background image

Halina snopkiewicz 
Karygodna zabawa 
 
Państwu Zofii i Henrykowi Krzakiewiczom 
z   Zawiercia   z   wyrazami   wdzięczności 
autorka i siostrzenica. 

W każdym mężczyźnie odpowiadającym pewnym moim założeniom - mogę się zakochać,  
ponieważ posiadam wyobraźnię. To był punkt wyjściowy tej gry niedobrej, kreujący  
mnie na potwora. 
Zatem jestem potworem, dopuść tę możliwość, wiadomo że potworów jest więcej, niż  
to na pierwszy rzut oka wygląda. Odsłaniam się więc sama. Ty, który widzisz we  
mnie anioła, powinieneś dowiedzieć się czegoś innego. Zawsze marzyłam o  
mężczyźnie, któremu mogłabym się wyspowiadać. Niestety, nie mogłam brać pod  
uwagę księdza podczas jego służbowych zajęć, rodzice wychowali mnie na ateistkę.  
A w moim przypadku byłoby o wiele lepiej, gdybym mogła chodzić do kościoła i  
wierzyć w panaceum zdrowasiek. 
Ten potwór, któffjesTwe mnie tak głęboko ukryty, zrodził się z rzeczy w zasadzie  
dobrej, z pogoni za cnotami ewangelicznymi, z pogoni za wiarą, nadzieją i  
miłością. Wiadomo, że najwięcej ludzi wymordowano w imię zbawienia ludzkości.  
Wiele tym można usprawiedliwić, wytłumaczyć niemal wszystko. Potwór więc wyrósł  
i prosperował znakomicie na pożywce tego chcenia,  chęci kochania, pragnienia  
czegoś 

prawdziwego. Ale co to znaczy być prawdziwą? Wobec czego? Wobec kogo? Jaki tu  
jest sprawdzian? Jaki miernik, jakie kryteria? Słowem - jaki jest tu punkt  
odniesienia? W stosunku do czego? Do natury, do innego człowieka, do układu  
społecznego? Do tego wszystkiego razem czy do czegoś poza tym, do czegoś 
stałego,  
określonego już przez innych, nazwanego, czy do efemerydy, nie sprecyzowanej  
chęci, żądzy przelotnej, wyrachowania, czegoś zgodnego z logiką czy do czystego  
impulsu? 
Wobec takiego niezdecydowania w ocenie - czemu tym punktem odniesienia nie może  
być wyobraźnia, imaginacja, która zaprowadziła mnie - bo zaprowadzić musiała -  
do wielkiej improwizacji niszczącej początkowy (być może) autentyzm. Lecz to  
wcale nie tak łatwo wejść w orbitę błędnego koła, wykonać trzeba robotę niemałą.  
Haruje się równie zaciekle na sukces, jak i na klęskę, choć zmierza się, rzecz  
oczywista, do sukcesu, do triumfu, do ekwiwalentu za tę pracę tytaniczną,  
odpowiedniego, do zapłaty godziwej. A może to właśnie zapłata godziwa,  
ekwiwalent odpowiedni, a może to mało? Nie niecierpliw się, zrozumiesz wszystko,  
najważniejsze, że zrozumieć chcesz, i chcesz mnie bronić przede mną. Tylko że  
teraz już nie jest mi to potrzebne, bo i ja zrozumiałam, jak straszną zrobiłam  
rzecz. 
Cóż tu więc przyjmę za punkt odniesienia. Wyobraźnię, żelazną wolę czy perfidię.  
Właściwie tylko te trzy psychologiczne zjawiska połączone dają coś zbliżonego do  
układu wyjścia, do punktu zero. Wyobraźni miałam bodajże nadmiar, to trzeba było  
zainwestować albo oszaleć. 
Można, okazuje się, szaleć świadomie, wybrać sobie tak rzadką i interesującą  
możliwość pogrążania się w szaleństwo - jeśli tak nazwać wypada robienie czegoś  
absolutnie nieodpowiedzialnego, czegoś, co krzywdzi innego i ostro godzi w nas  
samych. Więc nie roztkliwiaj się nade mną, bo sama sobie to zrobiłam. Każde małe  
bicie serca osiągałam pracą mózgu. Jest naturalnie także i fabuła. Fabuła 
prosta,  
mało 

znacząca, schematyczna. W każdym razie zaprzeczyłam teorii, że nie można nikogo  
zmusić do miłości. Wyobraźnia, żelazna wola, perfidia... No dobrze, niech ci  
będzie, plus wygląd zewnętrzny, makolągwie to pewnie by nie wyszło, nie  
powiodłoby się. Chociaż gdyby z kolei ten ktoś posiadał wyobraźnię, a makolągwa  
byłaby odpowiednio inteligentna? To jeszcze można by rozważyć, w każdym razie  
kwestii nie zamykałabym natychmiast. 

background image

Nie wymagaj ode mnie osądzenia tej sprawy. Chcę ci to zrelacjonować a nie  
osądzić. Choć werdykty będą tu padać, na osądzenie tego potrzeba mi lat. A mówię  
ci to z dwóch powodów - chcę, żebyś mnie znał i pragnę cię od tego uwolnić.  
Fabuła niewiele tu wniesie. Ale ta gra, to wreszcie śmiertelne zmaganie się, to  
już od banału jest dość odległe - choć w tej kategorii być może przeciętne, z  
tym, że jest to już psychiczne wyrafinowanie. Nie wiem, co mnie tak  
ukształtowało. Nie widzę w moim życiu aż takich powodów do urazów czy 
kompleksów,  
byłam zawsze średnio zdolna, średnio pilna, ale do jednego miałam talent  
niezaprzeczalny. Do reżyserii. Za późno to sobie uświadomiłam, to się po prostu  
zmarnuje. Na szkołę filmową nie pora, a w życiu już niczego reżyserować nie 
będę.  
Nigdy. Reżyserom filmowym to chyba się nie zdarza, za mało aktorzy mają czasu,  
żeby ich wystrychnąć na dudka, ale w teatrze? Po powiedzmy dwusetnym  
przedstawieniu, szczególnie kiedy reżysera nie ma na spektaklu? Aktorzy, nie  
czując ręki kierowniczej, niepomni wskazówek, które przyjęli z aplauzem, uznali  
początkowo za słuszne, zaczynają grać inaczej, inaczej odczytują tekst, w ryzach  
może ich trzyma jeszcze rutyna, ale jeśli jest to aktor wybitny? Indywidualność  
swojego rodzaju? A ja do roli amanta wybrałam w tym względzie geniusza. Był to  
kabotyn absolutny, był to szczyt, w tej dziedzinie wyżej wznieść się już nie  
można. Owszem, wiedziałam o tym od początku, to mnie nie zrażało, wręcz  
przeciwnie, taki materiał był lepszy, bardziej mi odpowiadał. Postanowiłam, że  
zagra to wszystko tak do końca, 

tak głęboko, że z czasem zupełnie zapomni, że gra, i być może ja zapomnę także,  
o to chodziło mi bardzo, przede wszystkim. Chciałam dobrze. Wiesz, jak to było  
na meczu piłki nożnej. Sędzia podyktował rzut karny na bramkę gospodarzy.  
Bramkarz nie obronił. Rozjuszony kibic zamachnął się butelką i ciężko ranił  
jednego z zawodników. „No, to to już jest świństwo" - skonstatował ktoś na  
widowni. „Panie, jakie świństwo - obruszył się jego sąsiad. - Chciał dobrze.  
Chciał zabić sędziego. A że mu nie wyszło..." Więc i ja chciałam dobrze. A że mi  
nie wyszło... Zresztą, czy właśnie tak? Spektakl przebiegał pozornie bez  
zakłóceń, widownia niczego się nie domyślała, nie było widać, że wkrótce zawali  
się scena, na której Konrad wygłasza swoje wzniosłe kwestie. W teatrze, jak  
wiemy, niemałą rolę ma scenograf. Musiałam przejąć i tę funkcję, bardzo dbałam o  
oprawę, w ładnej scenerii bardziej przyswajalnie dla ucha brzmiał napuszony  
tekst. W każdym razie pewnych rzeczy nie można mówić w smażalni ryb,  
prosperującej na zjełczałym oleju. No i naturalnie, byłam heroiną tego romansu.  
Zresztą chyba w każdej kobiecie umiera, niszczy się wielka Sara Bernardh, choć  
nie każda kobieta istnienie w niej aktorki sobie uświadamia. Wynika to stąd, że  
kobieta która myśli, ma jakieś tęsknoty, pragnienia, pewną sumę oczytania,  
znajomość niektórych wspaniałych dramatów - chce, żeby było ładnie, żeby to było  
wielkie, a przynajmniej, żeby było czymś, i zależnie od możliwości, zabiera się  
do tworzenia. Formy są najrozmaitsze. Albo świetnie gotuje i wybiera uroczą  
polankę podczas niedzielnego wyjazdu za miasto, doskonałe prowadzi dom, jest  
oddaną żoną, pracującą zawodowo, taką, która kosztem niemałego wysiłku wygląda  
tak, jakby wyskoczyła z okładki ilustrowanego tygodnika „Kobieta Idealna", albo  
rozmach ma większy i posuwa się znacznie, znacznie dalej, tak jak to uczyniłam  
ja. Nie dyskwalifikuję kobiet, będę tylko dyskwalifikować siebie - i bronić.  
Twierdzę, że w wielu wypadkach naturalność u kobiet jest sprawą wtórną, wynika  
ze znako- 
10 
mitego opanowania roli, utożsamienia się z odtwarzaną postacią- Dotyczy to  
kobiet, które nie kochają naprawdę. Kochających naprawdę jest bardzo mało, a  
kochać chcą niemal wszystkie. Tworzą więc uczucia. 
Widzisz tę półkę uginającą się od reprodukcji? Te albumy mnie charakteryzują.  
Jedyne właściwie rzeczy, które chomikuję. Nie mogąc mieć oryginału, choćby  
jednego - zbieram reprodukcje, powielane w milionach egzemplarzy. Przeglądam je  
niekiedy z namaszczeniem, daje mi to złudzenie bezpośredniego obcowania z czymś  
wielkim. Choć zwracam ci uwagę, że reprodukcja nie jest falsyfikatem,  
reprodukcja jest uczciwa, nikt tu nikogo nie nabiera na prawdę. Nie wprowadza w  

background image

błąd. A ja tworzyłam falsyfikat, tylko falsyfikat mógł mnie zadowolić, musiał to  
być falsyfikat genialny, nie do rozpoznania przez znawców, nie do rozszyfrowania  
przez promienie Roentgena. O kłamstwie wiedział tylko twórca. Czy wszystko we  
mnie jest kłamstwem? Czy ja też jestem falsyfikatem? A jeśli tak - to czego?  
Czyim? Czy falsyfikat zrobiło ze mnie życie? Nie wiem. Nie jestem psychologiem,  
jestem chemikiem. Ale może coś z tego wypłynie pod koniec tej opowieści, może  
znajdzie się odpowiedź na choć niektóre, najbardziej drastyczne pytania. 
Mój talent do reżyserii objawił się wcześnie, z siłą znaczną i został uwieńczony  
sukcesem konkretnym, sprawdzalnym. Chodzi o szkolne przedstawienie jasełek.  
Nauczycielka wytypowała mnie do roli Matki Boskiej. Ponoć nie było w klasie  
dziecka o bardziej szczerym, niewinnym, urzekającym spojrzeniu. TO był chyba  
pierwszy błąd w ocenie mnie, bo tego samego dnia potencjalna Matka Boska  
usprawiedliwiła nie-odrobienie lekcji śmiercią dziadka. Żaden dziadek mi nie  
umarł. Ale wydawało mi się to wzniosłe, odpowiednio niezwykłe, miałam łzy w  
oczach, kiedy opowiadałam o wybitnych walorach dziadkowego charakteru, wszyscy  
odnosili się do mnie z szacunkiem, częstowali mnie cukierkami. Wybierałam  
„krówki". O żadnym pytaniu nie było mowy. Rzadko us- 
11 
prawiedliwiałam się z nieodrobionych lekcji, ale jak już - to już, nie szlam na  
tandetę, nie zasłaniałam się bólem głowy, strzeliłam od razu z armaty: pogrzeb w  
domu. Ale nie byłam jeszcze wtedy moralnie zdeprawowana. Choć nie miałam  
rodzinnego obowiązku chodzenia do kościoła, rola Matki Boskiej w tej sytuacji  
wydała mi się przesadą, wręcz świętokradztwem. Zupełnie jednak zrezygnować z  
udziału w przedstawieniu to było ponad moje siły. Postanowiłam wykazać hart  
ducha i mimo „nieszczęścia w domu" - działać, udowodnić moją aktywność. 
-  Ja to zrobię - powiedziałam, bo zawsze jasełka wyobrażałam sobie zgoła  
inaczej, niż to demonstrował w okresie świąt odłam dzieci chodzących na religię. 
-  Co zrobisz, Kasiu? - zapytała nauczycielka. 
- Jasełka - odparłam. - Będę reżyserem, pomogę pani uczyć dzieci tekstu. 
Po chwili wahania czy zastanowienia nauczycielka zgodziła się. Nie protestowała  
także, kiedy do roli Matki Boskiej wybrałam chłopca, którego szczere, niewinne,  
urzekające spojrzenie w istocie odzwierciedlało naiwność jego duszy. Zagrał  
doskonale, z czułością tulił do klatki piersiowej Dzieciątko, które było wielką,  
czarną lalką. Jasełka były w szkole, a nie na plebanii, udało mi się  
przeforsować Dzieciątko-Murzyna, co sądzę było światową rewelacją. Naprawiłam  
tym krzywdy dyskryminacji rasowej, które docierały do mnie ze szpalt gazet i  
radia, brałam odwet za geograficzną niesprawiedliwość zjawienia się Chrystusa,  
dawałam szansę ewentualnego dostania się do raju mieszkańcom znad Lim-popo i  
Zambezi. W każdym razie miałam dość energii i argumentów, odpowiednią ilość  
pomysłów inscenizacyjnych i scenograficznych, aby zepchnąć nauczycielkę do  
skrajnej defensywy. Udręczona, ograniczyła się do pomocy w uczeniu dzieci 
tekstu.  
Triumfowałam skromnie. Wiedząc, że sukces jest moją zasługą, nie pragnęłam  
ogólnego czy też szerszego poklasku. Laury wieńczyły skronie nauczycielki,  
jasełka szły 
12 
kompletami, przez salę gimnastyczną przewinęły się niemal wszystkie szkoły z  
naszego miasta i spory procent mieszkańców dorosłych. Nie musiałam wychodzić  
przed kurtynę i kłaniać się. Wystarczyło mi, że sterczę za kulisami i syczę jak  
żmija na zbyt samodzielnych aktorów. Perfidnie, w zapasie, w szantażu, miałam do  
każdej roli dublerów, którzy błagalnie zaglądali mi w oczy. Wobec aplauzu, jaki  
zdobyło przedstawienie, burzy oklasków, żaden aktor nie ośmielał się wychylić  
poza moje wskazówki. Na zakończenie szkoły podstawowej wyreżyserowałam bajkę o  
Jasiu i Małgosi. Rozpisałam tekst, starannie dobrałam narratora i objęłam tym  
razem jedną z głównych ról - rolę Czarownicy. Czarownicę zdemo-nizowałam tylko  
tyle, ile trzeba, żeby było „realistycznie" jak na bajkową konwencję, ale i  
trochę uczłowieczyłam. Reprezentowała bodajże biologiczną walkę o byt, nie  
pamiętam, czy nie przypadkiem żarłoczny kapitalizm, w każdym razie nadałam  
rzeczy cechy pewnego historycznego porządku. Zwycięstwo Jasia i Małgosi było  
zwycięstwem nowego ładu. Bolałam tylko, że Czarownicę wsadzono na łopatę (i buch  
do pieca) podstępem. Wytłumaczyłam sobie, że skoro brak siły - fortel mile  

background image

widziany, bo dobro powinno zwyciężyć. 
Skąd to się we mnie wzięło? Zawsze szukamy czegoś w dzieciństwie, poszukajmy i w  
moim. Chorowałam na Hei-ne-Medina. Wiem, że tego nie widać, po mnie niczego  
takiego nie widać. Wyleczono mnie całkowicie, choroba nie zdeformowała mi ani  
nóg ani figury, pewnie nie był to jej najostrzejszy przebieg, ale, być może,  
nieco skaziła mi psychikę. Dwa lata spędziłam albo w łóżku, albo w sanatorium.  
Nie straciłam ani roku szkoły, uczyłam się, uczono mnie. Nie czułam się  
nieszczęśliwa ani pokrzywdzona. Zapadłam na chorobę rzadką, to stawiało mnie w  
pierwszym rzędzie ważnych, niczego nie musiałam wymyślać, żadnej śmierci 
dziadka,  
to się zdarzało naprawdę - i dało mi dużo czasu na wymyślanie rzeczy innych. Nie  
jest to argument obrony - co najwyżej przypuszczalne, albo tylko przypuszczalne  
źródło 
13 
spraw, które robiłam później. Bo prawdopodobnie bez Hei-ne-Medina byłabym taka  
sama, względnie bardzo podobna, ale tego już nigdy nie będę wiedziała na pewno,  
jak też nigdy nie dowiem się, jaka byłabym, gdybym urodziła się angielską lady  
bądź Indianką w rezerwacie. W każdym razie jako aksjomat przyjąć należy, że tam  
gdzieś, podczas leżenia w łóżku, zaczęłam wchodzić w magiczny krąg pewnego  
rodzaju mitomanii. Długo było to nie nazwane, objęte słowem „marzenia", wreszcie  
w pełni świadome, kultywowane nawet ze smakiem. Na przykład? No, na przykład. Na  
lewym udzie mam bliznę. Staje się niewidoczna, kiedy się mocno opalę. Ale na  
ogół pierwsze wyjście na plażę kosztowało mnie odpowiedź na pytanie: „skąd masz  
tę bliznę". Odpowiadałam, że zaszarżował na mnie byk, spokojnie, wydawać by się  
mogło, pasący się na łące. Prapremiera tej odpowiedzi odbyła się w dzieciństwie.  
„Miałaś szczęście, mógł cię zaharatać na śmierć". Tak już zostało, Powtarzałam  
to kłamstwo, wzniecając nim uznanie dla mojej wyjątkowej szczęśliwości.  
Odpowiedź tę chyba wynalazłam tuż po definitywnym porzuceniu zamierzenia, że  
zostanę matadorem, uwielbianym przez tłumy. Ale przeczytałam już znacznie więcej  
i dowiedziałam się tyle, że matadorem nie może być kobieta. A naprawdę, bliznę  
zdobyłam w mało chwalebnym boju, spadłam z okna, zaczepiłam się udem na  
zwisającej z parapetu, zardzewiałej zasuwce. Nie widziałam powodu, żeby tej rany  
efektownie nie wykorzystać. Przykład inny: Na palcu lewej ręki mam ślady po  
trzech skaleczeniach. Zwykłych skaleczeniach nożem, podczas krojenia chleba.  
Opowiadałam potem, że łowiłam w nocy raki, że zdobyłam okazy niezwykłej  
wielkości. Pocięły mi pałce szczypcami, kiedy je wyciągałam spod kamieni.  
Poetyczne, nocny połów raków, prawda? I odpowiednio odważne. Ponieważ te raki  
łowiłam sama. Należało przejść przez gęsty las, ominąć uważnie mokradło... Wiem,  
że wszystkie dzieci coś bredzą, wymyślają, zaludniają wyobraźnię krasnoludkami i  
stworami z bajek, i nie byłoby o czym wspominać, 
14 
gdyby to nie rozwinęło się tak, do tego stopnia, gdyby to nie rozwinęło się z  
moją aprobatą, gdybym jako kobieta dorosła nie meblowała wyobraźni bohaterami  
literackich romansów. Być może podczas tych dwóch lat choroby, całkowicie  
uzależniona od innych, od rozpuszczających mnie rodziców, życzliwych lekarzy,  
jednej złośliwej pielęgniarki, dobrodusznej salowej, koleżanek i kolegów,  
przychodzących mnie odwiedzić z obowiązku bądź z dobrego serca - zapragnęłam  
smaku władzy. Być może. To tylko jeszcze jedno domniemanie, jeszcze jeden  
niewyraźny trop. 
15 
II 
Studiować chciałam architekturę. Brat mój skończył chemię, mieszkał w Warszawie,  
miał żonę i dziecko, nieźle mu się wiodło. Mogłam się na początek zaczepić.  
Miałam dość Starachowic, nudnego domu rodzinnego, do którego musiałam wracać o  
ósmej wieczorem bez względu na porę roku i świadectwo dojrzałości. Matka moja  
była kasjerką biletową na stacji. W wolnych chwilach hodowała kury w małym  
ogródku na przedmieściu, wolałabym, żeby w ogródku kwitły floksy. Miałam dość  
także rosołu na obiad w niedzielę i obrzydliwego smrodu, jaki wypełniał  
mieszkanie, kiedy matka przed skubaniem parzyła wrzącą wodą świeże kurze zwłoki. 
Oblałam egzamin z rysunku. W szkole rysowałam „najlepiej z całej klasy", to mi  
stwarzało interesujące miraże, a jak widzisz, niczego nie dowodziło. Profesor,  

background image

przechadzający się po sali, zatrzymał się przy mnie i zagadnął: 
-  Czemu pani wybrała sobie taki trudny zawód na „a"? 
-  Nie rozumiem? 
- Architekturę? 
-  Chciałabym... - ale przerwałam, nie wystąpiłam z żadną teorią przebudowy  
robotniczych przedmieść w oazy flok- 
16 
sów, wodotrysków, szklanych ścian i lekkich konstrukcji. Byłam speszona. 
- Jest tyle interesujących zawodów, na przykład na „b". 
-  Botanika? Nie pasjonuje mnie to. 
-  Budka z wodą sodową, proszę pani - powiedział profesor i odszedł. 
Nie było to wersalskie, ale trafiało w sedno. Rysunek był rzeczywiście bardzo  
niedobry. Poczułam się upokorzona, rujnowało to moje założenia, ale nie  
obraziłam się na świat ani na profesora. W jednej konkurencji startuję tylko 
raz.  
Wybrałam zawód na „c" - chemię. Nie mogę powiedzieć, że „od dziecka o tym  
marzyłam", chemią zaraził mnie Emil, brat. Przez ten rok, po obcięciu się na  
architekturze, mieszkałam u niego, a kiedy udało mu się zameldować mnie jako  
pomoc do dziecka, pracowałam przez parę miesięcy w recepcji peryferyjnego,  
podrzędnego hotelu. W niektóre wieczory przygotowywał mnie do egzaminu, tym  
razem poszło gładko, zdałam, zostałam przyjęta. Nie twierdzę, że Emil nie znał  
tam żadnego asystenta, ale wielkodusznie nigdy mi o tym nie wspomniał, mogę więc  
wierzyć, że przyjęcie na wydział zawdzięczałam głębokości mojej wiedzy, która  
sprostała silnej konkurencji. Chemię w szkole dość lubiłam, a przez rok pobytu u  
Emila istotnie mnie to nawet wciągnęło. Na studiach nigdy się nie wybiłam, ale  
też nie miałam szczególnych kłopotów, oblałam dwa kolokwia i jeden egzamin, do  
tego można się przyznać nawet w najbardziej naukowym towarzystwie. Jeszcze jeden  
rok mieszkałam u Emila, ruch w ich domu był niekolizyjny, wracałam późno,  
partycypowałam w wydatkach na życie, czasem zabierałam małą na spacer, z bratową  
Zosią pożyczałyśmy sobie wzajemnie bluzki. Ale nie mogłam im wiecznie siedzieć  
na karku. Nie dawali mi tego do zrozumienia, rozumiałam to sama. 
W szkole średniej polubiłam sport. Początkowo był on moją udręką, jak skrzypce  
dla Paganiniego, rozmaite ćwiczenia miałam zalecane przez lekarzy, po kilku  
latach nie mog- 
«kx                                                                                              
17 
\? 
łam się bez sportu obejść. Pływałam, chodziłam na rozmaite boiska sportowe, nie  
osiągnęłam żadnych wyników zasługujących na podkreślenie, ale sprawność 
fizyczna,  
biologizm, młodość, odniosły pełny triumf nad niemocą i chorobą. Z czasów  
choroby, przykucia do łóżka, przymusowego wyrzeczenia się właściwych wiekowi  
zajęć, została mi dla siły fizycznej, zdrowia jakaś fascynacja - i pogarda.  
Fascynacja -bo było to coś, co sądziłam, nie może być moim udziałem, pogarda -  
ponieważ o tę chorobę czułam się wyższa od innych, bardziej wtajemniczona w  
ludzki los poprzez łóżko, wózek, szynę, drugie w życiu samodzielne kroki, te  
samodzielne kroki, których wagę już można docenić, które są zwycięstwem nad 
sobą,  
nad światem, nad nie zawinionym i nie sprowokowanym złem, nad jakąś niepojętą  
krzywdą zadaną mi przez na oślep atakujące wirusy. Jeździłam też na długie  
rowerowe wycieczki i ta lewa noga, która po zdjęciu szyny była cieńsza, z czasem  
przestała być cieńsza. O chorobie nikomu nie wspominałam, pierwszy raz mówię  
tobie. Wygrałam tę sprawę, nie było o czym mówić, na zawsze zostanie mi w  
pamięci obraz moich rówieśników z sanatorium, którzy tę sprawę przegrali. 
Matka moja rzuciła pracę w kasie, kupiła maszynę tryko-tarską i zaczęła wyrabiać  
swetry. Dobrze to robiła, dobrze jej za to płacili. Ojciec mój jest nauczycielem  
języka rosyjskiego w technikum elektrycznym. Rozumiesz zatem, ani dobry filolog,  
ani dobry elektryk. W czasie wolnym i w tajemnicy pisze wielką rozprawę o  
Czernyszewskim. Od momentu nabycia przez matkę maszyny trykotarskiej wiele chwil  
spędza wyłapując z podłogi, dywanów, ścian i powietrza wełniany pył, jaki się  
unosi znad tej miniaturowej fabryczki swetrów. Na drugim roku studiów, kiedy  

background image

rodzice zaczęli mi przysyłać więcej pieniędzy, wyprowadziłam się od Emila,  
wynajęłam pokój w starej kamienicy na Pradze, umeblowany koszmarnie, przy  
„starszej, spokojnej i samotnej", która robiła mi piekielne awantury, jeżeli nie  
zgasiłam 
18 
 
w łazience kontrolnego gazowego płomyka, tego, który powinien się wiecznie 
palić. 
Awantury „starszej, spokojnej i samotnej" były wkalkulowane w moją egzystencję -  
„zawsze coś będzie, jak nie płomyk to dywanik, jak nie dywanik to zbyt silna  
żarówka" -doszłam do wniosku i mieszkałam tam czas jakiś. Miałam niekrępujące  
wejście, o dwudziestej pierwszej moja gospodyni zapadała w niezwykle mocny, jak  
na osobę starszą , sen. Zosia i Emil kupili mi na imieniny radio, studiowałam,  
miałam towarzystwo, byłam właściwie urządzona. 
Wkrótce potem wyszłam za mąż. Był to mężczyzna o barach żubra i mózgu tasiemca.  
Miał wysmukłe nogi, chłopięcy uśmiech. Znajomość ze sportowego boiska. To, że  
jest głupi, podejrzewałam w czasie odpowiednim, aby na małżeństwo się nie  
zdecydować, ale pewności nabrałam po ślubie. Czemu więc wyszłam za mąż? Nie mam  
pojęcia. Wielka miłość nie przychodziła, on miał wdzięk, wąskie biodra, był  
urzeczony moją młodością, moim wysportowanym ciałem. Graliśmy kiedyś w ping- 
ponga, kazał mi podnieść piłeczkę, która upadła jemu. To było coś nowego.  
Chłopcy dość mi nadskakiwali, odnosili się do mnie z szacunkiem. W zwrocie  
„podnieś piłkę" objawił mi się jako mężczyzna władczy. Wiem, że to można się  
rozsypać ze śmiechu, słuchając takich bzdur, ale weź pod uwagę mój wiek. I mój  
lęk, że żądam zbyt wiele, a do ofiarowania mam znacznie mniej. „No i nie  
przeitelektualizowany" - stwierdziłam i wydało mi się to świetne na okoliczność  
małżeństwa. Bardzo dobrze pływał, co także uzupełniało, moim ówczesnym zdaniem,  
jego kwalifikacje na męża. Kończył studia, jego studencki żywot ciągnął się  
równie niemrawo jak mój. „Dwie połączone samotności" - kombinowałam. No i byłam  
z nim, samotna jeszcze bardziej. Przeintelektualizowany to on nie był, na pewno,  
i nigdy też nie był samotny. Próbował mnie wprowadzać w arkana sztuki miłosnej,  
ale nic nie udało mu się we mnie obudzić. A przez swoje pedagogiczne zapędy  
straci! jakiekol- 
19 
wiek szanse na pomyślny rezultat. Może gdyby był delikatny... Kiedy zaczął się  
chełpić, czy ubolewać, jakie wspaniałe kobiety miał w łóżku przede mną, poczułam  
coś zbliżonego do wstrętu, choć skórę miał ciągle gładką, opaloną i śmiejące się  
oczy. Nic to nie znaczyło i nie mogło trwać długo. On wynajmował pokój większy,  
przeniosłam się do niego. Bez dostępu do kuchni, pichciliśmy na elektrycznej  
maszynce zupy z koncentratów, czasami kotlety, to mnie trochę bawiło. Kupiliśmy  
dwie łyżki, dwa noże, dwa widelce, parę talerzy. Mieliśmy ekspres do kawy,  
stolnicę, elektryczny czajnik, puchową kołdrę, szczotkę do zamiatania.  
Dostaliśmy to jako ślubne prezenty. 
Z podziałem majątku, jak się domyślasz, nie było kłopotów. Zabrałam radio i  
ekspres, zostawiając mu wspaniałomyślnie resztę. Ubił na tym interes, została mu  
stolnica i puchowa kołdra. Odeszłam od niego, tak jak przyszłam: z walizką i po  
południu. Nie, nie sądzę, żeby on mnie kochał, choćby przez pięć minut. Pracował  
na ilość, na wyniki, sportowy typ. To nie wszystko o tym małżeństwie, choć i tak  
wydaje mi się zbyt dużo. Były jeszcze nieprzyjemnie sprawy, choć i bez nich  
zrobiłabym tak, jak zrobiłam, wyrzuciłabym śmieci, wzięła radio, walizkę i  
zatrzasnęła drzwi, zostawiając klucze wewnątrz. O tych nieprzyjemnych sprawach  
ci powiem, dotyczą one mnie, i było sprawą zupełnego przypadku, że to właśnie on  
otworzył mi oczy na pewne rzeczy. 
To, nazwijmy łagodnie, idiotyczne dla stron obu małżeństwo, zostawiło mi 
niesmak,  
a niesmak budzi pragnienie czegoś orzeźwiającego. Coraz bardziej rozpaczliwie  
zaczęłam tęsknić za miłością. 
 
20 
 
III 

background image

Ten mąż nie był moim pierwszym mężczyzną. O tym pierwszym nie powiedziałam mu  
prawdy, bo prawdy by nigdy nie pojął, skoro ja pojmowałam ją z trudem.  
Nakarmiłam go sentymentalną i bardzo mokrą od słonych łez i takiej ż wody  
historią o marynarzu, który zginął podczas awarii kotła na Oceanie Indyjskim.  
Uwierzył i nawet wyraził coś w rodzaju współczucia:"Biedne maleństwo". Ale zdaje  
się sam fakt, że nie odebrał mi dziewictwa, nurtował go i niepokoił. Trochę to  
przygasło, kiedy wyraziłam podziw dla jego szerokich ramion i przysięgałam, że  
tamten przedstawiał dla mnie wyłącznie walory intelektualne. A tych, rzecz 
jasna,  
wysoko u mężczyzn nie cenił. Każdego intelektualistę uważał za mężczyznę  
ćwierćwartościowego, a takiego, który przekroczył w życiu próg sali koncertowej  
- za impotenta. „To on był marynarzem i taki był mądry?" - zapytał. „Tak -  
wyszeptałam cicho, z bolesnym westchnieniem - oni w czasie długich podróży mają  
wiele czasu na czytanie, wiele wiedzą, wiele rozumieją. To był wyjątkowy  
człowiek. Niezmiernie subtelny. Cudownie opisywał mi układy chmur o wschodzie  
słońca nad Atlantykiem." Wobec opisu układu chmur - przestał in- 
21 
dagować. To dyskwalifikowało mojego kochanka ostatecznie, nie mogło tu być  
miejsca na zazdrość. To musiała być jakaś ofiara, której cudem udało się mnie  
mieć. Potwierdziłam, że było to po powrocie opisywacza chmur z dalekiego rejsu,  
długi post czynił więc rzecz jako tako wiarygodną. Tego mojego męża o nic nie  
obwiniam, nie oskarżam, nie ośmieszam. Był taki, jaki był. Lubił kaloryczne  
jedzenie, odpowiednią porcję witamin, dużo gimnastyki w łóżku i na przyrządach,  
świeże powietrze, osiem godzin twardego snu. Przyszłość wyobrażał sobie jako  
sprawę nabycia motoru. Mówił, że mnie kocha, kłamaliśmy więc oboje, z tym że ja  
rzadziej i bardziej świadomie. Był, jaki był. Rozwiódł się już po raz drugi, z  
ostatnią żoną ma dziecko. Jeśli ożeni się jeszcze raz - nastąpi rozwód trzeci.  
Bo do ołtarza stanu cywilnego władczo prowadzi kobiety, których nie rozumie.  
Wydają mu się czymś innym, lepszym. I jeśli wybrana da się nabrać na jego  
prostotę i wdzięk - zostaje jego żoną. Kiedy go dobrze pozna - odchodzi. 
Zresztą,  
może akurat istnieją jakieś inne powody. Teraz uwodzi studentkę z pierwszego  
roku studiów. Ona jest z grupy, z którą prowadzi WF. Jeśli przypadkowo spotkamy  
się gdzieś raz na parę lat - jemy razem duży obiad i życzymy sobie powodzenia.  
Jego prostota to była prostackość. Być może umiałam to już wtedy odróżnić, ale  
trochę zagubiona i smutna - nie wgłębiałam się w problem. Zaraz, przyjdzie kolej  
i na te inne nieprzyjemne sprawy. Ich znaczenie uświadomiłam sobie znacznie  
później. W każdym razie on żył bardziej normalnie niż ja, właściwie to  
niepoważne małżeństwo było chyba jedynym normalnym zjawiskiem, jakie zaistniało  
na terenie moich spraw damsko-męskich. 
Kim więc w istocie był ten pierwszy. Urzeczona wiosną tuliłam się do niego pod  
drzewem. A wtedy samochód oświetlił reflektorem moją twarz i on powiedział:  
„Jesteś piękna". Nie wiedział naturalnie, w czym w owej chwili tkwiło to piękno.  
Bo przecież piękna nie jestem. Nie, nie zaprzeczaj, bywam piękna, to się  
przytrafia każdej kobiecie. To już był początek 
tego. Tej jakiejś dziwnej rozpaczy i zachłanności. Rozpaczy wynikającej między  
innymi z faktu, że nie widzę granic tej zachłanności, że jej ofiary nie mogę, na  
przykład, unicestwić. I kiedy on powiedział: „Jesteś piękna", pomyślałam, że  
gdyby ten samochód wpadł prosto na niego, miałby lekką śmierć i już tylko ja  
zostałabym na zawsze „jesteś piękna". Przeraziłam się. Ukazałam się sobie jako  
zwykła zazdrośnica, no, powiedzmy, wybitna zazdrośnica. A przecież go jeszcze  
nie kochałam. To była wstrętna myśl, obrzydliwa, ale była, została  
zarejestrowana przez mój mózg i moje sumienie. Byłam gotowa go pokochać. Lecz on  
miał do rozliczenia jakąś swoją przeszłość, w ramach kurtuazji poszedł do kina  
ze swoją dawną sympatią. Potem zadzwonił do mnie, zgodziłam się wpaść do niego  
na herbatę o dziesiątej wieczorem. Zostałam do rana. Na drugi dzień rzuciłam go.  
Ukarałam chyba dość mocno jego i siebie. Kogo bardziej? Za co? On nie wyczuł w  
moich uściskach tego, że zaczynam się topić, pogrążać, że to jest pogranicze,  
ten fascynujący stan... I potem, na zawsze wykreślony, stał przez cztery  
wieczory pod trzepakiem na podwórku Emila, zagroziwszy mi uprzednio przez  
telefon, że się powiesi, jeśli do niego nie przyjdę. Zosia zapytała: „Katarzyna,  

background image

dlaczego ty jesteś taka podła i zacięta, co ci ten chłopak zrobił?" Nie umiałam,  
niestety, udzielić odpowiedzi. Zdaje się, że sama sobie coś złego zrobiłam.  
Zresztą w końcu się nie powiesił. Więc on poszedł sobie spod tego trzepaka, z  
niewykorzystanym sznurkiem w kieszeni, telefon przez kilka dni musiał być  
wyłączony, a ja, ja zaczęłam coś pojmować. Dziś mam na ten temat prawdziwą  
wiedzę, która już nigdy nie przyniesie mi żadnego pożytku. Koniec z  
eksperymentami na fizyczną i psychiczną wytrzymałość. Wtedy musiałam dojść do  
wniosku, że miłości nie należy pragnąć, przeciwnie, jeśli się na to zapada -  
trzeba zastosować ostre leczenie. Że euforia to nie jest życie, to nie jest stan  
normalny, że to jest patologia, która nie doprowadzi mnie do niczego dobrego. Że  
statystycznie rzecz biorąc, ludzi o psychice 
22 
23 
spekulatywnej jest mało, że możliwość spotkania kogoś, ktd będzie myślał  
podobnie do mnie, pragnął tego samego, pat] rzył w tym samym co ja kierunku jest  
taka sama, jak zderzę] nie się dwóch komarów lecących nad Azją. Że większośd  
ludzi kieruje się odruchami i mniej mają ze sobą niż ja kłopotów. Zaczęłam  
rozważać samobójstwo. Zamiast tego wyszłam za mąż. Potem wróciłam do dawnych,  
obłędnych pragnień, że musi być miłość. Że tylko poprzez miłość mogę się  
sprawdzić. Przypadki były takie i inne, niefortunne, to wielkie uczucie nie  
przychodziło, aż wreszcie, wreszcie znalazłam odpowiedni obiekt... 
 

