background image

 
 
 

 

 
 
Rozdział 1  
Rozmyślając o śmierci, Sarah Mason zawsze wyobrażała sobie, że jej wysłannik wyglądać będzie 
niczym Brad PiU w filmie "Joe Black". Komuś takiemu nie mogłaby odmówić. Przed Sarą stał 
jednak teraz może dwudziestoletni bandyta, którego twarz zasłaniała tandetna plastikowa maska 
przedstawiająca czaszkę, znana jej dotychczas jedynie ze święta Halloween. Był szczupły, miał 
około stu siedemdziesięciu centymetrów wzrostu, ciemną karnację i długie, przetłuszczone 
włosy. W jego uchu błysnął wielki srebrny kolczyk. Spod maski wystawała kędzierzawa kozia 
bródka. Mężczyzna nosił białe, sportowe buty zakrywające kostkę, luźną, czerwoną koszulkę z 
napisem "Hornets" i dżinsowe bermudy, tak długie i tak obszerne, że niechybnie opadłyby przy 
jakimkolwiek gwałtownym ruchu. Krótko mówiąc, wysłannik śmierci, który zagradzał drogę 
Sarze, zdecydowanie różnił się od jej wyobrażeń w tej materii.  
Na dodatek nieznajomy celował w nią z wielkiego i groźnie wyglądającego pistoletu. Gdy minął 
pierwszy szok, Sarah pomyślała, że już na sam widok takiej spluwy można umrzeć, ze strachu.  
- Hej, ty! Idź teraz prościutko do kasy! - rozkazał. Choć Sarah nie widziała jego twarzy, nje miała 
wątpliwości, że wrzeszczał właśnie do niej i że to na nią wskazywał wielkim, czarnym 
pistoletem. Nagle zaczął dość nerwowo się zachowywać. Stojąc pomiędzy rzędami półek, Sarah 
patrzyła mu prosto w oczy widoczne w owalnych otworach maski. Zauważyła ich nieco dzienny 
blask, który zdradzał działanie narkotyków. Bandyta niespokojnie rozglądał się po sklepie.  
Stała jak wryta, nie mogąc zrobić nawet jednego kroku. Otępiałym wzrokiem patrzyła na 
mężczyznę, a przez jej głowę, w zwolnionym tempie, przebiegały obrazy wydarzeń ostatnich 
kilku chwil. Przecież to nie może się dziać w rzeczywistości, zapewniała sama siebie. Że też ją 
musiało coś takiego spotkać. Przecież weszła tu tylko po karmę dla psa ...  
- No, ruszaj się! - ponaglił ją mężczyzna.  
Serce Sary zamarło. Odruchowo przełknęła ślinę.  
- Już, już, idę·  
Wyrwana gwałtownie z rozmyślań wrzaskiem napastnika przycisnęła do siebie wielkie, 
niBbieskie opakowanie karmy Kibbles'n Bits i ruszyła naprzód. To właśnie brak jedzenia dla psa 
spowodował, że weszła do osiedlowego sklepu Quik-Pik, gdzie od razu wpadła w tarapaty.  
- Dalej! Dalej! - Pokrzykiwał bandyta, poganiając ją pistoletem. Przestępował z nogi na nogę, 
cały czas rozglądając się dookoła.  
- Idę, idę - odpowiedziała Sara spokojnym głosem. Jednocześnie przywoływała na pomoc całe 
swoje czteroletnie doświadczenie, jakie zdobyła, pełniąc obowiązki zastępcy prokuratora 
okręgowego hrabstwa Beaufort w stanie Karolina Południowa. W swojej pracy z łatwością da-
wała sobie radę z takimi rzezimieszkami. Teraz jednak nie znajdowała się w sali sądowej i to jej 
los zależał od przestępcy, a nie odwrotnie. Wiedziała, że w tej sytuacji musi nawiązać życzliwszy 
kontakt z bandytą. Przecież sama uczyła takiego postępowania na spotkaniach stowarzyszenia 
Kobiety Przeciw Przemocy. Na zajęciach mówiła:  
"Rozmawiaj z napastnikiem w taki sposób, aby dostrzegł w tobie drugiego człowieka. Być może 
wtedy cię nie skrzywdzi" .  
- Nie denerwuj się - dodała ugodowo.  
_ Ja się wcale nie denerwuję. Za kogo ty się w ogóle masz, że mówisz mi, co mam robić? - 
piskliwym głosem rzucił oburzony nieznajomy.  

background image

Cholera! Chyba coś chlapnęłam nie tak, pomyślała Sarah.  
_ A teraz do kasy - rozkazał, bujając się na stopach, po czym przyłożył Sarze broń do pleców.  
Czekała już tylko na wystrzał. To koniec, uznała.  
Teraz nie chciała już "nawiązywać życzliwszego kontaktu z bandytą". Przyspieszyła za to kroku i 
opuściła głowę. Gorączkowo szukała wyjścia z sytuacji, w której się znalazła. Wcześniej udało 
jej się wystukać na telefonie komórkowym numer policji, ale na tym kończyły się dobre 
wiadomości. Nie czekając na zgłoszenie się dyżurnego i wciąż dźwigając torbę psiej karmy, 
ruszyła korytarzem na zapleczu ku tylnemu wyjściu. Właśnie wtedy z damskiej toalety prosto na 
nią wypadł bandyta, udaremniając plan ucieczki. Od tej chwili całą nadzieję na ratunek pokładała 
w zainicjowanym połączeniu telefonicznym, modląc się, by wkładając aparat do torebki, nie 
przerwała rozmowy.  
Sarah nie wiedziała jednak, co zrobi dyżurny. Mógł, nie słysząc rozmówcy, po prostu odłożyć 
słuchawkę· A gdyby nawet ustalił adres właściciela telefonu, z którego nawiązano połączenie, 
byłby to jej adres zamieszkania. W konsekwencji więc patrol i tak nie zdąży przyjechać do 
sklepu, w którym się obecnie znajdowali. I to była zła wiadomość.  
Jeszcze gorsze było przekonanie Sary, że nawet gdyby dyżurny zorientował się przez telefon, że 
dzieje się coś złego, to i tak nie podjąłby interwencji. Po prostu ostatnio miała z policją na 
pieńku.  
- Głupia suka! - usłyszała stłumiony maską głos napastnika.  
Słowo "suka" było jednym z tych, które ją rozwścieczały, choć nader często obrzucano ją właśnie 
tym wyzwiskiem i na dobrą sprawę nie powinna już zwracać uwagi na takie epitety. Lepiej nie 
odpowiadaj, pomyślała. Szli korytarzem blisko siebie i Sarah czuła ostry zapach bandyty. 
Widocznie stronił od wody lub po prostu cuchnął, spocony z napięcia i zdenerwowania. Przejście 
między rzędami półek, przed którymi się znaleźli, miało pewnie z dziewięćdziesiąt centymetrów. 
Sarah wzdrygnęła się na myśl o tym, że aby się tam zmieścić, będą musieli iść jeszcze bliżej 
siebie. Poczuła, że na jej ciele pojawiła się gęsia skórka - zapewne również pod wpływem zimna 
bijącego od sklepowych chłodziarek, bo Sarah miała na sobie tylko szorty i koszulkę bez 
rękawów. Przede wszystkim jednak swoje niecodzienne doznania zawdzięczała narastającemu 
strachowi. W pewien sposób odebrała obecne przerażenie jako pozytywne zjawisko. Sądziła 
przecież, że przez ostatnich siedem trudnych lat przestała lękać się śmierci. Doskonale pamiętała, 
że w najgorszych chwilach, pośród bezsennych nocy nawet jej pragnęła. A teraz było całkowicie 
jasne, że to właśnie nieuchronność własnej śmierci tak ją poraziła. Cóż, nikt przy zdrowych 
zmysłach nie chce zginąć od przypadkowej kuli. A zwłaszcza na szybkich zakupach.  
- Coś jest z tobą nie tak? Przecież mówię, żebyś się ruszyła! - rzucił Czaszka, patrząc na Sarę. 
Przestępował z nogi na nogę, a uderzające o siebie monety, klucze lub inne metalowe 
przedmioty, które miał w kieszeni, głośno pobrzękiwały.  
- Tak. Oczywiście - odpowiedziała spokojnie, ostentacyjnie przyspieszając kroku i energicznie 
stawiając stopy w letnich klapkach. Ciekawe, że im bliżej była broni, która mogła w każdej 
chwili wypalić, tym mocniej waliło jej  
serce. Umysł Sary pogodził się już z nieuchronną śmiercią, ale jej ciało przeciwstawiało się 
temu ze wszystkich sił. Oddychała nienaturaInie szybko, zalewał ją zimny pot i bolał brzuch, a 
na dodatek uginały się pod nią nogi.  
Co to może oznaczać, że jestem śmiertelnie przerażona i uważam to za coś pozytywnego?, 
zastanawiała się go-  
rączkowo.  
_ Bracie, wszystko w porządku? - dobiegł ich głos drugiego z rabusiów, który trzymał straż przed 
sklepem.  

background image

_ Tak, tak. Wszystko pod kontrolą - odpowiedział Czaszka, spojrzał na Sarę i dodał, zwracając 
się do niej: Ostrzegam cię! Nie próbuj żadnych sztuczek! A teraz ruszaj!  
Oczy napastnika miały złowieszczy wyraz. Mężczyzna skierował na Sarę broń. Uznała, że ten 
człowiek zrobi wszystko, aby zakończyć napad zgodnie z planem, w przeciwnym razie 
ośmieszyłby się przed kumplem, przyspieszyła więc posłusznie kroku. "Nauka przetrwania w 
mieście, punkt sto pierwszy: nigdy nie próbuj lekceważyć ego napastnika", recytowała w 
myślach. Spuściła oczy i skuliła ramiona, celowo nie nawiązując z mężczyzną kontaktu 
wzrokowego. Wlokąc się z pochyloną głową, zauważyła na końcu sklepu małą dziewczynkę 
chowającą się pod okrągłym stołem zastawionym górą pudełek z pączkami. Stół przykrywała 
biała cerata. Niestety z jednej strony plastik nie sięgał do podłogi, pozostawiając 
dwudziestocentymetrowy prześwit. Dziewczynka zwinęła się w kłębek, widać jednak było jej 
opalone, chude i zabrudzone nogi, podkulone aż do klatki piersiowej, ręce kurczowo zaciśnięte 
wokół kolan, jaskrawożółtą koszulkę i niebieskie szorty. Drobną twarzyczkę częściowo zasła-
niały długie, rozczochrane włosy koloru czarnej kawy. Dziecko patrzyło na Sarę dużymi, 
ciemnymi, przestraszonymi oczyma. Przerażona kobieta wstrzymała oddech. Ich spojrzenia 
spotkały się na jedną, pełną napięcia chwilę, która Sarze wydała się wiecznością wypełnioną 
oszalałym biciem serca. Oczami dała znak małej, że ją widzi, i od razu przeraziła się, że 
mężczyzna też może to zauważyć ...  
Oby tylko nie spojrzał w tamtą stronę, modliła się w duchu.  
- Otwieraj tę cholerną kasę! - rozległ się wrzask drugiego z rabusiów, stojącego przy kasjerce. 
Sarah miała nadzieję, że jest ich tylko dwóch.  
- Już, już, proszę pana!  
Wychodziła właśnie zza rzędu półek, gdy kasa otworzyła się z trzaskiem. Teraz Sarah wyraźnie 
widziała drugiego mężczyznę, który mierzył z pistoletu do kasjerki. Była to niska, korpulentna 
kobieta około sześćdziesiątki, ubrana w czerwony firmowy strój przylegający do jej bujnych 
piersi. Rzekłbyś, typowa babcia z balejażem na skręconych trwałą włosach, której ze 
zdenerwowania aż drżały usta.  
- Ładuj wszystko do wora! - rozkazał napastnik, podsuwając kasjerce pod nos zwykłą 
plastikową torbę na zakupy.  
'Kobieta trzęsła się, wrzucając niezgrabnie zawartość kasetki do torby. Mężczyzna, który stał 
przy kasie, wydawał się wyższy i mocniej zbudowany niż Czaszka. Był też bardziej opanowany. 
Nie wymachiwał nerwowo bronią. i nic mu nie brzęczało w kieszeniach. Podobnie jak jego 
kompan miał śniadą cerę i przetłuszczone włosy. Sarah nawet pomyślała, że mogą być braćmi. 
Dostrzegła na szyi napastnika jasną bliznę. Mężczyzna związał włosy w ku: cyk. W przekłutym 
uchu połyskiwało sześć małych diamencików różnej wielkości, ułożonych jeden za drugim od 
największego do najmniejszego. Spod maski przedstawiającej głowę wilka nie wystawała żadna 
broda. Rękawy jego koszulki zostały odprute i widać było lewy biceps ozdobiony tatuażem. 
Patrząc ukradkiem, Sarah dostrzegła rysunek jakiegoś ptaka - może orła. Wiedziała, że od tej 
pory rozpozna go zawsze i wszędzie.  
Za wszelką cenę muszę wyjść z tego cało. A potem zidentyfikuję właściciela tatuażu i postawię 
go przed sądem, postanowiła sobie.  
- Czy to ona? - dopytywał się Wilk, a Sarah starała się unikać jego przenikliwego, choć 
spokojnego wzroku. To był rasowy bandzior i zrozumiała, że on tu jest szefem. Wiedziała, że ten 
mężczyzna nie zawaha się użyć broni.  
- Tak - odpowiedział Czaszka.  
- Na pewno?  

background image

-Tak! Do cholery! Na sto procent! Czy zawsze musisz robić ze mnie debila? - Tylko pytam.  
- To przestań już gadać i zwijajmy się stąd!  
Sarah popatrzyła przez wielką witrynę. Na zewnątrz nie było żywego ducha. Ani przy stacji 
benzynowej, ani na parkingu, gdzie stała jedynie jej niebieska sentra. Przez pobliskie 
skrzyżowanie nie przejeżdżał żaden samochód. Poza jasnymi światłami na parkingu wokół 
panowała ciemna i cicha noc. Sarah, kasjerka i ukrywająca się pod stołem dziewczynka musiały 
radzić sobie same. W okrągłym, wypukłym lustrze umieszczonym nad kasą Sarah obserwowała 
zbliżającego się i szurającego nogami po podłodze Czaszkę. Mężczyzna nerwowo sprawdził 
wzrokiem parking, w kieszeniach nadal dzwonił mu bilon. Wolno skierował lufę pistoletu w jej 
plecy.  
Zamarła z przerażenia. Dotychczas pojęcie śmierci miało dla niej wyłącznie abstrakcyjny 
wymiar. Jednak dzisiejszego wieczoru, w tym klimatyzowanym sklepie uświadomiła sobie 
wyraźnie, że jeszcze nie chce umierać.  
- Tylko tyle? - zirytował się Wilk, gdy zapłakana kasjerka podała mu niemal pustą torebkę. 
Odepchnął pakunek od siebie. - Podnieś kasetkę. Pewnie tam trzymasz banknoty, co? Myślisz, że 
o tym nie wiem? - rozkazał i spoglądając na kompana, zapytał: - A sprawdzałeś w kiblu?  
- Już ci mówiłem, że tak.  
- Nie rzucaj się. Chciałem mieć pewność.  
W chwili gdy kasjerka wyjęła pustą kasetkę, Sarah poczuła między łopatkami jakiś twardy 
przedmiot. W lustrze nad kasą zobaczyła Czaszkę zbliżającego się z tyłu. Wcisnął jej pistolet w 
plecy. Jedyne, co mogła zrobić w takiej sytuacji, to stać bez ruchu. Nie chciała przypadkowo 
sprowokować napastnika do pociągnięcia za spust. Zacisnęła zęby i ze wszystkich sił starała się 
zachować spokój. Po plecach spływał jej pot. Jeszcze raz spojrzała w lustro i zobaczyła swoje 
blade jak papier policzki, szeroko otwarte oczy i wystraszoną twarz. Nawet zaciśnięte usta 
straciły swój naturalny kolor. Czarne, krótkie włosy, wilgotne po prysznicu, który wzięła w 
siłowni, przylgnęły do głowy, co jeszcze bardziej podkreśliło wytrzeszczone oczy i mocno 
zarysowane kości policzkowe. Sarah stała przygarbiona, oburącz przyciskając do siebie 
pięciokJlogramową torbę psiej karmy. Z przerażeniem pomyślała, że wygląda dużo starzej niż na 
swoje trzydzieści jeden lat. Winę za to mogłaby zrzucić na obezwładniający ją strach, brak maki-
jażu, zimne światło, jakie dawały sklepowe jarzeniówki. Prawdę mówiąc, ledwie mogła siebie 
rozpoznać w tej sponiewieranej, przerażonej, chudej kobiecie z lustra.  
Bardzo dawno temu, w czasach, które już słabo pamięta, była przecież ładna ...  
- A gdzie jest reszta tych cholernych pieniędzy? wrzask Wilka wyrwał ją z zamyślenia.  
Mężczyzna przyskoczył do kasjerki. W tej samej chwili jedyny pięćdziesięciodolarowy banknot, 
który trzymała w dłoni, upadł na podłogę, tuż przy nogach Sary, a plastikowa torba wylądowała 
na blacie. Kobieta krzyknęła przeraźliwie, kiedy bandyta uderzył jej głową w kasę. Sarze zrobiło 
się niedobrze, zaschło jej w gardle. Zszokowana patrzyła na rozgrywającą się scenę.  
- Pytam, gdzie reszta pieniędzy?  
Gdy Wilk ponownie uderzył głową pracownicy sklepu o kasę, Czaszka podniósł z podłogi 
pięćdziesiątkę i schował do kieszeni.  
- Gdzie?! Gdzie?! - Przy każdym uderzeniu kasa wydawała charakterystyczny, metaliczny 
dźwięk.  
Sarah była śmiertelnie przerażona. Mogła tylko zacisnąć usta i pięści. Powinna coś zrobić, jednak 
stała w milczeniu. Wiedziała, że próba jakiegokolwiek działania ściągnęłaby na nią gniew 
napastników. Ta myśl paraliżowała ją całkowicie. Początkowo wyraźne krzyki maltretowanej 
kobiety zmieniły się w jęk i szloch. Wilk w dalszym ciągu uderzał jej głową o metalową kasę. W 

background image

tej chwili schowana pod stołem dziewczynka zapłakała głośno. Sarah zamarła, ale nie spojrzała 
w stronę dziecka. Serce omal jej nie stanęło ze strachu.  
"Bądź cicho!", rozkazała małej w myślach. Zaczęła się modlić: "Boże spraw, aby to dziecko 
siedziało cicho. Nie pozwól, aby je znaleźli".  
Wzdrygnęła się na samą myśl o tym. O ile mogła pogodzić się z utratą własnego życia, o tyle 
obawa, że coś złego może się przytrafić tej małej, była nie do zniesienia. Sarah wiedziała, że 
zarówno ona, jak i kasjerka nie wyjdą z tej sytuacji bez szwanku. Spodziewała się nawet naj gor-
szego. Z doświadczenia wiedziała, że raz wyzwolona agresja może jedynie wzrastać.  
To, co właśnie oglądała, przyprawiało ją o mdłości.  
Wilk chwycił kasjerkę za włosy i uniósł jej głowę. Kobieta patrzyła przed siebie 
wytrzeszczonymi oczyma i oddychała chrapliwie, zanosząc się płaczem. Sarah usłyszała 
wyraźniejsze niż poprzednio brzęczenie metalowych przedmiotów w kieszeniach Czaszki. 
Klimatyzatory pompowały strugi powietrza do wnętrza sklepu. Lodówki cicho szumiały. 
Wyglądało na to, że tylko ona usłyszała krzyk dziecka albo tylko ona wiedziała, skąd pochodził.  
"Nie wychodź z ukrycia!", ponownie upomniała małą w myślach. Sama była mokra od potu, 
serce jej waliło jak u długodystansowca, z napięcia zaschło jej w gardle.  
- Gdzie jest forsa, do cholery? - wrzasnął znowu Wilk.  
Puścił wreszcie kasjerkę.  
Zszokowana i zapłakana kobieta opadła na łokcie, nie odpowiadając dręczycielowi. Nie można 
było znieść jej łkania. Nad lewym okiem miała spore rozcięcie, głębokie na tyle, że spod skóry 
ukazała się tkanka. Sarah stała jak zamurowana. Mogła jedynie nasłuchiwać odgłosów 
dochodzących spod stołu z pączkami i obserwować, jak tryskająca z rany krew zaczyna spływać 
po twarzy kasjerki. Gdy kobieta podniosła głowę, Sarah odczytała imię umieszczone na 
plakietce: Mary. Potem napuchnięte, zapłakane i przerażone jasnoniebieskie oczy zamknęły się 
na długą chwilę. Swym niemym"spojrzeniem kobieta wołała: "Pomocy!". Jednak Sarah nie 
mogła jej pomóc, a jakakolwiek próba mogłaby jedynie pogorszyć sytuacj'ę·  
Nagle Wilk uderzył kasjerkę w policzek tak mocno, że aż głowa odskoczyła jej na bok. Mary 
krzyknęła, uniosła dłoń do bolącego miejsca i opadła na blat. Cała się trzęsła. Jej oczy wypełnił 
ból.  
- Gdzie reszta forsy, do cholery?  
- Przysięgam, że więcej nie ma - niewyraźnie odparła  
zapłakana kasjerka. A gdy bandyta przysunął się do niej, załkała jeszcze głośniej i opuściła 
głowę, bojąc się na niego spojrzeć. - Jezu! O, Jezu! Zmiłuj się nade mną! Proszę, zmiłuj się nade 
mną!  
Kątem oka Sarah dostrzegła falowanie białej ceraty. Zapewne dziewczynka musiała się poruszyć 
w swojej kryjówce, chcąc widzieć, co się dzieje. Z obawą pomyślała, że napastnicy też mogli to 
zauważyć. Jednak po kilku pełnych napięcia sekundach okazało się, że nie. Wciąż patrząc na 
szlochającą kasjerkę, Sarah ponownie w duchu nakazała dziecku pozostać w ukryciu i za nic na 
świecie nie wychodzić spod stołu.  
Wilk odwrócił się do swojego kompana i zapytał:  
- Przecież mówiłeś, że o tej porze w kasie zawsze jest kilka tysięcy, i co?  
- To prawda, Duke. Tak zawsze było.  
Wilk zamarł nagle, nie odrywając oczu od Czaszki. Napięcie między nimi gwałtownie wzrosło. 
Sarę ogarnęła nowa fala paniki. Pojęła, co się stało: właśnie usłyszały imię Wilka. Teraz ona, 
kasjerka i dziecko wiedziały, jak się nazywał.  
Od tamtej chwili wydarzenia potoczyły się z narastającą gwałtownością·  
- Właśnie im powiedziałeś, jak mam na imię, palancie! - krzyknął wściekły Duke, odwrócił się 

background image

do kasjerki i ryknął: - Pytam ostatni raz, gdzie reszta forsy?  
Przerażona kobieta nabrała tchu i wyjaśniła:  
- Dzisiaj odebrali utarg wcześniej. Przyjechali po pieniądze po dwudziestej drugiej. Dlatego w 
kasie jest tak mało. Bóg mi świadkiem, mówię prawdę. Przecież nie kłamałabym w takiej 
sytuacji. - Na jej bladej twarzy krew mieszała się ze łzami.  
- Ale gówno! - Duke spojrzał na Wilka.  
Sarah znowu zauważyła ruch pod stołem. Czuła na sobie spojrzenie dziecka. "Nie ruszaj się i 
bądź cicho ... ", wciąż upominała dziewczynkę·  
- To nie moja wina! - bronił się Czaszka.  
- Gówno prawda! - rzucił Duke i skierował wzrok na Sarę·  
- Zabierz jej portfel - zakomenderował i gdy kompan przeszukiwał jej torebkę, zapytał Sarę: - Ile 
tam znajdziemy?  
- Jakieś czterdzieści dolarów i karty kredytowe - odparła zaskoczona własnym ópanowaniem, 
choć ledwie żyła z przerażenia. Miała miękkie nogi, a serce waliło jak oszalałe. Właśnie pozbyła 
się resztek nadziei, że ona lub Mary wyjdą z tego cało. A jeśli tamto dziecko odezwie się lub 
opuści kryjówkę, to z pewnością będą trzy trupy.  
"Boże, nie pozwól im jej znaleźć", modliła się gorąco. - A gdzie twoja torebka? - zwrócił się do 
Mary wyraźnie zniecierpliwiony Duke. W kieszeniach Czaszki, który właśnie przeglądał portfel, 
przestały pobrzękiwać drobne.  
Kobieta oddychała ciężko, trzęsła się i płakała. Strużka krwi powoli rozlewała się na blat przy 
kasie.  
- Na ... na zapleczu - odpowiedziała słabym, drżącym głosem.  
Zaplecze. Jeszcze nam brakowało wycieczki na zaplecze! Właśnie tam żadna z nas nie powinna 
się teraz znaleźć. Jedynie tutaj, w sklepie, mamy szansę na to, że ktoś przyjdzie nam z pomocą. 
Na przykład spóźniony klient, który wjedzie na parking, mógłby zawiadomić policję, co się tutaj 
dzieje, pomyślała Sarah.   
- Ile tam masz? - Duke szarpnął kasjerkę za ramię. - No ile?  
- Niewie,le.  
- No to klapa - skwitował i gniewnie spoglądając na Czaszkę, dodał: - Tyle zachodu na nic. Niech 
to szlag! Po czym cofnął się, uniósł broń i wystrzelił w głowę Mary. Po prostu nacisnął spust.  
Ogłuszona wystrzałem Sarah stała bezradnie z otwartymi ustami. Nawet nie miała czasu 
pomyśleć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Po egzekucji lewa połowa twarzy kobiety 
przestała istnieć. Tryskająca z rany krew zaplamiła wiszące nad blatem pojemniki z papierosami, 
kamerę sklepowego monitoringu, owalne lustro i całe stanowisko kasowe. Mary upadła na 
podłogę, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Gdyby nie ogłuszający ból uszu, Sarah z 
pewnością usłyszałaby głuchy odgłos uderzającego o plastikową wykładzinę ciała. Poczuła 
zapach krwi zmieszanej z ludzkimi wydzielinami - to był zapach śmierci.  
Od razu ją zemdliło. Serce biło nierówno. Bezwiednie wypuściła z rąk psią karmę, ale nie 
usłyszała, jak torba uderzyła o podłogę. Choć dzwoniło jej w uszach, dochodziły do niej 
przekleństwa Czaszki i jakiś przeraźliwy, piskliwy krzyk. Początkowo sądziła, że to ona krzyczy. 
W chwilę potem spojrzała w bok i zorientowała się, skąd dochodzi ten dźwięk. To był głos 
dziecka ...  
- Mary! Mar-eee!  
Osłupiała Sarah obserwowała, jak spod stołu gramoli się ciemnowłosa dziewczynka i biegnie w 
stronę kasy. Zaraz potem dotychczasowa kryjówka dziecka runęła na ziemię, a pudełka z 
pączkami rozsypały się dookoła.  
- A to co takiego ... ? - zdziwił się Duke. Obaj rabusie spojrzeli za siebie. Całkowicie zaskoczeni 

background image

obrotem sprawy stanęli jak wryci, patrząc na wrzeszczącą dziewczynkę·  
- Kurwa mać! - ocknął się Duke i podniósł broń w stronę dziecka.  
 
Rozdział 2  

- Nie! - krzyknęła Sarah, z całej siły odpychając bandytę·  
Zaskoczony nagłym atakiem Duke wpadł na rząd półek, upuszczając pistolet. Broń wylądowała 
koło stojaka z chipsami.  
Teraz albo nigdy, pomyślała zdeterminowana Sarah. Błyskawicznie odwróciła się w stronę 
dziecka, które zdążyło już do nich dobiec. Zawróciła je w miejscu i razem rzuciły -się do 
wyjścia.  
Dalej, szybko!, komenderowała w myślach Sarah.  
Nie zauważyła, czy mała stawia opór, ale nawet gdyby tak było, nie pozwoliłaby na jakikolwiek 
sprzeciw. Dziewczynka miała nie więcej niż sześć, siedem lat i była drobnej budowy. Sarah bez 
trudu z nią sobie poradziła. Ciągnęła małą za sobą pośród wrzasku i zamieszania. Dziecko cały 
czas krzyczało, Czaszka złorzeczył głośno, mierząc w stronę uciekinierek. Wtórował mu Wilk, 
który zdołał już podnieść swój pistolet z podłogi i wrzeszczał do kompana:  
- Zabij je! Zabij!  
- Strzelam! - krzyknął Czaszka.  
Pobudzona adrenaliną Sarah odczuwała wszystkie bodźce zewnętrzne ze zwielokrotnioną siłą. 
Strumień zimnego powietrza z klimatyzatora był niczym lodowaty dotyk śmierci. Pomimo hałasu 
doskonale słyszała każdy krok bandytów, każdy ich oddech, każde szczęknięcie broni. Mdły 
zapach ciała zintensyfikował się w jej nozdrzach. Kolory mijanych w pędzie towarów zlewały się 
ze sobą. Jedynie wątła dłoń dziecka była dla Sary realnym elementem w tym koszmarze. Jej 
samej wydawało się, że niemal stoi w miejscu, zupełnie jakby pokonywała głęboką wodę. 
Wyciągając rękę do uchwytu przy drzwiach wyjściowych, miała wrażenie, że podnosi jakieś 
obce, ciężkie, stalowe ramię. Bandyci nieuchronnie zbliżali się do niej i dziecka. Dostrzegała ich 
sylwetki w ciemnych, lśniących szybach.  
Widząc niewyraźne odbicie składającego się do strzału Czaszki, Sarah wydała rozpaczliwy 
krzyk. Łomoczące serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. Widziała, jak drugi napastnik także 
podnosi do góry broń. Ciarki przeszły jej po plecach. Z sekundy na sekundę spodziewała się wy-
strzału ...  
Otworzyła masywne drzwi i obie wypadły na ulicę.  
Natychmiast otoczyło je parne, sierpniowe powietrze. Na niebie migotały gwiazdy i pysznił się 
półksiężyc. Sarah ciągnęła za sobą krzyczące dziecko z taką łatwością, jakby nic nie ważyło.  
Musimy biec dalej, pomyślała.  
Wtem z różnych stron nadjechały na sygnale cztery wozy patrolowe.  
Nareszcie!  
W tej samej chwili silny podmuch powietrza poderwał ją do góry. Poczuła się tak, jakby ktoś 
uderzył ją ciężkim narzędziem w głowę. Ból rozsadzał jej głowę od środka. Oszołomiona ujrzała 
deszcz szklanych odłamków spadających dookoła.  
To musi być szyba wystawowa, pomyślała. Rozpoczęła się strzelanina i Sarah instynktownie za-
kryła głowę rękami. Upadła, uderzając głową tak mocno o asfalt, że aż zobaczyła gwiazdy. Miała 
potłuczone ramiona, kolana i poharatany podbródek. Leżąc zwinięta w kłębek, poczuła na 
prawym policzku ciepłą strużkę. Sięgnęła tam dłonią, po czym popatrzyła na swoje czerwone od 
krwi palce. Zdała sobie sprawę, że to jej krew, i wpadła w panikę. Boże! Postrzelili mnie ... 

background image

przebiegło jej przez głowę·  
- Jest ich dwóch! Tam, na lewo! - krzyczał z oddali policjant.  
- Uciekają!  
- Stać! Policja! Stać!  
- Uwaga! Jeden ma broń! Cholera jasna!  
Najpierw padł pojedynczy strzał, potem nastąpiła wymiana ognia i jakiś krzyk.  
- Maurice! - zawył z żalu Duke.  
- Rzuć broń! Rzuć broń!  
- Dobra! Tylko nie strzelać! Nie strzelać! - zawołał przestraszony bandyta, rzucając pistolet przed 
siebie. Jednak nie było słychać głosu Czaszki.  

.  

- Ręce do góry! Szybko!  
Sarah widziała jedynie buty przebiegających obok ludzi. Ledwie dysząc, sparaliżowana 
strachem, nie ruszała się z miejsca.  
Boli, strasznie boli...  
W chwilę później jakiś mężczyzna w dobrze wypolerowanych czarnych butach zatrzymał się 
koło niej. Zaraz podszedł też ktoś inny.  
- To Sarah Mason. - Jeden z mundurowych przykucnął. Źle widziała, nie mogła więc dokładnie 
rozpoznać twarzy, ale wydawało jej się, że to Art Ficus, znany jej całkiem dobrze policjant, z 
którym miło się pracowało.  
- Chyba została postrzelona - odezwał się Art.  
- Zbyt wielu nie będzie płakać z tego powodu - odburknął drugi policjant.  
Tego też znała. Był to z pewnością Brian McIntyre.  
Ostatni raz słyszała jego głos, gdy po obiedzie odsłuchiwała automatyczną sekretarkę. Brian nie 
wzbudził jej sympatii ani wówczas, ani teraz. Art najpierw dotknął ramienia Sary, a potem 
odszukał puls na nadgarstku. Choć jej ramię pozostawało bezwładne, poczuła dotknięcie jego 
palców.  
- Sarah? Czy mnie słyszysz? 
- Tak - próbowała odpowiedzieć, odkrywając ze zdumieniem, że nie może mówić. Dokładniej 
rzecz ujmując, Sarah otwierała usta, z których nie wydobywał się żaden dźwięk. Próbując 
wydusić z siebie cokolwiek, poczuła smak napływającej do ust krwi.  
Czy ja umieram? Czy to jest śmierć?, zastanawiała się. Leżała spokojnie. Nigdzie już nie biegła, 
niczego się nie bała. Miejsce pośpiechu i strachu zajęły zaciekawienie, niedowierzanie i odrobina 
smutku. Cała sytuacja wydała jej się nierzeczywista.  
Nie chcę umierać, wyznała sama sobie.  
Było to mocne, ostateczne i jednoznaczne postanowienie. Wbrew przeciwnościom losu chciała 
przeżyć. Zaraz jednak przyszło pytanie, czy ma taki wybór. Czy w ogóle można wybierać między 
śmiercią a życiem?  
Sarah czuła, że traci przytomność. Resztkami sił próbowała zebrać myśli i przekazać Artowi 
ważną wiadomość, która jednak nie chciała się zmaterializować w jej mózgu. - Tutaj! - zawołał 
Art.  
Szukał jej pulsu, tym razem na szyi. Resztkami świadomości Sarah zdała sobie sprawę z tego, że 
musi mieć bardzo słabe tętno, skoro Art nie wyczuł go na nadgarstku. Zauważyła jeszcze, jak 
zaniepokojony przywoływał ręką sanitariusza.  
Coraz słabiej słyszała panujący dookoła zgiełk.  
Czy tak właśnie czuje się umierający? Po prostu odpływa? To jest nawet przyjemne ...  
W tej właśnie chwili przypomniała sobie, o czym chciała poinformować Arta. Chciała dać mu 

background image

znak, gdy nowa fala bólu przeszyła ją na wskroś.  
- Już dobrze, dobrze - uspokajał ją Art. - Tylko oddychaj. Tylko oddychaj.  
- Dziewczynka ... - Sarah nadludzkim wysiłkiem zdołała wymówić tylko jedno słowo.  
Pamiętała, że w chwili, gdy została trafiona, mała ciągle przeraźliwie zawodziła. Wtedy czuła 
jeszcze ciepło jej dłoni. Potem nastąpił wystrzał, upadek na ziemię i cisza. Dziewczynka już nie 
szlochała, nie było jej w pobliżu. Po prostu przepadła.  
Gdzie jest teraz?, zastanawiała się Sarah.  
Utrudniał jej oddychanie gryzący zapach rozgrzanego w ciągu dnia asfaltu, benzyny, prochu i 
spalin radiowozów, dławiła się napływającą do nosa i gardła krwią. Z całej siły walczyła jednak 
o przetrwanie. Choć wypadła ze sklepu na wpół przytomna, pamiętała, że krzyk dziecka ucichł 
w chwili, gdy dosięgnął ją pocisk. Potem wszystko się urwało. Na myśl o możliwych 
wyjaśnieniach tego faktu ciarki przeszły Sarze po plecach. Co się stało z jej podopieczną?  
Poszukaj dziecka, chciała polecić Ficusowi, ale nie mogła wymówić ani jednego słowa.  
- Nic nie mów - polecił Art, odrywając palce od jej szyi, po czym wstał i wzniesioną ręką 
przywołał pomoc. - Tutaj! Szybciej!  
Czy dziewczynka też została ranna i leży obok cała we krwi? Na ciemnym parkingu kręciła się 
masa ludzi. Łatwo można było przeoczyć jedno drobne dziecko.  
Gdzie jest... ta mała?, zastanawiała się Sara.  
Nikt nie odpowiadał na jej pytanie. Czy Art je usłyszał?  
Czy ona w ogóle powiedziała cokolwiek? Na pewno poruszała ustami, ale czy wydobyła z 
siebie jakikolwiek dźwięk?  
Przesunęła spojrzeniem po tej części parkingu, którą miała w zasięgu wzroku. Z tyłu był sklep. 
Przed nią stał Art, dalej na czarnym asfalcie jaśniały stacja benzynowa i skrzyżowanie, gdzie 
właśnie zabłysło zielone światło. Po drugiej stronie ulicy znajdowały się zamknięta o tej porze 
chińska restauracja i ciemny plac wypełniony używanymi samochodami. Sarah widziała też 
kilka wozów policyjnych i dwie karetki pogotowia z włączoną sygnalizacją, zagradzające oba 
wjazdy na parking. Inne radiowozy wjeżdżały właśnie na skrzyżowanie, a policyjna furgonetka 
z piskiem opon zahamowała przed sklepem. Zaraz wysypali się z niej umundurowani mężczyźni 
w hełmach, kuloodpornych kamizelkach, z karabinami w dłoniach. Czy to oddziały SWAT? 
Najwyraźniej policja nie zlekceważyła sprawy. Sarah nie widziała tylko tego, co się działo za 
rzędem migoczących świateł radiowozów i ambulansów. Domyślała się jednak, że po drugiej 
stronie ulicy, koło banku, zebrali się gapie. Wokół panował chaos i nie dostrzegła dziewczynki.  
Sarah spróbowała usiąść. Ból, który przeszył ją natychmiast, sprawił, że opadła z powrotem na 
asfalt. Zakręciło jej się w głowie. Ciężko oddychając, niemal zemdloną leżała z lewym uchem 
przyciśniętym do ziemi. Dochodzące ją dźwięki syren, okrzyki i stukot butów odbierała jako wi-
bracje podłoża. Znów poczuła, że słabnie z każdą sekundą. Uzmysłowiła też sobie, że gdy leżała 
nieruchomo, zachowywała większą jasność umysłu. I nawet nie bolała jej głowa, choć czuła 
dziwne mrowienie w czaszce. Właściwie to całe jej ciało wysyłało dziwne, nieznane wcześniej 
sygnały.  
A to pewnie nic dobrego, uznała.  
Zanim straci przytomność na dobre, chciałaby wiedzieć, co się stało z dziewczynką ze sklepu. 
Musi pozostać przytomna tak długo, aż ktoś jej powie, że znaleziono dziecko.  
- W sklepie jest jeszcze jedna ofiara napadu. - Usłyszała za plecami.  
- Niech to szlag!   
To pewnie Mary.  
Obok przetoczył się wózek do transportu rannych, a chwilę później drugi. Pojawiło się obok niej 

background image

kilku sanitariuszy. Sprawdzali jej puls i obejrzeli rany na głowie ...  
- Dziewczynka ... - Zdobyła się na jeszcze jeden wysiłek.  
- Jaka dziewczynka? - zapytała ratowniczka, przyciskając opatrunek tuż za prawym uchem Sary, 
która pomyślała ze zdziwieniem, że to nie bolało. To zabawne, że dziwi mnie brak bólu, uznała.  
- Załóż jej maskę - rzuciła do kogoś z tyłu opatrująca ją kobieta.  
- Ta dziewczynka była ze mną w sklepie - wykrztusiła Sarah resztką sił.  
Maska, która w tej chwili zakryła jej nos i usta, całkowicie uniemożliwiła mówienie. SaraJ1 
oddychała teraz przyjemnym, świeżym powietrzem. Wzięła głębszy oddech, a potem drugi. 
Mdłości ustępowały, za to wzmagał się ból.  
- Czy ktoś widział dziewczynkę? Poszkodowana twierdzi, że była z nią w sklepie - zapytała 
głośno ratowniczka, w chwili gdy Sarze zakładano kołnierz ortopedyczny.  
Niestety, Sarah usłyszała tylko negatywne odpowiedzi.  
I znów ogarnęło ją przerażenie. Gdzie się podziało dziecko? Przecież musiało być w pobliżu. 
Może znaleźliby małą, gdyby bardziej przyłożyli się do poszukiwań ...  
Daremnie próbowała coś powiedzieć pod maską.  
- Czy jesteście gotowi? - zapytał sanitariusz, podjeżdżając wózkiem do Sary.  
- Tak - odpowiedziała ratowniczka.  
W tej samej chwili umysł Sary wołał "nie!". Nie mogła się stąd ruszyć, póki nie dowie się 
czegokolwiek o losach dziecka.  
Spróbowała zedrzeć z twarzy maskę, unieść głowę i powiedzieć, że trzeba zaczekać, że trzeba 
najpierw od-  
szukać małą dziewczynkę. I to był błąd. W jednej sekundzie przeszył ją tak przeraźliwy ból, że 
nawet nie zdała sobie w pełni sprawy z tego, że właśnie mdleje.  
Sarah zdziwiła się niepomiernie, gdy pierwszą osobą, którą zobaczyła po przebudzeniu, była jej 
córka, Alexandra Rose Mason. Lexie, jak ją nazywano w domu. Miała niebieskie oczy, zadarty 
nosek, piegi i rumiane policzki. Poważnym wzrokiem patrzyła na matkę. Sarah poczuła bolesny 
przypływ tęsknoty i miłości. Z radością przyglądała się małej, schludnej dziewczynce z dworna 
rudymi kucykami przewiązanymi satynowymi wstążkami koloru jej włosów. Dziecko stało 
nieruchomo, co zdziwiło Sarę, gdyż pamiętała swoją pięcioletnią córkę jako żywe srebro. Lexie 
albo właśnie biegła, albo tańczyła lub podskakiwała czy też pędziła przed siebie. Nigdy nie 
siedziała spokojnie, zawsze była czymś zajęta. Grała w dziecięcy baseball czy w piłkę, innym 
razem pływała, wybierała się na piknik bądź też jeździła konno. W ogóle uwielbiała zabawy na 
powietrzu. W związku z tym zazwyczaj była umorusana, podrapana i miała wiecznie potargane 
włosy. Teraz jednak włożyła ulubioną jasnoniebieską koszulkę i ciemniejszą sukienkę i 
wyglądała bardzo schludnie.  
Sarah wiedziała, że taki idealny stan nie potrwa długo.  
_ Cześć, mamo! - pozdrowiła ją z uśmiechem Lexie.  
Rozpromienione dziecko, z lekko zaróżowionymi policzkami, prezentowało radośnie wszystkie 
ząbki, łącznie z jedynką, która lada moment wypadnie.  
Sarah bez słowa odwzajemniła uśmiech.  
_ Emma przyniosła ciasto - opowiadała podekscytowana Lexie. Sarah rozkoszowała się głosem 
córki. - To ciasto urodzinowe. Emma kończy właśnie sześć lat. A kiedy ja mam urodziny?  
_ Dwudziestego siódmego października - odpowiedziała w myślach Sarah.   
- Czy ja też będę miała sześć lat? - dopytywała się mała.  
- Tak.  
- To znaczy, że będę miała tyle lat co Emma. Chociaż ona powiedziała mi, że i tak jest starsza. - 
Lexie zachmurzyła się, aby po chwili wrócić do poprzedniego nastroju. - Mamo, jak myślisz, czy 

background image

wygram dziś zawody?  
Dziś jest uroczyste zakończenie sezonu dziecięcego baseballu. Piknik i rozdanie nagród 
zorganizowano w parku Waterfront. W tajemnicy przed dziećmi rodzice i trenerzy uzgodnili, że 
w tym roku każdy z zawodników dostanie małe niebiesko-złote trofeum. Na samo wspomnienie 
tego dnia Sarze zrobiło się przykro. Jej córka uwielbiała wygrywać. Miała już dwie nagrody: 
jedną za ukończenie kursu pływania i drugą za udział w wiosennych rozgrywkach piłkarskich. 
Obie stały na honorowym miejscu, na nocnym stoliku, na którym już nie zmieszczą się kolejne 
trofea. Choć Sarah raczej w to nie wierzyła, być może namówiłaby córkę, aby po otrzymaniu 
trzeciej nagrody przestawić wszystkie na regał w dużym pbkoju. Byłoby to o tyle trudne, że 
Lexie nie lubiła, gdy się jej coś kazało zrobić. Skoro raz zdecydowała, że miejsce jej nagród jest 
na stoliku, musiały tam pozostać.  
Na szczęście to było dopiero przed nimi. Teraz Sarah nie chciała psuć dziecku radości z 
niespodzianki.  
- Nie wiem, czy wygrasz dzisiaj, kochanie. Zobaczymy.  
- A czy mogę zjeść trochę ciasta?  
Sarah zamarła.  
- Jeszcze nie. Poczekaj na mnie.  
- To moje ulubione: czekoladowe z lukrem i różyczkami. Mamo, pozwól mi zjeść trochę.  
- Nie! Nie! Nie! - krzyczała Sarah w myślach, lecz Lexie musiała usłyszeć coś zupełnie innego, 
bo najpierw uśmiechnęła się szeroko, a potem ruszyła przed siebie tanecznym krokiem.  
Sarah zdenerwowała się, że nie może powstrzymać córki i jedynie patrzyła na jej oddalającą się 
sylwetkę· W chwilę później mała zaczęła podskakiwać. ,,wszystkie dzieci umieją podskakiwać, a 
ja nie" - poinformowała ją smutno Lexie na zakończenie przedszkola. Chcąc to naprawić, przez 
całe lato obie ćwiczyły trudną sztukę podskakiwania na skwerku przed domem. Lexie opanowała 
nową umiejętność akurat przed rozpoczęciem roku szkolnego w pierwszej klasie.  
- Zostawię ci trochę ciasta, mamo - rzuciła przez ramię i po raz ostatni szeroko się uśmiechnęła.  
Sarze zrobiło się ciężko na sercu.  
- Nie odchodź, kochanie. Jeszcze nie odchodź. Nieświadoma nawoływań matki mała Lexie szła 
dalej przed siebie.  
Sarah ogromnie to przeżywała. Mogła jedynie patrzeć na oddalające się dwa kucyki pląsające w 
powietrzu w rytm podskoków dziecka. Jej mała Lexie była taka szczęśliwa, taka beztroska ...  
- Nie! Nie! Nie! Nie! Nie - niemo protestowała Sarah. W końcu zaczęła szlochać. Jej ciałem 
wstrząsały spazmy; daremnie próbowała uciec przed nadchodzącym cierpieniem.  
- Lexie, Lexie ...  
Jednak Sarah doskonale wiedziała, że Lexie nie wróci.  
Nie można przecież cofnąć czasu. Co się stało, już się nie odstanie.  
Obudziła się zapłakana. Oddychając ciężko, patrzyła w ciemność szeroko otwartymi oczyma. 
Lexie zniknęła. Znowu.  
Sarah poczuła przerażające osamotnienie. To był tylko sen. Jak zawsze tylko sen.  
A już miałam nadzieję, że przyzwyczaiłam się do tego, pomyślała rozżalona, próbując opanować 
oddech. Każde takie spotkanie z Lexie wciąż było dla niej bolesnym przeżyciem. Miała ściśnięte 
z żalu serce, cała się trzęsła, z trudem oddychała i zawsze płakała.  
- Lexie!  
Gdy usłyszała swój jęk, zamilkła.  
Weź się w garść. Zostaw sprawy ich własnemu biegowi. W nic nie ingeruj. Masz wystarczająco 
dużo siły, aby lo zrobić, rozkazywała sobie w duchu.  
Jednak pomimo determinacji Sary wszechogarniająca rozpacz wcale jej nie opuszczała. Na wpół 

background image

rozbudzona nie miała w sobie dość siły, aby ją opanować. Jedyną dobrą stroną sytuacji było to, 
że ból psychiczny zagłuszał ten fizyczny. W porównaniu z cierpieniem duszy jej zmaltretowane 
ciało, spuchnięta prawa część twarzy i paraliżujący ból głowy były niczym. Żadne z nieszczęść, 
które dotknęły Sarę, nie równało się jednak z kiełkującą w jej świadomości chęcią śmierci.  
Czy ten ból pozostanie na zawsze?, zastanawiała się. Dzisiaj była przekonana, że to się nigdy nie 
skończy. Jedyne, co mogła zrobić, to zacisnąć zęby i żyć dalej. Próbując uwolnić się od 
koszmarnych nocnych obrazów, skoncentrowała się na rzeczywistości.  
Po pierwsze, musiała ustalić, dlaczego czuła się jak po zdef2;eniu z ciężarówką. Z trudem 
odszukiwała w pamięci ślady tego, co zaszło. Dostrzegła, że leży na plecach z lekko uniesioną 
głową na jakiejś miękkiej powierzchni, w której rozpoznała łóżko. Zastanawiała się, dlaczego w 
jej ciemnym pokoju jest tak zimno, skąd dolatuje słaby zapach octu i co to za pulsujący dźwięk 
rozlega się tuż koło jej głowy. Nagle Sarah zdała sobie sprawę z tego, że otaczająca ją ciemność 
jest inna niż ta, którą znała. Nie była też ani w swoim pokoju, ani w swoim łóżku. A gdy 
dokładniej przyjrzała się otoczeniu, stwierdziła, że wcale nie otacza jej absolutny mrok, tylko 
zielonkawa poświata, zza której niewyraźnie dostrzegała kształty, cienie i jakiś ruch.  
Sarah mocno się zaniepokoiła i próbowała unieść głowę. Natychmiast zrezygnowała jednak, 
wykrzywiając twarz w bolesnym grymasie. Wpatrzona w ciemny kąt pokoju dostrzegła, jak w jej 
stronę zbliża się jakiś ciemny kształt, który nagle przybrał postać wysokiego, dobrze 
zbudowanego mężczyzny.  
 
Rozdział 3  
- Już nie śpisz?  
Sarah uspokoiła się, rozpoznawszy głos Jake'a. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że przez 
ostatnich siedem lat Jake Hogan stał się dla niej jedynym oparciem, najbliższą osobą. Trwał przy 
niej w najgorszym okresie, doradzał, jak ma postępować, ale i wyręczał ją w cQ.dziennych 
obowiązkach. Zrozpaczona po zaginięciu córki Sarah zawsze mogła na niego liczyć. Ona zresztą 
też wspierała Jake'a, gdy przeżywał rozpad własnego małżeństwa i w czasie innych dopadających 
go kryzysów, których główną przyczyną był brak umiejętności osiągania kompromisu. Dzielili 
się sekretami, ich wspólną pasją było wędkarstwo i kibicowanie drużynom sportowym 
Uniwersytetu Karoliny Południowej. Czasami oglądali też infantylne horrory. Choć rzadko, ale 
zawsze miło spędzali razem czas. Gdy firma detektywistyczna Jake'a zaczęła pracować na 
zlecenie biura prokuratora okręgowego, wspierali się wzajemnie także na niwie zawodowej. 
Plusem tej znajomości było również to, że potrzebując ochrony przy różnych okazjach, Sarah 
potrafiła namówić Jake'a, aby jej towarzyszył. Minusem okazała się jego wrodzona niechęć do 
telefonicznych pogaduszek i centrów handlowych, czego szczerze żałowała.  
Teraz Sarah miała trudności z mówieniem. Musiała przełknąć ślinę, zanim zdołała wykrztusić 
krótkie "Cześć!". Poza tym bardzo kręciło się jej w głowie. Nie mając pewności, czy to pokój, 
czy też ona sama wiruje, stawiała jednak na zawroty głowy.  
- Bardzo się kręcisz. Czy coś cię boli? - spytał Jake, zapalając lampkę nad łóżkiem. Sarah na 
chwilę przymknęła oczy, chroniąc je przed snopem światła. Mający ponad metr osiemdziesiąt 
wzrostu i ważący blisko sto kilogramów Jake zasłaniał jej cały widok. Nadal wyglądał niemal tak 
jak przed laty, kiedy grał w szkolnej drużynie futbolu amerykańskiego, z dumą prezentując 
szeroki tors i ramiona. Jak na trzydziestodziewięcioletniego mężczyznę był bardzo 
wysportowany. Miał stanowczy i budzący respekt podbródek, a niemal czarne oczy i wąskie usta 
nadawały mu surowy wygląd, nawet gdy odpoczywał. Orli nos, krótko przycięte kruczoczarne 
włosy i śniadą cerę zawdzięczał domieszce indiańskiej krwi.  
- Owszem - odparła Sarah z wielkim trudem i zaraz dodała: - Ale nic na to nie poradzę.  

background image

Oszołomiona, wpółprzytomna i cała poturbowana Sarah powoli dochodziła do siebie. Mozolnie 
kojarząc fakty, niemal słyszała obracające się trybiki szarych komórek. Jej świadomość wciąż 
jeszcze pozostawała pod wpływem nie dawnego snu. Lexie ... kołatało się jej po głowie. Jednak 
Sarah nie chciała już dłużej śnić. Już nie.  
- Widzę, że się nie załamujesz - krótko stwierdził Jake, ściskając jej rękę. Dopiero ciepły dotyk 
uświadomił jej, że sama miała zimne dłonie.  
- Tylko nie zrzędź - odrzekła i z ciekawości delikatnie poruszyła palcami u rąk i nóg. Wszystko 
było w porządku. - Gdyby cię coś bolało, powiedz mi o tym. Zawołam lekarza, niech ci da coś 
przeciwbólowego.  
Sarah nie odpowiedziała, co zirytowało Jake'a. Była jednak tak osłabiona, że nie próbowała 
prowadzić z nim jakichkolwiek sporów. Do tego wszystkiego miała kłopoty z oczami i nie 
widziała wyraźnie przyjaciela. Próbowała wytężyć wzrok, ale wówczas pojawił się ból. 
Ograniczyła się więc do lekkiego zmrużenia oczu. Nie bez zdziwienia i lęku rozpoznała typowy 
szpitalny pokój i wąskie łóżko, w którym leżała, mając jakiś dziwny kask na głowie. Ponownie 
zobaczyła zielonkawą poświatę, lecz delikatnie się odchylając, zauważyła, że światło pochodzi z 
monitora ustawionego przy wezgłowiu łóżka. Pulsujący dźwięk dobiegał z drugiego monitora. Z 
lewej strony łóżka stała na wpół pusta kroplówka podłączona do ramienia Sary. W prawym rogu 
zauważyła czarną leżankę. Pomyślała, że tam jeszcze przed chwilą musiał siedzieć Jake, zanim 
zaniepokoiło go jej zachowanie. Na przeciwległej ścianie dostrzegła okno z beżowymi 
zasłonami, maleńki stolik z telefonem, dzbanek, kilka szklanek i pilota do telewizora stojącego 
na przytwierdzonej do ściany metalowej półce. Tak, była w szpitalu, ale na szczęście w pokoju 
jednoosobowym.  
Ciągle jednak nie pamiętała, dlaczego się tu znalazła.  
- Czy ... czy miałam jakiś wypadek Jake?  
- Niczego nie pamiętasz? - zdziwił się, marszcząc krzaczaste, czarne brwi.   
- Nie-eee bardzo - odpowiedziała, a jedynym widokiem, który miała wyraźnie przed oczyma, 
była postać odchodzącej Lexie ...  
Serce Sary znów ścisnął żal, zmusiła się więc do powrotu do rzeczywistości. Ku własnemu 
rozgoryczeniu poczuła, że ma zapuchnięte oczy, zatkany nos i mokre policzki. Pewnie Jake zaraz 
ją zgani, że płakała, choć nie tak dawno obiecała mu, że już nigdy nie będzie szlochała po 
nocach. I szło jej całkiem dobrze. Może przy odrobinie szczęścia przyjaciel pomyśli, że płakała z 
powodu rozsadzającego głowę bólu.  
Dotknął jej mokrego od łez policzka.  
- Pewnie miałaś zły sen, co? - zapytał naj delikatniej, jak umiał.  
Znów nie udało się niczego przed nim ukryć. Był spostrzegawczy i dobrze ją znał.  
- Tak - przyznała niechętnie.  
- Lexie?  
- Tak. - Westchnęła ciężko i chcąc zamknąć temat, ostrożnie spróbowała podnieść rękę do prawej 
skroni, skąd promieniował ból. Była jednak zbyt osłabiona, aby to zrobić. Poczuła nagłe 
uderzenie bólu, a cały pokój niebezpiecznie się zakołysał. Sarah tylko dlatego nie zemdlała od 
razu, że opuściła dłoń i zamknęła oczy. Po czym dodała: - Nie czuję się jeszcze ... dobrze.  
- To nic dziwnego.  
Gdyby usłyszała te słowa, mogłaby powiedzieć, że spodziewała się innego komentarza. Jednak 
nie dała rady, bo zemdlała.  
 
Kiedy otworzyła oczy, za oknem świtało. W wypełnionym cieniami pokoju nie paliło się żadne 

background image

światło. Sarah rozejrzała się dookoła i ze smutkiem stwierdziła, że nadal jest w szpitalu. Leżała 
bez ruchu, oddychając powietrzem wypełnionym jakimś środkiem antyseptycznym, którego za-
pach już wcześniej nieco ją intrygował, i nasłuchiwała odgłosów wydawanych przez otaczający 
ją sprzęt medyczny.  
Tym razem złe samopoczucie, jak po zderzeniu z ciężarówką, nie było niespodzianką. Podobnie 
jak widok sportowych butów należących do usadowionego na kozetce Jake'a. Miał na sobie to 
samo ubranie, które zapamiętała z ich poprzedniej rozmowy: wymięte szorty koloru khaki i 
ciemnoniebieską koszulkę z krótkim rękawem. Wyciągnięty z założonymi na klatce piersiowej 
rękami i lekko odchyloną w tył głową opierał skrzyżowane w kostkach nogi na brzegu łóżka. 
Początkowo Sarah pomyślała, że przyjaciel mocno śpi, ale zaraz dostrzegła, że patrzy na nią spod 
na wpół przymkniętych powiek.  
- Widzę, że wracasz do życia - zauważył.  
- Chyba tak - odparła Sarah, ostrożnie otwierając oczy.  
Tym razem ból się nie pojawił.  
Jake opuscił nogi na podłogę, wstał, ziewnął i przeciągnął się mocno.  
- Jak się czujesz?  
- Fatalnie. - A było z nią jeszcze gorzej. Niemiłosiernie huczało jej w głowie, bolały ją kolana, 
łokcie, podbródek i lewe biodro. Wszystko na swój sposób i z różnym nasileniem. Miała sucho w 
gardle, usta jej spierzchły.  
- Czy jest tu woda?  
- Tak. - Jake nalał trochę do szklanki, włożył do niej słomkę i podał Sarze.  
- Dzięki.  
Po wypiciu wody przestały dokuczać wyschnięte usta i gardło. Reszta pozostała bez zmian. Choć 
Sarah nie otrząsnęła się jeszcze ze snu, była zaskoczona obecnoscią Jake'a. Przecież gdy ostatnio 
dał znak życia, nurkował w okolicach Florida Keys ze swoją ostatnią dziewczyną.  
- Czy nie powinieneś teraz wypoczywać? - spytała. Jake odstawił szklankę z powrotem na stolik 
i ziewając, usiadł: Sarah dodała: - Co ty tu właściwie robisz?  
- Zatelefonował do mnie Morrison.  
Larry Morrison, prokurator okręgowy hrabstwa Beaufort, był przełożonym Sary. Wspólnie z 
Jakiem wyprawiali się na ryby. Miało to zarówno dobre, jak i złe strony. Sarah mogła bowiem, 
rozmawiając tylko z Jakiem, poznać zdanie swojego szefa w interesującej ją sprawie, co 
sprzyjało dobrej ocenie jej pracy przez Larry'ego. Wiedziała jednak, że ją obgadują, czego nie 
znosiła.  
- Która godzina? - spytała niespodziewanie, usiłując podnieść się na łokciach. Spodziewane 
zawroty głowy nie nastąpiły. Sarah opadła z powrotem na łóżko, mówiąc: Muszę się pozbierać. 
O dziewiątej mam w sądzie sprawę Parkera.  
- Dzisiaj nigdzie nie pójdziesz. I o nic się nie martw, Morrison na pewno wyznaczy zastępstwo - 
oświadczył Jake i dodał: - A poza tym jest już za osiemnaście dziewiąta.  
Co w języku zwykłych ludzi oznaczać miało ni mniej, ni więcej tylko to, że ma takie same szanse 
na dotarcie dzisiaj do sądu, jak na wyprawę na Księżyc. Sarah sięgnęła ręką do głowy, która 
niemiłosiernie jej ciążyła. Pod palcami wyczuła jakiś szorstki materiał i po chwili odkryła, że ma 
zabandażowaną całą czaszkę.  
Teraz wszystko sobie przypomniała.  
- Zostałam postrzelona - oznajmiła.  
- Zgadza się - ze smutkiem w głosie potwierdził Jake i dodał: - Na szczęście to jedynie 
powierzchowna rana, choć mocno się potłukłaś, uderzając o asfalt. Poza tym straciłaś trochę krwi 

background image

i włosów.  
- Widać Morrison sądził, że umieram, skoro zadzwonił do ciebie aż na Florydę.  
- Larry zastał mnie w domu, gdzie, prawdę mówiąc, byłem od wczoraj.  
- Ale ... - zaczęła Sarah, walcząc z pulsującym bólem głowy - dzisiaj jest czwartek, a ty miałeś 
się pojawić dopiero w niedzielę.  
- Trzeba było wcześniej wrócić do pracy, więc skróciłem wakacje.  
- Pewnie Donna - nagle w głowie Sary wystrzeliło imię młodziutkiej blondynki - się pogniewała.  
- To była Danielle i okazała się bardzo wyrozumiała. W tej chwili ranna odzyskała jasność 
umysłu i koncentrując się na swoich traumatycznych przeżyciach, porzuciła rejestr narzeczonych 
Jake'a.  
- Kasjerka Mary nie przeżyła napadu, prawda?  
- Prawda. - Jake sięgnął po wiszący obok sznurek do przesuwania zasłon i zaczął bawić się nim 
bezwiednie.  
Już wcześniej Sarah zauważyła, że w tego typu sposób ukrywał swoje emocje przed innymi. 
Jednak i ją, prokuratora z doświadczeniem, poruszyła tak bezsensowna i przypadkowa śmierć 
Mary. Gdyby to ona dostała tę sprawę, zażądałaby najwyższej kary i doprowadziła do skazania 
winnych. Przynajmniej tyle mogłaby zrobić dla ofiary. Wiedziała jednak, że tak się nie stanie, 
choćby z uwagi na to, że była świadkiem zajścia, oraz z powodu konfliktu interesów.  
- A co się stało z tą małą dziewczynką, która znajdowała się w sklepie? - spytała z nieco 
mniejszym niepokojem niż poprzedniej nocy, co uznała za wynik upływu czasu albo 
jednoczesnego działania czasu i leków, które jej zaaplikowano.  
- O kim mówisz? - zdziwił się Jake.  
- O dziewczynce, która schowała się w sklepie pod stołem z pączkami. Gdy zastrzelono Mary, 
mała wyskoczyła stamtąd z krzykiem. Wtedy złapałam ją za rękę i uciekłyśmy na zewnątrz. 
Biegła koło mnie, kiedy zostałam ranna.  
Detektyw przerwał zabawę i spojrzat badawczo na Sarę. Ta w mig odczytała jego spojrzenie;  
- Nie sądzisz chyba, że zwariowałam! Ona tam naprawdę była.  
- A czy ja coś mówię? - odrzekł pojednawczo. - Pierwszy raz słyszę o jakimś dziecku.  
- A sprawdzisz to? - zapytała ciągle jeszcze zagniewana.  
- Bez problemów - przytaknął powolnym ruchem głowy.  
Wstał i przeciągnął się, prezentując całą swoją atletyczną sylwetkę, zatoczył kilka kół głową, 
rozluźniając w ten sposób mięśnie szyi, i ruszył do drzwi. Zaciekawiona Sarah patrzyła, jak je 
uchylił i ściszonym głosem z kimś rozmawiał. Gdyby nie świeża pamięć o bólu, jaki sprawiał jej 
wszelki ruch, z pewnością pokręciłaby głową ze zdziwienia.  
- Z kim rozmawiałeś? - zapytała, choć z wyrazu twarzy Jake'a odczytała, że jego rozmówca nic 
nie wiedział o dziecku.  
- Morrison postawił tu mundurowego do czasu wyjaśnienia sprawy.  
Sarah poruszyła się mimowolnie, by natychmiast znieruchomieć.  
- Jakiej sprawy?  
- Do czasu zidentyfikowania osoby, która do ciebie strzelała.  
Mówiąc te słowa, JaJce stał przy jej łóżku i bębnił palcami lewej ręki o materac, na którym 
leżała. Miał przekrwione oczy, nieuczesane włosy i lekki zarost. Sarah pomyślała, że pomimo 
drzemki na kozetce wcale się nie wyspał. Był zmęczony, poirytowany i nie przejawiał zbytniej 
chęci do życia. Sama czuła się podobnie, z tym że miała biały turban i dręczył ją potężny ból 
głowy.  
- Albo strzelał Duke, albo Czaszka - mówiła zniecierpliwiona. - Osobiście stawiam na tego 

background image

pierwszego. To on zastrzelił Mary. Z prawnego punktu widzenia nie ma to jednak znaczenia. 
Obaj odpowiedzą za morderstwo, niezależnie od tego, kto pociągnął za spust. Mniejsza o nich. 
Chciałabym jednak wiedzieć, co się stało z tą małą.  
Zaciśnięte usta i przymrużone oczy Jake'a wyrażały dokładnie to, co myślał o jej słowach. 
Chociaż nie wypowiedział ani jednego słowa, wiedziała, że wątpi w istnienie dziecka.  
- Powtarzam ci, tam była dziewczynka. Mogła mieć sześć, siedem lat, około stu dwudziestu 
centymetrów wzrostu, szczupłej budowy ciała. Ciemne włosy, ciemne oczy i śniada skóra. Może 
jest Latynoską. - Kiedy z niedowierzaniem zamrugał oczyma, dodała z naciskiem: - I nie ma to 
nic wspólnego z Lexie.  
- Hmm - zadumał się detektyw. Sarah, oczekując nieco innej reakcji, już szykowała się do 
natarcia, gdy dodał: - Z tego, co wiem, zaraz po opuszczeniu sklepu byłaś przez chwilę sama na 
parkingu, a sprawcy nie zdążyli jeszcze za tobą wybiec. I wtedy zostałaś postrzelona.  
Sarah zamyśliła się i z wielką precyzją odtworzyła w pamięci ostatnie chwile przed wystrzałem: 
widziała eksplodującą głowę Mary i słyszała krzyk dziecka. Niemal znowu poczuła tamten 
strach, gdy wraz z dziewczynką wybiegała ze sklepu. A wszystko to stanowiło fragment jakiegoś 
thrillera. Przytaknęła ostrożnym ruchem głowy i dodała:  
- Jeszcze na parkingu trzymałam ją za rękę.  
- Z tego wynika, że do czasu, aż obejrzałaś się za siebie, żaden z tych gnojków nie wystrzelił. 
Zarówno tutejsi lekarze, jak i lekarz medycyny sądowej, który też cię zbadał, zgodnie twierdzą, 
że otrzymałaś postrzał z przodu.  
- Co takiego? - Otworzyła oczy ze zdziwienia i sycząc z bólu, natychmiast je zamknęła. - Ja się 
przecież nie oglądałam za siebie! Wypadłam z tą małą na parking i biegłam do przodu. - Sarah 
zmrużyła oczy, chcąc lepiej sobie wszystko przypomnieć. Zmusiła się, aby pozostać w bezruchu. 
Cholera! Nawet nie mogła bez bólu zmrużyć oczu! Przez kilka następnych godzin musi lężeć jak 
mumia. Witryna roztrzaskała się po tym, jak zostałam trafiona. Jestem tego pewna niemal w stu 
procentach. Pamiętam nawet brzęk szkła.  
Jake potakiwał, bo jej słowa potwierdzały jego spostrzeżenia.  
- Wersja robocza zakłada, że było trzech napastników.  
Jeden już siedzi, drugi walczy o życie w szpitalu na 0I0M-ie i jest pod stałym nadzorem policji, 
a trzeci pozostał na wolności. Pewnie tkwił na czatach i spanikował, gdy się zorientował, że coś 
poszło nie tak. Jeśli tylko ten trzeci istnieje, znajdą go.  
Tym razem Sarah nawet nie drgnęła. Zawsze była dumna ze swojej zdolności szybkiego uczenia 
się.  
- Co to znaczy: jeśli? Przecież mówisz, że strzelano do mnie od przodu - zauważyła. Zwątpienie 
powoli sączyło się do jej głowy. - Przecież musi być ten trzeci.  
- Zawsze istnieje taki wariant.  
Tylko nie poruszaj głową. To nie jest wcale takie trudne, napominała się.   
- Zatem, kto to może być?  
- Tego nie wiem. - Detektyw wzruszył ramionami i dodał: - Może ktoś, kto żywi do ciebie urazę.  
- Do mnie? - Sarah była szczerze zdziwiona. - Chyba żartujesz. Kto mógłby mieć anse do takiego 
uosobienia dobroci i sprawiedliwości jak ja?  
Jake uśmiechnął się lekko.  
- Każdy prokurator ma wrogów. Nawet ty, pani Zawsze Najlepsza.  
Przezwisko wymyślone przez obrońców, którym przyszło potykać się w sądzie z Sarą, już jej nie 
drażniło.  
- Zatem, trzeba mnie oskarżyć o to, że ścigam przestępców?  

background image

- Chciałem jedynie powiedzieć, że nie wszyscy tak cię kochają jak ja.  
- Kochają mnie poszkodowani, a przestępcy się mnie boją - Sarah sparafrazowała napis na 
czapce Jake'a: "Kobiety mnie kochają, a ryby się mnie boją".  
- Rozczulasz mnie. - Ponownie się uśmiechnął. Odpowiedziałaby pewnie jakimś grymasem, 
gdyby to tak nie bolało. O dziwo postrzał w głowę okazał się skuteczniejszym środkiem 
przeciwzmarszczkowym niż botox. Może powinna to opatentować i zbić fortunę.  
- Osoba mająca ze mną porachunki musiałaby stale za mną chodzić i czekać na stosowną okazję. 
Chyba że ... urwała nagle, gdy tylko przypomniała sobie scenę przed sklepem. - Pierwszym 
policjantem, który przybył na miejsce zdarzenia, był Brian McIntyre. - Zaciekawiony Jake 
spojrzał na Sarę. Ich oczy się spotkały.  
To ważne spostrzeżenie. Jake skrzywił się i odparł:  
- Nie chciałbym niczego sugerować, ale nie byłoby rozsądnie posądzać policję bez jakichkolwiek 
dowodów. - Nie posądzam całej policji, mówię o dwóch policjantach, którzy zostali wcześniej 
oskarżeni o gwałt - oburzyła się Sarah i bezwiednie uniosła głowę. Ból, który pojawił się jak na 
zawołanie, natychmiast sprowadził ją z powrotem na poduszkę.  
- Gwałt na prostytutce, atrakcji wieczoru kawalerskiego, który wymknął się spod kontroli. 
Powtarzam ci, tej sprawy nie można wygrać.  
- Prokurator nie wybiera sobie poszkodowanych. Co z tego, że Crystal Stumbo nie należy do naj 
skromniejszych kobiet? Została pobita do krwi. Co według ciebie powinnam jej powiedzieć? Że 
takie jak ona nie mają prawa do sprawiedliwości? Nie tego mnie uczono na studiach. - 
Zorientowała się, że nieco przesadziła i łagodząc ton, dodała: - Tak czy owak, miała tam jedynie 
tańczyć.  
- Miała zrobić striptiz, a do tego już wcześniej była karana za prostytucję.  
- Aż w Atlancie! W Beaufort chciąła zacząć nowe życie.  
- Sarah! - Jake spojrzał na nią, pokręcił z dezaprobatą głową i zamilkł. Nie chciał już dalej 
prowadzić starego sporu, w którym żadne z nich nie ustępowało ani na jotę. - W każdym razie 
nie sądzę, aby to Brian Mclntyre strzelał. Dobrze wie, że nie wygrasz sprawy ani przeciwko jego 
partnerowi, ani przeciwko drugiemu z oskarżonych. - Sarah otworzyła usta ze zdziwienia, zanim 
jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, Jake powstrzymał ją ruchem dłoni. - W tej chwili policja 
może mieć do ciebie żal, ale przecież żaden z gliniarzy nie jest na tyle głupi, aby do ciebie 
strzelać. Stawiam na to, że przed sklepem stał jeszcze jeden bandzior na czatach. Jeżeli go 
złapiemy, będzie po sprawie.  
Sarah postanowiła odłożyć to na potem i zająć się ważniejszą dla niej kwestią.  
- Chciałbym, abyś znalazł tę dziewczynkę - zwróciła się do Jake'a.  
- Czy to oficjalne zlecenie?  
- Tak.  
Od kiedy detektyw zaczął pracować dla prokuratury okręgowej, najwięcej zadań otrzymywał od 
Sary. Formalnie nic więc nie stało na przeszkodzie, aby zleciła mu teraz poszukiwanie dziecka. 
Sarah wiedziała jednak o ciągłych kłopotach finansowych biura. Sądziła też, że Morrison może 
uznać to za wykorzystywanie stanowiska do celów prywatnych. Ponadto zaczęła się zastanawiać, 
czy dziewczynka nie jest jedynie wytworem jej wyobraźni. Ostatecznie doszła do wniosku, że 
lepiej nie nadawać tej sprawie oficjalnego biegu i poprosiła Jake'a:  
_ Nie! To nie jest oficjalne zlecenie, ale czy nie mógłbyś poszukać jej na własną rękę?  
_ Nie chcesz mieszać do tego biura? - zapytał otwarcie, co uznała za zgodę. - W sklepie jest 
monitoring. Taśmy powinny być już w biurze policji. Poszukam ich i zobaczę, co się nagrało.  
Sarah uśmiechnęła się, natychmiast odczuwając ból.  
- J ake! Wiedziałam, że jesteś najlepszy.  

background image

Nagle drzwi się otworzyły i do środka zajrzał Morrison. 
- Cześć! Już nie śpisz? Jak się masz?  
O ile Sarah już nie spała, o tyle stan jej zdrowia był daleki od zadowalającego. Natomiast w tej 
chwili zdała sobie sprawę z tego, że ma na sobie jedynie kusą szpitalną koszulę. Pomimo 
zagrożenia bólem badawczo spojrzała na pościel i upewniła się, że wszystko jest w porządku. 
Leżała przykryta kocem aż po szyję. Uważała, że nie powinna świecić golizną przed swoim 
szefem.  
- Jak się miewa nasza bohaterska pani prokurator? - zapytał Morrison.  
Jake i Sarah zrobili zdziwione miny, z tym że ranna od razu zapłaciła za to uderzeniem fali bólu. 
Ach! Znów zapomniałam, pomyślała.  
- Bohaterka? - zapytali niemal jednocześnie.  
- Tak wszyscy o tobie mówią·   
Morrison był szczupłym mężczyzną po pięćdziesiątce. Miał wyrazistą, inteligentną twarz z 
głębokimi zmarszczkami przy ustach i piwne oczy nieco powiększone wiecznie spadającymi na 
orli nos szkłami. Lekko już łysiejący szef Sary chodził zawsze elegancko ubrany i - co jej się 
najbardziej podobało - nie był zbyt sztywny. Teraz przygotowywał się do wyborów gubernatora, 
które miały się odbyć za dwa lata. Cała praca związana z bieżącym funkcjonowaniem biura 
spadła na barki jego zastępcy. Ludzie byli przeciążeni robotą, co prowadziło do ciągłej rotacji 
kadr. Prawdę mówiąc, Sarah została tylko p.o. szefa wydziału, gdy jej przełożony John Carver 
poszedł na urlop zdrowotny po zawale, jaki miał w biurze w połowie maja. Wszyscy liczyli, że 
Carver wróci jeszcze do pracy. Morrison zapewnił Sarę, że gdyby tak się jednak nie stało, 
zostanie pełnoprawną szefową. Morrison wiedział, ·że może na niej polegać, a ona miała ten 
komfort, że nie wtrącał się do jej pracy. Uważała go za spryciarza, który idzie po trupach do 
wyznaczonego celu. Najbardziej lubiła dni, gdy zajęty własnymi sprawami nie wystawiał nosa ze 
swojego gabinetu. Gdy wszedł teraz do pokoju w granatowym, dobrze skrojonym garniturze, 
białej koszuli i czerwonym krawacie, wyglądał dokładnie tak jak na swoich plakatach wy-
borczych. Od razu skierował się do telewizora i włączył go, mówiąc:  
- Idąc tutaj, zauważyłem ten reportaż w telewizorze u pielęgniarek. Popatrz sama.  
Na ekranie pojawiła się kreskówka. Przez chwilę Sarah nie wiedziała, o co chodzi. Czy Morisson 
miał ją za jedną z bohaterek filmu? Nie do tego dążyła.  
- Jake, zmień to na Program Piąty.  
Detektyw wziął do ręki pilota i przełączył kanał. Wtedy Sarah zobaczyła skutego Duke'a 
prowadzonego  
przez policjantów do radiowozu. W tle rozpoznała sklep Quik-Pik i mnóstwo karetek z 
włączonymi światłami. Widać było, że kamerzysta zdążył nakręcić co nieco z wydarzeń tamtego 
wieczoru. Z ekranu płynął komentarz:  
- ... zidentyfikowany jako dwudziestodwuletni Donald "Duke" Coomer, który właśnie został 
aresztowany. A teraz pozostałe wiadomości... - mówiła z przejęciem blond reporterka Hayley 
Winston, a w tle było widać, jak policjanci bezceremonialnie wpychają bandytę do auta.  
- A strzały? Przegapiliśmy je. Szybko! Przełącz na trójkę! - krzyknął wyraźnie zawiedziony 
Morrison.  
Jake znów zmienił kanał. Sarah była zaskoczona nagraniem, które pokazywało, jak odepchnęła 
Duke'a i rzuciła się na pomoc dziewczynce, o której cały czas mówiła. Teraz miała dowód, że to 
dziecko naprawdę istniało.  
Na szczęście nie myliłam się, triumfowała.  
Zdjęcia bez wątpienia pochodziły ze sklepowej kamery i było jasne, że policja wcale się nimi nie 
zainteresowała. Choć nie uzyskano dźwięku, a jakość filmu zostawiała dużo do życzenia, umysł 

background image

Sary na bieżąco uzupełniał brakujące detale: śmierć Mary, krzyk dziecka ...  
Z ekranu płynął dalej komentarz:  
- ... odważne zachowanie zastępczyni prokuratora okręgowego hrabstwa Beaufort, Sary Mason, 
pozwoliło ujść z życiem zarówno jej, jak i nie znanej dziewczynce podczas napadu z bronią w 
ręku na sklep Quik-Pik na rogu Lafayette i Dwudziestej Pierwszej ...  
Film przedstawiał biegnącego Duke'a i Czaszkę wykonującego właśnie swój dziwny taniec. Obaj 
mierzyli z pistoletów do niewidocznego celu, ponieważ Sarah z dzieckiem znajdowały się już 
poza zasięgiem kamery.  
Głos z telewizora mówił dalej:  
- Nasi informatorzy donoszą, że policję zaalarmowała pani Mason, łącząc się z dyżurnym 
funkcjonariuszem z telefonu komórkowego. Początkowo patrol udał się do jej domu, a gdy tam 
nikogo nie zastano, policjanci odszukali samochód pani Mason zaparkowany przed sklepem 
niedaleko jej miejsca zamieszkania. Od razu zorientowali się, że w sklepie są bandyci...  
W tej samej chwili film pokazywał niemal jednocześnie rozstrzaskującą się witrynę i wystrzał 
Duke'a.  
- Musimy zdobyć to nagranie - Jake spojrzał na Sarę.Wiesz, co mam na myśli.  
Chodziło o czas, jaki upłynął pomiędzy samym wystrzałem a pękającą szybą. Pozornie 
wydawało się, że oba zdarzenia nastąpiły jednocześnie, ale na filmie pierwsza rozpadła się szyba. 
Możliwe, że błysk wystrzału pojawia się już po opuszczeniu lufy przez pocisk, Sarah nie znała 
się na tym. W każdym razie dla niej najpierw roztrzaskała się szyba, a potem nastąpił wystrzał. 
Aby to wyjaśnić, potrzebny będzie biegły ...  
Nagle na ekranie pokazano zdjęcie Mary. Prawdopodobnie z prawa jazdy lub jakiegoś innego 
dokumentu. Sarah natychmiast poczuła mdłości.  
- Podczas napadu zginęła pięćdziesięciosiedmioletnia Mary Jo White, która pracowała w Quik-
Pik od dwóch lat. Kasjerka zostawiła ...  
- Wyłącz to! - rzuciła Sarah, zakrywając oczy dłońmi.  
Nie mogła dłużej słuchać życiorysu Mary. Może kiedyś, trochę później.  
- ... troje dzieci i czworo wnucząt. Mary ... - W tej chwili odezwał się telefon Morrisona - ... była 
wdową, która aby móc opiekować się wnuczętami, pracowała na nocną zmianę. Pani...  
Wyłącz to!, wołało całe jestestwo Sary.  
Nawet gdyby wykrzyczała swoje żądanie, to i tak ból fizyczny byłby o wiele mniejszy niż 
cierpienie, jakiego doznawała, słuchając reportażu. Chociaż w życiu zawodowym reprezentowała 
ofiary przemocy, nie była na tyle zahartowana, aby ponownie przeżywać tragedię Mary. Tych 
kilka minut spędzonych razem pod lufą pistoletu bardzo je do siebie zbliżyło i Sarah traktowała 
śmierć tej kobiety jak osobistą stratę. Poraniona, ciągle przeżywając na nowo wydarzenia 
minionej nocy, nie była jeszcze gotowa na kolejne cierpienia.  
Wreszcie Jake wyłączył telewizor. Morrison rozmawiał przez telefon:  
- ... przecież to nie jest sierociniec. Znowu spieprzyli sprawę. Na szczęście to nie nasza wina. 
Tak, dzwoń jakby coś ... - Prokurator okręgowy był niezwykle poruszony.  
Też chciałabym móc tak kiwać głową, pomyślała z zazdrością Sarah.  
- Co się stało? - zapytał Jake. Patrząc na Sarę, Morrison wyjaśnił:  
- Właśnie otrzymałem wiadomość, że ten chłopak z Quik-Pik przed godziną powiesił się w celi.  
Dopiero po chwili Sarah zrozumiała, że Morrison mówi o Duke'u.  
 
