Madame Lecerf skrzywiła się z bólu, bo na 

ś

rodkowym palcu nosiła duŜy pierścień o ostrych kantach. Mnie takŜe trochę zabolało. 

-  Jutro  o  tej  samej  porze  -  powiedziała  śmiejąc  się  łagodnie.  Miła,  spokojna  osoba, 

spokojnie wzruszająca. 

Jak  dotąd  niczego  się  nie  dowiedziałem,  czułem  jednak,  Ŝe  robię  postępy.  NaleŜało 

jeszcze uspokoić sumienie w związku z Lydią Bohemsky. Kiedy się zgłosiłem pod posiadany 

adres,  konsjerŜ  powiedział  mi,  Ŝe  ta  pani  wyprowadziła  się  przed  kilkoma  miesiącami. 

Wydawało mu się, Ŝe zamieszkała w hoteliku naprzeciwko. Tam oznajmiono mi, Ŝe wyniosła 

się przed trzema tygodniami i mieszka na drugim końcu miasta. Spytałem mego informatora, 

czy jego zdaniem jest to Rosjanka. Powiedział, Ŝe owszem. 

- Przystojna szatynka? - podsunąłem, stosując stary fortel Sherlocka Holmesa. 

- Zgadza się - rzekł, trochę mnie zniechęcając (prawidłowa odpowiedź winna brzmieć: 

background image

AleŜ  skąd,  szpetna  blondynka).  Po  pół  godzinie  wszedłem  do  ponurego  domu  w  pobliŜu 

więzienia  Sante.  Kiedy  zadzwoniłem,  drzwi  otworzyła  tłusta  podstarzała  kobieta  o 

zaondulowanych  jaskrawopomarańczowych  włosach  i  obwisłych  fioletowych  policzkach,  z 

jakimś ciemnym puchem nad umalowaną wargą. 

- Czy zastałem Mademoiselle Lydię Bohemsky? - spytałem. 

C’est moi - odparła ze straszliwie rosyjskim akcentem. 

- To ja pójdę po rzeczy - mruknąłem i czym prędzej opuściłem jej dom. Czasem sobie 

myślę, Ŝe moŜe ona dalej stoi w drzwiach. 

Kiedy  nazajutrz  odwiedziłem  mieszkanie  Madame  von  Graun,  pokojówka 

wprowadziła  mnie  do  innego  pokoju;  był  to  rodzaj  buduaru,  który  robił,  co  mógł,  Ŝeby 

wyglądać  uroczo.  JuŜ  poprzedniego  dnia  odczułem  panujący  w  tych  wnętrzach  upał,  a 

poniewaŜ  na  dworze  była  wprawdzie  wyraźna  wilgoć,  ale  na  pewno  nie  chłód,  owa 

kaloryfeeria wydawała się lekką przesadą. Długo  kazano mi czekać. Na konsolce stało kilka 

nienowych powieści francuskich (większość wyszła spod piór zdobywców literackich nagród) 

i  gruntownie  zaczytany  egzemplarz  Księgi  z  San  Michele  doktora  Axela  Munthe.  W 

afektowanym  wazonie  tkwił  bukiet  goździków.  Tu  i  ówdzie  stały  kruche  bibeloty;  były 

pewnie ładne i kosztowne, lecz ja przez całe Ŝycie podzielałem niemal patologiczną niechęć 

Sebastiana do wszystkiego, co szklane lub porcelanowe. Wymienię jeszcze - na końcu, choć 

rzecz  to  nie  najmniej  waŜna  -  coś,  co  udawało  zwykły  mebel  na  wysoki  połysk,  ja  jednak 

czułem, Ŝe w środku kryje się zgroza nad zgrozami: radio. RozwaŜywszy liczne za i przeciw 

naleŜało  wszelako  uznać  Helenę  von  Graun  za  osobę  „kulturalną  i  obdarzoną  dobrym 

smakiem”. 

Drzwi  otworzyły  się  wreszcie  i  moja  rozmówczyni  z  poprzedniego  dnia  wsunęła  się 

boczkiem - powiadam „boczkiem”, wchodząc oglądała się bowiem za siebie, nieco schylając 

głowę, i przemawiała do jakiegoś stworzenia, które okazało się czarnym buldogiem o Ŝabim 

pysku; pies rzęził na progu, nie bardzo mając ochotę wejść do pokoju. 

-  Proszę  pamiętać  o  moim  szafirze  -  powiedziała  dama,  podając  mi  drobną,  zimną 

dłoń. Usiadła na niebieskiej kanapie i wciągnęła za sobą cięŜkiego buldoga. 

-  Viens,  mon  vieux  -  wysapała.  -  Viens.  Usycha  z  tęsknoty  za  Heleną  -  dodała,  kiedy 

zwierzę legło wygodnie  wśród poduszek. - Taka  szkoda, wie pan, spodziewałam się jej dziś 

rano,  ale  zadzwoniła  z  Dijon  i  powiedziała,  Ŝe  wróci  dopiero  w  sobotę  [był  zaś  wtorek]. 

Okropnie  mi  przykro.  Nie  wiedziałam,  gdzie  pana  łapać.  Bardzo  pan  rozczarowany?  - 

Spojrzała  na  mnie,  złoŜywszy  podbródek  na  splecionych  dłoniach;  spiczaste  łokcie  ciasno 

opięte aksamitem oparła na kolanach. 

background image

- No cóŜ - odrzekłem. - Jeśli opowie mi pani coś więcej o Madame Graun, moŜe dam 

się pocieszyć. 

Sam nie wiem czemu, atmosfera tego mieszkania skłaniała mnie do afektacji w mowie 

i w gestach. 

-  Poza  tym  -  oznajmiła  kobieta,  unosząc  palec  zakończony  spiczastym  paznokciem  - 

J'ai une petite surprise pour vous. Ale najpierw wypijemy herbatę. 

Zrozumiałem,  Ŝe  tym  razem  nie  uniknę  herbacianej  farsy;  pokojówka  wtoczyła  juŜ 

stolik na kółkach, na którym stał lśniący serwis. 

- Postaw go tam, Jeanne - poleciła Madame Lecerf. - Tak, teraz dobrze. 

- Musi mi pan powiedzieć moŜliwie najwyraźniej - rzekła, zwracając się do mnie - tout 

ce  que  vous  croyez  raisonnable  de  demander  à  une  tasse  de  thé.  Podejrzewam,  Ŝe  chciałby 

pan do niej trochę śmietanki, skoro mieszkał pan przez jakiś czas w Anglii. Wie pan, Ŝe nawet 

wygląda pan na Anglika. 

- Wolę wyglądać na Rosjanina - powiedziałem. 

-  Niestety,  chyba  nie  znam  Ŝadnych  Rosjan,  oczywiście  prócz  Heleny.  Te  herbatniki 

wydają mi się dosyć zabawne. 

- Więc co to za niespodzianka? 

Miała  ten  dziwny  zwyczaj,  Ŝe  uwaŜnie  wpatrywała  się  w  rozmówcę,  ale  nie  w  jego 

oczy,  tylko  w  dolną  partię  twarzy:  myślałby  kto,  Ŝe  przyczepił  się  tam  jakiś  okruch  czy 

paproch, który naleŜało obetrzeć. Była jak na Francuzkę bardzo dyskretnie umalowana, a jej 

przezroczysta skóra i ciemne włosy ogromnie mi się podobały. 

- Aaaa! - powiedziała. - Spytałam ją o coś, kiedy zadzwoniła, a ona... - zawiesiła głos i 

chyba delektowała się przez chwilę moim zniecierpliwieniem. 

- Odpowiedziała - wtrąciłem - Ŝe moje nazwisko nic jej nie mówi. 

- Nie - rzekła Madame Lecerf. - Tylko się roześmiała, ale ja juŜ znam ten jej śmiech. 

Zdaje się, Ŝe wstałem i zacząłem się przechadzać po pokoju. 

- Ha - powiedziałem wreszcie. - Nie bardzo jest tu z czego się śmiać, prawda? Czy ona 

nie wie, Ŝe Sebastian Knight nie Ŝyje? 

Madame Lecerf zamknęła ciemne aksamitne oczy w milczącym „tak” i znów spojrzała 

na mój podbródek. 

- Widziała ją pani ostatnio? Czy widziała ją pani w styczniu, kiedy w gazetach pisano 

o jego śmierci? Nie było jej go Ŝal? 

- Niech pan posłucha, przyjacielu. Jest pan dziwnie naiwny - rzekła Madame Lecerf. - 

Istnieje wiele rodzajów  miłości i wiele rodzajów smutku. Przyjmijmy, Ŝe Helena jest osobą, 

background image

której  pan  szuka.  Skąd  moŜemy  wiedzieć,  czy  kochała  go  aŜ  tak,  Ŝeby  jego  śmierć  nią 

wstrząsnęła? A jeśli istotnie go kochała, ale ma na temat śmierci jakieś szczególne poglądy, 

wykluczające  histerię?  CóŜ  my  w  ogóle  wiemy  o  takich  rzeczach?  To  jej  osobista  sprawa. 

Sama pewnie wszystko panu powie, ale jak dotąd nie zasłuŜyła na to, Ŝeby jej ubliŜać. 

-  AleŜ  ja  jej  nie  ubliŜam  -  zawołałem.  -  Przepraszam,  jeŜeli  byłem  niesprawiedliwy. 

Proszę mi dalej o niej opowiadać. Dawno ją pani zna? 

-  Och,  w  ostatnich  latach  rzadko  ją  widywałam,  dopiero  w  tym  roku  częściej...  wie 

pan, ona wciąŜ podróŜuje... ale  chodziłyśmy  do jednej szkoły... tu, w ParyŜu. Jej ojcem był, 

zdaje się, pewien malarz rosyjski. Była bardzo młoda, kiedy wyszła za tego durnia. 

- Jakiego durnia? - rzuciłem pytanie. 

-  Swego  męŜa,  kogóŜ  by  innego?  MęŜowie  to  przewaŜnie  durnie,  ale  ten  był  hors 

concours. Długo to nie potrwało, no i całe szczęście. Proszę zapalić mojego. - Podała mi takŜe 

zapalniczkę. Buldog warknął przez sen. Posunęła się na kanapie i podwinęła nogi, robiąc mi 

miejsce. - Pan chyba nieduŜo wie o kobietach, prawda? - spytała, gładząc się po pięcie. 

- Interesuje mnie tylko jedna - odparłem. 

-  A  ile  ma  pan  lat?  -  ciągnęła.  -  Dwadzieścia  osiem?  Zgadłam?  Nie?  O,  to  jest  pan 

starszy  ode  mnie.  Ale  mniejsza  z  tym.  O  czym  to  ja  mówiłam?... Wiem o  niej  to  i  owo...  Z 

niektórych spraw sama mi się zwierzyła, resztę pozbierałam tu i ówdzie. Jedyny męŜczyzna, 

którego  naprawdę  kochała,  był  Ŝonaty.  Działo  się  to,  zanim  sama  wyszła  za  mąŜ,  a  trzeba 

panu  wiedzieć,  Ŝe  była  wtedy  ledwie  dziewuszką...  znudziła  mu  się,  czy  jakoś  tak...  Potem 

miała parę romansów, ale właściwie bez znaczenia. Un coeur de femme ne ressuscite jamais. 

Jeszcze później zdarzyła jej się pewna historia, i tę opowiedziała mi w całości. Dosyć smutno 

to brzmiało. 

Zaśmiała się. Miała małe blade usta i trochę za duŜe zęby. 

-  Zrobił  pan  taką  minę,  jakby  to  pańską  wybraną  była  moja  przyjaciółka  -  rzekła 

kpiąco. - Ano właśnie, chciałam pana spytać, jak pan w ogóle trafił pod ten adres... Co pana 

skłoniło, Ŝeby szukać akurat Heleny? 

Powiedziałem jej o czterech adresach zdobytych w Blaubergu. Wymieniłem nazwiska. 

- Coś nadzwyczajnego - zawołała. - To dopiero energia! Voyez vous ca! I pojechał pan 

do Berlina? To była śydówka? Przepyszna historia! I tamte dwie teŜ pan odnalazł? 

- Widziałem jedną - powiedziałem - i to mi wystarczyło. 

- Którą? - spytała w napadzie niepohamowanej wesołości. - Którą? Tę jakąś Rechnoy? 

- Nie - odparłem. - Jej mąŜ oŜenił się po raz drugi, a ona znikła bez śladu. 

-  Jest  pan  uroczy,  po  prostu  uroczy  -  powiedziała  Madame  Lecerf,  ocierając  oczy  i 

background image

wybuchając nową falą śmiechu. - JuŜ widzę, jak pan tam wpada i staje oko w oko z dwojgiem 

niewinnych ludzi. Och, nigdy w Ŝyciu nie słyszałam tak śmiesznej historii. Jego Ŝona zrzuciła 

pana ze schodów czy coś w tym rodzaju? 

- Zmieńmy temat - rzekłem dość szorstko. Miałem juŜ dość wesołości tej dziewczyny. 

Traktowała  ona  niestety  poŜycie  małŜeńskie  z  typowo  francuskim  poczuciem  humoru,  które 

kiedy indziej moŜe by mi się nawet podobało; teraz jednak czułem, Ŝe podchodząc do moich 

dociekań  w  sposób  tak  nonszalancko  nieprzyzwoity,  trochę  lekcewaŜy  pamięć  Sebastiana. 

Uczucie to narastało i nagle pomyślałem, Ŝe moŜe całe to przedsięwzięcie jest nieprzyzwoite, 

a ja, niezdarnie tropiąc widmo, zaprzepaściłem wszelką szansę, iŜ wyrobię sobie jakikolwiek 

obraz ostatniej miłości Sebastiana. A moŜe i jego wyobraźnię połechtałaby groteskowa strona 

pielgrzymki,  którą  dlań  podjąłem?  Czy  przedmiot  biografii  dostrzegłby  w  niej  ową 

szczególną  „kreskę  Knighta”,  wynagradzając  w  ten  sposób  biografowi  wszelkie  potknięcia  i 

upadki? 

- Proszę mi wybaczyć - powiedziała Madame Lecerf, kładąc lodowatą dłoń na mojej i 

patrząc na mnie spod nachylonego czoła. - Wie pan, nie trzeba być aŜ tak draŜliwym. 

Szybko  wstała  i  podeszła  do  mahoniowego  sprzętu  w  kącie  pokoju.  Kiedy  się 

pochyliła,  spojrzałem  na  jej  szczupłe,  dziewczęce  plecy  -  i  nagle  odgadłem,  co  ma  zamiar 

zrobić. 

- Nie, tylko nie to, na miłość boską! - krzyknąłem. 

- Nie? - spytała. - Myślałam, Ŝe moŜe odrobina muzyki ukoi pańskie nerwy i w ogóle 

stworzy klimat w sam raz dla tej rozmowy. Nie? No cóŜ, jak pan chce. 

Buldog otrząsnął się i ułoŜył z powrotem. 

- No właśnie - rzekła Madame Lecerf tonem przymilnie nadąsanym. 

- Miała mi pani coś powiedzieć - przypomniałem jej. 

-  Tak  -  odparła  i  znowu  usiadła  obok  mnie,  podwijając  nogę  i  równocześnie 

obciągając  rąbek  spódnicy.  -  Tak.  Widzi  pan,  nie  wiem,  kim  był  ten  męŜczyzna,  ale  z  jej 

opowiadań  zrozumiałam,  Ŝe  naleŜał  do  męŜczyzn  trudnych.  Lubiła  na  niego  patrzeć,  miał 

ładne ręce i sposób mówienia, pomyślała więc, Ŝe zabawnie byłoby  go  w sobie rozkochać... 

bo  widzi  pan,  wyglądał  na  wielkiego  intelektualistę,  a  to  zawsze  miła  rozrywka,  kiedy  taki 

wyrafinowany  mózgowiec,  co  to  do  wszystkiego  ma  dystans,  zaczyna  nagle  łazić  na 

czworakach i merdać ogonem. Co się znowu stało, cher Monsieur? 

-  Na  miłość  boską,  o  czym  pani  mówi?  -  zawołałem.  -  Kiedy...  kiedy  i  gdzie 

wydarzyła się ta... ta historia? 

Ah non mer ci, je ne suis pas le calendrier de mon amie. Vous ne voudriez pas! Nie 

background image

zawracałam sobie głowy tym, Ŝeby ją wypytywać o daty i nazwiska, a jeśli nawet sama mi je 

zdradziła, zdąŜyłam juŜ zapomnieć. Proszę o nic więcej nie pytać: mówię panu to, co wiem, a 

nie  to,  czego  chciałby  pan  się  dowiedzieć.  Nie  sądzę,  Ŝeby  chodziło  o  pańskiego  krewnego. 