Ten chłopiec, z którym całowałam się pod drzewem i w którego mieszkaniu  
spędziłam noc - uświadomił mi dwie rzeczy. Że nie funkcjonuję prawidłowo, kiedy  
jestem zakochana, że to mogłoby trwać wyłącznie wtedy, jeśli strona druga byłaby  
zaangażowana w stopniu akurat takim samiu-sieńkim jak ja. A sądzę, że już choćby  
tylko moja gotowość przewyższała jego uczucie. Była to taka chwila jasności, w  
której omal nie pękło mi serce. Nie sądzę, że gdyby nie spotkał się ze swoją  
dawną dziewczyną, nasza krótka historia miałaby inny przebieg. Może tylko finał  
byłby inny. Ale po tym pójściu do kina czy gdzieś tam beze mnie zwęszyłam jakieś  
uzależnienie, słuchanie kroków na schodach, zdrady, kłamstwa, cierpienie, płacz,  
upokorzenie, odwracanie wzroku, lęk przed zadaniem pytania. I rzecz druga - że  
więź fizyczna dla mnie nic nie znaczy. Ten wniosek potwierdzony przez małżeństwo  
był jednym z najbardziej błędnych wniosków, jakie kiedykolwiek wyciągnęłam. Ale  
pojęłam to dopiero za parę lat, już w czasie kiedj' byłam inicjatorką tej  
brudnej afery. Zawsze miałam skłonności do przesady. Zły styl psychiczny,  pełen  
patosu nie wygłaszanego. W dwudziestym 
24 
25 
pierwszym roku życia zaczęłam się bać starości, zmarszczełd sądziłam, że w tym  
względzie świat dla kobiety stanowi obój koncentracyjny bez żadnego wyjścia.  
Jakiejś starości god nej, pełnej ciepła, przyjaźni, zaufania, piękna, nie brałar  
pod uwagę. Sądziłam, że nie dotyczą mnie prawa mimikiy że nie mam żadnej obrony  
przed niczym. Ratunku mogłan upatrywać jedynie w małżeństwie z mężczyzną  
starszym który o wiele wcześniej niż ja dostałby sklerozy. Miałam ta kiego  
wielbiciela w zapasie, Koralkiewicza, ale na szczęścił nie odważyłam się na to,  
choć owszem, niejednokrotnie taka możliwość rozpatrywałam. Zawsze młodsza,  
zawsze piękniej! sza, zawsze godna pożądania, zawsze mądrzejsza. Koralkiel wicz  
obchodził się ze mną nielitościwie, mówił, że mnie kol cha, i że jestem życiową  
flądrą, uwikłaną w siatki na zakupi i etui od zużytych szminek, których nie mam  
energii wyrzul cić. To mnie od czasu do czasu stawiało na nogi, przywracał ło do  
rzeczywistości, jeśli zapędziłam się gdzieś daleko. TaM Koralkiewicz bywał mi  
potrzebny, z żelaznego wielbiciela, nil obdarzanego względami, kobieta nie  
rezygnuje tak łatwo. Nia może tu zagrać element ambicji, miłości własnej -  
przecie! to na cudzej ambicji przeprowadza się niekiedy próbę wyli rzymałości,  
to cudzą miłość własną świadomie lub nieświal domie się rani, przecież w ten  
sposób w stosunku do innej osoby odczuwamy uczucie litości, przywołujemy się na  
drogi humanitaryzmu i postępowania zgodnego z kodeksem mięł dzyludzkim.  
Koralkiewicz pojawi się w tej opowieści jeszce niejednokrotnie, zawrzesz z nim  
bliższą znajomość, no i jl pojawię ci się w jeszcze jednej odmianie perfidii. A  

background image

kobiec! perfidia ma odmian i niuansów nie kończący się szereg. Ni sądzę, żeby  
moje postępowanie wyczerpało odmiany wszye kie, tak wysoko się nie oceniam. 
Koralkiewicz poznał mnie w recepcji hotelu, przenosił sl wtedy z Krakowa do  
Warszawy, zakładał - z całą pewnością ł że umilę mu smutne, hotelowe noce.  
Zapłacił drogo za to zł» dzenie, zakochał się we mnie, zdaje się, naprawdę.  
Zaistniał 
też między nami specyficzna odmiana przyjaźni. Tłumaczył mi cierpliwie, że w  
architekturze nie dokonałabym prawdopodobnie niczego, że chemia to nauka  
wspaniała, z przyszłością- że powinnam z nią wiązać więcej ambicji, niż wiążę  
(„tylko ty mi nie mów o ambicji, ty dziennikarzyno od stanu wody na Wiśle" -  
wykrzykiwałam, pewna bezkarności). Był świadkiem na moim ślubie. Nie wydawał się  
zgnębiony. Jego doświadczenie życiowe na tyle przewyższało moje, że od razu  
postawił temu małżeństwu właściwy horoskop. Taki był więc układ między nami.  
Chociaż mówiłam mu czasami, kiedy pozwoliłam mu na siebie pokrzykiwać,  
„wychowywać" mnie: „twoje nazwisko powinno być jednostką głupoty" - głupi w  
istocie nie był. Najlepszy dowód, że cierpliwie przeczekiwał wszystkich moich  
panów, twierdząc, że ma czas. 
Tak, zanosi się tu na jakieś samobiczowanie, które, być może, mało wniesie do  
mojego obrazu. Pewnie wydam ci się zbyt ekstrawagancka, zbyt zapatrzona w 
siebie.  
Tak, nie patrząca dalej niż czubek własnego nosa, zajęta wyłącznie tym, co się  
we mnie dzieje, zadająca rany innym, raniąca dla własnej wygody, szafująca  
ciosami, jeśli miało to ułatwić jakąś sytuację, jakieś z życiem czy ludźmi  
porachunki. Lecz przede wszystkim mówię tylko o jednej dziedzinie mojego życia i  
o niej chcę ci powiedzieć wszystko, jeśli to możliwe. Ta spowiedź nie stanowi  
dla mnie żadnej psychoanalizy czy czegoś zamiast religii rzymskokatolickiej, od  
której odeszłam. Żadnego konfesjonału z jego magią rozgrzeszenia. Nie chcę,  
żebyś mnie rozgrzeszał, chcę, żebyś mnie kochał pomimo tego, co tu usłyszysz.  
Milczałam tyle lat, choć mówiłam tak dużo. Choć nie robiłam tamy dla kobiecej  
potrzeby mówienia, barykadowałam tor dla ludzkiej potrzeby mówienia. Musiałam  
tak robić, nie było komu i po co tego powiedzieć. Zostawało więc paplanie,  
kłamstwo, plus rozmowy na tematy zawodowe. Do paplania i kłamstwa przedstawię ci  
odpowiednie ilustracje. Rzeczowość i konkretność rozmów służbowych nie jest  
rewelacją, a poza tym, zbyt to fachowe, specjalistyczne i prze- 
26 
27 

de wszystkim, stanowi drugi nurt mojego życia, mniej na w tej chwili  
interesujący. Nie chcę pozować na kobietę fatal] ną, jestem od tego jak  
najdalsza, ale mężczyźni z którymi byj łam, mimo że mnie po pewnym czasie  
okłamywali - bo nil kochając, dawałam folgę lenistwu i przestawałam odgrywaa coś  
tam, byłam więc nieciekawa, nie potrafiłam z siebie nie wykrzesać - mimo że  
pocieszali się po mnie bardzo łatwo, odl chodzili z niejasnym przeczuciem „ona  
była jakaś dziwna"! odchodzili w jakiś sposób okaleczeni. Jeśli znaleźli uroll w  
odmęcie i koszmarze moich rozmyślań, mojego sposobJ odczuwania i reagowania.  
Jakby z przetrąconym kręgosłu-l pem. Nigdy to się nie stało z Koralkiewiczem, bo  
po pierwsze! nie był moim kochankiem, a po drugie on nie posiadał tej akJ tywnej  
sfery w psychice, którą mogłabym zrujnować, czj choćby zahaczyć. Koralkiewicz  
zbyt wiele sprowadzał do ku-l rzu na regałach i źle wytrzepanego dywanu.  
Zastanawiałam] się czasem, czy taka przyziemna rzeczywistość, takie tłuma-l  
czenie świata nie byłoby dla mnie zbawienne. Dziś wiem, ża to powinno istnieć  
także, obok, zajmować mały, uporządko-j wany kącik w wielkim pokoju. Bardzo  
długo odkrywać mi wyj padło prawdy najoczywistsze. 
Nie potrafiłam żyć. Nie potrafiłam się jakoś usadowić, wyl mościć sobie gniazda.  
Cechowała mnie łatopalność, rozgar-j diasz, miewałam depresje na przemian z  
napadami beztros-jj ki. Mój egoizm zaczął przybierać formę żarłoczną. Brnęłam] w  
ostre sformułowania, kategoryczne imperatywy. Arbitral ne sądy, ostateczne  
opinie - co przy zmienności nastrojÓAJ musiało i werdykty poddawać metamorfozie.  
Stawały si przeciwstawne do poprzednich, ale równie zdecydowane. 
Wyłącznie alternatywny stosunek do świata: życie je; bardzo piękne, albo życie  
nie ma żadnego sensu. Niemożl wość zgody na: życie bywa bardzo piękne, życie nie  

background image

jest po; bawione sensu. I wątpiłam, żeby przemijanie lat, upływ cza-j su, które  
to zjawiska wyciszają ducha inkwizycji, zniżają ton, stabilizują płynność  
kryteriów i końcowych sformuło 
28 
wań, zdołały odnieść w moim przypadku jakikolwiek sukces. Doskonała  
nieumiejętność rozróżniania dwóch pojęć: obiektywizm, subiektywizm. To były dla  
mnie słowa znaczące idealnie to samo. Może inaczej: subiektywizm był właściwym  
poglądem, obiektywizm herezją. Czasami te pojęcia, przypadkowo, były zbieżne,  
jeśli dotyczyły kolorów, względnie temperatury. Zielone-ziełone, upalnie-upalnie  
- to można jeszcze niekiedy aprobować. Bo już na przykład na: „ale chlapa",  
replika bywała natychmiastowa: „ale skąd! Taka wspaniała wilgoć, jakie to  
orzeźwiające". 
Próbowałam zacząć żyć w ogóle tak, jakbym realizowała polisę wspomnieniową na  
starość, jakbym się ubezpieczała w jakimś prywatnym zakładzie ubezpieczeń na  
ewentualną zadumę przy kominku, w podeszłym wieku, jakbym przewidywała, że  
zechcę kiedyś powiedzieć wnukom: „No, moi drodzy, wasza babcia nie zmarnowała  
ani chwili danego jej czasu". 
Zbyt łatwo byłoby powiedzieć, że żyłam dla przyszłości, byłam kolekcjonerką  
uderzeniowych wrażeń, wspomnień barwnych. Niewątpliwie był to element także,  
przypuszczalnie w podświadomości, nie sprecyzowany, ale przede wszystkim pogoń  
za intensywnością, pełną gamą uczuć. Nie pogardzałam w tej zwariowanej wędrówce  
nawet cierpieniem, męką, przeciwnie, chwytałam to i przyglądałam się temu  
uważnie, i jeszcze niemożliwość zrozumienia, że intensywność, autentyczność,  
głęboką prawdę, zamkniętą amplitudę drgnień serca i psychiki można znaleźć w  
łagodnym umiarze spokoju zadumy, daniu sobie czasu i szansy na refleksje. A przy  
braku nawet jakiegoś szczątkowego porządku, ładu wewnętrznego, musiało to dać  
takie efekty, jakie dawało: egzystencję dość bogatą i straszliwie trudną,  
przyciągającą i odpychającą, te ciągłe galopady na szklaną górę, jakież to było  
wyczerpujące i jakie chwilami wspaniałe! 
Po tym odejściu od męża wprowadziłam się z powrotem do starszej, samotnej i  
solidnej, która z ulgą przepędziła lokatora zajmującego moje miejsce. Widocznie  
wolała paląc}' 
29 
się płomyk gazowy w łazience niż stada dam odwiedzaj ącyc młodego człowieka.  
Choć z nim rozrywkę miała na pewij większą i umiejętnie z niej korzystała. Ze  
znacznym ożywi< niem opisywała mi szczegóły bielizny tych pań. W tej bieli; nie  
przeważał kolor czarny. Lokator płacił więcej niż ja, wic byłam zdumiona, że go  
tak lekko wylała. Pojęłam ten zaske kujący fakt w toku dalszej jej opowieści,  
martyrologii ???? żującej tę koegzystencję. Młodzieniec zasypiał często na dofc  
rym gazie, wypalał dziury wprawdzie w swojej kołdrze, al wpędził staruszkę w  
obsesję, że którejś nocy podpali chału PC i wszyscy spłoną żywcem. 
- No, mówię pani, pani Kasiu, jak mam sen sprawiedliwy, i w nocy się budziłam,  
bo mi się wydawało, że czuję swąd. A ta się spalić przez huncwota to przecież  
nie dla człowieka śmierć? 
-  Śmierć w ogóle nie jest dla człowieka - odpowiedziałan 
-  Umrzeć trzeba. Ale to wcale nie znaczy, że należy si z tym zgadzać. 
Wróciłam do siebie, znowu do punktu wyjścia, byłam wo na, ta świadomość mi  
nieźle zrobiła. Dosyć lubiłam rozmów z gospodynią, starałam się jej nie 
szokować.  
Tu było norma ne życie. 
-  Rozwiodła się pani? - nie wytrzymała. 
-  Formalnie to nie, to mi nie jest do niczego potrzebne I tak, widzi pani,  
interesujący stan cywilny. Nie panna, ni mężatka, nie rozwiedziona, nie wdowa. 
-  Co pani powie. No to ja nie będę przeszkadzać. Na wa kacje pani wyjedzie? Bo  
syn z żoną będą w Warszawie. 
- Wyjadę. Na dwa miesiące. 
Zabrała się do wyjścia, ale tuż pod drzwiami zawrócili Coś ją nurtowało.  
Sądziłam, że coś, co dotyczy mojego ma żeftstwa, ale się pomyliłam. Młody  
lokator w sensie obyczaje wym zademonstrował jej rzeczy znacznie ciekawsze i n  
większą zasługujące dociekliwość. Ja ze swoim skomplikow; ??? stanem cywilnym  
wnosiłam jednak pewien ład, niczy krowa element spokoju w krajobraz łąki o  

background image

zachodzie słońca. 
30 
_ A jak pani będzie inżynierem, skoro odkurzacza nie urnie pani naprawić? 
- Bo to inny wydział, nie moja specjalność, silniczki elektryczne. Ale przyjdzie  
jakiś kolega, to pani naprawi. Na mój chłopski rozum wysiadł silnik w  
elektroluksie. Szczotka się chyba przepaliła. To niedrogie, ale nie wiem, nie  
znam się na tym. 
- A niech przyjdzie i dziesięciu kolegów, koledzy przynajmniej się nie kąpią.  
Widzi pani, powiedziała pani, że przeciwko śmierci należy się buntować. No i co  
z tego? Czy to co pomoże? 
-  Owszem, coś niecoś pomoże. Może nie tak zasadniczo, śmierć prawdopodobnie  
będzie istnieć, dopóki istnieje życie, ale nie byłoby peniciliny, szczepionek i  
tak dalej, gdyby wszyscy się tak pogodzili i czekali biernie. Wkrótce dzięki  
temu buntowi przestaniemy się lękać raka. Pani też się buntowała i przepędziła  
lokatora wypalającego dziury w kołdrach. Choć to właściwie można by nazwać  
asekuracją a nie buntem, jednak jest to pewna forma protestu. 
-  Wymyśla pani coś, pani Kasiu. To małżeństwo niedobrze pani zrobiło. Schudła  
pani. 
-  Schudłam nie przez małżeństwo, tylko przez operację. Nie wiedzie mi się w  
życiu, jeśli chodzi o medycynę. 
-  Operacja? W pani wieku? A co to było? 
- Wyrostek robaczkowy - zbyłam ją. 
- A co mąż? Martwił się chociaż? 
-  Bardzo. Był na meczu bokserskim. 
-  Kiedy? Jak to, na meczu? 
-  Właśnie wtedy, kiedy mnie operowano. Pewnie bał się, że wpadnie w depresję,  
no, nie ma o czym mówić. 
-  Właściwie to się cieszę, że pani wróciła. Człowiek się przyzwyczaja, a i  
rozmawiać z panią lubię. 
- Ja też. 
Powiedziałam prawdę, a od pewnego czasu prawdy nie wygłaszam zbyt często.  
Później jeszcze niemal zupełnie wyeliminowałam ją z repertuaru. Czy tak być  
musiało? Pewnie 
31 
nie. Ale w to brnęłam. No i znowu było mi pusto, lecz to nia znaczy źle. Kułam.  
Odwalałam pracownię, zdawałam egza-j miny, jakiekolwiek marzenia czy tęknoty  
starałam się zgniaj tać. Moim studiom ten okres pustki wychodził na dobrej Emil  
się rozczulał i pękał z braterskiej miłości, że się co dJ mnie nie pomylił. Ale  
mnie to na dobre nie wychodziło, nia zawsze udawało mi się te myśli zgnieść.  
Któregoś wieczoru wracając z zajęć z poplamionymi od odczynników rękami -j  
weszłam do kościoła,  zupełnie dla siebie nieoczekiwanie I tak stałam w tym  
pustym kościele, czując potrzebę jakiej: żarliwości, prawdy, od której  
odchodziłam coraz dalej i ni< wiedzieć czemu, zaczęłam się jak gdyby modlić. I  
do puszk z datkami na remont kościoła, wrzuciłam pięćdziesiąt zło tych, a  
nazajutrz, na fali jakiegoś uniesienia, chęci wyjści; naprzeciw czemuś dobremu,   
przed wykładami zawiozłan prawie nowe, wełniane palto prosto z pralni starej  
kwiaciar ce, którą obserwowałam od pewnego czasu, jak w bramie zziębnięta,  
natrętnie i bezskutecznie, sprzedawała zwiędłe żonkile. Był to jakiś okup,  
zadatek... 
Moi bogowie widocznie serio potraktowali ten dar, be wkrótce potem zaczęła się w  
moim życiu era tak zwanej po myślności. Wiesz, często kobiety zawiedzione,  
zagubione demonstrują światu prosperity w życiu zawodowym. W formij odwetu czy  
czegoś w tym rodzaju. Jako studentka - rozkwitłam. To, że coś znaczę, czy też  
znaczyć mogę, to że mara w każdym razie na to szansę, wpłynęło na mnie ogólnie  
mobilizująco. Chyba od tej świadomości aż wyładniałam, w każdym razie niektórzy  
koledzy z wydziału jakby się obudzili. ?? drobne sukcesy starałam się cynicznie  
podsumować, że drogich kolegów do startu podniecał mój stan cywilny. Żenić sil  
nie trzeba, a rozgoryczona mężatka powinna chyba stanowi! łatwy łup? Nie  
stanowiłam, w każdym bądź razie dla nich Ale zaczęłam, że tak powiem, rozrywać  
się, chodzić na jubll dancingi, popijawy, od czego przedtem uciekałam, nastra  
szona jakaś sowa, uwikłana w niepotrzebne dywagacje, ni 

background image

32 
nikomu nie dające bilanse. Pewnie się zastanawiasz, ilu jeszcze mężczyzn wystąpi  
w tej opowieści. Postanowiłam powiedzieć ci całą prawdę i tylko prawdę, ale czy  
to będzie cała prawda? 
 
33 
 

Żaden z tych adorujących mnie młodych ludzi, że tak trywialnie powiem, nie  
doszedł do mety. Nie miałam żadnych zobowiązań, nie miałam komu być wierna,  
byłam młoda, podobałam się, więc właściwie nie istniały powody, żeby nieco nie  
podretuszować stanu „on mi się podoba". Ale jednak nie. Nie ze względów wyższej  
etyki, skrupułów czy nadmiaru moralności - ale jednak chciałam, smutnym  
doświadczeniem małżeństwa pouczana, żeby się za tym kryła jakaś treść. Jeśli  
jeszcze w rozrachunkach i retrospekcjach to małżeństwo udawało mi się  
usprawiedliwić, to absolutnie nie widziałam okoliczności łagodzących dla tej  
pierwszej w życiu nocy, którą spędziłam nie sama. Bałam się, że mam zdrowe  
zalążki na sposób myślenia odbiegający nieco od normy, jeśli nie wręcz  
patologiczny. Dlaczego tak postąpiłam, jak mogłam być tak okrutna, już choćby  
tylko wobec siebie, i tak dalej, i tak dalej. Doszłam do wniosku, że jeśli  
człowiek nie może naprawić swoich błędów, to powinien przynajmniej spróbować  
naprawić siebie. Tymczasem naprawiałam błędy wczesnej młodości, poznawałam smak  
zabaw, wspólnych wycieczek, trochę dumna, a trochę nieszczęśliwa, że nigdy nie  
jes- 
34 
teIn tak zupełnie w środku tych rozrywek, że do wszystkiego tego mam zły i nie  
uzasadniony niczym dystans. Czekałam, aZ strzeli jakiś piorun, porazi mi oczy,  
przestanę prowadzić myślowe machinacje. W czasie tego roku i w czasie wspólnych  
koleżeńskich wakacji nad morzem, pocałowałam się raz z jednym kumplem na  
falochronie, co mnie tak zażenowało, a potem rozśmieszyło, jakbym miała lat  
piętnaście względnie osiemdziesiąt. Dałam więc temu spokój. 
Mojej gospodyni naturalnie nakłamałam, jeśli chodzi o wyrostek robaczkowy, choć  
symptomy były te same, a wyrostek usunięto mi istotnie przy okazji. Ale po  
prostu przy okazji. Moje małżeństwo, niefortunne od początku do końca, choć w  
pewien sposób przemyślane przeze mnie, było niefortunne naprawdę w całej  
rozciągłości. Pewnego dnia, maszerując z siatką wypchaną przeze mnie, poczułam  
straszliwe bóle. Złapałam się rękami za słupek tramwajowy i po chwili to minęło.  
Bałam się najgorszego, paraliżu, recydywy choroby. Spociłam się ze strachu. Po  
paru minutach atak bólu się powtórzył, dowlokłam się do taksówki, mając 
wrażenie,  
że w dole brzucha przelewa mi się płynne gorące żelazo, a prawa noga za chwilę  
znieruchomieje na zawsze. Pojechałam do pierwszej z brzegu przychodni. 
- Objawy otrzewnej, nie mogę pani wypuścić, trzeba od razu do szpitala -  
stwierdziła młoda lekarka. - Może to także być wyrostek. 
„Więc nie Heine-Medina" - odetchnęłam z ulgą. W mojej źle doświadczonej  
wyobraźni otrzewna nie stanowiła żadnego zagrożenia. Uprosiłam lekarkę, żeby  
pozwoliła mi pojechać do domu. Lekarka po upewnieniu się, że w domu jest telefon  
i że nie mieszkam sama, z wahaniem, ale pozwoliła mi pojechać. W poczekalni  
przychodni zostawiłam siatkę z pomidorami. Nie mieszkałam sama, ale byłam sama.  
Skręcający, straszliwy ból się powtórzył, kierowca taksówki pomógł mi otworzyć  
zatrzask u drzwi. Położyłam się, zrobiłam zimny okład, ale to niczemu nie  
zapobiegło. Z bólu zaczęłam tracić 
35 
przytomność, nie mogłam już dojść do telefonu. Doczołgalam się, jak raczkujące  
dziecko, wezwałam pogotowie. I znowu byłam w szpitalu, w instytucji, której  
zawdzięczałam tak wiele i której nienawidziłam z całego serca. Przeżywałam tam  
klęskę, porażki, upokorzenia i triumf. W czwartym dniu pobytu, po  
przeprowadzeniu wielu badań, operowano mnie. Była to ciąża pozamaciczna.  
Operacja została zrobiona znakomicie, nawet poprzeczne cięcie stało się po  
pewnym czasie niewidoczne, ale drugi taki przypadek pozbawiłby mnie szans na to 
,  

background image

że kiedykolwiek zostanę matką. W bólu kobieta może znaleźć radość, jeśli rodzi  
lub cierpi przez mężczyznę, którego kocha. Ale te przed i pooperacyjne męki,  
zastrzyki znieczulające, aparaty tlenowe, obolała tchawica, do której wpakowano  
mi rurę, żebym miała czym oddychać podczas paraliżu wywołanego narkozą - to  
wszystko, w zestawieniu z bezsensem mojego małżeństwa wydało mi się  
niesprawiedliwością. I ten mąż, który poszedł na mecz bokserski i to pewnie  
niejeden, bo tak się denerwował, że nie mógł sobie znaleźć miejsca... Choć to  
była prawda, jego zdrowy organizm nie mógłl znieść jakiegokolwiek psychicznego  
balastu. Nie wymagałamB zresztą, żeby sypiał pod szpitalem, w namiocie, w ogóle  
ni ? od niego już nie chciałam. Wypadało mi się właściwie cieszyć* że nie była  
to ciąża normalna, co oszczędzało mi pewnych! rozterek.  Jeszcze nie w pełni  
zregenerowałam  siły,  kiedyl wzięłam tę walizkę i ekspres i zatrzasnęłam drzwi,  
zostawia-? jąc klucze wewnątrz. Widzieliśmy się kilka razy, odpowiadał łam  
„nie!". Po pewnym czasie przestał nalegać. Zresztą sąH dzę, że to naleganie było  
ukłonem w stronę form, o których słyszał, i niezgodą na pozycję opuszczonego. No  
i dalej było tak, jak było, mówiłam ci to już. Burzliwe wakacje, ustawicz-j ne  
zmiany miejsca, niewygodne środki lokomocji, harówka! przed dyplomem, w ogóle  
ciężkie w zdrowotnym znaczeniu! studia, nie wpłynęło to dobrze na moje  
samopoczucie fizyczl ne. Pracowałam z benzenem, to grozi białaczką. Ciągłe  
wyzie-J wy chemikalii, wrodzona chyba niechęć do mleka - bo jako] 
36 
„eSka karmiono mnie sztucznie, nie chciałam ssać, więc tka wkrótce straciła  
pokarm - sprawiła, że znów byłam 
muszona odwiedzać lekarzy. Nie znaczyło to, że dbałam siebie. Przeciwnie, źle  
się odżywiałam, przypadkowo, już choćby w odwecie za kaloryczne i  
wysokowitaminowe małżeńskie menu, dużo paliłam, w nocy zakuwałam i czytałam  
książki, chcąc mieć czas na muzykę, chodzenie na wystawy i kino. Do lekarzy  
szłam z konkretnym żądaniem, aby mi usunięto dolegliwość taką czy inną. Miałam  
zalecenie, aby po operacji wpadać od czasu do czasu na badanie kontrolne. Nie  
wpadałam. Ale jakieś kłucia pod blizną wreszcie, gdzieś po roku, do tego mnie  
zmusiły. Weszłam do gabinetu ginekologa i powiedziałam dzień dobry. Znałam tę  
twarz. 
-  Dzień dobry - podniósł się. - Ja gdzieś panią widziałem, gdzie? 
- Rok temu byłam operowana. Może... 
-  Nie. Proszę siadać. Już wiem. Pani jest siostrą Emila, zdaje się? 
-Tak. 
-   Byłem kilkakrotnie u nich w domu, poznaliśmy się przecież, nie przypomina  
sobie pani? 
- Owszem - powiedziałam - przypominam sobie pana. Nagle ten gabinet, który nigdy  
nie jest miły, stał się dla 
mnie czymś koszmarnym, wręcz zjawiskiem z męczącego, złego snu. Zastanawiałam  
się nad honorową drogą odwrotu. Pielęgniarka przyglądała się tej scenie z miną  
obojętną. Był taktowny, ułatwił mi sytuację. 
- Zaraz tu przyślę kolegę - powiedział. 
To było dla mnie radosnym sygnałem ostrzegawczym. Zatriumfował w nim element  
zażenowania nad zawodową rutyną. Tym razem pielęgniarka wykazała nieco  
zdziwienia, ale posłusznie poszła po doktora Kowalskiego. Potem spotkaliśmy się  
przypadkowo u Emila, po miesiącu. Emil zauważył, że Marcin, jego kolega z  
akademika i jakichś studenckich obozów, zaczyna odwiedzać go częściej. 
37 
- Katarzyna jakoś dziwnie też - roześmiała się Zosia. 
krotce przestaliśmy ich odwiedzać obydwoje. Niepoko mnie jego zawód, ale pewnych  
pytań w cywilizowanym swi« cie się nie zadaje. Pragnęłam zadać wszystkie.  
Zakochan: się w nim było sprawą spontaniczną, ale wkrótce opanowaS mnie znowu te  
złe siły, nad którymi nie mogłam zapanowa Ch°d2iłam otumaniona i szczęśliwa,  
dyplom w termin uzyskałam dzięki interwencji Ducha Świętego i poprzedni. mu  
okuwaniu którym osładzałam sobie czas po łatwym d Przewidzenia krachu 
małżeństwa.  
Chcąc utrzymać to, co pc siadałam wydawać się atrakcyjną, coraz bardziej  
pożądaną robilam błąd za błędem, wyszłam poza naturalność. Zosta wal° to nie  
zauważone bądź przebaczone mi. On mnie ko chał- Był rozwiedziony. Pytania o jego  

background image

żonę zostały w kręg" pytań nie postawionych. Do pewnego czasu. 
Pozornie nic się między nami nie gmatwało, mieliśmy wie ?? szanse  Nie kryłam  
swojego uczucia do niego, ale bardz dba*am o ukrywanie zazdrości. Dopóki było to  
możliwe. N Pokład- niby wszystko było jak najlepiej, ale on musiał wyje cłlać na  
dwa dni, jego matka zachorowała. Zaczynałam by zaztfr0sna o przeszłość i jakby o  
przyszłość, ponosiłam klęsł prze2 domniemanie. To był upalny dzień, a ja byłam w  
kieps] ^ stanie od rana. Spaliłam sobie bluzkę kwasem azotowym co ^i się nigdy  
nie zdarza, to się nie przytrafia nawet średnic zdolnej  studentce pierwszego  
roku chemii.  Zawsze jesten w Pracy bardzo uważna, ponieważ wiem, że nie jestem  
z natu! ^ t?ika i nigdy nie miałam w laboratorium żadnego wypadku Lecz tego dnia  
nic mi nie szło. Jakoś nagle wszystko się zawal ??' Trzęsły mi się ręce,  
stłukłam deflegmator, ta bluzka, a pd tem zostawiłam w sklepie kostkę masła i  
wstydziłam się p nia- Wrócić  sądząc, że mi nie uwierzą. Miałam przed sobą zuj  
pełnie       ' e   0poludnie, nie wiedziałam, co robić. Konieczni] chciałam  
włączyć się w jakiś rytuał, iść do kina albo zadzwoj nić do kogoś  gdzieś się  
umówić, do teatru, na jakieś tańcej zalać się Ale wiedziałam dobrze, że nie  
strawię namiastek.     ? 
Taki Koralkiewicz to byłaby namiastka ze świadomego wyboru, na zawsze.  
Rezygnacja. To jest zupełnie co innego, to mogłoby być nawet dobre. Więc tak na  
nic nie miałam ochoty, stałam sobie na przystanku naprzeciwko uniwersytetu i  
udawałam, że czekam na autobus, sądziłam, że sprawiam wrażenie, że ja się także  
śpieszę i mam bliżej określone cele. A co mogło mnie w ogóle tego dnia 
obchodzić,  
skoro Marcin wyjechał. Przed wyjazdem powiedział, że będzie zabierał  
autostopowiczów, bo sam nie tak znów dawno był studentem i doskonale jeszcze  
rozumie, co to znaczy nie mieć pieniędzy. Uśmiechnęłam się wtedy anielsko i  
wykrztusiłam gładko, bez żadnego zacięcia czy ironii, głos jak aksamit, że to  
piękne, iż pozycja zawodowa w tak młodym wieku nie przewróciła mu w głowie i że  
jest taki chłopięcy, i ileż w tym wdzięku. Był zachwycony moją postawą,  
powiedział, że dobrze przewidywał, że tak się do tego ustosunkuję, bo przecież  
nasza wiara w siebie, nasze wzajemne zaufanie... tego w kontekście  
autostopowiczów nawet nie było co przytaczać, to byłoby śmieszne. I te moje  
myśli były śmieszne, ja teraz też zabieram autostopowiczów, czasem są zabawni. A  
wtedy były jeszcze wakacje i tylu studentów „ruszyło w objazd", przyznałam, że  
to byłoby aspołecznie, gdyby przez trzysta kilometrów leciał wolny wóz, tego  
rozumowania nie dało się podważyć. Patrzyłam tak na pusty dziedziniec  
uniwersytecki, gdzie często istotnie czekałam na autobus i gdzie widywałam te  
nonszalanckie dziewczyny. Takie chyba inne niż ja. Jedna z nich mogła „ruszyć w  
objazd" i siedzieć gdzieś w tej chwili w rowie, na jego trasie... Przypominałam  
sobie twarze, stylizowaną niedbałość uczesania, rozchełstanie pod szyją, obcisłe  
dżinsy, drażniący sposób chodzenia bez biustonosza. Na pewTio niejedna z nich  
poleciałaby na dobry samochód choćby właściciel jej się nie podobał. Ratowałam  
się myślą, że jestem w tym cudownym położeniu, że dla jednego posiadacza dobrego  
samochodu żadna kobieta poza mną nie istnieje. A potem przyszło to, wiesz, co  
wiem o męskiej natu- 
38 
39 
rze, on jest inny niż wszyscy, on jest absolutnie wyjątko wszyscy mężczyźni są  
jednakowi i tak dalej. 
I nagle na tym przystanku, zobaczyłam Teresę. Teresa ła koleżanką Marcina z  
pracy i właściwie jego narzeczo z którą się rozstał wtedy, kiedy to wszystko  
między nami sj zaczęło. Ona mnie nie znała, mogłam przyglądać się jej karnie.  
Wiedziała o moim istnieniu, ale nie towarzyszył t żaden realny obraz. Chyba. Po  
prostu chciałam się o przekonać, czy tak właśnie jest. Zbliżyłam się do niej.  
Obel rżała się w lewo, potem weszła na środek jezdni, umykają tuż przed  
trolejbusem. Podeszła do kiosku. Niespodziewani dla siebie już tkwiłam za nią.  
Kupiła dwie paczki kubańi kich papierosów. Dźgnęło mnie to prosto w serce,  
zachwil łam się. Wiedziałam dobrze, od kogo się nauczyła palić czai ny tytoń,  
poczułam ten zapach, ten smak... W mojej torebJ były takie same papierosy, te,  
których zrazu nawet nie moi łam pociągnąć, a potem, potem już nie mogłam się bez  
nici obejść, choć po takiej przepalonej i przegadanej nocy oj tych papierosów  

background image

czułam ból za mostkiem i gorycz w ustacl Mężczyzna dotąd kocha kobietę, dopóki  
ogląda w nocy j twarz w świetle zapałki. Czy oglądał Teresę? 
Już wszystko we mnie krzyczało: „nie, cofnij się, wróć, ni patrz na nią", ale  
już na wszystko było za późno. Teresa Ą lewej ręce miała zawieszoną siatkę, w  
niej plastikowy worj czek, przez który przezierały różowe szmatki. Kupiła jeszcJ  
mydło. Odwróciła się do mnie twarzą, spojrzała szybko, ta jak patrzy dobrze  
ubierająca się kobieta na dobrze ubrarl kobietę i odeszła. A więc mnie nie 
znała.  
Zobaczyłam, doka idzie, a właściwie już wiedziałam, czułam, po tym wewnętri nym  
rozedrganiu, dziwnym jakimś podnieceniu, dławieni] się czymś strasznym, tak że  
prawie pięknym... Nie musiała! się śpieszyć. Pobyt tam trwa zwykle parę godzin.  
Udawała! jeszcze przed sobą, że się zastanawiam, że rozważam, że bia rę pod  
uwagę „nie". I już byłam w sklepie. Kupiłam najdroJ szy, puszysty ręcznik,  
następnie mydło i gąbkę. Może się zl 
wahałam, może i miałam dla siebie odrobinę litości, jednak iuż płaciłam za 
wstęp.  
Błyskawicznie znalazłam się na górze nrzy szafkach do rozbierania i wtedy  
zobaczyłam ją ponownie. Musiałam mieć w twarzy coś dziwnego, może patrzyłam na  
nią na przykład z otwartymi ustami, albo coś podobnego, bo zatrzymała rękę,  
którą już już mała rozpiąć klamerkę biustonosza, odwróciła się, założyła ten  
biały chałat, który wręcza kąpielowa, i zeszła na dół. Poznała mnie, poznała  
kobietę, która stała koło niej przy kiosku, mogła pomyśleć Bóg wie co, ale chyba  
nigdy nie przyszło jej do głowy, że chcę zobaczyć te biodra, te piersi, dzięki  
którym on... okropieństwa to jakieś, ale naprawdę nie perwersja, chociaż... 
Jak ja przeżyłam te dwie doby, trudno mi sobie przypomnieć, tonęłam w piekle,  
które sprowokowałam i sama do siebie zbliżyłam. Po pracy wracałam do mieszkania  
Marcina i zamiast, jak dotąd bywało, wyciągać się z lubością na tapczanie i  
spokojnie czytać w oczekiwaniu na niego, przeglądałam w samoudręce plik  
fotografii amatorskich, robionych podczas wyjazdów za miasto, urlopów i  
wycieczek. 
Kilka fotografii było znad morza. Na jednej z nich Marcin trzymał Teresę na  
rękach, ona władczo obejmowała go za szyję... obydwoje byli roześmiani i  
wyglądali na szczęśliwych. Zdjęcie było nieupozowane, ktoś je po prostu  
pstryknął podczas tej sceny, to mnie wpędzało w depresję jeszcze głębszą.  
Próbowałam przypomnieć sobie ze szczegółami identyczną sielankę z mojego życia,  
kiedy to mój mąż niósł mnie przez plażę na rękach, demonstrując swoją fizyczną  
tężyznę i chcąc mnie zmusić do kąpieli w wodzie, której temperatura zbliżona  
była chyba do zera. Wykrzykiwał wtedy, że woda morska to zdrowie, a ja jestem  
wydelikaconą, rozpieszczoną, cieplarnianą dziewczyną. Nie machałam nogami ani  
nie piszczałam, nie obejmowałam go za szyję, pozwoliłam się wrzucić do zimnej  
wody, informując go potem tonem beznamiętnym, że jest idiotą, i że studiuję  
chemię wbrew zaleceniom lekarzy i na przekór zdrowemu rozsądkowi. Zarzuci- 
40 
41 
łam mu także te kalorie i witaminy, to dopiero asekuracja i popłynęłam daleko  
poza białe boje, a kiedy nabrałam jud wyglądu przemarzniętego kartofla, wsiadłam  
do motorówki którą on popłynął za mną z ratownikami. Znał moją zacie tość,  
wiedział, że nie wrócę, kiedy płynął obok mnie i nam» wiał do powrotu. Wrócił  
więc sam i wziął tę motorówkę. 
I gdyby wtedy zrobił mi zdjęcie, wyłoniłaby się na nim twarz z głupkowatym  
wyrazem, pełnym rezygnacji, może złości, w każdym razie dalekim od 
szczęśliwości.  
Więc ???? ciąż u mnie było to samo, to było zupełnie inaczej, bo chocj tak to  
już jest, że wszystko, co dotyczy nas, jest dla nas zul pełnie inne niż  
identyczny przypadek u innych ludzi, w tynjl wypadku różnica nie podlegała  
kwestii. I nie pomagało mil że to zdjęcie miało wartość archiwalną, że ja tu  
byłam trium-l fatorką, bo zaraz przyszła myśl, że jest to, być może, triunł  
złudny i przejściowy, że lada moment infekcja seksu emanul jąca z innej kobiety  
może ten triumf zamienić w pośmiewisl ko, że nie podniosłabym się z tego... 
I kiedy Marcin wrócił, zebrałam resztkę nadziei, że jegl pierwszy pocałunek  
wyleczy mnie z zarazy zazdrości, lecz nil potrafiłam zdobyć się na czułość,  

background image

byłam nastroszona, odpol wiadałam monosylabami na pytania, którymi mnie zasypyJ  
wał. Ot, nic specjalnego nie robiłam podczas tego naszegl pierwszego rozstania,  
czytałam, byłam w kinie i u fryzjer» Oczy mam podcienione, ponieważ źle spałam.  
Dlaczego? Czl ja wiem, jakiś świder pracował pod oknem, pewnie przeprcl wadzano  
nocne roboty konserwacyjne, pewnie, że nie powirl ni tego robić w nocy, no, ale  
kiedy mają robić, podczas rui chu ulicznego? 
Potem przyszła noc, było bardzo cicho, i leżeliśmy w ta ciszy bez słowa i nie  
była to cisza szczęśliwa, była trwożna to ja wnosiłam tę trwogę. Więc chciałam  
to przełamać, przĄ tuliłam się do niego i gładziłam go po głowie, i może już nil  
byłoby w nas obcości, gdybym nie przypomniała sobie Teresy, tam w łaźni. Nie  
wiem, czemu on przypisał to, że się od 
42 
niego odsunęłam, zmrożona, a przecież w nowy sposób podniecona, w sposób,  
którego absolutnie nie mogłam ujawnić i któremu nie wolno mi było dać ujścia ze  
względu na szacu-nek dla siebie, choć tylko to jedno mogło mi pomóc.  
Wywoływała111 w pamięci obraz piersi Teresy, trochę podkrążonych i pięknych, tę  
skórę miękką, opinającą jej ciało, lekką wypukłość brzucha, rozstępy skórne na  
nim, jakby rodziła albo schudła gwałtownie, kolana, które musiały go obejmować i  
po min drżeć. Zamykała oczy, kiedy woda z prysznica mocnym strumieniem leciała  
na jej włosy, twarz miała odprężoną pod działaniem strumienia, gładką,  
wyrażającą zadowolenie. Widziałam sposób, w który odpoczywała po kąpielowych  
zabiegach, ze zgiętą nogą, podciągniętym kolanem, lewą ręką założoną pod głowę,  
i siebie obok niej, zachłannie, choć ukradkiem, patrzącą, rozdygotaną,  
zdychającą z zazdrości. A przecież widziałam tylko jedną Teresę, a on dziewczyn  
przede mną miał wiele, skąd mogę wierzyć, że jestem tą wyjątkową, to on we mnie  
wyrobił pewne nawyki, które musiał nabyć gdzie indziej. Przecież te gesty,  
lekkie przyciąganie mnie do siebie, dotykanie palcami moich ust, to wszystko  
było, było, było, kombinacja tych gestów jest w końcu ograniczona, nie powinnam  
mieć żalu, pretensji, ale mam, mam, mam. I po mnie, albo nawet równolegle, to  
może się zdarzyć, powtórzyć, nie, nie, nie. I kiedy zapytał: „co ci jest",  
odparłam, że nic, że zrobiło mi się strasznie źle, bo pomyślałam, że może  
przestać mnie kochać, i znowu przytuliłam się do niego mocno, zapominając o  
postanowieniu, że tej nocy to się stać nie może, że byłaby to próba zaspokojenia  
pragnienia wynikającego z zazdrości, z zachłanności, z żalu. Ależ skąd,  
zapewniał mnie, jakbym cię głuptasie mógł przestać kochać, moje ty śliczności,  
moje ty życie, co ci mogło przyjść do głowy, no chodź, chodź, widzisz, jest na  
to sposób, widzisz, widzisz. Tak, to jest rada, to jest sposób, kochany mój,  
jestem zupełnie głupia, nic się nie liczy, tylko ty, ty jesteś wszystkim, 
zawsze,  
zawsze. Nigdy jeszcze nie byłam tak natarczy- 
43 
wa, czy jak by to nazwać, i taka obojętna, potem, pozbawioJ na oddania i  
czułości, to musiało go zastanowić, było narrt okropnie. Taka przed chwilą pełna  
rozpaczliwej namiętnościj leżałam koło niego jak dziewczyna, która zabłądziła na  
goJ dzinę do hotelu i nie wie, jak dalej się zachować w tej dziwi nej sytuacji.  
Wsłuchiwałam się w tę noc do świtu, ale doi biegł mnie tylko krzyk ptaka za  
oknami. Najgorsze było. że on zasnął, zostawił mnie samą, choć przez tyle nocy  
maltrel towaliśmy się do rana, myślami, rozmową i sobą, i te nocą po których  
wstawaliśmy chorzy, z piaskiem pod powiekami! jednoczyły nas przeciwko  
wszystkiemu, co mogło nas rozdzielić. A wtedy, kiedy był mi tak potrzebny,  
zasnął, co mnia nie rozczuliło, jak zwykle, że to takie dziecinnie męskie, nie]  
nawidziłam go, ten stan normalny, fizjologiczny, wyzwolił we mnie furię, miałam  
ochotę okładać go pięściami, bić, krzyj czeć w ucho, „wstań, do jasnej cholery,  
bo prześpisz coś najj ważniejszego, trąby anielskie słychać, sąd ostateczny ???  
naszą miłością... Kiedy to jeszcze w ludziach jest, to dobrze' - pocieszyłam 
się.  
Nad ranem i ja usnęłam. 
Następne dni, dni z nim, pełne spokoju i pewności, przyniosły mi równowagę.  
Wiedziałam, że Marcin do tych zdjęć nie wraca, nie przegląda ich nigdy.  
Fotografię, na której nie sie na rękach roześmianą Teresę, trzymałam w swoim  
portfelu. Oglądałam ją czasami, gryząc wargi. 