Rozdział 4  
- Niech to szlag! - zaklął Jake.  
Morrison jedynie wzruszył ramionami i wsunął telefon do kieszeni.  

background image

- Dla nas i tak był winny. Wszystko jest na kasecie. Na sto procent dostałby karę śmierci. To 
wydarzenie jedynie przyspieszyło sprawę i zaoszczędziło wymiarowi sprawiedliwości kosztów 
niepotrzebnego procesu.  
- A mnie coś tu śmierdzi. - Jake kręcił głową nie zadow,olony. - Samobójstwo w celi to 
rzadkość. Wszyscy wiemy, że od razu szuka się wtedy pomocników wśród współosadzonych 
lub funkcjonariuszy nadzorujących aresztanta.  
- Ten drugi był pod wpływem narkotyków - wtrąciła Sarah. - I sprawiał wrażenie bardzo 
zdenerwowanego. Pewnie Duke, to jest Coomer, też był w stresie. A potem, gdy zrozumiał, co 
zrobił, załamał się i odebrał sobie życie.  
- Może tak, a może nie - skwitował sucho Jake.  
- A więc uważasz, że to morderstwo? - zapytał sceptycznie Morrison. - Sądzisz, że to zemsta 
policjantów za to, że strzelał do Sary?  
Jake i Sarah jednocześnie spojrzeli na siebie i pomyśleli, że to niemożliwe. Tym bardziej że 
śledztwa w sprawie gwałtu jeszcze nie zamknięto.  
- Jakakolwiek byłaby prawda, ten wypadek nie przysporzy chwały administracji pana Kinga. - 
W uwadze szefa Sarah wyczuła zawoalowaną radość. Morrison i Franklin King, obecny 
burmistrz Beaufort, bezwzględnie rywalizowali ze sobą o nominację Partii Demokratycznej w 
wyborach gubernatorskich. A ponieważ Karolina Południowa była ostoją demokratów, 
zazwyczaj kandydat z tej partii zostawał gubernatorem. Republikanom zdarzało się to najwyżej 
raz na jakiś czas. Sarah nie miała wątpliwości, że to właśnie dlatego Morrison nie miał nic 
przeciwko wszczęciu dochodzenia w sprawie Crystal Stumbo. Złapanie policjanta na 
przestępstwie rzucało cień na samego burmistrza, który był jednocześnie zwierzchnikiem 
policji, bez względu na wynik sprawy. Morrison wprost marzył o takim prezencie.  
- A może w tej samej celi siedział trzeci z rabusiów, stojący w czasie napadu na czatach. 
Zakładając, że to on strzelał, musiał wiedzieć, że grozi mu kara śmierci. Nie sądzicie, że to dobry 
motyw do pozbycia się koleżki? Dobrze, że drugiego ze sprawców, tego, który jest w szpitalu, 
pilnują przez całą dobę.  
- Zupełnie jak Sary. - Morrison spojrzał na Jake'a. - Jeśli wziąć pod uwagę okoliczności, wersja o 
samobójstwie jest według mnie najbardziej przekonująca. Choć zawsze istnieją inne możliwości. 
Jake, sprawdź, z kim ten Coomer siedział w celi.  
- Zrobi się.  
- Czy uważasz, że rzeczywiście potrzebny jest policjant za moimi drzwiami? - zapytała Sarah, 
niemal zapominając o tym, że nie powinna się poruszać. Wzdrygnęła się na samo wspomnienie 
bólu. Jednocześnie ze zdziwieniem stwierdziła, że skoro ma świadomość jego wystąpienia, to 
znaczy, że powraca do zdrowia.  
- W tej chwili, po śmierci Coomera, już nie. Zagrożeniem dla sprawcy stojącego przed sklepem 
był Coomer i jak się okazuje jego kuzyn - Maurice Johnson, ale nie ty. Przecież nie widziałaś 
człowieka, który do ciebie strzelał.   
- No nie.  
- Nic ci więc nie grozi. - Morrison wzruszył ramionami. - Wczoraj w nocy byliśmy tak poruszeni 
twoim stanem, że na wszelki wypadek postawiłem tu mundurowego.  
- I dobrze się stało - skwitował Jake, a Sarah zapytała szefa:  
- A ta dziewczynka ze sklepu, ta, którą widzieliśmy na taśmie, też jest pod ochroną policji?  
Morrison zaprzeczył ruchem głowy.  
- Nic mi o tym nie wiadomo. W ogóle po raz pierwszy zobaczyłem ją teraz w wiadomościach. - 
Przerwał mu dzwonek telefonu. Po krótkiej wymianie zdań Morrison zakończył rozmowę 
słowami: - Dobrze, już jadę. - Po czym spojrzał na obecnych w pokoju i rzucił: - Muszę już 

background image

lecieć. - Ruszył do drzwi, podnosząc dloń na pożegnanie: - Powinienem jeszcze pojechać tu i 
tam: Znacie to. Człowiek na nic nie ma czasu. Dobrze, że nic poważniejszego ci się nie stało.  
- Wszyscy się z tego cieszymy - sucho dodał Jake.  
- Jeszcze chwileczkę - Sarah zatrzymała wychodzącego szefa i natychmiast odczuła dotkliwy ból. 
Z dłonią na klamce Morrison odwrócił się do niej z pytającym wyrazem twarzy.  
- Jutro o dziewiątej miałam być w sądzie na procesie Parkera. W sprawie orzeka Liz Wessell, a 
przecież wiesz, co myśli o absencji prokuratorów. Czy wyznaczyłeś kogoś na zastępstwo?  
Lekceważąco machając ręką, Morrison odpowiedział: - Duncan pójdzie za ciebie i wniesie o 
odroczenie posiedzenia. Ona go uwielbia. Nie powinno być z tym kłopotów. Przecież wszyscy 
wiedzą, co ci się przytrafiło. Uśmiechnął się szeroko. - A przy okazji i na biuro spłynie trochę 
pochwał. Telewizja będzie powtarzać nagranie ze sklepu w nieskończoność: oto zastępca 
prokuratora okręgowego osobiście ratuje dziecko przed śmiercią· Będziemy na topie - zakończył 
i wyszedł.  
Sarah z triumfem spojrzała na Jake'a.  
- Mówiłam ci, że tam była dziewczynka.  
- Nigdy w to nie wątpiłem - odparł z uśmiechem.  
- Na pewno! - Zganiła go wzrokiem, po czym westchnęła i spróbowała wygodniej ułożyć się na 
łóżku. - Teraz bardzo bym chciała, abyś ją znalazł. Mam nadzieję, że jest cała i zdrowa.  
- Wiedziałbym, gdyby i ona została postrzelona. Poza tym mówiliby o niej we wszystkich 
wiadomościach.  
- Zgadza się.  
- Oby pobiegła stamtąd prosto do domu. Była taka przerażona.  
To prawda. Mała była przerażona. Sarah pamiętała wykrzywioną strachem twarzyczkę i 
przeraźliwy krzyk dziecka. I szybko się tych wspomnień nie pozbędzie. Tak naprawdę to Sarah 
nic o niej nie wiedziała.  
- Ta mała musiała znać kasjerkę. Gdy Duke wystrzelił, dziewczynka wyskoczyła z ukrycia, 
wykrzykując jej imię· - To musiał być dla niej przerażający widok.  
- Na pewno. - Westchnęła głęboko, starając się opanować szok. To był dla wszystkich 
przerażający widok, pomyślała.  
Nagłe pukanie do drzwi zapowiedziało pielęgniarkę, która weszła do środka, zanim Sarah lub 
Jake zdążyli otworzyć usta.  
- Jak się pani dzisiaj czuje? - zapytała, uśmiechając się życzliwie.  
Była to wysoka, krągła kobieta po czterdziestce, miała starannie ułożoną fryzurę z 
postrzępionych włosów i szylkretowe okulary na nosie. Ubrana w niebieski fartuch pchała przed 
sobą załadowany, piszczący, metalowy wózek.  
- Czas na śniadanie. A potem zajmę się panią ..  
- Kiedy ze mną jest wszystko w porządku. Aj! Na pewno! - Nieco zdezorientowana Sarah 
spojrzała na Jake'a, który właśnie usuwał się z drogi wózka.  
- To ja już sobie pójdę - oznajmił w chwili, gdy pielęgniarka, chcąc zmierzyć rannej temperaturę, 
włożyła jej termometr w usta, a potem przystąpiła do mierzenia pulsu na nadgarstku. - Wpadnę 
później, a gdyby coś się działo, Abbott jest przy drzwiach.  
Oczywiście chodziło o policjanta pilnującego Sary.  
Ona sama, znając odrazę Jake'a do wszystkiego, co wiązało się ze szpitalem, a z igłami w 
szczególności, była wręcz zaskoczona, że wytrzymał tu aż tak długo.  
- Widzę, że z kroplówką wszystko w porządku - mówiła pielęgniarka, sprawdzając, czy plastry 
prawidłowo przytrzymują wenflon na przedramieniu Sary.  
Na ten widok blady jak ściana Jake od razu ruszył do drzwi.  

background image

- Dobrze, Jake. Przyjdź później ... - Głos Sary zdradzał niepokój.  
- Pamiętam. Mam znaleźć to dziecko - uspokajał Sarę, spoglądając na nią przez ramię.  
- Tak. Właśnie. Dzięki. - Był już w drzwiach, gdy zawołała: - O rany! O mało nie zapomniałam! 
- Zaskoczony Jake ponownie spojrzał za siebie. - Ciastek! Czy będziesz tak dobry i 
wyprowadzisz, a potem nakarmisz psa?  
- Dlaczego ja? - bronił się.  
- Bo jesteś pod ręką. Bo jesteś moim najlepszym przyjacielem. A w dodatku masz klucze do 
mojego domu przymilała się, jak mogła. Gdyby nie konieczność unikania zbędnych ruchów za 
wszelką cenę oraz gdyby pielęgniarka nie poprawiała jej w tej chwili bandaża na głowie, 
zamrugałaby jeszcze powiekami. - Już tak długo nie było mnie w domu, że Ciastek na pewno 
musi wyjść. Poza tym sam wiesz, że on przepada za tobą.  
Jake nie wyglądał na zachwyconego taką perspektywą. 
- Zrobisz to dla ninie?  
Zwlekał z odpowiedzią, a Sarah już się cieszyła, bo będąc dobrym prawnikiem, umiała 
rozpoznać pierwsze oznaki kapitulacji.  
- Zrobię, ale będę miał u ciebie ogromny dług  
wdzięczności.  
- Nie pierwszy raz. Wielkie dzięki.  
- Czy to jest może uśmiech?  
- W żadnym razie. Przecież wiesz, że to by mnie bolało. - Rozbawiona Sarah przypomniała sobie 
o jeszcze jednej rzeczy i spoważniała. - Jeszcze coś. Musisz kupić mu po drodze jakieś jedzenie.  
- Czy nie mówiłem ci już kiedyś, że jesteś okropna?  
- Zawsze mi to powtarzasz.  
Jej odpowiedź rozbawiła Jake'a, ale nie chcąc tego pokazać, wyszedł.  
- Ciastek lubi Kibbles'n Bits! - krzyknęła jeszcze Sarah, po czym westchnęła i poddała się 
zabiegom pielęgniarki.  
 
Ważące ponad trzydzieści sześć kilogramów psisko wcale nie wyglądało na słodziutkie 
ciasteczko. Raczej na leniwego olbrzyma ze skłonnością do ciągłego nicnierobienia. Przy czym 
Jake akurat tego nie miał mu za złe. Był to brzydal nad brzydale, który bardziej by się nadawał 
do psich walk czy pilnowania szemranych poletek marihuany niż do spacerów po ulicy i 
reagowania na swoje jakże ośmieszające imię, co przez ostatnich dziewięć lat było jego 
upokarzającym udziałem. Mając to na uwadze, Jake niemal wybaczył zwierzakowi pogardę, z 
jaką ten odnosił się do otaczającego go świata. Niemal, a więc nie do końca.  
Wątpliwości co do pełnego wybaczenia psu jego wad ogarnęły Jake'a w chwili, gdy ostrożnie 
wchodził do skromnego, zbudowanego z cegły domu Sary przy akompaniamencie 
ostrzegawczego warkotu jej ulubieńca.   
- Cześć, Ciastek! Ja też cię kocham! - pozdrowił zwierzaka i przypomniał sobie, że to właśnie z 
jego powodu wszyscy właściciele mieszkań do wynajęcia jak jeden mąż odmawiali Sarze, co 
zmusiło ją do kupna domu.  
Słysząc zbliżającego się warczącego potwora, Jake zamknął za sobą drzwi wejściowe i 
pomyślał, że Sarah z pewnością nazwałaby go tchórzem. I rzeczywiście, w tej chwili naj 
chętniej uciekłby stąd, gdzie pieprz rośnie. Tymczasem Ciastek skierował się prosto do kuchni, 
która podobnie jak cały dom, utrzymany w wiejskim stylu, pozbawiona była wszelkich ozdób. 
Na ścianach nie wisiał ani jednen obrazek czy ozdobny talerz, a w oknach zamiast zasłon 
zamontowano żaluzje. Na ciemnej podłodze z dębowych desek stały jedynie podstawowe 
meble. Królowała tu praktyczność, a nie komfort.  

background image

To była cała Sarah.  
Kupując karmę dla psa, Jake zjadł Vy tym samym sklepiku śniadanie, na które składał się 
batonik Snickers i kubek spienionej kawy. Teraz postawił torbę Kibbles'n Bits na blacie solidnej 
białej szafki. W tym samym kolorze były wszystkie urządzenia kuchenne, ale już kredens i szaf-
ki, prostokątny stół i cztery krzesła ustawione pośrodku zrobione zostały z ciemnego drewna. 
Patrząc na znajdują- . cy się na lodówce zegar, który pokazywał dziewiątą dwadzieścia pięć, Jake 
złapał się za głowę i pomyślał, jak wiele jeszcze spraw musi załatwić. Na szczęście jako szef 
firmy mógł dostosowywać godziny swoich zajęć do okoliczności. Złą stroną pracy na własny 
rachunek było to, że lenistwo oznaczało brak zleceń, a to z kolei oznaczało brak pieniędzy na 
jedzenie, rachunki, spłatę kredytu, płace dla pracowników i tak dalej. Listę można by wydłużać 
w nieskończoność.  
Jake obiecał dostarczyć Morrisonowi wyniki śledztwa w sprawie Perry'ego, a to wymagało 
powtórnego dokładnego ustalenia przebiegu zdarzeń i godziny dokonania morderstwa, co 
stanowiło klucz do uznania bądź odrzucenia alibi oskarżonego. A wszystko powinno być 
gotowe na piątą. Dla firmy ubezpieczeniowej Fortis miał przygotować dossier na temat grupy 
oszustów systematycznie wyłudzających odszkodowania w bardzo oryginalny sposób. Otóż 
kilku facetów wsiadało do sfatygowanych samochodów, wyjeżdżało na najbliższą autostradę i 
gwałtownie hamowało, doprowadzając do karambolu. Zaraz potem każdy z uczestników 
zdarzenia występował do ubezpieczyciela o odszkodowanie. To wszystko też musiało być 
gotowe na piątą. Ponadto jednemu z bardziej znanych adwokatów - Eliemu Schneiderowi - 
obiecał raport w sprawie jego kochliwego klienta, który miał właśnie sprawę rozwodową. To 
też należało przygotować na piątą. A to jedynie ważniejsze sprawy "na piątą", o których sobie 
przypomniał wciąż niewyspany detektyw. Był jednak pewien, że w biurze czeka na niego 
znacznie więcej pracy.  
A tu jeszcze Sarah. Zawsze Sarah.  
Przeżycia ostatniej nocy nie sprzyjały skupieniu się na czymkolwiek innym. Nie uspokoiły go 
nawet zapewnienia lekarzy, że rany Sary nie są groźne. Cały czas zadawał sobie pytanie, kto i 
dlaczego do niej strzelał. Nie wydawało mu się prawdopodobne, żeby ktoś zaaranżował napad na 
sklep jako kamuflaż próby zamordowania Sary. Choć zawsze istniał i taki wariant. Podobnie Jake 
myślał o możliwości oddania feralnego strzału przez trzeciego z rabusiów, w którego istnienie 
nie wątpił. Przecież Sarah nie widziała twarzy bandyty, nie stanowiła więc dla niego żadnego 
zagrożenia. Zastanawiając się nad śmiercią Donalda Coomera, Jake miał jeszcze jedną hipotezę. 
Możliwe, że stojący na czatach, widząc, że jego kompani stracili panowanie nad sytuacją, 
postanowił ich zgładzić jako jedynych, którzy mogliby go zidentyfikować. A Sarah została 
postrzelona przypadkowo. A może ... - do głowy napływały mu dziesiątki innych hipotez. Miał 
dwóch świadków zdarzenia: Sarę i nie znaną dziewczynkę, którą uwieczniły kamery sklepowe i 
która, na szczęście, nie okazała się zjawą z majaczeń Sary. Musi jak najszybciej odszukać małą. 
To uspokoi zarówno Sarę, jak i jego. Odrzucając teorię o usuwaniu świadków, którzy przecież 
nie widzieli trzeciego z napastników, Jake odrzucił też możliwość poszukiwania dziecka przez 
nieznanego bandytę. Choć zawsze istniała i taka możliwość. Wiedział też, że jeśli nie rozwikła: 
tej sprawy, nie będzie mógł żyć spokojnie. Na razie jednak postara się zapewnić bezpieczeństwo 
Sarze.  
Ale przede wszystkim zajmie się najważniejszą sprawą dzisiejszego poranka. Musiał nakarmić i 
wyprowadzić na dwór tego diabelskiego ulubieńca przyjaciółki. A zupełnie nie miał na to 
ochoty.  
- Ciastek! Do mnie! - zawołał.  
Pies zignorował wołanie, choć całkiem blisko słychać było jego głuche powarkiwanie. Jake 

background image

zorientował się, że dochodzi ono z samego końca hol-u;' gdzie znajdowała się sypialnia Sary i 
druga, gościnna. Zwierzak prawdopodobnie schował się w sypialni swojej pani. Jake bardzo 
dobrze znał drugi pokój, przez ostatnie lata nocował tam kilka razy. A to będąc po kielichu, co 
uniemożliwiało mu prowadzenie auta, a to na prośbę Sary, gdy jedno podtrzymywało drugie na 
duchu. Zawsze spał w sypialni dla gości. 
Nigdy u Sary.  
Już od wielu lat nie traktował jej jak obiektu westchnień. Prawdę mówiąc, dookoła było tyle 
innych chętnych, że nie musiał właśnie o nią zabiegać. Z tego, co wiedział, ona sama przez 
siedem lat ich znajomości nie miała nikogo. Jake nie potrafił przewidzieć swojej reakcji, gdyby 
się dowiedział, że się myli.  
Swoją drogą byłoby to ciekawe, myślał z ironią, otwierając drzwi do ogrodu. Na razie byli dla 
siebie najbliższymi przyjaciółmi. Takie mu właśnie złożyła życzenia z okazji trzydziestych 
dziewiątych urodzin, które obchodził miesiąc temu. Chciał wtedy zapytać, co ma zrobić, gdy już 
mu się znudzi funkcja najlepszego przyjaciela, ale ugryzł się w język. Potem każde było zajęte 
własnymi sprawami, a teraz Sarah leży postrzelona w szpitalu. O konsekwencjach swojego 
zachowania w tej sprawie pomyśli wtedy, gdy będzie miał więcej czasu i jaśniejszy umysł. 
Teraz przyjechał do domu Sary zaopiekować się tym potworem. I zamierzał zostać tu jak 
najkrócej.  
- Ciastek! - nawoływał psa, czując się coraz bardziej nieswojo. Oto, co miał z funkcji najlepszego 
przyjaciela: żadnych przywilejów, za to same obowiązki. Zza drzwi dobiegały niezadowolone 
pomruki psa i Jake pomyślał, że w razie czego będzie się musiał ratować ucieczką.  
- Pieseczku ... Chodź tu do mnie!  
Psie pazury skrobiące po dębowej podłodze nieco zaniepokoiły Jake'a: Ciastek się zbliżał. 
Detektyw otworzył wyposażone w siatkę przeciw komarom drzwi ogrodowe, aby pies mógł od 
razu wyjść. Mały, schludny ogródek był ogrodzony siatką. A dokładniej miał dwa ogrodzenia. 
Zewnętrzne, zrobione z solidnej siatki, i wewnętrzne, mające około dwóch metrów wysokości, 
postawione niedawno i szczelnie okalające teren z trzech stron. A wszystko z powodu sąsiadów 
mieszkających po lewej stronie i ich ukochanego kiciusia, którego nazywali Graalem Ciastka. 
Drugie ogrodzenie nie pozwalało psu nawet na najmniejszy rzut oka do sąsiedniego ogrodu.  
Właściwie to Jake nie miałby nic przeciwko temu, gdyby któregoś dnia pies wsunął na śniadanie 
kota sąsiadów, ale Sara miała całkowicie odmienne zdanie w tej sprawie.  
Jake spojrzał na zegarek. Była dziewiąta trzydzieści pięć. Choć czas biegł nieubłaganie, postarał 
się, aby w jego głosie nie było zniecierpliwienia. Oprócz brzydoty i złego zachowania Ciastek 
miał jeszcze jedną fatalną wadę - doskonale odczytywał nastroje otaczających go ludzi. W tej 
dziedzinie był prawdziwym barometrem, jak o nim mówiła Sarah, na co Jake zawsze wznosił 
oczy do góry. Problem polegał na tym, że wyczuwający czyjś zły humor pies zalegał gdzieś w 
domu i nie wychodził z kryjówki tak długo, aż się go stamtąd wyciągnęło za uszy. Jake aż się 
zatrząsł na samą myśl o konieczności nurkowania pod łóżko Sary i nakłaniania bestii do wyjścia 
na spacer przy użyciu miotły czy czegoś podobnego. Miał jedynie nadzieję, że do tego nie 
dojdzie.  
- Ciastek! Do mnie! - Starał się, jak tylko mógł, ale widać coś w jego tonie nie spodobało się 
psu, bo ten zaraz po wystawieniu łba zza łóżka warknął, obnażając białe zęby, dzięki którym z 
powodzeniem mógłby zagrać w "Szczękach".  
- Dobry piesio! - Jake przechodził samego siebie, po czym uchylił drzwi do ogrodu. - No, 
biegaj!  
Pies zawahał się i ciągle powarkujuc, łypał czarnymi oczyma na Jake'a, tak samo jak Tony 
Soprano na domniemanego agenta FBI. No cóż, do dzieła, pomyślał Jake, wykrzywiając się i 

background image

wciąż powtarzając sobie w duchu, że jest wystarczająco odważny, aby nie zrejterować. Po raz 
kolejny zastanawiał się, co kierowało Sarą przy wyborze domowego ulubieńca. Ciastek miał łeb 
pitbulla osadzony na czarnym, gdzieniegdzie podpalanym muskularnym kor- • pusie rottweilera, 
łapy wielkości dłoni Sary i długi, gruby ogon, który był zawsze opuszczony w dół i którym - co 
należy podkreślić - nigdy nie merdał.  
Niestety Sarah kochała swojego pupila, a Jake, wiedząc dlaczego, nawet to rozumiał. Otóż 
Lexie z matką uratowały psu życie, wyciągając pobitego sześciomiesięcznego szczeniaka ze 
stawu. To Lexie nazwała niedoszłego topielca Ciastkiem. Czyż nie było to najbardziej 
nieodpowiednie dlań imię? Pomimo czułej opieki, jaką otoczono psa, zwierzak nigdy już nie 
zaufał ludziom. W szczególności mężczyznom.  
Ale Ciastek kochał Sarę i zapewne kochał Lexie.   
To wszystko sprawiło, że Jake tkwił dzisiaj w praktycznej i bezbarwnej kuchni Sary, starając się 
nakłonić tego upartego potwora, do wyjścia do ogrodu i załatwienia się pod ulubionym 
drzewem.  
- No, dalej!  
Jake szerzej uchylił drzwi. Ciastek, który doskonale znał jego opinię na swój temat i zdawał 
sobie sprawę, że ten mężczyzna nie pieje na jego widok z radości, ciągle groźnie na niego łypiąc 
i pokazując kły, przestał warczeć i spięty ruszył naprzód. Gdy mijał Jake'a, naprężył się jeszcze 
bardziej, zupełnie jakby spodziewał się kopniaka. Ten zaś obawiał się poważnie o swoje łydki. 
Jednak wszystko zakończyło się szczęśliwie i pies wyszedł na werandę, a następnie zbiegł po 
schodkach do ogrodu. Jake odetchnął z wyraźną ulgą i zamknął za nim drzwi. Na ten dźwięk 
Ciastek spojrzał za siebie, jednocześnie załatwiając się z gracją pod wiciokrzewem rosnącym u 
podnóża schodów. Najwyraźniej podkreślał, kto tu rządzi.  
Jake nie mógł nic na to poradzić ...  
Wiedział, że zapewne będzie miał problem z namówieniem psa do powrotu do domu, ale 
chwilowo się tym nie martwił. Wsypał trochę karmy do miski i wlał wody do drugiej. Jeszcze raz 
rzucił okiem w stronę ogrodu, sprawdzając, czy pies czasami nie dopadł kota, po czym poszedł 
do toalety. W połowie drogi zatrzymał się nagle. Bez wątpienia usłyszał przyciszone dźwięki 
muzyki i to takiej, jakiej nigdy wcześniej w tym domu nie było.  
A to co?, pomyślał i ruszył wolno, marszcząc brwi. "Gdy tak sobie marzysz pod gwiazdami. .. 
".  
W tej samej chwili, w której rozpoznał melodię, zdał sobie sprawę, że muzyka dolatuje z pokoju 
Sary. Dokładniej mówiąc, zza zamkniętych drzwi jej sypialni. Było to o tyle niespotykane, że 
Sarah zawsze zostawiała drzwi otwarte, aby pies mógł spać na swoim ulubionym miejscu pod 
łóżkiem.   
Jake poczuł ten sam dziwny ucisk w żołądku, który znał ze swojej dziewięcioletniej pracy w FBI. 
Teraz oczywiście nie zaintrygowała go treść dziecięcej piosenki, ale sam fakt, że słychać ją było 
w pustym domu. Wcale mu się to nie spodobało. Instynktownie sięgnął po pistolet, który kiedyś 
zawsze nosił przy sobie. I od razu przypomniał sobie, że po przejściu do spokojniejszej pracy 
prywatnego detektywa zamknął glocka w biurku.  
A niech to!  
Rozważył trzy możliwości działania: mógł pojechać do ·biura po broń, ewentualnie wezwać 
policję, aby przeszukano dom, albo wpaść do pokoju uzbrojony w scyzoryk, który akurat miał 
przy sobie.  
Uznał jednak, że, po pierwsze, jazda tam i z powrotem nie jest dobrym pomysłem, po drugie, nie 
ma ochoty ośmieszać się przed policją, i po trzęcie - po prostu może zaryzykować. Zamiast 
rozmyślać vi nieskończoność, co dalej, wstrzymał oddech i przy dźwiękach tej absurdalnej 

background image

mu;zyki wyjął scyzoryk z kieszeni. Choć nóż nie był duży, Jake wiedział, jak w razie czego 
zrobić z niego użytek. Tak uzbrojony ostrożnie podszedł do drzwi, gwałtownie je otworzył i 
zaniemówił z wrażenia.  
 
Rozdział 5  
Na podłodze sypialni leżały porozrzucane dziecięce zabawki: lalka Barbie, duży, plastikowy 
model różowej corvetty, czarodziejska różdżka, małe, fioletowe lusterko w oprawie w kształcie 
kwiatka, stający dęba czarny konik i pluszowy jednorożec.  
"Gdy tak sobie marzysz pod gwiazdami..." , muzyka riie przestawała grać, a Jake uświadomił 
sobie, że to zabawki Lexie, które Sarah przechowywała w szafie. Jednak teraz lewe drzwi 
wyposażonej w lustro szafy były otwarte. Ze środka wystawało przewrócone na bok niebieskie 
pudło, a z niego prosto na ciemną podłogę wysunął się biały papier do pakowania. Wyglądał 
zupełnie jak płat śniegu. Górna część pudła leżała osobno pod szafą.  
Jake poczuł nienaturalne zimno. Takie samo, jakie podobno pojawia się, gdy w pobliżu znajdują 
się duchy.  
Tylko nie panikować! To pewnie wina klimatyzacji i zamkniętych drzwi. Tu nie ma nikogo.  
Rozejrzał się dookoła, chcąc się upewnić, że jest sam. I rzeczywiście. Zakładając, że nikt nie 
chowa się pod łóżkiem lub w drugiej części szafy, Jake był sam. Sarah skromnie urządziła swą 
małą sypialnię. Na wprost drzwi, pod ścianą, stało małżeńskie łoże między dwoma otwieranymi 
do góry oknami w stylu lat pięćdziesiątych. Łóżko miało jasne, dębowe wezgłowie. Biała kapa 
spływała aż na podłogę. Tak jak się tego spodziewał, wszystko zostało do-  
brane ze smakiem. Ponieważ okna zasłaniały żaluzje, światło nie przenikało do środka i w pokoju 
panował półmrok. Z prawej strony łóżka, na nocnym stoliku stała lampa, przy niej budzik oraz 
telefon i leżała książka. Naprzeciwko łóżka znajdowała się dębowa komoda, na której Sarah nie 
trzymała żadnego kobiecego drobiazgu. Na ścianie nad komodą wisiało prostokątne lustro. I to 
było wszystko. Pokój wyglądał dokładnie tak, jak go sobie Jake wyobrażał. Można by nawet 
powiedzieć, że wyglądał tak, jakby Sarah dopiero co z niego wyszła albo jakby potencjalni 
włamywacze zdążyli przeszukać jedynie szafx. A właściwie tylko kartonowe pudło z szafy.  
W każdym razie wygląda to dziwacznie, pomyślał Jake. Był pewien, że z uwagi na obecność psa 
w domu żaden włamywacz nie odważyłby się wejść do środka. Jedyny sposób, aby odgrodzić się 
od Ciastka, jo wejść przez okno i zamknąć drzwi od sypialni, gdy pies przebywał w innej części 
mieszkania. Tylko po co włamywacz miałby interesować się zabawkami Lexie?  
To mało prawdopodobne, uznał. I zaraz dodał w myślach: A jednak możliwe.  
Ostrożnie podszedł do okna i stwierdził, że było zamknięte. Podszedł też do szafy i uchylił prawe 
drzwi w taki sposób, aby nie poruszyć ani kartonowego pudła, ani leżącego obok papieru. Zajrzał 
do środka i zobaczył, że szafa jest zdecydowanie za płytka, aby można się w niej ukryć. 
Przeglądając zawartość, uznał, że raczej nic nie zginęło. Wisiały tam ubrania Sary uszeregowane 
według typowych dla niej stonowanych kolorów, na dole zobaczył ze sześć par butów, od 
sportowych po wizytowe. Na górnej półce w równym szeregu stały przezroczyste plastikowe 
pojemniki. Pudło z zabawkami znajdowało się po lewej stronie szafy. Pamiętał, że przed 
czterema laty Sarah je tam schowała i później ani razu go nie wyjęła.  
Jednak teraz szafa stała otworem, a z przewróconego na bok pudła ktoś wyciągnął wszystkie 
zabawki i rozrzucił je po całym pokoju.  
Ciekawe, kto to zrobił?  
Zadając sobie to pytanie, Jake ukląkł i zajrzał pod łóżko. Tam również nikogo nie znalazł. Na 
czyściutkiej podłodze leżało jedynie pluszowe posłanie psa.  

background image

"Gdy tak sobie marzysz pod gwiazdami ... ". - Jake ciągle słyszał tę irytującą melodię. Zacisnął 
zęby, wstał i szukając wzrokiem jej źródła, skierował się w stronę leżącego na ziemi jednorożca. 
Gdy go podniósł, muzyka zamilkła, co zaskoczyło detektywa. Zabawka musiała należeć do 
małego dziecka. Od czubka welwetowego nosa do końca ogona zrobionego z opalizującego 
materiału miała około trzydziestu centymetrów. Z kolei od satynowych kopyt do koniuszka 
złotego rogu mierzyła około czterdziestu centymetrów. Jednorożec miał szklane, niebieskie oczy 
z bardzo długimi, srebrnymi rzęsami. Jake wyczuł pod palcami coś twardego. Pewnie to 
mechanizm uruchamiający pozytywkę. Obejrzawszy zabawkę, stwierdził, że na zewnątrz nie 
było żadnego wyłącznika. Kiedy jednak położył ją na wznak, melodia znów zabrzmiała.  
"Gdy tak sobie marzysz pod gwiazdami...", Jake'owi aż ciarki przeszły po plecach, kiedy 
ponownie usłyszał znane dźwięki. Szybko odwrócił zabawkę i natychmiast zapadła cisza. 
Postanowił sprawdzić, jak działa mechanizm. Gdy przechylał zwierzaka na bok, włączała się 
melodia. Gdy ustawiał jednorożca pionowo, ustawała. Taka zabawka to prawdziwa udręka. Jake 
mógłby się założyć o to, że Sarah miała jej dosyć na długo przed spakowaniem do pudła. Ktoś 
jednak musiał wywlec z szafy zarówno jednorożca, jak i pozostałe rzeczy. Jake odrzucał udział 
psa w tej sprawie. Ciastek ani nie merdał ogonem na powitanie, ani nie bawił się zabawkami. On 
tylko jadł, spał, groźnie warczał i wychodził na spacery. Wcale nie był skory do jakiejkolwiek 
zabawy. Rozmyślając, przyglądał się jednorożcowi. Na pewno nikt tego nie zrobił, gdy Jake już 
wszedł do środka. Dom był zbyt mały, aby ów ktoś pozostał niewidzialny. Jeżeli to sprawka 
człowieka, to musiał on wejść tu ostatniej nocy, gdy Sarah była w szpitalu.  
Chyba że to jej dzieło. Jake rozejrzał się po pokoju. Zabawki leżały na podłodze w taki sposób, w 
jaki podczas zabawy zostawiają je dzieci. To wykluczało udział Sary. Lubiła przecież porządek, a 
te pamiątki były dla niej zbyt cenne, aby walały się po podłodze.  
Z drugiej strony Jake nie mógł sobie wyobrazić włamywacza rozrzucającego zabawki w pokoju. 
Nie widział w tym sensu. Nie było też śladów włamania do domu. Pozostawał więc pies. Jake, 
mający duże doświadczenie z różnymi przestępcami, począwszy od drobnych złodziejaszków, 
przez handlarzy bronią do wykształconych oszustów defraudujących niewyobrażalne k~oty, 
nigdy tak nerwowo nie reagował nawet na uzbrojonych bandytów, jak na widok Ciastka. A 
przecież znał go od lat. I zdawał sobie sprawę z tego, że stał się jednym z niewielu ludzi, których 
zwierzak jako tako tolerował. Biorąc więc to wszystko pod uwagę, doszedł do wniosku, że 
intruz, który dostałby się do środka, uciekłby natychmiast po spotkaniu z psem. Taki wniosek 
eliminował udział osób trzecich.  
Skoro nie był to ani włamywacz, ani Sarah, za bałagan musiał odpowiadać Ciastek. Wynikało to 
jasno z zasady numer dziesięć: "Należy wyeliminować wszystko to, co nie mogło się wydarzyć. 
A wtedy to, na co patrzysz, jest wynikiem rzeczywistych zdarzeń, nawet gdyby były one trudne 
do wyobrażenia".  
W domu cały czas przebywał tylko pies. Drzwi do sypialni były zamknięte i tu pojawił się 
problem nie do przeskoczenia. Nawet gdyby przyjąć, że to Ciastek nabałaganił, wciąż 
pozostawało pytanie, jak się dostał do środka. Dla ułatwienia przyjmijmy, że drzwi były otwarte, 
gdyż Sarah zazwyczaj ich nie zamykała. Zatem pies wyciąga pudło z szafy, po czym wybiega z 
pokoju z jedną z zabawek w pysku i przypadkowo zaczepia o drzwi, zamykając je za sobą. 
Chociaż była to całkowicie bzdurna teoria, tylko taki scenariusz przychodził Jake'owi na myśl.  
Chyba że winna jest Sarah.  
Jednak detektyw naj chętniej w ogóle nie brałby takiej możliwości pod uwagę, gdyż pociągała za 
sobą zbyt dużo spekulacji. Żeby to wyjaśnić, będzie musiał porozmawiać z Sarą.  
Jake się wzdrygnął. Gdyby się okazało, że to nie onaku czemu się skłaniał - to informacja o tym, 
co tu zastał, będzie dla niej niczym rozdrapywanie dopiero co zagojonej rany. Na razie nie piśnie 

background image

ani słówka. Nie może sprawić jej bólu. Chyba że nie będzie miał innego wyjścia. Sarah wcale nie 
musi wiedzieć o zabawkach. Sam wszystko posprząta.  
Ustawił pudło pionowo i owinął jednorożca w papier.  
Następnie postawił go w środku. Ułożył obok kilka plastikowych zabawek, których zadaniem 
było dodatkowe obciążenie pudła. Jake nie chciał, aby paczka się przewróciła, uruchamiając tym 
samym pozytywkę, której nie znosił. Oprócz jednorożca w pudle znalazły się lalka Barbie, sa-
mochód, czarodziejska różdżka i konik. Na koniec Jake zamknął wszystko w szafie.  
Udało się. Odetchnął z ulgą i rozejrzał się dookoła. Pokój był czysty i schludny. Ani śladu 
bałaganu.  
Wychodząc, dokładnie zamknął za sobą drzwi. Nawet gdyby to pies narozrabiał, teraz się tam nie 
dostanie. No, chyba że zeżre drzwi, nie bez satysfakcji pomyślał Jake. Sprawdził też wszystkie 
okna, upewniając się, że są zamknięte.  
Dom był pusty i, jak sądził Jake, nikt się do niego nie włamał.  
- Czy to ty nabroiłeś w sypialni? - zapytał psa.  
Zajęty własną michą potwór nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi. Ciastek jadł najszybciej, 
jak potrafił. Stał z podkulonym ogonem, obserwując bacznie najbliższe otoczenie i najwyraźniej 
obawiając się jakichś nieprzyjemności ze strony Jake'a. A przecież przez te wszystkie lata Jake 
ani razu nawet na niego nie krzyknął.  
Patrząc na psa, detektyw westchnął. Chociaż biedak został uratowany z opresji, już nigdy nie 
pozbędzie się strachu. Myśl, że to Ciastek mógł się dobrać do zabawek Lexie, wydawała się 
jeszcze bardziej absurdalna. Lecz jeśli nie pies, to kto? Czy wyciągnięte pudło z zabawkami mia-
ło coś wspólnego z postrzeleniem Sary? Na pierwszy rzut oka nic nie łączyło obu wydarzeń, ale 
... Łamiąc sobie głowę nad rozwiązaniem tej zagadki, Jake najpierw dokładnie zamknął drzwi do 
ogrodu, a potem frontowe. I jeszcze raz sprawdził dla pewności wszystkie zamki. Jadąc do sie-
bie, wciąż nie znał odpowiedzi na dręczące go pytania. Czuł jednak niepokój. Uczucie, o którym 
prawie zapomniał.  
 
Sarah opuściła szpital kilka minut po siedemnastej trzydzieści. Szpitalny regulamin przewidywał, 
że wypisywani pacjenci nie idą o własnych siłach, lecz są odwożeni do wyjścia. Młoda kobieta 
poczuła się dziwnie, gdy pielęgniarka zjawiła się po nią z wózkiem. Gdy tylko wyjechała na 
parking, od razu zapragnęła wstać. Jednak, gdy idąc pod rękę z Jakiem, uczyniła w 
obezwładniającym upale kilka kroków w stronę samochodu, zaczęło jej się kręcić w głowie. Nie 
chciała tego po sobie pokazać. Inaczej przyjaciel zmusiłby ją do natychmiastowego powrotu do 
szpitala.  
- Życzę szybkiego powrotu do zdrowia - pożegnała się pielęgniarka i pchając przed sobą wózek, 
zawróciła w stronę drzwi budynku.  
Sarah pomachała jej dłonią na pożegnanie. W przyciemnianych szybach samochodu dostrzegła 
swoje odbicie. Wyglądała jak panna młoda z filmu Tima Burtona. Jedyne, co ją odróżniało od 
głównej bohaterki, to krótka fryzura i raczej blada, a nie niebieska skóra. Tak czy owak, nie było 
z nią dobrze. Jej wyglądu nie poprawiał ani jaskrawy plaster przyklejony na 
ponadsześciocentrymetrowej ranie tuż nad prawym uchem, ani odgarnięte z okolic rany i ciasno 
spięte włosy. Wyglądała okropnie, a do tego miała jutro tyle pracy w biurze, że po prostu musiała 
się tam pojawić. Gorączkowo zastanawiała się więc nad fryzurą, która mogłaby zakamuflować 
opatrunek. Doszła do wniosku, że wkładając bluzkę z długim rękawem i spodnie, zdoła ukryć 
otarcia na kolanach i łokciach. Jednak w żaden sposób nie zatuszuje posiniaczonego podbródka. 
Na myśl o tym spochmurniała i wsunęła się głębiej w wygodne siedzenie pasażera.  
- Zapnij pasy - przypomniał Jake, zamykając drzwi swojego czarnego samochodu.  

background image

Tapicerka wewnątrz też była czarna. Pomimo pracującej na najwyższych obrotach klimatyzacji 
rozgrzane słońcem skórzane fotele parzyły gołe nogi Sary. Zmiana pozycji nie pomogła. Na 
szczęście przyjazd do szpitala zabrał jadącemu z biura Jake'owi tylko dziesięć minut i przy 
trzydziestosześciostopniowym upale na zewnątrz temperatura w aucie nie zmniejszyła się jeszcze 
za bardzo. Młoda kobieta ubrana była w "strój awaryjny", który do szpitala przyniosła jej 
asystentka Lynnie Sun. Na wszelki wypadek Sarah zawsze miała w biurze ubranie na zmianę, na 
które składała się elegancka spódnica koloru khaki, biała bluzka bez rękawów, granatowy blezer, 
świeża bielizna, rajstopy i buty na niewysokim obcasie. Sweter, rajstopy i przepisane tabletki 
przeciwbólowe leżały teraz w plastikowej torbie na tylnym siedzeniu. Przy takiej temperaturze 
należało mieć na sobie jak najmniej rzeczy.  
Wymęczona Sarah patrzyła na obchodzącego auto Jake'a, który właśnie coś gryzł - pewnie 
cukierka. Sarah nie znała drugiego człowieka, który by się tak źle odżywiał. Jake żył dzięki 
kawie, cukierkom i kanapkom z McDonalda, Pizzy Hut, KFC i Long John Silver. Szczególnie 
tuczące dania zamawiał na obiad. Wyjątkiem były okresy burzliwych romansów z blondynkami, 
jak nazywała jego młode, wyjątkowo seksowne przyjaciółki o jasnych włosach. Zdarzało się 
wtedy, że nowa narzeczona sama coś przygotowywała lub jedli na mieście w lepszych miejscach 
niż bary fast food. W obu wypadkach oznaczało to zdrowsze jedzenie.  
Dziewczyny były tak do siebie podobne, że Sarah nie mogła ich odróżnić. Najważniejsze jednak, 
że nie sprawiało to kłopotu jej przyjacielowi, który gustował wyłącznie w blondynkach.'  
Jake wsiadł do auta i zatrzasnął drzwi. Pomimo ogromnego bólu niemiłosiernie ciążącej jej 
głowy Sarah odwróciła się i spojrzała na niego.  
- Dziękuję, że po mnie przyjechałeś.  
W odpowiedzi burknął coś pod nosem i ruszył z parkingu. Sarah zauważyła, że i on zmienił 
szorty i koszulkę z krótkim rękawem, w której odwiedził ją rano, na ciemnoszare spodnie i 
bladoniebieską koszulę tak wygniecioną, jakby w niej spał. Kołnierzyk miał rozpięty, rękawy 
podwinął nad łokciami. Sarah przypuszczała, że wcześniej zdjął marynarkę i krawat. Wiedziała, 
że jego praca też wymagała częstych wizyt w sądzie, gdzie należało być właściwie ubranym.  
- Nie wiesz, dlaczego już dzisiaj wypisano cię ze szpitala? - zapytał poirytowany Jake.  
Wyglądał na złego i wyraźnie zmęczonego. Miał podpuchnięte i przekrwione oczy. Gdy był zły, 
jego brwi łączyły się na czole, a właśnie teraz znalazły się bardzo blisko siebie. Potężnie 
zbudowany Jake nie mieścił się na fotelu kierowcy. Gdyby nie znali się tak dobrze, mogłaby 
pomyśleć, że chce ją onieśmielić swoją posturą.  
Siedziała spokojnie obok poirytowanego przyjaciela, którego jedynie na początku nieco się 
obawiała. I tylko od czasu do czasu Jake próbował jeszcze swoich starych sztuczek.  
- Pewnie już mnie wyleczyli - odparła, wzruszając ramionami.  
W rzeczywistości lekarze nalegali na dalszą, przynajmniej jednodniową obserwację. Jak to ujął 
doktor Solomon: "tak na wszelki wypadek". Jednak Sarah miała już dosyć szpitalnej atmosfery, 
krzątaniny w jej pokoju i wokół niej samej. Nie odpowiadał jej też ciągły dozór. Lokalne stacje 
telewizyjne bez końca powtarzały film ze sklepowej kamery. Po wyjściu Morrisona nikt nie 
włączał już telewizora, więc Sarah nie musiała w kółko oglądać tego samego. O powtarzanym 
reportażu słyszała jednak od każdej z przychodzących pielęgniarek i od każdego, kto po prostu 
chciał na własne oczy zobaczyć "bohaterkę dnia", jak wszystkim odwiedzającym przedstawiała 
Sarę dyżurna siostra. Przez jej pokój przewinął się cały personel medyczny, jej asystentka - "i ty, 
Brutusie, przeciwko mnie" a nawet mieszkająca naprzeciwko sąsiadka Sary. Poza tym zjawiło się 
dwóch policjantów, aby spisać jej zeznania, i Mark Kaminski z prokuratury, któremu Morrison 
zlecił sprawę leżącego w szpitalu Czaszki, to znaczy Maurice'a Johnsona. Kaminski chciał 
poznać najdrobniejsze szczegóły zdarzenia. Sarah też miała wiele pytań do niego, ale jako 

background image

poszkodowanej i świadkowi w ewentualnym procesie Kaminski nie mógł jej udzielać żadnych 
wyjaśnień. Mówił jedynie, że Johnson nie odzyskał jeszcze przytomności, więc on sam też nic 
nie wie. W porze obiadowej pozostawiony na straży policjant ulotnił się bez uprzedzenia, aby coś 
zjeść. Wykorzystując jego nieobecność, ekipa telewizyjna Kanału Piątego z Hayley Winston na 
czele zakradła się do pokoju Sary, żądając udzielenia wywiadu. Zanim wezwana pielęgniarka 
wyprosiła natrętów, Sarah nie zbornie usiłowała odpowiedzieć na zadawane jej pytania. Ludzi 
najbardziej interesowało, jak się czuła pod lufami pistoletów, a ona po prostu nie mogła o tym 
myśleć, nie mówiąc już o wypowiadaniu się na ten temat. Prześladował ją widok zastrzelonej 
niewinnej kasjerki. Dochodziły do tego własne tragiczne przeżycia, o których wcale nie miała 
ochoty opowiadać. Do tamtej nocy Sarah nieraz żałowała, że żyje, ale po tym, jak śmierć zajrzała 
jej w oczy, niczego nie pragnęła tak bardzo, jak żyć dalej.  
To doświadczenie zmieniło jej postrzeganie świata. Teraz dziwnie się czuła. Nie pragnąć już 
śmierci - to całkowicie nowe doświadczenie. Przejście do tego stanu było dla Sary prawdziwym 
trzęsieniem ziemi, które bez ostrzeżenia przetoczyło się przez jej życie.    
Ukrywała te zmiany przed Jakiem. Obawiała się, że jej nadopiekuńczy przyjaciel zrobi wszystko, 
żeby ją "wyleczyć". Łącznie z przymusowym zawiezieniem jej do szpitala, przywiązaniem do 
łóżka i zwołaniem konsylium psychiatrycznego.  
Może kiedyś sama pójdzie do psychologa, ale na pewno nie dzisiaj.  
- Oczywiście jutro nie idziesz do pracy? - zapytał Jake, przyspieszając i wjeżdżając na drogę 
numer dwadzieścia jeden.  
Poranna mgła ledwie uniosła się z drogi, a już wszystkie cztery pasy były zatkane samochodami, 
które w żółwim tempie opuszczały miasto. Na szczęście ich trasa wiodła w przeciwną stronę. O 
tej porze Beaufort przeżywało swoje godziny szczytu, które nie trwały dłużej niż trzydzieści 
minut. W rzeczywistości otoczone z czterech stron wodą miasto miało tylko jedną główną 
autostradę wyjazdową na zachód, którą właśnie jechali. Jeżeli można by przedstawić drogę 
numer dwadzieścia jeden jako węża zwróconego łbem do Oceanu Atlantyckiego, a potok sa-
mochodów w godzinach szczytu jako królika, to właśnie teraz wąż pożerał królika. Chociaż 
Sarah nie uważała się za specjalistę od spraw ruchu drogowego, bo nie wychodziła z biura przed 
ósmą, wiedziała jednak, że po osiemnastej w weekendy każdy, kto prowadził normalny tryb 
życia, dotarł już do domu i ruch uliczny niemal zamierał. Taki luz panował tutaj głównie latem. 
Wówczas żegluje się po oceanie, gra w golfa, pielęgnuje ogródek czy spontanicznie urządza 
wielkie grillowanie. Dla elitarnego Beaufort, którego życie toczyło się swoim trybem, każdy, kto 
się tutaj nie urodził, był obcy. Chociaż Sarah przyjechała tu cztery lata temu, wciąż czuła się 
intruzem w mieście. I wiedziała, że to się już nie zmieni.  
- Jutro ... - powtórzyła, wiedząc, że nie może powiedzieć prawdy. Za szybą samochodu mijali 
właśnie po prawej stronie duże centrum handlowe i trzy bezpośrednio przylegające do siebie 
restauracje: McDonald' s, Taco Bell i Pizza Hut. Jake tęsknym spojrzeniem odprowadził pod-
jeżdżające tam samochody. - Udało ci się ustalić coś na temat Duke'a, to jest Donalda Coomera?  
Wzruszył ramionami i opuścił pas jezdni prowadzący do centrum handlowego.  
- Coomer nie żyje.  
- A coś więcej?  
- Był w celi sam i mieli go wkrótce przewieźć do sądu. Prawdopodobnie powiesił się na kablu 
elektrycznym przywiązanym do krat.  
- Jak długo pozostał sam?  
- Będący wówczas na dyżurze Bill Canon zarzeka się, że nie dłużej niż dziesięć minut.  
- A kto miał dostęp do zatrzymanych? Jake znowu wzruszył ramionami.  

background image

- Lepiej zapytać, kto nie miał. Może tam wejść każdy policjant, zastępcy szeryfa, policja sądowa 
i adwokaci, niech to szlag trafi! Właściwie każdy, kto akurat jest w gmachu. Cele można 
otworzyć tylko od zewnątrz.  
Sarah wiedziała, o czym mówi Jake. Znała stary budynek aresztu i umieszczone w piwnicach 
akustyczne, malutkie ciemne cele o ścianach z grubego betonu, z żelaznymi drzwiami 
wyposażonymi w niewielkie zakratowane okienka. Metalowe łóżka na stałe były przymocowane 
do ścian. Jedynie na korytarzu zamontowano monitoring.  
- Przeglądałeś zapis z kamer?  
- Kamery nie działały, gdy trzymali tam Coomera.  
- Rozumiem.  
Właśnie jechali przez most nad rzeką Coosaw. Sarah mimowolnie rejestrowała przesuwające się 
za oknem stalowe elementy konstrukcji. W dole załadowana węglem rzeczna barka kierowała się 
do Port Royal Sound. W rzeczywistości młoda kobieta skupiła się na :ąlOżliwych wariantach 
wydarzeń w areszcie.  
- To niedobrze. A skąd on wziął ten kabel?  
- Tego nikt nie wie; mówi się, że mógł go znaleźć w środku. Policja bada odciski palców, ale 
wiele z tego nie będzie.  
- Jak sądzisz, czy w takim razie było to samobójstwo?  
- Według mnie nie. Tak czuję. - Po drugiej stronie rzeki ruch był większy. Jake musiał się 
zatrzymać na światłach. Patrząc na Sarę, zapytał: - A może poprawimy sobie nastrój wspólną 
kolacją?  
Przed chwilą minęli z lewej strony restaurację Long John Silver, a z prawej Arby. Sarah uznała, 
że fast foody działają na podświadomość przyjaciela.  
- Zrobimy, jak zechcesz - odparła, wzruszając ramionami, bo nie była głodna.  
Jake ruszył na zielonym świetle.  
- W twojej lodówce nie ma nic ciekawego do jedzenia. Kupimy coś po drodze czy zamówimy 
pizzę?  
Sarah spojrzała na niego niezadowolona.  
- Gdybyś nie wiedział, to w zamrażarce mam lazanie, Gordon bleu z kurczaka i duszone mięso.  
_ Zamrożone gotowe dania. Pychota! - pokpiwał Jake. - Są smaczne i zdrowe - broniła się, a 
wiedząc, że to może być długi i bezcelowy spór, w którym nie będzie zwycięzcy, dodała 
pojednawczym tonem: - Nie jestem specjalnie głodna, ale mogę spróbować pizzy wegetariań-
skiej.  
- To już coś - przyznał Jake, nie wspominając ani sło-  
wem o tym, że dla siebie zamówi paszteciki z mięsem.  
_ Wcale nie musisz mnie niańczyć. Mam tylko ból głowy i zniszczoną fryzurę. Reszta jest w 
porządku. Szkoda, że nie oddali auta - które, jak powiadomiła ją Lynnie, stało na policyjnym 
parkingu - bo wróciłabym sama.  
- No, na szczęście nie oddali.  
- Muszę je jak najszybciej odzyskać.  
- Nie musisz się trudzić. Pops - dziadek Jake'a - już ci je przyprowadził.  
- Tak? To wspaniale! Jesteś cudowny!  
- Zawsze ci to mówiłem.  
Sarah uśmiechnęła się i już chciała coś odpowiedzieć, ale właśnie zadzwonił telefon. Jake 
spojrzał na numer, zamruczał coś pod nosem i odebrał telefon:  
- Ta ...  
- Cześć, przystojniaku! Właśnie przygotowałam mięso na grilla. Za ile możesz tu dojechać?  

background image

Sarah doskonale słyszała rozmówczynię Jake'a, te głośne "ochy" jakiejś Donny czy "achy" innej 
Danielle.  
- To świetnie, malutka - zaczął Jake, spoglądając jednocześnie na Sarę, której twarz zastygła w 
wymuszonym uśmiechu, - ale dzisiaj nic z tego nie będzie.  
- A to dlaczego? - Niemal widziała nadąsaną minę blondynki. - Wszystko już gotowe. Przecież 
rozmawialiśmy o tym wczoraj i byłeś zadowolony.  
- Coś mi wypadło.  
- Tobie zawsze coś wypada. Tylko ta praca i praca. Ostatnio musieliśmy nawet skrócić wakacje.  
- Niestety. Bardzo mi przykro. Wstaw mięso do lodówki i spotkamy się jutro.  
W słuchawce zapadła absolutna cisza. Sarah wiedziała, że tamta dziewczyna właśnie się 
zastanawia, czy zrobić awanturę, czy udać, że nic się nie stało. Gdyby była pewna swojego 
faceta, urządziłaby nieziemską awanturę, pomyślała Sarah. Jednak Jake swoim zachowaniem 
sprawiał, że blondynki nigdy nie miały tej pewności. To jakieś masochistki, które pociągała 
niepewność.  
- Obiecujesz? - Danielle zrezygnowała jednak z awantury.  
- Tak, o ile znowu coś mi nie przeszkodzi - rzucił żartobliwie.  
Przynajmniej jest z nimi szczery, podst;mowała Sarah. Danielle wzięła oddech i po chwili 
wahania zachichotała, mówiąc:  
- Widzę, że lubisz się ze mną droczyć! - Po czym uwodzicielsko dodała: - Mam też dla ciebie 
coś specjalnego. Właśnie kupiłam nową nocną koszulkę.  
Zmieszany Jake ukradkiem spojrzał na Sarę, a ta przesłała mu buziaka. Detektyw rzucił okiem 
na, drogę, odchrząknął i usiłował skończyć rozmowę, mówiąc:  
- Muszę już kończyć. Ja ...  
- Jest z czarnej koronki, cała przezroczysta ...  
- Wystarczy, wystarczy - usiłował opanować sytuację.  
- Zadzwonię jutro.  
- Już widzę, jak...  
Blondynka nie mogła jednak opisać bardziej szczegółowo swoich wizji, bo Jake rzucił krótkie: 
"No to pa!", i rozłączył się.  
- Ile ona ma lat? - Sarah nie mogła powstrzymać ciekawości.  
- Dwadzieścia pięć.  
- Jeżeli to jest ta gorąca dziewczyna, o której myślę, to powinieneś przyjąć zaproszenie.  
- Czy nie sądzisz, że nie wypada podsłuchiwać cudzych rozmów?  
- A co? Może powinnam zatkać sobie uszy?  
- To nie byłoby takie złe.  
- No nie! Żebyś wiedział, że następnym razem właśnie tak zrobię, przystojniaku.  
Jake zacisnął usta i Sarah dojrzała, że lekko się zaczerwienił.  
- Przeszkadza ci to, że Danielle tak mnie nazywa?  
- Nie, biorąc pod uwagę to, że rzeczywiście jesteś przystojny i masz fajny tyłek.  
- Może już dasz sobie spokój? - Tym razem Jake był naprawdę poirytowany.  
- Dlaczego? "Przystojniak" to doprawdy słodziutkie.  
- Sarah.  
- Już dobrze. Więcej nie będę cię zawstydzać.  
- Co ty powiesz! - Policzki Jake wracały do poprzedniego koloru, ale Sarah z satysfakcją 
stwierdziła, że jednak poczerwieniał. - To miła dziewczyna. Na pewno mogłabyś ją polubić.  
- Jeżeli wystarczająco długo będziecie razem, to z pewnością mi ją przedstawisz.  
W odpowiedzi wydał z siebie jakiś bliżej nieokreślony dźwięk, co uznała za zamknięcie tematu.  

background image

Jeśli dobrze pamiętała, blondynki można było bez szkody zmieniać. Podejrzewała, że Jake 
hołduje tej właśnie zasadzie, bo żadna z nich nie zagrzała miejsca u jego boku dłużej niż sześć 
miesięcy. Z Danielle spotykał się już pięć. Można więc było przypuszczać, że rozstrzygnięcie 
nastąpi wkrótce.  
Zbliżali się do historycznego centrum miasta, gdzie wzdłuż alei ciągnął się rząd uroczych, 
pomalowanych na biało kolonialnych willi. Dojeżdżając do skrzyżowania, Jake zwolnił. Z 
bocznej uliczki wyjeżdżał właśnie przystosowany do przewozu turystów, wypełniony pasażerami 
furgon zaprzęgnięty w siwego, osowiałego konia. Otwarta, pomalowana na czarno platforma 
ozdobiona była kwiatami. Rozbawieni ludzie rozmawiali z noszącym cylinder woźnicą, który 
odwrócony do nich bokiem, opowiadał historię Beaufort. Sarah wiedziała, że było to jedno z 
nielicznych miast, które przetrwało okupację armii generała Shermana podczas wojny secesyjnej. 
Legenda głosi, że żołnierzom Unii miasto bardzo przypadło do gustu, choć w rzeczywistości 
stanowiło ono punkt strategiczny i z tego powodu Jankesi założyli tu swoją kwaterę główną· Ani 
kolonialne domy, ani nadbrzeże nie uległy zniszczeniu. Teraz naj okazalsze budynki stanowiły 
dumę hrabstwa Beaufort i niebywałą atrakcję dla tysięcy turystów.   
- Właściwie - zaczęła, gdy detektyw minął tramwaj konny i przyspieszył - to z powodzeniem 
mogę zjeść sama. Naprawdę nie musisz poświęcać dla mnie grillowania zDanielle.  
Skręcając w Bay Street, Jake zwolnił. Wjechali do dzielnicy zabudowanej wiktoriańskimi 
domami, które można było uznać za wzniesione niedawno. Obszerne, stare i zdobione 
ornamentami budowle stały w pewnym oddaleniu od ulicy, otoczone wypieszczonymi trawnika-
mi i ogrodzeniami z kutego żelaza. Lśniące liście ogromnych magnolii rzucały cienie na 
otaczającą budynki zieleń. Ulice zdobiły rzędy wysokich cyprysów i dębów otulonych 
zwisającymi kępami oplątwy. Krzewy azalii obsypane różowym i koralowym kwieciem rosły tuż 
u podnóża ozdobnych ogromnych werand, gdzie plotkowali domownicy, leniwie obserwując 
otoczenie, usadowieni na ogrodowych huśtawkach i w bujanych fotelach.  
- Nie utrudniaj! Ja nie tylko zjem z tobą, ale zostanę do rana. No, chyba że pojedziemy do mnie.  
Sarah popatrzyła na Jake'a. Świadomość tego, że zeszłej nocy ktoś do niej strzelał, wciąż nie 
dawała jej spokoju. W głębi duszy była przyjacielowi wdzięczna, że postanowił zostać na noc, 
choć nie chciała się do tego przyznać. Jake poznałby wówczas jej kiepski stan, a przecież ucho-
dziła za bardzo odporną.  
- Jest jeszcze pies - przypomniała, a przyjaciel odpowiedział grymasem, który oznaczał, że 
nocleg psa, który nie był ulubieńcem Jake'a, w jego domu, nie wchodzi w grę. Tego właśnie 
spodziewała się Sarah. Nie spuszczając z tonu, zapytała prowokująco: - A co, jeśli chciałabym 
zostać sama?  
- Sama to możesz się zamknąć w łazience - odparł, ponownie nie wykazując zrozumienia dla jej 
potrzeb. I, na szczęście, nie zawiódł jej. Po chwili kontynuował: - Nie wiem, czy zdajesz sobie z 
tego sprawę, ale od mniej więcej trzech godzin nie masz już policyjnego anioła stróża. Frist -
Lowell Frist, komendant policji - powiedział, że nie mogą ci dać całodobowej ochrony. Uważają, 
że nic ci nie grozi.  
- A ty?  
Jake zacisnął zęby. Jednak Sarah zauważyła ten nieznaczny ruch szczęki, co oznaczało, że 
przyjaciel ma inne zdanie. Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach.  
- Naprawdę nie wiem - odpowiedział.  
Byli już prawie na miejscu. Okolica, w której mieszkała, nazywana przez Sarę Pekin, znajdowała 
się między starymi, kolonialnymi domami dawnych właścicieli plantacji a krzykliwymi 
rezydencjami nowobogackich. W Pekinie dominowały skromne domki jednorodzinne i 
czynszówki wzniesione wokół historycznego centrum miasta po pierwszej i drugiej wojnie 

background image

światowej. Ich mieszkańcami była zbieranina ludzka, począwszy od wielodzietnych rodzin 
imigrantów, poprzez emerytów, a kończąc na osobach samotnych, takich jak Sarah. Prężnie 
rozwijała się tu drobna przedsiębiorczość. Jake zatrzymał się na światłach. Na drugim końcu 
ulicy Sarah dostrzegła sklep Quik-Pik. Nawet z tej odległości czuła, że jest za blisko tego 
feralnego miejsca. Parking wciąż był odgrodzony policyjną taśmą, a przed wejściem stały dwa 
wozy patrolowe. Z jednego właśnie wysiadł policjant, zręcznie przeskoczył taśmę i poszedł w 
stronę budynku, gdzie - jak domyślała się Sarah wciąż pracowała ekipa dochodzeniowa. Gdyby 
nie to, że funkcjonariusz zabił jednego z bandytów, o tej porze nie byłoby tu nikogo z 
dochodzeniówki, a sklep pracowałby już normalnie. Jednak w tym wypadku policja chciała się 
zabezpieczyć na wszystkie możliwe strony.  
- Cholera! - zaklął nagle Jake. - Nie pomyślałem o tym, że nie powinnaś tędy przejeżdżać. Trzeba 
było wybrać inną drogę.  
- Inną? - Zdziwiła się Sarah, bo w rzeczywistości nie można było uniknąć przejazdu koło tego 
sklepu. Przecież mieszkała tylko cztery przecznice dalej. ~ Nie martw się, wszys,tko w porządku.  
I rzeczywiście było, dopóki na osiedlowej tablicy ogłoszeń w miejscu zamieszczanych do tej 
pory ulotek reklamujących gazownię nie przeczytała nekrologu:  
Mary Jo White 1939-2006 Spoczywaj w pokoju.  
Na dole ktoś dopisał: "Módl się za nami".  
Nagły przypływ żalu mocno ścisnął jej gardło. Oczy jej zwilgotniały, a żołądek boleśnie się 
skurczył. Przeżywała wszystko raz jeszcze: widziała przerażoną Mary, słyszała wystrzał i 
krzyki...  
To zbyt wiele. Nie było ucieczki przed wspomnieniami. Znowu spotkało ją nieszczęście i bez 
ostrzeżenia zniweczyło dopiero co odzyskane poczucie spokoju. W jednej chwili prysnęło 
ustabilizowane, bezpieczne i dobrze układające się życie. Teraz już nic nie będzie jak dawniej.  
Sarah została prokuratorem, by walczyć ze zbrodnią.  
Być może tylko to trzymało ją jeszcze przy życiu. Przynajmniej chciała w to wierzyć. Sądziła, że 
znajdując w sobie siłę do walki za tych, którzy jej nie mają, ostatecznie pokona wszelkie zło.  
Auto ruszyło spod świateł i natychmiast przyspieszyło, mijając Quik-Pik. Jake chciał stąd jak 
najszybciej odjechać. I wtedy Sara zobaczyła grupkę dzieci wychodzących z zaniedbanego 
budynku stojącego po drugiej stronie skrzyżowania, w domu, w którym mieściła się teraz chińska 
restauracja Wang's Orientał Palace. Ulicą maszerowało czworo, nie, pięcioro dzieci. Wszystkie 
miały ciemne, niemal czarne włosy i śniadą cerę. Były wychudzone i bardzo biednie ubrane. 
Najstarszy w tej grupie był mniej więcej dziesięcioletni chłopiec. Najmłodsza - dziewczynka, 
która ledwie nauczyła się chodzić. Drugi z chłopców i dwie pozostałe dziewczynki mieli 
niewiele ponad pięć lat. Dzieci szły w przeciwnym kierunku, więc Sarah nie widziała ich twarzy. 
Była jednak pewna, że najstarsza z dziewczynek, z długimi włosami, trzymająca za rączkę 
najmłodszą, to ta, która siedziała pod stołem w Quik-Pik.  
- Jake! - rzuciła szybko. - Zatrzymaj się!  
 
Rozdział 6  
- Co takiego? - Jake spojrzał na nią, marszcząc brwi.  
- To ta dziewczynka! Jestem pewna! Ta ze sklepu!  
O, tam! - Sarah wskazała dzieci i zaczęła odpinać pas.  
Jake podążył wzrokiem we wskazaną stronę, skręcił na parking przed restauracją Wanga i 
podjechał na sam jego koniec, gdzie na chodniku leżała sterta p.,płamanego asfaltu. Dalej był 
zaniedbany trawnik. Dzieci oddalały się wąską, żwirową alejką biegnącą między restauracją a 

background image

wysokim płqtem oddzielającym sklepy od prywatnego domu stojącego obok. Wzdłuż 
niepomalowanego ogrodzenia rosły wysoko żółte słoneczniki, cierniste, purpurowe osty i 
wybujałe krostawce. Poprzewracane duże pojemniki na śmiecie i porozrzucane wokół nich pudła 
~prawiały, że alejka była nieprzejezdna dla dużego samochodu Jake'a.  
- Zatrzymaj się! - Jake zahamował. Sarah, nie myśląc o tym, jak wygląda, wypadła z auta.  
Dzieci zgromadziły się wokół czarnej, plastikowej torby na odpadki porzuconej koło jednego z 
pojemników. Otworzyły ją i zaglądając do środka, cicho wymieniały między sobą uwagi na 
temat zawartości.  
- Hej! - krzyknęła Sarah - Cześć!  
Chociaż osłabiona, ruszyła chwiejnie w beżowych czółenkach na praktycznych 
dwucentymetrowych obcasach. Determinacja potrafi jednak zdziałać cuda. Przekonała się już o 
tym wcześniej. Drżące kolana ją zawodziły, głowa bolała jak diabli, a ostry zapach chińszczyzny 
unoszący się w dusznym powietrzu skręcał jej żołądek. Szła jednak uparcie w kierunku dzieci i 
to już było coś.  
- Cześć! - powtórzyła i pomachała ręką. Obcas utknął w połamanej chodnikowej płycie i Sarah 
odzyskała równowagę dopiero po kilku chwiejnych krokach.  
Dzieciaki popatrzyły na nią szeroko otwartymi oczami.  
Teraz Sarah była już pewna: najwyższa dziewczynka, która miała nieco ponad sto dwadzieścia 
centymetrów wzrostu, to dziecko ze sklepu. Miała splątane, nieuczesane włosy, poplamioną żółtą 
koszulkę, rozerwaną na ramieniu - zapewne tę samą, w którą była ubrana poprzedniego wieczoru. 
Z czerwonych niegdyś szortów, wyblakłych do spranego różu, wystawały chude nogi i bose, 
zabrudzone stopy. Wydawała się drobniutka i miała delikatne rysy, a w złocistych promieniach 
zachodzącego słońca wyglądała niemal ślicznie, chociaż bez wątpienia była wychudzona.  
- Pamiętasz mnie? - zapytała Sarah, siląc się na uśmiech, który nie uspokoił dzieci.  
 
Dziewczynka ściskająca w dłoni rączkę najmłodszego dziecka krzyknęła cicho i odsunęła się od 
czarnej torby. Wpatrywała się w Sarę przerażona, z otwartą buzią i wytrzeszczonymi oczami. 
Najmłodsze dziecko musiało poczuć ból lub też dostrzegło strach swojej opiekunki i zaczęło 
straszliwie wrzeszczeć.  
- Nie! Czekaj! Nic ci nie zrobię!  
Starając się nie przestraszyć całej czwórki, Sarah uśmiechnęła się przyjaźnie, usiłując 
jednocześnie przezwyciężyć potężny ból głowy. Przyspieszyła kroku, chcąc szybko się zbliżyć 
do dzieci. I to był błąd. Głowa zaczęła ją boleć jeszcze bardziej, świat zawirował i Sarah straciła 
równowagę. Na szczęście zdołała oprzeć się o ścianę pobliskiego budynku.  
- Chodu! - krzyknęła dziewczynka i ku zdumieniu Sary dzieci, złapawszy torbę, co sił w nogach 
pognały alejką. Dziewczynka poderwała swoją malutką podopieczną do góry i posadziła na 
biodrze, a potem popędziła za resztą, utwierdzając Sarę w przekonaniu, że ma ogromną wprawę 
w ucieczkach.  
- Czekajcie! - Sarah już miała ruszyć za nimi, ale Jake, który właśnie znalazł się obok, mocno 
przytrzymał ją za ramię· Widocznie ściganie czeredy dzieciaków nie było jej dzisiaj pisane. 
Poza tym, nie miała z nimi żadnych szans, pędziły tak szybko, że zniknęły już jej z oczu. Po-
czuła się zaskoczona, rozczarowana, a nawet nieco urażona. Sądziła, że nocna strzelanina jakoś 
zbliżyła je obie. Widocznie jednak dziewczynka miała w tej sprawie inne zdanie.  
- No, no - zagadał z niedowierzaniem Jake.  
Sarah spojrzała na niego. Trzymał ją mocno za ramię, jakby się bał, że pomimo swojego stanu 
ruszy w pogoń za dziećmi. W promieniach zachodzącego słońca wydawał się jeszGze wyższy i 
potężniej zbudowany. I choć jego twarz skrywał cień, Sarah nie miała trudności z dojrzeniem 

background image

malującego się na niej grymasu.  
- Sądzisz, że mnie nie poznała?  
Jake uśmiechnął się szeroko.  
- Problem w tym, że wyglądasz jak Frankenstein. Jesteś posiniaczona, potłuczona, masz bandaż 
na głowie, a w nocy, kiedy ta mała widziała cię ostatni raz, leżałaś postrzelona na chodniku w 
kałuży krwi. Może więc nie chodzi o to, że cię nie rozpoznała, tylko że nie jesteś jej 
najradośniejszym wspomnieniem.  
Sarah zacisnęła wargi.  
- Chcesz powiedzieć, że wyglądam wystarczająco okropnie, by straszyć małe dzieci?  
- Mówię tylko, że rozumiem, dlaczego uciekły - odparł rozbawiony. Ciągle trzymał ją za ramię i 
prowadził do samochodu.  
- Przecież uratowałam jej życie! Powinna wiedzieć, że nie zrobię jej krzywdy.  
- Pewnie myślała, że jesteś duchem albo zombi. A może inną zjawą powstałą z grobu, by ją 
dopaść.  
W całym tym zamieszaniu Sarah zostawiła otwarte drzwi samochodu i zdała sobie z tego sprawę, 
dopiero gdy dotarli na miejsce. Jake pomógł jej wsiąść. Przyznała z goryczą, że krótki pościg 
całkowicie ją wyczerpał. Nie było szans na kontynuowanie go wyłącznie dzięki sile determinacji.  
- To śmieszne - powiedziała gniewnie, gdy Jake zamykał drzwi. Zapięła pas i dokończyła, gdy 
siadał obok niej: - Ja tylko chciałam się upewnić, że z nią wszystko w porządku.  
Jake włączył silnik i zawrócił, kierując samochód w stronę wyjazdu z parkingu.  
- Nic jej nie jest. Mówiłem ci to już wcześniej. Nie musisz się o nią martwić.  
To prawda. Jake zadzwonił do niej po południu, by powiedzieć, że odnalazł dziewczynkę. Sarah 
nie wątpiła, że mu się to uda. Był doświadczonym detektywem, dlatego też biuro prokuratora 
okręgowego często korzystało z jego, wcale nie takich tanich, usług. Można było na nim polegać, 
przynajmniej Sara ufała mu całkowicie. Gdy tylko prosiła o pomoc w którejś z prowadzonych 
spraw, wiedziała, że Jake zrobi wszystko, co tylko będzie możliwe.  
Teraz jednak, mimo jego zapewnień, nadal czuła niepokój. Odwróciła głowę, starając się dojrzeć 
ulicę, do której prowadziła tamta wąska alejka. Nic nie mogła jednak zobaczyć. Ciągnące się 
ogrodzenia, żywopłoty z wiciokrzewu, rzędy domów, wszystko to przesłaniało widok.  
- Może grozić jej niebezpieczeństwo ze strony trzeciego uczestnika napadu. Tego, który do mnie 
strzelał.  
- Nie sądzę. - Jake potrząsnął głową. - To przecież tylko dziecko. Jeżeli on w ogóle istnieje i 
mała go zauważyła, w co wątpię, była tak roztrzęsiona i przerażona, że zapewne go nie rozpozna. 
A nawet jeżeli go pamięta, to jej zeznanie nie byłoby nic warte właśnie ze względu na te oko-
liczności.  
- Zakładasz, że trzeci bandyta jest na tyle inteligentny, że sam to pojmie. Z tego, co 
zaobserwowałam, ci w sklepie to beznadziejne głupki.  
Jechali już główną ulicą, kierując się w stronę domu Sary. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie 
poprosić Jake'a o kilka rundek po okolicy, w nadziei na ponowne spotkanie z dziećmi. Porzuciła 
jednak ten pomysł. Na razie musiała wystarczyć jej świadomość, że dziewczynka żyje, ma się 
dobrze i jest względnie bezpieczna. Jeżeli nie było niebezpieczeństwa - Sarah postanowiła zaufać 
osądowi Jake'a w tej sprawie - nie ma sensu straszyć małej bez potrzeby. Wszystko, co osiągnęła 
swoim działaniem, to potężny ból głowy i wyczerpanie. I co jej z tego przyszło? Nic. Krótko 
mówiąc - porażka. Dzieciak najwyraźniej nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Usadowiła się 
wygodniej na fotelu i poprosiła:  
- Opowiedz mi o niej.  
J ake wyciągnął z kieszeni otwartą paczkę orzeszków M&M's, włożył ją do miejsca na kubek 

background image

przed sobą i zaczął je chrupać. Sarah zmrużyła oczy, patrząc na niego z dezaprobatą·  
- No co? Nie zdążyłem zjeść lunchu - bronił się, bo znając ją na wylot, wiedział, co znaczy taka 
mina. Nie proponował też Sarze, aby się poczęstowała. - Chcesz się czegoś dowiedzieć o małej 
czy nie?  
- Tak - odpowiedziała krótko. Besztanie go za złe nawyki nie miało sensu. Teraz nie była w 
nastroju do nawracania Jake'a na właściwą drogę, w przeciwnym razie nie dałaby tak łatwo za 
wygraną.  
- Dobrze - zahamował, skręcił w lewo w Jackson Street i pochłonął kolejną porcję orzeszków. - 
Nazywa się Angela Barillas. Mieszka razem ze swoją samotną matką i czwórką rodzeństwa, to 
pewnie te dzieciaki, które z nią były, na osiedlu Beaufort Landing przy Yamassee Court, 
mieszkanie numer dwa C.  
Sarah znała to miejsce. Stało tam dwadzieścia zaniedbanych budynków z cegły, w każdym z nich 
było sześć mieszkań. Tłoczyli się w nich albo niedawno przybyli imigranci, albo robotnicza 
biedota. Jej dom od tego osiedla dzieliły trzy kilometry w prostej linii; sama też kiedyś mieszkała 
w takim miejscu. Wspomnienia nie należały do przyjemnych. Chociaż wyparła je z pamięci, na 
samą myśl o tamtych czasach przeszły ją ciarki. Jake mówił dalej:  
_ Ma dziewięć lat, jest w czwartej klasie, w podstawówce w Riverside. Poza tym, że pewnie 
smutno jej z powodu śmierci kasjerki, która była jej sąsiadką, ma się całkiem dobrze. 
Prawdopodobnie pobiegła do domu zaraz po tym, jak wyprowadziłaś ją ze sklepu. Nikt z jej 
bliskich nie wiedział, co zaszło, dopóki nie zobaczyli dzieciaka w telewizji dziś rano. Policja 
znalazła adres małej dzisiaj koło południa, w mieszkaniu nikt nie otwierał, dotarli więc do jej 
matki w Walgreens, gdzie pracuje. Gdy matka zaprowadziła ich do dziewczynki, ta powiedziała, 
że milczała o napadzie dlatego, że wykradła się wtedy z domu i bała się, że będzie miała kłopoty. 
- Jake mówił jej to już przez telefon.  
_ Jest bardzo drobna jak na dziewięciolatkę - zauważyła Sarah. - To dziwne, że takie dziecko 
wykradło się z domu w środku nocy.  
- Nie znam się na dziewięcioletnich dziewczynkach. -Jake wzruszył ramionami. - Jeżeli chcesz, 
mogę skontaktować się z pomocą społeczną, a oni zajmą się tą rodziną·  
_ Najpierw sama się zorientuję. - Sarah potrząsnęła głową. - Jak raz się dowiedzą, to nie 
wiadomo, co się wydarzy - zawahała się i spytała po chwili spokojniej: Jak sądzisz, co znalazły 
w tej plastikowej torbie? - Bała się myśleć, że mogło tam być jedzenie i że dzieci były głodne ...  
- Nie mam pojęcia. - Jake popatrzył na nią i dodał: Sarah, nic więcej nie możesz zrobić. Pracujesz 
po dwanaście godzin na dobę i do tego pomagasz innym. Prowadzisz zajęcia dla ofiar gwałtów, a 
jak brakuje kierowców, to osobiście rozwozisz darmowe posiłki dla potrzebujących i...  
- Lubię być w ruchu - przerwała mu.  
- Wiem. Chciałem tylko powiedzieć, że nie musisz brać sobie na głowę jeszcze tej rodziny - 
dodał spokojniej. - Nie zamierzam. Chcę się tylko upewnić, że nic się jej nie stało.  
- Uratowałaś jej życie i teraz myślisz, że już na zawsze jesteś za nią odpowiedzialna? - zapytał 
sucho Jake.  
- Coś w tym stylu - odparła wymijająco.  
Rozmowa toczyła się znanym torem: ona wypominała  
Jake'owi niewłaściwe nawyki żywieniowe, paradowanie z coraz.to młodszymi blondynkami i 
luzackie podejście do życia. Przyjaciel odwdzięczał się uwagami, że Sarah za dużo pracuje, za 
bardzo przejmuje się sprawami i ludźmi, którzy są skazani na przegraną, i że w ogóle jest za 
bardzo spięta. Tak często się o to kłócili, że teraz wystarczyło unieść brew, zacisnąć wargi czy 
krzywo spojrzeć i nie trzeba było powtarzać wszystkich argumentów.  
- Dobra, jak chcesz. - Jake wiedział, że nie zniechęci jej do zajmowania się dziewczynką.  

background image

- I zrobię to.  
Dom Sary znajdował się przy Davis Street, w małym skupisku parterowych domków, gdzie 
postawiono też kilka wyższych budynków. W tej spokojnej okolicy mieszkali ludzie średnio 
zamożni, którzy mieli niewielkie ogródki na tyłach posesji i parkowali swoje samochody na 
ulicy. Jake zatrzymał wóz przed domem przyjaciółki, gdzie zgodnie z zapewnieniami stało jej 
auto. Wysiedli z samochodu. Sarah wyjęła ze skrzynki korespondencję, pomachała starszemu 
panu Lunsfordowi, który kosił trawę po drugiej stronie ulicy, i wsparta na ramieniu Jake'a weszła 
do środka. Przejeżdżali przed chwilą przez luksusową dzielnicę z doskonale utrzymanymi 
trawnikami i w porównaniu z nimi jej malutki ogródek wyglądał nie ciekawie: słońce wypaliło 
płaty trawy, a jedynymi roślinami, które z nim wygrywały, były mlecze. Na dwóch marnych 
jukach ustawionych po obu stronach ganku przy wejściu dogorywały zwiędłe kwiaty. Wzdłuż 
domu w nierównym szeregu rosły małe, okrągłe krzaki, a wytrzymała palma karłowata 
zapewniała trochę cienia na ścieżce biegnącej do wejścia. Kute w żelazie skrzynki na rośliny 
wiszące pod każdym z trzech frontowych okien były wspomnieniem o poprzednim właścicielu 
domu i jedyną wytworną cechą tego przybytku. Niestety, pozostawały puste. Przez cztery lata, 
które Sarah tu spędziła, nie znalazła czasu, aby coś w nich zasadzić. Zawsze obiecywała sobie, że 
zajmie się tym następnej wiosny, nic jednak z tego nie wychodziło. Widocznie nie miała ręki do 
kwiatów.  
- Hau! Hau! - szczeknął Ciastek na powitanie, rozdziawiając pysk w szczerym psim uśmiechu. 
Sarah niezdarnie - tak jak niezdarnie robiła dziś wszystko - przykucnęła, by go uściskać. Witając 
się ze swoją panią, psisko tańczyło radośnie.  
- Cześć, stary! Tęskniłeś za mną? - zapytała. Uznała, że liźnięcie jej po twarzy oznacza 
potwierdzenie. Wyprostowała się i poszła do kuchni. Ciastek podążył za nią, odwracając się co 
chwila i ostrzegawczo warcząc na detektywa. - Cieszy się, że cię widzi - wyjaśniła.  
Ale Jake podszedł do tego sceptycznie. Sarah otworzyła drzwi do ogrodu i wypuściła psa. 
Zrzuciła buty i przysiadła na stoliku, by przejrzeć listy, po czym rozejrzała się i pomaszerowała 
w głąb domu. Nie zwracała specjalnej uwagi na poczynania przyjaciela, choć słyszała, jak cicho 
otwierał drzwi i bezszelestnie przechodził z pokoju do pokoju, przeszukując dom. Skrzywiła się, 
bo zdawał się przesadzać. Już miała go spytać, czy spodziewa się zastać jakieś straszydło ukryte 
pod łóżkiem, gdy wszedł do kuchni i zamówił pizzę przez telefon. Zanim skończył, zadzwoniła 
komórka Sary. Telefonował Ken Duncan, jeden z trzech asystentów prokuratora okręgowego. 
Chciał wiedzieć, czy Sarah zjawi się jutro w sądzie. Nie było problemu z przesunięciem terminu 
sprawy Parkera, ale sprawa Helitzera przeciw stanowi Karoliny Południowej wpisana na 
wokandę na dziewiątą rano sprawiała pewien Hopot. Prawnicy Helitzera nie chcieli się zgodzić 
na przesunięcie terminu. Żądali oddalenia przesłuchań.  
- Przyjadę - zapewniła go Sarah, zadowolona, że Jake znów wywędrował z kuchni.  
- Będziesz w domu przez chwilę? Przysłali dokumenty. Mogę ci je podrzucić, jeśli chcesz.  
- Jeśli możesz, dziękuję - odpowiedziała w chwili, gdy detektyw źnów wszedł do kuchni.  
Rozmawiała jeszcze przez kilka minut z Duncanem o czekających ich rozprawach, po czym się 
rozłączyli. Sarah była wyczerpana, wszystko ją bolało, głowa zdawała się rozpadać na kawałki, 
gdy jednak spostrzegła wpatrującego się w nią Jake'a, wyprostowała plecy, udając, że czuje się 
świetnie. Ponieważ słyszał całą jej rozmowę, wiedziała, że nie będzie mogła uniknąć kolejnych 
wyrzutów.  
- Myślałem, że masz jutro wolne - zaczął Jake. Czyżby aż tak łatwo było przewidzieć, co zrobi?, 
pomyślała.  
Oparł się o blat, zmarszczył brwi i patrząc na Sarę, poruszał szklanką tak, że kostki lodu uderzały 
o ścianki. Nalał sobie zdrowej niesłodzonej herbaty, którą znalazł w lodówce, i wrzucił pięć 

background image

porcji słodzika. Było ich dokładnie pięć - Sarah policzyła pozostawione na blacie różowe, pa-
pierowe torebeczki. Nie miała w domu cukru. Na szczęście. W przeciwnym razie Jake'owi 
należałoby zaaplikować insulinę.  
- Wiesz co? - rzuciła, starając się odwrócić jego uwagę·  
- Widzę, że jesteś uzależniony od słodyczy. - Udawała, że pochłania ją studiowanie ogłoszeń w 
gazecie. - Nie myślałeś o jakiejś terapii?  
- A ty jesteś pracoholiczką - odciął się, nie pozwalając zmienić tematu. - Czy dzień wolny od 
pracy to koniec świata?  
Sarah westchnęła.  
- Jutro jest piątek. Skończę wcześniej, ale muszę się pokazać w sądzie. Choć na chwilę·  
- A co w tej sprawie jest takiego, że musisz tam być? Nawet z zabandażowaną głową?  
- To, że prawnicy Mitchella Helitzera wnioskują o oddalenie zarzutów. Posiedzenie jest 
wyznaczone na dziewiątą·  
J ake zmarszczył brwi.  
- Tu cię mam! To znów jedna z tych twoich beznadziejnych spraw. Czy naprawdę wierzysz, że 
znajdziesz dowody przeciwko Mitchellowi Helitzerowi?  
Mitchell Helitzer, były rozgrywający drużyny Gamecocks, pochodził z jednej z naj starszych i 
najbogatszych rodzin w Beaufort.  
- On zabił swoją żonę·  
Jake upił nieco herbaty i kontynuował w tym samym duchu.  
- Twierdzi, że spadła ze schodów. Masz świadków, którzy temu zaprzeczą? - Wiedział, że nie. 
Pytania retoryczne były stałym elementem ich sporów.  
- Gdyby Susan Helitzer tak po prostu spadła ze schodów i uderzyła się w głowę, nie byłoby 
wokół tyle krwi. W dodatku upadła na twarz, a urazy znaleziono także z tyłu głowy. 
Przypuszczam, że feralny cios zadano od tyłu. Na przykład młotkiem.   
- Takie rany zawsze bardzo krwawią, a mogła też uderzyć się w tył głowy, gdy spadała. Te 
schody są strome i w dodatku z kamienia - udowadniał Jake. - Musisz mieć coś więcej, by 
postawić zarzut morderstwa i żądać kary śmierci ..  
Sarah wiedziała, że przyjaciel ma rację. Był bardzo dobry w wynajdywaniu słabych punktów. W 
odpowiedzi pokazała mu język.  
- Miałam dostatecznie dużo dowodów, aby przekonać Morrisona do wytoczenia sprawy o 
morderstwo.  
- Zgodził się tylko dlatego, żeby media nie zrobiły afery. Gdyby się bowiem okazało, że 
prokuratura stosuje wobec Helitzera taryfę ulgową, to w telewizji od razu zaczęliby gadać, że 
sławni i bogaci są traktowani specjalnie w hrabstwie Beaufort. A on zamierza zostać gubernato-
rem. Nie może sobie pozwolić na zrobiet,lie republikanom takiego prezentu.  
I znów Jake miał rację. Nie zdołał jednak osłabić przekonania Sary, że Mitchell Helitzer z zimną 
krwią zamordował swoją żonę.  
- Och! Idź już! Zajmij się lepiej jakąś sprawą rozwodową·  
- Wiesz, że ja ... - zaczął Jake, wykrzywiając drwiąco wargi.  
No tak, wiedziała, co zamierzał teraz powiedzieć. Zanim jednak dokończył zdanie, rozległo się 
pukanie do drzwi. Ciastek, który jeszcze był w ogródku, natychmiast znalazł się przy drzwiach 
wejściowych i wszczął alarm.  
- Pizza - Jake musiał przekrzyczeć ujadanie psa. Poszedł otworzyć.  
Korzystając z jego nieobecności, Sarah sięgnęła do torby, którą postawił na blacie, wyjęła 
przepisane przez lekarza tabletki przeciwbólowe i szybko popiła kilka wodą. Gdyby Jake 
wiedział, jak bardzo bolała ją głowa, na pewno pojechaliby z powrotem do szpitala.  