Taki był do pana niepodobny... ja oczywiście tylko porównuję to, co ona mi opowiedziała, z 

tym,  co  pan  mi  zdąŜył  zademonstrować.  W  panu  jest  tyle  entuzjazmu  i  taki  z  pana  miły 

chłopak  -  a  o  nim  wszystko  moŜna  by  powiedzieć,  tylko  nie  to,  Ŝe  był  miły...  zrobił  się  po 

prostu  podły,  kiedy  poczuł,  Ŝe  się  zakochuje  w  Helenie.  O,  wcale  się  nie  zmienił  w 

sentymentalnego szczeniaka, tak jak się spodziewała. Oznajmił jej z goryczą, Ŝe jest kobietą 

tanią  i  próŜną,  a  potem  ją  pocałował,  Ŝeby  się  przekonać,  czy  aby  nie  ma  do  czynienia  z 

porcelanową figurką. Porcelanowa to ona nie była, i wkrótce stwierdził, Ŝe nie moŜe bez niej 

Ŝ

yć, natomiast ona uznała, Ŝe juŜ dosyć się nasłuchała jego relacji z własnych snów, snów w 

snach  i  snów  w  snach  ze  snów.  Proszę  zauwaŜyć,  Ŝe  nikogo  tu  nie  potępiam.  MoŜe  oboje 

mieli rację,  a moŜe Ŝadne -  ale wie pan, moja przyjaciółka niezupełnie była tą pospolitą ko-

bietą,  za  którą  tamten  ją  brał...  o  nie,  była  kimś  zupełnie  innym  i  wiedziała  trochę  więcej  o 

Ŝ

yciu, o śmierci i o ludziach, aniŜeli on we własnym przekonaniu wiedział. Widzi pan, naleŜał 

do  tych  męŜczyzn,  co  to  wszystkie  współczesne  ksiąŜki  uwaŜają  za  szmirę,  a  całą 

współczesną młodzieŜ za bandę durni, tylko dlatego Ŝe nie mogą zrozumieć cudzych doznań 

ani  poglądów,  bo  zanadto  są  zaprzątnięci  własnymi.  Jego  gusta  i  kaprysy  to  podobno  coś 

wręcz niewyobraŜalnego, a jak się wyraŜał o religii... to chyba musiało być okropne. A moja 

przyjaciółka, wie pan, jest - a raczej była - bardzo wesoła, tres vive, i w ogóle, ale czuła, Ŝe 

natychmiast się starzeje i gorzknieje, ilekroć on się pojawia. Bo wie pan,  nigdy długo u niej 

nie zostawał: przychodził à l'improviste, klapnąwszy na puf kładł dłonie  w rękawiczkach na 

gałce laski - i ponuro patrzył przed siebie. Wkrótce zaprzyjaźniła się z innym męŜczyzną. Ten 

nowy  ją  ubóstwiał,  okazywał  jej  znacznie  więcej  zainteresowania,  dobroci  i  troski  niŜ 

człowiek, którego mylnie bierze pan za swego brata (proszę się tak nie marszczyć), ale ona o 

Ŝ

adnego nie dbała, a kiedy się czasem u niej spotkali, to tyle sobie okazywali uprzejmości, Ŝe 

podobno moŜna było boki zrywać.  Lubiła podróŜe, ale skoro tylko znalazła jakieś naprawdę 

miłe  miejsce,  gdzie  mogłaby  zapomnieć  o  zmartwieniach  i  w  ogóle  o  wszystkim,  on  znów 

psuł krajobraz, bo nagle siadał przy jej stoliku na tarasie i zaczynał mówić, jaka jest próŜna i 

tania,  a  on  Ŝyć  bez  niej  nie  moŜe.  Kiedy  indziej  potrafił  wygłosić  długą  mowę  wobec  jej 

przyjaciół - wie pan, des jeunes gens qui aiment à rigoler - długi i mętny wykład o kształcie 

popielniczki albo o barwie czasu... no i w końcu zostawał sam: siedział na krześle i tylko się 

głupio  uśmiechał  albo  mierzył  sobie  puls.  Byłaby  szkoda,  gdyby  rzeczywiście  okazał  się 

pańskim  krewnym,  bo  ona  chyba  zachowała  niezbyt  miłe  souvenir  z  tamtych  dni.  Twierdzi, 

background image

Ŝ

e stał się wreszcie zupełnym utrapieniem i juŜ nawet dotknąć mu się nie pozwalała, bo kiedy 

się  podniecił,  to  zaraz  dostawał  jakiegoś  ataku  czy  czegoś  w  tym  rodzaju.  AŜ  któregoś  dnia 

wiedząc,  Ŝe  on  przyjedzie  wieczornym  pociągiem,  poprosiła  pewnego  młodego  człowieka, 

gotowego  zrobić  wszystko,  byle  jej  sprawić  przyjemność,  otóŜ  poprosiła,  Ŝeby  wyszedł 

tamtemu na spotkanie i powiedział, Ŝe ona nie chce go nigdy więcej widzieć na oczy, a jeśli 

będzie  próbował  z  nią  się  zobaczyć,  zostanie  uznany  przez  jej  przyjaciół  za  natręta  i 

odpowiednio potraktowany. Chyba niezbyt ładnie postąpiła, ale uwaŜała, Ŝe na dłuŜszą metę 

tak będzie dla niego lepiej. No i udało się. Przestał jej nawet przysyłać te swoje błagalne listy, 

których  zresztą  i  tak  nigdy  nie  czytała.  Nie,  naprawdę  nie  sądzę,  Ŝeby  mógł  być  pańskim 

krewnym. JeŜeli tyle panu opowiadam, to tylko po to, Ŝeby namalować portret Heleny, a nie 

jej kochanków. Była taka pełna Ŝycia, słodka dla wszystkich, tryskająca tą vitalité joyeuse qui 

est, d'ailleurs, tout - à - fait conforme à une philosophie innée, à un sens quasi - religieux des 

phénomènes  de  la  vie.  I  co  z  tego  wynikło?  Wszyscy  męŜczyźni,  którzy  jej  się  podobali, 

straszliwie  ją  zawiedli,  kobiety  z  bardzo  nielicznymi  wyjątkami  okazały  się  zwykłymi 

plotkarami  i  w  sumie  spędziła  najlepsze  lata  dąŜąc  do  szczęścia  w  świecie,  który  ze 

wszystkich  sił  starał  się  ją  złamać.  No  cóŜ,  kiedy  ją  pan  pozna,  sam  się  pan  przekona,  czy 

ś

wiatu się udało. 

Milczeliśmy  przez  dość  długą  chwilę.  Niestety,  nie  miałem  juŜ  cienia  wątpliwości, 

choć  Sebastian  wypadał  w  tej  historii  koszmarnie;  pamiętałem  jednak,  Ŝe  jest  to  portret  z 

drugiej ręki. 

-  Tak  -  powiedziałem.  -  Muszę  się  z  nią  zobaczyć,  za  wszelką  cenę.  Z  dwóch 

powodów. Po pierwsze chcę jej zadać jedno pytanie, jedno jedyne. Po drugie... 

- Tak? - rzekła Madame Lecerf, upiwszy łyczek wystygłej herbaty. - Po drugie? 

-  Po  drugie  w  Ŝaden  sposób  nie  umiem  sobie  wyobrazić,  czym  taka  kobieta  mogła 

przyciągnąć mojego brata, więc muszę ją zobaczyć na własne oczy. 

-  Chce  pan  powiedzieć,  Ŝe  wydała  się  panu  straszna,  niebezpieczna?  Une  femme 

fatale? Bo wie pan, to nie byłaby prawda. Jest poczciwa z kościami. 

- AleŜ skąd. Ani straszna, ani niebezpieczna. MoŜe sprytna i tak dalej, ale... Nie, sam 

ją muszę zobaczyć. 

-  Kto  doŜyje,  ten  zobaczy  -  stwierdziła  Madame  Lecerf.  -  Niech  pan  posłucha.  Mam 

propozycję.  Jutro  wyjeŜdŜam.  JeŜeli  wpadnie  pan  tu  w  sobotę,  Helena  moŜe  być  w  takim 

pośpiechu  -  bo  ona  stale  dokądś  pędzi  -  Ŝe  odłoŜy  spotkanie  z  panem  na  następny  dzień 

zapominając,  Ŝe  wtedy  z  kolei  wyjeŜdŜa  na  tydzień  do  mojej  wiejskiej  posiadłości.  Czyli 

znowu  pan  się  z  nią  minie.  Inaczej  mówiąc,  najlepiej  chyba  byłoby,  gdyby  pan  takŜe  mnie 

background image

odwiedził.  W  ten  sposób  na  pewno  się  spotkacie.  Proponuję  więc,  Ŝeby  pan  przyjechał  w 

niedzielę rano i został, jak długo pan zechce. Mamy  cztery pokoje  gościnne, więc myślę, Ŝe 

będzie panu wygodnie. A poza tym, wie pan, jeśli sama z nią najpierw troszkę porozmawiam, 

wprawię ją w odpowiedni nastrój do rozmowy z panem. Eh bien, êtes - vous d'accord? 

background image

17 

„Ciekawa  historia”,  pomyślałem:  coś  w  rodzaju  podobieństwa  rodzinnego  łączyło 

Ninę Rechnoy i Helenę von Graun - a przynajmniej ich portrety, namalowane na mój uŜytek 

przez  męŜa  jednej  i  przyjaciółkę  drugiej.  Nie  bardzo  było  jak  wybrać  między  tymi  dwiema: 

Nina  płytka  i  urokliwa,  Helena  szczwana  i  twarda;  obie  niestałe,  a  Ŝadna  z  nich  w  moim 

guście - ani teŜ, jak sobie wyobraŜałem, w guście Sebastiana. Przez chwilę zastanowiłem się, 

czy się znały w Blaubergu: tworzyłyby dosyć dobrany tandem - przynajmniej teoretycznie; w 

rzeczywistości  pewnie  by  na  siebie  syczały  i  pluły.  Z  drugiej  jednak  strony  mogłem  teraz 

całkowicie porzucić trop Madame Rechnoy - co uczyniłem z wielką ulgą. Niepodobna, Ŝeby 

to,  co  ta  młoda  Francuzka  opowiedziała  mi  o  swojej  przyjaciółce,  okazało  się  dziełem 

zwykłego  przypadku.  Pominąwszy  emocje,  których  doznawałem  słuchając,  jak  traktowano 

Sebastiana,  musiałem  przecieŜ  czuć  satysfakcję  na  myśl,  Ŝe  moje  dociekania  pomału 

zmierzają  do  końca  i  Ŝe  oszczędzono  mi  niewykonalnej  pracy,  jaką  byłoby  wydobycie  - 

choćby spod ziemi - pierwszej Ŝony Pala Palicza, ta bowiem równie dobrze mogła siedzieć w 

więzieniu w Los Angeles. 

Wiedziałem, Ŝe stoję w obliczu ostatniej szansy, toteŜ pragnąc mieć pewność, Ŝe dotrę 

do  Heleny  von  Graun,  zdobyłem  się  na  niezmierny  wysiłek  i  napisałem  do  niej  na  paryski 

adres, tak aby po powrocie zastała w domu mój list. Był on całkiem krótki: powiadamiałem ją 

tylko,  Ŝe  bawię  w  gościnie  u  jej  przyjaciółki  w  Lescaux,  przyjąłem  zaś  to  zaproszenie 

wyłącznie z myślą o spotkaniu z nią; dodałem, Ŝe chcę omówić pewną waŜną sprawę natury 

literackiej.  W  ostatnim  zdaniu  trochę  minąłem  się  z  prawdą,  ale  dodałem  je  na  przynętę. 

Niezupełnie  zrozumiałem,  czy  kiedy  Helena  von  Graun  telefonowała  z  Dijon,  przyjaciółka 

wspomniała jej, Ŝe pragnę ją  widzieć. Straszliwie się niepokoiłem, czy  w niedzielę Madame 

Lecerf nie oświadczy mi z całą uprzejmością, iŜ Helena zmieniła plany i pojechała do Nicei. 

Wysławszy  list  czułem  przynajmniej,  Ŝe  zrobiłem  co  w  mojej  mocy,  aby  doprowadzić  do 

spotkania. 

Wyruszyłem  o  dziewiątej  rano,  Ŝeby  zgodnie  z  umową  dotrzeć  do  Lescaux  około 

południa. Wsiadałem juŜ do pociągu, kiedy doznałem wstrząsu, zdawszy sobie nagle sprawę, 

Ŝ

e  po  drodze  przejadę  przez  St  Damier  -  miejscowość,  w  której  Sebastian  umarł  i  został 

pochowany. Do tego właśnie miasteczka podróŜowałem pewnej niezapomnianej nocy. Teraz 

jednak  nie  rozpoznałem  Ŝadnych  szczegółów:  gdy  pociąg  zatrzymał  się  na  minutę  przy 

peronie  w  St  Damier,  jedynie  napis  na  tablicy  powiedział  mi,  Ŝe  juŜ  wcześniej  tam  byłem. 

background image

Wszystko  wydawało  się  takie  proste,  określone  i  stateczne  w  porównaniu  z  koślawym 

wraŜeniem sennym, tkwiącym w mej pamięci. A moŜe ono teŜ było proste i dopiero teraz się 

wykoślawiło? 

Poczułem  dziwną  ulgę,  kiedy  pociąg  ruszył  w  dalszą  drogę:  z  tą  chwilą  przestałem 

wędrować  widmowym  szlakiem  sprzed  dwóch  miesięcy.  Dzień  był  pogodny;  ilekroć  pociąg 

przystawał,  zdawało  mi  się,  Ŝe  słyszę  lekki,  nierówny  oddech  wiosny,  wciąŜ  jeszcze  ledwie 

dostrzegalnej,  lecz  niewątpliwie  obecnej:  „zziębnięte  baletnice  czekają  za  kulisami”  -  tak 

nazwał niegdyś Sebastian ten stan. 

Dom  Madame  Lecerf  był  duŜy,  ale  w  opłakanym  stanie.  Kilkanaście  chorych  drzew 

udawało  park.  Z  jednej  strony  ciągnęły  się  pola,  z  drugiej,  na  wzgórzu,  widać  było  fabrykę. 

Wszystko  w  tym  miejscu  wydawało  się  przedziwnie  sfatygowane,  zapuszczone  i  pokryte 

kurzem; kiedy później się dowiedziałem, Ŝe dom ma dopiero trzydzieści parę lat, tym bardziej 

zdumiała  mnie  rujnacja,  do  jakiej  go  doprowadzono.  Idąc  do  głównego  wejścia  spotkałem 

męŜczyznę, który spieszył w moją stronę, zgrzytając butami po Ŝwirze; przystanął i podał mi 

rękę: 

-  Enchanté  de  vous  connaître  -  powiedział,  mierząc  mnie  melancholijnym 

spojrzeniem.  -  śona  oczekuje  pana.  Je  suis  navré...  Muszę  niestety  jechać  do  ParyŜa,  i  to 

właśnie w niedzielę. 

Był to Francuz w średnim wieku, o dość pospolitym wyglądzie, zmęczonych oczach i 

automatycznym uśmiechu. Znowu podaliśmy sobie ręce. 

-  Mon  ami,  spóźnisz  się  na  pociąg  -  dobiegł  z  werandy  krystaliczny  głos  Madame 

Lecerf, a męŜczyzna posłusznie ruszył truchcikiem. 

Tego  dnia  gospodyni  włoŜyła  beŜową  suknię;  usta  miała  jaskrawo  umalowane,  lecz 

ani  jej  się  śniło  paprać  czymkolwiek  swą  przezroczystą  cerę.  Słońce  nadawało  jej  włosom 

niebieskawy  połysk  i  oto  pomyślałem,  Ŝe  ta  młoda  kobieta  jest  właściwie  bardzo  ładna. 

Przeszliśmy  przez  kilka  pokojów,  które  tak  wyglądały,  jakby  niezbyt  zdecydowanie 

podzielono  między  nie  rolę  salonu.  Miałem  wraŜenie,  Ŝe  jesteśmy  sami  w  tym 

nieprzyjemnym domu, wśród plątaniny pomieszczeń. Madame Lecerf podniosła szal z obitej 

zielonym jedwabiem kanapki i otuliła się nim. 

-  AleŜ  ziąb  -  powiedziała.  -  JeŜeli  czegoś  w  Ŝyciu  nienawidzę,  to  właśnie  zimna. 

Proszę zobaczyć, jakie mam lodowate ręce. Są takie przez cały rok, z wyjątkiem lata. Obiad 

będzie za minutę. Niech pan siada. 

- Kiedy dokładnie ona przyjeŜdŜa? - spytałem. 

Écoutez - odrzekła Madame Lecerf. - Czy nie moŜe pan na chwilę o niej zapomnieć i 

background image

porozmawiać  o  innych  sprawach?  Ce  n’est  pas  très  poli,  vous  savez.  Proszę  mi  powiedzieć 

coś o sobie. Gdzie pan mieszka i czym się pan zajmuje? 

- Będzie tu po południu? 

-  Tak,  tak,  uparciuchu,  Monsieur  l'entêté.  Przyjedzie  na  pewno.  Proszę  się  tak  nie 

niecierpliwić. Wie pan, kobiety nie interesują się męŜczyznami, którzy miewają idée fixe. Jak 

się panu podobał mój mąŜ? 

Powiedziałem, Ŝe jest chyba duŜo od niej starszy. 

- Poczciwina, ale straszny nudziarz - odparła ze śmiechem. - Specjalnie go wysłałam. 

Dopiero rok temu wzięliśmy ślub, a ja juŜ się czuję jak po diamentowych godach. I nie cierpię 

tego domu. Okropny, prawda? 

Powiedziałem, Ŝe sprawia dość staroświeckie wraŜenie. 

-  O,  to  nie  jest  właściwe  słowo.  Kiedy  go  pierwszy  raz  zobaczyłam,  wydawał  się 

nowiuteńki.  Ale  od  tamtej  pory  sypie  się  i  blaknie.  Zwierzyłam  się  lekarzowi,  Ŝe  wszystkie 

kwiaty prócz goździków i Ŝonkili więdną, jeśli ich dotknę... Czy to nie dziwne? 

- A cóŜ lekarz? 