background image

44 
VI 
Rzadko, ale jednak spotykałam się z Koralkiewiczem. Kiedy na przykład Marcin  
miał nocny dyżur. Nie było to trzymanie Koralkiewicza w rezerwie, przeciwnie, z  
racji wieku i doświadczenia służył mi jako konsultant od spraw sercowych. Służył  
chętnie, podkreślam na swoją obronę. 
-  Czemu się gnębisz? - pytał - ty go kochasz, on cię kocha, obydwoje jesteście  
wolni i niezależni, gdzie tu problem? 
-  Bo ty nie masz ani szczypty wyobraźni - informowałam go. - Musisz mieć  
konkretny krajobraz, rzecz, cios, żeby coś do ciebie dotarło. Nie potrafisz  
przeżyć tragedii wyimaginowanej. 
-  Kobiety, które nie darzą mężczyzny uczuciem, potrafią być okrutne - wzdychał. 
- Denerwujesz mnie. Nie traktujesz mnie poważnie. 
- To nieprawda - oburzył się. - Tylko, widzisz, życie i tak przydziela  
odpowiednią porcję ciosów. Nie dorabiaj więc ich do siebie. 
-  Nic tu nie jest dorabiane. Po prostu jest. Chcę prawdy, spokoju i miłości, a  
to wcale nie jest tak mało skomplikowane. 
Patrząc na Koralkiewicza, myślałam o bezpiecznym małżeństwie z rozsądku. Czy  
znaczyło to, że nie dość mocno 
45 
i prawdziwie kochałam Marcina? Przeciwnie, te ponure kał-1 kulacje wynikały z  
nadmiaru mojego uczucia. Miłość szalona jest rzadkością, szczególnie wzajemna -  
medytowałam! podczas pedagogicznych wywodów Koralkiewicza. Jeśli na-1 wet się  
pojawi, proza i codzienność małżeństwa obdzierają ją z iluzji i do partnera mamy  
pretensje, że nie sprostał wymo-j gom naszej własnej egzaltacji. Małżeństwo z  
rozsądku ma szansę na długowieczność. Pozbawione piorunów wielkich namiętności  
może się stać fundamentem egzystencji dobrej,] spokojnej. Zmniejsza ryzyko  
dramatów i wzajemnych roz-j czarowań. Ponieważ nie oczekuje się po nim wiele,  
każde po-j zytywne zjawisko można odczytać jako dar niebios. Nie bę-J dzie w nim  
miejsca na zabijającą mnie zazdrość, bo tegoj uczucia w stosunku do  
Koralkiewicza nie mogłam sobie na-J wet wyobrazić. Wiele kobiet idzie na taki z  
życiem kompro-J mis i nie wychodzą na tym źle. Tylko się jakoś przełamać,  
zrezygnować z miłości, ubiec los. 
O ile zazdrości o Koralkiewicza nie potrafiłam sobie wyobrazić, o tyle jednak  
wyobraźnia w związku z nim w ogóle , pracowała. Wyobrażałam sobie, że jestem  
żoną Koralkiewicza, nigdy żadnego ostrego pogotowia, żadnych obaw, że skóra mi  
się kiedyś pomarszczy i wyschnie. Moje wizjonerstwo wydało mi się dość 
szokujące,  
zastanawiałam się, co we mnie wytworzyło ten przerażający sposób myślenia. Czy  
oglądanie klęsk i porażek różnych par dookoła mnie? Wszyscy oni wychodzili z  
punktu właściwie dobrego, stan wzajemnego zainteresowa-j nia sobą, pociągu  
fizycznego nazywali pospiesznie miłością, pobierali się, czas pewien przesypiali  
w radosnym otumanie-j niu, budzili się powoli albo gwałtownie... I wtedy albo  
rozwo-j dzili się w sposób godny, albo maglowo-karczemny, względnie, połączeni  
dzieckiem, telewizorem i ratami ORS-u dreptali! obok  siebie  obojętni,   źli,    
kuśtykali w bezmiarze  kłamstw i sprzeniewierzeń, rezygnując powoli z coraz  
większych obsza-j rów urody świata. Z Koralkiewiczem nic podobnego by mi si  
przydarzyć nie mogło. Żyłabym sobie przy łaskawości los 
46 
dwadzieścia pięć, trzydzieści lat, jako pani magister Koralkie-wiczowa,  
podróżowała samotnie, zajmowała się trochę kuchnią, interesowała sztuką,  
literaturą, bez zastanawiania się, co robi mąż, kiedy mnie nie ma, bo nic by  
mnie zwyczajnie to nie obchodziło... Może nawet jakieś dziecko. Bo chyba można  
kochać dziecko od niekochanego mężczyzny? Można kochać -odpowiadałam sobie -  
tylko że się go nie pragnie. No i Koral-kiewicz jest przez te wszystkie lata  
dobrym, poprawnym mężem i ojcem, potem dostaje sklerozy... to się trafia. Nie 
ja,  
tylko on. Ja mu mówię z wyrozumiałym uśmiechem: „Mój drogi, mówiłeś to już pięć  
razy" - i poprawiam mu troskliwie pled, wyrozumiałości pełna, bo według mojej  
koncepcji to byłoby gdzieś na tarasie domu wypoczynkowego. Jeśli ja umrę  
wcześniej, co daj Boże amen, to on mnie pięknie pochowa i będzie dzielnie  

background image

stawiał swoje małe stopki za moją trumną, autentycznie niepocieszony, bo ze mną  
odejdzie coś, w czym sprawdzał się jego ład i porządek, coś, przeciw czemu  
musiał oponować. A jeśli on pierwszy odejdzie do wieczystej chwały, to  
naturalnie ma do ostatniej chwili zapewnioną pomoc i opiekę, i gwarancję, że nie  
oszczędzę na pogrzebie. We mnie nawet smutek, ktoś odszedł, czy tak być powinno,  
ale żadnej rozpaczy. Potem przejrzę w jakieś samotne popołudnie jego starannie  
ułożone papiery, mruknę głośno „a cóż to było za życie bez pasji", wyrzucę  
nareszcie tę wodę po goleniu, która mnie nieważnie irytowała przez te wszystkie  
lata, choć nigdy mu na to nie zwróciłam uwagi ani nie kupowałam innej, odeślę  
jego rzeczy jakiejś rodzinie i urżnę się na starość po raz pierwszy od lat  
trzydziestu w samotności, co może mnie przyprawić o zawał, ale zaryzykuję. Same  
więc płynęłyby dla mnie z tego związku korzyści. Z nim nie bałabym się odruchów,  
impulsów, spontaniczności, nie kontrolowałabym się, mówiłabym, wyjdź z pokoju,  
przyjdzie do mnie masażystka. muszę być systematycznie poklepywana, choć już  
chyba nic nie zniweczy tych obwisłości, a jeśli on by nawet nie wyszedł, to  
mógłby w kącie siedzieć nad gazetą, drzemać, nie przeszkadzałby mi. 
47 
Ale na ogół, po takiej nudnej kawie, podczas której urozmaiceniem był dla mnie  
krem orzechowy i te bzdurne myśli, z ulgą żegnałam Koralkiewicza, 
przeświadczona,  
że nie przełamię się nigdy na tyle, aby móc ułożyć sobie życie w tym cichym  
kanionie psychicznej wygody. Ale takie myśli były, zjawiły się zrazu, jako  
szyderczy, autoironiczny nurt, później, zalegalizowały się jako wariant do  
przyjęcia całkiem możliwy, wracały jako ratunek przed udręką, którą mi niósł  
zwią-zek z Marcinem. 
Czasami, podświadomie, a na pewno wbrew woli, wymykała mi się mało subtelna  
uwaga. Kiedy na przykład wracaliśmy z kina i omawialiśmy wdzięki jakiejś seks- 
bomby. To ja na ogół rozczulałam się nad nadmiarem tych wdzięków, sama ich  
niemal pozbawiona. Chciałam, aby kontrast, który powinien był mu przyjść na 
myśl,  
zagrał na moją korzyść. 
-  Przesadzasz, wcale nie była taka szałowa - mówił tonem, w którym węszyłam  
pewne znudzenie. 
- Naturalnie - mówiłam - naturalnie. Kobiety z anatomicznego punktu widzenia nie  
mogą cię już interesować. 
-  Co za bzdury - protestował. 
- Więc mogą? 
- Ty? Z każdego punktu widzenia - odparł. 
Na głupie pytania na ogół otrzymuje się głupie odpowiedzi. Nie powinnam mieć o  
to do Marcina pretensji, to ja go prowokowałam, sama wciągałam go we frazesy. W  
złym znaczeniu intrygował mnie jego zawód. „Intrygował", to za słabo 
powiedziane,  
w innym wymiarze myślenia. Właściwie szokował mnie i przerażał. Nie miałam  
odwagi o nic go pytać, ale nie mogłam zatrzymać mojej wyobraźni. Kiedy  
rozmawialiśmy o pracy, dzieliliśmy się wrażeniami z tego, co się wydarzyło w  
ciągu dnia, zachowywałam się chyba jak człowiek przemarznięty, rozcierałam  
dłonie, choć chciałam to wszystko przed nim ukryć. Chciałam za wszelką cenę  
traktować sprawę zwyczajnie. Istnieją takie zawody - mówiłam sobie -kobiety  
pracujące w tej specjalności sama uważam za niepo- 
48 
rozumienie. Przecież ja też korzystałam z usług kolegów Marcina. Nie jestem  
dzieckiem, muszę to wszystko przyjąć naturalnie, nie zwracać na to uwagi. Ale  
wiedziałam, że z tym podłym dla siebie, i innych! - charakterem nigdy nie  
uwolnię się od tego całkowicie. To, co najwyżej osiągnę, to będzie zgoda, a nie  
wykluczenie z naszego życia. Wiedziałam, że będzie mnie to gnębić, nurtować, że  
będę prowokować pozornie swobodne, „ogólnoludzkie" rozmowy, żeby wysondować, czy  
nigdy nie zainteresowała go żadna pacjentka? Jak to, nigdy. A ja, pacjentka  
potencjalna? Trudno założyć, że oszołomiła go moja uroda, mój wygląd był bardzo,  
bardzo daleki od oszałamiającego. Znaczyło to jednak, że zwracał na swoje  
pacjentki uwagę? Posuwałam się w dręczących myślach dalej. Czy słyszał szelest  
bielizny zdejmowanej za parawanem? Pacjentki, pielęgniarki, żona, kochanki,  

background image

Teresa. „Życie mężczyzny składa się z idiotycznych przyzwyczajeń i byłych  
kochanek" - myślałam obserwując, jak Marcin czyści fajki. A palił przeważnie  
papierosy, fajkę niezmiernie rzadko. 
Dziwne sprzeczności tkwiły we mnie. Zarozumiałość obok kompleksu niższości.  
Wyniosłość wobec tych, którzy mnie kochali, wobec tego pierwszego, 
Koralkiewicza,  
poczucie mniejszej wartości w stosunku do Marcina, którego kochałam ja. Czułam  
się zagrożona ze wszystkich stron. Ten lęk nie obejmował tylko pielęgniarki,  
siostry Luizy, która pracowała razem z Marcinem. Była to dziewczyna zbyt mocno  
zbudowana, masywna, umalowana trochę krzywo, pojęcia nie miała o tej sztuce.  
Marcin żyrował jej weksle, to za radio, to za telewizor, robił sobie z niej  
dobroduszne żarty. Luiza naprawdę miała na imię Ludwika oraz dokładnie tyle lat  
co ja. Zastanawiałam się, która z nas jest jednak starsza. 
Czasami, niezmiernie rzadko, wpadałam do Marcina, kiedy zdarzało się tak, że  
obydwoje kończyliśmy pracę mniej więcej o tej samej porze. Przyglądałam się  
wtedy masywnej, zbyt mocno zbudowanej Luizie. Wyglądała na kobietę świa- 
49 
domą w każdym stopniu celowości swoich działań, na kobie* tę nie kwestionującą  
niczego. Wyobrażałam sobie, jak wstąjl rano, myje się, robi sobie śniadanie, je  
z namaszczeniem i M smakiem, cieszy się z kruchości szynki, powoli pakuje ka  
????? do pracy - wyciągając uprzednio z torby wczoraj scho, wane tam papierki,  
pergamin, który wydał jej się zbyt czyś» ty, aby go wyrzucić. Zabiera z sobą  
płócienną serwetkę, która w pokoju pielęgniarek ma zaakcentować jej zmysł  
estetyczny, jej taniutką, codzienną elegancję. 
Potem - pewnie Luiza przejeżdża szminką po wargach] Patrzy na swój pokoik z dumą  
i satysfakcją, pieszczotliwie zamyka drzwi i wychodzi na ulicę. Wsiada do  
tramwaju, zal tanawia się, kiedy wreszcie ze swojej skromnej pensji spłaci raty  
za telewizor. Pewnie'jest zadowolona, że wczoraj po pracy przerobiła sobie  
własnoręcznie sukienkę. Z tą kobietą tak różną ode mnie - a może podobną -  
Marcin przebywał siedem godzin dziennie. Z tej strony zagrożenia nie czułam. Isl  
nienie Luizy zaakceptowałam. Moja chęć wynalezienia prl paratu, któiy dosypany  
do zupy byłby w stanie każdej kobiecie w polu widzenia Marcina dołożyć lat  
przynajmniej trzydzieści - Luizy nie dotyczyła. Skąd ta zazdrość, ta 
zachłanność?  
Ano, nie wiem. Mało się wie o sobie. W każdym rl zie niech cię to nie zwodzi i  
nie myl narastania zazdrości z intensyfikacją uczucia. To dwie różne sprawy:  
miłość a chęć władzy posiadania. 
Wracając do Luizy. Była to kobieta jakaś bardzo dorosła opanowana, bez  
kompleksów z powodu braku mężczyzny w jej życiu. Uznałam ją za niegroźną,  
uznałam za kobietę, która myślą nie wybiega poza najłatwiej dostępne możliwości.  
I sądzę, że w kreowaniu tego akurat werdyktu byłam nil omylna. Nieprzewidziane  
możliwości ja sama podetknęłaifl Luizie pod nos. „Cóż za reżyser umiera we mnie"  
- takie słowa powinnam wyrzęźić, kiedy będę umierać. Owszem, należę do ludzi,  
którzy wyobrażają sobie własny pogrzeb i własne nekrologi. 
50 
Mało, jak dotąd, mówię o Marcinie. On jest przecież właściwym bohaterem, a nie  
ilustracją tej opowieści. Jego postać chciałabym ci jakoś wyraźnie nakreślić.  
Powiedziałam ci, że ponure kalkulacje, dotyczące na przykład małżeństwa z Ko- 
ralkiewiczem, wynikały z nadmiaru mojego uczucia. Ale teraz szczerze. Z tego  
nadmiaru wyłonił się Marcin jako obiekt inwestycji. Byłam gotowa zainwestować  
wszystko. To prawda. 
Historia nasza będzie miała pewien punkt zwrotny. Nie, jeszcze nie teraz. Co ja  
właściwie chcę ci udowodnić? Że kłamstwo bywa spontaniczne? Przecież nie cała  
jestem kłamstwem. Gdzie ten obszar i te regiony, których kłamstwem dotknąć nie  
wolno? A może kłamstwo bywa potrzebą prawdy? Nie chcę, abyśmy wynajdowali nowe  
sformułowania na to, co jest „prawda", szczególnie w tak mrocznej i zagmatwanej  
strefie ludzkich uczuć, podlegające] tylu napięciom, nieuchwytnej niemal,  
nieustannej zmienności. Więc musimy się umówić, że prawdą było to, że istotnie  
kochałam Marcina. Nie sposób kwestionować wszystkiego. Negacja jest łatwa,  
szczególnie z pewnego dystansu. Każde zjawisko po jakimś czasie można tak czy  
inaczej usiłować podważyć. Sprawy względności zostawmy więc matematykom i  

background image

filozofom. 
No więc, żeby to jednak uściślić - kochałam Marcina nie do końca, a więc więcej.  
Czy nie odkryłeś jeszcze tej prawdy: nie do końca - to znaczy więcej? Porównaj  
to z człowiekiem pijanym. Jeżeli urżnie się w belę, w trupa, to po prostu zwali  
się z nóg i nic dla niego nie istnieje, świadomość mu się wyłącza. A pijany tak  
do granicy, ale tylko do granicy tej świadomości utraty, jest pijany bardziej,  
pijany więcej właśnie 0 świadomość swojego stanu. Skracając to: jeszcze myśli.  
Odzwierciedla to idealnie stan moich uczuć do Marcina. Nie zwaliła mnie ta  
miłość z nóg na tyle, żeby myśleć w ogóle Przestać. Niestety, ale nie. A potem  
margines na to myślenie zostawiany powiększał się i powiększał. A niedobre ,  
niekie- 
wręcz nieludzkie było to myślenie. A uważałam, natural- 
51 
nie, że wszystkie jego myśli powinny dotyczyć mnie. Ponie-4 waż nie byłam tego  
pewna, stąd te spłoszone, śpiewne refre-J ny „o czym myślisz". Wolałam banalne  
„o tobie" niż „o ni-j czym". Chyba bywało na mojej twarzy rozczarowanie do uk-l  
rycia , jeżeli odpowiadał: „Zastanawiam się, czy ten obraz nie wisi trochę  
krzywo". Siedziałam, patrzyłam na niego, baJ łam się czegoś i knułam dramat.  
Bałam się, że on nie wierzy w miłość. Postanowiłam więc być egzaltowana, byle  
nie doi 'śmieszności, i tę jakąś jego niewiarę przełamać czarem tej  
powściągliwej egzaltacji, rozumiesz mnie? Musiałam dogrzel bać się w nim do  
warstwy, którą uważał za skamieniałą,\ dawno wystygłą. Do jakichś młodzieńczych  
porywów. On sąl dził, że kocham w nim ten jakiś chłód, brak żarliwości,! i choć  
wiedział, że postanawiam to zwalczać, zakładał, że te* go nie dokonam. Że  
rezygnacja z dokonania tego stwarza wJ mnie tę uległość. Ta moja uległość  
osaczała go bardziej nij emanujący z każdego gestu sex. 
Czasami łapał mnie na spojrzeniach niekontrolowanych! wtedy nie miałam w sobie  
chyba nic z kobiety zakochanej J a w oczach coś nie budzącego zaufania. Wtedy  
instynkt sal moobrony kazał mu zawracać, wychodzić z powrotem na pol wierzchnie,  
obwarować się, otoczyć. Ale wystarczały moje rę-l ce, czuły głos, położenie  
głowy na jego kolanach, aby doszedł! do wniosku, że się myli, że mnie krzywdzi,  
że nigdy nie był wam komediantką. A pokaż taką kobietę, która nią nie byl wa. I  
miałam za sobą ogromny, ważki argument: słabość.] Słabość pozorną. 
On nie wiedział, że moja słabość jest wystarczająco mocij na, żeby rozwalić jego  
siłę. I miałam nadzieję, że się nie do-; wie. Ale się o tym dowiedział. 
 
52 
VII 
Przy tym pozornym braku logiki, to wszystko jest zdumiewająco konsekwentne. To  
znaczy moja polityka była konsekwentna. Musiał się pojawić ten trzeci. Szczepan  
przylgnął do nas, bo stanowiliśmy bardzo, tak na pierwszy rzut oka, zwartą parę.  
To podnieca, intryguje. Szczepana poznaliśmy na dancingu. Był znajomym naszych  
przyjaciół, przypadkiem tam spotkanych, potem wiesz, wspólny kieliszek w barze,  
jakiś taniec. Nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, poza tym, że był uroczo  
wstawiony i miał ładną kamizelkę. Okazało się, że mieszka w Krakowie, nie był  
nigdy na Wawelu, co uznałam za wypowiedź pozerską i co rozbawiło mnie do łez, bo  
była już druga w nocy, a ja cały wieczór czułam się wspaniale, co rzadko mi się  
zdarza w knajpie. Wiesz, to już był ten stan, kiedy wszystko musuje, podnieca,  
kłębi się i ma się ochotę pocałować barmana. Już ta wspólnota towarzystwa, które  
przyszło tu coś zabić, szuka tego rauszu, którego nie daje napicie się na jakimś  
przyjęciu, tych rozmów-błys-kotek, które nic nie znaczą, ale na chwilę czynią  
człowieka kimś innym, niż jest między godziną ósmą rano a piętnastą po południu,  
już tylko to stwarza ten nastrój. A mnie szale- 
53 
nie rzadko udaje się w to wpaść, włączyć się. Wszystko potrafię w sobie zabić  
analizą, bo na tym w końcu polega mój zawód. A może to nie ma nic wspólnego z  
moim zawodem, nie łudźmy się, oczywiście, że nic, to wypływa z mojej natury.  
Paskudnej z pewnością, dla innych, ale najbardziej dla mnie. Więc tak na ogół,  
kiedy jestem na dancingu i patrzę, jak się pieni to sztuczne, nocne życie, jak  
się przewala ta iluzja, wybucha, cichnie i opada, mam chwilami chęć poś-ciągać  
obrusy albo odsunąć na bok refrenistkę i krzyknąć do mikrofonu: „Ludzie,  

background image

klękajcie, czyńcie pokutę, wybiła wa-j sza ostatnia godzina!" Ale choć bywa to  
nie do odparcia czaj sami, niestety, nigdy nie udało mi się tego wykonać, bo  
oczywiście mam jakieś ślady obycia towarzyskiego i rozeznanie, jak się zachować  
w rozmaitych sytuacjach. 
Nie wznoszę więc tych wzniosłych okrzyków,  ale siedzę! i z zaciętością, z  
zaciekłym uporem psuję jakby naumyślnie za-J bawę, wyobrażając sobie, jak ta  
sala będzie wyglądała za parJ godzin, ziewających kelnerów, którzy z odrazą  
zbierają talerze; i nie dopite kieliszki, apatię i ciszę tej sali, trwożny świt,  
który to wszystko ogarnie, jakiś brzęk naczyń z kuchni, puste, odwrócone do góry  
nogami krzesła, i myślę, że to wtedy dopiero maj właściwe proporcje, że to jest  
prawda, a my się nędznie w nocy1 oszukujemy, wchodząc na tę salę w poszukiwaniu  
wytworno-ści, świateł i aprobaty innych ludzi na to, jak się wspaniale bawimy.  
Lecz tego wieczoru, kiedy poznałam Szczepana, nie rozj myślałam o tym, byłam  
włączona, nie zbuntowana, byłam cząstką tej złudy, która już złudą nie była,  
skoro ogarnęła mnie   prawdziwie,   poruszałam  się  inaczej,  powiedziałabym' z  
pewną frywolnością, której normalnie nie posiadam, lekko kołysałam biodrami,  
chciałam się podobać, podobać, podobać, nie dlatego, żeby mi to akurat sprawiało  
wielką przyjemnośćj choć może trochę, ale dlatego, żeby Marcin to widział, żeby  
mu to dać. rzucić, pokazać, że to dla mnie nic nie znaczy. 
Szczepan był właśnie jednym z elementów tego nastroju, siedział w barze z lewej  
strony, Marcin z prawej i ja chyba 
54 
plotłam zabawne bzdury, bo obydwaj wybuchali śmiechem, co ich w przedziwny  
sposób jednoczyło, bo nie była to jeszcze żadna rywalizacja, tylko po prostu  
wspólna zabawa, kobieta, którą jeden kocha, a drugiemu zaledwie się podoba i ten  
drugi swoim śmiechem i leciutką adoracją wyrażał uznanie dla tego pierwszego,  
jeszcze nie zazdrościł, tylko właśnie uznawał. Machałam nogą, a kiedy obsunęło  
mi się ramiączko od sukni, przywoływałam się do porządku i odmówiłam wypicia  
następnego  kieliszka.   Potem  wyciągnęłam  szklankę  soku z lodem i wsadziłam  
do ust papierosa. Szczepan strzelił swoją zapalniczką, a Marcin podsunął mi  
płonącą zapałkę i tak tkwiłam przez sekundę między dwoma ognikami, co  
wystarczyło, żeby dostrzegł, iż się zawahałam. Bzdura to naturalnie, dziecinada,  
która się często w towarzystwie zdarza i do której nie można przywiązywać wagi,  
ale w tej sekundzie musiało zaistnieć coś co Marcina spłoszyło i ja to  
zrozumiałam, bo po zapaleniu papierosa od zapałki powiedziałam, że chciałabym  
już pójść, z góry wiedząc, że Marcin się na to nie zgodzi, taki mnie pewny,  
zresztą nie tylko z tego powodu. Przede wszystkim, żeby ukryć moment męskiej  
zazdrości, żeby Szczepan tego nie zauważył, może nawet, on sam nie mógł o tym  
zapomnieć. I rzeczywiście, wróciła prawie natychmiast poprzednia atmosfera,  
tańczyliśmy, do Szczepana przyklejała się dosłownie jakaś ładna dziewczyna,  
potem straciliśmy go z oczu, ja z kimś tańczyłam, Marcin z kimś tańczył i kiedy  
usiadłam przy barze, zbliżył się do mnie Szczepan i położył przede mną wielkie,  
czerwone jabłko. Gdyby zrobił jeden z tych gestów, wiesz, bukiecik fiołków czy  
wiadro róż, przyjęłabym z uśmiechem i za minutę nie pamiętałabym o tym. Ale to  
jabłko błyszczące, na czarnej tafli baru, na tle butelek i tych podniesionych  
przez alkohol kobiecych śmiechów było czymś niezwykłym,   było   czymś   na    
tej   sali   najbardziej   autentycznym, patrzyliśmy na nie obydwoje i  
wiedziałam, że myślimy o tym samym. Ugryzłam. Potem zjadłam całe i śmialiśmy się  
w dalszym ciągu, nie wiem z czego, już w trójkę. Marcin zapytał, 
55 
skąd ja wzięłam jabłko o tej porze, a ja o to samo zapytałam Szczepana, a  
Szczepan położył palec na ustach, jakby chciał dać do zrozumienia, że je ukradł  
z sejfu albo wyczarował. Orkiestra przestała grać, wybuchł ten ogólny gwar,  
zlepek głosów, szeptów i śmiechów, a ja dobrze znam ten moment, kiedy trzeba  
przerwać najbardziej szampańską zabawę, kiedy nie można jej ciągnąć dłużej, aby  
jej nie zepsuć. Nie wiem, co Marcinowi przyszło do głowy, dlaczego tak zrobił,  
prowokował los, czy chciał mnie wypróbować, bo kiedy już kategorycznie  
oświadczyłam, że idziemy, zaproponował Szczepanowi, żeby wyszedł z nami. Na co  
Szczepan przystał z ochotą i wtedy chyba jeszcze nie ze względu na mnie, tylko  
raczej w celu kontynuacji tej tak wesoło spędzonej nocy, a może tliła się w nim  
już reminiscencja tej sekundy z papierosem i to wspólne, migawkowe porozumienie  

background image

nad jabłkiem, nie wiem. Na ulicy było chłodno i ten chłód jakoś na chwilę  
wszystko urealnił, z czegoś nas okradł, wszyscy poczuliśmy się niepewnie, głośno  
się zastanawiając, co zrobić z resztą nocy. Wzięliśmy taksówkę i pojechali do  
zaprzyjaźnionego z nami małżeństwa, wiesz, do jednej z tych par, do których  
można spokojnie wpaść o czwartej rano i będzie się mile widzianym. Szczepan nic  
nie mówił na temat towarzystwa, z którym przyszedł i które tak beztrosko  
porzucił, nie pytał też, czy mu wypada iść do obcych ludzi, wpadł w tę nocną  
konwencję. 
U naszych znajomych właśnie dogasało jakieś przyjęcie, ktoś się w przedpokoju  
ubierał i my staliśmy się radosnym, ożywczym zastrzykiem, podnietą co najmniej  
na godzinę. Pan domu, należący do mężczyzn wytwornych, był w koszuli z  
podwiniętymi rękawami, kołnierzyk miał pod szyją rozpięty, żałośnie zwisał mu  
krawat, i natychmiast zaczął kręcić dla nas coctaile, gin z wermouthem. Z tym,  
że więcej ginu. Po wypiciu tego orzeźwiającego napoju poczułam się znów na  
dobrym rauszu i usiadłam na kanapie pełna świadomości, że dzieje się coś  
dziwnego. Marcin ze Szczepanem zawzięcie o czymś rozmawiał, pan domu podał mi  
drugi kieliszek, 
56 
 
który piłam z narastającą przyjemnością, wygłaszałam monolog,   który   był    
chyba   krzyżówką   wypowiedzi   grabarza z Hamleta z felietonem Wiecha, mnie w  
każdym razie, wydawało się, że mówię rzeczy szalenie odkrywcze i wielkie. Pani  
domu przyniosła kawę, kiedy zbliżyła się do Marcina wymienili ze sobą 
spojrzenie,  
przysięgłabym, na mój temat: „Ta mała piła dziś i jest wstawiona". A może  
chciałam widzieć źle, ale chyba nie, bo zauważył to także Szczepan, popatrzył na  
mnie i podał mi kawę. Więc to spojrzenie niejako poza mną, uznałam za pierwszą  
nielojalność Marcina, bo mógł po prostu podejść do mnie, powiedzieć: „kochanie,  
dosyć już tego", czym byłabym zachwycona, bo lubię taki publiczny terror. Ale  
nie, to nie mieściło się w jego sposobie bycia, nigdy nie był moją asekuracją w  
towarzystwie, byłam zdana na siebie, a na siebie nie zawsze mogę liczyć, jak  
wiesz. Są stany i sytuacje, których nie potrafię przeżywać sama i stąd plącze  
się po moim życiu Koralkiewicz, który zawsze jest, pewniak, mur chiński, lecz  
coś niecoś rozumiejący, tratwa, rozumiesz. Ale nie on. Mówię to, żebyś  
całkowicie zrozumiał, jak mogło dojść do tej historii ze Szczepanem, bo tu chyba  
chodzi głównie o motywy, prawda? 
Więc tamtej nocy nic się właściwie nie stało, świt zaglądał przez kotary,  
wszyscy byli już zmęczeni i osowiali, jeszcze jakieś toasty, wznoszone bez  
przekonania, bez szczypty tej pewności, że się spełnią, jaka bywa do pierwszej w  
nocy, raczej tłumiliśmy zgrozę, że oto już dzień i trzeba będzie funkcjonować w  
rzeczywistym wymiarze, więc jeszcze po jednym i dalej klęska, zobaczenie się w  
lusterku i mieszkanie, które objawia się jako śmietnik. Ktoś potrącił wazon,  
wylała się woda, rozsypały się róże, co na nikim nie zrobiło najmniejszego  
wrażenia, pani domu, lekko ziewając, wyraziła ubolewanie, że wazon się nie  
stłukł, taka skorupa. Ale jedna róża upadła na taboret obity zielonym rypsem,  
spojrzałam tam i spojrzał Szczepan. Na środku pobojowiska był to efekt 
niezwykły,  
ta wilgotna róża, coś na kształt jabłka w barze. 
57 
,  I to był ten drugi moment, kiedy widzieliśmy ze Szczepanem to samo, a Marcin  
nie wdział, był poza nami. Rano Szczepan pojechał do Krakowa, zaopatrzony przez  
Marcina w nasze adresy i telefony, gorąco zapraszany, choć właściwie nie objawił  
się nawet jako świetny kompan, lecz wyczuwało się, że coś sobą reprezentuje, ale  
chyba żadne z nas nie zastanawiało się, co. Szybko zapomnieliśmy o tej nocy, i o  
Szczepanie, weszliśmy w swoją egzystencję, w swoje zmagania się z tym, co nas  
spotkało, ja także przez długi czas nie wracałam myślami do tej nocy. Dopiero  
potem, potem, tu zaczę- , łam widzieć początek skazy, rysy, której istnienia na  
razie Marcin nie podejrzewał. Dlaczego go zapraszał, dlaczego był dla niego taki  
miły. Może w niezrozumiały sposób zwietrzył w nim rywala, którego chciał  
zwyciężyć, pokonać? On też pewnie tego nie wie. Potem był Sylwester, którego  
spędziliśmy we dwójkę w jego mieszkaniu, i kiedy składaliśmy sobie życzenia,  

background image

punktualnie o północy, zadzwonił telefon. Pomyślałam o Szczepanie, nie rozumiem  
dlaczego, ale podnosząc słuchawkę, byłam pewna, że to on. „Kraków łączę" -  
usłyszałam, i zaraz głos Szczepana, taki zwyczajny: „miło wspominam tamten  
wieczór, wszystkiego dobrego", ale przecież w takim wypadku wysyła się kartkę  
pocztową, a nie czyha na północ noworoczną. Ucieszyłam się. Marcin także  
podszedł do telefonu i tak na międzymiastowej linii leciały banialuki: „jeśli  
pan będzie w Warszawie, jeśli państwo będą w Krakowie". Nie wiem, jak ci to  
opowiadać dalej, bo przecież ważne jest to, co było między nami, działo się tak  
wiele, ale w ten sposób nigdy ci nie wyjaśnię sprawy ze Szczepanem. Po tym  
telefonie Szczepan nie odzywał się aż do wiosny, w czym nie było nic dziwnego,  
przecież nie znaliśmy się właściwie, złączeni przypadkiem na jedną hulaszczą 
noc.  
Teraz myślę, że on przeczekiwał, czekał po prostu aż coś się między nami 
popsuje,  
bo wtedy, na pozór, nasza miłość, mimo drobnych zgrzytów-, biła od nas jak łuna.  
Najtragiczniejsze jest to, że się doczekał. A czekać umiał, zaraz usłyszysz. 
58 
Nie w ten sposób, jak sobie wyobrażasz, że nic, tylko myślał o mnie, przeciwnie,  
jestem przekonana, że zabawiał się solidnie i pełną piersią, ale ja go  
interesowałam, więc może sam o tym nie wiedząc, wkalkulował mnie w swoje plany.  
Zjawił się w Warszawie dopiero wiosną, zadzwonił, przypomniał się, choć 
wiedział,  
że jest pamiętany, zaprosił nas na kolację, na którą się wybraliśmy, a potem  
przyszliśmy do mnie. Zrobiłam herbatę i zadzwoniłam po czwartego do brydża.  
Przyszła moja koleżanka, która grała nieźle, a ja tak, wiesz, jeśli gram z  
bardzo mocną trójką, gram dobrze, bo muszę się skoncentrować, jeśli ktoś gra  
słabiej ode mnie, natychmiast  i  radośnie  przystosowuję  się jego  poziomu. W  
czasie licytacji rozmyślałam o rozmaitych rzeczach, rozgrywam mechanicznie,  
brydż istotnie przestaje być brydżem, czyli grą wymagającą skupienia. Oni  
obydwaj grają znakomicie, ale ta moja koleżanka... Wyglądało to mniej więcej w  
ten sposób: „Piki. Dwa trefle. Dwa kiery, gdzie ty kupiłaś bluzkę w takim  
kolorze. Pas. Dwa piki. Trzeci trefl. Trzeci pik, w Modzie Polskiej można się  
ubrać, tylko trzeba czatować na coś oryginalnego. Pas. Cztery piki, czy ty  
słyszałaś, że Hanka wyjechała ze Stasiem do Zakopanego, tam się pokłócili, i  
wrócili już każdy z kimś innym, poproszę o wist, wątpię, czy zrobimy te cztery  
piki, mamy trzynaście przeliczeniowych punktów, jak to powinnam pasować, z taką  
kartą?" Szczepana to bardzo bawiło. Nie mogłam nie pomyśleć, że Marcina jeszcze  
niedawno też, w czasie, kiedy wspólny brydż był naszym flirtem, teraz już siadał  
do kart poważny, rzekłabym,  nadęty,   grał tak, jakby ten brydż miał  
rozstrzygać o naszym losie, jakby w ruletce stawiał włości dziadunia. Krzyczał  
na mnie, że po co mi te karty, ten pretekst, skoro chcę sobie pogadać o  
głupstwach, a kiedy w końcu zaplątałam się w czterotreflówkę, bo sądziłam, że to  
wejście naturalne, a nie konwencyjne, i on, myśląc, że mamy komplet asów,  
„wyrzucił" szlemika, którego musiał położyć bez jednej, zupełnie poważnie zaczął  
na mnie krzyczeć. To wiesz, 
59 
jaki był już między nami etap, niby bardzo się kochaliśmy, ale już przenikały w  
to złośliwości, walka o supremację, o dominującą rolę w tym związku, co w końcu  
musi doprowadzić do przegranej, i to obydwie strony. We mnie wstąpił demon,  
zaczęłam się po prostu wygłupiać, na złość, przeciw niemu, przeciw sobie. Kiedy  
ogarnięta niszczycielską pasją, wpadnę  w  taki  trans,   nie   potrafię   się    
zatrzymać,   choć w środku mnie skowyczy rozpacz, że popsuję wszystko. Nie było  
to jeszcze milczące porozumienie ze Szczepanem, jakaś taka myśl, która niekiedy  
rodzi się wbrew nam, nie wiadomo skąd,   nowotwór  na  spostrzeżeniu,   które   
można  ujawnić w każdej chwili głośno, ale znów tego wieczoru coś mnie do  
Szczepana   zbliżyło.   Powiedziałam,   ze   mam   tego   dosyć, przestaliśmy  
więc grać i Marcin od razu zrobił się miły, może żałował, a może odszedł od tego  
cholernego męskiego skupienia nad wszystkim, co się robi w danej chwili.  
Zaczęliśmy snuć plany urlopowe. Szczepan mimochodem wspomniał, że ma wujka- 
samotnika,  który jest leśniczym,  że to wielka przyjemność posiedzieć tam  
tydzień, że gorąco zaprasza, jeśli mamy chęć... Leśniczówka, wuj-samotnik, las,  

background image

jezioro, jakieś grzyby, to owszem, to była pokusa, ale ja już oprzytomniałam po  
brydżowym zacietrzewieniu i zaklinałam Marcina w duchu, żeby się nie zgadzał na  
propozycję Szczepana. Wolałam, żebyśmy wyjechali bez planu i tylko we dwoje. Nie  
powiedziałam tego głośno, być może dlatego, żeby się nie ośmieszać, że  
zaproszenie Szczepana traktuję jako mniej niewinne, niż mogło być w  
rzeczywistości, a być może dlatego, że chciałam się przekonać do czego to  
wszystko zmierza. Tymczasem on zapalił się do projektu i zaczęli omawiać już  
zupełnie konkretnie, kiedy i w jaki sposób dotrzemy do wuja. Ustalili, przy moim  
milczeniu, datę spotkania na wrzesień, i to że Szczepan po nas przyjedzie.  
Ponieważ była moja koleżanka, zaproszenie obejmowało także ją. Powiedziała, że  
bardzo chętnie, ale jeszcze zobaczy. Na tym stanęło i Szczepana znowu nie  
widzieliśmy aż do września. Sami przez dwa 
60 
tygodnie sierpnia włóczyliśmy się po wybrzeżu, przenosząc się z jednego miejsca  
w drugie, nie wiadomo po co, jakby wraz ze zmianą mieszkania można było się  
spodziewać tego sojuszu absolutnego, tego całkowitego porozumienia, którego już  
zaledwie momenty mogliśmy uzyskać. Ale ciągle spętani wielkim początkiem naszej  
miłości, ciągle wierzący, szukaliśmy się, pełni nadziei, jeszcze ufni. Chwile  
rozdrażnienia przypisywałam temu, że jestem pozbawiona łazienki, że na śniadanie  
jest herbata zbyt słaba, że ser zeschnięty. Wróciliśmy do Warszawy obolali, nic  
nie mówiliśmy o tym wrześniu, ale dziwna rzecz, że kiedy Szczepan zjawił się po  
nas, byliśmy gotowi i spakowani. Ta moja koleżanka nie pojechała, zdaje się, nie  
bardzo wiedziała, co ma powiedzieć swojemu mężowi. Dosłownie w momencie, w  
którym pokazał się Szczepan,  zaszła w nas gwałtowna przemiana.  W jednej chwili  
opadły wszystkie urazy i żale, czułam  że już nie pamiętamy obydwoje tych godzin  
nudy, ratowania się spacerami nad morzem i czytaniem książek, że wszystko  
zaczyna się od początku. Możliwe, że byliśmy w stadium, kiedy potrzebna nam była  
widownia, abyśmy mogli się kochać, a w tego rodzaju kwestiach nie ma lepszej  
publiczności niż publiczność zazdrosna. A może zawsze byliśmy w takim stadium. A  
leciutka zazdrość Szczepana była wyraźna. Pewnie już się spodziewał, że zastanie  
nas poharatanych, rozdartych, a my tymczasem śmieliśmy się do siebie oczami,  
śmialiśmy się z tego, jak blisko byliśmy zwątpienia. Byłam niemal szczęśliwa. To  
zdarza mi się w momentach tylko tej unii kompletnej, wiary całkowitej, nadziei  
triumfującej. Zabraliśmy swoje rzeczy i zeszliśmy do samochodu. Usiadłam z  
przodu, tak wypadało. Od razu wiedziałam, jak mocno Szczepan czuje moją obecność  
i jak mocno Marcin czuje obecność  Szczepana. A ja? Kochałam przecież Marcina,  
Szczepan miał już wyznaczoną rolę drugoplanową. Po co ludzie, którzy się 
kochają,  
grzęzną w takie sytuacje, pojęcia nie mam. Ale na pozór wszystko było w 
porządku,  
zwyczajnie, jedziemy ze znajo- 
61 
mym do leśniczówki, chwila irytacji Marcina,  że musimy wrócić, bo ja mam  
pewność,   że nie wyłączyłam żelazka, śmiech, bo naturalnie wyłączyłam, choć  
naprawdę nie mogłam sobie przypomnieć tego momentu, kiedy wyciągnęłam sznur z  
kontaktu, jakaś gospoda po drodze, w której jedliśmy naleśniki, biorące udział w  
złotej patelni, ospała kelnerka, która podała nam najpierw kawę, potem 
naleśniki,  
a na końcu śledzie w śmietanie, czyli, zabawa, urlop, relaks, ja z mężczyzną, do  
którego należę, którego kocham i „z którym nie rozstanę się do końca życia", i  
my w towarzystwie uroczego znajomego, który nas zabiera na grzyby. Wiesz, te  
moje tendencje do uzwyczajniania sytuacji wtedy, kiedy sytuacje są niezwykłe, i  
na odwrót, wynikają ze strasznego niepokoju, który we mnie tkwi, z tej wiecznej,  
śmiertelnej pogoni za stanem doskonałym, że złapaniem i zatrzymaniem nastroju,  
który daje muzyka, z chęcią przekonania się, że to, wszystko  jest   złudą,    
świńskim   kłamstwem,   marzeniem i ucieczką. I nie chcę żyć, jeśli tego nie ma. 
Wuj-samotnik był szalenie interesujący. Coś w nim tkwiło, czego nie mogłam  
przeniknąć, bo miał smutne oczy i mruk był z niego okropny. Szczepan widocznie  
uprzedził go o naszym przyjeździe, bo wszystko było wspaniale przygotowane, na  
kolację żur z kartoflami i dzikie kaczki, po dwie sztuki na głowę. Zadziwiająca  
czystość panowała w tym domu prowadzonym przez mężczyznę. Jedliśmy kolację w  

background image

wielkiej kuchni, takiej, w której panuje atmosfera bezpieczeństwa, rodziny,  
pewności, gdzie nad piecem wisi sitko i durszlak, lejek i blaszany garnczek do  
nabierania wody z wiadra, w takiej kuchni, która nie ma nic wspólnego z naszymi  
ste-1 rylnymi lodówkami, suszarkami i wiszącymi szafkami. Nad piecem na sznurku  
- ścierki, trzaskał ogień, zapach lasu i lnianego obrusa widocznie wysuszonego  
na wietrze przenikał to wszystko, wydawało mi się, że ściany coś szemrzą. Wuj  
przyniósł z piwnicy pękaty gąsior nalewki na dzikich porzeczkach, pociągnęliśmy  
tego sporo, w milczeniu, wuj, bo 
62 
taką miał naturę, my, bo byliśmy urzeczeni, zahipnotyzowani i nie chcieliśmy na  
środek tego prostokątnego stołu zwalać naszych miast, brydżów, towarzyskich  
dywagacji, wydumanych problemów. Ja z tą obrzydliwą huśtawką nastrojów tego  
wieczora byłam najbliżej wuja. Pomyślałam, jakby było dobrze utopić w jeziorze  
moje długie rękawiczki, neseser kosmetyków, parasolki i lakierki, zostać u wuja,  
gotować w tym domu i sprzątać, chodzić na polowania i może malować, widziałam  
się w starych, drelichowych spodniach, gumiakach, zmocz^"4 deszczem, albo rano,  
na drewnianym „_,..«.  „r-,ł,.„u~-                              ^iora,  
zapatrzona w zieleń. 
progu, wsłuchaj No, przecież zrc chę szorstki w chciałabym, że , jakaś tęsknot?  
' wy? W każdy już się we mi ę końca pobyu J gotuję i wuj tował to jak< rasiłam,  
z Tego pierw: wiecał nan dzieliśmy i cinem w puxZ 
stary, pomarszczony, tro- 
iby mi się podobał, tylko 
??? wujem. Może to była 
siorek opróżniony do poło- 
ania wujowi, tak na stałe, 
chociaż z entuzjazmem, do 
ie garnków i patelni. Słabo 
Łrzyi na moje wyczyny, trak- 
,       - -___, ^ .sta. Ale jedli, co ja tam upit- 
łgj^S/osf lazmen naturalnie Szczepan. -*-55?^ talismy się pozno, wuj przys-2?  
torowanych schodach, powie-f »ranoc". I znalazłam się z Mar-*4^——*" jt Uchylone,  
ściany wymalowane zwykłym wapnem, dwa pieczone łóżka wskazywały jakby na to, że  
wuj uważał nas za małżeństwo. 
Rano, kiedy otworzyłam oczy, Marcin układał w glinianym wazonie kwiaty, to były  
te hodowane rumianki, wiesz, tak zwane margerytki, wiedział, jak bardzo je 
lubię.  
Jeden z nich rzucił mi na poduszkę. Jak łatwo mnie rozbroić. «Dzień dobry  
kochanie, dzień dobry, jak ci się spało, nieźle, idziemy do lasu, zaraz, tylko  
się umyję i ubiorę, pośpiesz się, czekamy ze śniadaniem w kuchni." Przed  
zejściem na śniadanie wyjrzałam przez okno. Szczepan rąbał drewno, poczu- 
63 
łam zapach żywicy, jakby tego zapachu nie było przedtem, zanim zobaczyłam  
Szczepana. Policz sobie, który to raz w życiu go widziałam, trzeci czy czwarty,  
a wydał mi się taki bliski, taki z nami zrośnięty i taki mało niebezpieczny,  
choć pa raz pierwszy konkretnie zauważyłam, jaki jest przystojny, Ale zauważyłam  
to chłodno, był częścią tego lasu i tego poranka, miał na szerokich ramionach  
spoconą, lśniącą skórę, ruchy mocne, rytmiczne, rąbał drzewo z wdziękiem, je nie  
może mieć ktoś, kto robi to często. Marcin podsz Szczepana, o czymś rozmawiali.  
Nie wiedziałam, że w szych czasach, tak podobno cynicznych, istnieją me ^ którzy  
mogą do tego stopnia interesować się kobiet ^| ną w końcu w barze. Bo w  
rezultacie Szczepan m # kochał, wiesz. Jeszcze nie w tej chwili, nie tego pr #  
niedługo później. W każdym razie już w czasie te? ? go wyjazdu. Przez pierwszy  
tydzień trzymaliśr |/* w trójkę, nie licząc długich kolacji z wujem. Cr fi  
grzyby, obieraliśmy je razem, jeździliśmy zwier   Ł i rachityczne zabytki,  
cmentarze powstańców   g bo z tamtego, jakieś dęby-pomniki przyro g pszczół,  
drżeliśmy ze strachu, że w lasach     Ę g wiedzie, a jedyną na nie bronią moja  
parasolka. 
Coś mnie ukąsiło w nogę, gwałtownie spuchła. Wio-, my do domu. Położyli mnie do  
łóżka, mimo że czułam sta świetnie. Tylko to ugryzione, spuchnięte miejsce lekko  
szczypało. Nie wiedziałam naturalnie, że kończy się cudowny tydzień, że zaraz  

background image

wpadniemy w kierat, kiedy bardzo kategorycznie! pomimo moich protestów, kazali  
mi wsiadać do samochodu. Wsiadłam i całą drogę kpiłam z tego wszystkiego, co to  
dla mnie jakieś ukąszenie, skoro przez jedenaście miesięcy w roku wdycham  
wyziewy kwasów, benzenu i nie pij? mleka. Śpiewałam sobie i im całą drogę, co  
Marcina rozwścieczało, że niby oni mają ze mną tyle kłopotów, a ja okazuję takie  
lekceważenie, a nie czuję skruchy z powodu sandałków założonych do lasu zamiast  
gumowych butów. Widząc jego 
64 
zaciśnięte ze złości szczęki, wyśpiewywałam nadal kupleciki, a potem  
stwierdziłam, że nie będę ich dalej uszczęśliwiać tymi refrenikami, bo natura  
głosu mi poskąpiła. Szczepan powiedział: „Nie mogła dać ci wszystkiego, to i tak  
grzech, że dała ci tyle". I tak zwyczajnie przeszliśmy na „ty". Zgodnie z moimi  
przewidywaniami, mój odporny organizm nie zareagował na ukąszenie. Zajechaliśmy  
w końcu do miasteczka powiatowego i Szczepan zaczął się dopytywać o szpital.  
Zna-iśmy się przed czerwonym budynkiem stojącym w parku, ym spacerowali pacjenci  
w niebieskich szlafrokach, an poprosił o dyżurnego lekarza. Okazała się nim ko- 
Kiedy wyszła naprzeciw nam, twarz jej się rozjaśniła, Żyła ręce i zaczęła biec  
wykrzykując: „Szczepan! Coś po-ego!" „Irena, no wiesz, co za spotkanie, a gdzież  
ty tu ędrowałaś", krótko zreferował sprawę mojej nogi, pani tor uspokoiła ich,  
że rzecz jest błaha, zaprosiła nas do go pokoju i dała mi coś do połknięcia. Ta  
pani doktor ła z dawnej  paczki Szczepana,  po skończeniu studiów ubili się, jak  
to zwykle bywa. Wyszła za mąż i osiadła tym zakątku. A temu miasteczku słów  
kilka poświęcę, żeby ci odmalować klimat tygodnia, który zaczął się w ten 
sposób.  
Ale później. Pani doktor była tłustawa, roztyła się pewnie na dobrym wikcie i w  
gnuśności prowincjonalnej ciszy, ale zgrabna, zadbana i pociągająca. 
Powiedziała,  
że akurat kończy dyżur i idziemy do nich, mowy nie ma. Rozumiem, że nasza  
warszawsko-krakowska ekipa była dla niej, nieco odciętej od wielkomiejskości,  
atrakcją nie lada. No i zaczęło się. Ten tydzień zamazuje mi się w pamięci,  
wydaje mi się jednym długim dniem, podczas którego było raz widno, raz ciemno, z  
niezrozumiałych zgoła powodów, bo ciąg tej „kawy" trwał nieprzerwanie. 
Przez ten tydzień robiliśmy to, przed czym się ucieka do leśniczówki. Właśnie  
tak, tylko że jeszcze gorzej, bo wmieście to wszystko jest rozłożone w czasie, a  
tam był koncentrat, ekstrakt odwirowany choćby z godziny odpoczynku. Zaczęło się 
65 
w zasadzie niewinnie.  Kawa,  rozmowa,  koniak.  W czasie 
'?wiał się jako -nie eks- 