background image

Jedli w salonie, przy włączonym telewizorze. Ciastek leżał u stóp Sary. Siedzieli obok siebie na 
brązowej, skórzanej sofie, która stała pod szerokim oknem w stylu lat pięćdziesiątych, 
wychodzącym na ulicę. Do zestawu mebli należały jeszcze dwuosobowa kanapka, fotel i otoma-
na. Po zakupie domu Sarah pojechała do pobliskiego sklepu meblowego Evans, gdzie znalazła 
wszystko, czego potrzebowała. Funkcjonalny zestaw pasował do trzech dębowych stolików i 
pary mosiężnych lamp, które dopełniały wystroju pomieszczenia. Meble nie były może zbyt ko-
lorowe czy atrakcyjne, ale pokój prezentował się nieźle i to w zupełności jej wystarczało.  
Jake szybko pochłaniał pizzę, a Sarah, która nigdy nie jadła dużo, a teraz w ogóle nie miała 
apetytu, ledwie ją skubnęła. Ciastek, tak jak i Jake, był zdeklarowanym mięsożercą, karmiła go 
więc kawałkami kiełbasy i szynki wygrzebanymi z pizzy przyjaciela. Uznała, że ratuje go w ten 
sposób przed złogami tłuszczu odkładającymi się w tętnicach, i uśmiechała się szeroko, kiedy 
detektyw patrzył na nią i Ciastka z wyrzutem. Na szczęście tabletki przeciwbólowe zadziałały, 
dudnienie w głowie ucichło i Sarah czuła się przyjemnie oszołomiona i otumaniona zarazem.  
Gdy kończyli posiłek, zjawił się Duncan w garniturze i pod krawatem. Był to 
trzydziestopięcioletni mężczyzna o miłej powierzchowności, miał około metra osiemdziesięciu 
wzrostu, jasnobrązowe włosy, nieco przerzedzone na czubku głowy, i jasne, niebieskie oczy. Jak 
głosiła biurowa plotka, właśnie rozwiódł się z żoną, która go oszukiwała. Interesowały się nim 
wszystkie wolne kobiety w biurze, nie wyłączając Lynnie. Pracował w prokuraturze okręgowej 
od dwóch lat, przyszedł z sektora prywatnego. Był dobrym prokuratorem, może tylko nazbyt 
przejmował się statystyką i nieustannie przeliczał swoje wygrane i przegrane procesy. Chęć 
osiągnięcia sukcesu sprawiała, że bardzo uważnie wybierał sprawy i jak wielu innych prawników 
nie angażował się, nie mając przekonania o wygranej. I ta właśnie cecha sprawiała, że Sarah 
cieszyła się ze współpracy z Duncanem.  
- Cześć! - Duncan przywitał się z Jakiem, nieco zaskoczony jego obecnością.  
Zauważył go, spoglądając ponad ścianką oddzielającą hol od salonu. Sarah zajęta była 
odciąganiem w stronę tylnego wyjścia Ciastka, który za wszelką cenę chciał wyrazić swą 
bezgraniczną niechęć do przybyłego. Zapatrzony w telewizor Jake ledwie machnął w 
odpowiedzi dłonią. Duncan, zachowując bezpieczną odległość od miotającego się psa, podążył 
za Sarą do kuchni. Po wypchnięciu Ciastka na zewnątrz Sarah usiadła przy kuchennym stole i 
zaczęła przeglądać przywiezione dokumenty.  
- Nie wiedziałem, że jesteś z Hoganem - cicho odezwał się Duncan, gdy Sarah zaczęła czytać. 
- To tylko przyjaciel. - Podniosła wzrok i zdziwił ją błysk, który dojrzała w oczach gościa. Nie 
potrafiła go zdefiniować, czyżby Duncan był nią zainteresowany? A może to jedynie niezdrowa 
ciekawość lub coś zupełnie innego? W każdym razie czas najwyższy usadzić faceta. - A 
dlaczego pytasz?  
Duncan zachował spokój. Błysk, który tak ją zaskoczył, już zniknął. Może go wcale nie było? 
Zapewne: .. Sarah zdawała sobie sprawę, że po ciężkich przeżyciach ostatniej doby, 
otępiających lekach i powracającym bólu głowy nie mogła mieć do siebie takiego zaufania jak 
zazwyczaj. Prawdę mówiąc, była rozkojarzona.  
- Tak tylko, z ciekawości. - Wzruszył ramionami i smutno się do niej uśmiechnął. - W biurze 
mówi się, że z nikim się nie umawiasz.  
- To prawda - odparła chłodno, chcąc zakończyć już tę głupią rozmowę, i wbiła wzrok w 
papiery. Duncan siedział cicho, aż skończyła czytać. Sarah podniosła wzrok i zapytała 
oficjalnym tonem: - To podstawa do odrzucenia oskarżenia?  
- Tak jest - przytaknął Duncan.  
- O co chodzi? - spytał Jake, wchodząc do kuchni.  

background image

Zrzucił buty i wyglądał na zadomowionego, gdy tak człapał w samych skarpetkach w stronę 
zlewozmywaka. Duncan obrzucił detektywa złym spojrzeniem i Sarah zrozumiała, że wyjątkowo 
męski wygląd Jake'a nie pozwalał ludziom przyjąć do wiadomości tego prostego faktu, że oni 
dwoje są tylko przyjaciółmi. Przypomniała sobie własne bose stopy, resztki pizzy na stoliku w 
salonie i zdała sobie sprawę, że dla nieznającego sytuacji Duncana okoliczności wskazywały na 
intymną zażyłość. Owszem, byli blisko, ale w innym tego słowa znaczeniu ...  
- Mają pisemne oświadczenie złożone pod przysięgą przez biegłego. Twierdzi, że krople krwi 
znalezione na schodach, na których zginęła Susan Helitzer, odpowiadają śladom, jakie powstają 
przy upadku - wyjaśniła Sarah, patrząc, jak Jake wyciąga spod zlewozmywaka torbę ze 
śmieciami. Dostrzegła oczywiście, że Duncan dokładnie zarejestrował fakt, iż Jake doskonale 
wie, gdzie jest pojemnik, i zdała sobie sprawę, że jutro będzie o tym plotkować całe biuro. No 
cóż, zajmie się tą sprawą, gdy będzie trzeba, pomyślała, wzdychając cicho.  
- Naprawdę? - zapytał z przekąsem Jake, trzymając w ręku torbę na śmieci. Nie powiedział: A 
nie mówiłem? Nie musiał. Wystarczyło na niego spojrzeć. Sarah niemal zabiła go wzrokiem. 
Wracając do pokoju, Jake odwzajemnił się jej ironicznym uśmieszkiem.  
- Czy chcesz zostawić resztę pizzy na śniadanie? - zapytał jeszcze, znikając za drzwiami.  
Och, jaki taktowny, pomyślała. Zapewne teraz Duncan zacznie spekulować, czy Sarah i Jake 
będą jedli razem śniadanie. Oczywiście, że będą, ale nie w tak oczywistych okolicznościach, jak 
to się mogło wydawać.  
- Nie - odparła zimno wbrew sobie, starając się rozwiać wszelkie wątpliwości. Nie miała w 
zwyczaju marnować jedzenia i Jake doskonale o tym wiedział, ale Duncan obserwował wszystko 
z zaciekawieniem i nie zamierzała dostarczać mu kolejnego powodu do plotek.  
- Jak sobie życzysz. - Odpowiedź Jake'a zabrzmiała nie naturalnie radośnie. Wiedziała, że 
właśnie z premedytacją zabawiał się jej kosztem. Błazen, pomyślała w odwecie.  
Kilka minut później Sarah odprowadziła Duncana do drzwi. Było już ciemno i ulicę oświetlały 
latarnie. Delikatny wietrzyk poruszał liśćmi palmy przed domem. Jak zwykle w sierpniu panował 
upał, było jednak mniej wilgoci w powietrzu. Wokół unosił się zapach wiciokrzewu i świeżo 
skoszonej trawy. Na końcu ulicy na podwórku sąsiadów krzyczały dzieci goniące świetliki. Z 
otwartego okna przejeżdżającego samochodu płynęła muzyka.  
- Jesteś pewna, że nie chcesz, abym zastąpił cię jutro?  
Nie wyglądasz najlepiej - zapytał Duncan, przystając przed domem.  
- Wielkie dzięki, ale nie trzeba - odparła sucho.  
- Tylko nie sądź, że sobie coś pomyślałem. - Choć stali w półmroku rozjaśnianym jedynie 
światłem ze środka domu, Sarah mogła przysiąc, że Duncan się zarumienił. Wyglądasz świetnie, 
to znaczy, zawsze świetnie wyglądasz, tylko że ... och ... miałem tylko na myśli ... wiesz, tyle się 
wydarzyło i może nie powinnaś ...  
- Będę w sądzie o dziewiątej - zlitowała się nad nim w końcu. - Dzięki, że podrzuciłeś mi akta.  
- Och, tak... Cieszę się. Nie ma za co.  
Wzruszył ramionami, pomachał na pożegnanie i szczęśliwy, że może już iść, ruszył przez 
trawnik w stronę samochodu. Sarah zamknęła drzwi. Odwróciła się i zobaczyła Jake'a 
wychodzącego z pokoju z pełną tym razem torbą na śmiecie.  
- Zmarnował wieczór - powiedział, idąc do kuchni.  
- Co masz na myśli? - zapytała, drepcząc za nim.  
- To oczywiste. Sądził, że będziesz sama. Przypuszczam, że zamierzał zaprosić cię na kolację.  
- Przywiózł tylko akta Helitzera!  
- Pewnie. Niezły pretekst, co? - Uśmiechnął się szeroko. Otworzył tylne drzwi, zamierzając 
wyrzucić śmieci. Ciastek, który zapewne tam przysnął, natychmiast rzucił się na Jake'a, groźnie 

background image

warcząc. Ten rzucił torbę i odskoczył. Pies i mężczyzna mierzyli się wzrokiem, detektyw 
wystraszony, a Ciastek z błyskiem w oczach. Sarah wybuchnęła śmiechem.  
- Cholerny kundel- wymamrotał pod nosem Jake i dochodząc do siebie, podniósł torbę.  
- On cię kocha. Tylko nie potrafi tego okazać. - Wciąż rozbawiona Sarah wyminęła prychającego 
detektywa i otworzyła drzwi. Jake bacznie obserwował Ciastka, gdy ten przemykał do kuchni, 
łypiąc na niego spode łba. Przykro mi, że cię przestraszył. - Odpłaciła mu za dotychczasowe 
złośliwości.  
Jake nie dał się jednak podpuścić. Skrzywił się tylko i wyniósł śmieci, Ciastek zaś pomaszerował 
w przeciwną stronę. Zapewne do swojego legowiska pod łóżkiem Sary.  
- Wezmę prysznic - zawołała i nie czekając na odpowiedź, poszła do łazienki. Była ledwie żywa, 
wszystko ją bolało i pomimo tabletek potłuczona głowa znów dawała o sobie znać. Sarah 
marzyła, żeby wziąć prysznic i położyć się do łóżka. Jak to doskonale powiedziała Scarlett 
O'Hara: "Jutro będzie kolejny dzień". Sarah miała tylko nadzieję, że lepszy od dwóch ostatnich.  
Zdecydowała: się na kąpiel, nie chcąc zamoczyć głowy pod prysznicem. Gdy woda. wypełniała 
wannę, Sarah umyła zęby i zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Po chwili niechętnie stwierdziła, 
że wygląda okropnie. Przy wzroście metr sześćdziesiąt dziewięć ważyła czterdzieści siedem 
kilogramów, dwanaście mniej niż przed siedmiu laty. Wiedziała, że jest za chuda, potwierdzało 
to lustro. Miała ciemnoniebieskie oczy, tego samego koloru co Lexie, dlatego często nie potrafiła 
wytrzymać własnego spojrzenia. Teraz były zapadnięte i podkrążone. Jej delikatna twarz nie 
wyglądała już tak atrakcyjnie jak kiedyś. Kości policzkowe niemal przebijały skórę. Miała bladą 
cerę, proste, kruczoczarne brwi i czerwoną szramę na brodzie po uderzeniu o chodnik. 
Rzeczywiście doskonale nadawała się do straszenia dzieci. Przed wyjściem ze szpitala pielę-
gniarka pomogła jej umyć włosy. Choć nie wyglądały najlepiej, to przynajmniej były czyste. 
Sarah nosiła krótką, cieniowaną fryzurę, idealną na co dzień. Wystarczyło tylko umyć włosy, 
nałożyć trochę pianki i wysuszyć. Teraz bez tych zabiegów przylegały do twarzy i w dodatku nie 
zasłaniały jaskrawego plastra na skroni. Ale nie mogła narzekać, przecież żyje. Niestety, Mary 
się to nie udało ...  
Odegnała tę myśl od siebie i zanurzyla"się w cudownie ciepłej wodzie. Większa część jej 
znużonego ciała przyjęła to z ulgą, jednak podrapane kolana i łokcie piekły niemiłosiernie. 
Szybko się więc umyła i bez wycierania wyszła z wanny. Nieoczekiwanie zakręciło jej się w 
głowie. Szczęśliwie zdołała przytrzymać się umywalki i kilkakrotnie głęboko odetchnąć. 
Następnie wytarła się, włożyła długą do kolan niebieską koszulkę, przewiązała paskiem biały 
szlafrok frotte i wyszła z łazienki powiedzieć Jake'owi dobranoc.    
Detektyw wyciągnął się na kanapie w salonie, opierając nogi na stoliku. W ręku trzymał pilota 
od telewizora i jak typowy mężczyzna przełączał kanały, nie zatrzymując się dłużej na 
którymkolwiek z nich. Gdy Sarah weszła do pokoju, spojrzał na nią i opuścił pilota. Rzut oka 
wystarczył, by zorientowała się, że Jake oglądał "Wiadomości". Na ekranie królowała Hayley 
Winston, pewna siebie blondynka relacjonująca wydarzenia przy Highway Street 17.  
- Nie wyglądasz najlepiej - zauważył. - Pewnie ciągle boli cię głowa?  
Jak cholera!, pomyślała, po czym zełgała jak z nut:  
- Trochę. Idę już do łóżka.  
- Jak będziesz czegoś potrzebowała, to zawołaj.  
- Masz to jak w banku - odpowiedziała i już chciała wyjść z pokoju, ale odwróciła się jeszcze: - 
Jake?  
- Tak? - Choć na nią nie spojrzał, Sarah pomyślała, że oglądając tutaj teraz telewizję, po prostu 
wyglądał na domownika - taki wielki, ciemnowłosy, rozczochrany i taki słodki, aż leciutko się 
uśmiechnęła.  

background image

- Dzięki - powiedziała miękko.  
- Hmm? - Podniósł na nią wzrok.  
- Dziękuję za to, że tu jesteś, że zostałeś na noc, że przyjechałeś do szpitala. Za wszystko.  
- Zawsze do usług. - Znów spojrzał w telewizor i nagle zamarł. Sarah podążyła za jego 
wzrokiem.  
Z ekranu uśmiechała się okrągła buzia Lexie otoczona bujnymi, rudawymi loczkami. Sarah 
natychmiast rozpoznała to zdjęcie, zrobiono je w przedszkolu, w trzecim tygodniu zajęć. Nagły 
atak bólu był tak mocny, że na chwilę straciła oddech.  
- To przejmująca historia - opowiadała Hayley Winston. - Zastępczyni prokuratora okręgowego, 
prokurator Sarah Mason, która uratowała dziewięcioletnią Angelę Barillas w czasie napadu na 
sklep ostatniej nocy, sama przeżyła tragedię. Widzowie mogą pamiętać, że jej pięcioletnia córka, 
Alexandra, została ...  
Jake zrobił teraz dobry użytek z pilota i wyłączył telewizor. W stał i powoli podszedł do Sary.  
- Sarah ...  
Ból potężniał, stawał się nie do zniesienia. Bezlitośnie ściskał żołądek, napinał nerwy. Był 
wszechobecny. Pomimo upływu czasu atakował z tą samą druzgoczącą siłą. Choć przez te lata 
Sarah na swój sposób już do niego przywykła, znów zastanawiała się, czy warto żyć i dalej cier-
pieć.   
- Sarah. - Poczuła ciepło jego rąk i zrozumiała, że Jake ją przytula. Przez jedną, krótką chwilę 
wsparła się na nim, słaba, potrzebując jego siły, uwagi i obecności. Szybko zmusiła się do 
spokojnego wdechu i wydechu. Opanowała ból, zacisnęła zęby i wyprostowała plecy. Wymazała 
z pamięci to, co przed chwilą zobaczyła. Nauczyła się, że aby przetrwać, musi być silna i nie 
może wiecznie rozpamiętywać przeszłości. Uniosła głowę z piersi Jake'a i zrobiła krok w tył. On 
jednak nie wypuszczał jej z objęć i patrzył na nią uważnie.  
- W porządku. - Głos Sary zabrzmiał zaskakująco pewnie. Widziała, że jest mu przykro, bo ona 
cierpi, i przynosiło jej to ulgę. Ze względu na przyjaciela zmusiła się do słabego uśmiechu. - 
Wszystko w porządku, naprawdę. To było tylko takie ... nieoczekiwane.  
Jake nie wyglądał na przekonanego, ale nic nie mogła na to poradzić. Już wyczerpała repertuar 
udawania na dziś.  
- Sarah ...  
- Idę się położyć. - Nie pozwoliła mu dokończyć. Nie mogła już więcej znieść, nie mogła 
wytrzymać więcej bólu, następnego wstrząsu ani nawet współczucia. - Nie martw się o mnie, 
czuję się dobrze. Naprawdę ..  
- Taaa ... - zgodził się, niechętnie opuszczając dłonie.  
- Dobranoc. - Sarah ruszyła do sypialni, starając się iść prosto.  
- Dobranoc - odprowadził ją niski, ciepły głos Jake'a. W sypialni było ciemno, dochodziło tam 
jedynie słabe światło z salonu. Zostawiła jak zwykle otwarte drzwi, by Ciastek mógł wyjść do 
kuchni napić się wody. Zdjęła szlafrok, zsunęła kapę z łóżka i położyła się, nie zapalając 
światła. Potrzebowała snu, błogosławionego snu, który pozwalał uciec przed bólem.  
Podczas tych wszystkich długich, najciemniejszych z ciemnych nocy Sarah wypracowała 
pewien rytuał. Słuchając rytmicznego oddechu Ciastka śpiącego pod łóżkiem, zwijała się w 
kłębek pod kocem i powtarzała znane jej modlitwy. Robiła tak aż do chwili, gdy stawały się w 
jej głowie jednością, gdy zatracając się w obietnicy spokoju, jaki niosły, zapadała w otchłań snu.  
Tej nocy nawet nie śniła. Spała głęboko i długo. Gdy się zbudziła, dom pogrążony był w ciszy i 
ciemności. Przez chwilę nie wiedziała, co ją zbudziło. To dzwoniący na nocnym stoliku telefon. 
Jęknęła, sięgając po słuchawkę. Bolała ją głowa, usta wyschły, a rozprostowanie zaciśniętych 
podczas snu palców sprawiało niezwykłą trudność. Może to sen nasilił efekt oszołomienia 

background image

wywołany środkami przeciwbólowymi. Zegar na stoliku jaskrawymi cyframi pokazywał 
pierwszą trzydzieści dwie. Gdy Sarah zacisnęła dłoń na słuchawce, poczuła wibracje aparatu.  
Telefon o tej porze zwiastował jedynie złe wieści. Pewnie to ktoś z pracy. Zapewne będzie 
musiała pojechać do więzienia, na miejsce przestępstwa, będzie musiała ...  
- Halo? - powiedziała do słuchawki zaspanym głosem.  
- Mamusiu, mamusiu, ploszę, przyjdź, zabierz mnie stąd! Boję się! - Dziecięcy głosik przerwało 
łkanie. - Mamusiu! Gdzie jesteś?  
Siedząc na łóżku, przerażona Sarah z trudem łapała oddech. To była Lexie. Jej córka, która 
siedem lat temu zaginęła na niedzielnym festynie w parku.  
 
Rozdział 7  
- Lexie! - zawołała Sarah, ale w odpowiedzi usłyszała jedynie miarowy sygnał rozłączonej 
rozmowy.  
Nie, nie, nie!  
- Lexie! - Wyskoczyła z łóżka, krzycząc, i uderzyła kilkakrotnie w słuchawkę tak mocno, aż ją 
zabolały palce. Serce jej waliło jak młotem. - Lexie! Lexie! Lexie! Lexie! Lexie! - W odpowiedzi 
nie zmiennie słyszała jedynie przerywany sygnał. Szlochając, upadła na kolana, nie wypusz-
czając słuchawki z dłoni. Dudniło jej w uszach, żołądek miała ściśnięty do granic wytrzymałości. 
- Lexie! Nie rozłączaj się! - wołała dalej rozgorączkowana.  
- Sarah? - Ktoś zapalił światło i szybko do niej podszedł. Leżący pod łóżkiem Ciastek 
natychmiast zabulgotał ostrzegawczo. - Zamknij się, Ciastek! - Jake uspokoił psa - a ten, o 
dziwo, posłuchał - po czym zupełnie innym tonem powtórzył: - Sarah?  
- Jake! - zawołała z podłogi, patrząc na niego nieprzytomnym wzrokiem i wciąż mocno 
przyciskając słuchawkę do ucha. - Właśnie rozmawiałam z Lexie! Zadzwoniła do mnie! - Co 
takiego?  
- Tak! To była ona! To był głos Lexie! - wyrzuciła jednym tchem i zamilkła na chwilę, po czym 
znów krzyknęła do słuchawki: - Lexie! Lexie! Gdzie jesteś? Odezwij się! Proszę! - Jedyną 
odpowiedzią był miarowy sygnał. Sarah ponownie zaczęła szlochać.  
- Już dobrze. - Jake przykucnął obok i spróbował wyjąć jej słuchawkę z dłoni. Sarah nie 
rozluźniła palców, czepiając się tej jedynej nitki, która teraz łączyła ją z córką ... W chwilę 
później odzyskała głos i powiedziała:  
- Jake, to była Lexie.  
- Pozwól mi posłuchać. - Jake ujął jej zaciśniętą na słuchawce dłoń i powoli przysunął do ucha. 
Tym razem Sarah nie oponowała, ale nie puściła słuchawki. Po prostu nie mogła się na to 
zdobyć. Gdzieś po drugiej stronie była jej córka. Gdzieś tam.  
Ale gdzie? Gdzie?  
- Lexie - powtórzyła drżącym głosem, a ból jeszcze raz przeszył ją na wylot.  
- Halo? Halo? - próbował Jake, po czym, kręcąc głową, opuścił dłoń. Wciąż ściskając kurczowo 
słuchawkę, Sarah patrzyła na niego wzrokiem wyrażającym jednocześnie strach i nadzieję. 
Przerywany dźwięk uświadomił jej, że połączenie zostało przerwane. Ponownie wstrząsnął nią 
spazm bólu.  
Lexie ... - imię córki wciąż kołatało się w jej głowie, wypierając wszystkie inne myśli.  
- Słychać tylko sygnał - powiedział z żalem Jake.  
- To była Lexie. Przysięgam! - Sarah oddychała ciężko, na czoło wystąpił jej pot, drżała. Białe 
knykcie wskazywały, jak mocno ściskała słuchawkę w dłoni. Była na krawędzi załamania. Musi 
odnaleźć córkę! Nie mogła i nie chciała ponownie jej stracić. - Trzeba sprawdzić numer 
dzwoniącego! - krzyknęła i podniosła się, aby spojrzeć na wyświetlacz telefonu. Na oślep 

background image

błądziła palcami po przyciskach, aż wreszcie udało jej się nacisnąć właściwy i wywołała ostatnie 
połączenie. Odczytana informacja brzmiała: "Numer nieznany". Sarah poczuła, że słabnie.  
Myśl. Szukaj rozwiązania.  
- Trzeba wybrać gwiazdkę, potem sześć i dziewięć! wykrzyczała na głos, bardziej do siebie niż 
do Jake'a, który cały czas stał obok. Słyszała przyspieszony oddech mężczyzny i czuła jego 
wzrastający niepokój.  
To kod pozwalający zidentyfikować telefon, z którego ostatnio dzwoniono. Teraz, kiedy 
wybierze ten numer u siebie, będzie wiedziała, gdzie jest Lexie. Roztrzęsiona przyciskała 
kolejno: gwiazdkę, szóstkę i dziewiątkę. Oby się udało, oby się udało, zaklinała los. Ze 
słuchawką przy uchu bez tchu czekała na połączenie.  
- "Połączyła się pani z centrum obsługi klienta. Usługa TouchStar nie pozwala na połączenie się z 
ostatnim numerem przychodzącym ani na jego identyfikację, ani na wprowadzenie go do pamięci 
pani telefonu" - usłyszała.  
- Tylko nie to! - jęknęła żałośnie i opadła na podłogę.  
Skulona przyciskała dłońmi słuchawkę do piersi i powtarzała: - Nie. Nie. Tylko nie to. Lexie!  
- Sarah! Już dobrze. - Jake objął ją i mocno przytulił. Poczuła jego mocne ciało i zapach 
skóry.·Jake przybiegł tu w samych bokserkach, ale nic jej to nie obchodziło. Teraz myślała 
wyłącznie o córce.  
- Powiedz mi teraz, co się tu właściwie stało? - zapytał najspokojniej, jak potrafił. Zbyt 
spokojnie.  
Sarah wyprostowała się i uwolniła z jego objęć. Gniewnie patrzyła mu w oczy, nie rozumiejąc, 
jak w tych okolicznościach Jake może się zwracać do niej takim tonem.  
- Przecież wszystko ci już powiedziałam: właśnie odebrałam telefon od Lexie. Nie słyszałeś 
sygnału? - wyjaśniła, starając się uspokoić. Jednak na to było jeszcze za wcześnie. Wypełniała ją 
tęsknota za córką, która jeszcze przed chwilą do niej mówiła.  
- Słyszałem tylko, jak wołałaś Lexie - odpowiedział bez emocji.  
Sarah zauważyła, że jakoś dziwnie jej się przyglądał i wyjaśniła:  
- Właściwie to nie mogłeś słyszeć, bo tam, gdzie śpisz, nie ma telefonu. - I dopiero wtedy dotarło 
do niej to, co  
przed chwilą powiedział. - Chyba nie sądzisz, że zmyślam?  
Już wcześniej wiele razy Sarze się wydawało, iż widzi córkę w przejeżdżającym obok 
samochodzie. A gdy dopędzała auto, okazywało się, że to zupełnie obca rudowłosa dziewczynka. 
Innym razem podążała za głosem dziecka tylko po to, aby zobaczyć rozbawionego nieznajomego 
malucha. Bywało, że czuła za plecami obecność Lexie, a gdy się odwracała, znów okazywało się, 
że to kolejna pomyłka. Dwa lata po zniknięciu córki Sarah poszła do psychiatry. Chciała wtedy 
wznowić studia prawnicze. Lekarz powiedział, że takie odczucia są w jej przypadku jak naj-
bardziej normalne i że to syndrom utraty dziecka. Obecnie zdarzało się to niezmiernie rzadko, 
lecz czasami dochodziło do takich sytuacji. ..  
- Przysięgam! Niczego nie zmyślam! - wyrzuciła z siebie, bo milczenie Jake'a było 
wymowniejsze niż jakakolwiek odpowiedź. - To nie był sen. Nie fantazjuję. To działo się 
naprawdę. Dzwoniła Lexie. Mogę ci to udowodnić, wystarczy odczytać zapis na wyświetlaczu.  
Telefon nie podawał numeru przychodzącego, ale wskazywał godzinę połączenia: pierwsza 
trzydzieści dwie w nocy. Gdyby nie to, sama zaczęłaby wątpić, czy to było naprawdę. Na 
szczęście w pamięci telefonu pozostała godzina połączenia. Teraz miała chociaż ten ślad.  
Jake bez przekonania wstał z podłogi i spojrzał na aparat.  
- Przecież mówiłam, że to ona - triumfowała Sarah, gdy pojawił się zapis na wyświetlaczu. 

background image

Ściskając słuchawkę, podniosła się z podłogi. Serce jej waliło, w żyłach miała czystą adrenalinę. 
Kręciło jej się w głowie. Była w najwyższym stopniu pobudzona, ale nie wiedziała, co robić 
dalej. Czuła tylko, że trzeba się spieszyć.  
- Musi być jakiś sposób na zidentyfikowanie tego numeru. Jake, to była Lexie. \,  
Przyjaciel popatrzył jej prosto w oczy.  
- No dobrze - powiedział, a Sarah rozpoznała ton, którym zawsze się do niej zwracał w takich 
chwilach. Choć stał boso i jedynie w bokserkach, wciąż emanowała z niego siła. Sęk w tym, że 
teraz Sarah potrzebowała zrozumienia i pomocy. - Powtórz wszystko od samego początku. 
Najpierw usłyszałaś telefon, potem go odebrałaś i...? - Jake zawiesił głos.  
- I usłyszałam głos Lexie. - Wzięła głęboki oddech.  
Nie chciała znów ulec emocjom. Próbowała zmusić swój wyrwany ze snu i poddany ogromnemu 
wstrząsowi umysł do pracy. Jednak gdyby mogła, wybiegłaby na opustoszałe ulice, waliłaby 
pięściami we wszystkie drzwi, zatrzymywałaby wszystkie samochody, przetrząsała piwnice, 
zaułki, parki i całą okolicę kamień po kamieniu, wołając córkę. - To na pewno była ona. Na 
szczęście zapamiętała numer telefonu, a ja go nie zmieniłam. Zaraz ... co onapowiedziała ... - 
Sarah skupiła się jeszcze mocniej. - Powiedziała: "Mamusiu; zabierz mnie stąd! Boję się!". 
Potem rozpłakała się i spytała, gdzie jestem.  
Łzy napłynęły jej do oczu. Emocje znów dały o sobie znać. Sarah przeniosła wzrok z trzymanej 
w dłoni słuchawki na szczerze współczującego jej Jake'a. Oboje trwali w bezruchu. A przecież 
gdzieś tam czekała na nią córka, która nie mogła odnaleźć drogi do domu. Wciąż mocno 
ściskając słuchawkę telefonu, przepełniona rozpaczą Sarah spoglądała to na okno, to na drzwi. 
Czemu nic nie robię?, pytała w duchu sama siebie. Trzeba zidentyfikować ten numer! Muszę 
zadzwonić na policję!  
Jake poruszył się i dopiero wtedy dotarło do niej, że krzyczy.  
- Posłuchaj ... - zaczął, a Sarah wyczuła współczucie i litość, co świadczyło, że jej nie wierzy - 
... posłuchaj.  
- To była ona! - krzyknęła zirytowana jego postawą.  
W bezsensowny sposób tracili czas! Była poruszona, spoconymi dłońmi wciąż ściskała 
słuchawkę. Gdyby tylko mogła zmienić się w impuls telefoniczny, natychmiast popłynęłaby na 
drugi koniec kabla. Tam, niemal na wyciągnięcie ręki, czekała Lexie. Co robić? Trzeba za 
wszelką cenę ją odnaleźć ...  
- Najpierw musisz się uspokoić.  
Jednak na jego współczucie Sarah odpowiedziała agresją·  
- Uspokoić się? Ja chyba śnię! - Rzuciła mu gniewne spojrzenie, położyła ostrożnie słuchawkę 
obok aparatu telefonicznego i ostrzegła: - Żebyś się nie ważył jej odłożyć. A teraz daj mi swoją 
komórkę. No, gdzie ją masz?  
Telefon Sary wraz z portmonetką znajdował się na komisariacie i był dowodem w sprawie. Po 
zakończeniu postępowania dostanie go z powrotem, ale teraz, kiedy aparat naprawdę był 
potrzebny, nie miała go przy sobie. Czy zawsze wszystko musi iść pod górę?  
- Komórka leży na nocnym stoliku.  
Oczywiście chodziło o pokój gościnny, gdzie spał Jake.  
Sarah natychmiast tam poszła. Zapaliła lampkę nocną i stanęła przed pozostawionym w nieładzie 
łóżkiem. Na podłodze leżało niedbale rzucone ubranie. Sarah od razu dostrzegła wąski, czarny 
telefon. Policja na pewno będzie mogła zidentyfikować numer dzwoniącego. Trzeba to zrobić od 
razu, gdy ślady są jeszcze świeże.  
Rozdygotana wybierała numer alarmowy 911. Przez szpary w żaluzjach dostrzegła mrok nocy. 
Gdzieś tam w ciemności była jej córka. A przecież tak bała się ciemności.  

background image

Na myśl o Lexie Sarze ścisnęło się serce. Westchnęła.  
- Zaczekaj! - Jake zasłonił telefon dłonią tuż przed naciśnięciem ostatniej cyfry. Stał tuż za nią. 
Był nie tylko wyższy i silniejszy, ale przede wszystkim zaskoczył Sarę. Odebrał jej aparat i już 
nic nie mogła zrobić. - Zaczekaj chwilę!  
- o co ci chodzi?! - wrzasnęła na niego, próbując odzyskać telefon.  
Jake jednak nie wypuszczał aparatu z ręki i broniąc się, przekonywał:  
- Posłuchaj, co mam ci do powiedzenia ...  
- Co w ciebie wstąpiło? Daj mi ten telefon!  
- Niech ci będzie. - Rzucił telefon na łóżko. Sarah już miała skoczyć za nim, gdy Jake złapał ją 
wpół i przycisnął do siebie. Wtedy ogarnęła ją furia. Chcąc za wszelką cenę się uwolnić, tłukła 
pięściami w zaciśnięte wokół niej ramiona przyjaciela, a piętami kopała go w nogi.  
- A niech to!  
- Puszczaj! Odbiło ci?! Muszę zadzwonić na policję!  
- Może najpierw posłuchasz, co chcę ci powiedzieć? Skąd w ogóle masz pewność, że to była 
Lexie?  
- Uważasz, że nie umiem rozpoznać,głosu własnego dziecka? Poznałabym jej głos wszędzie, 
'nawet na końcu świata. Rozumiesz? Był taki sam jak wcześniej. Moja kochana Lexie ... - Sarah 
załkała i spróbowała uwolnić się z uścisku.  
- Właśnie o to chodzi, moja droga. Upłynęło już siedem lat. Jej głos nie mógł się nie zmienić. 
Gdy zaginęła, miała pięć lat, czyli teraz ma dwanaście. Nie sądzę, żebyś mogła poznać ją po 
głosie.  
- To ona dzwoniła. Ja to wiem ... - Choć Sarah próbowała jeszcze upierać się przy swoim, słowa 
Jake'a podziałały na nią niczym lodowaty prysznic. Głos Lexie był głosem pięcioletniej 
dziewczynki! W ogóle się nie zmienił, a przecież to niemożliwe.  
- Nie! Nie! Nie! - Oczywistość słów przyjaciela dotarła do niej z niespotykaną siłą. Sarah nagle 
zwiotczała. Gdyby nie Jake, runęłaby na podłogę.  
- Sarah ...  
- To była ona. - Nie dawała za wygraną. - To był głos Lexie. Trzeba zawiadomić policję!  
- Chwileczkę. - Jake wziął ją na kolana. Z trudem łapiąc oddech, trzymała się teraz jego silnych 
ramion. Coraz lepiej zdawała sobie sprawę z tego, że przyjaciel miał rację. - Telefon musiał 
wyrwać cię ze snu - kontynuował z żelazną logiką. - Dopiero co wróciłaś ze szpitala i bierzesz 
silne środki przeciwbólowe. Zmierzam do tego, że ten telefon mógł być wytworem twojej 
wyobraźni. - Krótko mówiąc, Jake delikatnie, choć zdecydowanie, zmierzał do udowodnienia, że 
to nie była Lexie. Chcąc nie chcąc, Sarah musiała uznać fakty. Dwunastoletnia dziewczynka 
miałaby zupełnie inny głos ...  
- Obiecuję, że zidentyfikuję numer, z którego dzwoniono - zapewnił Sarę. Wyraźnie czuła ciepło 
i energię bijące od niego. Gdyby nie to, że wciąż trzymał ją w ramionach, wybiegłaby z pokoju. - 
Dokładnie wszystko sprawdzę, ale najpierw musisz wziąć się w garść.  
- To była Lexie - zaprotestowała już znacznie słabiej.  
Zaczynała rozumieć, że po siedmiu latach od zaginięcia Lexie po prostu nie mogła tak mówić. 
Ale choć było to logiczne, wciąż jednak ...  
Na samo wspomnienie dziecięcego głosiku córki ścisnęło jej się serce.  
- To nie mogła być ona. - Usadowiona wygodnie na kolanach i otoczona ramionami Jake'a Sarah 
usłyszała słowa, których za nic na świecie nie wymówiłaby sama.  
- A więc kto? - załkała, nie mogąc się opanować, i spojrzała na Jake'a tak, jakby to on był 
wszystkiemu winien ... - Skoro nie Lexie, to kto telefonował? Kto?  
- Ktoś pewnie chciał ci zrobić głupi kawal.  

background image

Głupi kawał! To nie mieściło jej się w głowie.  
- Och, nie! - rzuciła odruchowo, aby po chwili poczuć bolesną logikę takiego przypuszczenia. - 
Ale kto mógłby zrobić coś takiego? - zapytała z żalem w głosie.  
- Naprawdę nie wiem kto. - Oświetlające Jake'a z góry światło sprawiło, że jego śniada twarz 
była niemal biała. Do tego miał rozczochrane włosy i kilkudniowy zarost. W jego czarnych 
oczach i zaciśniętych ustach Sarah widziała swoją własną rozpacz. - Ale reportaże o napadzie 
nadawano we wszystkich telewizjach non stop przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny. Na 
chwilę stałaś się obiektem zainteresowania mediów. I teraz znają cię wszyscy w okolicy. To 
wszystko, co wiemy.  
- Trzeba być stukniętym, żeby tak żartować - skwitowała.  
Pamiętała, jak fatalnie się czuła w początkowym okresie po zniknięciu córki. Tamten ból nigdy 
nie przeminął. Przeobraził się raczej w stałe cierpienie, z którym nauczyła się żyć. Podobnie jak 
ci, którym amputowano nogę czy rękę. W tej chwili ból powrócił z całą siłą, wywołując drżenie 
całego ciała.  
Jake mocniej przytulił ją do siebie. 
 - Na świecie jest wielu psychopatów ..  
- Czy naprawdę sądzisz, że ... - zaczęła i jeszcze zanim skończyła pytanie, już sobie 
odpowiedziała. - To nie była Lexie, prawda?  
- Prawda - odpowiedział łagodnie, wiedząc, że pozbawia ją ostatniej nadziei.  
Sarah już raz przeżyła piekło. Teraz rozpoznała swój dawny stan emocjonalny. Znów znalazła 
się na krawędzi, lecz tym razem wiedziała, jak z tym walczyć. Oddychała głęboko, pragnąc 
odzyskać wewnętrzny spokój. Ciężkie łzy spływały jej po policzkach. Mocno zacisnęła usta, aby 
nie szlochać i nie krzyczeć. Wtuliła się w Jake'a, bo w jego ramionach czuła się bezpiecznie. Tak 
jak przed laty stanowił dla niej jedyną podporę, tak i teraz wierzyła, że nie pozwoli jej ponownie 
stoczyć się w przepaść rozpaczy.  
- Sarah - odezwał się Jake, głaszcząc ją po plecach.  
Drżała. Poczuła, że Jake całuje jej włosy i mocniej do niego przywarła. Jak to dobrze, że został tu 
dzisiaj. Tylko z nim mogła przetrwać to wszystko ...  
- Już dobrze - upewniała bardziej siebie niż jego, choć nerwowe drżenie jej głosu wskazywało, 
że jest inaczej. Sarah była tak przygnębiona, jak jeszcze nigdy dotąd.  
- Miałaś rację. Trzeba zawiadomić policję, ale powiemy, że ktoś zrobił ci głupi kawał - mówił 
wolno Jake, chcąc się upewnić, że ona wszystko rozumie.  
- Dobrze - zgodziła się, próbując uspokoić oddech i kołaczące serce. To faktycznie był głupi 
żart. Okrutny i bezmyślny żart, przekonywała w myślach samą siebie. Trzeba koniecznie znaleźć 
tego drania - zakończyła, spokojnie i powoli wypowiadając te słowa.  
- Jeżeli będzie to tylko możliwe, dopadnę go. Słowo! zapewnił Jake, jednak Sarah wyczuła, że 
czegoś jej nie mówi. Czyżby jeszcze o czymś nie wiedziała? Biorąc głęboki wdech, spojrzała na 
niego pytająco. Gdy ich spojrzenia się spotkały, była pewna, że miała rację: to nie koniec złych 
wiadomości.  
- Coś jeszcze?  
- Tak. Muszę ci jeszcze o czymś powiedzieć - odrzekł, gdy pociągając nosem, wycierała łzy. Jake 
zawsze źle znosił jej płacz. Teraz też na jego twarzy widać było napięcie. - Dalej, śmiało - 
powiedziała dość pewnym głosem. Jake nieco się skrzywił i zaczął:  
- Gdy rano byłem u ciebie, żeby nakarmić psa, zauważyłem, że wszystkie dziecięce zabawki, 
które trzymałaś w szafie, leżały rozrzucone na podłodze w twojej sypialni.  
Dopiero po chwili Sarah zorientowała się, że Jake mówi o zabawkach Lexie. Serce znów jej 
gwałtownie zabiło i znów musiała parę razy głęboko odetchnąć, aby się uspokoić.  

background image

- Na podłodze?  
- Tak. Ktoś przewrócił pudło na bok i rozrzucił zabawki dookoła. Może to pies?  
- Ciastek? - zamyśliła się, lecz po chwili pokręciła głową przecząco. - To nie on.  
- I dom, i drzwi do twojej sypialni były zamknięte. Któż inny mógł to zrobić?  
Przeprowadzając się tutaj z dwupoziomowego mieszkania, zabrała ze sobą kilka ulubionych 
zabawek córki. I od czasu, gdy schowała pudło do szafy, nigdy do niego nie zaglądała.    
- To ... dziwne.  
- Właśnie!  
Zabawki rozrzucone na podłodze, tajemniczy telefon Sarę ogarniało przerażenie. Już nie mogła 
uspokoić łomoczącego serca. Czy jej córka tutaj była? Czy próbowała spotkać się z nią? 
Wcześniej słyszała o przypadkach dziwnych telefonów czy przesuwania przedmiotów przez du-
chy zmarłych, którzy w ten sposób próbowali skontaktować się znajbliższymi. Lexie była do niej 
bardzo przywiązana. Jeżeli takie historie są prawQziwe, to córka z pewnością próbowałaby dać 
znać o sobie. Jednak akceptacja czegoś takiego wymagała, po pierwsze: wiary w duchy, po 
drugie: uznania, że można się z nimi kontaktować, i wreszcie pogodzenia się z tym, że Lexie nie 
żyje. Choć Sarah rozważała i taką możliwość, wciąż nie dopuszczała do siebie myśli o śmierci 
córki. Wierząc, że Lexie gdzieś na nią czeka, wahała się między zdrowym rozsądkiem a 
sponiewieraną, lecz wciąż żywą nadzieją.  
- Co robimy? - zapytał Jake.  
- Dzwoń na policję.  
Jake sięgnął po telefon, podniósł słuchawkę i wystukał numer. Sarah widziała ruch jego ust, ale 
nie słyszała, co mówił. Jej umysł analizował teraz wypowiedź córki, słowo po słowie: "Mamusiu, 
mamusiu, ploszę, przyjdź, zabierz mnie stąd! Boję się! Mamusiu! Gdzie jesteś?". Każda sylaba 
oraz intonacja potwierdzały, że to była Lexie. To dziecko, tak jak jej córka, jeszcze nie 
wymawiało "r". Jednak to przecież nie mogła być ona. To nie mogła być ona.  
Gdy przyjechała policja, Sarah już się uspokoiła i niemal pogodziła z myślą, że padła ofiarą 
głupiego żartu. Świadomość tego wcale nie poprawiła jej nastroju, lecz przynajmniej pozwoliła 
na spokojną rozmowę z funkcjonariuszami. Po spisaniu zeznań obaj policjanci wyszli. Za-
chowywali się taktownie, widać jednak było, że nie traktują sprawy poważniej niż ulicznej 
stłuczki. Sarah uznała, że nie ma szans, aby na serio zajęli się jej zgłoszeniem. Pomyślała nawet, 
że ich przyjazd zawdzięczała jedynie bliskiej znajomości dyżurnego policjanta z Jakiem. Inaczej 
w ogóle nikt by się nią nie zainteresował. Piastowała stanowisko prokuratora i została 
potraktowana w mniej formalny sposób. Nagle Sarah odczuła przyjazd patrolu jako szykanę.  
- Właśnie rozmawiałem z kolegą, który pracuje w firmie telekomunikacyjnej. Obiecał, że zrobi, 
co może, aby zidentyfikować numer, z którego do ciebie dzwoniono oznajmił Jake po wyjściu 
policjantów. - Włączyłem też automatyczną sekretarkę. Gdyby ktoś zadzwonił, nie podnoś 
słuchawki.  
Choć myśl o ponownym telefonie od Lexie była ekscytująca, Sarah przystała na propozycję 
przyjaciela.  
Oboje wciąż byli w kuchni, gdzie przed chwilą rozmawiali z policjantami. Sarah siedziała przy 
stole, Jake opierał się o blat. Psa, z uwagi na jego wrodzoną niechęć do ludzi w mundurach, 
trzeba było zamknąć w ogródku. Sarah trzęsła się z zimna, mimo że miała na sobie gruby, biały 
szlafrok i ciepłe podkolanówki. To klimatyzator za bardzo schłodził powietrze w domu. Jednak 
ubrany jedynie w spodnie i koszulkę Jake wcale nie narzekał na chłód. Wcześniej, w 
oczekiwaniu na przyjazd policji, nalał Sarze szklankę odtłuszczonego mleka. Innego nie brała do 
ust. Chciał, aby wypiła wszystko, utrzymując, że te składniki mleka, które wywołują u człowieka 
senność, trochę ją teraz uspokoją. Na razie niewiele ubyło ze stojącej na stole szklanki.  

background image

- Jesteś zmęczona? - spytał Jake, a Sarah dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że siedząc z łokciami 
na stole, mimowolnie opiera głowę na zaciśniętych dłoniach.  
- Tak. - Spojrzała na niego. Była wykończona zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Zwłaszcza 
po ostatnim telefonie.  
- Czy wypijesz to mleko?  
- Nie - odpowiedziała z wyraźną niechęcią.  
Jake zabrał szklankę i wylał zawartość do zlewozmywaka. Sarah przymknęła oczy i najpierw 
usłyszała spływający rurami płyn, a zaraz potem stuknięcie szklanki o metalowe dno. Przez 
chwilę siedziała z głową wspartą na rękach. Chętnie zasnęłaby już teraz, ale pracujący na 
najwyższych obrotach umysł nie pozwalał na odpoczynek.  
- Starczy już tego przewalania się w kuchni. Czas spać - zakomenderował Jake, stając przy 
krześle, na. którym siedziała.   
Sarah otworzyła oczy, wyprostowała się i spojrzała na wiszący nad lodówką zegar. Była trzecia 
dwadzieścia trzy rano. Niemal dwie godziny temu słyszała głos Lexie, a może tylko czyjś 
podobny do głosu córki. Choć w rzeczywistości było to tak niedawno, dla niej minęły już całe 
wieki. Za oknem wciąż panowała ciemność. Mieli więc przed sobą trzy, może trzy i pół godziny 
snu. Choć Sarah czuła się okropnie wyczerpana, wiedziała, że nie zmruży już dziś oka.  
Jake powinien jednak wypocząć.  
- Masz rację. - Zmusiła się do wstania i wtedy zakręciło jej się w głowie. W ułamku sekundy 
poczuła ogromny ból. Albo dostała za słabe tabletki przeciwbólowe, albo właśnie przestawały 
działać.  
- Co z tobą? - zaniepokoił się Jake, ale uspokoiła go ruchem głowy, wyprostowała się i poszła 
zawołać psa. Ciastek wpadł do domu i otrząsnął się gwałtownie. Wtedy Sa-  
rah zorientowała się, że pada, a właściwie siąpi. Pewnie do rana się wypogodzi. Gdy pomyślała o 
deszczu, natychmiast przypomniała sobie piosenkę "Łzy z nieba" Ciap tona.  
- Idziemy. Ja wyłączę światło - powiedział Jake.  
Sarah ruszyła korytarzem. Przodem szedł Ciastek. Czuła na sobie oczy Jake'a, ale nie miała już 
sił mu tłumaczyć, że wszystko w porządku. Dojdzie do łóżka i po prostu zwali się na nie. Leżąc 
w ciemnościach, będzie rozpamiętywała wydarzenia dzisiejszej nocy, starając się nie zwariować. 
Wiedziała, że potrwa to aż do brzasku. Była niemile zaskoczona kruchością równowagi, którą - 
jak sądziła - udało jej się już odzyskać. Nie pozwoli jednak, aby porozrzucane zabawki i jakiś 
idiotyczny dowcip przekreśliły trud, jaki włożyła, by powrócić do normalnego życia.  
W jej sypialni wciąż paliło się światło. Pies od razu zaczął się układać na swoim posłaniu pod 
łóżkiem. Jakie to szczęście, że ma Ciastka, dzięki niemu nie będzie się czuła tej nocy tak 
samotnie.  
Za to gdzieś tam w ciemności i deszczu Lexie jest sama. Na myśl o tym Sarah zatrzymała się w 
drzwiach sypialni. Przymknęła oczy i zrezygnowana oparła się o futrynę. Zaciskając zęby, 
walczyła z tą natrętną myślą, nie pozwalając jej sobą zawładnąć. Nie chciała wrócić do stanu, w 
jakim była przed laty. Wzięła głęboki oddech. Gdy otworzyła oczy, popatrzyła na aparat 
telefoniczny, którego słuchawka nie leżała już na stoliku, lecz na swoim miejscu. Ktoś musiał ją 
tam odłożyć. Stojąc w drzwiach, poczuła nagły skurcz żołądka. Wcześniej weszli tutaj obaj 
policjanci. Mógł też wejść Jake, który zniknął na chwilę, gdy rozmawiała z mundurowymi. 
Każdy z nich mógł odłożyć słuchawkę na miejsce. Ale czy to jest teraz najważniejsze? To 
przecież tylko głupi żart, a dowcipniś już dawno się rozłączył. Pozostawienie odłożonej 
słuchawki nic by nie dało.  
Sarah była głęboko przekonana, że właśnie tak należało zrobić. Przyznawała też rację Jake'owi, 
że włączenie automatycznej sekretarki to lepszy pomysł niż trzymanie w nieskończoność 

background image

odłożonej słuchawki. Teraz będzie mogła wielokrotnie odsłuchiwać nagraną wiadomość, aż się 
upewni, że to nie Lexie. Z doświadczenia zawodowego wiedziała, że choć zeznania naocznego 
świadka najmocniej oddziałują na ławę przysięgłych, to jednocześnie są najmniej wiarygodnym 
dowodem w sprawie. Wprawdzie dałaby sobie głowę uciąć, że to głos Lexie, wiedziała jednak, 
że i jej pamięć jest zawodna.  
Pomimo zaakceptowania takiego stanu rzeczy widok telefonu z odłożoną na widełki słuchawką 
wywołał u Sary poczucie żalu i krótkie, ostre ukłucie w okolicach serca. Jednak nie wydała z 
siebie żadnego dźwięku. Trwała w bezruchu, głęboko oddychając, ze świadomością, że 
wszystko, co może zrobić, to czekać, aż ból sam ustąpi lub chociaż zmaleje, i wtedy ona poczuje 
się lepi~j.  
- Nad czym tak rozmyślasz? - Usłyszała za plecami głos przyjaciela. Zaskoczona otworzyła oczy 
i spojrzała za siebie. Jake'podszedł tak cicho, że nawet go nie usłyszała.  
Chciała odpowiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle.  
Wskazała na stojący przy łóżku telefon. Jake zmarszczył brwi, po czym spojrzał na aparat i 
zauważył, że ktoś odłożył słuchawkę na miejsce. Teraz już wiedział, o co chodzi. Ze złości 
zacisnął zęby. Patrząc na Sarę, zobaczył przerażoną kobietę, co jeszcze bardziej wyprowadziło go 
z równowagi.  
- To dzwonił jakiś dowcipniś. Przecież już to zrozumiałaś.  
Zebrawszy siły, Sarah przytaknęła. Jej odpowiedź nie przekonała jednak Jake'a.  
- Nie możesz zostać w tym pokoju. Dziś będziesz spała u mnie - zakomenderował.  
Sarah ponownie odetchnęła głębiej. Przynajmniej śpiąc u boku Jake'a, nie będzie taka 
przeraźliwie samotna. Na myśl o tym nieco jej ulżyło. Skinęła głową na znak zgody i ruszyła w 
kierunku drugiej sypialni.  
 
Rozdział 8  
Już po kwadransie od chwili, gdy Jake znalazł się w łóżku obok Sary, wiedział, że to był zły 
pomysł. Irytowało go, że stał się tylko jej najlepszym przyjacielem, on, mężczyzna z krwi i kości, 
i że znalazł się w łóżku z kobietą, którą ból, poczucie winy i co tam jeszcze wyłączyły z intymnej 
sfery życia.  
Do tej pory Jake nie odważył się tego zmienić. W domu panowała ciemność i cisza. Jedynie 
deszcz stukał o dach, a w pokoju szumiała klimatyzacja. Przez żaluzje wpadały do sypialni szare 
smugi światła, rozjaśniając komodę stojącą naprzeciwko łóżka. Leżeli oboje szczelnie owinięci 
kołdrą i choć Jake'owi było za gorąco, Sarah z początku trzęsła się z zimna. Pomimo ogromnego 
zmęczenia nie spał. Leżał na plecach z jedną ręką założoną pod głowę, drugą obejmując Sarę. 
Ubrana w luźną koszulkę z krótkim rękawem była obok. Jej głowa spoczywała na ramieniu 
Jake'a. Ani współczucie, ani wściekłość na nocnego telefonicznego dowcipnisia, ani nawet 
świadomość walki, jaką musiała teraz toczyć ze sobą Sarah, która czego był pewien - udawała, że 
śpi, nie powstrzymały narastającego pożądania. Znali się już wiele lat, lecz dzisiaj po raz 
pierwszy znaleźli się razem w łóżku i Jake obiecał sobie solennie, że już nigdy do tego nie 
dopuści. No, chyba że w grę wchodziłby ostry seks. Lecz prawdę mówiąc, o tym nawet przez 
chwilę nie śmiał pomyśleć.  
Zgiń, przepadnij, siło nie czysta, odganiał natrętne myśli.  
Przez cały czas czuł delikatny zapach kwiatowego szamponu, którego używała Sarah. Słyszał, 
jak równo oddycha, a na piersiach czuł ciepło tego oddechu. Jej rozgrzana, delikatna dłoń 
spoczywała na torsie Jake'a, który delektował się przyjemnym dotykiem wtulonej w niego 
kobiety. Dokładniej rzecz biorąc, dotykiem jej piersi, o delikatnych sutkach, z których jedna 
muskała go pod pachą, a drugą czuł na klatce piersiowej. Jake z trudem wytrzymywał takie 

background image

napięcie. A do tego wszystkiego miał przed oczami szczupłą talię Sary, jej jędrny, płaski brzuch 
i sprężyste uda. Ponieważ Sarah położyła jedną nogę na nim, doskonale czuł ciepło jej ciała. 
Tego już nie wytrzymał! Powoli ogarniało go niemożliwe do opanowania, zawstydzające 
podniecenie. Przecież Sarah potrz,ębowała dziś w nocy przyjaźni, a nie seksu. A to drugie 
powoli brało górę nad pierwszym.    
- Jake -.usłyszał głos Sary. Miał rację uważając, że nie spała.  
-Hmm?  
- Czy masz jakieś nowe wiadomości o Lexie?  
No, to byłoby na tyle. Jake znów poczuł nienawiść do żartownisia, który swoim telefonem 
ponownie wpędzał Sarę w cierpienie.  
- Żadnych. Od czasu tamtego programu telewizyjnego, w którym wspomniano o rudowłosej 
dziewczynce jedzącej śniadanie w kafejce U Denniego z jakimś starszym mężczyzną, który 
okazał się jej dziadkiem, nic nowego.  
Sarah kiwnęła głową i zastygła w przepełnionym bólem bezruchu. Jake objął ją mocniej. Nic 
innego nie mógł zrobić. Niech szlag trafi tego sukinsyna, zaklął w myślach. - Gdybym coś 
wiedział, od razu bym ci powiedział ciągnął łagodnym tonem. - To tylko głupi żart. Musisz się z 
tym pogodzić.  
Gdy Sarah wstrzymała oddech, Jake pomyślał, że nie da rady. Jednak po chwili odetchnęła z 
ulgą i zrozumiał, że pogodziła się z tą myślą·  
- Najgorzej to nic nie wiedzieć - powiedziała ciężko. Wciąż nie mogę przestać myśleć, że Lexie 
jest gdzieś daleko stąd i że na mnie czeka. - Na chwilę zapadła cisza, po czym dokończyła: - To 
prawdziwa udręka.  
- Sarah ... - Jej smutek sprawiał, że Jake'owi zaciskał się żołądek. Niestety, choć bardzo chciał jej 
pomóc, nie mógł nic zrobić. - Upłynęło już siedem lat. Czas ułożyć sobie życie na nowo.  
- Tak, tak. - Starała się wyrównać oddech, chcąc zapanować nad sobą. - Ale to nie takie proste. 
Zwłaszcza po tym telefonie. Czy nie uważasz, że to jednak nie był tylko głupi żart? Może ktoś 
próbuje się na mnie zemścić?  
- Na przykład policjanci z Beaufort? - Jake celowo mówił obojętnym tonem. Skoro inaczej nie 
umiał jej pomóc, postanowił podtrzymać ten temat. - Teoretycznie jest to możliwe, ale moim 
zdaniem są zbyt gruboskórni na takie metody. Choć przez ostatnich siedem lat wielokrotnie 
ścierałaś się z nimi w prowadzonych postępowaniach, do tej pory niczego takiego nie próbowali. 
Pamiętasz ich wściekłość, gdy się dowiedzieli, że przyszłaś do mnie ze sprawą Lexie?  
- Pamiętam - odpowiedziała spokojniej Sarah. Jake'owi wydawało się, że wróciła pamięcią do ich 
pierwszego spotkania. W sześć tygodni po zaginięciu córeczki Sarah jak burza wpadła do jego 
biura. Oddychała ciężko i miała mnóstwo energii do działania. On właśnie zwolnił się z FBI i 
wykupił od swojego dziadka podupadłe biuro detektywistyczne. Gdy pojawiła się Sarah, stał na 
krześle, wieszając karnisz nad oknem w recepcji. Trzaśnięcie drzwi przestraszyło go tak bardzo, 
że spadł z krzesła. W tym czasie Dorothy McAllister, jego ponadsześćdziesięcioletnia sekretarka 
i recepcjonistka w jednej osobie, która wcześniej pracowała u dziadka, wyszła na zaplecze, Jake 
musiał więc sam radzić sobie z pierwszą klientką, choć na razie leżał na podłodze przykryty 
zakurzoną, złotawą zasłoną, którą zerwał, spadając z krzesła.  
- Czy jest tu ktoś kompetentny? - spytała szorstko Sarah autorytarnym tonem, niczym ktoś 
przyzwyczajony do kierowania ludźmi.  
Jake od razu się zorientował, że chodzi o coś poważnego, bo mówiła do niego, nie zważając na 
to, że leżał na podłodze, i nawet tak humorystyczna sytuacja nie wywołała najmniejszego 
uśmiechu na jej twarzy.  
- Słucham panią - odpowiedział, zrzucając z siebie zasłonę i wstając. - Jestem Jake Hogan - 

background image

przedstawił się i wyciągnął rękę na powitanie.  
- Sarah Mason.  
Pamiętał, jak bardzo mu się wówczas spodbbąła. Miała długie, opadające na ramiona czarne 
włosy i oczy, które wydały mu się tak duże i tak błękitne jak woda w zatoce Port Royal Sound, i 
którymi, gdyby mogła, przewierciłaby go na wylot. Nie była wtedy tak szczupła jak obecnie, ale 
miała dobrą, zgrabną figurę. Dżinsy i niebieska koszulka podkreślały wszystkie krągłości i 
przyciągały wzrok niejednego mężczyzny. Jest piękna, pomyślał wtedy. .  
- Chcę panu zlecić odnalezienie mojej zaginionej córeczki. - Te właśnie słowa były początkiem 
drogi, która teraz zaprowadziła ich do łóżka.  
Jake nie lubił tego typu roboty. Jeszcze z czasów szkolnych, gdy podczas wakacji pomagał 
dziadkowi, pamiętał, że nie należało się zabierać do takich dupereli. Prawdziwe pieniądze i 
stabilizację dawały wieloletnie umowy na usługi ochroniarskie i praca dla instytucji 
państwowych lub firm ubezpieczeniowych. Takie groszowe sprawy, jak poszukiwanie 
zaginionych ludzi, zwierząt czy zdobywanie niezbędnych do rozwodu materiałów kompromitują-  
cyc h jedno z małżonków były podstawowym źródłem dochodów jego dziadka, co w 
konsekwencji doprowadziło go do ruiny. Aby ratować firmę, Jake postanowił nieco zmienić 
profil działalności.  
- Trzeba z tym iść na policję ... - zaczął, odmownie kręcąc głową.  
Miał przecież inne sprawy na głowie: apodyktyczną żonę z północy, która znienawidziła 
Beaufort za to, że jej mąż pracoholik, były agent FBI, przeistaczał się powoli w 
małomiasteczkowego tajniaka. Jake podejrzewał nawet, że żona nienawidzi i jego samego. Do 
tego podupadłą firmę detektywistyczą, w którą zainwestował niemal wszystkie swoje 
oszczędności, dopiero co owdowiałego ojca przeżywającego kryzys wieku średniego z co 
najmniej dziesięcioletnim opóźnieniem. (Na domiar złego tata zostawił rodzinny interes i dał 
nogę do Acapulco z jakąś bogatą rozwódką). A także dziadka, który bardzo źle znosił przejście 
na emeryturę, oraz mocno nadwerężone konto bankowe. O pomniejszych dolegliwościach dnia 
codziennego nawet nie chciał wspominać. Innymi słowy, nie był to najlepszy moment na 
uleganie czarowi nawet najbardziej błękitnych oczu. - ... to najlepsze rozwiązanie w sprawach 
zaginionych dzieci.  
Sarah potrząsnęła głową, nie chcąc przyjąć tego do wiadomości. Choć Jake chciał odmówić, 
zwrócił jednak uwagę na rumieniec pokrywający opaloną twarz kobiety i na to, jak poruszały się 
jej piersi, gdy szła. Jake miał nadzieję, że nie zauważyła tego spojrzenia.  
Po chwili zdecydował się jednak.  
- No dobrze. Niech pani mówi.  
- Policjanci podejrzewali, że córka mieszka u ojca, ale mam pewność, że tak nie jest.  
Jake spojrzał na nią z zaciekawieniem.  
- On źle się czuł w roli ojca, co było jedną z przyczyn naszego rozwodu.   
Dopiero później dowiedział się, że wpadka była jedną z przyczyn zawarcia małżeństwa. Po 
prostu Sarah zaszła w ciążę, mając zaledwie dziewiętnaście lat, a postanowiwszy zapewnić 
dziecku stabilizację życiową, której sama wcześniej nie zaznała, niemal wymusiła ślub na swoim 
chłopaku. A wiadomo, jak się kończą takie związki. Z jej późniejszych opowiadań wynikało, że 
w tym krótkim małżeństwie - młody człowiek odszedł, gdy Lexie skończyła roczek - nie 
układało się od samego początku. Jej mężem został przystojniak nieudacznik i miłośnik skrętów 
z marychy, który przerwał studia, aby grać na wyścigach samochodowych. Nawet jeszcze wtedy 
zdeterminowana Sarah próbowała zainteresować go rolą ojca.  
Chociaż Jake był w tym sporze po stronie swojej klientki, czuł nić sympatii do jej męża. 
Podobnie jak tamten facet, doświadczył na sobie presji, j~ą Sarah umiała wywierać.  

background image

- Policja sądzi, że skoro wystąpiłam sądownie o alimenty na córkę, bo ojciec ich nie płacił, to 
miał motyw do zabrania dziecka - wyjaśniała, gestykulując w napięciu. Z drugiej strony z 
rozmowy z nim wywnioskowali, że zaginięcie dziecka w ogóle go nie interesuje. I wierzą mu. 
Opowiadają też coś o innych wątkach śledztwa, ale to już trwa sześć tygodni. A ja nie mogę 
dłużej czekać bezczynnie.  
Jake zrozumiał, że padło właśnie na niego.  
- A dlaczego przyszła pani akurat do mnie? - spytał lekko zirytowany.  
Przecież upłynęło już tyle czasu, a wiedział, że sprawy dotyczące zaginionych są najtrudniejsze. 
Do tego jeszcze chodziło o dziecko. Osobiście uważał, że jeśli Lexie rze. czywiście przebywała u 
ojca, to szansa na szczęśliwe zakończenie tej sprawy jest znikoma, a on nie chciałby być tym, kto 
będzie musiał poinformować tę piękną kobietę, że nie odzyska córki.  
- Jestem praktykantką w tutejszej prokuraturze i tam mi powiedziano, że wcześniej pracował pan 
w FBI.  
Znacznie później Jake dowiedział się, że Sarah skończyła wówczas pierwszy rok prawa na 
Uniwersytecie Karoliny Południowej w Columbii, a tego lata miała praktykę właśnie w Beaufort. 
Jednak _przez rok pozostała w mieście, kontynuując poszukiwania; a po ukończeniu studiów i 
zatrudnieniu się w prokuraturze zamieszkała tu na stałe. Nigdy nie opuściła jej nadzieja, że 
zdobędzie jakieś nowe informacje o Lexie.  
W rozmowie z detektywem Sarah musiała wyczuć jego niechęć do podjęcia sprawy, bo w pewnej 
chwili, kładąc mu swoją delikatną dłoń na przedramieniu, powiedziała: - Bardzo proszę, niech mi 
pan pomoże.  
Jake miał zawsze słabość do kobiet w opałach, lecz ostatnio skutecznie ją zwalczał.  
- To będzie kosztowało ... - spróbował zniechęcić Sarę  
- ... jakieś dziesięć tysięcy dolarów plus koszty. Do tego bez żadnej gwarancji. Połowa należności 
płatna z góry.  
Sarah załamała się, zdjęła dłoń z przedramienia Jake'a i odparła:  
- Ale ... ja nie mam takiej sumy. - Zacisnęła usta, z jej twarzy zniknął rumieniec. Teraz patrzyła 
na niego tak smutnym wzrokiem, że detektyw zrozumiał, co dla tej kobiety oznaczały ostatnie 
tygodnie. - Mogę dać najwyżej pięćset.  
Jake wiedział, że nawet tak mała kwota jest dla niej ogromnym wydatkiem, i że będzie musiała 
poświęcić wszystkie swoje oszczędności, a może i pożyczyć od kogoś pieniądze, żeby zapłacić 
mu te pięć stówek. Teraz wystarczyło jedynie powiedzieć, że ta kwota pokryje koszty jednego 
dnia jego pracy, co oczywiście przesądza o wyniku poszukiwań, o ile dziecko nie znajdzie się 
samo. Wtedy klientka odwróci się na pięcie i już nie wróci, a on będzie mógł się skupić na 
ważniejszych zleceniach.   
Sam nie uwierzył w to, co powiedział:  
- Niech będzie. Na razie wystarczy. Mamy tu pewne możliwości manewru.  
W ostatecznym rozrachunku nie wziął od Sary ani centa. Nie udało też mu się odnaleźć Lexie. Po 
prostu było już za późno i nawet pomoc kolegów z FBI nie dała rezultatów, a policyjne śledztwo 
prowadzono nieudolnie. Tutejsi mundurowi, urażeni faktem, że Sarah zwróciła się do pry-
watnego detektywa, niemal włączyli ją w krąg podejrzanych i przesłuchali, przyjmując wersję o 
zamordowaniu dziecka. W rezultacie śledztwo nic nie dało oprócz stwierdzenia, że Sarah dobrze 
opiekowała się córką, i nie dość, że nie posunęło się naprzód, to nawet jeszcze bardziej 
skomplikowało sprawę. Jake uważał, że dziecko porwał jakiś dewiant i już dawno pozbawił 
życia. Wiedział, że po upływie doby od zniknięcia szanse na tp, że Lexie jeszcze żyła, są 
znikome i w najlepszym wypadku może się zdarzyć, że kiedyś ktoś przypadkowo natknie się na 
szczątki dziewczynki. Dopiero wtedy Sarah odzyska spokój.  

background image

Jednak właśnie przez wzgląd na nią Jake nie ustawał w poszukiwaniach.  
- Sporo się ostatnio wydarzyło - usłyszał nagle i poczuł, jak Sarah kręci się na łóżku. W jednej 
chwili znalazł się z powrotem w teraźniejszości. Gdy znów przeżywał katusze sztywnego leżenia 
obok pięknej kobiety, zdał sobie sprawę z tego, że ton, jakim mówiła Sarah, i jej ruchy wskazują, 
że nie myślała wyłącznie o Lexie. Niestety, to jedynie pogorszyło sytuację, zwłaszcza gdy Sarah 
zaczęła powoli przesuwać ciepłą dłoń z jego torsu na swój policzek, co jeszcze bardziej 
podekscytowało Jake'a. Poruszyła też swoją zgrabną nogą, nie zdejmując jej jednak z jego ciała.  
- Tak? - zagadał, za wszelką cenę starając się poskromić reakcję, jaką budziło w nim obnażone 
udo Sary ocierające się właśnie o niego.  
- Mam na myśli napad, zabójstwo Mary, postrzelenie mnie, śmierć Duke'a, porozrzucane 
zabawki i ten ... ten nocny incydent - mówiła przejęta, zupełnie nie zdając sobie sprawy z 
dwuznaczności sytuacji, w jakiej się znaleźli.  
Jake pomyślał, że wahanie Sary, gdy mówiła o "nocnym incydencie", co przecież odnosiło się do 
zwykłego teleft.u, świadczy o tym, że wciąż jeszcze jest pod jego wra.żeniem. To wzbudziło w 
nim jeszcze większe wyrzuty sumienia, bo rozumiejąc ją doskonale, myślał wyłącznie o jej 
półnagim ciele.  
- Czy te sprawy może coś łączyć? - zapytał, choć nie miał ochoty na poważną rozmowę·  
Łudził się, że nie wyszedł na durnia, bąkając coś tam niewyraźnie przed chwilą. Mając na 
uwadze jej bliskość, ucieszył się w duchu, gdy Sarah przestała przesuwać nogę w górę jego ciała. 
Niestety jednocześnie musiał poskramiać swoje podniecenie, gdy jej kolano powędrowało w dół. 
Na pomoc!, miotał się·  
- Nie wiem. A co ty myślisz? - zapytała.  
Jeżeli Jake'owi nie uda się natychmiast czymś zająć, to nie ręczy za siebie.  
- To mógł być przypadek.  
- Co takiego?! A czy to nie ty lubisz powtarzać, że w życiu nie ma przypadków?  
Istotnie, to jego słowa, lecz właśnie teraz Sarah ponownie zgięła nogę w kolanie i przesunęła do 
góry, a do tego zaczęła bawić się zarostem na jego torsie. Tylko nie to!  
Jake odetchnął głęboko i cicho, po czym odpowiedział: - Mam na myśli to, że trudno byłoby 
powiązać napad w sklepie z całą resztą.  
- Czyżby?  
Jake nie był teraz gotowy na szczegółowe roztrząsanie sprawy. W geście samoobrony odsunął się 
nieco od Sary, jednocześnie przyciskając jej dłoń swoją tak, aby nie mogła już go głaskać.   
- Ale już porozrzucane zabawki i nocny telefon mogą być ze sobą powiązane, chociaż zupełnie 
nie wiem, jak obcy człowiek poradził sobie z Ciastkiem - dowodził Jake.  
- Pamiętam, jak sam mówiłeś, że ktoś celowo do mnie strzelał.  
- Możliwe, że celowo - poprawił Jake i ulżyło mu nieco, gdy Sarah zdjęła kolano z jego uda. - 
Mógł to zrobić kompan tych złodziejaszków.  
- Albo chodziło im o mnie.  
- Gdyby nawet tak było, to dalej nie widzę związku z telefonem.  
- Niby tak, ale zawsze jest jakieś "ale" - zamyśliła się.  
- Telefon nie był przypadkowy. Ktoś chciał mnie wytrącić z równowagi. - Powoli zaciskała palce 
w pięść, drażniąc skórę Jake'a paznokciami. Poruszyła się te,ż, ponownie wprawiając go w 
popłoch. Miał tylko nadzieję, że Sarah uzna zapadłą ciszę za oznakę zastanawiania się nad tym, 
co powiedziała.  
- Co nie znaczy jednak, że to był ktoś, kto cię zna. To mógł być każdy, kto oglądał 
"Wiadomości". - Pomimo największego wysiłku Jake nie był zadowolony ze swojego głosu, 

background image

który wydał mu się zbyt napięty. Podobnie jak on sam, choć leżał przecież w całkiem wygodnym 
łóżku. Albo ktoś, kto po prostu zapamiętał, jak się nazywasz. Przecież mnóstwo ludzi to 
oglądało.  
Jeżeli jest jakakolwiek sprawiedliwość na tym świecie, to Jake powinien zdobyć główną nagrodę 
za swoją żelazną wytrwałość i wzorowe zachowanie w sytuacji, w której znalazł się dzisiaj w 
nocy.  
- Uważasz więc, że nie należy łączyć ze sobą wydarzeń z ostatnich czterdziestu ośmiu godzin?  
Chociaż w tej chwili Jake gapił się w sufit, aby przynajmniej przez chwilę nie myśleć o leżącej 
obok niego Sarze, czuł, że ona na niego patrzy.  
Uniosła głowę i oparła ją na ramieniu. W półmroku Jake dostrzegł ciemne oczy Sary, zarys 
twarzy, kształt po~ liczka i ust.  
Dzieliły ich zaledwie centymetry. Czuł nawet jej gorący oddech. Jeszcze nigdy w życiu nie 
pragnął tak bardzo jej pocałować. Ta nagła myśl go oszołomiła. Serce waliło jak młot. Mocniej 
zacisnął dłoń na ramieniu Sary. Teraz wystarczyło jedynie pochylić głowę do przodu ...  
- Jake? - wyrwany gwałtownie z rozmyślań, zobaczył, że przyglądała mu się badawczo.  
Cholera! Jake dobył ostatnich sił, aby jednak nie pochylić głowy do przodu. Całkowicie 
znieruchomiał, zacisnął zęby i oczy, zwalczając pokusę.  
Nie wolno ci tego zrobić. Nie teraz. Sarah traktuje cię jak brata i nie ma nikogo oprócz ciebie, 
przekonywał sam siebie.  
- Jake? - powtórzyła, jednocześnie opierając się dłonią o jego tors, co w połączeniu z właśnie 
przesuwającym się w górę udem jeszcze bardziej podnieciło Jake'a.  
- Mmm? - Na szczęście dalej zachowywał się jak dżentelmen, choć postanowił wreszcie wstać z 
łóżka.  
- A ty dokąd? - zdziwiła się, gdy w popłochu opuszczał sypialnię.  
- Idę do łazienki - rzucił przez ramię w odruchu rozpaczy, nie odwracając się do Sary.  
Gdy po długim pobycie w łazience wciąż spięty wracał do sypialni, spodziewał się lawiny pytań. 
Na szczęście Sarah oddychała miarowo, leżąc plecami do wejścia. Po prostu zasnęła. Jake 
ostrożnie położył się obok, ale na kołdrze. Pomyślał, że tak będzie lepiej, gdyby nagle znów się 
na nim położyła. Jednak nie odwróciła się, a wkrótce i on zapadł w sen.  
 
Obudziło go czyjeś wilgotne, poufałe szturchnięcie w pośladki. I w tej chwili przypomniał sobie, 
że przecież nie jest sam w łóżku. Na wpół drzemiąc, pomyślał, że to Danielle. Ale przecież nie 
spał dziś u niej. Mogłaby to być Sarah i Jake znieruchomiał. Za oknem świeciło słońce, a on 
leżał, patrząc na puste miejsce, gdzie powinna spać. Ale ów ktoś, kto go dotykał, znajdował się 
nadal za jego plecami. Ewidentnie ktoś miał na Jake'a ochotę. Sarah? Czemu nie, przecież 
mówiła, że mam fajny tyłek ...  
Rozradowany tak wspaniałą myślą Jake spojrzał za siebie. Tuż przy sobie na materacu zobaczył 
czarny, lśniący łeb Ciastka, który namiętnie obwąchiwał jego bokserki. Fuj!  
- A niech to! - Jake wrzasnął i jak oparzony rzucił się na środek łóżka. Spłoszony pies również 
gwałtownie się cofnął i zawarczał, ukazując przy tym wszystkie swoje zębiska.  
Teraz mierzyli się wzrokiem. Ciastek nie przestawał warczeć, a Jake właśnie zreflektował się, żfl 
rzucenie wyzwania psu nie było najrozsądniejszym posunięciem. Jednak poddawanie się nie 
leżało w charakter że byłego zawodnika drużyny futbolowej, żołnierza piechoty morskiej i agenta 
FBI. Z drugiej strony nie mógł lekceważyć bestii, która zagradzała mu drogę ucieczki, 
zapomnieć o psich narowach i garniturze wyszczerzonych zębów. Wobec zbliżającej się 
konfrontacji z ogromnym najeżonym Ciastkiem Jake miał tylko jedno wyjście i skorzystał z 
niego, wrzeszcząc:  

background image

- Sarah!  
 