- Powiedział, Ŝe nie jest botanikiem. Z pewną księŜniczką perską było tak samo jak ze 

mną. Uschły przez nią całe ogrody pałacowe. 

Starszawa, dość ponura pokojówka zajrzała do pokoju i ruchem głowy dała znak swej 

pani. 

-  Proszę  za  mną  -  rzekła  Madame  Lecerf.  -  Vous  devez  mourir  de  faim,  sądząc  po 

minie. 

Zderzyliśmy się w drzwiach, bo gdy szedłem za nią, nagle się odwróciła. Wczepiła mi 

się w ramię, a jej włosy musnęły mój policzek. 

- Niezdara z pana, młody człowieku - powiedziała. - Zapomniałam swoich tabletek. 

Kiedy  je  znalazła,  przeszliśmy  przez  cały  dom,  szukając  jadalni.  W  końcu  do  niej 

trafiliśmy.  Było  to  posępne  pomieszczenie  z  wykuszem,  który  jakby  w  ostatniej  chwili 

zmienił zdanie i bez większego przekonania spróbował wrócić do pierwotnego kształtu, czyli 

stać  się  zwyczajnym  oknem.  Dwie  osoby  weszły  sunąc  bezgłośnie,  kaŜda  innymi  drzwiami. 

Jedną  z  nich  była  jakaś  stara  dama  -  domyśliłem  się,  Ŝe  to  kuzynka  Monsieur  Lecerfa.  Jej 

udział  w  rozmowie  ograniczał  się  do  uprzejmych  mruknięć,  gdyśmy  sobie  wzajemnie 

podawali  wiktuały.  Drugim  nowo  przybyłym  okazał  się  dość  przystojny  męŜczyzna  o 

uroczystym  wyrazie  twarzy,  z  dziwnym  szarym  pasmem  wśród  rzadkich  włosów  blond, 

ubrany  w  bryczesy.  Przez  cały  obiad  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Madame  Lecerf 

dokonywała prezentacji jednym pośpiesznym machnięciem ręki, nie zaprzątając sobie głowy 

background image

nazwiskami.  Zorientowałem  się,  Ŝe  w  ogóle  nie  zauwaŜa  tego  jegomościa,  a  on  w  dodatku 

siedzi  jakby  na  uboczu.  Potrawy  przyrządzone  były  smacznie,  ale  zestawione  trochę  bez 

sensu. Za to wino podano dobre. 

Kiedy  wśród  brzęku  sztućców  przebrnęliśmy  przez  pierwsze  danie,  jegomość  o 

włosach  blond  zapalił  papierosa  i  gdzieś  sobie  poszedł.  Po  minucie  wrócił  z  popielniczką. 

Madame Lecerf, dotychczas zajęta jedzeniem, spojrzała na mnie i rzekła: 

- A więc sporo pan ostatnio podróŜował? Wie pan, nigdy nie byłam w Anglii... jakoś 

się nie składało. To chyba nudny kraj. On doit s'y ennuyer follement, n'est - ce - - pas? No i te 

mgły...  I  ani  śladu  muzyki,  w  ogóle  Ŝadnej  sztuki...  Tego  królika  przyrządzono  według 

specjalnego przepisu, myślę, Ŝe będzie panu smakował. 

-  Aha  -  wtrąciłem.  -  Byłbym  zapomniał.  Napisałem  do  pani  przyjaciółki,  Ŝeby  ją 

uprzedzić o swoim tutaj pobycie i... powiedzmy, przypomnieć, Ŝe jest oczekiwana. 

Madame Lecerf odłoŜyła nóŜ i widelec. Minę miała zdumioną i zagniewaną. 

- Pan chyba Ŝartuje! - wykrzyknęła. 

- Ale przecieŜ nic złego się nie stało, a moŜe sądzi pani... 

W  milczeniu  dokończyliśmy  królika.  Podano  krem  czekoladowy.  Blondyn  starannie 

złoŜył  serwetkę,  wsunął  ją  w  obrączkę,  złoŜył  naszej  gospodyni  lekki  ukłon  i  się  wycofał.  - 

Kawę wypijemy w zielonym pokoju - rzekła Madame Lecerf do słuŜącej. 

-  Wściekła  jestem  na  pana  -  powiedziała,  kiedy  usiedliśmy.  -  Obawiam  się,  Ŝe  pan 

wszystko popsuł. 

- Czemu? Co takiego zrobiłem? - zapytałem. 

Spojrzała  gdzieś  w  bok.  Jej  drobne,  twarde  łono  falowało  (Sebastian  napisał  raz,  Ŝe 

coś takiego zdarza się tylko w ksiąŜkach, lecz oto i dowód jego pomyłki). Błękitna Ŝyłka na 

bladej  dziewczęcej  szyi  zdawała  się  pulsować  (tego  jednak  nie  jestem  juŜ  pewien).  Rzęsy 

trzepotały.  Tak,  była  to  niewątpliwie  ładna  kobieta.  Ciekawe,  czy  pochodzi  z  południa 

Francji, pomyślałem. MoŜe z Arles. Ale nie, akcent miała paryski. 

- Urodziła się pani w ParyŜu? - spytałem. 

- Dziękuję - odparła, nie patrząc w moją stronę. - Po raz pierwszy spytał pan o coś, co 

mnie dotyczy. Ale i tak  nie odkupił pan tym swojej gafy. Większego  głupstwa juŜ nie mógł 

pan zrobić. ChociaŜ, gdybym się postarała... Przepraszam, zaraz wrócę. 

Usiadłem  wygodnie  i  zapaliłem.  W  ukośnym  promieniu  słońca  wirowały  drobinki 

kurzu; woluty dymu z papierosa łączyły się z nimi i krąŜyły w powolnych insynuacjach, jak 

gdyby lada chwila miały się ułoŜyć w Ŝywy obraz. Raz jeszcze przypomnę, Ŝe bynajmniej nie 

jestem  skłonny  dręczyć  tych  stronic  czymkolwiek,  co  tylko  mnie  osobiście  dotyczy;  chyba 

background image

jednak  ubawię  czytelnika  (a  kto  wie,  moŜe  i  ducha  Sebastiana)  pewnym  wyznaniem:  otóŜ 

przez  chwilę  myślałem,  Ŝeby  się  kochać  z  tą  kobietą.  Było  to  naprawdę  bardzo  dziwne, 

zarazem  bowiem  mocno  mnie  ona  irytowała  -  nie  tyle  ona,  ile  jej  słowa.  Trochę  chyba 

przestawałem nad sobą panować. Kiedy wróciła, otrząsnąłem się w duchu. 

- No, to dopiął pan swego - powiedziała. - Heleny nie ma w domu. 

-  Tant  mieux  -  odparłem.  -  Pewnie  właśnie  tu  jedzie,  a  pani  naprawdę  powinna 

zrozumieć to, Ŝe tak niecierpliwie oczekuję spotkania z jej przyjaciółką. 

- Ale Ŝe teŜ pan musiał do niej pisać! - krzyknęła Madame  Lecerf. - PrzecieŜ pan jej 

nawet nie zna. A ja obiecałam, Ŝe dziś tu będzie. CzegóŜ więcej mógł pan pragnąć? A jeśli mi 

pan nie wierzył, jeśli chciał mnie pan sprawdzić... alors vous êtes ridicule, cher Monsieur. 

- Oj, proszę pani - odrzekłem zupełnie szczerze. - Nawet mi to nie przyszło do głowy. 

Po  prostu  pomyślałem  sobie,  Ŝe...  Ŝe  masło  nie  zaszkodzi  owsiance,  jak  to  my,  Rosjanie, 

mawiamy. 

- Chyba nie przepadam za masłem... ani za Rosjanami - odparła. CóŜ miałem począć? 

Zerknąłem  na  jej  rękę,  spoczywającą  tuŜ  obok  mojej.  Dłoń  drŜała  lekko,  Madame  Lecerf 

miała  na  sobie  zwiewną  suknię...  po  krzyŜu  przebiegł  mi  dziwaczny  dreszczyk,  i  to  nie  z 

zimna.  Powinienem  moŜe  ucałować  tę  dłoń?  Czy  potrafię  zachować  się  dwornie  i  nie  czuć 

przy tym, Ŝe poniekąd robię z siebie durnia? 

Westchnęła i wstała. 

- Ha, nic juŜ się na to nie poradzi - rzekła. - Boję się, Ŝe ją pan do siebie zniechęcił i 

jeśli  nawet  przyjedzie...  no,  mniejsza.  Zobaczymy.  Miałby  pan  ochotę  zwiedzić  naszą 

posiadłość?  Na  dworze  jest  chyba  cieplej  niŜ  w  tym  nieszczęsnym  domu  -  que  dans  cette 

triste demeure. 

„Posiadłość”  składała  się  z  ogrodu  i  zagajnika,  które  juŜ  wcześniej  spostrzegłem. 

Wszędzie  panowała  wielka  cisza.  Czarne  gałęzie,  tu  i  ówdzie  nabijane  zielonymi  ćwiekami, 

zdawały  się  wsłuchiwać  w  swe  Ŝycie  wewnętrzne.  Nad  całą  okolicą  zawisła  obmierzła 

monotonia.  W  pewnym  miejscu  jakiś  tajemniczy  ogrodnik  wykopał  dół,  a  wybraną  z  niego 

ziemię  spiętrzył  pod  ceglanym  murem  i  odszedł,  zapominając  o  zardzewiałym  szpadlu.  Nie 

wiedzieć  czemu  przypomniało  mi  się  popełnione  niedawno  zabójstwo  i  sam  zabójca,  który 

pogrzebał swą ofiarę w takim właśnie ogrodzie. 

Madame Lecerf milczała; po chwili rzekła: 

- Musiał pan być bardzo przywiązany do przyrodniego brata, skoro tak pan grzebie w 

jego przeszłości. Jaką śmiercią umarł? Samobójstwo? 

- O, nie - powiedziałem. - Chorował na serce. 

background image

- A zdawało mi się, Ŝe mówił pan o tym, jak się zastrzelił. Byłoby duŜo romantyczniej. 

Pańska ksiąŜka sprawi mi zawód, jeŜeli wszystko skończy się w łóŜku. Latem rosną tu róŜe... 

w tym błocku... ale nikt mnie tu więcej latem nie przyłapie. 

-  Nawet  mi  to  w  głowie  nie  postało,  Ŝeby  w  jakikolwiek  sposób  sfałszować  jego 

Ŝ

yciorys - odparłem. 

-  Dobrze  juŜ,  dobrze.  Znałam  takiego,  co  opublikował  listy  swej  zmarłej  Ŝony  i 

rozdawał  je  przyjaciołom.  Czemu  uwaŜa  pan,  Ŝe  biografia  pańskiego  brata  zainteresuje 

czytelników? 

-  Czy  nigdy  pani  nie  czytała...  -  zacząłem,  wtem  jednak  w  bramie  stanął  szykowny, 

choć dosyć ubłocony samochód. 

- Masz ci los - powiedziała Madame Lecerf. 

- MoŜe to ona - zawołałem. 

Jakaś kobieta wygramoliła się z auta prosto w kałuŜę. 

- Owszem, nikt inny - przytaknęła Madame Lecerf. - Proszę się nie ruszać z miejsca - 

dodała. 

Pobiegła  ścieŜką,  machając  ręką  na  powitanie,  a  kiedy  stanęła  przed  nowo  przybyłą, 

pocałowała  ją  i  poprowadziła  na  lewo;  zniknęły  za  kępą  krzaków.  Po  chwili  znów  je 

spostrzegłem,  gdy  okrąŜywszy  ogród  wchodziły  na  schody.  Zniknęły  w  głębi  domu. 

Właściwie  nie  zdąŜyłem  zobaczyć  Heleny  von  Graun:  mignęło  mi  tylko  jej  rozpięte  futro  i 

kolorowy szalik. 

Znalazłem kamienną ławkę i usiadłem. Byłem podekscytowany i dosyć zadowolony z 

siebie:  dopadłem  przecieŜ  wreszcie  zdobyczy.  Na  ławce  leŜała  czyjaś  laska;  wziąłem  ją  do 

ręki i dźgnąłem pulchną brunatną ziemię. Udało mi się! Wieczorem zaraz po rozmowie z nią 

wrócę  do  ParyŜa  i...  Myśl  obca  wszelkim  innym  moim  myślom,  odmieniec,  drŜący  kretyn, 

wślizgnęła  się  i  zmieszała  z  tłumem...  Czy  rzeczywiście  wrócę  jeszcze  tego  samego 

wieczoru?  Jak  brzmiało  to  zdyszane  zdanie  w  drugorzędnej  noweli  Maupassanta? 

„Zapomniałem ksiąŜki.” Ja teŜ chwilami zapominałem o swojej. 

- A, tu pan jest - rozległ się głos Madame Lecerf. - Myślałam, Ŝe moŜe pan wrócił do 

domu. 

- No i co, wszystko w porządku? 

- Nic podobnego - odparła ze spokojem. - Nie mam pojęcia, co pan nawypisywał, ale 

ona doszła do wniosku, Ŝe chodzi o kontrakt filmowy, o który właśnie się stara. Twierdzi, Ŝe 

zwabił  ją  pan  w  pułapkę.  Powiem  panu,  co  ma  pan  robić.  Nie  porozmawia  pan  z  nią  dziś, 

jutro ani pojutrze, ale zostanie pan tutaj i będzie dla niej bardzo miły. Obiecała, Ŝe wszystko 

background image

mi opowie, a potem moŜe i panu uda się z nią pomówić. Umowa stoi? 

-  To  naprawdę  bardzo  ładnie  z  pani  strony,  Ŝe  zadała  pani  sobie  aŜ  tyle  trudu  - 

powiedziałem. 

Usiadła  obok  mnie  na  ławce,  a  Ŝe  ławka  była  bardzo  krótka,  a  ja  jestem...  no,  raczej 

krępy...  jej  ramię  dotykało  mojego.  ZwilŜyłem  językiem  usta  i  dalej  bazgrałem  laską  po 

ziemi. 

- Co pan rysuje? - spytała i odchrząknęła. 

- Falowanie własnych myśli - odparłem głupawo. 

-  Pewnego  razu  -  powiedziała  miękkim  tonem  -  pocałowałam  męŜczyznę  tylko 

dlatego, Ŝe umiał się podpisać do góry nogami. 

Laska  wypadła  mi  z  ręki.  Spojrzałem  na  Madame  Lecerf.  Patrzyłem  na  jej  gładkie, 

białe  czoło,  widziałem  ciemne,  fiołkowe  powieki,  które  spuściła,  być  moŜe  opacznie 

zrozumiawszy  moje  uporczywe  spojrzenie...  widziałem  maleńkie  blade  znamię  na  bladym 

policzku, delikatne skrzydełka nozdrzy, lekko odętą górną wargę, uwydatnioną pochyleniem 

ciemnowłosej  głowy,  matową  biel  szyi,  szczupłe  palce  zakończone  lakierowanymi  paz-

nokciami, czerwonymi jak róŜe. Uniosła twarz i dziwnymi aksamitnymi oczyma o tęczówce 

umieszczonej nieco wyŜej niŜ u reszty ludzi spojrzała na moje usta. 

Wstałem. 

- O co chodzi? - spytała. - O czym pan myśli? 

Potrząsnąłem  głową.  Nie  pomyliła  się  jednak:  rzeczywiście  o  czymś  myślałem;  coś 

naleŜało rozstrzygnąć, i to natychmiast. 

- Jak to, wracamy? - spytała, gdy poszliśmy ścieŜką przed siebie. 

Skinąłem głową. 

- Ale wie pan, ona zejdzie dopiero za jakiś czas. Proszę mi powiedzieć, czemu pan się 

dąsa? 

Chyba przystanąłem wtedy i znowu utkwiłem w niej spojrzenie; tym razem patrzyłem 

na jej szczupłą sylwetkę, spowitą obcisłą beŜową suknią. 

Ruszyłem  dalej,  pogrąŜony  w  cięŜkiej  zadumie;  cętkowana  słońcem  ścieŜka  zdawała 

się marszczyć tak samo, jak moje czoło. 

Vous n’êtes guère amiable - stwierdziła Madame Lecerf. 

Na tarasie stał stół i kilka krzeseł. Milczący blondyn, którego pierwszy raz widziałem 

podczas  lunchu,  siedział  na  jednym  z  nich  i  dokładnie  oglądał  maszynerię  swego  zegarka. 

Gdy siadałem, przez nieuwagę trąciłem go w łokieć, a on upuścił jakąś śrubkę. 

-  Boga  radi  -  rzekł  (nie  ma  o  czym  mówić),  kiedy  przeprosiłem.  (Aaa,  więc  to 

background image

Rosjanin? Dobrze, to mi ułatwi zadanie.) 

Stojąca  tyłem  do  nas  dama  nuciła  z  cicha,  wybijając  stopą  rytm  na  kamiennych 

płytach. 

Zwróciłem  się  do  milczącego  rodaka,  który  zalotnie  spoglądał  na  swój  zepsuty 

zegarek. 

A u niejo na szejkie pauk - powiedziałem półgłosem. 

Dama nagle poderwała dłoń, dotknęła karku i obróciła się na pięcie. 

-  Czto?  -  spytał  mój  ocięŜały  na  umyśle  rodak,  obrzucając  mnie  przelotnym 

spojrzeniem. Popatrzył na gospodynię, uśmiechnął się z zakłopotaniem i znów zaczął dłubać 

przy zegarku. 

J'ai queląue chose dans le cou... Mam coś na szyi, czuję to - rzekła Madame Lecerf. 