CO 
$ X 
??? 
Ire- 
iż po 
^# »towe. 
*^? / go, że 
- '°   awetje- 
ilu zbęd- 
'^CLi 
^ pchnęła się 
wspominków Ireny, Szczepan tu i ówdzie Casanowa, czym byłam zdumiona. Podobr  
cytują niektóre kobiety, ale nie mnie. N? oczu Ireny, po jej ustawicznych: „?  
czy rientowałam się, że je sądy w tej kwesti nowiłam się przez moment, czy była  
?? ? Jeśli chodzi o ten pierwszy wieczó- ?. naszego urlopu, to zdecydowano sz<  
i/ ny. Że w nocy, że koniak, że samor ?/& kieliszku, więc Marcin pojechał pr ?J§  
Wydawało mi się, że perspektyw vpr nie ma nic przeciwko temu. I t?   Mr szcze  
więcej, to Marcin był pór nych eskapad.                          '  ^ 
Kiedy odjechał, Irena, patrzą' do Szczepana: „Ależ miałaś szczęście . „      *"  
Ą /to nie ja" -odparł Szczepan. Nikt oczywiście nie orientu /ał się w naszych  
stosunkach, w owym „kto z kim". I pomyślałam wtedy, jakaż to musi z niej być  
wredna małpa, skoro przewidując  taki  układ,  wywłóczyła wspomnienia,   które   

background image

mogłyby mnie urazić. Prowadziliśmy tę zdawkową rozmowę o filmach i książkach,  
która rzadko przedstawia istotne poglądy dyskutantów, natomiast korzystnie  
świadczy o ich znajomościach i światowym wyrobieniu, wiesz, te grymasy, słowem  
po paru kieliszkach literaturę światową mieliśmy z głowy i żaden film nam się  
nie podobał. Przyszedł mąż Ireny. To było wielkie wejście, po prostu widząc już  
na świecie to i owo, nie byłam w stanie w ciągu sekundy ukryć zażenowania.  
Musiałam na to zużyć co najmniej dwie. Był to drobny, zasuszony starzec, o  
wyglądzie glisty. Jakiś cały siny, chudziutki, w dodatku dreptał, a nie chodził,  
filmowy typ. Okazał się zresztą miły i serdeczny, i cały czas, w ciągu tego  
tygodnia, dzielnie dotrzymywał nam kroku, to jest może nie tyle nam, ile swojej  
młodej żonie, na której wybryki patrzył w ogóle przez pal- 
66 
ce. Kiedy w kuchni kroiłyśmy z Ireną pomidory, wyznała, że przeżyła  
nieszczęśliwą miłość, przyjechała więc tu, żeby zapomnieć i podkurować się  
psychicznie, w czym bardzo pomocna mogła być dla niej pierwsza praca, szpital,  
echa doktora Judyma. Nie chciałam jej posądzać o finansową karierę, mimo że tak  
komfortowego mieszkania dawno nie widziałam, wielkie pokoje, antyki, co musiało  
pochodzić z rozległej praktyki męża i jego renomy na terenie powiatu, a nawet  
województwa.  Raczej  szukała spokoju,  pewności  oparcia. Z tego powodu kobiety  
robią wiele głupstw. Ona nie wyglądała na smutną, chociaż jej żądza zabawy, chęć  
zamiany tego tygodnia w festyn, w fajerwerk, mówiły, że coś tam w sobie tłumi,  
chce przygłuszyć. A może po prostu lubiła się bawić,   co mnie jest tak trudno   
zrozumieć.  Tego  wieczoru bawiliśmy się w szóstkę: my i czarujące stworzenie,  
na wygląd   szesnastoletnie,   które  okazało   się   córką  gospodarza z  
pierwszego małżeństwa i studentką czwartego roku politechniki. Dziewczyna była  
rzeczywiście urocza, dowcipna, ale żeby Marcin musiał tańczyć z nią kilka razy  
pod rząd... Doceniam swadę towarzyską, ale żeby to aż oznaczało zapominanie o  
mnie... 
Właściwie wtedy, tego wieczoru, to mnie nawet nie zabolało, nawet nie zwróciłam  
na to uwagi, dopiero potem, kiedy... kiedy zaczęłam szukać dla siebie  
usprawiedliwień. A swoją drogą, po co ci właściwie o tym mówię, to znaczy o tych  
ludziach. Przecież w stosunku do ciebie właściwie się nie usprawiedliwiam,  
przeciwnie, chcę się oskarżyć, chcę, żebyś wiedział, na co mnie stać, chcę ci  
powiedzieć prawdę, a prawda jest jak zawsze dość skomplikowana. Na prawdę i na  
czystość jesteś moją ostatnią szansą i jeśli przez prawdę cię stracę, to znaczy,  
że jej nie ma w ogóle. Tak mam już dosyć póz, kabotyństwa i tych wszystkich  
gierek, tak chcę, żebyś mnie widział we właściwym świetle i, mimo wszystko  
kochał. 
Szczepan był wypadkową sytuacji, w jakie wchodziliśmy bezwiednie, a czasem wręcz  
celowo, jakby sobie na złość łub 
67 
złością ogarnięci, jakby w proroczym 
i tak się kiedyś skończy - więc nich 
już. Tam, przez tydzień tego jarmar1 
kto to dłużej wytrzyma, ale dla mr 
w konkurencji niespania nie mar 
jakiegoś Włocha, który nie śpi r 
wspaniałe chwile, w których rozi j 
nie tak miał wyglądać nasz urlr A 
fizyczne zmęczenie, ale może br 
kę, lękaliśmy się, żeby nie za1 
dy, której smak poznaliśmy 
wienie, złe gesty, w każdym; 
jechaliśmy i ciąg trwał. Czo.^                      ^' Mę przespać 
w pokoju córki gospodarza, po u^—-^ $ /ek, ponieważ miałam tak pobudzony kawą i  
alkoholem _  ??????, że nawet to straszne zmęczenie nie było w stanie tego  
załatwić, nie mogło sprowadzić naturalnego snu. A nie była to, jak możesz 
myśleć,  
jakaś pijacka orgia - pomijając jeden wieczór, kiedy przyszli znajomi 
gospodarzy,  
i chcąc nam dorównać, nam, tak już uodpornionym, z takimi przeciwciałami, z  

background image

takimi obronnymi reakcjami, zwyczajnie się zalali i miejscowy dygnitarz zaczął  
rozbierać  panią adwokatową -  po prostu wpadliśmy w nastrój, który przerwać  
mogło jedynie zwalenie się z nóg, nastrój, w którym wierzyliśmy, że się bawimy  
szałowo, i nawet dla mnie niekiedy tak było. Jakieś idiotyczne rozmowy,  tańce,   
nieustający skowyt adapteru, obiady wspólnie przygotowywane, zmywanie naczyń. I  
tak; któregoś ranka o piątej, kiedy snuliśmy się po tych pokojach, już nie  
zajęci sobą, ale każdy swoim kacem moralnym, ktoś wpadł na pomysł, żeby pojechać  
nad jezioro i wykąpać się. Co wszystkim wydało się wyjątkową rewelacją. Końca  
września, mgły i temperatury, nikt nie wziął pod uwagę. Jeden samochód prowadził  
gospodarz, drugi ja.  Interwencji krasnoludków i pustej drodze zawdzięczać  
należy, że dojechaliśmy do wuja, który przyjął nas bez oznak zdziwienia, 
68 
zaparzył wybornej kawy, zabrał wiszącą na drzwiach impregnowaną kurtkę i poszedł  
do lasu. W czasie tych sześciu dni brałam prysznice, robiłam jakieś pośpieszne,  
nie udane makijaże, ale kiedy wpadłam do pokoju i przejrzałam się w stojącym na  
komodzie pękniętym lustrze, nie mogłam się poznać. Zakryłam twarz rękami i  
wydawało mi się, że cały świat, całe moje życie przepływa obok mnie,  
napiętnowanej hulanką, jak ledwo widoczny na niebie samolot, że cała jestem  
wypełniona wilgotną mgłą, że mgła jest we mnie i dookoła mnie, i tej kąpieli w  
jeziorze, tego oczyszczenia się z grzechu marnotrawstwa urlopu zapragnęłam tak,  
jak inni pragną komunii albo dotyku, małego, mlekiem pachnącego dziecka.  
Towarzystwo nad jeziorem gotowało się do startu, mocząc w wodzie palce stóp i  
wydając rytualne piski... 
Co za brednie! Dlaczego ja, która potrafiłam być dobra, troskliwa i czuła, nie  
mogłam wybaczyć Marcinowi, że kiedyś ciężko chorował na stawy i nie kąpał się w  
jeziorze w końcu wrześna, o piątej rano. Swoją drogą, mógł to przewidzieć  
wcześniej, nie rozbierać się i nie trząść, stojąc w slipach i reflektując się  
dopiero w tym momencie, że miał zapalenie stawów (właściwie nieuleczalne, zawsze  
grozi nawrotem). Ja pierwsza skoczyłam do wody i płynęłam w kierunku wysepki.  
Inni, słabsi pływacy, marzli tuż przy brzegu. Byłam pewna, że Marcin płynie za  
mną. Ale to był Szczepan, zdrowy jak hikora, Szczepan, któremu nie groził  
reumatyzm. Dopłynęliśmy do wysepki, wyszli na nią, żeby odpocząć, i naturalnie  
byliśmy sini i trzęśliśmy się. Ale zsinieliśmy i trzęśliśmy się razem, i  
widzieliśmy Marcina na brzegu, ubranego, stojącego w ciepłym swetrze. Kiedy  
wyszłiśnry z wody, Marcin, który przecież także miał zamiar brać udział w tej  
„oczyszczającej" kąpieli, może chcąc ukiyć swą drobną porażkę, a może zazdrość,  
patrzył na nas jak na wariatów i popukał palcem w czoło pod moim adresem. 
To znaczy przy mnie. tak przez choroby doświadczonej, mogą zaistnieć sytuacje,  
kiedy nie wolno mieć zapalenia sta- 
69 
wów1 *00E$      yz 60'oł °/°Ł nŁd %                       lie udawać goto- 
T°ŚC-    ?          *?     i7O0V                     ię z gry ze wzglę- 
du na   /U-,     Uo9inl    $Z gg ^ 
Nie 7                                       fl         S^  o, że mu to pa- 
miętał. ??-1   ''????^???                            sczepan nie był 
asekur    4   ^JJ^^ón 
To w ^sr3W _iVJgioby cię zaprowadzić do wniosków zgoła idiotycznych, że  
zapalenie stawów jest wykładnikiem asekuracji i małostkowości. Nie to! Chodzi o  
grę, w którą pozwalał mi się wprowadzać Marcin, o jego kabotynizm. 
Potem Marcin musiał wyjechać na trzy dni. Dostał telegram z pracy. I wszystko  
sprzysięgło się przeciw mnie, bo wyjechał podczas nieobecności wuja. Wuj, dzień  
przedtem, wyruszył dzielnie do Warszawy, walczyć o coś tam, i zapowiedział, że  
wróci za tydzień, bo przy okazji odwiedzi rodzinę. Ale jeśli myśli twoje biegną  
trywialnym tropem i jeśli zakładasz, że wykorzystaliśmy jego nieobecność, to  
naturalnie się mylisz. 
No i zostaliśmy sami, w pustym, wielkim, drewnianym domu, który trzeszczał w  
nocy, jeśli wiał wiatr. My i kot, którego przekarmiałam i który wieczorem 
znikał,  
a rano, bardzo wcześnie, gdzieś o piątej miauczał pod drzwiami i słyszałam, że  
Szczepan schodzi mu otwierać. Może był to kot rozpustnik, a może kot  
indywidualista, bo miał tylko jedną poduszkę, na której sypiał. Na innych się  

background image

nie sadowił. 
Ten kot rozpustnik, względnie indywidualista, jest wkomponowany świetnie w  
koloryt i temperaturę moich wspomnień,bo po pierwsze kot był zabawny wtedy,  
kiedy byłam ze Szczepanem i Szczepan mówił: „Przekarmiasz go", a poza tym, kiedy  
dosłyszałam miauczenie kota pod progiem, wiedziałam, że zaraz zejdzie Szczepan,  
będę słyszeć jego kroki na uginających się pod nim schodach i zaleje mnie fala  
tkliwości do niego, pomyślę: „Szczepan wpuszcza kota, żeby mnie nie obudził".  
Nocami Szczepan kasłał, słuchałam tego kaszlu przez ścianę i czekałam na  
miauczenie kota i na chwilę, kiedy Szczepan wstanie z łóżka, i fantazjowałam coś 
70 
na temat prostego życia, kota, wiejskich poranków, mężczyzny, który rąbie drzewo  
z nieopisanym wdziękiem. 
Albo wieczorem robiliśmy sobie kolację i zaśmiewali się, wymyślając różne  
warianty kocich wędrówek. 
Marcin odjechał pociągiem, odprowadziliśmy go na dworzec. Polecił mnie opiece  
Szczepana, wiesz, taki smutny, kurtuazyjny frazes, bo niby co miała znaczyć ta  
opieka, do jakiego go odnieść przypadku. A gdyby nawet, czy trzeba było mnie  
polecać Szczepanowi? Więc przez moment, przez moment tego polecenia, przez ten  
polecający moment, Marcin wydał mi się śmieszny. Po raz drugi w życiu. Jezioro o  
piątej rano i dworzec o siedemnastej po południu. Szliśmy ze Szczepanem z tego  
dworca w milczeniu, jeśli nie liczyć marzeń o tym, co zjedlibyśmy na kolację.  
Wreszcie z tych marzeń wyciągnęliśmy wniosek, że nasze gastronomiczne żądze  
przekraczają nasze umiejętności, wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do miasta,  
zamykając złośliwie kota w domu. To znaczy kot tak mógł mniemać, bo zostawiliśmy  
go przez nieuwagę i kiedy wróciliśmy późno, wyrwał się na dwór jak ogar ze  
smyczy spuszczony. Objechaliśmy trzy pobliskie miasteczka, zanim znaleźliśmy  
jakąś porządną restaurację. Ja byłam głodna i mogłam już zjeść w pierwszej,  
zresztą pomyślałam, że gdybym była z Marcinem, nie inaczej by się to skończyło,  
on zupełnie do tych spraw nie przykładał wagi, tak na pozór, gdyż w istocie był  
po prostu kutwą, ale Szczepan, nie, o nie. Przede wszystkim stwierdził, że musi  
być odpowiednie tło, dekoracja, oprawa do spektaklu, jakim jest dla niego moje  
jedzenie. „Jesz tak zachłannie, tak zachłannie i szybko, jakby za chwilę ktoś  
miał ci to odebrać. Tak robisz wszystko. Wiesz, to jest podniecające." Nie wiem  
w jakim znaczeniu użył słowa „podniecające", ale chyba we właściwym, to znaczy,  
że widok mojego nieokiełznanego apetytu wpływa dodatnio na jego apetyt, boja  
rzeczywiście, wiesz, kiedy jestem głodna, kromkę świeżego, niczym nie  
posmarowanego chleba pałaszuję z entuzjazmem krewetkom i zimnym kurczakom  
należnym. 
71 
4ie 
iedy nie jem właściwie nic. Same iaru. 
;dział „to jest podniecające", byłam e wiem dlaczego i zupełnie tak, jakby ć  
garderoby i pomyślałam - jeśli do wszystko uczciwie, a tylko tego chcę, iucić i  
pragnę twojego rozgrzeszenia, bo jje rozgrzeszenie, rozgrzeszenie twojej mi-?#    
xę kochać w sposób czysty, bez cienia fałda - pomyślałam wtedy, że jestem po raz  
&" ?????? sama, że będzie to trwać trzy doby ,ć wszystko, żeby te dni upłynęły  
naturalnie i żerry .         jf  dła się między nas ani sekunda zażenowania. 
Kumple, po prostu kumple i nic więcej. W żadnym wypadku mężczyzna i kobieta,  
choć kiedy wychodziliśmy z tej pierwszej restauracji, wsiadaliśmy do samochodu i  
Szczepan podkręcił do góry szybkę, żeby mi nie było zbyt chłodno, i kiedy  
zapalił mi papierosa, i spojrzał na mnie, i ostro ruszył, było coraz bardziej  
jasne, że on też się boi, aby coś nie wypadło fałszywie i on też wzdraga się na  
myśl, że po raz pierwszy jesteśmy sami, że jest to tandetna sytuacja do  
ewentualnego wykorzystania i wiedzieliśmy obydwoje, że jej nie wykorzystamy,  
najbłahszym słowem nawet, ale takim słowem, które naszą sprawę nieco posunęłoby  
do przodu, bo już owszem, wiedzieliśmy, że jest jakaś nie nazwana nasza sprawa,  
że w samochodzie siedzi mężczyzna i kobieta, którzy za wszelką cenę chcą być  
kumplami, na zawsze. Ale już na pewno na trzy doby. Ile mówi milczenie,  
zwyczajne gesty. Kto nie może czasami milczeć i tym milczeniem mówić, ten chyba  
nie za dużo ma do powiedzenia. W tej drugiej restauracji także chciałam zostać,  
bo grzyby były w karcie i ich zapach w powietrzu, ale Szczepan władczo ujął mnie  

background image

za ramię i stamtąd wyprowadził, za co byłam mu w końcu wdzięczna, bo na  
stolikach były brudne obrusy i zapach grzybów z trudem przebijał się przez  
kwaskowaty odorek piwa, takiego z beczki, 
72 
 
wiesz, które nie ma w sobie nic ze świeżości chmielu, a za to wiele ubocznych  
wonności procesów fermentacyjnych. Jechaliśmy przez ładne wioski, niby w pogoni  
za kotletem, a w rzeczywistości pełni chęci bycia ze sobą blisko, tak daleko,  
tak na krańcach świata, w zasięgu dłoni. Szczepan przejechał kurę. Kura miała  
wyraźne tendencje samobójcze, bo wpakowała się wprost pod maskę, rozbryzgała się  
obrzydliwie, aż do przedniej szyby. Szczepan zatrzymał. Kazał mi usiąść pod  
drzewem, odwrócić się do kurzej tragedii plecami, nie patrzeć, a sam udał się w  
kierunku wiejskiej chałupy. Co chwilę odkrywałam w nim nową, ciekawą, dobrą  
cechę. Zapłacił za kurę, przyniósł wiadro wody, wymył szybę i maskę. Wiedziałam,  
że robi to trochę dła mnie i że to akurat nie jest żadne kabotyństwo, w  
najmniejszym stopniu, przeciwnie, subtelność, że natychmiast pomyślał, iż mogę  
się źle czuć, pędząc z nim na złamanie karku i patrząc na świat przez szybę  
popapraną kurzą krwią i kurzym pierzem. Kobieta notuje w pamięci takie rzeczy,  
na to nie ma rady. Są to oczywiście rzeczy, które niczego nie gwarantują, o  
niczym nie świadczą, ale które wiele zapowiadają, rozumiesz mnie? Kobiety  
naprawdę notują takie rzeczy w pamięci. Być może, Szczepan także o tym wiedział,  
kiedy ukatrupił tę kurę, a potem zmywał jej doczesne szczątki z maski samochodu.  
Może żal mu było samochodu. Może był estetą. Nic mnie to nie obchodzi, odruch  
wydał mi się ładny, naturalny. 
W samochodzie siedzi więc kobieta i mężczyzna, którzy za wszelką cenę chcą być  
kumplami. Na zawsze. Przynajmniej na trzy doby. Chcą z sobą iść do łóżka, ale są  
subtelni, nigdy nie kopią leżącego, nie wykorzystują nieobecności Marcina, nie  
wykorzystują sytuacji nadającej się do ewentualnego wykorzystania, bo to im się  
wydaje tandetą, są podnieceni, podekscytowani, ale cierpliwi, bo już są  
przeświadczeni, że w końcu i tak się w tym łóżku znajdą, i być może w tym  
podnieceniu i cierpliwości znajdują upodobanie, miłosną grę, przedsmak  
przyszłych rozkoszy, takich zapowiadanych zaledwie. 
73 
tak to jeszcze było, w każdym razie ginący we ;zuł coś z takiego właśnie 
klimatu,  
edy dłuższe włosy, takie prawie do ramion. Ja-eście, czy na wieczór, czesałam  
się dość wymyś-iiałam te włosy opuszczone, na Kleopatrę, ale sziorem, w teł  
leśniczówce, robiłam sobie takie / nad uszami i związywałam je wstążeczkami. By- 
wednio sportowe, wygodne, no i, choć byłam wte-,a i odmładzać się na pewno nie  
musiałam, impo-li, że wyglądałam bardziej na cizię, niż na panią Zapamiętaj te  
wstążeczki, tę podstawę mojej urlo-5 /zystencji, skoro z okruchów mamy zbudować  
moty-j perfidii. W każdym razie wstążeczki będą ważne. V»." / poprawiłam trochę  
tę kunsztowną fryzurę i pojechaliśmy dalej. Wiesz, byłam smutna. Zawsze mi się  
robi smutno, kiedy uczucia zaczynają mi się gmatwać, a gmatwać się zaczynały  na   
pewno.   O   czym  się  wtedy  chętnie  myśli? O młodości, o tej wczesnej, kiedy  
uczucie jest samą spontanicznością, kiedy nie ma w nim nic wyspekulowanego,  
kiedy jest proste jak lot strzały, takie zawsze niespersonifikowane, i choć  
kocha się wtedy cały świat, to nigdy ci nie przyjdzie do głowy, że może się  
kocha kochanie. Myślałam tak więc ze smutkiem, że płyną lata, robi się jakiś  
dyplom, ma nadzieję na własne mieszkanie, coś się osiąga, a jednocześnie coraz  
mniej rzeczy bawi i cieszy, że jednocześnie ze stopniowym zanikiem witalności i  
entuzjazmu maleją szanse, zbliżają się zmarszczki, a wymagania gwałtownie rosną,  
że jedynym ratunkiem na te dysproporcje jest już nie osiemnastoletnia chęć  
zbawienia świata i ludzkości, ale miłość, miłość, miłość, która by potwierdzała  
sens mojego istnienia, wkroczyła jak taran w chaos myśli i sumienia, sprawiła,  
żeby trawa nie była coraz mniej zielona, żeby słońce było słońcem, wiatr wiatrem  
i tak dalej. I myślałam nadal z tym smutkiem świdrującym, że kiedy to mnie  
spotkało, kiedy nareszcie znów, słońce dobrze razi w oczy, ja temu nie umiem  
sprostać, nie 
74 
bardzo to wytrzymuję, bo mając Marcina, potrafię dopuszczać do świadomości  

background image

walory Szczepana, i więcej, przeciwstawiać je tamtemu. W końcu znaleźliśmy tę  
właściwą restaurację, a w niej był świeży, pyszny sandacz w galarecie, i ja nic  
więcej nie chciałam jeść, chciałam sześć porcji sandacza, ale Szczepan mi na to  
nie pozwolił i w rezultacie zjedliśmy jakiś późny obiad, tak od początku do  
końca, chociaż właściwie nie tak, tylko od końca do początku, podobnie, jak w  
czasie podróży do wuja. 
Znasz te kelnerki na prowincji. Znasz ich ospałość, apa-tyczność, na ich rynkach  
leży gnuśnie czas, nawet wróble są tam bardziej leniwe! Nie twierdzę, że w  
każdej małomiasteczkowej restauracji powinny podawać intelektualistki, ale  
powinny to być dziewczyny, które znają swój fach. 
No więc ta kelnerka przyjęła zamówienie, dla mnie podwójny sandacz, rosół - to  
już z nacisku Szczepana - jakieś mięso z jarzynami... no i kawa. Dwie duże kawy.  
Kelnerka zapisała to wszystko w bloczku, wykrzyknęła całe zamówienie głośno i  
jednym tchem w kierunku kuchni i baru, i zaczęła nam to znosić na stolik w szyku  
następującym. Najpierw dwie duże kawy. Potem rosół. Potem trzy porcje sandacza.  
Następnie sznycle. Chciałam zaprotestować, ale Szczepan stwierdził, że właściwie  
to jest tak urocze, że aż czarujące, i zerwaliśmy z konwenansami, jedząc  
wszystko w porządku, w jakim zostało dostarczone. Zaczęliśmy od kawy, żeby nie  
wystygła, i tak dalej. Szczepan stwierdził, że na trzeźwo mogę tego nie przeżyć  
i zamówił dla mnie potężny kielich soplicy. Łyknęłam dwoma chaustami i tak  
sandacz po kotlecie smakował mi jak sandacz przed kotletem. Rozwiązał mi się  
język. „Fachowość" kelnerki uznałam za kulinarne objawienie. Zapomniałam, że  
powinnam śmiertelnie tęsknić za Marcinem i że sytuacja jest dziwna. Nie  
pamiętałam, że trawa jest coraz mniej zielona. Szczepan, widząc to, zamówił dla  
mnie puchar następny. Po raz pierwszy piłam z nim tak sam na sam, to znaczy sama  
przy nim, bo on pro- 
75 
wadził, i tylko on miał zbierać żniwo, perły i kamyki tego sztucznego mojego  
humorku. Może to było właśnie to, a może chciał, żebym mówiła? Nie wiem. Pragnął  
mnie, a właściwie mało mnie znał, znał mnie z Marcinem, a to mogło być zupełnie  
co innego,  dwie różne kobiety. W każdym razie w *-   -otnej drodze głośno  
ubolewałam, że on jest taki trzeź-i cieszyłam się, że trawa jest coraz bardziej  
zielona. kiegoś przyzwoitego sklepu wystąpiłam już z nową izofią i oświadczyłam,  
że na pieniądze pracuję ciężko vsze z przyjemnością, wobec tego wydaję je lekko  
ie z zadowoleniem, więc dalej, konsekwentnie, fun-s butelkę bułgarskiego koniaku  
pliska. Ponieważ on cpw  ciał się ode mnie uzależniać ekonomicznie, więc (??,*.   
po butelce, do tego dwa pudła makaronu, konser-suchary, herbatniki, co tam było,  
i ruszyliśmy. ^w..  \ - wykrzykiwałam, machając butelką - do Buł-W**^  tę.  
Będziemy się kąpać w ciepłym morzu, a wie-?     I   koniak na tarasie".    
„Jedziemy"  - powiedział L>Łi      ? le prosto do Bułgarii?"  - chciałam  
wiedzieć. 5 \lo Bułgarii w każdym razie."  Nic mnie nie ,. i\ie byłam pijana.  
Był to zaledwie ten stan, kiedy przestaje się odróżniać zgrywę od prawdy, kiedy  
te dwa zjawiska zaczynają się na siebie nakładać, przenikać się, kiedy naprawdę  
do tej Bułgarii się wyjeżdża, a jednocześnie wie się, że się nie jedzie,  
rozumiesz? „Dziś się urżniemy" - zdecydował Szczepan.  „Urżniemy się w belę" -  
uzupełniłam. „Na chandry, na chimery, na wszelkie smutki" zacytowałam coś, nie  
wiedziałam co, i nie wiedziałam czy dokładnie. Szumiało mi trochę w głowie, ale  
przyjemnie szumiało, pędziliśmy do tej Bułgarii, do tej leśniczówki, na złamanie  
karku, pędziliśmy, jakby miało nas tam spotkać coś niezwykłego, po prostu  
czuliśmy, że po tej plisce będziemy bredzić, ale bredzić dla siebie, nie dla  
towarzystwa, wiesz. Wchodziliśmy do mieszkania wuja jak do swojego domu.  
Szczepan wyjął z kieszeni klucz, wszedł pierwszy i zapalił światło. Kot wyr- j 
76 
wał się na wolność jednym długim susem, roześmieliśmy się i ramię Szczepana  
gdzieś w przejściu musnęło moje ramię, to nas spłoszyło. Dzielnie i szybko, po  
pobieżnym umyciu się, przystąpiliśmy do pliski. Szczepan zrobił kawę, o jedzeniu  
nie było mowy. Ubrany w kraciastą koszulę i kamizelkę, zawinął u koszuli rękawy,  
w zgięciu łokcia miał wyraźne, niemal granatowe żyły, skórę mocno napiętą.  
Szczepan nie był piękny, ani umywał się wyglądem do Marcina, ale zdecydowanie  
przewyższał go męskością, czymś pierwotnym, czego nie zdołała jeszcze zniszczyć  
nasza wspólna choroba, cywilizacja i bezbłędne towarzyskie obycie, ruchy miał  

background image

kanciaste, gesty czasami niezgrabne, szorstkie, prymitywne i był w tym wielki  
wdzięk i wielki urok. Jakaś mucha bzyczała natrętnie, choć od dawna powinna 
spać,  
i zaczęliśmy uganiać się za tą muchą, chcieliśmy ją znaleźć i zabić, żeby nic  
nie zakłócało ciszy. Ale nie udało nam się to, i mucha rozrabiała tak jeszcze z  
godzinę, słyszałam to wyraźnie, kiedy między nami zapadało natrętne milczenie.  
Ale tak w ogóle to mówiliśmy dużo. Ciągnęliśmy tę pliskę zdrowo i paplaliśmy 
0  wszystkim, co nas nie dotyczyło, co nas nie mogło dotyczyć. Gdzieś przed  
północą Szczepan rzekł kategorycznie „jeść albo spać", więc choć absolutnie nie  
głodna, wybrałam jedzenie, bo szkoda mi było tej nocy i lubiłam, kiedy Szczepan  
w piecu rozpalał. Układał pod blachą tak całą konstrukcję, najpierw gazeta,  
potem skrzyżowane dwie pachnące żywicą szczapy („szczepy - mówiłam - od twojego  
imienia"), potem drzewo brzozowe, a na to drobniutkie kawałki węgla. 
1  od jednej zapałki ogień zaczynał buzować, a trzeba ci wiedzieć, że ja też  
próbowałam, ale na zasadzie „szkoda, że państwo tego nie mogą zobaczyć". Na ogół  
moje wyczyny kończyły się na rytualnym posypaniu głowy popiołem i sadzy na  
twarzy. Zapowiadała się cudowna, przegadana noc, wiesz, taka z ogniem pod 
blachą,  
ale niestety, stało się inaczej. Zaczęłam mówić od rzeczy, Szczepan władczo  
schował butelkę, ale za późno! O godzinie pierwszej w nocy byłam faktycznie 
77 
pijana. Szczepan był ubawiony i troskliwie podtrzymywał mi głowę nad kubłem.  
Poprzez opary wstydu i bólu głowy przebijało się moje wzruszenie. Lekko  
zataczając się na nogach, próbowałam być niesłychanie dzielna, wiesz, jak to  
jest, chodzić prosto i tak dalej. Szczepan zaprowadził mnie do łóżka, pomógł mi  
się rozebrać, i całą noc przesiedział przy mnie na krześle. Marcin by tego nigdy  
nie zrobił. Okazywałby leciutką pogardę. Nie mnie naturalnie, bo to się może  
zdarzyć, ale pogardę dla stanu, w jakim się znalazłam. Kiedy otwierałam  
udręczone oczy, dostrzegałam czujną twarz Szczepana, pochyloną ku mnie z  
łagodnym uśmiechem, i jego ciepły, ironiczny szept: „Moja ty pijanico, chcesz  
herbaty czy mleka?" Bułgarii nad morze." „Już jedziemy, teraz już jedziemy \wdę"  
- mówił Szczepan. Gładził mnie po głowie, nie ał się tej nocy ani przez minutę,  
'utrz, ledwie zwlokłam się z łóżka, umyłam włosy, kaniu   Szczepan   polewał    
mi   głowę   letnią   wodą }P        wycisnął nawet do wody połówkę cytryny, a  
dru-??? ? kazał mi wypić. Leczył mi kaca z takim od-v to była grypa, czy jakaś  
choroba nie zawinio-:e. Ale te wstążeczki którejś nocy mi zginęły ,  '?ano  
rozkudłana, istne czupiradło, z włosami ^zeba ci wiedzieć, że pojechaliśmy w  
trójkę \ \ który nazwaliśmy puszczą, i nawet na %     określone,   z  rozmachem   
i  przesadą. ^ ,v jednym namiocie, pomysł był Marcina. jsz? Niby tak  
turystycznie, po koleżeńsku, Marcin musiał sobie zdawać sprawę, kiedy wrócił,  
trzy doby samotności, jakoś, choćby w stopniu najb-łahszym, związały mnie ze  
Szczepanem. Ze Szczepanem witaliśmy go na dworcu, niczym naszego gościa, ija,  
zawsze po wariacku  rzucająca się Marcinowi  na  szyję,  odgrywająca sceny  
powitania, ograniczałam się do muśnięcia ustami jego policzka, podczas gdy  
Szczepan, kiedy tylko spojrzał na moją rozradowaną twarz, w której musiało być  
także pewne 
78 
zmieszanie, przypomniał sobie, że nie ma zapałek, chociaż zawsze używał  
zapalniczki. 
A tamte pozostałe dwa dni ze Szczepanem spędziliśmy na włóczeniu się po tak  
zwanej okolicy, na rwaniu fioletowego łubinu na czyichś polach i w rowach  
przydrożnych, na nocnym siedzieniu na progu domu wuja i wsłuchiwaniu się w 
ciszę,  
na którą składa się tyle tajemniczych głosów, szczególnie w lesie. Księżyc  
świecił zupełnie idiotycznie, czasami jakiś ptak przelatywał z krzykiem z drzewa  
na drzewo, a my baliśmy się poruszyć, odezwać, czy głośniej westchnąć. Czyli nie  
zaszło absolutnie nic, tylko we mnie wkradał się niepokój, którego źródło, co  
rzadko mi się zdarza, potrafiłam zlokalizować. I nie myśl, że byłam jakąś  
infantylną dziewczyną, która pyzatą gębę księżyca i jego przeglądanie się w  
jeziorze bierze za zalążek uczucia, rozróżniałam już te sprawy doskonale, ale  
wyczuwałam pożądanie Szczepana, jego pragnienie wzięcia mnie w ramiona,  

background image

pragnienie tłumione, kontrolowane, trzymane krótko, a przecież naturalne, 
piękne,  
oczywiste w tej ciszy, poświacie, szumie drzew, milczeniu. Czułam to, choć  
pragnienie Szczepana jeszcze mi się nie udzielało, jeszcze potrafiłam myśleć  
chłodno i logicznie, że jest to pragnienie typowo męskie, stare jak świat,  
pragnienie zdobycia kobiety, która należy do innego, przez co jest nieznana,  
pełna uroków, obietnic, odmienności. 
W parę dni później pojechaliśmy w trójkę z zapasem konserw i namiotem do tej  
puszczy. Nad jakimś bajorkiem porośniętym szuwarami, po którym pływały dzikie  
kaczki, rozbiliśmy nasz tragiczny i fascynujący obóz, byliśmy już tak zaplątani  
w siebie, w psychiczną perwersję sytuacji, że żadne z nas nie próbowało nawet z  
tego wyjść, nie usiłowało unicestwić zapowiedzi klęski trojga ludzi. To była  
jesień, pora roku, którą lubię najbardziej, pora roku najprawdziwsza,  
refleksyjna, najpiękniejsza i smutna. To Szczepan wpadł na ten straszny pomysł,  
że w nocy będziemy oglądać rykowisko jeleni. „Okropne dziwki te łanie - mówił  
Szczepan - często 
79 
oglądamy rykowisko z wujem. Jelenie się piorą, a łania stoi i cierpliwie czeka.  
A potem odchodzi za zwycięzcą." W lesie, na dębach, były tak zwane ambony, ot,  
parę desek i barierka sosnowa, wchodziło się tam po prymitywnej drabinie i  
przyglądało tajemniczym obrzędom i zwyczajom tych pięknych zwierząt. Nie wiem,  
co mieli na myśli ludzie, którzy te deski przybijali do dębu, szukali taniej  
podniety czy czystej, nieskażonej natury, ale nigdy nie potrafię odpowiedzieć,  
czego my szukaliśmy tam. O ile na dole było rzeczywiste piękno, bo w końcu  
trzeciej nocy, kiedy księżyc zalewał polanę, udało nam się usłyszeć ryki kozłów  
i zobaczyć walkę jeleni, więc o ile na dole było piękno, pierwotność, natura, to  
na ambonie była jakaś psychiczna pornografia, patologiczna analogia, coś, co  
zapierało mi dech ze wstrętu, oczekiwania i podniecenia. Było to coś, co ludzie  
potrafią zrobić ze światem w ogóle, do czego doszli na swoją własną udrękę przez  
rozkołysanie wyobraźni, złą funkcję myślenia. Nie znaczy to, - zapragnęłam  
powrotu do natury do tego stopnia, aby "h w skóry odzianych facetów biło się o  
mnie maczuga-" było w tym coś... Może to tylko w mojej głowie pows-patologiczna  
analogia, może to tylko ja miałam taki «runek myślenia. To, że siedzimy, trzęsąc  
się #A^ %^^\ ? obserwujemy, że być może, myślimy o tym sa-&^         <ś\%*m "  
wydało mi się okropne. 
tym dębie, w jakichś dresach, ja cofnięta v   ^ni dwaj nie dojrzeli fascynacji  
na mojej "%   ^życem. Patrząc na rywalizację jeleni jestem pożądana przez dwóch  
mężczyzn jt' ^a^       ?^? -eJ samej chwili, co wydało mi się okropne i co  ^^          
???????, podniecało w sposób, który wydawał 
mi się ^\ że wstydziłam się go, a który jednak zwyciężał nad wszelkimi  
obiekcjami. Było tam jednak cudownie, na tym dębie, w nocy, ja bałam się  
poruszyć, stałam jak skamieniała, czując w mięśniach jakieś drżenie, oczekiwanie  
i pragnienie. Na dole scena ośmieszana przez makatki i olej- 
 