Rozdział 9  
W sali Sądu Okręgowego w Beaufort właśnie zaczynała się rozprawa.  
- Wysoki sądzie! Choć niezręcznie jest mi to powiedzieć, ale mamy tu do czynienia z nadgorliwą 
prokurator, która znana jest z tego, że staje się niezwykle rygorystyczna w sprawach dotyczących 
przestępstw wobec kobiet. W omawianym wypadku oskarżenie nie przedstawiło wystarczających 
dowodów winy. Oto opinia biegłego oświadczyła Pat Letts, dobrze opłacana obrończyni Mit-
chella Helitzera, podając papiery sędziemu Amosowi Schwartzmanowi.  
Blisko czterdziestoletnia mecenas Letts była partnerem zarządzającym w kancelarii Crum, 
Howard i Gustafson. Z dumą prezentowała talię osy, piękne blond włosy i pantofle od Manolo 
Blahnika na dziesięciocentymetrowym obcasie, w których miała blisko metr osiemdziesiąt 
wzrostu. Do tego włożyła dziś doskonale dopasowany kanarkowy kostium. Sędzia Schwartzman 
był typem nieco otyłego, podtatusiałego lowelasa ze świecącą łysiną i dwuogniskowymi 
okularami na nosie. W tej chwili wprost nie mógł oderwać oczu od przemawiającej ze swadą Pat.  
- Czy na tej podstawie obrona będzie wnioskować o umorzenie sprawy?  
- Tak, wysoki sądzie.  
Sędzia poprawił okulary na nosie i zaczął czytać.   
Pat triumfująco spojrzała na Sarę i skierowała w jej stronę wymuszony uśmiech. Obie spotykały 
się czasami na siłowni i obie wiedziały o słabości Schwartzmana. Właśnie dlatego Pat 
postanowiła swoim wyzywającym wyglądem przeciągnąć mężczyznę na swoją stronę·  
Cholera! Powinnam była przewidzieć, że tak będzie, pomyślała Sarah. Jednak spiesząc się rano, 
nie pomyślała o tym. Dobrze, że w ogóle zdążyła na rozprawę, a poza tym nie miała ani takiego 
żakietu, ani takiej figury.  
- A zatem wnosi pani o umorzenie postępowania? Co by oznaczało brak możliwości wniesienia 
oskarżenia w przyszłości. Sędzia Schwartzman popatrzył znad okularów na panią Letts.  
_ Tak jest, wysoki sądzie - odparła Pat, uśmiechając się doń kokieteryjnie.  
Sarah zauważyła, że jej przeciwniczka miała dziś mocniejszy niż zwykle makijaż i w ogóle 
starała się być bardziej sexy. Wygląda na to, że zarówno w pogoni za mężczyzną, 'jak i w trosce 
o wygranie sprawy w sądzie wszystkie chwyty są dozwolone.  
_ Wysoki sądzie! Oskarżenie przedstawi własną ekspertyzę dotyczącą śladów krwi - pospiesznie 
odparowała Sarah.  
Postanowiła podejść sędziego, wywołując w nim współczucie, skoro nie mogła konkurować z Pat 
na polu seksapilu. Przecież miała na sobie zwykły, czarny, poliestrowy kostium, a nie drogą 
kreację, na którą po prostu nie było jej stać. Do tego gładkie rajstopy i czółenka. Pamiętała też, co 
rano zobaczyła w lustrze: chudą, bladą, zmęczoną kobietę z opatrunkiem za uchem, która z 
trudem zbierała się do wyjścia z domu.  
Musisz coś zrobić, stara, pomyślała teraz, dotykając  
lekko rany, która wciąż jej dokuczała.  
_ Z przykrością stwierdzam, że w hrabstwie Beaufort wzrasta przestępczość. Największy wzrost 
odnotowuje się w sferze niedozwolonych zachowań wobec kobiet. Prokuratura jest wręcz zalana 
takimi sprawami. Bez względu na stanowisko obrony urząd, który reprezentuję, nie może 
stosować taryfy ulgowej w sprawach dotyczących przemocy wobec kobiet. W szczególności w 
sprawie śmierci Susan Helitzer, tak żywo omawianej w mediach. Z uwagi na szczególnie 
dramatyczne okoliczności morderstwa, na brak świadków i ciągle pojawiające się znaki 
zapytania, prokuratura nie może zlekceważyć tej sprawy. Po wnikliwym dochodzeniu skłaniamy 
się do wniosku, że sprawcą zbrodni jest mąż ofiary. Z tego powodu wnoszę o oddalenie wniosku 

background image

obrony o umorzenie sprawy.  
Sarze udało się zwrócić uwagę sędziego. Wykorzystując sytuację, ponownie sięgnęła wciąż nie w 
pełni sprawną ręką do opatrunku za uchem i nieco przesadnie wykrzywiła się z bólu. Teraz 
Schwartzman wyraźnie jej współczuł. Pani mecenas od razu zrzedła mina. Sarah triumfowała: I 
co ty na to, laluniu?  
- Nie ulega wątpliwości, że ta śmierć jest wielką tragedią dla rodziny zamordowanej, szczególnie 
dla jej pogrążonego w smutku męża. - Pat wskazała na siedzącego obok Mitchella Helitzera, 
starannie kontrolującego swoje emocje, którego obecność na rozprawie zaskoczyła Sarę. - Jednak 
zdaniem obrony nie można tu mówić o morderstwie, lecz o nieszczęśliwym wypadku. Wyraźnie 
wskazuje na to opinia biegłego, doktora Normana Seavera, który, będąc czołowym ekspertem w 
swojej dziedzinie, udowadnia, że mamy do czynienia z nieszczęśliwym upadkiem ze schodów. - 
Wykorzystując to, że sędzia słuchał jej wywodu z uwagą, pani Letts nieoczekiwanie zaczęła 
wachlować się dłonią, zupełnie jakby było jej za ciepło. Po czym, mówiąc do siebie: "Uff! Ale tu 
gorąco", odpięła górny guzik od żakietu, odsłaniając biały, koronkowy top.  
- Istotnie - potwierdził uśmiechnięty Schwartzman.  
No tak, pomyślała Sarah i przedstawiła swoje argumenty:  
- Wysoki sądzie! Przedkładam opinię biegłego, doktora Edwarda Kane'a z Uniwersytetu 
Karoliny Południowej, który w wielu sprawach składał zeznania przed tutejszym sądem i którego 
kwalifikacji nie zechce, jak sądzę, podważać nawet pani Letts. Podtrzymuję też swój wniosek o 
wyznaczenie składu ławy przysięgłych. Pozwólmy obywatelom Beaufort zadecydować, czy 
rzeczywiście mamy tu do czynienia z nieszczęśliwym wypadkiem. - Sarah podała opinię 
sędziemu, choć prawdę mówiąc, napisała ją sama w pośpiechu zaledwie półtorej godziny przed 
rozprawą. Mało tego, ponieważ doktor Kane bawił właśnie na Karaibach, potrzebne dane 
wyciągała przez telefon od jego asystenta. To wszystko nie byłoby możliwe, gdyby biegły na 
stałe nie współpracował z prokuraturą i gdyby Sarah nie wiedziała, co powie w sądzie. Z drugiej, 
strony, czy od razu trzeba o wszystkim informować sędziego?  
Kontynuowała spektakl. Celowo zachwiała się na nogach, przytrzymując się dla złapania 
równowagi brzegu podium, za którym siedział sędzia. Chcąc sprawić wrażenie osłabionej, co 
zresztą było prawdą, ponownie dotknęła opatrunku za uchem. Sarah wzięła sobie 'za punkt ho-
noru uczestniczenie w dzisiejszej rozprawie. W związku z czym nafaszerowała się kofeiną, co w 
połączeniu z determinacją i całkowitym zignorowaniem potężnego bólu głowy pozwoliło na 
osiągnięcie celu.  
- Czy pani źle się czuje? ~ zapytał zatroskany Schwartzman.  
Sarah potrząsnęła głową. Zabiegając o przychylność sędziego, ryzykowała jednak, że ten 
przejrzy jej grę. A zamierzała wykorzystać obecność publiczności do nakłonienia Schwartzmana 
do wprowadzenia sprawy na wokandę. Tak więc uśmiechnęła się lekko i odpowiedziała:  
- Niech sam fakt, że dzisiaj w ogóle tu jestem, świad-  
czy o tym, jak bardzo mi zależy, aby przedstawić przysięgłym sprawę pani Helitzer - zaczęła. - 
Pomimo nalegań lekarzy na pozostanie w szpitalu postanowiłam tutaj przyjść, aby swoim 
wystąpieniem przekonać sąd o tym, że mamy do czynienia z zabójstwem dokonanym z zimną  
krwią·  

,  

- Wysoki sądzie! - Pat próbowała zabrać głos, ale sędzia uciszył ją ruchem ręki.  
- Przyjmuję sprawę do dalszego rozpatrzenia - zarządził - i oddalam wniosek obrony.  
Po czym uderzył drewnianym młotkiem w podium na znak zakończenia rozprawy.  
Hura!, zawołała w myślach Sarah.  
Reporterzy zwijali swój sprzęt, policja sądowa wprowadzała jakiegoś podejrzanego, sędzia 
ściszonym głosem naradzał się z kolejnymi przedstawicielami stron, a publiczność opuszczała 

background image

salę. Zaraz następna rozprawa, pomyślała Sarah, idąc po swoje rzeczy leżące na stole prze-
znaczonym dla oskarżyciela. Pat Letts obrzuciła ją jeszcze raz pogardliwym spojrzeniem i 
podeszła do swojego rozjuszonego klienta. Mitchell Helitzer był mniej więcej tego wzrostu co 
jego obrończyni, lecz znacznie od niej tęższy. Miał czterdzieści siedem lat, rude, kręcone włosy i 
pomimo drogiego, popielatego i trochę niedopasowanego garnituru wyglądał na zbira. Jak 
wynikało z autopsji, jego żona była drobnej budowy. Dla Sary stało się jasne, że nie miała 
żadnych szans w starciu z tym mężczyzną.  
Gdy Helitzer opuszczał miejsce dla oskarżonych, zapytał gniewnie:  
- Dlaczego chce mnie pani zniszczyć?  
Był autentycznie wściekły. Z jego niebieskich osadzonych w nalanej twarzy oczu emanowała 
nienawiść. Sarah natychmiast przypomniała sobie zdjęcia pośmiertne jego żony i ledwie 
powstrzymała się od zdzielenia łotra w łeb swoją teczką. Jeszcze się z tobą policzę, obiecała w 
myślach. Kara śmierci lub dożywocie bez możliwości przedterminowego zwolnienia to bardziej 
dolegliwa kara niż walenie teczką po głowie.  
- Za Susan - dopowiedziała Sarah.  
Niemal jednocześnie pani Letts uciszyła swojego klienta krótkim:  
- Mitch! Ani słowa! - Po czym popchnęła go w stronę wyjścia.  
Sarah szła za nimi, gdy Pat odwróciła się i powiedziała: - Powalczę o odroczenie pierwszego 
terminu.  
- Wniosę o oddalenie takiego wniosku. Mam wszystkie dowody.  
Sarah przejęła sprawę po Johnie Carverze i rzeczywiście zamierzała walczyć o najbliższy termin. 
Niestety w papierach panował ogromny bałagan i musiała najpierw odłożyć inne sprawy na bok, 
a potem wszystko uporządkować, aktualizując wiele danyoh. Chociaż Jake zwracał jej uwagę, że 
nie ma czasu nawet dla siebie, dopiero po- wykonaniu tej ogromnej pracy poczuła, że jest dobrze 
przygotowana. Do rozprawy pozostały dwa tygodnie i można jeszcze było dopiąć wszystko na 
ostatni guzik. Gdyby to się nie udało, Sarah postanowiła nawet improwizować, byle nie zerwać 
terminu.  
- Ale my jeszcze nie jesteśmy gotowi - odparowała Letts, gdy wychodzili przez mahoniowe 
drzwi na korytarz, gdzie stało wiele pogrążonych w rozmowach osób.  
- Widzę, że znowu jesteś w swoim żywiole - usłyszała Sarah tuż przy uchu i aż podskoczyła z 
wrażenia, bo rozpoznała głos Jake'~. Pewnie siedział w sali, pomyślała.  
Czując się jak sztubak przyłapany na wagarach, szła dalej. Cisza sali sądowej zamieniła się w 
gwar korytarza. Jego ściany wyłożono przed laty pomalowaną na ciemny kolor sosnową 
boazerią, a na obu końcach umieszczono wysokie okna, przez które sączyło się rozproszone 
światło. Sam budynek miał ponad sto lat i pochodził jeszcze sprzed wojny secesyjnej, ale później 
dodano nowocześniejszą przybudówkę. Co prawda mury starego sądu dodawały urzędowi 
powagi, ale wnętrze było niedoświetlone, a stan klimatyzacji pozostawiał wiele do życzenia. 
Spędzając tutaj całe dnie, Sarah przywykła do specyficznego zapachu stęchlizny wewnątrz. Stał 
się dla niej częścią codziennego życia jak zapach porannej świeżej 'kawy. Znała wszystkie zaka-
marki gmachu, którego przestronne korytarze tworzyły kwadrat o czterech kondygnacjach. Sala 
D, skąd właśnie wyszła, mieściła się na pierwszym piętrze. Nikt nie śmiał przyspieszyć kroku na 
śliskich, wytartych wieloletnim użytkowaniem marmurowych posadzkach. Tutaj należało raczej 
poruszać się tak jak w muzeum po założeniu kapci. Sarah uważała ten stary budynek za idealne 
miejsce dla ankieterów badających polityczne sympatie społeczeństwa. W całym stanie nie było 
drugiego takiego gmachu, w którym jednocześnie znajdowali się przedstawiciele obu płci, 
wszystkich ras i przedziałów wiekowych, mający do tego różny status majątkowy.  
- A ty co tutaj robisz? Masz wolne? - zagadnęła go, pamiętając, jak mocno spał, chrapiąc głośno, 

background image

gdy o szóstej trzydzieści rano wychodziła z domu.  
Gdy wstawała z łóżka, leżał na brzuchu z rękami wsuniętymi pod poduszkę. Sądząc, że jest mu 
chłodno, przykryła go kołdrą. Wyszła wcześniej, aby nie dać przyjacielowi sposobności do 
narzekań, że prosto ze szpitala pędzi do pracy. Teraz Jake stał przed nią ogolony i wypucowany, 
w granatowych spodniach i jasnobrązowej marynarce oraz niebieskiej koszuli. Pod szyją miał 
zawiązany granatowy krawat. Sarah domyśliła się, że wcześniej wpadł do siebie.  
- Wcale nie. Mam być świadkiem oskarżenia w sprawie Price'a, ale jest dla mnie prawdziwą 
zagadką, co ty tu robisz?  
Sarah nie zawsze cieszyła się z obecności detektywa.  
Właśnie teraz miała do załatwienia sprawę, w którą nie chciała go wtajemniczać. Ukradkiem 
spojrzała na zegarek. Zostały jej cztery minuty. No tak, pomyślała.  
- Wczoraj w nocy, kiedy poszedłeś do łazienki, doszłam do wniosku, że sprawca telefonu chciał 
mnie zdenerwować. A ja nie mogę na to pozwolić. Dlatego jestem tu dzisiaj.  
Na ruchliwym korytarzu porwał ich tłum ludzi kierujących się do schodów, którymi można się 
było dostać na inne piętra budynku.  
- A jak głowa? - zapytał zatroskany Jake. Wiedziała, że jest na nią zły za to, że nie została w 
domu. Na szczęście jeszcze nie musiała pytać go o pozwolenie. - A czy "nie mogę na to 
pozwolić" nie powinno ustąpić zdrowemu rozsądkowi, który nakazuje leżeć w łóżku?  
Sarah szła po schodach, przytrzymując się poręczy. Jake, zręcznie lawirując pomiędzy 
interesantąmi, wciąż był obok niej.  
- Trochę ją czuję, ale tak samo byłoby w domu. A bardzo mi zależało na oddaleniu wniosku 
obrony o umorzenie sprawy.  
I na czymś jeszcze, dodała w myślach.  
- Gratuluję! Udało ci się. - Wreszcie dotarli na parter.  
Część ludzi skierowała się ku wyjściu. Sarah spojrzała na Jake'a, który wyraźnie poruszony 
kontynuował: - Napędziłaś mi stracha, gdy rozmawiałaś z sędzią. Już myślałem, że zemdlejesz.  
- Wszystko skończyło się dobrze. - Sarah uśmiechnęła się ostrożnie, pamiętając o bólu, jaki mógł 
wywołać zbyt szeroki uśmiech. Oboje wiedzieli, że nieco udawała, ale żadne z nich nie pisnęło o 
tym ani słowa. Za dużo uszu było dookoła. A plotki rozprzestrzeniały się z szybkością 
błyskawicy. Na to Sarah nie mogła sobie pozwolić.  
- Sarah! Jak się masz! Widziałem cię w telewizji! Jesteś prawdziwą bohaterką! - usłyszała z tyłu.  
To wsiadający właśnie do windy Ray Welch, prawnik z kancelarii Bailey & Hudson, pozdrawiał 
ją, machając ręką z drugiego końca korytarza. W całym budynku były tylko cztery stare, często 
psujące się i zawsze przepełnione windy. Sarah, podobnie jak większość pracowników sądu, już 
od dawna korzystała ze schodów.  
- Dzięki! - krzyknęła w odpowiedzi. Jake stanął tuż przed nią. Obrzucił ją poważnym 
spojrzeniem.  
- Myślę, że istnieje pewne prawdopodobieństwo, iż jest tu dzisiaj ktoś, kto dybie na twoje życie - 
zaczął, opierając dłoń o ścianę obok jej głowy. - Żeby nic ci się nie stało, zostałem wczoraj u 
ciebie na noc. A jak ty mi się odwdzięczasz? Najpierw zostawiasz mnie w domu sam na sam ze 
szczerzącym zębiska potworem, a potem idziesz prościutko do gmachu sądu, gdzie w pierwszym 
rzędzie szukałby cię każdy, kto chciałby zrobić ci krzywdę.  
Sarah spojrzała dyskretnie w stronę umieszczonych na końcu korytarza drzwi, za którymi 
znajdowały się schody pożarowe. Musi nimi zejść na parter za niecałe trzy minuty. Chcąc się 
upewnić, sprawdziła godzinę na dużym, ściennym zegarze wiszącym na przeciwległej ścianie. 
Jeszcze tylko trzy minuty, pomyślała. A nie zamierzała zabierać ze sobą Jake'a.  
- Wręcz przeciwnie. To najbezpieczniejsze dla mnie miejsce - odparła .• - Są tu bramki do 

background image

wykrywania metalu i obowiązuje zakaz wnoszenia broni.  
Jake nie miał na to odpowiedzi, co mile połechtało jej ego. - Czyżby Ciastek był niegrzeczny? - 
zręcznie zmieniła temat.  
- Twój pieseczek? Skądże! - odparł drwiącym tonem.Był całkiem milutki, jeżeli nie brać pod 
uwagę tego, że przez dobre dwadzieścia minut nie pozwalał mi wyjść z pokoju, a wcześniej 
przerwał mi sen, obwąchując mokrym nosem mój tyłek. Żeby przeżyć, zarzuciłem mu kołdrę na 
łeb i po prostu dałem dyla.   
Na te słowa Sarah otworzyła oczy szeroko jak nigdy dotąd i parsknęła śmiechem. Widząc to, 
Jake, choć niezbyt chętnie, jednak się uśmiechnął.  
- Śmiej się, śmiej - mamrotał pod nosem. Nagle spoważniał. - W ogóle nie dbasz o swoje 
zdrowie. Musisz się jeszcze podkurować - dodał ściszonym tonem.  
Gdy spojrzeli na siebie, Sarah zrozumiała, że odkrył prawdziwy powód jej obecności w sądzie - 
to był jedyny sposób, aby nie myśleć o Lexie. Żeby nie pogrążyć się w otępiającym bólu, Sarah 
musiała zapracowywać się do upadłego. Jednak teraz nie chciała o tym rozmawiać. Może będzie 
na to gotowa wtedy, gdy rany jako tako się zagoją.  
- Muszę już iść. Robota czeka. Za to mi przecież płacą - ucięła dyskusję.  
Jake chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz w tej chwili odezwał się jego telefon. Sprawdził na 
wy"świetlaczu numer i odebrał połączenie.  
- Hoss! Musisz przyjechać do biura - usłyszał w słuchawce ..  
Pomimo panującego wokół szumu Sarah od razu wiedziała, że dzwoni Phil Hogan, dziadek 
Jake'a. Tylko on mówił do niego "Hoss".  
Jake westchnął i popatrzył na Sarę. Jego dQtknięty lekkim artretyzmem 
osiemdziesięciosześcioletni dziadek, który nigdy nie wymówił słowa "emerytura", był jeszcze na 
tyle żwawy, że potrafił przepracować czterdzieści, a nawet pięćdziesiąt godzin tygodniowo, 
pomagając w rodzinnej firmie.  
- Czy coś się stało? - spytał zrezygnowany Jake.  
- Begley grozi wycofaniem się z umowy, chyba że ...  
Rozmowa na chwilę się urwała i Sarah postanowiła się ulotnić.  
- To lecę - rzuciła zawadiacko, machając ręką na pożegnanie. Musiała natychmiast wtopić się w 
tłum ludzi, bo Jake już ruszył za nią. I rzeczywiście. Po chwili poszukiwań, straciwszy ją z oczu, 
musiał zrezygnować. Ona z kolei, przewidując jego zrzędzenie, chciała temu zapobiec. To, że 
dopiero co wstała z łóżka po postrzale i wstrząsie mózgu, nie usprawiedliwiało jeszcze 
konieczności wysłuchiwania pouczeń przyjaciela.  
Na schodach pożarowych zazwyczaj było pusto. Tylko Sarah po nich schodziła. Na dole pchnęła 
ciężkie, metalowe drzwi. Na parterze panował jeszcze większy tłok niż piętro wyżej. W sądzie 
zawsze wszyscy gdzieś się spieszyli. Po drodze Sarah przywitała się ze znajomym urzędnikiem. 
W wyłożonym piaskowcem wnętrzu unosił się zapach wilgoci, którego nie usunęły żadne zabiegi 
osuszające ściany. Kiedyś urządzono tu magazyn, ale gdy liczba ludności wzrosła, budynek 
wyremontowano na biura. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku miasto zatrudniło 
architekta, który miał za zadanie ujednolicić wnętrza gmachu. Po remoncie okazało się, że 
wszystkie sale są identyczne i często bez okien, a labirynt prowadzących do nich wąskich 
korytarzy, w którym nie gubili się jedynie stali bywalcy, musi być sztucznie doświetlany. Sary 
nie zdziwił więc widok zdezorientowanej kobiety. Była przeraźliwie chuda i miała opadającą na 
oczy jaskraworudą grzywkę. Nosiła krzykliwą, różową podkoszulkę, czarną kusą spódniczkę i 
pończochy tego samego koloru. Jej buty miały bardzo wysokie obcasy, a frędzle z metalowych 
paciorków zdobiące czarną, zamszową torebkę dźwięczały przy każdym ruchu.  
- Cześć, Crystal! - Sarah bez entuzjazmu pozdrowiła kobietę·  

background image

- Cześć! - Zaskoczona Crystal odwróciła się z zadziwiającym wdziękiem jak na tak wysokie 
obcasy, jednocześnie prezentując wspaniałe piersi. To był jej znak firmowy, a sama Crystal 
wyznawała zasadę: "niech się wstydzi ten, kto widzi". Może taki biust działał na sędziego 
Schwartzmana, ale z pewnością nie przyda się na rozprawie prowadzonej przez Liz Wessel. - 
Właśnie szukam sali numer trzydzieści dziewięć, tak jak mówiłaś, ale tu w ogóle nie ma żadnych 
oznaczeń.  
- Numery są tuż nad dzwonkiem umieszczonym przy każdych drzwiach - wyjaśniła Sarah, 
wskazując na mosiężną plakietkę· - Ze względów bezpieczeństwa drzwi są zamknięte. Cyfry 
były rzeczywiście małe i trudne do odczytania w słabym świetle. Sarah nie musiała zwracać na 
nie uwagi, ponieważ znała budynek na wylot.  
- Rzeczywiście!  
Sarah nie była zadowolona ze zbyt frywolnego ubioru swojej klientki. Zdjęła żakiet i postanowiła 
nakłonić Crystal, aby go włożyła. Chociaż nie bardzo jej to odpowiadało, bo sędzia Wessel 
zwracała szczególną uwagę na ubranie, sama została w białej koszuli z krótkimi rękawami. 
Uznała jednak, że to jej świadek bardziej potrzebuje zmiany wizerunku.  
- Pewnie trochę ci zimno - odezwała się, wyciągając żakiet. - Może włożysz to na siebie?  
- Zimno? Ja się tu zaraz ugotuję! - zdziwiła się Crystal. Sarah westchnęła ciężko, porzuciła dobre 
maniery i wyjaśniła wprost  
- Crystal, będziesz dziś zeznawać przed kobietą, jasne? Jeżeli się trochę nie zakryjesz, będziemy 
miały kłopoty.  
Początkowo Crystal nie rozumiała o co chodzi. Po czym spytała:  
- A co? Będzie mi zazdrościć takich warunków? - Modląc się, aby nie zarejestrowała tego żadna 
kamera, Sarah przytaknęła. - To nic trudnego. W klinikach biorą pięćset doków za parę. A 
sędziowie mają przecież forsę ... - Tu, widząc spojrzenie Sary, urwała. - Już dobrze, dobrze.  
Sarah z zadowoleniem obejrzała nowy wizerunek swojego świadka i stwierdziła, że noszą ten 
sam rozmiar. Ubrania, ma się rozumieć. Crystal miała około trzydziestu pięciu lat, a jej ciemna 
karnacja, zdaniem Sary, w ogóle nie pasowała do jaskrawych włosów i brązowych oczu. 
Wyskubane w niewiarygodny sposób brwi tworzyły wysokie łuki, a wąskie usta tonęły pod 
warstwą krzykliwego, różowego błyszczyku. Bez dwóch zdań była wyzywająco atrakcyjną i 
doświadczoną kobietą, która z pewnością stwierdzi kiedyś, że miała kiepskie życie.  
Sarah podeszła do drzwi sali numer trzydzieści dziewięć i podniosła dłoń do dzwonka.  
- Chwileczkę! - Crystal właśnie coś sobie przypomniała.  
- Tak?  
- Wczoraj zadzwonił do mnie do pracy jakiś facet i zagroził kłopotami, jeśli nie wyjadę z miasta.  
Sarah zaniemówiła, czując, jak coś ściska ją w gardle.  
Przecież ona to zna. Widać wczorajsza noc należała do telefonicznych maniaków.  
- Czy rozpoznałaś jego głos?  
- Nie.  
- Czy według ciebie ten telefon miał coś wspólnego z dzisiejszą rozprawą?  
- Myślę, że tak. - Kobieta kiwnęła głową. - To pewnie był ktoś z policji.  
- Masz na to jakiś dowód?  
- Żadnego. - Crystal była wystraszona i ze zdenerwowania bezwiednie bawiła się zapięciem 
torebki.  
Sarah spojrzała jej prosto w oczy i zapytała:  
- I co zamierzasz zrobić? - Musiała przecież wiedzieć, czy jej świadek nie ulotni się z miasta.  
- Nigdzie nie wyjadę. Dopiero co dostałam dobrze płatną pracę w Godfather's. - Mówiła o 
przybytku, który chciałby uchodzić za klub dla dżentelmenów, a w rzeczywistości był klubem z 

background image

jednym z lepszych w mieście striptizów. - I mam nowego chłopaka! - dodała rozpromieniona.  
- To świetnie! - Sarah całkowicie się uspokoiła. - Jesteś tam kelnerką, prawda?  
- Uhm - potwierdziła Crystal.  
Korytarzem przechodziły właśnie dwie sekretarki, żywo omawiając nową ramówkę telewizyjną. 
O ile Sarah zdążyła się zorientować, mówiły o wznowieniu "Gotowych na wszystko".  
- Znam to! Świetny serial- pochwaliła się Crystal.  
- Tak? - Spędzając niedzielne wieczory na przygotowywaniu materiałów na następny dzień, 
Sarah nie była na bieżąco z filmami. - Crystal, jeszcze nie jest za późno i możesz się wycofać.  
- I puścić im to wszystko płazem? Przecież oni mnie zgwałcili - rzuciła z zaciętą miną. - 
Owszem, może nie jestem naj świętsza, ale znam swoje prawa. Jestem pełnoprawną obywatelką 
tego kraju.  
Właśnie na ten temat Sarah rozmawiała z nią trzy tygodnie temu. W tamtą środę Crystal zgłosiła, 
się do stowarzyszenia Kobiety Przeciw Przemocy i opowiedziała, co ją spotkało dzień wcześniej. 
Sarah przysięgła sobie; że jej pomoże. Obie żyły w zupełnie innych światach, a Crystal i panie jej 
pokroju były całkowicie bezsilne wobec pewnych siebie policjantów. Sarah uczciwie wyjaśniła 
poszkodowanej, że czeka ją wiele nieprzyjemności, jeżeli zdecyduje się na wszczęcie sprawy 
sądowej. Teraz jej przypuszczenia sprawdziły się co do joty. Okazało się, że nie tylko Crystal 
odbierała dziwne telefony, Sarah trzymała się jednak swojego postanowienia i nadal ją 
wspomagała.  
- I nie wycofujesz się?  
- Za nic.  
Sarah nacisnęła dzwonek i obie weszły do pokoju sędziów.  
- Zatem prokuratura wnosi o wydanie tymczasowego zakazu zbliżania się pozwanego do 
świadka? - uściśliła sędzia Wessel, szczupła pięćdziesięciolatka o niebieskich oczach i krótkich 
brązowych włosach. Przygotowując się do rozprawy, włożyła już czarną togę i siedziała teraz 
przy swoim masywnym, drewnianym biurku. Pod drzwiami czekał zniecierpliwiony młody 
asystent. Sarah i jej świadek zatrzymały się przed biurkiem. Crystal znowu bawiła się nerwowo 
torebką, co Sarah starała się ignorować. Od razu zwięźle przedstawiła uzasadnienie swojego 
wniosku, nie zapominając o groźbach przez telefon, o których przed chwilą się dowiedziała. Z 
marsowej miny pani Wessel Sarah wnioskowała, że dostanie postanowienie, o które wnosiła.  
- Tak. - W podobnych sprawach był to zwykły tryb postępowania. Jednak w tym wypadku to 
policjant miał się trzymać minimum sto metrów od świadka.  
- Pani Stumbo, czy może pani przedstawić jakikolwiek dowód na próbę zastraszenia pani przez 
funkcjonariusza McIntyre'a?  
- Tu jest fotografia - zaczęła Sarah - zrobiona trzy dni temu przez świadka z okna domu, w 
którym mieszka. Położyła na biurku zdjęcie wielkości koperty.  
- Pstryknęłam je cyfrówką - dodała z dumą Crystal. Choć zdjęcie wykonano w nocy, bez trudu 
można było rozpoznać czarnego mustanga zaparkowanego przy kontenerze na śmieci 
ustawionym na pobliskim kempingu. Widoczny na fotografii numer skrzynki pocztowej potwier-
dzał autentyczność miejsca. Niestety przyciemnione szyby auta nie pozwalały dojrzeć twarzy 
kierowcy. Prawdopodobnie za kółkiem siedział mężczyzna z zaczesanymi do tyłu ciemnymi 
włosami.  
- Na podstawie tego zdjęcia nie można jednoznacznie stwierdzić, że to funkcjonariusz McIntyre. 
Czy pani prokurator z tym się zgodzi? - cierpko skomentowała pani Wessel, patrząc na Sarę.  
- Na zdjęciu widać tablice rejestracyjne wozu - Sarah nie dawała za wygraną. - To samochód 
pozwanego. Oto wypis z właściwego wydziału komunikacyjnego. - Na biurku znalazł się 
odpowiedni wydruk komputerowy.  

background image

- A więc to tak. - Sędzia Wessel była wyraźnie poruszona. Zdecydowanym ruchem sięgnęła po 
długopis i podpisała wniosek Sary. - Zgoda. Wydam taki zakaz. Chociaż ten policjant mógł się 
tam znaleźć służbowo, nie mogę tolerować żadnego zastraszania świadka.  
- Dziękuję - odrzekła Sarah.  
Pani Wessel wstała zza biurka i podeszła, aby porozmawiać ze swoim podenerwowanym 
asystentem. Chowając papiery do aktówki, Sarah chciała jak najszybciej wyjść z pokoju, zanim 
Crystal palnie lub zrobi coś, co mogłoby zmienić decyzję sędzi, która przecież mogła przewodni-
czyć rozpoznawaniu sprawy.  
Doświadczenie zawodowe podpowiadało Sarze, że powszechne mniemanie o tym, iż na sali 
sądowej jak w soczewce koncentrują się problemy dnia powszedniego, jest tylko częścią prawdy. 
W rzeczywistości bowiem rozprawa miała więcej wspólnego z przedstawiemem teatralnym. 
Zarówno sędzia, jak i przysięgli widzieli tylko to, co strony chciały im zaprezentować. Sukces 
Sary zależał od tego, czy 'uda jej się jak najlepiej uprawdopodobnić wersję pokrzywdzonej. 
Wcześniej jednak musi porozmawiać z Crystal na temat jej ubrań.  
- Powalczę, aby jeszcze dziś dostarczono postanowienie sądu McIntyre'owi - obiecała kobiecie. 
Crystal oddała jej żakiet i maszerowała korytarzem, dzwoniąc koralikami przy każdym kroku.  
- Czy teraz będzie musiał trzymać się z dala ode mnie? - dopytywała się, gdy przez otwarte drzwi 
wychodziły na klatkę schodową. W tej samej chwili z przeciwka nadszedł mężczyzna, którego 
duże niebieskie oczy i figlarny uśmiech Crystal oślepiły do tego stopnia, że o mało nie wpadł na 
Sarę.  
- Najmocniej przepraszam! - usłyszała w ostatniej chwili, schodząc mu z drogi. Gdy nieznajomy, 
oddalając się, wciąż patrzył na Crystal, Sarah wzięła ją pod rękę i niemal siłą poprowadziła dalej.  
- Tak. Teraz nie wolno mu zbliżać się do ciebie - wróciła do tematu.  
Właściwie powinna powiedzieć "nie powinien się do ciebie zbliżać". Wiedziała przecież, że 
jeszcze żaden papierowy zakaz nie powstrzymał nikogo, kto chciałby zastraszyć świadka, ale 
takie postanowienie miało inny walor. Gdy podsądny złamie zakaz zbliżania się do świadka, 
można wystąpić o aresztowanie. W wypadku policjanta złamanie tego postanowienia mogłoby 
się skończyć zawieszeniem w obowiązkach służbowych lub aresztem. A to działało na korzyść 
pokrzywdzonej.  
- Czy mogłabyś załatwić mi taki zakaz zbliżania się dla właściciela przyczepy, którą wynajmuję?  
- Co takiego?  
- Mam zaległości czynszowe. Przez te wszystkie sądy spadły mi zarobki. Już mu wyjaśniałam, że 
mnie zgwałcono, ale nic go to nie obchodzi. Jak tylko się zorientuje, że wróciłam do domu, 
natychmiast łomocze pięściami w moje drzwi. Żeby przyjść tutaj, musiałam rano odczekać, aż 
sobie pójdzie. A taki papierek trzymałby go z daleka ode mnie i mogłabym zebrać brakujące 
pieniądze.  
Pnąc się mozolnie po schodach, Sarah z niedowierzaniem pokręciła głową. Wchodzenie na piętro 
sprawiało jej trudność. Dzisiaj w ogóle nie czuła się najlepiej. Miała migrenę, bolały ją kolana i 
mięśnie nóg. Na dobrą sprawę bolało ją wszystko i gdyby nie poręcz, nie mogłaby w ogóle wejść 
po schodach.  
- Niestety. Zakazy sądowe nie dotyczą spraw mieszkaniowych - wyjaśniła i pomyślała, że kawa 
postawi ją na nogi. To oznaczało jeszcze więcej kofeiny.  
- Za to dotyczą gliniarzy, nie? Ale czy wszystkich, czy tylko tego jednego? - dopytywała się 
Crystal, stojąc u szczytu schodów. Wkrótce dotarła tam i pani prokurator. - Tylko jego. - Sarah 
rozejrzała się po korytarzu i odetchnęła z ulgą, gdy nie znalazła tam Jake'a. - A co, chodzą za 
tobą i inni gliniarze?  
- Owszem, śledzą mnie. Czasami nawet parkują przed klubem. Zrobiłam tylko jedno zdjęcie, bo 

background image

wcześniej nie miałam czym fotografować.  
- W razie czego pstrykaj zdjęcia i od razu dzwoń do mnie.  
Dopiero dzisiaj policja zwróciła Sarze telefon komórkowy i wszystkie przedmioty, które miała w 
torebce w chwili napadu. Sama torebka, będąca dowodem w sprawie, została na posterunku. 
Sarah włożyła telefon do żakietu, a resztę rzeczy do teczki. Teraz aparat wściekle wibrował w 
kieszeni, sygnalizując połączenie. Sprawdziwszy na wyświetlaczu, kto dzwoni, rzuciła Crystal 
krótkie:  
- Muszę to odebrać.  
- To pa! - Kobieta pożegnała się, machając ręką·  
- Cześć! - powiedziała Sarah do słuchawki.  
 
Rozdział 10  
- Mam coś, o czym powinnaś wiedzieć - poinformował ją Jake. - Namierzyłem trzeciego bandytę.  
- Tak? - Wokół panował gwar, więc Sarah zatrzymała się, zasłaniając wolne ucho dłonią.  
- To Floyd Parker. Wszyscy znali się od dzieciństwa.  
Bezpośrednio przed napadem spotkali się u siostry Maurice'a Johnsona.  
- A ją skąd wytrzasnąłeś?  
- Odwiedzała brata w szpitalu.  
- A ten trzeci? Czy ktoś go już przesłuchał?  
- Jeszcze nie. Właśnie jest w pracy, firma Big D - Serwis Opon, ale już pojechali po niego.  
- To dobrze. - Sarah odetchnęła z ulgą. Nie będzie już musiała się denerwować, że człowiek, 
który do niej strzelał, nadal chodzi ulicami miasta. - Gdzie teraz jesteś?  
- Jadę do pracy. A ty?  
- Ciągle w sądzie.  
- Długo jeszcze?  
- Do drugiej. A potem muszę wpaść do biura.  
Jake aż prychnął do słuchawki.  
- Nie chcesz mi powiedzieć, że piątkowy wieczór spędzisz w robocie! Co powiesz, jeśli 
niezapowiedziany wpadnę po ciebie około wpół do szóstej i w ramach rekompensaty za 
odniesione rany zaproszę cię do knajpy, gdzie zjemy coś pożywnego. Koniecznie z dużą ilością 
warzyw. Sama wybierzesz lokal.  
- Słodki jesteś! - Sarah była szczerze zadowolona. I wtedy ją olśniło: - Ale przecież idziesz na 
grilla.  
- O rany! - Jake rzeczywiście o tym zapomniał. - To nic. Jakoś spławię Danielle.  
- To już drugi raz. Na pewno się wścieknie.  
Przez chwilę żałowała, że nie spotka się dziś z Jakiem.  
Dotychczas liczyły się tylko praca i Ciastek. Gdy Sarah teraz zastanawiała się nad swoim życiem, 
zrozumiała, że Jake stał się trzecim elementem nadającym sens jej istnieniu. Już parę razy 
przyłapała się na tym, że czuła się szczęśliwa w jego towarzystwie. Oczywiście o tyle, o ile 
pozwalała jej pamięć o Lexie. A ostatniej nocy po prostu nie przeżyłaby bez niego. Po tym 
idiotycznym telefonie pragnęła jedynie do kogoś się przytulić. Sarah instynktownie lgnęła do 
Jake'a. Dzięki niemu już raz się pozbierała. Od tamtej pory wiedziała, że zawsze znajdzie u niego 
wsparcie. Gdy poprzedniej nocy wyszedł z łóżka do łazienki, nagle otoczyła ją pustka. Siła tego 
uczucia zdziwiła ją samą· Ale też odebrała to jako sygnał alarmowy, że angażuje się uczuciowo, 
na co nie była jeszcze gotowa. Jej doświadczenie życiowe wskazywało, że tak naprawdę każdy 
jest samotny. Zamiast szukać teraz oparcia' w Jake'u, Sarah wolała zebrać siły i radzić sobie 
samodzielnie.  

background image

Z tego właśnie powodu udawała, że śpi, gdy przyjaciel wrócił z łazienki. Z jednej strony była 
zadowolona z opiekuńczej bliskości Jake'a, który robił, co mógł, aby ją pocieszyć. Z drugiej, nikt 
oprócz niej nie mógł zrozumieć bólu, jaki wywołało zniknięcie Lexie. To była jej rozpacz, z któ-
rą musiała poradzić sobie sama.  
- Jakoś to będzie. Danielle jest wyrozumiała - tłumaczył Jake.  
- Coś kręcisz - nie dawała za wygraną, pamiętając, że po południu ma ważne sprawy do 
załatwienia. Trochę po-  
pracuje w domu i może zrobi pranie. - Lepiej nie rezygnuj z zaproszenia i nie zawracaj sobie mną 
głowy. Poza tym mam robotę.  
- Co takiego?  
- Później ci powiem. Teraz muszę już kończyć. - Sarah czuła, że ktoś na nią patrzy. Gdy spojrzała 
na korytarz, zobaczyła zbliżającego się do niej Larry'ego Morrisona i jego nieodłączny cień: 
Kena Duncana.  
- Sarah! - Jake spoważniał. - Dopóki Floyd Parker nie będzie za. kratkami i dopóki nie uzyskamy 
pewności, że to on do ciebie strzelał, wciąż nie jesteś bezpieczna. Obiecaj, że będziesz ostrożna.  
- Oczywiście, ale muszę kończyć.  
Sarze nie spodobał się wzrok Morrisona.  
- Sarah.  
- Witam szefa!  
Stojący nieco z tyłu Duncan patrzył na nią wyraźnie zaniepokojony. Coś się święci, pomyślała. 
Morrison najpierw spojrzał gdzieś przed siebie, potem na nią i zaproponował:  
- Przejdźmy się. Musimy pogadać.  
Ruszyli w kierunku schodów, przy czym Morrison protekcjonalnie objął ją ramieniem. Zdaniem 
Sary uznał, że na podeście będzie mniej ludzi i nikt ich tam nie podsłucha.  
- O co chodzi? - zapytała, nie mając ochoty na zbędne wstępy·  
- Najpierw dobra wiadomość. Chyba mamy tego osobnika, który do ciebie strzelał.  
- Wiem już o tym. Morrisona aż zatkało.  
- Widzę, że jesteś dobrze poinformowana. Ja wiem o tym dopiero od paru minut. Kto ci 
powiedział?  
- Tego nie zdradzę.  
- To nieistotne - ciągnął. - Przed chwilą policja poinformowała mnie, że zidentyfikowano 
podejrzanego. Oczywiście trzeba go jeszcze przesłuchać, ale sądzę, że możesz już odetchnąć.  
- To była dobra wiadomość, a jaka jest zła? - Sarah spojrzała uważniej na Morrisona.  
- Dzwoniła do mnie Pat Letts. Chce, abym cię odsunął od sprawy Helitzera. Twierdzi, że jesteś 
uprzedzona do jej klienta i grozi złożeniem wniosku w sądzie o wyłączenie cię ze sprawy.  
Sarah odetchnęła z ulgą. To była rutynowa zagrywka obrony.  
- Jest wściekła, bo sędzia oddalił jej wniosek.  
- Słyszałem o tym - powiedział z uznaniem Morrison.  
- Dokładniej rzecz biorąc, rozmawiałem z Amosem Schwartzmanem. Martwił się o twoje 
zdrowie. I widzę, że ma ku temu podstawy. Postanowiłem więc, że Duncan zastąpi cię dzisiaj, 
żebyś mogła iść już do domu.  
- Słucham? - Sarah stanęła jak wryta. Przecież w piątki zawsze. było co robić, a ona miała 
wielkie zaległości. A poza tym ... - To niemożliwe.  
Morrison, który również przystanął, zmienił swój pełen podziwu wyraz twarzy na stricte 
służbowy. Natomiast stojący za jego plecami Duncan dawał jej nieme znaki koleżeńskiej 
solidarności.  
- Nie będziemy o tym dyskutować. Masz dziś wolne. I nie chcę cię widzieć w biurze wcześniej 

background image

niż w poniedziałek. Inaczej czuj się zwolniona.  
- Niczego nie rozumiem. - Sarah uznała groźbę za ponury żart.  
- Słyszałaś, co powiedziałem. Widzimy się dopiero w poniedziałek.  
- To niemożliwe. Mam stos papierów do przerobienia ...  
- Skoro nie możesz sama zrozumieć, że potrzebujesz odpoczynku, właśnie wydałem ci polecenie 
służbowe: masz odpocząć! - przerwał jej Morrison i pogroził palcem.  
A gdy Sarah próbowała oponować, dodał:  
- Ja nie żartuję. - I poszedł w stronę idącego korytarzem sędziego Jeffersona Prince'a, z którym 
bardzo serdecznie się przywitał. Sarah była wściekła.  
- To nie moja wina - rzucił od razu Duncan, na wszelki wypadek cofnął się o krok i unosząc dłoń 
w usprawiedliwiającym geście, dodał: - Ja tu tylko sprzątam.  
 
Biuro i mieszkanie Jake'a mieściły się w naj starszej dzielnicy miasta, w jednym ze 
skromniejszych dwupiętrowych wiktoriańskich domów. Ten i podobne do niego budynki 
tworzyły dosyć luźne półkole, z jednej strony sąsiadując z przestronnymi białymi willami 
stojącymi na dużych działkach. Dom Jake'a miał jasnożółtą fasadę, białe okiennice i sporo 
ciemnobrązowych ozdóbek. Niebieski kolor drzwi frontowych zapewniał ochronę przed urokami. 
Umieszczono na nich zaaprobowaną przez ratusz dyskretną grafitową tabliczkę. Napis 
informował, że mieści się tu "Biuro detektywistyczne Hogan i Synowie". W rzeczywistości Jake 
był bezdzietny, a jego siostra mieszkająca w Atlancie miała sześcioletnią córeczkę. Również jego 
ojciec był jedynym synem Popsa. A właśnie to senior rodu pięćdziesiąt dwa lata temu założył 
firmę, mając nadzieję przynajmniej na kilku potomków płci męskiej. Niestety, jego schorowana 
żona nie mogła spełnić tych marzeń. Dziadek Hogan nie należał do osób łatwo rezygnujących z 
wyznaczonego celu. Gdy Jake zasugerował zmianę nazwy na "Biuro detektywistyczne Hagana" , 
dziadek kategorycznie odmówił, przenosząc na wnuka obowiązek dostosowania rzeczywistości 
do treści szyldu.  
Jake wjechał na podjazd, który użytkował wspólnie z sąsiadem dentystą. W głębi podwórka 
zauważył czerwonego harleya, którego dwa dni temu, na osiemdziesiąte szóste urodziny, sprawił 
sobie dziadek. Należy dodać, że staruszek zbierał stosy mandatów za przekroczenie pręd-  
kości, w wyniku czego Jake ostrzegał go tysiące razy, że wywiezie mu samochód na złomowisko. 
I za żadne skarby nie wziął do ręki ani telefonu komórkowego, ani komputera. A na dodatek 
posługiwał się antycznym magnetowidem i to korzystając z najprostszych funkcji.  
- Ta maszyna przypomina mi motor, który miałem na wojnie - Hogan senior radośnie wspominał 
stare czasy, gdy oniemiały Jake po raz pierwszy oglądał harleya. - Tylko nie był czerwony, nie 
miał żadnej elektroniki, no i nie kosztował fortuny.  
Jake też piał z zachwytu, oglądając nabytek dziadka, a potem wszedł do obszernej recepcji i 
zapytał Dorothy: - O co chodzi z firmą DVS?  
Obecny kształt nadał recepcji dekorator wnętrz, zaproponowawszy, aby połączyć dawny 
przedsionek z salonem. Na prośbę Jake'a ściany pomalovyano na jasnoszary kolor i wstawiono 
meble z czarnej skóry na chromowanych stelażach. Pracująca u Hoganów od trzydziestu dwóch 
lat co najmniej siedemdziesięcioletnia sekretarka a Jake spokojnie oceniał ją na pięć lat więcej - 
dostała się mu razem z firmą. Swe siwe włosy układała w staromodny kok, miała szare oczy i 
nosiła okulary w srebrnej oprawce. Jej pulchna twarz pocięta była rzędami zmarszczek. Starsza 
pani o nieco puszystej figurze miała niezwykle miłe usposobienie. Zazwyczaj ubierała się w 
sięgającą do pół łydki kwiecistą sukienkę ze sztucznego jedwabiu i praktyczne, sznurowane buty. 
Od dwudziestu lat była wdową, a jej dwoje dzieci dobiegało już czterdziestki. Jake nie pamiętał, 
aby opuściła chociaż jeden dzień pracy.  

background image

- Będziesz musiał jego zapytać. - Dorothy wskazała palcem na szklane, przesuwane drzwi 
prowadzące na taras. Pomysłodawcą wstawienia przezroczystych drzwi, jak i wyremontowania 
góry na mieszkanie dla Jake'a był oczywiście dziadek. Prace wykonano w czasach, gdy takie roz-
wiązania były jeszcze akceptowane przez władze. Dorothy  
nawet nie podniosła wzroku znad monitora najnowszego Maca, którego obsługę - jak i 
wszystkiego, do czego się dotykała - opanowała do perfekcji. Z tonu jej głosu Jake wy-
wnioskował, że coś jej się nie podoba w postępowaniu dziadka. Westchnął i ruszył do 
oszklonych drzwi. Mając za pracowników czterech emerytów i dwie osoby koło dwudziestki, 
Jake czasami czuł się w biurze jak w przedszkolu.  
Zanim detektyw otworzył drzwi, zatrzymał się jeszcze na chwilkę z ręką na klamce. Na barierce 
tarasu siedziała Danielle. Miała związane w koński ogon długie blond włosy, piękną opaleniznę, 
obcisłe szorty i sportowy top z lycry, co nie dziwiło, ponieważ była instruktorką aerobiku w 
pobliskim klubie YMCA.  
Pops siedział właśnie przy szklanym stole pod jasnoniebieskim parasolem w jednym z czterech 
metalowych foteli z poduszkami, które stały na tarasie. Dokładniej rzecz ujmując, bujał się na 
nim, oparty nogami o dolną barierkę. Należy dodać, że od chwili zakupu harleya Hogan senior 
nawet w największy upał nie zdejmował kowbojek. Miał też na sobie obowiązkowy czarny T-
shirt i dżinsy. Na stole leżała papierowa torebka, z której dziadek wyjmował pojedyncze 
czekoladki i wyrzucał na zewnątrz. Widząc to, Jake po prostu się wściekł.  
- Stary dureń! - wycedziła przez zęby Dorothy, niemal czytając w jego myślach.  
Jedynie siłą woli Jake powstrzymał się od głośnego przytaknięcia. Gdy rozsunął drzwi i wyszedł 
na zewnątrz, od razu objął go przedpołudniowy upał. Dziadek usadowił się w ocienionej przez 
dwa wiekowe dęby części tarasu. Dodatkowo przed skwarem chroniły go gęste, zwisające z 
gałęzi pnącza. Za to Danielle w najlepsze prażyła się w słońcu. Dźwięk otwieranych drzwi 
spłoszył czaplę, która natychmiast wzbiła się do lotu. Taras wychodził na pobliskie mokradła i 
kanały, których turkusowe wody przypominały Jake'owi całe dnie spędzane na rybach w towa-
rzystwie niezmordowanego dziadka. Teraz Pops bez naje mniejszych skrupułów, szczerząc zęby 
w uśmiechu, rzucał kolejną czekoladkę za barierkę.  
- Cześć, Hoss! - pozdrowił Jake'a dziadek.  
- Kochanie! - Danielle ześlizgnęła się z drewnianej ba-  
lustrady, po czym objęła i ucałowała Jake'a na powitanie. Odpowiedział tym samym, choć nieco 
mniej entuzjastycznie. Już od jakiegoś czasu rozmyślał nad zakończeniem tej znajomości. 
Danielle była ładna, milutka i miała w sobie duże pokłady energii życiowej ... może zbyt duże. 
Zawsze gdzieś go wyciągała, planowała cały dzień, a on czasami chciał po prostu rozłożyć się 
wygodnie na łóżku i pogapić w telewizor.  
- Czy nie mówiłem, żeby nie karmić aligatorów? - Jake wyładował swoją złość na dziadku. 
Danielle wciąż go obejmowała, a on odruchowo trzymał ją w talii.  
- Nie robię tego. Ja tylko dokarmiam Molly - bronił się Pops, r,zucając za siebie kolejną 
czekoladkę.  
Nie zwracając zbytniej uwagi na wiszącą u szyi dziewczynę, Jake skoczył do barierki, aby 
prześledzić lot ciemnej kulki. W dole, przy schodkach prowadzących na pomost, gdzie Jake 
trzymał swoją łódkę, pona~trzymetrowy aligator zwinnie chwycił spadającą z nieba zdobycz. 
Gdyby Jake wychylił się jeszcze trochę, sam stałby się daniem głównym.  
- Super! - zachwyciła się Danielle.  
Patrząc na dziadka, jeszcze bardziej wściekły Jake wykrztusił:  
- A niech to szlag!  
- Molly nie jest żadnym aligatorem. Ona należy do rodziny.  

background image

- Mam tylko nadzieję, że nie pożre następnego psa ... To nie były czcze obawy. Ostatniego lata 
jedna z pacjentek sąsiada dentysty przyjechała na wizytę ze swoim  
pudelkiem. Nie chcąc w upalny dzień zamykać ulubieńca w samochodzie, przywiązała go do 
drzewa. Po powrocie z przerażeniem odkryła, że po psie została jedynie smycz i trochę sierści na 
trawie. Zeznając do policyjnego protokołu, wyjaśniła, że zauważyła ogon schodzącego do wody 
aligatora. Usłużna asystentka dentysty od razu doniosła, że u sąsiadów jest trzymetrowy gad. 
Pops wyjaśniał, że wcale go nie hoduje, jedynie czasami dokarmia. Koniec końców, Hoganowie 
odpowiadali przed sądem za spowodowanie zagrożenia życia w miejscu publicznym. Musieli też 
kupić poszkodowanej nowego psa. Od tamtego czasu Jake zakazał karmienia aligatorów, w tym 
Molly, na posesji. Chciał prowadzić biznes w ciszy i spokoju. To jednak nie trafiało do Popsa.  
- Molly nie mogła chapnąć tamtego psa - stwierdził dziadek, zdejmując nogi z poręczy. W tej 
samej chwili fotel głucho uderzył o podłogę. - Moim zdaniem albo ktoś go ukradł, albo pies dał 
nogę. Sam bym to zrobił, gdybym miał za właścicielkę taką nadętą babę.  
Jake znał teorie Popsa na pamięć i już nie zwracał na nie uwagi. Zdenerwowany zabrał 
czekoladki ze stołu. Przysłuchująca się wymianie zdań Danielle mocniej przywarła do niego i już 
całkiem poważna spojrzała w dół. Jake zrobił to samo i patrząc na Molly, mógłby przysiąc, że 
właśnie uśmiechała się do nich. Gadzina rozdziawiła szeroko paszczę, a w jej wyłupiastych, 
pomarańczowych oczach błyszczały iskierki zadowolenia.  
Gdyby pomogło tu zwykłe: "a, sio!", Jake natychmiast wypłoszyłby bestię. Z doświadczenia 
wiedział jednak, że nic nie ruszy stąd aligatora tak długo, aż gad sam nie zdecyduje się na zmianę 
żerowiska. No, może poskutkowałaby laska dynamitu, ale Jake nie miał czegoś takiego pod ręką·  
- Molly czuje czekoladę - wyjaśnił Pops, po czym wstał i przeciągnął się leniwie.  
Był czerstwym, wysokim mężczyzną i utrzymywał, że za młodu miał taką samą posturę jak Jake, 
który porównywał żywotność dziadka do aktywności życiowej faceta w średnim wieku. Ostatnio 
stwierdził nawet, że na tym polu staruszek przewyższył jego samego. Pops był łysy, mocno 
opalony i miał twarz usianą zmarszczkami. Od srebrnego wizerunku motocykla na jego koszulce 
odbijało się słońce, a pod maszyną widniał napis: "Pirat drogowy". Nosił drogie motocyklowe, 
rozszerzane od kolan w dół i specjalnie dziurkowane levisy. Można mu było wiele zarzucić, ale 
wyglądał świetnie.  
- Jeżeli dalej będziesz drażnił Molly czekoladkami, zaraz się tu wdrapie - ostrzegł Pops.  
- Naprawdę? - Danielle zadrżała i mocniej wtuliła się w Jake'a. Ten zaś z niedowierzaniem 
popatrzył na dziadka, ale na wszelki wypadek wsunął torebkę do kieszeni marynarki. - A ty co 
tutaj robisz? - zwr(>cił się oschle do dziewczyny.  
Od r.ana był zirytowany: najpierw psem, teraz aligatorem. A do tego jeszcze ta nieoczekiwana 
wizyta. Nic dziwnego, że nie miał humoru.  
- Wczoraj wieczorem upiekłam do pracy ciasto z ananasem. Przypomniałam sobie, jak bardzo ci 
smakował mój ostatni placek, więc postanowiłam zrobić ci niespodziankę. I oto jestem.  
- Dzięki za pamięć - podziękował Jake, aDanielle uśmiechnęła się i jeszcze mocniej do niego 
przylgnęła.  
Ta dziewczyna bardzo się przykładała do wszystkiego, co robiła, czy to był seks, czy pieczenie 
ciasta. Mając taką partnerkę, wielu mężczyzn już dawno rozejrzałoby się za obrączkami i nowym 
domem dla dwojga. Jednak nie dotyczyło to Jake'a, który właśnie postanowił w delikatny sposób 
uwolnić się od wiszącej mu na szyi Danielle. Niby od niechcenia najpierw puścił jej talię, a zaraz 
potem zrobił mały krok do tyłu. W rezultacie tych manewrów dziew-  
czyna zwolniła uścisk, a Jake oparł się o balustradę. Na dobrą sprawę mógłby tam usiąść i 
całkowicie uwolnić się od Danielle, gdyby nie myśl o czyhającym w dole aligatorze. Stojąc przy 
barierce, Jake spojrzał jedynie w dół na nieruchomego gada.  

background image

- To wspaniałe ciasto - wtrącił dziadek. - Pochłonąłem całą porcję·  
- Dziękuję - odpowiedziała zalotnie Danielle, a Jake poczuł ulgę, że obejmuje go już tylko 
jednym ramieniem.  
- Zna się na rzeczy - mało przekonująco pochwalił dziewczynę. Zrobił tak celowo, zdając sobie 
sprawę z tego, że z nich dwojga tylko Danielle była gotowa założyć rodzinę. On sam doskonale 
wiedział, że nigdy jej nie poślubi.  
- Żebyś wiedział. Przygotowałam też deser kukurydziany i smażone jabłka do mięsa. A ponieważ 
zostało trochę zielonej fasolki, mogę do niej ugotować makaron i utrzeć ser.  
- To dopiero będzie wyżerka! - zachwycił się Pops, a Jake aż przełknął ślinę, co świadczyło o 
tym, że był mocno rozkojarzony.  
- Zapraszamy i dziadka. - Danielle spojrzała swymi słodkimi, brązowymi oczkami na Popsa.  
Ten obdarzył dziewczynę szerokim uśmiechem i zapewnił:  
- Za nic nie przepuszczę takiej okazji. - Po czym znacząco spojrzał na Jake'a i dodał: - Bez obaw, 
nie zostanę długo.  
Choć w wyobraźni Jake zajadał już spaghetti z serem i fasolką, potrafił oddalić od siebie tę 
pokusę. Zauważył, że ostatnio Danielle do swojej erotycznej aktywności dołączyła 
zainteresowanie kuchnią. Widać uznała, że do jego serca można także dotrzeć przez żołądek. 
Chociaż Jake przyznawał jej rację, poprzysiągł sobie, że tak długo, jak w okolicy będzie choć 
jeden McDonald, nie da się złowić nawet na najwykwintniejsze dania.  
- Niestety, ale ... - Jeszcze nie skończył, a Danielle już była zła i natychmiast przestała go 
obejmować.  
- Czyżbyś znowu był zajęty? - spytała fałszywie słodziutkim tonem. Jake nieco się spłoszył. 
Chyba zbyt często wykręcał się w ten sposób, skoro potrafiła za niego dokończyć zdanie.  
- No właśnie. - Usprawiedliwienie nie brzmiało zbyt przekonująco. Może powinien bardziej się 
postarać.  
- Mam już dość! - warknęła czerwona ze złości Danielle. - Więcej tego nie zniosę! Ciągle ta 
twoja praca i praca! Wybieraj: albo teraz zostajesz tutaj, albo to koniec!  
Dziadek zaniemówił, a Jake wzrokiem nakazał mu się nie wtrącać.  
- Niestety nie mogę już zmienić planów na dzisiaj.  
- Próbował być miły, ale znowu mu nie wyszło. Może, widząc zaciśnięte pięści dziewczyny, 
powinien dodać:  
"Chętnie bym został, ale naprawdę nie mogę".'  
- Nie trudź się! - rzuciła krótko i ruszyła do drzwi. Wystarczy! Żegnaj! - wykrzyczała, 
wychodząc.  
Gdy gwałtownie otwarte drzwi uderzyły o ścianę, pracująca przy komputerze Dorothy aż 
podskoczyła. Danielle zatrzymała się jeszcze na chwilę, odwróciła i zadała ostateczny cios:  
- I tak byłeś dla mnie za stary! - Po czym ruszyła do wyjścia, nie zwracając najmniejszej uwagi 
na zdumioną sekretarkę·  
Tuż przed drzwiami wyjściowymi zatrzymała się nagle, odwróciła na pięcie i skierowała w 
stronę długiej recepcyjnej lady. Następnie chwyciła swoje ciasto i po raz ostatni krzyknęła do 
pozostającego bez ruchu Jake'a:  
- Zabieram to! - Po czym trzasnęła za sobą drzwiami. Jake z niepokojem w oczach popatrzył na 
kołyszące się od podmuchu powietrza obrazy.  
- Coś ty narobił?! - Pierwszy oprzytomniał dziadek. Właśnie szlag trafił wspaniały obiad!  
- Na to wygląda. - Jake starał się nie okazywać zadowolenia.  
- Czy ktoś może mi wyjaśnić, co się tu, u licha, dzieje?  
- Na taras wpadła Dorothy.  

background image

- Nic takiego. Po prostu Jake zwariował.  
- No cóż - nastroszyła się i zirytowana wygłosiła tyradę w jego obronie: - Gdyby mnie ktoś pytał, 
to panienki z tyłkiem na wierzchu uważam za skończone idiotki. I to wszystko, co mam do 
powiedzenia w tej sprawie.  
- Teraz wszystkie tak chodzą. - Dziadek bronił sprawy.  
- Nie ma w tym nic złego. Taki widok nawet ożywia krajobraz. Chyba się starzejesz, Dotty.  
- Przynajmniej wiem, czego nie wypada robić - odgryzła się wyraźnie urażona: - A ty powinieneś 
się wstydzić tego gapienia się na dziewczęta, które mogłyby być twoimi wnuczkami.  
Pops nie posiadał się ze zdumienia.  
- Co takiego? Nigdy tak na nią nie patrzyłem! W każdym razie robiłem, co mogłem, żeby tego 
nie robić, ale czy to możliwe, gdy masz obok siebie taką wystrzałową dziewczynę?  
Dorothy nie powiedziała więcej ani słowa. A Jake w duchu się z nią zgodził. Stała czerwona jak 
burak i gotowa do walki.  
- A jednak! Ty naprawdę jesteś ... Tu wkroczył Jake:  
- Przestańcie! - Stanął między nimi z uniesionymi do góry rękami. - To chyba wyłącznie moja 
sprawa, co? Poza tym przypominam wszystkim, że jesteśmy w pracy. Dorothy! Potrzebuję 
danych na temat Floyda Parkera. I to na wczoraj. Muszę ...  
- Masz je na biurku - przerwała mu, gniewnie spoglądając na Popsa. - Materiały leżą na teczkach 
Donalda Coomera i Maurice'a Johnsona. Jak dokładniej tam poszperasz, znajdziesz także kopie 
zapisu z monitoringu sklepu, w którym postrzelono Sarę, i wszystko, co tylko dało się ściągnąć z 
kamer więzienia, gdzie zmarł Coomer. To tak na wszelki wypadek.  
Jake już wcześniej miewał takie niepokojące myśli, ale tym razem był pewien, że Dorothy 
zupełnie spokojnie mogłaby założyć własną agencję detektywistyczną.  
- Dziękuję - powiedział zmieszany. - A czy udało się zdobyć opis odcisków palców z kabla, na 
którym zawisł Coomer?  
- Oczywiście. Jest w brązowej teczce, ale niczego nie wyjaśnia. - Tu Dorothy sięgnęła po swoją 
torebkę, wyraźnie zbierając się do wyjścia. - Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, dziś wyjdę 
nieco wcześniej i zjem na mieście.  
- Naturalnie - odparł, choć wiedział, że to pytanie retoryczne. Starsza dama znała go od dziecka i 
tak naprawdę nigdy nie było między nimi żadnych oficjalnych form. Następnie zamknął niemal 
wyłamane przez wściekłą Danielle szklane drzwi i spojrzał na dziadka, który odprowadzał 
wzrokiem Dorothy.  
- To nie moja wina - usprawiedliwił się Pops.  
Jake mógł oczywiście powiedzieć, że staruszek zachował się nietaktownie, ale równie dobrze 
mógłby próbować przegonić drzemiącego pod tarasem aligatora. .  
- Mniejsza o to. Czy udało ci się ustalić, skąd telefonowano do Sary w nocy?  
Pops nieco się skrzywił i wyjaśnił:  
- Charlie - przyjaciel dziadka i jednocześnie pracownik Jake'a - sprawił się całkiem dobrze, choć 
nic nam to nie da. Ustalił, że dzwoniono z miasteczka Edisto Island z aparatu niejakiej Lindy 
Ross. Och! To naprawdę piękna kobieta. Twierdzi, że niewiele dzwoni i że nie widziała telefonu 
na oczy od poniedziałkowego wieczoru, gdy zostawiła go przez zapomnienie w samochodzie. Z 
tego wynika, że albo zgubiła aparat, albo ktoś jej go podprowadził. Na razie więc stoimy w 
miejscu.  
Jake głośno wypuścił powietrze i usiadł na fotelu Popsa. Przeczuwał, że tak będzie. Życie jest 
ciężkie.  
- A może ta kobieta bądź ktoś z jej rodziny jest jednak w to zaplątany? - zapytał bez przekonania.  
- Nic z tego. To spokojna rodzina z dwójką małych dzieci. Ona prowadzi dom, a mąż jest 

background image

lekarzem.  
Jake zamknął na chwilę oczy. Choć siedział w cieniu, otaczało go tak gorące i wilgotne 
powietrze, że niemal można było w nim pływać. Dopiero teraz, wdychając zgniły zapach 
rozlewających się koło domu trzęsawisk, poczuł, jak bardzo jest zmęczony. Właśnie dawały znać 
o sobie dwie nieprzespane doby.  
- A co z Sarą? - zapytał dziadek.  
Jake walczył z zamykającymi się powiekami. Pops usiadł, złożył ręce na brzuchu i zamyślony 
patrzył w dal. - Pewnie sam rozumiesz.  
- No tak, no tak. Musiała mocno to przeżyć - zauważył ze współczuciem dziadek.  
Ponieważ Jake chciał zakończyć ten temat, postanowił zapytać o sprawy zawodowe:  
- A o co chodzi z tym kontraktem z DVS? Staruszek wzruszył ramionami i wyjaśnił:  
- Mieli za złe naszemu Austinowi, że wypuszczał złodziejaszków sklepowych. Austin był świeżo 
przyjętym do pracy młodym chłopakiem. DVS miała sieć domów towarowych działającą na 
południu kraju i Jake'owi zależało na współpracy z nimi. Jako szanująca się firma zażądali od 
agencji Hogan i Synowie miesięcznego okresu próbnego, który niedoświadczony Austin właśnie 
zawalił.  
- Jak się tłumaczył?  
- Mówił, że było mu szkoda tych szczeniaków - zaśmiał się Pops. - Zobaczysz, polubisz 
chłopaka. On ma dobre serce.  
- I co, zwolniłeś go? - zapytał Jake, z góry znając odpowiedź, jako że w tej firmie dziadek grał 
rolę dobrego tatusia, a Jake wrednego szefa.  
- W żadnym wypadku! Przecież on zbiera na studia! oznajmił dziadek, opierając nogi o najniższą 
barierkę balustrady, po czym dodał: - I nie martw się o DVS. Już wszystko załatwiłem.  
- Tak? A w jaki sposób?  
- Och! W zamian za kontrakt obiecałem im pierwsze trzy miesiące ochrony gratis.  
- Co takiego?! - Jake o mało nie spadł z fotela. Przecież siedem lat temu właśnie z braku 
funduszy dziadek sprowadził go z powrotem do domu. A teraz znowu trwoni pieniądze. - Skoro 
tak, to może powiesz mi... - W kieszeni jego marynarki zadzwonił telefon. Aby odebrać rozmo-
wę, najpierw trzeba było wydobyć z kieszeni czekoladki. Na szczęście dzwoniący się nie 
rozłączy t .• - Hogan - rzucił w słuchawkę detektyw.  
- Cześć! Mówi Austin.  
Jake'a ogarnęło złe przeczucie.  
-Mów.  
- Zgodnie z umową miałem dziś pilnować pani Mason. - Jake nic o tym nie wiedział, bo zlecił 
dyskretną ochronę Sary Dave'owi Menucchiemu, nieco tylko młodszemu od Popsa, 
doświadczonemu pracownikowi agencji. Pragnął mieć pewność, że nic jej się nie stanie w sądzie. 
Cała akcja była otoczona najściślejszą tajemnicą i nikt, a szczególnie Sarah, nie mógł się o tym 
dowiedzieć.  
- Nie wiem, jak to powiedzieć, ale chyba ją zgubiłem.  

Rozdział 11  

- Jak to, zgubiłeś? - Jake aż zmrużył oczy i rzucił złe spojrzenie Popsowi. Oparł łokcie na stole i 
pochylił się do przodu, słuchając wyjaśnień z zainteresowaniem, które nie wróżyło nic dobrego.  
- Szedłem za nią, kiedy się zatrzymała, żeby porozmawiać z jakimiś dwoma facetami w holu. Nie 
chciałem przechodzić koło niej, bo bałem się, że mnie rozpozna, rozumiesz, prawda? Skręciłem 

background image

więc do męskiej toalety, a gdy wyjrzałem, już jej nie było. Pomyślałem, że wszystko w porządku, 
bo miała przecież iść do sali A. Tylko że tam nie dotarła. Ktoś ją zastąpił. Według mnie nie ma 
jej w budynku sądu. - Austin urwał. Jake niemal czuł, jak chłopak poci się ze zdenerwowania. - 
Jake, strasznie mi przykro. Co mam zrobić? - Było jeszcze za wcześnie, aby się martwić, 
detektyw wiedział, że nie należy podnosić alarmu. Sarah mogła pójść wszędzie. Problem w tym, 
że przydarzyło jej się ostatnio wiele złych rzeczy i Jake był u kresu wytrzymałości nerwowej.  
- Zostań tam, gdzie jesteś. Spróbuję sam ją znaleźć zarządził i rozłączył się. Popatrzył na dziadka 
spode łba i nacisnął przycisk w komórce, automatycznie wybierając numer przyjaciółki. - Może 
nie pamiętam dobrze, ale wydawało mi się, że to Dave miał pilnować Sary. - Już słyszał sygnał 
połączenia.  
- Musiałem go zmienić. W DVS nie chcieli przyjąć Austina z powrotem.  
Jake aż jęknął. Wysłuchał automatycznej sekretarki i rzuciwszy tylko: "Cześć, zadzwoń do 
mnie", poderwał się i ruszył do wyjścia.  
- Mówiłeś, że Sarze nic nie grozi. - Pops też wstał. Wyglądał na szczerze zmartwionego. - 
Chcesz, żebym poszedł z tobą?  
- Nie. Pogadaj tylko ze świadkami w sprawie Helitzera, tak jak się umawialiśmy. - I zaraz dodał, 
nie chcąc, by dziadek martwił się bez potrzeby: - Chyba nic jej nie grozi, wolę jednak nie 
ryzykować. Zadzwonię, jak ją znajdę. Po chwili namysłu wrócił do biurka i wyciągnął z szuflady 
swojego glocka.  
 
- Lepiej dla niego, żeby był w domu - powiedziała Crystal, siedząc na fotelu pasażera i nerwowo 
ssąc miętówkę, którą poczęstowała ją Sarah. ~ Zaczynam pracę o piątej. Piątek to dla nas 
najlepszy dzień,  
- Czy on naprawi twój wóz? - spytała Sarah, mając na myśli chłopaka Crystal.  
Chodziło o samochód, którym tamta przyjechała do sądu i który zaparkowała przed gmachem. 
Schodząc po szerokich schodach, Sarah zobaczyła, jak Crystal i dwóch nieznajomych, naj 
pewniej przechodniów olśnionych jej głębokim dekoltem, zaglądali pod maskę starego, 
jasnożółtego lincolna. Sarah zatrzymała się, by sprawdzić, co się stało. Zanim się zorientowała, o 
co chodzi, już odwoziła swojego świadka do domu. Crystal miała nadzieję zastać tam swego 
narzeczonego, który gdziekolwiek był i cokolwiek robił, nie odbierał telefonu. Crystal 
podejrzewała, że po prostu jeszcze śpi. To on miał przywrócić do życia zepsuty samochód.  
- Już raz go zreperował - zapewniła Crystal, rozgryzając resztkę cukierka. Delikatny zapach 
mięty wypełnił wnętrze auta. Kobieta rozcierała stopę, poruszając nie nagannie utrzymanymi 
palcami. - Boję się tylko, że odholują samochód, zanim po niego wrócę.  
Troska była uzasadniona, ponieważ znaczek "Niepełnosprawny kierowca", który Crystal 
powiesiła na wstecznym lusterku, a który pozostał jej po złamanej przed kilku miesiącami nodze, 
dawno już stracił ważność. Wystarczyło, by jakiś nadgorliwy policjant doczytał się nabazgranych 
na nim dat i samochód wzięto by na hol. Sarah jednak nie bardzo wierzyła w istnienie aż takich 
gorliwców. Auto musiałoby stać tam bardzo długo, by zainteresować właściwe służby.  
- Następnym razem zostaw samochód na bezpłatnym parkingu na tyłach budynku.  
- Za dużo tam radiowozów - Crystal potrząsnęła głową. - Może nie zwróciłaś uwagi, ale 
policjanci nie bardzo mnie ostatnio lubią·  
- Zauważyłam - odparła Sarah i powstrzymała się od uwagi, że sama też tego doświadczyła.  
Crystal zrzuciła drugi but, zmieniła pozycję i zaczęła masować drugą stopę·  
- To dlatego, że jestem na nogach czternaście godzin dziennie - wyjaśniła, zauważając spojrzenie 
pani prokurator. - Bolą cały czas.  
- To masz przechlapane! - skwitowała Sarah, wstrzymując się od rady, aby jej rozmówczyni po 

background image

prostu chodziła na niższych obcasach. Znała Crystal dostatecznie długo, by wiedzieć, że 
niebotyczne obcasy stanowiły część jej wizerunku, z którego za nic nie zrezygnuje. Teraz w 
odpowiedzi kobieta roześmiała się i przytaknęła.  
Znajdowały się już niemal trzydzieści kilometrów na zachód od Beaufort. Jechały szosą w stronę 
Burton pośród ciągnących się bez końca osiedli mieszkaniowych. Dwa kilometry wcześniej 
minęły centra handlowe, supermarkety, ciągi wystaw i sklepy z traktorami. Skręciły z głównej 
szosy w lokalną drogę, która przecinała pola tytoniu. Za nimi ciągnęły się niskie zarośla. 
Karłowate sosny rosły tuż obok karłowatych palm i sześciometrowvrh drzew bananowych 
stojących w plątaninie chwastów upstrzonych drobnymi, białymi kwiatkami. Szosa rozwidlała 
się: lewa odnoga prowadziła przez las, prawa oddalała się od drzew i torów kolejowych 
usytuowanych na nasypie z białego, błyszczącego w słońcu żwiru.  
- Którędy? - spytała Sarah.  
- Skręć w prawo.  
Sarah ruszyła we wskazanym kierunku. Zwolniła przed słabo oznakowanymi torami, popatrzyła 
przezornie w obie strony i ostrożnie pokonała przejazd. Gdy znalazły się, jak to odczuła, po 
niewłaściwej stronie torów, od razu zauważyła parking dla przyczep samochodowych. Zajmował 
około czterdziestu hektarów. Przed wieloma z ustawionych w równych rzędach domów na 
kołach stały zaparkowane stare samochody osobowe lub półciężarówki. Widać też było 
niewielkie brodziki i gazowe grille. Nad metalowymi dachami falowało rozgrzane słońcem 
powietrze. Napis przy wjeździe oznajmiał, że są w Rajskich Domach. Sarah nie sądżiła jednak, 
by wiele osób, w tym i Crystal, odnalazło w tej ciasnocie szczególne wygody. Sama spędziła lata 
w podobnym miejscu zwanym Słoneczna Dzielnica. Doskonale pamiętała wnętrze takiej 
przyczepy: aluminiowe drzwi wejściowe prowadziły bezpośrednio do pokoju dziennego, który 
miał może trzy metry długości i został wyłożony sztucznym sosnowym drewnem. Dwa duże 
okna zasłonięte żaluzjami umieszczone były naprzeciwko siebie, jedno na ścianie frontowej, 
drugie od tyłu. Wpuszczały niewiele światła. W pokoju znajdował się telewizor, kanapa pokryta 
pomarańczowym tweedem, brązowy pluszowy fotel i mały okrągły stolik z czterema krzesłami, 
przy którym jadano posiłki. Na prawo wchodziło się do sypialni matki, gdzie stało tylko 
podwójne łóżko i kredens. Jego górne półki zawalone były flakonikami po perfumach, które 
zbierała jej mama. Na lewo była niewielka kuchenka, potem łazienka, a dalej pokoik Sary, 
wyłożony ciemnymi,  
laminowanymi panelami. Mieściło się tam jedynie niewielkie łóżko. Pamiętała, jak powiesiła na 
obu oknach jasne, żółte zasłony, na łóżku rozesłała czerwono-żółtą narzutę w słoneczne wzory, 
którą kupiła na wyprzedaży, i zrobiła półki na ukochane książki w miękkich okładkach - tylko na 
nie było ją stać. Kolorowe okładki rozświetliły pokoik, który mógł pozostać ciemną norą, a 
dzięki nim stał się pełen barw i życia. Sarah poświęcała długie godziny na lekturę, dzięki czemu 
poznała świat całkowicie odmienny od tego, który mogła zobaczyć w Słonecznej Dzielnicy, uj-
rzała przed sobą inne możliwości. Nagle okazało się, że można żyć bez picia, bójek, rozbitych 
małżeństw i nieustającej troski o pieniądze na opłacenie rachunków. Sarah tęskniła za 
normalnym życiem jak głodne dziecko za kromką chleba.  
Ojciec szybko je opuścił. Sarah i jej trzykrotnie rozwiedziona matka zamieszkały w metalowej 
puszce na kółkach, jak matka ironicznie nazywała ich nowy dom. Dziewczynka miała wtedy 
dwanaście lat. W porównaniu z rozpadającym się, lecz obszernym domem na farmie w rolniczym 
hrabstwie Santee, gdzie mieszkały przez ostatnie dwa lata z trzecim mężem matki i jego 
dorastającymi dziećmi - synem i córką - przyczepa bez wątpienia stanowiła skromniejsze lokum. 
Skończyły się jednak wściekłe kłótnie między matką a ojczymem. To był zdecydowany plus 
przeprowadzki. Dzielnica przyczep znajdowała się na obrzeżach Columbii, stolicy stanu, która 

background image

wychowanej na wsi Sarze wydawała się dużym miastem. Autobus szkolny zabierał ją codziennie 
na zajęcia. W szkole miała spokój i uczyła się doskonale. Przynajmniej raz w tygodniu matka 
upijała się do nieprzytomności wódką z sokiem pomarańczowym; do tej pory Sarah nie znosiła 
zapachu tego soku. Gdy matka miała już dość, córka wlokła nieprzytomną kobietę do łóżka, a 
rano musiała przyrządzić jej klina z soku pomidorowego i wódki.  
Po jakimś czasie Sarah znalazła pracę na ćwierć etatu w domu towarowym blisko szkoły, a gdy 
podrosła, zaczęła pracować jako kelnerka. Uciekała do książek za każ,dym razem, gdy 
rzeczywistość stawała się nie do zniesienia, co - niestety - zdarzało się często. Jej blisko 
czterdziestoletnią, pracującą w zakładzie kosmetycznym matkę interesowali jedynie faceci i 
dobra zabawa. Sarah już w młodym wieku podjęła decyzję o unikaniu takich rozrywek.  
Gdy córka zaczynała liceum, Candy, jak kazała do siebie mówić matka, spotkała Jerry'ego 
Lowe'a. Był to stateczny, świecki kaznodzieja i charyzmatyczny despota, który dorabiał 
sporadycznie jako dekarz. Candy poślubiła go i wkrótce stała się bezwolną istotą, a Lowe 
zamieszkał z nimi. Co prawda matka przestała nadużywać alkoholu, lecz znośna rutyna życia w 
przyczepie zmieniła się w koszmar.  
Nowa, ładna pasierbica wpadła Jerry'emu w oko. Sarah powiedziała matce o niby to 
przypadkowym ocieraniu się Low'e'a o jej ciało i pożądliwych dotknięciach, a w końcu o próbie 
wymuszenia pocałunku, która przepełniła czarę. Candy wzięła jednak męża w obronę i oskarżyła 
córkę o uwodzenie ojczyma. Na trzy miesiące przed ukończeniem szkoły Sarah wyprowadziła się 
od matki i zamieszkała w mieście. Mogła polegać tylko na sobie. Znalazła pokój u starszego 
małżeństwa, które wszystkie wolne pomieszczenia w swoim dużym, starym i zaniedbanym domu 
wynajmowało za niewielką opłatą studentom Uniwersytetu Karoliny Południowej. Pracowała na 
dwa etaty i jednocześnie kontynuowała naukę. Miała dobre oceny i miłych nauczycieli. Dawała 
sobie radę i jeszcze zdołała odłożyć fundusze konieczne do podjęcia studiów jesienią. Matkę 
widywała rzadko i nie potrafiła odbudować łączących je kiedyś dobrych relacji. Candy 
bezkrytycznie wierzyła swemu mężowi. Nalegała, by córka po prostu wyznała prawdę i 
przeprosiła, a wtedy wszystko się ułoży. Świadomość, że matka jej nie wierzy, była niezwykle 
bolesna. W wieku osiemnastu lat Sarah miała już pragmatyczne podejście do życia. Wiedziała, że 
nie pogodzi się z Candy, i postanowiła prowadzić przyzwoite życie w samotności.  
Wkrótce poznała Robby'ego Masona, rudowłosego, uroczego lekkoducha. Dwudziestoletni 
młodzieniec, prosto po służbie wojskowej, od razy zawrócił jej w głowie, czego owocem, już 
przed Świętami Bożego Narodzenia, była ciąża. W lutym następnego roku pobrali się i w dwa 
dni po dziewiętnastych urodzinach Sary przyszła na świat córeczka, Lexie.  
Sarah rozpoczęła nowy etap życia. Pamiętała swój zachwyt, gdy po raz pierwszy, trzymając w 
ramionach rudowłosą kruszynkę, napotkała spojrzenie wielkich, ciemnoniepieskich oczu. 
Przysięgła sobie wtedy, że jej córka będzie miała lepsze życie niż jej rodzice. Postanowiła więc 
dalej się kształcić. A każda chwila, której nie poświęcała pracy czy studiom, należała do Lexie. 
Zdegustowany zmianą postawy żony, gdy ta nagle przerzuciła swoje zainteresowanie z młodego 
męża na dziecko, Robby zaczął szukać rozrywek poza domem. W końcu poinformował Sarę, że 
takie życie go już nie bawi, że nie jest gotów do roli ojca, i odszedł. Tak po prostu. Gdy Sarah się 
otrząsnęła, zdała sobie sprawę, że Lexie będzie dorastać tak jak ona w niepełnej rodzinie. To 
bolało najbardziej. Nie potrafiła przekonać Robby'ego, by wrócił do domu, choć przyznawała w 
skrytości ducha, że wcale tego nie chce. Namawiała go tylko ze względu na dziecko. Gdy 
zrozumiała, że mąż nie chce poświęcić swojego rozrywkowego trybu życia dla rodziny, zniknęła 
więź łącząca ich do narodzin dziecka. Pozostawiona sama sobie Sarah nie miała innego wyjścia, 
jak tylko skończyć studia. Ze względu na przyszłość Lexie była niezwykle dumna, gdy przyjęto 
ją na prawo. Szybko została też jedną z najlepszych studentek. Zbierała same najlepsze oceny i 

background image

zdobyła uznanie profesorów. Osiągnięcia te pozwoliły na uzyskanie wymarzonego płatnego stażu 
w Biurze Prokuratora Okręgowego Hrabstwa Beaufort latem, po pierwszym roku studiów. Tam 
zamieszkała z dzieckiem i tam przepadła Lexie.  
Sarah nie chciała do tego wracać. Nie teraz. Musiała się skupić na prowadzeniu auta po wąskiej, 
żwirowej dróżce prowadzącej do miasteczka przyczep. Skoncentrowała się na spokojnym 
oddychaniu: wdech i wydech. Jadąc w białej bluzce z krótkimi rękawami, czuła na ramionach 
chłodny strumień powietrza z samochodowego klimatyzatora. W aucie unosił się zapach mięty. 
Siedząca obok Crystal wciąż masowała stopy. Sarah musiała się skupić na teraźniejszości.  
- Och, popatrz! Jest Eddie! - Jej pasażerka przerwała te rozważania. Była podekscytowana, a jej 
nagła radość zatarła resztki wspomnień z przeszłości. Sarah zaparkowała samochód przed 
zniszczoną przyczepą,' którą wskazała Crystal.  
Na widok narzeczonego kobieta od razu usiadła prosto i wsunęła stopy w szpilki. Sarah 
przyglądała się mężczyźnie w podkoszulku i nylonowych sportowych spodenkach, który 
usłyszawszy zgrzyt kół na żwirowym podjeździe, wyszedł przed drzwi. Stojąc na schodku i 
opierając pięści na wąskich biodrach, patrzył groźnie w ich stronę. Crystał uśmiechnęła się 
nieśmiało i pospiesznie odpięła pas.  
- Dzięki, że mnie podrzuciłaś.  
Sarah kiwnęła głową. Przyjaciel Crystal bardzo ją zaskoczył. Spodziewała się raczej mężczyzny 
wyglądającego na gangstera lub obwieszonego złotem, szpanującego hip-hopowca. A ten 
młodszy o dobrych dziesięć lat od Crystal facet po prostu wyglądał całkiem przeciętnie, czego się 
zupełnie nie spodziewała. Miał około dwudziestu pięciu lat, długie do ramion, nieświeże blond 
włosy i jasną karnację, jakby nigdy się nie opalał. Nie był wysoki ani  
specjalnie umięśniony. Ale jego podejrzliwość z jednej strony, a podekscytowanie Crystal 
widokiem ukochanego z drugiej kazały Sarze zastanowić się, co może łączyć tych dwoje.  
- Eddie nie wygląda na zadowolonego - zauważyła, gdy Crystal wyciągnęła rękę, by otworzyć 
drzwi auta. Dasz sobie radę?  
- Tak. Pewnie się zastanawia, kogo tu przywiozłam.  
Nie lubi, gdy sprowadzam do domu nieznajomych. - Crystał otworzyła drzwi i wysiadła z 
samochodu. - Gdyby przywiózł mnie tu jakiś mężczyzna, od razu dostałby szału. Jest okropnie 
zazdrosny. To nie dotyczy oczywiście pracy.  
Sarah wiedziała, że to dziwne, ale poczuła się odpowiedzialna za Crystal. Zapewne całe to 
otoczenie sprawiło, że postrzegała ją niemal jak siostrę. Chciała, by Crystal się powiodło, aby 
ułożyła sobie życie. Kobieta może dokonać kilku złych wyborów, ale powinna starać się pokonać 
przeszkody i urządzić sobie świat jak najlepiej. Tylko tyle mogła zrobić ze swoim życiem.  
- Masz numer mojego telefonu - powiedziała głośno. Zadzwoń, gdyby Mclntyre lub ktokolwiek 
inny cię nachodził.  
- Dobra. Na pewno.  
Crystal zamknęła za sobą drzwi auta i podbiegła do Eddiego, który nadal z niezadowoleniem 
przyglądał się nieznajomej. Sarah wrzuciła bieg i ruszyła do tyłu. Crystal odwróciła się i 
pomachała. Eddie zmrużył oczy i popatrzył za Sarą. Złość bijąca z jego spojrzenia niemal ją 
zmroziła. Może był zły, bo przez przyciemnioną szybę nie zorientował się, że za kierownicą 
siedzi kobieta. Może przypuszczał, że ma rywala. A może po prostu jest zwykłym dupkiem. 
Sarah uznała, że ostatnie przypuszczenie jest najtrafniejsze. Odjeżdżając, spoglądała we wsteczne 
lusterko, by przekonać się, jak Crystal zostanie powitana przez Eddiego. Wyraz jego twarzy nie 
wróżył najlepiej. Spodziewała się kłótni, łapania za ręce, jakiegoś wybuchu. Nic takiego jednak 
się nie stało. Kłęby białego kurzu spod kół szybko zasłoniły widok, dostrzegła jedynie, że tamci 
wymienili między sobą kilka słów i weszli do przyczepy. Musiała pogodzić się z tym, że pomimo 

background image

swoich podejrzeń nie może się wtrącać w sprawy Crista1. Jedną z rzeczy, których szybko się 
nauczyła, zostawszy prokuratorem, była ta, że nie można osobiście angażować się w życie 
poszkodowanych. Nie można dobrze pracować, myśląc wciąż o czyichś problemach. Chociaż 
Sarah to rozumiała, niechętnie godziła się z takim stanem rzeczy. Sprawy, które prowadziła, i z 
nimi związani ludzie byli tylko częścią jej pracy. 1 niczym więcej. Również Crystal Stumbo.  
Dochodziła już pierwsza, gdy Sarąh wyjechała z miasteczka przyczep, skręciła na wschód i 
wjechała na drogę 1-21. Powinna stawać właśnie przed sędzią Prince'em, by zmierzyć się z 
obroną odrzucającą dowody w sprawie o umyślne podpalenie. Zamiast niej biuro prokuratora re-
prezentował Duncan. Pierwszy raz od wielu lat nie miała nic do roboty przez całe popołudnie. 
Kiedyś ucieszyłaby się z takiej okazji, teraz jednak czas był jej wrogiem. Zaczynała rozmyślać i 
niepotrzebnie rozpamiętywać szczegóły. Nawet teraz, otoczona przez inne samochody, zasko-
czona widokiem łodzi ciągniętej przez wóz kempingowy i spoglądając co chwila na jadącego za 
nią rudowłosego chłopaka, kiwającego głową w rytm muzyki, musiała się powstrzymywać, by 
nie wracać myślami do nocnego telefonu i głosu Lexie. Nie, to nie ona dzwoniła. To musiała być 
inna dziewczynka, tak mała, że nie potrafiła poprawnie mówić. Kto jednak podszywał się pod jej 
córeczkę?  
Prawdopodobieństwo takiego właśnie przebiegu wydarzeń było na pewno większe niż to, że jej 
dwunastoletnia obecnie córka mówiła głosem pięciolatki. Co więcej, Sarah musiała wziąć też pod 
uwagę fakt, że mimowolnie, zachowując się w sposób typowy dla rodziców zaginionych dzieci, 
mogła przecież przypisać osobie mówiącej przez telefon głos i intonację charakterystyczną dla 
Lexie.  
Czyżby to wszystko wyjaśniało? Czyżby przez telefon usłyszała tylko to, co chciała usłyszeć? 
Na samą tę myśl ścisnęło ją w gardle.  
Dosyć!, upomniała się po cichu i z ogromnym trudem zmusiła do skupienia myśli na czymś 
innym. Może na sprawie Helitzera. Tak, to było dobre, całkowicie zajmowało uwagę. Jeżeli chce 
wygrać, musi iść na rozprawę doskonale przygotowana. Biegli zebrali dowody, które mogły się 
przydać obu stronom. Eksperci przysięgali, że ułożenie ciała po upadku oraz głębokość i kształt 
ran na głowie dowodzą, że przypadkowy upadek był wykluczony. Obrona jednak z łatwością 
znajdzie takich, którzy stwierdzą coś zupełnie przeciwnego. Znaleziono na ciele zmarłej włosy, 
jak się okazało, należące do jej męża. Jednak właśnie z tego powodu obrona będzie dowodzić, że 
miały prawo tam się znajdować. W dodatku odkryto jeszcze inne, niezidentyfikowane włosy. 
Linię oskarżenia osłabiał również fakt, że pod paznokciami ofiary nie znaleziono ludzkiej tkanki, 
co wskazywało, że ofiara nie broniła się przed atakiem. Sarah przypuszczała, że Susan nie 
zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa, bo mąż zaatakował ją od tyłu i znienacka. Ciągle 
jednak poszukiwała mocniejszych argumentów, zanim stanie przed sądem i przedstawi swój 
pogląd na motyw zbrodni: para kłóciła się o przyjaciółkę Mitchella, która zresztą okazała się 
zadziwiająco dobrze przygotowana do składania zeznań. Susan zagroziła odejściem, a ponieważ 
nie rzucała słów na wiatr, Mitchell zepchnął ją ze schodów. Aby dopiąć swego i sprawić, że 
przysięgli zinterpretują dowody tak samo jak prokurator, Sarah musiała znaleźć dowody 
poprzedzającej zbrodnię przemocy fizycznej ze strony Helitzera. Najlepiej byłoby, gdyby w 
przeszłości znęcał się nad żoną lub inną kobietą. Do tej pory Sarah nie natrafiła na żaden ślad, 
miała jednak nadzieję, że Jake i ludzie z jego firmy, intensywnie przesłuchując znajomych 
Helitzera, którzy pamiętali go od czasów dzieciństwa, zdążą do dnia rozprawy znaleźć coś 
interesującego. Sarah zdawała sobie sprawę, że nie mając bezpośredniego świadka zdarzenia, 
może przegrać proces. Aby sprawiedliwości stało się zadość, musiała wykorzystać wszystkie 
swoje umiejętności. Mogła jedynie liczyć na jakieś błędy obrony i odrobinę pecha po ich stronie.  
Rozmyślania przerwał młodzieniec na ryczącym motorze, który przemknął z lewej strony. Sarah 

background image

spojrzała we wsteczne lusterko i ze zdziwieniem dostrzegła szybko zbliżający się radiowóz. 
Kierowca wyraźnie gdzieś się spieszył. Widok Briana Mclntyre'a za kółkie:t;n wywołał jej 
niepokój. Był sam, jego partner został zawieszony do czasu, gdy sąd rozpatrzy sprawę o gwałt, 
którą Sarah miała wnieść za kilka dni. Wydało jej się podejrzane, że McIntyre wybrał się 
samotnie radiowozem tak daleko od miasta, a w dodatku nadjeżdżał od strony miejsca 
zamieszkania Crystal. Czyżby węszył wokół Rajskich Domów?  
Próba zastraszenia świadka?, przyszło jej do głowy, lecz oczywiście nie mogłaby tego dowieść. 
Nie wzięła nawet aparatu, by zrobić zdjęcie, na wypadek gdyby się okazało, że miała rację. 
Mogła jedynie zadzwonić do domu i zostawić na automatycznej sekretarce informację o tym, co 
się właśnie działo. Stanowiłoby to przynajmniej dowód, że Mclntyre znajdował się na 
autostradzie 1-21 w konkretnym dniu i godzinie. Już wyciągnęła rękę do schowka między 
siedzeniami, kiedy przypomniała sobie, że zostawiła telefon w kieszeni swetra, a sweter i torebkę 
włożyła do bagażnika. No dobrze, nie będzie zapisu wydarzeń, pomyślała. Nie miało to zresztą 
aż takiego znaczenia. Również zdjęcie zrobione przez szybę samochodu nie mogło dowodzić, że 
McIntyre niepokoił świadka. Wiadomość zostawiona na telefonicznej sekretarce też nie byłaby 
wiele warta. Mclntyre, jak każdy, miał prawo poruszać się po tej drodze.  
Gdyby nawet doręczono mu tymczasowy zakaz zbliżania się do Crystal - co się jeszcze nie stało 
- to znajdując się w tej chwili na szosie, i tak nie przekroczył wyznaczonej przez sąd granicy. 
Podejrzenia Sary wzmocnione obecnością policjanta na drodze 1-21 nie wystarczyłyby do 
oskarżenia go o cokolwiek, a już na pewno nie dałyby podstaw do postawienia go przed sędzią 
Wessel i żądania osadzenia Mclntyre'a w więzieniu. Sarah zdała sobie sprawę z irytującej 
bezsilności. Nie mogła nic zrobić, gapiła się tylko na niego we wstecznym lusterku. Mclntyre, w 
mundurze, jechał już tuż za nią, mogła dostrzec szczegóły jego wyglądu. Był to wysoki, chudy 
mężczyzna o zaczesanych na jedną stronę czarnych włosach, które zamiast ukrywać, 
demaskowały jego łysinę. Po raz pierwszy usłyszała o tym policjancie, dopiero gdy Crystal 
Stumbo oskarżyła jego partnera o gwałt. Od tamtej chwili Sarah wiele się o nim dowiedziała i 
fakty te szybko się potwierdzały. Mówiono, że ze swoim partnerem, Garym Bertolim, byli jak 
bracia. Patrolowali najgorsze rejony przy barach i nocnych klubach w centrum miasta. Na ulicy 
nazywano ich - jeżeli wierzyć jednemu z tajnych informatorów aroganckimi dupkami. Obaj byli 
żonaci i mieli dzieci. Jednak w przeciwieństwie do Bertoliego, który po zawieszeniu w 
obowiązkach zaszył się w domu, Mclntyre zdawał się nie rozumieć, że powinien trzymać się z 
dala od ofiary do czasu przedstawienia zarzutów jego kumplowi i ewentualnego rozpoczęcia 
sprawy.  
Duży srebrny chevrolet suburban przetoczył się z lewej strony. Sarah, działając pod wpływem 
impulsu, ruszyła za nim. Musiała mocno przycisnąć pedał gazu, by nadążyć za autem. Szum 
wypełnił jej uszy. Sentra, którą jechała, zaczęła lekko drżeć, gdy starała się dotrzymać kroku 
srebrnej terenówce. Spojrzała w lusterko i zacisnęła zęby ze złości. Mimo jej wysiłków McIntyre 
ciągle jechał tuż za nią, niemal zderzak w zderzak. Gdyby musiała gwałtownie zahamować, 
policjant zaparkowałby w jej bagażniku. Widziała go wyraźnie. Nabrała pewności, że on też ją 
widział, że doskonale wie, kto siedzi za kierownicą samochodu, za którym tak uparcie jechał. 
Celowo trzymał się tak blisko za nią. Pytanie tylko, dlaczego?  
Brian McIntyre był jednym z pierwszych policjantów, którzy pojawili się na miejscu strzelaniny 
przed sklepem. Nagle Sarah zaczęła gorączkowo kojarzyć fakty. A jeżeli teoria o trzecim 
bandycie była błędna? Jeżeli odnaleziony przez policję Floyd Parker, którego zatrzymanie 
znacznie poprawiło jej poczucie bezpieczeństwa, nie miał nic wspólnego z napadem? Może 
prześladująGY ją McIntyre będzie chciał strzelić do niej jeszcze raz? A może spróbuje ją 
uśmiercić w inny sposób, na przykład powodując wypadek samochodowy? Serce Sary waliło jak 

background image

młot, zaschło jej w ustach. Zaciśniętymi na kierownicy palcami czuła każdą nierówność drogi. 
Rzut oka we wsteczne lusterko, gdy ich spojrzenia się spotkały, upewnił Sarę, że McIntyre 
doskonale wiedział, kogo ściga.  
Odetchnęła głęboko i zacisnęła zęby. Zdała sobie sprawę, że nie ma dokąd uciec. Jechała 
wciśnięta między osiemnastakoławą ciężarówkę a wąski pas trawy oddzielający ją od 
samochodów jadących w przeciwnym kierunku. Cokolwiek zamierzał jej prześladowca, nie 
mogła pokrzyżować mu planów. Mogła tylko jechać dalej. Jeżeli zahamuje i zwolni, McIntyre w 
nią uderzy. Gdyby tak się stało, jego znacznie cięższy radiowóz z łatwością wbije jej sentrę w 
terenowego suburbana jadącego z przodu, wciśnie na prawo pod koła ciężarówki lub zepchnie na 
lewo, na pas jadących z przeciwka aut, co skończy się pewnym czołowym zderzeniem. Żadna z 
tych możliwości nie dawała szans na wyjście cało z katastrofy. I pewnie właśnie o to mu 
chodziło. Nie ma oskarżyciela - nie ma rozprawy. Wystarczyło lekko uderzyć w tylny zderzak jej 
samochodu i przyjaciel Bertoli nie trafi do pudła.  
Sarah poczuła pot na czole. Na srebrnej karoserii wyprzedzanej ciężarówki igrały promienie 
słońca. Z lewej strony zielenił się wąski pas trawy. Mając przed nosem kwadratowy zderzak 
suburbana, Sarah koncentrowała się na prowadzeniu auta. Szybkościomierz zbliżał się do stu 
trzydziestu kilometrów na godzinę. To blisko pięćdziesiąt ponad dozwoloną tu prędkość. 
Zdecydowanie za szybko jak na tak wąską jezdnię. Karambol wydawał się nieunikniony. Gdzie 
jest drogówka? Na pomoc!  
Sarah nie mogła sobie wybaczyć, że wrzuciła telefon do bagażnika. Pomyślała o włączeniu 
świateł awaryjnych, ale uznała, że na niewiele by się to zdało, bo nie miała skąd oczekiwać 
pomocy. Pośrodku zalanej słońcem i zatłoczonej szosy była zdana tylko na siebie. Zupełnie jakby 
samotnie przemierzała dzikie ostępy w środku nocy. Co chwila zerkała w lusterko, napotykając 
wzrok prześladowcy. Zderzak jego auta był tak blisko, że najmniejsze dotknięcie hamulców 
zakończyłoby się nieuniknioną katastrofą. Oboje zdawali sobie sprawę z zagrożenia. Przez 
ułamek sekundy Sara pochwyciła wzrok policjanta i wtedy dojrzała w jego oczach triumf. 
Wąskie wargi McIntyre'a rozciągnęły się w uśmiechu. Wiedział, że ją przestraszył i sprawiło mu 
to przyjemność.  
Sarę ogarnęła wściekłość. Wyprostowała się i uniosła głowę. Bez względu na to, co się stanie, nie 
zamierzała się poddawać. Podniosła dłoń do góry tak, by mężczyzna mógł ją zobaczyć i powoli 
wyprostowała środkowy palec.  
My, którzy idziemy na śmierć, pozdrawiamy cię, dupku. Przynajmniej zdołała zetrzeć mu z 
twarzy ten cholerny uśmieszek. Wreszcie suburban wyprzedził ciężarówkę i Sarah zauważyła 
trochę wolnego miejsca pomiędzy TIR- em a jadącym przed nim samochodem. Tylko tyle 
potrzebowała. Zacisnęła dłonie na kierownicy i bezceremonialnie wepchnęła się między auta. 
Ciężarówka zaprotestowała głośno klaksonem. Mijający ją McIntyre mógł jedynie odwdzięczyć 
się równie obraźliwym gestem, jakim pani prokurator obdarzyła go chwilę wcześniej.  
Gdy niebezpieczeństwo minęło, napięte mięśnie Sary powoli zaczęły się rozluźniać, jednak 
piętnaście minut później wciąż jeszcze drżała ze zdenerwowania. Zwolniła przed czerwonym 
światłem na skrzyżowaniu przy Quik-Pik. Sklep był już otwarty. W sierpniowy piątek po połu-
dniu wiele osób wyszło z pracy wcześniej i zamierzało spędzić weekend za miastem, nie 
przejmując się zapowiadanymi opadami. Na parkingu panował ożywiony ruch. Ludzie wchodzili 
do sklepu i wychodzili z pełnymi wózkami, samochody co chwila podjeżdżały pod dystrybutory 
paliwa, by zatankować. Większość wozów zaparkowano przed samym wejściem. Wymienione 
już 'zostały szyby wystawowe i powieszono nawet te same reklam:v: dwunastopak pepsi za 3,99 
dolara, cztery i pół kilograma lodu za 50 centów, losowanie Lotto w sobotni wieczór. Koroner 
nie wydał jeszcze rodzinie ciała Mary, ale nie było już śladu po kwiatach leżących tu po tragedii. 