-  Ano  właśnie  -  powiedziałem.  -  Dopiero  co  mówiłem  panu  Rosjaninowi,  Ŝe  chyba 

pająk chodzi pani po szyi. Ale to nieprawda, zmyliło mnie światło. 

- Włączymy gramofon? - spytała radośnie. 

- Okropnie mi przykro - odparłem - ale muszę chyba wracać do domu. Daruje mi pani, 

prawda? 

-  Mais  vous  êtes  fou  -  zawołała.  -  Pan  jest  szalony,  nie  chce  się  pan  widzieć  z  moją 

przyjaciółką? 

- MoŜe kiedy indziej - rzekłem uspokajającym tonem. - Kiedy indziej. 

-  Niech  mi  pan  wytłumaczy  -  powiedziała,  schodząc  za  mną  do  ogrodu  -  co  się 

właściwie stało? 

- Bardzo to było sprytne - odparłem w naszej szczodrej i wspaniałej rosyjskiej mowie. 

- Bardzo to było sprytne kazać mi wierzyć, Ŝe opowiada pani o przyjaciółce, podczas gdy w 

rzeczywistości przez cały czas mówiła pani o sobie. Ten szwindelek mógłby się nawet mocno 

przeciągnąć, ale los szturchnął panią w łokieć, no i sypnęły się gruszki z fartuszka. Bo tak się 

składa, Ŝe miałem okazję poznać kuzyna pani byłego męŜa - tego, co to umiał pisać do góry 

nogami.  Więc  zrobiłem  mały  sprawdzian.  A  kiedy  pani  podświadomie  zrozumiała  zdanie, 

które wymamrotałem po rosyjsku... 

Nie,  nie  powiedziałem  z  tego  ani  słowa,  tylko  raz  po  raz  się  kłaniając  wyszedłem  z 

ogrodu. Kiedy dostanie pocztą egzemplarz tej ksiąŜki, sama zrozumie. 

background image

18 

Miałem  do  Niny  pewne  pytanie,  ale  go  nie  zadałem.  Chciałem  spytać,  czy  w  ogóle 

zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  bladolicy  męŜczyzna,  przy  którym  tak  się  nudzi,  jest  jednym  z 

najwybitniejszych pisarzy swych czasów. Bo i po cóŜ było pytać! KsiąŜki nic nie znaczą dla 

kobiety  tego  rodzaju;  jest  przekonana,  Ŝe  jej  własne  Ŝycie  zawiera  w  sobie  tyle  podniet,  ile 

mieści  się  w  stu  powieściach.  Gdyby  czyjś  wyrok  skazał  ją  na  spędzenie  całego  dnia  w 

bibliotece,  juŜ  koło  południa  znaleziono  by  ją  martwą.  Jestem  pewien,  Ŝe  Sebastian  nigdy 

przy  niej  nie  napomknął  o  swej  pracy:  byłoby  to  jak  dyskusja  z  nietoperzem  o  zegarach 

słonecznych. Zostawmy więc nietoperza, niech sobie drŜy i krąŜy w gęstniejącym zmierzchu, 

niezgrabny naśladowca jaskółki. 

W  ostatnich,  a  zarazem  najsmutniejszych  latach  swego  Ŝycia  Sebastian  napisał 

Wątpliwy  asfodel;  jest  to  z  pewnością  jego  arcydzieło.  Gdzie  i  jak  nad  nim  pracował?  W 

czytelni  Muzeum  Brytyjskiego  (z  dala  od  czujnych  oczu  pana  Goodmana).  Przy  skromnym 

stoliku  w  najdalszym  rogu  paryskiego  bistro  (nie  z  tych,  w  których  mogła  bywać  jego 

kochanka).  Na  leŜaku  pod  pomarańczowym  parasolem  gdzieś  w  Cannes  albo  w  Juan,  kiedy 

ona  wraz  ze  swą  bandą  opuszczała  go,  Ŝeby  hulać  gdzie  indziej.  W  poczekalni  bezimiennej 

stacji  kolejowej,  między  dwoma  atakami  serca.  W  hotelu,  wśród  szczęku  talerzy  mytych  na 

podwórku.  W  wielu  innych  miejscach,  które  mogą  być  dla  mnie  tylko  niejasnym 

domniemaniem.  Temat  tej  ksiąŜki  jest  prosty:  człowiek  umiera  -  ze  strony  na  stronę  coraz 

mocniej  czujemy,  jak  się  pogrąŜa;  jego  myśli  i  wspomnienia  przenikają  całość  raz  bardziej, 

raz  mniej  wyraziście  (przypomina  to  wzbieranie  i  opadanie  piersi  wznoszonej  nierównym 

oddechem),  wywołując  to  ten,  to  tamten  obraz,  puszczając  go  na  wiatr,  a  nawet  rzucając  na 

piaszczysty brzeg, gdzie przez chwilę zdaje się poruszać i Ŝyć własnym Ŝyciem, wnet jednak 

znów  go  ku  sobie  pociąga  szara  otchłań  morza,  w  której  tonie  albo  dziwnie  się  przeistacza. 

Człowiek  umiera,  i  on  to  właśnie  jest  bohaterem  opowieści;  lecz  podczas  gdy  Ŝycie  innych 

postaci  występujących  w  ksiąŜce  wydaje  się  absolutnie  rzeczywiste  (przynajmniej  w  takim 

sensie, w jakim Knight pojmował rzeczywistość), czytelnik nie dowiaduje się o umierającym, 

kto  on  zacz,  gdzie  stoi  lub  dryfuje  łoŜe  śmierci  i  czy  to  w  ogóle  jest  łoŜe.  Umierający  i 

ksiąŜka  są  jednym  i  tym  samym;  to  właśnie  ksiąŜka  dyszy  z  trudem  i  kona,  podciągając 

widmowe  kolano.  Na  wybrzeŜu  świadomości  rozpryskuje  się  jeden  obraz  myślowy  za 

drugim, a my śledzimy powołaną w ten sposób do istnienia rzecz lub istotę: zbłąkane szczątki 

strzaskanego  Ŝycia;  niemrawe  mrzonki,  które  pełzają  po  ziemi,  nim  rozwiną  wielookie 

background image

skrzydła.  KaŜdy  z  tych  Ŝywotów  to  jedynie  glosa  do  głównego  tematu.  PodąŜamy  za 

Schwarzem,  starym  dobrodusznym  szachistą,  gdy  siada  na  krześle  w  pewnym  pokoju  w 

pewnym domu, Ŝeby nauczyć chłopca - sierotę ruchów konika szachowego; spotykamy tłustą 

Czeszkę  z  szarym  pasmem  włosów  odbijającym  od  krzykliwej  barwy  jej  tandetnie 

ufarbowanej  koafiury;  jesteśmy  świadkami,  jak  blada  kanalia  hałaśliwie  demaskuje  politykę 

ucisku,  czemu  uwaŜnie  się  przysłuchuje  agent  tajnej  policji  w  szynku  okrytym  złą  sławą. 

Prześliczna,  wysoka  primadonna  z  pośpiechu  wchodzi  w  kałuŜę,  niszcząc  srebrne  buciczki. 

Łka starzec, pociesza go zaś odziana w Ŝałobę dziewczyna o łagodnym wykroju ust. Profesor 

Nussbaum, uczony Szwajcar, o wpół do czwartej nad ranem zabił w hotelowym pokoju swą 

młodą  kochankę,  a  potem  sam  się  zastrzelił.  Ci  oraz  inni  ludzie  przychodzą  i  odchodzą,  na 

przemian  otwierają  i  zamykają  drzwi,  Ŝyją,  póki  oświetlona  jest  droga,  którą  idą,  nim  ich  z 

kolei  spowiją  fale  głównego  tematu:  człowiek  umiera.  Czasem  zdaje  się  poruszać  ręką  lub 

kręcić głową, spoczywającą na czymś, co przypomina poduszkę, a z kaŜdym jego ruchem to 

czy  tamto  Ŝycie,  które  dopiero  co  oglądaliśmy,  zanika  albo  się  zmienia.  Chwilami  bywa 

ś

wiadom  własnej  osobowości,  my  zaś  czujemy  w  takich  razach,  Ŝe  poruszamy  się  jedną  z 

głównych  arterii  powieści.  „Teraz,  gdy  było  juŜ  za  późno,  gdy  śycie  pozamykało  swoje 

sklepy, zrobiło mu się Ŝal, Ŝe nie kupił pewnej ksiąŜki, którą zawsze chciał mieć; Ŝe nigdy nie 

przeŜył trzęsienia ziemi, poŜaru, katastrofy kolejowej; nie pojechał do Tybetu, Ŝeby zobaczyć 

Tatsienlu, ani nie słyszał, jak błękitne sroki jazgoczą wśród chińskich wierzb; nie zagadnął tej 

zbłąkanej uczennicy o bezwstydnych oczach, napotkanej pewnego dnia  na odludnej polanie; 

nie  śmiał  się  z  biednego  Ŝarciku  nieśmiałej  brzyduli,  który  nie  rozśmieszył  nikogo  z 

obecnych;  umykały  mu  pociągi,  aluzje  i  szanse;  nie  wyjął  z  kieszeni  pensa  dla  starego 

skrzypka ulicznego, który drŜąco grał sobie w pewien ponury dzień w pewnym zapomnianym 

mieście.” 

Sebastian Knight zawsze lubił Ŝonglować tematami, zderzając je z sobą albo sprytnie 

stapiając,  aby  wyrazić  za  ich  pośrednictwem  owo  ukryte  znaczenie,  wyraŜalne  jedynie  w 

postaci fali płynącej za falą, tak jak i z chińskiej boi tylko falowanie wydobyć moŜe muzykę. 

W  Wątpliwym asfodelu doprowadził tę metodę do perfekcji.  Liczą się tu  nie części, lecz ich 

kombinacja. 

TakŜe  i  w  tym,  jak  autor  przedstawia  sam  fizyczny  proces  umierania,  moŜna  się 

dopatrzyć metody: krok za krokiem w ciemność; do akcji kolejno wkracza mózg, ciało, płuca. 

Najpierw mózg odbywa wędrówkę wśród pewnej hierarchii idei na temat śmierci: zrazu są to 

pozornie przenikliwe myśli, gryzmolone na marginesie poŜyczonej ksiąŜki (epizod filozofa): 

„Przyciągające  oddziaływanie  śmierci:  fizyczny  wzrost  rozwaŜany  na  wspak  jako 

background image

przedłuŜenie  zawieszonego  spadania;  i  wreszcie  upadek  w  nicość.”  Myśli  poetyczne, 

religijne:  „...grzęzawisko  wybujałego  materializmu  i  złote  raje  tych,  których  dziekan  Park 

nazywa optymistykami... Lecz umierający wiedział, Ŝe w ideach tych nie ma prawdy; Ŝe samo 

pojęcie  śmierci  jest  tylko  w  połowie  rzeczywiste:  naprawdę  istnieje  wyłącznie  ta  strona 

sprawy - szarpiący ból, rozstanie, keja Ŝycia oddala się łagodnie, trzepocząc rojem chusteczek 

do nosa: ach! był więc juŜ po tamtej stronie, skoro widział plaŜę niknącą w dali; nie, niezupeł-

nie  -  skoro  jeszcze  myślał.”  (Podobnie  ktoś,  kto  odprowadza  przyjaciela,  moŜe  zbyt  długo 

zamarudzić na pokładzie, nie stając się przez to pasaŜerem.) 

Potem  demony  fizycznych  dolegliwości  pomalutku  zadławiają  górami  bólu  wszelką 

myśl,  filozofię,  domniemania,  wspomnienia,  nadzieję,  Ŝal.  Kuśtykamy  i  pełzniemy  przez 

ohydne  krajobrazy  i  właściwie  jest  nam  obojętne,  dokąd  zmierzamy,  bo  wszystko  staje  się 

męką  i  tylko  męką.  Metoda  ulega  odwróceniu.  Miejsce  obrazów  myślowych,  które  słały  w 

naszą  stronę  słabnące  z  kaŜdą  chwilą  promieniowanie,  gdy  skręcaliśmy  ich  śladem  w  ślepe 

uliczki,  zajmuje  powolny  najazd  okropnych,  grubiańskich  wizji,  nadciągających  ku  nam, 

coraz bardziej nas osaczających; jest tu historia torturowanego dziecka; opowieść wygnańca o 

Ŝ

yciu w okrutnej krainie, z której zbiegł; łagodny szaleniec, któremu podbito oko; wieśniak, z 

nikczemną pasją kopiący psa. Ale w końcu nawet ból traci kolor. „Był juŜ tak wyczerpany, Ŝe 

nie potrafił się zainteresować śmiercią.” Tak właśnie „w zatłoczonym wagonie trzeciej klasy 

chrapią  spoceni  męŜczyźni;  tak  właśnie  uczeń  zasypia  nad  nie  dokończonymi  rachunkami”. 

„Jestem zmęczony, zmęczony... opona samochodowa toczy się z rozpędu przed siebie, to się 

zakolebie, to zwolni, to...” 

W tym momencie ksiąŜkę zalewa nagła fala światła: 

„...jak gdyby ktoś raptem otworzył drzwi na ościeŜ, a wszyscy w pokoju zerwaliby się 

i mrugając oczami zaczęliby gorączkowo zbierać manatki.” Czujemy, Ŝe jesteśmy o krok od 

jakiejś  prawdy  absolutnej,  olśniewająco  wspaniałej,  a  zarazem  niemal  poczciwej  w  swej 

doskonałej  prostocie.  Wznosząc  się  na  szczyty  sugestywności  sformułowań  autor  kaŜe  nam 

wierzyć, Ŝe zna całą prawdę o śmierci i Ŝe ją wyjawi. Za parę chwil, na końcu tego oto zdania, 

w środku następnego, a moŜe jeszcze kawałek dalej dowiemy się czegoś, co zmieni wszystkie 

nasze zapatrywania, jak gdybyśmy znienacka odkryli, Ŝe umiemy fruwać, poruszając rękami 

w prosty sposób, którego nigdy dotąd nie wypróbowaliśmy. „Najbardziej zasupłany węzeł to 

tylko sznurek idący zygzakiem; pod paznokciami wydaje się twardy, lecz w istocie składają 

się  nań  leniwe  i  pełne  wdzięku  zapętlenia.  Oko  potrafi  go  rozwikłać,  choć  niezdarne  palce 

krwawią.  On  sam  (umierający)  był  tym  właśnie  węzłem,  a  rozwiązanie  nastąpiłoby 

natychmiast, gdyby tylko umiał dostrzec nić i pobiec za nią wzrokiem. I nie tylko on sam, ale 

background image

wszystko  by  się  rozwikłało  -  wszystko,  co  potrafił  sobie  wyobrazić  w  naszych  dziecinnych 

kategoriach  przestrzeni  i  czasu,  które  są  łamigłówkami  wymyślonymi  przez  człowieka 

właśnie jako łamigłówki i dlatego raz po raz do nas wracają: bumerangi nonsensu... Nareszcie 

uchwycił  coś  prawdziwego,  coś,  co  nie  miało  nic  wspólnego  z  Ŝadną  myślą,  z  uczuciami,  z 

czymkolwiek, czego mógł doświadczyć w Ŝyciu, w tym przedszkolu...” 

Słowami  odpowiedzi  na  wszelkie  pytania  o  Ŝycie  i  śmierć,  literami  „absolutnego 

rozwiązania”  pokryty  był  cały  dotychczas  mu  znany  świat:  jak  gdyby  podróŜny  zdał  sobie 

nagle  sprawę,  Ŝe  badana  przezeń  dzika  kraina  nie  jest  przypadkowym  zbiorem  naturalnych 

zjawisk, lecz stronicą w księdze, w której góry, lasy, pola i rzeki poukładane są w sensowne 

zdania;  samogłoska  jeziora  zlewa  się  ze  spółgłoskowo  syczącym  zboczem;  wijąca  się  droga 

to,  co  ma  do  przekazania,  pisze  krągłą  kaligrafią,  równie  wyraźną,  jak  niegdyś  ojcowska; 

drzewa  porozumiewają  się  na  migi,  językiem  niepojętym  dla  kogoś,  kto  nie  nauczył  się 

gestów tej mowy... Tak zatem podróŜny sylabizuje treść krajobrazu, aŜ w końcu sens pejzaŜu 

wychodzi  na  jaw,  zawiły  wzór  ludzkiego  Ŝycia  okazuje  się  zaś  monogramem,  całkiem  juŜ 

teraz  przejrzystym  dla  wewnętrznego  oka,  rozplątującego  zawikłane  litery.  A  słowo  - 

wyłaniające się znaczenie - zdumiewa swą prostotą: najbardziej zaskakujące jest chyba to, Ŝe 

podczas  ziemskiego  bytowania,  kiedy  nasz  mózg  pozostawał  zamknięty  w  Ŝelaznym 

pierścieniu, w obcisłym śnie o własnej osobowości, Ŝaden przypadek nie kazał nam dokonać 

tego  prostego  mentalnego  podrygu,  który  oswobodziłby  uwięzioną  myśl  i  dał  jej  wielkie 

zrozumienie. Wreszcie jednak zagadka została rozwiązana. „Gdy zaś sens wszystkich rzeczy 

jął prześwitywać przez ich kształty, wiele pojęć  i zdarzeń, mających dotychczas pozory  naj-

wyŜszej doniosłości, jakby skarlało, lecz nie stały się przez to niewaŜne, bo na tym etapie nic 

nie mogło juŜ być sprawą bez znaczenia, a jedynie skurczyły się do wymiaru, który osiągnęły 

teraz  inne  zdarzenia  i  pojęcia,  niegdyś  pozbawione  wszelkiej  wagi.”  Promieniści  giganci 

naszego mózgu - nauka, sztuka czy religia - wypadli zatem ze swojskiego układu klasyfikacji 

i wziąwszy się za ręce zostali wymieszani i radośnie zrównani z otoczeniem. Zarazem pestka 

wiśni i jej maleńki cień spoczywający na malowanym drewnie zmęczonej ławki lub strzępek 

papieru czy jakikolwiek tego rodzaju drobiazg spośród miliardów innych drobiazgów rozrósł 

się  do  wspaniałych  rozmiarów.  Po  nowemu  ulepiony  i  poskładany,  świat  wydał  duszy  swój 

sens z taką samą naturalnością, z jaką jedno i drugie oddychało. 