 
80 
ne malowidła, na górze troje podekscytowanych ludzi i ja bezwolna, porażona  
prądem patologicznych analogii. 
Więc to nie było zdrowe. I to, że spaliśmy w trójkę, oni po bokach, ja w środku,  
a właściwie w całym namiocie, bo oni kleili się do płóciennych ścian namiotu,  
aby przypadkiem mnie nie dotknąć, nie musnąć choć ręką mojej ręki. Kumple to  
kumple, choć sądzę, że kiedy wsłuchiwałam się w szum drzew i odgłosy leśnego,  
nocnego życia - już właśnie zaczęłam „jechać do Bułgarii" I już chyba nie na  
koniak i wieczorne siedzenia na tarasie, tylko po to, żeby być ze Szczepanem,  
choć przysięgam ci, przysięgam, o niczym takim wyraźnie nie pomyślałam, nie  
pomyślałam w sposób uświadomiony. Do świtu miałam otwarte oczy, a oni po prostu  
spali, słyszałam ich równe oddechy, spokojnie, otrząsnęli się szybko z duszącej  
atmosfery sprzed godziny. Zrodził się we mnie cień pretensji do nich za ten  
równy oddech, umiejętność przechodzenia tak zwyczajnie od sytuacji tak napiętej  
- prosto w sen. Rano zasnęłam, przebudziłam się z- tą rozkudłaną głową, która w  
dodatku mnie trochę bolała, i zaczęłam czegoś gorączkowo szukać, szukałam  

background image

wstążeczek, ale oni nie wiedzieli czego, przynajmniej nic na ten temat nie  
powiedziałam. „W lewej kieszeni namiotu" - rzekł Szczepan. Osłupiałam. A więc  
obudził się wcześniej, może patrzył na mnie, dojrzał wstążeczki, wiedział, że  
ich będę rano szukać, złorzecząc światu, w ogóle pomyślał o tym. Ale kiedy  
Szczepan dowiedział się, że boli mnie głowa i pojechał po proszki, Marcin wziął  
mnie z niespotykaną gwałtownością, nie czekał na mnie, wiedziałam, że  
zatriumfowała nie miłość, nie czułość, nie tkliwość pragnienia przywołująca,  
tylko chęć posiadania, chęć zaakcentowania mojej do niego przynależności.  
Wiedział, że ja to zrozumiałam, mimo że kiedy upokorzony bezwładnie oparł czoło  
na moich piersiach, gładziłam go po twarzy i policzkach, jakbym dłonią chciała  
zetrzeć z niego wstyd. Potem poszłam się umyć do bajorka, następnie w milczeniu  
zapaliliśmy maszynkę, przygotowali śniadanie  i  w  milczeniu   połknęłam   
proszek,   który  przywiózł 
81 
Szczepan. Parzyliśmy sobie usta herbatą, ranek był wilgotny, chłód przenikał  
przez nasze grube swetry, coś prysnęło, pękło, wiedzieliśmy, że skończył się  
czas biwaku, namiotu i nocy w lesie, że musimy się rozstać albo stanie się coś  
tragicznego, nieodwołalnego. Szczepan poszedł umyć naczynia po śniadaniu,  
zakopać puszki i papiery, i kiedy zostaliśmy sami, powiedziałam do Marcina:  
„Proszę cię, błagam, wyjedźmy stąd natychmiast". Co w nim było, co takiego go  
opętało, że popatrzył na mnie oczami pełnymi udręczenia i odparł: „Boisz się?  
Nie dowierzasz sobie? Widzę, że się boisz. Ale przed tym nie ma ucieczki,  
kilometry cię nie obronią". I choć mówiąc „wyjedźmy", naprawdę nie zdawałam  
sobie sprawy z obaw, lęku, niepokoju, aż takiego zamieszania w uczuciach, tylko  
po prostu chciałam przeciąć radykalnie i uczciwie nienormalną sytuację, t^raz,  
kiedy zostało to powiedziane, kiedy to usłyszałam, ki»" Nstało nazwane,  
zrozumiałam, że rzeczywiście się boję. ' ^?? ^ S*C plątać i gubić, w czymś się  
przeliczył, popa-•=konsekwencji w drugą. Ciekawa jestem, jak to js "ło od jego  
strony, z jego punktu widzenia. r\# nie dowiem, nigdy o tym nie mówiliśmy, 7*4-^  
?????, to znaczy on nie chciał, zamy-*źf!X?» "zyptywie niniejszej żądzy samobi- 
AT&f \* ????> w chęci zrzucenia z siebie ku^^W^ f\w? ? 4f/\- ła'  
sprzeniewierzyła się, popełnia ^^j^^^ tyfr% ^??// kuciach, byłam mu skłonna  
wszystko %?&              ??     I   az tobie, ale on nie chciał tego 
słuchać, nic ^V*©s          /yf x' ^?* w starue przebaczyć nieś- 
wiadome, nieja^ ^^ ^edziałam, że jego wyobraźnia nasuwa mu więcej, ?. ^^ ?  
istocie, właśnie tę jego wyobraźnię swoim mówieniem o ym chciałam zatrzymać,  
zahamować w rzeczywistym punkcie, bo czułam, że w tym wyobrażaniu sobie on brnie  
dalej niż prawda, że zbliża się do podejrzeń o miłość do Szczepana, podczas gdy  
to była namiętność, to byty zmysły. Coś, czego we mnie Marcin nigdy nie obudzi. 
/\ 
82 
VIII 
Naturalnie, być może osoba z jakąś głęboką etyką, w mojej ówczesnej sytuacji  
zostawiłaby obu panów w spokoju, rzuciła się w wir pracy zawodowej, w wolnych  
chwilach zaczęłaby uczęszczać na lektorat hiszpańskiego czy coś w tym rodzaju.  
Ale wszystko ma cenę, za wszystko należy zapłacić, to podstawowa reguła gry, z  
której nie zawsze chcemy sobie zdawać sprawę. 
Tymczasem Marcin, który nigdy nie pytał o przeszłość ani o moje zdanie na temat  
wspólnej przyszłości - zaczął nalegać na ślub, co mi uświadomiło, że formalnie  
jestem mężatką. A powinno mi uświadomić zgoła co innego, i być może nawet tę  
świadomość „czego innego" posiadałam. Że Marcin się wciągnął w tę historię, że  
zaczął się lękać, iż mnie utraci, a ja, aby go zatrzymać, muszę być bardziej  
ostrożna. Zatrzymać nie w tym sensie, abyśmy stanowili dla ludzkich oczu mocn}'  
związek, bo to nie wymagało zabiegów, tylko zatrzymać tę zbudzoną w nim wiarę,  
że mnie kocha, że jestem jedyną na świecie osobą, której potrzebuje. 
Jakby ci to powiedzieć, Marcin był trudniejszy do sforsowania, bardziej  
skomplikowany,  tę wiarę mogłam w nim 
83 
obudzić za pomocą ogromnych wysiłków. To podniecało. No i wiele, na jego  
korzyść , mówił fakt, jak się zachował wtedy w gabinecie, kiedy do niego  
przyszłam po lekarską poradę, ale ponieważ mam charakter taki, jaki mam, zaczęło  

background image

się. Czy byłam precedensem? A może precedens stanowię? Czy to, że zachował się  
wtedy tak subtelnie, nie świadczy przeciw niemu? Może miał taką zasadę, że jego  
pacjentka nie mogła być jego kochanką, w związku z czym z góry do tej roli byłam  
przewidziana, tak na pierwszy rzut oka? Wgłębianie się w te rzeczy zostawiłam  
sobie na potem, musiałam się wedrzeć w psychikę Marcina, bardzo, bardzo głęboko,  
może nawet tam gdzie wdzierać się nie wolno. Tymczasem miałam tak mało do  
rzucenia mu w ofierze. Niepodtrzymywanie kontaktów towarzyskich ze Szczepanem i  
rozwód. A przydałaby mi s' tym miejscu jakaś wielka, patetyczna ofiara, na  
przykre pracę zawodową i będę ci gotować", „przestanę oże to są złe przykłady, w  
każdym razie coś ta-js "o uzmysłowiłoby mu bezmiar mojego uczu-?\ ?? wobec mnie  
otwarty, odsłonięty, nagi. 'jfJ^-?,/vowicie w moim ręku. Paradoksem <?/??^ ~m mu  
ustawicznie, ale tego on %/f. ' tego podejrzewać - przeciw-^ Jy podobne  
przeczucia nie 
_____                          ____          bą na tym etapie z rozmiarów 
tej ??????   °?$?                      J sprawy, to uświadomił mi do- 
piero Szczep, "^^?. /?* -"iecą intuicją wiedziona, trochę może wzruszenie ^^^^  
itatnością, osiągałam to, że wprowadzałam Marcina v ^olutny błąd, dając mu błogą  
nieświadomość i pełne poczucie jego męskiej władzy nade mną, władzy, która nie  
istniała. No i słowa. Słowa, którymi musiałam go zalać, osaczyć, roztopić nimi  
resztki jego nieufności w to, że należę do niego cała. Nie szczędziłam tych 
słów.  
Słów wielkich, wzniosłych, których patos kompensowałam tonami czułymi, ciepłymi,  
sentymentalnymi kontekstami. Wyważałam proporcje, nie była to tandeta. Doskonale  
czu- 

84 
łam granice, do których reżyser może się posunąć, aby wyświechtany tekst brzmiał  
świeżo, naturalnie, był „nowo odczytany". „Nowe odczytanie" kojarzy mi się jakoś  
z analfabetyzmem. Ale to dygresja, nic tu nie wnosząca. Jeśli już jednak to  
sformułowanie padło, to je rozwinę. O ile moje słowa były kreacją aktorską to  
analfabetyzm dotyczył, jeśli już, moralnej strony tego przedsięwzięcia. Był to  
prawdopodobnie analfabetyzm wtórny, ale nie potrafię uchwycić we wspomnieniach  
momentu, w którym zapomniałam liter etycznego alfabetu. Coś tu wydaje ci się z  
pewnością nielogiczne. Dlaczego nie uległam zdrowemu odruchowi i nie zostałam ze  
Szczepanem. Nie tylko dlatego przecież, że to byłoby za proste, a kobiety  
cholernie lubią sercowe komplikacje. Bałam się, żeby w jakiś sposób nie  
powtórzyła się historia mojego małżeństwa. Bo ta fascynacja zdrowiem, siłą,  
wydała mi się niepokojąco podobna, choć wzbogacona o inne, rzekłabym łagodnie -  
dziwne elementy. Coś z tego klimatu utkwiło w Marcinie, wsączyła się w niego  
zazdrość - i to był mocny punkt dla mnie - ale także nieufność, którą należało  
rozproszyć, gdyż nie sprzyja oddaniu zupełnemu, ale rozproszyć nie do końca, nie  
całkowicie, zostawiać tej nieufności tylko tyle, żeby podsycała ufność, wiarę,  
lęk, żeby w nim wytworzyć stan, który da się określić: „jest tak dobrze, a  
przecież w każdej chwili może być inaczej". 
Na ofiarny stos poszedł mąż. Rozwiedliśmy się szybko, kurtuazyjnie i bez 
kolizji.  
Nie bardzo mogłam zrozumieć, że to mój rozwód. Rozwiodłam się z nim rzeczywiście  
wtedy, kiedy zabrałam ten ekspres do kawy i klucze od zatrzasku demonstracyjnie  
zostawiłam wewnątrz. Rozwód więc przypominał wypisanie się ze spółdzielni z  
ograniczoną odpowiedzialnością. Zjedliśmy duży obiad w „Kameralnej" i życzyliśmy  
sobie szczęścia. Składaliśmy sobie te życzenia nawet szczerze, ale widocznie  
nawet szczerość nie jest zapłatą za spełnienie. Tak więc praca i stan cywilny to  
były w moim życiu dwie sprawy uregulowane. Wszystko inne było chaosem. 
85 
Myśli, postępowanie. Ale przecież tego sobie nie wymyśliłam, te słowa wypływały  
z podszeptu jak najlepszego, tak bardzo chciałam, żeby były prawdą - i były  
prawdą. 
Tak, to będzie o tym punkcie zwrotnym. Wyjechaliśmy wtedy z Warszawy w sobotę,  
tuż po pracy, żeby spędzić niedzielę na świeżym powietrzu. Pokój zamówiliśmy  
tydzień wcześniej. W portierni siedziała ospała kobieta w żółtej bluzce. Kiedy  
weszliśmy do hallu, Marcin dał mi oczami porozumiewawczy znak: „Tu nas jeszcze  

background image

nie było, tu nam będzie dobrze", i wiedziałam, że mnie pragnie, to jego  
pragnienie udzielało mi się, jakbym była mu za nie wdzięczna. Wiedziałam, że  
jest za mną stęskniony, nie przyprowadzałam go do mojego smutnego pokoju na  
Pradze, a do jego kawalerki zjechał na kilka dni jakiś stryj spod Bydgoszczy.  
Więc spojrza-"* na niego szelmowsko, miałam nadzieję, że moje oczy są Mnio  
rozkochane, uległe i wierne. Wzięliśmy walizkę na górę. Kobieta w żółtej bluzce  
głośnym woła-? ze schodów, chodziło o kartę meldunko-^zyknął, że później, że  
później zejdzie, rnikiem u drzwi. 
całować, coś mówić, że przed nami /ale choć jego ton i nastrój i mnie opa-???,  
że zbieram laury za nic kosztującą mnie > ""V/"1"4^Jte). I ^ód. Marcin ten  
rozwód interpretował sobie jako ro. ^^j?/niego. Nic na ten temat nie mówiłam,  
ale także nie prosu, iłam takich błędnych sugestii. Wiedziałam, że pod lewym  
okiem mam rozmazany tusz, co urody mi nie dodaje, ale chwila była jakaś  
niezwykła, Marcin mówił żarliwie i gorąco, że mnie kocha, że wkrótce zostanę  
jego żoną, więc ja, która do tego tonu go doprowadziłam, musiałam go 
przewyższyć,  
nie mogłam dopuścić, żeby uczeń prześcignął mistrza. Mówiłam słowa takie, jakich  
mówić nikomu nie wolno, jeśli nie są prawdą najczystszą pod słońcem, jeśli nie  
wywodzą się wprost ze środka miłości, z tego zatracenia, które wybacza wszystko,  
największe szaleństwo, lekkomyślność czy skandal. 
86 
Ale kiedy sięgnął po mnie ręką, moje ciało, takie chętne i uległe, naprężyło 
się,  
odsunęłam się tak delikatnie, że mógłby tego nie zauważyć, gdyby miał nerwy  
mniej wyostrzone, i kiedy jego uścisk mimo tego nie zelżał, powiedziałam: „za  
chwilę". Odskoczył gwałtownie i usiadł przy stole, patrząc na popielniczkę, z  
której nie wyrzucono niedopałków po poprzednim mieszkańcu. Zorientowałam się, że  
zrobiłam coś złego, podeszłam do niego, musnęłam wargami jego policzek i  
położyłam dłoń na głowie. Nie zareagował, trwałam więc tak jeszcze chwilę, a  
potem powiedziałam, że jestem zakurzona, chcę wziąć prysznic i powinniśmy się  
chyba rozpakować. 
Zwykle urzeczony patrzył na to, jak się rozpakowuję, choć to on wszędzie  
mieszkał, w każdym najlichszym hoteliku, w każdym najbardziej obdrapanym pokoju,  
nawet choćby to miało trwać jeden dzień, podczas gdy ja tylko się zatrzymywałam. 
Ale nie spojrzał na mnie ani na walizkę, choć słyszał, jak zrzuciłam buty i  
zaczęłam chodzić boso po brudnym dywanie, cicha. Wiedział, że obmyślam, jak  
naprawić swój gest, swoje „za chwilę", bałam się, czy nie chce krzyknąć: „po co  
ta komedia", ale patrzył ciągle na niedopałki, jakby starał się odgadnąć, z  
jakiego gatunku papierosów pochodzą i kto je palił. Nie mógł się nad tym skupić,  
podejrzenia, widać, dławiły każdą próbę zatrzymania myśli nad czymś konkretnym,  
znowu udało mi się gładzeniem po głowie zahamować głośny wybuch: „Po co ta  
komedia, po co ta komedia na schodach, po co ta komedia w ogóle, to zgrywanie  
się na pragnienie, na natychmiastowe przyzwolenie, na gotowość, uległość."  
Myślał może, że jeśli lubi się piękne słowa i piękne sytuacje, to nie ma się  
prawa w to wierzyć i innym tę wiarę podsuwać. Zresztą, czy ja wiem, o czym on  
myślał, ja w każdym razie byłam spłoszona, lękałam się zdemaskowania. 
Niedużo jednak było potrzeba, ????? zwyciężyła, ciągle się chyba obawiałam, że  
jego wątpliwości stłamszą to, co między nami było piękne, i przecież chętnie  
słuchał tych słów, kierowanych nieomylnym kobiecym instynktem prosto w serce. 
87 
Potem był sam w pokoju, słuchał szumu wody w łazience, ciągle milczący, ale ja  
już byłam zmobilizowana. 
I potem znów się do niego zbliżyłam i z każdego gestu przezierało moje oddanie. 
A kiedy później   leżeliśmy na łóżku,  patrzył  na mnie w ciemności i gładził  
ręką moją twarz, jakby pod dłonią starał się odkryć moją tkliwość i miękkość,  
jakby to było czymś namacalnym, i zapalił papierosa. Spojrzał na mnie w świetle  
zapałki. 
Miałam chyba w twarzy to wszystko, co chciał kochać, co przepowiadała mu  
ciemność i gładząca ręka. Przytuliłam się do ? "^o, zgasiłam długim dmuchnięciem  
zapałkę, i zaczęłam "iłam, że chciałabym mieć z nim dziecko i że może Ma ulicy  
człapał koń i ktoś ordynarnie zaklął, się boi, abym tego nie usłyszała, że szeni  

background image

w powietrzu, wyizolowani, ść obojętnie, nie pragnął "agnę, że to prawda, .ów  
czymś coraz bar-posądzenie o nadmier-) e tylko przygarnęłam go 
>4 
•?? 
dzitj 
ną trzeźw 
do siebie i mów. 
przeżyć ją cała, bo jeśli 
Postanowiliśmy iu7 to rzeczywiście będzie syn. 
Mówił, że kiedy będzie na nitgo patrzył, już zawsze będzie pamiętał mnie taką  
wtuloną w niego, ufną i tkliwą. Przysięgał, że będzie dla mnie dobry, że zrobi  
wszystko, żebym była szczęśliwa. W półmroku świtu zasnęliśmy, chciało mi się  
płakać, że jestem taka podła. 
Kiedy się obudziłam rano, powiedział, że mnie kocha i że jest głodny i zaraz  
idziemy na kolosalne śniadanie. 
Pocałowałam go, palcami przymknęłam mu powieki, aby nie patrzył, jak z łóżka  
wybiegam naga. 
Ale spojrzał i kiedy znowu z łazienki dobiegać musiał ten szum wody, zapukał,  
usłyszał odruchowe i wesołe „proszę". 
88 
Wszedł. Moja twarz zmieniła się gwałtownie, w oczach pewnie było przerażenie i  
zamęt. Próbowałam to schować, błyskawicznie wyciągnęłam dłoń w kierunku  
diafragmy leżącej na brzegu wanny. Kiedy zamykał drzwi, chyba słyszał, że 
płaczę.  
Odjechał stamtąd szybko, żeby nie dopuścić do żadnych  tłumaczeń  i wyjaśnień.    
Zapłacił  za hotel,  zostawił prawdopodobnie w portierni pieniądze na kwiaty dla  
mnie, bo szybko przynieśli mi je do pokoju. Wróciłam natychmiast do Warszawy.  
Wyłączył telefon - milczał o każdej porze. Pisałam listy, których nie otwierał,  
absolutnie już nie ciekawy, co mu mam do zakomunikowania. Potem jednak  
spotkaliśmy się na kolacji, gdzie jego miażdżąca uprzejmość zamykała mi usta i  
gdzie zrozumiałam, że nie ma już w nim do czego apelować. Prowadziliśmy tę 
błahą,  
towarzyską konwersację, spoza której wyzierała moja rozpacz. Lecz on był  
zupełnie pusty i obojętny. W końcu nie potrafiłam tego wytrzymać i kazałam się  
odwieźć do domu. Tylko ten ostatni gest, kiedy bez słowa dotknęłam dłonią jego  
twarzy, omal nie zrobił wyłomu w tej jego zaciętości. 
W porę jednak przypomniał sobie, co mówiłam tamtej nocy w hotelu i jaki miałam  
głos. Nie chciał mnie więcej widzieć, była to przerażająca prawda i nie mogłam  
się temu dziwić. Zostałam sama, ośmieszona, skompromitowana, nieszczęśliwa. A  
wszystko przez drobny przyrząd, taki sam zapewne, jaki zalecał swoim pacjentkom.  
A przecież mógł to także tłumaczyć na moją korzyść, mógłby to także być argument  
mojej obrony. Nie chciałam go ewentualnie stawiać w głupiej sytuacji, nie  
chciałam, żeby miał jakieś wobec mnie zobowiązania, żeby taki fakt - gdyby  
zaistniał - do czegokolwiek miał go skłaniać. Ale padły te słowa, wypowiadane  
przeze mnie, i wiedziałam, że to gorsze niż zdrada, zdrada byłaby bardziej  
ludzka. Zresztą, kiedy to mówiłam, byłam autentycznie wzruszona - gdybym miała  
szansę jakoś o tym przekonać Marcina, sprawić, aby mi uwierzył. „Uwierzył. W co  
on mi jeszcze może uwierzyć" - próbowałam stanąć na 
89 
realnym gruncie. Byłam kobietą porzuconą i, niestety, wyjątkowość powodów tego  
porzucenia nie była w stanie nic mi pomóc. Po tej kolacji zrozumiałam, że  
jakiekolwiek ponaglania Marcina sprawę moją mogą jedynie pogorszyć, a po  
pożegnaniu, wtedy, kiedy mnie odwiózł do domu, byłam pewna, że to nie koniec  
naszej sprawy. Postanowiłam zostawać to czasowi. Tylko, że to bardzo łatwo  
powziąć takie świetlane postanowienie; „zostawię sprawę czasowi", a szalenie  
trudno przełożyć to na codzienność. Na wstawanie kwadrans przed szóstą,  
oczekiwanie na autobus, pracę, gdzie nie chciałam obnosić miny cierpiętnicy i  
gdzie stanowiłam swojego rodzaju zagadkę, nikt nic nie wiedział o moim życiu  
prywatnym poza mglistym sformułowaniem: „Katarzynie dobrze się wie-Ale to  
wszystko, autobus, praca, kolejka po szynkę -?^                 ^ło mi energii,  
żeby pomyśleć o kolacji - to je- 

background image

?}    "^«w     ^magało mi trwać. Najgorsza była sa-^-Z^/w^s^te    " udźwignąć.  
Czekałam na ja-ejSKĄ ,zan samo nie przynosi na /ązania są najbardziej pot-???  
wyjść naprzeciw. Może ,m. W każdym razie nie naleci  ^????**.        ?    Aść  
wybierają jako drogę częstokroć bardzie 0lv*^i^2!3jJS^^ iśtykanie we dwoje. 
Jedyną osobą, ktoi^ ,        />racą mogłam widywać, był Ko-ralkiewicz.  
Denerwował mnie, jasna sprawa, ale go tolerowałam. Udzielał mi prywatnych  
korepetycji sposobu życia, te lekcje przyznać trzeba, wiele uwzględniały. Od  
najprostszych rozwiązań moralnych do adresu dobrego szewca. Koralkiewicz widział  
wszystko. Anarchię w moich pojęciach i nie najlepszy stan obcasów moich 
pantofli.  
Źle sypiałam, imię „Marcin" przewiercało  mi  mózg.   Przede wszystkim   chyba   
szalałam z zadrości. Może wrócił do Teresy? A może, tak haniebnie oszukany, ma  
coraz to inne dziewczyny? Ta druga wersja była dla mnie lepsza, łatwiejsza do  
strawienia. A więc ma dużo kochanek - rozmyślałam - są one jego kochankami 
dotąd,  
do- 
90 
póki me zaczynają mówić. Na damskie miłosne zaklęcia Mar cm ma na pewno alergię  
do końca życia. Więc nie dopuszcza „tej pani' do głosu, czasem wręcz brutalnie,  
słowem czy gestem przecina to, co może i jest szczere. W nic nie wierzy nie stać  
go na żadne wewnętrzne poruszenie - triumfowałam Tylko, ze wszystko to było  
sprawą imaginacji. Wspomnieniem realnym była Teresa. I chyba wiele nieszczęść w  
moim życiu wynikło z tego, że poszłam za nią do łaźni. 
Ale już nie sprawą imaginacji były noce, podczas których budziłam się,  
niejednokrotnie krzycząc „Marcin!". Najgorsze były przebudzenia o świcie. O  
świcie samotność jest niedobra. Kiedy ktoś trzasnął drzwiami albo nieuważnie  
zdejmowano skrzynki z mlekiem i dzwoniły butelki, budziłam się z płytkiego,  
powierzchownego snu, który nie dawał mi odpoczynku ani odprężenia - i myślałam,  
że może jednak Marcin także, przeze mnie, nabawił się kłopotów ze spaniem, że  
może leży teraz u siebie, na swoim tapczanie, z otwartymi oczami, i tak samo  
rozpaczliwie mnie potrzebuje. A może pochrapuje tak jak wtedy, w tym namiocie, z  
którego powinien mnie szybko zabrać,  ale tego nie uczynił,  zbyt mnie pewny  
albo zbyt wciągnięty w chorą sytuację rywalizacji. No więc on dobrze spi -  
zaczynałam się wściekać na Marcina. Dobrze śpi, i to me dlatego, że jest silny,  
zwarty, mocny, tylko dobrze śpi, ponieważ jest prymitywny - zaczynałam go  
oskarżać. Jest prymitywny, zarozumiały, bufon, kabotyn. Oto, jaki jest. Przecież  
jeśli prymitywny nie jest, to powinien połapać się, że coś me jest w porządku  
wtedy, kiedy odwiedził mnie pierwszy raz w moim pokoju na Pradze, sądząc, że do  
flirtu daleko, a ja rzuciłam w niego tym „kocham cię". To powinno go spłoszyć,  
ostrzec, powinien krzyknąć: „a skądże ci miłość przyszła tak szybko do głowy",  
ale nie, był zachwycony, uważał pewnie, że tak byc powinno, że to kochanie mu  
się należy... 
W środku którejś nocy pojechałam do Koralkiewicza. W dzień nie zrobiłabym tego.  
W dzień jestem mniej zdolna. Ale wtedy obudziłam się o trzeciej. I wiesz, ta  
trzecia była 
91 
ciągle. Trzecia i trzecia. Trzecia jak szubienica, powiesić się na trzeciej.  
Myślałam, że może wszystkie wytłumaczenia są bardziej proste, że zegarek stoi.  
Więc go przytknęłam do ucha, ale tykał. A wskazówka uparcie nie chciała się  
ruszyć. Kiedy się obudziłam, miałam wyraźnie gonitwę myśli, a to już jest  
przypadek psychiatryczny. I tak w ciągu tej minuty, patrząc na tę trzecią,  
przeżyłam romans ze Szczepanem w Bułgarii, wychodziłam za mąż za Koralkiewicza i  
kupowałam wielką, opasłą lodówkę. W ogóle w tym czasie trochę zaczęłam się o  
siebie bać. Lękać się siebie. Zaczęłam się kontrolować, czy aby zachowuję się  
normalnie. 
Wtedy, pięć po trzeciej, wstałam w każdym razie bardzo energicznie, a być może,  
wyobraziłam sobie, że wstaję bar-**?  ^e ta przywołana energia mnie przed czymś  
"Jksa*?               ?-kowany energią nie może zgi- 
-*- °IuqQĄ     *m'e~>ska ami. Ale kiedy odniosłam A    ihą, zaczęłam medytować I  
^" hH^j    \ fm więc podwiązki i zrobi-ptut*           «wT    ,//inie na tyle,  
że postanowi- 

background image

——???????   /°^°???)                 1/  /tylko zadzwonić i oświad- 
czvl                          ????'????'?????? im        nie, żeby się ze mną  
ożenił 
Ale pojechałam, r»»^               ?/. Ponaglałam taksówkarza, 
żeby jechał szybciej. Rozumiesz,' nie mogłam już dłużej tego wytrzymać, musiałam  
ogłupiałemu z przerażenia Koralkiewi-czowi tarmosić klapy marynarki, i  
straszliwie dużo mówiłam, mówiłam bez przerwy i Koralkiewicz spóźnił się do  
redakcji. Tylko że kiedy do niego przyjechałam o trzeciej trzydzieści nad ranem,  
to Koralkiewicz naturalnie nie był w żadnej marynarce. Dopiero potem się ubrał. 
Zresztą nic mnie nie obchodziło, w czym był Koralkiewicz, jego w ogóle mogłoby  
nie być, choć przyznaję, nie urządzałoby mnie to w tamtej sytuacji. Złapałam go  
za piżamę, wystrzegając się, żeby tylko nie za guzik, bo łapanie za guzik byłoby  
tu nie na miejscu, i powiedziałam, „posłuchaj Zdzisiu, nie denerwuj się, że ja  
tak w nocy do ciebie przyjechałam, tu się 
92 
nie ma co denerwować" i pomyślałam sobie, czy on nie mógłby, do jasnej cholery,  
mieć mniej kretyńskiego wyrazu twarzy i mniej tępych oczu. Ale powiedziałam, że  
chce, to ma, proszę bardzo,   niech  się ze mną żeni, jeśli mu odwagi starczy, i  
niech nie robi z siebie wariata. Rozumiesz, musiałam tej nocy mieć kogoś przy  
sobie, słyszeć ludzki głos, szalałam z tęsknoty, rozpaczy i zazdrości.  
Koralkiewicz powiedział bardzo chłodno, że dobrze, zupełnie jakby kupował w  
sklepie pół bochenka chleba. Powiedział, że naturalnie, ożeni się ze mną, że do  
tego nie trzeba odwagi, bo on doskonale wie, z czego wypływają moje niepokoje.  
Powiedział, że kuśtykam przez życie, a nie idę, że zostawiam za sobą wyłącznie  
sprawy nie wykończone i rozbabrane, że kurz na moich książkach przyprawia mnie o  
neurastenię, a na wiele moich wzniosłych (to było z ironią), wykańczających mnie  
doznań wystarczyłoby włączyć elektroluks. Wtedy krzyknęłam: „jak to rozbabrane i  
nie wykończone? A dyplom? A magisterium z chemii?" Ty gryzipiórku,  
dziennikarzyno z awansu - dodałam w myśli - ty tumanie, może i kuśtykam, ale dla  
ciebie i tak jestem złotym ziarnkiem pszenicy, ty ślepy, głupi, wyleniały,  
łykowaty kogucie. Wiedziałam już, że z tego ślubu -  „choćby jutro, jak chcesz,  
to masz" - nic nie wyjdzie, ale bałam się wracać do domu, bo kiedy wchodziłam  
cicho do kuchni, żeby nie obudzić gospodyni, wydawało mi się, że moje fajansowe  
kubki, żółte i seledynowe,  zbijają się w grupę i nacierają mi na twarz, więc  
zakrywałam się rękami. 
Jaka byłam nieszczęśliwa, Koralkiewicz potraktował to wszystko względnie  
poważnie i zaczął raźnie i skwapliwie bredzić, że zamienimy mój pokój z kuchnią,  
na który byłam zapisana w spółdzielni, i jego pokój z kuchnią na dwa albo trzy  
pokoje z kuchnią, weźmiemy służącą i ja zobaczę, co to znaczy, jeśli w życiu  
panuje jakiś ład. Bo skąd mogę o tym wiedzieć, jak to jest, skoro nigdy nic  
takiego nad moim życiem nie dominowało, a ja sobie myślałam, kiedy on parzył  
herbatę, bo o tym ładzie i porządku dobiegało z kuchni, że to 
93 
zadziwiające, iż taki sprawny mechanizm jak Koralkiewicz tak grawituje w  
kierunku korozji i zaryzykowałby małżeństwo ze mną. Ale on poza swoją  
nienawistną mi precyzją jest normalnie, przeciętnie dobry, zna się na rachunkach  
i ma kodeks etyczny, który nie budzi specjalnych zastrzeżeń, nawet  
powiedziałabym, że jest dostojny i godny pochwały... Więc pomyślałam sobie, że  
się zabijam, zadręczam, po prostu litowałam się nad sobą. A Koralkiewicz w tym  
czasie się ubrał i usiadł naprzeciwko mnie, podając mi herbatę. On coś mówił,  
ale ja tego nie słuchałam, choć bardzo mi było to potrzebne, żeby ktoś do mnie  
coś mówił. Mogłam spokojnie ~«?* w obecności drugiego człowieka, tamto mnie tak  
wte-„„„0                               iść łagodziła mój niepokój. 
MPK SA w Krakowie • STREFA MIF ????        .    .                      -         
-              .       J    l_ 
miejska |ałabym) żebyg mrae dobrze fiil *   _A   Pbie u Koralkiewicza, zawi- 
I ulgowy: 
GMINNY 
??? 
i poił herbatą, która mnie _________       ______     Innie rozdrażniał.  
Myślałam, 

background image

?????                  
I/                                                                  , 
PTU7%(o,o9zt)                    V    bym potrafiła się przełamać 
?=:?™^ . " [owal herbatą i „uspokój się, wszystko będzie dobrze, ty go nie  
kochasz, siostro". Nie mogłam mu wyjaśnić powodów, dla których porzucił mnie  
Marcin, ale w każdym razie przeprosiłam go za te bądź co bądź oświadczyny.  
Powiedział, że niewiele rozumie, ale trochę i że nie ma do mnie żadnych  
pretensji. Zawsze, kiedy mi jest samej źle, mogę na niego liczyć. Doradził mi,  
żebym wyjechała. Nie miałam już ani dnia urlopu, ale w mojej sytuacji zdrowotnej  
łatwo było o druk L-4. Wykorzystałam to po raz pierwszy, pięć dni zwolnienia.  
Nie miałam grosza, pieniędzy pożyczył mi Emil. 
Gdybym mogła przewidzieć, że brnę w komplikacje jeszcze gorsze, chyba  
wskoczyłabym w biegu z tego pociągu. 
Z mojego przedziału dobiegała radosna paplanina, ktoś przechodząc powiedział  
„przepraszam panią", a ja paliłam papierosy i czyhałam na moment, kiedy zacznie  
działać pro- 
94 
szek nasenny, zastępczy, farmakologiczny ratunek. Miałam siłę nawet na to, żeby  
sobie robić wyrzuty, że kupiłam sypialny, a najwyraźniej przestoję w korytarzu z  
czerwonym, przykurzonym chodnikiem całą noc. Zwykle wpadam w szał oszczędzania,  
kiedy przepuszczę wszystkie pieniądze. Dwóch panów wyszło na korytarz na  
papierosa. Obejrzeli mnie starannie. Oględziny wypadły niepomyślnie, co do tego  
porozumieli się bez słowa i znaczących spojrzeń, więc wrócili do swojego tematu:  
„Jeden człowiek zrobi jeden dobry projekt, a potem się zbiera cała komisja  
ignorantów..." Pomyślałam, pamiętam, patrząc na nich bezczelnie, jakbym miała za  
sekundę zapytać, która godzina albo czy panowie mają zapałki, albo jakie jest w  
tej chwili nasze położenie geograficzne, że chciałabym poznać jednego człowieka,  
który zrobił jeden dobry  projekt,   choć   po   sekundzie  wahania  doszłam    
do wniosku, że komisja ignorantów mogłaby się okazać bardziej ciekawa. Chciałam  
zrobić coś, co wybiłoby ich z tego autorytatywnego tonu, jakby wszystko  
wiedzieli z góry, osadzić ich we właściwym wymiarze, ten ich sposób zapalania  
papierosa i niedbały ruch ręki, chowającej zapalniczkę do kieszeni -wyraźnie  
należeli do tego gatunku, co Koralkiewicz, do tych instalujących się w życiu na  
stałe, sadowiących się wygodnie, jakby to nie była kwestia jeszcze jednego  
obiadu. Ale to wszystko, jak wiele wiele moich przelotnych chęci, rozwiało się w  
chwili postanowienia i poczułam upragnione, sztucznie wywołane odrętwienie,  
jeszcze nie pragnienie snu, ale potrzeba rozluźnienia mięśni i zamknięcia oczu. 
Weszłam do przedziału, rozebrałam się cicho, zmyłam puder i otuliłam nogi kocem.  
Zaczęłam z małym skutkiem stosować cowieczorne sztuczki „jak mi się chce spać,  
jak mi się chce spać, o niczym nie myślę, o niczym nie myślę". Budziło mnie  
każde zatrzymanie się pociągu, z zazdrością wsłuchiwałam się w chrapliwy oddech  
śpiących pode mną, denerwowałam się gwałtownym hamowaniem i tym, że ten sam  
proszek nie zechce działać po raz drugi. I była już szczęśliwie szósta 
95 

_______________I ULGOWY 
GMINNY 
PTU 7% (0,09 zt)                 _______ 
???? ? ????????'??-?'?? 
BILET JEDNOKROTNEGO KASOWANIA 
rano. Dwie panie z dolnych łóżek (jedna otworzyła ładne, trzeźwe oczy) jak konie  
spięte ostrogą ruszyły do umywalni i plastikowych kosmetyczek. Najpierw był  
chlupot wody.a potem każda z nich napluła w tusz. Z gdakanej, urywanej rozmowy  
zorientowałam się, że pracują w tym samym biurze, jadą do tego samego pensjonatu  
i że za trzy dni przyjedzie Ryś. Ryś musiał być sztuką nie lada, bo na  
wspomnienie o nim napluły powtórnie w tusz znacznie żwawiej. Ja nie pluję,  
używam tuszu w paście albo wody, stąd uzasadnione poczucie 
życzliwa i resztki huma- 
MPK SA w Krakowie «STREFA MIEJSKA                 ,     .     ._.                  
„           , 
mastej. Więc milczałam, fljlfl * l\ om spało", byłam dalej czerwonym chodnikiem.  

background image

i jak ja, takie samiuteń-na płaszczyźnie tej ugo-e witały wszystko, co się pj  
nocy byłam szczebelek wyżej niż one, ale tu, jak w każdym przypadku niewymier- 
ności kryteriów w sprawach enigmatycznych i nie skonkretyzowanych, nie  
nadających się do natychmiastowych rozstrzygnięć - wszelkie imperatywne osądy  
były utrudnione. 
Umyłam twarz, przyczesałam włosy, delektując się własnym okrucieństwem jak  
smakiem ananasa. No i wyglądałam strasznie. Oczy uciekły mi gdzieś głęboko w tył  
twarzy, zostawiając na swoim zwykłym miejscu sinawe obrzęki, cera miała kolor  
przepełnionej popielniczki, nos się wydłużył, pociągając za sobą do dołu dwie  
głębokie bruzdy. Wyszłam na peron bardziej szara niż inni i mniej zdecydowana.  
Moja udręczona, zmęczona godność przestała się na chwilę bronić, bo pomyślałam  
dość konkretnie, że właściwie żałuję, iż nie pozwoliłam Koralkiewiczowi ze mną  
przyjechać, uwolniłby mnie od działania, mieszkanie i tak dalej, a tymczasem  
musiałam sama prowadzić humorystyczne pertraktacje z zapitą duszyczką w  
jodełkowej jesionce, która miała przepocony kołnierz - wyglądający jak skóra. 
96 
Był skromny pokój z dwoma złączonymi łóżkami, zapadli-ną w jednym materacu, ze  
spadzistym sufitem z belek. Był mały stolik i dwie nocne szafki, tapeta w  
niebieskie róże, jakaś wnęka z umywalką i dwudrzwiowa szafa. Kiedy tylko tam  
weszłam pomyślałam z nadzieją, że drzwi szafy powinny skrzypieć, natychmiast  
sprawdziłam, ale nie skrzypiały. 
Moim jedynym planem było leżeć przez cztery dni w łóżku i patrzeć na pochyłość  
sufitu. 
Koralkiewicz odprowadzał mnie na dworzec, a ja, śmiertelnie znużona wszystkim,  
co zostawiłam za sobą, zamykając drzwi i wkładając do torebki klucz, uroczyście  
przez niego holowana do przedziału, starałam się nie zdradzić ani jednym  
uśmiechem czy gestem mojego szyderstwa z jego wywleczonej na ten wieczór  
melancholii, która miała sprowokować choć wspominanie go od czasu do czasu. Bo  
na tęsknotę to już chyba nie liczył. Jego odświętne gesty, moje tłumione  
rozdrażnienie, tygodniki, półka, walizka, numer, łóżka, jego „taka zmęczona  
jesteś bardziej ludzka i bliższa". Wytrzymałam tę parę minut, nie powiedziałam  
mu prosto w te poczciwe, ustawicznie mrugające oczka, że jestem dalsza i  
bardziej zwierzęca niż kiedykolwiek, obiecałm, że napiszę, a nie napisałam, mimo  
że nie umiałam być tak zupełnie sama. Pożegnalny papieros na korytarzu, jego  
akcentowanie rzeczy, że to właśnie on jest ze mną, wskazówki co do higienicznego  
trybu życia i nawet głośna prognoza pogody. I nareszcie pociąg ruszył.  
Koralkiewicz jeszcze powiewał skrwawioną chustką swojej adoracji, kiedy ja już  
wyrzucałam nieważne kwiaty, zmaltretowane i smutne, i stanęłam w korytarzu z  
czołem przyciśniętym do szyby. Czekałam, aż położą się spać moje dwie na tę noc  
towarzyszki, myślałam sobie bez smutku i nienawiści, jakby w tej bezgłośnej  
narracji nie o mnie chodziło, że może dobrze jest nie mieć nic do stracenia. A z  
Warszawy do Zakopanego jedzie się przez Kraków - to była moja ostatnia myśl  
przed zaśnięciem. 
97 

.„.STREFA M^SKA 
MPKSA^r^e.S1 
19145; 