background image

Zastąpiły je wielkie, czarne litery informujące o cenach benzyny. Koło fortuny obróciło się i 
życie płynęło dalej.  
Sarah zastanawiała się, kto teraz siedzi przy kasie. Czy nowy pracownik znał Mary? Czy nie boi 
się kolejnego napadu? Decydując się na pracę w sklepie, z pewnością ma świadomość 
niebezpieczeństwa, na jakie się naraża. Z drugiej strony, choć banalnie to brzmi, żeby żyć, trzeba 
jeść. Snując te rozważania, Sarah uświadomiła sobie, że do końca życia nie przekroczy progu 
Quik-Pik. Teraz będzie musiała robić zakupy u Krogera.  
Na skrzyżowaniu zapaliło się zielone światło i ruszyła, pozostawiając Quik-Pik z tyłu. Mijając 
Orientalny Pałac  
Wanga, spojrzała w alejkę, gdzie ostatnio widziała drugą uczestniczkę wydarzeń tamtej okropnej 
nocy. Teraz alejka była pusta. Stał tam tylko kosz na odpadki, a rosnące u wylotu słoneczniki i 
chwasty chwiały się na wietrze. Jeszcze tylko cztery przecznice i dojedzie do domu. Pierwszy raz 
od lat tak wcześnie w piątkowe popołudnie. Spojrzała na zegar umieszczony w desce rozdzielczej 
i zobaczyła, że nie ma jeszcze drugiej. Musiała wypełnić czymś tyle godzin. W teczce miała akta 
Helitzera, mogła wrócić do domu i popracować nad nimi lub nad sprawą Lutza czy też załatwić 
coś przez telefon albo ... Sarah zrozumiała, że tak samo, jak nie chciała znaleźć się ponownie w 
Quik-Pik, nie chciała również wracać do domu. Sama myśl o nim sprawiała, że czuła przeraźliwy 
ból w sercu. Nie potrafiła uciszyć głosu Lexie czy też raczej głosu z telefonu. Wiedziała, że 
powinna przejrzeć zabawki znalezione przez Jake'a na podłodze sypialni, by sprawdzić, czy są 
jakieś ślady, które mogłyby wyjaśnić, czemu te rzeczy zostały wyciągnięte z pudła. Zdawała 
sobie jednak sprawę, że nie jest w stanie ich oglądać. Jeszcze nie teraz. Ból czaił się zbyt blisko.  
Poddając się tym myślom, skręciła na najbliższym skrzyżowaniu w prawo. Nie będzie już miała 
lepszej okazji, by sprawdzić, gdzie mieszka Angela Barillas.  
 
Rozdział 12  
Osiedle Beaufort Landing tworzyły należące do miasta budynki komunalne. Aby się do nich 
wprowadzić, wystarczyło spełnić jeden warunek: należało być biednym. W dwudziestu 
jednakowych ceglanych pudełkach rozrzuconych na dwuhektarowej działce gnieździło się sto 
dwadzieścia rodzin. Podwórkowe pojemniJd kipiały od nadmiaru śmieci, na podjazdach tłoczyły 
się rowery, a balkony upstrzone były różnokolorowym praniem. Około sześćdziesięciu 
poobijanych aut stało na parkingu. Między domami, na wąskich trawnikach wegetowała pożółkła 
od palącego słońca trawa. Kilka rozpaczliwie walczących o życie krzaków straszyło 
przechodniów swym ponurym wyglądem. Na osiedlu nie rosło ani jedno drzewo.  
Latem dzieci nie chodziły do szkoły. Niektóre uczestniczyły w zajęciach ogniska zapewniającego 
im opiekę w ciągu dnia, część wyjechała na obozy czy też gdzie indziej, byleby tylko zniknąć na 
jakiś czas z tego okropnego miejsca, które niczym rozpalona słońcem wyspa wyrastało w samym 
środku dzielnicy. Sarah od razu zdała sobie sprawę, że tutejsi mieszkańcy żyją w dużo gorszych 
warunkach niż ona kiedyś.  
Na placu zabaw pośród metalowych drabinek biegała spora gromadka dzieciaków, co dawało 
nadzieję na odszukanie małej Angeli. Sarah zaparkowała auto i wysiadła z samochodu prosto w 
objęcia gorącego powietrza. Daleko na niebie gromadziły się purpurowoszare burzowe chmury, 
było duszno i parno, czuło się nadchodzący deszcz. Oślepiona odbijającymi się od innych 
samochodów promieniami słonecznymi Sarah zmrużyła oczy. Ból głowy zaatakował ze 
zdwojoną siłą, informując, że proszki przestają działać. Wciąż drżały jej kolana i musiała na 
chwilę przystanąć. Stojąc w słońcu, poczuła, jak ubranie zaczyna się lepić do jej ciała. Niestety 
miała na sobie rajstopy, buty na wysokim obcasie, bluzkę i spódnicę. Nie mogąc nic na to 
poradzić, ruszyła w tej zbroi w kierunku placu zabaw. Nie wzięła ze sobą lżejszych rzeczy, w 

background image

które mogłaby się przebrać, a zdjęcie samych rajstop niewiele by pomogło.  
Skrzypienie drzwi i warkot przejeżdżających z rzadka samochodów mieszały się z krzykami 
dzieci. Mijając pierwszy z budynków, Sarah poczuła zapach proszku do prania - niedaleko ktoś 
musiał prać. Parę kroków dalej zatrzymała się zaciekawiona. Na placu zabaw ograniczonym z 
czterech stron dogorywającym trawnikiem bawiła się gromada dzieci, z których większość nie 
miała jeszcze dziesięciu lat. Chłopcy i dziewczynki należeli do różnych ras. Niektóre dzieci 
wspinały się na metalowe drabinki, inne bujały się na skrzypiących, łańcuchowych huśtawkach 
lub kopały dziury w ziemi. Dwie dziewczynki próbowały się huśtać na zdewastowanej poziomej 
desce mniejszej huśtawki. Jeden z chłopców, sunąc po zmaltretowanej zjeżdżalni, ostrzegał 
wrzaskiem pozostałych przed jej rozgrzaną metalową powierzchnią. Oczywiście podobnie jak 
reszta dzieci miał na sobie krótkie spodenki. Przez całą drogę w dół wymachiwał gołymi nogami, 
starając się chronić przed oparzeniem.  
Sarah doszła do wniosku, że dorośli - tak samo jak drzewa - nie istnieli tutaj. Być może pilnowali 
dzieci, obserwując plac zabaw przez okna. Wtem zauważyła Angelę. Dziewczynka siedziała 
samotnie na jednej z metalowych ławek, które przeznaczone były zapewne dla owych 
nieistniejących rodziców. Dziewczynka miała na sobie szarą koszulkę, za dużą o dwa rozmiary, i 
znoszone czerwone szorty. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami i spusz- . czoną głową, włosy 
opadły jej na twarz. Na kolanach trzymała otwartą książkę.  
Na widok małych dziewczynek Sarę zawsze ściskało serce, dlatego też starała się ich unikać. A 
mała z książką w ręku - to już było nie do zniesienia. Poczuła ból tak wielki, że niemal 
zawróciła.  
Lexie, tak samo jak jej matka, uwielbiała książki. Od chwili, gdy była już na tyle duża, by 
rozumieć bajki, Sarah co wieczór czytała jej na dobranoc. Zgodnie z rodzinną tradycją 
dziewczynka szczególnie lubiła "Kubusia Puchatka". Sarah, drocząc się, nazywała córeczkę 
Tygryskiem, dlatego że mała była gibka, pełna życia i zawsze skora do zabawy. Poza tym miała 
miedziane, kręcoue loczki, ale Sarah nigdy nie mówiła córeczce, że niedługo stanie się 
prawdziwym rudzielcem. Lexie z dużym powodzeniem rozpoczęła naukę czytania właśnie przy 
"Kubusiu Puchatku" na krótko przed swym zniknięciem. Wspomnienia znów wywołały ból, ale 
Sarah nie odeszła. Odetchnęła głęboko i usiadła obok Angeli, uważając, by nie znaleźć się zbyt 
blisko. Dziewczynka podniosła głowę; wielkie, brązowe oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. Po 
chwili Sarah zobaczyła w nich strach - Angela najwidoczniej ją rozpoznała.  
- Cześć! - Tym razem Sarah była przygotowana na to, że mała może po prostu uciec. - 
Pamiętasz mnie? Mam na imię Sarah.  
- Czy pani jest duchem? - zapytała Angela ledwo słyszalnym szeptem, nie odrywając od niej 
wzroku.  
- Oczywiście, że nie! - Sarah potrząsnęła głową. - Widziałaś kiedyś ducha z plastrem na 
głowie? - zapytała, dotykając opatrunku. - Albo takiego, który w środku dnia przychodzi na 
plac zabaw?  
- Strzelali do pani - odparła Angela, ciągle nie dowierzając własnym oczom. - Widziałam, jak 
zabili Mary.  
- Ale ja żyję. Mam tylko opatrunek na głowie.  
Sarah dostrzegła ulgę na buzi dziewczynki. Zrozumiała, że Angela jej wierzy. To jednak niewiele 
zmieniło. Mała, niespodziewanie zastępując swoją początkową rezerwę widocznym 
niezadowoleniem, spytała gwałtownie z wrogością w głosie:  
- Po co pani tu przyszła?  
- Chciałam się upewnić, czy szczęśliwie dotarłaś do domu. Ta dziewczynka, którą wczoraj 
niosłaś, to twoja siostra? Musi być okropnie ciężka.  

background image

- Waży z tonę. - Dziecko trochę się rozluźniło. Pytając o siostrę, Sarah trafiła celnie, zrozumiały 
się od razu. Dziewczynka popatrzyła w stronę grzebiących w ziemi dzieciaków i Sarah 
rozpoznała wśród nich młodszą siostrzyczkę Angeli. - Muszę się nią opiekować. Mama mówi, że 
to moja "powiedzialność" czy jakoś tak.  
- Jak ma na imię? - Sarah za wszelką cenę chciała przedłużyć przyjacielską pogawędkę.  
- Sophia.  
- A ile ma lat?  
- Trzy. - Angela jeszcze raz spojrzała na siostrę, a potem znów obrzuciła Sarę wrogim 
spojrzeniem. - Dlaczego tamtego wieczoru nie pomogła pani Mary?  
Uśmiech zniknął z twarzy Sary. Z dziecięcą bezwzględnością Angela drążyła nurtujący ją temat i 
trafiła w samo sedno. Pani prokurator nie wiedziała, co odpowiedzieć.  
- Nie wiedziałam jak - wyjaśniła się po chwili. Zdecydowała, że powiedzenie prawdy będzie 
najlepszym wyjściem. - Bałam się i nie potrafiłam niczego wymyślić.  
- Ja też się bałam - wyznała Angela i popatrzyła na swoją książkę. - Bardzo lubiłam Mary. Była 
dobra. Dlaczego musiała zginąć?  
- Jest nam ciężko, kiedy umierają ludzie, których lubimy. - Sarah potrząsnęła głową, nie 
znajdując lepszej odpowiedzi.  
Angela przytaknęła w milczeniu.  
- Czasami dawała nam coś ze sklepu. Wtedy, wieczorem, gdy przyszedł tam ten zły człowiek, 
Mary powiedziała, że mogę wziąć trochę drobnych i bochenek chleba. Bo w domu nie mieliśmy 
nic do jedzenia, a Sergio był głodny. Wie pani, jacy są chłopcy - dodała z potępieniem w głosie.  
- Sergio to jeden z twoich braci?  
- Tak. Ma pięć lat, a Lizbeth siedem. Ja mam dziewięć,  
Rafael dziesięć. Zazwyczaj Rafael opiekuje się Sergiem, ale wtedy chorował i nie mógł iść do 
sklepu. Więc to ja musiałam pójść, chociaż mam się opiekować Lizbeth i Sophią·  
- Mamy nie było w domu?  
- Pracowała w restauracji - wyjaśniła Angela. - Jest u Wanga aż do północy. A w ciągu dnia w 
domu towarowym. Między jednym a drugim przychodzi do nas i przygotowuje kolację. Czasami 
zostawia nam jedzenie z restauracji w torbie na śmieci, żeby nikt nie widział, co jest w środku. 
Gdyby się dowiedzieli, wyrzuciliby ją z pracy. ~ Angela wzruszyła ramionami. - Życie dorosłego 
nie jest łatwe. Trzeba dużo zarabiać na czynsz, jedzenie i inne rzeczy.  
- Wiem.  
Przez chwilę obserwowały bawiące się dzieci. Powiew wiatru rozwiał włosy małej i poruszył 
rozwieszonym na balkonach praniem. Wiatr był przyjemny i Sarah wyczuła w nim nadchodzący 
deszcz. Potwierdzały to kłębiące się na niebie chmury. Zbierały się nad morzem i płynęły w 
stronę miasta.  
- Za kilka lat zacznę zarabiać i pomogę mamie. Wtedy nie będzie musiała tak ciężko pracować.  
To wyznanie ścisnęło Sarze serce. Stało się jasne, że Angela, choć żyje w złych warunkach, jest 
kochana. Nie mogła już zarzucić jej matce braku troski o dzieci.  
- Gdyby twoja mama słyszała to, co mówisz, byłaby z ciebie bardzo dumna.  
- Teraz nikt nie może jej pomóc. Teraz jesteśmy sami.  
- A gdzie jest twój tata?  
- Odszedł dawno temu. Tata Sergia i Sophie też odszedł. Mama mówi, że to dobrze, że sobie 
poszli, i nie chce już więcej mężczyzn.  
Nieoczekiwanie Sarah poczuła sympatię dla tej kobiety.  
- Cześć, Angie! Widziałaś Sergia? - Szczupły chłopiec podbiegł do ławki i przystanął.  
Położył dłonie na biodrach i zgięty wpół oddychał głęboko po wysiłku. Miał kawowe włosy tego 

background image

samego koloru co Angela i śniadą twarz. Sara zauważyła, że ci dwoje są do siebie podobni. To 
chyba naj starszy z czwórki rodzeństwa. Jak mu na imię? Rafael? I miał dziesięć lat.  
- Znów go zgubiłeś? - spytała Angela bardziej z dezaprobatą niż ze strachem. Zagięła róg kartki, 
na której skończyła czytać, i zamknęła książkę.  
Dostrzegłszy tytuł, który brzmiał: "Inkheart", Sarah ze zdumieniem stwierdziła, że ta pozycja 
musiała zostać niedawno wydana. Nie znała jej - ona, która przeczytała wszystkie książki! Lexie 
też nigdy jej nie pozna. Wciąż rozmyślała o tej niesprawiedliwości losu, gdy Angela wstała i 
zaczęła dogadywać bratu: - Przecież wiesz, że musisz go pilnować przez cały czas. Mama 
obedrze cię ze skóry, gdy się dowie, że zginął.  
- On nie zginął - zaprotestował Rafael i wyprostował się w końcu. Był niemal wzrostu Sary. Tyle 
że ona ciągle siedziała na ławce. - Ścigaliśmy się i gdzieś odbiegł, to wszystko. Jest szybki jak na 
takiego malucha. - W głosie chłopca brzmiał podziw i zazdrość.  
- Wiesz, że nie wolno ci biegać, przecież masz astmę. Angela tym razem zaniepokoiła się 
naprawdę. Przyciskając do swojej wątłej klatki piersiowej książkę, patrzyła na plac zabaw, 
szukając wzrokiem młodszego brata.  
- A ty nie powinnaś rozmawiać z nieznajomymi! - odparował Rafael. Zmarszczył brwi i 
popatrywał na Sarę podejrzliwie. - Czy to nie ta pani, która nas wczoraj goniła? Ta, o której 
powiedziałaś, że nie żyje?  
- Cześć, Rafael! - Sarah chciała wstać, ale bała się, że dzieci się przestraszą. - Nazywam się 
Sarah. I jak widzisz, jestem żywa.  
- To można rozpoznać po plastrze na głowie - wytłumaczyła Angie bratu.  
Sarah uśmiechnęła się do chłopca. Rafael ciągle bacznie się jej przyglądał, nie do końca 
przekonany. Pod jego krytycznym spojrzeniem Sarah postanowiła zainwesto-  
wać w róż do policzków.  

,  

- Tam jest! - Angie wskazała dom po drugiej stronie placu zabaw. Sarah dostrzegła tylko 
zamykające się drzwi. I chwilę później figlarną buzię przyciśniętą do szyby.  
- Serge! - wrzasnął Rafael. Buzia zniknęła i Sarah zorientowała się, że chłopiec właśnie ruszył w 
pościg.  
- Nie powinieneś biegać! - krzyknęła Angie za bratem, który jednak się tym nie przejął. Angie 
potrząsnęła głową w bardzo dorosłym geście dezaprobaty i popatrzyła na Sarę· - Czy jeszcze coś 
panią interesuje? Powinnam już iść, bo zaraz muszę położyć Sophie spać.  
Zastanawiała się, co powiedzieć, żeby nie zabrzmiało to ani niezręcznie, ani natrętnie.  
- Macie w domu jedzenie? Mogłabym wam coś przywieźć ze sklepu. - No tak. To właśnie było 
niezręczne i nachalne. Jednak myśl, że Angie i jej rodzeństwo może cierpieć głód, nie dawała jej 
spokoju.  
Angela pokręciła głową i idąc w kierunku siostrzyczki, odpowiedziała:  
- Dzisiaj jest piątek. Mama robi zakupy.  
Sarah uświadomiła sobie, że przecież w piątki jest wypłata.  
- Chciałabym się z tobą zaprzyjaźnić, Angie. No wiesz, razem przeżyłyśmy ten okropny napad. 
Może uda nam się coś razem zrobić. Coś dobrego.  
Angie obrzuciła ją podejrzliwym spojrzeniem. Znów miała wątpliwości. Najwyraźniej matczyne 
ostrzeżenia przed obcymi dobrze utkwiły w jej pamięci. Mądry dzieciak - mądra matka.  
- Okay. - W głosie Angie w ogóle nie było szczerości.  
Sarah zrozumiała, że mała chce się już jej pozbyć. Może bała się reakcji matki, gdy ta się dowie, 
że rozmawiała z obcą kobietą. A może nadal łączyła Sarę z tragiczną śmiercią Mary. Dotarły do 
piaskownicy i pasa trawy, gdzie dzieci wykopały dołki. Angie zatrzymała się przy siostrze. 
Dziewczynka uderzała w ziemię i dłubała w niej łyżką.  

background image

- Chodź już, So. Czas do domu.  
Sophia popatrzyła w górę. Jej mała rączka z czarną od ziemi łyżką zawisła w powietrzu. Miała 
buzię cherubinka, wielkie jak włoskie orzechy brązowe oczy, kręcone włosy sięgające do ramion. 
Nosiła brudną, różową koszulkę i niebieskie spodenki z niemal całkowicie oderwaną kieszonką. 
Pulchniutkie nóżki były bose i brudne.  
Sarah wspomniała Lexie. Ona też uwielbiała biegać latem na bosaka. Nóżki miała tak samo 
pulchne i tak samo brudne ...  
Serce wypełnił jej trudny do zniesienia ból. Z tego właśnie powodu unikała małych dziewczynek. 
Każda z nich na swój sposób przypominała jej Lexie.  
- Nie! - Sophia zbuntowała się i rzuciła łyżką. Nie trafiła w siostrę, a ta, zirytowana niczym 
prawdziwa matka, schyliła się i wzięła dziecko na ręce.  
- Nie! Nie! Nie! Nie! Nie! - wrzeszczała malutka, wyrywając się z objęć. Angie z wprawą 
poradziła sobie z przytrzymaniem zarówno niepokornego dziecka, jak i książki. Nie wiadomo 
skąd wyczarowała różowy smoczek i wepchnęła go Sophie do ust. Zaskoczona podstępem siostra 
przez chwilę nie wiedziała, jak zareagować, po czym wciągnęła smoczek do buzi i nagle 
zapanowała cisza.  
- Powiedz mamie, że rozmawiałyśmy, dobrze? Później do niej zadzwonię! - zawołała Sarah za 
oddalającą się Angie. Dawanie takiego polecenia nieufnej dziewięciolatce nie miało sensu, ale 
Sarah musiała natychmiast uciec. Dwie małe dziewczynki, jedna z książką, a druga z upapraną 
okrągłą buzią i bosymi stópkami, przywoływały zbyt bolesne wspomnienia. - Cześć, Angie! Pa, 
pa, Sophie!  
Żadna nie odpowiedziała. Angela była w połowie drogi do budynku, w którym zniknął chłopiec. 
Trzymała Sophię na biodrze. Sarah czuła, że już o niej nie pamiętają. - Lizbeth, idziemy do 
domu! - wrzasnęła Angie przez ramię. Trzecia siostra zaraz przybiegła spod drabinek. Wyglądała 
jak mniejsza wersja najstarszej.  
Sarah odprowadziła je wzrokiem aż do klatki schodowej, po czym ruszyła do samochodu. 
Kolejny powiew wiatru rozrzucił stertę gazet z pojemnika na śmieci. Stronice szybowały w 
powietrzu niczym mewy. Niebo ciemniało, znad morza napływały deszczowe chmury. Przy-
gnębiająca szarość idealnie pasowała do nastroju Sary. Przeżycia ostatnich dwóch dni sprawiły, 
że stała się bardzo podatna na emocje. Jak krople wody drążące skałę napływające wspomnienia 
o Lexie powoli, ale skutecznie niszczyły pancerz, który budowała wokół siebie przez lata. Musi 
zachować ostrożność, staranniej chronić swe obolałe i poranione serce. Jeżeli tego nie zrobi, 
skutki mogą być opłakane. Nie da rady bronić się przed wszechogarniającym bólem, który, jak 
zaczynała podejrzewać, nigdy już jej nie opuści.  
Po naj dalszej części parkingu toczył się powoli radiowóz. Sarah zmrużyła oczy, idąc w stronę 
swojego samochodu. Zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy widok policyjnego auta wzbudził w 
niej nieufność. Witamy w innym życiu, pomyślała ironicznie. Wystarczyło kilka sekund, by się 
zorientować, że to nie McIntyre. Nie mógł jej śledzić, poza tym to nie był jego wóz. To tylko 
rutynowy patrol, który z jednej strony miał poprawić poczucie bezpieczeństwa okolicznych 
mieszkańców, a z drugiej odstraszać złoczyńców. To, że sama pani prokurator poczuła się 
niepewnie, nie miało znaczenia.  
Parking wypełniał się samochodami. Wiele osób przyjechało wcześniej z pracy, by już we 
wczesne piątkowe popołudnie rozpocząć weekend. Idąca w stronę bloków otyła, około 
pięćdziesięcioletnia kobieta minęła Sarę, sapiąc i stękając. Młoda Latynoska wysiadła z 
zielonego taurusa i 9tworzyła tylne drzwi, by wyjąć małego chłopca z fotelika. Wysoki czarny 
mężczyzna stał przy białym blazerze na drugim końcu parkingu. Patrzył w skupieniu za 
krążącym radiowozem, co sugerowało, iż wcześniej miał już niezbyt przyjemne przejścia z 

background image

policją. Ten strach wyczuł też policjant i zaraz podjechał do mężczyzny.  
Zajęta obserwowaniem owej sceny Sarah podeszła do samochodu i otworzyła drzwi. Dopiero 
wtedy na zakurzonej szybie dostrzegła napisany wyraz: "Eeyore". Przebiegł ją dreszcz. Wprost 
zamarła, gapiąc się na znane słowo. Serce waliło jak szalone. Wstrzymała oddech, żołądek ści-
snął jej się boleśnie. Po chwili litery zaczęły falować. Wypadające z dłoni Sary kluczyki 
uderzyły o ziemię, wydając metaliczny brzęk.  
"Eeyore" było tajemnym hasłem, znanym tylko Lexie i Sarze. Dziewczynka miała zaufać osobie, 
która przyszłaby po nią pod nieobecność mamy i powiedziałaby to słowo. Nikt inny go nie znał. 
A mimo to widniało teraz na samochodzie. Sarah nie zdawała sobie sprawy, że mdleje, dopóki 
nie upadła na rozgrzany asfalt.  
 
Rozdział 13  
Policja nie znalazła nic nadzwyczajnego w napisie na samochodzie Sary. Nie pomogło też 
wskazanie szczególnego charakteru tego słowa i przypomnienie samego zaginięcia Lexie. Choć 
nie wyglądało na to, że mundurowi byli przeciwko Sarze czy szykanowali ją w odwecie za 
oskarżenie ich kolegów o gwałt, policja po prostu nie wykazywała zainteresowania sprawą i tyle. 
A ci, którzy zajęli się leżącą przy samochodzie Sarą, wyglądali nawet na zatroskanych. Gdy 
wysłuchując nieco histerycznych żądań, pomagali jej się pozbierać, czarnoskóry facet 
wykorzystał ich nieuwagę i odjechał. Nie mając w związku z tym nic lepszego do roboty, nieco 
poważniej wysłuchali wyjaśnień Sary. Gdyby nie pracowała w prokuraturze, nikt nie kiwnąłby 
palcem. Dzięki jej prokuratorskim koneksjom ściągnięto na parking ekipę dochodzeniową, 
zrobiono zdjęcia napisu, zebrano odciski palców z drzwi samochodu i przesłuchano zebranych 
gapiów. Jednak nikt niczego nie zauważył.  
- Nawet gdyby coś widzieli, nic by nam nie powiedzieli - uświadomił Sarę Carl Sexton, który 
pakował już swoje rzeczy.  
Spod opadających powiek spoglądały na nią oczy pełne współczucia. Był to siwy, średniego 
wzrostu i nieco otyły mężczyzna, któremu został do emerytury zaledwie rok. Miał trzy dorosłe 
córki, co według Sary tłumaczyło odmienny stosunek do całego wydarzenia. Pracowała z Carlem 
przy wielu śledztwach i wiedziała, że to twardy gość. Co więcej, wydawało się, że nie ma jej za 
złe rozdmuchania sprawy Crystal.  
- To mógł być dzieciak bawiący się w pobliżu. Może ten napis w ogóle nie ma nic wspólnego z 
twoją córką odezwała się szczupła czterdziestolatka, Janet Kelso. Stała oparta o radiowóz, 
pochylona nad siedzącą na tylnym siedzeniu Sarą, która obserwowała pracę policjantów. Lub ... - 
Janet popatrzyła wymownie na jej zaciśnięte na kolanach dłonie. Sarah właśnie zdała sobie 
sprawę, że jej rozmówcy stoją, co teoretycznie dawało im uprzywilejowaną pozycję. To samo 
ćwiczyła ze świadkami, znała takie triki. Powinna odzyskać autorytet, wysiąść z samochodu i 
stanąć przed policjantami, ale była zbyt wyczerpana fizycznie i psychicznie.  
- Już wam mówiłam, że ja tego nie napisałam - odparła znużona. - Dlaczego miałabym to robić?  
Janet Kelso wzruszyła tylko ramionami.  
- Musieliśmy to ustalić - usprawiedliwił koleżankę Sexton.  
- Ten, kto to napisał, zapewne też zadzwonił do mnie dziś w nocy, podszywając się pod moją 
córkę·  
Znów musiała przejść wszystko na nowo. Nocny telefon, który tak ją wytrącił z równowagi, 
pewnie nie zajął zbyt dużo miejsca w policyjnym raporcie. Było to tylko jedno z setek zajść 
zarejestrowanych przez policję w ten weekend. I najprawdopodobniej ślad po nim zaginie wśród 
sterty innych papierzysk. Chyba że Sarah do tego nie dopuści.  
- Do tego telefonu też wrócimy. - Sexton starał się łagodzić napięcie, za to jego partnerka 

background image

wyglądała na mocno zirytowaną·  
- Brałaś pod uwagę, że może te środki przeciwbólowe wywołują halucynacje? - Mimo wrogiego 
nastawienia Janet zadała pytanie uprzejmie. Zauważyła opatrunek na głowie Sary, wiedziała o 
postrzale i już rozpytała się o lekarstwa, jakie jej przepisano. Sarah odpowiedziała szczerze i 
teraz wiedziała, że popełniła błąd. Jednak prawda wyszłaby na jaw, a Kelso przynajmniej 
rozważała wszystkie opcje. - Lekarz zapisał kiedyś mojej siostrze kodeinę. Widziała po niej wilki 
w łazience.  
- Jest przecież zarejestrowane połączenie - zauważyła Sarah.  
- Ale nie treść rozmowy.  
- Masz rację.  
Laboranci już odjechali. Pierwsze krople deszczu spadły na rozgrzany asfalt. W górze przetoczył 
się ostrzegawczy grzmot.  
- No tak. - Janet Kelso popatrzyła wymownie na niebo.  

 

- Coś podobnego - powiedział Sexton, gdy deszcz przybierał na sile. - Miałem po pracy zagrać w 
golfa.  
Dwóch policjantów schroniło się w radiowozie, w którym z tyłu siedziała Sarah.  
- Wszystko już zrobione - rzucił jeden z nich. Drugi, siedzący teraz za kierownicą świeżo 
upieczony absolwent akademii policyjnej, którego nazwiska Sarah nie mogła sobie przypomnieć, 
odwrócił się do niej i patrząc przez oddzielającą ich siatkę, zapytał: - Podwieźć gdzieś panią?  
Zwrot "pani" zwrócił uwagę Sary. Funkcjonariusz miał około dwudziestu sześciu lat. W każdym 
razie nie mógł być od niej młodszy o więcej niż pięć lat. Takie oficjalne potraktowanie jej 
wskazywało, jak źle musiała teraz wyglądać. Poczuła się niczym zmęczona i zniszczona rozpaczą 
staruszka. I zapewne tak ją postrzegano.  
- Nie, dziękuję. - Wysiadła z radiowozu.  
Od razu poczuła na sobie krople deszczu. W powietrzu unosił się zapach rozgrzanej ziemi. Sarah 
odetchnęła głęboko, za wszelką cenę starając się odzyskać równowagę.  
Zdawała sobie sprawę, że ciągle jest w szoku, że nieustannie myśli o Lexie i przeszłości.  
Sexton zamknął za nią drzwi radiowozu i dał ręką znak do odjazdu. Auto ruszyło z piskiem opon. 
Sarah rozejrzała się po parkingu. Gapiów rozgonił deszcz. Spektakl się zakończył i nikt nie chciał 
moknąć bez potrzeby. Nie pozostało nic innego, jak pomaszerować do samochodu, który stał 
może piętnaście metrów dalej. Jednak pokonanie tego pozornie niewielkiego dystansu nie było 
łatwe. Deszcz zacinał coraz mocniej. Zmoczył już jej bluzkę i włosy, spływał po policzkach 
niczym łzy. Łzy z nieba, przypomniała sobie, a słowa piosenki cięły niczym nóż.  
Napis, który tak wstrząsnął Sarą, znikał pod naporem deszczu. Choć pokrywał go ciemny 
proszek używany do zdejmowania odcisków palców, strugi wody nie dawały za wygraną. Sarah 
patrzyła na wielkie krople ześlizgujące się po literach i czuła napływające do oczu łzy. Nie. Nie 
będzie znowu płakać, próbowała się opanować. Szybkim ruchem przetarła oczy i przełknęła 
ślinę. Musi być twarda. Dla Lexie.  
- Jesteś pewna, że nie chcesz, żebyśmy cię podwieźli?  
- Sexton i Kelso stali obok niej. Mokli, stojąc w rzęsistym  
deszczu, i Sarah poczuła się winna. - Jedno z nas może odprowadzić twój samochód do domu. To 
żaden kłopot.  
- Nie, dam sobie radę. Dziękuję.  
Jej głos brzmiał pewnie i mocno, a dłoń już nie drżała, gdy Sarah sięgnęła do klamki pod 
nieczytelnym już teraz napisem. Niemal była gotowa uwierzyć, że jej córka jest duchem, który 
stara się dotrzeć do niej zza grobu. Ale słowo napisane na szybie, tak samo jak telefon w nocy, to 
dzieło człowieka. Złego, chorego, podłego człowieka, który pragnął ją zranić, przypominając 

background image

okropną przeszłość. Jeśli podda się rozpaczy, ten ktoś zwycięży. Postanowiła więc, że nigdy nie 
da mu tej satysfakcji.   
Sarah wsiadła do samochodu, kryjąc się przed deszczem, nie zamknęła jednak drzwi, chcąc się 
pożegnać ze stojącymi przy niej policjantami. Prócz nich na parkingu nikogo już nie było.  
- Osobiście zajmę się tymi odciskami palców. - Sexton musiał podnieść głos, by przekrzyczeć 
szum deszczu. Włosy przylepiły mu się do głowy, kurtka przemokła, całą twarz miał mokrą.  
- Nie wiadomo, co możemy odkryć. - W głosie Janet Kelso Sarah usłyszała nutę nadziei. - 
Jedziemy? - Policjantka popatrzyła na Sextona.  
- Tak.  
Tamta uśmiechnęła się leciutko do Sary, po czym pobiegła do samochodu z głową wciśniętą w 
ramiona.  
- Zrobimy co w naszej mocy - dodał Sexton. - Wiem, że to dla ciebie trudne.  

  

- Dziękuję ci.  
Sexton skinął głową, odwrócił się i szybko podążył za swoją koleżanką. Sarah zamknęła drzwi i 
włożyła kluczyk do stacyjki. Wewnątrz auta panowała zaskakująca ciemność, niewielką 
przestrzeń wypełnił zapach przemoczonego ubrania. Sarah włączyła silnik i światła, wycofała 
sentrę z miejsca parkingowego i podążyła za samochode"m Sextona i Kelso. Włączyła 
wycieraczki i nie spuszczała wzroku z jadącego przed nią nieoznakowanego wozu policyjnego. 
Spodziewała się, że szum wycieraczek, padający deszcz i stukot opon na mokrej drodze ją 
uspokoją. Była jednak zbyt roztrzęsiona, by te dźwięki przyniosły oczekiwany efekt. Nie mogła 
wyłączyć podświadomości i ciągle miała przed oczami rozmywane litery słowa "Eeyore".  
Dopiero po chwili zorientowała się, że bezmyślnie podąża za czerwonymi światłami jadącego 
przed nią samochodu. Powinna była wybrać najkrótszą drogę do domu i wyjeżdżając z parkingu, 
skręcić w prawo. Zamiast tego skręciła w lewo, tak jak Sexton i Kelso. Dopiero teraz otrzą-  
snęła się na dobre. Znajdowała się na granicy starej części miasta i jechała w stronę centrum. 
Ciężkie chmury zasnuły niebo i zrobiło się ciemno, chociaż do zmierzchu pozostało jeszcze kilka 
godzin. W niektórych domach włączono już lampy. Nad jezdnią pochylały się olbrzymie dęby, 
ich omszałe pnie i przemoczone korony niemal dotykały się na silnym wietrze. Światła 
samochodów rozmazywały się w deszczu, większość aut kierowała się ku przedmieściom.  
Sarah zorientowała się, gdzie jest, i zdała sobie sprawę, że podświadomie chciała tędy 
przejechać. Nie podążała za samochodem znajomych policjantów, lecz zmierzała do jedynego 
miejsca, którego za wszelką cenę zawsze starała się unikać: do parku Waterfront, gdzie zaginęła 
Lexie.  
Potrzeba znalezienia się teraz właśnie tam była tak silna, że Sarah nie mogła się jej 
przeciwstawić. Musiała tam pojechać, zupełnie jakby miała wyznaczone w parku spotkanie. 
Może nawet z córką. To irracjonalna myśl i Sarah doskonale zdawała sobie sprawę, że Lexie tam 
nie ma. Nie było jej tam od siedemnastej trzydzieści owego słonecznego lipcowego popołudnia 
przed siedmiu laty i zapewne nigdy się tam nie pojawi. Jednak nadal było to miejsce, gdzie 
spędziły ostatnie wspólne popołudnie, dlatego też park Waterfront tak bezwzględnie 
przywoływał wspomnienia.  
Nocny telefon, rozrzucone zabawki, napis, wszystko to miało początek w parku Waterfront. Być 
może za tymi wypadkami stali jacyś sadystyczni kawalarze, może kryło się za tym coś głębszego, 
na przykład zemsta, albo ... no cóż, będzie musiała to rozpracować. Problem w tym, że jeżeli 
odrzuci myśl, że Lexie telepatycznie starała się z nią skomunikować, to wszystkie te zdarzenia 
stawały się dziełem żywego człowieka. Osoba ta z całą pewnością widziała Lexie przed jej 
zniknięciem lub już po uprowadzeniu. Przecież wymyśliły "Eeyore" zaledwie trzy tygodnie przed 
feralnym popołudniem. Nocny telefon można złożyć na karb rozpaczy Sary i jej nieustępliwego 

background image

poszukiwania córki. Rozrzucone zabawki mogły być w ostateczności sprawką Ciastka. Ale ich 
tajne hasło, ktokolwiek je napisał, pochodziło od Lexie, gdyż Sarah nie zdradziła go nikomu. 
Może Lexie powiedziała je temu, kto ją porwał? Ta myśl przeraziła, ale i zelektryzowała Sarę. 
Może człowiek, który ją teraz prześladuje, wiedział, co się stało z jej córką. Może Sarah zdoła tę 
osobę znaleźć. Może odnajdzie też Lexie. Bez względu na to, gdzie teraz przebywała jej córka i 
co mogło jej się przytrafić, Sarah wiedziała, że lepiej znać prawdę, niż nie wiedzieć nic. 
Niepewność to najgorsze, co ją mogło spotkać.  
Po tylu latach mogła podążyć tylko tym śladem. Sexton i Kelso musieli gdzieś skręcić, gdyż nie 
widziała już przed sobą ich wozu. Nie miało to znaczenia. postrzegała niebieskie wody zatoki 
Beaufort. Białe grzywy fal znaczyły spokojną zazwyczaj powierzchnię i wyglądały niczym 
trzepoczące na wietrze koronki. Kutry do połowu krewetek, przycumowane u wybrzeża, obijały 
się o nabrzeże. Z morza wracało jeszcze wiele łodzi uciekających przed sztormem.  
Skręciła w Bay Street i po kilku minutach :zaparkowała przy krawężniku naprzeciwko wejścia 
do parku. Deszcz zamienił się w mżawkę. Sarah nie musiała już płacić za miejsce, gdyż minęła 
szósta i nie było żadnej imprezy. Tamtego dnia w parku odbywał się festyn z okazji zakończenia 
szkolnego turnieju piłkarskiego oraz coroczny festiwal wodny. Zabawa trwała już w najlepsze, 
gdy około piątej po południu zostawiały samochód na miejskim parkingu. Musiały przejść 
kawałek pośród radosnego tłumu zmierzającego w tym samym kierunku. Kaskaderzy jeżdżący 
na nartach wodnych popisywali się w zatoce. Gdy zbliżały się do parku, słyszały pokrzykiwania 
obserwujących ich wyczyny gapiów. Po narciarzach miały odbyć się  
wyścigi żółwi, koncert oraz dwa widowiska historyczne, w trakcie których wybrana zostanie 
Królowa Wysp Karoliny Południowej.  
Nie zwracając uwagi na mżawkę, Sarah wysiadła z samochodu, przeskoczyła przez kałużę i 
przeszła na drugą stronę opustoszałej ulicy.  
Tamtego dnia szła z Lexie tą samą drogą. Popołudnie było słoneczne i upalne. Na trawie wzdłuż 
wybrzeża rozłożyli się wypoczywający mieszkańcy.  
Dziś zaś nad miastem wisiały chmury i padał deszcz.  
Szare niebo znaczyły purpurowe smugi. Od czasu do czasu wśród chmur przetaczał się grzmot, 
który ostrzegał przed burzą. Znad zatoki wiatr przynosił słony zapach rybackich łodzi i szarpał 
liśćmi palm rosnących wzdłuż chodników. Gdyby ktoś prócz Sary znajdował się w pobliżu, 
nawet by go nie zauważyła.  
Najważniejszą zasadą w śledztwie jest podążanie za śladami, dokądkolwiek by one prowadziły. 
Sarah musiała znów zacząć wszystko od samego początku. Chciała przejść tą samą drogą po 
śladach Lexie i spojrzeć na wydarzenia tamtego dnia świeżym okiem. Kto z obecnych wtedy w 
parku uczestników festynu mógł gnębić ją aż do dzisiaj? To całkiem nowe pytanie niosło ze sobą 
nadzieję na przyszłość. Gdyby udało jej się zidentyfikować tę osobę, być może dotarłaby też do 
córki.  
Sarah miała wtedy dwadzieścia cztery lata, ubrana była w czerwoną koszulkę i krótką dżinsową 
spódnicę· Pięknie opalona wyglądała ślicznie, jej duże niebieskie oczy błyszczały, ciemne włosy 
spływały na ramiona. Uśmiechała się radośnie. Mężczyźni przyglądali się jej i chociaż nie miała 
dla nich czasu, cieszyła się z ich zainteresowania. Biorąc pod uwagę to, co wkrótce nastąpiło, 
powinna mieć przeczucie, że świat, jaki znała, rozpadnie się na kawałki. Tak się jednak nie stało. 
Była szczęśliwa, wierzyła, że trudne początki ma już za sobą i teraz podąża we właściwym 
kierunku. Lexie zmieniła jej podejście do życia. Sarah ciągle pamiętała poczucie spełnienia, 
które towarzyszyło jej, gdy szła przez tłum, trzymając córeczkę za rękę.  
Po drugiej stronie ulicy Lexie puściła jej dłoń, przeświadczona, że tylko małe dzieci prowadzi się 
za rękę. Idąc obok siebie, dotarły do pawilonu, gdzie miała się odbyć uroczystość wręczenia 

background image

nagród. Sarah, jako jedna z matek, miała pomóc przy szykowaniu stołów. Każdy przynosił jakąś 
potrawę; w planie wieczoru było obejrzenie filmu z najważniejszymi wydarzeniami sezonu 
piłkarskiego, po czym miało nastąpić wręczenie nagród.  
- Mamusiu, dlaczego musiałyśmy zostawić Ciastka w domu? - spytała Lexie, podskakując obok 
niej, choć doskonale znała odpowiedź, bo rozmawiały o tym kilkakrotnie w ciągu dnia. Ale lubiła 
pogaduszki i uwielbiała swojego psa. Ciastek odwdzięczał się irll bezgranicznym oddaniem od 
chwili, gdy obie wyciągnęły go ze stawu, ledwie żywego szczeniaka, drżącego ze strachu. Sarah 
pamiętała, że jeszcze jeden obowiązek to była ostatnia rzecz, jakiej wtedy potrzebowała.  
Za to później wiele razy żałowała, że nie zgodziła się wziąć Ciastka. Wszystko potoczyłoby się 
inaczej. Pies towarzyszyłby Lexie wszędzie, nawet wówczas, gdy mała się od niej oddaliła. Choć 
był jeszcze młody, urósł już na tyle, że nikt nie chciał z nim zadzierać. Przypuszczała, że gdyby 
uległa namowom córki, Lexie byłaby teraz razem z nią. Gdyby zrobiła to, gdyby zrobiła tamto ... 
Sarah wiedziała, że te jej rozmyślania do niczego nie prowadzą.  
- Będzie tam zbyt wiele osób - tłumaczyła wtedy córeczce. Powtarzała to w kółko wiele razy. 
Mała, pełna radości dziewczynka, która wybierała się na zabawę do parku, odznaczała się 
niezwykłym uporem. W głosie Sary dźwięczało zniecierpliwienie, sądziła bowiem, że sprawa już 
została załatwiona. Poza tym panował upał, a ona chciała jeszcze popracować w domu nad 
papierami, które  
przyniosła z pracy. Zabrała ze sobą torbę z kostiumem kąpielowym dla dziecka, drugą z 
prezentem pożegnalnym dla nauczycielki i wielką misę z sałatką, która miała stanowić wkład 
Sary w poczęstunek. Wiedziała, że danie jest skromne w porównaniu ze specjałami 
przygotowanymi przez inne matki. Nie miała jednak czasu gotować, a i zakup potrzebnych 
składników przerastał jej finansowe możliwości. Musiała też bacznie obserwować ciekawską i 
żywą Lexie w zatłoczonym parku, co nie było łatwe. Wszystko to sprawiło, że Sarah nieco się 
zirytowała. Teraz bardzo żałowała, że ostatnie chwile spędzone z córką poświeciła na te 
beznadziejne rozważania.  
- Hej, dziewczynko, chcesz kupić balonik? - Do Lexie podszedł klaun z rękami pełnymi 
kolorowych balonów firmy Maylar. Ubrany jak prawdziwy pajac, miał kudłatą, czarną perukę, 
pomalowaną twarz z czerwonym nosem i barwny strój. Popatrzył na Sarę, która przyspieszyła 
kroku, i dodał zachęcającym tonem: - Tylko jeden dolar.  
- Nie, dziękuję - odpowiedziała Lexie, zanim Sarah zdążyła otworzyć usta.  
Mała wiedziała, że muszą oszczędzać i nie mogą sobie pozwolić nawet na baloniki. Pobiegła 
żwawo dalej, a Sarah podążyła za nią. To wspomnienie bardzo ją zabolało. Lexie chciała mieć 
taki balonik, lecz w tamtym okresie zaoszczędzony dolar był ważniejszy. Gdyby Sarah mogła 
cofnąć czas, kupiłaby małej wszystkie baloniki na świecie. Jednak ból przypomniał jej, że nie da 
się wrócić do przeszłości.  
Klaun nie zatarł się w jej pamięci i Sarah nie wiadomo który raz analizowała tamten epizod. 
Przypomniała sobie o nim od razu, gdy tylko się okazało, że Lexie zniknęła. Policja, ona sama, a 
później Jake i ludzie z jego firmy setki razy sprawdzali tego faceta. Nie miał nic wspólnego ze 
zniknięciem Lexie, chyba że używał wtedy fałszywego nazwiska.  
Sarah wędrowała dalej wśród wspomnień tamtego feralnego dnia.  
- Lexie! - Chwilę później dziewczynka została entuzjastycznie powitana przez swoją 
przyjaciółkę, Ginny. Grały w tej samej drużynie piłkarskiej. Ich koledzy, Todd i Andrew, 
przeszli obok z udawaną obojętnością. Drużyna była koedukacyjna, ale dziewczynki i chłopcy w 
wieku pięciu i sześciu lat nie utrzymywali ze sobą żadnych stosunków. Doszły już do pawilonu, 
widać było przy nim zebranych rodziców. Na ogół przyszli oboje, matka i ojciec. Podczas 
przygotowywania stołu Sarah zamieniła kilka słów ze wszystkimi. Niedaleko bawiły się ich 

background image

dzieci. Rodziców też sprawdzono. Niczego podejrzanego nie znaleziono i Sarah wykreśliła ich z 
kręgu podejrzanych. Przywołując w pamięci zatłoczony pawilon, chciała przypomnieć sobie 
wszystkie znajdujące się wteQY tam osoby.  
W parku stały trzy pawilony. Drużyna zarezerwowała jeden z nich. Był wielkości boiska do 
koszykówki, miał pomalowany na zielono metalowy dach podparty metalowymi wspornikami i 
betonową podłogę. Pośrodku stały dwa równe rzędy turystycznych stolików. Gdy patrzyła na 
niego teraz, pogrążony w ciemności wyglądał ponuro, a dookoła w powietrzu unosił się 
nieświeży zapach przyniesiony znad zatoki przez wiatr. Słychać było tylko deszcz bijący o 
metalowy dach, szum liści i dochodzący z oddali huk wdzierających się na plażę fal.  
Tamtego dnia to samo miejsce rozbrzmiewało gwarem rozmów i śmiechem szczęśliwych 
rodziców oraz ich pociech. Panował upał, a wokoło unosiły się zapachy smakowitych potraw. 
Policja szacowała, że w parku przebywało wtedy około tysiąca osób. Przez pawilon przewinęło 
się mnóstwo ludzi: mieszkańcy miasta i turyści, którzy przyjechali specjalnie na tę okazję. Wokół 
kręciło się wielu wystawców, ich rodziny i znajomi. Ogromny tłum. Właśnie dlatego tak trudno 
było wytypować podejrzanych. Sarah  
zamknęła oczy i usiłowała przypomnieć sobie wszystkich, zidentyfikować każdego, kogo 
wcześniej mogła pominąć. Doszła do tego samego wniosku co przedtem: to niemożliwe. Pod 
powiekami widziała tylko plątaninę kolorów i kształtów. Nikt się nie wyróżniał.  
Zaczęła szybciej oddychąć, żołądek ją rozbolał. Otworzyła oczy i przywołała w pamięci stolik, 
na którym między serami, pasztetem z brzoskwiniami, biszkoptem, szynką i zapiekanką z 
zielonej fasolki postawiła misę z sałatką. Była głodna i zapachy potraw sprawiały, że burczało jej 
w brzuchu. Na to wspomnienie zrobiło jej się niedobrze. Gdy Lexie przybiegła i pociągnęła ją za 
rękę, Sarah stała przy stoliku i rozmawiała z mamą Ginny.  
- Emma przyniosła tort.  
Wzdrygnęła się na to wspomnienie. Mama Emmy postanowiła upiec dwie pieczenie przy jednym 
ogniu i przy okazji imprezy w parku uczcić urodziny córki. Postawiła tort urodzinowy na stoliku 
z przodu i gdy otoczyły ją podekscytowane dzieci, zaczęła zapalać świeczki. Lexie błagała 
matkę, by pozwoliła jej zjeść kawałek tego tortu. I ku własnej rozpaczy Sarah się zgodziła. 
Dziesięć minut później nie mogła znaleźć córki. Nałożyła jedzenie na talerze dla siebie i dla 
Lexie, i szukała jej wśród otaczających solenizantkę dzieci. Chciała usiąść i spokojnie zjeść coś z 
małą. Jednak Lexie nie było. Mama Emmy pamiętała, że dała jej kawałek tortu. Emma pamiętała, 
jak Lexie powiedziała do niej: ,,wkrótce i ja będę miała sześć lat", Todd wypatrzył ją na końcu 
pawilonu z niemal pustym talerzykiem, jak rzucała okruszki dwóm głodnym mewom. Potem nikt 
już jej nie widział.  
Niedowierzanie, panika i przerażenie: Sarah zapamiętała przepływające wtedy przez nią falami 
uczucia. Powoli docierało do niej, że Lexie tu nie ma i że nie można jej odnaleźć. W parku było 
mnóstwo ludzi: spacerowali po ścieżkach, leżeli na kocach, tłoczyli się przy nabrzeżu. Jak to 
możliwe, że nikt nie zapamiętał dziewczynki, która może została zwabiona na bok albo 
odciągnięta siłą i zaginęła? Nikt się nie przyznał, że ją widział. Sarah na początku szukała córki 
sama; biegała po pawilonie, wołając Lexie. Przyłączyli się do niej inni rodzice, potem ochrona 
parku, na końcu policja. Wokół trwała zabawa, jakby nic złego się nie wydarzyło. Krzyki 
towarzyszące wyścigowi żółwi docierały do Sary wyraźnie, gdy biegnąc alejkami, wołała córkę·  
Pod wieczór Sarah wiedziała: Lexie naprawdę zniknęła. Nie potrafiła jednak tego ogarnąć. Nie 

rozumiała, że dziewczynka przepadła na zawsze. Po siedmiu latach też nie mogła tego zrozumieć 

i ciągle szukała swojego dziecka, mimo że wszystkie wysiłki: przeszukiwanie zatoki, informacje 
w mediach, działania policji, FBI, Sary i Jake'a, poszły na marne. Zupełnie jakby Lexie zapadła 

się pod ziemię. Aż do nocnego telefonu. I słowa "Eeybre" napisanego na szybie samochodu.  

background image

Sarah poczuła na twarzy krople deszczu. Zorientowała się, że wyszła z pawilonu i zmierza 

betonową ścieżką w stronę zatoki. Tamtego dnia też biegła tędy, roztrącając po drodze grupę 

nastoletnich chłopców, ze dwadzieścia śmiejących się par i wpadając na matkę z dzieckiem w 

wózku z czerwoną parasolką. Idąc teraz po własnych śladach, wśród smaganych wiatrem palm po 

obu stronach dróżki, przemokła do suchej nitki. Wspomnienia były ciągle żywe, a ona zanurzała 

się w nich z upartą nadzieją, że odnajdzie swój skarb.  

Po drodze minęła mężczyznę w fartuchu w biało-czerwone pasy, sprzedającego hot dogi i precle 
z wózka - nic specjalnego, potem bezdomnego, który pochylony nad koszem zapewne szukał 
jedzenia - też nic. Pamiętała warkot kamery. Rozejrzała się wtedy i zauważyła, że została 
uwieczniona na filmie wraz ze stadkiem rozgadanych cheerleaderek. Zza kamery widać było 

tylko pół twarzy mężczyzny, ale ówczesna technika wymagała spoglądania w obiektyw. Miał 

bujne, czarne wąsy i niewielkie wąskie usta - nic. Coś jednak drgało na krańcach świadomości, 

lecz im bardziej chciała to uchwycić, tym szybciej wspomnienie umykało.  
Doszła do płotu, który bronił wstępu na plażę, i musiała się zatrzymać. Była cała mokra i 

zmarznięta, na wargach czuła słony smak ciągle padającego deszczu. Gdy wiatr uderzył w nią z 

całej siły, zaczęła się trząść. Patrzyła na zatokę, mrugając powiekami, by woda nie dostawała 

się do oczu. Skrzyżowała ręce na piersiach, starając się zatrzymać choć odrobinę ciepła. Po 

drugiej stronie zatoki dostrzegała światła. Ciemna, niemal czarna woda zlewała się z równie 
ponurym niebem. Piana na falach wydawała się śnieżnobiała. Sztorm nadchodził bardzo 
szybko.  
_ Lexie - wyszeptała z bólem w ciemność i deszcz. - Lexie, gdzie jesteś?  

Nagle kątem oka zauważyła szybko idącego w jej stronę mężczyznę. Niemal w tej samej chwili 

poczuła, jak czyjaś ręka zaciska się na jej ramieniu. Drgnęła jak oparzona i krzycząc, usiłowała 

się uwolnić.  
 
Rozdział 14  
- Gdzie ty przepadasz, do cholery? - usłyszała gniewny głos Jake'a i od razu się uspokoiła. 
Przestała się szarpać i popatrzyła na jego wykrzywioną ze zdenerwowania twarz.  
- Ale mnie wystraszyłeś! - Przycisnęła dłonie do piersi, czując pod palcami oszalałe serce. 
Głęboko westchnęła, próbując uspokoić rozdygotane nerwy.  
- Ja wystraszyłem ciebie? Czy ty wiesz, od ilu godzin cię szukam? Słyszałaś o czymś takim jak 
telefon?  
Jake ciągle trzymał ją za ramię. Sarah nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo zziębła, dopóki nie 
poczuła na wychłodzonej skórze ciepła jego dłoni. Twarz przyjaciela w słabym świetle odległej 
latarni była blada, a szczęki zaciśnięte. Mrużył oczy przed mocno zacinającym deszczem. Oboje 
niemal krzyczeli, by się usłyszeć w szumie ulewy.  
- Nie wyjęłam go z bagażnika - przyznała się Sarah.  
Nagle niebo przecięła błyskawica. Zaraz też usłyszeli potężny grzmot. Sarah spojrzała na Jake'a 
szeroko otwartymi oczami; natychmiast musiała mu o wszystkim opowiedzieć. Zaczęła mówić 
bardzo szybko: - Jake, nie uwierzysz, co się stało. Ktoś napisał słowo, które znałyśmy tylko ja i 
Lexie, na szybie mojego samochodu.  
- Wiem - ponuro odparł Jake i mocniej zacisnął dłoń na jej ramieniu. - Opowiesz mi wszystko, 
jak wrócimy do ciebie. Chyba że wolisz dalej sterczeć na deszczu.  
- Ale Jake ...  
- Idziemy.  
Odwrócił się plecami do pędzącego znad zatoki wiatru i pociągnął ją za sobą. Sarah nie stawiała 
oporu. Była zadowolona, że Jake tu jest - bardziej niż chciała się do tego przyznać. Gdyby nie 
szok, wyjęłaby telefon z bagażnika i zadzwoniła do przyjaciela zaraz po tym, jak zauważyła, co 

background image

ma wypisane na szybie. Ale kiedy zjawiła się policja, Sarah za wszelką cenę chciała 
przypilnować, by zbadano i udokumentowano całe zdarzenie i w ogóle nie pomyślała o 
zawiadomieniu Jake'a. Nikt jednak nie pomoże jej przeanalizować całej sprawy tak jak on. Nie 
mogli porozmawiać o tym od razu, bo właśnie w pośpiechu opuszczali zlany deszczem park i nie 
było mowy o jakiejkolwiek dyskusji, Wszystko to zaczęło ją przerastać. Nogi jej drżały, nie 
mogła już za nim nadążyć. Czuła, że słabnie. Mokry chodnik był śliski, na dodatek Sarah szła w 
butach na wysokich obcasach. Gdy wyszarpnęła ramię z uścisku Jake'a, detektyw zatrzymał się i 
spytał:  
- Co jest?  
- Czy mógłbyś zwolnić?  
- Przepraszam.  
Zaczekał, aż się z nim zrównała, i dalej szli obok siebie. Po chwili wsunęła dłoń pod jego ramię. 
Jake miał na sobie rozpiętą pod szyją koszulę z podwiniętymi rękawami i czarne spodnie. Był 
przemoczony, Sarah też. Zaczęła drżeć z zimna.  
- Przyjechałeś po mnie aż tutaj? - zapytała.  
- Nie! Akurat byłem obok... - Obrzucił ją rozdrażnionym spojrzeniem. - Oczywiście, że 
specjalnie tu przyjechałem. Szukam cię od chwili, gdy wyszłaś z sądu. Zaspokój moją ciekawość, 
którego słowa ze zdania: "ktoś może chcieć cię zabić", nie rozumiesz?  
- Przecież Morrison powiedział mi, że zamknęli Floyda Parkera.  
- No cóż, a powiedział ci, że Parker ma niepodważalne alibi? Jeżeli to on cię postrzelił, to 
wszyscy członkowie chóru Kościoła Baptystów Wzgórza Syjonu pójdą do piekła, przysięgali 
bowiem, że przyjechał odebrać matkę z próby akurat wtedy, gdy doszło do napadu.  
- Och! - Tylko tyle mogła z siebie wykrztusić.  
- No właśnie.  
Przechodząc w strugach deszczu koło pawilonu, poczuli zapach morza. Pnie palm stały w 
szeregu niczym nastroszeni strażnicy, światło latarni wydawało się upiornie białe. Za nimi park 
pogrążony był w ciemności. Kątem oka Sarah dostrzegła ruch w pomieszczeniu. Rozejrzała się 
uważniej wokół i zobaczyła, że nie są sami. Na jednym ze stolików przysiadł, pociągając z 
butelki, jakiś mężczyzna, naj pewniej ukrył się tam przed deszczem. Sarze wydawało się, że 
patrzył w ich stronę. Na lęwo ktoś inny biegł skulony z gazetą nad głową. Nie widział{l 
wyraźnie, ale też był to na pewno mężczyzna. Przed wejściem do parku wzdłuż ulicy sunął 
powoli ciemny samochód terenowy. Jasne smugi reflektorów przecinały mgłę, oświetlając krople 
padające na asfalt. Jeżeli ktoś na nią polował, to dała mu idealną szansę. Jednak dzięki Jake'owi 
czuła się teraz bezpieczniej. Tylko że on także nie był przecież kuloodporny.  
- Jak mnie znalazłeś? - zapytała, gdy doszli do bramy.  
Samochód Sary stał na chodniku naprzeciwko wejścia. Obok zaparkował Jake.  
- Powiadomił mnie Morrison, zaraz po tym jak zadzwoniła do niego policja. Wyglądało na to, że 
mundurowi poinformowali go o załamaniu nerwowym jednego z podległych mu prokuratorów.  
Sarah zatrzymała się oburzona, nie zwracając uwagi na szalejący wiatr.  
- To nieprawda. Odwiedziłam Angelę Barillas. To słodka dziewczynka. Sądzę, że zrozumiała, że 
martwię się o nią i o jej rodzinę. A kiedy wróciłam do samochodu, zobaczyłam, że ktoś napisał 
na zakurzonej szybie "Eeyore".  
Jake wrócił do Sary, chwycił ją za łokieć i zaczął prowadzić w stronę aut.  
- To właśnie usłyszałem od Carla Sextona, kiedy już go odnalazłem. Powiedział, że zupełnie ci 
odbiło.  
- Problem w tym, że nikt nie znał tego słowa, to była tajemnica moja i Lexie - odpowiedziała 

background image

ostro.  
Jake w milczeniu czekał niecierpliwie, szybko więc przeszli na drugą stronę ulicy. Detektyw 
rozglądał się badawczo na wszystkie strony i Sarah zrozumiała, że usiłuje dostrzec ewentualnego 
prześladowcę, kogoś, kto mógł czekać na sposobność, by do niej strzelić. Na myśl o tym poczuła 
dreszcz na plecach. Wiedziała już, że ten ktoś nadal przebywał na wolności i trochę ją to 
zdenerwowało. Nie na tyle jednak, by zapomnieć o następstwach pojawienia się tamtego słowa 
na jej samochodzie.  
- Jesteś pewna? - zapytał Jake.  
- Nikomu o tym nie mówiłam - zapewniła go stanowczo. - Nie uważasz, że osoba, która to 
napisała, musiała się dowiedzieć o naszym sekrecie od Lexie?  
Zatrzymali się przy jej samochodzie. Sarah stała tyłem do auta, mrużąc oczy przed deszczem. 
Jake patrzył na nią spod zmarszczonych brwi. Wielkie krople tłukły o dach samochodu i 
rozpryskiwały się na ulicy. Nie widziała wyrazu twarzy przyjaciela, gdyż stał ukryty w cieniu.  
- Sądzisz więc, że napisano to słowo na szybie dziś po południu? - Jego głos brzmiał surowo.  
- Tak - przytaknęła.  
- Jeżeli tak było, podkreślam: "jeżeli", ponieważ istnieją też inne wyjaśnienia, to chyba sama 
rozumiesz, że ten drań, który uprowadził twoją córkę, śledzi również ciebie. A teraz usiłuje 
zastraszyć cię lub skrzywdzić, co oznacza, że stanowi dla ciebie zagrożenie. Zakładając 
oczywiście, że to nie ten gość strzelał do ciebie w Quik- Pik. Czy nie uważasz więc, że samotne 
łażenie po opustoszałym parku nie było dobrym pomysłem? - Jake wrzeszczał teraz na dobre. Nie 
dał Sarze szansy na odpowiedź i poprowadził ją na stronę pasażera. Deszcz lał strumieniami, ale 
nie miało to znaczenia. I tak już przemokli do suchej nitki.  
- Ale ...  
- Wsiadaj! Odwiozę cię do domu. - Nie pozwolił jej dokończyć.  
Posłusznie wsiadła więc do auta, zadowolona, że już nie moknie, a Jake zamknął drzwi. 
Potrząsnęła głową, by strącić krople z włosów, i przeciągnęła po nich palcami, odsuwając mokre 
pasma z twarzy. W dłoni został jej mokry plaster. Popatrzyła na niego zdziwiona i wrzuciła opa-
trunek do torebki ze śmieciami, która stała na podłodze. Opuściła w dół osłonę 
przeciws..łoneczną, by sprawdzić w lusterku, jak wygląda rana. Przekonała się, że włosy niemal 
całkowicie ją zakrywały. Jake wsiadł od strony kierowcy i zachlapał całe siedzenie. Sarah 
zamknęła osłonę i popatrzyła na niego groźnie.  
- O jakich wyjaśnieniach mówiłeś? - uparcie domagała się odpowiedzi.  
W samochodzie było ciemno, wokół unosił się zapach mokrych ubrań. Siedzieli w środku jak w 
pudełku. Jake przysunął się bliżej niż zwykle i popatrzył na Sarę zniecierpliwiony. Twarz miał 
mokrą od deszczu.  
- Po pierwsze, Lexie mogła komuś wygadać waszą tajemnicę jeszcze przed zaginięciem. Nie 
mam zbyt dużego doświadczenia z dziećmi, ale chyba nie potrafią zbyt długo dochować sekretu. 
Może przeszkadzasz teraz tej osobie. A może ktoś, kto znał to słowo od Lexie, wyjawił je jeszcze 
komuś innemu lub opowiedział o wszystkim policji, co oznacza, że widnieje ono gdzieś w 
stertach papierów dotyczących tej sprawy. Do diabła! Każdy mógł już na nie natrafić dawno 
temu.  
Poraziła ją logika jego rozumowania. Znów musiała się ratować, oddychając głęboko, by tym 
sposobem przywrócić do życia nadzieję. Już chciała ostro zareplikować, gdy Jake wyjął pistolet i 
włożył go do schowka.  
- A to po co? - zapytała.  
Przed laty często musiał mieć przy sobie broń. Z czasem, biorąc pod uwagę tutejsze upały i to, że 
w Beaufort rzadko popełniano przestępstwa, nosił pistolet coraz rzadziej. Zresztą po opuszczeniu 

background image

FBI Jake złagodniał i przez ostatnie lata właściwie nigdy nie zabierał ze sobą glocka.  
- Nie wiem. Może akurat miałem ochotę na spacerek w deszczu i polowanko na mewy - burknął i 
od razu pojął, że to źle wypadło, bo Sarah popatrzyła na niego ponuro.  
Włączył silnik, rzucił na nią okiem i włączył ciepły nawiew. Ogarnął ją pierwszy zimny strumień 
powietrza, wywołując dreszcze. Pomimo że na zewnątrz nie czuło się chłodu, drżała i kuliła się z 
zimna. Jeszcze chwila, a zacznie szczękać zębami.  
- Nie musisz kpić.  
- Niby dlaczego nie? Może jestem w nastroju do zabawy. - Jake wyjechał na jezdnię i zawrócił. 
Włączył światła, które wyłuskały z ciemności parkową bramę i szerokie trawniki.  
- Posłuchaj, naprawdę jest mi przykro, że się o mnie martwiłeś.  
Jake zaśmiał się nieszczerze, a Sarah zacisnęła wargi.  
Oczywiście była zadowolona, że po nią przyjechał, że ją znalazł. Nie zważała na 
niebezpieczeństwo, które mogło jej grozić tylko dlatego, że postanowiła za wszelką cenę poznać 
prawdę o tamtym feralnym dniu. Teraz doceniła poczucie bezpieczeństwa. Jeżeli musiał już 
zachowywać się zgryźliwie, to należy poczekać, aż mu przejdzie. Może później pomoże jej 
rozwikłać tę sprawę.  
- A co z twoim samochodem? - zapytała, starając się mówić spokojnie.  
- Później po niego przyjadę. - Jake skręcił na skrzyżowaniu w 1-21. Wokoło było niewiele aut, 
większość z nich zmierzała na przedmieścia. - Słyszałem, że Morrison dał ci wolne popołudnie.  
- Kazał mi wynosić się do domu, a to różnica. Powiedział, że sędzia Schwartzman uważa, że źle 
wyglądam.  
- To się chwali - odparł Jake, nadal zły. Jego mokre ciemne włosy lśniły w światłach 
nadjeżdżających z przeciwka samochodów. Kołnierzyk koszuli pomarszczył się pod wpływem 
wody, materiał przywarł do piersi i szerokich ramion. Zaciśnięte szczęki przyjaciela jasno 
dawały do zrozumienia, że będzie boczył się jeszcze jakiś czas. Popatrzył na Sarę z wyrzutem: - 
Oczywiście nie poszłaś za radą Morrisona, nie pojechałaś do domu, aby odpocząć i kurować się 
przez kilka dni, prawda? Każdy normalny człowiek by tak zrobił.    
- Wiesz co, dam sobie radę bez ciebie. Wróćmy do parku, weźmiesz swój wóz, a ja sobie pojadę 
do domu. - Nie miała siły na nic więcej niż tylko na słowną potyczkę.  
Jake znów się roześmiał.  
- Nic z tego, moja pani. I żeby była jasność: takie manifestacje też mi się nie podobają.  
Dojechali do starej części miasta. Wokół wielkich białych domów paliło się więcej latarni. 
Mokre dęby stojące po obu stronach ulicy roniły krople wody niczym łzy. Jake wyprzedził jadącą 
szybko dorożkę, w której nie było pasażerów. Pewnie woźnica chciał jak najprędzej skryć się 
przed ulewą. Sarah ledwo słyszała stukot końskich kopyt w szumie deszczu.  
- Gdzie więc polazłaś po wyjściu z sądu? - zapytał Jake uprzejmie.  
- Crystal zepsuł się samochód, więc odwiozłam ją do domu.  
- Crystal?  
- Crystal Stumbo. Poszłyśmy dzisiaj załatwić zakaz zbliżania się dla Briana McIntyre'a. - Sarah 
zauważyła, że Jake z dezaprobatą zacisnął usta. Można się było tego spodziewać. Na szczęście 
nie potrzebowała jego pozwolenia na prowadzenie sprawy Crystal. - Mieszka za miastem, w 
przyczepie pod Burton. Może to zbieg okoliczności, a może wcale nie, ale pojawił się tam też 
McIntyre. Jechał za mną z powrotem do miasta - dodała tonem, który sprawił, że Jake popatrzył 
na nią badawczo.  
- Co się stało? - zapytał.  
- Siedział mi na zderzaku. Był zdecydowanie za blisko jak na tak ruchliwą i szybką trasę. Zrobił 
to specjalnie. Może chciał mnie przestraszyć albo ostrzec. Udało mi się na szczęście zmienić pas, 

background image

a wtedy on po prostu pojechał dalej. Gdy teraz o tym myślę, to chyba nic się nie stało.  
- Doprawdy?  
- Tak sądzę.  
- A może to ten sam McIntyre, który mógł do ciebie strzelić w nocy? Przecież to jedyny facet o 
tym nazwisku w tutejszej policji, więc to na pewno ten sam gość. Nie uważam, że jazda na 
zderzaku to przypadek.  
- Dzisiaj nawet nie próbował. - Tym razem Sarah zignorowała sarkazm w głosie przyjaciela. - 
Pokazał mi tylko podniesiony środkowy palec - i dodała po chwili: Pewnie to przypadek, ale 
kiedy zauważyłam ten napis na szybie, na parkingu jeździł radiowóz z pełną obsadą.  
- Prawdziwy fanklub.  
Sarah spojrzała na niego spod oka. Jake nadal był zły.  
Jechał za szybko jak na taką ulewę, zbyt brawurowo. Jej sentra mknęła przez deszcz, ślizgając się 
na mokrej nawierzchni. Jake zmarszczył brwi, zmrużył oczy i zacisnął usta. Sarah nie była w 
nastroju do kłótni. A ponieważ on wyraźnie prowokował spięcie, postanowiła nie odpowiadać na 
zaczepki.  
Dojechali już do skrzyżowania przy Quik-Pik. W sklepie panował ruch, jakby już zapomniano o 
nie dawnych wydarzeniach. Nikt nie zwracał uwagi na deszcz. Życie płynęło zwykłym rytmem: 
wnętrze sklepu rozjaśniały światła, a przy dystrybutorach paliwa zatrzymywały się samochody.  
Jake skręcił w Davies Street i Quik-Pik pozostał w tyle.  
- Chciałbym tylko zauważyć, że to twoje wystawianie się na strzał wcale mi się nie podoba. - 
Jake w końcu przerwał ciszę.  
Sarah zamarła. Powoli obróciła głowę i popatrzyła na niego.  
- Co takiego?  
- Sądzisz, że nie wiem, co ci chodzi po głowie? - Popatrzył na nią ponuro. - Nie potrafisz sobie 
poradzić z tym, że twoja córka zniknęła, a ty musisz żyć dalej. Uparcie szukasz więc guza.  
Aż otworzyła usta ze zdumienia. Obrzuciła Jake'a piorunującym spojrzeniem i wykrzyknęła: "-  
- Zwariowałeś?! O co ci chodzi?  
- Nie rozumiesz? Zacznijmy więc od początku. W środę wieczorem postrzelono cię w głowę. 
Potem cały czas policjant pilnował cię w szpitalu, aby nikt nie mógł dokończyć sprawy. We 
czwartek, dbając o twoje bezpieczeństwo, odwiozłem cię do domu i zostałem na noc. Tak na 
wszelki wypadek. Po nieprzespanej nocy w piątek wymknęłaś się z łóżka o świcie i poleciałaś 
prosto do sądu bez żadnej ochrony. Gdy cię tam znalazłem, odetchnąłem z ulgą, bo może 
naprawdę byłaś względnie bezpieczna wewnątrz budynku. Następnie znikasz bez słowa. Nikt nie 
wie, gdzie się podziałaś. Robisz wszystko co w twojej mocy, by ułatwić zadanie potencjalnemu 
mordercy. W końcu znów udało mi się cię znaleźć; tym razem samotnie spacerowałaś po 
opustoszałym parku. Jeżeli nie jest to ostentacyjne poszukiwanie możliwości rozstania się z tym 
światem, to co to jest?  
- To ... niefortunny zbieg okoliczności - wykrztusiła z siebie w końcu Sarah.  
Jake prychnął i skręcił na podjazd przed jej domem.  
W strugach deszczu i z ciemnymi oknami dom wydał się taki ponury, a nawet złowrogi. 
Pociechą była świadomość, że w środku czeka z utęsknieniem Ciastek, Sarah cieszyła się też, że 
jest z nią Jake. Nawet w tej chwili, gdy zaczął ją złościć.  
- A teraz pogadamy o reszcie twojego życia. - Jake wyłączył silnik i światła. Odwrócił się do niej 
i zapytał: - Jak wygląda twoje życie towarzyskie? Czy masz chłopaka? A może umawiasz się na 
randki?  
Nawet nie odpowiedziała, tylko obrzuciła go oburzonym spojrzeniem.  
- Dobra, zostawmy to. A może pamiętasz, jaki film widziałaś ostatnio? - ciągnął nieustępliwie.  