Teraz się dowiemy, w czym rzecz; padnie słowo - a wtedy wy, ja, wszyscy ludzie na 

ś

wiecie palną się w czoła: AleŜ byliśmy głupi! Na ostatnim zakręcie ksiąŜki autor robi krótki 

postój, jakby się jednak namyślał, czy mądrze będzie wyjawić nam prawdę. Rzec by moŜna, 

unosi  głowę,  przestaje  się  zajmować  umierającym,  za  którego  myślami  dotychczas  podąŜał, 

background image

odwraca  się  i  w  duchu  pyta:  pójdziemy  za  nim  do  końca? Szepniemy  wreszcie  to  słowo,  co 

strzaska  przytulną  ciszę  naszych  mózgów?  Zrobimy  to.  I  tak  posunęliśmy  się  juŜ  za  daleko, 

słowo  obleka  się  w  kształt  i  wkrótce  zabrzmi.  Odwracamy  się  i  znów  pochylamy  nad 

mglistym łoŜem, nad szarym, płynnym zarysem - niŜej, coraz niŜej... Lecz chwila wątpliwości 

okazała się zgubna: człowiek nie Ŝyje. 

Człowiek  nie  Ŝyje,  a  my  dalej  nie  wiemy.  Asfodel  na  drugim  brzegu  jest  wciąŜ  tak 

samo  wątpliwy.  Trzymamy  w  dłoniach  martwą  ksiąŜkę.  A  moŜe  się  mylimy?  Przewracając 

kartki  arcydzieła  Sebastiana  chwilami  czuję,  Ŝe  gdzieś  jednak  w  nim  tkwi  „absolutne 

rozwiązanie”,  ukryte  w  nazbyt  pospiesznie  przeczytanym  akapicie  albo  wplecione  między 

słowa,  których  pozorna  swojskość  wprowadziła  mnie  w  błąd.  Nie  znam  drugiej  ksiąŜki 

przyprawiającej  czytelnika  o  tego  rodzaju  szczególne  doznania,  i  moŜe  taki  właśnie 

szczególny cel stawiał sobie jej autor. 

ś

ywo  pamiętam  dzień,  gdy  przeczytałem  w  angielskiej  gazecie  zapowiedź,  Ŝe 

Wątpliwy asfodel niebawem się ukaŜe. Natknąłem się na tę gazetę w hallu paryskiego hotelu, 

czekając  na  człowieka,  którego  w  imieniu  swojej  firmy  miałem  bałamucić,  Ŝeby  podpisał 

kontrakt. Bałamucenie to nie moja specjalność, a zresztą w ogóle transakcja ta wydawała mi 

się  mniej  obiecująca  niŜ  moim  chlebodawcom.  Siedziałem  sam  jeden  wśród  grobowego 

komfortu, czytałem anons wydawcy, a w nim wydrukowane duŜymi literami czarne, zgrabne 

nazwisko  Sebastiana,  i  myśląc  o  jego  losie  czułem  zazdrość  bardziej  dojmującą  niŜ 

kiedykolwiek  przedtem.  Nie  wiedziałem,  gdzie  się  podziewa,  nie  widywałem  go  od  co 

najmniej  sześciu  lat,  nie  wiedziałem  teŜ,  Ŝe  jest  taki  schorowany  i  nieszczęśliwy.  Wręcz 

przeciwnie:  reklama  jego  ksiąŜki  była  w  moich  oczach  znamieniem  szczęścia,  toteŜ  wyob-

raŜałem go sobie w tym czy innym klubie, jak stoi z rękami w kieszeniach w ciepłym pokoju 

pełnym  ludzkiej  radości,  uszy  mu  pałają,  oczy  ma  wilgotne  i  błyszczące,  uśmiech  trzepocze 

mu  na  wargach  -  a  wszyscy  stoją  wokół  niego,  trzymają  w  dłoniach  kieliszki  portwajnu  i 

ś

mieją  się  z  jego  Ŝartów.  Głupia  to  była  wizja,  wciąŜ  jednak  lśniła  mi  przed  oczami 

rozedrganym  deseniem  z  białych  krochmalonych  gorsów,  czarnych  smokingów  i  wina 

dostałej  barwy,  a  takŜe  wyraźnie  zarysowanych  twarzy  -  niczym  jedna  z  tych  kolorowych 

fotografii, które się widuje w czasopismach na ostatniej stronie okładki. Postanowiłem kupić 

tę ksiąŜkę, gdy tylko się ukaŜe, zresztą wszystkie jego ksiąŜki kupowałem natychmiast, lecz 

akurat do tej szczególnie mi się spieszyło. Wkrótce nadszedł pan, na którego czekałem. Był to 

Anglik,  całkiem  oczytany.  PoniewaŜ  przed  przystąpieniem  do  rzeczy  i  tak  przez  chwilę 

rozmawialiśmy  o  zwykłych  sprawach,  mimochodem  wskazałem  wydrukowaną  w  gazecie 

zapowiedź i spytałem, czy zna którąś z ksiąŜek Sebastiana Knighta. Odparł, Ŝe czytał kilka - 

background image

Coś  tam  pryzmatu  i  Utraconą  własność.  Zapytałem,  czy  mu  się  podobały.  Powiedział,  Ŝe 

owszem,  w  pewnym  sensie,  ale  autor  musi  chyba  być  straszliwym  snobem,  przynajmniej  w 

sferze  intelektu.  Poproszony,  Ŝeby  to  szerzej  wytłumaczył,  odrzekł,  Ŝe  Knight  jego  zdaniem 

nieustannie  prowadzi  jakąś  grę  własnego  pomysłu,  nie  objaśniając  partnerom  jej  reguł.  On 

sam woli ksiąŜki skłaniające do myślenia,  a powieści Knighta tego akurat nie robią - po ich 

lekturze  człowiek  jest  zbity  z  tropu  i  poirytowany.  Potem  zaczął  mówić  o  innym  Ŝyjącym 

autorze, który według niego znacznie górował nad Knightem. Skorzystałem z chwili przerwy 

w  tej  dyskusji,  Ŝeby  przejść  do  rozmowy  o  interesach.  Nie  zakończyła  się  ona  aŜ  takim 

sukcesem, jakiego spodziewała się moja firma. 

Wątpliwy  asfodel  doczekał  się  wielu  recenzji,  przewaŜnie  długich  i  wcale 

pochlebnych. JednakŜe tu i ówdzie pojawiała się w nich dyskretna sugestia, Ŝe autor jest jako 

pisarz  zmęczony,  czyli  innymi  słowy  zestarzał  się  i  przynudza.  Wychwyciłem  nawet  cień 

współczucia,  tak  jakby  tamci  wiedzieli  o  autorze  smutne  i  okropne  rzeczy,  które  w  samej 

ksiąŜce co prawda się nie pojawiły, zabarwiły jednak postawę krytyków wobec niej. Jeden z 

nich  posunął  się  do  stwierdzenia,  Ŝe  czytał  ją  „z  mieszanymi  uczuciami,  jest  to  bowiem  dla 

czytelnika  dość  niemiłe  doznanie,  gdy  siedzi  przy  łoŜu  śmierci  i  nigdy  nie  jest  pewien,  czy 

autor występuje w roli lekarza, czy teŜ pacjenta”. W niemal wszystkich recenzjach dawano do 

zrozumienia, Ŝe ksiąŜka jest odrobinę za długa, Ŝe zawiera wiele fragmentów niejasnych i w 

niejasny sposób jątrzących. Wszyscy krytycy wychwalali „szczerość” Sebastiana - cokolwiek 

to było. Ciekawiło mnie, co Sebastian sądzi o tych recenzjach. 

PoŜyczyłem  swój  egzemplarz  znajomemu,  który  trzymał  go  przez  kilka  tygodni,  ale 

nie  przeczytał,  w  końcu  zaś  zgubił  w  pociągu.  Kupiłem  drugi  i  nigdy  go  nikomu  nie 

poŜyczam. Tak, ze wszystkich ksiąŜek Sebastiana tę chyba lubię najbardziej. Nie wiem, czy 

skłania ona do „myślenia”, a jeśli nie, mało mnie to obchodzi. Lubię ją dla niej samej. Lubię 

jej  sposób  bycia.  A  czasem  myślę  sobie,  Ŝe  wcale  nie  byłoby  rzeczą  nieludzko  trudną 

przetłumaczyć ją na rosyjski. 

background image

19 

Zdołałem  mniej  więcej  zrekonstruować  ostatni  rok  Ŝycia  Sebastiana:  1935.  Sebastian 

umarł  w  początkach  roku  1936,  a  ja  patrząc  na  tę  cyfrę  nie  mogę  się  oprzeć  wraŜeniu,  Ŝe 

zachodzi tu iście okultystyczna zbieŜność między człowiekiem a datą jego śmierci. Sebastian 

Knight, zm. 1936... Data przypomina odbicie nazwiska w sadzawce marszczonej drobną falą. 

Krzywizny  ostatnich  trzech  cyfr  kojarzą  się  z  meandrycznymi  zarysami  osobowości 

Sebastiana...  Usiłuję,  tak  jak  juŜ  nieraz  w  tej  ksiąŜce  usiłowałem,  wyrazić  myśl,  która 

mogłaby  mu  się  spodobać...  Jeśli  tu  i  ówdzie  nie  uchwyciłem  przynajmniej  cienia  jego 

rozumowania,  jeśli  tu  i  ówdzie  nie  zdołałem  dzięki  nieświadomej  pracy  mózgu  skręcić  w 

odpowiedni  korytarz  jego  prywatnego  labiryntu,  to  moja  ksiąŜka  jest  niezdarnym, 

poronionym płodem. 

Publikacja  Wątpliwego  asfodela  wiosną  1935  roku  zbiegła  się  w  czasie  z  ostatnim 

wysiłkiem, który podjął Sebastian, Ŝeby zobaczyć Ninę. Kiedy jeden z jej ulizanych Ŝulików 

oznajmił  mu, Ŝe  Nina  nie  chce  mieć  z  nim  nic  wspólnego,  wrócił  do  Londynu  i  spędził  tam 

kilka  miesięcy,  próbując  oszukać  samotność  w  ten  Ŝałosny  sposób,  Ŝe  starał  się  moŜliwie 

najwięcej  pokazywać  publicznie.  To  tu,  to  tam  pojawiał  się  jako  chuda,  milcząca  postać  o 

Ŝ

ałobnym wyglądzie: nawet w najcieplejszych jadalniach nie zdejmował szalika, doprowadzał 

do  rozpaczy  wszystkie  gospodynie  swym  roztargnieniem  i  łagodnym  uporem,  z  jakim 

odmawiał  wzięcia  udziału  w  rozmowie,  pośrodku  przyjęcia  odchodził  w  siną  dal  albo  dla 

odmiany  odnajdywano  go  w  pokoju  dziecinnym,  pochłoniętego  układaniem  łamigłówki. 

Pewnego dnia w pobliŜu Charing Cross Helena Pratt odprowadziła Klarę do jakiejś księgarni, 

a ruszywszy dalej wpadła po kilku sekundach prosto na Sebastiana. Podając jej rękę trochę się 

zaczerwienił i odprowadził ją do stacji metra. Była mu wdzięczna, Ŝe nie pojawił się o minutę 

wcześniej, a tym większą wdzięczność poczuła, gdy się okazało, Ŝe nie będzie się fatygował 

nawiązywaniem  do  przeszłości.  Uraczył  ją  natomiast  zawiłą  opowieścią  o  ludziach,  którzy 

poprzedniego wieczoru usiłowali go oszukać przy pokerze. 

- Miło, Ŝe się spotkaliśmy - powiedział na poŜegnanie. - Zdaje się, Ŝe tu ją dostanę. 

- Co mianowicie? - spytała panna Pratt. 

-  Właśnie  szedłem  do  [wymienił  nazwę  tejŜe  księgarni],  ale  widzę,  Ŝe  przy  tym 

straganie kupię to, czego szukam. 

Chadzał  na  koncerty  i  do  teatrów,  a  w  środku  nocy  pijał  z  taksówkarzami  gorące 

mleko  przy  budkach  z  kawą.  Podobno  trzy  razy  obejrzał  ten  sam  film  -  absolutnie  nijaką 

background image

historyjkę pod tytułem Zaklęty ogród. W kilka miesięcy po jego śmierci, wiedząc juŜ od paru 

dni,  kim  naprawdę  jest  Madame  Lecerf,  znalazłem  to  filmidło  w  programie  jednego  z 

francuskich  kin  i  wysiedziałem  do  końca  projekcji  jedynie  po  to,  Ŝeby  ustalić,  czemu  tak 

wabiło  Sebastiana.  Mniej  więcej  w  połowie  akcja  przeniosła  się  na  Riwierę  i  przelotnie 

mignął obraz plaŜowiczów opalających się po kąpieli. CzyŜby Nina była wśród nich? Czy do 

niej  naleŜało  to  nagie  ramię?  Pewna  dziewczyna,  która  obejrzała  się  za  siebie,  zerkając  w 

stronę kamery, wydała  mi się trochę w jej typie, ale opalenizna, olejek  do opalania i daszek 

chroniący  oczy  przed  słońcem  to  aŜ  nazbyt  skuteczna  maska  dla  twarzy  ujrzanej  mimocho-

dem.  W  sierpniu  przez  tydzień  Sebastian  bardzo  chorował,  ale  wbrew  zaleceniom  doktora 

Oatesa nie połoŜył się do łóŜka. We wrześniu pojechał do kogoś na wieś: zaledwie trochę znał 

gospodarzy, a oni zaprosili go tylko z uprzejmości, gdy wspomniał przypadkiem, Ŝe widział 

w piśmie „Prattler” zdjęcie ich domu. Przez cały tydzień snuł się po wyziębionym domostwie, 

w  którym  wszyscy  pozostali  goście  byli  z  sobą  bardzo  zŜyci,  aŜ  pewnego  ranka  przeszedł 

pieszo  dziesięć  kilometrów  z  okładem,  dzielących  go  od  stacji,  i  cichutko  pojechał  z 

powrotem  do  miasta,  zostawiwszy  smoking  i  saszetkę  z  przyborami  toaletowymi.  Na 

początku  listopada  zjadł  lunch  z  Sheldonem  w  klubie,  do  którego  ten  naleŜał,  i  był  tak 

małomówny,  Ŝe  Sheldon  się  zastanawiał,  po  co  Sebastian  w  ogóle  przyszedł  na  spotkanie. 

Potem następuje luka. Chyba wyjechał za granicę, ale nie wydaje mi się prawdopodobne, Ŝe 

uczynił  to  z  wyraźnym  zamiarem,  aby  spróbować  znów  zobaczyć  Ninę,  choć  u  źródeł  jego 

niepokoju mogła tkwić jakaś wątła nadzieja. 

Prawie  całą  zimę  1935  roku  spędziłem  w  Marsylii,  doglądając  interesów  firmy.  W 

połowie  stycznia  trzydziestego  szóstego  dostałem  list  od  Sebastiana,  o  dziwo  napisany  po 

rosyjsku. 

„Jestem,  jak  widzisz,  w  ParyŜu,  i  pewnie  będę  tu  jeszcze  tkwił  (zastrianu)  przez 

pewien  czas.  Jeśli  dasz  radę  przyjechać,  przyjedź;  jeśli  nie  dasz  rady,  teŜ  się  nie  obraŜę;  ale 

moŜe  lepiej  jednak  przyjedź.  Mam  juŜ  po  uszy  (oskomina)  paru  dręczących  spraw,  a 

zwłaszcza  wzorów  na  własnej  skórze,  zrzucanej  (wypolziny)  podczas  kolejnych  linek, 

znajduję więc poetyczną pociechę w rzeczach oczywistych i zwyczajnych, które z takich czy 

innych  powodów  przez  całe  Ŝycie  przeoczałem.  Chciałbym  cię  na  przykład  zapytać,  co 

porabiałeś przez te wszystkie lata, i opowiedzieć ci o sobie: mam nadzieję, Ŝe powiodło ci się 

lepiej  niŜ  mnie.  Ostatnio  często  widuję  starego  doktora  Starowa,  który  leczył  maman  [tak 

Sebastian  mówił  o  mojej  matce].  Pewnego  wieczoru  spotkałem  go  przypadkiem  na  ulicy, 

zaŜywając  przymusowego  wypoczynku  na  stopniu  czyjegoś  zaparkowanego  auta.  Pomyślał 

chyba, Ŝe wegetuję w ParyŜu od samej śmierci maman, a ja się zgodziłem na taką wersję swej 

background image

emigranckiej  egzystencji,  bo  (ibo)  tłumaczenie  czegokolwiek  wydawało  mi  się  zbyt 

skomplikowanym  przedsięwzięciem.  Mogą  ci  wpaść  w  ręce  pewne  papiery;  spalisz  je 

natychmiast; owszem, słyszały one głosy z [kilka słów nie do odczytania: Dot czetu?], teraz 

jednak  pora  im  na  stos.  Przechowałem  je,  zapewniłem  im  nocleg  (noczleg),  poniewaŜ  takim 

rzeczom bezpieczniej jest dać się wyspać, bo jeśli je się zabije, ich duchy mogą nas straszyć. 