35 zł 
PTU 7% (0,09 ri) 
-,LeTJEDNOK 
Ciekawią cię z pewnością motywy takiego postępowania. To proste. W człowieku  
istnieje potrzeba kochania. Jeżeli już ja pokochać nie mogłam tak całkowicie, to  
przynajmniej chciałam być kochana przez kogoś, w stosunku do kogo reżyseria  
moich uczuć we mnie samej nie byłaby beznadziejna. Tym warunkom w jakiś sposób  
najbardziej odpowiadał Marcin. Miał w sobie pewną nośność psychologiczną, która  
umiejętnie przeze mnie poprowadzona, stwarzałaby klimat tego czegoś, co nazywamy  
miłością. Zazdrość, ambicja, podejrzenia, złości to były elementy towarzyszące  
mojej kampanii. I byłam już bliska osiągnięcia celu, zanim się tak haniebnie nie  
potknęłam. Zrozum. Nie chciałam Marcina pakować w jakąkolwiek pułapkę, ale  

background image

chciałam mu zaszczepić pewne moje chcenia. Coś tu prze-kombinowałam, zostałam  
odtrącona, nie mogłam tego znieść. 
W tym pokoju z pochyłym sufitem, w którym miałam zamiar przeleżeć cztery dni,  
wytrzymałam tylko dzień. Nazajutrz zadzwoniłam do Marcina, dając mu szansę.  
„Przyjedź" - mówiłam. Życzył mi pięknej pogody. Pogoda była wspaniała, złoty  
październik pokolorował Zakopane, powietrze wydało mi się czyste, ciepłe.  
Zamówiłam błyskawiczną z Krakowem. 
98 
-   Katarzyna - powiedział Szczepan. - Gdzie jesteś? Gdziekolwiek jesteś, zaraz  
tam będę. 
- W Bułgarii, oczywiście. Widzisz, przyjechałam do Bułgarii. 
-  Kochana, wiedziałem, że przyjedziesz. Czy na stałe jesteś w Bułgarii? 
- Tak. Nie. Nie wiem. 
- To znaczy, jest szansa, że na stałe. Za dwie godziny tam będę. 
Podałam mu adres, odwiesiłam słuchawkę. Za dwie godziny powinnam więc „być w  
Bułgarii". Miałam tremę, ale chociaż raz wiedziałam, czego chcę. Może to zabrzmi  
okrutnie i nie kobieco, ale nigdy nie pragnęłam mieć dziecka. Nawet na ten temat  
prowadziłam sama z sobą rozmaite dialogi: „Czy można kochać dziecko od  
niekochanego mężczyzny?" „Można - odpowiadałam sobie - tylko że się go nie  
pragnie." 
Zadziwiające, że nawet dziecko, przyszło mi na myśl w związku z Koralkiewiczem.  
Z Marcinem nie było mi potrzebne, nie musiałam nic uzupełniać, wikłając jego i  
siebie w grę miłości, w zazdrość. W swoich ponurych wizjach spokojnego życia z  
Koralkiewiczem przeczuwałam suchość i pustkę tego spokoju. Więc dziecko jako  
ktoś dla mnie, ktoś kogo się kocha naprawdę. Odpieram twoje zarzuty: to nie  
byłoby dziecko z egoizmu, byłoby to dziecko z potrzeby kochania. 
A więc swoje największe kłamstwo uczynić prawdą. Bo to kłamstwo było prawdą,  
rozumiałam to wtedy, kiedy to mówiłam i wtedy zapomniałam zupełnie, że to jest  
niemożliwe, żeby prawdą dokonaną się stało. A jednocześnie, czekając na  
Szczepana, czułam się tak, jakbym trzymała w ręku łopatę i kopała własny grób.  
„Jestem młoda, jestem ładna, mam dobry zawód, wkrótce będę miała mieszkanie  
spółdzielcze, czemu więc jestem pełna złych przeczuć i chce mi się płakać?  
Jestem uwikłana w zmienności nastrojów, boję się starości i przemijania czasu,  
boję się w ogóle, jestem tchórzliwa, ciągle muszę mieć jakieś psychiczne  
zabezpieczenie i ustawicznie poszukuję go w miłości, która się nie sprawdza za 
99 
każdym razem, kiedy tylko popatrzę z zainteresowaniem, na jakiegoś mężczyznę,  
myślę, on mnie uratuje, podczas gdy każdy powinien ratować się sam". I tak  
plątałam się po Krupówkach z sercem pełnym mroku i wątpliwości, wreszcie poszłam  
do pokoju i czekałam na Szczepana. Przejrzałam się 
w lusterku, wygląd^- 
ładnie, ani mnie to nie ucieszyło, \ogłabym wyglądać jeszcze ładniej, 
stko u mnie, nie była prosta. Mie-skonałej abnegacji. Wtedy szczyto-',st kąpiel.  
To się jednak zdarza V zaczynam „nowe życie". Idę do Jię pedicure, lakieruję  
sobie paz-oŁuickiego sklepu z konfekcją i kupuję so-°Tacn. Na ogół kostium,  
który z dumą noszę do momentu, kiedy nie urwie mi się ekler, względnie nie  
poplamię spódnicy. Wzdycham wtedy: „zupełnie nie mam w czym chodzić". Czasami  
coś z tych drogich rzeczy oddaję do pralni. Tylko że przed chemicznym  
czyszczeniem trzeba odpruć guziki. Odpruwam, wrzucam do pudełka, przynoszę z  
pralni suknie albo kostiumy i nie starcza mi już entuzjazmu, żeby guziki  
przyszyć z powrotem. I tak sobie leżą osobno guziki, osobno wyprane rzeczy z  
pralnianymi metkami. To znów -patrząc na te metki - wyrzucam sobie, że jestem  
taka lekkomyślna, że tak źle gospodaruję pieniędzmi, zanoszę buty do szewca.  
Wyjmuję jakieś stare, niemodne rupiecie z antresoli z zamiarem przerobienia  
obcasów. U innych oglądam obcasy, kiwam głową i mówię tonem naukowego odkrycia:  
„Tak, tu konieczne są fleki". Pakuję każdą parę osobno, w czysty, biały papier,  
i wypycham siatkę butami do granic niemożliwości. Dźwigam to do szewca,  
przepłacam, przynoszę do domu razem z kompletem past i szczotek, czyszczę,  
ustawiam na antresoli równiutko, w rządek, jak wojsko, przyglądam się szeregom z  
uznaniem, niesłychanie zadowolona z szeregów i z siebie „proszę, jak wszystko  
mam w idealnym porządku". Po 

background image

100 
czym naturalnie buty są w idealnym porządku, ale w dalszym ciągu podniszczone i  
niemodne, „nie, takie nosy to już nie, już nie do noszenia, zniszczę je w jakieś  
deszczowe dni, w jakąś chlapę" i idę do sklepu kupić nowe, z nosami, jak należy.  
Właściwie tak u mnie jest ze wszystkim. Czekałam tak na Szczepana z duszą pełną  
nadziei, rozpaczy, optymizmu, zemsty i trwogi, niepokoju i radości, ze swoim  
kłębowiskiem zazdrości i rozgrzeszenia, napięta, czujna, obojętna i pasjonatka,  
zastanawiałam się, czemu się tak dręczę i czy mogę, czy wolno mi się cieszyć z  
czegokolwiek, czy jakieś szczęście w ogóle może być stałe i pewne, a  
jednocześnie wiedziałam, że posiadając przekonanie o stałości i pewności  
szczęścia, poczułabym się nieswojo, jeśli nie wręcz zdruzgotana, bo już chyba  
nie potrafiłabym żyć bez tych lęków, bez zapobiegania, bez profilaktyki, bo to,  
co mnie pochłania, to zmienność i ulotność szczęścia, szczęścia, które narzucać  
umiałam w sposób bardzo sugestywny, bez ostrzeżenia przystąpić do sączenia w  
serce jadu kwestionowania, nieufności, niewiary. Ale tak żyć nie sposób, program  
ambitny to zwyczajność. Trzeba szybko postarać się o mieszkanie, choroba tu  
przyjdzie mi w sukurs, to tkwi w moich aktach, zacznę żyć po prostu, ale nie  
sama, nie sama... 
No i zapukał Szczepan. „Jeszcze jeden do kochania" - pomyślałam cynicznie.  
„Jedni rodzą się garbaci, drudzy głuchoniemi, a ja chyba nie umiem kochać. Umiem  
tylko szaleć z patologicznej zazdrości." 
- Witam cię w Bułgarii - powiedziałam do Szczepana. 
Bez słowa, bez żadnego „dzień dobry", pocałował mnie. I stała się rzecz dziwna,  
ten pocałunek od razu zapalił we mnie to wszystko, co czułam tam, w chałupie  
wuja, w samochodzie Szczepana, co w Szczepanie czułam niemalże od chwili  
zobaczenia go. 
I nie było żadnych komedii z „odwróć się, ja się rozbiorę". Wszystko było po  
prostu, tak jak być powinno, i całą tę noc byłam w Bułgarii. 
101 
Jakby ci to powiedzieć. Szczepan był pierwszym mężczyzną w moim życiu. To było  
objawienie. Zrozumiałam jednak szybko, że Szczepan może mi dać tylko to, i że to  
jest bardzo piękne, piękniejsze niż wszystko, co przeżywałam dotąd, ale to jest  
mało. Palił mnie *- 'd, że chcę tylko brać, jakbym' dorwała się do możlj'1* ??^\  
^tu za te wszystkie lata w tym względzie zmarr' 9<ś& \? iteresuje mnie, co daję,  
i czy w ogóle daip ^tS^Q^^ \ \ matwała się coraz bardziej. Nie wie-   „^????    
\%?                  aszne, jakie beznadziejne, 
^^niesieniach obok kogoś j*^^^^^ je tyle szczęścia - bo to ? wymagań, ale mieć  
wręcz ^.i^-iCni. Te rozmowy później. Byłam •^- geście? Nie mogłam zaryzykować  
ży-^ Którym łączyć mnie mogło jedynie niebo ,zko. Z uniesień leciałam prosto w  
depresję, jhłodno, że to byłaby jedyna rzecz, która by mnie -zepanem nie  
znudziła nigdy, że tak byłoby zawsze, bez tkliwości, on obok mnie, dumny z faktu  
obdarowania. Gładziłam go leciutko po głowie i rozmyślałam, czy już mogę wstać i  
zrobić kawę, czy to już ten właściwy moment, czy jeśli wstanę teraz, nie wypadnę  
grubiańsko. 
Z Marcinem nie było żadnych uniesień fizycznych, ale to jednak ja drżałam na  
myśl, że on zechce wstać albo pić, że może marzy o ostrym dźwięku telefonu,  
który by przeciął moje babskie mazgajstwo. 
Nazajutrz Szczepan władczo spakował mi torbę i wrzucił do bagażnika swojego  
samochodu. Całe moje życie chciał rozstrzygnąć w trzy dni. 
-  Wyjeżdżamy na prowincję - powiedział. - Ta Warszawa wyciska z ciebie  
wszystkie soki. 
-  Sądziłam, że jedziemy zwiedzić Wawel - powiedziałam. 
- Wyjeżdżamy na prowincję na stałe. 
-  Niestety, to jest niemożliwe. Wyjazd na prowincję jest niemożliwy w moim  
wypadku. Nie mogę mieszkać tam, gdzie 
102 
nie ma przemysłu, jakichś zakładów chemicznych. Nie wziąłeś tego pod uwagę? Co  
ja bym tam robiła? 
-  Stemplowałabyś znaczki na poczcie - odpowiedział. -Ale, naturalnie masz 
rację.  
Tak bardzo jesteś przywiązana do swojego zawodu? 

background image

-   Kiedyś dosyć lubiłam chemię. Byłam niezła na studiach, z entuzjazmem  
zaczęłam pracować aż mnie koledzy nie lubili z powodu nadmiernej gorliwości.  
Teraz... teraz to jest trochę inaczej. Nikt za mnie nie pracuje, nie wykonuje  
mojej roboty, ale prochu nie odkryję, tyle wiem. Po prostu, nie umiem robić nic  
innego. Ani szyć, ani prasować. Lubię gotowanie, bo to mi w pewnym sensie chemię  
przypomina. Ale jednak znacznie lepiej sobie radzę w pracowni niż w kuchni. A co  
ci przyszło do głowy z tą prowincją? - zapytałam. 
-  Zaproponowano mi stanowisko zastępcy głównego inżyniera w zakładach  
mechanicznych w Kapkowicach. W Krakowie jestem zwykłym inżynierkiem, na tyle  
światłym, że przyznaję się do kompleksów wobec doświadczonych majstrów. Ale to  
zawsze Kraków, rozumiesz. Decyzję wyjazdu do Kapkowic uzależniam od ciebie. 
Dojeżdżaliśmy do miasteczka, które wyłoniło się zza wzgórza, wjechaliśmy na  
rynek kwadratowy i mały, na rynku był zadbany skwerek, pobielane wapnem 
kamienie,  
domy wymalowane na różowo, na wystawach śmieszne manekiny ze straszną konfekcją,  
zajechał zakurzony, niebieski autobus PKS, ludzie zaczęli się tłoczyć, a  
Szczepan złapał mnie za rękę i powiedział: „To są Kapkowice, musisz być  
szczęśliwa w Kapkowicach." A widząc moją twarz chmurną, ściągniętą smutkiem,  
który mógł wziąć za namysł, poprawił się: „Spróbuj być szczęśliwa w 
Kapkowicach".  
„Próbowałam w Bułgarii" - odrzekłam, patrząc na rysujące się w dali kominy  
fabrycznego kombinatu. „I nie powiodło ci się? - powiedział. -Ale to nic nie  
szkodzi. Jeszcze jest w tobie wiele rozterek, wyrzutów sumienia, wahań. Ale to  
minie." „To się utrwali, powiększy. Popełniłeś błąd. Gdybyś natychmiast, z tego  
na- 
103 
miotu, zabrał mnie do Kapkowic, zostałabym tu, już wszystko miałabym poza sobą."  
„A jaka różnica?" - zapytał. „Żadna. Na to, żeby być szczęśliwym, żadna" -  
rozpłakałam się. „Ciągle go kocb' ' - powiedział - nie udało mi się." „Nie  
kocham go, S' ^ Zawdzięczam ci wiele. Było mi z tobą tak dóbr '^* \?. nie było z  
nim, byłam z tobą spokojna, \ \ rozumiałaś przy mnie, że w uczuciu \'?^ czegoś  
podejrzanego, czegoś, cze-W odniesieniu do mnie to nigdy potrzebny jedynie na  
pewną chwi-^ilasnął mnie tym jak batem, i to była „\„'5^^^^iną wagę mężczyźni  
przywiązują do swo-<^ <?>0^ sukcesów. Sądzą, że uzależniają tym od ^•° r. A to  
nie jest tak. Poczucie przynależności mi-^ podniesieniem głowy z jego ramienia i  
otwarciem 


jeśli poza tym nie ma nic, rodzi się pogarda, dla sie-dla niego, napuszonego,  
durnego samca, cholernie pewnego siebie, zwycięskiego, triumfującego, wręcz  
idioty w tym z siebie zadowoleniu, w tym przeświadczeniu, że jeśli udało mu się  
wydobyć z moich ust kilka głośniejszych westchnień, zdobył nade mną jakąś 
władzę.  
A jest tylko bunt i początek nienawiści. Chociaż, potem, z dystansu czasu,  
przebaczyłam Szczepanowi moją winę i udało mi się go we wspomnieniach polubić, a  
może nawet coś więcej. 
Zostaliśmy wtedy jeszcze dwa dni w Nowym Targu. Byłam zmęczona komplikacjami,  
zazdrością o to, co było i być może, patrzyłam na szerokie, opalone ramiona  
Szczepana i pragnęłam w nim być. Miałam chęć na prostotę, bezkonfliktowość i  
zdrowy seks, bez uczuciowych powikłań. Beztroska, dotyk mocnych rąk, i innych  
rąk, pewnych, władczych, sceneria gór, nastrój wypoczynku i tymczasowości,  
nasycone ciało, dobry potem sen, żadnych planów na przyszłość, przywodzących  
wizje dobre i złe, wspólny pokój, odważone porcje melancholii i wyrzutów  
sumienia, refleksje po podniesieniu głowy z jego ramienia i otwarciu oczu: „To  
znowu nie to, bezpie- 
104 
czna, bezmyślna, uspokajająca, dobra pustka" i rodzące się przeświadczenie, że  
tak żyć nie mogę, że to jest niepodobieństwem, że nie potrafię pokochać  
Szczepana, no a bez miłości... ale jeszcze dwa dni nie muszę się czuć kobietą  
upadłą czy występną, bo oto już czuję się wzniosłą, ponieważ rozdrapuję  
wspomnienia prawdziwszego uczucia, już znów do Marcina tęsknię, tęsknię nawet do  

background image

powikłań i utrudnień, dogrzebałam się więc do wyższej warstwy swojego 
charakteru,  
zrozumiałam nicość przebywania w zniewalających ramionach mężczyzny 
niekochanego,  
stwierdziłam pomyłkę, błąd, niemożliwość bycia we dwoje opartego na idealnym  
seksualnym porozumieniu, nawet tych oczu nie było po co otwierać na taką żałosną  
rzeczywistość, nawet głowy nie trzeba podnosić, przeciwnie, mocniej się w te  
ramiona wtulić, zacisnąć bardziej powieki, niech będzie tylko to znużenie ciała,  
z echem dalekim tego, co się stało przed chwilą, z echem, które wkrótce  
przejdzie w pragnienie kolejne, możliwe do zaspokojenia zawsze, bo obok to 
młode,  
zachłanne ciało, szczupłe męskie biodra, od których płynie ku mnie łagodna fala,  
zamieniająca rezonans rozkoszy w ponowne jej pożądanie, a potem, potem syta tych  
ramion wrócę do Marcina albo uda mi się to, co stanowiło zasadniczy motyw tej  
błyskawicznej do Krakowa. A jeśli się nie uda, trudno, będę dalej prowadzić z  
Marcinem tę grę... będę się korzyć i błagać o przebaczenie, zbagatelizuję ten  
podniecający dotyk opalonej skóry, strywializuję własne instynkty, poniżę je,  
odbiorę im wszelką rangę - namiętność, nazwę wahaniem serca, wygłoszę, że ludzką  
rzeczą jest upadać, anielską podnosić się, a ja właśnie postanowiłam być 
aniołem,  
istotą wyższą, tylko jako istota wyższa, anielsko uduchowiona, potrafię być  
szczęśliwa i patrzeć w jednym z nim kierunku, bo tylko w miłości, poprzez miłość  
potrafię odczuwać piękno i świata jakiś sens, nie ma dla mnie miejsca w zaklętym  
kręgu czystego seksu, w orbicie zmysłów, moja obecność w tej rzeczywistości była  
przypadkiem, i to przypadkiem fortunnym, dobrym, bo uświadamiającym mi prze- 
105 
lotność i małą wagę takich stanów i celowość niepokojów z miłości wypływających,  
psychologiczną trafność uczucia zazdrości, żar" Z' absolutnej wyłączności ciała  
i myśli - ale teraz, teraz ?? ? kilkanaście ciepłych godzin, jeszcze setki  
zachłar*'  J?      ^\'\ jeszcze godziny niemocy, bezsilności, 
snu.   Naturalnie,   nie interesowała ani to, czy wyjedzie do Kapkowic. 
?Jy Aecty byłam zmęczona, przenosi->®r godniej usiąść i od czasu do czasu i?  
lusterku mój wzrok i ja, teoretyczna '.licznych odruchów (być może owa spon- 
.przednio w myślach wyreżyserowana, a mo-\itaniczność czysta - obydwa warianty  
trudne przyjęcia, nie wiem, który bolesny bardziej), żarnu ręce na szyję,  
całowałam go w kark, przytula-jliczek do jego policzka. Szczepan wtedy prawą  
ręką ytulał mnie do siebie, gładził po włosach zaledwie patrząc ,*a drogę,  
zwalniał, albo zjeżdżał na pobocze, zatrzymywał samochód, zaczynał mnie całować  
w usta, a ja wtedy brałam jego rękę, kładłam ją sobie na piersi, czułam, jak  
dłoń Szczepana pieści mnie coraz bardziej zaborczo i poddana coraz silniejszym  
uniesieniom mówiłam szybko, tymi ledwo wyzwolonymi spod warg Szczepana ustami:  
„Jedźmy do ciebie, jedźmy prędzej, jak najprędzej" i czułam napięcie Szczepana,  
ten cud zapowiedzi szczęścia, oddania, tuliłam się do niego bezsilna, gotowa  
natychmiast, już oddana, już jego zupełnie, całkowicie, bez reszty. Bo może to  
mi się udało... Ta świadomość była tylko radością. 
Szczepan owładnięty zapachem mojej skóry, wypuścił mnie z ramion, i siedzieliśmy  
tak chwilę, trwali w cudownym oszołomieniu, strwożeni, porażeni pragnieniem, i  
ja czule dotykałam dłońmi jego skroni, gładziłam go po włosach, jakby  
przepraszając, że spowodowałam to, czego natychmiast nie byłam w stanie ugasić i  
myślałam: „Och, jakie to byłoby piękne, jakie wstrząsająco piękne. I taka  
niemożliwość naty- 
106 
chmiastowego spełnienia, takie cofnięcie się z granicy" -a może tego nawet nie  
myślałam tylko trwałam tak przy nim, z głową na jego piersi, niezdolna do  
żadnego myślenia. I to, że może we mnie nareszcie dokonała się prawda,  
oszałamiało mnie, ale w tym Szczepan nie miał być wspólnikiem, nigdy o tym nie  
mógł się dowiedzieć. 
I czekaliśmy razem na wyciszenie tego, na przypływ spokoju, spokoju niezbędnego  
po to, żeby jechać jak najprędzej, aby ten spokój zburzyć ponownie. Dzieci rodzą  
się z przypadku, bardzo rzadko z wielkiej miłości, moje choć urodzi się z czegoś  
czystego, z wzajemnego fizycznego pragnienia. 

background image

Kilka godzin byliśmy w mieszkaniu Szczepana. Odwiózł mnie do Warszawy.  
Powiedziałam, że koniec, że było bardzo pięknie, ale nie sądzę, żebyśmy  
zobaczyli się jeszcze raz w życiu. Widząc jego wzrok gniewny, dodałam, aby  
przeciąć wszelkie więzy, że jestem wyemancypowana i wolno mi, niczym mężczyźnie,  
fundować sobie przygody. Odjechał natychmiast, nie chciał już nawet herbaty. To  
było najlepsze rozwiązanie. 
W pracy zaczęłam pić mleko, co całą moją pracownię wprawiło w stan osłupienia.  
Jedynie sprzątaczka moich nowych zwyczajów nie przyjęła z entuzjazmem, gdyż  
dotąd zabierała moją porcję. Rzuciłam palenie. Nie wysiadywałam w dusznych  
kawiarniach, z pracy w Śródmieściu wracałam na Pragę pieszo. 
Po dwóch tygodniach przestałam pić mleko, sprzątaczka jak dawniej przy wymianie  
ukłonów uśmiechała się do mnie serdecznie, zaczęłam palić czarną machorę,  
wysiadywałam w kawiarniach, z pracy wracałam autobusem, względnie taksówką, w  
zależności, czy było to bliżej, czy dalej pierwszego dnia miesiąca. 
Myślenie o Marcinie stało się obsesyjne, bardziej złe dla mnie po sprawie ze  
Szczepanem. A cały czas ze Szczepanem, no, może nie cały, o nim myślałam.  
Patrzyłam na wszystko jego oczami i relacjonowałam mu: „Widzisz, jakie dziś  
góry". 

107 
I tak dalej, choć Szczepan był obok, co mnie pakowało w podwójną nieuczciwość.  
Po powrocie i po tych dwóch tygodniach, które przetrwać pomogła mi nadzieja -  
poszłam do Marcina. Poszłam z poczuciem zupełnej klęski, bez cienia nadziei,  
gotowa żebrać o przebaczenie, o przyjęcie mnie na jakichkolwiek warunkach,  
choćbym miała z nim być z wiecznym kompleksem winy w sobie, choćbym zawsze jego  
rozdrażnienie musiała przypisywać nie jakiejś błahej, codziennej przyczynie,  
lecz jego pamięci. Choćby jego zgoda na mój powrót była triumfem ambicji nad  
pogardą dla mnie. Bo widzisz, mylnie się sądzi, że jeśli w takim wypadku  
zwycięża ambicja, to znaczy, że on jej nie przebacza. Miłość nie przebacza,  
ambicja - tak: „Jednak do mnie wróciła". Zastanawiałam się, czy będzie mną  
gardził, skoro mnie kocha. Czy moż T vochać obiekt pogardy? Nie! W przeciwnym  
razie może $ '??^—?^ ze Szczepanem, choć wtedy gardziłabym nim, s   ?-               
\      narą - tworem sztucznie skleconym na je- 
Wiedziałam, że jestem przewrażliwiona 
węszyć małe odwety, będę po pewnym 
,go wzmożonego szacunku i bezbłędności, 
kompleks winy, że będę jego zmęczenie 
J^Yjego uśmiechy za ironię, jego czułe gesty za 
fi ymnieniu,  chociaż powiadam,  że brałam to 
* uwagę, chciałam z nim zostać za każdą cenę. 
'?? poszłam,  modląc się do niego,  gotowa na 
Ś^/na przyznanie się do najgorszej winy i klęski... 
^edy...  wtedy wybuchła awantura.  Zapomniałam 
e o nadrzędnej racji, która mi każe tak się poniżać - 
>rawiedliwia. 
wywołałam awanturę. Lunęła na mnie cała lawina zaz-dro.ci. tej wściekłej,  
biologicznej zazdrości o to, co było, o Teresę, o to, co może być, tej 
zazdrości,  
która między innymi spowodowała, że zadzwoniłam do Szczepana. Chciałam, aby tę  
zazdrość zabić. Kiedy weszłam, on siedział przy stole. Początek był bez słów,  
przypadłam do niego, obsunęliśmy 
108 
się oboje na kolana i płakaliśmy strasznie, nie jak dzieci, tylko jak ludzie,  
którzy chcą z siebie wyrzucić ból, rany, cierpienie, żal i wiedzą, że tego nie  
załatwią słowa. Już wiedziałam, że mi przebaczył, że czekał. Powiedziałam o  
Szczepanie. I wtedy kątem oka, chcąc sięgnąć po chustkę do nosa, zobaczyłam  
czerwoną, damską parasolkę. 
I ta czerwień spłynęła na mnie jak fala, poraziła mi wzrok, zabiła wszystko, już  
miałam w całej głowie tylko czerwień. I marząc, żeby nie urządzić karczemnej  
sceny, żeby się zachować godnie, najlepiej dumnie skinąć głową i wyjść, usiadłam  
w fotelu, ciągle z tą czerwienią przed oczami. Teresa, kiedy szła do łaźni,  

background image

miała na ręce zawieszoną czerwoną parasolkę. On nie wiedział, co się stało,  
zapalił mi papierosa i na domiar złego nie był to mój dawny gatunek papierosów,  
tylko ten czarny, gryzący tytoń, który i ja już paliłam, ale przypomniałam 
sobie,  
że kiedyś częstował mnie tylko moim gatunkiem, że próbował palić te same  
papierosy, co ja, a ja wtedy brałam jego, i pomyślałam, że już nigdy nie będzie  
jak dawniej. I tylko znakomity punkt obserwacji parasolki podsycił moją  
wściekłość, bo inaczej może znów pobeczałabym się z żalu nad nami. On przyłożył  
rękę do twarzy, a parasolka chybotała się jakby w fotelu... I wtedy niemal  
krzyknęłam, żeby wziął tę rękę od oczu, bo to jest tani, teatralny gest, gest ze  
spektaklu w remizie straży pożarnej, że nie przyszłam tu poniżać się, błagać o  
przebaczenie. Mówiłam, że zawsze było w nim wiele patosu, że patos może porwać,  
ale się przeżywa szybko i potem tak bardzo fałszywie dzwoni w uszach, i że nie  
kochał mnie nigdy. Widzisz, to był ten trans, o którym ci kiedyś wspomniałam,  
trans, który psuje wszystko i którego nie jestem w stanie przeciąć, jeśli już  
się pojawi. On milczał, co mnie dopingowało do najbardziej idiotycznych  
wypowiedzi. Mówiłam, że chce na mnie zrzucić całą odpowiedzialność za naszą  
porażkę, że milczy, ponieważ pragnie, żeby jego słowa były tylko wzniosłe i  
piękne. Teresa i parasolka zlewały mi się w jedną, oślepiającą całość, uda 

109 
Teresy, piersi Teresy, brzuch, i krzyknęłam, chcąc go ugodzić jak najbardziej  
boleśnie, że Szczepan jest piekielnie pięknie zbudowany. I zaczęłam bredzić coś  
na temat Szczepana, chcąc go jednocześnie zbagatelizować i przedstawić jako  
demonicznego don Juana - że Szczepana przegapić, rozumiesz, przegapić, nie  
mogłam, bo mimo że ciągle ma jakieś kochanki, jest człowiekiem głęboko moralnym,  
jest monogamistą, i choć ta monogamia trwa, powiedzmy, dwa tygodnie, nigdy nie  
ma dwóch kochanek jednocześnie i ja właśnie wykorzystałam lukę. Mówiłam, żeby  
nie miał do !u, że bywają gorsze zakończenia i że tak powierz-I patrząc winna  
jestem ja i nie zamierzam apelować imnień i prosić o jego dobrą pamięć, że nie  
chcę Wyrywać żadnych słów zrozumienia. Czułam, że to-lę topię, było mi raz  
gorąco, raz zimno, raz się poci-az dygotałam. Żeby coś powiedział, żeby to  
przerwał, || le objawiłabym się jemu i sobie jako rozhisteryzowa-I a- Ale  
wyciągnął tylko papierosa i rękę w kierunku § Łezki i wtedy stół się zakiwał, bo  
zawsze miał jedną 1 fótszą. Wtedy zapytałam, czy mógłby sobie wreszcie | akiś  
stół i czy też może ja mam mu kupić jako pre-i pożegnanie, od porzuconej  
kochanki, z życzeniami th śniadanek we dwoje. Z tą porzuconą kochanką to | może  
zanadto zagalopowałam. A on milczał! I kiedy jiłam mu prosto w oczy, było w nich  
coś dobrego dla mnie. Po tym, co mówiłam! Przy tym, co mówiłam! Ale natychmiast  
przyszła refleksja, że to po prostu przebaczenie, bo jesteśmy kwita, wrócił do  
Teresy, ale woli mnie, i że jest podły, podły, podły z takim przebaczaniem, z  
przebaczaniem, za którym stoi ohydny rewanż. I że pewnie doszedł do wniosku, że  
takie kłamstwo można przebaczyć, że jestem egzaltowana, ale przezorna. Więc  
pewien urok obok wygody. I że musi czuć w tej chwili cholerną satysfakcję, taki  
spokojny, podczas gdy ja przyszłam i się zwyczajnie wygłupiam. Zapytałam, czy tu  
przychodziła Teresa i zaraz sama sobie i jemu 
110 
głośno odpowiedziałam, że to niemożliwe, żeby tu sprowadził taką subtelną i  
delikatną Teresę, że musiałby chociaż pozamiatać. Że to tylko mnie nie raziła  
rozbieżność klimatu między nami a scenerią, złożoną z postrzępionego dywanika,  
rozwalonej umywalki i kulawego stołu. Mówiłam jeszcze długo, jakbym całą  
zazdrość klęski i kłamstwa chciała z siebie wyrwać, wyrzucić, że niech nie 
sądzi,  
że jestem jakaś psychicznie rozregulowana, że przeciwnie, jestem absolutnie  
spokojna, tylko musi mnie oburzać fakt, że niby tak bardzo mnie kochając,  
natychmiast po naszym rozstaniu swoją byłą kochankę znów uczynił aktualną.  
Mówiłam. A myślałam przy tym, że teraz to już jest rzeczywisty koniec, że nie ma  
po co wstawać z fotela. I chciałam, żeby mi powiedział, że nigdy mnie nie 
kochał,  
że to było tylko fizyczne pragnienie, wtedy byłoby mi łatwiej. Bo wierzyć, że on  
mnie kochał i widzieć, jak zabiłam tę miłość nędznie, choć nie bezkarnie...  

background image

Spostrzegłam, że w kącie stoi walizka, pewnie się gdzieś wy-.bierał, wyjeżdżał z  
Teresą. Więc - myślałam - może go tylko ubiegłam, może tylko odebrałam mu tę  
satysfakcję, że on mnie porzuca? Siedział niby w pozie skazańca, ciągle z tą  
ręką przy twarzy, nie mogłam tego dłużej znieść, bo było w tym jednak jakieś  
cholerne opanowanie. Mówiłam coraz głośniej i coraz bardziej głupio, o jego  
fasadowym, na pokaz, sentymentalizmie, o tym, że był zbyt pewny mnie, że zabiła  
nas jego przesublimowana delikatność, że tego nie mogłam wytrzymać, że to  
wszystko było za wielkie, za ciężkie, za wysokie i że zapragnęłam prostoty. I  
dodałam teatralnie, wiesz, akt ostatni, scena pożegnania, że zawsze będę o nim  
dobrze myśleć i życzę mu szczęścia z Teresą, na urlopie i w życiu. Wstał  
gwałtownie, wziął parasolkę i zdjął z niej pokrowiec. To była moja beżowa  
parasolka, pokrowce zmieniałam w zależności od sukni czy płaszcza. Zbliżył się  
do mnie i powiedział: „Miłość. Zdumiewa mnie twoja miłość. Nigdy nie wierzyłem,  
że mnie kochasz." No i zostaliśmy z sobą, głęboko obydwoje przekonani, że czas  
pomoże nam zatrzeć Szczepa- 
111 
Ol 


**? 
na, że nie mamy od siebie ucieczki. Tak wystartowaliśmy we wspólne życie, z  
takiego mrocznego punktu. Nic z radości, tylko tragiczne przeświadczenie, że  
tego nie da się inaczej rozwikłać. 
Sądziłam, że Marcin mi nie przebaczy, ale jeśli tak uczynił, przecież musiałam  
się zastanawiać, dlaczego przyjął mnie z powrotem, dlaczego darował mi kłamstwo  
i zdradę. Właściwie to, że powiedziałam mu o Szczepanie - przełamało go. W coś  
mi nareszcie uwierzył. Czy miałabym do Marcina py szacunek, gdyby zrzucił mnie  
ze schodów? Prawdo-mie tak. Zresztą za dużo tu faktów wieloznacznych, że-szcze  
rozważać prawdopodobieństwa, staliśmy więc razem, Marcin otworzył wreszcie te ,  
zamknięte przede mną na klucz. Ale nie zostały ot-właściwie i tylko dla mnie,  
zostały otwarte dla tej niez-niałej dla mnie podniety: „no to zdradziłam cię ze  
panem". Wiedziałam o życiu Marcina niewiele, prawie ? znaczy tylko tyle, ile  
mówił mi sam, a mówił na ten , mało. Posiadam jednak zdolność kojarzenia, mózgo- 
toje było, być może, przeznaczone czy predysponowane >zwikłania spraw  
ważniejszych, ale marnowałam to tko na romansowe kłopoty, na coś, co innym  
wydaje igatelą. Gdyby kobiety cały zasób swojej energii, jaki ła-szczodrze i  
lekkomyślnie w spotkanego mężczyznę \I.~.Jzyzn!), poświęcały sprawie zbawienia  
ludzkości, świat już od dawna przedstawiałby się zupełnie inaczej. Tylko ten  
świat zupełnie inny, lepszy, byłby pozbawiony barw, kobiety przestałyby  
prawdopodobnie być kobietami, z tą całą szaloną gamą niepokojów, ekstrawagancji,  
dyplomacji, nieodpowiedzialnych poczynań - być może napiętnowania "godnych. 
Użyłam słowa „bagatela". Miałam tu na myśli problemy jednostkowe, bagatelne dla  
innych, a dla mnie wtedy, stanowiące sprawę życia i śmierci. Dialektyka życia  
polega na tym, że każdy pojedynczy subiektywizm jest bzdurą, lecz z sumy  
subiektywizmów na prostej dialektycznej powstaje 
112 
nowa jakość - obiektywizm. No, ale to dygresja, niemniej jednak wiedziałam wtedy  
parę rzeczy. Logika formalna ma dwa uzupełniające się wzajemnie prawa. Jest to  
prawo wyłączonego środka i prawo sprzeczności. Rozszyfrowując to, znaczy, że coś  
jest prawdziwe albo nieprawdziwe, ale nic nigdy nie może być równocześnie •  
prawdziwe i nieprawdziwe. Życie, na szczęście, jest bogatsze od logicznych  
formułek niemniej jednak, jeśli nie chce się popełniać kardynalnych błędów w  
rozumowaniu, należy pamiętać, że żadne wnioskowanie sprzeczne z przytoczonymi  
prawami nie może być niezawodne, a więc jest bardziej niż prawdopodobne, że  
będzie fałszywe. Jeśli się więc myśli o czymkolwiek, że jest i nie jest zarazem,  
że może istnieć jakiś stan pośredni, ani byt, ani niebyt, ani prawda, ani  
nieprawda, ani miłość, ani nie miłość, to już nawet na obawy i ostrzeżenia przed  
błędem za późno. Już się w błędnym kole tkwi. Mówi się sobie: „jest tak", myśli:  
„tak nie jest", myśli się nawet: „to istnieje", czuje się: „tego nie ma". Nie  
wolno wmawiać sobie w życiu niczego, nie wolno się przekonywać, że coś jest,  
tylko dlatego, że odczuwa się potrzebę, aby to coś było. Ogromną, przeraźliwie  

background image

gorzką cenę płaci się za każde „wishful thinking". Teraz już wiem, bo 
zapłaciłam.  
Ale, jednocześnie, osiągnęłam coś wielkiego. Na pewno nie tego szukałam na  
początku, ale nie znajdując tego, czego poszukiwałam, na tej drodze krętej,  
mrocznej i zawiłej, poprzez kłamstwo, uświadomiłam sobie konieczność prawdy.  
Znalazłam chyba ten punkt odniesienia, o którym mówiłam ci na początku. 
113 
?       L——? 

?? 
Stąpiłam do odbudowywania czegoś, co nigdy nie ist-Mówiłam sobie,  że wkrótce  
przekroczę trzydziestkę ? tym życiem jakoś pokierować. Wtedy chyba, zaplą-ffi                  
?? krdzo zmęczona tymi wszystkimi komplikacjami, któ- 
yokowałam sama, doszłam do granicy, względnie ją tzekroczyłam, kiedy w sposób  
nieco filozoficzny sta-^ę zaakceptować nudę, rozdrażnienia, konieczność  
świadomość, że niewiele rzeczy mnie bawi, że niewiele rzeczy już chcę osiągnąć i  
że to jest, być może, normalny ludzki stan. 
Wyjazd na prowincję, który to pomysł podsunął mi Szczepan, zaczęłam rozważać  
jako coś, w co można by uwikłać Marcina. I w myślach rozpatrywałam taką  
możliwość zupełnie serio, jakkolwiek nigdy ta sprawa nie ujrzała światła  
dziennego w rozmowach z Marcinem. 
,.Spróbuj być szczęśliwa w Kapkowicach" - powiedział pięknie Szczepan, ale nie  
mogłam próbować stałego szczęścia ze Szczepanem gdziekolwiek. Wyjściem idealnym  
byłoby poślubienie ich dwóch, kobiety często są w takiej sytuacji, której nie  
przewiduje żadne prawodawstwo ani moralność. 
114 
Nie mając właściwie żadnej koncepcji co do własnego losu, musiałam się uciec do  
snucia planów na tak zwaną przyszłość. Czy koniecznie zostać w Warszawie?  
Załóżmy, że znajdzie się gdzieś taka oaza, gdzie będzie szpital i przemysł  
chemiczny. Musiałabym rzucić pracownię i pójść do produkcji, czego się po prostu  
bałam. Nie jestem najgorsza, ale daleko mi do orła. W pracowni - zawsze oblecę.  
Mam swój temat, swoją pracę, a niekiedy za dobre wyniki zbiorowości i mnie  
kapała premia. W przemyśle trzeba decydować natychmiast, a podejmowanie decyzji  
to nie jest moja mocna strona. Ponieważ jednak nie jestem zupełnym głąbem  
kapuścianym, po przełamaniu tremy i sforsowaniu nieufności do „pani inżynier" -  
jakoś sobie poradzę. Na karierę naukową dawno machnęłam ręką, mniej więcej od  
czasu, kiedy odkryłam, że nic nie odkryję. Trudno, może to nie jest program  
ambitny, może to w ogóle nie jest program, ale w końcu naszą rzeczywistość  
tworzą nie tylko ci, których filmują z powodu ich wybitnych osiągnięć, ale też  
tacy szarzy ludzie jak ja. Teraz Marcin, z pobudek niezupełnie dla mnie jasnych,  
zgodziłby się ze mną wyjechać. Nie wpadłby może na trop, co skłania mnie do  
rozważania prowincji jako stałego miejsca zamieszkania. Musiałabym w jego umyśle  
stworzyć przekonanie, że życie we dwoje, z dala od tego złudnego w końcu hałasu,  
który ma dowodzić intensywności egzystencji, wypływa z jego pragnień, wypływa z  
lęku, że może ktoś mi znowu położyć na czarnym blacie baru czerwone jabłko.  
Urządzilibyśmy się szybko, dostalibyśmy mieszkanie, w każdym razie  
zaczynalibyśmy od wyższego szczebla niż wspólne nabycie czajnika z gwizdkiem.  
Kłopoty materialne by nas na pewno nie nękały. I nic dalej z tego mojego  
rozumowania nie wypływało, poza tym, że na prowincji czułabym się bardziej  
bezpieczna. Aż wstyd przyznać, co rozumiałam przez to „bezpieczna". Po prostu  
Marcin, o którego byłam zazdrosna już nie fizjologicznie, ale wręcz  
patologicznie, byłby odcięty od tych pięknych kobiet w Warszawie. Nie czułabym  
się taka zagrożona, zag- 
115 
rożona wszędzie, ze wszystkich stron. Na ulicy, w teatrze, na koncercie, wtedy,  
kiedy był w pracy. Na prowincji są naturalnie kobiety bardzo piękne, ale nie w  
takiej ilości, nie w takiej masie. Możliwość, że nagle do jego gabinetu wejdzie  
polska Sophia Loren zmniejszałyby się, powiedzmy, do jednej czwartej. A Marcin  
był tak uwrażliwiony na kobiecy szyk i elegancję. Można by gdzieś więc tam  
wystartować z życiem wveodnym: dużo książek, dużo muzyki, jakieś urlopy, mało  
Byłby to więc model spokoju, ale czy w ogóle mój spo-/Iarcinem był do  