background image

- Komedię "Straszny film" - odpowiedziała i zaraz tego Pożflłowała. Pamiętała doskonale, że 
oglądali to razem na DVD u niego w domu. Jake pochłonął wtedy górę prażonej kukurydzy i 
cukierków oraz hektolitry gazowanej wody, a ona wypiła tylko dietetyczną coca-colę·  
- To było, zaraz ... Poprzedniego lata? Przed rokiem?  
- No to co? - Sarah wiedziała, że nie powinna dać się sprowokować. - Jestem zajęta.  
- No tak. Pamiętasz, że kiedyś chodziliśmy na ryby w niedzielne poranki. Dlaczego już nie 
chcesz ze mną wędkować?  
- Wolę się wyspać.  
- Akurat. Bawiłaś się świetnie, a ponieważ ty nie możesz się bawić, postanowiłaś z tym 
skończyć. Sarah Mason nie może przecież cieszyć się życiem.  
- Gadasz bzdury.  
- Doprawdy? Powiedz mi więc, jakie masz hobby? Zainteresowania? Oglądasz konkretne 
programy w telewizji?  
- Oglądam wiadomości - odpowiedziała i w myślach dodała: Kiedy mam na to czas.  
- Taaa - Jake przytaknął lekceważąco. - Czytałaś coś ostatnio?  
Cholera jasna! Zbyt wiele o niej wiedział. To nie w porządku. Czytanie sprawiało jej kiedyś 
ogromną radość, stanowiło jej ulubioną rozrywkę. Nie otworzyła żadnej książki od czasu 
zniknięcia córki. Najgorsze było to, że nie musiała nic mówić - przyjaciel i tak znał odpowiedź.  
- To też pomińmy - powiedział, gdy cisza przedłużała się nieznośnie. - Z nikim się nie umawiasz, 
nie chodzisz do kina, nie masz żadnego hobby, nie oglądasz telewizji, nie czytasz książek. To co 
właściwie robisz, żeby się jakoś rozerwać?  
- Nie narzekam - broniła się nieśmiało. - Pracuję i bawię się z Ciastkiem ...  
- Sarah, przestań! Nie ze mną te numery. Znam cię na wylot. Nie pytam, czym wypełniasz sobie 
czas, kiedy nie pracujesz. Pytam, co robisz, aby się rozet.wać.  
Tu ją miał! Nie prowadziła życia towarzyskiego. Nie robiła nic, by się zabawić. I on o tym 
wszystkim wiedział.  
- Dużo pracuję ...  
- Pytam o rozrywkę - przerwał jej.  
Pomyślała, że to już zbyt wiele. Zaczynał ją wkurzać na dobre.  
- No dobra, wredoto. Może powinnam zapisać się na kręgle - odpaliła. - A może powinnam iść za 
twoim przykładem i zapamiętale podrywać blondynki. - Wysiadła z wozu i pomaszerowała w 
stronę drzwi. Jadąc, zdążyła się nieco ogrzać i osuszyć w aucie. Kiedy jednak wysiadła, 
ponownie zmokła i zaklęła w duchu.  
- Może rzeczywiście powinnaś! - wrzasnął Jake, idąc tuż za nią. - Lepsze to niż życie, jakie teraz 
prowadzisz.  
- Nie mam sobie nic do zarzucenia. - Sarah weszła na ganek i przypomniała sobie, że klucze ma 
Jake. Spiorunowała go wzrokiem, ale przyjaciel już wkładał klucz do zamka. Otworzyła drzwi i 
pierwsza weszła do środka, po czym włączyła światło. W progu powitał ją przyjacielskim 
szczeknięciem Ciastek. Pogłaskała go po łbie i popatrzyła ostro na przemoczonego Jake'a.  
- Czyżby?  
_ Właśnie tak! - rzuciła przez ramię, idąc do łazienki po ręczniki. Detektyw stanął przy schodach 
i wydarł się za nią:  
- Niech ci będzie!  
Sarah wróciła i rzuciła mu dwa duże beżowe ręczniki.  
Trochę było jej szkoda zamoczyć podłogę, ale co tam. Idąc w stronę kuchni, by wypuścić psa na 
dwór, zapaliła światło i zaczęła wycierać włosy ręcznikiem. Ciastek wyszedł na zadaszony 
ganek na tyłach domu i popatrzył z niezadowoleniem na deszcz. Sarah zamknęła za nim drzwi. 

background image

Na środku kuchni stał Jake z ręcznikiem narzuconym na ramiona i właśnie zdejmował 
przemoczone buty. Dookoła jego stóp powstała kałuża wody. Sarah zlustrowała przyjaciela od 
stóp do głów i zrzuciła z nóg czółenka.  
_ Idę wziąć prysznic - poinformowała go, nie chcąc dalej się kłócić, i ruszyła do łazienki.  
_ Sądzisz, że nie mówię serio? - Jake szedł tuż za nią· Chwycił ją za ramię i gwałtownie 
zatrzymał. - Potrzebujesz dowodów? Popatrz na swój dom.  
Sarah odwróciła się i spojrzała na niego wściekle, oswobadzając przy tym ramię. Detektyw stał 
na odległość wyciągniętej ręki, tak blisko, że musiała podnieść głowę, by popatrzeć mu w oczy. 
Korytarz był wąski i Sarah, cofając się, otarła rękawem o białą ścianę i pozostawiła na niej 
mokry ślad.  
_ Jeżeli nie podoba ci się mój dom, to możesz wrócić do swojego.  
_ Rozejrzyj się. Nie brakuje ci tu czegoś? - Jake zignorował jej zaczepkę i wskazał dłonią salon i 
kuchnię· A mnie tak. Nie masz ani jednego obrazu na ścianach, nie masz firanek ani dywanów na 
tych cholernych podłogach! - mówiąc to, zaczął podnosić głos. - Tanie, brzydkie i niewygodne 
byle co.  
- Nie podoba ci się mój dom? - wybuchnęła Sarah rozzłoszczona na dobre.  
- Dom? - prychnął Jake z pogardą. - Jaki dom? To nie jest żaden dom. Poszłaś do sklepu i z 
premedytacją kupiłaś tylko niezbędne rzeczy, aby umeblować to mieszkanie. Specjalnie wybrałaś 
największą i najbrzydszą tandetę. Wszystko jest brązowe i ponure. - Urwał na chwilę, ściągnął z 
siebie ręcznik i potrząsnął nim przed Sarą. - Do diabła!, nawet te cholerne ręczniki są 
jasnobrązowe.  
- Lubię stonowane kolory - wycedziła przez zęby. Nie podoba ci się?  
- Pewnie, że lubisz. Spójrz, jak się ubierasz. - Jake obrzucił ją spojrzeniem. - Wyglądasz jak stara 
baba. Nie masz nic kolorowego, ładnego ani, o, zgrozo!, seksownego. Wszystko jest czarne albo 
szare ...  
- To są kolory neutralne - przerwała mUc' niemal sycząc. - Odpowiednie do biura. Cóż to, stałeś 
się znawcą damskiej odzieży?  
- Nie! -.zaprzeczył. - Ale kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, miałaś na sobie czerwoną bluzkę i 
krótką, dżinsową spódniczkę i widać ci było nogi. Pamiętam, bo wyglądałaś świetnie. A twoje 
mieszkanie? Pamiętasz, jakie było? To, w którym mieszkałaś razem z Lexie? Bo ja pamiętam.  
- Przestań! - rozkazała. - Przestań w tej chwili!  
- Ściany były żółte. Jasne, ciepłe, czułem się tam do-  
brze od razu po wejściu. Miałaś starą kanapę, ale przykryłaś ją czerwoną narzutą i stała się 
kolorowa i wygodna. W oknach wisiały firanki, na podłodze leżały dywany. Były obrazy, 
książki, zdjęcia i kwiaty w wazonie na stole. Nawet w kuchennym oknie stał kwiatek.  
- Kwiaty były sztuczne. A kwiatek zdychał. - Serce jej się ścisnęło, ledwo mogła oddychać. 
Wspomnienie starego mieszkania przywołało bolesne obrazy, które usiłowała usunąć z głowy.  
- Pewnie tak, ale nie w tym rzecz. To był prawdziwy dom, a nie jakiś cholerny grobowiec. 
Nosiłaś ładne, seksowne ciuchy. Od tamtej pory odmawiasz sobie wszystkiego, co mogłoby ci 
sprawić przyjemność. Przestałaś nawet jeść.  
- I co z tego? - krzyknęła, nie mogąc już wytrzymać.Dlaczego, do diabła, wtrącasz się w nie 
swoje sprawy?  
- Dlatego! - odpowiedział i błyskawicznie popchnął ją do ściany. Położył dłoń na karku Sary i 
pocałował ją·  
 
Rozdział 15  
Zaskoczona Sarah zastygła w bezruchu. Obronnym ruchem oparła dłonie na torsie Jake'a, jakby 

background image

chciała go odepchnąć, ale tego nie zrobiła. Jego zimne z początku usta szybko rozgrzały się 
podczas pocałunku. Całując ją namiętnie, głodny jej warg, wsunął między nie język. Zdziwiona 
tym Sarah pomyślała, że musiała,bezwiednie rozchylić usta. Zakręciło jej się w głowie, gdy Jake 
pieścił językiem jej wargi. Pachniał deszczem, czuła jego świeży zarost. Przyciśnięta do ściany, 
nie mogła się poruszyć, stała uwięziona między Jakiem a zimnym murem. Ze zdumieniem 
odkrywała, że jej przyjaciel jest tak doskonale zbudowany i silny. Przez mokre ubranie czuła 
ciepło jego ciała. Z niedowierzaniem zdała sobie sprawę, że Jake gotów jest się z nią kochać. 
Przesunął dłonią po ciele Sary i zatrzymał się dopiero na jej piersi. Poprzez cienką koszulkę czuła 
ten gorący dotyk i jego zadziwiającą siłę. Pierś nabrzmiewała pod dłonią Jake'a i Sarah zacisnęła 
pięści na mokrej, zimnej bawełnie koszuli przyjaciela, jednak go nie odepchnęła.  
Jake odsunął nieco wargi od jej ust, by mogła odetchnąć. Spojrzała na jego szyję i gniewną, 
mroczną, tak dobrze znaną twarz, która pochylała się nad nią w ciemności. Przez chwilę patrzyli 
na siebie w napięciu. Jake spoglądał na nią spod lekko przymkniętych powiek oczami, z których 
biło pragnienie, jakiego nigdy przedtem w nich nie widziała. W jej oczach zapewne dostrzegł 
pustkę, a może zaskoczenie, niedowierzanie, przeświadczenie, że jej uporządkowany świat, który 
znała do tej pory, właśnie wymknął się spod kontroli. To w ogóle nie powin,no było się 
wydarzyć. To przecież Jake, jej przyjaciel, najlJpszy kumpel. A nie kochanek.  
- Sarah, pocałuj mnie - usłyszała jego głęboki, drżący głos.  
Nigdy wcześniej tak do niej nie mówił. Dotknął jej delikatnie i przesunął językiem po dolnej 
wardze, a potem pocałował ją miękko w kącik ust i znów się odsunął. Wciąż zakłopotana, 
pochłonięta toczącą się w jej umyśle walką między doznaniami zmysłów a przyjacielską życzli-
wością, bez słowa patrzyła mu w oczy.  
- Pocałuj mnie w końcu.  
Znów poczuła na wilgotnych wargach ciepło jego oddechu. Po chwili Jake delikatnie musnął jej 
usta. Wciągnęła głęboko powietrze, drżąc pod pieszczotą dłoni, którą przykrył jej pierś. Jake 
podniósł głowę, ich spojrzenia znów się spotkały. Z premedytacją przesuwał kciukiem po 
cienkim materiale bluzki i staniku. Piersi Sary zareagowały w mgnieniu oka, sutki stwardniały, a 
nagłe ciepło ogarnęło ją od stóp do głów. Wciąż zaskoczona, stała bez ruchu. Jake nie dawał za 
wygraną. Pocałował ją znowu i tym razem zakręciło jej się w głowie. Całował ją chciwie i głę-
boko. Zacisnęła ręce na jego koszuli i zamknęła oczy. Nadal nie mogła się zdecydować. 
Poddawała się pieszczocie, lecz jej nie odwzajemniała. Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz była z 
mężczyzną, nie pamiętała, kiedy czuła pożądanie. W tej chwili pocałunki, palce Jake'a na jej 
piersi, bliskość męskiego ciała przyciskającego ją do ściany były niczym objawienie. Czuła, że 
płonie, i nieoczekiwana przyjemność tego doznania całkowicie nią zawładnęła.  
Jake sunął ustami w dół po jej szyi. Sarah nie mogła się dalej opierać, gdy gorące i wilgotne 
wargi pieściły jej skórę. Wstrząsnął nią rozkoszny dreszcz. Jake też musiał go poczuć, bo 
wymamrotał coś niezrozumiale. Wsunął rękę pod jej bluzkę i stanik, przesuwając pewnie dłonią 
po ciągle jeszcze wilgotnej od deszczu skórze. Sarah dobrze znała te dłonie: były duże i silne. A 
teraz pieściły jej nagie piersi.  
Wstrzymała oddech, czując, jak mocno bije jej serce.  
Niemal topniała pod dotykiem rąk tego mężczyzny. Rodząca się nieś miało przyjemność 
wybuchła teraz z pełną siłą. Tak! Och, tak!, pomyślała gorączkowo. Mięśnie rozluźniły się i 
pochłonęła ją wszechogarniająca namiętność. Jake zaczął mocniej pieścić jej piersi. Sarah czuła, 
jak jej stwardniałe sutki ocierają się o jego dłoń. Przyjemność była tak silna, że niemal sprawiała 
ból. Teraz już tylko chciała więcej. Teraz naprawdę go pragnęła.  
Jake znów dotknął jej warg. Tym razem zachwycająco delikatnie. Potem jeszcze raz i jeszcze. '  

background image

- Pocałuj mnie - wyszeptał prosto w jej usta.  
Tak, chcę tego! Chcę!, krzyczało jej serce, lecz nie powiedziała tego na głos. Już miała oddać mu 
pocałunek, objąć, przytulić się i poddać gorącej namiętności tak bardzo, że jej drżące ciało 
płonęło, a cały świat wirował, ale nagle pomyślała: Nie mogę! Tym razem dotarło do niej, ile 
straci. Bała się, że będzie żałować. Powinna pamiętać o łączącej ich przyjaźni.  
- Nie! - zaprotestowała gwałtownie. Odwróciła głowę i bezceremonialnie go odepchnęła.  
Nagle wdarł się między nich dźwięk telefonu.  
Przez chwilę w ogóle go nie słyszała; oboje patrzyli sobie w oczy. Sarah oddychała szybko, 
starając się odzyskać kontrolę nad sobą. Celowo odpychała Jake'a. Stał tak blisko, że z łatwością 
mogła oprzeć dłoń na jego torsie. Jake opuścił ręce wzdłuż tułowia, miał półprzytomne gorące 
oczy, a jego pożądanie wypełniło przestrzeń wokół nich.  
Telefon wciąż dzwonił.  
Dzwonił po raz pierwszy od tamtej nocy, gdy w słuchawce usłyszała głos Lexie. Nie, to nie była 
Lexie, poprawiła się w myślach Sarah. A jeżeli to dzwoni ta sama osoba? W pośpiechu 
przecisnęła się obok Jake'a i pobiegła do kuchni.  
- Nie podnoś słuchawki! - rozkazał chrapliwym, gniewnym głosem. - Niech się nagra na 
sekretarkę·  
Wypełnienie tego polecenia okazało się niezwykle trudne. Ze wzrokiem utkwionym w telefonie 
Sarah stanęła w bezruchu, oddychając ciężko, z ręką zawieszoną tuż nad aparatem. A jeżeli to 
Lexie? Doskonale wiedziała, że głos, który usłyszała wtedy w słuchawce, nie mógł należeć do 
córki, ale jej głupie, biedne serce nadal nie mogło się z tym pogodzić.  
Telefon zadzwonił jeszcze dwa razy i włączył się automat. Sarah z niecierpliwością wysłuchała 
własnej zapowiedzi, po czym odezwał się głos:  
- Dzwonię z gabinetu doktora True. Zbliża się termin szczepienia pani psa, Ciastka. Proszę 
zgłosić się jak najszybciej.  
Ten ktoś mówił coś jeszcze, ale ona już tego nie słyszała. Ręka opadła jej bezwładnie i Sarah 
odwróciła się od telefonu. Miała nadzieję, że to będzie Lexie czy raczej, że znów usłyszy ten 
jakże podobny dziecięcy głos. Poczuła się głupio, pragnąc czegoś, co sprawiło jej wcześniej tak 
ogromny ból. Wciąż jednak uważała, że tamten głos, choć fałszywy, stanowił jedyny ślad łączący 
ją z córką·  
Jake stał w drzwiach kuchennych, z ponurą miną obserwując Sarę. Wyglądał wspaniale mimo 
przemoczonego ubrania i bosych stóp. Po raz kolejny poczuła, że bez niego nie dałaby sobie 
rady. Ich spojrzenia się spotkały. Nadal panowało między nimi napięcie wywołane namiętnymi 
pocałunkami.  
- Jake ... - zaczęła nieśmiało, starając się dobrać właściwe słowa. Czuła się zagubiona, nie była 
pewna ani siebie, ani jego. Chciała, by znów stał się jej najlepszym przyjacielem. Problem w 
tym, że mężczyzna z napiętą twarzą i zaciśniętymi szczękami, który patrzył na nią od drzwi, nie 
był już starym, dobrym kumplem.  
- Zapomnij! - przerwał, zanim Sarah zdołała coś dodać. - Popełniłem błąd, całując cię. Nie 
powinienem był tego robić. Złóżmy to na karb małej ilości snu i kilku bardzo nerwowych dni, 
dobrze?  
- Ale ... - Sarah instynktownie czuła, że powinni jednak o tym porozmawiać. Tylko tak mogli 
wrócić do łączącej ich wcześniej więzi.  
- Powiedziałem: zapomnij. - Jake odwrócił się i rzucił przez ramię: - Weź prysznic, ubierz się i 
spakuj najpotrzebniejsze rzeczy. Weekend spędzimy u mnie.  
- U ciebie? - Uniosła brwi ze zdziwienia i podreptała za nim do kuchni. Jake wycierał ręcznikiem 

background image

wodę z podłogi. To nie był właściwy moment, by zwrócić. mu uwagę, że powinien użyć do tego 
mopa. - Dlaczego? Ja muszę ...  
- Dlatego, że jestem zmęczony! - przerwał jej. - Muszę się wyspać. Ty też. Tutaj za cholerę nam 
się to nie uda, bo wariujesz za każdym razem, gdy zadzwoni telefon. Ciągle wspominasz Lexie i 
wszystko, co się ostatnio wydarzyło.  
Sarah wiedziała, co miał na myśli. W sypialni stał telefon i za każdym razem, gdy na niego 
spojrzała, zaraz wspominała córkę. W ,szafie leżały ciągle nieprzejrzane zabawki. I było jeszcze 
wiele innych rzeczy. Miał rację, ale serce ściskało jej się na myśl, że musi pozostawić dom, w 
którym jej córka nagle odezwała się z zaświatów. Zaginięcie Lexie stało się żywe i bolesne na 
nowo.  
Jake wyprostował się i zwinął mokry ręcznik w kulę.  
Stał niemal w tym samym miejscu, w którym całował Sarę· Mimo włączonego światła jego 
twarz kryła się w półmroku i Sarah nie mogła dostrzec jej wyrazu.  
- Wiesz ... - zaczęła nieśmiało, gdyż pierwszy raz od wielu lat czuła się przy nim niepewnie - ... 
możesz prze-  
cież pojechać do siebie i tam się wyspać. Ja tu zostanę. Jest ze mną Ciastek, nic mi się nie stanie. 
L. - przypomniała sobie coś, co, jak ze zdziwieniem zauważyła, nie sprawiło jej przyjemności - ... 
przecież jesteś dziś umówiony na grilla.  
Próbowała się uśmiechnąć, ale Jake nie odpowiedział lym samym. Stał przez chwilę, patrząc na 
nią, po czym odwrócił się i poszedł do łazienki, by odnieść ręcznik do kosza na brudną bieliznę.  
- Danielle rzuciła mnie dziś rano - oznajmił bez zająknięcia.  
Sarah stała zaskoczona. Jake rzeczywiście miał za sobą ciężki dzień. Nic dziwnego, że przez cały 
czas był nieznośny. Okazało się, że to nie tylko jej wina. Niespodziewana wiadomość z jednej 
strony sprawiła jej przyjemność - co było idiotyczne - z drugiej, wzbudziła współczucie.  
- Rany! Bardzo mi przykro! - powiedziała, czując, że wszystko pomału wraca na właściwe tory. 
W końcu, czyż zwierzenia nie były podstawą ich przyjaźni? - Dobrze się czujesz?  
Jake wykrzywił się, wyraźnie zirytowany, i spojrzał na nią ze złością:  
- Weź już ten prysznic, dobrze?  
- No wiesz ... Jedź do domu i się połóż. Nie musisz się o mnie martwić.  
- No tak. Myślisz, że cię tu zostawię. Czy możesz już mnie nie drażnić i wziąć w końcu ten 
cholerny prysznic?  
 
Nastrój Jake'a nie uległ poprawie. Dojechali do jego domu koło dziewiątej wieczorem. Deszcz 
ciągle padał, nie był już jednak tak ulewny. Samochody mknęły ulicami, światła miały zapalone. 
W piątkowy wieczór ludzie umawiali się w restauracjach, do kina czy na zakupy. Ciastek siedział 
na tylnym siedzeniu, przechylał się zgodnie z ruchem auta i, niestety, śmierdział jak mokry pies. 
Co chwila wysuwał łeb do przodu, wyraźnie zainteresowany jedzeniem, które Sarah trzymała na 
kolanach. Jake prowadził w milczeniu, ignorując próby nawiązania rozmowy. Odpowiadał 
monosylabami i wkrótce Sarah ograniczyła się do przelotnych spojrzeń. Radio grało trochę za 
głośno. Jake prawie nigdy nie włączał muzyki w samochodzie, jeżeli więc już to zrobił, był to 
oczywisty znak, że nie ma ochoty rozmawiać. Mówi się trudno.  
- Weź jedzenie, psa i co tam masz jeszcze - polecił, gdy wjechali na parking.  
Miała ze sobą niewielką torbę podróżną, aktówkę, telefon komórkowy i plastikową torbę z 
jedzeniem dla psa. Przykryła to wszystko płaszczem przeciwdeszczowym, który narzuciła na 
ramiona. Pod wpływem uwag Jake'a narzekającego, że Sarah prawie nic nie je, do sałatki za-
zwyczaj zamawianej w McDonaldzie dokupiła sobie frytki i hamburgera ze wszystkimi 

background image

dodatkami. W czasie jazdy ostentacyjnie jadła obfite danie, jednocześnie opędzając się od psa: 
"Widzisz, jak dużo jem?". Aby jeszcze lepiej udowodnić, że Jake nie miał racji w ocenie jej 
osoby, włożyła wściekle różowy T-shirt z czerwonym napisem: "Tortowa królowa". No dobra, 
może i był to głupi prezent świąteczny od kolegów z biura, może i miała go· pierwszy raz w 
życiu, by nie wspomnieć o długich poszukiwaniach koszulki w szafie, ale przynajmniej ten strój 
nie był neutralny. ,,1 co ty na to?". .  
Ponieważ Ciastek nie przepadał za deszczem, udało im się wejść do środka bez konieczności 
oczekiwania, aż pies, który w nowym miejscu zazwyczaj obwąchiwał każdy kamyk i drzewko, 
skończy rozpoznanie terenu. Zaraz po wejściu Ciastek strząsnął z siebie całą wodę, brudząc 
korytarz, co z kolei bardzo nie spodobało się gospodarzowi.  
- Przepraszam - uśmiechnęła się Sarah.  
Szczególny rodzaj przyjaźni łączący tego mężczyznę i psa stanowił dla niej nieustające źródło 
rozrywki, bez względu na to, co działo się w jej życiu. Jake łypnął na nią lIiezadowolony i 
poczłapał przez ciemne biuro do schodów prowadzących do jego mieszkania na drugim piętrze. 
Tak samo jak firma również i ten budynek należał wcześniej do dziadka, który po śmierci żony 
nie zagrzał tu długo miejsca. Po przejęciu agencji przez Jake'a Pops przeprowadził się do 
pobliskiego domu opieki. Z kolei Jake po rozwodzie przeniósł się do dziadka. Była żona wkrótce 
sprzedała przyznane jej małżeńskie gniazdko i osiadła w Chicago. Sarah podejrzewała, że 
przyjaciel nie przeniósł się do lepszego lokum z czystego lenistwa, interes bowiem szedł nieźle i 
Jake mógł sobie pozwolić na kupno domu. Jake zawsze się bronił, że jest mu tu wygodnie i ma 
wystarczająco dużo przestrzeni. Sarah przypuszczała jednak, że nie chciał zawracać sobie głowy 
przeprowadzką.  
- Jak ty niczego nie rozumiesz - odezwała się Sarah po dobrym kwadransie krępującej ciszy.  
W tym czasie zdążyli się rozpakować i jedli właśnie kolację przy stoliku, gapiąc się na 
"Wiadomości", które jak sądziła, odgrywały tę samą rolę, co radio w samochodzie. Jake, zupełnie 
jakby umierał z głodu, pochłonął big maca z frytkami i colą. Sarę męczyły zjedzone podczas 
jazdy frytki i teraz ledwo skubnęła hamburgera. Postanowiła dokończyć sałatkę, na resztę nie 
mogła już patrzeć.  
- Doprawdy? - Jake na chwilę oderwał się od telewizora.  
Tu cię mam!, pomyślała, słysząc aż trzysylabowe słowo. - Nie rozumiem, dlaczego jesteś taki 
nieswój. Nie potrafię czytać w myślach, będziesz więc musiał mi to wyjaśnić. Jesteś zły ze 
względu na Danielle? Czy może chodzi o to, że mnie pocałowałeś, a ja nie omdlałam w twoich 
ramionach?  
- Jestem po prostu zmęczony.  
Jake zmarszczył brwi. Znów patrzył w telewizor, tym razem omawiano notowania giełdowe. 
Sarah znała go od wielu lat i wiedziała, że nie jest zainteresowany gospodarką kraju. Teraz 
jednak wyglądał na autentycznie pochłoniętego wiadomościami.  
- Bzdura. Jesteś zły. I nie chodzi o Danielle, ale o ten pocałunek, prawda?  
Spojrzał na nią z wyraźną chęcią zrobienia jej krzywdy. - Masz rację, nie potrafisz czytać w 
myślach. Powrócił sarkazm, co oznaczało, że Sarah jest na dobrej drodze. Z trudem opanowała 
uśmiech.  
- Zaskoczyłeś mnie. To ostatnia rzecz, której się po tobie mogłam spodziewać. Znamy się od 
siedmiu lat i nigdy wcześniej mnie nie całowałeś.  
- Cóż mogę na to powiedzieć? Pierwsze koty za płoty. W oczach zabłysły mu kpiące iskierki.  
- Chcę, żebyś wiedział, że cię nie odepchnęłam. Zależało jej, by dobrze to zrozumiał. Zauważyła, 
że się skrzywił, dodała więc szybko: - Po prostu zależy mi na tobie. A tobie zależy na mnie. 
Jesteśmy przyjaciółmi: I to niezwykła przyjaźń. Dlatego nie chciałabym jej stracić.  

background image

- Chyba przesadzasz - prychnął. - To tylko zwykły pocałunek. Dlaczego robisz z tego problem? 
Jeden na długie siedem lat.  
- Nie będę się przejmować, jeżeli i ty nie będziesz.  
- Moja pani! Może dla ciebie jeden buziak ma znaczenie, ale dla mnie ... - tu wzruszył ramionami 
i urwał.  
W ciągu ostatnich siedmiu lat całował się setki razy, zdała sobie sprawę Sarah. Może nawet 
tysiące. Przejrzała w myślach korowód jego przyjaciółek.  
- To zmienia postać rzeczy - odparła cierpko.  
- Chyba nie jesteś zazdrosna?  
- Nie! - wykrzyknęła.  
- Tak tylko pytałem. - Znów wzruszył ramionami, podkradł kilka frytek z jej talerza, a potem 
zjadł wszystkie, dopił swoją colę i wrócił do telewizora.  
Sarah aż gotowała się w środku. Bez względu na to, co mówił, czuła, że nadal był wściekły. I 
znacznie bardziej przeżył ten pocałunek, niż chciałby się do tego przyznać.  
- Tak naprawdę to tu chodzi o mnie, a nie o ciebie spróbowała znowu. - Jeśli chcesz wiedzieć, 
nawet mi się to podobało, ale ja po prostu, no ... jeszcze nie potrafię być tak blisko. Nawet z tobą. 
- Jej wyjaśnienia niewiele dały. Nie odbudowała zaufania i otwartości, na co miała nadzieję, ale 
zwróciła uwagę Jake'a. Popatrzył na nią, zmrużył oczy i zacisnął zęby. Po chwili odpowiedział:  
- Wiesz, zdaję sobie z tego sprawę. Pamiętasz, jak ci mówiłem, że nie pozwalasz sobie na żadne 
przyjemności? Masz właśnie najlepszy przykład. I dla jasności sprawy: jeden zakichany 
pocałunek nie jest jeszcze skokiem do łóżka.  
Sarah postanowiła puścić mimo uszu te ostatnie słowa. ~ Zgoda, nie wyskoczyłam z ciuszków, 
jak tylko mnie zacząłeś całować, co jednak nie oznacza, że jestem oziębła. Wręcz przeciwnie, 
umiem przeżywać radość. - Nagle zdała sobie sprawę, jak to zabrzmiało, i szybko dodała: - Ale 
innego rodzaju.  
Jake ledwo stłumił śmiech.  
- Jak będziesz sobie to dostatecznie często powtarzać, to może nawet w to uwierzysz. - Podniósł 
się i dokończył: - Dobra, koniec dyskusji. Idę wziąć prysznic.  
Odprowadzając go wzrokiem, Sarah aż kipiała ze złości. Ponieważ Jake nie przebrał się u niej w 
domu, bo ani nie trzymał tam swojego ubrania, ani nie było na nie miejsca, cały czas miał na 
sobie przemoczone rzeczy. Co prawda prawie już zdążyły wyschnąć, ale zapewne nie czuł się w 
nich zbyt dobrze i można by przypuszczać, że dlatego tak nagle zdecydował się na prysznic. 
Można by, gdyby na świecie istniały krasnoludki. Jake po prostu zawsze chciał mieć ostatnie 
słowo.  
- Musisz pogodzić się z tym, że nie masz racji! krzyknęła za nim.   
- Ładna koszulka! - kpił dalej. - Czyżbyś specjalnie dla mnie wyciągnęła ją z naftaliny? - zaśmiał 
się, znikając w sypialni.  
Sypialnia Jake'a zajmowała razem z garderobą i wydzieloną łazienką południową stronę 
mieszkania. W centralnej części znajdowały się salon, jadalnia i kuchnia. Resztę mieszkania 
stanowiły druga sypialnia, łazienka i mały gabinet. Wystrojem zajmował się ten sam dekorator 
wnętrz, który zaprojektował pomieszczenia biurowe na parterze. Królowały więc tu miłe dla oka, 
bardzo męskie szarości i czernie, przełamane mocnymi czerwonymi akcentami. Sarah zauważyła 
oczywiście, że dywany, firanki i obrazy znajdowały się na właściwych miejscach, czego nie 
można było powiedzieć o jej domu. Jake jednak zatrudnił kogoś do urządzenia mieszkania, a ona 
nie miała na to czasu. l była bardzo, bardzo zajęta. To, że jej dom wymagał jeszcze dużo pracy, 
nie oznaczało, że Sarah celowo pozbawiała się przyjemności. Czy aby tylko na pewno?  
Ciągle miała w pamięci spontaniczny, namiętny pocałunek i cudowne uczucie, które mu 

background image

towarzyszyło. Jak w kalejdoskopie zaskoczenie, przyjemne ciepło i zwykłe pożądanie 
błyskawicznie następowały po sobie. Lecz mimo podniecenia głowa pozostała głucha na wołanie 
ciała. Cóż to oznaczało?  
Nie chciała tego roztrząsać, gdyż musiałaby zapewne przyznać Jake'owi rację. W ponurym 
nastroju oddała Ciastkowi resztki jedzenia. Pies, podobnie jak detektyw, nie był wybredny. 
Próbowała dojeść sałatkę, ale ponieważ zabrakło widowni w osobie przyjaciela, wyrzuciła ją do 
kosza.  
To nieprawda, że głoduję, ciągle broniła się w myślach.  
To przez te frytki, które zjadła w samochodzie. l nieprawda, że stroniła od seksu. To przez 
wydarzenia ostatnich dni i dlatego, że nie miała pewności, czy chce się w to bawić. Poza tym, 
ona i Jake byli zbyt dobrymi przyjaciółmi,  
by narażać na szwank tak wspaniałą więź. l pocałował ją z zaskoczenia. Może gdyby ją 
uprzedził, zareagowałaby inaczej. Może wystarczy przyznać, że miała ciężki dzień?  
Sarah przeniosła się na obszerną, wygodną kanapę obitą zamszowym, ciemnoszarym materiałem, 
na której leżały miękkie czerwone poduszki. Zwinęła się w kłębek i z pilotem w ręku oglądała. 
telewizję. Telewizor też był w stylu Jake'a: wielka, powieszona na ścianie plazma. Su-
pernowoczesny model. Nie zwracała zbyt dużej uwagi na program, starając się zapomnieć o 
słowach przyjaciela, pocałunku i tych wszystkich zawirowaniach w ich relacjach. Chciała skupić 
się wyłącznie na "Eeyore" widniejącym na szybie jej samochodu. Kto mógł to zrobić? Może Jake 
miał rację? Może sekretne słowo ich dwóch dawno przestało być tajemnicą. Jake miał kopie 
niemal wszystkich deJkumentów, które dotyczyły zaginięcia Lexie: akt policyjnych i FBI, zdjęć, 
nagrań wideo i nagrań rozmów, wszystko prócz dokumentacji ostatnich zajść. l trzymał całość 
tutaj. Sama już wielokrotnie przeglądała te materiały i znała je niemal na pamięć, może jednak 
coś przeoczyła. Dokumenty znajdowały się piętro niżej, w podręcznym archiwum, gdzie niegdyś 
była sypialnia. Może tajemne hasło jest tam gdzieś zapisane?  
Musiała to sprawdzić. Poderwała się z kanapy i skierowała w stronę schodów. Ciastek człapał 
obok niej. Przyn,iosła na górę tyle segregatorów, ile tylko zdołała unieść. Musiała wrócić jeszcze 
cztery razy po same dokumenty, a przecież zostały jeszcze pudła ze zdjęciami i kasetami. Sarah 
postanowiła poświęcić im kilka godzin metodycznej pracy. Położyła papiery na stole w jadalni i 
zaczęła układać je w stosy, szykując się do przejrzenia każdej kartki. Tak zastał ją Jake. 
Zatrzymał się w pół kroku i zapytał:  
- Co robisz?  
- Chcę przejrzeć dokumentację dotyczącą zaginięcia Lexie i sprawdzić, czy nie znajdę gdzieś 
naszego "Eeyore".  
- Mogę jutro zlecić to paru osobom, zrobią to szybciej niż ty sama.  
Sarah podniosła wzrok i popatrzyła na niego. Stał przed nią bosy, w starej, wygodnej, sportowej 
koszulce i dżinsach. Miał wilgotne, potargane włosy, popołudniowy zarost i podkrążone ze 
zmęczenia oczy. Powyciągana koszulka napinała się na szerokich ramionach i klatce piersiowej, 
a dżinsy podkreślały kształt jego mocnych ud. Sarah do tej pory nie patrzyła na przyjaciela jak na 
mężczyznę· Dopiero teraz to wszystko dostrzegła i uznała, że Jake jest bardzo atrakcyjny i 
bardzo sexy. To wszystko przez ten cholerny pocałunek, pomyślała. Od tej chwili wszystko stało 
się inne. Przedtem byli jak rodzina, czuli się razem dobrze i bezpiecznie. Teraz w ten spokój 
wdarł się nowy element. Nieznane, ledwo wyczuwalne napięcie zawisło w powietrzu. Ale Sarah 
nie miała czasu na te rozważania.  
- Mogliby coś przeoczyć - odparła, otwierając pierwszy plik. Na wierzchu leżało wielkie zdjęcie 
jej córki. Nie mogła powstrzymać wzruszenia, skrzywiła się z bólu i zamknęła oczy.  
- Sarah, do diabła! - Jake zauważył, co się dzieje.  

background image

Weź się w garść, upomniała się w duchu i otworzyła oczy, w chwili gdy Jake wyjął z jej dłoni 
zdjęcie Lexie. Teraz spoglądała na fotografie parku, wklejone po sześć na stronie, i starała się 
uspokoić, by nie martwić przyjaciela. Patrzyła na zdjęcia pawilonu, ścieżek, trawników, plaży. 
Zostały zrobione w kilka dni po zaginięciu dziewczynki i nie interesowały teraz Sary, szybko je 
więc przejrzała.  
- Wiesz, że tutaj nie chodzi o Lexie, prawda? - Głos Jake'a brzmiał ponuro. Nadal stał koło niej, 
ale nie podniosła wzroku. Nie chciała zobaczyć w jego oczach współczucia. - Dzieje się coś 
niedobrego, ale jestem pewien, że nie chodzi o Lexie. Ktoś stara się dobrać do ciebie.  
- Kto? - Sarah bezmyślnie przerzuciła następną stro-  
nę, nadal nie patrząc na niego. Nie chciała widzieć litości w jego oczach, ale nie chciała też, by 
spostrzegł jej ból. I dlaczego?  
- Tego nie wiem. Ktoś bawi się jednak twoimi wspomnieniami, chcąc do ciebie dotrzeć. Mamy 
do czynienia z istotą z krwi i kości, osobą, która dużo o tobie wie, strzelała do ciebie i zapewne 
będzie chciała cię zabić. Ktoś z premedytacją wykorzystuje twoją tragedię dla własnych celów. 
Ten człowiek albo cię nienawidzi, albo chce coś w ten sposób osiągnąć. Może to dotyczyć jednej 
z twoich spraw, Crystal Stumbo, Herlitzera lub innej, nad którą właśnie pracujesz. Może to też 
być ktoś, kogo nieźle wkurzyłaś w przeszłości - przerwał i z delikatną nutą rozbawienia 
dokończył: - Cholera! To właściwie może być cała armia frustratów.  
Ta złośliwa uwaga sprawiła, że Sarah podniosła głowę i z kpiącym uśmiechem odparła:  
- Pocieszyłeś mnie! Dzięki!  
Jake miał jednak smutny wzrok. Stał tak nad nią oparty o krzesło, gotów wziąć na siebie całe 
grożące jej niebezpieczeństwo.  
- Zostaw to do jutra. Będziesz wypoczęta i niczego nie przeoczysz - namawiał łagodnie.  
Przez chwilę chciała się poddać. Wyrzucić wszystko z głowy, obejrzeć telewizję, odpocząć z 
przyjacielem. Nie robiła tego od dawna. Ale nie, absolutnie nie mogła sobie na to pozwolić. Bez 
względu na logiczne i przekonujące argumenty serce podpowiadało jej, że jednak chodzi o Lexie. 
I każda sekunda wahania była sekundą straconą.  
- Nikt nie wiedział o "Eeyore" - oznajmiła. - Jestem niemal pewna. Jeżeli znajdę nasze hasło w 
tych papierach, przyznam ci rację i dam spokój, ale jeżeli nie ... - zawiesiła głos i patrząc na akta 
przed sobą, zatrzymała wzrok na raporcie z przesłuchania świadka. Aby zdobyć pewność, 
musiała dokładnie przeczytać każde słowo, wzięła więc głęboki oddech i zaczęła czytać.   
Nie mówiąc ani słowa, Jake usiadł po drugiej stronie stołu i wziął następne akta. Zawsze robił to, 
co ona uznała za ważne. Była pewna, że bez względu na okoliczności zawsze mogła na niego 
liczyć.  
Dwie godziny później wciąż siedzieli wśród papierów.  
Mimo przeanalizowania wielu możliwości i kilkukrotnego przejrzenia wszystkiego nie doszli do 
żadnych nowych wniosków.  
- No, na dzisiaj koniec. - Jake odłożył ostatnią teczkę i wyciągnął rękę, by zamknąć akta, które 
czytała Sarah. Nawet nie zaprotestowała. Była już tak zmęczona, że ledwo widziała na oczy. Ze 
smutkiem stwierdziła, że przebrnęli ledwie przez połowę dokumentów. Bez gwarancji 
powodzenia, nawet bez cienia szansy na sukces, musiała jeszcze przedrzeć się przez góry 
papierów.  
- Czas do łóżka - rzucił Jake, wstając od stołu.  
Sarah popatrzyła na niego. Po tym, co się, stało u niej w domu, jego słowa nabrały nowego 
znaczenia. Swoją reakcję kładła na karb zmęczenia i bezskutecznie starała się wymazać z 
pamięci przeżyte uniesienie. Jake musiał coś dostrzec w jej oczach - cholera, znał ją zbyt dobrze 

background image

- gdyż momentalnie spoważniał.  
- Dochodzi północ, jestem skonany.  
Sarah zbyt gwałtownie podniosła się z krzesła, co skończyło się lekkim zawrotem głowy. Jake, 
stojąc z rękami w kieszeniach spodni i kołysząc się nieco, zapytał niewinnie:  
- Czy śpimy dziś w jednym łóżku?  
 
Rozdział 16  
Zaskoczona przez chwilę patrzyła na niego, wspominając wczorajszą wspólną noc. Od tamtej 
pory wiele się jednak zmieniło. Jake uśmiechnął się tak uroczo, jak za starych czasów i 
zawyrokował:  
- Rozumiem, że nie.  
Sarah, widząc, że się z nią droczy, odpowiedziała uśmiechem. Przyjaciel odzyskiwał humor, 
wszystko można więc było naprawić. Nie wściekał się już. Ciastek, który spał u jej stóp, też się 
podniósł, przeciągnął i znacząco popatrzył na swoją panią.  
- Chcesz iść na spacer? - spytała i widząc potwierdzenie w psich oczach, zwróciła się do Jake'a:  
- Muszę go wyprowadzić.  
- Ja to zrobię - usłyszała w odpowiedzi, gdy szła w stronę stolika, na którym zostawiła smycz. 
Pies trzymał się blisko niej.  
- Ty? - Ze sceptycyzmem przypatrywała się przyjacielowi, przypinając smycz do obroży Ciastka.  
- A czy widzisz gdzieś w pobliżu innego kandydata na samobójcę?  
- Zrobisz to dla mnie? - Aż zamrugała powiekami ze zdziwienia.  
- Wiele bym dla ciebie zrobił, ale przyznam, że teraz się poświęcam - odparł kwaśno Jake i wyjął 
jej smycz z ręki. Popatrzył w dół na psa, który odpowiedział spojrzeniem w górę i delikatnym 
warknięciem. - Tym razem ja cię wyprowadzę. A ty zostaniesz w domu - zwrócił się do Sary. - 
Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś znów chciał do ciebie strzelić - zakomenderował.  
- Sądzisz, że to możliwe? - zapytała ze ściśniętym żołądkiem.  
- Nie wiem. Jeżeli ktoś łazi za tobą, to wie, że tu jesteś. Ale trudno powiedzieć, czy to strzelec z 
Quik-Pik. Nie mam jednak zamiaru tego sprawdzać, biorąc cię na spacer po nocy. - Jake ruszył 
do drzwi i zaraz się zatrzymał, gdy poczuł opór psa. Ciastek oczywiście nie ruszył się z miejsca. - 
Jeśli ktoś ma zamiar cię zabić, to dałaś mu szansę, spacerując samotnie po parku. Jeszcze żyjesz, 
to dobry znak. Jednak nawet zawodowi mordercy nie lubią ganiać po deszczu.  
- Starczy już tego zrzędzenia! - zgasiła go.  
J ake skrzywił się nieco i patrząc na nięruchomego psa, zagadnął:  
- No, chodź już, zwierzu.  
Ciastek popatrzył na swoją panią i ociągając się, ruszył z miejsca.  
- Sądzisz, że śledził mnie aż tutaj? - zapytała Sarah, gdy ta myśl w końcu do niej dotarła. 
Przestraszyła się, że może być śledzona. I poczuła się głupio, że nie pomyślała o tym wcześniej.  
- Mam taką nadzieję - odpowiedział Jake z ręką na klamce. - Zleciłem obserwację domu, więc 
jeżeli ktoś tam na ciebie czeka, to go dopadniemy. - Popatrzył na psa, który tęsknie spoglądał na 
Sarę, i dodał: - Masz tu wszystko i nigdzie się nie ruszasz, póki nie wrócę, dobrze?  
Sarah przytaknęła w milczeniu. Pies musiał wyczuć oganiający ją niepokój, gdyż wyszczerzył 
zęby i zawarczał groźnie.  
- Mądra dziewczynka! - Głos Jake'a zadrżał, gdy detektyw usłyszał dochodzący spod jego nóg 
warkot. Chodź piesku, trzeba się odlać.  
Mimo niewesołych okoliczności Sarah się uśmiechnęI a. Pies popatrzył na mężczyznę z 
wyraźną niechęcią, ale pozwolił się wyprowadzić.  

background image

Wrócili po kwadransie. Sarah czekała na nich, siedząc jak na szpilkach. Ciągle padał deszcz, ale 
Jake na szczęście wziął parasol i miał tylko trochę mokre spodnie. Za to pies lśnił od wilgoci, 
ale się nie otrząsał i uznała, że zrobił to na parterze.  
_ I co? - spytała, odpinając sinycz i poklepując psa po wielkim łbie. Ciastek głęboko westchnął i 
poczłapał do kuchni, gdzie miał wodę i jedzenie.  
_ Nikogo nie widziałem - opowiadał Jake. - Teraz już nie musisz o nic się martwić, dom będzie 
pilnowany przez całą noc, włączę też alarm. I masz przy sobie tego potwora, możesz więc spać 
spokojnie. - Uśmiechnął się nieznacznie i dodał: - Nawet beze mnie.  
Sarah przyjęła tę złośliwość jako kolejny dowód powrotu do dawnych stosunków i nawet jej nie 
odwzajemniła.  
- Jesteś super!  
_ Uważaj, bo znów się doigrasz - zakpił. Podszedł do kanapy i pilotem wyłączył telewizor. 
Popatrzył na nią przez ramię i rzucił: - Idź już do łóżka.  
Sarah bez sprzeciwu poszła do sypialni. Przeznaczone dla gości szerokie łóżko było wygodne, a 
pokój urządzono ze smakiem. Włożyła sięgającą do kolan miękką, znoszoną jasnoniebieską 
koszulkę z wizerunkiem śpiącego kota z przoclu. Pod łóżkiem leżał już Ciastek. Jego równy od-
dech ją uspokoił. Deszcz monotonnie stukał o parapet. Włączony alarm i ludzie pilnujący domu 
spełnili swoje zadanie. Jednak to świadomość, że Jake jest tuż za ścianą, sprawiła, że Sarah czuła 
się bezpieczna. Wiedziała, że wystarczy tylko zawołać, by natychmiast do niej przybiegł. Tak 
więc zaraz po swej codziennej wieczornej mantrze zasnęła. Nadeszły sny, jak zawsze. Sarah 
większości z nich nie pamiętała, czasami jednak budziła się spokojna, przeświadczona, że to 
Lexie przyszła do niej we śnie. Innym razem budziła się z płaczem i wtedy wiedziała, że znów 
przeżywała zniknięcie dziecka. Tej nocy jednak obudziła się z krzykiem. Przez chwilę leżała na 
plecach bez ruchu, z rękami przyciśniętymi do piersi. Patrzyła w sufit, bojąc się głośniej 
odetchnąć. Serce jej biło jak szalone. Nie wiedziała, dlaczego krzyczała. Była pewna, że Jake 
przybiegnie lada chwila. Nasłuchując jego kroków, powoli dochodziła do siebie. Dookoła 
panowały jednak cisza i mrok. Pod łóżkiem Ciastek oddychał spokojnie, jakby nic się nie stało. 
Sarah zrozumiała, że to tylko koszmarny sen. Wspomnienie było mgliste, ale miała wrażenie, że 
ściga ją jednooki stwór, który wydawał z siebie dziwny warkot, gdy tylko się odwróciła ...  
Tak! To kamera! A raczej mężczyzna z kamerą przy twarzy, tam w parku. Filmował ją z blis~a, 
zaraz po zniknięciu Lexie. Biegała wtedy jak szalona,' tracąc resztki nadziei na odnalezienie 
dziewczynki, a za nią tańczył kolorowy zespół cheerleaderek. Policja zebrała dziesiątki nagrań 
zrobionych tego dnia w parku. Poszukiwano nawet pojedynczych zdjęć i uczestnicy festynu 
gremialnie odpowiedzieli na apel. Wiedziała o tym dlatego, że obejrzała każdą minutę 
nakręconych filmów, szukając najmniejszego śladu. Wszystko na próżno. Ale nie pamiętała tego 
nagrania jej samej z tańczącymi dziewczętami w tle. Fakt ten być może nie miał większego 
znaczenia. Choć, kto wie ... Może pominęła je, może obejrzała, a później o tym zapomniała. 
Minęło w końcu wiele lat, a nie szukała przecież siebie na tych taśmach. Mężczyzna z kamerą 
wypadł jej z głowy aż do dzisiejszego spaceru w deszczu po parku. Teraz jednak, obudziwszy się 
z koszmarnego snu, Sarah doszła do wniosku, że nieznajomy filmował właśnie ją. 
Podświadomość zarejestrowała ten fakt i przekazała go w formie koszmaru, z którego obudziła 
się z krzykiem. Czy jednak na pewno mężczyzna filmował ją, a nie tańczące dziewczęta? Jeżeli 
tak, to dlaczego to robił? Odpowiedź była równie okropna co oczywista: porwał Lexie, a potem 
filmował jej oszalałą ze strachu matkę·  
A może wcale tak nie było? Zapewne kolejny raz poniosła ją wyobraźnia. Nic nowego. Nie 
mogła jednak pozbyć się widoku tego człowieka: w średnim wieku, średniego wzrostu i mocnej 
budowy ciała, miał małe, zaciśnięte usta pod krzaczastymi, czarnymi wąsami. I to wszystko, 

background image

resztę twarzy zasłaniała ta cholerna kamera. A jednak to nowy ślad. Pomysł, że ów człowiek 
mógł mieć coś wspólnego ze zniknięciem Lexie, był mocno naciągany, ale Sarah chwytała się 
naj drobniejszego szczegółu, by zacząć wszystko od nowa. Mogła teraz rozpocząć poszukiwania. 
Z trudem oparła się pokusie i nie uległa emocjom. Postanowiła obejrzeć taśmy jeszcze raz i 
odnaleźć nagranie z cheerleaderkami. Wymknęła się z łóżka i na palcach poszła do salonu. Zegar 
wskazywał trzecią szesnaście. Spała nieco dłużej niż trzy godziny, mimo to czuła się pełna sił i 
energii. Nadzieja i chęć osiągnięcia sukcesu czynią cuda.  
Kasety z nagraniami znajdowały się piętro niżej. Sarah wiedziała, że nie zaśnie, póki ich nie 
obejrzy. Na szczęście nie musiała oglądać wszystkich, gdyż każda z nich została szczegółowo 
opisana. Musiała jedynie wykluczyć nagrania zrobione przez kobiety i filmy kręcone po siedem-
nastej czterdzieści pięć. Dobrze byłoby też określić dokładnie miejsce w parku, które 
uwieczniono na taśmie.  
Schodząc po cichu na dół, myślała o swoim absolutnym przekonaniu, że Jake pospieszy na 
ratunek na najmniejszy podejrzany odgłos dochodzący z jej pokoju. Przejrzała taśmy i osiem z 
nich zaniosła z powrotem na piętro. Położyła je na stoliku i przez chwilę nasłuchiwała w ciszy. 
Wśród wielu nocnych głosów słychać było pochrapywania Jake'a i Ciastka. Skoro obaj spali tak 
spokojnie, może ona wcale nie krzyczała przez sen? Podeszła do drzwi sypialni pana domu i 
ostrożnie je zamknęła. Nie chciała go obudzić. Zapaliła w salonie lampkę stojącą przy kanapie i 
wybrała pierwszą taśmę. Ku swemu zdumieniu okazało się, że nie można jej odtworzyć. Wielka 
nowoczesna plazma miała tylko odtwarzacz DVD. Sarah była zdruzgotana. Tęsknie wspomniała 
swój stary telewizor, do którego podłączyła przestarzałe wideo. Przez chwilę zastanawiała się 
nawet, czy nie spakować taśm i razem z psem nie wrócić do domu. Równie szybko odrzuciła jed-
nak ten pomysł. Argumenty Jake'a i podejrzenie, że ktoś może na nią polować, zrobiły swoje. 
Nie była przecież aż tak głupia. Przypomniała sobie, że w kuchni na piętrze stał mały telewizor 
sekretarki, która jadała. przy nim lunch, oglądając ulubiony serial. Tam widziała też wideo. Sarah 
zgarnęła taśmy ze stolika i pospieszyła piętro niżej.  
Pomieszczenie znajdowało się tuż ohol~. archiwum. Było to królestwo Dorothy i cudem uniknęło 
stylu aranżacji obowiązującego w pozostałej części biura. jednej strony stały kuchenne szafki z 
blatami, a na jednym z nich telewizor. Wyposażenie uzupełniały lodówka, kuchenka mi-
krofalowa i zlewozmywak. Ściany pomalowano na bladoniebieski kolor. W oknie wisiała 
zasłonka w kratę tej samej barwy. Pod przeciwległą ścianą stała kanapa w niebieskie wzory, a 
nad nią wisiało lustro. Obok cztery krzesła otaczały niewielki stolik, przy którym pracownicy 
jadali posiłki.  
Sarah włączyła światło i włożyła kasetę do odtwarzacza. Przycisżyła telewizor i rozsiadła się na 
kanapie. Na ekranie dwóch chłopców grało na plaży w piłkę. W tle widać było pawilon. Nagranie 
zrobiono tak, by uchwycić bawiące się dzieci, osoba, która je filmowała, musiała klęczeć lub 
kucać. Poza chłopcami wszystkie dorosłe osoby widać było tylko od pasa w dół.  
Kolejne nagranie ukazywało psa skaczącego za frisbee na trawniku tuż przy ścieżce przylegającej 
do pawilonu. Widoczne na taśmie osoby nie wzbudziły w Sarze zainteresowania. Przyrzekła 
sobie obejrzeć je później klatka po klatce.  
Trzecie nagranie, wewnątrz pawilonu, zrobił kuzyn chłopca o imieniu Andrew, który grał z Lexie 
w drużynie piłkarskiej. Sarah dobrze je paPliętała, ale w kadrze znajdował się tylko Andrew. 
Oglądała je dziesiątki razy przez pierwsze miesiące po zniknięciu córki, która przez ułamek 
chwili mignęła na filmie swoimi rudymi związanymi niebieskimi wstążkami kucykami. Sarah 
poczuła żal, jeszcze zanim wyłączyła kasetę, dlatego szybko wybrała następną. Na ekranie 
pojawiła się młoda kobieta, która machała w stronę kamery i zajadała się hot dogiem.  
- Sarah! Jest czwarta nad ranem! - W drzwiach pojawił się Jake.  

background image

Przestraszona, aż podskoczyła na kanapie, uderzając bosymi stopami o podłogę. Przyjaciel miał 
zmierzwione włosy, zaczerwienione oczy i stał tylko w dżinsach. Mimo fatalnej diety 
prezentował figurę bez zarzutu. Jego szerokie ramiona i tors były pięknie umięśnione, znad 
spodni nie wylewał się ani gram tłuszczu. Sarah z przyjemnością przyglądała się mężczyźnie i z 
zadowoleniem stwierdziła, że Jake wygląda sexy. Jak to możliwe, że do tej pory tego nie 
zauważyła? Przez cały ten czas polegała na jego zdaniu, miała w nim oparcie, zawsze jej 
pomagał, mogła mu powierzyć najtrudniejsze sprawy. Mogła na nim polegać. Stali się sobie 
bliscy niczym członkowie tej samej rodziny. Do tej pory jednak nie dostrzegała w nim 
mężczyzny. Nagle zdała sobie sprawę, że Jake miał rację: po zniknięciu Lexie odcięła się od 
świata i przestała zwracać uwagę na to, co się wokół niej działo. Snując te rozważania, musiała 
gapić się bezmyślnie na przyjaciela, gdyż ten stanął z założonymi rękami między nią a 
telewizorem i powiedział:  
- To jest chore, wiesz o tym?  
- Co? Oglądam tylko ...  
- Wiem, co oglądasz - przerwał jej bezceremonialnie. - Sądzisz, że nie znam tych taśm? 
Wyjaśnisz mi, w jakim celu to robisz?  
Na ekranie za plecami Jake'a młoda kobieta skończyła jeść i posyłała dłonią całusy w stronę 
kamery.  
- Coś sobie przypomniałam - odpowiedziała Sarah, gdy niezadowolony Jake wyłączył telewizor. 
Widząc, że chciał pokazać, kto tu rządzi, postanowiła opowiedzieć mu o odkryciu, które być 
może okaże się przełomowe. Po zniknięciu Lexie biegałam po parku, szukając jej wszędzie. 
Filmował mnie wtedy jakiś mężczyzna. Za mną tańczyły cheerleaderki, ale ten człowiek kierował 
kamerę tylko na mnie, jestem tego pewna! Chciałam sprawdzić, czy to nagranie tutaj jest, bo 
jeżeli go nie ma ...  
- Czy już ci wspominałem, że jest czwarta nad ranem? - warknął w odpowiedzi Jake. - A ty 
położyłaą się o północy.  
- Nie jeśtem zmęczona - oponowała zniecierpliwiona, usiłując kontynuować. - Posłuchaj ...  
- Ale ja padam z nóg. O tym nie pomyślałaś? Jestem cholernie zmęczony i ledwo widzę na oczy.  
- Połóż się więc z powrotem do łóżka, a ja sebie obejrzę ..  
- Ty też jesteś zmęczona i wyczerpana. Jeżeli będziesz postępować dalej w ten sposób, to się 
wykończysz.  
- Nic mi nie będzie ...  
Jake zmrużył oczy i ze złości zacisnął zęby.  
- Pewnie - znów jej przerwał. - Patrzyłaś ostatnio w lustro? - zapytał i chwyciwszy ją za rękę, 
podniósł z kanapy. Trzymając dłonie na ramionach Sary, obrócił ją twarzą do wiszącego nad 
kanapą lustra i stanął za jej plecami. Widok jego potężnej sylwetki i ciemnej twarzy sprawił, że 
Sarah wydała się sobie drobna i słaba. Rozczochrane włosy opadały jej na twarz, zasłaniając 
ranę. Ich czerń uwy-  
datniała bladość cery, ogromne cienie pod oczami i wystające kości policzkowe. No dobrze - 
ostatnio mało spała i niewiele jadła. Dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że poprzedniego dnia nie 
zjadła ani śniadania, ani obiadu. Jake miał rację. Nie miała jednak zamiaru mu jej przyznać. 
Podniosła zadziornie brodę i zaatakowała:  
- No i co?  
Ich spojrzenia spotkały się w lustrze. Jake zacisnął palce na jej ramionach. Ciemna skóra na 
silnych dłoniach kontrastowała z bladoniebieską koszulką i podkreślała kruchość Sary. Jake stał 
tuż za nią, nagle zdała sobie sprawę z tego, że nie miał na sobie koszuli i że czuje bijące od niego 

background image

ciepło. Jednak nie chcąc się poddać chwili, wywinęła się z uścisku i stanęła twarzą do 
przyjaciela, splatając ręce na piersi. Świadomość tego, że nieco wcześniej Jake ją przytulał, a 
teraz stoi tu niemal naga, w kusej koszulce, sprawiła, że Sarah zmarszczyła brwi i postanowiła się 
bronić. Jake wytrzymał jej gniewne spojrzenie.  
- Nie wściekaj się, bo to bez sensu. Jaki pożytek będzie miała z ciebie twoja własna córka, jeżeli 
sama się wykończysz?  
Zaskoczona Sarah porzuciła wojowniczy ton:  
- Ja tylko ... Wydawało mi się, że jestem blisko rozwiązania zagadki. Ten mężczyzna z kamerą 
przyśnił mi się dzisiaj. Przypomniałam sobie, że widziałam go wtedy w parku. Niestety, nie 
pamiętam, jak wyglądał. Musiałam sprawdzić, czy to nagranie tu jest, bo jeżeli go nie ma ...  
- To nie będzie go też jutro. Sarah, proszę, może ty nie potrzebujesz snu, ale ja tak. A nie będę 
mógł zasnąć, wiedząc, że siedzisz tu i gapisz się znowu w ekran. - Przerwał pełne poczucia winy 
rozmyślania Sary i zniecierpliwiony wziął ją za rękę· Gasząc po drodze światło, ciągnął ją za 
sobą na górę.  
- Ale taśmy ... - zaprotestowała.  
- Zaufaj mi, jutro je tu znajdziesz.  
Światło z sypialni gospodarza oświetlało tylko szczyt schodów. Szli korytarzem w ich kierunku 
w ciemnościach. Jake przepuścił przodem Sarę i podążał za nią powoli. Pełna wyrzutów 
sumienia, szła bez słowa w górę, choć wiedziała, że nie będzie w stanie zasnąć. Postanowiła 
zaczekać, aż Jake zaśnie, i wtedy wrócić do oglądania taśm.  
- Przepraszam, że cię zbudziłam.  
Jake zamknął drzwi do mieszkania i odwrócił się do Sary z zamiarem robienia jej dalszych 
wymówiek. Ona jednak szeroko ziewnęła i powiedziała pojednawczo:  
- Masz rację, jestem zmęczona. Zobaczymy się rano, dobrze?  
- Chwila. Powtórz to. - Jake człapał na bosaka w jej kierunku.  
- Jestem zmęczona? - powtórzyła, wyłączając światło w salonie.  
- Nie. To, że mam rację. Chyba nigdy'lego głośno nie powiedziałaś.  
- Och.  
Sarah popatrzyła w górę; dostrzegła brązowe oczy przyjaciela obramowane ciemnymi rzęsami, 
jego wyrazistą szczękę, ponury grymas ust, masywną szyję, szerokie ramiona porośnięte 
ciemnymi włosami i płaski brzuch niknący w dopasowanych dżinsach, które zakrYwały mocne 
biodra i nogi. Znała go jak siebie samą, a jednak miała wrażenie, jakby widziała go po raz 
pierwszy. Podekscytowana swym odkryciem znów poczuła dreszcz niepokoju, który wydawał się 
uświadamiać jej, jak daleko odepchnęła od siebie własną seksualność. Przestań natychmiast, 
rozkazała sobie w myślach, ale nie mogła powstrzymać coraz szybciej bijącego serca. Stała bez 
ruchu, nie wiedząc, co dalej.  
- No więc? - Jake czekał. Sarah zwróciła uwagę na silne i opalone ręce przyjaciela i spłoszona 
przeniosła oczy na jego twarz.  
- Dobrze już. Miałeś rację - powiedziała szybko. Poddała się. Zawsze byli ze sobą szczerzy i 
nigdy nie próbowali żadnych gierek. To nie byłoby w porządku. - To się odnosi do wielu rzeczy, 
ale nie mogę przyznawać ci racji za każdym razem, bo uderzyłoby ci do głowy.  
- O jakich rzeczach mówisz? - zapytał czujnie.  
- Dobrze wiesz. Miałeś rację wcześniej, gdy się kłóciliśmy, że nie mam żadnych rozrywek.  
- Bo nie masz. - Jake wyraźnie się ożywił. - Ciągle pracujesz, nie wysypiasz się, nie ...  
- Dosyć - przerwała rozzłoszczona. - Już to mówiłeś. Czy mogę cię o coś zapytać?  
- A co? Chcesz mnie tym pytaniem załatwić?  
- Dlaczego mnie pocałowałeś? - zapytała, ignorując zaczepkę. - I nie gadaj o stresującym dniu. 

background image

Chcę znać prawdę·  
- Skarbie, prawda cię przerośnie - odpowiedział nieufnie. Brzmiało to jak żart i Sarah nie dawała 
za wygraną. - Chcę wiedzieć, dlaczego mnie pocałowałeś. Zasługuję na to, by znać odpowiedź.  
Jake uśmiechnął się lekko, po czym zrobił coś zaskakującego: ujął dłonie Sary, podniósł je do ust 
i pocałował, jedną po drugiej. Zaskoczona Sarah przyglądała się temu w milczeniu. Nie 
spodziewała się po nim tak romantycznego gestu. Jej serce znów przyspieszyło. Czuła żar ust 
mężczyzny na swoich dłoniach. Oczy Jake'a zabłysły pożądaniem.  
- Ja już nie chcę być dla ciebie tylko przyjacielem.    
 
Rozdział 17 - Przecież masz ze mną same kłopoty - przypomniała. Mimo łomotania serca za 
wszelką cenę starała się zapanować nad sytuacją.  
- No właśnie - przyznał z marsową miną. - Niedługo mnie wykończysz.  
- Czy mógłbyś wyrażać się jaśniej? - Nie"dawała za wygraną· - Czy chodzi ci o brak snu, 
nadmiar zmartwień, czy też ...  
- O to także. - Coś dziwnego zabrzmiało w jego głosie.  
- Ale najważniejsze jest to, że szaleję za tobą.  
Sarah poczuła, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi.  
Ciągle trzymali się za ręce. Jake patrzył na nią niepewnie. Poczuła, że brak jej tchu. Nie wierzyła 
własnym uszom. To, co usłyszała, było zbyt piękne.  
- Co ty mówisz? - spytała ostrożnie.  
- Chcesz, żebym ci to narysował? - zniecierpliwiony Jake mocnej ścisnął jej dłonie. - Dobrze, 
niech będzie. Chcę zmienić stosunki, które panują między nami. Chcę zaprosić cię na kolację, 
zabrać do kina, na wycieczkę łodzią. Chcę wyjechać z tobą na urlop. A skoro już rozmawiamy 
tak szczerze, to wiedz, że chcę się z tobą kochać. A ty ciągle się opierasz. Nie mogłaś mnie nawet 
pocałować.  
- Spróbujmy nad tym popracować - odparła odważnie, czując rosnące napięcie.  
- Tak?  
- Tak.  
Słysząc te słowa, Jake pochylił się i czule ją pocałował, nie wypuszczając dłoni Sary. Nie 
potrafiła dłużej się bronić. W oczach pochylającego się nad nią mężczyzny dostrzegła pożądanie 
i coś jeszcze: czułość i oddanie. Świadomość tego, że ten zawsze opanowany, spokojny, twardy i 
silny człowiek, który miał gotową odpowiedź na wszystkie pytania, pokazał swoje nowe oblicze, 
sprawiła, że pękły ostatnie bariery. Zamknęła oczy i zrobiła krok naprzód, przytulając się do 
Jake'a. Teraz dzieliła ich tylko jej cieniutka koszula. Sarah czuła niepojętą siłę i ciepło bijące z 
jego ciała. Ogarnęło ją podniecenie i wreszcie go pocałowała.  
Przez chwilę Jake stał nieruchomo, chłonąc dotknięcie jej warg i języka. Potem objął ją mocno i 
przycisnął do siebie, Sarah musiała stanąć na palcach, by dosięgnąć jego twarzy. Oddał 
pocałunek gwałtownie i mocno.  
"Uwielbiam twoje pocałunki". Czy powiedziała to na głos? Była tak poruszona, że nie potrafiła 
już jasno myśleć.  
Jake całował ją nieprzerwanie. Pasja, z jaką to robił, podniecała Sarę i rozbudzała. Miał twarde i 
gorące usta. Z mieszanym uczuciem podziwu i złości zarazem Sarah przyznała, że Jake umiał 
całować. Obejmował ją tak mocno, że czuła bicie jego serca.  
Szybko odrzuciła natrętnie powracającą myśl: Przecież to Jake, najlepszy kumpel. Objęła go za 
szyję i uwalniając drzemiącą przez te wszystkie lata namiętność, żarliwie oddawała pocałunki. 
Może były trochę niezdarne, ale za to szczere i gorące. Nie mogła uwierzyć w to, co się z nią 

background image

dzieje.  
Teraz Jake delikatnie muskał wargami szyję Sary, co wspaniale pogłębiło jej podniecenie. 
Resztkami świadomości zrozumiała, że jeszcze chwila i już nikt nie będzie mógł tego zatrzymać.  
- Czy zdajesz sobie sprawę, że niszczymy właśnie naszą wspaniałą przyjaźń? - wymamrotała mu 
do ucha.  
Jake przerwał i zwolnił nieco uścisk. Sarah stanęła pewnie na nogach. Patrzył na nią pełnymi 
podniecenia oczami, oddychał szybko. Jego skórę pokrywał delikatny pot, który Sarah czuła pod 
palcami. Jak mogła nie zauważyć do tej pory, że Jake jest tak wspaniale zbudowany?  
- Zaryzykuję - odpowiedział głosem, którego nigdy przedtem nie słyszała.  
Pomimo napięcia przyglądał jej się z uwagą i Sarah zrozumiała, że właśnie ocenia jej reakcję. 
Znów miała dowód na to, że wszystko co robił, robił z myślą o niej i pragnąc jej dobra. Mogła 
teraz przerwać, odsunąć go, a Jake nie zrobiłby nic wbrew jej woli, nie nalegałby i do niczego jej 
nie zmuszał. Wierzyła mu i ufała i dlatego postanowiła odrzucić wszelkie wątpliwości.    
- Ja też - odparła, delikatnie splatając dłonie na jego karku.  
Następnie wspięła się na palce i pocałowała Jake'a. Przyciągnął ją do siebie i przez chwilę trwał 
w bezruchu, poddając się jej pieszczotom. Po czym pochylił się nad nią i oddał pocałunek w 
sposób, który przyprawił Sarę o zawrót głowy. Teraz gładziła jego szyję i plecy. Bawiąc się 
włosami Jake'a, mocno przywarła do niego. Czuła, że jest coraz bardziej podniecony. Położył 
dłonie na jej pośladkach i mocno przycisnął ją do siebie. Sarah cicho jęknęła.  
- Sarah ... - Jake westchnął i wziął ją na ręce. Wiedziała, że bardzo jej pragnął i sama też czuła to 
samo.  
- Jake ... - wypowiedziała na głos jego imię, po to tylko, by się upewnić, że to właśnie on niesie 
ją do swojej sypialni.  
Chociaż czuła jego pożądanie, uśmiechnął się i zapytał: - A może chcesz zrezygnować?  
Gdy znaleźli się w drzwiach sypialni, która w odróżnieniu od reszty domu pogrążona była w 
ciemności, Sarah uświadomiła sobie znaczenie tej chwili. Nagle ogarnął  
ją paniczny strach. Zastanawiała się, czy nie uciec gdzie pieprz rośnie, póki jeszcze może. Nowy 
związek to przecież nie tylko z radość, ale i potencjalny ból rozstania. Jeżeli teraz przestąpi 'próg 
sypialni, całe jej życie ulegnie zmianie.  
- Och, do diabła! Zróbmy to! - powiedziała na głos, by uciszyć obawy.  
- Cudownie! - odparł uradowany.  
Znaleźli się w pokoju i Jake ostrożnie położył ją na łóżku. Klamka zapadła, pomyślała.  
Leżąc wygodnie, poczuła delikatny męski zapach na pościeli. Jake wsunął dłonie pod koszulkę 
Sary. Całował ją wolno, delikatnie. Przesuwał palce po jej ciele, poznając kolejno kształt ud, 
bioder i piersi.  
- Czy nie jest ci przypadkiem za gorąco? - wyszeptał jej do ucha.  
Sarah bez słowa podniosła w górę ręce, tak by Jake mógł zdjąć z niej koszulkę. Świadomość, że 
leży naga u jego boku, niebywale ją podnieciła. Leżąc na gładziutkim prześcieradle, czuła na 
sobie gorący wzrok Jake'a. Choć w sypialni panował mrok, oboje widzieli się doskonale. Jake 
sycił ?ię widokiem jej drobnych piersi, twardych sutków, szczupłej talii, linią bioder, 
aksamitnym, ciemnym trójkątem między udami i smukłymi, długimi nogami.  
- Jesteś piękna! - wyszeptał.  
Pochylił się nad nią, a wtedy Sarah zamknęła oczy. Gdy silnymi udami rozsuwał jej nogi, 
poczuła, że nadal miał na sobie spodnie. Podekscytowana oplotła go ramionami i zaczęła 
zachłannie całować. Delektowała się słonym smakiem jego skóry, szorstkich policzków i brody. 
Czuła na sobie dotyk lekko wilgotnej, pokrytej włosami, umięśnionej klatki piersiowej 

background image

mężczyzny, co sprawiało jej niezwykłą przyjemność. Rękami błądziła po jego szerokich plecach. 
Jake przywarł do niej mocniej i pieścił ją, drżąc z pożądania. Sarah wbiła mu paznokcie w plecy, 
szepcząc:  
- Jake! Tak mi dobrze!  
- Nie chciałbym cię rozczarować, ale dobrze to ci dopiero będzie za chwilę - odpowiedział, po 
czym zsunął rękę między jej uda. Sarah instynktownie je zacisnęła, ale jego palce ją odnalazły i 
przestała walczyć. Leżała bez tchu i z zamkniętymi oczami. Poddając się rosnącej, cudownej 
przyjemności, pozwalała kochankowi odkrywać swoje najgłębsze sekrety.  
Jak mogłam bez tego żyć?, pomyślała oszołomiona.  
Otworzyła oczy, gdy Jake sunął ustami w dół po jej brzuchu. Owładnięta pożądaniem zadrżała. 
Serce waliło jak młot. Zaprotestowała słabo, ale Jake nie posłuchał. Gdy szeroko rozsunął jej uda 
i zbliżył się do niej, aż zacisnęła palce na prześcieradle. Owładnięta tak wspaniałą torturą wygięła 
biodra i krzyknęła. Wilgotny język Jake'a pewnie i bezlitośnie wnikał do środka. Mocne dłonie 
utrzymywały biodra Sary w bezruchu, gdy czekała~ gotowa, by ją w końcu posiadł.  
I nagle Jake przerwał. Dyszała ciężko i wciąż drżała, leżąc bez sił. Gdy otworzyła oczy, 
zobaczyła, że wstał.  
- Jake? - zawołała słabym głosem, jednocześnie starając się przeniknąć ciemności. Tak bardzo go 
pragnęła ... Zorientowała się, że zdejmował spodnie.  
- Już, już ...  
Sarah obrzuciła go chciwym spojrzeniem. Jake był potężnie zbudowany, ogromny i bez 
wątpienia spragniony. Gdy zobaczyła, jak otwiera szufladę i wyjmuje prezerwatywę, zdała sobie 
sprawę, że znów pomyślał o jej bezpieczeństwie. Jednocześnie miała mu trochę za złe to, że jest 
aż tak gotowy na każdą okazję.  
- Marzyłem o tym od miesięcy - wyznał, kładąc się obok niej.  
- Od miesięcy? - powtórzyła zdziwiona.  
- A może od zawsze. - Położył się na niej, a Sarah, gotowa i niecierpliwa, uniosła biodra, chcąc 
poczuć go natychmiast. Po namiętnym pocałunku Jake wszedł w nią głęboko. Ogarnęła ją 
obezwładniająca przyjemność. Jake z premedytacją poruszył się powoli, co dało jej kolejne 
rozkoszne doznanie.  
- Jake ... - pojękując, wbiła paznokcie w jego plecy i unosząc biodra, całowała go namiętnie.  
Jake wbijał się w nią mocno i głęboko. Kochał ją do szaleństwa, aż krzyczała z zachwytu.  
- Sarah ... - zamruczał i serią szybkich pchnięć doprowadził ją do orgazmu. Świat Sary 
eksplodował tysiącem barwnych iskier, ciałem wstrząsały wybuchy niewypowiedzianej 
rozkoszy. - Sarah .. - powtórzył, podążając za nią.  
Gdy po chwili pocałował ją i wstał z łóżka, Sarah wciąż płynęła w otaczającej ich ciemności. 
Otworzyła oczy i dostrzegła, że była sama. Lecz Jake zjawił się zaraz, niosąc pled, którym ją 
otulił, by nie zmarzła od wdmuchującej chłodne powietrze klimatyzacji.  
- Tęskniłaś za mną?  
- Mmm - zamruczała i przytuliła się do niego.  
Czuła się taka bezpieczna i spokojna. Położyła głowę na ramieniu Jake'a, zarzucając mu nogę na 
brzuch. Już raz tak przy nim leżała, lecz teraz wszystko się zmieniło. Nie byli już najlepszymi 
przyjaciółmi.  
- I co teraz? - zapytała spłoszona i podniosła głowę, by popatrzeć w twarz kochanka, który nagle 
wydał jej się prawie obcy.  
- Nie wiem. Może ty na górze?  
- Co, jak to? - Przez chwilę nie wiedziała, o co chodzi. Dostrzegła jednak łobuzerski uśmieszek 

background image

na jego twarzy i zrozumiała, że Jake się z nią droczy.  
- Słuchaj, ja nie żartuję·  
- Ja też nie - odpowiedział i by to udowodnić, chwycił ją za biodra i przeniósł na siebie. Teraz to 
Sarah leżała nad nim, czując, jak znów ogarnia go pożądanie.  
- Dokąd nas to zaprowadzi? - spytała, gdy duże, gorące dłonie Jake'a odnalazły jej pośladki i 
delikatnie je objęły.  
- Wiem, co masz na myśli - westchnął - ale czy możemy o tym porozmawiać jutro? Teraz jestem 
zmęczony. ~ Przesunął dłonie na jej uda i usadowił ją na sobie. Sarah poczuła, że znowu jest 
gotowy i wcale nie zamierzała walczyć z ogarniającym ją pożądaniem.  
- Mówiłeś, że jesteś zmęczony - wyszeptała, gdy uniósł się i zaczął pieścić jej piersi. Objęła go 
ramionami i poruszając się rytmicznie, całowała jego twarz.  
- Owszem, ale nie aż tak bardzo - odpowiedział i sięgnął do szuflady.  
Sarę znów dopadły nie miłe refleksje, ale zrezygnowała z uszczypliwych uwag. Po pierwsze, 
była dorosła, po drugie, doskonale wiedziała o podbojach Jake'a, i wreszcie, bezpieczny seks był 
jak najbardziej na miejscu.  
- Jake.  
- Tak?  
- Koniec z blondynkami.  
Teraz on zamarł na moment, popatrzył na nią uważnie i po chwili odpowiedział:  
- Podrywałem je dla zabicia czasu, tak długo przecież czekałem.  
- Czekałeś?  
- Czekałem na ciebie - wyjaśnił i całując ją, poruszył biodrami. Sarah znów pogrążyła się w 
rozkoszy. Gdy skończyli, wyczerpana opadła na Jake'a, głęboko wzdychając. Kilka minut później 
już spała.  
 
Jake obudził się o dziewiątej. Spał tylko trzy godziny. Przez grube zasłony do pokoju sączyło się 
światło, informując o nadejściu poranka. Na szczęście była sobota i nigdzie się nie spieszył. 
Dziwił się nawet, że pomimo ostatnich .kilku bezsennych nocy otworzył oczy o tak wczesnej 
porze. Czuł się jednak wspaniale. Był pełen energii i radości niczym ten, który zdobył już 
wszystko i którego marzenia właśnie się spełniły. Spędzili noc wtuleni w siebie. Teraz jego 
ukochana leżała tyłem, nadal pogrążona w głębokim śnie. Jake czekał na nią przez tyle lat, 
odliczał czas i zawsze kręcił się w pobliżu. Uświadomił to sobie jednak dopiero wtedy, gdy 
minionej nocy Sarah kazała mu zapomnieć o blondynkach. To, co jej odpowiedział, było prawdą. 
Zastanawiał się jednak, co przyniesie przyszłość. Choć początkowo nie chciał się do tego 
przyznać, zrozumiał, że jest zakochany po uszy. Problem tkwił w tym, czy Sarah odwzajemni 
jego uczucie. To, że się z nim kochała, jeszcze o niczym nie przesądzało. Niestety, wiedział o 
tym z własnego doświadczenia.  
Sarah borykała się z wieloma poważnymi kłopotami. Teraz wspólnie spróbują je pokonać. 
Chciał, by pozwoliła sobie pomóc, by nie wracała już do przeszłości, by oboje zamknęli za sobą 
ten rozdział. Dlatego że cokolwiek przytrafi się Sarze, dotknie również i jego. W tej chwili Jake 
zrozumiał, że przecież tak było zawsze, od dnia, gdy spotkali się pierwszy raz.  
Popatrzył na leżącą obok niego kobietę. Leżąc z podkurczonymi nogami, głowę oparła na jego 
ramieniu. Gdy Jake spojrzał za siebie na zegarek, pled, zsuwając się z Sary, odsłonił jej plecy. 
Jake patrzył na zgrabny łuk ramienia, talii i biodra, smukłe nogi i pięknie zarysowane pośladki. 
Serce mu przyspieszyło, gdy wróciły obrazy minionej cudownej nocy. Pamiętał ciepłą, 
jedwabistą skórę Sary, drżenie jej ciała i ciche, namiętne westchnienia. Wspomnienie przeżytej 
rozkoszy rozbudziło Jake'a, podniecił go delikatny zapach włosów Sary, czuł ciepło jej oddechu i 

background image

ciała, które wręcz przyzywało go do siebie. W jednej chwili mógłby ją rozbudzić, lecz się 
powstrzymał. Wiedział, że była zmęczona i bardzo potrzebuje snu, postanowił więc wstać po 
cichu. Zanim to jednak uczynił, usłyszał skrobanie po drugiej stronie drzwi wiodących do 
sypialni. Po chwili zdał sobie sprawę, że to Ciastek przypomina im, że już czas na spacer. 
Przeklinając natrętnego zwierzaka, Jake delikatnie cofnął ramię i ostrożnie wstał z łóżka. 
Następnie otulił Sarę, zebrał swoje ubranie i na palcach szybko podszedł do drzwi. Ledwie 
zdążył położyć rękę na klamce, gdy znów rozległo się drapanie. Upewniwszy się, że Sarah nadal 
śpi, Jake ze słodką myślą: jest moja, wyszedł z pokoju prosto na stojącego na korytarzu potwora. 
Tolerowanie obecności psa było oczywiście częścią układu. A skoro nawet i na to przystał, to 
rzeczywiście wpadł na dobre. Jednak nie zamierzał mówić do pupilka Sary: "moja ty psinko 
kochana".  
Jake, pozbawiony wsparcia właścicielki psa, zszedł z nim tylnymi schodami. Po drodze 
zauważył, że alarm jest już wyłączony, nie zdziwił się więc, gdy zastał Dorothy siedzącą za 
biurkiem. Mimo że miała weekendy wolne, tłukła wściekle w klawiaturę kOI1lputera. Jake nie 
zdziwił się też, widząc Popsa wyglądają~ego przez szklane drzwi.  
.- To nie moja wina - usprawiedliwił się dziadek, gdy Jake podszedł bliżej.  
- Cześć! - odpowiedział i nie zatrzymując się, szedł dalej, nie chcąc sprawdzać, czy zdoła 
utrzymać Ciastka na smyczy, ani też wchodzić w sam środek konfliktu rozgrywającego się 
między Popsem a sekretarką. Miał dość własnych zmartwień.  
- Cześć, Hoss! - rzucił dziadek, spoglądając na niego dziwnie. - Czyżby to Sarah nocowała dziś u 
nas?  
Pops nie chciał mu dokuczyć. Wszyscy wiedzieli o ich długoletniej przyjaźni i obecność tutaj 
Sary nikogo nie zdziwiła. Mimo to Jake poczuł się nieco zażenowany.  
- Tak - odparł.  
Jednak nieco dzienne zachowanie dziadka wskazującego na uchylone drzwi prowadzące na taras 
kazało mu uważniej spojrzeć w tamtą stronę. Ku swojemu najwyższemu zdumieniu Jake 
zobaczył leżącego na schodach przed domem wielkiego aligatora. W tej samej chwili Ciastek 
rzucił się w kierunku gada, wściekle ujadając i wyrywając smycz z dłoni zaskoczonego 
detektywa.  
_ Jasna cholera! Drzwi! - wrzasnął Jake i rzucił się za psem. Było już jednak za późno. Ciastek 
gnał przed siebie w samobójczej szarży i według wszelkiego prawdopodobieństwa za chwilę 
miało po nim zostać jedynie wspomnienie "kochanej psinki".  
 