Pewnej nocy, kiedy się poczułem szczególnie śmiertelny, podpisałem na nie wyrok śmierci i 

po  tym  właśnie  je  poznasz.  Początkowo  mieszkałem  w  tym  co  zawsze  hotelu,  ale  się 

przeniosłem  do  czegoś  w  rodzaju  sanatorium  za  miastem,  patrz  adres.  Zacząłem  ten  list 

prawie  tydzień  temu  i  póki  nie  napisałem  słowa  «Ŝycie»,  był  on  przeznaczony 

(priednaznaczalos)  dla  kogoś  całkiem  innego.  Potem  nie  wiedzieć  jak  sam  zwrócił  się  ku 

tobie, niby nieśmiały gość w obcym domu, prowadzący niebywale długą rozmowę z bliskim 

krewnym, z którym przyszedł na przyjęcie. Wybacz więc, jeśli cię zanudzam (dokuczaju), ale 

nie bardzo mi się podobają te gołe konary i gałązki za oknem.” 

List  ten  oczywiście  wytrącił  mnie  z  równowagi,  lecz  nie  zaniepokoił  tak,  jak 

powinien: nie wiedziałem, Ŝe Sebastian od 1926 roku cierpi na nieuleczalną chorobę, a przez 

ostatnich pięć lat stan jego stale się pogarsza. Naturalny w tej sytuacji niepokój stłumiła myśl, 

do  której  przyznaję  się  ze  wstydem:  Ŝe  mój  brat,  niesłychanie  wraŜliwy  i  nerwowy,  zawsze 

skłonny  był  do  przesadnego  pesymizmu,  ilekroć  jego  zdrowie  doznawało  uszczerbku.  Po-

wtarzam,  nie  miałem  najmniejszego  pojęcia  o  jego  dolegliwościach  sercowych,  zdołałem 

więc  wmówić  sobie,  Ŝe  jest  po  prostu  przepracowany.  Był  jednak  chory  i  prosił  mnie  o 

przyjazd  tonem,  który  wydał  mi  się  całkiem  nowy.  Nigdy  nie  dał  mi  odczuć,  Ŝe  potrzebuje 

mojej  obecności,  teraz  zaś  wręcz  o  nią  błagał.  Wzruszyło  mnie  to,  a  zarazem 

zdezorientowało; gdybym znał całą prawdę, na pewno wskoczyłbym w pierwszy pociąg. List 

dostałem w czwartek; od razu postanowiłem wyruszyć do ParyŜa w sobotę i wrócić w nocy z 

niedzieli na poniedziałek, czułem bowiem, Ŝe moja firma wolałaby, abym nie urządzał sobie 

wakacji w przełomowej fazie interesów, których miałem doglądać w Marsylii. Postanowiłem 

nie  pisać  i  niczego  nie  wyjaśniać,  tylko  wysłać  Sebastianowi  telegram  w  sobotę  rano,  gdy 

będę juŜ zapewne wiedział, czy uda mi się pojechać wcześniejszym pociągiem. 

W nocy przyśnił mi się  wyjątkowo niemiły  sen.  Siedziałem w duŜej, mrocznej izbie, 

którą  mój  sen  pospiesznie  umeblował  zbieraniną  sprzętów  z  róŜnych  mniej  więcej  mi 

znajomych  domów,  ale  z  jakimiś  wyrwami  i  dziwnymi  podstawieniami:  na  przykład  pewna 

półka była zarazem drogą, tonącą w obłokach pyłu. Czułem mgliście, Ŝe izba ta mieści się w 

wiejskim domu lub karczmie: było to ogólne wraŜenie wywołane przez drewniane ściany oraz 

deski  sufitu  i  podłogi.  Oczekiwaliśmy  Sebastiana:  miał  wrócić  z  jakiejś  długiej  podróŜy. 

background image

Siedziałem na czymś w rodzaju skrzynki; w izbie była takŜe moja matka, a prócz niej jeszcze 

dwie  osoby,  pijące  z  nami  herbatę  przy  stoliku:  pewien  męŜczyzna  z  mojego  biura  wraz  z 

Ŝ

oną;  Sebastian  wcale  nie  znał  tych  dwojga,  a  wprowadził  ich  tam  reŜyser  snu,  Ŝeby 

kimkolwiek wypełnić scenę. 

Oczekiwaliśmy  pełni  niepokoju  i  niejasnych  obaw;  czułem,  Ŝe  pozostali  wiedzą  coś, 

czego  ja  nie  wiem,  ale  okropnie  się  bałem  spytać,  czemu  matka  aŜ  tak  się  przejmuje 

ubłoconym  rowerem,  który  za  nic  nie  dawał  się  upchnąć  w  szafie:  drzwi  raz  po  raz  się 

otwierały. Na ścianie wisiał obrazek przedstawiający parowiec wśród fal, które się poruszały 

niby  cała  procesja  gąsienic:  statek  się  kołysał  i  to  mnie  draŜniło;  przestałem  się  irytować 

dopiero,  gdy  sobie  przypomniałem,  Ŝe  stary  i  powszechnie  znany  obyczaj  kaŜe  wieszać  na 

ś

cianie taki właśnie obrazek, kiedy się oczekuje powrotu wędrowca. Ten zaś mógł się pojawić 

lada  chwila,  toteŜ  drewnianą  podłogę  przy  drzwiach  posypano  piaskiem,  Ŝeby  się  nie 

poślizgnął. Matka gdzieś poszła, zabierając z sobą ubłocone ostrogi i strzemiona, których nie 

mogła  schować,  a  tamto  niewyraźne  stadło  widocznie  po  cichu  usunięto,  bo  byłem  sam  w 

izbie, kiedy otworzyły się drzwi na galeryjkę i stanął w nich Sebastian; zaczął wolno schodzić 

po chwiejnych schodach, wiodących prosto do izby. Włosy miał potargane i był bez płaszcza: 

zrozumiałem, Ŝe drzemał po podróŜy i dopiero co się zbudził. Kiedy tak schodził, przystając 

na  kaŜdym  stopniu,  z  jedną  stopą  -  wciąŜ  tą  samą  -  zawieszoną  w  pół  kroku,  oparty  ręką  o 

drewnianą poręcz, matka wróciła i pomogła mu wstać, bo tymczasem się potknął i na plecach 

zjechał ze schodów. Śmiał się, idąc w moją stronę, czułem jednak, Ŝe czegoś się wstydzi. Był 

blady  i  nie  ogolony,  ale  minę  miał  całkiem  pogodną.  Matka  ze  srebrnym  kubkiem  w  ręku 

usiadła - jak się okazało, na noszach, bo zaraz wynieśli ją dwaj męŜczyźni, którzy co sobota 

nocowali u nas w domu, o czym z uśmiechem powiedział mi Sebastian. Wtem spostrzegłem, 

Ŝ

e  na  lewej  dłoni  ma  czarną  rękawiczkę,  a  palce  tej  ręki  są  nieruchome,  sama  zaś  ręka 

najwyraźniej  do  niczego  mu  nie  słuŜy  -  i  ogarnął  mnie  straszliwy,  mdlący  lęk,  trwoga 

przyprawiająca o wymioty, Ŝe Sebastian niechcący mnie nią dotknie, zrozumiałem bowiem, iŜ 

jest  to  sztuczna  kończyna  przymocowana  do  nadgarstka:  zoperowano  go,  a  moŜe  miał  jakiś 

okropny  wypadek.  Pojąłem  teŜ,  czemu  w  wyglądzie  mego  brata  i  w  całej  atmosferze 

towarzyszącej jego nadejściu jest coś tak niesamowitego, lecz on dalej spokojnie pił herbatę, 

choć mógł zauwaŜyć, Ŝe się wzdrygnąłem. Matka wróciła na chwilę po zapomniany naparstek 

i  zaraz  odeszła,  bo  męŜczyznom  się  spieszyło.  Sebastian  spytał,  czy  przyszła  juŜ 

manicurzystka,  poniewaŜ  chciał  jak  najszybciej  zacząć  przygotowania  do  bankietu. 

Usiłowałem  zbyć  niczym  to  pytanie,  nie  mogąc  znieść  myśli  o  jego  okaleczonej  ręce,  wtem 

jednak ujrzałem całe pomieszczenie w transkrypcji na poszarpane paznokcie, a pewna znana 

background image

mi niegdyś dziewczyna (ale dziwnie wyblakła) weszła z walizeczką przyborów manicurzystki 

i  usiadła  na  taborecie  przed  Sebastianem.  Ten  poprosił,  Ŝebym  nie  patrzył,  lecz  nie  mogłem 

się  powstrzymać.  Widziałem,  jak  odpina  czarną  rękawiczkę  i  pomału  ją  ściąga;  gdy  tak  się 

zsuwała,  wysypała  się  z  niej  jedyna  zawartość:  maleńkie  dłonie,  przypominające  przednie 

łapki  myszek,  sinoróŜowe  i  miękkie  -  całe  mnóstwo;  upadły  na  podłogę,  a  dziewczyna  w 

czerni osunęła się na kolana. Schyliłem się, Ŝeby zobaczyć, co robi pod stołem, i ujrzałem, Ŝe 

zbiera te rączęta i układa na talerzu... Kiedy podniosłem głowę, Sebastiana juŜ nie było, a nim 

znów  się  schyliłem,  dziewczyna  takŜe  znikła.  Poczułem,  Ŝe  nie  wytrzymam  w  tej  izbie  ani 

chwili dłuŜej. Lecz gdy się odwróciłem i zacząłem po omacku szukać zasuwki, rozległ się za 

mną  głos  Sebastiana;  zdawał  się  dobiegać  z  najdalszego,  najciemniejszego  kąta 

pomieszczenia,  które  stało  się  tymczasem  przeogromną  stodołą:  zboŜe  sypało  się  struŜką  z 

dziurawego  worka  leŜącego  u  moich  stóp.  Nie  widziałem  Sebastiana,  a  tak  bardzo  chciałem 

się wyrwać na zewnątrz, Ŝe mój niecierpliwy puls niemal zagłuszał jego słowa. Wiedziałem, 

Ŝ

e brat mnie woła i mówi coś bardzo waŜnego, obiecując mi oznajmić rzecz jeszcze większej 

wagi,  jeśli  tylko  podejdę  do  kąta  -  czyli  tam,  gdzie  siedział  czy  teŜ  leŜał,  przygnieciony 

cięŜkimi  workami,  które  mu  spadły  na  nogi.  Poruszyłem  się,  a  wtedy  dobiegło  mnie  jego 

ostatnie  natarczywe  błaganie,  wypowiedziane  gromkim  głosem:  zdanie  to  nie  miało  krzty 

sensu,  kiedy  je  potem  ze  snu  wyłowiłem,  lecz  w  samym  śnie  zadźwięczało  brzemienne 

absolutną  doniosłością,  niezłomną  wolą  rozwiązania  na  mój  uŜytek  monstrualnej  zagadki,  i 

byłbym  w  końcu  pobiegł  do  Sebastiana,  gdyby  nie  to,  Ŝe  juŜ  się  w  połowie  wydobyłem  ze 

snu. 

Wiem, Ŝe pospolity kamyk, który znajdujemy w dłoni, zanurzywszy rękę aŜ po ramię 

w wodzie, gdzie na bladym piasku zdawał się lśnić klejnot, naprawdę jest tym upragnionym 

skarbem,  aczkolwiek  schnąc  w  słońcu  codzienności  wygląda  jak  kamyk.  Choć  więc  po 

przebudzeniu dzwoniło mi w głowie nonsensowne zdanie, czułem, Ŝe stanowi ono w istocie 

koślawy  przekład  oszałamiającej  nowiny;  leŜąc  na  wznak  słuchałem  znajomych  dźwięków 

ulicy oraz kretyńskiej sieczki muzycznej z radia, umilającego wczesne śniadanie komuś, kto 

mieszkał  piętro  wyŜej,  i  nagle  owiał  mnie  kolczasty  ziąb  jakiegoś  okropnego  przeczucia; 

wstrząsnął mną dreszcz bez mała fizyczny i zaraz postanowiłem wysłać Sebastianowi depeszę 

z  wiadomością,  Ŝe  przyjeŜdŜam  jeszcze  tego  samego  dnia.  Powodowany  idiotycznym 

odruchem zdrowego rozsądku (który poza tą jedną jedyną okazją nigdy  nie był moją mocną 

stroną), pomyślałem, Ŝe warto sprawdzić w marsylskim przedstawicielstwie firmy, czy obejdą 

się  tam  beze  mnie.  Okazało  się,  Ŝe  nie  tylko  teraz  moja  obecność  jest  nieodzowna,  ale 

prawdopodobnie nawet i na weekend nie będę mógł wyjechać. W piątek wróciłem do domu, 

background image

udręczony  kończącym  się  dniem.  Od  południa  czekał  na  mnie  telegram,  ale  dzienne  banały 

tak  są  przedziwnie  wszechwładne  wobec  delikatnych  objawień  snu,  Ŝe  całkiem 

zapomniawszy Ŝarliwego szeptu, dobiegającego z sennej otchłani, spodziewałem się po prostu 

jakiejś słuŜbowej wiadomości, kiedy rozdzierałem depeszę. 

„Stan  Sevastiana  beznadziejny  przyjechać  natychmiast  Starov.”  Tekst  napisano  po 

francusku;  litera  „v”  w  imieniu  Sebastiana  wzięła  się  z  transkrypcji  rosyjskiej  pisowni;  nie 

wiadomo po co poszedłem do łazienki i na chwilę stanąłem przed lustrem. Potem chwyciłem 

kapelusz i zbiegłem po schodach. Na dworzec dotarłem za kwadrans dwunasta, a dwie minuty 

po  dwunastej  odjeŜdŜał  pociąg,  który  miał  przybyć  do  ParyŜa  około  wpół  do  trzeciej  po 

południu. 

Dopiero  na  stacji  stwierdziłem,  Ŝe  mam  przy  sobie  za  mało  gotówki  na  bilet  drugiej 

klasy; przez chwilę zastanawiałem się, czy nie byłoby lepiej wrócić po pieniądze i polecieć do 

ParyŜa  pierwszym  samolotem.  Lecz  to,  Ŝe  pociąg  jest  tuŜ,  tuŜ,  zanadto  mnie  kusiło. 

Poszedłem  po  najmniejszej  linii  oporu,  bo  taki  juŜ  jestem.  I  zaledwie  pociąg  ruszył, 

uświadomiłem  sobie  ze  zgrozą,  Ŝe  list  Sebastiana  zostawiłem  w  biurku,  a  nie  pamiętam 

adresu, który brat mi podał. 

background image

20 

Zatłoczony  przedział  był  ciemny,  duszny  i  pełen  nóg.  Po  szybach  ściekały  krople 

deszczu:  nie  płynęły  prosto,  lecz  poszarpanym,  niezdecydowanym  torem,  zygzakiem  z 

wieloma  postojami.  W  czarnym  szkle  odbijała  się  fioletowoniebieska  lampa.  Pociąg  kolebał 

się i stękał, mknąc przez noc. JakŜeŜ się nazywa to sanatorium? Jakoś na „M”. Na „M”, jakoś 

na...  koła  potknęły  się  w  cyklicznym  pędzie,  wnet  jednak  odnalazły  zgubiony  rytm. 

Oczywiście  doktor  Starow  poda  mi  adres.  Zadzwonię  do  niego  z  dworca,  zaraz  po 

przyjeździe. Czyjś masywnie obuty sen usiłował wcisnąć mi się między golenie, ale cofnięto 

go  pomału.  „W  tym  co  zawsze  hotelu”  -  co  to  znaczy?  Nie  przypominałem  sobie  Ŝadnego 

szczególnego  adresu,  pod  którym  Sebastian  zatrzymywał  się  w  ParyŜu.  Tak,  Starow  będzie 

wiedział,  gdzie  go  szukać.  Mar...  Man...  Mat.  ...Czy  zdąŜę  w  porę?  Sąsiad  pchnął  mnie 

biodrem w biodro, zmieniając tonację chrapania na smutniejszą. Czy po przybyciu zastanę go 

przy  Ŝyciu...  przy  byciu...  przy  Ŝyciu...  Miał  mi  coś  do  powiedzenia,  coś  bezgranicznie 

waŜnego.  Ciemny,  rozkołysany  przedział,  szczelnie  wypchany  rozkraczonymi  manekinami, 

wydawał mi się fragmentem snu z poprzedniej nocy. Co mi powie, nim umrze? Deszcz pluł i 

dzwonił  w  szybę,  w  jednym  jej  rogu  osiadł  widmowy  płatek  śniegu  i  zaraz  stopniał. 