background image

osiągnięcia? Skoro postanowiliśmy em w momencie, kiedy już absolutnie powinniśmy  
się ? Ale czy on, urodzony i wychowany w wielkim mieś-tyzwyczajony od lat do  
stołecznego stylu, nie powie b dnia (załóżmy, że deszcz i błoto): „Katarzyna,  
jak tu Nawet nie ma kogo zaprosić, ten twój dyrektor tech-tiosi jednocześnie  
garnitur w paski, koszulę w kratkę |t w kropki." I żuchwa mu będzie wypadać ze  
stawów tłu tłumionego ziewania. I wymyśli szalenie ważną ncję naukową w  
Warszawie. W takim wyjeździe nie a towarzyszyć, bo, być może, nie będę mogła, a  
prze-fetkim dlatego, żeby się nie obnażyć, nie ośmieszyć, Ónić do końca tego, że  
jestem taka straszliwie zazd-Vróci roześmiany, pełen tych blichtrowych podniet,  
z półzaspokojoną ciekawością, „co zrobiłaś?" - już w momencie zadawania mi tego  
pytania, telewizję uzna za rozrywkę niegodną, ciszę wieczoru za zepchnięcie na  
margines życia. Jeśli wróci. Jeśli w ogóle wróci. Na nic zdaje się ten model, ta  
koncepcja dalszych, wspólnych lat. I czyja chcę znów wrócić na prowincję, w  
pobliże zapachu kur skubanych na niedzielny rosół? 
Był też jeden fakt, być może niewart aż takiej uwagi, ale bardzo znamienny.  
Przeprowadzałam się od mojej gospodyni z Pragi, nie miałam tam rzeczy wiele, ale  
zawsze trzy walizki. Przeprowadzałam się do Marcina, który pomagał mi wynosić  
walizki do samochodu, z pewnym powierzchownym entuz- 
116 
jazmem snuł plany remontu, zdecydował się rozstać z kulawym stołem. Przez 
chwilę,  
kiedy Marcin znosił ostatnią walizkę z ciuchami, zostałam z moją gospodynią. 
-  Coś pani się nie cieszy, pani Kasiu? - zapytała. - Kiedy pani do mnie wróci? 
-  Cieszę się, ależ szalenie się cieszę, proszę pani. Po prostu szaleję z  
radości. Udało mi się skleić przysłowiowy pęknięty dzbanek. 
- A drogi to był dzbanek? Jakiś z Desy? 
-  Gdyby był drogi, to nigdy by się nie stłukł. 
-  Każdy dzbanek może się stłuc, nawet żelazny. Wyjdzie pani za mąż za pana  
doktora? 
-Nie. 
-  No, jakże, przecież mnie na przyjęcie zaprosił. 
-  Przyjęcie nie ma nic do ślubu. Odwiedzę panią czasem. Ale już tu ftie wrócę.  
Wybija moja godzina w spółdzielni mieszkaniowej, M-2. 
- To po co się pani przeprowadza do pana doktora? 
-  Bo może uda mi się coś jeszcze z tego zrobić. 
-  Nie jestem taka, żebym uważała to za niemoralne, bo różne rzeczy widziałam,  
ale nie rozumiem pani postępowania. Wyjść za mąż i już. 
-  Być może tak będzie. Ale po pewnym czasie. Takie pytanie „co z sobą zrobić?"  
zadają sobie miliony ludzi na świecie. I coś robią. Więc ze mną też tak będzie. 
-  Pani nie kocha pana doktora? 
-  Był najbliżej tego, żebym go kochała. 
- Ja tam nie znam się na takich rzeczach. Jak to, był najbliżej? 
-  Proszę pani, muszę już zejść. Miło mi się u pani mieszkało. 
-  Szkoda mi pani, pani jest taka inna niż te wszystkie młode kobiety, choćby i  
moja synowa. 
- Jestem taka sama, tylko że mnie akurat mogła pani obserwować dłużej. 
117 
?-?: 
-  Aha, pani Kasiu. Sprzątałam i za tapczanem znalazłam pani parasolkę. 
-  Parasolkę? To niemożliwe! - krzyknęłam niemal. 
- Jakże, to pani, beżowa. 
-  No nic, dziękuję, idzie Marcin. Sądziłam, że gdzieś ją zgubiłam. 
-  Życzę szczęścia, pani Kasiu. 
Kiedy wszedł Marcin, byłam właściwie czwartą walizką do >rania. W ręku dyndała  
mi beżowa parasolka z czerwo-n pokrowcem. Odjazd we wspólne życie był więc  
niezwyk-bmantyczny. Ale Marcin nie kojarzył sobie niczego, para- 
1 ta była parasolką, uważał, że mam najzwyklejszą chand-l|   jak często, nie  
wiem, czego chcę. 
|§ - Nie mogę żyć bez ciebie, Katarzyna - powiedział patety-1| je w progu. 
ii milczałam. Postawiliśmy walizki w hallu. Weszłam do 3^ bju i obok beżowej  
parasolki z czerwonym pokrowcem, » esiłam drugą, moją. I Zgubił cię brak  

background image

inwencji przemysłu lekkiego. No i ta cność kolorów pokrowca. 
'Byłem przekonany, że to twoja parasolka - rzekł za-riie. 
- Teresy? -Tak. 
Jakoś nie bardzo zaczynało się to wspólne życie. 
-  Marcin, to ja tu przyszłam i przyznałam się do zdrady. Teraz powinniśmy już  
może przestać się zgrywać. W każdym razie ja mam już tego dosyć. Nic nie wiem o  
tobie. 
-  Teresę zaprosiłem tu jako starego kumpla. Nic między nami nie zaszło. A kiedy  
zobaczyłem parasolkę, byłem przekonany, że to twoja, kiedy to wpadłaś z tą  
straszną awanturą. 
-  Były inne kobiety? -Tak. 
- Teresa? 
118 
- Nie. Ona na pocieszycielkę się nie nadaje. Zbyt wiele żąda. 
- Więc? 
-  Wtedy, kiedy telefonowałaś z Zakopanego. Wyjechałem natychmiast. Wysiadłem w  
Krakowie i zadzwoniłem do Szczepana. Miało go nie być w biurze przez kilka dni.  
Nietrudno było dociec, gdzie pojechał. 
-  Nareszcie zaczynasz mówić, to dobry znak. 
-  Nie wiem, co tu jest dobre, może wszystko jest złe. Ale wiem, że nie mogę cię  
stracić. Powiedz mi prawdę, żałujesz tych dni ze Szczepanem? 
-Nie. 
- Jesteś okrutna! Z tego Krakowa do Zakopanego nie pojechałem, bo przede  
wszystkim wiedziałem, że nie mam po co. Chcesz wiedzieć dalej? 
- Jak sobie życzysz. 
-  Czy prawda jest ceną, za którą mogę cię zatrzymać? 
- Prawdopodobnie. Ale nie wiem. 
-  Chcesz mnie czy Szczepana? 
-  Prawdy. Tak jak człowiek utytłany w błocie marzy o kąpieli. 
- Więc żadnego z nas. 
- Mów prawdę, potem to jakoś rozwikłamy. 
-  Masz mentalność tyrana przy zachowaniu niewolnicy. Zacząć od czego? Nigdy o  
niczym nie marzyłem, choć w różnych okresach życia miałem rozmaite plany, do  
których realizacji przystępowałem bez głowy płonącej jakimś młodzieńczym  
entuzjazmem, po prostu przystępowałem zgodnie z nakreślonymi wytycznymi i 
logiką,  
choć nie zawsze zupełnie chłodno. Pozytywny efekt moich przedsięwzięć nie  
zaskakiwał mnie więc nigdy jako cudowne zrządzenie losu, był zwyczajnie  
konsekwencją działania i finałem. Przy tobie mogłem zauważyć już pewne symptomy  
wewnętrznego rozluźnienia. Przy tobie moje psychiczne rozterki, wątpliwości co  
do najbardziej normalnych pociągnięć, wahania co do ce- 
119 
 
lowości niektórych działań - sięgnęły zenitu. Konieczność dotrzymywania kroku  
twoim ekstrawagancjom, twoim ewentualnym ekstrawagancjom, jakie z pewnością  
nastąpią, kiedy ockniesz się z pozy na wiernopoddańczość, nie zaprowadzą mnie w  
dobre miejsce. Możliwość zmiany twojego charakteru jest praktycznie żadna,  
biorąc nawet pod uwagę proces regeneracji, odnowy komórek w ludzkim organizmie w  
cyklu siedmioletnim. Komórki i tkanki możesz mieć inne, ten straszny sposób  
myślenia i reakcji pozostanie ten sam. i ci właściwie zarzucam. Trudno  
sprecyzować. Jesteś mo-i procesem regeneracyjnym, lękiem przeciw szarzyźnie  
szablonowi i jednocześnie źródłem ustawicznych i nękają-ch trosk. W życiu  
kieruję się raczej uznanymi już oczywis- 
Eciami. Jeśli jest wojna - należy wziąć w niej udział, bić . Jeśli jest pokój -  
trzeba uczciwie pracować. Należy ;estrzegać pewnych przyjętych norm etycznych.  
Własną | Jacą zapewnić sobie minimum codziennego luksusu. Model § ieszczańskiej  
rodziny, ośmieszany potwornie, nie wydaje I i się taki zły, co nie znaczy, abym  
miał szczególne grawi-| bje w kierunku jej zakładania. Po prostu nie wymyślono ?  
dotychczas lepszego szablonu dającego się społecznie stosować. A jak ty o tym  
kiedyś mówiłaś? „Czytałam coś ezwykle pasjonującego. Propozycja małżeństwa na  
próbę, yli legalizacja tak często istniejącego stanu rzeczy. No tak, dzieci to  

background image

problem, ale gdyby się nie miało dzieci? Nie uważasz, że to szalenie  
interesujące?" Otóż ja nie uważam. Choć właściwie dlaczego? Nie mogę zaprzeczyć,  
że był i u mnie „istniejący stan rzeczy", z tym że nie myślałem o żadnej  
legalizacji. Otóż chyba teraz dlatego „nie uważam", że sprawa dotyczy ciebie. To  
uczucie, które nazywamy miłością (słowo nawet podoba mi się) i które dla ciebie  
żywię, niezmiernie komplikuje mi życie. Gmatwa prosty kodeks uczciwości,  
moralność mieszczącą się w ogólnie stosowanych kanonach, ponieważ otwiera bramę  
do pragnień coraz większych, do spełnień raczej nieosiągalnych. A nawiedziło  
mnie to późno 
120 
 
i trafiło na mężczyznę, który nie posiada właściwie żadnego uczuciowego 
treningu.  
Uważałem się za człowieka doskonale wyposażonego, uzbrojonego w spokój,  
równowagę i opanowanie do stawienia czoła wszelkim problemom przez życie  
podsuwanym. Najważniejsze: odczekać, nic na gorąco, nic impulsywnie. A w tej  
chwili nie jestem pewien, czy zdołam się opanować, przeczekać chęć rzucenia na  
przykład w lustro popielniczką. Jakże to było w Krakowie. Za tobą przecież tam  
jechałem. 
- Ale nie powiedziałeś mi tego. 
-  Co to zmienia? Gdybyś chciała, mogłabyś poczekać. 
- Nie chciałam. Nie przerywaj sobie. 
-  Więc w kawiarni, przy stoliku, siedziała młoda brunetka, przy niej jedyne  
wolne miejsce. Drobne piersi, źle i wyzywająco umalowane oczy, krótkie nogi.  
Wcale nie miałem tego zamiaru, ale kiedy zaproponowałem koniak u siebie w 
pokoju,  
zgodziła się natychmiast. Zrobiła sobie prysznic i wyszła z łazienki naga,  
zawinięta w ręcznik. Wziąłem ją bez pieszczot i słów, bez podniecenia niemal,  
zależało mi tylko na tym, aby wyrwać z jej ust kilka głośniejszych westchnień.  
Od początku miałem kompleks wobec Szczepana. Niewielki sukces, zważywszy  
zwierzęcy temperament dziewczyny uprawiającej te rzeczy najwyraźniej dla  
przyjemności i sportowo. „Zdradziłam z tobą kogoś i bardzo się z tego cieszę" - 
powiedziała na pożegnanie, zawiedziona jednak, że nie będzie dalszych ku temu  
możliwości ani wymiany telefonów. Dobrze, że nie okazała się melodramatyczna  
albo wręcz histeryczna. Sprowadziłem ją na dół, niezwykłym zbiegiem okoliczności  
było miejsce przy tym samym stoliku. Wypiliśmy jeszcze jedną kawę i ktoś ku  
dziewczynie zamachał ręką. Wobec tego poczułem się zbędny, zapłaciłem rachunek i  
zostawiłem obok niej puste krzesło. 
Czułem się doskonale, byłem odprężony, zasobny w świadomość własnych możliwości,  
choć z tą brunetką się nie sprawdzałem, nic takiego. Po prostu tak się stało. 
121 
Przecież schodząc na dół nie miałem tego zamiaru, nigdy nie miałem tego zamiaru,  
odkąd ciebie poznałem. Pokusa' ogarnęła mnie dopiero wtedy, kiedy patrzyłem w  
ładne i głupie oczy tej brunetki, której imię nie obciąży mojej pamięci. Nie  
było to pragnienie odmienności i nie było to nawet pragnienie fizyczne ani -  
stosując twoją terminologię - chęć profilaktycznej zdrady. Spędziłem dzień w  
Krakowie. Lubię spacerować po Plantach, w ogóle atmosfera Krakowa odpowiada mi,    
chciałbym  mieszkać  gdzieś  w pobliżu.  W Krakowie, w klimacie tego miasta,  
jest miejsce na rozbuchaną młodość, ustokrotnioną przez kontrast z architekturą  
miasta, jest miejsce na zadumę dojrzałych lat i na filozoficzną starość. W  
Krakowie czuję się młodszy, w Warszawie zaczyna przychodzić jakaś myśl, nie  
wiedzieć czym wywołana, że powoli wychodzę z obiegu. Coś takiego, choć nie  
potrafię sprecyzować, na czym to polega, skąd mogą się brać podobne nonsensowne  
refleksje u czterdziestoletniego mężczyzny, będącego u szczytu sił witalnych i  
zawodowej sprawności. Ty jesteś kobietą bez wieku i za dwadzieścia lat będziesz  
młodą, elegancką,  uroczą,  flirtującą  panią.  Jeśli bezmyślnie  nie zrujnujesz  
zdrowia nadmiarem sztucznych podniet, używek, uczuciowych napięć - a takie  
prawdopodobieństwo istnieje. 
Ale przypuśćmy, że się opamiętasz, przestaniesz się kąpać w szamponie,  
ograniczysz palenie, będziesz nadal wyławiać wszystkie kosmetyczne nowinki: „Jak  
tylko się zestarzeję, natychmiast zrobię sobie operację plastyczną, zlikwi- •  

background image

duję zmarszczki, natychmiast. Będę sobie wstrzykiwać nowokainę, pływać, jeździć  
na nartach. Wolę w końcu być młodą maską niż starą raszplą. No i ubiór, ubiór  
się też poważnie liczy. Nie martw się, nie będziesz za sobą ciągnął dostojnej  
staruszki" - to twoje słowa. A potem, jak już operacje i masaże wydadzą ci się  
śmieszne, zestarzejemy się godnie obydwoje, bo przecież kiedyś trzeba pozwolić  
sobie na ten luksus, byle nieprędko. Naturalnie, kobiecie szkodzi nadmiar  
wszystkiego, podniet, kochanków, alkoholu, pracy, 
122 
 
kosmetyków, papierosów, wrażeń, doznań, przygód, emocji, ale bardziej szkodzi  
brak wszystkiego, podniet, kochanków, alkoholu, pracy, kosmetyków, papierosów,  
wrażeń, doznań, przygód, emocji. Względnie tego wszystkiego za mało, w  
racjonalnych porcjach. Prowadzi do zmęczenia, ale czymże jest zmęczenie wobec  
niedosytu i marazmu. Jest prawie błogosławieństwem. Wtedy, umierając, powiesz  
sobie, że zachłannie wyciągnęłaś wszystko, do ostatniej kropli, że nic więcej ci  
się nie chce, a śmierć jest nagrodą W postaci zasłużonego odpoczynku.  
Zasłużonego odpoczynku, a nie wiecznego odpoczynku, weź to uprzejmie pod uwagę-  
Choć, oczywiście, nie miałabyś nic przeciwko reinkarnacji. Zestarzejemy się więc  
obydwoje. To znaczy ja, w tym galopie za tobą, w tym twoim życiowym tempie i  
rozmachu, jakieś dwadzieścia lat wcześniej pozwolę sobie na ten luksus, biorę to  
uprzejmie pod  uwagę  i nie rozpatruję możliwości reinkarnacji.  Nie masz  
słabości, do zegarka: „No tak, zegarek, owszem, żeby się nie spóźnić do pracy.  
Ale co to za ordynarny bat dla psychiki. Odmierza ci kwadranse, pogania cię,  
popędza, nakazuje pośpiech, bo ludzie się umówili, że godzina ma sześćdziesiąt  
minut, rok trzysta sześćdziesiąt pięć dni, i tak dalej. A ja ci oświadczam, że  
nie ma żadnych godzin ani lat, jest tylko pochłaniający wszystko czas, czas,  
którego nie wolno marnować. Skąd w ogóle zrodziło się takie pojęcie, wymyślone  
przez półkretynów «zabić czas»? To ich należałoby zabić, wyrzucić poza tego  
czasu krawędź." 
Jeśli mam transportować jakieś twoje pojęcie (choć to zawsze ryzykowne) na mój  
prywatny użytek, jeśli mam zasadzić jakąś twoją teorię w sposobie mojego  
rozumowania, przed czym należy się naturalnie bronić, ale co jest niemal  
nieuchronne przy stałym obcowaniu, mnie czas nakazuje zwolnić, natomiast jego  
rozsądne marnotrawstwo można zamienić na spokój i wewnętrzną ciszę, czego ty  
absolutnie nie chcesz wziąć uprzejmie pod uwagę, i stąd Szczepan. Te twoje ostre  
sformułowania, kategoryczne imperatywy. „Oświad- 
123 
czam ci, że nie ma żadnych godzin ani lat." „To był najpiękniejszy dzień." „To  
była najwspanialsza książka." „To była najbardziej elegancka kobieta" - i tak  
dalej, i tak dalej. Arbitralne sądy, ostateczne opinie. 
-  To nieprawda! - krzyknęłam. - Nieprawda. Powiedz po ludzku, bez  
pseudofilozofii, dlaczego przebaczyłeś mi Szczepana? 
- Bo nie mogę być bez ciebie. 
-  Wepchnąłeś mnie w jego objęcia, nie zaprzeczysz, tam, 
na tym urlopie. 
-  Chciałem cię sprawdzić, a ty tej próby nie wytrzymałaś. 
-  Bo jesteś bufon, kabotyn, zarozumialec. „Kilometry cię przed tym nie  
obronią." Trzeba było natychmiast stamtąd wyjechać. Ale nie, skądże! Co się ma  
stać, to się stanie - teoria niewolników. Niczemu nie wyjść naprzeciw. 
-  Szczepana musiałaś mieć - powiedział krótko i jakby w sercu poruszyło mi się  
przez tę wypowiedź coś dla Marcina dobrego. - Zagmatwaliśmy się o wiele głębiej  
niż w zdradę. 
Opowieść o brunetce w Krakowie nie zrobiła na mnie -rzecz dziwna - żadnego  
wrażenia. Typowo męska historia, marny odwet za to, że kobieta, która narzuciła  
mu wizję, że ją kocha - skłamała i zdradziła. Żona, Teresa, to były kobiety, o  
które moja zazdrość była fizyczną. A dlaczego nie potrafiłabym być nigdy  
zazdrosna o Szczepana? 
Po dłuższej przemowie Marcin zamilkł. 'Było ciepło, zmierzch wyciągał zza drzew  
szarą niebieskość. Zamilkłam i ja. Nie było chyba między nami takich słów, które  
tę sprawę jakoś mogłyby oczyścić. Nie miałam też gdzie sięgać po wzory. Moje  
walizki stały nie rozpakowane. Marcin może w dłoniach czuł biodra dziewczyny,  

background image

którą miał w Krakowie, a ja musiałam sposobić się do dalszej gry, nigdy nie  
pozwolić mu odkryć, że dzięki Szczepanowi stałam się kobietą swojego ciała  
świadomą, że przeżywszy całą gamę fizycznych uniesień i wzlotów wybrałam wariant  
trudniejszy, próbowałam skleić miłość. W sobie przede wszystkim, egoistka do 
124 
końca! Nie mogłam kochać i nie mogłam nie kochać. Los i medycyna oszczędziły mi  
kalectwa, a przecież to kaiectwo we mnie było, sięgało myśli. Pragnienie  
wielkiej, W2ajemnej miłości jest ludzkim, przedwczesnym odwetem za samotne  
umieranie. Zmysły porozumiewają się znacznie szybciej njz uczucia. O czym  
rozmyślał Marcin? Dziwnie było od początku, kiedy mu powiedziałam, z potrzeby  
powiedzenia tego, że go kocham, a to było jeszcze jedno kłamstwo. 
125 
XI 
Kupiliśmy stół, elektroluks i coś tam jeszcze. Marcin swoje pieniądze inwestował  
w obiekt niewdzięczny, w samochód. Ciągle czegoś nie mógł do niego dostać, co  
znaczyło, że kupował to za podwójną cenę, cierpiąc. Nie zmierzam do tego, żeby  
ci powiedzieć, że mieliśmy jakieś kłopoty finansowe, bo obydwoje zarabialiśmy  
jako tako i od tej strony naszemu wspólnemu życiu nie mogło nic grozić. Z tym że  
jedna osoba, to jest jedna osoba, która może mieć masło i kiełbasę, ale nie 
musi.  
A dwie osoby - to już się robi dom. Spadły więc na mnie dodatkowe obowiązki,  
choć model naszego życia niezbyt daleko odbiegał od szablonów studenckich,  
pomijając samochód Marcina, możliwość kupna kostiumu w „Modzie Polskiej" i  
zjedzenia od czasu do czasu kolacji w drogiej knajpie. Z tym że teraz rano, po  
przegryzieniu kawałka chleba, byłam odwożona do pracy, co na moich  
zwierzchnikach zrobiło tak oszałamiające wrażenie, że chlasnęli mi premię. Na  
którą, być może, nigdy nie zasługiwałam, ale siłą rozpędu otrzymywałam ją 
jednak.  
Zresztą moje stosunki w pracy to rzecz na opowieść inną, chcę ci przede  
wszystkim mówić o tym straszliwym zagmatwaniu, kłębowisku zazdrości (dla- 
126 
czego, dlaczego nigdy nie byłam i nie mogłabym być zazdrosna o Szczepana, który  
mi dał to, czego nie dał mi nikt inny -przecież to nielogiczne, ale czyja w  
ogóle mogę z mojego życia przytoczyć choć jeden przykład logiczny?), walce o  
supremację. To, że Marcin przebaczył mi kłamstwo i Szczepana, stawiało go w  
świetle co najmniej dwuznacznym. Może on też chciał kogoś kochać i ja się  
świetnie nadawałam jako namiastka? Może z nim było tak jak ze mną, tak samo? A  
może się do mnie przyzwyczaił, a może powody były jeszcze inne? W każdym razie  
był inteligentny. Wciągałam go w rozmowy. Dotąd zbyt dużo mówiłam ja. I to, że w  
pewnym sensie mnie przejrzał, musiałam jakoś rozproszyć. Siedzieliśmy któregoś  
popołudnia i nagle powiedział coś, co moją ustawiczną czujność musiało  
spotęgować: 
- Nie wiem i nigdy już tego wiedział nie będę, zbyt tobą i twoim ciałem  
oczarowany, czy to przeżycie, to pierwsze doznanie, jakie ci dałem, a  
przynajmniej dać powinienem, było przez ciebie nie skłamane, nie było jedynie  
funkcją twojej imaginacji, nie było tylko chęcią dania mi siebie, dania mi  
złudzeń, że obdarowuję. Inteligentne kobiety wiedzą doskonale,  że nie ma  
piękniejszej  dla mężczyzny rzeczy niż czuć, że przez niego, za jego sprawą, ona  
jest szczęśliwa, choć przez tę chwilę przepływu ekstazy, i kochając, często  
pozwalają mu w osiągnięcie tej satysfakcji wierzyć, a ty przecież wtedy, mimo  
słów, jeszcze nie mogłaś mnie kochać, a ja, zaślepiony zmysłami, pięknem,  
gładkością i oddaniem twojego ciała, nie mogłam odróżnić, czy to jest mądrość,  
intuicja, instynktowne wyczucie moich chceń, wyrafinowanie do artyzmu  
podniesione, czy rzeczywiste zatracenie. 
- Nie wiem - odpowiedziałam spłoszona - nie wiem. Wydawało mi się, że tak, to  
wszystko było szczęściem, nie myślałam o tym, chciałam tylko być twoja i bardzo  
byłam twoja. Sama o tym myślałam, jak to było. Teraz trudno dociec i czy to  
potrzebne? Czy to ważne? 
Pomyślałam jednak, że ma ćwieka, ma kompleks. Zbyt 
127 
wiele pacjentek pewnie zwierza mu się z niepowodzeń w tej dziedzinie, a on  

background image

udziela im światłych rad. Więc i na „swoim" terenie chciałby tę sprawę mieć  
opanowaną, tylko że akurat ze mną rzecz była beznadziejna. 
Dziwiło mnie, że nie czepiał się Szczepana, czepiał się naszej pierwszej nocy. 
-  Katarzyna - rzekł - wtedy, kiedy pierwszy raz byłaś tu u mnie, za parawanem  
tego swojego „odwróć się", rozbierałaś się bez wstydu, bez pośpiechu, oddałaś mi  
się w sposób cudownie naturalny, tak jakbyś od lat była moją kochanką.  
Oczarowało mnie to. 
-  Chyba wtedy nie kłamałam - udało mi się wtrącić - tak 
bardzo chciałam cię kochać. 
-  U kobiety - zaczął tonem naukowca - niekiedy tak to przebiega. Chęć oddania  
może być silniesza niż pragnienie przeżycia fizycznych doznań i nie jest  
wykluczone, że może się zatrzeć granica między szczęściem ofiary, oddania się, a  
fizyczną rozkoszą. Ale czy u ciebie, kobiety żądań swego ciała świadomej,  
kobiety, która przede mną miała innych... 
-  Dwóch - uzupełniłam cynicznie, na co nie zwrócił uwagi i kontynuował. 
-  Czy u ciebie, kobiety, która coś tam przeżyła, mogłoby 
to być nie do odróżnienia? 
-   Czy zamierzasz ożenić się ze mną dlatego, żeby ten problem rozstrzygnąć?  
Wiesz, że potrafię kłamać. Żadna moja odpowiedź w tym względzie nic nie wniesie.  
Cokolwiek na ten temat powiem, wyda ci się kłamstwem. 
-  Powiedz prawdę - poprosił. 
-   Dobrze, powiem ci prawdę - zaczęłam tonem, który miał sugerować 
ostateczność,  
czyli to, że prawdę powiem istotnie, choć zamierzałam skłamać, bo skłamać  
musiałam, jeśli chciałam być z Marcinem jakiś czas - ale nęka mnie jedno 
pytanie,  
które chcę ci zadać od dawna i nie śmiem. Pytanie dotyczące twojej żony. 
-  Och, to było dawno. I co to ma za znaczenie? 
128 
-  Dla mnie pewne ma. Jak ją poznałeś? Dlaczego się rozwiedliście? 
- To nie była ważna kobieta w moim życiu - odparł - ożeniłem się z nią, ponieważ  
nie widziałem innego honorowego wyjścia z sytuacji. Nie wiedziałem, jak można  
rozwiązać taki układ, że kobieta rzuca męża i dom dla początkującego leka-rzyny.  
A potem mnie opuściła. 
-  Od czego to się zaczęło? 
-   Katarzyna. Nie wiem, do czego zmierzasz, ale ci powiem. Zaczęło się od tego,  
że była bardzo opalona. Patrzyła na mnie oczami dziecka i pytała naiwnie: „Panie  
doktorze, czy to będzie bolało? Czy to prawda, że jest to tylko kwestia  
wpuszczenia powietrza?" Powiedziałem, że dostanie ewipan, czego normalnie 
unikam.  
Katarzyna, ja cię rozumiem, chcesz wiedzieć, czy nigdy moja pacjentka nie była  
moją kochanką. Nigdy. Jeśli nie liczyć tego że ją, tę opaloną, jednak zbadałem.  
Stwierdziłem ciążę i powiedziałem, że zabieg wykona kto inny - przerwał. 
Zdaje się, że do cienia pogardy w stosunku do Marcina zaczęła się dołączać  
nienawiść. Ale to nie miało nic do rzeczy, z nim coś było, a ja miałam swój cel.  
Tu była przynajmniej zazdrość, były początki czegoś, co można by nazwać 
miłością.  
Nie miałam zamiaru przechodzić w tym celu z łóżka do łóżka. O ślubie, 
naturalnie,  
nie było mowy, ale musiałam podtrzymywać tę fikcję. Zwłokę tłumaczyłam  
historiami rodzinnymi, których nie było. 
-  I co było dalej? - zapytałam cicho. 
-  Powiedziała, że szkoda, bo obydwoje z mężem nabrali do mnie zaufania.  
Obydwoje się zawiedli. Kiedy pytała, dlaczego ja nie chcę tego zrobić, to chyba  
już zrozumiała, popatrzyła na mnie i cień zażenowania przemknął jej przez twarz.  
Zapragnąłem przez chwilę, żeby na przykład zostawiła mi za wizytę jakieś  
pieniądze, co wszystkiemu położyłoby kres. Ale ona, na nieszczęście dla siebie,  
nie zrobiła tego. Nie uwodziłem jej właściwie, ona sama po pewnym czasie do 
129 
mnie przyszła. Potem się rozwiodła i pobraliśmy się. Namiętność moja wygasła  
szybko, poza tym nic nie bj^łem w stanie jej dać. Nie mogła tego znieść.  

background image

Opuściła mnie. Potem jeszcze dwa razy spotkaliśmy się w sądzie. W zasadzie byłem  
poprawny w tym małżeństwie, zresztą po co te wspomnienia, martwe kamyki, skoro  
jesteś ty, i po raz pierwszy zadaję sobie trud, żeby zrozumieć kobietę. 
- Bardzo ją zawiodłeś? 
-  Chyba tak, chociaż w końcu obydwie decyzje wyszły od niej. Nigdy nie  
powiedziała mi, że mnie kocha, nie deklarowała niczego. Najpierw weszła,  
postawiła walizkę i zaparzyła herbatę, a potem zaparzyła herbatę i zabrała  
walizkę, jakby zrobiła wycieczkę w głąb swojej miłości, wyprawę po jakieś swoje  
wyimaginowane szczęście, oparte o jedno pożądliwe spojrzenie na jej płaski,  
opalony brzuch i nigdy nie odważyła się o tym mówić, choć stawiała i ryzykowała  
wszystko, przegrała wszystko i odeszła w samotność gorszą niż poprzednia, w  
samotność prawdziwą, bez złudzeń i chęci do ponownego ryzyka, w samotność  
wybraną, bo mogła być ze mną, ale takiej samotności nie chciała, kobieta  
prawdziwa w gestach i słowach skąpych, kobieta, której kochać nie potrafiłem i  
której pragnąłem nawet krótko, kobieta, która mówiła prawdę milczeniem. 
- Jakże różna ode mnie. 
-  To prawda. Jesteś jak akacja - ni drzewo, ni krzak.. Ni to, ni owo. Nie mam  
od ciebie odwrotu. 
-  Powiedz coś o mnie? Jak mnie widzisz? Po tym wszystkim? 
-  Jesteś zbudowana z hikory, jak hikora twarda, jak hi-kora odporna i 
nieugięta.  
Zniewalające pozory słabości, prowokujące gesty opiekuńcze, pozwalające wierzyć  
w moje przewodnictwo i duchową supremację. A zwidziało mi się już życie spokojne  
i godne, bez wstrząsów i szaleństw, bez fantazji, na co nie tyle, że się  
zgadzałem, ale potrzeb}^ fantazji nie odczuwałem. Komfort codzienności, książki  
i czyszczenie 
130 
fajek dla relaksu. Nie za wcześnie do tego doszedłem, to zawsze we mnie było,  
zmącone jedynie przez wybryk miłości do ciebie i teraz demolowane przez ciebie  
permanentnie. Za czym ty tak pędzisz? 
Te noce nie przespane, ta regularność wszelakiej nieregu-larności, karuzela  
nastrojów, myśli niepotrzebnych, niepokój, zazdrość, domniemania i tropy. A we  
mnie ustawicznie rosnące pożądanie, chęć posiadania absolutnego, uczucie  
wiecznego niedosytu, pragnienie psychiczne zdwajające fizyczne pragnienie, wręcz  
warunkujące je niekiedy i umożliwiające. Czyli nienaturalność, coś niezgodnego z  
fizjologią, z logiką, spokojem, koncepcją życia. Prawie ruina. No, może jeszcze  
nie. Urlopy rozmienione na wariackie trzy dniówki, oceany herbat i papierosów,  
które zacząłem palić między fajkami, aby dotrzymać ci towarzystwa. Jeśli wydrę z  
ciebie całą przeszłość i całą prawdę uspokoję się albo będę złamany. Może to  
jest spóźniona miłość, nagroda za życie jałowe i pozbawione tęczy, spóźniona  
miłość, trzymam ją i obracam w ręku jak kulkę od pistoletu, którą ma się zamiar  
wpakować sobie w łeb. Twoje denerwujące guzdranie się, potworna niepunktualność,  
niechęć do jakichkolwiek realiów życiowych, niekonsekwencje, rozgardiasz i  
łatwopalność, depresje i napady beztroski - gonitwa za tym wszystkim, sprostanie  
temu wytrąca mnie z równowagi. Napijmy się. Dziwne, że nigdy nie byłem zalany,  
nie mam na składzie żadnych pijackich opowieści, które by mogły cię rozbawić.  
Choć nie dowodzi to jakiejś mocy charakteru, w studenckich czasach zdarzały mi  
się nieodpowiedzialne wyskoki, ale nie pchałem się do tych spraw z entuzjazmem,  
nigdy - w odróżnieniu od ciebie - nie czułem chęci ucieczki od rzeczywistości.  
Twoja chęć wyjścia poza stany normalne świadczy po prostu o tym, że nie  
potrafisz żyć, a trzeba mieć umiar większy w pragnieniach, selekcję zachceń.  
Rozgadałem się. No, więc już prawda za prawdę. Wiesz wszystko o mojej żonie. Jak  
to było z nami? 
131 
- Tak, jak być powinno. 
- Naprawdę? 
-  Słowo - powiedziałam poważnie. 
Jeszcze jedno kłamstwo, co to miało za wagę w ogólnym bilansie łgarstw, jakie tu  
padały. Zresztą może i nie skłamałam, nie wiem. Ale moje umiejętności kłamstwa  
wyłowiły z opowieści Marcina jedno. Prawdą była opowieść o żonie. Historia  
byłaby banalna, gdyby nie to, że jednak poznał ją w gabinecie. Czyli szłam  

background image

właściwym tropem. Gdyby nie udało mi się tego z niego wydobyć, postanowiłam  
zaprzyjaźnić się z Luizą. Oszczędził mi tego. Musiałam wiedzieć, że nie byłam  
precedensem, musiałam na to mieć jakiś dowód. Ale czy słowa stanowią jakiś 
dowód?  
??? może, w sądzie. Dziwiłam się, że Marcin nie chce nic wiedzieć o Szczepanie.  
Nawet moja przebiegłość nie była w stanie przewidzieć, jak daleko Marcin  
przeszedł na moje pozycje, co on właściwie planuje. Jak na razie byłam mu  
wdzięczna, że nie musiałam wikłać się w dyplomatyczne rozmowy z siostrą Luizą.  
Nie było niczym odkrywczym ani oryginalnym stwierdzenie Marcina, że im więcej  
wie o kobietach, tym większe w tej wiedzy powstają luki. Na przykład ja.  
Doskonale wiedział, że mam nadmierną skłonność do wielkich, miłosnych spektakli,  
a jednocześnie wiedzieć musiał, że ze Szczepanem niczego nie zakładałam, nawet  
przez chwilę nie łudziłam się, że z tego romansu może powstać miłość, Marcin  
wiedział, że oczekiwałam wyłącznie fizycznych doznań, i że nie zostałam  
zawiedziona. O tym, że to wiedział, świadczyło ciągłe krążenie przy sprawie  
naszej pierwszej nocy. Ale czy mogłam przewidzieć, co montuje Marcin? Nie  
wszystkich kobiet takie sprawy dotyczą. Na przykład - dumałam - Luizy nigdy.  
Luiza nie wymagała elementarnej nawet znajomości psychologii. Spokój, 
opanowanie,  
mały realizm, mała stabilizacja, nie marzenia, ale wyraźnie wytknięte ubożuchne  
cele: telewizor, wyjazd w góry, plastikowa choinka w wigilię, parę tysięcy  
oszczędności na książeczce, za to może jakieś tanie futro, na przyk- 
132 
ład solidne bułgarskie barany, brzydkie, ale ciepłe i praktyczne. Rzadko można  
było spotkać kobietę tak pozbawioną wdzięku i szyku. Gdyby spotkała kogoś -  
rozmyślałam - kto zechciałby poświęcić trochę swojego dobrego smaku i czasu,  
zyskałby wiele, gdyż była w zasadzie niebrzydka. Pod tą krzywo nałożoną szminką  
były usta małe, pełne i świeże. Twarz zbyt okrągła, włosy zeszpecone niemodnym  
tapirowa-niem. Po starciu z policzków dwóch plackowatych wypieków wywołanych  
różem odsłoniłaby się dobra cera. Grubokościs-ta, słupowate nogi, cienia  
kobiecej gracji w gestach i sposobie poruszania się. Wyjdzie kiedyś za mąż -  
prorokowałam -będzie to człowiek solidny jak jej szafa (myślałam, że ma bardzo  
solidną szafę), będzie mężowi prasować koszule i wpadnie w szczęśliwą choć nie  
nazwaną euforię, jeśli lekarz zaordynuje jej mężowi dietę. Poczuje się 
niezbędna,  
dobra, gospodarna. Będzie ją cieszyć podwyżka mężowskiej pensji o sto złotych,  
jakaś nowa kanapa. Kobieta, która nigdy nie zdradza i nigdy nie zawiedzie, w  
żadnej sytuacji. Niezwykle nadawałaby się na żonę dla Zdzisia Koralkiewicza. 
Zawsze, kiedy pułapka, w którą wchodziłam, zatrzaskiwała się zbyt mocno,  
odwiedzałam Koralkiewicza. Na ogół kończyło się to awanturą. 
- Więc ten mój ponowny związek z Marcinem jest głęboko niemoralny - powiedziałam  
mu. Nie ma na czym zaczepić przyszłości. 
- To co cię w nim trzyma? 
-  Coś mnie trzyma, ale nie mogę ci powiedzieć, co. 
Ale ponieważ był to Koralkiewicz, który miał niewyżyte skłonności pedagoga,  
kochał mnie, zaczął wygłaszać przemówienie z tezami nie do podważenia. 
-  Toniesz, grzęźniesz, wyobrażasz sobie. A spróbuj inaczej. 
- Jak? Czy mógłbyś to określić? 
-  Proszę bardzo. Żyjesz rozrzutnie, wiesz, że masz olbrzymie zapasy witalności,  
ale największą witalność może zabić 
133 
brak zdrowego rozsądku. Trzeba sobie to uświadomić. Nie palić tyle. Nie kochać  
się tak po wariacku, pić mleko. Oddawać pończochy do repasacji a nie wyrzucać na  
śmietnik. Nie wstawiać się od czasu do czasu. Nie kupować rzeczy niepotrzebnych.  
Żyć po prostu. Nie dopuścić, żeby szalała twoja negatywna wyobraźnia. Kupować  
coś wtedy, kiedy ma się na to pieniądze, a nie wtedy: „Zapożyczyłam się  
śmiertelnie, gdzie się dało. Bo widzisz, oszczędzać nie umiem. Oszczędzać, a  
zwracać długi to zupełnie inna sprawa. Długi zwracam zawsze, a oszczędności nie  
mam nigdy, tak to ze mną jest. A długi pociągną się jeszcze jakieś trzy 
miesiące,  
najwyżej." No, więc tak nie można. 

background image

Na pewno to było bardzo, bardzo rozsądne, poczułam, jak ogarnia mnie wściekłość  
i nagle pomyślałam, dosyć tego, ty stary zegarku, ty precyzyjna taśmo montażowa,  
tylko jakiś mocny akcent może przeciąć to wychowawcze uzurpatorst-wo, i złapałam  
budzik, ten rekwizyt urzędniczy, i rąbnęłam nim o podłogę. Koralkiewicz istotnie  
natychmiast przestał mnie umoralniać i powiedział „widzisz, no widzisz", jakbym  
nie widziała, że budzik roztrzaskał się dokładnie. Zresztą potem budzik  
odkupiłam, żeby mu nadal odmierzał jego sterylną, jałową, impotencką wegetację. 
A dopuszczałam jednocześnie myśl, że można poślubić taki „stary zegarek" ożywić  
nieco własną osobowością tę sterylną wegetację. Był moim piorunochronem, zgadzał  
się na tę rolę, to w końcu była jego sprawa a nie moja. W każdym razie, zostając  
z Marcinem, pierwszy raz w życiu na pewno wiedziałam, czego chcę. I Marcin miał  
jeszcze jedną szansę. 
 