 
Rozdział 18  

Prez ułamek sekundy Jake zastanawiał się, jak zareaguje Sarah na wiadomość o tragicznej 
śmierci swego ulubieńca, i przeklinając własną głupotę, rzucił się na ratunek.  
- Ciastek! Zostaw!  
Na szczęście aligator potrzebował więcei.czasu na zrozumienie tego, co się dzieje. Duży, 
agresywny pies oszczekiwał go, stojąc tuż-tuż. Gad wyglądał na zdziwionego. Zaskoczony 
napaścią zamrugał oczyma. Jake spostrzegł, że podłoga tarasu zasypana jest czekoladkami. Na 
brzegu stołu leżała poszarpana torebka. Jake przypomniał sobie, że sam ją tam zostawił. 
Obecność aligatora w pobliżu domu była oczywista. Przednia część zielonkawobrązowego 
cielska ogromnego gada spoczywała na deskach tarasu, a tył wraz z wielkim ogonem ciągle 
pozostawał na schodkach. Wystarczyło jedno kłapnięcie olbrzymiej paszczy i po Ciastku 
pozostałoby tylko wspomnienie. Pies zajadle oszczekiwał wroga, skacząc tuż przed jego nosem, i 

background image

aligator wyglądał na poirytowanego. Przerażony Jake, depcząc słodycze, złapał za koniec smyczy 
leżący nieopodal pełnych żółtych zębów szczęk bestii i z całych sił szarpnął psa w tył. W tej 
samej chwili gad zaatakował. Ciągnięty w tył pies na chwilę stracił rezon. Jake z całych sił 
trzymał smycz i cofał się w kierunku oniemiałych ze zdziwienia Dorothy i Popsa. Przekraczając 
drzwi, potknął się o próg.  
A wtedy Ciastek oswobodził się z obroży i pognał z powrotem na taras.  
- Ciastek, do mnie! Wracaj! Do mnie! - wrzeszczał Jake, ale pies najwyraźniej nie dbał o życie, 
kontynuując walkę z aligatorem. Na tarasie nie było zbyt dużo miejsca i pies nie miał dokąd 
uciec. Skakał wokół gada, kłapiąc zębami, warcząc i szczekając tak głośno, że nie tylko spłoszył 
mewy odpoczywające na pobliskich dębach, ale zdołał zagłuszyć szum ulicy. W pogoni za psem 
aligator zdemolował już fotele, stół i stojące na nim szklanki. Jego wygrana była tylko kwestią 
czasu. Jake, z trwogą myśląc o żalu Sary po stracie psa, postanowił działać. Przypominając sobie 
rugby, które za młodu uprawiał, skoczył na Ciastka i chwycił go najmocniej, jak tylko potrafił. 
Prawdę mówiąc, poczuł się, jakby wpadł między King Konga a Godzillę·  
- Jake! Wyrywaj stamtąd! - wrzasnął Pops.  
- Wynocha! - Dorothy włączyła się do walki, pędząc w stronę aligatora z miotłą, którą porwała ze 
schowka.  
Jake, nie wypuszczając Ciastka z żelaznego uścisku, przesadzał właśnie poręcz tarasu. W 
sekundę później obaj rąbnęli o ziemię jakieś cztery metry dalej. Trawa, na którą zlecieli, była 
mokra po wczorajszym deszczu. Mimo miękkiego podłoża Jake boleśnie odczuł upadek, 
zupełnie jakby wylądował na twardym głazie. Tyle że po chwili głaz poruszył się i Jake 
zrozumiał, że leży na Ciastku.  
- A masz! A masz! - Na tarasie Dorothy wciąż walczyła z aligatorem, okładając gada miotłą·  
- Żyjesz, Hoss? - zapytał zatroskany Pops.  
Zanim Jake zdążył cokolwiek wykrztusić, poczuł jakiś ruch ze swojej lewej strony. Odwrócił 
głowę, by tam spojrzeć, i znieruchomiał, leżąc oko w oko z Ciastkiem. Przez chwilę panowała 
napięta cisza, po czym niedoszła przekąska aligatora zmarszczyła pysk i niewdzięcznie zawar-
czała.  
- Dobry piesek - wysapał Jake, modląc się, by nie stracić nosa. Nieco dalej zauważył na schodach 
tarasu rozjuszoną Dorothy; starsza, nienagannie ubrana miła dama z miotłą w ręku pędziła przed 
sobą aligatora. Intruz umykał pośpiesznie w stronę wody. Widocznie uznał, że tym razem nie da 
rady.  
Ciastek, który musiał zwietrzyć rejteradę wroga, wylazł spod Jake'a, otrząsnął się i pognał za 
gadem. Choć nieco kuśtykał i nie ujadał już z takim animuszem jak na początku, wszystko 
wskazywało na to, że uznał się za zwycięzcę. To przecież aligator zniknął pod wodą, a nie on! 
Dumny pies głośno triumfował na brzegu.  
- Nie ma za co - burknął Jake w jego stronę.  
- To było niesamowite, szefie! - skomentował widowisko zachwycony Austin, pochylając się nad 
Jakiem.  
Długie blond włosy zwisały mu po obu stronach twarzy. Wysoki szczupły młodzieniec n'liaJ na 
sobie zielonkawe szorty i pomarańczową koszulkę polo. Jego obecność nie zdziwiła Jake'a, gdyż 
Austin pilnował w nocy domu. Za to krzykliwy kolor koszulki, którą nosił, stanowił zaprzeczenie 
zasady "nie rzucaj się w oczy". A poza tym chłopak miał siedzieć w samochodzie przed domem.  
- Wszystko w porządku? - Tym razem Jake usłyszał" Dave'a Menucchiego, który z kolei miał 
pilnować domu od tyłu, wykorzystując jako punkt obserwacyjny łódź Jake'a.  
Dave był młodszy o piętnaście lat od Popsa, lecz w przeciwieństwie do niego nosił eleganckie 
ubrania: teraz miał na sobie szerokie spodnie i zapiętą pod szyję koszulę z krótkim rękawem. Ze 

background image

swą okrągłą, prawie pozbawioną zmarszczek twarzą, grzywą siwych włosów i wydatnym 
brzuchem przypominał Świętego Mikołaja. Robił ze swego wyglądu użytek przed świętami: 
przebierał się w czerwony strój i pracował właśnie w tym charakterze w pobliskim centrum 
handlowym.  
- Taaa - zapewnił Jake, posapując.  
Pops i Dorothy pędzili w jego kierunku, sekretarka z nieodłączną miotłą w dłoni. Kilkoro 
gapiów, zapewne pacjentów Wielkiego Jima, z dentystycznymi śliniakami zawiązanymi wokół 
szyi i kolorowymi pismami w dłoniach wyległo na pobliski parking, żywo komentując całe 
zajście. Jake, jak gdyby nigdy nic, wstał z ziemi. Nie przyszło mu to łatwo, gdyż nie wykonywał 
podobnych ewolucji od czasów wczesnej młodości, gdy grał na boisku. A przecież teraz miał już 
trzydzieści dziewięć lat. Po wstępnych oględzinach stwierdził, że ma całe ubranie zabrudzone 
trawą i błotem. Na brzegu Ciastek przestał już szczekać i obsikując okoliczne głazy, jawnie 
okazywał pogardę dla tchórzliwego aligatora. Gdy Pops dotarł do Jake'a, nie mógł powstrzymać 
śmiechu. Za to Dorothy wyglądała na mocno zatroskaną.  
- Hoss! Musimy pogadać! - Dziadek mrugnął do Jake;a. Teraz, gdy okazało się, że jego jedyny 
wnuk wyszedł z opresji bez szwanku, Pops uznał całe wydarzenie za niezwykle komiczne. - To 
czyste szaleństwo. Gdyby Molly była szybsza, zostałbyś bez nogi.  
- Istotnie! Musimy pogadać! - warknął Jake. - Koniec z dokarmianiem tych cholernych gadów!  
Pops nie zdołał się opanować i parsknął śmiechem.  
Jednak wyraz twarzy wnuka sprawił, że staruszek uniósł dłoń w pojednawczym geście.  
- Dobra. Przecież nie można było tego przewidzieć.  
A w ogóle przecież to ty zostawiłeś czekoladki na tarasie. - Jak możesz się śmiać? Twój wnuk 
mógł zginąć! - Dorothy popatrzyła z wyrzutem na Pop sa. - To przez ciebie i twoją głupotę.  
- Przeze mnie? Jeżeli musisz już kogoś winić, to powinnaś mieć pretensje do psa Sary. Jak on się 
wabi? Cukierasek? A najśmieszniejsze jest to, że Jake nienawidzi tego psa! - Pops ryczał ze 
śmiechu.  
Rozżalony Jake stwierdził, że tylko Dorothy martwi się o niego. Austin i Dave też z trudem 
ukrywali rozbawienie, jednak aby nie urazić szefa, starali się opanować wesołość. Zorientował 
się nagle, że nadal trzyma w dłoni smycz Ciastka, a sam pies truchta wzdłuż brzegu w nadziei na 
ponowne spotkanie z aligatorem.  
- A niech to wszystko trafi szlag! - podsumował z niesmakiem, zaciskając palce na smyczy. Nie 
było rady: musiał złapać psa. Obrzucając wrogim spojrzeniem swych pracowników i starając się 
nie utykać, podążył przez trawnik w kierunku znienawidzonego kundla.  
- Ciastek, wracaj!  
Ponieważ pies całkowicie ignorował wezwania, a Sarah kochała to przeklęte bydlę, Jake 
postanowił zastosować fortel. Wiedząc, że Ciastek najlepiej reaguje na wysoki kobiecy głos, 
porzucił fałszywą dumę i zawołał najwspanialszym sopranem, na jaki było go stać:  
- Ciastek, do mnie! - Udał, że nie słyszy salwy śmiechu za plecami. Minęła godzina, zanim 
zdołał zbliżyć się do psa na tyle, by założyć mu na szyję obrożę i zawlec drania do domu. 
Aligator zniknął na dobre, na brzegu zostały tylko żerujące w trawie wrony. Gdy weszli w końcu 
do środka, Jake zauważył, że za biurkiem Dorothy, plecami do komputera, siedzi naburmuszony 
Pops.  
- Co jest? - spytał.  
- Poszli na obiad.  
- Kto?  
- Dorothy i ten ... ten ... Dave.  
- I co z tego? - Jake poczuł, jak Ciastek ciągnie smycz, chcąc jak najszybciej wrócić do swojej 

background image

pani. Tym razem rozumieli się bez słów.  
- Nie zaprosili mnie.  
- I co z tego? - zapytał Jake, tracąc cierpliwość.  
- Chyba ją lubi. Myślę, że to randka.  
- I co z tego? - powtórzył Jake po raz trzeci.  
- Co z tego ... Co z tego ... - Pops zawiesił głos. Był wyraźnie nieszczęśliwy. - Nic, jak sądzę.  
Wyprowadzony z równowagi Jake zmrużył oczy.  
- Sam ją zaproś, jeśli nie chcesz, aby Dave cię ubiegł.  
- Ja? - zdziwił się Pops. - Ja mam zaprosić gdzieś Dorothy?  
- A dlaczego nie?  
- Dlatego ... dlatego, że ona jest dla mnie za stara.  
Jake wybałuszył oczy na dziadka.  
- Pops, ona jest od ciebie młodsza przynajmniej o dziesięć lat. Masz osiemdziesiąt sześć lat, 
pozwól, że ci przypomnę o tym drobnym fakcie. Sam Pan Bóg nie jest dla ciebie za stary.  
- A ty co? Żarty sobie stroisz? - zirytował się dziadek. Jake miał już dosyć. Był brudny, trzymał 
wielkiego psa na przykrótkiej smyczy, a na piętrze czekała w łóżku Sarah. Jeśli mu się 
poszczęści, zdąży wziąć prysznic i zdrzemnąć się przy niej.  
- Mówię poważnie. Od dawna krążycie wokół siebie i nic. Może Dorothy ma już dość tych 
podchodów i postanowiła spróbować szczęścia gdzie indziej. Na przykład z Dave'em.  
- Jest na mnie zła, od kiedy kupiłem motocykl. - Pops się skrzywił. - Powiedziała, że już czas, 
abym wydoroślał - dodał oburzony.  
- Zaproś ją na przejażdżkę.  
- Zaprosić Dorothy? - Sama myśl o tym przerażała dziadka.  
- Czemu nie? - Jake wzruszył ramionami. - W najgorszym razie odmówi. - Ruszył w kierunku 
schodów, lecz po kilku krokach zatrzymał się i odwrócił: - Pamiętasz to słowo, które niedawno 
ktoś napisał na szybie samochodu Sary: "Eeyore"?  
- Tak?  
- To było tajne hasło Sary i Lexie. Sarah twierdzi, że nikt prócz nich dwóch go nie znał. 
Chciałbym, żebyś zebrał kilka osób i sprawdził, czy nie pojawia się ono w aktach sprawy. Gdyby 
coś znaleźli, od razu daj mi znać.  
- Akta są w sprawach bieżących?  
- Tak. Kilka teczek Sarah zabrała wczoraj wieczorem na górę. Zniosę je później. Niech Austin 
zacznie od dokumentów w biurze. Przed domem nie ma z niego żadnego pożytku. I powiedz mu, 
żeby czytał wszystko dokładnie. Ściągnij resztę ludzi, muszą dzisiaj trochę popracować.  
- Zrobi się.  
- A gdy wróci Dorothy, poproś, żeby się ze mną skontaktowała. Chcę, aby sprawdziła parę osób. 
- Jake miał na myśli Briana McIntyre'a i wszystkich policjantów zaangażowanych w sprawy 
Stumbo i Helitzera. Wszystkie osoby, które mogłyby zyskać na śmierci Sary lub jej odejściu z 
prokuratury. - Dam ci listę nazwisk. Spra\'Yrlzisz, co oni wszyscy robili wczoraj wieczorem. 
Zaznacz tych, którzy nie będą mieli alibi.  
- Dobra: - Pops obrócił się na krześle i dodał: - Pamiętasz, że mieliśmy odzyskać dane dla firmy 
Beta do poniedziałku? To dlatego przyszliśmy z Dorothy dzisiaj do pracy. A Charlie przesłuchuje 
świadków do procesu Kane'a. To też musi być zrobione do poniedziałku. Nie wiem, jak sobie 
poradzimy z dodatkowym grzebaniem w papierach Sary.  
Jake westchnął i odsunął od siebie myśl o dodatkowej forsie za nadgodziny.  
- Wiem. Damy radę. Ale to, co dotyczy Sary, jest najważniejsze. Mam złe przeczucia.  
- Wiesz co? Skoro już poruszyłeś temat naszych pań ...  

background image

Stary miał nosa. Od lat namawiał wnuka do zrobienia pierwszego kroku, a Jake tylko go zbywał. 
Czasami dziadek miał rację, ale Jake nie zamierzał mu jej przyznać. Przynajmniej do czasu, aż 
przyzwyczają się z Sarą do nowego etapu ich znajomości.  
- To moja sprawa - przerwał, zanim Pops zdołał dokończyć. Po czym poderwał psa na nogi i 
pomaszerował z nim do sypialni.  
- Pewnie, że twoja ... - odparł Pops. Słyszał to od dawna, mniej więcej od czasu, gdy Jake 
skończył piętnaście lat. - I tak zrobisz, co będzie~z chciał, bez względu na to, co mówię.  
Jake zignorował tę uwagę.  
- Umyję się i zaraz wrócę - zakomunikował niechętnie i na dobre pożegnał się z miłą 
perspektywą przytulenia się do Sary. Miał zbyt dużo pracy.  
- Przywitaj Sarę ode mnie - rzucił Pops i podniósł słuchawkę telefonu.  
 
Jake wszedł cicho do siebie i od razu poczuł zapach świeżej kawy. Przez rozsunięte zasłony do 
środka wpadało oślepiające słońce. Sarah już wstała. Oto prawdziwy dom; odpinając Ciastkowi 
smycz, był szczerze zdziwiony swoim spostrzeżeniem, bo nigdy nie myślał tak o swoim 
mieszkaniu. Całą zasługę w tej materii oczywiście przypisał obecności Sary. Ze smutkiem 
stwierdził, że wcześniej, nawet gdy był żonaty, nie cenił domowej atmosfery. Niechętnie też 
przystawał na wspólne igraszki do rana. Już dawno zrozumiał, że nie lubi budzić się rano z 
kobietą w łóżku. To jednak uległo zmianie. Teraz pragnął wręcz, by Sarah została jak najdłużej. 
Może nawet na zawsze.  
Idąc za psem, Jake skierował się do kuchni, sądząc, że zastanie tam ukochaną przy porannej 
kawie. Serce biło mu mocno, zbyt mocno jak na trzydziestodziewięcioletniego mężczyznę, który 
już dawno temu przestał liczyć swe miłosne podboje. Zanim jednak podekscytowany Jake wszedł 
do kuchni, Sarah ukazała się w drzwiach sypialni. Ponieważ go nie zauważyła, mógł bez 
przeszkód cieszyć oczy jej widokiem. Była już ubrana, miała na sobie czarną koszulkę, która 
obciskała jej drobne piersi, oraz białe dżinsy podkreślające wąskie biodra i długie nogi. Słońce 
igrało na krótkich, potarganych włosach miękko opadających wokół delikatnej twarzy. Lekko 
podkrążone oczy wskazywały na zmęczenie. Widząc jej pełne i nabrzmiałe od pocałunków usta, 
Jake poczuł miły dreszcz. Jego pani wyglądała elegancko i bardzo sexy. Sarah musiała zauważyć 
obecność Jake'a, bo podniosła na niego swoje piękne, duże, niebieskie oczy.  
- Cześć! - rzucił i uśmiechnął się.  
- Cześć! - odpowiedziała z nieco wymuszonym uśmiechem. Takie chłodne powitanie - jeśli 
wziąć pod uwagę wydarzenia ostatniej nocy - zaskoczyło Jake'a. Nie zatrzymując się, minęła go i 
poszła dalej. No dobrze, nie zamierzała rzucić mu się w ramiona. Jakoś to przeżyje. Za to jeszcze 
przez chwilę popatrzy na ten zgrabny tyłek.  
- Podczas twojej nieobecności obejrzałam pozostałe taśmy. Nie ma wśród nich tej, której 
szukam. Poproszę Sue Turner, aby zrobiła portret pamieciowy tego gościa od kamery - ciągnęła 
beznamiętnie.  
- Już teraz? - zapytał Jake, krzyżując ręce na piersi.  
- Zapewne nic z tego nie wyniknie - kontynuowała Sarah, przytakując. - Pamiętam tylko dobrze 
zbudowanego mężczyznę z wąsami i kamerę.  
- To już coś.  
- Mam nadzieję, że i to się przyda.  
Jake stał przy stoliku zawalonym brunatnymi aktówkami. Korytarz i salon oświetlało poranne 
słońce. Sarah cały czas stała z drugiej strony stolika. Jake miał nadzieję, że wreszcie usiądzie na 
kanapie, ale widząc w jej ręku spakowaną torbę, zorientował się, że jego ukochana zamierza 
wyjść z domu.  

background image

- A ty dokąd? - Zachowanie Sary poirytowało go i prawdę mówiąc, zabolało.  
Zmroziła go spojrzeniem, w którym nie było śladu cieplejszych uczuć. Jake zaczynał rozumieć, 
co się dzieje. Jego wybranka nie wyglądała na szaleńczo zakochaną.  
- Muszę gdzieś pojechać - odpowiedziała, chwytając za klamkę.  
- Pojechać? - Jake zdziwił się. Co prawda już przed chwilą Sarah zawiodła jego oczekiwania, co 
świadczyło jedynie o tym, że był niepoprawnym marzycielem, ale takiej dawki obojętności nie 
mógł przełknąć. Na szczęście Sarah uznała, że musi się wytłumaczyć.  
- Zadzwonił Duncan. Obrona chce przesunięcia terminu rozprawy Helitzera na poniedziałek. 
Postanowili też wycofać zeznania złożone na policji bez udziału adwokata oskarżonego. Musimy 
się spotkać i przy lunchu omówić strategię procesową. Duncan powiedział też, że wczoraj 
koroner wydał ciało Mary rodzinie. Pogrzeb odbędzie się jutro po południu.  
- Żartujesz sobie, prawda?  
- Nie, nie żartuję. - Znów popatrzyła na niego tym okropnym, zimnym wzrokiem. - O czwartej, w 
kościele przy Hudson Street. - Przyjrzała się Jake'owi dokładniej i zapytała zdziwiona: - A tobie 
co się przytrafiło? Cały jesteś brudny.  
- Nic takiego. Przewróciłem się na trawie - odpowiedział skromnie. Nie chciał się chwalić, że 
właśnie uratował jej ukochanego psiuńcia od śmierci w paszczy aligatora.  
- Ach tak - skwitowała obojętnie i otworzyła drzwi.  
- Chwileczkę!  
Widząc szybko zbliżającego się Jake'a, Sarah się zmieszała.  
Jednym ruchem zamknął drzwi i ujął jej dłoń. Od razu poczuł chłodną, jedwabistą skórę, drobne, 
delikatne kości i przyspieszone tętno. Rozkoszował się jej cudownym zapachem. Popatrzyli 
sobie w oczy.  
- Nie zamierzasz chyba umówić się na lunch z Duncanem?  
- Dlaczego nie? Masz coś przeciwko temu?  
Jake zirytował się jeszcze bardziej.  
- Dobre sobie! - Odpychające spojrzenie Sary zaczęło mu bardzo doskwierać. - Oczywiście, że 
tego nie pochwalam. Pozwól, że zacznę od najważniejszego: może pamiętasz, jak wczoraj 
rozmawialiśmy o tym, że ktoś może na ciebie polować?  
- Spotykam się z Duncanem w Macaroni Grill- wycedziła przez zęby. - Nie sądzę, by ktoś chciał 
mnie zabić w miejscu publicznym.  
Zapewne miała rację, ale cały ten pomysł bardzo się Jake'owi nie podobał, choć przyznał, że 
również ze względów osobistych. Powinien był dać się zeżreć temu cholernemu aligatorowi, 
zanim stał się zazdrosny o Kena Duncana.  
- A nie pomyślałaś, że za tym wszystkim może stać Duncan?  
 

- On? - odparła sceptycznie.  

- Może powinnaś, bo Duncan ma wiele do zyskania. Gdybyś zniknęła, powierzyliby mu sprawę 
Helitzera, a sama mówiłaś, że to prestiżowy proces. Mógłby nawet awansować na twoje 
stanowisko.  
- Nie bądź śmieszny.  
- Jestem śmieszny? Zastanawiałem się nad tym. W życiu nic się nie dzieje przypadkowo. To, co 
od kilku dni się przydarza tobie, jest ze sobą ściśle powiązane. Ktoś musi mieć w tym jakiś 
interes. Może i nie jest to Duncan. Ale może to być ktoś, kogo byś nawet nie podejrzewała o 
takie draństwo. Dopóki tego nie wyjaśnimy, nie powinnaś pokazywać się na mieście.  
- Mam się zamknąć w areszcie domowym?  
- To lepsze niż śmierć.  

background image

- Co więc proponujesz? - zapytała zirytowana. - Może mam się tutaj ukrywać do czasu, aż 
znajdziecie osobnika, który do mnie strzelał? Może będziesz ze mną wszędzie chodził? To się nie 
uda. Mam pracę i sprawy do załatwienia. Ty też. Doceniam to, co dla mnie robisz, ale ja chcę  
żyć normalnie. Na początek idę na lunch z Duncanem. Potem wrócę po Ciastka, jeżeli pozwolisz, 
by tu został, a na koniec przejrzę akta dotyczące Lexie. Pojadę do domu i będę spać we własnym 
łóżku sama, tak jak to było przez wszystkie minione lata. Jutro idę na pogrzeb Mary, a w po-
niedziałek do pracy. Jeżeli sama sobie z czymś nie poradzę, dam ci znać.  
To brzmiało jak pożegnanie. Uprzejme, ale zdecydowane, a do tego wypowiedziane 
bezwzględnym, zimnym tonem, którym Sarah nigdy wcześniej do niego nie mówiła. Jake był 
wściekły. Zapadła cisza, w której oboje mierzyli się wzrokiem. Po chwili odezwał się spokojnym, 
cichym głosem:  
- I kto tu zachowuje się jak dziwak?  
- Nie wiem, o czym mówisz - odparła zimno, uwalniając dłoń z uścisku. Jake nie zaprotestował. 
Znał Sarę doskonale i wiedząc, że skłamała, postanowił wyłożyć karty na stół.  
- Mówię o ostatniej nocy. - Jake z radością powitał rumieniec wykwitający na jej twarzy.  
- Czy nie rozumiesz, że właśnie dlatego nie mogę tu dłużej zostać? To była pomyłka. Wielka 
pomyłka. Nie powinnam była do tego dopuścić. Przestrzegałam cię, że zniszczymy naszą 
przyjaźń, i tak się właśnie stało.  
Jake spodziewał się tych słów. Nie przewidział jednak skali swojego gniewu. Zaśmiał się 
ironicznie i odrzekł:  
- Oczywiście, że to rozumiem. Nawet za dobrze. Tak samo było z wędkowaniem. Czułaś się 
wspaniale, ale było ci zbyt dobrze. A Sarah Mason nie może cieszyć się życiem - dokończył 
przez zaciśnięte zęby.  
- Idź do diabła! - Odepchnęła go i otworzyła drzwi.  
Jake słyszał jej kroki na schodach, trzask zamykanych drzwi i warkot silnika samochodu. 
Powstrzymał się, by za nią nie pobiec. Czuł się tak, jakby dostał potężnego kopniaka. Cudowny 
nastrój prysł niczym mydlana bańka. Wygląda na to, że zostałem oszukany, pomyślał.  
Zszedł na dół i popatrzył ponuro na zdziwionego dziadka, który tym razem taktownie 
powstrzymał się od jakiegokolwiek komentarza. Jake polecił Charliemu, żeby pilnował Sary i dał 
znać, gdyby tylko zauważył coś niepokojącego. Wrócił do siebie, umył się, przebrał i ruszył na 
poszukiwania Briana Mclntyre'a. Postanowił zakomunikować mu, że jeżeli jeszcze raz spróbuje 
nastraszyć panią prokurator, to będzie tego żałował do końca swego nędznego życia.  
 
Na pogrzebie Mary zgromadziły się tłumy. Skromny kościółek pękał w szwach, wypełniony po 
brzegi rodziną, przyjaciółmi, sąsiadami, znajomymi i zwykłymi gapiami zaintrygowanymi 
tragiczną historią nagłośnioną w mediach. Na kościelnych ławach nie było ani kawałka miejsca, 
ludzie stali w przejściach i tłoczyli się pod ścianami. Ceremonia przebiegała w obrządku 
katolickim, z kadzidłami, świecami, modlitwami i pieśniami. Ściśnięta z nieznajomymi ludźmi 
na jednej z tylnych ławek Sarah niemal nic nie słyszała. Przed oczyma miała wciąż błagalne 
spojrzenie Mary, wystrzał i kałużę krwi.  
Nie mogłam jej pomóc, powtarzała w myślach, ale to nie przynosiło ulgi. Czuła nieprzyjemny 
ucisk w gardle i brzuchu.  
Msza dobiegła końca, wyniesiono sterty kwiatów. Szlochające córki i wnuczęta przeszły przez 
nawę i wsiadły do limuzyn, które podążyły za karawanem na cmentarz. Sarah wstała i wyszła z 
kościoła. Zatrzymała się na zatłoczonych schodach i zamieniła kilka grzecznościowych słów ze 
znanymi jej osobami: policjantami pracującymi nad tą sprawą, prawnikiem z biura pomocy 

background image

ofiarom przestępczości, kobietą z sąsiedztwa. Miała już przejść pod arkadową bramą i zanurzyć 
się w upalny dzień, gdy poczuła, że ktoś dotyka jej ramienia.  
- Pani Mason? - usłyszała lekki hiszpański akcent. Odwróciła się i ujrzała niską, pulchną, śniadą 
kobietę o ciemnych oczach, która mogła mieć około czterdziestu lat. Ubrana była w czarną 
sukienkę z krótkim rękawem. Długie czarne włosy upięła w kok. Na pełnej twarzy widniały ślady 
łez. Wokół kobiety tłoczyło się kilkoro małych dzieci, które Sarah z łatwością rozpoznała.  
- Tak?  
- Nazywam się Rosa Barillas - powiedziała nieznajoma. - Chcę pani podziękować za uratowanie 
mojej małej Angie.  
- Nie ma za co. - Co prawda Sarah wolałaby powiedzieć: "Musiałam, bo wie pani, też miałam 
kiedyś córkę", ale zamiast tego uśmiechnęła się do Rosy i jej dzieci. Napierający tłum wypchnął 
ich na zewnątrz. Sarah dostrzegła ekipę telewizyjną i zrozumiała, że reportaż z pogrzebu pojawi 
się w wieczornych wiadomościach. Bezlitosne, niestosowne do sytuacji słońce opromieniało całą 
okolicę, odbijało się od dachów samochodów, kamer telewizyjnych, biżuterii kobiet. Sarah 
rozpoznała w reporterce Hayley Winston. Jej ekipa rozdzielała tłum na dwa strumienie, ludzie 
podążali do samochodów pozostawionych na parkingu, by dołączyć do pogrzebowego konduktu.  
- Angie chciałaby coś pani podarować - odezwała się Rosa i otworzyła torebkę. Stali w małej 
grupie niedaleko ekipy telewizyjnej. Kobieta wyjęła pakunek wielkości talii kart owinięty w 
bibułkę i podała go Angie. - Nie wstydź się! - zachęcała córkę i Angie nieśmiało podała Sarze 
paczuszkę, mówiąc: "Dziękuję"·  
- To ja dziękuję - Przyjmując leciutki jak piórko prezent, Sarah zauważyła mokre oczy 
dziewczynki. Przykucnęła, rozwinęła delikatnie bibułkę i wyjęła ślicznego, ręcznie zrobionego 
na szydełku aniołka z białej włóczki.  
- Tamtej nocy to pani była jej aniołem stróżem - wyjaśniła Rosa.  
- Jest piękny. - Sarah trzymała podarunek w otwartej dłoni. Uśmiechnęła się do Angie i 
powiedziała: - Teraz on będzie mnie pilnował.  
- To było wspaniałe. - Usłyszawszy czyjś zachwycony głos, Sarah rozejrzała się szybko dookoła. 
Tuż za nią stali kamerzysta z telewizji i Hayley Winston. Mężczyzna kierował kamerę na białego 
aniołka. Sarah obrzuciła oboje gniewnym spojrzeniem, ale zanim zdążyła zareagować, usłyszała 
pytanie skierowane do dziecka:  
- Czy będziesz tęsknić za swoją przyjaciółką Mary?  
- Chciałabym, żeby nadal żyła. Chciałabym znów ją zobaczyć - wyszeptała dziewczynka, 
wybuchnęła płaczem i uciekła. Rosa i pozostałe dzieci pobiegły za nią.  
Sarah popatrzyła z pogardą na Hayley Winston, ale nikt się tym nie przejął. Kamera zwrócona 
była na reporterkę, która mówiła:  
- Tym wzruszającym akcentem zakqńczył się pogrzeb Mary Jo White. Mała Angie Barillas 
podarowała aniołka asystentce prokuratora okręgowego hrabstwa Beaufort, Sarze Mason, która 
uratowała jej życie.  
Sarah nie miała już siły tego słuchać. Zamknęła aniołka w dłoni i odwróciła się plecami do 
natrętów z telewizji. Podeszła do rodziny Angie, która pakowała się właśnie do wiekowego vana.  
- Pani Barillas - zaczęła - Chciałabym mieć z wami kontakt. - Podała Rosie swoją wizytówkę. - 
Jeżeli pani lub dzieci będziecie czegoś potrzebować, proszę dać mi znać. - Dziękuję. - Kobieta 
kiwnęła głową, przyjmując wizytówkę·  
- Mamo, tu jest okropnie duszno - odezwało się jedno z dzieci, Sarze wydawało się, że był to 
Sergio. Siedzący na przednim siedzeniu Rafael ostentacyjnie wachlował się dłonią·  
- Muszę jechać - powiedziała Rosa. Sarah przytaknęła i zrobiła krok do tyłu. Kobieta włączyła 
silnik, a tym samym i klimatyzację.  

background image

Sarah pomaszerowała w stronę swojego samochodu zaparkowanego na drugim końcu 
rozgrzanego słońcem parkingu. Wsiadła do sentry i natychmiast przykleiła się do siedzenia. 
Położyła delikatnie aniołka na siedzeniu pasażera i podkręciwszy klimatyzację, otworzyła okna, 
by wypuścić z auta pierwszy, najgorętszy podmuch powietrza. Ruszyła, kierując się na cmentarz. 
Czekała w szeregu innych pojazdów, by włączyć się do ruchu, gdy zadzwonił telefon. Sarah 
skorzystała z zestawu głośno mówiącego. W ostrym słońcu nie mogła dojrzeć numeru, z którego 
do niej dzwoniono. Ze zdziwieniem przekonała się w końcu, że to był jej numer domowy. Ktoś - 
nie wiadomo, kto dzwonił do niej z jej własnego domu! Wybrała przycisk i odezwała się:  
- Halo?  
_ Chcę do domu, mamusiu! - szlochała Lexie. - Zaśpiewaj mi naszą kołysankę. Ploszę, mamusiu, 
ploszę·  
I w tej właśnie chwili zabrzmiała żałośnie melodia: "Gdy tak sobie marzysz pod gwiazdami".  
 
Rozdział 19 
- Jake! Jake! Coś się dzieje! - krzyczał do telefonu Austin.  
Detektyw jechał już w stronę domu Sary, wściekły na ograniczające go przepisy ruchu 
drogowego. Austin śledził ją na pogrzebie i pilnował jej z zaparkowanego niedaleko wozu. W 
pewnej chwili zauważył, że ruszyła z parkingu z ogromną prędkością. Udało~mu się dyskretnie 
za nią nadążyć. Jake był na pogrzebie Mą.ry, lecz trzymał się z dala od Sary i miał nadzieję, że 
go nie zauważyła. Został nieco dłużej w kościele, pozwalając, by wyszła przed nim. Austin 
obserwował wszystko z zielonej toyoty Rav4. Obaj dojechali do domu Sary wkrótce po niej. Jake 
wyskoczył z auta, jednym susem pokonał schodki i usiłował kluczem otworzyć drzwi. Jak się 
okazało, wcale nie były zamknię-· te. Wystarczyło je popchnąć i bezszelestnie wszedł do środka, 
ściskając pistolet w dłoni.  
- Sarah? - krzyknął, trzymając broń w pogotowiu, i szybko przeszedł przez korytarz.  
Ciastek wyszedł mu na spotkanie, przeciągnął się i powitał go warknięciem. Zakładając, że pies 
był w pokoju, w którym się znajdowała, Jake skierował się do sypialni, po drodze rzucając do 
zwierzaka: "Dobry pies". Ponieważ nie został zaatakowany, uznał, że relacje między nimi ule-
gają poprawie. Drzwi do sypialni stały otworem. Z pokoju sączyła się ta sama muzyka, która tak 
nim wstrząsnęła, gdy usłyszał ją za pierwszym razem.  
- Sarah?  
Nie wiedząc, co zastanie w sypialni, Jake gotów był do walki. Gdy zobaczył ubraną na czarno 
Sarę siedzącą na podłodze wśród rozrzuconych zabawek Lexie, pochyloną nad białym 
jednorożcem, odetchnął z ulgą. Była cała i zdrowa. Po chwili zorientował się jednak, że Sarah 
cała drży. Ściskała tę cholerną pozytywkę i trzęsła się jak osika. Serce Jake'a zamarło ze strachu.  
"Gdy tak sobie marzysz pod gwiazdami...".  
- Sarah! Co z tobą?! - zapytał, chowając pistolet za pasek spodni.  
Podniosła zdziwione oczy. Nie widzieli się ani nie rozmawiali od chwili, gdy wczoraj wybiegła z 
jego mieszkania. Pogodziła się z myślą, że straciła przyjaciela, co było dla niej kolejnym 
bolesnym doświadczeniem. Wmówiła sobie, że potrafi się z tym pogodzić tak jak ze wszystkim 
do tej pory. Widząc Jake'a, zrozumiała, jak bardzo go potrzebuje i jak bardzo się cieszy z jego 
obecności.  
- Lexie znów do mnie zadzwoniła - odezwała się znad ciągle grającej zabawki. - Zadzwoniła na 
komórkę z tego domu i powiedziała: "Chcę do domu, mamusiu. Zaśpiewaj mi naszą kołysankę". 
Po czym usłyszałam tę melodię. Przycisnęła dłoń do białego jednorożca, który po tylu latach 
ciągle był puszysty i miękki. - Lexie uwielbiała tę piosenkę· Śpiewałyśmy ją co wieczór - 
dokończyła łamiącym się głosem.  

background image

- Sarah ... - Jake wyjął z jej rąk jednorożca i delikatnie postawił na podłodze.  
Muzyka ucichła. Sarah popatrzyła na zabawkę i poczuła ogarniające ją zimno. Lexie dostała 
pluszaka pod choinkę w ich ostatnie wspólnie spędzone Boże Narodzenie. Codziennie zabierała 
jednorożca do łóżeczka i razem śpiewały piosenkę, a potem Sarah ustawiała go na szafce, by 
czuwał nad dziewczynką przez całą noc. Wspomnienia raniły jej serce. Z trudem skupiała się na 
tym, co mówi Jake. ,  
- Wiesz, że ktoś robi to, aby cię skrzywdzić. Być może chce cię też zabić. To najprostszy sposób, 
aby się ciebie pozbyć. Ktoś dużo o tobie wie i wykorzystuje swoją wiedzę· To nie Lexie do 
ciebie dzwoniła. - Nie mogła zaprzeczyć tym rozsądnym słowom. Jake miał rację, wiedziała, że 
miał rację, jednak...  
- Skąd mogą wiedzieć o kołysance? - Gardło bolało ją od powstrzymywanego płaczu. Oczy 
wypełniały łzy, którym nie pozwalała popłynąć. - Skąd mogą wiedzieć o "Eeyore" i jednorożcu?  
W sobotnie popołudnie Sarah wróciła do domu Jake'a.  
W biurze zastała Popsa, Dorothy i Austina, którzy przeglądali akta sprawy Lexie, i przyłączyła 
się do nich. Pops, używając tych samych argumentów co Jake, powiedział, że w innych 
archiwach i instytucjach, które uczestniczyły w poszukiwaniach dziewczynki, mogą ęię 
znajdować jeszcze jakieś dokumenty. Może w FBI mieli swoje własne materiały, podobnie w 
Centrum Poszukiwania Zaginionych Dzieci-czy też w prokuraturze okręgowej. Słowo "Eeyore" 
mogło pojawić się wszędzie i choc;iaż nie znaleźli go u siebie, nie oznacza to, że nikt go nie znał. 
Sarah upierała się jednak, że nikt nie wiedział o ich sekrecie.  
- Nie wiem, skarbie - odpowiedział Jake głosem pełnym współczucia. - Widać, ktoś zna to słowo 
i dowiemy się, kto to jest. Obiecuję. Dorwiemy drania.  
- To był głos Lexie. - Sarah nie miała już siły walczyć. - Słodki głosik mojej małej córeczki. 
Przysięgam.  
Głos jej się załamał, wyciągnęła do Jake'a ręce, a on objął ją i mocno przytulił. Poczuła się 
bezpieczna i spokojna, jakby wróciła do domu. Pomyślała o Jake'u z czułością i objęła go mocno 
i na zawsze. Nie płakała. Jake miał rację, ktoś chciał ją skrzywdzić i celowo robił te straszne 
rzeczy. Gdyby poddała się rozpaczy, zaczęła płakać i pozwoliła sobie na rozpamiętywanie 
przeszłości, ten człowiek odniósłby zwycięstwo. Nie mogła jednak powstrzymać drżenia ani 
uspokoić serca i zapanować nad ściśniętym żołądkiem. Oddychała głośno i szybko.  
- Sarah, już dobrze. - Kojący głos Jake'a przynosił ulgę i wypełniał skołataną głowę Sary 
spokojem.  
- Muszę zawiadomić policję - odezwała się po chwili nieswoim głosem.  
- Ja to zrobię. Zadzwonię z mojej komórki. Jeżeli ktoś telefonował do ciebie z tego domu, to 
może zostawił odciski palców na telefonie w sypialni lub w kuchni.  
Zgodziła się skinieniem głowy. Odciski palców mogły ułatwić zidentyfikowanie tego 
zwyrodnialca. Jake podniósł się z podłogi i podał rękę ukochanej. Przez chwilę stali przytuleni 
do siebie. Zmaltretowana Sarah oparła się o niego, starając się zapanować nad sobą. Gdy 
dreszcze w końcu ustały, przeszła do salonu i dowlókłszy się do skórzanego fotela, opadła na 
niego bez sił. Jake rozmawiał ze swojego telefonu, stojąc w korytarzu. Miał na sobie ciemny 
garnitur, czarny krawat i białą koszulę i przez chwilę Sarah zastanawiała się, dlaczego tak się 
ubrał.  
Przyjechali dwaj mundurowi z patrolu, a niedługo po nich pojawili się Sexton i Kelso. Sarah 
nalegała, aby przydzielono do tej sprawy tę dwójkę, nie chcąc wyjaśniać komuś innemu, co się 
dotąd działo. Ci dwoje byli profesjonalistami, znali się na swojej robocie, a jeżeli nawet czuli do 
Sary niechęć w związku ze sprawą Stumbo, nie dawali tego po sobie poznać. Ich wizyta 
przeciągnęła się aż do ósmej wieczorem. Sarah siedziała cały czas w salonie. Nie chciała patrzeć, 

background image

jak technicy zdejmują odciski palców z rozrzuconych zabawek Lexie, aparatów telefonicznych i 
drzwi, a także jak sprawdzają wszystkie te miejsca w domu, w których mógł przebywać intruz. 
Spisali zeznania, porozmawiali z Jakiem, ustalili, że tylko on miał zapasowy klucz do domu, 
przepytali sąsiadów. Nikt nie zauważył niczego podejrzanego. Sarah doskonale zdawała sobie 
sprawę z tego, co myślą funkcjonariusze: nic nie zginęło, nikt nie ucierpiał. Jej zgłoszenie trafi na 
stos innych doniesień o przestępstwach o znikomej szkodliwości społecznej i nikt się nim nie 
będzie przejmował. Gdy tamci już sobie poszli, Jake wszedł do salonu i stanąwszy przed Sarą, 
powiedział:  
- Jedziemy do mnie. Tutaj nie zostaniesz. Jeżeli komuś udało się dostać do środka, uniknąć ataku 
psa i zadzwonić do ciebie, to może zechce powtórzyć wizytę. To nie jest bezpieczne miejsce.  
Sarah patrzyła na niego i przytaknęła. Wyciągnęła ręce i pozwoliła, by Jake podniósł ją z fotela. 
Znów miał rację, bo ostatnia spędzona samotnie noc była prawdziwym koszmarem. Ze 
wszystkich kątów spoglądały na nią cienie Lexie. Miała wrażenie, że ktoś czeka na zewnątrz, aż 
ona zaśnie, a wówczas zakradnie się do środka. Zdrzemnęła się dopiero przed włączonym 
telewizorem. Nie chciała doświadczyć tego jeszcze raz. Szczególnie po tym, co 'six  stało po 
południu. Nie czuła się bezpiecznie we własnym domu.  
- Kiedy będą wyniki badania odcisków palców? - zapytała.  
- To musi potrwać. Pogadam ze znajomymi, może uda się wszystko przyspieszyć - odpowiedział 
Jake. Po chwili dodał niechętnie: - Nie łudźmy się jednak, ten łobuz nie był chyba aż tak głupi, 
by zostawić po sobie jakieś ślady.  
- Chyba masz rację - przytaknęła, ale nie mogąc się powstrzymać, spytała: - Nie sądzisz, że to 
mogła być Lexie? Że to ona dzwoniła? - Nie potrafiła wyrzucić z serca nadziei.  
- Nie umiem powiedzieć, jak mogłaby to zrobić.  
- Ja też - przyznała Sarah i z bólem rozstała się z marzeniem. - Muszę spakować trochę rzeczy. - 
Jutro poniedziałek, musiała przecież iść do pracy.  
Jake zniósł torbę do swojego samochodu. Sarah szła za nim z Ciastkiem na smyczy. Gdy 
otworzył tylne drzwi auta, by wpuścić psa, powiedziała:  
- Powinnam wziąć swój wóz. Rano muszę jechać do pracy.  
- Dasz radę prowadzić? - Skinęła głową. - Dobrze. Będę jechał za tobą.  
Szybko dotarli na miejsce. Słońce już zachodziło nad horyzontem, śląc ostatnie.pomarańczowo-
różowe promienie. Niebo pociemniało, gdzieś niedaleko chór żab rozpoczynał wieczorny 
koncert. Komary atakowały zajadle, świetliki unosiły się w powietrzu tu i tam, przywodząc na 
myśl lampki choinkowe. Wściekły upał dnia ustępował przyjemnie ciepłej, letniej nocy. Sarah 
ostrożnie włożyła białego aniołka do torebki i wysiadła z samochodu. Kiedy otwierała tylne 
drzwi, by wypuścić psa, podjechał Jake.  
- Zamówiłem pizzę - oznajmił. Skrzywiła się, na co Jake odpowiedział szerokim uśmiechem i 
przez chwilę czuła, że ich wzajemne relacje wracają do normy. - Niepokoi mnie tylko ten 
cholerny pies. Jak dali mu radę? Czy on w ogóle kogoś lubi? Weterynarza? Tresera? Dostawcę 
pizzy? Kogokolwiek?  
Sarah nie zastanawiała się długo.  
- Nikogo. Przynajmniej nie na tyle, by go wpuścić do domu.  
- Powinien był zeżreć tego drania.  
Sarah nie odpowiedziała. Ruszyli po schodach na górę i weszli do mieszkania. Po drodze Jake 
wyjął coś spod marynarki i Sarah zobaczyła ze zdziwieniem, że miał pistolet. Włożył broń do 
szuflady szafki stojącej przy kanapie. Zrozumiała, że Jake nie lekceważy niebezpieczeństwa, w 
którym się znalazła. W zamieszaniu ostatnich wydarzeń niemal zapomniała, że ktoś chciał ją 

background image

zabić.  
- Gdzie byłeś? - zapytała, siadając na kanapie.  
Jake zasunął zasłony i zdejmował teraz marynarkę i krawat. Ciastek drzemał na podłodze. Sarah 
wciąż była zszokowana i osłabiona, w dodatku, obserwując Jake'a, czuła panujące między nimi 
napięcie. Jeżeli on miał podobne wrażenie, nie dawał tego po sobie poznać. Powiesił ubranie na 
oparciu krzesła i z kwaśną miną odpowiedział: - Na pogrzebie.  
- Na pogrzebie? - powtórzyła zaskoczona. - Na pogrzebie Mary? 
Przytaknął, rozpiął guziki przy mankietach koszuli i podwinął rękawy aż do łokci. Popatrzyła na 
jego muskularne, opalone ręce, na silne dłonie o długich palcach. W jej życiu nie było dotąd 
miejsca dla mężczyzny, kochanka. To jednak nie dotyczyło Jake'a. Potrzebowała go. Zrozumiała, 
że zależy jej na nim. I to bardzo. Gdy myślała, że go utraciła, życie wydawało jej się puste i 
ponure. Chciała zapomnieć o tej nieszczęsnej nocy, którą spędzili razem, i wrócić do czasów 
niczym niezmąconej przyjaźni.  
- Nie widziałam cię.  
  - Ale tam byłem.  

 

Sarah przypomniała sobie, jak szybko pojawił się w jej domu po incydencie z głosem Lexie, i 
zapytała: .  
- Skąd wiedziałeś, że coś się wydarzyło? - Chciała dodać: "Potrzebowałam ciebie", ale w 
ostatniej chwili się wycofała. Jake miał winę wypisaną na twarzy i Sarah sama się domyśliła 
prawdy. - Śledziłeś mnie - powiedziała oskarżycielskim tonem. W głębi serca czuła wdzięczność, 
ale ...  
- Właściwie to Austin zadzwonił do mnie.  
Popatrzyła na niego gniewnie. Powinna była się zorientować, gdyby tylko mogła rozsądnie 
pomyśleć. Spędziła niespokojną noc, gotowa wyskoczyć z łóżka na najmniejszy szelest, a tu, 
proszę, Jake cały czas jej pilnował. Doskonale go znając, wiedziała, że nie należał do mężczyzn, 
którzy szybko się poddają.  
- A kto pilnował domu w nocy? - zapytała sucho. Patrzyła mu w oczy, nie pozwalając na żadne 
kłamstwo.  
- Ja pilnowałem od tyłu. Dzięki dodatkowemu ogrodzeniu nikt z sąsiadów mnie nie zauważył i 
nie powiadomił policji. Od frontu stał Dave.  
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, usłyszeli dzwonek do drzwi i Jake z ulgą się oddalił. 
Sarah pomyślała z ironią, że uratowała go pizza. Przyznała jednak, że to bardzo miło z jego 
strony, że dbał o nią pomimo wcześniejszego spięcia i postanowiła nie wracać już do tamtej 
sprawy. Ponieważ nie miała apetytu, Jake jadł sam. Oparła łokcie na stole, by podeprzeć brodę, i 
walczyła z zamykającymi się oczyma. Wiedziała jednak, że dziś nie zaśnie. Za bardzo się bała 
powrotu koszmarnych snów.  
_ Idę wyprowadzić psa. - Jake wstał zza stołu. - A ty kładziesz się do łóżka. - Zebrał resztki 
jedzenia i 7 naganą w głosie stwierdził, że prawie niczego nie tknęła.  
Zawołał psa. Sarah doskonale wiedziała, że nie zapomniał o ich wspólnej nocy. Tkwiła między 
nimi i nie można było przejść nad nią do porządku dziennego. Trzeba z nim porozmawiać. 
Załatwić w końcu tę sprawę·  
- Jake?  
_ Ta.k? - Postawił pudełka z resztkami pizzy na podłodze, a Ciastek zachłannie zanurzył w nich 
swą wielką mordę·  
Dobra, wyrzuć to z siebie w końcu, pomyślała. To śmieszne, że się wstydziła Jake'a.  
_ Dziękuję, że nie pozwoliłeś, by to ... - nie wiedziała, jakich użyć słów, zakończyła więc 

background image

koszmarnym eufemizmem: - ... to, co się wydarzyło, zniszczyło naszą przyjaźń. - To, co się 
wydarzyło? - powtórzył zdziwiony, udając, że nie rozumie, o co chodzi. Sarah niemal dała się na 
to nabrać.  
- Właśnie - potwierdziła gniewnie.  
- Mówisz może o naszej wspólnej nocy?  
Złośliwiec.  
- Wiesz doskonale, że tak.  
_ Och! Chciałem się tylko upewnić. - Jednak zamiast spalić się ze wstydu, Jake z rozbawioną 
miną dodał: - Nie ma za co.   
Sarah zamarła na chwilę.  
- Błazen! - skwitowała spokojnie. Jake odpowiedział uśmiechem i nagle wszystko wróciło do 
normy. Napięcie, które dotąd odczuwała, powoli znikało. Jake miał rację, ktoś ją dręczył, ale 
poradzi sobie, tak jak radziła sobie ze wszystkim do tej pory.  
To, co cię nie zabije, tylko cię wzmocni.  
- Zmykaj do łóżka - powtórzył Jake i zabrał psa na spacer.  
Sarah położyła się i prawie natychmiast zasnęła, wykończona zdarzeniami minionego dnia. 
Nawet jeżeli miała jakieś złe sny, nie pamiętała ich nad ranem. Może to dzięki opiece aniołka z 
włóczki, którego podarowała jej mała Angie. Sarah postawiła go na nocnej szafce i patrzyła na 
niego, aż zasnęła. Włóczkowy anioł stróż pilnował jej snów przez całą noc.  
 
Rozdział 20  
Od czasu zaginięcia Lexie minęło siedem lat. Dlaczego zaczęli znęcać się nad Sarą dopiero teraz? 
Coś musi się za tym kryć.  
Zegar wskazywał siódmą trzydzieści rano. Jake rozmawiał z dziadkiem. Właśnie wracał ze 
spaceru z Ciastkiem, co powoli stawało się jego codziennym obowiązkiem, gdy Pops podjechał 
pod biuro na swym ryczącym motocyklu. Widok staruszka wywarł na wnuku ogromne wrażenie. 
Jake nie miał samochodu i poprosił Popsa o podwiezienie, by mógł sprowadzić swój wóz. Była 
to niezapomniana jazda, której detektyw nie chciałby za żadną cenę powtórzyć. Stali teraz przed 
budynkiem, rozmawiając o ostatnich wydarzeniach.  
- Może jej awans? - rzucił starszy pan, który dzisiaj miał na sobie koszulkę z ostatniego tournee 
Rolling Stonesów, z wielkimi, czerwonymi ustami i wystającym językiem na przodzie, dżinsy, 
kowbojskie buty oraz lśniący kask. Wyglądał jak rasowy podrywacz.  
- To było trzy miesiące temu - odpowiedział Jake, starannie zamykając za sobą drzwi wejściowe. 
Od czasu słynnego spotkania Ciastka z aligatorzycą Molly wyprowadzał psa wyłącznie na 
trawnik od frontu. - Pytałem Sarę, czy ma jakieś podejrzenia, ale nic nie wymyśliła.  
Rozmowy z Sarą na ten temat zawsze prowadziły do nieporozumień. Każde z nich podchodziło 
do sprawy inaczej: Jake chciał szukać osoby, która pragnęła skrzywdzić jego ukochaną, ona zaś 
dążyła do odnalezienia porywacza Lexie. A przecież obu wydarzeń nic nie musiało ze sobą 
łączyć. Chociaż Sarah sądziła, że wszystko składało się w jedną całość, Jake twierdził, że 
dręcząca ją osoba w ogóle nie miała nic wspólnego ze zniknięciem małej. Wykorzystywała 
jedynie najprostszy sposób na wytrącenie zrozpaczonej matki z równowagi.  
- Nic nie przychodzi jej do głowy?  
- Zupełnie nic - odrzekł Jake i poszedł sprawdzić, czy szklane drzwi prowadzące na taras są 
dobrze zamknięte. Pops opadł na krzesło przy biurku Dorothy. W pobliżu nie było widać 
żadnego gada. Robiło się już gorąco i wilgotno, nadchodził zwyczajny sierpniowy poranek. 
Zakłócał go tylko ten typ, który nienawidził Sary tak bardzo, że nie cofał się przed dręczeniem 

background image

jej. Pewnie nąwet chciał ją zabić.  

 

- A może szukasz nie tam, gdzie trzeba? ~ Pops bujał się na krześle. - Może to nie chodzi o 
przeszłość, tylko o coś, co ma się dopiero wydarzyć. I ten człowiek nie chce do tego dopuścić.  
- O tym też myślałem - odpowiedział Jake i popatrzył na dziadka. - Sarah zajmuje się wieloma 
sprawami. Proces Helitzera to duża rzecz. I jeszcze ta sprawa o gwałt dokonany przez dwóch 
policjantów. I napad na bank, handel narkotykami, nauczycielka uprawiająca seks z nieletnim 
uczniem. To nie wszystko, jest jeszcze cała lista. Dodatkowo prowadzi przecież zajęcia w 
stowarzyszeniu Kobiety Przeciw Przemocy. Wychodzi na to, że trzeba by sprawdzić mnóstwo 
osób. To jak szukanie igły w stogu siana.  
- Ten człowiek wie, że najłatwiej ją załatwić, przypominając o małej Lexie. To powinno 
zawęzić listę podejrzanych. Minęło siedem lat. Większość z tych osób nawet nie wie, że Sarah 
miała dziecko.  
- To niczego nie zmienia. Za dużo było wokół tego szumu. Wystarczy wrzucić nazwisko Sary do 
Google'a i już wszystko o niej wiesz.  
- Google - powtórzył Pops głosem człowieka, dla którego internet ciągle był nierozpoznaną 
tajemnicą. - A cóż to takiego, u licha? Cóż to za świat, w którym można wystukać na klawiaturze 
nazwisko człowieka i ... - przerwał na dźwięk lekkich kroków na schodach i spojrzał w ich stro-
nę. Jake także tam popatrzył. Ciastek, który tęsknie wyglądał przez szybę drzwi, podniósł się i do 
nich podszedł.  
Sarah, w luźnym szarym kostiumie, jedwabnej białej bluzce i szarych pantoflach na płaskim 
obcasie, szła dziarsko w stronę wyjścia. Jej ubranie było zupełnie bez wyrazu i Jake postanowił 
zająć się poważnie sprawą wymiany tych beznadziejnych ciuchów na coś bardziej od-
powiedniego. Chociaż przespała całą noc - Jake upewniał się kilka razy - ciągle była blada i 
wyglądała na zmęczoną. A nawet na zmaltretowaną. Mimo to stanowiła dla niego uosobienie 
piękna. Głupi jesteś, zganił się w myślach. Tak mówił zawsze o mężczyznach biegających za 
kobietami, które ich nie chciały. Widział takich wielu, prowadząc różne sprawy. Facetów 
kochających żony, które wniosły pozwy rozwodowe, bogaczy, którzy sądzili, że kociaki są z nimi 
z miłości, a nie dla pieniędzy, i że nie kręcą przy okazji na boku z kimś innym. Wielu mężczyzn 
głupiało z miłości do tej jednej kobiety, którą postanowili zdobyć. Jake zawsze chciał im 
powiedzieć: tego kwiatu jest pół światu. Znajdź sobie inną. Teraz miał za swoje. On sam nie 
chciał szukać innych kwiatków. Jesteś moja, pomyślał, gdy mijała go z uśmiechem. I nie tylko 
jako przyjaciółka. Choć właśnie tylko tyle miała mu do zaoferowania.  
- Cześć! - pozdrowiła obecnych. - Dzięki, że wyprowadziłeś Ciastka.  
- Nie ma za co. - Jake popatrzył na psa, który ucieszył się na widok swej pani. Może powinna 
wziąć tę bestię ze sobą. Dni mijały i nic się nie działo, ale mimo to ryzyko ciągle było duże. No 
cóż, Ciastek i Jake w związku z całą tą sprawą musieli zacząć się w końcu tolerować. - Sądzę, że 
się do mnie przywiązał. Już nawet na mnie nie warczy.  
- Mówiłam przecież, że on cię kocha - odpowiedziała Sarah z uśmiechem. - Cześć, Pops! - 
Weszła do biura i pogłaskała psa po głowie.  
- Sie masz. A dokąd to tak wcześnie?  
- Do pracy. - Odważnie popatrzyła na Jake'a, który właśnie za to ją uwielbiał. - Czy skończyliście 
z przesłuchiwaniem świadków do sprawy Helitzera? - spytała.  
- Tak, ale nie znaleźliśmy nic nowego. Charlie podrzuci papiery dziś rano.  
- Świetnie. Zobaczymy się później?  
- Zapewne. - A w myślach dodał: Oczywiście, przecież nic mnie nie zatrzyma. Jednak zachował 
swój entuzjazm dla siebie. - A ty siedzisz dzisiaj tylko w biurze i w sądzie. Żadnych wypadów 

background image

samochodem do domu ani gdzie indziej - nakazał surowo.    
- Przysięgam! - potwierdziła Sarah. Wcześniej rozmawiali o tym, że powinna uważać do czasu 
wyjaśnienia sytuacji. Jake postanowił, że wyśle za nią swojego człowieka, chociaż prawie już jej 
obiecał, że tego nie zrobi. - Muszę lecieć. Zobaczymy się później.  
- Do zobaczenia.  
- Cześć, Pops!  
- Cześć, Sarah!  
Zatrzymała się w drzwiach, odwróciła do Jake'a i zapytała:  
- Tak przy okazji, kto będzie dzisiaj za mną chodził? Chciałabym wiedzieć, kogo szukać, jakby 
coś się działo.  
Okazało się więc, że zna Jake'a na wylot. Uśmiechnął się do niej szeroko i odpowiedział:  
- Charlie. I tak musi wpaść do prokuratury.  
- Przekaż mu, że zatrzymam się na chwilę na kawę. - I wyszła, zamykając za sobą drzwi.  
Jake zdał sobie sprawę, że ciągle głupkowato się uśmiecha, gdy napotkał znaczące spojrzenie 
dziadka.  
- Co znowu? - rzucił naburmuszony.  
- Nic, nic - Pops wzruszył ramionami. - Przynajmniej dla mnie. Hoss, przede mną nie musisz 
udawać, że ryzykowałeś życie z tym aligatorem wyłącznie z powodu psa. Przecież wiem, że 
kochasz tę kobietę·  
- Nie zrobiłem tego ... - Jake zaczął, ale przerwało mu przybycie Dorothy. Sekretarka niemal 
wpłynęła do biura w swej żółtej sukience. Powitała Jake'a skinieniem głowy, obrzuciła Ciastka 
spojrzeniem pełnym dezaprobaty i ostentacyjnie zignorowała Popsa, który natychmiast po-
derwał się z fotela.  
- Widziałam Sarę - odezwała się, wkładając torebkę pod biurko i ostrożnie siadając w fotelu. - 
Biedactwo, wygląda na zmordowaną. Potrzebuje odpoczynku. Czy wie, że Charlie jej pilnuje? 
Pytam, bo wydawało mi się, że do niego pomachała.  
- Wie - odpowiedział Jake.  
_ Wygląda na to, że Hoss nie potrafi trzymać języka za zębami. - Pops przysunął się do Jake'a.  
Ten już chciał się odgryźć, ale Dorothy go uprzedziła.  
_ Mówiąc o dyskrecji - zaczęła, patrząc groźnie na starszego pana - może poinformujesz mnie, 
od kiedy to obowiązuje w tym biurze zasada, że pracownicy nie mogą spotykać się towarzysko. 
Pracuję tu prawie czterdzieści lat i o niczym takim do tej pory nie słyszałam.  
Pops, biedaczysko, szukał pomocy u wnuka, rzucając w jego stronę rozpaczliwe spojrzenia.  
- Nic o tym nie wiem - powiedział Jake, podnosząc w górę dłoń. - To jest... - już miał dokończyć, 
że to sprawa dziadka, ale przerwał mu dzwonek telefonu komórkowego. Sięgnął do kieszeni i 
odszedł na bok.  
- Dzień dobry! Tu Doris Linker. - Jake nie bardzo wiedział, kto to. - Jestem siostrą Maurice'a 
Johnsona. Pamięta pan, jak mówił, że da nam tysiąc dolarów, jeżeli powiemy, kiedy Maurice 
odzyska przytomność? No więc, właśnie ją odzyskał.  
 
- Jak to jest, pani Letts, że mając do dyspozycji prawie rok na przygotowanie się do procesu, 
obrona ciągle wnosi o przesunięcie terminu? Oskarżenie uwinęło się w cztery miesiące, a pani?  
Sarah z trudem ukryła satysfakcję, słysząc w głosie sędziego Schwartzmana dezaprobatę w 
stosunku do poczynań obrońcy Helitzera. Pat Letts włożyła cukierkowo czerwony kostium, który 
prezentował się doskonale na jej zgrabnej sylwetce. Sarah niemal zazdrościła rywalce. Jej wygląd 
tym razem nie był ważny, bo sędzia, zdając sobie sprawę z obecności na sali dziennikarzy, 
postanowił nie dopuścić do kolejnej przerwy. Pani Letts s~ybko otrząsnęła się z szoku i pełnym 

background image

przejęcia głosem powiedziała:  
- Sprawa jest bardzo skomplikowana i w związku z tym ....  
- Nie chcę tego słuchać, pani mecenas. Czy sądzi pani, że nie widzę pani gry na zwłokę? - Sędzia 
Schwartzman zmarszczył brwi. Sarah nie pozwoliła sobie na uśmiech, a pani Letts okazała 
rozczarowanie. Sędzia pochylił się w ich kierunku i patrząc sponad okularów dodał: - Proszę 
pamiętać o przesłuchaniach, które rozpoczynają się w środę. Nie będzie żadnych opóźnień. 
Odrzucam wniosek o umorzenie sprawy.  
Uderzył drewnianym młotkiem, podniósł się i opuścił podium, otrzepując dłońmi togę. Flaga 
państwowa i stanowa poruszyły się, gdy koło nich przechodził. Pilnujący porządku policjant 
podszedł do dziennikarki, która opadła na oparcie krzesła. Po sali przeszedł pomruk zwiastujący 
bliską przerwę na lunch. Sarah dyskretnie odetchnęła z ulgą. Nie była dzisiaj w najlepszej formie, 
miała trudności z koncentracją. Pozostawała wciąż pod wrażeniem ostatnich dni i ciągle słyszała 
głos córeczki. Nie pozwoliła sobie jednak na utratę kontroli, starała się ze wszystkich sił dobrze 
reprezentować interesy ofiar przestępstw. Jakoś sobie radziła i to było najważniejsze.  
_ Stary dureń! - mruknęła pod nosem pani mecenas, a Sarah popatrzyła na nią ze zdziwieniem.  
To stojące w jawnej sprzeczności z profesjonalizmem zachowanie nie oznaczało ocieplenia 
stosunków między nimi. Pat Letts obrzuciła swą przeciwniczkę przelotnym spojrzeniem, 
zebrała rzeczy i wyszła z sali. Młoda asystentka, której Sarah nie znała, pobiegła za szefową· 
Helitzer nie pojawił się dzisiaj w sądzie i Sarah bardzo się z tego powodu cieszyła.  
_ Poszło jak po maśle - szepnął drepczący przy niej Duncan.  
Ponieważ od początku razem pracowali przy tym śledztwie, jego obecność w sądzie nie 
zdziwiła Sary. Jednak z uwagi na natłok spraw do załatwienia czekających w biurze w takim 
procesie jak dzisiejszy powinien uczestniczyć tylko jeden prokurator. Dlatego też pojawienie 
się Duncana na dwie minuty przed rozprawą zaskoczyło Sarę·  
_ Co ty tutaj robisz? - zapytała, gdy wychodzili z opustoszałej sali.  
_ Zapytaj Morrisona, nie mnie. - Wzruszył ramionami. - To on kazał mi tu przyjść.  
Sarah postanowiła o to zapytać. Ponieważ był poniedziałek, mieli spotkanie służbowe całego 
zespołu i Morrison na pewno na nim będzie. Niemal jednocześnie pchnęli oba skrzydła 
szklanych drzwi i wyszli na korytarz. Pomimo tłoku nie sposób było nie zauważyć pani Letts w 
jej czerwonym kostiumie. Błyszczała niczym rubin pośród szarego żwiru. Siedząc na fotelu 
przy schodach, rozmawiała przez telefon komórkowy, zapewne zdawała relację swemu 
wspólnikowi z kancelarii lub samemu Mitchellowi Helitzerowi.  
- Idziemy na lunch? - spytał Duncan, gdy szli po schodach.  
Sarah popatrzyła na uśmiechniętego kolegę. Wokół jego niebieskich oczu zauważyła kurze łapki. 
Duncan był przystojny i wielu kobietom na pewno spodobałby się ten chłopięcy urok. Sobotni 
lunch okazał się miły i owocny. Coś jednak w jego sposobie bycia sprawiało, że zaczęła się 
zastanawiać nad przypuszczeniami Jake'a, który sugerował, że Duncan dąży do relacji 
wykraczających poza stosunki służbowe. Sarah nie zamierzała do tego dopuścić. Powinna 
wcześniej mu powiedzieć, że nie przyjmuje zaproszeń na randki.  
- Dzięki, ale muszę popracować - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Skinął głową i skierował się 
w stronę wyjścia. Sarah poszła do łazienki. Wychodząc, niemal zderzyła się w drzwiach z Pat 
Letts, która" popatrzyła na nią z wyższością.  
- Żebyś wiedziała, że mój klient jest niewinny i z przyjemnością udowodnię to w sądzie - 
oświadczyła.  
- No cóż, w tej kwestii różnimy się całkowicie - odparła Sarah, uśmiechając się lekko. - Twój 
klient jest winien i z przyjemnością skopię mu dupsko przed ławą przysięgłych. - Po tych 
słowach wyszła na korytarz.  

background image

- Uwielbiam, kiedy jesteś niegrzeczna. - Usłyszała głos Jake'a i odwróciła się, by zobaczyć jego 
szeroki uśmiech. Widocznie usłyszał przynajmniej jej odpowiedź na zaczepkę pani mecenas. - 
Kogo dziś wkurzasz?  
Sarah powiedziała mu o potyczce w sprawie Helitzera i zapytała:  
- Co ty tutaj robisz?  
- Zapraszam cię na lunch. Masz czas?  
Dla Jake'a zawsze miała czas.  
- Oczywiście. Ale tylko czterdzieści pięć minut.  
- To przecież mnóstwo czasu! - Wziął ją pod ramię i poprowadził w stronę wyjścia. W beżowej 
sportowej marynarce, jasnych spodniach, białej koszuli i granatowym krawacie wyglądał 
wspaniale i Sarah nie omieszkała tego zauważyć. - Idziemy do McDonalda czy Arby?  
Skrzywiła się. W końcu stanęło na barze Marco, gdzie zamówiła rosół z makaronem, a Jake, 
wierny swoim przyzwyczajeniom, wziął frytki oraz naładowaną mięsem i wszelkimi 
różnościami kanapkę z dodatkowym serem.  
- Wiem, kto jechał za tobą w dniu napadu - odezwał się, gdy zasiedli przy małym stoliku w kącie 
lokalu. Bar Marco cieszył się sporą popularnością wśród pracowników sądu i oboje pozdrowili 
już kilku znajomych. - Maurice Johnson i Donald Coomer. Jechali za tobą do domu, a potem do 
Quik-Pik. Tam wpadli na pomysł, by obrabować sklep. Dziewczyna brata Johnsona pracowała 
tam wcześniej i powiedziała im, że w kasie zawsze jest sporo pieniędzy.  
- Kto ci to wszystko powiedział? - zapytała Sarah, przestając jeść ze zdumienia.  
- Maurice Johnson - odparł zadowolony z siebie Jake. - Odzyskał przytomność i jest całkiem 
rozmowny. Przynajmniej był rozmowny, gdy opuszczałem szpital.  
Zaskoczona Sarah odłożyła łyżkę i oszołomiona informacjami spytała:  
- Skąd wiedziałeś, że odzyskał przytomność?  
- Powiedziałem jego rodzinie, że chcę być pierwszą osobą, która z nim porozmawia, gdy się 
ocknie, i obiecałem tysiąc dolarów. Zadzwonili dziś rano.  
- Czy to zgodne z prawem? - zapytała, wycierając serwetką rozlaną zupę. - Doskonale wiem, że 
to nieetyczne.  
- Ja nie jestem prawnikiem, tylko detektywem. Obowiązują mnie inne reguły gry - odpowiedział, 
z niezmąconym apetytem zajadając kanapkę. - Kieruję się zasadą, że cel uświęca środki.  
- Jaki cel? - dociekała Sarah, wietrząc podstęp·  
- Zapewnienie ci bezpieczeństwa. Odkrycie, kto i dlaczego do ciebie strzelał. Kto do ciebie 
dzwoni. I dlaczego wydaje mi się, że to wszystko jest ze sobą powiązane.  
- Sądzisz, że postrzał może mieć coś wspólnego z telefonami? - Sarah zupełnie zapomniała o 
rosole. Jake popatrzył na nią z wyrzutem i ruchem głowy wskazał talerz.  
- Jedz - i kontynuował, gdy tylko znów chwyciła za łyżkę: - Johnson twierdzi, że śledzenie ciebie 
było pomysłem Coomera. Oczywiście może tak mówić, aby chronić swój tyłek. Nie wie, 
dlaczego Coomer kazał mu jechać za tobą do Quik-Pik. Obserwowali cię przez szklaną witrynę i 
wtedy Coomer wpadł na pomysł, by obrabować sklep.  
Przed oczami Sary znów stanęły wydarzenia feralnego wieczoru: mężczyzna w masce, stojący 
przy chłodziarce, grożący bronią Duke, który strzelił do Mary, krzyk Angie dochodzący spod 
stolika, rozpaczliwa ucieczka ze sklepu i świst kuli, która ją trafiła w głowę.  
- Ale dlaczego mnie śledzili? - pytała drżącym głosem.  
- Johnson twierdzi, że nie wie. Zapiera się, że tylko zgodził śię na przejażdżkę samochodem z 
Coomerem.  
Sarah już nie mogła jeść.  
- Co ty o tym sądzisz? - Popatrzyła Jake'owi w oczy. Twarde, pozbawione uczuć oczy agenta 

background image

FBI, którym był kiedyś.  
- Myślę, że ktoś im zapłacił albo ich zmusił, aby cię nękali. Może mieli cię zranić, a może nawet 
zabić. Tego jeszcze nie wiem. Pomieszałaś im szyki, wchodząc do sklepu. Postanowili 
wykorzystać nadarzającą się okazję i to był błąd. Sytuacja wymknęła im się spod kontroli.  
- Czaszka zwrócił się do Duke'a po imieniu - przypomniała sobie Sarah.  
- Co?!  
- Johnson nazwał Coomera "Duke", zanim ten zastrzelił Mary.  
- Sama widzisz - podsumował Jake, pochłaniając swój posiłek.  
- Twierdzisz, że Mary zginęła przeze mnie? - Sarah poczuła się nagle słabo.  
- Mary znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze i miała pecha, że trafiła na 
dwóch głupich i brutalnych zbirów.  
Którzy znaleźli się tam przeze mnie, dokończyła w myślach Sarah z błagalną prośbą o 
wybaczenie skierowaną do nieba.  
- Kto zatem mnie postrzelił?  
- Tego jeszcze nie wiem, ale możesz być pewna, że i tę zagadkę rozwiążę - odpowiedział Jake, 
patrząc na nią zimnym wzrokiem.  
Zapadła cisza. Sarah zauważyła, że Jake znów przypatruje się jej talerzowi, chwyciła więc za 
łyżkę. Nie mogła nic przełknąć, ale mieszała zupę, chcąc uśpić jego uwagę. - A jak to wszystko 
łączy się z telefonami?  
- Ciągle nad tym pracuję. Nie jestem do końca pewien, ale osoba, która wynajęła tego idiotę 
Coomera, na pewno nie liczyła na jego kreatywność. Za to ten, kto każe jakiejś małej 
dziewczynce dzwonić do ciebie i mówić określone rzeczy, jest z pewnością bardzo pomysłowy.  
Lexie. Wspominając głos w słuchawce telefonicznej, Sarah zastanawiała się, czy to naprawdę 
mogła być inna dziewczynka.  
- Dlaczego? - spytała wstrząśnięta.  
- Tego jeszcze nie wiem. - Jake potrząsnął głową. - Nie wiem też, kto to robi. Ale jeżeli masz 
dotrwać do rozwiązania zagadki, musisz jeść. - Patrzył na nią uważnie i Sarah włożyła łyżkę do 
ust. Jake skończył swoje danie i Sarah znów spróbowała odwrócić jego uwagę od rosołu.  
- Dlaczego Johnson zdecydował się mówić? - zapytała. Jake przełknął ostatnie frytki i wytarł 
palce w serwetkę. - Powiedziałem mu, że jeżeli będzie zeznawał, dobijemy targu. Nie zostanie 
oskarżony o morderstwo ani o jego usiłowanie i spędzi tylko dziesięć lat w pace. ,  
- Nie masz uprawnień do proponowania ugody! - zaprotestowała.  
- A zatem skłamałem - odparł z uśmiechem, wzruszając ramionami.  
Zabrakło jej słów z oburzenia. Przez chwilę rozglądała się po sali i przy innym stoliku 
spostrzegła rozmawiającego ze znajomym Duncana. Przez chwilę poczuła wyrzuty sumienia, 
powiedziała mu przecież, że jest zajęta. Duncan kiwnął głową, a Sarah pomachała mu ręką.  
- Co jest? - spytał Jake.  
- Tam siedzi Duncan. Zaprosił mnie na lunch, a ja odmówiłam, wymawiając się pracą.  
- Dostałaś lepszą propozycję. - Jake nie dopuszczał nawet myśli o tym, że rywal mógłby być 
niezadowolony.  
Dał znać kelnerce, że chce zapłacić. Dziewczyna natychmiast przyniosła rachunek, wyraźllie 
ignorując Duncana, który wcześniej próbował przyciągnąć jej uwagę. Zrobiłoby to na Sarze 
wielkie wrażenie,' gdyby nie świadomość, że kelnerka była jedną z wnuczek Dorothy i tak jak jej 
babcia nie widziała świata poza Jakiem.  
- O której będziesz w domu? - zapytał, gdy wychodzili z lokalu.  
- Koło siódmej - odpowiedziała automatycznie. W poniedziałki zazwyczaj wracała do domu o tej 
właśnie godzinie, wyprowadzała Ciastka i szła do siłowni. Uświadomiła sobie nagle, że mówiąc 

background image

"dom", Jake miał na myśli swoje mieszkanie i że będzie na nią czekał. Bardzo jej się to 
spodobało.  
- Będę czekał - powiedział i odprowadził ją do sądu. Po południu będzie cię pilnował Dave.  
 
Po służbowym spotkaniu Sara dopadła Morrisona. Było już późno, wpół do siódmej, i szef 
pakował swoje rzeczy z wyraźnym zamiarem opuszczenia biura. Sarah zapukała i weszła do 
gabinetu. Morrison, piastując stanowisko kierownika prokuratury, mógł wybrać sobie pokój. 
Poza tym,  
nic nie różniło wnętrza pomieszczenia od gabinetów reszty pracowników. Morrison miał tu 
metalowe biurko oraz zawalone papierami i książkami metalowe regały. Za biurkiem widać było 
fotel na kółkach, przed nim stały dwa zwykłe krzesła biurowe. Jedyna różnica polegała na tym, 
że z narożnego gabinetu Morrisona rozciągał się zapierający dech w piersiach widok na zatokę 
Beaufort Bay i zabytkową część miasta. Szef miał też u siebie nieustannie psującą się 
klimatyzację·  
- Tak? - Morrison spakował już teczkę, zamknął ją i popatrzył na Sarę pytająco.  
- Dlaczego wysłałeś Duncana do sądu w sprawie Helitzera? - wypaliła bez ogródek.  
- Sądziłem, że może będziesz potrzebowała pomocy odparł wyraźnie rozdrażniony.  
- Nigdy dotąd nie potrzebowałam. I na pewno nie potrzebuję jej przy standardowych 
przesłuchaniach.  
Morrison wahał się przez chwilę. W końcu wskazał jej krzesło i powiedział:  
- Sarah, usiądź proszę·  
Niedobrze. Morrison nigdy nie proponował tego swoim pracownikom. Sarah pokręciła głową i 
stała nadal.  
- Mów! Obiecuję, że nie zemdleję·  
Zacisnął wargi i zza okularów obrzucił Sarę uważnym spojrzeniem swych brązowych oczu. 
Przez chwilę przypominał wielką modliszkę·  
- Słyszałem o tym okropnym telefonie w niedzielę· Nie przypuszczałem, że dasz radę przyjść 
dzisiaj i normalnie pracować.  
- Potrafię normalnie pracować bez względu na okoliczności.  
- Spisałaś się doskonale. Gratuluję. - Odwrócił się do niej bokiem i Sarah wyczuła, że za chwilę 
usłyszy coś niemiłego. - Dzwonią do mnie ludzie i mówią, że wyglądasz na wykończoną, ledwo 
trzymasz się na nogach i jesteś nie do poznania. Sam też to widzę i się nie dziwię. Nie było ci 
łatwo przez parę ostatnich dni. Wierz mi - rozumiem i współczuję. Ale przed nami kilka ważnych 
procesów. Wiele się dzieje i Duncan da sobie radę sam. Chcę, żebyś wprowadziła go w swoje 
sprawy, tak na wszelki wypadek.  
- Na wszelki wypadek? - Sarah zatrzęsła się z oburzenia. - Sądzisz, że się załamię? Że sobie nie 
poradzę?  
Morrison nawet się nie uśmiechnął.  
- Gdybyś musiała wziąć wolne - wyjaśnił pojednawczym tonem. - Ta praca wymaga wielkiego 
wysiłku, a w twoim życiu osobistym mnóstwo się ostatnio dzieje. Muszę myśleć o całym biurze.  
- Twierdzisz, że wystawiam na szwank naszą pracę dlatego, że ktoś mnie postrzelił i jakiś świr 
napastuje mnie telefonami? - Była wściekła. Jeżeli straci pracę ... Przeraziła się na samą myśl o 
takiej ewentualn6ści. Czym wypełni minuty, godziny, całe życie, jeżeli nie będzie mogła praco-
wać?  
Morrison podniósł dłoń, starając się uspokoić Sarę. - Chcę tylko, żeby Duncan był na bieżąco.  
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Sarah wściekłym, chcąc zamaskować strach, a Morrison 
przepraszającym, lecz nieustępliwym. W końcu szef westchnął i dodał:  

background image

- Chcę, aby Duncan cię zastępował, gdybyś chciała wziąć wolne lub ...  
Stanowcze pukanie przerwało ich rozmowę. W drzwiach stała Lynnie, jej asystentka, atrakcyjna 
dwudziestosześcioletnia dziewczyna azjatyckiego pochodzenia.  
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale masz pilny telefon.  
- Dokończymy tę rozmowę później? - zapytała Sarah, postanawiając dostosować się do zasad 
panujących w biurze. Tak naprawdę to nie pytała - Morrison o tym wiedział - ona była 
zdecydowana jeszcze na' ten temat z nim porozmawiać.  
- Oczywiście - odpowiedział, wzdychając. Sarah obrzuciła go jeszcze raz wzburzonym 
spojrzeniem i poszła odebrać telefon.  
- Pani Mason? - Rozpoznała hiszpański akcent. Dzwoniła Rosa Barillas. - Przepraszam, że panią 
niepokoję, ale nie wiem do kogo się zwrócić. Angie zginęła. Bardzo proszę, nich mi pani 
pomoże.  
 