Naprzeciwko ktoś oŜył pomału; najpierw szeleścił papierem i Ŝuł po ciemku, a potem zapalił 

papierosa,  którego  krągły  ognik  wpatrywał  się  we  mnie  niby  oko  cyklopa.  Muszę,  muszę 

zdąŜyć.  Czemu  nie  pognałem  na  lotnisko,  gdy  tylko  dostałem  list?  Byłbym  juŜ  teraz  z 

Sebastianem! Na co umiera? Na raka? Na dusznicę bolesną, tak jak jego matka? Zwyczajem 

wielu  ludzi,  którzy  nie  przejmują  się  religią,  póki  ich  Ŝycie  toczy  się  normalnym  trybem, 

naprędce  wymyśliłem  miękkiego,  ciepłego,  łzawo  zamglonego  Boga  i  wyszeptałem 

niekanoniczną  modlitwę.  Spraw,  Ŝebym  dojechał  na  czas,  spraw,  Ŝeby  dotrwał  do  mojego 

przyjazdu, spraw, Ŝeby mi wyjawił swój sekret. Teraz padał juŜ tylko śnieg: szyba zapuściła 

szarą  brodę.  Człowiek,  który  Ŝuł  i  palił,  znowu  zasnął.  MoŜe  uda  mi  się  wyciągnąć  nogi  i 

gdzieś je oprzeć? Zacząłem macać piekącymi palcami stóp, ale noc była cała z ciała i kości. 

Daremnie  marzyłem,  Ŝeby  oprzeć  łydki  i  kostki  nóg  o  coś  drewnianego.  Mar...  Matamar... 

Mar... Jak daleko od ParyŜa leŜy ta miejscowość? Doktor Starow. Alexander Alexandrowicz 

Starow.  Koła  zaturkotały  po  zwrotnicach,  powtarzając  iks  za  iksem.  Nieznana  stacja.  Gdy 

pociąg się zatrzymał, z sąsiedniego przedziału dobiegły głosy: ktoś snuł opowieść bez końca. 

Rozległ  się  posuwisty  dźwięk  otwieranych  drzwi:  nasze  teŜ  się  otworzyły,  stanął  w  nich 

podróŜny  z  Ŝałobną  miną  i  zobaczył,  Ŝe  nie  ma  nadziei.  Nie  ma  nadziei.  Etat  desespere. 

background image

Muszę  zdąŜyć  na  czas.  Jakie  długie  są  te  postoje!  Sąsiad  z  prawej  westchnął  i  spróbował 

przetrzeć  szybę,  ta  jednak  pozostała  równie  zamglona  jak  przedtem;  ledwie  przez  nią 

przebijało  Ŝółtawe  światło.  Pociąg  znów  ruszył.  Bolał  mnie  kręgosłup,  kości  miałem  jak  z 

ołowiu.  Usiłowałem  zamknąć  oczy  i  trochę  się  zdrzemnąć,  ale  moje  powieki  podszyte  były 

dryfującymi  deseniami,  a  wśród  nich,  wyruszając  zawsze  z  tego  samego  kącika,  raz  po  raz 

przepływała  maleńka  wiązka  światła,  dość  podobna  do  wymoczka.  Zdawało  mi  się,  Ŝe 

poznaję w niej kształt dworcowej latarni, która znacznie wcześniej mignęła za oknem. Potem 

zjawiły się barwy, i oto róŜowa twarz z wielkim okiem gazeli z wolna obróciła się ku mnie... 

po  niej  ukazał  się  kosz  kwiatów,  a  jeszcze  później  nie  ogolony  podbródek  Sebastiana.  Nie 

mogąc  juŜ  znieść  tego  optycznego  pudełka  z  farbami  wszcząłem  ostroŜne,  wlokące  się  bez 

końca manewry, niby kroki baletmistrza sfilmowane w zwolnionym tempie, i wydostałem się 

na  korytarz.  Był  on  rzęsiście  oświetlony  i  zimny.  Najpierw  zapaliłem,  potem  zataczając  się 

poszedłem  na  koniec  wagonu,  przez  chwilę  kiwałem  się  nad  plugawą,  ryczącą  dziurą  w 

podłodze,  chwiejnym  krokiem  wróciłem  na  korytarz  i  wypaliłem  jeszcze  jednego  papierosa. 

Nigdy  przedtem  nie  pragnąłem  niczego  tak  zajadle,  jak  teraz  tego,  Ŝeby  zastać  Sebastiana 

przy  Ŝyciu  -  pochylić  się  nad  nim  i  uchwycić  skierowane  do  mnie  słowa.  Jego  ostatnia 

ksiąŜka,  mój  niedawny  sen,  tajemniczość  jego  listu  -  wszystko  to  napawało  mnie  niezłomną 

wiarą,  Ŝe  z  ust  konającego  usłyszę  jakieś  niebywałe  objawienie.  Jeśli  będzie  jeszcze  nimi 

poruszał. Jeśli się nie spóźnię. Na ścianie między oknami wisiała mapa, nie miała jednak nic 

wspólnego  z  trasą,  którą  podróŜowałem.  Moja  twarz  mrocznie  odbijała  się  w  szybie.  Il  est 

dangereux... E pericoloso... Ŝołnierz o zaczerwienionych oczach otarł się o mnie w przejściu; 

jeszcze  przez  kilka  sekund  straszliwie  swędziała  mnie  dłoń,  którą  musnął  rękawem. 

Marzyłem o tym, Ŝeby się umyć. Pragnąłem zmyć z siebie cały ten chropawy świat i w zimnej 

aurze czystości stanąć przed Sebastianem. Porachował się juŜ ze śmiertelnością, nie mogłem 

więc  zionąć  mu  w  nozdrza  jej  odorem.  Och,  na  pewno  będzie  jeszcze  Ŝył,  kiedy  przyjadę. 

Starow nie sformułowałby w ten sposób telegramu, gdyby był pewien, Ŝe nie zdąŜę. Telegram 

przyszedł  w  południe.  Telegram,  mój  ty  BoŜe,  przyszedł  w  południe!  Minęło  juŜ  szesnaście 

godzin, a kiedyŜ ja zajadę do Mar... Mat... Ram... Rat... Nie, nie „R” - nazwa zaczyna się od 

„M”. Na chwilę ukazał mi się jej mglisty zarys, ale rozwiał się, nim go zdołałem pochwycić. 

MoŜe  się  pojawić  jeszcze  jedna  przeszkoda:  pieniądze.  Prosto  ze  stacji  muszę  popędzić  do 

biura i natychmiast zdobyć  trochę  gotówki.  Biuro jest przy  samym dworcu. BliŜej niŜ bank. 

Czy ktoś z moich licznych przyjaciół mieszka niedaleko stacji? Nie, wszyscy mieszkają albo 

w  Passy,  albo  w  okolicach  Porte  St  Cloud:  w  jednej  z  dwóch  rosyjskich  dzielnic  w  ParyŜu. 

Zgniotłem  trzeciego  papierosa  i  poszedłem  się  rozejrzeć  za  mniej  zatłoczonym  przedziałem. 

background image

Bogu  dzięki,  Ŝaden  bagaŜ  nie  kazał  mi  niby  kula  u  nogi  wracać  do  tego,  który  właśnie 

opuściłem.  Ale  w  wagonie  panował  ścisk,  a  ja  byłem  zanadto  rozbity  psychicznie,  Ŝeby 

przejść  korytarzami  przez  cały  pociąg.  Nie  jestem  nawet  pewien,  czy  kiedy  wreszcie  po 

omacku  wszedłem  do  jakiegoś  przedziału,  był  to  istotnie  przedział  inny,  czy  ten  sam  co 

przedtem; wypełniało go identyczne kłębowisko kolan, stóp i łokci - choć powietrze wydało 

mi się moŜe trochę mniej skisłe. Czemu nigdy nie odwiedziłem Sebastiana w Londynie? Parę 

razy mnie zapraszał. Czemu z uporem trzymałem wobec niego dystans, skoro podziwiałem go 

tak  jak  nikogo  innego?  Te  cholerne  osły,  co  kpiły  z  jego  geniuszu...  Zwłaszcza  jednemu 

staremu  durniowi  byłbym  z  lubością  skręcił  chudy  kark  -  z  lubością  i  furią.  Aaa,  więc  to 

pokaźne  monstrum  po  lewej  jest  kobietą;  eau  -  de  -  Cologne  i  pot  idą  o  lepsze,  to  drugie 

bierze górę. Nikt w tym przedziale nie wie, kim jest Sebastian Knight. Ten rozdział Utraconej 

własności, tak marnie przetłumaczony w piśmie „Cadran”. A moŜe w „La Vie Litteraire”? A 

moŜe  juŜ  się  spóźniłem,  spóźniłem...  moŜe  Sebastian  juŜ  nie  Ŝyje,  gdy  ja  siedzę  na  tej 

przeklętej  ławce,  obitej  cienką  jak  na  urągowisko  skórzaną  tapicerką,  niezdolną  oszukać 

moich obolałych pośladków? Szybciej, proszę, szybciej! Czemu wam się zdaje, Ŝe warto się 

zatrzymywać na tej stacji? I po co tak długo? Jazda, jazda. O, właśnie - to rozumiem. 

Ciemność bladła bardzo wolno, przechodząc w mętną szarówkę, i wreszcie za oknem 

dał  się  od  biedy  widzieć  ośnieŜony  świat.  Okropnie  marzłem  w  cienkim  płaszczu 

deszczowym.  Twarze  mych  towarzyszy  podróŜy  stopniowo  się  wyłaniały,  jakby  pomału  z 

nich  odmiatano  warstwę  pajęczyn  i  kurzu.  Moja  sąsiadka  okazywała  termosowi  z  kawą 

uczucia  nieledwie  macierzyńskie.  Cały  się  lepiłem,  a  świeŜy  zarost  sprawiał  mi  katusze. 

Chyba  bym  zemdlał,  gdybym  szczeciniastym  policzkiem  dotknął  jedwabiu.  Widać  było 

róŜową  chmurę  w  masie  burych;  matowy  róŜ  zarumienił  teŜ  spłachcie  topniejącego  śniegu 

pośród  tragicznej  samotności  jałowych  pól.  Skądciś  zjawiła  się  droga:  moŜe  przez  minutę 

sunęła równo z pociągiem, a na chwilę przedtem, nim skręciła w dal, wśród śniegu, błocka i 

kałuŜ zakolebał się rowerzysta. Dokąd jechał? Kim był? Nikt nigdy się nie dowie. 

Na  jakąś  godzinę  musiałem  się  chyba  zdrzemnąć  -  a  przynajmniej  wyłączyć 

wewnętrzne widzenie. Kiedy otworzyłem oczy, moi towarzysze rozmawiali i jedli; chwyciły 

mnie nagle takie mdłości, Ŝe wygramoliłem się z przedziału i resztę podróŜy przesiedziałem 

na  strapontenie,  mając  w  głowie  szarą  pustkę  przypominającą  światło  tego  nieszczęsnego 

poranka. Pociąg, jak się dowiedziałem, miał duŜe opóźnienie, spowodowane nocną zamiecią 

lub  czymś  w  tym  rodzaju,  toteŜ  dopiero  za  kwadrans  czwarta  po  południu  zajechaliśmy  do 

ParyŜa.  Idąc  po  peronie  szczękałem  zębami;  o  mało  nie  uległem  głupiemu  odruchowi,  Ŝeby 

tych kilka franków, które pobrzękiwały mi w kieszeni, wydać na jakiś mocny trunek. Zamiast 

background image

tego  poszedłem  do  budki  telefonicznej.  Przekartkowałem  miękką,  zatłuszczoną  księgę, 

szukając numeru doktora Starowa i usiłując nie myśleć o tym, Ŝe za moment się dowiem, czy 

Sebastian Ŝyje. Starkaus, cuirs, peaux; Starley, jongleur, humoriste; Starow... o, jest: Jaśmin 

61  -  93.  Zacząłem  jakieś  straszliwe  manewry,  w  połowie  wykręcania  numeru  zapomniałem 

dalszego  ciągu,  stoczyłem  kolejną  utarczkę  z  ksiąŜką,  ponownie  wykręciłem  numer  i  przez 

chwilę  wsłuchiwałem  się  w  złowieszcze  buczenie.  Minutę  siedziałem  bez  ruchu:  ktoś  rap-

townie  otworzył  drzwi  i  zaraz  się  wycofał,  gniewnie  mrucząc  pod  nosem.  Tarcza  telefonu 

znów  zaterkotała  w  tę  i  z  powrotem  -  pięć,  sześć,  siedem  razy,  i  od  nowa  rozległ  się 

monotonny nosowy zaśpiew: trenn, trenn, trenn... Czemu prześladuje mnie taki pech? 

-  Skończył  pan?  -  spytał  ten  sam  człowiek,  zagniewany  starzec  o  rysach  buldoga. 

Mając nerwy napięte do granic wytrzymałości wdałem się z paskudnym staruchem w kłótnię. 

Na  szczęście  zwolniła  się  tymczasem  sąsiednia  budka;  starzec  wszedł  do  niej  i  zatrzasnął 

drzwi. Próbowałem dalej. W końcu mi się udało. Kobiecy głos oznajmił, Ŝe doktora nie ma w 

domu,  ale  będzie  moŜna  go  złapać  o  wpół  do  szóstej  -  tu  kobieta  podała  mi  inny  numer 

telefonu.  Wstąpiwszy  do  biura  nie  mogłem  nie  zauwaŜyć,  Ŝe  swym  pojawieniem  się 

wszystkich nieco zaskoczyłem. Pokazałem otrzymany telegram szefowi, ten jednak wykrzesał 

z siebie mniej współczucia, niŜ miałem prawo oczekiwać. Zadał mi parę kłopotliwych pytań 

na  temat  interesów  w  Marsylii.  Wreszcie  wydobyłem  od  niego  pieniądze  i  zapłaciłem 

taksówkarzowi,  czekającemu  u  wejścia  do  biura.  Była  za  dwadzieścia  piąta,  miałem  więc 

przed sobą prawie godzinę. 

Poszedłem  się  ogolić  i  w  pośpiechu  zjadłem  śniadanie.  Dwadzieścia  po  piątej 

zadzwoniłem pod numer, który mi podano, i dowiedziałem się, Ŝe doktor pojechał do domu, 

ale  wróci  za  kwadrans.  Nie  miałem  cierpliwości  czekać,  wykręciłem  więc  jego  domowy 

numer. Znany mi juŜ kobiecy głos oświadczył, Ŝe doktor przed chwilą wyszedł. Oparłem się o 

ś

cianę  (tym  razem  dzwoniłem  z  budki  telefonicznej  w  jakimś  barze)  i  puknąłem  w  nią 

ołówkiem. Czy nigdy nie dotrę do Sebastiana? Co za gnuśni idioci powypisywali na ścianach 

„Śmierć  śydom”  albo  „Vive  le  front  populaire”  i  pomazali  je  nieprzyzwoitymi  rysunkami? 

Jakiś  bezimienny  plastyk  zaczął  zamalowywać  na  czarno  kwadraty  -  szachownica, 

Schachbrett, un damier... Przez głowę przemknęła mi błyskawica, a na języku osiadło słowo: 

St Damier! Wybiegłem na dwór i zatrzymałem przejeŜdŜającą taksówkę. Zawiezie mnie do St 

Damier,  gdziekolwiek  to  jest?  Taksówkarz  flegmatycznym  ruchem  rozłoŜył  mapę  i  przez 

jakiś  czas  w  nią  się  wpatrywał.  Wreszcie  odparł,  Ŝe  wziąwszy  pod  uwagę  stan  dróg,  podróŜ 

zajmie  co  najmniej  dwie  godziny.  Spytałem,  czy  jego  zdaniem  powinienem  raczej  wsiąść  w 

pociąg. Nie wiedział. 

background image

-  Wobec  tego  niech  się  pan  pospieszy  -  powiedziałem.  Dając  nura  do  taksówki, 

zgubiłem kapelusz. 

Długo trwało, nim wyjechaliśmy z ParyŜa. Stawały nam na drodze wszelkiego rodzaju 

przeszkody; chyba nigdy w Ŝyciu nic nie budziło we mnie takiej nienawiści, jak ręka pewnego 

policjanta  na  skrzyŜowaniu.  Wreszcie  wywikłaliśmy  się  z  zatoru  na  jezdni  i  wjechaliśmy  w 

długą,  mroczną  aleję.  WciąŜ  jednak  posuwaliśmy  się  za  wolno.  Pchnąłem  okienko  i  jąłem 

błagać  szofera,  Ŝeby  dodał  gazu.  Odparł,  Ŝe  jest  o  wiele  za  ślisko  -  i  tak  juŜ  parę  razy 

wpadliśmy w poślizg. Po godzinie jazdy zatrzymał się i spytał o drogę policjanta na rowerze. 

Przez  długi  czas  we  dwóch  studiowali  mapę  mundurowego,  potem  szofer  wyjął  własną  i 

zaczęli  porównywać.  Okazało  się,  Ŝe  gdzieś  po  drodze  źle  skręciliśmy  i  teraz  musimy  się 

cofnąć  przynajmniej  o  parę  kilometrów.  Znów  zastukałem  w  szybę:  taksówka  po  prostu 

pełzła.  Kierowca  pokręcił  głową,  nawet  nie  odwracając  się  w  moją  stronę.  Spojrzałem  na 

zegarek: dochodziła siódma. Zatrzymaliśmy się przy stacji benzynowej i szofer odbył poufną 

rozmowę  z  mechanikiem.  Zupełnie  nie  wiedziałem,  gdzie  jesteśmy,  ale  poniewaŜ  droga 

biegła  teraz  skrajem  rozległych  pól,  miałem  nadzieję,  Ŝe  się  zbliŜamy  do  celu.  Deszcz  z 

szumem  omiatał  szyby;  gdy  znów  spróbowałem  ubłagać  szofera,  Ŝeby  trochę  przyspieszył, 

przestał nad sobą panować i ze swadą mnie zwymyślał. Osunąłem się na oparcie, bezradny i 

otępiały. Na zewnątrz przemykały rozmyte plamy świetlne: okna domów. Czy kiedykolwiek 

odnajdę  Sebastiana?  Czy  zastanę  go  przy  Ŝyciu,  jeśli  w  ogóle  dojadę  do  St  Damier? 