134 
XII 
Teraz rozmawialiśmy często. Wciągałam go w rozmowy na tematy zawodowe, w końcu,  
jaki jest ojciec mojego przyszłego dziecka? Bo kiedy skłamałam jak najohydniej -  
prawdy byłam najbliższa. 
-  Czasami - mówił, co mi uświadomiło, że nie wie o mnie wszystkiego - kiedy  
myślę o tobie jako o człowieku, a niejako o kochanej kobiecie, wydaje mi się, że  
ten wspaniały, rozbuchany świat, tryskający zmiennością, jaki w sobie nosisz, w  
istocie rzeczy jest światem wąskim. Nie można wierzyć tylko w miłość, to się  
musi zemścić wcześniej czy później, gdzie to jest wieczne, gdzie prawdziwe, kto  
tego doświadczył. 
-  Kochasz mnie, a ta brunetka w Krakowie, choć winą za to mnie obciążasz nie  
siebie? A więc truizm, skoro sobie nawet wierzyć nie mogę, jak mogę wierzyć  
zakłamanej Katarzynie. 
-  Cały świat, w fetory wierzysz, o który się boisz, którego kataklizm  
nieustannie przewidujesz, musi się zawalić, jeśli się nie zmienisz. Jesteś  
patetyczna, choćby w kwestii mojego zawodu. „Skoro już wybrałeś sobie taką  
dziwną specjalizację, czy nie lepiej by już było pracować tam, gdzie życie przy- 
135 
chodzi, a nie tu, gdzie się je właściwie zabiera?" - przedrzeźniał mnie. - Co za  
złe różnicowanie, co za prymitywna, sentymentalna racja. „Tu gdzie się je  
właściwie zabiera", właśnie sieje ratuje w przeważającej ilości przypadków. I  
fakt, że jest to przeważająca a nie całkowita liczba przypadków, pozwala ci na  
sformułowanie: „gdzie się życie właściwie zabiera". Oczywiste jest, że  
sprowadzenie kogoś na świat oznacza wyposażenie go w zdolność odbierania wrażeń,  
a - świat ten znając - z góry wiadomo, że wrażenia te będą w przeważającej  
mierze ujemne. To nie pesymizm, to realizm, który wszedł w moje rozumowanie  
poprzez wieloletnią obserwację. Naturalnie, gdyby wszyscy tak uważali, ludzkość  
po pewnym czasie przestałaby istnieć, ale po pierwsze nigdy, nigdy do tego nie  
dojdzie, a po drugie dla mnie życie w ogóle nie jest czymś - w kategoriach  
filozoficznych, co koniecznie musi istnieć. To, że zaistniało na naszym właśnie  
globie, jest zwykłym przypadkiem, gdyby ziemia nie znalazła się w atmosferze  
słonecznej, nie byłoby ludzkości ani tej całej z nią chryi, i nic takiego by z  
tego nie wynikało, bo w ogóle nie wynikałoby z niczego nic. Nie znaczy to, że  
jestem przeciwnikiem życia, skoro ono już jest, ale gdyby go nie było, to  
jednocześnie nie byłoby także niczego złego. Dlatego też nigdy nie mam wahań,  
które życie mam podtrzymać, czy to już istniejące, czy to zaledwie zaistniałe,  
niezdolne jeszcze do odbioru wrażeń i reakcji, i żaden lekarz w takim wypadku  
nie ma wątpliwości. Rozbieżność zdań zaczyna się w momencie, kiedy to życie -  
zaledwie poczęte - nie zagraża w żadnym stopniu życiu istniejącemu. I tu  
zaczynamy się dzielić na katolików, marksistów itd. itp. Jeśli pacjentka mówi mi  
po prostu, nie usprawiedliwiając tego ani jednym choć słowem „panie doktorze, ja  
nie chcę mieć dziecka", uważam, że jest to kwestia jej etyki, a spełnienie jej  
prośby mieści się w ramach etyki mojej, wykonuję więc to, o co mnie prosi. 
Ale nigdy o tym z tobą do końca rozmawiać nie będę mógł, już nie ze względu na  
ten patos „to już lepiej byłoby 
136 
odbierać poród", ponieważ nie jest to temat do rozważań z kobietą, którą się  

background image

kocha, i która, zdaje się, nie może uwierzyć tak do końca, że nie interesuje  
mnie szelest bielizny zdejmowanej za parawanem. A ten szelest będzie  
prześladował cię ustawicznie, będziesz zakładać, domniemać, wyobrażać sobie, a  
nigdy, jak na przykład Luiza, która podaje mi narzędzia, nie potraktujesz całej  
sprawy zwyczajnie. I chyba będziesz brnąć w konflikty nie wypowiedziane, choć  
wciąż narastające, ty będziesz gonić za zespoleniem absolutnym, czego, być może,  
nie chcesz nawet, nie spotkałem kobiety tak niekonsekwentnej jak ty - będziesz  
chciała, żeby było tak, jak było na początku, a tak już nigdy być nie może.  
Zgubimy wspólny rytm. Zresztą może tego wspólnego rytmu nie było wcale, nigdy,  
to ty galopowałaś, pędziłaś w marzeniach, planach, a ja usiłowałam iść razem z  
tobą. 
-  Niezłe oświadczyny, jeśli to są oświadczyny - udało mi się wtrącić. - Twoja  
życiowa filozofia nie podoba mi się, choć jest to zawsze jakaś filozofia. Ja nie  
posiadam żadnej. 
-  Posiadasz, posiadasz. Filozofia a konsekwencja to dwie różne rzeczy. I  
konsekwencja nie jest zasługą, na chłopski rozum biorąc. W międzyczasie działa  
na człowieka tyle zmiennych bodźców. 
- Więc zachwiałam twoją konsekwencją? 
-  Tak. Bezwzględnie tak. Warstwę, którą we mnie poruszyłaś, już dawno uważałem  
za wymarłą, wystygłą. Musimy się pobrać. Masz w sobie coś takiego, co przyciąga,  
a na dobrą sprawę, powinno odpychać. Jakże więc będzie? 
- Nie wiem - powiedziałam szczerze. 
137 
XIII 
Fakt mojego niemoralnego postępowania nie wzbudzał najmniejszych wątpliwości.  
Ale wspomniałam ci o tym, że Marcin miał jeszcze jedną szansę. Niestety, tej  
sprawy wygrać nie mogłam. Zrozum, ja nie mogłam z Marcinem przegrać, ale i nie  
mogłam wygrać. Szansą tą byłaby jego miłość do mnie. A zrobił coś, co otworzyło  
mi ostatecznie oczy, że tak nie jest i nigdy nie będzie. Że jest to kabotyn taki  
jak ja, a może większy. 
Nie zrobiłam awantury o brunetkę z Krakowa, choć to jakoś przecież świadczyło o  
Marcinie. Tylko nagle odechciało mi się reżyserii. Dlaczego niby zawsze ja mam  
być osobą wiodącą, nadawać ton, czy to w końcu teatr kukiełek? Ostatni akt, jaki  
w sprawie z Marcinem odpowiednio wyreżyserowałam, to była scena, w której  
poszłam błagać go o przebaczenie. Ale reżyser także nie zawsze może przewidzieć,  
jakie akcesoria skierują go na drogę improwizacji. W moim wypadku była to  
parasolka. Ale czy tylko? A może ja nie nadaję się do życia we dwoje?  
Rozpaczliwie i bardzo chciałam kochać -i ponosiłam same klęski. Ciągle był we  
mnie ten nurt drugi, tak od słów moich odległy: „dobrze, dobrze, możemy sobie 
138 
pogadać w ten sposób, tak przynajmniej jest ładnie". W ogóle nie ma sensu ci  
opowiadać dlaczego rozpadł się ponownie mój związek z Marcinem, dobrowolny w  
końcu związek dwojga ludzi. Tego nikt nie jest w stanie wyjaśnić tak naprawdę,  
jakże to można wyjaśnić to narastanie rozdrażnienia, irytacji, złości, 
pretensji.  
I któregoś dnia musiałam powiedzieć sobie: „Nie jestem szczęśliwa, choć powinnam  
być szczęśliwa" i co jest jeszcze do zrobienia, do wymyślenia sobie, do  
imaginacji, kiedy taki konkret jest prawdą, poraża najlepszą wolę, uniemożliwia  
czułe gesty, zimną falą zalewa nawet tkliwość... czyli nie zostaje nic. I on  
chyba też już był na tej granicy i nie sądzę, żeby tu w pewien sposób  
zatriumfował Szczepan i moja zdrada, choć, może, do pewnego stopnia... A na ten  
temat nigdy nie padło między nami ani jedno słowo, i to było gorzej... bo gdybym  
mogła mu to wszystko powiedzieć, gdyby na to pozwolił, gdyby to stało się nasze,  
gdyby to stało się wspólne być może sprawa miałaby inny bieg. Nie wiem, nie  
jestem o tym przekonana, o niczym nie jestem przekonana. Nawet inscenizować tu  
nic już nie trzeba. No, ale miałam swój plan, musiałam czekać. Teraz wiem, że  
jeśli się kocha, to trzeba kochać bardzo, że to nie wyraz słownika pensjonarek,  
i że to jest w życiu najważniejsze. 
Zwariować było można. Marcin chyba bardziej kochał swoją udrękę niż mnie. 
Miłość,  
ta sprawa najrzadsza i najprostsza pod słońcem, zaczęła być i w jego  

background image

interpretacji gmatwaniną, mrokiem, grzęzawiskiem, czymś tak skomplikowanym, że  
sprostać temu nie chciało mi się. 
Przeszłość z nim zawsze będzie się mierzyć w karatach, teraźniejszość była  
trudna, a przyszłość nie istniała. 
Jeśli on mówił prawdę - a mówił chyba prawdę - to po co, dlaczego mi tę prawdę  
mówił. Żona-pacjentka, brunetka, Teresa. 
I czy ta cała prawda, co było w czasie tych podróży od kochanki do kochanki.  
Mówił o tym zdawkowo: „pusta egzystencja, bez sensu". 
139 
Zresztą, czy to takie ważne? Nie muszę ci wyjaśniać, że go nie kochałam, choć  
tak bardzo chciałam go pokochać. W ogóle ci mężczyźni w moim życiu wydają mi się  
teraz takimi namalowanymi sylwetkami na tarczy, do której żołnierze uczą się  
strzelać. Pozwalali na to, a przecież byli to ludzie wykształceni, uformowani, z  
jakimiś tam poglądami na życie. Ja miałam pogląd chory - że w życiu jedynie mogę  
się sprawdzić poprzez miłość. Wzięła w łeb początkowa koncepcja, że w każdym  
mężczyźnie inteligentnym, odpowiednio wykształconym i dobrze domytym można się  
zakochać, jeśli tylko posiada wyobraźnię. Otóż to nieprawda, ale zaszłam już za  
daleko. Z przerażeniem obserwowałam, jak wiele udało mi się swoich szalonych  
myśli zaszczepić Marcinowi. Czyli, jeśli uczeń był tak bystry, powinien teraz  
zacząć się bawić mną i moimi uczuciami. A sądziłam nawet przez czas pewien, że  
on mnie kocha. Myślałam tak wtedy, kiedy mnie nie chciał widzieć po moim  
kłamstwie, największym. Gmatwa się to, co? Plątanina? Może sądzisz, że  
pokochałabym Marcina, gdyby mi nie przebaczył Szczepana? Tego to już nie wiem,  
ale miałby na to większe możliwości. W całej mojej perfidii, a w perfidii jest  
wiele mocy - miewałam napady naiwności. Sądziłam, że fakt, iż Marcin o  
Szczepanie mówić nie chce, jest równoznaczny z przebaczeniem całkowitym. Jakże  
się myliłam! Marcin nalegał na ślub coraz uporczywiej. Ciągle tłumaczyłam się  
jakimiś rodzinnymi kłopotami, raz nawet na świadka powołałam Emila, który nic  
nie rozumiał, ale potwierdził wobec Marcina wszystko co chciałam. Nie mogłam  
sprowadzać na nas oboje takiej pomyłki, nie mogłam tego sankcjonować. To, co  
chciałam zrobić, było tylko moją sprawą, nikogo poza mną nie mogło dotykać. Moją  
i tak niezbyt łatwą sytuację na włosku zawiesił fakt, że Marcin odkrył, iż nie  
wycofałam wkładu ze spółdzielni mieszkaniowej, przeciwnie, systematycznie na to  
mieszkanie wpłacałam. Uspokoiłam go, że jeśli będziemy dysponować dwoma małymi  
mieszkaniami, zamienimy je na jedno większe. Mar- 
140 
cin wtedy, zdaje się, wiedział już o tym, o czym ci wspomniałam, że moja słabość  
jest wystarczająco mocna, żeby rozwalić jego siłę. Dlaczego w tę całą grę nie  
wdałam się ze Szczepanem, o którym nocami marzyłam, leżąc obok Marcina. Szczepan  
był jakiś prostolinijny i chyba kochał mnie naprawdę. Więc przez szacunek do  
tych uczuć - nie mogłam sobie na to pozwolić. 
Tymczasem mijały miesiące i nic pozytywnego z tego dla mnie nie wynikało. „Chce  
się ze mną ożenić, żeby mnie rozgryźć, względnie porzucić" - myślałam, patrząc  
na Marcina. Odwet?! 
Lekarz, specjalności Marcina, do którego zwracałam się po poradę, pocieszał 
mnie:  
„To jest trudne, ale nie beznadziejne w pani przypadku". Czekałam. Wreszcie,  
wreszcie zaczęłam mieć nadzieję. I mój stosunek do Marcina się zmienił, byłam  
lepsza dla niego, kupowałam świeże kwiaty, gotowałam gorące kolacje, ale mojej  
metamorfozy nie wyjaśniłam ani słowem. Kilka dni przeżyłam w absolutnej euforii  
i wtedy Marcin wykombinował ten wyjazd do Krakowa. A już nawet zastanawiałam 
się,  
czy mu o tym nie powiedzieć, czy muszę być do końca, we wszystkim, egoistką? 
Nie sądziłam, że Marcin zaszedł tak daleko. Zrazu ten wyjazd nie kojarzył mi się  
z niczym. Marcin miał tam jakiś referat, ja mogłam się na sobotę wywinąć z 
pracy.  
Powiedziałam ci, że drugim Mendelejewem chemii nie będę, ale byłam obowiązkowa i  
punktualna. No i stan zdrowia. Nawet się ucieszyłam z tego wyjazdu, bo dawno nie  
ruszaliśmy się z Warszawy. 
Pojechaliśmy do Krakowa, niby na tę konferencję, i przy okazji mieliśmy zamiar  
urządzić sobie wycieczkę. 

background image

- Kochana - mówił Marcin - kochana. Obydwoje znamy to miasto, ale chociaż raz  
obejrzymy je jako turyści. Wawel. 
„Wawel" zmroził mnie trochę, ale i tak jeszcze nie wiedziałam, do czego zmierza.  
W każdym razie nie mogłam wprost uwierzyć, dopuścić do świadomości tego, że on  
jest zupełnie 
141 
w tym miejscu, w którym byłam ja, kiedy kupiłam ręcznik, mydło i poszłam za  
Teresą. Sądziłam, że mężczyzn nie imają się takie rzeczy. Pamięć mam, niestety  
doskonałą. Pamiętałam, że Szczepan nie był na Wawelu, ale nie sądziłam, że  
pamięta o tym Marcin. Co więc go pchało do ślubu ze mną? Czy mógłbyś mi  
wytłumaczyć, jak to z mężczyznami jest? Marzą o wierności i oddaniu, a uganiają  
się za kobietą, która sprzeniewierza się wszystkiemu, kłamie i zdradza. A  
najbliżej Marcina byłam właśnie w tym samochodzie, kiedy jechaliśmy do Krakowa,  
i kiedy zastanawiałam się, że może jednak powiem mu prawdę. Ale właśnie wtedy,  
kiedy ja stawałam się jakby lepsza, kiedy widziałam dla siebie szansę na uczucie  
prawdziwe, Marcin był po przeciwnej stronie barykady - całe zło przyjął ze mnie.  
Przecież nie wiedział, jak ja postąpiłam z Teresą, ale już zrodziła się w nim ta  
sama siła, zła siła. Często aktorzy zostają reżyserami. Czy to był powód, że  
Marcin tak koniecznie chciał ze mna wziąć ślub? Ale po co w takim razie urządził  
tę hecę z Krakowem? 
Zresztą wtedy, w tym samochodzie, jeszcze nie byłam pewna niczego, poza tym, że  
nigdy w życiu nie zostanę żoną Marcina. Jeżeli człowiek jest zbudowany z  
dziewięćdziesięciu ośmiu procent wody, to ja byłam zbudowana wyłącznie z  
niekonsekwencji. Na ludzi ze mną związanych miałam destrukcyjny wpływ. To pewne. 
Swój błąd, to pójście za Teresą do łaźni, oceniałam jako błąd, rzecz jasna, ale  
rozgrzeszałam się. Chciałam kochać, jestem zachłanna, zaborcza, zazdrosna. Ale  
co powodowało Marcinem? Chęć samoudręki? Zazdrość? Perwersja? Nie umiem ci tego  
powiedzieć. W tym samochodzie rozmowa toczyła się pozornie banalna. - Obiad u  
Wierzynka, Kościół Mariacki, wieczór w Piwnicy pod Baranami! Wawel. Zupełnie jak  
zagraniczni turyści - powiedziałam głosem drewnianym i zaczęłam: 
- Naturalnie, Wawel. Właściwie Wawel zwiedzałam tylko z wycieczką szkolną, a  
wiesz, jakie to zwiedzanie. Chłopcy 
142 
wyciągają z kieszeni chrabąszcze i wrzucają za sukienkę albo przydeptują z tyłu  
kapcie, a przewodnik czy nauczyciel surowo upomina „zachowujcie się jak na  
młodzież przystało". A właściwie zostaje tylko wspomnienie bułki i soczystej  
parówki, którą się kupiło na rogu ulicy. Ale człowiek wtedy na wszystko się  
cieszy, na parówkę i na noc spędzoną w schronisku szkolnym wśród pisków i  
trzaskania drzwiami współtowarzyszek. A potem przychodzą długie lata, kiedy nie  
cieszy cię właściwie nic, kiedy każdą radość niszczy twój wewnętrzny stan,  
problemy, jakie przychodzą, niecierpliwe oczekiwanie... 
Fatalnie prowadził. Niby zgodnie z przepisami ruchu, ale niezbyt ufał w swój  
refleks. Ostrożniak. Jak wyglądał, kiedy był „czysty" i zachłanny wobec świata,  
rozedrgany od pragnień nieuświadomionych, jak wyglądał w czasie, kiedy wrzucał  
dziewczynkom chrabąszcze za sukienkę? Człowieka, którego chce się kochać  
należałoby znać od dziecka. Znać każdy jego dzień. Widzieć przeobrażające się  
ciało. Twarz. Wyraz oczu. Bawić się z nim w piaskownicy, potem robić sobie  
wzajemnie ściągaczki na matematyce, fundować sobie razem karuzelę, przeżywać z  
nim każdy oblany egzamin. 
- Miałaś warkocze? - zapytał. 
Widzisz, wszystko zaczynało przerażająco mi się zgadzać. Marcinem kierowały  
uczucia podobne do moich, a zatem mnie nie kochał. Na pytanie dotyczące włosów,  
odpowiedziałam, że nigdy nie nosiłam warkoczy, zawsze krótką czuprynę. I to nie  
była prawda, kłamałam już nawet w najmniejszych detalach, jakbym swój obraz  
chciała załgać, zakłamać nawet w przeszłości. Marcin wygłosił jakiś  
okolicznościowy komplement na temat niezwykłej piękności koloru moich włosów.  
Nie przesadzajmy. Jestem po prostu szatynką. W naszej sytuacji już nawet  
komplementy nie miały sensu, niczego nie mogły osłonić, brzmiały dla mnie  
jedynie głupio. Żadne z nas nie wierzyło drugiemu, nie wierzyło w nic. Zrobiłam  
sobie z Marcina wdzięczny obiekt do inwestowania 
143 

background image

pięknych słów, a teraz piękne, patetyczne słowa zdecydowanie odpadały. To  
wszystko była moja robota. To ja zaczęłam. To ja wypaliłam z tym „kocham cię",  
czując jedynie chęć, żeby tak się stało, i lekkie zafascynowanie dość tajemniczą  
i niezbyt wyraźnie sprecyzowaną osobowością Marcina. Chciałam, żeby było ładnie.  
Neron też pewnie chciał, żeby było ładnie i podpalił Rzym. Uwięziona w tym pudle  
- co wydawało mi się symboliczne - jechałam do Krakowa z Marcinem, patrząc tępo  
na znaną mi drogę i rozmyślając, jak można się tak straszliwie zaplątać, jak  
można dojść do tego, żeby nie było już żadnej szansy naprawdę. Co właściwie  
Marcina we mnie pociągało, skoro mnie nie kochał? Pewnie moja pasja życia, pasja  
zagarniania. To było we mnie prawdziwe, nie reżyserowane. Chciałam swoje życie  
psychiczne zamienić w festyn, żądałam kontyngentów radości, podczas gdy to mogą  
być jedynie wysepki. 
Widzisz, może w życiu trzeba trochę tak jak w mieszkaniu. Codziennie sprzątać,  
choćby przez pięć minut, a nie wpadać w manię porządków raz na jakiś czas. W  
swoim pokoju przecież także stosowałam tę straszliwą metodę. Nagle zachciewało  
mi się porządku idealnego. Wyciągałam więc absolutnie wszystko, ze wszystkich  
kątów na środek pokoju. I tu właściwie kończyły się moje zasoby energii w tym  
względzie. Siadałam potem w fotelu, patrząc na to rumowisko, na to pobojowisko i  
czułam cudowną, wszystko usprawiedliwiającą, bezradność. Nie miałam pojęcia, od  
czego zacząć, żeby przywrócić w tym pokoju jakiś ład. Dzięki chęci porządku  
idealnego uzyskiwałam bałagan absolutny. Oczywiście, nie muszę ci mówić, że na  
tę analogię zwrócił mi uwagę Koral-kiewicz, kiedy zastał mnie pewnego razu w  
pokoju wyglądającym tak jak po rewizji gestapo, a ja przerażona ciężko,  
wzdychałam w fotelu, czytając przepis na maseczkę ziołową, która cerę miała mi  
zmienić w aksamit. 
Sprawa uporządkowania pokoju wydawała mi się a priori przegrana. Zupełnie  
poważnie zastanawiałam się, czy nie 
144 
zostawić „tego wszystkiego" gospodyni i nie wynająć innego pokoju, wziąć ze sobą  
jedynie puszysty ręcznik, radio i szczotkę do zębów. 
No, ale Koralkiewicz wyrwał mi to „upiększające" pismo z ręki i zapytał. 
-  Czy ciebie ktoś wychowywał? 
-  Nikt - odpowiedziałam. - Od dziecka byłam niewyda-rzona. Najpierw było ważne,  
czy będę żyć, potem było ważne czy... czy... 
-  Czy co? 
-  Czy nie będę kaleką. 
- A to czemu? 
-  Garb mi rósł na plecach. 
-  Bredzisz coś. 
Oczywiście, bredziłam coś, do Heine nie przyznawałam się. Ale z tym wychowaniem  
to była prawda. Nie byłam źle wychowana, byłam w ogóle nie wychowana. Istotne  
było tylko to, czy będę jako tako zdrowa, nikomu do głowy nie przyszło, że  
mogłabym umyć szklankę po herbacie. Szczytem marzeń ojca było, abym skończyła  
filologię rosyjską i tłumaczyła książki, a matki, żebym zdała maturę i wyszła za  
mąż za doktora Kwasa, który miał dom i prywatną praktykę. Gdzie tu mogła być  
mowa o jakiejś pedagogice. W pewnym sensie i tak przerosłam ich marzenia. 
Wtedy Zdziś Koralkiewicz pokazał mi technikę sprzątania pokoju, w którym panuje  
rozgardiasz doskonały. Po dwóch godzinach ogłosił z triumfem: „Widzisz,  
najważniejsze to zacząć. Potem już jakoś idzie." 
A teraz w dodatku nie tylko ja chciałam coś porządkować, porządkował także  
Marcin. Zatrzymując się na herbatę w Słowiku, doczłapaliśmy się wreszcie do tego  
Krakowa. Kiedy rozgościliśmy się w hotelu, zapytałam go o ten zjazd czy kongres,  
czy coś w tym rodzaju. Chociaż byłam już niemal pewna, że niczego takiego nie 
ma,  
a nawet jeśli jest, to udział w tym Marcina nie jest przewidziany. Kiedy napomk- 
145 
nął coś o Szczepanie, wiedziałam, co mam robić, i wiedziałam także, że wszystko  
jest stracone. Nie to, żeby Marcin stosował jakąś formę nacisku. Po prostu  
wspomniał o Szczepanie. Ale ja też nie oszczędzałam mu niczego. Chyba patrzyłam  
na niego jak na mordercę i musiałam mieć niezwykle zacięty wyraz twarzy, kiedy  
podeszłam do telefonu. Nie udawałam, że szukam czegoś w notesie czy w książce  

background image

telefonicznej. Nie udawałam niczego, rozumiesz? Wiedziałam, że Marcin musi  
zobaczyć Szczepana, Szczepana, mojego kochanka. Więc mu to ułatwiłam, nie musiał  
jak ja kiedyś kupować ręcznika i mydła. Kiedy dzwoniłam przemknęło mi przez  
skołowaną głowę, czy mamy ten sam pokój, w którym przeżył pikantny epizod z  
brunetką. Czułam, że się duszę, że zdycham, że się to wszystko musi szybko  
skończyć. 
Marcin próbował coś przedstawiać. Usiłował nadać wspólnie zaplanowanemu  
wieczorowi cechy wieczoru towarzyskiego. Golił się starannie żyletką, choć na  
ogół używał maszynki. Co, dla odmiany, on chciał uzyskać? Wiedziałam już, że to  
nasze ostatnie chwile, ale przez jakieś resztki lojalności, chciałam mu  
powiedzieć, że brnie w rzeczy bardzo niedobre. Być może, to ja go nauczyłam  
patrzenia w złych kierunkach, ale wtedy, patrząc, jak się goli, przysięgłam  
sobie, że już nigdy nic takiego w moim życiu się nie zdarzy, że nigdy, nigdy,  
nigdy, i że tobie powiem wszystko. Postanowiłam tylko przetrwać ten wieczór w  
trójkę. 
, Marcin poszedł gdzieś na miasto, coś kupić, ja nie chciałam się ruszyć z  
hotelu. Siedziałam skulona na tapczanie, miałkość myśli, niechęć do  
jakiegokolwiek ruchu. Wreszcie się ruszyłam, upudrowałam nos, nie zamierzałam  
bardziej się charakteryzować do przewidywanego spektaklu. Byłam absolutnie 
pewna,  
że wieczór będzie bardzo poprawny, ale przecież nie mogło być już między nami  
ani sekundy tego, co było, kiedy w trójkę wyruszaliśmy na wspólny, tragiczny  
urlop. 
Marcin wrócił, rozczulił się nad moją bladością, przyniósł pomarańcze, francuski  
koniak i coś tam jeszcze. Perwersyj- 
146 
ny romans z życia „wyższych sfer" w Polsce. Do piętnastego każdego miesiąca, a  
potem się pożycza, ile w tym wdzięku. Coś z Koralkiewicza przeszło na mnie. Ale  
nareszcie coś postanowiłam. Bezpośrednio na to postanowienie wpłynął Marcin,  
który oświadczył odkrywczo, że hotel to jest hotel i urządzamy jubel u 
Szczepana,  
czy mogłabym jeszcze raz zadzwonić? Jakże go rozumiałam. Ile razy marzyłam o  
krótkim pobycie w mieszkaniu Teresy. A choćby zobaczyć tę brunetkę. 
Powiedziałam,  
że to wspaniale, tylko koniaku za mało, kawy, trzeba też kupić jakieś sardynki,  
ser. Reżyser, który w nim już był, zaakceptował to, jasna rzecz. Po jego wyjściu  
nakręciłam rozkład jazdy. Dawno powinnam nakręcić jakiś rozkład jazdy, dawno, w  
leśniczówce albo wkrótce potem. Nie przebaczamy bliźnim naszego złego myślenia.  
Wiedziałam, że Marcin nie wyjdzie natychmiast, że się urżnie, stwierdzając moją  
nieobecność, ale w duecie z Marcinem nie urżnie się Szczepan, miał po prostu  
większą klasę. Cóż, skoro go pokochać nie mogłam. 
Najbliższy do Warszawy był osobowy. Wzięłam neseser i udałam się na dworzec.  
Tego samego dnia, po męczącej podróży, znowu zatrzaskiwałam drzwi mieszkania  
Marcina. Wstydziłam się wracać do gospodyni, zamieszkałam u Emila. Miałam wprawę  
w zatrzaskiwaniu drzwi i zostawianiu kluczy wewnątrz. Kiedy to zrobiłam z  
drzwiami Marcina rozpłakałam się. A więc było we mnie coś ludzkiego, choć  
podobno płaczą także małpy, no i, naturalnie, bobry. Płakałam nie z żalu nad  
sobą, bo użalać się tu co nie było, właściwie zawsze ja panowałam nad sytuacją.  
Płakałam, bo miałam przed oczami klęskę koncepcji. Miłości wymyślić sobie nie  
można. Płakałam, bo zrozumiałam, że jedynie godną postawą jest czekać, czekać  
cierpliwie na tę łaskę, a ja tak bardzo czekać nie umiałam, w terminologii  
mojego powierzchownego rozumowania słowo to nie istniało. I to zarówno, jeśli  
chodziło o kolejkę po cytryny, poczekalnię u dentysty jak i o miłości. Wiem, że  
straszne to, co ci mówię. Weźmy argumenty 
147 
obronne. Młoda dziewczyna, z prowincji, wyrwana z ciężkiej choroby, trochę  
mitomantka, trochę z pomylonym kierunkiem zawodowym, która absolutnie nie chce  
wyjść za mąż za doktora Kwasa. I nie czuje najmniejszych pragnień tłumaczenia  
książek, woli je czytać. Ale tego nie nazwałabym ambitnym punktem wyjściowym,  
był to raczej przejaw powierzchownego, młodzieńczego buntu przeciwko narzucanym  
mi wariantem egzystencji. Lecz późniejszemu mojemu postępowaniu trudno odmówić  

background image

pewnych cech pozytywnych. Recepcja, studia, smutny pokój na Pradze, dyplom,  
sumienna praca, choć jak to się mówi, nie wkładałam w nią serca. No i co z tego,  
skoro tak bardzo, być może w leku przeciw szarzyź-nie, zabagniłam sobie sprawy,  
dla mnie najbardziej istotne. Chciałam kochać Marcina, podczas gdy prawdziwa tu  
była tylko zazdrość. Zazdrość jako uboczny, wtórny produkt, być może jeszcze ma  
coś wspólnego z fizjologią. Nie można na zazdrości budować niczego. Wobec tego  
chciałam, żeby mnie kochał Marcin - ale ja go udręczałam, on pokochał jedynie te  
niepokoje, które jak ożywczy element wniosłam w jego życie. Najgorsze było chyba  
jednak to, że uważałam, iż te karygodne gry jakoś mnie nobilitują, że tylu  
mężczyzn na świecie bawi się uczuciami kobiet, więc nic takiego się nie stanie,  
jeśli ja spowoduję, że ktoś uwierzy w miłość do mnie. I zdaje się, że byłam z  
siebie nawet zadowolona, choć nieszczęśliwa naprawdę. To nie paradoks. Napadł na  
mnie Emil. 
-  Skąd wiesz - zapytał mnie - czy to życie takie bardzo zwyczajne nie jest  
bardziej ambitne niż twoje? Uważasz się za istotę wyjątkową, patrzcie,  
„chorowałam ciężko, kochać chcę i nie mogę". A czy w tym rozczulaniu się nad  
sobą masz miejsce na miłość? Taka gra do jednej bramki nie może dać żadnych  
efektów. Co zarzucasz Marcinowi? 
- To, że jest kabotynem i przeszedł na moje pozycje. 
-  Byłaś niezłą do tego muzą, co? -Tak. 
-  No i co? Opuścisz go? 
148 
-  Naturalnie. Już to zrobiłam. 
- To przyzwoity facet. 
- To nie ma znaczenia. Wielu jest na świecie przyzwoitych facetów. Ja jestem  
nieprzyzwoita facetka. Czy pozwolisz mi tu pomieszkać spokojnie, czy też się  
wynieść? 
-  Nie zgrywaj się. Co masz zamiar robić? 
-  Nic. Czekać. Pracować. Rysować. Czekać na mieszkanie. 
-  I samotność? 
- Tak. Ty nie kochasz Zosi? 
-  Co przez to rozumiesz? Trzymanie się w kinie za rękę? 
-  Mniej więcej. To znaczy także i to. Straciłam do Marcina szacunek. 
- To nie jest drogi jubilat, którego powinnaś czcić i szanować. 
-  Przebaczył mi dwie rzeczy, których przebaczyć nie powinien. 
- Ale walczyłaś o to przebaczenie? -Tak. 
-  Dlaczego? 
-   Żeby złamać jego wolę. Poza tym, zrozum, jeśli coś w swoim chemicznym  
mózgowiu rozumiesz, właśnie w tym Krakowie, zrobił to, co kiedyś zrobiłam ja.  
Pokochał samo-udrękę. A to jest straszne, wiem, bo przez to przeszłam. 
Pomijając,  
że do niczego nie prowadzi. Poza tym chciał mnie wciągnąć w ten spektakl, w  
spektakl, którym się brzydziłam. Powlókł mnie tam po to, żeby zjeść kolację z  
moim kochankiem. 
-  Marcin był bardzo zwarty, zanim poznał ciebie. 
-  Co przez taką zwartość rozumiesz? To, że nigdy chyba nie spóźnił się do 
pracy?  
To trochę mało. Gdyby patrzeć w ten sposób, to i ja jestem niezwykle mocna.  
Jakoś i ja się nie spóźniam. 
-  Bo ty jesteś mocna. W złym. Negacja jest łatwa. Trudniej nieco o  
konstruktywny plan. 
149 
-  Mam konstruktywny plan. 
- Może dać w zęby Marcinowi? 
To mnie dawno powinien ktoś zbić. Jakże byłam w siebie zapatrzona. Jak  
traktowałam, na przykład, Emila. Czy go w ogóle znałam? Skąd mogłam wiedzieć, że  
za jego żartobliwym: „Chciałbym mieć wagę. Taką do ważenia ludzi. Wędrowałbym po  
jarmarkach" - nie kryje się prawda. Uznałam to za zgrywę. Był doskonałym  
inżynierem, któremu nigdy nie dorosnę do pięt. Układne, gładkie życie rodzinne,  
chwilami uznawane przeze mnie za taniochę. A może istotnie chciałby chodzić po  
jarmarkach. Kochałam Emila niewątpliwie, ale czy i jego nie traktowałam jako  

background image

przystani, eleganckiej łazienki i pewnego rodzaju podpory? 
- W co wierzysz, Emil? Tylko nie mów mi, że w człowieka, dobrze? 
-  W konieczność odpowiedzialności za własne poczynania. 
- Nieźle. Wzniosie - powiedziałam z ironią. 
- A ty w co wierzysz, Katarzyna? 
-  Podczas choroby wdałam się w muzykę. Ale jeszcze inaczej. Trudno byłoby mi  
powiedzieć, że wierzę w muzykę. Być może, próbowałam dopędzić te wizje, które mi  
stwarzała. Wierzę, że jest jakaś prawda. I od tego muszę wyjść. Wiesz, doszłam  
do wniosków już trochę dziwnych. Stwierdziłam w pewnym momencie, że w życiu  
można wierzyć tylko w trzy rzeczy. W sztukę, czyli piękno, w rodziców i w  
matematykę. Specjalnie uszeregowałam to w ten sposób, ponieważ sztuka nie  
zawiedzie nigdy i nie przeminie; rodzice nie zawiodą, ale przeminą, no i nie  
zawsze nas rozumieją; matematyka nie zawodzi, ale zmusza do zmiany poglądów.  
Anglicy od dawna nie mówią dwa razy dwa jest cztery, tylko „dwa razy dwa jest  
podejrzane być cztery". W związku z czym nie przeżywają wstrząsów, jeśli okaże  
się inaczej. Tiyb warunkowy oszczędza masę nerwów i nie daje rozczarowań. Aleja  
nie chcę żyć dłużej w trybie warunkowym. 
150 
-  Katarzyna, co tobie jest? 
-  Histeryzuję, Emil. 
-  Nie chcesz rodziny, Marcina, ojca... 
-  Emil... Marcin siś nigdy o tym nie dowie? Daj mi słowo. 
-  O czym? 
-  Że to jego dziecko. 
-  Oczywiście. Według ciebie jestem technokratą, ale nie rozumiem. Taka  
emancypacja? 
- Taka emancypacja. Psychiczna emancypacja. Gwarancja miłości, i tu nie zawiodę.  
Ktoś mnie będzie kochał, kogoś ja będę kochać. I poza tym to nie jest dziecko  
Marcina. 
-  Kasiu, ty głupia idiotko. Dziecko jako wyjście, dziecko z potrzeby kochania? 
-Tak. 
-  Dam Marcinowi w zęby. 
-  Załóżmy, że tak zrobisz, i co z tego wyniknie? Nie wyjdę za mąż za niego, a  
może nie wyjdę za mąż za nikogo. 
- A rodzice? 
-  Mój Boże, Emil, będą mnie mieć za ofiarę, którą ktoś porzucił. Zresztą, Emil,  
to są dwa różne światy. Ty mi pomóż tylko z mieszkaniem, żeby szybko. I telefon. 
- Zarabiasz dość, żeby się utrzymać. Ale czy nie lepiej byłoby... 
-  Waga. Waga na jarmarku. Każdy ma w życiu coś, od czego nie chce odstąpić.  
Marcin nie zgwałcił naiwnej dziewicy. Ale widzisz, mniejsza z tym, o co 
chodziło,  
ale kiedyś zrozumiałam prawdę. Zrozumiałam prawdę - kłamiąc. I nie odstąpię od  
tego. 
-  To znaczy, o ile dobrze rozumiem, gdyby Marcin nie zawiózł cię do tego  
Krakowa... 
-  Nie wiem, być może. Ale uświadomiło mi to, że on mnie nie kocha, że  
przewodnim motywem jest tu tylko zazdrość, bufonada. Z tym, że to także nie jest  
pewne. Ale wtedy zrozumiałam wiele. Wiesz, on się golił i widziałam w nim niemal  
wszystko. 
151 
Całe jakieś mrotzne wnętrze   chciał,  żebym poszła do 
".      '         zia\ na tym tapczanie, okrywała nogi kra- 
-*          '     '    ^11, postępowałam bardzo źle. ale efekt to 
wszystko ma dla ?^ dob     Zrozumialarri; że nie wolno sie 
bawić w uczucia i in      ,      + , .   „         •  „  - 
mvcn w takie gry wciągać. 
- Jak sobie pora^sz z dzieckiem? 
? ???? rzeczy^jśeie porzuconych kobiet sobie radzi. Aja po prostu, ????^82? raz  
w ^?1? dokonałam wyboru. Teraz mam dziesiątki         w konkretnych. Mieszkanie.  
Awantura z szefem, bo v                        .         . , .-.                             
<nuszę przestać na lakis czas pracować 

background image

z benzenem.  Czyli             ,        .           ,     .       ^.      
„   ,    . 
J    rzucę temat w połowie roboty. Zastąpi 
mnie ktoś zdolniej^   potem wrocę> b0 weszłam juz w to 
jaK na mnie, dosc ąłęboko  Muszę zmienić tryb życia. Odżywiać się, rozumiesz. 
a arzyna - E*^ zawariai się _ a czy ?0 nie jest jeszcze 
jednagrawwyjątkVość? 
Oiciec nie przeżyje z tego powodu 
wstrząsu, ale matką 
-  Pokocha wnuku ! nie sądź te liczę na Jakieś „taś taś", 
ze matka przyjdzie i u j ?        ±   A ?    iv,       - 
_ w   .                   będzie mi to dziecko chować. 
- t ??         Z^m °^resie będzie ci potrzebna. 
Tak, na pewnoy Na szczęście nie jest dewotką. Aja chcę pomesc   odpowied2lalność    
za  wlasne   czyny    choć   przed 
chcta?                ^ z ciebie' Poza tym' ja tego naPrawd? 
°je proje   ?       ajbo ZUpe}nie kretyńskie, albo szalenie ambitne.  
Trudn              . ,; „r_.      -   .   ,        .      , ? , 
*o o werdykt. Wez zaświadczenie od lęka- 
rZacP°PotrzebnmieSZkanie- 
'   --o    u u    ?  C1 dalsze słowa? Czy potrzeba ci coś jeszcze 
- ? aJuz Zrozumiałaś wszystko. Przeszłam jeszcze 
prze* niejedną korr^edię 
Oświadczyny Koralkiewicza, który 
J"    f° na siebie". Rozmowa z Marcinem, pod- 
Ział się. że dziecko jest Szczepana. Nie 
UWierzy., prZyp0m4.ałam 
mu epizod z brunetką. Ile to się 
zy       cia;fcu godziny. Zawiadomił Szczepana telegramem. WyśmiałarrT   * n  ?.  
? . ,         .                    . A     J° 3              \ go. Powiedziałam,  
ze poza mmi dwoma 
152 
jest jeszcze ktoś. Nie, jeśli ci o to chodzi, nie byłam dumna z trzech  
pretendentów do ręki. 
Czy to już? Chyba jeszcze nie. Jaki we mnie spokój i radość, choć nie lubię  
sanitarek i szpitali. Podchodzę do okna. Sądzę, że to fałszywy alarm, nie ma co  
dzwonić do Emila. Na razie. 
Po raz pierwszy dobrze mi z samotnością. I prawie nikt nie dzwoni, poza  
Koralkiewiczem, który nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem dlaczego zaczął mnie  
podziwiać. Od ostatnich dwóch miesięcy przestał też dzwonić Marcin. 
Ciemno. Noc. Jest mi dobrze. Żona Marcina, Luiza, pewnie śpi. Ale wiem, że nie  
śpi Marcin, bo on wie. I wie, że nie ma siły, żeby mnie skłonić do czegokolwiek.  
Zrozumiał to i układnie ułożył sobie życie. Zdaje się, że muszę zadzwonić do  
Emila, obudzić go w środku nocy. Przeszło. 
Mam właściwie porządek w domu, widzisz? A to co? Poezja? Może dobrze w takiej  
chwili poczytać poezję. 
Wymawiam imię twoje w tę noc uśpioną w mroku i twoje imię rozbrzmiewa dalekie  
jak nigdy dotąd. Dalsze niż wszystkie gwiazdy boleśniejsze niż deszcz przelotny.  

Czytam jeszcze raz i jeszcze raz. Jak masz na imię? Tadeusz, Józef, Kosma, 
Cyryl? 
To dziecko jest twoje, chociaż ciebie nie ma. Ale przyjdziesz do mnie, wiem o  
tym. Telefon... 
ISIS. 
F.G. Lorca. 
153 
Cale jakieś mroczne wnętrze. Chciał, żebym poszła do Szczepana, siedziała na tym  
tapczanie, okrywała nogi kraciastym kocem. Emil, postępowałam bardzo źle, ale  
efekt to wszystko ma dla mnie dobry. Zrozumiałam, że nie wolno się bawić w  
uczucia i innych w takie gry wciągać. 
- Jak sobie poradzisz z dzieckiem? 

background image

-  Tysiące rzeczywiście porzuconych kobiet sobie radzi. A ja po prostu, pierwszy  
raz w życiu, dokonałam wyboru. Teraz mam dziesiątki spraw konkretnych.  
Mieszkanie. Awantura z szefem, bo muszę przestać na jakiś czas pracować z  
benzenem. Czyli rzucę temat w połowie roboty. Zastąpi mnie ktoś zdolniejszy.  
Potem wrócę, bo weszłam już w to, jak na mnie, dość głęboko. Muszę zmienić tryb  
życia. Odżywiać się, rozumiesz... 
-  Katarzyna - Emil zawahał się - a czy to nie jest jeszcze jedna gra w  
wyjątkowość? Ojciec nie przeżyje z tego powodu wstrząsu, ale matka... 
-  Pokocha wnuka. I nie sądź, że liczę na jakieś „taś taś", że matka przyjdzie i  
będzie mi to dziecko chować. 
- W pierwszym okresie będzie ci potrzebna. 
- Tak, na pewno. Na szczęście nie jest dewotką. A ja chcę ponieść  
odpowiedzialność za własne czyny. Choć przed chwilą śmiałam się z ciebie. Poza  
tym, ja tego naprawdę chciałam. 
-  Twoje projekty są albo zupełnie kretyńskie, albo szalenie ambitne. Trudno o  
werdykt. Weź zaświadczenie od lekarza, popchnę to mieszkanie. 
Czy potrzebne ci dalsze słowa? Czy potrzeba ci coś jeszcze mówić? Chyba już  
zrozumiałaś wszystko. Przeszłam jeszcze przez niejedną komedię. Oświadczyny  
Koralkiewicza, który godził się „wziąć to na siebie". Rozmowa z Marcinem,  
podczas której dowiedział się, że dziecko jest Szczepana. Nie  
uwierzył..Przypomniałam mu epizod z brunetką. Ile to się może zdarzyć w ciągu  
godziny. Zawiadomił Szczepana telegramem. Wyśmiałam go. Powiedziałam, że poza  
nimi dwoma 
152 
jest jeszcze ktoś. Nie, jeśli ci o to chodzi, nie byłam dumna z trzech  
pretendentów do ręki. 
Czy to już? Chyba jeszcze nie. Jaki we mnie spokój i radość, choć. nie lubię  
sanitarek i szpitali. Podchodzę do okna. Sądzę, że to fałszywy alarm, nie ma co  
dzwonić do Emila. Na razie. 
Po raz pierwszy dobrze mi z samotnością. I prawie nikt nie dzwoni, poza  
Koralkiewiczem, który nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem dlaczego zaczął mnie  
podziwiać. Od ostatnich dwóch miesięcy przestał też dzwonić Marcin. 
Ciemno. Noc. Jest mi dobrze. Żona Marcina, Luiza, pewnie śpi. Ale wiem, że nie  
śpi Marcin, bo on wie. I wie, że nie ma siły, żeby mnie skłonić do czegokolwiek.  
Zrozumiał to i układnie ułożył sobie życie. Zdaje się, że muszę zadzwonić do  
Emila, obudzić go w środku nocy. Przeszło. 
Mam właściwie porządek w domu, widzisz? A to co? Poezja? Może dobrze w takiej  
chwili poczytać poezję. 
Wymawiam imię twoje w tę noc uśpioną w mroku i twoje imię rozbrzmiewa dalekie  
jak nigdy dotąd. Dalsze niż wszystkie gwiazdy boleśniejsze niż deszcz przelotny.  

Czytam jeszcze raz i jeszcze raz. Jak masz na imię? Tadeusz, Józef, Kosma, 
Cyryl? 
To dziecko jest twoje, chociaż ciebie nie ma. Ale przyjdziesz do mnie, wiem o  
tym. Telefon... 
F.G. Lorca. 
ISIS.