Rozdział 21  
- Gdzie jesteś, córeczko?! Gdzie?! Najświętsza Panienko, miej ją w swojej opiece. Spraw, by do 
mnie wróciła. Jest taka bezbronna. Moja biedna Angie - szeptała Rosa BarilIas łamiącym się 
głosem.  
Było już późno, dochodziła dziesiąta wieczór. W małym, skromniutkim mieszkaniu zeb:retło się 
mnóstwo ludzi. Otulona kocem kobieta siedziała na kanapie. Na stoliku obok stał kubek kawy i 
talerz z nietkniętym ciastkiem. Od c'zasu do czasu zrozpaczona Rosa zsuwała się na podłogę i 
klęcząc, wznosiła rozpaczliwe modły o bezpieczeństwo swojej córki.  
Wśród zgromadzonych w pokoju panował ponury nastrój. Ludzie szeptali między sobą, zupełnie 
jakby byli na stypie. Dwoje starszych przestraszonych dzieci, Rafael i Lizbeth, tuliło się do 
kobiety, która wyglądała na ich krewną· Sophia i Sergio spędzali dzisiejszą noc pod opieką 
krewnych. Przez niewielki pokój przewinął się tłum policjantów, znajomych, dziennikarzy, 
każdy się zatrzymywał, by powiedzieć kilka słów otuchy. Sarah rozumiała, że czas odgrywa tu 
najważniejszą rolę. Wiedziała z własnego przerażającego doświadczenia, że pierwsze dwie doby 
są decydujące. Po ich upływie szansa na odnalezienie żywego dziecka spada do zera. Stała się 
rzecz nieprawdopodobna, Sarah po raz drugi przeżywała zniknięcie małej dziewczynki. Angie po 
prostu zapadła się pod ziemię. Ostatni raz widziano ją około trzeciej po południu. Dziewczynka 
pilnowała bawiącej się w piasku młodszej siostry i czekała, aż skończy się pranie, by przełożyć 
je do suszarki. Inne dzieci, w tym jej rodzeństwo, bawiły się w chowanego. Na podwórku 
panowały wrzawa i śmiech, które mogły zagłuszyć wołanie o pomoc. Nikt się nie przyznał, że 
widział coś niezwykłego. Rafael pierwszy zauważył, że jego siostra nie siedzi na ławce z książką 
w ręku, jak to miała w zwyczaju. Uznał, że jest w pralni, i nie przejął się nieobecnością Angie. 
Ale dziewczynki nigdzie nie było. Po jakimś czasie zaczął jej szukać, niepokój wzrastał z każdą 
chwilą. Wkrótce już wszystkie dzieci Rosy, Rafael z małą Sophią na rękach, szukały zaginionej 
siostry po całym osiedlu. Starszy brat poszedł nawet do Quik-Pik i restauracji Wanga. Dołączyły 
do nich pozostałe dzieci z podwórka, a także rodzice, którzy byli w domach, i inni mieszkańcy. 
Ustalili, że Angie nie ma w żadnym z mieszkań, w żadnej z dziecięcych kryjówek, że nie opala 
się na żadnym z dachów z innymi dziewczynkami. O piątej po południu Rosa wróciła z pracy do 
domu.  
. Kobieta nigdy nie ufała policji. Bała się, że funkcjonariusze odbiorą jej dzieci, a ją samą 
deportują do Gwatemali albo aresztują i skrzywdzą. Przełamała się jednak, gdy dzieci i sąsiedzi 
opowiedzieli jej o przeprowadzonych poszukiwaniach. Potem zadzwoniła do Sary, która w 
oczach Rosy była wielką figurą obdarzoną potężną władzą. Sarah poznała te wyobrażenia, gdy 
przerażona kobieta przypadła do niej, błagając o ratunek. Sarah mogła tylko zadzwonić po Jake'a 

background image

i znajomych detektywów. Bała się jednak, że to za mało.  
Historia się powtarzała, Sarah doświadczała przejmującego deja vu. Przyjechała policja, 
funkcjonariusze przeszukali jeszcze raz wszystko dookoła. Przesłuchali świadków, zebrali 
zeznania, chodzili od drzwi do drzwi. Jake poprosił o pomoc starych przyjaciół z FBI, którzy od 
razu zabrali się do roboty. Wszyscy pracownicy jego biura zostali postawieni w stan pogotowia. 
Do poszukiwań przyłączyli się przyjaciele i sąsiedzi, sprawdzając pobliskie działki, ulice, pola i 
brzegi płynącego przy osiedlu strumienia. Zanim zapadł zmierzch, na miejscu pojawili się 
dziennikarze z Hayley Winston na czele i urządzili na parkingu zaimprowizowane studio. 
Wszystko odbywało się dokładnie tak jak wtedy, gdy zaginęła Lexie. Policja doszła do 
analogicznego wniosku: dziewczynka została porwana. W głowie Sary kołatało się podejrzenie, 
że zniknięcie małej Angie jest w jakiś niezwykły sposób powiązane ze zniknięciem Lexie i 
tajemniczymi telefonami. Dziewczynkę aż dwa razy pokazywano w telewizji razem z Sarą. 
Trzeba sprawdzić i ten trop. Sarah miała wrażenie, że koszmar powrócił, że zaraz zacznie 
krzyczeć, rwać włosy i biec przed siebie na złamanie karku. Opanowała się jednak. Wą.lczyła 
samotnie z bólem i rozpaczą, z przeświadczeniem o beznadziejności starań i szeptanych układów 
z Bogiem. Wiedziała, przez co przechodzi teraz Rosa, i że nadzieja może się okazać płonna. 
Trwała więc przy oszalałej ze strachu matce, wśród krewnych, znajomych i obcych ludzi, w 
trakcie przesłuchań i wywiadów. Rosa przylgnęła do niej w okrutnym i boleśnie szczerym 
przekonaniu, że tylko one dwie potrafią się zrozumieć niczym siostry w nieszczęściu.  
Nadszedł ranek. Sarah zadzwoniła do pracy i poprosiła o wolny dzień. Jeżeli tym samym 
potwierdziła obawy Morrisona, to trudno. W tej chwili nie mogła postąpić inaczej. Musiała 
zostać z Rosą. Zdjęcie Angie pojawiało się w gazetach i telewizji. Od zniknięcia dziecka minęło 
osiemnaście godzin. Zamówiono jedzenie, ale nikt go nie tknął. Po dwudziestu czterech 
godzinach poszukiwania wciąż trwały, policja i funkcjonariusze FBI pracowali na zmiany. 
Telewizja w każdych wiadomościach podawała informację, że nie odnaleziono jeszcze 
dziewięcioletniej Angie Barillas. Wyczerpani ludzie wracali do domów, a potem przychodzili 
znowu. Rosa zasnęła na kanapie. Zapadł zmierzch. Mijały kolejne godziny. Szansa na odna-
lezienie dziecka malała z każdą minutą. Nie było żadnej wiadomości o losach Angie. Nadzieja 
malała nieubłaganie. Sarah modliła się, by Rosa zdała sobie z tego sprawę jak najpóźniej.  
Do drzemiącej z podkulonymi nogami na podłodze Sary podszedł Jake i potrząsnął nią za ramię. 
Nieco wcześniej zasnęła, opierając głowę na położonej na stoliku ręce.  
- Chodź! Jedziemy do domu - szepnął.  
Popatrzyła na niego oszołomiona snem, półprzytomna.  
Jake wyglądał na zmęczonego. Miał poplamione i nieś wieże ubranie. Zgromadzeni w 
mieszkaniu Rosy ludzie za wszelką cenę starali się zachowywać cicho, by nie przerwać 
niespokojnego snu biednej matki.  
- Nie mogę ... - zaczęła Sarah, spoglądając na Rosę, która drzemała na kanapie przykryta przez 
jakąś litościwą duszę niebieskim kocem.  
- Możesz - przerwał jej przyciszonym, ale zdecydowanym głosem. - Znikamy, choćbym miał cię 
stąd wynieść na rękach. Nic tu po tobie i nikomu nie pomożesz. Najwyżej sama się wykończysz.  
Sarah wiedziała, że Jake miał rację. Była tak zmęczona i wyczerpana, że nie czuła nawet głodu. 
Za to strasznie bolało ją serce. Jednak w tej sytuacji nawet największe cierpienie wszystkich 
zgromadzonych niczego nie zmieni. To okrutna lekcja, którą sama przerobiła.  
- Dobrze - zgodziła się. Idąc w stronę drzwi, dotknęła ramienia jednej z kobiet, zapewne kuzynki 
Rosy, która czuwała, siedząc na kuchennym taborecie. - Powiedz później Rosie, że przyjadę 
rano.  
Kobieta przytaknęła w milczeniu.  

background image

Gdy dotarli do mieszkania Jake'a, Sarah bezwładnie opadła na kanapę. Zaraz też przydreptał 
Ciastek z wyrzutem w oczach.  
- Pops już go wyprowadził - poinformował Jake. Zwierzak musiał wyczuć, że stało się coś 
strasznego, i położył swój wielki łeb na kolanach Sary. Został przy niej, gdy Jake zniknął w 
kuchni. Sarah pogładziła psa po głowie, uświadamiając sobie, że Ciastek też cierpiał, gdy 
zniknęła Lexie. Obecność psa uspokajała ją.  
- Dobry piesek.  
- No dobrze, dziś specjalność domu. - Jake pojawił się, niosąc coś w dłoniach. - Ciastek! Na 
miejsce!  
Pies, o dziwo, posłuchał rozkazu i Jake postawił na stoliku talerz, na którym stała miska z 
rosołem.  
- Przygotowałeś dla mnie zupę? - spytała z niedowierzaniem Sarah.  
- Oczywiście! Przecież objadasz się nimi. No spróbuj. - Jake stał przy niej z rękami opartymi na 
biodrach i patrzył surowo.  
- Dziękuję! - odrzekła, ze słabym uśmiechem. Jake jak zwykle dbał o nią bez względu na 
okolicznoŚci. Świadomość, że nie jest sama, dodawała jej sił.  
- Tak naprawdę zupa jest z puszki. Ale to lepsze niż nic.  
Sarah wiedziała, że Jake czeka, aż ona zacznie jeść. Nic dzisiaj nie miała w ustach i 
potrzebowała porządnego posiłku.  
- A ty nie jesz?  
- Wierz mi, skarbie, ja już jadłem.  
Nabrała na łyżkę nieco rosołu, który okazał się gorący i nawet smaczny, choć nieco słony i 
tłustawy. Przełknęła, wiedząc, że musi jeść, a także dlatego, że Jake bacznie ją obserwował. 
Pochłonęła w ten sposób kilkanaście łyżek, po których poddała się i włączyła telewizor. Pilotem 
zmieniała kolejne programy: "CSI - zagadki kryminalne", "Wiadomości sportowe", powtórka 
serialu "Seinfeld" i wiadomości lokalne: " ... podobnie jak siedem lat temu Alexandra Mason, 
tak teraz dziewięcioletnia Angela Barillas ... ".  
Tylko nie to! - Sarah natychmiast wyłączyła telewizor. - Czy myślisz, że porwała ją ta sama 
osoba, która do mnie dzwoniła? - zapytała Sarah, siląc się na obojętność. Bała się, że jej 
przypuszczenie może okazać się prawdą·  
- Nie wiem. Policja traktuje tę możliwość poważnie.  
- Oni jej nie znajdą, prawda? - Ze zmęczenia zakręciło jej się w głowie, położyła się więc na 
kanapie z rękami bezwładnie wyciągniętymi wzdłuż ciała.  
- Nie wiadomo.  
Och! Doskonale wiesz, że nie, pomyślała, lecz nie powiedziała tego na głos. Oboje rozumieli, że 
Jake mówi tak tylko po to, by podtrzymać resztki tlącej się w nich nadziei. - Skończ zupę i trochę 
się prześpimy.  
- Już nie mogę. Nie jestem głodna.  
Choć Jake nie powiedział ani słowa, wiedziała, że bardzo mu się to nie spodobało. Wyniosła 
naczynia do kuchni, a potem wzięła szybki prysznic. Włożyła niebieską koszulkę i wyciągnęła 
się na łóżku, pod którym pochrapywał już Ciastek. Kiedy zgasiła światło, wydawało jej się, że 
stojący na szafce aniołek z włóczki zajaśniał przez chwilę w ciemnościach. Poddając się 
powracającemu żalowi, Sarah najpierw pomyślała o córce, potem o Angie. Ze łzami modliła się, 
by dobry Bóg miał je w opiece. Potworne zmęczenie nie pozwalało jej zasnąć, wciąż wracały 
obrazy minionego dnia. Nie mogąc ich znieść, Sarah wstała i poszła do salonu. Promienie 
księżyca sączące się przez szpary między niedokładnie zasuniętymi kotarami stanowiły jedyne 
źródło światła. Jake spał. W jego sypialni panowała ciemność. Sarah słyszała, jak chrapał. 

background image

Wtuliła się w kąt kanapy, podciągnęła kolana pod brodę i objąwszy je rękami, zaczęła bezgłośnie 
i rozpaczliwie łkać.  
Nie usłyszała, gdy Jake do niej podszedł. Lekko przestraszona podniosła na niego mokre oczy. W 
słabej, księżycowej poświacie wyglądał niczym jeszcze jeden ponury cień, którymi wypełniony 
był cały pokój. 

- Sarah! Co ty tu robisz?! - spytał zagniewany. - Nie rozumiesz, że powinnaś spać?  
Początkowo Jake nie zdawał sobie sprawy, że Sarah płacze, a ona nie chciała, by to zauważył. Płacz to oznaka 
słabości, wrażliwości i bezradności, a nie zamierzała być słaba i bezradna. Gdyby zauważył, co się dzieje, 
bardzo by go to zabolało, a tego nie chciała. Odetchnęła bezgłośnie. Postanowiła nie ocierać łez, by Jake 
niczego się nie domyślił.  
- Wstałam napić się wody - odpowiedziała spokojnie.  
Nie przewidziała, że Jake zobaczy jej twarz w świetle księżyca.  
- Tere-fere! - skwitował ponuro. Wyciągnął do niej ramiona i przyciągnął ją do siebie. - Jeśli przynosi ci to 
ulgę, popłacz sobie - mówił łagodnie, starając się ukoić jej ból. - Wolno ci jeść, spać, korzystać ze słońca, 
kochać się i...  
- Nie mogę - przerwała mu. Czuła obok siebie jego ciepłe i sprężyste ciało i zorientowała się, że Jake ma na 
sobie tylko bokser.ki. Objęła go za szyję, a Jake przytulił ją mocno. Łzy nową falą napłynęły jej do oczu, 
zamrugała więc ze złością, by je powstrzymać. Wiedziała, że Jake doskonale widzi jej twarz. Jaki to ma sens? 
Przecież nie sprowadzi tu Lexie, niczego nie zmieni. - Jak mogę spać,. gdy widzę Lexie za każdym razem, 
kiedy zamknę oczy? Jak mogę jeść, jeżeli nie wiem, czy ona nie jest głodna? I bawić się w słońcu, gdy ona być 
może błąka się w ciemnościach? Głos jej załamał się i łzy nową falą popłynęły po policzkach.  
- Sarah ... - uspokajał ją Jake. Oparła głowę na jego ramieniu, kryjąc twarz w mroku.  
- Jak mogę się kochać, jeżeli wiem, że przez to zapominam o niej? - wyszeptała, czując się przy nim tak bez-
pieczna i spokojna. - Po prostu nie mogę.  
- Nie jesteś sama. - Jake gładził ją po plecach i mocno tulił do siebie. Gdy mówił, jego usta dotykały jej 
włosów;  
trzymał ją w ramionach niczym największy skarb. Kontynuował uspokajającym tonem: - Jestem z tobą. Patrzę 
na ciebie, gdy tak rozpaczliwie starasz się zapełnić pracą każdą godzinę życia. Widzę, jak bardzo jesteś 
zmęczona i blada, jak odmawiasz sobie wszelkich przyjemności. To mnie zabija. Ranisz mi serce. - Sarah 
zadrżała i podniosła wzrok. Ich spojrzenia się spotkały. - Kocham cię. Najbardziej na świecie. I sądzę, że ty 
też mnie kochasz - dodał.  
Zamarła na chwilę, pozwalając, by te słowa wypełniły jej serce i ciało. Patrzyła na pogrążonego w mroku 
mężczyznę, odtwarzając z pamięci rysy jego twarzy. Przez te wszystkie lata zawsze mogła na niego liczyć. 
Trwał przy niej i wiedziała, że może mu ufać. Był jej najlepszym przyjacielem. A teraz stał się kimś więcej ...  
- Chyba masz rację - odpowiedziała słabym głosem. Chyba jest tak, jak mówisz.  
- Jest sposób, by się o tym przekonać. - Uśmiechnął się i pocałował ją.  
Sarah oddała pocałunek i poczuła się dziwnie lekko.  
Serce jej przyspieszyło. Usta Jake'a były stanowcze, niecierpliwe,. lecz zarazem czułe. Odpowiedziała tym sa-
mym, pragnąc wypełnić pustkę ostatnich lat. Całowała ukochanego, gdy jego usta wędrowały do jej ucha. Jake 
wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni. Kochali się żarliwie i zapamiętale, jakby tylko oni istnieli na świecie. Ból 
i żal zastąpiło namiętne pożądanie i rozkosz. Wreszcie, nasyceni sobą, niemal od razu zasnęli głębokim snem.  
Była trzecia czternaście w nocy. Sarah długo nie mogła skojarzyć dźwięku wdzierającego się do jej mózgu. 
Zaledwie przed chwilą leżała przytulona do Jake'a, słysząc, jak pochrapywał przez sen. Rozbudzona 
wyślizgnęła się z łóżka i na palcach pobiegła do pokoju obok, gdzie dzwonił jej telefon komórkowy. Już na 
samo słowo "telefon" ścięła jej się krew w żyłach. A po rozmowie o tej porze nie spodziewała się niczego 
dobrego. Niestety aparat zamilkł, zanim zdążyła po niego sięgnąć. Na szczęście niedoszły rozmówca zostawił 
wiadomość. Czego dotyczyła? Czyżby Angie? A może Lexie? Może znowu ktoś podszywa się pod jej córkę? 
Z sercem walącym jak młot odczytała na wyświetlaczu nieznany numer telefonu. Wstrzymała oddech, 
czekając na odtworzenie pozostawionej informacji.  
- Cześć! Tu Crystal! - Kobieta mówiła szybko, niemal szepcząc. - Znalazłam coś o tej zaginionej dziewczynce. 
Wysłałam ci mejl. Kliknij na link i... - Crystal zawiesiła głos. - Cholera! Muszę kończyć! - przerwała, wyraźnie 
przestraszona.  
Głęboko poruszona Sarah przez chwilę stała nieruch 

0

mo, zastanawiając się, co powinna zrobić. Był wczesny 

background image

środowy ranek, Crystal właśnie skończyła pracę. Nie powinna do niej teraz oddzwaniać, biorąc pod uwagę ton, 
którym tamta wypowiedziała ostatnie słowa. Najpierw przeczyta mejl, jednak jej laptop był zamknięty w 
bagaż-  
niku sentry, która została przed domem Rosy Barillas. Sarah przypomniała sobie o komputerze w biurze Jake'a. 
Mogła się przecież z niego dostać do skrzynki. Zbiegła po schodach i włączyła światło. Usiadła na krześle 
Dorothy i włączyła komputer. Ekran zalśnił i wypełnił się nieznajomymi ikonami MacIntosha. Sarah 
zlokalizowała internet i dostała się do swojej poczty. Pośród wielu wiadomości dostrzegła dwie od Crystal: 
"Popatrz na to" i "Tutaj".  
Otworzyła pierwszą wiadomość i po chwili patrzyła na mężczyznę wsiadającego do starego, niebieskiego 
pikapa. Nic jej to zdjęcie nie mówiło. Fotografii było jeszcze jedenaście. Na następnej widać było kolejnego 
nieznanego mężczyznę przy czerwonej półciężarówce. Kolejne ukazywało białego blazera z kierowcą 
siedzącym wewnątrz. Następne cztery przedstawiały wóz policyjny Briana McIntyre'a. Dopiero teraz Sarah 
uświadomiła sobie, że ogląda zdjęcia zrobione na parkingu przed domem Crystal. Jeżeli je ujawni, McIntyre 
zostanie oskarżony o pogwałcenie zakazu zbliżania się do Crystal. Ale co to wszystko miało wspólnego z 
zaginięciem Angie? Zaintrygowana Sarah otworzyła kolejną wiadomość i przeczytała:  
 
Znalazłam to w komputerze Eddiego. Podejrzewałam, że mnie oszukuje, postanowiłam 

go 

sprawdzić. Nie 

wiem, 

co z 

tym począć, więc wysyłam do ciebie. Jego hasło: Robol.  

 
Crystal nie podpisała się, tylko dołączyła link do strony, która nazywała się Dom Zabaw Paula.  
Sarah kliknęła na niebieskie litery. Strona zawierała informacje o wyposażeniu placów zabaw dla dzieci. Pełno 
na niej było zdjęć dzieci bawiących się na huśtawkach, zjeżdżalniach, w piaskownicach i wspinających się po 
drzewach do zainstalowanych na nich domków. W kącie ekranu widać było miejsce do wpisania hasła. Sarah 
wpisała słowo: "Robal".  
Po chwili patrzyła na zdjęcie Angie. 

 

 

Rozdział 22  

Związana srebrną taśmą Angie znajdowała się w klatce. Zdjęcie zrobiono z góry. Dziewczynka leżała w kącie, 
z zamkniętymi oczami, zmierzwionymi włosami i zaklejonymi plastrem ustami. Miała na sobie pomarańczową 
koszulkę i dżinsową spódniczkę. Tak właśnie była ubrana w dniu zaginięcia. Sarah nie miała pewności, ale 
wydawało jej się, że dziecko żyje.  
- Jake! Jake! - Rzuciła się na górę i wpadła do pogrążonej w'ciemności sypialni. Serce tłukło się w niej jak 
oszalałe. Zapaliła światło i gwałtownie potrząsając pogrążonym we śnie mężczyzną, wykrzyczała: - Jake! 
Obudź się!  
W końcu obrócił się na plecy i półprzytomny popatrzył na Sarę.  
- Co się dzieje?! - jęknął.  
- Wstawaj! Musisz zejść ze mną na dół! To Angie!  
- Jaka Angie?  
- Wstań wreszcie! - Ciągnęła go za rękę, ale nie miała szansy zwlec go z łóżka. Po pierwsze ważył z tonę, a po 
drugie straszliwie się guzdrał. - Zdjęcie Angie jest w sieci. Crystal przysłała mi link i tak ją znalazłam.  
- Co takiego?! - Natychmiast oprzytomniał. - Jesteś pewna?  
- No jasne! Pospiesz się!  
Golusieńki Jake wstał z łóżka i sięgnął po leżące na podłodze bokserki. W innych okolicznościach taki widok 
sprawiłby jej wielką przyjemność, lecz teraz umierała z niecierpliwości.  
- Powtórz wszystko od początku - poprosił, ubierając się i podążając za Sarą.  
- Crystal Stumbo - Jake skinął głową na znak, że wie, o kim mowa - przysłała mi mejl z linkiem do strony 
Dom Zabaw Paula. - Sarah biegła w dół po schodach. - Weszłam tam i po wprowadzeniu hasła tego jej 
podejrzanego faceta pojawiła się fotografia Angie. Trzymają ją w klatce, skrępowaną jakąś taśmą, ale wydaje 
mi się, że jeszcze żyje.  
Weszli do biura na parterze. Jake zmrużył oczy oślepiony światłem włączonych lamp. Sarah rzuciła się do 
biurka i przez chwilę patrzyła przerażona na ciemny monitor. A jeżeli połączenie zostało przerwane? Jeżeli 
zrobili Angie coś złego? Chwyciła mysz i poruszyła nią. Monitor zajaśniał. Na szczęście zdjęcie ciągle tam 

background image

było.  
- Rany boskie, to ona! - Jake aż zagwizdał. Pochylił się nad biurkiem, kładąc dłonie na oparciu krzesła, i 
przyglądał się fotografii. - Gdzie ona jest?  
Sarah chwyciła za telefon. Czuła, że cała się trzęsie, a serce jej biło jak oszalałe.  
- Do kogo mam zadzwonić? Na policję czy do FBI?  
- Wszędzie - odpowiedział po chwili Jake. - Moment, daj mi telefon. Lepiej, żebym to ja zadzwonił.  
Sarah nie chciała się kłócić. Wiedziała, że Jake ma całkowitą rację i że zarówno u policjantów, jak i w FBI 
miała już opinię wariatki.  
- Pospiesz się.  
- Tak, tak.  
Po dziesięciu minutach biuro Jake'a zapełniło się funkcjonariuszami. Przybyli Sexton i Janet Kelso, a z FBI 
agenci specjalni: Gary Freeman, wysoki rudy trzydziestolatek, i Tom Delaney, krępy czterdziestoletni 
blondyn, przyjaciel Jake'a. Ponieważ przyjechali w środku nocy, mieli zaczerwienione oczy i ubrani byli w to, 
co akurat wpadło im w ręce. Tylko policjanci na służbie wyglądali przyzwoicie w swoich mundurach. 
Wszyscy zgromadzili się wokół biurka Dorothy. Janet Kelso siedziała z boku pochylona nad laptopem. Przy 
komputerze, na którym pojawiło się zdjęcie Angie, pracował agent Freeman, zapewne ekspert w dziedzinie 
elektroniki. Jake zdążył już włożyć dżinsy i T-shirt i wraz z Delaneyem uważnie oglądali wydrukowaną 
kolorową fotografię dziewczynki, usiłując znaleźć jakąś wskazówkę, gdzie mała może być uwięziona, i od 
czasu do czasu popatrując na ekran monitora. Sarah również wskoczyła w dżinsy i bluzkę. Opowiedziała już z 
dziesięć razy, co się wydarzyło, podała policjantom nazwisko przyjaciela Crystal. Janet Kelso szukała go teraz 
w policyjnej bazie danych, a Freeman starał się ustalić, z czym właściwie mają do czynienia.   
- Myślę, że to zdjęcie zrobiono kilka gbd~in temu - raportował. - Strona jest dobrze chroniona i nie można się 
na nią dostać bez hasła. Udostępniono ją konkretnym osobom i każda z nich ma swoje. Oznacza to, że każde 
połączenie może zostać przerwane w dowolnej chwili bez zamykania strony głównej. - Umilkł na chwilę i 
poruszając kursorem po ekranie, mówił dalej: - Ukryto na niej kilka linków ...  
- Sarah, czy możesz tu podejść? - zawołała Kelso znad laptopa. - Czy to on?  
Sarah popatrzyła na niewielki ekran. Zobaczyła bladego mężczyznę z jasnymi, przetłuszczonymi włosami 
związanymi z tyłu głowy i rozciętą skórą nad lewym okiem. Na zdjęciu miał niezadowoloną minę.  
- Tak, to on.  
Na ekranie pojawiły się policyjne ujęcia z profilu i en face. Numer więźnia: 823479T, Edward Mark Tanner, 
wzrost: 175 cm, waga: 74 kg, data urodzenia: 3 marca 1978. Włosy: blond, oczy: niebieskie, znaki szczególne:  
blizna na prawej dłoni, tatuaż - rysunek feniksa na prawym ramieniu. Zarzut: prowadzenie pojazdu pod wpły-
wem środków odurzających. Zdjęcia zrobiono dwa lata temu, we wrześniu.  
Rysunek feniksa ... Coś drgnęło w pamięci Sary i kazało jeszcze raz spojrzeć na zdjęcie. Ponieważ pirat 
drogowy miał na sobie koszulkę bez rękawów, tatuaż był doskonale widoczny. Przedstawiał dużego ptaka z 
rozpostartymi skrzydłami i wysuniętym do przodu dziobem. Wydawało jej się, że już gdzieś widziała taki 
tatuaż. Przypomniała sobie!  
- Duke miał taki - powiedziała poruszona. - Jestem pewna, że był taki sam.  
- Kto to jest Duke? - zapytała zdziwiona Janet Kelso.  
- Donald Coomer. Jeden z bandytów, którzy chcieli obrabować sklep, gdzie mnie postrzelono. Ten, który zmarł 
w więzieniu.  
- Panowie! - krzyknęła policjantka, aby zwrócić uwagę mężczyzn znajdujących się w pokoju. - Mamy tu coś 
ciekawego. Czy ktoś wie, który gang albo też inna organizacja używa tatuażu z feniksem jako znaku 
rozpoznawczego?  
Podeszli do niej wszyscy prócz Freemana i przyglądali się zdjęciu Eddiego Tannera.  
- Nic mi nie przychodzi do głowy - oświadczył Sexton, a ponieważ nikt inny się nie odezwał, uznano, że też 
nie wiedzą.  
- Jest identyczny - powtórzyła Sarah i nagle zrobiło jej się zimno. - Jeden z napastników biorących udział w na-
padzie na sklep miał taki tatuaż - wyjaśniła Jake'owi i dodała: - Duke.  
- Co oznacza, że obie te sprawy mogą mieć ze sobą coś wspólnego - podsumował detektyw.  
Czyżby Angie porwano przez nią? Och! Tylko nie to ...  
Sarah nie mogła wydusić z siebie ani słowa.  
- Mam! Udało się! - krzyknął Freeman. 

 

background image

Wszyscy rzucili się w jego kierunku. Wraz z innymi Sarah patrzyła z bijącym sercem, jak na ekranie pojawiają 
się litery.  
- Wszedłem na ich forum - wyjaśnił Freeman. Na ekranie widać było wiadomość:  
 

Wielki Pies: Cześć Robal. Jeszcze nie śpisz?  

 
- O, w mordę! - wymamrotał Freeman, co Sarah przyjęła jako zły znak. - Mamy problem. - Wszyscy dookoła 
zamarli w bezruchu. Freeman pisał dalej:  
 

Robal: Sprawdzam tylko.  
 

- To chyba nie brzmi za dobrze, co? - zapytał z lekką paniką w głosie. - Dlaczego się tu wpakowałem? 
Powinienem przewidzieć, że nie będę mógł tak się czaić w nieskończoność. Niech to szlag!  
Na ekranie pojawiło się zdanie:  
 

Tu Simon: Aukcja kończy się dopiero piątej rano.  

 

- Oni ją licytują - odezwał się Freeman. ~ Tak myślałem. To oznacza, że mała jeszcze żyje.  
- Co to za typy? Czy możemy ich jakoś zidentyfikować? - naciskał Jake.  
- Nie stąd. To może być każdy. I mogą być wszędzie. Internet to diabelska zabawka. - Freemen potrząsnął gło-
wą, trzymając palce nad klawiaturą.  
- Zjeżdżaj stamtąd. Nie możemy ich wystraszyć - ponaglił Delaney.  
- Łatwo powiedzieć - prychnął Freeman i dopisał:  
 

Robal: Wiem. 
 Wielki?ies: Licytujesz? 

 

 
- I co? Macie jakieś propozycje? - zapytał agent, a ponieważ nikt mu nie odpowiedział, wymruczał: - Cholera 
jasna, będę udawał, że to eBay.  
 

Robal: Później wpadnę. Bliżej końca. Wychodzę.  
 

Kliknął i wyszedł z forum. Za jego plecami wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy fotografia Angie znów wypełniła 
ekran. Tym razem było to inne zdjęcie. Jeszcze straszniejsze. Przerażona dziewczynka obudziła się i próbowała 
uklęknąć. Miała szeroko otwarte oczy i płakała. Patrzyła prosto w aparat. Usunięto jej plaster z ust i wokół 
warg pozostał zaczerwieniony ślad. Chyba coś mówiła.  
Sarah poczuła uderzenie potwornego bólu. Nie mogła opanować myśli, że to samo spotkało jej córkę. Strach o 
Angie mieszał się ze strachem o Lexie.  
- Dobry Boże - wyszeptała, czując, że krew odpływa jej z głowy. Chwyciła za oparcie krzesła i zamknęła oczy, 
usiłując pokonać ogarniającą ją słabość.  
- Dobrze się czujesz? - zapytał Jake, podtrzymując ją silnym ramieniem, na którym z wdzięcznością się oparła. 
Gdy zawroty głowy ustąpiły, Sarah kiwnęła głową. Starała się uspokoić oddech. Jeszcze raz, jeszcze ten jeden 
straszliwy raz musiała być silna. Dla Angie.  
- Cholera! Tracimy połączenie, tracimy je! - krzyczał Freeman.  
Sarah otworzyła oczy, by zobaczyć, jak zdjęcie Angie znika z ekranu. Strona znów pełna była fotografii bawią-
cych się dzieci. Po chwili i ona zniknęła. Pozostał pusty, błękitny ekran. Stracili ją.  
- Przerobili nas - syknął Freeman. - Cwane gnojki! Strach ścisnął Sarę za gardło. Jej ciało przeszedł dreszcz. 
Poczuła, że Jake obejmuje ją mocniej. Delaney przeklinał, Freeman odsunął się na krześle od biurka. Napięcie 
rosło, nikt nie wiedział, co dalej robić. 

 

- Teraz nasz ruch - odezwał się w końcu Sexton. _ Zgarniemy tego Tannera.  
- 1 kobietę - dodał Jake. - Crystal Stumbo. Może powiedzą nam coś o tej stronie. Tylko ona łączy nas z Angie. 
- Masz adres tego faceta? - zwrócił się Delaney do Kel

so. 

Policjantka podała mu wydruk komputerowy. 

 

- Jest tutaj.  

background image

- On może być z Crystal w jej przyczepie - podpowiedziała Sarah, walcząc z zaciśniętym do granic wytrzyma-
łości żołądkiem. Czuła mdłości, ale wiedziała, że musi je opanować. Czas uciekał.  
- A mamy adres tej Stumbo? - zapytał Delaney. Freeman poderwał się z krzesła, wszyscy chcieli ruszyć do 
akcji. Starali się jednak zachować zimną krew. Wiedzieli, że ich spokój to jedyna szansa dla porwanej 
dziewczynki.  
- Znajdę go - odpowiedziała Janet Kelso.  
- Nie będzie go w bazie - odezwała się opanowanym głosem Sarah. - Crystal mieszka tam ledwie dwa 
miesiące. To osiedle przyczep Rajskie Domy przy drodze do Burton. Mam adres w biurze, ale byłam u niej i 
pamiętam drogę.  
- Wskażesz nam ją? - upewnił się Delaney. Sarah przytaknęła.  
- Dobrze. - Agent popatrzył wokół. - Jedziemy. Trzeba się pospieszyć. Jeżeli nas przerobili, to właśnie teraz 
zacierają ślady. Pamiętajcie, musimy być ostrożni. Nikt nie może się dowiedzieć o zatrzymaniu tych dwojga. 
Od tego zależy życie dziewczynki.  
Kilka minut po czwartej nad ranem reflektory samochodu Jake'a oświetliły żwir na torach kolejowych przed 
osiedlem przyczep. Sarah siedziała obok kierowcy i wskazywała drogę. W drugim aucie jechali agenci 
federalni, Delaney i Freeman. Za nimi podążali Sexton i Janet Kelso, a dalej jeszcze trzy policyjne radiowozy. 
Żaden z samochodów nie miał włączonego koguta ani syreny. Ruch na drodze 1-21 wiodącej do Burton był o 
tej porze niewielki  
i kawalkada aut przemknęła przez noc, nie zwracając niczyjej uwagi. Ustalili, że Sarah ma tylko wskazać 
właściwą przyczepę. Resztę załatwi policja. Gdy zatrzymają podejrzanych, Sarah wróci do miasta z Crystal, 
aby wykorzystując jej zaufanie, wyciągnąć jak najwięcej informacji.  
- To tutaj! - powiedziała Sarah, wskazując przyczepę.  
Zaschło jej w gardle. Czy wszystko się uda? Czy Crystal i jej odrażający narzeczony zaprowadzą ich do Angie? 
Boże! Błagam ...  
Przed przyczepą stały zaparkowane dwa samochody: żółty lincoln kobiety i niebieski pikap. Jake przywołał 
Delaneya i Freemana, a Sarah objaśniła:  
- To samochód Crystal. Chyba jest w domu. Jej facet też.  
- Miejmy taką nadzieję.  
Jake wycofał wóz zgodnie z umową. Światła jego samochodu przesunęły się po sąsiedniej, nieco większej i 
szerszej przyczepie. Przed nią też stały dwa samochody: zielona dwudrzwiowa toyota i złoty GMC Jimmy. 
Prócz aut zauważyli jeszcze drewnianą komórkę, metalowy stolik, trzy pojemniki na śmiecie i rower. Ponieważ 
nie było trzeciego miejsca do zaparkowania, biały blazer stał na trawie za przyczepą. Jake zjechał z drogi, 
zawrócił i zatrzymał samochód obok trawnika. Wyłączył światła w nadziei, że nikogo nie obudził. Dwie ćmy 
latały wokół żółto świecącej latarni zawieszonej nad wejściem do większej przyczepy. Gdzieniegdzie wzdłuż 
linii przyczep błyszczały włączone lampy. Policjanci zgasili reflektory i wokoło zapanowała cisza i ciemność. 
Nawet nie zaszczekał żaden pies.  
- Angie tu chyba nie ma? - wyszeptała Sarah przez wyschnięte wargi, bojąc się, że ktoś może ją usłyszeć. Po-
myślała zaraz, że zachowuje się głupio, bo nikt nie mógł ich usłyszeć, gdy siedzieli w zamkniętym 
samochodzie.  
Jake zaprzeczył ruchem głowy. 

 

- Na zdjęciu widać było ścianę z blachy falistej. Trzymają ją w jakimś magazynie, na pewno nie w przyczepie.  
Większość samochodów stała w ciemnościach przed domkiem Crystal. Dwa ostatnie radiowozy nie zmieściły 
się na podjeździe i tyłem blokowały nieco drogę dojazdową· Nie widząc ani trzech samochodów, którymi 
przyjechali pozostali członkowie ekipy, ani wejścia do mieszkania Crystal, Sarah słyszała jedynie cichy odgłos 
otwieranych i zamykanych drzwi. Od razu poczuła rosnące napięcie.  
- Zaczyna się - powiedział Jake.  
Sarah skinęła głową. Siedziała spięta i milcząca. Jake zaparkował auto z dala od przyczepy Crystal, by 
uchronić Sarę przed ewentualną strzelaniną, gdyby ktoś z zatrzymanych stawiał opór. Tak więc teraz widziała 
niewiele z tego, co się działo.  

 

Przyczepy takie jak ta nie miały drugiego wyjścia, tylko jedne drzwi od frontu. Można było jeszcze się 
wydostać przez okno, ale Sarah z własnego doświadczenia wiedziała, że to trudne. Nikt nie mógł szybko stąd 
uciec. Sarah wytężała wzrok w nadziei, że zobaczy wyprowadzaną Crystal, a wówczas do niej podejdzie. 
Serce jej biło coraz szybciej, a żołądek skręcał się z bólu. Nic się jednak nie działo.  

background image

- Dłużej tego nie wytrzymam - powiedziała, spoglądając na Jake'a, ledwo widocznego w słabej poświacie. - 
Podejdę tam, tylko po to, by zobaczyć, co się dzieje.  
Bezczynne siedzenie w samochodzie musiało mu tak samo dokuczyć jak jej. Znała go doskonale i wiedziała, 
że też chciał być bliżej akcji. Nawet nie zaprotestował; wysiedli z samochodu i podeszli do przyczepy.  
- Trzymajmy się na uboczu - wyszeptał i chwycił Sarę delikatnie za ramię, żeby nigdzie nie pobiegła. - 
Pozwólmy im pracować w spokoju.  
Sarah czuła się już lepiej i bezgłośnie przytaknęła.  
Ciepłe powietrze pachniało węglem drzewnym. Chyba ktoś w pobliżu smażył coś na grillu. Na 
ciemnoniebieskim niebie srebrzył się księżyc i kilka zamglonych gwiazd. Pod stopami chrzęścił żwir, dźwięk 
ten słychać było zaskakująco wyraźnie w nocnej ciszy. Z lewej strony, gdzieś między drzewami, pohukiwała 
sowa.  
Sarze wydawało się, że powinni już słyszeć jakieś odgłosy - aresztowania, walki lub choćby pukania do drzwi. 
Nic jednak nie mąciło ciszy, oboje podeszli więc do przyczepy od frontu.  
Coś tu nie gra, pomyślała. Może nikogo nie ma, może ... Drzwi wejściowe stały otworem. W środku świeciły 
się wszystkie lampy. Cała ekipa przeszukująca wnętrze zachowywała się zaskakująco cicho.  
- Coś się stało - zawyrokował Jake, a Sarah zgodziła się z nim, w milczeniu przytakując głową.  
Zapewne chciał się przyłączyć do policjantów, nie mógł jednak zostawić jej samej w tych ciemnościach. Sarah 
zaś w ogóle nie miała ochoty na samotne wędrowanie po nieznanym miejscu.  
.- Chyba coś znaleźli - wyszeptała i teraz Jake bez słowa skinął głową. Nie zatrzymał Sary, gdy przeszła przed 
radiowozami, by zajrzeć do środka. Podążył za nią, wyjmując pistolet z kabury.  
- Jeżeli zacznie się strzelanina, masz od razu rzucić się na ziemię, rozumiesz? - nakazał ostrym głosem. 
Wyciągnął z kieszeni spodni kluczyki do samochodu i dodał: - Jeżeli sprawy przyjmą zły obrót, biegnij do 
samochodu i uciekaj stąd.  
- Dobrze! - obiecała i włożyła kluczyki do kieszeni. Wewnątrz, zwrócony plecami do otwartych drzwi, stał 
Freeman. Po lewej widać było Delaneya, a w tyle Sextona. Wszyscy spoglądali na podłogę. Gdy Sarah 
podeszła bliżej, ogarnęły ją złe przeczucia. Jake szedł za nią, ale nie próbował jej zatrzymać. Uznał, że nic im 
nie grozi, za to jego koledzy wyglądali na wstrząśniętych i wściekłych. 

  

Najpierw Sarah dostrzegła dużą, lśniącą kałużę krwi, potem unurzane w niej rude, kręcone włosy. Twarz ofiary 
była szara, a ostry makijaż wyglądał niemal groteskowo.  
- Crystal nie żyje - powiedziała Sarah.  
Ciało leżało na plecach na jasnoniebieskiej wykładzinie. Zamordowana miała na sobie ozdobiony cekinami 
stanik, czarną minispódniczkę i kabaretki. Nie zdążyła przebrać się po pracy. Leżała z rozrzuconymi na boki 
rękami i nogami. Wyglądało na to, że zrzuciła tylko szpilki, włączyła komputer i zadzwoniła do Sary. Sarah 
poczuła, że robi jej się słabo. Wraz z Jakiem patrzyli na niewielki salonik zapełniony tanimi meblami, który tak 
bardzo przypominał jej czasy dzieciństwa. W absolutnej ciszy wszyscy spojrzeli na panią prokurator. Śmierć 
Crystal była też wyrokiem na małą Angie. Szansa na odnalezienie dziewczynki zmalała niemal do zera.  
- Niech to szlag! - zaklął Jake. - Kiedy to się stało?  
- Niedawno - odpowiedział Sexton. - Ciało jest jeszcze ciepłe. Nie więcej niż piętnaście minut temu.  
- Zacierają ślady - stwierdził Delaney. - Musimy znaleźć tego dzieciaka.  
- Zadzwoniłem do Boba Parrenta z wydziału zabójstw - dodał Sexton. - Jest już w drodze.  
- Nie znaleźliśmy komputera, ale puste miejsce na biurku wskazuje, że stał tutaj - usłyszeli głos z sypialni. 
Pozostali funkcjonariusze dokładnie przeszukiwali przyczepę. - Pewnie zabrał go morderca - komentował 
Sexton.  
- Może Tanner? - zasugerował Jake, rozglądając się po pokoju.  
- Jeśli nawet, to już go tutaj nie ma - odparł Sexton. _ Powiadomiłem wszystkie jednostki, nie wymknie się 
nam.  
Tylko czy odnajdziemy Angie na czas? martwiła się Sarah. Niestety, wszystko wskazywało na to, że im się 
nie uda. Bezskutecznie starała się wymazać z pamięci natrętnie powracające zdjęcie dziewczynki w klatce.  
- Czy możemy jakoś namierzyć inne osoby z czatuJ Wielkiego Psa albo Simona? - zapytała przejęta. Ponieważ 
nie pierwszy raz znajdowała się na miejscu zbrodni, starała się zachować profesjonalny dystans do otaczającej 
ją rzeczywistości.  
- Będziemy próbowaę, ale to potrwa - odrzekł Freeman.  
A my już nie mamy czasu, dodała w myślach.  

background image

- Czy znaleziono telefon denatki? - spytał Jake.  
- Niestety nie - odpowiedział ktoś z ekipy.  
Pomimo największych starań Sarah nie potrafiła zachować spokoju. Starając się skrócić do minimum oglę-
dziny, popatrzyła na wielką, krwawą ranę ciągnącą się w poprzek szyi Crystal. Wypływająca wciąż stamtąd 
krew rozlewała się po ciele i rozpryskując się, osiadała nawet na krześle i ścianie pokoju. W powietrzu unosił 
się charakterystyczny zapach śmierci, którego nie można było wytrzymać, a który natychmiast przywołał 
wspomnienie Mary. Sarah poczuła, że musi wyjść na zewnątrz. Przy drzwiach zobaczyła policjantów z 
wydziału zabójstw, lana Kingsleya i Carla Browna. Szybko pobiegła za przyczepę i tam, zgięta wpół, zwróciła 
całą zawartość żołądka. Po dłuższej chwili doszła do siebie, ale nie mogła jeszcze wrócić na miejsce zbrodni. 
Była oszołomiona i słaba, całe jej ciało pokrywał zimny pot, kolana miała jak z waty. Na pewno zemdlałaby na 
widok ciała Crystal. Potrzebowała chwili odpoczynku i chłodnego, spokojnego miejsca, gdzie mogłaby 
odzyskać siły. Postanowiła wrócić do samochodu, włączyć klimatyzację i posiedzieć tam kilka minut. 
Powlokła się, opierając rękę o ścianę przyczepy, a potem ruszyła przez trawnik, między szopą a metalowym 
stolikiem. Zdziwiona zauważyła, że pomimo hałasu, jakiego narobili policjanci, nikt z mieszkańców nie 
wyszedł sprawdzić, co się dzieje. Gdy mijała białego blazera zaparkowanego na tyłach sąsiedniej przyczepy, w 
oknie sypialni zapaliła się lampa. W jej promieniach na tylnym siedzeniu samochodu Sarah ze zdumieniem 
dostrzegła książkę "Inkheart". Natychmiast poczuła przypływ świeżej energii. Przecież to Angie czytała tę 
książkę! Sarah przypomniała sobie, że już raz widziała białego blazera. To było wtedy, gdy ktoś napisał 
"Eeyore" na jej samochodzie. I zdjęcie takiego samego auta przysłała jej Crystal. Czy to ten sam wóz? Nagle 
przypomniała sobie, że Jake zawsze mówił, iż nie ma czegoś takiego jak zbiegi okoliczności, i serce omal nie 
wyskoczyło jej z piersi.  
Odwróciła się i biegiem ruszyła w stronę przyczepy, gdy niespodziewanie ktoś chwycił ją za gardło. Sarah usi-
łowała krzyknąć, lecz czyjeś palce na jej szyi stłumiły wołanie o pomoc. Walczyła zaciekle, szarpiąc ramię 
napastnika, wbijała mu paznokcie w skórę i kopała w kolana. Nagle poczuła silne uderzenie i wokół zapadła 
ciemność.  
 

Rozdział 23  

- Ten pikap na zewnątrz należy do Tannera. - Sexton zdawał relację Delaneyowi, który mimo że rozmawiał 
przez telefon komórkowy, kiwnął głową. - Sprawdziliśmy tablice rejestracyjne.  
- Ucieka na piechotę? - spytała Janet Kelso.  
- Trudno powiedzieć. - Sexton wzruszył ramionami.  
Jake nie zwracał na nich większej uwagi. Po przy jeżdzie ludzi z wydziału zabójstw w przyczepie zrobiło się 
ciasno. Grupa poszukująca Angie zbierała się do wyjazdu. Czekały ich dwa kolejne zadania: odnalezienie 
Eddiego Tannera i ustalenie u dostawcy usług internetowych nazwiska osoby będącej właścicielem strony Dom 
Zabaw Paula. Czas płynął nieubłaganie, a po zamordowaniu Crystal Stumbo jeszcze przyspieszył. Jake 
rozejrzał się wokoło, szukając wzrokiem Sary.  
- Czy ktoś widział prokurator Mason? - zapytał znajdujących się w saloniku. Sprawdził pozostałe pomieszcze-
nia, ale jej nie znalazł. Zaczynał się niepokoić.  
Jeden z mężczyzn, który właśnie zabezpieczał dłonie ofiary specjalnymi, plastikowymi torbami, podniósł 
wzrok i odpowiedział.  
- Jakaś kobieta wymiotowała na zewnątrz, kiedy przyjechałem. Miała krótkie, ciemne włosy i była w dżinsach.  
No nie! Wyszła na zewnątrz!, przeraził się Jake i jak oparzony wybiegł z przyczepy. Dookoła nadal panował 
mrok, a policjanci niczym mrówki kręcili się dookoła. Detektyw rozejrzał się, ale nigdzie nie dostrzegł Sary.  
- Sarah! - zawołał, lecz nie było odpowiedzi. Przeszedł wzdłuż przyczepy i z tyłu znalazł w trawie kałużę 
wymiocin, jedyny ślad, że Sarah tu była.  
- Sarah! - krzyknął jeszcze raz, tym razem głośniej.  
Przypomniał sobie, że dał jej kluczyki do samochodu. Może czeka na niego w aucie? Pobiegł sprawdzić, ale 
tam również jej nie znalazł. W panice przeszukał najbliższy teren, wszystkie samochody i podjazd do drogi.  
- Sarah! - wrzasnął nie na żarty przestraszony. Nie doczekał się odpowiedzi i już wiedział, że stało się coś 
złego. 
  
Sarah zorientowała się, że leży w jadącym samochodzie. Bolała ją głowa i piekł cały bok. Opanował ją prze-

background image

dziwny bezwład, którego nigdy wcześniej nie doświad- 

 

czyła.  
- Jak długo będzie nieprzytomna? - zapytaJ jakiś nieznany jej głos.  
- Nie mam pojęcia - odpowiedział drugi z nieznajomych. - Gdy oszołomiłem tego jej cholernego psa, nie ruszał 
się dość długo.  
Instynkt nie pozwolił Sarze zdradzić, że oprzytomniała. Nie poruszając się, spróbowała jednak otworzyć nieco 
oczy. Przez chwilę nic nie widziała i ogarnął ją strach. Nie wiedziała, dokąd jedzie. Dopiero później 
zrozumiała, że nie nadszedł jeszcze dzień. Leżała na tylnym siedzeniu auta, ręce i nogi miała związane grubym 
sznurem, zapewne jakimś przewodem. Dwaj porywacze siedzieli z przodu.  
To, co usłyszała, pozwoliło jej zrozumieć, dlaczego straciła przytomność i czuje ból. To samo przytrafiło się 
Ciastkowi. Jeden z napastników włamał się do jej domu i rozrzucił zabawki Lexie. Może nawet to on do niej 
dzwonił. Ale przecież nie mógł mówić jak mała dziewczynka!  
Otworzyła szerzej oczy, starając się dojrzeć szczegóły, które pomogłyby jej w zidentyfikowaniu 
nieznajomych. Nie miała pewności, ale wydawało jej się, że jeden z nich to Eddie Tanner, który, jak 
przypuszczała, zabił Crystal. Dotarło do niej, w jak wielkim znalazła się niebezpieczeństwie. Nie wiedziała, 
dlaczego została porwana i dokąd ją wiozą. Nerwy i walące serce spowodowały trudności 

oddychaniem. 

Nie chciała jednak, aby tamci to zauważyli. 

 

- Czy już z nim rozmawiałeś? - Głos mężczyzny siedzącego obok kierowcy brzmiał nieco nerwowo.  
To chyba był Tanner. Sarah przygryzła wargi i przesunęła nieco głowę tak, by dostrzec fragmenty obu twarzy 
we wstecznym lusterku. Bladolicy mężczyzna rzeczywiście okazał się Eddiem Tannerem. Kierowca był 
Murzynem, którego Sarah widziała wcześniej w osiedlu przed domem Angie. To on musiał napisać "Eeyore" 
na szybie samochodu. Skąd znał to słowo? Czy to oni porwali Angie? A może i Lexie? Sarah znów poczuła 
mdłości, na szczęście nie miała już czym wymiotować. Tanner wydawał się za młody na porwanie Lexie. 
Siedem lat temu musiał mieG najwyżej dwadzieścia lat. Z prokuratorskiego doświadczenia wiedziała, że tak 
młodzi ludzie rzadko bywają porywaczami.  
_ Tak - odrzekł kierowca. - Powiedziałem, że nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy ją porwać. Rozpoznała mój 
samochód. A może to była ta cholerna książka, którą zostawiłeś na tylnym siedzeniu. Kto wie?  
- Wściekł się?  
- Trochę. Powiedział, że ma już dość sprzątania po tobie.  
- Po mnie? To przecież ty wysłałeś tego kretyna Duke'a, żeby upozorował napad i strzelił jej w głowę. Tylko że 
mu to nie wyszło. Ja starałem się wszystko naprawić.  
- I też ci się nie udało - odparł z ironią kierowca. - Jeżeli jeszcze nie zauważyłeś, durniu, to babsztyl leży z tyłu 
ciągle żywy. Następnym razem, jak będziesz do kogoś strzelał, upewnij się, że trafiłeś.  
- Potknęła się w momencie, gdy nacisnąłem spust.  
- Pewnie.  
- Cholera, on ciągle się o to gniewa? - Tanner wyraźnie się bał.  
Sarah nie wiedziała, o kim rozmawiają, ale musiał to być jakiś zwyrodnialec. Zapewne porywacz Lexie lub 
Angie. To miało sens. Obaj mężczyźni pewnie wiedzieli, gdzie ukryto Angie ...  
Nastąpiła chwila ciszy. Samochód przejechał po wybojach i Sarah zsunęła się nieco z siedzenia. Jeżeli jeszcze 
raz wpadną w jakąś dziurę, to ani chybi spadnie na podłogę· Teraz starała się rozruszać zdrętwiałe palce rąk i 
nóg. Za oknem dostrzegała światło księżyca, ciemną linię drzew, a w samym aucie - niebieskawą poświatę 
deski rozdzielczej. Poza zapachem samochodu i plastiku wyczuwała też jakiś inny, ale nie potrafiła 
powiedzieć, co to takiego.  
- On nie lubi rozgłosu. Musiał zmienić plany, a to nie jest dobre rozwiązanie.  
- To nie była moja wina - tłumaczył się Tanner.  
Sarah odczuwała niezwykłe podniecenie, znajdowała· się o krok od odnalezienia Angie, a może nawet od 
odkrycia, co stało się z Lexie. Na nic to się jednak nie zda. Przecież w końcu zatrzymają auto i ją zabiją. Strach 
powrócił. Nie chciała umierać ...  
Przez chwilę widziała Jake'a, który musiał już jej szukać. Policjanci rozpoczęli obławę na Tannera i prędzej 
czy później go odnajdą. Pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze wtedy żyła.  
- Słuchaj, dzwoniłem, tak jak mi kazałeś - Tanner ciągle gadał. - Sądzisz, że łatwo było odświeżyć głos z tych 
starych taśm? Ale udało mi się. Zrobiłem wszystko jak trzeba. A kto załatwił Duke'a w pace? Kto wyjął tę 
małą  

background image

sprzed pralni? Ja. Ty tylko siedziałeś w samochodzie i się gapiłeś. To nie moja wina, że Crystal wysłała tej 
prawniczce link do strony. Stary używał mojego laptopa. Nie wiedziałem nawet, że zostawił adres. Nic na to 
nie mogłem poradzić.  
Niedokładnie zawiązany sznur nieco się poluzował i Sarah mogła już poruszyć rękami. Czyj głos był na ta-
śmach?, zastanawiała się. Lexie? Słodki głosik, o którym zawsze marzyła? I kim jest Stary? Z sercem 
ściśniętym ze strachu przysłuchiwała się rozmowie, cały czas starając się jeszcze bardziej poluzować więzy. 
Zapewne umrze, ale nie odejdzie bez walki.  
- Pewnie masz rację - odpowiedział ironicznie kierowca.  
- Ale to też naprawiłem. Zabiłem ją. Poderżnąłem tej wścibskiej dziwce gardło.  
- Pewnie. A nie pomyślałeś, żeby wywieźć ją gdzieś i zabić na uboczu?  
- Jak chciałeś, żebym ją wywiózł, to trzeba było powiedzieć.  
Samochód pomału zjeżdżał na pobocze. Sarah czekała w napięciu, co się dalej stanie. Boże! Czy to już koniec? 
Oddychała z trudem. Ze wszystkich sił starała się rozerwać krępujący ją kabel.  
- Dlaczego się tu zatrzymujesz? - zapytał zaskoczony Tanner.  
- Obok drogi płynie strumień. To idealne miejsce na pozbycie się ciała.  
- Ach, tak. - Odpowiedź zadowoliła Tannera. Sarah oblała się zimnym potem. Przerażona szarpała więzy na 
przegubach dłoni. Potrzebowała jeszcze trochę czasu, którego, niestety, już zabrakło ...  
Samochód stanął w miejscu.  
- Wysiądź i zobacz, jak daleko stąd do strumienia - polecił kierowca.  
- Dobra. - Tanner otworzył drzwi, w samochodzie zapaliło się światło. Wysiadł, a Sarah znieruchomiała. Uda-
jąc nieprzytomną, rozpaczliwie szukała ratunku. Może uda jej się kopnąć porywacza związanymi nogami? A 
potem co? Ucieknie, skacząc niczym zając? Na nic lekcje samoobrony. Żadnego kung-fu tu nie zastosuje.  
- Jest tuż obok. - Tanner stał przy aucie. - Wyciągniemy tę sukę, strzelimy jej w łeb i wrzucimy trupa do wody.  
Sarah ledwo powstrzymała się od jęku. Leż spokojnie, mówiła do siebie, popatrując na Tannera spod zmrużo-
nych powiek. Nie ruszaj się. Jeśli w ogóle masz coś zrobić, tłumaczyła sobie, to musisz ich zaskoczyć.  
- Dobrze.  
- Hej! - zawołał przestraszony Tanner. - Co robisz?  
- Robię porządek - odpowiedział kierowca.  
Obserwująca Tannera Sarah zobaczyła;" jak kula przeszywa mu pierś. Biały podkoszulek zabarwił się na 
czerwono. Słysząc odgłos wystrzału, aż podskoczyła z wrażenia. Na sżczęście nikt tego nie dostrzegł. Tanner 
krzyknął, rozrzucił ręce na boki i upadł. Sarah usłyszała plusk i zrozumiała, że wpadł prosto do strumienia. 
Czy teraz jej kolej?  
Kierowca spokojnie wysiadł z auta. Sarah starała się oddychać cichutko i leżąc spokojnie, nieustannie praco-
wała nad uwolnieniem rąk. Przerażona usłyszała drugi wystrzał. W chwilę potem drzwi pasażera zamknęły 
się i kierowca wsiadł do samochodu. Sarah rozpoznała gryzący zapach, który wypełnił wnętrze auta. To był 
proch.  
- Wiem, że się ocknęłaś - powiedział mężczyzna, patrząc na nią we wstecznym lusterku. - Słyszałem, jak się 
poruszasz. - Zanim zdążyła zareagować, odwrócił się i uderzył ją pistoletem w głowę.  
Gdy Sarah znów odzyskała przytomność, samochód nadal stał. A może już dojechali na miejsce? Nie była 
pewna. Nie wiedziała, jak długo leżała nieprzytomna, gdzie się znajdowali ani co się działo przez ten czas. 
W każdym razie czuła się fatalnie, wokół było ciemniej niż przedtem i gdzieś z oddali docierały do niej 
strzępy rozmowy. Na szczęście nadal żyła. Musiała szybko coś zrobić. Nie miała czasu na myślenie, co się 
stało ani gdzie się teraz znajduje. Musiała uciekać. Była pewna, że jest w samochodzie sama. Zanim dostała 
drugi raz po głowie, prawie udało jej się rozwiązać węzły. Pociągnęła mocniej i szarpnęła dłońmi. Krępujący 
ją przewód opadł. Wyciągnęła ręce przed siebie i poruszyła nimi, starając się przywrócić normalny obieg 
krwi. Wyjrzała ostrożnie przez okno i spojrzała w kierunku rozmawiających. Kierowca stał kilka metrów 
dalej odwrócony do niej plecami i rozmawiał z kimś ukrytym w cieniu półciężarówki. Obaj sprawiali 
wrażenie, jakby na kogoś czekali.  
Przez chwilę zastanawiała się, na kogo jeszcze mogą czekać. Nie chciała jednak tracić już czasu. Samochody 
stały na niewielkim parkingu obsadzonym drzewami. Z prawej strony zauważyła niski, podłużny budynek. 
Przez niewielkie okna wydostawało się na zewnątrz światło. Sarah zaczęła szarpać elastyczny sznur, którym 
skrępowano jej nogi i zdołała go przeciągnąć przez stopy. Była wolna. Znów wyjrzała przez okno samochodu. 
Mężczyźni nadal stali koło półciężarówki. Musiała wyślizgnąć się przez tylne drzwi od strony pasażera i 

background image

rozpłynąć w ciemności.  
Wewnętrzne światło w samochodzie! Zatrzymała się w ostatniej chwili z ręką na klamce. Jeżeli zobaczą, że w 
środku zapaliło się światło, nie zdoła uciec. Serce waliło jej jak oszalałe. Posługując się zagiętą końcówką 
kabla, którym została skrępowana, podważyła osłonę lampki. Drżącymi dłońmi odkręciła malutką żarówkę. 
Rozejrzała się dookoła jeszcze raz. Porywacze nadal rozmawiali, otworzyła więc tylne drzwi i wyślizgnęła się 
z samochodu. 

 

"Noc jest najciemniejsza tuż przed świtem". Sarah nie pamiętała, skąd pochodzi ta sentencja, ale okazała się 
prawdziwa. Wokół panowały iście egipskie ciemności. Było ciepło, zerwał się lekki wiatr. Srebrzysty księżyc 
zniżył się i prześwitywał między wierzchołkami drzew, oświetlając horyzont. Kilka widocznych jeszcze 
gwiazd błyskało na niebie. W powietrzu unosił się delikatny zapach ropy, co sugerowało, że budynek mógł być 
garażem. Sarah nie poświęciła tej myśli wiele czasu, chciała jak najszybciej przemknąć obok ciemnego kształtu 
i zniknąć w ciemnościach.  
Drżąc z podniecenia, strachu i zmęczenia, posuwała się cichutko wzdłuż metalowej ściany w stronę drzew, sta-
rając się pozostawać pod dolną ramą okien. Zajrzała ostrożnie do środka; stało tam sporo pustych przyczep i 
kilka łódek. Wydawało jej się, że w budynku nikogo nie ma. Ponieważ w każdej chwili ktoś mógI zauważyć jej 
zniknięcie i podnieść alarm, Sarah reagowała 'nerwowo na każdy usłyszany dźwięk. Gdy już dotrze do drzew, 
zacznie biec, ile sił w nogach. Teraz jednak musiała przede wszystkim zachować ostrożność.  
Mimowolnie zajrzała znowu do środka. Przed oczyma miała niewielkie pomieszczenie oddzielone od reszty 
budynku ścianką z niepomalowanej sklejki. W 'środku nie było nic prócz dużej klatki dla psów. Wewnątrz 
leżała Angie. Sarah aż wstrzymała oddech. Nie wierząc własnym oczom, przystanęła bez ruchu, patrząc przez 
zakurzoną szybę na dziewczynkę. Skulone dziecko leżało z zamkniętymi oczami na podłodze, długie włosy 
opadły na bladą, wychudzoną twarzyczkę. Angie straciła wszelką nadzieję. Sarze omal nie pękło serce. Nie 
mogła jej tu zostawić. Nawet za cenę własnego życia. Wróciła do drzwi i chwyciła za klamkę. Drzwi nie były 
zamknięte na klucz. Uchyliła je i strumień światła zalał jej postać. Ponieważ była pewna, że w budynku nikogo 
nie ma, weszła i cicho zamknęła za sobą drzwi. Skierowała się do pakamery po prawej stronie. Nagle obok 
zapaliło się światło. Sarah przeraziła się, że zaraz zostanie odkryta, pobiegła więc w stronę pomieszczenia z 
klatką. Niestety, drzwi do niego były zamknięte. Dostrzegła stół, a na nim pęk kluczy. Spróbowała otworzyć 
zamek tym, który wydawał się pasować, i po chwili weszła do środka.' Znalazła się w niewielkim po-
mieszczeniu, mającym pewnie nie więcej niż sześć metrów kwadratowych powierzchni. Było tu bardzo gorąco, 
w powietrzu unosił się fetor odchodów. Podchodząc do klatki, Sarah zauważyła, że w jednym kącie stało 
otwarte wiadro, które służyło dziewczynce za toaletę·  
_ Angie, Angie! - zawołała ściszonym głosem. Jeżeli mała była przytomna, nie dała tego po sobie poznać. 
Leżała bez ruchu i Sarah z przerażeniem zrozumiała, przez co musiało przejść to dziecko, aby zachowywać się 
w ten sposób. Uklękła tuż przed klatką. - Angie, to ja, Sarah.  
Dziewczynka drgnęła. Otworzyła oczy, podniosła głowę i odgarnęła włosy z twarzy.  
- Sarah? - powtórzyła szeptem.  
Sarah ze zgrozą dostrzegła, że drzwi klatki zamknięte są na kłódkę. Podniosła się, by ją otworzyć i usłyszała 
za sobą brzęczenie. Gwałtownie poderwała się na nogi i rozejrzała dookoła. Umocowana na ścianie kamera 
przesunęła się w jej kierunku. Widocznie musiała reagować na ruch. Sarah zrozumiała, że w tej chwili 
bywalcy strony internetowej Dom Zabaw Paula mogą zobaczyć, co się dzieje. Czas uciekał nieubłaganie.  
Bez paniki, uspokajała rozdygotane nerwy. Teraz należało jedynie znaleźć właściwy klucz. Podniosła 
wszystkie do góry i aż struchlała, gdy zabrzęczały. Wśród wielu kluczy dostrzegła mniejszy niż inne, który 
musiał pasować do kłódki.  
_ Czy zabierzesz mnie do domu? - zapytała Angie nieco ochrypłym od płaczu głosem. 

 

- Tak. Bądź cicho. Nikt nie może nas zobaczyć. - Drżącymi palcami Sarah zdołała w końcu otworzyć zamek. 
Cały czas trwożliwie rozglądała się. dookoła, wiedząc, że w każdej chwili ktoś może im przeszkodzić. 
Wreszcie otworzyła drzwiczki i Angie wpadła prosto w jej objęcia. Dziecko ciągle miało spętane ręce i nogi.  
- Chcę do mamy! - wyszeptała.  
- Wiem - odpowiedziała Sarah i przyciągnęła do siebie dziewczynkę. Mocno ją objęła i podniosła. Nie miała 
czasu na zdejmowanie taśmy, zostały im minuty, może nawet sekundy.  
- Czy oni nadal tu są? Ci źli ludzie? - pytała Angie, drżąc na całym ciele.  
- Tak. Dlatego musimy być cicho - wyszeptała Sarah, wynosząc małą z pokoiku. Chociaż Angie nie ważyła 
więcej niż ze dwadzieścia pięć kilogramó~, poturbowanej i zmęczonej Sarze wydawała się bardzo Ciężka. - 

background image

Pojedziemy do mamy jak można najszybciej, obiecuję, ale teraz musisz. być bardzo, bardzo cicho.  
Przerażona Angie obserwowała, jak Sarah zamyka drzwi do magazynku, chcąc w ten sposób przeszkodzić w 
odkryciu zniknięcia dziecka. Po chwili były już przy drzwiach wyjściowych. Sarah czuła przemożny strach, 
miała tętno sprintera i ledwo mogła oddychać. Jeszcze raz obrzuciła pomieszczenie wzrokiem i wyszła z 
budynku. Gdy drzwi zamykały się za nimi, usłyszały krzyk:  
- Uciekła!  
Strach dodał jej sił. Mocno przyciskając do siebie Angie, pobiegła w stronę drzew. W tym czasie przed 
garażem powstał nieopisany zamęt. Słychać było trzaskanie zamykanych drzwi samochodowych i krzyki 
czterech lub nawet pięciu osób. Wokół budynku rozbłysły wielkie halogenowe reflektory, lecz Sarah zniknęła 
już wśród drzew. Starała się biec szybko, aby jak naj dalej stąd. Nie było to jednak łatwe. Za nimi 
rozbłyskiwały kolejne światła i wciąż dochodziły  
krzyki. Uciekała, starając się ochronić dziecko przed uderzeniami gałęzi i jakoś je uspokoić. Angie drżała i 
popłakiwała ze strachu. W końcu Sarze zabrakło sił. Upadła na ziemię bez tchu pod splątane gałęzie różanych 
krzaków. Ich słodki zapach kontrastował z wypełnioną strachem  
ciemną nocą·  
_ Tak się boję - wyszeptała Angie, gdy Sarah pochyliła głowę i zaczęła rozrywać zębami taśmę krępującą 
dziecko. Drżała z wysiłku i strachu. Czuła, że w jej żyłach zamiast krwi płynie czysta adrenalina. Bolał ją 
każdy oddech.  
_ Wiem. Wszystko będzie dobrze. - Sarah zdołała naruszyć taśmę i zaczęła ją usuwać. Angie zasyczała z bólu. 
_ To boli. - Dziewczynka zaczęła rozcierać uwolnione dłonie. - Mam zdrętwiałe ręce.  
- Za chwilę przestaną boleć.  
- Chcę do domu!  
_ Zrobię wszystko, byś mogła tam jak najszybciej wrócić - powiedziała Sarah, zrywając taśmę z nóg Angie.  
- Znajdą nas?  
- Nie, jeżeli będziemy cicho.  
Po zdjęciu reszty taśmy dziewczynka mocno przytuliła się do Sary. Odpoczywały przez chwilę· Sarah objęła 
małą i starała się uspokoić ją najlepiej, jak tylko potrafiła. Wokół nich zwisały gałęzie wysokiego krzewu, 
dając złudne poczucie bezpieczeństwa. Dochodziły do niej różne dźwięki, kumkały rzekotki, brzęczały owady, 
rozlegały się dziwne szelesty, jakby przez liście przemykały jakieś niewielkie stworzenia. Od czasu do czasu 
błyskały światła, które zapewne należały do szukających ich łotrów. Może wystarczy zaczekać w ukryciu, aż 
nadejdzie pomoc? Jeżeli w ogóle nadejdzie.  
Jake, gdzie jesteś? Sarah wiedziała, że przyjaciel będzie jej szukać aż do skutku. Ale Tanner nie żył i nikt już 
nie mógł go przesłuchać, więc szansa na pomoc była znikoma. Musiały same się uratować. Niedługo wzejdzie 
słońce. Wtedy nie zdołają się ukryć. Trzeba iść, uciekać jak najdalej stąd. Sarah popatrzyła na małą dłoń tak 
ufnie spoczywającą na jej ramieniu. Nie potrafiła ochronić Lexie. Może uda jej się uratować Angie. Objęła 
małą bardzo mocno.  
- Kochanie, musimy iść. Będziemy szły bardzo długo, aż w końcu znajdziemy bezpieczne miejsce.  
Angie skinęła głową.  
Sarah miała właśnie wstać, gdy tuż obok ich kryjówki usłyszała kroki i dostrzegła zarys postaci. Wstrzymała 
oddech i chwyciła Angie za ramię. Przerażone dziecko zamarło, patrząc na mężczyznę. Światło latarki padło 
na twarz kobiety.  
- Tu jesteście! - rozległ się triumfujący głos. Ktoś rozsunął gałęzie. Napawając się zwycięstwem, Mitchell He-
litzer celował prosto w głowę Sary. Angi'e zaczęła krzyczeć.  
 

Rozdział 24  

- Angie, uciekaj! - krzyknęła Sarah, ale było już za późno. Czyjeś ręce chwyciły walczące i przeraźliwie 
krzyczące dziecko i odciągnęły na bok.  
- Sarah! Pomóż mi! Ratunku!  
Kierowca blazera zabrał Angie i poniósł w stronę garażu.  
_ Nie! - krzyknęła Sarah i rzuciła się na pomoc małej.  
Helitzer chwycił ją za ramię i przytrzymał, chociaż próbowała się szarpać. W końcu kopnął ją i przewrócił na 
ziemię. Uderzenie było tak silne, że Sarah aż krzyknęła z bólu i niemal zemdlała. Przez chwilę leżała bez ruchu 

background image

oszołomiona, za wszelką cenę starając się złapać oddech. Helitzer przykucnął i wycelował pistolet prosto w jej 
twarz. Krzyki Angie cichły w oddali.  
_ Sie masz, szmato! - Sarah w mgnieniu oka wszystko zrozumiała i znienawidziła napastnika. Pomimo obez-
władniającego bólu zachowała zimną krew i wciąż intensywnie myślała o ratunku dla Angie i siebie. Nie 
odpowiedziała na zaczepkę·  
Pobliskie światła oświetlały zarówno pobliskie drzewa, jak i twarz złoczyńcy. Pod krzewem leżał kawałek 
taśmy. Sarah przez chwilę pomyślała, że to jedyny ślad, jaki pozostanie po niej i Angie. Czy policja go 
odnajdzie? Myśl o dalszych losach dziecka rozrywała jej serce.  
_ Już nie żyjesz! - Helitzer przysunął pistolet do jej głowy, napawając się tą chwilą i strachem Sary. - Osobiście 
rozwalę ci łeb!  
Jake będzie rozpaczał do końca życia, pomyślała. Ogarnął ją żal, doskonale wiedziała, jak potworna jest 
rozpacz. I zrozumiała, że walczy o przetrwanie także dla niego.  
- I tak odpowiesz za zamordowanie żony - oznajmiła głosem chrapliwym z bólu. - Przydzielą innego 
prokuratora. Tak działa system.  
- Mam wszystkich w kieszeni. Z wyjątkiem ciebie i właśnie teraz rozwiążę ten" problem. - Bawił się pistole-
tem, dotykając jej nosa lufą. - Czy nadal sądzisz, że ...  
Sarah usłyszała kroki, ktoś nadchodził, szurając po suchych liściach. Helitzer też musiał to usłyszeć, gdyż 
urwał i popatrzył w tamtym kierunku.  
- Tu jesteście! - odezwał się znajomy, radosny głos. - Szukałem was.  

 

Zaskoczona Sarah wstrzymała oddech, gdy pojawiła się przed nimi korpulentna postać. Sędzia Schwartzman?, 
pomyślała z' niedowierzaniem. Nareszcie nadeszła pomoc. Jednak Helitzer nie wyglądał na zdziwionego, był 
tylko nieco zniecierpliwiony. Nie uciekał, nie rzucił broni ani się nie poddał.  
- Co ty tutaj robisz? - zapytał, marszcząc brwi. Schwartzman podszedł bliżej i Sarah z przerażeniem 
zauważyła, że też trzymał pistolet w ręku. Nie wiedziała, co to może znaczyć, lecz podświadomie czuła, że nic 
dobrego.  
- Proszę mi pomóc! - powiedziała jednak, na wypadek gdyby nie miała racji. Sędzia stanął obok Helitzera i 
popatrzył na nią. Sarah spojrzała mu błagalnie w oczy i zrozumiała, że się nie pomyliła. Przypomniała sobie, 
jak Helitzer mówił, że ma wszystkich w kieszeni. Musiała jednak spróbować i mówiła dalej: - On chce mnie 
zabić, a niedaleko trzymają małą dziewczynkę ...  
- Zamknij się! - warknął wściekle Helitzer i odsunął lufę pistoletu. Przez chwilę Sarah walczyła z chęcią wy-
rwania mu broni z ręki i ucieczki.  
Sędzia zignorował jej błaganie i odpowiedział na pytanie Helitzera.  
_ Licytacja zakończyła się o piątej. Mamy kupca. Ponieważ porwanie małej było twoim pomysłem i muszę 
przyznać, że to doskonałe posunięcie, by wyeliminować z gry tę panią, przypuszczam, że chcesz swoją dolę?  
- Mam w dupie swoją dolę·  
_ Dobrze więc. Spodziewam się, że nie będziesz miał nic przeciw temu, aby małą zapakować do mojego 
wozu. Zawiozę ją do Memphis, a tam ktoś ją ode mnie przejmie. _ Zboczeniec! - wycedził Helitzer 
pogardliwym tonem.  
_ I owszem! - odpowiedział ze smutkiem przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości i strzelił mu prosto w głowę.  
Sarah zobaczyła niewielką dziurę w skroni mężczyzny oraz jego zdziwione, szeroko otwarte oczy i usta. 
Helitzer upadł bezwładnie na ziemię. Nie krzyknęła, wszystko wydarzyło' się zbyt szybko. Zamiast głośnego 
huku rozległ się tylko głuchy dźwięk, a w powietrzu rozszedł się zapach prochu. Sędzia miał pistolet z 
tłumikiem.  
- Tak kończą tyrani - wymamrotał Schwartzman i opuścił broń.  
- Bogu dzięki! - Sarah podniosła się rozradowana. Uznała, że sędzia jest dobrym człowiekiem, a przeczucie ją 
myliło. Popatrzyła na leżące na ziemi bezwładne ciało i zwróciła się do swego wybawcy: - Uratował mi pan ży-
cie! Dziękuję! - I wtedy zauważyła wycelowaną w siebie broń. Z tak niewielkiej odległości na pewno nie mógł 
spudłować. - Panie sędzio?  
_ Przykro mi, Sarah. - Schwartzman potrząsnął głową z żalem. - Bardzo mi przykro. Tylko w ten sposób mogę 
odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Zabiłem jego, zabiję ciebie i tych dwóch durniów, którzy pilnują 
Angie. Odejdę i nie zostawię świadków.  
- O czym pan mówi? - ogarnęło ją przerażenie. Wpatrywała się w twarz mężczyzny, którego żal nie poprawiał 
jej nastroju.  

background image

- Posłuchaj, nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. To wszystko przez tego łotra. Jak słusznie podejrzewasz, zabił 
swoją żonę, po prostu zatłukł ją na śmierć. Przyznał mi się do zbrodni, przyszedł do mojego domu i wszystko 
mi opowiedział. Potem zażądał, by sprawa nigdy nie wpłynęła na wokandę. W przeciwnym razie zdradzi 
tajemnicę Domu Zabaw Paula. Chciał cię zabić. Pamiętasz, jak cię postrzelono? To on wysłał tych dwóch 
idiotów, by to zrobili. Wściekł się, gdy zawiedli, a napad został nagłośniony przez media. Nie chciał zbyt 
szybko próbować znowu, by nie wzbudzić podejrzeń, bo śledztwo m.bgło doprowadzić policję na jego trop. 
Tylko dlatego ciągle żyjesz. Wpadł na pomysł, aby wykorzystać moje taśmy z nagraniami Lexie. W ten sposób 
chciał cię wyeliminować z gry i odsunąć od sprawy. - Sędzia ze smutkiem pokiwał głową. - Przekupił 
Duncana, mnie, Curvera. Wszystkich nas szantażował. Przez to Curver miał atak serca. Na ciebie nie znalazł 
haka. Mógł tylko wykorzystać twoją córkę.  
Sarah wstrzymała oddech. Zapomniała o grożącym jej niebezpieczeństwie i zapytała:  
- Nagrania Lexie? Masz taśmy z nagranym głosem Lexie?  
Sędzia przytaknął.  
- To była taka śliczna i odważna dziewczynka. Nie znałem cię wtedy. Nigdy bym ci jej nie zabrał, gdybym cię 
znał. - Sarah patrzyła z niedowierzaniem. Nagle uświadomiła sobie, że dawno temu widziała już tę twarz. To 
właśnie małe, zaciśnięte usta Schwartzmana widziała w parku poniżej kamery, którą filmował ją biegającą w 
poszukiwaniu córki. Wyraz twarzy musiał zdradzić jej myśli, gdyż sę-  
dzia mówił dalej: - Wiesz już, jak działa Dom Zabaw Paula. Wybieramy dziewczynkę, trzymamy ją, aż się nią 
znudzimy, i sprzedajemy. W tej chwili mamy kilkoro dzieci wystawionych na licytację. Filmujemy wszystko 
od początku. Te taśmy to wielkie pieniądze. - Przerwał na chwilę, patrząc z niechęcią na ciało Helitzera. - Czy 
wiesz, jak Helitzer dorobił się swej fortuny? Handlował pornografią, każdego rodzaju, na całym świecie. I tak 
trafił na Dom Zabaw Paula i do mnie. - Jego głos znów brzmiał smutno, lecz Sary nie obchodziło, czy żałował 
swoich uczynków, czy nie. Ten człowiek był potworem i gdyby na świecie istniała sprawiedliwość, to w tej 
chwili uderzyłby w niego grom i zabił na miejscu.  
- To ty filmowałeś mnie wtedy w parku - powiedziała przez zaciśnięte zęby. Chciała zająć go rozmową, jedno-
cześnie obmyślając plan ratunku. Jeżeli Schwartzman ją zabije, uniknie kary, a Angie przepadnie na zawsze, 
tak jak przepadła Lexie. Ten zwyrodnialec na wolności zagrażał też innym dzieciom. A do tego nie mogła 
dopuścić.  
- Lubię filmować mamusie - wyjaśnił. - Sam to wymyśliłem, znany jestem z tego w pewnych kręgach. Mam 
specjalną półciężarówkę z klatką i zawsze nią jeżdżę· Odurzam dziewczynkę chloroformem, zamykam w 
klatce, a potem wracam i filmuję, jak rodzina odchodzi od zmysłów, szukając dziecka. Szczególnie lubię 
mamy. Czasami pokazuję te nagrania dzieciom i to je uspokaja. Niektórzy uważają taśmy za świetny bonus.  
Słowo "potwór" nie wystarczało dla tego człowieka.  
Sarah nie znała określenia, które by do niego pasowało. Myśląc o swojej słodkiej córeczce zdanej na łaskę tego 
degenerata, poczuła, jak gniew wypiera strach z jej serca. Oto miała przed sobą łotra, który je rozdzielił.  
- Co z nią zrobiłeś?! - wrzasnęła. Musiała wiedzieć. Musiała odnaleźć dziecko. Chciała mieć je z powrotem. - 
Gdzie ona jest?  
- Sam chciałbym to wiedzieć. - W głosie sędziego słychać było żal. - Trzymałem ją tylko przez tydzień. Ja ich 
nie zabijam. Nigdy. Tylko bawię się z nimi.  
To "bawię się z nimi" dudniło jej w uszach. Sarah nigdy wcześniej nie czuła takiej furii. Jednak teraz w mgnie-
niu oka dopadła drania, wyjąc jak ranne zwierzę. Zaskoczony atakiem mężczyzna stracił równowagę i upadł. 
Sarah skoczyła na niego i okładała go pięściami po twarzy, piersi, biła wszędzie, gdzie tylko mogła. Pierwszy 
raz w życiu pragnęła śmierci drugiego człowieka. Była jednak drobna i słaba, Schwartzman zrzucił ją z siebie i 
przystawił jej lufę pistoletu do głowy.  
- Suka! - rzucił wściekły, przyciskając zimny metal do jej skroni. Oboje dys·zeli. Sędzia miał spuchnięte oko i 
wargi. Na jego twarzy pozostały ślady paznokci Sary. Teraz niechybnie ją zabije. Widziała to w jego oczach. 
Zadowolona, że chociaż trochę go ukarała;, napluła mu w twarz. To za Lexie! Schwartzman wykrzywił się i 
zniżył pistólet. Żegnając się z tym światem, Sarah zamknęła powieki.  
- Policja! Nie ruszać się! - rozległo się nagle w pobliżu. Sarah dostała drugą szansę. Wokół słychać było przy-
spieszone kroki i wezwania do rzucenia broni. Na ułamek chwili oczy pani prokurator i sędziego się spotkały. 
Sarah poczuła szturchnięcie lufą i usłyszała wystrzał...  
 
Choć prowadzony krzykami Sary Jake biegł najszybciej, jak potrafił, nawet szybciej niż wystrzelona kula, nie 

background image

zdążył. Serce mu waliło, krew pulsowała boleśnie w żyłach. Przedzierając się przez las na czele policji i FBI, 
widział już mężczyznę, który pochylał się nad Sarą i przykładał broń do jej głowy. Był jednak zbyt daleko, by 
oddać bezpieczny strzał. Wszystko, co mógł zrobić, to krzyknąć: "Policja! Nie ruszać się!", co podchwycili 
biegnący za nim funkcjonariusze.  
Gdy padł strzał, a wokoło rozprysnęły się fragmenty kości i mózgu, serce Jake'a stanęło. Krzyknął przerażony i 
pognał jeszcze szybciej. W końcu potężnym susem zrzucił drania z Sary. Dopiero wtedy odkrył, że to 
złoczyńca strzelił sobie w głowę.  
Ustępujące napięcie zwaliło tego rosłego mężczyznę z nóg. Upadł kolanami na piach dokładnie w chwili, gdy 
Sarah usiłowała się podnieść. Oblepiona krwią, ziemią i liśćmi wydała się Jake'owi tak piękna, jak nigdy dotąd.  
- Ty żyjesz ... - wyszeptał. Po chwili zastygli wtuleni w siebie.  
 
Tego samego ranka, w obecności Sary, Angie spotkała się z matką. Obie znalazły się w szpitalu. Lekarze 
zbadali Sarę i stwierdzili, że nic jej nie dolega. Dziewczynka musiała zostać na obserwacji. Sarah znajdowała 
się właśnie w pokoju małej, gdy przez otwarte drzwi wpadła pani Barillas, i nie bacząc na to, że umyta i 
opatrzona Angie siedzi na łóżku, zaczęła krzyczeć:  
- Moje dziecko! Gdzie jest moje dziecko?!  
- Mama! - Dziewczynka wyciągnęła ręce i Rosa chwyciła ją w objęcia. Obie zaniosły się płaczem. Sarah też 
uroniła łzę, tak jak wszyscy świadkowie tej sceny. Po chwili wyszła, nie chcąc przeszkadzać.  
Na zewnątrz czekał Jake, który teraz nie odstępował jej ani na krok. Wszystko mu już opowiedziała, łącznie z 
tym, czego się dowiedziała o Lexie. Jake opowiedział, co zaszło po jej zniknięciu, wyjaśniając, jak trafili do 
magazynu. Okazało się, że Tanner nie zginął, lecz poważnie ranny zdołał zadzwonić na policję ze swojego 
telefonu komórkowego.  
- Czy na pewno dobrze się czujesz? - zapytał Jake, gdy szli w stronę wind.  
Wreszcie jechali do jego domu, na co Sarah z ochotą przystała. Choć niechętnie opuszczała kolejny dzień 
pracy, miała nadzieję, że Morrison weźmie pod uwagę niedawne wydarzenia.  
- Tak - odpowiedziała teraz, wiedząc, że chodzi o Lexie. - Przez te wszystkie lata nauczyłam się, że lepiej po-
znać prawdę, niż żyć złudzeniami. Problem w tym, że teraz, gdy już wszystko wiem, czuję pustkę. Jakbym nie 
miała po co żyć.  
- Hola! - zaprotestował Jake, akurat gdy otworzyły się drzwi. - A ja?  
Zaskoczona Sarah popatrzyła na niego.  
- Ty to co innego - odparła i już w windzie, chcąc być właściwie zrozumiana, dodała: - Ciebie po prostu ko-
cham. 

 

- Ja też cię kocham - zapewnił ją uszczęśliwiony.  
Gdy tylko drzwi windy zamknęły się za nimi, Jake pocałował Sarę. I przez dłuższą chwilę żadne z nich nie na-
cisnęło guzika z napisem "Parter".  
 
Późnym popołudniem następnego dnia detektyw jak zwykle parkował samochód przed domem. Pokręcił głową 
z niedowierzaniem, gdy zobaczył, że Pops zabiera Dorothy na przejażdżkę harleyem. Wtedy zadzwonił 
telefon.  
- Pomyślałem, że to ty powinieneś zanieść Sarze tę wiadomość - mówił Morrison. - W końcu odnaleźliśmy 
Lexie.  

 
Rozdział 25 
 

Wyglądając przez okno swojego domu, Sarah nie mogła sobie znaleźć miejsca. Czekała na przyjazd Lexie. 
Spełniły się jej sny. Jej córka żyła. Policja dotarła do innych mężczyzn korzystających z Domu Zabaw Paula. 
Na samotnej farmie w stanie Vtah odnaleziono Lexie, która została jedną z wielu żon jakiegoś zboczeńca.  
Sarze wydawało się, że śni. Minęło siedem lat. Czy rozpozna własne dziecko?  
- Dobrze się czujesz? - spytał Jake. Czekając razem z nią, wiedział, jak bardzo jest podekscytowana i przestra-
szona.  
Czy Lexie będzie ją pamiętać? Radiowóz zatrzymał się przed domem i wysiadło z niego dwóch policjantów. 
Sarah czuła, jak serce zaczyna łomotać jej w piersi. Brakowało jej tchu. Jeden z policjantów otworzył tylne 

background image

drzwi samochodu. Wysiadła z niego smukła, rudowłosa dwunastolatka ubrana w długą, dżinsową spódnicę i 
prostą, białą bluzkę·  
- Patrz! To ona! - Sarah odwróciła się do Jake'a, który objął ją ramieniem i uścisnął. - Tak bardzo urosła.  
Policjanci szli z Lexie przez trawnik. Sarah odwróciła wzrok. Wiedziała, że wraca do niej zupełnie inne 
dziecko, że córeczka nie będzie już tamtą małą dziewczynką, którą znała. Zaskoczona tym, że przed oczami 
wciąż ma uśmiechniętą, pulchną pięciolatkę, pobiegła do drzwi. 

 

Z sypialni wyskoczył Ciastek, jak zwykle wściekle ujadając. Policjanci zamarli bez ruchu. Sarah pchnęła 
drzwi, otwierając je na oścież, i chcąc uciszyć zwierzaka, obrzuciła go groźnym spojrzeniem.  
Lexie przeszła obok niej, zignorowała Jake'a i popatrzyła na psa. Ciastek umilkł i przez chwilę przyglądał się 
przybyłej.  
- Ciastek? - odezwała się Lexie. Sarah wstrzymała oddech i obserwowała, jak pies ostrożnie idzie w kierunku 
dziewczynki, krok za krokiem, badając jej zapach. Lexie opadła na kolana i wyciągnęła ręce. Niewiele się 
namyślając, Ciastek skoczył w jej objęcia, merdając opętańczo ogonem.  
Sarah przykucnęła przy nich. - Lexie?  
Dziewczynka odwróciła się i Sarah patrzyła teraz w ciemnoniebieskie oczy córki. Ciężar, jaki od siedmiu lat 
przygniatał jej serce, powoli ustępował. 
- Mamusia? - Lexie, wpatrując się 

w

 

twarz matki, poszukiwała w pamięci obrazów z dzieciństwa. - Nigdy o 

tobie nIe zapomniałam. Śniłaś mi się w nocy. Myślałam, że jesteś aniołem. 

 

- Lexie - powtórzyła Sarah ze łzami w oczach. Objęła córeczkę i poczuła drobne ramiona otjłczające jej szyję. 
Ciastek ciągle machał ogonem, a Jake uśmiechał się do niej.  
Jestem szczęśliwa, pomyślała Sarah.