Parokrotnie wyprzedziły nas inne auta; zwróciłem uwagę kierowcy na to, jak szybko jadą. Nie 

odpowiedział,  lecz  raptem  zahamował  i  gwałtownie  rozpostarł  swą  śmiechu  wartą  mapę. 

Spytałem, czy znów zabłądził. Zmilczał, ale jego kark przybrał jadowity  wyraz. Ruszyliśmy 

dalej.  Z  satysfakcją  zauwaŜyłem,  Ŝe  teraz  jedziemy  duŜo  szybciej.  Przemknęliśmy  pod 

mostem  kolejowym  i  stanęliśmy  przed  stacją.  Gdy  się  zastanawiałem,  czy  moŜe  wreszcie 

znalazłem  się  w  St  Damier,  szofer  wygramolił  się  z  auta  i  nagłym  szarpnięciem  otworzył 

drzwiczki. 

- O co znów chodzi? - spytałem. 

-  Pojedzie  pan  jednak  pociągiem  -  rzekł  kierowca.  -  Ani  mi  się  śni  dla  pańskiej 

przyjemności rozbić wóz. Stąd odchodzą pociągi do St Damier. I tak ma pan szczęście, Ŝe w 

ogóle pana tu przywiozłem. 

Miałem  więcej  szczęścia,  niŜ  myślał,  bo  pociąg  przyjechał  po  kilku  minutach. 

Kolejarz  przysięgał,  Ŝe  przed  dziewiątą  zajadę  do  St  Damier.  Ostatni  etap  podróŜy  był 

zarazem  najbardziej  mroczny.  Siedziałem  sam  w  wagonie;  ogarnęła  mnie  dziwna  apatia. 

Pomimo  całej  niecierpliwości,  jaka  mną  miotała,  okropnie  się  bałem,  Ŝe  zasnę  i  przegapię 

background image

stację.  Pociąg  często  przystawał,  a  mnie  się  robiło  słabo,  ilekroć  musiałem  wypatrzyć  i 

odcyfrować  nazwę  miejscowości.  W  pewnej  chwili  doznałem  obrzydliwego  uczucia,  Ŝe 

raptem się budzę, przespawszy twardym snem nie wiedzieć ile czasu, gdy zaś spojrzałem na 

zegarek,  było  kwadrans  po  dziewiątej.  CzyŜbym  przejechał?  JuŜ  mi  przychodziło  na  myśl, 

Ŝ

eby włączyć sygnał alarmowy, pociąg jął jednak zwalniać, a ja wychyliwszy się przez okno 

spostrzegłem  sunący  w  powietrzu  oświetlony  napis,  który  niebawem  znieruchomiał:  St 

Damier.  Przez  kwadrans  potykałem  się  w  ciemnych  zaułkach,  potem  zaś  w  czymś,  co 

szumiało  jak  sosnowy  las,  i  wreszcie  dotarłem  do  szpitala  St  Damier.  Za  drzwiami  rozległo 

się  szuranie  i  sapanie,  a  po  chwili  wpuścił  mnie  do  środka  otyły  starzec  w  grubym  szarym 

swetrze  zamiast  marynarki  i  w  znoszonych  filcowych  kapciach.  Wszedłem  do  czegoś  w 

rodzaju biura, skąpo oświetlonego słabą Ŝarówką bez klosza, którą z jednej strony zdawała się 

pokrywać  warstwa  kurzu.  Starzec  patrzył  na  mnie,  mrugając  oczami;  jego  obrzmiała  twarz 

błyszczała, powleczona szlamem snu; sam nie wiem, czemu odezwałem się szeptem: 

-  Przyjechałem,  Ŝeby  się  zobaczyć  z  Monsieur  Knightem.  K,  n,  i,  g,  h,  t.  Knight.  Po 

angielsku wymawia się jak „noc”. 

Stęknął i usiadł ocięŜale za biurkiem pod wiszącą Ŝarówką. 

- Za późno na odwiedziny - wybełkotał jakby do siebie. 

- Dostałem depeszę - powiedziałem. - Mój brat jest bardzo chory. 

Mówiąc to czułem się tak, jakbym usiłował tym samym zasugerować, Ŝe nie ma cienia 

wątpliwości co do tego, czy Sebastian Ŝyje. 

- Mówi pan, Ŝe jak on się nazywa? - spytał męŜczyzna wzdychając. 

- Knight - powtórzyłem. - Przez „ka”. To angielskie nazwisko. 

-  Cudzoziemskie  nazwiska  naleŜałoby  zastępować  numerami  -  mruknął  tamten.  - 

Byłoby duŜo prościej. Jeden pacjent umarł wczoraj w nocy, a nazywał się... 

Ugodziła mnie straszliwa myśl, Ŝe mówi o Sebastianie... CzyŜbym jednak się spóźnił? 

-  Twierdzi  pan...  -  zacząłem,  lecz  on  pokręcił  głową  i  przewrócił  parę  kartek  w 

księdze, która leŜała na biurku. 

- Nie - warknął. - Monsieur Anglik nie umarł. K, K, K... 

- K, n, i, g... - zacząłem od nowa. 

C’est bon, c'est bon - przerwał mi. - Nie jestem idiotą. Numer trzydziesty szósty. 

Zadzwonił  dzwonkiem  i  ziewnąwszy  zapadł  się  w  fotel.  Zacząłem  chodzić  w  tę  i  z 

powrotem  po  pokoju,  targany  niepohamowanym  zniecierpliwieniem.  Wreszcie  zjawiła  się 

pielęgniarka, a nocny portier wskazał na mnie palcem. 

- Numer trzydzieści sześć - rzekł do pielęgniarki. 

background image

Poszedłem za nią białym korytarzem, a potem w górę po kilku schodach. 

- Jak on się czuje? - wyrwało mi się pytanie. 

- Nie wiem - odparła. Zaprowadziła mnie do drugiej pielęgniarki, która siedziała przy 

stoliczku  w  końcu  innego  białego  korytarza,  będącego  wierną  kopią  pierwszego,  i  czytała 

ksiąŜkę. 

- Gość do numeru trzydzieści sześć - oznajmiła moja przewodniczka i zaraz znikła. 

- Ale Monsieur Anglik śpi - powiedziała pielęgniarka, młoda kobieta o krągłej twarzy 

z bardzo małym i bardzo świecącym nosem. 

- Jest poprawa? - spytałem. - Widzi pani, jestem jego bratem i dostałem telegram... 

-  Chyba  jest  lekka  poprawa  -  oświadczyła  pielęgniarka  uśmiechając  się,  a  ja  nie 

byłbym umiał w tamtej chwili wyobrazić sobie piękniejszego uśmiechu. - Wczoraj rano miał 

bardzo cięŜki zawał. Teraz śpi. 

-  Proszę  posłuchać  -  rzekłem,  wręczając  jej  monetę:  dziesięć,  a  moŜe  dwadzieścia 

franków. - Jutro znów przyjdę, ale tymczasem chciałbym zajrzeć do jego pokoju i chwilę przy 

nim posiedzieć. 

- Och, nie powinien go pan budzić - odparła pielęgniarka, znów się uśmiechając. 

- Nie obudzę go. Tylko przy nim posiedzę, najwyŜej minutę. 

-  Sama  nie  wiem  -  powiedziała.  -  MoŜe  pan  oczywiście  rzucić  okiem,  ale  proszę 

bardzo uwaŜać. 

Gdy  zaprowadziła  mnie  do  drzwi  oznaczonych  numerem  trzydziestym  szóstym, 

weszliśmy do maleńkiego pokoiku czy teŜ moŜe sionki z leŜanką; lekko pchnęła wewnętrzne 

drzwi, odrobinę uchylone, a ja na moment zapuściłem spojrzenie w głąb ciemnego pokoju. Z 

początku  wszystko  zagłuszał  łomot  mego  własnego  serca,  potem  jednak  usłyszałem  cichy, 

przyspieszony oddech. WytęŜyłem wzrok; łóŜko do połowy było zasłonięte czymś na kształt 

parawanu, a poza tym w pokoju panował zbyt gęsty mrok, Ŝebym mógł poznać Sebastiana. 

- O, właśnie - szepnęła pielęgniarka. - Zostawię drzwi leciutko uchylone, a pan moŜe 

sobie chwileczkę posiedzieć na leŜance. 

Zapaliła  lampkę  z  niebieskim  abaŜurem  i  zostawiła  mnie  samego.  W  idiotycznym 

odruchu  o  mało  nie  sięgnąłem  do  kieszeni  po  papierośnicę.  Ręce  jeszcze  mi  się  trzęsły,  ale 

byłem  szczęśliwy.  On  Ŝył.  Spał  spokojnie.  A  więc  nic  innego,  tylko  właśnie  serce  -  czy 

rzeczywiście serce? - odmówiło mu posłuszeństwa. Tak jak jego matce.  Była poprawa, była 

nadzieja.  Miałem  zamiar  ściągnąć  kardiologów  z  całego  świata,  Ŝeby  go  uratowali.  Z  jego 

obecności  w  pokoju  obok,  z  jego  wątłego  oddechu  czerpałem  poczucie  bezpieczeństwa, 

spokój,  cudowne  ukojenie.  Gdy  tak  siedziałem  i  słuchałem,  złoŜywszy  ręce,  myślałem  o 

background image

minionych latach, o naszych krótkich i rzadkich spotkaniach, postanawiając oznajmić mu tym 

razem, kiedy tylko będzie mógł mnie wysłuchać, Ŝe odtąd - czy mu się to podoba, czy nie - 

nigdy juŜ daleko od niego nie odejdę. Mój dziwny sen, moja dziwna wiara, Ŝe Sebastian przed 

ś

miercią  wyjawi  mi  jakąś  doniosłą  prawdę  -  wszystko  to  wydawało  się  niewyraźne  i 

abstrakcyjne,  jak  gdyby  zatopione  w  ciepłym  strumieniu  prostszego,  bardziej  ludzkiego 

uczucia,  w  fali  miłości,  którą  darzyłem  człowieka  śpiącego  za  uchylonymi  drzwiami.  Jakim 

sposobem udało nam się aŜ tak od siebie oddalić? Czemu podczas naszych krótkich rozmów 

w ParyŜu zawsze byłem taki głupi, ponury i nieśmiały? Wkrótce stąd sobie pójdę, przenocuję 

w hotelu - a moŜe dostanę pokój w szpitalu, tylko do rana, póki go nie zobaczę. Przez chwilę 

zdawało mi się, Ŝe wątły rytm oddechu jak gdyby zawisł, Ŝe śpiący zbudził się i z jego pokoju 

dobiegł dźwięk, przypominający lekki stuk metalu o metal, nim chory znów pogrąŜył się we 

ś

nie:  rytm  powrócił,  oddech  tak  jednak  był  cichy,  Ŝe  wsłuchując  się  weń  chwilami  nieomal 

myliłem go z własnym. Och, powiem mu tysiące rzeczy - będę mówił o Skosie pryzmatu i o 

Sukcesie,  o  Dziwnej  górze,  o  Albinosach  w  czerni,  o  Drugiej  stronie  księŜyca,  Utraconej 

własności,  Wątpliwym asfodelu... o wszystkich tych ksiąŜkach, tak mi znanych, jakbym sam 

je  napisał.  On  teŜ  będzie  mówił.  Jak  mało  wiedziałem  o  jego  Ŝyciu!  Teraz  jednak  z  kaŜdą 

chwilą  dowiadywałem  się  czegoś  nowego.  Uchylone  drzwi  tworzyły  między  nami  najlepsze 

ogniwo,  jakie  moŜna  sobie  wyobrazić.  Dobiegający  zza  nich  delikatny  oddech  więcej  mi 

mówił o Sebastianie, niŜ dowiedziałem się przez wszystkie poprzednie lata. Gdybym jeszcze 

mógł  zapalić,  niczego  by  mi  nie  brakowało  do  szczęścia.  W  leŜance  szczęknęła  spręŜyna, 

kiedy  zmieniałem  pozycję;  zląkłem  się,  Ŝe  zgrzyt  ten  zakłócił  mu  sen.  Ale  nie:  cichy  szmer 

wciąŜ podąŜał wąskim szlakiem, który zdawał się biec skrajem samego czasu, tu wpadając w 

dołek,  ówdzie  na  powrót  się  wyłaniając,  wędrując  wytrwale  przez  pejzaŜ złoŜony  z  symboli 

milczenia - ciemności, kotar i niebieskiego światełka, Ŝarzącego się tuŜ przy moim łokciu. 

Niebawem wstałem i na palcach wyszedłem z pokoiku. 

- Mam nadzieję - rzekła pielęgniarka - Ŝe go pan nie obudził? Sen dobrze mu robi. 

- Niech mi pani powie - poprosiłem - o której przychodzi doktor Starow? 

-  Doktor  jaki?  -  spytała.  -  Aaa,  ten  Rosjanin.  Non,  c  'est  le  docteur  Guinet  qui  le 

soigne. Rano zastanie go pan w szpitalu. 

-  Widzi  pani  -  powiedziałem.  -  Chciałbym  gdzieś  tu  przenocować.  Czy  nie  byłoby 

moŜliwe... 

- Mógłby pan się zobaczyć z doktorem Guinetem choćby i teraz - miłym, spokojnym 

tonem  ciągnęła  pielęgniarka.  -  Mieszka  tuŜ  obok.  Więc  jest  pan  bratem  chorego?  A  jutro 

przyjeŜdŜa z Anglii jego matka, n 'est ce pas? 

background image

-  O,  nie  -  odparłem.  -  Jego  matka  od  lat  nie  Ŝyje.  Proszę  mi  powiedzieć,  jak  on  się 

czuje za dnia? Rozmawia? Cierpi? 

Pielęgniarka zmarszczyła brwi i jakoś dziwnie na mnie spojrzała. 

- Ale... - powiedziała. - Czegoś tu nie rozumiem... Przepraszam, jak się pan nazywa? 

- Racja - przytaknąłem. - Powinienem był wyjaśnić. Jesteśmy właściwie przyrodnimi 

braćmi. Nazywam się [tu wymieniłem swoje nazwisko]. 

Oh la - la! - zawołała, okropnie się czerwieniąc. - Mon Dieu! Pan Rosjanin wczoraj 

umarł, a pan odwiedził Monsieur Kegana... 

 

W  końcu  więc  nie  zobaczyłem  się  z  Sebastianem,  a  w  kaŜdym  razie  nie  zobaczyłem 

go  Ŝywego.  Lecz  parę  minut  spędzonych  na  słuchaniu  oddechu,  który  wziąłem  za  jego 

oddech,  tak  gruntownie  zmieniło  moje  Ŝycie,  jakby  Sebastian  przemówił  jednak  do  mnie 

przed  śmiercią.  Nie  wiem,  jaką  posiadł  tajemnicę,  ale  ja  teŜ  poznałem  pewien  sekret  -  ten 

mianowicie,  Ŝe  dusza  to  tylko  sposób  istnienia,  nie  zaś  stały  stan;  Ŝe  kaŜda  dusza  moŜe  być 

duszą człowieka, jeśli ten odnajdzie jej falowanie i za nim podąŜy. Niewykluczone, Ŝe Ŝycie 

przyszłe to zdolność świadomego bytowania w dowolnie wybranej duszy, w dowolnej liczbie 

dusz nieświadomych brzemienia, które sobie raz po raz przekazują. Jestem więc Sebastianem 

Knightem. Czuję się tak, jakbym odgrywał jego  postać na jasno oświetlonej scenie, podczas 

gdy  znani  mu  ludzie  przychodzą,  odchodzą...  niewyraźne  figurki  zaledwie  paru  przyjaciół: 

uczonego,  poety  i  malarza  -  płynnie  i  bezszelestnie  składają  pełen  gracji  hołd;  pojawia  się i 

Goodman,  platfusowaty  bufon  z  podkoszulkiem  wystającym  spod  kamizelki;  tam  oto  sieje 

blade  promienie  pochylona  głowa  Klary,  którą  odprowadza  na  stronę  Ŝyczliwa  panna. 

Wszyscy okrąŜyli Sebastiana - czy teŜ raczej mnie, który gram jego rolę - a stary magik czeka 

za kulisami z ukrytym królikiem; Nina siedzi tymczasem na stole w najmocniej oświetlonym 

kącie  sceny,  pod  malowaną  palmą,  w  ręku  zaś  trzyma  kieliszek  wody  barwionej  fuksyną.  I 

nagle  maskarada  dobiega  końca.  Drobniutki  łysy  sufler  zamyka  swą  księgę,  łagodnie  gasną 

ś

wiatła.  Koniec,  koniec.  KaŜdy  wraca  do  swego  codziennego  Ŝycia  (a  Klara  do  grobu)  -  ale 

bohater  pozostaje,  bo  choćbym  nie  wiedzieć  jak  się  starał,  nie  umiem  wyjść  z  roli:  maska 

Sebastiana  przywarła  mi  do  twarzy,  podobieństwo  nie  daje  się  zmyć.  Jestem  Sebastianem 

albo Sebastian jest mną, a moŜe obaj jesteśmy kimś, kogo Ŝaden z nas nie zna.